background image

GLENDA SANDERS 

TAJEMNICA 

background image

ROZDZIAŁ 

Strach schwycił Vanessę Wiggins za gardło. Za­

częła rzucać się na łóżku, plącząc prześcieradła, by 

po chwili w panice wymotywać się z krępującej ją 

pościeli. Ocknęła się nagle, całkowicie przytomna, 

łapiąc powietrze. Wszystkie jej zmysły były pobudzo­

ne. Od razu poczuła chłód i wilgoć godziny przed 

świtem. 

W nieruchomym powietrzu rozległ się krzyk, od 

którego włosy stawały dęba. Był to krzyk kobiety: 

przejmujący i przenikliwy, wyraz czystego przerażenia 

i poczucia śmiertelnego niebezpieczeństwa. To chyba 

poprzedni taki krzyk obudził Vanessę. Po chwili 

rozległ się jeszcze raz, a dziewczyna zamarła, wsłuchu­

jąc się w końcowy, żałosny jęk. 

Cisza, która potem zapadła, była prawdziwie gro­

bowa. 

Ledwo oddychając, Vanessa wymknęła się z łóżka 

i na palcach podeszła do okna. Z trudem tylko mogła 

rozróżnić ciemny kształt wielkiego dębu, rysujący się 

na tle odległej ulicznej latarni. Cienki sierp księżyca nie 

rozjaśniał panujących ciemności, nie oświetlał żadnego 

ruszającego się, żywego kształtu. Ale ktoś musiał tam 

być, bo krzyki były absolutnie realne. Co do tego 

Vanessa nie miała wątpliwości. 

background image

6 • TAJEMNICA 

Ktoś potrzebował pomocy. Jakaś kobieta. Drżący­

mi palcami Vanessa wykręciła numer policji. Anoni­

mowy rozmówca wysłuchał jej opowieści, poprosił 

o nazwisko i adres. 

Vanessa rzuciła okiem na zegar. Za dwadzieścia 

czwarta. Przez kilka minut przemierzała pokój tam 

i z powrotem, potem nałożyła szlafrok i pantofle, 

wyszczotkowała włosy i znowu zaczęła chodzić. Do­

piero pół godziny później usłyszała podjeżdżający 

samochód. Po chwili rozległ się dzwonek do drzwi 

i głęboki głos obwieścił: 

- Tu zastępca szeryfa. 

Policjant wysłuchał historii, którą Vanessa opowie­

działa już raz przez telefon, ze sceptycyzmem wyraźnie 

wypisanym na twarzy. 

- I skąd, pani zdaniem, dochodziły te krzyki? - za­

pytał. 

- Z mojego ogródka z tyłu domu. W gruncie rzeczy 

miałam wrażenie, że ktoś krzyczy tuż pod moim oknem. 

Ale równie dobrze mogło to być na sąsiednim podwó­

rzu. - Coś jej przyszło do głowy. - Dom na działce 

z tyłu jest jeszcze w budowie. Może tam ją wciągnięto? 

- Sprawdzę. 

Śledziła przez okno przesuwający się snop światła 

z latarki. Policjant przeszukał najpierw podwórze od 

domu po płot, następnie zniknął, ale po chwili miejsce 

jego pobytu zdradziło światło wędrujące po drugiej 

stronie ogrodzenia. 

Vanessę przeszły ciarki. Objęła się ramionami, bo 

nagle poczuła wyraźny, chłodny powiew od okna 

dużego pokoju. Przeniosła więc swój punkt obser­

wacyjny do okna w aneksie jadalnym i po paru 

minutach znów dostrzegła światło latarki policjanta, 

powracające w stronę jej domu. Otworzyła tylne drzwi. 

W odpowiedzi na malujące się na twarzy Vanessy 

pytanie policjant pokręcił głową. 

background image

TAJEMNICA • 7 

- Nic tam nie ma - oświadczył, wchodząc za nią 

do domu. 

- A ten pusty dom? 

- Był otwarty, więc sprawdziłem wszystkie pomie­

szczenia. Wszystko jest w porządku. 

Vanessa przesunęła dłonią po twarzy. 

- Ktoś potrzebował pomocy. Powinnam była... 

- Tam nie ma żadnych śladów walki ani w ogóle 

czyjejś obecności, proszę pani. 

- Ależ słyszałam... 

Policjant najwyraźniej nie przywiązywał wagi do 

tego, co słyszała. 

- Te domy są nowe? - przerwał jej. 

- Tak. 

- Od dawna pani tu mieszka? 

- Dopiero co się wprowadziłam. 

- I mieszka pani sama? 

- Tak. 

- Czy kiedykolwiek przedtem mieszkała pani 

sama? 

Vanessa poczuła przypływ irytacji, odgadując pod­

tekst zawarty w tym pytaniu. 

- I owszem, mieszkałam. 

- Wie pani, każdy dom ma swoje nocne odgłosy. 

Nowy dom osiada. 

- To, co słyszałam, to nie było osiadanie domu. 

- A tam, po drugiej stronie drogi, są wilki. Czasami 

wyją. 

- Potrafię rozróżnić ludzki krzyk od wycia wilka. 

Policjant wzruszył ramionami. 

- Nie znalazłem nic niezwykłego. A może to koty? 

Czasami wydają z siebie zupełnie ludzkie dźwięki. 

- No cóż, dziękuję za przybycie. 

- To mój obowiązek. - Policjant ponownie wzru­

szył ramionami, nie wyczuwając sarkazmu w słowach 

Vanessy. 

background image

8 • TAJEMNICA 

Arogancki, niewrażliwy męski szowinista, myślała 

Vanessa, zamykając za nim drzwi. Równie dobrze 

mógł wprost nazwać ją histeryczką. Widać było, że tak 

o niej myśli. 

Zegar na kominku wydzwonił wpół do piątej. Zbyt 

wcześnie, by się ubrać; za późno, by porządnie się 

wyspać. Wróciła jednak do łóżka. Długo nie mogła 

zasnąć, a gdy jej się to w końcu udało, sen miała 

niespokojny i przerywany. 

Nocne doświadczenia sprawiły, że i po wstaniu była 

podrażniona. Przeczytała niedzielną prasę, obejrzała 

głupawy film w telewizji, a w końcu po południu 

zwlokła się z kanapy, naciągnęła dżinsy i koszulkę 

i przygotowała do wyjścia. 

Pojechała do centrum ogrodniczego, gdzie kupiła 

trzy krzaki róż, dwa krzaki ligustru i worek mielonej 

kory. W pobliskim sklepie nabyła jeszcze sałatkę 

z owoców morza, kawałek sera muenster i trzy jabł­

ka. Po powrocie włożyła jedzenie do lodówki, a sa­

ma zabrała się za sadzenie krzaków. Była już po­

rządnie spocona, gdy usłyszała witający ją głęboki 

męski głos. 

Na chodniku przed domem stał Taylor Stephenson, 

w nieskazitelnie białych szortach i podkoszulku, naj­

wyraźniej gotów do popołudniowego joggingu. Taylor 

Stephenson był właścicielem firmy, która zbudowała 

to osiedle. 

Zdaniem Vanessy wyglądał dokładnie na to, kim 

był. Cudowne dziecko przedsiębiorczości. Założył, że 

Houston będzie się rozwijać, zajmując sąsiednie tereny 

rolnicze, i przekształcił dawny przysiółek, zwany Wil­

czym Zakątkiem, w podmiejski raj dla młodych, 

ambitnych, robiących karierę osób. Był idealistą i de­

mokratą: sam zamieszkał w osiedlu, które najpierw 

wymyślił, a potem zbudował. Do niego należał duży 

dom na końcu zaułka zwanego Księżycowym. Vanessa 

background image

TAJEMNICA • 9 

mieszkała przecznicę dalej, na rogu Księżycowego 

Zaułka i Szlaku Wyjącego Wilka. 

Taylor szedł teraz ku niej z uśmiechem na twarzy, 

a słońce rozświetlało jego złotobrązową czuprynę. 

- Prace ogrodnicze? 

Vanessa była dojrzałą, dwudziestosześcioletnią ko­

bietą, więc udało jej się nie zemdleć z wrażenia. 

Odpowiedziała uśmiechem. 

- Tylko podstawowe. Wiem, jak pleć chwasty 

i kosić trawnik, ale nie mam pojęcia o sadzeniu. Nie 

wie pan przypadkiem, w jakich proporcjach należy 

zmieszać korę z ziemią? 

- Ta mieszanka wygląda na właściwą. Ale najwyż­

sza warstwa powinna być z samej kory. - Wyjął 

szpadel z jej ręki. - Proszę pozwolić sobie pomóc. 

- Ależ, proszę pana, sama mogę... 

Jego uśmiech był niemal szczery. 

- Naprawdę ruch feministyczny nie zawali się, jeśli 

mężczyźni będą wykonywać trochę ciężkiej pracy. 

I proszę mówić mi po imieniu. Jesteśmy sąsiadami. 

- No dobrze, Taylor, czy weźmiesz mnie za wojują­

cą feministkę, jeśli powiem, że się ubrudzisz? 

- I tak miałem zamiar trochę pobiegać, więc to 

będzie dobra rozgrzewka. - Uderzył szpadlem kilka­

krotnie wokół krzewu ligustru, ubijając korę. - Gdzie 

teraz? 

Zagłębił szpadel w miejscu wskazanym przez Va-

nessę. No proszę, cudowne dziecko sadzi krzewy w jej 

ogródku. 

- Dziś rano w piekarni spotkałem dwóch policjan-

tów - powiedział niby od niechcenia. - Mówili, że 

miałaś w nocy jakieś przygody. 

Ach, więc stąd się tu wziął. Vanessa próbowała nie 

czuć rozczarowania. 

- Nie nazwałabym tego przygodą - oświadczyła. 

- Byłam przerażona. - Wsparła się pod boki i zaata-

background image

10 • TAJEMNICA 

kowala. - Słuchaj, wiem, że ten gliniarz pewnie zrobił 

ze mnie histeryczną babę z dziewiętnastowiecznej 

powieści, ale to, co słyszałam, to na pewno nie był wilk. 

Taylor wbił w ziemię szpadel i oparł ramiona na 

rączce. 

- Nie, pewnie nie. Nie tak blisko okna. Wilki raczej 

trzymają się na dystans. 

Vanessa westchnęła ciężko. 

- Nie mogę pozbyć się myśli, że gdzieś tam leży 

ranna albo martwa kobieta. Czy, twoim zdaniem, 

policja zawiadomiłaby mnie, gdyby kogoś znalazła? 

- Wątpię. Raczej mnie szepnęliby coś niecoś w za­

ufaniu. 

No jasne. Vanessa zmarszczyła brwi. Dyskretny 

telefon: „Sądziliśmy, że chciałby pan być o tym 

poinformowany, ponieważ to pańskie osiedle". Taylor 

Stephenson przyszedł tu się czegoś dowiedzieć, a nie 

flirtować. 

- Nie sądzę, by ktoś znalazł martwą kobietę 

- stwierdził. 

- Nie trzymaj mnie w niepewności - rzuciła ostro. 

- Skoro nie kobieta i nie wilk, to co słyszałam? 

- Pawia - powiedział. - A raczej pawicę. Z restau­

racji „Za horyzontem". W linii prostej to tylko niecały 

kilometr stąd. Mieliśmy już z nimi kłopoty, gdy 

niwelowaliśmy teren. Za pierwszym razem robotnicy 

byli naprawdę przerażeni. Głos pawic do złudzenia 

przypomina ludzki, no i w jednej chwili mogą być pod 

oknem, a w następnej zniknąć bez śladu. 

- To wyjaśnienie jest bardziej prawdopodobne niż 

gadka o wilkach - przyznała niechętnie. 

- Ale cię nie przekonałem? 

- Gdyby policja znalazła ciało i poinformowała cię 

o tym, powiedziałbyś mi? 

Taylor podjął kopanie, ale rzucił jej spojrzenie 

z ukosa. 

background image

TAJEMNICA • 11 

- Jesteś pewna, że chciałabyś wiedzieć? 

- Szkoda, że nie potrafię uwierzyć w tę pawią 

teorię. 

Jeszcze jeden ruch szpadlem, jeszcze jedno po­

głębienie dołka, i Taylor wyjął krzak ligustru z plas­

tikowego pojemnika, przymierzając do wykopanej 

dziury. 

- Potrzymaj. 

Vanessa przytrzymała krzak we właściwej pozycji, 

a Taylor pomieszał korę z ziemią i ubił wokół korzeni. 

- Wiesz, od siebie mógłbym się dostać tu znacznie 

szybciej niż policjanci. Na wszelki wypadek zostawię ci 

mój numer telefonu. 

- Przecież nie mogę... 

- Nonsens! Od tego ma się sąsiadów. Poza tym, 

jeśli jakaś pawica rzeczywiście tu się kręci i straszy 

moich lokatorów, to trzeba ją złapać i odstawić do 

restauracji, zanim narobi więcej zamieszania. 

Taylor uparł się, że pomoże sadzić także róże. 

Współpraca ogrodnicza szła im znakomicie i prawie 

w milczeniu. Taylor nie przyjął zaproszenia na kawę 

ani na mrożoną herbatę, tłumacząc, że chce pobiegać, 

ale Vanessa zatrzymała go jeszcze na moment. Stała 

wpatrzona w ziemię, rysując czubkiem tenisówki kółka 

na ścieżce. Jej głos był cichy. 

- Wolałabym wierzyć w pawi krzyk - powiedziała. 

Uniosła głowę i spojrzała Taylorowi prosto w oczy. 

- Ale chciałabym wiedzieć, gdyby znaleźli czyjeś ciało. 

Poważnie skinął głową i odbiegł. 

Karen Lake, przyjaciółka Vanessy, była od niej rok 

młodsza, a od dwóch lat uczyła angielskiego w tej samej 

szkole średniej, w której Vanessa wykładała historię. 

Fizycznie były całkiem różne. Karen, wysoka 

i szczupła, miała krótko obcięte włosy, do szkoły nosiła 

kostiumy, a po domu bluzki o klasycznym kroju 

background image

12 • TAJEMNICA 

i gabardynowe spodnie. Vanessa, średniego wzrostu 

i bardziej zaokrąglona, wolała luźne ubrania, a w do­

mu przebierała się w dżinsy i podkoszulki. Ciemno­

brązowe włosy o złotawych błyskach miała gęste 

i długie. 

Obie kobiety uważały, że ich przyjaźń wynika 

z przyciągania się przeciwieństw. Razem spędzały 

przerwy, razem chodziły na obowiązkowe zajęcia 

pozaszkolne, a czasami umawiały się na wieczór. 

Karen wysłuchała opowieści Vanessy o krzykach, 

uprzedzonych policjantach i życzliwych sąsiadach. 

- Więc gliniarz uważał, że to wilk albo kot, a Ste­

phenson sądził, że to zabłąkany paw? 

- Pawica - poprawiła ją Vanessa. - Dość mało 

prawdopodobne, nie? Ale ostatecznie pomysł, że pod 

moim oknem krzyczy jakaś kobieta, a potem znika bez 

śladu, też jest mało prawdopodobny. - Westchnęła. 

- Nic dziwnego, że Taylor Stephenson przyleciał od 

razu, by zapobiec szerzeniu się plotek na temat jego 

ukochanego osiedla. Na chwilę nawet uwierzyłam, że 

dostrzegł we mnie kobietę z krwi i kości, a nie tylko 

jedną z tych młodych, samotnych, zawodowo aktyw­

nych osób, którym chciałby sprzedać swoje domy. 

- A ja sądzę, że wam wszystkim odbiło - oświad­

czyła Karen. 

- Jak to? 

- Vanesso, czemu jesteś taka tępa? Jesteś nau­

czycielką. Kto mógłby drzeć się pod twoim oknem 

w sobotnią noc? 

Vanessa przechyliła głowę ze sceptycznym wyrazem 

twarzy. 

- Uczeń? 

- A któż by inny? 

- Nie wierzę... 

- Albo raczej cała ich gromada. Straszenie nau­

czycielki wydawało im się zapewne fantastycznym 

background image

TAJEMNICA • 13 

pomysłem. Pewnie zostawili samochód kawałek dalej 

i czekali, chichocząc, na gliniarzy. 

- Nie wierzę, że uczniowie mogliby być tacy okru­

tni. - Vanessa potrząsnęła głową. 

- Oblałaś ostatnio jakichś mistrzów koszykówki? 

- Tylko... Ale Tony Davis nigdy by nic takiego nie 

zrobił. 

- Pewnie zlecił to McQueen. Ta dziewczyna ma 

takie płuca, że powinna wynajmować się do horrorów. 

Oczywiście nigdy się nie dowiesz, jak było naprawdę, 

jeśli nie zaczną się przechwalać swoimi wyczynami. 

Czasami zastanawiam się, za jakie grzechy uczę 

w szkole. 

- Zastanawiasz się nad tym mniej więcej dwa razy 

na tydzień, zwykle po siódmej lekcji. 

- Porozmawiajmy o czymś przyjemniejszym - za­

proponowała Karen. - Na przykład o tym przyjęciu, 

które urządzasz w sobotę. Czy wszystko gotowe? 

- Właściwie tak. - Vanessa z radością zmieniła 

temat. Miała powyżej uszu teorii na temat nocnych 

odgłosów. Jednego była jednak pewna: jeśli to Heather 

McQueen wrzeszczała pod jej oknem, to dziewczyna 

powinna zostać aktorką. 

background image

ROZDZIAŁ 

Pierwszymi gośćmi przybyłymi na przyjęcie byli 

Karen i jej mąż, Bob; wysoki i mocno zbudowany, 

z torbą lodu na każdym ramieniu, przypominał dzie­

więtnastowiecznego robotnika portowego. 

- Gdzie masz zamrażarkę? - zapytał, udając, że 

trzęsie się z zimna. - Skostniałem. 

- Koło lodówki - pokazała mu Vanessa. Wzięła 

półmisek z przystawkami, przyniesiony przez Karen, 

i postawiła na stole w aneksie jadalnym. - Margaret 

obiecała do dekoracji stołu kwiaty ze swego ogrodu 

- powiedziała, mówiąc o starszej koleżance ze szkoły. 

- Mam nadzieję, że pojawi się tu trochę przed innymi, 

bo stół wygląda okropnie goło. 

- Kto? Kto wygląda goło? - dopytywał się Bob, 

wychodząc z kuchni. - Czy będzie różowy balecik? 

- Tylko jedno mu w głowie. -Karen wzniosła oczy 

w górę. 

- Tak, tak, tak. - Bob złapał ją od tyłu i ze sce­

niczną przesadą zaczął głośno całować w kark. Karen, 

śmiejąc się, usiłowała wyrwać się z jego objęć. 

- Zachowuj się przyzwoicie, Bob. Obiecałam po­

móc Vanessie. Co rozkażesz? - spytała, zwracając się 

do przyjaciółki. - Ten tu siłacz będzie robił za fizycz­

nego, a ja zajmę się pracą koncepcyjną. 

background image

TAJEMNICA • 15 

- Trzeba zapalić świece. To fizyczne czy kon­

cepcyjne? 

Karen pchnęła Boba na kanapę. 

- Siadaj, siłaczu. Poradzę sobie z tym. 

- Zapal wszystkie świece, jakie znajdziesz - powie­

działa Vanessa, rzucając jej zapałki. 

- Hej - wykrzyknęła Karen w chwilę później - czy 

wiesz, że w tym kącie wieje? Świeca ciągle gaśnie. 

Popatrz. - Zapaliła świecę, ale płomień zatańczył 

i zgasł. - Próbowałam już kilka razy. 

- Całkiem mocno ciągnie - zauważył Bob. 

- Tak mi się wydawało, że ten kąt jest chłodny 

- potwierdziła Vanessa. - Zgłoszę to w dziale tech­

nicznym Stephensco. 

- Mówiąc o Stephensco... Czy zaprosiłaś Taylora 

Stephensona na dzisiejsze przyjęcie? 

- Miałam zamiar to zrobić, jeśli go spotkam. Ale nie 

spotkałam, więc... - Z irytacją wpatrywała się w świecę. 

- W tym kącie potrzeba światła. - Wskazała na stojącą 

na bufecie lampę sztormową. - Można ją postawić, czy 

jest za wielka? 

- Moim zdaniem jest w porządku - ocenił Bob, 

gdy lampa znalazła się na miejscu. 

- Moim też - przytaknęła Karen, z podziwem 

oglądając lampę. - Chyba jest bardzo stara? 

- Nie pokazywałam jej żadnemu znawcy antyków 

- odpowiedziała Vanessa. - Znalazłam ją na farmie 

dziadka Wigginsa. 

Rozległ się dzwonek u drzwi. Vanessa otworzyła 

i ujrzała przed sobą dwa ogromne bukiety purpuro­

wych i różowych kwiatów. 

- Margaret! - wykrzyknęła, odsuwając się, by jej 

gość mógł wejść. - Róże! I wistaria! Cudownie! 

Spójrz, Karen, Margaret przyniosła wistarię. Pewnie 

czujesz jej zapach nawet tam. 

background image

16 • TAJEMNICA-

- Och, tak - potwierdziła Karen. - Jak winogro­

na... - przerwała nagle, wpatrzona w kwiaty. Zbladła, 

jej uśmiech zgasł, a usta się otworzyły. Wstrząsnął nią 

wyraźny dreszcz. 

Bob poderwał się z kanapy i schwycił żonę w ra­

miona. Karen podniosła dłoń do czoła i potrząsnęła 

niepewnie głową. Kolory powróciły jej na twarz tak 

szybko, jakby ktoś nalewał czerwonego wina do 

kryształowego kieliszka. Wciąż przyciskając dłonie 

do skroni, spojrzała na troje wpatrzonych w nią 

ludzi. 

- Już... już dobrze - wyjąkała. - Poczułam... Nie 

wiem... przez chwilę dziwnie się poczułam. Znacie 

wyrażenie, że śmierć przeszła obok? No właśnie, coś 

takiego poczułam. - Zaśmiała się cicho. - Nie słu­

chajcie mnie, opowiadam jakieś makabreski. 

- Może jesteś w ciąży? - zażartowała Margaret, ale 

nie rozluźniło to atmosfery. 

- Chyba trochę przemarzła - powiedział Bob. 

- Zabierz ją z tego przeciągu. Połóż się na chwilę na 

kanapie, Karen - poradziła Vanessa. Kątem oka za­

uważyła, że Margaret wciąż trzyma oba bukiety. 

- Och, przepraszam cię, Margaret, nie chciałam cię tak 

zostawić z pełnymi rękoma. Pozwól, wezmę od ciebie 

kwiaty. Wistaria znakomicie będzie wyglądać na stole 

w jadalni, a róże postawimy na tym niskim stoliku. 

Może chłodny powiew przedłuży im życie. 

Purpurowe kwiaty wistarii spłynęły na stół z pękate­

go wazonu, odcinając się od białego obrusa. 

- Są cudowne. -Vanessa podziękowała Margaret. 

- Uwielbiam wistarię. 

- Wzięłam jej szczepkę lata temu z podwórza mojej 

mamy - rzekła Margaret. - Chuchałam na nią i dmu­

chałam, żeby ładnie rosła, aż w końcu obrosła mi dom 

background image

TAJEMNICA • 17 

tak, że okien nie widać. W samochodzie mam dla 

ciebie ukorzenione sadzonki - zwróciła się do Va-

nessy. -Mówię o tym teraz, bo potem będziesz 

otwierać prezenty, a ja swego nie mogłam elegancko 

zapakować. 

- Jak to miło z twojej strony. Myślałam o tym, żeby 

z tyłu domu posadzić coś kolorowego. Czy wistaria 

oplecie mi płot? 

Zanim Margaret zdążyła odpowiedzieć, dzwonek 

przy drzwiach rozbrzmiał ponownie. Przyszedł pastor 

Joe Rogers, kapłan z pobliskiego kościoła. Pastor 

wyglądał jak cherubinek. Wszystko w nim było trochę 

okrągłe: łysiejąca głowa, rumiane policzki, pulchne 

dłonie, wystający brzuszek. Vanessa nie była formalnie 

członkiem kongregacji, ale razem z Karen i Bobem 

kilka razy uczestniczyła w imprezach organizowanych 

przez młodych ludzi zrzeszonych w kościele. Karen 

upierała się, by pastor, zgodnie z tradycją, pobło­

gosławił nowy dom, więc Vanessa zaprosiła go na 

przyjęcie. 

Teraz pastor Joe wetknął Vanessie w dłonie paczkę 

w kształcie piłki do rugby. 

- Nasz najmłodszy rozchorował się i Sylvia nie 

chciała go zostawiać samego, ale upiekła na przyjęcie 

ten chleb. 

Zawinięty w ściereczkę bochenek był jeszcze ciepły 

i pachniał drożdżami. 

- Jak to miło z jej strony - powiedziała Vanessa. 

- Dziękuję. 

I znowu dzwonek przerwał rozmowę, a po chwili 

zadzwonił znowu i przez jakiś czas odzywał się nie­

ustannie. Napływali goście: przyjaciele, koledzy na­

uczyciele ze szkoły, dawni sąsiedzi i znajomi. Wy­

słuchali z szacunkiem błogosławieństwa, odmówili 

background image

18 • TAJEMNICA 

wspólną modlitwę i podzielili się bochenkiem domo­

wego chleba. 

A potem jedli i pili, rozmawiali i śmiali się. Vanessa, 

ubrana w sukienkę w stylu Dzikiego Zachodu, z war­

koczem przewieszonym przez ramię, znakomicie grała 

rolę gospodyni, kręcąc się między gośćmi, rozmawia­

jąc, napełniając wiaderka lodem i z zadowoleniem 

wysłuchując pochwał na temat domu. 

- Podobno ma pani stare drzewo na podwórku 

- powiedział pastor, gdy Vanessa zawijała w kuchni 

resztkę chleba. 

- To dąb - odpowiedziała. - Kosztował mnie do­

datkowo pięćset dolarów, ale ponieważ pierwsza wpła­

ta za dom pochodziła z ubezpieczenia mojego dziadka, 

a dziadek był człowiekiem kochającym przyrodę, to 

uznałam, że cieszyłby się z drzewa. 

- Zapewne, jest to sposób na uczczenie jego pamię­

ci - przytaknął pastor. 

- Chciałabym zawiesić taką huśtającą się ławkę, 

jak na plebanii, ale nie wiem, czy najniższe gałęzie są 

dość proste. 

- Może rzucę okiem? - zaproponował pastor. 

- Wieszałem taką ławkę na trzech plebaniach, więc 

jestem już ekspertem. 

- Świetnie, możemy zaraz sprawdzić? - ucieszyła 

się Vanessa. 

Skierowała się do drzwi, pastor podążył za nią 

dokonać oględzin. 

- Tak - pokiwał głową. - Wygląda na to, że da 

się... 

Oboje zamarli. Z domu dochodziła muzyka, przyja­

ciele i współpracownicy Vanessy gawędzili, pili, jedli 

i śmiali się głośno. Ale na zewnątrz zapadła niesamowi­

ta cisza. Powietrze stało się ciężkie i duszne. Vanessa 

background image

TAJEMNICA • 19 

zapomniała o oddychaniu i tylko wpatrywała się 

z osłupieniem w postać wiszącą na gałęzi, na której 

chwilę przedtem nic nie było. Skądeś powiał wiatr 

i postać zakołysała się, by po chwili znieruchomieć, 

z głową opadającą jak u szmacianej lalki. 

Vanessa gwałtownie wciągnęła powietrze i był to 

jedyny dźwięk, który przerwał straszną ciszę. Jak 

zahipnotyzowana postąpiła naprzód i dostrzegła 

twarz zjawy: straszną, odrażającą twarz, zniekształ­

coną przez agonię. Chciała odwrócić wzrok, ale nie 

mogła. Musiała patrzeć, jak powieki zjawy uniosły 

się, ukazując puste oczodoły, a zeschłe wargi poru­

szyły, jakby usiłując sformułować jakieś słowa. Od­

raza wywołała mdłości, ale Vanessa nie czuła strachu, 

a jedynie ogromne współczucie dla przerażającej po­

staci, niewytłumaczalną potrzebę ulżenia jej w cier­

pieniu. 

Uniosła rękę i wyciągnęła dłoń, robiąc ruch, jakby 

chciała podejść bliżej, ale w tym momencie pastor Joe 

dotknął jej ramienia i postać zniknęła. 

Gdzieś w oddali zawył wilk, gwałtownie przerywa­

jąc niesamowitą ciszę. 

Przez dłuższą chwilę Vanessa i pastor stali oniemia­

li, usiłując dojść do siebie. Powoli wracała im zdolność 

myślenia, ale nie spokój. Vanessa nie zdawała sobie 

sprawy, że płacze, ale na jej policzkach widniały mokre 

ślady łez. 

- Czy ty też to widziałeś? - zapytała drżącym 

głosem. 

Jowialność pastora zniknęła. Kapłan wyglądał jak 

bardzo stary i straszliwie przerażony człowiek. Jego 

zazwyczaj różowa twarz była blada, a głos zniżył się 

do szeptu. 

- Widziałem. 

background image

20 • TAJEMNICA 

- Co? J-jak? 

- Nie wiem. - Objął głowę dłońmi i kiwał się 

rytmicznie, powtarzając to zdanie kilkakrotnie pus­

tym, bezdźwięcznym głosem. Vanessie wydawało się 

przez chwilę, że pastor zaraz się rozpłacze. 

- Potrzebował pomocy - stwierdziła, podnosząc 

wzrok na pastora. - Czy ty też to czułeś? Prosił 

o pomoc. 

- To nie było... nie mogło być... prawdziwe. On... 

to... To był tylko wytwór naszej wyobraźni. 

Vanessa objęła się ramionami. Było jej zimno 

i niedobrze. 

- Było prawdziwe. Ta twarz... ta straszna, umęczo­

na twarz... 

- Nie! - przerwał ostro. - To nie było prawdziwe 

i nie wolno nam ulec pokusie i uwierzyć, że było. 

- Ale... 

- Nie było prawdziwe. - Mówił surowo, niemal 

rozkazująco. 

- Jeśli to... on... nie był prawdziwy, to jakim cudem 

zobaczyliśmy go oboje równocześnie? 

Złapał ją za ramiona. 

- Vanesso, nie wolno nam nikomu o tym mówić 

- powiedział z naciskiem. - To może być, i pewnie 

jest, jakiś okrutny dowcip. Nie wolno nam nic o tym 

mówić, póki nie dowiemy się, z czym tu mamy do 

czynienia. 

Wyczuła rozpacz w jego naleganiu, wciągnęła po­

wietrze i zmusiła się, by opanować drżenie. 

- Dobrze. W porządku - zgodziła się. - Poczeka­

my. 

Kilka minut stali, patrząc na siebie w milczeniu. 

- Musimy wracać - powiedział w końcu pastor. 

- Nie jest ci słabo? 

background image

TAJEMNICA • 21 

- Nie, wszystko w porządku - stwierdziła napię­

tym głosem, wycierając oczy dłonią i wcale nie czując 

się w porządku. 

W domu zmusiła się do uśmiechu i pomaszerowała 

prosto do łazienki. Makijaż nie był specjalnie rozmazany, 

przetarła więc tylko twarz wilgotnym ręcznikiem. 

Wciąż z przyklejonym na twarzy uśmiechem prze­

szła przez wypełniony gośćmi pokój do kuchni, gdzie 

nalała sobie szklankę wina i wypiła jednym haustem, 

po czym napełniła ją jeszcze raz i wyszła z powrotem do 

gości. Uśmiechała się i rozmawiała, ale wewnątrz czuła 

narastającą panikę. 

Pastor wyszedł pierwszy. 

- Obiecałem Sylvii wrócić wcześniej - powiedział 

i dodał szeptem do Vanessy: - Wpadnę jutro koło drugiej. 

Nauczyciel muzyki ze szkoły przyniósł z samochodu 

gitarę i szykował się, by poprowadzić śpiew. Vanessa 

usiadła razem z innymi na podłodze, ale ruszała tylko 

ustami, niezdolna wydobyć z siebie głosu. Na szczęście 

inni śpiewali głośno i nikt tego nie zauważył. 

Przyjęcie skończyło się dobrze po pierwszej w nocy. 

Gdy tylko ostatni gość zniknął za drzwiami, Vanessa 

poczuła nowy przypływ paniki. Wiedziała, że nie uda 

jej się zasnąć, napełniła więc wannę gorącą wodą 

i moczyła się przez godzinę, płacząc, trzęsąc się, 

walcząc z chęcią głośnego krzyku. 

Skończyła butelkę wina pozostałą po przyjęciu, ale 

w dalszym ciągu nie była w stanie zasnąć. Obraz tamtej 

strasznej, żałosnej twarzy zbyt żywo stał jej przed 

oczyma. Pod wpływem impulsu rozchyliła żaluzje tak, 

by z łóżka widzieć wielki dąb. 

Wpatrywała się w niego aż do świtu, ale widziała 

jedynie pokręcone konary, ruszające się od czasu do 

czasu w podmuchach wiatru. 

background image

22 • TAJEMNICA 

Cropville, Teksas - 1945 

Cienka, czarna woalka na kapeluszu Jessiki porusza­

ła się na lekkim wietrze. Jessica siedziała na trybunie, 

czekając na pochód z okazji zwycięstwa. W tweedowym 

kostiumie, białej bluzce i czarnej apaszce wyglądała tak 

samo dostojnie, jak otaczający ją dygnitarze. Postawny 

burmistrz po jej prawej ręce i szeryf po lewej przytłaczali 

ją nieco, ale w ciągu trzech lat, które upłynęły od śmierci 

jej ojca, Jessica przestała czuć zażenowanie z powodu 

faktu, że jest najmniejszą, najmłodszą i jedyną kobietą 

wśród rządzącej w Cropville elity. 

Jon Erick Vandover zostawił jej dwupiętrowy dom, 

samochód, kilka czynnych szybów naftowych oraz 

prezesurę Banku Rolnego Cropville: zabezpieczenie 

finansowe, pozycję społeczną i niemal wszechmocną 

władzę w tej niewielkiej, rolniczej społeczności. 

Siedząc na twardym krześle na trybunie, Jessica 

czuła się dziwnie odcięta od świętujących tłumów. 

W przypływie zazdrości zauważyła, że prawie każda 

kobieta w jej wieku była uczepiona ramienia jakiegoś 

żołnierza, który właśnie wrócił z wojny. Szczerze 

przyznała się przed sobą do zawiści. Ostatnio czuła się 

bardziej instytucją niż człowiekiem, więc z radością 

odkrywała w sobie ludzkie uczucia, nawet te niezbyt 

szlachetne. 

Zauważyła pary, które na nic i na nikogo innego nie 

zwracały uwagi. Przelotnie zastanowiła się, czy Danny 

Bannerson wrócił już z Francji do domu, a jeśli tak, to 

gdzie i z kim spędza ten dzień. Miała tylko jedno, 

zamazane zdjęcie swego wojennego, korespondencyj­

nego przyjaciela. Wyglądał na nim sympatycznie. 

Burmistrz wszedł na mównicę, ale Jessica nie słu­

chała banalnego przemówienia o dzielnych synach 

background image

TAJEMNICA 23 

Ameryki, którzy przelewali krew za ojczyznę. Jej myśli 

krążyły wokół Danny'ego Bannersona. 

Dawniej miała nadzieję, że Danny z czystej cieka­

wości spróbuje odnaleźć Cropville i przyjedzie, by ją 

poznać. Teraz uznała, że zbytnio dała się ponieść 

fantazji. Dołeczki w jej policzkach pogłębiły się, gdy 

Jessica zacisnęła usta, by nie wybuchnąć ironicznym 

śmiechem. Prezes banku snujący romantyczne fantazje 

o jakimś wojennym bohaterze w mundurze piechoty 

morskiej! Gdyby jej klienci dowiedzieli się o marze­

niach pani prezes, na pewno przenieśliby swoje konta 

gdzie indziej! 

background image

ROZDZIAŁ 

Nie przyjdzie. Pastor Joe nie przyjdzie. W głowie 

Vanessy huczały fragmenty jego wyjaśnień, przepro­

sin, wykrętów, które usłyszała w telefonie dokładnie 

sześć minut po drugiej. 

„Musimy o tym zapomnieć... zbyt kontrowersyj­

ne... moi przełożeni nie zrozumieliby... moja przy­

szłość pod znakiem zapytania... muszę myśleć o dzie­

ciach... tak mi przykro..." 

Vanessa wysłuchiwała tego nieskładnego mono­

logu, nie wierząc własnym uszom. 

- Nie przyjdziesz. - Tylko tyle była w stanie po­

wiedzieć, gdy głos w słuchawce nagle zamilkł. 

Pastor Joe odebrał to jako oskarżenie i jeszcze 

bardziej zaplątał się w wykrętach. A potem, bez 

ostrzeżenia, po prostu skończył rozmowę. 

Vanessa przez chwilę stała, zaciskając palce na 

słuchawce, a w końcu odłożyła ją i schowała twarz 

w dłoniach. Wydała z siebie ni to jęk, ni westchnienie. 

Czuła, że grozi jej atak histerii. Była na granicy łez, ale 

nie mogła sobie pozwolić na płacz z obawy, że straci 

resztki kontroli nad swymi emocjami. 

Gdyby tylko pastor przyszedł i pomógł jej zbadać, 

co takiego widzieli. Gdyby choć przyznał, że zdarzyło 

się coś, co wymaga zbadania. Ale nie, on zostawił 

background image

TAJEMNICA • 25 

ją samą w obliczu kryzysu. Zaprzeczał i żądał, by 

i ona zaprzeczyła czemuś, co jej zdaniem było nie­

zaprzeczalne. 

Tchórz! - pomyślała. Tchórz. 

Wyczerpana i bardzo samotna, wyszła na podwór­

ko, na którym królował stary dąb. Znów zrobiły na 

niej wrażenie jego wielkość, wiek i majestat. Wiosenne 

słońce przeświecało przez młode liście. Vanessę ude­

rzył spokój jego naturalnego piękna, sztuka... stworzo­

na przez naturę. Dziwiła się, że myśli o spokoju, 

podczas gdy ona sama stanowiła w tej chwili jego 

zaprzeczenie. 

Zatrzymała się pod drzewem i spojrzała w górę, na 

gałąź ponad jej głową. Nie była pewna, czego szuka. 

Siadów sznura? Jakiegoś znaku, że zjawa rzeczywiście 

tu była? Dowodu, że jej samej nie grozi pomieszanie 

zmysłów? 

Vanessa jęknęła. Nie miała dość siły, by odrzucić to, 

co widziała. I nawet teraz, w spokojnym, wiosennym 

słońcu, czuła w głębi duszy, że postać z drzewa błagała 

o pomoc. 

Tak samo, jak kobieta krzycząca pod oknem. 

Krzycząca kobieta też podobno nie istniała. Był to 

albo wilk, albo pawica, albo uczeń, w zależności od 

tego, kogo Vanessa zechce posłuchać: policjanta, 

sąsiada czy przyjaciółki. Ale oni nie słyszeli krzyku, 

a Vanessa tak. I ona także widziała ducha. 

Roześmiała się głośno, z nutą histerii. Duch. Wiel­

kie nieba! Może powinna sprawdzić, czy w książce 

telefonicznej nie ma jakiegoś egzorcysty? A może 

usuwanie duchów należy do działu technicznego Ste-

phensco? Znowu się roześmiała, głośno, histerycznie. 

Ktoś zapukał do furtki. Vanessa rzuciła spojrzenie 

w tamtym kierunku, nagle sparaliżowana strachem. 

Znowu duch? 

- Hej? 

background image

26 • TAJEMNICA 

Powoli wypuściła powietrze z płuc i schowała 

twarz w dłoniach. Głos był niewątpliwie ludzki. Mę­

ski. I o ile się nie myliła, należał do Taylora Ste-

phensona. Nigdy w życiu nie słyszała niczego tak 

pięknego. 

Taylor nie planował wizyty, ale usłyszał śmiech 

i postanowił wpaść na chwilę. 

- Hej - powitała go Vanessa. 

- Jak leci? - zapytał. - Były jeszcze jakieś nocne 

przygody? 

Spojrzała na niego, nie odpowiadając. Oczy miała 

szaroniebieskie, z obwódką w kolorze indygo. Wyra­

żały smutek, który natychmiast obudził opiekuńcze 

instynkty w Taylorze. Zdusił je w zarodku, bo pod 

koniec dwudziestego wieku instynkt opiekuńczy w sto­

sunku do kobiety był rzeczą niebezpieczną. Nowoczes­

ne kobiety nie życzyły sobie opieki, a staroświeckie 

zbyt dużo sobie po niej obiecywały. Mężczyzna ryzy­

kował, że obudzi albo wybuch gniewu, albo przesadne 

oczekiwania. 

- Wpadłem dziś rano na tego policjanta. Nie 

znaleźli żadnego ciała. 

- To dobrze - powiedziała. - Nie chciałabym... 

- Wiem. 

Włosy miała splecione w przewieszony przez ramię 

warkocz. Ten warkocz, brak makijażu, zbyt wielka 

bluza i obcięte dżinsy sprawiały, że wydawała się 

młodsza niż była w rzeczywistości. Taylor wiedział, że 

Vanessa ma dwadzieścia sześć lat. Wiedział także, że 

jest nauczycielką. Ten zawód do niej pasował. Przede 

wszystkim była naturalna. Od razu dostrzegł, że nie ma 

w niej żadnej sztuczności. No i te oczy! 

- Masz ochotę na szklaneczkę lemoniady? - spyta­

ła. Już chciał przytaknąć, gdy dodała śpiesznie, jakby 

bojąc się, że odrzuci jej zaproszenie: - Po wczorajszym 

wieczorze zostało mi też trochę wina i piwa. 

background image

TAJEMNICA • 27 

- Wystarczy lemoniada - powiedział. - Widziałem 

wczoraj te wszystkie samochody - dorzucił z cieka­

wością. 

Vanessa zatrzymała się z ręką na klamce. 

- Wydałam inauguracyjne przyjęcie. 

- To miły zwyczaj. 

W środku dom był dokładnie taki, jak Taylor się 

spodziewał: ciepły i przytulny. Pachniał kwiatami. 

Vanessa poszła wprost do kuchni. Taylor oparł się 

o drzwi, przyglądając się, jak wyjmuje szklaneczki 

z szafki, lód z zamrażarki i dzbanek lemoniady z lo­

dówki. 

Była odwrócona do niego tyłem. Zauważył kształt­

ne nogi i zaokrąglone biodra, pomyślał, że chętnie by 

ich dotknął. Lewa strona szyi była odsłonięta i kusiła 

do pocałunku. Zaczął się zastanawiać, jak może sma­

kować skóra dziewczyny i jeszcze bardziej zapragnął 

dotknąć Vanessy. 

Odstawiła dzbanek. Oparła obie dłonie na stole 

i westchnęła. Przez plecy przebiegł jej dreszcz. 

- Vanesso? 

- Proszę, mów do mnie - powiedziała. - Wszyst­

ko jedno co. Po prostu mów. 

Jej głos zdradzał, że jest bliska łez. W każdym razie 

była bardzo przygnębiona. Instynkt opiekuńczy Tay­

lora odezwał się jeszcze raz. Cóż można powiedzieć 

w takiej sytuacji? 

- Ma pani fantastyczny tyłeczek, pani nauczycielko. 

Wybuchnęła śmiechem i zamknęła oczy, odcinając 

drogę łzom ulgi. Jego słowa były tak cudowne, tak 

absolutnie głupie, tak bezczelne. Po prostu normalne. 

Walka Taylora z instynktem opiekuńczym była 

przegrana w chwili, gdy dostrzegł, że znów drżą jej 

ramiona. Podszedł od tyłu do Vanessy i położył rękę na 

jej szyi, wsuwając palce pod gruby warkocz. Mięśnie 

karku miała napięte jak postronki. 

background image

28 • TAJEMNICA 

- Chciałabyś pogadać? 

Ramiona jej opadły i odetchnęła głęboko. 

- Nie wiem, czy potrafię. 

Jej skóra była gładka i ciepła, bardzo kobieca. 

Taylor nie miał ochoty cofnąć dłoni. Skądinąd wie­

dział z doświadczenia, że gdy kobieta mówi, iż nie wie, 

czy potrafi o czymś opowiedzieć, to znaczy, że o ni­

czym innym nie marzy. 

Zdecyduj się, pomyślał. Słuchasz albo uciekasz. 

Ryzykujesz zaangażowanie albo wycofujesz się. Wes­

tchnął z rezygnacją, odsunął się od Vanessy i otworzył 

lodówkę w poszukiwaniu wina, o którym wcześniej 

wspominała. 

