background image

ROZDZIAŁ XII 

 

W  obszernym  gabinecie  przy  oszklonej  ścianie  stał  Xavier.  Ubrany  w 

skrojony na miarę garnitur, przyglądał się tętniącemu życiem miastu. 

Z  trzydziestego  ósmego  piętra  wieżowca  rozciągał  się  widok  na 

pokrytą śniegiem metropolię. 

Minęło sporo czasu od ostatniego spotkania z Barsufem. 

Przyjaciel  nie  dawał  znaku  życia.  Anioł  wyciągnął  papierosa,  którego 

odpalił pstryknięciem palcami. Zaciągnął się dwukrotnie. Z rozmyślań 

wyrwał go komunikat od sekretarki: 

Ktoś do pana. Nie chciała się przedstawić – usłyszał. Chwilę później 

drzwi  biura  zamknęły  się  cicho.  Kilka  kroków,  przekleństwo  rzucone 

pod  nosem.    Xavier  odwrócił  się  od  okna.  Zagasił  papierosa  w 

popielniczce  leżącej  na  biurku,  po  czym  z  zaciętym  wyrazem  twarzy 

zbliżył się do swojego gościa. 

-  Gdzie  podział  się  twój  dobry  nastrój?  –  zapytała  dziewczyna 

wieszająca  płaszcz  na  stojącym  obok  niej  wieszaku.  Była  ubrana  w 

ciemny  golf,  obcisłe  spodnie  oraz  typowo  zimowe  buty.  Kręcone 

włosy,  mokre  od  śniegu  przylgnęły  do  jej  rumianych  z  chłodu 

panującego  na  dworze  policzków.  –  Cześć  Xavier.  Nie  mogłeś  być  na 

wyspach tropikalnych? Chcę tylko dobrej pogody a u ciebie i u babci 

Alice  śniegu  po  kolana  –  mruknęła  niezadowolona  dziewczyna 

zbliżając się do anioła. 

-  Mi  to  nie  przeszkadza.  Nowy  Jork  nieźle  wygląda  zimą.  Usiądź, 

Sophie  –  odparł  Xavier.  Na  jego  twarzy  mimowolnie  pojawił  się 

uśmiech. Wrócił za biurko, lecz tym razem usiadł w wygodnym fotelu 

–    Co  tam  słychać?  –  zapytał  wskazując  inny  fotel  po  przeciwnej 

stronie. 

background image

Dziewczyna  usiadła.  Xavier  przez  dłuższy  moment  obserwował  ją 

uważnie. Próbował odgadnąć cel jej wizyty. 

- Nie chciałaś mi wyjaśnić przez telefon powodu tego spotkania. Mów 

więc  teraz.  Tutaj  nikt  nas  nie  podsłucha  –  zapewnił  ją  strącony  z 

Nieba.  Wsparł  się  łokciami  na  drewnianym  blacie,  stykając  ze  sobą 

opuszki palców. Czuł zżerającą go ciekawość. 

-  Widziałeś  się  ostatnio  z  Barsufem?  –  Pytanie  wypadło  z  ust  Sophie 

niemal  natychmiast  po  zamknięciu  się  ust  Xaviera.  Dampirzyca 

rozejrzała  się  niepewnie  –  Muszę  się  z  nim  spotkać  lub  chociaż 

powiedzieć mu coś przez pośrednika. 

-  Nie  widziałem  go  od  pobytu  u  Alice.  To  wszystko,  co  chciałaś 

powiedzieć? 

-  Oczywiście,  że  nie!  –  krzyknęła  oburzona  pół  wampirzyca  zrywając 

się  z  fotela.  Krążyła  po  gabinecie  z  rękoma  splecionymi  na  piersiach, 

zostawiając  na  podłodze  mokre  ślady  butów  –  Chodzi  o  to,  że…  nie 

wiem od czego zacząć, do cholery. 

