background image

HARRY HARRISON

STALOWY SZCZUR WSTĘPUJE DO 

CYRKU

background image

Rozdział l

Jestem kompletnie wypluta - powiedziała Angelina. - Walę w tę klawiaturę, aż się rozgrzała do 
czerwoności.
- Ale to bardzo produktywne walenie, skarbie - odpowiedziałem, odrywając się od swej własnej 
klawiatury. Ziewnąłem szeroko i przeciągnąłem się, aż usłyszałem trzaski w stawach. - Mniej niż 
dwie godzinki, a dzięki temu małemu włamaniu do giełdowego systemu zarobiliśmy już ponad 
dwieście tysięcy kredytów. Mógłby ktoś powiedzieć, że to nielegalne... Może... Ale za to bardzo 
zyskowne.   Poza   tym   osobiście   wolę   na   to   patrzeć,   jak   na   usługi   oddawane   społeczeństwu   - 
zapewniamy obieg pieniądza w gospodarce, zmniejszamy tym samym bezrobocie...
- Nie teraz, Jim. Jestem na to zbyt zmęczona.
- Ale na pewno nie na to, co chcę ci teraz zaproponować. Potrzebujemy małej zmiany otoczenia. 
Co byś powiedziała na piknik w lesie Sharwood? Z szampanem...
- Cudowna myśl... Ale zakupy...
- Już zrobione. Cały sprzęt, łącznie z koszykiem, mam już w zamrażarce próżniowej. Wszystko - 
od kawioru aż po jajka roca. Musimy tylko zapakować te smakołyki do poduszkowca i dorzucić 
wyskokowe napoje. A potem możemy zaczynać zabawę.
Plan wykonaliśmy w stu procentach. Angelina wskoczyła w coś odpowiedniego na tą okazję, a ja 
tymczasem władowałem cały kram do naszego pojazdu, nucąc przy tym wesoło.
Pracowaliśmy ciężko i długo. Był już więc najwyższy czas, aby uciec od tego nużącego dnia i 
zmienić   otoczenie.   A   do   tego   celu   najlepiej   nadawał   się   najbliższy   lasek   -jedno   z   niewielu 
zielonych miejsc na tej boleśnie nudnej planecie - Usti nad Labam.
Prawie cały tutejszy krajobraz stanowiły ponure, jakby z piekła rodem, fabryki zarządzane przez 
komputerową sieć. Szczerze powiem, że oskubanie ich sprawiało mi dużą przyjemność. Użyłem 
dość zaawansowanej techniki hakerskiej, władowałem mały uzupełniający software do systemu 
operacyjnego pewnego ważnego brokera. Za pomocą tego programu mogłem dowolnie opóźniać 
przepływ informacji. Mając wiadomości wcześniej niż inni, mogłem kupować przed wzrostem cen, 
a potem sprzedawać, gdy ceny szczytowały. Bułka z masłem... Prawdę rzekłszy, wyświadczyłem 
tym   ludziom   przysługę,   bo   gdy  ta   moja   ”operacja”   w   końcu   wyjdzie   na   jaw,   plotki   i   wesołe 
śledztwo prowadzone przez policję pozwolą wszystkim choć przez moment skupić się na czymś 
innym niż kursy akcji i sektory pamięci komputerów. W pewnym sensie Angelina i ja byliśmy 
dobroczyńcami dostarczającymi porcji rozrywki, niezbędnej przyprawy tej ich nudnej egzystencji. 
Wcale nie za wygórowaną cenę. Ba, wręcz nieznaczną.
Angelina dołączyła wreszcie do mnie i mogliśmy wystartować. Statek wystrzelił w górę. Silnik 
zaryczał pełną mocą, zaświstało nam w uszach... Połączyliśmy z uczuciem swoje dłonie, porwani tą 
chwilą podniebnego pędu.
- Cudownie - westchnęła Angelina.
- Merda - warknąłem w odpowiedzi,  ponieważ na konsolce zamigotało światełko wykrywacza 
policji. Tuż przed nami zawisł w powietrzu wielki krążownik.
Pochyliłem się nad sterami, zdecydowany wydusić ze statku maksimum mocy.
- Proszę, nie - Angelina delikatnie oparła dłoń na moim ramieniu. - Nie psujmy tego dnia jakimś 
szaleńczym pościgiem. Nie moglibyśmy zatrzymać się i uśmiechnąć do nich? To znaczy ja się 
uśmiechnę, ty tylko zapłacisz mandat. Ja ich oczaruję, ty zapłacisz i będzie po wszystkim.
Może i Angelina miała rację. Rzeczywiście nie było sensu psuć naszej wyprawy, nim właściwie się 
zaczęła. Westchnąłem dramatycznie i z udawaną niechęcią cofnąłem się od sterów.
Prędkość statku spadła.
Krążownik policyjny skierował w naszą stroną dziobowe działka.
Potem wypadki potoczyły się w wariackim tempie.
Pociągnąłem drążek na siebie, wprowadzając statek w pionową pętlę. Policjanci chybili, ja nie - 
ogon   krążownika   odleciał   z   hukiem.   W   tym   samym   ułamku   sekundy   już   kładłem   statek   na 

background image

skrzydło, aby uniknąć koszących serii ich bocznego strzelca. Mijając krążownik, dostrzegłem, że 
nie ma żadnych okien; był pilotowany przez automatyczną załogę.
- Automatyczny glina - zaharczałem. - Nie musimy przynajmniej ratować rozbitków. Na złom z tą 
kupą żelastwa.
Nastąpiła   seria   całkiem   zwyczajnych   zdarzeń   w   rodzinie   di   Grizów   -   sus   w   górę,   a   potem 
gwałtowne nurkowanie z przeciążeniem co najmniej 5 G - wszystko po to, by wymknąć się całemu 
stadku   policyjnych   krążowników,   które   pojawiły   się   natychmiast   na   miejscu   zdarzenia... 
Podejrzanie za szybko. Następnie szybki obrót wokół własnej osi, gdy wchodziły mi już na ogon. 
Angelina, która tymczasem uaktywniła systemy ofensywne i defensywne, zestrzeliła co najmniej 
trzech drani. Nic dziwnego! Muszę wam wyznać, że nawet na najbardziej spokojnej planecie nie 
latam nigdy nieuzbrojony. Mój sielski poduszkowiec był znacznie mniej niewinny, niż mogło się to 
wydawać na pierwszy rzut oka.
A jednak ta gonitwa zaczynała przybierać paskudny obrót. Napastnicy mieli znaczną przewagę i 
liczebną, i kalibrową.
- I kończy nam się amunicja - dodała Angelina, jakby czytała w moich myślach.
- Zmieniamy lokal - wrzasnąłem, nurkując w stronę zielonego lasu na dole. - Łap graty i przygotuj 
się na twarde lądowanie.
Zakręciłem wariacko nad skalistym grzbietem i pomknąłem w dolinę. Po chwili skryły nas konary 
drzew.
Jeszcze się dobrze nie zatrzymaliśmy, a Angelina już wyrzucała ocalałą broń przez otwarte drzwi. 
Kiedy   wyskoczyła   w   ślad   za   sprzętem,   wcisnąłem   przycisk   zamykający   automatycznie   klapę 
wyjściową z dwusekundowym opóźnieniem. Dałem sobie trochę za mało czasu. Przy wyskoku 
zahaczyłem  butem o górną krawędź zatrzaskujących  się drzwiczek i mój  skok zamienił  się w 
nieoczekiwane przetoczenie się po krzakach. Zetknięcie z ziemią było tak gwałtownie i twarde, że 
na moment straciłem oddech.
- Mój ty bohaterze - powiedziała najlepsza z żon, gładząc mnie po policzku i składając całusa na 
czole. - Wynośmy się stąd!
Tak też zrobiliśmy. Złapaliśmy resztę sprzętu i - Angelina z wdziękiem, a ja utykając - zaszyliśmy 
się pomiędzy krzewami.
Za   naszymi   plecami   znów   rozgorzała   bitwa.   Nasz   wierny   poduszkowiec   odgryzał   się   zajadle 
napastnikom na tyle, na ile stać było jego pozytronową inteligencję. Ale zakończył swój żywot w 
potężnej eksplozji.
- Koniec szampana i kawioru - podsumowała Angelina głosem tak lodowatym, że aż mnie ciarki 
przeszły.
- No cóż, w tym roku nie dam datku na Bal Policjantów - skrzywiłem się w uśmiechu.
Angelina też roześmiała się i uścisnęła moją dłoń.
- Gnajmy - dodałem - zanim zorientują się, że walczyli z automatem.
- To bez sensu - moja żona pokręciła głową. - Tam jest sympatyczne wielkie drzewo. Jego pień 
osłoni nas nawet przed obserwacją w podczerwieni. Jeśli policjanci będą podejrzewać, że nie było 
nas na statku, pierwsze, co zrobią, to przeskanują teren.
-   Logika   bez   zarzutu   -   odparłem,   przeglądając   ocalały   dobytek.   Pistolety,   granaty.   Wszystkie 
niezbędne   do   życia   przedmioty.   -   A   gdyby   tak   dalej   pociągnąć   twoje   logiczne   rozważania... 
Dlaczego policja próbowała nas zestrzelić?
- Nie mam bladego pojęcia. Dla tutejszych władz, jesteśmy tylko turystami, którzy od czasu do 
czasu grają na giełdzie. Czasem przegrywając...
- Na ogół jednak wygrywając!
- Co tam masz? - zapytała, gdy wyciągnąłem zza pasa z amunicją srebrny pojemnik.
- Błyskawiczny Koktajl Wesołego Barmana. Kupiłem kilka podczas wyprzedaży. - Pociągnąłem za 
rączkę i do mojej dłoni wyskoczyły dwa kubeczki. Rozległo się syczenie i poczułem, że puszka 
robi się wyraźnie  zimniejsza, na ściankach pojawiła  się wilgoć. Wręczyłem  Angelinie  jeden z 

background image

kubeczków i napełniłem go pieniącym się płynem. Szare smugi na dnie pojemników pod wpływem 
zetknięcia się z cieczą natychmiast zamieniły się w kawałki owoców.
Drugą porcję nalałem sobie i skosztowaliśmy ostrożnie.
- Wcale niezłe - oblizałem wargi.
Myślami jednak byłem przy czymś znacznie poważniejszym
- Ci policjanci mieli nas zastrzelić, nie zaaresztować. Zdaje się, że o czymś nie wiemy?
- Najwyraźniej. Sądzę, że powinniśmy wynieść się z tego lasu i dowiedzieć się czegoś o tym 
tajemniczym ataku.
-  Chyba,   niestety,   nie  możemy  tak  po  prostu  zadzwonić  na  policję   i  spytać,   dlaczego   do  nas 
strzelali?
- Raczej nie. Dlatego pomyślałam o czymś subtelniejszym. Zadzwonimy do naszego synka Jamesa 
i   poprosimy,   by   usiadł   przy   komputerze   i   przeanalizował   trochę   danych.   W   końcu   pracuje   w 
biznesie informatycznym, więc powinien wiedzieć, jak zbierać informacje.
- Znakomita myśl. Poprosimy go też, aby przy okazji zabrał nas do domu. To w końcu kawałek 
drogi.
Skończyliśmy drinki i zarzuciłem na ramię moje żelastwo.
Nie słyszeliśmy już nad sobą silników, tylko kojące dalekie głosy ptaków i brzęczenie owadów. 
Ruszyliśmy   więc   pomiędzy   drzewami,   wciąż   jednak   ukrywając   się   pośród   niskich   krzewów. 
Oddalaliśmy   się   od   miejsca   naszego   spotkania   z   policją   nie   niepokojeni.   Wciąż   żadnych 
podejrzanych odgłosów. Uśmiechnąłem się... ale zaraz zmieniłem wyraz twarzy, gdy usłyszałem 
warkot silnika gdzieś z przodu.
- Może to leśniczy? - zasugerowałem nieśmiało.
- Chciałabym. Ktokolwiek to jest, zbliża się do nas. A jeśli znów nas szukają, zaczynam nabierać 
podejrzeń, że całe to zdarzenie jest czymś znacznie poważniejszym niż przypadkową strzelaniną w 
powietrzu.
-   Niestety,   muszę   się   z   tobą   zgodzić.   Nie   było   najmniejszej   nawet   próby   rozmowy,   od   razu 
grzmocili.
Jeszcze   nasłuchiwałem   z   ponurą   uwagą   odgłosów   silnika,   gdy   Angelina   już   odbezpieczała 
potężnych rozmiarów spluwę.
- Nie zamierzam im niczego ułatwiać.
Też nie miałem takiego zamiaru. Uzbrojony pojazd policyjny stracił gąsienicę, gdy tylko pojawił 
się pomiędzy drzewami. Ale chociaż musiał stanąć, wciąż walił do nas z działka. Podeszliśmy na 
tyle   blisko,   by   nie   mógł   ustawić   lufy   pod   niebezpiecznym   dla   nas   kątem.   Wskoczyłem   na 
wieżyczkę, uchyliłem górną pokrywą i wrzuciłem kilka kapsułek z gazem usypiającym. Po dłuższej 
chwili zaciekawiony zajrzałem do środka.
- Niezwykle interesujące - mruknąłem, gdy dołączyłem znów do Angeliny. - Nikogo nie ma w 
domu. To znaczy, że podobnie jak w przypadku ścigających nas krążowników pojazd prowadził 
zdalnie sterowany automat.
- Tylko przez kogo sterowany?
- Przez naszych nowych wrogów, kimkolwiek oni są.
Znów   usłyszeliśmy   szum   silników   ponad   drzewami.   Zanurkowaliśmy   między   krzaki   w 
przeciwnym kierunku, kryjąc się głębiej w las. Co zresztą wcale nie poprawiło naszej sytuacji - z 
przodu też słyszeliśmy odgłosy zbliżających się po ziemi maszyn.
- Wiedzą, gdzie jesteśmy, i mają pojazdy. Nie ma sensu męczyć się ucieczką. Bronimy się tutaj i 
zabieramy ze sobą tyle tych gruchotów, ile zdołamy.

- A ja słyszałam coś o prawach robotyki, coś o niemożności zranienia czy też zabicia człowieka.
- Zdaje się, że zostały czasowo zawieszone albo były literacką fikcją. Ładuj, nadchodzą!
Może czułbym się trochę nieswojo, zabijając prawdziwego policjanta, ale rozwalanie na kawałki 
policyjnych  robotów  naprawdę sprawiało  mi  frajdę. Ta  bitwa jednak nie  była  do wygrania.  Z 

background image

każdej   strony   zbliżały   się   do   nas   maszyny.   Zapasy   naszej   amunicji   kurczyły   się,   a   liczba 
automatycznych policjantów wciąż się zwiększała.
- Ostatni granat - powiedziała Angelina, wysadzając w powietrze wóz opancerzony.
- Ostatni pocisk - odparłem, rozwalając robota. - Miło było cię znać.
- Nonsens, Jim. Ty się nigdy nie poddajesz. Nigdy się nie poddawałeś i nigdy się nie poddasz.
- Ty to wiesz, ale oni tego nie wiedzą - wyszedłem na polankę, machając trzymaną w dłoni białą 
chusteczką do nosa. Uniosłem ręce w górę i stanąłem przed kręgiem policyjnych robotów.
- Pokój, pax, poddajemy się. OK...?
-   Nie   OK...?   -   odparł   opancerzony   robot.   Miał   na   ramionach   dystynkcje   sierżanta.   W   jego 
metalicznym głosie usłyszałem drwiący ton.
Uniósł   lśniący   miotacz   ognia.   Odbiłem   strzał   wiązką   energii   z   broni   ukrytej   w   wewnętrznej 
kieszeni spodni.
Czy to miał być koniec? Czy nasze ciała użyźnią glebę nudnej planety leżącej gdzieś na zadupiu 
galaktyki?
Maszyny i roboty otoczyły nas i ruszyły zdecydowanie do ostatniego ataku. Angelina stała przy 
mnie   ramię   przy   ramieniu.   Rozważyłem   szansę   ostatniego   wariackiego   kontrataku,   licząc,   że 
zwiążę walką napastników i dam jej chociaż minimalną szansę ucieczki. Napiąłem mięśnie, gotów 
do tego samobójczego skoku, gdy nagle... spomiędzy drzew rozległ się głos.
- Naprawdę jesteście bardzo dobrzy.
Elegancki   mężczyzna,   który   wyszedł   na   polanę,   powiedział   ten   komplement   łaskawym 
wielkopańskim tonem. Był w stroju wieczorowym, jego czarny płaszcz spinała diamentowa brosza. 
Niedbale wymachiwał ozdobioną diamentami trzcinką. I chyba ta trzcinka przeważyła - usłyszałem 
prymitywny ryk uwalniający się jakby poza moją wolą z głębi krtani i wystrzeliłem wprost w 
eleganta naprawdę już ostatni nabój.
Ładunek   eksplodował   pięknym   płomieniem   z   towarzyszącą   temu   odpowiednią   oprawą 
dźwiękową... Tyle że tuż przed celem został zatrzymany energetycznym ekranem emitowanym z 
laseczki, którą tak beztrosko machał przybysz.
- Spokojnie, spokojnie - nieznajomy ziewnął szeroko, zakrywając usta grzbietem dłoni. Machnął 
laseczką jeszcze raz i prześladujące nas żelastwo wycofało się bezszelestnie w głąb lasu, znikając 
nam z oczu.
- Nie jesteś policjantem - stwierdziła Angelina. - Wszystkim, tylko nie policjantem, pani di Griz. 
To   właśnie   moi   podwładni   państwa   ujęli.   Moi   pracownicy,   mógłbym   powiedzieć.   W   bardzo 
zmniejszonej obecnie liczbie, muszę przyznać.
- Życie jest ciężkie - westchnąłem. - Zwróć się do swej kompanii ubezpieczeniowej. Ale pamiętaj - 
ty zacząłeś.
- A owszem i jestem w dodatku bardzo zadowolony z rezultatu. Słyszałem z wielu źródeł, że jesteś 
najlepszym  facetem,  a  pani oczywiście  najlepszą  damą  - w  swej  profesji.  Nie do końca w  to 
wierzyłem.   Ale   teraz   wierzę.   To   było   bardzo   imponujące.   Na   tyle   imponujące,   że   zamierzam 
zaproponować wam mały zaciąg.
- Nie jestem do wynajęcia. Ale z kim mam nieprzyjemność?
- Och, myślę, że jesteś do wynajęcia. Pozwól, że się przedstawię. Imperetrix von Kaiser-Czarski. 
Ale możecie nazywać mnie Kaizi.
- Do zobaczenia zatem, Kaizi - mruknąłem z sarkazmem, biorąc Angelinę za rękę i odwracając się.
- Milion kredytów za każdy dzień. Plus koszty.
- Dwa miliony - odparłem, odwracając się natychmiast z powrotem. Cały mój sarkazm szybko 
wyparował.
- Zgoda. Ale najpierw podpiszemy to.
Z wnętrza laski wysunął się kontrakt sporządzony na pozłacanym pergaminie. Wręczył mi pismo 
bez słowa. Angelina pochyliła się nad moim ramieniem. Oboje przeczytaliśmy tekst umowy.

background image

- Jakieś problemy? - spytał Kaizi.
- Żadnych - odparłem. - My zaciągamy się na służbę za określoną opłatę, która będzie regularnie 
każdego dnia wpływać na moje konto. Fajnie. Ale co właściwie mielibyśmy zrobić?
Kaizi westchnął i ponownie dotknął trzcinki, która pod tym dotknięciem zmieniła się w wygodny 
fotel, w którym nie omieszkał się rozsiąść.
-  Na początek  musicie   pojąć  dokładnie,   kim  ja  właściwie  jestem.   Nigdy zapewne   o mnie  nie 
słyszeliście, bardzo się zresztą staram nie być zbyt znany. Choćby po to, aby nie chodziły za mną 
tłumy   ludzi   pożądających   moich   pieniędzy.   Bo   ja   jestem,   mówiąc   krótko,   najbogatszym 
człowiekiem   w   galaktyce   -   uśmiechnął   się   mimowolnie,   wypowiadając   te   słowa.   Zapewne 
pomyślał o tych wszystkich bogactwach, jakie posiada. - Jestem też prawdopodobnie najstarszym 
człowiekiem.   Kiedy   ostatni   raz   starałem   się   policzyć   swój   wiek,   wychodziło   mi   coś   koło 
czterdziestu tysięcy lat... Mogę się mylić o jakiś tysiąc czy dwa. Mam nadzieję, że rozumiecie, że 
po tylu latach pamięć zaczyna nieco płatać figle. Byłem naukowcem... Tak mi się przynajmniej 
zdaje...   A   może   wynająłem   usługi   jakiegoś   naukowca...   Tak   czy   siak,   udało   mi   się   wejść   w 
posiadanie   eliksiru   młodości.   Tego   jestem   pewien.   I   zatrzymałem   go   oczywiście   dla   siebie. 
Znacznie go też ulepszyłem. No, ile byście mi dali lat?
Uniósł głowę i odwrócił się wprost ku nam. Żadnych zmarszczek, żadnych podkrążonych oczu, ani 
jednego siwego włosa...
- Najwyżej czterdzieści - powiedziała Angelina.
- Stuleci? - Lat.
- Jest pani bardzo uprzejma. Tak więc tysiąclecia sobie mijały, a ja gromadziłem coraz więcej 
pieniędzy   i   nieruchomości.   Mógłbym   z   łatwością   dojść   do   podobnej   fortuny,   tak   po   prostu 
inwestując bezpiecznie pieniądze i czekając na działanie składanej stopy procentowej, ale to by 
było nudne, a nuda jest tym, co zagraża mi najbardziej. Emocje zawsze pozwalały mi lepiej znosić 
brzemię czasu. Tak więc w miarę jak obrastałem w majątek, kupowałem całe systemy słoneczne, 
których jestem teraz szczęśliwym właścicielem. Aby nieco urozmaicić moje portfolio, jestem w 
trakcie realizacji transakcji kupna całej galaktyki spiralnej, nigdy nie wiadomo, co się może kiedyś 
przydać. Zakupiłem też ostatnio kilka czarnych dziur. Chociaż chyba się ich pozbędę. Są nudne. 
Jeśli zobaczysz jedną czarną dziurę, to tak jakbyś zobaczył wszystkie.
Wyjął chustkę z kieszeni na piersiach i delikatnie musnął wargi. Jedna z molekuł utraciła atom - 
pomyślałem z drwiną. Widziałem spojrzenie Angeliny i wiedziałem, że pomyślała coś podobnego.
- Teraz jednak stoję przed pewnym bolesnym problemem, który musi być rozwiązany i to właśnie 
wy mi w tym pomożecie.
- Trzy miliony za dzień - powiedziałem szybko, pozbywając się już zupełnie podejrzeń.
- Zgoda - ziewnął. - Mój problem polega na tym, że jestem systematycznie okradany. Ktoś, lub 
grupa ktosiów, dobiera się do moich kont. W całej galaktyce. I czyści je do zera. A jeśli jestem 
właścicielem   banku,   na   przykład   tak   było   z   Pierwszym   Międzygwiezdnym   Bankiem   Wdów   i 
Sierot, wtedy obrabowywany jest cały bank. A to źle wpływa na wizerunek mojej firmy u klientów. 
Milionów klientów z bilionami kredytów w kieszeni. Jak się domyślacie, jest to nieco kłopotliwe 
dla faceta z moją pozycją. Więc pan, drogi panie di Griz, wytęży swoje legendarne zdolności, aby 
powstrzymać tych złodziei i dowiedzieć się, kto za nimi stoi.
Kiedy otwierałem już usta, by coś powiedzieć, uniósł z westchnieniem swą trzcinkę.
- Tak, wiem. Nie musisz nic mówić. Cztery miliony za dzień - w porządku. I skończmy na tym. 
Interesy mnie nudzą.
-   Będziesz   musiał   dostarczyć   mi   kompletnych   danych   na   temat   poprzednich   kradzieży   - 
powiedziałem. - I listę banków, w których masz konta i które są twoją własnością.
- To już się stało. Znajdziecie wszystkie te dane w pamięci swego komputera.
- Jesteś bardzo pewny siebie.
- Jestem.
- I szybko działasz.

background image

- Muszę. A za pieniądze, jakie ci płacę, ty też się postaraj. Chcę wyników na wczoraj. Ostatecznie 
zgodzę  się  dostać   je  natychmiast.  Podwieźć   was  gdzieś,   abyście  od  razu   mogli   zabrać   się  do 
roboty?
-   Chyba   powinieneś   -   powiedziała   chłodno   Angelina.   -   Po   tym,   co   zrobiłeś   z   naszym 
poduszkowcem. I koszykiem piknikowym.
- Równowartość waszego pojazdu została już wpłacona na wasze ściśle tajne, nieznane nikomu 
konto w Banku di Napoli. A w ramach rekompensaty za szkody moralne zapraszam was na kolację 
do Earthlight Room. Powiecie właścicielce, by obciążyła konto Kaiziego, a zjecie, jak nigdy dotąd 
w życiu nie jedliście.
Czarny poduszkowy rolls opuścił się tuż przed nami. Drzwi otworzyły się bezszelestnie.
- Pani przodem, pani di Griz. Albo jeśli mogę sobie pozwolić, Angelino...
- Ty draniu - odparła moja ukochana, z wdziękiem wchodząc na stopnie. - Za tę forsę, jaką płacisz 
mojemu staremu, możesz mnie nazywać, jak sobie chcesz... 

Rozdział 2

Kaizi dotrzymał słowa. Obiecana forsa wpłynęła na moje konto w Banco di Napoli. Inna sprawa, że 
do tej pory byłem pewien, iż nikt nie ma pojęcia o istnieniu tego konta. Kaizi wiedział więc co 
nieco o systemie bankowym i należało o tym pamiętać. Zakonotowałem sobie, że w wolnej chwili 
będę   musiał   poszukać   bezpieczniejszego   schowka   na   forsę,   teraz   gdy   Kaizi   wie   o   obecnym. 
Należało też pomyśleć  nad nieco bezpieczniejszym  sposobem transferowania pieniędzy.  Byłem 
pewien, że jeśli Kaizi wie, jak dokonać wpłaty na moje konto, wie też dokładnie, jak je wyczyścić. 
Kiedy włączyłem komputer, aż się wzdrygnąłem - w pamięci upchnięto tyle informacji o bankach i 
kontach Kaiziego, że te niezliczone bity i pliki aż piszczały w ścisku. I to wszystko przesuwało się 
bez końca po ekranie mojego komputera.
- Zdaje się, że będziemy musieli znacznie rozszerzyć pamięć - mruknęła Angelina, zaglądając mi 
przez ramię na ekran.
- Zdaje się, że będziemy w ogóle potrzebowali  lepszego komputera.  To jest dopiero fragment 
danych,   na   jakich   będziemy   pracować.   Zaraz,   zaraz,   czy   to   nie   nasz   kochany   synek   James 
opowiadał o superkomputerach, które projektuje. Słuchałem go wtedy jednym uchem.
- Dziwię się, że w ogóle to pamiętasz, bo jak dla mnie to wtedy po prostu spałeś.
- Och, to była wina tego wspaniałego jedzenia i picia...
-   Nie   sądzę.   Mamrotałeś   coś   o   dziwacznych   pomysłach,   których   nie   może   przetrawić   głowa 
normalnego człowieka.
- Przepraszam gorąco i spalam się ze wstydu. Ale masz właściwie rację. Sam zresztą pamiętam 
fazę entuzjazmu techniką komputerową, którą przechodziłem we wczesnej młodości... Inna sprawa, 
że to już dość dawno odeszło w dal. Teraz  jedyne,  co chcę wiedzieć  o komputerze,  to gdzie 
znajduje się przycisk, który go uruchamia.
- James poradzi sobie z naszymi problemami technicznymi - Angelina powiedziała to z całkowitą 
pewnością w głosie, na jaką stać tylko matkę mówiącą o zdolnościach swego dziecka.
Ale rzeczywiście miała rację. Tylko ciężki trud Jamesa i jego bliźniaczego brata Bolivara ocaliły 
nas przed kompletną katastrofą podczas ostatnich przygód w galaktyce równoległej. Angelina o 
mało co nie trafiła do Raju, no jeśli chodzi o mnie, to w grę wchodziło tylko Piekło. W każdym 
razie zajęło nam trochę czasu rozplatanie tego węzła czasowo-przestrzennego i rozprawienie się z 
wielokrotną kopią faceta, który powodował kłopoty równocześnie w wielu miejscach naraz. Inna 
sprawa, że w odróżnieniu od wielu naszych starć ze Złymi tego świata, ta przygoda ostatecznie 
skończyła   się   niezwykle   pomyślnie.   A   dokładniej   skończyła   się   podwójnym   szczęśliwym 
małżeństwem.   Obaj   bliźniacy   zakochali   się   w   tej   samej   kobiecie   -   Sybili,   czołowej   agentce 
Korpusu   Specjalnego.   A   ta,   równie   inteligentna,   jak   i   piękna,   potrafiła   pokierować   sprawą   w 

background image

sposób,   który   zmienił   potencjalną   groźną   rywalizację   w   nierozerwalne   więzy   małżeńskie. 
Podwójne zresztą, jako już rzekłem.
Jednym z bardziej interesujących  efektów ubocznych maszyny teleportacyjnej profesora Coypu 
było  dublowanie w  jednym  z jej  portali.  Co znaczyło,  że jeśli ktoś  przezeń  przeszedł,  wracał 
podwojony. To znaczy, obie te osoby były takie same - nie, były jedną i tą samą osobą. Może to 
trochę trudne do zrozumienia, ale niezwykle przydatne w sytuacji, gdy dwóch mężczyzn kocha 
jedną kobietę, a ona z kolei kocha ich obydwu. Tak więc Sybila zupełnie świadomie przeszła przez 
portal, a powróciły już Sybila i Sybilla. Rzucały zresztą monetą, która z nich dostanie to dodatkowe 
”l”. Potem czekały nas już tylko dwa huczne wesela. I tak Sybila została szczęśliwą żoną Jamesa, 
Sybilla zaś z radością poślubiła Bolivara. Łatwe rozwiązanie raczej trudnego problemu.
-   Musimy   pogadać   z   Jamesem   -   powiedziała   Angelina.   -   i   poprosić   go   o   załatwienie   tej 
komputerowej sprawy.
- Musimy, to fakt - zgodziłem się i sięgnąłem po telefon. W końcu to nie ślepy traf przywiódł nas 
na tę nudną planetę.
Kiedy James przekonał się, że Sybila podziela jego pasję do nano-technologii, przeprowadzili się 
właśnie   tutaj,   aby   skorzystać   z   tutejszych   osiągnięć   technologicznych.   Od   czasu   do   czasu 
otrzymywaliśmy   informację   o   postępach   ich   badań.   Wszystko   zdawało   się   być   na   najlepszej 
drodze, bo po początkowych wydatkach zaczęli naprawdę robić kasę. Więc też wydało nam się 
całkiem   naturalne,   obrać   Usti   nad   Labam   na   tymczasowe   miejsce   także   naszych   operacji 
finansowych.
- To jest dość logiczne - stwierdziła wtedy Angelina. - Zaczniemy naszą nową działalność, a przy 
okazji odwiedzimy nowożeńców. Zdaje się, że są tam w obiegu całkiem spore fundusze.
- Jest też i coś więcej - marudziłem, przeglądając broszurę wydaną przez biuro turystyczne. - To 
zdaje się śmiertelnie nudna planeta, tak czytając pomiędzy wierszami. Wiesz, że tam jest zakaz 
hazardu nawet w centrach turystycznych? Nie ma wprawdzie tu nic o prohibicji, ale jestem pewien, 
że już o niej myślą...
- Jimie di Griz, zaczynasz truć jak stary dziad. Jedziemy po prostu odwiedzić syna i synową. I 
zarobimy kupę szmalu. A jeśli będzie tam tak nudno, jak myślisz, to zaraz potem wyniesiemy się, 
by przepuścić tę forsę na jakiejś znacznie przyjemniejszej planecie.
No i wyjechaliśmy. Na Usti nad Labam nie było zresztą aż tak źle, jak myślałem. Fakt, że hazard 
był nielegalny, ale to oznaczało tylko tyle, że w ukryciu grało się o znacznie wyższe stawki i z 
prawdziwymi graczami. A ja byłem całkiem niezłym iluzjonistą, jeśli chodzi o sztuczki z kartami. 
W końcu uczyłem się tego od wczesnego dzieciństwa. I manipulacje karciętami wychodziły mi 
równie dobrze na scenie, jak i przy pokerze, choć może nie były wtedy tak widowiskowe. Kiedy 
więc znudziły mnie operacje giełdowe, lubiłem sobie trochę pograć i zawsze byłem przy tym na 
plusie.
Angelina z kolei uwielbiała odwiedziny u Jamesa i jego żony. No, ja prawdę rzekłszy, też. To 
zawsze była doskonała okazja do hucznej imprezy w najlepszych restauracjach. Jakkolwiek jednak 
nie było tu tragicznie, niemniej wiele w tym świecie pozostawało jeszcze dalekie od doskonałości.
Ta planeta musiała powstać przy wybuchu supernowej, ponieważ była wyposażona w niezwykle 
bogate złoża ciężkich metali, co przydawało się do komputerowej technologii, nie mówiąc już o 
wielkich pokładach najczystszego krzemu, wykorzystywanego do produkcji samych procesorów. 
Toteż producenci komputerów ciągnęli tłumnie do tego Krzemowego Wąwozu. A za nimi tłoczyli 
się programiści i wszyscy pozostali, którzy żyli z przemysłu komputerowego.
Wpadliśmy więc tu zatem na krótką wizytę. Zostaliśmy jednak dłużej. Dostrzegliśmy bowiem, że 
tutejsza fatalnie zorganizowana giełda jest prawdziwą dojną krową. Może nawet siedzieliśmy tu 
zbyt długo? Przybycie Kaiziego niewątpliwie poprawiło nam humory - niosło ze sobą obietnicę 
rychłego opuszczenia tego mimo wszystko nie najatrakcyjniejszego świata.
- Zadzwonię do Jamesa i Sybili - stwierdziła Angelina i podała numer naszemu telefonowi.

background image

- Już łączę - odpowiedziała posłusznie maszyna. A ponieważ sprawnie wykonywała swoje zadania, 
prawie natychmiast usłyszeliśmy głos po drugiej stronie linii.
- Nanotechtrics, w czym mogę pomóc? - zapytał usłużny głos generowany przez komputer.
- Chcę mówić z szefem - powiedziałem krótko.
- Kogo mam jej zapowiedzieć?
-   Dobra   dziewczyna   -   mruknęła   Angelina,   zawsze   entuzjastycznie   nastawione   do 
równouprawnienia płci.
- Nie jej, jemu... Jamesowi... Mówi ojciec...
- Grrrk - odpowiedział mi komputer, ponieważ właśnie go wyłączono. - Miło mi cię słyszeć, tato. 
To już jakiś czas.
-   Za   długi.   Wciąż   harówka   i  zero   wypoczynku.   Ale   jednak   najpierw   o   interesach.   Potrzebuję 
superkomputera do pewnych poszukiwań... Tylko nie takiego wielkości domu i o okablowaniu 
średnicy ramienia.
- Mogę ci zaproponować nasz nanotechtric-68X. Zaraz u ciebie będę.
- Wielkie dzięki - odpowiedziałem i rozłączyłem się.
W tym samym niemalże momencie odezwał się sygnał przy drzwiach.
- Ja otworzę - powiedziała Angelina. - James, jak miło cię widzieć, wejdź proszę - usłyszałem 
znów jej głos.
No cóż, jak mój syn mówi zaraz, to naprawdę znaczy zaraz.
- Kiedy zadzwoniłeś, siedziałem w śmigłowcu i miałem ze sobą 68X. No i od was byłem tylko o 
nieduży skok.
Przyniósł   ze   sobą   podniszczoną   skórzaną   walizkę.   Kiedy   zaczął   się   witać   i   obcałowywać   na 
powitanie, postawił ją na podłodze. Zerkałem na walizkę podejrzliwie.
- Planujesz jakąś podróż? - zapytałem.
- To właśnie najnowszy nasz pomysł - 68X.
Umieścił walizkę na stole i nacisnął zatrzaski. W górę wysunął się ekran, a w bok klawiatura. 
Przyglądałem się temu z powątpiewaniem. James roześmiał się.
- To jest dopiero pierwszy pracujący prototyp. Tak go zaprojektowano, żeby pasował do tej starej 
walizki. O odjazdowych kształtach i barwach zdążymy jeszcze pomyśleć. Ale za to w pracy nic nie 
przebije 68X  - pogłaskał  maszynę  z uczuciem.  - Wykonuje niewiarygodną  ilość równoległych 
operacji i ściąga dane wprost z infostrad, a to czyni jego szybkość obliczeniową wprost niemożliwą 
do wyobrażenia. Mówię tu o rzędzie kilku teraflopów.
Zamrugałem nerwowo powiekami, nic nie rozumiejąc z tego bełkotu.
- Teraflopów? - powtórzyłem niepewnie.
- Jeden teraflop to trylion kalkulacji zmiennych na sekundę. Sam widzisz, że nasz noworodek ma 
naprawdę wielką głowę. Pomaga mu oczywiście to, że jego pamięć jest nanobazowa. Właśnie my 
wynaleźliśmy i opatentowaliśmy technikę molekularnej nanopamięci, w której dane są zapisywane 
w rzędach ruchomych molekuł. Zaraz pokażę ci, jak działa ten system. Masz tu jakąś bazę danych, 
którą mógłbym skopiować?
- Aż za dużą jak dla mnie. Poszukaj w katalogu Kaizi.
Nucąc pod nosem, James połączył oba komputery i wcisnął przycisk. Rozległ się cichy trzask i 
poczułem, jak jeżą mi się włosy na karku. James spojrzał na ekran i uśmiechnął się.
- Gotowe - zakomunikował. - Dane zajęły mniej niż jedną setną procentu pamięci komputera. A 
teraz, co z nimi trzeba zrobić?
Opowiedziałem mu o naszym niedawnym spotkaniu w lesie i o problemach Kaiziego. Skinął ze 
zrozumieniem   głową.   Jego   palce   sprawnie   biegały   po   klawiaturze.   Uśmiechnął   się,   gdy 
wspomniałem o dziennej stawce, i z niedowierzaniem pokręcił głową, kiedy powiedziałem mu, jak 
łatwo nowy pracodawca znalazł moje tajne konto.
- Z tym też będzie trzeba coś zrobić. Znajdziemy jakąś lepiej strzeżoną kryjówkę na twoje ciężko 
zapracowane pieniądze.

background image

Przechylił się do tyłu na krześle i splótł z trzaskiem palce, podczas gdy ekran migotał i mrugał bez 
ustanku.
-   Uruchomiłem   program   poszukiwawczy,   a   raczej   wiele   równoległych   programów   w   sieci 
neuronowej. Ale do licha, naprawdę mamy kupę materiału do przejrzenia. Na razie włączyłem nas 
w sieć międzygwiezdną. Właśnie rejestrujemy każdy szczegół, który wydarzył się w każdym z 
miast   w   momencie   kradzieży.   Każde   najmniejsze   nawet   zdarzenie   przed,   w   trakcie   i   przed 
obrabowaniem konta. Potem nałożymy na siebie wszystkie te dane. Powiedzmy, że dowiemy się, iż 
pewien statek opuszczał za każdym razem miasto w dzień po kradzieży...
- I już ich mamy! Znajdziemy ten statek i mamy złodziei!
- No, tak naprawdę to nie będzie aż takie łatwe. To był tylko taki najprostszy przykład. Myślę, że w 
rzeczywistości ślad będzie dużo trudniejszy do znalezienia. Ale najpierw zbierzmy wszystkie dane, 
dopiero potem weźmiemy się za analizę. Pozostawię na razie program na biegu, bo to zajmie trochę 
czasu, a tymczasem moglibyśmy oblać twoją nową robotę, no i pierwszy prawdziwy test mojego 
68X.
Jeszcze nie skończył mówić, gdy Angelina pojawiła się z butelką i szkłem. Wznieśliśmy toast. W 
chwilę później przybyła Sybila, co uczyniło imprezę bardziej radosną. James mimo popijania nie 
zapominał jednak o pracy.
- Tato - spytał. - Co ty właściwie wiesz o bankach?
- Że są w nich pieniądze! - odpowiedziałem radośnie.
-   Mam   na   myśli   coś   innego.   Co   wiesz   o   obligacjach   ze   zmiennym   oprocentowaniem, 
krótkoterminowych inwestycjach, bonach skarbowych, bankowych certyfikatach depozytowych?
- Szczęśliwie nic. Liczy się tylko forsa w garści.
-   Zgoda.   Ale   odkąd   prowadzimy   swój   własny   interes,   zanurzyłem   nieco   stopy  w   złotej   rzece 
finansów i znalazłem parę bardziej dochodowych rzeczy. Jednak wciąż jestem tylko amatorem. 
Będziemy potrzebować jakiegoś eksperta z głęboką znajomością systemu finansowego, jeśli mamy 
mieć choćby najmniejsze szansę na wykrycie naszych złodziei.
- Myślę, że Bolivar byłby tu najodpowiedniejszą osobą - podpowiedziała Sybila. Przysłuchiwał się 
naszej wymianie zdań, podczas gdy Angelina poszła uzupełnić wyschłe źródełko alkoholu.
Uniosłem brwi.
- Ale on jest pomiędzy gwiazdami - przypomniałem. - Wciąż kusi go jego ukochana geologia 
księżycowa. A Sybilla, jak rozumiem, też dzieli z nim pasję do życia tam w przestrzeni.
-   Dzieli,   ale   jednak   na   dłuższą   metę...   Wiesz   przecież,   że   pozostawałyśmy   kiedyś   w   bliskim 
kontakcie i wciąż mogę wyczuwać jej myśli, bo są one bardzo podobne do moich. Nie powiedziała 
tego nigdy w wielu słowach, ale życie gdzieś w przestrzeni nie daje wiele możliwości dbania o 
fryzurę, że nie wspomnę już o niedostatkach higienicznych... Dyskutowaliśmy więc czasem nad 
pewnymi   pomysłami,  które   mogłyby  wymusić   krótki  odpoczynek  od  radosnego  dryfowania   w 
próżni. Oczywiście Sybilla, podobnie jak ja, interesuje się archeologią, historią sztuki i całkiem 
poważnie również bankowością. W wolnym czasie po służbie w Korpusie kusiła mnie czasem taka 
zabawa - trochę inwestycji, kupno paru udziałów, wyprzedaż kilku aktywów. Tak dla zabawy, 
oczywiście. Ale moje konto bankowe zawsze było w dobrym stanie.
A   teraz   zupełnie   nieoczekiwanie   zbiega   się   to   także   z   twoimi   nowymi   zainteresowaniami 
bankowymi.
- Zawsze miałem te zainteresowania - przypomniałem synowej.
Roześmiała się.
-   No,   nieco   inne   jednak.   Przyznaj,   że   gdyby   niektórzy   nie   tworzyli   depozytów,   nie   mógłbyś 
zajmować się swoją ulubioną działalnością bankową.
- Celne trafienie - przyznałem.
- Może to nawet przypadek, a może po prostu cień przyszłości, ale kiedy ostatnio rozmawiałam z 
Sybillą, wspominała, że trochę tęskni do krótkiej gry na giełdzie. A muszę powiedzieć, że czasem 
taka spekulacja giełdowa rodzi emocje nie mniejsze niż podróże międzygwiezdne. Choćby tylko 

background image

chwilami. Jestem pewna, że Bolivarowi też by się to spodobało, gdyby spróbował. A Sybilla na 
pewno wspomoże go swoją fachową wiedzą.
- Tylko czy on będzie zadowolony z tej zmiany? - zapytałem z powątpiewaniem.
- Na pewno będzie - odpowiedziały jednocześnie Sybila i Angelina, a ponieważ byłem pewien, że 
Sybilla też się z nimi zgodzi, więc oczywiście Bolivar będzie zadowolony. Przy tym stanie - trzy do 
jednego - nie było nawet szansy, by mógł być niezadowolony.
-   Ja   to   załatwię   -   mówiła   dalej   Sybila.   -   Jest   taki   oddział   banku   Cuerpo   Especial   na   bardzo 
przyjemnej planecie, zwanej Elysium. Mało kto wie, że ten bank jest kontrolowany i prowadzony 
w całości przez Korpus Specjalny. Jeśli się zgodzicie, wszyscy możemy strząsnąć z siebie ten pył 
Usti nad Labam i wyjechać właśnie tam. To byłby prawdziwy zjazd rodzinny. Kontynuowalibyśmy 
poszukiwania w sieci, a ja pomogłabym Bolivarowi i Sybilli rozpocząć ich nową karierę.
-   Biedak   -   mruknął   James   i   uniósł   szklankę,   udając,   że   nie   widzi   skierowanego   na   siebie 
morderczego spojrzenia.
Kiedy połączyliśmy się przez wideofon z Sybillą i Bolivarem, nasz syn faktycznie przybierał coraz 
bardziej   ponury   wyraz   twarzy,   słysząc   o   swym   przeznaczeniu.   Próbował   jeszcze   wić   się   na 
haczyku.
-   Jestem   teraz   krok   od   przełomu   w   badaniach   nad   tektoniką   grawimetryczną   i   interakcjami 
fotonowymi.
- Fascynujące - odparła Angelina. - Musisz nam koniecznie o tym opowiedzieć, gdy spotkamy się 
wszyscy na Elysium.
- To nie będzie trwało za długo, a wszystko, co powinieneś wiedzieć o bankach, pojmiesz w kilka 
tygodni - Sybilla próbowała najwyraźniej pocieszyć męża. - Pamiętaj, że bank to miejsce, gdzie są 
pieniądze.
-   Fakt   -   powiedział,   rozjaśniwszy   się   nieco.   -   Będę   potrzebował   jeszcze   sporo   grosza,   by 
sfinansować dalsze badania - teraz już szeroko się uśmiechał. - Trochę minęło czasu od ostatniego 
spotkania. Będzie mnóstwo radości.
- I niehydrowane jedzenie - dodała z entuzjazmem Sybilla. - Wyprawimy bal...
I tak skończył się pierwszy dzień mojej uczciwej pracy. Kiedy obudziłem się nazajutrz, odkryłem, 
że moja Angelina jest już od dawna na nogach. Podróż została zaplanowana, bilety zarezerwowane, 
torby spakowane, komputer załadowany, a pojazd stał przy drzwiach. Upewniłem się tylko, czy 
wpłynęła dzienna zapłata od Kaiziego. I już byliśmy w drodze...
Muszę przyznać, że następne dni okazały się niezwykle miłe. Sybila i Sybilla były tak szczęśliwe z 
powodu swego ponownego połączenia, że niemal wygrzewaliśmy się w cieple ich wzajemnych 
uczuć. Bolivarowi naprawdę spodobała się praca w banku. Został asystentem dyrektora i odnosił 
same   sukcesy,   zdobywając   jednocześnie   nową   wiedzę,   która   miała   posłużyć   naszej   wspólnej 
sprawie.   Elysium   zaś   rzeczywiście   było   miłą   planetą   i   spędzaliśmy   tam   cudowne   chwile.   Na 
równiku,   gdzie   mieścił   się   bank,   panował   wspaniały   klimat,   do   którego   w   mig   się 
przyzwyczailiśmy. Podziwialiśmy niezliczone małe wysepki otoczone ciepłym morzem, w którym 
nurkowałem   całymi   godzinami,   przemykając   się   pomiędzy   różnorodnymi   formami   morskiego 
życia. Nabierałem przy tym ponownie, nieco zaniedbanej ostatnimi czasy, masy mięśniowej.
Inna   sprawa,   że   uczciwie   też   pracowałem   na   swoją   codzienną   wypłatę,   to   znaczy   codziennie 
regularnie sprawdzałem, czy wpłynęła na moje konto... no i głaskałem komputer, który mruczał i 
migał  bez ustanku, wypluwając  z siebie  nowe dane. Całe poszukiwania  i obliczenia  zostałyby 
zakończone znacznie szybciej, gdyby nie trudności ze ściągnięciem danych z odległych planet.
- Nie przejmuj się tym - pocieszał mnie James. - We wszystkich tych miastach już zainstalowałem 
programy poszukujące. Ciesz się chwilą. Powiadomię cię, jak tylko zadzwoni dzwonek.
Dwa razy nie musiał mi tego powtarzać. Nurkowanie było wprawdzie cudowne, ale jeszcze więcej 
radości oferował dziki kontynent położony wokół pomocnego bieguna planety. Wysokie, strome 
góry i bezkresne śnieżne pola. Raj dla narciarzy. Teraz naprawdę czułem, że każdy z moich mięśni 
powrócił do pełni życia. Cieszyliśmy się z Angeliną każdym dniem tych długich wakacji. A jednak 

background image

wciąż najwięcej radości sprawiało mi każdego ranka sprawdzanie stanu konta bankowego. A ono 
rosło w tempie czterech milionów na dzień. Bolivar prawie natychmiast organizował transfer tych 
pieniędzy,   teoretycznie   niemożliwą   do  wytropienia   drogą,  do  jakiegoś   odległego  bezpiecznego 
banku.
Ale w końcu każde wakacje muszą się skończyć. Odstawiliśmy więc nasze narty i złapaliśmy się na 
pierwszy lot, gdy tylko Bolivar przesłał nam informację, że poszukiwania dobiegają końca i mamy 
już niemal wszystkie potrzebne dane. O poranku zebraliśmy się całą rodziną przy śniadaniu.
- To jest właśnie praca, jaką lubię - usadowiłem się wygodnie po posiłku i zapaliłem z rozkoszą 
cygaro. Właśnie rozżarzył się jego koniec i ujrzałem przed sobą miły obłoczek białego dymu, gdy 
rozległ się sygnał dźwiękowy komputera.
James zerwał się od stołu.
- Nareszcie wynik. To już długo trwało.
- Trzy tygodnie - wtrąciłem. - Wcale nie tak długo.
-   Jak   na   tę   maszynę,   bardzo.   Wykonał   co   najmniej   parę   tysięcy   teraflopów   obliczeń.   No   to 
spójrzmy teraz na wyniki.
Usiadł do klawiatury wpisał polecenie. Jęknął z niedowierzaniem, coś jeszcze dopisał, a potem z 
westchnieniem wcisnął przycisk drukarki. Ta zaszeleściła i wyrzuciła z siebie pojedynczą kartkę 
papieru.
- Odpowiedź - powiedział, machając nią.
- Jaka? - zapytała Angelina.
- Lekko zaskakująca. Spośród wszystkich wydarzeń, wyjazdów i przyjazdów, przestępstw i kar, 
wypadków i działań, urodzin i śmierci, wszystkiego tego, co wydarzyło się na tych planetach w 
dniach kradzieży, tylko jedna rzecz jest wspólna.
- No powiedz! - nie wytrzymałem. Wszyscy pozostali także czekali z niecierpliwością.
- Powiem. W mieście był cyrk.
- James... Nie kpisz sobie z nas, prawda? - głos Angeliny przybrał zimny ton.
- Ależ nie, mamo. To prawda, prawda i jeszcze raz prawda.
- Za każdym razem ten sam cyrk? - zapytałem.
- Nie. Też tak na początku pomyślałem. To było wiele różnych cyrków.
- Ale miały coś wspólnego? - dopytywałem się dalej.

- Twoja chłodna kalkulacja jest bezbłędna, tato. Zdaje się, że we wszystkich wykonywano w dniu 
rabunku ten sam numer cyrkowy.
W pokoju panowała taka cisza, że niemal zdawało się, że słyszymy pojedynczy dźwięk każdej 
sylaby padającej z ust Jamesa.
-   Zawsze   był   to   występ   faceta   o   imieniu   Puissanto,   którego   zachwalano   jako   najsilniejszego 
człowieka w galaktyce.
- Wiesz, gdzie jest teraz ten gość?
- Nie. Odpoczywa. Ale wiem, gdzie będzie mniej więcej za miesiąc. Na występie w cyrku Bolshoi 
Big Top.
- A gdzie?
-   Na  jakiejś   odległej   planecie   w   zabitej   dechami   części   galaktyki.   Planeta   nazywa   się   zresztą 
niezbyt miło - Fetor. A miasto też nosi jakąś taką śmierdzącą nazwę.
- Fetor będzie jednak naszym następnym miejscem postoju - powiedziałem i zgasiłem cygaro w 
popielniczce. - Zacznijcie się pakować - poleciłem, wstając z fotela.
- Cudownie - stwierdziła Angelina. Ton jej głosu przeczył jednak słowom.
- No jasne. Co byśmy tam wszyscy robili? - w zamyśleniu opadłem z powrotem na fotel. - Wy więc 
spokojnie poczekacie, aż ja wprowadzę w życie plan A.
- To znaczy? - Angelina była równie zaciekawiona jak reszta rodziny.

background image

- Wstąpię do cyrku. Z pewnością niewiele byśmy się dowiedzieli, siedząc na widowni. W czasie, 
kiedy będę cyrkowcem, wstrzymujemy resztę działań operacyjnych. James i Sybila, czy mnie się 
zdaje, czy nie tęsknią za wami wasze komputery?
- No tak, tato. Ta planetka była miła, ale czas jednak kończyć wakacje. Skoro ty się teraz zabierasz 
do   pracy,   chyba   czas   też   i   na   nas.   Ale   mimo   to   będziemy   cały   czas   mieli   otwarty   kanał 
komunikacyjny. W razie kłopotów natychmiast się przy tobie stawimy.
- Serdeczne dzięki. Bolivar, ciebie też chyba wzywają gwiazdy?
- No jeszcze nie za głośno. Ta robota w banku nawet mi się podoba. Jeszcze trochę się pouczę, a 
potem postaram się zarobić nieco pieniędzy, żeby udowodnić, że nauka nie poszła na marne. A 
zresztą moja nowa wiedza może  się jeszcze przydać także i tobie. Jeszcze zdążymy  z Sybillą 
powrócić do gwiazd.
- No to do dzieła! 

Rozdział 3

A jakiż to numer masz zamiar zaprezentować, by zatrudniono cię w cyrku? - spytała Angelina. - 
Akrobacje?   - No nie...   chociaż  oczywiście,   gdybym   tylko   spróbował...  -  No  jasne,  i  to  mimo 
twojego...
- Podeszłego wieku, chciałaś powiedzieć? - uzupełniłem starczym i trzęsącym się głosem. Po czym 
wyskoczyłem w górę gwałtownym susem i przed lądowaniem pięciokrotnie stuknąłem o siebie 
piętami w powietrzu, co zostało nagrodzone głośnymi oklaskami.
- Ale mimo to myślę, że błysnę czymś mniej męczącym.
Wyciągnąłem z kieszeni pięciokredytową monetę i przesunąłem ją z palca na palec po grzbiecie 
dłoni. - Magia. Zawsze byłem zdolnym amatorem. A jako karciarz czymś nawet więcej.
- Karciarz? Myślałam, że to po prostu oznacza umiejętność oszukiwania przy pokerze.
- Mam na myśli sztuczki, jakie iluzjoniści wyprawiają z kartami. Zaraz coś ci zademonstruję.
Wziąłem   zapieczętowaną   jeszcze   nową   talię   kart.   Rozerwałem   folię,   przetasowałem   karty 
entuzjastycznie i rozłożyłem na stole koszulkami do góry.
- Wybierz kartę. Jakąkolwiek. Tak. Teraz ją obejrzyj. Zebrałem karty, przetasowałem je ponownie i 
położyłem na stole.
- Włóż swoją kartę z powrotem do talii.
Kiedy to zrobiła, kilkakrotnie przełożyłem, przetasowałem i znów rozłożyłem wachlarz kart na 
stole, tym razem obrazkami do góry.
- Czy byłabyś tak uprzejma i wskazała wybraną przez siebie kartę.
Spojrzała na karty, pochyliła się bliżej, i jeszcze raz przyjrzała się uważnie. Potem potrząsnęła 
głową. - Nie ma jej tu.
- Jesteś pewna? - Oczywiście.
- Czy kartą, którą wybrałaś, był król pik?
- Był! Skąd to wiesz u licha?
- Bo widzę tę właśnie kartę wystającą z kieszeni twojej spódnicy.
Sięgnąłem tam, wyciągnąłem kartę i wręczyłem Angelinie. Aż westchnęła ze zdumienia.
- To jest moja karta. Ty naprawdę umiesz czarować, a tak długo się z tym przede mną kryłeś. A ja 
sądziłam, że jesteś tylko zwykłym szulerem.
Ukłoniłem się dumny z pochwały.
- Magia musi wyglądać jak magia. Ale tak naprawdę to tylko kwestia ciężkiej pracy. Po pierwsze, 
polega to na wpłynięciu na ciebie, abyś patrzyła tam, gdzie ja chcę. Potem zmuszam cię...
- Do niczego mnie nie zmuszałeś.
- No, to jest określenie techniczne ...krótko mówiąc, tak tobą kieruję, że wybierasz tę właśnie kartę, 
o   którą   mi   chodzi.   Potem   obserwuję   cię   uważnie,   gdy   wsuwasz   kartę   z   powrotem   do   talii   i 
lokalizuję ją, wkładając koniuszek małego palca w to miejsce podczas składania. Zresztą nie masz 

background image

szansy tego dostrzec, bo dbam o to, żebyś skupiała wzrok na wierzchu talii. Potem szybko usuwam 
kartę z talii i chowam ją w dłoni jeszcze przed potasowaniem. No i karta jest w mojej ręce, kiedy 
rzekomo wyjmuję ją z twojej kieszeni.
- Nic z tego nie udało mi się dostrzec.
- Ani przez moment się nie starałaś. No i w końcu karta znalazła się w twojej kieszeni. Magia! I 
koniec sztuczki. Żeby zostać iluzjonistą w cyrku, będę musiał opanować dużo więcej umiejętności 
niż tylko manipulowanie kartami. Muszę zarzucić mój wygodny status amatora i zostać całkiem 
poważnym profesjonalistą.
-   Doskonały   pomysł   -   stwierdziła.   -   W   końcu   już   w   przeszłości   zajmowałeś   się   magią,   gdy 
czyściłeś bankowe konta - uśmiechnęła się radośnie i klasnęła w dłonie. - A ja będę twoją piękną 
asystentką! Każda kobieta marzy o karierze na scenie. Pomyśl tylko o tych wszystkich cudownych 
kostiumach, jakie będę na siebie zakładać.
-   Właśnie   myślę...   I   sugeruję,   że   powinnaś   się   dobrze   zastanowić.   Trzeba   też   zebrać   trochę 
informacji na temat mojego nowego miejsca pracy.
A   to,   niestety,   nie   było   takie   proste.   Magowie   zawsze   na   przestrzeni   wieków   byli   raczej 
małomównymi ludźmi. Niechętnie przekazywali swoje sekrety, zazdrośnie strzegli tajemnic. Mimo 
przejrzenia   niemalże   bilionów   bitów   baz   danych,   znalazłem   niewiele   naprawdę   przydatnych 
informacji. Może trochę karcianych sztuczek i trochę o znikających królikach... Byłem przekonany, 
że Bolshoi Big Top wyśmieje mnie, jeśli pojawię się tylko z podobnymi umiejętnościami.
- Znowu nic - warknąłem gniewnie, rozkazując komputerowi, by się wyłączył. - Chyba jednak 
skończy się na akrobacjach.
-   Nie   popadaj   w   depresję   -   Angelina   nalała   mi   nieco   rozpraszającego   wszelkie   troski   napoju 
procentowego.
Wysączyłem go ochoczo. Byłem wdzięczny mojej żonie za okazywaną mi troskę.
- Masz rację. Nie ma co wpadać w depresję, tylko trzeba zmusić te podstarzałe szare komórki do 
pracy. Gdyby to było takie proste, brodzilibyśmy po kolana w iluzjonistach. Ale przecież są takie 
sztuczki, które można zawsze obejrzeć na przedstawieniu. Często sam się temu przyglądałem z 
zachwytem. Jak oni to robią? Albo raczej, jak się tego nauczyli? Na pewno nie z książek albo 
programów komputerowych, o tym sam już się przekonałem. A jednak skądś się nauczyli. Skąd?
- Masz na myśli od kogo?
- No tak właśnie! - podskoczyłem na równe nogi z nagłym zrozumieniem. - Uczą się jeden od 
drugiego. Każdy iluzjonista musi mieć swojego nauczyciela i ucznia. Tak to się dzieje.
Sięgnąłem po starą poczciwą walizkę.
- Zbudź się, komputerze! - rozkazałem.
- Tylko przemów, a usłucham, mój panie. Angelina uniosła w zdziwieniu swe cudowne brwi.
- Uczysz to coś, by było twoim elektronicznym niewolnikiem?
- A dlaczego nie? Jeśli to dobrze wpływa na moje podstarzałe ego...
Ponownie zwróciłem się do walizki.
- Iluzjoniści, dobrzy iluzjoniści, znani w całej galaktyce. Znajdź ich i przygotuj listę.
Wydruk pojawił się, zanim jeszcze skończyłem wypowiadać polecenie. Lista składała się z sześciu 
zaledwie   nazwisk.   Zaprawdę   bardzo   ścisły   krąg.   Następną   godzinę   spędziłem,   przygotowując 
reklamę siebie jako towaru, a dokładnie, wyliczyłem  liczne talenty i umiejętności, które miały 
zakwalifikować   mnie   na   pozycję   ucznia   maga.   Oczywiście   nie   zapomniałem   dodać,   że   gotów 
jestem zapłacić sporą sumę za swą edukację. Kiedy oferty trafiły do sieci, skończyłem spokojnie 
drinka i wsłuchałem się z uwagą w odległe burczenie swego żołądka.
- Zgadza się, pora na lunch - odpowiedziałem mu. - Pojemy sobie w jakiejś dobrej i cholernie 
drogiej restauracji, a w tym czasie moje zgłoszenie trafi do adresatów. Po powrocie dowiemy się, 
kto będzie moim mentorem.

background image

Podjedliśmy sobie zatem zdrowo i kosztownie, a kiedy właśnie miałem zapłacić rachunek, zjawiła 
się Sybilla. To musiała być Sybilla, bo jej drugie ja powróciło wraz z Jamesem na Usti nad Labam, 
aby pracować dalej nad projektem informatycznym.
- Masz ochotę zjeść coś albo wypić? - spytałem.
- Nie, dziękuję. No, może jakaś malutka przekąska i odrobina wina. Dziękuję - zamoczyła wargi w 
kieliszku i uśmiechnęła się. - Wpadłam tylko na chwilę, żeby pogadać. Bolivar bierze właśnie 
udział   w   spotkaniu   zarządu   naszego   nowo   utworzonego   prywatnego   banku   Credit   Dew. 
Zabawiamy się w pewne poważne inwestycje.
- Inwestycje? Może sam powinienem się tym zainteresować, mając tę górę forsy od Kaiziego.
- Tak właśnie mówi Bolivar. I w dodatku nie był pewien, czy to twoje supersekretne konto jest 
naprawdę takie sekretne, więc przeniósł twoje pieniądze bliżej, by je mieć na oku.
- Miło z jego strony.
- Użył ich właśnie jako kapitału założycielskiego nowego banku.
No to już było aż za miłe - pomyślałem - ale ostatecznie wierzyłem, że wie, co robi.
- Jeszcze trochę? - dolałem nieco wina do kieliszków. Wypiliśmy wszyscy troje.
- Ale nie przyszłaś tu chyba, by rozmawiać z nami o banku? - zauważyła Angelina.
- Masz rację. Bolivar zajmuje się robieniem forsy, ja natomiast myślałam o tej nowej karierze Jima. 
Użyłam swych kontaktów w Korpusie Specjalnym, by przyjrzeć się bliżej temu cyrkowi. Sama też 
badałam nieco  ich program i znalazłam  coś  wielce interesującego.  Potworny Spektakl Mistrza 
GarGoyla. Intergalaktyczne Monstra.
- Nie brzmi zbyt zachęcająco - powiedziała Angelina. - Myślałam, że takie rzeczy są nielegalne.
- Też tak myślałam... Dlatego zbadałam nieco zasoby danych Korpusu Specjalnego. To jest jak 
najbardziej legalne... I może okazać się interesujące...
- Interesujące, w jakim sensie? - ostatnia uwaga Sybilli zaintrygowała mnie.
- Obawiam się, że sam będziesz musiał się dowiedzieć. Na razie nie mogę powiedzieć więcej. 
Może tylko to, że zdaniem Korpusu GarGoyl jest godnym zaufania człowiekiem... Gdy będę mogła 
powiedzieć ci coś więcej, niewątpliwie powiem. A tak w ogóle, jak twoje studia magiczne?
- Dowiemy się, kiedy dostanę odpowiedzi  na moje  oferty.  Ale czuję, że stoję u progu nowej 
kariery.
- No to powodzenia - spojrzała na zegarek i przetarła wargi serwetką. - Bolivar powinien już wyjść 
ze spotkania. Muszę lecieć. Pa.
Pomknęła   dalej   jak   huragan,   my   zaś   skończyliśmy   spokojnie   biesiadować   i   opuściliśmy   z 
godnością restaurację, udając się do naszego pokoju. Z niecierpliwością oczekiwałem odpowiedzi 
magów. Niestety, nie nadeszła ani jedna. Nie lepiej było następnego dnia. Moje listy zdawały się 
rozpływać w intergalaktycznej przestrzeni. Magia.
W   końcu   jednak   sygnał   dźwiękowy   komputera   oznajmił   mi,   że   odpowiedź   nadeszła,   toteż 
pośpieszyłem radośnie, by przeczytać dostarczony wydruk.
-   Fiegulo!   Bastardego!   Ekskrementkapo!   -   zakląłem   soczyście,   spojrzawszy   na   kartkę.   Potem 
wściekły zgniotłem ją i rzuciłem na podłogę.
- To chyba miało oznaczać, że nie jesteś zadowolony z odpowiedzi? - spytała Angelina.
Odpowiedziałem jej w miarę spokojnie, ale zaciskając ze złości zęby.
- Nigdy w życiu nie zostałem tak poniżony, odrzucony, zdeptany, opluty...
- I tak dalej, i tak dalej... No dobrze, więc wydaje się, że magia to w istocie dobrze strzeżony sekret. 
Co zamierzasz dalej?
- Poczekać na następną odpowiedź - odparłem ponuro, spacerując po pokoju. Wiedziałem jednak, 
że oczekiwanie nie ma sensu. - Żaden ze sławnych magów na pewno mnie nie przyjmie.
- To może spróbujesz u tych mniej sławnych?
- To oznacza gorszych. Potrzebuję najlepszych.
- Może najlepsi już nie żyją. Chociaż jeśli byli naprawdę dobrzy, może przyjmą tę ofertę zza grobu.
- Bez żartów! To naprawdę poważna sprawa...

background image

Nagle zatrzymałem się gwałtownie, tknięty nagłą myślą.
- Nie są żywi, nie są martwi... na emeryturze!
Walizka nawet nie potrzebowała wyraźnego rozkazu - natychmiast pojawił się potrzebny wydruk. 
Tym razem kartka zawierała tylko dwa nazwiska. Jeden z tych ludzi znajdował się teraz o całe lata 
świetlne stąd, ale adres drugiego z nich z niedowierzaniem wskazałem palcem.
- No proszę. Przebywa na emeryturze w Happy Hectares, domu starych aktorów. To jest to.
- Wiesz, gdzie jest ten dom starców?
-   Oczywiście.   Tu   na   Elysium.   W   końcu   to   najprzyjemniejsza   planeta   w   kilku   okolicznych 
systemach.
- Wezwać jakiś środek transportu.
- Jak najbardziej. Nie mogę już się doczekać spotkania z Wielkim Grissinim. Jeszcze tylko przyjrzę 
się przebiegowi jego kariery.
W kilka godzin później wkroczyliśmy na teren Happy Hectares pod hakowatym sklepieniem bramy 
ozdobionej  świetlistym  napisem - Dom Gwiazd. Przemierzyliśmy  następnie  piękne ogrody,  po 
których alejkach spacerowali starsi ludzie. Niektórzy z nich odpoczywali na zacienionych ławkach 
w altankach. Roboty ogrodowe przycinały krzewy i kwietniki, roboty kelnerskie krążyły z tackami 
z herbatą i kanapkami, czasem też z małymi chłodnymi szklaneczkami... Angelina dostrzegła moje 
tęskne spojrzenie i pokręciła karcąco głową.
- Za wcześnie na przyjemności Jim. Najpierw znajdźmy naszego magika.
Elegancko odziana i ufryzowana dama w recepcji była wcieloną uprzejmością.
- Wielki Grissini? Oczywiście. Niech spojrzę, gdzie on teraz przebywa.
Pochyliła   się   nad   klawiaturą,   ja   zaś   usilnie   próbowałem   sobie   przypomnieć,   gdzie   ją   kiedyś 
widziałem. Angelina kojarzyła znacznie szybciej.
- Pani musi być Hedy Lastarr. Tak się zachwycałam pani rolą w Planecie namiętności.
- Jak to miło, że pani to jeszcze pamięta - zagruchała Hedy, poprawiając swoje posiwiałe loki. - 
Tak niewielu ludzi zna te stare sztuki.
- Nie wiedzą nawet, ile tracą. Były o niebo lepsze niż obecne śmieci.
- Trudno się z tym nie zgodzić... O już... Wielki Grissini jest w zachodnim ogrodzie. Zaprowadzi 
was robot, ten w niebieskim kolorze. I proszę nie zapomnijcie, że utrzymujemy się z datków.
Wskazała dyskretnym ruchem stojącą przed nią na blacie skrzynkę z kolorowym napisem - ”Pomóż 
w   potrzebie,   a   znajdziesz   się   w   Niebie”   -   wykonanym   ozdobnymi   literami.   Wsunąłem   kilka 
banknotów przez otwór w wieczku, a Hedy pochyliła w podziękowaniu głowę. Potem poszliśmy za 
robotem w głąb ogrodu.
- To jest ten, którego szukacie - robot wskazał mężczyznę siedzącego pod wielkim parasolem.
Wykonawszy swoje zadanie, maszyna odjechała z powrotem w stronę recepcji.
Wielki Grissini nie wyglądał obecnie na zbyt wielkiego. Był bardzo chudy, blady i kościsty, z 
krzywo   przyklejonym   tupecikiem.   Przyglądał   się   nam   podejrzliwie.   Pamiętałem   dobrze,   jak 
zareagowali na moje prośby pozostali magicy i tym razem nie miałem zamiaru powtarzać tych 
samych   błędów.   Wiedziałem,   że   charakteryzują   się   oni   raczej   zgryźliwymi   charakterami. 
Konieczne było właściwe podejście marketingowe. Kiedy jechaliśmy do Happy Hectares, miałem 
czas   zagłębić   się   nieco   w   biografię   tego   człowieka,   więc   teraz   mogłem   zastosować   nieco 
subtelniejsze metody.
- Czy mam zaszczyt rozmawiać z Pasquale Grissinim, znanym jak galaktyka długa i szeroka jako 
Wielki Grissini?
Burknął w odpowiedzi coś, co mogło być zarówno potwierdzeniem, jak i zaprzeczeniem. Mimo to 
wciąż uśmiechałem się ciepło, przedstawiając Angelinę i siebie.
- Chcecie się czegoś napić? - przerwał mi, zanim skończyłem.
- No... tak oczywiście... To miło z pana strony.

background image

Jego następny pomruk, gdy wciskał guzik na znajdującym się przed nim pulpicie, był już nieco 
bardziej entuzjastyczny. Kiedy cofnął palec, dostrzegłem, że na wciśniętym przycisku znajdował 
się symbol szklanki koktajlowej. Nasze sprawy nie miały się źle.
Pojawił się robot przypominający pękatą szafkę na kółkach. Może z tym wyjątkiem, że z przodu 
miał dwie ręce, a na korpusie osadzoną jakby ludzką głowę.
-   Czym   mogę   służyć?   -   spytała   maszyna.   -   Dzisiaj   polecam   szczególnie   herbatę   mrożoną 
Zubenelgenubia - półtorak.
- Dla mnie podwójna - pochylił się ku robotowi Grissini, zdradzając po raz pierwszy od naszego 
spotkania oznaki niejakiego ożywienia.
My też zdecydowaliśmy się na specjalność zakładu. Wewnątrz maszyny coś zaszumiało, a potem 
wyjechała tacka z chłodnymi napojami... umieszczonymi za przezroczystą szybą.
-   Razem   dwadzieścia   dwa   kredyty   -   powiedział   beznamiętnie   robot.   -   Wyłącznie   gotówka.   - 
Otworzył szeroko usta, ukazując otwór na monety w miejscu, gdzie powinien znajdować się język. 
Kątem   oka   spojrzałem   na   Grissiniego,   który   stał   nieporuszony   jak   marmurowy   posąg. 
Najwyraźniej   to   była   moja   kolejka.   Zacząłem   wrzucać   monety,   aż   rozległ   się   krótki   sygnał 
dźwiękowy i usta robota zamknęły się. Tacka została postawiona przed nami na stoliku.

