background image
background image

Leszek Szymowski 

SERYJNY 

SAMOBÓJCA

Wydawnictwo Bollinari Publishing House

background image

Copyright © Bollinari Publishing House Sp. z o.o. 2013

All rights reserved

Wydanie II

Warszawa 2014

Dystrybucja:

United ExPress Dystrybucja Prasy 

i Wydawnictw Branżowych Sp. z o. o.

ul. Marii Konopnickiej 6 lok. 227

00-491 Warszawa
tel.: 22. 339 05 41

ISBN 978-83-63865-05-4

Wydawnictwo:

Bollinari Publishing House Sp. z o. o.

ul. Marii Konopnickiej 6

00-491 Warszawa

Projekt okładki: Robert Kempisty

background image

Nie jest sztuką spowodować czyjąś śmierć. 

Prawdziwa sztuka to spowodować śmierć naturalną.

W. I. Lenin

background image

Od Autora

Wiosną  2009  roku  jako  dziennikarz  tygodnika  „Wprost”  badałem  nowe

okoliczności  uprowadzenia  i  zabójstwa  Krzysztofa  Olewnika.  Czas  był  dla
tego najlepszy. W styczniu tego roku w celi płockiego więzienia powiesił się
Robert  Pazik  –  domniemany  morderca  młodego  biznesmena.  Jego
samobójstwo  spowodowało  dymisję  ministra  sprawiedliwości  Zbigniewa
Ćwiąkalskiego. A w Sejmie powstawała komisja śledcza mająca wyjaśnić tę
głośną  zbrodnię.  W  gdańskiej  prokuraturze  trwało  intensywne  śledztwo
mające  ujawnić  okoliczności  zbrodni  i  stojące  za  nią  osoby.  A  media
prześcigały  się  w  nagłaśnianiu  kolejnych  rewelacji  wykraczających  poza
dotychczasową wiedzę o sprawie.

Był  słoneczny,  majowy  dzień  2009  roku.  W  ekskluzywnej  knajpie  na

warszawskim 

Mokotowie 

spotkałem 

się 

ze 

znajomym 

oficerem

kontrwywiadu ABW. Rozmowa siłą rzeczy zeszła na sprawę Olewnika.

–  Niedługo  będziesz  miał  świetny  temat  do  tej  sprawy  –  obiecał  mi  mój

rozmówca, mrugając okiem w charakterystyczny sposób.

– A co? Odkryją sprawcę? – spytałem.
– Nie, będzie kolejne samobójstwo – odpowiedział.

Osłupiałem zupełnie.

– Jak to – zapytałem.
– Zobaczysz. Dwa lub trzy miesiące.
– A kto się tym razem powiesi?
– Ktoś, kto ma dużą wiedzę o jednym ze sprawców.
Słowa  mojego  rozmówcy  sprawdziły  się  kilka  tygodni  później.  Polską

wstrząsnęła  śmierć  Mariusza  Kowalczyka  –  strażnika  więziennego,  który
pilnował  Wojciecha  Franiewskiego  (herszta  bandy  oprawców  Olewnika)
w  noc,  gdy  ten  bandyta  popełnił  tajemnicze  samobójstwo.  Zwłoki  strażnika
znaleziono  w  lesie  koło  Morąga  (Warmia).  Sprawę  umorzono  po  kilku
miesiącach,  nie  stwierdzając  udziału  osób  trzecich.  Było  to  kolejne
niewyjaśnione samobójstwo wokół tej sprawy.

Kilka  miesięcy  później  zapytałem  mojego  rozmówcę  z  ABW,  w  jaki

background image

sposób  w  tajnych  służbach  całego  świata  powoduje  się  samobójstwa.
Powiedział  mi,  że  powszechnie  znane  są  dwa  sposoby.  Pierwszy  polega  na
upozorowaniu wypadku samochodowego. Drugi – skuteczniejszy – polega na
zastraszeniu konkretnej osoby utratą życia i zdrowia przez jego najbliższych.
Osoba, na śmierci której zależy służbom, jest zastraszana i doprowadzana do
takiego stanu psychicznego, że sama decyduje się na ostateczne rozwiązanie.
Tak było, według mojego rozmówcy, w przypadku zgonów osób uwikłanych
w  sprawę  Krzysztofa  Olewnika.  Są  jeszcze  inne  sposoby  np.  nocne
odwiedziny komanda zabójców, które profesjonalnie pozoruje samobójstwo,
aby  wyglądało  na  dokonane  bez  udziału  osób  trzecich.  W  tym  przypadku
jednak  trzeba  komando  wysyłać  w  piątek  po  południu  lub  w  sobotę.
W  niedziele  nie  przeprowadza  się  sekcji  zwłok,  dzięki  czemu  ślady  osób
trzecich  mają  czas  zniknąć,  by  można  było  niestwierdzić  ich  działania.
Ogólnie,  jak  mówił  mój  rozmówca,  służby  specjalne  każdego  kraju  mają
swoich „seryjnych samobójców”. Są oni wykorzystywani do tego, żeby „bez
udziału osób trzecich” powodować śmierć tych, których działalność stanowi
zagrożenie  dla  bezpieczeństwa  konkretnego  kraju.  Różnica  polega  tylko  na
tym,  że  w  specsłużbach  normalnych  krajów  samobójcy  likwidują  obcych
szpiegów,  terrorystów,  wywrotowców  itp.,  aby  zapewnić  bezpieczeństwo
swoim  rodakom.  W  Polsce  odwrotnie.  Seryjnemu  nie  przeszkadza  obca
agentura,  islamscy  bojownicy,  quasi-terroryści,  RAŚ,  i  podobne  twory.
W  Polsce  Seryjny  dopada  tylko  tych,  którzy  mają  wiedzę  zagrażającą
rządzącej  Polską  szajce.  Dlatego  właśnie  nasz  Seryjny  Samobójca  jest  inny
niż  jego  koledzy  z  pozostałych  krajów.  I  dlatego  właśnie  poświęcam  mu  tę
książkę.  Ale  także  dlatego,  że  podczas  prac  nad  tą  książką  zrozumiałem,  że
Seryjny  Samobójca  to  postać,  bez  której  nie  da  się  zrozumieć  istoty
postkomunistycznej Polski i kulisów transformacji ustrojowej.

background image

Wstęp

Na  początku  nazywał  się  skrytobójca.  Seryjny  skrytobójca.  Pojawił  się

w Polsce w czasach, gdy plemiona Polan i Wiślan z trudem budowały zręby
naszej  państwowości.  Dopadał  zawsze  tych,  którzy  zagrażali  władcy
młodego państwa, albo się temu władcy sprzeciwiali. Pierwszą jego ofiarą –
  odnotowaną  w  średniowiecznych  polskich  kronikach  był  Bezprym  –  syn
Bolesława  Chrobrego,  który  w  młodym  polskim  państwie  w  1031  roku
przejął na krótko rządy po tym, jak zjednoczył sojuszników przeciw swojemu
bratu  –  Mieszkowi  II.  Po  wygnaniu  prawowitego  następcy  tronu,  Bezprym
musiał  rozprawić  się  z  jego  stronnikami  i  –jak  wskazują  średniowieczne
kroniki  –  czynił  to  bardzo  okrutnie,  nie  oszczędzając  nawet  księży  (rocznik
kapituły 

krakowskiej 

wspomina 

dwóch 

biskupach 

Krakowa

zamordowanych 

na 

polecenie 

Bezpryma). 

Przyciśnięci 

do 

muru

możnowładcy,  widząc  opłakane  skutki  jego  rządów  (zwasalizowanie  Polski
względem  Niemiec)  i  zarazem  bojąc  się  o  własny  los,  po  raz  pierwszy
w naszych dziejach sięgnęli po skrytobójcę i tak nasz bohater pojawił się nad
Wisłą.  W  1032  roku  zamordował  Bezpryma,  a  możnowładcy  pochowali  go
w  nieznanym  do  dziś  miejscu.  Do  władzy  wkrótce  wrócił  Mieszko  II
Lambert – prawowity następca tronu. Wrócił jednak już mocno upokorzony.
Ten drugi król Polski (koronowany w Gnieźnie w 1025 roku, kilka miesięcy
po  ojcu  –  Bolesławie  Chrobrym)  tym  razem  mógł  już  zostać  jedynie
księciem,  pozbawionym  insygniów  koronacyjnych  (na  polecenie  Bezpryma
odesłano je do Niemiec), zależnym od niemieckiego cesarza. Skrytobójstwo
dokonane przez naszego bohatera niespecjalnie przysłużyło się Polsce. Choć
uzurpatora  zastąpił  prawdziwy,  legalny  władca,  to  jednak  nie  mógł  wiele
zrobić  dla  Polski.  Po  śmierci  Mieszka  (1034)  na  tron  wstąpił  jego  syn
Kazimierz  I  Odnowiciel,  który  musiał  scalić  państwo  pogrążone  w  chaosie
i  zależne  od  Niemiec.  To  się  udało  i  powoli  Polska  odzyskiwała  potęgę
wypracowaną  przez  Bolesława  Chrobrego.  Jednak  Seryjny  nie  na  długo
zniknął z kart historii. Po Kazimierzu I przyszedł jego syn – Bolesław – jeden
z  najlepszych  naszych  władców.  Odbudował  polską  potęgę,  poróżnił

background image

Niemców,  a  na  tronach  ruskim  i  węgierskim  osadził  lojalnych  sobie  ludzi.
W 1076 roku papież, któremu pomógł w rywalizacji z niemieckim cesarzem,
udzielił  mu  zgody  na  koronację  i  tak  w  gnieźnieńskiej  katedrze  odbyła  się
kolejna  trzecia  koronacja  królewska,  zaś  Lechistan  stał  się  największą
europejską  potęgą.  To  natychmiast  wywołało  konsekwencje.  Podjudzeni
przez  Czechów  i  Niemców  krakowscy  możnowładcy  i  sprzyjający  im
stołeczny biskup – Stanisław ze Szczepanowa – zorganizowali antykrólewski
bunt,  w  wyniku  którego  Bolesław  musiał  uciekać  z  kraju.  Osiadł  na
Węgrzech,  ale  nie  porzucił  marzeń  o  powrocie  do  kraju.  To  marzenie  było
niewygodne.  Na  stołecznym  tronie  osiadł  bowiem  nieudacznik  Władysław
Herman  (taki  jedenastowieczny  Donald  Tusk),  którego  rządy  szybko
doprowadziły  polską  potęgę  do  upadku,  a  nasz  kraj  sprowadziło  do  rangi
niemiecko-czeskiego  kondominium.  Po  kilku  latach  zmarnowanych  szans
prosty  lud  zapragnął  powrotu  Bolesława.  Szczodry,  póki  żył,  był
niebezpieczny,  więc  jego  wrogowie  sięgnęli  znowu  po  Skrytobójcę.  Ten
dopadł Bolesława w klasztorze w Ossiachu w Karyntii. Nocą z 2/3 kwietnia
1081 lub 1082 roku (kronika klasztorna nie odnotowała dokładnie) ten jeden
z  najlepszych  polskich  władców  zginął  od  ciosu  sztyletem.  Pochowano  go
przy  klasztornym  murze,  a  grobowiec  ozdobiono  rzeźbą  konia  bez  jeźdźca
(taką  stała  się  Polska  po  wygnaniu  Bolesława)  i  napisem  „Sarmatis
Peregrinatibus  Salus”.  Grób  niszczał  przez  setki  lat,  aż  w  końcu  został
odrestaurowany staraniem polskiego patrioty Jerzego Konarzewskiego. Dziś,
odnowiony, stoi po południowej stronie klasztoru, zwrócony bokiem w stronę
jeziora.  Setki  kilometrów  od  Polski.  Nielicznym  polskim  turystom
przypomina  o  smutnym  losie  jednego  z  najlepszych  naszych  władców
wygnanych  z  Polski,  z  której  zrobił  potęgę  i  mocarstwo.  Jego  grób  to
pierwszy istniejący do dziś pomnik działania polskiego Seryjnego.

Po egzekucji Bolesława, Seryjny zniknął z kart polskiej historii, ale nie na

długo. Prawdopodobnie wrócił nad Wisłę na dwór nieudolnego Władysława
Hermana  i  kierującego  nim  Sieciecha.  Szybko  dostał  kolejne  zlecenie.
Władca  musiał  ugruntować  władzę,  a  to  mógł  zrobić  tylko  eliminując
głównego konkurenta. Był nim Mieszko – jedyny syn Bolesława Szczodrego,
wraz  z  nim  wygnany  i  mieszkający  na  Węgrzech.  Seryjny  dopadł  Mieszka
w  1086  roku.  Zdarzenie  to  opisał  Gall  Anonim,  dając  tym  samym  pierwszy
w naszej historii opis skrytobójstwa, więc oddajmy mu głos.

Miał  zaś  król  Bolesław  jednego  syna,  imieniem  Mieszko,  który  nie

background image

okazałby  się  pod  względem  zacności  gorszy  od  (swych)  przodków,  gdyby
zawistne  Parki  nie  przecięły  chłopcu  nici  żywota  w  przededniu  lat  męskich.
Tego  chłopca  wychowywał  po  śmierci  ojca  król  węgierski  Władysław
i  kochał  go  miłością  ojcowską  jakby  (własnego)  syna.  Sam  zaś  chłopiec
istotnie przewyższał wszystkich zarówno Węgrów, jak Polaków szlachetnymi
obyczajami  i  pięknością  i  zwracał  na  siebie  uwagę  wszystkich  jawnymi
dowodami,  pozwalającymi  wróżyć  mu  przyszłe  panowanie.  Stąd  stryj  jego,
książę  Władysław,  postanowił  wezwać  chłopca  –  pod  złą  wróżbą  –
 z powrotem do Polski i ożenić go – na próżno, niestety – z ruską dziewczyną.
Żonaty więc młodzieniaszek, gołowąsy a piękny, tak właściwie, tak rozumnie
postępował,  tak  przestrzegał  starego  obyczaju  przodków,  że  cały  kraj
z  niezwykłym  uczuciem  upodobał  go  sobie.  Lecz  wrogi  pomyślności
śmiertelny los w  boleść zamienił wesele  i w kwiecie  wieku przeciął nadzieję
(pokładaną  w)  jego  zacności.  Powiadają  mianowicie,  że  jacyś  wrogowie
z  obawy,  by  krzywdy  ojca  nie  pomścił,  trucizną  zgładzili  tak  pięknie
zapowiadającego się chłopca; niektórzy zaś z tych, którzy z nim pili, zaledwie
uszli niebezpieczeństwu śmierci. Skoro zaś umarł młody Mieszko, cała Polska
tak go opłakiwała, jak matka śmierć syna – jedynaka.

Ciekawe skąd te łzy rozpaczy w całej Polsce po księciu, którego nikt nie

znał? Może stąd, że Mieszko chciał powtórzyć politykę swojego ojca, zrzucić
czesko-niemieckie  jarzmo  i  przywrócić  Polsce  jej  dawną  świetność?  To  mu
się  nie  udało,  bo  w  wieku  20  lat  został  zamordowany.  Kto  tego  mordu
dokonał,  nie  wiadomo,  ale  jeśli  wierzyć  rzymskiej  zasadzie  cui  bono  (kto
skorzystał) to oczy zwracają się w stronę Władysława Hermana i Sieciecha.
Jeśli tak było, los surowo ukarał ich za to morderstwo. Herman przeszedł do
historii  jako  symbol  nieudolności,  a  Sieciech  poniósł  klęskę  w  wojennej
wyprawie,  wrócił  pobity  do  Krakowa,  został  oślepiony  i  zmarł
w zapomnieniu. Nieszczęście dotknęło też dwóch synów księcia, którzy stali
się  swoimi  rywalami  w  walce  o  tron.  Zbigniew  został  oślepiony  i  zmarł,
a  Bolesław  III  Krzywousty  podjął  decyzję  o  podziale  Polski  na  dzielnice  –
 jedną z najgorszych decyzji w naszych dziejach. W rezultacie w 1138 roku
Polska  stała  się  zlepkiem  księstw,  których  władcy  walczyli  ze  sobą
i rywalizowali o sukcesję. Z różnym powodzeniem.

W  1194  roku  zmarł  Kazimierz  Sprawiedliwy  (najmłodszy  syn

Krzywoustego)  a  jego  jedyny  potomek  –  Leszek  –  zaczął  kilka  lat  później
walczyć  o  ponowne  zjednoczenie  ziem  piastowskich.  Miał  jednak  rywala:

background image

Mieszko  III  Stary  –  syn  Bolesława  Krzywoustego  –  marzył  o  powrocie  na
stołeczną dzielnicę (skąd wcześniej został wygnany). Zanosiło się na wojnę,
która wybuchła w 1195 roku. Była to pierwsza wielka wojna polsko-polska.
Mieszko  zawarł  sojusz  z  księciem  opolskim  i  raciborskim,  Leszka  poparli
możnowładcy  krakowscy,  sandomierscy  i  mazowieccy  oraz  książę
włodzimierski  Roman.  Do  bitwy  doszło  13  września  nad  Mozgawą,  jednak
nie  zakończyła  się  ona  rozstrzygnięciem.  Mieszko  Stary  ostatecznie  dopiął
swego  i  zawarł  układ  z  matką  Leszka,  w  wyniku  czego  odzyskał  Kraków
i rządził nim niepodzielnie aż do swojej śmierci w 1202 roku. Leszek został
księciem  sandomierskim.  Po  Mieszku  tron  krakowski  objął  jego  syn
Władysław Laskonogi. Namieszał jeszcze papież Innocenty III, który wydał
bullę  przywracającą  statut  Krzyowustego.  I  znowu  doszło  do  wojny  między
Piastowicami  zainteresowanymi  schedą.  Aby  uniknąć  wojny  domowej,
książęta  zdecydowali  się  spotkać  w  Gąsawie  na  Kujawach  i  porozmawiać.
Nie  pojawił  się  tam  najbardziej  zainteresowany  Władysław  Laskonogi.
A sama narada nie spodobała się pomorskiemu Świętopełkowi. Zorganizował
on  napaść  na  książąt  obradujących  w  Gąsawie  i…  znowu  skorzystał
z pomocy Seryjnego. Seryjny przebił włócznią Leszka Białego. Młody książę
zginął  na  miejscu,  a  wielka  wojna  domowa  stała  się  kwestią  czasu.  O  roli
w  tej  wojnie  Seryjnego  niewiele  wiadomo,  bo  prastare  kroniki  nie
odnotowały  wszystkich  tajemniczych  zgonów  stronników  zwaśnionych  ze
sobą  Piastów.  Kolejną  jego  interwencję  odnotowały  3  grudnia  1266  roku.
Tym  razem  ofiarą  padł  nieznany  szerzej  książę  Henryk  III  Biały,  więc
sprawie trzeba się przyjrzeć bliżej.

Mamy  połowę  XIII  wieku.  Polska  pogrążona  jest  w  rozbiciu

dzielnicowym.  Na  zachodzie  walczą  między  sobą  Piastowie  Śląscy.
Założyciel tej linii – Henryk Brodaty – stara się budować silne państwo, które
przekazuje  synowi  Henrykowi  Pobożnemu.  Ten  ginie  w  wielkiej  bitwie
z  Tatarami  pod  Legnicą.  Zostawia  trzech  synów:  Bolesława  Rogatkę,  który
jako  senior  dziedziczy  po  nim  księstwo,  Mieszka  Lubuskiego,  który  umiera
rok później w tajemniczych okolicznościach (być może z pomocą Seryjnego,
ale  brak  źródeł  nie  pozwala  stwierdzić  tego  ze  struprocentową  pewnością)
i Henryka Białego. Bolesław Rogatka władzą dzielić się nie chciał i Henryk
stał  się  jego  rywalem.  Doprowadziło  to  do  buntu  możnych,  którzy  na  tron
wynieśli Henryka. Mimo młodego wieku, książę rządził żelazną ręką i zaczął
prowadzić  silną  politykę  zagraniczną,  wojny  (z  Piastami  wielkopolskimi)

background image

i  wreszcie  surowo  karał  możnych  niechętnych  by  podporządkować  się  jego
woli.  Doprowadziło  to  do  buntu.  Możnowładcy  sięgnęli  po  niezawodnego
w takich sytuacjach Seryjnego, a ten – rękami fałszywych służących – podał
Henrykowi truciznę. Henryk Biały zmarł otruty 3 grudnia 1266 roku. Gdyby
okoliczności  jego  śmierci  wyjaśniała  Prokuratura  Okręgowa  w  Warszawie,
kronikarz odnotowałby „otruł się bez udziału osób trzecich”.

Schedę  objął  po  nim  syn  Henryk  IV  nazywany  Probusem  (po  łacinie

„Prawy”).  Henryk  spędził  młodość  i  wykształcił  się  w  Pradze,  na  dworze
króla  czeskiego  Przemysława  Ottokara.  Gdy  w  końcu  został  uznany  za
samodzielnego  i  pełnoletniego  władcę  (1273),  zaczął  prowadzić  kapitalną
politykę, z jednej strony zawierając ze wszystkimi zainteresowanymi sojusze
(co  uchroniło  na  kilka  lat  państewko  od  wojny  i  zaowocowało  rozwojem
gospodarczym),  z  drugiej  umacniając  wewnętrznie  swoją  władzę  i  pozycję
pośród  innych  Piastów.  Rozwoju  jego  ziem  nie  przerwał  nawet  najazd
Arpadów na Śląsk.

Im  silniejszą  pozycję  zdobywał  Henryk,  tym  bardziej  drażnił  swoich

rywali.  Głównym  był  jego  wuj  –  Bolesław  II  Rogatka.  Rogatka  najpierw
zażądał dużej części terytorium Śląska, a gdy Henryk odmówił – porwał go.
Seryjny nie przyszedł z pomocą i Probus uwolnił się z niewoli. Zaczął starać
się  o  zjednoczenie  ziem  południowej  Polski  i  o  królewską  koronę.  W  1280
roku,  po  śmierci  Leszka  Czarnego,  rozbił  konkurentów  do  stolicy  i  został
księciem  krakowsko-sandomierskim.  Wyglądało  na  to,  że  zapisze  się
w  historii  Polski  jako  człowiek,  który  zjednoczył  rozbite  dzielnice.  Do  tego
jednak  nie  doszło.  Najpierw  popadł  w  konflikt  z  Władysławem  Łokietkiem,
który marzył o tym samym, a później umarł. I tym razem z gry wyeliminował
go  Seryjny.  Jak  zanotował  kronikarz  Ottokar  z  Horneck,  Probus  zmarł
z powodu spożycia zatrutego posiłku. Sprawa jest jednak o tyle ciekawa, że
to  pierwszym  w  historii  Polski  morderstwo  władcy,  w  którym  można
zidentyfikować jej sprawców.

Jeśli  wierzyć  Ottokarowi,  to  Seryjny  działał  na  zlecenie  możnowładców

krakowskich. Jeden z nich – zaufany Probusa – został wysłany jako posłaniec
do  Rzymu,  aby  załatwić  dla  swego  pana  jeśli  nie  oficjalną  koronację,  to
przynajmniej  zgodę  na  noszenie  berła  i  używanie  tytułu  królewskiego.
Ówcześnie  takiej  misji  nie  udało  się  zrealizować  bez  pieniędzy,  więc  poseł
wziął  ze  sobą  12  tysięcy  złotych  grzywien.  Jednak  po  drodze  chciwość
okazała  się  silniejsza  niż  polityka.  Dostojnik  ukradł  400  złotych  grzywien,

background image

a  papieżowi  spróbował  podsunąć  fałszywe  monety.  Wybuchł  skandal,
w  wyniku  którego  oszukany  papież  wyrzucił  posła  z  państwa  kościelnego,
pozbawiając tym samym Henryka złudzeń co do koronacji. Taki stan rzeczy
ściągnął  na  niefortunnego  magnata  książęcą  zemstę.  Legenda  mówi,  że
zdesperowany  możny,  aby  chronić  samego  siebie,  przekupił  dworzanina,
który otruł Henryka. Ale jest jeszcze jedna wersja: bardziej prawdopodobna.
Mówi  ona,  że  Seryjny  działał  na  zlecenie  trzech  możnowładców  śląskich
rozpaczliwie  bojących  się  jego  rosnącej  pozycji.  Kronikarz  Ottokar  mówi
o trzech braciach, z których jeden był posłem Henryka, drugi jego lekarzem
(i to ten miał otruć Probusa), a trzeci doradcą księcia. Wszyscy byli synami
nadwornego  medyka  księcia  Henryka  III  Pobożnego  i  jako  tacy  cieszyli  się
na  dworze  ogromnymi  wpływami.  I  być  może  to  właśnie  pomogło  im
dokonać  skutecznego  zamachu  na  księcia.  Historycy  dopuszczają  również
możliwość, iż spiskowcy działali na zlecenie Henryka V Brzuchatego, który
chciał  przejąć  schedę  po  Probusie.  Fakt,  iż  Brzuchaty  najbardziej  skorzystał
na śmierci Prawego, stawia go w kręgu podejrzanych. I tyle. Więcej zapisów
się nie zachowało. Jednak śmierć Henryka IV jest o tyle ciekawa, że po raz
pierwszy w naszych dziejach kronikarze identyfikują osoby działające w roli
Seryjnego.

Niebawem  Seryjny,  jak  zwykle,  znowu  namieszał.  Śmierć  Henryka

Probusa  otworzyła  po  raz  kolejny  pole  do  kłótni  o  senioralną  dzielnicę
Polski. Prawy, sam nie mając syna, wskazał jako swojego następcę bratanka
ciotecznego Przemysła II. Wywołało to konflikt z Władysławem Łokietkiem,
który  również  rościł  sobie  pretensje  do  stolicy.  Ostatecznie  z  rywalizacji  tej
chwilowo  wyszedł  zwycięsko  książę  czeski  Wacław  II.  Przemysł  nie
rezygnował  z  pomysłów  zjednoczenia.  Zawarł  sojusz  z  książętami
kujawskimi,  a  potem,  po  śmierci  księcia  Mściwoja  Pomorskiego,  uzyskał
Pomorze.  To  otworzyło  mu  drogę  do  koronacji.  26  czerwca  1295  roku,  za
zgodą  papieża  uzyskał  koronę  królewską  z  rąk  arcybiskupa  Jakuba  Świnki.
Po  raz  pierwszy  od  219  lat  Polska  miała  króla.  Poprzednim  był  Bolesław
Szczodry,  którego  Seryjny  dopadł  w  Ossiachu.  Korona,  coraz  większe
terytorium i rosnąca pozycja Przemysła wywołała zawiść jego konkurentów.
Margrabiowie  brandenburscy  zorganizowali  próbę  jego  uprowadzenia.
Napadli  go  8  lutego  w  Rogoźnie  koło  Gniezna.  Przemysł,  ochraniany  przez
garstkę  rycerzy,  nie  miał  szans  w  starciu  z  Brandenburczykami.  Przewaga
liczebna  okazała  się  kluczowa.  Przemysł  zginął,  walcząc  własnoręcznie  do

background image

ostatnich  chwil.  Prawdopodobnie  do  Brandenburczyków  dołączyły  później
siły  możnowładców  niechętnych  młodemu  królowi.  Monarcha  poległ
z  bronią  w  ręku,  nie  kończąc  swego  dzieła  zjednoczenia  Polski.  Był  to
pierwszy  i  jedyny  w  Polsce  przypadek  królobójstwa  dokonanego  na
urzędującym i legalnym władcy.

Śmierć Przemysła znów otworzyła drogę do wojny o Kraków. Formalnie

jego  władcą  był  teraz  Wacław  II,  a  po  nim  jego  syn  Wacław  III.
A  najważniejszym  pretendentem  był  książę  Władysław  Łokietek  walczący
o scalenie polskich ziem. Ten ostatni, zabiegał o swój cel tak agresywnie, że
w 1306 roku przejął całą Małopolskę z wyjątkiem kilku miejsc obsadzonych
przez  wiernych  Wacławowi  rycerzy.  Czeski  władca  zaczął  więc  szykować
wielką wojnę, raz na zawsze rozprawić się z Łokietkiem. Wynik wydawał się
z  góry  przesądzony,  jednak  niespodziewanie  Łokietkowi  pomógł  Seryjny.
4 sierpnia 1306 roku w Ołomuńcu dopadł Wacława III rękami niemieckiego
żołnierza  Konrada  von  Bottenstein.  Podejrzenia  padały  na  rywali  Wacława,
jednak  sam  zabójca  nie  potwierdził  ich.  Nim  minęły  24  godziny  od
morderstwa,  sam  zginął  od  ciosu  sztyletem.  I  tak  wszelkie  ślady  zniknęły,
a zbrodnia pozostała niewyjaśniona.

W  ten  sposób  Seryjny  pomógł  Władysławowi  Łokietkowi.  Polski  książę

zaczął  podporządkowywać  sobie  kolejne  grody  i  ziemie,  by  w  końcu
osiągnąć  to,  o  czym  marzył  całe  życie.  20  stycznia  1320  roku  został
koronowany  na  króla  w  krakowskiej  katedrze.  Była  to  pierwsza  ceremonia
koronacyjna  w  grodzie  Kraka.  I  wspaniałe  zwieńczenie  wieloletnich
zabiegów Łokietka o scalenie Polski. A także koniec okresu aktywnej pracy
Seryjnego. Nigdy ani wcześniej, ani później w historii Polski, aż do czasów
Donalda  Tuska,  Seryjny  nie  pojawiał  się  tak  często  jak  w  okresie  rozbicia
dzielnicowego.

Koronacja  Władysława  Łokietka  kończy  okres  osłabienia  państwa

i  rozpoczyna  czasy  polskiej  drogi  do  świetności.  To  także  moment,  kiedy
Seryjny  przestaje  siać  zamieszanie  w  naszym  kraju,  a  eliminuje  osoby
polskim  władcom  nieprzychylne.  Jako  pierwszy  jego  ofiarą  pada  wielki
mistrz  krzyżacki  Werner  von  Orseln,  zabity  18  listopada  1330  roku
w Malborku przez zbuntowanego rycerza. Jego śmierć zahamowała wojenne
zapędy  Krzyżaków  i  napady  na  polskie  pogranicze.  Kontynuował  je  wielki
mistrz Dietrich von Altenburg. Von Altenburg przegrał w sądzie papieskim,
który  nakazał  mu  zwrócić  Polsce  ogromną  część  zagrabionych  ziem.

background image

Rozgniewany  mistrz  zaproponował  Kazimierzowi  Wielkiemu  negocjacje,
a  polski  władca  zgodził  się.  Na  spotkanie  umówili  się  w  Toruniu
w  październiku  1341  roku.  Von  Altenburg  przybył  i  nagle…  zachorował.
6  października  zmarł  (najprawdopodobniej  z  powodu  otrucia),  nie
doczekawszy  się  polskiego  monarchy.  I  znowu  Seryjny  sprawił,  że  widmo
niebezpieczeństwa  na  kilka  lat  zostało  zażegnane.  Przeszło  cztery  dekady
później na zawał serca zmarł Winrich von Kniprode – wielki mistrz, którego
celem politycznym stało się zniszczenie Polski. W 1393 roku Seryjny dopadł
kolejnego  Wielkiego  Mistrza.  Konrad  von  Wallenrode  zmarł  w  kluczowym
momencie  przygotowań  do  walki  Litwą.  Po  bitwie  pod  Grunwaldem  Zakon
Krzyżacki  nie  odzyskał  już  dawnej  potęgi  i  Seryjny  mógł  rozejrzeć  się  za
innymi  osobami  czyhającymi  na  zgubę  piastowskiej  Polski.  Dopadał
regularnie  chanów  i  zagończyków  tatarskich,  którzy  podczas  marszów  na
Lechistan ginęli z rąk swoich rycerzy albo umierali otruci.

Wiek  XV,  XVI  i  początek  XVII  to  złoty  okres  historii  Polski.

Rzeczpospolita  Obojga  Narodów  przyćmiewała  całą  Europę  potęgą,
wielkością  i  wolnościami  obywatelskimi.  Kroniki  tamtej  epoki  milczą
o  przypadkach  politycznych  skrytobójstw  i  głośnych  samobójstw  osób
niechętnych władzy. Wiek XVII upłynął pod znakiem wojen wewnętrznych,
rokoszy,  najazdów  szwedzkich,  tureckich,  rosyjskich,  tatarskich,  duńskich
i brandenburskich. Pisarze relacjonowali więc znamienite sukcesy polskiego
oręża i równie znamienite porażki. Minęło jeszcze sto lat z górą, gdy Seryjny
znowu  pojawił  się  na  polskiej  scenie.  Tym  razem  jego  ofiarą  padł  Tadeusz
Rejtan  –  poseł,  który  sprzeciwiał  się  uznaniu  Sejmu  Rozbiorowego.
8  sierpnia  1780  roku  Rejtan  popełnił  samobójstwo  w  swoim  majątku
w  pobliżu  Nowogródka.  Tym  samym  Rejtan  stał  się  pierwszym
odnotowanym w polskiej historii samobójcą politycznym.

W  1795  roku  Polska  zniknęła  z  mapy  Europy,  a  wraz  z  nią  zniknął

Seryjny  Skrytobójca.  Pojawiał  się  jeszcze  okazjonalnie  np.  w  okresie
powstania  styczniowego,  inspirując  tzw.  sztyletników  (egzekutorów
wykonujących wyroki śmierci). Ale na stałe zagościł w Polsce po odzyskaniu
niepodległości.  Wtedy  zaczął  swoistą  transformację.  Będąc  cały  czas
Skrytobójcą, powoli zaczął przeistaczać się w Samobójcę. Wtedy właśnie żył
Włodzimierz  Iljicz,  który  pouczał,  że  prawdziwa  sztuka  to  spowodować
czyjąś  śmierć  samobójczą  lub  naturalną.  W  II  RP  nasz  antybohater  –  ciągle
jeszcze  jako  Skrytobójca  –  miał  zajęcie,  mordując  przeciwników

background image

politycznych  Józefa  Piłsudskiego.  Jego  ofiarami  padli  m.in.  generał
Włodzimierz  Zagórski  (zaginiony  6  sierpnia  1927  r.,  pisał  pamiętniki,
w  których  chciał  ujawnić  wstydliwe  sekrety  Piłsudskiego)  oraz  faktyczny
zwycięzca  bitwy  warszawskiej  1920  roku  –  generał  Tadeusz  Rozwadowski
(otruty, zmarł w październiku 1928 roku).

Najgłośniejszym  samobójstwem  II  RP  była  śmierć  Walerego  Sławka  –

 jednego z najbliższych współpracowników i przyjaciół Józefa Piłsudskiego.
Trzeba przyjrzeć się jej nieco bliżej.

Gdy w 1935 roku zmarł Józef Piłsudski, Sławek miał zostać prezydentem

Polski. Zakładał tak polityczny plan Marszałka. Nie został on zrealizowany.
Mościcki  nie  ustąpił  z  zajmowanego  stanowiska  (jak  zakładał  Piłsudski)
i  zawarł  nieformalne  porozumienie  z  Edwardem  Rydzem-Śmigłym.  Celem
było  wyeliminowanie  Sławka  z  polityki.  Tracąc  z  dnia  na  dzień  wpływy,
odsuwany  od  najważniejszych  decyzji,  Sławek  12  października  1935
roku  złożył  dymisję  z  funkcji  szefa  rządu.  Od  tamtego  momentu  regularnie
tracił  pozycję:  został  szeregowym  posłem,  przestał  być  prezesem  Związku
Legionistów  Polskich,  udaremniono  jego  starania  o  fotel  marszałka  Sejmu,
potem  stracił  nawet  mandat  poselski.  Zawiedziony  przez  przyjaciół,
zdradzony przez współpracowników, Sławek podjął najbardziej dramatyczną
decyzję w swoim życiu i 2 kwietnia 1939 roku odebrał sobie życie, strzelając
w usta z pistoletu. Pistolet okazał się stary i wysłużony. Kula nie miała tego
impetu, co zawsze. Rannego Sławka odnaleziono i przewieziono do szpitala,
gdzie  zmarł.  Wkrótce  potem  wybuchła  II  wojna  światowa  i  Polska  znów
znalazła  się  na  zakręcie  dziejów.  A  Seryjny  pojawił  się  w  najmniej
oczekiwanym momencie.

Był  1  lipca  1942  roku.  W  Nowym  Jorku  odnaleziono  zwłoki  generała

Bolesława  Wieniawy-Długoszowskiego  –  ambasadora  Rządu  Polskiego  na
Uchodźstwie  (Wieniawa  był  ambasadorem  w  Hawanie).  Oficjalnym
motywem  tragedii  było  rozgoryczenie  z  powodu  odsuwania  generała
(wieloletniego 

adiutanta 

Piłsudskiego) 

od 

najważniejszych 

działań

i  spychania  go  na  margines  polityki.  Szybko  jednak  pojawiły  się  plotki
wiążące jego śmierć z sądem kapturowym złożonym z byłych piłsudczyków.
Według  tej  hipotezy  Wieniawa  miał  paść  ofiarą  rozgrywek  między
piłsudczykami  a  sikorszczykami,  którym  w  ostatnich  miesiącach  zaczął
służyć. Śledztwo szybko zostało zamknięte i nie wykazało ani działania osób
trzecich, ani nie potwierdziło ze stuprocentową pewnością samobójstwa. Jeśli

background image

więc tym razem Seryjny objawił się w swoim nowym wcieleniu, to adiutant
Marszałka był jego pierwszą ofiarą.

Po  klęsce  hitlerowskich  Niemiec  nastał  nowy  porządek  podzielonego  na

dwa  bieguny  świata,  a  Seryjni  Samobójcy  z  całego  globu  dostawali  sporo
zleceń  zarówno  od  USA,  jak  i  ZSRR.  Nasz  Seryjny  pojawił  się  zaraz  po
wojnie, a jego zlecenie polegało na wyeliminowaniu wszystkich, którzy znali
prawdę o zbrodni katyńskiej. Tak się też stało. Spośród wszystkich członków
komisji,  która  w  1943  roku  badała  zbrodnie  na  polskich  oficerach,
w  dziwnych  okolicznościach  zginęli  prawie  wszyscy.  Wtedy  nasz
antybohater oficjalnie zmienił się w Seryjnego Samobójcę. Jego czas zaczął
się  wtedy,  gdy  ludowa  Polska  chyliła  się  ku  upadkowi.  Służby  specjalne
wyreżyserowały  wówczas  operację  pod  nazwą  okrągły  stół,  aby  w  nowym
ustroju  zapewnić  sobie  jak  największe  wpływy.  To  oczywiście  musiało
napotkać  opór  osób  mających  inną  wizję  Polski,  chcących  rozliczać  dawny
ustrój i wyrosłych z niego zbrodniarzy. Przed Seryjnym otwierało się pole do
największej aktywności.

background image

Rozdział I

Sygnały ostrzegawcze

Był 7 maja 1977 roku. Polską wstrząsnęła informacja o tym, że w bramie

kamienicy  przy  ulicy  Szewskiej  7  w  Krakowie  odnaleziono  zwłoki
Stanisława  Pyjasa  –  studenta  polonistyki  na  Uniwersytecie  Jagiellońskim.
Pyjas  związany  był  z  Komitetem  Obrony  Robotników.  W  działanie  tej
aranżacji zaangażował się spontanicznie rok wcześniej. Zajął się – jak tysiące
innych  osób  –  pomocą  prześladowanym  robotnikom  z  fabryk  w  Radomiu
i Ursusie.

Śmierć  Pyjasa  od  razu  wywołała  kontrowersje.  Część  działaczy

opozycyjnych  od  początku  twierdziła,  że  za  morderstwem  stoją  „nieznani
sprawcy” ze Służby Bezpieczeństwa. Środowisko studenckie ogłosiło bojkot
juwenaliów.  W  międzyczasie  Bronisław  Wildstein  –  przyjaciel  Pyjasa  –
  przekupił  dozorcę  w  kostnicy  i  zobaczył  zwłoki  zamordowanego.  Ponad
trzydzieści  lat  później,  wypowiadając  się  do  kamery  w  filmie  „Trzech
kumpli”, Wildstein przyznał, że na twarzy i głowie Pyjasa widać było ślady
pobicia.
Tymczasem  w  sprawie  śmierci  młodego  studenta  wszczęto  śledztwo,  które
poprowadził prokurator Henryk Sołga z krakowskiej prokuratury. Wykazało
ono,  że  przyczyną  zgonu  były  liczne  obrażenia.  Co  do  tego  nikt  nie  ma
wątpliwości.  Pozostaje  jednak  pytanie,  skąd  się  one  wzięły.  Według
oficjalnej  wersji:  Pyjas  po  pijanemu  spadł  ze  schodów,  poranił  się  ciężko
i  zachłysnął  się  własną  krwią.  Takie  też  były  ustalenia  śledztwa,  które  nie
wykazało, aby jakiekolwiek osoby trzecie przyczyniły się do zgonu studenta.
Śledztwo  po  kilku  miesiącach  umorzono.  Gdy  upadł  PRL,  sprawa  wracała
jeszcze trzykrotnie, ale nigdy nie udało się wyjaśnić tej zbrodni i wykryć jej
prawdziwych sprawców.

background image

Według wersji oficjalnej Pyjas upił się i spadł ze schodów. Jednak…jego

koledzy, którzy mieli z nim kontakt w ostatnich dniach życia, zwracali uwagę
na  to,  że  wówczas  kręcili  się  wokół  niego  funkcjonariusze  Służby
Bezpieczeństwa. Tak mówił choćby Stanisław Pietraszko – kolega Pyjasa od
najmłodszych  lat.  Pietraszko  pochodził  z  wioski  koło  Żywca.  Pyjasa  poznał
w  podstawówce.  To  wówczas  się  zaprzyjaźnili.  W  1973  roku  obaj  zdali
maturę  i  rozpoczęli  studia  na  Uniwersytecie  Jagiellońskim.  Pyjas  studiował
polonistykę,  Pietraszko  fizykę.  Obaj  mieszkali  w  domu  studenckim
„Żaczek”.  Pietraszko  w  odróżnieniu  od  swojego  kolegi  nie  angażował  się
w  żadną  działalność  polityczną  i  skupiał  na  rozszerzaniu  wiedzy  z  fizyki.
6  maja  wieczorem,  Pietraszko  stał  w  oknie  akademika  i  wówczas  zobaczył
Pyjasa  odchodzącego  w  stronę  centrum  miasta  i  podążającego  za  nim
nieznanego  mężczyznę.  Pietraszko  nie  znał  jego  nazwiska,  ale  zapamiętał
jego  wygląd.  Trzy  tygodnie  później  w  gazecie  wyczytał  apel  prokuratury
skierowany do wszystkich osób mających jakąkolwiek wiedzę w tej sprawie,
o  zgłoszenie  się  i  złożenie  zeznań.  Pietraszko  zgłosił  się  i  opisał  człowieka,
który podążał za Pyjasem w przeddzień jego śmierci.
Te  zeznania  go  zgubiły.  W  lipcu  wraz  z  kolegami  ze  studiów  pojechał  nad
Zalew Soliński i… nie wrócił. 30 lipca wieczorem na chwilę odłączył się od
towarzystwa  zgromadzonego  przy  ognisku.  Nie  przyciągnęło  to  niczyjej
uwagi. Następnego dnia znaleziono jego zwłoki w Zalewie Solińskim.

Śledztwo,  które  w  tej  sprawie  wszczęła  policja  w  Lesku,  wykazało,  że

Pietraszko  utonął,  gdy  chciał  popływać.  Wskazywał  na  to  fakt,  że  miał  na
sobie  kąpielówki  i  czepek.  Ta  wersja  jednak  nie  spotkała  się  z  akceptacją
wśród studentów. Ci bowiem pamiętali dobrze, że Pietraszko obsesyjnie bał
się wody i nie umiał pływać. Wydawało się więc wątpliwe, aby nagle poczuł
taką  chęć  i  to  jeszcze  późnym  wieczorem.  To  nie  wszystko.
Anatomopatolodzy  współpracujący  z  KOR  zwrócili  uwagę  na  jeszcze  jeden
bardzo ważny szczegół. W płucach Pietraszki znajdowało się powietrze. Gdy
człowiek  tonie  i  dusi  się,  z  jego  płuc  znikają  resztki  powietrza.  Co  więcej:
zwłoki  Pietraszki  pływały  po  jeziorze  plecami  do  góry,  tymczasem  zwłoki
topielca  idą  na  dno  (woda  zalewa  płuca  i  narządy  wewnętrzne,  dodając
ciężaru ciału). Anatomopatolodzy byli jednomyślni, że takie obrażenia mogły
powstać  tylko  dlatego,  że  do  Zalewu  Solińskiego  wrzucono  już  zwłoki
Pietraszki, którego zamordowano wcześniej w innym miejscu.

W  trakcie  śledztwa  wyszło  na  jaw,  że  Stanisław  Pietraszko  oczekiwał

background image

przybycia  pewnej  młodej  dziewczyny.  Ta  jednak  nie  dotarła  na  miejsce.
Dzień  przed  jego  śmiercią  ktoś  ukradł  mu  dowód  osobisty.  Mógł  to  być
przypadek,  ale  mogła  też  być  celowa  gra  (dowód  ukradziono  po  to,  aby
upewnić się, że to ten człowiek, którego trzeba wyeliminować). Jednak kilka
dni później ten właśnie dowód osobisty przekazała milicji w Żywcu badająca
sprawę  śmierci  Pietraszki  prokuratura.  Nigdy  nie  udało  się  wyjaśnić  skąd
prokuratura  miała  dowód  osobisty  Pietraszki,  skoro  dokument  ten  został
skradziony.

Jesienią  1977  roku  Prokuratura  Rejonowa  w  Lesku  umorzyła  sprawę

śmierci Stanisława Pietraszki. Stwierdzono, że ona nastąpiła bez udziału osób
trzecich.  Gdy  kilkanaście  lat  później,  już  po  upadku  komunizmu,  wszczęto
ponownie  śledztwo  w  tej  sprawie,  nie  udało  się  ponownie  odtworzyć
okoliczności  jego  zgonu.  Okazało  się  bowiem,  że  akta  śledztwa  w  sprawie
jego  zaginięcia  zostały  przekazane  na  makulaturę,  a  mikrofilmów  nie
wykonano.  W  międzyczasie  nie  pojawiły  się  żadne  nowe  tropy,  które
mogłyby podważyć oficjalną wersję śledztwa.
Stanisław  Pietraszko  był  pierwszą  osobą,  która  zapłaciła  życiem  za  wiedzę
o  zbrodni  na  Stanisławie  Pyjasie.  Jak  się  dziś  okazuje,  pierwszą  z  wielu.
W aktach śledztwa Instytutu Pamięci Narodowej (to on dziś prowadzi sprawę
śmierci 

krakowskiego 

studenta) 

znajduje 

się 

intrygująca 

notatka

funkcjonariusza  krakowskiej  Służby  Bezpieczeństwa  sporządzona  po
rozmowie  z  Tadeuszem  S.  Opowiedział  on,  że  podczas  wspólnej  libacji
alkoholowej z kolegą – Janem Knapikiem, Knapik powiedział mu wprost, że
zlecił  pobicie  Stanisława  Pyjasa  Marianowi  Węclewiczowi  –  bokserowi
z  klubu  sportowego  „Cracovia”.  Węclewicz  miał  szerokie  kontakty
w  krakowskim  półświatku  i  znany  był  milicji  z  różnych  kryminalnych
wybryków.  Wspomniany  Tadeusz  S.  poinformował  SB,  że  to  zlecenie  stało
się powodem konfliktu między Wenclewiczem a Knapikiem. Knapik bowiem
miał  obiecać  za  „robotę”  100  dolarów,  ale  dał  mu  tylko  20  i  bokser  robił
wszystko, aby odzyskać resztę pieniędzy. Jednak notatkę opatrzono klauzulą
tajemnicy  państwowej  i  nie  przekazano  jej  do  śledztwa.  Sprawa  wydała  się
dopiero w latach 90., kiedy dokument zdobył prokurator prowadzący sprawę.
Okazało  się  jednak,  że  nie  uda  mu  się  przesłuchać  żadnego  z  bohaterów
zdarzeń.  Marian  Węclewicz  –  bokser,  który  według  tej  wersji  miał  pobić
Pyjasa – w 1977 roku sam po pijanemu spadł ze schodów i zabił się. Z kolei
Jan  Knapik,  który  miał  mu  zlecić  pobicie  studenta,  kilka  miesięcy  później

background image

zmarł na tajemniczy zawał serca. Na zawał zmarł również Tadeusz S., który
był  pierwszym  informatorem  SB  w  tej  sprawie.  Żaden  z  nich  nie
zdążył złożyć zeznań.
W  1993  roku,  gdy  śledztwo  w  sprawie  śmierci  Pyjasa  prowadzone  było  od
nowa, prokuratorzy dotarli do przełomowego świadka. Był to Jerzy Druzgała
– wówczas świeżo upieczony biznesmen i właściciel kantorów, a w latach 70.
i 80. cinkciarz, który nielegalnie handlował walutą. Druzgała zeznał, że nocą
z  6/7  maja  1977  roku  widział,  jak  dwaj  mężczyźni  przenosili  na  Szewską
zwłoki  młodego  człowieka.  Gdy  go  tam  pozostawili  i  odeszli,  Druzgała
przyjrzał  się  denatowi  bliżej  i  zapamiętał  rysy  jego  twarzy.  Gdy  później
pokazano  w  mediach  zdjęcie  Stanisława  Pyjasa,  Druzgała  nie  miał
wątpliwości. To jego widział niesionego przez dwóch nieznanych mężczyzn.
Te zeznania pozwalały  obalić oficjalną wersję  mówiącą o tym,  że Pyjas był
pijany,  spadł  ze  schodów  i  zabił  się.  Druzgała  złożył  zeznania  i  kilkanaście
dni  później  już  nie  żył.  Został  napadnięty  w  swoim  kantorze  przy  ulicy
Wiślnej  (centrum  miasta)  i  zabity  nożyczkami.  Sprawę  prowadził  O.  –
 komisarz policji, który wcześniej pracował w Służbie Bezpieczeństwa i, jeśli
wierzyć  ustaleniom  historyków,  z  nieznanych  powodów  bardzo  nie  chciał,
aby prawda o śmierci Pyjasa ujrzała światło dzienne.

Jak  to  się  stało,  że  Jerzy  Druzgała  znalazł  się  na  miejscu?  Jak  zeznał

prokuratorom, tamtego dnia kręcił się w pobliżu rynku, ponieważ w rynnach
tamtejszych  kamienic  urządził  skrytki,  w  których  trzymał  większe  ilości
dewiz.  (Druzgała  nie  nosił  ich  przy  sobie.  Po  pierwsze  dlatego,  żeby  nie
stracić  pieniędzy  w  razie  ewentualnego  napadu;  po  drugie  nie  chciał,  aby
obca waluta wpadła w ręce esbeków, gdyby ci chcieli go przesłuchać.) Nocą
z  6/7  maja  był  właśnie  przy  jednej  ze  swoich  tajemniczych  skrytek  i  wtedy
zauważył dwóch ludzi przenoszących zwłoki Pyjasa.

Po tych zeznaniach prowadzący sprawę prokurator postanowił przesłuchać

też  innych  byłych  krakowskich  cinkciarzy.  To  oni  –  dorabiający  sobie
o  dziwnych  porach,  znający  wszystkie  zakamarki  miasta  –  wydawali  się
dobrze  poinformowanym  środowiskiem.  Ten  trop  okazał  się  właściwy.
Prokuratorzy przesłuchali Zygmunta P. i Jana Sz. Obaj zeznali, że nocą z 6/7
maja  1977  roku  widzieli  dwóch  mężczyzn  podążających  za  młodym
człowiekiem  (później  stwierdzili,  że  był  to  Stanisław  Pyjas).  I  nie  było  to
przy  ulicy  Szewskiej,  tylko  w  innym  miejscu.  Obaj  cinkciarze  złożyli
zeznania  i  wkrótce  później  zginęli.  Jan  Sz.  utopił  się  podczas  kąpieli  na

background image

Bagrach  (sprawę  później  umorzono,  jej  akt  już  nie  ma,  bo  zostały
przeznaczone  na  makulaturę).  Kilka  tygodni  później  umarł  Zygmunt  P.
W  tym  samym  roku  zmarł  Zbigniew  Z.  –  były  funkcjonariusz  krakowskiej
Służby  Bezpieczeństwa,  który  w  1977  roku  zajmował  się  dezinformacją
śledztwa w sprawie śmierci Pyjasa.

Minęło  wiele  lat  zanim  pojawiły  się  nowe  okoliczności  w  tej  sprawie.

Według  świeżych  informacji  bezpośrednim  sprawcą  zabójstwa  Pyjasa  miał
być  niejaki  Zygmunt  P.  ps.  „Bronek”  –  homoseksualista  i  rzezimieszek
z  Krakowa,  znany  lokalnej  milicji  i  esbecji.  „Bronek”  to  nie  tylko  ksywka
z  półświatka.  To  również  kryptonim  z  akt  Służby  Bezpieczeństwa.  Według
tej  wersji  (dość  prawdopodobnej),  „Bronek”  od  połowy  lat  70.  był
wynajmowany 

przez 

Służbę 

Bezpieczeństwa 

do 

mokrej 

roboty,

a  najważniejsze  zlecenie  dostał  w  maju  1977  roku  i  miało  to  być  właśnie
zamordowanie  Pyjasa.  Jednak  twardych  dowodów  na  to  nie  ma.  Obecnie
toczy  się  kolejne,  piąte  już  śledztwo  w  tej  sprawie,  jednak  szanse  na
postawienie przed sądem osób odpowiedzialnych za to głośne morderstwo są
już  zbliżone  do  zera.  W  dużej  mierze  to  „zasługa”  Seryjnego,  który
wyeliminował świadków zbrodni przedstawiających inną niż oficjalna wersję
zdarzeń. A byli esbecy, którzy mają wiedzę o kulisach sprawy, dziś pobierają
wysokie  resortowe  emerytury  i  nieźle  dorabiają  w  biznesie  (trzech  byłych
funkcjonariuszy  SB  należy  dziś  do  śmietanki  towarzyskiej  Krakowa).  Nikt
więc,  poza  rodziną  zamordowanego  studenta,  nie  jest  zainteresowany  walką
o  prawdę.  Seryjny  wysłał  w  ten  sposób  sygnał  ostrzegawczy.  Każdy,  kto
będzie  miał  jakąkolwiek  wiedzę  niezgodną  z  oficjalną  linią  śledztwa,  może
w  niewyjaśniony  sposób  rozstać  się  z  życiem.  Przyszłość  pokazała,  że  nie
wszyscy  ten  sygnał  zrozumieli  właściwie.  I  dlatego,  po  sprawie  Stanisława
Pyjasa, Seryjny zaczął mieć pełne ręce roboty.

Stanisława  Pyjasa  pochowano  w  Gilowicach  na  Żywiecczyźnie  –  na

cmentarzu  w  pobliżu  jego  domu  rodzinnego.  Na  jego  grobowcu  –  oprócz
zdjęcia – zamieszczono wymowny napis:

Żyję, nie widząc gwiazd
Mówię, nie rozumiejąc słów
Czekam, nie licząc dni
Aż ktoś przebije ten mur

background image

Rozdział II

Długa ręka SB

Przestań  gadać  albo  skończysz  w  Wiśle  jak  twój  brat  –  te  słowa

wielokrotnie  słyszał  w  słuchawce  telefonu  Józef  Popiełuszko  –  brat  księdza
Jerzego.  Był  początek  lat  90.  To  właśnie  on  swoimi  zeznaniami  pomagał
śledczym  nowej  Polski  w  wyjaśnieniu  prawdy  o  zbrodni  na  kapelanie
„Solidarności”.  Szantażyści  domagali  się  od  niego  i  jego  najbliższych,  aby
nie rozmawiali z prokuratorami, niczego nie pamiętali i nie mówili na temat
księdza. Kilkakrotnie grozili im śmiercią.Józef Popiełuszko był nieustraszony
w dążeniu do ustalenia prawdy o śmierci brata. Za swoją wytrwałość zapłacił
wielką  tragedią.  W  1992  roku  w  białostockim  szpitalu  zmarł  jego
osiemnastoletni  syn  Tomasz  –  chrześniak  księdza  Jerzego.  W  akcie  zgonu
wpisano  jako  przyczynę  „zatrucie  alkoholem  metylowym”  –  wyjątkowo
nietypowa  przyczyna  jak  na  młodzieńca  w  dodatku  nienadużywającego
alkoholu. Tą samą przyczynę podano w akcie zgonu Danuty Popiełuszkowej
– żony Stanisława Popiełuszki – drugiego brata księdza Jerzego, która zmarła
1  lutego  2000  roku.  Pani  Popiełuszkowa  znana  była  jako  osoba  niepijąca.
Zadziwia  również  zawartość  alkoholu  w  jej  krwi,  przekraczająca  o  wiele
dawkę śmiertelną. Mimo próśb rodziny nie udało się wykonać sekcji zwłok,
która wskazałaby prawdziwą przyczynę zgonu.

–  Na  jej  rękach  zauważyłem  malutkie  ślady  po  igłach,  w  okolicach  żył.

Wskazywały  one,  że  ktoś  wstrzyknął  tej  pani  do  żył  truciznę  w  formie
stężonego  alkoholu.  Potem  przełożony  naciskał  mnie,  abym  nikomu  o  tym
nie wspominał i jak najszybciej zapomniał o sprawie – opowiadał mi w 2007
roku pragnący zachować anonimowość lekarz z białostockiego szpitala, który
jako jeden z pierwszych oglądał ciało zmarłej.

background image

Metylowy zabójca

Zastraszanie  Józefa  Popiełuszki  i  tajemnicza  śmierć  jego  małżonki  to

zaledwie jeden z wielu tragicznych epizodów brutalnej gry służb specjalnych
PRL-u. Jej celem od początku jest zamknięcie ust wszystkim osobom, które
mogłyby podważyć oficjalną wersję zbrodni na księdzu Jerzym Popiełuszce.
Ta  gra  zaczęła  się  w  kilka  dni  po  męczeńskiej  śmierci  kapelana
„Solidarności” i nieprzerwanie trwa do dziś.

Oficjalna wersja śledztwa dotycząca odnalezienia zmasakrowanych zwłok

księdza jest kłamstwem. To Krzysztof Mańko – płetwonurek z Wrocławia –
 już 26 października 1984 roku, w godzinach popołudniowych jako pierwszy
odnalazł w Wiśle i wyłowił ciało księdza Popiełuszki. To, co działo się kilka
godzin  później,  wiadomo  dzięki  zeznaniom  osób  obecnych  w  tym  dniu  na
tamie.  „Zwłoki  zostały  ponownie  wyłowione  przez  płetwonurków,
a następnie zaczepione do pontonu i holowane w ten sposób do brzegu. Tam,
gdzie znajdowała się chwilowa baza płetwonurków i ekipy poszukiwawczej,
podjechał  samochód  marki  Nysa  i  do  niego  zostały  załadowane  zwłoki”  –
  czytamy  w  protokole  przesłuchania  Andrzeja  Czerwińskiego  –
 włocławskiego płetwonurka. Dzięki m.in. tym zeznaniom, prokuratorzy IPN
ustalili,  że  człowiekiem,  który  pierwszy  wydobył  zwłoki  księdza,  był
Krzysztof  Mańko.  Krewni  płetwonurka,  do  których  dotarliśmy,  opowiadają,
że  po  tym  wydarzeniu  Mańko  czegoś  panicznie  się  bał.  Nie  chciał  z  nikim
rozmawiać,  zamknął  się  w  sobie,  a  w  końcu  wyszedł  z  domu  i  więcej  nie
wrócił.  Otrzymał  paszport  i  1  listopada  1984  roku  wyjechał  z  Polski.  Dziś
mieszka  i  pracuje  w  Grecji.  Po  2000  roku  udało  mu  się  skutecznie  uniknąć
spotkania ze śledczymi Instytutu Pamięci Narodowej. Tylko ten płetwonurek
mógłby  pomóc  w  ustaleniu,  co  działo  się  z  ciałem  księdza  przed  jego
ostatecznym  wydobyciem  z  Wisły  30  października.  Sam  Mańko  do  dziś
milczy  i  nie  chce  wracać  do  Polski.  Gdy  w  2003  roku  śledztwo  IPN
w  sprawie  śmierci  księdza  Jerzego  szło  pełną  parą,  a  do  Mańki  zaczęli
docierać  prokuratorzy,  nagle  został  podpalony  jego  dom  w  pobliżu  Aten.
Kilka lat później śledztwo w sprawie podpalenia umorzono.

background image

Równie  tajemnicze  są  okoliczności  śmierci  Tadeusza  Reznerowicza.  To

rybak  z  włocławskiej  spółdzielni  Certa.  Miał  zwyczaj  wieczorami  kłusować
po  Wiśle.  Towarzyszyli  mu  w  tym  kolega  i  szwagier.  25  października
1984  r.,  ok.  godz.  22.00,  Reznerowicz  i  jego  dwaj  towarzysze  widzieli,  jak
tajemniczy mężczyźni wrzucają do zalewu ciało księdza Popiełuszki. Byli tak
blisko,  że  zwłoki  kapłana  omal  nie  wpadły  do  ich  łódki.  Trzej  mężczyźni
obiecali sobie milczenie. Bali się o swoje życie. To, co widzieli, powtórzyli
dopiero  prokuratorom  IPN.  Kilka  tygodni  po  złożeniu  zeznań  Reznerowicz
trafił do szpitala, gdzie po kilku dniach umarł. W akcie zgonu jako przyczynę
śmierci  wpisano  zatrucie  alkoholem  metylowym.  Biorąc  pod  uwagę  datę
śmierci,  rodzaj  choroby  i  okres  pobytu  w  szpitalu,  należałoby  przyjąć,  że
Reznerowicz zatruł się alkoholem podczas hospitalizacji. Znajomi pamiętają
go  jako  człowieka  cieszącego  się  udanym  życiem  rodzinnym,  szczęśliwego,
zdrowego.  Czy  to  możliwe,  aby  szczęśliwy  mężczyzna  po  50-tce  popełnił
samobójstwo, upijając się zatrutym alkoholem? Wyjaśnienie tej sprawy może
być bardzo trudne, bo sekcji zwłok Reznerowicza nie przeprowadzono, choć
jego rodzina starała się o to. W 2007 roku we Włocławku umarł drugi rybak,
który  feralnej  nocy  kłusował  w  pobliżu  tamy  –  Jan  Olszewski.  I  znowu
okazało  się,  że  w  oficjalnym  akcie  zgonu  wpisano  jako  przyczynę  zatrucie
alkoholem metylowym!

Pożar u sąsiada

Cień  szansy  na  wyjaśnienie  prawdy  o  zbrodni  miał  Andrzej  Grabiński  –

  w  okresie  PRL-u  znany  obrońca  opozycjonistów,  podczas  „procesu
toruńskiego”  oskarżyciel  posiłkowy  reprezentujący  rodzinę  Popiełuszków.
Grabiński  od  początku  dostrzegał  rażące  błędy  w  postępowaniu  sądowym,
które  nie  doprowadziło  do  wyjaśnienia  prawdy.  Niezadowolony  z  tego,  że
sąd  nie  wykrył  prawdziwych  inicjatorów  zbrodni,  zapowiedział  apelację.
Gdyby  do  tego  doszło,  sąd  wyższej  instancji  musiałby  ponownie
przeprowadzić  cały  proces.  To  zaś  mogło  zniweczyć  cały  plan  wielkiej
mistyfikacji. Kilka dni przed upływem terminu złożenia apelacji w domu na
Saskiej Kępie należącym do rodziny Grabińskich wybuchł pożar, w wyniku

background image

czego  zginęła  33-letnia  Małgorzata  Targowska  -Grabińska  –  tłumaczka
literatury.  Jej  zwłoki  znalazł  mąż  Aleksander  Grabiński.  Poderżnięto  jej
gardło. W trakcie śledztwa okazało się, że właściciel domu nie był słynnym
mecenasem,  a  zbieżność  ich  nazwisk  była  przypadkowa.  Do  dziś  nie
ustalono,  czy  była  to  próba  zastraszenia,  czy  zamordowania  adwokata.
Szanse  na  wyjaśnienie  tej  sprawy  są  znikome,  bo  po  1989  r.  zaginęły
materiały tego śledztwa.

Nie  udało  się  również  wyjaśnić  zbrodni,  której  ofiarą  padła  82-letnia

Aniela  Piesiewicz  –  matka  adwokata  Krzysztofa  Piesiewicza  (był
oskarżycielem  posiłkowym  w  procesie  domniemanych  zabójców  księdza
Popiełuszki).  22  lipca  1989  roku  została  znaleziona  w  mieszkaniu
skrępowana  w  taki  sposób,  w  jaki  związano  księdza  Popiełuszkę  (sznur  na
szyi).  Wydźwięk  polityczny  ma  również  data  śmierci  (rocznica  powstania
PRL).

Śmiertelne zderzenie

30  listopada  1984  roku  w  Białobrzegach,  niewielkiej  miejscowości  przy

trasie Kraków – Warszawa wydarzył się tajemniczy wypadek drogowy. Ok.
godz. 20:00 w jadącego od strony Krakowa Fiata uderzył rozpędzony Jelcz.
Na  miejscu  zginęli  dwaj  pasażerowie  Fiata  i  ich  kierowca.Milicjanci
ograniczyli się tylko do tego, by wpisać w protokole, że podróżujący Fiatem
nie  mieli  żadnych  szans,  a  kierowca  ciężarówki  uciekł  z  miejsca  wypadku.
Nie wszczęto żadnego dochodzenia, by wyjaśnić okoliczności wypadku, nie
podjęto  również  żadnej  próby  odnalezienia  ciężarówki  ani  zidentyfikowania
jej kierowcy. Nie przesłuchano żadnych świadków zderzenia, choć tragiczne
zajście dobrze widziało kilku okolicznych mieszkańców.

Sensacyjnie  brzmi  w  tym  kontekście  relacja  dziennikarza  Stefana

Bratkowskiego.  Stwierdził  on,  że  o  tym  wypadku  dowiedział  się…  dzień
przed  tym,  nim  się  wydarzył.  Kiedy  prasa  podała,  że  był  to  wypadek
samochodowy,  nie  miał  żadnych  wątpliwości,  że  było  to  sfingowane
morderstwo. 

mającym 

wydarzyć 

się 

wypadku 

Bratkowskiego

poinformował  jego  przyjaciel,  nieżyjący  już  warszawski  prawnik  Bogumił

background image

Studziński.  Szef  ochrony  gen.  Jaruzelskiego  płk  Artur  Gotówko  mówił
w 1991 r.: „Tam, w Białobrzegach, ofiarom nie dano żadnych szans. Wiem,
jak to się robi”.

Prokuratorzy IPN, którzy podjęli ten wątek, szybko odkryli, że ciężarówka

staranowała  Fiata  dokładnie  według  metod,  jakich  uczą  na  specjalnych
kursach NKWD, a potem KGB i GRU. Potem odnaleziono jej sprawcę. Był
to  52-letni  dziś  Marian  W.  Został  skazany  na  dwa  lata  więzienia
w  zawieszeniu.  W  2009  roku  był  ponownie  zastraszany  przez  nieznane
osoby, gdy zaczął o sprawie opowiadać dziennikarzom.

W wypadku w Białobrzegach zginęli dwaj oficerowie MSW płk Stanisław

Trafalski  i  major  Wiesław  Piątek.  Wracali  z  południa  Polski,  gdzie  przez
kilka  poprzednich  tygodni  badali  wcześniejszą  działalność  i  powiązania
Grzegorza  Piotrowskiego,  Leszka  Pękali  i  Waldemara  Chmielewskiego.  Ze
wszystkich czynności sporządzali szczegółowe raporty i notatki, które wieźli
w bagażniku. Dokumentacji tej nigdy nie odnaleziono. Nie ma o niej również
żadnej  wzmianki  w  protokołach  powypadkowych.  Zachowały  się  natomiast
niektóre  ich  notatki  sporządzane  podczas  pracy  w  Krakowie  i  Tarnowie
i  pozostawione  w  tamtejszych  aktach  operacyjnych.  Przez  przypadek  nie
zostały zniszczone w latach 1989-1990, dzięki czemu potem przejął je IPN.
Notatki  te  dotyczą  działalności  Grzegorza  Piotrowskiego  wymierzonej
w  Kościół  i  księży.  Pozwalają  poznać  istotne  szczegóły  z  życia  głównego
mordercy kapelana „Solidarności”.