- Może tak zaczniesz od początku? Tak będzie najlepiej, chyba – rzucił 

rozbawiony  reakcją  dziewczyny  białowłosy.  Zerknął  na  zegarek  na 

swojej lewej ręce. Wskazówki wskazywały na 15:45. – Nie mam dużo 

czasu, wyrzuć to wreszcie z siebie – zachęcił ją po chwili. 

Sophie  zatrzymała  się  przed  biurkiem.  Oparła  się  o  mebel.  W  jej 

niebieskich  oczach  czaiły  się  łzy.  Xavier  zapamiętał  ją  jako  osobę 

zdecydowaną  i  energiczną.  Według  jego  własnej  opinii,  miał  przed 

sobą cień znanej mu osoby. 

-  Obiecaj  mi,  że  zachowasz  to  w  sekrecie,  dopóki  sama  mu  nie 

powiem.  Obiecaj  mi  to!  –  Sophie  uniosła  się  emocjonalnie.  Łzy 

popłynęły po jej policzkach. 

background image

-  Przyrzekam…  na  własne  życie  –  odparł  anioł  zmuszając  ją  do 

kontaktu wzrokowego. – A teraz oświeć mnie, proszę. 

- Jestem w ciąży… z nim – wyrzuciła z siebie Sophie po minucie ciszy. 

Anioł  o  mało  nie  upadł  na  podłogę.  Zerwał  się  wyciągając  kolejnego 

papierosa.  Tytoń  owinięty  w  bibułkę  zapłonął.    Mężczyzna  zaciągnął 

się stając przy oknie. Był zaskoczony taką informacją. 

- Jak to możliwe? – wydukał wypuszczając dym. Trzęsły mu się ręce – 

Jesteś pewna, że to będzie jego… potomek? 

- Babcia Alice nigdy się nie myliła w takich sytuacjach. 

Żadne z nich nie chciało kontynuować rozmowy. Xavier w ciszy spalił 

dwa pety. 

-  Co  zamierzasz  z  tym  zrobić?  –  zapytał  wreszcie  anioł  wyraźnie 

zaniepokojony tą sprawą. 

- A jak myślisz? 

-  Jako  szanujący  się  krwiopijca  powinnaś  wiedzieć,  że  nawet 

najmniejsza  dawka  krwi  aniołów  jest  dla  ciebie  a  w  tym  wypadku 

również dla dziecka wielce toksyczna. Ba! Śmiertelna! Z resztą, to nie 

mój  biznes.  –  odparł  jej  białowłosy  anioł.  Czuł  palący  go  od  środka 

gniew.  Nienawidzi  takich  sytuacji.  Ich  dalsza  sytuacja  została 

przerwana wtargnięciem kolejnej osoby. 

-  Nawet  nie  waż  się  wstawać!  –  powiedziała  stanowczym  tonem 

kobieta  stojąca  w  wejściu.  Odwróciła  się  w  stronę  Xaviera,  by  wejść 

do  gabinetu.  Drzwi  z  trzaskiem  zamknęły  się  za  nią.  Stukając 

obcasami zbliżyła się do mężczyzny. Wymieniła z nim uprzejmości nie 

zwracając  uwagi  na  Sophie.  Chwilę  później  nie  patrząc  na  nią 

warknęła krótkie: 

background image

- Możesz już iść. Dbaj o siebie. 

Zaskoczona  dziewczyna  spojrzała  na  anioła,  który  minimalnie  skinął 

głową.  Jego  spojrzenie  wydawało  się  uciekać  gdzieś  poza 

pomieszczenie.  Kilka  sekund  później  wyrwał  się  z  zamyślenia.  Wstał, 

by  odprowadzić  dampirzycę  do  wyjścia.  Pomógł  jej  ubrać  płaszcz, 

uścisnął ją, po czym otworzył drzwi. 

- W razie problemów dzwoń – powiedział kolejny raz ściskając Sophie. 

-  A  ty,  jak  dowiesz  się  czegoś  o  nim  –  odparła  mu  na  odchodne 

dziewczyna. 

