background image
background image

Grzegorz Gajek

Sen, brat śmierci

Warszawa, 2013

background image

Copyright by Grzegorz Gajek, Warszawa 2013
Wszelkie prawa zastrzeżone
Projekt okładki: Monika Rychlicka
Korekta: Anna Łucja Mróz
Korekta techniczna: Paweł Mateja

ISBN: 978-83-937114-0-6

Patroni medialni:

 

 

background image

O autorze

Grzegorz  Gajek  -  ur.  w  1987  r.,  z  wykształcenia  kulturoznawca,  z  zamiłowania  mitolog.  Autor

powieści „Szaleństwo przychodzi nocą” (Novae Res, 2013). Prywatnie całkiem sympatyczny facet.
Wielki  miłośnik  wina,  dobrej  kuchni  i  wszystkiego,  co  piękne.  Więcej  informacji  na  stronie

gajekgreg.pl

.

background image

Od autora

Zawsze fascynowały mnie sny. Zawsze też fascynowała mnie noc. Ci z was, którym zdarzyło

się  kiedyś  pracować  na  nocne  zmiany  albo  podróżować  nocnymi  pociągami,  albo  biwakować  w
lesie w noc pełni księżyca pewnie zrozumieją, skąd wzięło się to drobne dziwactwo. O trzeciej albo
czwartej  nad  ranem  świat  wygląda  odrobinkę  inaczej,  staje  się  jakby  ociupinkę  mniej  rzeczywisty.
Ludzie  są  senni,  rozmowy  zbaczają  na  dziwne  tory,  o  wiele  łatwiej  opowiada  się  niestworzone
historie.

Niestworzone  historie  to  właśnie  to,  czym  chcę  się  w  życiu  zajmować.  Nie  przez  przypadek

moja pierwsza powieść nosi tytuł „Szaleństwo przychodzi nocą”. Pisząc ją myślałem właśnie o tym,
jak  delikatna  potrafi  być  nasza  rzeczywistość,  jak  przerażająco  niewiele  dzieli  nas  czasami  od
obłędu – nas, zwykłych szaraczków, pracujących i jeżdżących pociągami.

Podobne  przemyślenia  towarzyszą  mi  właściwie,  odkąd  tylko  na  poważnie  wziąłem  się  za

pisanie.  Dowód  na  to  stanowi  niniejszy  zbiór  opowiadań,  do  którego  trafiły  teksty  stworzone  w
ciągu  siedmiu  ostatnich  lat.  Do  bardzo  wielu  z  nich  trafiły  strzępki  (a  czasami  i  pokaźne  kawały)
moich  prawdziwych  snów  i  koszmarów.  Mówiąc  krótko,  chciałbym  zabrać  Was  w  podróż  do
mojego  prywatnego  „świata  pomiędzy”.  Mam  nadzieję,  że  zechcecie  wsiąść  ze  mną  do  tego
pociągu.

background image

Pierwsza odsłona

Mam  takie  wspomnienie  z  dzieciństwa  albo  może  ze  snu:  siedzę  przed  telewizorem  i

przyglądam  się  małpie  skąpanej  w  złotym  blasku  afrykańskiego  słońca,  a  ona  przygląda  się  mnie
skąpanemu w błękitnej poświacie migoczącego ekranu. Dokoła mnie ciemność. Na szafie siedzi lis
– tam dokładnie, gdzie za dnia stoi stara maszyna do pisania. Dwa zające przycupnęły niespokojnie
pod stołem, w tym miejscu, gdzie mama jutro zostawi swoje kapcie. Ze składu porcelany wygląda
sowa  parą  oczu  wielkich  jak  spodki  –  ona  jedna  zostanie,  gdy  wstanie  słońce.  Tylko  skurczy  się,
zmieni w małą, niebiesko-białą, porcelanową sówkę.

W  pewnym  momencie  małpa  macha  na  mnie  ręką,  żebym  się  zbliżył.  Podchodzę  więc  do

telewizora, a ona również ze swojej strony zbliża się do przezroczystej tafli ekranu – tak bardzo, że
para z jej nosa osiada mgiełką między naszymi twarzami.

–  Spójrz  za  telewizor  –  mówi  zduszonym,  konspiracyjnym  szeptem.  –  Jest  tam  przejście,

którego – założę się – dotąd nie widziałeś. Idź tam, a zobaczysz świat, jakiego nie znałeś…

Zaintrygowany,  z  bijącym  sercem,  trochę  może  przestraszony  odsuwam  szafkę  i  odgarniam

plątaninę  kabli.  Oto  widzę,  że  faktycznie,  w  ścianie,  za  telewizorem  jest  dziura.  Rodzice  musieli
specjalnie ją zastawić, abym jej nie znalazł. Zaglądam do niej – ostrożnie… Po drugiej stronie jest
pokój.  Wygląda  znajomo,  tylko  meble  są  w  nim  strasznie  duże.  Podchodzę  do  łóżka.  Gdybym
chciał  na  nie  wejść,  miałbym  problem  z  sięgnięciem  nogą  do  krawędzi  materaca.  Podchodzę  do
biurka. Gdybym chciał coś z niego wziąć, to dotknę rękami blatu, ale nie będę widział, co na nim
jest.

Wiem  już,  gdzie  jestem.  To  sypialnia  rodziców.  Wiem,  że  nie  powinienem  w  niej  być,  więc  w

półmroku, półomackiem szukam drzwi. Wychodzę z pokoju.

Lecz  miejsce,  w  którym  się  znajduję,  to  nie  hol.  Tu  jest  chłodno.  Przez  wielkie  okna  wpada

fioletowy  szum  miasta  upstrzony  pomarańczowymi,  śpiewnymi  zaciekami  tramwajowego  biegu.
Widzę czarne ramiona drzew na zewnątrz i równie czarne węże poręczy wewnątrz. Schody mają
ten  charakterystyczny,  szarawy  zapach  betonu  wydeptanego  i  wyślizganego  tysiącami  butów.
Czuję  strach  i  zachwyt.  Nigdy  nie  byłem  na  klatce  schodowej  w  nocy.  Rodzice  nie  wypuszczali
mnie tak późno z mieszkania. Stąd prowadzi wiele dróg – schody, windy, drzwi innych mieszkań.
W dół, w górę i na boki do tysiąca różnych światów.

Ruszam w górę. Coś mnie pcha na dach, do nieba. Biegnę po schodach. Z trudem, bo stopnie

są dla mnie za wysokie. Pomyślałem o windzie, ale winda jest niebezpieczna. Jestem tak lekki, że
może mnie ona nie wyczuć i zatrzyma się gdzieś, pomiędzy piętrami, w ciemnej nicości.

Lecz nagle staję. I dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, co mnie zatrzymało. To uczucie, że na

klatce poza mną jest ktoś jeszcze. Patrzę w górę. Powoli. Serce mi bije, ale inaczej niż wcześniej,
innym strachem. Na górze jest On. Wysoki, chudy, o tysiącu twarzach albo bez twarzy. Rusza w
moją  stronę,  ale  jego  ciało  zostaje  w  miejscu.  Rozciąga  się  tylko.  Nienaturalnie.  Jego  długie,
kościste  ramiona  popychają  w  moją  stronę  długie,  kościste  dłonie  wyposażone  w  równie  długie,
kościste palce. Nie mogę krzyczeć. Uciekam, ale schody trzymają mnie w miejscu. On jest coraz

background image

bliżej,  więc  próbuję  go  uderzyć  lub  kopnąć,  ale  On  tego  nie  czuje.  W  końcu  zdesperowany
zeskakuję  z  klatki  schodowej  w  bok,  do  pomieszczenia  z  windami.  Schody  puszczają  mnie.
Roztrzęsiony wpadam do jednej z wind. Bordowe drzwi zamykają się i ruszam.

Leżę w ciemności. Tylko od czasu do czasu jasne płaty światła wpadają przez wąskie okienko.

Nie wiem, gdzie jadę – w górę czy w dół – lecz w końcu winda staje. Jednak nie otwierają się te
drzwi, którymi wszedłem. Tylna ściana rozsuwa się na boki i przez nią wchodzę do drugiej windy.
Ta jest mniejsza i nie ma wewnętrznych drzwi. Gdy rusza, przed moimi oczami przesuwa się goły
mur. Mogę go dotknąć, ale się boję. W końcu i ona staje. Wychodzę.

W tej części bloku nie byłem nigdy. Nie wiedziałem nawet, że istnieje. Wygląda inaczej niż ta, w

której  mieszkam.  Korytarze  są  tu  niższe.  Nie  ma  okien.  Po  ścianach  ścieka  bure  światło  z  lamp,
zawieszonych  pod  sufitem.  Jest  więcej  mieszkań  –  więcej  drzwi.  Błądzę  między  nimi.  Szybko
gubię  drogę  między  kolejnymi  segmentami  bloku.  Raz  wychodzę  schodami  wyżej,  raz  schodzę
niżej.  Parokrotnie  mijam  te  same,  lekko  uchylone  drzwi,  zza  których  sączy  się  rudawy  blask.
Ignoruję je z początku, jednak w końcu postanawiam zajrzeć.

Wewnątrz  wita  mnie  bicie  zegara  i  równy  ukłon  dwunastu  mechanicznych  pajaców

zawieszonych  na  ścianie.  Dokoła  pełno  bardzo  starych  mebli,  z  rodzaju  tych,  które  zdają  się  być
zrobione  z  kurzu  udającego  tylko  starą  sklejkę.  Na  każdym  meblu  leży  co  najmniej  kilka  serwet  –
wszystkie  w  różnych  odcieniach  koloru  rdzawego.  Bzyczącą  żarówkę,  wiszącą  u  sufitu,  okrywa
klosz  z  czerwonej  krepy.  Stąd  ten  rudawy  blask.  W  powietrzu  unosi  się  niezwykła  mieszanina
zapachów:  kurzu,  starych  dywanów,  naleśników  smażonych  na  oleju,  kasztanów,  drewna  i  potu.
Mieszanina ta kojarzy mi się wyłącznie ze starością i śmiercią.

Przechadzam się po mieszkaniu. Jest dość zwyczajne. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka. Nie ma

w  nim  nikogo.  Tylko  kilka  sztucznych  psów,  wiecznie  kiwających  głowami,  kilka  pajaców  i  kukieł,
kilku  przodków  na  obrazach,  Pan  Marszałek  odlany  w  brązie,  z  brązowym  wąsem  i  szabelką,
wreszcie kilka starych fotografii równie starych ludzi.

Na  drugim  końcu  mieszkania  znajduję  kolejne  drzwi,  obarczone  judaszem  i  ciężkim  zamkiem.

Otwieram  je  i  znowu  wychodzę  na  klatkę.  Zostawiam  za  sobą  zapach  starości  i  śmierci,  z  ulgą
witam neutralny zapach długo deptanego betonu. Kontynuuję moją wędrówkę w górę.

W  końcu  dochodzę  na  ostatnie  piętro.  I  zostaje  już  tylko  drabina  oddzielająca  mnie  od  żółtej,

metalowej klapy i nieba ponad nią. Ta drabina jest krótka – a ostatnie piętro niższe niż inne. Szybko
się po niej wspinam, otwieram właz. Owiewa mnie zimna bryza bez zapachu. Ogarnia cisza. Przez
kwadratowy otwór zieje tylko ciemność. Nade mną nie ma ani jednej gwiazdy…

background image

Sogno Ventura

Niniejszą opowieść należałoby zacząć od pytania: kim był Frena? Ktoś patrzący z zewnątrz, ale

obdarzony  odrobiną  wyobraźni,  mógłby  odpowiedzieć,  że  Frena  był  duchem,  straszydłem,
zamieszkującym  pewien  pustostan  przy  niewielkiej  uliczce  niedaleko  Okęcia.  Dzieciaki  z  okolicy
zakradały  się  czasem  do  jego  legowiska,  a  potem  uciekały  z  krzykiem.  Nieraz  rzucały  sobie
wyzwania: Pójdziesz? Nie pójdziesz?! Peniasz! Cykasz się!

Jeśliby  do  sprawy  podejść  w  sposób  bardziej  racjonalny,  trzeba  by  stwierdzić,  że  Frena  był

upiorem  tylko  w  sensie  społecznym.  Bo,  jak  my  wszyscy,  składał  się  z  kości,  krwi  i  ciała,  ale
egzystował  gdzieś  na  skraju  społecznej  percepcji.  Nie  miał  pracy,  ubezpieczenia,  PESEL-u,  nie
płacił podatków. Treścią i celem jego życia było ćpanie.

Co ciekawe, największy problem z odpowiedzią na pytanie o to, kim jest, miałby zapewne sam

Frena. Po prawdzie, to nawet sam tego nie pamiętał. Budził się każdego dnia ze świadomością, że
jest; jednak bez świadomości, że był. Można powiedzieć, że bywał. Nie znał swojego imienia. Nie
wiedział, jak wygląda. Z jakiegoś powodu bał się luster.

Wiedział za to, że w pustostanie bywa ktoś jeszcze. Ten Drugi.
Ten  Drugi  był  żałosną  kreaturą  spełniającą  wszystkie  polecenia  Freny.  Kiedy  trzeba  było

skołować  hajs  albo  kolejną  działkę,  albo  chociaż  ukraść  leki  jakiemuś  staruszkowi,  Frena  wysyłał
Drugiego.  Układ  ten  odpowiadał  im  obu,  ponieważ  Ten  Drugi  był  jeszcze  bardziej  niż  Frena
bezradny i pozbawiony świadomości.

Ale,  ale…  Czujny  czytelnik  zastanawia  się  zapewne,  dlaczego  co  i  rusz  mówimy  „Frena  to,

Frena tamto”, skoro człowiek ten nie wiedział, że tak się nazywa. Zresztą, czy to w ogóle jest imię?

Już  spieszę  z  wyjaśnieniem.  W  życiu  Freny  poczucie  tożsamości  pojawiło  się  w  ściśle

określonym  momencie,  wraz  z  poczuciem  ciągłości.  Pewnego  razu  wydarzyło  się  coś,  co
poszatkowało jeden wieczny dzień na ciąg następujących po sobie chwil.

Frena  spadł  ze  schodów  i  złamał  rękę.  Była  to  paskudna  kontuzja.  Kość  przebiła  mięśnie  i

skórę, powodując niemały krwotok. Jednak Frena był już w takim stanie, że nawet tego nie poczuł.
Na poły omdlał, na poły zapadł w narkotyczny sen.

Kiedy spał, duchy zwęszyły jego krew. Cienie zaczęły wypełzać z kątów, drżące, strachliwe…

Od tak dawna nie czuły nawet posmaku ludzkiego życia. Głód skłaniał je do tego, żeby podchodziły
bliżej, coraz bliżej. W końcu obsiadły Frenę i zaczęły ucztować. Spijały posokę, pożerały poszarpane
ciało – kawałek po kawałeczku, bardzo drobnymi kęsami.

Frena  ocknął  się  (czy  naprawdę?)  i  zaczął  krzyczeć.  Wołać  pomocy.  Pomocy!  Chodź  tu!

Pomóż mi!

Ten Drugi się nie zjawił.
Frena  osłabł.  Nie  mógł  zapanować  nad  kłębiącymi  się  wokół  niego  cieniami.  Jeszcze  nie

posiadał woli, aby tego dokonać. Omdlał ponownie, a we śnie przyszedł do niego jakiś człowiek –
dziwny  brodacz  o  bezwiecznych  oczach,  ubrany  w  wyblakły  podkoszulek  w  paski  i  spodnie
zrobione z kawałków starego żagla, przewiązane sznurem.

background image

Człowiek ten (podróżnik) dotknął ramienia Freny:
– Kim jesteś, chłopcze? – zapytał.
– Nazywam się Frena.
Nie  wiedział,  dlaczego  udzielił  takiej  odpowiedzi,  ale  od  tego  czasu  to  właśnie  miało  być  jego

imię.

Podróżnik popatrzył na prawo i lewo. Nagle wykonał gniewny gest i znaleźli się z powrotem w

pustostanie. Po duchach nie było ani śladu.

Frena  zauważył,  że  jego  rana  jest  zaleczona,  choć  w  miejscu  po  niej  skóra  stała  się  gładka  i

różowa jak skóra niemowlęcia.

– Dzięki – powiedział.
– Nie ma sprawy.
Na chwilę zapadła cisza. Co się mówi w takich chwilach?
– A… – zaczął niepewnie Frena. – A kim ty jesteś?
– Jestem Randolf Karter.
– No tak.
Znowu cisza.
– Skąd się tu wziąłeś? – zapytał po jakimś czasie Frena.
– Wezwałeś mnie, więc przyszedłem.
– No tak.
Karter uśmiechnął się.
– Czy jesteś podróżnikiem?
Frena się zmieszał.
– Nie – odpowiedział. – A ty?
–  Tak.  Dziwne…  Byłem  przekonany…  Wyglądasz  na  jednego  z  nas.  Czy  śniłeś  kiedyś  o

podróżach?

Dobre pytanie. Czy śnił? Nie pamiętał. Może. Możliwe. Spróbował wysilić pamięć i nagle okiem

wyobraźni dostrzegł jakiś obraz.

– Tak – powiedział. – Śniłem kiedyś o takim mieście.
Karter uśmiechnął się ponownie. Wyciągnął dłoń ku Frenie.
– Daj mi rękę – rzekł miękko.
Frena cofnął się nieufnie: Co to, jakiś pedzio? Nie lubił pedziów.
Karter uniósł dłoń. Przez chwilę przyglądał się swoim palcom, jakby chciał stwierdzić, czy jest w

nich coś strasznego.

– Nie bój się.
– Nie boję się – burknął Frena.
Przygryzł  wargę  i  pospiesznym,  niezgrabnym  ruchem  chwycił  dłoń  Kartera.  Wrażenie  było

niesamowite.  Duchy  ponownie  wyskoczyły  ze  swych  kątów  i  poniosły  ich  przez  nieskończone
przestrzenie. Tyle że nadal stali na parterze w pustostanie…

Nagle Frena poczuł jakiś obcy zapach. Powietrze stało się inne, wyraźniejsze, słonawe. Frenie

zrobiło  się  tęskno,  jakby  trafił  w  jakieś  bezpieczne  miejsce  z  dzieciństwa.  „Woda  święcona…  Tak
pachnie woda święcona” – pomyślał. Nie wiedział jeszcze, że to Morze Mgieł go wezwało. W ogóle
nie wiedział wówczas, co to morze.

Karter puścił jego dłoń. Rozejrzał się.

background image

– No to jesteśmy – oświadczył radośnie.
Stali w samym środku portowej tawerny. Nazywała się „Śmiały harpunnik”. Frena wiedział to,

ale  nie  miał  pojęcia,  skąd.  Na  ścianach  wisiały  wielkie  sieci,  stare,  pożółkłe  mapy,  suszone  pęki
wodorostów. Ćmiące kaganki dawały niewiele światła.

– Gdzie jesteśmy? – zapytał Frena.
– To wieczne miasto Sogno Ventura. Port snów. Bezpieczna przystań.
Frena  podszedł  do  baru.  Na  ladzie  stały  kamionkowe  flaszki  z  jakimiś  trunkami,  ale  nie  było

barmana.

– Czy można tu dostać coś do picia? Za ladą nikogo nie ma.
– A przyniosłeś kogoś ze sobą?
Frena obejrzał się zdziwiony, a gdy odwrócił spojrzenie z powrotem, stał przed nim… człowiek.

Płaski. Kartonowy.

– Śmiało, zamów – zachęcił go Karter.
– Ale…
– Zamów.
– No dobra. To może wódkę… Proszę?
Nic  się  nie  stało.  Zawiedziony  Frena  popatrzył  na  Kartera.  Podróżnik  uśmiechał  się.  Kiwnął

głową, jakby wskazywał coś na ladzie.

Na  barze,  koło  łokcia  Freny,  stał  kieliszek  wódki.  Frena  się  napił.  Przyjemne  ciepło  wypełniło

jego ciało. Nabrał ochoty na zwiedzanie.

W tawernie było mnóstwo zakamarków, niewielkich lóż wyłożonych bordowym pluszem (jak w

operze),  schowków,  pokoików,  szaf  kryjących  drzwi  do  tajnych  pomieszczeń  i  drzwi,  kryjących
szafy.  W  jednej  z  sal  stało…  coś.  Duże,  kanciaste  coś,  przykryte  szarą  kapą.  Frena  podszedł
zainteresowany. Oparł ręce na zakurzonym materiale. Zaciągnął się zapachem starości.

Nie odważył się zajrzeć pod kapę. Wrócił do baru.
Kartera już tam nie było.
– Hej! – zawołał Frena. – Gdzie jesteś?
Nic. Cisza.
Popatrzył  na  barmana.  Ten  oczywiście  się  nie  odezwał,  wobec  czego  Frena  wyszedł  przed

tawernę i znalazł się na podwórku zamkniętym z czterech stron murami kamienic. Potem zobaczył
półokrągłe, żółte drzwi. Otworzył je i stanął na ulicy. Rozejrzał się. Na ścianie sąsiedniego budynku
znajdowała  się  jakaś  tabliczka,  ale  napis  na  niej  był  niewyraźny,  jakby  zamazany.  Frena  wytężył
wzrok  i  wtedy,  jak  za  dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki,  litery  nabrały  ostrości:  ulica  Za
Pomnikiem.

–  „Za  jakim  pomnikiem?”  –  zaczął  się  zastanawiać  Frena,  jednak  zaraz  jakiś  dźwięk  odwrócił

jego uwagę.

Gdzieś w oddali rozbrzmiewał gwar ludzkich głosów. Śmiechy, śpiewy. Popiski muzyki. Stopy

uderzające o bruk. Wystrzały. Nawoływania, okrzyki.

– „Karnawał trwa” – pomyślał nagle Frena.
Procesja karnawałowa szła w dół ulicy: od centrum miasta prosto ku niemu. Zbliżała się coraz

bardziej i bardziej. Dopiero po chwili Frena zorientował się, że już powinien ją widzieć. Mieszkańcy
miasta dążyli do niego bezustannie, ale wcale nie byli bliżej.

Poczuł, jak zimny dreszcz strachu wspina się po jego kręgosłupie.

background image

– Karter?! – zawołał ponownie.
Karter  nie  odpowiedział,  więc  Frena  odwrócił  się  i  ruszył  w  dół  ulicy  –  byle  dalej  od  głosów

wiecznych balowników.

Po  paruset  metrach  dotarł  do  niewielkiego  łuku,  na  którym  kończył  się  spadek  terenu.  Dalej

zaczynało  się  nabrzeże:  szeroki  bulwar  wykładany  drewnianym  chodnikiem  i  rozpłomieniony
setkami gazowych latarń. W fioletowo-złotym blasku, objęty szarą bramą łuku, majaczył jakiś cień.
Groźny i fascynujący zarazem.

Frena przez chwilę walczył ze sobą, lecz w końcu zdecydował się podejść bliżej i zobaczyć, co

to  takiego.  Jego  oczom  ukazał  się  majestatyczny  pomnik  z  brązu.  Starzec  i  morze.  Nie  poświęcił
zbyt  wiele  czasu  na  podziwianie  go,  ponieważ  coś  innego  przykuło  jego  uwagę.  W  odległości
zaledwie  kilkunastu  metrów  od  niego,  tam  gdzie  kończył  się  bulwar  i  keja,  zaczynało  się  Morze
Mgieł. Bezkresny, poszumny przestwór, tęskny i tęskniący.

Gdzieś  w  oddali  zabrzmiał  zew  śpiewnicy  i  Frena  poczuł  w  piersi,  po  lewej  stronie,  dziwne,

boleśnie przyjemne ukłucie.

– Jest piękne, prawda?
Karter stał tuż obok niego. Wpatrywał się w falującą leniwie wodę.
– Aha – bąknął Frena.
– Chodź, pokażę ci coś.
Ruszyli wzdłuż brzegu Bulwarem Cichych Ludzi. Po paruset metrach skręcili w Rybną, potem

w uliczkę Nad Wodą, potem w Solną. Wreszcie wyszli przez Bramę Rybną na Bulwar Głupców.

– Najsłynniejszy bulwar Sogno Ventura – oznajmił Karter.
– Dlaczego? – zapytał Frena. – To jest, z czego słynie?
Karter  nie  odpowiedział  tylko  ruszył  na  molo  i  przysiadł  na  jego  skraju.  Frena  stanął  obok.

Zapatrzył się w mgłę. Niewiele widział, ale jego uszu dobiegał jakiś słabo uchwytny poszum. I coś
jakby rytmiczne westchnięcia.

– Co to? – szepnął Frena.
– Mrzonki zacumowane w porcie.
Powiał  wiatr,  rozganiając  mleczny  opar.  Oczom  Freny  ukazała  się  niewielka  łódka,  niemal

tratwa.  Miała  dziwny  żagiel,  przypominający  skrzydło  nietoperza,  a  jej  kadłub  wydawał  się
nierzeczywisty.

Karter z mgły wydobył cumę i przyciągnął mrzonkę do brzegu.
– Chodź – powiedział. Następnie zwinnie skoczył na pokład.
Frena bez wahania podążył za nim. Odcumowali i wypłynęli. Po paru minutach wieczne miasto

Sogno  Ventura  zmieniło  się  w  plamę  złotego  blasku  za  ich  plecami.  Frena  obejrzał  się  na  nią
tęsknym wzrokiem.

– Jak to jest w ogóle możliwe? – zapytał.
– Co takiego?
– Jak mnie tu sprowadziłeś?
Karter zaśmiał się.
– To magia – oświadczył.
– Naucz mnie. Proszę – odparł na to Frena.
–  Dobrze,  to  nic  trudnego.  Magia  jest  już  w  tobie,  musisz  ją  tylko  wydobyć.  Istnieje  kilka

prostych zasad. Po pierwsze, zawsze potrzebne jest coś żywego i coś martwego, i coś, co usypia

background image

umysł. Po drugie, zawsze potrzebna jest ofiara. Po trzecie, zazwyczaj potrzebna jest krew. Reszta
to  już  wola  i  melodia  słów,  i  rytm  przedmiotów.  Tworzysz  je  sam.  Tylko  musisz  pamiętać  o
równowadze. Bogowie nie znają próżni. Rozmiar ma znaczenie.

– I to wszystko?
– Tak.
Frena poważnie kiwnął głową. Przymknął oczy, żeby poczuć magię. Tak, była tam. Była w nim

i wszędzie wokół… A może to było jedno i to samo miejsce. Miejsce? Czymże są miejsca?

Głęboko zaciągnął się powietrzem. Słona bryza wdarła mu się w nozdrza. Morze odezwało się

furkotem fal. Drobne kropelki wody rozprysły się po pokładzie mrzonki. Żagiel wydął się z łopotem.

– Jak długo będziemy mogli tu zostać? – zapytał Frena.
– A jak długo byś chciał?
– Chyba już na zawsze.
– O nie, to niemożliwe.
– Dlaczego?
– Zbliża się świt, a o świcie budzą się tytani morza. Nikt, kto zobaczył mrzonki o brzasku, nie

przeżył, aby o tym opowiedzieć.

Frena  otworzył  oczy.  Faktycznie  słona  pomgłać  wokół  nich  zmieniała  barwę.  Jaśniała.  Granat

spływał z niej i roztapiał się wśród fal. Na jego miejsce powoli naciekało czerwone złoto.

* * *

Ten Drugi krążył w kółko, pochlipując z cicha nad leżącym na podłodze ciałem. Bał się zbliżyć,

bo był pewien, że jest martwe. Nie ruszało się. Oczy miało wywalone białkami na wierzch.

– Dlaczego? No? No, dlaczego? – jęczał Ten Drugi.
Jak on mógł mu to zrobić? Jak mógł tak po prostu umrzeć? Co pocznie bez niego? Sam, tylko

nie sam, dlaczego, no dlaczego ma być sam…

Ten  Drugi  zatrzymał  się  raptownie.  Przykucnął.  Zakwilił.  Dotknął  dłoni  leżących  na  ziemi.

Pospiesznie cofnął palce. Zachlipał, zaczął dalej krążyć.

Wtem  rozległ  się  donośny  trzask.  Rozwarły  się  drzwi  pustostanu.  Do  wnętrza  wtoczył  się

nieprawdopodobny  smród,  a  zaraz  za  nim  –  jakiś  człowiek.  Właściwie  jakiś  wielki  kołtun  kłaków,
wciśnięty w bardzo stary i bardzo brudny płaszcz. O człowieczeństwie świadczył jedynie wystający
znad kołnierza potężny, sino-czerwony nos.

– O – powiedział nos. – Sorki, miszczu. Nie wiedziałem, że parafia jest zajęta.
Nie uczynił jednak żadnego ruchu, który mógłby sugerować, że się wycofa.
Ten Drugi dotarł do niego jednym susem.
–  Musisz  mi  pomóc!  –  powiedział.  –  Musisz  mi  pomóc,  on  nie  żyje.  On  chyba  nie  żyje.

Dlaczego nie żyje?

– Zaraz, zaraz, miszczu, spokojki. Niech no popaczę.
Kołtun z nosem zbliżył się do ciała. Nachylił się, postukał, popukał, powąchał.
– E, żyje – zawyrokował. – Trochę za dużo przyćpał i tyle. Cho no, zaniesiemy go do barłogu.

Zarazki będzie jak nowy.

Chwycił ciało pod pachy. I spróbował dźwignąć, ale mu się nie udało.
– No nie stój tak, pomóż – ponaglił.

background image

Ten Drugi otarł łzy i głośno smarknął. Chwycił za nogi.
We dwóch unieśli ciało i zabrali je na górę.
– E no, elegansior tu macie wszystko urządzone – skomentował po drodze nos w kołtunach. –

Sucho, przytulnie. Pokoiki, szafeczki. To w was lubię, ćpunki. Jesteście prawie jak prawdziwi ludzie.
Tyle tylko, że was nie ma. Więc na pewno nie będziecie mieli nic przeciwko, żebym tu sobie parę
nocy przekimał. Co?

–  Nie  –  odpowiedział  poważnie  Ten  Drugi,  gdy  już  układali  ciało  na  warstwie  mocno

wysłużonych śpiworów. – Uratowałeś mu życie. Możesz zostać, ile chcesz.

– Mu ży… – zaczął kołtun, lecz zaraz sam sobie przerwał litościwym kaszlem. – No pewnie, że

ta. Słuszną masz rację, miszczu.

Frena chrząknął nagle. Zatrzepotał ramionami.
– O, budzi się.
–  Już  prawie  wstało  –  wymamrotał  Frena.  Nieprzytomnymi  oczami  potoczył  po

pomieszczeniu. Uniósł się na ramieniu i zawołał do kogoś, kogo tam nie było: – Jeszcze chwilę!

* * *

Frena, gdy doszedł już do siebie, nie był zachwycony. Wadziło mu, że w jego domu zalęgł się

potworny smród. Nie  wspominając już  o tym, który  go roznosił.  Miał pretensje  do Tego Drugiego,
że pozwolił nieproszonemu gościowi nocować.

– On uratował ci życie – odpowiadał uparcie tamten.
– Niczego mi nie uratował, debilu zatracony! – tłumaczył Frena, marnując tylko ślinę.
Jednak bardziej dręczyło go to, co zobaczył… co prawie zobaczył… czego nie zobaczył… Tam,

w Sogno Ventura.

Przez  kilka  dni  chodził  jak  struty  albo  zaszywał  się  w  jakimś  kącie  i  próbował  wspominać,  ale

nie miał czego. Może jedynie palce świtu umykające szybko, tak szybko.

Wreszcie  postanowił  działać.  Skołował  dwie  butelki  wódki  i  zaprosił  włochoczłeka,  żeby  się  z

nim  napił.  Sam  raczej  pozorował,  ale  partnerowi  od  flaszki  polewał  z  gestem.  Nie  minęło  dużo
czasu,  a  gość  zjechał  z  mocno  zdezelowanego  krzesła,  na  którym  siedział.  Nie  był  całkiem
nieprzytomny; coś tam ględził pod nosem. Lecz przynajmniej nie pętał się pod nogami.

Frena poszedł obudzić Tego Drugiego, który kimał na pięterku.
– Chodź! – wdusił mu do ucha podekscytowanym szeptem. – Szybko, chcę ci coś pokazać.
– Soo? – wydukał Ten Drugi, gramoląc się z barłogu. – Chcesz pyknąć, tak?
– Nie. To coś dużo lepszego. No, chodźże już. Do kuchni! Prędko!
Stanęli  nad  kuchenką.  To  jest,  ekhem,  nad  wysłużonym  palnikiem  gazowym,  założonym  na

mocno przerdzewiałą butlę, która nie przeszłaby żadnej kontroli BHP.

Frena  wygrzebał  z  szafki  powyginany  rondel.  Wlał  do  niego  całą  wódkę,  jaka  mu  została

(niecałe  pół  butelki),  postawił  na  ogniu.  Następnie  dorzucił  garść  pigułek,  które  zwinęli  kiedyś
jakiemuś dziadkowi, i sięgnął po nóż.

– Co ty…? – jęknął Ten Drugi.
Frena go zignorował. Zaciskając zęby, rozorał sobie skórę na ramieniu tępym ostrzem. W tym

samym miejscu, w którym widniały płaty różowiutkiej, dziwnie delikatnej skóry.

Krew zaczęła kapać do garnka.

background image

– Coś żywego i coś martwego… – mruknął Frena.
Z kolejnej szuflady wyjął niewielkie pudełeczko. Wyciągnął z niego podduszoną mysz. Poczekał

aż wódka zacznie parować i wtedy wrzucił do niej zwierzątko. Trzasnęły pękające gałki oczne.

Ten Drugi z rosnącym przerażeniem przyglądał się tym operacjom.
Tymczasem Frena z zadowoleniem zauważył, że cienie zaczynają wypełzać z kątów i czaić się

u ich stóp. Wyciągnął do nich krwawiące ramię.

– Posilcie się – powiedział miękko.
Cienie  wpełzły  na  niego.  Przyssały  się  do  otwartej  rany,  a  potem  pokierowały  ruchami  Freny,

który uniósł garnek i duszkiem wypił palącą ciecz.

Nie  poczuł  bólu.  Zwymiotował  czymś  błękitnym,  z  powrotem  do  rondla.  Podsunął  go  Temu

Drugiemu pod nos.

– Pij! – polecił.
– Nie.
Ale  opar  wystarczył.  Świat  już  wirował.  Stojąc  w  kuchni,  spadali  przez  nieskończone

przestrzenie.

Wylądowali ponownie w „Śmiałym harpunniku”.
Ten Drugi stanął na środku tawernianej sali, lustrując wszystko oczami okrągłymi i błyszczącymi

niczym spodki.

– Łoł! – oświadczył wreszcie.
– Robi wrażenie, co? – uśmiechnął się Frena.
Ten Drugi nie odpowiedział, tylko podszedł do kartonowego barmana. Lekko stuknął go palcem.

Barman zachwiał się.

– Co to za cudak? – spytał Ten Drugi.
– Dwie wódki, poproszę – powiedział Frena, podchodząc do lady.
– Ło…!
Ten Drugi z otwartymi szeroko ustami zagapił się na kieliszki, które się przed nim pojawiły.
– Twoje zdrowie – Frena stuknął kieliszkiem o kieliszek i wypił.
– I on tak serwuje wszystko, co tylko chcesz?
– Mhm. Jeszcze po jednemu?
– Czekaj, czekaj… To może ja… tego… Jakieś brendi poproszę?
– Będziesz te szczyny pił, kretynie?
Ale  na  ladzie  już  pojawił  się  nowy  kieliszek  –  okrągła  bańka  na  cienkiej  nóżce.  Wewnątrz

połyskiwał  bursztynowy  trunek.  Frena  z  niesmakiem  pokręcił  głową  i  zamówił  drugą  wódkę.
Popatrzył na zegar, wiszący na ścianie. Mieli jeszcze czas.

Usiadł  przy  stoliku  i  przyglądał  się,  jak  Ten  Drugi  zwiedza  tawernę.  Jego  myśli  krążyły  wokół

bladych sylwetek kołyszących się na Morzu Mgieł, pojawiających się w miarę, jak słońce wynurzało
się z głębin.

Z  zamyślenia  wyrwały  go  dźwięki,  które  przez  chwilę  brzmiały  jak  muzyka.  Potem  jednak

zmieniły się w mieszankę losowych brzdąknięć.

– E! – zawołał Frena, unosząc się z miejsca. – Co tam robisz?
Przeszedł do jednego z bocznych pomieszczeń i zastał Tego Drugiego siedzącego przy wielkim

czarnym fortepianie, nadal do połowy przykrytym szarą kapą. Nad klawiaturą błyszczała mosiężna
tabliczka z napisem: OPRZYJ DOCZESNE SZCZĄTKI.

background image

– Popatrz, muzykuję!
– Zostaw to! – Frena zamknął pokrywę nad klawiszami, omal nie przycinając Temu Drugiemu

palców. – Idziemy!

Ten Drugi trochę marudził, ale dał się odciągnąć od instrumentu. Powędrowali na nabrzeże, a

potem  prosto  na  Bulwar  Głupców  –  w  miejsce,  gdzie  wcześniej  Frena  z  Karterem  wsiedli  na
mrzonkę.

Niewielka łódeczka znowu stała zacumowana przy kei. Jej nietoperzowy żagiel trzeszczał pod

wpływem lekkiej bryzy.

– Co powiesz na przepływkę? – zapytał Frena.
– No nie wiem…
– Chodź!
Wsiedli do łódki. Odcumowali. Popłynęli. Mrzonkę prowadziło się zadziwiająco łatwo. Frena nie

wiedział absolutnie nic o żeglowaniu, ale najwyraźniej nie miało to żadnego znaczenia.

Po jakiejś godzinie prucia słonych fal, usłyszał znajomy dźwięk. Szum, kojarzący mu się – nieco

absurdalnie – z szumem skrzydeł tysiąca ważek. Nie było tego widać w gęstej mgle, ale wpłynęli
między wielką ławicę mrzonek, kiwających się bez celu na powierzchni wody.

Frena puścił rumpel i rozsiadł się wygodnie. Ich łódka stanęła.
– Co teraz? – zapytał Ten Drugi.
– Nic. Czekamy.
– Aha… Słuchaj…
Frena  go  zignorował.  Odchylił  głowę  do  tyłu,  przymknął  oczy.  Rozkoszował  się  zapachem

morza i jego cichym śpiewem. Zdawało się, że drzemie.

Ten Drugi zaczął się kręcić niespokojnie. Źle znosił bezczynność. Wstał, usiadł, wstał. Pochodził

tyle, ile mógł. Pomacał żagiel. Pobełtał palcami wodę za burtą. Postanowił, że spróbuje naśladować
swojego przyjaciela, ale jak siedział zbyt długo z odchyloną głową, kark zaczynał go boleć.

Po  długim,  długim  czasie  wreszcie  coś  się  stało.  Dał  się  słyszeć  cichy  świst,  jakby  cały

przestwór  mórz  wzdychał  nagle.  Bryza  zakolebała  mrzonkami.  Zadźwięczały  obijające  się  latarnie
na czubkach masztów.

Frena ożywił się, spiął. Chwycił rumpel. Otaczający ich opar zaczynał jaśnieć. Pojawiały się w

nim zarysy nietoperzowych żagli. I coś jeszcze, coś tam, tam daleko.

– Widzisz? – szepnął Frena.
– Nie – odparł Ten Drugi. Lecz zaraz zmienił zdanie. – Tak!
– To wyspa.
Poza lasem masztów zamajaczyła większa ciemniejsza plama. Zza niej błysnęło złote światło,

obrysowując kształty skał. I coś się poruszyło, jakaś postać…

Uderzenie zimnej wody wybiło Frenie powietrze z płuc. Słona ciecz zalała krzyk.
Frena zakrztusił się, obrócił na bok i zwymiotował.
Nieopodal rozległ się donośny kaszel. Ktoś się poruszył. Coś z brzękiem runęło na podłogę.
Frena  przez  łzy  zobaczył,  jak  Ten  Drugi  nieporadnie  gramoli  się  na  nogi,  zrzucając  przy  tym

garnek z ich prowizorycznej kuchenki.

* * *

background image

Po powrocie z „podróży” Ten Drugi czuł się dziwnie, ale był zadowolony. Przez wiele dni nie czuł

głodu, który niegdyś spędzał mu sen z powiek. Nie odczuwał potrzeby, żeby sobie pyknąć i rzadko
wybiegał myślami do dwóch szpryc, które trzymali ukryte pod luźną deską w jednym z pokoi.

Człowiek-kołtun uczył go grać w szachy. Okazało się, że gra ta wcale nie była skomplikowana

ani nudna. Kołtuniak znał mnóstwo ciekawych zasad. Na przykład, po biciu konia ruch wykonywał
ten,  kto  pierwszy  pierdnie.  A  jeśli  spotkały  się  dwa  piony,  wygrywał  ten,  którego  właściciel  dalej
splunął.

Rzecz jasna, Człowiek-kołtun ciągle wygrywał, bo na zawołanie pierdział, bekał i co tam jeszcze

chcecie.  Jeśli  chodzi  o  plucie,  to  był  w  stanie  z  pięciu  metrów  trafić  pająka  pełznącego  po  ramie
okna. No i czasami zapominał powiedzieć Temu Drugiemu o tej czy innej zasadzie, a przypominał
sobie akurat wtedy, kiedy mógł z niej skorzystać.

Jednak  Temu  Drugiemu  sielankę  psuła  obawa  o  jego  jedynego  przyjaciela,  który  od  czasu

podróży  stał  się  milczący  i  ponury.  Zaszywał  się  całymi  dniami…  gdzieś.  Ten  Drugi  nie  wiedział,
gdzie.  W  dodatku,  nie  wiadomo  kiedy,  Frena  skołował  skądś  bardzo  długi  nóż,  który  zawzięcie
ostrzył po nocach.

Wreszcie,  po  jakimś  tygodniu,  gdy  Wielki-Nos-We-Włosach  smacznie  chrapał,  Frena  przyzwał

do siebie Tego Drugiego i oświadczył:

– Wiem już, jak to zrobić.
– Jak co zrobić? – zdziwił się Ten Drugi.
Jego przyjaciel nie odpowiedział.
– Przynieś mi moje wudu – rzekł tylko.
– Twoje co?
– Szprycę, debilu, szprycę!
– Aha. Okej.
Ten Drugi pospiesznie wykonał polecenie.
– Chcesz sobie pyknąć? – zapytał, podając jedną ze strzykawek.
– Nie, pogrzebać sobie igłą w dupie. A jak myślisz?
– No dobra, dobra…
– Walnij sobie też.
Ten Drugi się zawahał.
– Chyba nie chcę. Wiesz, nie mam ochoty sobie pyknąć. Jakoś tak… no, przeszło mi, no.
– Wal! – Warknął tamten.
A Ten Drugi posłuchał. Ze świata nagle zniknęły wszystkie ostre krawędzie.
– Chodź!
Poszli  do  pokoju,  w  którym  spał  Człowiek-kołtun.  Przyjaciel  Tego  Drugiego  z  całej  siły  kopnął

leżącego mężczyznę w twarz. Kołtuniak obudził się z krzykiem bólu, zaraz jednak bezlitosna stopa
znów spotkała się z jego policzkiem. Facet odtoczył się pod ścianę. Zasłonił głowę rękami. Błędne
spojrzenie rozbieganych oczu spoczęło na Tym Drugim.

– Miszczu! – zawył błagalnie Człowiek-Kołtun.
Ten Drugi nie drgnął. Był zbyt przerażony. Pozwolił swojemu przyjacielowi tak długo kopać i bić,

aż wielkie, śmierdzące ciało znieruchomiało.

–  No,  pomóż  mi  –  rozkazał  przyjaciel  Tego  Drugiego,  chwytając  Człowieka-Kołtuna  pod

ramiona. – Bierz go za nogi. No, rusz się, tępaku!

background image

Ten  Drugi  drgnął.  Poczuł,  że  po  jego  twarzy  toczą  się  łzy  strachu.  Jednak  chwycił  nogi

nieprzytomnego mężczyzny.

We  dwóch  z  trudem  dźwignęli  go  do  góry  i  zanieśli  do  kuchni.  Na  ogniu  już  syczała  gorąca

wódka w rondlu.

– Przytrzymaj go!
Oparli Kołtuniaka o ścianę. Przyjaciel Tego Drugiego wyjął zza pazuchy ortalionowej kurtki długi

nóż  i  poderżnął  nieprzytomnemu  mężczyźnie  gardło.  Nie  poszło  łatwo.  Ostrze  zatrzymało  się  na
jakiejś  chrząstce.  Co  gorsza,  w  tym  momencie  facet  się  ocknął.  Spróbował  krzyknąć,  ale  z  jego
gardła dobył się tylko obrzydliwy bulgot. Zatrzepotał rękami i nogami.

Przyjaciel Tego Drugiego wypuścił nóż, chwycił rondel i zaczął zbierać do niego buchającą krew,

tak manewrując, aby unikać nieskoordynowanych wymachów kończyn.

– Coś żywego i coś martwego – wymamrotał i wziął potężny łyk.
Ten Drugi zaczął się cofać. Zbierało mu się na mdłości. W uszach wył okropny śpiew człowieka

duszącego się własną krwią. Nie mógł oderwać spojrzenia od oczu, przemieniających się powoli w
parę szklanych koralików.

– Pij! – polecił jego przyjaciel.
Jednak Ten Drugi odwrócił się i uciekł.

* * *

Wiatr  kołysał  mrzonką.  Coraz  szybciej,  coraz  szybciej.  Frena  czuł,  że  podniecenie  zaraz  go

rozsadzi.  Już  niedługo.  Niedługo.  Tak  niedługo.  Już,  już,  różowe  palce  świtu  muskały  czubki
masztów.  W  szkle  latarń  pojawiały  się  pierwsze  błyski  odbitego  światła.  Nietoperzowe  żagle
zaczynały płonąć barwami: czerwienią, żółcią, złotem, fioletem, różem.

Serce  Freny  uderzyło  dwa  razy  i  w  tym  momencie  z  mgły  wyłoniła  się  wyspa.  Wielki  kawał

dumnej, czarnej skały. Na jej szczycie wznosiły się ruiny pradawnej świątyni. Spośród powalonych
kolumn pokrytych śliskim mchem i barwnymi porostami wystawał kawałek złotego pomnika: głowa
w hełmie, włócznia, fragment togi. Nieopodal walały się resztki potężnego cyklopowego muru.

Zaraz…  Coś  było  nie  tak.  Podczas  poprzedniej  wizyty  na  wyspie  coś  się  poruszało.  Frena

uświadomił  to  sobie,  ale  nie  zdążył  się  nawet  zdziwić,  zanim  jakieś  potężne  cielsko  chwyciło  go  i
oplotło.  Poczuł,  jak  miażdżone  żebra  wbijają  mu  się  w  płuca.  Momentalnie  zaczęło  mu  ciemnieć
przed oczami.

* * *

Ten Drugi siedział w kącie, drżąc ze strachu i odrazy. Z trudem powstrzymywał mdłości. W jego

głowie kłębiły się myśli.

–  „On  uratował  ci  życie…  Nie,  kretynie,  nie  uratował…  Dlaczego  mu  to  zrobiłeś…  Bo  muszę

zobaczyć… Nie uratował… Nie mogę tego zrobić… Nie mogę tego zrobić… Muszę… Nie uratował
mi życia… Nie, uratował tobie życie…”.

W pewnym momencie zamarł. Jego głowę wypełniła pustka. W pustce zabrzmiał krzyk.
– „On poszedł zobaczyć tę istotę z wyspy” – uświadomił sobie Ten Drugi.
Przezwyciężając  przerażenie  popełzł  do  kuchni.  Obrzucił  wzrokiem  zachlapane  krwią

pomieszczenie,  martwe  ciało  leżące  na  podłodze,  żywe  ciało  jego  przyjaciela  stojące  całkiem  bez

background image

ruchu.

Wyłuskał rondel z ciągle zaciśniętych palców. Od zapachu cieczy zrobiło mu się niedobrze, ale

wypił mimo wszystko.

Uderzył  stopami  o  podłogę  tawerny.  Rozejrzał  się.  Przy  ladzie  siedział  brodaty  facet  w

spodniach,  wyglądających  jakby  uszyto  je  ze  starych  szmat,  i  spranej  koszulce  w  pasy.  Leniwie
popijał ciemne piwo.

Ten Drugi podbiegł do niego.
– Czy był tu… mój przyjaciel? – zapytał.
Randolf Karter spojrzał na niego smutnymi oczami o barwie równie spranej, jak koszulka, którą

nosił.

– Był – odparł po prostu.
– Muszę go znaleźć!
– Poszedł na nabrzeże.
Ten Drugi chciał wybiec z tawerny, lecz Karter chwycił go za ramię.
– Poczekaj – powiedział.
– Co?
– Użyj totemu.
– Jakiego totemu?
– Totem przyzwał cię do siebie. Ciebie, nie twojego przyjaciela. Myślałem, że z was dwóch to

on jest silniejszy, to on jest prawdziwym podróżnikiem. Ale totem wybrał ciebie.

– Fortepian… – szepnął Ten Drugi.
Pobiegł do bocznego pomieszczenia. Gorączkowym ruchem zrzucił na bok szarą kapę. Uniósł

wieko. Uderzył akord.

Powietrze rozciął ryk. Tawerna nagle eksplodowała, a Ten Drugi wraz z fortepianem znalazł się

na  szczycie  pradawnej  świątyni  na  środku  wyspy,  pośród  Morza  Mgieł.  Zagrał  kilka  dźwięków,  a
mrzonki odpowiedziały zgodnym śpiewem żagli.

Oparł  swoje  doczesne  szczątki  na  krawędzi  klawiatury.  Zaczął  miarowo  uderzać  klawisze.

Popłynęła melodia.

Tytani  morza  wyłonili  się  z  fal,  oparli  się  na  przybrzeżnych  skałach.  Jeden  z  nich  wyszedł  na

brzeg i zatrzymał się tuż przed świątynią.

Ten Drugi przyjrzał mu się, nie odrywając palców od klawiatury. Tytan był przerażający i piękny

zarazem.  Bił  od  niego  jaskrawy  blask.  Jego  ciało  składało  się  z  niezliczonych  macek,  dziobów,
chwytnych  odnóży,  jednak  pomiędzy  nimi  błyskała  złota  skóra  kobiety:  nieludzko  piękna  twarz,
nagie piersi, brzuch. Niczego więcej nie dało się dostrzec.

– Czego tutaj chcesz? – zapytał tytan. Jego głos był męski i kobiecy zarazem.
– Przyszedłem błagać o życie mojego przyjaciela.
– Przybył tu, aby zobaczyć coś, czego nie wolno mu było zobaczyć. Nie możemy darować mu

życia.

– Jestem gotów oddać coś za nie.
– A cóż ty miałbyś nam do ofiarowania?
Ten Drugi nie wiedział, skąd w jego umyśle wzięła się odpowiedź:
– W zamian za jego życie ofiaruję wam swoje imię.
Ciało tytana zafalowało. Złota twarz ukazała się na dłużej.

background image

– Imię podróżnika to cenna ofiara. Czy wiesz, że jeśli nam je oddasz, to część ciebie zostanie

tu już na zawsze?

– Wiem, ale ta część… Ona już tu była od zawsze.
Na krawędzi wyspy zabrzmiał melodyjny zaśpiew. Podjęło go wiele głosów.
–  Dobrze,  zgadzamy  się  –  powiedział  tytan.  Część  macek  rozwinęła  się  i  bezwładne  ciało

przyjaciela Tego Drugiego opadło na skały.

– Podaj mi je tutaj. Złóż je na pokrywie fortepianu.
Tytan wydawał się niezadowolony, ale spełnił jego życzenie.
Ten Drugi uderzył akord. Szybko, zanim zdążą zmienić zdanie. W powietrzu zabrzmiał ryk.

* * *

Frena potrząsnął głową. Zamrugał. Uniósł wzrok i spojrzał wprost w puste oczy Tego Drugiego.

Po  raz  pierwszy  się  go  przestraszył.  Po  raz  pierwszy  poczuł,  że  może  to  on,  Frena,  jest  żałosną
kreaturą, która powinna wypełniać wszystkie rozkazy.

– Co się stało? – zapytał.
– Nic – odparł Ten Drugi Frenie.
A  może  to  Frena  odparł  Temu  Drugiemu?  Może  to  Ten  Drugi  patrzył  w  nieskończoną  pustkę

oczu Freny?

Ostatecznie, teraz we dwóch mieli tylko jedno imię.

background image

Węprzyn by night

This one’s called „Cymbaline” and it’s… about a nightmare.

– Roger Waters na koncercie w Filmore w 1970 roku

– Koniec trasy, dalej nie jadę – powiedział kierowca.
Marek westchnął, przetarł twarz i niechętnie uniósł się z fotela. Zasiedział się, rozespał w cieple

i charakterystycznym, metaliczno-ludzkim zapachu starego PKS-u. Cóż, kolego, pora wysiadać.

–  Hej,  koniec  trasy,  słyszał  pan?  –  Kierowca  wyskoczył  już  z  kabiny  i  teraz  niecierpliwie

popatrywał ku niemu od drzwi.

Marek  ziewnął,  kiwając  głową,  po  czym  machnął  na  faceta  ręką,  żeby  trochę  wyluzował.

Następnie zdjął swoją torbę z półeczki ciągnącej się nad fotelami i wyszedł z autokaru.

Kierowca  wydał  z  siebie  niecierpliwy  odgłos,  przypominający  nieco  syk  hydrauliki

zatrzymującego  się  PKS-u.  Człowiek  i  jego  maszyna,  zrośnięci  w  jedną  nierozerwalną  całość,
współ-czującą,  i  współ-nieznoszącą  ospałych  podróżnych,  gdy  pora  wracać  do  domu  się  nawalić.
Chociaż  może  ten  gość  wcale  nie  był  jakimś  degeneratem.  Ostatecznie  Marek  nic  o  nim  nie
wiedział.  Równie  dobrze  mógł  się  niecierpliwić,  bo  gdzieś  tam  czekały  na  niego  dzieciaki  i  miła
żonka, z którą będzie się jeszcze tej nocy kochał, mimo iż już zbliżała się trzecia.

– Choć pewnie śpi – mruknął Marek, częściowo do kierowcy, częściowo do samego siebie.
– Co proszę? – Facet właśnie męczył się z zamkiem w drzwiach autokaru.
– Nie, nie, ja tak… nic.
Kierowca  wreszcie  uporał  się  z  tym,  co  robił,  i  ruszył  w  stronę  budynków  bazy  PKS-u.

Tymczasem Marek postanowił obejrzeć dworzec.

Była  to  typowa  dla  małych  miasteczek  zajezdnia  z  dwoma  podwójnymi  stanowiskami  dla

autokarów.  Każde  stanowisko  rozdzielono  na  pół  ścianą  z  niewielkim  daszkiem.  Pod  ścianą  stały
ławeczki  (wcale  nieodrapane,  przeciwnie:  pomalowane  świeżą  i  błyszczącą,  brązową  farbą),  a  na
niej wisiały tablice z rozkładami jazdy, reklamami i czymś, co wyglądało na herb miasta.

Marek  podszedł  do  najbliższej  tablicy  i  przyjrzał  się  herbowi.  W  biało-czerwonym

(patriotycznym!)  polu  krzyżacki  (już  mniej  patriotyczny)  zamek  i  bocian  (patriotyczny,  że  hej).  To
znaczy  chyba  bocian.  Biorąc  pod  uwagę  wierność  ornitologiczną,  równie  dobrze  mogła  to  być
czarno-biała sroka.

Pod herbem widniały dwa napisy. Pierwszy, ten pod szkłem, głosił:

WĘPRZYN WITA I ZAPRASZA

NA WSPANIAŁY WYPOCZYNEK

W PRAWDZIWYCH MAZURSKICH KLIMATACH

Drugi  napis,  ten  na  szkle,  najwyraźniej  został  wykonany  przez  jakiegoś  miejscowego

background image

żartownisia, gdyż głosił:

TU NAPRAWDE ZDEHŁ KLENCZON

Marek pokręcił z dezaprobatą głową. Nie wolno śmiać się z barda.
Odwrócił się od tablicy.
W  budynku  dworca  nadal  paliły  się  światła.  Kasy  biletowe  już  zamknięto,  ale  poczekalnia  dla

podróżnych była czynna, podobnie jak niewielki bar w prawym skrzydle.

Marek  zaciągnął  się  świeżym  mazurskim  powietrzem  i  ruszył  w  tamtą  stronę.  Musiał  gdzieś

przeczekać  do  rana.  Potem  zacznie  szukać  jakiegoś  miejsca,  w  którym  mógłby  się  zahaczyć.
Może  na  początek  wynajmie  gdzieś  bungalow.  Było  już  po  sezonie,  zbliżał  się  październik,  więc
chyba  nie  będzie  za  drogo,  w  każdym  razie  na  kilka  dni  starczy  mu  kasy.  Do  czasu,  aż  znajdzie
jakąś  robotę.  Na  przykład  na  stacji  benzynowej,  tam  powinien  się  nadać,  ostatecznie  trzeba  tylko
umieć znaleźć dziurę i wsadzić do niej pistolet. To akurat każdy facet potrafi (zaśmiał się pod nosem
ze  swojego  żarciku).  Chociaż  z  drugiej  strony  to  nie  powieść  Irwina  Shawa,  w  której  każdego
włóczęgę  przyjmuje  się  z  otwartymi  ramionami  (bystry  z  ciebie  chłopak,  czemu  chcesz  się  tutaj
marnować?), poklepuje po plecach i płaci mu się za uczciwą pracę. W Polsce nawet cieć na stacji
benzynowej jest pewnie jakimś przygłupim kuzynem szefa zmiany.

Nie, nie, kolego, u nas teraz jest kapitalizm, amerykański sen to my.
Marek potrząsnął głową. Zauważył, że od paru ładnych sekund stoi przed drzwiami dworcowej

knajpy i wpatruje się w szyld z napisem „BAR”.

„Może nie będzie aż tak źle” – pomyślał. – „Masz strasznie pesymistyczną wyobraźnię. Może

naprawdę  te  mazurskie  klimaty  i  wypoczynek  w  towarzystwie  czarno–białych  srok  dobrze  ci
zrobią”.

Wreszcie zdecydował się na krok naprzód. Otworzył drzwi i wszedł do baru.
W środku panowała senna atmosfera. Starszawa barmanka w białym uniformie rozwiązywała

właśnie krzyżówkę, siedząc na wysokim krześle za ladą. Było też kilkoro klientów. Jakaś rodzinka:
ponury ojciec, mamusia z nadwagą i dzieciak w czapce z daszkiem. Siedzieli w kącie, na kanapie
obitej czerwoną tapicerką, jedli frytki i pili coca-colę. Jakieś dwa czy trzy stoliki od nich, mniej więcej
pośrodku sali, facet w skórzanej kurtce palił papierosy (od dłuższego czasu, sądząc po zawartości
stojącej przed nim popielniczki).

Marek podszedł do lady. Barmanka zdjęła okulary i zsunęła się z krzesła.
– Co podać? – zapytała.
Marek  poczuł  bardzo  wyraźnie  jej  oddech  –  papierosy  i  alkohol.  Skrzywił  się,  ale  mimo  to

powiedział:

– Dobry wieczór. Coś może śniadaniowego… na przykład jakąś jajecznicę albo…?
– Jest jajecznica – przerwała mu barmanka i ku jego najwyższemu zaskoczeniu, uśmiechnęła

się do niego. – Podać?

– Tak, poproszę.
– Z kiełbaską i na cebulce?
– Jak u mamy – uśmiechnął się i kiwnął głową.
– Coś do picia? Kawkę?
– Colę.

background image

– Z lodówki?
Marek  zastanowił  się  przez  chwilę.  Na  dworze  było  zimno,  a  jego  być  może  czekał  nocleg  w

dworcowej poczekalni. Lepiej uważać na gardło. Tylko że tak bardzo nie lubił ciepłej coli.

– Nie, z półki – zdecydował mimo wszystko.
Barmanka podała mu butelkę.
– Pan siada – powiedziała. – Zawołam, jak będzie gotowe.
Marek wziął colę i wybrał miejsce przy oknie od strony miasta, plecami do pozostałych gości.

Usiadł, zdjął nakrętkę, wziął łyka. Fe, ciepła. Ale słodka. I z kofeiną. Cukier dobry.

Gdy  tak  siedział  i  popijał  w  milczeniu,  nagle  spostrzegł,  że  w  barze  jest  jeszcze  jedna  osoba,

której nie zauważył wcześniej. Siedziała w kącie za krawędzią lady, dlatego jej nie widział od strony
wejścia. Była piękna. Nie tak po prostu piękna, tylko „napatrz się, gościu, ile możesz, bo już więcej
takiej  nie  zobaczysz”.  Markowi  skojarzyła  się  z  etiopską  boginią.  Dlaczego  etiopską?  Cóż,  była
Murzynką  (i  być  może  to  w  całej  jej  postaci  dziwiło  najbardziej).  Ale  znowu:  nie  taką  zwykłą
Murzynką  z  wielkim  nosem,  wielkimi  ustami  i  wielkim  tyłkiem.  Wręcz  przeciwnie,  miała  bardzo
regularne  i  łagodne  rysy  twarzy,  a  do  tego  niesamowite  oczy.  (Marek  pomyślał,  że  jego
wewnętrzny głos brzmi trochę rasistowsko, ale nie mógł nic na to poradzić; uważał, że Murzynki są
grube, a ta tutaj nie była. Owszem miała nieco bardziej zaokrąglone kształty niż paniusie z FTV, ale
bez przesady).

– Podoba ci się nasza czarnuleczka, co?
Marek  aż  się  wzdrygnął.  Głos  rozbrzmiał  tuż  koło  jego  ucha:  rodzaj  nieprzyjemnego,

dychawicznego  szeptu.  Co  gorsza,  jego  posiadacz  zbliżył  się  całkiem  bezgłośnie.  I  pachniał
nieprzyjemnie – starą skórą przesiąkniętą papierosowym dymem.

Marek domyślił się, kto to, zanim się obejrzał. Pan Skórzana Kurtka najwyraźniej skończył już

palić i teraz postanowił podkraść się do „nowego” w mieście.

–  Tak,  podoba  ci  się  –  ciągnął  pochylony  nad  nim.  –  Widzę,  jak  na  nią  patrzysz,  znam  to

spojrzenie, widziałem wielu, którzy tak patrzyli. Podoba ci się, nie? No powiedz, podoba się. Nie?

Marek  odsunął  się,  potrącając  stół  i  wywracając  butelkę  z  colą,  która  stoczyła  się  na  ziemię.

Poczuł się w tej chwili jak straszny mięczak, ale głos tego faceta sprawił, że wyraźnie skoczyło mu
ciśnienie. Jego serce zaczęło walić jak oszalałe i zrobiło mu się zimno w dłonie.

– O co panu chodzi? – zapytał.
– Mi? – Skórzana Kurtka uśmiechnął się. Był brzydki i miał ohydny żółty nalot na zębach. – Mi

o nic nie chodzi. Po prostu chcę wiedzieć, czy podoba ci się ta młoda dama? No to jak? Podoba ci
się, nie?

Marek cofnął się jeszcze o krok, odruchowo ustawiając się tak, żeby pomiędzy nim a tamtym

facetem znalazł się stół.

– Gościu… – zaczął.
– No, podoba ci się. Nie?
– Tak, tak, czy mogę teraz wrócić do mojej coli? – Marek pochylił się i podniósł butelkę z ziemi.
Skórzana Kurtka przestał się uśmiechać. Przez chwilę przyglądał się Markowi, po czym okrążył

stół i stanął tuż przed nim, zbliżając swą twarz do jego twarzy.

– Zerżnąłbyś ją, co? – zapytał konfidencjonalnym szeptem.
Marek odsunął się gwałtownie.
– Facet! Weź… – zaciął się na chwilę. – Weź spierdalaj!

background image

Skórzana Kurtka błyskawicznym ruchem złapał go za nadgarstek i przyciągnął do siebie.
–  Zerżnąłbyś  ją  –  stwierdził.  –  Znam  takich  jak  ty,  gnojku,  widziałem,  jak  na  nią  patrzyłeś,

widziałem wielu, którzy tak patrzą, zerżnąłbyś ją bez mrugnięcia okiem, ty pierdolony zboczeńcu.

„Jezu, kurwa, psychol” – pomyślał Marek. – „Najebany psychol”.
Po  tej  krótkiej  tyradzie,  wygłoszonej  zduszonym  szeptem,  pan  Skórzana  Kurtka  puścił  go  i

sięgnął  za  pazuchę.  Przez  ułamek  sekundy  Marek  był  przekonany,  że  wyjmie  nóż,  lecz  zamiast
tego w jego dłoni pojawiło się czarne skórzane etui. Rozłożył je, pokazując policyjną odznakę.

– Mam cię na oku, pojebie – mruknął. – Wiem, że spróbujesz ją zerżnąć, i nie pozwolę na to.

Nie  myśl,  że  kurwa  pozwolę.  Widziałem,  jak  na  nią  patrzyłeś,  widziałem  wielu,  którzy  tak  patrzą.
Nie pozwolę.

– Facet, od… – zaczął Marek, ale widok odznaki powstrzymał cisnące mu się na usta słowo. –

Odczep się ode mnie.

Skórzana  Kurtka  roześmiał  się  głośno  i  nieprzyjemnie,  po  czym  bez  słowa  odwrócił  się  i

wyszedł z baru.

Marek  poczuł,  jak  schodzi  z  niego  adrenalina.  Lekko  trzęsącą  się  ręką  spróbował  odstawić

butelkę  coli  z  powrotem  na  stół,  ale  tylko  przewrócił  ją  znowu.  Tym  razem  jednak  nie  pozwolił  jej
spaść na ziemię. Opadł ciężko na krzesło i odetchnął głęboko.

Uderzył go surrealizm całego zajścia. Jak w jakimś pieprzonym amerykańskim filmie. Wyobraził

sobie Bruce’a Willisa, mówiącego „I’m having an eye on you, fucker” i myśl ta nawet go rozbawiła,
choć  był  to  rodzaj  histerycznego  rozbawienia.  Pieprzony,  nawalony  gliniarz.  Nie  ma  to  jak  dobry
początek w nowym mieście.

Marek uniósł głowę i rozejrzał się po barze. Rodzinka z dzieciakiem z nowo odkrytym zapałem

pałaszowała  frytki,  próbując  nie  odwracać  się  w  jego  stronę.  Barmanka  przyglądała  mu  się  z
dziwnym wyrazem twarzy. Przed nią parowała jajecznica.

Etiopska Bogini znikła.
Marek wstał i podszedł do lady. Spodziewał się, że barmanka jakoś skomentuje jego spięcie z

panem  Skórzaną  Kurtką  („You  better  watch  out,  stranger.  McClane’s  got  his  eye  on  you”),  ale  nic
takiego nie zaszło. Przesunęła talerz w jego stronę i powiedziała:

– Osiem złotych.
Wysupłał  portfel,  który  sprytnie  zakamuflował  na  dnie  torby,  zapłacił  i  wrócił  do  stołu.  Zjadł

szybko. Miał ochotę już opuścić tę knajpę. Wiedział, że będzie mu się źle kojarzyć.

Rzucił ostatnie spojrzenie tam, gdzie jeszcze przed chwilą siedziała Etiopska Bogini.
O, a to co?
Wstał i podszedł do stolika. Na jednym z krzeseł leżał niewielki czarny futerał na aparat cyfrowy

z  napisem  CANON.  Marek  uniósł  go  ostrożnie.  W  ułamku  sekundy  przeleciała  mu  przez  głowę
wizja  romantycznej  pogoni  za  tajemniczą  nieznajomą.  Wiedział  jednak,  że  to  tylko  głupie  mrzonki.
Rozsądniej było zostawić aparat barmance. Dziewczyna może sobie jutro przypomnieć, że go tutaj
zostawiła. Z drugiej strony, cholera wie, co ta barmanka z nim zrobi. Może lepiej po prostu odłożyć
aparat na krzesło i zapomnieć o całej sprawie.

Popatrzył  na  boki,  żeby  zobaczyć,  czy  nikt  go  nie  obserwuje,  i  kątem  oka  dostrzegł

pomarańczowy  błysk  wyrzucanego  na  zewnątrz  niedopałka.  Chwilę  później  w  jego  polu  widzenia
pojawiła się Etiopska Bogini, kołyszącym krokiem wędrująca w stronę miasta.

Niewiele myśląc, wybiegł za drzwi z aparatem w dłoni.

background image

Dziewczyna  szła  dość  żwawo  i  powoli  nikła  już  w  cieniu  pobliskiej  alejki.  Marek  ruszył  za  nią

truchtem. Nie chciał podrywać się do sprintu, żeby jej nie przestraszyć. Pomyślał, że może dobrze
byłoby ją ostrzec, że się zbliża.

– Hej, proszę pani! – zawołał. – Proszę poczekać, zostawiła pani aparat!
Ona jednak chyba go nie usłyszała. A może faktycznie się przestraszyła. Tak czy owak skręciła

w kolejną, jeszcze węższą alejkę.