Wakacje z agentem

Kim naprawdę był Grzegorz Piotrowski? Aby odpowiedzieć na to pytanie,

trzeba  cofnąć  się  do  pamiętnego  lata  1982  r.,  kiedy  kapitan  SB  wyjechał  na
wakacje  do  Bułgarii.  Jak  wynika  z  zachowanych  w  IPN  notatek
(sporządzonych  przez  Trafalskiego  i  Piątka  na  podstawie  relacji  świadków
i  SB-ków  znających  Piotrowskiego),  na  granicy  rumuńsko-bułgarskiej
spotkał  się  na  krótko  z  oficerem  KGB,  który  przedstawił  się  pseudonimem
„Stanisław”  i  nawiązał  z  nim  współpracę.  W  trakcie  „procesu  toruńskiego”
opowiadał  o  tym  Adam  Pietruszka,  lecz  sąd  nie  uwierzył  w  jego

background image

zeznania.W IPN zachował się dokument „Wyjazdy i przyjazdy za lata 1971-
1989  pracowników  IV  Departamentu”.  Wynika  z  niego,  że  urzędnicy  IV
Departamentu MSW regularnie wyjeżdżali na spotkania z przedstawicielami
V  Zarządu  Głównego  KGB  (zarząd  ten  odpowiedzialny  był  za  zwalczanie
dywersji  i  walkę  ideologiczną).  Spotkania  te  odbywały  się  w  Moskwie
i  Czechosłowacji.  Udział  w  nich  brał  m.in.  Piotrowski.  Potwierdzają  to
szczegółowe  raporty  z  ich  przebiegu.  Co  istotne,  nie  zachowały  się  żadne
notatki  Piotrowskiego  z  innych  jego  spotkań  z  KGB,  nawet  z  feralnego
spotkania  w  1982  r.  Jeśli  ustalenia  Trafalskiego  i  Piątka  są  prawdziwe,
oznacza  to,  że  Piotrowski  kontaktował  się  z  KGB  bez  wiedzy  swoich
zwierzchników,  co  z  kolei  znaczy,  że  rosyjskie  służby  specjalne  miały
swojego  tajnego  agenta  w  najbliższym  otoczeniu  gen.  Kiszczaka.  W  tej
sytuacji Kiszczak, który zdecydował, że zabójcy księdza trafią na długie lata
do  więzienia,  wyznaczając  do  realizacji  zbrodni  Piotrowskiego,  eliminował
w swoim otoczeniu wtyczkę obcego wywiadu.

Haki na Kiszczaka

Jak wynika z archiwalnych dokumentów MSW, zgromadzonych podczas

śledztwa  lubelskiego  IPN,  jeszcze  w  1984  r.  podjęte  zostały  trzy  operacje:
„Teresa”,  „Trawa”  i  „Robot”.  Ich  celem  była  inwigilacja  skazanych  i  ich
rodzin  oraz  uniemożliwienie  im  ujawnienia  nawet  rąbka  prawdy  o  zbrodni.
Osobą  nadzorującą  tę  zakrojoną  na  szeroką  skalę  inwigilację  był  Stanisław
Ciosek  –  wówczas  minister  ds.  związków  zawodowych,  po  transformacji
ambasador  RP  w  Moskwie,  do  listopada  2005  r.  główny  doradca  ds.
zagranicznych  Aleksandra  Kwaśniewskiego.  W  IPN  zachowały  się
sporządzane  dla  najważniejszych  przywódców  PRL-u  raporty  Cioska,
w  których  minister  szczegółowo  informuje  o  zachowaniu  skazanych
w  celach.Z  ustaleń  śledztwa  IPN-u  wynika,  że  Chmielewskiego,  Pękalę
i  Piotrowskiego  odwiedzał  w  więzieniach  zastępca  Kiszczaka  –  generał
Zbigniew Pudysz. To właśnie on na przemian groził i obiecywał esbekom, że
resort  o  nich  nie  zapomni,  a  za  odegranie  do  końca  trudnej  roli  w  zbrodni,
każdy z nich otrzyma nagrodę. Tak się też stało. Trzej esbecy zostali objęci

background image

wszystkimi amnestiami dla więźniów politycznych pod koniec lat 80. Dzięki
temu  każdy  z  nich  odsiedział  mniej  niż  jedną  trzecią  kary  (Chmielewski
4  lata  z  14,  Pękala  4,5  roku  z  15  lat).  Dodatkowo  wszyscy  bardzo  często
wychodzili  na  przepustki.  Natomiast  okres  pobytu  w  więzieniu  wszystkim
czterem  esbekom  skazanym  w  Toruniu  zaliczono  do  stażu  pracy,  dzięki
czemu  dziś  mogą  za  ten  okres  pobierać  resortowe  emerytury.  To
zdumiewająca  koincydencja,  bowiem  nigdy  wcześniej  ani  później  nie
zdarzyło się, aby komukolwiek pobyt w więzieniu zaliczono do stażu pracy.
Decyzję  o  tym  aprobował  osobiście  w  1990  r.  gen.  Czesław  Kiszczak.
Wszystkie te szokujące informacje odkryli prokuratorzy IPN.

Spośród  wszystkich  skazanych  największą  nagrodę  miał  otrzymać

Grzegorz  Piotrowski.  Jego  zachowanie  wskazuje,  że  początkowo  także
wierzył  w  resortowe  obietnice.  Złudzenia  stracił  dopiero  w  1989  r.  po
kolejnej  rozmowie  z  Pudyszem,  kiedy  zorientował  się,  że  jego  wiedza  staje
się  niebezpieczna  dla  niego  samego.  Podczas  kolejnej  przepustki  napisał
gruby  na  kilkadziesiąt  stron  raport  z  działań  SB  przeciwko  księdzu
Popiełuszce.  Za  pośrednictwem  żony  –  Janiny  Pietrzak  –  kilka  kopii  tego
raportu  zdeponował  u  najbliższych  znajomych.  „Najprawdopodobniej
wyjaśnienie  kpt.  G.  Piotrowskiego  zawierało  rzeczywistą  wersję  zdarzeń
związanych  z  osobą  księdza  Jerzego”  –  czytamy  w  notatce  IPN  z  lutego
2004  r.  Jak  ustalili  śledczy  IPN-u,  za  pośrednictwem  Pudysza  Piotrowski
miał  w  1989  r.  przekazać  Kiszczakowi  wiadomość,  że  jeśli  zginie  –  raport
ujrzy  światło  dzienne.  Jedna  z  kopii  tego  raportu  dotarła  również  do
mieszkania Pietruszków. – To znikło – powiedziała Róża Pietruszka do syna.
Dialog  ten  zarejestrowały  urządzenia  podsłuchowe  założone  w  ich
mieszkaniu  w  ramach  operacji  „Teresa”.  Taśmy  z  nagraniami  przejęli
prokuratorzy IPN.

Zadusić śledztwo

W  czerwcu  1990  roku  śledztwo  w  sprawie  „zbrodni  stulecia”  podjął

lubelski prokurator Andrzej Witkowski – wówczas i dziś jeden z najlepszych

background image

w  kraju  prokuratorów  do  spraw  zabójstw.  W  rok  później,  po  żmudnym
śledztwie  zamierzał  postawić  zarzuty  gen.  Czesławowi  Kiszczakowi.  Nie
zdążył,  gdyż  sprawę  odebrał  mu  minister  sprawiedliwości  Wiesław
Chrzanowski.  Chrzanowski  –  w  latach  70.  tajny  współpracownik  SB
o  pseudonimie  „Zuwak”,  w  roku  1986  przewerbowany  przez  Departament
I MSW – (wywiad zagraniczny) nie chciał później się wypowiadać na temat
tej decyzji i osób, które go do niej skłoniły. Prokuratorzy IPN ustalili, że na
ministra  naciskał  w  tej  sprawie  Mieczysław  Wachowski  –  sekretarz  stanu
w kancelarii Lecha Wałęsy oraz generałowie Kiszczak i Jaruzelski.

W wyjaśnieniu prawdy nie pomogła również powołana w 1990 r. sejmowa

komisja do spraw zbadania zbrodni MSW. Komisji przewodniczył Jan Maria
Rokita. To właśnie do niego zgłosiła się Róża Pietruszka z dokumentami na
temat  sprawy  księdza  Jerzego.  Rokita  w  sposób  wulgarny  zbył  żonę
pułkownika,  a  dokumentów  nie  przyjął.  W  2002  r.  Andrzej  Witkowski
ponownie  podjął  śledztwo  już  jako  prokurator  IPN.  Dwa  lata  później
zamierzał  oskarżyć  gen.  Kiszczaka  i  Waldemara  Chrostowskiego.
Przeszkodził  mu  w  tym  szef  pionu  śledczego  IPN  prof.  Witold  Kulesza.
W  październiku  2004  r.  kilka  dni  przed  21.  rocznicą  „zbrodni  stulecia”,
Kulesza odsunął od śledztwa Witkowskiego i zabronił mu kontaktów z prasą.
Ten stan trwa do dziś. A zamykanie ust wszystkim tym, którzy mogą uchylić
choćby rąbka tajemnicy, trwa nieprzerwanie od 22 lat.

Śmierć czy ucieczka?

W  1984  roku,  po  aresztowaniu  Adama  Pietruszki,  jego  miejsce  na

stanowisku  wicedyrektora  IV  Departamentu  MSW  zajął  Zygmunt
Baranowski,  który  szybko  został  awansowany  na  stanowisko  dyrektora.
Urodził  się  w  1933  roku  w  Sosnowcu.  W  1950  r.  wstąpił  do  Korpusu
Kadetów  im.  gen.  Karola  Świerczewskiego  w  Warszawie,  po  jego
ukończeniu  skierowany  został  do  szkoły  oficerskiej  w  Gdańsku.  Tam  też
rozpoczął karierę w Urzędzie Bezpieczeństwa. Najpierw pracował jako oficer
operacyjny  Wydziału  „T”  (technika  operacyjna).  W  1962  r.  został
przeniesiony  na  własną  prośbę  do  Wydziału  II  (kontrwywiad),  gdzie  od

background image

1973  r.  sprawował  funkcję  naczelnika.  Od  1980  r.  pracował  w  Katowicach
jako zastępca komendanta wojewódzkiego ds. SB. W czasie stanu wojennego
odpowiadał  za  realizację  akcji  „Klon”,  polegającej  na  wywieraniu  presji  na
uczestników  opozycji,  by  zaniechali  swej  działalności.  W  1984  roku
Baranowski  został  przeniesiony  do  Warszawy,  gdzie  jego  zadaniem  było
„sprzątanie  po  Pietruszce”.  Dostał  polecenie,  aby  wymienić  osoby  w  jakiś
sposób  związane  z  zabójstwem  księdza  Popiełuszki.  Zadanie  to  oficer
gorliwie  wypełniał  do  wiosny  1985  roku.  Pewnego  dnia  został  znaleziony
martwy  w  swoim  gabinecie.  Ale  mówi  o  tym  tylko  jedna  notatka
funkcjonariusza SB. Więcej dowodów nie ma. Sekcji zwłok Baranowskiego
nie  przeprowadzono,  a  ciała  nie  wydano  rodzinie.  Zorganizowano  mu
państwowy  pogrzeb  i  pochowano  na  cmentarzu  komunalnym.  Nie
prowadzono również śledztwa.

Istnieją  dwie  wersje  jego  śmierci.  Jedna  mówi,  że  Baranowski  został

zamordowany,  bo  poznał  tajemnicę  śmierci  księdza  Popiełuszki.  Druga
wersja  zakłada,  że  w  ogóle  nie  zginął  tylko  zniknął  swoim  przełożonym,
wyjechał  za  granicę  i  ujawnił  sekrety  PRL-owskiej  bezpieki.  Jak  było
naprawdę, nie wiadomo. Pewne jest tylko tyle, że Baranowski poznał kulisy
śmierci księdza Popiełuszki. I dlatego stał się niewygodny.

Samobójstwo przed garażem

7 lutego 1985 roku Sąd Wojewódzki w Toruniu wydał wyrok w sprawie

czterech esbeków oskarżonych w sprawie zabójstwa księdza Popiełuszki. Był
to  wyrok  bardzo  nietypowy.  Nigdy,  ani  wcześniej,  ani  później  nie  zdarzyło
się,  żeby  w  PRL  sąd  skazał  funkcjonariuszy  SB  za  dokonanie  morderstwa.
Czy mogło to oznaczać, że władza będzie surowo karać tych, którzy mordują
w  jej  imieniu?  Czy  miał  to  być  sygnał  dla  księży  katolickich,  że  mogą  bez
skrupułów  występować  przeciwko  władzy?  Bynajmniej.  27  lutego  Polskę
obiegła  wieść  o  śmierci  księdza  Stanisława  Palimąki  –  proboszcza  parafii
w  Klimontowie  (gmina  Proszowice,  województwo  małopolskie).  Ksiądz
Palimąka  (ur.  1933  r.)  przyjął  święcenia  kapłańskie  w  czerwcu  1960  roku.
Posługę  pełnił  na  Kielecczyźnie,  gdzie  szybko  dał  się  poznać

background image

z  patriotycznych  kazań.  Z  powodu  tych  kazań  wielokrotnie  wzywano  go  na
przesłuchania,  które  nie  były  w  stanie  zmienić  jego  nastawienia.  Kapłan
znalazł  się  wówczas  w  zainteresowaniu  Służby  Bezpieczeństwa.  Zaczęto
podejmować działania nękające go.

27 lutego 1985 rankiem ksiądz Palimąka wsiadł do swojego samochodu –

  Fiata  125  –  i  zawiózł  kleryka  do  punktu  katechetycznego.  Kilka  godzin
później  jego  rodzona  siostra  –  Otylia  Kaźmierczak  (pomagała  mu
w prowadzeniu gospodarstwa) wyszła przed garaż i znalazła… zwłoki brata.
Obok stał jego samochód, który zatrzymał się na drzwiach od garażu. Drzwi
zostały wybite z ram.

Prokuratura  krakowska  wszczęła  śledztwo  w  tej  sprawie,  ale  szybko  je

umorzyła. Doszła do wniosku, że śmierć nastąpiła w wyniku nieszczęśliwego
wypadku.  Taki  wniosek  wysunął  również  milicjant,  który  jako  pierwszy
przyjechał  na  miejsce  i  oglądał  zwłoki.  „Należy  wykluczyć  udział  osób
trzecich”  –  napisał  w  notatce  funkcjonariusz.  Jak  wynika  z  akt  śledztwa,
samochód  kapłana  stoczył  się,  bo  nie  miał  zaciągniętego  hamulca  ręcznego.
Hamulec  został  zablokowany  jednozłotową  monetą  umieszczoną  między
dźwignią  a  obudową  zapadki.  Moneta  zginęła  później  podczas  śledztwa.
Z tego powodu nie udało się jej przebadać i stwierdzić, czy zachowały się na
niej  odciski  palców.  Napisany  kilka  lat  późnej  raport  Rokity  (Jan  Maria
Rokita przewodniczył komisji do spraw wyjaśnienia zbrodni PRL) wymienił
precyzyjnie  szereg  innych  błędów:  nie  pobrano  drobin  z  przedniej  części
Fiata  125p,  nie  zabezpieczono  płyt  w  drzwiach  garażu,  nikt  nie  zwrócił
uwagi,  że  skręcone  w  prawo  koła  auta  uniemożliwiają  jego  samoczynne
zjechanie. Nikt nie próbował sprawdzić, czy ktoś nie „pomógł” mu zjechać.
30 marca kapitan Karol Popiela z WUSW w Krakowie wydał postanowienie
o umorzeniu śledztwa wobec niestwierdzenia przestępstwa. Idąc za tą decyzją
prokurator Danuta Bieniarz sprawę umorzyła. I to zanim otrzymała protokoł
sekcji  zwłok  kapłana.  To  o  tyle  istotne,  że  z  protokółu  wynikało,  że  śmierć
nastąpiła 

wyniku 

„rozległych 

obrażeń 

czaszkowo-mózgowych

z następowym zachłyśnięciem dróg oddechowych”. Były one spowodowane
działaniem  „narzędzia  twardego  tępego  lub  tępokrawędzistego”  –  uznali
biegli.  Ich  protokół  dotarł  jednak  do  prokuratury  19  kwietnia,  kilka  tygodni
po  umorzeniu  śledztwa.  Według  przyjętej  przez  prokuraturę  wersji,  ksiądz
Palimąka  zginął  w  wyniku  nieszczęśliwego  wypadku.  Potrącił  go  jego
własny  samochód,  który  nieszczęśliwie  zostawił  bez  zaciągnięcia  ręcznego

background image

hamulca.

Minęło  pięć  lat.  Po  tym,  jak  Sejm  przyjął  raport  Komisji  Rokity,

prokurator  generalny  wydał  polecenie  ponownego  podjęcia  śledztwa
w sprawie śmierci księdza Palimąki. Rzecz jednak w tym, że śledztwo trafiło
do…  prokurator  Danuty  Bieniarz.  A  ona  nie  stwierdziła  żadnych  swoich
błędów w poprzednim śledztwie. I sprawę ponownie umorzyła. W 1992 roku
jej przełożony ponownie przeanalizował akta i doszedł do wniosku, że nie ma
podstaw,  aby  wszczynać  śledztwo  od  nowa.  W  2004  roku  akta  trafiły  na
przemiał  i  zostały  zniszczone.  W  tym  czasie  sama  prokurator  Danuta
Bieniarz  pracowała  już  w…  Prokuraturze  Krajowej.  Została  stamtąd
odwołana  po  ujawnieniu  jej  negatywnej  roli  w  śledztwie  w  sprawie  księdza
Palimąki. Mimo wielu wniosków, nigdy nie zostało wszczęte przeciwko niej
ani postępowanie dyscyplinarne, ani nawet śledztwo.

W 2008 roku umierał emerytowany policjant z Pińczowa i przed śmiercią

wyjawił,  że  ksiądz  Palimąka  zginął  z  rąk  funkcjonariuszy  kieleckiej  Służby
Bezpieczeństwa.  Jednak  więcej  szczegółów  wyjawić  nie  zdążył.  Nie  podał
też  nazwisk  osób,  które  miały  brać  udział  w  egzekucji.  Seryjny  potrafił
w  zadziwiający  sposób  wpływać  na  dyskrecję  osób  i  wymuszać  na  nich
milczenie.

Śmiertelny upadek z fotela

21 stycznia 1989 roku kościelny z parafii świętego Karola Boromeusza na

warszawskich Powązkach znalazł zwłoki księdza Stefana Niedzielaka. Leżały
na  podłodze  w  mieszkaniu  duchownego  przy  ulicy  Powązkowskiej.  Obok
kościelny  znalazł  wiele  przedmiotów  codziennego  użytku.  Były  nietknięte,
co  wskazywało  na  to,  że  nie  doszło  do  napadu  rabunkowego  (w  takim
wypadku  włamywacz-morderca  wziąłby  cenniejsze  rzeczy).  Prokuratura
wszczęła  śledztwo,  które  po  kilku  miesiącach  umorzyła.  Stwierdziła,  że
kapłan  zabił  się,  upadając  wraz  z  fotelem  na  podłogę.  Tymczasem  fotel
znaleziono  stojący,  a  nie  leżący  na  podłodze.  Eksperyment  procesowy
przeprowadzony  16  marca  1989  r.  przez  specjalistów  kryminalistyki
wykluczył,  by  człowiek  o  wadze  duchownego  mógł  w  ten  sposób  upaść

background image

z fotela. Wykazał ponadto, że obrażenia karku powstałe w wyniku uderzenia
o  podłogę  po  upadku  z  tej  wysokości  byłyby  znacznie  mniejsze.
Bezpośrednią przyczyną zgonu księdza miało być kilka urazów karku (każdy
z  nich  był  śmiertelny).  Kapłana  znaleziono  leżącego  na  brzuchu.  Gdyby
potraktować poważnie wersję z 1989 r., trzeba by przyjąć, że sędziwy ksiądz
celowo  wywrócił  fotel,  w  którym  siedział,  zmarł  wskutek  silnego  uderzenia
o podłogę, a następnie – już martwy – wstał, przeszedł przez pokój, postawił
leżący fotel i położył się na brzuchu.

Na zwłokach zamordowanego kapłana oraz na futrynie, klamce i drzwiach

do  jego  mieszkania  zabezpieczono  odciski  palców.  Dla  pozoru  zaczęto
sprawdzać, czy nie należą one do znajomych księdza, w tym jego przyjaciela
i  współpracownika  Wojciecha  Ziembińskiego,  działacza  opozycji.  –  Całe
śledztwo  przypominało  tragifarsę,  która  miała  udowodnić,  że  ksiądz  zginął
w  wyniku  nieszczęśliwego  upadku  –  komentuje  Jan  Olszewski,  przyjaciel
zamordowanego  kapłana,  a  później  pełnomocnik  prawny  jego  rodziny.
Śledczy  uznali,  że  znaleziona  na  miejscu  zbrodni  gumowa  rękawiczka
należała  do  lekarzy  pogotowia,  którzy  pierwsi  przybyli  na  miejsce  zbrodni.
Tymczasem  przesłuchiwani  lekarze  zaprzeczali,  aby  ktokolwiek  z  personelu
nosił gumowe rękawiczki.

Dziś  wiadomo,  że  przebieg  zbrodni  był  inny.  Przesłuchiwany  przez

prokuratorów  kierowca  autobusu  komunikacji  miejskiej  zapamiętał,
że  późnym  wieczorem  20  stycznia  1989  r.  jego  jedynymi  pasażerami  byli
dwaj  mężczyźni  i  kobieta,  którzy  wysiedli  na  przystanku  przy  kościele
na  Powązkach  i  poszli  w  stronę  plebanii.  Świadek  zapamiętał  ich,  bo  jeden
z  mężczyzn  w  charakterystyczny  sposób  seplenił.  Podobną  wadę  wymowy
ma  były  funkcjonariusz  SB  i  policji  wskazany  przez  świadka  prokuratorom
IPN. Na miejscu zbrodni zabezpieczono ślady butów na podłodze mieszkania
i  na  ścianie  na  zewnątrz  budynku.  Ich  układ  wskazywał,  że  w  noc  zbrodni
ktoś stał przy oknie i obserwował kapłana. Żadna z tych informacji w 1989 r.
nie zainteresowała warszawskich prokuratorów.

Wersja  o  „nieszczęśliwym  wypadku”  obowiązuje  do  dziś.  Dlaczego?

Dlatego,  że  ksiądz  Stefan  Niedzielak  –  jako  gorliwy  kapłan  i  katolik  –  nie
mógłby  popełnić  samobójstwa,  gdyż  jest  ono  grzechem  ciężkim.  Wersja
o samobójstwie byłaby zbyt prymitywna nawet dla propagandzistów generała
Kiszczaka.  Dlatego  właśnie  postanowiono  stworzyć  historię  o  tajemniczym
upadku z fotela, czyli coś jak samobójstwo tylko nieintencjonalne.

background image

Przyjaciel Popiełuszki

13 września 1984 roku ksiądz Jerzy Popiełuszko po raz ostatni odwiedził

swoich rodziców w Okopach koło Suchowoli. Gdy wyjeżdżał, powiedział do
swojej matki: „Mamo, nie martw się, bo gdyby mnie coś się stało, to przecież
Staszek  mnie  zastąpi.”  Staszek  to  ksiądz  Stanisław  Suchowolec  –  bliski
przyjaciel  kapelana  „Solidarności”  –  wikary  parafii  w  Dojlidach
w  Białymstoku.  Pięć  tygodni  później  Popiełuszko  został  zamordowany
w  niewyjaśnionych  do  dziś  okolicznościach.  Brutalne  morderstwo
wstrząsnęło  opinią  publiczną,  ale  nie  zakończyło  dzieła  księdza.  Msze
w intencji ojczyzny prowadził od tamtej pory ksiądz Stanisław Suchowolec.
Odprawiane przez niego nabożeństwa przyciągały tysiące wiernych i stały się
miejscem antykomunistycznych manifestacji. Działo się tak aż do 30 stycznia
1989  roku,  kiedy  zwłoki  charyzmatycznego  wikarego  odnaleziono  w  jego
mieszkaniu  na  plebanii  na  białostockich  Dojlidach.  Zginął  w  tajemniczym
pożarze, który nocą wybuchł w pokoju, w którym nocował.

Kilka  godzin  po  śmierci  księdza  milicjanci  i  technicy  zadeptali  ślady  na

miejscu  zbrodni,  a  świadkowie  udawali,  że  niczego  nie  widzieli.
W konsekwencji w czerwcu 1989 roku ogłoszono, że ksiądz zginął w wyniku
tragicznego  wypadku  i  śledztwo  umorzono.  Pod  tą  decyzją  podpisał  się
prokurator  Cezary  Kalinowski  –  dziś  przewodniczący  Rady  Izby
Komorniczej  w  Białymstoku,  a  w  1990  roku  wymieniony  w  „Raporcie
Rokity”  jako  jeden  z  odpowiedzialnych  za  tuszowanie  komunistycznych
zbrodni.  Dziś  Kalinowski  tłumaczy,  że  Rokita  go  pomówił.  A  w  sprawie
śledztwa dotyczącego śmierci księdza nie ma sobie nic do zarzucenia.

Później, w latach 90. dwukrotnie pojawiła się szansa na ustalenie prawdy:

najpierw,  kiedy  prokuratorem  wojewódzkim  został  mecenas  Lech
Lebensztejn  –  wcześniej  pełnomocnik  kurii  białostockiej,  a  potem,  kiedy
morderstwo  chciał  wyjaśnić  sumienny  prokurator  Marian  Jaroszewicz.  Obaj
nie  mogli  jednak  zakończyć  pracy.  Pierwszy  wkrótce  stracił  stanowisko,
drugi  został  odsunięty  i  awansowany.  Udało  im  się  zgromadzić  obszerny
materiał  dowodowy,  który  mógłby  stanowić  bazę  wyjściową  dla  ich

background image

rzetelnego  następcy.  Tym  bardziej,  że  zeznania  przesłuchiwanych
i  zwolnionych  z  tajemnicy  państwowej  byłych  funkcjonariuszy  SB  mocno
zawężały krąg potencjalnych sprawców zbrodni. Dlaczego więc, mimo takich
informacji,  nie  udało  się  ostatecznie  ustalić,  kto  w  styczniową  noc
zamordował  księdza?  Czyżby  białostockiej  prokuraturze  i  Instytutowi
Pamięci  Narodowej  nie  zależało  na  wyjaśnieniu  okoliczności  zbrodni
i wskazaniu jej sprawców? A jeśli tak, to dlaczego?

Gdy  upadała  PRL,  nowe,  solidarnościowe  władze  rozpoczęły  reformę

służb specjalnych. Jej głównym elementem była likwidacja owianej złą sławą
SB  i  weryfikacja  jej  funkcjonariuszy.  Wojewódzkie  komisje  weryfikacyjne
popełniły  szereg  błędów,  wśród  których  najpoważniejszym  było
niezabezpieczenie  archiwów  byłej  bezpieki.  Z  niepilnowanych  archiwów
wywieziono  i  spalono  ogromną  część  akt  operacyjnych  –  wśród  nich
dokumenty  dotyczące  działań  wymierzonych  w  katolickich  księży.
W  Białymstoku  –  jako  jedna  z  pierwszych  –  spłonęła  Teczka  Ewidencji
Operacyjnej  księdza  Stanisława  Suchowolca.  Na  protokole  tej  czynności
zachowała się adnotacja: „zniszczono z powodu braku jakiejkolwiek wartości
operacyjnej”.  Co  ciekawe:  utajniono  nawet  skład  komisji,  która  dokonała
zniszczenia teczki księdza Stanisława. Klauzula tajności obowiązuje do dziś.
Nie  została  zdjęta  nawet  wtedy,  kiedy  po  zmianie  ustroju  wszczynano
śledztwo  w  tej  sprawie.  Dokumenty  komisji  weryfikacyjnej  SB  wskazują
tymczasem, że w 1990 roku do białostockiej delegatury tworzonego wówczas
Urzędu  Ochrony  Państwa  przyjęto  wielu  funkcjonariuszy  SB,  w  tym  osoby,
które  wcześniej  zajmowały  się  inwigilacją  i  szykanowaniem  księdza
Suchowolca.  Później  UOP  angażował  się  w  śledztwa  mające  wyjaśnić
zbrodnie PRL. W jaki sposób miało dojść do wyjaśnienia tej zbrodni, skoro
śledztwo prowadzili dawni koledzy i bliscy znajomi morderców?

Po  likwidacji  SB  jej  zachowane  akta  i  zasoby  agenturalne  trafiły  do

Urzędu  Ochrony  Państwa,  a  później  do  Agencji  Bezpieczeństwa
Wewnętrznego.  Delegatura  w  Białymstoku  przejęła  m.in.  resztki  akt
dotyczących sprawy księdza Suchowolca. Ich treść pokrywa się z zeznaniami
świadków  przesłuchanych  przez  prokuratorów  w  latach  90.  Archiwalne
dokumenty  dowodzą,  że  od  1984  roku  wikary  z  Dojlidów  był  obiektem
„działań  specjalnych”  prowadzonych  przez  bezpiekę  w  ramach  Sprawy
Operacyjnej  opatrzonej  kryptonimem  „Suchowola”.  Kilkakrotnie  został
pobity przez „nieznanych sprawców”, odbierał telefony i listy z pogróżkami.

background image

Wiele  razy  przecinano  opony  i  przewody  hamulcowe  w  jego  samochodzie.
Przez  długi  czas  starano  się  zdyskredytować  go  i  oczernić  (m.in.  poprzez
dwie  związane  z  bezpieką  kobiety,  z  których  jedna  opowiadała,  że  ma
z  księdzem  romans,  a  druga,  że  jest  matką  jego  dziecka).  Zachowane
w archiwach IPN dokumenty wskazują, że od 1985 roku w białostockiej SB
działała  kilkuosobowa  grupa  funkcjonariuszy  zajmująca  się  nękaniem
kapłana. Jej szefem był kpt. Włodzimierz Wasiluk – do listopada 2005 roku
radny Białegostoku z ramienia SLD.

Wspólny stół

Archiwa  wskazują,  że  nękające  działania  przeciwko  kapłanowi

prowadzone  były  przynajmniej  przez  4  lata.  Co  więc  sprawiło,  że  po  tak
długim  czasie  szefowie  bezpieki  zdecydowali  się  wysłać  na  Dojlidy
Seryjnego  Samobójcę?  Częściową  odpowiedzią  na  to  pytanie  są  słowa
generała  Pożogi,  wypowiedziane  w  połowie  stycznia  1989  roku,
w najgorętszym okresie obrad okrągłego stołu, kiedy część opozycji zaczęła
kwestionować  negocjacje.  W  obecności  najważniejszych  dygnitarzy
komunistycznego państwa Pożoga mówił: „Jeżeli teraz nie zaczniemy działać
radykalnie,  to  za  rok  już  nikt  nie  będzie  nas  słuchał”.  Czy  „działania
radykalne” oznaczały zamordowanie duchownego i tym samym zastraszenie
najbardziej  konsekwentnych  opozycjonistów?  Tezę  taką  potwierdza
meldunek,  który  w  połowie  lutego  1989  r.  trafił  na  biurko  gen.  Czesława
Kiszczaka:  „Śmierć  Stanisława  Suchowolca  wywołała  poczucie  zastraszenia
w  radykalnych  kręgach  opozycji,  które  przestały  się  upierać  przy  swoich
żądaniach.  Wydaje  się,  że  właśnie  teraz  nastał  czas  dla  wynegocjowania
najlepszych warunków politycznych”.

I  tak  półtora  miesiąca  później  komuniści  sfinalizowali  rozmowy  przy

okrągłym  stole.  Zgodnie  z  przyjętym  wcześniej  planem,  formalnie  oddali
władzę, zapewniając sobie wpływy i przywileje w III RP.

Dwa plany wykorzystania śmierci księdza

background image

Z informacji zawartych w aktach śledztw oraz z naszych ustaleń wynika,

że  istniały  dwie  koncepcje  „operacyjnego”  wykorzystania  śmierci  księdza
Suchowolca.  Pierwsza  –  częściowo  zrealizowana  –  zakładała  stworzenie
atmosfery  zagrożenia  wśród  działaczy  opozycji.  Według  drugiego  planu,
winą  za  śmierć  księdza  mieli  zostać  obarczeni  członkowie  „Solidarności”
z  jego  najbliższego  otoczenia.  Pieniądze  pochodzące  ze  składek
opozycjonistów oraz osobiste rzeczy księdza tuż po zabójstwie miały zostać
podrzucone  do  ich  domów  i  potem  znalezione  wskutek  sfingowanych
„rewizji”. SB miałoby „dowody”, że za morderstwem kapłana stali działacze
białostockiej 

„Solidarności”, 

którzy 

chcieli 

ukraść 

mu 

pieniądze

i  storpedować  pokojowe  rozmowy  z  władzą.  Konsekwencją  tego  musiałaby
być  fala  aresztowań  najbardziej  aktywnych  opozycjonistów,  a  przez  to
pozbawienie ich wpływu na dalsze wydarzenia polityczne. Planu tego jednak
nie  zrealizowano,  najprawdopodobniej  dlatego,  że  w  tamtym  czasie  obrady
okrągłego  stołu  zbliżały  się  już  do  finału  wyreżyserowanego  przez
generałów.  Fala  aresztowań  przeciwników  politycznych  mogła  tylko
spowodować  niepotrzebny  rozgłos  i  zahamować  skutecznie  realizowaną
koncepcję.

Pożar na plebanii

Oficjalna  wersja  tego,  co  naprawdę  wydarzyło  się  na  plebanii  na

Dojlidach  w  nocy  z  29  na  30  stycznia  1989  roku,  jest  daleka  od  prawdy.
Nadbrygadier Krzysztof Wojnecki, szef białostockiej straży pożarnej i biegły
sądowy  z  zakresu  pożarnictwa,  podważył  wersję  o  przypadkowym  ogniu.
W  jego  ekspertyzie  sporządzonej  w  1992  roku  czytamy:  „Układ  spiral
grzejnych  wskazuje,  że  termowentylator  nie  mógł  być  przyczyną  pożaru.
Sprzężone  układy  powodują,  że  uszkodzenie  wentylatora  blokuje  spirale,
a  uszkodzenie  spirali  blokuje  wentylator”.  Z  ekspertyzy  przeprowadzonej
w  1992  roku  wynika  ponadto,  że  przedmioty  w  pokoju  stopiły  się  od
temperatury, która tuż przy suficie sięgała 800 st. C. Oględziny wykazały, że

background image

w drewnianej podłodze ktoś wybił dziurę, przez którą od strony piwnicy wlał
rzadko  spotykaną  substancję.  Płyn  ten,  zapalając  się,  wywoływał  ogromną
temperaturę i silne stężenie czadu. – W lewym dolnym rogu szyby okiennej
widać było dziurę powstałą wskutek uderzenia ciężkim przedmiotem – zeznał
w  śledztwie  jeden  ze  strażaków.  Przyjaciele  księdza  są  pewni,  że
poprzedniego dnia okno było całe. Oznacza to, że najprawdopodobniej osoba
z  zewnątrz  wrzuciła  przez  okno  palący  się  przedmiot,  który  zapalił  płyn
i  wywołał  wysoką  temperaturę  w  całym  pomieszczeniu.  W  1989  roku
prokuratura 

uznała, 

że 

pies 

księdza 

– 

wyczulony 

na 

obcych

i  niebezpieczeństwo  –  nie  zaszczekał  tamtej  nocy,  gdyż  zatruł  się  czadem.
3  lata  później  zaprzeczyli  temu  biegli  weterynarze.  Zapoznając  się  ze
zdjęciami  z  miejsca  zbrodni,  zauważyli,  że  z  pyska  martwego  psa  ciekła
krew. Ich zdaniem oznaczało to, że zwierzę zostało zatrute lub zabite, ale na
pewno  nie  zdechło  wskutek  działania  czadu.  Płynął  z  tego  wniosek,  że
przebieg zdarzeń musiał wyglądać inaczej niż przyjęto to w 1989 roku.

Noc zbrodni

Jeszcze  więcej  wątpliwości  miała  Maria  Komierowska,  gospodyni

w parafii na Dojlidach. W 1992 roku zeznała, że w noc, kiedy zginął ksiądz,
widziała  na  plebanii  3  nieznane  osoby:  dwóch  mężczyzn  i  kobietę.  Słyszała
ich  przyciszone  szepty  i  rozmowy.  To  właśnie  ona  około  północy  jako
ostatnia  widziała  księdza  Stanisława  żywego.  Godzinę  później  do  domu
wracał  ksiądz  Józef  Koszewnik  –  sąsiad  i  przyjaciel  kapłana.  –  Jak
wchodziłem, to u Staszka paliło się światło i słychać było włączony telewizor
– relacjonuje. – Nie zachodziłem już do niego. O tym, co było dalej, mówią
ślady  celowo  pominięte  w  pierwszym  śledztwie.  –  Na  ciele  księdza  widać
było  liczne  siniaki  i  ślady  po  uderzeniach  –  mówi  Ewa  Spytkowska,  bliska
współpracowniczka  księdza  Suchowolca.  –  Największy  widoczny  był  na
szyi,  wyglądał  jak  ślad  po  silnym  uderzeniu  boczną  częścią  dłoni.
Anatomopatolodzy  potwierdzili,  że  rany  takie  nie  mogły  powstać  wskutek
działania czadu. Księża mieszkający na plebanii zwrócili uwagę na ślady na
śniegu prowadzące od mieszkania księdza kilkanaście metrów dalej. Urywały

background image

się przy oknie sąsiedniego pokoju. Wskazywały, że doszło tam do szarpaniny
i  szamotaniny.  Rano  w  tym  miejscu  znaleziono  drogi  zegarek  z  pękniętą
bransoletką.  Prawdopodobnie  należał  do  jednego  z  morderców.  Przedmiot
ten  nie  został  zabezpieczony  i  poddany  ekspertyzom,  a  w  niedługi  czas
później  zaginął  w  nieznanych  okolicznościach.  Wszystko  to  pozwala
przypuszczać, że sprawcy  najpierw zwabili i  zatruli psa, a  potem czekali na
jego  właściciela.  Kapłan,  zaniepokojony  długą  nieobecnością  czworonoga,
wyszedł  go  poszukać,  a  wówczas  został  napadnięty  i  zamordowany.  Zabito
go  koło  plebanii,  a  następnie  ciało  przeniesiono  do  mieszkania,  podrzucając
obok  martwego  psa.  Potem  sprawcy  rozlali  płyn  zapalający  i  podpalili
mieszkanie,  aby  zatrzeć  ślady  zbrodni.  Śledztwo  umorzono,  uznając,  że
ksiądz  zginął  w  wyniku  pożaru,  który  nie  był  wywołany  działaniem  „osób
trzecich”.  Minęły  trzy  lata,  nowe  władze  postanowiły  jeszcze  raz  przyjrzeć
się  okolicznościom  śmierci  kapłana  z  białostockich  Dojlidów.  I  wtedy…
odezwał się Seryjny Samobójca.

Śmiertelne stężenie alkoholu

31 października 1995 roku w Radoszycach pod Białymstokiem doszło do

tajemniczego  wypadku.  Samochód  osobowy  wpadł  w  poślizg,  wypadł
z  jezdni  i  uderzył  w  stojące  obok  drzewo.  Stało  się  to  w  pustym  miejscu,
więc  nie  było  żadnych  świadków.  Dopiero  kilkanaście  minut  później
przypadkowy  kierowca  powiadomił  policję  i  pogotowie.  Ratownicy  mogli
tylko wyciągnąć z pojazdu zwłoki kierowcy. Okazał się nim 37-letni ksiądz
Edward Rafało, wikary parafii na białostockich Dojlidach.

Jeszcze  tego  samego  dnia  policjanci  z  podlaskiej  drogówki  sporządzili

protokół  zdarzenia.  Kończył  się  on  stwierdzeniem,  że  przyczyną  wypadku
była  utrata  panowania  nad  pojazdem  wynikająca  z  upojenia  alkoholowego.
Kilka  dni  później  kapłana  pochowano  w  pobliżu  kościoła,  w  którym  przez
ostatnie  lata  pełnił  posługę.  Śledztwo  umorzono  po  tygodniu.  Formalnie
sprawa się zakończyła.

Między  wypadkiem  a  pogrzebem  w  prosektorium  białostockiego  szpitala

przeprowadzono  sekcję  zwłok  kierowcy.  Biegli  równolegle  wykonali  kilka

background image

ekspertyz  dotyczących  wypadku.  Ich  wynikami  nikt  się  nie  zainteresował.
Sekcja  potwierdziła  oficjalną  wersję  o  alkoholu.  Wykazała  jednak  kilka
innych,  ogromnie  ważnych  szczegółów,  których  nie  mogli  spostrzec
policjanci  interweniujący  po  wypadku.  W  najważniejszym  fragmencie
protokołu czytamy:

„Widoczne ślady otwierania ust ostrym narzędziem (…). W podniebieniu,

w  pobliżu  górnej  szczęki  stwierdzone  ślady  ukłuć  zadane  strzykawką  (…)
wskazują,  że  alkohol  wstrzyknięty  został  w  kilka  minut  po  śmierci  denata”.
I  dalej:  „Resztki  alkoholu  w  ustach,  w  okolicach  języka,  nie  zdążyły
przedostać się do krwi, co dodatkowo potwierdza ustalenie, że alkohol musiał
zostać wstrzyknięty przez obce osoby.”

-  Ksiądz  Edek  znany  był  z  abstynencji  –  mówi  Ewa  Sypytkowska  –

 znajoma kapłana z parafii na Dojlidach. – Wersja, że prowadził samochód po
pijanemu, nie może być prawdziwa.

Było coś zadziwiającego w samym wypadku, jak i w późniejszej decyzji

prokuratora  o  umorzeniu  śledztwa.  Równie  interesująca  jak  protokół  sekcji
zwłok  jest  ekspertyza  na  temat  przebiegu  samego  wypadku.  W  części
dotyczącej  szkód  w  samochodzie  biegły  stwierdził:  „Wyraźne  uszkodzenia
okolic prawego, przedniego nadkola, uszkodzone drążki wahaczy (…). Brak
widocznych uszkodzeń po lewej stronie pojazdu”.

Znamienne,  że  właśnie  ta  część  pojazdu,  w  tym  okolice  siedzenia

kierowcy,  nie  uległy  żadnym  zniszczeniom.  Jak  więc  mógł  zginąć  ksiądz
Rafało?  Wyniki  sekcji  zwłok  i  ekspertyz  kryminalistycznych  dowodzą,  że
podczas  jazdy  samochodem  kapłan  był  trzeźwy.  Cały  alkohol  wlano  mu  do
gardła  tuż  po  wypadku,  pomagając  sobie  przy  tym  płaskimi,  metalowymi
narzędziami,  za  pomocą  których  podważano  mu  zęby.  Wskutek  ustania
krążenia  ostatnie  dawki  alkoholu  nie  rozłożyły  się,  lecz  pozostały  przy
języku.  Wersję  tę  potwierdzają  również  ślady  butów  na  miejscu  zdarzenia,
świadczące  o  obecności  osób  trzecich  przed  przybyciem  policjantów
z drogówki. Buty te nie należały do księdza Edwarda, co z kolei potwierdziły
badania śladów podeszew.

Jeszcze więcej pytań budziły ślady opon. Wskazywały one, że samochód

nie  wpadł  w  poślizg,  lecz  nagle  gwałtownie  zahamował  i  zjechał  w  bok,
uderzając przodem w drzewo. Co mogło być tego przyczyną? W ekspertyzie
biegłego czytamy: „Nagły skręt kierownicy był przyczyną utraty panowania
nad pojazdem i spowodował wypadnięcie z jezdni”.

background image

Badania  dowodzą,  że  przyczyny  i  przebieg  wypadku  były  inne,  niż

przedstawiono to w oficjalnej decyzji o umorzeniu dochodzenia.

W  aktach  śledztwa  dotyczącego  wypadku  znajduje  się  informacja,  że

ksiądz Edward prawdopodobnie spieszył się do rodziny, gdyż dowiedział się
o  tragedii,  która  dotknęła  jego  bliskiego.  Przeczą  temu  ustalenia
funkcjonariuszy,  które  nie  zostały  uwzględnione  przez  prokuraturę.
Policjanci,  którzy  w  1996  roku  próbowali  odtworzyć  ostatnie  godziny  życia
kapłana,  odkryli  wiele  zastanawiających  okoliczności.  Wyjeżdżając,  wikary
zostawił  czajnik  z  gotującą  się  wodą,  włączony  telewizor  i  otwarte  notatki.
Nie  zamknął  również  swojego  pokoju  na  plebanii.  Wszystko  to  wyglądało
tak,  jakby  wyszedł  tylko  na  krótką  chwilę  i  miał  zamiar  zaraz  wrócić.  Co
równie  istotne,  wypadek  księdza  wydarzył  się  w  miejscowości  Radoszyce,
w  pobliżu  trasy  Warszawa  –  Białystok.  Ksiądz  Edward  pochodził  z  małej
wioski  na  wschodnim  Podlasiu.  Gdyby  faktycznie  jechał  do  rodziny,
musiałby  wyjechać  drogą  w  stronę  Kuźnicy  Białostockiej  lub  Lublina,  ale
z pewnością nie w kierunku Warszawy.

– Niecałą minutę przed wyjściem Edek otrzymał telefon – wspomina Ewa

Sypytkowska.  –  Mówił,  że  dzwonił  do  niego  jakiś  duchowny,  werbista
z Poznania, który prosił o pilne spotkanie.

Zdołano  ustalić,  że  dzwoniono  z  budki  telefonicznej  znajdującej  się

niedaleko Dojlidów.

Kim  naprawdę  był  ksiądz  Edward  Rafało?  Aby  odpowiedzieć  na  to

pytanie, trzeba cofnąć się do 30 stycznia 1989 roku. Tego dnia, przed świtem,
na  plebanii  na  białostockich  Dojlidach  odnaleziono  zwłoki  księdza
Stanisława  Suchowolca.  Ksiądz  Edward  jako  pierwszy  zwrócił  uwagę,  że
w noc, w którą doszło do zabójstwa, pies Suchowolca nie szczekał, co nigdy
wcześniej się nie zdarzyło.

– Ich pokoje odgradzała bardzo cienka ściana – mówi Ewa Sypytkowska.

–  Często  było  tak,  że  Edek  słyszał,  gdy  w  pokoju  Stasia  grał  telewizor.
Tamtej  nocy  Edek  musiał  słyszeć,  a  może  i  widzieć  wszystko  to,  co  się
działo.

Ksiądz Edward Rafało nie chciał jednak mówić na temat tragicznej nocy

z  1989  roku.  Po  śmierci  Stanisława  Suchowolca  bał  się  do  tego  stopnia,  że
starał się nie wychodzić z domu, unikał odludnych miejsc, zawsze trzymał się
w towarzystwie.

background image

Samobójstwa na komendzie

Cztery  dni  przed  śmiercią  księdza  Suchowolca,  25  stycznia  1989  roku,

roku  oficer  dyżurny  Wojewódzkiego  Urzędu  Spraw  Wewnętrznych
w  Białymstoku  wszedł  do  pokoju,  z  którego  chwilę  wcześniej  dobiegały
dziwne odgłosy. Wewnątrz zobaczył ciało porucznika Jerzego Szematowicza
kołyszące się na sznurze okręconym wokół szyi. Wygląd zwłok wskazywał,
że  funkcjonariusz  zmarł  kilka  godzin  wcześniej  wskutek  uduszenia.
Rozpoczęło się śledztwo, które po kilku tygodniach umorzono, stwierdzając,
że Szematowicz popełnił samobójstwo.

To  jedno  z  najbardziej  tajemniczych  samobójstw  w  historii  Polski.

Tajemnicze  tym  bardziej,  że  popełnił  je  funkcjonariusz  Służby
Bezpieczeństwa.  Do  tego  momentu  historia  nie  zanotowała  samobójstwa
oficera tej zbrodniczej organizacji.

W  trakcie  krótkiego  śledztwa  ustalono,  że  po  południu  24  stycznia  1989

kapitan Szematowicz miał kolizję z taksówkarzem, gdy jechał swoją Skodą.
W  tym  momencie  nadjechał  radiowóz  milicyjny  i  zabrał  kapitana  do
polikliniki MSW na badania. Powiadomiono również szefa białostockiej SB.
Lekarz  nie  stwierdził  poważniejszych  obrażeń.  Szematowicz  nie  poszedł
jednak  do  domu,  nie  wiadomo,  gdzie  spędził  noc  z  wtorku  na  środę.  Nie
wiedziała tego nawet jego żona.

Nie  pokazano  jej  nawet  zwłok  męża.  Kobiecie  oddano  jedynie  worek  z

rzeczami: buty, garnitur i zaplamioną krwią koszulę. Anatomopatolog, który
prowadził sekcję zwłok, stwierdził, że „bruzda wisielcza na szyi ma przebieg
nietypowy”.  Anatomopatolog  odkrył  sińce  na  twarzy  i  żebrach  oraz
uszkodzenia  klatki  piersiowej.  Mogły  one  wskazywać  na  to,  że  przed
śmiercią oficer SB z kimś się szarpał.

Postępowanie  wewnętrzne  wykazało,  że  Szematowicz  zginął  śmiercią

samobójczą.  Jej  przyczyną  miały  być  kłopoty  rodzinne.  Z  resztek  akt
zachowanych  w  archiwach  IPN  wynika,  że  Szematowicz  od  1988  roku  brał
udział  w  inwigilacji  księdza  Suchowolca  i  doskonale  znał  szczegóły
podejmowanych  przeciwko  niemu  działań  operacyjnych,  w  tym  tożsamość
ulokowanych wokół niego agentów SB. Według jednej z wersji Szematowicz

background image

ostrzegł  kapłana,  że  SB  planuje  go  zabić.  Potwierdza  to  zeznanie  jednego
z duchownych. W 1995 roku powiedział on śledczym: „Jednego dnia, było to
na kilka dni przed pożarem, Staszka odwiedził jakiś mężczyzna, którego nie
znałem. Rozmawiali dłuższą chwilę, po czym on wyszedł, a Staszek wrócił.
Był  bardzo  wzburzony.  Powiedział,  że  chcą  go  zabić.  Od  tej  pory  Staszek
bardzo bał się o swoje życie”.

Czy  porucznik  Szematowicz  –  przerażony  zbrodniczymi  działaniami

swoich  kolegów  –  postanowił  ostrzec  księdza  Suchowolca?  To  pierwsza
hipoteza postawiona w śledztwie w 1993 roku. Jest jeszcze druga: przełożeni
–  widząc  wahania  i  rozterki  moralne  porucznika  –  kazali  mu  zabić  księdza.
Ten odmówił i wkrótce sam zginął.

Niewiele  brakowało,  a  tajemnicza  śmierć  dotknęłaby  również  Adama

Szóstkę  –  rolnika  z  Zabłudowa  (wieś  w  pobliżu  Dojlidów)  –  przyjaciela
księży  Suchowolca  i  Rafały.  Po  1989  roku,  kiedy  toczyły  się  kolejne
śledztwa  w  sprawie  zgonu  pierwszego  kapłana,  Szóstko  i  jego  przyjaciele
pomagali  wyjaśniać  zbrodnię.  Docierali  do  nowych  świadków,  opisywali
dziwne  zachowania  osób  z  otoczenia  kapłana.  Dzięki  nim  udało  się
zidentyfikować  agentów  bezpieki  w  otoczeniu  księdza.  Szóstko  wspomina,
że w tamtym czasie wielokrotnie otrzymywał anonimowe pogróżki i telefony
z  groźbami.  –  Kiedyś  usiłowano  mnie  przejechać  samochodem  –  mówi.  –
 Przeżyłem tylko dlatego, że w ostatniej chwili skoczyłem do rowu. Szóstko
zaczął  bać  się  o  własne  życie.  Okazało  się,  że  jego  obawy  nie  były
bezpodstawne. – Jednego dnia późnym wieczorem odprowadzaliśmy Adasia
do  domu  –  mówi  Ewa  Sypytkowska.  –  Gdy  już  dochodził,  z  krzaków
wyskoczył  mężczyzna  i  usiłował  zadać  mu  nożem  cios  w  plecy.  Dzięki
interwencji  towarzyszy  rolnikowi  udało  się  ujść  z  życiem.  Powiadomiono
policję  o  napadzie,  ale  prokuratura  umorzyła  postępowanie  w  tej  sprawie
z  powodu  niewykrycia  sprawcy,  choć  rysopis  napastnika  łudząco
przypominał 

funkcjonariusza 

białostockiej 

SB, 

zaangażowanego

w  inwigilację  księdza  Suchowolca.  Funkcjonariusz  ten  przed  śmiercią
kapłana  wielokrotnie  był  widywany  w  kościele  na  Dojlidach  podczas  mszy
świętych  za  ojczyznę.  O  swoje  życie  wiele  razy  bała  się  również  Ewa
Sypytkowska,  która  od  1989  roku  walczy  o  wyjaśnienie  prawdy  na  temat
śmierci  księdza  Suchowolca.  –  W  czasie  gdy  trwały  kolejne  śledztwa,
odbierałam  telefony  z  pogróżkami  –  opowiada.  –  Anonimowy  męski  głos
mówił, że moja głowa może szybko spaść, jak będę dalej drążyć tę sprawę.

background image

Chwilę  największej  grozy  Sypytkowska  przeżyła  w  czwartą  rocznicę

śmierci księdza.

–  Odebrałam  telefon.  W  słuchawce  usłyszałam  głos  księdza  Stanisława:

„Witam  najsympatyczniejszą  dziewczynę  w  Białymstoku”.  Potem  ktoś
przerwał  połączenie.  Głos  księdza  musiał  zostać  odtworzony  z  taśmy
z  podsłuchu  rozmowy  telefonicznej.  Tyle  tylko,  że  według  oficjalnej  wersji
nagrania te zostały zniszczone w 1989 roku, podczas palenia akt MSW.

Wystawiony

11 lipca 1989 r. późnym wieczorem dwie młode kobiety znalazły zwłoki

mężczyzny w pobliżu dworca PKS w Krynicy Morskiej. Zmarłym okazał się
ksiądz  Sylwester  Zych  (ur.  w  1956  r.)  –  znany  z  wspierania  działalności
opozycyjnej,  w  czasie  stanu  wojennego  więziony  za  rzekomy  współudział
w  zabójstwie  milicjanta.  Śledztwo  w  sprawie  śmierci  prowadził  elbląski
prokurator  Wojciech  Mazurek  –  po  1990  r.  stopniowo  awansowany
w  służbowej  hierarchii.  Mazurek  popełnił  rażące  błędy  w  dochodzeniu  –
  najważniejszym  było  bezzasadne  wstrzymanie  się  z  sekcją  zwłok  kapłana.
Według  oficjalnej  wersji  ksiądz  umarł  wskutek  zatrucia  alkoholem.  Z  opisu
śladów  ukłuć  w  okolicach  żył  wynika,  że  ktoś  wstrzyknął  Zychowi  alkohol
metylowy do żył, powodując w ten sposób jego śmierć. Prokurator Mazurek
nie  podjął  tego  wątku  w  śledztwie  i  po  kilku  czynnościach,  które  nie
doprowadziły  do  wyjaśnienia  morderstwa,  zamknął  sprawę.  Był  to  kolejny,
już trzeci w 1989 roku zgon znanego katolickiego duchownego. Oczywiście
zgon, który nastąpił „bez udziału osób trzecich”.

Gdyby jednak umiejscowić zgony księży na osi czasu wielkich wydarzeń

politycznych,  to  trzeba  dojść  do  zaskakującego  wniosku.  Wszystkie  te
śmierci  w  zdumiewający  sposób  wplatały  się  w  okres  transformacji
ustrojowej.  Po  śmierci  Popiełuszki  i  aresztowaniu  jego  sprawców  premier
Mieczysław  Rakowski  wygłosił  tajny  referat,  w  którym  mówił,  że  proces
esbeków  oskarżonych  o  to  morderstwo  spowodował  uwiarygodnienie  się
władzy w oczach opozycji. Rakowski mówił, że w łonie opozycji wytworzyła
się  frakcja,  która  uznała,  że  władza  jest  wiarygodna,  bo  zatrzymuje

background image

morderców  we  własnych  szeregach.  Jak  podkreślił  Rakowski,  na  czele  tej
frakcji  stoją  takie  osoby  jak  Geremek,  Mazowiecki  i  Michnik.  Od  tego
momentu  zaczęła  się  fala  ocieplania  stosunków  na  linii  państwo  –  Kościół
i  MSW  –  część  opozycji.  Przy  czym  właśnie  chodziło  o  tę  część  opozycji,
która głosiła teorię wiarygodności rządu dążącego do rozliczenia zbrodniarzy
we  własnych  szeregach.  W  odpowiedzi,  rząd  rozpoczął  cykl  amnestii,
w  ramach  których  wypuszczał  zwolenników  pokojowego  porozumienia
z  władzą  (w  1986  roku  z  więzienia  wyszli  m.in.  Bogdan  Lis,  Władysław
Frasyniuk).  W  sierpniu  1988  roku,  gdy  socjalizm  bankrutował,  generał
Jaruzelski  stanął  przed  wielkim  dylematem:  albo  ponownie  wprowadzi  stan
wojenny, albo przekaże władzę opozycji.

Problem  polegał  jednak  na  tym,  że  w  łonie  „Solidarności”  istniały

wówczas dwie frakcje. Pierwsza – ta, o której mówił Mieczysław Rakowski –
  tzw.  opozycja  koncesjonowana,  składająca  się  w  znacznej  części  z  tajnych
współpracowników  SB  i  opozycja  konserwatywna,  której  członkowie
domagali  się  rozliczenia  komunistów  za  popełnione  przez  nich  zbrodnie.
Z  biegiem  czasu  różnice  między  obydwiema  frakcjami  stawały  się  coraz
bardziej  poważne.  Wspólne  stanowisko  miało  zostać  wypracowane  podczas
posiedzenia  Komisji  Krajowej  NSZZ  „Solidarność”,  które  zaplanowano  na
21  stycznia  1989  roku.  Rankiem  tego  dnia  znaleziono  zwłoki  księdza
Niedzielaka  –  popierającego  konserwatywną  frakcję  opozycji.  Był  to
czytelny  sygnał:  każdy,  kto  będzie  przeciwstawiał  się  przeprowadzeniu
transformacji  ustrojowej  według  scenariusza  bezpieki,  zostanie  również
zamordowany.  Początek  obrad  okrągłego  stołu  zaplanowano  na  6  lutego.
Tydzień  wcześniej  „bez  udziału  osób  trzecich”  zginął  ksiądz  Stanisław
Suchowolec  –  również  twardy  antykomunista.  Efekt  zastraszenia  został
osiągnięty. A gdy  było już po  wyborach czerwcowych, nocą  10 lipca został
zamordowany  ksiądz  Sylwester  Zych.  I  ta  data  nie  jest  przypadkowa.  Zgon
tego kapłana nastąpił kilka dni po pierwszych, częściowo wolnych wyborach.
Formalnie komuniści odeszli, ale wciąż chcieli pokazać, że są silni. Nie jest
też  przypadkiem,  że  ich  ofiarą  padł  ksiądz,  który  jeszcze  wiosną  1989  roku
kwestionował  legitymację  okrągłego  stołu.  Prawda  o  tych  zgonach  nie
wychodzi  na  światło  dzienne,  a  jej  sprawcy  są  ukrywani  i  chronieni  przez
III  RP,  gdyż  gwarantuje  im  to  okragłostołowe  porozumienie.  Seryjny  został
wykorzystany  do  wielkiej  operacji  politycznej,  która  na  wiele  lat  miała
zdecydować o kształcie Polski.

background image

Sami swoi

Ta  operacja  przewidywała  również  usunięcie  niewygodnych  świadków

z  MSW,  którzy  znali  kulisy  głośnych  zbrodni  PRL-u,  zbrodnicze
mechanizmy  funkcjonowania  bezpieki  oraz  tożsamości  najważniejszych
agentów.  6  kwietnia  1985  zginął  Jerzy  Bojkowski  –  funkcjonariusz  Służby
Bezpieczeństwa w Katowicach, który był członkiem zbrodniczej sekcji „D”.
Jak  ustalił  dziennikarz  Tomasz  Szymborski,  oficjalnym  powodem  śmierci
Bojkowskiego  był  wystrzał  z  pistoletu  maszynowego,  który  był  „na  stanie”
esbeka. Sprawę po jakimś czasie umorzono i złożono w archiwum.

Jeszcze dziwniejsze są okoliczności śmierci przełożonego Bojkowskiego –

 pułkownika Edmunda Perka. Perek – obsesyjnie nienawidzący księży – był
szefem sekcji „D” w Katowicach i miał bardzo dużą wiedzę o działaniach tej
zbrodniczej  formacji.  W  1997  roku  został  znaleziony  martwy  w  swoim
mieszkaniu  w  Katowicach.  Jego  zwłoki  leżały  w  wannie.  Także  i  tę  sprawę
umorzono.  Podobnie  jak  sprawę  śmierci  generała  Jerzego  Gruby  –  byłego
komendanta  wojewódzkiego  MO  w  Katowicach.  W  1991  roku  prokurator
chciał mu postawić zarzuty w związku z pacyfikacją kopalni „Wujek”. Gruba
nie  dojechał  na  przesłuchanie.  Zmarł  dzień  przed  planowaną  datą  spotkania
z prokuratorem. Doznał nagłego „ataku serca”, choć cieszył się znakomitym
zdrowiem  i  nie  skarżył  się  na  żadne  dolegliwości.  Śledztwo  w  tej  sprawie
również umorzono, nie stwierdzając udziału „osób trzecich”.

background image

Rozdział III

Wielka eliminacja świadków

13  maja  1981  roku  świat  zamarł  z  przerażenia,  gdy  wszystkie  serwisy

informacyjne  podały  wiadomość,  że  o  17.17  na  Placu  św.  Piotra  doszło  do
zamachu  na  Jana  Pawła  II.  Miał  go  dokonać  Mehmet  Ali  Agca  –  turecki
terrorysta  związany  z  organizacją  „Szare  Wilki”.  Agca  został  zatrzymany
zaraz  po  tym,  jak  strzelił  do  papieża.  Rzuciła  się  na  niego  siostra  Lettycja.
Doszło  do  szamotaniny.  Zakonnica  uniemożliwiła  Agcy  ucieczkę.  Chwilę
później  zatrzymali  go  karabinierzy.  W  ten  sposób  spalił  na  panewce  plan
zakładający ucieczkę komanda morderców z Watykanu.

Ali Agca – główny podejrzany o dokonanie zbrodni – został przewieziony

do  aresztu  śledczego.  Zapewniono  mu  tam  najwyższe  środki  ostrożności.
Następnego  dnia  karabinierzy  przywieźli  go  do  budynku  prokuratury  na
pierwsze  przesłuchanie.  Turecki  terrorysta  był  oszołomiony,  przytłoczony
całym  zdarzeniem.  Zaczął  mówić.  Przyznał,  że  zamach  to  nie  jest  sprawa
„Szarych  Wilków”,  a  sprawa  KGB  i  ZSRR.  Następnego  dnia  Agcę
odwiedzili  w  więzieniu  dwaj  bułgarscy  sędziowie  i  ich  tłumacz  nazwiskiem
Markov (jak się później okazało, był agentem KGB). Markov przekazał Agcy
wiadomość  od  KGB:  „Udawaj  szaleńca,  jeśli  tego  nie  zrobisz,  ty  i  twoja
rodzina zostaniecie zamordowani”. Od tej pory turecki snajper udawał osobę
niezrównoważoną  psychicznie  i  przedstawiał  kolejne,  nieprawdopodobne
wersje  zbrodni.  W  2007  roku  dziennikarze  wyliczyli,  że  przedstawił  aż  147
różnych  scenariuszy  zdarzeń.  Prowadzący  śledztwo  sędzia  Ferdinando
Imposimato  oczywiście  od  początku  był  przekonany,  że  Agca  nie  działał
sam, tylko wykonywał czyjeś polecenia. Jednak w 1981 roku nie był w stanie
tego  udowodnić.  Wszyscy  wspólnicy  Ali  Agcy  wyjechali  z  Włoch,  osoby,

background image

które  im  pomagały,  nie  były  jeszcze  znane.  Agcę  w  1982  roku  skazano  na
karę więzienia. Sędzia Imposimato poszukiwał jednak jego pomocników. Na
szczęście  mógł  liczyć  na  pomoc  kontrwywiadu.  Jego  funkcjonariusze  przez
wcześniejsze miesiące obserwowali i Agcę, i wszystkich jego kompanów.

Było ich czterech. Młodzi, pełni energii, wyszkoleni w arabskich obozach

dla  terrorystów.  Wychowani  na  bezwzględnych  zabójców.  Przepełnieni
nienawiścią i ideą walki z imperializmem i Watykanem. Gotowi zamordować
każdego, kogo uważali za wroga. Ali i Oral – obaj wówczas 23-letni – znali
się  wcześniej  z  podstawówki  i  szkoły  średniej,  którą  obaj  przerwali  w  tym
samym  czasie  i  z  tych  samych  powodów.  Mieli  do  siebie  pełne  zaufanie.
Obok nich Omer i Sedat. Też z Turcji. Choć działali w tej samej organizacji,
nie  znali  się  osobiście.  Nie  znali  też  dwóch  pozostałych  kolegów.  Ich  losy
splotły  się  na  trzy  dni  w  maju  1981  roku.  10  maja  wszyscy  spotkali  się
w Rzymie, w maleńkim mieszkaniu oddalonym o kilka kilometrów od Placu
Świętego Piotra, wynajmowanym przez Jelio Wasiliewa – sekretarza attaché
obrony  Ambasady  Bułgarii  we  Włoszech.  Trafili  tam  punktualnie,  bo  tak
kazał im człowiek, który od dwóch lat wyznaczał im zadania i którego znali
pod  imieniem  Bekir.  Bekir  czekał  na  nich  w  towarzystwie  trzech  ludzi
mówiących w innym języku. Wcześniej powiedział każdemu z nich, że czeka
go  „najważniejsze  zadanie”.  O  szczegółach  mieli  porozmawiać  już
bezpośrednio.

Narkotykowy szmugler

O  Bekirze  dużo  mówią  akta  śledztwa  prowadzonego  od  13  maja  1981

roku przez Wydział Śledczy rzymskiej prokuratury. Akta zawierają dokładny
przestępczy życiorys tego człowieka. Nazywał się Bekir Celenk i od połowy
lat 70. znany był tureckiej policji jako jeden z najważniejszych przemytników
narkotyków. W 1979 roku Celenk został aresztowany przez władze Bułgarii
za  przemyt  większej  ilości  narkotyków.  Szybko  jednak  wyszedł  zza  krat.
Z  analizy  włoskiego  kontrwywiadu  znajdującej  się  w  aktach  śledztwa
w  sprawie  Jana  Pawła  II  wynika,  że  najprawdopodobniej  Celenk  wyszedł
dlatego,  że  zobowiązał  się  do  współpracy  z  bułgarskimi  służbami

background image

specjalnymi.  To  o  tyle  prawdopodobne,  że  w  1980  roku  ten  sam  Celenk
przedstawił  swoim  bułgarskim  kolegom  Ali  Agcę  jako  osobę  wybraną  do
zastrzelenia  polskiego  papieża.  Z  akt  śledztwa  wynika,  że  Agcę  do  tej  roli
wytypował  Asłan  Samet  –  szef  organizacji  „Szare  Wilki”  (prawdopodobnie
miał  powiązania  z  KGB),  kolega  i  współpracownik  Celenka.  Jego  zdaniem,
Agca był na tyle dobrze wyszkolony i zmotywowany, że mógł bez żadnych
skrupułów pociągnąć za spust, mierząc do Jana Pawła II.

Cyngle z Malatyi

Ali  Agca  i  Oral  Celik  –  gdy  spotkali  się  w  tajemniczym  mieszkaniu

w Rzymie – byli już dobrymi znajomymi. Poznali się w latach 60. w szkole
średniej  w  Malatyi  w  środkowej  Turcji.  Obaj  jednak  szybko  zrezygnowali
z nauki. Agca – zafascynowany terrorystycznymi hasłami „Szarych Wilków”
–  rzucił  szkołę,  aby  zająć  się  działalnością  wywrotową.  Zapytany  przez
przełożonych  o  inne  osoby,  które  można  byłoby  przyjąć  do  organizacji,
zaproponował właśnie Celika. Ten się zgodził i razem pojechali do Libanu na
obóz  szkoleniowy  dla  arabskich  terrorystów.  Jako  wyróżniający  się
uczestnicy  szkolenia,  w  1979  roku  zaczęli  otrzymywać  „zadania  specjalne”.
Najpoważniejszym  było  zlecenie  zamordowania  Abdi  Ipekci  –  tureckiego
dziennikarza  nieprzychylnego  ówczesnej  władzy.  Agca  został  za  to
zabójstwo  skazany,  jednak  wkrótce  później  uciekł  z  więzienia.  Zostało
jednak  sporo  wątpliwości  wokół  tej  zbrodni.  W  latach  80.  amerykańska
dziennikarka Claire Sterling – dotarła do dowodów przemawiających za tym,
że to nie Agca tylko Oral Celik był zabójcą dziennikarza, zaś jego wspólnik
wziął  na  siebie  odpowiedzialność.  Do  hipotezy  tej  powrócił  później  sędzia
Ferdinando  Imposimato,  który  prowadził  śledztwo  w  sprawie  zamachu  na
Jana  Pawła  II.  Przy  okazji  wyszło  na  jaw,  że  Celik  dopuścił  się  innych
zabójstw  (Sterling  pisze  o  kilkunastu).  Wszystko  wskazuje  na  to,  że
doświadczenie  kryminalne  obu  młodych  „Szarych  Wilków”  sprawiło,  że  to
właśnie  oni  zostali  wybrani,  aby  zrealizować  najważniejszy  element  planu
zamach  na  papieża.  Tym  bardziej,  że  wchodziło  w  grę  zastosowanie

background image

wariantu,  w  którym  jeden  z  nich  jest  w  stanie  wziąć  na  siebie  winę  za
drugiego.