- Chowasz je na jakąś specjalną okazję? 

Potrząsnęła głową przecząco, więc Taylor otworzył 

butelkę, znalazł szklaneczkę, napełnił i podał Vanessie. 

Próbowała się uśmiechnąć. 

- Spodobał ci się mój tyłeczek, więc teraz chcesz 

mnie upić? 

Dzielnie próbowała żartować, ale nie mogła ukryć 

napięcia. 

- To lekarstwo - powiedział. - Chcę, żebyś się 

rozluźniła. Więc pij. 

Upiła łyk. 

- Nie bądź taka subtelna - ponaglił ją niecierp­

liwie. - Pociągnij porządnie. 

Rzuciła mu spojrzenie znad szklaneczki. 

- Czy wina nie powinno się pić małymi łyczkami? 

- Nie w sytuacjach wymagających natychmiasto­

wych działań. 

- No to lu - zdecydowała się i wychyliła wszystko 

jednym haustem. 

- To lubię - pochwalił ją i ponownie napełnił 

szklaneczkę. - To możesz sączyć albo wlać w siebie od 

razu. Jak wolisz. 

Wlała od razu i jeszcze raz podała mu szklaneczkę. 

background image

TAJEMNICA • 29 

- Teraz już będę sączyć. 

Nalał wina, wziął ją za rękę i zaprowadził do 

pokoju. 

- Teraz usiądź, rozluźnij się i opowiedz wszystko 

wujciowi Taylorowi. 

Zamknęła oczy i westchnęła. 

- Nie wiem, od czego zacząć. 

Żadna nigdy nie wie, od czego zacząć! - pomyślał 

Taylor. Rozsiadł się na miękkiej kanapie i modlił 

w głębi duszy, by nie była to historia o kochanku, który 

nie może się zdecydować, albo o żonatym mężczyźnie, 

który nie może odejść od żony z powodu dzieci. Już 

dosyć nasłuchał się takich historii. 

Przekleństwem Taylora było to, że miał serce jak 

wosk, gdy chodziło o kobiety. On słuchał, a one 

mówiły i wypłakiwały mu się w klapy. Potem dzięko­

wały miło, stwierdzały, że chciałyby znaleźć kogoś 

chociaż w połowie tak sympatycznego i wrażliwego jak 

on, i wracały do swoich niewrażliwych brutali i żona­

tych kochanków. 

Oczywiście sprawy zaczęły wyglądać inaczej, gdy 

Stephensco stało się obiecującą, rozwojową firmą, 

a Taylor zmienił wytarte dżinsy na elegancki garnitur. 

Teraz kobiety zabiegały o niego. Niestety, stanowiły 

damski odpowiednik niewrażliwych brutali, o których 

się tyle nasłuchał: interesowały je pieniądze i pozycja 

społeczna. A szef rozwijającej się firmy po prostu nie 

miał dosyć czasu, by poszukać takiej, której zależałoby 

bardziej na człowieku niż na stanie konta bankowego. 

W rzadkich chwilach, kiedy mógł sobie pozwolić na 

odpoczynek, bywał tak wykończony wstawaniem 

przed świtem i pracą w biurze, że zasypiał przed 

telewizorem. 

Vanessa odchyliła głowę na miękkie oparcie kanapy 

i zamknęła oczy. Widział pulsującą żyłkę na jej szyi 

i zapragnął posmakować delikatnej skóry, poczuć, jak 

background image

30 • TAJEMNICA 

puls przyspiesza pod jego językiem. Nigdy dotychczas 

nie uwodził kobiety, wysłuchując jej problemów, ale ta 

akurat kobieta stanowiła pokusę nie do odparcia. 

Otworzyła oczy, te wielkie, niebieskie oczy pełne 

smutku, i łyknęła wina. Wyglądała na zagubioną 

i zrozpaczoną. 

- O co chodzi? - zapytał. - O mężczyznę? 

No i jak na to odpowiedzieć? - pomyślała Vanessa. 

Miała wrażenie, że postać na drzewie była mężczyzną. 

Ale czy można ją tak nazwać? 

- Nie jestem... No, chyba można tak powiedzieć. 

Och, nie, pomyślał Taylor. Pewnie dowiedziała się, 

że facet, którego kocha, jest gejem. 

Ich oczy znów się spotkały, a Taylor znów zaczął 

rozważać szanse uwiedzenia. Byłoby to takie proste. 

Ramię, na którym mogłaby się wypłakać. Pocieszające 

pocałunki. Uspokajające objęcia. Czułe słówka. Jesteś 

piękną, zranioną kobietą. A ja jestem wrażliwym, 

samotnym mężczyzną, który cię pragnie. Chodźmy do 

sypialni i pocieszmy się nawzajem. 

Wydawało mu się, że Vanessa czyta w jego myślach 

i nie ma nic przeciwko temu, gdy przemówiła cichym 

głosem: 

- Czy ty... 

Wstrzymał oddech, patrząc, jak dziewczyna przeły­

ka ślinę, wyraźnie niepewna. Nie był przygotowany na 

pytanie, które w końcu z siebie wydusiła: 

- Czy wierzysz w duchy? 

background image

ROZDZIAŁ 

- W duchy? - powtórzył Taylor, nie wierząc włas­

nym uszom. - Chodzi ci o dzwoniące łańcuchy, ciężkie 

kroki i drzwi, które się same otwierają i zamykają? 

- Wyśmiewasz się ze mnie - powiedziała żałośnie, 

a smutek w jej oczach przekształcił się w bezdenną 

rozpacz. 

- Nie, ja tylko... 

Otworzyła szerzej oczy, gdy coś nagle przyszło jej do 

głowy. 

- Ludzie uznają mnie za wariatkę. - Zaciśniętą 

pięścią uderzyła w oparcie kanapy. - Do cholery, nie 

mogę uwierzyć, że taki z niego tchórz! 

- Z ducha? 

- Nie, z pastora. - Ukryła twarz w dłoniach i wes­

tchnęła ciężko. 

- Czekaj, czekaj, trochę wolniej - poprosił Taylor. 

- Jakiego pastora? 

Opuściła dłonie, ale nie podniosła głowy. 

- Tego, który wczoraj przyszedł pobłogosławić 

mój dom. 

- A dlaczego jest tchórzem? 

- Jest jedynym świadkiem - powiedziała. - O-

prócz mnie tylko on to widział. I nie poświadczy 

moich słów. 

background image

32 TAJEMNICA 

Wyraźnie ją to przygnębiło. Taylor pocieszająco 

objął jej ramiona. 

- Zacznij od początku. 

- Wyszliśmy na dwór, żeby popatrzeć na dąb - wy­

jaśniła. - Chciałam tam powiesić huśtawkę, a ponieważ 

pastor ma huśtawkę na plebanii, poprosiłam go... 

Nie mogła mówić dalej. Taylor uścisnął jej ramię. 

- Jest dzień, Vanesso. Nie musisz się bać. 

- Nie boję się. To nie strach, to... poczucie bez­

nadziejności. 

Taylor, dotykając jej i patrząc w oczy, czuł i widział, 

jak jest zdesperowana. Chciałby przekazać Vanessie 

swoją siłę, swoją pewność siebie. 

- I zobaczyliście ducha? 

Opowiedziała mu wszystko: o straszliwej, umęczo­

nej twarzy z pustymi oczodołami, o wrażeniu, że zjawa 

błagała ją o pomoc, o prośbie pastora, żeby wstrzymać 

się z osądem, i w końcu o tym, jak umył ręce od całej 

sprawy. 

- Mówi, że są tylko dwa rodzaje mocy: dobra i zła, 

a jeśli duch istnieje, to musi być wytworem złej mocy. 

Mówi, że musimy się od tego odwrócić, bo jak się 

poświęca temu uwagę, to staje się silniejsze. 

- On też to widział? Jesteś pewna? 

- Absolutnie. Sama mogłabym wątpić w to, co 

widziałam, ale zobaczyliśmy to samo równocześnie! 

Równoczesne halucynacje są tak samo mało praw­

dopodobne, jak duchy! - Zamyśliła się, by dodać po 

chwili: - Pastor mówi, że sprawa duchów jest kont­

rowersyjna i on nie może się wychylać. Boi się, że 

mogłoby to wpłynąć na jego pozycję. Nasz duch czy 

zjawa, czy co to tam jest, okazuje się być problemem 

politycznym. 

- Więc pastor postanowił umyć ręce. 

- Tak. Rzecz w tym, że zostaję na lodzie, bo tylko 

on może potwierdzić moje słowa. - Spojrzała na Tay-

background image

TAJEMNICA • 33 

lora wyzywająco. - Jesteś pierwszą osobą, której to 

opowiedziałam. Czy myślisz, że jestem wariatką? 

- Musisz przyznać, że historia jest dziwna. Nigdy 

nie wierzyłem w duchy... 

- Nie mam ci za złe - powiedziała żałośnie. - Sa­

ma w nie nie wierzyłam, póki jeden nie postanowił 

powisieć sobie na moim drzewie. Gdyby ktoś opowie­

dział mi taką historię kilka dni temu, uznałabym go za 

stukniętego. 

Taylor złapał ją za ramiona. 

- Vanesso, jesteś absolutnie normalna. 

- Więc mi wierzysz? Wierzysz, że naprawdę... 

- Wierzę, że zobaczyłaś coś, co było dla ciebie 

bardzo realne. I najwyraźniej zbyt realne dla pa­

stora. 

- Jeśli chcesz przez to powiedzieć, że nie wymyś­

liłam sobie ducha, by urozmaicić moje skądinąd nudne 

życie, to jestem ci wdzięczna. Masz do mnie więcej 

zaufania niż ten gliniarz, który w zeszłym tygodniu 

przyszedł w sprawie krzyków. 

- Jeśli tak uważał, to jest kretynem. 

- Skąd ta pewność? - uśmiechnęła się cierpko. 

- Nie znasz mnie. Przecież pasuję do takiego obrazka. 

Samotnie mieszkająca stara panna. 

- Nie nabierzesz mnie na ckliwą bajeczkę. Widać 

od razu, że jesteś bardzo rozsądną kobietą. I wcale nie 

taką samotną. Nie musiałaś wymyślać ducha, by 

uatrakcyjnić sobie sobotni wieczór, prawda? Samo­

chody twoich gości zapchały cały zaułek. 

- Odkryłeś mój sekret. Nie mogę żyć bez przyjęć. 

A sobotnie było nieco nudnawe, więc zapragnęłam je 

ożywić. - Chciała zażartować, ale w głosie pojawiła się 

nuta histerii. 

- Przy pomocy ducha? - podchwycił. - To dla­

czego nie wpadłaś do domu, zawiadamiając o tym, 

co widziałaś? 

background image

34 • TAJEMNICA 

- Może powinnam była. Pastor nie mógłby wy­

przeć się wszystkiego przed takim audytorium, bo był 

zupełnie roztrzęsiony. 

Taylor odgarnął Vanessie z czoła kosmyk włosów. 

- Nie czułaś, żeby to był zły duch? 

Pokręciła przecząco głową. 

- Myślałam o tym w nocy. Zastanawiałam się, kim 

jest i dlaczego pojawił się akurat tutaj, akurat wtedy. 

Nie mogłam otrząsnąć się z wrażenia, że - ktokolwiek 

czy cokolwiek to jest - prosi o pomoc. Teraz już nie 

wiem, co myśleć, ale nie czułam, by z tej zjawy 

emanowało zło, tylko rozpacz. I chociaż była od­

pychająco brzydka, nie bałam się jej. Byłam przejęta. 

Czułam, że muszę jej pomóc. - Zadrżała, a w głosie 

znów pojawiła się wysoka, histeryczna nuta. - A może 

to było zło. Może łudziło mnie, grało na moich 

lepszych instynktach, wykorzystało je, by mnie zahip­

notyzować. A może w ogóle nie było świadome mojej 

obecności. Może po prostu pojawiło się tak sobie. 

-Wybuchnęła śmiechem, zdradzając, że za chwilę 

straci nad sobą kontrolę. - Może ten sam duch węd­

ruje sobie po drzewach na całym świecie. Może nawet 

ma regularną marszrutę? Może wisi sobie na moim 

drzewie co drugą sobotę, a potem przenosi się do 

jakiejś dzwonnicy? 

- Chodź no tutaj. - Taylor delikatnie przyciągnął 

ją do siebie. 

Vanessa chętnie przywarła do niego, obejmując 

w pasie i opierając policzek o pierś Taylora. Był ciepły 

i masywny, i bardzo ludzki, i pachniał mydłem i męską 

wodą kolońską. Słuchała rytmicznego bicia jego serca, 

a on kołysał ją w ramionach. Westchnęła z ulgą. Jak 

rozpaczliwie potrzebowała dotyku i pocieszenia innej 

ludzkiej istoty. 

- Chcesz jeszcze wina? - spytał Taylor po kilku 

minutach ciszy. 

background image

TAJEMNICA • 35 

- Nie, dziękuję. Już go nie potrzebuję - uśmiech­

nęła się Vanessa, unosząc głowę. - Chyba ze wszyst­

kiego najbardziej potrzebowałam właśnie przytulenia. 

- A co byś powiedziała na pocałunek? 

Udała, że rozważa propozycję. 

- Czy całujesz tak dobrze, jak przytulasz? 

- Lepiej - pochwalił się i postarał się to udowodnić. 

- Nie chcę się ruszać - powiedziała po chwili Va­

nessa, gdy pocałunek przekształcił się w czułe objęcia. 

- Zastanawiałem się, czy cię nie uwieść, zanim 

wyskoczyłaś z tym duchem - powiedział. - Sposób, 

w jaki się przytulasz, tylko utwierdza mnie w tym 

pomyśle. 

Odsunęła się niechętnie. 

- Nie możesz uwieść kobiety, która ma ducha na 

drzewie. 

- Jest taka reguła? 

- Nie mam pojęcia. To mój pierwszy duch. 

Taylor uderzył dłońmi o kolana, wykazując goto­

wość do działania. 

- Wypłoszymy dziada! 

- Nie wiem, jak to zrobić. Może powinniśmy 

sprowadzić jakieś medium? Albo egzorcystę? 

- Myślę, że powinnaś zacząć od spisania wszyst­

kiego na papierze - powiedział, wstając. 

Bezsenna noc i spora ilość wina przytępiły trochę 

zdolność pojmowania Vanessy. 

- Spisania czego? 

- Wszystkiego. Każdego szczegółu. Jak ta zjawa 

wyglądała, jak była duża, jak długo wisiała, co czułaś, 

kiedy ją zobaczyłaś... 

- Ale po co? 

- Powinnaś to zapisać, póki masz wszystko świeżo 

w pamięci. Dzięki temu będziesz dysponowała dokład­

nym sprawozdaniem, jeśli... - zamilkł, nie kończąc 

zdania. 

background image

36 » TAJEMNICA 

- Uważasz, że zobaczę go znowu, prawda? - zapy­

tała trzeźwo. 

- Nie wiem. 

- No bo i skąd możesz wiedzieć - westchnęła, 

zwlekając się z kanapy. W kuchni znalazła notatnik 

i usadowiła się przy stole w aneksie jadalnym. Wciąż 

rysowała szlaczki na górze kartki, gdy Taylor opadł na 

krzesło naprzeciwko. 

- Czy muszę napisać tu pełny temat? - zapytała 

kapryśnym tonem, naśladując swoich uczniów. 

- Jak możesz cały dzień znosić przemądrzałe dzie­

ciaki? - chciał wiedzieć Taylor. 

- Nie są tacy źli. Trzeba po prostu ignorować 

typowe dla nastolatków wyskoki i próbować dotrzeć 

do prawdziwego człowieka, tam w środku. Pod po-

włoczką arogancji i nastoletniego przemądrzalstwa 

kryją się przerażone dzieci, które próbują dorosnąć. 

- W tym wieku byłem strasznym rozrabiaką. Nie 

wiem, jak matka ze mną wytrzymywała, nie mówiąc 

już o nauczycielach. 

- Rozrabiacy zwykle się o coś wściekają. 

Taylor zastanowił się chwilę. 

- Wściekałem się - przyznał. - O wszystko. Głów­

nie chyba o rozwód rodziców. 

- A gdy porządnie narozrabiałeś, matka musiała 

wzywać ojca? 

- Tak - zaśmiał się, zdziwiony. - Nigdy sobie z te­

go nie zdawałem sprawy. 

- Och, zdawałeś - uśmiechnęła się Vanessa. - Ty­

lko nie przyznawałeś się do tego nawet przed samym 

sobą. 

Spojrzał na nią z namysłem. 

- Ciekawie by było mieć cię za nauczycielkę. Niezła 

z ciebie kobitka, wiesz? 

- M o ż e dla uczniów. Ale dla duchów...-Jej 

uśmiech znikł. 

background image

TAJEMNICA • 37 

- Nie pozwolisz się pokonać - ocenił, wciąż nie 

spuszczając z niej wzroku. - A teraz pisz! 

- Tak jest, proszę pana. - Vanessa ujęła pióro. Po 

chwili spytała: - A czy mógłbyś mi powiedzieć, co 

właściwie mam pisać? Nie wiem, jak zacząć. 

- Wczoraj wieczorem, około godziny... O której 

to było? 

- Kwadrans po dziesiątej - dopowiedziała Vanes­

sa, zapisując jego słowa. - Mów dalej, proszę. 

- Pastor jak-mu-tam i ja staliśmy mniej więcej... 

Jak daleko od drzewa byliście? Ile metrów? 

- Skąd mam wiedzieć, ile to było metrów?-W 

głosie Vanessy pojawiła się panika. - Słuchaj, Tay­

lor... 

- Pisz! - przerwał jej. - Zostaw wolne miejsca, po­

tem weźmiemy taśmę i zmierzymy odległości. 

- Tyran! - poskarżyła się, ale w gruncie rzeczy była 

zadowolona z tego tyranizowania. Lepiej było coś 

robić, choćby bezsensownego, podjąć jakieś działania, 

zamiast siedzieć i ponuro rozmyślać. 

Kwadrans później opis tego, co widziała, był skoń­

czony. Zostały tylko wolne miejsca na odległości 

i wymiary. Taylor rzucił okiem na centymetr, wyjęty 

przez Vanessę z pudełka z przyborami do szycia, 

i pognał do domu po metalową taśmę mierniczą. 

Z zawodową sprawnością zajął się wymierzaniem 

istotnych, jego zdaniem, odległości: długości gałęzi 

dębu, odległości gałęzi od ziemi w najniższym i najwyż­

szym punkcie, i tak dalej. Vanessa posłusznie zapisy­

wała podawane liczby. 

- A teraz stań dokładnie tam, gdzie zatrzymałaś 

się, kiedy zobaczyłaś tę postać na drzewie. 

- Nie jestem całkiem pewna. Gdzieś tutaj - zawa­

hała się i wytężyła pamięć. - Tak. Mniej więcej tutaj. 

- No dobrze. - Taylor zwolnił przycisk, by po­

zwolić zwinąć się taśmie, wyjął Vanessie z ręki notatnik 

background image

38 • TAJEMNICA 

i zatrzymał się z długopisem zawieszonym nad kart­

ką. - Zobaczmy. Dom jest zorientowany na północ... 

- Zaczynam rozumieć, dlaczego odnosisz takie 

sukcesy - stwierdziła Vanessa. 

- ...co oznacza, że drzewo stoi na południowy 

wschód od niego... 

- To dzięki twojej zdolności koncentracji. 

Spojrzał oceniająco na połacie dachu, zbiegające się 

w kształcie litery L, i zapisał coś w notatniku. 

- Mogłabym się tu rozebrać do naga, a ty byś nie 

zauważył. 

Podniósł głowę i wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

- Chcesz spróbować? 

- Chcę wiedzieć, co robisz. 

- Ustalam wzajemne położenie domu i gałęzi. 

- Oczywiście. Ależ ze mnie kretynka, że zadaję tak 

oczywiste pytania. 

- A gdzie stał pastor? Pokaż mi, żebym mógł stanąć 

w tym samym miejscu. 

- Nie wiem. 

- Spróbuj sobie przypomnieć. 

- Nie mam co sobie przypominać, bo nie patrzyłam 

na niego, tylko na zjawę. I porzestań na mnie krzyczeć! 

- Czy wino wprawia cię w zły humor, czy to 

wrodzona cecha charakteru? 

- Nie lubię, jak ktoś próbuje się rządzić. 

- Przepraszam, jeśli tak to zabrzmiało. Chyba 

w pracy zbytnio przyzwyczaiłem się do wydawania 

poleceń. - Ujął ją pod brodę i obrócił ku sobie,  - M a m 

dobre chęci, choć może moje metody są niezręczne. 

Próbuję ci pomóc. 

Vanessa westchnęła. 

- Wiem. I doceniam to. Ale nie rozumiem, co może 

wyniknąć z wyrysowania planu na papierze. 

- Pomyśl, Vanesso. Albo to, co widziałaś, było 

duchem, albo czymś innym. Jeśli było czymś innym, to 

background image

TAJEMNICA • 39 

musiał to być jakoś stworzony obraz. Prawdopodob­

nie holograficzny. 

- Ktoś się zabawiał? Ale kto... i jak? Skąd ktoś 

mógł wiedzieć, że akurat wtedy wyjdziemy z domu? 

- O to chodzi. Nie musiał tego wiedzieć. Mógł sobie 

jeździć, póki nie zobaczył imprezy. A potem ustawił 

wszystko i czekał, aż ktoś zapragnie odetchnąć świe­

żym powietrzem. Dlatego to, gdzie byłaś, może być 

istotne, bo w przypadku hologramu wskaże miejsce 

nadajnika. 

- Czy rzutniki holograficzne są powszechnie do­

stępne? 

- Nie bardzo. Na pewno są okropnie drogie. 

- Więc mielibyśmy do czynienia z bogatym sa­

dystą. 

- Ten ktoś nie musiałby być właścicielem aparatu­

ry. Wystarczyłoby, żeby miał do niej dostęp. 

Zapadła cisza. 

- Marszczysz brwi - powiedział Taylor. - O czym 

myślisz? 

- O czymś, w co nie chciałabym uwierzyć. 

- To znaczy? 

- Po tamtej nocy, kiedy słyszałam krzyki, moja 

przyjaciółka, Karen Lake, zasugerowała, że może 

któryś z uczniów robi mi kawały. - Mina Taylora 

wyraźnie zdradzała, że uznał to za znakomite wy­

tłumaczenie. - To po prostu niemożliwe, Taylor. Wąt­

pię, czy w okolicy jest jakikolwiek aparat holograficz­

ny, a już zupełnie nieprawdopodobne, żeby któryś 

z moich uczniów mógł się do czegoś takiego dobrać. 

A nawet gdyby, to nie wyjaśniałoby... - Koniec zdania 

zastąpiło głębokie westchnienie. 

- Czego? - nalegał. 

- Moich odczuć - powiedziała cicho. 

Ciężkie milczenie wypełniło powietrze. Taylor nie 

uwierzył w jej ducha, tak jak przedtem nie uwierzył 

background image

40 • TAJEMNICA 

w nocne krzyki. W obu przypadkach była całkowicie 

pewna swoich doświadczeń. Ale czy nie mówi się, że 

gdy uważasz, że wszyscy oprócz ciebie są szaleni, to 

oznacza, iż właśnie ty jesteś wariatem? 

- Pomyśl, Vanesso. Ta zjawa budziła litość i chcia­

łaś jej pomóc. Czy nie rozumiesz, że taka reakcja 

zrodziła się w tobie, a nie promieniowała ze zjawy? 

Zareagowałaś tak, jakbyś zareagowała na widok za­

błąkanego, głodnego szczeniaka. 

- Ależ wcale nie. To nie było takie zwyczajne 

uczucie litości. To był... przymus. Tak, przymus 

- powtórzyła, rozważając właściwość tego słowa. 

- Doznałaś szoku, więc, oczywiście, twoje reakcje 

były intensywne. 

- Nie rozumiesz - westchnęła. - Nie potrafię tego 

wyjaśnić, ale czułam się, jakby wezwano mnie na pomoc. 

- W tych warunkach mogłaś tak poczuć. 

- Czy nie chciałeś przypadkiem jeszcze czegoś 

zmierzyć? - ostrym tonem zmieniła temat. 

Taylor pochylił się, by przelotnie pocałować czubek 

nosa dziewczyny, i wręczył jej koniec metalowej taśmy. 

- Proszę to potrzymać, pani Wiggins. - Podszedł do 

drzewa i stanął pod konarem. - Gdzie wisiała ta postać? 

- Trochę bardziej w lewo. Tak, tutaj. 

Taylor odczytał odległość i zaznaczył ją na planie 

w notatniku. Potem zwinął taśmę, zawiesił na pasku 

spodni, notatnik rzucił na trawę, podskoczył, uchwycił 

konar i jednym płynnym ruchem wciągnął się na górę. 

Vanessa z przyjemnością przyglądała się spraw­

nemu ciału Taylora. 

- I co teraz? - spytała. 

- Teraz zobaczę, czy nie znajdę czegoś niezwyk­

łego. - Usiadł okrakiem na gałęzi. 

Vanessa pozazdrościła mu nie tylko siły, ale i non­

szalancji. Nonszalancji wynikającej z tego, że nie 

widział ducha i nie wierzył w jego istnienie, z tego, że 

background image

TAJEMNICA • 41 

chciał ją uspokoić, wiedząc doskonale, że to on ma 

rację. Poczuła przypływ gniewu, który podkopał nieco 

poczucie wdzięczności za jego obecność i troskę. 

- Znalazłeś coś? 

Taylor trzepnął lewą dłonią po prawym ramieniu. 

- Głównie mrówki. 

Dokładnie przyjrzał się całej gałęzi aż do pnia, 

potem wstał i wspinał się coraz wyżej, poddając 

oględzinom kolejne gałęzie. 

- Spadniesz i skręcisz sobie kark - przestraszyła się 

Vanessa, widząc, jak szybko zsuwa się w dół. 

- Stary drzewołaz? Nie ma mowy - odpowiedział, 

nie zatrzymując się. Po chwili zeskoczył na zie­

mię. - Moja matka zawsze mówiła, że mam w sobie 

coś z małpy. A ja jej zarzucałem, że widocznie zadawa­

ła się z Tarzanem. 

Spoważniał i położył dłonie na ramionach Vanessy, 

ściskając je uspokajająco. 

- Nic nie znalazłem. 

- Nie wiem nawet, czego szukałeś. 

- Resztek sznura, otarć kory, dziur po gwoździach. 

Znaków, że ktoś łaził po drzewie, że coś zawieszono na 

którejś gałęzi... 

- Aparat? - zapytała nieprzyjaznym tonem. 

- Nie wiem, cholera! I ty też nie wiesz, więc 

przestań oskarżać mnie, że nie mam odpowiedzi na 

wszystkie pytania! 

Schowała twarz w dłoniach. 

- Przepraszam. Nie chciałam, żeby to tak zabrzmiało. 

Przyciągnął jej dłonie do ust i ucałował. 

- Ja też przepraszam, że tak na ciebie warknąłem. 

Po prostu... to strasznie frustrująca sytuacja. 

- Nie musisz się włączać - oświadczyła. - To osta­

tecznie nie twój problem. 

- Nie? Wilczy Zakątek to moje dzieło. Myślisz, że 

chcę, by mówiono, że tu straszy? 

background image

42 • TAJEMNICA 

- Rozumiem. Sprzedaż mogłaby na tym ucierpieć 

- najeżyła się Vanessa. 

Taylor wypuścił jej dłonie. 

- Uważasz, że to dlatego tu jestem? 

W każdym razie dlatego właśnie zjawiłeś się tu 

wtedy, gdy słyszałam krzyki, pomyślała Vanessa. Ale 

rzeczywiście, nie mógł wiedzieć o duchu. 

- Nie wiem, co myśleć - przyznała. Spojrzała mu 

w oczy wyzywająco. - No więc, właściwie dlaczego tu 

jesteś? 

- Bo mam sąsiadkę, która ma problemy. — U-

śmiech wrócił Taylorowi na twarz. - A przede wszyst­

kim ma fantastyczny tyłeczek. 

Cropville, Teksas - 1945 

Ina Twigg z wahaniem wsunęła głowę do gabinetu 

Jessiki. 

- Przepraszam, że przeszkadzam, ale przyszedł 

niejaki pan Bannerson. Nie ma u nas rachunku i nie 

chce pożyczki, ale nalega, żeby... 

- Pan Bannerson? - spytała Jessica niedowierzająco. 

Od obchodów Dnia Zwycięstwa minęły dwa miesiące 

i Jessica starała się usunąć Danny'ego Bannersona z myśli. 

- Tak. Bannerson. Chyba nie jest stąd, bo nigdy go 

przedtem nie widziałam. - Ina czekała najwyraźniej 

na jakieś wyjaśnienie. 

Jessica nie zaspokoiła jej ciekawości. Zamknęła 

teczkę z dokumentami, które przeglądała, zabębniła 

palcami o biurko i powiedziała: 

- Daj mi jakieś pięć minut, a potem go wpuść 

- powiedziała w końcu. 

Na twarzy Iny odmalowało się rozczarowanie, ale 

przytaknęła i wyszła. 

Jessica nie była osobą łatwo poddającą się panice. 

Tym razem jednak ręce jej się trzęsły, gdy szukała 

background image

TAJEMNICA • 43 

lusterka, szminki i grzebienia. Poprawiła apaszkę 

i strzepnęła domniemane pyłki z klap żakietu. 

Bannerson wszedł do gabinetu z kapeluszem w rę­

ku, czujnie, jak ktoś, kto zbliża się do grożącej 

wybuchem bomby. Skłonił powitalnie głowę. Był 

średniego wzrostu, ale miał mocną budowę ciała. 

Włosy były wciąż króciutko, po wojskowemu obcięte. 

Z tej odległości Jessica nie potrafiła rozpoznać koloru 

jego oczu, ale była świadoma, że wpatrują się w nią 

intensywnie. Zmusiła się, by odpowiedzieć takim sa­

mym spojrzeniem. W końcu Bannerson roześmiał się 

i ten dźwięk rozładował napięcie. 

- Naprawdę wyglądasz jak prezes banku - powie­

dział. 

- A ty - odrzekła lekko - naprawdę wyglądasz jak 

komandos. Nawet szarża byka nie zbiłaby cię z nóg. 

- Cześć, Jessico - uśmiechnął się ciepło. 

- Cześć, Danny. Witaj w Cropville. 

background image

ROZDZIAŁ 

Vanessa uchyliła drzwi wejściowe i ostrożnie wy­

jrzała. Kto mógł przyjść o takiej porze? 

- Taylor? 

- Mam pomysł - oświadczył i nie czekając na 

formalne zaproszenie, przecisnął się do środka. 

- Nie za wcześnie? - spytała Vanessa. 

- Muszę być na budowie o siódmej. Sądziłem, że 

też już będziesz na nogach. Masz kawę? 

- W puszce w szafce - powiedziała. 

- Nie parz specjalnie dla mnie. Mogę zaczekać, aż 

dotrę do roboty. 

- Jest szósta rano, Taylor. Nie jestem ubrana. 

Taylor przesunął po niej wzrokiem, od potarganych 

włosów przez jedwabny szlafrok po różowe paznokcie 

u nóg, pochylił się i cmoknął ją w policzek. 

- Uroczo rano wyglądasz, kochanie, ale czy zawsze 

jesteś w tak paskudnym humorze? 

- Tylko wtedy, gdy pewni ludzie robią sobie biwak 

w moim salonie i przez cały niedzielny wieczór karmią 

mnie pizzą i poją winem, i jeszcze dobrze po północy 

każą mi oglądać stare filmy na wideo, a potem 

wyrywają mnie z łóżka przed wschodem słońca. 

- Zrobię kawę, jeśli mi powiesz, gdzie co jest. Może 

to poprawi ci humor. A teraz idź i włóż coś na siebie. 

background image

TAJEMNICA • 45 

- Rano jesteś tak samo nieznośny, jak przez resztę 

dnia - narzekała Vanessa. - Kawa jest w szafce na 

prawo od zlewu, garnuszki poniżej. Zatyczki do uszu 

musisz mieć własne. 

- Zatyczki do uszu?! 

Uśmiechnęła się słodziutko. 

- Lubię śpiewać pod prysznicem. 

Gdy wróciła, wyszorowana i ubrana, z włosami 

kręcącymi się od wilgoci, siedział przy stole w jadalni, 

obejmując dłońmi kubek z parującą kawą. Poszła do 

kuchni zrobić coś do jedzenia. 

- Nie potrafię stanąć przed moimi uczniami o pus­

tym żołądku -powiedziała. - Chciałbyś może talerz 

płatków śniadaniowych? 

- Chętnie. 

- No dobrze - powiedziała, gdy już postawiła na 

stole dwie miseczki i usiadła - co jest tak ważne, że 

usprawiedliwia wizyty o szóstej rano? 

- Twój duch, oczywiście. Hej, to całkiem smaczne. 

I pewnie bardzo odżywcze. 

- Z mnóstwem błonnika. 

- Tak myślałem. 

- No i co z moim duchem? 

- Zastanawiałem się nad nim w nocy. 

- Po powrocie do domu? Było już po północy. 

- Nie śpię dobrze, gdy gnębi mnie niepokój. 

Vanessa parsknęła sceptycznie. 

- Nie wyglądasz na faceta, który często cierpi na 

bezsenność. 

- Jeśli to, co widziałaś, było duchem, to musiał to 

być czyjś duch. 

-• No popatrz, a ja na to nie wpadłam! 

- Jesteś okropnie niecierpliwa, jak na nauczycielkę. 

- To wpływ kawy. Byłam nieprzytomna, ale teraz 

już obudziłam się i jestem wściekła. 

background image

46 • TAJEMNICA 

- Posłuchaj, dobrze? Jeśli to duch, to musiał kiedyś 

żyć i pewnie był jakoś związany z tym miejscem. A jeśli 

tak jest, to może ktoś go już widywał. 

- Dawniej? 

- On może mieć setki lat. 

- I może wrócić w każdej chwili? - Vanessę prze­

szedł dreszcz. - To nie jest zbyt pocieszająca myśl. 

- Co prawda, nigdy nie wierzyłem w duchy, ale 

widziałem dosyć filmów o nawiedzonych domach, aby 

wiedzieć, że jeśli pokazuje się jakiś duch, to coś było nie 

tak w chwili śmierci. 

- Następna pocieszająca myśl o bladym świcie. Nie 

dość, że mam ducha, to jeszcze ma on ochotę się mścić. 

- Powiedziałaś, że wzywał pomocy. 

- Mam nadzieję, że uznał, iż to nie mnie po­

trzebuje - wzdrygnęła się Vanessa. 

- Naprawdę jesteś dziś w dziwnym nastroju - za­

uważył Taylor. 

- Ja też trochę rozmyślałam w nocy. Tylko trochę, 

przyznaję, ale dość, by zrozumieć, że lepiej by było, 

gdyby nieproszony gość na moim przyjęciu okazał się 

hologramem. Spróbuję dzisiaj rozeznać się, czy któryś 

z moich uczniów mógłby mieć dostęp do trójwymiaro­

wego rzutnika. 

- Zmieniłaś zdanie na temat tego, co widziałaś? 

Wczoraj upierałaś się przy swoich odczuciach. 

- Jak powiedziałeś, zapewne po prostu zareagowa­

łam na widok tej postaci tak, jak zareagowałabym na 

widok kogokolwiek w nieszczęściu - wzruszyła ra­

mionami. 

- Nie oszukasz mnie, dziecinko, i chyba nie uda ci 

się oszukać samej siebie. 

- Coś ty się tak uparł, żeby odgrywać adwokata 

diabła? Wczoraj byłeś pewien... 

- Niczego nie byłem pewien. Miałem tylko swój 

pogląd. To ty byłaś pewna, a teraz zgłaszasz wątpliwości. 

background image

TAJEMNICA • 47 

Vanessa odłożyła łyżkę i spojrzała Taylorowi w twarz. 

Jej oczy były wielkie i wyraźnie o coś go prosiły. Taylor 

pomyślał, że na samym ich dnie kryje się przerażenie. 

- Pod moim oknem krzyczy kobieta, a na moim 

drzewie wisi mężczyzna w stanie zaawansowanego 

rozkładu. Albo mam nawiedzony dom, albo jakiś 

uczeń robi mi kawały. Co byś wolał? 

- Prawdę - powiedział cicho. I ty chyba też. Dlate­

go pomogę ci ją odkryć. Sprawdź dostęp do rzutników, 

a ja dowiem się, do kogo należały te tereny, zanim kupili 

je chciwi spekulanci, od których z kolei ja je nabyłem. 

Vanessa tępo wpatrywała się w płatki śniadaniowe, 

pływające jeszcze w jej talerzu. I na nic się zdało 

mówienie sobie, że nie widziała tego, co widziała. 

Nawet praktycznie obcego faceta nie potrafiła przeko­

nać, że zmieniła zdanie. 

Antyczny zegar na kominku wybił pół godziny 

i Taylor zerknął na zegarek, jakby nie wierząc, że 

upłynęło już tyle czasu. Uniósł do ust ostatnią łyżkę 

płatków, wysuszył ostatnie krople soku pomarańczowe­

go i wstał, zbierając naczynia, by je odnieść do kuchni. 

- Dzięki za śniadanie, moja piękna, ale muszę 

ruszać na budowę. Pogadamy wieczorem. 

- Taylor - zawołała za nim z wahaniem. 

Odwrócił się i uniósł pytająco brwi. 

- Dlaczego? - zapytała, i oboje wiedzieli, czego 

dotyczy pytanie. 

Wyszczerzył zęby w uśmiechu. 

- Pomijając fakt, że w zasadzie jestem miłym facetem, 

to nie mogę cię uwieść, póki masz tego ducha na drzewie. 

- Cześć, Vanesso. 

Vanessa aż podskoczyła na krześle, tak nagle wy­

rwano ją z głębokiego zamyślenia. 

- Przepraszam - powiedziała Laura Gaines. - Nie 

chciałam cię przestraszyć. 

background image

48 • TAJEMNICA 

- Nie słyszałam, jak weszłaś. 

- Najwyraźniej. Wyglądałaś na zupełnie nieprzyto­

mną. Czy coś się stało? 

Lewa ręka Vanessy spoczywała na kartotece z dany­

mi osobistymi uczniów, prawa na kartce z wypisanymi 

kilkunastoma nazwiskami. 

- Sprawdzam tylko dane na temat warunków 

domowych niektórych uczniów. Zawody rodziców 

i tak dalej. 

- Mogę zobaczyć? - Laura wyciągnęła rękę. 

- Och... Jasne - powiedziała Vanessa, zastanawia­

jąc się w duchu, co powie, jeśli Laura będzie się 

dopytywać o powody poszukiwań. Czy może oświa­

dczyć pedagogowi szkolnemu, że albo uczniowie robią 

jej okrutne dowcipy, albo jej nowy dom jest na­

wiedzony? 

- Dość niejednorodna grupa - oceniła Laura, od­

kładając kartkę. Nie nalegała na wyjaśnienia. - Czy 

znalazłaś, czego ci potrzeba? - Vanessa potwierdziła. 

- No to cię zostawię. Spodziewam się lada chwila 

wizyty rodziców, a lubię udawać bardzo zajętą, gdy 

przychodzą. Jeśli będziesz miała jakieś wątpliwości, 

służę ci pomocą. 

Uśmiech Vanessy był szczery. Laura była doskona­

łym pedagogiem, chętnie pomagała, ale nie wtrącała 

się na siłę. 

- Dzięki, Lauro. Będę pamiętać. 

Skończyła przeglądać kartotekę w niecałe dziesięć 

minut. To, co znalazła, nie było obiecujące. Rodzice 

uczniów tej szkoły stanowili typową próbkę mieszkań­

ców peryferii wielkiego miasta: szef supermarketu, 

sekretarki, dwóch pracowników naftowych, hydrau­

lik, akwizytor ubezpieczeniowy, mechanik, prawnik, 

pielęgniarka, kwiaciarka. Żadnych fotografów. Jedy­

nie zawód matki Heather McQueen stwarzał jakąś 

możliwość. Była przedstawicielką agencji reklamowej. 

background image

TAJEMNICA • 49 

Vanessie trzęsły się ręce, gdy wybierała numer agencji. 

Gardło miała wyschnięte i gdy ktoś po drugiej stronie 

drutu powiedział „Dzień dobry. Tu Agencja Reklamowa 

Franklina", z trudem wydobyła z siebie głos. 

- Chciałabym... - Vanessa przełknęła i zaczęła je­

szcze raz. - Chciałabym zorganizować imprezę, w któ­

rej potrzebny mi będzie aparat holograficzny. Czy 

wasza agencja... 

- Och, nie zajmujemy się takimi rzeczami - prze­

rwała jej rozmówczyni. - Jesteśmy tylko małą agen­

cją, specjalizującą się w reklamowych długopisach, 

czapeczkach, naklejkach i balonach. 

Vanessa odetchnęła tak głośno, że musiała odsunąć 

słuchawkę od ust. 

- Bardzo mi przykro - dodała kobieta. 

- A czy... czy nie orientuje się pani, gdzie mog­

łabym znaleźć taki aparat? 

- Niestety, nie mam pojęcia. Ale mogę pani podać 

nazwy kilku większych agencji. Może któraś z nich 

będzie w stanie panią skierować pod właściwy adres. 

Vanessa zapisała nazwy agencji i podziękowała 

swojej rozmówczyni. Nie miała już czasu na dalsze 

telefony, więc sprawdziła tylko numery w książce 

telefonicznej i schowała kartkę do torebki. Zadzwoni 

do nich z domu, gdzie nikt jej nie będzie przeszkadzać 

czy podsłuchiwać. 

Wistaria i róże już przekwitały, ale pachniały wciąż 

bardzo mocno. Vanessa od razu otworzyła okna, 

ciesząc się, że wiosna jest jak na razie łagodna i upał nie 

zmusza jej jeszcze do włączenia klimatyzacji. Przebrała 

się w dżinsy i miękką koszulę, nalała sobie szklankę 

soku i zasiadła do telefonu. 

Po kilku rozmowach odesłano ją do firmy spec­

jalizującej się w sprzęcie audiowizualnym. Uzyskane 

informacje zarazem uspokoiły ją, jak i przejęły dresz­

czem. To, co widziała w sobotni wieczór, nie było 

background image

50 • TAJEMNICA 

sztucznie stworzonym obrazem. Wolałaby się mylić. 

Niestety, chyba jednak ma rację. 

Nagle zdenerwowana, zrobiła pranie i wyszła do 

ogrodu, żeby pozbyć się nadmiaru energii przy przeko­

pywaniu grządki pod sadzonki wistarii od Margaret. 

Gdy zapadający zmrok zmusił ją do powrotu do 

domu, wzięła prysznic. Zazwyczaj wieczorem wkłada­

ła podomkę, tym razem jednak zachciało jej się czegoś 

bardziej wymyślnego. Zajrzała do szafy i wyciągnęła 

szeroką suknię lawendowego koloru, spływającą aż do 

kostek i ujętą przy szyi w luźną gumkę, na wzór 

ludowych bluzek. 

Stojąc przed lustrem, ściągnęła gumkę na ramiona. 

Włosy, jeszcze wilgotne, chłodziły jej kark. Czuła się 

kobieco, ładnie i kokieteryjnie. 

Nagle zrozumiała, o co jej chodzi: oczekiwała 

Taylora! Zaczęła przyzwyczajać się do jego nie zapo­

wiedzianych wizyt i chłodnego, analitycznego pode­

jścia do problemu. Był tu, gotów słuchać i pocieszać, 

gdy potrzebowała życzliwego ucha i wsparcia. Stał się 

przyjacielem, sprzymierzeńcem, podporą. 

Pozwoliła mu na to. 

A teraz, wdzięcząc się przed lustrem i mając na­

dzieję, że wpadnie, Vanessa zdała sobie sprawę, że 

gotowa jest pozwolić mu, by stał się kimś więcej. 

Poprawiła suknię pod szyją, potrząsnęła włosami 

i posłała pocałunek swemu odbiciu. Que sera, sera! 

Wróciła do salonu, by zająć się sprawdzaniem 

wypracowań, ale pomieszane zapachy róż i wistarii 

przyciągnęły jej uwagę do stojących na stoliku wazo­

nów. Róże jeszcze się trzymały, ale wistaria nadawała 

się już tylko do wyrzucenia. 

Z północnego zachodu nasuwał się nad Teksas 

chłodny front atmosferyczny z zimnym, silnym wiat­

rem. Gwałtowne podmuchy poruszyły nagle gałęziami 

starego dębu i wpadły do mieszkania. Vanessa właśnie 

background image

TAJEMNICA • 51 

podnosiła wazon wistarii, gdy wiatr zaplątał się 

w zwiędniętych kwiatach i otrząsnął wszystkie płatki. 