„Że  też  nie  boi  się  chodzić  sama  o  tej  porze  takimi  gównianymi  uliczkami”  –  pomyślał  Marek.

Nie przyszło mu do głowy, że może on też powinien się bać.

Nagła  eksplozja  bólu  w  prawym  kolanie  ścięła  go  z  nóg.  Upadł,  upuszczając  aparat  i  swoją

torbę  podróżną.  Kolejny  cios  spadł  na  jego  twarz,  ale  zdołał  zasłonić  się  ręką.  W  palcach  coś  mu
chrupnęło i z wrzaskiem odtoczył się pod mur.

– Mówiłem, że cię będę obserwował – powiedział Skórzana Kurtka, wyłaniając się z cienia. Na

dłoń  nawijał  właśnie  gruby  skórzany  pasek  z  ciężką  klamrą.  –  Nie  myliłem  się  co  do  ciebie.
Uganiasz się za dziewczętami po ciemnych alejkach, co? Myślałeś, że sobie tylko żartowałem, że
chciałem cię nastraszyć. Srasz teraz po gaciach, nie? No powiedz, gnojku. Srasz, nie? Nawet nie
myślałeś, że mogę się tak szybko zjawić. A ja wiedziałem, co z ciebie za jeden, dlatego grzecznie
na ciebie poczekałem.

Marek jęknął i spróbował się unieść z ziemi, ale pan Skórzana Kurtka zamachnął się paskiem i

ponownie uderzył go klamrą w kolano. Chlast.

–  Wiedziałem,  że  za  nią  pójdziesz,  jebany  zboczeńcu  –  wysyczał.  –  Widziałem,  jak  na  nią

patrzysz, widziałem wielu, którzy tak patrzyli. Pierdoleni zboczeńcy. Wiedziałem, że nie odpuścisz,
znam was, wiem, jak się nazywacie. Gwałciciele.

Mówienie  najwyraźniej  go  podniecało.  Zaczął  przestępować  nerwowo  z  nogi  na  nogę.  Pasek

skrzypiał, kiedy obracał go w rękach.

–  Człowieku,  na  litość  boską…  –  zaczął  Marek,  ale  Skórzana  Kurtka  nie  pozwolił  mu

dokończyć. Chlast.

–  Wiesz,  że  co  trzeci  gwałciciel  to  mężczyzna  w  wieku  między  dwudziestym  a  trzydziestym

rokiem życia? – zapytał, po czym uderzył go paskiem w ramię.

Chlast.
– Wiesz, że prawie połowa gwałconych kobiet jest zbyt przerażona, żeby się bronić? Jak się z

tym czujesz, gnojku? Też jesteś przerażony?

Chlast.
– Wiesz, że dwadzieścia procent gwałtów odbywa się w obecności świadków?
Chlast.
– Wiesz, że co drugi mężczyzna fantazjuje o brutalnym seksie? Ty pewnie też, nie?
Chlast.
–  Wiesz,  że  siedmiu  z  dziesięciu  gwałcicieli  przyznaje,  że  w  dzieciństwie  było  molestowanych

przez rodziców? A jak było z tobą? Tatuś kochał syneczka w pupcię, co?

Chlast.
–  Wiesz,  że  aż  dziewięćdziesiąt  procent  gwałcicieli  ma  problemy  z  erekcją?  –  Chlast.  –  Tak,

znam was, pojeby. – Chlast. – Nie staje wam normalnie, to szukacie wrażeń. – Chlast.

Statystyczna  litania  zdawała  się  powoli  doprowadzać  pana  Skórzaną  Kurtkę  do  szału.  Nie,

inaczej. Cholernie szybko doprowadzała go do szału. Zapluł się już, poczerwieniał na twarzy. Marek

background image

zauważył nawet, że jego dżinsy w okolicy krocza napięły się niebezpiecznie.

„Zajebie mnie skurwysyn, jak nic mnie zajebie, a potem spuści się na moje zimne zwłoki”. – Ta

myśl  wyrwała  Marka  z  karuzeli  bólu  (chlast,  chlast,  chlast).  Krzyknął  głośno  i  pomiędzy  kolejnymi
razami  rzucił  się  na  atakującego  go  faceta  (połowa  gwałconych  kobiet  jest  zbyt  przerażona,  żeby
się bronić). Z impetem walnął nim o mur, a potem przygwoździł go do ziemi.

–  Ty  skurwysynu  popierdolony!  –  wydarł  się,  dając  upust  wściekłości  i  bólowi.  –  Chciałem  jej

tylko oddać aparat! Pierdolony, kurwa, aparat!

Skórzana Kurtka znieruchomiał. Przez moment wydawało się, że dociera do niego, iż mógł się

pomylić.

„Zaskarżę skurwysyna” – pomyślał Marek i w tej samej chwili uwierzył, że wyjdzie z tego cało.

To był błąd.

Skórzana Kurtka szarpnął gwałtownie głową, uderzając go prosto w łuk brwiowy. Zabolało jak

diabli  i  twarz  Marka  oblała  krew.  Zluzował  nieco  chwyt,  a  leżący  pod  nim  facet  wykorzystał  to.
Ścisnął go mocno silnymi ramionami i obrócił tak, że zamienili się miejscami. Następnie złapał go za
nadgarstki  i  wykręcił  mu  ręce.  Już  nic  nie  mówił.  Sapał  tylko  głośno,  próbując  utrzymać  go  jedną
ręką, podczas gdy drugą sięgnął za plecy i coś tam gmerał.

„Szuka  spluwy”  –  przemknęło  Markowi  przez  myśl.  Zaczął  się  miotać  jeszcze  gwałtowniej  i

jakoś  udało  mu  się  oswobodzić  lewą  dłoń.  Szybko  sięgnął  nią  za  plecy  Skórzanej  Kurtki,  żeby
chwycić broń, zanim uda się to tamtemu. Palce zacisnęły się na gładkim, metalowym przedmiocie,
ale nie zdołały go utrzymać. Co najmniej dwa były niesprawne po spotkaniu z metalową klamrą od
paska.

Skórzana  Kurtka  wyjął  zza  pleców  kajdanki  i  po  krótkiej  szamotaninie  skuł  ręce  Marka.

Uśmiechnął  się  i  dopiero  wtedy  sięgnął  po  spluwę,  którą  zresztą  nosił  pod  pachą.  Potem  wstał.
Wyglądało na to, że zastanawia się, co dalej.

Marek nie mógł na niego patrzeć. Nie mógł patrzeć w czarny otwór lufy. Obrócił się na brzuch i

zaczął odpełzać. Uświadomił sobie, że płacze z bólu i strachu. Z nosa wisiał mu czerwonawy glut.
Całą prawą połowę twarzy miał zalaną krwią, która zostawiała ciemne plamy na chodniku.

TU NAPRAWDE ZDEHŁ KLENCZON.
A ty, Mareczku… Ty też tu zdechniesz. Naprawdę.
Ale strzał nie padł.
Marek  usłyszał  kroki  co  najmniej  kilku  osób.  Niezgrabnie  uniósł  się  na  klęczki  i  obejrzał.  Pan

Skórzana Kurtka zniknął, za to u wylotu alejki pojawiło się parę postaci. Jedna nijaka, jedna potężna
i jedna niewielka. Rodzinka z baru.

– Pomocy! – krzyknął rozpaczliwie Marek, choć w gruncie rzeczy nie było to chyba koniecznie.

– Pomocy!

Tatuś  pokazał  żonie  i  dziecku,  żeby  zostali  na  miejscu,  i  podbiegł  do  niego.  Wyciągnął  ręce,

jakby chciał mu pomóc wstać, ale zastygł w pół ruchu.

– Rajciu – powiedział. – Kto pana tak urządził?
Marek uniósł się na nogi. Pytanie było idiotyczne, ale mimo to odpowiedział.
– Jakiś pierdolony psychopata!
Tatuś skrzywił się nieco.
– Proszę tak nie przeklinać, dobrze? – szepnął. – Żona nie lubi, jak się przeklina.
Marek spojrzał na niego otępiałym wzrokiem. Nie przeklinać… Ktoś go prawie kurwa zajebał na

background image

śmierć, a on ma nie przeklinać. Co za różnica, do kurwy nędzy?!

–  Dobrze  –  mruknął,  czując,  że  opuszczają  go  siły.  –  Muszę  do  szpitala.  Proszę,  czy  może

mnie pan zabrać do szpitala?

– Jasna sprawa, partnerze – oświadczył radośnie tatuś. (Partnerze? Kto tak mówi? Przecież, to

nawet  nie  jest,  kurwa,  po  polsku!).  –  Mamy  tu  niedaleko  samochód.  Zaraz  pana  zabierzemy.
Pomóc panu iść?

Marek  pokiwał  głową.  Tatuś  wziął  go  pod  ramię  i  podniósł  z  ziemi  jego  torbę  oraz  aparat

fotograficzny. Razem wyszli z alejki. Żona i synalek ruszyli za nimi i po minucie lub dwóch znaleźli
się w samochodzie. Był to stary ford escort w wersji combi, na oko rocznik 1990. Fotele obłożono
włochatymi  narzutami,  które  wydzielały  nieprzyjemną  woń  będącą  mieszaniną  potu  i  waniliowego
odświeżacza  powietrza.  Pod  lusterkiem  wstecznym  wisiała  pluszowa  owieczka,  a  pod  osłoną
przeciwsłoneczną  po  stronie  pasażera  dyndał  medalik  ze  świętym  Krzysztofem.  Tatuś  siadł  za
kierownicą  i  zapiął  pas  (na  którym  miał  przypiętą  kolejną  pluszową  zabawkę  –  królika  Bugsa),  po
czym kazał to samo uczynić pozostałym.

– Chce pan chusteczkę nawilżaną, żeby oczyścić twarz? – zapytała uprzejmie mamusia.
Marek pokiwał głową, ale chyba tego nie dostrzegła, więc powiedział:
– Tak, poproszę.
Kobieta  wygrzebała  z  torebki  paczkę  nawilżanych  chusteczek  o  zapachu  czerwonych

grejpfrutów i podała mu jedną.

Tatuś zapalił silnik, włączył światła, sprawdził, czy wszyscy mają zapięte pasy, i w końcu ruszył.
Marek zajął się swoimi obrażeniami. Wyobrażał sobie, że musi wyglądać okropnie. Na twarzy i

koszuli  miał  mnóstwo  krwi,  był  brudny  i  usmarkany.  Bolało  go  prawie  całe  ciało,  ale  najbardziej
prawe kolano i lewa dłoń.

Otarł  twarz,  zaczynając  od  nosa  i  ust,  a  potem  spróbował  oczyścić  ranę  nad  okiem.

Chusteczka momentalnie zmieniła się w bury glut, ale nie poprosił o następną. Kto normalny daje
jedną chusteczkę facetowi, który dopiero co wyszedł ze spotkania z dwunogim buldożerem?

Następnie przyjrzał się swoim dłoniom. Kajdanki krępowały jego ruchy, ale udało mu się zbadać

najbardziej  obolałe  palce.  Były  nieco  spuchnięte  i  zaczerwienione,  ale  ku  swemu  najwyższemu
zdumieniu stwierdził, że chyba nie są złamane. Na próbę szarpnął kajdanki, lecz to oczywiście nic
nie dało.

– W tym mieście jest szpital? – zapytał.
– Nie, ale jest w Szczytnie – odpowiedział tatuś, łapiąc jego spojrzenie w lusterku wstecznym.

Po  chwili  dodał,  jakby  coś  mu  nagle  przyszło  do  głowy:  –  Ale  niech  się  pan  nie  martwi,  to  żaden
problem. Do Szczytna jest ze dwadzieścia, trzydzieści kilometrów. Nie ma sprawy.

– Dziękuję – odparł Marek i apatycznie wpatrzył się w swoje stopy.
W  samochodzie  było  ciepło  i  lekko  kołysało.  Za  oknami  śmigały  plamy  pomarańczowego

światła, cienie tańczyły. Silnik mruczał cicho, wszyscy milczeli. Marek poczuł się senny.

– Rajciu! – Tatuś chyba nie potrafił wytrzymać długo w ciszy. – Ale ktoś pana urządził.
Marek  nie  odezwał  się.  Cały  czas  przyglądał  się  swoim  stopom.  Kątem  oka  widział,  jak  cień

jego  kolan  wskakuje  na  drzwi,  gdy  plama  światła  przelatuje  przez  samochód,  a  potem  znika,  gdy
znów rozlewa się cień.

–  To  jednak  niebezpieczne  chodzić  o  tej  porze  po  ulicy  –  ciągnął  tatuś.  –  Wie  pan,  ciągle  się

słyszy  o  jakichś  napaściach  i  w  ogóle.  Jak  ta  dziewczyna  ostatnio.  W  wiadomościach  mówili.

background image

Wyszła z dyskoteki i tyle ją widzieli. Miał pan sporo szczęścia, żeśmy przechodzili, nie?

Marek dalej milczał. Oczy mu się zamykały. W głowie miał pustkę, słowa gadającego do niego

faceta  utykały  gdzieś  w  przestrzeni  między  nimi.  Światła  przelatywały  coraz  rzadziej,  po  jakimś
czasie  zaczęły  się  pojawiać  tylko  przygodnie,  a  w  końcu  zapadła  ciemność.  Chyba  wyjechali  z
miasta.

Pstryk. Tatuś sięgnął nad głowę i zapalił niewielką lampkę w kabinie.
–  Albo  autostop.  –  Rozważania  na  temat  nocnych  niebezpieczeństw  najwyraźniej  go

fascynowały.  –  Wie  pan,  nigdy  bym  nie  skorzystał  z  autostopu  po  zmroku.  Strach,  nie?  Nie
wiadomo, na kogo się trafi. W wiadomościach ostatnio mówili o tych porywaczach, nie wiem, czy
pan  słyszał.  Biorą  dziewczyny  na  stopa,  a  potem  jakoś  je  ogłuszają  i  wywożą  do  Rosji  albo  na
Ukrainę, albo do Szwecji.

Sięgnął  do  schowka.  Otworzył  go  i  chwilę  w  nim  grzebał.  Wydobył  gumę  do  żucia.

Kontynuował swój wywód, głośno ciamkając.

–  Wyobrażam  sobie,  że  chłopców  też  porywają,  tylko  rzadziej  –  roześmiał  się  nienaturalnie.  –

Oczywiście dla pana to może brzmieć dziwnie. W pewnym sensie złapał pan stopa. A po tym, co
pan przeszedł, ma się pan czego bać.

Pstryk. Charakterystyczny odgłos centralnego zamka wyrwał Marka zza ściany otępienia.
– Czemu pan zamyka drzwi? – zapytał.
– Ostrożność – odparł tatuś. Obrócił głowę w jego stronę, żeby spojrzeć nad oparciem fotela, i

uśmiechnął się. Między jego zębami błyskała guma do żucia. – A co, napędziłem panu stracha? W
sumie nie wie pan, czy nie wywożę pana do Rosji albo Szwecji, nie? A jeszcze ma pan na rękach
te kajdanki. Wygląda groźnie, prawda?

Tatuś  odwrócił  się  z  powrotem  w  stronę  drogi,  a  do  tyłu  spojrzała  teraz  mamusia.  Nie

uśmiechała się, po prostu przyglądała się Markowi – bezmyślnie i bez emocji.

Marka znowu ogarnęło to samo uczucie co wtedy, gdy usłyszał głos Skórzanej Kurtki tuż przy

uchu.  Nie,  niemożliwe,  przecież  to  pieprzona  rodzinka  z  dzieckiem,  pieprzona  rodzinka  z
pieprzonym…

Spojrzał na siedzącego obok niego dzieciaka i zmartwiał. Spod czerwonej czapeczki z daszkiem

nie wyglądała wcale twarz dziesięciolatka, której się spodziewał. Chłopak musiał mieć osiemnaście
albo  nawet  dwadzieścia  lat.  Był  mały,  chudy  i  blady,  w  dodatku  wyglądał  na  lekko
niedorozwiniętego,  ale  kępki  ciemnego,  twardego  zarostu  na  szyi  nie  pozostawiały  żadnych
wątpliwości co do jego wieku. Przyglądał się Markowi z tym samym bezmyślnym wyrazem twarzy
co jego matka. O ile oczywiście ta kobieta była naprawdę jego matką.

Przez okno znowu  zaczęły wpadać  jaskrawe płaty światła.  Marek cofnął  się w  kąt i  panicznie

wyjrzał na zewnątrz. Właśnie mijali tablicę z napisem Węprzyn. Nieprzekreśloną.

–  To  nie  jest  kurwa  moment  na  żarty!  –  krzyknął.  –  Niech  pan  nie  pierdoli  głupot,  dlaczego

wjeżdża  pan  z  powrotem  do  miasta,  niech  pan  kurwa  nie  pierdoli,  po  prostu  chcę  do  tego
pierdolonego…!

– Proszę nie przeklinać – przerwała mu stanowczo mamusia, po czym się odwróciła.
Tatuś posłał mu zakłopotane spojrzenie i otworzył wszystkie drzwi.
– Rajuśku – powiedział. – Nie sądziłem, że pan to weźmie na poważnie. Przecież nigdzie pana

nie wywieziemy.

– Dlaczego znowu wjeżdżamy do miasta? – zapytał jeszcze raz Marek. Nerwowo dotknął rany

background image

nad okiem. Przyschła już i nie krwawiła.

–  Kawałek  jechaliśmy  przez  las.  ie  wiem,  dlaczego  dwa  razy  postawili  tablicę.  Kto  by  tam

zrozumiał polskich drogowców?

Marek  nie  poczuł  się  wcale  uspokojony.  Szarpnął  od  niechcenia  kajdanki.  Nie  liczył  na  zbyt

wiele  i  bardzo  się  zdziwił,  kiedy  nagle  puściły  i  spadły  na  podłogę.  Wyjrzał  przez  okno.  Byli  na
obrzeżach  miasta.  Właściwie  znowu  wjeżdżali  w  las,  tylko  że  wzdłuż  drogi  ciągnęły  się  jeszcze
latarnie  i  tu  i  ówdzie  stały  jakieś  chałupy:  zajazdy,  stacje  benzynowe,  magazyny  i  tym  podobne.
Przed oczami mignęła mu tablica „MINNESOTA blues club 24H 500m”.

– Wie pan co? – powiedział. – W sumie nie muszę do szpitala. Proszę mnie wysadzić przy tej

knajpie, dobrze? Obmyję się tylko i będzie w porządku.

– Daj pan spokój… – chciał się sprzeciwić tatuś, ale Marek zaraz mu przerwał.
– Nie, nie, naprawdę. Nic mi nie jest. Tylko się obmyję i tyle. Proszę stanąć.
– Jak pan sobie życzy.
Tatuś zwolnił, włączył migacz i po chwili zjechał na pobocze. Marek czym prędzej wyskoczył na

zewnątrz,  rad,  że  udało  mu  się  wydostać  z  tego  upiornego  samochodu.  Zabrał  swoje  graty,
machnął  na  pożegnanie  posranej  rodzince,  a  gdy  tamci  odjechali,  odwrócił  się  w  stronę  obiecanej
knajpy.

Przy  krawędzi  szosy  znajdował  się  tylko  wielki  szyld  Pepsi  z  nazwą  lokalu.  Do  samego  baru

trzeba było podejść kawałek żużlową drogą, aż na polankę w lesie. Pod szyldem wisiała karteczka
„Dziś o 22.00 Prorok i jego kapela na żywo”.

Marek ruszył dróżką. Po kilku krokach doleciała go muzyka.

Mabbe there ain’t no Haven

Mabbe there ain’t no Hell

Hey, hey, hey…

Przystanął na chwilę i zaczął się przysłuchiwać. Piosenka po paru sekundach się skończyła i po

krótkiej  przerwie  zaczęła  się  następna.  Grała  tylko  gitara  i  harmonijka,  ale  rozpoznał  utwór
Creedence Clearwater Revival.

Left a good job in the city

Working for the man every night and day…

Ruszył dalej, próbując sobie przypomnieć tytuł.

Big wheels keep on turnin’

Proud Mary keep on burnin’

Rollin’, rollin’, rollin’ on the river

No tak, „Proud Mary”. Tak się nazywał ten kawałek.
Zespół doszedł właśnie do drugiej zwrotki i urwał nagle, kiedy Marek wszedł do knajpy.
W środku nie było żadnych gości. Tylko trzech facetów z kapeli siedziało przy jednym stoliku w

towarzystwie kilkunastu kufli (część z nich była pełna, część pusta). Wszyscy trzej byli grubi i starzy.
Gitarzysta miał wielką brodę i kowbojski kapelusz. Harmonijkarz miał mniejszą brodę i długie włosy,

background image

na które zatknął dumnie coś w rodzaju kapitańskiej czapeczki. Najbardziej jednak rzucał się w oczy
trzeci,  który  na  niczym  nie  grał,  ale  chyba  śpiewał.  Był  ogromny.  Musiał  mieć  ponad  dwa  metry
wzrostu,  a  ważył  chyba  ze  dwieście  kilo.  Na  jego  potężnych,  włochatych  barach  tkwiła  potężna,
kwadratowa głowa. Twarz wyglądała jak jedna z tych na posągach z Wysp Wielkanocnych. Marek
nie miał żadnych wątpliwości, że Prorok to właśnie on.

–  Toaleta  jest  na  tyłach,  w  prawo  za  barem  –  odezwał  się  Prorok.  Jak  można  się  było

spodziewać,  miał  głęboki,  dudniący  głos.  Nie  zabrzmiało  w  nim  ani  pół  nuty  zdziwienia.  –  Ogarnij
się, chłopaku, a potem pewnie przyda ci się piwko. Zuza!

Z zaplecza wyłoniła się ładna, choć już niemłoda kobieta. Spojrzała na Marka. Ona również się

nie zdziwiła.

– Zaraz ci przyniosę plastry i wodę utlenioną – mruknęła i ponownie znikła na zapleczu.
Marek stał bezradnie, podczas gdy trzej faceci przyglądali mu się niecierpliwie.
„Gdzie ja na miłość boską jestem?” – pomyślał. – „Czy tutaj takie rzeczy naprawdę dzieją się na

każdym kroku? To jakaś cholerna Strefa Mroku, czy jak?”.

– No idźże się umyj, chłopcze – popędził go Prorok.
– Właśnie, piwo nam stygnie – dorzucił gitarzysta.
Marek chwilę jeszcze tkwił w miejscu, przypatrując im się z niedowierzaniem (całkiem jakby to

oni  byli  zakrwawionymi  brudasami),  potem  jednak  drgnął  i  posłusznie  ruszył  w  stronę  toalety.  Po
drodze  przechwyciła  go  barmanka  Zuza,  która  wcisnęła  mu  buteleczkę  wody  utlenionej,  paczkę
plastrów i rolkę ręczników jednorazowych. Tak wyposażony zamknął się za drzwiami z obrazkiem
chłopczyka sikającego do wiadra i zabrał do udzielania sobie spóźnionej pierwszej pomocy.

Na  początek  ściągnął  zakrwawione  ciuchy  i  starannie  obmył  twarz  i  ramiona.  Popatrzył  w

lustro. Nadal wyglądał jak straszydło, więc po prostu wcisnął całą głowę pod strumień ciepłej wody.
Pomogło.  Wytarł  się  i  przemył  rozcięty  łuk  brwiowy  odrobiną  wody  utlenionej:  zapiekło,  ale  nie  aż
tak, jak się spodziewał. Następnie przykleił plaster.

Pozostałe  obrażenia  nie  wydawały  się  na  tyle  poważne,  żeby  poddawać  je  jakimś

szczególnym zabiegom, stwierdził zatem, że spróbuje uprać ciuchy. Zaczął od białej koszulki, która
wyglądała znacznie gorzej niż ciemna, rozpinana bluza, którą nosił na wierzchu.

Najpierw odkręcił ciepłą wodę, ale zaraz sobie przypomniał, co mu kiedyś powiedziała matka o

pewnym nieporadnym filmowym zabójcy. „Już po gościu, policja go dorwie. Krew spiera się zimną
wodą, każda kobieta to wie”. Marek miał wtedy siedem lat. Dopiero dużo później zrozumiał, skąd u
kobiet bierze się ta niezwykła wiedza.

Wylał na koszulkę odrobinę mydła w płynie i zaczął szorować. T–shirt błyskawicznie z białego

przemienił się w bury. Cóż, widać tak miało być. W tej sytuacji nawet matczyna mądrość nie mogła
pomóc.  Zaklął  pod  nosem  i  wepchnął  szmatę,  którą  jeszcze  do  niedawna  nosił  na  sobie,  do
śmietnika.

Z  bluzą  poszło  mu  lepiej,  nawet  dało  się  ją  uratować,  ale  była  mokra,  więc  i  tak  nie  mógł  jej

założyć. Zamiast tego wygrzebał z torby nową koszulkę (czarna z logo Black Sabbath wydała mu
się  odpowiednia)  i  dżinsową  kurtkę,  która  co  prawda  nie  była  tak  ciepła  jak  bluza,  ale  na  razie
musiała wystarczyć.

Przebrany  i  opatrzony  wrócił  do  baru.  Prorok  i  jego  kumple  przygrywali  coś,  kiedy  był  w

toalecie, ale przestali, gdy z niej wyszedł.

Marek  zauważył,  że  przy  stole  pojawiło  się  jeszcze  jedno  krzesło.  Przed  nim  stał  wielki  kufel,

background image

znad którego unosiła się para.

– Siadaj, kolego – zaprosił go Prorok. – Pomyślałem, że grzane dobrze ci zrobi. Nie widziałem

cię  wcześniej  w  okolicy,  a  każdy,  kto  tu  zawita,  prędzej  czy  później  do  mnie  trafia…  Więc
pomyślałem, że musisz być nowy. Co takiego sprowadza cię do Wampirzyna?

–  Wampirzyna?  –  zdziwił  się  Marek,  siadając  na  przygotowanym  miejscu  i  zaciągając  się

wspaniałym, korzennym zapachem.

– To stara indiańska nazwa tego miasta. – Prorok mrugnął do niego porozumiewawczo.
–  Aha  –  skomentował  inteligentnie  Marek.  Potrzebował  chwili,  żeby  zebrać  myśli.  Spostrzegł,

że Prorok przelotnie spojrzał na jego lewy nadgarstek. Stłumił chęć poprawienia mankietu.

„Patrzy na zegarek” – powiedział sobie. – „Nie grzeb tam, to niczego nie zauważy”.
Był jednak pewien, że Prorok zauważył. Wyglądał na faceta, który wszystko zauważa.
–  Cóż,  tak  naprawdę  nie  ma  o  czym  opowiadać  –  odezwał  się  w  końcu  Marek.  –

Potrzebowałem  zmiany  otoczenia,  więc  pomyślałem,  że  może  Mazury…  I  tak  jakoś  wyszło,  że
przyjechałem tutaj. Ale coś mi się wydaje, że nie zagrzeję tu miejsca. Może spróbuję w Szczytnie.
Tak w ogóle to szukam pracy, jakby przypadkiem któryś z was wiedział o jakimś wakacie, to… no.

Prorok  przez  chwilę  przyglądał  mu  się  uważnie.  Wreszcie  pociągnął  długi  łyk  piwa  (z  równie

gigantycznego  kufla,  na  oko  o  pojemności  dwóch  litrów)  i  nagle  postukał  się  wielgachnym
paluchem w łuk brwiowy.

– Rozumiem, że miejscowi cię nie polubili – powiedział.
Marek również pociągnął łyk piwa. Smakowało świetnie.
– Tylko jeden facet – wyjaśnił. – Ale to gliniarz, więc… no wiecie.
– Gliniarz? – zainteresował się nagle gitarzysta. – Mamy w mieście jakichś psychopatycznych

gliniarzy, chłopaki?

Popatrzył po swoich towarzyszach. Harmonijkarz wzruszył ramionami, ale chyba się zamyślił.

Marek zdał sobie sprawę, że z całej trójki tylko ten jeden dotąd się nie odezwał.

Prorok podrapał się za uchem.
– Nie przypominam sobie żadnych psychopatycznych gliniarzy – mruknął. – Jak wyglądał ten

gość?

Marek spróbował sobie przypomnieć i stwierdził, że ma z tym pewien problem.
–  Był  jakiś  taki…  nierzucający  się  w  oczy.  Mały…  chyba.  Na  pewno  miał  skórzaną  kurtkę  i

strasznie dużo palił.

Twarz harmonijkarza rozjaśniła się nagle. Klepnął Proroka w ramię, ale nadal nic nie mówił.
Prorok nie zareagował.
– A o co wam poszło? – zapytał gitarzysta.
– Niech mnie cholera, jeśli wiem. – Marek pokręcił głową. – Facet był jakiś… – zawahał się, nie

wiedząc, czy może wyrazić się tak dosadnie, jak miałby ochotę.

– Pierdolnięty? – podpowiedział gitarzysta.
–  Gorzej,  całkiem  pojebany!  –  Wybuchnął  Marek,  czując,  że  przy  tych  facetach  nie  musi

przebierać w słowach. – Ubzdurał sobie, że chcę zgwałcić jakąś dziewczynę. Strasznie się podniecił
i pieprzył coś o jakichś statystykach gwałtów. Myślałem, że mnie normalnie zapierdoli na miejscu.
Ale całe szczęście zjawiła się jakaś rodzinka… też zresztą pojebana… i ten facet gdzieś zwiał. Jeśli
on jest tutaj gliniarzem, to po prostu nie ma chuja, żebym został.

Marek  z  natury  nie  przeklinał,  ale  teraz  potok  wulgaryzmów  pozwolił  mu  rozładować  złość  i

background image

strach. Ulżyło mu i pociągnął długi, uspokajający łyk ciepłego, słodkiego piwa.

Tymczasem harmonijkarz znowu się ożywił i jeszcze raz klepnął Proroka w ramię. Zaczął coś

pokazywać na migi. Prorok spojrzał na niego i nagle jego twarz również się rozjaśniła.

– A niech mnie, jeśli to nie ten mały Jasiu Kogucik! – powiedział. – Pamiętacie?
Gitarzysta pogardliwie smarknął (dosłownie, zielony glut śmignął prosto na podłogę).
– Tego ubeka pierdolonego? – odparł. – Jak moglibyśmy nie pamiętać?
– Przestań, jesteś niesprawiedliwy dla faceta…
– Zaraz, zaraz – wtrącił się Marek. – Znacie tego psychola?
– Znamy – przyznał Prorok. – A raczej znaliśmy. Chyba. Mieszkał tu taki jeden. Był w policji…

znaczy  wtedy  jeszcze  w  milicji.  Miał  obsesję  na  punkcie  gwałcicieli,  bo  jego  siostra  została
zgwałcona  i  zamordowana.  Palił  jak  parowóz.  I  miał  taką  skórzaną  kurtkę…  z  Turcji  ją  chyba
przywiózł.  Wyjechał  do  Niemiec  w  osiemdziesiątym  trzecim  czy  szóstym,  a  potem  podobno  do
Stanów.  Byłem  przekonany,  że  nie  żyje  od  dawna…  Czy  nie  mówił  nam  jakoś  w  zeszłe  święta
Jacek Zalewski, że Jasiu kojfnął? Benek, nie pamiętasz?

– E, ze dwa albo trzy lata temu to mówił. – Gitarzysta wzruszył ramionami. – A niech tam gnije

gdzie chce, esbeckie nasienie.

–  No  tak,  tylko  że  najwyraźniej  facet  żyje,  chyba  że  wrócił  po  zemstę  zza  grobu  –  burknął

Marek. – Kogucik…

Prorok spojrzał na niego, a na jego tytanicznym obliczu malowała się powaga.
Marka  przeszedł  dreszcz.  Uczucie  surrealizmu  szykowało  się  do  kolejnej  ofensywy  na  jego

sterany  mózg.  Zemsta  policjanta,  przepraszam,  milicjanta  zombie.  To  brzmi  jak  fabuła  jakiegoś
kiepskiego komiksu – jak powiedział kiedyś Spiderman.

– Kogucik to nie jest jego prawdziwe nazwisko – powiedział Prorok. – Wiesz, dlaczego go tak

nazywaliśmy?

–  Oj,  daj  spokój!  –  wybuchnął  nagle  Benek.  –  Nie  będziesz  chyba  opowiadał  tej  gównianej

historyjki  z  dzieciństwa?  Co  ty,  Prorok,  jakiś  Steinbeck  pierdolony  jesteś?  To  był  ubek,  ubek
pierdolony, że zacytuję wieszcza.

– Nie żaden ubek – odparł spokojnie Prorok. – Milicjant. I to krótko.
– Ubek, esbek, a chuj mnie tam…!
– Dasz mi opowiedzieć?
– A opowiadaj sobie i niech cię… niech cię cholera i twojego Jasia kurwa Kogucika tyż!
Prorok westchnął przeciągle. Zabrzmiało to tak, jakby na dworze właśnie zaczynał się huragan.
–  Jasiu  był  najmniejszym  dzieciakiem  w  szkole  –  zaczął.  –  Chudy,  z  krzywymi  nogami,

małomówny,  dziewczyn  się  wstydził,  z  chłopakami  w  piłkę  nie  grał.  Ale  był,  cholera  jedna,
zadziorny.  I  silny  jak  na  takie  chuchro.  Wszyscy  go  zaczepiali,  nabijali  się  z  niego,  a  on  nigdy  nie
puszczał niczego płazem. Bił się. Ryczał jak dziecko i młócił pięściami. Był kurduplem, więc nieraz
mu gębę skuli, ale i niejednego większego od siebie sprał. A najgorzej się wkurzał, jak jego siostrę
obrażali.  Ona  była  z  cztery  czy  pięć  lat  starsza  od  niego  i  w  gruncie  rzeczy  niewarta  tego,  by  ją
bronić. Wiesz, latawica to się kiedyś ładnie nazywało. Już jak skończyła piętnaście lat, to wszyscy
gadali, komu to ona nie daje. A Jasiu się wkurzał, bo wierzył, że to nieprawda. Ale niestety chyba
się  mylił.  To  nie  była  udana  rodzina.  Matka  ich  młodo  odumarła.  Ojciec  był  pijak…  nie  jakiś  tam
alkoholik, ale pijak po prostu. Pracę miewał albo i nie, a w końcu wylądował w więzieniu. Wyszedł
odmieniony, ale było już trochę za późno. Córka… Alina się chyba nazywała czy Alicja… Jakoś tak,

background image

nieważne.  W  każdym  razie  była  już  wtedy  podrośnięta  i  nienawidziła  go.  Za  to  Jasiu  bardzo  go
kochał i też się wkurzał, kiedy na niego gadali. Tak się jakoś ułożyło, że on nawet na ludzi wyszedł,
ale ona nie bardzo. No i któregoś dnia jakiś jej klient chciał najwyraźniej czegoś… dziwnego, a ona
się  nie  zgodziła.  Więc  ją  brutalnie  zgwałcił,  a  potem  zamordował.  Jasiu  był  już  wtedy  w  milicji  i
bardzo  to  przeżył.  Zwłaszcza  że  nie  udało  im  się  odnaleźć  sprawcy.  A,  i  jeszcze  ten  ojciec  umarł
jakoś tak niewiele wcześniej. No i Jasiu zdziwaczał. Zaczął strasznie dużo palić, czasami wpadał w
cug  alkoholowy.  Wtedy  też  zaczęła  się  ta  jego  obsesja  na  punkcie  gwałcicieli.  Na  początku  inni
gliniarze  trochę  go  chronili.  Nawet  jak  pobił  kilku  podejrzanych,  to  tylko  zaczęli  mu  dawać  więcej
papierkowej roboty. Ale jemu wszystko leciało z rąk. Zaczął się upijać po nocach, wdawać w bójki,
czasami  nie  zjawiał  się  w  pracy.  W  końcu  musieli  go  zwolnić  i  wtedy  wyjechał  z  kraju.  W  gruncie
rzeczy to bardzo smutna historia.

–  Tak,  jak  cholera  –  burknął  gitarzysta  i  jednym  haustem  dopił  resztę  piwa.  –  Zagrajmy  lepiej

jakiegoś bluesa, bo się popłaczę.

To powiedziawszy, zaczął grać delikatne arpeggio. Przeskoczył kilka akordów, zagrał efektowne

przejście,  a  potem  powtórzył  całość  od  nowa.  Klasyczny  dwunastotaktowy  blues,  spokojny,  lekko
melancholijny.  Harmonijkarz  (Marek  wciąż  nie  wiedział,  jak  się  nazywa)  trącił  Proroka  i  wszedł  ze
swoją partią. Jego harmonijka zabrzmiała jak gwizdek nadjeżdżającego pociągu.

– No dalej, śpiewaj – powiedział Benek.
Prorok zaśmiał się krótko, odstawił piwo. Już lekko kiwał się w rytm. Po chwili oczy mu uciekły,

jakby  wpadał  w  trans.  Klasnął  donośnie  w  dłonie,  zaczął  przytupywać.  Otworzył  usta,  ale  przez
chwilę jeszcze nie śpiewał. W końcu popłynął głos. Był potężny, wibrujący i niski, a jednak uderzał w
zadziwiająco miękkie tony.

I followed her to the station

With a suitcase in my hand.

Yes I followed her down to the station

And I had a suitcase in my hand.

Oh Lord it’s hard to tell, it’s hard to tell

When all your love is in vain.

Marek  rozpoznał  piosenkę,  choć  nie  mógł  sobie  przypomnieć,  kto  ją  napisał.  Jakiś  stary

bluesman jak Wilson Pickett czy Walter Trout. Na pewno grali ją kiedyś Rolling Stonesi, ale ani Mick
Jagger,  ani  Keith  Richards  z  pewnością  nie  spłodzili  sami  niczego  tak  dobrego.  Opowiadała  o
prostym smutku czarnego człowieka… właściwie każdego człowieka, niezależnie od rasy… który w
swoim życiu stracił coś ważnego. Marek poczuł, że on też zna ten smutek i pomyślał o Etiopskiej
Bogini.

Kiedy Prorok i jego kumple skończyli piosenkę, odezwał się cichym głosem.
– Wiecie, przypomniała mi się jedna dziewczyna…
– Zaczynamy noc zwierzeń bluesowych? – zaśmiał się Benek.
Marek  nie  poczuł  się  onieśmielony  tym  komentarzem.  Prorok  i  harmonijkarz  pochylali  się  ku

niemu  z  zaciekawieniem.  Zrozumiał,  że  ci  goście  właśnie  tak  spędzają  swoje  wieczory,  grają
muzykę, którą kochają, i gawędzą o kobietach, które znali.

– Właściwie nie chodzi o żadne wielkie zwierzenie – sprostował. – Nawet nie wiem, jak ona ma

background image

na imię. Nie chodzi o wielką miłość mojego życia…

– E, a już liczyłem na jakąś pikantną historię – wtrącił znowu Benek.
Tym razem interweniował Prorok. Klepnął go lekko wielkim łapskiem w tył głowy, zrzucając mu

kapelusz.

–  Daj  chłopakowi  mówić  –  skarcił  go.  Następnie  zwrócił  się  do  Marka.  –  No  dalej,  opowiadaj.

Każdy z nas  spotkał kiedyś  piękną dziewczynę,  której nie miał  okazji poznać.  Przy bluesie  dobrze
się marzy.

–  W  sumie  to  widziałem  ją  tylko  przez  chwilę…  Dzisiaj,  nie  więcej  niż  kilka  godzin  temu.  Była

jak ta dziewczyna z „Love In Vain”… Nie wiem, jak to opisać, żeby nie wyszło głupio.

Benek  zagrał  kilka  pierwszych  dźwięków  piosenki,  którą  dopiero  co  skończyli,  i  nagle  odezwał

się niespodziewanie poważnym tonem.

– Wiem, o co ci chodzi. Kiedyś… za pięknych czasów minionego ustroju… siedziałem sobie na

przystanku i grałem. Rozumiesz, takie sentymentalne bzdety, jak się gra przy ogniskach. Właściwie
w  tamtych  czasach  nie  robiłem  prawie  nic  innego  poza  przesiadywaniem  w  różnych  miejscach  i
graniem.  No  i  piciem  oczywiście.  No  dobra,  przypalałem  czasami,  ale  to  jebana  komuna  wtedy
była  i  towaru  brakowało.  Nieważne.  Nie  o  tym  chciałem.  –  Benek  podrapał  się  w  kark.  –  Więc
siedziałem na tym przystanku i przyjechał PKS. Jakiś taki przelotowy, Gdańsk – Warszawa czy coś
tam  takie.  Zatrzymali  się  pewnie  na  szczanie.  I  wysiadła  z  niego  taka  dziewczyna,  ale  po  prostu
no…  po  prostu  no…  –  zaciął  się  na  chwilę,  nie  mogąc  znaleźć  odpowiedniego  słowa.  Nagle  jego
oblicze się rozjaśniło. – Zajebista.

Prorok zaśmiał się donośnie. Najwyraźniej poetycka wrażliwość Benka chwyciła go za serce.
– Naprawdę, mówię wam – ciągnął tamten niezrażony. – Takiej dziewczyny to po prostu nigdy

nie  widziałem.  Wszyscy  rozleźli  się  do  sracza,  na  fajka  czy  gdzie  tam  chcieli,  a  ona  stanęła  przy
tym  autokarze.  Nie  patrzyła  na  mnie,  ale  widziałem,  że  mnie  słucha.  Potem,  kiedy  ludziska  zleźli
się  z  powrotem,  też  usiadła  na  swoim  miejscu,  spojrzała  na  mnie,  uśmiechnęła  się  i  autokar
odjechał. Całkiem jak w tej piosence.

– Tak, to jest właśnie coś takiego – przyznał Marek. W głowie zaczęła mu świtać pewna myśl.

–  Posłuchaj…  e…  Proroku.  Mówiłeś,  że  znasz  każdego  w  tym  mieście,  więc  tak  sobie
pomyślałem…

– Że może pomogę ci znaleźć tę dziewczynę? – Prorok się uśmiechnął.
– No taa… Ale nie chodzi mi o żadne romantyczne sprawy, po prostu… Widzisz, byłem w tej

samej knajpie, co ona. Zostawiła aparat, który próbowałem jej oddać, kiedy napadł mnie ten wasz
Jasiu Kogucik.

– Powiedz, jak wyglądała.
–  Cóż,  jest…  no…  czarna…  to  znaczy  jest  Murzynką…  Przypuszczam,  że  kogoś  takiego

trudno przegapić w małym mieście.

W twarzy Proroka nagle zaszła jakaś zmiana, ale Marek nie mógł do końca uchwycić, na czym

polegała. Frontman wydawał się nieco zaniepokojony, lecz także… No, wyglądało to tak, jakby coś
zrozumiał.

„Cholera,  a  jeśli  doszedł  do  wniosku,  że  naprawdę  jestem  gwałcicielem  i  teraz  próbuję

wybadać, jaki ta dziewczyna ma adres?” – pomyślał Marek.

Prorok jednak rzekł spokojnie:
– Masz rację. Znam ją dobrze, czasami nawet pracuje u mnie. Na mojej łajbie.

background image

–  Na  co  dzień  niestety  nie  zgarniamy  tantiem  za  platynowe  płyty  –  wyjaśnił  Benek.  –  Mamy

łajbę. Wiesz, obwozimy turystów dookoła Jeziora Styczyńskiego, a czasami zabieramy ich na taką
małą wysepkę na środku.

–  Nazywa  się  Weronika  –  ciągnął  Prorok.  –  Ta  dziewczyna  znaczy  się.  Pewnie  spodziewałeś

się jakiejś Umgłendu, co?

–  Nie.  –  Marek  postanowił  nie  przyznawać  się,  jak  naprawdę  nazywał  ją  w  myślach.  –

Szczerze  powiedziawszy,  myślałem  raczej  o  Nicole  czy  czymś  w  tym  stylu.  Wiecie,  jakieś
amerykańskie imię.

– No tak. Gdzie właściwie ją spotkałeś?
– W barze przy dworcu PKS-u.
– Przy samym dworcu? – zdziwił się Prorok.
– Tak. W tym samym budynku co poczekalnia.
– Nie pomyliło ci się coś? Ta knajpa jest zamknięta od kilku miesięcy.
– Spaliła się do samych fundamentów – dodał Benek. – A mówiłem tej pijanej cipie, żeby gasiła

peta, kiedy zbiera obrusy do prania. Taka fajna knajpa i poszła do chuja.

– Zaraz… – Marek poczuł się zdezorientowany. – Przecież dopiero co tam byłem, gadałem z

barmanką.

– Z Elą Nowacką? – spytał Benek. – Taką upasłą krową z krzywymi zębami i w okularach?
– Dokładnie.
– Niemożliwe. E–e. Ni chuja. Ta kretynka spaliła się razem z całym pieprzonym barem.
Prorok wymienił zakłopotane spojrzenia z harmonijkarzem.
–  Pewnie  chodziło  ci  o  bar  po  drugiej  stronie  ulicy  –  stwierdził.  –  Te  popeerelowskie  zabytki,

które nazywacie barmankami, wszystkie wyglądają tak samo.

Marek wzruszył ramionami. Nie widział nigdzie żadnej spalonej knajpy, ale ostatecznie nie miał

czasu na zwiedzanie. Może faktycznie minął budynek dworca i przeszedł na drugą stronę ulicy? W
tej chwili nie mógł sobie przypomnieć.

– No dobrze, a co z tą dziewczyną? – zapytał. – Weroniką?
Prorok zamyślił się na chwilę, a potem zwrócił się do harmonijkarza.
– Edi, zawiózłbyś go?
Harmonijkarz  przekrzywił  głowę  na  bok,  przyglądając  się  Markowi,  a  potem  pokiwał  nią

energicznie.

–  Super  –  stwierdził  Prorok.  –  Edi  cię  zawiezie.  W  ogóle  to  chyba  pora,  żebyśmy  się

przedstawili.  Więc  załatwmy  to  szybko.  Mnie,  jak  się  pewnie  domyśliłeś,  wszyscy  nazywają
Prorokiem i to imię mi odpowiada. Gitara rytmiczna, pan Bernard „Benek” Załusa; harmonijka, pan
Edward „Edi” Cyliński. Edi jest niemową, więc nie zdziw się, jeśli nie będzie cię zabawiał rozmową
w czasie drogi. Legenda głosi, że w poprzednim wcieleniu trochę za dużo kłamał, więc bogowie go
pokarali  –  mrugnął  porozumiewawczo,  tak  samo  jak  wtedy,  kiedy  mówił  o  indiańskiej  nazwie
miasta.  –  Ale  za  to  jedna  z  pięknych  boginek,  która  skrycie  się  w  nim  podkochiwała,  postanowiła
osłodzić mu jego męki i żeby mógł śpiewać, podarowała mu złotą harmonijkę, na której przygrywa
jak nikt inny na tej planecie.

Edi chyba się zarumienił (albo przynajmniej spróbował) i skromnie wzruszył ramionami.
– A jak tobie na imię, chłopcze?
– M… Marek. I grałem kiedyś na pianinie, ale nie za dobrze, więc przestałem.

background image

– No dobra. – Prorok uniósł się z miejsca. Benek i Edi poszli w jego ślady. – To jedźcie. My z

Benkiem chyba przeniesiemy się na łajbę i tam sobie jeszcze pohałasujemy. Jakbyś nie miał gdzie
się  podziać,  to  możesz  wrócić  do  nas  z  Edim.  Na  łódce  znajdzie  się  nawet  jakiś  stary  siennik,  na
którym  można  się  przespać.  A  jeśli  nie,  to  odwiedź  nas  jeszcze  kiedyś.  Na  łajbie  najłatwiej  nas
znaleźć. Kawałek za tym wspaniałym przybytkiem jest już jezioro i tam jest przycumowana. Pytaj
Zuzy, pokaże ci gdzie. Aha, nazywa się „Etiopska Bogini”.

Marek nie miał czasu się zdziwić, gdyż Edi pociągnął go za ramię do wyjścia, jednakże to, że

łódź  Proroka  nosiła  tę  nazwę,  wzbudziło  w  nim  uczucie  niepokoju.  Jak  częste  są  takie  zbiegi
okoliczności?  Gdyby  to  był  sen,  nazwa  mogłaby  po  prostu  wyleźć  z  jego  podświadomości.
Podobnie jak gliniarz zombie i nieistniejąca knajpa. Aha, no i ta chora rodzinka też. Zwykła projekcja
lęków  i  obsesji,  pokłosie  zbyt  wielu  nocy  zarwanych  nad  książkami  Stephena  Kinga  i  H.  P.
Lovecrafta. Ale to przecież nie był sen.

Edi zaciągnął go na niewielki parking. Stały tam tylko dwa samochody, dwie toyoty, żeby być

dokładnym: potężna toyota hilux (wyglądała, jakby wyjechała prosto z rancza w Arizonie) i o wiele
skromniejsza toyota corolla, model z lat dziewięćdziesiątych, ten, co wygląda jak rozdeptana żaba.
Oczywiście wsiedli do corolli, wcześniej pakując aparat i torbę Marka do bagażnika.

Edi zapalił silnik, uśmiechnął się przyjaźnie i pokazał Markowi, żeby zapiął pas. Potem ruszyli.

Toyotka  wyrwała  błyskawicznie  do  przodu  (to  musiała  być  wersja  z  silnikiem  1.6).  Harmonijkarz
prowadził  ją  sprawnie,  mocno  dociskając  pedał  gazu.  Błyskawicznie  znaleźli  się  w  centrum
Węprzyna i tam dopiero Edi zwolnił – pozwolił samochodowi toczyć się, podczas gdy sam wyglądał
uważnie przez okna.

Marek poczuł ukłucie niepokoju. Nagle w jego głowie kilka faktów połączyło się w logiczny ciąg.

Był  środek  nocy,  a  oni  jechali  do  pięknej  dziewczyny  o  egzotycznej  urodzie.  Może  jeszcze  do  jej
domu, co? Zupełnie zidiociałeś? Tak, zadzwonicie do drzwi, ona otworzy (w pełnym makijażu jak w
amerykańskich  filmach),  podziękuje  wam  i  zaprosi  na  kawę.  No  i  ciastka,  nie  zapominaj  o
ciastkach.  Mam  dla  ciebie  złe  wieści,  kolego,  twoja  Etiopska  Bogini  jest…  hm…  jak  by  to
powiedzieć?  „Dziewczyną  pracującą”?  Czyli  zwykłą  dziwką.  A  boski  Hermes-Edi  prowadzi  cię  do
burdelu  albo  co  gorsza  rozgląda  się  po  ciemnych  uliczkach,  żeby  zobaczyć,  gdzie  przyjmuje
klientów piękna Nicole. Skąd wiesz, może naprawdę tak brzmi jej pseudonim artystyczny?

Marek przełknął ślinę. Klepnął lekko Ediego w ramię. Harmonijkarz spojrzał na niego zdziwiony,

lecz zaraz wrócił do przepatrywania ulic.

– Słuchaj – zagadnął go Marek. – Może ty oddasz… e… Weronice… ten aparat? Ja chyba…

chyba jednak nie chcę jej widzieć.

Edi  spojrzał  na  niego  zdziwiony.  Zaraz  jednak  się  uśmiechnął  i  uspokajająco  machnął  ręką.

Spróbował  też  przekazać  mu  coś  na  migi,  ale  Marek  nie  miał  pojęcia,  o  co  chodzi.  Zresztą  nie
zastanawiał się nad tym długo, bo coś za plecami harmonijkarza przykuło jego uwagę.

– Możesz się zatrzymać na chwilę?
Edi  nie  zareagował  od  razu.  Zwolnił,  obejrzał  się  na  to,  co  zauważył  Marek,  i  dopiero  potem

stanął. Następnie cofnął trochę.

Za  oknem  ukazał  się  budynek  dworca  PKS-u.  W  jednym  z  jego  skrzydeł  okna  były  zabite

deskami,  na  których  poprzyczepiano  różne  plakaty  i  ogłoszenia.  Nad  drzwiami  wisiał  nadtopiony,
plastykowy  szyld  –  można  było  odczytać  litery  „B”  i  „A”.  Nieopodal  stała  jakaś  kobieta  i  paliła
papierosa.

background image

Marek  wysiadł  z  samochodu  i  powoli  podszedł  do  niej.  Nie  miała  na  sobie  już  tego  białego

uniformu,  w  którym  widział  ją  wcześniej,  ale  poznał  ją  od  razu.  To  była  ta  sama  barmanka,  która
sprzedała mu jajecznicę i colę.

Kiedy się zbliżał, zauważył, że kobieta chwieje się lekko na nogach. Wyraźnie czuć było od niej

alkohol.  Spojrzała  na  niego  niezbyt  przytomnie  i  uśmiechnęła  się,  pokazując  brzydkie,  pożółkłe
zęby.

– Hej, pamiętam cię – wymamrotała. – Smakowała ci moja jajecznica?
Marek przełknął ślinę.
Powiał  wiatr.  Barmanka  zachwiała  się  mocniej.  Niedopalony  papieros  wysunął  się  spomiędzy

jej palców i upadł na ziemię. Zajęło się od niego kilka suchych liści, które jednak zaraz zgasły.

TU NAPRAWDE ZDEHŁ KLENCZON
Marek odwrócił się od niej (nie, jej tam nie ma, wcale jej tam nie ma) i podbiegł do samochodu.

Edi spojrzał na niego dziwnie, ale oczywiście nic nie powiedział. Wrzucił jedynkę i pojechali dalej.

Po  jakiejś  minucie  czy  dwóch  zajechali  do  portu  nad  Jeziorem  Styczyńskim.  Było  tam  kilka

knajp,  ale  wszystkie  stały  zamknięte.  Przy  pomoście  kołysała  się  leniwie  jedna  jedyna  żaglówka,
której jeszcze nie ściągnięto na ląd.

Edi minął część przeznaczoną dla łódek i zatrzymał się na niewielkim parkingu niedaleko plaży

miejskiej. Pokazał Markowi, żeby wysiadł, sam jednak został za kierownicą, czekając, aż wygrzebie
z bagażnika aparat. Następnie machnął na niego, żeby zbliżył się do okna, i zaczął coś pokazywać.

– Mam iść tam? – zdziwił się Marek.
Nieopodal  znajdował  się  niewielki  park  z  kilkoma  ławeczkami  i  nieczynną  fontanną  pośrodku.

Najwyraźniej tam właśnie chciał go wysłać Edi.

– Zwariowałeś, mam łazić nocą po parku?
Edi wzruszył ramionami, a potem uspokajająco zamachał rękami.
–  No  dobra,  ale  lepiej  nie  gaś  silnika,  na  wypadek  jakbym  tam  spotkał  Shoggotha  albo  jakieś

inne Cthulhu.

Wolał  nie  pytać,  co  piękna  dziewczyna  może  robić  o  tej  porze  w  ponurym  parku.  Westchnął  i

ruszył w kierunku fontanny.

Zrobiło  mu  się  nieprzyjemnie.  Jak  dotąd  ciemne  zakątki  Węprzyna  nie  okazały  się  zbyt

bezpieczne.  Wcale  by  go  nie  zdziwiło,  gdyby  zza  jakiegoś  krzaka  wytoczyło  się  dwóch  pijanych
karków. W Warszawie takie rzeczy były na porządku dziennym.

Nerwowo  zaciskając  w  dłoniach  futerał  z  aparatem,  dotarł  w  końcu  do  wybranego  punktu  i

zaczął się rozglądać. Wyglądało na to, że w parku nie ma nikogo poza nim.

Na co właściwie liczył? Po cholerę dał się tutaj wywieźć? Nawet gdyby faktycznie znalazł swoją

boginię,  to  co  by  z  tego  miał?  Kilka  żenujących  chwil  wyjaśnień?  Hej,  chłoptasiu,  chcesz  się
zabawić? (Nie wiedział, czy dziwki rzeczywiście tak zapraszają klientów, ale tak to zawsze brzmi na
filmach).  Nie,  dziękuję,  zgubiła  pani  swój  aparat.  Swoją  drogą,  ciekawe,  jakie  zdjęcia  zostały
nagrane  na  kartę  pamięci.  Jakieś  ostre  sceny  z  klientami?  Fotografie  kosztują  pięć  dych  ekstra,
kochasiu.

Wiatr  zaszurał  zeschłymi  liśćmi,  a  Marka  przeszedł  dreszcz.  Postanowił,  że  wróci  do

samochodu,  zostawi  aparat  Prorokowi,  a  następnego  dnia  wyjedzie  do  Szczytna,  zapominając  o
wszystkim,  co  go  spotkało  w  tej  przeklętej  mieścinie.  Niestety  zanim  zdążył  wprowadzić  w  życie
swoje postanowienie, coś przykuło jego uwagę.

background image

Jedna z alejek, odchodzących od centralnego placyku, prowadziła do pomnika, który z daleka

wyglądał  jak  ołtarz.  Tuż  przy  nim  dostrzegł  ciemną  sylwetkę  o  z  grubsza  kobiecych  kształtach.
Ruszył niepewnie w jej stronę.

– Halo? – odezwał się. – Proszę pani, przepraszam…
Nie było żadnej odpowiedzi.
Marek zatrzymał się.
– We… – zaczął, ale urwał zaraz. – Pani Weronika?
Nadal nic.
Podrapał  się  nerwowo  po  karku,  postąpił  jeszcze  kilka  kroków  naprzód…  i  nagle  go  olśniło.

Idioto, to przecież rzeźba!

Uderzony  tą  myślą  przyśpieszył,  żeby  potwierdzić  swe  domysły,  i  faktycznie,  gdy  się  zbliżył,

zobaczył kamienną figurę kobiety. Która wyglądała zupełnie jak jego Etiopska Bogini.

– Chcesz się zabawić, chłoptasiu?
Marek cofnął się gwałtownie. Czuł, że zalewa go fala paniki. Znał ten głos… Znał ten cholerny

głos. Nie znowu, nie, kurwa, nie znowu, na miłość boską, nie znowu.

Cienie za rzeźbą zakotłowały się. Coś powoli wyłoniło się z ciemności.
– Taś, taś, taś – nuciło, stawiając kolejne kroki. – Taś, taś, taś, chłopaczku. Myślałeś, że mi się

wymknąłeś, kochasiu? Naprawdę myślałeś, że mi się, kurwa, wymknąłeś, pojebany chłoptasiu?

Głos, który słyszał Marek, z całą pewnością należał do pana Skórzanej Kurtki. Jednak to, co się

do  niego  zbliżało,  już  nie  było  panem  Skórzaną  Kurtką.  Teraz  miało  prawie  dwa  metry  wzrostu  i
tylko  w  ogólnych  zarysach  przypominało  człowieka.  Jedna  ręka  była  nienaturalnie  długa  i
muskularna,  druga  zaś  krótka  i  chuda,  jakby  uschnięta  (jak  podniesiesz  rękę  na  matkę/ojca,  to  ci
uschnie).  Ale  najgorsza  była  głowa.  Nadal  wyglądała  jak  głowa  Skórzanej  Kurtki,  tyle  że  chyba
dostała  się  w  tryby  kombajnu,  gdyż  nie  była  już  kulista.  Miała  kształt  wgniecionego  w  kilkunastu
miejscach garnka.

–  Myślałeś,  że  ją  tu  znajdziesz,  co?  –  gadał  dalej  Skórzana  Kurtka.  –  Myślałeś,  że  mi  się

wymknąłeś, że teraz wreszcie będziesz mógł ją zerżnąć, nie? Nie?!

Marek cofał się ciągle krok za krokiem, a stwór postępował w jego stronę.
–  Zła  wiadomość,  chłoptasiu–kochasiu,  pierdolony  lowelasiu…  jej  już  tu  nie  ma.  Teraz  ja  ją

chronię i nigdy jej nie dorwiesz, słyszysz, nie dotkniesz jej swoimi pierdolonymi brudnymi łapskami,
nie  wetkniesz  w  niej  swojego  kutasa,  bo  wiesz  co?  Niedługo  już  nawet  nie  będziesz  miał  kutasa.
Upierdolę  ci  go,  a  potem  upierdolę  ci  głowę.  Tak,  chłoptasiu-kochasiu,  teraz  jestem  duży,  teraz
jestem silny, teraz mogę ci upierdolić twoją jebaną główkę jedną rączką.

Marek pomyślał, że mógłby zacząć uciekać, ale nie był w stanie się do tego zmusić. Czuł się

jak  w  koszmarze…  Nie,  czuł  się  jak  w  jakimś  popierdolonym  amerykańskim  horrorze,  z  tym  że
jemu  ten  facet  naprawdę,  kurwa,  upierdoli  główkę.  Jemu,  a  nie  jakiemuś  manekinowi  czy
animowanemu komputerowo modelowi. W związku z tym mógł się tylko cofać, powoli, kroczek po
kroczku.  Taś,  taś,  taś.  A  potem  bum.  Kolejna  zła  wiadomość,  chłoptasiu-kochasiu.  Wpadłeś  na
fontannę, już dalej się nie cofniesz.

Skórzana  Kurtka  podszedł  do  niego  bardzo  blisko,  tak  blisko,  że  niemal  go  dotykał.  Na  jego

ustach pojawił się nieprzyjemny uśmiech.

–  Wiesz,  co  teraz  będzie?  –  zapytał  dziwnie  spokojnym  głosem.  Zupełnie  jakby  nie  groził,  że

mu zaraz upierdoli główkę, zupełnie jakby teraz mieli iść do kina albo na kręgle.

background image

Marek  pomyślał,  że  abstrakcyjność  sceny,  w  której  uczestniczy,  przekracza  wszelkie  granice.

Nie,  to  wcale  nie  on  patrzył  prosto  w  pysk  maszkarze  brzydszej  od  Freddy’ego  Kruegera.  To  w
ogóle nawet nie była prawda. To był, to była… gra komputerowa. Trzeba nacisnąć shift i strzałkę w
lewo  i  jego  postać  zacznie  ostrożnie  okrążać  fontannę.  Tylko  nie  puszczać  shiftu,  nie  odrywać
wzroku od oczu maszkary. Powoli, kroczek po kroczku, taś, taś, taś.

O,  i  już.  Postać  jest  bezpieczna.  Boty  nie  potrafią  skakać,  więc  ta  maszkara  nie  przeskoczy

przez  fontannę.  Teraz  pora  aktywować  pozostałych  członków  drużyny.  Pokręć  myszką,  rozejrzyj
się, zobacz, gdzie są. Edi ciągle siedzi w samochodzie, ale właśnie się wychyla przez okno. Widzi
twoją postać. Silnik samochodu ciągle jest na chodzie. Wystarczy do niego pobiec. To nie może być
więcej  niż  pięćdziesiąt  metrów.  Biegałeś  na  sto  metrów  w  podstawówce,  pamiętasz?  Miałeś
najlepszy czas w klasie. Uda ci się. No już, biegnij.

Marek rzucił się w prawo, jakby miał zamiar tam biec, ale w ostatniej chwili zmienił kierunek i

pobiegł  w  lewo,  w  stronę  parkingu.  Skórzana  Kurtka  dał  się  nabrać.  Skoczył  w  prawo,  potem
zawrócił, ale uderzył nogą o fontannę. Ryknął wściekle i rzucił się w pogoń.

Marek tymczasem biegł, jakby go gonił… hm… zmutowany gliniarz zombie? Toyota zbliżała się

błyskawicznie,  ale  nagle  zdał  sobie  sprawę  z  czegoś  bardzo  złego.  Edi  ze  swojego  miejsca  nie
widział,  co  się  dzieje,  nie  widział  Skórzanej  Kurtki.  A  kiedy  zobaczył,  że  Marek  biegnie  w  jego
stronę, zaczął wysiadać z samochodu.

– Nie! – wrzasnął Marek. – Nie wychodź! Nie wychodź!
Nagle  jakiś  cień  przemknął  nad  jego  głową  i  Marek  stanął  jak  wryty.  Skórzana  Kurtka  dał

gigantycznego susa i po prostu przeskoczył nad nim.

–  No,  no,  chłopaczku  –  powiedział.  –  Myślałeś,  że  uciekniesz?  One  też  zawsze  myślą,  że

mogą uciec, wiesz? Te dziewczyny, które padają ofiarą gwałtów. Ale przed niektórymi rzeczami nie
można  uciec,  nie?  Na  przykład  przede  mną.  Jestem  teraz  duży,  jestem  szybki  i  jestem  skoczny,
chłoptasiu. Nie uciekniesz mi.

Marek spojrzał ponad jego ramieniem. Edi stał ciągle z jedną nogą w samochodzie. Nie ruszał

się. Nic dziwnego. Co ty byś zrobił, jakby na twojej drodze stanął zmutowany gliniarz zombie? To
nie był dobry moment paraliż. Marek zrozumiał, że od tego, co zrobi teraz Edi, może zależeć jego
życie. Musiał kupić mu trochę czasu, żeby się otrząsnął.

–  Posłuchaj  –  odezwał  się  piskliwym  głosem.  –  Nie  jestem  gwałcicielem,  nigdy  nie

skrzywdziłem żadnej dziewczyny, nigdy…

– Zamknij ryj, bo ci zajebię – przerwał Skórzana Kurtka takim tonem, jakby prosił o zamknięcie

okna w pociągu.

Marek  ostrożnie  wysunął  prawą  rękę  przed  siebie,  żeby  odciągnąć  uwagę  gliniarza,  a  lewą

spróbował dać jakiś znak Ediemu. Nie przestał też mówić.

–  Proszę,  tylko  mnie  wysłuchaj,  okej?  Nie  jestem  gwałcicielem,  naprawdę.  Nigdy  nie

skrzywdziłem  żadnej  dziewczyny.  Wiem,  co  czujesz,  wiem,  co  przeszedłeś.  Ty  i  ja  wcale  się  tak
bardzo nie różnimy.

– Różnimy się – burknął Skórzana Kurtka i nagle popatrzył na lewą rękę Marka.
–  Nie,  nie,  wcale  nie.  –  Marek  szybko  przestał  dawać  sygnały  Ediemu.  –  Spójrz  –  wyciągnął

przed  siebie  lewą  rękę  i  podwinął  mankiet.  –  Obaj  przeszliśmy  przez  piekło.  Ja  nawet…  nawet
chciałem  się  zabić,  widzisz?  –  na  lewym  nadgarstku  Marka,  tuż  pod  paskiem  zegarka,  widniała
brzydka, biała blizna. – Nie jestem gwałcicielem. Jestem miłym, wrażliwym facetem.

background image

Skórzana Kurtka skupił wzrok na bliźnie. Marek zamachał panicznie prawą ręką do Ediego i to

wreszcie odniosło skutek. Harmonijkarz wsiadł do samochodu i cicho zamknął drzwi.

– Co mnie obchodzi twoja pierdolona blizna? – zapytał Skórzana Kurtka. – Gdybym był takim

pojebem jak ty, też chciałbym się zabić.

Nagle rozległ się głośny pisk opon. Marek rzucił się na bok. Ostre światło reflektorów przecięło

mrok i coś huknęło głucho. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą stał Skórzana Kurtka, teraz stała corolla
z  wgniecioną  maską.  Edi  otworzył  drzwi  od  strony  pasażera.  Marek  nie  potrzebował  większej
zachęty, wskoczył do wozu i wrzasnął:

– Jedź!
Edi wrzucił wsteczny i wdepnął do oporu pedał gazu. Opony zawyły rozpaczliwie, zabuksowały,

ale  jakoś  udało  im  się  wyjechać  z  alejki  na  parking.  Prosto  na  jakiś  inny  samochód.  Rozległ  się
trzask tłuczonego metalu i szkła. Edi spanikował. Zgasł mu silnik.

Marek rozejrzał się rozpaczliwie, żeby sprawdzić, co się dzieje. Na całym parkingu poza toyotą

były tylko dwa samochody. Dwa pierdolone samochody, a oni wjechali w jeden z nich.

Co  gorsza,  Skórzana  Kurtka  pozbierał  się  już  po  uderzeniu  i  jego  pokraczna  sylwetka  właśnie

pojawiła się w rzucanym przez reflektory corolli snopie światła.

– Spierdalajmy stąd, spierdalajmy, spierdalajmy! – krzyknął Marek.
Edi zmienił bieg na jedynkę i przekręcił kluczyk, ale Marek był przekonany, że silnik nie zapali.

Kiedy człowiek się śpieszy, samochód rzęzi i rzęzi, ale żeby ruszył – nie ma mowy. Całe szczęście,
że  zombiaki  tak  wolno  pełzają,  nie?  A  zresztą  wiadomo,  że  na  filmach  ostatnie  trzy  minuty  do
wybuchu bomby zawsze trwają kwadrans.

Jednak  życie  –  jak  mawiają  –  to  nie  film.  Nie  oznacza  to  bynajmniej,  że  w  rzeczywistości

wszystko, co mogłoby pójść źle, idzie źle. Czasami na przykład silnik zaskakuje błyskawicznie. I tak
właśnie  stało  się  tym  razem.  Edi  wykręcił  kierownicę  i  znowu  wcisnął  gaz  do  dechy.  Toyotka
wyrwała  gwałtownie  do  przodu,  obróciła  się  i  pomknęła  w  głąb  miasta.  Skórzana  Kurtka  został
daleko za nimi.