Nocne spotkanie

Późnym  wieczorem  10  maja  1981  roku  w  rzymskim  mieszkaniu

omówione zostały role przypadające każdemu z uczestników spisku na życie
papieża. Według tej koncepcji rolę egzekutorów mieli wziąć na siebie Agca
i  Celik.  Ich  zadanie  polegało  na  tym,  aby  wypatrzeć  moment,  kiedy  papież
będzie najbliżej i wtedy do niego strzelać. Tak, aby zabić. Agca wziął na Plac
Świętego  Piotra  pistolet  typu  browning,  Celik  –  berettę  kaliber  7,62
milimetra.  Obok  nich  miał  stanąć  Omer  Ay  –  trzeci,  najmłodszy  uczestnik
spisku.  Ay  spakował  plecak  wypełniony  granatami  hukowymi  i  petardami,
emitującymi  dym.  Jego  zadanie  polegało  na  tym,  aby  zaraz  po  zamachu
wywołać  jak  największe  zamieszanie  i  panikę  na  Placu  świętego  Piotra.
Miało to umożliwić wszystkim terrorystom ucieczkę.

Tajemnica zabójcy

To  nie  był  koniec  zbrodniczego  planu.  Czwarty  Turek  –  Sedat  Kadem

(poznał  spiskowców  dopiero  wieczorem  10  maja)  –  miał  stanąć  za  nimi
uzbrojony  w  karabin  snajperski.  Był  trzecim  strzelcem  gotowym  do  zabicia
papieża.  Z  materiału  zgromadzonego  w  śledztwie  wynika,  że  miał  strzelać,
gdyby Agcy i Celikowi nie udało się zamordować Jana Pawła II. Tyle tylko,
że  Kadem  mógł  mieć  jeszcze  jeden  cel:  zabicie  kolegów  –  zamachowców.
Hipoteza  taka  pojawiła  się  w  1983  roku.  Analizując  zapisy  kamer  na  Placu
Świętego  Piotra,  technicy  włoskiej  policji  zwrócili  uwagę,  że  Kadem  –
  widząc  zbliżający  się  papamobile  –  ustawił  się  w  takim  miejscu,  że  trudno
mu było strzelać do Jana Pawła II, a łatwo do dwóch kolegów.

W trakcie spotkania 10 maja spiskowcy poznali również dwóch mężczyzn

z  Bułgarii.  Byli  to  Todor  Ajwazow  –  kasjer  ambasady  bułgarskiej  –  oraz

background image

wspomniany  wcześniej  Jelio  Wasiliew.  Obaj  byli  funkcjonariuszami
wywiadu  pracującymi  pod  przykryciem  dyplomatów.  Obiecali  pomoc
w  zorganizowaniu  ucieczki  z  miejsca  zamachu.  W  określonym  miejscu
zaparkowali  samochód  marki  Alfa  Romeo  na  dyplomatycznych  numerach
rejestracyjnych. Trzej snajperzy mieli jak najszybciej uciec z placu, dostać się
w  umówione  miejsce  i  wsiąść  do  auta.  Kierowca  miał  ich  odwieźć  aż  do
ambasady bułgarskiej. Tam w zależności od rozwoju sytuacji mieli poczekać
od  kilkudziesięciu  godzin  do  kilku  dni.  Potem  specjalne  samochody
dyplomatyczne  powinny  wywieźć  ich  do  Turcji.  Tyle  wynika  ze  śledztwa
włoskich prokuratorów.

Niespełniony plan i wielkie pieniądze

Tak  misternie  uknuty  plan  w  kulminacyjnym  momencie  zawalił  się.

Pistolet Ali Agcy zaciął się po drugim wystrzale i terrorysta nie zdążył posłać
w  stronę  Jana  Pawła  II  trzeciej  kuli.  Z  kolei  Oral  Celik  po  raz  pierwszy

swojej 

karierze 

zabójcy 

spudłował. 

Ekspertyza 

balistyczna

przeprowadzona na polecenie sędziego Ferdinando Imposimato wykazała, że
Celik mierzył do Ojca Świętego, ale trafił w palce kobietę stojącą w pobliżu
papamobile. Natychmiast po strzałach szwajcarscy gwardziści (papieska straż
przyboczna)  osłonili  swoimi  ciałami  Jana  Pawła  II,  a  kierowca  papamobile
ruszył do szpitala. Wtedy Omer Ay rzucił w tłum granaty hukowe i petardy,
a Oral Celik i Sedat Kadem zaczęli uciekać z Placu Świętego Piotra. Agcy się
to nie udało. Gdy tylko próbował przeładować browninga, aby dalej strzelać
do  papieża,  rzuciła  się  na  niego  stojąca  obok  zakonnica  –  siostra  Lettycja.
Doszło między nimi do szamotaniny. – Krzyczał: to nie ja, nie ja strzelałem,
a  ja  mu  odpowiedziałam:  widziałam,  że  to  pan  –  zeznawała  później
w  śledztwie  zakonnica.  Ta  szamotanina  zgubiła  terrorystę.  Silniejszy
i  bardziej  wysportowany  Agca  nie  zdążył  przez  nią  uciec  i  kilka  sekund
później został zatrzymany przez karabinierów. Trafił do aresztu, a potem do
sądu.  Usłyszał  wyrok  za  próbę  pozbawienia  życia  papieża  i  trafił  do
więzienia.  W  2000  roku  darowano  mu  karę  na  podstawie  amnestii,  jednak
terrorysta nie wyszedł z więzienia. Został przekazany władzom w Turcji, a te

background image

umieściły  go  w  więzieniu  w  Ankarze,  aby  odbył  karę  za  zabójstwo  Abdi
Ipekci.  18  stycznia  2010  roku  Agca  wyszedł  z  więzienia  jako  wolny
człowiek.  Nie  wiedział,  że  gdy  siedział  za  kratkami,  sędzia  Ferdinando
Imposimato  wytrwale  tropił  ludzi,  którzy  pomagali  Agcy.  I  trafiał  na
przeszkodę za przeszkodą.

Śmierć w celi

Jako pierwszy przed obliczem wymiaru sprawiedliwości miał stanąć Bekir

Celenk – organizator spotkania trzy dni przed zamachem. Prześwietlając jego
przeszłość, sędzia Imposimato dowiedział, że Celenk, który w mafii tureckiej
odpowiadał za przemyt narkotyków z Turcji do Europy, został w 1979 roku
zatrzymany  i  na  krótko  aresztowany.  Wkrótce  jednak  wyszedł  na  wolność
i kontynuował przestępczą działalność. Najprawdopodobniej do więzienia nie
trafił na dłużej tylko dlatego, że zobowiązał się współpracować z bułgarskimi
służbami specjalnymi. Dzięki temu Bulgarzy zdobywali cenne informacje na
temat  tureckich  grup  przestępczych  działających  w  ich  kraju.  Latem  1980
roku Celenk zorganizował w Sofii nadzwyczajne spotkanie z udziałem Alego
Agcy. Odbyło się ono w mieszkaniu… oficera bułgarskich służb specjalnych.
To własnie wówczas zaczęto czynić przygotowania do zamachu. – Z ustaleń
naszego  śledztwa  wynika,  że  Celenk  rozdzielał  zadania  spiskowcom,
przekazywał  im  pieniądze,  kontakty  i  sfałszowane  dokumenty  –  wspomina
sedzia Imposimato. – Ponad wszelką wątpliwość odegrał bardzo ważną rolę
w organizacji zamachu.

Dowody  jego  udziału  w  spisku  na  życie  Papieża  włoscy  śledczy  zdobyli

w 1982 roku. Niedługo później Celenk zostal aresztowany w Turcji za szereg
pospolitych przestępstw. Trafił do wojskowego więzienia Mamak w Antalyi.
Sędzia  Hilario  Martella  –  szef  rzymskich  śledczych  –  podpisał  dokumenty
uzasadniające jego ekstradycję i kilka tygodni później włoski rząd oficjalnie
zwrócił  się  do  Turcji  z  prośbą  o  wydanie  Celenka,  który  miał  odpowiadać
przed włoskim sądem za współudział w organizacji zamachu na Jana Pawła
II. Władze w Ankarze skierowały sprawę do sądu, a ten po wielu miesiącach

background image

wyraził  zgodę.  Formalną  ekstradycję  zaplanowano  na  ostatni  dzień
października 1985 roku. Nie doszło do niej, bo 14 października Celenk został
znaleziony  w  celi  martwy.  Jako  oficjalną  przyczynę  zgonu  podano  zawał
serca.

Jeszcze  dziwniejszy  był  los  Asłana  Sameta  –  na  początku  lat  80.  szefa

organizacji  „Szare  Wilki”,  który  odegrał  istotną  rolę  w  przygotowaniu
zamachu. Wszystko wskazuje na to, że to on osobiście wyznaczył Ali Agcę
do roli głównego egzekutora, a wcześniej skierował go na trening do Libanu,
do obozu szkoleniowego dla terrorystów. Na trop Sameta rzymscy sędziowie
śledczy wpadli w 1983 roku, gdy trwało drugie śledztwo dotyczące spisku na
życie  Jana  Pawła  II,  obejmujące  pomocników  Agcy.  Samet  pozostawał
jednak  nieuchwytny  dla  wymiaru  sprawiedliwości.  W  końcu  został
aresztowany na terytorium Turcji i trafił do aresztu z zarzutami działalności
przestępczej  i  terrorystycznej.  Minęły  dwa  lata  i  włoskie  władze  wystąpiły
również  o  jego  ekstradycję.  Nie  doszła  do  skutku,  bo  w  sierpniu  1987  roku
Samet  popełnił  samobójstwo  w  więziennej  celi.  Anatomopatolog,  który
prowadził  sekcję  zwłok,  stwierdził  ślady  bójki  i  szamotaniny  oraz  wyraził
przekonanie,  że  śmierć  nastąpiła  przy  udziale  osób  trzecich.  Wszczęto
i  przeprowadzono  śledztwo,  które  potwierdziło  tę  wersję,  ale  nie
doprowadziło  do  wykrycia  sprawców.  Sprawa  została  więc  umorzona.
Włoską  opinię  publiczną  szokowało,  że  do  pilnie  strzeżonego  więzienia
w Turcji ktoś mógł niepostrzeżenie wejść, zamordować osadzonego i wyjść.
Sprawa wygląda tym bardziej tajemniczo, że nikt spośród strażników niczego
nadzwyczajnego  nie  zapamiętał,  a  w  dokumentacji  penitencjarnej  nie
zachowały  się  żadne  wpisy  potwierdzające  przybycie  osób  trzecich.
Tajemnica śmierci Asłana Sameta wciąż pozostaje niewyjaśniona.

Na tropie Bułgarów

Dla  śledztwa  prowadzonego  przez  rzymskich  sędziów  bardzo  ważne

okazały  się  ustalenia  dotyczące  powiązań  Agcy  z  przedstawicielami
bułgarskich  służb  specjalnych  działającymi  we  Włoszech.  Ustalenia  te  były
możliwe dzięki dokumentom i zdjęciom włoskiego kontrwywiadu, który nie

background image

spuszczał  z  oczu  obcych  dyplomatów  (zwłaszcza  tych  pochodzących
z  krajów  socjalistycznych)  oraz  osób,  z  którymi  się  kontaktowali.  Dzięki
pracy oficerów kontrwywiadu udało się ustalić, że w dniach 11-13 maja Ali
Agca był w regularnym kontakcie z Siergiejem Antonowem – pracownikiem
wywiadu  bułgarskiego,  działającym  pod  przykryciem  wicedyrektora
rzymskiej placówki bułgarskich linii lotniczych. Pomagało im trzech innych
Bułgarów,  m.in.  Jelio  Wasiliew,  sekretarz  attaché  obrony  ambasady
bułgarskiej  w  Rzymie,  a  także  Todor  Ajwazow,  kasjer  placówki.  Obaj  byli
faktycznie  kadrowymi  pracownikami  bułgarskiego  wywiadu.  Wszyscy
spotykali  się  w  mieszkaniu  Wasiliewa  i  omawiali  szczegóły  planowanej
zbrodni.  Podczas  przesłuchań  Agca  nie  chciał  jednak  opowiadać
o  znajomości  ze  szpiegami  z  Bułgarii.  Zidentyfikowano  ich  wiele  tygodni
później  dzięki  informacjom  kontrwywiadu.  Jednak  rzymscy  sędziowie
śledczy  nie  mogli  ich  zatrzymać.  Okazało  się,  że  Bułgarzy  wyjechali
z  Włoch,  posługując  się  paszportami  dyplomatycznymi  i  nie  zamierzali
wracać  do  Rzymu.  Sędzia  Hilario  Martella  zwrócił  się  więc  do  bułgarskich
władz  z  prośbą  o  umożliwienie  mu  przesłuchania  obywateli  Bułgarii
podejrzewanych  o  udział  w  zamachu  na  Papieża.  Władze  w  Sofii
niespodziewanie  wyraziły  zgodę.  W  lipcu  1983  roku  sędzia  Martella
przyjechał  do  Bułgarii  i  w  ciągu  kilku  dni  przesłuchał  pięć  osób,  które  nie
powiedziały  niczego  istotnego,  zaprzeczyły  znajomości  z  Ali  Agcą  oraz
stwierdziły,  że  nigdy  go  nie  widziały.  Ich  zeznania  różniły  się  w  bardzo
istotnych  fragmentach,  jednak  sędziemu  Martelli  nie  pozwolono  już
przeprowadzić konfrontacji. Włoski śledczy wrócił do Rzymu z kwitkiem.

Musiało  minąć  wiele  lat,  zanim  po  transformacji  ustrojowej  pojawiła  się

druga szansa na pociągnięcie do odpowiedzialności bułgarskich pomocników
Agcy.  Sędzia  Ferdinando  Imposimato,  który  w  tym  czasie  nadzorował
śledztwo,  ponownie  starał  się  o  przesłuchanie  wspomnianych  agentów.
Spotykała  go  jednak  niespodzianka  za  niespodzianką.  5  sierpnia  1992  roku
Stojan  Sawow  –  emerytowany  szef  wywiadu  bułgarskiego  (kierował  służbą
w  1981  roku,  gdy  doszło  do  zamachu  i  musiał  bardzo  dużo  wiedzieć
o sprawie) – popełnił samobójstwo, strzelając do siebie z pistoletu. Zostawił
pożegnalny  list,  w  którym  napisał,  że  całkowitą  winę  za  zamach  na  życie
Jana  Pawła  II  ponoszą  tureckie  służby  specjalne.  Sędzia  Imposimato  nie
zdołał  również  zadać  żadnego  pytania  Todorowi  Ajwazowowi.  Wkrótce  po
tym, jak władze bułgarskie zadeklarowały pomoc w wyjaśnianiu okoliczności

background image

zamachu  na  Papieża,  Ajwazow  został  zaproszony  na  polowanie
zorganizowane  przez  byłych  funkcjonariuszy  służb  specjalnych.  W  jego
trakcie został postrzelony, wykrwawił się i zmarł, zabierając swoje tajemnice
do grobu. Najważniejszym świadkiem został więc Jelio Wasiliew. Także i on
nie zdążył już podzielić się swoją wiedzą z sędzią Imposimato. Jesienią 1995
roku  zginął  w  tajemniczym  wypadku  samochodowym.  W  auto,  którym
jechał,  na  nieoświetlonym  odcinku  drogi  uderzyła  rozpędzona  ciężarówka.
Jej  kierowcy  nigdy  nie  zidentyfikowano,  a  dochodzenie  w  całej  sprawie
wkrótce umorzono.

Bomba w samochodzie

Był słoneczny poranek 24 stycznia 1993 roku. Znany turecki dziennikarz

śledczy  Ugur  Mumcu  wyszedł  ze  swojego  domu  na  przedmieściach
Stambułu.  Wsiadł  do  samochodu  marki  Renault  i  przekręcił  kluczyki
w  stacyjce.  W  tym  momencie  okolicą  wstrząsnął  wybuch.  Bomba
umieszczona  w  samochodzie  dziennikarza  eksplodowała,  zabijając  go  na
miejscu  i  wyrządzając  liczne  zniszczenia.  Dochodzenie  w  tej  sprawie
wykazało,  że  Mumcu  prowadził  przez  ostatnie  kilkanaście  miesięcy
intensywne  śledztwo  dziennikarskie  dotyczące  powiązań  między  zamachem
na  Jana  Pawła  II  a  organizacją  terrorystyczną  „Szare  Wilki”  i  bułgarskimi
służbami  specjalnymi.  W  trakcie  dochodzenia  wyszło  na  jaw,  że  regularnie
spotykał  się  m.in.  z  szefem  rezydentury  CIA  w  Stambule  Paulem  Hinzem,
który dużo mówił mu o tym, co wie amerykański wywiad na temat spisku na
życie  Papieża  (wcześniej  Hinze  rozpracowywał  organizacje  terrorystyczne
i pisał dla centrali CIA analizy na temat „Szarych Wilków”). W dniu, kiedy
zginął,  Mumcu  miał  zaplanowane  spotkanie  z  emerytowanym  prokuratorem
ze Stambułu, który przez wiele lat prowadził śledztwa w sprawie przestępczej
działalności  „Szarych  Wilków”  i  badał  ich  kontakty  m.in.  z  bułgarskimi
służbami specjalnymi. Na to spotkanie Mumcu jednak nie dotarł.

Wypadek z podtekstem politycznym

background image

3  listopada  1996  roku  w  miejscowości  Susurluk  w  zachodniej  Turcji,  na

drodze  między  Izmirem  a  Istambułem  wydarzył  się  dziwny  wypadek.
Rozpędzona  ciężarówka  wypadła  z  pasa  i  z  ogromną  prędkością  uderzyła
w nadjeżdżający z naprzeciwka samochód osobowy. Jego kierowca próbował
wszelkimi siłami ominąć ciężarówkę, ale bezskutecznie. W wyniku zderzenia
zginęło troje pasażerów: terrorysta Abdullah Catli, jego kochanka Gonca Us
i wysoki rangą oficer policji Husain Kocadag. Przeżył jedynie Sedat Bucak –
 deputowany do tureckiego parlamentu.

Gdy  informacje  o  wypadku  przedostały  się  do  prasy,  wybuchł  jeden

z największych politycznych skandali w historii Turcji. Okazało się bowiem,
że  polityk  i  oficer  tureckiej  policji  podróżowali  wspólnie  z  Abdullahem
Catlim,  którego  nazwisko  widniało  na  sporządzonej  przez  Interpol  liście
najbardziej poszukiwanych terrorystów. Świadczyło to o ogromnej zażyłości
łączącej przedstawicieli prawa ze ściganym bandytą.

Kilka tygodni później policja ujawniła, że przy zwłokach Abdullaha Catli

znaleziono  sfałszowaną  legitymację,  której  na  początku  maja  1981  roku
używał Ali Agca. Abdullah Catli był tą osobą, która zgodziła się na przyjęcie
Agcy  do  organizacji  „Szare  Wilki”.  Potem  opiekował  się  przyszłym
snajperem,  szkolił  go  i  wyznaczał  mu  zadania.  W  hierarchii  organizacji  był
bezpośrednim przełożonym Agcy. W 1979 roku Catli zorganizował ucieczkę
Agcy  z  więzienia,  w  którym  ten  odsiadywał  wyrok  za  zamordowanie
tureckiego  dziennikarza  Abdiego  Ipekci.  Później  kazał  nielegalnie  kupić
pistolet  typu  browning,  z  którego  Agca  oddał  strzały  do  Papieża.
Skontaktował  go  również  z  rezydentami  tureckiej  mafii  w  Bułgarii,  którzy
pomagali Agcy przygotowywać się do zamachu. Catli dostarczył mu również
sfałszowany paszport na fikcyjne nazwisko, dzięki czemu niedoszły zabójca
Jana Pawła II mógł bezpiecznie podróżować po Europie.

Rola Catliego w zamachu nie została do końca wyjaśniona. Ali Agca nie

chciał na jego temat nic mówić. Rzymscy sędziowie śledczy wpadli na jego
trop  wiele  miesięcy  później,  badając  kontakty  i  powiązania  Agcy.  Catli
figurował już na liście najbardziej poszukiwanych przestępców, jednak nigdy
nie  został  schwytany.  Dzięki  fałszywym  dokumentom  swobodnie
podróżował,  znikał  w  Turcji,  zacierał  za  sobą  ślady  i  gubił  pogoń.  Jego
wyścig  z  wymiarem  sprawiedliwości  zakończył  wypadek  w  Susurluku.  –

background image

  Okoliczności  tego  wypadku  są  co  najmniej  zastanawiające  –  uważa
Ferdinando  Imposimato.  Tuż  po  wypadku  turecka  prasa  spekulowała,  że  to
służby  specjalne  pozbyły  się  człowieka,  który  bardzo  dużo  wiedział
o  związkach  „Szarych  Wilków”  i  innych  organizacji  przestępczych  ze
światem  tureckiej  polityki.  Nie  ulega  wątpliwości,  że  miał  też  ogromną
wiedzę  o  przygotowaniach  do  zamachu  na  Jana  Pawła  II  i  o  osobach,  które
pomagały  Alemu  Agcy.  Swoją  wiedzę  turecki  terrorysta  zabrał  jednak  do
grobu, zanim udało się go przesłuchać w sprawie zamachu.

Dziwne samobójstwo ochroniarza

5  maja  1998  roku  w  klinice  Gemelli  sporządzono  akt  zgonu  42-letniego

pułkownika  Aloisa  Estermanna  –  szefa  Gwardii  Szwajcarskiej  (ochrona
papieży).  Jako  przyczynę  zgonu  wpisano  „śmiertelny  postrzał  z  pistoletu
z  bliskiej  odległości”.  Informacja  ta  została  podana  do  prasy  i  natychmiast
zdominowała  czołówki  włoskich  mediów.  W  ten  sposób  opinia  publiczna
uzyskała  oficjalne  potwierdzenie  tego,  o  czym  spekulowano  cały  dzień.
Kilkanaście  godzin  wcześniej,  wieczorem  4  maja  1998  roku,  zwłoki
Estermanna  znaleziono  w  Watykanie,  w  jego  pokoju  przylegającym  do
prywatnego apartamentu Jana Pawła II. Obok leżały zwłoki jego żony Gladys
Romero i młodego kaprala Gwardii Szwajcarskiej Cedrica Tornaya. W nocy
karawan  zawiózł  trzy  ciała  do  szpitalnej  kostnicy.  W  sprawie  wszczęto
śledztwo, które do dziś budzi wiele kontrowersji.

Pułkownik Alois Estermann był szefem Gwardii Szwajcarskiej – elitarnej

formacji  nazywanej  najmniejszą  armią  świata.  Gwardia  powstała  w  1506
roku i od tamtego czasu (z krótkimi przerwami w okresie wojen) zajmuje się
ochroną  osobistą  papieży  i  pilnowaniem  porządku  w  Watykanie.  W  trakcie
śledztwa  w  sprawie  śmierci  Estermanna  do  prasy  przeciekały  informacje
mówiące  o  tym,  że  był  homoseksualistą,  który  starał  się  ukryć  swoją
orientację.  Prokuratura  potwierdziła,  że  również  bada  ten  wątek.  Po  wielu
miesiącach ogłosiła, że romanse Estermanna z innymi mężczyznami stały się
powodem  dramatu.  Jednym  z  kochanków  Estermanna  był  jakoby  23-letni
Cedric Tornay. Oczekiwał on odznaczenia i awansu, ale Estermann nie chciał

background image

spełnić  jego  żądania.  Wściekły  młodzieniec  4  maja  1998  roku  z  zemsty
zamordował  więc  swojego  przełożonego  i  jego  żonę,  a  następnie  popełnił
samobójstwo.  Taką  też  wersję  przedstawiła  rzymska  prokuratura.  Śledztwo
zostało  zamknięte  po  roku,  jednak  sposób  jego  prowadzenia  od  początku
bulwersował  opinię  publiczną.  Choćby  dlatego,  że  samobójstwo  23-letniego
gwardzisty,  zdrowego  psychicznie  i  niemającego  żadnych  problemów,
wydawało się mało prawdopodobne.

Głównym  dowodem  w  śledztwie  był  pistolet  znaleziony  w  prawej  ręce

Cedrica  Tornaya.  Według  prokuratury  z  lufy  tego  pistoletu  wyleciały  kule,
które  zabiły  wszystkich,  w  tym  ta  właśnie  „samobójcza”.  Tornay  nie  został
pochowany  w  Watykanie.  Jego  zwłoki  przewieziono  do  Szwajcarii  i  tam
pochowano  na  cmentarzu  w  rodzinnej  parafii.  Wynajęci  przez  rodzinę
adwokaci  po  wielu  miesiącach  uzyskali  zgodę  na  przeprowadzenie
ekshumacji  zwłok.  W  sierpniu  2002  roku  adwokaci  zwołali  konferencję
prasową, w trakcie której ogłosili, że ekshumacja wykazała, iż Tornay zginął
od pocisku kalibru ponad 9 mm, natomiast pistolet, który znaleziono w jego
ręce, wystrzeliwał kule kalibru 7,62 mm. Była to informacja stawiająca całą
sprawę  w  zupełnie  nowym  świetle.  Prawnicy  podważyli  również  drugi,
główny  dowód  w  sprawie.  Były  to  listy  napisane  rzekomo  przez  Tornaya,
które jego matka otrzymała dwa dni po tragedii. Gwardzista prosił matkę, aby
wybaczyła  mu  to,  co  zamierza  zrobić.  Pisał,  że  musi  zabić  Estermanna,
ponieważ  ten  obiecał  mu  odznaczenie  i  słowa  nie  dotrzymał.  „Syn,  który
bardzo  cię  kocha”  –  podpisał  swoje  listy  Tornay.  Już  w  pierwszych  dniach
matka  zwróciła  uwagę,  że  charakter  pisma  widoczny  na  kartkach  listu
w  najmniejszym  stopniu  nie  przypomina  charakteru  pisma  jej  syna
(potwierdził to biegły grafolog), a podpis zawierający jego imię zawiera błąd
ortograficzny.  Później  odkryła,  że  datę  listu  autor  napisał  za  pomocą  cyfr
(04.05.98),  choć  jej  syn  zawsze  słownie  pisał  nazwy  miesięcy.  Matka
gwardzisty  stanowczo  zdementowała  pogłoski,  jakoby  jej  syn  był
homoseksualistą.  –  Z  dowodów,  które  przedstawiliśmy,  wynika,  że  na
miejscu  zdarzenia  był  ktoś  czwarty  –  mówili  zgodnie  i  adwokaci,  i  matka
gwardzisty.  Czyżby  więc  tym  czwartym  osobnikiem  był  właśnie  Seryjny
Samobójca?

Podczas  przesłuchania  w  tej  sprawie  kobieta  zeznała,  że  wysoki  rangą

oficer Gwardii Szwajcarskiej zadzwonił do niej i żądał, aby nie uczestniczyła
w  nabożeństwie  pogrzebowym  swojego  syna,  które  zostało  odprawione

background image

w  Watykanie.  Zidentyfikowanie  tego  oficera  dla  rzymskiej  prokuratury
okazało się zadaniem zbyt trudnym.

Ferdinando  Imposimato  –  emerytowany  szef  rzymskich  sędziów

śledczych  –  ma  bardzo  wiele  wątpliwości  dotyczących  śmierci  obu
gwardzistów.  –  Cedric  Tornay  miał  opinię  strażnika  fanatycznie  oddanego
sprawom  bezpieczeństwa  Papieża  –  mówi  sędzia  Imposimato.  Pracował
bardzo krótko, ale przez ten czas zwrócił uwagę na luki w systemie ochrony
Jana  Pawła  II  i  opracował  specjalny  program  mający  poprawić  jego
bezpieczeństwo  oraz  sprawność  całej  Gwardii  Szwajcarskiej.  Tornay  chciał,
aby  gwardziści  byli  wyposażeni  w  broń  palną  i  postępowali  według  innych
procedur – zapewniających większy poziom bezpieczeństwa. Swoje pomysły
często 

konsultował 

przełożonym 

Aloisem 

Estermannem.

Najprawdopodobniej  ta  właśnie  sprawa  była  przedmiotem  ich  spotkań  po
godzinach pracy.

Z  kolei  sam  pułkownik  Estermann  służbę  w  Gwardii  Szwajcarskiej

rozpoczął w 1980 roku. Jego postura, refleks i sprawność fizyczna sprawiły,
że przydzielono go do ochrony osobistej Jana Pawła II. Szwajcar znajdował
się  tuż  przy  Papieżu  podczas  wszystkich  jego  pielgrzymek,  audiencji
i  spotkań  z  wiernymi.  Był  obecny  na  Placu  Świętego  Piotra  13  maja  1981
roku,  gdy  Ali  Agca  oddał  strzały.  Protokoły  przesłuchań  Estermanna  –
 znajdujące się w aktach śledztwa w sprawie zamachu – wskazują, że był on
przekonany  co  do  udziału  osób  trzecich  w  spisku  i  co  do  tego,  że
zamachowcom  pomagały  osoby  pełniące  ważne  funkcje  w  państwie
watykańskim.  Zaangażowanie  pułkownika  w  śledztwo  i  późniejsze
wydarzenia  dowodzą,  że  prowadził  też  prywatne  dochodzenie  w  sprawie
wypadków  z  13  maja  –  badał  głównie  zachowanie  poszczególnych
funkcjonariuszy  Gwardii  Szwajcarskiej.  Także  Estermann  –  jak  wykazało
śledztwo  w  sprawie  jego  śmierci  –  był  gorącym  zwolennikiem  zmian
w systemie papieskiej ochrony i wzmocnienia procedur bezpieczeństwa.

Zabójcze archiwum

Ale  w  tej  sprawie  jest  jeszcze  jeden  wątek,  któremu  trzeba  przyjrzeć  się

background image

bliżej.  Pułkownik  Estermann  bardzo  interesował  się  również  archiwami
gromadzonymi  przez  jezuitę  ojca  Roberta  Grahama,  historyka  Kościoła.
W 1991 roku ojciec Graham został nagle wezwany na rozmowę do gabinetu
Jana Pawła II w Pałacu Apostolskim. Tam dowiedział się, że papież chce mu
zlecić specjalną misję: przebadanie wszystkich dostępnych na całym świecie
archiwów  oraz  zdobycie  wszelkich  możliwych  dokumentów  i  informacji  na
temat  inwigilacji  Państwa  Kościelnego  przez  komunistyczne  służby
specjalne,  w  tym  informacji  o  osobach,  które  w  tej  inwigilacji  pomagały.
Papież – pochodzący przecież z kraju komunistycznego – przed wyborem na
Stolicę Piotrową sam doświadczył działania tajnych służb. Był obserwowany,
śledzony,  podsłuchiwany,  próbowano  nagrywać  jego  spowiedzi.  Doskonale
zdawał  sobie  sprawę,  jaką  determinację  wykazywały  tajne  służby  w  walce
z  Kościołem.  Jeszcze  jako  biskup  i  kardynał  krakowski  wydał  księżom
polecenie, aby informowali przełożonych o wszelkich kontaktach z bezpieką.
W 1991 roku nadarzyła się szansa, aby poznać choć część prawdy o ataku na
Kościół i jego samego w ostatnim okresie zimnej wojny.

Sekretne badania

Misja  ojca  Grahama  była  bardzo  delikatna.  Po  pierwsze  dlatego,  że  jej

ujawnienie  mogłoby  ściągnąć  kolejne  medialne  ataki  na  Kościół,  a  nadto
mogło utrudnić jego politykę. Byłe kraje komunistyczne mogły potraktować
tę  sprawę  jako  pretekst,  aby  np.  zerwać  rozmowy  na  temat  konkordatu.  Po
drugie:  bardzo  trudno  było  zdobyć  materiały  źródłowe.  Żaden  kraj  nie
ujawnia archiwów swoich tajnych służb i nie zdradza kulisów ich działania,
zwłaszcza jeśli wiążą się one z działalnością przestępczą. Jezuita z Kalifornii
stanął więc przed najtrudniejszym zadaniem życia.

Do  dyspozycji  miał  archiwa  watykańskie.  Była  to  tylko  kropla  w  morzu

potrzeb,  ale  zawierająca  część  istotnych  dokumentów.  Gdy  w  1978  roku
Karol  Wojtyła  został  papieżem,  doskonale  zdawał  sobie  sprawę,  że  on  sam
i  jego  współpracownicy  staną  się  obiektem  działań  komunistycznych  służb
specjalnych.  Dlatego  postanowił  zreorganizować  Sodalitum  Pianum  –
  wewnętrzną  służbę  bezpieczeństwa  Watykanu  (odpowiada  za  wywiad

background image

i  kontrwywiad).  Szefem  Sodalitum  Pianum  został  arcybiskup  Luigi  Poggi  –
  wytrawny  dyplomata  i  jeden  z  najbardziej  zaufanych  ludzi  polskiego
papieża.  Wprowadzono  wówczas  na  terenie  Watykanu  reguły  dotyczące
bezpieczeństwa informacji (księża mieli pisać swoim przełożonym specjalne
notatki  służbowe  zawierające  informacje  m.in.  o  kontaktach  z  dyplomatami
innych  państw,  informować  o  wszystkim,  co  wydaje  się  ważne  z  punktu
widzenia  bezpieczeństwa).  Sam  arcybiskup  Poggi  doprowadził  do
współpracy  swojej  instytucji  z  amerykańską  CIA,  w  ramach  czego
Amerykanie  przekazywali  cenne  informacje  wywiadowcze  na  temat  krajów
komunistycznych.  Amerykańskie  raporty  trafiały  na  biurka  papieża  i  kilku
jego  współpracowników,  a  stamtąd  do  tajnego  archiwum,  gdzie
zapieczętowane leżały aż do końca zimnej wojny.

Naturalnym  kandydatem  do  współpracy  dla  Sodalitum  Pianum  były

również służby specjalne Włoch, zwłaszcza kontrwywiad, w którym istniała
specjalna komórka zajmująca się Watykanem. Po zamachu na Jana Pawła II
z  13  maja  1981  roku  współpraca  między  tymi  instytucjami  zacieśniła  się.
Kontrwywiad włoski przekazał sędziemu Imposimato wiele informacji, które
pozwoliły  odtworzyć  przebieg  przygotowań  do  zbrodni  i  zidentyfikować
osoby w nią zaangażowane (miejsca pobytu Ali Agcy ustalono dzięki temu,
że  włoski  kontrwywiad  inwigilował  współpracujących  z  nim  bułgarskich
szpiegów).  Ojciec  Graham  mógł  porównać  przekazane  Sodalitum  Pianum
tajne  informacje  włoskich  służb  z  obserwacji  komunistycznych  szpiegów
z notatkami księży pracujących w Watykanie. W ten sposób można się było
zorientować,  który  obcy  agent  i  kiedy  próbował  nawiązywać  kontakty
z którym duchownym i można było od nich zażądać dodatkowych wyjaśnień.

Ściśle tajne

Jednak najważniejszą pracę ojciec Graham wykonał w archiwach Stanów

Zjednoczonych. Jako oficjalny przedstawiciel Watykanu zwrócił się bowiem
do  Centralnej  Agencji  Wywiadowczej  z  prośbą  o  udostępnienie  wszelkich
możliwych  informacji  na  temat  działalności  komunistycznych  służb
przeciwko 

Państwu 

Kościelnemu. 

Podstawą 

było 

porozumienie

background image

o współpracy, do którego doprowadził wiele lat wcześniej arcybiskup Poggi.
Amerykanie  wyrazili  zgodę.  Udostępnili  ojcu  Grahamowi  tysiące  stron
dokumentów,  dbając  jedynie  o  to,  aby  jezuita  nie  poznał  nazwisk  osób
udzielających informacji ich służbom.

Skąd  Amerykanie  mieli  taką  wiedzę?  Przede  wszystkim  ze  źródeł

wywiadowczych  w  ZSRR  i  krajach  socjalistycznych.  W  latach  80.,  gdy
prezydentem  USA  był  Ronald  Reagan,  a  szefem  CIA  William  Casey,
zacieśniła się współpraca między służbami specjalnymi państw NATO, które
na  bieżąco  przekazywały  sobie  informacje  o  komunistycznych  szpiegach
i  ich  działaniach.  Było  też  jeszcze  jedno,  bardzo  ważne  źródło  informacji:
dezerterzy.  Amerykański  dziennikarz  śledczy  Jeffrey  Richelson  wydanej
w 1999 roku książce „Wspólnota wywiadowcza USA” wyliczył, że od 1980
roku  z  KGB  zdezerterowało  co  najmniej  ośmiu  wysokich  rangą  oficerów
(wśród  nich  słynny  Oleg  Gordijewski).  Wszyscy,  w  zamian  za  azyl
i  bezpieczeństwo,  przekazali  bardzo  cenne  informacje  o  działalności
rosyjskich służb. Najważniejszym dezerterem był Wasilij Nikitycz Mitrochin
–  były  szef  archiwów  KGB,  który  zmikrofilmował,  a  potem  przekazał
brytyjskiemu  wywiadowi  25  stron  tajnych  dokumentów  wywiadu
zagranicznego KGB, w tym m.in. meldunki dotyczące Watykanu.

Amerykanie  udostępnili  również  ojcu  Grahamowi  materiały  STASI  –

 wschodnioniemieckiej bezpieki. Gdy upadł mur berliński i STASI przestała
istnieć,  jej  archiwa  przejęły  służby  niemieckie,  a  po  nich  Amerykanie.
Amerykanie  jako  jedyni  otrzymali  również  akta  wywiadu  zagranicznego
STASI.  A  wiadomo,  że  prowadziło  bardzo  intensywne  działania  przeciwko
Watykanowi.  W  ten  sposób  ojciec  Robert  Graham,  po  kilku  latach  badań
dysponował  gigantyczną  wiedzą  na  temat  działań  komunistycznych  służb
specjalnych  przeciwko  Watykanowi  oraz  o  osobach,  które  w  nich
uczestniczyły, w tym o informatorach i agentach uplasowanych w strukturach
Państwa  Kościelnego.  W  1996  roku  napisał  bardzo  obszerny  raport
zawierający informacje odnalezione podczas kwerendy w archiwach. Można
się  domyślać,  że  zawarł  tam  dane  identyfikujące  księży  z  Kurii  Rzymskiej,
którzy przekazywali komunistycznym służbom specjalnym cenne informacje
z Watykanu.

Dostęp  do  dokumentów  Sekretariatu  Stanu  ma  kilka  osób,  w  tym  sam

papież,  sekretarz  stanu  i  w  końcu  szef  Gwardii  Szwajcarskiej.  Awans  na  to
stanowisko Alois Estermann uzyskał przed południem 4 maja 1998 roku. Jest

background image

bardzo  prawdopodobne,  że  właśnie  wówczas  próbował  zapoznać  się
z  archiwami  ojca  Grahama  i  zidentyfikować  agenta,  który  swoimi
informacjami  pomagał  w  organizowaniu  zamachu  na  Jana  Pawła  II.  Czy
zidentyfikował  –  tego  nie  wiadomo,  bo  już  wieczorem  tego  samego  dnia
Estermann  został  znaleziony  martwy.  Za  sprawcę  jego  śmierci  uznano
oficjalnie  23-letniego  Cedrica  Tornaya,  który  później  miał  popełnić
tajemnicze samobójstwo. – Ja nie wierzę w winę Tornaya – mówił kilka lat
później pułkownik Reinhold Buchs, który zastąpił Estermanna na stanowisku
szefa  Gwardii  Szwajcarskiej.  –  Nie  wierzę  w  to,  że  on  mógł  tak  po  prostu
przyjść i zamordować swojego szefa. Ale nie wierzę już także w wyjaśnienie
tej sprawy. Prawdę o tym, co się wówczas wydarzyło, zna tylko Bóg.

Czy szef ochrony papieskiej, jego żona i podwładny zostali zamordowani,

bo  odkryli,  że  w  organizacji  zamachu  na  Jana  Pawła  II  brał  udział  jeden
z jego najbliższych współpracowników?

Od bandziorów do biznesmenów

Seryjny  Samobójca  przez  lata  odwiedzał  wszystkich,  którzy  mogli

przekazać  sędziemu  Imposimato  jakiekolwiek  informacje  pozwalające
zidentyfikować  osoby  stojące  za  Ali  Agcą.  Natomiast  nigdy  nie  pragnął
odwiedzić  ani  samego  Agcy,  ani  jego  trzech  kolegów,  którzy  13  maja
próbowali zamordować Jana Pawła II. Granaty hukowe rzucone przez Omera
Aya  spotęgowały  chaos  i  zamieszanie,  pozwolając  im  uciec.  Wszyscy  trzej
dobiegli  do  zaparkowanego  w  pobliżu  Placu  Świętego  Piotra.  Kierowca
zawiózł ich do ambasady bułgarskiej. Tam wszyscy spędzili kilka kolejnych
dni.  Potem  wsiedli  do  dużego  mikrobusa  na  dyplomatycznych  numerach
rejestracyjnych  dzięki  czemu  nie  mógł  być  kontrolowany  przez  policję.
Omijając  kontrole  graniczne,  pojechał  przez  Turcję  do  Bułgarii.  W  Turcji
wysiadł  Sedat  Kadem.  Oral  Celik  dotarł  do  Bułgarii.  Omer  Ay  wykorzystał
sfałszowany  paszport,  aby  przekroczyć  granicę  RFN.  Tam  jednak  został
szybko  zdemaskowany  i  trafił  do  aresztu.  Z  wnioskiem  o  jego  ekstradycję
zwróciły  się  władze  tureckie  i  włoskie.  W  tym  drugim  kraju  miał  zostać
oskarżony  o  współudział  w  zamachu  na  papieża.  Po  raz  pierwszy  w  historii

background image

Niemiec  zdarzyło  się,  aby  o  jednego  zatrzymanego  upominały  się  aż  dwa
kraje na raz. Sprawę musiał rozstrzygnąć Sąd Najwyższy, który stwierdził, że
w takiej sytuacji pierwszeństwo ma ten kraj, z którym umowa o ekstradycję
zawarta została wcześniej. Tym krajem była Turcja i w 1982 roku Ay został
tam  przewieziony.  W  więzieniach  spędził  tylko  pięć  lat,  skazany  za  drobne
przestępstwa  kryminalne,  popełnione  przed  1981  rokiem.  W  1987  roku
wyszedł  jako  człowiek  wolny,  jednak  od  tamtego  czasu  nigdy  już  nie
wyjechał  z  kraju.  Pieniądze  zdobyte  podczas  działalności  przestępczej
zainwestował  w  mały  hotel  w  Antalyi,  który  dziś  jest  jego  źródłem
utrzymania.  Co  ciekawe:  znajduje  się  on  w  ofercie  biur  podróży,  także
polskich, których właściciele nie wiedzą, że nakręcają interes współsprawcy
zamachu na Jana Pawła II.

Również  spokojnie,  choć  nieco  bliżej  „świata”  żyje  Sedat  Kadem.  Już

w  sierpniu  1981  roku  trafił  do  więzienia  za  przestępstwa  popełnione
w  ramach  działalności  w  „Szarych  Wilkach”.  Kadem  przyznał  się  do
wszystkich zarzutów, wyraził skruchę i obiecał poprawę życia. Choć groziło
mu  nawet  dwadzieścia  lat  więzienia,  trafił  za  kratki  tylko  na  pięć  i  często
korzystał  z  przepustek.  Wyszedł  w  1986  roku  i  postanowił  już  nigdzie  nie
wyjeżdżać.  Tym  bardziej,  że  Włochy  upomniały  się  o  jego  ekstradycję,  aby
postawić  go  przed  sądem  za  współudział  w  zamachu  na  Papieża.  Jednak
turecki  sąd  odmówił  ekstradycji.  Kadem  zainwestował  wszystkie  swoje
pieniądze  w  mały  butik  z  pamiątkami  w  historycznej  dzielnicy  Istambułu.
Prowadzi go do dziś.

Największą  karierę  biznesową  zrobił  za  to  Oral  Celik.  Nie  niepokojony

przez  nikogo  dotarł  mikrobusem  ambasady  bułgarskiej  aż  do  Bułgarii.
I natychmiast wrócił do szmuglowania narkotyków. Przez siedem lat zarobił
na  tym  fortunę.  Wpadł  w  1988  roku  i  trafił  do  więzienia,  ale
wyrok  złagodzono,  bo  współpracował  z  organami  ścigania.  Kara  skończyła
się  w  1993  roku,  ale  wtedy  upomniał  się  o  niego  włoski  wymiar
sprawiedliwości.  Bułgarski  sąd  zgodził  się  na  ekstradycję  i  Celik  został
przewieziony do Rzymu. Tam szybko stanął przed sądem oskarżony o próbę
zamordowania  papieża.  Koronnym  dowodem  było  zdjęcie  wykonane  na
Placu  Świętego  Piotra,  przedstawiające  Celika  mierzącego  z  pistoletu  do
Papieża.  Jednak  terrorysta  wyparł  się  wszystkiego,  a  jego  adwokat
zakwestionował  wiarygodność  zdjęcia  (nie  można  było  na  nim  rozpoznać
twarzy  strzelca).  Adwokat  Turka  przekonał  też  sąd  do  konieczności

background image

przesłuchania Agcy który, zeznał, że Celik nie strzelał do Ojca Świętego. Ku
zdumieniu  wszystkich,  włoski  sąd  uniewinnił  oskarżonego.  Terrorysta
odzyskał  paszport  i  jako  wolny  człowiek  wrócił  do  Turcji.  Ożenił  się,
zapragnął  stabilizacji  i  spokoju.  Udzielił  wywiadu  amerykańskiemu
dziennikarzowi, w trakcie którego przyznał się do udziału w zamachu. Wydał
również  książkę  o  jego  kulisach.  Włoskie  władze  określiły  ją  słowem
„bzdura”, 

jednak 

umiejętnie 

prowadzona 

kampania 

reklamowa

zagwarantowała  jej  świetną  sprzedaż  i  w  efekcie  po  roku  na  konto  Celika
wpłynęło ponad sto tysięcy dolarów. Były terrorysta zainwestował wszystkie
pieniądze  z  przestępczej  działalności  w  swój  biznes.  Założył  dwie  firmy,
a potem kupił klub sportowy w rodzinnej Malatyi. Do dziś jest jego szefem.
Sukces  jego  firm  i  klubu  piłkarskiego  wywindował  Celika  na  członka
wpływowego  klubu  biznesowego  w  Turcji  skupiającego  najlepszych
przedsiębiorców.  Jego  mroczna  przeszłość  jest  tajemnicą  poliszynela  i  na
nikim w Turcji już dziś nie robi wrażenia.

Ali Agca (z więzienia wyszedł w 2010 roku) i Oral Celik, choć przez lata

byli  bliskimi  przyjaciółmi,  dziś  nie  prowadzą  wspólnych  interesów.
Z  pozostałymi  uczestnikami  spisku  nie  rozmawiają.  Podobno  Agca  ma  do
nich żal. Za to, że wziął całą winę na siebie, nigdy ich nie wsypał, a oni, gdy
uciekli  z  Rzymu,  nie  wsparli  finansowo  jego  rodziny  w  takim  stopniu,  jak
chciał. Oni mają żal do niego, że chce jak najwięcej zarobić na opowiadaniu
o zamachu i nie chce się z nimi podzielić.

Seryjna Samobójca nigdy się nimi nie zainteresował.

background image

Rozdział IV

Fundusz Obsługi Polityków

17  lipca  1991  roku  Kornel  Morawiecki  –  założyciel  i  przywódca

„Solidarności  Walczącej”  przyjął  w  swoim  mieszkaniu  gościa  –  kontrolera
NIK,  Michała  Falzmanna.  Przy  herbacie  rozmawiali  kilkadziesiąt  minut.
Nagle  Falzmann  poczuł  się  źle.  Tak  źle,  że  zaniepokojony  Morawiecki
postanowił  zawieźć  swojego  przyjaciela  do  szpitala  w  centrum  stolicy.
Lekarze  natychmiast  przenieśli  go  na  oddział  intensywnej  terapii.  Przez
długie  godziny  walczyli  o  jego  życie.  Bezskutecznie.  18  lipca  1991  roku
Michał Falzmann umarł w wieku 33 lat. Według oficjalnej wersji przyczyną
zgonu był zawał serca.

Profesorowie  fizyki  Mirosław  Dakowski  i  Jerzy  Przystawa  –  autorzy

książki  o  FOZZ  i  przyjaciele  Michała  Falzmanna  jako  pierwsi  odkryli,  że

ostatni 

dzień 

pracy 

Michałowi 

Falzmannowi 

podano 

środki

farmakologiczne,  które  wywołują  objawy  podobne  do  zawału  serca.
W połączeniu z lekami przeciwzawałowymi prowadzą do wstrzymania pracy
serca.  Zdaniem  profesorów  tak  właśnie  było  w  tym  przypadku.  Prokuratura
nie  zajęła  się  tą  śmiercią  przyjmując,  że  nastąpiła  „bez  udziału  osób
trzecich”.  Był  to  pierwszy  z  wielu  głośnych  później  komunikatów
o tajemniczym zgonie.

Jednak  wiadomość  o  niejasnych  przyczynach  śmierci  Falzmanna  obiegła

Polskę,  wywołując  poruszenie.  Zaczęto  spekulować,  że  zginął,  bo
konsekwentnie  próbował  wyjaśnić,  co  stało  się  z  pieniędzmi  z  FOZZ.  33-
letni kontroler NIK stał się pierwszą postacią długiego szeregu ludzi, którzy
ginęli w niewyjaśnionych okolicznościach, gdyż znali kulisy funkcjonowania
państwa.

background image

7 X 1991 roku w miejscowości Słostowice na trasie Warszawa – Katowice

wydarzył  się  bardzo  dziwny  wypadek  drogowy.  Rządowa  Lancia
prowadzona 

przez 

oficera 

Biura 

Ochrony 

Rządu 

zderzyła 

się

z  nadjeżdżającym  z  przeciwnej  strony  BMW.  Zginęły  dwie  osoby  jadące
BMW  oraz  pasażer  Lancii.  Był  nim  profesor  Walerian  Pańko  –  szef
Najwyższej  Izby  Kontroli.  Kilka  miesięcy  później  sąd  w  Piotrkowie
Trybunalskim  uznał,  że  wyłączną  winę  za  spowodowanie  wypadku  ponosi
kierowca  Pańki  i  po  krótkim  procesie  skazał  go  na  trzy  lata  więzienia
w  zawieszeniu.  Było  coś  niepojętego  w  tym  wyroku,  w  poprzedzającym  go
śledztwie  prokuratorskim  i  policyjnym  dochodzeniu.  Sąd  uznał,  że  to
wypadek  drogowy  wynikający  z  winy  kierowcy.  Nie  uwzględnił  ekspertyz
przeprowadzonych przez doświadczonych biegłych w miejscu zdarzenia.

Zaskakujące  były  jego  okoliczności.  Policjanci  nie  zabezpieczyli

wszystkich  przedmiotów,  wskutek  czego  kilkanaście  dni  później  krewny
jednej  z  ofiar  znalazł  należące  do  niej  rzeczy  osobiste.  Śledczy  nie
przeprowadzili dokładnych badań mających ustalić stan techniczny pojazdu.
Zadeptane  zostały  ślady  kół.  Eksperci  odkryli,  że  część  ramy  samochodu
zamrożono  ciekłym  azotem,  zaś  przy  tylnej  osi  umieszczono  ładunek
wybuchowy.  Na  ten  ostatni  fakt  wielokrotnie  uwagę  zwracała  wdowa  po
Pańce  –  Urszula.  Opowiadała  dziennikarzom  o  tym,  że  na  jej  torebce
zachowały  się  ślady  materiałów  wybuchowych.  Mieli  to  odkryć  eksperci
z  Warszawy.  Jednak  fakt  ten  był  konsekwentnie  przemilczany.  Jeszcze
w  2012  roku  prokurator  z  Piotrkowa  Trybunalskiego,  która  prowadziła
sprawę,  mówiła  w  wywiadzie  telewizyjnym,  że  nie  było  żadnych  śladów
wskazujących  na  udział  osób  trzecich  ani  żadnych  śladów  materiałów
wybuchowych.

Prokuratura  uznała  sprawę  za  zwykły  wypadek.  Zarzut  jego

spowodowania  postawiła  Janowi  Budzińskiemu  –  kierowcy  Lancii.  Fakt
skazania go na trzy lata w zawieszeniu budzi zdumienie, bo takie wyroki się
nie zdarzają. W wypadku w Słostowicach zginęły dwie osoby (z Pańką jechał
Janusz  Zaporowski  –  dyrektor  Kancelarii  Sejmu),  jedna  (żona  szefa  NIK)
została  lekko  ranna,  pasażerowie  BMW  zostali  ciężej  ranni.  Nawet  w  1991
roku  polski  kodeks  karny  przewidywał  co  najmniej  osiem  lat  więzienia  dla
osoby,  która  spowoduje  wypadek  komunikacyjny,  w  którym  zginie  więcej
niż  jedna  osoba.  Dodać  trzeba,  że  takie  wypadki  zdarzały  się  wówczas
rzadko.

background image

W  trakcie  procesu  sądowego  Budziński  kwestionował  wersję  podawaną

przez  prokuraturę.  Chodziło  mu  nie  tylko  o  sposób  prowadzenia  na  miejscu
czynności dochodzeniowych. Kierowca zwracał uwagę, że nie zabezpieczono
tajnych dokumentów, które Pańko miał w swojej walizce (były to m.in. kopie
najważniejszych  dokumentów  w  sprawie  FOZZ).  Nie  znaleziono  również
klucza do sejfu w jego gabinecie. Dopiero później okazało się, że krótko po
tragicznym  wypadku  ktoś  otworzył  jego  sejf  kluczem  należącym  do  Pańki.
W  wyniku  tego  z  szafy  pancernej  zniknęła  część  dokumentacji  dotyczącej
sprawy  FOZZ.  Rzecz  jednak  w  tym,  że  jedyną  osobą,  która  miała  klucz  do
tego gabinetu, był sam Pańko, a ten nie dawał go nikomu i w chwili wypadku
miał go przy sobie. Wynika więc z tego, że zaraz po wypadku ktoś, kto był
na  miejscu,  ukradł  klucz  i  włamał  się  do  sejfu  prezesa  NIK.  Tego  kogoś
nigdy nie zidentyfikowano. Natomiast sam Budziński nie zdążył już wyjaśnić
swoich wątpliwości. Pod koniec 1991 roku nagle zmarł. Oficjalnie na zawał
serca,  jednak  rodzinie  nie  wydano  ciała  i  oddalono  jej  wniosek
o przeprowadzenie sekcji zwłok. 

Co więcej: szanse na wyjaśnienie prawdy o wypadku są minimalne, gdyż

część związanej z nim dokumentacji zaginęła, a kluczowi świadkowie zmarli
w tajemniczych okolicznościach. Dwaj policjanci z piotrkowskiej drogówki,
którzy  jako  pierwsi  przyjechali  na  miejsce  wypadku  w  Słostowicach
i  przeprowadzili  pierwsze  czynności  tydzień  później  wyjechali  na  ryby  i…
utonęli.  Ich  śmierć  wydawała  się  tym  bardziej  dziwna,  że  jeden  był
płetwonurkiem,  a  drugi  ratownikiem  wodnym.  Tych  samych  wątpliwości
nabrali  przełożeni.  Na  miejsce  utonięcia  przyjechał  naczelnik  i  jeden
z najlepszych dochodzeniowców. Nie wiadomo, co odkryli, bo w ciągu kilku
tygodni zginęli także oni (jeden w wypadku samochodowym, drugi zapił się
na śmierć). Z kolei biegły, który badał samochód Pańki i odkrył ciekły azot,
zmarł  nagle  na  atak  serca,  choć  był  silnym  i  zdrowym  człowiekiem
w średnim wieku i cieszył się udanym życiem rodzinnym. Od tego momentu
nad sprawą FOZZ zapadła grobowa cisza.

Sprawa  tej  wielkiej  afery  wybuchła  ponownie  w  1998  roku,  gdy  wymiar

sprawiedliwości nieudolnie próbował ukarać głównych aferzystów. Udało się
to  dopiero  wiosną  2005  roku.  Pięć  lat  później,  sąd  apelacyjny  zmniejszył
oskarżonym  kary.  Co  ciekawe:  w  pierwszej  instancji  przewodniczącym
składu  sędziowskiego,  który  wydał  wyrok  skazujący,  był  Andrzej  Kryże  –
  syn  Romana  Kryżego  –  osławionego  kata  patriotów  w  czasach  PRL.  Gdy

background image

cała Polska zastanawiała się, czy to koniec sprawy FOZZ, tajemnicza śmierć
dotknęła  kolejnego  człowieka  znającego  kulisy  tej  wielkiej  afery
gospodarczej. Był to Anatol Lawina – dyrektor Zespołu Analiz Systemowych
w  NIK,  piętnaście  lat  wcześniej  przełożony  Michała  Falzmanna  i  zarazem
człowiek,  który  w  kluczowym  momencie  odwołał  go  od  prowadzenia  tej
najważniejszej kontroli.

W  styczniu  2006  roku  Anatol  Lawina  zaczął  się  skarżyć  swoim  bliskim

oraz przyjaciołom z pracy, że jest obserwowany i boi się. Po jednej z takich
rozmów  Lawina  pojechał  tramwajem  do  swojego  mieszkania  na
warszawskim  Żoliborzu.  Gdy  wchodził  do  klatki  schodowej,  drogę  zastąpił
mu  zamaskowany,  barczysty  mężczyzna,  który  kilkakrotnie  go  uderzył.
Chwilę  później  dyżurny  pogotowia  ratunkowego  otrzymał  zgłoszenie
o nieprzytomnym mężczyźnie leżącym przy wejściu do bloku mieszkalnego
na Żoliborzu. Mimo sprawnej interwencji lekarzy i operacji w szpitalu, stan
zdrowia  pobitego  pogarszał  się  z  tygodnia  na  tydzień.  Anatol  Lawina  zmarł
we  wrześniu  2006  roku,  zabierając  do  grobu  wiele  tajemnic  związanych
z aferą FOZZ.

Śledztwo  wykazało,  że  śmierć  Lawiny  nie  miała  związku  z  pobiciem.

Z  dokumentacji  medycznej  znajdującej  się  w  aktach  wynika  jednak,  że
powikłania  chorobowe,  które  stały  się  przyczyną  zgonu  urzędnika,  nasiliły
się jednak po tamtym wypadku. W związku z tym śledztwo skoncentrowało
się  na  samych  okolicznościach  pobicia.  Ustalono,  że  jego  przyczyną  była
chęć  dokonania  rabunku.  Jeden  ze  świadków  zeznał,  że  Lawina,  idąc
z  przystanku  tramwajowego,  mówił  głośno  do  telefonu,  że  ma  w  kieszeni
pieniądze na ubezpieczenie córki. Chodziło o kwotę prawie 2 tysięcy złotych,
które  tamtego  dnia  miał  mieć  przy  sobie  w  zaklejonej  kopercie.  Jednak
kopertę tę znaleziono nierozerwaną leżącą przy nim na śniegu, obok bardzo
drogiego,  nowoczesnego  telefonu  komórkowego.  Jak  można  było
zakwalifikować pobicie za dokonane na tle rabunkowym, skoro sprawca lub
sprawcy  nie  zabrali  pieniędzy  ani  drogiego  telefonu?  Nie  ukradli  również
kluczy  do  mieszkania  Lawiny,  aby  zabrać  z  niego  wartościowe  przedmioty.
Przyjaciołom  wersja  z  przypadkowym  pobiciem  wydawała  się  od  początku
mało wiarygodna. Zaskakujące jest również, że nie zabezpieczono odcisków
palców  na  kopercie  z  pieniędzmi,  na  telefonie  komórkowym,  nie  zdjęto
śladów  odzieży  urzędnika.  Nie  przeanalizowano  również  billingów  jego
rozmów  telefonicznych,  żeby  wyjaśnić,  z  kim  kontaktował  się  przed

background image

tragicznymi  zdarzeniami.  Dlaczego  prokuratura  popełniła  tak  rażące  błędy?
Odpowiedź  na  to  pytanie  jest  prosta:  chodziło  o  to,  aby  całej  sprawy  nie
wyjaśnić i nie zidentyfikować sprawcy przestępstwa.

Co  naprawdę  wiedział  Anatol  Lawina?  Cząstkową  odpowiedź  na  to

pytanie zawiera protokół rozprawy, która w maju 2005 roku odbyła się przed
Sądem  Okręgowym  w  Warszawie.  Opatrzono  go  klauzulą  tajności.  Zawiera
przesłuchanie  w  charakterze  świadka  Anatola  Lawiny  –  wówczas  byłego
dyrektora  w  NIK,  nadzorującego  postępowanie  dotyczące  afery  FOZZ.
W  jednym  z  jego  fragmentów  czytamy:  „Dla  zapewnienia  sobie
bezpieczeństwa  i  nieformalnej  ochrony  przed  konsekwencjami  prawnymi,
osoby  związane  z  Funduszem  Obsługi  Zadłużenia  Zagranicznego
przeznaczyły  część  środków  pieniężnych  na  kampanie  wyborcze  polityków
ubiegających  się  o  urząd  Prezydenta  RP,  a  także  na  partie  polityczne
i  związane  z  nimi  spółki  handlowe”.  W  dalszej  części  zeznań  Lawina
podawał  dziesiątki  nazwisk  osób  związanych  z  FOZZ,  skomplikowane
mechanizmy  wprowadzania  na  konta  partii  politycznych  pieniędzy
uzyskanych  przy  fikcyjnym  skupie  zagranicznego  długu  Polski,  a  także
nazwy  firm,  do  których  te  środki  trafiały.  Jedną  z  nich  była  związana
z  Porozumieniem  Centrum  spółka  Telegraf.  W  zeznaniach  byłego  dyrektora
NIK  przewijały  się  również  nazwiska  czołowych  polityków  pierwszej
połowy  lat  90.,  którzy  uniemożliwiali  wyjaśnienie  prawdy  na  temat  afery
FOZZ.  Anatol  Lawina  składał  zeznania  przez  4  dni.  Dla  zapewnienia  mu
bezpieczeństwa,  informacje  o  jego  szokujących  zeznaniach  podano  dzień
później, gdy urzędnika nie było już w sądzie. – Wtedy, kiedy media podały tę
informację,  rozmawiałam  z  nim  w  Sejmie,  w  jednym  z  pokojów
wyposażonych  w  telewizor  –  opowiadała  mi  w  2007  roku  córka  Lawiny.  –
 Siedział i w milczeniu wpatrywał się w ekran. W pewnym momencie wszedł
do niego ktoś ważny, był to chyba jeden z posłów i krzyknął: „Tolek, Tolek,
coś ty zrobił, przecież oni cię za to zabiją!”.

Kiedy jesienią 2005 roku wybory parlamentarne wygrał PiS, w kuluarach

Sejmu  spekulowano,  że  rok  później  szefem  NIK  zostanie  właśnie  Anatol
Lawina.  Sceptycy  zwracali  uwagę,  że  przeszkodą  w  tym  mogą  być  złe
stosunki między Lawiną a prezydentem Lechem Kaczyńskim. Obaj panowie
nie przepadali za sobą od czasów współpracy w NIK. Lawina miał pretensje
do Kaczyńskiego o to, że jako szef NIK nie pomagał w wyjaśnieniu sprawy
FOZZ.  Prezydent  kategorycznie  te  oskarżenia  odrzucał.  Sam  Lawina  nigdy

background image

nie  chciał  komentować  sprawy  swojego  ewentualnego  awansu.  –  Jestem
urzędnikiem  państwowym,  nie  politykiem  –  ucinał.  –  Moim  zadaniem  jest
wykonywanie obowiązków służbowych a nie zaangażowanie polityczne.

Wszyscy  jednak  wiedzieli,  że  jeśli  Lawina  zostanie  szefem  NIK,  jego

głównym  celem  stanie  się  wyjaśnienie  sprawy  FOZZ,  której  poświęcił
kilkanaście lat pracy. W takich okolicznościach w styczniu 2006 roku Lawina
został  ciężko  pobity  przy  wejściu  do  bloku.  Badając  okoliczności  tego
zdarzenia,  rozmawiałem  z  kilkoma  jego  krewnymi,  przyjaciółmi  i  kolegami
z  pracy.  Dwaj  z  nich  spytali  przed  rozmową:  „Ale  o  które  pobicie  panu
chodzi?”. Ludzie ci twierdzili, że między styczniem a śmiercią we wrześniu
Lawina  pobity  był  jeszcze  przynajmniej  dwukrotnie.  To  dość  dziwna
informacja,  gdyż  śledztwo  prokuratorskie  dotyczy  tylko  zdarzenia  ze
stycznia. Jedna z osób, z którymi rozmawiałem, twierdzi, że przed majowymi
zeznaniami Lawina odbierał telefony z pogróżkami. – Anonimowi rozmówcy
żądali  od  niego,  aby  nie  mówił  niczego  na  temat  powiązań  między  FOZZ
a  partiami  politycznymi  i  konkretnymi  politykami  –  dowiedziałem  się  od
dobrze poinformowanej osoby. Podobno ktoś powiedział mu przez telefon, że
jeżeli będzie dalej drążył tę sprawę, sam na siebie wyda wyrok. I tak mogło
się rzeczywiście stać.

Na tropie miliardów

Kim w rzeczywistości był Michał Falzmann? Co wiedział on i jaką wiedzę

przekazał  swoim  przełożonym:  Anatolowi  Lawinie  i  Walerianowi  Pańce?
W  1989  roku  ten  nieznany  szerzej  komisarz  Izby  Skarbowej  w  Warszawie
otrzymał  polecenie  przeprowadzenia  kontroli  w  Przedsiębiorstwie  Handlu
Zagranicznego  Universal  kierowanym  wówczas  przez  Dariusza  Tytusa
Przywieczerskiego. Przez kilka tygodni Falzmann analizował obieg pieniędzy
w  Universalu.  Bardzo  szybko  zorientował  się,  że  od  wiosny  1989  roku  na
konta  przedsiębiorstwa  w  Banku  Handlowym  i  na  konta  zagraniczne
wypłynęły  ogromne  sumy  z  Funduszu  Obsługi  Zadłużenia  Zagranicznego.
W ciągu 24 miesięcy trafiło tam 2,5 mld dolarów z kont dewizowych FOZZ
w  NBP.  Od  czerwca  1989  roku  Falzmann  dociekał,  jak  wydawane  są  te

background image

pieniądze.  Nie  mógł  znaleźć  odpowiedzi  na  to  pytanie,  gdyż  w  Universalu
brakowało  dokumentacji  dotyczących  obiegu  pieniędzy,  m.in.  księgi
rachunkowej. Falzmann zaczął prosić o wyjaśnienia Bank Handlowy, potem
Narodowy  Bank  Polski,  wreszcie  Ministerstwo  Finansów  i  Ministerstwo
Spraw Zagranicznych. Bez skutku. Ostatecznie sporządził notatkę do swoich
przełożonych, w której stwierdził, że mamy do czynienia z gigantyczną aferą
finansową.  Sprawą  nie  zajęła  się  ani  prokuratura,  ani  służby  specjalne.
Reperkusje  dotknęły  natomiast  samego  Falzmanna.  W  1990  roku  został
zwolniony  z  Izby  Skarbowej.  Przez  kilka  miesięcy  pracował  jako  kontroler
w  firmie  państwowej,  jednak  został  również  zwolniony,  gdy  w  ramach
prywatyzacji  spółkę  przejęli…  Universal  i  jego  szef  –  Dariusz
Przywieczerski.  Nową  pracę  Falzmannowi  zaproponowała  Najwyższa  Izba
Kontroli  oraz  Urząd  Ochrony  Państwa.  Falzmann  wybrał  tę  pierwszą
instytucję i w 1990 roku złożył aplikację o pracę w NIK. Został przyjęty do
Zespołu Analiz Systemowych. Za zgodą przełożonych kontynuował badanie
sprawy  FOZZ.  Oprócz  oficjalnych  dokumentów  Falzmann  prowadził
szczegółowe  zapiski  w  swoim  kalendarzu.  Pod  datą  1  stycznia  1991  roku
sporządził  dokładny  spis  polskiego  zadłużenia  zagranicznego  w  latach  80.,
który kończy się podsumowaniem, iż wynosi ono 48,5 mld dolarów.

„W  BH  i  w  NBP  brak  dokumentacji”  –  widnieje  obok  dopisek.  Od

tamtego  momentu  kontroler  precyzyjnie  notował  spotkania  podejmowane
w tej sprawie i ich efekty. 2 kwietnia spotkał się z przedstawicielami Zarządu
Śledczego  Urzędu  Ochrony  Państwa,  m.in.  z  płk.  Wiktorem  Fąfarą.  Dzielili
się  informacjami  na  temat  spółek,  które  brały  pieniądze  od  Universalu.
Dzięki współpracy z oficerami UOP, do 11 kwietnia Falzmannowi udało się
sporządzić listę polskich i zagranicznych firm, do których trafiały pieniądze
z  FOZZ.  Widnieje  na  niej  m.in.  Pewex  –  sieć  sklepów,  w  których
sprzedawano towary za amerykańskie dolary. Szefem Peweksu był wówczas
gen.  Marian  Zacharski  –  agent  polskiego  wywiadu  aresztowany  za
szpiegostwo  i  w  1990  roku  zwolniony  z  amerykańskiego  więzienia.
Falzmann  opisał  również  precyzyjnie  mechanizm  przejmowania  pieniędzy
z FOZZ poprzez banki zagraniczne. Jako głównych beneficjentów wymienił
dwa duże prywatne banki (oba istnieją do dziś) i sprecyzował bankowe konta
za  granicą,  poprzez  które  wyprowadzano  pieniądze.  Kolejne  dni  pełne  były
notatek  dowodzących  rozpaczliwych  zabiegów  Falzmanna  o  wyjaśnienie  tej
sprawy.

background image

„W  Kancelarii  Prezydenta  spotykam  się  z  doradcą,  nazwisko:  DORN.