- I jeszcze dobrze przypieczony precel z morskiej trawy - powiedział nasz nowy przyjaciel, tym 
razem niemal się uśmiechając.
Zapłaciłem z przyjemnością. W chwilę później, gdy jął się rozkoszować tą trucizną, ja przeszedłem 
do kadzenia.
-   Mistrzu,   ten   pański   znikający   chłopiec   był   niedoścignionym   arcydziełem.   Prawdziwy,   żywy 
chłopczyk wspinający się po linie i znikający bez śladu u jej szczytu, na oczach całej publiczności!
O tym triku napisano dwie książki! I ich autorzy utrzymują, że wiedzą, jak to zostało zrobione.
- A wiedzą?
- Nie. Jak dotąd pańska tajemnica  wciąż  pozostaje tajemnicą.  I wciąż ten sekret jest żywy  w 
pamięci zadziwionej publiczności sprzed lat.
- A tak, uwielbiali tę sztuczkę - Grissini kiwnął głową, nie przestając siorbać napoju.
- Ale sądzę, że najbardziej jednak publiczność uwielbiała pańskiego znikającego świniozwierza... 
kiedy   na   ich   oczach   ta   wielka   dzika   bestia   po   prostu   znikała.   Wszyscy   zakochani   w   magii 
wielbiciele przedstawień w całej galaktyce wiele zawdzięczają Wielkiemu Grissiniemu. I na pewno 
też nigdy go nie zapomną.
- Świniozwierz - sapnął, tym razem wreszcie poruszony moimi słowami. - Gdyby naprawdę o mnie 
pamiętali, nie siedziałbym tu teraz, zdychając z pragnienia w upale, rozpamiętując samotnie swoje 
przeszłe życie - przez moment zdawało mi się, że jego oczy zwilgotniały.
Opróżnił szklankę gwałtownym ruchem, jakby chciał odegnać ten moment smutku. Potem wręczył 
mi  ją do ponownego napełnienia.  Sam  zaś  znów  popadł w  odrętwienie,  z którego wyrwał  go 
dopiero sygnał dźwiękowy zaspokojonego monetami robota.
- Publiczność ma cię gdzieś, gdy staniesz się stary, podobnie zresztą jak producenci. Na twoje 
miejsce czekają już następni, całe ich setki. Odszedłem sam, zanim mnie wyrzucili. A teraz siedzę 
w   tym   wychodku,   czekając   na   śmierć.   Kiedy   podpisywałem   umowę,   obiecywano   mi   łóżko   i 
utrzymanie. Szkoda tylko, że dokładnie nie przeczytałem tego pięknego kontraktu. A wydawało mi 
się wtedy, że jestem taki cwany. Pozostawiłem tę sprawę mojemu adwokatowi, ale nieco za późno 
dowiedziałem się, że sam miał już wtedy kłopoty ze starczą sklerozą. Wsadził mnie tutaj, nie 
przeglądając szczegółów kontraktu. Nawet nie zauważył, że opiewa tylko na podstawowe rzeczy. 
Jedzenie, aby przeżyć, łóżko, na którym od biedy można się przespać. Za wszystko dodatkowo 
trzeba płacić. O tym już zapomnieli mu powiedzieć, kiedy mnie zapisywał.
Przełknął ostatni łyk, a ja z radością ponownie wcisnąłem ten sam przycisk. Teraz w dodatku wcale 
nie zmuszałem się do uśmiechu - był autentyczny. To, co dla Grissiniego z pewnością nie było 
przyjemnym losem, dla mnie stanowiło prawdziwy fart.

background image

-   Zapamiętaj   ten   dzień   -   powiedziałem   do   staruszka   -   bo   to   jest   pierwszy   dzień   twojego 
luksusowego życia. Pomyśl  o najlepszych  posiłkach, jakie możesz  sobie wymarzyć,  o barkach 
pełnych najlepszych napitków.
- A dlaczego mam o nich myśleć? - zapytał Grissini z nagłą podejrzliwością w głosie, choć ta 
podejrzliwość nie przeszkodziła mu łapczywie pochwycić oferowanej szklaneczki.
-   Bo  wszystko   to   może   być   twoje.  Plus   dostęp   do   porządnej   medycyny   -  pozbędziesz   się   na 
przykład tych zmarszczek. Nie mówiąc już o sławie, jaka znów otoczy ciebie i twoje cudowne 
sztuczki.
- Nic z tego. Na to już za bardzo trzęsą mi się ręce.
- Nie będziesz robił niczego na scenie. Twój asystent będzie kontynuował twoją cudowną sztukę.
- Nie mam asystenta. Zawsze pracowałem sam.
- Ale już go masz. Mnie. Jesteś zainteresowany?
- Nie. To moja magia. Nie dzielę się nią z nikim.
-   Nie   chodzi   o   dzielenie   się,   chodzi   o   kontynuację   -   przysunąłem   ku   Grissiniemu   następną 
szklaneczkę. - Nauczę się magii z twoją pomocą i nikomu nie ujawnię tego, czego mnie nauczyłeś.
-   Nawet   mnie   -   dodała   Angelina.   -   Za   wyjątkiem   oczywiście   tych   iluzji,   w   których   będzie 
potrzebna asystentka. To wszystko jest takie podniecające.
Pogłaskała starca po grzbiecie dłoni i otrzymała w zamian jego uśmiech.
- Cudownie byłoby znów pracować. Znów zająć czymś ręce... - zamyślił się, ale zaraz zmarszczył 
brwi. - Nie. Moje sekrety umrą wraz ze mną. Nie przekupisz mnie.
- Wcale nie chcę cię przekupić! - krzyknąłem z oburzeniem, aby ukryć fakt, że to właśnie było 
moim zamiarem. - Twoja magia nie powinna odejść wraz z tobą. Pożądają cię tysiące tych, którzy 
jeszcze się nie narodzili.
To   ostatnie   było   kretyńskie,   ale   najwyraźniej   zaczynała   mi   uderzać   do   głowy   trucizna,   którą 
piliśmy.
- Mój mąż próbował powiedzieć - wtrąciła się Angelina, która zachowała całkowitą trzeźwość - że 
podziwia cię tak bardzo, że chciałby, aby twoja emerytura ubiegała w spokoju i szczęściu. A sądzi, 
że jeśli zaczniesz z nim pracować, to tak właśnie się stanie. Że będzie to nie tylko początek kariery 
dla niego, ale też powrót szczęśliwych lat dla ciebie.
- Hmm... - zamruczał Grissini, a ja wiedziałem już, że wygraliśmy tą bitwę.
Wynajęliśmy   niedaleko   dom.   Każdego   poranka   po   naszego   mistrza   wyjeżdżała   limuzyna   i 
przywoziła go do nas. Grissini od razu zaczął wyglądać znacznie lepiej. Dobre jedzenie, trochę 
wysoko funkcyjnych trunków i troskliwa opieka medyczna dokonywały cudów. Myślę także, że 
praca wydatnie poprawiła samopoczucie staruszka. Na razie, czekając na jakiś zadziwiający i drogi 
aparat, który zamówił, objaśnił mi podstawowe arkana swej sztuki.
- Wprowadzanie w błąd, wprowadzanie w błąd, wprowadzanie w błąd. Pamiętaj o tych słowach 
zawsze. Twoja publiczność pragnie być oszukana. Toteż kiedy oni patrzą tutaj, ty pracujesz tam.
”Tutaj” oznaczało jego uniesioną w górę lewą rękę, w której znikąd pojawiła się moneta; ”tam” zaś 
- wysoki melonik, z którego właśnie wyciągał za długie uszy białego królika. Wyprowadził mnie w 
pole.   Nie   zarejestrowałem   zupełnie   momentu,   w   którym   wyjął   zwierzaka   z   torby   wiszącej   za 
stołem i zasłaniając tę czynność ciałem, wsunął królika do cylindra.
A jednak kiedy pokazał mi tę sztuczkę powoli, wydawała się taka prosta. Grissini dostrzegł wyraz 
mojej twarzy i roześmiał się.
- Oczywiście widowisko dużo traci po wyjaśnieniu. Teraz rozczarowany myślisz - to takie proste, 
prawda?   To   dlatego   magowie   nigdy   nie   ujawniają   sekretów.   Ukazanie   prawdy   jest   jak   utrata 
niewinności. A jednak musisz wierzyć  w magię, chociaż znasz tak wiele jej sekretów. Więcej 
nawet - musisz przekazać  tę wiarę publiczności. Jeśli to właśnie zrobisz, będą cię kochali. W 
świecie   bez   magii   ty   musisz   tworzyć   magię.   Pamiętaj,   dajesz   szczęście   publiczności.   A   teraz 
spróbuj tak, jak ci to pokazałem. Płynniej. O, tak lepiej - chociaż niedużo lepiej.
Ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłem je i wpuściłem Angelinę.

background image

- Przesyłka. Duża skrzynia z Prospero Electronics.
- Aha! - klasnąwszy w dłonie, zakrzyknął radośnie Grissini. - Już wkrótce przywrócimy światu 
tajemnicę znikającego świniozwierza. 

Rozdział 4

Jednym z powodów, dla których wynajęliśmy ten właśnie dom, było to, iż miał on olbrzymi salon. 
Kiedy   usunęliśmy   z   tego   pomieszczenia   wszystkie   meble,   zamieniło   się   ono   w   naszą   scenę. 
Przedzieliliśmy pokój błękitną kurtyną, która opuszczała się i podnosiła za naciśnięciem guzika. I 
teraz   właśnie   Angelina   i   ja,   siedzący   na   krzesłach   przed   sceną,   stanowiliśmy   rozbawioną 
publiczność. Przyglądaliśmy się, jak robotnicy pod kierunkiem Grissiniego montowali na scenie 
aparaturę przeznaczoną do sztuczki ze znikającym świniozwierzem.
Wyglądało to dość prosto. Na scenie zamontowano, tuż przed tylną kurtyną, dwuścienną klatkę z 
metalowych prętów, tak że całość tworzyła ostrosłup, którego jedną ścianką była tkanina, a dwoma 
pozostałymi   -   metalowa   siatka.   Kiedy   robotnicy   zainkasowali   szmal   i   opuścili   dom,   Grissini 
zwrócił się do nas.
- Wszystko gotowe. Teraz potrzebujemy jedynie świniozwierza.
- To by trochę potrwało - odparłem z zakłopotaniem. - Nie możemy użyć do demonstracji innego 
zwierzaka?
Pomyślał przez chwilę, a potem wskazał na Angelinę.
- Oczywiście najbardziej efektowna jest ta sztuczka z jakimś wielkim i przerażającym stworem. 
Jednakże dla potrzeb demonstracji, ona wystarczy. Chodź do mnie, moja droga.
Grissini poprowadził moją żonę za tylną kurtynę, by mogła wejść zza niej do klatki.
- Musisz stać absolutnie bez ruchu - poinstruował ją. - Cokolwiek będzie się działo, nie wolno ci 
drgnąć. Rozumiesz?
- Całkowicie. Stać bez ruchu jak skała.
-   Tak   jest.   Gdy   wykonywałem   oryginalną   sztuczkę,   świniozwierz   był   przykuty   łańcuchem   i 
unieruchomiony. A teraz zaczynamy.
Wielki Grissini wycofał się z klatki przez tylną kurtynę, a następnie wyszedł zza niej na scenę obok 
metalowej   konstrukcji.   Angelina   stała   nieruchomo   z   wyciągniętymi   do   przodu   dłońmi.   Mistrz 
ukłonił się publiczności. Zaklaskałem z entuzjazmem.
-   Panie   i   panowie   -   dostojny,   uroczysty   głos   Grissiniego   wypełnił   całe   pomieszczenie.   - 
Widzieliście sami, jak wprowadzono tę niebezpieczną bestię... przepraszam, piękną panią... do tej 
oto klatki. Klatki wykonanej z prawdziwej stali, mocnej i trwałej - puknął metalową laseczką w 
pręty, które zadźwięczały przekonującym metalicznym dźwiękiem. - Mogliście przyjrzeć się tym 
łańcuchom   i   zamkom,   które   przytrzymują   zwierzę   w   klatce.   -   No,   tu   już   pracowała   jego 
wyobraźnia. - Nie ma ono żadnej możliwości ucieczki z tej klatki za wyjątkiem oczywiście magii. 
Magii, która was zadziwi i oszołomi. Patrzcie zatem!
Zadudniły niewidzialne bębny, dźwięk tężał i nagle zamilkł po potężnym crescendo. W tym samym 
momencie pomiędzy publiczność a klatkę opadła czarna kurtyna. Pozostała tam krócej niż sekundę, 
a potem rozchyliła się szybko.
- Angelino! - wrzasnąłem głośno.
Angelina zniknęła. Klatka była pusta. Zerwałem się na równe nogi, gotów do natychmiastowego 
działania.
- Spokój! - rozkazał Grissini grzmiącym głosem. Opadłem z powrotem na krzesło. To przecież 
tylko iluzja. Więc dlaczego spływa po mnie pot? Naprawdę wielkiego wysiłku woli wymagało ode 
mnie spokojne siedzenie na krześle. Mag ponownie wszedł za tylną kurtynę. Po chwili pojawił się z 
Angeliną na rękach. Teraz już nie mogłem usiedzieć w miejscu. Pognałem, by chwycić żonę w 
ramiona.
- Co się stało? - zapytałem.

background image

- Nie wiem. Po prostu zapadła ciemność. Później pojawił się Grissini i wyprowadził mnie tutaj. A 
co ty widziałeś?
- Nic. To znaczy, na moment opadła kurtyna, a potem cię tam nie było.
- Nie wydaje mi się. Znalazłam się wprawdzie w ciemnościach, ale nie sądzę, abym ruszyła się z 
miejsca. - Odwróciła się do rozbawionego maga. - A tak naprawdę, co się stało?
Ukłonił się Angelinie i zatarł z zadowoleniem dłonie.
- Z wielką przyjemnością zaraz wam to wyjaśnię, bo w przyszłości będziecie spadkobiercami tej 
sztuczki - uśmiechając się szeroko Grissini uniósł teatralnym gestem palec w górę. - Wszystko to 
jest robione za pomocą luster.
No, na taką rewelację mogliśmy jedynie zareagować otwarciem ust. A jednak to była prawda. 
Grissini polecił nam stanąć z boku klatki i spoglądać do środka przez metalowe pręty.
  -   Zaraz   pokażę   wam   to   jeszcze   raz,   ale   tym   razem   bez   czarnej   kurtyny.   Patrzcie   uważnie! 
Abrakadabra!
Nagle i bez najmniejszego nawet dźwięku przestrzeń wewnątrz klatki stała się lustrem. Parzyliśmy 
na swe zdziwione oblicza. Mistrz roześmiał się.
- Takie proste, a jednak jakże przekonujące. Lustra ukryte są u góry. Na sygnał nadany przeze mnie 
za pomocą pilota zsuwają się do środka. Publiczności klatka wydaje się pusta, bo ludzie patrzą na 
błękitną   kurtynę   odbijającą   się   w   lustrach.   Kiedy   zaś   oni   się   gapią,   świniozwierz   jest 
wyprowadzany do tyłu. Pojawia się na scenie, a tymczasem w zamieszaniu lustra znikają i klatka 
tym razem rzeczywiście jest pusta. Proste, ale jakie robi wrażenie, prawda?
- Rzuca na kolana.
- W zupełności się zgadzam - powiedział Kaizi, wchodząc do środka przez, z całą pewnością, 
zamknięte   drzwi.   -   Wydałeś   sporo   moich   pieniędzy,   Jim,   więc   rozumiesz   chyba   moją   chęć 
zobaczenia,   jak   się   właściwie   sprawujesz?   Czytałem   twoje   codzienne   sprawozdania   oraz 
oczywiście   te   raporty,   które   dostaję   od   moich   agentów...   Czy   jesteś   pewien,   że   to   cyrk   jest 
powiązany z kradzieżami?
-   Programy   komputerowe   nie   kłamią.   Sprawdziłem   każdą   kradzież   w   każdym   z   banków. 
Sprawdziłem z dokładnością do pojedynczych minut - wszystkie wydarzenia, wszystkie osoby, 
każdą zmianę w okolicy. Czasem zdarzały się podobne wydarzenia, ale biorąc pod uwagą ilość 
badanych  i porównywanych  przypadków, musiały to być  zbiegi  okoliczności.  Natomiast  jedna 
rzecz powtarzała się regularnie w trakcie każdego z tych rabunków - w miastach, gdy dochodziło 
do kradzieży, bywały różne cyrki, a siłacz Puissanto występował tam za każdym razem.
Dostrzegłem   kątem   oka,   że   Grissini   przypatruje   się   tej   wymianie   zdań   z   niebotycznym 
zdumieniem.
- Zrobimy przerwę - Angelina delikatnie ujęła maga pod ramię i wyprowadziła z salonu. - Może 
zechcesz maestro, zwilżyć sobie trochę gardło?
- To logiczne, co mówisz - Kaizi siadł na krześle i gładził w zamyśleniu futro, które miał na sobie. - 
Jednak płacę ci olbrzymie sumy pieniędzy i chciałbym zobaczyć jakiś bardziej wymierny wynik 
twej pracy. Tak więc, aby zachęcić cię do większego wysiłku, zawieszam dzienną wypłatę aż do 
czasu, gdy nawiążesz kontakt z tym siłaczem.
- Tego nie możesz zrobić!
- Oczywiście, że mogę. Artykuł sześć, paragraf osiemnaście naszego kontraktu.
- Nie pamiętam żadnego paragrafu wspominającego o czymś  takim - oczami duszy widziałem 
skrzydlate kredyty odlatujące w nieokreśloną dal.
- Trzeba było dokładniej czytać, co podpisujesz. Masz może kopię kontraktu?
- Nie. Jest w banku.
- Bardzo rozsądnie. Ale tak się składa, że ja mam ze sobą kopię. Może chcesz ją przejrzeć?
Wyciągnął kontrakt. Tym razem nie był to ozdobny pergamin, ale zwykły wydruk. Przebiegłem po 
nim szybko wzrokiem.
- Miałem rację - stwierdziłem triumfalnie. W artykule szóstym jest tylko siedemnaście paragrafów.

background image

- W rzeczy samej - Kaizi nie zdawał się być specjalnie zmieszany moim oświadczeniem. Pochylił 
się nad kartką i wskazał końcówkę siedemnastego paragrafu. - A jak myślisz, co to jest?
Teraz też pochyliłem się uważniej na tekstem.
- Wygląda jak atramentowa plama - zmrużyłem oczy.
- Ja mam inne zdanie - Kaizi sięgnął do kieszeni po brązową tulejkę i podał mi ją. - Spójrz przez 
szkło powiększające.
Spojrzałem.
- Wciąż wygląda jak atramentowa plama.
- To dlatego, że ustawiłeś czterokrotne powiększenie. Spróbuj ustawić czterystukrotne.
Znalazłem   regulator   i   przekręciłem   go.   Spojrzałem   znowu...   i   ujrzałem   paragraf   osiemnaście. 
Byłem ugotowany.
- Nie wpadaj w desperację - poradził. - Po prostu pracuj szybciej. - Ta obiecana góra złota niech 
pobudzi cię do działania.
-   Pobudza!   Zwijam   się   jak   w   ukropie.   Mój   agent   nawiązał   już   kontakt   z   Bolshoi   Big   Top. 
Podpisano już wstępny kontrakt. Dołączę do nich na czas, by załapać się na premierę na Fetor.
Mówiłem  to  z  pełnym  przekonaniem.   Po  co  Kaizi   miał   wiedzieć,  że  nie   opanowałem  jeszcze 
większości trików, i że na tej sympatycznej planecie nie ma ani jednej farmy świniozwierzy. W 
końcu aż do tej pory był bardzo dobrym i hojnym pracodawcą i nie należało go zrażać. Nawet jeśli 
oznaczało to, nieznaczne doprawdy, mijanie się z prawdą. Zresztą, jeśli on mógł wykręcić taki 
numer z zawieszeniem płatności, ja mogłem zrelatywizować nieco fakty.
- Mam nadzieję, że naprawdę zdążysz się znaleźć na premierze na Fetor. Dla naszej obopólnej 
korzyści - podsumował Kaizi. - Będę twoim najwierniejszym widzem.
Znikł równie szybko, jak się pojawił, a ja wyruszyłem na poszukiwania Angeliny i jednego z tych 
drinków, o których wspominała.
Siedzieli z Grissinim w ogrodowej altance i gawędzili beztrosko. Dołączyłem do nich i dostrzegłem 
szklankę z chłodnym drinkiem oczekującą też i na mnie.
- Dziękuję - pochłonąłem zawartość szklanki jednym łykiem.
- Zdaje się, że niektórych zaczęło nagle męczyć pragnienie. - Angelina uniosła swoje piękne brwi. - 
Problemy z Kaizim?
- Nie tak od razu problemy. Ale też i nie same przyjemności. Chodzi o te drobne opłaty, które 
uiszcza codziennie. Zgodnie z kontraktem, który zawiera paragraf wyglądający na pierwszy rzut 
oka jak plamka atramentu, może je zawiesić, jeśli zechce. A teraz zechciał. Wznowi je znów, gdy 
znajdę się już w cyrku.
- Plamka atramentu? - upewniła się zdumiona Angelina.
- No, tak to wygląda gołym okiem. Po powiększeniu przybiera formę bardzo przykrego paragrafu.
-   W   takim   razie   to,   o   czym   przed   twoim   przyjściem   dyskutowaliśmy,   staje   się   dość   istotne. 
Rozmawialiśmy bowiem o harmonogramie szkoleń. A ten, zdaje się, jest napięty?
- Ze wszystkim na pewno nie zdążymy - Grissini pociągnął tęgiego łyka ze szklanki i westchnął w 
zamyśleniu. - Chwytasz szybko, ale to nie wystarczy.
Opuściłem wzrok, starając się wyglądać skromnie przed moim mistrzem.
-   Umiesz   wystarczająco   wiele   sztuczek   na   przedstawienie,   ale   nie   zdołasz   zademonstrować 
znikającego chłopczyka.
- Ale muszę! To twój najsłynniejszy numer. Dlaczego nie możemy go zrobić?
- Po pierwsze dlatego,  że nie mamy  żadnego ośmioletniego chłopca - powiedziała  Angelina z 
chłodną   logiką.   -   Już   o   tym   myślałam.   Ciężko   znaleźć   takiego   poszukującego   pracy   małego 
chłopca. I w dodatku jest to wbrew prawu.
 - Ja miałem szczęście, bo Grissini tworzyli wielką rodzinę. Zawsze znalazł się jakiś mały kuzyn. 
Teraz jednak wszyscy są już dorośli i rozproszyli się po całej galaktyce.
- A nie można obyć się bez chłopca? - zrzędziłem niezadowolony.

background image

-   Co   to,   to   nie!   W   tym   właśnie   jest   cała   moc   tej   iluzji.   Chłopiec   musi   siedzieć   pomiędzy 
publicznością. Jest przypadkowym ochotnikiem. Zawsze pozostawiałem ten numer na sam koniec 
przedstawienia,   jako   numer   finałowy.   Zaczynałem   zawsze   zdjęciem   melonika,   z   którego 
wylatywały gołębie i wyskakiwała parka królików. Publiczność oczywiście klaskała i śmiała się. 
Potem   unosiłem   rękę   i   rozlegały   się   głośne   fanfary,   zakończone   grzmotem.   Publiczność 
natychmiast   cichła.   I   wtedy   do   nich   przemawiałem:   oto   nadszedł   moment,   na   który   wszyscy 
czekaliście. Czy są na sali jacyś mali chłopcy? W mundurkach szkolnych? Zawsze kilku było. 
Pokażcie się - mówiłem - a oni natychmiast zrywali się z miejsc. Chodźcie - wołałem - pierwszy, 
który tu się zjawi, weźmie udział w następnym cudownym zdarzeniu i dostanie za to dwadzieścia 
kredytów. Podnosił się wrzask i zaczynała walka, by dopaść sceny. Ale mój asystent siedział w 
pierwszym rzędzie i przy przejściu. Też oczywiście brał udział w wyścigu. Po drodze wpadał na 
ludzi,   deptał   po   ich   stopach,   upewniając   wszystkich,   że   naprawdę   jest   żywym   materialnym 
chłopcem. Potem zostawał moim scenicznym pomocnikiem, przynosząc na żądanie kosz, który 
stawiał przede mną. Ja brałem długą linę i wrzucałem ją do kosza. Chłopiec czekał cierpliwie, 
rozlegała się tajemnicza muzyka. Wykonywałem nad koszem magiczne gesty i nagle ukazywał się 
koniec liny, która powoli, wijąc się jak wąż, unosiła się w górę. Chłopiec był tym równie zdumiony 
jak cała publiczność. Ponaglałem go gestem i on przechodził za moim plecami do kosza. Muzyka 
stawał się coraz głośniejsza. Weź linę - wydawałem mu polecenie - a on cofał się przestraszony. Ja 
wykonywałem magiczny gest, a jego oczy uciekały gdzieś w górę, ciało sztywniało - był w mojej 
mocy.   Robił   dokładnie   to,   co   mu   rozkazałem   Przyzywałem   go   gestem   dłoni   i   on   zbliżał   się, 
chwytał linę i zaczynał się wspinać...
Kiwałem głową oczarowany opowieścią; ba, widziałem oczami duszy opisywaną scenę, równie nią 
zahipnotyzowany, co niewidzialna publiczność.
- I wtedy... - Grissini przerwał, podtrzymując dramaturgię - chłopiec dochodził do końca liny. 
Muzyka zamierała w finalnym grzmocie, a ja unosiłem dłoń w górę. Kiedy to czyniłem, chłopiec 
znikał,   lina   zaś   opadała   luźno   z  powrotem   do  koszyka.   Odwracałem   go   do  góry  dnem   i   lina 
oczywiście z niego wypadała. I to był koniec. Ukłony. Kurtyna.
- Cudowne - szepnęła Angelina.
- Jak to się dzieje? - spytałem.
- Ponieważ nie będziecie wykonywać tej sztuczki, nie musicie wiedzieć.
Do zmiany zdania nie skłoniło go żadne z naszych pochlebstw.
- Nie, nie powiem. Ale ujawnię wam tajemnicę lewitującej kobiety. Dzisiaj dostarczono niezbędny 
sprzęt i zaraz go zainstaluję.
- Czy kupiła pani tę czarną suknię, o której wspominałem? -zwrócił się do Angeliny.
- Tak.
- Wspaniale. Jeśli będzie pani tak miła i założy ją teraz, będziemy mogli zaczynać.
Zostałem więc sam. Grissini przygotowywał przedstawienie, Angelina przebierała się, a ja... ja 
piłem.   Musiałem   się   nieco   uspokoić   po   tych   paskudnych   machinacjach   Kaiziego.   Naprawdę 
polubiłem to sprawdzanie stanu konta każdego ranka.
- Podoba ci się? - spytała Angelina.
- Przepiękna!
I taka rzeczywiście była ta suknia - długa do ziemi, czarna i błyszcząca, z cudownie wyciętym 
dekoltem, zwiewnie płynęła w powietrzu za każdym ruchem.
- Może być - Wielki Grissini stanął w drzwiach. - Zaczynajmy.  Najpierw muszę poinstruować 
Angelinę o jej nowej roli - spojrzał na zegarek. - Jim, dołączysz do nas dokładnie za pół godziny.
- Doskonale - odparłem, spoglądając również na zegarek, a potem na butelkę. Może jednak była za 
mała na tak długi czas...
Kiedy w końcu wszedłem na salę i zasiadłem przed sceną, byłem już w zupełnie dobrym humorze. 
Z tyłu sceny wisiały czarne kurtyny. Scena jednak była pusta, za wyjątkiem trzech sporej wielkości 

background image

sześcianów.   Rozległa   się   muzyka   zapowiadająca   wejście   Grissiniego   i   wkrótce   sam   maestro 
pojawił się na scenie. Ukłonił się publiczności, a ja zaklaskałem jak oszalały.
- Dziękuję panie i panowie, naprawdę dziękuję. Teraz musicie się przygotować na magię, która was 
zadziwi i poruszy do głębi. Zaczynajmy.
Podszedł   do   sześcianów   i   popukał   w   nie   swóją   różdżką   -   dobre,   twarde   drewno.   Przesunął 
następnie ręką wzdłuż różdżki, a ta znikła bez śladu. Mistrz obrócił jeden za drugim sześciany, 
pokazując publiczności, że w są one otwarte z dwóch stron i puste w środku. Na zewnątrz czarne, 
wewnątrz i na krawędziach białe. Różdżka ponownie pojawiła się w ręku mistrza, przełożył ją 
przez każdy z sześcianów.
- Jak widzicie, puste. Po prostu czterościenne konstrukcje, możecie się im dokładnie przyjrzeć. A 
teraz ustawię je o tak...
Różdżka   znów   znikła.   Grissini   uniósł   jeden   z   sześcianów   i   ustawił   go   pośrodku   sceny.   Dwa 
pozostałe ułożył po obu stronach, tak że połączone razem tworzyły platformę. Potem jeszcze raz, 
jak   zwykle   znikąd,   zjawiła   się   różdżka,   którą   mag,   jakby   dla   potwierdzenia   poprzednich 
doświadczeń, ponownie zastukał w twardą powierzchnię, a następnie przełożył przez puste wnętrze 
pojemników.
-   A   teraz   drogie   panie   i   szanowni   panowie,   mili   goście.   Proszę   powitać   gorąco   moją   piękną 
asystentkę Angelinę, która będzie towarzyszyć mi podczas tego pokazu.
Zaklaskałem   tak   głośno,   jak   tylko   potrafiłem,   ponieważ   byłem   pewien,   że   tak   właśnie   cała 
publiczność zareagowałaby na wejście Angeliny. Powoli, kusząco kołysząc biodrami, kroczyła po 
scenie, uśmiechając się ciepło i pozdrawiając rozentuzjazmowany tłum.
Rozległa się łagodna tajemnicza muzyka, gdy Grissini pochwycił dłoń mojej żony. Wystąpili razem 
do ukłonu. Potem cofnęli się do rzędu pudeł. Powoli i ostrożnie Angelina usiadła na środkowym 
sześcianie. Uniosła wdzięcznie nogi i położyła  się na wszystkich pudłach. Uśmiechnęła się do 
publiczności,   podpierając   głowę   prawą   dłonią.   Jej   czarna   suknia   opadała   na   białe   krawędzie 
sześcianów. Grissini tymczasem wykonywał nad jej ciałem sekretne gesty, czemu towarzyszyła 
cały czas tajemnicza muzyka. Potem pochylił się i wyciągnął spod Angeliny centralny sześcian. Aż 
westchnąłem   ze   zdziwieniem,   tak   jak   westchnęłaby   publiczność.   Asystentka   maga,   czyli   moja 
piękna   żona,   wciąż   leżała   bez   najmniejszego   ruchu,   z   ciałem   nienaturalnie   sztywnym   jak   u 
nieboszczyka, a przecież środkowa część jej ciała nie była niczym podparta. Potem westchnąłem 
jeszcze głośniej, kiedy mistrz powoli i delikatnie wysunął także podporę spod łokcia i teraz już 
Angelina naprawdę wisiała w powietrzu. Po chwili lewitowała zupełnie, gdy usunięto także trzecią 
i ostatnią podporę. Uśmiechnęła się i pomachała do mnie z tej zadziwiającej pozycji, korzystając z 
okazji, że Grissini znów odwrócił się ku widowni. Klaskałem tak mocno, że aż rozbolały mnie 
ręce. Muzyka zabrzmiała donośnie, a tymczasem maestro ujął wielką metalową obręcz. Stuknął nią 
najpierw z donośnym brzękiem w podłogę, aby udowodnić jej materialność, a następnie powoli 
przełożył  przez głowę kwitującej poziomo Angeliny.  Przesunął obręcz wzdłuż całego jej ciała, 
dochodząc aż do samych stóp, a nawet trochę poza nie, aby pokazać, że kobieta naprawdę wisi w 
absolutnej próżni. Moje ręce już sztywniały od nieustającego aplauzu.
Obręcz cofnęła się wzdłuż ciała Angeliny i została odrzucona z brzękiem poza kurtynę. Muzyka 
stała  się żywsza  i weselsza,  gdy mag  wsuwał jeden za drugim sześciany pod unoszące  się w 
powietrzu ciało. Potem podał Angelinie rękę, pomagając jej wstać i razem ukłonili się publiczności. 
Nie wytrzymałem i wskoczyłem na scenę, by uściskać serdecznie żonę.
- Moja magiczna żono! - zawołałem z entuzjazmem. - Bardzo bolały linki?
- Nie było linek. Widziałeś przecież obręcz wędrującą wzdłuż całego mojego ciała.
- Widziałem... I nic nie rozumiem. Prawdziwa magia?
- Powiedzmy raczej - prawdziwa iluzja.
Grissini wyszedł do ogrodu. Magia mogła naprawdę zmęczyć... A może po prostu nie chciał być 
obecny przy ujawnianiu sekretu tego czaru.
- Wciąż nie mam pojęcia, jak to można zrobić. Czy coś jest nie tak z tymi sześcianami?

background image

- Nie. Są dokładnie tym,  na co wyglądają - prawdziwym  solidnym  drewnem. Ustawiono je w 
szeregu, pamiętasz? Potem było moje wejście...
- Niezapomniane!
- Ale odwracające uwagę. Grissini szedł wzdłuż sceny, by mnie powitać i cała uwaga publiczności 
skupiała się na nas dwojgu. Odwrócenie uwagi. W tej właśnie chwili działała magia, nie wtedy, 
gdy usuwał sześciany.
- To jasne! Większość sztuczek iluzjonistów tak naprawdę dzieje się przed momentem, w którym 
pokazuje   się   je   widzom.   W   najważniejszy   momencie   publiczność   patrzyła   na   was,   a   nie   na 
sześciany.
Podszedłem ku tyłowi sceny, gdzie tuż przed czarną kurtyną stały drewniane pudła. Iluzja była 
naprawdę   dobra   -   dostrzegłem   jej   istotę   nie   wcześniej,   niż   stojąc   o   krok   od   sześcianów.   W 
powietrzu   tuż   nad   pudłami   znajdowała   się   cieniutka   czarna   platforma,   która   podtrzymywała 
”lewitującą” Angelinę.
- Ale to też jest magia! Przecież ona nie może tak po prostu wisieć w powietrzu!
Popatrzyłem na platformę jeszcze uważniej. Zajrzałem pod nią. Potem przesunąłem po niej dłońmi. 
Natrafiłem   na cieniutką   metalową  strunę  sięgającą  spoza  kurtyny.   Niewątpliwie   była   poza  nią 
przymocowana do jakiegoś solidnego obiektu. Zrozumiałem nagle.
- No jasne! Tej platformy tu nie było, kiedy mistrz wędrował wzdłuż sceny i kiedy przesuwał te 
pudła. Pojawiła się dopiero wtedy, kiedy poszedł cię przywitać, a reflektory przesunęły się za nim. 
W ciemnościach, zdalnie sterowana zapewne, wychyliła się ta struna i ustawiła platformę tuż nad 
sześcianami. Niewidzialną dla publiczności, bo jest tak samo czarna jak sześciany. Ale obręcz... 
przesunęła się wzdłuż całego twojego ciała, nawet sięgnęła nieco poza twoje stopy...
- I wróciła - przypomniała Angelina. - Ramię podtrzymujące biegnie na tyle wychylone w bok, że 
obręcz mogła sięgnąć poza moje stopy.
- Oczywiście! Ale musiała wrócić tą samą drogą, bo gdyby została przesunięta kawałek dalej, 
natrafiłaby na ramię podtrzymujące. Wspaniały efekt!
Wyszliśmy do Grissiniego, by mu pogratulować. Przyjął to bez wielkiego wzruszenia, jako coś 
oczywistego i należnego. Potem zaś uniósł przypominająco palec w górę.
- Mamy niewiele czasu, a mnóstwo jeszcze do przećwiczenia. I miał oczywiście rację. Pozostał mi 
jeszcze tylko tydzień. Spędziłem go, ciężko pracując. Odstawiłem alkohol, a na sen przeznaczałem 
tylko po kilka godzin na dobę. Poza tym  - ćwiczenia i ćwiczenia. Opanowałem wypuszczanie 
ptaków z pustej garści, wyciąganie niezliczonej ilości kolorowych flag z pustej tuby. Oczywiście 
ćwiczyłem też z aparatem do lewitacji, w czym Angelina uczestniczyła z wielkim entuzjazmem. 
Opanowałem tę sztuczkę do perfekcji. Nauczyłem się nawet odczytywać pytania od publiczności 
przez przykładanie złożonych kartek do czoła. Byłem naprawdę szczęśliwy, kiedy Grissini zdradził 
mi ten sekret. Sztuczka z kartami od widzów zawsze zadziwiała mnie w cyrku. A była taka prosta. 
Czytałem imię pierwszego pytającego i on zgłaszał się spomiędzy publiczności. Po odpowiedzeniu 
na pisemne pytanie otwierałem złożoną kartkę i jeszcze raz głośno mówiłem jego imię. Potem 
wyrzucałem papier i brałem następny.  Tylko  że ten pierwszy człowiek był  podstawiony - mój 
pomocnik siedzący pomiędzy publicznością. A kiedy spoglądałem na kartkę, żeby porównać to, co 
odczytałem nie patrząc, z tym, co zawiera papier, to było nie jego pytanie, tylko następnego widza. 
Zapamiętywałem je i odczytywałem, gdy na czole trzymałem już kartkę następnego gościa. I tak 
zawsze byłem o jedno pytanie do przodu. Iluzja! Wprowadzenie w błąd!
Pracowity   tydzień   dobiegł   końca.   Nasze   bagaże   były   spakowane,   bilety   kupione.   Musieliśmy 
ruszać dalej w drogę, aby zarabiać kolejne pieniądze. Bolesna bowiem stawała się konieczność 
wydawania własnych pieniędzy,  do czego byłem zmuszony, odkąd Kaizi wywinął ten numer z 
mikroskopijnym paragrafem.
Żegnaliśmy się więc z Wielkim Grissinim, który ponownie popadł w odrętwienie.
- Cóż, miło było znowu zająć czymś ręce - westchnął ciężko.

background image

- Zawsze będę wdzięczny za pomoc. Szkoda, że nasza znajomość musiała skończyć się tak szybko 
- odwróciłem się, aby nie widzieć smutku w jego oczach.
- Dbaj o siebie, mistrzu - powiedziała Angelina. Skrzywił się.
- To już będzie robił Happy Hectares - powiedział z goryczą. Czas było zaatakować, jak sobie to 
zaplanowałem, ale... nie mogłem.
- Mistrzu - powiedziałem - praca z tobą była wielkim przywilejem. Cieszę się też, że przyniosła ci 
chwile szczęścia. Ale te chwile będą trwały dłużej. Obiecuję ci to.
- Co masz na myśli?
- Bank. Co tydzień dostaniesz czek. Pieniędzy wystarczy na lepsze jedzenie, trochę napitków i 
drobne życiowe przyjemności.
Był zszokowany moimi słowami. Jego oczy zwęziły się.
- Gdzie tu jest haczyk? Dlaczego to robisz?
- Bo jest dobrym człowiekiem - odpowiedziała Angelina.
- Nie aż tak dobrym - powiedziałem. - Nie planowałem być aż tak bezinteresownie hojny. Ale 
powiedzmy, że w moim sercu zaszła zmiana.
- Jim, o czym ty u diabła mówisz? - Angelina też była zdumiona.
- Po prostu nie potrafiłem tego zrobić... Miałem zamiar podjąć się dokonywania tych wpłat, ale 
tylko w zamian za tajemnicę znikającego chłopczyka. Ale w końcu codziennie rano będę musiał 
patrzeć w lustro... a szantaż jest jednym z niewielu przestępstw, jakich nigdy nie dokonałem. I teraz 
jestem chyba już za stary, by inaugurować nową działalność. Więc ciesz się emeryturą i pomyśl o 
mnie zawsze wieczorem, kiedy będziesz sączył koktajl.
Gwizdnąłem na nasze bagaże. Pojechały za nami z szumem małych silniczków.
- Trudno mi w to uwierzyć! - zawołał za nami Grissini.
- Uwierz - odparła Angelina. - Chociaż taki twardy z zewnątrz, stary Jim ma naprawdę miękkie 
serce.
- Wiesz, że to mnie zawstydza - pocałowałem ją w policzek. Podeszliśmy do pojazdu, który już 
czekał z otwartymi drzwiami.
- Powiem wam - powiedział nagle Grissini. - To moja decyzja.
- Statek na nas nie zaczeka - przypomniała Angelina.
- To zajmie minutę. Powinniście zacząć coś podejrzewać w chwili, gdy mówiłem, że chłopiec na 
chwilę staje za moimi plecami. Znika wtedy z oczu publiczności. Pamiętacie, co opowiadałem o 
odwracaniu uwagi?
- Więc wtedy coś się stało - zawołałem. - Tylko co? - zastanawiałem się gorączkowo.
- On tam już został. Ukrył się za moją peleryną. To dlatego ten numer zawsze robiłem na końcu. 
Kiedy się kończy, opada kurtyna. A wtedy chłopak biegnie za jedno z jej skrzydeł, zanim po chwili 
kurtyna rozsunie się ponownie, żebym mógł się ukłonić.
- Ale... jeśli on nie wspina się po linie... to kto się wspina?
- Hologram. Podobnie jak nie ma liny wznoszącej się z kosza, tylko jej hologram. Dokładnie w tej 
chwili, kiedy chłopiec staje za mną, włączam projektor holograficzny, który tworzy obraz. Zaczyna 
się to już od tej pełznącej w górę liny.  Pamiętajcie - prawdziwy chłopiec stoi ukryty za moją 
peleryną.   Dosłownie   mgnienie   oka   później   hologram   chłopca   wychodzi   zza   moich   pleców   i 
zaczyna się wspinać po równie niematerialnej linie.
- A potem spokojnie znika. Hologram liny opada do koszyka, gdzie spokojnie leży prawdziwa lina.
- Kurtyna opada - uzupełniła ze śmiechem Angelina. - A tłum szaleje z radości. My też, maestro. 
Jesteś naprawdę wielki, Wielki Grissini.
Mag ukłonił się głęboko. My zaś opuściliśmy go, śmiejąc się wesoło. To naprawdę było wspaniałe 
przedstawienie. 

Rozdział 5

background image

Kiedy znaleźliśmy się na pokładzie statku, który miał nas zawieźć na Fetor, szybko zapomnieliśmy 
o euforii, jaką w nas wzbudziła ostatnia sztuczka Wielkiego Grissiniego. Wciąż mieliśmy bowiem 
jeden poważny problem. Angelina, wiedząc, że się nim gryzę, starała się zwrócić moją uwagę na 
przyjemniejsze   sprawy.   Mnie   jednak   wciąż   błąkała   się   po   głowie   myśl   o   świniozwierzu.   Jak 
mogłem pokazać sztuczkę ze zniknięciem świniozwierza, jeśli w ogóle nie będę go miał?
- Co byś powiedziała na kieliszek szampana w barze, jeszcze przed obiadem? - wychrypiałem z 
głębi zaschniętego gardła.
Angelina położyła dłoń na moim ramieniu.
- Chętnie, kochanie.
Zanim   jednak   zdołaliśmy   opuścić   kabinę,   rozległ   się   sygnał   komunikatora   i   ekran   monitora 
rozjarzył się.
- Z pewnością znów jakieś arcyważne instrukcje korzystania ze sprzętu ratunkowego - zauważyłem 
szyderczo, wykrzywiając się jednocześnie do lustra.
- Tym razem nie zgadłeś - Angelina czytała uważnie wiadomość. - To od Jamesa. Znalazł dla nas 
świniozwierza. Zaraz prześle szczegóły. Zaaranżował nam spotkanie, jak tylko przejdziemy przez 
kontrolę celną. Będzie na nas czekał facet o imieniu Igor... Z ciężarówką. On wie, gdzie trzeba 
pojechać.   James   załącza   jeszcze   pozdrowienia   i   życzy   nam   szczęścia.   -   Moja   żona   wcisnęła 
przycisk drukowania i wiadomość została wypluta przez drukarkę na kartce papieru. - Ustalił nam 
cały rozkład zajęć.
- Oto nasz syn! - krzyknąłem z entuzjazmem. - A teraz podtrzymuję propozycję wizyty w barze.
Gwiezdny   Bar   był   naprawdę   gwiezdny.   Sufit   tworzyła   szklana   kopuła,   poza   którą   w   ciemnej 
przestrzeni kosmicznej błyszczały nieprzeliczone gwiazdy. Pozornie. Nie sądziłem bowiem, aby 
naprawdę wykonano w statku takie wielkie okno. To była raczej iluzja, chociaż dobra. W miłej 
atmosferze siorbaliśmy sobie, mlaskaliśmy i układaliśmy plan dalszego działania. A dokładniej, 
przyglądaliśmy się propozycji przedstawionej przez Jamesa.
- Jeśli statek przybędzie na czas, a wedle praw mechaniki powinno tak być, wylądujemy na Fetor 
na dzień przed naszym występem w cyrku. Ta farma świoniozwierzy znajduje się jakieś pięćset mil 
od kosmodromu. Potem jeszcze dwieście do miasta. To będzie bardzo na styk.
- Będzie. Ale nie mamy chyba wyboru?
- Zgoda. Zaczniemy więc się tym martwić po wylądowaniu - wsunąłem kartkę Jamesa do kieszeni, 
opróżniłem szklaneczkę i odstawiłem butelkę. - Muszę wykorzystać podróż na dalsze ćwiczenia. 
Nie mogę więcej pić, bo będą mi się trzęsły ręce.
- Ale przed spaniem chyba się napijesz?
- Oczywiście. Nie planuję chłeptać tylko cienkich herbatek.
Dni biegły szybko. Ćwiczyłem bez ustanku, aż moje palce były giętkie jak z gumy. Przed naszym 
wylotem Angelina musiała spędzić sporo czasu na zakupach. Coś niecoś na ten temat wiedziałem, 
ale   byłem   zbyt   zajęty   magią,   by   rozeznać   się   w   szczegółach.   Teraz   ćwiczyłem   właśnie 
skomplikowaną sztuczkę z kartami, kiedy moja piękna żona wyszła z sypialni.
- Podoba ci się?
- Uaa! - zawołałem z zachwytem. Karty posypały się na podłogę.
To, co miała na sobie, było oszołamiającym ciuchem - szkarłatna suknia przylegała do ciała ciasno 
jak druga skóra, odsłaniając zarówno uda, jak i piersi. Ruszyłem natychmiast, by objąć żonę, ale 
pieszczotliwe walnięcie pięścią w szczękę zatrzymało mnie w miejscu.
- Czy nie sądzisz, że jest... no, zbyt śmiała jak na mój wiek.
-   Twój   wiek   to   najwłaściwszy   wiek   -   powiedziałem   z   entuzjazmem.   -   Jesteś   szałowa   i 
podniecająca, i każdy facet tam na sali będzie patrzył na ciebie, nie na mnie. Już widzę, jak się 
ślinią.
- A ten szmaragdowy diadem?
- W porządku. Pasuje do tego dziwoląga, który otacza cię w pasie.
- No, nie wiem - obracała się zgrabnie przed lustrem. - Może raczej ta zielona...

background image

- Masz więcej takich strojów?
- Oczywiście.
- Zrób mi przyjemność i pokaż je wszystkie. Pochyliłem się i pozbierałem z podłogi karty. Na razie 
poszły w kąt. Rozsiadłem się wygodnie w fotelu, zapaliłem cygaro, nalałem sobie szklaneczkę 
wina.
Angelina miała przygotowany inny strój na każdy numer. Zielony, pasujący do rudego ubarwienia 
świniozwierza (o ile będziemy mieć to zwierzę!), czarno-czerwony, gdy będzie podawać mi karty, 
całkowicie czarny do pokazu lewitacji...
Na prywatnym pokazie mody miło spędziliśmy czas aż do kolacji.
Reszta   podróży   przebiegała   dość   jednostajnie.   Ja   ćwiczyłem,   Angelina   dobierała   kostiumy. 
Jedliśmy dobrze i spaliśmy dobrze, a jeśli chodzi o picie, to oprócz jednej lub dwóch szklaneczek 
wina do posiłków, w dzień nie brałem alkoholu do ust. Na małe co nieco pozwalałem sobie dopiero 
przed spaniem.
Ponieważ   nasz   rozkład   zajęć   po   przylocie   był   mocno   napięty,   zadbałem   o   to,   abyśmy   po 
wylądowaniu   nie   musieli   tłoczyć   się   wraz   ze   wszystkimi   pasażerami,   tracąc   czas   na   zbędne 
formalności.   Wymagało   to   krótkiej,  acz   treściwej   rozmowy   z   odpowiedzialnym   za   rozładunek 
oficerem - oślizgłym typem, który stanowczo za często się kłaniał i zbyt mocno szczerzył zęby w 
szerokim uśmiechu, by można było obdarzyć go zaufaniem.
- Czym mogę panu służyć?
-   Chciałem   prosić   o   radę   w   sprawie   bagażu.   Jeśli   spakowalibyśmy   się   w   noc   poprzedzającą 
lądowanie, czy mógłbyś przyjacielu już wtedy wziąć bagaż?
- Z największą przyjemnością.
- A jeśli bagaże będą gotowe już poprzedniej nocy, nic chyba nie stanie na przeszkodzie, by zostały 
wyładowane jako pierwsze? - mówiąc to, wsunąłem mu w dłoń pięćdziesiąt kredytów.
- Tak się stanie. Ma pan moje słowo.
- I jeszcze jedna prośba. Do kogo powinienem się zwrócić, aby być pewnym, że ja i moja żona jako 
pierwsi pasażerowie opuścimy ten piękny statek?
- Do mnie, proszę pana. Cały rozładunek podlega mnie.
W jego kieszeni zniknął następny banknot.
- Ponieważ sądzę przyjacielu, że często tu lądujesz, może  znasz jakiś sposób na usprawnienie 
kontroli celnej?
- To zabawne, że pan o tym wspomniał, mój kuzyn jest akurat jednym z celników i...
I tak  ze znacznie  lżejszą kieszenią,  ale też  spokojniejszy o rozładunek,  powróciłem  do naszej 
kabiny, aby spakować bagaże.
Dzięki   temu,   niezbyt   może   subtelnemu,   przekupstwu   szybko   opuściliśmy   statek.   Pierwsi 
przeszliśmy przez kontrolę celną, a dzięki uprzejmości pewnego celnika nasze bagaże nie były 
otwierane i sprawdzane.
Na lądowisku czekał na nas ponury typ w pogniecionych i przybrudzonych ciuchach, który trzymał 
tabliczkę z napisem ”Degrizz”. Kiwnąłem więc ku niemu. Zbliżył się. natychmiast.
- Ty Degriz?
- Ja di Griz. Ty kto?
- Ja Igor. Chodź.
Gwizdnąłem   i   bagaż   podążył   za   nami,   my   zaś   pospieszyliśmy   za   naszym   przewodnikiem. 
Opuściliśmy terminal i wyszliśmy na zapyloną i zakopconą ulicę. Angelina pociągnęła z niechęcią 
nosem.
- Nie podoba mi się ani to miejsce, ani nasz małomówny przyjaciel.
- Obawiam się, że taka już jest ta planeta. Głównie kopalnie i ciężki przemysł. Czy nie zdawało ci 
się, że w ostatniej wiadomości od Jamesa pobrzmiewała jakaś nuta desperacji.
- Owszem. Zobaczymy, jaki to rodzaj transportu dla nas załatwił. Uggh!

background image

”Uggh”   było   właściwym   określeniem.   Czekała   na   nas   wielka,   brudna   i   porysowana   szafa   na 
czterech kołach, którą przez pomyłkę ktoś nazwał ciężarówką. Kiedyś ta ciężarówka była chyba 
polakierowana na różowo, ale nie można było mieć stuprocentowej pewności. Z całą pewnością 
natomiast  wypatrzyłem  na jednym  z boków tego wehikułu, przykryty  warstwą brudu, napis: - 
”Igor, usługi transportowe, jazda w każde miejsce”.
Miałem nadzieję, że to prawda. Igor otworzył boczny luk i wrzucił tam nasz bagaż, a potem wszedł 
na górę do kabiny. Silnik ożył, pokrywając nas chmurą czarnego dymu. Załzawionymi  oczami 
dostrzegłem wychylającą się zza oparów rękę Igora, zapraszającego do kabiny. Wspięliśmy się tam 
w ślad za naszym przewodnikiem i usiedliśmy na porozrywanych brudnych siedzeniach.
Próbowaliśmy dojrzeć cokolwiek przez zatłuszczone i wysmarowane okno. Maszyna trzęsła się i 
dygotała, ale jednak potoczyła się naprzód.
- Wiesz, gdzie mamy jechać? - zapytałem, starając się nie dać po sobie poznać narastającego we 
mnie obrzydzenia, gdy obserwowałem scenerię na zewnątrz.
- Ungh - odpowiedział, a przynajmniej brzmiało to jakoś podobnie.
- Jedziemy do Lortby, tak? Do Mięsnej Farmy Świniozwierzy?
Musiałem   odczekać   chwilę,   nim   to   pytanie   znów   spowodowało   reakcję   w   postaci   jakiegoś 
pojedynczego potwierdzającego mruknięcia. Potem jednak Igor popisał się całym przemówieniem.
- Pobrudzi, płacisz więcej.
Sądzę, że miało to oznaczać - ”jeśli wasze zwierzę zapaskudzi mój wspaniały wehikuł, ta i tak już 
absurdalnie wysoka zapłata będzie jeszcze wyższa”. Mruknąłem więc coś w odpowiedzi i na tym 
zakończyliśmy naszą wymianę zdań.
Wkrótce  fabryki   z  ich   dymiącymi   kominami  i   odrapanymi   murami   ustąpiły  miejsca  dzikszym 
plenerom. Głównie bagiennym.  Po bokach drogi znajdowały się rowy, które najwyraźniej były 
traktowane jak śmietnik, bo wypełniały je odpady wszelkich możliwych rodzajów. Próbowaliśmy 
chwilę rozmawiać, ale nawet moja rozmowa z Angeliną wkrótce zamarła, tak przybiło nas to, co 
widzieliśmy za oknem. W kilka godzin albo stuleci później skręciliśmy z głównej drogi w błotnistą 
ścieżkę,   u   której   wylotu   znajdowała   się   tablica   z   nazwą   farmy,   całkiem   niezłym   rysunkiem 
szarżującego świniozwierza i ostrzeżeniem u dołu, że nieproszeni goście zostaną zastrzeleni.
Przekonany w ten sposób, iż należy spodziewać się miłego powitania, wysunąłem się z kabiny, gdy 
tylko  nasz pojazd zatrzymał  się przy zabudowaniach  farmy.  Przeciągnąłem  się i ziewnąłem,  a 
potem pomaszerowałem ku jedynym drzwiom wielkiego budynku, który zwrócony był w stronę 
drogi.
Kiedy otwierałem drzwi, zadzwonił dzwonek i siedzący za ladą mężczyzna o podobnie pogodnym 
obliczu jak Igor, spojrzał na mnie spode łba.
Miałem zamiar powiedzieć ”dzień dobry”, ale zmieniłem zdanie.
- Ugh - mruknąłem. Odughnął uprzejmie.
- Potrza świniozwierza.
- Cały czy w kawałkach.
- Żywy, nie bity. Cały.
To go zaskoczyło, widziałem jak na jego czole pojawiła się zmarszczka. Naprawdę skupił myśli i 
wreszcie odpowiedział.
- Nie spylam żywych.
- Zacznij od dziś - przesunąłem po ladzie stukredytową monetę, którą natychmiast chwycił.
- Takie prawo.
- Właśnie się zmieniło - za pierwszą monetą podążyła druga. Na jego twarzy na moment pojawił 
się cień uśmiechu. Wstał i ruszył w kierunku drzwi.
Przed budynkiem czekała na nas Angelina. Dostrzegłem wściekłe ogniki w jej oczach.
- Jeszcze minuta z Igorem i musiałabym go zabić. Wręcz widziałam pożądanie wypełzające na jego 
twarz. Szkoda, że potrzebujemy kierowcy...  No, więc zamiast go stuknąć, wolałam tu przyjść. 
Załatwiłeś?

background image

- Mam taką nadzieję! - odparłem z fałszywym optymizmem. - Ten drugi wybitny mówca właśnie 
prowadzi nas do świniozwierza. Idziemy za nim? - na samą myśl o ponownym zobaczeniu tych 
wspaniałych   zwierzaków,   wróciła   mi   chęć   działania.   -   Pamiętaj   zawsze,   że   te   zwierzęta 
podróżowały z ludźmi przez przestrzeń, służąc zarówno do obrony, jak i jako źródło pożywienia. 
Są naprawdę wspaniałe - krzyżówka groźnego iglastego jeżozwieża oraz jakże pożytecznej świni. 
Ups!
Właśnie weszliśmy do budynku i nagle stanęliśmy oko w oko z potężnym zwierzęciem. Nozdrza 
Angeliny rozszerzyły się - nie do końca podzielała mój entuzjazm dla tych istot. To była sztuka, o 
jakiej   marzyłem.   Świniozwierz   zjeżył   na   nasz   widok   olbrzymie   czerwone   kolce.   Jego   oczy 
błyszczały gniewem. Na podłogę kapnęło kilka kropli piany z pyska.
- Suuei - powiedziałem miękko - suuei, suuei, dobra świnka.
Sięgnąłem   zdecydowanie   ręką   do   przodu   i   podrapałem   zwierzaka   między   uszami.   Opuścił 
natychmiast   kolce   i   wydał   z   siebie   rozkoszne   mruknięcie.   Świniozwierze   same   nie   potrafią 
dosięgnąć tego miejsca, a uwielbiają być drapane między uszami. Angelina widziała już tę sztuczkę 
wcześniej, ale właściciel farmy wytrzeszczył oczy tak, że miałem wrażenie, iż zaraz wypłyną mu 
na wierzch.
- Uważaj! To zabójca!
- Jestem pewien. Ale tylko dla tych, którzy na to zasługują. Dla normalnych ludzi jest lojalnym i 
opiekuńczym   towarzyszem.   Dobra   świnka   -   powtórzyłem,   podziwiając   olbrzymi   rozmiar 
zwierzęcia. Żałowałem, ale jednak musiałem je tu zostawić. Knur był imponujący,  ale niestety 
znacznie za duży na scenę.
- Potrza mniejszego.
Weszliśmy głębiej do świniarni. Minęliśmy zmęczone samice z młodymi,  obejrzeliśmy jeszcze 
wiele tych cudownych istot, aż nagle przed jednym z boksów zatrzymałem się i aż westchnąłem z 
zachwytu. Stała przede mną jedna z najpiękniejszych samic jednoroczniaków, jaką kiedykolwiek 
widziałem. Małe oczka świeciły bystro i wesoło, delikatne kolce były lekko nastroszone. Zatuptała 
małymi kopytkami, kiedy ją zawołałem i zamruczała rozkosznie, gdy podrapałem ją we właściwym 
miejscu.
Ubiliśmy interes. Trochę kredytów znowu zmieniło właściciela, a my dostaliśmy kawałek liny w 
charakterze smyczy. Nasz nabytek natychmiast zrozumiał, czego od niego chcemy i pobiegł z nami 
do ciężarówki niemal przy nodze.
- Jest cudowna - powiedziałem. - Nazwiemy ją Gloriana.
- A kto to był? - zapytała podejrzliwie Angelina. - Jakaś twoja była przyjaciółka?
- Ależ skąd! To imię z legend, z mitologii. Gloriana, bogini farmerów, często przedstawiana z 
prosiaczkiem na ramieniu...
- Zmyślasz!
- Skąd!
- Gdybym nie znała cię lepiej, Jimie di Griz, pomyślałabym, że jesteś jakimś szalonym zoologiem z 
twoim chorym podziwem dla tych stworów.
- Kiedy byłem małym chłopcem, nie miałem innych przyjaciół poza świniozwierzami.
-   Ale   teraz   jesteś   już   dużym   chłopcem   i   możesz   lepiej   dobierać   sobie   przyjaciół.   Dojedźmy 
wreszcie do cyrku.
Opuściłem tylną klapę naszego wehikułu i Gloriana wmaszerowała tam ochoczo. Pomiędzy kabiną 
a paką było niewielkie okienko, mogłem więc obserwować, jak sprawuje się podczas jazdy. Była 
naprawdę bardzo dobrze wychowana i prawie całą drogę spała.
Nie   będę   więcej   opowiadał   o   naszej   podróży   do   miasta.   O   niektórych   rzeczach   lepiej   jak 
najszybciej   zapomnieć,   wyrzucić   je   także   ze   wspomnień,   niech   przepadną   gdzieś   w   kącie.   W 
każdym razie duch w nas znacznie upadł i nie poprawiło się to po wjeździe do miasta.

background image

Było   już   po   zmierzchu,   gdy   dotarliśmy   do   wielkiego   budynku,   który   był   miejscem   naszego 
przeznaczenia.  Wyładunek  poszedł sprawnie, tylko  Igorowi udało się upuścić nasze bagaże do 
szamba. Potem jeszcze spojrzał na drepczącą w miejscu Glorianę.
- Kupsko świni na pace. Dwadzieścia kredytów więcej.
Zajrzałem do paki i pokręciłem przecząco głową.
- Nie ma kupska, nie ma szmalu.
Odliczyłem mu uzgodnioną należność. Przeliczył ją powoli i schował do kieszeni. Potem jednak 
jego brwi zmarszczyły się w ciężkim wysiłku umysłowym. Coś mu się jednak przypomniało.
- Widzę kupsko. Płać.
- Nie widzę kupska, ty nie zobaczysz forsy. - Płać!
Machnął w moim kierunku wielką pięścią i skoczył naprzód.
- Ja to załatwię! - zawołał radośnie Angelina.
Nawet nie zdążyłem odpowiedzieć, a jej noga już zahaczyła o stopę Igora. Kiedy leciał na ziemię, 
zdzieliła go jeszcze porządnie pięścią w kark. Zwalił się na ziemię z miłym dla ucha łoskotem.
Pozbierał się, mrucząc pod nosem wyzwiska.
Wskazałem mu ciężarówkę.
- Wynoś się! Zanim będzie jeszcze gorzej.
Miałem nawet nadzieję, że spróbuje jeszcze powalczyć. Obraził moją Angelinę, a ja nie przyjmuję 
tego lekko. I nie tylko ja to tak odbierałem. Usłyszałem szelest unoszących się kolców i Gloriana 
pognała do ataku. Igor wrzasnął i chwycił się za nogę, o którą zahaczył jeden z kolców. Wciąż 
klnąc, wskoczył błyskawicznie do kabiny. Ciężarówka znikła w ciemnościach nocy... Ale i tak miał 
kieszenie pełne moich kredytów, łobuz.
Stanęliśmy przed drzwiami budynku. Gloriana pociągnęła z rozkoszą nosem, zanurzając łeb w 
stojącym obok śmietniku. Ja natomiast wcisnąłem przycisk znajdujący się pod tabliczką ”Scena 
Colosseo - wejście”
Zamek zazgrzytał, drzwi uchyliły się i pojawiła się w nich nie dogolona twarz.
- Czego tu?
- Czy to jest obecne miejsce występów cyrku Bolshoi Big Top?
- Taa...
- Więc otwórz szerzej te wrota, mój dobry człowieku. Masz zaszczyt rozmawiać nie z kim innym, 
jak z samym Marvellem Wspaniałym.
- Spóźniłeś się.

-   Nigdy   nie   jest   za   późno,   by   spotkać   się   z   wierną   publicznością,   która   wkrótce   już   będzie 
oczekiwać   każdego   mojego   występu   ze   wstrzymanym   oddechem.   Prowadź   do   garderoby, 
przyjacielu.
Wprowadził nas w głąb Colosseo. Angelina szła obok mnie, Gloriana dreptała nieopodal, a bagaż 
jechał za nami. Moja nowa i wspaniała kariera miała się wkrótce rozpocząć.
- Spóźniłeś się - usłyszałem jeszcze jeden głos. Odwróciłem się w kierunku, skąd dochodził.
- Cerber pilnujący drzwi powiedział dokładnie to samo. A ty jesteś...
- Harley Davidson. Kontaktowaliśmy się już.
Wysoki, ciemnowłosy mężczyzna wszedł do garderoby w ślad za nami. Uścisnęliśmy sobie dłonie. 
Z  całą   pewnością   był  prowadzącym   całe   przedstawienie   konferansjerem  -  szałowo  ubrany,  od 
czarnych lśniących butów po jeszcze ciemniejszy kapelusz.
- Mam nadzieję, że jesteś naprawdę tak dobry, jak wynika z twoich referencji - powiedział.
Też miałem taką nadzieję, zwłaszcza iż wszystkie moje referencje były sfałszowane.
- Nawet lepszy! - entuzjazmem starałem się wywrzeć odpowiednie wrażenie.
- Ostatni mag, jakiego mieliśmy, rzadko był na tyle trzeźwy, aby brać udział w przedstawieniu.
- Zapewniam cię, że jestem całkowitym abstynentem. Czy mogę przedstawić moją żonę? Angelina.
Jak przystało na prawdziwego dżentelmena, ujął dłoń Angeliny i złożył na niej pocałunek.

background image

- A to jest Gloriana.
Na naszą pupilkę też spojrzał z zainteresowaniem, ale tym razem obyło się bez pocałunku.
- Lubią sztuczki ze zwierzętami. Tworzą atmosferę. Znasz może Wielkiego Grissiniego? On też 
posługiwał się takim zwierzakiem.
- Czy go znam! Jest moim mistrzem. To on nauczył mnie wszystkiego, co umiem.
- Miło mi to słyszeć. To jak znak jakości. Do pierwszego przedstawienia jest jeszcze parę godzin. 
Odpocznij. Wyglądasz na zmęczonego. Obudzą cię tak, byś  miał wystarczająco dużo czasu na 
przygotowanie.
- Jest tu w pobliżu jakaś restauracja? - zapytała Angelina. - Ostatnio jedliśmy dość dawno temu.
- Żadnej, jaką mógłbym polecić. Ale działa kilka szybkich dostaw na telefon. Niektóre potrawy 
można zjeść...
- Cały czas mnie unikasz, Harley. Musimy pogadać.
Głos mężczyzny, który nagle wkroczył do pokoju, zadudnił jak grzmot przebudzonego wulkanu. 
Przybysz był mojego wzrostu, ale za to co najmniej dwukrotnie szerszy w barach. Głowę miał 
ogoloną na łyso, za to jego twarz zdobiły zakręcone czarne wąsy. Miałem cały czas wrażenie, że 
jego ubranie pęknie w szwach przy następnym ruchu, tak bardzo rozpychały je potężne mięśnie o 
grubości sporego konara. Biceps tego faceta miał większą średnicę niż moje udo. Rozpoznałem 
gościa,   widziałem   przecież   wcześniej   jego   zdjęcia.   To   w   jego   poszukiwaniu   przebyliśmy   te 
wszystkie lata świetlne.
- Cóż za spotkanie! - zawołałem z entuzjazmem. - Ty możesz być tylko tym sławnym w całej 
galaktyce   Puissanto!   Naprawdę   miło   cię   ujrzeć.   Jestem   Marvell   Wspaniały   -   postąpiłem   krok 
naprzód i wyciągnąłem rękę w geście powitania.
Wyciągnął tylko dwa palce, które z trudem objąłem dłonią. Ścisnąłem je mocno, ale były równie 
twarde jak metalowe pręty. Zamrugał małymi czerwonymi oczkami. Widziałem, że jego głowa 
pracuje teraz usilnie.
- Słyszałeś o mnie?
- W najdalszych krańcach galaktyki krążą o tobie różne opowieści.
Po jego twarzy przeniknął zadowolony uśmiech, kiedy gładko przełknął moje pochlebstwo. Potem 
jednak znów przybrał gniewny wyraz twarzy, gdy zwrócił się do Davidsona.
- Dlaczego strażnicy nie pozwalają mi opuścić budynku?
- Bo jesteś wygnany z miasta, dlatego właśnie. A każdy kredyt, który wydałem na łapówki, żeby 
wyciągnąć cię z aresztu, zostanie potrącony z twojej zapłaty.
- Nie ma tu co robić cały dzień.
- Również w mieście.
- To wcale nie było tak, jak oni mówią.
- Oczywiście, że było! Czy wiesz, ilu świadków musiałem przekupić, aby uwierzono w twoje 
kłamstwa? W dodatku takie historie przytrafiały ci się już wcześniej. I dobrze o tym wiesz.
- Wyzwali mnie.
- Ach tak. Wszystkich dwudziestu ośmiu hutników wyzwało cię do walki? Trzech jest w szpitalu, a 
wszyscy byli nieprzytomni, kiedy przyjechała policja.
- Tak się tylko bawiliśmy...
- Ostatni raz. Jeszcze jedno takie zdarzenie i wylatujesz stąd. Będziesz musiał sobie znaleźć nowy 
cyrk.
Harley miał mocne nerwy i spore jaja, stał wprost przed tym potworem i walił prosto z mostu. 
Przez moment już myślałem, że będziemy świadkami morderstwa i destrukcji całej garderoby. 
Puissanto zacisnął pięści, jego bicepsy napięły się groźnie, żyły pod skórą nabrzmiały jak błękitne 
węże. Potem jednak wymamrotał coś pod nosem i odszedł, obróciwszy się na pięcie.
- Często tak? - spytałem, gdy napięcie nieco zelżało.

background image

- Zbyt często. Kiedy skończy mu się ten angaż, nie podpiszę następnego. Mam aż nadto kłopotów z 
hipogryfami - spojrzał ponurym wzrokiem na Glorianę. - Mam nadzieję, że chociaż ona jest dobrze 
ułożona.
Wyszedł. Angelina zamknęła za nim drzwi, a potem opadła na krzesło z głośnym westchnieniem 
ulgi.
- Zgadzam się w zupełności - powiedziałem. Uśmiechnęła się.
- Witamy w show-biznesie. 