Anioł  z  głośnym  westchnięciem  zamknął  drzwi.  Jego  wzrok  uciekł  ku 

nowoprzybyłej  kobiecie.  Ciemne  włosy  zdawały  się  nie  odczuwać 

wilgoci,  jaka  panowała  na  zewnątrz,  tak  samo  jak  ona.  Mimo  srogiej 

zimy  miała  na  sobie  buty  na  wysokim  obcasie,  legginsy  oraz  jasną 

bluzkę na ramiączkach. 

-  Miło  widzieć,  że  nie  obnosisz  się  z  prawdziwą  naturą  –  rzucił  od 

niechcenia  Xavier  ściągając  marynarkę,  którą  zawiesił  na  oparciu 

fotela. Parsknął śmiechem zajmując miejsce za biurkiem. 

- I vice versa. Nic się nie zmieniłeś od spotkania w Niemczech. 

-  Tak  samo  jak  ty,  Hazo  –  Białowłosy  uśmiechnął  się  wskazując 

dziewczynie siedzisko po drugiej stronie. 

-  Dzięki,  nie  skorzystam.  Przejdźmy  do  konkretów.  Wreszcie 

znalazłam trop, ale nie jest różowo. 

Córka  Mefistofelesa  zamilkła  oczekując  reakcji  przyjaciela  Barsufa. 

Jedyne  co  zrobił,  to  z  ciekawości  uniósł  brew.  Po  chwili  dziewczyna 

wznowiła monolog: 

background image

-  Rosja.  Dokładniej  Syberia  a  jeszcze  dokładniej  okolice  wioski 

Tomtor.  Tam  bym  się  ubrała…  odpowiednio  do  warunków  –  Hazę, 

gdy  to  mówiła  przeszedł  dreszcz.  W  wiosce  Tomtor  temperatura 

spadała do około -70° Celsjusza.  

-  Czy  Inkwizycja  korzysta  tylko  z  takich  miejsc,  z  których  nie 

wykradniesz  więźnia  ot  tak,  po  prostu?  –  Xavier  skrzywił  się  mając 

przed oczami Watykan. To było ostatnie miejsce, w którym Barsuf był 

z  własnej  woli.  Anioł  rzucił  w  powietrze  kilka  przekleństw,  by  po 

chwili znów zainteresować się kobietą – Co robimy? 

Jej  usta  wykrzywiły  się  w  słodkim  uśmiechu.  Zbliżając  się  do 

mężczyzny,  pół  sukkubica  kręciła  ponętnie  biodrami.  Klękając  przed 

Xavierem  dała  mu  dłuższy  czas  na  wpatrywanie  się  w  zawartość  jej 

dekoltu.  Anioł  w  odpowiedzi  również  się  uśmiechnął.  Dziewczyna 

chwyciła go za ręce. 

-  Ja  będę  się  wylegiwała  na  słonecznej  plaży,  a  ty…  -  Haza  spojrzała 

Xavierowi  głęboko  w  oczy  –  A  ty  spotkasz  się  z  wampirzym  lordem 

Jamesem  Vallandem.  Musisz  zdobyć  jego  zaufanie  oraz  dowiedzieć 

się po co mu archanioł. 

-  Muszę  spotkać  się  z  wampirzym  lordem  Jamesem  Vallandem, 

zdobyć jego zaufanie i dowiedzieć się po co im archanioł – powtórzył 

rozmarzonym głosem anioł.  

Dziewczyna  zadowolona  wstała.  Jako  sukub  potrafiła  manipulować 

mężczyznami. Fakt bycia córką upadłego archanioła potęgował efekt. 

Jak  gdyby  nic  się  nie  stało  wyszła  pozostawiając  oszołomionego 

mężczyznę samego. Wykonała swój plan perfekcyjnie. 

* * * 

 

background image

Renato  wpadł  do  celi  niczym  burza,  z  trzaskiem  zamykając  za  sobą 

drzwi.  Szybkim  krokiem  pokonał  odległość  dzielącą  go  od  łóżka,  by 

zatrzymać się dwa kroki przed osobą leżącą na nim. Ręce mu drżały, 

poczuł dreszcz przechodzący wzdłuż kręgosłupa. Był w szoku. 