Czas zatrzymał się na chwilę, a purpurowe, lekkie 

łódeczki zawisły w powietrzu, aż powoli zaczęły spły­

wać na podłogę. Zimny dreszcz przebiegł Vanessę, gdy 

patrzyła na powietrzny balet. Podbiegła do okna 

i zatrzasnęła je, potem wyłączyła wentylator i pochyliła 

się, by zebrać rozsypane płatki. 

- Teksas! - narzekała, czołgając się na kolanach 

po dywanie i podnosząc płatek po płatku. - Nie 

podoba ci się aura, to poczekaj pięć minut, a się zmieni. 

Jedyny stan, w którym przed otwarciem okna trzeba 

czytać prognozę pogody! 

Nowy dreszcz przebiegł jej wzdłuż kręgosłupa, gdy 

zimny powiew przeniknął przez suknię i zatańczył 

z płatkami na podłodze. Przysiadła na piętach, obe­

jmując się ramionami. Rzuciła spojrzenie pełne bezsil­

nej niechęci ku zamkniętym oknom. Przeciąg w tym 

kącie nie był wytworem niczyjej wyobraźni. Jutro 

zadzwoni do działu obsługi technicznej mieszkańców. 

Gdy sprzątnęła, zrobiła sobie kanapki i przeszła 

z talerzem do salonu. Rozsiadła się na kanapie z wy-

pracowaniami i czerwonym ołówkiem w ręku, by czytać 

różne relacje na temat stanowienia prawa federalnego. 

Zegar na kominku wybił dziewiątą i Vanessa po­

czuła wyraźne rozczarowanie. Z każdym ruchem wa­

hadła szanse na wizytę Taylora Stephensona malały. 

Wzięła następne wypracowanie i zaczęła czytać. Ponie­

waż temperatura na zewnątrz spadała szybko, w domu 

również zrobiło się chłodniej. Otuliła więc nogi gru­

bym kocem, ściągniętym z oparcia kanapy, i umościła 

się głębiej w poduszkach. Procesy legislacyjne nigdy 

nie wydawały jej się tak nużące... 

...Uciekać. Musi uciekać. Światło. Okno. Biec do 

okna. Musi uciekać. Zegar tyka. Głośniej. Głośniej. 

background image

52 • TAJEMNICA 

Czołgać się. Nie może... chodzić... noga boli... Zegar 

tyka, tyka. Bim-bam!... 

Vanessa ocknęła się gwałtownie i usiadła. Przeraże­

nie, jakie czuła we śnie, nie ustępowało. Oddech miała 

nierówny, serce waliło jej jak młotem. Zegar ze snu 

wciąż bił, nie, to telefon. 

Na ślepo sięgnęła po słuchawkę, strąciła z widełek, 

podniosła. 

- Halo? - Wciągała powietrze, a nie wydychała, 

więc „halo" było raczej niezrozumiałe. 

- Vanessa? Co się stało? 

- Taylor? 

- Czy coś się stało? 

- Zdrzemnęłam się, sprawdzając wypracowania. 

Ja... miałam sen - powiedziała niepewnie. - Było 

w nim okno. I zegar. 

Miała wciąż zaspany głos. Taylor przypomniał 

sobie, jak wyglądała rano: oczy pełne snu, ciało 

rozgrzane, diabelnie seksowne. 

- To nie brzmi jak erotyczny sen - zauważył. 

- Coś mnie goniło. 

- Mam nadzieję, że ja. 

- To był koszmar. 

- Więc to nie mogłem być ja. 

Vanessa przytomniała. Sen można było łatwo wy­

jaśnić. Okno, które przedtem zamknęła, zegar, na 

który spojrzała tuż przed zaśnięciem, a którego każde 

tyknięcie zmniejszało szansę na przyjście Taylora. Nie 

miała zamiaru opowiadać o tym Taylorowi. 

Po chwili ciszy zapytał: 

- Dobrze się czujesz? 

- Moi uczniowie są niewinni - oznajmiła poważnie. 

- Czego się dowiedziałaś? 

- Nie ma czegoś takiego jak rzutnik holograficzny. 

A w każdym razie nie jest to żadne proste urządzenie, 

background image

TAJEMNICA • 53 

które można by nastawić i wyprodukować wiarygod­

nego ducha. Proces, w którym powstaje trójwymiarowy 

obraz, jest bardzo skomplikowany; wymaga na przy­

kład szklanych powierzchni o specjalnym pokryciu. 

- Sądzisz, że jest coś, czego twoi uczniowie nie 

mogliby zbudować albo zdobyć? 

- To zbyt skomplikowane. Czysty Hollywood, 

a nawet tam tylko kilku doświadczonych inżynierów 

potrafi obsługiwać te urządzenia. Hologramu nie 

można zrobić bez długotrwałych przygotowań i zo­

stawienia wielu śladów. 

- Więc wracamy do pierwotnej teorii. 

- To nie jest już teoria. 

- Nigdy nie wierzyłaś, że to kawał, prawda? 

- Usiłowałam przekonać samą siebie, że tak, ale 

bezskutecznie. 

- Słuchaj, jeśli potrzebujesz towarzystwa, to ja... 

- Nie ma takiej potrzeby. Nie ponowił wizyty. 

- Jesteś pewna, że wszystko w porządku? 

- Skoro już mnie obudziłeś, to obejrzę wieczorne 

wiadomości i skończę sprawdzać wypracowania. 

- Ja też przeprowadziłem małe śledztwo. Agent, 

który kupował dla mnie Wilczy Zakątek, popyta 

o poprzednich właścicieli. Może uda nam się stwier­

dzić, czy twój makabryczny przyjaciel składał już 

przedtem wizyty bez zaproszenia. Gdybyśmy wiedzie­

li, czyj to duch, to może... 

Widziała ducha. Nie ma innej możliwości. Przez 

całe popołudnie odsuwała od siebie tę myśl, ale teraz, 

podczas rozmowy, ta świadomość stawała się coraz 

wyraźniejsza, wywołując szok i grożąc atakiem histerii. 

- Może następnym razem przywitam go po nazwis­

ku. Witam pana, panie Duchu, jak stoją sprawy na 

tamtym świecie? Wisiał pan ostatnio na jakichś cieka­

wych drzewach? 

Taylor wychwycił nutę paniki w jej głosie. 

background image

54 » TAJEMNICA 

- Zaraz przyjdę. 

- Nie musisz. 

- Muszę. 

- Taylor, jest późno... 

- Będę u ciebie, zanim skończą się wiadomości. Nie 

przestrasz się, gdy usłyszysz dzwonek do drzwi. 

Rzeczywiście pojawił się akurat na sam koniec 

wiadomości. Niósł dużą torbę na zakupy i ruszył 

prosto do kuchni. Vanessa poszła za nim. 

- Ależ proszę, czuj się jak u siebie w domu. 

Taylor zignorował jej sarkazm. 

- Nie martw się o mnie. Tak właśnie się czuję. - I 

rzeczywiście kręcił się po jej kuchni jak po własnej, 

grzebiąc w szafce, z której rano wyjmował kawę. 

- Chyba widziałem tu rano trochę kawy bezkofeino-

wej... O, właśnie. Mam! 

- Co ty wyprawiasz? 

- Robię kawę po irlandzku - oświadczył. 

- Po irlandzku? Z whisky? 

- Właśnie. I prawdziwą bitą śmietaną. Dobrze, że 

w sklepie obok monopolowego mieli kremówkę. Daj 

kubki, to ci pokażę, jak otoczyć brzegi cukrem. 

- Wiem, jak to się robi! - zaprotestowała. 

- To świetnie. W takim razie ubiję śmietanę, jeśli 

dasz mi miseczkę i trzepaczkę. 

Co za bezczelny typ! Przychodzi bladym świtem 

albo w środku nocy, rządzi się w jej kuchni i traktuje ją 

jak swojego podręcznego. 

Vanessa wyjęła z szuflady żądany przedmiot. 

- Miseczki są w szafce po lewej. 

Tak, proszę pani, pomyślał Taylor, zastanawiając 

się, czym zasłużył na gniew. Postanowił na wszelki 

wypadek zachować milczenie i skoncentrować się na 

ubijaniu śmietany. 

- Kubki są gotowe - powiedziała Vanessa po 

chwili. 

background image

TAJEMNICA • 55 

- A śmietana prawie. Ubijaj dalej, a ja otworzę 

whisky. - Wcisnął jej w dłonie miseczkę. - Chodzi 

tylko o właściwy ruch przegubem - wyjaśnił lekko, 

kręcąc kółka w powietrzu. Mierzyła go spojrzeniem 

tak pełnym niechęci, jakby kazał jej oczyścić parking 

szczoteczką do zębów. Udając, że tego nie dostrzega, 

ciągnął dalej: - Ale nie przytulaj miski do siebie, bo 

zbytnio się ogrzeje i śmietana nie będzie ubita tak, jak 

trzeba. 

Postawiła miskę na stole i ubijała ze złością. 

- Jak się wszystko ładnie zgrało - powiedział, gdy 

odmierzył whisky do kubków. - Maszynka do kawy 

właśnie się wyłączyła. Śmietana ubita? 

- Muszę tylko dodać trochę cukru. 

- To dodaj. No, wspaniale! - Nałożył górę ubitej 

śmietany i wręczył kubek Vanessie. - Proszę bardzo. 

Akurat to, co lekarz zalecił. 

- Taylor, nie jesteś moim lekarzem. 

- Ale nie jestem też twoim wrogiem. -Łagodnie 

ujął ją za ramię, zmuszając do odwrócenia się. 

Spojrzała na niego. 

- Dlaczego przyszedłeś, Taylor? 

Taylor opuścił rękę, ujął swój kubek i wpatrzył się 

w chmurę bitej śmietany. 

- Sam zaczynam się nad tym zastanawiać. Przy­

szedłem, bo mi zależy. Odniosłem wrażenie, że przyda 

ci się towarzystwo i coś mocniejszego do picia. 

Vanessa podeszła do kanapy i usiadła, podwijając 

nogi. Taylor zajął miejsce obok. 

Wsadziła palec w bitą śmietanę i oblizała go. 

- Lubisz być potrzebny, prawda? 

- Każdy lubi być potrzebny. 

Ostrożnie nadpiła nieco kawy, czując słodycz cuk­

ru, gładkość kremu i parujące gorąco wzmocnionej 

kawy. Drugi łyk rozgrzał jej gardło i rozlał się ciepłą 

falą po piersiach. Uśmiechnęła się do Taylora. 

background image

56 » TAJEMNICA 

- Szczególnie jeśli potrzebują cię kobiety? 

- Im piękniejsze, tym lepiej - przytaknął, szczerząc 

zęby w uśmiechu. 

Vanessa znów ryknęła. Śmietana nieco zmiękła 

i zmieszała się z kawą, nadając jej interesującą gęstość. 

- To rzeczywiście był dobry pomysł - przyznała 

niechętnie. - Choć po wczorajszym winie i dzisiejszej 

whisky pod koniec tygodnia pewnie będę ciągnąć 

bimber prosto z butelki. 

- Potraktuj to jak lekarstwo - powiedział Taylor. 

- Dobrze. Będę o tym pamiętać na moim pierw­

szym spotkaniu Anonimowych Alkoholików. 

- Przeżyłaś szok. To cię rozluźni i pomoże zasnąć. 

- Jeśli uda mi się zasnąć, czy obiecasz nie budzić 

mnie znowu? 

- Czy naprawdę jesteś zła o dzisiejsze poranne 

budzenie, czy po prostu wyładowujesz się na mnie, bo 

jestem pod ręką? 

Zmarszczyła brwi nad kubkiem i pociągnęła solidny 

łyk. Od whisky stanęły jej łzy w oczach. 

- Bycie bezradną panienką jest mniej zabawne, niż 

bycie współczującym bohaterem. 

Uniósł prawą dłoń, ujął jej twarz i pogłaskał ją 

kciukiem po policzku. 

- Chcesz o tym pogadać czy może wolisz rozma­

wiać o czymś innym? 

- Czy zamiast tego mógłbyś mnie po prostu na 

chwilę objąć? 

- Pytałaś, dlaczego przyszedłem - powiedział, wy­

jmując jej kubek z ręki i odstawiając na stolik 

koło swojego. Wyciągnął ramię wzdłuż oparcia ka­

napy, zapraszając Vanessę, by się przytuliła. - Wła­

śnie dlatego. 

background image

ROZDZIAŁ 

- Ja tam nic nie znajduję. 

Vanessa spojrzała na człowieka z obsługi tech­

nicznej ze zniecierpliwieniem. Nazywał się Tom Bur­

leigh, był zwalistym mężczyzną i wyglądał, jakby 

przyszedł wprost z placu budowy. Przez piętnaście 

minut przesuwał palcami wzdłuż futryn okiennych 

i listew przypodłogowych, wsuwał rękę pod okap 

tylnej ściany i ogólnie sprawdzał wszystkie możliwe 

źródła przeciągu. 

- Ale przecież czuje pan przeciąg - zaprotestowała 

Vanessa. 

Burleigh wzruszył ramionami. 

- Domy czasami miewają przeciągi i nikt nie wie 

dlaczego. Może to cug z kominka? 

- Zamykam szyber, kiedy nie palę w kominku. 

Powtórnie wzruszył ramionami. 

- Nie ma tu żadnej wady konstrukcyjnej. Okna 

są szczelne, futryny również. Może pani spróbować 

dać trochę pianki izolacyjnej pod okap. Czasami to 

pomaga. 

- A ściany? 

- Zawsze sprawdzamy izolację przed zamontowa­

niem ścianki. Znaleźlibyśmy wszystkie dziury czy 

cieńsze miejsca. 

background image

58 • TAJEMNICA 

Vanessa zmarszczyła brwi. To po to śpieszyła się 

z pracy do domu, żeby usłyszeć od jakiegoś bałwana 

z działu technicznego, że przeciąg to przeciąg i nic się 

z tym nie da zrobić? 

- Na wszystko ma pan odpowiedź - zauważyła 

kąśliwie. 

Burleigh nie zrozumiał ironii. 

- Tak, proszę pani - przytaknął i podał jej for­

mularz. - Potrzebny mi pani podpis, że tu byłem. 

Proszę podpisać koło... znaczka X. 

Vanessa wzięła formularz i przeczytała. 

- Tu jest powiedziane, że konieczne naprawy zo­

stały dokonane. 

- Nie mogę naprawiać czegoś, co nie jest zepsute. 

- Burleigh tracił cierpliwość. 

- Czy jest jakiś sposób, żebym potwierdziła pań­

ską obecność, jednocześnie stwierdzając, że nic nie 

zrobiono? 

- Na dole jest miejsce na uwagi - powiedział burk-

liwie. 

Napisała kilka zdań i podpisała formularz. Gdy 

podniosła wzrok, ze zdziwieniem zobaczyła, że Bur­

leigh obejmuje dłonią różę. 

- Ładne róże - powiedział. - Poczułem zapach, jak 

tylko wszedłem. - Wziął od Vanessy formularz. - Moja 

żona lubi róże. Zawsze jej kupuję na rocznicę ślubu. 

- To bardzo miło. 

- A ten zapach zawsze przypomina mi pogrzeb 

mojej babci. 

Prawdziwy romantyk! - pomyślała Vanessa. 

- No dobra, mam jeszcze inne naprawy. - Bur­

leigh ruszył do drzwi. Właśnie sięgał do klamki, gdy 

rozległ się dzwonek. - Chyba ma pani gości - zwrócił 

się do Vanessy. 

Pokazała gestem, by otworzył drzwi. 

background image

TAJEMNICA » 59 

- Pan Stephenson! - wykrzyknął, niemal stając na 

baczność, jak młody porucznik, który nagle natknął 

się na generała. 

- Burleigh? Co się stało? - Taylor był równie zdzi­

wiony. 

Burleigh najwyraźniej miał kłopoty z mówieniem, 

więc wyręczyła go Vanessa. 

- Zadzwoniłam do działu technicznego z powodu 

przeciągu. Myślałam, że może okno... 

- Znalazłeś coś? - Taylor zwrócił się do Burleigha. 

- Nic. Sprawdziłem dokładnie, ścianę też. 

- Nic? 

Burleigh potrząsnął głową. 

- Nic. - Po chwili dorzucił: - Może to ciąg z ko­

minka. 

- Sprawdzimy - powiedział Taylor do Vanessy. 

- No... - Burleigh czuł się wyraźnie nieswojo 

w obecności szefa. Podniósł plik formularzy zgłoszeń. 

- Mam jeszcze inne naprawy. Chyba że chciałby pan, 

żebym jeszcze raz sprawdził... 

- Nie trzeba - pokręcił głową Taylor. - Jestem pe­

wien, że zrobiłeś to tak dokładnie, jak zawsze. 

- Tak, proszę pana. No to do widzenia. - Burleigh 

wypadł przez drzwi. 

- Najwyraźniej jesteś postrachem pracowników 

- powiedziała Vanessa. 

- Niektórych ludzi szefostwo peszy. Nie ma powo­

du, żeby się mnie bał, jeśli porządnie wykonuje swoją 

pracę. - Przyciągnął Vanessę do siebie i uniósł dłonią 

jej twarz. - Powiedz mi, jako klientka, co o nim 

sądzisz? Pracował uczciwie czy obijał się? 

- Zrobił, co mógł. 

- Twój entuzjazm nie wystarczyłby na uniesienie 

w powietrze balonika napełnionego helem. W czym 

problem? 

background image

60 » TAJEMNICA 

- Po prostu chciałam, żeby znalazł coś konkret­

nego. Przeciąg jest bardzo wyraźny. Moje rachunki za 

ogrzewanie będą astronomiczne. 

- Muszę sprawdzić twój komin - powiedział, ale 

słowa nie miały takiego znaczenia, jak zmysłowy ton 

jego głosu i subtelny ruch ramienia, przyciągający ją 

bliżej. - Nie mogę sobie pozwolić na niezadowolo­

nych mieszkańców. - Jego usta były tak blisko, że 

oddech drażnił delikatnie jej wargi, przygotowując je 

na nieuchronne spotkanie. 

Był to pierwszy pocałunek, którym mogła się roz­

koszować bez emocjonalnych obciążeń, po prostu jako 

kobieta. Teraz nie była zdenerwowana czy roztrzęsio­

na, nie przywierała do Taylora w desperacji. 

Musiał wyczuć, że w pełni delektuje się zmysłową 

przyjemnością pocałunku, bo gdy już oderwał wargi 

od ust Vanessy, uśmiechnął się do niej. 

- Świetnie całujesz, gdy nie myślisz o duchach. 

- Powinieneś spróbować, kiedy naprawdę będę 

w nastroju. 

- Mam taki zamiar - oznajmił. - Ale teraz wy­

chodzimy, mamy spotkanie z panią Phelps w sprawie 

ducha. 

- Powiedz mi coś o tej kobiecie, do której jedziemy 

- poprosiła, gdy już wyruszyli w drogę do sąsiedniego 

miasteczka. - Czy ona coś wie? 

- Potencjalnie jest najlepszym źródłem informacji. 

Jej ojciec kupił tereny Wilczego Zakątka w 1946 roku 

i był ich właścicielem aż do śmierci pod koniec lat 

sześćdziesiątych. Odziedziczyła po nim ziemię i sprze­

dała firmie inwestycyjnej, niewątpliwie z zyskiem, gdy 

cena ziemi poszła w górę. 

- Mówiłeś, że ma agencję obrotu nieruchomoś­

ciami? 

- Tak, i to dobrą. Słyszałem o niej. 

background image

TAJEMNICA • 61 

- Czy wie, dlaczego przyjeżdżamy? 

- Niedokładnie. Trochę kręciłem. Powiedziałem, 

że chcemy porozmawiać o pewnym terenie. Gdybym 

się wdawał w szczegóły, mogłaby mnie spławić, ale 

skoro przyjedziemy do niej z tak daleka, to chyba 

nas nie wyrzuci. Poza tym - zerknął na Vanessę ką­

tem oka - w ten sposób mam szansę zaprosić cię na 

kolację. 

Vanessa otworzyła cienką książeczkę, którą wzięła 

ze sobą, wychodząc. 

- Znalazłam to w szkolnej bibliotece. To jedyna 

książka na temat duchów i ich zwyczajów. Nie wy­

gląda na solidne dzieło, ale może da nam przynajmniej 

podstawowe wiadomości. 

- No i co, masz coś ciekawego? - zapytał Taylor 

kilka minut później. 

- Pierwsze strony zawierały same ogólniki - po­

wiedziała. - No wiesz, że nie wiadomo, czy duchy 

w ogóle istnieją, ale w historii powtarzają się opowieści 

o duchach i nawiedzonych miejscach, i tak dalej. 

Najwyraźniej są trzy szkoły: że duchy istnieją, że nie 

istnieją, i że być może istnieją. 

- Niezbyt głęboka ta analiza. 

- Drugi rozdział jest bardziej obiecujący: „Pod­

stawowe zwyczaje duchów". Słuchaj: „Choć nie ma 

żadnych dowodów na istnienie duchów, uważa się na 

ogół, że duchy, które pojawiają się w postaci ludzkiej, 

są astralnymi obrazami osób, które niegdyś rzeczywiś­

cie żyły". 

- Sherlock Holmes! 

Vanessa nie odrywała oczu od książki. 

- Są różne rodzaje duchów. Na przykład niektóre 

lubią robić dużo hałasu i płatać figle. - Przeczytała 

po cichu kilka następnych paragrafów i roześmiała 

się.  - T o takie błazny świata duchów, czasami zło­

śliwe. 

background image

62 • TAJEMNICA 

- Nie całkiem to pasuje do piekielnych demonów 

z horrorów, co? 

- Wygląda na to, że specjalnie lubią pokazywać się 

dzieciom i... 

- I komu? 

- Duchownym - dokończyła. 

- Pastor Joe! 

- To całkiem coś innego, Taylor. Jeśli moje drzewo 

jest nawiedzone, to przez prawdziwego ducha, a nie 

jakiegoś błazna. 

Taylor powstrzymał się od komentarzy. 

- Zjawa, którą widziałam, miała zdecydowanie 

ludzką postać, a tu podają, że ci dowcipnisie nie 

wysilają się, by przybierać ludzkie kształty - dodała. 

- Dyskutujesz sama ze sobą - zauważył Taylor. 

Vanessa westchnęła ze zniecierpliwieniem. 

- Bo nie wiem, w co mam wierzyć. Nie wiem nawet, 

w co chciałabym wierzyć. 

Taylor zjechał na pas, z którego skręcało się w lewo. 

- Pomóż mi szukać. Agencja powinna być po 

prawej, mniej więcej za trzy przecznice. Może pani 

Phelps uda się rzucić nieco światła na nasze prob­

lemy. 

Vanessa przycisnęła czoło do szyby i skupiła się na 

odczytywaniu szyldów. 

- Nie powinniśmy zbytnio na to liczyć. 

- Nie poddawaj się, mała! 

Agencja Phelps mieściła się w tradycyjnym budyn­

ku z czerwonej cegły. Wewnątrz drewniane boazerie, 

grube dywany i ciężkie biurko recepcjonistki tworzyły 

atmosferę dyskretnego dostatku. Recepcjonistka po­

informowała uprzejmie Vanessę i Taylora, że pani 

Phelps za chwilę ich przyjmie. 

Kilka minut później Teri Phelps weszła do pokoju. 

Była to wysoka, szczupła kobieta o zadbanym wy­

glądzie i starannie uczesanych siwych włosach. Jej 

background image

TAJEMNICA • 63 

czerwony żakiet, biała bluzka i czarna spódnica dopeł­

niały obrazu spokojnej elegancji. Miała ponad pięć­

dziesiąt lat, ale jedynymi zmarszczkami były linie 

śmiechu, rozchodzące się z kącików oczu. Przedstawiła 

się, przywitała i zaprosiła do swego gabinetu na tyłach 

budynku. 

Wskazała im fotele, a sama zasiadła za biurkiem. 

- Chcieli państwo porozmawiać o jakimś terenie 

- powiedziała, przechodząc wprost do rzeczy. - Ro­

zumiem, że chodzi o konkretną działkę. Kupno czy 

sprzedaż? 

- Prawdę mówiąc - wyjaśnił Taylor - już jestem 

właścicielem tego terenu. Chodzi o grunty, które 

kiedyś należały do pani. Czy pamięta pani Wilczy 

Zakątek? 

Na twarz pani Phelps wypłynął uśmiech. 

- Stephenson, Stephensco... Powinnam była skoja­

rzyć. - Po dłuższej chwili milczenia zapytała: - Czego 

właściwie pan sobie życzy? 

Taylor uśmiechnął się do Vanessy uspokajająco. 

- Obecna tu pani Wiggins kupiła dom blisko 

północnego krańca terenu, w pobliżu miejsca daw­

nych zabudowań. Chciałaby się dowiedzieć czegoś 

o swojej ziemi, a ja pomagam jej odnaleźć poprzed­

nich właścicieli, którzy mogliby jej opowiedzieć dawne 

dzieje. 

- Powiem wam, co wiem - oznajmiła pani Phelps 

- choć nie jestem pewna, co właściwie chcecie usłyszeć. 

Te tereny były własnością mego ojca, ale nigdy tam nie 

mieszkaliśmy. 

- To była farma? - spytała Vanessa. 

- Tak. Nieduża, według ówczesnych pojęć. Ale gdy 

ojciec ją kupił, od lat nikt tam nie uprawiał roli. 

- Uśmiechnęła się niespodziewanie, a w oczach poja­

wił się nieco nieobecny wyraz. - Mój ojciec nie miał 

pojęcia o rolnictwie czy ogrodnictwie, natomiast ko-

background image

64 • TAJEMNICA 

chał posiadać ziemię. Przewidział, że miasto będzie się 

rozrastać, a ceny gruntów pójdą w górę, ale nie 

doczekał czasów, kiedy mógłby zacząć zbierać owoce. 

Kupił kilka małych farm na licytacji. 

- Kto je licytował? - spytał Taylor. 

- Bank w Cropville. Założyciel tego banku przejął 

sporo farm w czasach Wielkiego Kryzysu. Ludzie 

zastanawiali się, po co to robi, bo sama ziemia nie była 

wówczas wiele warta, jeśli nikt jej nie uprawiał. Ale to 

on śmiał się ostatni, bo sprowadził sprzęt wiertniczy 

i zaczął szukać ropy naftowej. Jego spekulacje przynio­

sły mu całkiem niezły zysk. - Pani Phelps spojrzała 

bystro na Taylora. - Jeśli słyszał pan o ropie w Wil­

czym Zakątku, niech się pan nie podnieca. Nie ma tam 

ani kropli. Dziwię się, że nie zauważył pan suchych 

studni, które zostały po próbnych wierceniach. Stary 

Vandover dokładnie wszystko sprawdził, zanim wy­

stawił ziemię na licytację. 

- Znaleźliśmy pozostałości po jednym szybie w po­

łudniowo-wschodniej części - potwierdził Taylor. 

- Moi ludzie nieźle sobie ze mnie pokpiwali przez kilka 

dni, nazywając magnatem naftowym. Ale widziałem 

dane geologiczne i wiem, że nie są to tereny roponośne. 

- Więc jeśli nie chodzi panu o ropę, to czego pan 

szuka? 

- Czy po tym, jak pani ojciec kupił tę farmę, ktoś na 

niej mieszkał? 

- Wiele rodzin. Mój ojciec miał nadzieję, że bę­

dzie mógł farmę z zyskiem wydzierżawić. Wielu we­

teranów wojennych żeniło się wówczas i szukało dla 

siebie miejsca. Niektórzy pochodzili ze wsi, a nie 

mogli sobie pozwolić na kupno własnej ziemi. Ale 

po pierwszych dziesięciu czy dwunastu rodzinach 

ojciec pewnie sprzedałby tanio tę farmę każdemu, 

kto byłby zainteresowany i miał dość hartu, by 

zostać. 

background image

TAJEMNICA » 65 

- Ludzie nie zostawali długo? - zapytała Vanessa, 

zaciskając nieświadomie dłonie na poręczach fotela. 

- Wszyscy twierdzili, że farma jest nawiedzona! 

- zaśmiała się pani Phelps. - Teraz to brzmi niewiary­

godnie, prawda? Ale wówczas było to niewielkie 

miasteczko, a raczej osada rolnicza: kilka sklepów, 

bank i trochę domów, a wiecie, jak takie opowieści 

rodzą się i rosną. Rodzina wprowadza się, sąsiedzi 

opowiadają, że na farmie straszy, i wkrótce sami już 

widzą duchy. 

Dłonie Vanessy były wilgotne, za to gardło miała 

całkiem suche. 

- Co... - Przełknęła z trudem. - Co mówiono 

o tym duchu, który straszy na farmie? 

- Podobno miał to być duch starego pana O'Ma-

lleya. Był właścicielem farmy, gdy bank ją przejął. 

Młoda i piękna pani 0'MaUey postanowiła uniknąć 

hańby wysiedlenia i uciekła z wędrownym komiwoja­

żerem. Pana O'Malleya tak przygnębiła jej ucieczka 

i utrata farmy, że popełnił samobójstwo. 

- Jak? - zapytał Taylor. - W jaki sposób się zabił? 

- Naprawdę nie słyszeliście tej historii? 0'Malley 

upił się i powiesił na dębie, który rósł z tyłu na 

podwórzu. 

Vanessa bezwiednie głośno westchnęła. 

- Nie chciałam pani przestraszyć - powiedziała 

pani Phelps. - To tylko taka stara historia. Przez lata 

na pewno dodano do niej mnóstwo szczegółów, a dąb 

pewnie już dawno ścięto. 

- Nie - zaprzeczyła Vanessa. - Wciąż tam jest. 

- O'Malley zapewne dlatego nie może zaznać Spo-

koju, że pochowano go w nie poświęconym miejscu 

i pod bramą tego starego cmentarza koło autostrady. 

Dobrzy, pobożni ludzie z okolicy nie zgodzili się, by 

samobójcę pochować na cmentarzu. 

- To okropne - wykrzyknęła Vanessa. 

background image

66 » TAJEMNICA 

- Prawda? I pomyśleć, że zdarzyło się to niecałą 

generację temu. No, w każdym razie po śmierci 

O'Malleya na farmie przez dłuższy czas nikt nie 

mieszkał. Chyba aż do czasu, gdy mój ojciec ją kupił, 

wyremontował dom i zaczął wydzierżawiać. 

- Czy wie pani coś jeszcze o O'Malleyu? Coś o jego 

rodzinie, cokolwiek? 

- Niestety, nie - pokręciła głową pani Phelps, 

- Opowiedziałam wszystko, co słyszałam, a ta historia 

niewątpliwie została przez lata tak ozdobiona i przesa­

dzona, że niewiele ma wspólnego z prawdą. 

Rozległ się brzęczyk interkomu. Pani Phelps prze­

prosiła i podniosła słuchawkę. Po chwili rozmowy 

odłożyła ją i wstała. 

- Bardzo mi przykro, że nie potrafię wam pomóc, 

ale nic więcej nie wiem, a teraz mam następnych 

klientów. 

Vanessa i Taylor podziękowali jej uprzejmie i wyszli. 

- No, to mamy o czym rozmawiać przy kolacji 

- skomentował Taylor, gdy już siedzieli w samo­

chodzie. 

- I o czym myśleć w środku nocy - dodała Vanessa 

ponuro. 

Zatrzymali się na kolację w restauracji specjalizują­

cej się w stekach. Posadzono ich w kameralnej niszy, 

rozjaśnionej jedynie blaskiem świecy na stoliku i bladą 

poświatą oddalonej lampy. Półmrok, cicha muzyka 

i spokojny posiłek z trzech dań stanowiły wspaniałą 

odmianę po zdenerwowaniu, które stało się udziałem 

Vanessy, od kiedy zobaczyła zjawę na drzewie. Gdy 

wybierali wino i sałatki, gawędzili o pracy i uczniows­

kich wygłupach, co z kolei prowadziło do wspomnieć 

o ich własnych szczenięcych latach. 

- Mówiłeś, że niezły był z ciebie gagatek - przypo­

mniała Vanessa. - Jak z rozrabiaki wyrósł odnoszący 

sukcesy przedsiębiorca? 

background image

TAJEMNICA • 67 

- Właściwie Stephensco było łapówką, żebym się 

ustatkował. 

- Łapówką od kogo? 

- Mojego starego. Ledwo, ledwo udało mi się 

skończyć szkołę średnią i zacząłem u niego pracować. 

Już dawniej" zatrudniał mnie w czasie wakacji i wiedzia­

łem o budownictwie wszystko, co trzeba, a przynaj­

mniej tak mi się wydawało. 

- Każdemu osiemnastolatkowi wydaje się, że zjadł 

wszystkie rozumy - zauważyła Vanessa. 

Taylor przytaknął. 

- Po jakimś czasie zacząłem nagabywać ojca, żeby 

mnie awansował i zrobił kierownikiem budowy. Po­

wiedział, że jeśli chcę iść w górę, to muszę skończyć 

studia. Żadnych przywilejów dla syna właściciela. 

Mówiąc delikatnie, nie byłem zachwycony taką per­

spektywą. 

- A zatem odszedłeś i spróbowałeś na własną rękę? 

- Próbowałem przez kilka miesięcy, ale oczywiście 

nic nie osiągnąłem. Więc ojciec zaproponował, żebym 

wrócił do pracy i równocześnie podjął naukę w col-

lege'u. Oświadczył, że jak już zostanę inżynierem 

i nabiorę dość doświadczenia, żeby odczytywać plany, 

założy dla mnie filię swojej firmy. 

- I tak się stało? 

- Byłem buntownikiem, ale nie byłem głupcem. 

Wtedy już wiedziałem, że nic nie osiągnę, usiłując 

ukarać moich rodziców za rozwód. Podjąłem naukę, 

a potem objąłem Stephensco, filię Stephenson Enter­

prises. Wilczy Zakątek to moje pierwsze samodzielne 

przedsięwzięcie. Oddzieliłem się już od firmy ojca. 

- Czy przy jego akceptacji? 

- Och, jak najbardziej. Ojciec pękał z dumy, gdy 

wykupiłem jego udziały. 

Na blisko godzinę odsunęli od siebie wszelkie myśli 

o Wilczym Zakątku i duchu na podwórku Vanessy. 

background image

68 • TAJEMNICA 

Jednak gdy kelnerka sprzątnęła po obiedzie i podała 

kawę, zapadła cisza, w której duch O'Malleya niemal 

się zmaterializował, tak intensywnie o nim myśleli. 

- Nie ma już wątpliwości - powiedziała Vanessa 

cicho, odstawiając filiżankę. 

- Wiemy, kto to jest. Mamy nazwisko i okres, 

możemy zacząć dochodzenie. 

- A co nam da dochodzenie? - spytała, wyraźnie 

zirytowana. 

Taylor przykrył jej dłoń swoją, ciepłą i jakoś 

pocieszającą. 

- Wiedza to potęga - powiedział. 

- Czy to dotyczy także duchów? Czy w ogóle jakieś 

reguły dotyczą duchów? 

Była bliska łez, a Taylor czuł się bezradny, bo nie 

miał gotowych odpowiedzi. Gdyby byli sami, przytu­

liłby ją, głaskał po głowie i całował, ale tutaj musiał 

zadowolić się uspokajającym uściskiem dłoni. 

- Mówiłaś, że wzywał cię na pomoc. Może uda nam 

się dowiedzieć, czego mu trzeba. 

- I spełnić jego życzenia? - spytała niemal wyzy­

wająco. - Może po prostu chciałby spoczywać na 

cmentarzu, z nagrobkiem, jak wszyscy inni? 

- Może. A może nie jest to takie proste. Nie 

uważasz, że powinnaś spróbować się dowiedzieć? 

- Będziesz mnie nudził, aż to zrobię, prawda? 

- Prawda! 

Przez kilka sekund wpatrywali się w siebie niemal 

wrogo, aż w końcu Vanessa uśmiechnęła się nieoczeki­

wanie. 

- To okropnie irytujące, gdy ktoś wierci ci dziurę 

w brzuchu o coś, o czym chciałoby się zapomnieć. 

Taylor uśmiechnął się i nagłe napięcie między nimi 

przekształciło się w przyjazne milczenie. Dopili kawę. 

Vanessa obrysowała brzeg filiżanki palcem, wpatrując 

się w zamyśleniu w fusy na dnie. 

background image

TAJEMNICA • 69 

- Doceniam twoją pomoc, Taylor, i to, że byłeś 

obok, gdy potrzebowałam przyjaciela. 

Taylor ostrożnie odstawił filiżankę. 

- No cóż, nie chodzi tylko o przyjaźń. Mam swoje 

głębsze motywy. 

Jedynie Taylor mógł to powiedzieć w taki sposób: na 

tyle niefrasobliwie, by jego słowa nie zabrzmiały zbyt 

poważnie, ale z uwodzicielskim spojrzeniem, które świa­

dczyło, że nie do końca żartuje. Vanessa poczuła, że się 

rumieni w odpowiedzi na jego pożądanie. 

W kameralnym kąciku restauracji łatwo było zapo­

mnieć, że w sobotni wieczór równowaga życia została 

na chwilę zachwiana. Chwilowo wyzwolona z koniecz­

ności rozwiązywania nierozwiązywalnych problemów 

i zagadek wszechświata, Vanessa mogła oddawać się 

zwyczajnym, ludzkim radościom, a gorące spojrzenie 

siedzącego naprzeciwko mężczyzny niewątpliwie było 

źródłem przyjemności, bo pozwalało jej czuć się kobie­

co i beztrosko. 

Zamknęła oczy, wciągnęła powietrze i odetchnęła 

głęboko, rozkoszując się samym faktem bycia tu 

z Taylorem. Czuła, jak jego dłoń, ciepła, silna, delikat­

nie pieszcząca, znów przykrywa jej rękę. Zwinęła 

palce, by spleść je z palcami Taylora, i ciesząc się 

z poczucia jedności, otworzyła oczy. 

Jego kciuk rozpoczął powolny, rytmiczny masaż 

wnętrza jej dłoni. Ten ruch był zmysłowy, erotyczny, 

hipnotyzujący. W jasnym świetle Vanessa nie od­

ważyłaby się zareagować, ale w łagodnym blasku 

świecy nie próbowała ukryć, jak dotyk Taylora na nią 

działa. 

I Taylor to zauważył. Jego głos był ściszony. 

- Mężczyźni poświęcali królestwa dla takiego spo­

jrzenia kobiety. 

- Nie chcę stąd wychodzić - powiedziała i Taylor 

wiedział, o co jej chodzi. Tutaj jest bezpieczna. Na 

background image

70 • TAJEMNICA 

kilka minut pozbyła się prześladującej ją zjawy. - Gdy 

tylko przestąpimy próg, znowu z nami będzie. 

- Już z nami jest - powiedział Taylor ponuro. 

Jakiś czas później, w samochodzie, Vanessa roz­

ważała na głos: 

- Ciągle myślę o tym, co powiedziała pani Phelps. 

O słowach, których użyła: że to zdarzyło się „niecałą 

generację temu". Więc może żyje jeszcze ktoś, kto 

pamięta samobójstwo O'Malleya? 

- Jakiś stary farmer? 

Przytaknęła. 

- Koło Przyjaciół Biblioteki zbiera dane do historii 

tych okolic. Miedzy innymi wyszukują starych ludzi, któ­

rzy od lat tu mieszkają, i przeprowadzają z nimi wywiady 

na temat dawnych obyczajów i wydarzeń. Karen próbo­

wała mnie w to wciągnąć. Mogę spytać ją o nazwiska. 

- To dobry pomysł - zapalił się Taylor. - Ja raczej 

myślałem o źródłach pisanych, na przykład świadect­

wie zgonu O'Malleya, ale nawet jeśli do niego do­

trzemy, zyskamy tylko suche fakty. 

Była już niemal dziesiąta, gdy wrócili do Wilczego 

Zakątka. Taylor zaparkował na podjeździe przed 

domem Vanessy. 

- Miałabyś ochotę wpaść do mnie na kieliszek wina 

albo kubek kawy po irlandzku? 

Vanessa potrząsnęła głową. 

- Nie, mam już dość. W ogóle nie spałam w sobotę, 

a w niedzielę pewien osobnik trzymał mnie na nogach 

przez pół nocy, a potem obudził o świcie. W dodatku 

wczoraj znowu przyszedł i nie wyszedł przed północą. 

- Niewdzięczna! - poskarżył się Taylor. Najwido­

czniej rozumiał, że nie zostanie zaproszony do środka, 

i nie nalegał. Pocałował ją dość niewinnie przed 

drzwiami. 

- Gdybyś mnie potrzebowała, pamiętaj, że miesz­

kam tuż obok. 

background image

TAJEMNICA • 71 

Vanessa wspięła się na palce, objęła dłońmi jego 

twarz i pocałowała lekko w usta. 

- Dzięki. Za wszystko. 

Czuła pod dłonią, jak napinają się mięśnie szczęki 

Taylora. Ostro wciągnął powietrze i objął ją w pasie 

w niedźwiedzim uścisku. 

- Słowo daję, Vanesso, pozbędę się tego ducha, 

nawet gdybym musiał w tym celu zorganizować seans 

spirytystyczny i tańczyć nago w świetle księżyca. 

Vanessa roześmiałaby się, gdyby Taylor nie był 

śmiertelnie poważny. W przypływie czułości jeszcze 

raz przyciągnęła do siebie jego twarz. 

Pozwolił jej nadać ton temu pocałunkowi, zacis­

kając mocniej ramiona. Przywarła do niego rozchyla­

jąc wargi, połaskotała je językiem. Gdy z ust przeniosła 

deszcz pocałunków na policzek i szyję, zamruczał 

zmysłowo i przesunął dłońmi po jej plecach. 

- Dobranoc - powiedziała z żalem. 

Taylor odszedł, zdecydowany uporać się jak naj­

szybciej z duchem na dębie Vanessy. 

background image

ROZDZIAŁ 

Wchodząc do domu, Vanessa ziewnęła szeroko. Nie 

przesadzała i nie wykręcała się, mówiąc Taylorowi, że 

jest zmęczona. Bezsenne noce i wczesne wstawanie 

odbijały się na jej stanie fizycznym. Zrzuciła buty 

i padła na kanapę. 

Na stoliku do kawy jak wyrzut sumienia leżały 

ostatnie nie sprawdzone wypracowania uczniów, ale 

sama myśl o ich poprawianiu była nie do zniesienia. 

Poczekają. Teraz pora, by zwlec się z kanapy i wpełz­

nąć do łóżka, zanim zaśnie na siedząco. 

Wyłącznie z przyzwyczajenia umyła twarz i zęby. 

Naciągnęła swoją ukochaną, najstarszą i najbardziej 

zniszczoną koszulę i odchylała właśnie koc, gdy usły­

szała wycie wiatru na dworze. 

Zimny front z poprzedniego dnia ustąpił wilgot­

nemu upałowi, zapowiadającemu takie właśnie lato. 

Jeszcze przed chwilą powietrze było nieruchome, Va­

nessa zaniepokoiła się więc, czy nie nadciąga burza. 

Podeszła do okna, odsunęła zasłony i podniosła żalu­

zje. Komuś nie przyzwyczajonemu do dziwactw tek-

saskiej pogody musiało się wydawać, że wszystko jest 

w porządku. 

Księżyc przesłaniały ciężkie chmury, ale teren po­

dwórza oświetlała uliczna latarnia, ostro zarysowując 

background image

TAJEMNICA • 73 

linię płotu i dębu, który prężył konary ku granatowe­

mu niebu. Nic się nie ruszało oprócz czarnych chmur, 

przesuwających się w poprzek księżyca, to go za­

słaniając, to odsłaniając. 

Vanessa doszła do wniosku, że uległa złudzeniu, gdy 

na horyzoncie rozbłysła błyskawica, a nagły powiew 

wiatru szarpnął drzewem i uderzył w okno. Czekała na 

odgłos gromu, ale burza była zbyt daleko. Po chwili 

niesamowity spokój nocy powrócił. 

Zamknęła na powrót żaluzje i poprawiła zasłony. 

Wróciła do łóżka i z ulgą odetchnęła, gdy materac 

ugiął się lekko pod jej ciałem, a pościel owinęła wokół 

jak kokon. Po chwili spała spokojnie jak dziecko... 

Zegar na kominku tykał głośno, regularnie, jak 

ludzkie serce. Firanki w otwartym oknie chwiały się 

lekko w ciepłym wietrze, niosącym zapach kwitnących 

właśnie pnących róż. Była zadowolona, szczęśliwa i nuci-

ła coś pod nosem, mieszając gotującą się na piecu zupę. 