Rozdział 6

Dzisiejszy wieczór naprawdę zapowiadał się gorąco. Przekonałem się o tym,  przechodząc koło 
pokoju ochrony, który znajdował się niedaleko garderoby. Kątem oka dostrzegłem wówczas rzędy 
ekranów pokazujących morze świateł u wejścia do cyrku. Faktycznie, sporo się tam działo. Lokaje 
otwierali   drzwi   i   witali   wchodzących   Dostojnie   i   bogato   odziane   pary   wysiadały   z   pojazdów 
wszelkiego rodzaju - latających, toczących się na kołach lub gąsienicach, a w jednym przypadku 
był   to   nawet   jakiś   skaczący   wehikuł.   Zdałem   sobie   sprawę,   że   pachnie   tu   naprawdę   sporymi 
pieniędzmi. Nie wydawało się to aż takie dziwne - ta część Fetor, którą widziałem dotychczas, to 
były   tylko   dolne   warstwy   przemysłowego   świata   -   górnicy,   hutnicy,   fabryki   i   podobne 
obrzydlistwo. Obrzydlistwo, które oznaczało spore dochody dla tych nielicznych szczęśliwców na 
szczycie. Dobry stary kapitalizm z dobrymi starymi kapitalistycznymi krwiopijcami - niewiele dla 
mas na dole, wszystko dla kilku pijawek na górze.
Te   głębokie   rozważania   społeczno-ekonomiczne   porzuciłem   jednak   natychmiast,   gdy   tylko 
wszedłem do garderoby. Angelina oceniała właśnie swą kreację w wielkim lustrze.
-  Zielony  kostium!   - zawołałem.  -  Cudowny,  przepiękny,   oszołamiający!  Muszę  pocałować  tę 
boginię wdzięku!
Powstrzymała mnie uniesiona w górę ręka.
- Później. Już od pół godziny nakładam na siebie ten teatralny makijaż i nie pozwolę ci go teraz 
rozsmarować.
- Ale będę mógł rozsmarować go później?
Za ten niezbyt bystry żart zostałem nagrodzony tylko zmęczonym westchnieniem.
Przyjrzawszy się mojej pięknej żonie dostrzegłem, że ma pogłębione cienie pod oczami, wyżej 
uniesione brwi o nieco ciemniejszej barwie oraz zaróżowione pudrem policzki.
- Teraz twój makijaż, Jim. Tak, jak ci pokazywałam.
- Już, już - usiadłem przed lustrem i zacząłem pracować nad podkładem.
Kątem oka dostrzegłem odbicie Gloriany, która wierciła się w swoim koszu.
- Sprawiała jakieś kłopoty? - zaniepokoiłem się.
- Wręcz przeciwnie. Zachowywała się bardzo przyzwoicie, dopóki jakiś pijany gość nie próbował 
wtargnąć do garderoby. Była szybsza niż ja. Facet miał nogawki w strzępach w ciągu sekundy, ale 
chyba nawet tego nie zauważył,  zwiewając korytarzem.  Dostała w nagrodę kanapkę z serem i 
czarnymi truflami oraz miskę mleka. Teraz odpoczywa. A ja założyłam zieloną suknię, bo dobrze 
się komponuje z czerwonymi kolcami Gloriany.
Mieliśmy jeszcze sporo czasu. Nasz występ był ostatnim przed pierwszą przerwą, ale nie mogliśmy 
się   powstrzymać   przed   pójściem   na   tył   sceny   i   spojrzeniem   na   salę   przez   szparę   w   kurtynie. 
Wszystkie loże i krzesła były zajęte.
Zaraz jednak musieliśmy się cofnąć. Zaczęto ściągać cały ciężki osprzęt Puissanta. To jego występ 
miał otwierać przedstawienie.
-   Idźcie   do   bocznego   skrzydła   -   polecił   nam   Harley   Davidson   w   chwili,   gdy   zagrano   już 
otwierające fanfary. On sam wysunął się przed kurtynę i usłyszeliśmy powitalne oklaski widzów.
- Panie i panowie, a także robotnicy, witamy w Bolshoi Big Top.

background image

To spowodowało następną falę aplauzu, szczególnie na górnym balkonie, gdzie, oddzielona gęstą 
siatką od reszty widowni, zasiadała biedota. Konferansjer odczekał, aż oklaski ucichną.
- Będziecie wkrótce świadkami najwspanialszych występów w całej galaktyce. Odłóżcie na bok 
wszelkie troski i cieszcie się wyjątkowym  przedstawieniem.  Dzisiaj jeszcze zadziwi was świat 
tajemniczej magii Marvella Wspaniałego. Będziecie podziwiać niewiarygodne formy życia podczas 
występu   galaktycznych   potworów   Mistrza   GarGoyla.   Przyciągnie   wasze   oczy   kusząco   piękna 
Belissima i jej baletnice.
Teraz rozległy się nie tylko grzmiące oklaski, ale także i donośne gwizdy z górnej części widowni.
- A na otwarcie tego zapierającego dech w piersiach przedstawienia zobaczycie człowieka z tytanu, 
najsilniejszego   mężczyznę   w   naszej   galaktyce,   a   i   we   wszystkich   innych,   niezapomnianego, 
niewiarygodnego i niemożliwego do zatrzymania - Puissanto!
Konferansjer   cofnął   się.   Kurtyna   rozchyliła   się   szeroko   i   publiczność   mogła   przez   chwilę 
podziwiać nieruchomego, półnagiego, świecącego od oleju i promieniującego wręcz testosteronem 
siłacza   z   jego   gigantycznymi   mięśniami.   Ponieważ   staliśmy   wraz   z   Angeliną   za   bocznymi 
skrzydłami kurtyny, z bliska oglądaliśmy występ Puissanta. A zapewniani, że było na co popatrzeć.
-  Wysokiej  klasy stal   -  powiedział  Davidson,  gdy siłacz  podniósł   szeroką  na  palec,  metrowej 
długości sztabę metalową. Trzymając ją za oba końce, ukląkł i oparł o kolano. Potem rozlegały się 
już tylko ”ochy”  i ”achy”  widowni, gdy bez najmniejszego wysiłku zwinął sztabę w pierścień 
wokół swego uda. To podobało się każdemu, ale publiczność naprawdę oszalała, gdy Puissanto 
pochwycił sztabę zębami i przegryzł na pół.
- Teraz zobaczycie - zapowiedział konferansjer, gdy aplauz ucichł nieco - dwóch sympatycznych 
murarzy, którzy tu właśnie na scenie zbudują dla nas mur. W tym czasie Puissanto będzie dalej 
państwa zabawiał pokazem swojej siły.
Na dole pośród elit zapanowała cisza, natomiast kamraci murarzy z góry zagrzewali ich w pracy 
dobrymi  radami, a nierzadko i niewybrednymi  bluzgami. Podczas gdy Puissanto demonstrował 
drobne przykłady swej siły, robotnicy na scenie pracowicie pokrywali cementem kolejne warstwy 
cegieł. Mur rósł. Był już wysokości człowieka, gdy zabrzmiała kolejna fanfara i konferansjer znów 
wystąpił na przód sceny.
-   Solidne   cegły   i   beton.   Sami   widzieliście,   jak   wznoszono   mur.   Normalny   potężny   mur,   a 
przynajmniej ten mur będzie taki, gdy stwardnieje beton. Nie mamy jednak czasu na czekanie, więc 
użyjemy maszyny, która wzmacnia ściany stawiane w trudnych warunkach naturalnych.
Rozległy się kolejne krzyki i westchnienia, gdy ścianę ogarnęły płomienie ognia, skierowane tam 
przez operatora zapowiedzianego urządzenia. Przez dłuższą chwilę wodził on ogniem w górę i w 
dół   muru.   Następnie   pojawili   się   na   scenie   dwaj   ludzie   z   potężnymi   młotami,   którzy   przy 
akompaniamencie chóru i orkiestry kilkakrotnie zaatakowali mur. Pozostał nienaruszony. Wreszcie 
faceci z młotami ukłonili się i opuścili scenę. W ich ślady poszedł kłaniający się publiczności 
konferansjer.
Scena pogrążyła się w ciemności. Reflektory oświetlały jedynie punktowo mur i potężną postać 
siłacza, który podszedł bliżej i uważnie przyjrzał się ścianie. Na widowni panowała śmiertelna 
cisza, gdy atleta popukał w ścianę potężną pięścią i uśmiechnął się. Teraz na scenie był tylko 
człowiek i mur, reszta nie istniała, pogrążona w mroku.
Siłacz odszedł aż na sam brzeg sceny, odwrócił się i pochylił nieco głowę. Rozległy się werble, ich 
dudnienie   narastało,   przechodząc   w   donośne   crescendo,   które   kontrastowało   z   całkowitym 
milczeniem publiczności. Puissanto pochylił  głowę jeszcze bardziej  i ruszył  miękkim  krokiem. 
Nabierał szybkości i już w biegu zgiął się w pół. W pełnym pędzie huknął łysą głową w sam środek 
ściany. Ściana zatrzęsła się, pękła i rozpadła na kawałki.
Teraz naprawdę rozpętało się piekło. Atleta starł z głowy cementowo-ceglany pył i ukłonił się 
wiwatującemu   tłumowi.   Publiczność   szalała.   Nie   przestawała   klaskać   i   wiwatować   mimo 
trzykrotnego jeszcze wyjścia kłaniającego się atlety na scenę. Musiał pokazać coś jeszcze, zanim 
zgodziliby się go wypuścić. I pokazał. Chociaż tym razem była to nieco nietypowa sztuczka.

background image

-   Puissanto   słyszy   wasze   wiwaty   i   rozumie   wasz   entuzjazm   -   zwrócił   się   do   publiczności 
konferansjer. - Dlatego też, aby sprawić wam przyjemność, zdecydował się na bis.
Po ukłonieniu się publiczności Puissanto nie wrócił za kurtynę, ale zszedł ze sceny pomiędzy ludzi. 
Uścisnął kilka dłoni, a raczej dał kilku osobom do uściśnięcia dwa palce. Uśmiechał się przy tym 
szczęśliwy,   zwłaszcza   gdy   pocałowało   go   kilka   pięknych   kobiet.   Potem   zaś   powrócił   przed 
pierwszy szereg krzeseł i ukłonił się ponownie. Kłaniając się, oparł dłonie na dwóch stojących 
przed nim krzesłach. Bez wielkiego wysiłku wyrwał je oba równocześnie z miejsc umocowania i 
uniósł   w   powietrze   wraz   ze   znajdującymi   się   na   nich   kobietą   i   mężczyzną.   Tłum   wybuchnął 
wiwatami   i   zarazem   śmiechem   z   porwanych   w   górę,   którzy   kurczowo   uchwycili   się   krzeseł. 
Zabrzmiały znów fanfary,  a Puissanto, trzymając wciąż nad głową krzesła, wraz z pasażerami 
wszedł na scenę i odwrócił się do publiczności.
Zaczął   żonglować   krzesłami   jak   parą   olbrzymich   piłek,   chociaż   oczywiście   podrzucał   swe 
przypadkowe   ofiary   na   niewielką   wysokość   i   w   pozycji   pionowej.   Sprawnie   też   i   bez 
najmniejszych trudności chwytał opadających w swe wielkie dłonie. Pięciokrotnie powtórzył ten 
niezwykły pokaz zarówno siły, jak i niezwykłej koordynacji ruchów, a potem bezpiecznie postawił 
oboje widzów wraz z ich krzesłami na ziemi. Dziewczyna pocałowała go, a wtedy publiczność 
całkowicie straciła wszelkie panowanie nad sobą.
- Zapłacisz za te zniszczone krzesła, Puissanto! - Stojący koło mnie Harley Davidson krzyczał do 
siłacza spoza kurtyny, ale pośród zagłuszających wszystko wiwatów tłumu tylko ja słyszałem jego 
słowa. - Potrącę ci z wypłaty.
Techniczni uprzątnęli scenę, siłacz ukłonił się po raz ostatni i zakończył wreszcie swój występ.
Kiedy aplauz zaczął wreszcie cichnąć, muzyka  zmieniła się zupełnie, pobrzmiewając tematami 
znanymi   raczej   z   marsza   żałobnego,   którym   towarzyszyły   rozlegające   się   od   czasu   do   czasu 
wybuchy obłąkanego śmiechu jakiegoś szaleńca. Światła ściemniały i zgasły, natomiast upiorny 
śmiech brzmiał coraz głośniej. Na scenę został skierowany pojedynczy błękitnawy snop światła, a 
w jego kręgu stanął przystojny mężczyzna w smokingu, który ukłonił się publiczności i odezwał 
głosem kojarzącym się nieodparcie z siarką i demonami.
- Witam na Potwornym Show Intergalaktycznym GarGoyla.
Cofnął się, a jego miejsce zajął zielonoskóry czteroręki człowiek, który również z gracją ukłonił się 
zebranym. Ubrany był w szkocką kraciastą spódnicę, a przy pasie miał skórzaną sakwę. Z niej 
właśnie wyciągnął małą białą czaszkę i wyrzucił w górę... potem następną i następną, aż fruwała 
ich niezliczona ilość, a on żonglował nimi w skomplikowanych układach za pomocą wszystkich 
swych czterech rąk. Robiło to wrażenie i publiczność nie pozostała obojętna. Zwłaszcza że wkrótce 
czaszki jedna po drugiej zaczęły lecieć na widownię, gdzie ludzie stoczyli  małą walkę, aby je 
zdobyć. Czaszki zostały zresztą wkrótce zjedzone przez swych nowych właścicieli; okazało się 
bowiem, że są zrobione z cukrowej masy.
- Dziękuję, dziękuję, przyjaciele. Jestem tu dzisiaj z wami, by podarować wam tchnienie ohydy, 
drżenie strachu, grymas obrzydzenia. Zebrane z najodleglejszych krańców galaktyki, tylko dla was 
kochających się w horrorze, wszelkie wybryki natury kryjące się przed oczami zwykłych ludzi. 
Pomyłki genetyczne, potworne mutacje, o których może słyszeliście, a może widywaliście w snach. 
Ale jeśli o nich śniliście panie i panowie, były to koszmary senne. Przerażający jeźdźcy nocy - 
takie jak Człowiek Ślimak!
Kurtyna rozchyliła się gwałtownie, równie gwałtownie zapaliły się wszystkie światła, oświetlając 
istotę na scenie. Pomiędzy publicznością rozległy się okrzyki przestrachu i niedowierzania. Były 
powody.   Istota   humanoidalna   o   poskręcanym,   zwiniętym   ciele   i   oślizgłej   skórze.   Częściowo 
zakryta twardą muszlą, w którą cofnęła się teraz, przestraszona hałasem. Potem zaczęła uciekać ze 
sceny. Pełzła powoli, zostawiając za sobą wyraźny mokry tor. Przesuwała się w moim kierunku, 
widziałem te wielkie przerażone oczy i wzdrygnąłem się. Wiedziałem, że nie jest zmutowanym 
żywym  człowiekiem, lecz tylko pseudocielesnym  robotem, ale odetchnąłem z ulgą, gdy to coś 

background image

skręciło i odpełzło w innym kierunku. Ktokolwiek jednak zaprojektował i wykonał tę istotę, miał 
zwichrowany umysł.
Potem   publiczność   powitała   z   większym   zaangażowaniem   dziewczynę-ptaka   z   kolorowymi 
skrzydłami zamiast rąk i dziobem w miejscu ust. Zwłaszcza sprawiło im wyjątkową radość, gdy 
istota ta uleciała kilka stóp w powietrze.
Było jeszcze wiele podobnych mutacji. Widzom podobał się ten pokaz, co wiele powiedziało mi o 
mieszkańcach Fetor. Ja sam czułem już narastające obrzydzenie, a mimo to miałem nadzieję, że ten 
pokaz nigdy się nie skończy. Każda upływająca minuta przybliżała mój sceniczny występ. Jak 
powinienem zwrócić się do tej publiczności? Miałem niestety za mało czasu, żeby przygotować 
takie drobiazgi i nabrać scenicznej rutyny.  Mogłem tylko wykorzystać swą magię - prostą i w 
czystej postaci.
Z trudem i w wielkim zdenerwowaniu obserwowałem występy na scenie, miętosząc coraz bardziej 
nerwowo w rękach rekwizyty.  Pojawiła się Angelina, prowadząc Glorianę na złotym łańcuchu. 
Zaniepokoiła się, widząc wyraz mojej twarzy.
- Źle się czujesz? Bardzo pobladłeś.
-   Trema   przed   pierwszym   występem.   Czy   zdajesz   sobie   sprawę,   że   pierwszy   raz   będziemy 
pokazywać te sztuczki przed wielką publicznością? Po tych wszystkich głupstwach wypisywanych 
na plakatach?
- No wiesz, to zupełnie jak nie ty. Patrzyłeś bez strachu na wielkie spluwy, małych generałów, 
olbrzymie potwory, groźnych poborców podatkowych. Nigdy się nie zawahałeś. Więc teraz też 
przestań się pocić i weź się w garść. Wypij trochę - wyciągnęła małą flaszkę brandy. - i pamiętaj 
motto.
- Gdy mocna wóda, wszystko się uda - zaintonowaliśmy razem, a ja pociągnąłem tęgiego łyka z 
flaszki.
Byliśmy zatem już gotowi do wkroczenia na scenę. Czekaliśmy jeszcze tylko, aż konferansjer 
zakończy błyskotliwe wprowadzenie.
- ...skoczył z tysiącmetrowej wieży do małej beczki z wodą i przeżył ten skok! Zakuty w kajdany, 
związany   łańcuchami   i   zamknięty   w   stalowej   szafie,   został   wrzucony   do   oceanu   i   po 
wielogodzinnej walce zdołał się stamtąd wydostać!
Czy   ja   zwariowałem,   pisząc   takie   rzeczy   w   reklamówkach?   Zgubią   mnie   teraz   moje   własne 
kłamstwa.
- ...więc już bez dalszych wstępów - oto mistrz magii, arcymistrz mrocznej sztuki, czarnoksiężnik 
wielkiej mocy, Marvell Wspaniały!
Spokojnie, tylko spokój może cię uratować, Jim - przemawiałem sarn do siebie. Spokój, spokój. 
Wyszedłem na środek sceny, ukłoniłem się... i o mało się nie przewróciłem. Wprost naprzeciw 
mnie, w pierwszym rzędzie, siedział mój syn Bolivar i bił brawo jak szalony. Ależ on powinien być 
o całe lata świetlne stąd!
Zamurowało mnie. Na szczęście nie musiałem nic mówić. Odwróciłem się i wyciągnąłem rękę, 
zapraszając tym gestem Angelinę. Wkroczyła na scenę z gracją. Tłum szalał. Czy tak spodobał im 
się świniozwierz na złotym łańcuchu, czy nasze wejście?
Trudno   mi   powiedzieć,   jak   przebiegał   ten   występ,   bo   opanowało   mnie   całkowite   odrętwienie 
umysłu.   Przynajmniej,   o   ile   pamiętam,   nie   upuściłem   niczego.   No   i   słyszałem   ”ochy”   we 
właściwych miejscach, a także śmiech tam, gdzie się go spodziewałem. Angelina podawała mi 
rekwizyty   w   odpowiednich   momentach,   krzyczała   donośnie,   gdy   przekrawałem   ją   na   pół   w 
drewnianym pudle, zbierała listy do czytania telepatycznego, tajemniczo lewitowała w powietrzu. 
A potem nagle zobaczyłem ją przed sobą z Glorianą na łańcuchu i zrozumiałem, że nadszedł czas 
na końcowy numer znikającego świniozwierza.
- Patrzcie i podziwiajcie! - zawołałem. - Piękna i bestia. Żywi i materialni... Jak na razie. Teraz 
proszę o absolutną ciszę. Jeśli cokolwiek pójdzie źle, jedna drobna pomyłka, momentalna utrata 
koncentracji,   to   rezultat   może   być   katastrofalny.   Teraz   obie   ”panie”   wejdą   do   klatki.   Moja 

background image

asystentka   Angelina,   jak   widzicie,   przykuwa   groźnego   świniozwierza   do   podłogi   ciężkimi 
łańcuchami.   Są   gotowe.   A   wy,   drodzy   widzowie,   jesteście   gotowi?   Tak,   widzę,   że   tak.   Oto 
magiczne słowo zaklęcia... Monosodiumglutamate!
Kurtyna   opadła   i   uniosła   się   w   ułamek   sekundy   później,   a   klatka   była   pusta.   Publiczność 
oczywiście zaryczała entuzjastycznie. Po kobiecie i zwierzęciu nie było ani śladu. Kurtyna znów 
opadła, a ja, kłaniając się, wystąpiłem przed publiczność po raz ostatni. Bolivar rzucił na scenę 
bukiet kwiatów, który uniosłem, pokazując jednocześnie synowi niemal niezauważalnym ruchem 
palca zaplecze sceny. Skinął głową.
Był w garderobie, jeszcze zanim ja tam dotarłem. Kiedy wszedłem, właśnie całował na powitanie 
powietrze koło policzka Angeliny, żeby nie rozmazać jej makijażu. Ukłoniła się z wdziękiem, gdy 
wręczyłem jej bukiet.
- Od Bolivara - powiedziałem.
-   Także   od   Jamesa,   Sybili   i   Sybilli.   Obiecałem   zadzwonić   do   nich,   jak   tylko   skończy   się 
przedstawienie. Naprawdę było wspaniałe. A to jest ten wasz potężny świniozwierz?
Gloriana chrząknęła potwierdzająco i podstawiła się do drapania.
- Czy można zapytać, co właściwie tutaj robisz?
- Oczywiście pracuję w banku. Odkąd wiedzieliśmy, że wybierasz się na tę planetę, James grzebał 
w swoim komputerze coraz głębiej i zbudował taką bazę danych na temat Fetor, że nigdy byś w to 
nie uwierzył. Wiesz, że tylko w tym mieście jest czterdzieści banków?
- Wierzę. Tutaj są pieniądze.
- Największe rezerwy spośród tutejszych banków ma Bankrott-Geistesabwesed. Słyszałeś kiedyś o 
nim?
- Nie. A powinienem? Język można sobie połamać.
- Pokopaliśmy trochę w danych. Nie było to łatwe, ale w końcu dowiedzieliśmy się, że należy on 
do twojego starego przyjaciela. Imperetriksa von Kaiser-Czarskiego.
- Do Kaiziego?
-   Nie   inaczej.   Podobnie   jak   Pierwszy   Międzygwiezdny   Bank   Wdów   i   Sierot,   o   którym   ci 
wspominał. Z jakichś powodów znanych tylko jemu nazwisko właściciela tego pierwszego jest 
tajemnicą. Posłałem do niego wiadomość, że pomagamy ci w śledztwie. I powiedziałem, że bardzo 
ułatwiłoby   nam   pracę,   gdybym   został   zatrudniony   w   tutejszym   oddziale   tego   jawnego   Banku 
Wdów i Sierot. Tak, żebym mógł być na miejscu, gdy coś się zacznie dziać. Pomyślałem sobie, że 
z jego poparciem dostanę tę robotę.
- I zatrudniono cię? - zapytała Angelina, jak zawsze zainteresowana karierą swych synów.
- Niezupełnie. Tak mu się spodobały moje umiejętności, że mianował mnie dyrektorem.
- Mój syn dyrektorem banku! - uśmiechnęła się uszczęśliwiona Angelina.
- A więc jeszcze jedno wydarzenie, które będziemy dziś świętować - powiedziałem.
W tym momencie zadzwonił telefon. Bolivar wyciągnął z kieszeni aparat, słuchał przez chwilę, 
potem wyłączył.
- Coś ważnego?
Przytaknął ruchem głowy. Zauważyłem, że ma nieco ponurą minę.
- To był kierownik nocnej zmiany. Zdaje się, że dokładnie kilka minut temu obrabowano bank. 

Rozdział 7

Muszę wracać do banku - Bolivar zdecydowanie ruszył w kierunku drzwi.
- Idę z tobą - odparłem, podskakując na jednej nodze. Wiadomość o rabunku zaskoczyła mnie w 
trakcie zdejmowania scenicznych spodni.
- Najpierw obaj się uspokójcie i rozważcie przez chwilę rzecz na chłodno - powiedziała, jak zwykle 
praktyczna, Angelina. - Obrabowano bank. Policja na pewno już tam jest i zabezpiecza miejsce 
przestępstwa. Nie ma więc potrzeby gnać na złamanie karku.

background image

Bolivar miał już rękę na klamce, ale cofnął ją.
- Niby racja - mruknął. Odwrócił się od drzwi i spokojnie usiadł.
- Jak zwykle jesteś światłem mądrości rozjaśniającym mroki ignorancji - wygłosiłem pochwalną 
tyradę pod adresem żony.
Usiadłem i powoli ściągnąłem buty; dzięki temu bez większego trudu udało mi się w końcu zdjąć 
ubranie.
- Kiedy będziemy się przebierać - odwróciłem się do syna - mógłbyś zadzwonić do najbliższego 
eleganckiego   hotelu  i  zarezerwować   dla  nas  pokój  oraz  zamówić  transport.   Przyjechaliśmy   za 
późno, aby się tym zająć.
- Już się robi - nasz syn na chwilę przykleił się do telefonu. - Gotowe. Czeka na was apartament 
królewski w Waldorf-Castoria, limuzyna zaraz zostanie podstawiona.
- Powiadom ich, że będziemy gotowi dopiero za godzinę. Przecież mówiłam, że muszę się przebrać 
- Angelina wbiegła za parawan. - i upewnij się, że będzie tam jakiś lokal pierwszej kategorii dla 
Gloriany. Jestem pewna, że jest zmęczona po dzisiejszym występie.
Ciche chrapanie dochodzące z kosza świadczyło, że Angelina jak zwykle ma rację. Teraz także i do 
moich   podekscytowanych   szarych   komórek   zaczynała   powoli   wracać   inteligencja.   Wskazałem 
skórzaną walizkę.
- Weźmiemy ten superkomputer. Może udzieli nam paru odpowiedzi.
- I nie zapomnijcie zadzwonić i powiedzieć mi, co zaszło w banku... - poprosiła jeszcze Angelina.
- Jak tylko sami będziemy cokolwiek wiedzieć - przesłałem jej całusa i wyszliśmy.
Nocne   przedstawienie   jeszcze   się   nie   skończyło,   toteż   przed   wejściem   kręciło   się   mnóstwo 
latających taksówek. Wsiedliśmy do pierwszej z brzegu. Bolivar wydał niezbędne polecenia co do 
celu   naszej   jazdy,   a   następnie   przekręcił   gałkę   jakiegoś   urządzenia   wbudowanego   w   ściankę 
dzielącą nas od kierowcy.
- A co to jest? - zapytałem. Wskazał na napis poniżej.
”Wykrywacz podsłuchu” - odcyfrowałem z niejakim zaskoczeniem.
- Szpiegostwo przemysłowe jest na tej planecie sporym biznesem. Ten przyrząd wykrywa pluskwy 
wewnątrz kabiny, a także tworzy pole chroniące przed namierzaniem z zewnątrz.
- Skąd wiesz, że on sam nie jest zapluskwiony?
- Bo przetestuję go tym - wyciągnął zza pasa jakieś małe urządzenie. Pisnęło cicho i rozjaśniło się 
małym zielonym światełkiem. - Wykrywacz podsłuchu. Bank je przygotowuje i codziennie testuje 
za pomocą...
- Wiem, wiem, za pomocą wykrywacza wykrywacza podsłuchu. I tak dalej, i dalej, aż do czubków. 
Ponieważ   oczywiście   każdego   ranka   wykrywacz   wykrywacza   podsłuchów   jest   też   testowany 
przez...
- Dajmy sobie z tym spokój, tato. Lepiej zastanówmy się nad rabunkiem.
Bolivar   pochylił   się   i   wcisnął   kilka   przycisków   na   taksówkowym   wykrywaczu.   Natychmiast 
zapaliła się czerwona dioda i odezwał się metaliczny głos.
-   Urządzenie   podsłuchowe   pod   poduszką   fotela   z   lewej   strony.   Bolivar   sięgnął   we   wskazane 
miejsce i wyciągnął kilka drobnych monet.
- Fałszywy alarm? - zapytałem. - Nie sądzę.
Przyjrzał się krytycznie znalezisku, a następnie otworzył okno i wyrzucił monety na zewnątrz. 
Wykrywacz zamruczał jeszcze raz, zapalił zieloną diodę, a następnie wyłączył się.
- Któraś z tych monet musiała być transmiterem.
- Dlaczego ktoś miałby ją tu zostawiać, aby nas szpiegować?
- Nie sądzę, żeby chodziło o nas. Kimkolwiek są podsłuchujący, sądzę że chodziło im o kogoś 
ważnego, kto był na dzisiejszym przedstawieniu. Więc postarali się założyć pluskwy w każdej z 
taksówek.
- Droga impreza.

background image

- Na coś takiego zawsze znajdą się pieniądze. A więc teraz, gdy już mamy zapewnioną prywatność, 
możemy wreszcie się zastanowić, co zrobimy w związku z tym rabunkiem. Potrzebujemy jakiegoś 
planu działania.
- Święte słowa - powiedziałem z pełnym przekonaniem, po czym opadłem bezradnie na oparcie 
fotela. - Tylko, że żadnego nie mamy.
-   Mamy.   Pierwszy   raz,   odkąd   zdarzają   się   te   włamania,   jesteśmy   na   miejscu   przestępstwa. 
Zbierzemy   wszystkie   dane,   naprawdę   wszystkie,   wrzucimy   do   naszego   superkomputera   i 
zobaczymy, co z niego wylezie.
- To do roboty - pogładziłem skórzaną walizeczkę.
Tylko że nie było to takie proste. Wokół banku dostrzegliśmy przede wszystkim dużo migających 
świateł,  potem pełno policyjnych  uniformów,  a wreszcie  długą taśmę  z napisem:  ”Teren  akcji 
policyjnej, nie przekraczać”. W tym miejscu musieliśmy się zatrzymać. Kiedy tylko wysiedliśmy 
na ulicę, natychmiast przypałętał się jakiś pomniejszy sługa Prawa i Sprawiedliwości.
- Odjechać. Nie ma przejścia.
- Czekaj - powiedział Bolivar, wyciągając portfel. - Jestem dyrektorem tego banku i mam zamiar 
tam wejść.
Policjant   spojrzał   na   ozdobioną   drobnymi   klejnotami   przepustkę   i   sięgnął   po   telefon.   Jego 
zwierzchnik   był   niewiele   bardziej   otwarty   na   współpracę,   toteż   musieliśmy   przemierzyć   cały 
łańcuch   podwładnych   i   przełożonych,   nim   wreszcie   dotarliśmy   do   kogoś,   kto   mógł   podjąć 
samodzielną decyzją.
- Kim jesteś? - natarł z miejsca na Bolivara.
- Bolivar di Griz, dyrektor banku. A mam przyjemność z...
- Kapitan Kidonda. Wydział Poważnych Przestępstw. Wyciągnięto mnie tu z teatru. Cholera, nie 
lubię, jak ktoś psuje mi w ten sposób wieczór.
- Trudno się z tym nie zgodzić. Ale co ja mam powiedzieć?! Zatrzymaliśmy się przed frontową 
ścianą banku i przez chwilę wpatrywaliśmy się w milczeniu w wielką ziejącą tam dziurę. Ktoś inny 
niż wdowa czy sierota dokonał tu dużego wycofania wkładu.
- Robi wrażenie - podsumował po chwili Bolivar. - Tutaj właśnie stała kasa pancerna.
Policjant przytaknął.
- Naoczni świadkowie mówią, że ścianę przebił wielki hak, który błyskawicznie wyciągnął szafę. 
Rozległ się tylko huk i już nie było po nim śladu. Wszyscy mający służbę policjanci szukają teraz 
tej maszyny.
- A zniszczenia w samym banku? - spytał Bolivar. - Brak. Nie włączył się też żaden alarm... za 
wyjątkiem zapewne tych w szafie pancernej.
Zadzwonił cicho telefon i kapitan błyskawicznie się do niego przykleił.
- Co? - słuchał przez chwilę, potem przytaknął. - Tak. Tak zróbcie. Technicy też - wyłączył się i 
zwrócił ponownie do nas. - Znaleziono porzuconą szafę pancerną. Pustą. Ile tam było w środku?
- Rachunki są w banku. Wejdźmy tam i sprawdźmy.
Bolivar pochylił się, zaglądając w wylot identyfikatora tęczówki. Automat zapikał dwukrotnie. 
Następnie mój syn przyłożył dłoń do metalowej płytki przy drzwiach. Ta rozjarzyła się lekko i 
drzwi   otworzyły   się.   Wkroczyliśmy   do   środka.   Wewnętrzne   pomieszczenie   rozświetlały 
przyciemnione lampy na suficie, drobne czerwone oczka kamer oraz liczne światła uliczne, których 
blask wpadał przez wielką dziurę w ścianie. Podłoga była zarzucona gruzem.
Nasza obecność została wykryta i automatycznie włączyła się cicha muzyka. Finansowa muzyka 
klasyczna   -   przywodząca   na   myśl   rosnące   zyski   w   arpedżio   i   składane   stopy   procentowe   w 
kontrapunkcie.   Przeszliśmy   obok   masywnych   drzwi   do   skarbca   i   Bolivar   pochylił   się   nad 
komputerowymi tabelami.
-   Przynajmniej   nie   było   kłopotów   ze   skarbcem.   Drzwi   są   dobrze   zabezpieczone.   Mają   zamek 
czasowy, którego ustawienia nie można zmienić z zewnątrz. Otworzą się dopiero rano, gdy zjawią 
się pracownicy.

background image

Czyżby drzwi skarbca czekały właśnie na te słowa? Ledwo bowiem Bolivar  skończył  mówić, 
zamigotały kolorowe lampki i olbrzymie koło w ich centrum zaczęło się obracać.
- Dzień dobry, klienci - powiedział skarbiec. Koło zatrzymało się z cichym trzaskiem, a ciężkie 
sztaby zatrzaskowe wysunęły się ze swych kieszeni.
- Powiedziałeś, że nie można go otworzyć? - kapitan Kidonda nie był zachwycony obrotem sprawy.
Zanim   Bolivar   odpowiedział,   masywne   wrota   uchyliły   się   i   przez   znajdującą   się   za   nimi 
opuszczoną   kratę   mogliśmy   dokładnie   obejrzeć   obecny   stan   skarbca.   Wszystkie   skrytki 
depozytowe były otwarte i puste.
Nagle z ogłuszającym rykiem włączył się sygnał alarmowy i zaczęły oślepiająco migotać czerwone 
światła.   Kapitan   wrzeszczał   coś   do   telefonu.   Zatykając   uszy,   przyzwał   do   siebie   watahę 
policjantów, która natychmiast z impetem wbiegła do środka.
-   Jedna   drużyna   na   tył   budynku.   Jest   stąd   jakieś   tylne   wyjście?   -   teraz   policjant   krzyczał   do 
Bolivara.
Ten przytaknął skinieniem głowy.
- Jest małe wejście dla pieszych i szeroki wjazd do garażu dla opancerzonych pojazdów.
- Tak właśnie. Budynek ma być otoczony, żeby nawet mysz się nie prześlizgnęła! Złodzieje są 
prawdopodobnie wciąż w banku. Ruszać!
Ruszyli.
Kapitan wezwał drugą drużynę, tym razem objuczoną ciężkim sprzętem.
- Strzelać do wszystkiego, co się rusza! - rozkazał.
- Mam nadzieję, że nie dotyczy to także nas - zauważył Bolivar.
- Prowadź do tylnego wejścia - rozkazał władczo kapitan, ignorując uwagi Bolivara.
Bolivar posłuchał. Poszedłem za nimi, bo byłem ciekaw, co się będzie działo, ale jednocześnie 
starałem   się   nie   zwracać   na   siebie   uwagi.   Bolivar   prowadził   nas   przez   cały   ciąg   pokojów 
biurowych i magazynów, aż wreszcie dotarł do celu.
- Te drzwi prowadzą do garażu - powiedział.
- Otwórz zamek i cofnij się.
Wezwał swych ludzi, którzy przyczaili się z bronią gotową do strzału.
- Kiedy pchnę drzwi, wpadacie do środka. Na nic nie czekać, od razu strzelać.
Przytaknęli w milczeniu. Zobaczyłem zacięte wyrazy ich twarzy.
Drzwi otworzyły się z impetem. Policjanci wpadli do środka, waląc w ciemność z czego popadnie. 
Bolivar   sięgnął   ręką   za   framugę   i   zapalił   światło.   W   powietrzu   unosił   się   dym.   Poza   tym 
pomieszczenie było puste.
- Otwórz zewnętrzne drzwi - rozkazał kapitan.
Bolivar włączył odpowiedni przycisk. Zawarczała maszyna, rozległ się zgrzyt metalu. Ciężka płyta 
opuszczała się pod ziemię. Nasi ludzie czekali w napięciu z bronią gotową do strzału. Na zewnątrz 
też byli uzbrojeni ludzie... kolejna grupa policjantów ze spluwami wycelowanymi prosto w nas.
- Nie strzelać! - wrzasnął Bolivar, aby uprzedzić jakiegoś zbyt napalonego komandosa. - Jesteśmy 
po tej samej stronie!
Zdjęli palce z cynglów, zabezpieczyli broń.
- Możesz mi wyjaśnić, co właściwie się stało? - kapitan Kidonda zwrócił się do Bolivara.
- Oczywiście, że nie. Również byłem w teatrze.
- Ale wiesz, co się stało?
- Wiem dokładnie tyle samo, co ty. Sejf z pieniędzmi został wyrwany z banku. I jakimś cudem, 
ktoś, osoba lub osoby, wszedł do skarbca i obrabował go.
- Jak?
- A skąd mam wiedzieć?
- Powinieneś wiedzieć, bo odpowiadasz za ten bank - kapitan tracił panowanie nad sobą. - Ja zaś 
zaczynam sądzić, że to właśnie jest robota kogoś z banku. Zaplanowana przez kogoś, kto dokładnie 
wiedział, jak się otwiera skarbiec. Kogoś, kto potem wybrał się do teatru, aby zapewnić sobie alibi.

background image

- Nie potrzebuję żadnego alibi! - przerwał mu ostro Bolivar. - Nie zrobiłem tego. Nie mam nic 
wspólnego z napadem! Wbij to sobie do twego durnego łba!
- To obraza funkcjonariusza na służbie! - zaryczał kapitan. - To jest przestępstwo! Natychmiast 
aresztować tego człowieka! - wrzeszczał.
Jego ponure policyjne przydupasy rzuciły się do nas i schwytały Bolivara.
- Nie możesz tego zrobić! - zawołałem, ruszając ku niemu i machając walizką z komputerem niby 
jakąś bronią.
Kapitan odwrócił się do mnie natychmiast.
- Nie tylko mogę to zrobić, ale mogę też i ciebie wsadzić do ciupy razem z nim, jeśli usłyszę 
jeszcze jedno słowo!
- Daj spokój, tato. To przecież tylko pomyłka.
- Twoja pomyłka - powiedział nie wróżącym nic dobrego tonem oficer. - Nowy dyrektor, z innej 
planety, że też od razu nie zauważyłem, jakie to podejrzane.
Zawahał się przez moment, wsłuchując się w głos dochodzący z telefonu.
- Tak jest! Komisarz się ze mną zgadza. Otrzymałem rozkaz, by cię przywieźć, A ty - wyciągnął w 
moim kierunku gruby paluch - wynoś się stąd albo będziesz miał duże kłopoty.
Jego   oddech   śmierdział   co   najmniej   trzema   poprzednimi   posiłkami,   a   ton   głosu   pobrzmiewał 
nieskrywaną   pogardą   dla   mojej   osoby.   Zaczynałem   czuć   do   niego   antypatię.   Nieznacznie 
przeniosłem   ciężar   ciała...   i   dostrzegłem   spojrzenie   Bolivara.   Szybkie   mrugnięcie,   którego 
znaczenie rozumiałem. ”Nie mieszaj się do tego. Nie rób drakuli. Zabieraj się stąd i wymyśl jakiś 
subtelniejszy sposób rozwiązania problemu”.
Nie trzeba wiele kłapać dziobem - to było wielce wymowne mrugnięcie.
Ukłoniłem się.
- Szanowny panie oficerze - powiedziałem uniżenie. - Proszę mi wybaczyć, straciłem na chwilę 
panowanie nad sobą, co w obecnej sytuacji... Ale ma pan oczywiście rację. Sprawiedliwości musi 
stać się zadość. Ja wycofam się pokornie do swojej nędznej nory, aby przemyśleć raz jeszcze swoje 
niestosowne zachowanie...
Tak kłaniałem się, skamlałem, pociągałem nosem, wycofując się jednocześnie z całej tej sytuacji. 
Kapitan zawahał się, zapominając zamknąć usta. Przemógł jednak zdumienie i chyba zrozumiał, że 
z niego kpię. Zamierzał w każdym razie wydać jakieś polecenie, gdy Bolivar nagłym szarpnięciem 
wyrwał  się  jednemu   z  trzymających  go  policjantów,   a  drugiemu   sprzedał   solidnego  kopniaka. 
Powstało miłe zamieszanie okraszane bogato przekleństwami, a ja korzystając z niego, wycofałem 
się, nie czekając już na nic więcej. Znalazłem się na zewnątrz kordonu i wezwałem taksówkę, która 
wolno krążyła nad bankiem, najwyraźniej z powodu ciekawskiego charakteru kierowcy.
- Przeleć nad nimi - poleciłem. - Włącz licznik i stań tutaj. Czekamy na kogoś.
Oczywiście posłuchał z przyjemnością. Obaj mogliśmy dokładnie przyjrzeć się ryczącej głośno 
policyjnej   suce,   która   wkrótce   zatrzymała   się   przed   bankiem.   Z   tym,   że   ja   uważniej 
przypatrywałem się ludziom, którzy do niej wsiadali niż jej samej.
- Za nią - rozkazałem.
- Co to, to nie. Tam jest uzbrojona policja, a to zawsze oznacza kłopoty.
- Tylko jeśli ktoś popełnił przestępstwo. A ja jestem akredytowanym dziennikarzem. To jest moja 
legitymacja   -   podałem   mu   złotą   monetę   pięćdziesięciokredytową,   którą   przyjął   z   pewnym 
wahaniem.
- Nno dobrze... Ale nie będę jechał blisko.
Na   szczęście   ruch   nie   był   wielki,   więc   mogliśmy   śledzić   policyjną   furgonetkę   z   pewnego 
oddalenia. Bez trudu więc dostrzegłem, że suka wjeżdża w bramę jakiegoś ciemnego i paskudnego 
budynku. Kierowca też to zauważył. Natychmiast nacisnął hamulce i opadliśmy na ulicę.
- Wynoś się, gazem - ponaglał gorączkowo. Otworzyłem drzwi, ale nagle zmieniłem zdanie.
- Co to za budynek?

background image

Jęknął w odpowiedzi i rozglądał się jak zaszczuty zwierz. Wreszcie jednak wydusił z siebie jakieś 
sensowne słowa.
- Tto... jest... rzeźnia.., Kwatera główna Wydziału Przestępstw Gospodarczych. Znana także jako 
Motel Rekinów. Ludzie wchodzą tam, ale już stamtąd nie wychodzą.
Zamknąłem drzwi, ale od wewnątrz, i dorzuciłem jeszcze trochę grosza.
-  Ekstra.   Będzie   z  tego   dobra  historyjka   i  wydawca  będzie  zadowolony.   Teraz  wieź   mnie  do 
Waldorf-Castorii, gdzie czeka mój szef.
Mówiąc to, czułem jednocześnie chłodny pot spływający wzdłuż kręgosłupa. W hotelu czekała na 
mnie przecież Angelina. Wiedziałem, jaka będzie jej reakcja. I nie pomyliłem się.
- Pozwoliłeś im wsadzić do więzienia naszego syna? - zapytała ociekającym trucizną głosem i z 
morderczymi błyskami w oczach.
- Byłem gotów ich załatwić. To Bolivar mi zabronił... To znaczy mrugnął do mnie.
- Przynajmniej ktoś z was myślał. Z całym oddziałem w twoim wieku... I co teraz?
- Wyciągniemy go stamtąd. Chociaż bieg wypadków przybiera zły obrót. Za dużo tu zbiegów 
okoliczności, a ja nie wierzę w zbiegi okoliczności. Wierzę za to w ludzką złośliwość. Sądzę, że 
nasza rola w tym wydarzeniu została przez kogoś zaplanowana. Jesteśmy w mieście, w którym 
zdarzył   się   rabunek.   I   jest   to   zupełnie   inny   rabunek   niż   wszystkie   poprzednie.   Dotychczas 
odbywało się to bez hałasu - dopiero rano znajdowano pusty bank. Teraz po prostu wyrwano sejf - 
z hałasem i łoskotem. To się nigdy dotąd nie zdarzyło. Potem, kiedy byliśmy wewnątrz, obrobiono 
skarbiec niemal na naszych oczach. Niedobrze. Wydostaniemy teraz Bolivara, ale musimy mieć na 
ten czas naprawdę dobre alibi.
- Zorganizujesz to?
- Tak. A raczej ty to zrobisz. Zadzwoń na recepcję po napoje i potrawy. Robimy imprezę.
Kiedy spełniała moją prośbę, ja zacząłem przeglądać bagaże, upychając niezbędne przedmioty po 
kieszeniach. Turystyczne radyjko, wzbogacone w funkcje, jakich jego producent nie mógłby sobie 
nawet   wyobrazić;   aparat   fotograficzny,   który   robił   naprawdę   dobre   zdjęcia,   z   tym   że 
fotografowanie było najprostszą z rozlicznych czynności, jakie wykonywał...
Właśnie skończyłem się przebierać w czarne ubranie, gdy usłyszałem dzwonek do drzwi. Kiedy 
wjechał lokaj z jedzeniem, siedziałem już wygodnie rozwalony na kanapce z cygarem w dłoni.
- Jedzmy, pijmy i weselmy się! - zawołałem radośnie, dając mu obfity napiwek i otwierając jakąś 
butelkę z bąbelkami. Ale gdy tylko za lokajem zamknęły się drzwi, natychmiast skoczyłem na 
równe nogi i wyjąłem z kieszeni sieć wspinaczkową.
- Idziemy - powiedziałem. - Ubierz się tylko w coś czarnego.
-   Oczywiście   masz   jakiś   subtelny   plan   uratowania   naszego   chłopca?   -   zapytała   Angelina, 
wskakując w luźne spodnie.
- Niezbyt subtelny, bo mamy mało czasu i niewiele wiem o miejscu, gdzie go trzymają. Więc po 
prostu rozpirzymy wszystko, co stanie nam na drodze.
- To mi się podoba. Idziemy.
Wyszliśmy na balkon. Przerzuciłem sieć przez balustradę, a ona przywarła do ściany za pomocą 
nierozerwalnych wiązań molekularnych. Przypiąłem do niej swą klamrę i zawisłem nad ciemną 
przepaścią.
- Chodź tu - powiedziałem do Angeliny. Kiedy uchwyciła moją dłoń, wcisnąłem właściwy przycisk 
i   sieć   zaczęła   tworzyć   płynne,   zasychające   błyskawicznie   pasmo,   po   którym   niby   pająk 
przesuwaliśmy się w pożądanym kierunku.
Ominęliśmy balkon bezpośrednio pod nami, bo w pokoju paliło się światło. Poniżej było ciemno, 
toteż   wylądowaliśmy   właśnie   tam.   Ściągnąłem   i   ukryłem   sieć,   a   potem   dwoma   wprawnymi 
ruchami   wytrycha   otworzyłem   balkonowe   drzwi.   Szybki   zjazd   do   piwnicy,   szczęśliwie   bez 
żadnych   świadków,   i   wreszcie   prowadzące   stamtąd   na   zewnątrz   drzwi   przeciwpożarowe   - 
wprawdzie z szyfrem i alarmem, ale w końcu wiedziałem co nieco o drzwiach.
- Podoba mi się ten niebieski sportowy wóz - powiedziała Angelina.

background image

- Mnie też. Ale teraz potrzebujemy czegoś większego i mniej rzucającego się w oczy. O ten.
Czarny i pojemny wozik.
Samochód  otworzył  się  i  zapalił  bez  problemu   pod czułymi  dotknięciami  moich   paluszków. I 
ruszyliśmy w noc.
-   Zaparkuję   z   tyłu   budynku.   Wejdziemy   od   frontu.   Idziemy   szybko,   ale   na   paluszkach.   Nie 
zatrzymujemy się ani na chwilę, zabieramy stąd Bolivara i własne tyłki.
- Brzmi nieźle i może być zabawne. Właśnie zdałam sobie sprawę, że od jakiegoś czasu wiedziemy 
życie emerytów.
- Nie możecie tu wejść - zatrzymał nas strażnik przy drzwiach. Unosił broń, kiedy zgniotłem mu 
przed nosem małą kapsułkę z gazem usypiającym. Osunął się bez niespodzianek. Stracił także przy 
okazji pamięć tego wydarzenia, bo dodałem do zestawu nieco narkotyku wywołującego amnezję. 
Przed wejściem do budynku nałożyliśmy maski przeciwgazowe. Była to niezwykle cicha noc, a 
stała   się   jeszcze   cichsza   po   rozpyleniu   usypiającego   gazu.   Na   podłogę   waliły   się   pokotem 
umundurowane ciała. Podeszliśmy do jednego z nich - oficera - chrapiącego przy biurku. Obudził 
się i zagulgotał coś niezrozumiale, gdy zrobiłem mu zastrzyk. Opadł ponownie, gdy wstrzyknąłem 
następny specyfik.
- Jestem twoim panem - wyszeptałem mu do ucha.
- Tak, panie.
- Będziesz mnie słuchał.
- Tylko wydaj rozkaz, a spełnię go.
- Gdzie jest więzień, którego przywieziono dzisiaj jako zamieszanego w napad na bank?
- Pokój przesłuchań numer sześć.
- Zaprowadź nas tam.
Zaprowadził.   Potulnie   jak   baranek.   Po   drodze   minęliśmy   jeszcze   kilku   śpiących   na   podłodze 
policjantów. Kiedy dotarliśmy do wskazanych drzwi, on także mógł dołączyć do swych kumpli 
utulonych w objęciach Morfeusza. Usłyszeliśmy dochodzący gdzieś z oddali sygnał alarmowy.
- Jednak w końcu nas namierzyli - powiedziała Angelina.
- Trochę im to jednak zajęło. Gotowa?
Przytaknęła. Nie widziałem jej ukrytej za maską twarzy, ale jestem pewien, że w tym momencie 
gościł na niej szeroki uśmiech. Błyskawicznym ruchem otworzyła drzwi i cisnęła do wewnątrz 
kapsułę.
Wszyscy w środku byli nieprzytomni. Nawet Bolivar, który zwisał na czymś podobnym do koła 
tortur. Na jego twarzy i rękach była krew. Toteż kiedy Angelina podchodziła do syna, zupełnie 
niechcący nadepnęła każdego z leżących na podłodze mężczyzn.
- Dzięki - powiedział po prostu Bolivar po docuceniu. - Cholerni sadyści.
I   oczywiście   znowu   zupełnie   przypadkiem   Angelina   zdeptała   policjantów   także   wtedy,   gdy 
wychodziliśmy.
Alarm wył teraz głośniej. W tle słyszeliśmy tupot biegnących nóg, jakieś komendy, a czasem i 
odgłos wystrzału. Najwyraźniej wpadli w panikę i strzelali w ciemność. My jednak trzymaliśmy się 
z daleka od tego narastającego hałasu i przemieszczaliśmy się w stronę tylnej części budynku. Tam 
zeszliśmy na parter.
- To powinna być zewnętrzna ściana... - powiedziałem niepewnie.
- Lepiej, żeby to była zewnętrzna ściana - mruknęła Angelina. - Teraz wydostań nas stąd.
Nie będąc pewien grubości muru, nie żałowałem ładunków, toteż nawet stojąc za rogiem korytarza 
zostaliśmy kompletnie  ogłuszeni  eksplozją. Po chwili  przebiliśmy  się  pomiędzy  tymi  gruzami, 
przez wielką dziurę, wprost w mrok nocy. Do samochodu nie było daleko. Odjechaliśmy, nim 
ktokolwiek   się   pojawił.   Odstawiliśmy   skradziony   pojazd   na   miejsce,   gdzie   był   poprzednio 
zaparkowany, a potem poprzez balkon, powielając na odwrót naszą drogę do więzienia, wróciliśmy 
do pokoju.

background image

- Bolivar musi doprowadzić się do porządku, a ja powinnam się przebrać - powiedziała Angelina. - 
Ty w tym czasie zamów więcej alkoholu na naszą imprezę.
-   Teraz   to   naprawdę   będzie   impreza   -   odparłem.   -   Możemy   więc   trochę   się   zabawić,   zanim 
zaczniemy się zastanawiać, jaki wykonać następny krok. Mam takie przeczucie, że od czasu, gdy 
przybyliśmy na tę planetę, nasi niewidzialni wrogowie zawsze byli o krok do przodu w stosunku do 
nas. Trzeba więc zrobić coś, co doprowadziłoby chociaż do remisu. 

Rozdział 8

Wylałem do zlewu zawartość dwóch butelek dobrego napitku - co za strata. Zamówiłem następne; 
przecież impreza trwała już od jakiegoś czasu i właśnie się rozwijała. Doprowadzony do porządku 
Bolivar   kręcił   się   po   pokoju   z   wykrywaczem   w   jednym   ręku   i   z   pieczonym   żeberkiem 
świniozwierza   w   drugim   i   sprawdzał   cały   pokój.   Także   Gloriana   obeszła   wkoło   całe 
pomieszczenie,  badając przyczynę  obecnego zamieszania.  Westchnęła  smutno  na widok swego 
upieczonego kuzyna i powróciła do legowiska. Angelina odziana w przylegający ściśle do ciała 
kostium w tygrysie cętki, naprawiała właśnie szkody, jakie poniosły podczas nocnej eskapady jej 
paznokcie.
- Wynagrodzę ci tę stratę szklaneczką schłodzonego szampana - zaproponowałem.
- Bardzo chętnie - odpowiedziała i wysączyła podany napój.
Sam   nalałem   sobie   podwójnego   Niszczyciela   Nerek,   a   potem   powtórzyłem   jeszcze   raz   tę 
kompozycję z lodem. Przełknąłem nieco trunku i rozluźniłem się. Nie mogłem jednak pozwolić 
sobie teraz na pełny relaks.
- Co zrobimy z Bolivarem? - zadałem pytanie, które już od jakiegoś czasu chodziło mi po głowie. - 
Ten pokój nie jest zbyt bezpiecznym miejscem.
- Ani też to miasto i ta planeta - powiedziała ponuro Angelina. - I niepokoi mnie to wszystko, bo 
akcja rozwija się w bardzo paskudny sposób. Zaczynam żałować, że w ogóle spotkaliśmy Kaiziego 
i że daliśmy się zahipnotyzować forsą, którą nam zaoferował.
Miałem podobne zdanie, ale uznałem, że przynajmniej ja powinienem zachować chociaż pozory 
optymizmu.
-   Wszystko   dobrze   się   skończy.   Zobaczysz,   jeszcze   będziemy   bogaci.   Ale   najpierw,   co   z 
Bolivarem?
- Będzie dobrze - odpowiedział. Jakby dla potwierdzenia jego słów rozległo się pukanie do drzwi. - 
Ale myślę, że będzie jeszcze lepiej, gdy szybko zmienię pokój.
- Policja na tej zawszonej planecie jest bardzo skuteczna - zgodziłem się z nim. - Dlatego zamiast 
do sypialni, radzę ci wyjść na balkon i powiesić się za balustradką. Czuję kłopoty.
Mój nos mnie nie mylił. Kiedy otworzyłem drzwi, dostrzegłem trzech ponurych oprychów.
- To jest prywatne przyjęcie, a wy nie jesteście zaproszeni - powiedziałem krótko i zamknąłem 
drzwi... A raczej zrobiłbym to, gdyby jeden z ”gości” nie zablokował ich nogą.
- Policja kryminalna - błysnął mi przed oczami ozdobną plakietką z hologramem atakującego węża. 
- Wchodzimy do środka.
- Bez zezwolenia i nakazu rewizji?
- Nie są potrzebne. Nie na Fetor. W imieniu prawa możemy wkroczyć do każdego pomieszczenia, 
które wydaje nam się podejrzane.
- Mamy tu niewielkie przyjęcie. Co w tym takiego podejrzanego?
- Wy - warknął, popychając mnie.
Normalnie już leżałby na ziemi, ale nie chciałem wszczynać awantury. Cofnąłem się z udanym 
przestrachem, a on uśmiechnął się zadowolony.
- Widziano cię dzisiaj po południu w towarzystwie znanego przestępcy.
- To nie jest zbrodnia.
- Ja decyduję, co jest zbrodnią. Zejdź mi z drogi!

background image

Ruszyli zdecydowanie i musiałem się odsunąć albo zostałbym stratowany.
Angelina   spokojnie   sączyła   wino,   zdając   się   nie   zwracać   najmniejszej   uwagi   na   brutalne 
wtargnięcie policji.
-   Gdzie   jest   Bolivar   di   Griz   -   zapytał   ten,   z   którym   rozmawiałem   dotąd,   napastliwym   i 
podejrzliwym tonem. Jego kumple chyba w ogóle nie potrafili mówić.
- Kim ty właściwie jesteś?
- Inspektor Mwavuli. Gdzie on jest? - rozejrzał się po pokoju. - Przeszukać to miejsce.
- Gdzie jest kto? Bolivar? Jest w areszcie, zabrał go tam wasz oficer.
- Tam go nie ma. Uciekł.
- Miło mi to słyszeć. Drinka?
Na Fetor nie było takich nonsensownych odpowiedzi jak ”nie na służbie”. Łyknął całą szklaneczkę 
i odstawił ją z rozmachem, nawet na mnie nie spoglądając. Jego podwładni zakończyli w tym 
czasie   przeszukiwanie   apartamentu   i   zawiadomili   elokwentnie   swego  szefa   o   ich   negatywnym 
wyniku, kręcąc głowami.
- Nie opuszczaj miasta - powiedział na pożegnanie. Wyszli.
- Cudownie - Angelina zamknęła oba zamki w drzwiach, założyła  stalowy łańcuch i podparła 
dodatkowo klamkę oparciem krzesła.
Bolivar wrócił z balkonu z palcem przytkniętym  do ust. Nie odzywając się, dokładnie obszedł 
pokój ze swoim wykrywaczem podsłuchów i wrócił z całym naręczem pluskiew. Składały się na 
nie monety, kawałki mydła, gwoździe, a nawet jeden karaluch. Wyrzucił je wszystkie przez okno, a 
potem nalał sobie szklaneczkę czerwonego wina.
- Wstąpisz do cyrku - powiedziała Angelina.
- To zawsze był szczyt moich marzeń, mamo.
- Nie żartuj sobie. Mówię całkiem serio.
- Wiem. Sam nawet myślałem o czymś podobnym. Sęk w tym, że zapewne każdy policjant ma 
moją fotografię i nawet ulice nie są teraz bezpieczne.
- Dla młodego mężczyzny. Ale dla młodej kobiety są bezpieczne... No, w takim stopniu, w jakim 
mogą   być   na   tej   paskudnej   planecie.   Przygotuj   się   na   czasową   zmianę   płci.   Już   współczuję 
facetowi,   który   próbowałby   się   dobierać   do   naszej   córeczki...   Ogól   nogi,   ja   w   tym   czasie 
przygotuję jakieś ciuchy.
Jeszcze przed świtem nasz syn był w pełni przygotowany do drogi. Angelina nie kryła satysfakcji z 
dobrze wykonanej roboty. - I co o tym myślisz? - spytała.
- Bolivara nigdy nie wyglądała lepiej!
I to była prawda. Był zupełnie odmieniony. Długa spódnica, ładnie zarysowane piersi, wspaniałe 
włosy   zupełnie   nie   wyglądające   na   perukę,   doskonały   makijaż.   Angelina   była   mistrzynią 
charakteryzacji.
- Teraz możesz się przespać parę godzin, ale nie pognieć sukni. Wyjdziesz głównym wyjściem. I 
postaraj się poruszać nieco biodrami, jak będziesz chodził. O tak - poruszyła cudownie swoim 
tyłeczkiem.
Wszyscy, nie tylko Bolivar, zasługiwaliśmy na nieco odpoczynku. Kiedy się nieco przespałem, 
poczułem się znacznie lepiej. Jeszcze korzystniej zadziałała tabletka pobudzająca. I jak zwykle 
zacząłem następny dzień od sprawdzenia stanu konta. Oczekiwane cztery miliony od Kaiziego nie 
wpłynęły. Przesłał mi za to wiadomość: ”Nie za dobrze, Jim. Postaraj się lepiej”.
Było   już   dobre   południe,   kiedy   wreszcie   wyszliśmy   z   pokoju.   Najpierw   Angelina   i   ja.   Ja   w 
towarzystwie   komputera,   a   ona   w   towarzystwie   Gloriany.   Bolivara   opuściła   pokój   jak   tylko 
daliśmy jej sygnał, że korytarz jest pusty.  Zaczekała jednak na inną windę, ponieważ byliśmy 
pewni, że będziemy śledzeni.
I byliśmy.
Zignorowaliśmy jednak nasz ogon i spokojnie złapaliśmy taksówkę do cyrku.
- Nie biorę zwierząt - zaoponował kierowca, patrząc podejrzliwie na Glorianę.

background image

- To nie jest zwierzę - powiedziałem, dając mu hojną dopłatę. - To jest nasza córka. Rzucono na nią 
zły   czar.   Właśnie   jedziemy   do   czarownicy,   która   obiecała   odczynić   urok   i   przywrócić   jej 
poprzednią postać.
Zrobił wielkie oczy. Ale ostatecznie pieniądze przemawiały do niego lepiej niż ta fantastyczna 
historia,   więc   Gloriana   pojechała   z   nami.   Nie   było   możliwości   przetestowania   taksówkowego 
wykrywacza,   więc   rozmawialiśmy   o   różnych   bzdurach   aż   do   chwili,   gdy   znaleźliśmy   się   w 
garderobie. Pierwszą rzeczą, jaką tam zrobiłem, było poszukiwanie podsłuchu.
- Czysto - odłożyłem wykrywacz.
- Dobrze. Musimy zostawić  wiadomość  dla Bolivara,  aby tu na nas  poczekał.  A zaraz  potem 
pójdziemy porozmawiać z GarGoylem w jego garderobie. Jestem pewna, że udzieli nam wszelkiej 
pomocy.
- A to dlaczego?
- Wkrótce zobaczysz.
Nie naciskałem. Rozpoznawałem ten ton głosu. Zostanę poinformowany we właściwym czasie - 
nie wcześniej. Gloriana zakwiczała cicho, kiedy zabieraliśmy się do wyjścia, a zatuptała za nami 
uszczęśliwiona, kiedy zdecydowaliśmy się zabrać ją ze sobą. Natomiast gdy otworzyliśmy drzwi 
do garderoby GarGoyla, aż zachrząkała z wielkiego ukontentowania. Zapach, który uderzył nam w 
nozdrza,   kojarzył   się   jednoznacznie   z   oborą   albo   ogrodem   zoologicznym.   Tak   samo   zresztą 
śmierdziało podczas przedstawienia na scenie. Co prawda był to jedynie sztuczny zapach, miał 
urealniać pokaz.
Za biurkiem siedział odziany w smoking mężczyzna, którego znałem już z przedstawienia, i pisał 
coś na kartce. Kiedy weszliśmy, nie uniósł nawet głowy. Czy to był GarGoyl? Czy też może ten 
czteroręki, który zaczynał występ? On także siedział w pokoju, ubrany zresztą w tę samą kraciastą 
spódnicę co na występie. Rozparł się w fotelu naprzeciw tego gościa w smokingu i rozmawiał 
przez telefon. Rozejrzałem się wokół. Reszta pomieszczenia tonęła w półmroku, chociaż można 
było dostrzec klatki... wraz z... lokatorami.
I to jakimi! Niektóre z tych stworów już widziałem na scenie. Ale było ich tu znacznie więcej. 
Jakiś dwugłowy drapieżnik, który krążył nerwowo po klatce, warcząc i szczerząc na mój widok 
olbrzymie kły. Był też Pan Kościotrup - rozpoznawałem go z plakatów - drzemiący na kanapce. 
Facet miał ze dwa metry wzrostu, ale nie był grubszy niż obwód mojego ramienia....
- Czego chcecie? - usłyszałem.
Odwróciłem się w kierunku głosu i zobaczyłem,  że GarGoyl  wciąż pochylony jest nad kartką 
papieru.
- Porozmawiać z panem, panie GarGoyl.
- O czym?
Dopiero teraz zorientowałem się, że to czteroręki ze mną rozmawia.
- Tak ogólnie o tym cyrku... Jak pan znajduje tutejszą pogodę?
Mówiąc to, obszedłem powoli pokój z wykrywaczem podsłuchów. Znalazłem sześć pluskiew - pięć 
standardowych i jedną monetę. Po kolei zmiażdżyłem je pod obcasem. Teraz wykrywacz zaświecił 
zielonym światełkiem.
- Wiele o panu słyszeliśmy - powiedziała Angelina.
- Od Korpusu Specjalnego - dodałem szeptem.
Siedział wciąż nieporuszony i bez najmniejszego śladu emocji na twarz. Drgnął dopiero wtedy, gdy 
Gloriana usiadła na jego stopach. Potem nagle wspięła się, opierając o krzesło i ugryzła go w 
ramię.
- Wstrętna świnia! - krzyknęła zaskoczona Angelina. - Natychmiast zostaw pana!
Czteroręki spokojnie spojrzał w dół i skinął z uznaniem głową
- Potrafi odróżnić ciało od sztucznej masy. Ma nosa jak każdy świniozwierz.

background image

Sięgnął górną parą swych rąk do szyi i zaczął zdzierać z siebie skórę. Angelina westchnęła widząc, 
jak łatwo skóra oddziela się od ciała. Pociągnął mocniej i czteroręki mężczyzna w kilcie przestał 
istnieć. Teraz miał dwie ręce.
- Dlaczego wspomnieliście o Korpusie Specjalnym? Spojrzałem pytająco na faceta w smokingu, 
który wciąż pisał niestrudzenie.
- O niego się nie troszczcie - dostrzegł moje spojrzenie. - To pseudocielesny robot. Podobnie jak 
wszystkie te istoty. Publiczność skupia uwagę na nim i nawet nie dostrzega, że to ja steruję całym 
przedstawieniem.
- Odwrócenie uwagi - powiedziałem uszczęśliwiony.
- A jakże. A teraz, proszę, odpowiedzcie na moje pytanie.
- Panie Goyl, mamy powody uważać...
- Mówcie mi Gar.
- Jasne, Gar. Zapewne słyszałeś opowieści o Korpusie Specjalnym, mitycznej grupie, która tropi 
zbrodnie w całej galaktyce, starając się przywrócić w niej sprawiedliwość.
- Jasne. Każdy słyszał o Korpusie Specjalnym, chociaż on oczywiście nie istnieje. Ale zadam wam 
jedno pytanie. Załóżmy, że ta mityczna grupa istniałaby naprawdę i że miałaby swe laboratorium. 
Jaki to, równie mityczny, naukowiec mógłby nim zarządzać?
Jeszcze raz spojrzałem na detektor... zielony.
- Profesor Coypu - powiedziałem tak cicho, jak tylko mogłem. Gar westchnął i wyszedł z dolnej 
części swojego scenicznego kostiumu. Gloriana przestała interesować się jego dodatkową parą rąk i 
położyła się w rogu. Androidalny robot zaś nagle skończył  pisać, znieruchomiał i zsunął się z 
krzesła. Gar zajął jego miejsce.
- Otrzymałem już wiadomość od Profesora. Bardzo mi swego czasu pomógł, gdy tworzyłem moją 
grupę cyrkową... Mniejsza z tym... Prosił, żebym wam udzielił pomocy, jeśli się do mnie zwrócicie.
- Jesteś w Korpusie? - spytała Angelina.
- Byłem. Teraz jestem na emeryturze. Pracowałem w laboratorium, w prosektorium. Bardzo nudne 
miejsce,   jak   już   zdołacie   się   przyzwyczaić   do   zwłok.   Ale   zdobyłem   doświadczenie,   które 
postanowiłem wykorzystać tutaj. Jak widzicie, mam teraz znacznie bardziej interesującą pracę.
- To przedstawienie?...
- Przykrywka. Tak naprawdę... - nakazał nam gestem, abyśmy się zbliżyli, rozejrzał się nerwowo 
wokół i szepnął tak cicho, że niemal nie wypowiedział żadnego dźwięku -... pracuję dla GU.
- GU? - zapytała Angelina. Błyskawicznie zakrył jej usta dłonią.
- Galaktycznej Unii - szepnął. - Musieliście coś słyszeć.
- Mgliście. Organizujecie związki.
- Tak, towarzyszko. Organizujemy je w miejscach, gdzie legalnie nie mogą istnieć.
- Tak jak tu, na Fetor?
-  Zgadza  się,  przyjacielu.   I nie  znam  planety,  która  potrzebowałaby  związków  pracowniczych 
bardziej niż ta.
- Och, mogłaby też mieć wolny rynek, jakąś kontrolę nad poczynaniami policji i jakąś regulację 
zanieczyszczenia - dodałem.
- To idzie w parze. Ale zostawmy to na razie. Wróćmy do was... W czym mogę wam pomóc?
- Musimy ukryć naszego syna Bolivara.
- Czy to ten sam Bolivar di Griz, który wyczyścił wczoraj bank i uciekł z więzienia, zabijając przy 
tym wiele kobiet i dzieci?
- Ten sam. Tylko, że nie zabił żadnych kobiet i dzieci ani nie obrabował banku.
- Dobra - podparł brodę i rozejrzał się w zamyśleniu po pokoju. - Myślicie, że będzie miał coś 
przeciwko   byciu   Megalitowym   Człowiekiem?   Co   prawda   może   mieć   trochę   problemów   z 
przyjmowaniem pokarmu... Spójrzcie.
W  ciemnościach  coś  się  poruszyło  i z cienia  wychyliło  się szare monstrum.  Angelina  wydała 
przytłumiony krzyk,  a ja też ledwie powstrzymałem  podobną reakcję. Okrągła narośl na czole 

background image

stwora niemal zasłaniała oczy, potężne kły nie pozwalały zamknąć ust, a obrazu dopełniały jeszcze 
brudne szpony. Obrzydliwa mutacja humanoidalnej istoty.
Gar uśmiechnął się.
- Dobry, prawda? Jedno z moich najlepszych dzieł. Potwór zaryczał, oczy uciekły mu ku górze i 
zaczął się tarzać po podłodze wstrząsany drgawkami.
- Wasz syn będzie bezpieczny tam w środku.
- Z pewnością - pociągnęła nosem Angelina, - i o ile go znam, będzie miał też przy tym przednią 
zabawę.
- Kiedy tylko się zjawi, skontaktuje się z tobą - powiedziałem. - i dziękujemy.
- Nie dziękujcie. My z Korpusu musimy sobie pomagać. Kiedy wychodziliśmy, zamknąłem naszą 
garderobę na klucz.
Wciąż była zamknięta, ale najwyraźniej nie stanowiło to przeszkody dla Bolivara, który - już jako 
mężczyzna - siedział w środku i wpatrywał się w ekran komputera.
- Zdaje się, że twoja charakteryzacja dobrze zadziałała - zauważyła Angelina. - Spakuję te ciuchy
Skinął głową, nieobecny duchem, wpisywał bowiem pracowicie jakieś komputerowe komendy.
- Interesujące - mruknął. Chrząknąłem pytająco.
- Właśnie zainteresowałem się nieco twoim pracodawcą.
- Kaizim? Znalazłeś coś ciekawego?
- Bardzo ciekawego. On nie istnieje!
- Musi istnieć! Rozmawialiśmy z nim.
- Och, nie mam na myśli formy fizycznej, na pewno z tobą rozmawiał. Mam na myśli tę opowieść 
o  Imperetriksie  von  Kaiser-Czarskim,  najbogatszym  człowieku   w  galaktyce.   Nie  ma   po  takim 
śladu.
- A te banki w całej galaktyce, które są jego własnością?
- Nie są jego własnością. Należą do różnych korporacji, należących z kolei do innych korporacji. 
Prześledziłem jednak ten łańcuch i dotarłem do osób fizycznych. Różnych za każdym razem. I 
żadna z nich nie jest Kaizim. Wygląda, że wszystko, co ci powiedział, jest kłamstwem.
Zaczęła mnie boleć głowa. Usiadłem ciężko i zacząłem wyliczać na palcach znane mi fakty.
- Po pierwsze, musi być jednak bardzo bogaty, bo inaczej nie płaciłby nam czterech milionów za 
dzień.   Nie   zapłacił   tylko   wczoraj.   Sprawdzałem.   Nie   tylko   nie   wpłynęła   zapłata,   ale   jeszcze 
przysłał mi obraźliwy list...
- Oczywiście, że ci płacił. Przecież musiał cię przekonać, że jest tym, za kogo się podaje. Tylko 
taka wielka suma czyniła jego opowieść prawdopodobną. Pomyśl, jaki byłbyś podejrzliwy, gdyby 
ofiarował ci na przykład sto kredytów dziennie...
- Wcale nie byłbym podejrzliwy, po prostu bym go wykopał za drzwi. Ale trzymajmy się faktów. 
Wiemy także, i to jest po drugie, że wszystkie te banki na różnych planetach zostały obrabowane. 
To są powszechnie dostępne dane.
- No tak, były. Natomiast zaczynam mieć podejrzenia co do prawdziwości dodatkowych danych.
- Jakich?
- Tych dotyczących cyrku, wystawianych numerów, dat przedstawień i tym podobnych.
Zacząłem trybić.
- No oczywiście! Kiedy dostajesz się do bazy danych, nie możesz w żaden sposób stwierdzić, czy 
wydarzenia naprawdę zaszły,  czy też informacje o nich zostały wprowadzone przez zręcznego 
hakera. Nie dowiesz się tego, bo chodzi o odległą planetę, a przynajmniej nie dowiesz się, dopóki 
nie dogrzebiesz się na miejscu do pierwotnej dokumentacji. Tylko że tego oczywiście nie można 
zrobić na odległość.
- Dokładnie tak sobie myślałem. Dlatego właśnie postanowiłem powęszyć nieco po danych na 
Fetor. Bez dużego sukcesu. Tutaj zastrzeżone są wszystkie dane za wyjątkiem rozkładu jazdy. 
Większość drzwi zamknęła się tuż przed moim nosem.
- Nie lubią tu takich, co węszą.

background image

- Tego byłem  pewien, zanim zacząłem.  Więc wprowadzałem  pytania  przez  inne systemy.  Nie 
chciałem, aby na tej podstawie znaleziono mój terminal.
Jeszcze nie skończył mówić, gdy rozległo się energiczne walenie do drzwi garderoby.
- Otwierać natychmiast! Macie trzydzieści sekund. Potem wyważymy drzwi!
- Kto tam? - odkrzyknęła Angelina.
- Wydział Przestępstw Komputerowych. Nie próbujcie stawiać oporu. Jesteście winni nielegalnego 
używania komputera i próby włamania się do zastrzeżonych plików! 