- Co ty tu robisz? – wycedził przez zaciśnięte zęby. 

-  Cóż.  Twoja  reakcja  powinna  być  inna,  ale  przeżyję  –  usłyszał  w 

odpowiedzi.  Osobą  wylegującą  się  w  jego  łóżku  był  nie  kto  inny,  jak 

Ashanti – dziewczyna, którą tydzień wcześniej Renato uratował przed 

gwałtem.  Teraz  była  kolejny  raz  w  jego  celi,  uśmiechając  się 

tajemniczo zaciągnęła kołdrę pod brodę. 

-  Powiem  to  jeszcze  raz.  Co  tu  robisz?  –  Renato  nie  czekając  na 

odpowiedź  usiadł  obok  niej.  Pochylił  się  opierając  łokciami  o  kolana. 

Nie miał nastroju na rozmowę z dziewczyną. 

-  Chyba  już  nie  pamiętasz,  co  ci  wtedy  powiedziałam?  Chcę  ci  tylko 

pomóc  –  nastolatka  niepewnie  przesunęła  się  w  jego  kierunku.  Gdy 

była  dokładnie  za  nim,  usiadła.  Położyła  dłonie  na  jego  barkach  – 

Chcę ci pomóc być człowiekiem, nie maszyną. Odpręż się. 

Nie  czekając  na  odpowiedź  ze  strony  Jones’  a,  Ashanti  zaczęła  robić 

mu  masaż.  Renato  spiął  się  jeszcze  bardziej.  Nie  wiedział  jak 

reagować na działania dziewczyny. Po chwili gwałtownie wstał. Zaczął 

krążyć  po  celi  całkowicie  pogrążony  w  myślach.  Ashanti  była 

zszokowana  zachowaniem  chłopaka.  Przyglądała  mu  się,  gdy  chodził 

od ściany do drzwi i z powrotem. 

- Co z tobą jest nie tak? – zapytała cicho, zamykając oczy. 

-  Wszystko!  –  krzyknął  w  odpowiedzi  Renato.  W  następnym 

momencie  zaciśniętą  pięścią  uderzył  trzykrotnie  w  ścianę.  Przy 

każdym  ciosie  czuł  uciekający  z  niego  gniew.  Ciężko  dysząc  stał 

plecami  do  dziewczyny.  Odczuwał  już  jedynie  ból,  który  pojawiał  się 

background image

coraz silniejszy z każdą następną sekundą. Wreszcie odwrócił się w jej 

stronę.  Ashanti  mogła  dostrzec  w  oczach  chłopaka  dzikość,  która 

skrywana  w  głębi  duszy  wreszcie  odnalazła  dogodny  moment  na 

ukazanie  się.  Inkwizytorkę  przeszedł  dreszcz,  gdy  ich  spojrzenia  się 

spotkały.  Postanowiła  wreszcie  wstać.  Serce  Renato  zabiło  szybciej, 

kiedy  Ashanti  zbliżała  się  do  niego,  mając  na  sobie  jedynie  bieliznę. 

Gdy  odległość  między  nimi  zmalała  do  zaledwie  kilku  centymetrów, 

Jones  mógł  poczuć  słodki  zapach  perfum,  których  używała.  Kilka 

uderzeń serca później ich usta spotkały się. 

* * * 

Chłód.  Wszechobecny  chłód.  Do  tego  potworny  ból  głowy  oraz 

niewyjaśnione zdarzenia mające miejsce w ostatnim czasie. Tylko tyle 

wiedział  młody  mężczyzna  wiszący  na  środku  pokoju.  Wokół  była 

pustka  i  ciemność.  Tylko  on,  mający  ręce  skute  kajdanami, 

zawieszony na łańcuchu pół metra od podłoża. Był zupełnie nagi. Całe 

ciało  miał  pokryte  głębokimi  ranami  ciętymi  oraz  szarpanymi. 

Kolekcję obrażeń uzupełniały liczne przypalenia. Dwie rany wyglądały 

na  o  wiele  starsze  –  ślady  na  wysokości  łopatek  pozostawały  od 

dawna i miały pozostać do śmierci mężczyzny. Więzień przebudził się. 