Nagle poczuła niepokój. Piosenka utkwiła jej w gardle 

jak duszący przedmiot, a wzrok powędrował ku oknu, 

znajdując tam potwierdzenie jej lęku. 

Stwór był wielki, ciemny, złowrogi. Uświadomiła 

sobie, jakie stanowi zagrożenie. Wchodził do domu, 

ale nie próbowała go zatrzymać. Nie mogła. Mogła 

go tylko nienawidzić i bać się, bo wiedziała, czym 

jest. Groźba, jaką z sobą niósł, zabrała jej zadowole­

nie i godność. 

Stwór przemówił, wyśmiewając ją i kpiąc. Wypros­

towała się i zakryła uszy dłońmi, by nie słyszeć, co mówi, 

gdy się do niej zbliżał. 

Nie mogła mu się przeciwstawić, ale i tak podjęła 

walkę. Serce waliło jej głośno, rozdzierając płuca. Nie 

wolno mu jej dotknąć! Rzuciła się do ucieczki, biegnąc ile 

sił, ale bezskutecznie. Dopadł ją. Straszliwy ból przeszył 

jej nogę. 

background image

74 » TAJEMNICA 

Zegar wybił godzinę, a ona krzyknęła. Dziwne 

buczenie za oknem ogłuszało ją. Rzuciła się przed siebie, 

ignorując ból, nie poddając mu się, ale stwór ją trzymał. 

Okno. Światło wpadało przez okno, kpiąc z ciemnego 

stwora. Światło ją przyzywało. Choć stwór jej ciążył, 

odwróciła się ku światłu. Rozsadzał ją ból, ale nie 

zważała na to, skupiona na dotarciu do światła. I wtedy, 

w świetle, pojawiła się inna postać, mała i niegroźna. 

Zamarła na ten widok. Przeraźliwy krzyk wydarł się 

z jej płuc, potem następny i następny, mieszając się 

z tykaniem zegara i buczeniem za oknem. 

Stwór dopadł ją. Czuła jego ohydę, gdy poruszał 

się w niej. Jęcząc spojrzała ku światłu, ku twarzy 

w świetle... 

Vanessa usiadła na łóżku, obejmując się ramiona­

mi. Miała wrażenie, że serce wyskoczy jej z piersi. 

Sprzęty wokół były znajome, ale świadomość, że jest 

bezpieczna, nie pomagała odgonić paraliżującego stra­

chu. Szarpnęła koc i rzuciła się przez ciemny dom do 

dużego pokoju. Niezręcznie usiłowała zapalić stojącą 

lampę, w końcu ją przewracając, ale oświetlając pokój. 

Nie próbowała robić porządku, tylko szukała numeru 

Taylora na kartce koło telefonu. 

Odpowiedz. Odpowiedz. Błagam cię, odpowiedz 

szybciej... 

- Taylor? 

- Zaraz u ciebie będę. 

Ściskała słuchawkę, jak koło ratunkowe na wzbu­

rzonym morzu. Serce wciąż boleśnie waliło jej w piersi. 

Stary zegar na kominku zaczął wybijać godzinę, 

wywołując nowy przypływ przerażenia, odbierając 

oddech. 

Jak długo czekała na Taylora? Nie byłaby w stanie 

powiedzieć, czy oczekiwanie trwało sekundy, czy dni, 

ale zegar nie zdążył wybić jedenaście razy, gdy głośne 

background image

TAJEMNICA • 75 

pukanie podniosło ją na nogi. Rzuciła się ku drzwiom, 

przeklinając zamki i łańcuch, a gdy w końcu dała radę 

je otworzyć, praktycznie skoczyła Taylorowi w ramio­

na. Złapała go za koszulę, gniotąc materiał w zaciś­

niętych pięściach, gdy wtulała twarz w jego pierś. 

- Vanesso, co się stało? O co chodzi? - zapytał. 

- Ss...sen - wydusiła z siebie. - Oook..okropny. 

- I tuląc się w bezpiecznym schronieniu jego ramion, 

wybuchnęła powstrzymywanym dotychczas szlochem. 

Taylorowi udało się wejść do domu i zamknąć 

ramieniem drzwi. Przycisnął Vanessę do siebie, gładził 

jej plecy i mruczał uspokajające słowa, ale nie dawała 

się ukoić. W końcu dźwignął ją w ramionach, zaniósł 

na kanapę, posadził sobie na kolanach i uspokajał, aż 

przestała szlochać. Odsunął włosy z jej twarzy i pocało­

wał w skroń. 

- Przyniosę chusteczki - powiedział. Kiwnęła gło­

wą, ale na wszelki wypadek pocałował ją jeszcze raz 

w czoło i dodał uspokajająco: - Zaraz wracam. 

Wrócił, niosąc chusteczki i wilgotny ręcznik. Cze­

kał cierpliwie, gdy wycierała oczy i nos, a potem 

delikatnie otarł jej twarz mokrym ręcznikiem. Gdyby 

Vanessa nie była tak wyczerpana płaczem, mogłaby 

się znowu rozszlochać z powodu delikatności i troski 

Taylora. 

- Zwykle nie jestem taka płaksiwa - powiedziała, 

pociągając nosem.-Tylko... Nigdy dotychczas nie 

miałam takich koszmarów, a ten był... - Pochyliła się, 

objęła Taylora w pasie i przytuliła policzek do jego 

piersi. - Obudziłam się i znowu słyszałam krzyk, ale... 

- Podniosła głowę i spojrzała mu w twarz. W oczach 

wciąż miała ślady przerażenia. - Ale to był mój głos. 

To ja sama krzyczałam. Och, Taylor, czy to możliwe, 

że ostatnim razem to też byłam ja? Nie pamiętam, 

żebym wówczas śniła. Po prostu usłyszałam krzyk 

i obudziłam się. Taka byłam pewna... 

background image

76 • TAJEMNICA 

Przyciągnął jej głowę do piersi i pogłaskał po 

włosach. 

- Nie ma powodu uważać, że te dwie sprawy się 

wiążą. Od tamtego czasu miałaś kilka nieprzyjemnych 

przygód. Może dzisiaj twój mózg odtwarzał wszystko, 

co się zdarzyło. 

- Boję się, Taylor. Boję się, że tracę rozum. 

- Miałaś zły sen. Po tym, czego się dzisiaj dowiedzia­

łaś, nie ma się co dziwić! - Zamilkł na chwilę, by mogła 

przemyśleć jego słowa. - Czy pamiętasz, co śniłaś? 

- To samo co zeszłej nocy - powiedziała z pewnym 

zdziwieniem. Dopiero teraz uświadomiła sobie, że oba 

sny były podobne. 

- Zegar i okno? 

Kiwnęła głową potakująco. 

- Tylko tym razem sen był bardziej realistyczny, 

a ja w nim bardziej uczestniczyłam. Poprzednio czułam 

się, jakbym oglądała film, a tym razem brałam udział 

w zdarzeniach. Było tam coś ciemnego, coś okro­

pnego... 

- Co? 

- Nie wiem. Nie widziałam. Po prostu... Ścigało 

mnie, a ja nie mogłam uciec. 

- Spróbuj już o tym nie myśleć - powiedział Tay­

lor, przeczesując jej włosy palcami. Wyraźnie czuł, że 

trzyma w ramionach kobietę, pachnącą kobieco, za­

okrągloną kobieco i kobieco miękką. Fakt, że go 

potrzebowała, działał jak afrodyzjak. - Już lepiej? 

- spytał, a Vanessa przytaknęła. Pocałował ją w czu­

bek głowy. - Może znów zrobimy kawę po irlandzku? 

Zawahała się na chwilę. 

- A jeśli zrobię zamiast tego kakao, zostaniesz na 

chwilę i porozmawiasz ze mną? 

- Jasne - potwierdził, myśląc, że nawet ładunek 

dynamitu by go teraz stąd nie ruszył. 

background image

TAJEMNICA » 77 

Wyplątała się z jego objęć, wstała i spojrzała po 

sobie. - Chyba powinnam... 

- To by było bez sensu, nie uważasz? Już cię w tym 

stroju widziałem. 

Choć porzuciła pomysł nałożenia szlafroka, Tay­

lor nie dziwił się, że nie wydaje się całkiem prze­

konana jego argumentami. Oboje byli świadomi, 

że pod spodem ma niewiele. Żadna z ich koszul 

nie była na tyle gruba, by zamaskować fakt, że 

jej nie skrępowane stanikiem piersi wpierały się 

w jego tors. Gumka wysoko wyciętych fig zaryso­

wywała ostro ich brzegi pod miękką koszulką. Za­

uważył to, gdy szła przed nim do kuchni. Wzrok 

Taylora wędrował od połowy ud Vanessy przez 

zgrabne łydki do szczupłych kostek i z powrotem. 

Nie miał racji, mówiąc jej, że ma fantastyczny ty­

łeczek: jej tyłeczek był więcej niż fantastyczny, był 

po prostu niezrównany. Tak strasznie chciał do­

tknąć tych miękkich wzgórków, że dłonie aż swę­

działy. Zacisnął je więc i przyglądał się zręcznym 

ruchom Vanessy, która wyjmowała, odmierzała, na-

sypywała, nalewała i mieszała składniki. Uniosła 

wzrok. 

- Mam krakersy - powiedziała z wahaniem. Zro­

zumiał jej zmieszanie, gdy wyjęła pudełko: były to 

krakersy dla dzieci, miały kształt małych miśków. 

Spojrzała na Taylora z wyraźną groźbą. 

Podniósł ręce w górę. 

- Nic nie mówiłem! 

- Wyszczerzyłeś zęby! 

- Często to robię. Przy tobie jestem absolutnym, 

szczerzącym zęby głupolem. Myślę, że to może być 

miłość. 

Tym razem to Vanessa się roześmiała. 

- Jesteś tak samo niepoczytalny z braku snu, jak ja. 

background image

78 • TAJEMNICA 

- To może być wywołane również frustracją sek­

sualną - podsunął. 

- Gdyby tak było, świat byłby pełen szczerzących 

zęby głupoli - zaprotestowała. 

- No, widzę, że czujesz się lepiej - powiedział. 

- To był tylko sen. Zareagowałam przesadnie. 

- Wpatrywała się w kręgi powstające na powierzchni 

kakao, gdy mieszała je łyżką. - Czy miewałeś kiedyś 

koszmary senne? 

- Nie. Ale w akademiku mieszkałem z facetem, 

który przeżył straszliwy wypadek samochodowy. Bu­

dził się, krzycząc. - Podszedł bliżej. - Jego strach był 

prawdziwy, Vanesso. Twój także. 

- Czy rzucał się na ciebie i wypłakiwał na twoim 

ramieniu? 

- Nie. Po obudzeniu szybko dochodził do siebie. 

Uświadamiał sobie, że to tylko sen. 

- Chodzi ci o to, że jeśli sen będzie się powtarzał, to 

się przyzwyczaję? - Vanessa pochyliła się, by wyłączyć 

palnik pod garnuszkiem. 

- Mhm. - Brzeg jej koszulki podjechał niebezpie­

cznie blisko tych kuszących krągłości, które tak przy­

ciągały uwagę Taylora. Taylor wstrzymał oddech 

i patrzył z żalem, jak Vanessa prostuje się, a koszulka 

opada w dół. 

- No, w każdym razie wolałabym nie przeżywać tego 

jeszcze raz, dziękuję uprzejmie - powiedziała nieświado­

ma jego tęsknego wzroku. Otworzyła szafkę, by wyjąć 

kubki. Jeden stał w zasięgu ręki, a pozostałe zajmowały 

najwyższą półkę. Stanęła na palcach, ale nie była w stanie 

dosięgnąć. Kraniec koszulki znów podjechał do góry, 

a Taylor wstrzymał oddech, usiłując kontrolować reakcję 

swego centralnego systemu nerwowego i innych części 

ciała na ten widok. 

Vanessa podskoczyła do półki, ale bezskutecznie. 

Taylor wypuścił powietrze z płuc i zmusił się do 

background image

TAJEMNICA • 79 

oderwania oczu od brzegu koszulki, by odegrać rolę 

dżentelmena. Zrobił krok do przodu. 

- Czekaj, pozwól mi... -Zamilkł, bo nagle wyschło 

mu w gardle. W tej samej chwili, gdy ruszył do przodu, 

Vanessa zaprzestała prób i zrobiła krok do tyłu, a oba 

te ruchy spowodowały, że Taylor przywarł lędźwiami 

wprost do jej pośladków. 

Koszulka, figi i jego dżinsy mogłyby równie dobrze 

nie istnieć. Prąd pożądania, który przebiegł go od 

włosów na głowie do palców u nóg, był tak silny, że 

Taylor nie byłby w stanie przypomnieć sobie, jak się 

nazywa, gdyby go ktoś o to akurat zapytał. Był zbyt 

skoncentrowany na bliskości Vanessy, by zwracać 

uwagę na cokolwiek innego. Odwróciła się do niego, 

a wyraz jej oczu powiedział mu, że tak jak nim wstrząs­

nęło nią erotyczne podniecenie. 

Wsunął palce prawej dłoni w jej rozburzone włosy, 

a lewą ręką przyciągnął ją do siebie. Z ust wyrwało jej 

się pełne oczekiwania westchnienie, a wargi rozchyliły 

się zapraszająco. Patrzyła na niego tak, jak przedtem 

w restauracji, z mieszaniną lęku i tęsknoty. Pochylił się 

i leciutko musnął jej wargi, próbując ich smaku, pełen 

strachu, że jeśli pozwoli sobie na zbyt wiele, straci 

resztkę kontroli nad swoimi emocjami. 

Intensywność pożądania przeraziła Taylora. Był 

pełnym życia mężczyzną o normalnych potrzebach, ale 

nigdy jeszcze żadna kobieta nie podniecała go tak jak 

ta, którą teraz trzymał w ramionach. Z kolei pożądanie 

mieszało się jakoś z poczuciem odpowiedzialności, 

a nawet z troską o jej zadowolenie. 

Przyzwyczaiwszy się już do aksamitnej miękkości 

jej warg, przesuwał po nich ustami powoli i rytmicznie, 

aż wyprężyła się nieco, delikatnie domagając się czegoś 

więcej. Z gardła Taylora wydobył się dźwięk, który był 

w równej mierze jękiem i westchnieniem. Mężczyzna 

odpowiedział na żądanie Vanessy z ciągle jeszcze 

background image

80 » TAJEMNICA 

kontrolowaną niecierpliwością. Przygarnął ją mocniej 

i pogłębił pocałunek. Powitała go, przytulając się 

jeszcze ciaśniej. Taylor opuścił rękę i nareszcie mógł 

objąć kuszącą wypukłość jej pośladków, gładzić ciepłą, 

nagą skórę i śliski materiał fig. 

Szafka była tuż, tuż. Taylor popchnął Vanessę 

lekko do tyłu, więżąc swoją dłoń między drewnianą 

płytą a miękkim ciałem kobiety i przywierając twar­

dymi lędźwiami do jej łona. Intymność tej pozycji 

ujawniła bez żadnych wątpliwości, jak bardzo jest 

podniecony. Vanessa czuła, że jej ciało reaguje podob­

nym ogniem. 

Po nieskończenie słodkiej chwili Taylor przerwał 

pocałunek i odsunął się, niechętnie tracąc kontakt 

z ciałem dziewczyny. Przeczesał palcami jej włosy. 

- Nie po to mnie tu wezwałaś. 

- Jesteś pewien? - spytała zachrypniętym głosem. 

- Bo ja nie. 

Nie mógł oderwać wzroku od jej twarzy. Miała 

zarumienione policzki, oczy jej błyszczały, a wargi 

wciąż były wilgotne od pocałunku. Przez moment nie 

był pewien, czy uda mu się zapanować nad sobą. Jej 

uroda odebrała mu dech, a jej kruchość przywołała 

natychmiast tę niewygodną cechę jego charakteru: 

przyzwoitość. 

- Byłabyś, za godzinę - powiedział gorzko, zmu­

szając się, by się odwrócić. Do diabła, życie było 

niesprawiedliwe dla przyzwoitych facetów. 

Nie patrzył na nią, ale był świadom, że Vanessa 

napełniła kubki, postawiła je na tacy i wyszła z kuchni. 

Odetchnął głęboko i poszedł za nią do stołu w aneksie 

jadalnym. 

Gdy podnosiła kubek do ust, ręce jej drżały tak 

bardzo, że zastanawiała się, jakim cudem przyniosła tu 

tacę. Scena w kuchni wydawała jej się coraz mniej 

realna, gdy usiłowała określić, co właściwie się stało. 

background image

TAJEMNICA • 81 

Milczała, gdy Taylor usiadł na krześle naprzeciw­

ko i ujął swój kubek. Żadne z nich przez chwilę nic 

nie mówiło. Taylor otworzył pudełko krakersów 

i wysypał sporą garść na swoją serwetkę. Po chwili 

Vanessa wyciągnęła rękę i wzięła jednego kraker-

sowego miśka. Oczy Taylora i Vanessy spotkały się 

i napięcie odrobinę zelżało, gdy uśmiechnęli się do 

siebie. 

Napięcie zelżało, ale cisza trwała nadal. Myśli 

Vanessy kłębiły się bezładnie, gdy usiłowała uporząd­

kować wydarzenia wieczoru: koszmarny sen, telefon 

do Taylora, scena miłosna w kuchni. Powiedział, że za 

godzinę znów będzie wiedzieć, dlaczego go wezwała. 

Teraz jednak wiedziała tylko tyle, że nigdy w życiu nie 

chciałaby mieć więcej takiego koszmaru jak ten, który 

ją wyrwał ze snu. 

Skończyli już pić kakao. 

- To był ten sam sen - powiedziała z namysłem 

w głosie, a Taylor poruszył się na krześle, by dać jej 

znać, że słucha. - Wczoraj i dzisiaj. Ten sam sen, tylko 

tym razem z większą liczbą szczegółów. - Zamyśliła 

się na chwilę. - Nigdy dotychczas nie miałam po­

wracających snów. 

- Czy ten sen ma dla ciebie jakieś szczególne 

znaczenie? 

- Jeśli chodzi o okno, to łatwe. Wczoraj po po­

wrocie do domu otworzyłam okno, a gdy się ochłodzi­

ło, zamknęłam je, ale wciąż czułam przeciąg. Wtedy 

właśnie postanowiłam zadzwonić do działu technicz­

nego. Myślałam o tym, zasypiając. 

- A zegar? 

- Myślałam... - zawahała się, czy przedstawić mu 

swoją teorię na temat zegara. 

- Co myślałaś? 

Och, ostatecznie... zdecydowała, po tym, jak od­

powiedziała na jego pocałunek, nie ma czego ukrywać. 

background image

82 • TAJEMNICA 

- Miałam nadzieję, że przyjdziesz i tuż przed za­

śnięciem sprawdziłam godzinę. Była dziewiąta, więc 

poczułam się rozczarowana, że już tak późno, bo 

uznałam, że... 

- Że żaden dobrze wychowany człowiek nie przy­

jdzie z tak późną wizytą? - podpowiedział. 

Vanessie nie podobało się, że tak gładko mu to 

wyszło i że wygląda na zadowolonego. 

- I żaden dobrze wychowany człowiek nie przy­

szedł - zauważyła kąśliwie i uśmiechnęła się słodko. 

- Ach, to dlatego byłaś tak wrogo nastawiona - żar­

tował. - Myślałaś, że zostałaś wystawiona do wiatru! 

- Nie umawialiśmy się - ucięła. 

- To dlaczego byłaś taka wystrojona? 

- Ja... 

- Miałaś na sobie taką wymyślną sukienkę, i wstąż­

kę we włosach, i perfumy... 

Vanessa już miała zaprzeczyć, ale stwierdziła, że 

lepiej się poddać z gracją. 

- Przyznaję się do winy - oznajmiła. 

- Niech mnie diabli wezmą! - wykrztusił, wybu­

chając śmiechem. 

Vanessa miała ochotę powiedzieć mu, że też by 

sobie tego życzyła. Dała jednak spokój. 

- To nie ma znaczenia - stwierdziła. - Zaniepoko­

jenie przeciągiem i... drobne towarzyskie rozczarowa­

nie nie mogło wywołać tak przerażającego snu jak 

dzisiejszy. 

- Freud pewnie by znalazł jakieś powiązanie - po­

wiedział Taylor. 

- Powinnam przewidzieć, że go wyciągniesz! - ob­

ruszyła się Vanessa. Milczała chwilę, coś rozważając. 

- Czy uważasz, że potrzebuję tego typu pomocy? 

Psychiatrycznej? 

Taylor zacisnął wargi w cienką linię, zastanawiając 

się nad odpowiedzią. 

background image

TAJEMNICA • 83 

- Tylko ty możesz podjąć taką decyzję - powie­

dział w końcu ostrożnie. 

- Wykręcasz się. 

- Nie mogę decydować za ciebie. 

- Ale możesz powiedzieć, co sądzisz. 

- Dobrze. Chcesz, to ci powiem: widziałaś ducha 

i nielicho to tobą wstrząsnęło, w każdym razie na tyle, 

by wywołać koszmary. Uważam, że jest to całkiem 

normalna, zdrowa, zrozumiała reakcja. - Musiał wy­

czytać wdzięczność w jej spojrzeniu, bo gwałtownie 

podniósł się z krzesła i wyciągnął rękę. - Chodź, 

usiądziemy na kanapie. Chcę cię tylko potrzymać 

w ramionach - dodał, gdy się zawahała. 

Usiedli tak jak przedtem. Vanessa oparła głowę 

na ramieniu Taylora. Był silny, ciepły i dawał jej 

poczucie bezpieczeństwa. Wspaniale było się temu 

poddać. Ale bliskość Taylora budziła w niej także 

inne uczucia. Pamiętała wyraźnie, jak ich ciała przy­

wierały do siebie, a pożądanie rozpaliło się w niej 

żywym ogniem. Pamiętała również, że wykręcenie 

numeru telefonu Taylora przyszło jej zupełnie od­

ruchowo. Nie miała cienia wątpliwości, iż Taylor 

natychmiast przyjdzie. Niemal równie odruchowo 

objęła teraz dłońmi jego twarz i pocałowała w poli­

czek. 

- Dziękuję - powiedziała. 

- Czy dziękujesz za coś konkretnego, czy tak 

ogólnie? 

- Chyba ogólnie. 

Zapadła cisza. 

- Możesz spać, jeśli chcesz - powiedział Taylor po 

chwili. 

- To niesprawiedliwe w stosunku do ciebie. Musisz 

wcześnie rano wstać. Wcześniej niż ja. 

- Gdybym cię tu samą zostawił, i tak nie mógłbym 

spać. Zbyt bym się martwił, czy... 

background image

84 • TAJEMNICA 

- Taylor? 

- Mhm? 

- Miałeś rację. Nie dlatego cię wezwałam. 

W policzku zadrgał mu mięsień, a ciało napięło się. 

Po raz pierwszy Vanessa pomyślała, jak trudno musia­

ło mu być oderwać się od niej. Nigdy nie ukrywał, że 

mu się podoba, ale traktowała jego erotyczne aluzje 

jako typowe męskie przekomarzania. 

Tak doskonale pasowaliby do siebie. Ta myśl 

i niedawne wspomnienia pobudziły jej krew w żyłach. 

Poczuła, że się rumieni. Obudziło się w niej pragnienie 

przypominające, że jest kobietą. Spróbowała wymó­

wić jego imię, ale całkiem zaschło jej w ustach i mu­

siała najpierw przełknąć ślinę. Taylor spojrzał na 

nią. 

- Nie dlatego cię wezwałam, ale... 

Głaskał ją po głowie uspokajająco, ale nagle za­

trzymał rękę w pół ruchu. 

- Śpij, Vanesso. Nie ma co do tego wracać. 

Uniosła dłoń, by obrócić twarz Taylora ku sobie. 

Spojrzała mu w oczy bez wahania. 

- Nie dlatego cię wezwałam, ale teraz tak właśnie 

cię potrzebuję. 

Jego ciało znów się napięło, ale zanim zdążył 

cokolwiek powiedzieć, objęła go za szyję i oparła czoło 

o jego pierś. Mówiła, jakby chciała, by jej słowa do­

tarły wprost do serca. 

- Przy tobie czuję się normalna, bezpieczna i peł­

na życia. Proszę cię, Taylor, bardzo cię dziś po­

trzebuję. 

Usłyszała i poczuła, jak jego serce przyspiesza, gdy 

przytulił ją mocno i schował twarz w jej włosach. 

- Vanesso, jestem tylko człowiekiem. Drugi raz nie 

udałoby mi się odsunąć. Nie proś mnie o to, jeśli nie 

jesteś pewna, czego chcesz. Jeśli to tylko twój pokrętny 

sposób podziękowania, to... 

background image

TAJEMNICA » 85 

Odchyliła głowę do tyłu i spojrzała mu w oczy. 

- Gdyby chodziło mi tylko o podziękowanie, upie­

kłabym ci czekoladowe ciasteczka. 

Patrzyli na siebie, delektując się świadomością, co 

ich za chwilę połączy. Czułość w wyrazie twarzy 

Taylora sprawiała, że Vanessa była bliska łez. Po­

prosiła go, by został z różnych powiązanych i skom­

plikowanych przyczyn, ale główną był sam Taylor. 

Traktował ją poważnie i poważnie podchodził do 

kochania się. A to było dla Vanessy istotne. Odwróciła 

wzrok i powiedziała cicho: 

- Używam pianki antykoncepcyjnej, żeby nie zajść 

w ciążę, ale nie mam... 

- Ja mam. 

Usiadła, odwracając się do Taylora plecami. Była 

na siebie zła, że czuje się niezręcznie. 

- W dużej łazience są różne drobiazgi toaletowe dla 

gości. Czuj się jak u siebie. Chyba że planowałeś wrócić 

do domu... 

Poczuła na ramieniu ciężar jego dłoni. 

- Mówiłem ci, że nie zostawię cię dziś samej. Nawet 

na pięć minut. 

Kiwnęła głową, nie dowierzając swemu głosowi. 

Przeszedł ją dreszcz oczekiwania. Taylor przesunął 

dłonią wzdłuż jej ręki, objął przegub i pociągnął 

delikatnie z powrotem w swoje objęcia. Oparła się 

o jego tors i westchnęła. 

- Szczęściarz ze mnie - powiedział, całując ją 

w skroń. - Spotkamy się w sypialni? 

Vanessa uniosła oczy do nieba. 

- Niesamowite! Mamy randkę! 

- Mhm. Już się nie wycofasz. - Wzmocnił uścisk. 

- Wcale się nie wycofuję - zaprotestowała. - Tyl­

ko to wszystko jest... 

- Vanesso! 

background image

86 • TAJEMNICA 

Jego głos był tak nietypowo surowy, że połknęła 

resztę zdania. Taylor ujął ją pod brodę i uniósł twarz 

ku swojej. 

- Teraz się pocałujemy. A potem wstaniesz i pó­

jdziesz do sypialni, i przygotujesz się do łóżka... i dla 

mnie. I nie będziesz ani zmieszana, ani niepewna, bo 

jesteś piękną kobietą i pragnę cię tak, jak jeszcze nigdy 

w życiu nie pragnąłem żadnej kobiety. Jasne? 

Przekomarzał się z nią, ale jego spojrzenie nie 

pozwalało wątpić w jego szczerość. Vanessa miała 

ochotę równocześnie śmiać się i płakać. 

- Och, Taylor! 

Wargi Taylora stłumiły ten wykrzyknik. Pocału­

nek, który nastąpił, sprawił, że Vanessa straciła resztę 

wątpliwości. Gdy ją w końcu puścił, oparła głowę 

o jego ramię i zamknęła oczy, usiłując dojść do siebie. 

Bała się, że nogi się pod nią ugną. Taylor był najwyraź­

niej tak samo pod wrażeniem pocałunku, bo chwilę 

trwało, zanim uspokoił mu się oddech. 

- Rzeczywiście wspaniale całujesz, gdy jesteś w na­

stroju. 

- Och, w gruncie rzeczy nie byłam tak całkiem 

w nastroju - przekomarzała się z nim. 

- Kłamczucha! -Taylor objął ją i uwięził ramiona­

mi przy piersi. Niskim, zmysłowym głosem zamruczał 

jej do ucha: - Czy przypadkiem nie miałaś gdzieś pójść 

i czegoś zrobić? 

- To było wtedy, kiedy naprawdę byłam w na­

stroju. 

- Może uda mi się znów cię wprowadzić w odpo­

wiedni nastrój - powiedział, łapiąc lekko zębami jej 

skórę na karku. 

- Nic z tego. 

- Naprawdę? - Odgarnął jej włosy i delikatnie na-

gryzł płatek ucha. 

background image

TAJEMNICA • 87 

- No, może trochę... 

- Tylko trochę? - Przesunął językiem wzdłuż brze­

gu ucha. 

Vanessa złapała oddech. 

- Może trochę więcej niż trochę... 

- O ile więcej? - Znowu skupił uwagę na jej karku. 

Vanessa wysunęła się z jego ramion i wstała, 

uśmiechając się uwodzicielsko. 

- Na tyle, żeby mi przypomnieć, gdzie miałam 

pójść i co miałam zrobić. - Z uśmiechem wyszła 

z pokoju, czując, że Taylor odprowadza ją wzrokiem. 

Świadomość, że jest pożądana, towarzyszyła jej 

w łazience, gdy przygotowywała się do łóżka. Usłysza­

ła szum wody i uśmiechnęła się do siebie. Zawsze 

krępowało ją wspólne korzystanie z łazienek i umywa­

lek. Nie czułaby się swobodnie, dzieląc najbardziej 

intymną część swego domu z Taylorem. Ale wiedza, że 

między nimi jest zaledwie parę ścian, dodawała smaku 

oczekiwaniu, równocześnie nie naruszając jej potrzeby 

prywatności. 

Pościel na łóżku była rozburzona, przypominając 

Vanessie o koszmarze, który wyrwał ją ze snu. Teraz 

prześcieliła łóżko i wsunęła się pod koc. Choć nadal 

czuła się nieswojo na wspomnienie snu, strach, który 

wyrwał ją z łóżka, minął dzięki Taylorowi Stephen-

sonowi. 

Jakby przywołany jej myślą, Taylor pojawił się 

w drzwiach. Zdjął koszulę i po raz pierwszy Vanessa 

zobaczyła tors, który już tak dobrze poznała do­

tykiem. Brązowe włosy spływały w dół i nikły za 

paskiem dżinsów. Wyraz oczu Taylora sprawił, że 

zabrakło jej tchu. 

Usiadł na brzegu łóżka i pochylił się ku niej, 

opierając na łokciu. Nie spuszczał oczu z jej twarzy. 

- Czy ty w ogóle masz pojęcie, jak bardzo jesteś 

godna pożądania? 

background image

88 TAJEMNICA 

- Ogoliłeś się. - Podniosła rękę, by przesunąć pal­

cami po policzku Taylora. 

- Znalazłem jednorazowy nożyk. 

Vanessa uśmiechnęła się i poklepała poduszkę. 

- Już późno. Może wskoczysz do łóżka? 

- Całe życie mógłbym czekać na takie zaproszenie 

- powiedział, całując przelotnie czubek jej nosa i wsta­

jąc. Sięgnął do kieszeni, wyjąłmałą paczuszkę i położył 

ją pod poduszką. Ściągnął spodnie i slipki i zostawił na 

dywanie. 

Ani na chwilę nie odwrócił się od niej, a Vanessa 

ani na chwilę nie oderwała wzroku od jego ciała. 

Była oczarowana doskonałością męskich mięśni 

i szczupłością bioder. Dostrzegła, że Taylor był już 

gotów. Podążył wzrokiem za jej spojrzeniem. 

- Widzisz, co ze mną robisz? - uśmiechnął się. 

- Wystarczy, że o tobie pomyślę. 

Nagle zażenowana, Vanessa zamknęła oczy i zsu­

nęła się niżej pod koc. Czuła, jak materac ugiął się 

pod ciężarem Taylora. Poczuła dłoń mężczyzny na 

swoim policzku. Spojrzała na niego i jej niepokój 

zniknął. To był Taylor, znała go i wiedziała, że jest 

cierpliwy, silny i dobry. Ciepło jego ciała kusiło ją 

i chętnie poddała się działaniu siły ciężkości, która 

ściągała ją do zagłębienia, utworzonego w materacu 

przez cięższe ciało Taylora. Taylor wsunął rękę pod 

ramiona Vanessy i przyciągnął bliżej, tak że ich 

ciała przywarły do siebie na całej długości. Vanessa 

oparła dłoń o jego pierś i zagłębiła palce we wło­

sach. Odnalazła płaski, twardy sutek i podrażniła go 

delikatnie. 

Taylor podciągnął jej koszulkę wyżej, pod pachy. 

Gładził plecy Vanessy, jej krzyż i pośladki, przyciąga­

jąc do swego ciała. Włosy na jego torsie drażniły 

delikatną skórę na piersiach Vanessy. Vanessa jęknęła 

cicho i przytuliła się jeszcze mocniej, obejmując nogą 

background image

TAJEMNICA • 89 

uda Taylora. Twarde, gorące męskie ciało wparło się 

w miękkie, delikatne ciało kobiety. 

Vanessa przeczesała palcami włosy Taylora, do­

tknęła jego świeżo ogolonych policzków, a w końcu 

złapała wargami jego wargi, kusząc pocałunkiem. 

Czuła, jak w odpowiedzi na gorący dotyk jego ciała 

rośnie w niej pożądanie. Nie odrywając się od jej ust, 

Taylor przełożył Vanessę na plecy i przykrył jej ciało 

swoim. Podparł się na łokciu i odchylił lekko na bok, 

by móc ująć jej pierś. Drażnił kciukiem sutkę i głaskał 

krągły pagórek całą dłonią, aż Vanessa wygięła się 

w łuk. Ten ruch ułatwił Taylorowi dostęp, a równo­

cześnie jej brzuch otarł się o jego lędźwie, wyrywając 

obojgu z ust zmysłowy jęk. 

Vanessa wsunęła rękę między ich ciała, by go 

dotknąć. Odpowiedź Taylora była gorąca i wywołała 

podobną reakcję w głębi jej bioder. 

- Chcę cię w środku - szepnęła. 

- Tutaj? - spytał, docierając do źródła rozkoszy. 

Na chwilę zabrakło jej tchu. Nie była w stanie 

odpowiedzieć mu słowami, ale reakcja jej ciała była 

jednoznaczna. Uniosła biodra, by mocniej przywrzeć do 

jego ręki. Taylor schował twarz między jej piersiami i lizał 

delikatnie, wdychając zapach i smakując skórę. Jęknął 

głośno: po części z pożądania, po części z frustracji. 

- Chyba pora na rozsądek - powiedział. 

Vanessa westchnęła z rozczarowaniem, gdy odsunął 

się od niej. Zamknęła oczy i wcisnęła się w poduszki, 

wciąż świadoma bliskości jego ciała, ciepła i zapachu. 

Usłyszała dźwięk rozrywanej torebeczki i szelest roz­

wijanej prezerwatywy. I w końcu materac znów się 

ugiął pod ciężarem wracającego Taylora. 

Poczuła lekkie pocałunki na twarzy, a dłoń Tay­

lora wędrowała po jej ramieniu, aż napotkała na 

koszulkę. Pośpiesznie pozbyli się tej ostatniej prze­

szkody. 

background image

90 • TAJEMNICA 

- Zgaś światło - poprosiła Vanessa i Taylor wyłą­

czył lampkę. 

Ciemność nadała nowy wymiar ich kochaniu się, 

zmysły wyostrzyły się, jakby chcąc im zrekompen­

sować utratę możliwości widzenia. Perfumy, płyn po 

goleniu, zapach mężczyzny i kobiety mieszały się 

w powietrzu, którym oddychali. Skóra, włosy, twar­

dość, miękkość - dotykiem poznawali swoje ciała. 

Każde westchnienie, każdy nierówny oddech, każdy 

szept potęgowały ich namiętność. 

Wzajemne pragnienie rosło, aż przekroczyło granicę 

słów i logiki, aż ich ciała się połączyły. Poruszali się 

powoli, w napięciu, w skupieniu. Vanessa przywarła do 

Taylora, pierwsza osiągnęła szczyt, a gdy świat wokół 

niej rozpadł się na kawałki, trzymała go, jakby on jeden 

mógł ją uchronić przed wpadnięciem w niebyt. 

Skurcz jej mięśni, krzyk uniesienia i zachłanność, 

z jaką go przyciągała, doprowadziły z kolei Taylora do 

ekstazy i wstrząsającego fizycznego spełnienia. Leżeli 

wyczerpani i zaspokojeni, gdy ich płuca przypominały 

sobie, jak się normalnie oddycha, a serca wracały do 

zwykłego rytmu. 

Taylor wyszeptał pytająco jej imię, a Vanessa 

otworzyła oczy i zobaczyła jego twarz tuż nad swoją. 

- Nie zostawiaj mnie - poprosiła. - Nie opuszczaj 

mnie jeszcze. 

- Nie mógłbym się ruszyć, nawet gdyby łóżko się 

paliło - zapewnił ją. 

- A nie pali się? - spytała, uśmiechając się z wy­

siłkiem. 

- Już nie, ale przed chwilą szalał tu pożar. - Uniósł 

jej dłoń do warg, a potem przytknął do piersi. - Jes­

teś... 

- Co jestem? - spytała, gdy zawiesił głos. 

- Pewnie zgnieciona - powiedział, ostrożnie wysu­

wając się z jej objęć i opadając obok na prześcieradło. 

background image

TAJEMNICA » 91 

- Nie zauważyłam - zaprzeczyła i westchnęła, gdy 

ją znów do siebie przyciągnął. 

- Muszę wstać na chwilę - oznajmił jakiś czas 

później. 

Vanessa jęknęła z żalem i przytuliła się, specjalnie 

utrudniając mu wstanie. 

- Będę za dwie minuty - powiedział. 

- Za jedną - targowała się, wykorzystując swoje 

kobiece wdzięki. 

Cropville, Teksas - 1945 - 46 

Danny Bannerson wynajął pokój w pensjonacie 

wdowy Shugart i znalazł pracę w jedynej firmie 

budowlanej w Cropville. Zalecał się do Jessiki przez 

przyjęty w takich sytuacjach czas, potem zaręczyli się, 

by po roku wziąć ślub w kościele w Cropville. W po­

dróż poślubną do Houston wyruszyli samochodem 

i zatrzymali się w hotelu Rice. 

Jessica była zupełnie niedoświadczona, jeśli chodzi 

o kontakty z mężczyznami. Szanujące się kobiety 

czekały do ślubu, a zanim Danny pojawił się w jej 

życiu, nigdy nie spotkała mężczyzny, który by ją 

zainteresował. Gdy przenosił ją przez próg ich apar­

tamentu, była bardzo zdenerwowana i bardzo zako­

chana w swoim mężu. 

Danny siedział nad martini w barze, gdy Jessica 

kąpała się w pachnącej wodzie i wkładała koronkową 

koszulkę i peniuar. Następnie czyściutka, pachnąca 

i ubrana w najlepszą bieliznę, jaką można było 

dostać w Houston, przemierzała pokój, czekając na 

swego męża. 

Czekała, by stać się jego żoną w każdym znaczeniu 

tego słowa. 

background image

ROZDZIAŁ 

Gdy Taylor obudził się, przed jego nosem wisiał 

płatek śniegu. A w każdym razie coś, co wyglądało jak 

jedna z tych sztucznych śnieżynek, którymi ludzie 

dekorują drzewka na Boże Narodzenie. Gdy otrząsnął 

się nieco ze snu, rozpoznał kawałek szydełkowej 

koronki, którą obszyte były poszewki Vanessy. 

Vanessa. Jego mózg przywołał obraz wczorajszego 

wieczoru, a ciało zarejestrowało różne szczegóły: gład­

kość prześcieradła, zapach perfum Vanessy, przyjemne 

ciepło jej ciała. 

Leżała wciśnięta w niego, a czubek jej głowy 

znajdował się tuż poniżej jego nosa. Kilka loczków 

zaplątało mu się we włosy na piersi. Prawym ramie­

niem obejmował ją w pasie. Koszula nocna Vanessy 

podjechała do góry i jej tyłeczek, ten rozkoszny, 

pulchny, kobiecy tyłeczek wpierał się w jego lędźwie. 

Taylor przesunął prawą dłoń, by objąć jeden po­

śladek, i uśmiechnął się z zadowoleniem właściciela. 

Przyjemność budzenia się w tej przytulnej sypialni 

z Vanessa tuż obok była wprost niezwykła. Wypełniała 

go w niemal fizyczny sposób, jakby zadowolenie było 

pokarmem, zaspokajającym głód doznań. 

Czując ciężar ręki Taylora na biodrze, Vanessa 

poruszyła się, więc Taylor wrócił do pierwotnej pozy-

background image

TAJEMNICA • 93 

cji. Serdecznie żałował, że był wyposażony tylko na 

jedno kochanie się. Zastanowił się nawet, czy nie 

naciągnąć spodni i nie pobiec do domu, by sprawdzić 

i w apteczce stan zapasu prezerwatyw, ale odrzucił ten 

pomysł jako zbyt ryzykowny. Vanessa mogłaby się 

tymczasem obudzić i wstać, myśląc, że uciekł od niej. 

Został więc dokładnie tam, gdzie był. 

Zaspokojenie i głęboki, długi sen zaowocowały 

błogim... rozleniwieniem. Był to zdrowy letarg, stan 

umysłu, w którym uznawał, że, co prawda, perspek­

tywa kochania się z Vanessą jest rozkoszna, ale leżenie 

z przytuloną Vanessą też jest miłe. 

Jakby wyczuwając, że raduje go jej obecność, 

Vanessa westchnęła w półśnie i Taylor ucieszył się, że 

nie wyszedł. Nie chciał, by obudziła się sama. Obiecał, 

że jej nie zostawi, a był człowiekiem, który dotrzymuje 

obietnic. 

Nie mogąc i nie chcąc się ruszać, leżał, przy­

glądając się pokojowi. Na najbliższej ścianie wisiała 

tradycyjna, haftowana makatka z sentymentalnym 

dwuwierszem o domu. Ciekaw był, czy sama ją 

wyhaftowała. Uśmiechnął się do tej myśli. Haftowa­

nie pasowało do Vanessy. Założyłby się o zysk na 

jednym domu w Wilczym Zakątku, że sama wybrała, 

zrobiła lub zna historię każdego przedmiotu w sypia­

lni. Z owalnych drewnianych ramek patrzyły na 

niego sepiowe oblicza krewnych, pra-pra- coś tam. 

Czy któraś z tych babek lub kuzynek zrobiła narzutę 

zszywaną z resztek materiałów, rozwieszoną teraz 

w nogach łóżka? A może Vanessa znalazła ją w ja­

kimś sklepie z antykami? 

Choć materac był całkiem współczesny, samo łóżko 

miało już swoje lata. Wykonano je z żelaznych, 

pomalowanych na biało rurek. Porcelanowa miednica 

na komodzie była spękana ze starości. Taylor był 

ciekaw, czy wielka mosiężna spluwaczka, teraz wyko-

background image

94 • TAJEMNICA 

rzystana jako donica dla okazałego i zadbanego filo­

dendrona, rzeczywiście służyła kiedyś swemu celowi, 

czy też stanowiła tylko replikę, przypominającą epokę, 

w której spluwaczki były w powszechnym użyciu. 

Ciekaw drobiazgów z jej prywatnego życia, zgady­

wał, jakie skarby kryje kilka ozdobnych pudełek 

stojących na toaletce przed lustrem w srebrnej ramie. 

Biżuteria? Grzebienie do włosów? Spinki należące do 

dawnych kochanków? Ta myśl zdecydowanie mu się 

nie spodobała. Nie chciał wyobrażać sobie Vanessy 

z innym mężczyzną. 

Zaskoczony nagłym przypływem zazdrości, oparł 

czoło o tył jej głowy. Jej włosy lekko go połas­

kotały. Miała piękne włosy. Można je było nazwać 

brązowymi, ale z bliska było widać, że jest to mie­

szanka kolorów od kasztanowego do złocistego. Pa­

chniały tajemniczo i kobieco, tak jak kobiece włosy 

powinny pachnieć. Mężczyzna mógłby całe życie de­

lektować się takim zapachem. No, ale Vanessa była 

kobietą, którą mężczyzna mógłby całe życie odkry­

wać od nowa. 

Olśniło go, że chciałby właśnie to robić: spędzić 

życie, poznając kobietę, która teraz spała koło niego. 