Rozdział 9

Policja   we   wszelkich   możliwych   formacjach   była   tu   na   Fetor   stanowczo   zbyt   skuteczna. 
Rozejrzałem się desperacko wokół. W tym pokoju nie było okien i prowadziły do niego tylko jedne 
drzwi. Jedynym schronieniem był parawan, za którym zmieniało się kostiumy. No cóż, lepsza taka 
szansa niż żadna.
- Bolivar, właź tam! - syknąłem.
Wykonał polecenie w mgnieniu oka. Tymczasem w drzwi walnęło coś tak potężnie, jakby ktoś 
starał się je wyważyć.
- Przestańcie walić, już idę! - krzyknąłem.
Angelina także nie próżnowała. Zamknęła walizkę z komputerem i położyła ją na podłodze. Potem 
przesunęła fotel pod parawan i zasiadła w nim wygodnie. Ja tymczasem musiałem jeszcze uspokoić 
Glorianę, gdyż świniozwierz z nastroszonymi  gniewnie kolcami rwał się do ataku. Podszedłem 
wreszcie do drzwi i otworzyłem je szeroko.
- Pukaliście? - zapytałem niewinnie.
Stojący   tam   facet   był   niesamowicie   gruby,   z   fałdami   tłuszczu   pod   podbródkiem   i   olbrzymim 
brzuchem. Wyciągnął oskarżycielsko paluch w moim kierunku.
- W tym pomieszczeniu używano nielegalnego komputera.
- Nigdy w życiu.
- Przeszukaj dokładnie pokój, Hafifu - grubas wydał rozkaz. Jego partner, dla odmiany niezwykle 
chudy,  wtargnął natychmiast do pokoju. Obejrzał wszystko dokładnie z błyszczącymi  z emocji 
oczami, wietrząc nosem jak ogar. Spojrzał nawet pobieżnie na leżącą na ziemi walizkę, ale nie 
uznał jej za godną uwagi.
- Nie widzę tu komputera - powiedział cienkim i drżącym głosem.
- Więc zajrzyj za parawan - burknął ten gruby glina. - Widziałeś przecież odczyt. W tym pokoju 
jest gdzieś ukryty komputer. Nasz detektor się nie myli.
Hafifu   posłuchał   komendy   i   zbliżył   się   do   parawanu   w   jednoznacznych   zamiarach.   Zaraz   też 
wrzasnął i wycofał  się gwałtownie,  gdy kły rozjuszonego świniozwierza  rozorały mu nogawki 
spodni i zdaje się także zahaczyły o łydki. Gloriana dała mi czas na podjęcie szybkiej decyzji - 
ratowanie Bolivara było jednak ważniejsze niż ratowanie komputera.
- Wracaj! - rozkazałem. - Tam jest tresowany świniozwierz bojowy, który zabije każdego, kto 
zbliża się zbyt gwałtownie do jego właściciela. Poza tym komputer znajduje się tutaj - wbudowany 
w tę walizkę.
Hafifu   okrążył   szerokim   łukiem   swą   pogromczynię   i   chwycił   walizkę.   Otworzył   ją,   wydobył 
klawiaturę, włączył i napisał coś szybkimi nerwowymi ruchami.
- Faktycznie, jest to narzędzie zbrodni! - wrzasnął tryumfalnie.
- Jakiej zbrodni? Przeszukiwałem publiczne dane. Czy to jest wbrew prawu?
- Tak! - powiedział grubas z wielkim entuzjazmem. - Jest, ponieważ na Fetor nie ma publicznych 
danych. Wszystkie są zastrzeżone. Konfiskuję ten sprzęt. - Hafifu wraz z komputerem był już za 
drzwiami, zanim zdążyłem w ogóle otworzyć usta. - Ponadto obciążam was grzywną wysokości 
pięciuset kredytów za próbę nielegalnego dostępu do zastrzeżonych danych.
- Nie możesz tego zrobić!

background image

- Oczywiście, że mogę. Zgodnie z władzą daną mi przez państwo mogę nakładać kary pieniężne na 
miejscu. Jeśli masz powody uważać, że konfiskata i grzywna są niesłuszne, przysługuje ci prawo 
zażądania postępowania sądowego.
- Tak jest, zażądam.
- To oznacza dwa tysiące kredytów depozytu za salę sądową oraz pięćset kredytów na opłacenie 
pracy sędziego.
Otworzyłem już usta, by protestować dalej, ale szybko je zamknąłem, zdając sobie sprawę, że 
postępuję głupio.
- Przyjmujecie czeki?
- Tak... ale kara za wystawienie czeku bez pokrycia jest równa dwukrotności pierwotnej sumy.
Gdy   ja   wypisywałem   czek,   Angelina   nieznacznie   poluzowała   łańcuch   Gloriany.   Nie   miałem 
rachunku   w   żadnym   banku   na   Fetor.   Wypisałem   czek   na   pięćset   kredytów   galaktycznych. 
Pamiętałem, że tutaj miały kurs równy kredytom Fetor.
Gloriana  nagle   chrząknęła   bojowo  i  ruszyła  do  następnego  ataku.   Grubas   skoczył  w   kierunku 
drzwi, łapiąc po drodze wypisany czek. Zamknąłem za nim.
- Bardzo sprytnie - Bolivar wynurzył  się zza parawanu. - Ale będziemy potrzebowali nowego 
komputera.
- Potem być może tak - zgodziłem się - ale tu na Fetor są one zdaje się równie użyteczne jak 
tabliczki ”nie przeszkadzać” na drzwiach. Będziemy więc używać naszych własnych mózgów, tak 
jak to było w modzie na długo przed wynalezieniem elektroniki
- Podobnie jak ręczne pisanie - powiedziała Angelina, biorąc kartkę i pisak z szuflady komody. - 
Zróbmy najpierw listę rzeczy, które wiemy, a potem listę tych, których musimy się dowiedzieć.
- Dobra - powiedziałem. Zacząłem wędrówkę wokół pokoju, wytężając swoje szare komórki. - 
Więc, po pierwsze, tajemnica naszego pracodawcy, który jakoby nie istnieje. To nie jest w tej 
chwili zresztą istotne i może poczekać...
-   Aż   do   momentu,   dopóki   będzie   nam   regularnie   płacił   -   dokończyła   jak   zwykle   praktyczna 
Angelina.
- Racja. Możemy też zapomnieć o tych wszystkich bankach, które zostały obrabowane na innych 
planetach. Mogą one nie mieć nic wspólnego z obecnym śledztwem, ponieważ wszystkie fakty, 
które ustaliliśmy na temat tamtych wydarzeń, prawdopodobnie zostały sfabrykowane.
- Po co? - spytał Bolivar.
- To jest jedno z tych pytań, na które musimy znaleźć odpowiedź. Najprostsza, jaka mi się nasuwa - 
Kaizi chciał, abyśmy przybyli na tę planetę. Ponoć, aby zbadać sprawę rabunków. Ale w to też 
zaczynam powoli wątpić. Dlaczego robi to, co robi, w tak okrężny sposób, też na razie nie jest 
istotne. Jesteśmy tutaj i wykonujemy swoją robotę.
- Teoretycznie badamy Puissanto - powiedziała Angelina. - Bo to zdaje się on, o ile mnie pamięć 
nie myli, był powodem naszego tu przyjazdu. Może więc powinniśmy przyjrzeć się jemu?
- Powinniśmy, tylko że wydarzenia zaczęły się toczyć w wariackim tempie - odparł Bolivar. - Co z 
tym obrabowaniem banku niemal w tym samym momencie, w którym tam przyjechaliśmy? I z 
uznaniem mnie za kryminalistę?
- Myślę, że to jednak był przypadek - potrząsnąłem głową. - Złodzieje nie mogli w żaden sposób 
wiedzieć, że tu będziesz, kiedy planowali skok.
- Zgadzam się - wtrąciła Angelina. - Kaizi włożył wiele wysiłku w ściągnięcie nas na Fetor. To, że 
zjawił się tutaj także Bolivar, z pewnością nie było częścią jego gry.
- Jaka jest więc ta gra? - zapytałem i zaraz sobie odpowiedziałem. - Mamy znaleźć złodziei, którzy 
obrabowali jego bank lub banki. Aby tego dokonać, musimy wpierw się dowiedzieć, w jaki sposób 
bank został obrabowany. Potrzebujemy kogoś wewnątrz, dlatego wspaniale się stało, że Bolivar 
tam pracuje.
- Już nie pracuję.
Kiedy dotarł do mnie sens jego wypowiedzi, zaświtała mi w głowie pewna myśl.

background image

- Ależ pracujesz. Znowu obejmiesz  swoje stanowisko w banku. - Na jakieś  dwie sekundy do 
przybycia policji.
- Nie aresztują cię, bo będą sądzić, że jesteś swoim bratem bliźniakiem, Jamesem, który przyjedzie 
tu natychmiast, gdy go wezwiemy i zupełnie przypadkiem przywiezie też nowy komputer - aż 
klasnąłem w dłonie z podziwu dla samego siebie i swej pomysłowości.
- I w czym nam to pomoże? - spytała Angelina. - James nie wie nic o bankach.
- Ale Bolivar wie! - odparłem. - Po prostu obejmie swoją starą pozycję. Ponieważ to Kaizi jest 
właścicielem banku, na pewno zdoła zamieszać coś z systemem identyfikacyjnym... czytnikami 
tęczówki oka i tym podobnymi.
- Gratuluję - powiedział Bolivar. - Pomysł jest na tyle wariacki, że może się udać.
- Zgadzam się - uzupełniła Angelina. - Poślę zaraz gwiazdogram do Jamesa, że jego obecność tutaj 
jest konieczna.
Uwolniła   Glorianę,   która   próbowała   ściągnąć   sobie   obrożę   tylną   nogą.   Świnka   zaszeleściła   w 
podzięce kolcami i potuptała do legowiska. Nagle zupełnie nieoczekiwanie stanęła w pół kroku, 
podniosła głowę, postawiła pionowo uszy i zaczęła unosić kolce...
Położyłem palec na ustach, a potem wskazałem na drzwi. Dochodziły spoza nich odgłosy cichego 
szurania. Bolivar natychmiast dał susa za parawan, Gloriana zaś potruchtała do drzwi, chrząkając w 
swym języku jakieś obelgi. Spod szpary w drzwiach wysunęło się coś białego, a ona pochwyciła to 
w mgnieniu oka.
- Kartka papieru, może wiadomość - powiedziałem. - Dobra świnka, przynieś tatusiowi.
Położyła  się u moich stóp i wypuściła kartką z zębów. - Burking Barneys  Robot, potrawy na 
wynos. Najszybsza i darmowa dostawa - przeczytałem.
- Brzmi interesująco - Bolivar wyjrzał zza parawanu. - Minęło sporo czasu od śniadania.
-   Darmowe   piwo   do   zamówienia   powyżej   piętnastu   kredytów.   Wegetariańskie   orzechburgery, 
mięsne żyrafoburgery, styropianowe dietoburgery.... mnóstwo dobrego żarcia.
Angelina   złożyła   zamówienie.   Dostawa   była   naprawdę   szybka.   Odgłosy   trąbek   sygnałowych 
rozległy się przed naszymi drzwiami, zanim jeszcze zdążyliśmy przygotować i wysłać wiadomość 
do   Jamesa   przez   lokalną   stację   komunikacyjną.   Wjechał   zautomatyzowany   kredens,   który   z 
powodów   jakiejś   durnej   kampanii   marketingowej   miał   kształt   trumny.   Towarzyszył   mu 
akompaniament muzyki  organowej i sztuczny zapach antycznych  kadzideł. Kiedy wsunąłem w 
odpowiedni otwór pięć kredytów, zabrzmiał dzwonek i wieko trumny uchyliło się. Jedzenie było 
gorące, a piwo zimne, i tylko ta cholerna trumna grała cały czas ponurą muzykę liturgiczną, dopóki 
nie wrzuciłem kilku monet do otworu z napisem ”napiwek”. Dopiero wtedy jej się pozbyliśmy.
-   Dobre   -   oblizując   palce,   przypatrywałem   się   Glorianie,   która   z   namaszczeniem   jadła 
bananoburgera.
- Za tłuste - odparła moja rozsądna jak zawsze żona - i bardzo źle wpływa na linię.
Zadzwonił telefon. Odebrała Angelina. Słuchała chwilę, kiwając głową.
- Dziesięć minut - powiedziała i odłożyła słuchawkę.
- To była portiernia. Reporter z Marnego Czasu Fetor chce przeprowadzić wywiad z Marvellem 
Wspaniałym, do ich programu codziennego ”Życie na Gorąco”. Pamiętaj, że my, ludzie sceny, 
żyjemy z naszej publiczności, więc zgodziłam się w twoim imieniu - wstała i kiwnęła ręką w stronę 
Bolivara. - W tej garderobie panuje ostatnio za duży ruch. Chodź, zaprowadzę cię do Gara, zanim 
przyjdzie tu prasa.
Przebrałem się w swój strój sceniczny. Właśnie kończyłem zawiązywać krawat, gdy usłyszałem 
dyskretne pukanie do drzwi. Otworzyłem je i ujrzałem przed sobą imponującej wielkości srebrnego 
robota.
-   Witam   -   powiedział   robot   metalicznym   głosem.   -   Jestem   robreporter   numer   trzynaście, 
reprezentuję   Marny   Czas   Fetor,   przyjazny   kanał   informacyjny,   który   podaje   zawsze 
najaktualniejsze informacje. Oto moja karta identyfikacyjna - z otworu w korpusie wydobył zieloną 
kartę, którą błysnął mi szybko przed oczami, i schował z powrotem.

background image

- Czy mogę wejść? Dziękuję. - Zdołałem na szczęście odskoczyć, bo inaczej przejechałby po mnie. 
- Trochę tu ciemno. Będziemy potrzebować więcej światła.
Przezroczysta   kopuła   wieńcząca   głowę   robota   rozjarzyła   się   jasnym   światłem.   Z   jego   piersi, 
wycelowana wprost we mnie, wyjechała kamera, zza pleców zaś rozwinął się talerz satelitarnego 
przekaźnika, który po ustawieniu się we właściwej pozycji zaczął cicho buczeć. W chwilę później 
poniżej kamery pojawił się ekran, w którym ujrzałem swoją zdumioną twarz. Uśmiechnąłem się 
więc teatralnym uśmiechem, pokazując wszystkie zęby - tak było nieco lepiej. Numer trzynaście 
zaczął mówić.
- Witam wszystkich naszych widzów wiadomości dostarczanych dokładnie w czasie wydarzeń i z 
miejsca wydarzeń, gdziekolwiek by to było. Tu Baridi Baraka, wasz ulubiony reporter, tym razem 
wprost z magicznej sceny i to w rozmowie nie z kim innym jak z samym Marvellem Wspaniałym.
Soczewki   kamery   zawirowały   i   do   mojego   obrazu   na   ekranie   dołączył   także   obraz   smagłego 
mężczyzny w zielonym garniturze. Facet najwidoczniej mówił właśnie do mnie. Tylko że go tu nie 
było. To znaczy, nie było go w pokoju ze mną, był na ekranie telewizora. A to oznaczało, że 
stanowił generowany przez komputer obraz reportera. W ten sposób oszczędzali sporo pieniędzy.
- A teraz powiedz mi, Marvellu Wspaniały, jak to jest być magiem?
- To nieustająca kupa radości, Baridi, stary przyjacielu. Zawsze i nieustannie coś się dzieje, ot 
choćby...
Machnąłem rękaw powietrzu dla odwrócenia uwagi, a w mojej drugiej ręce znikąd pojawił się 
bukiet czarnych kwiatów. Trzymałem je wyciągnięte przed sobą. Reporter na ekranie pochylił się, 
powąchał i uśmiechnął się z przyjemnością.
- Tak, proszę państwa, prawdziwe kwiaty. Pachną wspaniale, naprawdę. Widzę Marvellu, że jesteś 
mistrzem w swoim fachu. Powiedz mi więc, czy podoba ci się twój zawód?
- Oczywiście, Baridi brachu, po prostu go uwielbiam. Uwielbiam podróże i uwielbiam zabawiać 
rozentuzjazmowaną  publiczność.  - Otworzyły  się drzwi i wkroczyła  Angelina.  Przywołałem  ją 
szerokim ruchem ręki. - A jeszcze bardziej kocham moją piękną asystentkę Angelinę, która nigdy 
się nie skarży, gdy każdego wieczora, nie mówiąc już o sobotnich porankach, przecinam ją na pół.
-   Witaj,   Angelino   -  zawołał   nasz   niewidzialny   rozmówca.   -   Przywitaj   się   proszę   z   milionami 
naszych telewidzów, których do cyrku przyciąga magia, jak również twoja uroda. Powiedz nam, 
oczywiście bez zdradzania magicznych sekretów, w jaki sposób jesteś przecinana na pół.
Angelina   uśmiechnęła   się   wdzięcznie   i   zaczęła   opowiadać   jakieś   bzdury,   używając   słów   nie 
dłuższych   niż   dwusylabowe,   bo   tylko   takie   zapewne   mogły   zrozumieć   miliony   widzów 
oglądających program. W pewnym momencie, mniej więcej po trzydziestu sekundach, bo na tyle 
potrafili   skupić   uwagę   widzowie,   nasz   generowany   przez   komputer   rozmówca   przerwał   jej 
wypowiedź,  zadając  kolejne durne pytanie.  I znowu przez następne  trzydzieści  sekund słuchał 
odpowiedzi,   kiwając   przy   tym   głową,   jakby   rozumiał   każde   słowo.   Wreszcie   podziękował 
uprzejmie i zwrócił się do mnie.
- Powiedz naszym widzom, Marvellu Wspaniały, jaki był najbardziej ekscytujący moment w twojej 
ekscytującej karierze?
- O, to proste pytanie. To było podczas przedstawienia na odległej planecie zwanej Wirtschaftlich, 
głównie zresztą rolniczej, gdzie wydarzył się pewien niespodziewany wypadek podczas transportu 
świniozwierza niezbędnego do mojego numeru. Wydostał się z uszkodzonej klatki i zaatakował 
teatralnego   portiera,   prawdopodobnie   sprowokowany   czerwoną   barwą   jego   uniformu.   Portier 
uciekał do środka teatru, a zwierzak za nim. Oczywiście, natychmiast wiedziałem, co trzeba zrobić. 
Biegłem naprzeciw zwierzęcia, krzycząc głośno i machając połami płaszcza, który miały czerwone 
podbicie. Wtedy bestia ruszyła  wprost na mnie. Dalszy bieg wydarzeń był już przewidywalny. 
Uniosłem   magiczną   różdżkę   i   na   oczach   całej   przerażonej   publiczności   zrobiłem   moją   słynną 
sztuczkę ze znikającym świniozwierzem. Czy uwierzyłbyś, że zwierzak znikł w mgnieniu oka?
- Nie, nie mogę uwierzyć.

background image

-   Ukręciłbym   ci   ten   generowany   przez   komputer   kark,   gdybym   tylko   mógł   go   dosięgnąć!   - 
wrzasnąłem i moje dłonie zacisnęły się w próżni. Jednak na ekranie wyglądało to znacznie lepiej - 
po prostu radośnie i spontanicznie dusiłem reportera.
- Spokojnie, kochanie, spokojnie - powiedziała łagodnie Angelina, odciągając mnie od niedoszłej 
ofiary.
- Nno, jeśli stawiasz sprawę w ten sposób, to oczywiście ci wierzę... Cha, cha, cha... A teraz bardzo 
proszę,  Marvellu  i   Angelino,  zostańcie   z  nami.   Wiem   bowiem,  że   milionom   naszych  widzów 
możecie przekazać mnóstwo pasjonujących opowieści o magii. Ale teraz powiadomiono mnie o 
niezwykle ważnym wydarzeniu. Dla państwa Petikan Peke, wprost z miejsca zaskakującej zbrodni.
Ekran   zamigotał   i   zgasł.   Po   chwili   rozbłysł   ponownie,   pokazując   następnego,   zapewne 
generowanego przez komputer, reportera stojącego przed bankiem.
- Tu za moimi plecami - zaczął reporter - znajduje się bank Bankrott-Geistesabwesed. Do tej pory 
doskonale prosperujący. Mimo że ta nazwa jest niemożliwa do wymówienia, teraz kiedy TO się 
wydarzyło, będziemy słyszeć ją długi czas w wiadomościach. - Kamera pokazała z szerszego ujęcia 
wejście do banku, a raczej znajdującą się tam olbrzymią dziurę. Rozległy się generowane przez 
komputer ”ochy” i ”achy”. - Trudno uwierzyć, ale ten rabunek wydarzył się dokładnie w środku 
dnia, właśnie tu, w samym centrum naszego cudownego miasta. Proszę sobie wyobrazić absolutny 
spokój pracujących ludzi, a w następnej chwili... - rozległ się dźwięk potężnej eksplozji, której 
towarzyszył brzęk tłuczonego szkła - to się wydarzyło! Nie włamano się do banku, wyłamano się z 
niego!   Najwyraźniej   złodzieje   dostali   się   do   bankowego   skarbca   poprzedniej   nocy.   Nie   tylko 
zdołali się tam włamać, ale także wprowadzili do środka opancerzone motocykle!  Mogą sobie 
państwo wyobrazić minę dyrektora banku, gdy rano otworzył drzwi skarbca. Wruum! Wyjechali 
stamtąd w pełnym pędzie wprost na niego. Jeśli przyjrzycie się bliżej, dostrzeżecie go leżącego na 
ziemi, właśnie jest mu udzielana pomoc medyczna. Przejechali po nim, przez całą główną salę 
banku oraz oszklone drzwi zewnętrzne. I natychmiast zginęli w tłumie. Policja z całego miasta 
została   włączona   w   pościg.   Oglądajcie   nas,   wkrótce   dalsze   pasjonujące   szczegóły!   Są   już 
wiadomości. Tak jest! Policja wpadła na trop przestępców, podjęła pościg. Ale, niestety, zdołali 
uciec do strefy przemysłowej, skacząc nad murem z przygotowanej rampy.
Potem   pokazano   mnóstwo   szybkich   scen   naporu   tłumu,   barykad   policyjnych,   zamieszania, 
alarmów. Za chwilę z banku wyszedł  szarowłosy umundurowany oficer. Reporter podbiegł do 
niego, nie przestając gadać ani na chwilę.
-   Są   już   kolejne   wieści.   Na   miejscu   zbrodni   zabezpieczono   materiał   dowodowy.   Może   on 
zaprowadzić policję na trop złodziei. Proszę nam powiedzieć kapitanie, co znaleziono?
- Dowód rzeczowy. W skarbcu. Jestem pewien, że będzie to istotna poszlaka.
- Ale co to jest?
- Poszlaka.
- Tak, to już pan powiedział. - Czyżbym usłyszał w tonie reportera elektroniczną desperację? - 
Proszę jednak zdradzić milionom naszych widzów, jaką to poszlakę trzyma pan teraz w rękach?
To były wielkie łapska i kamera krążyła irytująco wokół nich, starając się sfilmować choć fragment 
tajemniczego przedmiotu.
-   Metalowy   przedmiot   -   policjant   wreszcie   otworzył   dłoń.   -   Jak   widzicie,   trzymam   w   ręku 
przedmiot, który wygląda jak figurka zrobiona z jakiegoś metalu. Jest to jakiś gryzoń, może mysz?
Kamera najechała tak blisko, że figurka wypełniła cały ekran.
- Kapitan ma rację! Tak, ma rację! To jest metalowy gryzoń, jak mi się wydaje. Za duży jednak na 
mysz,   to   chyba   szczur.   Tak,   drodzy   widzowie,   teraz   możecie   zobaczyć   tę   figurkę   w   całej 
okazałości.
I mogliśmy naprawdę ujrzeć ją w całej okazałości.
- Poprawcie mnie, jeśli się mylę. Ale wydaje mi się... tak, to musi... to z całą pewnością jest figurka 
stalowego szczura! 

background image

Rozdział 10

Szczęście, że w tym momencie kamera nie była zwrócona na mnie. Jestem pewien, że wyglądałem 
jak   ostatni   idiota,   z   wybałuszonymi   ślepiami   i   otwartą   paszczą.   Co   tu   się   działo?   Spojrzałem 
błyskawicznie   na   Angelinę   i   dostrzegłem,   że   jest   tak   samo   zaskoczona   jak   ja.   Oprzytomniała 
pierwsza,   poprawiła   włosy   dłonią   i   przybrała   znudzony   wyraz   twarzy.   Numer   był   niezły   - 
musiałem to przyznać. Któryś z tych rabusiów miał poczucie humoru i nieźle się zabawił moim 
kosztem. Stalowy Szczur! Ślad dla policji czy ostrzeżenie dla mnie? Tymczasem raport z miejsca 
zbrodni przerwano, więc musiałem odłożyć na bok swoje zdumienie i dokończyć wywiad w taki 
samym jak dotąd beztroskim stylu. Co też oczywiście zrobiłem. Ba, zdołałem nawet pokazać kilka 
sztuczek z kartami, nie gubiąc ich przy tym.
- Tak więc, drodzy widzowie, tym magicznym akcentem kończymy nasze spotkanie z magiczną 
parą. Przypominam o ich dzisiejszym występie w Colosseo, w samym centrum naszego pięknego 
miasta, centrum sztuki teatralnej, wydarzeń sportowych i w ogóle najlepszej zabawy.
Światło   na   głowie   robota   pociemniało   i   zgasło.   Z   piersi   wysunęła   się   metalowa   płyta   z 
przymocowanym do niej papierem - wręczał mi zapłatę.
-   Standardowa   forma   pokwitowania,   proszę   o   podpis   tutaj,   inicjały   tutaj   i   tutaj.   Teraz   pani, 
dziękuję.
Papier znikł z powrotem w klapie na piersi, za to z cichym pstryknięciem otworzył się otwór w 
biodrze.   Robot   sięgnął   tam   i   wyciągnął   dość   cienki   zwitek   banknotów.   Podzielił   go   na   pół   i 
wręczył jedną część mnie, a drugą Angelinie.
- Sto osiemdziesiąt kredytów dla każdego, standardowa opłata. Do widzenia.
Sam otworzył sobie drzwi i wyszedł. Angelina zamknęła za nim ostrożnie, a potem odwróciła się 
do mnie.
- Jakieś wyjaśnienia?
- Żadnych. Poza tym, że ktoś coś do mnie ma... A ja nie jestem paranoikiem.
- Więc co z tym robimy?
- Ze stalowym szczurem? Nic nie możemy chyba zrobić.
- Możemy opuścić tę odrażającą planetę.
- Nie - powiedziałem z nagłą złością. - On, oni, ona, to coś, ktokolwiek czy cokolwiek to jest, nie 
zdoła się tak po prostu z tego wywinąć. Jeśli teraz wyjedziemy, nigdy się nie dowiemy, w jaką grę 
grają na tej planecie. A poza tym podoba mi się zarabianie czterech milionów dziennie.
- Chciwość może przyczynić się do twego upadku - Angelina uniosła brwi.
Rozmyślałem nad jej słowami, podchodząc do barku i sięgając po butelkę Zubanishamali Sour 
Mash i szklanki, dwie szklanki. Postawiłem jedną z nich na stole, ale Angelina potrząsnęła głową.
- Dziękuję, ale nie. Nie wiem, jak możesz wlewać w siebie to świństwo. Dla mnie - białe wino.
Otworzyłem i polałem. Stuknęliśmy się szklankami i wypiliśmy jednym duszkiem ich zawartość.
- Tu nie chodzi o pieniądze - powiedziałem wreszcie. - Chodzi o moją reputację - albo o jej brak. 
Ktoś kpi sobie z mojego dorobku. Mam zamiar go odnaleźć i uciszyć. Zostałem wrobiony, więcej - 
cała moja rodzina jest wrabiana, a to mi się nie podoba. Tylko kto to robi?
- Kaizi - powiedziała zdecydowanie.
- Jest taka możliwość. Albo ten jego tajemniczy przeciwnik, za którego odnalezienie mi płaci. Nie 
byłby to taki nieznany przypadek, że ktoś zaczyna polować na myśliwego - spojrzałem na zegarek. 
-   Zanim   znów   wydarzy   się   coś   ekscytującego,   mam   zamiar   kontynuować   śledztwo   z   naszym 
jedynym podejrzanym Puissanto. Do następnego przedstawienia zostało mnóstwo czasu.
Żeby nie kusić licha, podszedłem najpierw do drzwi wyjściowych, koło których nasz podstarzały 
portier czytał horrorowaty holokomiks. Właśnie przewrócił stronę i rozległo się mrożąc krew w 
żyłach wycie i demoniczny śmiech.
- Szukam Puissanto - wytrąciłem go z nastroju. - Widziałeś go ostatnio?
- Taa. Wyszedł coś zjeść. Robi to cztery, pięć razy dziennie.

background image

- Masz jakieś pojęcie, kiedy może wrócić?
-   Za   godzinę.   Zazwyczaj   posiłek   zajmuje   mu   koło   godziny.   Raz   widziałem   go   w   akcji. 
Niesamowite.
- Wielkie dzięki. W takim razie spróbuję później.
Ale,   ze   zrozumiałych   powodów,   spróbowałem   właśnie   teraz.   Pokój   Puissanto   był   zamknięty. 
Zapukałem energicznie, żadnej odpowiedzi. Ponieważ przypomniałem sobie, jak przegryzał zębami 
metalową sztabę, nie odważyłem się wejść, dopóki nie włączyłem elektronicznego wykrywacza 
dźwięku.   Cisza.   Żadnego   ruchu,   żadnego   oddechu.   Sprawdziłem   więc   systemy   alarmowe. 
Ponieważ żadnego nie wykryłem, wyjąłem wytrych, by wejść najszybciej jak można. Zamknąłem 
za sobą drzwi i wpatrzyłem się w ciemność.
Wymacałem na ścianie włącznik światła i zmrużyłem oczy oślepiony jego nagłym blaskiem. W 
pokoju znajdował się klasyczny parawan do przebierania, stół, kanapa z połamanymi sprężynami i 
trochę innych drobiazgów: kilka sztang, metalowe sztaby, kowadło, dwie baryłki piwa, zwisająca z 
sufitu   wielka   wędzona   szynka   świniozwierza   ze   śladami   potężnych   zębów...   tak   jak 
wyobrażalibyście sobie pokój atlety. Nic niezwykłego. Jakieś papiery w koszu. Rachunki z pralni. 
Lwia skóra z dziurami od moli. Marynarka męska gigantycznych rozmiarów. Też nic rzucającego 
na kolana. Podszedłem do stołu. W szufladach żadnych papierów, na stole książka. Podniosłem ją 
do światła, żeby zobaczyć tytuł. Galaktyczni łowcy potworów. - Bezmózga, krwawa fikcja - to też 
doskonale pasowało do poziomu właściciela.
Jeszcze tylko komputer na stole. Włączyłem go. Ekran zamigotał, a potem pociemniał. Pojawił się 
pulsujący czerwony napis: ”Podaj hasło”. Wyłączyłem komputer i spojrzałem na typ - Eprom-80. 
Muszę   pogrzebać   nieco   w   jego   specyfikacjach.   Potem   w   wolnej   chwili   złamię   hasło.   Albo 
poczekam na przyjazd Jamesa - dla mojego syna taka robótka to bułka z masłem.
Nagle usłyszałem męskie głosy dochodzące zza drzwi. Czyżby wrócił Puissanto? Poczułem nagły 
przypływ  paniki. Wyobraziłem sobie te żelazne łapska zaciskające się na mojej szyi. Gdzie tu 
można się ukryć? Może za tą olbrzymią baryłką w kącie? Jeśli tylko będzie dość miejsca.
Klamka w drzwiach opuściła się. Wyłączyłem  światło dosłownie nanosekundę przed tym,  nim 
uchyliły się drzwi. Nikt ich jednak nie otworzył do końca.
- ... i obciążę cię kosztami zapasowego koła w miejsce tego, które wyrwałeś z ciężarówki - to był 
głos Harleya Dayidsona.
- Próbowała przejechać. Puissanto nie zapłaci za głupiego kierowcę. Nie.
- To był wypadek. Widziałeś przecież policyjny raport. Kierowca nawet cię nie tknął.
- Koło tak. Wyrwałem.
- Owszem razem z osią.
- Kiepski wóz. Tani bubel.
- Mimo to pokryjesz koszty.
Kiedy trwała ta intelektualna wymiana zdań, ja na paluszkach przemierzyłem pokój. Przez szparę 
w   uchylonych   drzwiach   wpadało   na   szczęście   wystarczająco   światła,   abym   nie   narobił 
niepotrzebnego hałasu. Musiałem nieco przemieścić baryłkę, by się za nią wpakować. Jak dla mnie 
wiązało się to z przeraźliwym hałasem, ale ku mojemu zdumieniu nikt na korytarzu zdawał się tego 
nie słyszeć. Ledwie zdążyłem się usadowić, gdy drzwi otworzyły się na całą szerokość i w pokoju 
zrobiło się jasno. Puissanto trzasnął wściekle drzwiami i przeszedł przez pokój, mrucząc jakieś 
przekleństwa. Podłoga trzeszczała pod jego stopami; gdy usiadł, jękliwie zaprotestowało krzesło. 
Chyba   korzystał   z   telefonu,   bo   słyszałem   wyraźne   pikanie,   jak   podczas   wybijania   numeru. 
Puissanto czekał, mamrocząc wciąż pod nosem.
- Mów Pako, teraz - ktoś nieznany w końcu odebrał. Puissanto słuchał przez chwilą, oddychając 
ciężko.
- Pako? - powiedział wreszcie. - Czy jest jakaś wytłumaczalna i sensowna przyczyna, dla której nie 
zdołałeś  się  zjawić  na wyznaczonym  spotkaniu?  Ach, tak. Takie  akcje  nakręcają tylko  spiralę 

background image

przemocy. Odmawiam. I bądź tam za piętnaście minut albo nasza szczególna znajomość zakończy 
się.
Ponownie   usłyszałem   ciężkie   kroki   przemierzające   pokój.   Zgasło   światło   i   zapadła   głęboka 
ciemność. Jeszcze tylko trzaśniecie drzwiami i chrobot przekręcanego w zamku klucza.
Odważyłem się na głęboki i drżący wydech i wyczołgałem się zza beczki.
No  i  miałem  do  przemyślenia   następną   tajemniczą  sprawę.  Nasz  tępy  atleta  w   razie   potrzeby 
potrafił   przemawiać   jak   normalny   facet.   Czy   to   miało   jakieś   znaczenie?   Oczywiście,   że   tak. 
Przecież komputer wskazywał, że Puissanto był zawsze obecny w miejscu, gdzie obrabowywano 
bank. Ponieważ zdawało się dotąd, że mózg ma równie twardy jak mięśnie, zacząłem wątpić, by 
można mu było przypisać takie skomplikowane technologiczne przestępstwa. Ale okazywało się 
oto, że wcale nie był tak tępy, za jakiego chciał uchodzić. Westchnąłem ciężko. Jakby jeszcze mało 
było tajemnic.
Odczekałem dłuższą chwilę, zanim wyszedłem na korytarz. Cały czas myślałem gorączkowo o 
znaczeniu ostatniego odkrycia. Wpadłem do naszej garderoby. Angelina siedziała przy stole.
- Mam dla ciebie naprawdę interesującą wiadomość - zamknąłem z rozmachem drzwi. - Właśnie 
się dowiedziałem...
Zamilkłem wpół słowa... Nie byliśmy sami. Naprzeciwko Angeliny siedział jakiś oficjalny gość w 
czarnym mundurze. Facet odwrócił się i spojrzał na mnie lodowatym wzrokiem. Jego mundur był, 
jak   już   powiedziałem,   czarny,   ozdobiony   srebrnymi   guzikami   i   interesującymi   pagonami   z 
wyszczerzonymi w uśmiechu czaszkami i mieczami.
- Co takiego odkryłeś, kochanie? Bardzo chciałabym wiedzieć? - podchwyciła Angelina, dając mi 
moment na dojście do siebie.
- Na dzisiejszą noc znów wyprzedano komplet miejsc, więc premie pozostają bez zmian. A kim 
jest, jeśli można wiedzieć, twój gość?
Mieczoczasznik przemówił sam, zimnym i okrutnym głosem.
-   Jestem   kapitan   Wezekana   z   Policyjnego   Wydziału   Obcokrajowców.   Proszę   o   papiery 
identyfikacyjne.
Wyjąłem je. Na tej planecie było więcej rodzajów policji niż kiedykolwiek zdarzyło mi się spotkać. 
Kapitan uważnie przeglądał moje dokumenty. Jedną ze stron podniósł wyżej do światła, spojrzał 
pod innym kątem...
- Jeśli powie mi pan, o co chodzi, może będę mógł.... - Nie.
No tak, a jakiej błyskotliwej konwersacji można oczekiwać od kogoś, kto nosi taki mundur? Cisza 
przedłużała się, a on uważnie studiował każdy szczegół  moich dokumentów. Jeśli chciał  mnie 
przestraszyć, udało mu się.
- Kupiłeś karmę dla świniozwierzy? - spytała Angelina.
- Przykro mi, nie było w sklepie.
- Spróbuję później sama. Nie możemy pozwolić naszej śwince umrzeć z głodu.
- Nie. Może dam jej kanapkę.
- Doskonały pomysł, tylko nie z wieprzowiną.
Nasza rozmowa nie kleiła się w obecności tego ponurego typa.
- Zatrzymam te dokumenty - umundurowany włożył moje papiery do kieszeni.
- Nie możesz!
- Oczywiście, że mogę.
- Po co ci one?
- Jesteś podejrzany o bycie obcym kryminalistą.
- Co to, to nie. Na jakiej podstawie?
- Jesteś spoza planety. Przybyłeś niedawno. Jesteś mężczyzną i jesteś w odpowiednim wieku. To 
wystarczy, byś był podejrzany.
- To bardzo szerokie powody do podejrzeń.

background image

- To tylko początek. Mamy sześciuset dwunastu podejrzanych takich jak ty. Powoli redukujemy tę 
grupę. Gdzie byłeś, kiedy nastąpił dzisiejszy napad na bank?
-   Siedziałem   w   miejscu,   w   którym   ty   teraz   siedzisz.   I   przeprowadzano   ze   mną   wywiad.   Tak 
naprawdę, to stąd właśnie wiem o kradzieży. Wiadomość o tym została wtrącona w wywiad.
- Twoje alibi zostanie sprawdzone. Nie wolno ci opuszczać miasta.
- Oczywiście, że nie będę go opuszczał. Występuję tu w cyrku, każdego wieczora. Przyglądają mi 
się i oklaskują mnie tysiące ludzi.
- To alibi także sprawdzę - powiedział zimno.
- To nie jest alibi, tylko prawda - sięgnąłem do kieszeni. - Proszę. Oto bilet na mój dzisiejszy 
występ. Możesz osobiście mnie zobaczyć.
- Osobiście zobaczę cię w więzieniu - wziął bilet, przedarł go na pół i rzucił na podłogę. - Oskarżę 
cię o próbę wręczenia łapówki oficerowi policji - wytarł ręce, jakby dotknął czegoś paskudnego. 
Wstał i skierował się w stronę drzwi.
Jeśli zacząłem już czuć jakąś ulgę, to prysła ona natychmiast, gdy umundurowany nagle odwrócił 
się:
- Co wiesz o Stalowym Szczurze?
Zamiast wrzasnąć głośno i uciekać, spojrzałem na niego takim samym zimnym spojrzeniem, jakim 
on wpatrywał się we mnie.
- O czym ty do licha mówisz?
- To jest obcy kryminalista z pokaźną kartoteką kryminalną na wielu różnych planetach.
- Nie interesują mnie kryminaliści. Ja jestem uczciwym iluzjonistą, który zarabia na życie pracą w 
cyrku.
Zabębniłem palcami o kolano. Spokój, spokój, żadnych oznak zdenerwowania. Schowałem dłonie 
do kieszeni, wyciągnąłem je znowu. Coś upadło na podłogę z metalicznym brzękiem. Wszyscy 
spojrzeliśmy w dół...
To był wytrych, którego ostatnio używałem do sforsowania drzwi Puissanto.
- To jest wytrych! - powiedział triumfalnie kapitan, a jego wzrok uderzył we mnie.
- Oczywiście, że jest - Angelina wsunęła się pomiędzy nas i podniosła wytrych z podłogi. Czar 
prysł.
- Nigdy się bez niego nie ruszam - powiedziałem spokojnie. - Proszę.
Podszedłem   do   stołu   i   wziąłem   książkę   opisującą   moją   fałszywą   karierę.   Otworzyłem   ją   i 
wskazałem odpowiedni fragment.
-   Podwodna   magiczna   ucieczka.   Widać   tu   kajdany  na   moich   dłoniach,   łańcuchy  i   obręcze   na 
nogach. I tę metalową klatkę. Mam być zaraz zanurzony pod wodę. Jeśli nie miałbym wytrycha, 
zaraz bym utonął i koniec pieśni.
Wziąłem wytrych i schowałem go na powrót do kieszeni. Kiedy się odwróciłem, niemal czułem, 
jak jego świdrujące spojrzenie wypala dziury w mojej czaszce. Podszedłem jednak spokojnie od 
krzesła i usiadłem. Wciąż się we mnie wpatrywał, aż wreszcie podjął decyzję.
- Posiadanie wytrycha jest nielegalne na Fetor. Konfiskuję ten - wyciągnął rękę.
- Tego nie możesz zrobić! - cofnąłem się. - Utonę, jeśli nie będę miał wytrycha w podwodnej 
klatce!
- To mnie nie obchodzi.
Cóż za wspaniały gość. Kiedy jeszcze się wahałem, dobył z kabury olbrzymią spluwę i wycelował 
ją prosto we mnie.
- Drugi raz nie będę powtarzał. Narzekając pod nosem, oddałem mu wytrych.
- Jeszcze wrócę - powiedział umundurowany oprych na pożegnanie i wyszedł.
Angelina podeszła do drzwi, odczekała chwilę, potem otworzyła je. Korytarz był pusty. Wziąłem 
wykrywacz i przeleciałem po pokoju. Kapitan nie próżnował. Dwie pluskwy pod krzesłem, na 
którym  siedział.  Jeszcze więcej  pod obrusem i w koszu na śmieci.  Niszczyłem  je zajadle pod 
podeszwą buta, aż wykrywacz znów zapalił się zielonym światłem.

background image

- Nie podoba mi się to. Czuję się jak w pułapce. Jakby osaczały mnie ze wszystkich stron wrogie 
siły.
- Trochę dramatyzujesz. Ale sprawa jest poważna. Naleję ci drinka.
- Mój aniele. Dużego poproszę. Pomogło. Tak mi się przynajmniej zdawało.
- Lepiej będzie odwołać nasze występy i opuścić planetę - stwierdziła Angelina. - Czy to nie ty 
zawsze mówiłeś, że kto wycofuje się w porę, ma szansę dożyć następnej walki?
- Mówiłem i naprawdę tak uważam. Ale byłem wtedy znacznie młodszy i szybszy. I zawsze też 
szukałem  nowego wyzwania.  Ale  teraz   ten  stary szczur  czuje  się  jednak  trochę  zardzewiały  i 
otępiały.   Jest   jeszcze   kilka   innych   powodów,   niektórych   nawet   nie   potrafię   wytłumaczyć,   dla 
których nie chcę się z teraz wycofywać.
- Cztery miliony kredytów dziennie. Myślisz czy tak? Niechętnie przytaknąłem.
- Czy nie możemy o tym zapomnieć? Nie ma sensu bycie najbogatszym więźniem w galaktyce i to 
na tej obrzydliwej planecie.
- To, co mówisz, jest słuszne. Ale wstrzymajmy się jeszcze przez chwilę z odwrotem. Jak właśnie 
zaczynałem   mówić,   zanim   dostrzegłem   twego   nieproszonego   gościa,   odkryłem   coś   bardzo 
ciekawego na temat naszego, zdawałoby się, tępawego Puissanto. On używa słownictwa godnego 
profesora   uniwersytetu,   jeśli   tylko   sądzi,   że   nikt   go   nie   słyszy.   Dlatego   gdy   dzisiaj   będzie 
występował na scenie, a tym samym nie zdoła mi przeszkodzić, zajrzę do jego komputera.
Chwyciłem za telefon.
- Zadzwonię do najbliższej informacji po numer do Eprom, a od nich poproszę o specyfikację i 
dokumentację Eprom-80. O ile tylko nie stanowi to tajemnicy państwowej.
Nie stanowiło, ale ten fakt niewiele ułatwił mi sprawę. Fetor było jednak paranoiczną planetą. 
Dostałem numer do Eprom i zadzwoniłem do nich. Potem zaś wysłuchiwałem bez końca nagranych 
głosów i wystukiwałem kolejne podawane numery wewnętrzne. Kiedy wreszcie odebrał człowiek, 
wyprowadził mnie z równowagi jeszcze bardziej niż te wszystkie roboty.
- Eprom-80? Numer seryjny?
- Skąd mam wiedzieć? Maszyny tutaj nie ma, a dokumentacja zaginęła wraz z numerem.
- Nie wiem...
- Ale ja wiem. Nie możecie po prostu podać ceny i przesłać mi dokumentów? Przecież nie są tajne?
- Nie... ale objęte prawami autorskimi.
- Oczywiście, że objęte! I co z tego? Przecież sprzedajecie je wraz z każdą maszyną. Podajcie cenę, 
a ja prześlę pieniądze.
Ciągłe powtarzanie słowa ”pieniądze” wreszcie jakoś poskutkowało. Przyjął zamówienie. Zanim to 
zrobił, naprawdę już rozbolało mnie ucho. Otworzyłem więc butelkę Doktora na Uszy i nalałem 
sobie dużą szklanicę.
Nigdy więcej takiego dnia! 

Rozdział 11

Naprawdę   musiałem   się   bardzo   starać   podczas   wieczornego   występu,   aby   zapanować   nad 
emocjami i wyrzucić z głowy wszystkie niespokojne myśli. Udało mi się, ale nie było to wcale 
łatwe. Kiedy jednak publiczność szalała ze szczęścia, pomyślałem, że chyba nie poszło mi aż tak 
źle. Po występie Angelina pomogła mi zmyć makijaż, przebraliśmy się i pojechaliśmy taksówką do 
hotelu. W pokoju świecił się przycisk wiadomości na telefonie. Wcisnąłem klawisz.
- Się macie ludzie, tu James - usłyszeliśmy głos naszego syna. - Mam nadzieję, że z wami wszystko 
w porządku. Kupiłem bilety i jestem w drodze. Nie mogłem załatwić bezpośredniego lotu na Fetor, 
więc nie wiem dokładnie, kiedy do was dolecę. Mój statek na Helior odlatuje za kilka minut. 
Przywiozę ze sobą komputer, nowy i znacznie ulepszony. Zawiadomię was później o godzinie 
przylotu.

background image

-   Posiłki   w   drodze   -   powiedziałem,   sięgając   po   jakiegoś   wysokoprocentowego   bełta. 
Powstrzymałem  się jednak. Sprawy i tak się już wystarczająco  splątały,  chyba  nie było  sensu 
dodawać jeszcze do tego alkoholowej beztroski... Napełniłem więc jedną małą szklaneczkę sherry i 
zapaliłem   cygaro.   Gloriana   u   moich   stóp   potrząsnęła   zalotnie   kolcami,   więc   podrapałem   ją 
pomiędzy uszami. Miałem narastające przeczucie wypełniającego się przeznaczenia i nie podobało 
mi się wcale to, co czułem. Angelina musiała dostrzec wyraz mojej twarzy, bo usiadła na kanapce 
obok i ujęła mnie za rękę.
- Wyglądasz bardzo ponuro, kochanie. Powiedz, co ci leży na sercu.
Uścisnąłem jej dłoń bez słowa i skończyłem sherry.
- Wyglądam ponuro, bo tak też się czuję. Cały czas mam przeczucie, że wydarzenia całkowicie 
wymknęły się nam spod kontroli.  A  ja, jak sama  dobrze wiesz, lubię  panować nad sytuacją  i 
kontrolować przez cały czas to, co się ze mną dzieje. A teraz tak nie jest. Spójrz na to pasmo 
niepowodzeń, odkąd przybyliśmy na tę przygnębiającą planetę.  Najpierw bank Kaiziego został 
obrabowany, a Bolivara oskarżono o dokonanie tego. Wprawdzie wyciągnęliśmy go z więzienia, 
ale   teraz   musi   się   ukrywać   pomiędzy   potworami,   aż   do   przybycia   Jamesa.   Potem   ofiarą   padł 
następny   bank,   którego   sekretnym   właścicielem,   jak   wiemy,   jest   Kaizi,   a   na   miejscu   zbrodni 
znaleźli figurkę stalowego szczura. Potem przychodzi do mnie policja i roztrząsa każdą literkę 
mojej  niemal prawdziwej karty identyfikacyjnej. Tak więc rozumiesz, że zaczynam  czuć czyjś 
gorący oddech na plecach. I zadaję sobie pytanie, czy to wszystko jest warte czterech milionów 
kredytów dziennie?
- A co ci mówi przeczucie?
- Mówi mi, żeby stąd wiać. - I zrobisz to?
- Zgadza się. Jest wiele innych sposobów zarabiania pieniędzy, legalnych i nielegalnych. I chyba 
zaczniemy ich poszukiwać. Nie mam zamiaru zawisnąć dla Kaiziego.
- Pakować rzeczy? Potrząsnąłem przecząco głową.
- Nie przed jutrzejszym rannym występem. Wśród tego całego pośpiechu i zamieszania zdobyliśmy 
jednak jakąś wiadomość. Puissanto, czyli ten, z którego powodu tu przyjechaliśmy, nie jest tym, za 
kogo chce uchodzić. Muszę więc dowiedzieć się kim lub czym jest. Kiedy jutro będzie na scenie, 
włamię się do jego komputera. Gdy tylko zaspokoję ciekawość, opuścimy planetę i zabierzemy ze 
sobą Bolivara.
-   Są   jeszcze   dwie   rzeczy,   które   mnie   martwią.   Policja   ma   twoje   dokumenty,   a   Bolivar   jest 
uciekinierem i przestępcą i nie ma w dodatku żadnych legalnych papierów.
- Zapomniałaś, że rozmawiasz z mistrzem fałszerstwa? To żaden problem. Już jutro rano będę miał 
dokumenty dla nas obu. A drugie zmartwienie?
- Czy zostawiamy tutaj Jamesa, by kontynuował sprawę po naszym odjeździe.
- Nigdy w życiu! - nalałem sobie jeszcze sherry i wypiłem duszkiem. - Wedle naszego nowego, 
znacznie przyspieszonego, rozkładu zajęć możemy opuścić tę planetę, zanim on się tu zjawi. Jeśli 
więc porzucimy poprzedni plan, aby teoretycznie obejmował w banku stanowisko brata, wówczas 
jego przyjazd na Fetor jest w ogóle niepotrzebny. Zatrzymamy go, zanim tu wyląduje. Obawiam 
się, że ta robota za cztery miliony dziennie zamienia się w koszmar. James wspomniał, jak miał się 
nazywać jego pierwszy przystanek?
- Helior.
- Zostawię mu wiadomość - chwyciłem za telefon - aby tam został, aż do naszego przyjazdu. 
Wystarczająco wiele osób tkwi w tym szambie, żeby mieszać w to także i jego.
- Zgadzam się w zupełności.
Z kosza Gloriany dobiegło rytmiczne pochrapywanie.
- Wiesz co, pójdźmy w ślady naszej kochanej świnki i zdrzemnijmy się. To się nam przyda.
Rano zaraz po śniadaniu Angelina wyszła na miasto z kieszenią pełną forsy, aby znaleźć jakąś 
nieuczciwą agencję podróżniczą. Ja zaś użyłem jednej z tajemnych nietypowych funkcji mojego 
przenośnego radyjka i wykonałem nowe dokumenty. Przygotowałem takie same, jak te, których 

background image

użyliśmy   przy   wjeździe,   tak   było   najprościej,   by   uniknąć   niepotrzebnych   kłopotów.   Właśnie 
skończyłem, kiedy wróciła Angelina. Już od drzwi machała grubą kopertą.
- Załatwione. Najtrudniejszą częścią zadania było pozbycie się kilku typów, którym za bardzo się 
podobałam. Sześciu śpi sobie teraz grzecznie, ale jeden, obawiam się, znalazł się w szpitalu.
- Jestem pewien, że na to zasługiwał.
- Nawet nie wiesz, jak bardzo masz rację. Nieważne. Dałam nieco forsy kierowcy i zawiózł mnie 
do baru, gdzie jego zdaniem rezyduje lokalna mafia. I tak też było. Ten w szpitalu to zresztą 
ochroniarz   lokalnego   kapo.   Który   zresztą   na   tyle   wysoko   docenił   moją   akcję,   że   z   miejsca 
zaproponował mi objęcie tej gwałtownie zwolnionej posady. Miło, gdy ktoś cię docenia. Ale ja 
zapewniłam   go,   że   moim   największym   marzeniem   jest   zwiać   z   tej   planety.   Kiedy   uwierzył 
wreszcie, że nie jestem policyjnym szpiegiem, skontaktował mnie z jakąś organizacją, która siedzi 
ponoć w biznesie transportowym.
- A co transportuje?
- Wolałam nie pytać. Ale w końcu ubiliśmy interes. Tu są trzy bilety na nocny pociąg poduszkowy 
do   portu   Mtumwa.   To   miasto   przemysłowe   słynące   ze   swego   zanieczyszczenia   i   wysokiej 
śmiertelności.
- Cudownie! A dlaczego odwiedzamy tę letniskową miejscowość?
- Ponieważ w niej właśnie znajduje się towarowy port kosmiczny. A my jesteśmy na liście załogi 
frachtowca ze stalą, który wylatuje następnego dnia.
- To brzmi nieźle. Jakie mamy stanowiska?
- Ja jestem pomocnikiem kucharza. Ty i Bolivar - mechanikami.
- I będziemy musieli naprawdę pracować?
- Tylko do momentu, kiedy wypłacę kapitanowi drugą ratę. Każde z nas spakowało tylko po jednej 
torbie.  Reszta  rzeczy musiała  zostać.  Gloriana  przyglądała  się  temu  z natężoną  uwagą. Potem 
chrząknęła pytająco. Angelina zmarszczyła brwi.
- Bierzemy ją ze sobą? - spytała.
-   Kiedy   odkryją   naszą   ucieczkę,   para   podróżująca   ze   świniozwierzem   będzie...   jakby   to 
powiedzieć... bardzo rzucać się w oczy.
- Masz oczywiście rację. Ale jeśli ją tu zostawimy, jej los jest boleśnie przewidywalny.
To była prawda. Spojrzałem na naszego drogiego zwierzaka i ujrzałem u moich stóp dwie półtusze 
wieprzowe.
- Odłóżmy  tę decyzję  na później  - zaproponowała  Angelina.  - Nie... nie  możemy.  Wezwijmy 
obsługę, niech dostarczą wózek do transportu psów. Pojedzie w nim. Nie możemy jej tu zostawić.
Do Colosseo  przybyliśmy  wcześnie.  Byłem   przebrany w  strój  sceniczny  i stałem  za  bocznym 
skrzydłem   kurtyny,   kiedy   Puissanto   rozpoczął   swój   występ.   Jego   pokaz   miał   trwać   około 
trzydziestu minut. Ustawiłem stoper i ruszyłem pędem do garderoby siłacza. Kiedy już zamknąłem 
się od wewnątrz, wyciągnąłem z kieszeni dokumentację i zasiadłem przed komputerem. To był 
dość tani model z łatwym do sforsowania kodem bezpieczeństwa. Nie minęło dziesięć minut, a już 
byłem w środku. Położyłem stoper na widoku i zanurzyłem się w plikach. Arkusze kalkulacyjne i 
dane finansowe. I to spore sumy, ale nie miałem absolutnie pojęcia, co może mieć z tym wspólnego 
nasz siłacz. Jeszcze dziesięć minut. Cały spływałem potem, sięgnąłem jeszcze do jednego katalogu. 
Czas, czas już wiać... Nagle poczułem na szyi podmuch chłodnego powietrza.
Chłodne powietrze!
Obróciłem się błyskawicznie. W drzwiach stał Puissanto. Jego małe oczy błyszczały wściekle. 
Zamknął   za   sobą   drzwi.   A   więc   koszmar   stał   się   prawdą.   Zamknięty   z   potworem   w   jednym 
pomieszczeniu!
- Zabić! - streścił krótko swoje plany i sięgnął po mnie.
Z tak wielką masą był na szczęście niezbyt szybki. Ale też i pokój nie był gigantyczny. W dodatku 
z   pojedynczym   oknem,   w   dodatku   zabezpieczonym   żelaznymi   sztabami.   Skoczyłem   w   bok, 

background image

wybiłem się na kanapie i przeskoczyłem z obrotem w powietrzu nad głową Puissanto. Nie zdołał 
mnie sięgnąć. Dopadłem do drzwi z wytrychem, przekręciłem go...
Olbrzymia jak prehistoryczny bochen chleba dłoń w tym właśnie momencie spadła mi na kark i 
uniosła w powietrze, potrząsając jak starym łachem. Zakrztusiłem się i nie mogłem wydusić ani 
słowa, bo moja tchawica była właśnie miażdżona. Puissanto puścił mnie jednak. Postawił ciężką 
stopę na mojej piersi, aż jęknąłem. Przegryzł  na pół żelazną sztabę - przypomniałem sobie - i 
przebił głową mur.
- Mmogę wwyjaśnić... - wykrztusiłem z trudem. - Mów.
- Nie jestem tym, na kogo wyglądam...
- Policyjny szpieg! - stopa nacisnęła mocniej i oczekiwałem podświadomie na trzask pękających 
żeber.
- Nigdy! Jestem... prywatnym detektywem.
- Kto ci płaci?
Teraz nie był najlepszy czas na wymyślanie kłamstw.
- Bankier. Bardzo bogaty bankier o imieniu Imperetrix von Kaiser-Czarski.
- Kłamiesz!
Nacisk  zwiększył  się  jeszcze   bardziej  i  pociemniało   mi  w   oczach.   Gdzieś  z  daleka  słyszałem 
żałosny skrzek - ”nie, nie”. Czy to ja tak jęczałem?
Nagle nacisk zelżał. Olbrzymia dłoń uniosła mnie i cisnęła na fotel. Powoli powrócił mi wzrok i 
dostrzegłem, że potwór siedzi obok mnie. Był spokojny. I mówił do mnie.
- Nadszedł czas, byś  był  nieco bardziej prawdomówny w swoich zeznaniach,  Marvellu, wcale 
zresztą nie taki wspaniały. Mam w tym pokoju ukryty niemożliwy do wykrycia system alarmowy, 
który ostrzegł mnie, że ktoś tu przebywał podczas mojej nieobecności. Dlatego też skróciłem nieco 
swój dzisiejszy występ, podejrzewając, że tajemniczy intruz może znowu powrócić.
- Nagle zacząłeś mówić bardziej do rzeczy.
-   Owszem,   ale   jeśli   nie   udzielisz   mi   właściwych   odpowiedzi,   nigdy   już   nie   usłyszysz   innych 
przemówień.   -   Atmosfera   nieco   się   jednak   rozluźniła.   Uśmiechnął   się.   -   Więc   skoro   już   się 
zrozumieliśmy, możesz swobodnie opowiedzieć mi wszystko o twojej tutaj obecności.
Powiedziałem mu. Wszystko. Oprócz oczywiście szczegółów mojej kariery do czasu spotkania z 
Kaizim.   Byłem   po   prostu   międzygwiezdnym   prywatnym   detektywem.   Słuchał   w   milczeniu, 
postukując tylko palcami o brzeg kanapy. Kiedy skończyłem, przez chwilę milczał, jakby rozważał 
moje słowa. Potem skinął głową.
-  Niezwykła  opowieść,  Jim.   Myślę,  że   tysiące  ludzi   na  moim  miejscu  nie   uwierzyłoby   w  nią 
zupełnie. Ale ja wierzą. Bo podczas moich poszukiwań na tej planecie, także natrafiłem na pewne 
sprawki   związane   z   twoim   pracodawcą.   Tutaj   załatwia   się   sporo   brudnych   interesów.   O   ile 
zdołałem się zorientować, a znam na razie jedynie wierzchołek góry lodowej, twój znajomy Kaizi 
stoi za wieloma z tych ciemnych sprawek. Do takich właśnie odkryć doszedłem. Bo widzisz, tak 
naprawdę to jestem Galaktycznym Inspektorem Podatkowym.
- Z policji podatkowej? - zdębiałem. Tego nie spodziewałem się nawet w najfantastyczniejszych 
snach.
- Tak jest. To bardzo potrzebny zawód na tych planetach pełnych oszustów i krętaczy. Bez prawa i 
podatków   mielibyśmy   tutaj   galaktyczną   anarchię.   A   Fetor   jest   miejscem   zamieszkania   kilku 
najbardziej znanych oszustów podatkowych.
Wciąż nie mogłem w to uwierzyć.
- Poborca... Nikt by się nie domyślił.
- I o to właśnie chodzi. Mam perfekcyjną charakteryzację. Prosty muskularny atleta Wiele też z 
tym zabawy, muszę przyznać. Naprawdę męczyło mnie wykładanie na uniwersytecie, nudziła mnie 
też praca w Urzędzie, mimo że byłem dyrektorem departamentu Oszustw na Wielką Skalę. Więc 
kiedy zacząłem dostawać raporty o tym, co się dzieje na Fetor, sam zgłosiłem się na ochotnika do 
śledztwa w terenie. Zwłaszcza że mogłem wykorzystać swoje naturalne cechy.

background image

- Naturalne cechy? - chyba czegoś nie rozumiałem.
- No tak. Pewnie słyszałeś o mojej ojczystej planecie, Trantorze?
- Przykro mi... są tysiące zamieszkanych planet.
-   Tak...   ale   tylko   jedna   ma   masę   Trantora.   Nieco   więcej   niż   trzykrotna,   jeśli   wyrazić   to   w 
standardowej grawitacji planetarnej. Co nam daje ciążenie 3G.
- Nic dziwnego, że robisz to, co robisz!
- Na waszych małych światach czuję się lekki jak piórko. Czasem zdaje mi się, że unoszę się w 
powietrzu.   Ale   to   nieważne.   Człowiek,   którego   nazywasz   Kaizi,   jest   bankierem   o 
międzygalaktycznej renomie... ale ciążą też na nim spore podejrzenia...
Przerwał, ponieważ rozległo się energiczne pukanie do drzwi.
- Zamknięte. Precz - warknął, wracając do osobowości Puissanto.
- Chcę się skontaktować z Marvellem Wspaniałym - powiedział niewyraźny głos. - Czy nie wiesz...
- Nie! Odejdź! - zaryczał.
Natarczywe   pukanie   rozległo   się   znowu.   Puissanto   chwycił   mnie   za   gardło,   żebym   nie   mógł 
mówić, i przytrzymał wyciągniętą przed siebie ręką za drzwiami, które uchylił.
- Upps - powiedział. - Ty kto?
- Megalitowy Człowiek - powiedział ochrypły głos. - Chcę mówić z Marvellem Wspaniałym.
Zacząłem się wić i wiercić, i zdołałem wydusić kilka słów. - Wpuść... jest OK.
Upadłem, kiedy otworzył dłoń. Megalitowy Człowiek wkroczył do pokoju i dostrzegł, jak czołgam 
się po podłodze.
- W porządku, tato? - zapytał.
Puissanto zamknął drzwi i przyjrzał się najpierw mnie, a potem Megalitowemu Człowiekowi.
- Jeśli to jest twój syn, to masz naprawdę sporo recesywnych genów - powiedział wreszcie.
- To tylko kostium - odparł Bolivar, ściągając głowę Megalitowego Człowieka. - Pojawił się spory 
problem. Mama zaniepokoiła się, że Puissanto skrócił występ. Powiedziała, żebym przyszedł tutaj 
do garderoby, ale nie zdążyła mi wyjaśnić po co, bo dopiero wtedy zaczęły się prawdziwe kłopoty. 
Przerwano program, a w teatrze aż roi się od policjantów. Trzech jest już w twojej garderobie. 
Wszystkie   wyjścia   z   teatru   zamknięto,   oprócz   jednego.   A   tym   jednym   powoli   wypuszczają 
publiczność, sprawdzając każdego po kolei.
- Masz jakiś pomysł, o co im chodzi? - spytał Puissanto.
-   To   nie   jest,   niestety,   sekret   -   Bolivar   patrzył   na   mnie   z   nieszczęśliwą   miną.   -   Mają   twoją 
fotografię, tato. I pytają każdego, czy kiedykolwiek słyszał o Stalowym Szczurze. 