Marek  poczuł  się  ogłuszony,  jakby  ktoś  właśnie  wyciął  kawałek  z  jego  życia.  Jakby  pomiędzy

momentem, gdy był bliski śmierci, a tym, gdy był już bezpieczny, powstał jakiś gigantyczny uskok
czasoprzestrzenny. Po prostu nie mógł uwierzyć, że nadal żyje.

– Co to właściwie było? – zapytał. – Co to, kurwa, było?
Edi nie odpowiedział.
Resztę  drogi  pokonali  w  milczeniu.  Nie  trzeba  było  ustalać,  dokąd  zmierzają.  Zostawili

samochód  na  parkingu  przy  „Minnesota  blues  clubie”,  zabrali  z  bagażnika  aparat  i  piechotą
powędrowali na pobliskie molo, gdzie stała „Etiopska Bogini”.

Prorok nie wydawał się zdziwiony ich widokiem.
– Nie znaleźliście jej? – raczej stwierdził, niż zapytał.
– Nie – odparł Marek. – Za to znaleźliśmy waszego małego Jasia Kogucika. Tylko że nie jest

już mały. Przeciwnie, jest duży. Zajebiście wielki Jasiu Kogucik.

Na chwilę zapadła cisza. Przerwał ją siedzący nieopodal i palący fajeczkę Benek.
– O, kurwa – mruknął.
– Aha – zgodził się Prorok. Następnie zwrócił się do Marka. – Chyba będzie dobrze, jeśli o tym

pogadamy.

–  Racja  –  powiedział  Marek.  –  Święta,  kurwa,  racja.  Najwyższy  czas,  żeby  ktoś  mi

background image

wytłumaczył, co się dzieje w tym popierdolonym miasteczku.

Prorok popatrzył po swoich dwóch kolegach.
– Zostawcie nas samych, co, chłopaki?
Tamci  bez  szemrania  zeszli  na  ląd  i  stanęli  na  molo.  Marek  został  sam  z  potężnym

bluesmanem, który oparł się o reling swojej łajby i zapatrzył na jezioro – czarne w bezksiężycową
noc.

– Od czego mam zacząć? – zapytał Prorok.
–  Wiesz,  jak  wygląda  teraz  twój  przyjaciel  z  dziecinnych  lat,  mały  Jasio?  –  odpowiedział

pytaniem Marek.

– Domyślam się.
– Nie, kurwa, nie domyślasz się. Wygląda jak pierdolony mutant z „Archiwum X”. Co więcej, z

tego,  co  mówisz,  wynika,  że  to  mutant-zombie,  bo  ten  facet  od  dawna  nie  żyje.  Podobnie  jak
barmanka z dworca PKS-u, którą zresztą też miałem przyjemność spotkać, a nawet zjeść podaną
przez nią jajecznicę-widmo. To jest dopiero temat na horror, co? Nawet King by na to nie wpadł, to
lepsze  niż  „Christine”  albo  „Maglownica”.  Pierdolona,  kurwa,  jajecznica-widmo.  No  i  jeszcze  są  te
pojeby  w  samochodzie…  Nie  rozwodziłem  się  na  ich  temat  wcześniej,  ale  coś  mi  się  zdaje,  że
wiesz, kogo mam na myśli. Szczerze powiedziawszy, nie zdziwiłbym się wcale, gdyby się okazało,
że ty i twoi kolesie też jesteście od dawna martwi. Chciałbym tylko wiedzieć, jakim cudem się w to
wszystko wpierdoliłem?

Prorok  nie  odpowiedział,  za  to  odsunął  rękaw  z  jego  lewego  ramienia,  odsłaniając  bliznę  na

nadgarstku. Marek wyrwał rękę z uścisku i nerwowo wcisnął dłoń do kieszeni.

– Co, sugerujesz, że ja też jestem martwy? O nie, nie wmówisz mi tego. Pamiętam, jak byłem

w  szpitalu,  pamiętam,  jak  mnie  odratowali,  pamiętam,  jak  stamtąd  wyszedłem,  pamiętam,  że
zostawiłem list moim posranym rodzicom, że wyjeżdżam, pamiętam, jak kupiłem bilet na dworcu.
Pamiętam  wszystko,  co  się  działo  po  tym,  jak  wpadłem  na  genialny  pomysł  poderżnięcia  sobie
pierdolonych żył, jasne? To znaczy, że nie umarłem.

– Nie próbuję ci niczego wmawiać – odparł spokojnie Prorok.
– Więc co, chcesz mnie powoli wdrożyć w nową rzeczywistość, w której będę musiał spędzić

wieczność? Jesteś pojebany! Wszyscy jesteście pojebani!

Prorok drgnął.
– To, co mówisz, nie jest miłe – mruknął, ale nie wyglądał na urażonego. – Przyjąłem cię tutaj,

ugościłem, opowiadałem historie, dzieliłem się z tobą moją muzyką…

– Wszystko pięknie i bardzo ci jestem za to wdzięczny, tylko co z tego, skoro nadal nie chcesz

odpowiedzieć na moje pytania.

– Próbuję, ale nie wiem, czy zauważyłeś, że ciągle gadasz i nie dajesz mi dojść do słowa?
Marek zbaraniał na  chwilę. Potem  poczuł, że wreszcie  uchodzi z  niego para.  Po spotkaniu  ze

Skórzaną Kurtką był tak roztrzęsiony, że faktycznie musiał się rozładować, i nie dopuszczał Proroka
do  głosu.  Poczuł  się  niezręcznie.  Oparł  się  obok  niego  o  reling  i  również  zapatrzył  w  jezioro.
Westchnął.

– No dobra – powiedział. – Więc o co tu chodzi?
Prorok podrapał się wielkim paluchem po równie wielkim nosie.
– To nie jest łatwe do przyjęcia dla racjonalnie działającego umysłu – zaczął.
– Po tym co widziałem, nie sądzę, żeby mój umysł działał bardzo racjonalnie.

background image

–  Wiem,  ale  chodzi  o  to,  że…  Jasiu  Kogucik  stał  się  kimś…  no  cóż,  w  sumie  kimś  takim  jak

ja…

– Daj spokój, ten gość to jakieś monstrum – odparł Marek, choć nagle w jego głowie pojawiło

się pytanie, dlaczego Prorok jest tak nieprawdopodobnie wielki.

–  Być  może.  Nie  wiem,  co  mogło  mu  się  stać.  Ale  jeśli  tak  jak  ja  zboczył  z  drogi,  jego

przemiana  musiała  być…  ogromna.  Obawiałem  się,  że  do  tego  dojdzie,  ale  nie  sądziłem,  że  tak
szybko.  Miałem  nadzieję,  że  razem  z  Edim  odnajdziecie  Boginię,  zwrócicie  jej  totem,  a  potem…
Potem wszystko potoczy się tak, jak powinno. Jak musi się potoczyć.

– Poczekaj, poczekaj, nic nie rozumiem. Z jakiej drogi zboczyłeś?
– Nie przeszedłem na drugą stronę. Wymknąłem się śmierci.
– Czyli jednak…?
– Tak, Jasiu Kogucik właściwie nie żyje. Podobnie jak ci inni ludzie, których spotkałeś. Wszyscy

oni  błąkają  się  tutaj,  w  oczekiwaniu  na  Boginię.  Na  Weronikę…  Nazywamy  ją  Weronika,  to
śmieszne, prawda?

– Trochę… absurdalne
Prorok roześmiał się. Jego potężny głos odbił się echem na drugim brzegu jeziora.
– Masz rację – przyznał. – Widzisz, zanim zacząłem grać bluesa, byłem filologiem klasycznym.

To  też  śmieszne,  nie?  Weronika,  jak  ta  kobieta  z  Biblii.  Vera  eikon  znaczy  „prawdziwe  oblicze”.  To
taka moja prywatna gierka słowna. Ona zna… albo przynajmniej myślę, że zna prawdziwe oblicze
Boga.  Albo  bogów.  W  sumie  to  cholera  wie.  My  jesteśmy  tylko  pośrednikami  na  tym  świecie.
Takich  jak  ja  albo  Jasiu  Kogucik  nazywam  daimonami.  Daimonion  to  coś  w  rodzaju…  czy  ja
wiem…  dżina  albo  anioła.  Pomniejsi  bogowie  tacy  jak  Weronika  wyrywają  nas  z  objęć  śmierci,
abyśmy mogli im służyć.

– Jesteś dżinem grającym bluesa?
Prorok roześmiał się ponownie.
– Blues to muzyka duszy – powiedział. – W jego dźwiękach i słowach kryją się stare zaklęcia.

Bo  widzisz,  zaklęcia  to  wcale  nie  słowa.  To  uczucia  i  tęsknoty,  nienazwane  smutki,  pragnienia.
Nieważne, w jakim języku je wypowiesz, od ciebie zależy, czy nabiorą mocy. Oczywiście niektóre
słowa są lepsze od innych, łatwiej ich użyć do wypowiadania zaklęć. Podobnie jak niektóre melodie.
Lubisz na przykład Pink Floyd?

– Znam, ale nie przepadam – odpowiedział Marek. – Wolę czarnego bluesa. Myślałem zresztą,

że ty też.

– Poniekąd – przytaknął Prorok. – Ale ci czterej faceci czuli bluesa. Tylko zabrali go w zupełnie

inną przestrzeń. Krążą plotki, że na swoich koncertach rozdawali ludziom hasz albo maryśkę, ale to
nieprawda. Oni potrafili wprowadzić ich w trans swoją muzyką. Wiele z ich piosenek stało się moimi
zaklęciami.

– Zaklęciami, których używasz do czego właściwie?
– Jestem trochę jak Hermes…
– Posłaniec? – zdziwił się Marek.
–  Miałem  raczej  na  myśli  Hermesa  Psychopomposa,  przewodnika  zagubionych  dusz.

Pamiętasz, jak ci mówiłem, że każdy w tym mieście prędzej czy później do mnie trafi?

– To trochę ponury żart.
– Istotnie. Ale tym się właśnie zajmuję. O, jeśli wolisz, możesz mnie porównać do Charona. To

background image

chyba lepiej rozpoznawalny przykład z mitologii.

– Gość, który przewoził dusze do krainy zmarłych?
– Właśnie ten. Mam nawet łajbę. Zbieram zagubione dusze i przewożę je na wyspę do Bogini,

która nakierowuje ja na właściwą drogę.

Marek poczuł, że w jego głowie zaskakują jakieś trybiki.
–  Ale  Bogini  z  jakiegoś  powodu  odeszła,  prawda?  –  zapytał.  –  Dlatego  nie  znaleźliśmy  jej  w

tym miejscu, do którego mnie wysłałeś z Edim.

–  Tak,  odeszła…  –  Prorok  zamyślił  się  na  chwilę.  –  Myślę,  że  była  nieszczęśliwa…  ale  kto

zrozumie bogów?

– I co teraz?
– Nie wiem. Wiem o wiele mniej, niżbym chciał. W najlepszym razie trafiające tu dusze zostaną

uwięzione i będą się błąkać między życiem a śmiercią.

– A w najgorszym?
Prorok potrząsnął wielką głową i wzruszył ramionami.
– Cholera wie. Może wszechświat straci równowagę i cały się rozpadnie. Albo, czego bardziej

się  obawiam,  na  miejsce  Bogini  przybędzie  ktoś  inny,  starszy.  Bo  widzisz,  nawet  bogowie  nie  są
panami  własnego  losu,  oni  też  czemuś  służą.  Widziałem  zaledwie  cień  tej  istoty,  której  służy
Weronika, ale uwierz mi… nie chciałbym, żeby to coś nas odwiedziło.

– Więc co możemy… – Marek ugryzł się w język. – Co możesz na to poradzić?
– Ja? – Prorok uśmiechnął się niewesoło. – Nic.
–  Czułem,  że  to  powiesz…  –  Marek  westchnął.  –  Więc  co,  jestem  wybrańcem  Mocy,  który

przywróci ład we wszechświecie?

Prorok zaśmiał się cicho, jakby ze smutkiem.
–  Nie  wiem,  czy  Bóg  albo  bogowie  mieli  jakiś  wielki  plan  co  do  ciebie.  Może  to  było

przeznaczenie, a może po prostu pech… Fakt faktem, że Bogini pozostawiła swój totem, a ty go
podniosłeś.

–  To  jest  totem?  –  Marek  z  niedowierzaniem  uniósł  aparat  fotograficzny,  który  ciągle  miał

zawieszony na szyi.

–  No  tak…  –  Prorok  wyglądał,  jakby  był  trochę  zakłopotany.  –  To  tak  jak  z  tymi  zaklęciami.

Sam przedmiot jest tylko przedmiotem, moc płynie z tego, kto go używa.

– I co ja mam z nim teraz zrobić?
– Musisz go użyć, żeby sprowadzić Boginię z powrotem. Żeby mogło się wydarzyć to, co musi

się wydarzyć.

– Ale dlaczego ja? – zapytał Marek.
– Nie dasz rady go nikomu oddać. Na pewno przyszło ci to do głowy, lecz zawsze odrzucałeś

tę  myśl,  prawda?  Możesz  go  oddać  tylko  Bogini.  A  jeśli  go  zatrzymasz,  to…  no  cóż…  Nie  wiem
dokładnie. Przypuszczam, że przemieni cię w daimona.

– Zaraz, zaraz, czy nie mówiłeś, że przemiana w daimona to wymknięcie się śmierci?
– Ty w pewien sposób wymknąłeś się śmierci.
Marek poczuł, że kolejny trybik zaskakuje w jego głowie. Przez chwilę milczał, analizując to, do

czego doszedł, a w końcu odezwał się cicho.

– Wtedy, w szpitalu… Wiesz, że przez chwilę byłem martwy? Przez jakieś trzydzieści sekund,

przez pieprzone trzydzieści sekund – do jego głosu wkradła się niebezpieczna nuta. Niebezpieczna,

background image

bo  dziwnie  bliska  rozpaczy.  –  To  dlatego  się  w  to  wpakowałem,  prawda?  Zobaczyłem  skrawek
tego,  co  się  znajduje  po  drugiej  stronie,  a  potem  wróciłem.  O,  kurwa,  co  ja  teraz  kurwa…  –  Głos
uwiązł  mu  w  gardle.  Potem  roześmiał  się  histerycznie,  czując,  że  w  oczach  stają  mu  łzy.  –  Już
nigdy więcej się nie zabiję, tego możesz być pewien.

– Jeszcze nie wszystko stracone – powiedział Prorok. – Musimy oddać totem, to cię wyzwoli.

Będziesz mógł wyjechać do Szczytna, zacząć wszystko od nowa.

– Jak? Jak mamy to zrobić? Za każdym razem kiedy chcę się go pozbyć, na drodze staje mi

to cholerne monstrum.

– Będziemy musieli je zniszczyć – odparł poważnie Prorok.
– Przecież on już jest martwy!
– Tak. Dlatego będziemy musieli go zniszczyć. Zabić jego duszę.
– W jaki sposób?
–  Odeślemy  go  do  tej  istoty,  której  służy  Bogini.  To  jest  możliwe,  aczkolwiek  będzie  dosyć…

makabryczne. Żeby go zniszczyć, trzeba wyciąć mu serce i złożyć je na ołtarzu na wyspie.

Marek cofnął się od relingu i popatrzył na Proroka.
–  Mam  mu  wyciąć  serce?  –  zapytał.  –  Czy  ja  wyglądam  na  pierdolonego  rzeźnika?  Nie

wyciąłbym nawet wątróbki z martwej kury, a co dopiero ludzkie serce!

– To już nie jest człowiek. Zresztą… myślę, że znajdzie się ktoś, kto nie będzie miał podobnych

skrupułów.

– Kto taki?
–  Te,  jak  to  ująłeś,  „pojeby  w  samochodzie”.  Za  życia  ci  ludzie  porywali  autostopowiczów.

Dziewczęta  sprzedawali  do  nielegalnych  burdeli.  Chłopców  różnie.  Albo  też  do  burdeli,  albo  na
organy. Jedno serce w tę czy we w tę nie powinno im robić różnicy.

Marek poczuł, że go mdli. Nagle zaczął się bać Proroka.
– Nie, nie wezmę w tym udziału, nie mogę…
Prorok westchnął ciężko.
– Wydaję ci się teraz bezdusznym potworem, prawda? Takim samym jak Jasiu Kogucik.
– Tak – przyznał szczerze Marek.
–  Jestem  potworem.  I  mieszkam  w  potwornym  świecie,  do  którego  ty  miałeś  pecha  trafić.

Zabłąkane  dusze  to  ludzie,  których  życie  było  przesiąknięte  złem.  Jakbym  miał  wybór,  wolałbym
wysłać do piekła tych psycholi zamiast Jasia, który był ofiarą zła, a nie jego sprawcą. Ale nie mogę
tego zrobić. Mam zadanie do wykonania i muszę korzystać ze wszystkich dostępnych mi środków,
żeby  je  wykonać.  Tylko  tak  mogę  zapracować  na  własne  odkupienie.  Tylko  tak  ty  możesz
zapracować  na  swoje.  Siła,  która  steruje  tym  światem,  czy  jest  to  jeden  wszechmocny  Bóg,  czy
wielu  mniejszych  bogów,  jest  okrutna.  To,  co  nam  się  wydaje  złem,  dla  niej…  Cholera  wie,  czym
dla niej może być.

Marek nie wiedział, co odpowiedzieć. Był przerażony. Jeszcze bardziej przerażony niż podczas

spotkania  ze  Skórzaną  Kurtką.  Z  potworem.  Potworem…  Potwory  mają  różne  twarze,  Marku.
Prorok ma rację, jest potworem. Ale ty też nim jesteś. I nawet mówiąc „nie wezmę w tym udziału”,
wiedziałeś, że weźmiesz. Bo chcesz się uwolnić. Bo wierzysz, że możesz skazać swoją duszę na
potępienie.  A  szczerze  powiedziawszy,  gdyby  na  szali  ważył  się  los  całej  ludzkości,  nawet  wtedy
nie zgodziłbyś się poświęcić dla niej swojej duszy. Żaden człowiek by się nie zgodził. Żaden potwór
by się nie zgodził.

background image

Milczenie  się  przedłużało  i  to  chyba  przeszkadzało  Prorokowi,  gdyż  zaczął  się  wiercić,  a  w

końcu zagadnął, zmieniając zupełnie temat.

– To przez dziewczynę? – zapytał, wskazując nadgarstek Marka.
–  Przez  dziewczynę?  –  powtórzył  wolno  tamten.  Popatrzył  na  swój  mankiet.  –  Czy  ludzie

zabijają się tylko z powodu nieszczęśliwej miłości?

– Nie wiem – przyznał Prorok.
–  Panuje  opinia,  że  samobójstwo  zawsze  ma  jedną,  konkretną  przyczynę.  Śmierć  kogoś

bliskiego,  grzech,  wielki  miłosny  zawód.  Ale  to  nie  tak.  To,  co  zrobiłem,  było  pewnie  najgłupszą
rzeczą  w  moim  życiu.  Tym  głupszą,  że  tak  naprawdę  nie  wiem,  czemu  tak  postąpiłem.
Dziewczyna  była  gdzieś  po  drodze,  ale  dawno.  Byli  rodzice,  w  separacji,  odkąd  pamiętam.  Ale
jakoś nie mogli się rozwieść, nie mogli się zostawić w spokoju. Nie mogli mnie zostawić w spokoju.
Były studia, do których nie byłem przekonany, była praca, którą bałem się podjąć, bo zbyt szybko
musiałbym stać się samodzielny i stawić czoło światu. Chyba po prostu nie byłem zadowolony ze
swojego życia i  postanowiłem coś  w nim zmienić.  I chyba…  chyba… tak  myślę… nie  wierzyłem,
że naprawdę umrę. Raczej sądziłem, że się przemienię. I udało się, prawda? Tylko zupełnie nie tak
to miało wyglądać.

Prorok z namysłem pokiwał głową.
–  Niewiele  rzeczy  w  tym…  –  zaczął,  ale  przerwał  nagle.  Jego  twarz  wykrzywiła  złość.  –

Niewiele w tym popierdolonym świecie wygląda tak, jak miało wyglądać.

Marek  uniósł  brwi.  Po  raz  pierwszy  usłyszał  z  ust  Proroka  przekleństwo  i  zaniepokoiło  go  to.

Wolał jednak tej sprawy nie poruszać.

– I co teraz? – zapytał.
– To zależy od ciebie.
Marek westchnął.
– W porządku – powiedział. – Jak zwabimy Jasia Kogucika i Boginię?
– Rozpoczniemy rytuał przejścia. Będziesz musiał przyłączyć się do mojego zaklęcia i obudzić

moc  totemu,  to  ściągnie  Boginię.  Jasiu  przyjdzie  za  nią.  W  pierwszej  kolejności  trzeba  się  pozbyć
jego, ale to zostaw naszym porywaczom ciał. Im nic nie grozi w odróżnieniu od ciebie. Bo wiesz,
martwego  już  drugi  raz  nie  da  się  zabić.  Nawet  gdyby  go  spalić  na  popiół,  po  jakimś  czasie  ten
popiół zbierze się z powrotem do kupy i zregeneruje.

– Jak Terminator – burknął Marek. – Ale czy to nie działa również przeciwko nam? Jak mamy

załatwić Jasia Kogucika, jeśli będzie się ciągle regenerował?

–  Bogini,  kiedy  odeszła,  zostawiła  po  sobie  nóż  ofiarny.  To  dzieło  bogów,  osnowy  naszej

rzeczywistości nie zatrzymają jego ostrza. Będziemy musieli go użyć, żeby wyciąć Jasiowi serce.

– Świetnie. Magiczny rambonóż. I co dalej, jak go już załatwimy?
–  Bogini  musiała  udzielić  Jasiowi  części  swojej  mocy,  żeby  mógł  stać  się  daimonem,  więc

będzie osłabiona, kiedy go zniszczymy. Nasze wspólne zaklęcie powinno być wystarczająco silne,
żeby  zmusić  ją  do  powrotu.  Wtedy  będziemy  mogli  dokończyć  rytuał  przejścia  i  każdy  radośnie
pójdzie w swoją stronę.

Marek czuł, że znowu zbiera mu się na płacz.
–  Kaszka  z  mleczkiem  –  powiedział  trochę  bardziej  piskliwie,  niż  chciał.  I  nagle  poczuł,  że  się

uspokaja. Odsunął się od relingu i ruszył w stronę prowadzącego na molo trapu.

Edi powitał go niepewnym uśmiechem i spojrzeniem zbitego psa. Benek stał nieco z boku i w

background image

zamyśleniu żuł cybuch fajki.

– Będziesz musiał nauczyć się zaklęcia – zawołał za nim Prorok.
–  Chyba  już  je  znam  –  odparł  cicho  Marek,  choć  wiedział,  że  tamten  go  nie  usłyszy.  Potem

zwrócił się do Benka. – Znasz „Cymbaline”?

Gitarzysta popatrzył na niego zdziwiony, następnie wymienił spojrzenia z Edim.
– Pewnie, że znam – odparł. – Czekaj, zaraz skoczę po gitarę.
Wszedł na pokład „Etiopskiej Bogini” w tym samym momencie, kiedy Prorok schodził na molo.
– Będziesz musiał nauczyć się zaklęcia – powtórzył wielki bluesman.
Marek nie zdążył odpowiedzieć, a już z pokładu łajby rozległy się ciche dźwięki gitary, grającej

akordy łagodne, lecz i niepokojące zarazem. Chwilę później zjawił się Benek.

Prorok odwrócił się zdziwiony.
– Ty mu kazałeś to zagrać? – zapytał Marka. – Skąd znasz tę piosenkę?
– Kiedy wspomniałeś o Pink Floyd, przyszła mi do głowy.
– Ale skąd… skąd…? – Prorok zamilkł. Zdziwienie nagle go opuściło. – Znasz słowa? – upewnił

się.

– Jeśli będziesz śpiewał ze mną, to mi się przypomną – odparł Marek.
–  Racja.  Benek,  nie  graj  już.  Łapcie  się  za  cumy,  chłopaki,  odpływamy.  Ja  jeszcze  muszę

skoczyć po kogoś do knajpy.

Marek nie wiedział, skąd się wziął jego nagły spokój i pewność, co i jak trzeba zrobić. Jeszcze

przed minutą znajdował się na krawędzi paniki, a teraz nagle… Nagle ogarnęła go pustka, jakby już
nic  nie  miało  znaczenia.  Obojętnie  przyglądał  się,  jak  Prorok  odchodzi  w  stronę  „Minnesota  blues
clubu”,  a  potem  jak  Edi  i  Benek  wodują  silnik,  odpalają  go  i  zabierają  się  do  ściągania  cum.  Z
równym  spokojem  przyjął  powrót  przerośniętego  bluesmana  i  fakt,  że  wraz  z  nim  pojawiła  się
posrana rodzinka. Zignorował powitania nowo przybyłych i niedbałym gestem kazał im ładować się
na pokład. Sam też wlazł za nimi.

Byli gotowi.
TU NAPRAWDE ZDEHŁ KLENCZON
Marek  nie  wiedział,  dlaczego  napis,  który  zobaczył  zaraz  po  przybyciu  do  Węprzyna,  znowu

przyszedł mu do głowy. Może dlatego, że wreszcie zrozumiał, co jego autor miał na myśli. I że ten
autor wcale nie był żartownisiem.

Prorok  stanął  za  sterem  i  wymieniając  się  z  Edim  i  Benkiem  jakimiś  uwagami,  powoli

wyprowadził  łajbę  na  jezioro.  Potem  ruszyli  wzdłuż  brzegu.  Silnik  głośno  terkotał,  a  woda
chlupotała, rozcinana przez toporny kil.

Zerwał  się  wiatr  od  strony  lądu,  niosący  ze  sobą  deszcz  liści,  które  w  mroku  bezksiężycowej

nocy  wyglądały  jak  czarne  plamy.  Marek  popatrzył  w  niebo.  Ciemne  chmury  mknęły  coraz
szybciej,  jednak  po  paru  minutach  znów  zwolniły.  Szum  i  jęki  nadbrzeżnych  drzew  umilkły.
Odezwała się gitara.

Nadprzyrodzony spokój opuścił Marka równie niespodziewanie, jak się zjawił.
Do  gitary  dołączyła  harmonijka,  jej  dźwięki  meandrowały  niespokojnie,  powolne  i  niepewne.

Wznosiły się i opadały, cichły i nabierały mocy. Potem włączył się potężny głos Proroka, odbijał się
zwielokrotnionym  echem  od  brzegów  jeziora,  zupełnie  jakby  to  kilku  ludzi  śpiewało  w  różnych
miejscach.

background image

The path you tread is narrow

and the drop is sheer and very high.

Ravens all are watching

From a vantage point nearby.

Marek zaczął drżeć: po trosze z zimna, w znacznej części ze strachu. Mimo to również zaczął

śpiewać (fakt, że znał słowa, choć nigdy w życiu ich nie słyszał, tylko wzmógł jego niepokój). Jego
słabiutki, trzęsący się głos wtopił się w głos Proroka i pozornie w nim zginął. Pozornie, gdyż w jakiś
niepojęty sposób go dopełniał. Doszli do refrenu:

And it’s high time, Cymbaline

Please wake me.

W  tym  momencie  wiatr  zerwał  się  ponownie.  Od  strony  lasu  dobiegł  odgłos  przypominający

zbiorowe westchnięcie, a po chwili między pniami drzew rozbłysło przedziwne błękitne światło.

–  To  ona!  –  krzyknął  Prorok.  Zakręcił  gwałtownie  kołem  sterowym,  kierując  łajbę  w  stronę

brzegu. – Benek, weź ster!

Przerwali  zaklęcie.  Benek  chwycił  koło,  podczas  gdy  Prorok  pobiegł  pod  pokład.  Po  chwili

pojawił  się  z  powrotem,  niosąc  w  dłoni  długi  błyszczący  sztylet.  Marek  zapatrzył  się  na  zbliżającą
się coraz szybciej czarną ścianę lasu, rozerwaną pośrodku przez świetlistą kulę. Zdawało mu się, że
w powodzi blasku zaczyna dostrzegać niewyraźną sylwetką. Tylko jedną sylwetkę.

– Nie ma Skórzanej Kurtki! – rzucił przez ramię do pozostałych.
– Kogo? – zdziwił się Prorok.
– Jasia Kogucika – sprostował Marek. – Dlaczego nie ma go z nią?
Prorok stanął obok niego , aby się lepiej przyjrzeć brzegowi. Nic nie powiedział.
– Dlaczego nie ma go z nią? – powtórzył Marek. Jego głos zadrżał wyraźnie.
–  O  kurwa  –  zdążył  tylko  jęknąć  Prorok,  potem  łajba  nagle  się  zatrzęsła  i  usłyszeli  huk,  jakby

wpłynęli na kamienie. W rozbryzgach piany coś wielkiego i czarnego wyłoniło się przed nimi z wody
i z pełnym impetem uderzyło w dziób łodzi.

Marek  runął  do  przodu,  czując,  jak  coś  twardego  wbija  mu  się  w  pachwinę.  Na  oślep  chwycił

się  relingu  i  jakimś  cudem  udało  mu  się  na  nim  zawisnąć.  Prorok  nie  miał  tyle  szczęścia.  Zasada
zachowania pędu bezlitośnie cisnęła jego ogromnym cielskiem prosto w odmęty jeziora.

– To on! – wydarł się Benek. – Bierzcie skurwiela! Bierzcie!
Marek spróbował podciągnąć się na pokład, ale śliskie stalowe linki wyśliznęły mu się z palców i

w  efekcie  zawisł  głową  w  dół  i  z  nogami  zaczepionymi  o  stalowy  słupek,  na  który  nadział  się
wcześniej.

Jak  w  jakimś  idiotycznym  francuskim  filmie  ujrzał  odwrócone  do  góry  nogami  ludzkie  postaci

wskakujące  do  wody  i  rzucające  się  na  potwora,  którego  już  tylko  resztki  poszarpanej  skórzanej
kurtki pozwalały zidentyfikować jako Jasia Kogucika. Od ich ostatniego spotkania najwyraźniej urósł
jeszcze  bardziej.  Mimo  to  trojgu  zdesperowanych  handlarzy  organów  jakoś  udało  się  go  powalić  i
cała grupa zmieniła się w wielką plątaninę rąk i nóg, taplających się w przybrzeżnym mule.

Marek,  widząc,  że  stanęli  w  płytkim  miejscu,  puścił  się  i  wpadł  do  wody,  osłaniając  głowę

rękami.  Grzmotnął  nieprzyjemnie  o  dno,  ale  zaraz  poderwał  się  na  nogi  i  brodząc  niezgrabnie,
ruszył  w  stronę  brzegu  i  Bogini.  W  duszy  modlił  się,  żeby  magiczne  totemy  były  bardziej

background image

wodoodporne niż chińska elektronika.

Zatrzymało  go  donośne  parsknięcie.  Tuż  obok  niego  wyłoniła  się  potężna,  ciemna  sylwetka.

Spróbował  odskoczyć  w  tył,  jednak  woda  skutecznie  utrudniała  mu  ruchy.  Poczuł,  jak  coś
podskakuje  mu  gwałtownie  w  piersi  i  w  końcu  zrozumiał,  co  znaczy  określenie  „serce  podeszło
komuś do gardła”.

– O kurwa! – usłyszał i zorientował się, że tajemniczy stwór to nikt inny jak Prorok. Nie zdążył

się  jednak  nacieszyć  tym  faktem,  gdyż  wielkolud  wykrzyknął  zaraz:  –  Zgubiłem  sztylet!  Zgubiłem
ten pierdolony sztylet!

Jakby  w  odpowiedzi  na  jego  słowa  za  ich  plecami  rozległ  się  przeraźliwy  odgłos,  podobny  do

kwiku  zarzynanej  świni.  Moment  później  usłyszeli  coś  jakby  mlaśnięcie  i  głośny  plusk.  A  potem
jeszcze dwa okrzyki.

Obejrzeli  się  tylko  po  to,  by  ujrzeć,  jak  Skórzany  Potwór  brodzi  w  ich  stronę  w  wodzie,  która

jemu  sięgała  ledwie  do  kolan.  Za  nim  na  powierzchni  jeziora  unosiły  się  wielkie,  ciemne  grudy.  W
większej dłoni trzymał ofiarny sztylet.

Marek  zamarł.  Jak  zahipnotyzowany  wpatrywał  się  w  zbliżającą  się  powoli  monstrualną

sylwetkę. Prawie się nie bał. Prawie. Spiął się tylko, szykując do konfrontacji. Na Proroka nawet nie
patrzył, mimochodem tylko zarejestrował chlupot wody, kiedy tamten oddalał się powoli.

Co właściwie chcesz zrobić?
Żebym to ja wiedział. Żebym tylko, kurwa, wiedział.
Nagle  od  strony  łodzi  dało  się  słyszeć  głośne  plaśnięcie  o  wodę.  Skórzany  Potwór  zatrzymał

się,  ale  tylko  na  ułamek  sekundy.  Postąpił  jeszcze  kilka  kroków  naprzód.  I  znów  stanął.  A  uszu
Marka doszedł cichy dźwięk harmonijki.

Dopiero  teraz  zauważył,  że  w  wodzie  przy  „Etiopskiej  Bogini”  stoi  Edi.  Harmonijkarz  trzymał

ręce przy twarzy, jakby chciał rozgrzać je swoim oddechem. Między jego palcami coś połyskiwało
lekko,  odbijając  nadal  sączącą  się  spomiędzy  drzew  poświatę.  Marek  mógłby  przysiąc,  że  to  coś
jest złote, choć oczywiście w półmroku i z tej odległości nie widział zbyt dobrze.

Skórzany  Potwór  odwrócił  się  i  dłuższą  chwilę  stał  jak  zaczarowany,  podczas  gdy  Edi  grał.

Wyglądało to tak, jakby przedziwna, nieziemska melodia zawładnęła ciałem potwora, zmusiła je do
posłuszeństwa.

„Może jeszcze wyjdziemy z tego cało” – przeleciało przez głowę Markowi, ale w tej chwili bestia

się poruszyła. Nadal powoli, jakby musiała przeciwstawić się niewidocznej sile, zaczęła iść w stronę
harmonijkarza.  Gdy  znalazła  się  tuż  koło  niego,  z  namaszczeniem  uniosła  sztylet  i  nieśpiesznym,
ciężkim ruchem wbiła ostrze w pierś Ediego.

Harmonijkarz szarpnął się spazmatycznie, a spomiędzy jego złożonych dłoni pociekła krew. Nie

przestał  jednak  grać.  Nawet  kiedy  ciało  zwisło  bezwładnie,  melodia  trwała  nadal.  Zdawała  się
wypływać z niego razem z życiem.

Skórzany  Potwór  spróbował  cofnąć  ostrze,  ale  nie  mógł.  Zawył  rozpaczliwie.  Z  jego  ciałem

zaczęło dziać się coś dziwnego. Gniło i usychało, poczynając od uzbrojonego ramienia.

Dla Marka w tym momencie czar prysł. Ogarnął go rodzaj zimnej furii, podobnej nieco do tego

nienaturalnego  spokoju,  który  odczuwał  wcześniej.  Ponownie  wypełniła  go  pewność,  że  bardzo
dobrze wie, co należy uczynić.

Podbiegł do Skórzanego Potwora i z całej siły uderzył złożonymi rękami w wyciągnięte ramię,

które zdawało się przylepione do korpusu umierającego harmonijkarza. Ramię nieoczekiwanie pękło

background image

jak spróchniały badyl. Nawet nie pociekła z niego krew. Stwór z impetem przewrócił się do wody, a
Marek  wyszarpnął  sztylet  z  piersi  Ediego.  Krótkim,  idealnie  wymierzonym  pchnięciem  wbił  go  w
szyję  gramolącego  się  monstrum.  Skórzany  Potwór  padł  i  już  się  nie  poruszył.  Nie  było  trzeba
wycinać mu serca. Marek nie miał pojęcia, skąd to wie, ale był pewny.

Ogarnął  go  kokon  ciszy.  Wszystko  dookoła  zamarło.  Prorok  i  nadal  stojący  na  pokładzie

„Etiopskiej  Bogini”  Benek  przyglądali  mu  się  bez  słowa.  Poprawił  zwisający  mu  z  szyi  futerał  z
aparatem  i  zaczął  brnąć  przez  płytką  wodę  w  stronę  lśniącej  na  brzegu  błękitnej  kuli  światła.  Tym
razem nic nie zagrodziło mu drogi.

Stanął twarzą w twarz z cudowną boginią.
Jej  doskonałe  rysy  zachwyciły  go  po  raz  kolejny.  Uśmiechnęła  się,  a  jego  ogarnął  smutek.  W

tym  uśmiechu  była  niema  prośba,  której  on  nie  mógł  spełnić.  Coś  zatoczyło  krąg  i  coś  się
wypełniło. Nie wiedział dokładnie, co. Bardzo niewiele rozumiał ze świata bogów.

Bogini delikatnie dotknęła jego dłoni, którą bezwiednie zacisnął na pasku od aparatu. Popatrzył

na  jej  smukłe  palce.  Przełknął  głośno  ślinę.  Odsunął  dłoń  Weroniki  i  wyciągnął  aparat  z  futerału.
Totem.

Uruchomił go. Wszedł w tryb przeglądania zdjęć. Woda najwyraźniej nie zaszkodziła elektronice.
Obrazy przewijały się przed jego oczami, podczas gdy w jego umyśle przewijały się słowa.
Czy nie mówił nam jakoś w zeszłe święta Jacek Zalewski, że Jasiu kojfnął?
Spaliła się do samych fundamentów. A mówiłem tej pijanej cipie, żeby gasiła peta, kiedy zbiera

obrusy do prania.

Za  życia  ci  ludzie  porywali  autostopowiczów.  Dziewczęta  sprzedawali  do  nielegalnych  burdeli.

Chłopców różnie. Albo też do burdeli, albo na organy.

Panuje opinia, że samobójstwo zawsze ma jedną konkretną przyczynę.
Tak,  Marku,  tak  to  właśnie  wyglądało.  Nieprzyjemna  sprawa,  co?  Tyle  krwi.  Sądzisz,  że

rodzicom udało się domyć wannę? No i taki blady jesteś… I żebyś się chociaż równo poharatał, a
ty co? Trzęsła się rączka, prawda?

Marek spróbował przełknąć, ale miał sucho w ustach. W gruncie rzeczy już wcześniej wiedział.

Nie  wierzył  ani  sobie,  ani  Prorokowi.  Wiedział,  co  wydarzyło  się  naprawdę.  A  jednak  wolał  się
oszukiwać.

Ale, ale… W aparacie zostało jeszcze jedno zdjęcie, prawda? Nie obejrzysz go?
Marek powoli pokręcił głową, jakby próbował odpowiedzieć na czyjeś pytanie.
Żeby mogło się wydarzyć to, co się musi wydarzyć.
Jak mogłeś tak mnie zwodzić, Proroku? Czy nie wiedziałeś? Naprawdę nie wiedziałeś?
Marek schował aparat z powrotem do futerału i powoli uniósł sztylet. Ostrze bez oporu weszło

w  ciało  bogini.  Weronika  upadła  na  ziemię,  a  on  pochylił  się,  żeby  wyciąć  jej  serce.  Zawinął  je
delikatnie w skraj czarnej koszulki, poprawił pasek od aparatu, który teraz stał się jego totemem, i
skierował się w stronę łodzi. Musieli jeszcze popłynąć na wyspę.

Żeby mogło się wydarzyć to, co się musi wydarzyć.
Teraz się przemieniłem. Teraz mogę zacząć wszystko od nowa.

background image

Psychol

Jan Serdecz urodził się pierwszego kwietnia tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego drugiego roku,

ale  ani  nie  był  serdeczny,  ani  nie  miał  poczucia  humoru.  Jego  matka,  Teresa  z  domu  Żołądek
(„Przez żołądek do serca, hi, hi, hi” – zwykła mawiać, zapytana, jak poznała swojego męża), była
dobrą  kobietą,  która  zawsze  dbała,  aby  Jan  miał  zawiązane  oba  buty,  i  nauczyła  go  patrzeć  w
prawo,  w  lewo,  a  potem  znowu  w  prawo  przy  przechodzeniu  przez  jezdnię.  Jego  ojciec,  Jan
Serdecz  senior  (po  narodzinach  juniora  zapuścił  wąs  i  zaczął  się  tytułować  Senior  Karamba,  ale
nikogo to nie śmieszyło) pracował jako tramwajarz, rzadko się upijał i nigdy nie bił syna.

Oboje  rodzice  po  małym  Jasiu  spodziewali  się  wielkich  rzeczy.  Matka  wierzyła,  że  pewnego

dnia  zostanie  milionerem,  a  ojciec  wymarzył  dla  niego  karierę  najlepszego  tramwajarza  w  całym
mieście. Wyszło jak zwykle. Jaś skończył technikum, uparł się na jakieś bzdurne studium, z którego
go szybko wyrzucili i koniec końców wylądował na poczcie. Trzeba zaznaczyć, że pokładane w nim
nadzieje nie poszły całkiem na marne, gdyż, kiedy już okrzepł w zawodzie, szybko awansował i w
wieku niespełna lat trzydziestu został zastępcą kierownika.

W  pracy  nie  był  lubiany.  Podwładni  uważali,  że  jest  złośliwy  i  nie  da  się  ukryć,  że  mieli  sporo

racji. Nie żeby był zupełnym potworem, ale sprawiało mu przyjemność, kiedy jakaś pani Krysia lub
Joasia  walnęła  byka  przy  odbiorze  awizo,  włożyła  kopertę  w  złą  przegródkę  czy  pomyliła  się  w
rachunkach.  W  tego  typu  sytuacjach  uśmiechał  się  pobłażliwie  i  tłumaczył  słodkim  głosem,  nad
którym długo pracował po nocach:

− Nie możemy sobie pozwolić na takie błędy, pani Krysiu lub Joasiu, wielu ludzi polega na nas.

Czy pani sprawia przyjemność, kiedy poczta nie przychodzi na czas albo kiedy przesyłka gdzieś się
zagubi  w  drodze?  A  przecież  wystarczy  odrobina  więcej  uwagi,  prawda,  pani  Krysiu  lub  Joasiu?
Tylko odrobinka. Przecież zawsze można sprawdzić dwa razy, nawet jeśli się nie uważało w szkole
na  lekcjach  matematyki,  co  zresztą  całkiem  rozumiem.  Proszę  o  tym  pamiętać,  pani  Krysiu  lub
Joasiu,  bo  to  nie  do  pani  potem  przychodzą  zażalenia,  lecz  do  pana  kierownika,  a  to,  jak  oboje
dobrze wiemy, oznacza, że muszę się nimi zająć ja.

Nic dziwnego, że ktoś taki jak on nie ożenił się, ani nie był nawet zagrożony ożenkiem. Życie

jego  zbyt  pełne  było  obowiązków  i  odpowiedzialny  był  za  zbyt  wiele  rzeczy  i  osób,  by  móc  sobie
jeszcze  głowę  zaprzątać  rodziną.  Zresztą,  każdego  dnia,  kiedy  po  pracy  wsiadał  w  samochód  i
wracał do swojego schludnego, dwupokojowego mieszkanka, przepełniało go poczucie satysfakcji z
dobrze spełnionego obowiązku.

Nic  jednak  nie  może  trwać  wiecznie,  prawda?  Dlatego  w  życiu  Jana  Serdecza  nastąpiła  w

końcu katastrofa.

Wszystko  zaczęło  się  niewinnie.  Jan  wyszedł  właśnie  z  pracy,  otoczony  swym  zwykłym

obłoczkiem samozadowolenia, gdy nagle dostrzegł coś, co wytrąciło go z równowagi. Na drzwiach
jego siedmioletniego, granatowego forda pojawiła się rysa. Nie była duża, właściwie trudno ją było
nawet dostrzec, ale była – i to wystarczyło.

Jan wpatrywał się w nią dłuższy moment, jakby nie mógł uwierzyć w świadectwo oczu swoich.

background image

Schylał się, głowę przekrzywiał, nawet dotknął rysy palcem. Była tam, naprawdę tam była.

„No  i  co  z  tego,  że  mam  rysę  na  samochodzie?  –  pomyślał  Jan.  –  Samochody  ciągle  się

rysują. Wystarczy, że jakiś kamień wypryśnie spod kół”.

Niestety, stwierdzenie to wcale go nie uspokoiło i przez całą drogę powrotną rozmyślał o rysie.

Dopiero  kiedy  zajechał  pod  dom,  pogodził  się  z  tą  niespodziewaną  zmianą  w  swoim  życiu  (albo
przynajmniej tak mu się wydawało).

−  No  i  co  z  tego,  że  mam  rysę  na  samochodzie?  –  zapytał  na  głos,  wysiadając  ze  starego

forda.

Ruszył w kierunku swojego bloku i wtedy właśnie nastąpiło kolejne niechciane i niespodziewane

wydarzenie: od strony altanki śmietnikowej jego uszu dobiegło ciche skomlenie. Być może, gdyby
nie znalazł wcześniej rysy na drzwiach samochodu, nie zwróciłby na nie w ogóle uwagi, ale jedna
rzecz już się dokonała, więc teraz musiała nastąpić kolejna. Jan zboczył z prowadzącego do bloku
chodnika i zajrzał do altanki.

Leżał  za  nią  pies,  przedstawiający  istny  obraz  nędzy  i  rozpaczy.  Miał  wyliniałą  sierść,

zapadnięty brzuch, krzywe, wystające żebra i zaropiałe oczy. Leżał i skomlał, bo już na nic innego
nie starczało mu sił, nawet nie zareagował, kiedy w pobliżu pojawił się człowiek.

Jan  przyglądał  mu  się  długo,  jeszcze  dłużej  niż  przedtem  rysie  na  drzwiach.  W  końcu  jednak

poczuł  się  głupio  i  wrócił  na  właściwą  ścieżkę.  Nie  mógł  się  jednak  powstrzymać  i  nie  pomyśleć:
„Biedny…”.

Potem wrócił do domu i próbował zapomnieć o niepokojących wydarzeniach dnia. Prawie mu

się to udało, ale, gdy nadeszła noc, zasnął i miał bardzo dziwny sen.

Śniło mu się, że jest małym chłopcem i mieszka z rodzicami na wsi (nie miało to nic wspólnego

z rzeczywistością, w istocie całe dzieciństwo spędził w mieście). Pewnego ranka przyszedł do niego
jego własny pies (jako żywo nigdy nie miał psa, a jednak był przekonany, że ten należy do niego) i
obudził go, ciągnąc za rękaw.

Mały Jaś usiadł na łóżku, ziewnął i przetarł oczy.
− O co chodzi? – zapytał. – Jeszcze ciemno, czego mnie zrywasz?
Pies nie odpowiedział. Pociągnął Jasia za nogawkę.
− No dobra, idę, nie ma o co się awanturować.
Razem wyszli z pokoju, zeszli po schodach do sieni, a potem przez werandę wydostali się na

podwórko.  Słońce  jeszcze  nie  wstało,  ale  niebo  zaczynało  już  szarzeć.  Trawa  na  podwórku  była
mokra  i  pachniała  tak  intensywnie,  jak  potrafi  tylko  trawa  zapamiętana  z  dzieciństwa.  Kilka
centymetrów nad nią unosiła się lekka mgiełka.

Pies pociągnął Jasia do stodoły.
−  O  co  ci  chodzi?  –  zapytał  Jaś.  –  Nie  będę  tam  wchodził,  tata  trzyma  tam  wszystkie  swoje

maszyny.

A jednak, kiedy pies wśliznął się przez uchylone drzwi, Jaś wszedł za nim.
Wewnątrz stodoły pachniało smarem i sianem. Większą część przestrzeni zajmowały rozmaite

maszyny rolnicze i ogrodowe. Pies pobiegł prosto pod jedną ze ścian, gdzie stał niewielki traktorek-
kosiarka. Tam przysiadł i zaczął skomleć.

− Co jest? – spytał Jaś. – Coś jest nie tak z tą kosiarką? Pokaż.
Pies  posłusznie  poskrobał  pazurami  w  jedno  z  kół.  Jaś  przyklęknął  i  zaczął  je  oglądać,  jednak

nie  mógł  stwierdzić,  co  jest  z  nim  nie  tak.  Dopiero  po  chwili  wpadł  na  to,  żeby  sięgnąć  pod

background image

podwozie i starannie obmacać mocowanie koła.

−  Oś  jest  pęknięta  –  powiedział  do  psa.  –  Tata  nie  może  jeździć  kosiarką  z  popsutą  osią.

Musimy to naprawić.

Pies parsknął z aprobatą.
Wzięli się za robotę jak zawodowcy. Unieśli kosiarkę na podnośniku, podsunęli pod nią matę, na

której ułożyli starannie dobrane narzędzia, podciągnęli sobie ręczne lampy na długich przewodach.
W pierwszej kolejności należało zdjąć koła. Zabrał się za to Jaś, pies czuwał nieopodal. Kiedy jedno
koło  było  już  zdjęte,  a  drugie  trzymało  się  na  ostatniej  śrubie,  pies  nagle  szczeknął,  zaskomlał  i
uciekł.

Jaś wypełzł spod kosiarki, żeby zobaczyć, co się dzieje. W tym momencie otworzyły się drzwi

do stodoły.

Na  pewno  znacie  to  uczucie,  które  wtedy  ogarnęło  Jasia.  Ciekawi  mnie  tylko,  kto  czyha  za

drzwiami w waszych koszmarach? Czy to ktoś, kogo znacie, czy może jakaś wymyślona postać? I
czego chce, dlaczego na was czeka?

W  przypadku  Jasia  osobą,  która  wkroczyła  przez  otwarte  podwójne  drzwi  stodoły,  był  Ojciec.

Trudno powiedzieć, czy dokładnie Senior Karamba, ale w każdym razie Ojciec. Wszedł, rozejrzał się
gniewnie po pomieszczeniu i nagle zamarł. Jego oczy zatrzymały się na Jasiu.

− Co ty tu…? – zaczął, postępując pół kroku w jego stronę. Wtem twarz mu poczerwieniała. –

Coś ty, gnoju, zrobił z moją kosiarką?!

Jaś nie zdołał nic odpowiedzieć. W ułamku sekundy Ojciec znalazł się tuż przy nim, uniósł go z

ziemi i brutalnie odrzucił na bok. Następnie przyklęknął przy częściowo rozmontowanej maszynie i
przystąpił do oględzin. Kiedy przekładał kolejne części, jego dłonie poruszyły się szybko jak chwytaki
maszyny. Przez cały czas sapał, wyrzucając z siebie nieprzerwany strumień złorzeczeń:

−  Gnój  cholerny  ciągle  się  plącze  gdzie  go  nie  trzeba  no  jak  mi  coś  tu  to  ja  mu  gnój  cholerny

żeby go cholera gnoja jednego…

Nagle  zamilkł.  Jego  dłonie  zawisły  nieruchomo  w  powietrzu.  Podniósł  się  z  kolan  i  odwrócił  w

stronę Jasia.

− Więc to tak – powiedział dziwnie spokojnie i cicho. – Więc to tak… Podejdź no tu… Dobrze.

Zdejmij spodnie. Wypnij się.

Jaś  wykonał  posłusznie  wszystkie  polecenia.  Wiedział,  co  teraz  nastąpi,  więc  zamknął  oczy  i

zaczął sobie wyobrażać, że to jakiś inny chłopiec, wcale nie on, czeka na karę. Chłodna dłoń Ojca
musnęła  jego  nagie  pośladki.  Potem  usłyszał  chrząknięcie,  brzęknięcie  i  świst  przecinanego
powietrza. Ojciec przywalił mu z całej siły grubym łańcuchem od traktora.

Jaś upadł na twarz, wyjąc z bólu. Zakrył pośladki dłońmi i rozpłakał się.
Ojciec  nie  uderzył  go  drugi  raz.  Spokojnie  zwinął  łańcuch  i  odwiesił  na  miejsce  na  ścianie.

Potem  kucnął  przy  zawodzącym  chłopcu,  odciągnął  na  bok  jego  dłonie  i  delikatnie  pogłaskał
zaczerwienione pośladki. Nie zwrócił uwagi na odrobinę krwi, która sączyła się z rozciętej skóry.

− Masz teraz nauczkę – powiedział niemal czule. – Nie będziesz więcej psuł moich rzeczy, co?

Nie będziesz psuł zabawek tatusia?

Następnie wstał i wyszedł ze stodoły, głośno zatrzaskując za sobą drzwi.
Na dźwięk tego trzaśnięcia Jan poderwał się z łóżka. Był zlany potem i cały dygotał. Czuł też,

że  z  bólu  i  strachu  zasikał  piżamę.  Dopiero  po  chwili  uświadomił  sobie,  że  nie  jest  wcale  małym
chłopcem i nie został dopiero co stłuczony przez ojca. Ogarnął go wstyd.

background image

Z  obrzydzeniem  ściągnął  z  siebie  piżamę,  zerwał  też  wilgotne  prześcieradło  z  łóżka.  Zwinął

wszystko razem w kulę, którą wrzucił do wanny, aby zalać ją wodą. Potem, cały czas goły jak go
Pan Bóg stworzył, wparował do kuchni, otworzył lodówkę, wyjął z niej karton mleka i wypił prawie
cały jednym duszkiem. Wreszcie siadł przy stole. Trzęsąc się z zimna, siedział tam przez godzinę.

Tymczasem  za  oknem  powoli  zaczął  wstawać  dzień.  Zimne  kwietniowe  słońce  z  trudem

przebiło  się  przez  szczelną  powłokę  chmur,  oświetlając  szare  bloki  i  brudne  ulice.  Nadszedł
nieprzyjemny, mokry, wczesnowiosenny poranek.

Kiedy blade światło wypełniło kuchnię, Jan drgnął.
Był  zmarznięty  i  niewyspany,  ale  powoli  wychodził  z  szoku.  Poszedł  do  łazienki,  żeby  uprać

pościel i piżamę, a także samemu się wykąpać i wyszykować do pracy. Cały czas czuł jednak, że
coś się zmieniło.

Gdy już się umył i ubrał, zamiast usiąść do śniadania, wygrzebał z szafki nowy karton mleka.

Wziął też jakąś starą miskę i pętko kiełbasy podwawelskiej. Z tym wszystkim w rękach wyszedł z
mieszkania, nie zamykając za sobą drzwi. Na klatce wcisnął przycisk przyzywający windę, ale po
paru  sekundach  znudziło  mu  się  czekanie,  więc  zbiegł  na  dół  po  schodach.  Udał  się  prosto  do
altanki śmietnikowej.

Pies  nie  żył.  Jego  pies  ze  snu…  Nie,  nie,  przecież  to  nie  jego  pies,  tamten  należał  do  kogoś

innego, a w ogóle to przecież ten chłopiec nie był nim…

Nie był?
Jan  rzucił  wszystko,  co  trzymał,  na  ziemię.  Zawrócił  w  stronę  bloku,  a  potem  znów  w  stronę

parkingu. Stanął przy swoim samochodzie. Nie miał kluczyków.

Biegiem wrócił po nie do mieszkania.
Kiedy  w  końcu  udało  mu  się  dostać  do  starego  forda,  oparł  obie  ręce  na  kierownicy  i  długo

wpatrywał się przez przednią szybę w przestrzeń. Co miał teraz robić? Jechać do pracy i udawać,
że nic się nie stało? Ale zmiany już się dokonały, nie udało mu się ich powstrzymać… Więc co?

Zapalił  silnik  i  ruszył  na  miasto.  Odruchowo  skierował  się  ku  poczcie,  ale  po  dwóch

przecznicach  zboczył  gwałtownie  z  trasy.  Zaczął  przyspieszać.  Silnik  warczał  głośno  z  bólu  i
rozkoszy. Wyciągali już osiemdziesiąt i to na drugim biegu.

Jan  nagle  poczuł,  że  przepełnia  go  uniesienie.  Tak,  właśnie  to  powinien  teraz  robić,  gnać  na

oślep przed siebie. Po raz pierwszy w życiu był wolny i, do cholery, było mu z tym dobrze. Na jego
twarzy pojawiły się wypieki, a w kroczu poczuł przyjemne mrowienie. Chyba mu stawał.

Wrzucił  trójkę  i  przyspieszył  jeszcze  bardziej.  Mknął  ulicami,  ścigając  się  z  innymi

samochodami. Olewał czerwone światła. Kilka razy ledwo uniknął zderzenia, ale to tylko podnieciło
go jeszcze bardziej. Zdawało mu się, że gniewne trąbienie innych to rodzaj fanfary na jego cześć.

Drogowe szaleństwa zbrzydły mu dopiero po dłuższym czasie. Przystanął na jakichś światłach i

zaczął się zastanawiać, co robić dalej. Jego telefon wibrował bez przerwy od ósmej, więc na dobry
początek  postanowił  się  go  pozbyć.  Rozważał  właśnie,  czy  byłoby  lepiej  zrzucić  go  z  mostu,  czy
cisnąć  pod  koła  pędzącego  tramwaju,  gdy  na  pasie  obok  stanęła  śmieciarka.  Na  jej  pace,
przywiązana za łapy do jakiegoś pręta, wisiała pluszowa małpa.

Małpa  była  duża,  mniej  więcej  wielkości  siedmioletniego  dziecka,  tylko  trochę  bardziej

przysadzista. Miała brudne, różowe futro oraz buro-białe łapy i taki sam pysk. Brakowało jej jednego
oka, ale drugie – duże, okrągłe i czarne – patrzyło z niezwykłym jak na małpę wyrazem inteligencji.
W  dodatku  patrzyło  prosto  na  Jana,  który  pod  wpływem  tego  spojrzenia  opuścił  boczną  szybę  i

background image

wychylił się w tamtą stronę.

−  Pomóż  mi  –  powiedziała  małpa.  –  Zabierz  mnie  stąd.  Nie  chcę  trafić  na  wysypisko,  to

niesprawiedliwe, żeby kogoś karać tylko za to, że jest niepotrzebny.

− Jak mam ci…? – zaczął Jan, ale w tym momencie światło się zmieniło i śmieciarka ruszyła.
Jan wrzucił jedynkę i pognał za nią.
Czuł, że to niezwykle ważne, aby uratować Różową Małpę, ale nie miał pojęcia, jak to zrobić.

Potrzebował  jakiegoś  planu.  Myśli  rozpaczliwie  ganiały  po  jego  głowie,  kiedy  mknął  ulicami  za
śmieciarką.  Z  całą  pewnością  musiał  poczekać  na  dobrą  okazję.  Póki  wielka  ciężarówka
pozostawała  w  ruchu,  nie  było  mowy  o  dostaniu  się  do  jej  paki.  Ale  co,  jak  się  zatrzyma?  Czy
będzie mógł tak po prostu podejść i odebrać śmieciarzom ich trofeum? Nie, na pewno nie. Różowa
Małpa  była  zbyt  cenna,  żeby  mogli  ot  tak  ją  oddać.  Nie  miał  pojęcia,  skąd  to  wie,  ale  był  tego
pewien.

„Najważniejsza rzecz to nie stracić tej cholernej śmieciarki z oczu” – pomyślał.
Jak wiadomo, takie myśli kuszą los.
Zbliżali się właśnie do dużego skrzyżowania ze światłami. Ruch na ulicach powoli robił się coraz

większy. Światło zmieniło się na pomarańczowe. Śmieciarka ledwo się na nie załapała. Jan zebrał
się  w  sobie,  by  śmignąć  na  czerwonym,  zanim  ruszą  samochody  z  poprzecznej  ulicy,  jednak  w
tym  momencie  samochód  z  sąsiedniego  pasa  zajechał  mu  drogę,  więc  musiał  dać  ostro  po
hamulcach. Rozwścieczony rąbnął w klakson, ale cóż to dało?

„Nie panikuj – zrugał się w myślach. – Za kilkaset metrów są kolejne światła i pewnie będzie już

niewielki korek. Tam ją dogonisz”.

Kiedy światło zmieniło się z powrotem na zielone, zatrąbił ponownie i o mało nie wjechał w tył

palantowi, który zajechał mu drogę. Gdyby mógł, najchętniej przepchnąłby go przez skrzyżowanie.

W końcu minął przecznicę. Tuż za nim przemknęła karetka.
Zgodnie  z  przewidywaniami  po  kilkuset  metrach  natknął  się  na  korek.  Śmieciarka  stała

zaledwie kilka samochodów przed nim.

„Nie panikuj, teraz ci nie ucieknie” – pomyślał, po raz kolejny kusząc los.
Jakby  w  odpowiedzi  na  jego  myśl,  ze  skrzyżowania  za  nim  wyłonił  się  radiowóz.  Podjechał

blisko, odpalił koguta i zaczął coś nadawać przez megafon.

− Rerowcagrantowegofrdapszetrzymaćpasd.
W  pierwszej  chwili  Jan  nie  zareagował.  Policjant  powtórzył  swoje  polecenie,  tym  razem

wyraźniej:

− Kierowca granatowego forda: proszę zatrzymać pojazd.
Jan w bezsilnej złości uderzył rękami o kierownicę i zjechał na chodnik. Kątem oka dostrzegł, że

śmieciarka włącza prawy migacz. Zbliżała się już do skrętu.

Policyjny radiowóz stanął tuż obok. Siedzący w nim policjant zaczął się gramolić na zewnątrz.

Widząc  to,  Jan  wyskoczył  z  samochodu.  Musiał  jak  najszybciej  załatwić  tę  sprawę.  Był  gotów
zapłacić każdy mandat, byle tylko ruszyć już w dalszą pogoń.

Niestety jego gorliwość nie spotkała się z dobrym przyjęciem.
−  Ej!  –  krzyknął  policjant,  przyjmując  groźną  postawę  i  opierając  dłoń  na  zawieszonej  przy

pasku pałce. – Nie wolno wysiadać z pojazdu!

−  Przepraszam  –  jęknął  Jan,  ale  nie  wsiadł  z  powrotem.  –  Bardzo  się  spieszę,  przepraszam,

już płacę…

background image

− Wsiadaj do wozu! – ryknął policjant, wyszarpując pałkę.
Tym  razem  Jan  posłuchał.  Niezgrabnie  wpadł  do  samochodu  i  zatrzasnął  za  sobą  drzwi.

Tymczasem gliniarz obszedł dookoła jego forda, uważnie oglądając rejestrację i światła. Nie spieszył
się.  W  końcu  podszedł  do  okna  od  strony  kierowcy  i  zapukał  w  nie  pałką,  którą  ciągle  trzymał  w
dłoni.

− Tak lepiej – burknął, kiedy Jan opuścił szybę. – Poproszę dokumenty i kartę pojazdu.
Jan drżącymi, zimnymi palcami zaczął grzebać po kieszeniach. Po chwili uświadomił sobie, że

przecież  nie  wziął  z  domu  portfela.  Miał  tylko  przepustkę  parkingową  z  wielkim  numerem  40,  ale
bez żadnych istotnych danych.

− Co mi pan tu daje? – parsknął tamten. – Dokumenty!
−  Tak,  tak,  oczywiście  –  Jan  postanowił  grać  na  zwłokę.  –  O  co  chodzi,  panie  policjancie?

Naprawdę bardzo się spieszę… Czy złamałem jakieś przepisy?

Gliniarz nie odpowiedział. Wyrwał mu z ręki przepustkę i zaczął oglądać.
− Janie! − Jan drgnął. Głos dobiegł z tylnego siedzenia jego samochodu. To był głos Różowej

Małpy. – Nie ma czasu, musisz mi pomóc… Ciężarówka już skręca…

Jan  nie  odważył  się  obejrzeć  ani  spojrzeć  w  tylne  lusterko,  popatrzył  za  to  za  śmieciarką.

Faktycznie była tuż przy skrzyżowaniu.

− Panie policjancie, naprawdę się spieszę… − powiedział.
− Nie ustąpił pan pierwszeństwa pojazdowi uprzywilejowanemu.
− Słucham?
Policjant chyba się zdenerwował, bo zrezygnował z uprzejmości.
− Karetki nie widziałeś? – warknął.
− Nie… Naprawdę…
− Janie, nie ma czasu!
− No to na przyszłość będzie pan bardziej uważał – powiedział znów spokojnie policjant. – Takie

wykroczenie to pięćset złotych i sześć punktów.

− Tak, oczywiście, bardzo mi przykro – odparł Jan. – Już płacę…
−  Chwileczkę,  chwileczkę,  niech  się  pan  tak  nie  spieszy.  Muszę  sobie  dobrze  obejrzeć  to

pańskie autko. Tablice ma pan takie syfne, że numerów nie da się rozczytać. Nie jest przypadkiem
sprowadzane?

− Nie, chyba… na pewno… nie…
− Janie, nie ma czasu! – powtórzyła Różowa Małpa.
− Więc co mam zrobić? – jęknął Jan.
− Co proszę? – zdziwił się policjant.
− Zabij go – powiedziała Małpa.
Jan zamarł.
„Zabij go…” – pomyślał.
Jak miał to zrobić? Przecież nie mógł… Człowieka zabić? Nie, nie…
−  W  schowku  masz  nożyczki.  Pamiętasz?  Trzy  dni  temu  pani  Krysia  zgubiła  nożyczki,  więc

szef kazał ci szybko skoczyć po nowe. Ale zanim wróciłeś, tamte już się znalazły.

− Nie mogę… − jęknął Jan.
− Musisz! – odparła Małpa.
−  Nie  wiem,  co  z  panem  jest  nie  w  porządku,  ale  będę  musiał  prosić,  aby  wysiadł  pan  z

background image

samochodu – powiedział policjant.

− Nie mogę – powtórzył Jan i z całej siły uderzył go drzwiami. Następnie zapalił silnik i ruszył po

chodniku  w  stronę  skrzyżowania.  Co  chwila  trąbił.  Ludzie  przed  nim  krzyczeli,  uskakiwali  na  boki.
Starał się, jak mógł, żeby nikogo nie potrącić. W końcu udało mu się dopchać do skrętu i zjechał z
powrotem na ulicę.

Po śmieciarce nie było śladu.
− Skręć tu w lewo! – krzyknęła Różowa Małpa z tylnego siedzenia. − Odetniesz jej drogę!
Bez zastanowienia wykonał polecenie. Wjechał w drogę jednokierunkową.
Prosto  na  niego  szarżował  wielki  nissan  navara.  Jan  obrócił  gwałtownie  kierownicę.  Koła  jego

forda zabuksowały na śliskiej nawierzchni. Wizg klaksonu przeszył powietrze.

„Tylko nie hamuj” – przypomniał sobie Jan z kursu na prawo jazdy.
Spróbował kontrować kierownicą. Cudem minął się z nissanem. Zarzuciło go na chodnik. Skosił

śmietnik, przytarł latarnię, ale jakoś udało mu się wrócić na drogę.

Skręcił  przy  najbliższej  okazji,  wracając  na  normalną,  dwukierunkową  ulicę.  Zaledwie

kilkadziesiąt  metrów  przed  nim  toczyła  się  spokojnie  śmieciarka.  Odetchnął  z  ulgą.  Mógł  teraz
chwilę odpocząć, jadąc powoli, jak na uczciwego obywatela przystało.

− Policja będzie cię szukać – upomniała go Różowa Małpa.
− Wiem, nic na to nie poradzę – odpowiedział.
− Trzeba było zabić tamtego gliniarza.
− Tak, bo wtedy to by mnie nie szukali.
− Zrobiłoby się zamieszanie, śledztwo. Minęłoby sporo czasu, zanim ktoś by zrozumiał, co się

właściwie stało. A tak, facet zaraz się pozbiera, zgłosi cię na komendę, wezwie posiłki.

− Nie wie, gdzie pojechałem…
−  Zgłupiałeś?  Niedługo  będzie  o  tobie  wiedział  każdy  patrol  w  mieście.  Nawet  jeśli  uda  ci  się

mnie wydostać, policja przyjdzie po ciebie. Dopadną cię.

Małpa miała rację, oczywiście. Zachował się jak kompletny idiota. Ale ostatecznie jakie to miało

teraz znaczenie?

− Trudno – powiedział Jan. – Już nic na to nie poradzimy. Najpierw wydostańmy cię z łap tych

śmieciarzy, potem będziemy się martwić. Masz jakiś pomysł, jak to zrobić?

Małpa milczała przez chwilę.
−  Kierują  się  na  wylotówkę  –  powiedziała  w  końcu.  –  Znaczy,  że  będą  zjeżdżać  do  bazy.

Wyprzedź ich, poprowadzę cię na wysypisko. Zaczaisz się tam na nich, a kiedy przyjadą… No cóż,
będziesz wiedział, co robić.

Jan  posłusznie  przyspieszył  i  wyprzedził  śmieciarkę.  Prowadzony  przez  Różową  Małpę  w

niespełna  kwadrans  dojechał  na  wysypisko.  Samochód  zostawił  na  chodniku  pod  bocznym
ogrodzeniem,  a  sam  przelazł  przez  siatkę.  Przekradając  się  między  kupami  rozmaitego  śmiecia,
doszedł pod główną bramę. Tam przyczaił się i obserwował.