Mówi,  że  jeżeli  Polska  po  zaniżonych  cenach  skupiła  swoje  długi,  nawet
nielegalnie, to dobrze” – czytamy w jednej z notatek.

Wiele  nadziei  Falzmann  wiązał  ze  spotkaniami  z  prezydenckimi

ministrami  Jerzym  Grohmannem  i  Jerzym  Eysmontem.  Jego  zapiski
świadczą  jednak  o  tym,  że  także  im  nie  udało  się  nic  wskórać.  W  kwietniu
zanotował  wzmiankę  o  spotkaniu  z  prymasem  Polski  –  kard.  Józefem
Glempem. O rezultatach nie ma ani słowa.

Spotkanie z premierem

Na  początku  czerwca  w  kalendarzu  Falzmanna  odnajdujemy  ważną

notatkę.  „Pańko-Lawina,  idziemy  do  premiera”.  Jak  wynika  z  notatnika,  14
czerwca o godz. 17 trzej kontrolerzy NIK spotkali się z Janem Krzysztofem
Bieleckim  i  Leszkiem  Balcerowiczem.  W  czasie  rozmowy  dołączył  do  nich
również Jan Boniuk – urzędnik Ministerstwa Finansów i Jerzy Zbiegniewski
– pracownik NIK, który pomagał Falzmannowi. Spotkanie trwało prawie trzy
godziny.  „Balcerowicz  odmawia  odpowiedzi”  –  konkludował  Falzmann  po
wyjściu  ze  spotkania.  Do  kolejnych  rozmów  w  sprawie  FOZZ  nie  doszło.
Kontroler  spotkał  się  za  to  z  prezydenckimi  ministrami:  Jarosławem
i Lechem Kaczyńskimi.

„Leszek Kaczyński mówi, że o tym, że FOZZ i Universal to KGB, wiedzą

już  od  dawna,  ale  nie  mogą  nic  z  tym  zrobić”  –  zanotował  po  spotkaniu.
Dlaczego  bracia  Kaczyńscy  nie  pomogli  Falzmannowi  w  rozwikłaniu
wielkiej afery gospodarczej? Na to pytanie do dziś nie ma odpowiedzi.

Lepsze  efekty  przynosiły  za  to  spotkania  z  oficerami  UOP.  W  czerwcu

podczas  długiego  posiedzenia  w  budynku  przy  ul.  Rakowieckiej  (siedziba
centrali  UOP),  opowiedzieli  Falzmannowi  o  związkach  Dariusza
Przywieczerskiego  z  KGB  i  GRU.  „Spółki  z  FOZZ  to  sowiecki  wywiad.
Jesteśmy bezsilni” – zanotował kontroler po jednym ze spotkań.

Śmiertelne niebezpieczeństwo

background image

W  końcu  czerwca  1991  r.  Falzmann,  po  spotkaniu  z  przedstawicielami

kontrwywiadu  UOP,  zapisał:  „Za  wszystkim  stoją  służby  specjalne  ZSRR.
Dalsza praca to osobiste śmiertelne niebezpieczeństwo”.

Kolejne  zapiski  wskazują,  że  zarówno  żona,  jak  i  najbliżsi  przyjaciele

zachęcali  Falzmanna,  aby  kontynuował  pracę.  Kontroler  wystąpił  więc
o dokumenty FOZZ do Banku Handlowego, a potem do Narodowego Banku
Polskiego.  16  lipca  1991  roku  złożył  w  centrali  NBP  pismo  następującej
treści: „Działając na podstawie upoważnienia nr 01 321 z dnia 27 maja 1991
Najwyższej Izby Kontroli do przeprowadzenia kontroli w Narodowym Banku
Polskim,  proszę  o  udostępnienie  informacji  objętych  tajemnicą  bankową,

obrotach 

stanach 

środków 

pieniężnych 

(gotówkowych

bezgotówkowych) 

Funduszu 

Obsługi 

Zadłużenia 

Zagranicznego,

Warszawa, ul. Miła 2”.

Pierwszy dzień kontroli w NBP trwał zaledwie 6 godzin. Falzmann wrócił

do  siedziby  NIK  na  ulicę  Filtrową,  gdzie  odebrał  polecenie  prezesa  Izby
odsuwające go od wszelkich czynności związanych z FOZZ.

Dwadzieścia  cztery  godziny  później  w  stanie  ciężkim  trafił  do  szpitala.

I  zmarł.  Seryjny  Samobójca  zaaranżował  wszystko  w  taki  sposób,  aby
wyglądało to na odebranie sobie życia poprzez zażycie leków powodujących
zawał serca.

Jednak  Seryjny  nie  wiedział,  że  Falzmann  nie  wziął  ze  sobą  do  szpitala

kalendarzy.  Zapisywał  w  nich  wszystkie  spotkania,  ustalenia  i  informacje
w sprawie FOZZ. Skrupulatny kontroler opisał ze szczegółami swoje starania
dotyczące wyjaśnienia tej ogromnej afery, a także rozmów z najważniejszymi
urzędnikami państwowymi, którzy mogli, lecz nie chcieli zatrzymać rabunku
państwowych  pieniędzy.  Ciekawe  są  losy  tych  dokumentów.  Po  śmierci
Falzmanna  „nieznani  sprawcy”  włamali  się  do  jego  domu  i  ukradli  część
notatek.  Dwa  najważniejsze  kalendarze  Falzmann  zdążył  zdeponować
u  swojego  przyjaciela.  Ten  skopiował  je  i  zabezpieczył  w  kilku  miejscach.
Schował  tam  również  najważniejsze  dokumenty  dotyczące  FOZZ.  Leżały
przez  lata,  odkryłem  je  w  2009  roku  i  dzięki  temu  poznałem  zbrodniczą
machinę  wyprowadzenia  miliardów  dolarów  w  okresie  transformacji
ustrojowej. Co takiego odkrył Michał Falzmann?

background image

Tajne pismo szefa wywiadu

Z  tajnych  akt  wojskowych  służb  specjalnych  odnalezionych  przez

Komisję  Weryfikacyjną  WSI  wynika,  że  już  jesienią  1985  roku  w  II
Zarządzie  Sztabu  Generalnego  (wywiad  wojskowy)  opracowano  plan
„długofalowego 

wykorzystania 

środków 

finansowych 

związku

z możliwością transformacji ustrojowej”. Miało to miejsce kilka miesięcy po
tym,  jak  władzę  w  ZSRR  objął  Michaił  Gorbaczow,  który  rozpoczął
głasnost’  i  pierestrojkę.  Upadek  systemu  komunistycznego  był  kwestią
czasu.  Z  akt  przeanalizowanych  przez  komisję  wynika,  że  oficerowie
wojskowych  służb  specjalnych  doskonale  zdawali  sobie  sprawę,  że  system
upadnie,  dając  początek  nowej  rzeczywistości  politycznej  i  gospodarczej.
Dokumenty  te,  wraz  z  aktami  tajnych  operacji  służb  i  dokumentacją
finansową, dowodzą, że już w końcu lat 80. wywiad wojskowy PRL tworzył
za granicą siatkę fikcyjnych spółek, które miały służyć do wytransferowania
pieniędzy  z  Polski  i  do  ich  późniejszego,  ponownego  legalnego
zainwestowania  w  Polsce.  Spółkami  tymi  kierowali  ludzie  niejawnie
współpracujący ze służbami specjalnymi, a nadzorowali ich oficerowie służb
działający w porozumieniu z kierownictwem.

W  archiwach  WSI  odnalazła  się  notatka,  w  której  wysoki  rangą  oficer

nakazywał włączyć do zagranicznych operacji finansowych funkcjonariuszy,
którzy  uczestniczyli  w  sprawie  o  kryptonimie  „Popiel”.  Tę  nazwę  nadano
sprawie  inwigilacji  księdza  Jerzego  Popiełuszki,  której  kulminacją  było
uprowadzenie  i  zamordowanie  kapłana.  Wiadomo,  że  w  operacji  tej  brali
udział  funkcjonariusze  wojskowych  służb  specjalnych  PRL  (udowodnił  to
prokurator  Andrzej  Witkowski,  który  w  latach  2002-2004  prowadził  w  tej
sprawie śledztwo i przesłuchał sześciu wojskowych którzy przyczynili się do
zbrodni). 

Jednak 

operację 

przeciwko 

księdzu 

prowadziła 

Służba

Bezpieczeństwa, która nadała kryptonim „Popiel”. Być może więc działania
opatrzone  tą  samą  nazwą,  a  prowadzone  przez  wojskowych,  dotyczyły
innego zagadnienia. Wydaje się to jednak mało prawdopodobne, tym bardziej
że w archiwach odnalazły się również notatki wskazujące, że w październiku
1984  roku  (wówczas  zginął  ksiądz  Jerzy)  kilku  oficerów  wojskowych  służb

background image

wykonywało  czynności  „w  ramach  sprawy  operacyjnej  »Popiel«”.  Czyżby
ich  późniejsze  zaangażowanie  w  sprawę  FOZZ  było  nagrodą  za  milczenie
w związku ze sprawą księdza Popiełuszki?

Jesienią  1985  roku  pułkownik  Henryk  Jasik  –  szef  wywiadu  naukowo-

technicznego  (zajmującego  się  nielegalnym  pozyskiwaniem  technologii)  –
 sporządził tajną notatkę adresowaną do generała Władysława Pożogi – szefa
Służby  Wywiadu  i  Kontrwywiadu  MSW.  „Rząd  Brazylii  –  pisał  Jasik  –
  powołał  instytucję,  której  faktycznym  celem  działania  jest  niejawny  skup
długu  zagranicznego  po  zaniżonych  cenach”.  Jasik  precyzyjnie  nakreślił
mechanizm  działania  tej  instytucji.  Oto  pogrążona  w  gospodarczym  chaosie
Brazylia  stawała  się  coraz  mniej  wiarygodna  finansowo.  W  związku  z  tym
coraz bardziej prawdopodobne stało się to, że nie będzie miała pieniędzy na
spłatę  długu  zagranicznego.  Chcąc  się  przed  tym  zabezpieczyć,  wierzyciele
Brazylii  (m.in.  Urugwaj  i  Chile)  zaczęły  sprzedawać  długi  Brazylii  za
połowę,  a  pół  roku  później  za  jedną  ósmą  ich  wartości.  Podmioty,  które
nabyłyby  te  długi  po  zaniżonych  cenach,  aby  zarobić,  mogły  później
dochodzić  od  Brazylii  zwrotu  całej  kwoty  z  odsetkami.  Rząd  Brazylii
powołał więc instytucję, która miała po zaniżonych cenach skupić wszystkie
długi  państwa.  W  ten  sposób  Brazylia,  pożyczając  w  1980  roku  10  mln
dolarów,  pięć  lat  później  była  winna  11  mln  dolarów.  Wobec  pogarszającej
się  sytuacji  gospodarczej,  nie  była  w  stanie  oddać  jednak  ani  części  tej
kwoty.  Kraj  wierzyciel  stawał  więc  przed  ryzykiem  utraty  tych  pieniędzy.
Chcąc  odzyskać  chociaż  część,  mógł  sprzedać  długi  innemu  podmiotowi  za
zaniżoną  cenę.  Podmiotem  tym  miała  być  spółka  działająca  na  polecenie
rządu  Brazylii.  Dzięki  temu  mechanizmowi  Brazylia  mogłaby  nielegalnie
odkupić  swoje  długi  za  część  ich  wartości.  Pułkownik  Jasik  zaproponował,
aby  ten  sam  mechanizm  zastosował  rząd  Polski.  –  Nie  mogłem  wówczas
przewidzieć,  że  ten  dobry  pomysł  zostanie  wykorzystany  w  niewłaściwy
sposób  i  zamiast  skupu  długu  z  korzyścią  dla  Polski,  dojdzie  do  wybuchu
gigantycznej afery – mówi dziś po latach generał Henryk Jasik.

Fundusz najwyższej tajności

background image

W  takich  okolicznościach  13  grudnia  1985  roku  –  w  czwartą  rocznicę

wprowadzenia  stanu  wojennego  –  w  Ministerstwie  Finansów  powołany
został  w  tajemnicy  Fundusz  Obsługi  Zadłużenia  Zagranicznego.  Niewiele
o  nim  wiadomo.  Oficjalnie  dokumentów  na  ten  temat  nie  ma.  Rąbka
tajemnicy  uchyla  protokół  przesłuchania  świadka  Jana  Boniuka  –  dyrektora
Departamentu  Zagranicznego  w  resorcie.  Przesłuchanie  prowadził  Michał
Falzmann.  Jan  Boniuk  zeznał,  że  informacje  na  temat  zadłużenia  państwa
pozyskiwane  są  od  Banku  Handlowego,  za  którego  pośrednictwem
podpisywane  były  umowy.  W  dokumentach  zabezpieczonych  przez
Falzmanna  odnajdujemy  pismo  tego  banku  do  ministerstwa  z  marca  1987
roku,  w  którym  czytamy,  że  „środki  z  lokaty  Banku  Handlowego  w  NBP
zabezpieczą  złotową  obsługę  zadłużenia  tylko  w  ciągu  najbliższych  dwóch
lat, a całkowite wyczerpanie środków doprowadzi do skokowego obciążenia
budżetu  po  1989  roku  (…)”.  Na  podstawie  ustaleń  Falzmanna  można
przypuszczać,  że  w  latach  1985-1989  w  resorcie  funkcjonowała  komórka,
która miała zająć się częściową spłatą długu zagranicznego. Nie wiadomo, co
konkretnie  robiła.  Dyrektor  nadzorującego  ją  departamentu  zmarł  w  1990
roku. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że przez cztery lata urzędnicy nie
podejmowali  stanowczych  działań,  gdyż  nie  wiadomo  było,  jak  będą
przebiegać przemiany polityczne.

Formalnie 15 lutego 1989 roku Sejm uchwalił ustawę powołującą FOZZ.

Działo  się  to  dziewięć  dni  po  rozpoczęciu  obrad  okrągłego  stołu,  gdy
wiadomo już było, że opracowany przez komunistów plan zakłada formalne
oddanie  władzy  przy  zachowaniu  wszelkich  możliwych  wpływów
i przywilejów.

Ludzie służb

Dyrektorem generalnym FOZZ został Grzegorz Żemek – współpracownik

wywiadu wojskowego pseudonim „Dik”, a jego zastępczynią – Janina Chim.
W  jednym  z  notatników  Falzmanna  odnajdujemy  informację,  że  przeciwko
Chim  toczyło  się  w  prokuraturze  śledztwo  w  sprawie  zabójstwa  jej  męża.
Mężczyzna zginął od ciosu siekierą w swoim mieszkaniu, gdy oprócz niego

background image

znajdowała się tam tylko Janina Chim. Co ciekawe: w marcu 1989 roku, gdy
rozpoczęła  pracę  w  FOZZ,  śledztwo  przeciwko  niej  zostało  warunkowo
umorzone.  Przewodniczącym  Rady  Nadzorczej  FOZZ  został  wiceminister
finansów  Janusz  Sawicki,  członek  rady  nadzorczej  Banku  Handlowego.
Michał  Falzmann  odkrył,  że  FOZZ  przelewał  na  konta  tego  banku  miliony
dolarów.  Czy  te  sprawy  mogą  mieć  ze  sobą  związek?  Z  protokołów
Falzmanna  wynika,  że  do  Banku  Handlowego  trafiła  część  pieniędzy
z  FOZZ.  Sekretarzem  Rady  Nadzorczej  został  wspomniany  wyżej  Jan
Boniuk  –  dyrektor  departamentu  zagranicznego  Ministerstwa  Finansów,
wcześniej  I  sekretarz  egzekutywy  PZPR  w  resorcie.  Oprócz  nich,  w  radzie
nadzorczej  zasiedli:  ówczesny  prezes  NBP  –  Grzegorz  Wójtowicz,  jego
poprzednik  Jan  Wołoszyn,  wiceminister  finansów  Wojciech  Misiąg,
wicepremier  w  rządzie  Messnera  Zdzisław  Sadowski  i  Dariusz  Rosati  –
 dyrektor Instytutu Koniunktur i Cen, były eurodeputowany lewicy. W 2007
roku  wyszło  na  jaw,  że  Rosati  był  informatorem  Służby  Bezpieczeństwa
zarejestrowanym  jako  kontakt  operacyjny  „Buyer”.  W  archiwach  Instytutu
Pamięci Narodowej zachowały się również dokumenty dotyczące współpracy
z SB pozostałych członków rady nadzorczej FOZZ, którzy zasiadali w niej aż
do  1991  roku.  To  zdumiewająca  zbieżność.  Oto  bowiem  w  instytucji
odpowiedzialnej 

za 

gigantyczne 

malwersacje 

finansowe 

zasiadali

najważniejsi  urzędnicy  odpowiedzialni  za  pieniądze  państwa.  Ani  jeden
z nich nie interweniował.

Tajne dla wszystkich

FOZZ  rozpoczął  działalność  w  końcu  marca  1989  roku.  Miał  zająć  się

skupem  polskiego  długu  zagranicznego  po  zaniżonych  cenach.  „Nie  został
sprecyzowany  system  finansowy”–  zauważył  Michał  Falzmann.  To
jednozdaniowa, ale niezwykle ważna informacja. Wynika z niej bowiem, że
dla  nowo  powstającej  instytucji  brakowało  najważniejszych  regulacji
prawno-finansowych. Oznacza to, że już od początku zakładano, że fundusz
ma  być  miejscem  nielegalnych  operacji.  Na  to  samo  również  wskazuje
odnaleziony  przez  Falzmanna  wzór  zobowiązania  do  zachowania  tajemnicy

background image

służbowej. Podpisywał je każdy nowy pracownik funduszu. „Ze względu na
specyficzny  charakter  działalności  instytucji  każdy  z  pracowników  ponosi
osobiście wszystkie konsekwencje formalne i nieformalne wyjścia informacji
na  zewnątrz  do  urzędów,  organizacji,  osób  fizycznych  itp.  Potwierdzam
przyjęcie do wiadomości ze wszystkimi konsekwencjami”.

Z rachunku na rachunek

FOZZ jako jednostka budżetowa otworzył rachunek w Narodowym Banku

Polskim.  Systematycznie  wpływały  tam  środki  ze  Skarbu  Państwa
przeznaczone na skup długów zagranicznych. Michał Falzmann wyliczył, że
do  31  grudnia  1990  roku  była  to  kwota  prawie  2,5  biliona
ówczesnych  złotych.  Równolegle  FOZZ  otworzył  konto  w  Banku
Handlowym.  Był  to  efekt  umowy  o  współpracy  podpisanej  między
obydwiema  instytucjami.  Bank  Handlowy  otworzył  dla  FOZZ  również  linię
kredytową.  Fundusz  nie  spłacał  swoich  zobowiązań  w  terminie.  Jego
zadłużenie było coraz większe z powodu ogromnych odsetek (umowa między
zakładała  znacznie  wyższe  niż  rynkowe  oprocentowanie  zobowiązań).
Fundusz  płacił  więc  wekslami  in  blanco.  Po  likwidacji  FOZZ  jego
zobowiązania  musiał  pokryć  Skarb  Państwa.  Z  końcem  1990  roku,  jak
wyliczył  Michał  Falzmann,  zaległość  wobec  banku  wynosiła  ponad  3,5
biliona złotych. Z obu banków pieniądze zostały przekazane na konta spółek
założonych  za  granicą  przez  oficerów  wojskowych  specsłużb.  Wszystkich
przelewów nie da się dziś ustalić.

„W  dokumentacji  FOZZ  nie  było  (…)  księgi  rachunkowej”  –  stwierdził

Michał  Falzmann  w  protokole  kontroli.  Wiadomo,  że  największe  kwoty
trafiły  na  szwajcarskie  konta  założone  przez  dwa  Przedsiębiorstwa  Handlu
Zagranicznego:  Impexmetal  i  Universal.  Prezesem  tej  drugiej  spółki  był
Dariusz Tytus Przywieczerski.

Wielka kariera aparatczyka

background image

Przywieczerski  to  absolwent  Szkoły  Głównej  Planowania  i  Statystyki,

aktywny członek PZPR.  W wirze wielkiej  polityki znalazł się  w 1976 roku.
Po  fali  strajków  w  radomskich  fabrykach  zbrojeniowych  został  skierowany
przez  partię  do  zakładów  „Łucznik”  w  celu  przywracania  porządku
i studzenia emocji wśród robotników. Nie trwało to długo. Pod koniec lat 70.
wyjechał do pracy w ambasadzie PRL w Kenii. W końcu w 1983 roku został
szefem  spółki  Universal.  Miała  ona  zajmować  się  eksportem  polskich
towarów  na  Wschód  i  Zachód.  Przywieczerski  stał  się  szybko  bywalcem  na
przyjęciach w ambasadzie ZSRR w PRL i gościem wpływowych dygnitarzy
Komitetu  Centralnego.  W  1989  roku  Universal  stał  się  udziałowcem  Banku
Inicjatyw  Gospodarczych  –  jednego  z  pierwszych  polskich  prywatnych
banków.  Sam  Przywieczerski  został  członkiem  jego  rady  nadzorczej.  Przez
cały ten czas w Universalu pracowała Janina Chim – najpierw na stanowisku
zastępcy  szefa,  potem  szefa  działu  dewizowego.  Stanowisko  zachowała
nawet wtedy, gdy pracowała jako zastępczyni dyrektora generalnego FOZZ,
w  ramach  którego  wydawała  polecenia  przelewów  pieniędzy  dla…
Universalu.

Sieć spółek

Według  założeń  to  właśnie  takie  spółki  jak  Universal  czy  Impexmetal

miały  za  granicą  skupować  polski  dług.  Aby  ukryć  związki  z  Polską,
wykorzystywały  swoje  środki  do  zakładania  spółek-krzaków.  Jedną  z  nich
był  Ulman  –  założony  oficjalnie  przez  brytyjską  spółkę,  której  FOZZ
zobowiązał się płacić duże pieniądze za „przechowywanie środków FOZZ na
terenie  Wielkiej  Brytanii”.  To  niespotykany  mechanizm,  aby  jedna  spółka
trzymała pieniądze na koncie drugiej i jeszcze jej za to płaciła. Paradoks ten
wyjaśniają  kolejne  wydarzenia.  Firma  Ulman  przelała  na  konta  Grzegorza
Żemka,  Dariusza  Przywieczerskiego  i  Janiny  Chim  łącznie  502  tysiące
dolarów.  Za  te  pieniądze  założyli  oni  w  Warszawie  spółkę  Trast,  której
zostali  udziałowcami.  Równocześnie,  także  w  Warszawie,  żona  Grzegorza
Żemka  założyła  spółkę  Beepol.  Śledztwo  wykazało,  że  do  każdej  z  tych

background image

spółek  pieniądze  trafiały  –  poprzez  łańcuch  podstawionych  firm  –  właśnie
z FOZZ. Podobne mechanizmy stosowano w Stanach Zjednoczonych. Jedną
z głównych ról odegrał w tym Edward M. – polonijny biznesmen, o którym
było  głośno,  gdy  prokuratura  chciała  go  oskarżyć  o  zlecenie  zabójstwa
generała  Marka  Papały.  M.  był  od  1985  roku  informatorem  wywiadu
i  kontrwywiadu  wojskowego  PRL.  Najprawdopodobniej  pracował  również
dla CIA. W latach 80. był w USA wzorem biznesowej kariery, a jego majątek
wynosił kilkadziesiąt milionów dolarów. Według akt Komisji Weryfikacyjnej
WSI,  pieniądze  z  FOZZ  trafiły  do  firm  związanych  z  Edwardem
M.  Wszystko  działo  się  pod  pełną  kontrolą  oficerów  służb.  Pomagał  w  tym
m.in.  Tadeusz  Mrówczyński  ps.  „Laufer”,  który  współdecydował  przy
lokowaniu  w  USA  pieniędzy  z  FOZZ.  Część  tych  pieniędzy  „Laufer”
wypłacał i w gotówce przewoził do centrali służb w Warszawie.

Z  amerykańskich  firm  pieniądze  trafiły  do  banku  w  Luksemburgu,  na

konto  innej  spółki-krzak.  W  połowie  lat  90.  wróciły  do  Polski  i  zostały
wykorzystane do założenia koncernu medialnego ITI.

Rekiny prywatyzacji

Dzięki takim operacjom ludzie związani ze służbami zdobywali ogromne

pieniądze,  które  przywozili  do  Polski  i  inwestowali,  najczęściej  kupując
prywatyzowane spółki. Modelowym przykładem jest choćby przejęcie znanej
spółki  B.  Dokonały  tego  trzy  osoby:  wspomniany  wyżej  Edward  M.,
Jeremiasz  Barański  ps.  „Baranina”  –  gangster,  który  od  początku  lat  90.
pracował dla wojskowych służb, a trzecim „udziałowcem” był Zbigniew K. –
  biznesmen  również  powiązany  ze  służbami.  Wykorzystując  pieniądze
z  FOZZ,  kupili  od  państwa  bankrutującą  firmę  i  uczynili  z  niej  lidera
segmentu  rynkowego.  Osoby  uczestniczące  w  takich  mechanizmach  zawsze
przedstawiały  się  jako  polonijni  biznesmeni,  którzy  chcą  zainwestować
w  Polsce.  Nikt  nie  mógł  udowodnić,  że  ich  pieniądze  w  rzeczywistości
pochodzą  z  FOZZ.  Innym  przykładem  może  być  Stanisław  P.  –  pułkownik
wywiadu cywilnego PRL. Oficjalnie pracował jako dyplomata. Zaangażował
się  w  pomoc  w  lokowaniu  i  legalizowaniu  pieniędzy  z  FOZZ.  W  zamian

background image

otrzymał  udział  w  zyskach.  Wykorzystał  je  do  stworzenia  w  Polsce
komercyjnego  banku  istniejącego  do  dziś.  Pułkownik  P.  to  dziś  jeden
z najbogatszych Polaków (choć nie obnosi się z tym) i właściciel ogromnych
obszarów ziemskich.

W ten sposób na początku lat 90. tworzyła się w Polsce specyficzna klasa

„rekinów  kapitalizmu”.  11  kwietnia  1991  roku  Michał  Falzmann  sporządził
notatkę, w której napisał:

„Na  terytorium  polskim  działają  organizacje  związane  z  finansowaniem

wojska, służb specjalnych i gospodarki, która im służy. Wynikiem działania
tych  organizacji  są  (…)  rozbicie  statystyki  Państwa  i  statystyki  finansów
Państwa, korupcja i kradzież”.

Na stronie piątej wspomnianej notatki Falzmann wymieniał beneficjentów

tego  układu,  m.in.  „banki  i  państwa  zachodnie,  które  otrzymały  50  proc.
korzyści  z  transakcji”.  Falzmann,  który  szczegółowo  przeanalizował
zachowaną  dokumentację,  zwrócił  uwagę,  że  część  spółek,  do  których
trafiały  pieniądze  z  FOZZ,  założona  została  przez  obywateli  ZSRR,
pracujących  najprawdopodobniej  dla  sowieckich  służb  specjalnych.  Zwracał
uwagę, że strona polska w ich interesie zaciągała kredyty bez – jak zaznaczył
– wymaganych prawem umów. Potem spółki znikały, a długi spłacała strona
polska.  Falzmann  zwrócił  uwagę,  że  ten  bandycki  proceder  umożliwiali
urzędnicy polskiego Ministerstwa Finansów i Narodowego Banku Polskiego.

„Korzyści  z  kradzieży  i  marnotrawstwa  dające  między  innymi  ten  efekt,

że  dług  polski  wynosi  na  1991.03.31  około  46  mld  USD,  osiągnęły  trzy
grupy instytucji: a) w Polsce, b) w krajach Zachodu, c) w krajach związanych
z  ZSRR  i  w  samym  ZSRR.  Równolegle  z  instytucjami  korzyści  osiągali
pracownicy obsługujący te transakcje”.

Afera ze Smerfami w tle

Najlepszym  przykładem  mechanizmu  funkcjonowania  FOZZ  jest  sprawa

spółki  Sepp  (w  dokumentach  zabezpieczonych  przez  Michała  Falzmanna
sprawa  została  opisana  w  dwunastym  załączniku  do  protokółu  kontroli).
W jednym z fragmentów czytamy:

background image

„FOZZ  sfinansował  w  1989  r.  nabycie  przez  J.  Weinfelda  i  jego  grupę

spółek  (Group  Weinfeld)  znanej  w  świecie  filmów  animowanych  spółki
akcyjnej Sepp SA w Brukseli”. Z dokumentów wynika, że FOZZ zapłacił za
to ponad 22 mln dolarów, 20 mln franków belgijskich i ok. 1,5 mln franków
francuskich.  Wspomniana  firma  Sepp  miała  wówczas  podpisane  kontrakty
z  większością  telewizji  w  Europie  Zachodniej,  na  których  polecenie
produkowała  najsłynniejsze  seriale  animowane  (m.in.  „Smerfy”).  Wykupiła
również licencję od wytwórni Walta Disneya na wyłączność w sprzedaży jej
bajek na Starym Kontynencie. Miesięczny zysk spółki przekraczał wówczas
2 mln dolarów i ciągle się zwiększał, więc mogło się wydawać, że ogromna
inwestycja zwróci się w ciągu dwóch lat. Miało się jednak stać inaczej. Oto
bowiem  umowa  została  skonstruowana  w  taki  sposób,  że  Weinfeld  na  jej
podstawie  wyprowadził  z  firmy  cały  majątek  oraz  sprzedał  innej  spółce
(swojej własnej) prawa autorskie do bajek. Ogołoconą z majątku firmę Sepp
SA,  zgodnie  z  umową,  sprzedał  FOZZ-owi.  Decyzją  Grzegorza  Żemka,
w  pierwszym  etapie  FOZZ  zapłacił  za  spółkę  prawie  15,5  mln  dolarów.
Potem,  na  mocy  skomplikowanej,  niezrozumiałej  umowy  przelewał  kolejne
pieniądze.  Jesienią  1989  roku  wydał  następne  3  miliony  dolarów  na  próbę
naprawy  firmy.  „W  spółkach  tych  znowu  utopione  zostały  duże  kwoty  dla
ratowania  ich  przed  upadłością,  co  i  tak  nastąpiło”  –  czytamy  w  załączniku
do  protokołu  z  likwidacji  FOZZ.  Tak  więc  Joseph  Weinfeld  zrobił  interes
swojego  życia.  Najpierw  wyprowadził  majątek  ze  spółki,  a  nic  niewarte
przedsiębiorstwo  sprzedał  łącznie  za  ponad  30  mln  dolarów  (uwzględniając
późniejsze  dofinansowania).  Część  pieniędzy  z  tej  transakcji  trafiła  później
do spółki TRUST założonej przez żonę Grzegorza Żemka. Nie wiadomo, co
stało  się  z  nimi  później,  gdyż  spółka  Trust  została  pół  roku  później
rozwiązana. Część pieniędzy trafiła do innych podstawionych spółek w wielu
krajach  świata,  w  tym  w  USA.  Za  to  Joseph  Weinfeld,  bogatszy  dzięki  tej
transakcji  o  przynajmniej  kilkanaście  milionów  dolarów,  błyskawicznie
doprowadził  do  tego,  że  jego  nowa  spółka  przejęła  kontrakty  po  Sepp  SA

znowu 

zaczął 

sprzedawać 

europejskim 

telewizjom 

bajki.

Współprodukowane przez niego „Smerfy” stały się jedną z najsłynniejszych
dobranocek.  W  latach  90.  emitowała  je  Telewizja  Polska.  Trzy  lata  później
likwidatorzy  FOZZ  zawiadomili  belgijską  prokuraturę  o  popełnieniu  przez
Weinfelda  przestępstwa  polegającego  na  wyłudzeniu  ogromnych  kwot.
Weinfeld  wszystkiemu  zaprzeczył.  Sprawa  została  po  kilku  miesiącach

background image

umorzona  z  powodu  braku  dokumentów  finansowych  pozwalających
stwierdzić winę biznesmena.

Dodajmy,  że  wspomniany  w  dokumentach  Josef  Weinfeld,  to  Polak

pochodzenia  niemieckiego  na  stałe  mieszkający  od  początku  lat  80.,
w  Kalifornii,  współpracownik  wywiadu  wojskowego  PRL  ulokowany
w  amerykańskim  biznesie,  wykorzystywany  po  wpadce  Mariana
Zacharskiego.  Jego  postać  wyłania  się  z  archiwalnych  dokumentów  służb
w  1988  roku,  kiedy  spotkał  się  w  Luksemburgu  z  Grzegorzem  Żemkiem  –
  późniejszym  dyrektorem  FOZZ,  a  wówczas  członkiem  dyrekcji
przedstawicielstwa  Banku  Handlowego  w  Luksemburgu.  Wiele  lat  później,
w trakcie procesu sądowego w sprawie FOZZ, Weinfeld zeznał, że podczas
tamtego  spotkania  dowiedział  się  od  Żemka  o  planach  utworzenia  FOZZ-u
i o tym, że Żemek będzie jego szefem. Wówczas też zaplanowali transakcję
związaną  z  firmą  Sepp.  Z  zeznań  Żemka,  innych  oskarżonych  i  świadków
wynika,  że  cała  sprawa  ułożona  została  w  centrali  wywiadu  wojskowego
w  Warszawie,  a  nadzorował  ją  płk  dypl.  Zenon  Klamecki  –  wówczas
pracownik  rezydentury  wywiadu  w  Luksemburgu.  Ten  oficer  nadzorował
pracę  Żemka.  I  to  on  również  miał  kontakty  z  Weinfeldem.  Co  ciekawe:
Weinfeld  nigdy  nie  został  oskarżony  za  udział  w  aferze  FOZZ,  choć
zachowane  dokumenty  i  zeznania  bezsprzecznie  dowodzą,  że  działał
w zmowie z ludźmi WSI.

Droga wiodła przez Wiedeń

„Dla uzasadnienia tej transakcji Żemek sfingował, przy pomocy Andrzeja

Kuny,  dyrektora  firmy  Bicarco  –  Austria,  fikcyjne  dokumenty,  że  firma
Bicarco  przekazała  FOZZ-owi  na  ten  cel  18  mln  dolarów”  –  czytamy
w załączniku do protokołu z likwidacji FOZZ. Pieniądze zostały przekazane
przez  podstawioną  spółkę  w  Luksemburgu.  W  dokumentacji  FOZZ  brakuje
dowodów,  że  wpłynęły  one  na  rachunek  funduszu  w  Narodowym  Banku
Polskim.  Najprawdopodobniej  więc  z  Luksemburga  trafiły  na  konta  osób
związanych  z  FOZZ  lub  zasiliły  fundusz  operacyjny  wojskowych  służb.
Mechanizm  wyglądał  więc  następująco.  Najpierw  sfałszowane  zostały

background image

dokumenty,  że  Bicarco  pożycza  FOZZ-owi  pieniadze  na  zakup  Sepp  SA.
Gdy  to  się  stało,  Weinfeld  natychmiast  wyprowadził  z  tej  spółki  cały
majątek,  zachował  jej  kontrakty,  a  później  sprzedał  ją  za  ogromną  cenę.
Dodatkowo  kilka  milionów  dolarów  z  FOZZ  zostało  przeznaczonych  na
inwestycje,  które  miały  uczynić  z  Sepp  SA  rentowne  przedsiębiorstwo
i  okazało  się  pieniędzmi  zmarnowanymi.  „Ten  ciąg  transakcji,  w  wyniku
których  Skarb  Państwa  stracił  miliony  dolarów,  został  starannie
zaplanowany” – alarmował w 1991 roku Falzmann w piśmie do Narodowego
Banku Polskiego. Dziś wiadomo, że pieniądze z tej transakcji trafiły poprzez
Sepp SA na fundusz wojskowych służb PRL.

Przy  tej  sprawie  pojawia  się  jeszcze  inne  nazwisko  –  Andrzeja  Kuny  –

 biznesmena, o którym głośno było podczas prac sejmowej komisji śledczej
ds.  PKN  Orlen.  Okazało  się  wówczas,  że  Kuna  i  jego  wspólnik  Aleksander
Żagiel  (obaj  prowadzą  interesy  w  krajach  byłej  Wspólnoty  Niepodległych
Państw)  zatrudnili  w  swojej  spółce  Władimira  Ałganowa  –  pułkownika
rosyjskiego  wywiadu.  Ciekawy  jest  więc  krąg  osób,  który  wyłania  się
z dokumentów sprawy FOZZ.

Fundusz obsługi polityków

Pieniądze z FOZZ umożliwiły stworzenie nie tylko nowej klasy „rekinów

kapitalizmu”  wywodzących  się  z  tajnych  służb,  lecz  również  sfinansowanie
partii  politycznych,  które  pojawiły  się  na  scenie  zaraz  po  transformacji
ustrojowej. Z punktu widzenia tajnych służb chodziło o to, by znaleźć sposób
wpływania na każdą z partii politycznych.

Jak odkrył Michał Falzmann, we wrześniu 1989 roku FOZZ bez żadnego

uzasadnienia  i  wbrew  statutowym  celom  przelał  2,5  mln  dolarów  na  konto
funduszu  wyborczego  Dariusza  Tytusa  Przywieczerskiego.  Człowiek  służb,
który  był  prezesem  rady  nadzorczej  państwowego  Przedsiębiorstwa  Handlu
Zagranicznego  Universal,  kandydował  wówczas  na  senatora  RP.  Falzmann
jako pierwszy zwrócił uwagę, że przelew został dokonany już po wyborach,
więc  pieniądze  nie  mogły  zostać  wykorzystane  na  kampanię  wyborczą.
Wkrótce  potem  zniknęły  z  konta  funduszu.  Co  się  z  nimi  stało  dalej  –  nie

background image

wiadomo. Sprawa jest tym bardziej tajemnicza, że Przywieczerski nie został
senatorem.

Samo  przedsiębiorstwo  Universal  było,  jak  już  wspomniałem,  jednym

z głównych beneficjentów FOZZ. Z wyliczeń Falzmanna wynika, że w 1989
roku  trafiło  tam  przynajmniej  2,5  mld  dolarów  tytułem  pożyczek,  zasileń,
środków  na  uruchomienie  innych,  podstawionych  spółek  itp.  Jedną  z  nich
była  spółka  Univ-comp.  Ta  nikomu  nieznana  firma  zarejestrowana  na
Antylach  Holenderskich  podpisała  z  Universalem  umowę,  na  mocy  której
przekazała  około  miliona  dolarów  do  spółki  Ad  Novum  założonej
w  Warszawie  przez…  Dariusza  Przywieczerskiego.  Spółka  Ad  Novum
została wydawcą dziennika „Trybuna”. W jej władzach zasiadali prominentni
politycy SdRP (partia ta przekształciła się później w SLD): Marek Siwiec –
dzisiejszy  eurodeputowany  –  Krzysztof  Janik  późniejszy  minister  spraw
wewnętrznych,  Marek  Ungier  –  późniejszy  szef  gabinetu  i  sekretarz  stanu
w  Kancelarii  Prezydenta,  Wiesław  Kaczmarek  –  minister  skarbu  w  czasach
rządów  SLD  i  Edward  Kuczera  –  późniejszy  skarbnik  SLD.
Przewodniczącym  rady  nadzorczej  Ad  Novum  aż  do  1995  roku  był
Aleksander  Kwaśniewski.  Zrzekł  się  funkcji,  gdy  wystartował  w  wyborach
prezydenckich. W złożonym wówczas oświadczeniu majątkowym napisał, że
wynagrodzenie,  które  otrzymywał  z  tej  spółki,  było  w  całości  przeznaczone
na  pokrycie  kosztów  jego  funkcjonowania  jako  przewodniczącego  SdRP.  –
 W tej sytuacji nie może dziwić fakt, że „Trybuna” pisała stronnicze artykuły
w  sprawie  FOZZ,  atakując  wszystkich  tych,  którzy  próbowali  wyjaśniać
sprawę i doprowadzić do ukarania winnych.

Skok na BIG

Jesienią  1989  roku,  tuż  po  otrzymaniu  przelewu  z  FOZZ,  Dariusz

Przywieczerski został jednym z założycieli Banku Inicjatyw Gospodarczych
–  pierwszego  prywatnego  banku.  Jego  drugim  ważnym  założycielem  była
kierowana  przez  Przywieczerskiego  spółka  Universal,  a  trzecim  Fundacja
Rozwoju Żeglarstwa. Jej prezesem był Aleksander Kwaśniewski – ówczesny
szef  Urzędu  Kultury  Fizycznej  i  Sportu.  Z  kolei  założycielami  tej  fundacji

background image

byli:  sam  Kwaśniewski,  Mieczysław  Rakowski  –  ówczesny  premier
i  Bogusław  Kott  –  współtwórca  spółki  ATS,  która  zajmowała  się  handlem
bronią.  Celem  fundacji  było  wspieranie  rozwoju  żeglarstwa.  Fundacja
powołała 

spółkę 

Interster, 

która 

korzystała 

preferencyjnych,

wielomiliardowych kredytów przydzielanych przez Urząd Kultury Fizycznej
i  Sportu.  To  te  właśnie  pieniądze  Interster  wykorzystał  do  założenia  Banku
Inicjatyw  Gospodarczych.  Kolejni  założyciele  BIG  to:  spółka  Transakcja
(utworzona  przez  PZPR,  w  jej  radzie  nadzorczej  zasiadali:  Leszek  Miller
i  Marek  Siwiec)  i  fundacja  Towarzystwo  Wspierania  Inicjatyw
Gospodarczych,  której  prezesem  był  Mieczysław  Wilczek  –  autor  głośnej
reformy gospodarczej z 1988 roku. Andrzej Olechowski – ówczesny dyrektor
w  Narodowym  Banku  Polskim  (później  współzałożyciel  Platformy
Obywatelskiej)  oraz  prezesi  Transakcji  i  Intersteru.  Jednym  z  pierwszych
nabywców  akcji  był  Jerzy  Urban  –  wcześniej  rzecznik  prasowy  rządu,  dziś
redaktor  naczelny  „NIE”.  Kilka  tygodni  później  BIG  udzielił  Universalowi
kredytu w wysokości 300 mld zł, co stanowiło prawie 90 proc. jego kapitału.
Tymczasem,  jak  ujawnił  Michał  Falzmann,  20  lutego  1990  roku  BIG
otrzymał z FOZZ 160 miliardów złotych. W urzędowej notatce na ten temat
Michał Falzmann napisał:

„Zdjęcie  przez  BIG  z  konta  FOZZ  kwoty  160  mld  złotych  było

bezpodstawne. Nie wynikało ono z jakiejkolwiek umowy między stronami”.
Michał Falzmann powiadomił o wszystkim prokuraturę, jednak ta sprawą się
nie  zajęła.  Wkrótce  potem  spółka  Transakcja  (założona  przez  PZPR)
sprzedała  Universalowi  po  zaniżonych  cenach  swoje  udziały  w  BIG.
Niedługo wcześniej przed tym próbował je zabezpieczyć likwidator majątku
po b. PZPR.

Darowizny dla ludzi Tuska

W  1992  roku  warszawska  prokuratura  prowadząca  śledztwo  w  sprawie

FOZZ postawiła pierwsze zarzuty Dariuszowi Przywieczerskiemu. Dotyczyły
naruszenia prawa dewizowego. Na ławie oskarżonych Przywieczerski zasiadł
dopiero  6  lat  później,  w  1998  roku.  Wcześniej  przekazał  spółkę  Ad  Novum

background image

Annie T. Przywieczerski przedstawiał ją jako swoją bliską krewną. Pikanterii
całej  sprawie  dodaje  fakt,  że  Anna  T.  była  wcześniej  dziennikarką  „Gazety
Wyborczej”  i  pisała  artykuły  dezinformujące  w  sprawie  FOZZ.  W  trakcie
procesu  sądowego  wyszło  na  jaw,  że  w  1995  roku  pośredniczyła
w przekazaniu z kasy Universalu i Dariusza Przywieczerskiego 200 mln zł na
kampanię wyborczą Jacka Kuronia – wówczas kandydata na prezydenta RP,
popieranego m.in. przez Unię Wolności. Ten wątek jednak nie zainteresował
organów ścigania. Sprawa wyszła bowiem na jaw w 1998 roku, gdy koalicję
rządzącą  współtworzyła  Unia  Wolności,  która  powstała  z  połączenia
Kongresu  Liberalno-Demokratycznego  i  Unii  Demokratycznej.  Śledczy
i  sędziowie  nie  zainteresowali  się  również  zeznaniami  pewnego  byłego
działacza  Kongresu  Liberalno-Demokratycznego.  W  1994  roku  został  on
wezwany na świadka w sprawie o naruszenie dóbr osobistych, którą Dariusz
Przywieczerski  wytoczył  wydawcom  i  autorom  książki  „Via  Bank  i  FOZZ”
(niskonakładowa książka opisywała walkę Michała Falzmanna o wyjaśnienie
FOZZ  i  jego  ustalenia  w  tej  sprawie).  Przywieczerski  poczuł  się  dotknięty
stwierdzeniami,  że  część  pieniędzy  przekazał  ważnym  w  latach  90.
politykom. Wspomniany członek KLD zeznał, że z pieniędzy pochodzących
od  Dariusza  Przywieczerskiego  i  jego  spółek  finansowane  były  (zarówno
w  1991,  jak  i  w  1993  roku)  kampanie  wyborcze  osób  ubiegających  się
w  wyborach  parlamentarnych  o  mandat  z  ramienia  KLD  i  Unii
Demokratycznej. Świadek wymienił osoby, które dziś piastują bardzo ważne
stanowiska w administracji państwowej i bankowości.

W  2001  roku  Telewizja  Polska  wyemitowała  trzyodcinkowy  film

dokumentalny „Dramat w 3 aktach”. Wynikało z niego, że pieniądze z FOZZ
trafiały  do  Porozumienia  Centrum  –  partii  założonej  przez  Jarosława
Kaczyńskiego. Ta wersja opierała się na wypowiedziach biznesmena Janusza
Iwanowskiego-Pineiry  i  byłego  oficera  wojskowych  służb  specjalnych
pułkownika  Jerzego  Klemby.  Pineiro  to  współpracownik  wywiadu
wojskowego  PRL,  który  zakładał  fikcyjne  spółki,  do  których  trafiały
pieniądze z FOZZ. Klemba nadzorował jego pracę. Zaskakujące, że w 1993
roku  przesłuchiwany  przez  prokuraturę  Pineiro  nie  powiedział  nic
o  przekazywaniu  pieniędzy  dla  PC.  Z  kolei  Anatol  Lawina,  były  dyrektor
w Najwyższej Izbie Kontroli, w maju 2005 r. w trakcie zeznań przed sądem
mówił, że według NIK pieniądze z FOZZ trafiły do partii Kaczyńskiego.

–  Pan  Lawina  od  początku  kłamał,  nie  dbając  nawet  o  pozory

background image

prawdopodobieństwa  –  komentował  po  latach  Jarosław  Kaczyński.  Co
ciekawe:  były  premier  nie  wypiera  się  kontaktów  z  Pineirą.  –  Pana  Pineirę
poznałem  na  początku  lat  90.  Przedstawił  mi  go  Adam  Glapiński  jako
młodego  biznesmena,  który  chciał  sponsorować  Porozumienie  Centrum  –
 opowiadał w latach 90. Kaczyński pytany o sprawę FOZZ. Adam Glapiński
od  sprawy  się  dziś  odcina,  a  Kaczyński  twierdzi,  że  jego  partia  ostatecznie
nie  przyjęła  od  Pineiry  żadnych  pieniędzy.  Sąd  nie  przeprowadził
konfrontacji  Lawiny  z  Kaczyńskim,  a  sam  Kaczyński  nie  zawiadomił
prokuratury o tym, że Lawina składał fałszywe zeznania.

Dokumenty  Michała  Falzmanna  wskazują,  że  FOZZ  był  matecznikiem,

w którym w wielkich bólach rodziła się polska klasa polityczna i polska klasa
rekinów  kapitalizmu.  A  wszystko  pod  kontrolą  tajnych  służb  PRL.
Alarmujące  informacje  Falzmanna  nie  zainteresowały  jednak  nikogo.
Najważniejsi  politycy  udawali,  że  problemu  nie  ma.  Problemem  stał  się  dla
nich sam Falzmann. Problem jednak 18 lipca 1991 roku rozwiązał im Seryjny
Samobójca.

background image

Rozdział V

Mafia ściśle tajna

Gdy  cała  Polska  żyła  początkiem  obrad  okrągłego  stołu,  Seryjny  pojawił

się  tam,  gdzie  się  go  najmniej  spodziewano:  w  Pruszkowie  –
  podwarszawskim  miasteczku  robotniczym  kojarzonym  dotychczas  jedynie
z  blokowiskami  z  wielkiej  płyty  i  szarym,  monotonnym  życiem
proletariackim.  Seryjny  uwziął  się  na  Ireneusza  P.  zwanego  „Barabaszem”,
który  wówczas  kierował  lokalnym  półświatkiem.  „Barabasz”  (jego
pseudonim wziął się od biblijnego przestępcy uwięzionego razem z Jezusem
i uwolnionego przez Piłata) od lat 70. żył z kradzieży i włamań, potem uczył
przestępczego  fachu  młodszych  kolegów.  Jego  życie  upływało  między
kolejnymi odsiadkami, a „skokami”, które świętował w najbardziej wówczas
popularnej w Pruszkowie knajpie. Jak mówią emerytowani policjanci, którzy
pamiętają  te  czasy,  miał  swój  honor.  Uczciwie  dzielił  się  zrabowanym
towarem  i  zawsze  w  terminie  regulował  rachunki.  Oprócz  tego  obsesyjnie
nienawidził  kapusiów.  Ta  cecha  nie  przeszkadzała  nikomu,  dopóki
„Barabasz”  działał  sam.  Można  go  było  zamknąć  i  po  kłopocie.  Ale  gdy
zaczął  wokół  siebie  gromadzić  młodych  kandydatów  na  rzezimieszków
i  wychowywać  ich  według  własnych  zasad,  pojawiła  się  możliwość,  że  oni
będą  lojalni  wobec  niego,  a  nie  wobec  państwa  prawa.  Mocodawcom
Seryjnego było to na rękę, że powstaje mafia, ale nie w takim kształcie, jak
wyobrażał sobie „Barabasz”.

W  kwietniu  1989  roku  „Barabasz”  zginął  w  tajemniczym  wypadku

drogowym.  Łada,  którą  jechał,  wypadła  z  jezdni  między  Pruszkowem

background image

a  Komorowem  i  uderzyła  w  drzewo.  Jej  kierowca  zginął.  Tak  mówi  wersja
oficjalna. Informacja o śmierci „Barabasza” wywołała kontrowersje, bo mało
kto  chciał  wierzyć,  aby  gangster,  który  był  bardzo  dobrym  kierowcą,  zginął
w  tak  głupi  sposób  na  drodze,  którą  świetnie  znał  (jeździł  tamtędy  bardzo
często).  Niemal  natychmiast  pojawiły  się  dwie  plotki.  Pierwsza  mówiła,  że
auto  wyleciało  z  drogi,  bo  ktoś  wcześniej  odpowiednio  „przygotował”
hamulce  i  „Barabasz”  nie  zdążył  zmienić  prędkości  przed  ostrym  zakrętem.
Według  drugiej,  Ireneusz  P.  w  wypadku  doznał  ciężkich  ran,  ale  przeżył.
Zmarł  po  jakimś  czasie,  gdyż  nie  pojawiła  się  pomoc  (aby  tak  się  stało,
zadbał Seryjny). W każdym razie po feralnym wypadku Ireneusz P. zniknął
ze  sceny  i  zamknął  bardzo  ważny  rozdział  w  historii  pruszkowskiej
przestępczości.

Otwierało to spore szanse przed jego uczniami i pomocnikami. Z danych

zawartych  w  kartotekach  policyjnych  wynika,  że  w  latach  80.  wszyscy
późniejsi  liderzy  gangu  byli  znani  milicji  dzięki  pospolitym  przestępstwom:
pobiciom,  wyłudzeniom  pieniędzy,  drobnym  kradzieżom.  Tak  zaczął  się
rodzić  gang  pruszkowski.  Jego  liderem  –  po  śmierci  „Barabasza”  –  został
Zbigniew Kujawski ps. „Ali”, a po nim Wojciech Kiełbiński ps. „Kiełbasa”.
Dużo  o  nim  mówią  zeznania  świadka  koronnego  Jarosława  Sokołowskiego
ps. „Masa”.

„Wojciecha  Kiełbińskiego  poznałem  w  dzieciństwie,  pochodziliśmy

z  jednego  miasta  Od  1980  roku  przylgnąłem  do  Wojtka.  On  jako  jedyny
z  naszego  towarzystwa  miał  wtedy  samochód.  Miał  charakter  przywódczy,
zajmował się wówczas włamaniami do mieszkań. W tym czasie byłem jego
kolegą,  a  od  1986  roku  zostałem  jego  ochroniarzem.  Kiedy  jechał  (np.  na
dyskotekę), zabierał kilku silnych chłopaków jako ochronę” – mówił „Masa”
prokuratorom Elżbiecie Grześkiewicz i Jerzemu Mierzewskiemu 15 czerwca
2000 roku.

„Kiełbasa” miał charyzmę. Koledzy, którzy lgnęli do niego, ufali mu i byli

gotowi  wykonać  każde  jego  polecenie.  Z  czasem  młody  mężczyzna  stał  się
niekwestionowanym  liderem  młodzieży  w  pruszkowskim  półświatku.
W  1988  roku  został  szefem  małej  grupy  przestępczej  działającej  na  terenie
Pruszkowa  i  okolic.  –  „Grupa  ta  zajmowała  się  kradzieżami  srebra
z  zakładów  pracy  –  zeznał  „Masa”.  –  Z  tego,  co  wiem,  okradli  Merę
w  Warszawie.  W  Tomaszowie  i  Piotrkowie  okradli  urzędy  z  kartek
benzynowych”.

background image

Pod  koniec  lat  80.,  gang  kierowany  przez  „Kiełbasę”  poszerzył  swoją

działalność.

Wtedy  grupa  zajmowała  się  napadami  na  tiry  z  przemycanym  towarem.

Głównie  był  to  alkohol,  papierosy  i  sprzęt  elektroniczny.  Największe
przebicie było na alkoholu i papierosach. Sposób działania polegał na tym, że
na  początku  ktoś  z  grupy  (…)  kontaktował  się  z  handlarzem  pod  pozorem
zakupu  towaru.  Następnie  kilku  ludzi  spotykało  się  w  umówionym  miejscu,
w  hotelu  lub  w  restauracji,  tam  pokazywano  temu  człowiekowi,  że  mamy
pieniądze na zakup towaru. On wtedy dawał sygnał do magazynu, gdzie był
samochód  z  towarem,  potem  odchodziliśmy  nie  dając  mu  pieniędzy  lub
dostawał kanapkę, tzn. plik pociętego papieru zawierającego z zewnątrz kilka
prawdziwych  banknotów.  W  tym  czasie  samochód,  który  wyjechał
z  magazynu,  był  przejmowany  przez  naszych  ludzi.  Potem  samochód  był
ukrywany  w  dziupli,  a  towar  sprzedawany”  –  mówił  „Masa”
przesłuchującym go śledczym.

Ostatni  rok  upadającej  PRL  i  rok  śmierci  „Barabasza”  był  czasem

wielkich  przemian  gospodarczych  i  politycznych.  W  wyniku  porozumień
zawartych  przy  okrągłym  stole,  solidarnościowe  władze  rozwiązały  Służbę
Bezpieczeństwa. 

Wielu 

funkcjonariuszy 

SB 

zostało 

pozytywnie

zweryfikowanych  i  rozpoczęło  pracę  w  Urzędzie  Ochrony  Państwa  bądź
w  innych  służbach  mundurowych.  Ci,  którzy  nie  przeszli  weryfikacji,  trafili
do  policji,  na  ważne  stanowiska  w  państwowych  spółkach,  w  państwowej
i  samorządowej  administracji.  W  ten  sposób  w  nowej  rzeczywistości
odnaleźli się także funkcjonariusze, którzy wcześniej zajmowali się szajkami
z  Pruszkowa.  Te  zaś  miały  coraz  szersze  pole  do  działania  i  coraz  mniej
skutecznych  przeciwników.  Autorzy  transformacji  ustrojowej  zapomnieli
bowiem 

przeprowadzić 

konieczne 

zmiany 

organach 

ścigania.

W  prokuraturze  i  sądach  szerzyła  się  korupcja.  Niedozbrojona,  źle
wyposażona,  uboga  policja,  pozbawiona  możliwości  operacyjnych  (zakupu
kontrolowanego,  przesyłki  kontrolowanej)  instytucji  świadka  koronnego
i  incognito  była  przedmiotem  drwin  i  żartów.  Komórki  zwalczające
przestępczość  zorganizowaną  jeszcze  nie  istniały,  brakowało  sprzętu
technicznego, 

łączności. 

Funkcjonariusze 

dysponowali 

starymi,

rozpadającymi  się  samochodami,  do  których  brakowało  paliwa.  Dodatkowo
pracę organów ścigania paraliżowały zmieniające się i coraz bardziej niejasne
przepisy prawne.

background image

Równie  prędko  zmieniały  się  realia  gospodarcze.  W  połowie  1988  roku

komunistyczny  rząd  Mieczysława  Rakowskiego  zliberalizował  przepisy
i  zezwolił  na  prowadzenie  prywatnej  działalności  gospodarczej.  Władze
zezwoliły na swobodny handel walutami, umożliwiły podróże, zlikwidowały
kartki i bony towarowe, dopuściły obrót towarami na rynkowych warunkach.
Doprowadziło  to  do  powstania  i  rozwoju  małych  przedsiębiorstw,  które
tworzyły doskonale rozwijający się sektor prywatny.

W  międzyczasie  zjednoczyły  się  małe  gangi  powstałe  w  Pruszkowie  po

śmierci  „Barabasza”,  kierowane  przez  jego  uczniów.  Tak  powstał  pierwszy
skład grupy pruszkowskiej, której niepodzielnym szefem został na początku
lat  90.  Andrzej  Kolikowski  ps.  „Pershing”.  Kolikowski,  od  początku  lat  80.
współpracował  z  wojskowymi  służbami  specjalnymi.  W  połowie  lat  80.
założył  w  Warszawie  pierwsze  kasyno  (musiał  mieć  na  to  zgodę  władz),
które  było  miejscem  spotkań  oficerów  wojska,  policji  i  tajnych  służb.  Cały
czas  roztaczał  nad  nim  dyskretną  opiekę  kontrwywiad  wojskowy.  A  sam
„Pershing” jako informator składał regularne meldunki.

Kasyno  w  centrum  Warszawy  było  również  ulubionym  miejscem  zabaw

mazowieckiego  półświatka.  To  właśnie  tam  w  latach  80.  „Pershing”  poznał
liderów  szajek  przestępczych  ze  stolicy  i  z  Pruszkowa.  Był  „ich
człowiekiem”.

„Do  grupy  tej  wszedłem  w  1990  roku  (…)  W  tamtym  okresie  grupa

liczyła  około  80  osób.  Swoich  ludzi  mieli  Pawlik  i  Parasol,  około  20  osób
z Pruszkowa, Pershing miał około 50 osób, pozbieranych z całej Warszawy.
Te osoby wykonywały ich polecenia. Grupa zajmowała się wtedy napadami
na  tiry,  wymuszaniem  haraczy  od  restauratorów,  odzyskiwaniem  długów.
Odnośnie  napadów  na  tiry,  to  były  to  organizowane  napady  na  samochody
przewożące alkohol i papierosy” – mówił „Masa” prokuratorom.

Z  jego  zeznań  wynika,  że  bandyckie  napady  i  wyłudzenia  haraczy

miesięcznie  przynosiły  gangsterom  kilkadziesiąt  tysięcy  dolarów  zysku.
Z  czasem  bandyci  poszerzali  swój  teren.  Wymuszali  haracze  w  kolejnych
miasteczkach  m.in.  w  Błoniu  i  Ożarowie  Mazowieckim,  później
w  południowo-zachodnich  częściach  stolicy.  Imperium  mafijne  powiększało
się z każdym tygodniem.

„Haracze od restauracji zbierane były w Warszawie (…). Kwoty haraczu

zaczynały  się  od  500  dolarów,  w  zależności  od  zysków  restauracji.  (…)
Później  zaczęły  się  też  wymuszenia  z  agencji  towarzyskich,  tym  zajmowała

background image

się grupa Rympałka – Marka Czarneckiego. Z agencji ściągano średnio 500
USD  miesięcznie.  (…)  System  był  taki,  że  każdy  dowodzący  swoją  grupą,
np. Żaba połowę zebranych haraczy brał dla siebie, a połowę dzielił między
żołnierzy.  Ze  swojej  części,  połowę  oddawał  mnie,  a  ja  z  kolei  ze  swojej
części połowę oddawałem starym. Miesięcznie starym przekazywałem kwoty
kilkudziesięciu 

tysięcy 

nowych 

złotych” 

– 

opowiedział 

„Masa”

prokuratorom.

Równolegle,  kolejnym  źródłem  zysku  gangsterów  była  sprzedaż

samochodów.

„Samochody  braliśmy  od  różnych  złodziei,  było  wiele  tych  osób,  nie

pamiętam  ich,  pamiętam  jedynie,  że  samochody  te  załatwiał  Wojtek
Kiełbiński.  Potem  razem  sprzedawaliśmy  je.  (…)  Z  tego  co  pamiętam,
sprzedaliśmy  wtedy  kilkaset  samochodów.  Na  każdym  sprzedanym
samochodzie zarabiałem kilkaset dolarów” – zeznawał skruszony gangster.

Tak wyglądał obraz mafii pruszkowskiej na początku lat 90. W tym czasie

Polska  upajała  się  wolnością  odzyskaną  wraz  z  upadkiem  PRL.  Z  nowej
rzeczywistości  cieszyły  się  również  tajne  służby,  które  –  na  mocy
porozumień  okrągłego  stołu  –  przejęły  kontrolę  nad  najważniejszymi
dziedzinami funkcjonowania państwa. Z ich punktu widzenia lepiej było, aby
szefem  najważniejszej  mafii  był  były  współpracownik  WSI  niż  osoba
nieprzewidywalna jak „Barabasz”. Dlatego w 1989 roku Seryjny, pomagając
„Barabaszowi”  odejść  z  tego  świata,  otwierał  nowe  możliwości  przed
„Pershingiem”.  Wykonał  swoją  robotę  tak,  jak  oczekiwali  tego  jego
mocodawcy.

„Pershing”  powoli  stawał  się  najważniejszym  gangsterem  w  środkowej

Polsce.  Mocodawcy  Seryjnego  chcieli  jednak,  aby  ich  zaufani  ludzie
kontrolowali  mafie  również  w  pozostałych  częściach  kraju.  W  trójmieście
wybór  padł  na  Nikodema  Skotarczaka  ps.  „Nikodem”  lub  „Nikoś”.  Te
pseudonimy  pod  koniec  lat  70.  nadała  mu  Służba  Bezpieczeństwa.  Jego
kariera  przestępcza  zaczęła  się  na  początku  lat  70.,  gdy  dostał  posadę
ochroniarza  w  znanym  z  piosenki  Lady  Pank  klubie  „Maxim”  w  Gdyni.
Praca  w  nocnym  klubie  cieszącym  się  popularnością  wśród  lokalnych
rzezimieszków  umożliwiła  mu  nawiązywanie  dalszych  znajomości.  Młody
człowiek  bardzo  szybko  zaprzyjaźnił  się  z  szefami  złodziejskich  szajek
i wpływowymi przestępcami na Wybrzeżu, by wkrótce zostać ochroniarzem
jednego z gdańskich bossów, a później jego prawą ręką.

background image

Początki  jego  kariery  przypadły  na  czas  reform  Gierka  i  chwilowego

dobrobytu.  W  pustych  dotychczas  sklepach  pokazały  się  lodówki,  pralki
i  telewizory.  Budowano  coraz  więcej  mieszkań,  a  na  drogach  jeździła
większa liczba samochodów. W wyższych sferach pojawiła się moda na auta
z  krajów  zachodniej  Europy,  które  nielicznym  szczęśliwcom  udało  się
sprowadzić.  Tę  modę  wykorzystał  „Nikoś”.  Wraz  z  kilkoma  kolegami  zajął
się przemytem aut skradzionych w Niemczech. Z dokumentów zachowanych
w  archiwach  Instytutu  Pamięci  Narodowej  wynika,  że  Skotarczak  już
w  połowie  lat  70.  został  informatorem  gdańskiej  Służby  Bezpieczeństwa,
a  potem  także  Wojskowej  Służby  Wewnętrznej.  W  konsekwencji  SB
udzielała  mu  cichej  pomocy  w  przemycie  pojazdów.  W  zamian  oficerowie
bezpieki  i  wojska  kupowali  od  „Nikosia”  luksusowe  Audi,  Mercedesy
i  Volkswageny.  Jego  klientami  byli  również  dygnitarze  PZPR  ze  szczebla
wojewódzkiego  i  centralnego.  Handel  kradzionymi  i  przemycanymi
samochodami przynosił Skotarczakowi ogromne zyski, a ponadto wzmacniał
jego pozycję i wpływy.

Równolegle grupa kierowana przez „Nikosia” zajmowała się lukratywnym

przemytem  alkoholu  i  papierosów.  Pieniądze  zdobyte  wskutek  tego
procederu  były  tak  duże,  że  na  początku  lat  80.  Skotarczak  wspomógł
finansowo  Lechię  Gdańsk.  Klub  piłkarski  odbił  się  od  dna  i  przez  pewien
czas  święcił  triumfy,  zaś  sam  gangster  został  odznaczony  tytułem
„Zasłużonego  Obywatela  Gdańska”.  Kilka  lat  później  na  trop  trójmiejskiej
szajki  wpadli  zachodnioniemieccy  policjanci.  Z  ich  ustaleń  wynikało,  że
w  ciągu  10  lat  grupa  ukradła  ponad  200  luksusowych  samochodów.
Funkcjonariusze  potrafili  udowodnić  tylko  co  dziesiąte  przestępstwo,  ale  to
wystarczyło,  by  „Nikosia”  zatrzymać,  skazać  i  osadzić  w  więzieniu
w Hamburgu.

Pobyt  gangstera  za  kratami  nie  trwał  jednak  długo.  W  sali  widzeń

odwiedził go brat, który zamienił się z nim ubraniem. Nikodem – w ubraniu
brata  –  spokojnie  opuścił  gmach  więzienia  i  wrócił  do  Polski.  Kilka  dni
później  jego  brat  zgłosił  to  zdarzenie  niemieckiemu  strażnikowi
więziennemu.  Musiał  zostać  wypuszczony  jako  osoba  niewinna.  Cała  ta
sprawa kompromitowała niemiecki wymiar sprawiedliwości do tego stopnia,
że władze zdecydowały się utajnić ją przed opinią publiczną. Historia wyszła
na  jaw  wiele  lat  później,  dzięki  polskim  dziennikarzom.  Skotarczak  cieszył
się wolnością ponad trzy lata. W 1992 roku ponownie trafił do więzienia za

background image

kradzieże  samochodów.  Wprawdzie  sąd  skazał  go  na  osiem  lat,  jednak  już
dwa  i  pół  roku  później  udało  mu  się  uzyskać  przedterminowe  zwolnienie
w nagrodę za dobre sprawowanie.

„ – Wychodząc, „Nikoś” zarzekał się, że prędzej da się zabić, niż wróci za

kraty” – opowiada gdański policjant, który rozpracowywał gang. Po wyjściu
z  więzienia  Skotarczak  zaczął  od  podporządkowania  sobie  wszystkich
mniejszych grup przestępczych.

Jego  ludzie  zajmowali  się  już  nie  tylko  kradzieżami  samochodów,  lecz

również  wymuszaniem  haraczy  od  restauracji  i  agencji  towarzyskich,
a później handlem narkotykami. Grupa zaczęła również dokonywać oszustw
finansowych  na  poważną  skalę.  „  –  Pewnym  novum  było  oddawanie
luksusowych  samochodów  ich  właścicielom”  –  opowiada  funkcjonariusz
gdańskiego  CBŚ.  –  „Nikoś”  czasem  kazał  odnaleźć  i  oddać  skradziony
samochód,  jeśli  jego  właścicielem  okazywał  się  wpływowy  urzędnik  lub
bogaty  biznesmen.  Potem  taki  człowiek  czuł  się  zobowiązany  do
wdzięczności,  z  czego  Skotarczak  umiejętnie  korzystał.  Był  człowiekiem
wyjątkowo inteligentnym, przebiegłym i elokwentnym. Rozmowy prowadził
w sposób kulturalny, miał szeroką wiedzę o świecie, powoływał się na różne
znajomości,  choć  nigdy  nie  używał  nazwisk”.  –  „Nikoś”  odbiegał  od
stereotypu  gangstera”  –  ocenia  mł.  insp.  Jarosław  Marzec,  niegdyś  szef
gdańskiego  Centralnego  Biura  Śledczego,  późniejszy  dyrektor  CBŚ.  –
  Próbował  grać  rolę  filantropa,  działał  charytatywnie,  pomagał
potrzebującym. Bardzo dbał o swój wizerunek. Ale za obliczem uprzejmego,
grzecznego  człowieka  krył  się  bezwzględny  bandyta.  Przez  kilka  lat  ten
właśnie  człowiek  niepodzielnie  rządził  trójmiejskim  półświatkiem.  I  był
wówczas jednym z najpotężniejszych gangsterów w naszym kraju”.