Rozdział 12

Miałem   więc   słuszne   przeczucie,   że   wrogie   moce   mnie   osaczają.   Nie   przewidziałem   jednak, 
niestety, że są aż tak blisko. Gorący oddech na plecach niemal mnie parzył. Rzeczywistość była 
nieubłagana. Zawaliłem sprawę. Powinniśmy byli wiać poprzedniej nocy. Przez swoją ciekawość, 
przez chęć zbadania jednej tajemnicy, naraziłem na niepowodzenie całą akcję. Nie wspominając 
już o zdrowiu i pomyślności mojej rodziny. Wziąłem głęboki i, co tu kryć, drżący oddech.
- Dobra - powiedziałem  głosem bardziej  pewnym,  niż naprawdę się czułem. - Muszę się stąd 
wydostać. Jakieś sugestie?
- Czy to ty jesteś tym Stalowym Szczurem, którego chcą zgarnąć? - spytał Puissanto.
- Mam tę przyjemność - nie było sensu łgać, zwłaszcza że policja już łączyła moją fotografię z tym 
imieniem
- Twój przydomek z czymś mi się kojarzy. Czy mogłem na niego natrafić w moich danych?
- Jakich danych?
- Podatkowych.
- Niemożliwe. Moim mottem jest podstawowe prawo kapitalizmu - kupuj tanio, sprzedawaj drogo i 
unikaj podatków... Legalnie oczywiście.

background image

- Stalowy Szczur?  A  jednak to brzmi  dziwnie  znajomo...  Tak!  Czy ty przypadkiem  nie byłeś 
zamieszany w zniszczenie wielkiej bazy danych dotyczących podatków dochodowych?
-  Oszczerstwa!   Nie udowodnione!  Moja  kariera  to  po  prostu  naprawianie  tego,  co  jest  złe  na 
świecie.   Taka   nowocześniejsza   wersja   starej   legendy   o   gościu   zwanym   Robin   Hood.   Moja 
specjalność   to   spłaszczanie   krzywej   dochodów.   Możesz   to   też   nazwać   redystrybucją.   I   warto 
jeszcze dodać, że co najmniej kilka razy ocaliłem galaktykę. Co powinno się liczyć.
- Jesteś pewien, że nie zniszczyłeś tych danych podatkowych? Jak wszyscy poborcy podatkowi nie 
odpuszczał tak łatwo.
-   Jestem   całkowicie   pewien   -   skłamałem.   Cóż,   są   takie   sytuacje,   gdy   prawda   staje   się   zbyt 
kłopotliwa.
Puissanto skubał brodę w zamyśleniu.
- Na razie zapomnimy o tej sprawie z danymi. Jeśli więc nie chodzi o podatki, to dlaczego policja 
tak bardzo chce cię schwytać?
- Oskarżają mnie o te rabunki bankowe. Podczas gdy w rzeczywistości ja też jestem tu po to, aby 
wykryć sprawcę.
- A więc krótko mówiąc, wrabiają cię?
- Dokładnie tak - powiedział Bolivar. - I w dodatku jest to szyte na tyle grubymi nićmi, że ja też się 
w to łapię. Byłem dyrektorem tego pierwszego obrabowanego banku. Policja oskarżyła mnie o 
przygotowanie napadu i aresztowała mnie. Z pomocą przyjaciół zdołałem uciec.
- Jeśli obaj jesteście niewinni - Puissanto rozważył wszystko przez chwilę, a potem z wahaniem 
podjął decyzje - to moim obowiązkiem, jako uczciwego obywatela i urzędnika, jest pomóc wam w 
ucieczce.   Dokładnie   zbadałem   zwyczaje   panujące   w   tutejszej   policji.   Wiem,   jak   bardzo   jest 
skorumpowana. Kompletnie kontrolowana przez miejscowych  wielkich oszustów podatkowych. 
Dam wam nazwisko i numer telefonu.
Znalazł pisak, który całkowicie znikł w jego olbrzymiej dłoni. Skreślił na kartce kilka znaków.
- Pako jest moim pomocnikiem, pomoże wam. Zadzwońcie tam i zidentyfikujcie się przez...
Rozległo się gwałtowne walenie do drzwi i krzyki.
- Otwierać! Policja!
- Precz! Śpię!
Puissanto rozejrzał się po pokoju.
- Szybko - szepnął, wskazując na okno. - Tam.
Bolivar nałożył głową Magalitowego Człowieka i pośpieszył za atletą, który bez najmniejszego 
wysiłku rozgiął metalowe sztaby zabezpieczające okno.
Potem ryknął nagle wprost w moje ucho, co niemal urwało mi głowę.
- Obudzić Puissanto! On zabić!!!
Jeśli   to   zapewnienie   nie   powstrzymało   policji,   miałem   nadzieję,   że   chociaż   nieco   opóźniło 
wtargnięcie tutejszych stróżów prawa. My w tym czasie schodziliśmy na dół. Puissanto odgiął 
sztaby do pierwotnej pozycji i zamknął okno.
Uciekliśmy.   I   przemokliśmy   w   ciągu   następnych   paru   sekund.   Właściwie   to   ja.   Bolivar   miał 
szczęście z tym swoim sztucznym ciałem. Po niebie szalały błyskawice, dudniły grzmoty, deszcz 
lał jak z cebra. Co zresztą było dla nas pomyślnym  zbiegiem okoliczności, bo jako uciekający 
tworzyliśmy bardzo rzucającą się w oczy parę. Ja w stroju maga z czarnym płaszczem w księżyce i 
wysokim cylindrem, a Bolivar jako obrzydliwy potwór. Ciężko byłoby zgubić się w tłumie. Na 
szczęście tych paru ludzi, których mijaliśmy, miało pochylone głowy i szukało jakiegoś schronienia 
przed deszczem. My też się spieszyliśmy, starając się zwiększyć maksymalnie nasz dystans wobec 
ścigających nas policjantów. Skręcając za róg, dostrzegłem świetlny szyld restauracji.
- Tam - powiedziałem. - Bezpieczny port podczas burzy.
- Jesteś pewien? ”Truciciel Pete - na wynos i w barze, jeśli się odważysz” - nie brzmi zachęcająco.
- Nie przyszliśmy tu jeść. Chcę tylko skorzystać z telefonu. Idziemy.

background image

Może jednak Bolivar miał rację - pomyślałem, gdy zamknęły się za nami drzwi. Pomieszczenie 
było  przeraźliwie brudne i zawierało tylko  dwie odrapane i poplamione drewniane ławy.  Przy 
jednej z nich, w rogu knajpy, siedział pijak, trzymający w ręku butelkę. Wyglądał na zupełnie już 
nieprzytomnego. Kiedy wciągnąłem woń potraw, aż zakasłałem. Poczułem ból w płucach.
- Witajcie głodni nieznajomi w środku nocy. Truciciel Pete da wam jedzenie tak ostre, że aż stopy 
wam się skurczą.
Cudownie. Truciciel Pete był robotem o metalowej twarzy ozdobionej wielkimi czarnymi wąsami i 
odzianym w jakiś ciuch przypominający poplamiony koc, przerzucony przez ramię. Miał też na 
głowie   wielki   kapelusz   z   absurdalnie   szerokim   rondem.   Zapewne   reprezentował   jakąś   kulturę, 
która zanikła w mrokach dziejów.
- Co wy gringos chcecie zjeść? Zupę z kolców kaktusa? Chile con serape picante?
- Chcemy skorzystać z telefonu.
- Zjecie tutaj, cabrones, to dostaniecie telefon.
Dobrze zaprogramowana maszyna - musiała wyciągnąć od klientów trochę kredytów.
- Niech będzie - powiedziałem - dwa razy to, co mówiłeś  i... - spojrzałem na spienione kufle 
namalowane na ścianie - ... dwa piwa.
Teraz   robot   przystąpił   do   akcji.   Pchnął   po   blacie   przed   nami   dwa   kufle,   których   wierzchem 
przelewała się piana; następnie wypełnił dwie miski jakąś obrzydliwie wyglądającą zieloną masą. 
Miski   także   podążyły   w   ślad   za   kuflami.   Dopiero   teraz   wydobył   również   mały   telefon,   który 
dorzucił do jednej z misek.
- Trzydzieści pięć kredytów, naprawdę dobra cena - powiedział. Bardzo w to wątpiłem. Kiedy 
Bolivar płacił, ja wyciągnąłem telefon z żarcia i zadzwoniłem do Pako. Tylko zgarnąłem tę zieloną 
masą z telefonu, a już poczułem pieczenie palców. Ktoś odebrał.
- Puissanto powiedział, że powinienem zadzwonić pod ten numer.
- Jeśli jesteś Marvell, Puissanto dzwonił do mnie w twojej sprawie.
- Dobra wiadomość.
- Z tego, co on mówił, to raczej zła. Ale powiedział też, żeby cię odebrać. Gdzie jesteś?
Opisałem mu miejsce, w którym się znaleźliśmy. Na podstawie moich wskazówek, Pako bez trudu 
trafił do Truciciela Pete.
Bolivar - och, ta niecierpliwa młodość - popełnił poważny błąd, bo spróbował zamówionej przez 
nas potrawy. Teraz mój syn leżał na stole, a ja wlewałem mu w gardło cały kufel piwa. Piwo 
parowało. Niemal doprowadziłem go do stanu używalności, gdy do knajpy wszedł niepozorny facet 
o szczurowarym wyglądzie. Miał ostro zakończony nos, a jego małe wąsy zdawały się drgać, gdy 
rozglądał się wokół.
- Ty jesteś Marvell? - czubkiem buta trącił pijaka. Jego żółte szczurze zęby błysnęły spod wąsów, 
gdy to mówił.
- Tutaj - powiedziałem.
Ocenił   mnie  spojrzeniem  z  góry na  dół.  Nagle  cofnął  się  nieco,  dostrzegł   bowiem  odrażające 
przebranie Bolivara.
- Jesteśmy z tego samego cyrku co Puissanto - wyjaśniłem. - Sami starzy przyjaciele. Masz jakiś 
środek transportu?
- Mam kangurowca. Puissanto powiedział, by zabrać was do biura.
- Nie sądziłem, że ma tu biuro. Jesteś tego pewien? Czy to ma coś wspólnego z GIP?
- Cicho! - rozejrzał się wokół, ale ani pijak, ani robot-oberżysta nie zwrócili uwagi na moje słowa. - 
Nikt nie może wiedzieć o tym śledztwie podatkowym. Oczywiście, że ma biuro. I oczywiście jest 
ono ukryte, bo nikt nie powinien wiedzieć, kim jest. A jestem jego księgowym. Gotowi?
- Tak. Możemy iść.
Kiedy wyszliśmy na zewnątrz, podejrzliwie przyjrzałem się jego maszynie. Widziałem już taką w 
dzień, a właściwie w wieczór, naszej cyrkowej premiery. Kabina pasażerska na kangurowcu była 

background image

zawieszona pomiędzy dwoma potężnymi, przypominającymi tłoki, nogami. Wspięliśmy się tam po 
drabince, znajdującej się na jednej z nóg.
- Zapnijcie pasy - polecił Pako. - Mój wehikuł naprawdę ma zryw. Jest używany przez geodetów do 
pracy w trudnym terenie.
Włączył właśnie silnik, kiedy z piskiem hamulców, niemal tuż pod nami, stanął policyjny wóz. 
Oświetlił kangurowca potężnym reflektorem. Bolivar i ja skuliliśmy się w kabinie, aby nie było nas 
widać.
- Wyłaź stamtąd! - warknął rozkazująco policjant. - I trzymaj ręce na widoku.
- Nic nie zrobiłem - zaskomlał Pako.
- Natychmiast wyłaź z tej maszyny!
- Zrób to, a będziesz martwy - powiedziałem do Pako najgroźniejszym tonem, na jaki mogłem się 
zdobyć. Przytknąłem mu do pleców kciuk, a on jęknął z przerażeniem. - To jest odbezpieczona 
spluwa. I wystrzeli, jeśli natychmiast nie opuścimy tego miejsca.
Pako nacisnął na gaz.
Jednym potężnym susem kangurowiec wzbił się w powietrze. Tłoki i sprężyny złagodziły impet 
lądowania i natychmiast nastąpił kolejny olbrzymi sus. Gdy podnosiliśmy się do góry, można było 
wytrzymać, ale przy każdym lądowaniu boleśnie gryzłem się w język. Brak treningu, po prostu.
Pojazd policyjny natychmiast ożył i rzucił się w pogoń za nami. Słychać było ogłuszający ryk 
syreny.   Nasz   środek   transportu   był   o   wiele   wydajniejszy   przy   dużym   ruchu   -   mogliśmy 
przeskoczyć   przez   każdą   przeszkodę,   ustępował   jednak   wozowi   policyjnemu   na   otwartej 
przestrzeni. Kiedy więc ruch trochę zmalał, policja zaczęła nas doganiać. Skakaliśmy właśnie przez 
dzielnicę przemysłową, po obu stronach drogi znajdowały się zakłady fabryczne. Po następnym 
skrzyżowaniu zamiast nich wyrosły wysokie płoty. Wskazałem ręką jeden z nich.
- Nad nim. Skacz!
- Nie mogę! Zginiemy. Przecież nie wiem, co tam jest!
- Zginiesz na pewno, jeśli mój pistolet wypali! Skacz!!! Wrzeszcząc z przerażenia, Pako naparł z 
całej siły na dźwignię.
Kiedy lądowaliśmy, maszyna pochyliła się lekko na jednej z nóg - tak o dziewięćdziesiąt stopni - 
ale jednak zdołała wyskoczyć ponownie w górę. I tym razem wylądowała na płaskiej powierzchni.
- Nie zastrzeliłbyś mnie, prawda? - zapytał mokry od potu Pako.
- Oczywiście, że nie... Zwłaszcza że nie mam pistoletu.
Jeszcze długi czas obrzucał mnie po cichu obelgami. Ważniejsze jednak było to, że nie przestawał 
prowadzić pojazdu. Opuściliśmy wertepy i znów skakaliśmy po drodze, co znacznie skracało tę 
przyjemną podróż. Pako zdaje się dobrze znał okolicę, bo poruszaliśmy się po bocznych drogach i 
alejkach, aż dojechaliśmy do dzielnicy małych zakładów i punktów usługowych.
Zatrzymaliśmy się przy afiszu ”Udongo - usługi finansowe”. Tam Pako wyłączył  silnik, a my 
opuściliśmy kabinę. Nasz przewodnik otworzył drzwi budynku i wprowadził nas do środka.
- A gdybyś miał wtedy pistolet, zastrzeliłbyś mnie? - zapytał. Najwyraźniej wciąż zszokowany, 
przeżywał tę przygodę, w której niemalże otarł się o śmierć.
- Przykro mi. - Naprawdę było mi przykro. - Myślałem wtedy tylko o jednej rzeczy. Bardzo nie 
chciałem spotkać się z policją.
Spojrzałem przez okno na zaparkowanego na zewnątrz kangurowca, a dokładniej na wielką tablicę 
rejestracyjną znajdującą się na jego tyle.
- Czy można go znaleźć na podstawie numerów?
- Można by... gdyby numery były prawdziwe. Pan Puissanto jest bardzo ostrożny. Pojazd został 
kupiony legalnie, ale tablice są fałszywe. Również ten budynek wynajmuje podstawiona firma.
Rozejrzałem się wokół. Biuro jak każde inne, tyle że dużo w nim było segregatorów i komputerów. 
Bolivar ściągnął zastępczą głowę i również rozejrzał się wokół.
-   Masz   gdzieś   jakiś   dystrybutor   z   zimną   wodą?   -   zainteresował   się.   Wciąż   jeszcze   paliło   go 
wspomnienie po Pete Trucicielu.

background image

- W drugim pokoju. Tamte drzwi - pokazał Pako. Bolivar wyszedł.
- Chciałbym użyć telefonu.
- Ale będę musiał obciążyć cię za rozmowę.
- Oczywiście, jak tylko sobie życzysz - wyciągnąłem portfel. Żałowałem nieco, że właśnie łamię 
jedną ze swych podstawowych zasad życiowych - żadnych interesów z księgowymi i urzędnikami 
podatkowymi. Wystukałem numer. Telefon dzwonił i dzwonił i z każdym kolejnym dzwonkiem 
temperatura   mojego   ciała   opadała   o   jeden   stopień.   Dlaczego   Angeliny   nie   było   w   naszej 
garderobie? W końcu zadzwoniłem do recepcji cyrku.
-   Tu   Waldorf-Castoria   -   powiedziałem,   mając   nadzieję,   nierozpoznawalnym   głosem.   -   Mam 
wiadomość dla jednej z moich klientek, pani di Griz...
- Nie ma jej tu.
- A gdzie jest?
- Nie mam pojęcia. Widziałem ją przez krótką chwilę, kiedy wychodziła z przyjaciółmi. Odjechali 
wielkim czarnym samochodem.
W   trakcie   tej   rozmowy   spoglądałem   w   okno.   Deszcz   właśnie   przestał   padać,   toteż   całkiem 
dokładnie mogłem przyjrzeć się w świetle ulicznych latami sporemu czarnemu samochodowi, który 
właśnie zatrzymywał się przed biurem. Odłożyłem słuchawkę i odszedłem zaniepokojony od okna.
- Oczekujesz kogoś? - spytałem.
- Tylko Puissanta. Powiedział, że przybędzie tu jak najszybciej, gdy tylko odjedzie policja.
Usłyszałem trzaśniecie drzwi samochodu, a potem ktoś zapukał do drzwi biura.
- To nie jest Puissanto. On ma klucze!
-   Czekaj!   Jesteś   tu   sam   -   chwyciłem   leżącą   na   podłodze   głowę   Megalitowego   Człowieka   i 
wsunąłem się do sąsiedniego pokoju.
-   Chwileczkę   -   zawołał   Pako.   Słyszałem   jak   otwierał   drzwi.   -   Niestety   zamknięte.   Już   po 
godzinach.
- Przykro mi. Ale mimo to mam zamiar wejść. Ten głos był mi skądś znajomy... ale skąd?
- Nie możesz wejść - usłyszałem jęk Pako. - Czy to... prawdziwy pistolet?
- Zapewniam cię, że tak. Mogę?
Jeszcze jedno jęknięcie. Stanowczo Pako nie miał dzisiaj szczęścia do pistoletów. Fałszywych czy 
prawdziwych.
- Gdzie on jest?
- Jestem sam!
- Pako, nie potrafisz zbyt dobrze kłamać. Poza tym od jakiegoś czasu mam na podsłuchu twój 
telefon. Wiem, że przywiozłeś tu jednego gościa.
Jednego? Starałem się przypomnieć sobie moją rozmowę telefoniczną z Pako. Czy wspominałem 
wtedy o Bolivarze? Wręczyłem Bolivarowi głowę Megalitowego Człowieka i przykładając palec 
do ust, nakazałem milczenie. Jeśli ten przybysz nie wie o jego obecności, ma szansę się wymknąć. 
Skinął głową ze zrozumieniem. Cofnął się w głąb pokoju, ja zaś otworzyłem drzwi.
- Czego chcesz?
Człowiek   trzymający   w   dłoni   srebrny,   wysadzany   perłami   pistolet,   odwrócił   się   do   mnie   i 
uśmiechnął szeroko.
Kaizi! Imperetrix von Kaiser-Czarski. Mój pracodawca.
- Zdaje się, że wpakowałeś się w małe kłopoty, Jim. Ty i twoja rodzina. To zupełnie do ciebie 
niepodobne.
- Po co ta spluwa? - zapytałem, zwłaszcza że cały czas mierzył mi w brzuch.
- Jesteś poszukiwany przez policję. Może to dla mojego własnego bezpieczeństwa.
- Kłamiesz, Kaizi. Zdaje mi się zresztą, że nigdy nie mówiłeś prawdy.
- Czasami, Jim - uśmiechnął się. - Czasami. Ale za to zawsze płaciłem ci na czas.
- Mogę wiedzieć, czemu założyłeś podsłuch w telefonie Pako?
- No, to chyba oczywiste. Jako finansista zawsze lubię wiedzieć, co zamierzają władze podatkowe.

background image

Usłyszałem, że ktoś wchodził przez zewnętrzne drzwi. Kaizi uniósł broń.
- Nie rób teraz nic głupiego, Jim. Po prostu odwróć się i wyciągnij przed siebie ręce.
Zrobiłem   to.   Na   moich   nadgarstkach   zatrzasnęły   się   kajdanki.   A   obrzydliwe   oblicze,   w   które 
patrzyłem, było mi znajome.
- Igor!
Rzeczywiście był to kierowca ciężarówki, który wiózł nas swego czasu na farmę świniozwierzy.
- A jakże, Igor - zgodził się Kaizi. - Lubię śledzić poczynania moich pracowników. A teraz proszę 
usiądź na krześle. Przygotowałem dla ciebie mały pokaz.
Postawił na stole miniholoprojektor i uruchomił go. Pośrodku pokoju pojawił się obraz.
- Angelina!
A ona zaczęła mówić.
- Jim, jeśli mnie właśnie słuchasz, nie rób w tym momencie niczego głupiego i zbyt pochopnego - 
powiedział obraz i zmalał, gdyż kamera cofnęła się. Za Angelina stał zamaskowany mężczyzna i 
trzymał ją na muszce pistoletu. Teraz też dostrzegłem, że moja żona ma związane ręce. Obraz 
zamigotał   i   ujrzałem   Glorianę.   Rzucała   się   wściekle,   ale   była   kompletnie   związana   i 
unieruchomiona. Jeszcze jedno przesunięcie kamery i znów pojawiła się Angelina. Była również 
wściekła, ale w odróżnieniu od Gloriany demonstracyjnie zachowywała absolutny chłód. Mówiła 
krótkimi, wyrzucanymi z siebie, zdaniami. - Za tym stoi Kaizi. Jest pewnie teraz z tobą. To on 
kazał   mi   do   ciebie   mówić.   Słuchaj   jego   rozkazów.   Rób,   co   mówi.   Jeśli   nie,   ostrzegał,   że 
natychmiast zabije Glorianę. - Moja żona była naprawdę wściekła. Z trudem wydobywała z siebie 
słowa. - A jeśli to cię nie przekona... Powiedział, że wtedy ja będę następna... 

Rozdział 13

To była jedna z tych sytuacji, jakich naprawdę nie lubię. W porządku, przyznaję, bywałem w takich 
opałach już w przeszłości. Nieważne jednak, ile razy w życiu miałeś  pistolet przystawiony do 
głowy, nigdy nie stanie się to dla ciebie rutyną.
I co najważniejsze, zazwyczaj niebezpieczeństwo groziło tylko mnie. Teraz zaś chodziło o moją 
rodzinę. Cała nadzieja na odmianę losu opierała się na założeniu, że Kaizi nie ma pojęcia, iż w 
drugim pokoju znajduje się Bolivar. Spojrzałem na Pako - nie zamierzał wspomnieć o obecności 
Bolivara. No cóż, lepsze to niż nic, ale dalej stąpaliśmy po bardzo cienkim lodzie. Nie byłem 
oczywiście   szczęśliwy   z   takiego   obrotu   sprawy,   ale   utrata   panowania   nad   sobą   niewiele   by 
pomogła. Tak jest, Jim, kontroluj zachowanie.
- Grozisz kulkami, Kaizi? Ale jedną sprawę postawmy jasno od razu na początku. Jeśli mojej żonie 
spadnie choćby włos z głowy, oznacza to, iż podpisałeś na siebie wyrok śmierci.
- Nie jesteś teraz w sytuacji, która pozwalałaby ci na jakiekolwiek stawianie warunków!
- To nie są warunki, Kaizi. To jest tylko przedstawienie faktów. Jeśli to nie ja położę kres twojej 
marnej egzystencji, zrobi to ktoś inny. Teraz kiedy już osiągnęliśmy w tej sprawie porozumienie, 
czego właściwie ode mnie chcesz?
Pomyślał chwilę nad tym, co powiedziałem, potem jednak zdecydował się zignorować moje słowa. 
Jego   ego   było   co   najmniej   tak   wielkie   jak   czerwony   karzeł.   Uśmiechnął   się   niemal   po 
przyjacielsku.
- Widzisz, jakie to było łatwe!
Schował spluwę do kabury i spojrzał na skulonego Pako. Wyciągnął w jego kierunku paluch.
-   Ty,   jak   się   domyślam,   chcesz   jeszcze   trochę   pożyć?   Pako   pobladł   gwałtownie.   Nie   potrafił 
wydusić z siebie ani słowa, zdołał jedynie skinąć głową.
- Dobrze. Mógłbym cię wprawdzie poprosić, żebyś zachował to, czego byłeś świadkiem, tylko dla 
siebie   Ale   nie   mam   żadnej   pewności,   że   tak   by   się   stało   -   Kaizi   spojrzał   na   mnie.   -   Moje 
szczegółowe studia nad twoją przeszłością przyniosły mi wiedzę, że nader często używasz gazu 

background image

usypiającego z domieszką elementów wywołujących amnezję. Czy słusznie przypuszczam, że masz 
go przy sobie i teraz?
Przytaknąłem skwapliwie.
- Świetnie. Czy byłbyś tak miły, by poczęstować nim Pako?
Spokojnie   patrzył,   jak   księgowy   pada   nieprzytomny   na   podłogę.   Trącił   go   nogą,   ale   Pako 
zareagował tylko głośniejszym chrapnięciem.
- To i dla twojego, i dla mojego bezpieczeństwa. Nikt nie powinien wiedzieć o naszej współpracy. 
Chcę, abyś przejął nadzór nad pewnymi operacjami finansowymi w moich interesach.
- Nic nie wiem o bankowości.
- Mówię o rabowaniu banków, a w tej  dziedzinie  masz spore doświadczenie.  Jak do tej pory 
odpowiedzialnym za te operacje był Igor. Ale on nie ma wyobraźni ani zdolności i nadaje się tylko 
do wykonywania rozkazów.
Igor spojrzał na niego spode łba, ale nie zaprotestował.
- Sam musiałem przygotowywać wszystkie plany, a przecież mam jeszcze mnóstwo innych zajęć. 
Więc   ty   przejmiesz   dowodzenie   nad   drużyną   rabunkową.   Nad   drużyną   robotów   specjalnie 
zaprojektowanych tylko do wykonywania tego typu pracy.
- To nie będzie działać. Roboty muszą przestrzegać praw robotyki. Nie mogą zranić człowieka, 
kłamać, kraść, popełnić seksualnego wykroczenia lub zachowywać się niemoralnie...
- Nie nudź, Jim. Ja nie mówię o inteligentnych robotach. Ja mówię o bezmózgich maszynach, które 
zostały dokładnie zaprogramowane. Idź z Igorem. Ma już plany i instrukcje dotyczące waszego 
pierwszego zadania. Musicie dokończyć operację w moim własnym banku.
Sytuacja zaczynała się nieco rozjaśniać.
- Obrabowałeś swój własny bank?
-   Oczywiście.   Tym   prostym   sposobem   wyłączam   się   z   listy   podejrzanych   przy   wszystkich 
następnych rabunkach.
Teraz naprawdę sporo kawałków układanki trafiało na swoje miejsce.
- A więc pozwól mi zgadnąć, to ty wrobiłeś Bolivara w tę kradzież?
Z uśmiechem przytaknął głową.
- Co spowodowało,  że jeszcze  bardziej  mnie  osaczyłeś...  A potem to  ty wskazałeś  mnie  jako 
przestępcę i udostępniłeś dane policji! Nie ściągnąłeś mnie na tę planetę, abym zastopował napady 
na banki, ale po coś wręcz przeciwnego!
Skoczyłem do niego, a on natychmiast włączył  przycisk ekranu holograficznego i pojawiła się 
postać   Angeliny.   Powstrzymałem   się   przed   zaciśnięciem   rąk   na  jego  gardle.   Z   trudem.   Coraz 
boleśniej zacząłem sobie zdawać sprawę, że cały czas mną sterowano. Z uśmiechem przytaknął 
głową, czytając z wyrazu mojej twarzy, że wreszcie to pojąłem.
- Twoja chciwość cię zgubiła. - Przesunął nogą na bok ciało Pako i siadł wygodnie w fotelu. - Tak 
jak sobie zaplanowałem, widziałeś tylko te cztery miliony dziennie. Ten złoty miraż przesłonił ci 
wszystko, zagłuszył wszelkie podejrzenia i wprowadził wprost do mojej pułapki. Każdy rozsądny 
człowiek jeszcze by się z niej starał wydostać, zanim się zatrzasnęła, ale nie Stalowy Szczur, który 
zawsze chadza własnymi  ścieżkami! Właśnie na to twoje monstrualnie rozdęte ego najbardziej 
liczyłem. I dlatego tu teraz jesteś. Czy nie mam racji?
W głębi duszy musiałem przyznać, że ma. Chociaż nie podobała mi się ta wzmianka o moim 
monstrualnym   ego.   Ale   nie   miałem   zamiaru   sprawić   mu   tej   satysfakcji   i   zgodzić   się   z   nim. 
Przyciągnąłem do siebie krzesło i rozsiadłem się na nim wygodnie. Rozluźniłem się. Zacząłem też 
bezmyślnie skubać palcami moją świecącą pelerynę.
- Kaizi, stary złodzieju, a nie przyszło ci do głowy, że teraz to ja mogę przywieść cię do upadku?
Potrząsnął głową.
-   Nie,   to   niemożliwe.   Teraz   jesteś   uciekinierem   ściganym   przez   wszystkie   możliwe   wydziały 
policji na tej naprawdę policyjnej planecie. Mam poza tym zakładnika, który zapewni mi twoją 
całkowitą  współpracę. W dodatku - uśmiechnął  się szeroko i nie odmówił sobie przyjemności 

background image

wbicia jeszcze jednej szpili w moje sflaczałe już teraz ego - dokładnie śledziłem wszystkie twoje 
wielkie operacje finansowe. Czy naprawdę sądziłeś, że możesz wyprowadzić w pole faceta, który 
jest mistrzem w praniu pieniędzy i operacjach międzybankowych? Jedynym naprawdę oryginalnym 
posunięciem w tych machinacjach było założenie twojego własnego banku, aby w ten sposób ukryć 
moje pieniądze. Ale to nawet nie był twój pomysł, prawda? Bolivar to wymyślił. Z przyjemnością 
zatrudniłem faceta o tak oryginalnych pomysłach w moim banku. Z jeszcze większą przyjemnością 
wydałem go policji za jego głupie mniemanie, że może mnie wywieść w pole.
-   Nie   mam   najmniejszego   pojęcia,   o   czym   mówisz   -   powiedziałem   ostro.   Chociaż   niestety 
wiedziałem bardzo dobrze, o czym mówi. Znów ten drwiący uśmiech. Zacisnąłem pięści. Z jaką 
rozkoszą  ukręciłbym  mu  łeb. Spokojnie,  Jim.  Rozluźniłem  się i  oparłem  wygodnie  w  krześle. 
Przecież on właśnie chciał wyprowadzić mnie z równowagi.
- Te miliony, które ci zapłaciłem, ten złoty cielec, który stał się twoim bogiem. Pieniądze wróciły 
do mnie. I co o tym sądzisz?
- Sądzę, że lepiej będzie, jak zmienimy temat, bo za bardzo się podniecasz i może ci pęknąć jakieś 
naczynie krwionośne. Rozmawiamy wyłącznie o kłamstwach. Naprawdę doceniam cię za to i tylko 
za to, że jesteś niezrównanym łgarzem. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej sądzę, że 
wszystko,   cokolwiek   mi   powiedziałeś,   odkąd   się   znamy,   jest   kłamstwem.   Chciałeś   mnie 
sprowadzić na Fetor wyłącznie po to, abym służył ci za przykrywkę w twoich kradzieżach. Abym 
był   jedynym   podejrzanym   w   przestępstwie,   które   jak   się   domyślam,   będzie   polegać   na   serii 
rabunków bankowych. Z których oczywiście tylko ty będziesz czerpał korzyści.
Uśmiechnął się i ukłonił lekko.
- Trzeba mieć trochę wyobraźni, by się wzbogacić w tej konkurencyjnej galaktyce. A Fetor jest 
wspaniale   nadającym   się   do   tego   miejscem.   Skorumpowana   policja,   chciwi   kapitaliści,   nie 
istniejące prawa podatkowe. To jest właściwie licencja na drukowanie pieniędzy.
Teraz już naprawdę z trudem panowałem nad nerwami. Ale jeśli kiedykolwiek był mi potrzebny 
rozsądek, to właśnie teraz. Musiał przecież w końcu nastąpić koniec serii rabunków. Co wtedy?
- Więc przeprowadzę dla ciebie tę operację. I co dalej? Co będzie po ostatnim skoku?
- A to już zależy tylko od ciebie, mój drogi przyjacielu. Jeśli zostaniesz pochwycony, istnieje duże 
prawdopodobieństwo, że ujawnisz naturę moich operacji. Policja Fetor jest bardzo wprawna w 
wyciąganiu zeznań od nawet najbardziej opornych przesłuchiwanych. Prawdopodobnie nie uwierzą 
ci, ale gdyby jednak uwierzyli, mogłoby to być dla mnie kłopotliwe. Dlatego też musisz się bardzo 
starać, żeby cię nie schwytali. Bardzo starannie przeanalizowałem twoją przeszłość kryminalną - 
dlatego właśnie wybrałem ciebie. Jesteś bardzo dobry w wymykaniu się policji. Przypuszczam, że 
jeśli się przyłożysz, nie zdołają cię złapać i uciekniesz z tej planety, kiedy nasz mały kontrakt się 
skończy. To ci zresztą właśnie sugeruję. Pomogę ci nawet dostać się na jakąś odległą planetę i to 
bezinteresownie, jak już wyjaśniałem. Tam też dołączy do ciebie twoja żona. I jestem pewien, że 
nie będzie cię kusiło, by kiedykolwiek powrócić na Fetor.
- A co będę miał z całej tej akcji?
-   Czy   wolność   to   mało?   -   Nagle   przestał   się   uśmiechać   i   znów   miałem   do   czynienia   z   jego 
prawdziwą wredną osobowością. - Wolność i odzyskana rodzina. Sądzę, że to będzie dobra cena za 
twoje usługi.
Tak się sprawa przedstawiała i nic tu nie mogłem zrobić. Na razie. Ale naszą rozmowę słyszała 
jeszcze jedna para uszu. Ściana była cienka, a wewnętrzne drzwi mało solidne. Bolivar musiał 
słyszeć każde słowo, naszej rozmowy. Będzie wiedział, że o siebie potrafię zadbać, domyśli się też, 
że to on ma śledzić Kaiziego, aby dowiedzieć się, gdzie jest trzymana Angelina. Jeśli ona zostanie 
uwolniona i umieszczona gdzieś w bezpiecznej kryjówce, całe plany Kaiziego nie będą warte funta 
kłaków. Na razie więc musiałem zyskać na czasie i robić to, co mi kazano. I znaleźć jakiś sposób 
komunikowania się z Bolivarem. Naprawdę nie było innej drogi.
- Kiedy zaczynamy? - zapytałem cicho, maskując moje prawdziwe uczucia. Na razie.

background image

- Wspaniale! - Kaizi zachwycony zatarł ręce. - Igor zapewni transport i przekaże ci moje rozkazy. - 
Spojrzał za okno na ciemniejące niebo. - Bank jest zamknięty. Pracownicy już wyszli i lokal jest 
pusty. Pójdziecie do Skarbca Wdów i Sierot i przeniesiecie z powrotem to, co zostało ukradzione.
Wyszliśmy. Kaizi wsiadł do swej luksusowej limuzyny. Igor i ja do znanego mi już rozpadającego 
się grata. Wlazłem za nim do kabiny.
- Ta współpraca ze mną już niedługo skończy się dla ciebie śmiercią lub kalectwem albo czymś 
jeszcze gorszym.
Wydał z siebie dźwięk, który był czymś pomiędzy chrząknięciem a śmiechem.
- Zapomnij. Szef trzyma cię na krótkim łańcuchu. Teraz do roboty.
Pojechaliśmy do miasta. Była godzina szczytu, ale cały ruch odbywał się w przeciwnym kierunku. 
Nikt nie zwracał uwagi na nasz obrzydliwy wehikuł. Nawet policja patrzyła w inną stronę, gdy 
nadjeżdżaliśmy. Ominęliśmy główne ulice i podjechaliśmy wprost pod Pierwszy Międzygwiezdny 
Bank Wdów i Sierot i stanęliśmy w małej alejce na jego tyłach. To znaczy Igor nacisnął hamulce i 
jakoś zdołaliśmy się zatrzymać. Teraz zaczął grzebać w skrytce obok siedzenia i wyciągnął mały 
magnetofon, który powiesił sobie na szyi. Wcisnął przycisk.
- Wyłącz system alarmowy przez położenie dłoni na metalowej płytce obok tylnych drzwi banku. 
Zrób to teraz.
Igor mruknął ze zrozumieniem, otworzył drzwi kabiny i wysiadł. Widziałem, jak dotyka knykciami 
wspomnianej płytki.
- Otwartą dłonią - polecił głos z odtwarzacza. Czyżbym słyszał niejaką desperację w jego tonie?
Uruchomiła się niewidoczna maszyneria i ciężka płyta drzwi powoli zsunęła się w dół pod ziemię. 
Igor wdrapał się z powrotem do ciężarówki i uruchomił hałaśliwy silnik.
- Wjedź do środka - kontynuował automatyczny głos.
Cudownie! Ten kretyn prawdopodobnie nawet nie umie czytać. Wjechaliśmy na teren banku, a Igor 
wciąż zgodnie z instrukcjami zamknął bramę i nakazał mi iść za sobą.
- Uaktywnić roboty - brzmiała następna komenda. Opuściliśmy rampę prowadzącą na półpiętro i 
weszliśmy tam.
W ciemnościach dostrzegłem metaliczne lśnienie wielu małych maszyn. Igor po kolei pochylał się 
nad każdym robotem i włączał go. Zapaliły się zielone lampki, kółka i gąsienice poruszyły się 
lekko, potem zatrzymały. Igor wcisnął przycisk odtwarzacza w oczekiwaniu na dalsze polecenia. - 
Wszyscy i wszystko do banku.
- Weź roboty. - Igor odwrócił się do mnie. - Za mną.
- Chodźcie, chłopaki - powiedziałem. I nic się nie stało. Wszystkie roboty, jakich kiedykolwiek 
używałem, były sterowane głosem. Te nie. Pochyliłem się nad pierwszym z nich i dostrzegłem 
małą dźwignię pomiędzy tylnymi  kółkami. Kopnąłem dźwignię i maszyna  pisnęła, a następnie 
pojechała do przodu. Skopałem więc w podobny sposób wszystkie roboty, aż zaczęły jeździć w 
kółko.  Potem  jednak  pojechały  grzecznie   za  mną,   gdy zszedłem  z  rampy  i  w  ślad  za  Igorem 
ruszyłem w głąb banku. Zastanawiałem się, co za sadomasochistyczny umysł zaprojektował system 
sterowania tych robotów.
Procesja podążała  w  ślimaczym  tempie.  Miałem tylko  nadzieję,  że zdążymy  stąd wyjść  przed 
świtem. Zatrzymując się od czasu do czasu, aby wysłuchać instrukcji, dotarliśmy jednak w końcu 
do głównych pomieszczeń. Alarmy były wyłączone, światła zapalone, wszelkie kraty podniesione. 
Stanęliśmy wreszcie twarzą w twarz z masywnymi wrotami do sejfu.
- Wprowadź sześć, sześć, sześć, sześć razy - rozkazał głos. Igor zrobił, jak mu polecono. Zamek 
zaskoczył, zapaliła się zielona lampka. Podczas kiedy on czekał na polecenie przekręcenia koła, ja 
je przekręciłem. Sztaby wyskoczyły z obejm. Pchnąłem ciężkie drzwi.
Kiedy ostatni raz zaglądałem tu z Bolivarem, miejsce to wyglądało jak prawdziwe pobojowisko - 
skrzynki depozytowe były wyrwane i leżały na podłodze, puste. Teraz większość z nich znów stała 
na swoich miejscach, oprócz tych, które zbyt ucierpiały podczas tamtego skoku. I co teraz?
- Idź do skrytki trzy dwa pięć i otwórz.

background image

Zrobiłem to pierwszy, nie była zamknięta i bez problemu się wysunęła.
- Uruchom urządzenie.
Skrytka  była  pusta,  jeśli  nie  liczyć  plastikowego   pojemnika   z guzikiem  pośrodku  podpisanym 
”naciśnij mnie”. Tak też postąpiłem i nagle poczułem, że się zapadam.
Opuszczała się cała podłoga skarbca. Lampy oświetliły całą salę znajdującą się pod skarbcem.
Pomieszczenie   załadowane   było   po   brzegi   przezroczystymi   plastikowymi   pojemnikami 
wypełnionymi   kredytami   we   wszelkich   nominałach,   jak   również   klejnotami   i   dziełami   sztuki. 
Najwyraźniej spoczywała tu cała zawartość skrzynek depozytowych.
-   Wspaniale   rozegrane   -   powiedziałem   sam   do   siebie.   -   Moje   najniższe   ukłony   dla   Kaiziego, 
prawdziwego geniusza zbrodni. Co zresztą nie zmienia faktu, że jest także wyjątkowo wredną 
świnią.
To był doskonały plan obrabowania swego własnego banku. Wystarczyło  wejść do skarbca po 
godzinach pracy i otworzyć  to pomieszczenie. Które zresztą zostało z pewnością wybudowane 
przez  jakichś  wynajętych  murarzy spoza planety.  Potem tylko  trzeba  było  przenieść na dół te 
wszystkie skarby i podnieść podłogę. I już mamy wielką kradzież, szok i przerażenie - no i z 
pewnością pisanie skarg i wyciąganie odszkodowania od kompanii ubezpieczeniowych. A przecież 
jeszcze dodatkowo bankier miał te niby skradzione bogactwa.
Kilka kopniaków i roboty znów zabrały się do pracy. Roboty humanoidalne ładowały towar na 
roboty wózkowe, a te odwoziły transport za transportem. Wraz z Igorem przyglądałem się tylko 
całej   tej   krzątaninie,   aż   cała   ukryta   komnata   była   uprzątnięta   do   czysta,   za   wyjątkiem   kilku 
plastikowych resztek. Podążyliśmy więc za naszymi  pomocnikami z powrotem. Igor wysłuchał 
instrukcji zamknięcia i zabezpieczenia skarbca i banku. Najwyraźniej brakowało mu inteligencji, 
żeby bez zdalnego sterowania powtórzyć w odwrotnej kolejności to, co wykonywał, wchodząc do 
skarbca.
Była już północ i czułem spore zmęczenie. Kiedy jechaliśmy ciemnymi ulicami, teoretycznie tylko 
oświetlanymi kilkoma lampami, niemal zasypiałem na siedząco. Wreszcie zatrzymaliśmy się przed 
jakimś   olbrzymim   magazynem.   Igor   musiał   już   tu   kiedyś   być,   ponieważ   bez   instrukcji   zdołał 
uruchomić automaty otwierające wrota wyjściowe. Wjechaliśmy.
- Gdzie będziemy spali? - zapytałem z nadzieją w głosie. - I jedli?
- Rozładunek najpierw.
Pomieszczenie,   w   którym   byliśmy,   miało   grube   ściany   i   starannie   zamknięte   prowadzące   doń 
wszystkie wejścia. Usiadłem na jakiejś skrzyni i drzemałem, podczas gdy roboty rozładowywały 
ciężarówkę   i   układały   skradzione   przedmioty.   Kiedy   skończyły,   rozjechały   się   ku   niszom   z 
akumulatorami, Igor zaś ziewnął szeroko i powiódł mnie do części budynku, którą przy odrobinie 
dobrej woli można było nazwać mieszkalną. Jeśli ktoś lubił mieszkać jak świniozwierz w chlewie.
Igor wypił swój obiad wprost z półlitrowej flaszki, wybełkotał coś całkowicie niezrozumiale, a 
potem legł na jednym z barłogów i zapadł w sen. Przezwyciężyłem z trudem pokusę kopnięcia go 
w   łeb   i   wybrałem   się   na   zwiedzanie   tego   pomieszczenia.   Był   tam   stół   z   telefonem,   ale 
zignorowałem go - ten aparat musiał być podłączony wprost do centrum kontroli Kaiziego. Sprzęt 
kuchenny   wyglądał   tak   samo   obrzydliwie   jak   sypialnia,   ale   jednak   kuchenka   mikrofalowa   i 
lodówka   zdawały   się   działać.   Tylko   że   za   wyjątkiem   kilku   torebek   z   mrożoną   ośmiornicą   i 
frytkami nie było nic, co by można ugotować. Wrzuciłem zawartość jednej z nich do kuchenki i w 
kilka   minut   później   wyciągnąłem   jakąś   dymiąca   breję,   którą   można   było   ostatecznie   nazwać 
jedzeniem.
Zmusiłem   się   do   przeżucia   paru   kawałków,   a   potem   znalazłem   sobie   barłóg   jak   najdalej   od 
chrapiącego Igora.
A więc spać.
Moją ostatnią myślą, przed zamknięciem oczu, była smutna refleksja, że z pewnością zdarzało mi 
się przeżyć milsze dni niż dzisiejszy. 

background image

Rozdział 14

Spałem ze dwie godziny, nim włączył się alarm w zegarku. Wibrował cicho na moim nadgarstku. 
Igor wciąż chrapał. Sądziłem, że jeszcze dość długo będzie się oddawał temu zajęciu, zważywszy 
na   ilość   alkoholu,   jaką   wypił.   Czas   był   najwyższy,   bym   zorganizował   sobie   jakiś   kanał 
komunikacyjny,  o ile  to tylko  było  możliwe.  Opuściłem  tę  ponurą sypialnię,  przeszedłem  nad 
ładującymi się robotami i znalazłem małe drzwi, zaraz przy wjeździe do garażu. Były oczywiście 
zamknięte i miały alarm, ale nawet przy moim obecnym zmęczeniu łatwo sobie z nimi poradziłem.
Wyjrzałem na zewnątrz. Ulica była pusta, brudna i zapuszczona. Przedmieścia biedoty. Wspaniała 
dzielnica jak na potrzeby Kaiziego. Była za to spora szansa, że o tej porze nocy nikogo nie będzie 
na zewnątrz. Miałem taką nadzieję, bo łatwo, niestety, było mnie zapamiętać w moim zniszczonym 
stroju scenicznym. Deszcz przestał już padać, ale wszystko było obrzydliwie mokre. Postawiłem 
kołnierz magicznej peleryny i wyszedłem w poszukiwaniu telefonu.
W ciągu najbliższej półgodziny znalazłem dwa aparaty - oba zniszczone przez wandali. Padałem z 
nóg, ale jednak musiałem iść dalej. To mogła być jedyna okazja, kiedy wykradłem trochę czasu dla 
siebie. Skontaktowanie się z synem było absolutnie konieczne. Szedłem więc niestrudzenie. Byłem 
jedynym pieszym na ulicy, chociaż od czasu do czasu mijał mnie jakiś samochód lub ciężarówka. 
Jeszcze   jeden   zniszczony   telefon   i   już   miałem   zrezygnować,   gdy   nagle   dostrzegłem   w   oddali 
kolorowy świetlny napis.
Mechatarg!   To   było   właśnie   to,   czego   szukałem.   Całodobowa   kompletnie   zmechanizowana 
dzielnica   handlowa,   w   której,   poza   innymi   klientami,   trudno   było   spotkać   żywego   człowieka. 
Kupujących faktycznie kilku zauważyłem, ale trzymałem się od nich z dala. Co zresztą nie było 
takie trudne, bo oni też zachowali duży dystans jeden od drugiego, kiedy ładowali do koszyków 
żarcie i piwo. Ominąłem ich więc z daleka i zanurzyłem się w wewnętrzne alejki, o tej porze 
kompletnie ciche i opustoszałe. Kiedy się zbliżyłem, wykrywacze ruchu odkryły moją obecność i 
wszystkie automaty ożywiły się. Zignorowałem jednak ich natarczywe wezwania, żeby kupić buty, 
meble,   dilda,   książki,   wibratory   i   pigułki   odchudzające;   wszystkie   produkty   niezbędne   w 
nowoczesnym społeczeństwie.
- Kup mój garnitur! - krzyknął manekin na wystawie, którego właśnie mijałem.
- Kup mnie.... - wyszeptał kusząco sexbot z głębi różowej pościeli.
- Wygraj na loterii!
- Upij się szybciej i bądź pijany dłużej! Tak właśnie działa SkunkDrunk, wstrzykiwany alkohol.
- Połączenia natychmiastowe...
To było to! Wystawa pełna telefonów najróżniejszych kolorów i kształtów. Przedarłem się przez 
jazgot wszystkich reklam, aż wreszcie znalazłem przenośny aparat na tyle mały, że mieścił się w 
kieszeni   mojej   koszuli.   Wrzuciłem   monety   do   odpowiedniej   maszyny,   a   potem   jeszcze   sporo 
banknotów, by od razu wykupić z góry czas połączenia na dość długi okres. Ekran kasowy błysnął 
całą tęczą kolorowych świateł, rozległy się fanfary.
- Dziękujemy dobry człowieku, byłeś cudownym klientem! - powiedział jakiś nagrany głos.
Telefon wreszcie wsunął się do mojego koszyka, złapałem go chciwie i wyszedłem. Znalazłem 
ciemną   bramę,   w   której   mogłem   swobodnie   porozmawiać.   Przeleciałem   przez   kilka   plików 
informacyjnych, aż wreszcie ustaliłem właściwy numer i wystukałem go.
- Witamy w sławnym na całą galaktykę Colosseo, goszczącym teraz niewiarygodny cyrk Bolshoi 
Big Top. Jeśli chcesz połączyć się z kasą, aby zamówić bilet, wciśnij jeden. Jeśli chcesz...
Wciskałem   guziki,   aż   zaczął   mnie   boleć   kciuk.   Wreszcie   przebiłem   się   przez   cały   szereg 
automatów i uzyskałem połączenie z numerem, o który mi chodziło. Telefon dzwonił przez dłuższy 
czas.
- Czy wiesz, która jest teraz godzina? - usłyszałem wreszcie w słuchawce zaspany głos.

background image

- Wiem, Gar. Nie zrobiłbym tego, gdyby nie wyjątkowa sytuacja. Twoja ciotka Matylda jest chora i 
u  progu śmierci.   Jeśli  chcesz  się  dowiedzieć  szczegółów,   zadzwoń  pod numer,  który  ci  zaraz 
podam.
Zapanowała chwila ciszy.
- Poczekaj chwilę. Muszę znaleźć pisak.
Dobra nasza! GarGoyl nie był już wprawdzie w Korpusie Specjalnym, ale nie zapomniał o kodzie 
Matyldy.  Odpowiedział  właściwie z pisakiem.  To było  zresztą prymitywnie  proste. Jeśli agent 
uważał,  że telefon jest zapluskwiony,  podsłuchiwany lub w jakimś  inny sposób nie zapewniał 
bezpieczeństwa, używał po prostu jakiegokolwiek zdania z Matyldą w środku. Potem zaś podawał 
numer kontaktowy, którego cztery ostatnie cyfry były podane o jedną za nisko. Jeśli były to na 
przykład cztery, siedem, zero, dziewięć, odbiorca wiadomości zapisałby pięć, osiem, jeden, zero. 
Proste, ale jednocześnie skuteczne. Wyłączyłem się i zacząłem iść w kierunku naszej składnicy.
Gar   musiał   mieć   identyczne   jak   ja   problemy   ze   znalezieniem   nie   uszkodzonego   automatu 
telefonicznego, bo byłem już niemal na miejscu, gdy zadzwonił.
- Czy to ty, Marvell?
- Tak. Jestem pewien, że wszystkie telefony w Colosseo są na podsłuchu, pamiętaj o tym. Czy 
Megalitowy Człowiek już wrócił? - Nie. A powinien?
- Nie jestem pewien. Kiedy go opuszczałem, był bezpieczny. Ale znajdowaliśmy się wtedy daleko 
na przedmieściach i nie miał transportu - spojrzałem na zegarek. - Powiedz mu, żeby zadzwonił do 
mnie z bezpiecznego telefonu dokładnie w południe. Jeśli do tego czasu nie wróci, powiedz mu, 
żeby zadzwonił o północy. I ma to robić regularnie, dopóki nie nawiążemy kontaktu. Rozumiesz 
mnie?
- Rozumiem - odpowiedział GarGoyl i wyłączył się.
To było na razie wszystko, co mogłem zrobić. Bolivar w przebraniu Megalitowego Człowieka 
mógł mieć spore kłopoty z powrotem do cyrku. Ale wiedziałem, że dopóki nie znajdą go, Kaizi 
albo policja, poradzi sobie. Miałem przynajmniej taką nadzieję.
- Nie. Wiem,  że jest bezpieczny i że wróci! - krzyknąłem głośno, żeby podnieść nieco swoje 
morale.
Doczłapałem się z powrotem do naszej sypialni. Igor wciąż chrapał. Narzuciłem koc na głowę i 
starałem się pójść w jego ślady.
Obudziłem się, klnąc na czym świat stoi. Mój tępy kompan właśnie kopał w łóżko. Ale poruszał się 
na tyle szybko, że zdołał uniknąć mojej pięści.
- Mamy rozkazy! Mamy jechać! Na północ, dobrze. Był szef. To dla ciebie. Na północ - niemal się 
uśmiechał.
Nie zadawałem mu pytań. Wkrótce sam się dowiem, dlaczego niby jazda na północ jest dobra. 
Podniosłem podaną mi paczkę i przeczytałem  napis - ”Maskarada”, i jeszcze ”zaskocz swoich 
przyjaciół” na drugiej stronie.
Otworzyłem paczkę i spojrzałem na znajdującą się tam maskę. Nie był to nikt, kogo bym znał i 
chyba   o   to   w   tym   wszystkim   chodziło.   Pseudocielesna   maska   z   instrukcją   obsługi.   Jak   ją 
przyczepić do ciała, jak utrzymywać aktywną, jak karmić. Najwyraźniej żywiła się rosołem z kury. 
Jedna puszka rosołu wraz z lejkiem była załączona do kompletu.
Działała   cudownie.   Zupełnie   inna   osoba   spoglądała   na   mnie   teraz   z   pękniętego   lustra.   No, 
przynajmniej nie musiałem już martwić się o policję. Wystarczało zmartwienie, jakie miałem z 
Kaizim.
Byłem   nieco   głodny.   Kiedy   jednak   zobaczyłem,   jak   Igor   zjada   dwie   oślizgłe   ośmiornice   w 
potrawce, cały mój apetyt gdzieś znikł. Pomyślałem sobie, już nie pierwszy raz, że lepiej czułbym 
się w towarzystwie mniej obrzydliwego kompana. Na razie więc darowałem sobie śniadanie.
Wkopaliśmy nasze roboty z powrotem w ich elektroniczne życie i załadowaliśmy je na ciężarówkę. 
Potem Igor dorzucił na pakę jeszcze jedną rzecz, która mnie zainteresowała - przenośną ładowarkę 

background image

akumulatorów. A to oznaczało, że nie wrócimy tu na nocleg. Ciekawe, gdzie na północy spędzimy 
noc.
Włączyliśmy   się   do   porannego   ruchu,   aż   dotarliśmy   do   wjazdu   na   komputerostradę.   To   była 
całkowicie zautomatyzowana trasa, która przejęła kontrolę nad pojazdem, jak tylko opuściliśmy 
bramkę   wjazdową   po   zapłaceniu   za   wjazd.   Przyspieszyliśmy   na   chwilę,   aż   znaleźliśmy   się 
dokładnie dziesięć metrów za poprzedzającym nas pojazdem. Dalej już ciężarówka posuwała się z 
komputerową   precyzją.   Ponieważ   komputery   przejęły   całe   prowadzenie   pojazdu,   Igor   zasnął 
niemal   od   razu.   Ja   zaś   przyglądałem   się   przygnębiającemu   przemysłowemu   krajobrazowi   za 
oknem, jak również punktom parkingowo-usługowym na trasie. Pojawiały się dokładnie co pół 
godziny. Wzorowa organizacja.
Było dziesięć minut przed południem, gdy wyłączyłem zdalne sterowanie i zjechałem z głównego 
pasa komputerostrady. Zawyła głośno syrena. Igor zerwał się przerażony i wyrwał z moich rąk koło 
kierownicy. Nacisnął hamulce i zatrzymaliśmy się z piskiem opon.
- Próbujesz nas zabić!
- Nie. Chcę się zatrzymać.
- Zatrzymać. Po co?
- Mam potrzebę. Taki mały pokoik.
- Mały pokoik?
- Muszę się odlać, ty tępaku.
- Aaa - najwyraźniej przeprowadzał w myślach test kontroli pęcherza, bo jego twarz wyrażała 
niezwykłe skupienie. - Dobra.
Weszliśmy do środka.
Bez przerwy kontrolowałem czas. Szybko opróżniłem pęcherz i zmierzałem do wyjścia z toalety.
- Gdzie idziesz? - zainteresował się Igor.
- Żreć. Spotkamy się przy ciężarówce.
Był   bardzo   podejrzliwy,   ale   nie   bardzo   mógł   cokolwiek   zrobić.   Odczekałem,   dopóki   nie 
zobaczyłem go zmierzającego na parking. Jeszcze trochę do południa. Wystarczy, żeby wziąć z 
automatu kokain-colę - wciąż jeszcze byłem zmęczony po nocy - oraz wielką kanapkę z fasolą. 
Usiadłem w bufecie i zabrałem się do jedzenia, uważnie obserwując przeszklone drzwi.
Telefon zadzwonił dokładnie w południe.
- Bolivar?
- Nikt inny. - Powiedz... nie, nie teraz!
Nagle w polu widzenia pojawił się Igor, zmierzający w stronę drzwi.
- Daj mi numer i czekaj na telefon o pomocy.
Zamoczyłem palec w coli, pochyliłem się pod stół, i namazałem szybko numer na podłodze. Kiedy 
pojawił się mój kompan, telefon miałem już w kieszeni.
- Czas. Trzeba jechać.
- Tak. Już idę - wstając, zapamiętywałem numer.
Im   dalej   zmierzaliśmy   na   pomoc,   tym   wszystko   wokół   zmieniało   się   na   lepsze.   Zakłady 
przemysłowe, kopalnie i dymiące fabryki zaczęły ustępować miejsca zautomatyzowanym farmom. 
Miło było zobaczyć nieco zieleni. Potem pojawiły się drzewa, coraz więcej, aż droga w końcu 
naprawdę przecięła wielką połać dziewiczych lasów. Zanurzyliśmy się w tunel pod znajdującymi 
się przed nami wzgórzami. Kiedy wynurzyliśmy się po drugiej stronie, ujrzeliśmy malownicze 
wybrzeże opadające ku błękitnemu morzu. Zrozumiałem, dlaczego Igor twierdził, że dobrze jest 
jechać na północ. Pojawiły się pierwsze domy, prawdziwe dwory otoczone ogrodami. Teraz nawet 
brzeg szosy był udekorowany krzewami i kwiatami.
- Tu mieszkają szefowie? - spytałem.
Potwierdzające mruknięcie w odpowiedzi. Cóż, to było bardzo spolaryzowane społeczeństwo - 
niewiele pośrodku, byłem tego pewien. Zjechaliśmy przy pierwszej bramce i wjechaliśmy na teren 

background image

zautomatyzowanej posiadłości, którą od strony drogi osłaniały drzewa. Igor najwyraźniej już tutaj 
był. Jechał bez wahania pomiędzy rozlicznymi alejkami wprost do samotnie stojącego budynku.
Słońce grzało mocno. Jego promienie odbijały się od zroszonej wodą trawy, od znajdującego się 
pod wielkim parasolem stolika oraz od siedzącego tam Kaiziego i szklanki ze zmrożonym napojem, 
którą trzymał w dłoni.
- Wyglądasz obrzydliwie - powiedział na mój widok, kiedy wylazłem z ciężarówki. Miał rację. 
Moja nie ogolona twarz zaczynała swędzieć pod sztuczną maską. Moje oczy były podkrążone i 
zaczerwienione jak u królika. A zmoczone przez deszcz moje ozdobne ubranie nie było już takie 
ozdobne.
- W sprawie Angeliny...
- Nic ci nie powiem - warknął krótko. Pod twardą powierzchownością kryło się jeszcze twardsze 
serce. - Jesteś moim pracownikiem i masz wykonywać moje polecenia. Trzeba przyspieszyć pewne 
sprawy. - Położył  przede mną kartę płatniczą. - Na czternastej alei jest mechatarg. Kup jakieś 
ubranie, dobre ubranie, sprzęt do golenia, mydło, sam wiesz co. To nie jest takie miasto jak tam. 
Chcę, żebyś wyglądał jak ludzie tutaj, bo inaczej policja się tobą zainteresuje. To jest najbogatsze 
osiedle na tej planecie. Kiedy już kupisz ubranie, zachowuj się jak bogaty człowiek. I postaraj się, 
żeby nikt nie zobaczył cię ubranego jak teraz. Zupełnie nie pasujesz do tego miejsca. A policja 
rutynowo kontroluje każdego, kto tu nie pasuje. Nie zapominaj, że oni wciąż cię szukają. A jeśli cię 
złapią, to pamiętaj, że nie tylko ty będziesz miał kłopoty.
Nie bardzo można było z nim dyskutować.
Klomby   kwiatowe   znikły,   gdy  wszedłem   pomiędzy   centra   handlowe.   Przyjrzałem   się   uważnie 
tabliczkom i skręciłem w czternastą aleję. Ulicami przemknęło kilka pojazdów, ale starałem się, 
żeby mnie nie dostrzeżono. W mechatargu była tylko jakaś parka kupująca wino. Przemknąłem 
obok nich i wpadłem do działu z ubraniami. Wybrałem tam jakąś lekką sportową marynarkę, którą 
natychmiast założyłem na grzbiet. Już miałem wyrzucić mój poprzedni strój, ale przemyślałem to 
w ostatniej chwili. To byłby wspaniały prezent dla poszukującej mnie policji. Dokończyłem zakupy 
i ze wszystkim wróciłem do rezydencji. Okazało się, że gdy ja wydawałem pieniądze, ciężarówka 
odjechała, a wraz z nią na szczęście także Igor. Chciałem coś powiedzieć, ale Kaizi uciszył mnie 
gestem dłoni.
- Najpierw się umyj, bo czuję się w twoim towarzystwie równie źle, jak w towarzystwie Igora.
Wyjątkowo się z nim zgadzałem.
- Tam - wskazał pomieszczenia biurowe nieopodal.
”Chafuka - doradztwo inwestycyjne” - głosił napis na drzwiach. Jeszcze jedno przedsiębiorstwo 
Kaiziego?
Na zapleczu biura było małe studio mieszkalne z pojedynczym łóżkiem. Zdjąłem twarz. Wziąłem 
relaksujący gorący prysznic, a potem pobudzający zimny. Umyłem się dokładnie. Ogoliłem się i 
przebrałem w sportowe ciuchy.  Poczułem się znacznie lepiej. Otarłem też kurz z mojej nowej 
twarzy i założyłem ją ponownie. Po drodze minąłem mały dobrze wyposażony barek, który mocno 
mnie   kusił.   Nie   opierałem   się   długo.   Już   z   kolorową   szklaneczką   w   ręku   udałem   się   na 
poszukiwanie mojego pracodawcy i znalazłem go tam, gdzie był poprzednio - przy stole. Zmierzył 
mnie wzrokiem i skinął aprobująco głową.
- Jeszcze jakieś banki, które mam obrabować? - zapytałem cierpko.
- Nie. Coś znacznie większego. Co wiesz o elektrowniach atomowych?
- W ogóle niewiele wiem o elektryczności. Włączam przycisk na ścianie i pojawia się światło.
Rzucił na stół jakieś plany techniczne.
- Weź  na razie  to. Wkrótce będę miał  dla ciebie  dalsze materiały.  Ta sprawa jest jeszcze we 
wczesnym stadium planowania. Porozmawiamy o tym później. Teraz jest jednak bardziej pilna 
robótka. Nie pojedynczy bank, ale źródło zaopatrzenia dla wielu banków. Porwiesz opancerzoną i 
uzbrojoną ciężarówkę, która rozwozi gotówkę do wszystkich banków w mieście. Masz dwa dni na 
przygotowanie szczegółowego planu. Za trzy dni przypada kolejna dystrybucja...

background image

- A jaki dokładnie jest twój plan?
Uśmiechnął się, ale był to uśmiech zupełnie pozbawiony ciepła.
- Powiedziałem ci przecież, żebyś sam przygotował plan. Nie mam absolutnie pojęcia, jak można 
tego dokonać. Ty jesteś ekspertem, więc się tym zajmij. - Wyciągnął z kieszeni projektor i położył 
go na stole. - Tu są szczegóły trasy i czasy poszczególnych dostaw, dane o pojeździe, kierowcach. 
Jednym słowem - wszystko, co może być potrzebne. Ja osobiście sądzę, że jest to niemożliwe do 
wykonania. Choć od dawna mam te informacje, nigdy nie zdołałem opracować sensownego planu 
rabunku. Bardzo interesuje mnie twój pomysł na rozwiązanie tego problemu.
- A jeśli nie znajdę sposobu?
Dotknął ręką małego przedmiotu, który znajdował się na jego nadgarstku. Był podobny do zegarka, 
czarny ze srebrnym przyciskiem w centrum.
- Wystarczy, abym dwukrotnie dotknął tego urządzenia i nigdy już więcej nie ujrzysz swojej żony. 
Nie   będziesz   nawet   wiedział,   czy   żyje,   czy   jest   martwa,   przesłana   na   inną   planetę,   gdzieś 
uwięziona... po prostu nigdy się nie dowiesz. Ona zniknie. Więc lepiej się wysil. Ja mam trochę 
innych zajęć i wrócę dopiero jutro. Możesz spać tam w studiu.
- Tam jest tylko jedno łóżko. Mam je dzielić z Igorem? - Ta myśl  wydała mi się wyjątkowo 
odpychająca.
- Nie. On śpi w ciężarówce. Tak woli.
- Ja też tak wolę.
Skończył drinka, odłożył szklankę i zaczął się zbierać do odjazdu. Odwrócił się jeszcze.
- I nie zrób czegoś, czego ty albo twoja żona będziecie żałować.
Dopiłem spokojnie drinka, pewien, że wyraz mojej twarzy nie zmienił się ani o jotę. Zwłaszcza że 
miałem na sobie drugą twarz. Tyle tylko, że od tej chwili byłem przekonany, że nie tylko muszę 
uwolnić Angelinę, ale także zdobyć ten niby-zegarek Kaiziego. Z nadgarstkiem lub bez. Ponadto 
postanowiłem sobie, że wyrzucę go z biznesu, zrujnuję do ostatniego kredytu, zdepczę. To sobie 
przysiągłem solennie.
-   Głodna...   -  powiedział   cicho   jakiś   głos.   Dosłownie   na   granicy  słyszalności.   Rozejrzałem   się 
wokół, ale nie dostrzegłem nikogo. Jeszcze raz usłyszałem ten głos i nagle zrozumiałem, skąd 
pochodzi. Zanim zrobię cokolwiek, muszę najpierw nakarmić swoją twarz. Dosłownie. Wrzuciłem 
ją do zlewu w łazience i wziąłem lejek. Potem otworzyłem puszkę z rosołem z kury.
Kiedy zakończyłem tę robotę, mogłem spokojnie usiąść do pracy nad planem rabunku.
- Bułka z masłem - stwierdziłem, sięgając po projektor.
W godzinę później zaczynałem przekonywać się o pochopności tego twierdzenia. Ciężarówka była 
opancerzona,   uzbrojona,   zapieczętowana   i   odporna   na   gaz.   Z   połączeniem   ze   wszystkimi 
policyjnym pojazdami, które wzywała automatycznie, gdy tylko włączył się lub został wyłączony 
jeden   z   jej   rozlicznych   systemów   alarmowych.   Kierowca   i   dwóch   ludzi   z   eskorty   także   byli 
uzbrojeni po zęby. Ba, ten wehikuł był nawet odporny na promieniowanie radioaktywne, w razie 
gdyby ktoś chciał mu dowalić głowicą atomową.
Kaizi   się zmył.   Zostałem   sam.   Wróci  rano  i będzie  oczekiwał   jakiejś   odpowiedzi.   Zachodziło 
słońce. Robiło się późno. A ja czułem się jak ostatni głąb. Jeszcze raz przejrzałem wszystkie dane. 
Ten skok był niemożliwy.
-   To   niemożliwe!   -   wrzasnąłem   z   desperacją   i   pognałem   do   baru   po   następnego   Siluriana 
Slivovitza. - Nawet z pomocą magii nie można się tam dostać.
Minęło kilka sekund, zanim się zorientowałem, że wlałem już do szklanki całą butelkę i że alkohol 
właśnie przelewa się wierzchem, spływa po moim ręku i wsiąka w dywan. Odłożyłem i butelkę, i 
szklankę. Ponieważ nagle zaczął mi w głowie majaczyć jakiś bardzo, bardzo niejasny pomysł.
Nie pistolety, bomby, rakiety, przemoc. Magia! 