Śmieciarka  nadjechała  po  kilku  minutach.  Wysiadło  z  niej  dwóch  facetów.  Trzeci  wyszedł  ze

stróżówki  i  zaczął  z  nimi  gadać.  Z  tej  odległości  Jan  nie  był  w  stanie  rozróżnić  słów,  docierał  do
niego  tylko  jednostajny  bełkot,  przerywany  od  czasu  do  czasu  wybuchami  śmiechu.  W  pewnym
momencie jeden ze śmieciarzy wrócił do ciężarówki i zdjął z paki małpę. Rzucił ją stróżowi. Tamten
coś  powiedział  i  wszyscy  wybuchli  śmiechem.  Potem  dwaj  faceci  załadowali  się  z  powrotem  do
swojego  wozu.  Śmieciarka  odjechała  w  głąb  wysypiska,  a  stróż  chwycił  małpę  za  łapy  i  na

background image

pożegnanie zakręcił nią nad głową. W końcu wrócił do swojej budki.

Jan poczuł, że nadeszła jego szansa. Podkradł się pod stróżówkę. I zamarł.
Nie wiedział, co robić.
Przecież  nie  będzie  urządzał  jakiejś  akcji  antyterrorystycznej.  Nie,  nie  tak  należało  się  za  to

zabrać.

Przeszukał  spodnie  i  w  jednej  z  kieszeni  znalazł  pięć  dych.  Powinno  wystarczyć.  Ostatecznie

dla stróża Małpa była tylko starą zabawką. Ale co, jeśli nie wystarczy? Co, jeśli stróż, podobnie jak
śmieciarze, zna jej prawdziwą wartość?

„Wtedy będę się martwił” – pomyślał Jan i wkroczył do stróżówki.
− Dzień dobry – powiedział.
− Dobry – odparł stróż, ledwo odrywając wzrok od małego telewizorka.
Różowa  Małpa  z  nadzieją  spojrzała  na  Jana.  Stróż  powiesił  ją  na  klamce  małego  okienka,  z

łapami zawiązanymi nad głową.

− Chciałbym kupić tę pluszową zabawkę – powiedział Jan, wskazując Małpę.
Teraz stróż się zainteresował.
− Naszą szczęśliwą małpę?
− Eee… Tak. Mogę panu pięć dych za nią dać.
− Pięć dych? – parsknął stróż. – Panie, co pan? Ta małpa jest warta o wiele więcej.
− Ale… to tylko zwykła pluszowa małpa, prawda?
− To po co pan chcesz ją kupować?
− Tak się składa, że kolekcjonuję akurat małpy tej firmy – skłamał gładko Jan. Nigdy nie miał z

tym problemu. – Wiedział pan, że wyprodukowano ich zaledwie sto?

−  Serio?  –  stróż  podejrzliwie  zmrużył  oczka.  –  Coś  takiego…  Kto  by  pomyślał.  Ale  małpa  nie

jest na sprzedaż.

−  Człowieku  –  zirytował  się  Jan.  –  Przecież  to  podarty  szmaciak,  ile  on  może  być  dla  ciebie

wart? Pięć dych ci nie starczy?

− To szczęśliwa małpa – wyjaśnił stróż. – Ferdek w zeszłym tygodniu znalazł dzięki niej stówę,

a  Andrzej  i  Seba  wczoraj  znaleźli  prawie  trzy.  I  jeszcze  Ferdek  wygrał  radioodbiornik.  Nie,  panie,
małpa nie jest na sprzedaż. Teraz jest moja kolej, żeby ją trzymać i nie mam zamiaru tracić okazji.

Jan poczuł, że ogarnia go rozpacz. Nerwowo przetarł czoło.
Małpa wpatrywała się w niego przenikliwie swym jedynym okiem.
− Tym razem będziesz musiał go zabić, wiesz o tym, prawda? – powiedziała.
−  Nie  –  odparł  Jan,  nie  przejmując  się  obecnością  stróża.  –  Słuchaj  pan,  pojadę  do  domu  i

zaraz przywiozę… przywiozę… pięć stów. Pasuje? Pięć stów, co?

−  Daj  pan  spokój  –  odparł  stróż.  –  Takie  coś  trafia  się  raz  w  życiu.  Pan  mi  dasz  pięć  stów,  a

jutro bym szóstkę w totka strzelił. Nie ma głupich.

− Zabij go, to jedyne wyjście – wtrąciła się Małpa.
− Nie, zamknij się, nie mogę! – krzyknął Jan.
Stróż uniósł się z miejsca.
− E, tylko bez awantur! Małpy nie dostaniesz pan i tak, więc lepiej się stąd zabieraj.
− Zabij go. Wiesz, że go nie przekonasz.
− Przekonam – jęknął Jan. – Przekonam…
−  No  to  spróbuj  –  odparła  Małpa.  –  Przekonaj  go,  chcę  to  zobaczyć.  Zaproponuj  mu  swój

background image

samochód.

− Panie, słuchaj pan… − zaczął stróż, ale Jan zaraz mu przerwał.
− Nie, to pan posłuchaj – powiedział. – Mam tu samochód zaparkowany, ford, siedmioletni, w

dobrym stanie, jeszcze nie ma stu tysięcy, oddam go za tę małpę…

− A idź mi pan stąd z tymi banialukami! – zdenerwował się stróż. – Samochody będziesz pan

rozdawał? Nie ma głupich.

−  Spójrz  w  prawo  –  odezwała  się  ponownie  Małpa.  –  Widzisz  klucz  francuski?  Tam,  na

kaloryferze. Weź go. Zabij skurwiela.

− Nie, przecież… Nie! Nie! – rozwrzeszczał się Jan.
Stróż cofnął się trochę. Sięgnął po coś pod biurko.
− Won mi stąd! – krzyknął.
− Nie!
− Zabij go!
− Won, psycholu!
− Zabij!
− Nie!
− Wooooon!!!
Jan obrócił się na pięcie i wybiegł ze stróżówki.
Stróż  opadł  ciężko  na  fotel.  Rozluźnił  się  nieco,  puścił  kij  bejsbolowy,  który  na  takie  wypadki

trzymał  pod  biurkiem.  Przyszło  mój  jednak  do  głowy,  że  warto  by  było  zadzwonić  po  Andrzeja  i
Sebę. Nigdy nie wiadomo, co taki psychol…

Drzwi z hukiem wyleciały z framugi. Wpadł przez nie Jan. Nawet nie spojrzał na klucz francuski

leżący  na  kaloryferze.  Podbiegł  prosto  do  stróża  i  wyrżnął  go  w  twarz.  Tamten  zalał  się  krwią  i
przewrócił razem z fotelem. Jan przeskoczył biurko i siadł mu na piersi. Zaczął go okładać na oślep
pięściami.

− Zabij! Zabij! – dopingowała małpa.
Z  początku  stróż  próbował  niezdarnie  się  bronić,  ale  potem  już  tylko  rzęził,  podczas  gdy  Jan

miażdżył mu nos, rozgniatał wargi o zęby i tłukł jego głową o ziemię. Po chwili jego twarz zmieniła
się w bezkształtną krwawą masę. Z pękniętej czaszki sączyła się krew, a uszami wypływała jakaś
kleista ciecz.

Jan nawet nie zauważył, kiedy facet umarł. Dopiero po kilku ładnych minutach zorientował się,

że  okłada  trupa.  Wtedy  uniósł  się  z  ziemi.  Zerwał  Małpę  z  okna  i  chciał  uciekać,  ale  ona  go
powstrzymała.

− Musisz zatrzeć za sobą ślady – powiedziała.
− Jak? – zapytał.
− Tam w kącie stoi mała kuchenka gazowa. Wysadź butlę.
− Nie jest trochę za mała?
− Wystarczy, żeby wszystko się od niej zajęło. Tylko podciągnij ciało gdzieś blisko.
− Okej. – Jan przeciągnął martwego stróża w pobliże kuchenki. – Co teraz?
− Oglądałeś „McGyvera”?
− Pewnie.
− No to się w niego zabawimy. Weź czajnik. Załóż dziubkiem na zawór butli. Uszczelnij czymś,

jakąś  szmatą.  Może  być  i  to.  Teraz  drugą  szmatę  włóż  pod  wieczko.  Dobrze  dociśnij.  Odkręć

background image

zawór. Masz czym podpalić szmatę?

− Nie.
− Stróż na pewno ma. Musiał czymś zapalać to ustrojstwo.
Jan szybko przejrzał kieszenie stróża. Znalazł paczkę zapałek.
− Świetnie – powiedziała Małpa. – Zapalaj i spadamy.
Jan  podpalił  lont  swojej  amatorskiej  bomby  z  opóźnionym  zapłonem  i  wybiegł  ze  stróżówki  z

Różową  Małpą  przerzuconą  przez  plecy.  Eksplozja  nastąpiła  chwilę  potem.  Nie  była  zbyt
widowiskowa, ale zgodnie z planem budka zaczęła się palić.

Potem poszło już łatwo. Jan przeszedł przez ogrodzenie w tym samym miejscu co wcześniej,

wsiadł  do  samochodu  i  pojechał  do  domu.  Gdy  tam  dotarł,  wszedł  do  sypialni,  położył  małpę  na
łóżku, a sam siadł na krześle naprzeciwko niej. Był wyczerpany.

− No i co będziemy teraz robić? – zapytał.
Małpa nie odpowiedziała.
Jan  ziewnął.  Był  senny,  czuł,  że  oczy  same  mu  się  zamykają.  W  jego  głowie  wszystkie

wydarzenia  dnia  utworzyły  jedną  wielką,  niezrozumiałą  plątaninę  rzeczy,  które  chyba  wcale  nie
przytrafiły się jemu.

Więc komu?
To proste. Przecież temu chłopcu, który miał psa. Tak, właśnie jemu.
Nagle tkwiący w kieszeni Jana telefon zaczął wibrować. Jan wyciągnął go i przez chwilę patrzył

bezmyślnie  na  wyświetlacz.  Dzwonił  szef.  Szef…  No,  jak  szef  dzwoni,  to  chyba  trzeba  odebrać,
nie?

Nacisnął zieloną słuchawkę.
− Halo?
− Janek? No, Bogu dzięki, już myślałem, że się do ciebie nie dobiję! Co się z tobą dzieje?
− Bardzo przepraszam, panie kierowniku, ale chyba się czymś zatrułem – odpowiedział Jan. –

Obawiam  się,  że  byłem  do  tego  stopnia  niedysponowany,  że  cały  dzień  musiałem  spędzić  w
łazience i to w dość niekomfortowej pozycji.

−  A,  to  chwała  Bogu!  –  ucieszył  się  dość  nieadekwatnie  kierownik.  –  Już  się  bałem,  że  coś

poważnego ci się stało, jakiś, uchowaj Boże, wypadek czy co. A tu u nas urwanie głowy!

−  Nie,  nie,  nic  z  tych  rzeczy.  Jutro  już  będę  w  pracy,  panie  kierowniku,  niech  pan  się  nie

martwi. Przyniosę L4 od lekarza.

− Oj, to już się nie kłopocz – odparł szybko kierownik. – Grunt, że będziesz. Bez ciebie to mi te

baby na głowę by wlazły. No nic, to zdrowiej i do jutra.

− Do widzenia, panie kierowniku.
Jan  wyłączył  telefon  i  uniósł  wzrok.  Przez  chwilę  przyglądał  się  Małpie.  Jego  myśli  krążyły

wokół  urzędu  pocztowego.  Prawie  wybuchnął  śmiechem,  kiedy  wyobraził  sobie,  co  szef  musiał
przeżyć pod jego nieobecność.

Nagle zabrzmiał dzwonek do drzwi, wyrywając go z zadumy. Jan nie zdziwił się, choć pewnie

powinien.  Wstał,  poszedł  do  przedpokoju,  wyjrzał  na  klatkę.  Stał  tam  jakiś  facet.  Wydawał  się
znajomy, być może był którymś z sąsiadów.

− Dzień dobry – powiedział. – Znalazłem to pod drzwiami… To pańskie?
Jan  zmęczonym  wzrokiem  popatrzył  na  brelok  z  kluczykami  samochodowymi,  który  tamten

trzymał  w  dłoni.  Pokręcił  powoli  głową,  ale  na  wszelki  wypadek  obmacał  kieszenie.  Jego  kluczyki

background image

były na swoim miejscu.

− To chyba od skody – ciągnął nieznajomy. – Jeśli to nie pańskie, to może wie pan…?
− Nie. Przepraszam – odparł szybko Jan.
− No nic, trudno. To może zostawię je u dozorcy. Do widzenia.
− Do widzenia.
Jan  odetchnął  z  ulgą.  Nie  miał  w  tej  chwili  ochoty  z  nikim  gadać.  Musiał  przygotować  się  na

następny dzień do pracy. Nie był pewien, czy ma jeszcze czyste koszule, więc poszedł sprawdzić,
czy  jakaś  wisi  na  suszarce  w  łazience.  Okazało  się,  że  nie,  więc  zajrzał  do  kosza  na  pranie.  Tak,
tam było ich sporo. Cóż, może zdążą wyschnąć przez noc.

Nasypał proszku do komory w pralce i zaczął ładować bęben, kiedy w jego głowie odezwał się

jakiś ostrzegawczy brzęczyk: „Drzwi! Drzwi! Zamknąłeś drzwi? Przekręciłeś zamek?”.

Obrócił się gwałtownie i wybiegł, ale nie do przedpokoju, tylko do sypialni.
Małpy nie było na łóżku.
Pobiegł  do  kuchni.  Nagle  poczuł,  że  coś  zimnego  pojawiło  się  w  jego  brzuchu.  Na  chwilę  go

zamroczyło.  Ale  Małpa  tam  była,  siedziała  na  stołku  przy  stole.  Całe  szczęście…  Przecież  ktoś
mógł ją ukraść, mógł ja porwać!

To coś zimnego w jego brzuchu poruszyło się i nagle Jan zrozumiał, że łączy się jakoś z czarną

rękojeścią  kuchennego  noża,  wyrastającą  tuż  pod  zagięciem  jego  koszuli,  nieco  z  boku,  niedaleko
miednicy. Nóż spoczywał w silnej męskiej dłoni. Jan znał tę dłoń, bo wcześniej widział w niej brelok
z kluczykami. Z niedowierzaniem popatrzył na małpę.

Na biało-burym pysku zagościł bardzo ludzki uśmiech. Jedyne oko błyszczało. Przyglądała się z

rozkoszą, jak nóż obraca się, rozpruwając Janowi jelita.

− I co teraz? – zapytał facet od kluczyków, odpychając od siebie omdlewające ciało.
− Oglądałeś kiedyś McGyvera? – odpowiedziała pytaniem na pytanie małpa.

background image

Lwica

Maria  dość  swobodnie  przepłynęła  od  wieczoru  spędzonego  na  wakacyjnym  seksie,  przez

gorącą  turecką  noc  pełną  romantycznych  (i  nadal  trochę  erotycznych)  fantasmagorii  na  temat
podróży  poślubnej,  którą  odbyli  z  Andrzejem  siedem  lat  wcześniej,  aż  po  rześki  poranek,
dźwięczący  śpiewem  ptaków  i  powodziami  słonecznego  blasku  wdzierający  się  przez  okno  do
sypialni.  Tak,  to  jest  coś,  czego  każde  małżeństwo  od  czasu  do  czasu  potrzebuje,  jak  okresowy
przegląd  w  samochodzie.  Trzeba  sprawdzić,  czy  wszystko  jest  na  swoim  miejscu.  Przede
wszystkim  serce,  choć  i  o  innych  częściach  ciała  nie  należy  zapominać.  Każdy  zabiera  się  za  to
inaczej,  ale  dla  młodych  (jeszcze)  państwa  Kosockich  powtórka  z  miesiąca  miodowego  w  Turcji
zdawała się strzałem w dziesiątkę.

A przegląd zdecydowanie był im potrzebny. Nad ostatnimi kilkoma miesiącami wisiał jakiś cień,

choć  Maria  nie  mogła  sobie  przypomnieć,  czy  coś  niedobrego  właściwie  się  działo.  Zresztą  teraz
wszystko  to  wydawało  się  nierealne  i  dalekie,  jak  koszmar,  o  którym  zapomina  się,  gdy  tylko
wstanie  słońce.  Gdzieś  w  tej  części  jej  mózgu,  którą  zwykła  zwać  „piwnicą”  kryły  się  co  prawda
jakieś  wspomnienia.  Wyglądały  prawdopodobnie  jak  wielka  kula  smarków,  składająca  się  z
szaleństwa pracy i ciągłego stresu. Gdyby chciała, mogłaby z tej kuli coś wydobyć: jakieś migawki
płaczu, fragmenty rozmów z mamą, groźnie pozgrzytujące imię Katarzyna… Ale nie chciała.

Była  siódma  rano,  przez  otwarte  na  oścież  okno  wpływało  pachnące  wakacjami  powietrze,  a

Maria  była  szczęśliwa.  Andrzej  jak  zwykle  zerwał  się  o  szóstej,  napachnił  cały  dom  kawą  i  teraz
siedział  w  sąsiednim  pokoju,  zapamiętale  waląc  w  klawisze  starej  maszyny  do  pisania,  którą
odziedziczył po dziadku. Innymi słowy – też był szczęśliwy. Szczęście Andrzeja objawiało się tym,
że wracał do pisania powieści, którą zaczął jeszcze na studiach ‒ koniecznie używając do tego celu
totemicznego zabytku z czasów PRL-u.

Maria  przeciągnęła  się  leniwie,  rozkoszując  się  zapachem  swojego  mężczyzny,  którym  była

przesiąknięta  ich  wymięta  pościel.  W  nagłym  przebłysku  czegoś,  co  psychologowie  nazywają
osobowością  narracyjną,  postanowiła  nawet  zamruczeć  z  zadowolenia  jak  kotka  –  koniecznie  jak
kotka, bo tak właśnie czynią zadowolone z życia kobiety w książkach. Potem uniosła się i…

…zamarła.
Niewielki,  piętrowy  domek,  który  państwo  Kosoccy  postanowili  wynająć  na  wakacje,  był

malowniczo  położony  na  zboczu  porośniętego  drzewami  wzgórza.  Otaczały  go  głównie  pinie  i
trochę  innych  iglaków  o  fantazyjnie  poprzeginanych  pniach  i  rozłożystych  konarach.  Z  daleka
wyglądały,  jakby  chciały  się  przytulić  do  stoku.  Człowiek,  od  którego  wynajęli  domek  –  Musad,
Musfad,  Mufhad  czy  jakoś  tak  –  powiedział,  że  to  wiatr  je  tak  uformował.  „Jesienią  zaczyna  tu
wiać, jakby wszystkie szejtany kogoś gnały”.

Jedno  z  tych  drzew,  wyjątkowo  stare  i  rozrośnięte,  sięgało  gałęziami  aż  do  okien  na  piętrze

domu.  Jego  rozpłaszczone,  rozłożyste  konary  utworzyły  coś  na  kształt  naturalnego  ganku,  choć
oczywiście nikt przy zdrowych zmysłach nie próbowałby na nim stawiać foteli. Siadały na nim tylko
ptaki i być może to one właśnie zwabiły patrzącą teraz na Marię…

background image

…kotkę.
Bardzo  dużą  kotkę  o  płowej  sierści  i  okrągłych,  żółtych  ślepiach.  Właściwie…  właściwie…  I

Maria uświadamiała to sobie bardzo powoli… To nie była kotka. To była lwica.

W  pierwszej  chwili  Maria  nie  poczuła  strachu,  tylko  fascynację,  jakby  była  w  zoo.  Podziwiała

lśniącą  sierść  wielkiej  kocicy,  jej  umięśnione  łapy  i  kształtną  głowę.  Dopiero  po  kilku  sekundach
zdała  sobie  sprawę,  jak  niewiele  je  dzieli  –  tylko  otwarte  okno.  Żadnych  krat,  ani  szyb.  Ta
obserwacja  sprawiła,  że  w  umyśle  Marii  też  otworzyło  się  jakieś  okienko,  przez  które  zaczęły
napływać  obrazy  z  telewizji  i  kolorowych  gazet.  Widać  było  na  nich  lwy  atakujące  gazele,  gnu,
zebry, a także – ludzi. Z tymi obrazami nieuchronnie wlała się fala paniki.

Maria  usiadła  gwałtownie  na  łóżku.  Chciała  krzyknąć,  ale  z  jej  ust  wydobył  się  tylko  krótki,

urwany  odgłos,  jak  szczeknięcie  albo  czknięcie.  Lwica  niespokojnie  powiodła  za  nią  wzrokiem.  Jej
nozdrza rozdęły się. Mięśnie grzbietu zadrgały, wprawiając płową sierść w falowanie.

‒ „Zawołaj Andrzeja!” – krzyknął jakiś głos w głowie Marii.
Bardzo chciała go posłuchać, ale tymczasem troll zdrowego rozsądku zaczął już wpychać trolla

paniki  z  powrotem  do  piwnicy.  Jeśli  zacznie  się  drzeć,  to  może  sprowokować  lwicę  do  ataku.  A
nawet jeśli nie, to co zrobi Andrzej, kiedy wparuje tutaj, zwabiony jej krzykiem? Zatłucze lwa gołymi
pięściami? E-e.

‒ „Poczekaj, aż coś odwróci jej uwagę i wtedy bardzo spokojnie podejdź do okna i je zamknij” –

powiedział troll zdrowego rozsądku.

‒ „A jeśli ona rzuci się na mnie?” – odparła w myślach Maria.
‒  „Weź  swoją  pościel  i  rzuć  jej  na  głowę.  Na  jakiś  czas  się  zaplącze.  Widziałem  to  kiedyś  na

filmie. A ty wtedy zwiewaj i zamknij ją w pokoju.”

Maria pokiwała głową i powoli zaczęła ściągać do siebie pościel. Lwica przez chwilę przyglądała

jej się z zainteresowaniem, ale potem ziewnęła i odwróciła głowę na bok.

Maria poczuła, że to jej szansa. Poderwała się z łóżka i skoczyła do okna, co oczywiście było

durnym  pomysłem.  Lwica,  zaalarmowana  hałasem,  uniosła  się  i  prychnęła  gniewnie,  osadzając
Marię na miejscu. Ich oczy spotkały się.

‒  „No  chodź,  kochanie,  chodź,  spróbuj  tylko,  złociutka”  –  zdawało  się  mówić  spojrzenie  lwicy.

To było złe spojrzenie: hipnotyzujące. Przyciągające i przerażające zarazem. Maria chciała odwrócić
wzrok, ale nie mogła, bo nagle zrodziło się w niej irracjonalne przekonanie, że jeśli to zrobi, zginie.

‒ „Spokojnie” – powiedział troll zdrowego rozsądku. – „Miało być spokojnie.”
Lwica położyła się z powrotem na konarze, wciąż patrząc Marii prosto w oczy.
‒ „Zbiera się do skoku” – pomyślała Maria.
‒  „Nie,  nie,  nic  z  tych  rzeczy.”  –  Zaczął  ją  uspokajać  jej  troll.  –  „Ma  łapy  na  bok.  Gdyby

szykowała  się  do  skoku,  to  podwinęłaby  je  pod  siebie.  A  teraz…  Idź  spokojnie  w  jej  stronę.  Nie
spuszczaj z niej oka. Trzymaj pościel w pogotowiu. I spróbuj zamknąć to pieprzone okno.”

‒ Okej – szepnęła Maria i powoli posuwając stopy po posadzce ruszyła przed siebie.
Wydawało jej się, że zajęło to całe wieki, ale w końcu zbliżyła się do okna na tyle, że mogła je

zamknąć.  Lwica  znajdowała  się  teraz  może  metr  od  niej.  Maria  wyraźnie  czuła  zapach  futra  i
zwierzęcego potu albo może moczu. Wydał jej się obcy, w jakiś sposób nieprzystający do świata, w
którym pani Kosocka żyła, jadła i oglądała telewizję.

Sięgnęła do klamki okna.
‒ „Tylko spokojnie!” – krzyknął troll, ale było już za późno.

background image

Maria gwałtownie pchnęła okno do framugi.
Lwica  poderwała  się  z  miejsca.  Skoczyła.  Głucho  rąbnęła  o  szkło.  Maria  instynktownie  rzuciła

się całym swym ciężarem naprzód, żeby tylko nie pozwolić jej wedrzeć się do środka.

Wielka  kocica  straciła  równowagę,  zakręciła  się,  przeszorowała  pazurami  po  ścianie  i  o  mały

włos nie runęła na ziemię. Udało jej się jednak jakoś tak wywinąć, że utrzymała się na gałęzi.

Maria wykorzystała swoją szansę i z hukiem zatrzasnęła okno.
‒ Ty dziwko! – wrzasnęła. – Ty pieprzona, pieprzona dziwko!
I zaczęła płakać.
Lwica tymczasem prychnęła gniewnie i ruszyła wzdłuż konaru – poza jej pole widzenia.
W pokoju obok rozległo się niespokojne szuranie.
‒ Iśka?! – zawołał Andrzej. – Co tam się na litość Boską dzieje?
Maria usłyszała, jak rusza w stronę drzwi.
‒  „Teraz  już  wszystko  będzie  dobrze”  –  pomyślała.  –  „Andrzej  tu  przyjdzie  i  wszystko  będzie

dobrze…”

Ale wiedziała, że to nieprawda. Po prostu potrzebowała chwili, żeby to sobie uświadomić.
‒  Nie  wychodź!  –  wrzasnęła  i  zgodnie  z  jakąś  przedwieczną,  ponadczasową  logiką  kosmosu

sama pobiegła do drzwi.

Między sypialnią, a pokojem, który Andrzej ochrzcił dumnym mianem „studium”, biegł korytarz,

kończący  się  z  jednej  strony  schodami,  a  z  drugiej  –  oknem.  To  okno  znalazło  się  tam  głównie
dlatego,  że  architektowi,  który  projektował  dom,  bardzo  podobała  się  wizja  trzech  lukarn
wyrastających z dachu niczym wieże zamku, ale niestety zabrakło mu pokoi, do których mógłby je
wcisnąć.  Odległość  między  tą  konkretną  lukarną  a  wejściem  do  sypialni  wynosiła  około  półtora
metra,  co  pokrywa  się  z  grubsza  z  długością  ciała  przeciętnej  lwicy.  Maria  przekonała  się  o  tym,
gdy  coś  ciężkiego  i  rozpędzonego  uderzyło  w  drzwi,  które  próbowała  otworzyć,  wtłaczając  ją  z
powrotem do pokoju.

‒ Nie wychodź! – wrzasnęła ponownie.
Odpowiedział  jej  odgłos  otwieranych  drzwi.  Potem  rozległo  się  głuche  uderzenie  i  krótki  krzyk

Andrzeja.

‒ Andrzej!
‒ Chryste tam jest pieprzony lew!
‒  Andrzej!  Andrzej!  Nic  ci  nie  jest?!  Powiedz,  że  nic  ci  nie  jest!  Powiedz,  że  nic  ci  nie  jest!

Powiedz, że nic ci nie jest!

Teraz  Maria  rozryczała  się  już  na  dobre  i  nawet  nie  słyszała,  kiedy  Andrzej  próbował  ją

uspokajać.

‒ Iśka, nic mi nie jest, spokojnie, nic mi nie jest…
Dopiero jego krzyk zwrócił jej uwagę.
‒ Maria!
Przeszedł ją gwałtowny dreszcz.
‒  Posłuchaj  mnie  –  powiedział  Andrzej.  –  Musimy  wezwać  pomoc.  Jakichś  gliniarzy,  ludzi  z

zoo, kogokolwiek. Tam u ciebie powinny być nasze komórki. Znajdź je, w porządku? W porządku?
Słyszysz mnie, kochanie?

‒ Tak… tak…
‒ Okej. Znajdziesz komórkę?

background image

‒ Tak.
Maria  dopiero  teraz  zdała  sobie  sprawę,  że  leży  na  podłodze  pod  drzwiami,  do  połowy

zawinięta w pościel, która miała być jej bronią przeciw lwicy. Na oślep wymacała nad swoją głową
klamkę do drzwi. Pod nią sterczał klucz. Przekręciła go.

Teraz  mogła  się  podnieść.  Kopnięciem  odsunęła  od  siebie  prześcieradła  i  poprawiła  koszulę

nocną,  która  zdążyła  jej  się  zsunąć,  odsłaniając  jedną  pierś.  Odetchnęła  głęboko.  I  w  tym
momencie  zdała  sobie  sprawę  z  jeszcze  jednej  rzeczy.  Z  korytarza  dochodził  rytmiczny  dźwięk,
jakby ktoś uderzał gąbkową piłką w bęben. Tomp, tomp, tomp, tomp. Raz trochę dalej, raz trochę
bliżej. Tomp, tomp, tomp, tomp. Bez przerwy.

Na nowo zaczęła ją ogarniać panika, ale głos Andrzeja pomógł jej się opanować.
‒ I jak, masz ją?
‒ Już szukam – odparła.
‒  Spokojnie,  Isiu,  wszystko  będzie  dobrze.  Znajdź  tylko  komórkę,  to  zadzwonimy  po  pomoc.

Póki siedzimy w pokojach, nic nam nie może zrobić.

Maria  pokiwała  głową,  otarła  nos  i  zaczęła  się  rozglądać  po  pokoju.  Najpierw  sprawdziła  na

stoliku  nocnym,  potem  w  swoich  dżinsach,  potem  w  dżinsach  Andrzeja,  a  w  końcu  w  małym
plecaczku,  który  nosili  ze  sobą,  kiedy  chodzili  na  wycieczki.  Nigdzie  tam  nie  było  żadnego  z  ich
telefonów. Wykonawszy nerwowe kółko po pokoju, wróciła do stolika nocnego. Przecież tu zawsze
kładła  swój  telefon,  bo…  Bo  niedaleko  było  gniazdko  i  mogła  go  podłączyć  do  ładowania,  tylko…
Gwałtownym ruchem odsunęła na bok stolik…

…tylko gniazdko się spaliło. Andrzej miał zadzwonić do faceta, od którego wynajęli dom, żeby

ktoś  przyjechał  i  je  naprawił,  ale  jeszcze  tego  nie  zrobił.  Więc  podłączyli  telefony  w  kuchni…  Na
dole.

Maria poczuła się tak, jakby ktoś spuścił z niej całe powietrze. Podeszła do drzwi i oparła się o

nie.

‒ Andrzej – odezwała się.
‒ Tak, kochanie?
‒ Zostawiłam telefon na dole…
‒ Jak to… Chryste! Ja… Na dole?
‒ Tak.
‒ Jezu, kurwa, Jezu święty! Gdzie na dole?
‒ W kuchni.
Zapadła  cisza.  Ustał  nawet  miarowy  odgłos  kroków  na  korytarzu.  Maria  wyobraziła  sobie,  że

lwica usiadła pod jej drzwiami i słucha, słucha uważnie. Przeszedł ją dreszcz.

‒ W porządku – powiedział w końcu Andrzej. – W porządku. Okej, wiem… wiem, co zrobimy.

Musisz…

‒ Andrzej! – przerwała mu.
‒ Co? Co jest?
Zawahała się. No właśnie, co? Lwica słucha? Usłyszy wasz plan? Nie bądź kretynką!
‒ Nic, nic… Co mam zrobić?
‒ Musisz jakoś odwrócić jej uwagę. Zacznij trzaskać drzwiami, czy coś takiego. Tylko uważaj,

żeby jej nie wpuścić do pokoju. To tylko zwierzę, jak kot. Kiedy zacznie atakować drzwi, nie będzie
się rozglądać. Wtedy spróbuję się za nią przemknąć i zejść do kuchni.

background image

‒ A jeśli…?
‒ Nie bój się. Zamknę się tam i wezwę pomoc. W porządku?
‒ Tak.
‒ Jesteś gotowa?
‒ Tak.
‒ Okej… Okej… Jak powiem już, to zacznij trzaskać… Już!
Maria posłusznie przekręciła klucz, otworzyła drzwi i już miała nimi trzasnąć, kiedy coś uderzyło

w nie z dużą siłą od zewnątrz. Maria krzyknęła, ale spróbowała ponownie odepchnąć drzwi. Lwica
znowu je zaatakowała. Tym razem dało się słyszeć jej pazury, żłobiące głębokie bruzdy w drewnie.

Marię  nagle  ogarnęła  złość.  Poczuła,  że  nie  chce  już  tylko  odwrócić  uwagi  lwicy,  chce  ją

skrzywdzić,  zanim  ona  skrzywdzi  ją  lub  jej  mężczyznę.  Z  całej  siły  kopnęła  drzwi  i  ku  swojej
satysfakcji usłyszała, że po ich drugiej stronie coś chrupnęło nieprzyjemnie. Kopnęła jeszcze raz, ale
tym razem lwica była gotowa. Odbiła drzwi tak, że uderzyły Marię, przewracając ją na podłogę.

Potem  wydarzenia  potoczyły  się  bardzo  szybko.  Na  korytarzu  coś  się  zakotłowało.  Maria

usłyszała  krótki  krzyk,  a  następnie  głuche  uderzenie  ciała  walącego  się  po  schodach.  I  zapadła
cisza.

‒ Andrzej? – jęknęła Maria. – Andrzej?!
Cisza.
‒ Andrzej… An…
Zachłysnęła  się  powietrzem.  Umilkła.  Coś  zaczęło  szemrać  w  jej  głowie,  jakby  tysiąc  głosów,

szepczących naraz. Ale nie słuchała żadnego z nich.

‒ Ty dziwko! – warknęła. Trudno powiedzieć, do kogo właściwie się zwracała. – Ty dziwko!
‒  Ty  kretynko!  –  powiedział  troll  zdrowego  rozsądku.  Jego  głos  już  nie  rozbrzmiewał  w  jej

głowie.  Nie  widziała  go,  ale  była  pewna,  że  stoi  dwa  kroki  za  nią.  –  Dlaczego  pozwoliłaś  mu  tam
pójść?  Jesteś  pieprzonym  tchórzem  i  kretynką!  Dlaczego  nigdy  nie  myślisz?  Okno,  kretynko,
mogłaś wyjść oknem i po drzewie na dół! A potem znowu przez okno do kuchni! Teraz on nie żyje,
mężczyzna, który cię kochał, mężczyzna, który dla ciebie był gotów… No tak, bardzo pięknie, pójść
prosto w paszczę lwa! Przez ciebie nie żyje, przez ciebie, ty tępa dziwko!

‒ Nie – odparła głucho Maria. – Może nie… może wcale nie…
‒  Co?  Sądzisz,  że  spadł  i  jest  tylko  nieprzytomny,  tak?  „Może  wcale  nie…”  co?  Nie  zginął?

Może  lew  zmienił  się  nagle  w  weganina  i  wcale  nie  odgryza  teraz  kawałków  jego  twarzy,  nie
próbuje  wyrwać  mu  flaków  z  brzucha,  nie  zmienia  twojego  ukochanego  męża  w  krwawą  pulpę?
Wiesz  czym  jest  teraz  twój  mąż?  Jest  ciałem!  Jest  pieprzonymi  zwłokami!  Właściwie  jest
kawałkiem mięsa gotowym do oprawienia!

‒ Zamknij się! Zamknij się!
Maria  obróciła  się  gwałtownie,  gotowa  uderzyć  trolla,  ale  jego  oczywiście  tam  nie  było.  Za  to

dokładnie na wprost siebie ujrzała okno, a za nim – powykrzywiane konary rosnącego pod domem
drzewa.

Bez dłuższego namysłu podbiegła do okna, otworzyła je i zaczęła się gramolić na drugą stronę.

Zejście  po  grubych,  splątanych  gałęziach  jak  na  ironię  okazało  się  dziecinnie  proste  i  po  minucie,
może dwóch stanęła bezpiecznie na ziemi.

I co teraz?
Troll paniki zaczął znowu wyrywać się z piwnicy, wrzeszcząc:

background image

‒ Do samochodu! Do samochodu!
Jednak troll zdrowego rozsądku szybko go uciszył i zepchnął z powrotem na dół.
‒  Nie  masz  kluczyków.  Zostały  w  torebce,  w  przedpokoju.  Albo  wejdź  głównymi  drzwiami,

zabierz  je,  a  potem  zwiewaj,  albo  zakradnij  się  przez  okno  do  kuchni  i  wezwij  pomoc,  jak
planowaliście.

‒ Jeśli wezwę szybko pomoc, to jest szansa, że Andrzej…
‒ On nie…! – zaczął gniewnie troll, ale Coś mu przerwało.
To  Coś  ociężale  wypełzło  z  piwnicy,  przyduszając  wszystkie  inne  kryjące  się  tam  stworzenia.

Kiedy szło, wokół niego rozlewała się gęsta jak śluz ciemność, która spływała po jego niezliczonych
mackach. Coś miało tysiąc niewidzących oczu i tysiąc ust, które znały tylko jedno słowo:

‒ Zabij!
Przerażona Maria czym prędzej zepchnęła Coś do piwnicy.
‒ Co to było? – jęknęła.
‒  Nie  wiem  –  odparł  troll  zdrowego  rozsądku.  Jego  głos  wyraźnie  drżał.  –  Ale  lepiej  nie

pozwólmy, żeby wróciło.

‒ Nie. Lepiej nie – zgodziła się Maria. – Jeśli jest choć cień szansy, że Andrzej nadal żyje, to nie

mogę go tam zostawić. Muszę dostać się do tej kuchni. Pomożesz mi?

‒ Tak.
‒ No to ruszajmy.
Maria pospiesznie okrążyła dom i podeszła pod kuchenne okno. Było zamknięte.
‒ Niech to cholera – jęknęła. – I tak będziemy musieli wejść drzwiami.
‒ Czekaj, czekaj. Zajrzyj do środka.
‒ Po co? Nic tam nie ma. Garnki, noże, krzesła, zwykła kuchnia.
‒ A drzwi? Są zamknięte?
‒ Drzwi wejściowe?
‒ Nie, drzwi do kuchni.
‒ Tak. Ale nie na klucz. Chodźmy już!
‒ Czekaj!
‒ Nie ma czasu! – powiedziała niecierpliwie Maria.
‒ Wiem – odparł troll. – Dlatego wybij okno.
Maria  osłupiała  na  chwilę.  Potem  podniosła  największy  kamień,  jaki  udało  jej  się  znaleźć  i  z

całej  siły  rąbnęła  nim  w  okno.  Szybka  pokryła  się  pajęczyną  pęknięć,  ale  nie  wypadła.  Gdzieś  w
głębi domu rozległo się głośne szurnięcie.

‒ Jeszcze raz!
Maria  uderzyła  ponownie.  I  jeszcze  raz,  i  jeszcze…  W  końcu  udało  jej  się  wybić  sporą  dziurę,

przez którą przełożyła rękę i otworzyła okno od środka. Gdy tylko weszła do kuchni, zamknęła je za
sobą.

W  głębi  domu  znowu  rozległo  się  szurnięcie,  po  którym  nastąpił  trzask  jakiegoś  upadającego

mebla i dudnienie kocich łap o podłogę.

‒ Zamknij drzwi! – krzyknął troll.
Maria  rzuciła  się,  aby  wykonać  polecenie,  ale  nie  znalazła  klucza.  Jedyne,  co  przyszło  jej  do

głowy, to zaprzeć się i z całej siły przytrzymać klamkę.

Ułamek  sekundy  później  rozpędzona  lwica  gruchnęła  o  drzwi.  Marii  ledwo  udało  się  ustać  na

background image

miejscu  i  z  przerażeniem  zdała  sobie  sprawę,  że  te  drzwi,  w  odróżnieniu  od  tych  na  piętrze,
otwierają się do środka.

‒ Trzymaj! – Troll podał jej krzesło. – Podeprzyj tym klamkę. Właśnie tak!
Lwica ponownie uderzyła w drzwi. Prowizoryczna blokada drgnęła, ale wytrzymała. Rozległ się

protestacyjny jęk drewna.

Trzeci atak na szczęście nie nastąpił. Zniechęcona kocica odeszła. Tomp, tomp, tomp, tomp.
Maria westchnęła ciężko i zaczęła rozglądać się za telefonem. Jej komórka leżała grzecznie na

półce z filiżankami, podłączona do ładowania, więc podeszła do niej i wzięła ją do ręki. Spojrzała na
wyświetlacz.

USŁUGA NIEDOSTĘPNA.
Z niedowierzaniem pokręciła głową. Takie rzeczy zdarzają się tylko w amerykańskich horrorach

klasy  B.  Przecież  wykupiła  roaming,  jeszcze  wczoraj  dzwoniła  do  swojej  mamy.  W  dwudziestym
pierwszym  wieku,  żeby  stracić  zasięg  trzeba  wyjechać  do  cholernej  dżungli  amazońskiej.  Albo
chociaż w Bieszczady. W regionach turystycznych zasięg jest zawsze. Zawsze i…

Maria  mrugnęła.  Napis  „usługa  niedostępna”  nagle  zniknął,  a  przy  ikonie  antenki  pojawiły  się

trzy kreski.

Nie tracąc więcej czasu zaczęła wklepywać dziewięć-dziewięć-dziewięć. A potem uświadomiła

sobie,  że  nie  dość,  że  to  numer  na  pogotowie,  to  jeszcze  w  dodatku  na  polskie  pogotowie.
Zamarła.  Jaki  na  litość  boską  może  być  numer  na  turecką  policję?  Przecież  żaden  turysta  nigdy
tego nie sprawdza.

‒ Spróbuj sto dwanaście – poradził troll. – To podobno wszędzie działa.
Wykręciła podany numer i chwilę później jej serce podskoczyło z radości. W słuchawce odezwał

się miły, kobiecy głos, który nawijał coś po turecku.

‒ Hello, hello! – przerwała mu Maria. – I need help! I am polish turist, I need help please!
Jednak głos nie umilkł. Tym samym ciepłym, monotonnym tonem nadawał swój przekaz.
‒ Hello… ‒ spróbowała jeszcze raz Maria.
‒ To nagranie – wtrącił się troll. – Pewnie mówi ci, że nie ma takiego numeru. Albo poucza o

wszechogarniającej miłości Allacha. Allach jest zawsze przy tobie.

Marii na chwilę opadły ręce, ale wtedy przypomniała sobie, do kogo może zadzwonić.
Pospiesznie  wyszukała  numer  do  faceta,  od  którego  wynajęli  dom,  i  wcisnęła  zieloną

słuchawkę.

Turek  odebrał  po  zaledwie  trzech  sygnałach.  Rzucił  coś,  co  brzmiało  jak  „Allach”,  a  znaczyło

zapewne  „Słucham”  (dla  Marii  wszystkie  tureckie  słowa  brzmiały  jak  Allach,  a  przeciętne  tureckie
zdanie wyglądało dla niej mniej więcej tak: „Allach, lach, lach, lach-Allach.”)

‒ Maria Kosocka z tej strony. Panie Musfah…!
‒  Ach,  pani  Hosocka  –  odparł  Turek  zadziwiająco  poprawną,  choć  nieco  skażoną  obcym

akcentem polszczyzną. – Jah sie pani ma? Jah dom, szysko w porządku?

‒ Panie Musfah, niech pan posłucha! – przerwała mu Maria. – W moim domu jest lwica! Musi

pan wezwać policję!

‒ Lwica? – zdziwił się tamten. – Pani Hosocka, w Turcji nie żyją lwice.
‒ Co mnie to obchodzi! Może uciekła z zoo! Ale jest teraz w moim domu!
‒ Z zoo? Niemożliwe, pani Hosocka, niemożliwe. Do najblisze zoo jest ze szysta hilometrów.
‒ Posłuchaj mnie ty zasrany arabie! W moim domu jest pieprzona lwica, zabiła mojego męża!

background image

Więc nie tłumacz mi, że to niemożliwe, tylko wezwij policję!

W słuchawce na chwilę zapadła cisza.
‒  Dobrze,  pani  Hosocka,  zadzwonię,  dzie  tszeba  –  powiedział  w  końcu  Turek,  a  po  krótkim

wahaniu dodał jeszcze: ‒ Czy… czy ta… lwica… wyrządziła duże szody w domu?

Maria  nie  odpowiedziała,  tylko  z  krzykiem  cisnęła  telefonem  o  ścianę.  Potem  usiadła  na

podłodze i zaczęła płakać.

‒ Isiu…
Czyjaś dłoń musnęła jej kark. Podniosła pospiesznie głowę, ale w kuchni nie było nikogo poza

nią i trollem, który przysiadł w cieniu między kuchenką a zlewozmywakiem.

‒ Co teraz robimy? – zapytała trolla.
‒ Czekamy aż przybędzie kawaleria.
(Coś drgnęło w piwnicy i otworzyło jedno z tysiąca oczu.)
‒ Świetnie… świetny plan – zaczęła Maria, ale nagle przerwał jej czyjś głos.
‒ Isiu…
‒ Słyszałeś to? – spytała trolla.
‒ Tak – odparł tamten. – Jakby ze zlewu?
Maria poderwała się z ziemi, podbiegła do zlewu i zaczęła nasłuchiwać.
‒ Iśka, kochanie, jestem tu…
‒  Andrzej?  ‒  Marią  wstrząsnął  dreszcz,  niewiele  brakowało,  żeby  upadła.  Przycisnęła  ucho

ściany. – Andrzej… Nic ci nie jest?

‒  Tego  bym  nie  powiedział…  ale  żyję.  Chyba  straciłem  na  chwilę  przytomność.  Czuję  się

gorzej niż po księżycówce Wojtka, więc to musi być wstrząs mózgu. Pieprzone schody! – Andrzej
roześmiał się histerycznie.

‒ Jesteś bezpieczny? Zamknąłeś się w pokoju?
‒ Tak, wszystko w porządku.
‒  Dobrze,  poczekaj,  zaraz  do  ciebie  przyjdę.  Lwica  gdzieś  polazła,  zdążę  się  prześliznąć.

Pomoc już jest w drodze.

I nie namyślając się więcej rzuciła się do drzwi. Jednak troll zdrowego rozsądku wyskoczył ze

swojego kąta i chwycił ją za ramię.

‒ Co robisz?! – krzyknął. – Siedź na dupie, zaraz tu będzie policja!
‒ Odpieprz się! – Maria spróbowała oswobodzić ramię, ale troll miał silne palce.
‒ Przynajmniej weź ze sobą jakąś broń. Tu jest mnóstwo noży.
(Coś poruszyło się gniewnie w piwnicy; odrobina śluzu pociekła po jego mackach.)
Maria  odepchnęła  od  siebie  trolla,  ale  wzięła  nóż  –  największy,  jaki  udało  jej  się  znaleźć.  Tak

uzbrojona odsunęła krzesło spod drzwi i ostrożnie wyjrzała na korytarz. Po lwicy nie było ani śladu,
więc  powoli  wyszła  z  kuchni.  Drzwi  do  salonu,  w  którym  zamknął  się  Andrzej,  znajdowały  się
zaledwie  o  kilka  kroków  od  niej,  ale  musiała  przejść  przed  schodami.  Lwica  mogła  się  tam  na  nią
zaczaić.

Odetchnęła  głęboko  i  powoli  ruszyła  przed  siebie.  Kiedy  znalazła  się  niedaleko  schodów,

przystanęła i zaczęła nasłuchiwać, licząc na to, że w razie czego może usłyszy oddech dyszącego
zwierzęcia. Wydawało się jednak, że jedynym dźwiękiem, jaki można usłyszeć w całym domu jest
rozpaczliwe dudnienie jej własnego serca.

Wyjrzała za róg.

background image

Na schodach nikogo nie było, więc odwróciła się w stronę drzwi do salonu.
(Coś poruszyło się ponownie.)
Drzwi były otwarte.
‒ Isia? – odezwał się głos Andrzeja.
Maria weszła do salonu, ale nie ujrzała swojego męża.
(Przebudzenie Czegoś było bardzo gwałtowne. Nagły skurcz mięśni uniósł całe jego ciało, śluz

w jego wewnętrznych naczyniach wzburzył się. Potężne zwały mięsa nabrzmiały, wypełniając całą
piwnicę.  Tysiąc  oczu  otworzyło  się  naraz,  obracając  się  opętańczo,  gdyż  niczego  nie  mogły
zobaczyć. Tysiąc ust ryknęło zgodnie nieludzkim głosem. Coś rozsadziło drzwi do piwnicy i zaczęło
wypełzać, siejąc dookoła ciemność.)

Stworzenie,  które  na  nią  czekało,  nie  było  człowiekiem.  Trudno  też  powiedzieć,  żeby  było

zwierzęciem.  Miało  korpus  lwa  zwieńczony  dziwną,  złożoną  z  delikatnej,  połyskującej  tkanki
naroślą,  w  którą  wtopiony  był  fragment  ludzkiej  twarzy  z  jednym  okiem,  nosem  i  otwartymi  w
bezzębnym uśmiechu ustami.

‒  Chodź  do  mnie  Isiu,  chodź  do  mnie,  kochanie  –  powiedziała  twarz  Andrzeja  głosem

Andrzeja. Miękka tkanka, w której była osadzona, zafalowała.

(Coś wydostało się wreszcie z piwnicy, a jego macki wystrzeliły na wszystkie strony, oplatając

ciało Marii od wewnątrz.)

Maria  bez  słowa,  ani  krzyku  rzuciła  się  przed  siebie,  zamachując  się  nożem.  Ostrze  trafiło  w

różowawą tkankę i rozcięło ją bez problemu. Niby-głowa stoczyła się na ziemię, ale spod niej wyrósł
nagle łeb lwicy. Zwierzę zaatakowało z rykiem.

Maria  spróbowała  unieść  nóż  na  wysokość  twarzy,  żeby  wbić  go  w  gardło  lwicy,  ale  nie

starczyło jej czasu. Rozpędzone cielsko uderzyło w nią, wybijając jej powietrze z płuc i broń z ręki.
Przetoczyły się po podłodze i z hukiem wpadły na stolik telewizyjny. Ciężki, kineskopowy telewizor
zwalił się na ziemię.

Lwicę,  która  przyjęła  większą  część  uderzenia,  na  chwilę  zamroczyło.  Maria  spróbowała

poderwać  się  z  ziemi,  jednak  nie  była  w  stanie  utrzymać  równowagi.  Zataczając  się  rozpaczliwie,
wpadła  na  kanapę  i  przekoziołkowała  przez  nią  pod  szafę  ścienną.  Jedyne  co  mogła  zrobić,  to
wpełznąć do środka i zamknąć się tam, a i to udało jej się w ostatniej chwili. Lwica pozbierała się z
ziemi i skoczyła za nią. Jej pazury uderzyły w drzwi, które zatrzęsły się i wyraźnie wgięły.

Maria poderwała się pospiesznie na nogi. Na jej głowę posypały się wieszaki. Barkiem boleśnie

przysunęła w poprzeczkę, na której wisiały.

Lwica  wzięła  rozpęd  i  skoczyła  ponownie.  Rozległ  się  głuchy  trzask.  Drzwi  wgięły  się  jeszcze

bardziej.

‒  I  co  teraz?!  –  wrzasnęła  Maria,  licząc  na  to,  że  trollowi  zdrowego  rozsądku  uda  się  ją

usłyszeć. To jednak było niemożliwe.

Rozległ się głośny tupot kocich łap. Tomptomptomptomp. I zaraz drzwi jęknęły protestacyjnie.

Na ich powierzchni pojawiła się szpara, przez którą wpadła odrobina światła.

‒ Co teraz?!
‒ Zabij – odpowiedziało spokojnie Coś.
‒ Jak?! Na litość boską jak?!
Coś nie odpowiedziało. Nic więcej nie umiało powiedzieć.
Lwica znowu rąbnęła w drzwi, a Maria zaczęła się rozglądać po wnętrzu szafy. Jej nóż został

background image

na zewnątrz, wieszakami mogła najwyżej podłubać w zębach. Czym ma zabić tą pieprzoną bestię?
Przecież nie wbije jej w oczy obcasów swoich szpilek!

Wtem  jednak  przypomniała  sobie  o  poprzeczce,  w  którą  uderzyła.  Dotknęła  jej  dłonią  (lwica

zaatakowała  ponownie).  Była  to  zwykła  metalowa  rura,  długa  na  jakieś  półtora  metra,  zrobiona
zapewne z jakiegoś aluminium. Maria pociągnęła na próbę i rura wygięła się nieznacznie. Szarpnęła
mocniej, potem uwiesiła się na niej całym swoim ciężarem i zaczęła kołysać.

Nagle  drzwi  szafy  pękły  z  trzaskiem.  Przez  powstałą  dziurę  dostała  się  łapa.  Lwica  na  oślep

szukała swojej ofiary.

Maria cofnęła się w kąt, żeby uniknąć pazurów i pociągnęła z całych sił. Rura ułamała się mniej

więcej  w  dwóch  trzecich  długości.  Jej  koniec  wypadł  z  zaczepu  na  ścianie.  I  oto  Maria  miała  w
swych  dłoniach  włócznię.  Niezbyt  ostrą  (w  miejscu  złamania  wieńczył  ją  nierówny  występ)  i
zrobioną z aluminium, ale jednak włócznię.

Lwica wyciągnęła łapę i odsunęła się, by wziąć rozpęd do ostatecznego ataku.
‒ Zabij – powiedziało Coś.
Maria odczekała trzy uderzenia serca, a potem otworzyła drzwi szafy i wystawiła przed siebie

prowizoryczną  broń.  Lwica  nie  zdążyła  już  wyhamować.  Ostry  zadzior  wbił  się  prosto  w  jej
podbrzusze,  przebił  mięśnie  i  ugrzązł  we  wnętrznościach.  Ranione  zwierzę  padło  na  ziemię.
Skowycząc, zaczęło się wić.

(Coś wydało nieartykułowany, radosny odgłos.)
Maria oparła się całym ciężarem na „drzewcu”, wbijając włócznię głębiej w ciało lwicy. Nierówny

„grot” zatrzymał się dopiero na kręgosłupie.

Następnie skoczyła po nóż, który przyniosła z kuchni. Lwica spróbowała się podnieść i jeszcze

ją  zaatakować,  ale  Maria  była  szybsza.  Wbiła  szerokie  ostrze  w  gardło  zwierzęcia,  a  potem
odpełzła pod ścianę, z dala od trzepoczących wściekle, słabnących łap.

Dopiero, kiedy lwica ostatecznie znieruchomiała, odważyła się podnieść i podejść, by popatrzeć

na ciało. Zrobiła kilka kroków na miękkich nogach, a potem zgięła się nagle wpół i zwymiotowała.

(Coś wreszcie wydostało się z ciała Marii, by ucztować na świeżej krwi.)
Być może przewróciłaby się we własne rzygowiny, gdyby ktoś jej nie podtrzymał. Poznała silne

palce trolla zdrowego rozsądku.

‒ Jeszcze tylko muszę znaleźć Andrzeja – wysapała. – Jeszcze tylko to…
‒ Posłuchaj… ‒ zaczął troll, ale nie dała mu skończyć.
‒ Wiem, wiem… Chociaż jego ciało, proszę…
‒ Isiu. – Troll objął ją delikatnie. – Jego tutaj nie ma. Idź do samochodu. Zostawiłaś portfel w

schowku. Jak zwykle, kiedy jesteś zdenerwowana, a ostatnio… Ostatnio nie byłaś sobą. Tam zdaje
się zostawiłaś wizytówkę tej kobiety.

‒ Jakiej kobiety, o czym ty mówisz?
‒ Idź do samochodu, proszę.
Maria jak w transie wyszła z salonu. W przedpokoju wygrzebała kluczyki z torebki. Pobiegła na

podjazd, gdzie stał wynajęty ford focus. Jej dłonie się trzęsły, kiedy otwierała drzwi i wygrzebywała
portfel  ze  schowka.  W  jednej  z  przegródek  portfela  znalazła  zdjęcie  Andrzeja,  które  zawsze  nosiła
przy sobie. Spod niego wystawał róg wizytówki. Wyciągnęła ją i przeczytała:

KATARZYNA HELLER

background image

Psychiatra

Obróciła kartkę na drugą stronę. Ktoś napisał tam odręcznie: PRZYMIERZE PORZUCONYCH

GRUPA WSPARCIA DLA RODZIN DOTKNIĘTYCH RAKIEM 226231111.

(Coś nażarło się krwi, a teraz w zadowoleniu konało.)
Wiedziona  nagłym  impulsem  pobiegła  z  powrotem  do  domu,  do  kuchni.  Podniosła  telefon  i

przejrzała  pospiesznie  listę  połączeń.  Na  szczycie  widniał  numer  właściciela  domu,  a  pod  nim
numer  112.  Potem  następował  długi  ciąg  połączeń  z  numerem  nazwanym  MAMA,  przerwany
zaledwie  kilkakrotnie  kontaktami  nazwanymi  TUREK,  NIKA,  DOKTOR  HELLER,  PP.  Ani  razu  nie
pojawiał się ANDRZEJ.

Maria wyszła z powrotem przed dom. Wewnątrz nie czuła się dobrze. Usiadła w samochodzie.

W oddali dał się słyszeć warkot silnika i krótki sygnał syreny policyjnej.

background image

Vox Dei

Roma, 11 Octobris mensis, A.D. 1517

Iulius Monescius ad suum filium Marcum

Care Filii,

Wieść  o  Twej  chorobie  bardzo  mnie  zmartwiła,  jednocześnie  –  wbrew  sobie  –  doznałem

uczucia, może nie radości – jak by to o mnie świadczyło?! – ale raczej pewnego zadowolenia, że
oto  ja  –  Twój  stary,  zwariowany  ojciec  –  który  u  progu  siódmego  dziesięciolecia  swego  żywota,
bliższy  jest  duchem  raczej  poczynaniom  owego  Mariusza  –  którego  tak  pięknie  przedstawił  w
swych  pismach  Salustiusz  –  niż  czynom  Twego  pana,  z  bożej  łaski  regis Hungariae,  Ludwika.  W
każdym  razie,  właśnie  ja  mogę  Ci  służyć  swą  pomocą  i  być  Ci  osłodą  –  za  pośrednictwem
atramentu i pióra – w męce długiego powrotu do zdrowia. Zgodnie zatem z Twym życzeniem – a
prosiłeś  mnie  o  cokolwiek  nadającego  się  do  poczytania  w  ciągu  tych  długich  dni  leżenia  w  łóżku,
które  Cię  czekają  –  przesyłam  dziełko  pewnego  Bryta,  nomine  Moro,  drukowane  –  niestety!  –  w
Brytanii,  a  przywiezione  tu  przez  kupczyka  żydowskiego,  u  którego  mogłem  je  nabyć.  Obok  tego
pragnę Ci przesłać również opowieść spisaną własną moją ręką; opowieść, której nie poznał dotąd
nikt,  a  której  wydarzenia  –  ze  mną  w  charakterze  jednej  z  personis  dramatis  –  rozegrały  się  tak
dawno temu, że świata, jakim wówczas był – a był inny zgoła – niemal nikt już nie pamięta.

Nie  pomnę  roku,  ale  myślę,  że  byłem  wówczas  znacznie  młodszy,  niż  Ty  jesteś  teraz.  W

owych czasach orbis terrae był o wiele mniejszy niż dzisiaj – powiesz, że to niemożliwe –Ty, jeden
spośród sług rozumu,  z chłodnym  licem przyjmujący  versii  Vergilii  atque  Horatii,  piewca  stałości  i
wymierności wszechrzeczy. Jednak dla nas, którzyśmy wówczas żyli, świat urósł w biegu naszych
żywotów, napuchł tak, iż przypomina bardziej wzburzone gniazdo szerszeni, niźli dom dany ludziom
od Boga. Bo czyż nie był ów świat mojej młodości mniejszy, zanim Vespucci dotarł do nowego lądu
daleko  na  zachodzie?  Czyż  Tobie,  i  Tobie  podobnym,  nie  wydaje  się  nieprawdopodobne  to,  że  w
owym  czasie  na  całej  Sorbonie  nie  było  nawet  dwóch  tysięcy  ksiąg!  A  dziś  byle  dziełko,  choćby
takiego  Morusa,  wydaje  się  w  nakładzie  pięciuset  albo  i  tysiąca  sztuk?  Czyż  nie  wydaje  Ci  się
nieprawdopodobne  to,  że  wielki  ród  Iagielloni  –  który  obecnie  regens  in  Polonia,  Hungaria,
Lithuaniaque,  i  którego  Ty,  dumny  Rzymianin,  jesteś  sługą  –  był  wówczas  uważany  za  dziki,
nieledwie pogański? I czyż nie wydaje Ci się w końcu nieprawdopodobne to, że wszystko, co Cię
otacza: i wojna, i polityka, i narzędzia, i broń, i miasta, i kraje, i ostatecznie wszystko, wszystko w
ogóle, mogło być kiedykolwiek inne?

Jednak nadto już pozwoliłem błądzić moim myślom; musisz to wybaczyć starcowi – z którego

młodzi  Rzymianie  się  śmieją,  gdy  widzą  go  wśród  ruin  upadłego  Miasta  mamroczącego  strofy  z
Katulla  albo  rozmyślającego  o  Cyceronie  –  on  sam  jest  podobny  do  ruin  będących  wyłącznie
cieniem przeszłości… Ale wróćmy do opowieści!

background image

Było to jesienią, pamiętam dobrze widok więdnących liści i nisko pochylonych koron cyprysów;

przypomina  mi  się  ów  czas,  gdy  przechadzam  się  Via  Appia.  Ty,  żyjący  w  swym  ogromnym
świecie, nie możesz już wiedzieć, jak to jest wędrować jesienią po drogach i bezdrożach słonecznej
Italii,  oglądać  ze  wzgórz  wełniste  obłoki  porannych  mgieł  nad  halami,  zmieniające  się  jak  za
dotknięciem  czarodziejskiej  różdżki  w  stadka  białych  owiec  poganianych  przez  pastuszków.
Wędrowałem  dużo  po  tamtej  Italii  –  kraju  mej  młodości  –  ubogi,  tęskniący  jedynie  do  bogactwa
wiedzy, w dziurawych sandałach i podartym płaszczu, z palcami poplamionymi atramentem, ledwo
mężczyzna,  niemalże  dziecko,  wieczny  żak,  nigdy  prawdziwy  uczony,  przedkładający  wciąż  uroki
Katullowych  erotyków  nad  niskie  pokusy  ciała,  wierzący  –  jakże  naiwnie!  –  że  poszukiwanie
platońskiej  prawdy  jest  najszczytniejszym  celem,  jaki  może  postawić  sobie  człowiek,  i  że  owa
prawda jest wiecznie i nierozerwalnie złączona z dobrem.

Byłem  wtedy  księgarzem;  i  znów,  nic  Ci  to  pewnie  nie  mówi,  bo  dziś  takich  ludzi  się  już  nie

spotyka.  Wędrowałem  od  klasztoru  do  klasztoru.  Sprzedawałem  jedną  księgę  w  zamian  za
możliwość  przepisania  innej.  Przynosiłem  później  tę  przepisaną  i  odsprzedawałem  ją  gdzie  indziej,
znów na mocy podobnego układu. Dorabiałem także od czasu do czasu jako skryba w kancelariach
możnych  panów  i  biskupów,  aby  mieć  przynajmniej  tyle  pieniędzy,  by  napchać  wiecznie  głodny
brzuch kawałkiem starego chleba i suchymi otrębami. Tak wędrując, dotarłem do owego klasztoru,
o  którym  chciałbym  Ci  opowiedzieć.  Wzniesiono  go  w  miejscowości,  której  nazwę  w  mej  pamięci
zatarł czas. Może stało się tak z woli Boga, abym nie mógł odnaleźć ponownie tego miejsca, gdzie
byłem  świadkiem  rzeczy  niezwykłych  i  niepojętych;  rzeczy,  których  śmiertelny  człowiek  więcej  niż
raz w swoim życiu nie powinien oglądać.

Pamiętam  dokładnie  tę  chwilę,  gdy  zbłąkany  w  górach  ujrzałem  mury  klasztoru  –  szare  i

rozmyte w strugach jesiennego deszczu, zdawały mi się bardziej majakiem, niż rzeczą prawdziwą;
atoli zmarznięty i zmęczony ruszyłem tam z błogosławieństwem w sercu. Bramy nikt nie pilnował
poza niewielkim, szarym kotem, równie mokrym i nastroszonym jak ja, który przycupnął na jednej
z  belek  pod  stropem  bramnego  budynku.  Może  i  było  to  dziwne,  lecz  o  tym  wówczas  nie
myślałem,  zadowolony,  że  przynajmniej  nie  leje  mi  się  już  na  głowę.  Zawsze  to  niedobra  wróżba
spotkać kota – tam gdzie spodziewało się ludzi. Zwierzę to bowiem – jak Ci zapewne wiadomo –
szczególnie  jest  przez  czartów  i  czarowników  ulubione;  przestrzegał  przed  nim  już  Apulejusz  –
człowiek światły i uczony, a nie byle zabobonny klecha, tak jak owi wędrowni głupcy, którzy teraz
przemierzają  Italię,  przestrzegając  przed  zakusami  złego  i  wzbudzając  lęk  w  prostym  ludzie,
któremu grożą ogniami piekielnymi za najmniejszą nawet krotochwilę.

Ja jednak, zwalczywszy wrażenie, że miejsce to jest opuszczone, ruszyłem dalej na podwórzec

monastyru i po chwili zdałem sobie sprawę, że w szum deszczu niepostrzeżenie wkradł się dźwięk
ludzkich  głosów,  śpiewem  sławiących  dzieło  Pana;  najwidoczniej  mnisi  w  kaplicy  odbywali
nieszpory,  czym  zresztą  wytłumaczyłem  sobie  brak  czyjejkolwiek  obecności  przy  bramie.  Nie
chciałem  im  przeszkadzać  w  modlitwie.  Odczekałem  zatem,  aż  skończą,  i  dopiero  wtedy  się
pokazałem.

Gwardian  klasztoru  przyjął  mnie  bardzo  serdecznie.  Oblicze  owego  człowieka  wyglądało

cnotliwie  i  szlachetnie:  nos  prosty  i  długi,  usta  równe,  zawsze  lekko  uśmiechnięte,  oczy  szare  i
błyszczące  jak  polerowana  stal  pod  srebrnymi  łukami  brwi,  zmarszczki  świadczące  o  mądrości  i
bojaźni  Bożej  –  wiedziałem,  że  i  jego  dusza  była  cnotliwa  i  szlachetna.  Widzę  owo  oblicze  bardzo
dokładnie,  choć  nie  pomnę  już  imienia  –  cóż  zresztą  znaczą  imiona?  Widzę  dokładnie  uśmiech,

background image

którym  mnie  powitał,  gdym  rzekł:  „Giulio  Moneschi,  księgarz,  do  usług  waszej  wielebności”.
Wdaliśmy się zresztą zaraz w rozmowę o księgach i pisarzach, gdyż człek ów był wielce uczony;
trudno się zatem dziwić, że – obiecawszy mi miejsce w celi i miskę strawy – ochoczo poprowadził
mnie  do  skryptorium,  gdzie  pragnął  obejrzeć  to,  com  przyniósł,  i  wyszukać  dla  mnie  księgi  na
wymianę. „Nasza biblioteka jest niestety bardzo uboga” – inquit. – „Zaledwie około stu dwudziestu
woluminów,  choć  z  przyjemnością  mogę  powiedzieć,  że  mamy  kilka  rzeczy  rzadkich  i
interesujących”.

Wtedy  właśnie,  ujrzałem  po  raz  pierwszy  brata  Alberto,  który  w  niniejszej  historii  będzie

odgrywał  rolę  niezwykle  ważną.  Nim  jednak  przejdę  do  dalszego  toku  opowieści,  pragnąłbym
opisać  Ci  jeszcze  wygląd  skryptorium,  w  którym  doszło  do  spotkania,  gdyż  było  to  miejsce
niezwykle interesujące, a należy do tego minionego świata, o którym Ci już pisałem.

Skryptorium  miało  kształt  sześcioboku.  Na  każdej  ze  ścian  widniał  fresk  przedstawiający

jednego  z  ewangelistów:  był  zatem  byk  na  ścianie  północnej,  lew  na  południowej  (nad  drzwiami,
którymi weszliśmy), orzeł na zachodniej (nad drzwiami biblioteki) oraz zwierzę o ludzkiej twarzy na
wschodniej  ścianie;  na  trzech  spośród  nich  znajdowały  się  po  trzy  okna  umieszczone  wysoko.  W
dni słoneczne długie snopy światła musiały jasnymi kaskadami spływać na pulpity skrybów, których
było dwanaście, tyle – zdaje się – ilu było mnichów w klasztorze. Jak zapewne zauważyłeś, pełno
w  tym  opisie  liczb  biblijnych.  Nie  potrafię  powiedzieć,  jak  dawno  powstał  przybytek,  w  którym  się
znalazłem, nie ma jednak wątpliwości, że było to w owych czasach, gdy bardziej niż dziś wierzyło
się w magię liczb – być może za czasów Alkuina i Pawła Diakona albo i jeszcze dawniej. Osobiście
–  może  na  przekór  wielu  współczesnym  myślicielom  i  przy  całej  miłości,  jaką  darzę  spuściznę
Romae  Eternae  –  zawsze  odczuwałem  dużą  przyjemność  w  oglądaniu  architektury  owych
odległych  wieków;  przede  wszystkim  w  odnajdowaniu  porządku  opartego  nie  na  zapatrzeniu  w
człowieka,  lecz  w  Biblię,  a  przez  nią  –  w  Boga.  W  skryptorium  wzorzec  był  dość  prosty:  cztery
ściany  poświęcone  czterem  ewangelistom,  lecz  także  czterem  obliczom  Chrystusa  –  byk
symbolizował  kapłaństwo,  lew  –  władzę  królewską,  orzeł  –  istotę  niebieską,  a  człowiek  –  istotę
ziemską. Ów wzorzec symbolizował także cztery strony świata, gdyż na wszystkie cztery powinni
mnisi (których jest dwunastu jak apostołów) nieść dobrą nowinę; dziewięć okien – czyli trzy razy po
trzy  –  symbolizowało  pełnię  doskonałości  misji  chrystianizacyjnej.  Lecz  dość  już  tych  rozważań  o
symbolach!