Jednak gang pruszkowski nie byłby tak silny, gdyby nie jego powiązania

z  międzynarodowymi  grupami  przestępczymi.  A  tych  gwarantem  był
Jeremiasz  Barański  ps.  „Baranina”.  Barański  urodził  się  23  listopada  1945
roku  w  Sopocie.  Mieszkał  w  Łodzi.  Uczył  się  w  technikum,  a  potem
w  liceum  ogólnokształcącym.  Jego  kariera  przestępcza  zaczęła  się  w  latach
70. Barański – drobny cwaniaczek i cinkciarz – został wówczas zwerbowany
do  współpracy  przez  Służbę  Bezpieczeństwa.  Korzystając  z  jej  pomocy,
zaczął  tworzyć  w  Niemczech  i  Austrii  grupy  przemytników  papierosów,
zakładał  też  pierwsze  gorzelnie  z  siedzibą  w  Belgii.  Lojalnie  współpracując
z  SB,  „Baranina”  przyjął  zasadę,  że  chętnie  udzielał  informacji  na  temat

background image

półświatka,  ale…  tylko  takich,  które  obciążały  jego  konkurencję.  Takie
rozwiązanie opłacało się wszystkim. „Baraninie” zapewniało z jednej strony
nietykalność  (SB  nie  ruszała  swojego  człowieka),  z  drugiej  pozwalało  mu
eliminować  konkurentów  rękami  służb.  Dla  SB  było  to  o  tyle  korzystne,  że
dostawała  informacje,  zamykała  innych  cinkciarzy  i  poprawiała  swoje
statystyki.  Był  to  więc  interes,  który  wszystkim  się  opłacał.  „Baranina”
wyniósł z tych czasów istotną wiedzę: zrozumiał, że najlepszym sposobem na
zapewnienie  sobie  bezkarności  w  przestępczym  fachu  jest  ostrożna
współpraca ze służbami specjalnymi i donoszenie na swoich konkurentów.

W  1989  roku,  „Baranina”  został  udziałowcem  spółki  nazwanej  później

Bakoma.  Chciał  przejąć  jeszcze  jeden  interes  –  spółkę  Bitona,  ale
emerytowani  oficerowie  łódzkiej  SB,  z  którymi  dogadywał  transakcję,
oszukali go. Wzięli pieniądze, ale nie dopuścili do interesu. Po tym zdarzeniu
w  1991  roku  „Baranina”  na  stałe  opuścił  Polskę  i  wyjechał  do  Wiednia.
Osiadł w Gamratneusiedl, gdzie zaczął prowadzić swoje interesy. Oficjalnie
był  właścicielem  dwóch  przedsiębiorstw  (jedno  zajmowało  się  budową
i  urządzaniem  domów),  sympatycznym  biznesmenem,  człowiekiem
szanowanym  przez  sąsiadów,  który  cenił  święty  spokój  i  nigdy  nikomu  nie
sprawiał problemów. Mniej oficjalnie: był bezwzględnym gangsterem, który
z zacisza swojego domu koordynował przestępcze interesy obejmujące wiele
krajów świata. Ani jego sąsiedzi, ani policjanci rozpracowujący jego interesy
nie wiedzieli, że „Baranina” jest również współpracownikiem i informatorem
Wojskowych Służb Informacyjnych. Dowodem na to może być odnaleziona
w  archiwach  WSI  notatka  z  1991  roku.  O  Jeremiaszu  Barańskim  czytamy
w  niej:  „Jest  członkiem  zorganizowanej  grupy  przestępczej  zajmującej  się
przemytem  papierosów,  alkoholu  i  narkotyków  do  RP  oraz  nielegalnym
handlem  bronią”.  W  innej  notatce  napisane  jest,  że  „Baraninia”
i  współpracujący  z  nim  oficer  WSI  „stwierdzili,  że  mają  stosowne
powiązania ze służbami specjalnymi, lecz nie określili jednak, o jakie służby
chodzi”.  W  2001  roku  Sejmowa  Komisja  ds.  służb  specjalnych  odkryła,  że
wyznaczaniem  zadań  „Baraninie”  zajmowali  się  trzej  oficerowie  WSI.
Najważniejszym  był  płk  Andrzej  Kaźmierczak  ps.  „Siwy”  –  po  2001  roku
negatywny bohater afer paliwowych.

O  relacjach  Barańskiego  ze  służbami  specjalnymi  pisała  Viloetta

Krasnowska w tygodniku „Wprost”:

„Jeremiasz  Barański  zaczynał  jako  informator  SB,  potem  był  agentem

background image

służb  niemieckich,  brytyjskich  i  austriackich,  a  nawet  pracował  dla  FBI.
Po zatrzymaniu w Niemczech na wielkim przemycie papierosów, przestępcę
zwerbował  Federalny  Urząd  Kryminalny  (BKA).  W  zamian  za  zgodę
na  współpracę  otrzymał  symboliczny  wyrok  –  dwa  lata  więzienia
w  zawieszeniu.  BKA  pomógł  mu  też  w  uzyskaniu  austriackiego
obywatelstwa. 

Barański 

rozpoczął 

działalność 

informatora

od  zadenuncjowania  konkurencji  –  wydał  siatkę  handlarzy  narkotyków
Richarda Habryki. BKA zerwał jednak z nim współpracę. Niemcy zdali sobie
sprawę,  że  Baranina  wykorzystuje  kontakty  z  policją  do  eliminowania
konkurentów.  Następnie  Barański  zaoferował  usługi  austriackim  służbom
(EDOK).  Austriacy  chwalili  go  za  dostarczanie  cennych  informacji
o  działalności  gangów  z  Europy  Wschodniej  i  Środkowej.  Barański  znów
rękami policji pozbywał się rywalizujących grup. W ubiegłym roku okazało
się, że policjanci z EDOK pracowali dla Baraniny. Dwóch skazano na 2 lata
więzienia.  Już  w  Wiedniu  Baranina  zaczął  współpracować  z  polskim
wywiadem  wojskowym.  Jego  głównym  zadaniem  miało  być  zakładanie
spółek,  które  filtrowały  pieniądze  wywiadu  wojskowego,  wykorzystywane
później do działań operacyjnych. Barański miał też epizod współpracy z FBI.
Amerykanom obiecał pomoc w rozpracowaniu grup przestępczych z Ukrainy
i  Rosji,  specjalizujących  się  w  przemycie  materiałów  rozszczepialnych.
Operacja,  której  nadano  kryptonim  „Aurora”,  okazała  się  klapą.  Barański
po prostu oszukał FBI”.

Przełomowym  momentem  w  przestępczej  karierze  „Baraniny”  był  rok

1994.  Został  konsulem  honorowym  Liberii  (małe,  biedne  państewko
w  Afryce)  akredytowanym  na  Słowacji.  W  załatwieniu  tej  posady
pośredniczyły  wojskowe  specsłużby.  Jak  jednak  podał  dziennikarz  śledczy
Witold  Gadowski,  sprawę  załatwił  osobiście  najsłynniejszy  światowy
handlarz  bronią  –  Wiktor  But.  Według  Gadowskiego  miał  on  osobiście,
podsunąć  prezydentowi  Liberii  Charlesowi  Taylorowi  (oskarżanemu
o zbrodnie wojenne) do podpisania dokumenty dla „Baraniny”.

Status 

konsula 

honorowego 

zapewnił 

„Baraninie” 

immunitet

dyplomatyczny.  Policja  nie  mogła  kontrolować  jego  mieszkania,  biura,
pojazdów  ani  bagażu.  Jeszcze  w  1994  roku  świeżo  upieczony  konsul  kupił
luksusowy  jacht,  którym  często  wypływał  w  dalekie  podróże.  Oficjalnym
powodem  było  nawiązywanie  z  kolejnymi  państwami  stosunków
dyplomatycznych w imieniu rządu Liberii. W rzeczywistości wykorzystywał

background image

swoje podróże do przewożenia narkotyków i najprawdopodobniej broni.

akt 

śledztwa 

prowadzonego 

przez 

Wydział 

Przestępczości

Zorganizowanej wiedeńskiej prokuratury wynika, że w Kolumbii i w Belize
gangsterowi dostarczano środki odurzające w przesyłkach dyplomatycznych.
Barański  pakował  je  na  jacht  i  przez  ocean,  a  następnie  przez  Cieśninę
Gibraltarską  wracał  do  Europy.  Cumował  najczęściej  w  Marsylii  lub
Barcelonie.  Tam  jego  bagaż  –  bez  kontroli  celnej  –  zabierał  samochód
oznaczony  dyplomatycznymi  numerami  rejestracyjnymi.  W  ten  sposób
narkotyki trafiały do wiedeńskiego gabinetu konsula honorowego Liberii.

W  2001  roku,  niedługo  po  zatrzymaniu  „Baraniny”,  wiedeńscy

prokuratorzy  sporządzili  przeciwko  niemu  akt  oskarżenia.  Z  dokumentu
wynika,  że  podróżował  do  Ameryki  dwa  razy  w  ciągu  roku.  Za  każdym
razem miał przywozić 50-60 kilogramów kokainy. Z Wiednia narkotyki były
przemycane do Polski i krajów zachodniej Europy. Zajmowali się tym ściśle
współpracujący z Barańskim gangsterzy z Pruszkowa. Od drugiej połowy lat
90.  jego  klientem  był  również  gang  mokotowski  –  wówczas  kontrolowany
przez grupę pruszkowską i opłacający się jej.

Od  końca  lat  90.  „Baranina”  kontrolował  jeszcze  jeden  gang,  kierowany

przez  Andrzeja  Horycha  ps.  „Korek”.  Zaskakująca  jest  kariera  przestępcza
tego  człowieka.  Horych  –  absolwent  szkoły  zawodowej,  z  wykształcenia
spawacz – urodził się pod koniec lat 50. w ubogiej rodzinie na warszawskiej
Pradze. W latach 70. był wielokrotnie notowany i zatrzymywany za pospolite
przestępstwa  i  chuligańskie  wybryki.  Później  związał  się  z  hersztem
trójmiejskich  gangsterów  –  Nikodemem  Skotarczakiem  ps.  „Nikoś”  –
  i  szybko  stał  się  ważną  postacią  w  półświatku.  W  kwietniu  1979  roku
Andrzej  Horych  został  zarejestrowany  w  ewidencji  Wojskowej  Służby
Wewnętrznej  jako  kontakt  operacyjny  „Korek”.  Zachowane  dokumenty
wskazują,  że  od  tamtego  momentu  przez  lata  brał  udział  w  przestępczych
grach  operacyjnych  specsłużb.  Pod  koniec  lat  80.  odłączył  się  od
Skotarczaka, ale wciąż blisko z nim współpracował. Nowe miejsce dla siebie
w  przestępczym  świecie  znalazł  w  Warszawie.  Z  początku  opłacał  się
„Pruszkowiakom”,  jednak  w  2000  roku,  gdy  CBŚ  rozbił  gang  pruszkowski,
natychmiast przejął kontrolę nad podziemiem przestępczym stolicy. Stworzył
najbardziej  brutalny  gang  w  historii  polski.  Jego  ludzie  kontrolowali  m.in.
gang „obcinaczy palców”, wyłudzali haracze i podporządkowali sobie rynek
narkotykowy.  Zarobione  pieniądze  inwestowali  w  nieruchomości  nad

background image

Morzem  Śródziemnym.  Czuwał  nad  tym  Janusz  G.  –  były  funkcjonariusz
warszawskiej SB, później jedna z kluczowych postaci w gangu. Sam „Korek”
został aresztowany w 2003 roku, a 5 lat później skazany na 15 lat więzienia
za  handel  narkotykami  i  kierowanie  zorganizowaną  grupą  przestępczą.  Nie
zgodził  się  na  współpracę  z  policją  i  prokuraturą,  a  zza  krat  wydał  wyrok
śmierci  na  świadka  koronnego,  prokuratora  i  zajmującego  się  jego  grupą
dziennikarza. Choć on sam siedzi w pilnie strzeżonej celi, jego gang zdaje się
odradzać.  I  znowu  pojawiają  się  wokół  niego  byli  funkcjonariusze  tajnych
służb. A to może oznaczać, że rozbicie tej struktury będzie niezwykle trudne
nawet za kilka lat.

Utarło  się  przekonanie,  że  „Baranina”  był  rezydentem  gangu

pruszkowskiego we Wiedniu. To nieprawda. To pruszkowscy gangsterzy byli
jego  ludźmi  w  Polsce.  Niezależnie  od  nich,  „Baranina”  stworzył  jeszcze
jeden  gang  działający  w  Warszawie.  Jego  rezydentem  był  najpierw  Andrzej
Grzymski  ps.  „Junior”,  a  po  jego  śmierci  (został  zamordowany
w podziemiach Dworca Centralnego na początku 1998 roku) – 24-letni Rafał
Kanigowski.  W  ten  sposób  WSI  –  poprzez  „Baraninę”,  „Pershinga”
i „Nikosia” – kontrolowało pięć najważniejszych gangów w Polsce.

Akta  ponad  stu  śledztw  prowadzonych  w  polskich  prokuraturach

w  sprawach  funkcjonowania  zorganizowanych  grup  przestępczych
w połączeniu z odtajnionymi aktami tajnych służb PRL i III RP prowadzą do
dwóch  wniosków.  Pierwszy  jest  taki,  że  gdy  tylko  grupa  przestępcza
osiągnęła  już  pewien  poziom  władzy  i  pieniędzy,  zaczynała  rywalizację
z  innymi  mafiami.  Wniosek  drugi,  że  z  tej  rywalizacji  zawsze  zwycięsko
wychodziła ta grupa, która była związana ze służbami specjalnymi. Paradoks
postkomunistycznego państwa.

Pod koniec lat 90. bezpieka PRL kontrolowała całe podziemie przestępcze

i  czerpała  z  tego  ogromne  zyski.  Z  akt  śledztwa  Prokuratury  Apelacyjnej
w Warszawie w sprawie śmierci Marka Papały wynika, że pod koniec lat 90.
na styku służb specjalnych i mafii powstał swoisty układ przestępczy, który
poprzez  swoje  wpływy  zdominował  najważniejsze  obszary  działalności
przestępczej. Mówił o nim Piotr W. – świadek koronny w sprawie zabójstwa
generała.

„Co  to  jest  „układ”?  Ja  bym  to  określił  jako  pewną  grupę  towarzyską

wywodzącą się z dawnych służb i komendy głównej policji, oraz podobnych
instytucji. To grupa ludzi, dla których nie liczą się ani różnice polityczne ani

background image

stanowiska tylko wielkie pieniądze. Tak przynajmniej można wywnioskować
z tego, co mówił mi Ryszard (Bogucki – przyp. L.Sz.). Tym, co ich łączy, są
wielkie  interesy  i  wielkie  pieniądze”  –  zeznawał  Piotr  W.  Według  niego,  ta
grupa ludzi, nazywana przez niego „układem”, zajmowała się m.in. handlem
bronią  i  narkotykami.  „Z  grypsów  i  wypowiedzi  Boguckiego  dowiedziałem
się, że przez Polskę był otworzony duży kanał przerzutowy heroiny i kokainy
– Polska była krajem tranzytowym do Niemiec i potem gdzieś dalej. Mówił
Bogucki, że nie chodziło o transporty rzędu 2-5 kg, a takie rzędu 100-300 kg
w  każdym  razie  bardzo  duże.  Całym  przyjazdem  tych  transportów  aż  do
Niemiec  zajmowali  się  byli  funkcjonariusze  służb  specjalnych,  których
chronili  aktualnie  pracujący  funkcjonariusze  z  UOP  i  KGP  oraz  wojska.  Ja
powiedziałem,  że  dla  mnie  to  dziwne,  bo  te  służby  się  nie  lubią.  Wtedy
Bogucki mi powiedział, że po różnych weryfikacjach część ludzi pozmieniała
miejsca pracy, ale nadal zostali kolegami i wspólnikami. Bogucki powiedział,
że z tego procederu były olbrzymie pieniądze, z którymi należało coś zrobić,
żeby  je  zalegalizować.  Część  pieniędzy  wyprowadzał  z  Polski  Mazur,
wywoził  je  do  USA.  Ja  nie  wiem,  jak  Mazur,  je  wywoził,  bo  tego  mi  nie
powiedział,  mówił  tylko,  że  dla  człowieka  z  wywiadu  to  nie  problem”  –
 zeznawał Wierzbicki.

Jednym  z  kluczowych  ogniw  tego  układu  był  „Baranina”  rezydujący

w  Wiedniu  –  znajomy  Edwarda  M.  –  polonijnego  biznesmena
podejrzewanego  przez  Prokuraturę  Apelacyjną  w  Warszawie  o  zlecenie
zabójstwa  generała  Papały.  Z  zeznań  „Grubego”  wynika,  że  M.  był
znajomym  Papały  i  w  pewnym  momencie  zaproponował  mu  współudział
w  nielegalnych  interesach.  Według  zeznań  „Grubego”  M.  proponował
szefowi  policji,  aby  pieniądze  z  handlu  bronią  i  narkotykami  były  prane
poprzez  Fundację  Pomocy  Wdowom  i  Sierotom  po  Poległych  Policjantach.
Fundację tą w 1997 roku powołał właśnie Marek Papała. Za zorganizowanie
tego  procederu,  Papała  miał  otrzymać  swoją  „działkę”.  Jednak  były
komendant nie zgodził się na propozycję Edwarda M. Co więcej: o sprawie
poinformował  swoich  ówczesnych  przełożonych.  I  tu  popełnił  błąd.  Jak
wynika ze śledztwa prokuratora Jerzego Mierzewskiego, w ostatnich dniach
swojego  urzędowania  Papała  otrzymał  od  niemieckiej  policji  tajny  raport,
który  opisywał  funkcjonowanie  bardzo  groźnego  gangu  zajmującego  się
przemytem 

narkotyków 

skradzionych 

samochodów. 

Niemcy

(rozpracowywali grupę od 1986 roku) informowali, że gangiem kierują dwie

background image

osoby  (jedną  z  nich  był  Edward  M.),  a  wspierają  go  ważne  osoby  z  policji,
straży granicznej, MSW i służb specjalnych. Papała poznał ich nazwiska.

Wierzbicki  zeznawał:  „Według  opowieści  Boguckiego  Papała  z  tym

tematem  „układu”  był  też  u  Millera,  który  był  wtedy  szefem  SdRP.  Papała
według  Boguckiego  był  protegowanym  czy  „pupilkiem”  Millera.  Według
Boguckiego, z informacjami o „układzie”, jakie mu przekazał Papała, Miller
podzielił  się  z  P.  (ważny  polityk  SLD,  członek  rządu)  –  tym,  do  którego
miałem  glejt.  To  oznaczało  to  samo,  co  by  poszedł  z  tymi  informacjami  do
(tu dwa, bardzo ważne nazwiska polityków SLD), bo przekazał je dokładnie
„układowi”.  W  tym  miejscu  chcę  dodać,  że  z  wypowiedzi  Boguckiego
wynikało, że rola K. (tu nazwisko polityka SLD) miała być taka, że miał on
wyciszyć  Papałę  –  wpłynąć  na  to,  żeby  Papała  odpuścił  sobie  sprawę,
przestał mieszać, przestał opowiadać różnym osobom o tym, co wie od tego
„psa”.  Podobnie  na  Papałę  usiłował  też  wpłynąć  M.  Według  wypowiedzi
Boguckiego  do  końca  było  możliwe  odwołanie  całej  akcji.  Bogucki  wręcz
powiedział,  że  gdyby  dostali  telefon  odwołujący  nawet  po  tym  jak  Papała
gdzieś  odjechał  spod  swojego  domu,  a  oni  tam  nadal  czekali,  to  odstąpiliby
od  realizacji  zlecenia.  (…)  Bogucki  powiedział,  że  M.  zlecił  mu  zabójstwo
Papały  z  całym  „ubolewaniem  serca”.  Dał  w  wykonawstwie  tego  zabójstwa
Boguckiemu  „wolną  rękę”.  Bogucki  mówił,  że  dokonano  tego  w  momencie
zanim powstały „kwity” – chodzi o dokumenty, które mogłyby posłużyć jako
dowody. Do śmierci Papały wszystko odbywało się tylko „na gębę” i gdy on
umarł,  to  problem  się  skończył.  (…)  Bogucki  mówił,  że  podczas  zlecenia
dostał  carte  blanche  na  dobór  składu  do  dokonania  zlecenia,  ale  był  jeden
warunek.  Bogucki  musi  być  na  miejscu,  żeby  dopilnować,  że  robota  będzie
prawidłowo  wykonana.  Bogucki  powiedział,  że  za  to  miał  otrzymać  milion
dolarów  jednorazowo  od  wszystkich  uczestników  oraz  był  dopuszczony  do
procederu,  o  którym  mówiłem.  Miał  coś  dostawać  z  „prania”  pieniędzy.
Oferował mi, że ja w to też wejdę”.

Wiedza  o  „układzie”  płynąca  z  raportu  niemieckiej  policji,  była

najprawdopodobniej  powodem,  dla  którego  Papała  został  zamordowany.  25
czerwca  1998  roku  dosięgła  go  kula  zabójcy.  Tak  rozpoczęło  się  jedno
z  najważniejszych  w  Polsce  śledztw  odsłaniających  powiązania  polityki,
mafii,  wielkiego  biznesu  i  tajnych  służb.  W  2001  roku  doszło  drugie  takie
śledztwo.  W  sprawie  zabójstwa  Jacka  Dębskiego  –  byłego  ministra  sportu
(zginął  zastrzelony  na  warszawskiej  Pradze  nocą  10/11  kwietnia  2001  r.).

background image

W  tym  śledztwie  coraz  więcej  tropów  prowadziło  do  Jeremiasza
Barańskiego.  Najpierw  zatrzymano  jego  „cyngla”  –  Tadeusza  Maziuka  ps.
„Sasza”, który usłyszał zarzut zabójstwa Dębskiego. Maziuk do winy się nie
przyznawał  i  zgodził  się  składać  wyjaśnienia.  Nie  zdążył  tego  zrobić,  bo
w  celi  aresztu  śledczego  przy  ulicy  Rakowieckiej  popełnił  tajemnicze
samobójstwo.  Według  oficjalnej  wersji  powiesił  się.  Śledztwo  nie  wykazało
udziału  osób  trzecich.  Jednak  w  2006  roku  dotarłem  do  byłego  aresztanta
z ulicy Rakowickiej (został uniewinniony od zarzutu i wyszedł na wolność).
Jego  zdaniem  w  noc,  gdy  zginął  Maziuk,  doszło  do  szamotaniny,  którą
słychać  było  w  całym  pawilonie  więziennym.  Ostatecznie  śledztwo
umorzono.

Kilka  miesięcy  później  do  aresztu  trafił  sam  „Baranina”.  Austriacka

policja  postawiła  mu  zarzut  zlecenia  zabójstwa  Jacka  Dębskiego.  Dla
„Baraniny”  nie  było  to  nic  nadzwyczajnego.  Za  kratki  trafiał  wiele  razy
w  życiu.  Tym  razem  jednak  sprawa  wydawała  się  poważniejsza,  bo  za
zlecenia zabójstwa groziło Barańskiemu dożywocie. Jedynym ratunkiem było
pójść  po  raz  kolejny  na  współpracę  z  policją  i  prokuraturą.  Tym  razem
stawka  była  wysoka,  bo  zarzut  był  poważny,  a  dowody  miażdżące  (m.in.
nagrania „Baraniny” nakazującego wyprowadzić Jacka Dębskiego na strzał).
Barański  zgodził  się  opowiedzieć  o  „układzie”  powiązanym  z  politykami,
który  przynosił  potężne  pieniądze  na  handlu  bronią  i  narkotykami.  I  to  był
koniec.  W  maju  2003  roku  „Baranina”  popełnił  samobójstwo.  Oficjalnie
powiesił się na pasku od spodni. Sprawa wyglądała dziwnie, bo Barański nie
wykazywał  wcześniej  żadnych  tendencji  samobójczych.  Dziwne  było  to,  że
gangsterowi  pozwolono  mieć  w  celi  pasek  (jest  to  wbrew  austriackim
przepisom).  Także  feralnego  dnia  zwłoki  gangstera  znalazł  jeden  strażnik
więzienny,  choć  regułą  w  austriackich  więzieniach  jest  to,  że  obchód
prowadzi  zawsze  dwóch  strażników.  Śmierć  „Baraniny”  sprawiła,  że  nie
ujrzało  światła  dziennego  wiele  sekretów  tajnych  służb  i  ich  powiązań  ze
światem zorganizowanej przestępczości.

Jedną  z  takich  tajemnic  było  funkcjonowanie  mafii  paliwowej,  którą  zza

kulis sterował również Jeremiasz Barański, a która na szeroką skalę działa od
połowy  lat  90.  Stworzyli  ją  ludzie  wywodzący  się  z  dawnych  wojskowych
służb  specjalnych.  Zarabiali  (i  zapewne  nadal  zarabiają)  na  niej  dziesiątki
milionów  złotych  wyłudzając  VAT,  akcyzę  i  nielegalnie  przerabiając  olej
opałowy  na  napędowy.  Przez  lata  mafiozi  byli  zupełnie  bezkarni:

background image

przejmowali  konkurencyjne  firmy,  zastraszali  ludzi,  którzy  odważyli  się  im
przeciwstawić i dochodzić swoich racji. Ich interesy kryli najważniejsi ludzie
z Ministerstwa Sprawiedliwości.

W  latach  90.  w  Radomiu  została  zarejestrowana  handlująca  paliwami

spółka Skanda. Służyła do prowadzenia nielegalnych interesów paliwowych.
Za  spółką  stał  Stanisław  Iwanicki  –  prawnik,  który  w  latach  80.  pracował
jako  prokurator  w  Radomiu.  W  tym  czasie  był  członkiem  PZPR  i  miał
znakomite  kontakty  z  gen.  Lucjanem  Czubińskim  –  późniejszym
prokuratorem  generalnym  PRL.  Po  wprowadzeniu  stanu  wojennego
organizował  Związek  Zawodowy  Pracowników  Prokuratury  PRL.  W  latach
1989-1990  pozytywnie  przeszedł  weryfikację  i  znalazł  się  otoczenia  Lecha
Wałęsy. Potem został sekretarzem stanu w jego kancelarii. W 1997 r. wszedł
do  Sejmu  z  ramienia  Akcji  Wyborczej  „Solidarność”.  W  2001  r.,  po
zdymisjonowaniu  Lecha  Kaczyńskiego,  ówczesny  premier  Jerzy  Buzek
powołał go na stanowisko ministra sprawiedliwości.

Gdy  Iwanicki  piął  się  po  szczeblach  kariery,  Skandą  interesowali  się

radomscy 

policjanci 

zajmujący 

się 

przestępczością 

gospodarczą

i prokuratura. Radomska policja odkryła, że spółka wprowadza na rynek tony
oleju napędowego uzyskanego z nielegalnego przetwarzania oleju opałowego
i  nie  płaci  podatków.  Prokuratorzy  próbowali  wyjaśnić  rolę  Skandy
w transakcjach z innymi firmami paliwowymi. To się nie udało, gdyż spółka
zmieniła  siedzibę.  Została  przeniesiona  do  Gdyni  i  zarejestrowana
w siedzibie SLD przy ul. Zgoda 8. Pod tym samym adresem zarejestrowany
był  gabinet  Andrzeja  Różańskiego.  W  2004  r.  Różański  –  ówczesny  poseł
SLD  –  został  członkiem  sejmowej  komisji  śledczej  badającej  aferę  Orlenu.
A więc poseł mający niejasne relacje ze spółką mafii paliwowej zajmował się
wyjaśnianiem afery politycznej z mafią paliwową w roli głównej.

Skandą  kierował  niejaki  Tomasz  Grabowski.  Od  końca  lat  70.  pracował

w II Zarządzie Sztabu Generalnego LWP  (wywiad). Przez pierwszych kilka
lat  –  jako  agent  wywiadu  wojskowego  PRL  –  wraz  z  żoną  pracował
w  placówkach  zagranicznych  i  w  centralach  handlu  zagranicznego.  Po
transformacji  ustrojowej  rozpoczął  współpracę  z  Wojskowymi  Służbami
Informacyjnymi. W połowie lat 90. zajął się biznesem i związał się ze spółką
Ciech, która miała monopol na dostawy ropy do PKN Orlen. Równocześnie
pomagał  kolegom  z  wojskowych  służb  specjalnych  handlować  bronią
z  krajami  objętymi  embargo  ONZ.  Z  ustaleń  Prokuratury  Wojskowej

background image

i  sejmowej  Komisji  ds.  Służb  Specjalnych  wynika,  że  Grabowski  odegrał
istotną  rolę  w  handlu  bronią  prowadzonym  przez  spółki  Cenzin  i  Cenrex.
W  latach  1997-2000  był  asystentem  posła  AW  „S”  Marka  Kolasińskiego  –
 oskarżonego o wielomilionowe wyłudzenia i oszustwa. Gdy Kolasiński trafił
do więzienia, Grabowski został współpracownikiem Stanisława Iwanickiego
–  wówczas  szefa  Sejmowej  Komisji  Sprawiedliwości.  Prokuratorzy
prowadzący śledztwo w sprawie mafii paliwowej odkryli, że Grabowski miał
szerokie  powiązania  ze  światem  przestępczym.  W  strukturach  mafii
zajmował  się  windykacją  długów,  inwestycjami  i  rozliczeniami.  Był
reprezentantem jej mokotowskiej w Radomiu i Wrocławiu.

Jak  wynika  ze  śledztw  prokuratorów  z  Krakowa,  Gdańska  i  Opola,

Stanisław  Iwanicki  pomagał  paliwowym  gangsterom  w  nielegalnych
interesach.  W  2001  r.  za  przestępstwa  w  tym  sektorze  trafił  do  aresztu
Kazimierz  Pawlikowski.  Był  on  bliskim  znajomym  Bogusława  Lepiarza  –
 znanego na Dolnym Śląsku biznesmena zajmującego się handlem paliwami,
mającego 

rozległe 

kontakty 

mafią, 

politykami 

dawnymi

funkcjonariuszami  tajnych  służb.  Pawlikowski  wysłał  Lepiarzowi  zza  krat
gryps  z  prośbą  o  pomoc  w  załatwieniu  zwolnienia.  Gryps  przechwyciła
służba  więzienna.  Jednak  Bogusław  Lepiarz  interweniował  u  Iwanickiego  –
 wówczas ministra sprawiedliwości – w sprawie zwolnienia Pawlikowskiego.
Udało nam się ustalić, że Lepiarza z Iwanickim skontaktował Henryk Dyrda
–  były  poseł  AW  „S”,  później  aresztowany  za  przestępstwa  paliwowe
i oszustwa finansowe. W mieszkaniu Dyrdy policjanci znaleźli jego list (bez
daty)  pisany  odręcznie  do  Lepiarza.  W  liście  tym  kazał  się  powołać  na
„ministra  Stanisława  I.”.  Ani  wcześniej,  ani  później  nie  było  w  polskim
rządzie  innego  ministra  Stanisława  I.  Wskazany  w  liście  numer  telefonu
należy ciągle do Stanisława Iwanickiego.

W  tym  samym  czasie  Skanda  wprowadzała  na  polski  rynek  tony

podrabianego  paliwa.  W  Warszawie,  w  mieszkaniu  przy  al.  Solidarności
spotykały  się  i  dzieliły  zyskami  najważniejsze  persony  mafii  paliwowej.
Jerzy  Bednarczyk  –  w  latach  80.  pracował  w  Sztabie  Generalnym  LWP,
w  latach  90.  w  PKN  Orlen,  potem  reprezentował  kilka  małych  spółek
zależnych  od  PKN  Orlen.  Jakub  Holeczek  –  w  latach  80.  agent  wywiadu
wojskowego PRL, pełnił rolę „przenośnej rafinerii”. Dysponował wszystkimi
potrzebnymi drukami i pieczęciami używanymi do fałszowania dokumentów
dotyczących  pochodzenia  i  jakości  produktów  paliwowych.  Robert

background image

Jędrzejewski – dawny agent wywiadu wojskowego PRL, potem Wojskowych
Służb  Informacyjnych,  który  reprezentował  kilka  mniejszych  spółek
paliwowych. Podczas spotkań w mieszkaniu przy al. Solidarności pilnowano
podziału  zysków  z  nielegalnego  obrotu.  Z  naszych  ustaleń  wynika,  że
Stanisław  Iwanicki  otrzymywał  30  proc.  miesięcznego  zysku  spółki  Skanda
pochodzącego  z  obrotu  podrabianym  paliwem.  Pieniądze  odbierał
w restauracji sejmowej.

W  imieniu  paliwowych  baronów  posłowi  AW  „S”  Stanisławowi

Iwanickiemu  pieniądze  woził  i  wręczał  Zdzisław  Majka  –  zawodowy
żołnierz,  w  latach  80.  kierowca  dowódcy  jednostki  wojskowej  w  północnej
Polsce.  Dowódca  nabrał  do  niego  zaufania  i  często  po  pijanemu  opowiadał
o innych wojskowych, którzy zarabiają setki tysięcy złotych dzięki obrotowi
paliwami.  Ze  względu  na  dobrą  opinię  z  wojska,  Majkę  dopuszczono  do
kontaktów  z  baronami  paliwowymi.  Został  wytypowany  do  kontaktów
z  ministrem  Iwanickim.  Majka  widział  się  z  nim  przynajmniej  raz
w  miesiącu.  Kilka  razy  w  miesiącu  spotykał  się  z  Grabowskim  i  jego
kolegami  w  mieszkaniu  przy  al.  Solidarności.  Po  kilku  miesiącach  Majka
zaczął się bać o własne życie.

Poprosił o pomoc Andrzeja M. Czyżewskiego – byłego prokuratora, dziś

adwokata  mieszkającego  w  Hamburgu.  Czyżewski  zorientował  się
w  powadze  sprawy  i  o  wszystkim  powiadomił  Prokuraturę  Krajową.
W  pierwszej  połowie  2000  r.  Czyżewski  zrelacjonował  wszystko  Stefanowi
Śnieżce  –  wówczas  II  zastępcy  Prokuratora  Generalnego.  Śnieżko  zlecił
rozpoznanie  sprawy  prokuratorowi  Ryszardowi  Rychlikowi  –  wówczas
szefowi Biura Przestępczości Zorganizowanej. Od 1 lipca do 9 października
2000  r.  Czyżewski  przekazywał  Rychlikowi  dokładne  informacje  o  „mafii
paliwowej”,  jej  strukturach  kierowniczych,  nazwiska  osób  z  kręgu  władzy
powiązanych  z  przestępcami,  m.in.  Stanisława  Iwanickiego.  Uważa,  że
ujawnienie  Rychlikowi  nazwiska  Zdzisława  Majki  było  poważnym  błędem.
Jak  się  później  okazało,  przekazywane  mu  przez  informacje  były  opatrzone
klauzulą  tajności.  Nikt  poza  prokuratorem  Rychlikiem  nie  miał  do  nich
dostępu.  Wiadomości  Czyżewskiego  dotarły  jednak  do  szefów  mafii
paliwowej.  Mafiosi  poznali  również  nazwisko  Zdzisława  Majki.  Zastraszali
go.  2  lutego  2001  r.  Majka  spotkał  się  w  Częstochowie  z  Przemysławem
Knasiem  –  dawnym  agentem  wywiadu  PRL,  a  później  WSI,  wówczas
zaangażowanym  w  nielegalne  interesy  paliwowe.  Do  spotkania  doszło

background image

w mieszkaniu Jana Trepki – dawnego funkcjonariusza SB. Dziesięć minut po
tej  rozmowie  Majka  już  nie  żył.  Według  oficjalnej  wersji  popełnił
samobójstwo. Z niewiadomych przyczyn prokuratura odstąpiła od wykonania
sekcji zwłok. Nie chciał się z tym pogodzić syn zamordowanego. Twierdził,
że  ojca  otruto.  Wnioskował  o  sekcję  zwłok.  Kilka  dni  później  został
aresztowany pod zarzutem nielegalnych interesów paliwowych, choć nie miał
z  nimi  nic  wspólnego.  Mimo  że  oskarżenia  okazały  się  nieprawdziwe,  syn
Majki  spędził  za  kratkami  aż  trzy  miesiące.  Wyszedł,  kiedy  nie  mógł  już
wnioskować o sekcję zwłok ojca.

Kilka  miesięcy  później  zaginęli  wspomniani  już  Jakub  Holeczek  i  Jerzy

Bednarczyk. Każdy z nich pewnego dnia wyszedł z domu i… już nie wrócił.
Do dziś nie udało się ich odnaleźć. Nie ma również żadnego śladu, który by
do nich prowadził.

W  lipcu  2003  r.  prokurator  Ryszard  Rychlik  wydał  pisemne  polecenie

zaniechania  lub  umorzenia  śledztw  w  sprawie  tzw.  mafii  paliwowej
podległym  sobie  wydziałom  VI  prokuratur  okręgowych  i  wydziałom  II
prokuratur apelacyjnych (zajmującym się przestępczością zorganizowaną).

Z  ustaleń  krakowskiej  Prokuratury  Apelacyjnej  (prowadzącej  wówczas

śledztwo  w  sprawie  mafii  paliwowej),  wynika,  że  prokurator  Rychlik
spotykał  się  z  gangsterami  i  baronami  paliwowymi  w  ośrodku
wypoczynkowym  w  Wierzchowni  niedaleko  Brodnicy  –  w  stałym  miejscu
kontaktowym,  w  którym  mafia  rozmawiała  z  urzędnikami  i  prokuratorami.
W  spotkaniach  uczestniczył  m.in.  nadinsp.  Mieczysław  Kluk  –  komendant
wojewódzki  policji  w  Katowicach,  aresztowany  później  za  przekazywanie
mafii  paliwowej  tajnych  informacji  o  policjantach,  którzy  się  nią  zajmują.
Bywał  tam  również  gen.  bryg.  Paweł  Pruszyński  –  zastępca  szefa  ABW
w czasach SLD. Skąd prokuratura miała tę wiedzę? Szczegóły spotkań znane
są z relacji Stanisława Faltynowskiego – kierowcy zatrudnionego w ośrodku
w  Wierzchowni.  Faltynowski  na  bieżąco  informował  o  wszystkim  Andrzeja
Czyżewskiego  i  Danutę  Gaszewską  –  właścicielkę  firmy  Dansztoff.
Czyżewski  przekazywał  jego  relacje  prokuratorowi  Rychlikowi.  W  związku
z  tym  mógł  on  zorientować  się,  kto  jest  źródłem  informacji  o  spotkaniach
w  Wierzchowni.  26  grudnia  2000  r.  Stanisława  Faltynowskiego  znaleziono
powieszonego.  Prokuratura  umorzyła  sprawę,  przyjmując,  że  było  to
samobójstwo.  Krewni  Faltynowskiego  twierdzili,  że  został  zamordowany.
Domagali  się  przeprowadzenia  sekcji  zwłok.  Miała  ona  wyjaśnić  przyczyny

background image

śmierci. Jak ustaliliśmy, lokalni gangsterzy zmusili rodzinę Faltynowskiego,
by się z tego wycofała. Także w tym przypadku prokuratura z niewiadomych
przyczyn  odstąpiła  od  przeprowadzenia  sekcji  zwłok.  I  znowu  wszystko
zwalono na Seryjnego.

O  tym  wszystkim  „Baranina”  wiedział.  Wiedział  też  znacznie  więcej.

Jednak  nigdy  już  tego  nie  powie.  W  maju  2003  odebrał  sobie  życie  w  celi
wiedeńskiego aresztu.

background image

Rozdział VI

Klątwa Olewnika

Nocą z 26/27  września 2001 roku  ze swojego domu  w Świerczynku pod

Drobinem (woj. mazowieckie) uprowadzony został Krzysztof Olewnik – syn
lokalnego  biznesmena,  potentata  branży  mięsnej.  O  jego  uprowadzeniu
rodzina  dowiedziała  się  następnego  dnia.  Zakładnik  zadzwonił  do  swojego
ojca  z  telefonu  porywaczy  i  o  wszystkim  powiedział.  Rozpoczęła  się  walka
rodziny o odzyskanie Krzysztofa i walka policji o uwolnienie zakładnika oraz
zatrzymanie  sprawców.  Dramat  trwał  prawie  dwa  lata.  Jego  ostatnim
epizodem było przekazanie okupu. Siostra Krzysztofa – Danuta Olewnik i jej
mąż  –  Klaudiusz  Ciepliński  –  postępując  według  wskazówek  porywaczy  –
  pojechali  do  Warszawy  i  z  Trasy  Toruńskiej  zrzucili  saszetkę  zawierającą
300  tysięcy  euro.  Od  tej  pory  słuch  po  Krzysztofie  zaginął.  Jego  zwłoki
wykopano na polanie w Dzbądzu pod Różanem w 2006 roku. Jak się później
okazało podczas śledztwa, został zamordowany nocą 5/6 września 2003 roku.

Śledztwo przez wiele miesięcy nie było w stanie wykryć ani inicjatorów,

ani  sprawców  zbrodni.  Przełom  nastąpił,  gdy  niejaki  Artur  Rechul  ps.
„Benek”  opowiedział  policjantom  o  tym,  że  brał  udział  w  uprowadzeniu
Olewnika i podał nazwiska swoich wspólników. Opowiedział również, że po
porwaniu  Krzysztof  Olewnik  był  przetrzymywany  w  domku  letniskowym
w  Kałuszynie  i,  że  w  2003  roku,  kilka  tygodni  po  odebraniu  okupu,  został
zamordowany.  „Benek”  podał  również  nazwiska  osób,  które  uprowadziły
Olewnika,  oraz  dane  bandytów,  przetrzymujących  go  w  Kałuszynie,  by  go
ostatecznie  zamordować.  Padły  nazwiska  Ireneusza  Piotrowskiego,  Roberta

background image

Pazika i Sławomira Kościuka. Ich szefem był Wojciech Franiewski.

W  styczniu  2006  roku,  policja  zatrzymała  Wojciecha  Franiewskiego.

Antyterroryści  wpadli  z  hukiem  do  jego  mieszkania,  zakuli  w  kajdanki
i wyprowadzili. Decyzją sądu, Franiewski trafił do aresztu. Usłyszał zarzuty
związane  z  kierowaniem  grupą  przestępczą  o  charakterze  zbrojnym
i uprowadzeniem dla okupu. Bandyta nie przyznał się do winy i wyraził chęć
zapoznania  się  z  materiałami  śledztwa.  Od  tego  momentu  był  regularnie
przewożony  do  siedziby  Centralnego  Biura  Śledczego,  gdzie  czytał  akta
śledztwa  i  materiały  dowodowe.  W  celi  sporządzał  obszerne  notatki,
a  funkcjonariuszom  więziennym  mówił,  że  na  pewno  w  sądzie  nie  usłyszy
wyroku  dożywocia.  Co  więcej:  nastrój  Franiewskiego  wskazywał,  że  jest
pewien,  że  się  z  tego  wywinie.  W  tamtym  czasie  Franiewski  wysłał  swojej
żonie wiadomości. Nakazał, aby wezwała do sądu na świadków robotników,
którzy  układali  kafelki  w  domku  letniskowym  w  Kałuszynie.  Robotnicy  ci
widzieli,  co  się  wówczas  działo  i  mieli  poświadczyć,  że  nie  było  tam
uprowadzonego  Krzysztofa  Olewnika.  Takie  zeznania  musiałyby  podważyć
wersję  śledztwa  i  być  może  doprowadzić  nawet  do  uniewinnienia
Franiewskiego.  Tak  się  nie  stało,  a  Franiewski  w  ogóle  nie  stanął  przed
sądem.  W  nocy  z  18  na  19  kwietnia  2007  roku  popełnił  w  celi  aresztu
w  Olsztynie  samobójstwo,  które  do  dziś  budzi  wiele  wątpliwości.  Powiesił
się  na  prześcieradle,  leżąc  na  więziennej  pryczy.  A  wcześniej  przywiązał
sobie  dłoń  bandażem  elastycznym  do  poręczy  łóżka.  W  taki  sposób,  aby
osoba patrząca przez wizjer miała wrażenie, że dłoń jest uniesiona. I jeszcze
zasłonił twarz ręcznikiem.

Po śmierci gangstera, w Akademii Medycznej w Gdańsku, zbadano próbki

jego krwi i moczu. Stwierdzono obecność 0, 4 promila alkoholu we krwi i 0,
35 mikrograma amfetaminy. Według opinii biegłych spożycie alkoholu oraz
zażycie  narkotyku  prawdopodobnie  miało  miejsce  na  terenie  aresztu.
Ustalenia prokuratury nie wykluczają wersji, według której zabronione środki
zostały  dostarczone  osadzonemu  przez  jednego  bądź  większą  liczbę
funkcjonariuszy  Służby  Więziennej.  Istnieją  okoliczności  sugerujące,  że
Franiewski  mógł  być  poinstruowany,  jak  popełnić  samobójstwo.  Biegły
napisał:  „Sposób  przeprowadzenia  samobójstwa  świadczy  o  świetnej
znajomości  anatomii  człowieka.  Pętla  posiadała  zawiązane  dwa  supły
(praktyka  niespotykana)  (…)  Osadzony  w  ten  sposób  uniknął  reakcji
obronnych, nie szamotał się”.

background image

Wiele  miesięcy  później  policjanci  z  CBŚ,  wykonując  czynności  na

zlecenie  gdańskiej  prokuratury,  odnaleźli  robotników,  o  których  pisał
Franiewski  do  swojej  żony.  Udało  im  się  ustalić  przedział  czasowy  pracy
w Kałuszynie. W rozmowie z policjantami robotnicy mówili zgodnie, że nie
widzieli tam wówczas ani Olewnika, ani żadnego innego zakładnika. Płynął
stąd  wniosek,  że  młodego  biznesmena  nie  było  w  tamtym  czasie
w Kałuszynie. Skoro tak, to gdzie się wówczas znajdował?

W  ostatnich  miesiącach  2011  roku  w  śledztwie  Prokuratury  Apelacyjnej

w Gdańsku pojawiły się bardzo ważne dowody podważające dotychczasowe
ustalenia.  Jednym  z  nich  jest  nagranie  z  podsłuchu,  na  którym  –  według
prokuratorów  –  słychać  głos  Olewnika  wydającego  polecenia  porywaczom
(w  listopadzie  2011  roku  media  obszernie  relacjonowały  tę  sprawę  po
przeszukaniu w domu Olewników w Drobinie). Drugi dowód to zeznania aż
czterech świadków, którzy twierdzili, że widzieli Olewnika żywego po dacie
uprowadzenia  w  innych  okolicznościach  niż  dotychczas  ustalone  przez  Sąd
Okręgowy  w  Płocku  (w  2008  roku  skazał  on  oprawców  Krzysztofa).
Szczegółów  tych  zeznań  prokuratura  nie  upublicznia.  Kluczowe  są  tu
zeznania dwóch osób. Pierwszy świadek zeznał, że w popularnym hotelu pod
Warszawą  zimą  2001/2002  widział  Olewnika,  który  w  towarzystwie  innych
osób  bawił  się  na  imprezie.  Wyjaśnił  prokuratorom,  że  o  całej  sprawie
przypomniał  sobie  w  2008  roku,  gdy  zdjęcie  młodego  biznesmena  było
rozpowszechniane w mediach. Drugie, znacznie ciekawsze zeznania, złożyła
kobieta,  która  w  2002  roku  uczestniczyła  w  pielgrzymce  religijnej.
Opowiedziała  prokuratorom,  że  odwiedziła  wówczas  plebanię  w  Rząśniku
i  jej  gospodarza,  który  był  jej  znajomym  –  księdza  Andrzeja  Górskiego.
I  właśnie  wtedy,  podczas  tej  wizyty,  zobaczyła  na  plebanii  młodego
biznesmena  leżącego  na  tapczanie  w  jednym  z  pokojów.  Dopiero  później,
gdy  fotografia  Krzysztofa  Olewnika  była  pokazywana  we  wszystkich
mediach,  kobieta  skojarzyła,  że  to  właśnie  jego  widziała  na  plebanii
w  Rząśniku.  Sprawa  jest  tym  bardziej  ciekawa,  że  ksiądz  Andrzej  Górski
pochodził  z  Sierpca  i  bardzo  często  odwiedzał  rodzinne  strony.  Jednak  sam
proboszcz nigdy już nie wyjaśni tych wątpliwości. 24 listopada 2004 roku na
plebanii odkryto jego zwłoki. Kapłan zmarł wskutek uduszenia liną okręconą
wokół szyi. Trzy dni później, 27 listopada, mszę pogrzebową w jego intencji
odprawił  biskup  łomżyński  Stanisław  Stefanek.  Po  mszy,  w  której  wzięły
udział  setki  mieszkańców,  zwłoki  proboszcza  przewieziono  do  Sierpca

background image

i złożono do grobu na cmentarzu w rodzinnej parafii.

Nagła śmierć kapłana wywołała falę pogłosek i spekulacji. Ksiądz Górski

cieszył się dużym szacunkiem wśród mieszkańców Rząśnika, którzy znali go
od  1994  roku.  Wtedy  właśnie  objął  obowiązki  proboszcza.  Wcześniej
pracował w parafiach dawnego województwa łomżyńskiego, a w 1989 roku
na  trzy  lata  wyjechał  jako  misjonarz  do  Brazylii.  Po  powrocie  pełnił  służbę
duszpasterską  w  Ostrowi  Mazowieckiej  i  w  Porządzie.  Gdy  w  październiku
1994  roku  został  proboszczem  w  Rząśniku,  niemal  natychmiast  postawił
sobie  za  cel  wyposażenie  nowo  wybudowanego  kościoła  i  uporządkowanie
cmentarza  parafialnego.  Do  obu  tych  prac  zaangażował  wiernych.
Mieszkańcy Rząśnika wspominają go jako człowieka otwartego, życzliwe go,
bezinteresownego  i  skłonnego  do  poświęceń.  Ksiądz  Górski  zapisał  się
również  w  ich  pamięci  jako  człowiek  twardego  charakteru.  I  nic  dziwnego:
jeszcze  w  latach  70.  jako  kleryk  podczas  służby  wojskowej  odmawiał
donoszenia  na  swoich  kolegów  i  rezygnacji  z  modlitwy.  Co  więcej,
proboszcz  był  zagorzałym  obrońcą  życia.  Mieszkańcom  Rząśnika  trudno
było więc uwierzyć w wersję o jego samobójstwie. Tym bardziej że według
religii katolickiej samobójstwo jest grzechem śmiertelnym i zamyka drogę do
wiecznego  zbawienia.  Czy  więc  jest  możliwe,  aby  na  tak  desperacki  krok
zdecydował  się  cieszący  się  autorytetem  kapłan  –  zwłaszcza  o  tak
nieposzlakowanej opinii?

W  środę,  17  sierpnia  2011  roku,  na  tej  samej  plebanii  w  Rząśniku  zmarł

43-letni  wikary  Robert  Idźkowski.  Z  relacji  osób  przesłuchanych  przez
policję wynika, że tego dnia około godziny 13 zjadł obiad, potem poskarżył
się gospodyni na plebanii, że źle się czuje i będzie musiał pójść do lekarza.
Poszedł  na  górę,  by  się  położyć  i  odpocząć.  Potem  nie  reagował  już  na  nic.
Przed godziną 18 gospodyni weszła do jego pokoju i znalazła go martwego.
W  mszy  żałobnej  wzięło  udział  ponad  tysiąc  osób,  w  tym  przedstawiciele
gminy i szkoły. Ksiądz Idźkowski (do Rząśnika trafił w sierpniu 2010 roku)
również  cieszył  się  wśród  mieszkańców  powszechnym  szacunkiem,  był
bardzo  otwarty  i  nigdy  nikomu  nie  odmawiał  pomocy.  Okoliczności  jego
śmierci  od  początku  również  budziły  wiele  wątpliwości.  Policjanci
stwierdzili,  że  nie  ma  żadnych  śladów  przemawiających  za  udziałem  osób
trzecich.  Prokurator,  który  z  urzędu  zajął  się  sprawą,  nie  zdecydował  się
przeprowadzić  sekcji  zwłok,  co  wywołało  zdziwienie  wiernych.  Ostatecznie
śledztwa  w  sprawie  obu  śmierci  umarzano  i  nie  dopatrzono  się  w  nich

background image

udziału osób trzecich.

Rząśnik  nie  był  jedynym  miejscem,  w  którym  miał  przebywać

uprowadzony  Krzysztof  Olewnik.  Pojawiły  się  również  tropy  wiodące  do
miejscowości  Chudzynek.  W  2006  roku  funkcjonariusze  Centralnego  Biura
Śledczego  dotarli  do  świadka,  który  opowiedział  im,  że  w  uprowadzeniu
Olewnika  brał  udział  również  Dariusz  K.  ps.  „Swiet”.  K.  był  lichwiarzem
działającym  w  Drobinie.  Pożyczał  pieniądze  na  bardzo  wysoki  procent.
Współpracował  przez  lata  z  lokalnymi  gangsterami  m.in.  z  Robertem
Pazikiem.  Schemat  wyglądał  tak,  że  pożyczał  pieniądze,  a  oni  –  strasząc
pobiciem,  zabiciem,  skrzywdzeniem  dzieci  lub  spaleniem  domu  –
 odzyskiwali długi.

Według  świadka,  do  którego  w  2006  roku  dotarli  policjanci,  Krzysztof

Olewnik – zaraz po porwaniu – został przewieziony na działkę w Chudzynku
(jej  właścicielem  był  właśnie  Dariusz  K.),  na  której  znajdował  się  kontener
bez  okien.  Było  to  idealne  miejsce  do  przetrzymywania  człowieka.  Według
zeznań  tego  świadka,  kilka  dni  po  porwaniu  bandyci  zabrali  stamtąd
Olewnika, bo pojawiło się ryzyko, że na działkę wpadnie policja.

Policjanci  CBŚ,  którzy  zdobyli  tę  relację,  postanowili  przesłuchać

Dariusza  K.  Okazało  się  to  jednak  niemożliwe,  bo  „Swiet”  w  2005  roku…
popełnił  samobójstwo.  I  to  w  najbardziej  nietypowy  sposób.  Przedawkował
leki.  W  historii  polskiej  przestępczości  zorganizowanej  próżno  szukać
przypadku innego gangstera, który w taki sposób odebrałby sobie życie.

Pewne jest, że jeśli Krzysztof Olewnik był w Chudzynku, to nie mogło się

to  obyć  bez  wiedzy  Wojciecha  Franiewskiego  –  szefa  bandy,  która  go
porwała. A to nie koniec zagadek. Wojciech Franiewski mógłby wiele wnieść
do  sprawy,  choćby  dlatego,  że  miał  wiedzę  o  finansach,  które  pojawiały  się
przy sprawie. O tych pieniądzach jako pierwszy zeznał Artur R., ps. „Benek”
–  gangster  związany  z  grupą  nowodworską.  Na  jego  zeznaniach  oparto
pierwszą  wersję  śledztwa.  Zeznania  te  wykorzystano  później  jako  dowód
przeciwko  pozostałym  członkom  grupy  przestępczej  odpowiedzialnej  za
zbrodnię. Wersję tę przyjął również płocki sąd, który w 2008 roku wymierzył
oprawcom  Olewnika  surowe  kary.  W  2011  roku  Prokuratura  Apelacyjna
w  Gdańsku  (od  wielu  miesięcy  prowadzi  śledztwo  w  tej  sprawie)  zaczęła
kwestionować  prawdziwość  zeznań  „Benka”  i  jego  skruchę.  Okazało  się
bowiem,  że  wiele  szczegółów,  o  których  opowiedział,  nie  potwierdziło  się.
Pewne fragmenty zdarzenia przedstawiał bardzo szczegółowo, a wielu innych

background image

w  ogóle  nie  pamiętał.  Śledczy  powzięli  wówczas  podejrzenie,  że  Artur  R.
został przez kogoś poinstruowany, co i jak ma zeznawać.

Według moich informacji te same podejrzenia powzięli już wiele lat temu

prokuratorzy  z  Olsztyna  i  Warszawy,  jednak  wówczas  nie  mieli
kontrdowodów  pozwalających  stwierdzić,  że  bandyta  kłamał.  Tym  samym
więc  nie  było  wiadomo,  które  fragmenty  zeznań  traktować  jako  prawdziwe,
a które jako celową dezinformację obliczoną na skierowanie dochodzenia na
fałszywe tory.

O  tajemniczych  pieniądzach  oprawców  Olewnika  mówili  również

gangsterzy  niezwiązani  z  uprowadzeniem  biznesmena,  przesłuchiwani
w  innych  sprawach.  W  ten  sposób  powoli  wychodził  na  jaw  nowy,
arcyważny wątek w sprawie.

Artur R. już w 2006 roku opowiedział prowadzącym sprawę prokuratorom

o  dialogu  między  hersztem  bandy  Wojciechem  Franiewskim  a  Robertem
Pazikiem,  gangsterem  z  Drobina,  który  brał  udział  w  zbrodni  na  Olewniku.
Według  tej  wersji,  Pazik  poprosił  Franiewskiego  o  pieniądze  na  jakieś
wydatki.  Franiewski  zgodził  się,  wyszedł  i  po  kilkunastu  minutach  wrócił,
niosąc plik banknotów. Przekazał je Pazikowi. Ponownie spotkali się dopiero
po  kilku  dniach  w  Kałuszynie  (gdzie  był  przetrzymywany  Olewnik).  Do
sprawy  już  więcej  nie  wracali.  Takie  sceny  powtarzały  się  kilkakrotnie,
a  Franiewski  przekazywał  pieniądze  nie  tylko  Pazikowi,  ale  też  innym
gangsterom. Zawsze trwało to kilkanaście minut. Za każdym razem schemat
działania był taki sam: jeden z porywaczy prosił o pieniądze, Franiewski się
zgadzał, kazał mu zostać, potem oddalał się i po jakimś czasie wracał. W tym
czasie nikt nigdy mu nie towarzyszył. Sam „Benek”, składając zeznania, nie
zwrócił na to uwagi. Skąd gangster miał pieniądze? Policjanci zajmujący się
sprawą postawili tezę, że szef bandytów miał jakąś tajną skrytkę. Lub też, że
był ktoś, kto mu przywoził pieniądze.

Z  ustaleń  śledztwa  wynika,  że  Franiewski  wielokrotnie  przynosił

pieniądze  w  2002  i  2003  roku.  Krzysztof  Olewnik  został  uprowadzony  ze
swojego domu w Świerczynku pod Drobinem w październiku 2001 r. Okup
za uwolnienie jego siostra Danuta przekazała dopiero w lipcu 2003 r. Były to
pierwsze pieniądze przekazane przez rodzinę uprowadzonego. Z tego wynika
wprost,  że  banknoty  od  Franiewskiego,  o  których  mówili  Pazik,  „Benek”
i inni gangsterzy, nie pochodziły z okupu przekazanego przez rodzinę. Rodzi
się więc pytanie: kto i dlaczego przekazywał gangsterom pieniądze, z których

background image

oni 

korzystali, 

pilnując 

młodego 

biznesmena? 

Według 

Jerzego

Godlewskiego,  prywatnego  detektywa,  który  pomagał  rodzinie  Olewników,
ciąg zdarzeń związany z tymi wydatkami może prowadzić do wniosku, że był
ktoś,  komu  zależało  na  tym,  aby  Olewnik  żył  i  dlatego  opłacał  bandytów,
którzy  go  przetrzymywali.  To  z  kolei  dowód,  że  porywacze  Olewnika  nie
działali sami, ale wykonywali czyjeś polecenia.

Tego  samego  dowodzą  także  wydarzenia,  które  nastąpiły  po  przekazaniu

okupu.  Saszetka  zrzucona  przez  Danutę  Olewnik-Cieplińską  zawierała
banknoty  spisane  wcześniej  przez  policję.  Ich  numery  zostały  zastrzeżone.
Według  oficjalnie  przyjętej  wersji,  Franiewski  podzielił  pieniądze  z  okupu
pomiędzy  siebie  i  swoich  wspólników.  Wszyscy  później  je  wydali.  Okup
został  zapłacony  w  euro.  W  Polsce  obowiązującą  walutą  jest  złotówka.
Franiewski  musiał  więc  dokonać  wymiany  walut.  Tego  jednak  nie  mógłby
zrobić niezauważony, bo każdy właściciel kantoru, który zwróciłby uwagę na
zastrzeżone  banknoty,  musiał  natychmiast  wezwać  policję.  Trudno  przecież
300  tysięcy  euro  wymienić  w  taki  sposób,  by  nie  zwrócić  niczyjej  uwagi.
Pierwszy zastrzeżony banknot pochodzący z okupu został ujawniony dopiero
w  2005  roku  w  Berlinie.  Kobieta,  która  się  nim  posługiwała,  nie  miała
żadnego związku z porwaniem Olewnika ani nie wywodziła się ze środowisk
przestępczych. Trop się urwał.

Do  dziś  odzyskano  tylko  część  pieniędzy  z  okupu.  Częściowym

rozwiązaniem  tej  zagadki  jest  informacja  uzyskana  przez  Biuro  Wywiadu
Kryminalnego  Komendy  Głównej  Policji  od  agentury  uplasowanej
w  środowisku  przestępczym.  Informacja  mówiła  o  tym,  że  jeden
z gangsterów z grupy mokotowskiej wywiózł za granicę prawie pół miliona
euro  w  gotówce  (zrobił  to  w  kilku  etapach).  Celem  jego  podróży  było  małe
państwo  uchodzące  za  „raj  podatkowy”,  do  którego  nie  trafiają  informacje
z  krajów  UE  na  temat  zastrzeżonych  banknotów.  Tam  gangster  stopniowo
wymieniał trefne euro  na lokalną walutę,  a potem lokalną  walutę na dolary.
Dolary  przywiózł  do  Polski.  W  ten  sposób  zalegalizowano  prawie  pół
miliona  euro  pochodzących  z  przestępstw.  Mogło  więc  być  tak,  że  część
wywiezionych pieniędzy stanowiły banknoty uzyskane z okupu za Olewnika.
To  z  kolei  prowadzi  do  wniosku,  że  Franiewski  wymienił  trefne  banknoty
u zaufanej osoby, aby nie ryzykować wpadki. Gdyby tak rzeczywiście było,
stanowiłoby  to  kolejny  dowód,  że  szef  gangu  z  kimś  współpracował.  Jest
jeszcze druga hipoteza, mówiąca o tym, że herszt gangu przekazał pieniądze

background image

swojej żonie. Jednak sam Franiewski nigdy już tego nie wyjaśni.

Kolejny wątek dotyczący tajemniczych pieniędzy pojawił się w śledztwie

w  2011  roku,  gdy  prokuratura  badała  wiarygodność  zeznań  Artura
R.  Okazało  się  wówczas,  że  jeden  z  bandytów  skazanych  w  związku  ze
sprawą 

Olewnika 

chciał 

złożyć 

wyczerpujące 

zeznania, 

aby

wytargować  złagodzenie  kary.  Nagle  jednak  wycofał  się  z  tego  zamiaru.
Szukający  rozwiązania  tej  zagadki  policjanci  ustalili,  że  w  2006  roku  żona
tego  bandyty  otrzymała  dużą  kwotę  pieniędzy  i  wyjechała  z  Polski.
W  zamian  gangster  niczego  nie  powiedział  i  nikogo  nie  obciążył.
W  kontekście  tego  wątku  pojawiają  się  nazwiska  dwóch  bardzo  ważnych
w  Płocku  osób.  Pierwszy  człowiek  pertraktował  z  rodziną  bandyty,  drugi
przekazał pieniądze.

O  roli  Wojciecha  Franiewskiego  i  o  prawdziwych  okolicznościach

uprowadzenia Krzysztofa Olewnika mówił dużo Piotr Skwarski ps. „Skwara”
–  50-letni  blacharz  z  Nowego  Dworu  Mazowieckiego,  powiązany
z  mazowieckimi  grupami  przestępczymi.  Skwarski  opowiedział  policjantom
o pewnym wydarzeniu z 2001 roku. Był wówczas w swoim warsztacie, gdy
przyjechał  do  niego  Sławomir  Kościuk  (skazany  za  zabójstwo  Olewnika).
Przyjechał  Peugeotem.  Na  tylnym  siedzeniu  samochodu  leżał  młody
mężczyzna przykryty kocem. Kościuk miał prosić „Skwarę”, aby przez jakiś
czas  przechował  tego  człowieka  i  samochód.  Jednak  blacharz  odmówił.
Minęło  kilka  dni  i  Kościuk  wrócił  do  warsztatu  „Skwary”.  Tym  razem
poprosił,  aby  rozebrać  jego  samochód  tak,  aby  nie  została  ani  jedna  część.
Kościuk przy okazji powiedział (ze „Skwarą” znali się od dłuższego czasu),
że  brał  udział  w  uprowadzeniu  Olewnika  i  że  inicjatorem  całego  porwania
był policjant o imieniu Andrzej.

To jednak nie koniec. „Skwara” opowiedział również policjantom, że był

świadkiem  spotkania  na  Dworcu  Zachodnim,  w  którym  udział  wzięli
Franiewski, Kościuk i Jacek K. – najbliższy przyjaciel i wspólnik biznesowy
Krzysztofa  Olewnika.  Jacek  K.  przybył  na  spotkanie  w  towarzystwie
Wojciecha K. – policjanta zaprzyjaźnionego z rodziną Olewników. Był jedną
z osób, które ostatnie widziały Krzysztofa Olewnika żywego.

Po  tych  zeznaniach  Skwarskiemu  okazano  zdjęcia  obu  mężczyzn:  Jacka

K.  i  Wojciecha  K.  Blacharz  rozpoznał  ich  obu.  Miał  dokonać  oficjalnego
rozpoznania  kilka  tygodni  później,  podczas  przesłuchania  w  prokuraturze.
Tego  przesłuchania  jednak  „Skwara”  nie  doczekał.  W  grudniu  2007  roku

background image

nagle  ciężko  zachorował,  trafił  do  szpitala  i  zmarł.  Natychmiast
rozpuszczono informacje o „samobójstwie”. Według oficjalnej wersji, śmierć
„Skwary”  nastąpiła  bez  udziału  osób  trzecich.  Jednak  faktem  jest,  że
niefortunny  blacharz  nie  zdążył  złożyć  zeznań,  oficjalnie  rozpoznać  ludzi
związanych z zabójstwem Krzysztofa Olewnika, ani stawić się przed płockim
sądem, który skazał domniemanych sprawców morderstwa Olewnika.

31  marca  2008  roku  Sąd  Okręgowy  w  Płocku  wydał  wyrok  w  sprawie

uprowadzenia i zabójstwa Krzysztofa Olewnika. Sławomir Kościuk i Robert
Pazik dostali dożywocie. O ile dla Pazika nie było to zaskoczenie, to Kościuk
był  zdumiony.  Jak  wspominał  w  rozmowie  ze  mną  Włodzimierz  Olewnik,
Kościuk – po wysłuchaniu wyroku – wstał i powiedział do prokuratora „Nie
tak się umawialiśmy”. Według ojca Krzysztofa, prokuratura zawarła swoisty
„układ”  z  bandytą.  W  zamian  za  ujawnienie  szczegółów  zbrodni  na
Olewniku, Kościuk miał usłyszeć najbardziej łagodny z możliwych wyroków
10  lub  12  lat  więzienia.  Dlatego,  gdy  usłyszał  wyrok  dożywocia,  zaczął
formułować swoje pretensje pod adresem prokuratora.

Cztery  dni  później,  4  kwietnia  2008,  Sławomir  Kościuk  zmarł  śmiercią

samobójczą.  Jego  zwłoki  znaleziono  późnym  wieczorem  w  celi  nr  505
Zakładu  Karnego  w  Płocku.  Służba  Więzienna  twierdziła,  że  Kościuk
popełnił  samobójstwo.  Jednak  nie  był  co  do  tego  przekonany  lekarz,  który
prowadził jego sekcję zwłok. Zeznał, że bandyta „mógł zostać schwytany za
przedramiona,  doprowadzony  do  stanu  bezbronności  i  zadzierzgnięty,
a  następnie  powieszony”.  Na  czym  lekarz  oparł  swoje  twierdzenia?  Oto  na
zwłokach Kościuka ujawnił istotne obrażenia wskazujące na ślady walki lub
szamotaniny  z  innymi  osobami.  Na  lewym  przedramieniu,  w  okolicach
łokcia,  podczas  sekcji  stwierdzono  krwawe  podbiegnięcia,  a  na  prawym
przedramieniu otarcia naskórka.