Rozdział 15

background image

Och, maestro, wspaniały Wielki Grissini, błogosławione twoje imię. Niech emerytura upływa ci w 
spokoju   i   tonie   w   dobrym   alkoholu.   To   ty   nauczyłeś   mnie   sztuczek.   Przekazałeś   mi   też   coś 
znacznie cenniejszego - nauczyłeś mnie patrzyć na świat okiem maga. Pokazałeś mi, jak stawiać 
rzeczywistość na głowie. Jak kwestionować to, co powszechnie przyjęte. Jak zwodzić i oszukiwać 
zmysły. Czy uzbrojona, opancerzona ciężarówka może zniknąć? A dlaczego nie? Rozmiar nie ma 
najmniejszego   znaczenia.   Jeśli   można   zrobić   coś   takiego   ze   świniozwierzem,   dlaczego   nie   z 
ciężarówką? Iluzja wspiera i wzbogaca rzeczywistość. Jeśli poprawnie zaaranżowana, magia jest 
wielce przekonująca, ponieważ to publiczność sama oszukuje swoje zmysły.
Przemierzyłem całe biuro w poszukiwaniu papieru. Kiedy znalazłem kartkę, zacząłem szkicować 
plan mistyfikacji, która miała przyćmić wszelkie iluzje. Kilka godzin później miałem już gotowe 
niemal   wszystko...   tylko   że   padałem   już   na   twarz   i   spałem   na   siedząco   przy   biurku.   Dość! 
Wiedziałem dokładnie, co trzeba zrobić. Główne założenia planu były jasno sprecyzowane. Nad 
szczegółami mogłem popracować rano, po dobrym i zdrowym śnie. Nastawiłem alarm w zegarku, 
doczołgałem się do łóżka i zapadłem w głęboki sen.
Śnił  mi  się  wielki   owad,  który  usiadł   mi  na  ręce  i  brzęczał   groźnie.  Potem  otworzył   potężną 
paszczę i zabrzęczał jeszcze głośniej...
Obudziłem się. Ziewnąłem szeroko i wyłączyłem alarm. Za dziesięć minut północ. Chlapnąłem 
trochę zimnej wody na twarz i szybko się ubrałem. Wyskoczyłem na ulicę, by znaleźć się z dala od 
wszelkich budynków. Na tej planecie jest zbyt wiele wykrywaczy i podsłuchów, by ryzykować. 
Wiedziałem,   że   mój   pracodawca   z   powodzeniem   używał   takiego   sprzętu.   Ten   dom   także   z 
pewnością był nim naszpikowany. Stanąłem na środku drogi i wystukałem numer, który podał mi 
Bolivar.
Telefon zadzwonił ze dwadzieścia razy i w końcu się poddałem.
- Nie martw się, Jim - pocieszałem sam siebie. - Coś się tam stało ważnego i nie mógł czekać na 
telefon. To twardy chłopak, poradzi sobie. Trzeba spróbować znów za dwanaście godzin.
Po tej nieudanej próbie kontaktu nie mogłem już jednak zasnąć mimo zmęczenia.
Więc do rana, zanim przyjechał Kaizi, dopracowałem wszystkie szczegóły. Wykonałem projekt 
potrzebnej konstrukcji, jak również listą niezbędnych materiałów. Wyłożyłem przed nim swoje 
notatki.
- Tu jest lista wszystkiego, czego będę potrzebował, żeby zastawić pułapkę. Im szybciej to dostanę, 
tym szybciej ty będziesz miał tę ciężarówkę.
Przejrzał kartki, przybierając coraz bardziej zakłopotaną minę.
-   Co   to   wszystko   ma   znaczyć?   Siedemset   pięćdziesiąt   metrów   kwadratowych   ekranu 
antymikrofalowego. Cztery multimegawa-towe projektory holograficzne, lekka ciężarówka, dykta, 
sproszkowane aluminium, opiłki żelaza.... Co masz zamiar zrobić z tym wszystkim?
- Napad stulecia. Załatwisz mi to, czy będziemy teraz dyskutować? Ale w takim razie nie zdążymy 
na czas. Zastanów się.
Czułem, jak jego oczy wiercą mi dwie dziury w czaszce. Spokojnie obcinałem paznokcie u rąk, 
potem strzepnąłem skrawki z koszuli. Pierwsze rozdanie wygrałem.
- Jeśli próbujesz grać ze mną w jakieś gierki di Griz...
- Zapewniam cię, że nie. Zdobądź dla mnie te materiały, a ja zdobędę dla ciebie forsę. I jeszcze 
jedno ważne pytanie. Czy ta część planety, to miasto... Jak wy je właściwie nazywacie?
- Słoneczne Miasto nad Morzem.
- Ślicznie. Czy to miasto i otaczająca je okolica są pod obserwacją satelitarną?
- Cała ta planeta jest pod satelitarną obserwacją. Cokolwiek zrobisz, będzie dostrzeżone. Każdy 
moment namierzony i zarejestrowany.
- Dobrze. To mi właśnie pasuje. Chcę, żeby dobrze się przyjrzeli temu, co ich zdaniem się stanie. 
To odwróci ich uwagę. Zanim odkryją, co się stało naprawdę, my już dawno opuścimy miejsce 
przestępstwa. Gdzie jest Igor?
 - Śpi w ciężarówce.

background image

- Obudź go. Poślij go z powrotem. Niech zakupi wszystko, czego potrzebuję i przywiezie tutaj. Nie 
muszę chyba przypominać o dokonaniu zakupów w różnych miejscach, żeby żaden sprzedawca nie 
nabrał podejrzeń? Ciężarówkę kupię tutaj. Nie bój się, nie doprowadzę tu nikogo.
Po jeszcze jednym świdrującym czaszkę spojrzeniu wziął telefon i wezwał Igora.
 - Zaraz tu będzie. Zanim przyjdzie, masz trochę czasu, aby wyjaśnić mi, co właściwie planujesz.
- Już się robi - odparłem ochoczo, rozkładając przed nim diagram. - Jak każda magia, jest to 
niezwykle proste, jeśli ktoś ci wytłumaczy, jak działa.
- Tak, wierzę, że twój plan może się powieść - Kaizi uśmiechał się szeroko, kiedy Igor do nas 
podszedł.
- Wiesz, to się musi udać, Jim. - Nagle jego uśmiech znikł. - Zbyt wiele masz do stracenia, aby 
pozwolić sobie na błędy.
Nie skomentowałem tego. Szkoda strzępić języka na te nie kończące się groźby. Poczekałem, aż 
Igor wyjdzie, a potem wlałem sobie pierwszego tego dnia drinka.
- Trochę za wcześnie na upijanie się - zauważył Kaizi.
- Może. Ale to nie będzie ostatni. Mam zamiar miło spędzić ten dzień, bo naprawdę ciężka praca 
zacznie się dopiero wtedy, gdy Igor wróci ze sprzętem z Fetondlle. Co z ciężarówką?
- Tu na miejscu są dealerzy. Użyj tej karty, którą ci dałem. Jeśli będą problemy z natychmiastową 
dostawą, zapłać gotówką. -Podał mi gruby plik banknotów. - Skończysz drinka po powrocie. Mam 
lepsze rzeczy do roboty, niż przyglądać się, jak wlewasz w siebie to świństwo.
Kaizi podrzucił mnie do centrum tuż obok dealera maszyn jeżdżących i latających. Patrzyłem, jak 
odjeżdża. Miałem jeszcze pół godziny do umówionego czasu rozmowy z Bolivarem. W pobliżu 
była   restauracja,   pusta   o   tej   porze.   Usiadłem   na   patio   i   zamówiłem   drinka.   O   dwunastej 
wystukałem numer. Telefon odpowiedział po drugim dzwonku.
- Bolivar!
Rozległ się szum i trzaski, a potem usłyszałem głos syna.
-   Teraz   mnie   tu   nie   ma.   Ale   wszystko   jest   w   porządku.   Przez   telefon   nie   chcę   wchodzić   w 
szczegóły. Zadzwoń ponownie o tej samej porze za dwa dni. Na razie.
Coś się działo, a ja nie miałem pojęcia co... Nie było więc sensu się przejmować. Trzeba wyrzucić 
zbędne myśli z głowy i skoncentrować się na robocie, która mnie czekała. Skończyłem drinka i 
wmaszerowałem do dealera.
To naprawdę była bogata część Fetor. Zamiast robota pracował tu prawdziwy, żywy człowiek.
- Dzień dobry panu. Mam na imię Jumanne i jestem do pańskiej dyspozycji. Mieliśmy właśnie 
dostawę   helikopterów   osobistych,   dwuosobowych.   Wspaniały   pojazd   dla   pana   i   pańskiej 
ukochanej. Zakupiony egzemplarz  może  mieć  na burcie  pańskie imię  wygrawerowane  złotymi 
literami, bez żadnych dodatkowych opłat...
- Ehmm... - powiedziałem, co wywołało u niego prawdziwy entuzjazm.
- Wspaniały wybór! Oczywiście może pan zażyczyć sobie, aby było to imię pańskiej ukochanej, a 
nie pańskie. Również bez żadnych dodatkowych opłat. Jej lub jego imię będzie przywodziło na 
myśl miłe wspomnienia z każdego waszego lotu...
- Szukam lekkiej ciężarówki. Natychmiast zmienił płytę.
- Dalekobieżna, pokryte koszty utrzymania, w pełni resorowana, gwarancja na cały czas pracy, w 
sprzedaży tylko dzisiaj. Nasz model Meyster-Shyster jest dokładnie tym, czego pan potrzebuje...
- W jakich są kolorach?
Karta Kaiziego wystarczyła. Podobnie jak prawo jazdy jednego z jego pracowników, które było 
zarejestrowane w komputerze centralnym.  Nie było żadnych dodatkowych pytań. Moje ciuchy, 
pieniądze, napiwki, w ogóle prezencja, w tym otoczeniu młodych i bogatych, były paszportem 
otwierającym wszystkie wejścia. Wyjechałem ciężarówką na skąpaną w słońcu ulicę.
Następnych kilka godzin spędziłem, jeżdżąc bez specjalnego celu po centrum i przedmieściach 
miasta, które naprawdę zasługiwało na swoją nazwę. Domy przypominały prawdziwe pałace, a 
baseny osiągały rozmiary jezior. Kobiety kręcące się wokół luksusowych sklepów były zadbane i 

background image

odstrojone ponad wszelkie pojęcie. Kiedy pozdrowiłem skinieniem głowy policjanta kierującego 
ruchem   ulicznym,   odpowiedział   mi   energicznym   salutem.   Ten   skąpany   w   słońcu   raj   stanowił 
jaskrawy kontrast z ponurymi i brudnymi ulicami przemysłowego Fetorsville. To było tak, jakby 
całe życie i pieniądze planety skupiły się w tym jednym mieście, a odpłynęły z pozostałych... Co w 
pewnym sensie było prawdą. Teraz naprawdę rozumiałem, jak potwornie ciężką i trudną robotę 
wykonywali tu galaktyczni pracownicy fiskalni czy działacze związkowi. Jadąc tędy, naprawdę 
żałowałem, że nie mogę być po ich stronie. Że zamiast planowania przestępstw, nie mogę pomagać 
im tropić tych wszystkich brudnych spraw i zwalczać tych plutokratycznych finansowych baronów. 
Jim di Griz - wojownik ludu. Nie taki jednak scenariusz napisało życie.
To, co robiłem tymczasem, było czymś więcej niż tylko zwiedzaniem miasta. Nie od razu, ale 
drobnymi   fragmentami,   zdołałem   przejechać   całą   trasę,   jaką   będzie   jechała   ciężarówka   z 
pieniędzmi. Uśmiechnąłem się z zadowoleniem. Miałem to z głowy.
- Gratulacje, Jim - powiedziałem sam do siebie. - Jesteś  naprawdę najlepszy.  Ktoś mocno się 
przyłożył, gdy cię tworzył. Ten napadzik zapiszą w annałach przestępstw doskonałych.
Potem jednak zachmurzyłem się. Zdałem sobie sprawę, że nie tylko moje wysiłki nie przyniosą mi 
żadnych   korzyści,   mimo   że   przecież   ryzykuję   w   najlepszym   razie   spędzeniem   reszty   życia   w 
jakiejś ponurej więziennej norze, ale jeszcze, że dokonuję tego napadu szantażowany. Nawet jeśli 
wszystko pójdzie dobrze i tak wciąż będę tkwił w tym samym szambie. W samym środku tarczy 
strzeleckiej. I ta sprawa z Angeliną...
Takie zamartwianie się powoduje tylko wrzody żołądka. Po powrocie z rozpoznania miejsca akcji 
nalałem sobie wyjątkowo dużego drinka, wyciągnąłem się wygodnie na łóżku i przeglądałem przez 
chwilę kilka sportowych kanałów w telepuszce. Trafiłem na pokazy trykieta czy krykieta - nie 
byłem pewien z powodu akcentu spikera - jakiś ponoć niedawno wskrzeszony sport z dawnych 
wieków, który jak dla mnie powinien sobie dalej spoczywać w spokoju. Jacyś faceci w białych 
uniformach biegali za piłeczką z kijkami. Zasnąłem w ciągu kilku minut.
Z przyjemnej drzemki obudził mnie hałas silnika na zewnątrz. Ta nie kończąca się gra wciąż trwała 
i z prawdziwą przyjemnością położyłem jej kres, wciskając odpowiedni guzik pilota. Było już po 
zmroku i Igor właśnie wrócił z zakupami. Mieliśmy do napadu jeszcze całe dwa dni. Ziewnąłem i 
przeciągnąłem się. To będzie długa noc.
A  potem  był  nawet  jeszcze  dłuższy dzień.  Pochłaniałem  środki pobudzające  jeden za drugim, 
chociaż wiedziałem, że mój system pokarmowy jeszcze wystawi mi za to rachunek. Igor nie mógł 
mi  już w niczym  pomóc,  więc dałem mu wolne. Najchętniej  w ogóle zamiast  niego użyłbym 
robota. Nie tylko lepiej wykonywał pracę, ale zdawał się mieć także o wiele bystrzejszy umysł.
Ledwo już patrzyłem na oczy i chwiałem się na nogach, gdy po południu drugiego dnia ponownie 
zjawił się Kaizi.
- Jutro jest dzień R - powiedział.
- R jak rabunek? Nie martw się tym. Sprzęt jest gotów i jeszcze dziś po zmroku podrzucę go na 
miejsce. - A ciężarówka?
- Też gotowa.
- Chcę ją zobaczyć.
Wyszliśmy   do   garażu   i   zawołałem,   żeby   Igor   wyłączył   światło,   zanim   tam   wejdziemy.   Nie 
chciałem, aby jakiś przypadkowy przechodzień zobaczył, co tam się dzieje. Zamknąłem drzwi za 
sobą, zanim włączyliśmy ponownie światło. Igor pracowicie malował dyktę srebrną farbą.
- Wspaniała, prawda? - powiedziałem dumny ze swej konstrukcji.
- Nie wprowadziłaby w błąd nawet trzyletniego dziecka - burknął Kaizi.
- Zacznij trochę, myśleć Kaizi! - Byłem zmęczony, więc łatwo wybuchnąłem gniewem. - Ona nie 
ma nikogo wprowadzać w błąd za wyjątkiem kamery w kosmosie. Farba jest taka sama jak na 
ciężarówce  bankowej. Taka sama  jest też wielkość i taki sam kształt. Cień, jaki rzuca, będzie 
identyczny   jak   cień   ciężarówki.   Jeśli   obaj   będziecie   dokładnie   wykonywać   moje   precyzyjne 
instrukcje, skok się powiedzie.

background image

- Nie podoba mi się kierowanie tym. - Igor przyłączył się do wątpliwości swego pracodawcy. - Z 
tym całym bum-materiałem.
- Zamknij się - odpowiedziałem uprzejmie. - Wykonuj rozkazy i nie staraj się myśleć. W twoim 
przypadku to strata czasu. - Spojrzałem na zegarek i uspokoiłem się nieco. - Masz godzinę, by 
skończyć malowanie. Potem musisz pomalować swoją ciężarówkę i ma to być zrobione dokładnie 
tak, jak mówiłem. Od tego zależy powodzenie naszego planu. A teraz do roboty!

Sam wmieszałem do farby katalizator czasowy. Gdyby to nie zostało zrobione prawidłowo, cała 
operacja wzięłaby w łeb, a my skończylibyśmy w ciupie.
Kaizi tymczasem wyszedł, był przeciwny bowiem wszelkiej pracy wykonywanej osobiście. Innej 
niż robienie pieniędzy, oczywiście. Zapamiętał moje instrukcje, gdzie i kiedy ma się pojawić. I 
zdołał powtórzyć to słowo w słowo bez żadnego wysiłku. Potem mogłem odpocząć kilka godzin, 
czekając   na   późne   godziny   nocy,   aby   dostarczyć   sprzęt   na   miejsce.   Z   całą   przyjemnością 
obudziłem wtedy kopniakiem Igora i wypchnąłem go jeszcze nieprzytomnie zaspanego do naszej 
makiety ciężarówki. Ja prowadziłem nasz minikonwój, siedząc za kierownicą jego wozu.
Kiedy   wróciliśmy,   już   świtało.   Zaczynał   się   dzień   R.   Był   to   także   dzień   T   -   jak   telefon. 
Zadzwoniłem w południe, ale odsłuchałem tylko tej samej nagranej wiadomości. Wprawdzie byłem 
zaniepokojony, ale wiedziałem też, że wydarzenia dzisiejszego dnia wkrótce wypędzą z mojego 
umysłu   wszelkie   niewczesne   obawy.   Kaizi   wyszedł   z   biura   i   spojrzał   na   mnie   dokładnie   w 
momencie, gdy chowałem telefon do kieszeni. Czy to dostrzegł? Atak był najlepszą obroną.
- Powinieneś być już w tym cudownym miasteczku, a nie tutaj.
- Nie ma pośpiechu. I nie chciałem, by ktoś widział, że spędzam za dużo czasu w miejscu napadu. 
Ludzie mogliby to zapamiętać. Instalacje gotowe?
- Wszystko gotowe. Wyruszamy za dziesięć minut.
- Nie zrób błędu. Wiesz, jaka będzie kara. Powiedziawszy to, odszedł. Jego szczęście. Naprawdę 
byłem zmęczony i mogłem stracić kontrolę nad sobą. Moje palce mogłyby z własnej inwencji 
zacisnąć się na jego tchawicy. Kopnąłem kilka robotów, potem wezwałem Igora i poczułem się 
trochę lepiej.
Pojechaliśmy   żółtą   teraz   ciężarówką   na   miejsce   operacji.   Zostawiliśmy   samochód   pod   osłoną 
drzew. Potem poprowadziłem Igora z powrotem wzdłuż drogi - aż do punktu, gdzie namalowałem 
na trasie czerwony X. Wskazałem ten znak.
- Stań tam. Nie ruszaj się. - Spojrzałem na zegarek. - Za kilka minut na grzbiecie tego wzgórza 
pojawi się opancerzona ciężarówka. Tak jest, użyj lornetki, patrz wzdłuż strzałki narysowanej na 
trawie. Dobrze. A co masz zrobić, gdy zobaczysz ciężarówkę?
- Wcisnąć przycisk! - wcisnął go, tak jak się spodziewałem. Oczywiście dzięki mojej domyślności 
nic się nie stało, bo nie podłączyłem jeszcze obwodu.
- Nic się nie stało - powiedział zdziwiony.
- Nic też nie miało  się stać, bo nie ma  tam jeszcze ciężarówki.  - Miałem rację. Był  bardziej 
bezmózgi niż te roboty. - Stój, czekaj, patrz, zobacz, naciśnij, uciekaj.
Pośpieszyłem na swoją pozycję. Sprawdziłem całą instalację. Jeszcze raz spojrzałem na zegarek. 
Jeśli ciężarówka przyjedzie punktualnie - a Kaizi zapewniał, że zawsze tak było - powinna pojawić 
się w polu widzenia za dwie minuty. Zaryzykowałem i zamknąłem obwód, którego włącznik miał 
w rękach Igor. I uniosłem oczy ku niebu w niemej modlitwie, żeby nie spaprał tego prostego 
zadania.
Rzeczywistość nieco się zmieniła, gdy zaczęły pracować holoprojektory. Odskoczyłem na bok, 
gdyż moja ręka zdawał się tkwić w pniu drzewa. Zabrałem rękę z obrazu i podziwiałem swoje 
dzieło. Przepiękne. Usłyszałem odgłos szybkich kroków. A więc Igor zapamiętał także drugą z 
instrukcji. Po wciśnięciu przycisku - wiać. Wiać do tej fałszywej pancernej ciężarówki ukrytej 
opodal. Prawdziwą widziałem już pomiędzy drzewami. Zbliżała się do łagodnego zakrętu. Jednego 

background image

z   wielu   zakrętów   tej   drogi,   wijącej   się   pomiędzy   ogrodowymi   posesjami.   Drogi,   którą   ta 
ciężarówka przemierzała już tyle razy...
Ale czy kierowca mógłby pamiętać dokładnie każdy zakręt? Liczyłem, prawdę mówiąc, na to, że 
większość ludzi jeździ znanymi sobie drogami na autopilocie. Teraz właśnie samochód brał zakręt. 
Normalnie zakole powinno być trochę dłuższe, a potem trzeba odbić w prawo. Ale teraz... Teraz 
holoprojektory pokazywał drogę nieco inaczej. Skręcała ona w lewo. Tam właśnie miał wjechać.
A może kierowca się połapie i wciśnie wcześniej hamulce? Moje serce biło głośno. Słyszałem 
odgłos silnika narastający coraz bardziej. Wjechał. Pojawił się tuż obok mnie radośnie zmierzając 
wprost w pułapkę. Dopiero teraz nacisnął hamulce. Przejechał jeszcze kawałek poślizgiem. Tak 
powinien zareagować każdy kierowca. Dopiero co jechał drogą pomiędzy szpalerem drzew, aż tu 
nagle przed maską wyrosła mu skała. Nie było czasu na myślenie. O działaniu decydował instynkt i 
rutyna.
Wcisnąłem trzymany w ręku aktywator i równocześnie zdarzyły się dwie rzeczy. Holoprojektory 
zmieniły obraz - droga biegła znów tak, jak w rzeczywistości. Gdyby ktokolwiek teraz jechał, 
zobaczyłby tylko drzewa po obu stronach trasy. Inna sprawa, że było tam kilka dodatkowych drzew 
wmieszanych pomiędzy prawdziwe, które maskowały naszą ciężarówkę i wóz, który był naszym 
celem.
W   tym  samym   zaś   momencie,   kiedy  holoprojektory  zmieniały   obraz,  z  konarów  drzew  opadł 
zawieszony ekran i zatrzasnął się w wyznaczonej pozycji. Pozostałe ścianki odpornej na wszelkie 
promieniowanie klatki już tam były, a ten ostatni bok zamknął tylko wehikuł w pudle. Ukrytym 
przed ludzkimi oczami przez holoprojektory, jak już wspomniałem. Gdy klatka się zamknęła, pod 
ciężarówką wybuchła bomba. Aż zadrżałem, gdy przeszła przeze mnie fala magnetyczna, która z 
całą pewnością oddziaływała na moją hemoglobinę. Ale uderzenie magnetyczne, nawet tak silne, 
nie   mogło   zaszkodzić   człowiekowi.   Cóż   się   za   to   działo   ze   wszelkimi   elektrycznymi   albo 
elektronicznymi  obwodami! Te iskrzenia, spięcia, topienie się, blokady. Silnik przestał działać. 
Podobnie martwe musiały być wszelkie systemy elektroniczne i komunikacyjne w ciężarówce. Na 
pewno   też   wywaliło   światło   i   zablokowały   się   wszelkie   otwierane   elektrycznie   drzwi.   Trzej 
mężczyźni w środku tkwili uwięzieni w zupełnych ciemnościach. Nawet jeśli próbowali nadawać 
jakąś wiadomość, zanim wybuchła bomba, ekran klatki wychwyciłby ją.
Ci trzej w środku na pewno byli przerażeni, ale nie na długo. Trzeba więc działać. Rozległy się trzy 
wybuchy   z   ruchomych   wyrzutni   zakopanych   w   ziemi   i   trzy   pociski   przebiły   się   do   wnętrza 
ciężarówki. Niosły ze sobą usypiający gaz, a nie śmierć i zniszczenie.
Nałożyłem na twarz maskę przeciwgazową z przyciemnianymi okularami. Włączyłem oślepiający 
płomień   termicznego   lancetu   i   zacząłem   wycinać   okrąg   w   dnie   ciężarówki.   Nie   zapominałem 
jednak o nasłuchiwaniu, co się dzieje wokół, i uśmiechnąłem się na dźwięk oddalającego się coraz 
bardziej silnika naszej fałszywej ciężarówki.
W przestrzeni, o tysiące mil nad naszymi  głowami, nigdy nie zasypiające oko obserwacyjnego 
satelity rejestrowało przecież zachodzące na dole wydarzenia. Widziało więc uzbrojoną ciężarówkę 
zjeżdżającą   ze   wzgórza   pomiędzy   drzewa.   Teraz   też   ją   zobaczy,   spokojnie   spomiędzy   drzew 
wyjeżdżającą i jadącą wprost ku najbliższemu bankowi. Do którego, niestety, nigdy nie dotrze.
Odskoczyłem,   ponieważ   płonący   metalowy   dysk   opadł   na   ziemię.   Aby   mieć   stuprocentową 
pewność, że nikt nie będzie mi przeszkadzał, wrzuciłem do ciężarówki jeszcze kilka ładunków z 
gazem usypiającym.  Zdjąłem  maskę  z przyciemnianymi  okularami  i wetknąłem  tylko  do nosa 
przeciwgazowe   filtry,   a   potem   wspiąłem   się   do   środka   wozu.   Odwróciłem   się   błyskawicznie, 
słysząc dziwny dźwięk... W blasku latarki dostrzegłem chrapiącego policjanta. Spał, ale poza tym 
był w nienaruszonym stanie, podobnie jak dwaj pozostali. Użyłem diamentu, by wyciąć zamek z 
tylnych drzwi i otworzyłem je kopniakiem na oścież. Do środka wpadło świeże powietrze i miłe 
odgłosy ptasiego śpiewu. Wyciągnąwszy z trudem pierwszą z wypełnionych pieniędzmi skrzyń, 
zrzuciłem ją na ziemię. To była najtrudniejsza część zadania i została wykonana pomyślnie... Tylko 
czy aby Igor nie zawalił swojej, znacznie prostszej, roli? Miał tylko pojechać fałszywą ciężarówką 

background image

poprzez   wzgórza   do   najbliższej   wioski.   Ale   nie   do   banku;   nie,   nie.   Miał   skręcić   na   miejsce 
wyładunku towarów przy najbliższym hipermarkecie, gdzie o tej porze było pusto. Zrób to, Igorze. 
Zaparkuj! Otwórz drzwi. Włącz aktywator. Nie biegnij! Masz aż dwadzieścia sekund, to więcej 
czasu,   niż   potrzeba   na   stworzenie   wszechświata.   Przejdź   na   drugą   stronę   hipermarketu,   do 
samochodu, w którym czeka Kaizi...
Oczami duszy widziałem ten piękny wybuch, którego blask przyćmił słońce. Aluminium i żelazo 
plus   wysoka   temperatura.   Sięgająca   antyku   recepta   na   najgorętszy   z   ogni.   Płomień,   który 
pochłaniał wszystko, co spotkał na drodze, i topił metale, których nie mógł spopielić. Ogień, który 
pożre   całą   fałszywą   ciężarówkę,   pozostawiając   tylko   trochę   białego   pyłu.   Niech   go   potem 
analizują,   jeśli   chcą.   Po   takim   wybuchu   i   pożarze   nie   było   możliwości   zidentyfikowania 
czegokolwiek.
Wyrzucałem  z auta  ostatnią  skrzynię,  kiedy usłyszałem  samochód  hamujący  energicznie.  Ktoś 
obcy? Nie, to musiał być Kaizi. Trzasnęły drzwi i usłyszałem zbliżające się ciężkie kroki. Silnik 
przestał grać.
- Zacznij to wnosić do naszej ciężarówki - powiedziałem do Igora. - To ostatni etap napadu wszech 
czasów. 
Rozdział 16

A zatem, stało się. Szczęśliwy koniec. Ale czy na pewno? Czy nie zrobiłem żadnego błędu? Czy 
przewidziałem   wszystko?   Czy   opracowałem   każdy   szczegół?   Uzbrojona   ciężarówka   została 
wprowadzona w błąd przez hologramy i zjechała z drogi. Tak. Zahamowała elegancko w miejscu 
otoczonym   ekranami   tak,   jak   zaplanowałem.   Ostatni   ekran   spadł   w   momencie,   gdy   jeszcze 
hamowała - nie mieli więc czasu, by wezwać pomoc przez radio, nawet gdyby zdążyli  o tym 
pomyśleć. Kiedy ciężarówka się zatrzymała, oberwała ładunkiem magnetycznym, który wykasował 
całą elektrykę. Potem rakiety z gazem usypiającym. Załoga została obezwładniona, ale nikt nie był 
nawet   ranny,   co   do   tego   upewniłem   się   osobiście.   Kiedy   to   wszystko   się   działo,   fałszywa 
ciężarówka  już pędziła  po drodze. Jej obraz mógł być  spokojnie rejestrowany przez kamery z 
satelity.  Dojechała  następnie   przed  odległy dom  towarowy i  tam  spektakularnie   spłonęła.  Igor 
zdołał dotrzeć bezpiecznie do samochodu Kaiziego, bo inaczej byłby kupką popiołu, zamiast wraz 
ze mną wrzucać na nasz wóz skrzynki z pieniędzmi.
Co teraz  robiły służby bezpieczeństwa?  Miałem nadzieję,  że  krążyły  wokół miejsca  wypadku. 
Miałem nadzieję, że służby przeciwpożarowe usiłują zgasić płonący wrak. Wkrótce policja będzie 
starała   się   badać   tę   masą   stopionego   metalu.   Miejmy   nadzieję,   że   jacyś   naoczni   świadkowie 
zidentyfikują płonące resztki jako byłą opancerzoną ciężarówkę. Potem zamieszanie, telefony. Tak, 
transport pieniędzy opuścił ostatni bank. Nie, nie dotarł do następnego banku. I następne telefony. 
Zdjęcia satelitarne posłane do analiz. Coraz wyższe władze włączają się w dochodzenie. I coraz 
więcej tym samym marnuje się czasu.
Cała   rzecz   poszła   dokładnie   tak,   jak   zaplanowałem.   Igor   właśnie   kończył   ładować   ostatnie 
skrzynie. Czas było wracać.
Wracać!   W   mojej   głowie   zaświeciły   jasno   kolejne   punkty   planu.   Sięgnąłem   do   woreczków 
wiszących u mojego pasa.
Dwie rzeczy. Po pierwsze, wspiąłem się ponownie do opancerzonej ciężarówki i pozostawiłem 
kapsułkę czasową pod językiem każdego ze strażników. Miała rozpuścić się za cztery godziny i 
uwolnić ze swego wnętrza antidotum na gaz usypiający. Nie chciałem mieć kogoś na sumieniu. 
Kiedy ochraniarze się obudzą, to - jeżeli do tego czasu jeszcze nie zostaną znalezieni - podniosą 
alarm. Ja potrzebowałem na ucieczkę tylko godzinę, więc w żaden sposób nie mogli mi zaszkodzić.
Te kapsułki to była pierwsza rzecz do zrobienia.
Drugą nie byłem specjalnie zachwycony.

background image

Wyciągnąłem figurkę szczura z najlepszej nierdzewnej stali. Przez moment ważyłem ją w ręku, a 
potem rzuciłem na podłogę ciężarówki. Zakląłem szpetnie. Kaizi ostrzegł mnie, co się stanie, jeśli 
figurka nie zostanie znaleziona na miejscu przestępstwa.
Zeskoczyłem z wysiłkiem na ziemię, a potem z trudem wdrapałem się do kabiny gruchota, którym 
jeździł Igor. Tym razem wóz miał przynajmniej nową żółtą barwę. Igor właśnie zamykał z tyłu 
pakę.
- Jazda - warknąłem, gdy do mnie dołączył. - Do komputerostrady, a potem do Fetorsville. Jeśli 
zasnę, przed tunelem nie waż się mnie budzić pod groźbą gwałtownej śmierci.
Zanim   dojechaliśmy   do   wjazdu   na   komputerostradę,   zdążyłem   się   nieco   zdrzemnąć.   Potem 
przeciągając   się,   wróciłem   na   chwilę   do   życia   i   wyciągnąłem   aktywator   reakcji   katalitycznej. 
Wylot   tunelu   biegnącego   pod   wzgórzami   majaczył   już   niedaleko   przed   nami.   Gdy   do   niego 
wjechaliśmy, wcisnąłem przycisk.
Fala radiowa o długości dokładnie 46,8 metra zaczęła właśnie wędrówkę do molekuł katalizatora, 
będącego składnikiem tej ślicznej żółtej farby, która czyniła naszą ciężarówkę tak dobrze widoczną 
z daleka. Reakcja zredukowała przylepność farby do zera i ta miała odpaść, zamieniając się w 
piękną   chmurę   żółtego   pyłu,   co   oznaczało,   że   nasza   ciężarówka   znów   przyjmie   ohydny 
brudnoróżowy   kolor.   Pusta   opancerzona   ciężarówka   zostanie   w   końcu   znaleziona.   Zdjęcia 
satelitarne pokażą żółty wóz uciekający z miejsca przestępstwa. Potem będą śledzić jego drogę aż 
do bramy wjazdowej na płatną komputerostradę, tylko że on zniknie bez śladu w tunelu. Zbrodnia 
doskonała. Z tą myślą w głowie osunąłem się z powrotem na oparcie fotela i zasnąłem tym razem 
na dobre. Kiedy przybyliśmy w końcu do znajomego już magazynu w naszym uroczym mieście 
przemysłowym, obudziłem się tylko po to, aby zanurzyć moją nową twarz w wodzie i dać jej się 
napić. Potem sam też się napiłem. I natychmiast rzuciłem się na swoje legowisko. Kiedy ponownie 
zasypiałem, po moich wargach jednak błąkał się uśmiech - to naprawdę była kradzież doskonała.
- Kradzież stulecia! Tak ją nazywają!
Otworzyłem zaspane oczy i ujrzałem znienawidzoną postać Kaiziego, który stał tuż nade mną, a w 
rękach   trzymał   wydruk   z   kanału   informacyjnego.   Rzucił   go   na   moją   pierś.   Leniwie   mu   się 
przyjrzałem.
Na samej górze znajdowało się zdjęcie jakiegoś tłustego oficjela trzymającego w dłoni figurkę 
stalowego szczura. Nagłówki artykułów były nieco histeryczne.
ZBRODNICZY SZCZUR UDERZA W SAMO SERCE
SYSTEMU FINANSOWEGO!
PRZEPADŁY MILIONY!
PANIKA NA RYNKACH KAPITAŁOWYCH!
ROSNĄ STAWKI UBEZPIECZENIOWE!
No i powinny.  Miałem nadzieję, że wszyscy ci baronowie poczuli zimny dreszcz. To nie mój 
problem.   Przeleciałem   także   pobieżnie   resztę   nagłówków.   Na   samym   dole   znalazłem   jeszcze, 
niemal niewidoczny, tytuł: ”Robotnicy sprzeciwiają się lokautowi  w hucie”.
Zdaje   się,   że   GarGoyl   poczynił   jakieś   postępy   w   organizacji   związków   w   czasie   wolnym   od 
występów z potworami. Ta refleksja natychmiast przywiodła drugą myśl - o Bolivarze, który wciąż 
tkwił w cyrku jako Megalitowy Człowiek. Co z kolei spowodowało natychmiastowe spojrzenie na 
zegarek.   Musiałem   ponownie   zadzwonić   w   południe.   Wyrzuciłem   zmięte   kartki   i   z   niejakim 
wysiłkiem wstałem z betów. Cały ten ruch w najmniejszym stopniu zresztą nie wpłynął na Igora, 
który wciąż chrapał w swoim rogu pomieszczenia.
- Wyglądasz okropnie - powiedział Kaizi.
- Czuję się jeszcze gorzej.
- Jeśli ktoś zobaczy cię tutaj na ulicy w tym ubraniu sportowym, będziesz natychmiast podejrzany.
- To co mam założyć?

background image

- Weź to - podał mi ciemnozielony kombinezon roboczy. - Kup sobie jakieś ciuchy robotnika. I 
ciężkie buty. Potem wróć tutaj i czekaj. Wkrótce będę miał dla ciebie kolejne zadanie. I oddaj mi 
kartę.
- Co? - W głowie wciąż mi wirowało. Żadnych więcej pobudzaczy przez jakiś czas.
- Kartę płatniczą, którą płaciłeś za ciężarówkę. Nie chcę, żebyś tutaj płacił nią za jakieś zakupy. - 
Podał mi zwitek banknotów. - Od tej pory posługuj się gotówką.
- Ale gdzie iść? Nie wiem nic o tym mieście. - Niedaleko stąd jest mechatarg.
- Podwieziesz mnie tam?
Przyjrzał mi się z lekkim obrzydzeniem.
- Niechętnie. Radź sobie sam. Po wyjściu skręć w prawo. Tylko nie siedź tam za długo.
- Taa, taaa... zaraz, czy drzwi nie są zamknięte?
- Oczywiście. Od zewnątrz. Igor wpuści cię z powrotem.
Ściągnąłem z grzbietu mój nieco już sfatygowany strój sportowy, ukrywając w dłoni telefon. Potem 
wsunąłem   go   w   kieszeń   tego   proletariackiego   ubranka,   w   które   się   przebrałem.   Umyłem   się, 
najlepiej jak mogłem, w tej zimnej i śmierdzącej nieco wodzie. Wysuszyłem moją drugą twarz i 
nakarmiłem ją resztą rosołu z puszki. Pomyślałem, że koniecznie muszę odnowić zapas rosołu z 
kury.
Kombinezon, który miałem na sobie, był mocno znoszony, ale czysty. Kiedy przygotowałem się do 
wyjścia, Kaiziego już nie było. Nie było też śladu po jego samochodzie.
Teraz  na   ulicy  panował  nieco   większy  ruch,  niż   kiedy  poprzednio  wędrowałem  tędy  w  nocy. 
Wszyscy jednak szli spiesznie przed siebie, bo też i niby po co mieli się zatrzymywać w tej ohydnej 
okolicy... Na kolejnym skrzyżowaniu, do którego doszedłem, kilku pieszych czekało na zmianę 
sygnalizacji świetlnej. Kiedy znalazłem się pomiędzy nimi, jakiś młody mężczyzna odwrócił się do 
mnie i wsunął mi w rękę kawałek papieru. Reklama? Jakiś uliczny kramarz? Spojrzałem na kartkę.
”Nic nie mów” - głosił napis, później jeszcze - ”odwróć”
Zrobiłem to. Tekst na drugiej stronie był dość intrygujący.
”Daj mi swój telefon”.
Czy to był napad uliczny? Teraz dużo uważniej przyjrzałem się facetowi, który podał mi kartkę. 
Był dobrze ubrany. Smagła skóra, ciemna broda i wąsy... I błękitne oczy, które doskonale znałem...
- Bolivar? - zapytałem samym ruchem warg.
Przytaknął i wyciągnął rękę. Podałem mu telefon i przyglądałem się z niejakim zainteresowaniem, 
jak przykleja do niego taśmę samoprzylepną. Światła zmieniły się i stojące przed nami samochody 
ruszyły   do   dalszej   jazdy.   Bolivar   przykleił   telefon   do   tyłu   najbliższego   z   nich.   Spokojnie 
patrzyliśmy, jak znikają nam z oczu. Już otwierałem usta, gdy znów zobaczyłem przed oczami 
kartkę z napisem - ”nic nie mów”. Ruchem dłoni nakazał, abym poszedł za nim w boczną alejkę. 
Tam wyciągnął z kieszeni wykrywacz i dokładnie mnie przeskanował. Wyjął z mojej kieszeni 
pięciokredytową   monetę,   potem   odciął   jeden   z  guzików   mej   bluzy.   Oba   przedmioty   ostrożnie 
włożył do małego pojemnika ekranującego fale elektromagnetyczne. Odezwał się dopiero wtedy, 
gdy go dokładnie zamknął.
- Cześć, tato - powiedział po prostu. - Na początku nie byłem pewien, czy to ty. Fajna nowa twarz. 
Ale poznałem cię po sposobie chodzenia. Naprawdę miło znów cię widzieć.
- Ja też się cieszę!
- Kiedy dzwoniłeś ostatni raz, złapałem sygnał podsłuchu w twoim aparacie. Dlatego ponownie 
puściłem tę nagraną wiadomość.
- Kaizi! Obawiałem się, że mógł zauważyć mój telefon.
- Na pewno zauważył. Ponieważ wiedziałem, jak cię namierzyć, śledziłem cię cały czas aż do tego 
miejsca. Dziś od rana przyglądam się waszemu magazynowi. Ale napad był klasa.
- Dziękuję, wiem. Tyle że zupełnie nie przyniósł mi zysku, jak pewnie się zorientowałeś. Jestem 
tylko pracownikiem Kaiziego i to on zgarnia cały zysk. Są jakieś wieści o mamie? - starałem się, 
by mój głos zabrzmiał spokojnie.

background image

- Żadnych. Ale wciąż się staram. Teraz, kiedy jest tu James, możemy zdwoić wysiłki.
- James! Miałeś go zatrzymać.
-   Ciężko   go   zatrzymać.   Ale   jest   dobrze   zamaskowany.   Przyjechał   tu   jako   agent   inwestycyjny 
Banco Cuerpo Especial.
- Czyli przybudówki Korpusu Specjalnego! Tutaj. - Dotarliśmy już w rejon mechatargu i dopiero 
teraz poczułem, jak bardzo jestem głodny i spragniony. - Najpierw jeść! - dodałem, wskazując 
jakiegoś fast fooda. Bolivar nie dotrzymał mi towarzystwa w pałaszowaniu niedźwiedzioburgera ze 
smażonymi konikami polnymi, co zdawało mi się najmniej trującą pozycją z dostępnych w menu. 
Ale dodał do mojego zamówienia jakieś niebieskawe piwo.
- James przywiózł także dokumenty i charakteryzację dla mnie. - Zamoczył wargi w winie, a potem 
mówił dalej. - Jestem teraz jego asystentem. Na razie więc opuściłem ten potworny show. Chociaż 
był całkiem zabawny... Nie bardzo tylko mogłem umawiać się na randki z dziewczętami. Inna 
sprawa, że jako żonaty mężczyzna i tak tego nie robię... Aha, przekopaliśmy tutaj sporo danych, za 
pomocą nieco lepszego sprzętu Korpusu Specjalnego i wiemy dużo więcej o twoim pracodawcy.
- Czy on naprawdę jest najbogatszym człowiekiem w galaktyce? - zapytałem, pracując z wysiłkiem 
szczęką, a potem wydłubując nóżkę konika polnego spomiędzy przednich zębów.
- Gdzie tam, daleko mu. Wprawdzie trochę trwało prześledzenie stanu jego majątku, ale wiemy 
teraz, że nawet nie jest właścicielem większości tych banków, do których się przyznaje.
- Spryciarz. Założę się, że one były tylko  przynętą, aby zwabić mnie do cyrku. - Zamówiłem 
jeszcze dwa piwa. Musiałem przytopić nieco te koniki polne, które teraz skakały w moim żołądku.
-   Te   dane   z   cyrkiem   to   też   była   lipa.   Wynająłem   prywatnych   detektywów   na   trzech   różnych 
planetach,   którzy   bezpośrednio   sprawdzili   miejscowe   bazy   danych.   Dane   dotyczące   cyrku 
pochodziły od hakera, co zresztą na miejscu łatwo było stwierdzić.
- Ale nie poszukując z innej planety. Dlaczego Kaizi zadał sobie cały ten trud?
Bolivar wysiorbał do końca piwo i zmarszczył brwi.
- Chciał cię mieć na tej właśnie planecie. Dlaczego, nie jesteśmy jeszcze pewni. Pierwszy pomysł - 
chce dokonać jeszcze kilku przestępstw i potrzeba mu kogoś, kto to za niego zrobi. Ponadto bardzo 
się też starał, abyś podjął pracę w Bolshoi Big Top. Sądzimy, że widział cię tam w roli szpiega. 
Sporo występów w tym cyrku jest tylko przykrywką dla działalności różnych intergalakrycznych 
organizacji. Może chciał z twoją pomocą je rozpracować.
Mój mózg wciąż huczał z nadmiaru wrażeń, podobnie zresztą jak mój żołądek. Niedaleko był Bar 
Zardzewiałego Robota. Wskazałem go.
- Przeniesiemy imprezę tam. Muszę napić się czegoś, co zabije tego niedźwiedzia i utopi wreszcie 
te świerszcze.
- Witam, witam - powiedział zardzewiały głos, gdy pchnąłem drzwi do baru. - To znaczy witam, 
jeśli macie powyżej osiemnastu lat.
- Mam powyżej osiemnastu lat - odparłem. - Chociaż teraz mam w głowie mózg pięciolatka. To 
jest jednak strasznie przygnębiające, jak łatwo wpadłem pod kontrolę Kaiziego. Muszę się niestety 
z tobą zgodzić. Cała ta bajka - banki, rabunki, przelewy - służyła tylko temu, aby ściągnąć mnie na 
tę obrzydliwą planetę, a potem szantażem zmusić do wykonywania za niego brudnej roboty.
Bolivar skinął potwierdzająco głową. Był tak samo przygnębiony jak ja. Zasiedliśmy przy barze.
-   Zardzewiały   Robot   pozdrawia   panów.   Czym   mogę   służyć?   Mam   każdy   napój   od   Ale   do 
Zygodactyl-pee.
Zardzewiały robot był naprawdę zardzewiały - antyczna, nitowana jeszcze, maszyna.
Spojrzałem po butelkach na półce.
- Coś, co dobrze zrobi na żołądek - powiedziałem.
- Gorzka miętowka - zadecydował, sięgając rozciągłą ręką ku gorej półce. Ciemny płyn zaczął 
parować w zetknięciu ze szkłem.
Wypiłem i beknąłem potężnie jak smok. Pomogło na żołądek, ale wciąż byłem w depresji.
- Jestem teraz stalowym niewolnikiem w rękach tego kryminalisty, władcy marionetek.

background image

- Trochę przesadzone, ale coś w tym jest. Aha, jeden fakt dotyczący naszego władcy marionetek 
wydaje się dosyć interesujący. Chociaż Kazi jest zamieszany w jakieś międzyplanetarne holdingi, 
większość   jego   interesów   znajduje   się   tu,   na   Fetor,   I   skupia   je   przede   wszystkim   Pierwszy 
Międzygwiezdny Bank Wdów i Sierot. Który zresztą dobrze znasz. Myślę, że zostałem dyrektorem 
tego Banku przede wszystkim dlatego, by mógł mieć mnie na oku, a potem oczywiście wrobić w 
ten napad.
- Też mam swój udział w napadzie, ponieważ pomagałem po nim posprzątać. Ten niby ukradziony 
łup był cały czas pod podłogą skarbca.
- A jeśli dodać do tego fakt, że on kontroluje też dość duże biuro maklerskie...
Słyszałem słowa, ale kompletnie nie rozumiałem ich znaczenia. Miętowa Gorzka mnie dopadła. 
Wyrzygałem ją na podłogę.
- Powiedz to jeszcze raz - wystękałem po chwili z nieco jaśniejszą głową.
- Mamy tu zdaje się do czynienia  z całym  łańcuchem powiązań finansowych  i przestępczych. 
Najpierw okrada własny bank. Kiedy kompania ubezpieczeniowa mu płaci, już podwoił pieniądze. 
Potem okrada następny bank, a odpowiedzialność spada na ciebie. Dalej szantażem zmusza cię do 
współpracy i napadu na konwój z pieniędzmi.  Które potem przepuści przez własny bank, aby 
dokonać inwestycji i zarobić następne pieniądze.
- Brawa dla niego - zaniosłem się dziwacznym chichotem. Bolivar uniósł brwi i przyjrzał mi się 
zaniepokojony.
- Chodź, usiądziemy gdzieś wygodniej, bo zaraz spadniesz z tego stołka barowego.
- Dobra - powiedziałem zgodnie, spadając ze stołka. Pozbierałem się ciężko. - Przepraszam. Przez 
kilka dni, kiedy przygotowywałem ten skok, byłem na środkach pobudzających. One chyba niezbyt 
dobrze komponują się z tymi  obrzydliwymi  napitkami.  Lepiej  już wrócę. Jak mam  się z tobą 
skontaktować?
Wyciągnął z kieszeni małe, apetycznie wyglądające zielone karteczki i na jednej z nich napisał 
numer.
- Dzwoń o każdej porze. Albo ja, albo James odbierzemy. Tylko najpierw sprawdź podsłuch.
Zapamiętałem numer, a potem zjadłem karteczkę. Miała smak mięty i na pewno pomogła mi na 
żołądek. Na koniec musiałem jeszcze poruszyć starannie unikaną kwestię.
- I szukaj wciąż matki. Pamiętaj, że najważniejsza rzecz to dowiedzieć się, gdzie jest więziona.
Twarz Bolivara spochmurniała.
- Wiem. Jak dotąd bez skutku. Zarówno jego bank, jak i biuro maklerskie zostały wykluczone. 
Żadnych ukrytych pomieszczeń, oprócz tego pod skarbcem, o którym wspomniałeś. Mała szansa, 
by mama tam była, ale postaram się sprawdzić to jakimś sprzętem wykrywającym.
- Zrób to.
- Odkryliśmy także, że Kaizi ma mieszkanko tutaj w mieście. Włamałem się tam. Zwykły włam 
rabunkowy   -   ukradłem   mu   telewizor.   A   przy   okazji,   nim   zaczął   działać   system   alarmowy, 
obejrzałem   dokładnie   to   miejsce.   Przypatrywaliśmy   się   uważnie   ruchom   Kaiziego   i   tutaj,   w 
Fetorsville, już nie znajdujemy żadnych podejrzanych miejsc. A jak w Słonecznym Mieście nad 
Morzem?
- Może. Ma tam biuro i garaż, ale nie widziałem żadnych ukrytych pomieszczeń.
- Daj mi adres. Przeszukam to dokładniej.
- Dobrze.
Napisałem adres w jego zielonym notesie. Wciąż byłem przygnębiony. Nie mieliśmy już o czym 
gadać. Wziąłem z powrotem urządzenia podsłuchowe, które Bolivar u mnie wykrył, i wsadziłem je 
do kieszeni. Tak więc, już w milczeniu pomachaliśmy sobie na pożegnanie. 
            Rozdział 17

Kupiłem   jeszcze   na   mechatargu   jakieś   nie   rzucające   się   w   oczy   ubranie   kilka   czystych 
prześcieradeł i koców. Jeśli już byłem skazany na dzielenie z Igorem tej ponurej nory, miałem 

background image

zamiar zapewnić sobie przynajmniej jako taki komfort. Mój żołądek miał się teraz nieco lepiej, 
chociaż wciąż padałem z nóg. Kupiłem jeszcze kilka puszek rosołu z kury dla mojej drugiej twarzy 
oraz kilka puszek piwa dla siebie.
Kiedy wreszcie dotarłem do magazynu, nogi niemal właziły mi w tyłek. Ponieważ nie zaufano mi 
na tyle, abym został zaszczycony kluczem, waliłem gwałtownie w drzwi, aż usłyszałem niechętny 
głos mojego kompana.
- Igor śpi - warknął.
- Nic nowego, mózg Igora zawsze śpi - odwarknąłem w odpowiedzi.
To przez to zmęczenie. Normalnie wiedziałem, że nie ma sensu wdawać się z nim w pyskówki i 
szukać przy okazji niepotrzebnych kłopotów. Nie nabijałbym się też z kogoś upośledzonego. Ale 
wtedy nie bardzo myślałem. Warknął coś niezrozumiałego. A kiedy wszedłem i przechodziłem 
obok niego, walnął mnie w łeb pięścią.
To nie było uderzenie, które miało zabić, czy choćby pozbawić przytomności. To był po prostu 
głos w dyskusji człowieka sfrustrowanego tym, że nie potrafi wyrazić słowami tego, co chciałby 
przekazać.   Poleciałem   jednak   na   podłogę,   a   moje   zakupy   rozsypały   się   na   wszystkie   strony. 
Jednocześnie nagle wybuchły we mnie tłumione wściekłość i frustracja, nagromadzone w ciągu 
ostatnich dni. Wyuczone odruchy wzięły górę nad rozsądkiem. Igor stał teraz nade mną. Jeden 
kopniak   w   kolano   i   sprowadziłem   go   do   poziomu.   Kiedy   przelatywał   obok   mojego   łokcia, 
wpakowałem   mu   go   w   splot   słoneczny,   pozbawiając   oddechu.   Wyłączyłem   go   już   z   walki   i 
powinienem na tym poprzestać. Mój gniew był jednak na tyle silny, że omal nie doszło do tragedii.
Zupełnie bez udziału świadomości lewą ręką opasałem szyję Igora, podczas gdy prawą zacisnąłem 
na  nadgarstku lewej, by docisnąć  dźwignię. Zabójczy chwyt.  Stały nacisk miażdży  tchawicę  i 
przerywa   przepływ   krwi   w   tętnicy   szyjnej.   Najpierw   następuje   utrata   przytomności,   a   potem 
śmierć. A gdyby chciało się skończyć sprawę jeszcze szybciej, nagła zmiana miejsca nacisku może 
złamać kręgosłup i wtedy śmierć następuje w sposób natychmiastowy.
Czerwona płachta gniewu przysłaniająca mi wzrok, znikła w ostatniej chwili. O milimetry od swej 
twarzy dostrzegłem wybałuszone oczy Igora i jego wywalony język. Był na skraju raju czy raczej 
piekła.
Wielkim wysiłkiem woli zmusiłem się do rozluźnienia uchwytu. Cisnąłem przeciwnika na ziemię i 
wstałem, oddychając ciężko. Igor miał wciąż zamknięte oczy, ale przynajmniej łowił już powietrze. 
Odczekałem,   aż   otworzy   oczy,   a   potem   trąciłem   go   lekko   czubkiem   buta   między   żebra,   aby 
zwrócić na siebie jego uwagę. Przystawiłem mu do oczu swoje niemal stykające się ze sobą kciuk i 
palec wskazujący.
- Tak blisko byłeś śmierci. Jeśli dotkniesz mnie jeszcze raz, przebędziesz całą drogę.
Potknąłem się, zbierając porozrzucane zakupy. Byłem zmęczony już poprzednio, teraz ten nagły 
skok adrenaliny wykończył mnie dodatkowo. Kiedy więc rzuciłem wszystkie puszki na łóżko, z 
największym wysiłkiem powstrzymałem się, aby nie paść tam w ślad za nimi. Nie było jednak zbyt 
mądrze   zasnąć   teraz,   gdy  Igor   niedługo   dojdzie   do   siebie.   Kto   wie,   może   w   jego   powolnych 
synapsach ukształtowałaby się myśl o zemście.
Nakarmiłem twarz, a potem rozejrzałem się wokół.
Po raz pierwszy wybrałem się na zwiedzanie położonej głębiej części składu. Przedarłam się przez 
warstwę kurzu i śmieci i dotarłem do tylnych drzwi częściowo przywalonych pustymi metalowymi 
bębnami. Odtoczyłem je na bok i znalazłem opancerzony motocykl.
Na pewno ten, który został użyty w drugim napadzie. Odsunąłem także i jego i odsłoniłem drzwi. 
Kryła się za nimi mała kanciapa kiepsko oświetlona odrobiną promieni słonecznych wpadających 
przez małe, brudne i pokryte pajęczynami okienko. Mimo wszystko pokój stanowił dla mnie pewną 
atrakcję. Przesunąłem znajdujące się pośrodku sfatygowane biurko pod ścianę i poszedłem po swe 
posłanie. Igora nigdzie nie widziałem, ale też, prawdę mówiąc, nie tęskniłem za nim. Przytarganie 
betów do tego bocznego pokoju do końca wyczerpało moje siły. Zdawało mi się, iż trwało to 
całymi godzinami. Drzwi do mojej nowej sypialni otwierały się do środka i nie miały, niestety, 

background image

zamka. Nie widziałem też niczego, czym mógłbym podeprzeć klamkę. Oparłem się o nie ciężko i 
rozejrzałem   się   wokół.   Biurko.   Było   wystarczająco   ciężkie,   aby   choć   na   chwilę   powstrzymać 
kogoś, kto chciałby tu wtargnąć. A to dałoby mi  czas, aby się obudzić i przygotować.  Kiedy 
przepchnąłem biurko do drzwi, byłem  już wykończony.  Rzuciłem  się bez czucia na bety.  Nie 
miałem nawet siły, by je rozłożyć.
Kiedy się obudziłem, promienie słoneczne wpadały przez okno, wprost na moją twarz. W gardle 
zaschło mi zupełnie, wargi był spierzchnięte. Przypomniałem sobie o piwie w samochłodzących się 
puszkach. Otworzyłem natychmiast jedną z nich. Piwo zabulgotało, łącząc się z chłodzącą chemią. 
Na zewnętrznych ściankach puszki pojawiły się kropelki wilgoci. Pochłonąłem lodowatą ciecz i 
poczułem się znacznie lepiej. Otworzyłem następną puszkę, ale upiłem z niej tylko ze dwa łyki, 
gdy znów dopadła mnie fala zmęczenia. Zapadłem w sen.
Był on na tyle głęboki, że walenie w drzwi nie zrobiło na mnie wrażenia. Udało mi się zgrabnie 
wkomponować te hałasy w jakiś złożony majak senny. Dopiero odgłosy przesuwającego się biurka 
zbudziły mnie w mgnieniu oka.
- Przestań! - wrzasnąłem Zerwałem się i wtedy przypomniałem sobie boleśnie o metalowym pręcie 
sterczącym nad moją głową. Ale odgłos szurania ucichł.
- Szef cię chce.
- Powiedz, że już idę... - wychrypiałem.
Poczułem się nieco lepiej, podstawiwszy łeb pod bieżącą wodę. Wytarłem się, założyłem twarz i 
wyszedłem na spotkanie mojego władcy.
Ocenił natychmiast mój fatalny stan, ale nie skomentował tego. Nieco za to wykrzywił wargi, gdy 
zbliżył się do stołu, na którym walały się resztki śniadania Igora. Zgarnął to wszystko na podłogę.
- Igor, sprzątnij ten chlew!
Usiadł na fotelu i czekał w milczeniu, aż mamroczący coś pod nosem Igor pozgarnia wszystkie 
resztki w jeden z kątów pomieszczenia. Zawsze to trochę lepiej wyglądało. Potem nasz uroczy 
kompan polazł na swój barłóg i włączył minitelepudło. Kaizi skinął na mnie. Usiadłem obok niego, 
ale ustawiłem krzesło tak, by nie tracić zupełnie z oczu Igora. 
- Co wiesz o obligacjach?
- Czy to ma coś wspólnego z ubikacją?
- Stroisz sobie żarty, czy jesteś takim samym imbecylem jak Igor? Obligacjach nie ubikacjach. To 
papiery dłużne.
- Ach tak. Nie wiedziałem...
Tak naprawdę, to wiedziałem o obligacjach co nieco, ale ponieważ Kaizi, zdaje się, przygotował 
wykład, nie chciałem psuć mu przyjemności moją znajomością tematu.
- Obligacje, w których jesteś takim dyletantem, to certyfikaty własności określonej części długu 
publicznego rządu albo przedsiębiorstw, na przykład linii lotniczych czy innych korporacji. Ich 
właścicielami są indywidualni pożyczkodawcy. Zazwyczaj opłatą za pożyczkę jest określona stopa 
oprocentowania.   Większość   obligacji   jest   zarejestrowana   na   określonych   właścicieli   i   jeśli   w 
wyniku  operacji  kupna i sprzedaży tych  właścicieli  zmieniają,  to również  się to rejestruje.  Są 
jednak tak zwane obligacje na okaziciela, które nie podlegają rejestracji. Mogą być łatwo zbywane 
i są równie płynną formą pieniądza jak gotówka Rozumiesz, o czym mówię?
- Kawałek papieru, który jest wart sporo szmalu, wszystko jedno kto ma go w łapie.
- No... ogólnie mówiąc - tak.
- I założę się, że wiesz, gdzie znajduje się duża ilość tych ubi... obligacji i chcesz, żebym je dla 
ciebie ukradł?
- Prosto z mostu, ale zgadza się.
- Dobrze. Ale zanim omówimy tą sprawę, udzielisz mi wiadomości o Angelinie.
- Czuje się dobrze i przesyła ci całuski - uśmiech Kaiziego był wyjątkowo odpychający.
- Nie traktuj mnie z góry z łaski swojej, draniu. Chcę mieć dowody, a nie twoje słowo, które mam 
w głębokim poważaniu.

background image

Rozejrzałem się wokół i mój wzrok padł na leżący na podłodze wydruk informacyjny.  Ten, z 
którego swego czasu wyczytałem nagłówki dotyczące naszego napadu. Podniosłem go, otarłem 
nieco z kurzu i podałem Kaiziemu.
-   Przywieź   mi   nagranie   wideo,   na   którym   wręczasz   te   papiery   mojej   żonie.   Niech   przeczyta 
wiadomości,  a potem pokaże je do kamery.  Ma też  powiedzieć  coś, co przekona mnie  do jej 
tożsamości. Powiedz to Angelinie. Na pewno coś wymyśli.
Przygryzł w zamyśleniu wargę, a potem potrząsnął głową.
- To będzie trudne i zabierze zbyt dużo czasu. Odmawiam.
- Radzę tak zrobić. Bo nie mam zamiaru wykonać dla ciebie ani jednego więcej skoku, jeśli nie 
zobaczę jej żywej.
Znowu się zamyślił, ale chyba uznał, że mówię serio. Naprawdę nie miałem zamiaru mu pomagać, 
bez zdobycia pewności, co do losu Angeliny.
- Dobrze. Zrobię to. Ale w tym czasie musisz dokładnie przestudiować plany pewnego budynku i 
opanować rozkład pomieszczeń tak, abyś mógł się kręcić tam z zamkniętymi oczami.
Czemu nie? I tak nie miałem na razie nic ciekawszego do roboty.
- Dobrze. Pokaż, co tam masz.
Wyjął z walizki komputer i położył go na stole pomiędzy nami.
- Wstawiłem do tego budynku, już bardzo dawno temu, swojego kreta, który wykonał dla mnie te 
fotografie.
Wstukał   komendę   i   wyrósł   przed   nami   hologram   jakiejś   olbrzymiej   białej   struktury.   Potężne 
kolumny podtrzymywały gigantyczną bramę. Ku głównemu wejściu wiodły olbrzymich rozmiarów 
schody,   a   gdy   kamera   zbliżyła   się,   mogłem   odczytać   wyryty   w   marmurze   napis:   ”Centralny 
Depozyt Planetarny”.
-   Niech   zgadnę   -   powiedziałem.   -   Gdzieś   w   tym   mauzoleum   pieniądza   jest   pokój   lub   pokoje 
wypełnione tymi ubikacjami na okaziciela?
- Zgadza się - odparł Kaizi bez cienia uśmiechu.
- Wejście główne - zakomunikował komputer głębokim męskim głosem.
- W czasie, kiedy mnie nie będzie, zwiedzisz dokładnie ten budynek. Możesz po nim wędrować w 
rzeczywistości wirtualnej, więc przyjrzyj się wszystkiemu uważnie. Otwórz i zamknij wszystkie 
drzwi,   zapamiętaj   każdy   szczegół.   Kiedy   wrócę,   będę   oczekiwał   pełnej   znajomości   rozkładu 
pomieszczeń. Jak to opanujesz, powiem ci, co jest do zrobienia.
Zastanowiłem się nad jego słowami. Potem przytaknąłem.
- Dobra. I tak się nigdzie nie wybieram.
Zbierał się już do odejścia, gdy zatrzymałem go jeszcze na chwilę.
- Czy Igor też będzie brał udział w następnej robocie?
- Tak mi się wydaje. Tak. Sądzę, że będzie potrzebny.
- Więc musisz go nieco postraszyć. Uderzył mnie... A ja uderzyłem jego. Dość mocno. Przekonaj 
go, że jeśli spróbuje jeszcze raz, będzie martwy.
- Igor! - krzyknął nasz władca.
Mój uroczy towarzysz uniósł oczy znad ekranu. Niechętnie podszedł do nas.
- Zdaje się, że ty i Jim mieliście tu małą różnicę zdań.
- Nie lubię go.
-   Ja   też   nie.   Ale   musimy   pracować   razem.   Będziesz   na   niego   uważał   i   strzegł   go.   Bo   jeśli 
cokolwiek mu się przytrafi, to samo stanie się z tobą. A jeśli będziesz próbował zwiać, na pewno 
cię znajdę. Pamiętasz ostami raz?
Igor wyglądał w tym momencie nieszczególnie, uciekał ze spojrzeniem, nerwowo miętosił nogawki 
spodni.
- Pamiętam...
- To dobrze. Więc nie będę musiał ukarać ciebie po raz drugi... Kaizi, zanim wyszedł, zwrócił się 
jeszcze do mnie.

background image

- Jesteś bezpieczny. Masz jeden dzień. Kiedy wrócę, chcę zobaczyć, że znasz ten budynek jak 
własną kieszeń.
- Będę... Jeśli tylko przywieziesz mi film. I jeszcze coś. Chcę klucz do zewnętrznych drzwi. Nie 
mogę jeść tego, co je ta świnia.
Podjął szybką decyzję i rzucił klucze na stół. Wyszedł, a ja zasiadłem przed komputerem.
Byłem naprawdę zainteresowany budynkiem Depozytu. Czemu nie? Wystarczyło tylko wyobrazić 
sobie forsę, która tam się mieściła. Kiedy obszedłem główne pomieszczenia i dość dobrze już 
orientowałem się w ich rozkładzie, zacząłem przyglądać się co bardziej interesującym skarbcom. 
Banknoty,  świeżo tłoczone  monety.  Całe  ich stosy i piramidy.  Naprawdę bardzo sympatyczny 
widok.
Po kilku godzinach wiedziałem już wszystko, czego było trzeba, aby usatysfakcjonować mojego 
pracodawcę. Ziewnąłem i przeciągnąłem się. Czas na piwko. Albo na jedzonko. A może i na oba 
naraz. No i miałem mnóstwo czasu, by porozmawiać z bliźniakami.
Igor spojrzał na mnie, gdy zbliżałem się do drzwi, ale prawie natychmiast ponownie wlepił oczy w 
ekran. Właściwie było mi go nawet żal. Jednak przechodząc obok, starałem się nie patrzeć na to, co 
oglądał. Wystarczały te wrzaski i jęki, które słyszałem, aby zniechęcić się do dyskutowania z nim o 
sztuce.
Zapuściłem się nieco głębiej w uliczki mechatargu, aż znalazłem wyższej klasy restaurację, gdzie 
szefem kelnerów był nawet człowiek... albo perfekcyjnie wykonany robot.
- Dzień dobry panu. Obiad zaraz będzie podany. Dzisiaj polecamy stek. Genetycznie odtworzony 
stek   z   prawdziwego   jurajskiego   brontozaura.   Przepyszny,   przysmażony   zgodnie   z   życzeniem. 
Standardowa porcja to jeden kilogram, ale dla naprawdę głodnego gościa możemy przyrządzić 
porcję dowolnego rozmiaru. Dziesięć, dwadzieścia, trzydzieści kilo...
Uniosłem dłoń, prawie tracąc ochotę na jedzenie...
Ale kuchnia była dobra, obsługa sprawna, a napitki smaczne i zimne. W znacznie lepszym humorze 
udałem   się   do   sklepu   z   telefonami,   który   zwiedzałem   już   wcześniej.   Tym   razem   wybrałem 
najtańszy   model   i   znalazłem   cichą   alejkę,   by   spokojnie   porozmawiać.   Najpierw   oczywiście 
pozbyłem się trzymanych w kieszeni pluskiew. Położyłem je na ziemi i odszedłem nieco dalej.
- Tato! Dobrze znów cię słyszeć. Widzieliśmy, jak Kaizi opuszczał magazyn. Straciliśmy go z oczu 
na komputerostradzie.
- Jechał na północ?
- Tak jest.
- Tak przypuszczałem.
Opisałem moje żądanie, dotyczące uzyskania przekonujących dowodów na temat dobrego stanu 
Angeliny. Opowiedziałem również o planach kolejnego przestępstwa.
- Przypuszczam, że może jechać do Słonecznego Miasta. Na pewno ma tam rezydencję. Kiedy 
powiedział, że zrobienie tego filmu zajmie za wiele czasu, byłem już pewien, że nie trzyma matki 
w tym mieście.
- Więc co robimy?
- To, co robiliście do tej pory. Jedźcie za nim i miejcie go na oku. Ale ostrożnie, tak, żeby się nie 
zorientował i nie nabrał podejrzeń.
-   Zrobimy   nawet   coś   lepszego.   Ja   będę   miał   na   oku   Kaiziego.   A   James   zgodnie   ze   swoimi 
umiejętnościami informatycznymi skontroluje nieco bazy danych Słonecznego Miasta. Spróbujemy 
ustalić, gdzie znajdują się nieruchomości Kaiziego.
- Świetnie. Zadzwonię jutro, gdy będę wiedział coś więcej na temat naszego następnego skoku.
Wyrzuciłem telefon do kosza i pozbierałem troskliwie swoje prywatne pluskwy. Włożyłem je na 
powrót do kieszeni.
Od razu po tej rozmowie z chłopcami poprawił mi się humor. Dobry nastrój psuła mi jedynie myśl 
o Angelinie wciąż znajdującej się w niebezpieczeństwie. Byłem też znacznie wzmocniony na ciele 
przez sporą ilość zwierzęcego białka, jakie spożyłem. Z drugiej strony, czy miałem już wracać do 

background image

tej ciemnej nory i spędzać czas w obecności Igora? W tak piękny i słoneczny dzień? Dostrzegłem 
kątem oka bar. To jest to. Kilka piwek nie zaszkodzi.
Dostrzegłem   przy   wejściu   maszynę   z   papierowymi   gazetami.   Wielka   rzadkość   w   naszym 
informatycznym społeczeństwie. Próbowałem wyobrazić sobie kogoś na tyle biednego, by nie stać 
go było na komputer z kanałami informacyjnymi, i jakoś nie bardzo mi się to udawało. Ale jednak 
musieli tacy istnieć na Fetor, bo po wrzuceniu monety do maszyny, trzymałem w ręku niezbity tego 
dowód.
Przejrzałem   pobieżnie   nagłówki,   sącząc   piwo.   Jeszcze   więcej   histerii   z   powodu   moich 
dotychczasowych   wyczynów,   wraz   z   zupełnie   zmyśloną   biografią   Stalowego   Szczura.   Byłem 
według   nich   odpowiedzialny   za   niemal   każde   poważne   wykroczenie   przeciwko   prawu,   jakie 
zdarzyło się w galaktyce w ciągu ostatnich czterdziestu lat. Na wewnętrznych stronach znalazłem 
inną ciekawostkę - ”Strajk za siedem dni” - widomy znak ciężkiej pracy GarGoyla. A także i 
Puissanto - ”Skandal podatkowy niszczy prominentnego bankiera”. Niestety, nie było to o Kaizim. 
Skoro już czytałem o bankach, zajrzałem też na strony finansowe.
WIELKOŚĆ WKŁADÓW BANKOWYCH OSIĄGA NOWE DNO.
STOPA KREDYTOWA FETOR DRŻY. GWAŁTOWNY WZROST SPRZEDAŻY OBLIGACJI 
MUNICYPALNYCH.
Ziewnąłem. Byłem szczęśliwy, że to James jest bankierem, a nie ja. To jednak cholernie nudna 
lektura, te kolumny ekonomiczne. Przeszedłem do strony z krzyżówkami i sięgnąłem po pisak. 
            Rozdział 18

To było niemal jak dzień urlopu - coś, czego nie doświadczyłem od czasu naszego zakończonego 
katastrofą pikniku, kiedy to przeklęty Kaizi pojawił się w naszym życiu. Wprawdzie nie mogłem 
zrelaksować   się   zupełnie   -   mojej   Angelinie   wciąż   groziło   przecież   niebezpieczeństwo   -   ale 
przynajmniej mogłem próbować.
Siedziałem   nad   gazetą   tak   długo,   jak   tylko   mogłem.   Wreszcie   wyczytałem   wszystkie   literki   i 
niechętnie powlokłem się w stronę magazynu. Zabrałem komputer Kaiziego do mojej celki. Jeszcze 
kilka razy przemierzyłem wszystkie wirtualne korytarze i pokoje, aby przećwiczyć pamięć. Potem 
znalazłem   telewizyjną   funkcję   komputera   i   odkryłem,   że   mam   stąd   dostęp   do   ponad   tysiąca 
programów.   Tysiąca   bzdurnych,   ogłupiających   programów.   Ktoś   kiedyś   już   powiedział,   że   na 
świecie   jest   więcej   śmieciarzy   niż   profesorów   uniwersytetu.   A   nie   trzeba   było   geniusza,   by 
stwierdzić, dla której z tych grup robi się większość programów. Było za to dużo audycji dla Igora. 
W końcu jednak, za dodatkową opłatą - konto Kaiziego wytrzyma ten wydatek - uzyskałem dostęp 
do   kanału   historycznego.   Zdobyłem   sporo   informacji   o   zasiedlaniu   planet   i   zbrodniach 
popełnianych   na   miejscowych   formach   życia.   Przyglądałem   się   temu   bez   współczucia. 
Wiedziałem, że w galaktyce pozostało jeszcze wiele form życia, którym sam z chęcią zgotowałbym 
podobny los.
Kaizi przyjechał następnego dnia późnym rankiem z małą walizeczką.
- Nastąpiła mała zmiana planu...
- Z pewnością - przerwałem mu. - Ale nie będziemy o tym rozmawiać, dopóki nie zobaczę twojej 
produkcji filmowej. Dawaj.
Wyciągnął kartę magnetyczną i wsunął ją do komputera. Ekran rozjarzył się, a ja uśmiechnąłem się 
szeroko   i   rozluźniłem,   dopiero   w   tym   momencie.   Zdałem   sobie   sprawę,   jak   bardzo   byłem 
dotychczas spięty.
- Cześć, Jim - powiedziała Angelina. - Jak widzisz, czuję się dobrze, podobnie jak Gloriana. - 
Usłyszałem   odgłos   cichego   chrząknięcia,   którym   świniozwierz   zareagował   na   swoje   imię.   - 
Chociaż wydaje mi się, że z braku ruchu przybrałam nieco na wadze.
- Wyglądasz wspaniale! - krzyknąłem.
- Tu są nagłówki, które chciałeś zobaczyć. O największym napadzie stulecia - tak to nazywają. Nie 
będę   ci  jednak  gratulować,  ponieważ  jak  się  domyślam,   cały  zysk   przypadnie   tej   obrzydliwej 

background image

kreaturze, która stoi teraz przede mną i trzyma kamerę. Wróć z tym obiektywem! - Krzyknęła, gdy 
obraz   na   chwilę   pociemniał.   Pojawiła   się   znowu.   -   Przepraszam   za   przerwę.   Ale   musiałam 
przekonać   pewną   osobę,   że   pierwsza   część   tego   przedstawienia   w   dobie   obecnych   cudów 
technicznych z łatwością mogła być spreparowana. To natomiast, co nie może być spreparowane, 
to wspomnienia, które mamy tylko ty i ja. Więc cofnij się myślami wiele lat wstecz, jak również 
wiele lat świetlnych stąd, do miejsca i czasu, gdy spotkaliśmy się po raz pierwszy. Zawsze noszę na 
szyi medalion. Pamiętasz, co w nim wtedy było?
Jak   mógłbym   kiedykolwiek   zapomnieć.   Fotografia,   na   którą   spojrzałem   tylko   przez   ułamek 
sekundy, nim ją zniszczyła. Fotografia z jej, można by to tak nazwać, poprzedniego życia. Nie była 
wtedy piękna... Nie była nawet przeciętna. Zresztą z tego właśnie powodu Angelina trafiła do 
przestępczego świata. Aby zebrać wielką sumę na niezbędne operacje plastyczne. Nigdy od tamtej 
pory nie rozmawialiśmy o tym zdjęciu. Fakt, że teraz sama wspomniała fotografię, musiał być 
jakąś wskazówką. Nie miałem jednak pojęcia, o co mogło chodzić mojej żonie.
- Tam była moja fotografia. Uważaj na siebie, kochanie. Potem obraz zgasł.
- Dobra, bierzmy się do pracy - powiedziałem.
- Jak już wspomniałem, nastąpiła zmiana strategii. Obligacje czekały sobie cierpliwie przez długi 
czas w skarbcu, więc nic im się nie stanie, jak poczekają dłużej. Najpierw wypełnisz inne zadanie...
- Czekaj chwilę. Kiedy to się właściwie skończy? Jak wiele przewidujesz dla mnie zadań, zanim 
nasza, jakże miła, współpraca dobiegnie końca?
Kaizi podrapał się po podbródku.
- To jest właściwe pytanie. Nie mogę pozwolić, aby upadł w tobie duch, jeśli będziesz sądził, że 
twoja praca i więzienie twojej żony będą trwać w nieskończoność. Moje interesy naprawdę już 
wkrótce   dobiegną   końca.   Jeśli   tylko   wypełnisz   dokładnie   rozkazy,   gwarantuję   ci,   że   kradzież 
obligacji będzie twoim ostatnim zadaniem. Potem odjedziesz wolny. Tak, właściwie to nawet będę 
na to nalegał. - Sam?
- Oczywiście, że nie. Opuścisz tę planetę wraz z żoną, na tym samym statku.
Nie wierzyłem w ani jedno jego słowo, ale na razie nie miałem żadnej alternatywy. Więc trzeba 
było tańczyć, jak mi grał.
- Dobrze. Więc co teraz?
- Energia atomowa i generatory elektryczności. To właśnie utrzymuje przy życiu nasze techniczne 
społeczeństwo. Co o tym wiesz?
- Nic. Mam tyle wiedzy, czy może wiary, że jak wcisnę przycisk, zapali się światło.
- Spójrz na to. - Otworzył walizeczkę i wyciągnął zestaw szkiców technicznych i map. - To jest 
generator  atomowy na wyspie  Sikuzote.  O, tutaj widzisz go na mapie.  Znajduje się niedaleko 
południowego wybrzeża, oddzielony od kontynentu kanałem. Pojedziesz tam...
- Jak?
- Pociągiem. Jest tam bezpośrednie połączenie z tutejszej stacji centralnej. Będziesz miał nowe 
dokumenty, zgodne z twoją nową twarzą. Pojedziesz jako turysta. Południowe wybrzeże słynie z 
kamienistych  plaż  i innych  prostych  rozrywek.  Jak również  kasyna  w Swartzlegen.  Robotnicy 
bardzo lubią jeździć tam na wypoczynek.
- Nie jeżdżą na północ, do Słonecznego Miasta?
-  Nie.   Nie  są  tam   mile   widziani.  -  Miał   obojętny  wyraz   twarzy,  ale  w   jego  głosie   słyszałem 
wyraźny ton wyższości. - Ponieważ na południu dużo pada, plaże nie są za bardzo uczęszczane. 
Zorganizowano za to wiele rozrywek, którym można się oddawać we wnętrzu budynków. A jedną 
z tych  atrakcji jest wycieczka  z przewodnikiem  po elektrowni  atomowej.  Dość popularna i w 
dodatku darmowa. Pójdziesz na tę wycieczkę.
- Słuchaj, Kaizi. Mógłbyś mi choć w przybliżeniu wyjaśnić, o co chodzi? Przecież tam chyba nie 
ma nic, co by warto ukraść?
Pomyślał przez chwilę.