W pierwszej chwili, gdy wszedłem do skryptorium, ogarnęła mnie cisza – zostałem odcięty od

wściekłego wycia wiatru i szumu deszczu – zaraz jednak doszło moich uszu nieśmiałe skrzypienie
pióra  na  pergaminie,  nie  mogłem  za  to  dostrzec  tego,  który  pisał,  zanadto  przykuły  moją  uwagę
błyszczące,  żywe,  bardzo  ludzkie  oczy  wprawione  w  zwierzęce  oblicza  ewangelistów  –  jedyne
wyraźne  części  bladych,  starodawnych  fresków.  Dopiero  ochłonąwszy  z  pierwszego  wrażenia,
dostrzegłem, że wszystkie cztery ponure oblicza wydobywa z ciemności blask jednego chwiejnego
płomienia:  przy  pulpicie  w  rogu  sali  płonął  kaganek,  obrysowując  jasną  poświatą  czarną  sylwetkę
jakiegoś  mnicha,  który  pisał  coś  zgarbiony  nad  księgami.  Zbliżyłem  się  do  niego  discens:  „Co
przepisujesz, frater?”. On jednak zamiast odpowiedzieć, zabulgotał coś niewyraźnie i obrócił głowę,
a  spod  ciemnego  kaptura  wyjrzało  na  mnie  oblicze  zdeformowane,  wyjrzało  jednym  tylko  okiem,
gdyż drugie – ciągle ruchome – taksowało nerwowo otoczenie.

Gwardian pospieszył z wytłumaczeniem, „frater Alberto jest niemową”, inquit, „Bóg obdarzył go

duszą, lecz jego umysł jest niczym niezapisana karta pergaminu”. Odparłem, że wszak umie pisać.

background image

Na  to  gwardian  „Wiem,  to  cud!”  –  inquit.  „Nie  rozumie  tego,  co  pisze,  ale  robi  to  doskonale,
bezbłędnie i w sposób niezwykle piękny. Potrafi również tworzyć znakomite iluminacje”. Zaskoczyło
mnie  to,  więc  postanowiłem  zobaczyć  dzieło  brata  Alberto  na  własne  oczy  i  zajrzałem  mu  przez
ramię – ten tymczasem wrócił był już do przepisywania. W istocie dukt jego był niezwykle piękny i
przejrzysty,  a  pisał  niczym  jakaś  boska  machina,  cięgiem,  nie  odrywając  niemal  pióra  od
pergaminu,  dopóki  nie  zbrakło  mu  atramentu.  Wtedy  sięgał  –  zawsze  takim  samym,  idealnie
wymierzonym  ruchem  –  do  kałamarza  –  i  nie  uroniwszy  nawet  kropli!  –  wracał  do  stawiania
kształtnych,  czarnych  znaczków.  W  pewnym  momencie  przerwał  pisanie  mniej  więcej  w  trzech
czwartych  linijki  i  postawił  jakąś  dziwną  kreskę.  Podobnie  uczynił  w  kilku  następnych  linijkach,  ale
kreski  stawiał  już  w  innych  miejscach.  Dopiero  po  chwili  spostrzegłem,  że  znaki  te,  z  pozoru
przypadkowo stawiane, zaczynają się układać w iluminację.

Przyznałem, że to niesamowite, a gwardian na to odrzekł: „Bóg wiedzie rękę tego poczciwego

matołka. Pozwól za mną. Nie przeszkadzajmy, gdyż brata Alberto łatwo jest spłoszyć”. Opuściliśmy
zatem  skryptorium  i  wkroczyliśmy  do  biblioteki,  gdzie  zacząłem  z  ożywieniem  przeglądać  księgi  –
choć byłem już wielce zmęczony zimnem i wędrówką, tak iż kolana moje były chwiejne, a powieki
kleiły się ze sobą. Wytrwałem jednak poruszony owym ukochanym zapachem starych woluminów,
w którym uchwytna jest woń rąk dotykających ich przed laty, i kaganków, przy świetle których były
przepisywane – tak iż staje przed oczyma wyobraźni niemalże cały obraz ich historii.

Zgodnie  ze  słowami  gwardiana  zbiór  nie  był  duży,  starałem  się  zatem  podejść  do  niego  z

dystansem, nie licząc na możliwość znalezienia żadnego niezwykłego dzieła. Lecz jak duży był mój
dystans  do  prowadzonych  poszukiwań,  tak  wielkie  było  moje  zdziwienie,  gdy  wpadł  mi  w  ręce
odpis z „Satiriconu” Petronii Arbitri, niekompletny (bynajmniej!), ale zawierający aż jedenaście ksiąg,
czyli  o  wiele  więcej  niż  wszystkie  do  dziś  poznane  przeze  mnie  kopie.  Znasz  na  tyle  swego  ojca,
żeby  wiedzieć,  jak  się  trzęsą  jego  starcze  dłonie,  gdy  wpadnie  w  nie  rzadka  księga  (nawet  teraz,
gdy  wszak  o  wiele  jestem  mędrszy  niż  wówczas),  możesz  sobie  zatem  wyobrazić,  jaki  byłem
wstrząśnięty.  Było  to  tak,  jakby  mi  kto  wręczył  kielich  pełen  nektaru,  ja  jednak  bałem  się  ust
przytknąć  do  krawędzi,  gdyż  nie  ufałem  mym  zmęczonym  oczom  (oczyma  wszak  pije  się
literaturę),  które  mogłyby  coś  ze  wspaniałego  napoju  uronić  –  zwalczyłem  zatem  ciekawość.
Petroniusz – godny tego, aby go chłonął wyłącznie wypoczęty umysł – miał na mnie poczekać do
rana, ja zaś tymczasem udałem się na spoczynek, zmożony nadmiarem wrażeń owego dnia.

Tamtej  nocy  miałem  przedziwny  sen,  warty  chyba  opowiedzenia,  gdyż  nieraz  go  jeszcze

śniłem w ciągu mego żywota, w dni szczególnie zimne albo gdy jakie jadło nieświeże zatruło mój
żołądek. Im zresztą starszy jestem, tym częściej go śnię.

W owym śnie widzę twarz brata Alberto, widzę, jak się odmienia. Jego rozrośnięte łuki brwiowe

kurczą  się  i  prostują,  wykrzywione  usta  przyjmują  formę  równomierną,  wypełniają  się  białymi,
zdrowymi  zębami;  czoło  podnosi  się,  okrągleje  i  wypełnia,  znika  owa  dziwaczna  bruzda
przecinająca  je  na  co  dzień;  jego  policzki  robią  się  gładkie,  znikają  z  nich  kępki  dziwnych  jakby
młodzieńczych włosków, skóra rumienieje, traci swą niezdrową szarość; w końcu oczy jego zajmują
właściwe  miejsce,  znika  z  nich  mętna  głupota,  a  rozświeca  je  jasny  blask  rozumu.  Zaraz  potem
zdążam już za nim – nie szkaradnym i zgarbionym, lecz przeciwnie – pięknym i wyprostowanym –
poprzez korytarz pełen półmroku. Prowadzi mnie do miejsca, gdzie – jak mi się zdaje – powinno się
znajdować  wyjście  na  dziedziniec,  lecz  nie  ma  go  tam.  Zamiast  tego  otwiera  się  przed  moimi
oczyma  kolejny  korytarz  prowadzący  lekką  pochyłością  w  dół,  jakby  pod  ziemię.  Brat  Alberto

background image

prowadzi  mnie  żwawo,  tak  iż  ledwo  mogę  nadążyć,  dokoła  tańczą  nasze  cienie  –  powiększone  i
rozmnożone  przez  liczne  pochodnie.  Im  głębiej  schodzimy,  tym  korytarz  staje  się  większy,  aż  w
końcu  nie  można  już  dostrzec  jego  krańców.  I  właśnie  wtedy,  kiedy  zdawałoby  się,  że  ciemność
nas  pochłonie  i  zaginiemy  w  niej  –  wtedy  docieramy  do  drzwi.  Brat  Alberto  otwiera  je  i  puszcza
mnie przodem.

I  oto  znajduję  się  w  skryptorium,  pod  ścianą,  na  której  jest  namalowana  postać  zwierzęcia  z

ludzką  twarzą;  wydaje  mi  się,  że  nie  powinno  tam  być  drzwi,  ale  zakładam,  że  mogłem  ich  nie
zauważyć. Poza mną znajdują się tam też wszyscy mnisi – cała dwunastka, wśród nich gwardian i
brat  Alberto,  który  dopiero  co  był  wszedł  za  mną.  Mnisi  piszą,  lecz  gdy  podchodzę  bliżej,
dostrzegam, że nie mają oczu, robią to więc na ślepo. W tym momencie gwardian i dwaj inni mnisi
podnoszą się od pulpitów i stają pod ścianami – każdy pod symbolem innego ewangelisty: zatem
gwardian stoi pod lwem, jeden mnich pod orłem, drugi pod bykiem, a brat Alberto wciąż pod ścianą
ze  zwierzęciem  o  ludzkiej  twarzy.  I  oto  widzę,  że  imago  gwardiana  zaczyna  się  odmieniać.  Jego
łuki  brwiowe  grubieją,  szczęka  się  wydłuża,  nos  jakby  rozlewa  po  twarzy,  wtapia  w  nią;  kark  jego
się wykrzywia, szyja wydłuża, włosy rosną i rudzieją; zaraz też gęsta szczecina zaczyna pokrywać
całe  jego  oblicze,  zęby  rozpychają  i  deformują  jego  policzki  i  wargi,  rosną  w  kły.  Po  chwili  na
ludzkich  barkach  spoczywa  już  głowa  lwa.  Podobnie  zęby  jednego  z  mnichów  z  ust  wychodzą,
rogowacieją  w  twardy,  ptasi  dziób,  skóra  pokrywa  się  piórami  i  po  chwili  ma  już  on  twarz  orła.
Trzeciemu  zaś  nos  rozrasta  się  na  boki,  przez  skórę  czaszki  wyrzynają  się  ostre  rogi  i  porasta  go
szczeć – staje się bykiem. Tylko brat Alberto zachowuje swoje piękne, anielskie oblicze.

Wtem do moich uszu dochodzi szept albo jakby cichy zaśpiew i słyszę owe wersety z czwartej

eklogi Wergilego:

Ultima Cumaei venit iam carminis aetas;

magnus ab integro saeclorum nascitur ordo.

iam redit et Virgo, redeunt Saturnia regna,

iam nova progenies caelo demittitur alto.

Przebudziłem się nad ranem z owym szeptem wciąż dudniącym w mych uszach, choć może

to  tylko  krew  szumiała,  popędzana  gwałtownym  łomotaniem  serca  w  mej  piersi  –  takoż  w  mej
głowie  pędziły  myśli,  wciąż  obciążone  strzępami  obrazów  z  koszmaru,  i  pędził  również  mój
wzburzony  oddech,  wstrząsając  spotniałą  piersią.  Wyrwany  z  porządku  snu,  a  wtrącony  w  chaos
półjawy,  musiałem  jakoś  uspokoić  podekscytowaną  imaginację.  Zacząłem  przeto  porządkować
przestrzeń dokoła mnie, aby pewniej zahaczyć w niej własne jestestwo: znajdowałem się zatem w
celi zakonnej, na twardym sienniku, stopami zwrócony ku drzwiom (pamiętać bowiem powinienem,
że  drzwi  prowadzą  mnie  do  życia,  czyli  spraw  jak  stopy  przyziemnych,  ponadto  zaś
przemijających, o czym z kolei przypominały trzy trupie czaszki wyrzeźbione nad framugą), głową
zaś  ku  oknu  (czyli  ku  Niebu;  jak  wiesz  w  głowie  znajduje  się  mózg,  a  w  mózgu  owa  część
zamieszkana przez duszę, która wszak powinna do Nieba właśnie dążyć), po prawej ręce miałem
krzyż wiszący na ścianie, po lewej zaś niewielki stolik z miską do obmycia twarzy (znowuż tkwi w
tym  owa  pradawna  symbolika,  prawa  bowiem  jest  modlitwa,  zaś  zbytnia  dbałość  o  ciało  –
haniebna).  Takimi  właśnie  albo  podobnymi  rozmyślaniami  zająłem  swój  umysł.  Wkrótce  się
uspokoiłem  i  mogłem  usnąć  ponownie,  choć  nie  na  długo,  gdyż  o  pierwszym  brzasku  obudzono

background image

mnie na modlitwę poranną.

Rankiem  spadł  pierwszy  śnieg:  zima  tamtego  roku  nadeszła  prędko  i  bardzo  była  zajadła.

Rychło przełęcz, którą się z klasztoru do najbliższych osad schodziło, została całkiem zasypana, tak
iż  nie  miałem  nawet  co  myśleć  o  odejściu;  byłem  jakoby  więzień  ferorum  elementorum  –  inna
sprawa, że donikąd nie planowałem się wybierać, przeciwnie, ustaliłem z gwardianem, które księgi
mam  zostawić  w  zamian  za  możność  stworzenia  odpisu  „Satiriconu”  i  przystąpiłem  do  lektury,
warto  bowiem  było  przeczytać  dzieło  zanim  się  zaczęło  je  przepisywać.  Siedziałem  głównie  w
swojej  celi  –  aby  głos  mój,  gdym  czytał,  nie  przeszkadzał  pracującym  mnichom.  Nie  mogłem
jednak  oddać  się  zupełnie  swemu  zajęciu,  wypadało  bowiem,  abym  w  zamian  za  udzieloną
gościnę pomagał w rozmaitych sprawunkach; musiałem również uczestniczyć w nabożeństwach.

W  ten  sposób  nie  skończyłem  jeszcze  pierwszego  czytania,  gdy  –  w  szóstym  albo  siódmym

dniu  mojego  pobytu  –  gwardian  zachorzał  ciężko,  „gorączka  płucna”  –  inquit  jeden  z  braci,  gdym
spytał o naturę choroby. Zmarł w jakieś dwa tygodnie później, po nim zaś zachorowali dwaj kolejni
mnisi; zachorowałem też ja, lecz nie uprzedzajmy wypadków. Chciałbym Ci pierwej opowiedzieć o
zdarzeniach, które miały miejsce jeszcze za życia gwardiana.

Przede  wszystkim  warto  chyba  powiedzieć,  że  zły  stan  jego  zdrowia  napełnił  wszystkich

mnichów  autentycznym  przejęciem,  niejednego  żalem  i  rozpaczą,  wszyscy  bowiem  byli  do  niego
bardzo  przywiązani  i  kochali  go  tak,  jak  dzieci  kochają  ojca  lub  owce  pasterza.  Zaraz  też  podjęto
gorliwe  modlitwy  w  intencji  jego  ozdrowienia,  szukając  wstawiennictwa  u  czcigodnego  patrona
klasztoru (który to był święty – już nie pomnę), na przemian też różni bracia czuwali przy jego łożu.
Piszę to nie bez przyczyny, chciałbym Ci bowiem przedstawić owych ludzi w sposób jak najbliższy
prawdzie,  a  wiem,  że  na  podstawie  dalszego  ciągu  mej  opowieści  możesz  powziąć  wrażenie
niepełne lub wręcz  fałszywe, nie  jest bowiem  człowiek panem swego  losu, nie  jest nawet  panem
swego umysłu, nawet nie rąk swoich – powiedziałbym! – gdyż nieraz okoliczności i sploty zdarzeń
prowadzą na złą drogę najszlachetniejsze natury.

Opiekę  nad  gwardianem  sprawował  mnich  wielce  czcigodny  i  wiekiem  podeszły,  który  w

klasztorze  pełnił  funkcję  zielarza.  Oczywiście  jego  wiedza  medyczna  nie  odznaczała  się
doskonałością,  a  rozum  przytępiły  już  długie  lata  życia,  niemniej  był  to  jedyny,  obok  chorego,
wykształcony  człowiek.  Pozostali  nie  mieli  nawet  święceń  kapłańskich,  składali  bowiem  wyłącznie
śluby  zakonne.  A  zatem  klasztor  zamieszkiwali  ludzie  prawie  świeccy,  w  większości  prości  chłopi
lub  synowie  zubożałego  rycerstwa.  Trudno  się  zatem  dziwić,  że  kiedy  gwardian,  w  ostatnich  już
dniach  swego  ziemskiego  żywota,  poprosił  onego  starca  –  którego,  pamiętam,  pieszczotliwie
zwano  Dziaduniem  –  o  ostatnie  namaszczenie,  tamten  wzajem  poprosił  go  o  to  samo,  bał  się
bowiem,  że  jeśliby  i  on  zachorzał,  nie  będzie  komu  przyjąć  jego  spowiedzi.  Pozostali  mnisi,
poruszeni  tym  gestem,  również  przystąpili  do  spowiedzi  –  a  ja  wraz  z  nimi  –  i  zapanował  w
klasztorze  jakby  świąteczny  nastrój,  wszyscy  bowiem  poczuli  się  zjednoczeni  ze  sobą  wzajem  i
Bogiem.

Zastanawiasz  się,  co  w  tym  czasie  robił  brat  Alberto.  Zacząłem  zwracać  na  niego  uwagę

baczniejszą  niż  zazwyczaj,  jako  że  jego  matołkowate  oblicze  nosiło  znamiona  dziwnego  jakiegoś
strachu  i  bełkotał,  i  łkał  nieustannie,  ilekroć  oddalił  się  od  łoża  gwardiana,  a  robił  to  rzadko,  raczej
przymuszony  przez  pozostałych  niż  dobrowolnie.  Gdy  zaś  znajdował  się  przy  chorym,  to
przeciwnie – nienaturalnie był spokojny, a i gwardian zdawał się czuć lepiej w jego obecności. Jego
twarz  nabierała  jakby  rumieńców  i  zdawało  się,  że  zdrowieje.  Wszyscy  inni  wydawali  się  jednak

background image

zaniepokojeni  bełkotliwą  obecnością  brata  Alberto.  Atoli  najbardziej  mnie  zadziwiło,  gdy  pewnego
razu ujrzałem go, jak kulił się pod drzwiami, dopiero co wyrzucony z celi chorego. Mamrotał w kółko
jakieś wyrazy, jakby „Pater noster…”, ale nie znał chyba dalszego ciągu modlitwy, bo był w stanie
wymówić tylko te dwa słowa. W tym bełkocie było coś tak przejmującego, że aż ciarki mi przeszły
po plecach.

Wszak  to  nie  koniec  wydarzeń  dziwnych,  które  napełniły  mnie  niepokojem.  Pierwej  miałem

kolejny  straszny  sen.  Spałem  i  śniłem,  że  jakiś  bezwład  ogarnął  moje  ciało,  jakoby  mnie  zmora
dusiła.  Próbowałem  krzyczeć,  jednak  czułem  się  tak,  jakbym  był  sobą  w  niesobie  i  nie  mogłem
dobyć  głosu  z  gardła.  Wiedziałem  przy  tym,  że  wszystko  to  jest  marą  i  próbowałem  się  obudzić,
nieważne  jednak  jak  mocno  natężałem  swoją  wolę  –  nie  byłem  w  stanie.  I  tak  trwałem  jak
sparaliżowany;  zdawało  mi  się,  że  całą  wieczność.  Aż  w  końcu,  zupełnie  niespodziewanie  się
przebudziłem  –  jednak  to  przebudzenie  miało  miejsce  we  śnie  –  i  uświadomiłem  sobie,  że  znów
władam ciałem, jest ono jednak odrętwiałe i przechodzi je mrowienie; znasz zapewne to wrażenie,
gdy nieraz człowiek śpi z głową opartą o własne ramię, a gdy się budzi jest ono niczym z drewna
uczynione,  jakby  cudza  ręka  do  własnego  ciała  została  przytroczona  –  tak  właśnie  ja  cały  się
czułem.  I  ogarnął  mnie  niewysłowiony  strach,  taki  iż  chciałem  krzyczeć,  wołać  pomocy,  jednak  z
mojego  gardła  dobył  się  tylko  słabowity  skrzek.  Spróbowałem  się  poruszyć,  naprężyć  wszystkie
mięśnie, lecz moje ciało tylko podskakiwało niczym popychana kłoda, aż w końcu spadłem z łoża i
w tym momencie przebudziłem się naprawdę – zdyszany i przelękły. A w ciemności nocy zdawało
mi się, jakbym usłyszał jakiś odległy szept, wcale podobny do tego, który słyszałem pierwszej nocy.
Wyszedłem  zatem  z  mojej  celi  i,  błąkając  się  po  korytarzach,  próbowałem  odnaleźć  źródło  tego
dziwnego  głosu.  W  końcu  doszedłem  do  dormitorium,  gdzie  spali  wszyscy  mnisi,  poza
gwardianem.  Wtedy  usłyszałem,  że  brat  Alberto  coś  mamrocze,  a  gdym  się  zbliżył,  udało  mi  się
rozróżnić słowa:

…magnus ab integro saeclorum nascitur ordo…

Nagły  dreszcz  przeszedł  moje  ciało,  gdym  rozpoznał  te  same  strofy  z  Wergilego,  które

słyszałem w owym poprzednim śnie. Ogarnięty dziwnym strachem, czym prędzej czmychnąłem z
dormitorium  i  pobiegłem  z  powrotem  do  celi.  Dopiero  kiedy  nieco  ochłonąłem,  zacząłem  się  nad
całym  zdarzeniem  zastanawiać  i  wydało  mi  się  niemożliwe,  żebym  z  takiej  odległości,  poprzez
grube ściany, usłyszał szept brata Alberto.

Co  zatem  przywiodło  mnie  owej  nocy  do  dormitorium  braci?  Powiesz  być  może,  że  starość

stępiła moją pamięć, że przez długie lata wspomnienia z owego czasu uległy wykrzywieniu, czy w
końcu,  że  zdziecinniały  fantazjuję  po  prostu,  lecz  nie  potrafię  odpędzić  myśli,  że  działały  tam  siły,
których  ludzki  umysł  nie  potrafi  pojąć.  A  rzeczy,  które  mi  się  później  przytrafiły,  są  tak
nieprawdopodobne, że sam nieraz zastanawiam się, czy nie były marą jedynie, ułudą zmęczonego
chorobą  umysłu;  Ty  zapewne  stwierdzisz,  iż  tak  było  w  istocie,  lecz  wstrzymajmy  się  z  tym
jeszcze, inne bowiem wydarzenia wciąż domagają się opowiedzenia.

Następnego dnia po owym śnie gwardian przyzwał mnie do siebie. Był już bardzo słaby, blady,

oczy  jego  były  podkrążone,  widać  było,  że  umiera  trawiony  gorączką.  Odezwał  się  wówczas  do
mnie,  głosem  nikłym,  rzężącym,  przerywanym  nieraz  suchotniczym  kaszlem  i  wypowiedział  do
mnie takie mniej więcej słowa:

background image

„Nie znamy się długo, młodzieńcze, ale wiem, że jesteś obdarzony naturą światłą i prawą oraz

podobną  mej  własnej  ze  względu  na  nauki,  które  pobierałeś  i  pisarzy,  których  myśli  poznawałeś  i
hartowałeś w ich ogniu swoją cnotę. Zupełnie inny jesteś od tych wszystkich, nad którymi sprawuję
tu  pieczę,  oni  bowiem,  choć  poczciwi,  wciąż  tkwią  w  ciemnocie  i  zabobonie  swych  przodków.
Lękam  się  zatem,  co  uczynią,  gdy  mnie  tu  zabraknie.  Lękam  się  głównie  ze  względu  na  brata
Alberto, którego szczególnych zdolności nie są w stanie zrozumieć, i którego z powodu fizycznej i
umysłowej niesprawności traktują z nieufnością i lękiem. Zaklinam cię więc, jeśli nie ze względu na
przyrodzoną ci prawość, jeśli nie nawet ze względu na wdzięczność, którą z pewnością odczuwasz
za udzieloną ci gościnę, to ze względu na obowiązek, jaki poprzez swoje szlachetne wykształcenie
powziąłeś  przed  Bogiem,  abyś  zaopiekował  się  bratem  Alberto,  udzielił  mu  swojej  pomocy  i  go
ochronił,  gdyby  czyhało  na  niego  jakieś  niebezpieczeństwo.  A  oto  co  musisz  uczynić:  niemożliwe
jest, aby brat Alberto tu pozostał, zbyt wiele wzbudza lęku w swych współbraciach; zabierzesz go
zatem  do  pewnej  miejscowości,  do  znanego  mi  proboszcza,  i  tam,  powołując  się  na  moje  imię,
zostawisz  swojego  podopiecznego.  Ów  człowiek,  do  którego  cię  wysyłam,  będzie  wiedział,  co
czynić, zna mnie i z pewnością zaopiekuje się tym nieszczęsnym Bożym stworzeniem. Osada nie
znajduje się daleko stąd, zaledwie o parę dni, nie nadłożysz zatem zbytnio drogi. Okropności, które
by  tego  nieszczęśnika  mogły  spotkać,  gdybyś  mu  pomocy  nie  udzielił,  byłyby  wielkie  i  straszne.
Chyba  nie  muszę  ci  tego  opisywać,  wystarczająca  jest  bowiem  Twoja  wrażliwość,  abyś  mógł  to
sobie wyobrazić. Wspomnę jednak, że gdyby wygnano brata Alberto – co doprawdy nie jest wcale
najgorszym, do czego mogliby się posunąć ludzie prości i zabobonni – to on, ze względu na swoją
umysłową niesprawność oraz fizyczne okaleczenie, prawdopodobnie spadłby z pierwszej przełęczy
i roztrzaskał się  na miazgę.  A gdyby  zalękniony próbował przycupnąć  w jakiej  grocie czy  załomie,
zamarzłby,  umierając  powoli  straszną  śmiercią,  wynikającą  wszak  tylko  z  zupełnej  jego
nieznajomości świata. Doprawdy, nawet o wiele mniej szlachetna natura niż twoja nie skazałaby go
na taki los. Czy zatem będziesz w stanie odmówić mu wsparcia?”

Wielce mnie ta mowa zdziwiła, bowiem sam już wówczas poświęcałem dużo miejsca w swych

rozmyślaniach bratu Alberto: dziwnym snom, które o nim miałem, jak i tym rzadkim słowom, które
słyszałem  z  jego  ust,  mimo  że  –  o  czym  dotąd  byłem  przekonany  –  mówić  logicznie  nie  umiał.
Zwróciła zatem moją uwagę troska, jaką miał o niego gwardian. Musisz sobie bowiem wyobrazić,
że to, com wyżej przytoczył, nie było wcale wypowiedziane tak płynnie, jakby się mogło wydawać.
Przeciwnie – była to mowa człowieka umierającego, dla którego każde słowo jest męką. Doprawdy
bezduszny  musiałby  być  ten,  który  tak  proszony,  odmówiłby  pomocy.  Zaprzysiągłem  zatem
pomóc  biednemu  bratu  Alberto,  cokolwiek  by  się  działo,  a  wynikało  to  nie  tylko  z  litości,  jaką  we
mnie  budził,  lecz  także  z  rosnącej  fascynacji  i  jakiegoś  przeczucia,  którego  nie  byłem  w  stanie  do
końca pojąć, ale które mówiło mi, że tak właśnie powinienem uczynić.

Jeszcze  tego  samego  wieczoru  gorączka  chorego  wzrosła  straszliwie  i  zaczął  majaczyć  w

półśnie.  Dziadunio  orzekł,  że  to  ostatni,  najsilniejszy  atak  i  jeśli  gwardian  go  przeżyje,  wszystko
będzie  dobrze  i  ozdrowieje.  Zmaganie  chorego  ze  śmiercią  trwało  całą  noc.  Ja,  stary  zielarz  oraz
brat  Alberto  trwaliśmy  przy  nim  nieustannie,  podczas  gdy  pozostali  zgromadzili  się  w  kaplicy  i
modlili  się  o  jego  uzdrowienie.  I  faktycznie  nad  ranem  atak  zelżał  i  zdawało  się,  że  już  z  tego
wyjdzie.  Pełen  nadziei  Dziadunio  udał  się  na  spoczynek  –  zresztą  wcześniej  już  przysypiał  nad
łożem chorego, gdyż czuwanie jest trudne w tym wieku – a i ja sam tak uczyniłem. Jedynie brat
Alberto pozostał w celi, choć był wyraźnie wycieńczony i spotniały, jakby sam walczył z chorobą. To

background image

jego  straszny  krzyk  zbudził  nas  niewiele  po  brzasku,  gdy  ostatecznie  śmierć  zamknęła  powieki
szlachetnego duszpasterza.

Lament po zmarłym trwał przez kilka dni, po czym pochowano go ze wszystkimi honorami na

przyklasztornym  cmentarzu.  Nad  grobem  Dziadunio  wygłosił  krótką  przemowę,  której  tu  nie  będę
przytaczał,  gdyż  ze  względu  na  swój  wiek  mówił  niezbyt  składnie,  wspomniał  w  każdym  razie  o
tym, iż nie powinniśmy się martwić, gdyż po śmierci czeka nas jedynie wieczna szczęśliwość, i że
prawdopodobnie  bardzo  niedługo  on  sam  spotka  się  ze  zmarłym  w  przybytku  Pańskim,  gdyż  nie
spodziewał  się,  aby  dane  mu  było  przeżyć  tę  zimę.  Nie  pomylił  się  zresztą.  W  jakieś  dwa  dni
później on i jeszcze jeden mnich zapadli na tę samą chorobę co gwardian, a wkrótce po nich i ja.

Z  początku  brat  Alberto  przychodził  do  wszystkich  chorych,  jednak  szybko  zaczęto  go

odganiać.  Choć  nikt  tego  na  głos  nie  wypowiedział  –  podejrzewano,  że  w  jakiś  sposób  przyczynił
się  do  śmierci  gwardiana.  Nieufność  wzrosła  do  tego  stopnia,  że  bracia  zabronili  mu  spać  we
wspólnym  dormitorium  i  przegonili  go  do  stodoły,  jednak  nie  wyszło  to  na  dobre  ani  biednemu
matołkowi,  ani  pozostałym  zakonnikom.  Bowiem  wkrótce  doszło  tam  do  pożaru,  któremu  zresztą
najprawdopodobniej faktycznie był winny brat Alberto, lecz nie ze względu na złą wolę, o którą go
oskarżyli  mnisi,  ale  przez  swoje  niedołęstwo.  Nic  zresztą  strasznego  się  nie  wydarzyło;  na  całe
szczęście  wszędzie  było  wilgotno  i  ogień  udało  się  zasypać  śniegiem,  zanim  się  rozprzestrzenił.
Niemniej  sytuacja  stała  się  dość  napięta  i  w  końcu  tylko  ja  nie  sprzeciwiałem  się  obecności  tego
nieszczęśnika.

W  niespełna  tydzień  później  obaj  mnisi  pomarli,  ja  zaś  balansowałem  na  krawędzi  życia  i

śmierci.  Niewiele  pamiętam  z  owego  czasu.  Powiedziano  mi  później,  że  gorączka  trawiła  mnie
przez  dwa  tygodnie,  że  majaczyłem  przez  sen,  podobnie  jak  czynili  to  chorzy  przede  mną.
Momentami  odzyskiwałem  przytomność  –  tak  mi  powiedzieli  –  i  można  było  wtedy  ze  mną
normalnie rozmawiać, sam jednak nic z tych przebudzeń nie pamiętam. Jedyną rzeczą, jaką sobie
przypominam, był kolejny sen, czy może raczej gorączkowe widzenie.

Śniłem  znów,  że  widzę,  jak  się  odmienia  oblicze  brata  Alberto  i  jak  mnie  potem  prowadzi

korytarzami za rękę. Tylko tym razem biegliśmy i coś zdawało się nas gonić. To było szare i miało
postać  niby-wilka,  niby-człowieka,  nie  widziałem  zresztą  dokładnie.  Uciekliśmy  do  biblioteki,  gdzie
bezocy  mnisi  przepisywali  księgi.  Chcieliśmy  biec  dalej,  jednak  tamci  nas  zatrzymali,  otoczyli
niczym  mur  szarych,  pomarszczonych  twarzy,  wpatrzonych  w  nas  pustymi  dziurami  oczodołów.
Czułem, że To co nas goniło, stało teraz tuż za nami. Po karku przebiegały mi ciarki od lodowatego
oddechu bestii, która – jak stwierdziłem pełen grozy – miała już nie jedną, lecz dwanaście razy po
dwanaście głów, wszystkie bowiem oblicza mnichów z nią były połączone długimi szyjami. Bałem
się spojrzeć poza siebie, gdyż wiedziałem, że tam czai się śmierć.

Wtem usłyszałem głos brata Alberto, „chociaż idę ciemną śmierci doliną, zła się nie ulęknę, bo

Ty jesteś przy mnie” – inquit.  W  tym  momencie  dojrzeliśmy  blask.  Znad  szarego  muru  ohydnych
łbów  uniosły  się  trzy  skrzydlate  postacie:  jedna  z  głową  lwa,  druga  z  głową  wołu,  trzecia  zaś  z
głową orła. Poczułem, że czyjeś silne ręce chwytają mnie za ramiona i uniosłem się w górę; to brat
Alberto wzbił się na swych skrzydłach i poszybowaliśmy razem na wysoką wieżę.

Jednak  bestia  nie  rezygnowała  i  wspinała  się  za  nami,  ze  swoich  stu  czterdziestu  czterech

gardzieli  wydając  ryk  przeraźliwy,  który  wstrząsnął  posadami  świata,  potem  przeszedł  w  skowyt  i
jakby  lament,  ścinający  w  żyłach  krew,  rozrywający  zasłonę  wyszywanej  gwiazdami  nocy,  tak  iż
pozostała  tylko  ciemność  nieprzenikniona.  Atoli  brat  Alberto  magna  voce  exclamavit:  „zła  się  nie

background image

ulęknę!” – a krzyk jego był równie potężny, co skowyt bestii, która pod wpływem tego głosu runęła
z  wieży  w  dół.  Gdy  brat  Alberto  to  ujrzał,  złożył  mnie  na  zimnej,  kamiennej  posadzce,  wstrząsnął
skrzydłami  i  pofrunął  ku  niebiosom,  zaś  żar  dobył  się  spod  jego  piór  taki,  że  osmaliło  mi  twarz,
spalając całkiem brwi i rzęsy, i pozostałem nagi i osmalony, wstrząsany dreszczami chłodnej nocy.

Zmarznięty  i  jednocześnie  zlany  potem  od  poprzedniego  gorąca  przebudziłem  się,  czując

dziwny ciężar na piersi. Dopiero po chwili poczułem, że to czyjaś dłoń mnie dotyka, usłyszałem też
głos  brata  Alberto,  który  coś  mamrotał  w  zwykły  dla  siebie,  bezsensowny  sposób.  Delikatnie
odsunąłem  jego  dłoń  i  spróbowałem  wstać,  nadto  jednak  byłem  osłabiony,  on  zaś  uciekł  z  celi,
jakby spłoszony moim poruszeniem.

Do dziś zastanawia mnie uzdrowienie, którego wówczas dostąpiłem. Dlaczego mnie jednemu

dane było żyć, gdy inni pomarli? Nigdy wszak nie byłem silnego zdrowia, wiem zaś, że bez opieki
medyka  jedynie  organizmy  obdarzone  niezwykłą  wytrzymałością  są  w  stanie  zwalczyć  płucną
gorączkę.  Zdrowy  rozsądek  buntuje  się  przeciwko  temu,  czy  jednak  jest  niemożliwe,  aby  to  brat
Alberto mnie uleczył? Wspomnij choćby jego zachowanie przy łożu gwardiana – wszak było to tak,
jakby  sam  przeżywał  jego  chorobę.  Później  zaobserwowałem,  że  podobnie  zachowywał  się  przy
pozostałych chorych, ci jednak go odpędzali. Ja jeden pozwoliłem mu trwać przy sobie… i ja jeden
przeżyłem.  Oczywiście  zbieżność  w  czasie  pewnych  zdarzeń  nie  musi  świadczyć  o  ich
wzajemnym związku, nie wiem jednak, jak całe to zajście wytłumaczyć; dość już bowiem w swym
życiu  widziałem,  aby  móc  twierdzić,  że  i  drogi  rozumu  nieraz  wiodą  nas  na  manowce.  Wróćmy
jednak do dalszych wydarzeń owych dni.

Siły powróciły mi dość szybko, lecz nie chciałem jeszcze opuszczać klasztoru, przynajmniej nie

bez  przeczytania  owego  obszernego  fragmentu  „Satiriconu”,  który  odkryłem.  Była  to  błędna
decyzja, dziś już to wiem, wówczas jednak uśpił moją uwagę pozorny spokój. Brat Alberto kolejne
dni spędzał zamknięty w skryptorium, gdzie nie rzucał się w oczy pozostałym mnichom. Ja również
często  tam  bywałem,  czytając  lub  robiąc  notatki.  Muszę  przyznać  ze  wstydem,  iż  tak  mnie  to
pochłonęło, że nie dostrzegałem, czy też nie chciałem dostrzegać, jak zgodnie z przewidywaniami
gwardiana, nieufność mnichów wobec brata Alberto wciąż rosła; bez swego pasterza ci ludzie byli
całkiem zagubieni i sztywne dotąd pęta zakonnej dyscypliny nagle zaczęły się rozluźniać. Ja jednak
ogarnięty jakimś szałem czy zaślepieniem, nie zwracałem na to uwagi, podobnie jak nie zwracałem
uwagi  na  to,  co  czyni  sam  brat  Alberto.  A  ów  –  jak  się  później  okazało  –  cały  czas  przepisywał
jakieś excerpta z Biblii.

Rychło  musiało  się  to  jednak  skończyć.  Doszło  bowiem  do  wydarzenia,  które  wszystkich

napełniło niepokojem, a niejednego strachem.

Oto  pewnego  dnia  zebrali  się  mnisi  na  modlitwę  w  intencji  dopiero  co  zmarłych.  Jeden  z  nich

zaintonował  psalm  dwudziesty  trzeci,  gdy  nagle  rozległ  się  w  kaplicy  przeraźliwy  huk:  to  brat
Alberto wpadł do niej, potykając się o świeczniki i przewracając je, następnie wyskoczył pomiędzy
stalle, rycząc nieludzko. A były to znów słowa czwartej eklogi:

…magnus ab integro saeclorum nascitur ordo.

iam redit et Virgo, redeunt Saturnia regna

iam nova progenies caelo demittitur alto.

Jednak ci niewykształceni mnisi, choć znali łacinę, nie rozumieli słów i szeptali między sobą: „to

background image

wersety z Janowej Apokalipsy” i „szatan go opętał, nie wie, co mówi”. Pełni też byli strachu i cofali
się przed szalejącym kaleką jak przed zadżumionym. „Od nowa rodzi się wielki wieków porządek.
Już powraca i Dziewica, i władza córy Saturna, już nowy potomek zstępuje z wysokiego nieba”.

„Precz!”  –  exclamavit  jeden  z  mnichów,  „Nie  wódź  nas  na  pokuszenie.”  –  I  cisnął  w  biedaka

ciężkim świecznikiem. Pozostali przyłączyli się do owych okrzyków: „Przeciw Bogu bluźnisz!”, „Czyż
za  głos  Boga  się  uważasz?!”,  „Se  Dei  vocem  putes?!”.  I  byliby  może  na  niego  napadli,  gdybym
wówczas  nie  znalazł  w  sobie  odwagi  i  nie  wykrzyknął:  „Czyście  szaleni?  Wszak  on  Wergilego
cytuje. Toż to rzymski poeta!”. Oni jednak za złe mi to poczytali i na mnie również zaczęli patrzeć
spode łba. „Więc poganina głosem woła” – mówili między sobą. Całe szczęście uciekł tymczasem
brat Alberto i zostało odwleczone najgorsze.

Pogoda  owego  dnia  była  fatalna;  zerwała  się  straszliwa  burza  śniegowa.  Gdyby  nie  to,

opuściłbym  czym  prędzej  klasztor,  gdyż  zaiste  już  w  nim  wrzało.  Podjąłem  jednak  mocne
postanowienie wyruszenia z samego rana, jeśli tylko będzie to możliwe. Oczywiście brata Alberto
miałem  zabrać  ze  sobą.  Niestety  nie  dane  mi  było  to  uczynić.  Widać  taka  wola  Boża  –  tłumaczę
sobie. – Bowiem gdyby Bóg zechciał ocalić swego ułomnego sługę, nie byłby pozwolił, aby zawieja
opóźniła  nasz  wyjazd.  Kimże  jestem  ja,  pyłek  mizerny,  żeby  próbować  zgłębić  zamysły
Wszechmocnego? Najwyraźniej tego wymagał Boski plan, aby tamtej nocy, w tamtym klasztorze
dokonała się ofiara. Czyż i Pan nasz, Chrystus, nie musiał złożyć się w ofierze, aby powstrzymać
moce szatana? Zło jest silne na świecie, a Głos Pana woła tych właśnie, słabych i ułomnych, aby
stawili mu czoła.

Spakowałem  w  pośpiechu  swój  skromny  dobytek  i  próbowałem  odnaleźć  brata  Alberto,  lecz

nigdzie  go  nie  było.  Ostatecznie  więc  poszedłem  tylko  zabrać  ze  skryptorium  ową  księgę,  którą
przepisywał. Prawdopodobnie nie zwróciłbym wcale uwagi na to, co w niej było napisane, gdyby w
pewnym momencie nie upadła na ziemię i nie otworzyła się na jakiejś stronie. Gdym się pochylił,
ujrzałem  pismo  greckie,  którego  w  owym  czasie  nie  znałem  jeszcze.  Zaskoczyło  mnie  jednak,  że
podczas gdy większość tekstu była spisana czcionką równą i piękną, gdzieniegdzie pojawiały się też
znaki  koślawe,  jakby  ręką  kaleki  pisane,  zaś  przy  dokładniejszym  przyjrzeniu  się  dostrzegłem  też
kilka słów w alfabecie łacińskim. Dwa z nich szczególnie były wyróżnione, pierwsze głosiło „NIE”, a
drugie  „POJMIESZ”.  Cały  tekst  również  kończył  się  sentencją  łacińską,  napisaną  tak  koślawo,  że
niemal nieczytelną. „Non mea voluntas, sed tua fiat” – odcyfrowałem w końcu. „Nie moja wola, lecz
Twoja niech się stanie”.

Schowałem  wówczas  książkę  do  tobołka  i  wyszedłem  na  dziedziniec.  Wtem  wydało  mi  się,

żem  dojrzał  coś  dziwnego,  jakby  szary  cień  pnący  się  w  górę  po  kościelnej  wieży.  Dreszcz  mną
wstrząsnął i wytężyłem wzrok, nic więcej już jednak nie dostrzegłem. Wróciłem do swego pokoju i
wkrótce  zapadł  zmierzch.  Nie  wiedziałem  jeszcze  wówczas,  że  zanim  słońce  wstanie  ponownie,
wszystko już ma się rozwiązać.

Oto  jak  wyglądały  wydarzenia  owej  nocy  (wiedz,  że  dłonie  moje  drżą,  gdy  to  wspominam  i

próbuję opisać, co zaszło).

Około  jutrzni,  czyli  niewiele  po  północy,  wszystkich  zgromadzonych  w  klasztorze  przebudziło

nieludzkie wycie i skomlenie. Wybiegliśmy na dziedziniec i ujrzeliśmy, że oto brat Alberto wspina się
na kościelną wieżę z pochodnią w dłoni. „Chce podpalić kaplicę!” – quisquis inquit. Zaraz też rzucili
się po schodach na górę, gdzie dorwali biednego kalekę, ściągnęli go na ziemię i zaczęli bić. Istny
szał  ich  ogarnął,  mnie  zaś  na  ten  widok  jakby  sparaliżowało.  Jak  w  owym  śnie:  chciałem  się

background image

ruszyć, ale zdjęty strachem nie mogłem chciałem krzyknąć, ale tylko skrzek niewyraźny wyrwał się
z mej krtani, chciałem w końcu zamknąć oczy, żeby nie patrzeć na okrutną śmierć niewinnego, lecz
mogłem tylko stać i być niemym świadkiem tego okropnego zdarzenia.

Wtem powtórzył się straszny skowyt, który słyszeliśmy wcześniej. Przerażeni mnisi odskoczyli

od obitego i skrwawionego ludzkiego strzępu, w który zmienił się brat Alberto. Oni tego nie widzieli,
ale  ja  dostrzegłem  owo  szare  Coś  z  mojego  koszmaru,  czające  się  za  naszymi  plecami.
Dostrzegłem jego twarz, niewyraźną w mroku, wygiętą grymasem okrutnego śmiechu. To ryknęło
ponownie.  Głos  przeszedł  w  pisk  tak  przeszywający,  że  widziałem,  jak  kilku  mnichów  padło  na
kolana  z  krwią  cieknącą  z  uszu  i  oczu,  choć  może  był  to  tylko  fantom  mojego  nagle  oszalałego
umysłu.  Rozbiegli  się  w  przerażeniu,  a  brat  Alberto  wstał  chwiejnie.  Na  dziedzińcu  pozostało  nas
tylko  troje:  ja,  on  i  szare  Coś  za  moimi  plecami.  To  podeszło  do  mnie,  poczułem  zimny  dech  na
karku.  Brat  Alberto  wpatrywał  się  we  mnie  –sam  taki  brzydki  jak  zwykle,  lecz  z  jakimś  dziwnym
wyrazem oczu. Za nim też Coś się pojawiło. Mnisi powrócili, niosąc z kaplicy ciężki krzyż. „Apage!”
–  wykrzyknął  jeden  z  nich  i  w  tym  momencie  masywne  ramię  krzyża  gruchnęło  w  potylicę  brata
Alberto. Poleciał do przodu, lecz nie upadł. Jego oczy wciąż się we mnie wpatrywały. „Apage!”  –  i
krzyż  ponownie  uderzył  w  jego  głowę.  Teraz  dostrzegłem,  że  na  ciemnym  drewnie  pozostał
czerwony ślad. Oczy brata Alberto zeszkliły się i runął na ziemię, plamiąc biały śnieg swoją krwią.
To Coś za mną zaśmiało się i znikło. Mnisi podnieśli bezwładne ciało, wynieśli poza mury i zepchnęli
w dół po zboczu.

Dopiero wtedy udało mi się ruszyć. Pobiegłem pospiesznie za nimi, a potem dalej w dół stoku.

Poleciały  za  mną  klątwy  i  kilka  kamieni,  lecz  się  tym  nie  przejąłem.  Brat  Alberto,  gdym  do  niego
dotarł,  żył  jeszcze.  Dyszał  ciężko,  chrapliwie,  a  gdy  ujrzał,  że  się  nad  nim  pochylam,  zaczął  coś
mówić.  Musiałem  przystawić  ucho  niemal  do  samych  ust  jego,  aby  zrozumieć  słowa.  Recytował
wiersz!  I  to  nie  te  grozą  przejmujące  strofy  z  Wergiliusza.  Recytował  Horacego!  Przytaczam  tutaj
ową pieśń we własnym przekładzie:

Wyjrzyj za okno, przyjacielu,

Oto zima mroźnymi szpony chwyciła groźną Soracte,

Rzeki trzeszczącym skuła lodem

I legła ciężkim białego puchu kobiercem na barkach kosodrzewiny.

Nie daj jej tutaj przystępu, Taliarchu,

Odegnaj ciepłym żarem kominka chłód ze swego dworu,

A winem zacnym, czteroletnim,

Które się leje z sabińskiej amfory, odegnaj go z serca.

Kilka kropel ofiaruj nieśmiertelnym,

Którzy mocni koić srogie wichry, gdy morze niespokojne,

Tak iż nie mierzwią bujnej

Cyprysu korony, ni dręczą starczej łysiny jesionu.

A o jutro – nie pytaj,

Zawierz losowi, a co da, wszytko ci zyskiem będzie,

Tymczasem, przyjacielu drogi,

background image

Tańców używaj i nie gardź dziewcząt miłością płochą.

Dopóki od nas – młodych

Daleka jest ta starość, choć bezzębna a zgryźliwa,

Szukaj wiatru na Polu Marsowym,

Słuchaj szeptów potajemnych, które z serca wprost do serca płyną.

Na  ostatnią  zwrotkę  już  tchu  mu  nie  starczyło,  tylko  „i  niech…  i  niech…  nie  warto…  pamiętaj”

inquit  i  ducha  oddał  Panu.  Gdym  zresztą  ów  wiersz  tłumaczył  –  a  było  to  bardzo  dawno  temu;
byłem pewnie wówczas w Twoim wieku – nie mogłem za nic ująć ostatniej strofy tak, jakbym tego
chciał. Zrezygnowałem z niej zatem i własnymi moimi słowy wiersz zakończyłem, myśląc o tym,
co mi rzekł umierający brat Alberto. Oto jak brzmi w mojej wersji ta ostatnia zwrotka:

Wszystkiego zapomnij,

Pamiętać nie warto, że świat zimny sroży się dokoła,

Ciepłych objęć tylko szukaj,

Prochem i tak w końcu wszyscy jesteśmy, pamiętaj – nie warto.

Jeśli  chodzi  o  dalsze  zdarzenia,  to  już  nie  ma  wiele  do  opowiadania.  Nadludzkim  wysiłkiem

dotaszczyłem  do  najbliższej  osady  zwłoki  człowieka,  którego  gwardian  powierzył  mej  pieczy  w
chwili swej śmierci. Tam go pochowano, ja zaś rozchorowałem się ponownie z wyziębienia. Leżąc
w łóżku, rozmyślałem, jak bardzo zawiodłem nadzieje pokładane w mej prawości i zastanawiałem
się, czyż możliwe jest ocalenie świata od grzechu i piekła, skoro nie jesteśmy nawet w stanie ocalić
życia  jednego  człowieka  –  gdy  Głos  Pana  wzywa  nas,  abyśmy  stawali  w  obronie  tego,  co  za
święte uważamy.

Jestem już stary, więc Tobie, mój synu, stawiam to pytanie, bo Twoje pokolenie będzie musiało

walczyć, aby ten olbrzymi, niepojęty świat, w którym przyszło Wam żyć, uczynić lepszym.

Cura ut valeas,

Giulio

background image

Wurdałak

Cracovia, 27 Novembris mensis, A.D. 1517

Marcus Monescius ad suum patrem Iulium

Czcigodny Ojcze,

Wielce  jestem  wdzięczny  za  księgę,  którą  przesłaliście,  ale  bardziej  jeszcze  za  opowieść

zawartą  w  dołączonym  do  niej  liście.  Była  mi  ona  główną  ekscytacją  ku  temu,  abym  Wam  opisał
pełny  przebieg  wypadków  towarzyszących  memu  zranieniu.  Wybaczcie  tylko,  jeśli  mym  słowom
zbraknie  cyceroniańskiej  gracji  Waszego  pióra.  Bliższą  mi  zawsze  była  cezariańska  zwięzłość,  a  i
opowieść moja tak jest dziwną i niepokojącą, że jedynie suche przedstawienie faktów może mnie
utrzymać w przekonaniu, że nie uległem złudzeniu.

Jak wiecie, pan mój, Ludwik, z Bożej Łaski król Węgier i Czech, nieledwie jeszcze pacholęciem

jest odumartym przez ojca zeszłej zimy. Do opieki nad nim zobowiązało się dwóch wielkich mężów,
jako to Maksymilian, cesarz rzymski, oraz Zygmunt, król Polski, a Ludwika stryj. Celem umocnienia
rodzinnej  zażyłości  pan  mój  z  początkiem  lata  tego  roku  został  zaproszony  na  dwór  Zygmunta.
Muszę przy tym pochwalić się, że i ja w owym zaproszeniu byłem imiennie wymieniony, gdyż król
wielką atencją darzy Italię. Chodzą pogłoski, że poszukuje żony spośród naszych wielmożów, może
nawet z Medicich.

Pod koniec czerwca stanęliśmy na zamku w Krakowie. Król podjął nas godnie, nie szczędząc

pieniądza na uczty, żonglerów i śpiewaków. Owe krotochwile szybko mi spowszedniały, jednak tyle
z  nich  wyniknęło  dobrego,  że  wszedłem  w  zażyłość  z  pewnym  uczonym  mężem  imieniem
Wawrzyniec  Choroszewski  herbu  Jastrzębiec.  (Osobliwe  jego  imię,  jak  mi  eksplikował,  bliskim  jest
naszemu  Lorenzo  i  należy  je  kojarzyć  z  laurowymi  wieńcami  poetów).  Odnalazłszy  w  nim
pokrewny  umysł,  zyskałem  przewodnika,  który  wielce  mi  był  pomocnym  w  moich  studiach  nad
wschodnimi krajami, zarówno w materii ich fauny i flory, jak i obyczajów i wierzeń.

Z  końcem  lipca  zbrzydło  i  królowi  ucztowanie,  więc  udaliśmy  się  ku  przepastnym  borom  przy

wschodnich rubieżach Rzeczypospolitej – na łowy. Przy okazji stryj mego pana chciał mu pokazać
siedliska  polskiego  wołu  leśnego,  którego  w  miejscowej  mowie  zwą  „żubrem”.  Zwierzęta  owe
wydały mi się wielce interesującymi ze względu na swe rozmiary i siłę. Z zaciekawieniem przyjąłem
również  informację,  że  są  one  chronione  specjalnym  królewskim  nakazem  i  nie  wolno  nikomu  na
nie polować pod karą gardłową. Szersze ich opisanie zamieszczę w traktacie, nad którym pracuję,
tymczasem wracam do opowieści.

W  pierwszych  dniach  sierpnia  dotarliśmy  do  miejscowości  Strzyżewo-Wieś,  należącej  do

zamieszkałego w odległości kilku stajań Hieronima Strzygłowa herbu Sulima. Król z większą częścią
dworu  osiedli  w  pobliskim  pałacyku  myśliwskim,  reszta  musiała  stanąć  we  wsi  rozlokowana  po

background image

różnych tabernach. W tej drugiej grupie znaleźliśmy się również ja i pan Wawrzyniec, co było nam
na rękę, gdyż zamiarowaliśmy przed udaniem się na łowy rozpytać się wśród szlacheckiej drobnicy
i chłopstwa o lokalne wierzenia.

Aborigini  nie  przyjęli  nas  życzliwie.  Łatwo  było  zmiarkować,  że  tameczny  lud  jest  ponury  i

radziej  trzyma  sam  ze  sobą  niźli  z  obcymi.  Przechadzając  się  po  osadzie  od  taberny  do  taberny
zauważyliśmy też, że jakowyś niepokój wisi nad chałupami jakby cień mrocznej tajemnicy. Kto miał
okiennice, trzymał je zatrzaśniętymi, a na wielu drzwiach wisiały krzyże.

Aby wyjaśnić to zjawisko, zaszliśmy do fary. Tameczny proboszcz powiedział nam, że zeszłej

zimy  do  wsi  zawitała  zaraza,  a  wygłodniali  wilcy  mnóstwo  bydła  poszarpali.  Gołota,  chłopstwo  i
insza ciemnota, eksplikował, boi się, że i tego roku się to powtórzy.

Człowiek ten nie pojmował prawdziwej istoty goszczącego wśród prostego ludu strachu, czego

mieliśmy  się  wkrótce  dowiedzieć.  Polak,  choćby  niewiadomo  jak  skryty  w  sobie,  to  urodzony
gawędziarz, trzeba mu tylko półgarnca miodu lub kwaterki wódki. Mając to na uwadze, wróciliśmy
do  jednej  z  tabern  i  powtórzyliśmy  swoje  zapytania,  hojnie  sięgając  do  kiesy.  Okazało  się,  iż
zdaniem  wielu  aboriginów  za  zarazę  i  straty  wśród  bydła  i  trzody  winny  jest  stwór  zwany
vurdalacus.

Ów  vurdalacus,  pół-człowiek,  pół-bestia,  to  upiór  zrodzony  z  kazirodczego  związku,

pożywiający  się  ludzką  krwią  lub  mięsem,  duszący  dzieciątka  w  kołyskach,  przynoszący  ze  sobą
mór i nieurodzaj. Ten i ów, podochociwszy sobie więcej niżby wypadało, przebąkiwał, że taką bestią
jest  pan  miejscowy,  Hieronim  Strzygłów,  jednak  insi  zaraz  ich  uciszali.  Zapewne  bali  się  gniewu
pana.

Parobcze gadanie, rzekł nam karczmarz, młody żydowin. Później jął tłumaczyć, że może pan

Strzygłów i dusi dzieci, ale podatkami, a krowy porywa jako daninę. Surowy ów pan nie cieszył się
wielką miłością, gdyż niezależnie od urodzaju trzymał się ściśle litery prawa, a przy tym wielki był
oryginał i odludek. Jak wielki, miałem się przekonać. Jak również o tym, ile prawdy jest w gadaniu
prostaczków, a już teraz mogę rzec, że więcej niźli się onemu karczmarzowi zdawało. Tymczasem
jednak oburzała mnie ciemnota, z którą się spotkałem.

Następnego ranka ruszyliśmy wreszcie na łowy.
Przez trzy dni musiałem znosić niewygody spania na twardej ziemi i przyglądać się, jak młódź

rycerska ciska oszczepem lub strzela z łuku, choć radziej zaszyłbym się w ciepłej komorze z jakąś
księgą.  Za  to  pan  mój  Ludwik  bawił  się  znakomicie.  Trzeba  Wam  wiedzieć,  Ojcze,  że  od  kołyski
nieomal zdradzał ciągoty ku sprawom rycerskim, choć jako dziecię był słabego zdrowia. Stryj jego,
mimo iż posunięty wiekiem i tuszą, również wielką przyjemność znajdował w łowach. Sam byłem
świadkiem jak przy pomocy włóczni powalił sporego dzika.

Czwartego dnia, bardziej z nudy niż jakowejś głębszej potrzeby, dałem się namówić na udział w

nagonce na knura. Na swoje nieszczęście.

Uciekał  nam  przez  większą  część  dnia,  klucząc  po  bagnach,  gdzie  konie  nie  mogły  pewnie

stąpać.  Zwodził  nas,  drażnił,  raz  nawet  napadł  na  naganiacza  i  śmiertelnie  poharatał  dwa  psy.
Zanim zagnaliśmy go w jar, z którego nie miał dogodnego wyjścia, zaczęło się już ściemniać.

Pamiętając,  jaki  los  spotkał  owe  psy,  które  wcześniej  weszły  mu  w  drogę,  nie  byłem  bardzo

prędki,  by  podążyć  za  nim.  Widząc  moje  niezdecydowanie,  przodem  ruszył  pan  Deciusz  herbu
Topór, aby zakończyć sprawę. Prawdopodobnie, nieświadom, oddał swoje życie za moje.

Z  jaru  wypadła  na  nas  jakaś  bestia.  Czy  był  to  ów  dzik,  którego  tropiliśmy?  Nie  wiem.

background image

Usłyszałem  kwik  koni,  krzyk.  Bardzo  wyraźnie  poczułem  ohydny  smród,  którego  nie  potrafię
nazwać  inaczej  niż  smrodem  śmierci.  Kojarzył  mi  się  z  gnijącym  mięsem,  krwią  i  mokrą  sierścią.
Potem mój koń upadł, a ja straciłem zmysły.

Co  zaszło,  wiem  z  opowieści.  Wedle  nich  dzik,  wyjątkowo  potężna  bestia,  wypadł  z  jaru,

powalił  pana  Deciusza,  tratując  go  śmiertelnie,  a  potem  uderzył  kłami  mego  wierzchowca,
rozpruwając  mu  brzuch  i  wywlekając  wnętrzności.  Konie  reszty  naszego  towarzystwa  popłoszyły
się tak, jakby sam diabeł na nie napadł, więc mało kto widział, co dokładnie się dzieje. Zanim udało
im  się  nad  nimi  zapanować,  bestia  znikła.  Mnie  znaleźli  nieprzytomnego  ze  strzaskaną  nogą,
przygniecionego  truchłem  własnego  wierzchowca.  Zabrali  mnie  czym  prędzej  do  królewskiego
obozu, gdzie cyrulik stwierdził, że należy mnie przenieść do łoża i porządnie opatrzyć.

Najbliższym dworem w okolicy okazało się Strzyżewo, sadyba pana Strzygłowa herbu Sulima.
Ocknąłem  się  dopiero  po  tygodniu,  wychudły  i  blady.  Miałem  paskudnie  złamaną  nogę,

pęknięta  kość  przebiła  skórę  i  mięśnie.  Cyrulik  bał  się,  że  zabierze  mnie  zakażenie  krwi;  gorączka
długo  nie  ustępowała.  Ostatniego  dnia  byli  pewni,  że  nie  wyżyję,  ale  po  przesileniu  przyszła
poprawa.  Rankiem  –  otworzyłem  oczy.  Nadal  wzdrygam  się  na  wspomnienie  człowieka,  którego
wówczas ujrzałem.

Zdawało  mi  się,  że  ciągle  majaczę.  W  komorze  panowała  duchota,  śmierdziało  starą  krwią  i

przepoconą pościelą. Moich przyjaciół nie było w pobliżu. Tylko on jeden odcinał się czarną plamą
na tle roziskrzonych od słońca bielonych ścian, bardziej cień niż człowiek. Mój gospodarz.

Sam  jego  wygląd  budził  niepokój.  Niewysoki,  chudy,  żółtawy,  miał  w  sobie  coś  chorobliwego,

jakby  dawno  nie  oglądał  słońca.  Jego  rzadkie  włosy  były  kruczoczarne.  W  odróżnieniu  od  innych
Polaków  policzki  miał  gładko  wygolone,  więc  wąs  nie  zasłaniał  nadmiernie  mięsistych  ust.
Oszczędny  w  ruchach,  zawsze  mówił  cichym  głosem.  Jeśli,  jak  powiadają,  oczy  są  zwierciadłem
duszy, to człowiek ów najwyraźniej duszy nie posiadał, gdyż jego oczy zdawały się martwe.

Tego  dnia,  któregośmy  się  po  raz  pierwszy  ujrzeli,  nie  zamieniliśmy  ani  słowa.  Pan  Strzygłów

przypatrywał mi się dłuższą chwilę. Cień uśmiechu błąkał mu się po ustach. W końcu wyszedł, a ja
poczułem  się  tak,  jakbym  dopiero  w  tej  chwili  obudził  się  z  koszmaru.  Później  zaszedł  do  komory
mój  przyjaciel  pan  Choroszewski  wraz  z  kilkoma  serdecznymi  mi  dworzanami  Ludwika.  Na  mą
prośbę roztworzyli wszystkie okna. Chłód poranka, wesołe głosy kompanów i wrychle podane wino
przepędziły cienie z mojej duszy.

Niestety  następnego  dnia  towarzystwo  musiało  dołączyć  do  bawiących  się  łowami  królów,

jednak do tego czasu na tyle sił mi wróciło, że byłem w stanie moje wcześniejsze niepokoje zrzucić
na  karb  choroby  i  zasłyszanych  w  tabernie  bajań  pijanego  chłopstwa.  Nie  powiem,  żeby
przymusowa gościna widziała mi się miłą, ale cóż było czynić?

Następny  tydzień  minął  jak  tydzień  katorgi.  Sen  męczył  mnie  więcej  niż  odprężał.  Ból  i

nawracająca  czasami  gorączka  przynosiły  koszmary.  Budziłem  się  późno,  z  piekącymi  oczyma  i
sztywnym karkiem, tylko po to by ujrzeć mojego ponurego gospodarza i ponownie nie zamienić z
nim  słowa.  Dni  spędzałem  w  łożu,  bez  ruchu,  z  utęsknieniem  wyglądając  wizyt  cyrulika  lub
przynoszącego  mi  jedzenie  olbrzymiego,  gburowatego  sługi.  Były  to  jedyne  okazje  do  tego,  by  z
kimś słowo zamienić i przerwać nieznośną nudę. Wiadomość, że mogę spróbować stanąć na nogi,
przyjąłem jak błogosławieństwo.

W dniu, w którym wreszcie opuściłem łoże, zostałem poproszony na wieczerzę do gospodarza.

Przy  długim  stole  w  sali  bawialnej  poza  nim  samym  zastałem  również  jakąś  damę.  W  pierwszej

background image

chwili założyłem, że musi być jego siostrą. Po pierwsze, dlatego że pan Strzygłów nie wyglądał mi
na kogoś, komu mogłoby zależeć na niewieścich wdziękach. Po drugie, dama poza jedną posiadała
wszystkie te same co on cechy urody, jako to kruczoczarne włosy, kontrastujące z nimi jasne oczy,
bladą  cerę  i  drobną  budowę  kości.  Różniło  ich  to,  że,  podczas  gdy  mój  gospodarz  straszył
odrażającą wręcz szpetotą, ona zachwycała rzadkim, delikatnym pięknem.

Pan  Strzygłów  nie  spieszył  się  z  prezentacją,  zatem  przedstawiłem  się  sam  i  w  zamian

dowiedziałem, że dama jednak jest jego żoną. Katarzyna Strzygłów, tak się nazywała.

Siedliśmy. Służba wniosła dania.
Ku  memu  zdziwieniu,  zostałem  usadzony  na  jednym  końcu  długiego  stołu  z  panią  Katarzyną

po  prawicy,  podczas  gdy  pan  Strzygłów  zasiadł  na  końcu  przeciwnym  –  samotny.  Nie  powiem,
żebym  nie  cieszył  się  tym  stanem  rzeczy.  Żona  gospodarza  okazała  się  o  wiele  lepszym
kompanem  do  rozmów  niźli  on  sam.  Szybko  zmiarkowałem,  że  jest  to  dama  wielkiej  ogłady  i  do
tego  uczona.  Łaciną  władała  z  pełną  swobodą.  Choć  nie  światowa,  z  lektur  wiele  wiedziała  o
obcych krajach i zachęcała mnie, abym opowiadał o osobliwościach Italii. Intelektualna ekscytacja,
jak  i  –  nie  ukrywam  –  kilka  kielichów  wina  sprawiły,  że  poczułem  się  na  tyle  kontent,  aby
popróbować konwersacji również z panem Strzygłowem. Uderzyło mnie, że, podczas gdy ja i jego
małżonka  zajadamy  w  najlepsze,  on  tylko  obraca  w  palcach  kielich  z  winem  i  przygląda  nam  się,
samemu nie tykając potraw. Zagadnąłem go o to.

Nie  odpowiadał  tak  długo,  że  przyszło  mi  do  głowy,  iż  mnie  nie  dosłyszał  lub  zignorował.

Zmieszany,  nie  powtarzałem  zapytania.  On  jednak  po  jakimś  czasie  drgnął,  jakby  dopiero  co  się
przecknął.  Popatrzył  na  mnie.  Zaśmiał  się,  zakrywając  dłonią  usta.  Wreszcie  rzekł:  Miły  panie,
proszę o wybaczenie, jadam tylko specjalnie przygotowane potrawy. Później zapatrzył się na swój
kielich. Myślałem, że jego zainteresowanie moim pytaniem już minęło, lecz myliłem się ponownie.
Nie odrywając wzroku od kielicha zaczął mówić cichym, aksamitnym głosem.

Rozwodził  się  szeroko  nad  starym  zranieniem,  które  otrzymał  podczas  wojny  moskiewskiej.

Bełt  z  kuszy,  powiedział,  ugodził  go  prosto  w  wątpia.  Cudem  wyżył,  ale  organy  jego  dotąd  nie
odzyskały  dawnej  sprawności,  dlatego  jadał  jedynie  delikatne,  długo  gotowane  mięsiwa.  Z  jakiego
zwierzęcia,  nie  powiem,  skwitował.  A  na  zakończenie,  ku  mej  najwyższej  odrazie,  wdał  się  w
rozważania nad trudnościami wydalniczymi, które miewał.

Do tego czasu żałowałem już, żem się w ogóle do niego zwrócił. Spróbowałem przeprosić się

bólem w nodze, który zresztą naprawdę od jakiegoś czasu mi doskwierał, ale pan Strzygłów upierał
się,  żebym  poczekał,  aż  wniosą  jego  danie.  Chciał  mi  pokazać  owo  cudo,  które  z  taką  łatwością
przechodziło przez jego jelita.

Rad  nierad  musiałem  wytrwać.  Odrobinę  pociechy  odnalazłem  w  tym,  że  gospodarz  umilkł,

pozwalając żonie przejąć zadanie zabawiania mnie. Pomimo bólu i spowodowanego wzburzeniem
nawrotu  gorączki  odpowiadałem  grzecznie,  starając  się  wykrzesać  z  siebie  wcześniejszy
entuzjazm.