Zakochał się w Vanessie. 

Leżał spokojnie, pozwalając, by ta świadomość i jej 

konsekwencje znalazły swoje miejsce w jego mózgu. 

Powinny grać trąby, rozbłyskiwać fajerwerki i wyć 

syreny, pomyślał. Tymczasem istniała tu tylko spokoj­

na wygoda sypialni Vanessy, przytulna miękkość jej 

łóżka, cichy szept jej oddechu. I jakoś było to bardziej 

znaczące niż fanfary. 

Taylor zawsze myślał, że zakochiwanie się będzie 

powolnym procesem, że zapragnie stabilizacji i stałego 

związku stopniowo, w miarę rozwijania się znajomo­

ści. Ale to było dawniej. Nic dziwnego, iż mówi się, że 

ktoś wpadł! Wrażenie było porównywalne ze skokiem 

background image

TAJEMNICA • 95 

z samolotu na dziesięciu tysiącach metrów, a on 

wylądował na miękkim łóżku z koronkami, z kobietą, 

która rajsko pachniała. Gwarantowany zawrót głowy 

dla trzydziestodwuletniego mężczyzny. 

Podparł się na łokciu i prawą ręką odgarnął jej 

włosy z karku. Pocałował Vanessę w szyję i leciutko 

dmuchnął jej do ucha. Mruknęła coś przez sen, 

protestując. Jeszcze raz pocałował delikatną skórę za 

uchem i znowu wywołał mruknięcie, tym razem z to­

warzyszeniem ruchu ramienia. Uśmiechając się z włas­

nej niecierpliwości, położył głowę na powrót na po­

duszce, objął Vanessę ramieniem w pasie, jak poprzed­

nio, i umościł się jak najbliżej, czekając na dzwonek 

budzika. 

Gdy budzik zadzwonił, przyglądał się, jak maca na 

ślepo, chcąc go wyłączyć. Fascynował go wyraz jej 

twarzy, gdy hałas bezlitośnie wdzierał się w jej sen, 

i bawiła nietypowa niezdarność ruchów. Śledził jej 

reakcje, gdy zdała sobie sprawę z obecności Taylora 

i przypomniała wydarzenia ostatniej nocy. Uznał, że 

nigdy nie była piękniejsza niż wtedy, gdy zamrugała, 

uśmiechnęła się i powiedziała: 

- Naprawdę zostałeś ze mną. 

- Obiecałem, że zostanę. - Pocałował ją w czubek 

nosa. 

- Cieszę się - powiedziała, przytulając się. Nagle 

coś jej przyszło do głowy. - Oj, dla ciebie to późna 

godzina, prawda? Czy przeze mnie spóźnisz się do 

pracy? 

Przyciągnął ją bliżej i zamknął w uścisku. 

- Mogę się spóźnić, ile chcę. Przecież jestem właś­

cicielem firmy, nie? 

- To bardzo miłe - westchnęła. - Niestety, ja nie 

jestem właścicielką mojej firmy i nie mogę się spóźnić. 

- Zamilkła na chwilę. - Taylor? 

- Mhm? 

background image

96 • TAJEMNICA 

- Dziękuję. Za to, że przyszedłeś, że mnie przytula­

łeś i... że zostałeś. 

- Potrzebowałaś mnie. 

- Ale nie musiałeś się aż tak głęboko angażować. 

- Musiałem. 

Uświadomiła sobie nagle, dokąd zabłądziła jego 

ręka. 

- Dlatego, że mam fantastyczny tyłeczek? 

- Dlatego, że jestem w tobie szaleńczo zakochany. 

Vanessa zamknęła oczy i jęknęła. 

- Dla mnie jest zbyt wcześnie na grę słów. 

- Grę słów? - Taylor był załamany. Był taki szcze­

ry. Jak mogła nie widzieć, że jest szczery? Nie słyszeć? 

Czy ona tego nie czuje? Jak to możliwe? 

Wszystkie myśli i uczucia odbiły się na jego twarzy. 

Vanessa nagle oprzytomniała. 

- Nie mówiłeś serio... - zaśmiała się niepewnie, 

jakby nie całkiem zrozumiała dowcip. - Taylor, pro­

szę, przestań. Jesteś rannym ptaszkiem, ale ja nie 

potrafię jasno myśleć o wpół do siódmej. 

Taylor czuł się, jakby dostał po głowie. 

- Tu nie chodzi o jasne myślenie ani o grę słów. 

Mówiłem serio - oświadczył, teraz już zły. - Nie mo­

żesz trywializować miłości, Vanesso. To siła natury. 

Jak przyciąganie ziemskie. Albo siła odśrodkowa. 

- Zaczynam myśleć, że naprawdę mówiłeś poważ­

nie. - Vanessa była oszołomiona. Wyraz jego twarzy 

upewnił ją, że rzeczywiście tak jest. Usiadła. - Taylor, 

proszę cię, nie rób tego. 

Także usiadł na łóżku, naprzeciw niej, i chwycił ją za 

przeguby, domagając się uwagi. 

- Vanesso, ostatniej nocy coś się zdarzyło. Coś 

specjalnego. 

- Tak - powiedziała z czułością. - Ja też tak uwa­

żam. Strasznie cię potrzebowałam i przyszedłeś, i trzy­

małam się ciebie, bo mnie rozumiałeś, troszczyłeś się 

background image

TAJEMNICA • 97 

i uspokajałeś. Nigdy nie zapomnę, jak dobrze było 

mieć cię tutaj. 

Taylorowi wydawało się, że Vanessa specjalnie 

udaje, że nie wie, o co mu chodzi. Puścił jej przeguby. 

- Do diabła, Vanesso, czy nie czujesz, co się między 

nami dzieje? Chcę budzić się koło ciebie przez resztę 

życia. 

- Wielkie nieba - jęknęła Vanessa. - Mam ducha 

na drzewie i romantycznego wariata w łóżku. 

Taylor uniósł jej dłonie ku swojej twarzy. 

- Jeśli jestem wariatem, to dlatego, że zwariowałem 

przez ciebie. Jesteś piękna i słodka, i masz fantastyczny 

tyłeczek, i pachniesz nieziemsko, i masz płatki śniegu 

na poszewkach poduszek, i... 

- To był twój pierwszy raz - powiedziała Vanessa, 

nie mogąc uwierzyć w realność całej sytuacji. - By­

łeś najstarszym na świecie prawiczkiem, a ostatniej 

nocy cię poniosło i teraz wydaje ci się, że jesteś za­

kochany. 

- Nie wyśmiewaj się ze mnie, Vanesso. Nigdy 

dotychczas tak się nie czułem i żadnej kobiecie nie 

powiedziałem takich słów. I doskonale wiesz, że to nie 

był mój pierwszy raz! 

Vanessa głośno wypuściła powietrze z płuc. 

- Nie mogę teraz o tym rozmawiać. 

- Ubierz się, to zabiorę cię na śniadanie. Poroz­

mawiamy, jak już napijesz się kawy. 

- Nie chodzi mi o teraz - w tej chwili, tylko 

o teraz - gdy mam ducha na drzewie i powracający 

koszmar senny. 

Oparł jej dłonie na swoich ramionach, potem 

przesunął swoje wzdłuż jej rąk. Zatonął spojrzeniem 

w oczach dziewczyny. 

- Kocham cię. 

Przez chwilę myślał, że Vanessa się rozpłacze. Ona 

też się tego bała. Taylor był pełnym życia, seksownym 

background image

98 • TAJEMNICA 

mężczyzną, który patrzył na nią tak, że każda rozsądna 

kobieta po usłyszeniu takich słów padłaby mu w ra­

miona. 

Nie padła mu w ramiona. Pochyliła się tylko do 

przodu tak, że oparła czoło o jego pierś, i jęknęła. 

- Nie to miałem na myśli, gdy zaproponowałem ci 

śniadanie - narzekał Taylor, wyjmując francuską bu­

łeczkę z pojemnika. 

- Nie mamy czasu na płonące banany u Bren-

nana. Za dwadzieścia minut muszę być w szkole. 

A to jest dobre. Szynka, jajka i ser. Prawdziwe, 

sycące jedzenie. 

„Mhm" Taylora mówiło wyraźnie, co o tym myśli. 

Vanessa zjadła pół swojej bułeczki i odłożyła resztę. 

- Taylor... 

- Nie mów mojego imienia takim tonem. Czuję się, 

jakbym znów był w szkole. 

- Przepraszam, jeśli zepsułam to, co miało być 

niezwykłą chwilą. 

- „Niezwykłą"? - Jego głos ociekał sarkazmem. 

- Mężczyzna mówi kobiecie, że jest w niej zakochany. 

Cóż w tym takiego niezwykłego? 

Gorycz w głosie Taylora sprawiła, że Vanessie zro­

biło się strasznie przykro. 

- Ostatnia noc była cudowna - powiedziała cicho, 

sięgając przez stół, by przykryć jego dłoń swoją. - Po 

prostu uważam, że nie jest to dla żadnego z nas 

właściwy czas na... podejmowanie życiowych decyzji. 

Taylor rzucił jej niechętne spojrzenie. 

- „Podejmowanie życiowych decyzji"? - parsknął 

i sięgnął po nie dojedzoną połówkę bułki Vanessy. 

- Wszystko jest takie poplątane, Taylor - powie­

działa. - To, co zdarzyło się między nami, było nie­

zwykłe, i wiesz, że nigdy bym cię nie poprosiła 

o pozostanie, gdyby mi na tobie nie zależało. Ale nie 

background image

TAJEMNICA • 99 

wiem, ile z tego było czystą chemią, a ile czymś 

w rodzaju opóźnionego szoku po strachu i wdzięczno­

ści, że mam się na kim oprzeć. 

- Nie ma nic poplątanego w tym, co do ciebie czuję. 

- Skąd wiesz? Słuchaj, Taylor, nie jestem naiwna. 

W tamtą niedzielę nie biegałeś sobie koło mojego 

domu dlatego, że ci się podobałam, czy że szczególnie 

o mnie się troszczyłeś. 

- Ja... 

- Troszczyłeś się o Wilczy Zakątek, a ja znalazłam 

się w tym tylko dlatego, że to ja wezwałam policję 

w środku nocy. Na wszelki wypadek chciałeś wiedzieć, 

co się dzieje. 

- Bezwzględny przedsiębiorca. Nic się nie liczy 

oprócz zysku. Czy właśnie tak o mnie myślisz? 

Vanessa parsknęła ze zniecierpliwieniem. 

- Nie widzę cię jako jakiegoś pazernego kapitalisty 

bez serca. Dlaczego nie miałbyś się troszczyć o Wilczy 

Zakątek? To twoje dzieło... - przerwała i zmarszczyła 

brwi. - Z czego się śmiejesz? 

- „Pazerny kapitalista bez serca"? 

Zdecydowała nie zwracać na niego uwagi, by go nie 

zachęcać. 

- Uwielbiam, gdy używasz takich wyrażeń. Uwiel­

biam ciebie, gdy ich używasz. Jesteś nie tylko piękna, 

ale i dowcipna. 

- Zainteresowałeś się mną dopiero w ostatnią nie­

dzielę - upierała się. - Kiedy byłam roztrzęsiona tym 

duchem. Zająłeś się mną. Napoiłeś mnie winem i wy­

słuchałeś... 

- Planowałem, jak cię uwieść. 

- Lubisz czuć się potrzebny. 

- Każdy to lubi. 

- Ale ty szczególnie, Taylor. To leży w twoim 

charakterze. A ja się na tobie oparłam, bo poczułam się 

bezradna. Skąd wiesz, czy przynajmniej część tego, co 

background image

1 0 0 • TAJEMNICA 

nazywasz miłością, nie jest po prostu reakcją na 

mój stan? 

- Bo potrzeby, jakie we mnie zaspokajasz, dalece 

wykraczają poza moją potrzebę bycia potrzebnym. 

- Jeśli tak jest, to nie musimy się śpieszyć, prawda? 

- spytała Vanessa. 

- Mam trzydzieści dwa lata, Vanesso. To nie jest 

zauroczenie czy przelotne zakochanie. Czuję się, jak­

bym spadł z urwiska. 

- Poznałeś mnie w dość niezwykłych okolicznoś­

ciach. Nie zawsze będę w stanie kryzysu. Wcześniej czy 

później uporam się z moim duchem i moimi lękami. 

Może zanim będziesz składać jakiekolwiek oświadcze­

nia, poczekaj i zobacz, jak ci odpowiada samodzielna 

Vanessa Wiggins? 

Taylor wciągnął oddech przez zaciśnięte zęby. 

- Nie uda ci się mnie wyłączyć - ostrzegł ją. - Nie 

będziemy udawać, że nigdy się nie spotkaliśmy, czy że 

nigdy się nie kochaliśmy. 

- To byłoby głupie, nie? 

Wzrok Taylora wyraźnie potwierdzał, jak bardzo 

głupie by to było. Zapadła męcząca cisza. 

- Muszę iść do szkoły - powiedziała Vanessa 

w końcu. 

- Mówisz, że ten stary wie o wszystkim, co wydarzy­

ło się w okolicy w ciągu ostatnich osiemdziesięciu lat? 

- Według Karen jest chodzącą miejscową kroniką 

- powiedziała Vanessa. - Ma prawie dziewięćdziesiąt 

lat i świetną pamięć. Karen mówi, że nagrania jego 

wspomnień, które mają w bibliotece, są niesamowite. 

- To może być tutaj. Zobacz, czy uda ci się 

odczytać nazwisko na skrzynce pocztowej. 

- Dahlmann. To tu. 

Polna droga doprowadziła ich do drewnianego 

domu. Wzdłuż całej ściany frontowej ciągnął się ganek, 

background image

TAJEMNICA •  1 0 1 

na którym ustawiono trzy bujane fotele. W tym, który 

stał najbliżej drzwi, siedział stary mężczyzna w białym 

podkoszulku i spodniach przytrzymywanych szeroki­

mi szelkami. 

U nóg mężczyzny leżał stareńki pies, mieszaniec 

owczarka o siwym już pysku. Na widok gości uniósł 

głowę, po czym wstał niechętnie, przeciągnął się 

i szczeknął na wszelki wypadek. 

- Pan Dahlmann? - spytała Vanessa. - Jestem 

Vanessa Wiggins. Dzwoniłam do pana. 

Starzec opuścił rękę i podrapał psa za uszami. 

- Siadaj, Gus. To pani nauczycielka. Nikomu nie 

zrobi krzywdy. 

Gus rzucił jej podejrzliwe spojrzenie, opadł z po­

wrotem na podłogę i wydał dźwięk przypominający 

westchnienie. 

Twarz Dahlmanna była spalona słońcem i pomarsz­

czona, ale jego oczy błyszczały inteligencją. Utkwił 

spojrzenie w Vanessie. 

- A ten tu to paniny przyjaciel? 

- To mój sąsiad, Taylor Stephenson - wyjaśniła. 

- To on zbudował te domy w Wilczym Zakątku. 

- Ach, tak? - Dahlmann rzucił Taylorowi niechęt­

ne spojrzenie. - No cóż, siadajcie. Nie ma co męczyć 

nóg. - Wyciągnął ramię, wskazując puste fotele. 

Zapadła cisza, którą po chwili przerwała Vanessa. 

- Proszę pana, interesuje nas farmer, który miał 

farmę w Wilczym Zakątku. Nazywał się O'Malley. 

Czy pan go pamięta? 

Dahlmann rozważał coś przez chwilę. 

- Paddy O'Malley? Tak, znałem go. Znałem też 

Tilly. Odwiedzały się czasem z moją żoną, plotkowały 

i zajmowały się takimi tam babskimi sprawami. Za­

wsze wyglądała na uczciwą chrześcijankę. Nigdy bym 

nie dał wiary, że ucieknie. Ale niezła z niej była sztuka 

i jeśli wbiła sobie do głowy, żeby puścić Paddy'ego 

background image

1 0 2 • TAJEMNICA 

kantem, to na pewno nie było jej trudno znaleźć faceta, 

który by ją zabrał. Tamtego roku ciężko im było. 

Bardzo ciężko. 

- Dlaczego? - spytała Vanessa. 

- Wszystkim było ciężko, mieliśmy zły rok. Za 

mało deszczu, wiec kiepskie plony. Paddy'emu wy­

schła studnia i woził wodę dla zwierząt i na pola. 

A potem złamał nogę i musiał nająć parobka do 

pomocy. Cienko już przędli, ale nie miał wyjścia, 

bo całe gospodarstwo poszłoby na marne. Więc 

poszedł do banku w Cropville i stary Vandover dał 

mu pożyczkę na najęcie parobka i wywiercenie no­

wej studni. - Parsknął i poruszał przez chwilę szczę­

kami, jakby coś żując. - Stary Vandover dawał du­

żo takich pożyczek. Wiedział, że O'Malley nie bę­

dzie mógł spłacić, ale mu dał. Czasy były złe i wszyscy 

myśleli, że Vandover to jakiś święty. Aż przyszły 

terminy spłat, a on nie chciał ich przedłużać. Jeden 

dobry rok i Paddy by mu wszystko oddał, ale sta­

ry Vandover nie słuchał niczego i nikogo. - Fotel 

Dahlmanna zaskrzypiał, gdy starzec zaczął koły­

sać się tam i z powrotem. - Zachodzili w głowę, 

co robić, by nie stracić ziemi. Cholera, nie mieli 

gdzie iść. 

- Więc Tilly O'Malley uciekła? 

- Tak gadali. Nikt nic o niej więcej nie słyszał, ale 

walizki nie było. W mieście był komiwojażer, taki 

goguś. Pytał o nią w sklepie, no to ludziska dodali dwa 

do dwóch, jak zniknęła równocześnie z nim. - Po­

trząsnął głową. - Nigdy bym w to nie uwierzył. Może 

kobieta i zostawi mężczyznę, jak czasy są złe, ale jak 

można zostawić dziecko? 

Taylor i Vanessa wymienili zaskoczone spojrzenia. 

- O'Malleyowie mieli dziecko? - zapytał Taylor. 

- Dziewczynkę - potwierdził Dahlmann. - Mag­

gie jej było. Straszna to była historia. Wróciła ze szkoły 

background image

TAJEMNICA •  1 0 3 

i znalazła tatę wiszącego na drzewie. Mówili, że nigdy 

się z tego nie otrząsnęła. 

- Co się z nią stało? 

- Nie miała nikogo, jak matka uciekła, a ojciec 

umarł, i żadnych bliskich krewnych. Poszła mieszkać 

u wdowy Hanks w miasteczku, a jak była trochę 

starsza, pracowała w sklepie. Była tam, aż sklep 

zamknęli, jakieś dziesięć lat temu. Nie słyszałem, żeby 

wyszła za mąż. 

- Żyje jeszcze? 

- Nie słyszałem, co by nie żyła, ale ja już się tak nie 

ruszam gadać z ludźmi. - Zamruczał coś pod nosem. 

- Cholera, nie ma już z kim gadać, nawet gdybym się 

ruszył. Ci, co ich znałem, umarli. 

- A czy jest ktoś, kto mógłby wiedzieć coś o Maggie 

O'Malley? - spytała Vanessa. 

Fotel Dahlmanna przestał skrzypieć, bo mężczyzna 

oparł nogi o ziemię i zamyślił się. 

- Chyba Morehouse'owie powinni wiedzieć. To był 

ich sklep. Najpierw prowadził go Morehouse, aż 

umarł, a potem Betty, jego córka, i jej mąż. On się 

nazywał Staal. Henry Staal. Ciągle mieszkają w starym 

domu Morehouse'ow, przy dawnej drodze do mias­

teczka. Jeśli ktoś coś wie o Maggie O'Malley, to oni. 

Dahlmann znowu zaczął się kołysać. Gus warknął 

przez sen i poruszył tylną nogą. Vanessa wyjęła notatnik 

z torebki i zapisała podane przez starca nazwiska. 

- Czy słyszał pan coś o tym, że w Wilczym Zakątku 

straszy? 

- Od lat tam straszy - oświadczył Dahlmann spo­

kojnie. - Ludziom tutaj nie spodobało się, że człowiek 

sam się zabił, szczególnie że był napity. Pochowali go 

poza cmentarzem. Maggie robiła o to hałas, ale tak się 

należało. Potem ludzie zaczęli widywać O'Malleya na 

drzewie, tak jak Maggie go znalazła, gdy tamtego dnia 

wróciła ze szkoły do domu. 

background image

1 0 4 • TAJEMNICA 

- Czy rozważano kiedykolwiek przeniesienie gro­

bu? 

- Nie, panienko. Maggie przez długi czas chciała 

ich przekonać, ale w końcu dała spokój, a potem chyba 

nikomu już nie zależało. Tam w Wilczym Zakątku nikt 

nie mieszkał przez lata, aż w końcu przyszli i zbudowali 

te pudełka. - Skrzywił się. - Seg-men-ty. Ludzie żyją 

jedni na drugich, a domy stoją tak ciasno, że się słyszy, 

jak sąsiad chrapie. - Pochylając się naprzód, Dahl-

mann utkwił jastrzębie spojrzenie w Taylorze. - Prze­

praszam, jeśli ranie twojeuczuda, synu, ale tak właśnie 

czuję. Seg-men-ty. Ludzie jedni na drugich. Nic dob­

rego z tego nie może wyniknąć. - Ze świszczącym 

oddechem opadł na oparcie fotela. - Jeszcze o czymś 

chcieliście pogadać? 

- To już chyba wszystko - oznajmił Taylor sucho, 

gdy Vanessa zaczęła się zbierać. 

- Dziękuję, że zechciał pan się z nami spotkać 

- powiedziała, ściskając dłoń starego farmera. - Bar­

dzo nam pan pomógł. 

Wrócili do samochodu. 

- Ale postać - powiedział Taylor, gdy już siedzieli 

w środku. 

- Przytomny i bystry - przytaknęła Vanessa. 

- Musi być samotny w tym domu, gdy jego żona 

i wszyscy przyjaciele umarli. Karen mówiła, że stanow­

czo odmawia przeniesienia się gdzieś, gdzie byłby 

wśród łudzi. 

- Tak, jasno powiedział, co myśli o byciu wśród 

ludzi. 

- Czy jego słowa sprawiły ci przykrość? 

- Vanesso, jestem przedsiębiorcą budowlanym. Już 

to wszystko słyszałem. Biorąc pod uwagę jego wiek 

i poglądy, i tak potraktował mnie ulgowo. Całe życie 

pracował na roli. Musi mu się wydawać, że niszczę 

wszystko, dla czego pracował. 

background image

TAJEMNICA •  1 0 5 

- O'Malley miał córkę. Pani Phelps o niej nie 

wspominała. 

- Myślisz, że jeszcze żyje? 

- Dahlmann nie powiedział, ile miała lat, ale dał do 

zrozumienia, że wtedy była dzieckiem. 

- Co by oznaczało, że teraz ma sześćdziesiąt parę. 

- Chcę ją odnaleźć. Dotychczas wszystkie informa­

cje pochodziły od osób trzecich. Chciałabym od niej 

usłyszeć, co stało się z jej ojcem. Wiesz może, gdzie jest 

„stary dom Morehouse'ów"? 

- Tu w okolicy zostało jeszcze trochę starych 

domów. Zapisałaś to drugie nazwisko? 

- Tak, fonetycznie. Będę musiała poszukać zbliżo­

nych nazwisk w książce telefonicznej i podzwonić. 

- Vanessa zamyśliła się na chwilę. - Czy jesteśmy 

w pobliżu starego cmentarza? 

- Chcesz poszukać grobu? 

- Jeszcze jest widno. Co ty na to? 

- Pani życzenie jest dla mnie rozkazem. Ale nie 

spodziewaj się zbyt wiele. Cmentarz jest w bardzo złym 

stanie. Wątpię, byśmy tam coś znaleźli. 

Widok cmentarza potwierdził pesymizm Taylora. 

W spękanym asfalcie na dawnym parkingu rosły 

chwasty, żelazna brama nierówno wisiała na zardze­

wiałych słupkach. Vanessa i Taylor obeszli cmentarz 

wokół po zewnętrznej stronie ogrodzenia, szukając 

jakiegoś śladu grobu, ale nic nie znaleźli oprócz 

butelek po piwie i plastikowych opakowań. Gdy 

wrócili do punktu wyjścia, Vanessa wpatrzyła się 

w zardzewiałe litery napisu oznajmiającego, że jest to 

cmentarz, i zmarszczyła brwi. 

- Rozczarowana? - zadał retoryczne pytanie Tay­

lor. 

Westchnęła. 

- Myślałam, że będzie tu coś wskazującego na grób 

-jakiś wzgórek, wypukłość ziemi, kopiec kamieni, 

background image

1 0 6 • TAJEMNICA 

cokolwiek. Nikt by nie zgadł, że gdzieś tu pochowano 

człowieka. Zastanawiam się, ile jest nie oznaczonych 

grobów. Może w tej chwili stoimy na jakimś? 

Od tej myśli przeszedł ją dreszcz. Taylor objął ją za 

ramiona i przytulił. 

- Chodź. Może coś znajdziemy w środku. 

Napisy na niektórych nagrobkach stanowiły inte­

resującą lekturę, ale większość była zaopatrzona jedy­

nie w nazwiska i daty. Sporo płyt było nie do 

odczytania, zniszczonych przez czas, przewróconych 

lub kruszących się. W parnym cieple teksaskiego 

wieczoru atmosfera cmentarza wydawała się wręcz 

dusząca. Taylor wyczuł, że Vanessa poddaje się przy­

gnębieniu. 

- Chodźmy stąd - powiedział. - Słońce za chwilę 

zajdzie. 

Pojechali do restauracji nastawionej głównie na 

obsługę młodych, samotnych osób, Wewnątrz tętnił 

rock, toczyły się rozmowy i rozlegały wybuchy śmie­

chu. To miejsce stanowiło znakomitą przeciwwagę dla 

ponurej i ciężkiej atmosfery cmentarza, więc gdy po 

kolacji dotarli do domu Vanessy, byli w zdecydowanie 

lepszym nastroju. 

- To dziwne - stwierdziła Vanessa, wchodząc do 

salonu. - Wciąż czuję tu zapach róż, a wyrzuciłam je 

po powrocie ze szkoły. Myślałbyś... 

- Nie myślałbym o różach - przerwał Taylor, bio-

rąc Vanessę w ramiona. - Czy wiesz, ile godzin upły-

nęło od naszego ostatniego pocałunku? 

- Trzy - wyliczyła Vanessa. Bardzo dokładnie ją 

wycałował przed wyjazdem do Dahlmanna. 

- Trzy najdłuższe godziny w moim życiu - oznaj-

mił, pochylając się. Całował ją żarliwie, przyciąga-

jąc jej ciało do swojego i mrucząc z niecierpliwości. 

Zsunął dłonie na pośladki dziewczyny i przywarł 

lędźwiami do jej bioder, by poczuła jego podniecenie. 

background image

TAJEMNICA •  1 0 7 

Przewędrował pocałunkami od ust przez szyję i wzdłuż 

wycięcia bluzki. - Z tobą jest* mi coraz lepiej - z tru­

dem złapał powietrze. - Jak to możliwe? - Wypro­

stował się, ale trzymał ją mocno w pasie i patrzył 

prosto w oczy. - Tym razem jestem potrójnie przygo­

towany. Miejmy nadzieję, że wystarczy. A teraz chcę 

cię zanieść do sypialni, zanim zaczniemy doświadczal­

nie sprawdzać, czy dwucentymetrowej grubości wy­

kładzina dywanowa na półcalowej płycie i szlichcie 

betonowej jest wygodna. 

Parę godzin później Vanessa podparła się na łokciu 

i spojrzała w dół na Taylora. 

- Myślę, że powinieneś dzisiaj wrócić do siebie 

-powiedziała. 

- Gdybym był w stanie się ruszyć i gdybym w ogóle 

chciał się ruszyć, to tylko razem z tobą - oświadczył. 

Leżeli w łóżku Vanessy, wyczerpani i całkowicie 

zaspokojeni. Kochali się dwa razy, najpierw z taką 

samą niecierpliwością, jak poprzedniej nocy, potem 

wolniej, odkrywając nowe przyjemności i subtelności 

w dotykaniu się i pieszczeniu. 

- Mówię poważnie, Taylor. Nie możemy... 

- Czego nie możemy? - Ujął kilka kosmyków jej 

włosów i muskał sobie nimi twarz. 

- Razem mieszkać. 

Przywołał dość energii, by obrócić głowę i wtulić 

w jej szyję. 

- Ale świetnie nam to wychodzi. - Pocałował ją 

głośno w ramię. - Wspaniale. - Jeszcze jeden pocału­

nek i zmysłowe westchnienie. - Zadowalająco. Rób­

my to oficjalnie. Mój dom czy twój? 

- Bądź poważny, Taylor - zaprotestowała, bez 

przekonania usiłując się odsunąć. - Jeszcze za wcześ­

nie, powiedziałam ci, że nie mogę podejmować teraz 

żadnych... 

background image

1 0 8 • TAJEMNICA 

- ...życiowych decyzji - dokończył za nią. 

Udało jej się usiąść. 

- Nie śmiej się ze mnie. Taylor. Nie jestem gotowa 

na ten rodzaj zaangażowania. 

- Godzinę temu byłaś. 

Vanessa owinęła się prześcieradłem i skrzyżowała 

ramiona. 

- Nie mieszaj tego z seksem. Mamy niewątpliwie 

wysoki współczynnik dopasowania seksualnego... 

Taylor wzniósł oczy w górę zniecierpliwiony. 

- Zlituj się, Vanesso! „Wysoki współczynnik dopa­

sowania seksualnego"?! 

- Nie zmieniaj tematu. 

- Czy masz jakiś słownik takich pokrętnych powie­

dzonek do wtrącania w czasie dyskusji? 

- Nie słuchasz. Specjalnie... 

- A jak wyliczasz ten współczynnik dopasowania 

seksualnego? - nacierał Taylor. - Skąd bierzesz wa­

rtości numeryczne, by stworzyć współczynnik czegoś 

tak subiektywnego i intymnego jak dopasowanie 

seksualne? 

Vanessa opadła na poduszki z jękiem i naciągnęła 

na głowę prześcieradło. Nie był to najlepszy pomysł, 

biorąc pod uwagę, że większa część Taylora znaj­

dowała się pod tymże prześcieradłem. Wsunął głowę 

do środka i oparł na poduszce obok Vanessy, po czym 

odwrócił palcem jej głowę w swoją stronę, aż popatrzy­

ła mu w oczy. 

- Nie ma sensu, żebym wychodził. Już spróbowali­

śmy zakazanego owocu. 

- Więcej niż spróbowaliśmy. Obżarliśmy się! - pa­

rsknęła śmiechem. 

Jej przypływ humoru dodał mu odwagi. 

- Vanesso, między nami jest coś więcej niż seks. 

- Wiem. 

- Więc dlaczego... 

background image

TAJEMNICA •  1 0 9 

- Nie chcę cię w mojej łazience! 

- Jest jeszcze druga w tym domu. 

- Na wszystko masz odpowiedź, co? 

- Nie mam odpowiedzi na to, dlaczego leżymy pod 

prześcieradłem i kłócimy się. 

Vanessa trzymała górną część prześcieradła. Teraz 

wyciągnęła ręce wzdłuż ciała, odkrywając ich głowy 

i ramiona. 

- Bo nie słuchasz. Ja po prostu nie jestem gotowa 

na taki układ, w którym spędzalibyśmy razem całe 

noce. I musisz to zaakceptować. 

Taylor przekręcił się i uderzył pięścią w materac. 

- Kobiety! - Położył dłoń na sercu i powiedział 

dramatycznym falsetem: - Nie zależy ci na mie! 

Chcesz tylko seksu. Nie chcesz nawet potem zostać i po 

prostu pobyć ze mną przez chwilę. 

- Rozumiem, że to cytat z innej kobiety. 

- Z każdej kobiety, jaką kiedykolwiek słyszałem 

skarżącą się na mężczyzn. A ja musiałem zakochać się 

w jedynej kobiecie w całym cywilizowanym świecie, 

która chce, żebym wyszedł po nieprawdopodobnym, 

nieopanowanym, całkowicie niepowtarzalnym kocha­

niu się. 

- I kto tu teraz korzysta ze słownika pokrętnych 

powiedzonek? 

- I kto wykręca się do odpowiedzi? 

- Zbyt na mnie naciskasz - zaprotestowała Va­

nessa. 

- Nic na to nie poradzę. Kocham cię. 

- Dla mnie to nie jest takie proste ani takie szybkie. 

Nie mogę w jednym tygodniu być niezależna i swobod­

na, a w następnym związana. Szczególnie gdy tyle 

dzieje się poza naszym związkiem. 

- Aha! - Taylor wykrzyknął triumfalnie. - Więc 

przyznajesz, że mamy związek! 

background image

1 1 0 • TAJEMNICA 

- Gdybyśmy nie mieli, nie leżałbyś w moim łóżku 

nagusieńki, dochodząc do siebie po nieprawdopodob­

nym, nieopanowanym, całkowicie niepowtarzalnym 

kochaniu się! 

Oparł się na łokciu i uśmiechnął uwodzicielsko. 

- Lubi mnie pani, panno Wiggins. Niech się pani 

przyzna! 

- Bardziej' niż lubię - przyznała, choć słowa z tru­

dem przeszły jej przez gardło. - Och, Taylor, oczywiś­

cie, że mi na tobie zależy, że kocham być z tobą, ale żyję 

w takim zamęcie. Pochlebia mi twoja wiara, że jesteś 

we mnie zakochany i chcesz ze mną być, ale nie 

pozwolę się wmanewrować w coś, na co nie jestem 

jeszcze gotowa. I proszę, nie patrz na mnie w ten 

sposób. Jestem tylko kobietą, a ty jesteś seksowny jak 

nie wiem co, i wykorzystujesz... 

Przerwał jej pocałunkiem, nie namiętnym i pobu­

dzającym, ale słodkim, krzepiącym i pełnym troski. 

Gdy uniósł głowę i spojrzał na nią, mogła w jego 

oczach odczytać miłość, żal i zrozumienie. 

- Potrafisz odwołać się do lepszej strony mojego 

charakteru - powiedział. - Dobranoc, kochanie. Śpij 

dobrze. I pamiętaj, że wystarczy zadzwonić, a przy­

biegnę. 

Z jakiegoś pokrętnego powodu zwycięstwo zasmu­

ciło raczej, niż uradowało Vanessę. 

- Taylor... - powiedziała z westchnieniem. 

Taylor już naciągał spodnie. 

- Vanesso, nie jestem ze stali. Jeszcze jedno słowo, 

a nie będę w stanie wyjść, i przynajmniej jedno z nas 

obudzi się rano, bardzo mnie nie lubiąc. - Złapał 

koszulę i naciągnął, nie przejmując się guzikami 

potem wepchnął skarpetki do kieszeni i wsunął w buty 

gołe stopy. - Zamknę za sobą drzwi, ale obiecaj, że 

założysz łańcuch. 

background image

TAJEMNICA •  1 1 1 

Houston i Cropville, Teksas - 1946 

Podczas narzeczeństwa z Dannym Jessica czuła 

chwilami zalążki budzącej się namiętności. Przy ogra­

niczonej wiedzy na temat seksu, zaczerpniętej jedynie 

z bardzo pruderyjnej książki poświęconej ludzkiemu 

seksualizmowi oraz z przykładu zwierząt, snuła fan­

tazje na temat miesiąca miodowego i spełnienia mał­

żeństwa. Te fantazje miały formę ładnych obrazków, 

które pojawiały się w jej umyśle jak sceny z roman­

tycznego filmu, z towarzyszeniem muzyki, narastają­

cej do crescendo, w miarę jak dochodzili do tego 

tajemniczego, magicznego momentu, o którym ludzie 

śnili. 

W dziewiczo białym peniuarze, kupionym w czasie 

kompletowania wyprawy, wsunęła się w ramiona 

Danny'ego. Pocałował ją tak, jak zawsze dotąd ją 

całował, a Jessica przytuliła się, ofiarowując siebie. 

Pocałunek trwał i trwał, dokładnie jak w jej fantaz­

jach. Myślała, że nigdy się nie skończy, i marzyła, by 

trwał wiecznie. Była niecierpliwa, podniecona i żądna 

poznania sekretu kobiecego spełnienia. Gdy język 

męża wsunął się między jej wargi, poczuła nowy, 

tajemniczy przypływ energii, podniecający i skłaniają­

cy, by jeszcze ciaśniej przywrzeć do Danny'ego w spo­

sób, który byłby bezwstydny, gdyby Danny nie był jej 

mężem. 

Więc tak to jest, myślała, a w jej głowie grała 

muzyka. To o to chodzi. 

Danny ściągnął jej peniuar z ramion i całował kark, 

równocześnie podsuwając w górę koszulę nocną, aż 

w końcu był w stanie dotknąć dłonią jej nagiego uda. 

Ten słodki, przelotny dotyk był jak zakąska po­

stawiona przed głodującym człowiekiem. Pobudził 

i wzmocnił jego apetyt. Zamruczał zmysłowo, chciwie 

przesuwając dłonią po nagiej skórze Jessiki. 

background image

1 1 2 • TAJEMNICA 

Dopiero po kilku sekundach jego umysł zarejest­

rował fakt, że Jessica nagle zesztywniała, ale nawet 

wtedy nie dotarło do niego, co to oznacza. Silne 

pchnięcie w pierś pozwoliło mu zrozumieć, że Jessica 

nie przyjmuje już chętnie jego pieszczot. Zdumiony, 

powiedział pytająco: 

- Jessico? 

Zarumieniona Jessica stała przed nim, z trudem 

łapiąc powietrze. 

- Jess? - powtórzył. 

- Ja... zaskoczyłeś mnie - powiedziała. 

Znowu objął ją z czułością. 

- Tak mi przykro, Jess. Tak bardzo cię pragnę, że 

zapominam, by się nie śpieszyć. Tak długo czekałem, 

dziecinko. Tak długo. 

- Wiem. Chcę... Teraz już nie spanikuję. 

Ale spanikowała. Wpadała w panikę za każdym 

razem, gdy próbował jej dotykać tam, gdzie nikt dotąd 

jej nie dotykał. Sztywniała i odpychała Danny'ego. Po 

kilku takich próbach wybuchnęła płaczem. 

Danny przytulał ją, głaskał po włosach i pocieszał, 

jakby była dzieckiem. 

- Jesteś zmęczona ślubem i tym całym zamiesza­

niem. Pozwól, żebym cię dziś po prostu trzymał w ra­

mionach, a gdy się obudzimy, będzie już nowy dzień. 

Ale nowy dzień nie pomógł. Ani powrót do Cropville 

i znajomych, wygodnych kątów. I zawsze już towa­

rzyszyła im świadomość, że gdy tylko próbują spełnić 

swoje małżeństwo, Jessica wpada w paraliżujące prze­

rażenie. 

Jessica przepraszała, Danny był cierpliwy i uspoka­

jał ją, ale napięcie rosło. W następnych tygodniach 

wybuchało od czasu do czasu, jak budzący się wulkan. 

- Przepraszam, przepraszam, Danny. Myślałam, 

że tym razem będzie inaczej. - Jessica powtarzała te 

słowa jak litanię, a łzy spływały jej po policzkach. 

background image

TAJEMNICA »  1 1 3 

- Za każdym razem myślisz, że będzie inaczej - po­

wiedział Danny. -I zawsze jest tak samo. Jess, ko­

cham cię, skarbie. Chcę się z tobą kochać. 

- Wiem. I ja też chcę, ale... - Pociągnęła nosem. 

- Spróbujmy jeszcze raz, Danny. Proszę. Tym razem 

nie ucieknę. Ja... 

Jęknął, sfrustrowany. 

- Jesteś zbyt roztrzęsiona. Do diabła, ja też jestem 

zbyt roztrzęsiony. No już, daj się przytulić. Nie mogę 

znieść, kiedy płaczesz. 

- Jak możesz mnie kochać? 

- Kocham cię, bo cię kocham. 

- Ale jak długo będziesz mnie kochał, skoro... 

- Koniec zdania stłumił szloch. - Skoro nie mogę być 

dla ciebie prawdziwą żoną. 

Danny westchnął z rezygnacją. 

- Po prostu będę kochać, jak długo potrafię. 

background image

ROZDZIAŁ 

Nieprawdopodobny, nieopanowany, całkowicie 

niepowtarzalny seks wyczerpuje nawet najbardziej 

męskich mężczyzn. Taylor leżał w łóżku i oglądał 

wieczorne wiadomości, gdy naszło go takie zmęczenie, 

że wyłączył telewizor. 

Choć Vanessa nigdy nie była w jego łóżku, brako­

wało mu jej tam. Jej miejsce było obok niego, wszystko 

jedno, gdzie przebywali. Zasnął, zastanawiając się, ile 

czasu potrzeba, by zdała sobie z tego sprawę. 

Jakiś czas później z głębokiego snu wyrwał go 

przenikliwy głos dzwonka do drzwi. Taylor wyskoczył 

z łóżka, natychmiast przytomny. Vanessa! Złapał 

spodnie, wsunął jedną nogę w nogawkę i ruszył ku 

drzwiom podskakując, usiłując w biegu naciągnąć 

drugą. 

Stała przed drzwiami, w dżinsach, koszuli nocnej 

i klapkach, z potarganymi włosami i nieprzytomnym 

spojrzeniem w oczach, zupełnie jak poprzedniej nocy. 

Gdy tylko uchylił drzwi, wpadła do środka i oplotła 

Taylora ramionami. 

- Nie chciałam przychodzić - powiedziała z twa­

rzą wtuloną w jego szyję. Lgnęła do niego ze zdumie­

wającą siłą. - To takie niesprawiedliwe, skoro wy­

słałam cię do domu, ale... - Odchyliła głowę, by 

background image

TAJEMNICA •  1 1 5 

spojrzeć mu w twarz. - Och, Taylor, nie mogłam 

zostać sama. To było takie okropne. Musiałam 

przyjść. 

Odsunął ją lekko, by mogła dokładnie zobaczyć 

jego twarz. 

- Jestem tu, kiedykolwiek byś mnie potrzebowała. 

Kiedykolwiek. I nigdy, nigdy więcej nie przepraszaj, że 

do mnie przychodzisz. - Przyciągnął ją do siebie zno­

wu, przytulając mocno i głaszcząc po plecach. 

Stali tak przez dłuższą chwilę. W końcu Vanessa 

przerwała milczenie. 

- Nie możemy się dalej tak spotykać w środku 

nocy. 

Taylor usłyszał nutę histerii pod próbą żartu. 

- Znowu sen? - Przytaknęła, nie odrywając głowy 

od jego piersi. - Naleję nam po kieliszku wina i poroz­

mawiamy. 

Gdy wrócił z kuchni z winem, Vanessa siedziała 

w kącie kanapy, zwinięta w kłębek. Wyglądała na 

bardzo małą i bezbronną. Wzięła kieliszek i pociągnęła 

spory łyk. 

- Która godzina? 

- Za kwadrans czwarta. 

- To nie fair wobec ciebie. 

Objął ją ramieniem. 

- Ja się nie skarżę. 

Zapadła cisza. Vanessa sączyła wino powoli, ale 

bez przerwy. Opróżniwszy kieliszek, odstawiła go 

na stolik. 

- To był ten sam sen, tylko... gorszy. 

- Jak gorszy? 

- Dłuższy. Bardziej szczegółowy. - Objęła Taylora 

i przytuliła policzek do jego ramienia. Czuł, że pomaga 

i jej to walczyć ze strachem. Oddychała szybko i głębo­

ko. - Był bardziej realistyczny. Ja... czułam wszystko 

i widziałam... - Wciągnęła powietrze i wypuściła je. 

background image

1 1 6 • TAJEMNICA 

W jej głosie drżał strach, który powrócił - a może 

nigdy jej nie opuścił?  - T a postać przy oknie... Tym 

razem ją widziałam. To była... - Popłynęły pierwsze 

łzy. Zaszlochała. - Och, Taylor, to była mała dziew­

czynka. Widziałam ją wyraźnie. Miała na sobie baweł­

nianą sukienkę i fartuszek, a jej włosy były długie 

i zwinięte w loki. Wiesz, takie staroświeckie loki, jakie 

dziewczynki nosiły. Zaglądała do pokoju, miała szero­

ko otwarte oczy i była... przerażona. - Przełknęła 

szloch i podniosła głowę. - To na pewno Maggie 

O'Malley. Wprowadziłam ją do snu. Mój mózg tworzy 

ten koszmar, a ja nie wiem, co to znaczy, oprócz tego, 

że chyba tracę rozum. 