background image

- Masz rację. W twoim zadaniu nie będzie tym razem żadnych aspektów finansowych. Tym zajmę 
się ja. Ty natomiast przeprowadzisz mały sabotaż przemysłowy.
- Jaki? Mam wysadzić albo stopić reaktor atomowy?
- Tak. Dokładnie coś takiego mam na myśli.
- Co to, to nie! - Zerwałem się na równe nogi i nerwowo przemierzyłem cały pokój. - To nie jest 
moja specjalność. I nie mam zamiaru potem świecić w ciemnościach.
Niespecjalnie się przejął moją reakcją.
- Zamknij się. Siadaj. I popatrz na to.
Rozłożył plany poszczególnych poziomów reaktora. Z bardzo zresztą nieatrakcyjnymi podpisami, 
np. ”odpady radioaktywne”, ”komora prętów chłodzących”, ”pomieszczenie reaktora”.
- Jedyne, co musisz zrobić, to powstrzymać dostawy energii elektrycznej.
- Na jak długo?
- Najmniej kilka tygodni. Najlepiej miesięcy. Ten generator dostarcza energii prawie jednej trzeciej 
Fetor. Jego uszkodzenie wywoła więc poważne reperkusje finansowe.
Zaczynałem rozumieć, o co mu chodzi.
- I znowu pieniądze, co Kaizi? Zdaje się, że ostatnio gospodarka Fetor w ogóle przeżywa ciężkie 
chwile, jeśli wierzyć pismakom. Rabunki bankowe, napady na konwoje z pieniędzmi, rozruchy 
wśród klasy pracującej. A teraz jeszcze kryzys energetyczny. Jeśliby ktoś przewidział, co się stanie, 
mógłby zakupić wiele akcji konwencjonalnych elektrowni. Ta osoba sporo na tym zarobiła. Nie 
sądzisz?
- Sądzę di Griz, że zaczynasz rozmyślać o rzeczach, które ciebie nie powinny interesować. Zajmij 
się tym, co umiesz robić najlepiej. A finanse i zyski zostaw mnie. Jak zamierzasz unieruchomić 
elektrownię?
- Nie mam najmniejszego pojęcia. - Uniosłem plany do światła, ale w głowie nie rodziła się żadna 
myśl. Wyłączenie reaktora na pewno by załatwiło sprawę. Ale to jest ostateczna opcja. To by 
oznaczało penetrację zastrzeżonych pomieszczeń, kłopoty z alarmami i strażnikami. I wreszcie jak 
to zrobić? Nie mam wystarczającej wiedzy technicznej. Odłożyłem plany. - Myślę, że powinienem 
pojechać jako turysta i obejrzeć wszystko na miejscu. Potem się z tobą skontaktuję. Nie wiem, jak 
mogę tam na wybrzeżu zakupić niezbędne materiały. Czy będziesz mógł mi je posłać ciężarówką?
- Za długo i za wolno. Pociąg jest lepszym pomysłem. Prowadzą takie usługi.
Pomyślał jeszcze chwilę, a potem wyciągnął ze swej walizki plastikowy cylinder.
- Co to jest?
- Playtexx. Całkowicie ekranowany, nie do wykrycia. Podał mi cylinder, który wziąłem z pewnym 
wahaniem.  To   był  najpotężniejszy  ze   znanych   materiałów  wybuchowych.  Wiedziałem,   że  taki 
istnieje, ale nigdy dotąd nie zetknąłem się z nim osobiście. Zazwyczaj zresztą nie robię zbyt dużo 
hałasu.
- Jak to jest stabilne? - zapytałem.
- Jak bryła mokrej gliny. Możesz nawet do tego strzelać albo na tym skakać - nie wybuchnie. Tu 
jest   jedyna   rzecz,   która   to   odpali.   -   Podał   mi   dysk   czasowy   ze   sterczącym   z   niego   ostro 
zakończonym szpikulcem. - Ustawisz zegar. A potem przebijesz plastikowy cylinder. No i opuścisz 
oczywiście to miejsce. A teraz zapakuj wszystko do torby razem z jakimiś ciuchami. Wyjeżdżasz 
natychmiast. Oczekuję raportu najpóźniej jutro.
Otworzyłem usta, żeby zaprotestować, ale od razu je zamknąłem. Wiedziałem, że protesty nie mają 
sensu. Wakacje w sympatycznym  Swartzlegen zapowiadały się miło. Kaizi osobiście podwiózł 
mnie na stację. Dał mi nowy zwitek banknotów i telefon. I dołączył całą serię poleceń, których w 
ogóle nie słuchałem. Wiedziałem, co należy zrobić. Coś bardzo niebezpiecznego, może śmiertelnie 
niebezpiecznego... Ale za to na słonecznym południu.
Padać zaczęło, jak tylko  pociąg dojechał do południowych  równin. Krajobraz stawał się coraz 
bardziej   przygnębiający.   Wokół   piętrzyły   się   czarne   skały,   pomiędzy   jeszcze   czarniejszymi 
skałami, i pod najczarniejszymi ze wszystkiego chmurami. Ale chyba tylko na mnie oddziaływało 

background image

to tak depresyjnie. Poza mną wszyscy upijali się na wyścigi. Mężczyźni przynajmniej. Kobiet w 
ogóle było bardzo niewiele, a jeszcze mniej dzieci. Na końcu każdego wagonu znajdował się bar i 
robił   naprawdę   niezły   obrót.   Widać   urlopy   rodzinne   nie   rozpowszechniły   się   na   tej   planecie. 
Wyjazd był ucieczką dla chłopaków, ucieczką od pracy i domu. Dodatkowo mieli okazję wydać 
parę kredytów na proste rozrywki, zanim znów wrócą do rozkoszy przemysłowego życia.
Kilka godzin później dotarliśmy do tego robotniczego raju.
Stacja końcowa Swartzlegen wychodziła prosto w morze. Wielopoziomowa promenada biegła stąd 
w obu kierunkach wzdłuż wybrzeża, aż dokąd mogłem sięgnąć wzrokiem. Przechyliłem się przez 
barierkę i mimo deszczu przyglądałem się falom wdzierającym się głęboko na pokryte czarnymi 
kamieniami nabrzeże. Każda z nich, cofając się, zabierała kamyki ze sobą i stukot tych kamieni 
brzmiał harmonijnie jak odległe podwodne grzmoty. Prawdziwe grzmoty usłyszałem wkrótce z 
góry. Czarne niebo rozświetliły ognie błyskawic. Huknęły pioruny. W blasku siekących w morze 
błyskawic ujrzałem przez chwilę odległy brzeg, a na nim zarysy zabudowań. Wyspa Sikuzote i 
generator atomowy.  Odwróciłem się plecami do morza i przyjrzałem się budynkom po drugiej 
stronie promenady. Domy rozrywki, bary, restauracje, bary, małe hoteliki, bary, elektronika, bary, 
sklepy z pamiątkami, bary, telefony, bary. Trzeba było zgrać się z tym miejscem, a więc... W 
pociągu nic nie piłem. Czas więc było nadrobić zaległości. Trzeba wejść do najbliższego baru i 
zamówić   piwko.   Najpierw   jednak,   nim   zamoczę   w   alkoholu   usta,   powinienem   zadzwonić   do 
Bolivara.   Przede   wszystkim   jednak   odwiedziłem   sklep   elektroniczny   i   zakupiłem   wykrywacz 
podsłuchu. Włączyłem go i przeleciałem wzdłuż swego ciała. Piszczał właściwie non stop, jak gra 
komputerowa. Kaizi chyba naprawdę mi nie ufał. Zacząłem więc zbierać wszystkie monety, guziki, 
dyski, nawet końcówkę sznurowadła w moich nowych butach, no i oczywiście telefon, który mi 
dał. Zaczynała mnie męczyć ta ciągła konieczność utrzymywania napiętej uwagi. Podszedłem do 
balustrady   i   wyrzuciłem   cały   ten   śmietnik   do   wody.   Dopiero   potem   kupiłem   nowy   telefon. 
Wsadziłem go do torby i wreszcie mogłem wstąpić do najbliższego baru. Tam zamówiłem piwo i 
znalazłem   pusty   stolik.   Co   zresztą   nie   było   takie   trudne,   bo   knajpa   w   ogóle   była   pusta. 
Wyciągnąłem telefon i wybiłem numer. Bolivar odebrał po trzecim sygnale.
- Dobrze, że się odezwałeś. Jak dotąd poszukiwania chałupy Kaiziego w Słonecznym Mieście są 
bezskuteczne, ale James wciąż nad rym pracuje. Co z tobą?
-   Jestem   w   podróży.   Wykonuję   właśnie   nowe   zadanie.   -   Opowiedziałem   mu   o   planowanym 
sabotażu i o mojej głównej roli w tym scenariuszu.
- Brzmi to dość niebezpiecznie. Może będziesz potrzebował pomocy?
- Chyba nie, ale dziękuję. Jeśli nie będę mógł tego zrobić sam, prawdopodobnie w ogóle jest to 
niemożliwe. Lepiej zapisz mój numer i dzwoń, jeśli coś się zmieni na korzyść.
- Dobra, zapisałem. Trzymaj się.
Trzymać   się.   Doceniałem   jego   życzenie,   ale   niewiele   mogłem   zrobić.   Wyłączyłem   telefon. 
Zmieniłem   ustawienie   sygnału   z   dzwonka   na   wibracje.   Dopiłem   resztę   piwa,   wziąłem   torbę   i 
podszedłem do baru.
-   Prawdziwie   deszczowy   dzień   dzisiaj   -  zagadałem   do  barmana.   Polerował   właśnie   szklanki   i 
przyglądał się pracy robotów kelnerów.
- Każdy jest deszczowy. - Facet miał mimo wszystko poczucie humoru.
- Nie za dużo gości.
- Nie ta pora dnia. Będą po zmroku.
- Słyszałem, że są stąd wycieczki do elektrowni?
- Do Volt City? Nie ma tam co oglądać. Ale przynajmniej jest sucho.
Odłożył wypolerowaną na glanc szklankę i sięgnął po następną. Wskazał palcem na okno.
- Tam na dole. Obok pomostu. Wycieczki co pół godziny przez cały dzień. Promem.
- Wspaniale - powiedziałem z udawanym entuzjazmem.
- Lepiej zostań tutaj. Zjedz coś i wypij. A zresztą, jak chcesz.
- Mogę zostawić tu torbę?

background image

- Dziesięć kredytów - powiedział.
Podałem mu ją, wyjąwszy wcześniej telefon.
- Nie zamykamy całą dobę. - Schował torbę za kontuarem.
Podniesiony nieco na duchu tak miłym przyjęciem, wyszedłem znów na deszcz. Czyżby przestawał 
padać... Trudno było powiedzieć, wiatr niósł też bryzgi od strony morza. Przy pomoście kołysał się 
wściekle na falach mały prom o wdzięcznej nazwie - Panna Kilowatt. Nie wzbudzał specjalnie 
zaufania, ale przynajmniej przestało padać, chociaż wiatr nie ustawał.
-   Witamy   na   pokładzie   Panny   Kilowatt   u   startu   wielkiej   wyprawy.   -   Powitała   mnie   bardzo 
znudzona dziewczyna w elektrycznym niebieskim uniformie. Wręczyła mi broszurę reklamową. - 
Odbijamy za dziesięć  minut  i będzie  to początek  najbardziej  pasjonującej podróży w pańskim 
życiu. - Mówiła to takim tonem, jakby zapowiadała raczej moją ostatnią podróż.
Poszedłem na dziób i usiadłem na mokrej ławie. I tak byłem cały przemoczony, więc nie robiło mi 
to   specjalnej  różnicy.  Przejrzałem  szybko  broszurkę,  a  potem  wsadziłem  ją  pod  tyłek.   To  też 
zresztą niewiele zmieniło - wciąż było mokro. W kilka minut później kotły Panny Kilowatt ożyły i 
prom odbił powoli od nadbrzeża. Teraz, gdy nie padało, nieco lepiej mogłem się przyjrzeć naszemu 
celowi.   Niemal   płaska   wysepka,   o   której   skalisty   brzeg   biły   białe   grzywacze.   Kilka   białych 
budynków przylegających  do jednego większego. Z całej tej struktury wyrastał wysoki komin, 
który   wypuszczał   wąskie   pasemko   dymu.   Bez   wątpienia   roznosząc   odpady   radioaktywne   po 
okolicy.  Z najbardziej od nas oddalonej części zabudowań wyłaziły grube czarne zwoje kabla, 
które   tworzyły   masywne   wieże   transformatorów.   Dalej   przewody   biegły   nad   kanałem   ku 
znajdującej się na skalistym wybrzeżu olbrzymiej wieży trakcyjnej. Kolejne takie kolumny stały 
dalej  w głębi  lądu. To dzięki  nim odbywał  się transport tych  wszystkich  dżuli i amperów  do 
miejskich kompleksów przemysłowych. Inspirujące.
Kanał nie był przyjemny do przeprawy, ale na szczęście podróż trwała krótko. Z ulgą włączyłem 
się w tłum spieszący ku wyjściu. Szedłem wraz ze wszystkimi wzdłuż nadbrzeża ku kompleksowi 
budynków.   Stanęliśmy   przed   szeroką   bramą   rozświetlaną   co   moment   błyskami   światła   we 
wszystkich kolorach tęczy. Obrazu dopełniała nastrojowa ponura muzyka.
- Witamy - powiedział głos automatu. - Witamy na wielkiej trasie elektrycznej. Nasi przewodnicy, 
czekający za tą bramą, już wkrótce wytłumaczą wam, w jaki sposób generator atomowy czyni nasz 
świat znacznie przyjemniejszym.
Musieliśmy   przejść   w   pojedynczym   szeregu   przez   wąskie   przejście.   Stał   w   nim   strażnik   w 
uniformie z czymś w rodzaju licznika, który zbliżał do każdego z wchodzących. Nie, nie każdego. 
Mała   dziewczynka   i   jej   matka   zostały   pominięte,   a   więc   w   grę   wchodzili   tylko   mężczyźni. 
Zwróciłem dokładniejszą uwagę na jego pracę, kiedy podszedłem bliżej. Zbliżył  do mnie swój 
przyrząd i spojrzał na wyświetlone na nim cyferki.
- Numer pięćdziesiąt - powiedział głośno i uśmiechnął się do mnie. - To jest twój szczęśliwy dzień 
i wygrałeś  wartościową nagrodę wartą dwieście kredytów. Proszę wejdź do tego pokoju. Tam 
czeka na ciebie nagroda.
Wręczył mi złoty dysk z wyrytym na nim symbolem błyskawicy. I wskazał palcem drzwi z takim 
samym   symbolem.   Nie   podobało   mi   się   to   oddzielenie   od   tłumu,   ale   nie   odważyłem   się 
zaprotestować. Potulnie wziąłem dysk i poszedłem za nim przez wskazane drzwi. Zatrzasnął je po 
naszym przejściu z nie wróżącym nic dobrego łoskotem.
-   Na   dzisiaj   to   ostatni,   Geuka   -   powiedział   do   innego   strażnika.   Ten   z   kolei   otworzył   kratę 
naprzeciwko. Poprzez jej pręty zobaczyłem pomieszczenie z kilkoma wyraźnie przygnębionymi 
facetami siedzącymi na krzesłach.
- O co chodzi? - zaprotestowałem. - Nie idę tam.
Kiedy to mówiłem, poczułem coś, co mogło być lufą pistoletu przystawioną do pleców. Geuka 
powoli odpinał od paska elektryczną pałkę.
- Do środka - powiedział spokojnie. - Ty i ci pozostali dżentelmeni zgłosiliście się na ochotnika na 
godzinną zaledwie pracę na nocnej zmianie. Za którą dostaniecie dwieście kredytów.

background image

- Pracę? Jaką pracę?
Czy powinienem wyrwać mu pistolet?
Jeden z uwięzionych mężczyzn stał przy kracie, trzymając się prętów. Przysłuchiwał się uważnie 
słowom strażnika.
- Prostą pracę, sam zobaczysz - powiedział stojący za moimi plecami strażnik. Odsunął się nieco 
dalej i teraz już nie mogłem go dosięgnąć, a on wciąż mierzył do mnie z pistoletu.
Facet trzymający się kraty wybuchnął śmiechem, od którego po plecach przeszły mi ciarki.
- Tak, tak, wierz w każde jego słowo. Ta prosta praca to uprzątanie odpadów radioaktywnych. 
Przez tę godzinę dostaniesz dawkę promieniowania, która zwaliłaby z nóg słonia. 

Rozdział 19

Zamknij się ty tam albo będziesz miał duże kłopoty - powiedział strażnik, wymachując elektryczną 
pałką.
-   A   mogą   być   większe   kłopoty,   od   dostania   śmiertelnej   dawki   atomowej?   -   roześmiał   się 
mężczyzna za kratą.
Szarpnął   z   wściekłością   za   pręty,   ale   klatka   była   solidna.   Niemniej   skupił   na   sobie   uwagę 
strażników. Odwróciłem głowę bardzo nieznacznie, tak aby widzieć stojącego za mną strażnika 
samym   kącikiem   oka.   Teraz   również   pozostali   zamknięci   za   kratą   faceci   zaczęli   wrzeszczeć. 
Pistolet był gotów do strzału, ale dostrzegłem, że trzymający go strażnik spojrzał z wahaniem na 
swego kompana. Błyskawicznie uderzyłem go w nadgarstek krawędzią dłoni. Zawył z bólu, upuścił 
pistolet na ziemię. Pochylił się natychmiast w ślad za nim, a ja kontynuowałem obrót, więc moja 
druga dłoń stuknęła strażnika elegancko w kark. Teraz dokonałem pełnego obrotu i dopadłem 
drzwi, którymi  tu weszliśmy.  Chwyciłem  klamkę,  szarpnąłem  drzwi do siebie,  wyskoczyłem  i 
zatrzasnąłem   je   za   sobą   z   hukiem.   Wszystko   to   zajęło   mi   najwyżej   trzy   sekundy.   Korytarz 
zewnętrzny był  niemal  pusty,  ponieważ wycieczka  już go opuszczała.  Ostatni  wycieczkowicze 
majaczyli gdzieś z przodu. Żaden z nich nie patrzył w moim kierunku. Szybkim marszem, ale nie 
biegnąc, ruszyłem ku wyjściu z budynku. Tam na zewnątrz było bezpieczeństwo, pomost i prom. 
Nie. To nie był dobry pomysł. Za chwilę z pomieszczenia za mną wylecą uzbrojeni i wściekli 
strażnicy.   I   będą   biec   ku   wyjściu.   Musiałem   zagrać   niekonwencjonalnie.   Zawróciłem 
błyskawicznie i biegiem dołączyłem do reszty wycieczki, która już opuszczała korytarz. Gdybym 
wyszedł   na   zewnątrz,   dopadliby   mnie.   Nie   zdołałbym   uciec   na   prom,   jeszcze   głupsze   było 
ukrywanie się gdzieś na wyspie. To była jedyna opcja. Upłynie trochę czasu, nim się połapią, że nie 
uciekłem   z   budynku,   ale   wszedłem   dalej   do   środka.   Przesuwałem   się   więc   wraz   z   innymi 
zwiedzającymi.  Korytarz  rozszerzył   się  w  obszerne   pomieszczenie.  Światła   pociemniały,  za  to 
ściana przed nami rozjarzyła się jasnym blaskiem. Przewodniczka rozpoczęła nudny monolog.
- Pierwszą tego  fascynującego  pokazu będzie demonstracja,  w jaki sposób generator  atomowy 
wpływa   na   życie   przeciętnej   rodziny,   dostarczając   energię   elektryczną   po   najniższej   możliwej 
cenie. Jak czystym i jak bardzo opłacalnym jest źródłem energii... I tak truła dalej, podczas gdy 
wycieczka gapiła się z otwartymi ustami na wyświetlane modele. Spojrzałem przez ramię do tyłu i 
przepchnąłem się nieco pomiędzy wycieczkowiczami, tak aby od korytarza oddzielali mnie jeszcze 
inni ludzie.  Ktoś biegał po zewnętrznym  holu. Słyszałem  krzyki.  Kilka głów odwróciło się w 
tamtym kierunku, ja zaś korzystając z zainteresowania wycieczkowiczów, wepchnąłem się jeszcze 
głębiej. Po przeciwnej stronie znajdowały się drzwi, którymi mieliśmy przejść w następnym etapie. 
Powoli   się   tam   przesuwałem.   Głowę   miałem   zwróconą   w   bok,   jakbym   przyglądał   się 
wyświetlanym cudom, ale jednocześnie nie zapominałem też uważnie zerkać do tyłu. Dotarłem do 
następnego   korytarza.   Nikt   nie   patrzył   w   moim   kierunku,   a   tłum   zasłaniał   mnie   przed 
ewentualnymi strażnikami z zewnętrznego holu. Odwróciłem się więc i wolnym krokiem oddaliłem 
się za zakręt.

background image

- A teraz myśl szybko, Jim - mruczałem sam do siebie. Korytarz, w którym teraz się znajdowałem, 
był   pusty.   Tylko   jak   długo   taki   pozostanie?   Każdy,   kogo   tu   spotkam,   będzie   pracownikiem   i 
zorientuje się od razu, że ja nie powinienem tu przebywać. Jeśli zostanę zauważony, zatrzymany, 
odnaleziony - to będzie koniec mojej małej ucieczki.
Nie widziałem żadnych drzwi. Tylko wnęki w obu ścianach z wystrojem przedstawiającym potęgę 
energii atomowej. Wielkie maszyny,  imponujące budynki, wirujące elektrony. Przebiegłem tym 
szpalerem. Korytarz kończył się schodami prowadzącymi w górę i ginącymi gdzieś w mroku. Czy 
powinienem tam się pchać? A może schować się pod schodami? Głupie - szybko by mnie znaleźli. 
Trzeba było pchać się naprzód. Wbiegłem po schodach tak szybko, jak tylko potrafiłem. Dalej 
przed   sobą   dostrzegłem   drzwi   z   dyskretną   tabliczką   -   ”wyłącznie   obsługa”.   Wycieczka   wciąż 
jeszcze   tkwiła   w   pierwszym   pomieszczeniu.   Nikt   mnie   dotąd   nie   zauważył.   Postanowiłem 
mianować się obsługą. Szybki ruch wytrycha i drzwi stanęły przede mną otworem. Spoglądałem w 
ciemność. Zawahałem się.
- ... a teraz jeśli pójdziemy tędy...
Wsunąłem   się   do   środka   i   zamknąłem   za   sobą   drzwi.   Usłyszałem,   że   zaskoczył   zatrzask. 
Wypuściłem z płuc powietrze; zorientowałem się, że dotąd wstrzymywałem oddech.
Przez   moment   poczułem   się   bezpieczny.   Do   tej   pory   byłem   jak   uciekające   na   oślep   ścigane 
zwierzę, które działa instynktownie. Teraz zyskałem parę chwil na zastanowienie.

-   No   dobrze,   Jim   -   powiedziałem   sam   do   siebie   ochrypłym   szeptem.   Poczułem   zdecydowany 
przypływ ducha. Teraz trzeba było także zmusić do pracy szare komórki. Starałem się wyobrazić 
sobie, co może dziać się na zewnątrz. Nie włączono żadnego alarmu, więc wszystko wskazywało 
na to, że ma to być cichy pościg. Po pierwszej panice najwyraźniej sprawę przejął ktoś inteligentny. 
Nie chcieli niepokoić tych turystów, którzy nie zostali zwerbowani do pracy przy odpadach. Ktoś 
musiał się zorientować, że przede wszystkim trzeba zatrzymać prom, wtedy nie będę mógł opuścić 
wyspy. Więc w pierwszym rzędzie na pewno zrobili właśnie to. Potem zaczęli mnie szukać, ale nie 
znaleźli, więc ktoś na pewno przypomniał sobie o wycieczce. Zlustrowanie wycieczki musiało 
zająć nieco czasu, ponieważ jedyną osobą, która mogła mnie poznać, był powalony przeze mnie 
strażnik.  Musieli  go ściągnąć  i posłać  pomiędzy turystów.  Ale wśród zwiedzających  mnie  nie 
znajdą, więc poszukiwania rozszerzą się na całą wyspę. I co gorsza, zbadane zostanie także wnętrze 
tego budynku. Co dalej?
Odejdź od drzwi, idioto. Każdy, kto tu wejdzie, zauważy cię od razu. To była racja. Moje oczy 
tymczasem przyzwyczaiły się do półmroku. Rozejrzałem się wokół. Dochodziło tu nieco światła 
poprzez rząd małych otworów o dziwnych kształtach. Nagle zorientowałem się, że znajduję się po 
drugiej stronie tych pokazowych wnęk, które mijałem, biegnąc korytarzem, a to pomieszczenie 
było prawdopodobnie używane do zmiany wystroju. Przeszedłem powoli w kierunku równoległym 
do tamtego korytarza, ale natrafiłem na ślepą ścianę. Może w drugą stronę? Lepiej, żeby tam było 
jakieś wyjście. Inaczej jedyne drzwi to te, którymi tu wszedłem, a wtedy znajdą mnie natychmiast 
w tym pomieszczeniu. Znów natrafiłem na ścianę... Ale w tej ścianie były na szczęście drzwi. 
Uchyliłem je minimalnie i zajrzałem do środka przez szparę. Znajdowała się za nimi olbrzymia i 
dobrze oświetlona hala. Z mnóstwem kręcących się po niej ludzi. To musiał być jakiś zakład, 
czułem nawet wyraźny zapach farby. Stały tam rusztowania, widziałem kable i półki. Usłyszałem 
odległe bicie dzwonu.
- Co jest? - rozległ się głos jakiegoś człowieka, zaledwie kilka centymetrów od mojej głowy.
Zamarłem,  zacisnąwszy  kurczowo  dłoń  na   krawędzi  drzwi.   Facet   stał  przy ścianie  obok  i   nie 
mogłem go dotąd zauważyć. Teraz pojawił się niemal w samych drzwiach, prawie mnie dotykając, 
ale nie patrzył w moim kierunku.
- To jakiś alarm - odpowiedział inny. - Chcą, aby wszyscy opuścili budynek.
-   Następny   z   serii   idiotycznych   próbnych   alarmów   przeciwpożarowych?   Nigdy   nie   zdążymy 
przygotować tej wystawy na rocznicę otwarcia, jeśli cały czas będą nam przeszkadzać.

background image

Dostrzegł uchylone drzwi, sięgnął ku nim i zatrzasnął je z hukiem. Cofnął się, wciąż narzekając 
głośno. Nie zobaczył mnie!
Odczekałem   spokojnie   dłuższy   moment,   który   uznałem   za   bezpieczny...   A   potem   odczekałem 
jeszcze trochę. Ponownie, równie ostrożnie jak wcześniej, uchyliłem drzwi. Hala była pusta i cicha. 
Powoli,   nasłuchując,   wszedłem   do   niej.   Doszły   mnie   jakieś   odległe   głosy,   potem   trzaśniecie 
drzwiami.   I   znowu   cisza.   Nie   wiedziałem,   niestety,   ile   mam   czasu,   zanim   wrócą.   Musiałem 
natychmiast opracować plan ucieczki albo znaleźć dobrą kryjówkę. Cokolwiek.
Panorama, którą budowali, była naturalnych rozmiarów. Miała przedstawiać laboratorium lub coś 
w tym rodzaju - olbrzymie maszyny ze splątanymi kablami. Jakiś goły jeszcze manekin siedział za 
biurkiem. Inne manekiny stały pod ścianą już częściowo odziane. Z tyłu stała też ubrana na biało 
figura z aparatem tlenowym na twarzy. Na jej stroju znajdował się czerwony symbol ostrzegający 
przed napromieniowaniem. Napromieniowanie? Cofnąłem się odruchowo.
-  Nie  bądź  idiotą  -  skarciłem   się w   myślach.   - To  jest nieprawdziwe,   tak  jak wszystko  tutaj. 
Przecież nie umieszczaliby źródła promieniowania na wystawie. To wszystko bajer.
Wszedłem na zaplecze głównej hali i znalazłem rozliczne półki, kubełki z farbą, części modeli i 
narzędzia. Mnóstwo miejsc, w których można się ukryć. Mnóstwo miejsc, które na pewno będą 
przeszukane.   Nie   tędy   droga.   Czy   na   pewno?   Myśl.   Myśl   jak   magik.   Wszystko   polega   na 
wprowadzaniu w błąd. Ludzie  zawsze komplikują  proste sprawy,  szukają zawiłych  rozwiązań. 
Nigdy nie dostrzegają tego, co najbardziej oczywiste. A to, co oczywiste, miałem wprost przed 
oczami. Uniosłem aparat tlenowy i spojrzałem w błękitne oczy manekina.
- Jesteś zwolniony - oświadczyłem.
Dokładnie zapamiętałem jego pozę, a potem rozebrałem go. Przeniosłem następnie pod ścianę, ku 
całej   grupce   podobnych   mu   gości,   leżących   w   bezładnym   stosie.   Było   ich   siedmiu. 
Pokombinowałem   trochę   z   ustawieniem   i   ósmego   ukryłem   na   samym   dnie,   a   stos   niemal   nie 
zmienił wyglądu. Dostrzegłem, że manekiny pokrywał kurz. Była więc nadzieja, że nieczęsto ktoś 
zwraca na nie uwagę. Więc być może dodatkowy manekin nie zostanie odkryty. Założyłem biały 
fartuch i pochyliłem się nad stołem tak, jak to robił oryginał. Nałożyłem aparat tlenowy i zacząłem 
się   natychmiast   dusić.   Zdjąłem   aparat   i   dostrzegłem,   że   wszystkie   otwory   wylotowe   były 
zamknięte. Otworzyłem je i spróbowałem znów. Znacznie lepiej, choć i tak można było zdechnąć. 
Zdjąłem aparat i położyłem na stole przed sobą. Potem próbowałem znaleźć miejsce, w którym 
mógłbym   stanąć,   nie   ruszając   się,   ale   jednocześnie   z   jako   taką   możliwością   wytrzymania 
nieruchomej pozy. Kiedy już wiedziałem, jak to zrobić, usiadłem spokojnie na krześle i czekałem.
Ostrzeżony   zostałem   wystarczająco   wyraźnie   -   trzaskające   drzwi   i   podniesione   głosy.   Kiedy 
pracownicy   nadeszli,   stałem   już   nieruchomo   nad   stołem   i   patrzyłem   na   nich   przez   zakurzoną 
maskę.
- Gdzie jesteśmy według tego planu? - zapytał zbliżający się ku mnie strażnik. Ten sam, którego 
powaliłem. W ręku trzymał sporą i wielokrotnie składaną płachtę mapy.
- Dokładnie tutaj - powiedział jeden z techników. - Na prawo od centralnego korytarza.
Mojemu strażnikowi towarzyszyło jeszcze z pół tuzina innych mężczyzn.
- Są stąd jakieś drzwi?
- Jedne. Prowadzą do pomieszczenia roboczego za wystawami.
- Najpierw sprawdzimy tam.
Tak   też   zrobili.   Dobrze,   że   się   stamtąd   wyniosłem.   Kiedy   wrócili,   zaczęli   metodycznie 
przeszukiwać resztę hali. Dokładnie przyjrzeli wszystkie  składy,  szafy i wnęki. Kiedy wracali, 
jeden za drugim przechodzili obok mnie. A ja stałem bez ruchu, tylko kręgosłup już mi pękał z 
wysiłku.
Usłyszałem pociągnięcie nosem i ostatni pojawił się strażnik.
- A tam, co tak zakurzone?
- Pracujemy tutaj. W tamten kąt nie chodzimy. Robi ci to jakąś różnicę?

background image

-   Niezdrowo   -   strażnik   wytarł   nos   grzbietem   dłoni.   Prawdziwy   dżentelmen.   -   A   może   tu   się 
schował - kopnął stos manekinów.
-   Przestań!   Zniszczysz   coś,   to   będziesz   miał   kłopoty!   Mężczyzna   odepchnął   nogę   strażnika   i 
wyprostował kończynę lalki, którą tamten uszkodził.
Czy dostrzegł, że jest tam o jedną figurę za dużo? Na pewno musieli słyszeć walenie mojego serca. 
Krew tętniła mi w uszach.
- A może  jest tutaj  - powiedział  strażnik. Wskazywał  na mnie  palcem.  Pozostali  też na mnie 
spojrzeli, a ja patrzyłem na nich i zastanawiałem się, co powinienem zrobić, jeśli mnie odkryją.
- Sam go wykonałem - pochwalił się jeden z techników. - Czy nie możemy przyspieszyć tych 
poszukiwań? Będziemy pracować po godzinach, jeśli się nie pospieszymy.
- Dobra, dobra - powiedział strażnik. - Pokaż tę mapę. Nie mogłem powstrzymać drżenia, gdy 
wreszcie rozluźniłem napięte mięśnie po wyjściu poszukiwaczy. Chociaż wcale nie było mi gorąco, 
byłem cały mokry od potu. Przysunąłem sobie krzesło i opadłem na nie ciężko.
- Jim - skarciłem sam siebie. - Robisz się za stary na takie rzeczy.
Odłożyłem  aparat  tlenowy na ławę,  ale  biały fartuch postanowiłem  zatrzymać.  W razie  czego 
byłem   gotów   znów   udawać   manekina.   Tylko   że   na   razie   nikt   więcej   się   nie   pojawił.   Może 
skończyły się godziny pracy. A może wszyscy zostali włączeni w poszukiwania? Więc co teraz? 
Na razie oszukałem moich prześladowców, ale wciąż byłem uwięziony na wyspie. Teraz na pewno 
przeszukują każdorazowo prom. Gdybym tylko mógł się do niego dostać po zmroku i gdzieś tam 
ukryć. Wtedy może wydostałbym się stąd. Mała szansa... Za mała, żeby na nią liczyć. Wiedzieli 
doskonale, że jest to jedyna droga ucieczki z wyspy i na pewno będą drobiazgowi przy kontroli. 
Więc   co?   Odpowiedź   była   prosta   -   potrzebowałem   pomocy.   Chociaż   byłem   szczurem,   który 
chadzał samotnie, dobrze wiedziałem, kiedy sytuacja dojrzewała do tego, aby poprosić o wsparcie. 
Czy   powinienem   zostać   w   rym   pomieszczeniu?   Światła   pozostawały   włączone,   ale   widziałem 
przez   okna   w   suficie   hali,   że   na   zewnątrz   zapadał   już   zmrok.   Do   rana   byłem   tu   zapewne 
bezpieczny, podobnie jak w każdym innym pomieszczeniu. A do wschodu słońca można wymyślić 
wiele rzeczy.
Wyciągnąłem telefon i wystukałem numer.
- Bolivar - powiedziałem, kiedy mój syn odebrał. - Chciałbym, abyś był tak miły i wyświadczył mi 
pewną przysługę. 

Rozdział 20

Poszukiwania  mamy   wciąż  trwają -  zakomunikował   Bolivar  na  samym   początku.   Ku  mojemu 
przyjemnemu zaskoczeniu wcale się nie śmiał, kiedy mu powiedziałem, gdzie i dlaczego jestem. 
Słuchał   w   milczeniu,   gdy   wyjaśniałem   ze   szczegółami   całe   wydarzenie.   Potem   zadał   kilka 
konkretnych pytań.
- Będzie dobrze - powiedział w końcu.
- Cieszę się, że tak uważasz, ale z tego miejsca wygląda to raczej ponuro.
- Po nocy przychodzi dzień. Zapytam Jamesa, może jego nowy komputer coś wymyśli. Sam też 
mam kilka pomysłów.
- Z tego też się cieszę, bo to o kilka więcej niż mam ja.
- Na razie tam siedź. Nie daj się złapać. Zadzwonię. Spróbuj odpocząć.
Odpocząć! Uwięziony na planie makiety, wewnątrz elektrowni atomowej, na wyspie, z której nie 
ma   ucieczki!   A   jednak   to   nie   był   zły   pomysł.   Zebrałem   trochę   porozrzucanych   ciuchów   w 
eleganckie gniazdo za jedną z szafek, gdzie nie zostałbym od razu dostrzeżony, gdyby ktoś wpadł 
przypadkiem. Przez jakiś czas leżałem spięty, oczekując na odgłos zbliżających się kroków. Potem 
jednak musiałem zasnąć, bo następną rzeczą, jaką pamiętam, były wibracje telefonu, które mnie 
obudziły.

background image

- Mamy już ogólny zarys planu, ale potrzebujemy jeszcze kilku szczegółów. Czy strażnicy są w 
mundurach?
- Niebieskich ze złotymi guzikami.
- Czy mają też dystynkcje? Próbowałem sobie przypomnieć.
- Nie. Tylko identyfikatory.
Bolivar zadał mi jeszcze kilka innych pytań, a potem życzył dobrej nocy. Podziękowałem mu. Tym 
razem byłem zbyt zmęczony, aby o cokolwiek się martwić.
Kiedy otworzyłem oczy, rozwidniało się. Tylko deszczowe chmury znów zasnuwały całe niebo. 
Nie byłem w formie. Obolały, z zaropiałymi oczami, przygnębiony. Zdjąłem drugą twarz, a potem 
pogładziłem się po własnej nieogolonej twarzy. Usłyszałem słaby głos. Rozejrzałem się wokół, ale 
pomieszczenie było puste. Potem znów usłyszałem ten sam głos. Przystawiłem do ucha dopiero co 
zdjętą twarz.
- Zupa z kury... - powiedziała żałośnie,
- Dostaniesz jeść, jak ja dostanę jeść, ani chwili wcześniej. Ale dam ci wody. Sam zresztą też jej 
potrzebuję.
Z   tyłu   pomieszczenia   znalazłem   duży   zlew,   w   którym   moczyły   się   poplamione   farbą   pędzle. 
Pochlapałem wodą obie moje twarze, potem napiłem się nieco. Wreszcie za pomocą małego lejka, 
napoiłem moją drugą twarz.
Telefon znów zawibrował w mojej kieszeni. Odebrałem.
- W porządku? - zapytał Bolivar.
- Zmęczony i wykończony, ale wciąż wolny.
- Postaraj się utrzymać jeszcze trochę ten stan. Dowiedziałem się, że na wyspie są nocni strażnicy i 
tylko   oni   spędzają   tam   noc.   Reszta   załogi   dojeżdża   promem.   Przyjadę   na   wyspę   pierwszym 
promem, jaki będzie dziś rano.
- Mam nadzieją, że wiesz, co robisz?
- Wiem. Jestem oficerem Wydziału Zdrowia i Bezpieczeństwa Pracy, a ty jesteś jednym z naszych 
agentów.
- Tak? Nigdy nie słyszałem o takim wydziale.
- Nikt nie słyszał. James go stworzył i wprowadził do rządowego banku danych. Na Fetor jest tyle 
wydziałów policji, że nikt nie zauważy jednego więcej. Jak się spotkamy?
- Jeśli mnie zobaczą, złapią mnie natychmiast.
- Nie, jeśli będziesz ze mną.
Pomyślałem przez chwilę.
- Wejdź wraz z innymi przez główne wejście - powiedziałem. - Potem skręć w lewo, przejdź przez 
duży pokój i następny korytarz. Dojdziesz do schodów, ale nie wchodź na górę, tylko do mnie 
zadzwoń. Wyjdę do ciebie.
- Dobra. Wyłączam się.
Nałożyłem twarz z powrotem, ignorując jej słabe błagania o rosół z kury, i wróciłem do głównej 
hali konstrukcyjnej. Nie mogłem ponownie kryć się w tym miejscu tak, jak udało mi się to zeszłej 
nocy,  w każdym  razie nie za długo. Nałożyłem  więc znów na manekina  jego ciuchy i aparat 
tlenowy, i ustawiłem go w poprzedniej pozycji. Potem wycofałem się przez te same drzwi, którymi 
tu wszedłem, na zaplecze wystaw. Schowałem się w samym rogu tego pomieszczenia, gdzie na 
pewno   nie   zostałbym   odnaleziony,   chyba   żeby   wszczęto   następną   rundę   szczegółowych 
poszukiwań. Usiadłem,  opierając się o ścianę. Spokojnie czekałem.  Chyba  nawet zdołałem się 
zdrzemnąć.
Obudziły mnie wibracje telefonu.
- Gdzie jesteś?
- Przy schodach, o których wspominałeś.
- Czekaj tam, zaraz będę.

background image

Poczułem wielką ulgę. Nie wiedziałem, co dokładnie zaplanował Bolivar, ale byłem pewien, że 
wyciągnie mnie z tego szamba, w które wpadłem po uszy. Otworzyłem drzwi i zobaczyłem mojego 
syna w bardzo ładnym oficjalnym mundurze. Obok niego stało dwóch strażników, którzy przedtem 
próbowali mnie schwytać, jak również sporo gości w białych kitlach. Odruchowo chciałem się 
cofnąć, ale Bolivar postąpił krok naprzód i objął mnie.
- Znakomita robota, inspektorze Kidogo. Departament jest z pana dumny.
Potrząsnął moją ręką, a ja poczułem w dłoni jakiś metalowy przedmiot.
- Proszę mi powiedzieć inspektorze, czy rozpoznaje pan tu kogoś?
- Oczywiście, że tak. Tych dwóch ludzi.
Zamiast mnie łapać, obaj strażnicy trzęśli się ze strachu.
- Czy to prawda, że przemocą próbowali nakłonić pana do spełnienia ich żądań?
Skinąłem głową potwierdzająco.
- Dobrze. Więc ostatnie pytanie. Do czego próbowali pana nakłonić?
- Chcieli, abym wbrew mojej woli pracował z materiałami radioaktywnymi.
- Ach tak! - wrzasnął Bolivar i wyciągnął oskarżycielsko palec ku grupie mężczyzn stojących za 
plecami strażników, którzy zresztą byli teraz równie jak strażnicy przerażeni. - Proszę pokazać tym 
ludziom pański identyfikator inspektorze.
Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem, wciąż trzymaną w dłoni, policyjną blachę. Bardzo oficjalnie 
wyglądała z tym złoto-błękitnym napisem ”Wydział Zdrowia i Bezpieczeństwa Pracy”. Patrzyli na 
nią jak na jadowitego węża i trzęśli się ze strachu. Bolivar wystukał numer telefonu. Kiedy mówił, 
w korytarzu panowała martwa cisza.
- Tak, panie generale, mamy dowody. Straż na wyspie łatwo ominąć, tak jak się pan obawiał. 
Inspektor Kidogo zmylił  ich bez problemu.  Wszedł do pomieszczenia reaktora i sfotografował 
wszystko.   I   jest   coś   jeszcze,   sir.   Potwierdziły   się   plotki   o   tym,   że   naukowcy   używają 
przymusowych   robotników   do   sprzątania   materiałów   radioaktywnych.   Nie   będą   mogli   dłużej 
ukrywać   tego   przestępstwa.   Oczywiście,   że   mamy   dowód,   sir.   Tak,   sir,   dziękuję.   Wszystkich 
aresztować? Oczywiście. I tak nie mają gdzie uciec.
Wyłączył się i spojrzał srogo na strażników.
- Helikoptery Wydziału Bezpieczeństwa są już w drodze. Jeśli spróbujecie opuścić ten budynek, 
zostaniecie zastrzeleni natychmiast. Sprzątnijcie swoje biurka, bo żaden z was już się tu nigdy nie 
pojawi.
Odwrócili się i odeszli ledwie powłócząc nogami. Ich kariery legły w ruinie. Oczekiwało ich tylko 
więzienie. To był bardzo przyjemny widok. Kiedy ostatni z tych zdechlaków wreszcie znikł nam z 
oczu, poszliśmy wraz z Bolivarem ku wyjściu, a potem przespacerowaliśmy się spokojnie na prom.
- Gratuluję - powiedziałem. - Rozegrałeś to perfekcyjnie.
- Podziękujesz potem Jamesowi. To był jego pomysł i on wrzucił wszystko do komputerowych baz 
danych. Ale od strony psychologicznej to było świetne posunięcie, bo oni doskonale wiedzieli, że 
łamią sporo paragrafów. Teraz zaś, kiedy czekają na wyrok, my spokojnie ich opuścimy. Sądzę 
poza   tym,   że   naprawdę   zadzwonię   potem   do   władz   z   odpowiednim   raportem.   Są   naprawdę 
kryminalistami i zasługują na karę. Ale na razie jedyny helikopter w okolicy to ten, którym tu 
przyleciałem, więc będą dość długo czekać. Zresztą my właśnie nim odlecimy, tak szybko, jak to 
możliwe.
- Nie możemy - opadłem ciężko na wolną ławkę na nadbrzeżu, gdzie czekaliśmy na prom. - Wciąż 
muszę   zrobić   tę   demolkę   dla   Kaiziego.   A   to   nie   będzie   możliwe,   kiedy   wsadziliśmy   kij   w 
mrowisko i wszyscy czekają teraz na policję.
- O to się nie martw. Zrobimy to jeszcze przed wyjazdem. Aż otworzyłem usta ze zdumienia i 
potrząsnąłem z niedowierzaniem głową, sądząc, iż się przesłyszałem.
- Co, co?
- Po prostu trzeba  połączyć  przyjemne  z pożytecznym.  Powiedziałeś,  że Kaizi  dał  ci materiał 
wybuchowy. Przypuszczam, że masz go w jakimś bezpiecznym miejscu?

background image

- W barze. Na wybrzeżu.
- Dobrze. Kiedy tu leciałem, myślałem o tym, a kiedy lądowałem, przekonałem się, jak łatwo jest 
to zrobić.
- Łatwo? Przepraszam w takim razie, bo to oznacza, że ja już naprawdę nie nadaję się do tej roboty. 
Cóż więc takiego zobaczyłeś przy lądowaniu?
Uśmiechnął się szeroko i wskazał palcem na niebo. Spojrzałem tam i na mojej twarzy zagościł 
jeszcze   szerszy   uśmiech.   Tak,   to   była   odpowiedź.   Wielkie   trakcje   i   przewody,   którymi   prąd 
elektryczny opuszczał wyspę.
- Tym kanałem pływa tylko prom. Ta trakcja stoi na samym skraju skalistego urwiska. Ani obok 
niej, ani pod nią nie ma żadnych dróg czy budynków. Jeśli się ją zepchnie, to i ona, i kable, wpadną 
do morza, nie czyniąc nikomu najmniejszej szkody.
- A do wody spadnie z takim hukiem, że jego echo będzie słyszalne nawet na giełdzie. Zgasną 
wszystkie światła, a pociągi zatrzymają się na trasie. Dobrze, że my będziemy lecieć.
Kiedy znaleźliśmy się na brzegu, natychmiast skierowaliśmy się wprost do baru. Odebrałem swoją 
torbę, a przy okazji pokrzepiliśmy się piwem i niedźwiedzioburgerem. Zakupiłem też rosół dla 
mojej twarzy, aby nie odpadła z głodu. Potem wynajęliśmy samochód. Poza miastem ruch był 
niewielki.   Odczekaliśmy,  aż   na  szosie  będzie  zupełnie   pusto,   i  skręciliśmy  w   drogę  służbową 
wiodącą   do   wielkiej   trakcji.   Zaparkowaliśmy   niedaleko   za   wielkimi   skałami   i   resztę   drogi 
odbyliśmy już na piechotę.
Spojrzałem w górę na masywną metalową konstrukcję. Pokręciłem głową.
- Muszę, niestety, przyznać, że nie wiem nic na temat sabotażu.
Bolivar ostrożnie wziął ode mnie materiał wybuchowy.
- Nigdy nie słyszałem, żebyś mówił coś takiego. Całe życie sądziłem, że potrafisz wszystko.
- No cóż, prawie wszystko.
-   Pirotechnika   to   jedna   z   pierwszych   rzeczy,   których   musiałem   się   nauczyć   w   mojej   robocie 
geologa planetarnego. Ale ten wybuch będzie całkiem spektakularny.
Podstawę wieży otaczała siatka z drutu kolczastego. No, to było coś, na czym dobrze się znałem - 
włamałem się przez bramę, gdy Bolivar oceniał konstrukcję.
- Widzisz, jakie potężne są te cztery nogi, które osadzają ją w skale. Wyglądają na nie do ruszenia. 
Dalej w górze zwężają się i zbliżają do siebie, aż łączą się w pojedynczą platformę, która stanowi 
podstawę dla tych wszystkich kabli i transformatorów.
Odchyliłem głowę, patrząc w górę coraz wyżej i wyżej... aż niemal przewróciłem się do tyłu.
- Cholernie wysoka wieża.
- Prawda? To będzie równie miłe jak wspinaczka wysokogórska. Musisz na mnie trochę poczekać.
Materiał wybuchowy wsadził do torby, którą przerzucił przez ramię. I ruszył przed siebie, nim 
zdążyłem cokolwiek powiedzieć.
A właściwie co miałem mu powiedzieć? Żeby uważał? Życzyć powodzenia?
Był dobrym i doświadczonym wspinaczem. Ja już dawno zatrzymałbym się dla złapania oddechu. 
On zaś sunął wciąż w górę w jednostajnym tempie. Dotarł do miejsca łączenia się czterech ramion. 
To   chyba   tu?   Ale   nie,   kontynuował   wspinaczkę,   aż   znalazł   się   przy   samym   zamocowaniu 
przewodów w ich olbrzymich izolatorach. Tam się zatrzymał. Był teraz tylko małym ciemnym 
punktem na tle srebrnej konstrukcji.
Zdawał się tam tkwić bez ruchu przez okropnie długi czas. Sam nie wiem, ile to naprawdę trwało, 
nim zaczął schodzić, ale w moim subiektywnym odczuciu - całe wieki. Potem zaś obserwowałem, 
jak w równym tempie schodzi na dół. Zeskoczył z kilku ostatnich metrów i wytarł spocone dłonie.
- Bułka z masłem - uśmiechnął się. - Wybuchnie za dwie godziny.
- Będziemy mieli miejsca w pierwszym rzędzie podczas tego show.
- A i owszem.

background image

Zwróciliśmy   pożyczony   samochód.   Potem   wstąpiliśmy   jeszcze   na   chwilę   do   małego 
automatycznego   baru,   gdzie   nieco   naoliwiłem   swój   żołądek.   Bolivar   zamówił   tylko   wodę 
mineralną, a potem spojrzał na zegarek.
-   Jak   tylko   to   łykniesz,   tato,   musimy   odlatywać.   Lecieliśmy   nad   czarną   plażą   ze   słońcem   za 
plecami. Na dole wszystko kąpało się w deszczu. Nasz helikopter przeleciał nisko nad grubymi 
kablami i skręcił leniwie tuż za nimi.
- Prom przy wybrzeżu - powiedziałem. - Poniżej nikogo nie ma. Na drodze też brak ruchu.
- Już czas - powiedział Bolivar.
W dole pod nami pojawiła się kula ognia, która zaraz potem zmieniła się w kłęby czarnego dymu. 
Przez dłuższą chwilę nic się nie działo. Potem helikopter podskoczył, kiedy dotarła do nas fala 
dźwiękowa.
- Teraz - mruknął Bolivar.
I stało się. Szczyt  wieży pochylił  się i powoli z wdziękiem opadł ku morzu. Wielkie gniazda 
izolujące   pękły,   olbrzymie   kable   skręciły   się   i   splątały.   Wszystko   opadło   w   dół.   Widziałem 
wyładowanie   błyskawicy,   gdy   pęknięte   kable   zetknęły   się   z   wodą.   Po   chwili   przywaliła   je 
olbrzymia stalowa konstrukcja, która runęła całą swą gigantyczną masą, powodując wielką falę, 
która przelała się wściekle przez oba brzegi kanału.
-   Mam   nadzieję,   że   to   da   do   myślenia   tym   kryminalistom   na   wyspie   -   powiedział   Bolivar   z 
ogromną satysfakcją. - Zazwyczaj nie popieram takich rzeczy. Ale ktoś, kto zmusza turystów do 
sprzątania odpadów radioaktywnych, nie zasługuje na nic lepszego.
Trudno było się z nim nie zgodzić. 

Rozdział 21

Zanim   pożegnaliśmy   się  na  lądowisku,   jeszcze   raz  zadzwoniliśmy   do  Jamesa.  Wciąż   żadnych 
pocieszających wiadomości. Wciąż brak sukcesów w namierzaniu rezydencji Kaiziego. Łatwiej 
było włamać się do plików rządowych, niż przedostać się przez zabezpieczenia bazy danych tego 
luksusowego miasta.
Kiedy Bolivar już poszedł, wziąłem bagaż i udałem się w męczącą podróż do miasta. Nie miałem 
jednak siły,  by iść za daleko, toteż  kiedy dostrzegłem  pierwszy sklep z trunkami  (i ławką na 
zewnątrz   dla   osób   spragnionych   procentów),   stwierdziłem,   że   oto   nadszedł   kres   mej   podróży. 
Usiadłem plecami do słońca i sącząc spokojnie zimne piwo, zadzwoniłem do Kaiziego.
- Całkiem niezłą zrobiłem robótkę, muszę się pochwalić.
- Gdzie jesteś?
Powiedziałem mu, a potem wyłączyłem się. Akurat skończyłem piwko, gdy podjechał po mnie 
samochodem.   Otworzyły   się   drzwi   i   wsiadłem   do   środka.   Rzuciłem   na   tylne   siedzenie   moje 
fałszywe   dokumenty,   które   dał   mi   jeszcze   przed   wyjazdem.   Podobnie   potraktowałem   moją 
sztuczną twarz, która jeszcze po raz ostatni zdołała wyszeptać: ”zupa z kury”.
- Sporo osób widziało mnie w Swartzlegen. Ponadto używałem tych dokumentów i tej twarzy przy 
wynajmowaniu helikoptera, ponieważ sądziłem, że pociąg nie będzie dzisiaj kursował. Podobało ci 
się to, co zrobiłem?
-   Podobałoby   mi   się   jeszcze   bardziej,   gdybyś   nie   uznał   za   stosowne   przerwać   wszelką 
komunikację.
- Jeśli chodzi ci o te wszystkie podsłuchy, które mi założyłeś, to faktycznie pozbyłem się ich. 
Bardzo cenię swoją prywatność.
- Dzisiaj jeszcze przejdziesz się po obligacje.
- Żądnych podziękowań? Ani dnia urlopu? Nawet nie klepniesz mnie po plecach?
- Nie bądź męczący di Griz. To będzie twoje ostatnie zadanie, tak jak obiecałem. Myślałem, że się 
ucieszysz. Nasza znajomość już wkrótce się skończy.

background image

Oczywiście cieszyłbym się, gdyby naprawdę się skończyła. Ale nie wierzyłem w ani jedno jego 
słowo.
Kiedy weszliśmy do magazynu, przeszedł od razu do rzeczy.
- Igor, przynieś mi takie duże pudło z samochodu. A potem możesz odejść.
Igor przytargał żądany przedmiot, położył go na stół i odszedł zgodnie z życzeniem. Kaizi zaś 
wyjął z pudła fotografie i podał mi je.
-   Ten   facet   nazywa   się   Iba   Ibada,   znany   także   jako   Iba-Pechowiec,   ze   zrozumiałych   chyba 
powodów.
To fakt - ze zrozumiałych. Facet był średniego wzrostu i budowy. Nie wyglądałby wcale źle, gdyby 
nie olbrzymia poszarpana blizna biegnąca od jego czoła, przez złamany nos i cały lewy policzek. 
Była paskudnie zszyta, przy brzegach podeszła ropą, a pomiędzy krzywymi szwami widać było 
żywe mięso.
- Wypadek przy pracy - powiedział Kaizi. - Maszyna go przejechała. Był zszyty na miejscu przez 
początkującego   lekarza   zakładowego,   który   jak   widzisz   miał   stosunkowo   małe   doświadczenie. 
Potem zaś Ibę wyrzucono z pracy za to, że wziął sobie wolne na resztę tego dnia. Był mi bardzo 
wdzięczny, kiedy załatwiłem mu pracę sprzątacza w Depozycie Centralnym. Zresztą jako dodatek 
do pensji płacę mu spore sumy, aby mógł oddawać się swoim rozpustnym żądzom. On zaś docenia 
to i czasem wyświadcza mi pewne przysługi. Dziś w nocy zajmiesz jego miejsce.
- Nikt się nie połapie?

- Nie. Zaplanowałem to już w najdrobniejszych szczegółach. I tak właśnie było. Sztuczna blizna, 
którą ze sobą przyniósł, nie różniła się od oryginału. Była wodoodporna i w ogóle mogła być 
usunięta tylko za pomocą specjalnego rozpuszczalnika. Również moje policzki zostały sztucznie 
wypchane, abym bardziej upodobnił się do człowieka z fotografii. Workowate ubranie robocze 
wystarczało, by zamaskować drobne różnice figury. Całości dopełniły ciężkie buciory.
- A jakieś papiery - zapytałem, krzywiąc się z obrzydzenia na widok mojego odbicia w lustrze. 
Kaizi pochylił się nad małą walizeczką. - Szkło kontaktowe do prawego oka. Nie zgub. Jest bardzo 
drogie   i   nie   mam   zapasowego.   Nosi   wzór   jego   tęczówki.   I   cztery   komplety   rękawiczek 
plastikowych   z   liniami   papilarnymi.   To   powinno   wystarczyć,   bo   tylko   dwa   razy   będziesz   w 
budynku. Najpierw, by przyjrzeć się pomieszczeniom i systemom alarmowym, szczególnie tym w 
skarbcu, gdzie trzymane są obligacje, abyś mógł dobrze zaplanować kradzież. A potem następnej 
nocy, kiedy jej dokonasz. Mam także specjalny zestaw do wykrywania pułapek. I on także jest 
drogi. I tylko jeden. Wiesz, jak posługiwać się czymś takim?
Wziąłem go, otworzyłem i pociągnąłem nosem.
- Robiłem lepsze, zanim jeszcze nauczyłem się golić. A dlaczego sądzisz, że właśnie drugiej nocy 
będę mógł dokonać tej kradzieży?
- Musisz. Po prostu nie będzie kolejnej szansy. Kupiłem już dla Iby bilet za sporą sumę i dzisiaj 
jeszcze opuści planetę. Aha, i nie zapominaj, że jesteś człowiekiem przeklętym przez los, więc tak 
się zachowuj.
A że faktycznie byłem przeklęty przez los - to pewnik.
- Spójrz - Kaizi przerwał  moje rozmyślania,  podając mi  kartę magnetyczną.  Wsadziłem  ją do 
komputera.
-   To   jest   Iba   podczas   swojej   nocnej   pracy.   Możesz   zobaczyć,   jaką   idzie   trasą,   jak   czyści 
poszczególne rzeczy. Jak widzisz, nie jest zbyt szybkim pracownikiem. Zrobisz więc jego robotę i 
będziesz wciąż jeszcze miał dużo czasu, aby skończyć swoją.
- Jak się tam dostanę?
- Igor podwiezie cię niemal na samo miejsce. Również cię odbierze, gdy skończy się twoja zmiana. 
Masz jeszcze jakieś pytania, nim wyjdę?
- Żadnego, które przychodziłoby mi na myśl w tej chwili.
- Potem nie będzie okazji. Nie zobaczymy się już przed twoim powrotem.

background image

Jeśli jest na świecie coś bardziej nudnego niż zamiatanie podłóg i czyszczenie maszyn, to jest to 
tylko   przyglądanie   się,   jak   robi   to   ktoś   inny.   Włączając   w   to   także   długie   stanie   bez   ruchu, 
wycieranie nosa w dwa palce i pierdzenie, bo tak naprawdę większość pracy wykonywały roboty. 
Trochę więcej było ubawu, gdy puściłem ten film na przyspieszonych obrotach, ale nawet to już 
wkrótce mnie znudziło. Zapamiętałem wszystko, co mi było potrzebne. Potem, ponieważ wyjść 
miałem dopiero przed północą, spokojnie zdrzemnąłem się na kanapce.
- Czas iść - obudził mnie radosny wrzask mojego szofera.
Wyszliśmy na ciemną i pustą ulicę. Szkło kontaktowe drażniło mi oko i z trudem tylko opierałem 
się   pokusie   tarcia   go.  Założyłem   też   rękawiczki.   W   kieszeni   czułem   ciężar   wykrywacza.   Igor 
zatrzymał ciężarówkę i wskazał przed siebie.

- Za rogiem.
A więc do roboty. Po schodach budynku wchodziło już kilku innych pracowników w niebieskich 
uniformach. Zignorowałem ich dokładnie tak, jak Iba na moim filmie instruktażowym.
- Jak tam twoja dziewczyna? - krzyknął jeden z nich, co spowodowało radosny rechot wśród tych 
gigantów intelektu. A ja odpowiedziałem dokładnie tak, jak Iba na filmie.
- Spieprzać.
To były zresztą w ogóle jedyne słowa, jakie mówił na filmie. Za to dość często. Znudzony strażnik 
otworzył zewnętrzną bramę. Wkroczyłem do środka wolniej niż inni, aby wejść tam ostatni.
Gdyby moja charakteryzacja  zawiodła, wolałem mieć możliwość opuszczenia  tego miejsca jak 
najszybciej. Kiedy szedłem ku czytnikowi tęczówki, mrugnąłem,  gdyż  szkło kontaktowe znów 
podrażniło   moje   oko.   Wtedy   szkło   oczywiście   obsunęło   się   z   właściwej   pozycji.   Zakląłem, 
zwolniłem   jeszcze   bardziej   i   starałem   się   poprawić   jego   ustawienie.   W   tym   czasie   ostatni   z 
robotników przed mną minął już czytnik.
- Pośpiesz się, zdechlaku - powiedział uprzejmie strażnik. - Nie mamy całej nocy.
Tak   zachęcony,   przycisnąłem   mocno   szkło   i   mając   nadzieję,   że   jest   we   właściwymi   miejscu, 
pochyliłem się i spojrzałem w otwór czytnika. Zobaczyłem jasny błysk światła i podświadomie 
wstrzymałem oddech, oczekując na syrenę alarmową.
A   jednak   zapaliło   się   zielone   światełko.   Podszedłem   więc   powoli   ku   kolejnym   zamkniętym 
drzwiom i położyłem dłoń na płytce w ścianie znajdującej się koło nich.
Drzwi otworzyły się bez problemu, a ja wszedłem do środka. Pozostali pracownicy nocnej zmiany 
rozpełzli   się   już   po   cichym   budynku.   Pchnąłem   drzwi   prowadzące   na   schody   dla   personelu   i 
zszedłem   dwa   poziomy.   Kiedy   zajrzałem   do   pokoju   akumulatorowego,   zapaliło   się   światło, 
oświetlając cichy szereg stojących pod ścianą robotów.
- Spieprzać - powiedziałem, jak to zawsze czynił mój pierwowzór. Tuż przy drzwiach wisiała pałka 
elektryczna, naładowana w pełni. Odłączyłem ją i dźgnąłem najbliższego robota.
- Spieprzać.
Poszła wielka iskra wprost ku jego płycie rozrządowej, która zamknęła obwód i przywołała robota 
do elektronicznego życia. Sam już odłączył kabel łączący go z akumulatorem, który schował do 
pojemnika. Potem odwrócił się i wyjechał z pokoju, a ja tańczyłem wśród pozostałych robotów, w 
tym elektrycznym akcie tworzenia życia, aż wszystkie znalazły się za drzwiami.
Ruszyliśmy   w   trasę   pokój   za   pokojem.   Odgłosy   wypróżnianych   koszy,   brzęk   czyszczonych 
popielniczek, szelest zmiatanej i polerowanej podłogi. Od czasu do czasu jakiś robot zastygał w 
dziwacznej pozie z trzymanym  w ręku koszem na skutek małego zawieszenia lub wyczerpania 
energii, ale przesłanie mu kolejnej iskry we właściwe miejsce, zawsze pobudzało go do ruchu. 
Wyobraziłem sobie wykonywanie takiej pracy przez resztę życia i zadrżałem. Sprzątałem dopiero 
nieco ponad godzinę i już wyprowadzała mnie z równowagi bezmyślność tego zajęcia. Miałem 
tego   dość.   Poganianie   robotów   pałką   i   przekleństwa.   Wciąż   ta   sama   monotonia.   Wreszcie 
dotarliśmy na poziom skarbców.
- Wszyscy stop. Dziesięć minut przerwy.

background image

Nie zwróciły na mnie uwagi, więc zakląłem znowu. Jaki to był ten właściwy rozkaz?
- Stop, stop, stop, stop.
Za   czwartym   powtórzeniem   stanęły.   Oparłem   pałkę   o   ścianę   i   odszedłem   w   głąb   mrocznego 
korytarza.   Liczyłem   drzwi,   przypominając   sobie   drogę,   którą   przeszedłem   już   wielokrotnie   w 
rzeczywistości wirtualnej. Tutaj.
Zewnętrzne drzwi miały bardzo nieskomplikowany zamek bez alarmu - otworzyłem je z łatwością. 
Ale wewnętrzna metalowa krata sprawiła mi już nieco trudności przy sforsowaniu. Na szczęście 
systemy alarmowe były prawdziwymi antykami. Nadawały się bardziej do muzeum techniki niż 
jako systemy zabezpieczające w skarbcu.
Najpierw   zamek   elektroniczny   połączony   z   systemem   alarmowym.   W   tym   antycznym 
mechanizmie teoretycznie było kilka milionów kombinacji kodu, co zajęłoby całe godziny przy 
używaniu standardowego komputera. Tylko że moja maszynka złamała kod w czasie krótszym niż 
trzy minuty. Wbiłem odpowiednie numery i otworzyłem kratę. Teraz alarmy we framudze - te nie 
stanowiły problemu. Rozpracowywałem systemy tego typu już wiele razy. Kiedy jednak włożyłem 
szkła infrawizyjne, przekonałem się, że cały pokój przecięty jest niewidzialną siecią krzyżujących 
się promieni. Przecięcie jednego z nich oznaczało aktywację alarmu. A jednak wystarczyło ustawić 
generator   laserowy   o   odpowiedniej   częstotliwości   naprzeciw   soczewek   odbierających   i   już 
wędrowałem po całym pokoju, ile chciałem, nie przerywając obwodu.
No i tyle. Mogłem spokojnie zabrać wszystkie obligacje nawet teraz. Naładować roboty i wynieść 
to wszystko. Tylko gdzie? I jeszcze ważniejsze - jak wydostać je z budynku?
- Spieprzać - powiedziałem tym razem z pewnym uczuciem. Pobudziłem znów do życia roboty.
Teraz miałem dość czasu do końca zmiany, aby pomyśleć nad sposobem wyjścia.
Czas   ciągnął   się   przeraźliwie   powoli.   Dosłownie   wlókł   się   jak   anemiczny   ślimak.   Roboty 
zamiatały, ścierały, szorowały i iskrzyły się, aż wreszcie nadeszła przerwa w połowie czasu pracy. 
Wyłączyłem całą tę hordę i rozejrzałem się za jakimś wygodnym miejscem do spożycia posiłku. 
Biuro jakiegoś wysokiego urzędnika doskonale nadawało się do tego celu. Usiadłem na skórzanym 
fotelu przy szerokim połyskującym  biurku i wyjrzałem  przez kryształowe okno na rozjaśnione 
niezliczonymi  światłami  budynki  na zewnątrz.  Starałem  się nie delektować  za bardzo tym,  co 
jadłem.   Z   jakichś,   perwersyjnych   chyba,   powodów   Iba   rozsmakował   się   w   marynowanych   i 
wędzonych   ogonach   świniozwierzy   i   zawsze   przynosił   ze   sobą   do   pracy   kontenerek   z   tym 
przysmakiem. Grając jego rolę, musiałem jeść to samo. Przeżuwałem więc z trudem, wyciągając 
liczne   kolce,   których   potem   używałem   jako   wykałaczki   dla   wydobycia   spomiędzy   zębów 
kawałków  suszonej skóry.  Ale nawet  podczas  tych  tortur zadawanych  ciału, mój  umysł  wciąż 
pracował na pełnych obrotach. Analizował, planował, przygotowywał schematy.
Skończyłem  jeść, wrzuciłem resztki żarcia do spalarki na śmiecie, która szybko zmieniła je w 
promieniowanie energii, i wstałem gotów do opuszczenia biura.
Potem jednak usiadłem ponownie, bowiem na samej powierzchni mojej kory mózgowej pojawił się 
ślad jakiegoś pomysłu.
Tak. Można tak to zrobić. Nie będzie co prawda łatwo. Wiązało się z tym kilka ryzykownych 
czynników.   Byłem   zapewne   jedyną   osobą   w   całej   galaktyce   -   pomyślałem   skromnie   -   która 
mogłaby wymyślić coś takiego. A co dopiero wprowadzić ten pomysł w życie.
I cała akcja nie przyniesie mi ani kredyta. Musi być, cholera, jakiś sposób, aby wyrwać się z łap 
Kaiziego! 