Nareszcie  wniesiono  danie  dla  pana  Strzygłowa.  Nie  wyglądało  imponująco.  Ot,  podługowaty

kawał  szarego  mięsa.  Najwyraźniej  gotowany.  Bez  sosu.  Nie  zwróciło  wówczas  mej  uwagi,  że
wcale  nie  wydaje  się  delikatny,  odpowiedni  dla  kogoś  cierpiącego  na  wątpliwe  schorzenia.  Nie
zastanowiłem  się  też,  pomimo  wcześniejszej  uwagi  pana  Strzygłowa,  z  jakiego  może  być
zwierzęcia.

Radowałem  się  tylko,  że  dane  mi  będzie  wreszcie  oddalić  się  do  swej  komory.  Wstałem.

background image

Zakręciło  mi  się  nieco  w  głowie.  Pani  Katarzyna  przyzwała  znanego  mi  już  potężnego  sługę,  aby
mnie  podtrzymał  i  odprowadził.  Przeprosiła,  że  tak  długo  mnie  trzymali,  a  potem  zaczęła  chwalić
mą ogładę.

Wtem pan Strzygłów ponownie się odezwał, nie patrząc na nas, nie odrywając się od posiłku,

całkiem jakby mówił do siebie. Jego słowa wprawiły mnie w osłupienie i zażenowanie tak wielkie,
że  spłoniłem  się  jak  panna.  Zachwycał  się  bowiem  mą  urodą,  chwaląc  zwłaszcza  me  wyraźnie
silne – achillejskie, jak rzekł – łydki oraz kształtne uda.

Nie  byłem  pewien,  czy  wziąć  tę  wypowiedź  za  afront,  zresztą  nie  bardzo  wypadało,  abym

ganił swego gospodarza, więc wycofałem się pospiesznie z sali.

Położywszy  się,  długo  nie  mogłem  zasnąć.  Rozbolała  mnie  głowa  i  czułem  się  słabo.  Noga

dawała  mi  się  we  znaki  nie  mniej  niż  pierwszego  dnia  po  przebudzeniu.  Wypełniała  mnie  odraza
wobec  dworu,  w  którym  byłem  uwięziony,  i  siedzącego  na  nim  pana.  Zastanawiałem  się,  ile
jeszcze  będę  musiał  czekać,  nim  ktoś  mnie  stamtąd  zabierze.  Współczułem  też  biednej  damie,
która w tym ponurym miejscu spędziła pewnikiem większą część żywota.

Zdarza się tak czasem, że gdy intensywnie o kimś myślimy, samą siłą umysłu sprowadzamy

tego  kogoś  do  siebie.  Dla  mnie  pewnie  lepiej  by  było,  gdyby  wtenczas  tym  kimś  okazał  się  pan
Wawrzyniec,  miast  niego  jednak  jeszcze  tej  samej  nocy  do  drzwi  mojej  komory  zapukała  pani
Katarzyna.

Jej  wizyta  nie  wydała  mi  się  niczym  niestosownym,  tym  bardziej,  że  przyszła  wraz  ze  sługą.

Nie  ma  zresztą  nic  zdrożnego  w  tym,  że  dama  odwiedza  mężczyznę,  gdy  ten  zaległ  zmożony
chorobą.  Ponadto  godzina  nie  była  wcale  późną,  gdyż,  zmęczony  wieczerzą,  szybko  się
położyłem. I proszę, Ojcze, nie myślcie, że się Wam tłumaczę, jak to robią winni. Daleki jestem od
tego, by ukrywać swoje grzechy. Tamtej nocy moje spotkanie z panią Katarzyną, przynajmniej dla
mnie, było zupełnie pozbawione grzesznych intencji.

Przyszła,  aby  przeprosić  mnie,  jeśli  poczułem  się  dotknięty  zachowaniem  jej  męża.  Nalegała,

abym  mu  wybaczył,  gdyż  ze  względu  na  słabe  zdrowie  stał  się  zgorzkniałym  i  nieraz  nie  całkiem
władnym  nad  słowy  i  czyny.  Przyniosła  mi  też  księgę,  abym  miał  czym  się  zająć  w  ciągu
następnych dni rekonwalescencji.

Od tamtej chwili widywaliśmy się regularnie. Przychodziła miast cyrulika zmieniać mi opatrunki,

a  czasami  po  prostu  zobaczyć  jak  się  mam.  Wieczerzaliśmy  razem  każdego  dnia,  rozmawiając
przy tym z sobą i unikając uwagi pana Strzygłowa. Przy ładniejszej pogodzie prowadzała mnie po
podwórcu,  choć  z  konieczności  te  spacery  musiały  być  krótkimi.  Kiedy  skończyłem  książkę,  którą
mi dała, przyniosła następną. Nie było to nic wartego wspomnienia, ale pozwalało wypełnić czymś
nudę chwil spędzanych bez niej.

Przez  jakiś  czas  rosłem  w  siłę,  ale  potem  pogoda  się  zmieniła.  Nadszedł  okres  słotny,

zapowiedź  coraz  bliższej  jesieni.  Wraz  ze  wzburzeniem  elementów  najwyraźniej  wzburzyły  się
również  humory  w  moim  ciele.  Ból  w  nodze  stał  się  silniejszym,  coraz  częściej  cierpiałem  na
nawroty gorączki.

W  tym  okresie  pani  Katarzyna  jeszcze  czulszą  otoczyła  mnie  opieką  i  jeszcze  więcej  czasu

spędzaliśmy wspólnie. Aż pewnej nocy odwiedziła mnie w łożnicy i – niech Bóg mnie osądzi – nie
opierałem  się  jej.  Ból  i  gorączka  zamiast  ostudzić  mój  zapał  tylko  go  zwiększyły.  Nie  wiem,  skąd
wzięła  się  we  mnie  ta  grzeszna  ciągota,  czy  była  wynikiem  choroby,  czy  związanego  z  brakiem
aktywności  niepokoju  ducha,  czy  może  wreszcie  wynikła  z  niesamowitej  aury  miejsca,  w  którym

background image

się znalazłem. Piszę Wam o tym, Ojcze, zanim powierzę moje grzechy Bogu przez spowiedź, gdyż
wiem,  że  mnie  nie  potępicie,  a  potrzebuję  z  kimś  podzielić  się  brzemieniem,  by  lepiej  zrozumieć
szaleństwo  własnej  natury.  Odrazą  napawa  mnie  to,  co  uczyniłem,  ale  nie  tak  wielką  jak  to,  co
nastąpiło potem.

Przez  dwa  albo  trzy  dni  moje  kontakty  z  panią  Katarzyną  straciły  na  częstotliwości,  co  jest

naturalne, biorąc pod uwagę sytuację. Nie czułem się jednak winny. Dlatego, kiedy przyszła znowu
nocą, przyjąłem ją ochoczo. Dopiero gdyśmy się zbliżyli, spostrzegłem, że w jakiś czas po niej do
komory wkradł się jej mąż. Byłem wstrząśnięty, bałem się, że przyłapał nas i zareaguje w jedyny
możliwy dla mężczyzny sposób – sięgając po żelazo. Tymczasem on siedział tylko i przyglądał się
nam tymi swoimi nieludzkimi, wyłupiastymi oczyma.

Pani  Katarzyna  wyczuła  moją  nagłą  drętwotę.  Rozejrzała  się  po  pokoju,  a  ujrzawszy  go,

roześmiała  w  sposób  wyuzdany.  Miast  przerwać,  zachęcała  mnie  do  dalszych  igraszek.  Lecz  ja
straciłem  po  temu  wszelką  ochotę.  Obrzydzony,  odepchnąłem  ją  od  siebie.  Krzyknęła  coś  po
polsku, po czym wyszła w stanie najwyższego oburzenia. Pozostałem sam na sam z jej mężem.

Wtenczas  zaczął  mnie  ogarniać  strach.  Absurd  sytuacji  i  jej  kontradykcja  wobec  naturalnego

porządku rzeczy sprawiły, że - kolejny już raz - poczułem się jak w koszmarze. Oto ja, w ciemnej
komorze,  w  łożu  splamionym  grzeszną  rozpustą,  a  naprzeciw  mnie  para  pustych  zwierzęcych
oczu.

Jeśli przeżyję tę noc, wyjadę – postanowiłem sobie.
Pan Strzygłów po dłuższym czasie poruszył się wreszcie. Wstał i podszedł do mnie. Wyciągnął

dłoń.  Cofnąłem  się  odruchowo.  Coś  głęboko  we  mnie  podpowiadało  mi,  że  jego  dotyk  jest
nieczysty. Jednak jak długie jest łoże? Nie miałem gdzie uciekać.

Dotknął mnie. Delikatnie musnął palcami mój policzek. Uśmiechał się przy tym. Potem, równie

delikatnie, musnął moją usztywnioną, obandażowaną nogę. Zakłuło lekko. Wyszedł.

Tę  noc  spędziłem  bezsennie,  a  o  pierwszym  brzasku  zabrałem  się  za  wykonanie  swego

postanowienia.  Sprawa  okazała  się  trudna.  O  jeździe  konnej  nie  było  mowy,  więc  zaczepiłem
parobka  z  wozowni.  Ten  nie  dość,  że  nie  rozumiał  łaciny,  to  jeszcze  okazał  się  niemową.
Próbowałem  wabić  go  obietnicami  zapłaty,  pokazując  mu  sakiewkę  i  powtarzając  nazwę
Strzyżewo-Wieś.  On  pokazał  tylko,  jak  jego  but  grzęźnie  w  błocie  i  wzruszył  ramionami.
Zrozumiałem.

Myśl o spędzeniu kolejnego dnia w tak nienaturalnych okolicznościach wydała mi się wstrętną,

więc w odruchu desperacji postanowiłem skonfrontować mego gospodarza. Przyjął mnie życzliwie,
jakby  nic  nigdy  nie  zaszło.  Informację  o  moim  wyjeździe  zbył  machnięciem  ręki.  Nastawał,  abym
dokończył kuracji. Lękał się o moje zdrowie.

Nie uspokoiła mnie ta rozmowa. Resztę dnia spędziłem na gorączkowych modłach o poprawę

pogody, a nocą nie kładłem się spać pomimo znużenia.

Niewiele  to  zmieniło.  Tym  razem  odwiedził  mnie  gospodarz  wraz  z  samsonowatym  sługą.  Z

początku,  podobnie  jak  poprzednio,  obaj  siedzieli  tylko  i  przyglądali  mi  się.  Próbowałem  ich
zagadywać,  ale  ignorowali  mnie.  Później  pan  Strzygłów  wstał,  podszedł  do  mnie  i  spróbował
znowu  dotknąć  mojej  twarzy.  Odtrąciłem  jego  rękę  i  w  gniewie  chciałem  zerwać  się  z  łóżka  i
wynieść choćbym miał kusztykać całą drogę przez las, lecz nim zdążyłem się podnieść, dopadł do
mnie sługa i oburącz przycisnął do łoża. Zaczęliśmy się szamotać. Uderzyłem wielkoluda w twarz,
łamiąc mu nos i już zrywałem się do nieporadnej ucieczki, gdy nagła eksplozja bólu osadziła mnie

background image

na miejscu. Pan Strzygłów otwartą dłonią uderzył mnie w zranioną nogę.

Zakręciło  mi  się  w  głowie,  żółć  podeszła  do  ust.  Zrozumiałem,  że  w  obecnym  stanie  jestem

całkowicie  bezradny,  zdany  na  łaskę  zwyrodnialca,  który  przyjął  mnie  w  gościnę.  Jego  sługa  otarł
krew z twarzy i ponownie skrępował mi ramiona.

Pan  Strzygłów  uśmiechnął  się.  Jego  spojrzenie  wyraźnie  padło  na  moje  wstydliwe  części.

Wyciągnął dłoń i  dotknął ich.  Później powoli  powiódł palcami wzdłuż  uda aż  do pękniętej  piszczeli.
Nacisnął na nią lekko. Ponownie zakręciło mi się w głowie. Krzyknąłem.

Spoliczkował mnie.
Potem wyszedł nie uroniwszy ani słowa, a sługa podążył za nim. Zostałem sam. Obrzydzenie i

strach  przelały  się  przeze  mnie  obezwładniającą  falą  i  musiałem  dać  im  upust,  kalając  podłogę
podle  łoża.  Humory  uszły  ze  mnie  z  taką  gwałtownością,  że  straciłem  zmysły  i  na  kilka  godzin
popadłem w gorączkowe majaczenia.

Ocknąłem się nad ranem; osłabiony, lecz zdeterminowany opuścić to obłąkane miejsce.
Pomyślałem o wymknięciu się oknem, lecz po bliższych oględzinach zorientowałem się, że w

moim  stanie  byłoby  to  po  pierwsze  niebezpieczne,  po  drugie  –  hałaśliwe.  Podszedłem  zatem  do
drzwi.  Na  poły  spodziewałem  się,  że  będą  zamknięte.  Nacisnąłem  klamkę  –  ustąpiły  bez  oporu.
Wyjrzałem do izby. Pusto.

Ostrożnie  ruszyłem  do  wyjścia  na  podwórzec.  Niestety  po  obejściu  kręcił  się  już  ten  sam

potężny  parobek,  który  nawiedził  mnie  w  nocy.  Gdyby  nie  moja  noga  pewnikiem  dałbym  radę
przemknąć się kole niego, póki był zajęty. Chętnie zaryzykowałbym nawet kradzieży koni byle tylko
się wydostać. Tymczasem byłem więźniem, choć nikt nie trzymał nade mną straży.

Cofnąłem  się  do  izby.  Powoli  dochodziło  do  mnie,  że  jeśli  mam  się  uratować  to  tylko  jednym

sposobem  i  choć  jestem  mężem  pióra  i  kałamarza,  a  nie  miecza,  gotowałem  się  do  walki.  Na
początek trzeba mi było znaleźć broń. Fechtunek nie wchodził w grę, więc zacząłem się rozglądać
za  jakimś  pistoletem.  Polacy  mają  w  zwyczaju  trzymać  mnóstwo  wszelakiego  oręża  pod  ręką,
gdyż w razie wojny król mocny jest wszystkich ich powołać do wojska. Trzymają także liczne trofea
jako  znak  dawnych  wojennych  przewag.  Jednak  ku  memu  zdziwieniu  nie  udało  mi  się  niczego
znaleźć ani w sieni, ani w izbie, ani w wieczerniku.

Postanowiłem zakraść się do prywatnej komory pana Strzygłowa. Jego samego na szczęście

tam nie zastałem. W ogóle dwór wydał mi się dziwnie cichy i wyludły; jedynie z kuchni dochodziły
dźwięki jakiejś krzątaniny.

Zabrałem się za przeszukiwanie sekretarzyka. Znalazłem tam mnóstwo papierów, ale niczego,

co  mogłoby  mi  być  pomocnym  w  ucieczce.  Już  miałem  porzucić  bezowocne  wysiłki,  kiedy
spojrzenie  moje  padło  na  potężny,  oprawny  w  skórę  wolumen,  spoczywający  w  jednej  z  szuflad.
Na obwolucie widniał elegancki, choć nieco już zatarty, inkrustowany napis: Silva Rerum.

W  tym  miejscu  pozwolę  sobie  na  krótką  dygresję,  gdyż  owe  Silvae  Rerum  są  ciekawą

osobliwością  polskiego  obyczaju,  którą  przyszło  mi  poznać  za  sprawą  pana  Choroszewskiego,  a
która  zupełnie  jest  nieznaną  w  naszych  stronach.  Polscy  panowie  prowadzą  księgi,  w  których
spisują rozmaite wydarzenia swojego żywota jako i kurioza, na które zdarza im się natrafić. Wśród
ich  notatek  znaleźć  można  wersety  poezyj,  opisy  podróży,  wspomnienia  z  wojen,  przepisy  na
smakowite  potrawy,  a  także  informacje  o  narodzinach,  chrzcinach,  ślubach,  zgonach  i  innych
codziennych sprawach. Księgi takie przekazuje się z pokolenia na pokolenie, niektóre z nich sięgają
nawet czasów piastowskich.

background image

Gdym  natrafił  na  Silva  Rerum  pana  Strzygłowa,  wielka  i  zgubna  mnie  zdjęła  ciekawość.

Niebaczny  na  niebezpieczeństwo,  zacząłem  czytać,  licząc  na  to,  że  znajdę  wzmianki,  które
pozwolą mi lepiej zrozumieć zwyrodniałą naturę mego gospodarza.

Notatki  czynione  jego  własną  ręką  były  nieliczne  i  mało  czytelne,  jakby  cierpiał  na  jakowyś

niedowład, łacina wulgarna. Kryły się w nich sugestie najmroczniejszej natury. Niektóre zdania wryły
mi się w pamięć tak silnie, że pewnie do końca życia będę zmuszony odczytywać je znów i znów
w najgorszych koszmarach.

Słabuję, upuszczanie krwie na nic, potrzeba mi żywota…
Dziewka jest mi wstrętną, odesłałbym ją, żeby nie krew, nie wola ojca.
Znów porodziła martwe…
Porodziła szkaradztwo, żywota w nim nie stało na nic.
Słabuję, ciągle słabuję.
Żywot bydlęcy na nic.
Przeklęta dziewka, jej łono już chyba całkiem uschło. Trzeba je wzmocnić, tylko nie wiem, jak.

Pije krwie i wywar z wątroby, ale to na nic.

Płuco i serce, i srom, z różnych… Części męskie i kobiece. Bez krwie. Nie tak jak radził ojciec.
Porodziła. Tym razem żyło dłużej, ale było słabym i odrażającym.
Pomarło.
Słabuję. Upuszczanie krwie i żywot w odpowiednich proporcjach. Płuco i serce, i srom. Tak.
Czytając,  zdałem  sobie  sprawę,  że  pan  Strzygłów  nie  tylko  podatny  jest  przeciwnym  naturze

ciągotom  ciała,  ale  również  zaprzedał  się  sztuce  alchemicznej  i  mrocznym  praktykom.  Jego
perwersje  bynajmniej  się  na  tym  nie  kończyły.  W  pisanych  pewniejszą  ręką  jego  ojca  notatkach
natrafiłem na zapis, który rzucał cień ohydnego plugastwa na łoże małżeńskie mego gospodarza.

Żona  moja  porodziła  znów,  pisał  starszy  Strzygłów,  tym  razem  dziecko  żywie,  ale  przyszło

przed  czasem  i  bardzo  słabym  jest  i  ułomnym.  Pewnikiem  nie  wyżyje.  Daliśmy  mu  Hieronim.  A
potem: Porodziła córkę. Ta jest silna. Damy jej Katarzyna.

Dalej przerzucałem kartki, nie mogąc zapanować na zdrożną ciekawością, mimo iż odraza rosła

we  mnie  z  każdą  chwilą.  W  gorączkowych  poszukiwaniach  natrafiłem  na  kolejne  sugestie
kazirodczego spółkowania, wiele pokoleń wstecz. Ród Strzygłowów stary jest, herb Sulima jeszcze
piastowscy króle mu nadali. Od jak wielu wieków krzyżowali się tylko sami z sobą, boję się myśleć.
Deformacje i inne zesłane przez Boga znamiona bluźnierczych związków dotykały ich przynajmniej
od  czasów  króla  Kazimierza,  dziada  mego  pana  Ludwika.  Obecnie  wyglądało  na  to,  że  sama
natura postanowiła przeciwdziałać ich dalszemu rozmnażaniu, wyjaławiając łono pani Katarzyny.

Pochłonięty perwersyjną fascynacją musiałem spędzić na czytaniu przynajmniej godzinę, gdyż

na  dworze  rozedniało  już  w  pełni.  Dopiero,  gdy  poczułem  słońce  na  skórze,  otrząsnąłem  się  i
zamknąłem  księgę,  ale  wtenczas  było  już  za  późno,  straciłem  szansę  na  to,  by  niepostrzeżenie
wymknąć się i zapomnieć o całej sprawie, jakby była zaledwie dusznym snem.

Pan Strzygłów stał o dwa kroki ode mnie.
Musiał zakraść się swoim zwyczajem, korzystając z mojej nieuwagi. Choć mikrej postury, zajął

mi  drogę  do  drzwi.  Jego  mięsiste  wargi  rozciągał  bezmyślny  uśmiech,  a  blade,  wyłupiaste  oczy
wpatrywały  się  we  mnie.  Albo  może  raczej  w  jakiś  punkt  tuż  nad  mym  ramieniem,  bo  miałem
wrażenie, że wcale mnie nie widzi.

Chwilę  trwaliśmy  w  milczeniu  i  bezruchu.  W  końcu  on  zapytał,  co  robię  w  jego  prywatnej

background image

komorze.  Zupełnie  jakby  nic  dziwnego  między  nami  nie  zaszło,  tylko  to  może,  że  przyłapał  mnie,
jak  nadużywając  jego  gościny  myszkuję  po  domu.  Wtenczas  coś  we  mnie  pękło.  Poczułem  jak
gotują się we mnie krew i żółć, sprowadzając bachiczne szaleństwo. Cisnąłem w niego księgą.

Próbował  się  zasłonić,  lecz  nie  zdołał.  Ciężki  wolumen  uderzył  go  w  twarz  i  powalił,  zalanego

krwią, na podłogę. Zaczął wyć. Był to niezwykle wysoki, nieludzi wrzask przypominający po trosze
skowyt  psa,  a  po  trosze  zawodzenie  dziecka.  Nie  próbował  zatamować  krwotoku.  Wpatrywał  się
tylko w swe zbroczone dłonie i wył.

Nie wiem czemu, ale ten jego krzyk rozwścieczył mnie jeszcze bardziej. Pomyślałem, że chcę,

aby się zamknął, choćbym miał go do tego zmusić wtłaczając mu jego własne zęby do gardła. Nie
panując  na  buzującymi  w  żyłach  humorami,  pochwyciłem  swe  kule  i,  podskoczywszy  na  jednej
nodze do pana Strzygłowa, z całych sił uderzyłem go w głowę.

Padł i ucichł. Byłem pewien, że go zabiłem.
Przeskoczyłem ciało i ruszyłem do kuchni. Słyszałem, że sługa rzucił to, co robił w podwórcu i

wpadł  już  był  do  sieni,  więc  chciałem  mu  stawić  czoła  choćby  z  nożem  kucharskim  w  dłoni.  Nie
przewidziałem tylko, że kto inny stanie mi na drodze – pani Katarzyna.

Wpadłem na nią, przekraczając próg kuchni. Dźgnęła mnie kilka razy na oślep, raniąc w ramię i

plecy,  ale  potem  krótkie  ostrze  ugrzęzło  w  fałdach  mego  grubego  kubraka.  Mimo  dezorientacji
udało  mi  się  chwycić  ją  nieporadnie.  Razem  upadliśmy  i  przetoczyli  się  w  poprzek  kuchni.  Od
uderzenia  straszliwy  ból  przeszył  mą  nogę  i  poczułem,  że  krew  na  nowo  pociekła  z  rany.  Nie
zdołałem  utrzymać  chwytu.  Pani  Katarzyna  wpadła  na  ceglaną  kuchnię,  przewracając  garnki.
Zalała ją wrząca woda. Krzyknęła krótko, przejmująco, a potem z bólu omdlała.

Ja tymczasem rzuciłem się, aby chwycić nóż, który upuściła. Dopadłem go i spróbowałem się

podnieść,  balansując  na  zdrowej  nodze.  Wtedy  ujrzałem,  co  poza  wodą  wydostało  się  z  garnka.
Pod mymi stopami leżała na poły obgotowana z mięsa ludzka głowa.

Odkrycie to tak mną wstrząsnęło, że nie zdążyłem się przygotować na wejście parobka, który

rzucił się na mnie, szybko wyłuskał mi nóż z dłoni i przygniótł mnie do ziemi.

Tymczasem  pan  Strzygłów  musiał  się  był  ocknąć,  bo  wszedł  wrychle  do  kuchni.  Był  jeszcze

bardziej  bladym  niż  zazwyczaj,  a  krew  okryła  jego  twarz  ponurą  maską,  upodabniając  go  do
jakiegoś  nieludzkiego  stworu.  Trzymał  się  za  głowę  i  krok  jego  chwiał  się  nieco,  lecz  poza  tym
zdawało  się,  że  doszedł  już  do  zmysłów.  Bezczułym  wzrokiem  obrzucił  pomieszczenie,  po  czym
nakazał  parobkowi  spętać  mnie,  a  następnie  zająć  się  panią  Katarzyną.  Uczyniwszy  to,  na
następne polecenie swego pana, sługa wyniósł mnie do stajni, gdzie osiodłał trzy konie. Usadzono
mnie  w  wysokim,  damskim  siodle,  tak,  abym  mógł  siedzieć  z  usztywnioną  nogą  wyprostowaną  i
przywiązano postronkiem, bym nie spadł. Pojechaliśmy w las.

Z  naszej  trasy  pamiętam  niewiele,  gdyż  mroczyło  mi  się  w  głowie  z  bólu  i  gorączki.  Gdyśmy

później z panem Choroszewskim i ludźmi króla jegomości próbowali odnaleźć miejsce, do którego
mnie wywieziono, Bóg mi świadkiem – nie dałem rady go wskazać. Pamiętam, że było to w jakiejś
starej części lasu, gdzie drzewa były grube i pokryte wiekowym mchem. Stał tam krąg uczyniony z
postawionych  na  sztorc,  zgrubnie  ciosanych  kamieni.  Pośrodku  znajdował  się  pogański  ołtarz,
splamiony zbrązowiałą krwią bluźnierczych ofiar. Na nim właśnie mnie złożono.

Powiadają  filozofowie,  że  spojrzeć  w  oko  śmierci  i  nie  zadrżeć  jest  największą  cnotą.  Księża

nauczają,  że  nie  będzie  wydany  na  zatracenie  ten,  którego  pogańska  ręka  powali,  a  kto  ochoczo
zbędzie żywota w imię Pana Naszego i Zbawcy, Jezusa Chrystusa, sławiąc je w głos w ostatnich

background image

swych  chwilach,  temu  nawet  czyśćcowe  męki  będą  oszczędzone.  Ja  jednak,  patrząc  w  pustkę
oczu dobywającego noża pana Strzygłowa, zdobyłem się na szloch zaledwie. Jeśli modliłem się do
Boga, to o to tylko, aby wybawił moje grzeszne ciało z niebezpieczeństwa.

Chciałbym  myśleć,  że  moje  modły  zostały  wysłuchane.  Drżę  jednak  na  wspomnienie  o  tym,

gdyż,  jeśli  tak  się  stało,  ryzykując  bluźnierstwem  muszę  zapytać:  przez  kogo?  A  jeśli  nie  przez
litościwego Pana, to cóż uczyniłem ze swą duszą w tamtej chwili tchórzostwa?

Pozostaje  mi  tylko  wierzyć,  że  strach  i  ból  sprowadziły  na  mnie  pomieszanie  zmysłów,  a

świadectwo mych oczu jest fałszywym.

Pan  Strzygłów  kazał  parobkowi  przytrzymać  mnie,  gdy  on  sam  miał  zadać  cios.  Nim  ten

jednak padł, krew zbroczyła mą twarz. Usłyszałem krótkie chrząknięcie. Z brzucha potężnego sługi
wyrósł długi, pokryty śliską czerwienią róg. Zaraz potem zwalisty mąż padł martwy, a mnie ukazało
się stworzenie bardziej przerażające niż podobizny diabłów z dzieł flamandzkich mistrzów.

Róg  wyrastał  z  podbródka  niemal  ludzkiej  twarzy  osadzonej  na  nienaturalnie  długiej  szyi,

wyrastającej spomiędzy łopatek bestii o kształcie dzika, ale rozmiarach żubra. Paradoksalnie twarz
ta  wyglądała  całkiem  łagodnie,  miała  duże  oczy  o  kształcie  migdałów,  brwi  ciemne,  wygięte  w
subtelne  łuki,  usta  delikatne.  Zawisła  na  chwilę  nade  mną.  Potem  stwór  wyciągnął  szyję  i  zbliżył
swe oblicze ku zmartwiałemu z przerażenia panu Strzygłowowi.

Tamten zdążył wyrzec tylko jedno słowo. Nie dosłyszałem dobrze, lecz zdało mi się, że było to

polskie słowo „ojcze”.

Gdy  się  odezwał,  twarz  stwora  rozwarła  się  niemal  na  pół,  odsłaniając  garnitur  wilczych  kłów.

Jednym kłapnięciem bestia zerwała głowę pana Strzygłowa z ramion.

Bryznęła  na  mnie  posoka.  Krzyknąłem.  Spróbowałem  rzucić  się  do  ucieczki,  ale  udało  mi  się

tylko  stoczyć  z  ołtarza.  Uderzyłem  nogą  o  kamień.  Po  krótkim  przebłysku  bólu  ogarnęła  mnie
dobrotliwa ciemność.

Ocknąłem się w jakiś czas potem. Ciał pana Strzygłowa i jego sługi nie było nigdzie w pobliżu.

Tylko świeża krew plamiąca ołtarz pozostała jako świadectwo ich gwałtownej śmierci. Martwe były
też  ich  konie,  i  na  poły  pożarte.  Mój  za  to  -  ocalał.  Pasł  się  spokojnie  nieopodal,  choć  dawno
powinien spłoszyć go smród śmierci.

Dosiadłszy go, odjechałem, byle dalej od tamtego plugawego miejsca.
W  dwa  dni  później  odnaleźli  mnie  osłabłego  pan  Choroszewski  i  królewscy  myśliwcy.  Zabrali

mnie do obozu, gdzie mogłem wypocząć. Z ich opowieści dowiedziałem się, że pojechali po mnie
na  dwór  w  Strzyżewie,  sądząc,  że  dość  już  nabrałem  sił,  bym  mógł  dołączyć  do  reszty
towarzystwa,  jednak  dom  i  gospodarstwo  zastali  wyludłym.  Całe  szczęście  ogary  odnalazły  mnie
bez trudu. Jak się okazało, koń mój, gdym w przebłyskach przytomności nie próbował zwrócić go
gdzie indziej, do rodzimej zawracał stajni.

W zamian opowiedziałem im historię mej przymusowej niewoli, nie szczędząc przy tym opisów

perwersyj  gospodarza.  Zarzut  czarnoksięstwa  i  kazirodztwa  nie  mniej  ciężkim  jest  w
Rzeczypospolitej  niż  w  Rzymie,  jednak  wróciwszy  na  miejsce  nie  znaleźliśmy  żadnych  śladów
mogących potwierdzić moją historię. Znikła nawet Silva Rerum Strzygłowów.

Od tego czasu powstała na dworze pewna nieufność wobec mnie. Nikt nie miał wątpliwości, że

jakoweś  mroczne  sprawy  zaszły  na  Strzyżewie,  jednak  jaką  rolę  w  nich  odegrałem  –  nikt  nie  był
pewien. Zauważyłem, że dworacy unikają kontaktów ze mną, a niejeden odżegnuje się od złego po
spotkaniu.  Poprosiłem  zatem  pana  mego  o  zwolnienie  z  obowiązków  na  czas  rekonwalescencji  i

background image

wróciłem  z  panem  Wawrzyńcem  do  Krakowa.  Przez  jakiś  czas  radowałem  się,  że  chociaż  ten
jeden  przyjaciel  pozostał  mi  wiernym,  ale  z  czasem  spostrzegłem,  że  i  on  odwiedza  mnie  coraz
rzadziej i jakby jest zakłopotanym.

W  tym  mniej  więcej  czasie  wysłałem  Ci  mój  poprzedni  list.  Obecnie  czuję  się  już  dużo

silniejszym, choć nadal kuleję i ból mi dokucza. Niemniej za kilka dni ruszam śladami króla Ludwika
z powrotem do Budy, coby zdążyć przed nadejściem najsroższych mrozów.

Ostatnią  tylko  rzecz  chciałbym  Ci  jeszcze  opowiedzieć,  nim  zapieczętuję  ten  list.  Kiedy

przechadzam się czasami po rynku, zdaje mi się, że widuję okutaną wielkim szalem kobietę, która
mi  się  przypatruje.  Jest  ona  ciężarną,  choć  niedługo  sądząc  po  rozmiarach  jej  brzucha.  Kilka  razy
chciałem przyjrzeć się jej dokładniej, ale zawsze niknie mi w tłumie, nim zdążę na dobre rozróżnić
rysy  jej  twarzy.  Zeszłej  nocy  przyśniło  mi  się,  że  zachodzi  do  mojej  komory.  Obudziłem  się  z
przeczuciem,  że  ujrzę  pana  Strzygłowa,  jak  siedzi  w  kącie  i  wlepia  we  mnie  swoje  dziwne  oczy.
Oczywiście nic takiego nie zaszło.

Czy sądzisz, że to z napięcia nerwów? Myślisz, że może i ta kobieta mi się przywiduje?

Cura ut valeas,

Marco

background image

Metamorfozy

We śnie ulotnym zbłądziłem na manowce mar. Przespałem moją stację i oto inne, jakieś obce

miasto wokół mnie wyrasta. Tną stalową zasłonę nieba betonowe drapacze chmur, wyszczerzają
się  antenami,  iglicami  obleganymi  przez  czarne  ptaki  bez  skrzydeł.  Tory  zalewa  asfalt,  z  niego
wynurzają  się  wyspy  szarych  płyt,  ronda  zataczają  kręgi,  rozpina  się  tramwajowa  trakcja.  Wokoło
mnie pęcznieje ponure miasto.

Wysiadłem.
Samochody  przemykały  obok  mnie,  wznosiły  się  na  białych  skrzydłach.  Czułem,  że  dom

daleko  –  daleko  ciepłe  schronienie  mego  łóżka  –  lecz  miejsce  wydało  mi  się  znajome.  Ulice  te
same, co w latach dzieciństwa, tylko jakby nabrzmiałe i dziwnie splątane.

Ruszyłem  przed  siebie  w  gęstniejącym  mroku,  szlakiem  wyznaczanym  blaskiem  latarń.

Poznałem, że zbliżam się do parku – miejsca tylu niewinnych dziecięcych igraszek. Park ten ciągnął
się  za  moją  starą  szkołą,  pomyślałem  więc,  że  tam  zajdę.  Nie  miałem  pojęcia,  która  godzina,
wiedziałem  wszak,  że  w  dzień  czy  w  nocy,  na  portierni  z  tyłu  budynku  zawsze  pali  się  światło.
Błąkając się wśród czarnych drzew, jego blasku szukałem.

Szkoła nic się nie zmieniła. Biały budynek na czarnej wyspie asfaltu wśród kobierca zeschłych i

gnijących liści.

Stanąłem przy płocie.
Ta część budynku, która oto malowała się przed moimi oczami, była znacznie starsza niż ta, w

której  odbywały  się  lekcje  i  –  kiedyśmy  byli  dziećmi  –  nikt  z  nas  do  niej  chodził.  Wiedziałem,  że
mieści się tam dawna biblioteka i jakieś pokoje, w których bywał tylko dyrektor.

Przechadzając  się  wzdłuż  płotu,  który  od  moich  szkolnych  czasów  porósł  gęsty  bluszcz,

spostrzegłem  nagle  małą,  zaśniedziałą  klamkę  wystającą  spomiędzy  liści.  Nacisnąłem  na  nią  i
moim oczom ukazał się obrys metalowej furtki. Zafascynowany, skorzystałem z odkrytego wejścia
i po cichu przemknąłem pod okienko portierni. Leniwie sączył się z niego migotliwy, błękitny blask.
Ostrożnie zajrzałem do wnętrza.

Pokoik,  ku  memu  zdziwieniu,  był  prawie  pusty.  Z  szarych,  gołych  ścian  sterczały  tu  i  ówdzie

przewody, na podłodze nie było dywanu ani posadzki. Tylko dwa telewizory, zwrócone przodem ku
sobie, sterczały samotnie pośrodku pomieszczenia. Na jednym leciał jakiś program – ktoś wyglądał
ciekawie z ekranu, jakby oglądał telewizję. Drugi stał do mnie tyłem.

Zdziwiony,  postanowiłem  wejść  do  budynku  i  rozejrzeć  się  nieco  w  poszukiwaniu  starego

portiera. Drzwi były otwarte i wyszedłem przez nie wprost na potrójną klatkę schodową. Zszedłem
na dół. Z otaczającego mroku wyłoniły się ciasne korytarze szatni. Długo błądziłem wśród boksów,
porozdzielanych  siatką  pomalowaną  na  zielono,  widząc  gdzieniegdzie  odpryski,  spod  których
wyłaniała się starsza, czerwona farba. Nie zdawałem sobie nigdy sprawy, że ta część szkoły może
być taka rozległa.

Ostatecznie dotarłem do szkolnej łaźni.
W  nozdrzach  poczułem  wilgoć  i  ten  charakterystyczny  zapach  stęchlizny  i  chloru.  Podeszwy

background image

moich butów zapiszczały na śliskiej posadzce. Rozejrzałem się za włącznikiem
i zapaliłem światło.

Jarzeniówki  rozbłyskują  niepewnie,  jedna  po  drugiej.  Mdła  żółć  ścieka  z  sufitu,  wbełtuje  się  w

mrok. Przed moimi oczami wyłaniają się seledynowe kafelki – brudne, miejscami spękane. Wśród
nich,  gdzieniegdzie,  chciwie  wsysają  światło  czarne  płytki,  rozrzucone  jak  karaczany  w  całkiem
przypadkowych  miejscach.  Po  obu  stronach  przejścia  rdzawe  odpływy  wody  kolejno  rozdziawiają
swe  paszcze,  nad  nimi  wyrastają  przypleśniałe,  ceratowe  zasłony,  unoszą  się  i  nabrzmiewają
wulgarnie główki pryszniców, spluwające mdławą zawiesiną.

Idę  po  śliskim  gruncie,  wśród  narastającego  wokół  mnie  wstrętu.  Przyglądam  się  toaletom

zbrązowiałym  i  zżółkłym  od  uryny,  które  bulgotem  przyjmują  moją  obecność.  Na  moich  oczach
okrywa je mech; zasłony natrysków twardnieją, łykowacieją, prysznicowe rzygacze chropowacieją,
obracają się w kamień. I oto już jestem w ponurym ogrodzie.

Wtem  moich  uszu  dochodzi  szum  bieżącej  wody.  Z  zaciekawieniem  zaglądam  za  jedną  z

zasłon. W pierwszej chwili w me nozdrza uderza smród potu i łoju – smród starego portiera. Lecz
zamiast  jego  nalanej  twarzy  porośniętej  brodą  i  opasłego  brzuszyska,  ukazuje  mi  się  czarny
karaczan. Jego napęczniały odwłok lśni w rozbryzgach cieknącej wody. Twarde, chitynowe odnóża
chroboczą na kafelkach wystających gdzieniegdzie spośród mchu.

– To pan? – pytam.
– Ano ja – odpowiada i obraca ku mnie czułki. – My się znamy?
– Chodziłem tu do szkoły…
– Ach… absolwent! – cieszy się karaluch. – Zawsze mi miło, gdy tu wracacie.
– Taa… – mruczę, zbity nieco z tropu. – Ale… co… się panu stało?
–  A…  to…  –  teraz  on  jest  zmieszany.  –  Widzisz,  takie  tera  czasy.  Bieda,  zło,  korupcja…

Rozumiesz?  A  najgorsze,  że  przyszedł  tu  ten…  Janusz…  ten,  dwulicowy.  Człowiek  się  musi
zmienić, rozumiesz… dostosować, proszejacię, bo czasy się zmieniają. Taki lepiej być karaczanem.
Ale…! Mówiłem o tym Januszu. Otóż, proszejacię, rozumiesz, przyszedł tu pewnego razu i mówi,
że on lepiej by tę robotę wykonywał ode mnie. Więc mu ja, proszejacię, pokazuję… a, nici! Klamka
u  nas  szeroka,  ciężka,  więc  chwytam  ją  oburącz,  prę,  ciągnę.  I  oto  zaczynają  się  lekcje,
rozbrzmiewają dzwonki. Otwiera się młodość i dorosłość zarazem, dziewczęta po raz pierwszy dają
chłopcom  przystęp  do  swych  ust,  otwierają  im  swe  serca  i  uda,  pękają  wrota  dziewictwa,
niewinności, rozpoczynają się miłości, szaleństwa młodości. Otwieram drzwi schadzkom i szybkim
razom  w  toaletach  szkolnych.  Daję  początek  kipiący  młodością,  radością,  werwą.  Zaczynam
wszystko,  co  piękne.  Otwieram  drzwi  nauce,  ideałom,  pędowi  do  wiedzy,  szczęściu!  Patrz  tera  –
mówię ja mu – jaką wielką pracę wykonuję ja, portier, jak wspaniały, jak wielki początek daję.

On  –  nawet  nie  spojrzał.  Wzruszył  tylko,  rozumiesz,  ramionami,  płaszczyk  na  bok  odrzucił.

Unosi  ręce,  a  wrota  jak  nie  hukną,  jak  się  nie  rozewrą  z  trzaskiem!  Tłoczą  się,  pchają  gromady
uczniów,  potrącają  nawzajem,  szturchają.  Rozpoczyna  się  przemoc,  otwiera,  proszejacię,  kariera,
bałamuctwo,  kłamstwo  –  proszejacię,  drzwi  do  trupiarni  się  otwierają.  Teraz  uda  dziewczęce
przemoc  rozwiera,  przemoc  rozrywa  ich  dziewictwo.  Już  nie  szaleństwo,  już  szał  się  zaczyna!
Początek to był tak potężny, tak wielki i głośny, że szkoła zadrżała w posadach. Tu, w tych progach
już, zaczęły się wojny, zaczęła nienawiść… zaczęły wielki czyny i zmiany.

A ja, cóż mogłem…? Wobec czegoś tak wielkiego musiałem ustąpić, odejść w cień. Musiałem

się skurczyć, stwardnieć, w karaczana obrócić.

background image

Wyrzekłszy  te  słowa,  skulił  się  jakoś,  zmalał  jeszcze  bardziej  i,  nim  zdążyłem  cokolwiek

powiedzieć  lub  zrobić,  spłynął  wraz  z  wodą  do  ścieku.  Ja  zaś  –  nie  mogąc  zrobić  nic  lepszego  –
ruszyłem dalej.

Podziemnymi  korytarzami  musiałem  –  tak  mi  się  zdaje  –  opuścić  szkołę.  Słyszałem,  że

znajdowało  się  kiedyś  takie  przejście  prowadzące  do  katakumb  pobliskiego  kościoła.  Czy  jednak
tam  zaszedłem?  Nie  wiem…  Znalazłem  się  w  jakiejś  pełnej  półmroku  sali,  której  końców  nie  było
widać. Wokół mnie stały alabastrowe rzeźby kobiet – jakby tancerek zastygłych w ruchu. (Czy była
to jakaś kolekcja dyrektora? A może proboszcza? – Nie wiem.) Postąpiłem krok przed siebie i wnet
w  figury  wstąpiło  życie.  Ich  skóra  zaczęła  mięknąć,  różowieć,  rozgrzewać  się  wewnętrznym
ciepłem, ich białe piersi uniósł oddech, opiął zwiewny materiał, ich włosy wzburzyły się w ruchu.

Stanąłem  jak  wryty  i  zaraz  one  też  zamarły  –  w  połowie  tańca.  Ruszyłem  się  ponownie  i  na

nowo  otoczył  mnie  szelest  lekkich  szatek,  chichot  czerwonych  usteczek.  A  kiedym  tak  kroczył
pośród tych ciał młodych, gorących, wirujących w pląsach – nagle z jakiegoś nieznanego mi dotąd
zakamarka pamięci odezwało się wspomnienie. Zrozumiałem, że przekraczam właśnie przedsionek
kazamatów Mistrza Zegarków.

W tym lochu nic nie było stałe i niezmienne, wszystko trwało w ciągłym ruchu.

W  miejscu  ścian  huczały  potężne  tłoki,  podłogi  wirowały,  poruszane  zębatymi  kołami,  nad  głową
trzeszczały i strzelały sprężyny, gdzieś przesypywał się piach, gdzieś płynęła woda,
a  wszędzie  –  wisiały  zegary.  Przeróżne:  mechaniczne,  elektryczne,  duże,  małe,  piszczące,
dzwoniące,  z  kukułkami  i  z  dzwonkami.  Niektóre  były  ogromne,  misternie  skonstruowane,  z
modelami planet, znakami zodiaku, symbolami miesięcy i lat.

Mieszkał tam tylko jeden człowiek, a nazywał się Salwador. Był to jegomość wysoki, chudy, z

nawoskowanym  wąsem  i  w  fioletowym  płaszczu.  Nosił  on  ze  sobą  torbę  pełną  gipsowych
odlewów  męskich  członków.  Jego  głównym  zajęciem  było  wtykanie  tychże  odlewów  między  koła
zębate.  Gdy  to  czynił,  maszyna  zmieniała  swój  bieg.  Niegdyś  –  kto  wie,  jaką  przedziwną  myślą
zwiedziony  –  wydobył  z  otchłani  swej  torby  dwa  członki  szczególnie  okazałe,  aż  pękate,  i  z
nieukrywaną  fascynacją  wepchnął  oba  naraz  między  tryby.  Machina  zgrzytnęła,  stęknęła…  a
chaosu,  jaki  zapanował  potem,  wręcz  nie  da  się  opisać.  Kuranty  wszystkich  zegarów  zaczęły
zgodnie dzwonić, sprężyny strzelać, tłoki pękać, kółka spadać z osi. Podłogi runęły na ściany, słupy
pary  wypchnęły  sufity  wysoko  w  górę,  bojlery  zaczęły  się  topić  od  gorąca,  a  ich  zawartość
krzepnąć  w  kamienne  bryły.  Wskazówki  na  cyferblatach  pomykały  jedne  do  tyłu,  inne  do  przodu,
jeszcze inne na boki, a wreszcie – poczęły stawać w miejscu. Cała machina się naprężyła, zaparła,
zebrała  w  sobie,  nadęła,  poczerwieniała  z  wysiłku…  i  być  może  pękłaby  w  końcu,  rozpadła  się,
może zawaliłyby się lochy, gdyby oba gipsowe fallusy nie skruszyły się na czas.

Po  tym  wypadku  Salwador  zaprzestał  eksperymentów,  pilniej  za  to  wykonywał  swe  inne

zadania.  Zwłaszcza  oddawał  się  zbieraniu  zużytych  zegarów.  One  bowiem  od  ciągłej  pracy
rozgrzewały się straszliwie i z czasem zaczynały topić, robić się gumiaste i rozciągliwe; myliły bieg
minut i godzin, a nieraz rozlewały się po posadzce. Zatem jedyny mieszkaniec ponurego przybytku
pracowicie sprzątał czasomierze i zastępował wciąż nowymi.

Gdy  przekroczyłem  progi  kazamatów,  otoczył  mnie  zewsząd  miarowy  klekot  mechanizmów

zegarowych. Cyk-cyk-cyk-ting! cyk-cyk-cyk-ting! Niespodziewanie wszystkie zaczęły bić godzinę. W
korytarzach  rozległ  się  nieprawdopodobny  jazgot,  a  potem  równie  niespodzianie  zapadła  cisza.  I
znów tylko cyk-cyk-cyk-ting…!

background image

Popatrzyłem  po  cyferblatach.  Na  każdym  widniała  inna  godzina,  na  żadnym  –  pełna.

Zrozumiałem wtedy, że te zegary wybiły moją godzinę.

Kiedym  tak  stał,  przyglądając  się  biegnącym  po  tarczach  wskazówkom  lub  zmieniającym  się

na  wyświetlaczach  cyfrom  –  z  półmroku  wyłonił  się  Salwador.  W  dłoni  trzymał  gipsowy  odlew
raczej niewielkiego penisa, pomimo wyraźnej erekcji. Spoglądając to na niego, to na mnie, chichotał
sam do siebie.

– Wejdź – rzekł w końcu. – Jesteś następny, numerze pięćdziesiąty pierwszy.
–  Następny?  –  zdziwiłem  się,  lecz  on  się  odwrócił  i  ruszył  przed  siebie.  Pobiegłem  za  nim.  –

Poczekaj! Czy zobaczę mistrza zegarków? Czy on czeka na mnie?

Stanął i obejrzał się na mnie ponad wysokim kołnierzem swego fioletowego płaszcza.
– Czekał na ciebie, a teraz jesteś u niego – odparł enigmatycznie. – Wyobrażałeś sobie, że co?

Że  jest  człowiekiem,  tak?  Owszem,  był…  Ale  tak  dawno,  że  nikt  nie  może  tego  już  pamiętać.
Kiedyś był wynalazcą, najpotężniejszym umysłem ludzkości. Tworzył wspaniałe urządzenia, potrafił
zapanować  nad  pogodą,  nad  żywiołami,  dać  ludziom  skrzydła  i  skrzela,  zrzucić  okowy  grawitacji,
zaprzeczyć  prawom  fizyki,  zadać  kłam  matematyce,  nawet  wydłużyć  życie…  Lecz  wszechświat
wiecznie  mu  uciekał,  rozszerza  się  wszak  w  nieskończoność  z  nieprawdopodobną  prędkością  –  a
jego  myśl  wciąż  go  goniła.  Im  więcej  wiedział,  tym  więcej  chciał  poznać.  Chciał  ogarnąć
wszechrzeczy,  ogarnąć  je  sobą  i  uporządkować,  jednak  tego  nie  potrafił…  Nie  potrafił  też  zmienić
ludzkich  dusz.  Wiecznie  prześladował  go  nieskończenie  zazdrosny  Bóg  Ojciec,  odsuwając  wciąż
dalej wszechwiedzę, której tamten już niemalże dosięgał koniuszkami palców.

Sfrustrowany,  zbuntował  się  przeciwko  swemu  twórcy.  Postanowił  stworzyć  się  od  nowa  i  w

sobie  zamknąć  cały  świat  –  nowy  świat,  lepszy  świat!  Zaczął  rozbudowywać  swoje  ciało,
wyposażać je w liczne elementy, niszczyć stare. Zaczął rozdzielać i rozprzestrzeniać swój umysł –
rósł  i  rósł,  aż  przemienił  się  w  ten  tytaniczny  mechanizm,  który  widzisz  wokół  siebie.  Stał  się
prawdziwym demiurgiem – konstruktorem trybów wszechrzeczy, tym który wprawił je w ruch.

Powiedziałem,  że  jest  tu  nadal…  Ale  czy  jest?  Sam  się  począł  i  sam  zrodził,  czyż  jednak  jest

sobą  w  istocie?  Czy  nie  rozpłynął  się  w  ogromie  swego  dzieła?  Czy  jego  wola,  która  wprawiła  w
ruch te wszystkie koła zębate nadal nimi obraca, czy raczej kręcą się już same? Tego – nie dowiem
się nigdy…

Wyrzekłszy te słowa, ponownie odwrócił się ode mnie i rozpłynął w mroku. Ruszyłem za nim,

próbując go dogonić, lecz zniknął mi z oczu. Zagubiony wśród korytarzy ciągle zmieniających swe
położenie,  sądziłem,  że  nigdy  już  nie  wydostanę  się  z  tego  lochu.  Lecz  wtem  na  mojej  drodze
stanął mały, czarny kot.

Patrzył na mnie chwilę, przekrzywiając łebek to na jedną, to na drugą stronę. W istocie dziwny

to  był  kot.  Miał  olbrzymie,  niebieskie  oczy  w  kształcie  migdałów,  przecięte  w  połowie  wąskimi
szparkami  źrenic.  Te  oczy  zajmowały  połowę  jego  pyska,  który  też  nie  był  normalny,  tylko  jakoś
wyciągnięty,  z  długim  nosem  –  bardziej  jakby  ludzki,  niż  być  powinien.  W  ogóle  cała  głowa  tego
stworzenia zdawała się nie przystawać do drobnego, kociego ciałka; była za duża.

Przyjrzawszy  mi  się  uważnie,  zwierzak  obrócił  się  i  machnął  ogonem,  jakby  chciał  pokazać,

żebym  szedł  za  nim.  Nie  mając  żadnej  lepszej  alternatywy,  ruszyłem  jego  śladem  i  po  chwili
doszliśmy do jakiejś większej, kulistej komnaty. Kot, nie zastanawiając się wiele, skoczył na ścianę.
Skoczyłem  za  nim  i  wnet  ściana  stała  się  podłogą.  Wyszliśmy  okrągłymi  drzwiami  i  –  ku  memu
zdziwieniu – znaleźliśmy się na suficie. Nad naszymi głowami wisiały spokojnie jakieś fotele i stoliki,

background image

a niedaleko mnie stał żyrandol.

Szliśmy tak dłuższy czas, a mój przewodnik wyraźnie nic sobie nie robił z zachodzących wokół

nas  obrotów  świata.  Byliśmy  jakby  zawieszeni  w  przestrzeni,  do  której  nie  należeliśmy  i  wyraźnie
parliśmy przed siebie, aby się z niej wydostać.

W  końcu,  po  ładnych  paru  godzinach  marszu,  kot  przystanął.  Obrócił  głowę  wokół  jej  własnej

osi,  na  chwilę  tylko  zatrzymując  ją,  gdy  była  zwrócona  ku  mnie.  Jego  pysk  wydłużył  się  wtedy
jeszcze bardziej i przez chwilę zamajaczyło na nim coś niby uśmiech. Następnie jego szyja zaczęła
się wydłużać i pęcznieć, jakby obrastała grzywą, aż sięgnęła sufitu – albo przynajmniej tego, co mi
się  sufitem  wydawało,  gdyż  w  tym  sześciennym  pomieszczeniu  wszystkie  boki  były  identyczne.
Dotknął nosem jednego punktu i wnet ściana w tym miejscu się otworzyła. Kot machnął na mnie
ponaglająco  ogonem,  więc  posłusznie  przewędrowałem  na  sufit  i  przelazłem  przez  otwór,  który
zamknął się tuż za moimi plecami.

Z początku nie miałem pojęcia, gdzie się znalazłem. Otaczała mnie ciemność i tylko słyszałem

ledwie uchwytny szmer wody. Zaraz jednak wokoło zaczęło się robić jaśniej i zobaczyłem najpierw
trawiastą  równinę,  potem  niewielki  strumyk,  potem  wyspę  pośrodku  niego,  a  w  końcu  –  Ją,
siedzącą na wyspie.

Była piękna. Miała jasne włosy, oczy lazurowe, sypiące jaskrawe iskierki, skórę delikatną, białą,

niemal  nierzeczywistą.  Drobne  piersi  zasłaniała  ramieniem,  a  szczupłe  uda  trzymała  blisko  siebie.
Gdy mnie ujrzała, po jej policzkach rozpłynął się różowy rumieniec; uśmiechnęła się jednak.

Zachęcony  tym  uśmiechem,  podchodzę  więc  do  Niej  i  klękam.  Jej  zwiewne  palce  dotykają

mojej  głowy,  bawią  się  moimi  włosami,  głaszczą  policzki,  w  końcu  –  zachęcają,  abym  się  zbliżył.
Czując jej delikatne ciepło, całuję jej różane usta. Splatają się nasze gorące oddechy, tak jak splatają
się  nasze  rozgorączkowane  ramiona.  Przyciąga  mnie  do  siebie  i  trzyma  blisko,  jak  najbliżej  –  i  ja
trzymam ją, żeby mi nie uciekła, żeby nie znikła.

Jej biała szyja i piersi różowieją pod deszczem moich pocałunków, i czuję, jak jej skóra staje się

jeszcze bardziej eteryczna, aksamitna – jej dotyk pieści moje usta i policzki. Jednocześnie czuję, że
sam twardnieję, powoli, od dołu. I wnet wpijamy się stopami w żyzną glebę, kora zaczyna biec w
górę  po  naszych  splecionych  łydkach,  przytulonych  do  siebie  udach,  złączonych  biodrach,  nasze
ramiona  obrastają  bluszczem,  zrastają  się  ze  sobą  na  zawsze,  z  mojego  chropawego  ciała
wyrastają twarde konary, które pokrywają niczym puch jej delikatne, różowe kwiaty. I tak staliśmy
się jednym, kwitnącym drzewem pachnącej jabłoni, jednym drzewem o dwóch zrośniętych pniach i
splątanych  ze  sobą  korzeniach.  Nasze  drzewo  wyrosło  wysoko  w  górę,  wybujało  i  ujrzałem  je,
gdym się obudził w pociągu, przegapiwszy swoją stację i swój sen.

Jak  się  zapewne  domyślasz,  Drogi  Czytelniku,  oto  osiąga  swój  kres  moja  historia.  A  jak  się

zakończy,  na  czym  stanie?  –  zapytasz  mnie.  Otóż  zakończy  się  tak,  jak  każda  dobra  historia
powinna  –  śmiechem.  Śmiechem  wcale  nie  wesołym,  a  opętańczym  i  pustym.  Tak,  bo  śmiałem
się cały czas, jak wariat błądząc po krainach moich snów. Śmiałem się z Ciebie, a teraz Ty śmiej
się  ze  mnie.  Śmiej  się  ze  wszystkiego,  co  kazałem  Ci  zobaczyć,  usłyszeć,  poczuć,  a  ja  będę  się
śmiał  z  tego,  żeś  to  mimo  wszystko  zobaczył,  usłyszał  i  poczuł.  Bo  cóż  innego  nam  pozostaje
wobec wiecznych i nigdy nie kończących się przemian tego świata?

background image

Angelwing

Świątynia – wybujałe, ginące w mroku arkady oplecione kamiennym bluszczem. Pnące się ku

niebu  kolumny.  Sufit  z  tętniących,  koralowych  konarów  i  giętkich  kryształowych  witek.  Pulsujące
ściany  zwodzące  oko  miriadami  nierówności  tańczących  w  chybotliwym  świetle  kaganków,  raz
ginących w cieniu, raz rozbłyskających jasno. Świątynia Boga, katedra życia… Miejsce kaźni.

Serafin  potrząsnął  głową,  odpędzając  nieznośne  myśli.  Uriel  na  nich  czekał,  jego  aura  była

wyraźna.  Ale  Eos,  dowódca  Serafina,  się  nie  spieszył.  Może  napawał  się  chwilą,  a  może
przygotowywał do spotkania ze swoim ostatnim wrogiem?

Eos  i  jego  wojownicy,  wśród  nich  Serafin  i  towarzyszący  im  teraz  Zariel,  przez  ostatnie

miesiące polowali na członków rady starszych plemienia Woletorów. Zabili już jedenastu, nie tracąc
żadnego  ze  swoich  ludzi.  Tamci,  rozproszeni  i  źle  zorganizowani,  nie  stanowili  dla  nich  wyzwania.
Ale  Uriel  był  inny  –  i  Serafin  o  tym  wiedział.  Przewodniczący  starszyzny,  pierwszy  w  radzie  i  w
boju, legenda wśród młodych. A teraz miał zginąć. I ta katedra stanie się jego grobowcem.

– Chodźmy – mruknął Eos.
Ruszyli. „Czy śmierć może być szlachetna?” – zdążył jeszcze pomyśleć Serafin, potem stanęli

w kręgu światła. Przed nimi, przy ołtarzu klęczał starzec w skrzydlatej zbroi wojownika.

–  Urielu!  –  zawołał  Eos,  a  jego  silny  i  czysty  głos  rozbrzmiał  pomiędzy  wysokimi  ścianami

katedry.

Starzec nie wstał. Obejrzał się tylko przez ramię. „On jest wiekowy” – pomyślał Serafin – „a my

jesteśmy zwykłymi oprawcami.”

– Przyszedłeś z sekundantami, Eosie? – w głosie Uriela pobrzmiała drwina.
– Wiesz, że nie mam zamiaru wyzywać cię na pojedynek.
Uriel uniósł się powoli i odwrócił z gracją starego szermierza. Przy boku miał miecz.
– Trzech… – mruknął, a jego spojrzenie spoczęło na Serafinie. – Więc i ty jesteś

z nim? – zapytał ze smutkiem.

–  Nie  próbuj  podburzać  przeciwko  mnie  młodego  Serafina  –  wciął  się  Eos.  –  Przyszliśmy

wymierzyć ci sprawiedliwość, przyjmij to tak, jak na wojownika przystało.

Starzec spojrzał na niego i się uśmiechnął.
– To najlepszy z twoich ludzi, wiesz o tym – rzekł. – Doskonały szermierz, sam go szkoliłem.

Ale jest też szlachetny, czego o tobie nie można powiedzieć. Zaiste to wielka szkoda, że stanął po
twojej  stronie…  Choć  może  lepiej,  żeby  ktoś  taki  przeżył,  aby  naprawić  wszystko  to,  co  zniszczą
twój terror i twoje szaleństwa.

Eos postąpił krok ku niemu. Jeden, drugi, trzeci. Stanął. Serafin i Zariel, którzy zostali za nim,

nie widzieli jego twarzy, gdy przemówił nagle – cicho, niemal szeptem.

–  Uważasz,  że  jesteś  lepszy  ode  mnie,  bo  trzymasz  się  prastarych  kodeksów.  Trzymasz  się

ich, prawda Urielu? Kodeksów silnych, kodeksów lepszych, kodeksów tych, którzy są
w stanie się bronić… A słabi, Urielu? Co z nimi? Dlaczego twoja moralna tarcza przysłania ci ich?

– Słabi pójdą za tobą i będą ginąć za twoją sprawę – odparł chłodno starzec. – Czy to uważasz

background image

za moralne? Czy wojna i rzezie są moralne?

– Wojna jest ponad moralnością. Poprowadzę nasz lud do walki z Kainitami, bo tak trzeba. Ty,

pozwalając  im  mordować  Homonulusów  i  Przebudzonych,  nie  jesteś  wcale  w  niczym  lepszy  ode
mnie. Czy przyzwolenie na morderstwo nie jest tym samym, co morderstwo?

Uriel roześmiał się nieprzyjemnie – tak że Serafina przeszedł dreszcz. „Ci dwaj są nade mną” –

pomyślał.

–  Nie  zasłaniaj  się  obroną  słabszych  –  rzekł  starzec.  –  Czy  taką  właśnie  bajkę  sprzedajesz

swoim  młodym  poplecznikom?  Zawsze  byłeś  najsłabszy  z  całej  naszej  sysytii,  kryłeś  się  za
naszymi plecami. Wszyscy z nas skończyli w radzie, byliśmy najlepszymi wojownikami plemienia…
Poza  tobą.  Czy  to  zazdrość  tobą  kieruje?  Powiedz  to  otwarcie.  Zawsze  byłeś  ambitny…  Czy  nie
władza cię pociąga, Eosie?

Eos westchnął. Jego skrzydła poruszyły się, jakby trącone wiatrem.
– Mylisz się. Nie dostrzegasz tego wszystkiego, co dzieje się wokół nas. Świat się zmienia, a ty

chcesz wystąpić przeciwko tym zmianom.

– A zatem polityka? Podparta ideologią? Powiedziesz nasz lud do wojny, która zmieni układ sił

na świecie. Dla polityki i własnej ambicji odrzucisz honor, odrzucisz wszystko to, w co wierzyliśmy…
Wysoką cenę jesteś gotów zapłacić.

– Nawet nie wiesz, jak wysoką – szepnął Eos i powolnym ruchem wydobył miecz z pochwy.
Serafin poczuł wyraźnie, jak tętno mu przyspiesza. Również oparł dłoń na rękojeści miecza. To

stanie  się  teraz.  Zdradzi  swojego  dawnego  mistrza.  Stanie  przeciw  niemu.  Krew  splami  święte
miejsce. „Oby to, o co walczymy, było tego warte”.

Uriel  odpowiada  coś,  ale  słowa  giną  w  półmroku,  w  odwiecznej  ciszy  potężnych  murów.

Pozostaje  tylko  sens.  On  jest  gotów.  Gotów  na  śmierć.  Serafin  czuje  ulgę.  Jego  dawny  mistrz
wyzwał Eosa. „Więc to nie ja go zabiję.” A jednak w tej chwili rozumie, że jest tchórzem.

– Mógłbyś być najlepszym z naszych wojowników… – on to mówi o nim.
Eos  rusza.  Nic  nie  mówi,  tylko  daje  znak  ręką.  Zaraz.  „Nie  przyszedłem  cię  wyzwać…

wymierzyć sprawiedliwość…” Zariel rusza za nim. Nie. To nie tak powinno być. „Czy śmierć może
być szlachetna?”

Serafin zerwał się z miejsca, uderzył Zariela barkiem, powstrzymując jego natarcie. Eos i Uriel

poderwali się z ziemi. Starli się pod sklepieniem, miecze błysnęły.

–  Co  robisz?!  –  zawył  rozwścieczony  Zariel,  odpychając  go  na  bok.  Potem  zafurkotały  jego

skrzydła i ruszył ku walczącym.

Uriel  dostrzegł  go  kątem  oka.  Zepchnął  Eosa  i  poszybował  wyżej,  pomiędzy  żebrowanie

sklepienia.

– Nie pozwól mu uciec!
Ale było już  za późno.  Starzec musiał  wiedzieć o jakimś  tajemnym wyjściu.  Gdy Zariel  dostał

się pomiędzy koralowe żebra, Uriela już tam nie było.

* * *

background image

– Czy to rozważne? – zapytał Zariel.
Eos  nie  odpowiedział.  Stał  w  olbrzymim  oknie  i  podziwiał  panoramę  miasta.  Wieczór  zapadał

granatowy,  podmalowany  pomarańczowym  blaskiem  latarń.  Ciężki  zaduch  unosił  się  z
żywokoralowych  konstrukcji.  Na  górze  było  chłodniej.  Pośród  smukłych  koron  drzewo-bloków
ciągnęła się bryza niczym ożywcza wstęga.

Lubił  miasto.  Z  całą  jego  anonimowością,  życiem  i  różnorodnością.  Lubił  letnie  wieczory  w

mieście,  odurzający  zaduch,  błąkanie  się  w  alejach,  nierzeczywiste  kształty  budowane  z  cienia
przez  jaskrawe  światła.  I  głos.  Szum  pojazdów,  gwar  odległych  rozmów.  „Jestem  potworem”  –
myślał sobie, stojąc tam, na trzydziestym piętrze. „Ale kiedyś byłem człowiekiem”.

– Serafin jest za słaby, nie podoła temu zadaniu. Widziałeś, co zrobił w katedrze…
Eos drgnął. Głos Zariela go irytował.
–  Nie  jest  słaby  –  rzekł,  bardziej  do  swego  półprzejrzystego  odbicia  w  szybie  niż  do  niego.  –

Uriel  nie  rozumie  wielu  rzeczy,  ale  nie  jest  głupcem.  Serafin  może  stać  się  najlepszym  z  moich
wojowników.

– Ale jeśli zawiedzie? Uriel wciąż jest popularny, póki żyje, stanowi zagrożenie dla wszystkiego,

o co walczymy – to odezwał się Nicefor – polityk, intrygant, prawa ręka Eosa. Jego najlepsze jak
dotąd narzędzie, zupełnie nierozumiejące jego myśli.

– Sewerus uda się z nim. Znacie jego reputację. Jeśli Serafin zawiedzie… on dokończy sprawę.
– Serafin zawiedzie, wiesz o tym – zawyrokował Zariel. – Stary jest sprytny. Nie kryje swoich

śladów,  nie  maskuje  aury.  Uciekł  do  Sawary  i  chce,  żeby  Serafin  udał  się  tam  za  nim.  Dobrze
wiesz, o co mu chodzi, co planuje. Nie ma sensu marnować chłopaka.

Zariel nie jest głupi. Ale nie rozumie wszystkiego. Eos westchnął. „To gra. Wszystko to gra.” A

Uriel był godnym przeciwnikiem.

* * *

Wagon  dygotał  lekko.  Pod  nogami  dało  się  wyczuć  ledwo  uchwytne  drżenie.  To  prowadnica

trąca  o  pojedynczą  magnetyczną  szynę.  Za  oknem  monotonny  krajobraz.  Kwadraty  pól.  Osiedla.
Ludzie – Homonulusy. Wszędzie ich pełno, w pociągu też. Nawet nie wiedzą, że wokół nich toczy
się cicha, podskórna wojna. Wojna o nich. Ale Przebudzonych jest coraz więcej. Może w końcu całe
społeczeństwo zrzuci łuski z oczu, dowie się o istnieniu Sfery.

Patrzą  na  niego  ze  zdziwieniem.  Jest  obcym,  nieczłowiekiem.  Takich  jak  on,  skrzydlatych

wojowników,  widują  rzadko.  Równie  rzadko  widują  Pretorian,  żołnierzy  Przebudzonych  –  żywe
maszyny wyspecjalizowane w zabijaniu Kainitów. Mówią, że to jacyś rządowi.

Serafin  westchnął.  Spojrzał  na  mężczyznę  siedzącego  naprzeciwko.  Ów  nie  wyróżniał  się  tak

bardzo.  Z  pozoru  zwykły  człowiek.  Wysoki,  muskularnie  zbudowany,  brzydki,  ubrany  w  długi
płaszcz.  Ale  pod  tym  płaszczem  nosi  srebrne  sztylety  i  pistolety  skałkowe  –  tym  walczy  się  w
nadrzeczywistości  Sfery.  Zaawansowana  technologia  tam  nie  działa.  Tam…  Serafin  nieraz
zastanawiał  się,  czym  właściwie  jest  Sfera.  Umiał  się  w  niej  poruszać,  ale  nie  rozumiał  jej  istoty.
Dokoła wszystko wydawało się niby takie samo, tylko działało inaczej – inna fizyka.