Udało  mu  się  otworzyć  prawe,  mniej  zapuchnięte  oko.  Zakaszlał 

kilkukrotnie, plując przy tym krwią. Długie, tłuste włosy oraz niedbały 

zarost  dodatkowo  oszpecały  jeńca.  Minutę  później  usłyszał  kroki. 

Niedaleko  otworzyły  się  drzwi.  Przez  nie  do  pomieszczenia  weszło 

trzech ubranych w grube futra tęgich mężczyzn. Jeden z nich trzymał 

do połowy pełną butelkę z przezroczystym płynem. 

-  Pić  –  wychrypiał  więzień,  gdy  minimalnie  podniósł  głowę.  W 

czarnym jak węgiel oku widać było obłęd. 

Inkwizytor  odkręcił  butelkę  zbliżając  się  do  wiszącego  pod  sufitem 

mężczyzny.  Przechylił  szkło,  wylewając  na  twarz  jeńca  płyn.  Pijący 

background image

łapczywie  więzień  zachłysnął  się.  Po  chwili  wypluwając  na  podłogę 

resztę napoju. Trójka mężczyzn wesoło zarechotała słysząc cierpienia 

przetrzymywanego przez nich mężczyzny. 

-  Spirytus,  jedyny  trunek  rozgrzewający  człowieka  w  tej  dziurze.  Ty 

musisz  pić  jeszcze  mocniejsze  dzieło.  Spirytus  z  wodą  święconą, 

zwykły  demon  by  się  zesrał  pierwszego  dnia.  Ty  jesteś  twardy 

skurwysyn,  jak  skała.  Niestety,  dla  ciebie,  pora  na  powtórkę  z 

rozrywki. Iwan, wiesz co masz robić. 

Iwan  okazał  się  być  niskim  brunetem  o  czerwonej  twarzy.  Z  kieszeni 

wyciągnął strzykawkę z zielonym preparatem w środku. Zbliżył się do 

więźnia,  po  czym  wbił  igłę  w  jego  szyję.  Wpuszczony  do  krwiobiegu 

narkotyk zadziałał niemal natychmiast. Iwan wycofał się. 

- Imię? 

Nastała  cisza,  która  trwała  kilka  minut.  Przedstawiciele  Inkwizycji 

przyglądali  się  z  ciekawością  więźniowi.  Ten  ponownie  podniósł 

głowę. Mniej zapuchnięte oko wpatrywało się w mężczyzn. 

- Barsuf – odpowiedział półszeptem. 

- Imię kurwy, która wydała cię na świat? 

- Laina, córka Haszkana i Emmany- odparł mieszaniec z uśmiechem na 

twarzy. 

- Gdzie są Samael i Lucyfer? 

- Nie wiem. 

- Sasza. Jest twój. Iwan, skocz no po gorzałę, zimno się robi. 

* * * 

 

background image

Barsuf  gwałtownie  przebudził  się.  Nie  wiedział,  gdzie  dokładnie  jest. 

Dwa  dni  temu  był  na  pustyni,  wczoraj  przemierzał  amazońską 

dżunglę.  Dzisiaj  jego  umysł  zabrał  go  w  podróż  po  najdziwniejszych 

zakamarkach  jego  narkotycznej  wizji.  Mieszaniec  nic  nie  czuł,  wisiał 

wpatrując  się  w  drewnianą  podłogę.  Nie  potrafił  ocenić  czasu,  który 

tu  spędził.  Nie  potrafił  nawet  myśleć.  Zaczął  krzyczeć.  Miał  omamy. 

Widział  bestie  krążące  wokół  niego,  czyhające  na  jego  życie.  Po 

dwóch  godzinach  psychicznej  męczarni  ponownie  osunął  się  w 

objęcia Morfeusza.  

W  kącie  pokoju  coś  się  poruszyło.  Zamaskowana  postać  przyglądała 

się  Barsufowi  przez  całą  noc,  znikając  dopiero  z  nastaniem  świtu. 