Trzy lata później do sprawy śmierci Kościuka powróciła sejmowa komisja

śledcza  badająca  sprawę  uprowadzenia  Krzysztofa  Olewnika.  Według  jej
posłów  Kościuk  nie  zginął  wskutek  samobójstwa  tylko  zabójstwa.  Przeciek
informacji  ze  wstępnego  raportu  komisji  śledczej  (jako  pierwsza  podała  to
TVN24)  natychmiast  wywołał  reakcję  prokuratury.  Na  specjalnie  zwołanej
konferencji  prasowej  prokurator  generalny  zdementował  ustalenia  zawarte
w  raporcie  kolegów  z  Sejmu.  Doszło  więc  do  niecodziennej  sytuacji:
oficjalna  wersja  komisji  sejmowej  była  sprzeczna  z  oficjalną  wersją
prokuratury!  Według  Andrzeja  Seremeta,  nie  było  przesłanek  mówiących

background image

o tym, że śmierć Kościuka to nie żadne samobójstwo, a morderstwo.

Seremet  odwołał  się  do  rezultatów  śledztwa  przeprowadzonego  przez

Prokuraturę Okręgową w Ostrołęce. Śledztwo to zostało umorzone w grudniu
2010  roku  wobec  niestwierdzenia  przestępstwa.  Rzecznik  prokuratury  –
  Andrzej  Rycharski  –  podkreślił,  że  jego  koledzy  przez  wiele  miesięcy
skrupulatnie  sprawdzali  każdy  szczegół  śmierci  Kościuka  i  wyjaśniali
wszystkie  wątpliwości.  W  tej  sprawie  wypowiedzieli  się  biegli  z  Zakładu
Medycyny  Sądowej  w  Warszawie.  Stwierdzili,  że  obrażenia  te  nie  są
związane  z  walką  czy  krępowaniem  –  mówił  dziennikarzom  Rycharski.
Według  biegłych  powołanych  przez  ostrołęcką  prokuraturę,  takie  ślady
mogły być skutkiem konwulsji przedśmiertnych.

Wydarzenia,  które  rozegrały  się  wieczorem  4  kwietnia  w  Zakładzie

Karnym w Płocku, znamy z ustaleń komisji śledczej, która wsparła się m.in.
wynikami  pracy  wewnętrznej  komisji  Służby  Więziennej.  Wiadomo,  że
o  godzinie  20.15  w  oddziale  piątym  (przeznaczonym  dla  przestępców
niebezpiecznych)  odbył  się  apel  wieczorny.  O  godzinie  21.10  oddziałowy
zajrzał  przez  wizjer  do  celi  i  zauważył,  że  Kościuk  leży  na  pryczy  i  ogląda
telewizję.  Osiem  minut  później  to  samo  stwierdził  drugi  oddziałowy.  Była
godzina  22.00,  gdy  oddziałowy  przechadzał  się  korytarzem  i  gasił  światła
w  celach.  Wówczas  jednak  nie  zauważył  już  Kościuka.  Zaintrygowany,
powiadomił dowódcę zmiany. Ten spojrzał na ekran monitoringu i spokojnie
stwierdził,  że  Kościuk  przebywa  w  kąciku  sanitarnym.  Chwilę  później
wspólnie weszli do celi nr 505. I tam zobaczyli Kościuka na sedesie z pętlą
na  szyi.  Rozpoczęli  reanimację,  jednak  bezskutecznie.  Kościuk  nie  przeżył.
Pojawiło  się  drugie  pytanie,  na  które  nie  ma  do  dziś  przekonującej
odpowiedzi: dlaczego przez 42 minuty żaden oddziałowy nie zaglądał do celi
Kościuka, choć wcześniej zaglądali tam co 8 minut?

Z  zeznań  lekarza  złożonych  przed  prokuraturą,  a  potem  przed  komisją

śledczą  oraz  z  protokołu  sekcji  zwłok  Kościuka  wynika,  że  w  jego
organizmie 

anatomopatolodzy 

ujawnili 

obecność 

silnych 

leków

antydepresyjnych.  Skąd  się  tam  wzięły?  Na  to  pytanie  nie  ma  dziś
przekonującej odpowiedzi.

Z  dokumentacji  medycznej  skazanego  wynika,  że  lekarz  więzienny  nie

przepisywał mu takich środków. Bandyta nie miał więc legalnej możliwości,
by wejść w ich posiadanie. Sam Kościuk również nie cierpiał na depresję ani
na nagłe pogorszenie nastroju.

background image

Według  Włodzimierza  Olewnika,  w  trakcie  śledztwa  prokuratorskiego

doszło  do  pewnego  porozumienia  między  śledczymi  a  Kościukiem.
W  zamian  za  przyznanie  się  do  zbrodni  i  wskazanie  innych  osób,  Kościuk
miał otrzymać łagodniejszy wyrok. Według Włodzimierza Olewnika Kościuk
podał  wersję  zbrodni  nie  taką,  jaka  miała  miejsce  w  rzeczywistości  tylko
taką,  jakiej  oczekiwała  prokuratura.  Gdy  sąd  ogłaszał  wyrok,  Kościuk,
zdaniem Olewnika, zdał sobie sprawy, że został wystawiony do wiatru. Aby
uniknąć  dożywocia,  Kościuk  mógł  wnosić  o  apelację  i  tym  razem  podać
wersję  prawdziwą,  a  nie  oczekiwaną  przez  prokuraturę.  Do  tego  nie  doszło,
bo  cztery  dni  po  ogłoszeniu  wyroku  Kościuk  odebrał  sobie  życie.  Hipoteza
brzmi bardzo sensownie.

19  stycznia  2009  roku  w  tym  samym  płockim  więzieniu  kolejne

tajemnicze  samobójstwo  popełnił  Robert  Pazik  –  drugi  skazany  na
dożywotnie  więzienie  za  zabójstwo  Olewnika.  Karę  odbywał  w  Sztumie,
jednak w styczniu 2009 roku Sąd Rejonowy w Sierpcu nakazał przewieźć go
do  Płocka.  Wszystko  dlatego,  że  Pazik  miał  zostać  przesłuchany  w  sprawie
o  drobne  przestępstwo.  „To  oznacza  dla  mnie  wyrok  śmierci”  –  powiedział
Pazik jednemu ze strażników więziennych w celi w Sztumie, gdy dowiedział
się, że zostanie przewieziony.

–  Kiedy  dowiedzieliśmy  się  o  tym,  co  zrobił  ten  Kościuk,  to  ja  prosiłam

syna,  by  mi  obiecał,  że  nie  będzie  nawet  próbował  popełnić  samobójstwa  –
  opowiadała  mi  w  2009  roku  Barbara  Pazik  –  matka  bandyty.  –  On  mi  to
obiecał, a zawsze słowa dotrzymywał. Powiedział też, że z Płocka postara się
zadzwonić.

Barbara  Pazik  zwraca  uwagę,  że  jej  syn  był  we  względnie  dobrej  formie

psychicznej,  nie  cierpiał  na  depresję  i  nie  wykazywał  żadnych  stanów
lękowych.  Wśród  policjantów  i  współwięźniów  Pazik  uchodził  za
„twardziela”.  Nie  współpracował  z  organami  ścigania,  konsekwentnie
milczał, nie wsypał nigdy żadnego z kolegów i nie „pękał” – nie załamywał
się. 12 stycznia w płockim więzieniu odwiedził go starszy brat, Dariusz. On
także nie zauważył niczego podejrzanego. Tydzień później Pazik już nie żył.
W trakcie śledztwa prokuratura odkryła listy, które pisał do matki. Wynikało
z  nich,  że  panicznie  boi  się  śmierci  i  że  ktoś  chce  go  zabić.  Przesłuchany
w  śledztwie  Dariusz  Pazik  sugerował,  że  domyśla  się,  kto  stał  za  śmiercią
jego  brata,  ale  gdyby  to  powiedział,  mógłby  narazić  na  zemstę  innych
członków rodziny. Zagadkową sprawą jest też to, że Pazik uzyskał zgodę na

background image

wizytę  brata.  Obaj  bowiem  zasiedli  na  ławie  oskarżonych  w  procesie
zabójców  Olewnika.  Dariusz  Pazik  został  jednak  uniewinniony.  Skazano  go
w innym procesie za nielegalne posiadanie wtórnika prawa jazdy i sprzedaż
dowodu  osobistego  oprawcy  Krzysztofa  –  Ireneuszowi  Piotrowskiemu.
W  rozmowie  braci  (odbyła  się  w  sali  widzeń  płockiego  więzienia)
uczestniczył strażnik. Później zeznał, że nie słyszał i nie zapamiętał niczego
z tej rozmowy.

Mimo  tych  wszystkich  wątpliwości,  Prokuratura  Okręgowa  w  Ostrołęce

umorzyła sprawy śmierci Kościuka i Pazika. Rzecznik ostrołęckich śledczych
– Andrzej Rycharski – przedstawił lakoniczny komunikat, że nie znaleziono
dowodów wskazujących na to, że śmierć została spowodowana przez osoby
trzecie.  Jednak  wątpliwości  narastają  po  kolejnym  odkryciu  sejmowej
komisji  śledczej.  Oto  bowiem  posłowie  weszli  w  posiadanie  zeznań
olsztyńskiego  lekarza,  który  stwierdził  zgon  Wojciecha  Franiewskiego  –
  herszta  bandy,  która  uprowadziła  Olewnika.  Według  oficjalnej  wersji  do
zdarzenia doszło w Areszcie Śledczym w Olsztynie około godziny 0.40 nocą
z 18 na 19 czerwca 2007 roku. Jednak według przesłuchanego lekarza zgon
miał miejsce wcześniej – około godziny 22.40, ale dwaj strażnicy więzienni
naciskali go, aby podał późniejszą godzinę. I tu zaczyna się cała seria pytań
bez  odpowiedzi.  Dyżur  pełnił  wówczas  Mariusz  Kowalczyk.  Jednak
prokuratorom  nie  udało  się  go  przesłuchać,  gdy  sprawa  ta  wyszła  na  jaw.
W lipcu 2009 roku Kowalczyk padł ofiarą Seryjnego. Jego zwłoki znaleziono
wiszące  na  drzewie  przy  drodze  Morąg  –  Raj  (woj.  warmińsko-mazurskie).
To 

było 

właśnie 

samobójstwo, 

którym 

dowiedziałem 

się

z kilkutygodniowym wyprzedzeniem od kolegi z ABW.

W  zgonie  strażnika  prokuratura  również  nie  dopatrzyła  się  udziału  osób

trzecich.

W  trakcie  śledztwa  dotyczącego  śmierci  Franiewskiego,  prokuratura

przesłuchała  doktora  Zygmunta  Gisigiera  –  koronera  z  Olsztyna,  który  jako
pierwszy  badał  zwłoki  Franiewskiego.  Anatomopatolog  zeznał,  że  w  noc
śmierci Franiewskiego odnalazło go dwóch strażników. To o tyle sensacyjna
wiadomość,  że  ani  w  prokuraturze,  ani  w  Sejmie  (podczas  prac  komisji
śledczej)  nie  ustalono,  kim  był  ten  drugi.  Z  kolei  sam  Mariusz  Kowalczyk
zeznawał, że na  dyżurze był sam,  gdy odnalazł zwłoki  Franiewskiego i nikt
mu  nie  towarzyszył!  Płynie  stąd  jeden  wniosek:  strażnik  Kowalczyk
z  pewnością  wiedział  o  śmierci  Franiewskiego  więcej  niż  prokuratura.  I  ta

background image

wiedza mogła spowodować, że i jemu zorganizowano „samobójstwo”.

Kluczową  osobą,  która  mogłaby  wyjaśnić  te  wątpliwości,  pozostał  więc

doktor Zygmunt Gisigier. Gisigier miał też być głównym świadkiem obrony
w  procesie  Bogdana  Z.  To  policjant  z  Olsztyna,  który  był  obecny  przy
wydobywaniu z ziemi zwłok Olewnika. Potem przeprowadził badania DNA,
ale zataił przed przełożonymi fakt, że dwie próbki bardzo się od siebie różnią.
W  marcu  2010  roku  usłyszał  zarzut  niedopełnienia  obowiązku  służbowego
i sfałszowania wyników ekspertyzy. W CBŚ zaczęto wtedy mówić, że takie
same zarzuty usłyszy Gisigier. Tak się jednak nie stało. 21 lutego 2011 roku
Gisigier zmarł. Jak wynika z akt, oficjalną przyczyną był nagły atak choroby
nowotworowej.  Dokumentacja  medyczna  potwierdza,  że  Gisigier  przez
ostatnie lata rzeczywiście zmagał się z chorobą nowotworową. Jej objawy nie
były 

jednak 

widoczne. 

Gisigier 

pracował 

zawodowo, 

nie 

miał

poważniejszych  problemów  z  codziennym  funkcjonowaniem.  Jednak  nagle,
w ciągu zaledwie dwóch tygodni, choroba postąpiła tak szybko, że organizm
lekarza tego nie wytrzymał i mężczyzna zmarł. Włodzimierz Olewnik, który
o  śmierci  medyka  dowiedział  się  jako  jeden  z  pierwszych,  był  bardzo
ostrożny  w  formułowaniu  hipotez.  Według  biznesmena  wyglądało  to  na
śmierć wskutek rozwoju nowotworu, ale mogło to być zabójstwo.

Doktor Zygmunt Gisigier zabrał do grobu jeszcze jedną tajemnicę: w 2006

roku uczestniczył w pierwszej sekcji zwłok Krzysztofa Olewnika. Miała ona
miejsce w Zakładzie Ekspertyz Sądowych w Olsztynie 30 października 2006
roku – dwa dni po tym, jak zwłoki młodego biznesmena wydobyto z ziemi na
polanie  w  miejscowości  Dzbądz.  Sekcja  ta  i  jej  wyniki  były  wielokrotnie
kwestionowane przez rodzinę. Trudno się temu dziwić, bo lektura protokołu
wzbudza  wiele  wątpliwości.  Protokół  sekcji  zwłok  został  zapisany  pod
numerem  7755/405/06.  W  aktach  śledztwa  Prokuratury  Okręgowej
w  Olsztynie  o  sygnaturze  VI  Ds.  22/06  (sprawa  uprowadzenia  i  zabójstwa
Olewnika),  zaczyna  się  na  karcie  16  299.  Wątpliwości  budzą  już  zapisy  na
pierwszej  stronie.  Wpisano  tam  bowiem,  że  data  zgonu  Olewnika  to  28
października  2008  roku  (sic!).  Tymczasem  kilka  linijek  niżej  zamieszczona
została  adnotacja  dotycząca  okoliczności  zgonu:  Z  treści  postanowienia
prokuratury  wynika,  że  28  października  2006  roku  w  lesie  w  pobliżu
miejscowości  Dzbądz  odnaleziono  zwłoki  Krzysztofa  Olewnika,  które  były
zawinięte  w  metalową  siatkę  i  zakopane  na  terenie  masywu  leśnego  na
głębokości  ok.  2  metrów.  Z  ustaleń  wynika,  że  uprowadzony  został

background image

wymieniony  w  nocy  z  26  na  27  października  2001  roku  w  Drobinie.  Tak
więc  na  pierwszej  stronie  protokołu,  jako  datę  zgonu  wpisano  datę
wydobycia zwłok! Tymczasem zgon nastąpił we wrześniu 2003 roku, a więc
ponad  3  lata  wcześniej.  Czy  to  możliwe,  aby  doświadczony  prokurator,
lekarz sądowy i towarzyszący im policjanci nie zwrócili uwagi na to, że data
śmierci  biznesmena  różni  się  od  daty  odnalezienia  jego  zwłok  aż  o  ponad
3 lata?

Sprawa jest tym bardziej dziwna, że miejsce zakopania zwłok Krzysztofa

Olewnika  wskazał  kilka  dni  wcześniej  Sławomir  Kościuk,  który  został
oskarżony  o  zabójstwo.  Kościuk  podał  również  datę  zbrodni  –  5  września
2003  roku.  Trudno  więc  wytłumaczyć,  dlaczego  w  protokole  znalazły  się
inne dane, tak bardzo się różniące. Błędna jest również informacja na temat
wieku  denata.  W  protokole  wpisano  bowiem  30  lat.  Tymczasem  Krzysztof
Olewnik  w  chwili  uprowadzenia  miał  25  lat,  a  w  chwili  śmierci  –  27.
Wszystko  to  jest  tym  bardziej  zastanawiające,  że  na  ostatniej  stronie
protokołu  czytamy:  „Stopień  rozkładu  zwłok,  warunki  klimatyczne,  rodzaj
gleby  oraz  sposób  ich  ukrycia  świadczą  o  tym,  iż  do  zgonu  Krzysztofa
Olewnika  mogło  dojść  około  trzech  lat  licząc  wstecz  od  daty  ujawnienia
zwłok”. Tak więc w jednym miejscu w protokole wpisano, że data zgonu to
28  października,  a  w  drugim,  że  trzy  lata  później  (sic!).  Co  więcej:
w wywiadzie dla Onet.pl Włodzimierz Olewnik mówił, że jego zięć – który
jest  lekarzem  –  stwierdził,  że  zwłoki  Krzysztofa  przez  pewien  czas  leżały
w  wodzie.  Tymczasem  w  protokole  sekcji  nie  ma  na  ten  temat  ani  jednej
wzmianki!

To  jednak  nie  jedyne  zagadki  związane  z  przeprowadzoną  sekcją.  Na

stronie  drugiej  protokołu  widnieje  informacja  „zwłok  nie  ważono”.  To
ostatnie  również  musi  budzić  wątpliwości.  Dlaczego  zwłok  nie  zważono?
Dziś  nie  ma  odpowiedzi  na  to  pytanie.  Dalsze  strony  to  opisy  wyglądu
zewnętrznego  szczątków  zamordowanego  i  opis  odniesionych  przez  niego
obrażeń.  Problem  w  tym,  że  protokół  tej  sekcji  zwłok  w  wielu  miejscach
różni  się  od  tego,  co  olsztyńskim  prokuratorom  opowiedział  Sławomir
Kościuk.  A  to  właśnie  na  zeznaniach  Kościuka  oparto  akt  oskarżenia.
Kościuk  zeznał,  że  Franiewski  dwa  razy  strzygł  porwanego.  Tymczasem
w protokole czytamy: „Długość owłosienia oraz zarostu na twarzy świadczą
o  tym,  że  Krzysztof  Olewnik  nie  strzygł  się,  ani  nie  golił”.  Także
szczegółowy  opis  obrażeń  ofiary  w  wielu  miejscach  nie  pokrywa  się

background image

z  zeznaniami  Kościuka.  W  punkcie  10.  protokołu  sekcji  zwłok  doktor
Gisigier napisał: „Pobrano i zabezpieczono (…) głowę prawej kości udowej
wraz  z  szyjką  i  częścią  trzonu  do  badań  porównawczych  DNA  w  dniu
28.10.2006”.  To  zdumiewające,  bowiem  w  dokumentach  nie  ma  żadnej
wzmianki  o  tym,  aby  28.10.2006  r.  miały  miejsce  jakiekolwiek  badania
próbek DNA. Miejsce zakopania zwłok Olewnika Sławomir Kościuk wskazał
właśnie  28  października.  Także  wtedy  zwłoki  zostały  wydobyte  z  ziemi.
Czynność  nadzorował  prokurator  Piotr  Jasiński  z  Olsztyna.  W  oględzinach
zwłok  brał  udział  doktor  Zygmunt  Gisigier.  Wydobycie  zwłok  z  ziemi
zostało  sfilmowane  policyjną  kamerą.  Na  nagraniu  widać,  że  nie  rozcinano
metalowej siatki, a więc nie było możliwości pobrać żadnych próbek DNA.
Zwłoki przewieziono do Zakładu Medycyny Sądowej przy ulicy Żołnierskiej
w Olsztynie. Leżały tam aż do 30 października, kiedy rozpoczęła się sekcja.
Co więc miał na myśli doktor, gdy pisał o badaniach porównawczych DNA
w  dniu  28.10.2006?  Pytanie  to  zadali  sobie  w  2010  roku  prokuratorzy
z Sopotu, którzy przejęli sprawę od kolegów z Olsztyna. Postawili hipotezę,
że  28  października  mogło  dojść  do  pierwszej  sekcji  zwłok  Olewnika.
Sposobem  na  zweryfikowanie  tej  tezy  było  zabezpieczenie  taśmy
z  monitoringu  w  Zakładzie  Medycyny  Sądowej.  Prokuratorzy  weszli  do
placówki i zarządzili przeszukanie. Jednak niczego nie znaleźli. Okazało się,
że  taśma  z  monitoringu  z  tych  dni  zaginęła.  Z  tego  też  powodu  niemożliwe
jest  uzyskanie  odpowiedzi  na  pytanie,  czy  zwłoki  zostały  w  tym  czasie
podmienione, czy też ktoś przeprowadził wcześniejszą sekcję, o której nie ma
wzmianki w protokołach.

Co  jest  wspólnym  mianownikiem  tych  tajemniczych  zgonów?  Zdaniem

Włodzimierza  Olewnika  Kościuk  przedstawił  wersję  zdarzeń,  którą  ktoś  mu
narzucił.  Ta  wersja  nie  obejmowała  innych  osób,  które  brały  udział
w zbrodni, ale nie zostały do dziś zidentyfikowane. Kim one były? Kościuk
na pewno to wiedział, ale nie zdążył nikomu powiedzieć. Na pewno wiedzieli
to  także  Franiewski  i  Pazik.  Być  może  tropy  wiodące  do  tych  osób  poznał
strażnik  Mariusz  Kowalczyk.  Wszyscy  jednak  w  bardzo  podejrzanych
okolicznościach zabrali tę wiedzę do grobów.

Z  pewnością  oprawcy  Olewnika  znali  jeszcze  jeden  sekret:  motywu

uprowadzenia.  W  2011  roku  w  Agencji  Bezpieczeństwa  Wewnętrznego
sporządzono analizę akt sprawy Olewnika. Do analizy dotarłem w 2011 roku
(jej  najważniejsze  fragmenty  opublikowałem  na  łamach  „Angory”).

background image

Przyjrzyjmy się opisanym w niej okolicznościom.

27 października 2001 r. sierpecki prokurator Leszek Wawrzyniak wszczął

śledztwo  dotyczące  uprowadzenia  Krzysztofa  Olewnika.  Zlecał  czynności
policjantom,  którzy  popełniali  rażące  błędy:  nie  rejestrowali  rozmów
z  porywaczami,  nie  mieli  sprzętu  do  lokalizowania  telefonu  porywaczy.
Fatalnie  zabezpieczyli  również  ślady  w  domu  uprowadzonego,  stwierdzając
m.in.  (mimo  oczywistych  śladów),  że  nie  doszło  tam  do  bójki.  Z  analizy
ABW  wynika,  że  prowadzący  śledztwo  bezkrytycznie  akceptował  wszelkie
nieudolne  działania  policjantów  oraz  lekceważył  wnioski  rodziny.  To
dlatego, mimo szkolnych błędów porywaczy, nie udało się odbić Krzysztofa,
choć  można  to  było  zrobić  w  ciągu  pierwszych  dwóch  tygodni.  „Śledztwo
powinno  być  ukierunkowane  w  stronę  postawienia  prokuratorowi  Leszkowi
Wawrzyniakowi zarzutu z art. 231 Kodeksu Karnego” – czytamy w analizie
Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego.

Zwrócono  również  uwagę  na  jeszcze  jedną,  ogromnie  ważną

nieprawidłowość:  w  pierwszym  etapie  śledztwa  uczestniczyli  policjanci,
których  relacje  z  rodziną  Olewników  mogły  wpływać  na  rzetelność
postępowania.  Dla  przykładu:  ówczesny  komendant  z  Drobina  Wojciech
Kęsicki  (zainicjował  imprezę  rodzinną  w  domu  Krzysztofa  dzień  przed
porwaniem)  przyjął  od  Włodzimierza  Olewnika  kilka  tysięcy  złotych  na
sprzęt, który miał być wykorzystany do odbicia Krzysztofa. Część pieniędzy
wydał  na  lornetki,  pozostała  kwota  zniknęła  –  nie  wiadomo  do  dziś,  co  się
z nią stało. Pracę policjantów nadzorował ówczesny komendant w Płocku –
  Maciej  Książkiewicz.  Kilka  tygodni  przed  uprowadzeniem  towarzyszył
Krzysztofowi  w  wyjeździe  do  komisu  należącego  do  mafii  pruszkowskiej
(młody  biznesmen  rozmawiał  tam  na  temat  zakupu  samochodu).  Fakt  ten
później skrzętnie ukrywał. W śledztwie uczestniczył również Bogdan Kuchta,
którego  po  imprezie  Krzysztof  odwiózł  samochodem  do  domu.  „Relacje
rodziny  Olewników  z  policjantami  prowadzącymi  śledztwo  mogły  mieć
negatywny  wpływ  na  ich  bezstronność  i  rzetelność”  –  zapisano  w  analizie
ABW.

Gdy  Krzysztof  został  uprowadzony,  jego  ojciec  zwrócił  się  o  pomoc  do

wicestarosty  sierpeckiego  Grzegorza  Korytowskiego,  który  skontaktował  go
z  Eugeniuszem  Drohomireckim  ps.  „Gienek”  –  lokalnym  gangsterem.
W  zamian  za  pieniądze  wspólnie  doprowadzili  do  tego,  że  porywacze
zadzwonili  do  rodziny  i  pozwolili  na  żywo  porozmawiać  z  Krzysztofem.

background image

Także i ten trop policja zlekceważyła, choć mógł zaprowadzić do porywaczy.
Tym bardziej, że jeden z nich – Robert Pazik – w tamtym czasie kontaktował
się regularnie ze szwagrem Krzysztofa – Lechem Mikołajewskim (spotkanie
zaaranżował  ich  wspólny  znajomy).  „Robert  Pazik  wykorzystywał  Lecha
Mikołajewskiego  jako  źródło  informacji  na  temat  nastrojów  panujących
w  rodzinie  Olewników  i  planowanych  przez  nich  działań”  –  czytamy
w  analizie  ABW.  Dowodem  tego  jest  m.in.  wykaz  połączeń  z  telefonu
Mikołajewskiego.

Do rozmów nie są skorzy również politycy, których nazwiska przewijają

się  w  tle  wydarzeń  związanych  z  uprowadzeniem  i  zabójstwem  młodego
biznesmena.  Rodzina  Olewników  błagała  o  pomoc  m.in.  Andrzeja  Piłata
(płockiego  barona  SLD)  i  ówczesnego  ministra  spraw  wewnętrznych
Ryszarda  Kalisza.  Żaden  z  nich  nie  zrobił  niczego,  aby  wyjaśnić  sprawę.  –
  Rodzina  Olewników  prosiła  mnie  o  informacje  objęte  klauzulą  tajności  –
  odpowiada  Kalisz.  –  Gdybym  je  ujawnił,  trafiłbym  do  więzienia  za  zdradę
tajemnicy państwowej.

Z akt śledztwa wynika, że istniały dwa plany działania po uprowadzeniu

Krzysztofa Olewnika. Pierwszy, najważniejszy, zakładał wyłudzenie od jego
rodziny  około  2  milionów  złotych  okupu  w  celu  przejęcia  znanej
warszawskiej  firmy  zajmującej  się  przetwórstwem  mięsnym.  Firma  ta  miała
później połączyć się ze spółką Olewnika, a jej prezesem miał zostać Andrzej
Ł. Ł. już wcześniej proponował Olewnikowi wspólne interesy, jednak starszy
biznesmen  odmawiał.  Utworzone  w  ten  sposób  wielkie  przedsiębiorstwo,
mogło stać się przykrywką dla nielegalnego handlu stalą i przejęcia przez Ł.
i związane z nim osoby całkowitej kontroli nad polskim rynkiem stali.

Wersję  o  istnieniu  tego  „biznesowego”  planu  uprowadzenia  potwierdza

fakt, 

że 

zaraz 

po 

porwaniu 

Krzysztofa, 

banki 

wypowiedziały

Włodzimierzowi Olewnikowi kredyty, zjawiły się u niego dziesiątki kontroli,
a jego zakład stanął na skraju bankructwa. Ostatecznie realizacji tej koncepcji
przeszkodził  fakt,  że  Włodzimierz  Olewnik  konsekwentnie,  nawet  po
porwaniu  syna,  unikał  jakichkolwiek  wspólnych  interesów  z  Andrzejem  Ł.,
a  potem  skutecznie  uchronił  swoją  firmę  przed  upadłością.  Niepowodzenie
tej  koncepcji  skłoniło  inspiratorów  zbrodni  do  zmiany  sposobu  działania.
Pozwolili,  by  oprawcy  Krzysztofa  uzyskali  dla  siebie  okup  za
uprowadzonego,  a  potem  bestialsko  zamordowali  go.  Wojciech  Franiewski,
Sławomir Kościuk i Robert Pazik rzeczywiście wydali pieniądze pochodzące

background image

z okupu za Krzysztofa. Wszyscy popełnili później tajemnicze „samobójstwa”
w więziennych celach, gdy trwało intensywne śledztwo w sprawie Olewnika.
Wszystko  wskazuje  na  to,  że  gdy  pilnowali  uprowadzonego  Krzysztofa,  nie
zdawali sobie sprawy z istnienia szerszego planu zbrodni.

W  wielkiej  grze  o  pieniądze  i  wpływy  kluczowa  rola  przypadła  Jackowi

Krupińskiemu.  Aby  to  wyjaśnić,  trzeba  cofnąć  się  do  roku  1999.  Wówczas
Jacek  Krupiński  –  najbliższy  przyjaciel  Krzysztofa  Olewnika  –  założył
spółkę  Krup  Stal,  która  miała  zająć  się  handlem  stalą.  Krupiński  miał  70
procent  udziałów  w  tej  spółce,  a  pozostałe  30  procent  przejął  Krzysztof.
Późniejsze  śledztwo  wykazało,  że  od  samego  początku  Krupiński  próbował
podbić lokalny rynek handlu stalą. Wydawało się, że jest to najlepszy czas na
tę  inwestycję,  bowiem  w  Płocku  i  wielu  sąsiednich  miejscowościach
zaczynały się poważne inwestycje w infrastrukturę. Jak wykazało późniejsze
śledztwo,  stal,  którą  spółka  Krupińskiego  dostarczała  na  płocki  rynek,
pochodziła  z  nielegalnych  źródeł  –  m.in.  od  Ukraińca  Viktora  K.  Według
kontrwywiadu ABW i  AW Viktor K.  to rezydent mafii  rosyjskiej w Polsce,
odpowiedzialny właśnie za kontrolę nad rynkiem stali.

W  trakcie  śledztwa  wyszło  na  jaw,  że  w  ostatnich  dniach  swojego  życia

Krzysztof  Olewnik  zdał  sobie  sprawę,  że  jego  biznesowy  partner  robi
nielegalne  interesy.  Dla  przykładu:  nowy  most  w  Płocku  był  budowany
z  nielegalnej  stali  i  inwestycja  została  zatrzymana  w  połowie.  „Dla  Jacka
Krupińskiego,  motywem  zlecenia  uprowadzenia  było  to,  że  Włodzimierz
Olewnik 

zlecił 

zainstalowanie 

Krupstalu 

oprogramowania

komputerowego,  które  wykluczało  możliwość  nielegalnego  obrotu  stalą
i prania brudnych pieniędzy” – czytamy w analizie ABW.

Ostatni  raz  wspólnicy  widzieli  się  kilkanaście  godzin  przed

uprowadzeniem  i  rozstali  się  w  gniewie.  Krzysztof  miał  powiedzieć,  że
wycofa  się  z  interesu,  co  oznaczałoby  istotne  osłabienie  pozycji  spółki
(zarabiała dużo dzięki kontaktom rodziny Olewników). „Porwanie wspólnika
stało  się  dla  Jacka  Krupińskiego  sposobem  na  to,  by  utrzymać  dobrą
kondycję firmy” – wynika z analizy ABW.

Według  sopockiej  prokuratury  w  tamtym  czasie  Krupiński  regularnie

kontaktował  się  z  gangsterami  i  wspólnie  z  nimi  planował  uprowadzenie.  –
 Rzeczywiście, miałem kontakty z ludźmi z półświatka i wykorzystywałem je
po  to,  aby  pomóc  rodzinie  odnaleźć  Krzysztofa  –  powtarza  jak  mantrę
Krupiński.  Młody  człowiek  stanowczo  wypiera  się  jakichkolwiek  związków

background image

z uprowadzeniem.

Wersja Krupińskiego ma dużo słabych punktów. Biegli, którzy badali jego

samochód, stwierdzili, że został spalony kilka godzin po porwaniu, a ponadto
Jacek  używał  kradzionych  części  samochodowych.  Twierdził,  że  pomagał
rodzinie, ale kupił specjalny telefon, którego numeru nie znali nawet najbliżsi
Krzysztofa. Późniejsze śledztwo wykazało, że z tego aparatu kontaktował się
z  porywaczami,  którzy  w  tamtym  czasie  przetrzymywali  Krzysztofa.
„Postawa  i  zachowanie  Jacka  Krupińskiego  wskazuje,  że  był  on
w  regularnym  kontakcie  z  osobami  odpowiedzialnymi  za  uprowadzenie
Krzysztofa Olewnika” – czytamy w analizie.

Kim  naprawdę  jest  Jacek  Krupiński?  Aby  odpowiedzieć  na  to  pytanie,

trzeba  przeskoczyć  kilkanaście  miesięcy  do  przodu.  W  2000  roku  organy
skarbowe zainteresowały się młodym biznesmenem i wspólnikiem Olewnika.
Wykryły  duże  malwersacje  i  nieprawidłowości  finansowe  w  jego  spółce.
Firmą  zainteresował  się  również  kontrwywiad  ze  względu  na  jej  kontakty
z  osobami  związanymi  z  rosyjskimi  służbami  specjalnymi.  W  grudniu  2000
roku Jacek Krupiński został zarejestrowany w ewidencji operacyjnej Urzędu
Ochrony  Państwa  jako  Kontakt  Operacyjny  „Hutnik”.  Zachowane  akta
świadczą  o  tym,  że  od  tamtego  dnia  lojalnie  współpracował  z  UOP,  dzięki
czemu mógł nie obawiać się odpowiedzialności za finansowe nadużycia.

Jacek  Krupiński  to  nie  jedyna  osoba  związana  ze  służbami  specjalnymi,

która, zdaniem prokuratorów z Sopotu, miała odegrać ważną rolę w zbrodni.
W  trakcie  dochodzenia  i  prac  sejmowej  komisji  śledczej  badającej  sprawę
wyszło na jaw, że współpracowali z nimi również Wojciech Franiewski (był
informatorem  milicji,  a  potem  policji  i  CBŚ)  oraz  wspomniany  Grzegorz
Korytowski  –  lider  SLD  w  Sierpcu  (współpracował  z  SB,  a  potem  z  UOP
i  ABW).  Ta  sytuacja  wskazuje,  że  agenci  służb  wiedzieli,  gdzie
przetrzymywany  jest  Krzysztof,  a  to  oznacza,  że  służby  mogły  go  odbić,
gdyby  tylko  chciały.  „Skala  zaniechań,  których  dopuściły  się  osoby
prowadzące śledztwo w tej sprawie prowadzi do wniosku, że osoby te miały
osobisty  interes  lub  wyciągnęły  osobiste  korzyści  ze  śmierci  Krzysztofa
Olewnika” – czytamy w analizie ABW.

Jedną z takich osób był prawdopodobnie inspektor Maciej Książkiewicz –

 wieloletni komendant płockiej policji. Według oficjalnej wersji zdarzeń 57-
letni inspektor zmarł nagle w nocy z 20 na 21 września 2003 roku. Zachował
się akt zgonu oraz protokół sekcji zwłok. Ten ostatni stwierdza, że przyczyną

background image

śmierci  był  zawał  serca.  To  wersja  dość  prawdopodobna.  Od  kilku  lat
Książkiewicz  miał  bowiem  poważne  problemy  zdrowotne  (podejrzewano
u  niego  chorobę  nowotworową).  Oba  dokumenty  podpisał  lekarz
anatomopatolog – prywatnie bliski kolega i sąsiad byłego komendanta. I był
on jedynym świadkiem wydarzeń, które rozegrały się tamtej nocy. Dwa dni
później  ten  sam  lekarz  podpisał  dokument,  z  którego  wynikało,  że  zwłoki
Macieja  Książkiewicza  zostały  skremowane,  a  jego  prochy  rozsypano
w Bieszczadach. Miała to być realizacja ostatniej woli komendanta zapisanej
w  jego  testamencie,  o  którym  nikt,  nawet  rodzina  zmarłego  wcześniej  nie
wiedział. Poznał go tylko lekarz. Nie wiadomo również, gdzie miało dojść do
kremacji zwłok.

Wspomniany  lekarz  był  jedyną  osobą,  która  w  urzędowym  dokumencie

podpisała, że widziała szczątki byłego szefa płockiej policji. Inni opowiadali,
że  z  Maciejem  Książkiewiczem  rozmawiali  przed  jego  śmiercią,  najpóźniej
w  piątek  19  września.  Nikt  nie  widział  również  szczątków  komendanta
w  trumnie,  którą  zamkniętą  i  zalutowaną  wystawiono  na  widok  publiczny
w  płockim  kościele,  po  czym  26  września  2003  roku,  w  trakcie  oficjalnego
pogrzebu 

(uczestniczyły 

nim 

delegacje 

policyjne 

całego

Mazowsza)  złożono  ją  do  symbolicznego  grobu  na  płockim  cmentarzu.
I  sprawa  na  wiele  lat  ucichła.  Gdy  w  trakcie  śledztwa  dotyczącego
uprowadzenia  i  zabójstwa  Krzysztofa  Olewnika  raz  po  raz  pojawiały  się
tropy  wiodące  do  byłego  komendanta,  prokuratura  nie  mogła  ich
zweryfikować, bo dokumenty mówiły, że inspektor od 2003 roku nie żyje.

Zaskakujące  jest  jednak  to,  że  w  sprawie  śmierci  Książkiewicza  –  osoby

piastującej  ważne  w  Płocku  stanowisko  –  nie  wszczęto  śledztwa.  Policja
oparła  się  na  jedynym  akcie  zgonu,  przy  czym  nie  zwróciła  uwagi,  że
dokument podpisał jego bliski przyjaciel, ani że nie było żadnej innej osoby,
która  po  20  września  widziałaby  szczątki  komendanta.  Do  domu  zmarłego
komendanta  w  noc  jego  śmierci  nie  zostało  nawet  wezwane  pogotowie
ratunkowe.  A  pierwszą  osobą,  która  się  tam  znalazła  już  po  zgonie
Książkiewicza, był… feralny lekarz.

Latem 

2009 

roku 

J. 

– 

agent 

specjalny 

Centralnego 

Biura

Antykorupcyjnego  –  prowadził  sprawę  dotyczącą  podejrzenia  wręczenia
jednemu  z  lokalnych  polityków  korzyści  majątkowej  o  znacznej  wartości.
Z politykiem tym kontaktował się obywatel innego kraju mówiący biegle po
polsku  i  reprezentujący  prywatną  spółkę  (w  2009  roku  otwierała  ona  swoje

background image

przedstawicielstwo  w  Polsce).  Agent  specjalny  J.  zarejestrował  z  ukrycia
rozmowę  obu  mężczyzn.  Cudzoziemiec  został  objęty  całodobową
obserwacją,  a  w  jego  telefonie  założono  podsłuch.  Agenci  ustalili,  że
mężczyzna  jeździ  po  Polsce  nowoczesnym  samochodem  należącym  do
wypożyczalni.  Gdy  auto  stało  na  parkingu,  zdjęli  z  klamki  jego  odciski
palców.  Minęło  kilka  tygodni,  gdy  analiza  porównawcza  wykazała,  że
odciski  te  są  identyczne  z  liniami  papilarnymi  Książkiewicza.  Agent  J.
zorientował się, że sprawa jest co najmniej zaskakująca, bo Książkiewicz nie
żył  prawie  od  sześciu  lat.  Żeby  było  jeszcze  ciekawiej,  tajemniczy
cudzoziemiec  kilkakrotnie  mówił,  że  firma,  którą  reprezentuje,  ma  szerokie
kontakty  w  Płocku  (zostało  to  nagrane  z  ukrycia).  Całą  sprawę  agent
specjalny  J.  opisał  w  notatce  do  swoich  przełożonych  z  sugestią  pilnego
wyjaśnienia,  kim  naprawdę  jest  rozpracowywana  osoba.  Agent  J.  nie
skończył  jednak  sprawy.  Kilka  tygodni  później,  po  słynnej  „aferze
hazardowej”,  odwołany  został  ówczesny  szef  CBA  Mariusz  Kamiński,  a  po
nim ze służby odeszli związani z nim ludzie w tym właśnie agent J. Sprawa
tajemniczego  cudzoziemca  nie  była  dalej  prowadzona  i  utknęła  w  martwym
punkcie.

Jeszcze  bardziej  zaskakująca  jest  oficjalna  data  śmierci  Książkiewicza.

Inspektor  miał  umrzeć  dwa  tygodnie  po  tym,  jak  Robert  Pazik  i  Sławomir
Kościuk  zamordowali  Krzysztofa  Olewnika.  Do  zbrodni  doszło  5  września
2003  roku.  Śledztwo  prawie  od  roku  prowadziła  wówczas  Prokuratura
Okręgowa  w  Warszawie  (sygn.  akt  290/02).  Z  raportu  sejmowej  komisji
śledczej wynika, że prowadzone było w sposób skandaliczny.

Między  innymi  dlatego,  że  przez  wiele  miesięcy  Włodzimierz  Olewnik

i  jego  pełnomocnicy  bezskutecznie  zabiegali  o  to,  aby  Maciej  Książkiewicz
został  przesłuchany  w  charakterze  świadka.  Dopiero  pod  koniec  lata
przeforsowali tę koncepcję. We wrześniu 2003 roku do drzwi Książkiewicza
zapukał listonosz z wezwaniem na przesłuchanie. Komendant do prokuratury
jednak nie dotarł, gdyż przed wyznaczonym terminem miał umrzeć.

Inspektor  Maciej  Książkiewicz  mógł  być  rzeczywiście  najważniejszym

świadkiem  w  sprawie.  Aż  do  wiosny  2002  roku  sprawował  osobisty  nadzór
nad  działaniami  grupy  operacyjnej  powołanej  w  celu  wyjaśnienia
uprowadzenia Olewnika. Dwaj policjanci z tej grupy – Maciej L. i Henryk S.
oraz  ich  przełożony  Remigiusz  M.  są  dziś  oskarżeni  o  utrudnianie  śledztwa
i  niedopełnienie  obowiązków  skutkujące  śmiercią  człowieka.  Grupa

background image

operacyjno-śledcza zlekceważyła informację o Paziku oraz Piotrowskim jako
mogących mieć związek z uprowadzeniem Krzysztofa, a skupiła się na jego
poszukiwaniu,  utrzymując,  że  porwanie  jest  upozorowane.  Książkiewicz
poznał  Włodzimierza  Olewnika  przez  Wojciecha  K.  –  znajomego  policjanta
z  Płocka.  Obu  połączyła  pasja  do  polowań.  Zapraszali  na  nie  też  Olewnika,
choć  biznesmen  nie  był  entuzjastą  tej  formy  rozrywki.  Z  raportu  sejmowej
komisji  wynika,  że  aranżując  pierwsze  spotkanie  ze  swoim  szefem,  K.
tłumaczył Olewnikowi: „Prowadzisz biznes, musisz mieć takie znajomości”.
Z kolei Książkiewicz już na pierwszym spotkaniu wręczył Olewnikowi swoje
wizytówki,  mówiąc:  „Pokażesz,  mandatu  nie  zapłacisz”.  Przez  wiele
kolejnych  miesięcy  Książkiewicz  starał  się,  aby  jego  znajomość
z  biznesmenem  przybrała  jak  najbardziej  zażyły  charakter.  Nic  dziwnego.
Według  badających  sprawę  prokuratorów  i  sejmowych  śledczych  Maciej
Książkiewicz stworzył sieć nieformalnych związków biznesowych, z których
czerpał korzyści. W raporcie czytamy:

„Podejmował  on  również  starania,  aby  do  swoistego  układu  włączyć

Włodzimierza  Olewnika.  Maciej  Książkiewicz  prowadził  szereg  działań
sprzecznych  z  przepisami  prawa  oraz  miał  kontakty  ze  światem
przestępczym”. O co chodziło? Sejmowi śledczy nie mieli wątpliwości. Z akt
sprawy  wynika,  że  Książkiewicz  „był  bardzo  zainteresowany  przejęciem
zakładów  mięsnych  na  Służewcu  i  chciał  je  przejąć  przez  kogoś
wiarygodnego.  Uważał,  że  najlepszą  osobą  byłby  Włodzimierz  Olewnik.
Ponadto,  Książkiewicz  odgrażał  się  Olewnikowi  za  fakt  odrzucenia  przez
niego  propozycji  uczestniczenia  w  przejęciu  zakładu  na  Służewcu,  miał
powiedzieć  –  „ten  c…znowu  się  nie  zgodził  i  to  była  jego  ostatnia  szansa
i mu tego nie daruję”.

Co  ciekawe,  Książkiewicz  poznał  również  Włodzimierza  Olewnika

z  Andrzejem  Ł.  –  tajemniczym  człowiekiem,  który  bezskutecznie  usiłował
nawiązać  bliskie  relacje  biznesowe  z  rodziną  Olewników.  Andrzej  Ł.
(faktycznie  nosił  inne  nazwisko)  po  porwaniu  Krzysztofa  starał  się  przejąć
zakłady  jego  ojca.  Z  raportu  sejmowej  komisji  śledczej  wynika,  że  sam
Książkiewicz  był  również  bliskim  znajomym  m.in.  Edwarda  M.  –
 podejrzewanego o zlecenie zabójstwa Marka Papały i Romana K. – byłego
ważnego  urzędnika  MSW,  który  również  przewija  się  w  tej  sprawie.  Czy
skandaliczne  zaniechania  komendanta  Książkiewicza  i  jego  podwładnych
w sprawie Olewnika były tylko wynikiem błędów? Na to pytanie odpowiedzi

background image

szuka  prokuratura.  Jedna  z  prokuratorskich  tez  zakłada,  że  Książkiewicz  –
  jako  szef  policji  –  celowo  sprowadzał  śledztwo  na  fałszywe  tory.  Gdyby
śledczy  w  2003  roku  wiedzieli  to,  co  wiedzą  teraz,  komendant  mógłby
usłyszeć  zarzuty.  A  wówczas  –  walcząc  o  łagodniejszą  karę  –  mógłby
opowiedzieć  o  innych  osobach  zamieszanych  w  zbrodnię  na  Krzysztofie.
W  tej  sytuacji  co  najmniej  zastanawia  fakt,  że  oficjalna  data  śmierci
Książkiewicza  nastąpiła  dwa  tygodnie  po  bestialskim  zabójstwie  Krzysztofa
i  tuż  przed  terminem  przesłuchania.  Dziwi  to  tym  bardziej,  że  oficjalna
wersja  zgonu  zawiera  tyle  zagadek.  Jeśli  Książkiewicz  faktycznie  zmarł,  to
wszystkie swoje tajemnice zabrał do grobu. Jeśli natomiast upozorował swoją
śmierć  i  wyjechał  z  Polski  pod  zmienionym  nazwiskiem,  jego  odnalezienie
może  być  niezwykle  trudne.  Tym  bardziej,  że  o  tych,  którzy  chcieliby  go
odnaleźć i sprowadzić do Polski, z pewnością upomni się Seryjny.

background image

Rozdział VII

Tajemnice Samoobrony 

5  sierpnia  2011  Polskę  obiegła  informacja  o  tym,  że  w  warszawskiej

siedzibie „Samoobrony” znaleziono zwłoki jej przewodniczącego – Andrzeja
Leppera.  Informacja  trafiła  natychmiast  na  czołówki  wszystkich  mediów
i  niemal  natychmiast  wywołała  spiskowe  teorie.  Na  miejscu  pojawili  się  od
razu prokuratorzy i funkcjonariusze policji, a po nich dziennikarze z prawie
wszystkich mediów. Kilkanaście godzin po tragedii w biurze „Samoobrony”
śledczy  podali  do  wiadomości  publicznej,  że  dochodzenie  prokuratorskie
zostanie  poddane  kontroli  Prokuratury  Apelacyjnej  w  Warszawie  oraz
zostanie  objęte  monitoringiem  Prokuratury  Generalnej.  –  Oznacza  to,  że
będziemy  na  bieżąco  informowani  o  postępach  w  śledztwie,  konkretnych
czynnościach  procesowych  i  ich  efektach  –  tłumaczył  Mateusz  Martyniuk,
rzecznik  prasowy  Prokuratora  Generalnego.  Jak  zaznaczył,  taki  monitoring
ma  miejsce  w  wypadku  śledztw  najwyższej  wagi.  Było  to  przyznanie,  że
wyjaśnienie  śmierci  Leppera  prokuratura  traktuje  priorytetowo.  To
ewenement,  bo  dotychczas  najważniejsze  polskie  śledztwa  wcale  nie  były
obejmowane  monitoringiem.  Na  polecenie  Prokuratora  Generalnego  lub
krajowego  dokonywano  jedynie  przeglądu  akt,  gdy  media  informowały
o  rażących  wpadkach  prokuratury.  Decyzja  o  objęciu  śledztwa
monitoringiem  to  zadośćuczynienie  żądaniu  grupy  polityków  PiS  w  tym
posła  Arkadiusza  Mularczyka  i  eurodeputowanego  Zbigniewa  Ziobry.
Posłowie  opozycji  domagali  się  również,  aby  sprawą  zajęła  się  sejmowa
Komisja  Sprawiedliwości  i  Praw  Człowieka.  W  jej  gestii  leży  m.in.  troska
o  praworządność,  prawidłowe  funkcjonowanie  wymiaru  sprawiedliwości
i  realizowanie  praw  obywatelskich.  To  o  tyle  ciekawe  żądanie,  że

background image

wiceprzewodniczącym  tej  komisji  jest  właśnie  Arkadiusz  Mularczyk.  –
  Chcemy  mieć  pewność,  że  wszelkie  okoliczności  tej  sprawy  zostaną
rzetelnie,  dokładnie  zbadane.  Dlatego  na  tym  posiedzeniu  komisji  chcemy
wiedzieć,  jakie  są  wstępne  ustalenia  śledztwa,  jakie  czynności  prokuratura
podjęła  i  jakie  zamierza  podjąć  w  przyszłości  –  mówił  na  konferencji
prasowej Mularczyk. Zażądał, aby na specjalnym posiedzeniu komisji stawił
się  Prokurator  Generalny  Andrzej  Seremet  i  przedstawił  wstępne  ustalenia
śledztwa.  Propozycja  jest  o  tyle  zaskakująca,  że  poseł  Mularczyk
(z wykształcenia prawnik) domagał się, aby Seremet przedstawił informacje
pochodzące  z  akt  śledztwa,  które  z  mocy  ustawy  chronione  są  tajemnicą  aż
do zakończenia postępowania. Co jeszcze bardziej zaskakujące: posłowie PiS
wcześniej nie składali wniosku, aby sejmowa komisja zajmowała się innymi
głośnymi  sprawami  –  m.in.  uprowadzeniem  Krzysztofa  Olewnika  czy
zabójstwem Marka Papały. Nie domagali się tego także w latach 2005-2007,
gdy  PiS  sprawował  rządy.  Ich  zaniepokojenie  wzbudziła  dopiero  śmierć
Leppera. Takie zachowanie dwóch kontrowersyjnych posłów PiS mogło mieć
tylko  jeden  cel:  próbę  systematycznego  uzyskiwania  bieżących  informacji
o prowadzonym śledztwie.

Gdy  wiadomość  o  śmierci  Leppera  zdominowała  czołówki  mediów,  na

kolejnej  konferencji  prasowej  Zbigniew  Ziobro  zażądał  ponownego
wszczęcia  śledztwa  w  sprawie  przecieku  w  tzw.  aferze  gruntowej.  Chodziło
o  okoliczności  ostrzeżenia  Andrzeja  Leppera  o  planowanych  przeciwko
niemu działaniach Centralnego Biura Antykorupcyjnego. W lipcu 2007 roku
CBA  zatrzymało  dwóch  współpracowników  Andrzeja  Leppera,  którzy
w  zamian  za  łapówkę  obiecywali  odrolnienie  ziemi  na  Mazurach.  Sam
Lepper  nie  został  zatrzymany,  jednak  później  Jarosław  Kaczyński
zdymisjonował  go.  Prokuratura  ustaliła,  iż  przewodniczący  został  wcześniej
ostrzeżony o szykowanej prowokacji CBA i mógł się przed nią zabezpieczyć.
Kto  ostrzegł  Leppera  o  wymierzonych  w  niego  działaniach?  Na  to  pytanie
odpowiedzi jeszcze w 2007 roku zaczęła szukać prokuratura (nadzorował ją
wtedy…  Zbigniew  Ziobro).  W  sierpniu  2007  roku  Agencja  Bezpieczeństwa
Wewnętrznego  zatrzymała  byłego  ministra  spraw  wewnętrznych  Janusza
Kaczmarka  pod  zarzutem  utrudniania  śledztwa  w  sprawie  afery  gruntowej.
Powodem  zatrzymania  była  ekspertyza  biegłych,  z  której  wynikało,  że  to
właśnie  Kaczmarek  miał  być  źródłem  przecieku.  Dowodzić  tego  miał  m.in.
zapis  monitoringu  z  hotelu  Marriott,  gdzie  Kaczmarek  spotkał  się  m.in.

background image

z  posłem  Samoobrony  Lechem  Woszczerowiczem  (bliskim  znajomym
Leppera).  Zapis  ten  został  ujawniony  w  trakcie  konferencji  prasowej
prokuratora 

Jerzego 

Engelkinga. 

Ostatecznie 

śledztwo 

przeciwko

Kaczmarkowi  zostało  umorzone  w  2009  roku,  śledztwo  w  sprawie
ujawnienia przez niego tajemnicy państwowej i służbowej. Sąd Rejonowy dla
Warszawy-Mokotowa  uznał  prawomocnie,  że  zatrzymanie  Kaczmarka  było
bezzasadne  i  nieprawidłowe.  Dlaczego  przez  ponad  dwa  lata  Zbigniew
Ziobro  nie  domagał  się  ponownego  śledztwa  w  sprawie  tzw.  afery
przeciekowej?  Odpowiedzią  na  to  pytanie  mogą  być  taśmy,  które  zaraz  po
śmierci  Leppera  z  własnej  inicjatywy  ujawnił  Tomasz  Sakiewicz  –  redaktor
naczelny  popierającej  PiS  „Gazety  Polskiej”.  Z  akt  śledztwa  (w  tym
z  protokołu  przesłuchania  samego  Sakiewicza)  wynika,  że  Lepper  poprosił
go  o  umówienie  mu  spotkania  z  Jarosławem  Kaczyńskim.  Chciał  się  z  nim
podzielić  wiedzą  o  tym,  kto  był  źródłem  przecieku  w  sprawie  afery
gruntowej. Do tej sprawy jeszcze później wrócimy.

Jeśli Andrzej Lepper powiedział prawdę, istotnie może to stanowić zwrot

w  sprawie  afery  przeciekowej,  jednak  z  całą  pewnością  nie  jest  to  zwrot  po
myśli Ziobry i Mularczyka. Gdyby prokuratura rzeczywiście zdecydowała się
wznowić śledztwo w sprawie przecieku, musiałaby odpowiedzieć na pytanie
o źródło wiedzy samego… Kaczmarka, z którego media w 2007 roku zrobiły
głównego  bohatera  afery  przeciekowej.  5  lipca  2007  roku,  gdy  –  zdaniem
prokuratorów  –  na  40.  piętrze  hotelu  Marriott  miało  dojść  do  przekazania
tajnej  informacji  o  zbliżającej  się  akcji  –  Janusz  Kaczmarek  pełnił  funkcję
ministra  spraw  wewnętrznych  i  administracji.  Sprawą  żądania  łapówek
w  ministerstwie  rolnictwa  zajmowało  się  Centralne  Biuro  Antykorupcyjne
kierowane  wówczas  przez  Mariusza  Kamińskiego.  Policja  podlegająca
Kaczmarkowi nie prowadziła w tej sprawie żadnych czynności. Nadzorująca
operację  CBA  prokuratura  podlegała  Ziobrze,  z  którym  Kaczmarek
pozostawał  wówczas  w  bliskich  relacjach.  Oficjalnie  więc  Kaczmarek  nie
miał prawa wejść w posiadanie wiedzy o zbliżającej się operacji CBA!

Jeszcze ciekawsze są zeznania Andrzeja Leppera złożone w Prokuraturze

Okręgowej  w  Warszawie  w  sprawie  afery  gruntowej  (sygn.  akt.  VI  Ds.
80/07). Na pytanie prokuratora Arkadiusza Dury, były wicepremier i minister
rolnictwa  opowiedział  o  spotkaniu  z  Jarosławem  Kaczyńskim,  które  odbyło
się w gabinecie szefa rządu 4 lipca 2007 roku. W spotkaniu tym uczestniczył
również  Przemysław  Edgar  Gosiewski.  Przedmiotem  rozmowy  była  m.in.

background image

nominacja na członka rady nadzorczej TVP Piotra Ryby – współpracownika
Leppera,  później  zatrzymanego  przez  CBA.  W  protokole  czytamy:
„Zapytałem  wtedy  co  ze  sprawą  kandydatów  do  rady  nadzorczej  TVP.
Premier spojrzał na Gosiewskiego i zapytał: „Przemek, co z tą sprawą?”. Na
to  Gosiewski  odpowiedział,  że  jeszcze  dwa  dni  i  cała  sprawa  zostanie
zakończona”. Ta informacja zdumiała Leppera, gdyż w dniu, o którym mówił
Gosiewski,  nie  miało  się  dziać  nic  związanego  z  obsadą  rady  nadzorczej
TVP. Lepper powiedział również prokuratorom o innej rozmowie. Miała ona
miejsce kilkadziesiąt godzin wcześniej, w jego gabinecie. Przyszedł do niego
Gosiewski i wypytywał o „tych dwóch, za którymi chodzą służby”. W trakcie
rozmowy  okazało  się,  że  ma  to  związek  ze  sprawą  odrolnienia  gruntu
w  Mrągowie.  To  właśnie  wtedy  Lepper  miał  zdać  sobie  sprawę,  że  agenci
CBA  inwigilują  Piotra  R.  i  Andrzeja  K.  w  związku  ze  sprawą  odrolnienia
ziemi.  Z  akt  śledztwa  wynika,  że  tego  samego  dnia,  o  rozmowie
z Gosiewskim dowiedział się Piotr Ryba, który z kolei ostrzegł Andrzeja K.
„Od niego usłyszałem informację, że ta sprawa jest miną˝” – zeznawał kilka
dni  później  w  prokuraturze  Andrzej  K.  To  o  tyle  zaskakujący  wątek,  że
Przemysław Edgar Gosiewski również nie miał prawa wiedzieć o zbliżającej
się  akcji  CBA  (sam  również  to  podkreślał)  i  wiedzę  na  ten  temat  mógł
zaczerpnąć  tylko  od  Jarosława  Kaczyńskiego.  Jeśli  więc  prokuratura
zrobiłaby  tak,  jak  chce  Ziobro,  to  po  ujawnieniu  taśm  Sakiewicza
wznowiłaby  śledztwo  w  sprawie  słynnego  przecieku.  Wówczas  musiałaby
zbadać kto, kiedy i w jakich okolicznościach powziął informację o zbliżającej
się  operacji  CBA  w  resorcie  rolnictwa.  A  później  musiałaby  postawić
niewygodne  pytania  najważniejszym  politykom  PiS.  W  tej  sytuacji  wniosek
posła  Mularczyka,  aby  Prokurator  Generalny  opowiadał  w  sejmie
o  postępach  śledztwa  w  sprawie  śmierci  Leppera  wydawała  się  wynikać
z  bieżącego  interesu  partyjnego.  Chodziło  o  to,  aby  z  wyprzedzeniem
dowiedzieć  się  o  tym,  czy  w  śledztwie  zebrano  jakikolwiek  materiał
obciążający PiS. Ostatecznie nic z tego nie wyszło, bo Prokurator Generalny
nie udostępniał politykom PiS akt śledztwa.

Aby  rozwikłać  tajemnicę  śmierci  Leppera,  konieczne  jest  odtworzenie

ostatnich dwóch dni jego życia. W czwartek 4 sierpnia, o godzinie 9.00 rano
Lepper wyjechał ze swojego domu w Zielnowie (woj. zachodniopomorskie)
do Warszawy. Wiózł go Mieczysław Meyer – kierowca i jeden z najbliższych
współpracowników.  Około  godziny  16.00  dotarli  do  siedziby  Samoobrony.

background image

Zmęczony  kierowca  poszedł  się  położyć  do  swojego  małego  pokoju,  który
urządzono  mu  w  budynku.  W  tym  czasie  przewodniczący  spotkał  się
najpierw  z  Piotrem  Tymochowiczem,  potem  z  Januszem  Maksymiukiem.
Meyer  zobaczył  go  po  raz  ostatni  w  piątek,  piątego  sierpnia  około  godziny
8  rano.  Poprosił  szefa,  aby  dał  mu  klucze  do  drzwi  wejściowych,  bo  Meyer
chciał  zejść  na  dół  i  kupić  bilety  do  parkomatu,  aby  samochód  mógł  stać
dalej. Kilka godzin później pojechał do biura radcy prawnej Małgorzaty Gut
–  pełnomocniczki  partii.  Tam  odebrał  telefon.  Dzwoniono  z  siedziby
„Samoobrony” i powiadomiono go, że Lepper nie żyje. Meyer i mecenas Gut
natychmiast  przyjechali  do  biura.  Pani  mecenas  zadzwoniła  po  pogotowie
i  policję.  I  godzinę  później  wiadomość  o  śmierci  Andrzeja  Leppera  była  na
ustach wszystkich.

Zeznając  w  Prokuraturze  Okręgowej  w  Warszawie,  Mieczysław  Meyer

mówił, że to, co rzuciło mu się w oczy w pokoju Leppera, to totalny bałagan:
porozrzucane  filiżanki,  talerze,  niepościelone  łóżko.  Było  to  o  tyle
zaskakujące,  że  Lepper  bardzo  dbał  o  czystość  i  porządek.  Jak  się  okazało,
około  godziny  16.20  zięć  Leppera  –  zaniepokojony  jego  dłuższym  brakiem
aktywności  –  wszedł  do  jego  pokoju  i  wtedy  odkrył  jego  zwłoki.  Według
prokuratury, wisiały na sznurze co najmniej cztery godziny. Wynikało z tego,
że Lepper powiesił się około godziny 12.00.

Po  kilku  miesiącach  wyszło  na  jaw,  że  prokuratorzy  i  policjanci  znaleźli

w  łazience  Leppera  siedem  śladów  obuwia.  W  trakcie  wielomiesięcznego
śledztwa nie udało się ustalić ani modelu butów, ani ich właścicieli. Nikt ze
współpracowników  szefa  „Samoobrony”  nie  przyznawał  się  do  tego,  żeby
wchodził  do  łazienki  Leppera.  Była  to  poszlaka,  że  w  dzień  jego  śmierci,
w jego pomieszczeniu znalazły się jakieś inne osoby. To z kolei potwierdzało
tezę, że śmierć nie była wynikiem samobójstwa tylko działania osób trzecich.
Jeszcze bardziej zaskakujące jest to, że policjanci i prokuratorzy zlekceważyli
rusztowanie  stojące  na  podwórku,  po  którym  można  było  dostać  się  do
wnętrza  apartamentu  Leppera.  Niewyjaśniona  pozostała  również  sprawa
zatrzymanej  klatki  w  telewizorze,  który  włączony  był  na  kanale  5  (Polsat
News).  W  pewnym  momencie  emisja  została  zatrzymana,  ale  nie  wiadomo
z  jakiego  powodu.  Telewizor  mógł  się  zaciąć  (mało  prawdopodobne).  Mógł
też  zostać  uszkodzony  podczas  ewentualnej  szamotaniny  Leppera
z napastnikiem.

Z  lakonicznych  wypowiedzi  przedstawicieli  prokuratury  wynika,  że

background image

Lepper  targnął  się  na  własne  życie,  bo  miał  kłopoty  finansowe  i  prawne.
Przegrał  kilka  spraw,  groziło  mu  więzienie,  nie  miał  pieniędzy,  a  jego  syn
znajdował  się  w  fatalnym  stanie  zdrowia.  I  tutaj  pojawiają  się  pierwsze
wątpliwości. Czy to możliwe, żeby dojrzały mężczyzna, cieszący się udanym
życiem  rodzinnym  (Lepper  wielokrotnie  podkreślał  w  wypowiedziach
publicznych,  że  jest  dumny  ze  swojej  kochającej  się  rodziny)  targnął  się  na
swoje życie w sytuacji, gdy ma ciężko chorego syna? Grzywien nie było tak
dużo,  jak  przedstawiały  to  media,  a  sytuacja  procesowa  nie  była  tak
dramatyczna.  Zresztą  Lepper  w  swoim  życiu  trafił  kilkakrotnie  za  kratki
i  perspektywa  znalezienia  się  ponownie  w  celi  nie  mogła  być  dla  niego
niczym  wywołującym  depresję  lub  myśli  samobójcze.  Pytań  było  więcej:
dlaczego z sekcją zwłok czekano do poniedziałku, choć przez ten czas mogą
zniknąć  z  organizmu  ślady  wielu  substancji  psychotropowych?  Dlaczego  ze
śledztwa wykluczono wątki polityczne?

Kluczową  sprawą  do  zrozumienia  tajemnicy  śmierci  Andrzeja  Leppera

jest  archiwum,  które  gromadził  i  wiedza,  jaką  posiadał.  Zaś  kluczową
postacią  do  wyjaśnienia  okoliczności  śmierci  jest  Ryszard  Kuciński  –
  nieżyjący  już  były  prokurator  warszawski,  później  adwokat  i  pełnomocnik
Leppera.  To  u  niego  były  wicepremier  przez  lata  deponował  dokumenty.
Jednak  gdy  Lepper  zginął,  Kuciński  od  kilku  miesięcy  już  nie  żył,  a  los
dokumentów jest nieznany. Ale po kolei.

Mamy rok 2004. Prezydentem jest Aleksander Kwaśniewski, urzędującym

premierem  Marek  Belka,  a  byłym  –  Leszek  Miller.  Najważniejszą  sprawą
w Polsce jest komisja śledcza wyjaśniająca okoliczności zatrzymania prezesa
PKN  Orlen  –  Andrzeja  Modrzejewskiego.  Komisja  ta  odsłania  ciemne
interesy  ekipy  Kwaśniewskiego  m.in.  ich  zgodę  na  sprzedaż  Rosjanom
polskiego  sektora  naftowego.  W  kluczowym  momencie  prac  tej  komisji
do  złożenia  zeznań  wezwany  został  prezydent  Aleksander  Kwaśniewski.
Wówczas do dziennikarza „Wprost” Wojciecha Sumlińskiego zadzwonił jego
znajomy  –  były  oficer  Wojskowej  Służby  Wewnętrznej  –  pułkownik
Aleksander  Lichocki,  który  zaproponował  mu  opublikowanie  zdjęć
Kwaśniewskiego z Markiem Dochnalem – lobbystą, negatywnym bohaterem
afery Orlenu. Lichocki skierował Sumlińskiego do człowieka, który miał mu
przekazać  zdjęcia.  Był  to  właśnie  Ryszard  Kuciński  –  wówczas  adwokat.
Z  relacji  dziennikarza  wynika,  że  Lichocki  mówił  mu,  że  Kuciński  „jest
nasz”,  czyli,  że  współpracuje  ze  służbami  specjalnymi.  Adwokat  przekazał

background image

zdjęcia. Ukazały się  na łamach „Wprost”  kilka dni później.  Jak się okazało,
w  ten  sposób  służby  specjalne  –  posługując  się  mediami  –  dały
Kwaśniewskiemu  znać,  że  mają  wiedzę  o  jego  spotkaniach  z  Dochnalem.
Związkom  tym  Kwaśniewski  chciał  zaprzeczać  (wówczas  naraziłby  się  na
zarzut  fałszywych  zeznań).  Tym  samym  Kuciński  odegrał  ważną  rolę
w operacji specjalnej tajnych służb.

Gdy  w  2008  roku  jako  dziennikarz  „Wprost”  badałem  sprawę  afery

gruntowej  (Kuciński  był  pełnomocnikiem  Leppera  i  obrońcą  jednego
z oskarżonych), moi znajomi wywodzący się z tajnych służb ostrzegali mnie,
że  Kuciński  to  „ich  człowiek”,  który  jest  na  niejawnym  etacie  w  ABW.
O prawdziwości tych informacji mogłem się później przekonać kilka razy.

W  2007  roku  Andrzeja  Leppera  zmiotła  ze  sceny  politycznej  afera

gruntowa.  Centralne  Biuro  Antykorupcyjne  zatrzymało  Piotra  R.  i  Andrzeja
K., którym postawiono zarzuty powoływania się na wpływy w ministerstwie
rolnictwa  w  celu  uzyskania  korzyści  majątkowej.  Obaj  współpracownicy
Leppera  oferowali  możliwość  załatwienia  odrolnienia  działki  w  Mrągowie
w zamian za 3 miliony złotych łapówki. W ostatniej chwili zostali ostrzeżeni.
Do Andrzeja K. zadzwonił Piotr R., którego o sprawie poinformował Lepper.
Z kolei Lepper miał się o tym dowiedzieć od posła Lecha Woszczerowicza,
który  zdobył  tę  wiedzę  w  hotelu  Marriott,  w  trakcie  spotkania  z  Ryszardem
Krauze  i  Januszem  Kaczmarkiem.  Według  byłego  szefa  CBA  Mariusza
Kamińskiego,  źródłem  przecieku  w  sprawie  był  właśnie  Janusz  Kaczmarek.
Innego zdania była prokuratura, która śledztwo w sprawie umorzyła i nikogo
nie oskarżyła o spowodowanie przecieku.