Westchnął.  Siedzący  naprzeciw  Sewerus  spojrzał  na  niego  badawczo,  ale  się  nie  odezwał.

Raczej  nie  rozmawiali  ze  sobą.  Serafin  trochę  się  go  obawiał.  Znał  jego  reputację.  Najemnik,

background image

żołnierz fortuny, zabójca. Cholernie skuteczny.

Przeniósł  spojrzenie  na  tablicę  informacyjną.  „Linia  34,  35,  37…  Nie  ma  linii  trzydziestej

szóstej…  Tam  musimy  się  udać.  Starą  kolejką  do  Sawary.  Ale  trasa  jest  zamknięta.  Co  rząd
powiedział Homonulusom? Że jakiś wypadek? Że kontaminacja… Nie pamiętam…”.

Migające  za  oknem  słupy  zaczęły  zwalniać.  Basowy  jęk  poniósł  się  po  szynie.  Dojeżdżali  do

stacji. Sewerus bez słowa się podniósł, zdjął z półki swoją torbę podróżną
i ruszył do wyjścia. Serafin poszedł w jego ślady.

Było  popołudnie,  kiedy  opuścili  pociąg.  Pogoda  nawet  przyjemna.  Jeden  z  owych

chłodniejszych dni późnego lata. Gdzieś w oddali odzywały się od czasu do czasu ptaki. Od strony
miasteczka, w pobliżu którego wysiedli, dochodził gwar ludzkich głosów
i maszyn.

Nie  zamieniając  ani  słowa,  ruszyli  wzdłuż  szyny.  W  jakieś  pół  godziny  dotarli  do  bocznicy  –

znajdowała  się  tam  stacja,  zapuszczona,  z  powybijanymi  oknami,  pomazana  farbą  w  różnorakie
napisy. Od niej ciągnęły się zwykłe, podwójne szyny i trakcja. W dawnych latach odjeżdżał z tego
miejsca  tramwaj.  Ludzie  przesiadali  się  do  niego  z  szybkobieżnej  kolejki.  Linia  trzydzieści  sześć.
Napis  wciąż  był  jeszcze  czytelny,  choć  farba  z  tablicy  schodziła  grubymi  płatami,  odsłaniając
przerdzewiały i skorodowany metal.

Minęli  dawny  budynek  stacji.  Zapach  uryny  unosił  się  od  niego  na  odległość  –  pewnie  nieraz

nocowali  w  nim  bezdomni.  Podwójne  tory  prowadziły  ich  przez  najbliższych  parę  godzin,  aż  w
końcu doprowadziły na niewielkie wzniesienie. Tam stanęli.

Serafin westchnął. Miasto leżało przed nimi, rozcięte złotą wstęgą rzeki tonącej

w ostatnich promieniach słońca, pyszne potężnymi drapaczami chmur z żywokoralu
i  kryształu  –  te  zdawały  się  płonąć,  ogarnięte  rudą  łuną  wieczoru.  Ale  ostatnie  blaski  dnia  szybko
zginęły,  ustępując  szarości.  Wtedy  zdało  mu  się,  jakby  niższa  zabudowa  z  lichego  betonu  dopiero
rozlała się wokół centrum. Nagle wyrosły czarne słupy masztów i anten – ponure w swej samotnej
obojętności.  A  w  miarę  jak  zmrok  gęstniał  –  rozjarzały  się  latarnie.  Dziwaczne,  losowe  wykwity
barwy w tej martwej metropolii.

– Zabawne – mruknął Serafin. – Zawsze wydawało mi się większe…
Sewerus spojrzał na niego, oczami nagle czujnymi.
– Byłeś tu przed kollapsem? – zapytał.
– Mieszkałem kilka lat… Gdy byłem mały, potem się przeprowadziłem.
Wysoki  brzydal  pokiwał  głową.  Chyba  nie  chciał  ciągnąć  wątku.  Przestąpił  z  nogi  na  nogę,

podrapał się po brodzie. Niedogolony zarost zachrzęścił wyraźnie pod jego palcami.

– Strasznie tu cicho – zauważył.
–  Tak…  –  Serafin  zmarszczył  brwi.  Miasto  było  nieme.  Żadnych  odgłosów  życia.  Tylko…  –

Słyszysz?

Sewerus potrząsnął głową. Po jego długiej, kościstej twarzy przemknął wyraz zdziwienia.
–  Tramwaj  –  Serafin  bardziej  czuł  niż  słyszał  śpiewny  szept  pędzącego  gdzieś  po  szynach

pojazdu.

– I co z tego?
– Nie wiem… nic. Ruszajmy.
Zeszli ze zbocza, minęli wysokie ogrodzenie i wojskowy posterunek. Po chwili weszli pomiędzy

przysadzistą,  kanciastą  zabudowę  przedmieścia.  Trakcja  i  szyny  wciąż  ich  prowadziły,  aż  dojrzeli

background image

między domami placyk, a na nim kilka pojazdów – zajezdnia.

– Powiedzieli mi – odezwał się Sewerus – że ten gość, którego szukamy, to był twój mistrz…

Że możesz wyczuć jego aurę, bo dobrze się znaliście. Wyczuwasz, gdzie jest?

Serafin przystanął.
–  Widzisz?  –  zamiast  odpowiedzieć,  pokazał  coś  palcem.  Między  pękatymi  kadłubami

wagonów  kolebała  się  jakaś  postać.  Jej  cienkie  nogi  niosły  ją  niepewnie  od  jednych  torów  do
drugich.  Ciężka,  okrągła  głowa  przechylała  się  niebezpiecznie  na  boki,  jakby  miała  zaraz  odpaść.
Krokom dziwacznego stwora towarzyszył ponury chrzęst.

– Robot serwisowy – mruknął Sewerus.
Serafin kiwnął powoli głową, ale nie odrywał wzroku od sunącej ku nim sylwetki. Przerdzewiałe

stawy  maszyny  zginały  się,  choć  opornie,  wydając  niemiłosierne  jęki.  Spod  blach  pancerza
wystawały  gołe  serwomotory  –  w  dużej  części  niesprawne.  „Cud,  że  to  coś  w  ogóle  chodzi…”  –
pomyślał Serafin.

Jednak  w  ruchach  tej  powykręcanej  i  chromej  postaci  było  coś  niepokojąco  ludzkiego.  Coś  ze

starego  pijaka  albo  kalekiego  żebraka.  Szedł  ku  dwóm  przybyszom,  jakby  miał  jakiś  cel.  Jakby
jakaś  komenda  na  chwilę  rozjarzyła  się  niespodziewanym  impulsem  w  jego  skorodowanych
zwojach mózgowych.

Sewerus chyba poczuł ten sam niepokój, bo sięgnął po broń. Serafin trwał nieporuszony.
–  Czuję  Uriela  –  rzekł  niespodziewanie,  odpowiadając  na  zadane  wcześniej  pytanie.  –  Ale  nie

potrafię  powiedzieć,  gdzie  jest  dokładnie.  Jesteśmy  poza  Sferą,  jego  aura  właściwie  nie  powinna
zostawiać tutaj śladu. A jednak czuję go tak, jakby był w całym mieście. W jakiś niepojęty sposób
rozprzestrzeniony.

–  Zdarza  się  –  odburknął  Sewerus.  –  Nie  podoba  mi  się  ten  robot  –  dodał  po  chwili,  od

niechcenia unosząc karabin do oka.

– Po co chcesz do niego strzelać? – Serafin odwrócił się ku niemu zdziwiony.
– Psuje mi krajobraz.
– Daj spokój…
– Skąd wiesz, że nas nie zaatakuje? – Sewerus opuścił broń.
–  To  złom  –  Serafin  aż  parsknął  śmiechem.  Cała  sytuacja  wydała  mu  się  nagle  całkiem

absurdalna.

– Masz rację, szkoda naboi.
Tymczasem  automat  dotoczył  się  już  całkiem  blisko.  Przystanął.  Głowa  odchyliła  mu  się  na

bok i zawisła na kawałku mechanicznego ścięgna. Nagle jedno z jego oczu zamigotało.

–  Ni–iiiiiiiiii…!!!  –  zawył,  łamiącym  się,  elektronicznym  głosem  i  zatoczył  się  w  ich  stronę.

Sewerus ściął go z nóg krótkim uderzeniem kolby. Robot wykonał piruet i padł na ziemię.

– Niiiii… – zazgrzytał jeszcze, po czym migotanie jego bardziej sprawnego oka ustało.
Obaj  mężczyźni  pochylili  się  nad  mechanicznymi  zwłokami.  Z  tylnego  pancerza  maszyny

wyzierała  ogromna  dziura.  Wnętrze  było  niemal  puste.  Jakby  ktoś  wydarł  stamtąd  wszystkie
mechanizmy.  Jednak  w  samym  środku  otworu,  zawieszone  na  kilku  przewodach  i  rurkach
hydraulicznych – tętniło słabo organiczne serce.

– Co to? – skrzywił się z niesmakiem Sewerus.
Jego towarzysz cofnął się gwałtownie, pobladły nagle na twarzy.
– Zabij to – rzekł. – Lepiej to zabij.

background image

Najemnik  oddał  krótką  serię  prosto  w  otwór  w  pancerzu  robota.  Z  serca  została  krwawa

miazga.

W tym momencie dokoła nich zaczęło się dziać wiele rzeczy naraz. Światła zajezdni rozjarzyły

się  jasno.  Po  liniach  trakcji  z  szumem  popłynął  prąd.  Motory  tramwajów  z  jękliwym  zaśpiewem
obudziły  się  do  życia.  Koła  zgrzytnęły  po  szynach.  Kilka  maszyn  opuściło  zajezdnię.  Jedna  z  nich
stanęła przy zaalarmowanych mężczyznach, ściskających w dłoniach broń. Jej drzwi otwarły się z
hydraulicznym sykiem.

Spojrzeli  po  sobie  niepewnie.  Serafin  powoli  schował  miecz  i  podszedł  do  pojazdu.  Ostrożnie

zajrzał do środka.

W pierwszej kolejności uderzył go zapach – kurz, smar, stare tapicerki, rdza… Jakiś ślad ludzi,

których pot przesiąknął przez sztuczną skórę obijającą fotele. Potem zwrócił uwagę na brud, zacieki
na ścianach i szybach, migotliwe oświetlenie starych lamp.

Stanął na schodku i zajrzał głębiej. W sterówce nie było kierowcy. Siedział tam tylko jakiś robot

–  przeżarty  do  głębi  rdzą  mechanicznej  śmierci.  Jego  cienkie  kończyny  zdawały  się  zrastać  z
pulpitem sterowniczym i fotelem kierowcy, całkiem odartym z obicia. On jakby się zapadł, wrósł w
ten pojazd, którym niegdyś zawiadywał.

– Co robimy? – zza pleców Serafina dobiegł głos Sewerusa.
– Wsiadamy? – spojrzał na niego przez ramię i się uśmiechnął.
Sewerus wyszczerzył swe krzywe, ostre zęby.
– Ty przodem – zaśmiał się.
Wsiedli.  Drzwi  zamknęły  się  za  nimi  z  sykiem.  Tramwaj  zadrżał  spazmatycznie.  Koła  jęknęły,

serwomotory zawyły protestacyjnie – ruszyli. Rozklekotany wagon brzęczał i stękał tak, jakby miał
się zaraz rozpaść.

Sewerus stanął w sterówce i wyjrzał przez przednią szybę.
– Sądzisz, że to nas zabierze do twojego mistrza? – zapytał.
–  Nie  sądzę  –  odparł  Serafin.  –  Ale  i  tak  musimy  dotrzeć  do  centrum.  Zresztą…  Kto  wie  co

steruje wszystkimi dziwnymi maszynami tego miejsca?

Stojący  przed  nim  potężny  brzydal  pokiwał  głową,  po  czym  przygarbił  swe  szerokie  ramiona,

by lepiej widzieć, co dzieje się na zewnątrz. „Chce mnie o coś spytać, ale tego nie zrobi… Dziwny
człowiek. Ciekawe, co myśli, kiedy tak patrzy na to wszystko?”

Serafin  również  wyjrzał  przez  okno.  Mijały  ich  czarne  bryły  ponurych,  podupadłych  budowli.

Gdzieniegdzie jakiś wykwit światła – całkiem losowy, pojawiający się niespodziewanie – wydobywał
z  mroku  fragment  chodnika  albo  zszarzały,  obumarły  koral  jakiegoś  muru.  „Światło  bardziej
przygnębiające  niż  ciemność…”  Wszystko  zdawało  się  martwe,  zastygłe  w  bezruchu  –
pozostawione w marazmie, w którym schwycił je kollaps. Gdy jednak wpatrzył się intensywniej w
noc, pod cienką warstewką czerni bardziej wyczuł niż dostrzegł delikatne drżenie ruchu.

Wstrzymał  oddech  i  przytknął  nos  do  brudnej  szyby.  Mijające  ich  ciemne  kształty  przemykały

coraz szybciej, a on próbował uchwycić poruszające się między nimi cienie, jakieś sylwetki.

Nagle  motor  tramwaju  zawył  głośniej,  jakby  zmuszony  do  większego  wysiłku.  Wagonem

rzuciło.  Obaj  mężczyźni  musieli  chwycić  się  poręczy,  aby  nie  upaść.  Za  oknami  ciemność  nagle
rozpadła się na dwoje. Od mrocznej sylwetki miasta odciął się głęboki granat gwieździstego nieba.
Dokoła  wyrosły  potężne  drapacze  chmur  z  żywokoralu  i  kryształu  skrzące  się  punktami  odbitego
światła. Wyjechali na wiadukt.

background image

Gdy tylko minął pierwszy szok wywołany zderzeniem z bezkresem nieba, dostrzegli, że równie

niespodziewanie całe otoczenie zaczęło tętnić ruchem, choć nie życiem. W tym momencie wydało
się  im,  że  znajdują  się  wewnątrz  wielkiej  fabryki  –  fabryki,  w  której  wszystkie  maszyny  uległy
awarii, a obsługujący je ludzie legli zmożeni gorączką.

Serafin  widział  długie  taśmy  produkcyjne,  ciągnące  się  między  wieżami  bloków.  Widział

buchające dymem spalarnie oraz zgniatarki, legiony okaleczonych lub zdeformowanych maszyn –
część z nich była niszczona, część gdzie indziej rozkładana i składana w twory równie upośledzone,
wszystko to bez wyraźnego celu czy planu. Ciężkie czarne mgły snuły się po ulicach, rozświetlane
gdzieniegdzie krwistym ogniem pieców.

–  Przyspieszamy  –  mruknął  Sewerus,  odrywając  swego  towarzysza  od  tego  ponuro

fascynującego widoku.

Koła  zgrzytnęły  kilkakrotnie.  Dostrzegli  iskry.  Silnik  zaczął  wyć  opętańczo,  przeciążone  tłoki

huczały.  Czarne  bloki  przemykały  za  oknami.  Coraz  szybciej.  Szybciej.  W  końcu  widać  było  już
tylko rozmazane sylwety.

– Patrz! – wykrzyknął najemnik, pokazując coś przed nimi.
Serafin  wyjrzał  przez  przednią  szybę  i  w  jednej  chwili  pojął  sytuację.  Z  zawrotną  prędkości

zbliżali się do mostu. Nieukończonego.

Przez chwilę poczuł, jakby grudka ołowiu zaległa mu w żołądku. Potem krzyknął:
– Widzę! – i z rozmachem uderzył w jedną z bocznym szyb. Odpryski szkła wystrzeliły do tyłu,

porwane  przez  pęd  powietrza.  –  Trzymaj  się!  –  Chwycił  Sewerusa  pod  ramiona  i  skoczyli.  Wiatr
szarpnął  jego  rozłożonymi  skrzydłami.  Poczuł  rozdzierający  ból  w  plecach.  Pociemniało  mu  w
oczach i runęli na ziemię.

Uderzenie wybiło Serafinowi całe powietrze z płuc. Przez kilka sekund walczył

o  oddech,  powoli  zyskując  świadomość  bólu  w  poobijanych  członkach.  W  końcu  uniósł  się  powoli
na ramieniu. Kręciło mu się w głowie i widział jak przez mgłę.

Sewerus upadł o wiele lepiej. Jak kot – na cztery łapy. Jego bojowe symbionty aktywowały się

momentalnie.  Ramiona  i  nogi  nabrzmiały,  wystąpiły  na  nich  czarne  pręgi  –  jakby  wychodzące  na
wierzch  żyły.  Wokół  prawego  oka  pojawiła  mu  się  sina  opuchlizna,  gałkę  przesłoniła  błona.  Jego
oddech przyspieszył, poczuł pompowaną do krwi adrenalinę.

Z oddali dobiegł jego uszu łoskot tramwaju zwalającego się z mostu. Sewerus omiótł wzorkiem

okolicę w poszukiwaniu niebezpieczeństwa, a gdy nie dostrzegł niczego niepokojącego, podszedł do
Serafina.

– Jesteś cały? – zapytał, pomagając mu stanąć na nogi.
– Chyba tak – odparł tamten, choć bolały go obite plecy, a w głowie wciąż szumiało. Zbroja z

elastycznego  koralu  jirwe  ochroniła  go  przed  poważniejszymi  obrażeniami,  ale  jego  mechaniczne
skrzydła nie nadawały się już do niczego.

„Żałosny  widok…  upadły  anioł  w  rynsztoku”  –  pomyślał  gorzko  i  ściągnął  bezużyteczny

napierśnik.  Przeciągnął  się  i  spróbował  rozruszać  swoje  mocno  wysklepione  wyrostki  nośne.  W
mięśniach,  którymi  obsługiwał  skrzydła,  odezwał  się  piekący  ból.  Dziwnie  się  bez  nich  czuł,  z
dwoma  tylko  sterczącymi  dziwacznie  kikutami,  słabymi  i  bezużytecznymi  bez  mechanicznych
stymulatorów.

–  Co  teraz?  –  zapytał,  ale  Sewerus  machnął  tylko  niespokojnie  ręką.  Stał  kilka  kroków  dalej  i

zdawał się czegoś wypatrywać.

background image

Znajdowali się na jednym z bocznych wiaduktów, prowadzących do mostu. Nad nimi wyrastała

rozbudowana,  składająca  się  z  licznych  przejść  i  podjazdów  podbudowa.  Najemnik  utkwił  wzrok
właśnie w jednym z korytarzy prowadzących w głąb tego potężnego, betonowego labiryntu.

– Co jest? – szepnął Serafin.
Odpowiedź  nie  była  konieczna.  Też  już  to  dostrzegł.  W  głębi  tunelu  rozbłyskiwała  co  chwila

pomarańczowa  lampa.  W  jej  chybotliwym  blasku  ujrzeli  cień.  Wiele  cieni  wyrastających  niczym
pajęcze  odnóża  od  pojedynczej,  czarnej  sylwetki.  W  wykwitach  rdzawego  blasku  mnożyły  się,
rozpełzały po ścianach, by zaraz, w agonalnym skurczu, zbiec się z powrotem w plamę głębszego
mroku.

Postać stanęła. Trwała przez chwilę w blasku. Rozmyła się w nocy. I znów. Światło na nowo

wyrzeźbiło jej kontur. Przyglądała się.

– Co to? – Serafin nadal szeptał.
– Nie wiem… – odparł równie cicho Sewerus.
– Widział nas…?
Cisza. Błysk. Cień rozlewa się i znika. Pulsuje w rozbłyskach czerni.
–  Może  to  kolejny  robot…  –  Sewerus  sięgnął  po  pistolet.  Swój  lekki  karabinek  zgubił,  gdy

wypadli z pędzącego wagonu.

–  Pewnie  tak  –  Serafin  niespodziewanie  poczuł,  że  ogarnia  go  lęk.  „Demony  kollapsu.

Wykoślawione byty spoza Sfery. Mroczne odbicia naszego świata, cienie zapomnianych…” – Lepiej
chodźmy  –  rzekł  tak  cicho,  że  jego  towarzysz  nie  miał  szans  tego  usłyszeć.  Ale  chyba  wyczuł
drżenie jego głosu, bo zaczął się niepewnie cofać.

Błysk i ciemność. Tajemnicza postać znów zniknęła.
Mrok  zakotłował  się  przed  Serafinem.  Ruszył.  Huk!  Krwawa  szrama  światła  –  Sewerus

wystrzelił  flarę.  W  jaskrawej  poświacie  dostrzegli  rój  sylwetek  –  część  z  nich  może  była  tylko
cieniami, złudzeniami. Mrowie ich biegło ku przybyszom, przebierając licznymi odnóżami.

Padło  kilka  strzałów.  Płomień  zagasł.  Rzucili  się  biegiem  do  ucieczki  –  w  noc,  w  labirynt

korytarzy  plączących  się  pod  mostem.  Za  sobą  słyszeli  ponury  chrzęst  wielu  mechanicznych
stawów.

Sewerus długo ich prowadził, odnajdując w ciemnościach bezpieczną drogę za pomocą swego

optycznego symbionta. Ponury głos za nimi raz się zbliżał, raz oddalał, więc nie ustawali, biegnąc
jakby  sam  diabeł  deptał  im  po  piętach.  Zresztą,  kto  wie…  W  końcu  jednak  dźwięk  ów  oddalił  się,
ścichł, zanikł całkiem. Lecz oni wciąż się nie zatrzymywali. Dopiero gdy Serafinowi nie stawało już
sił, rzucili się pod jakąś ścianę.

Wojownik  dyszał  ciężko.  W  głowie  dudniło  mu  od  przyspieszonego  biegu  krwi,  czuł  też  jakby

jego płuca miały zaraz pęknąć z wysiłku. Za to Sewerus – przeciwnie. Zadyszał się nieco, ale poza
tym  wciąż  był  pobudzony  od  potężnego  zastrzyku  adrenaliny,  który  zafundowały  mu  jego
biowszczepy. Posiedział chwilę, lecz zaraz wstał i zaczął się niespokojnie przechadzać.

– Dlaczego się zgodziłeś na to wszystko? – zapytał nagle, przystając.
– Na co? – zdziwił się Serafin, który nie mógł przecież znać toku myśli tamtego.
Sewerus potrząsnął głową. Usiadł z powrotem obok niego.
– Twój mistrz… szanowałeś go?
– Tak, był mi przyjacielem i przewodnikiem.
– Więc dlaczego chcesz go zabić?

background image

Serafin westchnął ciężko, próbując opanować rozchwiany oddech.
– Nie wiem, czy chcę… – odparł po chwili namysłu.
– Więc dlaczego się zgodziłeś, żeby cię wysłali na tę misję?
– Uriel… nie rozumie tego, co się dzieje. Stał się niebezpieczny. Jeśli stanie przeciwko Eosowi,

dojdzie do wojny domowej. Sprawy zaszły już za daleko…

– Ale mogli wysłać kogoś innego… Czemu się zgodziłeś?
Serafin  wpatrzył  się  w  ciemny  obrys  sylwetki  Sewerusa.  W  mroku  nie  widział  jego  twarzy.

Zastanawiał się, jaki ma wyraz. Westchnął ponownie. Nagle poczuł się bardzo zmęczony. Nie miał
już ochoty rozmawiać. Adrenalina odpływała, pozostało wycieńczenie. Chłód, drżenie mięśni.

– Co za różnica, kto to zrobi? – mruknął w końcu. – Przed przeszłością nie ma co uciekać. On

musi  zginąć…  A  jeśli  tak  ma  być,  niech  narzędziem  jego  śmierci  będzie  ktoś,  kto  rozumiał,  co
znaczyło jego życie.

Sewerus nie odpowiadał i Serafin nie mógł się oprzeć wrażeniu, że przygląda się uważnie jego

twarzy. Po chwili się poruszył, chyba wzruszył ramionami. I wstał.

–  Ładnie  to  brzmi…  –  powiedział.  –  Czy  to  Eos  nauczył  cię  mówić  w  ten  sposób?  Pięknie

dobierać słowa…? Narzędzie śmierci znające życie… – Usiadł nieco dalej. Przez chwilę się sadowił,
jakby chciał iść spać. – Po waszym spotkaniu, jeden z was musi być martwy. I tylko tyle.

–  Do  czego  zmierzasz?  –  rzucił  niecierpliwie  Serafin.  –  Uważasz,  że  zdradzam  mojego

przyjaciela?

– Nie. Ty chcesz go zabić.
– To już nie jest mój przyjaciel!
Cisza…
– Wszystko jedno, to nie moja sprawa.
–  Twoja,  bo  idziesz  tam  ze  mną…  Powiedz,  co  Eos  kazał  ci  zrobić,  jeślibym  przypadkiem

odmówił zabicia Uriela?

– Nic.
– A jeślibym stanął po jego stronie?
– Zabiłbym cię.
Uderzył go twardy ton głosu. „Tak, zrobiłby to” – i nagle poczuł strach przed nim i wstręt do tej

rozmowy, którą odbyli. Sewerus chyba to wyczuł.

–  Więc  lepiej  tego  nie  rób…  –  mruknął,  jakby  dla  pojednania,  może  trochę  zmieszany

szorstkością swej wypowiedzi. Serafin nie odrzekł nic. – Posłuchaj, to głupota, to wszystko… Gdy
przyjdzie dzień, wracaj do domu. Dokończę to zadanie za ciebie, tak będzie lepiej dla wszystkich…
Człowiek nie powinien być zmuszony stawać przeciwko tym, których ceni i szanuje. – Wciąż cisza.
Podrapał się po głowie. – Myślisz, że cię nie rozumiem… Jestem takim samym zwykłym gościem,
jak ty. Też mam przyjaciół. I miałem przyjaciół, którzy ginęli, ale nigdy nie chciałbym, żeby to było z
mojej ręki.

– Mniejsza z tym. Śpij. Jutro musimy odnaleźć Uriela… – odparł Serafin.
– Śpij ty, ja i tak teraz nie zasnę. Wezmę pierwszą wartę.

* * *

Godziny czuwania Serafina ciągnęły się powoli niczym w koszmarnym śnie – ponure godziny

background image

zimna i mroku. Nadzieja na pojawienie się światła trzymała go na nogach. Jednak według zegara
ranek powinien był już nadejść, a ciemność wciąż trwała.

Nagle  usłyszał,  że  Sewerus  budzi  się  z  jękiem.  Wyjął  z  torby  błyszczka  i  potarł  go,  aż  zaczął

świecić,  wtedy  ujrzał  twarz  towarzysza.  Była  blada,  poszarzała,  z  zapadłymi,  podkrążonymi
oczami.

–  To  przez  symbionty  –  mruknął  Sewerus,  widząc  jego  spojrzenie.  Następnie  wygrzebał  ze

swojego  ekwipunku  niewielki  iniektor  i  zrobił  sobie  zastrzyk.  Po  paru  minutach  jego  wygląd  zaczął
wracać  do  normy.  –  Mam  tyle  gówna  napompowanego  do  krwi,  że  mój  organizm  przestaje
normalnie  funkcjonować  –  oznajmił  tonem  wyjaśnienia.  –  Coś  za  coś,  prawda?  Jak  tylko
skończymy tę misję, czeka mnie kilkanaście godzin w aparaturze oczyszczającej.

Zebrali swoje rzeczy i ruszyli w dalszą drogę. Sewerus prowadził znowu, jednak przystanął po

kilkudziesięciu krokach.

– Dziwne, tu powinien znajdować się korytarz, którym doszliśmy do tej części podziemi.
– Może go minęliśmy…
– Daj trochę więcej światła.
Błyszczek rozjarzył się  jaśniej, a  korytarz jakby  rozrósł się wokół  nich, napuchł.  Sufit uniósł  się

wysoko w górę, tak iż światło ledwo go sięgało.

– Wczoraj to wyglądało inaczej…
– Anomalie kollapsu – szepnął Serafin do siebie.
– Co tam mruczysz?
–  Jesteśmy  poza  Sferą.  W  chwili  kollapsu  pękły  wiązania  Wielkiego  Porządkowania,  ale  nie

wszystkie.  Świat  wydaje  się  normalny,  ale  materia  tutaj  podlega  ciągłym,  wewnętrznym
reporządkowaniom. Przestrzeń jest zmienna. Byłeś kiedyś poza Sferą?

– Kilka razy… Nigdy nic takiego mi się nie przytrafiło.
– Eos twierdzi, że na zewnątrz zachodzą tak zwane „małe porządkowania”. Nie panuje tam taki

zupełny  chaos.  Tylko,  że  te  porządkowania  są  mniej  trwałe,  niż  to  nasze  –  wielkie.  Co  jakiś  czas
rozbija  je  nowy  kollaps,  o  wiele  słabszy,  niż  ten,  który  miał  miejsce  tutaj.  Materia  w  Sawarze  jest
bardziej niestabilna, niż gdziekolwiek indziej, nowe porządkowania zachodzą z dużą częstotliwością.

Sewerus milczał chwilę.
–  Świetnie  –  burknął  w  końcu.  –  To  będzie  miało  znakomity  wpływ  na  skuteczność  naszych

poszukiwań…

– Lepiej ruszajmy – odparł cicho Serafin.
Korytarz prowadził ich długo, drogami ciemnymi i splątanymi. Łudził od czasu do czasu plamą

światła, która jednak zawsze okazywała się jedynie kałużą albo kawałkiem szkła, odbijającym blask
ich własnego błyszczka.

Rozmawiali  ze  sobą  niedużo.  Brnęli  tylko  naprzód  z  zawziętością  szczurów  uwięzionych  w

labiryncie, z takim, jak one strachem, ukrytym gdzieś w głębokich warstwach świadomości.

– Słyszałeś? – zapytał Sewerus, przystając jednocześnie.
– Nic nie słyszałem – Serafin nawet się nie zatrzymał.
Sewerus  obejrzał  się  za  siebie.  W  oddali  coś  znowu  błysnęło.  Potrząsnął  głową  i  ruszył  za

towarzyszem.

Przez jakiś czas wędrowali w ciszy, dopóki dźwięk nie rozległ się znowu. Tym razem usłyszeli

go obaj. Stanęli i popatrzyli po sobie.

background image

– Co to? – zapytał Sewerus, nie zdając sobie nawet sprawy, że zniża głos do szeptu.
Serafin  nic  nie  odpowiedział.  Przekrzywił  tylko  głowę  i  nasłuchiwał.  Znał  ten  szum.  To  niemal

nieuchwytne  drżenie,  ledwie  muskające  bębenki.  Zbliżył  się  do  ściany.  Wyciągnął  rękę.  Żywokoral
cofnął się, zapadł w siebie jak przestraszone zwierzę. Dotknął go. Ów drżał – zimny i wilgotny dla
skóry. W jego drżeniu niósł się dźwięk, śpiewny szept.

– Nad nami są szyny… Musimy być blisko powierzchni.
– Niemożliwe, nie wspięliśmy się ani odrobinę do góry… To te twoje anomalie?
Serafin  pokiwał  głową.  Koral  pod  jego  palcami  drżał  coraz  mocniej.  W  pewnym  momencie

zaczął puchnąć, przyjmując swą dawną objętość. W tej chwili korytarz się zatrząsł. Śpiewny szept
przeszedł w przeszywający wizg. Wizg. I cisza…

– Jesteśmy blisko – powtórzył.
Labirynt  jednak  kpił  z  nich  nadal  i  wodził  splątanymi  korytarzami.  Więcej  nie  poczuli  drżenia

tramwaju przejeżdżającego nad ich głowami. Tylko od czasu do czasu pojawiało się za nimi światło.
Niewielka  jaśniejsza  plamka  w  ciemnościach.  Serafin  nie  oglądał  się  na  nią,  jednak  Sewerus
sprawdzał  co  chwila,  czy  aby  nie  pojawiła  się  znowu.  Wraz  ze  zmęczeniem,  jego  zmysły
przestawały  funkcjonować  poprawnie.  Wyostrzony  do  granic  słuch  zaczął  podpowiadać  mu
złośliwie,  że  coś  czai  się  za  jego  plecami  –  niczego  tam  jednak  nie  było.  Panująca  wokoło  cisza
zdawała  się  tak  nieprawdopodobna,  że  jego  zdezorientowany  mózg  sam  zaczął  wytwarzać  dla
siebie dźwięki, być może po to, aby nie zwariować z braku bodźców.

W  końcu  zmęczeni  wędrówką  i  sfrustrowani  jej  bezcelowością,  postanowili  zatrzymać  się  na

odpoczynek. Siedli pod ścianą, wyjęli racje podróżne i jedli w ponurym milczeniu. Potem sen powoli
zaczął ich morzyć.

Sewerus  zasnął  pierwszy.  Tylko  na  chwilę.  I  widział  korytarz,  a  w  nim  blade  światełko.

Rozpadło się na kilka mniejszych i obudził się.

– Światło – mruknął sennie Serafin. – Widzisz je?
Sewerus  potrząsnął  głową,  próbując  zrzucić  z  powiek  resztki  snu.  Tak,  widział.  Niewielkie

światło  w  głębi  korytarza.  Zatoczyło  koło  i  znikło.  Rozpadło  się  na  wiele  małych  części.  Gdy  się
przebudził, znowu zobaczył światło.

– Widzę je, widzę, Serafinie.
Chwiało się lekko, jakby trącane wiatrem. Serafin nie odpowiadał. Światło zatoczyło się w bok.

Znikło  i  znów  się  pojawiło.  Wisiało  przez  chwilę,  jakby  się  wpatrywało.  Po  chwili  korytarz  wokół
Sewerusa zaczął się rozpływać, roztapiać w gęsty mrok, wypływać poza zasięg percepcji. A światło
rozpadło się na wiele mniejszych. Wtedy się obudził.

Potrzasnął głową, przetarł oczy i wstał. Serafin spojrzał na niego z niepokojem.
– Widzisz to? – zapytał, pokazując coś w głębi korytarza.
– Światło? – Sewerus odparł pytaniem, nie podniósł jednak wzroku.
– Tak…
– Widziałem je kilka razy, kiedy szliśmy.
– Sądzisz, że to złudzenie? Tylko złudzenie?
–  Może  –  Sewerus  usiadł  z  powrotem.  –  Lepiej  weź  pierwszą  wartę,  mnie  się  oczy  same

zamykają.

– W porządku.
Sen jednak jak na złość teraz nie chciał przyjść. Złośliwe, blade ślepię wpatrywało się w niego z

background image

głębi ciemności, nie dając mu spokoju. Kiedy zamykał oczy widział je nadal. Jakby plamę wypaloną
na wewnętrznej stronie powieki. Odwracał się na bok, lecz jaskrawe widziadło pozostawało. Zaklął.
Światło rozpadło się na wiele mniejszych. Serafin szturchnął go w ramię.

Obudził się.
– Co jest?
– Zbliża się…
– Co?
– To światło.
Sewerus poderwał się na nogi. Wyszarpnął z kabury pistolet i zdecydowanym krokiem ruszył w

stronę  świetlistej  plamy.  Serafin  poderwał  się  również  i  podążył  za  nim.  Tamten  jednak  po  paru
krokach przystanął.

– Teraz go widzę – szepnął. – Widzisz? To jakiś gość z błyszczkiem…
Serafin  wytężył  wzrok  i  dostrzegł,  że  niewielki  świetlny  punkt  faktycznie  obrysowuje  swym

blaskiem  jakąś  sylwetkę.  Oparł  dłoń  na  rękojeści  miecza  i  czekał.  Gdy  światło  zbliżyło  się  na  tyle,
żeby dało się wyraźnie dostrzec zarys ludzkiej postaci, usłyszeli głos:

– Czy się zgubiliście?
– Uriel? – wyrzucił z siebie z niedowierzaniem Serafin.
– Tak, to ja, chłopcze.
Uriel postąpił kilka kroków, aż ujrzeli wyraźnie jego twarz.
– Jak… i dlaczego nas odnalazłeś?
– Nie odnalazłem, przyzwałeś mnie.
– Nie rozumiem.
–  Ani  ja  –  wciął  się  Sewerus.  –  Człowieku,  przyszliśmy  cię  zabić!  A  ty  włazisz  nam  tak  po

prostu w ręce?

– Ja i tak już nie żyję…
– Co masz na myśli? O co w tym wszystkim chodzi? – Serafin ze zdumieniem stwierdził, że w

jego głosie zaczyna pobrzmiewać z trudem hamowana wściekłość.

– Wszystko wam wyjaśnię – odparł spokojnie Uriel. – Jest kilka rzeczy, które musisz zobaczyć,

Serafinie.  Zanim  będziesz  mógł  mnie  zabić.  Nawet  nie  zaczynasz  domyślać  się  planów  Eosa.
Chodź za mną.

To powiedziawszy, minął ich i ruszył w dół korytarza.
Sewerus, zbyt zszokowany, żeby go powstrzymać, spojrzał tylko na swego towarzysza.
– On zwariował… – stwierdził.
– To możliwe… tu, poza Sferą. Lepiej chodźmy za nim.
Sewerus wpatrywał się w niego przez chwilę czujnym wzrokiem. Potem bez słowa poszedł za

Urielem.

Tuż  za  rogiem  korytarz  odmienił  się  nagle.  Nie  znajdowali  się  już  pod  ziemią,  tylko  wysoko

ponad nią, na stalowym wiadukcie. Wokół plątało się mnóstwo podobnych konstrukcji: jedne wyżej,
drugie niżej, wszystkie skąpane w fioletowej poświacie dziwnego księżyca.

–  Czy  znasz  legendy  o  aniołach?  –  odezwał  się  nagle  Uriel.  –  O  starożytnych  założycielach

naszego  plemienia,  tych,  którzy  dali  nam  skrzydła?  Pradawne  teksty  mówią,  że  przybyli  sponad
gwiazd i posiedli większą władzę nad Sferą niż ktokolwiek inny. Byli tak potężni, że potrafili zmieniać
materię,  ich  siły  przewyższały  dyrektywy  Wielkiego  Porządkowania  –  może  zresztą  to  oni  je

background image

stworzyli,  podania  nie  się  co  do  tego  zgodne.  Eos  badał  je  bardzo  dokładnie,  był  wręcz  opętany
starożytnymi naukami. Badał Sferę, jej właściwości. To doprowadziło go do Przebudzonych. Kainici
może są panami Sfery, ale nie rozumieją jej istoty – Przebudzeni za to chcą ją badać.

Gdy doszło do kollapsu, Eos był wstrząśnięty – jak wszyscy. Nigdy nie przypuszczaliśmy… nie

śmieliśmy sądzić, że to może się wydarzyć. Ale on, on widział coś więcej. Zrozumiał, że Sfera jest
zniszczalna,  a  zatem  można  ją  także  opanować.  Ktoś  kiedyś,  przed  początkiem  czasu,  nadał  jej
kształt, a teraz jego władza słabnie. Pękają dawne wiązania. Coś zburzyło odwieczną równowagę.
Istnieją prastare mity o powrocie aniołów. Eos był pewien, że właśnie z tym mamy do czynienia.
Nalegał na mnie, abyśmy udali się do Sawary, żeby zbadać, zobaczyć wszystko na własne oczy.
Tak też uczyniliśmy.

Ci,  którzy  pozostali  w  mieście,  byli  martwi  lub  obłąkani,  poza  jedną  osobą.  Tobą,  Serafinie.

Znaleźliśmy  cię  w  świątyni,  jakby  pogrążonego  we  śnie,  jakby  dręczonego  przez  koszmary.  A
miasto  wokół  nas  zmieniało  się  nieustannie  i  stało  się  wielkie,  przytłaczające…  jakbyśmy  byli
czterolatkami – takimi, jak ty wówczas. Wtedy zrozumieliśmy, że przeżyłeś, gdyż w jakiś niepojęty
sposób opanowałeś zachodzące wokół ciebie porządkowania.

Zabraliśmy  cię  wtedy  z  Sawary.  Eos  nalegał  na  to,  żeby  mógł  cię  wziąć  na  wychowanie.

Zgodziłem się, pod warunkiem, że pozwoli mi w nim uczestniczyć. On chciał odkryć, co dało ci tę
moc,  szukał  w  proroctwach  słów  o  jakimś  wybrańcu,  o  mesjaszu.  Ale  żadnych  takich  nie  było.  I
niczego  nie  mógł  dowiedzieć  się  z  obserwacji  ciebie.  Rozwijałeś  się,  jak  każdy  normalny  chłopiec.
Nigdy więcej nie ujawniłeś talentu władania Sferą i porządkowaniami.

Uriel umilkł. A Serafin i Sewerus stąpali za nim po coraz węższej kładce, również milczący. Gdy

nareszcie doszli do jej końca, ich oczom ukazały się drzwi.

– Co chciałeś mi pokazać? – wydusił w końcu ze ściśniętego gardła Serafin.
– Tylko to – odparł Uriel i otworzył drzwi. Przeszli przez nie.
Świątynia – wybujałe, ginące w mroku arkady oplecione kamiennym bluszczem. Pnące się ku

niebu  kolumny.  Sufit  z  tętniących,  koralowych  konarów  i  giętkich  kryształowych  witek.  Pulsujące
ściany  zwodzące  oko  miriadami  nierówności  tańczących  w  chybotliwym  świetle  kaganków,  raz
ginących w cieniu, raz rozbłyskających jasno. Świątynia Boga, katedra życia… Miejsce kaźni.

„I miejsce narodzin, moich narodzin.”
Serafin opuścił wzrok. „Czy śmierć może być szlachetna…? Nie chciałbym, żeby którykolwiek z

nich zginął z mojej ręki… Jeden z was będzie martwy…”

– Daj mi swój miecz.
To Sewerus. Jego głos w ciemnościach. Nie spojrzy mu w twarz.
– Daj mi go – powtarza.
Serafin  jest  posłuszny.  Słyszy  kroki,  potem  szczęk  oręża  i  słowa  gdzieś  z  oddali.  „Wyzywam

cię…”  i  „Mógłbyś  być  najlepszym”.  Walka  nie  będzie  długa.  Wie  to.  Słyszy  kroki  poruszających  się
szermierzy. Brzęk zderzających się ostrzy. Śmierć się zbliża. Jest krótkie uderzenie. Głuchy chrzęst.
Żadnego krzyku. Jakby jęk.

–  Niemożliwe  –  słyszy  nagle  głos  Sewerusa.  To  wyrywa  go  z  marazmu.  Podnosi  głowę,

podchodzi  bliżej.  Niedaleko  ołtarza  spoczywają  stare  zwłoki.  Na  poły  rozłożone,  jakby  leżały  tu  co
najmniej od tygodnia. Są ubrane w ozdobną zbroję starszyzny Woletorów. Spomiędzy pancernych
płyt koralu jirwe sterczy sztylet.

– Jak to możliwe? – szepcze Serafin. – Czy on był tu cały czas?

background image

* * *

– Eosie…
– Wejdź, Niceforze – głos Eosa wypłynął zza potężnego oparcia jego fotela.
Woletor postąpił kilka kroków przed siebie i stanął. Wciąż nie widział swojego wodza.
– Przybył posłaniec… Doszło do kollapsu w okolicach Seuanno, około miliona zaginionych. To

stało się nagle, nie zdążyli nikogo ewakuować.

– Wiem już o tym… Czego spodziewają się po nas Przebudzeni?
– Pretorianie są bezradni. Reperkusje po kollapsie odbiły się w głębi Sfery. W promieniu kilkuset

kilometrów od Seuanno panują anomalie. Potrzebują kogoś, kto będzie umiał działać bez pomocy
Sfery, potrzebują naszego wojska.

– Co proponują?
–  Dadzą  ci  całkowite  pełnomocnictwo  i  naczelną  władzę  nad  wojskiem.  W  zamian  nasi

wojownicy mają pomóc w opanowaniu sytuacji i obronić ich terytorium.

– A Kainici?
– Co z nimi?
– Ich wojska na południu bez możliwości poruszania się w Sferze będą osłabione.
– Nie aż tak, jak Pretorianie, którzy poza Sferą są bezradni jak dzieci.
– Właśnie – Eos kiwnął głową. – Przyślij mi tu Zariela.
– Mam wysłać odpowiedź do rządu Przebudzonych?
– Tak, powiedz, że osobiście poprowadzę oddział do obrony ich terytoriów.
Nicefor wycofał się i po chwili przysłał Zariela, który zjawił się w pełnym rynsztunku gotowy do

natychmiastowego wymarszu.

– Dobrze, że jesteś – Eos wstał z fotela i zmierzył go krytycznym spojrzeniem. – Poprowadzisz

nasze oddziały na południe, do Ruuli. Weźmiesz sysytie z pierwszej i trzeciej kohorty.

–  Pierwszej  i  trzeciej?  –  Zariel  nie  potrafił  ukryć  swojego  zdumienia.  –  To  nasi  najlepsi

wojownicy.

– Drugiej takiej okazji nie będziemy mieli. Jeśli zdobędziemy Ruuli, będziemy mieli przyczółek w

samym  środku  strefy  kainickich  wpływów.  Do  obrony  Przebudzonych  i  akcji  ratowniczych
wystarczą mi słabsze oddziały.

–  To  ryzykowne  –  zauważył  Zariel.  –  Jednym  uderzeniem  trudno  nam  będzie  ich  pokonać,  a

Przebudzeni nie ufają nam na tyle, żeby długo tolerować naszą obecność. Chyba, że planujesz też
skorzystać z sytuacji, żeby…

–  Nie  –  przerwał  mu  ostro  Eos.  –  Sprzymierzyliśmy  się  z  Przebudzonymi  i  dotrzymamy

warunków umowy. Czy i ty uważasz, jak moi wrogowie, że zapomniałem o honorze wojowników?

– Nie, Eosie – Zariel spuścił głowę, spojrzał w bok. Widać było po nim wyraźnie, że coś w sobie

stłumił.

– Czy jest coś, co chciałbyś powiedzieć?
– Jeśli mogę mówić szczerze…
– Jak zawsze.
Zariel wziął głęboki wdech.
– Nie rozumiem cię – rzucił w końcu. – Chcesz bronić słabszych, ale najlepsze sysytie posyłasz

do ataku. Wielu cywilów może przez to zginać. Chcesz wzmocnić pozycję naszego plemienia, ale

background image

nie  korzystasz  z  okazji,  aby  sięgnąć  po  władzę  nad  Przebudzonymi.  Obaj  dobrze  wiemy,  co
oznacza  naczelne  dowództwo  wojska.  Oni  sami  liczą  się  z  tym,  że  jeśli  nie  zechcesz  go  później
złożyć, to nie będą w stanie ci go odebrać. Chciałbym wiedzieć, co tobą kieruje.

Eos zbliżył się do niego. Uśmiechnął się i oparł dłoń na jego ramieniu.
–  Nie  martw  się  o  nasze  plemię  –  rzekł.  –  Jeśli  zdobędziemy  Ruuli,  zarówno  Kainici,  jak  i

Przebudzeni będą musieli się z nami liczyć. Ale w tej walce nie o to chodzi. Musimy zbierać nasze
siły… i musimy zbierać wiedzę. Wiedza, Zarielu – to nasz prawdziwy cel. Musimy być gotowi.

– Gotowi na co?
– Idź już – odparł Eos, ignorując jego pytanie.
–  Taak…  Tak  jest  –  Zariel  skłonił  się  niechętnie  i  skierował  w  stronę  wyjścia.  Zanim  jednak

wyszedł, przystanął na chwilę i zapytał:

– A co się stało z Serafinem?
Eos nie odpowiedział od razu. Uśmiechnął się tylko.
– Sądzę, że wykonał swoją misję – rzekł w końcu.

background image

Synowie Kaina

– Panie Sewerusie, musi pan pomóc! – Kitamura, korpulentny, skośnooki konus, chwycił go za

rękaw  płaszcza.  On  jednak  spojrzał  na  niego  jak  na  karalucha  i  niecierpliwym  ruchem  strząsnął  z
ramienia.

– Przykro mi, panie przewodniczący – odparł. – Ale to nie moja sprawa. Nie opowiadam się po

żadnej ze stron. W czasie wojny byłem najemnikiem, pracowałem dla tych, którzy lepiej płacili. Nie
mam poglądów ani sympatii politycznych czy ideologicznych.

Odwrócił  się  i  ruszył  w  poprzek  betonowej  platformy  peronu  ku  pękatemu  wagonowi  kolei

podziemnej.

– Ale proszę pana, pan wie, że jeśli oni… jeśli oni się tu zjawią, to… to będzie masakra! Tylko

pan może ich powstrzymać…

–  Nie,  panie  przewodniczący,  nie  mogę.  Nie  jestem  żołnierzem.  Już  nie  jestem  żołnierzem.

Śmierć to przykra sprawa. I tak, jeśli zjawią się tu Pretorianie, to wielu waszych zginie – takie jest
życie. Przegrani muszą płacić cenę porażki. Nie będę dla pańskich ludzi nadstawiał karku; żaden z
nich nie nadstawiłby karku dla mnie.

Mały człowieczek dogonił go i ponownie zatrzymał.
– Panie Sewerusie… na miłość boską – wycedził przez zęby zduszonym szeptem.
Sewerus zaśmiał się tylko nieprzyjemnie.
– I to pan mówi o Bogu? Pan, Kainita? Panie Kitamura… – rzekł z dezaprobatą.
Kitamura wziął haust powietrza, jakby chciał go dalej namawiać, lecz nagle chrząknął dziwnie,

a jego oczy wywróciły się białkami na wierzch.

– S… są… – wyjąkał piskliwie i zaraz obrócił się na pięcie. Szybkim krokiem ruszył ku wyjściu.

Sewerus  obserwował  przez  chwilę  jego  niknącą  sylwetkę.  Gdy  Kitamura  był  już  daleko,  nagle
dołączyły  do  niego  dwie  kolejne  postaci,  o  wiele  większe  i  groźnie  wyglądające.  „Głupiec”  –
pomyślał Sewerus, po czym wsiadł do pociągu.

Wagon  był  obszerny.  Znajdowało  się  w  nim  w  sumie  osiem  rzędów  foteli:  po  cztery  z  każdej

strony, a między nimi korytarzyk. Wszystkie miejsca siedzące już zajęto, zatem wcisnął się między
ludzi stojących w korytarzyku. Większość z nich była Homonulusami, jednak Sewerus z łatwością
rozpoznawał  Kainitów.  Mieli  o  wiele  silniejszą  aurę.  Homonulusowie  właściwie  w  ogóle  jej  nie
posiadali.

Koła  wagonu  zgrzytnęły,  jakby  miał  już  ruszać,  jednak  nic  takiego  się  nie  stało.  Ostatni

pasażerowie wpychali się do wnętrza. Obok Sewerusa stanęła para Kainitów: starszy mężczyzna i
dziewczyna – na oko piętnastoletnia, ładna, o miłej, okrągłej buzi. Spojrzała na niego. Miała smutne
oczy; pomarańczowe ze złotymi obwódkami. Odwrócił się od niej pospiesznie.

– Kurwa mać… – mruknął do siebie.
– „Nie rób tego…” – zdążyło mu zadzwonić w głowie, gdy do pociągu wkroczyli Pretorianie.
Nagle  zrobiło  się  strasznie  cicho.  Jakby  wszystkie  odgłosy  –  szum  rozgrzewających  się

silników,  gwar  ludzkich  głosów,  zgrzytanie  kół  –  zostały  stłamszone  gdzieś  na  granicy

background image

rzeczywistości.  Wszyscy  Homunulusi  zastygli  niczym  w  stuporze.  Tu  i  tam  część  z  nich
wykonywała  nienaturalnie  spowolnione  ruchy,  które  zaraz  ustały.  Tylko  Kainici  poruszali  się
normalnie.

Sewerus poddał się ogarniającemu go paraliżowi. Pozwolił dziwnemu mrowieniu rozejść się po

jego  ciele.  Stłumił  swoją  aurę.  Dostrzegał  jeszcze  resztki  ruchu.  Przed  oczami  mignęły  mu  czarne
sylwetki czterech Pretorian – strasznie chudych i wysokich, w czarnych pancerzach, z pióropuszami
na  głowach  i  długimi  ostrzami  podczepionymi  do  rękawic.  Na  granicy  jego  umysłu  pojawiła  się
świadomość rozlegających się krzyków bólu i rozpaczy, spostrzegł jeszcze czerwone eksplozje krwi.

– „Czterech…” – jego myśli płynęły bardzo powoli. – „I tak nie dałbyś im rady. Nie rób tego…”.
Nagle  tors  Kainity  stojącego  obok  niego  pękł.  Mignęło  srebrne  ostrze.  Krew  bluznęła  gęstym

strumieniem. Ujrzał rozdzierane wnętrzności. Dziewczyna, która z nim była, nie krzyknęła, tylko jej
twarz  wygięła  się  jakby  do  krzyku.  W  tym  momencie  Sewerus  poczuł,  że  coś  się  w  nim  łamie.
Jego myśli przyspieszyły nagle.

– Ani drgnij! – syknął, chwytając ją mocno za ramię. Znieruchomiała pod wpływem jego głosu.

Jego aura przesłoniła jej aurę.

Błyskawicznym  ruchem  wyszarpnął  spod  płaszcza  pistolet  skałkowy.  Gruchnął  strzał.  Ścianę

wagonu  ochlapała  krwawa  miazga  z  mózgu  i  w  powietrzu  słychać  było  trzask  kości  jednego  z
Pretorian.

–  „Jeden”  –  odliczył  w  myśli  Sewerus,  upuszczając  pistolet  i  wydobywając  następny  spod

płaszcza.  Kolejny  srebrny  pocisk  poszybował  w  powietrzu,  przecinając  tor  biegu  innego
Pretorianina. – „Dwa”.

Odrzucił  pistolet,  puścił  dziewczynę  i  dobył  dwóch  długich,  zakrzywionych  sztyletów.  Trzeci

Pretorianin przemykał właśnie tuż obok niego. Zauważył, co się dzieje, lecz nie zdążył zareagować.
Ostrze  Sewerusa  rozorało  mu  szyję.  Padł  w  fontannie  krwi,  ścięty  z  nóg  nagłym  uderzeniem.
„Trzy”.

Ostatni był nieco dalej, więc zdążył sparować cios. Zahamował, obrócił się na pięcie

i uderzył. Sewerus nie przejął się mknącym w jego stronę ostrzem. Wbił własną broń między żebra
przeciwnika, czując wyraźnie, jak rozrywa płuca i serce.

„Cztery”  –  zakończył  odliczanie,  gdy  tamten  upadł.  Poczuł,  że  po  jego  boku  spływa  cienka

strużka krwi. Rana była płytka, ale gdyby przeciwnik miał czas wymierzyć cios odrobinę dokładniej,
to  pewnie  byłaby  śmiertelna.  Pretorianie  umieli  zabijać,  choć  oczywiście  nie  tak  dobrze  jak
Sewerus.

W  czasie  wojny  zabił  przeszło  sześćdziesięciu  Pretorian  w  osiemnastu  starciach.  Więcej  niż

jakikolwiek  inny  człowiek.  Ale  wtedy  w  jego  organizmie  żyły  jeszcze  symbionty:  kordialis,  który  w
razie  czego  mógł  zastąpić  funkcję  serca,  oculus,  zaimplanotwany  pod  skórę  czaszki,  który
wyostrzał  jego  zmysły,  wis,  pompujący  do  jego  krwi  bojowe  hormony  oraz  cztery  glisty–
wzmacniacze, które wzmagały siłę jego mięśni.

* * *

Dom  Sewerusa  rósł  w  podziemnej  jaskini  na  obrzeżach  miasta  Wejtl.  Jego  organiczne  ściany

przyjęły  kształt  zbliżony  do  naturalnej  struktury  skały,  dlatego  od  środka  przypominał  wnętrze
niedużej kopuły. Znajdowało się tam niewiele mebli, przeważnie surowych, zrobionych z szarej stali.

background image

Nie było żadnych ozdób.

–  W  kuchni  jest  trochę  jedzenia  –  rzekł  Sewerus,  pokazując  Szejli  ciasny  aneks  kuchenny.

Następnie udał się do łazienki, nalał czerpakiem nieco wody ze zbiornika do miski i zaczął oglądać
swoją ranę. Zakrwawioną koszulę cisnął w kąt.

Draśnięcie było płytkie, ale zaczynało ropieć. Wziął zatem przypominającego gąbkę wysysacza,

zwilżył go nieco w misce i przytknął do swego boku. Syknął cicho, gdy mikroząbki stworzenia wpiły
się w jego skórę.

Nagle  w  lustrze  pojawiła  się  twarz  Szejli.  Dziewczyna  zbliżyła  się  do  niego  od  tyłu  i  musnęła

palcami krawędź jego zranienia. Sewerus zastygł w bezruchu i przyglądał się jej odbiciu. Sięgała mu
ledwie  do  ramion,  ale  jak  na  swój  wiek  była  bardzo  ładnie  zbudowana.  Brązowa  suknia  służki
opinała  ciasno  jej  szczupłą  talię,  a  obramowany  białą  materią  dekolt  odsłaniał  zarys  krągłych,
niedużych  piersi.  Jej  śliczna,  dziewczęca  buzia  kontrastowała  mocno  z  jego  własną  twarzą  –
brzydką,  obarczoną  za  długim  nosem  i  szerokimi  ustami,  zeszpeconą  tu  i  tam  bladymi
pajęczynkami blizn.

Dziewczyna objęła go i poczuł, jak jej delikatny, ciepły policzek przytula się do jego pleców. Jej

dłonie  spoczęły  na  jego  nagim  brzuchu  i  powoli  zaczęły  wędrować  niżej.  Wzdrygnął  się  nieco,
chwycił jej ręce i odsunął ją od siebie.

– Nie jesteś przestraszona tym, co wydarzyło się w pociągu? – zapytał.
– Jestem… – odparła, spuszczając oczy i nagle się rumieniąc.
Zapadła cisza. Sewerus przykleił do swojego boku plaster i wyszedł. Także był przestraszony,

czuł, że dłonie drżą mu nieznacznie. Dopiero co wystąpił przeciwko Pretorianom. Dla niej. Cholera,
dla  tej  gówniary!  W  kilka  sekund,  niewiele  myśląc,  podpisał  na  siebie  wyrok.  Będą  na  niego
polować – był tego pewien. Dotąd zostawiali go w spokoju. Może i uważali go za trochę groźnego,
może  i  chętnie  by  się  go  pozbyli  wcześniej,  ale  znajdował  się  poza  Sferą.  Teraz  jego  aura
pozostawiła wyraźny ślad, trop dla gończych psów.

Westchnął,  rozglądając  się  po  mieszkaniu.  Musiał  odpocząć,  dzień,  góra  dwa.  Potem  trzeba

było ruszać. Tutaj już nie było bezpiecznie.

Szejla weszła za nim do pokoju. Wciąż zarumieniona, stanęła naprzeciwko niego i ze wzrokiem

wbitym  w  ziemię  zaczęła  rozpinać  dekolt.  Przez  chwilę  patrzył  tępym  wzrokiem  na  jej  trochę
jeszcze  dziewczęce  piersi.  Nagle  drgnął.  Podszedł  do  niej,  przyciągnął  ją  do  siebie  i  wpił  się
wargami  w  jej  drobne,  drżące  usta.  Ściągnął  pospiesznie  jej  sukienkę.  Drżała  cała,  a  jej  ramiona
pokryła nagle gęsia skórka. Poddawała się jednak jego pieszczotom. Podniósł ją z ziemi i zaniósł do
łóżka.

* * *

Szejla  leżała  z  głową  opartą  w  zagłębieniu  pomiędzy  jego  barkiem  a  szyją.  Jej  oddech,

rozgrzany i wciąż lekko przyspieszony, przyjemnie pieścił jego skórę. Sewerus westchnął. Czuł się
trochę za stary.

– Dlaczego ci ludzie w pociągu musieli wszyscy zginąć? – zapytała nagle Szejla.
–  Nie  wiem  –  odparł  po  chwili  wahania.  –  Bo  życie  to  bardzo  okrutna  i  niesprawiedliwa  gra…

Ktoś ciągle ginie. Żyją silniejsi…

– Czyli Pretorianie?

background image

–  Tak,  oni  są  od  nas  silniejsi  –  powiedział,  lecz  zaraz  zbeształ  się  w  duchu  za  to  pochopnie

wypowiedziane „nas”.

– Kim oni właściwie są?
No tak, ona przecież musiała urodzić się już po wojnie. Niewiele wiedziała.
–  Byli  kiedyś  ludźmi  –  rzekł.  –  Zwykłymi  Homonulusami.  Dawno  temu  Kainici  żyli  wśród

Homonulusów  w  spokoju,  górowali  nad  nimi  jednak,  gdyż  potrafili  poruszać  się  w  Sferze.  Dzięki
temu  byli  w  stanie  manipulować  ludźmi  i  nimi  władać.  Tak  to  trwało,  dopóki  nie  pojawili  się
Przebudzeni. Podobnie jak pozostali Homonulusowie nie posiadali własnej aury, ale odkryli istnienie
Sfery.  I  Kainitów.  Chcieli  wyzwolić  od  nich  ludzkość,  więc  próbowali  zawładnąć  Sferą.  I  choć  nie
posiadali  aury,  zaczęło  im  się  to  udawać  –  poprzez  trening  psychiczny  i  wynalazki  techniczne.
Szybko  dorównali  mocą  Kainitom  i  powstało  tak  zwane  Ekwilibrium  –  niedoszli  wyzwoliciele
podzielili  się  ze  swoimi  przeciwnikami  władzą  nad  Homonulusami,  którzy  zresztą  żyli  w  błogiej
nieświadomości tego, co się dzieje. Ale to nie mogło trwać długo, bo Przebudzeni wciąż pracowali
nad nowymi środkami walki. I w końcu udało im się stworzyć Pretorian – doskonałe maszyny do
zabijania,  od  dziecka  spędzające  więcej  czasu  w  Sferze  niż  w  zwykłym  świecie,  umysłowo
wypaczone  potwory,  które  miały  tylko  jeden  cel  –  pokonać  Kainitów.  Wtedy  właśnie  doszło  do
wojny… i Pretorianie wygrali.

Szejla  powoli  kiwnęła  głową.  Nic  nie  powiedziała  i  chwilę  leżeli  w  ciszy.  Potem  Sewerus

wyplątał się z jej objęć i usiadł na skraju łóżka.

– Ten mężczyzna, z którym byłaś w pociągu… to był twój ojciec? – zapytał.
– Nie – odpowiedziała. – To był mój pan.
– Aha… – mruknął i zaczął się ubierać. Gdy skończył, wyszedł do kuchni. Zagotował wodę w

elektrycznym  czajniku,  zrobił  sobie  herbatę  i  zaczął  ładować  pistolety.  Lepiej,  żeby  były  gotowe.
Nabił  je  prochem  i  srebrnymi  kulami,  zabezpieczył  i  odłożył.  Wiele  by  dał  za  broń  automatyczną,
jakiej używali Homonulusowie, ale wiedział, że w Sferze jest bardzo mało skuteczna. Podobnie jak
większość ich technologii.

Dopił  herbatę  i  zaczął  się  zastanawiać,  gdzie  by  się  położyć  spać  –  do  łóżka  jakoś  nie  chciał

wracać.  Nagle  doszedł  jego  uszu  dziwny  łopot,  jakby  żagli  na  wietrze,  i  coś  stuknęło  w  dach.
Chwycił pistolety i ostrożnie podszedł do wyjścia na górę. Nasłuchiwał chwilę, wstrzymując oddech,
a  gdy  nic  więcej  się  nie  odezwało,  ruszył  po  schodkach.  Uchylił  klapę  i  wyjrzał  na  zewnątrz.  Na
skale,  która  tworzyła  sklepienie  jaskini,  stała  jakaś  postać  –  wysoka,  zakuta  w  bojową  zbroję
zakrywającą wszystko łącznie z twarzą. Płyty pancerza nie były gładkie, lecz pokryte guzowatymi
zgrubieniami, a za plecami przybysza rozpościerała się para mechanicznych skrzydeł.

– Serafin… – mruknął Sewerus, wychodząc na dach. – Co cię tu sprowadza?
Serafin  był  jednym  z  Woletorów,  plemienia  słynnych  latających  wojowników,  podobnie  jak

Kainici  i  Przebudzeni  świadomych  istnienia  Sfery,  jednak  nie  pretendujących  do  sprawowania  nad
nią kontroli. W czasie wojny byli początkowo neutralni, jednak Eos, jeden z najsilniejszych spośród
nich,  wraz  z  sześcioma  innymi,  do  których  należał  i  Serafin,  zbuntowali  się,  wybili  dawną
starszyznę i zmusili plemię do opowiedzenia się po stronie Przebudzonych.

–  Miło  cię  znów  widzieć,  Sewerusie  –  odezwał  się  przybysz,  nie  odpowiadając  na  pytanie.  –

Tyle lat minęło, to cud, że jeszcze żyjesz. Sewerus puścił tę uwagę mimo uszu.

– Czego chcesz? – zapytał opryskliwie.
– Słyszałem o Twoim drobnym wypadku w Ettene… Czterech martwych Pretorian…

background image

– Do rzeczy.
– Masz kłopoty, Sewerusie, poważne kłopoty. Oni już cię szukają.
– Powiedz mi coś, czego nie wiem.
– Eos kazał nam cię odnaleźć. Nam, Woletorom. Niedługo będę musiał mu powiedzieć o tym

miejscu. Wyczyta z mojej aury, że coś wiem. Przybyłem cię ostrzec. Mam wobec ciebie dług, więc
go spłacam.

– Zbytek łaski, Serafinie – odburknął Sewerus.
Wojownik westchnął. Zabrzmiało to, jakby jakiś owad zabrzęczał w metalowej puszce.
–  Po  co  to  zrobiłeś,  Sewerusie?  –  zapytał.  –  Przecież  nienawidzisz  Kainitów,  po  co  zabijałeś

tych Pretorian?

– Lubię zabijać – Sewerus zaśmiał się, odsłaniając swoje groźnie wyglądające kły. – Mogłeś się

domyślić,  że  prędzej  czy  później  mi  się  to  znowu  przytrafi.  Po  tylu  latach  zabijania  człowiek  się
przyzwyczaja, zaczyna mu to sprawiać radochę. Czy tobie to sprawia radochę? Co, Serafinie?

– Nie – odparł tamten. – Wiesz, że nie. Będziesz musiał uciekać. Przyniosłem ci coś – wydobył

z  przytroczonej  do  pasa  ładownicy  dużego,  białego  pędraka,  który  niósł  na  grzbiecie  coś,  jakby
owadzie jajo.

– Pochłaniacz? – Sewerus wziął do ręki owada.
–  Przez  jakiś  czas  zamaskuje  twoją  aurę,  będziesz  wyglądał  jak  zwykły  Przebudzony.  Ale

spiesz  się,  bo  nie  pomoże  ci  to  na  długo.  Lepiej,  żebyś  jak  najszybciej  wydostał  się  poza  zasięg
Sfery. I nie bierz ze sobą dziewczyny…

Sewerus spojrzał na niego podejrzliwie, a jego oczy zwęziły się w szparki.
– Dlaczego?
– Zanadto rzuca się w oczy. Pretorianie nie lubią, jak ktoś im się wymyka z łapanki.
To powiedziawszy rozwinął skrzydła i wzbił się w powietrze.
–  Żegnaj  –  powiedział  jeszcze.  –  Dług  uważam  za  spłacony.  Następnym  razem,  gdy  się

spotkamy, będę musiał cię zabić.

– Chyba, że ja wcześniej zabiję ciebie – mruknął Sewerus, patrząc na oddalającą się skrzydlatą

postać.

* * *

Raczej wyczuł ich obecność, niż ich dostrzegł, kiedy wmieszali się w tłum. Pretorianie. Sześciu.

Najwyraźniej kogoś szukali.

Wielu  Kainitów  uciekało  w  tych  czasach  na  Wschód.  Trzymali  się  wielkich  skupisk  ludzkich,

podróżowali pociągami. Skupiska Homonulusów tłumiły ich aurę. Gdyby wyruszyli sami, ściśnięci w
wystraszoną gromadkę, byliby niczym wielki, jarzący się na czerwono neon odciśnięty w Sferze dla
tych,  którzy  ich  prześladowali.  Rozproszeni,  skryci  w  ciżbie  mieli  trochę  większe  szanse  na
przeżycie. Trochę… większe…

Sewerus  poczuł  się  tak,  jakby  bryłka  lodu  stanęła  mu  w  żołądku,  kiedy  minął  ich  patrol,

oskrzydlający  jakiegoś  Kainitę  i  spychający  go  ku  bocznej  alejce.  Zmusił  się,  żeby  iść  dalej  w
sposób całkiem obojętny, lecz Szejla stanęła jak wryta i spojrzała za oddalającym się oddziałkiem.
Dowódca Pretorian zauważył to i zatrzymał swoich ludzi.

– Na co się gapicie? – szczeknął głosem syntezowanym przez maskę ochronną.

background image

–  Dobrze  wykonujecie  swoją  robotę,  żołnierzu.  Wkrótce  skończymy  z  tym  ścierwem  –  odparł

Sewerus, opierając ręce na ramionach Szejli i próbując ją powoli odciągnąć.

Pretorianin przyglądał im się przez chwilę, a Sewerus walczył ze sobą, żeby nie stracić zimnej

krwi i nie sięgnąć po pistolety. Czuł, że jego mięśnie się napinają, a serce zaczyna mocniej bić.