Taylor zrobił jedyne, co mógł: trzymał ją w ramio­

nach, głaskał, całował, szeptał do ucha uspokajające 

słowa. Na wpół niosąc, zaprowadził ją do łóżka, podał 

chusteczkę, wytarł twarz wilgotnym ręcznikiem, a po­

tem położył się obok i przywarł do niej całym ciałem, 

jakby osłaniając przed strachem, który groził, że ją 

zniszczy. 

- Nigdy więcej nie musisz iść do tamtego domu 

- szeptał. - Nigdy więcej we śnie nie musisz być dalej 

ode mnie niż teraz. 

Spali wtuleni w siebie, aż zadzwonił budzik. Taylor 

wyłączył go i spojrzał na Vanessę, tak głęboko uśpio­

ną, że nawet się nie poruszyła. Ostrożnie wysunął się 

z łóżka, by jej nie obudzić. Włączył ekspres do kawy, 

wziął prysznic i ogolił się. Nalał kawy i usiadł przy 

stole, pijąc parujący płyn i zastanawiając się, co robić. 

Gdyby wiedział, do kogo zadzwonić z wiadomością, że 

Vanessa jest zbyt chora, by przyjść do pracy, pozwolił­

by jej spać. Ale w szkole nikt nie odpowiadał, nikt też 

nie podnosił słuchawki w biurze kuratorium, więc 

napełnił kawą drugą filiżankę i zaniósł do sypialni. 

Chwilę trwało, zanim doprowadził ją do jako takiej 

przytomności. 

background image

TAJEMNICA »  1 1 7 

- Jest wpół do siódmej - powiedział. - Co masz 

zamiar zrobić z pracą? 

- Pracą? - Z widocznym wysiłkiem usiłowała sku­

pić myśli. - Muszę iść. 

- Musisz? Nie możesz powiedzieć, że jesteś chora 

i trochę odpocząć? 

- Nie... Nigdy nie opuszczam lekcji. 

- Nie mogą, załatwić zastępstwa? 

- Jest bardzo mało czasu na załatwienie kogo­

kolwiek. 

- Potrzebujesz odpoczynku. 

- Nie mogę. 

- Możesz. Ja też zostanę w domu. Zrobimy sobie 

wagary, będziemy spać do południa, wypożyczymy 

jakieś stare filmy czy coś w tym rodzaju. 

- Moja klasa dzisiaj właśnie ma oglądać film. Więc 

chyba nic by się nie stało... 

- Kogo musisz zawiadomić? 

- Dyrektora. 

- Tu masz telefon - powiedział, zanim zdążyła 

zmienić zdanie. Gdy skończyła rozmawiać, zadzwonił 

do swego biura i wrócił do łóżka, ale Vanessa już 

spała. 

Vanessa przeciągnęła się i ułożyła wygodnie koło 

nagiego ciała Taylora. 

- Masz na mnie zły wpływ, Taylorze Stephensonie. 

Przywiodłeś mnie do lenistwa i braku odpowiedzia­

lności. 

- Zapomniałaś o rozpuście. 

- To ci mogę wybaczyć. Ale nigdy dotychczas nie 

opuściłam szkoły. 

- A ja ją opuszczałem bardzo często, ale nigdy nie 

było to takie miłe. 

- Czuję się niezwykle dekadencko. 

Spali prawie do pierwszej, a potem kochali się. 

background image

1 1 8 » TAJEMNICA 

- Miałbym ochotę zostać tu na całą wieczność, 

- Pocałował ją w czubek głowy. 

Vanessa pierwsza przerwała długą, przyjazną ciszę, 

która zapadła po jego słowach. 

- Nie mogę tego zrobić, Taylor. - Ton jej głosu 

powiedział mu, że podjęła jakąś decyzję. 

- Czego nie możesz zrobić? - spytał, ze strachem 

oczekując odpowiedzi. 

- Zostać tu, gdzie jest tak miło i bezpiecznie, 

i udawać, że dom przy Zaułku Wyjącego Wilka 16 245 

nie istnieje, a ja nie widziałam O'Malleya wiszącego na 

drzewie. - W jej wielkich oczach błyszczała deter­

minacja. - Nie mogę od tego uciec. 

Taylor odwrócił głowę. 

- W gruncie rzeczy nie wierzyłem, że to zrobisz 

- powiedział smutno. 

Znowu milczenie. 

- Spłaciłam dopiero pierwszą ratę trzydziestoletniego 

kredytu hipotecznego. Nie mogę tak po prostu odejść. 

Taylor nie odpowiadał. Po chwili milczenia Vanessa 

dodała: 

- To by zawsze tkwiło między nami. Nigdy nie 

byłabym w stanie dojść do ładu ze sobą, gdybym 

uciekła i nie próbowała wyświetlić tajemnicy. 

- Znowu kłócisz się sama ze sobą - powiedział 

łagodnie. Gdy Vanessa nie zareagowała, zapytał: - A 

więc, gdzie chcesz zjeść obiad, zanim wyruszymy na 

poszukiwanie Maggie O'Malley? 

- Wciąż zajęte? 

Vanessa odłożyła słuchawkę automatu telefonicz­

nego i kiwnęła głową. 

- Najpierw nikt nie odpowiadał, a teraz od godziny 

jest zajęte. 

- To tylko kilka mil stąd. Może po prostu tam 

podjedziemy? 

background image

TAJEMNICA •  1 1 9 

- Wiesz na pewno, gdzie to jest? 

- Jeśli to dom, o którym myślę, to znajduje się przy 

tym pustym odcinku drogi zaraz za miastem. 

Nazwisko na skrzynce na listy potwierdzało, że 

znaleźli dom Staalów. Obszerny budynek z kamienia 

zbudowano obok starego, drewnianego domu, przy­

pominającego dom Dahlmanna. 

- Wygląda na to, że ktoś jest w domu - zauważył 

Taylor, wskazując kilka samochodów stojących przed 

garażem. 

Drzwi otworzył szczupły, wysoki nastolatek. Wyja­

śnili pokrótce, z czym przyjechali. Chłopiec zastanowił 

się przez chwilę. 

- Zawołam mamę - powiedział w końcu. 

Zniknął, zostawiając Taylora i Vanessę na ganku. 

Słyszeli jego donośny głos. 

- Mama? Ktoś do ciebie w sprawie panny Maggie. 

W drzwiach pojawiła się kobieta w wieku czter­

dziestu paru lat, patrząc na nich z ciekawością. 

- Pani Betty Staal? - spytała Vanessa i przed­

stawiła siebie i Taylora. - Chcielibyśmy odnaleźć pan­

nę Maggie O'Malley. Pan Dahlmann skierował nas 

do pani. 

Pani Staal zawahała się, ale zaprosiła ich do środka. 

Weszli do pokoju, w którym dwoje dzieci siedziało 

przed telewizorem, grając w grę elektroniczną, produ­

kującą piski, stukanie i melodyjki. 

- Próbowaliśmy zadzwonić - powiedziała Vanes­

sa - ale najpierw nikt nie odpowiadał, a potem było 

cały czas zajęte. 

- Mam troje nastolatków i jedno młodsze. Telefon 

jest zajęty od wpół do trzeciej do wpół do dziesiątej 

wieczorem. Mój mąż i ja mamy osobną linię, z za­

strzeżonym numerem. - Wskazała im kanapę, a sama 

zajęła stojący naprzeciwko fotel. - Powiedziała pani, 

że szuka informacji o Maggie O'Malley? 

background image

1 2 0 » TAJEMNICA 

- Mieszkam w Wilczym Zakątku, w pobliżu daw­

nego domu O'Malleyów - wyjaśniła Vanessa. - Inte­

resuje mnie historia tych okolic i chciałabym poroz­

mawiać z panną O'Malley. Pan Dahlmann sądził, że 

pani będzie wiedzieć, gdzie ona jest. 

Pani Staal zawahała się. 

- Tak, wiem, gdzie jest - powiedziała w końcu. 

Vanessa źle zrozumiała przyczynę wahania. 

- Żyje jeszcze? 

- Och tak, żyje. - Pani Staal splotła palce i wpat­

rywała się w nie dłuższą chwilę, zanim podniosła wzrok 

na Vanessę. - Czy mogę wiedzieć, o czym konkretnie 

chciałaby pani z nią rozmawiać? 

- O śmierci jej ojca. 

Pani Staal opadła na oparcie fotela i westchnęła 

ciężko, najwyraźniej zastanawiając się, czy pomóc 

Vanessie. 

- Czy zgodziłaby się ze mną porozmawiać? Jak 

pani myśli? - Vanessa nie dawała za wygraną. 

- O, tak, na pewno. Tylko że... panna Maggie jest 

tak... prostoduszna. - Uśmiechnęła się. - Całe życie 

nazywałam ją panną Maggie. Pracowała u moich 

rodziców jeszcze przed moim urodzeniem i wciąż była 

w sklepie, gdy zamknęliśmy go jakiś czas temu. - Ton 

jej głosu zmienił się nieco. - Właściwie powinnam 

traktować ją jak drugą matkę. Ale w gruncie rzeczy jest 

dla mnie bardziej jak adoptowane dziecko. Łatwo ją 

zranić. 

- Absolutnie nie zamierzam jej zranić - zapewniła 

Vanessa. - Po prostu chciałabym wiedzieć więcej 

o śmierci jej ojca. 

Pani Staal wciągnęła głośno powietrze. 

- Widziała pani ducha. 

- Tak. 

- Wielu ludzi go widziało. Wie pani, panna Maggie 

nigdy nie uwierzyła, że jej ojciec się zabił. Uważa, że on 

background image

TAJEMNICA •  1 2 1 

wraca, bo... - Odgarnęła włosy z czoła i westchnęła. 

- Może niech lepiej ona sama wam to opowie. Proszę, 

pamiętajcie tylko, że jest bardzo... krucha. 

- Będziemy pamiętać. 

- Mieszka w domu spokojnej starości w Katy. 

Dam wam adres i telefon. Mają określone godziny 

wizyt i lubią, żeby umawiać się z góry. 

- Bardzo pani dziękuję - powiedziała Vanessa, 

gdy kobieta dała jej kartkę z adresem i numerem te­

lefonu. 

Pani Staal zawahała się, jakby niepewna, czy coś 

dodać, w końcu podjęła decyzję. 

- Panna Maggie kocha rośliny, szczególnie kwit­

nące. Ma cały parapet zastawiony doniczkami. Byłoby 

miło... 

- Dziękuję, na pewno coś jej zawiozę - uśmiech­

nęła się Vanessa. 

Zatrzymali się przy budce telefonicznej, by Vanessa 

mogła zadzwonić do domu spokojnej starości. 

- Możemy odwiedzić ją jutro między szóstą a siód­

mą trzydzieści - poinformowała Taylora po rozmo­

wie z recepcjonistką. 

- Czyli dzisiaj mamy wolny wieczór. Może pó­

jdziemy do kina? Co powiesz na „Morderstwo przy 

ulicy Wiązowej"? 

- Czytałam, że znowu grają „Bambi" Disneya. 

- Poszukajmy czegoś kompromisowego - zapro­

ponował Taylor i poszli na romantyczną komedię. 

- Głodna? - spytał, gdy już jechali do domu. 

- Nie tak bardzo - zaprzeczyła. - Śniadanie o pie­

rwszej i obiad o trzeciej sprawiły, że mój żołądek nie 

wie, co się dzieje. 

- A może kupimy po drodze pizzę? Dotrzemy do 

domu akurat na wieczorne wiadomości. 

- Z pepperoni i grzybami? 

- I podwójnym serem. 

background image

1 2 2 • TAJEMNICA 

- I chianti. 

- Załatwione. 

Znacznie później, gdy skończyli pizzę i butelkę wina 

i siedzieli na kanapie w stanie absolutnego rozleniwie­

nia, Vanessa oparła głowę na piersi Taylora i powie­

działa: 

- Dzisiaj żadnych koszmarów. Nie mogłabym. 

Jestem zbyt... - westchnęła wymownie. 

- Ja też. Chodźmy do łóżka. 

- Dobrze - zgodziła się, oplatając Taylora ramio­

nami i przyciągając jego usta do swoich. - Chodźmy. 

Kwiaciarnia w pobliżu szkoły prowadziła sprzedaż 

promocyjną miniaturowych krzewów różanych. Va­

nessa wybrała jeden, cały w malutkich, czerwonych 

różyczkach, i poprosiła o zapakowanie w ozdobną, 

czerwoną folię i obwiązanie kokardą w białe kropki. 

Krzaczek wyglądał zabawnie i pogodnie. 

- Powinno jej się podobać - stwierdził Taylor, gdy 

przyszedł po Vanessę. 

- Ciekawe, jaka ona jest - zastanawiała się głośno 

Vanessa w samochodzie w drodze do domu spokojnej 

starości. - Według pani Staal jest bardzo krucha. 

Mam nadzieję, że moje pytania jej nie rozstroją. 

- Pani Staal najwyraźniej czuje się za nią od­

powiedzialna. Gdyby uważała, że nasza wizyta ją 

rozstroi, nie dałaby ci adresu Maggie. 

- Pewnie nie - zgodziła się Vanessa. 

Recepcjonistka w domu spokojnej starości kazała 

im się wpisać do książki wizyt i przypięła plakietki 

z napisem „odwiedzający". 

- Zawiadomię pannę O'Malley, że tu jesteście. 

Spotka się z wami za parę minut w solarium. Prosto 

przez hol, potem w lewo. Zobaczycie napis. 

Maggie O'Malley nie była inwalidką, ale szła, jakby 

grube podeszwy jej butów zrobiono z ołowiu. Ramio-

background image

TAJEMNICA »  1 2 3 

na pochylała w sposób mówiący, że życie ją pokonało, 

a ona już dawno pogodziła się ze swoją klęską. Jej 

twarz, bez makijażu i bez wyrazu, otaczały przycięte 

krótko włosy. Ubrana była w bezkształtną sukienkę. 

- To wy chcieliście mnie widzieć? - zapytała, ner­

wowo poprawiając na nosie okulary. Nosiła grube 

szkła w niemodnych oprawkach, które nie poprawiały 

kształtu jej twarzy. Vanessa pomyślała ze smutkiem, że 

wygląda jak osoba, o którą nikt nigdy się nie troszczył, 

i poczuła przypływ współczucia dla dziecka, na dwa 

sposoby porzuconego przez rodziców. Panna Maggie 

ze sklepu: przedwcześnie zabrano jej dzieciństwo, 

a nigdy nie osiągnęła dojrzałości, na zawsze zatrzyma­

na w stanie dorosłego dziecka. 

Vanessa przedstawiła siebie i Taylora i podała 

pannie Maggie różyczkę. 

- Pani Staal mówiła, że lubi pani rośliny. Przywieź­

liśmy ten krzaczek dla pani. 

Maggie była wyraźnie wzruszona. 

- Jakie maleństwa. - Dotknęła ostrożnie jednego 

kwiatka, uśmiechając się. Miała rozlewny, nosowy 

akcent z teksaskiej wsi. 

Usiedli wokół niewielkiego stolika i zapadło nie­

zręczne milczenie. Pierwsza, o dziwo, odezwała się 

Maggie. 

- Betty was przysłała? 

- Powiedziała nam, gdzie panią znaleźć - wyjaś­

niła Vanessa. 

- Co tam u niej? Wszystko w porządku? 

- Wygląda na bardzo szczęśliwą osobę. 

- Zawsze była taka pogodna - przytaknęła panna 

Maggie. - A jak jej dzieciaki? Rosną chyba jak na 

drożdżach. 

- Cały czas wiszą przy telefonie - uśmiechnęła się 

Vanessa, zadowolona, że Maggie coś mówi. 

Maggie uśmiechnęła się. 

background image

1 2 4 • TAJEMNICA 

- Swego czasu Betty wisiała na telefonie ojca. Gdy 

Henry Staal zaczął za nią chodzić, cały dzień gadali 

przez telefon albo siedzieli razem. Nawet jak Betty szła 

pracować do sklepu, Henry kręcił się w pobliżu. Pan 

Morehouse w końcu dał mu pracę, żeby Betty mogła 

w ogóle coś zrobić. Nie przypuszczał chyba, że kiedyś 

Henry Staal przejmie po nim sklep. 

Zagubiona we wspomnieniach, przez chwilę bawiła 

się wstążką, aż w końcu wróciła do rzeczywistości. 

Spojrzała na Vanessę i Taylora. 

- W jakiej sprawie chcieliście się ze mną widzieć? 

Gdy Taylor pokrótce wyjaśniał sytuację, skubała 

wstążkę, ale po chwili opuściła ręce na kolana i wpat­

rzyła się w nich. 

- Widziała pani mego tatę wiszącego na tym drze­

wie? - Jej smutek był niemal namacalny. 

- Nie wiem - powiedziała Vanessa. - Widziałam 

jakąś postać. I wydawało mi się, że prosi mnie 

o pomoc. Ale nie wiem, co mogę dla niego zrobić. 

Myślałam, że może pani pomogłaby mi lepiej zro­

zumieć sytuację. 

Maggie wytarła dłonie o sukienkę. 

- Myślicie, że mój tata się powiesił? - Nie czekała 

na odpowiedź. - Wszyscy tak mówili. Mówili też, że, 

moja mama uciekła z tym komiwojażerem, ale moja 

mama nigdy by nic takiego nie zrobiła. 

- Ile pani miała lat, gdy to się zdarzyło, panno 

Maggie? 

- Mówili, że jestem za mała, by zrozumieć, ale nie 

byłam taka mała, żeby nie wiedzieć, że moja mama 

nigdy by tak nie uciekła i nie zostawiłaby mnie, a mój 

tata nie powiesiłby się na drzewie. 

- Ile pani miała lat? - powtórzył Taylor łagodnie. 

- Dziewięć. Dziewięć lat. Mówili, że nic nie rozu­

miem, ale ja wiedziałam. Mieliśmy stracić farmę i 

i wiedzieliśmy o tym, a mama i tata zastanawiali się, 

background image

TAJEMNICA »  1 2 5 

gdzie pójdziemy. Ale wszystko jedno gdzie, mieliśmy 

tam pójść razem. Tata to powtarzał setki razy. Mama 

kochała nas oboje. Nie uciekłaby z żadnym komiwoja­

żerem. 

- A po co ktoś miałby wymyślić taką historie? 

- Ten, kto ich zabił, chciał, żeby ludzie tak my­

śleli. 

- Uważa pani, że pani ojciec został zamordowany? 

Maggie spojrzała jej prosto w oczy. 

- Tak, tak uważam. Zawsze to mówiłam, ale nikt 

mnie nie słuchał. Wszyscy mówili, że to niemożliwe, 

żeby Tilly O'Malley tak uciekła, i czy to nie okropne, że 

Paddy O'Malley zwariował i zabił się, ale chętnie w to 

jednak uwierzyli. - W jej głosie pojawiła się dawna 

gorycz. - I to wszystko tacy przyzwoici, uczciwi, bo­

gobojni ludzie. - Oczy błysnęły karmionym przez pół 

wieku gniewem. - Wiecie, że nie pozwolili go po­

chować na cmentarzu? Musieli zrobić to, co słuszne, 

a jakże. Nawet nie oznaczyli jego grobu. 

- Byliśmy na cmentarzu - powiedziała Vanessa. 

- Próbowaliśmy odszukać grób, ale nie udało nam się. 

- Poszliście poszukać grobu mojego taty? 

- Vanessa tak chciała - przytaknął Taylor. 

Zapadła cisza, w której każde z nich rozmyślało 

o pochówku w nie oznaczonym grobie. 

- Jak pani myśli, co stało się z pani rodzicami? 

- spytała w końcu Vanessa. 

- Ktoś ich zabił. 

- Czy mieli wrogów? 

- Nie, nie mieli żadnych wrogów. Wszyscy ich 

lubili. Moją mamę wszyscy kochali i mówili, jaka 

z niej miła kobieta. A tata był dobrym człowiekiem. 

Dobrym sąsiadem, który zawsze chętnie pomagał 

innym. 

- Więc dlaczego? Dlaczego ktoś miałby ich zabić? 

sip A43

background image

1 2 6 • TAJEMNICA 

- Nie wiem - westchnęła Maggie, wycierając dło­

nią łzę. - Może jakiś obcy? Ktoś, kto był przejazdem? 

Na przykład ten komiwojażer? Nic poza tym nie ma 

sensu. A teraz już się chyba nigdy nie dowiemy. 

Taylor poprawił się na krześle i pochylił do przodu, 

opierając łokcie na udach. 

- Załóżmy, że ma pani rację, Maggie. 

Maggie pociągnęła nosem z wyższością. 

- Nie musicie niczego zakładać. Musicie mi po 

prostu wierzyć, kiedy mówię prawdę. 

- Więc jak to się odbyło? 

- Moją mamę albo zabili, albo porwali. Była ładną 

kobietą, wszyscy tak mówili. Pewnie jakiemuś męż­

czyźnie wpadła w oko i porwał ją. Może nawet ten 

komiwojażer. Może ją związał i zabrał. Ale jeśli tak 

było, to potem ją zabił. 

- Dlaczego pani tak sądzi? 

- Bo mama mnie kochała. Gdyby mogła coś na to 

poradzić, to by mnie nie zostawiła. Gdyby żyła, to 

choćby nie wiem co, wróciłaby po mnie. 

- A pani ojciec? 

- Dali mu po głowie i powiesili na drzewie, żeby nie 

gadał. Walczyłby, żeby obronić moją mamę. Był 

Irlandczykiem, umiał się bić. Ale noga ciągle go bolała. 

Więc dali mu po głowie. 

- Czy nie było śledztwa? - spytała Vanessa. - Czy 

szeryf, czy kto tam badał okoliczności śmierci, nie 

oglądał ciała? 

- Ha! Szeryf! Jak już tatę zdjęli z tego drzewa, 

szeryf nawet na niego nie spojrzał. Nawet gdy powie­

działam mu o krwi. Wisielcy tak nie krwawią. 

Taylor i Vanessa ożywili się. 

- Krew? - spytał Taylor. 

- Tak, proszę pana. To było najgorsze. Całą głowę 

z tyłu i koszulę miał zakrwawioną. 

background image

TAJEMNICA •  1 2 7 

- I szeryf tego nie sprawdził? - spytała Vanessa 

niedowierzająco. 

- Powiedział tylko, że mój tata śmierdział bimb­

rem, więc pewnie upadł i uderzył się w głowę. A potem 

zapytał, gdzie jest mama, i popatrzył do szafy, i spytał, 

czy mamy walizkę. I powiedział, że jak nie ma ani 

mamy, ani walizki, to pewnie mama uciekła. 

- A skąd w tym wszystkim wziął się komiwojażer? 

- Poprzedniego dnia mama była w sklepie w mias­

teczku, a kiedy wyszła, to jakiś komiwojażer zapytał 

pana Fishera - pan Fisher prowadził sklep - zapytał 

pana Fishera, kim mama jest i gdzie mieszka, i powie­

dział, że szykowna z niej kobitka. Panu Fisherowi to 

się przypomniało, jak usłyszał, że mama zniknęła, 

i powiedział szeryfowi. Szeryf szukał tego człowieka, 

ale go nie znalazł. 

- Dość kruche podstawy do wysnuwania wnios­

ków - stwierdziła Vanessa. 

- To były lata trzydzieste w małym miasteczku 

- zauważył Taylor. 

- Wtedy ludzie mieli znacznie prostsze podejście do 

wielu rzeczy - powiedziała Maggie. - Nie było tylu 

rozrywek, żadnej telewizji ani nic takiego. No, więc 

chyba lubili sobie poplotkować. Nieważne, czy coś 

było prawdą, ważne, żeby dotyczyło kogoś innego. 

- Zgodnie z powszechną opinią, pani ojciec był 

pijany - powiedziała Vanessa. - Czy nie mógł się upić 

i... 

- Był Irlandczykiem, więc od czasu do czasu lubił 

sobie wypić, ale nie był pijakiem. I na pewno nie piłby 

w środku dnia. Co to, to nie. Gdyby po powrocie 

z miasta odkrył, że moja mama odeszła, to by za nią 

pogonił. Na pewno nie złapałby za butelkę i nie upiłby 

się, wiedząc, że za parę godzin wrócę ze szkoły. 

- Znowu wytarła ręce o spódnicę. - No i jeszcze ta 

kartka. To w ogóle niemożliwe, żeby się upił i potem 

background image

1 2 8 • TAJEMNICA 

napisał kartkę. Pisanie nie szło mu składnie, nawet jak 

był trzeźwy. 

- Zostawił list pożegnalny? 

- Szeryf tak to nazywał. Nigdy nie wierzyłam, 

żeby tata zostawił jakieś pismo, ale powiedzieli, że 

pasowało do jego podpisu na podaniu o pożyczkę 

w banku. Stary Vandover od razu pokazał szeryfowi 

te papiery o pożyczkę. 

- Czy widziała pani tę kartkę? 

- Nie, ale szeryf powiedział mi, co na niej było. 

Jedno zdanie: „To zbyt wiele" i podpis taty. 

- „To zbyt wiele" - powtórzyła Vanessa z na­

mysłem. 

- Coraz dziwniejsza sprawa - stwierdził Taylor. 

- Ja tam nigdy w to nie wierzyłam, ale nikt nie 

chciał mnie słuchać, nawet jak ich błagałam, żeby 

pochowali tatę na cmentarzu. Wszyscy mnie żałowali. 

Lepiej się czuli, jak mnie mogli pogłaskać po głowie 

i współczuć biednej małej Maggie, której mama uciek­

ła, a tata się powiesił. Ale nikt mnie nie chciał słuchać. 

Vanessa położyła dłoń na ręce panny Maggie. 

- Musiało być pani strasznie ciężko dorastać bez 

rodziców. 

- Dałam sobie radę. - Maggie wyprostowała się na 

krześle. 

Vanessa i Taylor wymienili spojrzenia, mówiące: „i 

co dalej?" Taylor niedostrzegalnie potrząsnął głową, 

pokazując, że też nie ma pojęcia. Maggie znowu 

skubała wstążkę przy krzaczku róży. 

- Mówi pani, że drzewo wciąż tam jest? 

- Tak - potwierdziła Vanessa, z ulgą przyjmując 

dalszy ciąg rozmowy. - Rośnie na moim podwórku. 

- Ale chyba... - Maggie przerwała i zamyśliła się. 

- Tak? - Vanessa chciała kontynuować konwersację. 

- Chyba kwiatów już tam nie ma. Za dużo czasu 

upłynęło. - Pochyliła się, powąchała jedną z miniatu-

background image

TAJEMNICA •  1 2 9 

rowych różyczek i spojrzała na Vanessę. - Moja ma­

ma kochała kwiaty. Najbardziej róże. Przy oknie 

posadziła pnące róże, które pachniały całe lato. 

Vanessę przeszedł dreszcz. Róże za oknem, ich 

silny, słodki zapach... I dziecko o miłej buzi... Pobladła 

wyraźnie, aż Taylor położył jej rękę na ramieniu. 

- Vanesso? 

Nie odpowiadając Taylorowi, zwróciła się do Mag­

gie: 

- Czy jako dziecko nosiła pani włosy w długich, 

kręconych lokach? 

Maggie parsknęła śmiechem i poklepała się po 

włosach. 

- Och nie, nie moje włosy. Mama próbowała je 

kręcić, żebym mogła wyglądać jak inne dziewczynki. 

Próbowała na lokówkach, na papilotach, na czym się 

dało. Ale to jakby próbować kręcić słomę. Więc 

w końcu zawsze wkładała mi na głowę garnek i ścinała 

włosy równo dookoła. 

Vanessa odetchnęła z ulgą. Po prostu zbieg okolicz­

ności i zbyt aktywna wyobraźnia. 

Maggie znów się pochyliła, wąchając róże. 

- Mieliśmy jeszcze kapryfolium i wistarię. Na wios­

nę mama zawsze mówiła, że nasze podwórko pachnie 

jak ambrozja. A pszczoły uwijały się wokół całymi 

chmarami. Czasami buczały tak głośno jak piła elekt­

ryczna. 

Vanessa czuła, jakby mróz przenikał całe jej ciało. 

Objęła się ramionami. 

- Pszczoły - szepnęła chrapliwie i odwróciła się ku 

Taylorowi z lękiem wypisanym na twarzy. - To bucze­

nie w moim śnie to były pszczoły. 

background image

ROZDZIAŁ 

10 

Gdy wychodzili z domu spokojnej starości, Taylor 

opiekuńczo objął Vanessę. Vanessa walczyła z chęcią 

schowania twarzy na jego piersi, wiedząc, że jeśli to 

zrobi, zapewne obejmie go z całej siły i przytuli się 

w sposób całkowicie nieodpowiedni w miejscu publicz­

nym. Ciepło i siła mięśni Taylora były tak uspokajają­

ce, zapewniały takie bezpieczeństwo, że Vanessa bała 

się, by nie stracić resztek kontroli nad sobą i nie 

wybuchnąć płaczem. 

Usiadła na miejscu pasażera w samochodzie 

i stoicko wpatrywała się przed siebie, zacisnąwszy 

pięści. 

Taylor zaczekał, aż Vanessa się trochę rozluźni 

i odpręży, zanim odważył się przerwać ciężkie mil­

czenie. 

- No i co? Co o tym myślisz? - zapytał wprost. 

- Z deszczu pod rynnę - mruknęła Vanessa, ucie­

kając się do starego powiedzonka. Westchnęła głębo­

ko i wyjaśniła: - Nie wiem, co myśleć. Z głębokim 

przekonaniem przedstawiała swoje zdanie, ale nie 

wiem, na ile możemy w to wszystko wierzyć. 

- Tak, jej spostrzeżenia były raczej dziecinne 

- przytaknął Taylor. - Piękna i dobra matka i ciężko 

pracujący, troskliwy ojciec. 

background image

TAJEMNICA •  1 3 1 

- I niesympatyczny szeryf - dodała Vanessa. 

- Przedstawiła go jak złą czarownicę. 

- Musiało jej być trudno pogodzić się z tym 

wszystkim. 

- Owszem - zgodziła się Vanessa. - Najwyraźniej 

uwielbiała swoich rodziców. To normalne u dziewię­

cioletniego dziecka, szczególnie że utraciła ich tak 

gwałtownie. Dziecku trudno byłoby przyjąć do wia­

domości, że jedno z nich ją opuściło, a... drugie się 

zabiło. 

- Więc myślisz, że po prostu odmówiła przyjęcia 

prawdy do wiadomości? 

- Może nie była w stanie tego zrobić. Jak inaczej 

dziewięciolatka mogłaby sobie z czymś takim pora­

dzić? Porzucenie, samobójstwo... Wtedy nie było pro­

gramów pomocy psychologicznej, jakie mamy teraz. 

Zaprzeczenie wydaje się normalnym mechanizmem 

samoobronnym. 

- A skoro jej umysł odrzucił prawdę na temat 

odejścia rodziców, to także i jej wspomnienia o nich 

mogły ulec zniekształceniu. 

- Wyczułeś to też? - spytała Vanessa. - Że ideali­

zowała ich w dziecinny sposób? 

- Ludzie często tak robią, gdy ktoś umiera. Starają 

się zapamiętać zmarłego jako kogoś lepszego, szla­

chetniejszego i bardziej altruistycznego niż w rze­

czywistości. 

- Pewnie tak - westchnęła Vanessa. Zamyśliła się 

na chwilę. - Byłabym skłonna dać jej wiarę, gdyby 

nie ta historia z szeryfem. Jeżeli ciało było całe 

we krwi, to przecież musiał sprawdzić przyczynę 

śmierci. 

- Trudno powiedzieć. Pamiętaj, że wszystko działo 

się w małym miasteczku w latach trzydziestych. Ludzie 

nie znali jeszcze filmów kryminalnych. Zapewne szery­

fowi wydawało się, że sprawa jest jasna. A poza tym 

background image

1 3 2 » TAJEMNICA 

dorośli, szczególnie mężczyźni, nie zwracali wtedy 

zbytnio uwagi na dzieci. Dla niego Maggie była 

zapewne histeryzującą małą dziewczynką. 

- Co ma mu za złe - potwierdziła Vanessa. - We 

własnym mniemaniu była głosem rozsądku i prawdy, 

a nikt jej nie słuchał. Jak możemy oddzielić nasze 

postrzeganie od faktów? 

- Niestety, po pięćdziesięciu latach trudno będzie 

cokolwiek sprawdzić. 

- Myślisz, że istnieje szansa, że szeryf jeszcze żyje? 

- Chyba nie będzie trudno to sprawdzić. Mogą być 

też akta sprawy, jeśli w ogóle jakieś wówczas prowa­

dzono. 

- A może dorośli wiedzieli coś, czego Maggie nie 

wiedziała? - powiedziała Vanessa w zamyśleniu. 

Taylor rzucił jej zaciekawione spojrzenie. 

- Na przykład co? 

Wzruszyła ramionami. 

- Skąd mogę wiedzieć? Coś, co uważali za nie­

właściwe dla uszu małej dziewczynki. Może coś na 

temat tego komiwojażera, jakiś dowód, że Tilly 

O'Malley jednak z nim uciekła? Może pani O'Malley 

miała opinię flirciary, a Maggie nic o tym nie wie­

działa? 

- To się nie zgadza z tym, co mówił Dahlmann. 

Według niego wszyscy, którzy znali Tilly O'Malley, 

byli zaskoczeni, że uciekła. Gdyby była flirciarą, 

ludzie w mieście by to wiedzieli i nie byliby tak 

zdziwieni. 

- Ale też nic z tego, co słyszeliśmy, nie wskazywało, 

że Paddy O'Malley lubił wypić. Czy też że był typem 

samobójczym. 

- I dzięki temu ta historia jest tak dramatyczna 

- podsumował Taylor. 

- A więc nie sądzisz, że szeryf i inni dorośli ukryli 

coś przed Maggie, by ją chronić? Mamy zatem dwie 

background image

TAJEMNICA •  1 3 3 

sprzeczne wersje i żadnej możliwości udowodnienia, 

która jest prawdziwa. - Zamyśliła się głęboko. Zbyt 

głęboko. 

- O czym tak rozmyślasz? - spytał Taylor, nieco 

niespokojny. 

- O pszczołach bzyczących na wistarii i pnących 

różach koło okna. 

- Z twojego snu? 

Przytaknęła. 

- Do jakiego stopnia można wierzyć w przypadek? 

Taylor rozważał przez chwilę jej pytanie. 

- Co sugerujesz? 

- Chyba pora, żeby trochę postudiować. 

Kolację zjedli u Vanessy. Taylor zaproponował, że 

pozmywa naczynia, i Vanessa szybko się zgodziła. 

Sama wyciągnęła się na kanapie w dużym pokoju 

z książką o zwyczajach duchów, którą wypożyczyła ze 

szkolnej biblioteki. Była całkowicie pochłonięta czyta­

niem, gdy Taylor dołączył do niej po zmyciu naczyń. 

- Znalazłaś coś? - zapytał. 

Uniosła wzrok. 

- Nic uspokajającego. Poszczególne fakty zaczyna­

ją aż za dobrze do siebie pasować. 

- Na przykład? - Usiadł obok. 

- Po pierwsze. Tradycyjna wiedza o duchach mó­

wi, że duchy pojawiają się tam, gdzie były tuż przed 

śmiercią. Zazwyczaj jest to związane z czymś nie­

przyjemnym, jakby duch nie mógł całkowicie wyłączyć 

się z ziemskich spraw, bo czegoś nie zakończył. Co 

może oznaczać, że O'Malley wciąż usiłuje przemóc 

szok związany z odejściem żony, bo nie miał czasu się 

z tym pogodzić przed śmiercią. 

- Czy to znaczy, że teoria o leżeniu w nie po­

święconej ziemi bierze w łeb? - zapytał Taylor. 

- Kto wie? - Vanessa zmarszczyła brwi. - Reguły 

są niejasne. Może boli go sprawa grobu, ale zmateriali-

background image

1 3 4 » TAJEMNICA 

zować się może jedynie na drzewie. - Spojrzała na 

Taylora. - Chcesz usłyszeć niepokojący punkt drugi? 

- Strzelaj. 

- Nie wszystkie powracające duchy przybierają 

ludzką postać. Niektóre stają się podmuchem zimnego 

powietrza. Podobno jeśli czujesz zimny dreszcz wzdłuż 

kręgosłupa, to znaczy, że pocałował cię duch. 

Zapadło milczenie, gdy oboje myśleli o przeciągu 

w kącie pokoju, który według działu technicznego nie 

wynikał z błędów konstrukcyjnych. Vanessa była tak 

przejęta, że mówiła niemal szeptem: 

- A czasami duchy pachną. 

- Tilly O'Malley hodowała róże. 

- I wistarię. A kiedy Margaret przyniosła na moje 

przyjęcie bukiety róż i wistarii, Karen stała w tamtym 

kącie z przeciągiem. Prawie zemdlała, czego nikt z nas 

nie mógł zrozumieć. I tej samej nocy Paddy O'Malley 

pokazał się na moim drzewie. - Wyliczywszy te wszys­

tkie szczegóły, Vanessa przeszła do wniosków. - A 

jeśli Maggie ma rację? A jeśli oboje zostali zamor­

dowani, a ja mam nie jednego, tylko dwa duchy? 

W jaki sposób mamy przynieść im ulgę? A jeśli to Tilly 

wchodzi w mój sen, w moje myśli? Może przeżywam 

kilka ostatnich minut jej życia? Czy to znaczy, że 

jestem opętana? 

- Nie! - Taylor był przerażony zbiegiem okolicz­

ności, który doprowadził Vanessę do takiego strachu 

i takich wniosków. Objął ją i przyciągnął do siebie. 

Myślał, że od kiedy ją poznał, często tak ją trzyma, tuli 

do siebie, pociesza i uspokaja. Był taki bezradny wobec 

wielkiej niewiadomej. Jak mężczyzna może chronić 

ukochaną kobietę przed siłami nadprzyrodzonymi, 

przed gwałtem zbrodni popełnionej ponad pół wieku 

temu? Objął ją mocniej. - Nie - powtórzył, i powtó­

rzył to jeszcze raz, zapewniając ją: - To nic takiego nie 

znaczy. 

background image

TAJEMNICA •  1 3 5 

Cropville, Teksas - 1946 

Danny rozpiął środkowy guzik z tyłu sukienki 

Jessiki i wsunął dłoń do środka. Jedwabista gładkość 

jej halki, nagrzanej od ciała, powitała pieszczotę jego 

palców. Czuł zapięcie jej stanika pod cienkim materia­

łem i marzył, by je rozpiąć. Zachęcony pogłębił 

pocałunek i przesunął dłoń wyżej, napotykając naj­

pierw koronkowy brzeg halki, a potem aksamitną, 

nagą skórę. Pożądanie przeszyło go z prędkością 

i intensywnością wyładowania elektrycznego. 

Równie szybko Jessica zesztywniała, wciągnęła 

powietrze i szarpnęła się, odmawiając prawa dotyku 

jego ustom i rękom. 

Danny jęknął, sfrustrowany i zrozpaczony, i od­

wrócił się tyłem. Jego dłonie zwijały się w pięści, 

prostowały, znowu zwijały. 

Przestraszyła się siły i energii, które wziął pod 

kontrolę, a serce krwawiło jej na widok jego bez­

radności. 

- Tak mi przykro - powiedziała, bliska łez. - Prze­

praszam, Danny. Myślałam, że tym razem będzie 

inaczej. 

Poddała się szarpiącemu jej płuca szlochowi. Zno­

wu. Nie wiedzieli już, ile razy płakała, ile razu prze­

praszała. Danny przesunął dłonią po twarzy. Przebiegł 

go dreszcz, zdradzając, jak silne uczucia trzyma na 

wodzy. Minęło kilka męczących minut ciszy. W końcu 

Danny gwałtownie odetchnął. 

- Powinniśmy spojrzeć prawdzie w oczy, Jessico. 

Nigdy nie będzie inaczej, jeżeli nie poszukamy po­

mocy. 

- Pomocy? - spytała. - Nie... nie rozumiem, o czym 

mówisz. 

- O doktorach. 

Jej twarz pobladła, w oczach mignęła udręka. 

background image

1 3 6 » TAJEMNICA 

- Nie mogłabym... rozmawiać... o tym z kim in­

nym. O naszym najbardziej intymnym życiu. Po prostu 

nie mogłabym! 

- Nie „z kim innym", tylko z lekarzem - powie­

dział. - Z psychiatrą. 

- Myślisz, że jestem nienormalna! - Jessica była 

nieszczęśliwa. Danny próbował ją objąć, ale odsunęła 

się od niego. 

- Nie jesteś nienormalna - zaprzeczył. - Ale masz... 

mamy... problem. 

- Wiele kobiet jest na początku zdenerwowanych. 

- Zdenerwowanych, Jessico. Nie przerażonych. 

Kochanie, jestem tylko człowiekiem. Nie mogę żyć tak 

dalej, pragnąc cię, wiedząc, że jesteś moją żoną, ale nie 

mogąc cię mieć. Jestem napięty jak struna gitary. 

- Czy chcesz pójść... - omal nie zakrztusiła się 

własnymi słowami - do jednej z... takich kobiet? 

Złapał ją za ramiona i przysunął twarz do jej twarzy. 

- Nie. Nie chcę innej kobiety, chcę ciebie. Chcę 

poznać moją żonę tak, jak to jest w małżeństwie. Moją 

żonę, Jessico! 

- Ja też tego chcę - powiedziała. - Naprawdę chcę 

być twoją żoną także i w tym sensie. Nie wiem, 

dlaczego się boję. Przecież nie boję się ciebie. Kocham 

cię. 

- Nie rozumiesz? - prosił. - Właśnie to mam na 

myśli. Ten lęk nie jest normalny: nie taki lęk, tak 

intensywny. Psychiatra mógłby ci pomóc zrozumieć, 

czego i dlaczego się boisz. Widziałem, jak w czasie 

wojny skutecznie zajmowali się przypadkami psycho­

zy wojennej. 

Odsunęła się od niego gwałtownie. 

- Twoim zdaniem jestem nienormalna. Chciałbyś 

mnie zamknąć w domu wariatów. - Wpadła w his­

terię, zapomniała o logice. - Chcesz przejąć kontrolę 

nad bankiem i pieniędzmi. 

background image

TAJEMNICA •  1 3 7 

Jego głos przypominał warczenie gniewnego psa. 

- Jedyne miejsce, w którym chciałbym cię za­

mknąć, pani Bannerson, to moja sypialnia. Jesteśmy 

małżeństwem od trzech miesięcy, a ja nawet jeden raz 

nie widziałem cię nagiej. 

Jego słowa zabolały. 

- Przepraszam - powiedziała szybko. - Nie chcia­

łam cię urazić. 

Danny odwrócił się i uderzył pięścią w blat toaletki. 

- Cholera jasna! Jak możesz mówić o pieniądzach?! 

Mam w nosie twoje pieniądze. Chcę ciebie, Jessico, 

i nic więcej. Mąż ma prawo... Niektórzy mężczyźni 

zaspokoiliby już swoje pragnienie siłą. 

- Czy tego chcesz? 

- Och, nie, żadne z nas nie miałoby z tego żadnej 

przyjemności. Ale nie możemy po prostu czekać i mieć 

nadzieję, skoro nic się nie zmienia, bo to ja skończę 

w domu wariatów. Możemy znaleźć lekarza. Na 

pewno jest jakiś w Houston. 

- Nie mogę iść do psychiatry, lekarza od wariatów. 

Wiesz, co by wszyscy powiedzieli. Zaczęliby w panice 

wycofywać wkłady z banku. 

- Do diabła z tym cholernym bankiem! - krzy­

knął. 

Jessica była tak oszołomiona, jakby ją uderzył. 

- Ten bank to moje życie! 

- Vanesso! Vanesso! 

Jej spojrzenie, gdy już otworzyła oczy, było nie­

przytomne, ale po chwili twarz Taylora stała się 

wyraźniejsza. Widząc, że wraca jej świadomość czasu 

i miejsca, Taylor przysunął się jak mógł najbliżej i objął 

ją ramionami. Strach wciąż trzymał ją w swojej mocy, 

z trudem łapała oddech, a serce biło mocno. 

- Już dobrze - szepnął Taylor. - Już wszystko 

w porządku. 

background image

1 3 8 • TAJEMNICA 

Powoli oddech Vanessy uspokajał się, serce zwal­

niało swój szaleńczy rytm. Taylor rozluźnił uścisk 

i położył się obok. Jej głowa zsunęła się ku natural­

nemu zagłębieniu ramienia Taylora. Vanessa zamknę­

ła oczy i odetchnęła głęboko. 