Na  pewien  czas  przed  swoją  śmiercią,  Lepper  poprosił  o  spotkanie

redaktora  naczelnego  „Gazety  Polskiej”  Tomasza  Sakiewicza.  Z  protokołu
przesłuchania Sakiewicza wynika, że prosił go o umożliwienie mu spotkania
z  Jarosławem  Kaczyńskim.  Lepper  chciał  bowiem  przedstawić  mu  dowody,
że  źródłem  przecieku  w  sprawie  tzw.  afery  gruntowej  był  właśnie  Janusz
Kaczmarek.  Do  spotkania  nie  doszło,  bo  Lepper  został  znaleziony
powieszony.

Z relacji współpracowników przewodniczącego „Samoobrony”, z którymi

rozmawiałem,  wynika,  że  zgromadzone  dokumenty  miały  stanowić  „polisę
ubezpieczeniową”  Leppera.  Z  jednej  strony,  różni  ludzie  mieli  świadomość,
że ma o nich ogromną wiedzę (Kuciński mawiał, że gdyby ujawnił wszystkie
dokumenty, które posiada, to spaliłby niejedną karierę polityczną w Polsce),

background image

co  miało  mu  zagwarantować  bezkarność.  Z  drugiej  strony,  archiwum  miało
stanowić  kartę  przetargową  Leppera  w  wielkiej  polityce.  Z  relacji  jego
współpracowników z „Samoobrony” wynika, że Lepper marzył o tym, żeby
pójść do wyborów wspólnie z PiS-em i wrócić do wielkiej polityki.

W  tym  kontekście  bardzo  ciekawa  jest  rola  Janusza  Maksymiuka.  Jeden

z  najbliższych  doradców  Leppera  –  był  też  jedyną  wpływową  osobą
w  „Samoobronie”,  która  sprzeciwiała  się  pomysłowi  koalicji  z  PiS.  Tuż  po
śmierci przewodniczącego natychmiast pojechał do Zielnowa do jego rodziny
i prosił wdowę o podpisanie pewnych dokumentów. Jednak Irena Lepperowa
odmówiła,  a  rodzina  byłego  wicepremiera  nie  chciała  ani  rozmawiać
z Maksymiukiem, ani nawet wpuścić go do domu. Został wyrzucony za próg
– jak opowiedział mi jeden z rozmówców.

Wróćmy  jednak  do  Andrzeja  Leppera.  Po  2007  roku  ten  prosty,  uparty

chłop  robił  wszystko,  żeby  wrócić  do  polityki.  Zaangażował  się  również
w  biznes.  Wspólnie  z  Piotrem  Rybą  założył  spółkę,  która  miała  zająć  się
wymianą  handlową  z  Białorusią.  I  tu  kolejna  niespodzianka:  gdy  Polskę
obiegła  informacja  o  śmierci  Leppera,  białoruskie  MSZ  zwróciło  się  do
polskich  władz  z  prośbą  o  objęcie  śledztwa  „szczególnym  nadzorem”.
W  ostatnich  latach  swojego  życia,  Lepper  często  wyjeżdżał  na  Białoruś,  na
Ukrainę i do Rosji, gdzie robił interesy (niewiele o nich wiadomo). Wiadomo
jednak,  że  prowadził  również  własne  śledztwo  na  temat  afery  gruntowej
(jednym  z  jego  rozmówców  na  ten  temat  byłem  ja).  Po  kilku  latach  od
tamtych wydarzeń, doszedł do wniosku, że sprawa ma drugie dno, że była to
rozgrywka  tajnych  służb,  wymierzona  w  niego  i  Kaczyński  popełnił  błąd,
wyrzucając  go  z  rządu.  Rzecz  w  tym,  że  –  zdaniem  Leppera  –  w  tej  grze
brały  udział  służby  nie  tylko  polskie,  ale  również  rosyjskie.  Według  jego
wersji  ostrzeżenie  współpracowników  Leppera  i  wyrzucenie  z  rządu  jego
samego miało na celu wywołanie kryzysu politycznego w Polsce, który miał
doprowadzić do rozpadu koalicji, wcześniejszych wyborów (tak się też stało)
i  odejścia  PiS-u.  Celem  nie  był  więc  Lepper.  Celem  był  Kaczyński.  Do
takiego  wniosku  doszedł  po  licznych  wyjazdach  na  Wschód.  Czy  był  to
wynik jego śledztwa, czy ktoś nim manipulował – nie wiadomo. Wydaje się
natomiast  prawdopodobne,  że  Lepper  –  podczas  swoich  wojaży  –  zdobył
bardzo ciekawą wiedzę obciążającą obecnych polskich polityków. Tę wiedzę
wraz  z  potwierdzającymi  to  dowodami  (nagraniami  rozmów,  tajemniczymi
dokumentami) 

były 

wicepremier 

chciał 

przekazać 

Kaczyńskiemu

background image

i  zaproponować  mu  wspólny  start  w  wyborach.  Takie  rozwiązanie  z  jednej
strony  pomogłoby  Kaczyńskiemu  zdobyć  ogromną  wiedzę  o  politycznych
przeciwnikach i o działaniu w Polsce rosyjskich służb specjalnych. Z drugiej
strony  –  dodałoby  PiS-owi  poparcia  elektoratu  „Samoobrony”  (wcale  nie
takiego  małego),  które  mogło  pomóc  uzyskać  lepszy  wynik  w  wyborach
(a  może  nawet  je  wygrać).  Być  może  Lepper  w  kluczowym  momencie
zmienił  front  i  zamiast  grać  kwitami  przeciwko  Kaczyńskiemu,  zaczął  grać
razem z nim. Kluczem do tego rozwiązania było archiwum Andrzeja Leppera
zdeponowane  u  Ryszarda  Kucińskiego.  Tyle  tylko,  że  Kuciński  nagle…
zmarł.  26  maja  2011  roku  zakończył  życie  w  szpitalu  w  Warszawie.
Oficjalnym powodem śmierci był zawał serca. To o tyle dziwne, że Kuciński
cieszył się dobrym zdrowiem. Miał wprawdzie problemy alkoholowe, ale nie
skarżył się na problemy z sercem.

Minął  miesiąc  i  w  siedzibie  „Samoobrony”  doszło  do  tragedii.

Samobójstwo  popełnił  Wiesław  Podgórski  –  asystent  i  najbliższy
współpracownik Leppera, który kilkakrotnie razem z nim był na Wschodzie.
Warszawska  prokuratura  umorzyła  śledztwo,  twierdząc,  nikt  go  do  tego  nie
nakłaniał.  Sprawa  jest  o  tyle  dziwna,  że  nikt  z  jego  współpracowników  nie
zauważył  żadnych  objawów  które  wskazywałyby,  że  Podgórski  zmaga  się
z depresją, ma myśli samobójcze lub jakiekolwiek poważne problemy.

W  lipcu  2011  roku  w  Moskwie  zmarła  mecenas  Róża  Żarska  –  była

adwokatka  Andrzeja  Leppera  (broniła  go  m.in.  w  sprawach  karnych),  jego
zaufana współpracowniczka. Okoliczności śmierci mecenas Róży Żarskiej są
nieznane.

I  w  końcu,  w  sierpniu  2011  roku  znaleziono  zwłoki  Andrzeja  Leppera.

Być  może  przewodniczący  „Samoobrony”  nie  odczytał  zrozumiałych
sygnałów  płynących  z  poprzednich  trzech  „samobójstw”  i  w  odpowiedniej
chwili nie wysłał swoim oponentom sygnału, że przestanie im zagrażać.

background image

Rozdział VIII

Smoleńskie samobójstwa

28  października  2012  r.,  rankiem,  Polską  wstrząsnęła  informacja

o odnalezieniu zwłok chorążego Remigiusza Musia – technika pokładowego,
członka  załogi  JAK-a  40  o  numerze  bocznym  044,  który  10  kwietnia  2010
roku rankiem, wylądował w Smoleńsku. Ze wstępnych ustaleń wynikało, że
42-letni  chorąży  Remigiusz  Muś  wyszedł  z  mieszkania  w  sobotę  27
października około godziny 22. 00. Nie powiedział żonie dokąd się wybiera
ani  o  której  godzinie  wróci.  Półtorej  godziny  później  jego  żona  poszła  do
piwnicy po zimowe buty (sobota była pierwszym dniem, kiedy na Mazowszu
padał  śnieg).  Około  godziny  23.30  odkryła  zwłoki  męża.  Wisiały  na  linie
w  piwnicy.  Najpierw  próbowała  odciąć  męża,  ale  jej  się  to  nie  udało.
Pobiegła z krzykiem do sąsiada i wspólnie przecięli linę. Inny sąsiad wezwał
policję i pogotowie, a w tym czasie żona podjęła próbę reanimacji. Okazało
się to jednak bezskuteczne. Lekarz pogotowia ratunkowego stwierdził zgon.

Dziwna  śmierć  chorążego  Remigiusza  Musia  wstrząsnęła  opinią

publiczną. Antoni Macierewicz i Jarosław Kaczyński sugerowali, że ma ona
związek  z  katastrofą  smoleńską  i  zażądali  ochrony  dla  pozostałych  dwóch
członków  załogi  JAK-a  40.  Natychmiast  zareagowała  na  to  wojskowa
prokuratura,  która  prowadzi  śledztwo  w  sprawie  katastrofy.  „Wojskowa
Prokuratura Okręgowa w Warszawie nie posiada wiedzy procesowej na temat
jakichkolwiek  zagrożeń  dla  któregokolwiek  ze  świadków  przesłuchanych
w toku śledztwa dotyczącego katastrofy smoleńskiej” – mówił jej rzecznik –
  płk  Zbigniew  Rzepa.  Jak  podkreślił,  o  ochronę  taką  nie  występowali  sami
zainteresowani,  czyli  porucznicy  Artur  Wosztyl  i  Rafał  Kowaleczko  –
  dowódca  i  drugi  pilot  JAK-a  40,  którzy  lądowali  w  Smoleńsku  godzinę

background image

przed tragedią Tu 154 M.

Śmiercią  chorążego  Musia  zajęła  się  rutynowo  Prokuratura  Rejonowa

w  Piasecznie,  która  powierzyła  czynności  w  tej  sprawie  lokalnej  policji.
Potem śledztwo przejęła Prokuratura Okręgowa w Warszawie, a ta zarządziła
przeprowadzenie  sekcji  zwłok.  Jej  rzecznik  Dariusz  Ślepokura  ujawnił,  że
Muś  zmarł  wskutek  ucisku  pętli  na  narządy,  czyli  wskutek  uduszenia  się.
Dowodem była jedna bruzda wisielcza widoczna na szyi zmarłego. – „Nie ma
śladów  wskazujących  na  udział  osób  trzecich”  –  mówił  prokurator  Dariusz
Ślepokura  dziennikarzom,  gdy  śledczy  otrzymali  wyniki  sekcji  zwłok,  która
zakończyła się w poniedziałek po południu. Podkreślił, że prokuratura zleciła
również  badania  toksykologiczne,  mające  wykazać,  czy  Remigiusz  Muś
w  chwili  śmierci  był  pod  wpływem  alkoholu  lub  narkotyków.  Ich  wyniki
znane miały być najwcześniej po kilku tygodniach.

W  sprawie  śmierci  Remigiusza  Musia  istnieją  dwie  wersje  zdarzeń.

Pierwsza  mówi  o  tym,  że  z  własnej  inicjatywy  targnął  się  na  swoje  życie.
Druga zakłada, że ktoś go do tego namówił lub decyzję tę na nim wymusił.
Jednak  dzisiejszy  stan  wiedzy  pozwala  podchodzić  ostrożnie  do  każdej
z hipotez.

Przede  wszystkim:  policjanci  ani  prokuratorzy  nie  znaleźli  dowodów

mówiących  o  tym,  że  ktoś  nakłaniał  wojskowego,  by  targnął  się  na  własne
życie.  To  może  wskazywać  na  to,  że  działał  z  własnej  inspiracji.  Z  drugiej
jednak  strony  przyjaciele  wspominają  Musia  jako  człowieka  wesołego,
pogodnego i pełnego życia. Wojskowy od niedawna był na emeryturze i miał
ambitne  plany  zawodowe.  On  i  jego  rodzina  nie  mieli  poważnych
problemów:  ani  finansowych,  ani  żadnych  innych.  To  nie  pozwala  odkryć
motywów  samobójstwa.  Pojawiły  się  oczywiście  plotki,  że  cierpiał  na
depresję,  a  w  ostatnich  dniach  był  bardzo  przygnębiony,  jednak  później
okazały  się,  że  to  informacje  wyssane  z  palca.  Muś  nie  zostawił  listu
pożegnalnego,  co  jest  częstą  praktyką  w  przypadku  osób  popełniających
samobójstwo.  Nie  jest  to  też  jednak  reguła,  nie  każdy  samobójca  go
pozostawia.

Dla  wyjaśnienia  okoliczności  tragicznej  tej  śmierci  kluczowe  są

wydarzenia  z  soboty  27  października.  Tego  dnia  planował  udać  się  na
imprezę  dla  lotników  wojskowych,  w  której  regularnie  brał  udział  od
początku  swojej  kariery.  Impreza  odbywa  się  raz  do  roku  i  gromadzi  także
tych, którzy po zakończeniu służby wojskowej przeszli do pracy w lotnictwie

background image

cywilnym.  Jest  to  okazja  do  spotkania  z  dawnymi  kolegami  i  do  wymiany
doświadczeń.  Muś  zawsze  brał  w  niej  udział,  jednak  tym  razem  nie
przyszedł.  Dlaczego?  Czy  miało  to  związek  z  wieczorną  tragedią?  Na  to
pytanie odpowiedzi śledczy nie znaleźli.

Nie  wiadomo  również,  co  działo  się  z  podoficerem  od  momentu,  kiedy

wyszedł z mieszkania (ok. godz. 22.00) aż do chwili, w której żona znalazła
jego  zwłoki  (ok.  godz.  23.30).  Tu  również  istnieją  dwie  wersje.  Pierwsza
zakłada, że Muś zszedł do piwnicy i tam odebrał sobie życie. Druga mówi, że
na ten desperacki krok zdecydował się dopiero po rozmowie z kimś, kto go
nakłonił  do  odebrania  sobie  życia.  Nie  ma  jednak  dowodów  pozwalających
potwierdzić tę tezę. Dokładny moment zgonu i to, co ewentualnie robił zaraz
po  tym,  jak  wyszedł  z  domu,  na  razie  pozostaje  zagadką.  Być  może  to
kluczowa kwestia, by rozwikłać tę sprawę.

10 kwietnia 2010 roku Remigiusz Muś znalazł się w składzie załogi JAK-

a  40  o  numerze  bocznym  044,  który  wystartował  do  Smoleńska.  Na
pokładzie  znalazło  się  16  dziennikarzy  różnych  redakcji,  którzy  mieli
relacjonować  wizytę  prezydenta  w  Katyniu.  Dowódcą  samolotu  był
porucznik  Artur  Wosztyl,  drugim  pilotem  porucznik  Rafał  Kowaleczko,
a  technikiem  pokładowym  właśnie  Remigiusz  Muś.  Po  powrocie  do
Polski  złożył  w  prokuraturze  szczegółowe  zeznania  na  temat  tamtego
dramatycznego  dnia.  Na  początku  opowiedział  przesłuchującym  go
wojskowym  prokuratorom  o  tym,  że  radiolatarnie  w  Smoleńsku  działały
wadliwie  i  źle  naprowadzały  JAK-a.  W  protokole  jego  przesłuchania
czytamy:  „Chciałbym  w  tym  miejscu  zeznać,  że  wskazania  GPS
w  porównaniu  ze  wskazaniami  dalszej  radiolatarni  różniły  się.  Gdybyśmy
oparli  się  tylko  na  wskazaniach  GPS,  to  wyszlibyśmy  50  do  70  metrów
z lewej strony od osi pasa. (…)W trakcie lotu wyglądało to w ten sposób, że
GPS  nakazywał  nam  skręcać  w  lewo,  a  NPP  i  IKU  nakazywał  nam
korygować w prawo”.

Jednak najważniejszy był ten fragment zeznań, w którym Muś opowiadał,

że  kontroler  z  wieży  w  Smoleńsku  wydał  załodze  polskiego  tupolewa
polecenie,  aby  była  gotowa  do  odejścia  na  drugi  krąg  z  wysokości  50
metrów. Wcześniej to samo nakazał załodze IŁ-a 76. W protokole czytamy:
„W  trakcie  podejścia  IŁ,  korespondencja  pomiędzy  nim  a  wieżą  była
prowadzona  dosyć  często.  (…)  Kontroler  mówił  tylko  o  tym,  że  mają
kontynuować  podejście  i  że  mają  być  gotowi  do  odejścia  na  drugi  krąg

background image

z wysokości nie niżej niż 50 metrów”.

Muś opowiedział również prokuratorom, że słyszał rozmowę prowadzoną

przez wieżę w Smoleńsku z pilotami polskiego tupolewa. „W końcowej fazie
lotu  kontroler  zapytał  się,  czy  chcą  lądować.  Załoga  odpowiedziała,  że
warunkowo  podejdziemy”.  Kontroler  wyraził  zgodę  na  podejście.  Ja  nie
słyszałem,  aby  kontroler  zabronił  im  lądowania  i  odejście  na  zapasowe.
Wydaje  mi  się,  że  kontroler  powiedział  TU-154M,  że  mają  być  gotowi  do
odejścia na drugi krąg z wysokości nie mniejszej niż 50 metrów. Muś bardzo
dobrze  znał  język  rosyjski  i  –  jak  wynika  z  protokołów  jego  zeznań  –
  zapamiętał  też  wypowiedziane  przez  kontrolera  zdanie:  „uchod  na  wtaroj
krug  nie  mienie  piatdiesiat  mietrow”
,  co  dosłownie  oznacza:  odejście  na
drugi  krąg  z  wysokości  nie  mniejszej  niż  50  metrów.  Swoją  relację  Muś
powtórzył  w  lipcu  2010  roku  w  wywiadzie  telewizyjnym.  Stwierdził
kategorycznie,  że  kontroler  określił  minimalną  wysokość  do  odejścia  na
drugi krąg na 50 metrów. Jego wersję potwierdził pilot JAK-a. Artur Wosztyl
zacytował  prokuratorom  komendę  wydaną  przez  wieżę  kontroli  na  lotnisku
Siewiernyj:  „Jak  na  wysokości  50  m  nie  zobaczycie  pasa,  odlatujcie”.  Gdy
ich  zeznania  wyszły  na  jaw,  okazało  się,  że  ich  treść  jest  sprzeczna  ze
stenogramami  rozmów  z  czarnych  skrzynek,  opublikowanymi  w  czerwcu
2010.  Wynika  z  nich  bowiem,  że  kontrolerzy  mówili  o  100,  a  nie  o  50
metrach.

W  zeznaniach  Musia  ważny  jest  również  inny  fragment,  opisujący

wydarzenie,  do  którego  doszło  zaraz  po  tragedii.  „Po  tym,  jak  Tu  154M
rozbił się, ja przez radio z JAK-a skontaktowałem się z wieżą i zapytałem się
kontrolera,  co  z  naszym  TU-154M.  On  odpowiedział,  że  źle.  Później
zapytałem  się  ponownie,  co  z  naszym  samolotem  tzn.  TU  154M.  Kontroler
powiedział,  żebym  wyszedł  z  JAKA-40.  Kiedy  wyszedłem,  w  moją  stronę
szedł  mężczyzna  umundurowany,  w  wieku  około  40-45  lat,  niski  blondyn
o  ogorzałej  twarzy.  Wtedy  też  powiedział  mi,  że  TU  154M  spadł  1500
metrów  przed  pasem.  Ten  mężczyzna  był  przerażony,  trząsł  się  i  mamrotał,
że jest już po nim”.

W  dalszej  części  protokołu  Muś  zeznawał,  że  na  miejscu  katastrofy

znalazł się po około godzinie i widział, co działo się ze zwłokami.

„Kiedy przybyliśmy na miejsce, to pracowały już tam służby ratownicze.

Ja  widziałem  dużo  nagich  ciał.  Leżały  one  pomiędzy  częściami  samolotu.
Jedno  ciało  ludzkie  było  całe.  Pozostałe,  to  były  części  ludzkich  ciał,  ręce,

background image

nogi.  Kiedy  my  tam  byliśmy,  to  nikt  się  nimi  nie  interesował,  tzn.  nie
przykrywał ich, nie zbierał”.

Remigiusz  Muś  był  w  prokuraturze  przesłuchiwany  dwukrotnie:

w  kwietniu  i  czerwcu  2010  roku.  Zaręczał,  że  jego  relacja  jest  wiernym
odzwierciedleniem  tego,  co  widział  i  przeżył  na  lotnisku  Siewiernyj.
Prokuratorzy  nie  mieli  wątpliwości  co  do  jego  wyjaśnień  i  więcej  go.  Czy
śmierć Musia mogła mieć związek z jego wiedzą na temat tego, co wydarzyło
się  10  kwietnia?  Nie  ma  wątpliwości,  że  chorąży  podał  informacje,  które
przeczą oficjalnej wersji zdarzeń. Jednak nie ma też wątpliwości, że cała jego
wiedza  została  spisana  w  trakcie  przesłuchań  i  zawarta  w  protokołach,
których  kopie  mają  rodziny  i  ich  pełnomocnicy.  Gdyby  ktoś  chciał  zabić
Remigiusza Musia, by ten zabrał do grobu swoją wiedzę o zdarzeniach z 10
kwietnia, starałby się to zrobić przed jego pierwszym przesłuchaniem, a nie
ponad  dwa  lata  później.  To  przesłanka  przeciwko  tezie  o  udziale  osób
trzecich w śmierci  Musia. Jednak nie  na tyle silna,  aby rozwiewać wszelkie
wątpliwości.

Śmierć  chorążego  nie  była  pierwszym  tajemniczym  zgonem  osoby

mającej dużą wiedzę o katastrofie smoleńskiej. Dziwne zgony osób mających
lub  mogących  mieć  wiedzę  o  kulisach  katastrofy  zaczęły  się  jeszcze  przed
tragicznym  lotem  do  Smoleńska.  Rankiem  23  grudnia  2009  roku,  kierowca
Kancelarii Premiera przyjechał do Głoskowa, aby odebrać z domu Grzegorza
Michniewicza – wysokiego rangą urzędnika kancelarii. Jednak Michniewicz
nie wychodził. Kierowca, zniecierpliwiony długim oczekiwaniem, wszedł do
domu i znalazł go powieszonego na sznurze. Na miejsce szybko przyjechała
policja  i  prokurator.  Tak  rozpoczęło  się  śledztwo  w  sprawie  śmierci
wysokiego urzędnika Kancelarii Premiera.

Przez  kilkanaście  miesięcy  prokurator  badał  okoliczności  śmierci

Michniewicza. Uzyskał dwa sprzeczne ze sobą sygnały. Po pierwsze: okazało
się, że urzędnik był bardzo przygnębiony, ponieważ odbył poprzedniego dnia
przykrą rozmowę ze swoim szefem – Tomaszem Arabskim, w trakcie której
doszło  między  nimi  do  kłótni.  Michniewicz  zwierzył  się  z  tego  swojemu
bliskiemu 

przyjacielowi 

Pawłowi 

Gutowskiemu 

– 

mieszkającemu

w  Londynie  (rozmawiali  poprzez  Skype’a).  Co  się  działo  dalej  –  tego  nie
wiadomo.

Jednak drugi trop prowadził do zgoła innych wniosków. Prokurator odkrył

bowiem,  że  Michniewicz  planował  wyjazd  razem  z  żoną  do  Białogardu.

background image

Mieli  tam  wspólnie  spędzić  wigilię  i  święta.  Michniewicz  miał  również
poważne plany urlopowe. Wybierał się również na imprezę sylwestrową. Czy
to  możliwe,  aby  człowiek  mający  takie  plany  na  przyszłość,  nagle,  pod
wpływem impulsu popełnił samobójstwo?

Leszek Misiak i Grzegorz Wierzchołowski zwrócili uwagę na zaskakującą

zbieżność:  otóż  samobójstwo  Michniewicza  nastąpiło  tego  samego  dnia,
kiedy  z  Samary  wrócił  tupolew,  który  kilka  miesięcy  później  rozbił  się
w  Smoleńsku,  wioząc  prezydenta  Kaczyńskiego,  Pierwszą  Damę  i  94  inne
osoby. Czy te dwa fakty mają ze sobą związek? Nie wiadomo, bo oficjalnie
śmierć Grzegorza Michniewicza pozostaje niewyjaśniona.

27 kwietnia 2010 roku odnaleziono zwłoki chorążego Stefana Zielonki –

  byłego  szyfranta  kontrwywiadu  wojskowego.  Rok  wcześniej  szyfrant
zaginął.  Pewnego  dnia  po  prostu…  wyszedł  z  domu  i  nie  wrócił.  O  jego
zniknięciu  policję  poinformowała  żona.  Poszukiwania  wszczęto  w  sposób
rutynowy.  Dopiero  później  dołączył  do  nich  kontrwywiad  wojskowy.  Gdy
sprawę opisały media, z początku minister Klich bagatelizował to zdarzenie
i  sugerował  problemy  chorążego  Zielonki  ze  zdrowiem  psychicznym.  To
ostatnie,  gdyby  okazało  się  prawdą,  byłoby  kompromitacją  dla  samego
Klicha  i  podległych  mu  służb,  które  do  największych  tajemnic  służb
dopuściły człowieka niezrównoważonego psychicznie. Okazało się jednak, że
zaginięcie  szyfranta  nie  miało  nic  wspólnego  z  jakimikolwiek  zaburzeniami
psychicznymi. Nieprawdziwa okazała się również późniejsza plotka, iż został
„przejęty”  przez  wywiad  chiński,  któremu  zdradził  wszystkie  tajemnice
naszych  służb  w  zamian  za  azyl  polityczny  i  gwarancję  bezpieczeństwa.
Wszelkie  spekulacje  co  do  losów  Zielonki  i  motywów  jego  ewentualnej
zdrady zostały przecięte, gdy nad Wisłą odnaleziono jego zwłoki.

W sprawie zaginięcia szyfranta śledztwo wszczęła Wojskowa Prokuratura

Okręgowa  w  Warszawie.  Ta  sama,  która  prowadzi  śledztwo  smoleńskie.
Sprawę  umorzyła,  ale  nie  wiadomo  dlaczego,  bo  uzasadnienie  jest  ściśle
tajne.

Czy  zaginięcie  (a  później  śmierć)  szyfranta,  miały  związek  z  katastrofą

smoleńską?  To  ważne  pytanie,  na  które  nie  ma  odpowiedzi.  Jest  jednak
pewna  poszlaka,  która  może  służyć  na  potwierdzenie  tej  tezy.  Tą  poszlaką
jest  fakt,  że  Zielonka  miał  dostęp  do  wszystkich  depesz  i  informacji
spływających  do  polskiego  wywiadu.  Jeśli  prawdą  jest  (a  wiele  na  to
wskazuje),  że  służby  obcych  państw  ostrzegały  stronę  polską  przed

background image

remontem  samolotu  w  Samarze,  a  potem  przed  możliwością  zamordowania
polskiego prezydenta, to z całą pewnością do treści tych depesz musiał mieć
dostęp chorąży Zielonka. Niezależnie od tego, ujawnione przez dziennikarzy
okoliczności jego śmierci każą wątpić w samobójstwo. Chyba, że „seryjne”.

18 kwietnia 2010 roku na drodze Rawa Mazowiecka – Łódź wydarzył się

dziwny  wypadek.  Doszło  do  czołowego  zderzenia  dwóch  samochodów.
W  jego  wyniku  śmierć  poniósł  Mieczysław  Cieślar  –  biskup  kościoła
ewangelicko-augsburskiego.  Zarzut  spowodowania  wypadku  pod  wpływem
alkoholu  usłyszał  Adrian  D.,  który  potwierdził,  że  prowadził  samochód  i  że
wcześniej  spożywał  alkohol,  ale  zaprzeczył,  aby  to  jego  pojazd  zderzył  się

samochodem 

biskupa 

Mieczysława 

Cieślara. 

Co 

ciekawe:

prokuratura złożyła wniosek o tymczasowe aresztowanie mężczyzny, jednak
sąd odmówił (w drugiej instancji, prokuratura również poniosła porażkę).

Dlaczego  śmierć  biskupa  Cieślara  jest  tak  ważna?  Otóż  zaraz  po

katastrofie  smoleńskiej  pojawiła  się  informacja,  że  10  kwietnia  rankiem,
otrzymał od swojego kolegi – biskupa Adama Pilcha – SMS-a z informacją,
że  bp.  Pilch  przeżył  katastrofę  w  Smoleńsku.  Gdyby  tak  było,  byłoby  to
pierwsze potwierdzenie, że oficjalna wersja zdarzeń jest nieprawdziwa. Tego
się  już  nigdy  nie  dowiemy,  bo  prokuratura  nie  zdążyła  przesłuchać  biskupa
Pilcha.

Dwa miesiące później, w wypadku samochodowym zginął profesor Marek

Dulinicz  –  archeolog.  Profesor  miał  być  szefem  grupy  archeologów,  która
chciała  jechać  do  Smoleńska  i  na  lotnisku  Siewiernyj  szukać  śladów
katastrofy. Do wyjazdu miało dojść we wrześniu 2010. Tak się nie stało, bo
wcześniej  profesor  zginął  w  wypadku  samochodowym.  Niemal  natychmiast
w  internecie  pojawiły  się  spiskowe  teorie  mówiące  o  staranowaniu  przez
„TIR-a  na  rosyjskich  numerach  rejestracyjnych”.  Aura  tajemniczości
gęstniała, gdy prokuratura podjęła decyzję o umorzeniu śledztwa.

Tymczasem  ten  przypadek  na  pewno  nie  miał  żadnego  związku

z „katastrofą” smoleńską. Był wynikiem nieszczęśliwego splotu okoliczności.
Profesor  Marek  Dulinicz  i  jego  żona  Grażyna  mieli  działkę  letniskową
w pobliżu Glinojecka i często jeździli tam na weekendy. 6 czerwca 2010 roku
profesor  i  jego  małżonka  wracali  z  działki  do  Warszawy.  Na  skrzyżowaniu
dwóch dróg profesor zagapił się i wymusił pierwszeństwo, w rezultacie czego
wyjechał  z  drogi  podporządkowanej  wprost  pod  pędzącą  Toyotę  Avensis,
którą  prowadziła  mieszkanka  Ciechanowa  Małgorzata  P.,  a  towarzyszył  jej

background image

partner  życiowy  i  dziecko.  Toyota  uderzyła  przodem  w  bok  samochodu
profesora.  W  wyniku  uderzenia  państwo  Duliniczowie  doznali  ciężkich
obrażeń i po kilkunastu minutach zmarli. Małgorzata P. pozostała w ciężkim
szoku,  choć  ona  i  jej  najbliżsi  przeżyli.  Ustalenia  na  miejscu  wypadku  nie
budziły wątpliwości, że winę za jego spowodowanie ponosi profesor. Sprawę
więc umorzono.

Również żadnego związku z katastrofą smoleńską nie ma śmierć profesora

Stefana  Grocholewskiego  –  eksperta  od  czarnych  skrzynek  (profesor  badał
m.in.  wypadek  CASY  z  Mirosławca  i  kwestionował  oficjalną  wersję
zdarzeń).  Jego  zgon  nie  mógł  mieć  związku  ze  Smoleńskiem  po  pierwsze
dlatego,  że  nastąpił  dziesięć  dni  przed  katastrofą  –  31  marca  2010  r.  Po
drugie:  był  spowodowany  chorobą  nowotworową.  O  jego  zgonie
poinformowało  Radio  Maryja,  zaznaczając,  że  profesor  przed  śmiercią
przyjął  sakramenty  święte.  Teoria,  że  wyeliminowano  go  wcześniej,  aby
uniemożliwić  badanie  późniejszej  sprawy  Smoleńska,  nie  ma  pokrycia
w rzeczywistości.

2  czerwca  2010  roku  zmarł  Krzysztof  Knyż  –  operator  kamery

telewizyjnej,  który  10  kwietnia  2010  był  w  Smoleńsku  i  towarzyszył
dziennikarzowi Wiktorowi Baterowi. Knyż – według jednej z wersji zdarzeń
–  filmował  próby  podejścia  tupolewa  do  lądowania.  Jeśli  tak  było
rzeczywiście,  byłby  faktycznie  ważnym  świadkiem  w  sprawie.  Jednak  nikt
nigdy  Knyża  nie  przesłuchał.  Wkrótce  po  tragedii  młody  człowiek  zmarł.
Żadnych okoliczności jego śmierci nie udało mi się ustalić.

Po  ukazaniu  się  mojej  książki  „Zamach  w  Smoleńsku”  napisała  do  mnie

osoba przedstawiająca się jako siostra Krzysztofa Knyża. Poinformowała, że
zmarł  on  w  Warszawie,  w  szpitalu,  a  przyczyną  śmierci  była  sepsa.  Tej
informacji nie udało mi się potwierdzić. Nie udało mi się również nawiązać
kontaktu z osobą, która wysłała tego maila.

Kilka  miesięcy  później  Polskę  obiegła  informacja  o  zabójstwie

Eugeniusza  Wróbla  –  byłego  wiceministra  transportu.  Wróbel  (związany
z  PiS)  był  w  latach  1990-1994  wojewodą  katowickim,  a  później,  w  latach
2005-2007 wiceministrem transportu (w czasie, gdy resortem kierował Jerzy
Polaczek). Wówczas nadzorował Polską Agencję Żeglugi Powietrznej, Urząd
Lotnictwa  Cywilnego  i  porty  lotnicze.  Po  2007  roku  odszedł  z  polityki
i powrócił do pracy naukowej na Politechnice Śląskiej. Był od lat ekspertem
od  stosowania  systemów  nawigacji  w  samolotach.  Był  autorem  wielu

background image

publikacji  o  zastosowaniu  odbiornika  PolaRx3  firmy  Sentrino  w  nawigacji
samolotów. Jest to różnicowy odbiornik nawigacji satelitarnej GPS działający
na dwóch częstotliwościach i sygnałach o bardzo wysokiej precyzji, odporny
na  zakłócenia  zewnętrzne.  Z  Wróblem  konsultował  swoje  interpelacje
poselskie  w  sprawie  katastrofy  Jerzy  Polaczek.  Sam  były  wiceminister
bardzo  zaangażował  się  w  wyjaśnienie  katastrofy  smoleńskiej.  Od  początku
stał na stanowisku, że oficjalna wersja zdarzeń nie odpowiada prawdzie. Miał
też wejść w skład zespołu ekspertów pomagających wyjaśnić katastrofę.

Zwłoki  Eugeniusza  Wróbla  –  brutalnie  zmasakrowane  –  wyłowiono

z  Zalewu  Rybnickiego  15  października  2010  r.  Wcześniej  policja  wszczęła
poszukiwania, gdy jego żona zgłosiła zaginięcie. W trakcie śledztwa okazało
się,  że  ostatnią  osobą,  która  widziała  Eugeniusza  Wróbla  żywego,  był  jego
syn,  Grzegorz.  Kilka  dni  później  Grzegorz  Wróbel  przyznał  się  do
zamordowania  ojca.  I  tu  zaczyna  się  ciąg  zagadek.  Dwa  dni  później
przesłuchiwany w prokuraturze, syn odwołał swoje zeznania i sugerował, że
do  winy  przyznał  się  dlatego,  że  nie  działał  świadomie.  Są  wiarygodne
informacje,  które  pozwalają  stwierdzić,  że  w  chwili  składania  pierwszych
zeznań  był  pod  silnym  wpływem  środków  odurzających.  Jeszcze  bardziej
zaskakująca  jest  podana  przez  niego  wersja  zdarzeń.  Grzegorz  Wróbel
opowiadał  śledczym,  że  najpierw  pozbawił  ojca  przytomności,  a  później
poćwiartował  piłą  mechaniczną  i  wrzucił  zwłoki  do  zalewu.  Prokuratura
zajęła się sprawą, jednak wkrótce śledztwo umorzyła, gdyż uznała Grzegorza
Wróbla  za  osobę  niepoczytalną  i  chorą  psychicznie.  Wbrew  powszechnej
praktyce w takich przypadkach, domniemany sprawca nie trafił do aresztu na
oddział  obserwacji  psychiatrycznej,  lecz  został  zamknięty  w  ośrodku  dla
umysłowo  chorych.  Co  jeszcze  ciekawsze:  taka  decyzja  została  podjęta  po
rozmowie  Grzegorza  Wróbla  z  jednym  tylko  biegłym.  A  żeby  było  jeszcze
ciekawiej,  matka  oskarżonego  i  wdowa  po  Mirosławie  Wróblu,  przez  lata
była psychiatrą i nie zauważyła u swojego syna żadnych objaw upośledzenia
umysłowego ani niepoczytalności.

Ostatecznie,  śledztwo  w  sprawie  śmierci  Mirosława  Wróbla  zostało

umorzone. Nikt nie poniósł odpowiedzialności za tę ohydną zbrodnię.

2  grudnia  2011  roku  do  grona  „smoleńskich  nieboszczyków”  dołączył

Dariusz  Szpineta  –  zawodowy  pilot,  założyciel  i  prezes  spółki  Ad  Astra
Executive  Charters.  Był  absolwentem  Politechniki  Śląskiej  i  Uniwersytetu
w Poitiers, dodatkowo we Francuskim Instytucie Zarządzania zdobył dyplom

background image

MBA.  W  Polsce  założył  spółkę  zajmującą  się  czarterami  samolotów.
Zaangażował  się  również  w  śledztwo  w  sprawie  katastrofy  smoleńskiej.
Pomagał ekspertom, rozmawiał z dziennikarzami, bardzo szybko doszedł do
wniosku, że oficjalna wersja zdarzeń z 10 kwietnia jest daleka od prawdy.

Jak  udało  mi  się  ustalić,  Dariusz  Szpineta  prowadził  również  własne

śledztwo w sprawie katastrofy smoleńskiej. Na własną rękę starał się uzyskać
dowody  w  tej  sprawie,  aby  przedstawić  je  opinii  publicznej  w  Polsce.  Był
właściwą  osobą  do  podjęcia  się  tego  zadania.  Miał  świetne  kontakty
w  środowisku  lotniczym  na  świecie,  wśród  ekspertów,  osób  odczytujących
zapisy  „czarnych  skrzynek”,  techników,  nawigatorów,  mechaników.  Odkrył
m.in., że 8 kwietnia 2010 r., na dwa dni przed katastrofą, lotnisko Siewiernyj
nie  dysponowało  numerem  zgody  na  przelot  tupolewa  i  lądowanie.
Opublikował  również  kilka  artykułów,  z  których  wynikało,  że  lot  tupolewa
był lotem wojskowym a nie cywilnym.

Pod  koniec  listopada  2011  roku  Szpineta  wybrał  się  wraz  z  grupą

przyjaciół  do  Indii.  I  tam,  w  zaskakujących  okolicznościach  rozstał  się
z  życiem.  2  grudnia  znaleziono  go  w  łazience  pokoju  hotelowego.  Jego
zwłoki wisiały na sznurze. Kapitan lotnictwa osierocił dwoje dzieci. To o tyle
zaskakująca  wersja  zdarzeń,  że  wszyscy  uczestnicy  wycieczki  do  Indii
(zostali  przesłuchani  przez  prokuraturę)  zapamiętali,  że  Szpineta  był
człowiekiem  zdrowym,  pełnym  życia  i  energii,  mającym  liczne  plany  na
przyszłość. I doskonale się bawił podczas tego wyjazdu.

Gdy informacja o jego śmierci przedostała się do mediów, ktoś wykreował

i  rozpowszechnił  plotkę,  że  pilot  powiesił  się,  bo  bał  się  konsekwencji
śledztwa  w  sprawie  korupcji  w  Urzędzie  Lotnictwa  Cywilnego.  W  2009
roku  złożył  w  tej  sprawie  zawiadomienie  w  prokuraturze.  Kilka  miesięcy
później  w  ULC  pojawili  się  funkcjonariusze  CBA,  którzy  zabezpieczyli
dokumentację. Wybuchł skandal, gdyż okazało się, że licencje lotnicze były
przyznawane  za  łapówki  z  pominięciem  przepisów  prawnych.  Choć
Szpineta złożył w tej sprawie zawiadomienie, sam również usłyszał zarzuty.
Jednak  zakończenia  sprawy  nie  doczekał,  bo  popełnił  tajemnicze
samobójstwo.  „Seryjne”.  Okoliczności  sprawy  są  na  tyle  dziwne,  a  pytań
i  wątpliwości  jest  tak  dużo,  że  wersja  o  udziale  osób  trzecich  najbardziej
prawdopodobna. Wydaje się również, że nie był to przypadek, iż tajemnicze
„samobójstwo”  upozorowano  w  Indiach.  Dzięki  temu  jego  sprawca  mógł
zniknąć, a polski wymiar sprawiedliwości nie miał pola manewru.

background image

W  kontekście  katastrofy  smoleńskiej  jeszcze  bardziej  szokuje  zbrodnia,

która wydarzyła się 10 grudnia 2012 roku w siedzibie wydawnictwa Magnum
X mieszczącego się przy ulicy Grochowskiej na warszawskiej Pradze. Około
godziny  14.  00  najpierw  wybuchła  tam  bomba,  a  potem  doszło  do
morderstwa.  Jego  ofiarą  padł  Krzysztof  Zalewski  –  ekspert  lotniczy
i dziennikarz, który badał tragedię z 10 kwietnia.

Na  miejscu  natychmiast  pojawiła  się  policja.  Teren  został  odgrodzony,

rozpoczęło  się  zabezpieczanie  śladów.  O  sprawstwo  zbrodni  prokuratura
oskarżyła  Cezarego  Szoszkiewicza  –  prezesa  wydawnictwa.  Rzecznik
stołecznej policji tak relacjonował dziennikarzom to wydarzenie:

„Do  środka  wszedł  48-letni  mężczyzna  i  zaatakował  nożem  osoby,  które

tam  przebywały.  Poranił  nożem  46-latka,  który  był  w  tym  biurze.  Ten,
wskutek  odniesionych  obrażeń,  zmarł  na  miejscu.  Nie  udało  się  go
uratować”.

Policja  potwierdziła  też,  że  sprawca  użył  ładunku  wybuchowego,  który

eksplodował  w  jego  dłoni.  Po  przewiezieniu  do  szpitala,  sprawcy
amputowano  dłoń,  a  lekarze  oceniali  jego  stan  jako  ciężki.  Wybuch  ranił
także  lekko  jedną  z  osób  przebywających  w  biurze.  Po  udzieleniu  pomocy
ambulatoryjnej życiu rannego nie zagrażało niebezpieczeństwo.

Z  tej  wersji  wynika,  że  najpierw  Cezary  S.,  wtargnął  do  siedziby  spółki.

Potem  zaatakował  nożem  46-latka  Krzysztofa  Z.  ze  skutkiem  śmiertelnym
oraz  inne  osoby.  Chwilę  po  ataku  w  jego  dłoni  eksplodował  ładunek
wybuchowy, który ciężko ranił samego zamachowca, jak i osobę postronną,
która odniosła tylko lekkie obrażenia.

Wersja ta jest zupełnie inna niż wersja przedstawiona dzień później przez

Mariusza  Piłata  –  szefa  Prokuratury  Okręgowej  Warszawa-Praga.
Dziennikarzom zgromadzonym na konferencji prasowej Piłat oświadczył:

„W  budynku  przy  ul.  Grochowskiej  doszło  w  poniedziałek  do  spotkania

biznesowego  trzech  osób  w  siedzibie  zarządu  wspomnianego  wydawnictwa,
podczas  którego  doszło  do  nieporozumienia  na  tle  rozliczeń  finansowych.
Wtedy  prezes  firmy,  48-letni  Cezary  S.,  zdetonował  ładunek  wybuchowy,
w  wyniku  którego  ranni  zostali  wszyscy  uczestnicy  spotkania.  Trzej
mężczyźni  następnie  wybiegli  na  korytarz.  Tam  Cezary  S.  zaatakował  46-
letniego  Krzysztofa  S.,  wiceprezesa  wydawnictwa.  Zadał  mu  kilka  ciosów
nożem  w  okolice  klatki  piersiowej,  brzucha  i  pleców.  Mężczyzna  zmarł.
Dotychczasowe  ustalenia  śledztwa  prowadzą  do  wniosku,  że  motywem

background image

działania sprawcy były wyłącznie rozliczenia finansowe, brak konsensusu co
do  dalszego  prowadzenia  spółki  oraz  różnego  rodzaju  zarzuty  wzajemne
między  członkami  zarządu  dotyczące  przyszłości  firmy  oraz  spraw
personalnych.  Sprawca  i  pokrzywdzony  wciąż  są  w  szpitalu.  Ich  stan  jest
bardzo ciężki. Z tego względu nie zostali jeszcze przesłuchani”.

Były  to  więc  dwie  wersje  bardzo  się  od  siebie  różniące.  Przyjrzał  się  im

bloger Acontrario, który doszedł do następujących wniosków:

„W jaki sposób Cezary Szoszkiewicz, Krzysztof Z. (Zalewski) oraz pan X

(Andrzej Ulanowski) wybiegli ze spotkania po zdetonowaniu bomby skoro ta
miała ciężko ranić Cezarego S. oraz trzecią osobę?

W jaki sposób Cezary S. zaatakował nożem Krzysztofa Z. skoro ładunek

wybuchowy rozerwał mu wcześniej dłoń i brzuch?

Skąd  prokuratura  zna  przebieg  posiedzenia  Zarządu,  skoro  z  trzech  osób

biorących w niej udział, jedna nie żyje, a dwie pozostałe są w stanie ciężkim
i nie zostały przesłuchane?

Czy  trzecia  osoba  jest  w  stanie  ciężkim  czy  lekkim?  A  może  w  ciągu

jednego dnia jest stan się „pogorszył” bo za dużo wiedziała?

Czy  pokłócono  się  na  zarządzie  czy  też  na  zarząd  „wtargnęła”

niezidentyfikowana osoba?

Jakim  cudem  motywem  zbrodni  były  problemy  finansowe  skoro  –  jak

dowiedział się portal Sledczy24.pl – zysk firmy oraz zysk operacyjny w 2011
roku wzrósł o ponad 63 proc. z 400 tys. do 658 tys. zł? (W 2008 roku firma
miała  ok.  200  tys.  zysku).  Spółka  Magnum  X  od  początku  wpisów  do  KRS
wykazywała  zyski  w  znaczącej  wysokości  kumulując  gotówkę  na  kontach.
Kapitał własny w 2011 roku wyniósł już 1,2 mln zł! Tak więc firma miała złą
kondycję finansową?

A może wszystko wyglądało inaczej?
Może  sprawcą  była  trzecia  osoba,  która  wykończyła  prezesa  ładunkiem

a wspólnika nożem samemu wychodząc bez szwanku? 

Może Cezary Sz. otrzymał paczkę, wszedł z nią na zarząd i wtedy łądunek

wybuchł  ciężko  raniąc  wszystkie  trzy  osoby,  a  ktoś  z  zewnątrz  dokończył
robotę mordując Zalewskiego i wkładając bagnet w dłoń (?) Szoszkiewicza?

A może Cezary Sz. stracił dłoń po to, by nie można było zidentyfikować

śladów na nożu?”

Gdy  składam  książkę  do  druku  (lipiec  2013),  śledztwo  wciąż  trwa,

a  jedynym  oskarżonym  jest  Cezary  Szoszkiewicz.  Sprawa  wygląda  jednak

background image

bardzo podejrzanie.

Jeszcze  bardziej  podejrzanie  wyglądają  tajemnicze  zgony  oficerów

rosyjskich  służb  specjalnych,  którzy  z  racji  zajmowanych  stanowisk
i  doświadczenia  zawodowego  musieli  znać  kulisy  katastrofy  smoleńskiej.
Jako  pierwszy  z  życiem  rozstał  się  Siergiej  Tretiakow  –  były  oficer  SWR
(Służba  Wywiadu  Zagranicznego  Federacji  Rosyjskiej).  Tretiakow  (ur.
1956  r.  w  Moskwie)  jako  oficer  pierwszego  Zarządu  Głównego  KGB,
a  potem  SWR  nadzorował  operacje  szpiegowskie  na  terenie  USA.  W  2000
roku  przeszedł  na  stronę  amerykańską  i  systematycznie  zaczął  przekazywać
CIA  wszystkie  sekrety  działalności  sowieckiego  wywiadu  w  Stanach
Zjednoczonych.  Przy  okazji  ujawnił  też  bardzo  cenne  źródło  rosyjskie
w polskich służbach specjalnych: agenta o kryptonimie „Profesor”, będącego
wysoko  w  strukturach  UOP.  Znalazł  się  wówczas  w  czołówce  byłych
rosyjskich  wywiadowców  przeznaczonych  do  likwidacji.  Gdy  informacja
o  śmierci  Lecha  Kaczyńskiego  i  członków  jego  delegacji  rozeszła  się  po
świecie,  Tretiakow  jako  jeden  z  pierwszych  zaczął  kwestionować  oficjalną,
rosyjską wersję zdarzeń. Z jego ocen katastrofy smoleńskiej korzystali m.in.
analitycy  ośrodka  Stratfor.  Tretiakow  zmarł  nagle  13  czerwca  2010  roku.
Mało kto ma wątpliwości co do tego, że padł ofiarą Seryjnego. Tym bardziej,
że  kilkanaście  dni  wcześniej  nagłego  zatrzymania  pracy  serca  doznała  jego
żona, co skończyło się jej śmiercią.

Nie  przebrzmiały  jeszcze  w  Moskwie  echa  śmierci  Tretiakowa,  gdy  28

września  2010  roku  rosyjski  dziennik  „Czerwona  Gwiazda”  poinformował
o  tajemniczej  śmierci  generała  GRU  Jurija  Iwanowa.  Jak  się  okazało,
w pierwszej połowie sierpnia Iwanow udał się na Cypr i tam utonął podczas
kąpieli  w  Morzu  Śródziemnym.  Jego  ciało  wyłowili  rybacy  w  okolicach
miejscowości  Cevlik.  Identyfikacji  dokonano  na  podstawie  biżuterii,  którą
nosił,  a  nie  na  podstawie  szczegółów  anatomicznych.  Sprawa  jest  tym
bardziej  zastanawiająca,  że  Iwanow  był  wcześniej  komandosem  i  świetnym
płetwonurkiem.  Jego  zgon  w  morzu,  w  ciepłej  wodzie,  przy  brzegu,  musi
więc dziwić.

Jak  podkreślił  Leszek  Pietrzak  w  artykule  „Smoleńsk  sieje  śmierć

w  KGB”,  poszlak  mówiących  o  przyczynach  śmierci  można  poszukać
w biografii Iwanowa.

„Z  oficjalnego  życiorysu  Jurija  Iwanowa  wynika,  że  od  1980  r.  pełnił

służbę  na  Dalekim  Wschodzie,  przechodząc  przez  wszystkie  stanowiska

background image

dowodzenia  od  dowódcy  plutonu  do  dowódcy  jednostki  wojskowej.  Po
upadku ZSRR w 1997 r. brał udział w operacji w Tadżykistanie, a w 2000 r.
wykonywał zadania wywiadowcze w rejonie Kaukazu. Gdy w 2006 r. został
wiceszefem GRU, przejął nadzór nad działaniami wywiadowczymi w krajach
byłego  bloku  sowieckiego,  w  tym  także  na  terenie  Polski.  To  on  m.in.
monitorował  polityczne  ruchy  prezydenta  Lecha  Kaczyńskiego  w  okresie
wojny  rosyjsko-gruzińskiej  w  2008  r.  To  również  on  interesował  się
sprzedażą polskiej broni i uzbrojenia do Gruzji” – pisze Leszek Pietrzak.

Minęło  kilka  dni  od  śmierci  Iwanowa,  a  rosyjskie  MSW  poinformowało

o  zgonie  kolejnego  generała  GRU.  Tym  razem  samobójstwo  popełnił  były
szef  wywiadu  wojskowego  –  generał  Wiktor  Czewrizow.  Według  oficjalnej
wersji  zastrzelił  się  na  klatce  schodowej  w  bloku,  w  którym  mieszkał  na
moskiewskim  osiedlu.  Publicznie  podano,  że  było  to  samobójstwo.
Moskiewski  Komitet  Śledczy  bardzo  szybko  sprawę  umorzył.  Biografię
Czerwizowa prześwietlił Leszek Pietrzak, więc to jemu oddajemy głos:

„Czewrizow był również z pokolenia czekistów, którzy karierę w służbach

zaczęli  w  czasach  potęgi  Związku  Sowieckiego.  Jednak  dopiero  po  upadku
Związku  Sowieckiego  zaczął  robić  prawdziwą  karierę.  Czewrizow  był
szefem wywiadu wojsk wewnętrznych, zbrojnej formacji rosyjskiego MSW.
W  2002  r.  postanowił  odejść  na  emeryturę.  Ostatnie  lata  jego  służby
przypadały  na  początek  rządów  Putina  i  czasy,  gdy  Rosja  za  wszelką  cenę
chciała  rozprawić  się  z  Czeczeńcami.  To  wtedy  właśnie  doszło  w  Moskwie
do  serii  spektakularnych  zamachów  terrorystycznych,  których  wykonanie
przypisano Czeczenom. Zamachy te dobrze uzasadniały eskalację rosyjskich
działań  w  Czeczenii.  Czewrizow  wiedział  wiele  o  kulisach  działań  ludzi
Putina  i  prowadzonych  przez  nich  operacji  specjalnych.  Jak  wielu  innych
wysokich  oficerów  rosyjskich  służb  nie  zerwał  definitywnie  związków  ze
służbą. Nadal brał udział w wielu operacjach finansowych czekistów Putina.
Dzięki  temu  miał  nadal  sporą  wiedzę  o  wielu  „machlojkach”,  których  nici
wiodły  na  Kreml.  Gdy  znaleziono  go  martwego,  miał  zaledwie  62  lata.  Nie
zostawił  żadnego  listu  pożegnalnego.  Był  zdrowym,  silnym  mężczyzną.
Dlaczego  więc  zginął  i  to  w  momencie  gdy  Rosjanie  pełna  parą  pracowali
nad  tezami  raportu  MAK  w  sprawie  smoleńskiej  katastrofy  polskiego
samolotu? To tylko z pozoru pytanie, które wydaje się nie mieć związku ze
Smoleńskiem. Chewrizow znał się z Tatianą Anodiną – szefową rosyjskiego
MAK. Jego protektorem zaś był Jewgienij Primakow – były minister Spraw

background image

Zagranicznych  Rosji,  który  przez  wiele  lat  miał  romans  z  Anodiną.  Czy
Chewrizow  mógł  mieć  jakąś  wiedzę  na  temat  faktycznego  przebiegu
katastrofy  polskiego  samolotu?  Jest  to  bardzo  prawdopodobne.  Chwrizow
siedząc po uszy w tajnych biznesach „siłowików” Putina mógł również znać
treści wielu prywatnych rozmów, w których temat smoleńskiej katastrofy był
zapewne poruszany. Być może również on sam podzielił się „niebezpieczną
wiedzą” z innymi”.

W  końcu  sierpnia  2011  roku  wyszło  na  jaw,  że  kolejne  zaskakujące

samobójstwo  popełnił  generał  Konstanin  Moriew  –  53-letni  naczelnik
Federalnej Służby Bezpieczeństwa w obwodzie twerskim. Zwłoki znaleziono
w jego gabinecie. Według oficjalnej wersji Moriew miał się tam zastrzelić ze
służbowej broni. Wszczęto więc śledztwo w kierunku samobójstwa i badano,
czy jego przyczyną były sprawy rodzinne, zawodowe czy finansowe. Sprawa
jest  o  tyle  istotna,  że  generał  Moriew  był  przełożonym  kontrolerów  lotu,
którzy  10  kwietnia  sprowadzali  na  lotnisko  Siewiernyj  samolot  wiozący
polską delegację. I to on ich jako pierwszy przesłuchiwał. Przypomnijmy, że
później  strona  rosyjska  unieważniła  ich  protokoły  i  dosłała  kolejne.
Kontrolerzy – jak się później okazało – mataczyli w śledztwie.

Biografię  Moriewa  również  przedstawił  Leszek  Pietrzak  w  cytowanym

wyżej artykule.

„Moriew  trafił  do  KGB  u  schyłku  Związku  Sowieckiego.  Potem  znalazł

się  w  szeregach  rosyjskiej  FSB.  Był  jednym  z  zaufanych  czekistów  Putina.
Gdy  ten  doszedł  do  władzy,  Moriew  awansował  na  stanowisko  naczelnika
FSB  w  Kraju  Krasnojarskim.  W  tym  samym  czasie  gubernatorem  był  tam
generał  Aleksandr  Lebiedź,  który  28  kwietnia  2002  r.  rozbił  się  lecąc
śmigłowcem Mi 8 nad Abakanem w Sajanach – rodzinnym mieście Moriewa.
Ludzie  Moriewa  śledzili  Lebiedzia  od  kilkunastu  miesięcy,  bo  właśnie  jego
zaczął obawiać się Putin. Gdy śledztwo w sprawie katastrofy śmigłowca gen.
Lebiedzia  doprowadzono  do  końca,  Moriew  został  mianowany  generałem
FSB. W 2007 r. został ściągnięty do Tweru i otrzymał od Putina obietnicę, że
docelowo  znajdzie  się  w  centrali  FSB.  Wśród  nadzorowanych  przez  niego
spraw  było  również  te  „delikatne”,  jak  np.  śledztwo  w  sprawie  Newskiego
Ekspresu, który 27 listopada 2009 r. wykoleił się wskutek wybuchu bomby,
o  co  oskarżano  czeczeńskich  terrorystów.  Na  jego  terenie  służyli  też
oficerowie  oddelegowani  do  wieży  lotniska  w  Smoleńsku:  mjr  Wiktor
Ryżenko  i  płk  Nikołaj  Krasnokutski.  Lotnisko  Siewiernyj  w  Smoleńsku

background image

podlegało pod bazę wojskową w Twerze. Ludzie z tej bazy zabezpieczali to
lotnisko  także  pod  względem  technicznym.  Obaj  oficerowie  byli  znani
Moriewowi,  ale  Krasnokutski  znacznie  lepiej.  Gdy  obaj  powrócili  do
macierzystej  jednostki,  Moriew  i  jego  ludzie  przejęli  „opiekę”  nad  nimi.
Śmierć  Moriewa  to  śmierć  kogoś,  kto  przesłuchiwał  smoleńskich
kontrolerów, którzy rankiem 10 kwietnia 2010 r. naprowadzali na „ścieżkę”
i „kurs” samolot polskiego prezydenta”.

Niezależnie od tego, czy seryjne „samobójstwo” generał Moriew popełnił

ze  względów  rodzinnych,  zdrowotnych  czy  jakichkolwiek  innych,  zabrał  ze
sobą do grobu bardzo ważną wiedzę o kulisach zbrodni w Smoleńsku.

30  marca  2012  roku  rosyjskie  media  podały  informację  o  samobójczej

śmierci  77-letniego  generała  Leonida  Szebarszyna  –  byłego  szefa  KGB.
Obok  znaleziono  pistolet  typu  Makarow,  z  którego,  według  śledczych,  miał
się zastrzelić. W jego domu znaleziono podobno list pożegnalny, ale nikt nie
podał  jego  treści.  Emerytowany  generał  Szebarszyn  zrobił  wielką  karierę
w  strukturach  KGB,  awansując  w  1991  roku  do  stanowiska  szefa  tej
instytucji.  Wcześniej  zajmował  się  rejonem  Europy  Środkowo-Wschodniej
i  nadzorował  budowę  infrastruktury  operacyjnej  (w  tym  baz  wojskowych),
które  miały  być  wykorzystywane  w  przyszłości.  Nie  jest  jasne,  w  jakich
okolicznościach  zginął  Szebraszyn.  Jasne  jest,  że  bardzo  dużo  wiedział
o Polsce i bardzo prawdopodobne jest, że miał liczne informacje o katastrofie
smoleńskiej. Czy ta wiedza go zgubiła?

background image

Rozdział IX

Wielka gra Petelickiego

„Zobaczysz,  jaka  będzie  wrzawa  jesienią,  jak  opublikujemy  pierwsze

materiały”  –  tak  mówił  generał  Sławomir  Petelicki  do  byłego  wiceministra
obrony  Romualda  Szeremietiewa.  Rozmowa  miała  miejsce  w  połowie
czerwca 2012 roku. Dwaj przyjaciele spotkali się na kurtuazyjnym obiedzie,
jak  czynili  to  od  wielu  lat.  Petelicki  zwierzył  się  Szeremietiewowi,  że  we
wrześniu zamierza ujawnić bardzo ciekawe materiały. Jednak nie mówił, o co
konkretnie  chodzi.  Szeremietiew  wspomina,  że  z  Petelickim  miał
porozmawiać  na  ten  temat  podczas  kolejnego  spotkania,  kiedy  były  szef
GROM-u miał mu udostępnić część sensacyjnych materiałów. Zanim jednak
do  niego  doszło,  Polską  wstrząsnęła  informacja  o  tajemniczej  śmierci
generała.

Była  sobota,  16  czerwca  2012  roku.  Na  ustach  wszystkich  był  mecz

Polska  –  Czechy,  który  miał  zdecydować  o  dalszym  „być  albo  nie  być”
naszej  reprezentacji  w  finałach  piłkarskich  mistrzostw  Europy.  Kilkanaście
minut  przed  pierwszym  gwizdkiem,  na  żółtych  paskach  telewizji
informacyjnych  pojawiła  się  wiadomość  o  odnalezieniu  zwłok  Petelickiego.
Generał  został  znaleziony  martwy  na  parkingu  w  podziemiach  bloku,  gdzie
mieszkał.  Około  godziny  15.00  wyszedł  ze  swojego  apartamentu  i  zszedł
w  dół,  na  parking.  Był  ubrany  w  strój  domowy,  więc  nie  planował  żadnego
wyjścia.  Jego  nieobecność  przedłużała  się.  Zniecierpliwiona  żona  dzwoniła
na jego komórkę, a gdy nie odbierał, zaniepokoiła się i zeszła do garażu. I to
ona  odnalazła  zwłoki  męża.  Na  miejscu  natychmiast  znalazła  się  policja

background image

i  pogotowie,  a  tego  samego  dnia  prokuratura  wszczęła  śledztwo.
Poprowadzono je z artykułu 151 kodeksu karnego, który przewiduje karę od
3  miesięcy  do  5  lat  więzienia  dla  tego,  kto  nakłania  inną  osobę  do
popełnienia  samobójstwa.  Ostatecznie  prokuratura  uznała,  że  nie  ma
dowodów świadczących o udziale osób trzecich, a generał sam odebrał sobie
życie. Sekcję zwłok generała wykonano w poniedziałek – prawie 48 godzin
po  zgonie.  To  znowu  musi  budzić  podejrzenia,  bo  przez  ten  czas  mogły
zniknąć z jego organizmu ślady niektórych substancji.

Paradoksalnie, od momentu znalezienia generała martwego, prokuratorzy,

policjanci  i  dziennikarze  mówili  o  samobójstwie.  To  o  tyle  zaskakujące,  że
było  zbyt  wcześnie  na  formułowanie  takich  tez.  „Wyglądało  to  na  dobrze
przeprowadzoną akcję dezinformacyjną, która miała uświadomić wszystkim,
że  generał  sam  się  zastrzelił”  –  ocenia  oficer  GROM,  który  kilka  dni
wcześniej spotkał się z Petelickim.

Jedną  z  pierwszych  osób,  które  publicznie  zakwestionowały  wersję

o  samobójstwie,  okazał  się  generał  Gromosław  Czempiński  –  kolega
Petelickiego  z  wywiadu  PRL,  wieloletni  szef  Urzędu  Ochrony  Państwa.
Czempiński stwierdził, że nie wierzy w to, by Petelicki sam do siebie strzelił.
Niemal  natychmiast  pojawiły  się  informacje  o  tym,  że  Czempińskiego
próbowano  otruć  (generał  był  systematycznie  podtruwany,  co  doprowadziło
go  do  bardzo  złego  stanu,  wrócił  do  zdrowia  po  hospitalizacji  w  USA).
I  nagle,  ni  stąd  ni  zowąd,  Czempiński  zmienił  zdanie  w  sprawie  śmierci
swojego  przyjaciela.  21  czerwca,  pięć  dni  po  zgonie,  udzielając  wywiadu
„Polska.The  Times”.,  Czempiński  powiedział,  że  nie  wierzy  w  inną  wersję
niż  samobójstwo.  „Nie  wierzę,  aby  Petelickiego  ktoś  zabił”  –  mówił
Czempiński. – „Nikt by mu nie dał rady. Sławek był świetnie wyszkolonym
oficerem  wojsk  specjalnych”.  Na  poparcie  swoich  argumentów  Czempiński
powiedział,  że  Petelicki  miał  „instynkt  zabójcy”.  Był  bardzo  ostrożny
i  uważny,  umiał  błyskawicznie  sięgnąć  po  broń,  zawsze  się  rozglądał,  gdy
spotykał się z kimś w jakimś miejscu. Pytany przez dziennikarkę o przyczyny
śmierci,  Czempiński  twierdził,  że  mogła  ją  spowodować  narastająca  długo
frustracja,  która  była  skutkiem  „wykluczenia”  go  przez  przepisy  ustawy
ograniczającej  emerytury  byłym  funkcjonariuszom  Służby  Bezpieczeństwa.
Czempiński zwrócił również uwagę, że Petelicki – krytykujący rząd Donalda
Tuska  za  degenerowanie  polskiej  armii  –  został  objęty  ostracyzmem
społecznym,  a  minister  obrony  Bogdan  Klich  zakazał  MON  zawierania

background image

umów  z  jego  spółką  (decyzję  podtrzymał  następca  Klicha  –  Tomasz
Siemoniak).

W  dzień  śmierci  generała  pojawiła  się  kolejna  wątpliwość:  pierwsze

informacje mówiły o dwóch ranach postrzałowych, a potem opinii publicznej
przedstawiono komunikat mówiący o jednej. Jak wytłumaczyć tę sprzeczność
– fundamentalną dla prowadzenia śledztwa? Według oficjalnej, podanej trzy
miesiące  później  wersji,  generał  strzelił  do  siebie  raz,  wkładając  sobie  lufę
pistoletu w usta. Kula pozostawiła dwie rany: wlotową i wylotową. Miało to
wskazywać  na  to,  że  generał  strzelił  sobie  w  usta,  kula  wbiła  się
w podniebienie, przebiła czaszkę, uszkodziła mózg, a następnie wyszła drugą
stroną głowy.

Ta wersja bardzo szybko została obalona. Okazało się, że śmiertelna kula

trafiła  Petelickiego  w  potylicę,  a  nie  w  usta,  co  wskazuje  na  udział  osoby
trzeciej.  Taki  wystrzał  pozbawia  człowieka  życia,  ale  w  taki  sposób,  że
w  ostatnich  mikrosekundach  życia  sprawia  mu  niewyobrażalny  ból.  W  ten
sposób  często  egzekucji  dokonywali  snajperzy  działający  na  zlecenie
sowieckich  służb  specjalnych.  Przedśmiertny  ból  miał  być  karą  za  działanie
przeciwko Związkowi Sowieckiemu.

Cała  wersja  o  samobójstwie  brzmi  mało  wiarygodnie.  Generał  chciał  się

zabić,  ale  nie  pozostawił  po  sobie  listu  pożegnalnego.  Miał  przeżywać
depresję  i  załamanie,  ale  jego  najbliżsi  nie  zauważyli  żadnych  objawów,
które  mogłyby  wskazywać  na  to,  że  zamierza  targnąć  się  na  własne  życie.
Jego  małżeństwo  przechodziło  kryzys,  ale  jego  żona  tego  nie  zauważyła
(kilka godzin przed śmiercią Petelicki kupił żonie bukiet kwiatów). Dla siebie
i  żony  generał  kupił  wycieczkę  wakacyjną.  Miał  więc  plany  urlopowe
i  cieszył  się  udanym  życiem  rodzinnym,  co  nie  pasuje  do  wersji  o  jego
osobistych  problemach.  Jeszcze  więcej  znaków  zapytania  można  postawić
nad  samymi  okolicznościami  śmierci.  Na  parkingu  działały  wprawdzie
kamery, ale tego dnia nie miały włączonego dźwięku, więc nie zarejestrowały
odgłosu  strzału  z  pistoletu.  To  spowodowało,  że  zapis  monitoringu  nie
wystarczał  do  ustalenia  ilości  wystrzałów.  Co  jeszcze  ciekawsze:  generał
miał strzelić do siebie w ciasnej przestrzeni między samochodami, w miejscu,
którego nie można było zobaczyć w kamerze monitoringu.