Minęły kolejne trzy dni tortur. Tajemnicza osoba co noc pojawiała się 

w  kącie  pomieszczenia  na  poddaszu  i  znikała  rano.  Przy  ostatnim 

pobycie zostawiła po sobie ledwo widoczny napis na ścianie. 

To już koniec. 

* * * 

 

Renato stał w ringu. Naprzeciw niego był John McKeena – największy, 

najbogatszy  z  grupy,  w  której  był  Jones  w  Watykanie.  Kolos  miał  na 

sobie  czerwone  spodenki  z  dodatkiem  czarnych  lampasów  a  na 

wielkich  pięściach  rękawice  tego  samego  koloru.  Tatuaż  ukazujący 

jego  przynależność  do  Świętej  Inkwizycji  prezentował  dumnie  na 

lewym przedramieniu. 

Renato  stał  w  przeciwnym  narożniku  w  jasnych,  niebieskich 

spodenkach  oraz  ciemnych  rękawicach.  Przyglądał  się  przeciwnikowi 

z  ciekawością.  Został  wyzwany  do  walki  o  tytuł  Łowcy  pół  godziny 

wcześniej.  Był  rozgrzany,  ostatnią  godzinę  spędził  z  weteranami  na 

ćwiczeniu mieszanych sztuk walki. Odnalazł wszystkie słabe punkty na 

background image

ciele  większego  o  ponad  dwie  głowy  rywala.  Rozciągnął  się,  włożył 

ochraniacz na zęby, by następnie ruszyć na środek ringu.  

Rozejrzał  się.  Wokół  było  około  stu  osób.  Renato  rozpoznał 

wszystkich,  z  którymi  wcześniej  się  uczył.  Dostrzegł  również  kilku 

łowców  z  którymi  niedawno  ćwiczył.  Ich  twarze  nie  wyrażały  uczuć, 

jednak  Jones  dostrzegał  w  ich  oczach  pewność.  Sędzia  wytłumaczył 

im  zasady  pojedynku.  Mieli  pięć  trzyminutowych  rund.  Dozwolone 

obie płaszczyzny walki oraz wszystkie ciosy, prócz tych w krocze oraz 

bezpośrednio w oczy. Wygrać można było przez nokaut lub poddanie. 

Głośny  doping  eksplodował  wraz  z  pierwszym  gongiem.  Gigant 

zaatakował pierwszy. Doskoczył do Renato uderzając lewym prostym. 

Młodzieniec  przeszedł  pod  ręką  przeciwnika,  kontrując  dwoma 

ciosami  na  żebra.  Odskoczył  od  Johna,  który  niemal  natychmiast 

ruszył do kolejnego ataku. Wykorzystując impet z jakim chciał uderzyć 

rywal, Renato wykonał wysokie kopnięcie. Cios wylądował na szczęce 

giganta,  który  padł  na  matę  jak  ścięte  drzewo.  Jones  prowadzony 

instynktem  rzucił  się  na  leżącego  przeciwnika.  W  parterze  zdołał 

wyprowadzić kilka ciężkich ciosów łokciami na twarz półprzytomnego 

Johna, nim odciągnął go sędzia. 

Zszedł  z  ringu,  kierując  kroki  bosych  stóp  w  stronę  szatni.  Usiadł  na 

ławce popijając wodę z butelki. Po wielu latach udowodnił wszystkim, 

że  należy  się  z  nim  liczyć.  Pokonał  wieloletniego  prześladowcę  na 

oczach  wielu  ludzi.  Trzasnęły  drzwi  do  szatni.  Renato  usłyszał  kilka 

głosów.  Niedługą  chwilę  później  stanął  przed  nim  jeden  z  łowców. 

Wysoki,  szczupły  mężczyzna.  Pod  przylegającą  do  ciała  koszulką 

Renato  dostrzegł  wyraźnie  zarysowane  mięśnie  inkwizytora. 

Przyglądając  się  nieznajomemu  pomyślał,  że  ten  może  być  arabem. 