- Myślałam, że to już się skończyło. Że ona... on... 

oni?... dali spokój. 

Ponad tydzień minął od wizyty u Maggie O'Malley. 

Koszmar powrócił po raz pierwszy od tamtego dnia. 

Napięcie w głosie Vanessy zdradzało jej zdenerwowanie. 

- Myślałam, że nasz duch zrozumiał, że doszliśmy tak 

daleko, jak mogliśmy, że nie mamy innych wskazó­

wek. - Jęknęła. - Nie mamy już gdzie szukać odpowie­

dzi na nasze pytania. Miałam nadzieję, że dalami spokój. 

Dowiedzieli się, że szeryf prowadzący sprawę śmie­

rci O'Malleya nie żyje od dwudziestu lat, a oficjalne 

akta spraw sprzed 1 970 roku zostały zniszczone. 

- Czy to znowu ten sam sen? - spytał Taylor. 

- Tak, tylko bardziej szczegółowy. Za każdym 

razem widzę trochę więcej. - Obróciła głowę, by spo­

jrzeć na Taylora. - We śnie krzyczałam. Czy...? 

- Nie. Rzucałaś się tylko jak ryba wyjęta z wody. 

- Próbowałam uciec. 

- Przed czym? 

- Ciągle nie wiem. To tylko ciemny kształt. Wszyst­

ko poza tym staje się coraz wyraźniejsze: zapach róż, 

firanki w oknach, bicie zegara, brzęczenie pszczół. 

- Zamknęła oczy i schowała twarz na jego piersi. 

- Tym razem wiedziałam, że to pszczoły. Nie musia­

łam się zastanawiać. I była tam ta dziewczynka 

z długimi lokami i brązowymi oczyma. - Zwinęła dłoń 

w pięść i lekko uderzyła Taylora w żebra. - To nie ma 

sensu, Taylor. Jeżeli mój umysł wprowadził ją do snu, 

gdy się dowiedziałam o córce O'Malleyów, to dlaczego 

nie dostosował jej obrazu do tego, co Maggie powie­

działa o swoich włosach? 

background image

TAJEMNICA •  1 3 9 

- Może jednak nie jest ona tworem twego umysłu. 

- No dobrze. Zapomnijmy o logice i załóżmy, że nie 

śnię. Załóżmy, że oglądam coś w rodzaju psychicznego 

filmu wideo z ostatnich minut życia Tilly O'Malley. 

Skoro ta dziewczynka to nie Maggie, to kim ona jest? 

- Świadkiem - powiedział Taylor poważnie. 

- Jeśli ona... -Vanessa podparła się na łokciu. -A 

jeśli ona jeszcze żyje, Taylor? Gdybyśmy ją odnaleźli... 

Taylor uniósł dłonie i ujął jej twarz. 

- W jaki sposób? Pomyśl, Vanesso. Jak moglibyś­

my ją znaleźć, nawet jeśli żyje? Nie wiemy, kim jest. 

Westchnąwszy z rozczarowaniem, Vanessa położy­

ła się. 

- Pewnie masz rację. Musiało być wiele dziew­

czynek z długimi lokami. Nawet Maggie powiedziała, 

że jej matka próbowała kręcić jej włosy , jak innym 

dziewczynkom". 

Zapanowało milczenie. 

- Wyjdź za mnie - powiedział nagle Taylor. 

Vanessa wykrzyknęła jego imię ze zdumieniem. 

- Mówię poważnie - oświadczył. - Kocham cię, 

Vanesso. Chcę, żebyś była przy mnie. Dlaczego masz 

żyć z czymś, co zdarzyło się pięćdziesiąt lat temu? Mój 

dom jest bardziej niż wystarczający dla nas dwojga. 

Musisz tylko spakować swoje rzeczy. 

- Nie mogę tak sobie odejść i zostawić tej sprawy 

bez rozwiązania. 

- Nie odchodziłabyś, tylko przychodziła. Do mnie. 

Do nas. Do życia, które moglibyśmy dzielić. 

- Nigdy nie byłbyś pewien, czy nie uciekam, czy nie 

znalazłeś się po prostu we właściwym miejscu o właś­

ciwej porze. 

- W końcu nie miałoby to znaczenia, jeśli mnie 

kochasz. 

Vanessa przez chwilę nie była w stanie nic powie­

dzieć. 

background image

1 4 0 • TAJEMNICA 

- Naprawdę kochasz mnie tak bardzo, że byłbyś 

gotowy na takie ryzyko? 

Taylor roześmiał się niespodziewanie. 

- Nie ma żadnego ryzyka. 

Wsparła się na łokciu i zajrzała mu w twarz. 

- Jak możesz być tak mnie pewny, skoro ja nie 

jestem już pewna niczego? 

Przesunął dłoń pod kocem, aż znalazła się na jej 

talii, i przyciągnął delikatnie ku sobie. 

- Chodź tu, to ci pokażę. 

- Seksualna chemia jeszcze niczego nie dowodzi 

- zaprotestowała Vanessa. 

- My nie uprawiamy seksu, Vanesso, tylko się 

kochamy. 

Vanessa pochyliła się i objęła go ramieniem. 

- Jakkolwiek nazwiesz to, co robimy, myślę, że 

powinniśmy to teraz zrobić. 

- Z przyjemnością - odpowiedział Taylor, obe­

jmując ją mocniej i wsuwając nogę między jej uda. 

Wygięła się pod nim i rozchyliła usta do pocałunku. 

Jeszcze zanim znaleźli zapomnienie w zmysłowej 

rozkoszy, zdążył pomyśleć, że chciałby kochać się 

z Vanessą, kiedy nie ucieka. Był na tyle egoistą, że 

pragnął, by przyszła do niego, bo ma ochotę z nim być, 

a nie dlatego, że ucieka od czegoś, czego nie rozumie. 

Później, gdy leżeli przytuleni, odpoczywając po 

kochaniu się, Taylorowi poprawił się humor, bo 

usłyszał, jak zasypiająca już Vanessa szepce: 

- Kocham cię. 

background image

ROZDZIAŁ 

11 

- Na co patrzysz? 

- Twoja twarz jest dziesięć centymetrów od mojej, 

a ty pytasz, na co patrzę? 

- No dobrze - uśmiechnęła się Vanessa. - Inaczej 

sformułuję pytanie. O czym myślisz? 

- Poza tym, że dziś rano jesteś wyjątkowo piękna, 

że bardzo cię kocham i że jestem szczęściarzem? Usiłuję 

rozstrzygnąć, co najbardziej kocham: spać z tobą czy 

budzić się z tobą. 

- Raczej wątpię, czy spanie ze mną tej nocy było 

zadowalające. - Dwa razy powracał jej senny koszmar 

i dwa razy budziła się przerażona. 

- I tak lepiej się tu wyspałem tej nocy, niż uda mi się 

w najbliższym tygodniu. Będę się niepokoił, czy się nie 

budzisz. 

Vanessa odwróciła wzrok. 

- Taylor, już to przerabialiśmy. Nie zostaję sama. 

W razie potrzeby zawsze mogę złapać za telefon 

i zadzwonić do ciebie. Przecież będziesz na końcu 

zaułka. 

- Leżąc bezsennie, gapiąc się w sufit i martwiąc się 

o ciebie. 

- Karen tu będzie. - Mąż Karen wyjeżdżał w inte­

resach i Karen, która nigdy nie mieszkała bez rodzi-

background image

1 4 2 • TAJEMNICA 

ców, współlokatorek w akademiku albo bez Boba, 

bała się zostać sama w domu. Poprosiła więc Vanessę 

o gościnę na czas nieobecności męża. 

- Skoro czujesz się niezręcznie, współmieszkając 

z niżej podpisanym, to przynajmniej wyjaśnij Karen 

sytuację i pozwól mi w tym czasie spać na kanapie 

w dużym pokoju. 

- To by była hipokryzja. To nie chodzi o wspólne 

mieszkanie, Taylor, i dobrze o tym wiesz. Karen wie, że 

się spotykamy i zapewne nie myśli, że nasz związek jest 

jedynie platoniczny. 

- Jak kobieta tak piękna może być tak uparta... 

- Jak mężczyzna tak bystry może być tak tępy... 

- Jestem zakochany. Czy to takie niewybaczalne? 

- No, ja też chyba jestem zakochana, ale po­

trzebuję... Prosisz mnie o bardzo poważną decyzję, 

Taylor. Być może najważniejszą w życiu. Nie mogę jej 

opierać na strachu. Te koszmary nie mijają, a ja muszę 

się z nimi uporać, zanim będę mogła myśleć o nas. 

Taka trzydniowa rozłąka... 

- Nie martwię się o dni, tylko o noce - wtrącił 

Taylor. 

- ...może okazać się dla nas zdrowa. Nie rozu­

miesz? Zanim cię poznałam, byłam całkowicie sa­

mowystarczalna. Muszę sprawdzić, czy mogę być 

znowu samowystarczalna. - Dotknęła jego twarzy 

koniuszkami palców. - Może jeśli dojdę do wnios­

ku, że tak, będę miała dość odwagi, by odejść z te­

go domu i zostawić tę całą historię, nie czując, że 

uciekam. 

Chwycił jej dłoń i całował palce, przytrzymując 

wzrokiem jej spojrzenie. 

- Po raz pierwszy wspomniałaś o możliwości opu­

szczenia tego domu - powiedział. - Jeśli do podjęcia 

decyzji potrzeba ci trochę czasu i przestrzeni, to się 

wycofam. Niechętnie, ale... z nadzieją. Tylko... 

background image

TAJEMNICA •  1 4 3 

- Co tylko? - zapytała cichym, pełnym przejęcia 

głosem, gdy Taylor przerwał, 

- Nic - uśmiechnął się. - Kocham cię. 

- To nie jest nic - zaprotestowała.  - T o jest wszys­

tko. Dzisiejszy wieczór będzie naszym ostatnim wspól­

nym wieczorem na jakiś czas. Niech będzie specjalny. 

- Co konkretnie masz na myśli? 

- Dzban wina, bochen chleba... i ty. 

- Tu czy w jakiejś superrestauracji? 

- Tutaj. Zrobię zakupy - roześmiała się. 

- Jeden z wykonawców ma przyjść do biura po 

pracy, więc zanim tu dotrę, może być siódma. 

- Dobrze. -Vanessa przesunęła stopą wzdłuż jego 

nogi. - To da mi więcej czasu na przygotowania. 

- To będzie długi dzień - przepowiedział Taylor. 

Ból promieniował z nogi na całe ciało, a wstręt był tak 

silny, że poczuła mdłości. Brzęczenie. Tykanie. Bicie zega­

ra. Pszczoły. Zegar. Jej własny krzyk. Dźwięki mieszające 

się w ogłuszającej kakofonii. Nie mogła już iść, więc 

czołgała się ku światłu. Zmusiła się, by patrzeć w tamtą 

stronę, skupić się na świetle. Serce biło jej boleśnie w piersi, 

a powietrze z trudem dochodziło do płuc, bez względu na to, 

jak głęboko usiłowała oddychać. Zło dopadło ją. Już ją 

wypełniło. Czuła obrzydzenie. Światło, a w świetle dziecko. 

Widziała twarz dziewczynki... Och, nie! Nie! Proszę, nie! 

Nowy hałas wdarł się do snu i go zakłócił. Vanessa 

zerwała się z kanapy z krzykiem jeszcze uwięzionym 

w gardle. Nie całkiem przytomna, pobiegła do kuchni 

i podniosła słuchawkę dzwoniącego telefonu. Rozległo 

się kliknięcie i sygnał. 

Odłożyła słuchawkę i oparła się na niej na chwilę, 

podczas gdy jej serce zwalniało do normalnego rytmu, 

a umysł przenosił się z przeszłości do teraźniejszości, 

od koszmaru do rzeczywistości. Gdy kładła się na 

background image

1 4 4 • TAJEMNICA 

kanapie, nie miała zamiaru spać. Chciała jedynie 

odpocząć chwilę po szkole, a przed wyprawą na 

zakupy. 

Zegar na kominku wybił czwartą. Nie mogła spać 

więcej niż pół godziny, choć ręce i nogi miała tak 

ciężkie, jakby sen trwał znacznie dłużej. Jeszcze gorsze 

było to, że głowę wypełniała jej jakby wata. Koszmar 

zawsze tak na nią wpływał: otępiająco i dezorien-

tująco. Zasłoniła twarz dłońmi i jęknęła. Musi się 

obudzić. 

Otworzyła lodówkę i złapała puszkę coli, wyjęła 

lód, nasypała go do szklanki i zalała colą. Kofeina 

z lodem powinna zadziałać. Piła ją małymi łyczkami, 

idąc do sypialni. Potem obmyła twarz zimną wodą, 

uczesała się i przebrała w wygodne spodnie. Od­

świeżona i obudzona wypiła colę do końca, wróciła do 

kuchni i sięgnęła po listę zakupów wypisaną na 

bloczku koło telefonu. Koło telefonu leżała także 

tabliczka, zrobiona w połowie z korka, a w połowie 

z plastiku, po którym można było pisać specjalnym 

pisakiem. Uśmiechnęła się na widok serduszka, które 

wyrysował tam Taylor. „Ja - serduszko - ciebie" 

i podpis: „T." Musi powiedzieć Taylorowi, że znów 

miała sen i doszła do siebie samodzielnie, bez histerii! 

Listę zakupów Vanessa wetknęła do portmonetki 

i wyciągnęła ją dopiero w sklepie. Płyn do zmywania 

naczyń. Płatki śniadaniowe. Popcorn, który Taylor 

mógł jeść garściami. Nic nadzwyczajnego, aż do 

ostatniego zapisu, chyba Taylora. 

Powiedziała mu, żeby dopisał, gdyby czegoś po­

trzebował. Widocznie się śpieszył, bo litery były koś­

lawe, a całość mało czytelna. Przyzwyczajona do 

odcyfrowywania bazgrołów uczniów, Vanessa skupiła 

się i po chwili odczytała: „małjesiokr". Chyba mały 

jesiotr? Ryb mu się zachciało? Potrząsnęła głową, 

zdumiona. Taylor zawsze musi wyskoczyć z czymś 

background image

TAJEMNICA •  1 4 5 

niespodziewanym! Sama nie przepadała za rybami, 

więc kupiła tylko jedną porcję, a i to łososia, bo jesiotra 

nie było. 

Gdy pojawił się Taylor, świeżo umyty i ogolony, 

kolacja była gotowa, a świeczki na stole płonęły, 

tworząc romantyczny nastrój. Vanessa podała przy­

stawki, a przed Taylorem postawiła przykryty pół­

misek. 

- Co to takiego? - zapytał. 

- Niespodzianka, na później. 

Wydawał się tak zaciekawiony, że Vanessa byłaby 

gotowa uwierzyć w jego niewiedzę, gdyby nie przeko­

nanie, że sam złożył zamówienie. 

Gdy po przystawkach pozwoliła mu unieść przy­

krywkę, rozszedł się smakowity zapach duszonej 

w maśle ryby. 

- Musi ci wystarczyć łosoś, bo jesiotra nie było. 

- Co ci przyszło do głowy? - Taylor roześmiał się 

głośno. 

Vanessa spojrzała na niego zaskoczona. 

- Nie mnie, tylko tobie. Przecież zostawiłeś mi 

notatkę. 

Taylor pochylił się i pocałował ją w policzek. 

- Nawet gdy dożyjemy setki, wciąż nie będę w sta­

nie zrozumieć, jak pracuje twój mózg. 

- O czym ty mówisz? 

- Jak doszłaś od serduszka do jesiotra? 

- Serduszka? 

- Na tabliczce koło telefonu. 

- Ja mówię o tej drugiej notatce. 

W jego głosie pojawił się cień niepokoju. 

- Nie rozumiem. 

- Czy nie wpisałeś małego jesiotra na listę zaku­

pów, tuż pod popcornem? - spytała zirytowana nieco 

Vanessa. 

- Nie! - kategorycznie zaprzeczył Taylor. 

background image

1 4 6 • TAJEMNICA 

- Słuchaj, nie żartuj sobie ze mnie. - Vanessa nagle 

spoważniała. 

- Ani mi to w głowie! 

- Ależ... - Vanessa przerwała i dodała po chwili, 

znacznie ciszej: - Nic nie rozumiem... 

- Mówiłaś coś o liście zakupów? 

- Poszłam na zakupy, i to było na liście, na samym 

dole. Oczywiście uznałam... 

- Vanesso, nic nie wpisywałem na listę zakupów. 

- Ale ktoś musiał... 

- Masz jeszcze tę kartkę? 

- W torebce. 

Taylor długo przyglądał się notatkom na kartce. 

Były zrobione równym, okrągłym pismem Vanessy, 

poza ostatnią: nabazgraną nierówno, ze zlewającymi 

się literami. 

- Ja tego nie napisałem - oświadczył Taylor. 

- Ja też nie! - wykrzyknęła nie na żarty zdener­

wowana Vanessa. - Widzisz, że to pismo w ogóle nie 

przypomina mojego! - Zaległo ciężkie milczenie. 

W końcu powiedziała: - Jeśli nie ty i nie ja, to kto? 

Taylor bezradnie wzruszył ramionami. Vanessa 

schowała twarz w dłoniach i jęknęła. 

- Och, ten telefon! Nikt się nie odezwał. 

- Telefon? Kiedy? 

- Po południu zasnęłam na kanapie i znowu śnił mi 

się ten sen, ale zadzwonił telefon i obudził mnie. Kiedy 

podniosłam słuchawkę, było głucho. 

- Do którego telefonu poszłaś? 

- Do tego w kuchni. 

Koło tabliczki do notatek? 

- Ja nie... 

- Wcale nie mówię, że to ty napisałaś. 

- Duchy nie piszą na listach zakupów, Taylor. 

- Takie są reguły? 

- Skończ z tym sarkazmem. 

background image

TAJEMNICA •  1 4 7 

- To ty mi powiedziałaś, że nie ma żadnych reguł. 

Skąd wiesz, że duch, przyciśnięty wyższą koniecznoś­

cią, nie może pisać? - Vanessa nie odpowiedziała. 

Taylor spytał spokojnie: - Gdzie masz tę książkę 

o duchach? 

- Na małym stoliku. 

Taylor czytał, a Vanessa siedziała cicho, wciśnięta 

w kąt kanapy, z wyciągniętymi na siedzeniu nogami. 

- Zdarzało się to - oznajmił Taylor, zamykając ksią­

żkę. - Zdarzało się, że duchy przesuwały przedmioty, 

zamykały drzwi i tak dalej, więc niewątpliwie mogły 

również poruszać piórem. Nie jest to bardziej niepraw­

dopodobne niż inne rzeczy, które ci się przytrafiły, więc 

należy traktować to jako jedną z możliwości. 

- Chcesz możliwości? A co powiesz na taką, że 

oszalałam? Rozważmy możliwość, że gdzieś usłysza­

łam historię O'Malleyow i stworzyłam ducha, a potem 

dowiedziałam się o Maggie O'Malley i dodałam dziec­

ko, a teraz wypisuję niezrozumiałe słowa na liście 

zakupów! 

- Nie męcz sama siebie - powiedział Taylor, ale 

Vanessa nie dawała sobie przerwać. 

- A może gdzieś w podświadomości po prostu 

miałam ochotę na jesiotra? Co powiesz na taką 

możliwość? 

- Dosyć tego! - stanowczo przerwał jej Taylor. 

Złapał ją za przegub i pociągnął. - Chodźmy! 

Opierała się, ale Taylor był zdecydowany. Chwycił 

jej drugą dłoń i podniósł Vanessę z kanapy. 

- Idziemy stąd, z tego domu, póki nie odzyskasz 

zdrowego rozsądku i nie przestaniesz się nad sobą 

roztkliwiać! 

- Dokąd jedziemy? - spytała w samochodzie, usi­

łując jeszcze podgrzewać swą złość na Taylora, ale 

w gruncie rzeczy już czuła uspokajający wpływ zmiany 

otoczenia. 

background image

1 4 8 » TAJEMNICA 

- Zabawić się - powiedział ponuro. 

Dwadzieścia minut później siedzieli w lodziarni nad 

wielkimi porcjami lodów z bananami. 

- No jak, lepiej? - zapytał. 

Vanessa rzuciła mu niechętne spojrzenie. 

- Jak się postarasz, jesteś bezczelnym, nieczułym 

brutalem o mentalności jaskiniowca - oświadczyła, 

ale jej niechęć szybko topniała i zmieniła się 

w uśmiech. - Ale masz świetne pomysły i kocham cię. 

background image

ROZDZIAŁ 

12 

Od samego początku wizyta Karen miała charakter 

staroświeckiego przyjęcia „z nocowaniem". Wypoży­

czyły strasznie głupi film, polecony przez uczniów, 

zamówiły pizzę i rozsiadły się w nocnych koszulach na 

podłodze, jedząc, komentując film i chichocząc. 

- A więc - spytała Vanessa, gdy się na chwilę 

uspokoiły - jakie jest to małżeńskie życie? Czy mał­

żeństwa naprawdę robią to tylko raz na tydzień? 

Karen zaczęła się tak śmiać, że zachłysnęła się 

winem, ale udało jej się wykrztusić: 

- Nie, trochę częściej. 

- Mówisz, że musisz to robić częściej niż raz? 

- Jakbyś sama nie wiedziała, jak to jest. 

- Ależ, co masz na myśli?! - wykrzyknęła Vanessa 

z akcentem wytwornej piękności z Południa. 

- Nie odgrywaj niewiniątka - ofuknęła ją Karen. 

- Widziałam krem do golenia w łazience. Poproszę 

więc o szczegółowy, zaktualizowany raport na temat 

Szałowego Przystojniaka. 

- Przypomnij sobie, Karen. Dawno, dawno temu, 

gdy ty i Bob byliście w sobie szaleńczo zakochani... 

Karen cisnęła w Vanessę poduszką. 

- Zapłacisz mi za to. Bob i ja wciąż jesteśmy 

szaleńczo w sobie zakochani. 

background image

1 5 0 » TAJEMNICA 

- Więc wciąż jeszcze to robicie? 

- Nie zdradzę żadnych sekretów, jeśli żadnych nie 

usłyszę. 

Rozmawiały do północy. Potem, ponieważ były 

odpowiedzialnymi, dorosłymi kobietami, a nie roz­

trzepanymi dziećmi, zapakowały resztę pizzy do lo­

dówki, posprzątały i udały się do... łóżek, Vanessa 

w swojej sypialni, a Karen w gościnnym pokoju. 

Przez kilka minut przed zaśnięciem Vanessa rozmyś­

lała o Taylorze i o tym, jak bardzo go jej brakuje. 

Zastanawiała się, czy też leży, nie śpiąc i martwiąc się 

o nią, jak zapowiedział. Jej ostatnia przytomna myśl 

była o tym, że jeśli tak, to martwi się niepotrzebnie, 

bo trudno sobie wyobrazić, by po kilku godzinach 

chichotu i żartów Tilly O'Malley mogła wedrzeć się 

do jej snu. 

Nigdy jeszcze nie pomyliła się tak dalece. 

Wszystkie elementy snu były jak poprzednio: za­

pach róż, tykanie zegara, brzęczenie pszczół, nad­

chodzące zło, strach, światło, twarz. Vanessa wszystko 

widziała, słyszała, czuła. Obudziła się z krzykiem 

i mocno bijącym sercem, walcząc o głęboki oddech, 

i dostrzegła stojącą obok Karen. 

- Vanesso? - szepnęła Karen, jakby bała się ode­

zwać głośniej. 

Vanessa wciąż starała się nabrać tlenu w płuca. 

- Już dobrze - wydyszała między jednym a drugim 

pośpiesznym oddechem. - Miałam zły sen. 

- Nigdy nie słyszałam, żeby ktoś tak krzyczał 

- powiedziała Karen, przysiadając na brzegu łóżka. 

- Śmiertelnie mnie przeraziłaś. 

Objęły się, uspokajając nawzajem. W końcu Karen 

odsunęła się lekko i spojrzała na Vanessę. 

- Czy często ci się to zdarza? 

Vanessa wcisnęła głowę w poduszkę i jęknęła. 

background image

TAJEMNICA •  1 5 1 

- Tak. Och, Karen, ty nie wiesz... 

- No to mi powiedz. 

- Czy jesteś pewna, że chcesz wiedzieć? 

- Posuń się. - Karen trąciła Vanessę łokciem. Gdy 

już usadowiła się wygodnie, spojrzała w dół, na twarz 

przyjaciółki. - Gdy moja najlepsza przyjaciółka budzi 

się w środku nocy z krzykiem, to chcę wiedzieć, co ją 

męczy. 

- Wiesz, wydaje mi się - powiedziała Vanessa - że 

to zaczęło się od ciebie. Nie, jednak nie. Zaczęło się od 

krzyków. Pamiętasz, jak myślałaś, że to Heather 

McQueen wygłupia się pod moimi oknami? 

Karen przytaknęła. 

- To był początek. Jestem pewna, że ma związek 

z dalszymi wydarzeniami. 

- A co ma wspólnego ze mną? - spytała Karen. 

- Pamiętasz, gdy na moim przyjęciu stałaś w prze­

ciągu i poczułaś się... dziwnie? 

Karen przeszedł dreszcz. 

- Aż za dobrze. 

- To zabrzmi zupełnie nieprawdopodobnie - wes­

tchnęła Vanessa - ale wiesz, myślę, że mój przeciąg 

to duch. 

Wyczuła niedowierzanie Karen, ale także jej szczerą 

troskę, więc mówiła dalej, opowiadając całą historię, 

opisując sen, odwiedziny u Maggie O'Malley, dziwną 

notatkę na liście zakupów. 

- Mały jesiotr? - powtórzyła Karen, szeroko ot­

wierając oczy. 

- Tak - potwierdziła Vanessa. - Dziwne, prawda? 

To musi być jakiś klucz, ale nie możemy... O co chodzi? 

- Jesiotr? 

- Tak. A właściwie chyba „małjesiokr" albo jakoś 

podobnie. Napis był bardzo niewyraźny. Karen, czy 

coś z tego rozumiesz? 

- Nie, tylko... Właśnie to krzyczałaś przez sen. 

background image

1 5 2 • TAJEMNICA 

Vanessa podparła się na łokciu. 

- Krzyczałam przez sen „mały jesiotr"? 

- Niedokładnie. Tylko... coś o... jesi? 

- Jesi... Jessie! - Złapała Karen za ramię. - Karen, 

to imię! Jess. Mała Jessie... i chyba nie dokończone 

„okno". Jessie to musi być ta mała dziewczynka 

z długimi lokami, patrząca przez okno! 

- Co ty wyprawiasz? - wykrzyknęła Karen, gdy 

Vanessa przyciągnęła telefon i zaczęła wykręcać numer. 

- Muszę zadzwonić do Taylora. 

- O czwartej rano?. 

- Taylor by mi nie wybaczył, gdybym mu od razu 

nie powiedziała. Zresztą przywykł już do tego, że go 

budzę złymi wiadomościami, więc zasłużył sobie, by go 

raz obudzić dobrą... - Usiadła prosto i powiedziała do 

słuchawki: - Taylor? Mam ci coś do powiedzenia. 

Tak. Frontowe drzwi. I Taylor... przynieś wino. Roz­

wiązałyśmy zagadkę. A w każdym razie jesteśmy bliżsi 

rozwiązania. 

Pojawił się pięć minut później, nie ogolony, czarują­

co nieporządny w wyciągniętym podkoszulku, który 

Vanessa znała już tak dobrze. 

Gdy Karen zdała sobie sprawę, że tajemniczy 

przyjaciel Vanessy rzeczywiście ma zamiar pojawić się 

u niej w środku nocy, rzuciła się do łazienki po 

szlafrok. Uprzejmie przywitała się z Taylorem, gdy 

Vanessa ich sobie przedstawiła, i przyjęła szklaneczkę 

wina, po czym słuchała z entuzjazmem śniętej ryby, 

gdy Taylor i Vanessa świętowali przełom, który, ich 

zdaniem, nastąpił. 

- Musimy jeszcze raz porozmawiać z Maggie 

- stwierdziła Vanessa. - Może będzie pamiętać kogoś 

imieniem Jessie. 

- Jutro - przytaknął Taylor. 

- Zadzwonię do domu spokojnej starości ze szkoły. 

Pojedziemy, jak tylko będziesz wolny. 

background image

TAJEMNICA •  1 5 3 

- Hej, wy dwoje - przerwała im Karen zmęczonym 

głosem. - To wspaniale, że posunęliście się naprzód, 

ale jest wpół do piątej rano i niedługo idziemy do 

pracy. Ja mam zamiar jeszcze pospać. 

Szczęknięcie klamki położyło koniec ciszy, która 

zapanowała po jej wyjściu. Taylor zwrócił się do 

Vanessy z figlarnym uśmiechem. 

- A ty? Też masz zamiar jeszcze sobie pospać? 

- Jestem zbyt podkręcona, żeby spać. 

Taylor pochylił się, by scałować wino z jej warg, 

i szepnął ochryple: 

- Miałbym inne propozycje spędzenia czasu. 

- Jakie, na przykład? - spytała, oplatając ramio­

nami jego szyję, by nie mógł się odsunąć. 

Taylor objął prawym ramieniem jej plecy, a lewe 

podłożył pod kolana Vanessy i uniósł ją w górę. 

Zachichotała. 

- Ciii - skarcił ją. - Masz gościa. Nie byłoby 

uprzejmie jej przeszkadzać. 

- Mam zamiar tobie poprzeszkadzać - odpowie­

działa, przygryzając mu ucho. 

- Czy mogłabyś z tym zaczekać, aż znajdziemy się 

w sypialni? 

- A jeśli nie zaczekam, to mnie upuścisz na mój 

fantastyczny tyłeczek? - spytała Vanessa szeptem, by 

Karen nie usłyszała. 

- Niewykluczone - zasapał, okrążając narożnik 

korytarza. Chwilę później z westchnieniem ulgi rzucił 

ją na łóżko. Wrócił do drzwi, by je cicho zamknąć. 

Vanessa ściągnęła szlafrok i oparła się o poduszki. 

Twarz Taylora rozjaśniła się, gdy przechyliła kokiete­

ryjnie głowę i uśmiechnęła się zapraszająco. Błys­

kawicznie znalazł się przy łóżku i usiadł. Materac ugiął 

się pod ich ciężarem. 

- Czy teraz mogę ci poprzeszkadzać? - szepnęła 

Vanessa, wsuwając mu się w objęcia. 

background image

1 5 4 • TAJEMNICA 

- Już jestem poprzeszkadzany - odrzekł. - Po­

winnaś mnie raczej ukoić. 

Nieco później Vanessę obudził szum prysznica. 

Jęknęła, spojrzała na zegarek i przekręciła się, naciąga­

jąc koc na głowę. Był jeszcze ciepły od ciała Taylora. 

Jakiś czas później usłyszała otwierające się drzwi 

łazienki, więc znowu przekręciła się i otworzyła oczy. 

Taylor miał jeden ręcznik obwiązany wokół bioder, 

drugim wycierał włosy. 

- Przepraszam, że użyłem twojej łazienki - powie­

dział. - Nie chciałem ryzykować, że w tamtej wpadnę 

na Karen. 

- Nie szkodzi - powiedziała z westchnieniem i na­

gle zdała sobie sprawę, że naprawdę tak myśli. Mył się 

w jej łazience, a jej to nie przeszkadzało. 

- Pójdę do domu ogolić się. Chcesz, żebym wy­

chodząc, włączył ekspres do kawy? 

- Będę ci dozgonnie wdzięczna. 

- Jeśli mi tylko pozwolisz, będę ci robił kawę co 

rano przez resztę twojego życia - oświadczył, przysia­

dając na łóżku i wpatrując się w Vanessę z uwiel­

bieniem. 

Dotknęła palcami jego policzka. 

- A czy teraz możesz mnie przytulić? 

- Z rozkoszą. - Objął ją. Przez chwilę siedzieli 

cicho. ~ Denerwujesz się perspektywą ponownego 

spotkania z Maggie? 

Przytaknęła. 

- Ale jestem też pełna nadziei - westchnęła ciężko. 

- Chciałabym, żeby te koszmary się skończyły. 

- Jeśli w Cropville była dziewczynka o imieniu 

Jessie, Maggie będzie ją pamiętać - zapewnił Tay­

lor. 

Vanessa pokiwała głową w milczniu. Taylor chwy­

cił dłonią jej podbródek i uniósł, by ucałować usta. 

background image

TAJEMNICA •  1 5 5 

- Pojedź do szkoły z Karen jej samochodem. 

Wcześniej wyjdę z pracy, podjadę po ciebie i ruszymy 

prosto do Maggie. 

- Gotowa? - zapytał, gdy po południu wsiadła do 

samochodu. 

- Jestem gotowa od czwartej rano. Dzień ciąg­

nął się niemiłosiernie. Byłam okropną, roztargnioną 

nauczycielką. Myślałam, że trzecia nigdy nie na­

dejdzie. 

W rozmowie z Vanessą recepcjonistka widocznie 

wyczuła, że sprawa jest pilna, bo Maggie czekała już na 

nich w solarium. Na widok fioletowo-białej gloksynii 

wydała z siebie szereg ochów i achów, ale zaraz potem, 

ze zwykłą dla niej bezpośredniością, zapytała o cel ich 

wizyty. 

Znowu miała na sobie bezkształtną sukienkę, a nie­

zręcznie przycięte włosy zwisały smętnie. Vanessa 

poczuła przypływ litości dla małej dziewczynki z pros­

tymi, cienkimi włosami, która zazdrościła innym dzie­

wczynkom ich loków. 

- Panno Maggie - powiedziała - podczas naszej 

poprzedniej rozmowy oznajmiła pani, że ktoś musiał 

zabić pani rodziców, ale nikt nigdy pani nie chciał 

słuchać. 

- To prawda - przyświadczyła Maggie. 

- Taylor i ja wierzymy pani. - Przerwała, by ta 

informacja w pełni do Maggie dotarła. - Od jakiegoś 

czasu miewam sny... 

Zrelacjonowała w skrócie swój sen, łagodząc nieco 

jego koszmarną wymowę. 

- Sądzę, że pani matka próbuje nam pomóc w wy­

jaśnieniu, co się naprawdę stało, ale potrzebna nam 

jest również pani pomoc. 

- Zrobię, co tylko będę mogła - oświadczyła Mag­

gie. 

background image

1 5 6 TAJEMNICA 

- Proszę przypomnieć sobie koleżanki. Małe dzie­

wczynki mieszkające w Cropville. Czy była wśród nich 

jakaś Jessie? 

- Jessie - powtórzyła Maggie z namysłem. - Przy­

chodzi mi do głowy jedynie Jessica Vandover. Więk­

szość ludzi mówiła do niej Jessie. 

- Vandover? Czy nie tak nazywał się bankier? 

- Stary Vandover był jej ojcem. 

- Czy Jessica była ładną dziewczynką o wielkich 

oczach? 

- Tak, proszę pani. Była chyba najładniejszą dziew­

czynką w okolicy, zawsze wystrojoną w nakrochmalone 

i wyprasowane sukienki. A jej włosy! Sięgały prawie do 

pasa. Takiego koloru jak panine, tylko dłuższe i wijące 

się. Nosiła długie loki, a z tyłu miała kokardę. 

Vanessa i Taylor wymienili triumfujące, pełne pod­

niecenia spojrzenia. 

- Czy pani i Jessie byłyście zaprzyjaźnione? 

- Niespecjalnie. Nie tak, żebyśmy się odwiedzały 

czy coś. Ale wiedziała, kto ja jestem, a ja wiedziałam, 

kim ona jest, i mówiłyśmy sobie „cześć", gdy spotyka­

łyśmy się w szkole czy w mieście. Niektórzy ludzie 

uważali, że Jessie jest zarozumiała z powodu tego, że jej 

tata ma forsę, a ona jest taka ładna, aleja myślę, że była 

nieśmiała. Dla mnie tam zawsze była miła. 

- Czy jest jakiś powód, dla którego mogłaby być 

u pani w domu tego dnia, gdy... gdy znalazła pani 

swego ojca? 

Maggie pomyślała chwilę i potrząsnęła głową. 

- Nie myślę. Powinna być w szkole, tak jak ja. 

- Czy wie pani, co się z nią później stało? Gdzie jest 

teraz? 

- Po wojnie wyszła za mąż i wyprowadziła się. 

Nie pamiętam ani dlaczego, ani dokąd. Nikt by 

nie myślał, że tak zostawi ten swój bank. Prowadziła 

go po śmierci ojca. 

background image

TAJEMNICA •  1 5 7 

Vanessa i Taylor dowiedzieli się nazwiska Jessiki po 

mężu w banku. Prezes banku skierował ich do swego 

poprzednika, który spotkał ją kilka razy. 

- Mój poprzednik mówił, że umiała robić pienią­

dze, tak jak i jej ojciec. Po ślubie wyprowadziła się do 

Houston, żeby jej mąż mógł studiować. W niecałe 

dziesięć lat później mieli już wspaniale rozwijającą się 

firmę. 

- Jaką firmę? - spytała Vanessa, myśląc, że jeśli ich 

domowy numer jest zastrzeżony, to znajdzie Jessicę 

przez biuro. 

- Szklarnie. Zaczęli z jedną małą, a teraz mają 

ich całe mnóstwo. Może słyszeliście państwo: Szkla­

rnie Banner. Nazwa pochodzi od Bannerson, nazwiska 

jej męża. 

Rzeczywiście, słyszeli o szklarniach firmy Banner. 

Było to największe przedsiębiorstwo tego typu w Hou­

ston. Obecnie rozszerzali działalność także na przed­

mieścia. Wystarczyło kilka telefonów, by znaleźć Jes­

sicę. Vandover Bannerson. 

background image

ROZDZIAŁ 

13 

Cropville, Teksas - 1946 

- Myślałem, że ja jestem częścią twego życia. 

- Och, Danny, wiesz, że tak. Ale... 

- Ale co, Jessico? Ale nie tak samo ważną? Nie 

jestem tak ważny jak bank? 

- To nieprawda. Po prostu... Gdyby ludzie zaczęli 

gadać, gdyby pomyśleli, że prezes banku jest stuknięty, 

bank by zbankrutował. 

- To go sprzedaj. Albo zatrudnij dyrektora. I bez 

banku jesteś zamożną kobietą, dzięki swoim szybom 

naftowym. Moglibyśmy przeprowadzić się do Hou­

ston, a ty byś przyjeżdżała na comiesięczne spotkania 

zarządu. 

- Przeprowadzić się?! 

- Cropville nie jest pępkiem świata, Jessico, mimo 

że masz tu bank. Czy zastanawiałaś się kiedyś nad tym, 

że dla mnie nie ma tu wiele do roboty? 

Patrzyła na niego oniemiała. Nigdy nie przyszło jej 

do głowy, że Danny nie jest w Cropville szczęśliwy. 

- Wszyscy myślą tu o mnie jako o mężu prezeski 

banku - powiedział. - Gdybyśmy mieszkali w Hou­

ston, mógłbym wieczorami studiować i do czegoś dojść. 

Jessica opadła na krzesło przed toaletką. 

background image

TAJEMNICA •  1 5 9 

- To za wiele. Zostawić bank. Psychiatra. Prze­

prowadzka... 

Danny przyklęknął przy krześle i ujął dłonie żony. 

- Myślę o nas obojgu, Jessico. O tobie i o sobie. 

Pobraliśmy się na dobre i na złe. Nie chcę, żeby 

nasze życie zamieniło się... w piekło. Za bardzo się 

kochamy. 

Zarzuciła mu ręce na szyję i wybuchnęła płaczem 

na nowo. 

- Och, Danny, tak się boję. Tak bardzo cię ko­

cham. 

- Ale czy dość, by zostawić wszystko, co dotych­

czas znałaś, i podjąć ryzyko poznania czegoś nowego? 

- Ja... Ojciec nigdy by mi nie wybaczył, gdybym 

zostawiła bank. 

- To był jego bank, Jessico. On wybrał takie życie. 

Ty nie. Nie powinien był cię obarczać troską o bank, 

gdy umierał. 

- Ale to moje dziedzictwo. 

- To jego pomnik! - powiedział Danny gorzko. 

- Mówił, że jak długo będę miała bank, będę 

bezpieczna. I szanowana. 

- Zawsze będziesz przy mnie bezpieczna, kochanie. 

Może nie będziesz prezeską banku w małej mieścinie, 

ale na pewno nie będziesz głodować. 

- Ale mój ojciec... 

- Nie żyje, Jessico. 

- Ale on by sobie życzył... 

- Cholera by wzięła tego skurczybyka! 

- Nie wolno ci się tak wyrażać o moim ojcu! 

- Ach, nie? - powiedział szyderczo. - Nikomu ni­

gdy nie wolno było powiedzieć, co myśli o starym 

Vandoverze, ani jemu w twarz, ani przy tobie, prawda? 

A powinnaś usłyszeć, co o nim mówią. A może 

słyszałaś. Wygląda na to, że jesteś przyzwyczajona, by 

go bronić. 

background image

1 6 0 • TAJEMNICA 

- Pomógł zbudować to miasto. W swoim czasie 

pomógł każdemu farmerowi w okolicy. 

- Naprawdę w to wierzysz, czy on chciał, żebyś w to 

wierzyła? 

- To prawda! 

- Był nadętym, chciwym bydlakiem, który nigdy 

nikomu nie pomógł bezinteresownie. 

- Kto ci to powiedział? 

- Nikt konkretnie. Wszyscy po trochu. Taka panu­

je ogólna opinia na jego temat. Wszyscy dziękują 

Bogu, że nie jesteś taka, jak twój ojciec. 

- Plotki! - Wzruszyła pogardliwie ramionami. 

- Raczej stale powtarzana opinia. Zwykle bywa 

w tym jakieś ziarno prawdy. Czy twój ojciec kiedykol­

wiek mówił ci o wszystkich farmach, jakie przejął 

podczas Wielkiego Kryzysu, szczególnie w roku wiel­

kiej suszy? 

- Był biznesmenem, nie filantropem. 

- Był bezwzględnym, chciwym dorobkiewiczem. 

Jego pazerność nie miała granic. Łapał wszystko, na 

czym mógł legalnie położyć łapę. A potem szukał ropy. 

Stąd masz te wszystkie szyby naftowe, moja droga. 

Jessica zacisnęła powieki i zasłoniła uszy dłońmi. 

- Przestań! Proszę, przestań! Nie mogę słuchać, jak 

tak o nim mówisz! 

- Bo boisz się, że to prawda - powiedział wyzywa­

jąco. - Nigdy nie potrafiłaś spojrzeć w oczy prawdzie 

o ojcu. Ale jeśli tego nie zrobisz, w twoim życiu nie 

będzie dla mnie miejsca. 

- Proszę, przestań! - błagała. 

- Dobrze. - Danny westchnął ciężko. - To i tak 

już nie ma znaczenia. Jedyne, co się teraz liczy, to my. 

- Przyciągnął ją do siebie i objął dłońmi jej twarz. 

- Wynieśmy się z Cropville, Jessico. Wynieśmy się stąd 

i zacznijmy od początku. Jak już uporamy się z tą 

sprawą, będziemy mieli dzieci i mały domek z ogród-

background image

TAJEMNICA •  1 6 1 

kiem, gdzie będą mogły się bawić. A ty będziesz je 

ubierała w najlepsze stroje i zabierała z sobą na 

comiesięczne spotkania zarządu banku. 

Przytuliła się do niego, cała drżąca. Wydawało mu 

się, że nigdy nie przerwie milczenia, które otaczało ich 

jak morze, grożąc, że porwie z sobą. Gdy w końcu 

przemówiła, słowa wydobywały jej się z gardła powoli 

i z trudem. 

- Czy będziemy mogli hodować róże? 

Danny był tak zaskoczony, że na chwilę odebrało 

mu mowę. 

- Że co? 

- Róże - powtórzyła. - Czy w tym ogródku bę­

dziemy mogli hodować róże? I czy zbudujesz mi 

skrzynki na petunie i stokrotki? 

Roześmiał się głośno i przytulił z takim entuzjaz­

mem, że Jessica na chwilę zawisła w powietrzu. 

- Kochanie, zbuduję ci szklarnię, żebyś mogła 

hodować orchidee! 

background image

ROZDZIAŁ 

14 

Taylor ujął dłoń Vanessy. 

- Gotowa? 

Kiwnęła głową. 

- Czegokolwiek się dowiemy, jest to pięćdziesiąt lat 

spóźnione. 