W wersję o samobójstwie nie wierzy wiele osób, które znały generała.
„Z panem Petelickim rozmawiałem przypadkiem, kilka tygodni przed jego

śmiercią.  Rozmawialiśmy  o  szkole,  do  której  pójdą  nasi  synowie.  Nie

background image

zauważyłem  niczego,  co  wskazywałoby,  że  generał  chce  popełniać
samobójstwo” – wspomina Jan Pietrzak – twórca kabaretu „Pod Egidą”.

W  wersję  o  tym,  że  Petelicki  sam  się  zastrzelił,  nie  wierzy  również

ekonomista  prof.  Krzysztof  Rybiński  –  znajomy  generała.  Po  raz  ostatni
rozmawiał z nim około dwa miesiące przed śmiercią. Jego zdaniem, nie było
żadnych  przesłanek,  aby  twierdzić,  że  były  szef  komandosów  chciał  się
zabić. Znający Petelickiego Janusz Korwin-Mikke od początku twierdził, że
zgon  generała  to  morderstwo.  W  samobójstwo  nie  uwierzyła  również
Jadwiga Staniszkis, która od dłuższego czasu znała generała.

Według prokuratury na samobójstwo wskazuje fakt, że generał zszedł na

parking  z  zamiarem  zabicia  się.  Do  takiego  wniosku  śledczy  doszli,  gdy
ustalili  (m.in.  w  trakcie  przesłuchania  żony),  że  Petelicki,  wychodząc
z mieszkania, zabrał swój pistolet. Inaczej tłumaczy to były żołnierz GROM,
który  blisko  znał  Petelickiego  i  miał  z  nim  częsty  kontakt  w  ostatnich
tygodniach jego życia.

„Sławek mówił mi wiele razy, że garaż to jedyne miejsce, w którym mogą

go dopaść i że czasem boi się tam schodzić” – mówi weteran GROM (prosił
o niepodawanie nazwiska).

Rzeczywiście:  w  bloku  na  warszawskim  Mokotowie,  gdzie  mieszkali

Peteliccy,  stosunkowo  łatwo  jest  dostać  się  na  parking.  Wystarczy  bowiem
poczekać aż jeden z mieszkańców otworzy bramę, by niepostrzeżenie dostać
się na podziemny parking. Dalej jest trudno wejść; aby dostać się do bloku,
trzeba  mieć  kartę  lub  znać  specjalny  kod.  Wersja  przedstawiona  przez
mojego rozmówcę z GROM to druga, również logiczna interpretacja zdarzeń.
„Sławek wziął broń do garażu, bo robił tak zawsze – mówi komandos. – Brał
pistolet  zawsze,  gdy  schodził  do  garażu,  aby  odeprzeć  ewentualny  atak”  –
  mówi  nasz  rozmówca.  –  „Moim  zdaniem,  tak  samo  było  w  dzień  śmierci.
Wziął pistolet, bo taki miał zwyczaj, a nie po to, aby odbierać sobie życie”.

Mamy  więc  wielkie  biznesowe  plany,  kwiaty  dla  żony,  wykupioną

wycieczkę  wakacyjną,  brak  jakichkolwiek  powodów  do  popadania
w  depresję,  obawy  o  zdrowie  i  życie  wyrażane  w  rozmowach  z  bliskimi
współpracownikami 

tajemnicze… 

samobójstwo 

wyglądające 

jak

morderstwo.  Co  takiego  się  stało,  że  w  czerwcu  2012  roku  znaleziono  jego
zwłoki  na  parkingu?  Aby  to  wyjaśnić,  trzeba  głębiej  zajrzeć  w  życiorys
Petelickiego.

Mamy rok 1990. Po upadku komunizmu rozpoczyna się weryfikacja służb

background image

specjalnych.  Komisje  weryfikacyjne  składające  się  z  opozycjonistów
masakrują  Służbę  Bezpieczeństwa,  szczególnie  znienawidzony  departament
IV  (antykościelny)  i  III  (antyopozycyjny).  W  Departamencie  I  (wywiad
zagraniczny), zwolniona zostaje jedna trzecia funkcjonariuszy, trójka zostaje
zweryfikowana  negatywnie  (wśród  nich  osławiony  Aleksander  Makowski).
Reszta  zostaje  w  nowych  strukturach.  Ma  służyć  nowej,  bo  już
demokratycznej  Polsce.  Oficerowie  wywiadu  PRL,  którzy  wcześniej  bronili
komunizmu  i  szpiegowali  kraje  NATO  teraz  muszą  udowodnić,  że  potrafią
się odnaleźć w nowych strukturach. Los szybko daje im szansę. W 1990 roku
ambasada amerykańska w Warszawie zwraca się do polskiego rządu z prośbą
o  pomoc.  Sześcioro  agentów  CIA  dysponujących  tajnymi  danymi  wojsk
Saddama  Husajna,  nie  może  się  wydostać  z  Iraku.  Byli  esbecy  natychmiast
podejmują  się  zadania.  Do  Iraku  jedzie  Czempiński,  plan  opracowuje
(i  realizuje)  Petelicki,  a  z  Warszawy  akcją  dowodzi  Henryk  Jasik.  Operacja
otrzymuje  kryptonim  „Ewakuacja”  i  kończy  się  pełnym  sukcesem.  Agenci
CIA  wyjeżdżają  z  Iraku  na  polskich  paszportach  i  bezpiecznie  wracają  do
USA.  W  rewanżu  strona  amerykańska  uznaje  polskich  wywiadowców  za
wiarygodnych  partnerów  i  nawiązuje  z  nimi  współpracę.  Amerykanie
znajdują pieniądze na sfinansowanie powstania elitarnej jednostki GROM, na
jej  wyszkolenie  i  wyposażenie.  Dowódcą  GROM-u  zostaje  Petelicki,  jej
nazwa nadana jest na cześć Czempińskiego. Sam Petelicki od tego momentu
wyjeżdża na regularne szkolenia do Stanów Zjednoczonych. Przechodzi więc
ze  strony  komunistycznej  (ZSRR)  do  kapitalistycznej  (USA),  co  w  oczach
sowieckich  szpiegów  uznawane  jest  za  przestępstwo  wymagające
najsurowszej kary. Kary śmierci.

Petelicki  –  jako  szef  GROM-u  –  zostaje  dowódcą  najlepszej  jednostki

wojskowej w Polsce i zarządza nią bardzo dobrze. GROM dostaje specjalne
zadania  w  różnych  częściach  świata.  Tym  samym  wojsko  polskie  bardzo
powoli  zyskuje  uznanie  w  oczach  zachodnich  państw,  co  w  epoce  polskich
starań  o  członkostwo  w  NATO  ma  bardzo  duże  znaczenie.  Po  sukcesach
GROM-u,  w  strukturach  polskich  sił  zbrojnych  powoływane  są  inne
jednostki specjalne, co w końcu prowadzi do powstania Wojsk Specjalnych.
Rola Petelickiego w nowej Polsce jest więc bardzo pozytywna.

W  1997  roku  władzę  obejmuje  rząd  AW”S”,  a  tam  ministrem  –

  koordynatorem  służb  specjalnych  zostaje  Janusz  Pałubicki  –  były
opozycjonista.  Pałubicki  nienawidzi  esbeków  wręcz  zoologicznie,  co

background image

wywołuje  jego  konflikt  z  Petelickim.  Petelicki  odchodzi  na  emeryturę  (na
stanowisku  szefa  GROM  zastępuje  go  Roman  Polko).  Nie  wycofuje  się
jednak  z  życia  publicznego.  Jako  ekspert  często  zapraszany  jest  do  studiów
telewizyjnych,  gdzie  wypowiada  się  na  temat  kondycji  wojska
i  bezpieczeństwa  państwa.  Angażuje  się  również  w  biznes.  Jako  doradca
zaczyna współpracę ze znanymi firmami m.in. Ernst & Young.

Wynik wyborów w 2005 roku nie wzbudza zachwytu generała. W swoich

wypowiedziach  szczególnie  często  krytykuje  Antoniego  Macierewicza  za
reformy  wojskowych  służb  specjalnych.  Ten  nie  pozostaje  dłużny
i  w  publicznych  wypowiedziach  wymienia  Petelickiego  w  gronie  osób
stojących  za  atakami  na  Komisję  Weryfikacyjną.  W  2011  roku,  udzielając
wywiadu „Playboyowi”, Petelicki wspomina o „czarnej” liście nazwisk osób
przeznaczonych  do  aresztowania,  która  miała  istnieć  w  czasach  PiS-u.
Generał  przyznaje,  że  jego  nazwisko  również  się  na  niej  znalazło.
Przywołajmy fragment wywiadu:

„Macierewicz założył nawet podsłuch Radkowi Sikorskiemu, który w ich

rządzie był ministrem obrony. Kiedy Jarosław dowiedział się, że Sikorski od
czasu  do  czasu  się  ze  mną  spotyka,  wezwał  go  do  siebie  i  zabronił  mu
jakichkolwiek kontaktów z generałem Petelickim. Po pewnym czasie Radek
przysłał  mi  prześmiewczy  mail  –  „Fatwa  się  skończyła”.  W  post  scriptum
dodał  –  „Panie  Antoni,  proszę  zameldować  premierowi  o  tym  ostatecznym
dowodzie mojej nielojalności”.

W  latach  2006-2007  Petelicki  bierze  udział  w  jednej  z  najważniejszych

operacji  polskiego  wywiadu.  Pomaga  polskim  szpiegom  zdobyć  tajne  kody
rosyjskich  wojsk  lotniczych  chroniących  przed  rakietami  typu  GROM.
Rosyjskie  samoloty  wojskowe  dysponowały  specjalnym  systemem
oszukującym  naprowadzanie  rakiet  przeciwlotniczych  typu  GROM.
W  efekcie,  GROM-y  były  bezużyteczne  w  starciu  z  rosyjskimi  samolotami.
Ostatecznie  w  2007  roku  polski  wywiad  złamał  jednak  te  systemy
zabezpieczeń.  W  następstwie,  w  polskich  zakładach  zbrojeniowych
wyprodukowano  rakiety  GROM,  które  potrafiły  oszukać  te  nowe
zabezpieczenia i mogły  już trafiać w  rosyjskie samoloty. W  2008 roku, gdy
wybuchła  wojna  w  Gruzji,  prezydent  Lech  Kaczyński  podpisał  tajny  rozkaz
o  dostarczeniu  stronie  gruzińskiej  polskich  rakiet.  Co  ciekawe:
prezydent złamał wówczas prawo, ponieważ kazał sprzedać Gruzinom także
te  rakiety,  które  pochodziły  z  rezerwy  przeznaczonej  na  wypadek  wojny

background image

i których nie było mu wolno sprzedawać.

GROM-y  miały  w  Gruzji  prawie  stuprocentową  skuteczność.  Strącały

samolot  za  samolotem,  ku  zdumieniu  rosyjskiego  dowództwa,  które  liczyło,
że  siły  powietrzne  nie  doznają  poważniejszego  uszczerbku  w  gruzińskiej
przestrzeni powietrznej.

Sprawa  polskich  GROM-ów  wyszła  na  jaw,  gdy  Rosjanie  zaatakowali

gruziński  konwój  wiozący  rakiety,  przechwycili  je  i  zorientowali  się,  kto  je
dostarczył  na  Kaukaz  i  kto  odpowiada  za  strącenie  dziesiątek  rosyjskich
samolotów. W Polsce sprawa ta wyszła na jaw kilka miesięcy później. Lecha
Kaczyńskiego  szantażowano,  że  jeżeli  opublikuje  niewygodne  dla  obozu
rządzącego  dokumenty  WSI,  zostanie  postawiony  przed  Trybunałem  Stanu
za złamanie prawa przy sprzedaży polskich rakiet do Gruzji. W tym samym
czasie rosyjski kontrwywiad wszczął śledztwo, które miało odpowiedzieć na
pytanie, w jaki sposób „wyciekły” kody zabezpieczające przed GROM-ami.
Jak udało mi się ustalić, Rosjanie przeanalizowali kontakty wszystkich osób,
które  miały  dostęp  do  tych  materiałów  i  w  ten  sposób  dotarli  do  pewnego
handlarza bronią, którego znajomym był generał Petelicki. Ów handlarz miał
dostęp do tej wiedzy, ponieważ sprzedawał rosyjski sprzęt. I, jak powiadomił
mnie  mój  dobrze  poinformowany  rozmówca,  rosyjscy  kontrwywiadowcy
stwierdzili,  że  osobą,  która  zdobyła  te  kody,  był  właśnie  Petelicki.  Taką
informację  uzyskałem  od  swojego  rozmówcy  na  początku  roku  2013,  a  on
miał  ją  od  pół  roku.  Według  niego  Rosjanie  mogli  to  odkryć  na  początku
roku  2012,  a  więc  kilka  miesięcy  przed  śmiercią  generała.  Byłby  to  bardzo
poważny  motyw  ewentualnego  zabójstwa.  Albo  raczej  tylko  jeden
z motywów.

Wróćmy na polską scenę polityczną. Gdy w 2007 roku wybory zmieniły

układ  sił  w  parlamencie,  Petelicki  również  nie  szczędził  słów  krytyki  PiS-
owi, a zwłaszcza Antoniemu Macierewiczowi. Powodem stało się zaginięcie
szyfranta Zielonki, za co Petelicki winą obciążał reformy Macierewicza.

„Kluczową  sprawą  w  poszukiwaniach  zaginionego  podoficera  jest  stan

naszego wywiadu i kontrwywiadu wojskowego. Powołując się na wypowiedź
gen.  Rusaka,  byłego  szefa  WSI,  można  stwierdzić,  że  dziś  takowych  nie
posiadamy, ponieważ skutecznie zniszczył je Antoni Macierewicz publikując
tajne  dane  istotne  dla  działania  służb.  Z  wywiadu  zostali  usunięci  wybitni
specjaliści  –  także  bardzo  młodzi  matematycy  i  informatycy.  To  powoduje,
że  nasza  służba  traci  możliwości  ochrony  żołnierzy  –  co  było  widać

background image

w  sprawie  Nangar  Khel.  Zajmowała  ona  się  wówczas  szukaniem  haków  na
żołnierzy, a nie ich ochroną”.

W  połowie  2011  roku,  gdy  sąd  uniewinnił  polskich  żołnierzy,  twórca

GROM-u komentował: „Nie doszukuję się motywów politycznych w wyroku
sądu,  bo  byłoby  to  z  mojej  strony  świństwo.  Doszukuję  się  ich  jednak
w  działaniach  Antoniego  Macierewicza,  bo  sprawa  „zbrodni  ludobójstwa”
w  Nangar  Khel  miała  się  zacząć  od  raportu,  który  polityk  PiS  przyniósł  do
MON-u. Coś dziwnego się stało, że jak PiS przegrało wybory, to ci żołnierze
stali się zbrodniarzami”.

Postawa  Petelickiego  uległa  zmianie  po  10  kwietnia  2010  roku.  Po

katastrofie  smoleńskiej,  generał  został  jednym  z  najbardziej  aktywnych
krytyków  rządzącej  partii.  To  właśnie  on  ujawnił  dziennikarzom  słynnego
SMS-a  rozsyłanego  wśród  posłów  PO.  Jego  treść  brzmiała:  „Katastrofę
spowodowali piloci, którzy zeszli we mgle poniżej 100 metrów. Do ustalenia
pozostaje, kto ich do tego skłonił”. Ujawnienie tego SMS-a wywołało burzę,
bo  można  z  niego  było  wyczytać  instrukcję  dla  polityków  PO  na  temat
wypowiedzi  co  do  przyczyn  oficjalnej  wersji  tragedii  i  śmierci  Lecha
Kaczyńskiego.  Co  więcej:  Petelicki  publicznie  twierdził,  że  autorem  tego
SMS-a musiał być albo Donald Tusk, albo Paweł Graś, albo Tomasz Arabski
(każdy  z  nich  wypierał  się  tego).  Zachowanie  Petelickiego  po  katastrofie
smoleńskiej  ciekawie  opisał  Gromosław  Czempiński  w  wywiadzie
prasowym.

„Uległ on niestety teorii, którą głosił PiS, że to był zamach, czyli mimo że

na początku mówił, że do katastrofy doprowadziły błędy w przygotowaniach
wizyty, to potem raczej zaczął dryfować w stronę zamachu”.

Od  tego  momentu,  Petelicki  zaczął  publicznie  krytykować  rząd  za

postępującą  degrengoladą  sił  zbrojnych,  za  niszczenie  wojsk  specjalnych,
za złe funkcjonowanie wywiadu i kontrwywiadu.

W  lipcu  2011  roku,  gdy  zbliżały  się  wybory  parlamentarne,  generał

Petelicki  udzielił  ciekawego  wywiadu  portalowi  Onet.pl.  Przytoczmy  jego
fragment.

„– Czy w Polsce ktoś inny mógłby stanąć na czele rządu niż Donald Tusk?
– Oczywiście.
– PiS i Jarosław Kaczyński?
–  Nie,  dlaczego  chce  Pan  ze  mnie  zrobić  zwolennika  PiS-u,  którym  nie

jestem? Owszem znajdują się tam ludzie logicznie myślący jak np. Zbigniew

background image

Girzyński,  ale  w  PO  też  jest  wielu  porządnych  ludzi.  Najlepszy  dla  Polski
byłby  rząd  fachowców.  Tusk  i  Kaczyński  nie  są  dobrym  rozwiązaniem  dla
Polski.  Zakończę  ten  wywiad  cytatem  z  Pawła  Kukiza:  Kaczor  i  Donald  do
Disneylandu˝.”

Z  tego  wywiadu  wynika,  że  Petelicki  bardzo  krytycznie  oceniał  zarówno

rząd,  jak  i  opozycję  i  uważał,  że  tylko  „trzecia  siła”  może  ocalić  Polskę.
Kilka  miesięcy  później  zaczęliśmy  obserwować  powstawanie  „trzeciej  siły”
w  Ruchu  Narodowym  oraz  popierających  go  mediach  (m.in.  „Nowym
Ekranie”). Te wysiłki na niewiele się zdały, bo wybory wygrała PO i Donald
Tusk pozostał premierem na drugą kadencję. O premierostwo musiał jednak
powalczyć. I niewiele brakło, aby przegrał.

Gdy  w  2010  roku  zbliżały  się  wybory  prezydenckie,  wewnątrz  PO

wyłoniono  dwóch  kandydatów:  szefa  MSZ  Radka  Sikorskiego  i  marszałka
Sejmu  Bronisława  Komorowskiego.  Rywalizację  wygrał  Bronisław
Komorowski  i  on  został  nominatem  PO  na  najwyższe  stanowisko
w  państwie.  W  kwietniu  2010  roku,  po  katastrofie  smoleńskiej,  gdy
marszałek  Komorowski  został  pełniącym  obowiązki  prezydenta  RP,  Tusk
wydał  Służbie  Kontrwywiadu  Wojskowego  tajne  polecenie  wszczęcia
Sprawy 

Operacyjnego 

Rozpracowania 

dotyczącej 

Komorowskiego.

Przedmiotem sprawy było rozpoznanie związków Komorowskiego z osobami
reprezentującymi  w  Polsce  wywiad  rosyjski.  Chodziło  o  to,  aby  przy  okazji
zebrać jak najwięcej materiałów kompromitujących Komorowskiego.

Nie  udało  mi  się  ustalić,  czy  operacja  SKW  została  zakończona  (a  jeżeli

tak,  to  kiedy).  Dowiedziałem  się  natomiast,  że  w  wyniku  działań  SKW
zebrana została porażająca wiedza dotycząca tego polityka. Dzięki niej Tusk
mógł  być  pewien,  że  jest  w  stanie  w  wystarczającym  stopniu  wpływać  na
decyzje Komorowskiego (wcześniej SKW zbierało również – z tego samego
powodu  –  materiały  kompromitujące  Radka  Sikorskiego).  Komorowski  –
  zgodnie  z  jego  przewidywaniami  –  został  wybrany  na  prezydenta  Polski
w  2010  roku  (w  drugiej  turze  pokonał  Jarosława  Kaczyńskiego)  i  od  razu
zmienił  polską  politykę  zagraniczną  i  obronną,  nadając  jej  ewidentnie
prorosyjski  kierunek.  W  następnych  miesiącach  Komorowski  spowodował
zatrudnienie  negatywnie  zweryfikowanych  oficerów  WSI  w  strukturach
państwa m.in. w BBN i MON. W tamtym czasie zaczęło się również powolne
utrudnianie  działalności  amerykańskim  firmom,  które  chciały  w  Polsce
wydobywać gaz łupkowy. To o tyle istotna sprawa, że będzie miała później

background image

ogromny wpływ na okoliczności śmierci Petelickiego.

9 października 2011 r. odbyły się wybory parlamentarne, które zakończyły

się  –  zgodnie  z  przewidywaniami  większości  analityków  –  zwycięstwem
Platformy Obywatelskiej. Gdy było już jasne, że partia Kaczyńskiego po raz
drugi będzie siedzieć w ławach opozycyjnych, w pierwszych dniach listopada
2011  roku  prezydenta  Bronisława  Komorowskiego  odwiedził  w  jego
gabinecie były szef MSW, a później jego następca w fotelu marszałka Sejmu
–  Grzegorz  Schetyna.  Schetyna  zaproponował,  aby  Komorowski  właśnie
jemu  powierzył  misję  tworzenia  rządu.  Ta  propozycja  zakładała  odesłanie
niewygodnego dla nich obu Donalda Tuska w polityczny niebyt. Tę rozmowę
nagrała,  oczywiście  bez  ich  wiedzy,  jedna  ze  służb  specjalnych.  Nagranie
trafiło  na  biurko  Donalda  Tuska.  I  wtedy  premier  sam  pofatygował  się  do
Bronisława Komorowskiego. Czy to spotkanie zostało nagrane – tym razem
przez  Komorowskiego?  Takie  plotki  chodziły  w  służbach  specjalnych,  ale
potwierdzenia nie udało mi się znaleźć. Rozmowa – jak można się domyśleć
–  dotyczyła  propozycji  powierzenia  Tuskowi  misji  tworzenia  rządu  po  raz
drugi.  Nie  wiadomo,  jakich  argumentów  użył  Tusk,  jednak  trudno  sobie
wyobrazić,  żeby  wówczas  nie  przypomniał  sobie  o  wiedzy  zbieranej
pieczołowicie  od  wiosny  2010  roku  przez  Służbę  Kontrwywiadu
Wojskowego.  Faktem  jest  jednak,  że  Komorowski  –  zmuszony  dokonać
wyboru  pomiędzy  dwoma  kolegami  z  partii  –  postawił  na  tego,  który  miał
większą  wiedzę  o  jego  „ciemnych  sprawkach”  i  to  właśnie  jemu  oficjalnie
powierzył  misję  tworzenia  rządu.  Nadzieja  Schetyny,  by  objąć  funkcję
premiera, legła w gruzach.

W rezultacie, tuż po zaprzysiężeniu nowego rządu (18 listopada 2011 r.),

Tusk  przystąpił  do  rozprawy  z  „frakcją  Schetyny”.  Najpierw  pozbawił  go
funkcji  marszałka  Sejmu.  Zastąpiła  go  bardzo  blisko  związana  z  Tuskiem
Ewa  Kopacz.  Zaś  sam  Schetyna  został  skazany  na  polityczną  karę  –
  powierzono  mu  jedynie  marginalną  funkcję  przewodniczącego  sejmowej
Komisji  Spraw  Zagranicznych.  Zaś  kilka  dni  później,  dopadł  głównego
promotora  politycznego  Schetyny.  22  listopada  2011  r.  Polską  wstrząsnęła
informacja  o  zatrzymaniu  generała  Gromosława  Czempińskiego.  Ta  sprawa
sama w sobie ciekawa i warto ją opisać.

Czempiński  usłyszał  w  Prokuraturze  Apelacyjnej  w  Katowicach  zarzut

przyjęcia  (wspólnie  z  innymi  osobami)  kwoty  1,4  miliona  złotych  łapówki
i  wyprania  600  tysięcy  euro.  Według  prokuratury  były  to  pieniądze  za

background image

nielegalne  załatwienie  korzystnych  dla  wspólników  Czempińskiego
prywatyzacji,  czyli  za  umożliwienie  im  przejęcia  dwóch  państwowych
monopolistów:  STOEN-u  i  LOT-u  ze  szkodą  dla  Skarbu  Państwa
i wszystkich podatników.

O  co  chodziło?  W  grudniu  2001  r.,  w  Ministerstwie  Skarbu  Państwa

podjęta  została  uchwała  o  utworzeniu  spółki  STOEN  Nieruchomości  (dalej
SN) – spółki córki STOEN-u – energetycznego giganta dostarczającego prąd
dla  mieszkańców  Warszawy.  Wniesiono  do  niej  aportem  nieruchomości
należące  do  STOEN-u.  Następnie  zarząd  spółki  córki  podpisywał  dziwne,
niekorzystne  umowy  dotyczące  budowania  różnych  obiektów  na  działkach
STOEN-u.  Umowy  te  –  w  większości  przypadków  –  zawierane  były
notarialnie  i  miały  klauzule  niezrywalnych.  Zawierały  również  gigantyczne
kary  dla  SN  na  wypadek  niewywiązania  się  w  terminie  z  płatności  lub
realizacji  swojego  udziału  w  inwestycjach.  Najgłośniejszy  taki  przypadek
dotyczył  umowy  na  budowę  kliniki  ortopedycznej  na  warszawskich
Stegnach. W wyniku wadliwie skonstruowanej umowy SN nie dość, że tracił
nieruchomości (najczęściej działki warte wiele milionów złotych), to jeszcze
dopłacał  do  budowanych  tam  obiektów.  Co  ciekawe:  dyrektor  SN,  który
podpisał  tę  niekorzystną  dla  spółki  umowę  na  zagospodarowanie  działki  na
Stegnach, znalazł potem pracę w prywatnej firmie, która przejęła działkę(!).
Ten  mechanizm  sprawił,  że  w  latach  2002-2004  STOEN  stracił  365  działek
położonych  w  samej  Warszawie  i  w  atrakcyjnych  miejscach  w  pobliżu.
W  efekcie  tego  procederu  w  ciągu  ponad  dwóch  lat  wartość  STOEN-u
pozbawianego  nieruchomości  spadła  z  ok.  4,5  miliarda  złotych  do  1,5
miliarda,  a  więc  trzykrotnie.  I  ostatecznie  STOEN  nabył  za  tak  niską  cenę
niemiecki  gigant  energetyczny  RWE.  Wzbudziło  to  dezaprobatę  niektórych
pracowników  STOEN-u  i  SN,  którzy  wysłali  szereg  zawiadomień  do
prokuratur  i  ABW.  Ostatecznie  w  2006  roku  sprawą  zajęła  się  prokuratura
w Katowicach i CBA.

Jaka  w  tym  wszystkim  była  rola  Gromosława  Czempińskiego?  Były  as

wywiadu PRL na początku 1996 r. pożegnał się z prestiżowym stanowiskiem
szefa  Urzędu  Ochrony  Państwa  i  od  razu  odnalazł  się  w  wielkim  biznesie.
Był  członkiem  rad  nadzorczych  m.in.  BRE  Banku  oraz  Polskich  Zakładów
Lotniczych  w  Mielcu.  Prowadził  również  działalność  doradczą.  Od  2002  r.
doradzał podmiotom zainteresowanym przejęciem STOEN-u. Z akt śledztwa
prowadzonego przez Prokuraturę Apelacyjną w Katowicach wynika, że miał

background image

on  być  łącznikiem  pomiędzy  biznesmenami  a  urzędnikami  Ministerstwa
Skarbu  Państwa,  którzy  podejmowali  decyzje  niezbędne  do  prywatyzacji
spółki.  Śledczy  próbowali  odtworzyć  dokładne  daty  ich  spotkań  (m.in.  na
podstawie książki wejść do resortu).

Przełomem  w  śledztwie  okazało  się  zatrzymanie  „kasjera  lewicy”.  Peter

V.  został  zatrzymany  w  Warszawie,  w  niedzielę  23  marca  2008  r.
Zatrzymania dokonała grupa Centralnego Biura Śledczego, którym kierował
wówczas Paweł Wojtunik – obecny szef CBA. Polecenie w tej sprawie wydał
ówczesny  katowicki  wydział  Biura  Przestępczości  Zorganizowanej
Prokuratury  Krajowej.  Peter  V.  został  przewieziony  do  Katowic,  gdzie
usłyszał  zarzuty  pomocnictwa  w  przywłaszczeniu  pieniędzy  i  prania
brudnych  pieniędzy.  Dwa  dni  później  katowicki  sąd  uwzględnił  wniosek
o  tymczasowe  aresztowanie  Petera  V.  i  „kasjer  lewicy”  trafił  za  kratki.
W tym czasie jego adwokat robił, co mógł, by pomóc mu odzyskać wolność.
Na  to  był  tylko  jeden  sposób:  współpraca  z  organami  ścigania.  Peter  V.
postanowił 

skorzystać 

przepisu 

pozwalającego 

na 

uzyskanie

nadzwyczajnego złagodzenia kary w zamian za złożenie zeznań dotyczących
innych osób biorących udział w przestępstwie. Problem Petera V. polegał na
tym,  że  miał  wiedzę  głównie  o  politykach  lewicy  (jej  pozycja  na  polskiej
scenie  politycznej  wówczas,  w  2008  roku,  była  niewielka)  oraz  o  kilku
osobach  związanych  z  rządzącą  Platformą  Obywatelską.  Jedynym  wyjściem
była więc współpraca z Centralnym Biurem Antykorupcyjnym – kierowanym
przez  fanatycznego  działacza  PiS  Mariusza  Kamińskiego.  Z  jego  punktu
widzenia  Peter  V.  miał  w  rękawie  asa:  informacje  wiążące  aferę
prywatyzacyjną  z  Gromosławem  Czempińskim  –  kojarzonym  ze
środowiskiem  PO  –  tak  znienawidzonym  przez  PiS  i  samego  Kamińskiego.
CBA  natychmiast  więc  podjęło  ten  wątek.  I  rzeczywiście,  Peter  V.  wyraził
chęć  współpracy  przy  śledztwie  dotyczącym  prania  pieniędzy.  Zgodził
się  złożyć  obszerne  zeznania  w  zamian  za  nadzwyczajne  złagodzenie  kary.
W efekcie za kratkami spędził niewiele ponad 28 miesięcy (wcześniej groziło
mu 10 lat) i wyszedł na wolność, zostawiając w gmachu prokuratury kilkaset
protokołów  ze  złożonych  przez  siebie  zeznań.  Opowiedział  prokuratorom
o  mechanizmie  korupcyjnym,  w  którym  główną  rolę  odegrały  trzy  firmy.
Firma A. działała w Polsce i doradzała przy prywatyzacjach. Jej udziałowcem
była firma B. z siedzibą w Szwajcarii, której udziałowcem była z kolei spółka
C., również zarejestrowana w tym kraju. Firma A. otrzymywała pieniądze od

background image

spółek 

zainteresowanych 

korzystnym 

rozstrzygnięciem 

przetargów.

Następnie, na podstawie faktur za inne usługi, przekazywała pieniądze firmie
B.,  a  ta  –  na  podstawie  innych  rachunków  –  firmie  C.  Udziałowcami  tych
spółek mieli być sam Czempiński i urzędnicy Ministerstwa Skarbu Państwa.
Szczegóły tych transakcji znał Peter V., który jako pracownik Couttis Banku
zakładał  konta  spółkom.  I  to  on  właśnie  opisał  sprawę,  podał  nazwy  tych
spółek,  ich  mechanizmy  finansowe  i  rolę  samego  Gromosława
Czempińskiego.  W  2010  r.  prowadzący  sprawę  prokuratorzy  wystąpili  do
Szwajcarii o pomoc prawną i dokumenty związane z treścią zeznań Petera V,
a  jesienią  zdecydowali  się  postawić  zarzuty  korupcji  i  prania  pieniędzy
generałowi Czempińskiemu.

Sprawa od początku wyglądała na szytą grubymi nićmi. Kiedy generał był

jeszcze  zatrzymany,  do  wiadomości  opinii  publicznej  przedostała  się
informacja,  że  postawiono  mu  zarzut  z  artykułu  228,  który  przewiduje  karę
do 8 lat więzienia dla tego, kto „w związku z pełnieniem funkcji publicznej
przyjmuje korzyść majątkową lub osobistą albo jej obietnicę”. Tyle tylko, że
Czempiński  przestał  pełnić  funkcję  publiczną  w  1996  r.,  odchodząc  ze
stanowiska  szefa  Urzędu  Ochrony  Państwa.  Zastosowano  więc  wykładnię
umożliwiającą  stosowanie  tego  przepisu  do  osób  współpracujących
z  osobami  pełniącymi  funkcje  publiczne.  Czempiński  nie  poszedł  siedzieć.
Zapłacił milion złotych kaucji i podpisał zakaz opuszczania kraju.

3 stycznia stanowisko stracił kolejny „człowiek Schetyny”: Adam Rapacki

– wiceminister odpowiedzialny za policję (promotorem jego kariery również
był  Gromosław  Czempiński).  W  efekcie  rozkręciła  się  karuzela  zmian
w policji, która dotarła aż do najniższych stanowisk kierowniczych.

W  ten  sposób  Tusk  karał  Schetynę  za  zdradę  i  nielojalność.  Jednak  nie

wiedział,  że  każda  akcja  rodzi  reakcję.  W  marcu  2012  roku  Sąd  Okręgowy
w  Katowicach  uznał,  że  zatrzymanie  Czempińskiego  było  bezzasadne.
Podzielił argument obrońcy generała, że były szef UOP był gotów stawić się
w każdej chwili na przesłuchanie. Był to prztyczek wymierzony w nos Tuska.

W marcu 2012 roku, gdy Schetyna szefował komisji spraw zagranicznych,

a  Czempiński  zmagał  się  z  problemami  sądowymi,  generał  Sławomir
Petelicki  zaangażowany  był  w  wielkie  przedsięwzięcie  biznesowo-
polityczne.  Od  jesieni  2011  r.  zakładał  bowiem  prywatną  wywiadownię
gospodarczą.  Miała  zatrudniać  ludzi  z  GROM-u  oraz  oficerów  służb
specjalnych  odchodzących  ze  służby.  W  ten  sposób  były  szef  komandosów

background image

zagospodarowałby  swoich  podwładnych,  którzy  po  odejściu  do  rezerwy
często mają problemy ze znalezieniem pracy (były przypadki, że komandosi
trafiali  do  grup  przestępczych).  Po  drugie:  wykorzystałby  ich  wiedzę,
doświadczenie i umiejętności w gospodarce. Po trzecie wreszcie: wszystko to
stałoby  się  świetnym  biznesem,  przynoszącym  Petelickiemu  duże  zyski.
O tym, jak poważny był to projekt, poinformował mnie jeden z najbliższych
współpracowników  generała,  który  wraz  z  nim  rozwijał  biznes.  „Koncepcja
tej  wywiadowni  powstała  w  Stanach  Zjednoczonych.  Nieformalny  patronat
nad nią objął ośrodek Stratfor, a ojcem koncepcji był sam George Friedman”.
Przypomnieć należy, że „Stratfor” to potoczna nazwa ośrodka analitycznego
wykonującego  zadania  dla  CIA  –  amerykańskiego  wywiadu.  Jego  siedziba
mieści się w Austin w Texasie. Z kolei wspomniany przez mojego rozmówcę
George  Friedman  to  założyciel  i  szef  ośrodka.  Jak  ustaliłem,  Petelicki
i Friedman poznali się w 1990 roku, gdy polski generał – budujący wówczas
elitarną  jednostkę  GROM  –  uczestniczył  w  specjalistycznych  szkoleniach
w  USA.  Znalazł  się  wówczas  w  gronie  byłych  oficerów  komunistycznego
wywiadu, którzy opowiedzieli się po stronie Amerykanów.

Wróćmy  jednak  do  ośrodka.  W  2010  roku  Stratfor  zlecił  Petelickiemu

monitorowanie  rynku  gazu  łupkowego.  O  co  chodziło?  Gdy  kilka  lat  temu
w  Polsce  odkryto  ogromne  pokłady  tego  surowca,  zaczęła  się  walka
o  koncesje  na  jego  wydobycie.  Rywalizowały  ze  sobą  spółki  amerykańskie
i rosyjskie. Petelicki nie krył się ze swoim poglądem, że przyznanie koncesji
spółkom  amerykańskim  i  wpuszczenie  ich  na  polski  rynek,  leży  w  interesie
bezpieczeństwa naszego kraju. Według niego warte wiele miliardów dolarów
inwestycje energetycznych potentatów z USA w wydobycie gazu łupkowego
w  Polsce  będą  skuteczniejszym  gwarantem  sojuszu  polsko-amerykańskiego
niż  zapisy  traktatu  NATO.  Według  informacji,  które  udało  mi  się  uzyskać,
przez  wiele  miesięcy  Petelicki  dostarczał  stronie  amerykańskiej  ważne
informacje  o  tym,  co  dzieje  się  w  obszarze  gazu  łupkowego.  Wywołało  to
ostrą  rywalizację  ze  spółkami  rosyjskimi,  walczącymi  o  dostęp  do  surowca.
Według Petelickiego umożliwienie takiej sytuacji było działaniem na szkodę
polskiego bezpieczeństwa, za co winą generał obarczał rząd Donalda Tuska.
Według  niego  była  to  też  swoista  „zdrada  stanu”,  bo  miejsce  koncernów
amerykańskich  zajmowały  koncerny  rosyjskie.  Taka  sytuacja  musiała
doprowadzić  –  w  długofalowej  perspektywie  –  do  oddania  spółkom
rosyjskim  (i  stojącym  za  nim  służbom  specjalnym)  całkowitej  kontroli  nad

background image

polskimi złożami surowca.

Rozgrywka  ta  toczyła  się  w  momencie,  gdy  w  Stanach  Zjednoczonych

zbliżały  się  wybory  prezydenckie,  w  których  kandydat  republikanów  –  Mitt
Romney  –  próbował  odebrać  urząd  socjaldemokracie  i  lewakowi  –
  Barackowi  Obamie.  Romney  zapowiadał  m.in.  daleko  idące  zmiany
w polityce zagranicznej, w tym przyjęcie twardego kursu w relacjach z Rosją.
Było  więc  jasne,  że  zakończy  politykę  ustępstw  prowadzoną  przez  Obamę.
A  to  z  kolei  oznaczało,  że  będzie  twardo  bronił  amerykańskich  interesów
w Europie Środkowo-Wschodniej. Obama zgodził się na rosyjską dominację
w tej części świata w zamian za zgodę na swobodne działanie USA w krajach
Azji  i  na  Bliskim  Wschodzie.  Po  ewentualnym  dojściu  do  władzy
Romeney’a,  amerykańskie  inwestycje  w  polski  gaz  łupkowy  mogły  mieć
strategiczne znaczenie. Ich torpedowanie było niczym innym tylko świadomą
grą w obronie interesów rosyjskich w Polsce.

Ponieważ główną przeszkodą w realizacji inwestycji amerykańskich w ten

sektor  był  prorosyjski  rząd  i  prorosyjski  prezydent,  konieczne  stało  się  ich
wyeliminowanie. 

Tu 

można 

było 

wykorzystać 

falę 

społecznego

niezadowolenia  wynikającego  z  kryzysu  gospodarczego  i  spróbować
doprowadzić  do  zmiany  politycznej.  Takiego  scenariusza  nie  dało  się
przeprowadzić  bez  udziału  służb  specjalnych,  a  to  mieliby  zagwarantować
generałowie Czempiński i Petelicki.

„Czempiński  był  wtajemniczony  w  cały  ten  plan”  –  powiedział  mi

w  czerwcu  2013,  w  rocznicę  śmierci  Petelickiego,  emerytowany
podpułkownik Wojskowych Służb Informacyjnych.

Taki  plan  zakładał  też  konieczność  wywołania  społecznych  niepokojów,

a  do  tego  potrzebny  był  bardzo  poważny  materiał  ujawniający  skandal
w  rządzie.  Skandal  większy  niż  wszystkie  dotychczasowe.  Jak  ustaliłem
w  trakcie  swojego  dziennikarskiego  śledztwa,  takim  materiałem  były…
zdjęcia  zrobione  nad  Smoleńskiem  przez  amerykańskie  satelity  10  kwietnia
2010 r.

„Sławek  miał  te  zdjęcia.  Dostał  je  od  Amerykanów.  Zdjęcia  miały  być

zapalnikiem.  Wykorzystane  i  odpowiednio  nagłośnione  miały  być
materiałem,  który  miał  zmieść  ze  sceny  politycznej  Donalda  Tuska”  –
  powiedział  mi  człowiek,  który  brał  udział  w  przygotowaniach  do  tej
operacji.

Ten  plan  zakładał  ujawnienie  zdjęć  ze  Smoleńska,  dowodzących,  że

background image

doszło  tam  do  zamachu,  przy  co  najmniej  akceptacji  polskiego  rządu.
Upublicznienie  tego  materiału  miało  być  początkiem  końca  rządu  Tuska.
Według  tego  planu  w  fotelu  premiera  miał  go  zastąpić  właśnie  Grzegorz
Schetyna, zaś ceną tego porozumienia byłoby oddanie amerykańskim firmom
koncesji  na  wydobycie  gazu  łupkowego.  Ten  plan  doprowadziłby  do
bliskiego  zacieśnienia  związków  z  USA,  co  wzmocniłoby  naszą
suwerenność.

Z moich informacji wynika, że odpalenie zdjęć smoleńskich, początkujące

wielką  operację  polityczną,  miało  nastąpić  latem  2012  r.,  jednak  –  ze
względu na Euro 2012 – Petelickiemu nakazano wstrzymać się do września.

16  czerwca  generał  Sławomir  Petelicki  zszedł  do  garażu  pod  własnym

blokiem, gdzie kilkadziesiąt minut później znaleziono jego zwłoki.

Ciekawa  sprawa,  że  niedługo  potem,  amerykańskie  firmy  dysponujące

koncesjami na wydobycie gazu łupkowego w Polsce zaczęły się wycofywać
z naszego rynku, a jesienią poinformowały o zamiarze odprzedania koncesji.

Rynek gazu łupkowego powoli dostaje się w ręce rosyjskie.
Śledztwo  w  sprawie  śmierci  generała  Petelickiego  jest  już  formalnie

umorzone.  Prokuratura  stwierdziła,  że  nikt  nie  pomagał  mu  odebrać  sobie
życia.

˝

background image

Rozdział X

Taniec śmierci 

11  lutego  2012  roku,  wczesnym  rankiem,  otrzymałem  SMS-a

o  następującej  treści.  „Tobiasz  nie  żyje.  Oficjalnie  nieszczęśliwy  wypadek”.
SMS  został  wysłany  z  bramki  internetowej,  jednak  słowo  określające
nadawcę  wskazywało,  że  wiadomość  przekazał  mi  jeden  z  informatorów  ze
środowiska  służb  specjalnych.  Zadzwoniłem  do  kilku  osób  i  szybko
potwierdziłem  tę  informację.  Okazało  się,  że  rzeczywiście  emerytowany
pułkownik Wojskowych Służb Informacyjnych zmarł kilka godzin wcześniej
w zastanawiających okolicznościach.

Jak udało mi się ustalić, w piątek 10 lutego płk Leszek Tobiasz bawił się

na imprezie integracyjnej Ochotniczych Hufców Pracy. Nagle, podczas tańca,
z  niewiadomych  powodów  upadł.  Podjęto  reanimację,  która  zakończyła  się
fiaskiem.  Śledztwo  w  sprawie  jego  śmierci  wszczęła  Prokuratura  Okręgowa
w  Radomiu.  I  sprawę  umorzyła,  stwierdzając,  że  przyczyną  śmierci  był
nieszczęśliwy  wypadek.  Może  i  brzmiałoby  to  wiarygodnie,  gdyby  nie
moment, w którym się to wydarzyło. Otóż 1 marca 2012 roku, a więc ponad
dwa  tygodnie  później,  pułkownik  Tobiasz  miał  stawić  się  w  sądzie
w  Warszawie  i  poddać  się  konfrontacji  z  prezydentem  Bronisławem
Komorowskim.  W  tej  sprawie  oskarżonym  był  dziennikarz  Wojciech
Sumliński. Zapowiadana konfrontacja była o tyle ważna, że gdyby w sądzie
okazało  się,  że  Tobiasz  kłamał  (a  wszystko  wskazywało  na  to,  że  tak  się
stanie), Sumliński zostałby uniewinniony i jeden z najgłośniejszych procesów
zakończyłby się spektakularną klęską prokuratury. Gdyby zaś okazało się, że
mówił  prawdę,  trzeba  byłoby  wszcząć  procedurę  impeachmentu  wobec
prezydenta  Bronisława  Komorowskiego.  Aby  wyjaśnić  tę  sytuację,  trzeba

background image

cofnąć się o cztery lata.

13  maja  2008  r.  w  swoim  mieszkaniu  w  Warszawie  zatrzymany  został

Wojciech  Sumliński.  Wraz  z  nim  Agencja  Bezpieczeństwa  Wewnętrznego
zatrzymała  byłego  pułkownika  WSI  –  Aleksandra  Lichockiego.  Obaj
usłyszeli  zarzuty  płatnej  protekcji.  Sąd  aresztował  Lichockiego  (za  kratami
spędził  łącznie  6  miesięcy),  a  na  aresztowanie  dziennikarza  nie  wyraził
zgody.  Zdaniem  prokuratury  obaj  proponowali,  że  za  pieniądze  załatwią
pozytywną  weryfikację  dla  pułkownika  Wojskowych  Służb  Informacyjnych
Leszka  Tobiasza  i  jego  syna.  Miało  się  to  dziać  w  latach  2006-2007,  kiedy
rząd PiS reformował wojskowe służby specjalne. W miejsce likwidowanych
WSI 

powstały 

służby 

wywiadu 

kontrwywiadu 

wojskowego,

a  o  zatrudnieniu  w  nich  byłych  oficerów  decydowała  komisja  kierowana
przez Antoniego Macierewicza.

Wojciech  Sumliński  to  jeden  z  najbardziej  utytułowanych  polskich

dziennikarzy  śledczych.  Zasłynął  m.in.  tekstami  na  temat  mafii
pruszkowskiej,  patologii  na  rynku  gazowym,  skandali  z  udziałem  służb
specjalnych. W 1997 roku otrzymał nagrodę Ministra Spraw Wewnętrznych
za  cykl  reportaży  o  nadgranicznej  przestępczości  zorganizowanej.  W  2005
roku  opublikował  książkę  „Kto  naprawdę  Go  zabił”  o  kulisach  zbrodni  na
księdzu  Jerzym  Popiełuszce.  Tej  sprawie  poświęcił  również  wiele
telewizyjnych reportaży.

Dla  sprawy  zatrzymania  Sumlińskiego  kluczowe  wydają  się  wydarzenia

z  2007  roku.  Dziennikarz  opublikował  wówczas  ważny  dokument  ze
śledztwa  w  sprawie  zabójstwa  księdza  Jerzego  Popiełuszki.  Chodzi
o protokół przesłuchania pułkownika Stefana Stefanowskiego – w 1984 roku
szefa  bydgoskiej  Służby  Bezpieczeństwa.  Stefanowski  stwierdził,  że  Janusz
Zemke  –  dziś  europoseł  Lewicy,  wówczas  członek  sejmowej  komisji  ds.
służb specjalnych i przewodniczący komisji obrony narodowej, w latach 80.
sekretarz wojewódzki PZPR w Bydgoszczy – w 1984 r. miał go naciskać, by
zbytnio  nie  angażował  się  w  śledztwo  w  sprawie  Popiełuszki.  Według  tych
samych  zeznań,  osobą,  która  miała  uczestniczyć  w  zacieraniu  śladów
zbrodni, miał być nieżyjący już brat-bliźniak Janusza Zemkego, Zbigniew –
  wówczas  zastępca  szefa  Wojewódzkiego  Urzędu  Spraw  Wewnętrznych
w  Bydgoszczy  do  spraw  SB.  „Mój  brat  pracował  w  kontrwywiadzie”  –
  odpowiada  Janusz  Zemke.  „Nigdy  nie  zajmował  się  inwigilacją  Kościoła.
A  ja  nie  miałem  nic  wspólnego  ani  ze  sprawą  księdza  Popiełuszki,  ani

background image

z zacieraniem śladów po tej zbrodni”.

28 kwietnia 2008 roku „Dziennik” opublikował rozmowę z pułkownikiem

Lichockim,  w  której  ten  twierdził,  że  Janusz  Zemke  wysłał  do  niego
pułkownika  Henryka  Grobelnego  –  byłego  wiceprezesa  Agencji  Mienia
Wojskowego.  Grobelny  to  dobry  znajomy  wspomnianego  wyżej  Zbigniewa
Zemkego.  Ich  znajomość  zaczęła  się  w  latach  80.,  kiedy  obaj  kształcili  się
w  Moskwie  na  kursach  organizowanych  przez  GRU  dla  oficerów  służb
specjalnych  państw  demokracji  ludowej.  Według  Lichockiego  Grobelny
prowokował rozmowę na temat zakupu aneksu do raportu z weryfikacji WSI.
„To  jakaś  bzdura,  nigdy  nie  wysyłałem  do  nikogo  żadnego  Grobelnego”  –
 odpowiada Zemke.

Wczesną  wiosną  2007  roku,  Sumliński  był  współautorem  głośnych

reportaży  telewizyjnych  o  Wojskowych  Służbach  Informacyjnych.  Ujawnił
m.in.  agenturę  WSI  w  mediach.  W  reportażu  opublikowano  fragmenty
raportu z weryfikacji WSI przed ich oficjalnym odtajnieniem. Wiele miejsca
zostało  również  poświęcone  fundacji  „Pro  Civili”,  którą  wspierał  Bronisław
Komorowski.  Znacznie  szerzej  fundacja  ta  opisana  została  w  aneksie  do
raportu  z  likwidacji  WSI.  „Fundacja  Pro  Civili  wyłudziła  z  VAT  kwotę
blisko  400  mln  zł.  Współodpowiedzialnym  za  nie  był  właśnie  Bronisław
Komorowski,  który  de  facto  prowadził  działania  osłonowe  dla  działalności
Fundacji >>Pro Civili<<” – czytamy w aneksie.

Pod  koniec  2007  roku  Wojciech  Sumliński  prowadził  dziennikarskie

śledztwo  dotyczące  nieprawidłowości  przy  gospodarowaniu  mieszkaniami
operacyjnymi  ABW.  Odkrył  (napisał  to  później  w  liście  do  mediów),  że
wiceszef  ABW  –  ppłk  Jacek  Mąka  –  nielegalnie  przejął  jedno  z  takich
mieszkań. Mąka wszystkiemu zaprzeczył i zagroził sądem.

Jesienią 2007 roku, pułkownik WSI Leszek Tobiasz zeznał, że Wojciech

Sumliński  oferował  mu  możliwość  załatwienia  za  pieniądze  pozytywnej
weryfikacji dla niego i dla jego syna.

W  wyniku  zeznań  Tobiasza  jesienią  2007  roku  ABW  pod  nadzorem

Prokuratury Krajowej wszczęła tajne śledztwo dotyczące handlu aneksem do
raportu  z  weryfikacji  WSI.  13  maja  2008  roku,  równolegle  z  zatrzymaniem
Sumlińskiego  funkcjonariusze  ABW  weszli  również  do  mieszkań  dwóch
członków komisji weryfikacyjnej: Leszka Pietrzaka i Piotra Bączka. Historyk
Leszek Pietrzak to były biegły Instytutu Pamięci Narodowej. W latach 2002-
2004  brał  udział  w  śledztwie  dotyczącym  zabójstwa  księdza  Jerzego

background image

Popiełuszki.  Z  mieszkania  Pietrzaka  zabrano  kserokopie  dokumentów
dotyczących  lat  40.  i  50.,  które  były  jawne,  a  ponadto  nie  miały  nic
wspólnego  ze  sprawą  aneksu.  Tych  dokumentów  Pietrzak  do  dziś  nie
odzyskał.

Jeszcze dziwniejsza jest interwencja ABW w domu Piotra Bączka. Bączek

–  były  dziennikarz  (publikował  artykuły  m.in.  o  patologiach  w  WSI)  –
  uczestniczył  w  likwidacji  WSI,  a  później  rozpoczął  pracę  na  wysokim
stanowisku  w  Służbie  Kontrwywiadu  Wojskowego.  Dom  Piotra  Bączka
przeszukali funkcjonariusze ABW, choć powinna była to zrobić Żandarmeria
Wojskowa.  Jako  podpułkownik  SKW  podlega  jurysdykcji  wojskowych
organów ścigania. W dodatku, aby jego żona mogła odprowadzić dziecko do
szkoły,  potrzebna  była  aż  zgoda  Prokuratora  Krajowego.  „–  Realizując
czynności  dochodzeniowo–śledcze,  funkcjonariusze  ABW  działają  na
polecenie  prokuratury”  –  wyjaśnia  rzeczniczka  ABW  mjr  Katarzyna
Koniecpolska-Wróblewska.

W  całej  sprawie  od  początku  było  wiele  rażących  nieprawidłowości.

Sumliński,  według  pierwszej  wersji  prokuratury,  miał  przekazać  aneks
znanemu wydawnictwu. Prokuratorzy ostrzegli jednak tę spółkę i nie wysłali
ABW  do  przeszukania  jej  siedziby.  Kilka  tygodni  przed  zatrzymaniem
Sumlińskiego, w ABW sporządzono bezprawnie jego portret psychologiczny.
Co  ciekawe:  pomógł  w  tym  znany  dziennikarz  niejawnie  współpracujący
z ABW, niegdyś jego bliski współpracownik.

W trakcie śledztwa wyszło na jaw, że pułkownik Leszek Tobiasz jesienią

2007  roku  spotykał  się  z  marszałkiem  Sejmu  Bronisławem  Komorowskim
w  jego  gabinecie  poselskim.  W  jego  trakcie,  Komorowski  miał  obiecać
Tobiaszowi,  że  po  zeznaniach  obciążających  Sumlińskiego  pomoże  mu
załatwić  posadę  attache  wojskowego  w  Tadżykistanie  (wiąże  się  to
z  prestiżem  i  dodatkową  pensją  w  wysokości  7-8  tys.  zł.)  Po  tej  rozmowie
Tobiasz  pojechał  do  ABW  i  złożył  zeznania.  I  tu  kolejna,  zaskakująca
sprawa:  Tobiasz  został  przewieziony  do  siedziby  ABW  służbowym
samochodem Agencji oddanym do dyspozycji jej szefostwa.

Z  akt  śledztwa  wynika,  że  Bronisław  Komorowski  równolegle  spotykał

się  z  pułkownikiem  Aleksandrem  Lichockim,  który  był  w  czasach  PRL
szefem  kontrwywiadu  WSW.  To  właśnie  on,  powołując  się  również  na
Sumlińskiego,  zaoferował  marszałkowi  dostęp  do  aneksu.  Komorowski
powiadomił o tym koordynatora służb specjalnych Pawła Grasia. Z protokołu

background image

przesłuchania  Grasia  wynika,  że  ostrzegł  on  Komorowskiego,  że  Lichocki
jest  rozpracowywany  przez  kontrwywiad  ABW  w  związku  z  kontaktami
z rosyjskim wywiadem. Płynie stąd wniosek, że Komorowski, umawiając się
po  raz  kolejny  z  Lichockim,  wiedział,  że  spotyka  się  z  osobą  podejrzewaną
o szpiegostwo na rzecz Rosji!

„Wszystko,  co  na  ten  temat  miałem  do  powiedzenia,  zeznałem

w  prokuraturze.  Tajemnica  śledztwa  zobowiązuje  mnie,  aby  nie  ujawniać
treści  zeznań.  Podkreślam  jednak,  że  zachowałem  się  tak,  jak  tego  wymaga
prawo,  to  znaczy  powiadomiłem  Agencję  Bezpieczeństwa  Wewnętrznego
o  sprawie  zagrażającej  bezpieczeństwu  państwa”  –  napisał  mi  w  2008  roku
Bronisław Komorowski (był wówczas marszałkiem Sejmu).

Z akt śledztwa wynika jednak, że Komorowski powiadomił ABW dopiero

wtedy,  kiedy  Leszek  Tobiasz  pokazał  mu  nagrania,  na  których  widać
i  słychać,  jak  Lichocki  powołuje  się  na  wpływy  w  komisji  weryfikacyjnej
i  oferuje  dostęp  do  aneksu.  Ciąg  wydarzeń  wskazuje,  że  Komorowski
zawiadomił  ABW  dopiero  wtedy,  gdy  zorientował  się,  że  Tobiasz  nagrał
Lichockiego  podczas  składania  korupcyjnej  propozycji,  a  sam  Lichocki  nie
może przynieść aneksu.

Z  akt  operacyjnych  ABW  wynika  również,  że  we  wrześniu  2007  roku,

przed  dwoma  pułkownikami,  do  marszałka  Komorowskiego  z  propozycją
zakupu aneksu zgłosił się jeszcze jeden człowiek. To Jerzy G. – oficer WSI,
oficjalnie 

prezes 

warszawskiej 

spółki 

zajmującej 

się 

systemami

telekomunikacyjnymi.  Według  naszych  informacji  G.  nagrał  z  ukrycia
Komorowskiego.  Gdy  sprawa  wyszła  na  jaw,  ABW  wszczęła  przeciwko
Jerzemu  G.  śledztwo  dotyczące  jego  udziału  w  nielegalnym  handlu  bronią.
ABW  przeszukała  mieszkanie  i  biuro  Jerzego  G.,  jednak  nagrania  nie
znalazła. Sprawa przeciwko Jerzemu G. stanęła w miejscu.

Oficerom  WSI  mogło  się  wydawać,  że  marszałek  Sejmu  będzie

zainteresowany  zakupem  aneksu.  Ustalili  oni,  że  aneks  do  raportu
z  likwidacji  WSI  zawiera  informacje  kompromitujące  wielu  wpływowych
polityków  Platformy  Obywatelskiej  i  lewicy.  Jego  autorzy  wiele  miejsca
poświęcili 

m.in. 

Jerzemu 

Szmajdzińskiemu, 

Januszowi 

Zemkemu

i Bronisławowi Komorowskiemu. Zdaniem autorów aneksu, w czasach, gdy
kierowali  oni  MON  dochodziło  tam  do  licznych  nieprawidłowości
związanych  z  funkcjonowaniem  WSI  i  rozstrzyganiem  przetargów
zbrojeniowych.  W  tym  kontekście  aneks  wymienia  m.in.  spółkę  Profus

background image

Management  i  spółkę  Prodigy  Ltd.  należącą  do  lobbysty  Marka  Dochnala.
Autorzy  aneksu  zarzucają  również  Komorowskiemu  odpowiedzialność  za
przekazanie  w  obce  ręce  technologii  rozwijanych  w  ramach  projektów
badawczych w WAT.

„Wojskowe  Służby  Informacyjne,  które  odpowiedzialne  były  za

kontrwywiadowczą  osłonę  technologii  rozwijanych  w  ramach  projektów
badawczych  na  Wojskowej  Akademii  Technicznej,  same  przekazały  je
w obce ręce. Odpowiedzialność za to ponosi nie tylko ówczeny szef WSI, ale
także  były  szef  Ministerstwa  Obrony  Narodowej.  Bronisław  Komorowski
w  szczególny  sposób  traktował  wszystkie  kwestie  związane  z  WAT
i interesami tej uczelni” – czytamy w aneksie.

„Nie  było  dla  mnie  zaskoczeniem  pojawienie  się  mojego  nazwiska

w aneksie. Wcześniej prasa sugerowała, że moja osoba ma być objęta treścią
tego raportu” – zeznał Komorowski w prokuraturze 24 lipca 2008 r.

Protokoły  przesłuchania  marszałka  Sejmu  i  Leszka  Tobiasza  są  ze  sobą

sprzeczne. Obaj podawali bowiem różne okoliczności (w tym daty i miejsca)
spotkań  i  przebieg  rozmów  ze  sobą  i  z  pułkownikiem  Aleksandrem
Lichockim.  Adwokat  Wojciecha  Sumlińskiego  –  Roman  Giertych  złożył
więc  wniosek  o  przeprowadzenie  konfrontacji  między  nimi.  W  połowie
lutego 2009 r. prokuratura jednak wniosek ten odrzuciła.

Co jeszcze ciekawsze: śledztwo prowadził prokurator Andrzej Michalski.

W swojej karierze m.in. oskarżał dwóch prawicowych dziennikarzy o to, że
w  1997  roku  w  Paryżu  obrzucili  jajami  prezydenta  Kwaśniewskiego
(domagał się dla nich roku więzienia w zawieszeniu i dwóch tysięcy złotych
grzywny).  Oskarżał  również  Andrzeja  Leppera  o  pomawianie  z  trybuny
sejmowej  polityków  (domagał  się  dla  niego  półtora  roku  w  zawieszeniu  na
pięć  lat  i  36  tysięcy  złotych  grzywny).  Następnego  dnia  po  zatrzymaniu
Sumlińskiego,  prokurator  Andrzej  Michalski  wnioskował  o  zastosowanie
wobec  dziennikarza  tymczasowego  aresztu.  Popierał  to  argumentem,  że
w jego mieszkaniu znaleziono tajne dokumenty. Jednak już w 2003 roku Sąd
Najwyższy  stwierdził,  że  dziennikarz  może  posiadać  takie  dokumenty
(przestępstwo  popełnia  jedynie  osoba,  która  mu  je  przekazuje).  Przepisy
prawa  zobowiązują  prokuraturę  do  niezwłocznego  oddania  zatrzymanemu
wszystkich  jego  rzeczy  zabranych  w  trakcie  przeszukania,  które  nie  mają
związku  ze  sprawą.  Jednak  Prokuratura  Krajowa  usilnie  odmawia  oddania
Sumlińskiemu  wielu  niezwiązanych  ze  sprawą  dokumentów,  w  tym  m.in.

background image

protokołów  przesłuchania  świadków  koronnych  i  kserokopii  akt  śledztwa
w  sprawie  zabójstwa  księdza  Jerzego  Popiełuszki.  Jaki  ma  to  związek  ze
śledztwem? Tego nie wiadomo.

Z  akt  śledztwa  w  tej  sprawie  wynika,  że  akcja  ABW  nie  była  zwykłym,

rutynowym  działaniem  służb  specjalnych,  lecz  starannie  wyreżyserowaną
kombinacją  operacyjną,  która  miała  przynieść  określone  polityczne  cele.
Celem  zasadniczym  było  skompromitowanie  komisji  weryfikacyjnej  WSI
i jej szefa – Antoniego Macierewicza. Ten scenariusz zakładał aresztowanie
Wojciecha  Sumlińskiego  pod  zarzutem  handlu  ściśle  tajnym  aneksem.
Z portretu psychologicznego dziennikarza sporządzonego w ABW wynikało
wyraźnie,  że  zrobi  on  wszystko,  aby  wyjść  na  wolność  i  pomóc  swojej
rodzinie.  W  zamian  za  to,  musiałby  złożyć  fałszywe  zeznania  obciążające
kluczowych  polityków  PiS,  w  tym  Antoniego  Macierewicza  i  Zbigniewa
Wassermanna. Po tym do akcji miała wkroczyć prokuratura, postawić zarzuty
osobom  rzekomo  odpowiedzialnym  za  przeciek  i  najprawdopodobniej  też
samemu  Macierewiczowi.  Tak  skompromitowaną  komisję  natychmiast
można byłoby rozwiązać, zakończyć jej prace, a przez to umożliwić powrót
do służby negatywnie zweryfikowanym żołnierzom WSI. Rozwiązanie takie
pozwalało  również  politykom  PO  poznać  zawartość  aneksu  i  ośmieszyć
zawarte  w  nim  tezy,  zwłaszcza  dotyczące  powiązań  WSI  z  obozem
politycznym  PO.  Taki  przebieg  zdarzeń  byłby  bardzo  na  rękę  wielu
wpływowym  politykom  PO.  Tym  bardziej,  że  kompromitując  komisję
Macierewicza,  zamknęliby  również  usta  dziennikarzowi  posiadającemu
ogromną  wiedzę  o  nieprawidłowościach  w  tajnych  służbach  i  związkach
z  nimi  ważnych  polityków  PO  i  Lewicy.  Śledztwo  w  tej  sprawie  stoi
w miejscu. I nic dziwnego. Wydaje się bowiem, że wyjaśnienie tej afery nie
jest na rękę ani tajnym służbom, ani rządzącym politykom.

Dlaczego  jednak  ten  plan  się  nie  powiódł?  Otóż  gdy  tylko  zatrzymano

Wojciecha  Sumlińskiego  (wiadomość  o  tym  znalazła  się  na  czołówkach
mediów),  sprawą  zajęli  się  dziennikarze.  I  tak  oto  pojawiły  się  informacje,
które rzuciły nowe światło na całą sprawę.

Po  pierwsze:  wyszło  na  jaw,  że  pułkownik  Leszek  Tobiasz  w  dziwnych

okolicznościach uniknął kryminału za składanie fałszywych zeznań. Jesienią
2007  roku  stołeczna  Prokuratura  Garnizonowa  warunkowo  zawiesiła
śledztwo 

przeciwko 

Tobiaszowi 

składanie 

fałszywych 

zeznań

(wykorzystała  do  tego  przepis  umożliwiający  zawiesić  postępowanie

background image

w stosunku do osoby ukrywającej się lub chorej psychicznie, choć oficer taką
nie jest). Chodziło o zeznania z lat 2006-2007, w których Tobiasz fałszywie
oskarżył kapitana i majora Wojskowych Służb Informacyjnych o popełnienie
przestępstwa.  Śledztwo  prokuratorskie  i  prace  Komisji  Weryfikacyjnej
wykazały,  że  Tobiasz  świadomie  kłamał.  Dwóch  pomówionych  przez  niego
oficerów  WSI  ostatecznie  zweryfikowano  pozytywnie,  ale  zwolniono  ze
służby  wkrótce  po  zmianie  rządu,  w  2007  roku.  Kilka  dni  przed  decyzją
wojskowej 

prokuratury 

zawieszeniu 

śledztwa 

Tobiasz 

został

zarejestrowany 

ewidencji 

operacyjnej 

Agencji 

Bezpieczeństwa

Wewnętrznego  jako  Tajny  Współpracownik.  Zachowane  dokumenty
wskazują,  że  od  tamtego  momentu  lojalnie  pracował  dla  ABW,  nie  chcąc
wznowienia śledztwa przeciwko sobie.

Po  drugie:  wyszły  na  jaw  prawdziwe  przyczyny,  dla  których  komisja

Macierewicza  nie  chciała  dopuścić  Tobiasza  do  dalszej  pracy  w  tajnych
służbach.  Chodziło  o  to,  że  wywodził  się  z  komunistycznych  służb,  był
bliskim 

współpracownikiem 

generała 

Dukaczewskiego 

czynnie

zaangażował  się  m.in.  w  inwigilację  Kościoła  Katolickiego  (sprawa
o  kryptonimie  „Anioł”).  Ale  nie  tylko  o  to.  W  2007  roku  ABW  prowadziła
wobec  niego  procedurę  sprawdzeniową,  która  wykazała,  że  ma  powiązania
z rosyjskim wywiadem.

Po  trzecie  w  końcu:  wyszło  na  jaw,  że  Tobiasz  –  zawiadamiając  ABW

i  prokuraturę  o  korupcji  w  Komisji  Weryfikacyjnej  –  zataił  bardzo  ważną
informację.  Ukrył  bowiem,  że  wcześniej  sam  negocjował  z  Bronisławem
Komorowskim  możliwość  sprzedaży  aneksu  (ujawniłem  tę  sprawę  jako
pierwszy, na łamach tygodnika „Wprost” w sierpniu 2008 roku).

W  toku  dalszego  śledztwa  dało  się  zauważyć  rozbieżności  pomiędzy

zeznaniami  Tobiasza  i  Komorowskiego.  Prowadziły  do  wniosku,  że  jeden
z  nich  musiał  kłamać.  Dlatego  adwokaci  Sumlińskiego  złożyli  wniosek
o  przeprowadzenie  konfrontacji  między  nimi.  Zaplanowano  ją  na  1  marca
2012  roku.  Nie  doszło  jednak  do  niej,  bo  10  lutego  Tobiasz  wybrał  się  na
imprezę  OHP,  tam  nagle  podczas  tańca  przewrócił  się,  stracił  przytomność,
a  później  zmarł.  Do  grobu  zabrał  nie  tylko  swoją  wiedzę  o  kulisach  afery
aneksowej,  ale  także  wiele  tajemnic  Wojskowych  Służb  Informacyjnych.
Jego śmierć oddaliła również poważne polityczne niebezpieczeństwo wiszące
nad głową Bronisława Komorowskiego.

background image

Spis treści

Tytułowa
Redakcyjna
Cytat
Od Autora
Wstęp
Rozdział I
Sygnały ostrzegawcze
Rozdział II
Długa ręka SB
Rozdział III
Wielka eliminacja świadków
Rozdział IV
Fundusz Obsługi Polityków
Rozdział V
Mafia ściśle tajna
Rozdział VI
Klątwa Olewnika
Rozdział VII
Tajemnice Samoobrony
Rozdział VIII
Smoleńskie samobójstwa
Rozdział IX
Wielka gra Petelickiego
Rozdział X
Taniec śmierci


Document Outline