Łowca uśmiechnął się podchodząc do Jonesa. Poklepał go po plecach. 

background image

-  Dobra  walka.  Mam  nadzieję,  że  na  polu  walki  razem  będziemy 

przelewać  krew  w  imię  Pana  z  taką  samą  bezwzględnością,  jak  ty 

dzisiaj  na  ringu  –  pochwalił  go  z  pogodnym  wyrazem  twarzy  – 

Będziesz moim podopiecznym na  każdej akcji. Należysz do Trzeciego 

Oddziału  Łowców.  Jestem  Muhammad,  kapitan  owego  oddziału. 

Wszystkich  członków  grupy  znasz,  trenujemy  razem  od  początku.  To 

do jutra. 

Gdy  mężczyzna  wyszedł,  Renato  wciąż  czuł  się  obserwowany. 

Podniósł  głowę,  by  dostrzec  opartą  o  ścianę  Ashanti.  Dziewczyna  z 

uśmiechem na twarzy zbliżyła się do niego. 

-  Hej,  kotku  –  złożyła  pocałunek  na  czole  chłopaka  –  Wiesz,  że  ta 

walka nie była potrzebna? – dodała z wyrzutem. 

-  Była  potrzebna.  Tylko  tak  można  udowodnić  swoją  wyższość.  Z 

resztą,  człowiek  walczy  całe  życie,  więc  czemu  nie  zwyciężyć  raz  na 

kilka lat? – Renato ściągnął z dłoni rękawice. Wstał, dotknął kciukiem 

pełnych  warg  dziewczyny.  Posłał  jej  uśmiech,  by  w  międzyczasie 

sięgnąć  po  ręcznik.  Otarł  ręce  z  krwi  Johna.  Chwilę  później  przebrał 

się w luźne dresy oraz ciemną koszulkę. Na stopy pospiesznie założył 

skarpety.  Wygodne  adidasy  znalazły  się  na  jego  nogach  po  krótkim 

czasie. Wyszedł z Ashanti. 

-  Chodźmy  do  biblioteki.  Muszę  ci  wytłumaczyć  kilka  podstawowych 

spraw związanych z egzorcyzmami – Dziewczyna chwyciła go za rękę i 

pociągnęła za sobą, nim łowca zdążył się sprzeciwić. 

* * * 

 