Dom Bannersonów był piętrowym, ceglanym bu­

dynkiem stojącym pośrodku wielkiego, porośniętego 

drzewami trawnika, w jednej z najbardziej eleganckich 

dzielnic Houston. Przysadziste, białe kolumny i weran­

da biegnąca przez całą szerokość domu nadawały mu 

wygląd rodem z dawnego Południa. Na werandzie 

siedział biały kot. Wylizywał łapy i udawał, że nie 

zauważa Vanessy i Taylora. 

Drzwi otworzył kilkunastoletni chłopak, ubrany 

w dżinsy i koszulę w szerokie pasy. 

- Ach, tak - powiedział, gdy się przedstawili. 

- Babcia państwa oczekuje. Jest w szklarni. Proszę 

tędy. 

Jessica Vandover Bannerson przycinała rośliny, 

ostrożnie odkładając odcięte szczepki do napełnionej 

wodą tacy. Gdy weszli, przerwała swoje zajęcie. 

- Babciu, to są ci państwo, których oczekiwałaś 

- oznajmił chłopak. 

- Dziękuję, Danny - uśmiechnęła się Jessica. 

background image

TAJEMNICA »  1 6 3 

- Babciu! - powiedział karcącym tonem. 

- Och, przepraszam. Dan. Ciągle zapominam. 

Chłopak przyjął przeprosiny i wycofał się. Jessica 

patrzyła za nim wielkimi, piwnymi oczyma. Gdy już 

był poza zasięgiem jej głosu, uśmiechnęła się do 

Vanessy i Taylora. 

- „Danny" było wystarczająco dobrym imieniem 

dla jego... dziadka, nawet gdy był całkiem dorosły 

i służył w piechocie morskiej. A mały Danny kończy 

szesnaście lat i nagle staje się Danem. - Jej miłość do 

wnuka była widoczna. 

Taylor i Vanessa przedstawili się i uścisnęli dłoń 

Jessice. 

- Mam nadzieję, że moich rąk nie czuć nawozem 

- usprawiedliwiała się Jessica. - Oficjalnie jestem na 

emeryturze, ale ciągle lubię się tu pokręcić. 

Była przystojną kobietą i niewątpliwie byłaby ta­

ka, nawet gdyby nie pochodziła z bogatej rodziny, 

ale Vanessa nie mogła się powstrzymać od porów­

nania jej z Maggie O'Malley: eleganckich spodni 

i bluzki Jessiki i bezkształtnych sukienek Maggie. 

Tylko w oczach, tych wielkich, piwnych oczach, 

widniał wyraz bezbronności podobny do wyrazu 

oczu Maggie. 

- Chyba wiem, w jakiej sprawie przyszliście, ale 

proszę mi powiedzieć, jak mnie znaleźliście? 

- To dość skomplikowane - powiedziała Vanessa. 

Jessica zaproponowała, by wejść do domu, gdzie 

będzie im wygodniej rozmawiać. 

- Mój mąż wkrótce do nas dołączy. Najwyraźniej 

utknął gdzieś w korku. Czy napijecie się kawy? 

Niegrzecznie byłoby nie zaczekać na Danny'ego 

Bannersona, usiedli więc w salonie, podczas gdy 

Jessica poszła do kuchni po kawę. Taylor sięgnął po 

dłoń Vanessy i uścisnął ją pokrzepiająco. 

- Już zbliżamy się do końca. 

background image

1 6 4 • TAJEMNICA 

- Wie, dlaczego tu jesteśmy. Gdyby nie miała 

zamiaru nam opowiedzieć, to chyba nie zgodziłaby się 

z nami spotkać. 

Danny Bannerson pojawił się, gdy dopijali kawę. 

Był krępym mężczyzną, z łysą czaszką otoczoną wia­

nuszkiem siwych włosów. Przywitał się z nimi i usiadł 

na poręczy fotela Jessiki, prawą rękę kładąc na oparciu 

nad jej głową. Vanessa pomyślała, że siedzi tak prosto 

i czujnie, jakby był gotów w razie potrzeby w każdej 

chwili bronić żony. 

Włosy Jessiki, również siwe, były zaczesane w ele­

gancki kok, który podkreślał rysy jej szczupłej twarzy. 

Wyglądała równocześnie na odporną jak kamień i kru­

chą jak szkło. Uniosła nieco głowę. 

- Mieliście mi powiedzieć, jak do mnie trafiliście. 

- To dość nieprawdopodobna historia. 

Jessica wyprostowała się i sięgnęła przez uda męża 

po jego lewą dłoń. 

- Jestem gotowa jej wysłuchać. 

Vanessa opowiedziała o zjawie na starym dębie, 

o snach i notatce zrobionej przez ducha. Jessica 

pobladła. Zbielały też kostki jej dłoni, tak silnie 

ściskała rękę męża, ale kiwnęła głową, żeby Vanessa 

mówiła dalej. 

- Gdy Maggie O'Malley powiedziała nam, że panią 

nazywano Jessie i że miała pani długie loki, musieliśmy 

panią odnaleźć. Czy była pani tamtego dnia na farmie 

O'Malleyów? 

Wyraz jej twarzy powiedział im, że była. 

- Czy może nam pani wyjaśnić, co się tam stało? 

- poprosiła Vanessa. 

Niespodziewanie przemówił Danny Bannerson. 

- Nie musisz tego robić, Jess. 

- Nie masz racji, Danny - powiedziała cicho Jes­

sica. - Muszę. -I skupiając uwagę na Vanessie, doda­

ła: - Chyba zawsze wiedziałam, że pewnego dnia będę 

background image

TAJEMNICA •  1 6 5 

musiała to komuś opowiedzieć. Czuję niemal ulgę, 

- Przerwała i na chwilę pogrążyła się w myślach. 

- Mówicie, że Maggie O'Malley jeszcze żyje? 

Vanessa potwierdziła. 

- Myślałam o niej. Nigdy nie wyszła za mąż? 

Vanessa potrząsnęła głową. 

- Jaka szkoda - powiedziała Jessica i spojrzała 

wprost na Vanessę. - Czy wierzy pani, że grzechy 

ojców spadają na dzieci? - Pytanie było retoryczne. 

Odetchnęła głęboko. - W tym przypadku grzechy 

mojego ojca spadły na dziecko innego człowieka. 

- Pani Bannerson... - przerwała jej Vanessa niecie­

rpliwie. 

- Byłam tamtego dnia na farmie O'Malleyów. Ale 

zanim o tym opowiem, muszę opowiedzieć o czymś, 

co stało się dużo później. - Dostrzegła, że Vanessa 

otwiera usta w proteście, i uniosła dłoń. - To wszyst­

ko jest ważne. Za chwilę poznacie całą historię, ale 

muszę wam ją opowiedzieć po swojemu, żebyście 

mogli lepiej zrozumieć... - Znów odetchnęła głębo­

ko. - Uwielbiałam mego ojca. To ważne. Uwielbia­

łam go tak, jak dzieci uwielbiają rodziców, szczegól­

nie dziewczynki - ojców. Moja mama umarła, gdy 

byłam niemowlęciem, i ojciec był moim jedynym 

opiekunem. 

- Był właścicielem banku - powiedział Taylor. 

- Tak. I robił pieniądze. Ludzie mówili, że w jego 

rękach wszystko zamienia się w złoto, a ja byłam 

dumna, gdy to słyszałam. Nie docierało do mnie 

gadanie, jakim jest pozbawionym serca chciwcem, 

a jeśli nawet słyszałam coś niepochlebnego, przypisy­

wałam to ludzkiej zawiści i ignorowałam, bo nie 

pasowało do obrazu, jaki sobie stworzyłam. Gdy 

umarł, byłam dumna, że przejmuję po nim bank. 

W jakimś sensie byłam niemal tak samo opętana myślą 

o moim miejscu w społeczności miasteczka, jak on. 

background image

1 6 6 » TAJEMNICA 

Jessica i Danny wymienili pełne treści spojrzenia. 

Nerwowo oblizała wargi i kontynuowała swoją hi­

storię. 

- Poznałam Danny'ego po wojnie. Nie pochodził 

z Cropville. Pisywaliśmy do siebie w czasie wojny, 

w ramach akcji „Listy do żołnierza" mającej na celu 

podtrzymywanie morale wojska. - Spojrzała na mę­

ża z uśmiechem. Na wspomnienie tamtych czasów 

w oczach obojga coś błysnęło. - Przyjechał do Crop­

ville spotkać się ze mną i został, by się starać o mo­

ją rękę. Gdy się pobraliśmy, byliśmy w sobie bardzo 

zakochani. Wyobrażałam sobie, że zostaniemy na 

zawsze w Cropville, prowadząc bank. Ale Danny 

nie był tam szczęśliwy. No i pojawił się... pewien 

problem. 

Bannerson uniósł ich złączone ręce do ust i ucałował 

dłoń Jessiki. 

- Nie pozwalałam Danny'emu skonsumować mał­

żeństwa - kontynuowała Jessica. - Po prostu nie mo­

głam. - Pochyliła głowę. - Czułam się upokorzona. 

Odnosiłam sukcesy jako prezeska banku, co było dość 

niezwykłe w tamtych czasach jak na kobietę, ale 

poniosłam klęskę jako żona. - Znów uniosła głowę 

i spojrzała wprost na Taylora i Vanessę. - To nie była 

po prostu oziębłość. To był strach. Gorzej niż strach, 

przerażenie. Bez żadnego uzasadnienia, bo Danny był 

cierpliwy i delikatny, a ja go bardzo kochałam. W koń-

cu przekonał mnie, że powinniśmy poszukać pomocy. 

- To dlatego tak nagle odeszła pani z banku 

- domyśliła się Vanessa. 

- Pójście do psychiatry nie było dla Jessiki łatwe 

- wtrącił się Bannerson. - Inaczej się wtedy żyło. Na 

filmach mąż i żona nawet nie sypiali w tym samym 

łóżku, nie mówiąc już o publicznym roztrząsaniu 

swoich intymnych problemów. Dla Jessiki pójście do 

lekarza w takiej sprawie... 

background image

TAJEMNICA •  1 6 7 

- Nie rozumiem, co to ma wspólnego z O'Mal-

leyami - powiedział Taylor. 

- Och, bardzo wiele - włączyła się Jessica. - Właś­

ciwie wszystko. Widzicie, byłam leczona kilka miesięcy 

bez żadnej poprawy. Lekarz w końcu zaproponował 

hipnozę, jako ostatnią deskę ratunku. Uważał, że mój 

strach przed seksem wynika z czegoś, co przeżyłam 

w przeszłości. - Przełknęła, wyraźnie zażenowana. 

- Nie uwierzyłam mu oczywiście. Wyrosłam w bardzo 

konserwatywnym środowisku, chuchano na mnie 

i dmuchano. Nic nie wiedziałam o seksie, oprócz tego, 

że jest to sprawa miedzy kobietą i mężczyzną. No 

i oczywiście nie miałam żadnych przeżyć tego ty­

pu.  - N a moment zacisnęła wargi. -A w każdym 

razie tak uważałam. 

Pokój zaległa pełna napięcia cisza. W końcu Jessica 

podjęła opowieść. 

- Pod hipnozą przypomniało mi się coś, co się 

zdarzyło, gdy miałam dziesięć lat. Coś, czego byłam 

świadkiem na farmie O'Malleyów. - Odetchnęła głę­

boko. - Tego dnia poszłam do szkoły, ale zapomnia­

łam zabrać z domu wypracowanie. Postanowiłam wiec 

pobiec po nie na dużej przerwie. Miałam dobre stopnie 

i z przerażeniem myślałam, że nauczycielka mogłaby 

postawić mi dwóję. Gdy wyszłam ze szkoły, zobaczy­

łam skręcający za róg samochód mego ojca. Było 

gorąco, ja byłam zmęczona, więc zdecydowałam dogo­

nić ojca i poprosić, żeby zawiózł mnie do domu po 

wypracowanie i potem na powrót do szkoły. Nie 

przyszło mi do głowy, że dogonienie go może okazać 

się niemożliwe. 

Słowa przychodziły Jessice z trudem, jakby nie 

bardzo umiała wyrazić bolesne wspomnienia. 

- Szłam i szłam, drogą, na której zniknął samo­

chód. Wydawało mi się, że przeszłam już kilka kilo­

metrów, i zastanawiałam się, czy nie zawrócić, gdy 

background image

1 6 8 • TAJEMNICA 

dostrzegłam samochód przed domem O'Malleyów. 

Zaczęłam więc biec, myśląc, że poproszę panią O'Ma-

lley o szklankę wody, a potem ojciec zawiezie mnie do 

domu. Ale gdy się zbliżyłam, usłyszałam... - prze­

rwała. 

- Jesteś pewna, że chcesz mówić dalej? - zapytał 

z troską jej mąż. Potaknęła, dodając, że za chwilę 

dojdzie do siebie. 

- Gdy zbliżyłam się do domu, usłyszałam czyjś 

krzyk. Kobiecy krzyk. Zatrzymałam się na chwilę, 

nasłuchując, a potem podkradłam się bliżej, by zoba­

czyć, co się dzieje. Chyba myślałam, że będę mogła 

pomóc, ale równocześnie zastanawiałam się, dlaczego 

tata jej nie pomaga, skoro na pewno też musiał słyszeć 

ten krzyk. 

Podniosła filiżankę, spojrzała do środka i wysączyła 

resztkę kawy. 

- Podeszłam do okna. Nie słyszałam już krzyków, 

tylko... nie wiedziałam, co słyszę. Szuranie i jęki, i coś 

jak odgłosy wydawane przez zwierzęta. - Uśmiech­

nęła się z wysiłkiem. - Dzieci wychowywano w nie­

świadomości - wyjaśniła. - Nie oglądaliśmy filmów, 

przedstawiających akt seksualny we wszystkich szcze­

gółach. 

- Pani ojciec i pani O'Malley? - spytała osłupiała 

Vanessa. 

- Nie rozumiałam, dlaczego ma rozpięte spodnie. 

Nigdy przedtem nie widziałam nagiego mężczyzny 

i byłam zaszokowana. Nie rozumiałam, co on jej robi, 

ale widziałam, że ją to boli i tego nie chce. Przedtem 

krzyczała, teraz szlochała. I była ranna. Próbowała od 

niego uciec, ale nie mogła. Patrzyłam na to jak 

zahipnotyzowana i zapomniałam o ostrożności. Pani 

O'Malley dostrzegła mnie stojącą przy oknie. Zawoła­

ła mnie po imieniu. Była w histerii. Chyba ostrzegała 

mnie, żebym uciekała, ale nie byłam w stanie się ruszyć. 

background image

TAJEMNICA »  1 6 9 

Jessica przerwała. W zapadłej ciszy nikt się nie 

poruszał, z wyjątkiem Bannersona, który powoli gła­

dził dłoń swojej żony. Po jakimś czasie Jessica podjęła 

opowieść. 

- Ojciec podniósł wzrok i zobaczył mnie. Miał 

oczy... szaleńca. Przeraziłam się. Krzyknął, bym ode­

szła od okna. Nie ruszyłam się, więc znowu zaczął na 

mnie krzyczeć. Nigdy przedtem nie podnosił na mnie 

głosu, więc jeszcze bardziej przeraziło mnie to, że tak 

się odzywa. 

Znów zapanowało milczenie. 

- I co było dalej? - spytała w końcu Vanessa. 

- Odwróciłam się i pobiegłam, jak mogłam naj­

szybciej. Nie wiem, jak daleko odbiegłam, ale pa­

miętam kłucie w boku od tak szybkiego biegu. Wtedy 

stanęłam i obejrzałam się, trzymając się za bok, 

i zobaczyłam, jak ojciec wychodzi z domu, niosąc 

panią O'Malley. Była bezwładna i zrozumiałam, że 

nie żyje. 

Nie wiedziałam, co robić, ale nie musiałam pode­

jmować decyzji, bo ojciec podjechał samochodem i ka­

zał mi wsiadać. Usiadłam z przodu. Wiedziałam, że 

z tyłu leży ciało pani O'Malley, więc patrzyłam tylko 

przed siebie. Pojechaliśmy z powrotem do domu. Tam 

kazał mi wysiąść i spakować rzeczy pani O'Malley do 

walizki, którą wyciągnął z szafy. Pamiętam, jak ot­

wierał szuflady i rzucał w moją stronę jej bieliznę, a ja 

myślałam, jak biedne i zniszczone są jej rzeczy. 

Jessica znowu przerwała. 

- Zabraliśmy także jej rzeczy z toaletki. Pamiętam, 

że miała szczotkę do włosów ze srebrną rączką, 

zupełnie nie pasującą do reszty. W końcu ojciec zabrał 

walizkę do samochodu. - Jessica oblizała wargi. 

- Wyjechaliśmy na pole. Wyglądało na to, że ojciec 

czegoś szuka. Za samochodem unosił się kurz jak 

brązowa chmura. W końcu zatrzymał samochód i zo-

background image

1 7 0 • TAJEMNICA 

baczyłam, że stoimy koło starej studni, której otwór 

zabito deskami. Oderwał kilka desek, wyniósł z samo­

chodu panią O'Malley i wrzucił do środka. A potem 

kazał mi tam wrzucić także walizkę, zanim umocował 

deski na powrót. - Po jej policzku spłynęła łza. - Za­

wiózł mnie do domu, kazał pójść prosto do mojego 

pokoju i tam zostać. Siedziałam tam długie godziny, 

trzęsąc się... 

Spojrzała na Vanessę i Taylora. 

- Musicie mi uwierzyć. Nic z tego wszystkiego nie 

pamiętałam, póki mój psychoterapeuta nie wprowa­

dził mnie w hipnozę. 

Zapewnili ją, że wierzą i rozumieją. 

- Wieczorem przyszedł do mojego pokoju. Był 

niepoczytalny. Wiedziałam o tym już wtedy, ale mój 

umysł nie chciał tej wiedzy przyjąć. Ojciec mówił 

o tym, co zrobił. Był... podniecony, jakby brał udział 

w interesującym przyjęciu albo zawarł duży kontrakt. 

Przechwalał się przede mną. Nazywał panią O'Malley 

kretynką, bo przedstawił jej sposób na zachowanie 

farmy, a ona odmówiła, a w końcu i tak dostał od niej 

to, czego chciał. 

Jessica płakała, od czasu do czasu ocierając z poli­

czków łzy. 

- Powiedział mi, że nakłonił Paddy'ego O'Malleya 

do podpisania kartki papieru, mówiąc mu, że za to 

przedłuży mu kredyt i nie zajmie farmy. 

- „To zbyt wiele" - powiedziała Vanessa w zamyś­

leniu. - „To zbyt wiele" - powtórzyła. - Ach, więc 

myślał, że prosi o przedłużenie kredytu, pisząc, że zbyt 

wiele ma do spłacenia, a tymczasem podpisywał wyrok 

śmierci na siebie. Wszyscy uznali to za list samobójczy. 

- Spojrzała na Jessicę. - Pani ojciec był diabłem. 

Jessica ze smutkiem pokiwała-głową. 

- Niestety. Gdy już O'Malley napisał tę notkę, 

mieli to uczcić szklaneczką alkoholu. Ojciec odwrócił 

background image

TAJEMNICA •  1 7 1 

jego uwagę i uderzył go w głowę. O'Malley stracił 

przytomność i ojciec powiesił go na drzewie, pozorując 

samobójstwo. 

Bannerson podał żonie chusteczkę i Jessica wytarła 

oczy i nos. 

- I w końcu mi powiedział, że jeżeli kiedykolwiek 

komukolwiek powiem, co widziałam i słyszałam, to 

zrobi ze mną to samo, co z panią O'Malley. A ja 

postąpiłam jeszcze lepiej: ta historia była tak straszna, 

że mój umysł po prostu wymazał ją z pamięci, jakby się 

nigdy nie zdarzyła. I nic o tym nie pamiętałam, ale gdy 

Danny chciał się ze mną kochać... 

Przez kilka minut nikt się nie ruszał i nie odzywał. 

Jessica oparła czoło o pierś męża, a on objął ją 

pocieszającym gestem. 

Vanessa siedziała jak sparaliżowana. Kamień rzu­

cony w wodę... - pomyślała. Jeszcze pięćdziesiąt lat 

później rozchodzą się kręgi. Jedno życie zmarnowane, 

drugie o mało nie zniszczone. 

- Ta stara studnia - spytał w końcu Taylor. - Czy 

znajdowała się na ziemi O'Malleyow? 

- Chyba tak. - Jessica podniosła głowę i zmarsz­

czyła czoło. - Inaczej natknęlibyśmy się na płoty. 

- Przełknęła z wysiłkiem. - Czy chcecie ją odnaleźć? 

- Spróbuję - potwierdził Taylor. - Pora, żeby ona 

i jej mąż mieli prawdziwy grób. 

Jessica pokiwała głową w niemym zrozumieniu. 

- Zrobię, co będę mógł, by zachować całą sprawę 

w tajemnicy - powiedział. - Ale takie rzeczy... Jeśli 

włączymy władze, prasa może się dowiedzieć. Cóż, 

obiecuję zrobić, co w mojej mocy. 

- Doceniam to - podziękowała Jessica. 

Trudno było prowadzić uprzejmą rozmowę o ni­

czym po otwarciu pięćdziesięcioletnich ran, ale nie 

mogli też po prostu wstać i wyjść. Vanessa pomyślała 

o chłopcu, który otworzył im drzwi. 

background image

1 7 2 • TAJEMNICA 

- Ile dzieci państwo mają, pani Banner son? - spy­

tała. 

Jessica uśmiechnęła się z dumą. 

- Trzy córki. Wszystkie już wyszły za mąż i mają 

dzieci. Widzieliście Dana - to nasz najstarszy wnuk. 

Mamy jeszcze czterech innych wnuków i trzy wnuczki. 

- A państwo wciąż jesteście razem. 

- Ponad czterdzieści lat - potwierdził Bannerson. 

-I nie oddałbym ani jednego dnia. Najmądrzejszą 

decyzją w moim życiu było pojechanie do Cropville, by 

poznać korespondencyjną przyjaciółkę. 

- Zbudowaliście kwitnące przedsiębiorstwo. Szkla­

rnie Banner. Kupowałem od was sadzonki do moich 

domów. 

- Jakoś tak się nam udało - powiedział Danny 

Bannerson. 

- Po tak nagłym odejściu nie mogłam już wrócić do 

banku, ale nie potrafiłam też siedzieć w domu w chara­

kterze kury domowej - powiedziała Jessica. - A Dan­

ny skończył studia i właściwie nie miał zajęcia. Robił 

specjalizację z zarządzania. Więc poszukaliśmy czegoś, 

co oboje lubimy robić, żebyśmy mogli pracować 

razem. No i poszczęściło się nam. 

Tym razem milczenie było przyjazne. Nadeszła 

pora odjazdu. Vanessa spojrzała na Taylora i wstała. 

Wyciągnęła rękę do Jessiki. 

- Była pani z nami bardzo szczera. Nie musiała 

pani, więc tym bardziej dziękuję, że się pani zdecydo­

wała opowiedzieć nam tę historię. 

Jessica ujęła dłoń Vanessy i spojrzała jej w oczy. 

- Mój lekarz i ja zastanawialiśmy się nad zgłosze­

niem tej historii władzom, ale nie widzieliśmy celu po 

tylu latach, zwłaszcza że ojciec od dawna nie żył. Ale 

chyba zawsze wiedziałam, że komuś będę musiała to 

opowiedzieć. Cieszę się, że przyjechaliście. Czuję się, 

jakbym zakończyła jakąś długo odkładaną sprawę. 

background image

TAJEMNICA  1 7 3 

- Zwróciła się do Taylora. - Jeśli będzie wam potrzeb­

na pomoc przy nagrobku, kamieniu, czymkolwiek 

- proszę, dajcie mi znać. 

Taylor spojrzał z uśmiechem na Vanessę i objął ją 

ramieniem. 

- Dziękuję, ale tym już sam się zajmę. 

- Więc mnie zawiadomcie o pogrzebie. Dostarczę 

kwiaty. 

- Zrobię to - powiedział. - Na pewno to zrobię. 

background image

ROZDZIAŁ 

15 

- No i już wszystko wiemy - stwierdził Taylor, gdy 

oddalili się kilka kilometrów od domu Bannersonów. 

Vanessa pokiwała głową, ale milczała. Dopiero po 

dłuższym czasie spytała: 

- Czy pamiętasz jakieś stare studnie na tamtym 

terenie? 

- Mogę się domyślić, gdzie jest ta studnia, z dużą 

dozą prawdopodobieństwa. Jest tam taki kawałek 

ziemi, gdzie próbowano szukać ropy. W jednym 

miejscu na ziemi leży betonowa płyta. Nie wkopana, 

tylko tak po prostu położona. Zastanawialiśmy się, co 

to jest, gdy oglądaliśmy teren. Możliwe, że deski 

zbutwiały i nafciarze przykryli dziurę, żeby nikt do niej 

nie wpadł czy też żeby nie wjechała w nią ciężarówka. 

- Musimy porozmawiać z Maggie - powiedziała 

Vanessa. - Ma prawo wiedzieć. 

- Owszem. 

- A jeśli zechce z nami pójść? 

- Może powinniśmy najpierw porozumieć się z Bet­

ty Staal. Niech ona się wypowie, czy Maggie ma 

dość sił. 

- To dobry pomysł. 

Gdy Maggie zobaczyła ich w towarzystwie Betty 

Staal, domyśliła się, że przychodzą z nowinami. 

background image

TAJEMNICA •  1 7 5 

Przywitała się ze wszystkimi i zapytała z wyraźnym 

drżeniem: 

- Dowiedzieliście się czegoś o mojej mamie, pra­

wda? 

- Tak, panno Maggie. Dowiedzieli się - odpowie­

działa Betty. 

Maggie przez chwilę przyswajała tę informację. 

- No, to usiądźmy i porozmawiajmy - powiedzia­

ła w końcu. 

Nie było powodu, by tracić czas na wstępne poga-

duszki.... 

- Miała pani rację, Maggie - powiedział Taylor. 

- Pani matka została zamordowana. Jej ciało znajduje 

się w starej studni. Czy pamięta pani jakąś starą 

studnię na terenie farmy? 

- Pewnie chodzi o tę, która wyschła rok wcześniej, 

zanim to wszystko się zdarzyło - oświadczyła Maggie. 

- Była na północnym polu. 

Taylor kiwnął głową do Vanessy, potwierdzając, że 

o tym właśnie miejscu mówił. 

Głos Maggie brzmiał niemal jak głos dziewięciolet­

niej dziewczynki, którą była w momencie zniknięcia 

matki. 

- Kto zabił moją mamę? Dlaczego ktoś to zrobił? 

- To był stary Vandover - wyjaśnił Taylor. 

- Chciał, by dała mu siebie... w zamian za farmę. 

Rozzłościł się, gdy odmówiła. 

W tej chwili Vanessa uświadomiła sobie wyraźniej 

niż kiedykolwiek, jak mocno kocha Taylora. Jego takt 

oszczędził Maggie upokorzenia matki, a także Jessice 

upokorzenia z powodu postępku jej ojca. 

- A mój tata? - dopytywała się Maggie. 

- Tak jak pani myślała - powiedział Taylor. 

- Vandover uderzył go w głowę i powiesił na drzewie. 

Podstępem namówił go do napisania tej notatki. Pani 

ojciec myślał, że przedłuża kredyt w banku. 

background image

1 7 6 • TAJEMNICA 

Minuta czy dwie minęły w absolutnej ciszy. Maggie 

płakała, ale spokojnie, bez szlochania. Łzy spływały jej 

bezgłośnie po policzkach. Łzy bólu. I wdzięczności. 

Łzy spokoju, bo teraz znała już prawdę. 

- Zawsze wiedziałam, że nie żyje - powiedziała 

w końcu. - Gdyby żyła, wróciłaby po mnie. 

- Co pani teraz chce zrobić? - zapytał Taylor. 

- Decyzja należy do pani. Możemy ją albo tam 

zostawić, albo spróbować odnaleźć i pochować razem 

z pani ojcem. 

Maggie szeroko otworzyła oczy. 

- Razem? Na cmentarzu? Z nagrobkiem, jak się 

należy? 

Taylor kiwał głową potakująco na każde z tych 

pytań. Powoli na twarz Maggie wypłynął uśmiech. 

- Tak, proszę pana. Tu właśnie była ta studnia 

- powiedziała Maggie. 

Znajdowali się na jeszcze nie zabudowanej części 

dawnej farmy O'Malleyów. Taylor zwrócił się do 

Burleigha, który zgodził się pomóc odsunąć płytę. 

- No to bierzmy się do roboty. 

Gdy spróbowali ruszyć płytę, beton popękał i rozpadł 

się, więc musieli go usuwać po kawałku, używając sta­

lowej linki i bloczka zamontowanych na ciężarówce bu­

dowlanej Stephensco. Wszelkie ślady cembrowiny usu­

nięto przed położeniem płyty, więc w końcu pojawił się 

po prostu otwór w ziemi o średnicy niewiele ponad metr. 

Vanessę przeszedł dreszcz, gdy spojrzała w głąb, 

choć nie była pewna, czy to z powodu tego, co leży na 

dnie, czy też czarna przepaść wydawała się sama 

z siebie przerażająca. 

Maggie pamiętała, że studnia miała około dziesięciu 

metrów głębokości. Taylor wyjął dwudziestometrową 

linkę, oznaczoną co półtora metra. Do końca linki 

przywiązał ciężką latarkę. 

background image

TAJEMNICA •  1 7 7 

- Uważaj! - ostrzegła Vanessa, gdy Taylor pod­

szedł do brzegu otworu i zaczął opuszczać latarkę. 

Spojrzał na nią ze zniecierpliwieniem. 

- Dobrze, mamusiu. 

- Przepraszam - powiedziała. - Ja tylko... 

- Vanesso, nie pierwszy raz pracuję koło dziury 

w ziemi. I nie ostatni. Mam nadzieję, że nie okażesz się 

nieznośnie nadopiekuńcza - zachichotał tak zaraźli­

wie, że, chcąc nie chcąc, odpowiedziała uśmiechem. 

Betty namówiła Maggie, by usiadła na jednym 

z leżaków rozstawionych przez Taylora w cieniu 

pobliskiego drzewa. Vanessa wiedziała, że powinna się 

do nich przyłączyć, ale studnia ją fascynowała. Za­

jrzała do środka, śledząc powolną podróż światła 

latarki, aż znikło gdzieś w głębi ciemności. A potem 

można było już tylko czekać, aż latarką oprze się na 

czymś i linka zrobi się luźna. 

- Dziewięć i pół metra - obwieścił Taylor, gdy 

mimo szarpania linka nie napięła się ponownie. 

Stali na brzegu dołu: Vanessa, Taylor i Burleigh, 

i patrzyli na siebie. 

- I co teraz? - spytała Vanessa. 

- Straż pożarna ma specjalistów od takiej pracy, 

ale nie sądzę, by udało nam się ich ściągnąć tu tylko 

dlatego, że znaleźliśmy starą studnię. Musielibyśmy 

im za dużo wyjaśniać. Gdyby udało się wyciągnąć 

walizkę... 

- Jaką walizkę? - zapytał Burleigh. 

- Mamy podstawy, by wierzyć, że pięćdziesiąt lat 

temu do tej studni wrzucono ciało kobiety - wyjaśnił 

Taylor. - Oraz walizkę wypakowaną jej rzeczami. 

- Nie palę się do szukania ciała - powiedział Bur­

leigh - ale jeśli mnie opuścicie do studni, mogę spró­

bować wyciągnąć walizkę. 

- Otwór jest za wąski! - zaprotestowała wystra­

szona Vanessa. 

background image

1 7 8 • TAJEMNICA 

- Ale tam! - odpowiedział Burleigh. - W wojsku 

przeczołgiwałem się przez ciaśniejsze dziury. 

- Ścianki mogą się osypywać - zauważył Taylor. 

- Jak daleko widzieliśmy, były stabilne. Ale nie 

jestem żadnym bohaterem ani głupcem. Na pierwszy 

znak osypywania się ziemi przy moich nogach usłyszy­

cie, jak wrzeszczę, by mnie wyciągnąć. 

- Nie ma tam zbyt wiele miejsca na pochylenie się 

- powiedział Taylor. 

- Mogę uchwycić tę walizkę stopami, jeśli nie da 

rady inaczej. 

Dyskutowali o tym jeszcze z dziesięć minut, w koń­

cu Taylor się zgodził. Razem z Burleighem przygoto­

wali rodzaj uprzęży. Następne trzydzieści minut było 

chyba najdłuższą półgodziną w życiu Vanessy. Powo­

lutku, powolutku, Burleigh znikał w otworze, a po 

chwili nie było już nic widać oprócz napiętej liny. 

Taylor podzielał niepokój Vanessy, co objawiało się 

zaciśniętymi mocno szczękami, ale jeśli Burleigh też się 

bał, to tego nie okazywał. Z środka studni dobiegał ich 

jego głos, śpiewający „Dziewięćdziesiąt dziewięć bute­

lek rumu". 

Był przy osiemdziesiątej dziewiątej butelce, gdy 

przerwał i zawołał, że jest na dole. Następne dwie 

minuty ciągnęły się bez końca. Maggie i Betty wyczuły 

napięcie i podeszły bliżej. Wszyscy usłyszeli głos Bur-

leigha: 

- Podciągnijcie mnie w górę! 

Cała czwórka wstrzymała oddech, gdy Burleigh 

przechodził od osiemdziesiątej ósmej do osiemdziesią­

tej butelki, a potem już Taylor pomagał bardzo 

zakurzonemu majstrowi wydostać się ze studni. 

- Tego szukaliście? - zapytał Burleigh. Między je­

go stopami, pokryta brudem, ale wyraźnie rozpo­

znawalna z kształtu i rozmiaru, wyjechała w górę 

walizka. 

background image

TAJEMNICA •  1 7 9 

Nagle uwaga wszystkich skupiła się na Maggie, 

która podeszła powoli do walizki i ostrożnie, jakby 

bojąc się, że się rozpadnie, dotknęła zamknięcia. 

Zardzewiały zamek nie ustępował i w końcu Taylor 

podważył go scyzorykiem. Maggie głośno złapała 

oddech, gdy resztki ubrań i osobistych drobiazgów jej 

matki ujrzały światło dzienne. Podbródek jej drżał, gdy 

patrzyła na nie i rozpłakała się głośno, biorąc do ręki 

szczotkę do włosów ze srebrną rączką. 

Vanessa poczuła ciepłe łzy również na swoich 

policzkach i z wdzięcznością przyjęła obejmujące ją 

ramię Taylora. 

Taylor zadzwonił do znajomego z biura szeryfa, 

który przyjechał, rzucił okiem na walizkę i wezwał 

specjalną jednostkę straży pożarnej. Policjant wiedział 

oczywiście, iż nie usłyszał całej prawdy, ale ponieważ 

ciało najwyraźniej spoczywało w studni od bardzo 

dawna, a identyfikacja - dzięki osobistym drobiaz­

gom z walizki - nie pozostawiała wątpliwości, nie 

naciskał o szczegóły. Nie upierał się, na przykład, 

przy wyjaśnieniach, jakim to szczęśliwym przypad­

kiem odkryciu walizki towarzyszyła Maggie, albo 

dlaczego Burleigh czuł nieprzepartą potrzebę zejścia 

na dno studni od pięćdziesięciu lat zakrytej betonową 

płytą. 

Szczątki Tilly O'Malley - kości i kawałek sukienki 

- zostały wydobyte i złożone w oficjalnym pokrowcu 

na ciała, a następnie odwiezione ambulansem do kost­

nicy miejskiej. Maggie poczuła satysfakcję z powodu 

ambulansu. 

Oficjalne dochodzenie zakończyło się wystawie­

niem świadectwa zgonu, dzięki czemu łatwiej było 

załatwić miejsce na podwójny grób i przy okazji prze­

prowadzić ekshumację ciała Paddy'ego O'Malleya. Co 

ciekawe, podczas autopsji stwierdzono, że tuż przed 

śmiercią Tilly O'Malley złamała nogę. 

background image

1 8 0 • TAJEMNICA 

W miejscowej gazecie pojawiła się krótka notatka, 

mówiąca jedynie, że ze starej studni wydobyto ciało 

kobiety, która mieszkała w okolicy i zaginęła w latach 

trzydziestych. 

- Jesteś genialny - powiedziała Vanessa do Taylo­

ra, gdy leżeli już w jej łóżku, i pocałowała go z uzna­

niem. - Niesamowite, jak dobrze się wszystko ułożyło. 

W niedzielne popołudnie zebrali się u stóp podwój­

nego grobu na pięknie utrzymanym miejscowym 

cmentarzu. Kapłan pobłogosławił grób i odmówił 

stosowne modlitwy. Na nagrobku widniał wyrzeź­

biony motyw liści dębowych i róż, pod spodem, 

dużymi literami, nazwisko O'Malley, a jeszcze niżej 

imiona Tilly i Paddy'ego, ich daty urodzenia i data 

śmierci. 

Po wszystkim, co się zdarzyło, największą nie­

spodziankę stanowiła data urodzin Tilly O'Malley: 

szósty listopada. Był to również dzień urodzin Vanes-

sy. I w chwili śmierci Tilly O'Malley była dokładnie 

w wieku Vanessy. 

Pokrewne dusze. Ta myśl przejęła Vanessę dresz­

czem, ale równocześnie napełniła głęboką satysfakcją, 

że Tilly i Paddy O'Malley mogą wreszcie odpoczywać 

w spokoju. 

Po pogrzebie zebrali się w domu Vanessy. Maggie, 

gość honorowy, ubrana w błękitną sukienkę, nabytą 

na wielkiej wyprawie po zakupy z Betty Staal, przemie­

rzała tam i z powrotem podwórko za domem, po­

dziwiając róże i przyglądając się puszczającym pączki 

szczepkom wistarii od Margaret. Również sam dom 

obejrzała z zainteresowaniem, wykrzykując z podzi­

wem nad łazienką ze sztucznego marmuru, szafami 

w ścianach i zmywarką do naczyń. 

Na zaproszenie Maggie pojawił się również Bur­

leigh, ale Vanessa podejrzewała, że świętował nie tyle 

przeniesienie ciała Tilly O'Malley, co raczej otrzyma-

background image

TAJEMNICA •  1 8 1 

nie sporej premii, którą znalazł w kopercie z wypłatą. 

Na Boże Narodzenie ta premia zostanie podwojona 

dzięki szczodrości Jessiki Vandover Bannerson, która 

jednak pozostanie dla niego jedynie anonimową dob­

rodziejką. 

Vanessa przygotowała niewielki posiłek, a Taylor 

zaskoczył wszystkich, przynosząc butelkę irlandzkiej 

whisky, by wznieść nią toast za wieczny spokój rodzi­

ców Maggie. 

Po toaście Vanessa poszła do kuchni postawić wodę 

na kawę do deseru: Betty i Karen upiekły po dużym 

cieście. Maggie natomiast stanęła przy tylnym oknie 

i patrzyła na wielki dąb. Nie pierwszy już raz tak mu się 

przyglądała. 

- To samo robiłam w ostatnim tygodniu - powie­

działa Vanessa do Taylora w kuchni. - Patrzyłam 

przez okno, jakbym spodziewała się nagle ujrzeć ich 

dwoje stojących pod dębem i machających do mnie. 

- To się nie zgadza ze zwyczajami duchów - za­

uważył Taylor. 

- Wiem. To przez to, że tak się zaangażowałam 

w ich historię. Tak naprawdę wcale ich nie oczekuję. 

To cudowne móc patrzeć na dąb bez strachu, że 

zobaczę zjawę. 

Taylor podszedł od tyłu do Vanessy i położył dłonie 

na jej ramionach. Czuła ciepło emanujące z jego ciała, 

uwodzicielskie ciepło, które ją przyciągało. Oparła się 

plecami o jego pierś. 

- Już po wszystkim - powiedział. 

- Wiem. 

- Teraz nadszedł nasz czas. 

Okręciła się w jego objęciach. 

- To także wiem. 

- Żadnych wątpliwości, czy cię kocham? 

Uśmiechnęła się. 

- Żadnych. 

background image

1 8 2 » TAJEMNICA 

- Żadnych wątpliwości, czy ty mnie kochasz? 

Stanęła na palcach i pocałowała go leciutko w usta. 

- Absolutnie żadnych. Tylko że... to trochę po­

trwa. Między innymi muszę zadecydować, co zrobić 

z domem. 

Odwrócili się na odgłos kogoś wchodzącego do 

kuchni. 

- Och,przepraszam -powiedziała Jessica,zażeno­

wana, że przeszkodziła im w tak wyraźnie intymnym 

momencie. - Vanesso, przepraszam, ale czy mogła­

bym zamienić z tobą kilka słów w cztery oczy? 

- Oczywiście. - Vanessa zwróciła się do Taylora. 

- Dasz sobie radę z ekspresem do kawy, prawda? 

background image

EPILOG 

Ostry krzyk przeszył powietrze. Vanessa poderwała 

się gwałtownie. 

- Taylor? 

Stał przy oknie, patrząc przez uchylone żaluzje na 

pawicę siedzącą na wysokości pierwszego piętra na 

konarze wielkiego dębu, tuż za oknem ich sypialni. 

Odwrócił się i uśmiechnął. 

- Zupełnie jak ludzki krzyk, prawda? 

- Zbyt ludzki, jak na mój gust - przytaknęła. 

Taylor wrócił do łóżka i przysiadł na brzegu. 

- Niech się pani posunie, pani Stephenson - po­

wiedział, unosząc brzeg koca. 

Umościła się w jego ramionach, wsunęła nogę 

między jego uda i westchnęła z satysfakcją. 

- Jeśli pominąć te głupie pawie, to miejsce jest fan­

tastyczne. Mogłabym tu zostać, tak jak teraz, na zawsze. 

- Mhm - przytaknął Taylor. 

Vanessa odwróciła głowę w jego stronę. 

- Cieszę się, że tak to załatwiliśmy. Że przenieśliś­

my wszystkie moje rzeczy, ale zostawiliśmy w pacz­

kach, żebym mogła je rozpakować już jako pani 

Stephenson. Będę się znacznie lepiej czuła, szukając 

miejsca dla moich rzeczy, wiedząc, że twój dom jest 

oficjalnie naszym domem. 

background image

1 8 4 • TAJEMNICA 

- To mi się podoba - powiedział Taylor. Pocało­

wał ją. - Kocham panią, pani Stephenson. 

- Tak dziwnie było się pakować, kiedy właściwie 

dopiero co się rozpakowałam. Kiedy wprowadziłam 

się do tamtego domu i podpisałam trzydziestoletni 

kredyt hipoteczny, myślałam, że... spędzę tam resztę 

życia. 

Taylor przytulił ją mocniej. 

- Żadnych dochodzących małżonków w tym zwią­

zku. 

- Och, zgadzam się, panie Stephenson. - Vanessa 

westchnęła z zadowoleniem. - Niczego nie żałuję. 

- Po chwili zamyślenia dodała: - Myślisz, że Maggie 

będzie tam szczęśliwa? 

Taylor roześmiał się głośno. 

- Sądząc z tego, jak biegała z Jessicą po ogro­

dzie, dyskutując rozmieszczenie grządek i aranżację 

zieleni, będzie szczęśliwa jak dziecko. Poczuła się 

w domu. 

- Tak. Nie wiem, dlaczego od razu na to nie 

wpadłam. Później wydawało mi się to zupełnie oczywi­

stym rozwiązaniem, ale kiedy Jessica spytała, czy nie 

sprzedałabym jej domu, żeby Maggie mogła w nim 

zamieszkać, o mało nie zemdlałam. 

- No i wszystko się dobrze skończyło - powiedział 

Taylor. 

- Najlepiej jak mogło - przytaknęła. 

Zamilkli, rozkoszując się swoją bliskością. Po dłuż­

szej chwili Vanessa odezwała się. 

- Teraz ta cała historia wydaje się taka nierealna 

i niemożliwa. Jak sen. 

- Zawsze tak będzie - przepowiedział Taylor. 

- Gdyby cię nie było... 

- Ale byłem. I byłbym nawet, gdyby nie pojawił się 

żaden duch. 

- Jesteś pewien? 

background image

TAJEMNICA •  1 8 5 

- Wystarczy mi spojrzeć, jak przechodzisz przez 

pokój, a nie mam żadnych wątpliwości. 

- No tak, moja najlepsza część idzie za mną 

wszędzie. 

- Lubię także pani oczy, pani Stephenson. Podoba 

mi się sposób, w jaki na mnie patrzysz. 

- I co jeszcze ci się podoba? 

- Twoje włosy - zaczął wyliczać. - I nos. I uśmiech, 

i usta. Masz cudowne usta. 

- Stworzone, by cię całować - powiedziała i właś­

nie to uczyniła. 

KONIEC