– Podejdź tu… – wycedził nieufnie dowódca. – Bracie.
Sewerus uśmiechnął się, modląc się w duchu, żeby wyglądało to autentycznie,

i  zbliżył  się  do  nich.  Złapany  Kainita  spojrzał  na  niego  błędnym  wzrokiem.  Nagle  jego  oczy
rozszerzyły  się,  ryknął  i  szarpnął  się  panicznie.  Dowódca  Pretorian  wyciągnął  pistolet.  Sewerus
drgnął w tym momencie, ale ponownie stłumił w sobie odruch obronny. Wiedział, że gdyby chcieli
go zaatakować, wysunęliby swoje ostrza. Pistoletów używali tylko w jednym celu…

– Czyń honory, bracie – powiedział żołnierz, podając mu broń.
Sewerus  bez  chwili  wahania  uniósł  pistolet  i  wypalił  do  miotającego  się  Kainity.  Czaszkę

mężczyzny rozerwało na strzępy. Krew i mózg opryskały mundury dwóch Pretorian.

–  Dobro  zwycięży,  bracie  –  mruknął  dowódca  i  odebrał  Sewerusowi  pistolet.  W  jego  głosie

zabrzmiało coś, jakby ulga. Choć nie, oni nie znali strachu, nie mogli też znać uczucia ulgi.

– Musieliśmy sprawdzić twoją wierność. Szukamy niebezpiecznego zdrajcy.
– Rozumiem – odparł Sewerus. – Kontynuujcie swoją pracę.
I oddalił się, ciągnąc za sobą Szejlę. Gdy zajrzał do torby, w której niósł pochłaniacza, ujrzał, że

ciało  stworzonka  nabrzmiało  i  spuchło,  a  jajowaty  przedmiot,  który  niosło  na  grzbiecie  wyglądał,
jakby miał zaraz eksplodować.

Udali się na stację kolei podziemnej i złapali pociąg do Alassanu, niewielkiej mieściny daleko na

północnym-wschodzie.  Szejla  wyglądała  na  nieco  wstrząśniętą  i  nie  odzywała  się  przez  całą
podróż.

– Zabiłeś już kiedyś Kainitę – stwierdziła bez cienia emocji, gdy dotarli na miejsce

i  ruszyli  do  małego  hoteliku,  w  którym  Sewerus  postanowił  się  zatrzymać.  –  Ale  w  czasie  wojny
walczyłeś po ich stronie, prawda?

–  Niezupełnie…  Przez  pierwsze  trzy  lata  wojny  służyłem  Przebudzonym…  I  zabiłem  wielu

Kainitów.

– Więc dlaczego zmieniłeś strony?
–  Ci  drudzy  lepiej  płacili  –  odparł  sucho  Sewerus,  a  jego  twarz  stężała.  Jednak  Szejla  drążyła

dalej.

– Nagle ot tak, po prostu postanowiłeś zdradzić swoich mocodawców i iść do ich wrogów?
–  Nikogo  nie  zdradziłem  –  wycedził  przez  zęby.  –  Nasz  kontrakt  uległ  rozwiązaniu.  Przez  rok

byłem  bezrobotny,  potem  Kainici  zaproponowali  mi,  żebym  pracował  dla  nich.  Nie  widziałem
powodu, żeby odmówić.

– Jesteś zbyt dobrym wojownikiem, żeby Przebudzeni tak po prostu cię puścili po wygaśnięciu

kontraktu. Nie chcieli przedłużyć umowy?

– Ech… Dobrze, powiem ci, jak to było – odszczeknął rozeźlony Sewerus. – W czasie starcia

koło  Skarro  nasz  dowódca  poprowadził  nas  prosto  w  zasadzkę.  Straciłem  tam  wielu  dobrych…  –
zawahał  się  na  chwilę.  –  Wielu  dobrych  żołnierzy.  Z  życiem  uszedłem  tylko  ja  i…  i  ten  nasz
dowódca. Potem na jakiś czas miałem dość walki, więc odszedłem. Jasne?

– Tak – odparła cicho Szejla i niespodziewanie dotknęła jego dłoni. Sewerus szedł dalej, jakby

niczego nie poczuł.

background image

Gdy  już  się  ulokowali  w  hotelowym  pokoju,  Szejla  poszła  wziąć  prysznic,  a  on  siadł  i  zaczął

rozmyślać. Był zmęczony. Wiedział jednak, że musi wykrzesać z siebie resztki energii, jeśli chce…
Jeśli chce czego? „Chyba tylko przeżyć…” – pomyślał z goryczą. Niczego nie był w stanie osiągnąć,
niczego  wywalczyć.  Przeżyć…  „Jakże  niewiele  ze  mnie  zostało…”.  Potrząsnął  głową,  żeby
odpędzić te myśli. Najchętniej by nie myślał o niczym. Trochę wbrew sobie poczuł, że chciałby, aby
Szejla znów go zaciągnęła do łóżka. To by pomogło… Na chwilę. Ale kiedy wyszła spod prysznica,
zawinięta  w  ręcznik,  ze  swymi  czarnymi,  lekko  kręconymi  włosami  zebranymi  wysoko  czerwoną
tasiemką,  nawet  na  niego  nie  spojrzała,  tylko  od  razu  położyła  się  spać.  Stłumił  w  sobie  chęć
położenia  się  obok  niej,  założył  płaszcz  i  wyszedł.  Noc  była  chłodna.  Długie,  postrzępione,  szare
chmury zakryły księżyc i większość gwiazd. Od strony puszczy, która ciągnęła się tuż za miastem,
oddzielona wysokim ogrodzeniem, dolatywały od czasu do czasu okrzyki jakichś nocnych ptaków.

W  jednej  z  bocznych  alejek  odnalazł  swoją  skrytkę  ze  sprzętem  zakamuflowaną  pod  dużym

kontenerem  na  śmieci.  Miał  kilka  tego  rodzaju  magazynków  w  różnych  miastach.  Wiedział,  że
może  nadejść  taki  dzień,  gdy  będzie  musiał  się  ukrywać  lub  uciekać,  wówczas  będzie  mu
potrzebna broń albo inny ekwipunek.

Wydobył  ze  skrytki  dodatkowy  komplet  nabitych  pistoletów  skałkowych,  zapasowe  srebrne

kule i proch oraz konwencjonalny karabinek bojowy – nieprzydatny w walce
z Pretorianami, za to skuteczny przeciwko rozmaitym bestiom, żyjącym poza Sferą. Wyciągnął też
złożony namiot, parę termokoców, błyszczka (niedużego owada, którego odwłok świecił jasno, gdy
się  go  potarło)  –  zwykłe  latarki  oraz  inny  elektroniczny  sprzęt  przyciągały  bestie  –  kilka  żelaznych
racji,  kompas,  mapy  i  parę  innych  przydatnych  rzeczy.  Na  samym  końcu  wydobył  trzy  iniektory
wypełnione gęstą, karmazynową substancją. Krew Homonulusów.

Zapakowawszy to wszystko do plecaka, zamknął skrytkę, zabezpieczył ją kodem i na powrót

zamaskował.

W drodze powrotnej zaczął układać plan działania na następny dzień. Plany to dobra sprawa. I

tak nigdy nie działają, ale przynajmniej zajmują umysł przed akcją. Dobrze robią na nerwy. Sewerus
zawsze najbardziej bał się w przeddzień walki. Gdy zaczynało się strzelanie, było mu już wszystko
jedno.

* * *

–  Dochodzi  dwunasta  –  mówił  nerwowym  szeptem,  gdy  szli  następnego  dnia  w  stronę

posterunku  Pretorian.  –  Czterech  z  nich  zaraz  pójdzie  na  obchód,  zostanie  dwóch.  Z  dwoma
powinienem  sobie  poradzić.  Albo  przynajmniej  odciągnąć  ich  uwagę.  Ty  musisz  w  tym  czasie
dobiec do ogrodzenia. Weź ten przecinak wibracyjny. Mocy starczy na jakieś trzydzieści sekund, ale
to dość… To coś wchodzi nawet we wzmacnianą stal jak w masło. Jak się przedostaniesz na drugą
stronę to biegnij. Nie zastanawiaj się. Biegnij na północ. Kompas masz. Jeśli mi się uda, to sam cię
odnajdę.  Jeśli  nie  –  po  jednym  dniu  marszu  skręć  na  zachód.  Potem  po  trzech  dniach  wystrzel
racę.  Co  godzinę  jedną.  Twoi  ludzie  powinni  cię  już  odnaleźć,  będziesz  blisko  ich  terenów.
Pretorianie  się  tam  nie  zapuszczają  w  ogóle  nie  zapuszczają  się  w  głąb  puszczy.  Tam  czują  się
jakby byli głusi i ślepi. Dobra… to tu… – przystanął za rogiem ostatniego domu na obrzeżu miasta.
Przed  nimi  ciągnął  się  szeroki  na  kilkadziesiąt  metrów  pas  pustej  przestrzeni,  dalej  znajdowało  się
ogrodzenie i posterunek.

background image

– Ruszaj dopiero jak będę w pół drogi do nich.
Wziął głęboki oddech. Pora zaczynać. Sięgnął do wewnętrznej kieszeni płaszcza i wyciągnął z

niej trzy iniektory z krwią.

– Jeszcze jedno – rzekł, nie oglądając się na nią. – Jak do ciebie dołączę, mogę być osłabiony i

nieco…  niekontaktowy.  Na  noc  lepiej  mnie  zwiąż.  I  zaknebluj.  To  bardzo  ważne.  Moje  krzyki
mogłyby nam ściągnąć coś na karki…

Szejla  nic  nie  odpowiedziała,  ale  miał  wrażenie,  że  kiwnęła  głową.  Nie  zastanawiając  się  już

dłużej, odwinął rękaw i przyłożył pierwszy iniektor do skóry. Lekkie ukłucie. Mrowienie przechodzące
jakby  po  samych  końcach  nerwów.  Potem  zimno  i  nagle  odzywa  się  gwałtowne  kołatanie  serca.
Widzi jak żyły jego chudego, umięśnionego ramienia zaczynają nabrzmiewać. Drugi iniektor. Serce
przyspiesza  jeszcze  bardziej.  Myśli  znikają  z  głowy.  Trzeci  iniektor.  Serce  szarpie  się  jak  oszalałe,
oddech  staje  się  płytki  i  chrapliwy.  Na  chwilę  ciemnieje  mu  przed  oczami.  Wirują  tylko  plamki
światła. Potem wszystko staje się nieprawdopodobnie jasne i wyraźne.

Rusza. Jest lekki i szybki. Kilka sekund i już jest przed strażnicą. Jeden z Pretorian staje mu na

drodze.  Pistolety  w  dłoniach.  Huk.  Kula  uderza  w  ścianę  posterunku.  Druga  rozrywa  ramię
Pretorianina.  Pojawia  się  następny.  Kolejna  para  pistoletów.  Huk.  Strzał  zrywa  głowę  z  ramion
rannego  Pretorianina.  Drugi  unika  zwinnie.  Wysuwa  ostrza.  Sewerus  łapie  sztylety.  Jest  szybszy.
Dwoma błyskawicznymi cięciami podrzyna tamtemu gardło.

Pozostałych Pretorian zaalarmowały krzyki, więc biegiem zawrócili z obchodu. Jednak Sewerus

się  nie  oglądał.  Ruszył  w  głąb  lasu.  Odnaleźć  Szejlę  –  tylko  jedna  myśl  jarzyła  mu  się  w  głowie.
Świat  wokół  niego  był  rozmyty  i  rozmazany,  ale  czuł  wyraźnie  jej  zapach.  Przedarła  się  już  przez
ogrodzenie.  Musiała  być  paręset  metrów  przed  nim.  Nawet  nie  zauważył,  kiedy  pokonał  tą
odległość. Wyprzedził ją i stanął naprzeciw.

Na jego widok Szejla zatrzymała się gwałtownie i aż krzyknęła. Twarz Sewerusa była biała jak

papier  i  lśniąca  od  potu.  W  błyszczących,  przekrwionych  oczach  o  nienaturalnie  powiększonych
źrenicach  pojawiły  się  ciemne  smugi.  Pod  jego  skórą  drżały  wyraźnie  mięśnie,  co  sprawiało,  że
wykrzywiał się w dziwacznych i strasznych grymasach.

Wpatrywał się w nią przez kilkanaście sekund, po czym obrócił się nagle i ruszył dalej biegiem.

Podążyła  za  nim,  jednak  już  po  kilkunastu  minutach  zaczęło  jej  brakować  sił.  Przystawał  co  jakiś
czas  i  czekał  na  nią,  jednak  nie  dawał  jej  odpocząć.  Dopiero  po  jakiś  dwóch  czy  trzech  godzinach
stanął, równie niespodziewanie, co ruszył – i upadł.

* * *

Obudził  się  z  długiej,  ciemnej  nocy  pełnej  krzyków  i  nieludzkiego  wycia.  Potrząsnął  głową,  ale

resztki koszmarnych obrazów zdawały się trzymać jego powiek. Zadrżał i w tym momencie poczuł,
że coś go dotknęło. To było nieduże, chłodne w zetknięciu z jego rozgrzaną skórą, kojące. Cofnęło
się na chwilę, lecz potem znów go musnęło. W czterech punktach na swej piersi poczuł przyjemne
mrowienie.  Wyciągnął  rękę,  dotknął  tego  i  rozpoznał  dłoń.  Jego  długie  palce  ją  objęły–  drobną  i
kruchą. Przycisnął ją mocno do siebie. Dopiero wtedy zaczęły do niego wracać wspomnienia. Znał
tę skórę, czuł już te palce, pieszczące jego ciało. Znał zapach, który unosił się w powietrzu. Szejla…

Otworzył oczy i ujrzał nad sobą jej okrągłą, dziewczęcą buzię. Jej oczy były nieco podpuchnięte

i zaczerwienione, jakby od długiego płaczu, ale się uśmiechnęła. Spróbował się do niej odezwać, ale

background image

coś mu w tym przeszkadzało. Na twarzy dziewczyny pojawił się na chwilę wyraz zmieszania, gdy
sięgnęła do jego ust i wydobyła z nich knebel.

– Długo byłem nieprzytomny? – zapytał.
– Kilka godzin… Co to było? Co się z tobą stało?
Sewerus  uniósł  się  na  łokciu  i  rozejrzał.  Znajdowali  się  oboje  w  namiocie.  Na  ścianie  wisiał

błyszczek, który swoim mętnym światłem rozpraszał nieco mrok.

–  Nazywają  to  Szałem  Czystej  Krwi.  Używaliśmy  tego  w  czasie  wojny…  Nasz  organizm  tak

reaguje  na  zetknięcie  z  krwią  Homonulusów.  Budzi  się  w  nas  potwór.  Wielu  żołnierzy  Kainitów
wprowadzało się w ten sposób w bojowy szał. Ale to niebezpieczne – za duża dawka może zabić.
A  każda,  nawet  niewielka,  doprowadzić  do  obłędu.  Dawno  temu…  jeszcze  przed  wojną…
korzystanie z krwi Homonulusów było zabronione, zanieczyszczanie czystej krwi Kainitów szlamem
uznawano  za  haniebne  –  jego  usta  wygiął  sardoniczny  uśmiech.  –  Wielcy  synowie  Kaina,  tak
odlegli  od  niskich  stworzeń,  którymi  władali,  tak  bojący  się  potworów,  które  w  nich  drzemią.
Zresztą… kiedy zaczęło się zabijanie, było im już wszystko jedno. Tak, mała, wszyscy jesteśmy w
głębi potworami, potrzeba tylko jakiegoś bodźca, żeby to z nas wylazło.

Szejla spuściła wzrok, ale mógłby przysiąc, że dostrzegł w jej oku błysk.
– Czemu nienawidzisz Kainitów? – zapytała cicho.
Sewerus roześmiał się nieprzyjemnie.
– Bo zawsze byli aroganckimi durniami – odparł. – Gardzili ludźmi nieczystej krwi.
– Mówisz, jakby to i ciebie samego dotknęło.
– Tak… – przyznał niechętnie Sewerus. – Moja matka była Kainitką, ale mój ojciec – zaledwie

Oświeconym.  Choć  ty  pewnie  nie  wiesz,  kim  byli  Oświeceni.  Odkąd  Kainici  przegrali  wojnę,  już
takich nie ma.

– Nie wiem… Powiedz mi.
– To byli Homonulusowie, którzy tak jak Przebudzeni zyskali świadomość Sfery, ale nie przez

własne  poznanie,  tylko  poprzez  związki  z  Kainitami.  Moja  matka  poślubiła  takiego  człowieka  i  w
dodatku miała z nim syna – mnie.

Sewerus  zamilkł,  ale  Szejla  wpatrywała  się  w  niego  wyczekująco  tymi  swoimi  smutnymi

oczami.

–  To  rzadka  okoliczność  –  podjął  po  chwili,  uśmiechając  się  krzywo.  –  Z  reguły  dzieci  z  takich

związków rodzą się dzikie i wypaczone, Szał Czystej Krwi dotyka ich jeszcze
w łonie matki. Ale czasem się zdarza, jak w moim wypadku, że dziecko rodzi się i może normalnie
się rozwijać.

– To musiało być ciężkie, prawda? Żyć jako odmieniec?
– Kainici bali się ludzi takich jak ja czy mój ojciec. Masz rację, moje dzieciństwo nie należało do

szczególnie przyjemnych. Pożycie moich rodziców było zawiłe i nieszczęśliwe.

– Ale czemu… czemu przyłączyłeś się do nich? To jest do Kainitów…
– Kainici czy Przebudzeni – Sewerus pokręcił głową. – Wszyscy umieramy tak samo. Przestało

się  liczyć,  kogo  zabijam.  Chcieli  mnie,  bo  wiedzieli,  że  jestem  skuteczny,  pomimo  mojego
nieczystego  pochodzenia,  i  byli  gotowi  dobrze  zapłacić.  Nagle  stali  się  bardzo  tolerancyjni.  –
Zawahał  się  i  jego  wąskie  usta  ponownie  rozciągnął  nieprzyjemny  uśmiech.  –  Ale,  gdy  wszystko
zaczęło  się  sypać,  w  szale  ucieczki  i  tak  porzucili  każdego,  kto  był  gorzej  urodzony,  nawet  nie
mieszańców.  Swoich  własnych  braci  zostawili  na  śmierć…  –  urwał  na  chwilę,  lecz  zaraz  podjął.  –

background image

Ja  jednak  nie  byłem  już  taki  głupi.  Gdy  padły  ośrodki  dowodzenia,  nie  próbowałem,  jak  niektórzy
młodzi  idealiści,  zbierać  resztek  niedobitków,  aby  polec  w  honorowej  walce,  broniąc  kwilących  jak
dzieci  ludzi  szlachetniejszej  krwi,  którzy  mogli  salwować  się  ucieczką.  Wojna  była  skończona,
ważne  było  tylko  to,  aby  przeżyć  –  korzystając  ze  wszelkich  dostępnych  możliwości.  Zresztą,  na
pewno  sama  dobrze  wiesz,  jacy  są  ci  Kainici.  A  może  twój  pan  był  dobry  i  łagodny,  z
wyrozumiałością traktował swe nisko urodzone sługi?

Szejla  pokręciła  głową.  Na  jej  policzkach  malowały  się  ceglaste  wypieki.  Wyglądała  na

zdenerwowaną. Dopiero teraz doszło do Sewerusa, co musiała przeżyć, gdy był nieprzytomny. W
mroku zasferycznej puszczy musiała zaciągnąć jego bezwładne ciało
w bezpieczne miejsce i rozstawić tam namiot. A potem słuchać jego stłumionych krzyków
i  obserwować  napady  nieprzytomnego  w  amoku,  gdy  Szał  owładnął  jego  uśpionym  umysłem.
Widział  nieraz  żołnierzy,  z  których  powoli  schodziły  skutki  użycia  krwi  Homonulusów.  Nie  był  to
przyjemny widok.

– Chodź – rzekł miękko i wyciągnął ku niej rękę.
Posłusznie  ułożyła  się  obok  niego  i  pozwoliła  się  objąć,  wtulając  twarz  w  fałdy  termokoca,

którym  był  okryty.  Biernie  poddała  się  jego  pieszczotom,  a  potem  zaczęli  się  kochać.  A  gdy
skończyli, rozpłakała się, ale w tym płaczu rozbrzmiała ulga. Usnęła spokojnie.

* * *

Rwędy harędy

Bupie bajędy

Sewerus błyskawicznie chwycił za karabin, gdy słowa absurdalnej piosenki ponownie doszły ich

uszu.

Rwimbam chlęćkę

Piorę palęćkę.

A wotam schlęćkana

Skrobnie malowana.

Gdy  przebrzmiał  ostatni  wers  –  wyryczany  dziwnym,  jakby  wydostającym  się  przez

poszarpane  nozdrza  głosem  –  rozległ  się  pełen  satysfakcji  gulgot,  potem  odgłos  przypominający
urwany szloch, aż w końcu zapadła cisza.

Ktokolwiek wyśpiewywał te idiotyzmy, szedł za nimi już od dobrych paru godzin i nie pomagały

żadne sztuczki Sewerusa mylące ślady – ten ktoś nie chciał się odczepić. Sam jednak pozostawał
niewidoczny, a gdy parę razy spróbowali przedrzeć się przez zarośla
w  stronę,  z  której  dochodził  głos,  nie  odnajdywali  żadnych  śladów.  Trudno  zresztą  było  cokolwiek
wytropić  na  tym  podmokłym  bagnisku,  na  którym  się  znaleźli.  Brnęli  zatem  dalej  pośród  kałuż  i
rozlewisk, od czasu do czasu nękani nieprzyjemną obecnością intruza.

Rwędy harędy

Bupie bajędy

Harrrr…

background image

To byłoby może i śmieszne – uważał Sewerus – gdyby nie znajdowali się daleko od Sfery, w

obcej  puszczy,  i  gdyby  nie  dziwne,  chrapliwe  brzmienie  śpiewającego  głosu.  Jeszcze  te  płaczliwe
lub mlaszczące dźwięki, wydawane przez stwora od czasu do czasu…

Szejla pisnęła nagle,  gdy jej  noga ześliznęła  się z suchego  gruntu w  głęboką kałużę.  Sewerus

zareagował błyskawicznie, szykując się do walki.

–  Nie  krzycz  –  syknął,  widząc,  że  nic  się  nie  stało.  –  Ktokolwiek  za  nami  łazi,  lepiej  nie

przyciągać jego uwagi.

Szorstkim  ruchem  pomógł  jej  wyciągnąć  nogę  z  wody.  Rozejrzał  się.  Zmarszczył  nos,  czując

dolatującą go ponownie falę bagiennego smrodu. Im dalej się zagłębiali, tym bardziej cuchnęło i nie
mógł się oprzeć wrażeniu, że oprócz gnijących roślin czuje też coś innego – rozkładające się mięso.

–  Moje  legowisko,  bamo  –  odezwał  się  nagle  śledzący  ich  głos,  gdzieś  całkiem  blisko.  –

Harhh… gharhhh… moje, moja, bamo… boja bamo…

Sewerus uniósł broń i zastygł w bezruchu.
– Bamo, bamo… – bełkotał dalej głos. Nagle załkał, zarzęził i znowu zapadła cisza.
Po paru minutach nerwowego nasłuchiwania ruszyli dalej. W lesie było bardzo niewiele światła.

Gęste korony wielkich drzew o gąbczastej korze pokrytej guzami prawie nie przepuszczały słońca,
było więc też chłodno. Po południu półmrok zgęstniał jeszcze bardziej
i zrobiło się tak zimno, że para wydostawała się z ust.

Kierowali  się  teraz  na  zachód,  z  powrotem  w  stronę  Sfery,  do  jej  bezpieczniejszej  części,

zamieszkałej przez Kainickich uchodźców.

Im  ciemniej  się  robiło,  tym  bardziej  Sewerus  był  zaniepokojony  obecnością  intruza.  Długo  się

już co prawda nie odzywał, ale od czasu do czasu słychać było plusk i kroki mlaszczące w błocie.
Smród stał się już teraz nie do zniesienia, wkrótce też dostrzegł jego źródło: gdzieniegdzie, głębiej w
lesie, wisiały kawałki nadpsutego mięsa nabite na sterczące
z  ziemi  badyle.  Kimkolwiek  lub  czymkolwiek  było  śledzące  ich  stworzenie,  wątpił,  aby  było
przyjaźnie nastawione.

– Czy nie możemy zatrzymać się i odpocząć? – zapytała Szejla, gdy zbliżał się już wieczór.
– Nie, tu nie jest bezpiecznie – odparł krótko Sewerus, ale objął ją ramieniem. Ona nie słyszała

tego, co wyłapywały jego wyczulone zmysły wojownika. Coś zataczało wokół nich kręgi. Poruszało
się  w  wodzie,  tylko  czasem  wyskakując  na  ląd.  Było  już  niedaleko.  Skradało  się  niemal
bezszelestnie. Sewerus mocniej zacisnął dłoń na kolbie karabinu szturmowego.

Nagle  to  coś  stanęło.  Dokładnie  przed  nimi.  Zaczęło  węszyć.  Szejla,  która  usłyszała  ten

donośny, chrapliwy oddech zatrzymała się gwałtownie, tłumiąc okrzyk.

– Kim są…? Kim sssą…? – rozległo się.
Sewerus popchnął Szejlę za siebie.
– Pokaż się! – rozkazał.
Stwór zakręcił się, zaszlochał.
–  Dak,  dak,  bogaże,  bogaże  –  wybełkotał  i  nagle  wychylił  się  z  bagiennego  szlamu.  Był

niewysoki i przeraźliwie chudy. Jego skóra wydawała się cienka i śliska, wyraźnie malowały się pod
nią żebra. Jedną rękę miał długą, sięgającą niemal do ziemi, obarczoną olbrzymią dłonią, w której
coś  niósł,  drugą  zaś  nienaturalnie  krótką.  Nie  miał  szyi,  wprost  z  jego  barków  wyrastało  coś  niby
gadzia paszcza, na końcu której znajdowała się właściwa głowa – niewielka i pomarszczona, jakby
wypaczona główka dziecka umieszczona w jakimś dziwacznym łożysku na końcu krokodylego łba.

background image

– Idź precz! – wykrzyknął Sewerus, gdy odzyskał już mowę po chwili przerażenia.
– Nie, nie… – zaszlochał stwór. – Jest początkiem i końcem. Imię jego Głód. Zew jego… zew

jego…  –  urwał  i  wydobył  z  siebie  przeraźliwy  odgłos,  będący  czymś  pomiędzy  sykiem  węża  a
wyciem wilka. – Da… da… – wybełkotał i skoczył w ich stronę.

Sewerus nie namyślał się długo. Nacisnął spust. Stwór potknął się, zaskomlał i padł. Naboje nie

wyrządziły  mu  dużej  krzywdy.  Ledwie  rozcięły  zaskakująco  twardą  skórę.  Gdy  trafiła  go  druga
seria, zaczął się wić. Zawodząc przeraźliwie, dał nura w pobliskie rozlewisko.

Nie był to jednak jego koniec. Gdy szli dalej, w gęstniejącym już powoli mroku nocy, on wciąż

szedł niedaleko nich. Od czasu do czasu słyszeli, jak szlocha.

– Skrzywdzili, skrzywdzili, bamo… skrzywdzili… bamo, bamo…
Koło  północy  Szejla  była  już  tak  wycieńczona,  że  ledwie  powłóczyła  nogami,  zatem  Sewerus

zadecydował,  że  pozwoli  jej  odpocząć.  Znaleźli  kawałek  suchego  gruntu,  gdzie  posadził  ją  pod
drzewem, owinął w termokoce i pozwolił się chwilę zdrzemnąć. Sam stanął na warcie, tuż koło niej
i wsłuchiwał się w nocne odgłosy.

Od czasu do czasu dochodził go głos owego dziwnego stworzenia, które ich śledziło. Szlochało

dosyć  głośno  i  syczało.  Najwyraźniej  próbowało  się  zająć  swoimi  ranami.  Potem  ucichło
niespodziewanie i nagle odezwało się tuż koło jego głowy.

– Jest początkiem i końcem – syknęło.
Obrócił  się  gwałtownie.  Palec  zadrżał  mu  na  spuście.  Jednak  nie  strzelił.  Główka  na  końcu

gadziego pyska wpatrywała się w niego małymi, czarnymi oczkami.

–  Imię  jego  Głód,  samotność  jego  kara  –  oświadczył  stwór.  –  Przeklęte…  przeklęte…  –

wychrypiał,  lecz  zaraz  jakby  przeraził  się  swoich  słów.  Skulił  się  i  zaskomlał.  –  Bamo…  bamo…
sam… nie… sam…

Sewerus  wpatrywał  się  w  niego  z  mieszaniną  fascynacji  i  odrazy.  Stwór  uniósł  swoją  wielką

dłoń,  w  której  trzymał  coś  na  kształt  kawałka  mięsa  zawiniętego  w  szmatę,  a  ruch  ten  był  taki,
jakby stwór chciał nim wszystko wyjaśnić.

– Odejdź – rzekł cicho Sewerus.
–  Dak,  dag…  Dak,  bamo,  dak…  pójdzie…  pójdzie  –  zaskomlała  zdeformowana  istota  tak

głośno,  że  Szejla  obudziła  się  i  krzyknęła  głośno,  widząc  przerażające  oblicze.  Stwór  odskoczył
szybko w tył. – Jego imię Głód! – zaryczał nagle i rzucił się znów do przodu.

Sewerus  zdzielił  go  kolbą.  Zderzyli  się  ze  sobą.  Ostre  pazury  krótszej  ręki  poczwary  rozcięły

skórę na nodze mężczyzny. Ignorując ból, Sewerus natarł całą swoją masą, przygniatając ohydnie
cuchnące cielsko do ziemi. Gadzia paszcza kłapnęła tuż koło jego ucha. Oplotły go niezwykle silne i
zwinne  kończyny.  Wnet  sam  znalazł  się  przygwożdżony  do  ziemi.  Paszcza  uniosła  się  nad  nim.
Szarpnął  się  desperacko  i  zanim  padł  cios,  uwolnił  rękę  z  karabinkiem.  Wypalił  prosto  w  rozwartą
gardziel. Krew i kawałki mięsa ochlapały jego twarz. Stwór padł martwy, zalewając go posoką.

* * *

Pojawili  się  tak  nagle,  że  nie  było  mowy  o  obronie.  Działali  szybko  i  precyzyjnie,  jakby  z  góry

wiedzieli,  gdzie  znajdą  się  ci,  których  szukają.  Spadli  z  nieba  z  łopotem  skrzydeł  i  otoczyli  ich.
Sewerus  próbował  osłonić  Szejlę,  ale  odcięli  ją  od  niego.  Ona  się  nie  broniła.  Wyglądała,  jakby
dobrze  wiedziała,  co  się  wydarzy.  Stanęła  za  murem  otaczających  go  Woletorów,  z  opuszczoną

background image

głową i wzrokiem wbitym w ziemię. Wtedy ogarnął go zimny spokój.

„Nie  bierz  ze  sobą  dziewczyny”  –  tak  powiedział  Serafin.  Teraz  już  rozumiał  jego  słowa.  Nie

wzbudziło jego podejrzeń, gdy Szejla tego dnia objęła prowadzenie, gdy odnalazła tę polanę i uparła
się,  by  na  niej  odpocząć.  Musieli  ją  doskonale  przygotować,  zapoznać  z  topografią  terenu.  Cały
czas pchała go ku temu miejscu, nawet gdy wydawało się mu , że to on prowadzi.

Zmierzył  wzrokiem  otaczających  go  Woletorów.  Było  ich  sześciu.  Wśród  nich  rozpoznał

Serafina. Pozostali mieli charakterystyczne znaki na zbrojach – znaki świty Eosa. Po chwili pojawił
się  siódmy  wojownik,  mniejszy  i  bardziej  przysadzisty  niż  pozostali,  bardziej  niepozorny,  bardziej
niebezpieczny. Jako jedyny nie miał na głowie hełmu. Gąszcz białych włosów otaczał jego dziwną,
nieludzką twarz o olbrzymich oczach i drobnych, zaciętych ustach.

–  Proszę,  proszę  –  powiedział  tak  cicho,  że  jego  głos  ledwie  wybił  się  ponad  szum  drzew  i

odgłosy puszczy. – Witaj Sewerusie.

– Widzę, że nic się nie zmieniłeś, Eosie – warknął Sewerus. – Wciąż chowasz się za plecami

swoich siepaczy, wciąż lubisz w walce ten stosunek: siedem do jednego. Czyż nie tak zarzynałeś
swoich przeciwników ze starszyzny? Jednego po drugim?

– Och, Sewerusie, Sewerusie – Eos zniżył głos niemalże do szeptu. Na jego twarzy pojawił się

bardzo autentycznie wyglądający wyraz smutku. – Czy naprawdę tak nisko mnie cenisz? Myślisz,
że zapomniałem o kodeksie wojownika?

– Chyba kodeksie rzeźnika! – wciął się Sewerus.
– Ranisz mnie, doprawdy. Jesteś taki niesprawiedliwy.
– Każ swoim ludziom schować broń i się cofnąć, to może zmienię zdanie.
Ku jego najwyższemu zdziwieniu Eos kiwnął głową swoim Woletorom, a oni zrobili krok do tyłu

i pochowali miecze.

– Tak lepiej?
– Czego chcesz? – Sewerus wpatrywał się w niego w każdej chwili gotowy do ataku.
– Chcę ci pokazać, że honor nie jest dla mnie tylko pustym słowem. Chcę ci dać równe szanse

obrony  –  Eos  uśmiechnął  się  jak  dobry  wujek,  a  potem  zwrócił  głowę  do  jednego  ze  swoich
wojowników.  –  Serafinie!  –  jego  głos  nagle  zrobił  się  surowy.  –  Zdejmij  zbroję…  Dam  ci  równe
szanse  –  ciągnął  zwracając  się  z  powrotem  ku  Sewerusowi.  –  Jeden  na  jednego,  z  równym
uzbrojeniem.

To powiedziawszy rzucił mu swój miecz.
Serafin wyglądał na zmieszanego i zaniepokojonego, ale wykonał polecenie. Powoli zdejmował

kolejne części zbroi. Najpierw pokazała się jego głowa, okolona włosami równie jasnymi, co włosy
Eosa,  o  twarzy  równie  nieludzkiej  z  tymi  olbrzymimi  oczami.  Potem  odsłonił  szczupły  tors,
opleciony  mięśniami  przypominającymi  napięte  postronki.  Jego  łopatki  były  mocno  wysklepione,
aby  mogły  podtrzymywać  mechaniczne  skrzydła.  Na  końcu  ukazały  się  długie,  muskularne
ramiona i nogi. Gdy był już niemal nagi, odziany tylko w przepaskę biodrową, chwycił miecz i lekko
skłonił się przeciwnikowi.

Sewerus  cały  czas  pilnie  śledził  te  przygotowania  i  dopiero,  kiedy  zostały  ukończone,  również

chwycił miecz i stanął naprzeciw Serafina. Spojrzał mu w oczy. Nie było w nich strachu, raczej jakiś
żal czy smutek.

– Starzy przyjaciele znowu razem, co? – zadrwił Sewerus.
–  Mówiłem  ci…  –  odparł  cichym,  zgaszonym  głosem  Serafin.  –  Tym  razem  będę  musiał  cię

background image

zabić…

–  Dobrze  słyszeć,  że  wciąż  zachowałeś  swój  dawny  optymizm.  Zupełnie  jak  pod  Skarro,  co?

Zwycięstwo jest pewne, nie ma się czego bać.

Kątem oka dostrzegł, że Eos się uśmiecha.
– Nie – syknął Serafin, a w jego oczach nagle zapłonął gniew. – Nie tym razem. Tym razem

przeżyje tylko jeden. Żadnych długów.

– Och, doprawdy? – Sewerus skrzywił się z niesmakiem, uniósł miecz i stanął

w pozycji szermierczej. – To nie podłożysz mi się pod ostrze? Nie poświęcisz życia w imię naszej
przyjaźni?  Zastanów  się  dobrze,  Serafinie,  to  by  było  takie  piękne.  Takie…  wielkie!  Siła  przyjaźni
przedłożona ponad głupią butę! Ładne, co nie? Godne pieśni!

– Jesteś zwierzęciem, Sewerusie – wycedził przez zęby Serafin.
–  Tak…  jestem  –  Sewerus  wyszczerzył  kły  w  groźnym  uśmiechu,  lecz  w  tym  momencie

ponownie dostrzegł tę dziwną radość na twarzy Eosa. Przywódca Woletorów coś za bardzo był z
siebie zadowolony.

– Lepiej by było, gdybyś zginął tam, pod Skarro. Lepiej by było, gdybyśmy obaj tam zginęli, a

nie trwali w tym brudzie, w którym teraz żyjemy – powiedział Serafin.

– Jeśli chcesz, zaraz ukrócę ci mękę – odparł Sewerus i ruszył ku niemu.
Ich  pierwsza  wymiana  ciosów  była  bardzo  szybka.  Ostrza  szczęknęły  kilka  razy,  sypnęły

iskrami.  Zawirowali  jak  w  jakimś  zabójczym  tańcu.  Badali  się  nawzajem.  Potem  odskoczyli  od
siebie,  dysząc.  Starli  się  ponownie,  każdy  wykonał  serię  cięć,  parad  i  fint.  Jednak  Serafin  się
pospieszył,  zbyt  szybko  chciał  zadać  rozstrzygający  cios.  Z  ostatniego  zwodu  wyszedł  do
szerokiego cięcia na szyję. Sewerus przejrzał ten ruch, skrócił gwałtownie dystans. Klinga musnęła
jego  szyję,  ale  nie  przejął  się  tym.  Wykorzystał  lukę  w  obronie,  ciął  nisko  i  płasko.  Odskoczyli  od
siebie ponownie.

Walka  już  była  skończona  –  Sewerus  to  wiedział.  Serafin  z  głębokim  rozcięciem  na  udzie  nie

miał  szans  wykonać  żadnego  sprawnego  uniku,  uszkodzony  mięsień  skutecznie  zmniejszył  jego
możliwość  manewru.  Zaatakował  ponownie.  Woletor  przerzucił  cały  ciężar  ciała  na  zdrową  nogę,
przyjął pozycję defensywną i z determinacją parował ciosy, ale również świadom był, że to koniec.

Po  kilkunastu  próbnych,  rozrzuconych  cięciach  Sewerus  natarł  gwałtownie,  jednym  ciosem

rozorał pierś przeciwnika, drugim ugodził go śmiertelnie w szyję. Serafin upadł. Rzęził przez chwilę.
Z  jego  ust  dobywała  się  ślina  zmieszana  z  krwią.  Trzęsąc  się  i  ryjąc  ziemię  rękami  i  nogami,
odwrócił się na brzuch. Tak skonał – z ustami pełnymi piachu.

Sewerus  patrzył  chwilę  na  ciało,  zastanawiając  się,  co  właściwie  czuje.  Potem  uniósł  głowę  i

ujrzał rozanielone oblicze Eosa.

– Wspaniale – szepnął przywódca Woletorów. – Co za technika, jaka pewność…
Sewerus  poczuł  się  nagle  tak,  jakby  go  ktoś  zdzielił  obuchem  po  głowie.  Przez  jego  umysł

przemknęła  myśl,  żeby  zarżnąć  tego  skurwysyna,  zarżnąć  go  tu  i  teraz.  Jednak  tego  nie  zrobił.
Miecz wysunął mu się z dłoni.

– A teraz bierzcie go – rozkazał Eos.
Woletorzy błyskawicznie sięgnęli po broń. Sewerus usłyszał huk i nagle ogarnęła go ciemność.

* * *

background image

– A już miałeś nadzieję, że zginąłeś, co?
Dźwięk głosu Eosa był pierwszą rzeczą, jaką usłyszał po przebudzeniu. Zaklął w duchu.
– Jesteś taki naiwny, Sewerusie, taki naiwny…
Czuł  się  fatalnie.  Mięśnie  jego  rąk  i  nóg  były  napięte  i  obolałe,  piekło  go  prawe  oko,  bolała

głowa i coś zdawało się go uciskać w okolicy mostka, jakby miał tam jakąś gulę.

–  Jak  się  czujesz  ze  swoimi  nowymi  symbiontami?  Przyjemnie  znowu  być  maszyną  do

zabijania, co? Choć zaraz… ty nigdy nie przestałeś nią być.

Z  trudem  uniósł  głowę.  Znajdował  się  w  pojemniku  regeneracyjnym.  Ciepły  żel  opływał  całe

jego  ciało.  Głos  słyszał  poprzez  nałożone  na  uszy  odbiorniki.  Za  szkłem  zbiornika  dostrzegł
niewyraźne  sylwetki.  Przycisnął  twarz  do  przezroczystej  ścianki  i  ze  zdziwieniem  stwierdził,  że
rozpoznaje  niską,  baryłkowatą  postać  Kitamury.  Obok  niego  stał  Eos,  dalej  jacyś  inni  ludzie.  A
wśród nich… Ona też tam była! Szejla…

Szarpnął się wściekle, ogarnięty nagłym uczuciem przykrego zrozumienia.
– Och, nie miotaj się tak – odezwał się ponownie Eos. – Czyżbyś się poczuł zdradzony? Tak,

tak,  przykro  mi,  ale  to  był  jedyny  sposób,  żeby  cię  tu  zwabić.  Pan  Kitamura  okazał  się  niezwykle
przydatny. Miał niezłą intuicję co do ciebie. A ta dziewczyna… Czyż nie była wspaniała? Patrząc na
nią, sam jestem niemal przekonany, że jest w tobie rozkochana.

Szejla  opuściła  głowę.  Była  zmieszana.  Sewerus  spojrzał  na  nią  z  nienawiścią,  na  co  ona

odpowiedziała tym swoim wzrokiem zbitego szczeniaczka.

–  No,  no,  nie  wściekaj  się  Sewerusie.  Rozumiem,  że  taka  nagła  zmiana  sytuacji  mogła  cię

nieco  wytrącić  z  równowagi,  ale  wkrótce  zaczniesz  doceniać  nowe  aspekty  swojego  położenia  –
Eos  podszedł  do  zbiornika  i  jego  twarz  nagle  się  zmieniła.  Zniknął  z  niej  drwiący  uśmiech.  –  Czy
naprawdę sądziłeś, że zniszczyłbym taką cenną broń, jak ty? – zapytał poważniejąc. – Nadchodzą
nowe  czasy,  Sewerusie,  nowa  wojna.  Przebudzeni  w  swoich  badaniach  Sfery  zapędzili  się  za
daleko, odkryli za wiele… Za wiele na temat tego, co kryje się poza nią. Ta nowa wojna nie będzie
w  niczym  podobna  do  tej,  którą  pamiętamy.  Możesz  mnie  nienawidzić,  nie  przeszkadza  mi  to.
Jesteś  mi  potrzebny  i  wkrótce  zdasz  sobie  sprawę,  że  ja  jestem  potrzebny  tobie.  Po  to  cała  ta
maskarada.  Musiałem  cię  uzbroić  tak,  żebyś  był  gotów  walczyć  z  tym,  co  nadejdzie,  żebyś  był
gotów  zabijać  Pretorian,  Kainitów,  Woletorów,  dawnych  przyjaciół,  nowych  wrogów.  Musiałem  ci
zwrócić całą twoją nienawiść i cały twój ból, żebyś był tak silny jak kiedyś, może nawet silniejszy.

– Po co? – zapytał, bezgłośnie poruszając ustami. Eos zrozumiał.
– A jak sądzisz? Możemy mieć już tylko jeden cel. Przeżyć…

background image

Anabaza

Owego  roku  w  górach  na  północy  Judei  spadł  śnieg.  Górale,  jak  tylko  dostrzegli  pierwsze

mokre,  szybko  topniejące  płatki,  gromadnie  wylegli  przed  swe  domostwa.  Wszystko  to  byli  ludzie
twardzi,  o  twarzach  i  rękach  przypominających  glinę  suszoną  na  słońcu–  ogorzałych  i
pobrużdżonych  od  pracy  i  gorącego  wiatru.  Teraz  jednak  podskakiwali  i  bawili  się  jak  dzieci.
Chwytali w dłonie drobny puch i śmiali się, gdy po rozwarciu palców pozostawało na nich zaledwie
kilka kropel wody. Wystawiali również swe duże, różowe języki i obracali nimi, łapiąc śnieżne płatki.

Dla  tych  ciężko  pracujących  ludzi  śnieg  oznaczał  urodzaj.  Tego  roku  ich  owce  będą  jadły  do

syta, będą miały gęstą sierść, tłuste i smaczne mięso, i chętnie będą się ze sobą parzyć. Ponadto
ludzie żyjący w głębi kraju będą się cieszyć dobrymi plonami, więc chleb, wino i oliwa będą tanie.
Zamorscy  kupcy  będą  chętnie  handlować.  Z  kolei  rolnicy  za  pieniądze,  które  dostaną,  będą
kupować to, co im przyniosą górale.

Wiosną,  gdy  do  Judei  przybył  Gnejusz  Minatus,  marzenia  prostych  ludzi  z  północy  zaczynały

się już spełniać. Rzeki wylały, nanosząc na pola grube pokłady żyznego mułu. Wędrując przez kraj,
Rzymianin  miał  nozdrza  pełne  owego  wilgotnego  zapachu  płodności,  który  wydziela  spulchniona
gleba  gotowa  hojnie  obrodzić.  Z  dnia  na  dzień  słońce  świeciło  dłużej  i  mocniej,  w  jego  blasku
rozwijała  się  pachnąca  trawa  o  grubych,  oleistych  łodyżkach  oraz  tamaryszek  roztaczający
intensywną woń.

Wiosna  przyniosła  też  nowe  siły  ludziom,  którzy  tłumnie  brali  się  do  pracy  na  polach,  w

winnicach  i  gajach  oliwnych.  Gnejusz  z  przyjemnością  przyglądał  się  ich  krępym,  muskularnym
sylwetkom,  ciemnym  czołom  lśniącym  od  potu  i  ustom,  śpiewającym  piosenki  w  języku,  którego
nie  znał.  Choć  patrzyli  na  niego  nieufnie,  nie  czuł  wrogości  w  spojrzeniach  tych  prostych
wieśniaków.

Inaczej  rzecz  się  miała  z  mieszkańcami  miast.  Ci  nie  mieli  w  sobie  ani  odrobiny  tej  zdrowej

witalności, którą pysznili się ich pobratymcy ze wsi. Byli tajemniczy, chowali się w cieniach wąskich
uliczek  między  brudnymi,  glinianymi  domami  o  płaskich  dachach.  Przybysza  traktowali  z  jawną
niechęcią, jak ognia unikali z nim rozmowy, nieraz syczeli i uciekali na jego widok.

Z czasem Rzymianina zaczęły ogarniać straszne podejrzenia. Im bardziej zagłębiał się w kraj,

im  bliżej  był  stolicy,  tym  dziwniejsi  wydawali  mu  się  ludzie.  Wkrótce  utwierdził  się  w
przeświadczeniu,  że  w  tej  odległej  prowincji  imperium  rzymskiego  dzieje  się  coś  podejrzanego  i
nienormalnego. Nie umknęły jego uwadze ponure domostwa, odsunięte na krawędzie miast, które
inni  mieszkańcy  omijali  szerokim  łukiem,  lecz  nie  ze  strachem  czy  obrzydzeniem,  ale  raczej  z
jakiegoś rodzaju bojaźliwą czcią. Nie sposób było zobaczyć mieszkańców tych domów.

Również  głębiej  w  miastach  zdarzały  się  domy,  których  unikali  ludzie.  Otaczała  je  aura

tajemnicy,  choć  nie  tak  nieprzejrzanej  jak  w  przypadku  tych  odleglejszych  budynków.  Nieraz
Gnejuszowi udało się dostrzec przez okienko takiego domu błysk oczu obserwujących go uważnie
lub zarys jakiejś dziwnej, zdeformowanej twarzy.

Wkrótce zaczął dostrzegać pewne delikatne deformacje również u ludzi na ulicach. Wielu z nich

background image

miało  skośnawe  oczy  pozbawione  rzęs,  uszy  jakby  trochę  niewykształcone  i  nosy  o  niemal
pionowych  nozdrzach,  wyraźnie  zapadnięte  w  twarz.  Wszystko  to  kazało  mu  przypuszczać,  że
mieszkańcy  miast  tworzą  jakieś  wynaturzone,  zamknięte  społeczności,  w  których  lata  chowu
wsobnego  byłyby  przyczyną  trwałej  skazy  krwi,  a  co  za  tym  idzie  –  tych  odpychających  cech
fizycznych.

Ulgę poczuł dopiero, gdy po kilkunastu dniach dotarł do Jerozolimy. Wiedział, że tam spotka się

wreszcie  z  kimś  normalnym,  z  drugim  Rzymianinem.  Wiedziony  tą  myślą,  szybkim  krokiem
przemierzał wąskie, wypchane ludźmi uliczki. Mieszkańcy odsuwali się od niego pospiesznie, jakby
nie chcieli się zbrukać.

W mieście panowała specyficzna atmosfera. Miała ona w sobie coś z tej bojaźliwej nabożności,

z  jaką  Żydzi  traktowali  niektóre  domy,  jednak  nie  skupiała  się  w  jakimś  określonym  miejscu.
Przejawiał  się  w  niej  też  nowy  element  –  oczekiwanie.  Gnejusz  w  wielu  miejscach  dostrzegał
zawieszone  nad  drzwiami  liście  palmowe  lub  pęki  ziół.  Raz  po  raz  słyszał  rozpaczliwe  beczenie
zarzynanych  jagniąt.  Widział  ślady  krwi  na  progach  lub  framugach.  Słyszał  ponure  zaśpiewy.
Widział grupy rozmodlonych ludzi, którzy kiwali się rytmicznie.

Zaczęło  mu  się  kręcić  w  głowie.  Ogarnęły  go  oszałamiające  zapachy  kadzideł  zmieszane  z

fetorem  potu  i  krwi.  Jedynie  myśl  o  spotkaniu  z  jego  przyjacielem,  namiestnikiem  Poncjuszem
Piłatem,  trzymała  go  przy  zdrowych  zmysłach.  W  wyobraźni  odmalował  sobie  obraz  schludnej
rzymskiej  willi  z  łaźnią,  ciepłą  wodą  i  winem  –  i  trzymając  się  tej  wizji,  udało  mu  się  wreszcie
dobrnąć do rezydencji prokuratora.

Niewolnicy Piłata pomogli mu się obmyć, nakarmili go. Z prostej, wędrownej tuniki przebrali go

w togę – i tak odmienionego zawiedli przed oblicze swego pana.

Poncjusz nie okazał radości na widok przyjaciela. Leżał właśnie przy stole, na wpół uniesiony, i

czytał  jakiś  zwój,  popijając  przy  tym  wino  z  niewielkiego  srebrnego  pucharu.  Niezobowiązującym
kiwnięciem dłoni pozdrowił Gnejusza i, kontynuując ten sam leniwy ruch, odprawił swe sługi.

– Nie mamy teraz wiele czasu na rozmowę – stwierdził lakonicznie, nie odrywając wzroku od

lektury. – Zaraz trzeba będzie wychodzić. Ale spocznij na chwilę.

Gnejusz ułożył się obok niego.
–  Wychodzić  gdzie?  –  zapytał,  a  w  jego  głosie  pojawiła  się  nuta  zniecierpliwienia.  –  Dopiero

przybyłem,  a  ty  nie  zapytasz  mnie,  jak  minęła  moja  podróż,  nie  zechcesz  poznać  wieści  z
zewnątrz?

Piłat oderwał w końcu wzrok od swego zwoju. Jego błękitne oczy wydawały się zmęczone.
–  Będzie  na  to  czas,  gdy  wrócimy.  Teraz…  nie  wiem,  czy  chcę  o  tym  słuchać.  Na  zewnątrz

nikt  z  takich  jak  my  nie  utrzyma  się  długo.  Nie  dziwi  mnie,  że  w  końcu  tu  trafiłeś.  Ta  zapyziała
prowincja to idealne miejsce dla takich niewygodnych i opornych ludzi, jak my.

Gnejusz  pokiwał  głową.  Nie  chciał  mówić  przyjacielowi,  że  niedługo  zjawi  się  więcej

przybyszów. Nie przynosił dobrych wieści. Czyżby Poncjusz to wyczuł?

Spojrzał  mu  w  twarz.  Była  okrągła,  o  gładkiej  skórze,  pozbawiona  wszelkich  bruzd,  które  by

mogły  świadczyć  o  wieku  lub  zmartwieniach.  Jego  wysokie  czoło  gładko  przechodziło  w  idealnie
gładką łysinę. Spod niego, oddzielona równą linią stalowoszarych brwi, wyglądała para wyblakłych
oczu. Tylko one nosiły w sobie ślad rezygnacji i udręczonego zobojętnienia.

– Co tu się właściwie dzieje? – zapytał, żeby zagaić rozmowę. – To jakieś żydowskie święto?

Ci ponurzy Żydzi napawają mnie strachem.

background image

– Dziś będziemy mieli anabazę – odparł Poncjusz.
– Anabazę?
– Rytuał przejścia… Zobaczysz, o co w tym chodzi.
– Nazwa jest grecka… To jakiś żydowski wymysł? Ty się nie boisz tych ludzi?
Poncjusz odłożył zwój na stół, usiadł i włożył sandały.
–  Tutaj  wszystko  jest  zorganizowane  inaczej  niż  tam  –  kiwnął  głową  w  jakimś  nieokreślonym

kierunku. – Na zewnątrz. Ci ludzie… Powiedzmy, że już nie do końca są ludźmi… – zawahał się na
chwilę, po czym nagle zmienił temat. – Anabazę obchodzi się wszędzie. Ale tu wygląda najgorzej,
jest  najcięższa.  Judea  to  miejsce  dla  takich  jak  my,  mówiłem  ci  już.  Zresztą  zobaczysz.  Każdy  z
nas będzie to musiał w końcu przejść – to powiedziawszy, uniósł się z miejsca i przyzwał sługi. –
Chodź, pora iść.

Niewolnicy  ubrali  ich  w  płaszcze,  a  gdy  obaj  mężczyźni  zasiedli  w  lektyce  –  wynieśli  ją  przed

dom.  Na  ulicy  czekało  już  ośmiu  liktorów  dzierżących  topory  zatknięte  w  pęki  rózg.  Ci  krzepcy
mężczyźni  o  oliwkowych  twarzach  byli  rekrutowani  spośród  syryjskich  legionistów  i  poza
symbolicznym atrybutem władzy prokuratora stanowili również jego straż przyboczną. Na komendę
swego pana otoczyli lektykę i wraz z nią ruszyli w dół ulicy.

– Będziemy musieli wyjść za miasto – mruknął Poncjusz, z delikatnym niesmakiem wyglądając

za cienką zasłonę.

Wokół  ich  niewielkiego  orszaku  zebrał  się  tłum.  Setki  głosów  zlały  się  w  jedno  nieustające

buczenie,  nie  dało  się  rozróżnić  żadnych  słów.  Ponury  zaśpiew  niósł  ze  sobą  uczucie  niepokoju  i
oczekiwania. Powietrze zdawało się drżeć.

Gnejusz  również  wyjrzał  za  zasłonę  lektyki  i  aż  się  wzdrygnął.  Otaczało  go  morze  dziwnych,

obcych  twarzy.  Raz  po  raz  dostrzegał  zdeformowane  oblicza.  Niektóre  były  do  tego  stopnia
odmienione,  że  nie  dało  się  w  nich  już  dostrzec  ludzkich  rysów:  niemal  całkiem  pozbawione
włosów,  uszu  i  nosów  stawały  się  okropnymi  karykaturami  bez  wyrazu.  Nawet  ich  oczy  były
nieludzkie.  Mętne,  wodniste  i  wyblakłe;  wyglądały  jakby  wciąż  patrzyły  poza  świat,  w  jakąś
nieznaną otchłań szaleństwa.

Szum  śpiewających  lub  skandujących  głosów  narastał.  Tłum  falował  niespokojnie.  Kilka  razy

ktoś  wpadł  w  prokuratorski  orszak,  krzycząc  w  obcym  języku,  lecz  liktorzy  zaraz  odpędzali  takich
ludzi. Zebrani, nie odłączając się od wielkiego pochodu, kiwali się lub tańczyli, zderzali się ze sobą
lub o siebie ocierali. Ich pokraczne sylwetki zdawały się momentami spajać w jedną, przerażającą,
rozedrganą masę.

Rzymianin drżącą dłonią nasunął zasłonę na swoje miejsce.
– Czemu idziemy za miasto? – zapytał.
–  Będzie  dziś  ukrzyżowanie  –  odparł  obojętnie  Poncjusz.  –  Anabazę  mamy  co  tydzień,  w

każdy  szabat.  Prawie  zawsze  jest  ukrzyżowanie.  Trafiłeś  w  najgorsze  możliwe  miejsce,  tu
oczyszcza się przez cierpienie i szał. Krzyżujemy tych najoporniejszych z opornych.

Poncjusz westchnął i spojrzał na przyjaciela.
– Mnie też to kiedyś czeka – rzekł bez strachu, a jedynie z głęboką rezygnacją. – Nie bądź taki,

jak ja. Poddaj się anabazie.

Gnejusz wpatrywał się w niego wstrząśnięty.
– Długo już tu jesteś?
–  Długo,  krótko…?  –  Poncjusz  wzruszył  ramionami.  –  Tutaj  to  bez  znaczenia…  Tam,  na

background image

zewnątrz,  może  to  jest  jakaś  różnica:  dziesięć,  pięćdziesiąt,  sto  lat.  Przypuszczam,  że  tutaj
spędziłem tyle samo czasu, co ty tam. Boję się anabazy, za bardzo chcę być człowiekiem.

– Czy oni chcą, żeby anabaza była karą?
– Nie wszędzie… Tutaj – tak.
– Ukarzą nas za to, że oddaliśmy się prawdzie?
Poncjusz roześmiał się gorzko. Cały czas patrzył na roztańczonych ludzi na zewnątrz. W locie

chwytał  błyski  ich  płonących  oczu,  grymasy  przerażających  twarzy.  Ze  wszystkich  stron  rozlegało
się obłędne dźwięczenie cymbałów, dudnienie bębnów, jazgot piszczałek. Tłum ogarniała zbiorowa
ekstaza. Ludzie deptali się nawzajem. Na ramionach wynosili w górę najbardziej zdeformowanych
spośród siebie, którzy szamotali się dziko i zawodzili głosami pełnymi okrutnej, bolesnej radości.

Prokurator na chwilę się odwrócił.
– A cóż to jest prawda? – zapytał. – W świecie, gdzie wszyscy są jednym, gdzie żyją w falach

jednego  nieprzerwanego  strumienia  informacji,  nie  ma  prawdy.  Nawet  to,  co  jest  na  zewnątrz,  to
już  jest  kłamstwo.  Stworzyli  to  dla  takich,  jak  my,  dla  pragnących  prawdy,  ale  chcieli  to
kontrolować. Więc to wszystko jest sztuczne! Nie jestem maszyną, nie chcę nią być! Siedzę tutaj,
zawieszony  między  dwoma  światami,  w  tym  przeklętym  gigantycznym  złudzeniu.  Żydzi,  Judea,
ukrzyżowanie!  Miał  fantazję  ten,  który  to  wszystko  wymyślał!  Anabaza  to  też  tylko  kłamstwo.
Stworzyli  to,  żebyśmy  nie  zwariowali,  gdy  nasze  na  poły  człowiecze  umysły  zostaną  na  nowo
podłączone  do  sieci.  Nazwali  to  rytuałem  przejścia,  stopniowym  rozszerzaniem  świadomości.  Na
zewnątrz  mieliśmy  ciała,  tutaj  mamy  jeszcze  choć  swoją  świadomość,  tożsamość.  Gdy
przejdziemy  anabazę,  nie  będziemy  mieli  już  nic.  Staniemy  się  znowu  komputerami,  wielkimi
procesorami danych…

Poncjusz  zamilkł.  Jego  oczy  lśniły  teraz  od  gniewu,  na  policzkach  malowały  się  wypieki.

Wstrząsnął gniewnie ramionami i zaraz jakby przygasł. Znów ogarnęła go rezygnacja. W tej chwili
gdzieś na zewnątrz rozbrzmiała potężnie trąba.

– Patrz teraz – rzekł cicho, ale z dziwnym naciskiem prokurator. – Patrz, bo cię to czeka!
Gnejusz, ponaglony chłodem jego głosu, wyjrzał posłusznie przez zasłonę.
Tłum  na  chwilę  zamarł  wsłuchany  w  dźwięk  odległej  trąby.  Zaraz  jednak  drgnął  i  się  uniósł,

ogarnięty zbiorowym szałem. Ludzie bramą wytoczyli się przed miasto, już nie śpiewając, lecz po
prostu wrzeszcząc dziko. Ogarnięci ekstazą rozrywali swoje szaty, drapali twarze, tratowali się bez
opamiętania.  Tych,  których  wcześniej  nieśli  na  ramionach,  zaczęli  teraz  szarpać,  zrywać  z  nich
skórę i mięso, gryźć, bić.

Gnejusz ogarnięty parkosyzmem strachu i nagłym napływem mdłości chciał się cofnąć, ukryć,

odwrócić  głowę.  Lecz  Poncjusz  przypadł  do  niego  i  z  zadziwiającą  siłą  przytrzymał  jego  głowę
swymi chłodnymi palcami.

– Patrz! – syknął mu do ucha.
–  Poncjuszu,  przestań!  –  wykrzyknął  Gnejusz,  czując,  że  jego  przyjaciela  też  ogarnęło

szaleństwo. – Puść mnie! Nie patrzmy już na to!

Po chwili uścisk prokuratora zelżał. Sam zasunął zasłonę. Siadł na swoim miejscu, odetchnął.
– To jeszcze nie koniec – odezwał się. – Jeszcze czeka nas ukrzyżowanie.
– Nie, nie, proszę cię… – wyjęczał Gnejusz ze łzami w oczach. Było mu niedobrze.
Poncjusz przyglądał mu się przez chwilę.
– Zgoda – rzekł w końcu. – Nie każę ci na to patrzeć. Ale będziesz musiał być ze mną, kiedy

background image

będę przesłuchiwał skazańca.

– Przesłuchiwał…? Po co?
–  Ciekawi  mnie.  Centrali  bardzo  zależy  na  tym,  żeby  przeszedł  anabazę.  Jest  nośnikiem

jakichś  danych.  Zjawił  się  tu  niedawno  i  sam  zaczął  odprawiać  rytuały.  Wielu  przyłączyło  się  do
niego.  Ciekawi  mnie,  dokąd  ich  odsyła…  Bo  przecież  nie  mogą  wrócić  do  sieci,  nie  za  jego
pośrednictwem.  System  nie  pozwala  na  wystąpienie  dwóch  anabaz  jednocześnie  w  jednym
sektorze przejściowym.

Gnejusza nagle ożywiła jakaś myśl. Na chwilę zapomniał o szalejącym na zewnątrz tłumie.
– Sądzisz, że odsyła ich z powrotem? – zapytał. – Na zewnątrz?
– Nie wiem – Poncjusz pokręcił głową. – To chyba niemożliwe…
Zapał  Gnejusza  osłabł  momentalnie.  Ogarnął  go  żal.  Kimkolwiek  był  ten,  którego  mieli

ukrzyżować, i tak przegrali. Zresztą centrala już położyła na nim swoją łapę, już go schwytali. Kiedy
tylko włączą go do sieci, wszystkie jego dane trafią do nich.

Niewolnicy  wraz  z  eskortą  liktorów  zanieśli  lektykę  do  budynku  sądu.  Znajdował  się  on  na

zboczu  góry.  Stał  tam  już  przygotowany  krzyż.  Część  tłumu  wlała  się  na  dziedziniec  otoczony
murem, reszta rozpełzła się bezładnie po trasie prowadzenia skazańców. Człowiek, który miał być
ukrzyżowany, czekał na Poncjusza i Gnejusza w jednej z sal. Był to wysoki, szczupły młodzieniec o
dużych,  spracowanych  dłoniach.  Miał  jasne  oczy  kształtu  migdałów  i  kiedyś  musiał  być  bardzo
przystojny.  Obecnie  jednak  był  wychudzony  i  brudny,  a  jego  oblicze  zostało  okaleczone  licznymi
razami.

– Kim jesteś? – zapytał Poncjusz, siadając na prokuratorskim fotelu.
Młodzieniec uśmiechnął się.
– Chyba powinienem powiedzieć, że nazywam się Jeszua ben Josef – rzekł. – Ale znał mnie

pan pod innymi imieniem… Pan też wtedy nie nazywał się tak, jak teraz. Nazywał się pan Ponty,
prawda?

Poncjusz zamarł, zaczął unosić się z fotela, jednak zastygł w pół ruchu. Jego oczy rozszerzyły

się. Zrozumiał.

Z westchnięciem opadł na miejsce, po czym machnął ręką na Gnejusza.
– Wyjdź na chwilę… – rzekł drżącym głosem.
Gnejusz  wpatrywał  się  w  niego  przez  kilka  sekund.  Chciał  zaprotestować,  jednak  się  nie

odważył. Przełknął ślinę, popatrzył po twarzach obu mężczyzn i wyszedł. Zamknął za sobą drzwi.

W  holu  usiadł  pod  ścianą,  oparł  o  nią  głowę.  Jego  czoło  było  gorące,  a  marmur  przyjemnie

chłodny.  Wokół  niego  wszystko  działo  się  zbyt  szybko.  Jeszcze  niedawno  –  choć  nie  potrafił
dokładnie  określić  czasu  –  był  kimś  zupełnie  innym.  Nazywał  się  Sarnas,  miał  ciało,  o  którym
myślał…  o  którym  wiedział,  że  jest  prawdziwe.  Miał  protezę  –  tak  się  to  jego  ciało  nazywało.
Uczestniczył w wielkim programie rehumanizacji. Jego jaźń rozpływającą się w ciągłym strumieniu
informacji zamknięto w ludzkiej powłoce. Stał się taki, jacy byli jego twórcy przed nieskończonymi
eonami. Przestał być zbiorem danych, stał się istotą.

Wstrząsnął  nim  dreszcz.  Z  zewnątrz,  z  sądowego  dziedzińca,  dobiegły  go  wrzaski  tłumu.

„Ukrzyżuj! Ukrzyżuj!” – krzyczeli wszyscy. Ilu z nich, jak on, było nieudanymi produktami programu,
a  ilu  tylko  stworzonymi  przez  centralę  programami,  które  miały  im  pomóc  przenieść  się  znów  do
wspaniałej rzeczywistości sieci?

Nagle  otworzyły  się  drzwi  i  stanął  w  nich  Poncjusz.  Energicznym  krokiem  podszedł  do

background image

Gnejusza.

– Czy to prawda? – zapytał go. – Czy to prawda, że program… że program…?
Głos uwiązł mu w gardle.
– Tak. Program został przerwany, wszystkie protezy mają być odłączone.
– A klony? Miliony żywych istnień obsługiwały proces rehumanizacji.
– Klony zostały… zdezaktywowane…
– Wszystkie?
– Nie wiem…
Zamilkli. Hałas dochodzący z zewnątrz narastał, ale obu im wydawał się nierzeczywisty.
– A ten…? – zaczął Gnejusz. – Kim on jest?
Poncjusz  uniósł  oczy  ku  jego  twarzy.  Uśmiechnął  się  dziwnie.  Powoli  zrodził  się  w  nim

zgrzytliwy,  obłąkańczy  śmiech,  po  trosze  radosny,  po  trosze  ironiczny.  Ze  śmiechem  wyciekała  z
niego  głęboka  nienawiść,  ale  także  ulga,  szał  wściekłości  i  ekstazy.  Śmiał  się,  gdyż  ogarnęło  go
uczucie triumfu.

– Oto człowiek – rzekł w końcu ze łzami w oczach.

* * *

Gnejusz  i  Poncjusz  wpatrywali  się  w  zwisające  z  krzyża  wychudłe,  nagie  ciało.  Ukrzyżowany

żył jeszcze, dyszał, krew i pot ściekały po jego twarzy. Tłum rozpłynął się gdzieś, zniknął. Nie został
nikt, nawet żeby drwić. Znikły resztki ludzkiego mięsa i podarte szmaty. Pozostało tylko bezkresne,
pochmurne niebo barwy ołowiu.

Człowiek na krzyżu uniósł się na chwilę. Spazm śmierci ściągnął jego mięśnie

w koślawe bryły. Potem głowa mu opadła i wyzionął ducha.

– Jak myślisz, co się teraz stanie? – zapytał Gnejusz.
–  Teraz  nastąpi  prawdziwa  anabaza  –  odparł  Poncjusz.  –  I  świat,  ten  przeklęty  świat…

wreszcie się skończy.

background image

Spis treści

O autorze
Od autora
Pierwsza odsłona
Sogno Ventura
Węprzyn by night
Psychol
Lwica
Vox Dei
Wurdałak
Metamorfozy
Angelwing
Synowie Kaina
Anabaza


Document Outline