Bezksiężycowa noc zapadła nad domem oddalonym od wioski Tomtor 

o  dwadzieścia  kilometrów.  W  samotnym  budynku  paliło  się  światło 

na  parterze.  Ze  środka  dobiegały  głośne  śmiechy.  Okolica  wydawała 

background image

się  być  spokojnym  miejscem.  Na  granicy  światła  rzucanego  przez 

żarówki  w  miejscu  zamieszkania  trzech  rosyjskich  inkwizytorów 

błysnęła  para  jasnych  oczu.  Chwilę  później  pojawiły  się  trzy  kolejne, 

świecące  niebezpiecznym  blaskiem.  Śnieg  zatrzeszczał  pod  stopami 

osoby  zbliżającej  się  do  domu.  Ubrany  jedynie  w  krótkie  spodenki 

mężczyzna  o  złotych  oczach  i  tego  samego  koloru  włosach  stanął 

dziesięć  metrów  od  betonowej  granicy.  Z  zaciekawieniem  przyglądał 

się  trójce  mężczyzn  siedzących  przy  stole,  pijących  samogon  i 

zagryzających go kiszonym ogórkiem. Uśmiechnął się w niebezpieczny 

sposób, przyglądając się trzaskającemu w kominku ogniu. Syknął  coś 

w  języku  upadłych.  W  odpowiedzi  usłyszał  warknięcie.  Sprzeciw 

został zażegnany gniewnym spojrzeniem złotookiego mężczyzny. Było 

w  nim  coś  majestatycznego  a  zarazem  strasznego.  Padła  kolejna 

komenda  z  jego  ust.  Trzy  kształty  oderwały  się  od  ziemi,  po  czym  z 

głośnym  hukiem  upadły  na  dachu  budynku.  Demon  patrzył 

uśmiechnięty  na  pracę  pomniejszych  sług  –  poniżej  jego  dumy  było 

rozgrzebywanie dachu. Wewnątrz trzech mężczyzn poderwało się, by 

z  bronią  w  rękach  wbiec  na  schody.  Demon  w  mgnieniu  oka  ukazał 

swoje prawdziwe oblicze. Na głowie mężczyzny zamiast włosów szalał 

ogień.  Płomienie  przemykały  po  ciele  demona  nie  czyniąc  mu 

krzywdy.  Jego  twarz  uległa  zmianie  –  bardziej  przypominała  pysk 

dzikiego  kota.  Rzucił  kolejny  rozkaz,  zmuszając  sługusów  do 

wydajniejszej pracy. 

Pionki  –  pomyślał  mężczyzna.  Był  ifrytem,  jednym  z  ognistych 

demonów,  będących  wysoko  w  piekielnej  hierarchii.  Usłyszał 

pierwsze  strzały  i  krzyki.  Nieopodal  upadło  truchło  jednego  z 

pomiotów.  Z  cielska  pozostała  miazga.  Ifryt  mruknął  coś  wyraźnie 

zdegustowany.  Przy  każdym  oddechu  z  jego  ust  wylatywała  chmura 

gorącego powietrza. Śnieg w promieniu dziesięciu metrów całkowicie 

wyparował, zaś to co było pod nim, stanęło w ogniu. Demon zniknął, 

background image

by  po  chwili  wyjść  z  kominka.  Szybko  zlustrował  pomieszczenie.  Nie 

tracąc  czasu  wdarł  się  na  schody,  wspinając  się  na  poddasze.  Nawet 

nie  próbował  zachować  ciszy.  W  międzyczasie  w  prawej  dłoni 

uformował  ognistą  kulę.  Zatrzymał  się  w  progu,  by  po  chwili  cisnąć 

żywiołem  w  najbliższego  inkwizytora.  Mężczyzna  umarł  nim  zdążył 

zrozumieć,  co  go  zaatakowało.  Dwóch  pozostałych  właśnie  zdołało 

zabić ostatniego bezmózgiego sługę. Ifryt warknął w niezrozumiałym 

dla  ludzi  języku.  Brzydził  się  prymitywną  mową  ludzi.  Doskoczył  do 

jednego  z  mężczyzn,  który  w  panice  przestał  walczyć.  Inkwizytor 

otrzymał  szybką  śmierć  przez  skręcenie  karku.  Ostatni  człowiek 

krzyknął  coś  chwytając  pewniej  strzelbę.  Otworzył  ogień.  Demon 

wolnym  krokiem  zbliżał  się  do  niego.  Rosjanin  został  przyparty  do 

ściany,  na  dodatek  zabrakło  mu  amunicji.  Rzucił  się  na  przeciwnika, 

próbując  uderzyć  go  kolbą.  Ifryt  z  dziecinną  łatwością  rozbroił 

mężczyznę,  przy  czym  dotkliwie  go  oparzył.  Broń  w  jego  rękach 

stopiła  się  pod  wpływem  gorąca.  Demon  z  drapieżnym  uśmiechem 

chwycił  inkwizytora  za  żuchwę.  Przy  wtórze  głośnego  krzyku  wyrwał 

ruchomą  część  szczęki  człowieka,  który  upadł  wykrwawiając  się. 

Dodatkowo  zaczynał  płonąć.  Ifryt  w  przypływie  miłosierdzia  skrócił 

mu  cierpienia.  Zmiażdżył  gardło  inkwizytora.  Cały  dom  stał  w  ogniu. 

Ifryt pochwycił Barsufa, zerwał kajdany z jego rąk, po czym zniknął z 

płonącego  więzienia.  Stał  w tym  samym  miejscu  co  wcześniej,  przed 

domem.  Machnął  wolną  ręką  a  cała  okolica  w  odległości  trzystu 

metrów  od  domu  płonęła.  On  zaś  zniknął  wraz  z  na  wpół  żywym 

mieszańcem.