Rozdział 22

Kiedy opuściłem budynek, na wschodzie niebo jaśniało już pierwszym brzaskiem. Poczłapałem do 
umówionego miejsca, gdzie czekał na mnie Igor. Wróciliśmy do naszego magazynu w całkowitym 
milczeniu.   Samochód   Kaiziego   już   czekał   na   zewnątrz,   a   drzwi   były   otwarte.   Wyszedł   nam 
naprzeciw i zatrzymał ciężarówkę gestem dłoni. Zmęczony zszedłem na dół.

background image

- Igor - rozkazał. - Lodówka pusta. Idź kup piwo.
- Nie ma szmalu.
- Tu szmal. Idź.
Myślę, że raczej chodziło mu o to, byśmy byli sami, niż o napicie się piwa.
- Jak poszło? - zapytał, gdy tylko zamknęły się za nami drzwi.
- Bułka z masłem. Mogę dostać się do skarbca i wynieść te obligacje w ciągu góra dziesięciu 
minut. I większość tego czasu stracę na ich wynoszenie.
- Doskonale.
- Prawda? Ale jednak jest jeden problem, który rzuca drobny cień na cały ten plan.
- Problem? Co masz na myśli?
Wyglądał na zaniepokojonego. Muszę przyznać, że sprawiło mi to przyjemność.
- Chociaż mogę  wynieść  obligacje ze skarbca, nie ma  możliwości  wyniesienia  ich z budynku 
jeszcze tej samej nocy.
- Nie rozumiem, o czym mówisz? - powiedział to bardzo powoli, przez zaciśnięte zęby.
- To jest naprawdę tak proste, że nawet Igor by to pojął. Obligacje z pokoju - tak, z budynku - nie.
Poczerwieniał   z   gniewu.   Może   w   tym   momencie   nie   powinienem   drażnić   go   kpinami? 
Pośpieszyłem więc załagodzić nieco sprawę.
- Można tego dokonać. Wyniosę obligacje ze skarbca, i w końcu także i z budynku, zapewniam cię. 
Tyle że zajmie to nieco więcej czasu. Będziesz jednak je miał, nie martw się. Tyle że nie tego ranka 
po kradzieży. Przeszedłem się dokładnie po wszystkich pomieszczeniach i sprawdziłem wszystkie 
wejścia.   I   wszystkie   są   zamknięte   także   od   zewnątrz.   Musiałbym   więc   mieć   pomocnika   na 
zewnątrz, który by je otworzył. I ciężarówkę, która zabrałaby łup.
- To mogłoby się dać załatwić...
- Ale z wielkim trudem. Bramy zewnętrzne dla pojazdów są także zamknięte w nocy. Nie ma 
nocnego ruchu wokół. Ciężarówka zbyt rzucałaby się w oczy. Ryzyko jest zbyt wielkie. Ale jest 
inny sposób i mogę wykonać to sam. I naprawdę radzę ci skorzystać z tego pomysłu, który zresztą 
zawdzięczam tobie. To jest pewna odmiana tego, co zrobiłeś, okradając swój własny bank. Zdaje 
się, że masz talent, jeśli chodzi o te rzeczy.
Uspokoił się nieco. Żaden egoista nie pozna się na fałszywym pochlebstwie.
- Gdybym nie miał talentu, nie byłbym najbogatszym człowiekiem w galaktyce. Mów dalej.
- Postaraj się dobrze zrozumieć. Zanim opróżnię skarbiec, pójdę do magazynu numer osiem zero 
trzy. Tam są trzymane ryzy papieru. Ponieważ, jak wiesz, mamy do czynienia z biurokratami, a oni 
kochają papier, więc możesz sobie wyobrazić, jak wielki jest to pokój. Pójdę na tył tych stosów, 
które nie będą dotykane jeszcze przez najbliższe miesiące, jeśli nie lata, i usunę sporo ryz, tak aby 
objętościowo odpowiadało to skradzionym obligacjom.
- Po co?
- Daj mi skończyć. Po wyniesieniu obligacji zostawię ten papier na środku skarbca. I zostawię tam 
też bombkę termiczną - uwielbiam te zabawki - z opóźnionym zapłonem. Na obrzeżach pokoju 
rozsypią także - dotknięcie geniuszu, jeśli można tak powiedzieć - kilka nadpalonych i zetlałych 
obligacji. Tak jakby podmuch wybuchu je tam wyniósł...
- Daj teraz mnie dokończyć! - wykrzyknął entuzjastycznie Kaizi. - Przeniesiesz resztę skradzionych 
obligacji do magazynu. Tam zagrzebiesz je z tyłu pokoju, w pustym miejscu po tym papierze, który 
zabrałeś. Opuścisz budynek o właściwym czasie nad ranem. A bombka wybuchnie już po twoim 
wyjściu. Zostawisz skarbiec zamknięty?
- Oczywiście.
- A więc będzie to tajemnica. Czy był to samozapłon? Kto je poukładał na środku pokoju? Co się 
właściwie   stało?   Jak   to   możliwe,   by   zamknięty   był   skarbiec?   Potem   śledztwo   i   domysły.   A 
kradzieży nikt nie będzie podejrzewać. A już zwłaszcza, że złodziej mógł zostawić obligacje w 
budynku.

background image

-   Dodam   jeszcze   kilka   szczegółów   do   twoich,   jakże   prawdziwych   przewidywań   -   znów 
pochlebstwo.
Skinął głową skoncentrowany.
- Zamówienia na papier przychodzą z różnych departamentów do centralnego biura zamówień. 
Które z kolei posyła dostawcę. Ten wykonuje zamówienia raz w tygodniu.
Pochylił się, z natężoną uwagą chłonąc każde moje słowo.
- Następna dostawa będzie za trzy dni. Kierowca, któremu towarzyszy jeden strażnik, zjawia się w 
magazynie.   Tyle   że   następnym   razem,   to   ja   będę   kierowcą.   A   strażnik   tym   razem   zaśnie   w 
magazynie   na   służbie.   Obligacje   zostaną   załadowane   do   samochodu   dostawczego,   a   strażnik 
pozostanie tam, gdzie zdarzyło mu się usnąć. I wyjazd z budynku. Następna zbrodnia stulecia.
Kaizi   westchnął,   oparł   się   o   krzesło,   i   przez   moment   z   uśmiechem   kontemplował   zbrodnię 
doskonałą.
Kiedy wrócił Igor, Kaizi chwycił  jedno z piw, otworzył  je i pociągnął  tęgiego łyka. A potem 
spojrzał na mnie z zadumą.
- Dasz radę zrobić coś takiego?
- Tak. Ale będę potrzebował paru rzeczy.
- Daj mi listę. Dostaniesz wszystko, zanim wyjdziesz dziś wieczorem.
- Dobra. A teraz idę na miasto coś zjeść. Potem wrócę się wyspać.
Nie próbował mnie zatrzymywać. Wiedział, że dopóki Angelina jest jego więźniem, ma nade mną 
całkowitą władzę.
Powoli szedłem ulicą  pomiędzy  śpieszącymi  do pracy niewolnikami.  Zanurzyłem  się w  znane 
uliczki mechatargu. Jeśli ktoś mnie śledził, należało go zgubić. Wszedłem do pierwszego dużego 
budynku po drodze, wjechałem windą na górę, potem schodami na dół i na zewnątrz przez tylne 
drzwi. Zawsze skuteczna metoda, jeśli nie jesteś pewien, czy ktoś za tobą podąża. Dopiero wtedy 
kupiłem tani telefon.
Od   czasu   ostatniego   przeglądu   Kaizi   miał   całą   noc,   by   założyć   mnóstwo   nowych   aparatów 
podsłuchowych...
- Kelner, chodź tutaj - powiedziałem głośno, gdy tylko Bolivar odebrał telefon. - Niech sobie 
przypomnę, co jadłem, kiedy ostami raz tu byłem... Aha, niedźwiedzioburgera i trochę piwa.
Wyłączyłem   się   i   wyrzuciłem   telefon   do   najbliższego   śmietnika.   Miałem   nadzieję,   że   Bolivar 
pojmie, że boję się podsłuchu i że chcę, aby przyszedł do tej restauracji, w której ostatnio jedliśmy. 
Sądziłem wprawdzie, że nikt mnie już nie śledzi, ale też z równą niemal pewnością wiedziałem, że 
jestem podsłuchiwany.
Szedłem   szybko,   nie   zatrzymując   się   długo   w   żadnym   miejscu,   na   wypadek   gdyby   oprócz 
podsłuchiwania,   także   mnie   namierzano.   Kiedy   trzeci   raz   przechodziłem   koło   umówionej 
restauracji, dostrzegłem Bolivara siedzącego przy stoliku w rogu. Zrobiłem szerokie koło, a potem 
tak   szybko,   jak   mogłem,   wszedłem   do   restauracji.   Stanąłem   za   nim,   a   kiedy   się   odwrócił, 
pokazałem mu przygotowaną kartkę.
”Sprawdź podsłuchy”.
Co natychmiast zrobił, po krótkim tylko szoku, kiedy ujrzał moją twarz. Przeciągnął wykrywaczem 
wzdłuż mojego ciała. Trzy monety jak zwykle, ale także jedna z moich metalowych spinek - Kaizi 
robił się coraz sprytniejszy. Oderwałem ją i wręczyłem Bolivarowi wraz z monetami. Wyciągnął 
ekranowany pojemnik i wrzucił tam cały ten sprzęt. Zatrzasnął.
- Teraz nie będą przewodzić - powiedział. - Ledwie cię poznałem. Świetna charakteryzacja. Mam 
też dobrą wiadomość. Bolivar znalazł dom Kaiziego.
- To ty nie jesteś Bolivar?
- James, tato. Nigdy się nie nauczysz.
- Czy ona tam jest?
- Nie wiemy. Ale to duża posesja i jest tam robot pierwszej klasy.

background image

Pierwsza klasa. Inteligentny i bardzo drogi. Trzeba będzie bardzo uważać, gdybyśmy mieli z nim 
do czynienia.
- Kiedy ty i Bolivar zażywaliście wypoczynku w Swartzlegen, ja w końcu włamałem się do baz 
Słonecznego Miasta. Musiałem to zrobić dosłownie.
- Jak to dosłownie?
- Ich programy antywłamaniowe są na tyle dobre, że nie można było wejść, nie zostawiając śladu 
swojej bytności. Więc pewnej nocy po prostu się włamałem i zabrałem parę droższych i małych 
urządzeń dla pozoru. Ale też zamontowałem co nieco wewnątrz głównego serwera. Więc są teraz 
szeroko otwarci. Bolivar przygląda się właśnie danym dotyczącym szczegółów konstrukcyjnych 
domu. Plany załączone do podania o zgodę na budowę są dość szczegółowe i wystarczą na nasze 
potrzeby.
- A ja miałem długą noc - powiedziałem, zaglądając do menu i wybierając dla nas obu jakieś 
napoje pobudzające. - Opowiem ci.
- Uuaa - skomentował, kiedy skończyłem. Wziął przy tym zbyt duży łyk napoju i zakrztusił się. 
Walnąłem go w plecy. Pomogło.
- To jest najambitniejszy napad, o jakim słyszałem - wydyszał wreszcie.
- Dzięki. Jestem dumny z tego pomysłu. Ale obawiam się, że byłem nieco nieuczciwy wobec mego 
pracodawcy.
- To znaczy...
- Dostawa papieru będzie za dwa dni, nie za trzy... Natychmiast pojął znaczenie moich słów. I 
uśmiechnął się szeroko.
- Chcesz wyciągnąć te papiery i zostawić je sobie!
- Dokładnie. Ale zanim zacznę rozważać coś takiego, muszę być absolutnie pewien, że twoja matka 
jest  bezpieczna.   Mam  też   dla  ciebie   jeszcze  jedno  zadanie.   To,  co   mam  na   sobie,   to  nie   jest 
przypadkowa charakteryzacja. Mam wyglądać jak jeden z pracowników Centralnego Depozytu o 
imieniu Iba. I martwię się nieco o niego. Kaizi powiedział mi, że on wczoraj opuścił planetę ze 
sporą gotówką w kieszeni...
- A ty myślisz, że to nie w stylu Kaiziego?
- Dokładnie. Sprawdź, kto wczoraj opuścił planetę. I przyjrzyj się też ostatnim wiadomościom.
- Dobra jest. Będzie jakiś sposób, by ci przekazać raport?
-   Wątpię.   Myślę,   że   lepiej,   byśmy   trzymali   się   z   dala   od   siebie.   Jeśli   Kaizi   nabierze   jakichś 
podejrzeń,   że   się   spotykamy,   będziemy   mieli   bardzo   duży   kłopot.   Zadzwonię   do   ciebie   jutro 
wcześnie rano. Po tej operacji z obligacjami.
- Uważaj na siebie - powiedział. Wyglądał na zaniepokojonego.
- Zawsze uważam - odparłem, starając się włożyć w moje słowa więcej entuzjazmu, niż naprawdę 
go odczuwałem. Też byłem tym wszystkim zestresowany.
Podał mi pojemnik, a ja wyciągnąłem z niego podsłuchy i wsadziłem je do kieszeni. Pożegnaliśmy 
się bez słowa.
Wróciłem do magazynu, aby trochę odpocząć. Tak przynajmniej sądziłem...
Igor się nie naprzykrzał - spojrzał na mnie spode łba, gdy się pojawiłem, i wrócił do swoich zajęć. 
Ale Kaizi miał inne pomysły.
- Nie podobają mi się te twoje samotne wędrówki po mieście.
- A w czym ci to może szkodzić?
- Nie ufam ci, di Griz. Jesteś zbyt sprytny. - Wskazał pudła leżące na stole. - Tam są rzeczy, które 
zamawiałeś na dzisiejszą operację.
- Dobrze.
Sięgnął do swojej torby i wyciągnął pistolet.
- Chciałbym także, abyś usiadł tu spokojnie, a Igor założy ci kajdanki.
Niewiele mogłem na to poradzić. Z tym dryblasem z tyłu dałbym sobie radę w mgnieniu oka, ale 
wymierzony we mnie pistolet...

background image

Kajdanki szczęknęły nieprzyjemnie. A żeby było jeszcze milej, drugą parę zapiął mi na kostkach. 
Teraz odłożył pistolet i uśmiechnął się.
- Spróbuj się przespać - poradził. - Czeka cię długa noc.
Obaj przyglądali się bez słowa, jak z trudem dźwignąłem się na nogi i skokami dotarłem do swego 
legowiska, na które zwaliłem się ciężko. Potem jeszcze musiałem mocno się wysilić, aby obrócić 
się na plecy Spojrzałem na kajdanki i już wiedziałem, czemu Kaizi się uśmiechał. Nie mogłem tu 
użyć wytrycha. Zamki były umieszczone tak głęboko, że nie dałbym rady wewnątrz przekręcić 
wytrycha, nawet gdybym zdołał go tam wsadzić. Spróbowałem. Nie można było tego zrobić.
Byłem na tyle zmęczony, że zasnąłem mimo tej niewygodnej pozycji. Ocknąłem się na moment, 
słysząc głosy, ale znowu zapadłem w sen. Obudził mnie dopiero gorący i smrodliwy oddech Igora 
na mojej twarzy.  Był  pochylony i męczył  się ze skomplikowanym  zamknięciem kajdanek. Już 
miałem zamiar go udusić, kiedy dostrzegłem stojącego w drzwiach Kaiziego z wycelowanym we 
mnie pistoletem.
- Przyprowadź go tutaj. Będziesz lepiej widział przy świetle. Igor chwycił mnie za nogi i ściągnął z 
łóżka. Zdołałem się przekręcić na tyle, że wylądowałem na ramieniu, a nie na głowie. Pociągnął 
mnie,   obijającego   się   i   klnącego,   do   sąsiedniego   pomieszczenia.   Posadził   mnie   na   podłodze   i 
dopiero wtedy rozpiął obie pary kajdanek.
- Czy tak się traktuje lojalnego pracownika? - zapytałem. Wstałem i usiadłem na krześle.
- Teraz Igor zawiezie cię do pracy. Pojadę zaraz za wami. Będę także trzymał się w pobliżu, kiedy 
rano stamtąd wyjdziesz. Jeśli nabiorę najmniejszych podejrzeń, że nie robiłeś tego, co mi opisałeś, 
możesz być pewien, że nigdy nie zobaczysz żony.
Wolałem mu nie odpowiadać. Wziął moje milczenie za poddanie się. Spojrzał na zegarek.
- Już czas. Weź torbę zjedzeniem. Wszystko, czego potrzebujesz, jest tam w środku, pod tym 
odrażającym żarciem.
I znów podróż na ten sam róg ulicy. Znów ten sam spacer po schodach. Jedyną różnicą była ciągła 
obecność w pobliżu czarnego samochodu, który stał teraz naprzeciw budynku po drugiej stronie 
ulicy.
Dlatego byłem szczęśliwy, że zostawiam go za sobą.
Moje   szkło   kontaktowe   było   tym   razem   na   miejscu.   Dłoń   bez   problemu   otworzyła   drzwi   i 
wszedłem do środka.
- Hej, ty Iba. Mówię do ciebie.
- Spieprzać - powiedziałem ponuro, nie patrząc na swego rozmówcę. Co zrobiłem do cholery nie 
tak?
- Podejdź tu. Mam coś dla ciebie.
Musiałem podejść i spojrzeć na niego... i na gazetę, którą mi podawał.
- Jakiś facet dał mi to dla ciebie. I dał jeszcze pięć kredytów, uwierzysz? Nic specjalnego, nawet 
spojrzałem, tylko dzisiejsza gazeta. Omal jej nie wywaliłem - rzucił gazetę na podłogę i odszedł.
Gazeta? Kto? Na pewno nie Kaizi. To mógł być tylko James. Ale po co?
Teraz nie mogłem jej przeglądać. Drugi strażnik już przyglądał mi się podejrzliwie.
- Spieprzać - powiedziałem, ruszając naprzód. Zwinąłem jednak papier i dopiero potem poszedłem 
ku moim robotom.
Dopiero kiedy znów je wskrzesiłem, spojrzałem na niezwykłą przesyłkę. Przejrzałem ją szybko. 
Nie. Nie mam teraz czasu na czytanie... ale zaraz... Na ostatniej stronie była wzięta w kółeczko 
wiadomość. Tuż obok reklamy kompletu do reperacji Zrób-To-Sam. Zerknąłem zaintrygowany.
”Samobójca utonął w jeziorze w parku centralnym”.
Nagle poczułem chłód. Szybko przejrzałem krótką notatkę.
”Nieznany... podarte ubranie... woda w płucach... niezidentyfikowany...” - i ostatnia linijka - ”... 
paskudna blizna na twarzy...”
Nie miało sensu sprawdzanie listy pasażerów. Ibiemu uciekło połączenie. Zbyt  wiele słyszał o 
biznesie Kaiziego.

background image

Wiedziałem więc już dokładnie, jaki grozi mi koniec. 

Rozdział 23

Po raz pierwszy cieszyłem się, że moja praca nie wymaga angażowania mózgu. Całą bowiem jego 
pojemność  zajmowały teraz krążące wściekle  myśli  nad drogą ucieczki...  Ale nie wpadłem  na 
żaden pomysł. Mogłem ukraść obligacje - to było w tym wszystkim najłatwiejsze. Po wykonaniu 
tego zadania zostanę jednak ponownie skuty. I spędzę prawdopodobnie w tym stanie następne dwa 
dni, aż do rzekomej dostawy.  Chociaż oczywiście dostawa odbędzie się dzień wcześniej... czy 
powinienem   się   do   tego   przyznać?   Jeśli   tak   zrobię,   zostanę   zmuszony   do   przyniesienia   tych 
obligacji. A wkrótce po tym dołączę do Iby w jeziorze. Jeśli nie spotka mnie coś jeszcze gorszego.
Roboty kręciły się po wyznaczonych trasach i niemal nie byłem świadom ich obecności. Tylko jeśli 
któryś z nich stanął rozładowany, przypominałem sobie na chwilę o obowiązkach i ładowałem go 
ponownie.   Potem   zaś   znów   głowiłem   się   nad   tym   nierozwiązywalnym   splotem   zależności   i 
zdarzeń.
Dość! Kręciłem się w kółko i gdyby tak miało trwać dalej, mój mózg wkrótce także wyładuje się 
jak te roboty. Nadszedł czas, by coś zrobić. Czas na rabunek.
Za wyjątkiem jednego, którego potrzebowałem, wyłączyłem wszystkie roboty, aby nie rozłaziły się 
po budynku. Tym, którego wziąłem ze sobą, był największy z robotów na kółkach. Poszliśmy do 
magazynu   z   papierem.   Prowadzące   tam   drzwi   nie   były   nawet   zamknięte.   Stanąłem   w   tym 
mauzoleum biurokracji, oświetlanym tylko małymi nocnym lampkami w suficie. Ryzy papieru i 
koperty zalegały tu w piramidach sięgających niemal tych lamp. Zapuściliśmy się głębiej w tę 
olbrzymią salę. Wszystko było zakurzone i pokryte pajęczynami. Ostatnie stosy papierów, tuż przy 
ścianie - wyschłe i pożółkłe - będą się doskonale palić. Załadowałem nimi robota do pełna, od 
czasu do czasu kichając gromko. Kiedy wreszcie zakończyłem pracę i kichnąłem po raz ostatni, 
opuściłem z ulgą ten śmietnik. Mój pomocnik toczył się przy nodze.
Potem grzecznie czekał z metaliczną cierpliwością, podczas gdy ja okradałem skarbiec. Uwinąłem 
się z zamkiem elektrycznym drzwi, zneutralizowałem alarmy we framugach...
Teraz nadeszła najbardziej śliska część operacji. Należało ustawić generator promieni laserowych 
naprzeciw   soczewek   odbiorczych,   nie   przecinając   przy   tym   żadnego   z   promieni.   Powoli 
przesunąłem się do przodu, ustawiłem  przyrząd  pod właściwym  kątem.  Czułem pot kapiący z 
mojej twarz. Teraz!
Nie odezwał się alarm.
Potem pozostała mi już tylko robota fizyczna, którą musiałem, niestety, zrobić sam. Ustawiłem stos 
papierów na środku pokoju, rozrzucając go nieco po namyśle, aby lepiej się palił. Załadowałem 
następnie na robota wszystkie skradzione obligacje.
Dyszałem   ciężko.   Jeszcze   tylko   jedno.   Wziąłem   garść   tych   papierów,   wartych   jakiś   milion 
kredytów - co za marnotrawstwo - i wyniosłem je na korytarz z dala od wykrywaczy ognia. Tam 
jeden za drugim nadpalałem zapalniczką. Pozwalałem im się nieco potlić, a potem gasiłem. Kiedy 
wszystkie już były odpowiednio podsmażone, zaniosłem je z powrotem do skarbca i porozkładałem 
odpowiednio. Została mi do wykonania naprawdę ostatnia rzecz - nastawienie zapalnika czasowego 
i podłożenie bomby termicznej. Bomba miała wybuchnąć mniej więcej godzinę po moim wyjściu z 
budynku, a kilka minut przed przybyciem dziennej zmiany. Dzisiaj będą mieli po prostu znacznie 
bardziej urozmaicony dzień, niż przypuszczają.
Potem   zrobiłem   sobie   przerwę.   Ochłonąłem   nieco,   rozprostowałem   palce.   Dopiero   po   takiej 
dłuższej chwili i z anielską wprost cierpliwością, wycofałem generator ze skarbca. Powolutku... 
powolutku... - Zrobione! Reszta to już była dziecinada - ustawienie z powrotem zamka i systemów 
alarmowych.
Wróciłem   następnie   do   magazynu,   gdzie   dokładnie   ukryłem   obligacje   pomiędzy   papierami. 
Przykryłem jej jakimiś pożółkłymi stronami. Gotowe. Będą tu zupełnie bezpieczne aż do czasu, 

background image

kiedy po nie przyjdę, albo - bardzo depresyjna myśl - pozostaną tutaj na zawsze, jeśli zrobię jakiś 
błąd.
Następne godziny mocno się dłużyły. Starałem się nie myśleć o bombie termicznej - ... a jeśli 
wybuchnie wcześniej, niż powinna... - starałem się więc nie myśleć o niemyśleniu o niej. Wreszcie 
ostatnia popielniczka i śmietnik. Jeszcze tylko do składu. Moi metalowi pomocnicy legli tam bez 
ruchu i mieli teraz beztrosko pożywiać się prądem. Ja zaś zmyłem z dłoni ślady spalenizny i kiedy 
zmiana skończyła się, wyszedłem wraz z innymi.
Kiedy opuściłem budynek, byłem już mocno spięty. Jeśli nie nastawiłem prawidłowo zapalnika, 
będę musiał zaraz szybko wiać. Czułem ciężar w żołądku, dopóki nie znalazłem się bezpiecznie na 
ulicy. Wolnym krokiem podszedłem na umówiony róg. Nie było tam jednak ciężarówki.
Czy coś poszło źle? Zanim zdążyłem nawet skończyć tę myśl, zatrzymał się obok mnie samochód 
Kaiziego.
- Wsiadaj - powiedział.
- Gdzie Igor?
- To nie twoja sprawa - odparł, gdy już ruszyliśmy. - Wszystko zgodnie z planem?
- Tak.
Uśmiechnął się i oblizał wargi. Jedną ręką prowadził, drugą podał mi notatnik z dołączonym doń 
pisakiem.
-   Zapisz   tam   wszystkie   szczegóły   na   temat   magazynu,   gdzie   są   obligacje,   nazwę   kompanii 
transportowej i imię kierowcy...
- Nie sądzę, że powinienem to zrobić.
- Nie graj ze mną, di Griz. Wiesz bardzo dobrze, dlaczego podasz mi te informacje.
-  Wiem.  Ale   najpierw   moja  żona.   O   niej   chcę  pomówić   najpierw.   Co  się  z  nią   stanie,   kiedy 
dostaniesz te obligacje?
- Oczywiście dołączy do ciebie.
W grobie - uzupełniłem w myślach.
- A jakie mam na to gwarancje? - Moje słowo.
- To trochę za mało. Za dużo dotąd kłamałeś, Kaizi. Obrzucił mnie szybkim zimnym spojrzeniem, 
ale nie odpowiedział.
-   Dogadajmy   się.   Dam   ci   obligacje,   ale   najpierw   ty   ją   uwolnisz.   Przez   chwilę   prowadził   w 
milczeniu. Potem pokręcił przecząco głową.
- Nie mogę tego zrobić.
- Więc ja nie mogę ci podać informacji, których będziesz potrzebował, aby dostać te obligacje.
Nie padło już ani jedno słowo.
Drzwi   garażu   przy   magazynie   otworzyły   się   przed   samochodem,   a   potem   zatrzasnęły,   gdy 
wjechaliśmy do środka. Igora i jego ciężarówki wciąż nie było. Kaizi wyszedł pierwszy, otworzył 
tylne drzwi i sięgnął tam.
- Spójrz na to - powiedział.
Spojrzałem...  i desperacko próbowałem  jeszcze uskoczyć.  Był  szybszy.  Dwa metalowe pręciki 
elektrycznego   ogłuszacza   dotknęły   mojego   ciała.   Fala   bólu   targnęła   mną   gwałtownie,   mięśnie 
zacisnęły się spazmatycznie. Upadłem bezwładnie na ziemię. Byłem świadomy, ale nie mogłem się 
poruszyć. Kaizi przeciągnął mnie przez cały ten wieloletni kurz i śmieci na podłodze i rzucił na 
moje legowisko. Wciąż nie mogłem się ruszyć. Założył mi na ręce kajdanki, a drugą parą przypiął 
moją nogę do metalowego zakończenia kanapki. Odrętwienie zaczęło powoli ustępować dopiero, 
gdy już przeciągnął łóżko, wraz ze mną, pod ścianę. Wyszedł do sąsiedniego pokoju i wrócił z 
następnymi   kajdankami.   Wiedziałem,   co   chce   zrobić,   toteż   przekręciłem   się   rozpaczliwie,   by 
kopnąć go wolną nogą. Odskoczył, uchwycił ją i wykręcił boleśnie, a potem przykuł do metalowej 
rury biegnącej przy ścianie. Oddychał ciężko, a jego twarz wykrzywiała wściekłość. Gdzieś znikł 
multimilioner   o   wyszukanych   manierach.   Raz   za   razem   walił   pięścią   w   moją   twarz.   Przestał 
dopiero, gdy boleśnie uderzył kostkami dłoni o moją twardą szczękę.

background image

-   Nikt   nie   będzie   mi   się   sprzeciwiał,   nikt   -   roztarł   dłonią   uszkodzoną   pięść.   -   Ty,   zwykły 
przestępca, chcesz mi dyktować warunki? - na jego twarz powrócił okrutny uśmiech. Uspokoił 
oddech. Bolesny kopniak, który wylądował na moich żebrach, nie był już wymierzony w gniewie. 
Kopnął mnie całkiem na zimno, aby podkreślić swoje słowa.
- Jesteś bezradny. Mogę zrobić z tobą wszystko, co zechcę. I mam zamiar zostawić cię tu teraz na 
parę dni bez jedzenia i picia. Jestem pewien, że kiedy wrócę, zechcesz mi powiedzieć, jak mam 
wyciągnąć te obligacje. A jeśli mi powiesz, może zostawię cię przy życiu.
Taki był prawdziwy Kaizi bez maski.
- Tak jak zostawiłeś Ibę? W jeziorze w parku? - krzyknąłem za nim, gdy wychodził. Odwrócił się 
wściekły.   Niepotrzebnie   pozwoliłem   ponieść   się   gniewowi.   Zorientowałem   się,   że   właśnie 
podpisałem na siebie wyrok śmierci.
- Leżysz już w grobie - powiedział. Potem wyszedł, trzaskając za sobą drzwiami. Usłyszałem silnik 
samochodu i skrzypienie otwieranych drzwi garażu. Potem zapadła cisza zostałem sam.
- Jim, musisz jednak nauczyć się trzymać język za zębami - powiedziałem na głos. Uwaga słuszna, 
ale   nieco   spóźniona.   Trzeba   było   pomyśleć   wcześniej.   A   jak   teraz   mam   wydostać   się   z   tego 
kanału?
Nie będzie łatwo. Zdałem sobie z tego sprawę po wielu próbach wyswobodzenia się z kajdanek, 
kiedy zyskałem tylko krwawe pręgi na nadgarstkach. Mogłem sięgnąć do kajdanek na nogach i 
poruszać zamkiem szyfrowym, ale nigdy nie zdołałbym znaleźć kodu przez takie przypadkowe 
przesuwanie. Rura też mocno tkwiła w ścianie. Leżałem, dysząc ciężko z wysiłku. Tej nocy jednak 
zasnąłem, mimo swojej paskudnej sytuacji.
Obudziło mnie jakieś niejasne przeczucie czyjejś obecności. Jak długo spałem? Wedle światła za 
oknem wciąż był dzień. Bolała mnie cała twarz, jak również żebra. Usłyszałem dochodzące zza 
drzwi ciche szuranie. Odwróciłem się, na ile mogłem, i obserwowałem klamkę. Powoli opadała.
Kaizi? Igor? Na pewno nic dobrego. W tej chwili czułem się tak paskudnie, jak nigdy dotąd w 
życiu. Drzwi otworzyły się powoli i pojawiła się w nich ciemna figura. Już miałem wrzasnąć, gdy 
powstrzymałem   się   w   ostatniej   chwili.   Poczekałem   spokojnie,   aż   skończy  przeszukiwać   pokój 
wykrywaczem   podsłuchów   i   umieści   znaleziska   w   ekranowanym   pojemniku.   Dopiero   potem 
rozdarłem gębę.
- Bolivar!
- Nie, James. Bolivar wciąż przegląda plany budynku.
- Zabierz mnie stąd!
Pomacał kajdanki i pokręcił głową.
- Łatwiej powiedzieć, niż zrobić.
- Jesteś samochodem? - Tak.
- Przynieś narzędzia. Pilniki, młotek.
- Jasne.
Pilniki padły przy próbie odcięcia kajdanek przykuwających mnie do rury. Ale na szczęście sama 
rura, jak i poręcz łóżka nie były aż tak twarde i James rozbił je młotkiem. Pomógł mi wstać.
- Nie wyglądasz za dobrze, tato - powiedział. - Pal licho tę fałszywą bliznę, ale gębę masz obitą 
naprawdę, no i te kajdany...
Potrząsnął z zatroskaniem głową.
-   Przynieś   apteczkę   z   samochodu.   A   potem   jedziemy   do   sklepu   i   po   porządne   narzędzia   do 
piłowania. Gwarantuję ci, że zaraz poczuję się lepiej. - Wylazłem z pokoju, dzwoniąc kajdanami 
jak galernik. - I dzięki za pomoc w porę.
- Pomyślałem, że coś się mogło stać. Nie dzwoniłeś bardzo długo. Więc postanowiłem zbadać to 
miejsce. Ten dryblas, który prowadził ciężarówkę, pojechał do Słonecznego Miasta. Śledziłem go 
do momentu, kiedy skręcił w tamtym kierunku na komputerostradę.
- A Kaizi?

background image

- Chyba jest w banku. Przynajmniej jego samochód stoi na zewnątrz. Sprawdziłem to, zanim tu 
przyszedłem. Pomyślałem więc, że chociaż sprawdzę, co tu się dzieje.
- Działo się sporo... Zadzwonił telefon. Odebrał.
- Już jedziemy. Obaj - powiedział i wyłączył się. - Bolivar zakończył pracę. Chce nas widzieć 
natychmiast.
- Czy jest tu w mieście wypożyczalnia helikopterów?
- Jest. Ale najpierw narzędzia... Dopiero potem słoneczne przedmieścia.
Zatrzymał   się   przed   sklepem   z   narzędziami   i   znikł   w   nim   na   dłuższą   chwilę.   Pojawił   się   z 
dekompozerem   wiązań   molekularnych.   Rzucił   mi   go   i   wskoczył   do   samochodu.   Włączyłem 
maszynkę i skierowałem ją na kajdanki. Cienkie pole energii niszczyło wiązania atomowe metalu, 
który   powoli   tracił   cząsteczki.   Zanim   dojechaliśmy   do   lądowiska   helikopterów,   zdążyłem   już 
nawet   wetrzeć   krem   w   poranione   nadgarstki.   Miałem   zamiar   wyrzucić   dekompozer   wraz   z 
resztkami kajdanek, ale zmieniłem zdanie i schowałem urządzenie do kieszeni.
Licencja pilota gwiezdnego, połączona ze sporą gotówką, potrafi zdziałać cuda. Helikopter wkrótce 
był nasz. Wskoczyłem do niego szybko.
- Rozmawiałem z Bolivarem - opowiadał James, gdy wystartowaliśmy ostro w górę. - Ciężarówka 
Igora jest na zewnątrz domu. Chciał tam wejść, ale powiedziałem mu, żeby na nas zaczekał.
Skinąłem głową.
- Trzech to zawsze lepiej niż jeden. Czy to jest maksymalna prędkość tego gruchota?
- Na pełnej mocy. Powiedziałem mu, żeby znalazł jakieś sensowne miejsce do lądowania.
Lecieliśmy szybko, ale wciąż miałem wrażenie, że za wolno. W mojej głowie myśli wirowały 
równie prędko jak śmigło nad naszymi głowami. Po co Igor pojechał do domu? Może to właśnie 
Angelina była powodem jego podróży? Nie skrzywdzi jej raczej bez rozkazów Kaiziego. Ale jakie 
były   rozkazy   szefa?   W   głowie   mi   się   kręciło,   a   żołądek   dawał   znać   o   sobie   gwałtownymi 
skurczami. Bolał mnie też bok. Pogrzebałem głębiej w apteczce i znalazłem medyczną brandy.
- Ja nie, prowadzę - powiedział James. - Ale tobie chyba się przyda.
- Chyba tak. - Alkohol piekł moje poranione wargi, ale bardzo korzystnie wpłynął na żołądek. Czy 
byłem już za stary na takie rzeczy?  Tak się z pewnością czułem. Naprawdę uważałem w tym 
momencie, że najlepsze lata mam już za sobą.
- Zbliżamy się. Widzę miejsce lądowania - James mówił do telefonu. - Bolivar, czy to ty machasz? 
Dobrze. Siadam.
Wskoczyliśmy do samochodu, jeszcze nim śmigło helikoptera przestało się kręcić. Bolivar spojrzał 
na moją twarz i wszystkie bandaże, ale nie komentował. Ruszyliśmy z piskiem opon.
- Opowiadaj w skrócie - poleciłem.
- Ciężarówka jest obok domu. O ile wiem, w domu jest tylko Igor i robot. Plany budynku są na 
siedzeniu koło ciebie.
Duży, bardzo duży. Zawierał co najmniej dziesięć, nie, dwanaście pomieszczeń. Zamknięta bryła, 
nie   licząc   werandy   na   jednej   ze   ścian.   Wedle   rzutu   bocznego   był   zbudowany   na   płytach 
betonowych i nie miał podziemi. Popatrzyłem na to podejrzliwie i wskazałem palcem na planie.
- Wszystkie pokoje mają okna - powiedziałem.
- Jak większość pokoi - odparł Bolivar.
- Na moje żądanie Kaizi zrobił film, aby udowodnić mi, że Angelina jest bezpieczna. I pokój, w 
którym przebywała, był oświetlony wyłącznie sztucznym światłem. Nie miał okien.
- Może film nakręcono w nocy?
- Nie. Kaizi wyjechał rano. Wrócił przed zmrokiem. Bolivar spojrzał na plany.
- Jeśli jakiś pokój będzie miał zakryte okna, trzeba go sprawdzić na początku. Przyjrzymy się temu 
z zewnątrz.
- A jeśli wszystko jest odsłonięte? - I nagle sam sobie odpowiedziałem. - Pamiętacie bank? Jak 
Kaizi ukrył te niby skradzione pieniądze?

background image

-   Oczywiście   -   odparł   Bolivar.   -   Sekretny   pokój   poniżej.   Jeśli   mógł   go   zbudować   w   banku 
pośrodku miasta, tym bardziej mógł to zrobić tutaj, w prywatnym domu na przedmieściach.
James zahamował i wskazał przed siebie.
- Budynek jest za rogiem. Zasłaniają go drzewa. 

Rozdział 24

Wyszliśmy z samochodu i James właśnie go zamykał, gdy usłyszeliśmy dźwięk uruchamianego 
silnika ciężkiego bez wątpienia pojazdu.
-   To   ciężarówka   Igora   -   stwierdził   James.   -   Była   zaparkowana   przed   domem.   Co   robimy? 
Pozwalamy mu jechać i śledzimy go?
- Nie - zdecydowałem szybko - zatrzymujemy go. Istnieje duża szansa, że Angelina jest albo w 
ciężarówce, albo w domu. Tak czy siak, Igor może coś wiedzieć.
- To może być bardzo niebezpieczne... - zaczął Bolivar z wahaniem.
- Taka jest moja decyzja - uciąłem.
Słyszałem zbliżającą się ciężarówkę, która skręciła już na drogę. Stanąłem na środku i uniosłem 
rękę.
Tak się martwiłem o Angelinę, że zapomniałem, jak wyglądam. No bo w końcu nie byłem sobą. 
Miałem   ohydnie   zniekształconą   twarz   Iby,   upiększoną   dodatkowo   świeżymi   opuchliznami.   I 
takiego właśnie zobaczył mnie Igor. Efekt był dość dramatyczny. Zobaczyłem przez szybę, jak na 
jego twarzy pojawia się przerażenie. Potem pochylił się nad kierownicą i poprowadził ciężarówkę 
wprost na mnie. Uskoczyłem gwałtownie i przeturlałem się po chodniku tuż obok chłopców.
- Zatrzymajcie go! - krzyknąłem. Skrzywiłem się, czując, że na mojej twarzy pojawiły się kolejne 
zadrapania.
Maszyna, nad którą Igor najwyraźniej utracił panowanie, pognała wprost przed siebie, ścinając 
zakręt, i wylądowała na młodych drzewkach, które rosły przy drodze. Cienkie pnie zgięły się i 
popękały, ale wytrzymały uderzenie. Nie były oczywiście tak silne jak stare drzewa, ale ciężarówka 
też nie była znów taka pancerna. Koła kręciły się jeszcze przez jakiś czas, ale powgniatany wóz 
zakleszczył się na dobre, a silnik wydał w końcu ostatnie spazmatyczne warknięcie i zamarł.
James dopadł pierwszy kabiny szofera i otworzył drzwi. Bezwładne ciało Igora wysunęło się ze 
środka i byłby upadł wprost na głowę, gdyby James nie zdołał go pochwycić i złagodzić upadku. Ja 
też wszedłem do środka. Angeliny tam nie było. Nie było jej też z tyłu w pace - upewniłem się, 
zaglądając przez okienko z szoferki.
-  Połóż  go na  plecach,   przesuń język,   żeby  nie  blokował  dróg oddechowych  -  komenderował 
Bolivar. - Tak dobrze. Puls?
- Bardzo słaby, szybki i nieregularny.
- Atak serca? - spytałem.
James przytaknął i rozejrzał się. Wokół znajdowało się kilka domów, ale były na tyle oddalone od 
drogi, że prawdopodobnie tylko my widzieliśmy wypadek.
- Wygląda kiepsko - stwierdziłem. Nigdy specjalnie nie lubiłem Igora. Ale przecież nie mogliśmy 
tak po prostu pozwolić mu umrzeć. James powiedział to, zanim ja zdążyłem otworzyć usta.
-  Nie chcę żeby, przez nas umarł. Lepiej wezwijmy ambulans - sięgnął po telefon.
- Dobrze - odparłem. - Potem albo jedź z nim do szpitala, albo chociaż za nimi. W tym czasie my z 
Bolivarem sprawdzimy dom. Jeśli nic nie znajdziemy, ty i tak będziesz z Igorem, kiedy odzyska 
przytomność. Może uda ci się zadać mu wtedy parę istotnych pytań.
James rozmawiał przez chwilę przez telefon, potem wyłączył się.
-  Są w  drodze.  Sądzę,  że  pozwolą  mi   z nim  jechać.  Powiem,  że  jestem  krewnym.   Będę  was 
informował na bieżąco, co się dzieje.

background image

- Przemyślmy to - podsumował Bolivar. - Lepiej chyba, jeśli my zadzwonimy do ciebie. Jeśli 
wykombinujemy   coś   z   włamaniem,   głupio   byłoby   gdyby   właśnie   w   trakcie   akcji   rozległ   się 
dzwonek telefonu. Albo gdy będziemy węszyć wokół budynku.
- Może masz rację. Idźcie do domu i zadzwońcie do mnie, gdy coś znajdziecie.
Kiedy wkroczyliśmy w zagajniczek otaczający dom, słyszałem już odgłos odległych syren. Osłona 
drzewek   bardzo   się   przydała.   Przemknęliśmy   bez   trudu  na   tył   budynku.   Mogliśmy   po  drodze 
dokładnie   obejrzeć   wnętrze   przez   rozliczne   okna   -   żadne   z   nich   nie   było   zasłonięte.   Prawie 
całkowicie oszklona weranda też nie kryła tajemnic.
- Zobaczę jeszcze tamto skrzydło - powiedział Bolivar. - Poczekaj tu na mnie, tato.
Nim   zdołałem   odpowiedzieć,   już   go   nie   było.   Okrążał   wielki   basen.   Pozostałem   pomiędzy 
krzewami, obserwując dom. Żadnego ruchu. A może by tak sprawdzić ten duży garaż na zapleczu? 
Zamknięty.  No, to mnie nie zatrzymało. W środku jednak stał tylko jakiś antyczny gruchot na 
sflaczałych oponach. Podłoga garażu była betonowa, mocno poplamiona olejem. Postukałem w nią, 
ale wydawała się dość solidna. Nie tędy droga. Wycofałem się, a po kilku minutach powrócił 
Bolivar, kręcąc niechętnie głową.
- Nie ma tam żadnego zasłoniętego okna. Myślę, że słuszna jest twoja teoria o jakiejś ukrytej 
piwnicy. Wchodzimy do środka?
-   Najpierw   zadzwoń   do   Jamesa.   Powinni   już   dojechać   do   szpitala.   A   nawet   jeśli   nie,   to   w 
ambulansie już ocenili na pewno stan pacjenta. Będziemy wiedzieć, czego się trzymać.
Bolivar włączył zewnętrzny głośnik i wystukał numer.
- Tu wuj Tom. Martwimy się?
-   Macie   powody,   Tom.   Igor   miał   bardzo   rozległy   zawał.   Ostra   niewydolność   zastawki   tylnej. 
Poważna   sprawa.   Poważne   ograniczenie   wydolności   prawej   komory.   Jest   na   podtrzymywaniu 
sztucznym i mówią tu o bypassach, jak tylko dotrzemy do szpitala. Jak dom?
- Ładny dom i ładny widok z każdego okna. Zaraz obejrzymy go w środku.
- Musimy pozostać w kontakcie.
- Tak, zgoda.
- Biedny Igor - powiedziałem. - Wiem, że nie wyglądam najlepiej, ale chyba nie aż tak źle, by 
wpędzić kogoś do grobu?
- Chyba że miał nieczyste sumienie, jeśli chodzi o prawdziwego Ibę?
- Racja. To paskudna sprawa. Jeśli Igor był zamieszany w morderstwo, zapewne sądził, że widzi 
ducha, że jego ofiara powstała z grobu. A teraz... jakieś pomysły?
- Może zadzwonimy do drzwi? Jeśli nikogo nie będzie, wejdziemy.
- Dobry pomysł, synku. Tak właśnie zrobimy. Na zewnątrz nie mamy już nic do roboty.
Wewnątrz usłyszeliśmy jednak jakieś hałasy. Z framugi drzwi wysunęła się kamera. Stanąłem z 
boku poza jej polem widzenia. Dzisiejszego dnia spowodowałem już jeden zawał - wystarczy. 
Usłyszałem otwieranie drzwi.
- Czym mogą służyć? - głos był ciepły, a pytanie zadane bardzo kulturalnym tonem.
- Chciałbym zobaczyć się z Imperetriksem von Kaiser-Czarskim - odpowiedział równie uprzejmie 
Bolivar.
- Bardzo żałuję, ale mój pan przebywa obecnie poza domem. Czy zostawi pan jakąś wiadomość?
- Ja zostawię - powiedziałem, wychodząc zza framugi.
To był naprawdę ładny robot. Wyższy ode mnie i zrobiony z dobrej polerowanej stali. Odziany w 
białe szaty. Jego gałki oczne były pięknymi dużymi diamentami. Obejrzał mnie dokładnie z góry 
na dół i z dołu do góry.
- Czy mogę zapytać więc, jaką wiadomość chce pan zostawić?
- Jest bardzo prosta. Odsuń się. Wchodzimy do domu - postąpiłem krok naprzód, ale zostałem 
zdecydowanie zatrzymany w miejscu przez stalową rękę w białej rękawiczce.
- Mam ścisłe polecenia, aby sprzeciwić się czemuś takiemu. Proszę opuścić to miejsce.

background image

- Nie opuszczę, a ty nie możesz mnie zatrzymać. Postąpiłem zdecydowanie naprzód i robot puścił 
moje ramię.
Za to jego metalowa pięść huknęła mnie porządnie w szczękę prawym prostym.
- Prawa robotyki! - zawołałem, rozcierając bolącą szczękę. - Robot nie może zranić istoty ludzkiej.
- Ale ty nie jesteś istotą ludzką. Jesteś zamaskowaną obcą formą życia - stwierdziła maszyna.
Bolivar tymczasem włożył stopę pomiędzy framugę a drzwi, aby nie można było ich zamknąć. 
Robot nastąpił silnie na jego nogę. A następnie, kiedy Bolivar odskoczył, trzasnął drzwiami.
- Jaauu! - wrzasnął mój syn, skacząc na jednej nodze.
- Dobrze powiedziane - zgodziłem się, cały czas rozcierając szczękę. - Mnie ten robot też się chyba 
nie podoba.
Wyjąłem  z kieszeni  dekompozer  wiązań  molekularnych.  Włączyłem  go i wyciąłem eleganckie 
kółko wokół zamka, które wypadło zgodnie z oczekiwaniami. Weszliśmy do środka. Robot, który 
już odchodził, popatrzył w naszą stronę.
- Wejście jest zabronione. Spowodowaliście zniszczenie. Będę musiał wezwać policję.
- My jesteśmy policją - wrzasnąłem. - Poruczniku, proszę pokazać mu swoją odznakę.
Bolivar błysnął przepiękną fałszywą odznaką, którą od czasu przygody w elektrowni zawsze nosił 
przy sobie.
- Mieliśmy doniesienia, że w tym domu mieszka niebezpieczny robot. Bierzemy cię ze sobą.
- Nie wolno mi opuszczać tego miejsca. A wy musicie natychmiast wyjść.
- Prawo jest ważniejsze od twoich poleceń. Uderzyłeś mnie, a wiesz, że to zbrodnia uderzyć istotę 
ludzką. Jesteś aresztowany.
- Znam prawo. Ale ty nie jesteś istotą ludzką.
- Przecież widzisz, że jestem! Tak jak widzisz, że ty zostałeś skonstruowany, a to znaczy, że musiał 
też być konstruktor. Zostałeś stworzony przez ludzi i widzisz, że ja jestem człowiekiem. Jestem 
więc   członkiem   rasy  ludzkiej,   która   cię   stworzyła.   A   przecież   zawsze   należy   słuchać   poleceń 
stwórcy - wyjaśniałem, nie będąc pewien, czy trafiają do niego argumenty teologiczne.
- Wiem, że nie jesteś człowiekiem. Mój pan poinstruował mnie, że wszyscy ludzie na tej planecie 
są fałszywi. Są obcymi w przebraniu. Powiedział mi też, którzy nieliczni ludzie są prawdziwi. A 
was wśród nich nie ma. Więc musicie opuścić to miejsce. Jeśli nie, ostrzegam, że mam rozkaz 
niszczenia opornych obcych form życia.
Ruszyłem   naprzód,   a   Bolivar   poszedł   w   moje   ślady.   Rozeszliśmy   się   jednak   w   przeciwnych 
kierunkach, stając w takiej samej odległości od robota. Ten zawahał się - krótkie spięcie w procesie 
decyzyjnym. Nie wiedział, kogo chwytać pierwszego.
- Musicie wyjść. Wstęp zakazany dla fałszywych ludzi. Śmierć nastąpi bardzo szybko.
Stanąłem   za   jego   plecami,   co   nie   było   najszczęśliwszym   wyjściem,   bo   uruchomiło   algorytm 
decyzyjny.
- Obaj musicie wyjść - obrócił się i złapał mnie. - Obcy nie mogą wchodzić do mieszkania. Ty 
wszedłeś najdalej, więc zostaniesz wyrzucony pierwszy albo uszkodzę twój mechanizm.
Najwyraźniej wszystko pasowało do jego żelaznej logiki, bo trzymał mnie w stalowym uścisku już 
bez żadnych dalszych wahań.
- Ja wszedłem najdalej. - Bolivar przebiegł koło nas. - Najpierw musisz wyrzucić mnie.
- Ci, którzy weszli najdalej, muszą być wyrzuceni pierwsi - powiedziała maszyna. Puścił moje 
ramię i przytrzymał Bolivara.
- Ja wszedłem dalej, to mnie musisz wyrzucić - krzycząc, pobiegłem w przeciwnym kierunku.
Robot trzymał Bolivara, ale jego głowa obróciła się w moją stronę.
- Najdalej! - powtórzyłem.
Rozległ się dziwny zgrzyt i miałem nadzieję, że to spięcie w jego obwodach logicznych. Podszedł 
jednak do mnie, nie puszczając ręki Bolivara i ciągnąc go za sobą.
- Hej - wrzasnął Bolivar, starając się wyrwać z uścisku. Robot zaś chwycił teraz i mnie. A zatem 
koniec dyskusji. Wyjąłem więc dekompozer wiązań molekularnych i uniosłem go w jego kierunku.

background image

- Wiesz, co to jest? - zapytałem, machając urządzeniem przed diamentowymi oczętami maszyny.
- Wiem.
-   Więc   przypomnij   sobie   resztę   praw   robotyki.   Musisz   zapobiegać   zniszczeniu   własnego 
mechanizmu.   Natychmiast   nas   puść   albo   stracisz   ręce.   A   w   dzisiejszych   czasach   bezrękiemu 
robotowi ciężko znaleźć pracę.
Znów rozległ się ten dziwny dźwięk i stalowoszary gość puścił nas. Stanął bez ruchu, a z jego 
głowy wydobyło się pasemko dymu.
- Dobra robota, tato. Wiesz, jak radzić sobie z dyskutantami, przynajmniej jeśli są robotami. Teraz 
zobaczmy, co my tu znajdziemy.
Niewiele znaleźliśmy. Przeszukaliśmy pokoje jeden za drugim, ale wszystkie były puste. Bolivar 
przejrzał też szafy, podczas gdy ja obejrzałem jeszcze werandę. Nic.
- Nie ma też niczego, co by wyglądało na wejście do podziemi, nawet w tej piwniczce z winem.
- Robot pewnie by wiedział.
- Wiedziałby, ale zdaje się, że spowodowałem u niego spięcie.
Potupałem w podłogę. Też nic podejrzanego.
- Jest jedno miejsce, którego nie sprawdziliśmy - mruknął Bolivar. - Nisza obok basenu, z filtrem i 
ogrzewaczem wody.
Byłem tam, jeszcze zanim skończył mówić. Ale to miejsce również było puste, jeśli nie liczyć 
sprzętu do czyszczenia basenu. I podłoga pod nim, też nie była podejrzana.
- To musi być w domu - zadecydowałem. - Jestem pewien, że coś nam umknęło. Obejrzymy całą 
podłogę, milimetr po milimetrze.
Tak też zrobiliśmy. Pokój za pokojem. Odsunęliśmy każdy mebel, zajrzeliśmy pod każdy dywan, 
przesunęliśmy nawet lodówkę. Wciąż nic.
- Ostatni pokój - powiedział Bolivar z troską w głosie, zaglądając do środka. - Sypialnia.
Najpierw   zbadaliśmy   łazienkę   przylegającą   do   sypialni.   Wszystkie   urządzenia   były   porządnie 
przymocowane do podłogi i ścian. Podłoga sypialni wykonana z drewnianych klepek, które ciasno 
do siebie przylegały.... Też nic, niestety.
Łóżko znajdowało się na środku pokoju. Usiadłem na nim ciężko. Zmęczenie i wiek dawały mi się 
jednak we znaki. Oparłem głowę w dłoniach. Byłem bardzo znużony.
Zaraz, zaraz... a to co?
Co miało oznaczać to ciche szurnięcie jednej z nóg łóżka?
- Aha! - z tym okrzykiem wylądowałem na kolanach przy podejrzanej nodze.
- Tato, stało się coś?
- Stało, stało. Słyszysz to szuranie przy nodze? Tak jakby łóżko przesuwało się w poziomie. O tak - 
pchnąłem silnie.
Nic się nie stało...
Na początku.
Potem usłyszałem metaliczne szczeknięcie i opór ustąpił. Upadłem na twarz do przodu, kiedy łóżko 
nagle przesunęło się wraz z fragmentem klepek. Pod nim, tuż przed moim nosem, był sterczący z 
ziemi   uchwyt.   Sięgnęliśmy   po   niego   w   tym   samym   momencie,   ale   Bolivar   jako   młodszy   był 
szybszy. Uchwycił i mocno pociągnął.
Klapa bardzo gruba jak drzwi bankowego sejfu była dobrze zbalansowana od dołu, więc uniosła się 
lekko. Ze środka wypadł strumień światła. Siedząca tam Angelina uśmiechnęła się do nas. - Cóż za 
miłe spotkanie - powitała nas słodko. 

Rozdział 25

Schodzimy! - krzyknąłem radośnie. - Bardzo proszę. Chętniej wprawdzie dołączyłabym do was 
tam na górze, ale jestem nieco skrępowana. Widzicie gdzieś jakiś przycisk albo gałkę.
- Tak, jest tutaj. Przycisk wbudowany w brzeg włazu.

background image

- Wciśnijcie go - powiedziała Angelina i odsunęła się na bok. Nacisnąłem zdecydowanie. Rozległo 
się coś w rodzaju odgłosu warkotu silnika i zmiany biegów, a potem cała część podłogi zjechała 
powoli na dół, do znajdującego się tam pomieszczenia. Wskoczyłem na ruchomą platformę niemal 
natychmiast,   jeszcze   szybciej   zeskoczyłem,   gdy   zbliżyła   się   do   dolnego   poziomu   i   pędem 
pokonałem ostatnie metry. Uchwyciłem w ramiona moją ukochaną żonę.
- Ja... też się... bardzo cię... szę... i to mimo że... tak wyglądam... ale chciałabym... chciałabym też... 
oddychać...
- Przepraszam - rozluźniłem mój miażdżący żebra uścisk i uniosłem ją w górę na rękach. - Dobrze 
się czujesz?
- Już tak. Ale co z Glorianą?
Poszedłem za jej spojrzeniem. W rogu pokoju leżał sztywny i nieruchomy świniozwierz.
- Zagazował ją. Igor - powiedziała z przejęciem Angelina. - Czy ona... żyje?
Glorianą   miała   zamknięte   oczy   i   szeroko   otwarty   pysk.   Pochyliłem   się   nad   leżącym   ciałem   i 
próbowałem odgarnąć kolce.
Jednak w żaden sposób nie mogłem przedostać się pomiędzy nimi na tyle, aby wyczuć bicie serca.
- Nie potrafię powiedzieć - przyznałem się do porażki. Angelina przejrzała szybkimi ruchami swą 
torebkę i podała mi kosmetyczkę.
- Spróbuj tym.
Wziąłem kosmetyczkę z jej rąk, nieco zdezorientowany. Dopiero po otworzeniu, pojąłem, co mam 
robić.
- Oczywiście - mruknąłem, wyjmując leżące na wierzchu lusterko. Ponownie pochyliłem się nad 
nieruchomym ciałem świniozwierza i przytknąłem lusterko do nozdrzy.
- Nic... Nie! Czekaj! Jest lekka mgła - wciąż żyje! Bolivar był już na dole i przeszukiwał kieszenie 
swojego ubrania.
- Jeśli Igor użył gazu, to był to prawdopodobnie gaz usypiający. Nie sądzę, aby Kaizi ufał mu na 
tyle, by dać mu jakąś prawdziwą truciznę. Weź antidotum.
Spryskałem   sprayem   oba   nozdrza   naszego   ukochanego   świniozwierza.   Przez   chwilę   nie   było 
efektu. Ale nagle powieki Gloriany zadrgały.  Otworzyła  oczy.  Kwiknęła cichutko  i próbowała 
wstać na nogi. Podrapałem ją za uchem i świat nagle stał się weselszy.
Angelina pocałowała Bolivara w policzek.
- Miło znów was obu widzieć. Naprawdę nieźle się czuję. Ale myślę, że poczułabym się jeszcze 
lepiej, gdybyście mnie od tego uwolnili.
Zadźwięczała długim cienkim łańcuchem, który przykuty był z jednej strony do jej nadgarstka, a z 
drugiej do grubego metalowego ucha sterczącego z podłogi.
- Przepraszam! Nie zauważyłem! - dekompozer molekularny szybko się z tym uwinął.
- To był pomysł Igora. Zjechał tu na dół, a wtedy Gloriana go zaatakowała. Nieźle jej szło, dopóki 
nie wjechał z powrotem na górę poza jej zasięg. Kiedy wrócił, miał ze sobą pojemnik z gazem. 
Załatwił ją, a potem zagroził mi, że i mnie spotka to samo, jeśli nie założę sobie tych łańcuszków. 
To zresztą po to, abym nie mogła sięgnąć ściany, nad którą trochę wcześniej pracowałam.
Wskazała głęboką rysę w ścianie. Zauważyłem fragment grubego izolowanego kabla.
-   Próbowałam   się   do   niego   dostać   i   spowodować   jakieś   spięcie.   Jeśli   zjawiłaby   się   tu   ekipa 
elektryków, może poszukując przyczyny awarii, znaleźliby też mnie.
Dopiero teraz ochłonąłem na tyle, by spokojnie rozejrzeć się po jej celi więziennej. W suficie 
dostrzegłem małą otoczoną pancernym szkłem lampkę.
- Włączona cały czas - powiedziała Angelina, podążając za moim wzrokiem. - Co nieco utrudnia 
spanie.
Łóżko,   pojedynczy   zlew,   toaleta   bez   pokrywy.   Automat   z   syntetycznym   żarciem.   Spartańskie 
warunki.   Mój   gniew   na   Kaiziego   wzmagał   się.   I   tym   razem   był   to   zupełnie   chłodny   i 
wykalkulowany gniew. Zapłaci za to, i to zapłaci sporo. Bynajmniej nie pieniędzmi.

background image

- Chodźmy stąd - powiedziała Angelina, pakując z powrotem swoją torebkę i odwracając się w 
stronę platformy. - Z rozkoszą napiłabym się jakiegoś dobrego drinka i zjadła coś porządnego. 
Miałam tu tylko tę maszynę z dehydrowanymi syntetykami. Absolutne dno. Wstydziłam się, gdy 
musiałam karmić tym naszą słodką Glorianę.
Gloriana   chrząknęła   potwierdzająco,   słysząc   swoje   imię.   Zresztą   w   ogóle   liczba   słów,   które 
poznawała, rosła z dnia na dzień.
Opuściliśmy wreszcie ten podziemny bunkier.
- Światło słońca - powiedziała Angelina. - Jak cudownie. Teraz musicie mi opowiedzieć, co się 
działo na szerokim świecie, kiedy ja siedziałam w tej zapomnianej przez wszystkich norze.
Bolivar odbył już rozmowę przez telefon, więc kiedy wyszliśmy z domu, James właśnie pojechał 
samochodem. Jeszcze jedno radosne powitanie i wynieśliśmy się z tego miejsca. W czasie gdy ja 
wprowadzałem Angelinę w obecną sytuację, James podwiózł nas do jakiegoś leżącego na uboczu 
centrum   handlowego.   Zaparkował   na   tyle   daleko   od   innych   wozów,   aby   moja   twarz   nie 
wystraszyła   dzieci,   i   pokopytkował   po   jakieś   żarcie   na  wynos.   Niestety,   najbliższy   okazał   się 
MacAlpo...
Ale   to   chyba   nie   zrobiło   specjalnego   wrażenia   na   naszych   byłych   więźniach,   bo   Angelina 
pochłonęła   Podwójnego   Dobermana   w   równie   błyskawicznym   tempie,   co   Gloriana   podwójne 
smażone ziemniaki.
- No i to właściwie wszystko - doszedłem do końca mojej opowieści. - Obligacje leżą sobie w 
ukryciu aż do czasu, kiedy się po nie pofatyguję. Myślę, że Kaizi nawet jeszcze nie wie, że się 
uwolniłem.   Teraz   kiedy   oboje   wyrwaliśmy   się   z   jego   szponów,   musimy   bardzo   dokładnie 
opracować plan następnych posunięć.
- Zgoda - przytaknęła. - Pod warunkiem że będzie on przewidywał urwanie jaj zarówno Kaiziemu, 
jak i jego uroczemu pomocnikowi.
- Igor jest w szpitalu, w tym samym, z którego właśnie wrócił James. Zobaczył moją twarz i dostał 
ataku serca. Jeśli miał cokolwiek wspólnego z morderstwem Iby, łatwo zrozumiesz, dlaczego tak 
się stało - nawiedził go duch ofiary. Jak on się właściwie czuje?
James wzruszył ramionami.
- Jechał na stół, kiedy wyjeżdżałem. Doktor powiedział, że jest młody i silny, więc ma szansę. Ale 
przez jakiś czas, sądzę, nie będziemy musieli się nim przejmować. A na razie spójrzcie tutaj - 
zdobyłem te gazety w szpitalu. Tajemniczy ogień - to z pierwszej strony. No i wciąż trwa śledztwo 
w sprawie sabotażu w Swartzlegen.
Przeczytaliśmy  uważnie  artykuły,   podczas  gdy James   skoczył  po  następną   porcję   jedzenia.  W 
końcu mieliśmy nieco zaległości na tym polu.
Kiedy wreszcie się najedliśmy, przeszliśmy do rozważań o przyszłości.
- Mam jedną istotną sugestię - powiedział James, oblizując ręce po jamnikoburgerze i starając się 
przy tym nie szczekać. - Po pierwsze, tato. Nawet jeśli twoja fałszywa blizna zejdzie z twarzy, i tak 
nie będzie to wyglądać najlepiej. Twoja buźka już przybiera interesujący sinoniebieski kolor. Po 
drugie, mama też nie spędzała ostatnio najmilszych dni, siedząc w tej celi. Sugeruję więc, abyście 
oboje wrócili sobie  spokojnie na tę wakacyjną  planetę  Elysium i pozwolili  mnie  i Bolivarowi 
dokończyć dzieła.
- Popieram - Bolivar uniósł na chwilę głowę znad gazety, ale zaraz ponownie zatopił się w lekturze.
-   To   naprawdę   miło   z   waszej   strony   -   odparła   Angelina.   -   Ale   sama   mam   tu   parę   spraw   do 
załatwienia.
- Ja też. Na przykład podjęcie z banku tych obligacji.
- Nie - powiedziała stanowczo Angelina. - Nie jesteśmy brokerami, a ryzyko jest zbyt duże. Jestem 
przekonana, że tę sprawę powinniśmy sobie darować. Miałam na myśli  storpedowanie planów 
Kaiziego.
Zauważyłem, że Bolivar nie włącza się do naszej wymiany zdań. Najwyraźniej znalazł coś bardzo 
interesującego w tych papierzyskach. Już miałem go o to zapytać, gdy nagle zmiął gazetę w kulkę.

background image

- Mam! - podrzucił w górę i wykrzyknął z entuzjazmem. To oczywiście powstrzymało na chwilę 
naszą dyskusję...
- Wiem, o co właściwie chodzi Kaiziemu i jaki jest prawdziwy cel jego machinacji.
Teraz już słuchaliśmy go z uwagą.
- Moja krótka, choć wielce interesująca, kariera bankiera osiągnęła właśnie swój szczyt. Zanim 
więc   wrócę   do   geologii   lunarnej,   trzeba   wykorzystać   to,   czego   się   nauczyłem.   Te   kawałki 
układanki zaczynają do siebie pasować. Aby dobrze zrozumieć, o co chodzi, musimy wrócić do 
samego początku, kiedy to Kaizi złożył Stalowemu Szczurowi propozycję nie do odrzucenia.
- Mogłem ją odrzucić, gdybym tylko zechciał. Angelina uniosła z powątpiewaniem swe przepiękne 
brwi.
- Tak? Odrzuciłbyś cztery miliony kredytów dziennie?
- No, musisz przyznać, że ta oferta miała jednak pewne plusy.
- Kaizi wiedział dokładnie, co robi - jest manipulatorem pierwszej wody. A taki zawsze rozegra 
sprawę w ten sposób, że frajerzy, którymi kieruje, sądzą, iż to oni samodzielnie podejmują decyzje. 
Najpierw pieniądze, potem podsunięte dane, które skierowały podejrzenia na Bolshoi Big Top i na 
siłacza Puissanto.
Skinąłem głową, krzywiąc się niechętnie.
- Fakt, to była niezła robota. Sądziliśmy, że do wszystkiego doszliśmy sami, że odkrywamy rzeczy, 
o których Kaizi nie ma pojęcia. Sądziliśmy, że to my wpadliśmy na trop prowadzący do cyrku. 
Podczas gdy w rzeczywistości to Kaizi nas tam wiódł za nos. Zrobił tę robotę oczywiście dość 
pobieżnie i szczegółowe badania na miejscu ujawniłyby to. Ale zanim to odkryliśmy, byliśmy już 
zapuszkowani na tej planecie i właśnie zsuwaliśmy się po równi pochyłej. Ale dlaczego akurat ja? 
Co on mógł mieć przeciwko mnie, nam, naszej rodzinie?
- Nic. Ale byłeś mu potrzebny, aby jego plany zakończyły się sukcesem. I tu znowu wracamy do 
momentu, kiedy odkrył, że Bolshoi Big Top przyjeżdża na Fetor. Biznesmeni na tej planecie są 
raczej prowincjonalni. Zadowalają się robieniem tu niewielkich interesów w skali lokalnej, a potem 
konsumpcją zysków w luksusowych warunkach. Ale nie Kaizi. On naprawdę prowadzi interesy w 
skali galaktycznej i wie, co się dzieje poza tą prowincjonalną planetką. I sądzę, że kiedy miał tu 
przyjechać ten cyrk, miał jakieś spore udziały w bankach albo korporacjach na innych planetach.
- Międzygwiezdne interesy? Inne planety? - zapytałem. W dalszym ciągu nie mogłem zrozumieć, 
gdzie niby te kawałki układanki pasują do siebie.
- Wiedział, że ten cyrk jest tylko przykrywką dla federalnego śledztwa. Jestem pewien, że miał już 
z   nim   do   czynienia   na   jakiejś   innej   planecie.   Wiedział   więc,   że   Puissanto   jest   inspektorem 
podatkowym.  Wiedział, że GarGoyl  organizuje Unię Galaktyczną. Ja zaś przyjrzałem się temu 
cyrkowi jeszcze bliżej i dowiedziałem się, że akrobatka Belissima pracuje dla Policji Federalnej. 
Kaizi wiedział więc, że nadejdą złe czasy dla tych, którzy unikali podatków, łamali prawodawstwo 
socjalne, ukrywali zyski, oszukiwali, inwestowali, zdobywając zastrzeżone informacje... Krótko 
mówiąc, dla wszystkich prowadzących  lewe interesy i podwójne księgi handlowe. Zbliżały się 
kłopoty,  a on miał  zamiar  zarobić  na tym,  że wiedział  o tym  wcześniej. Po pierwsze,  musiał 
znacznie   pogorszyć   sytuację   ekonomiczną.   I   w   tym   właśnie   miejscu   potrzebował   Stalowego 
Szczura. Miałeś się znaleźć w tym miejscu, aby zostać oskarżonym o przestępstwa, które Kaizi 
popełnił osobiście...
-   A   potem   zostałem   zmuszony   do   popełnienia   kilku   przestępstw   osobiście.   Znów   perfekcyjna 
manipulacja - uzupełniłem gorzko. - Ale - podrapałem się po głowie -.. .wciąż nie rozumiem, jakie 
mu to ma przynieść korzyści. Fakt, zarobił na tym obrobieniu własnego banku. Ale cała reszta...
- Tylko spójrzcie na kolumny finansowe - powiedział Bolivar, rozprostowując zmiętą gazetę. - 
Spójrzcie   na   nagłówki.   ”Akcje   spadają.   Strajki   związkowe   są   kontynuowane”...   Albo   to: 
”Inwestorzy   obawiają   się   gwałtownego   spadku   ceny   obligacji   rządowych”   i   jeszcze   ”Rynek 
derywatów szczytuje”, a najważniejszy jest ten: ”Z obawy przed paniką związaną z wycofywaniem 

background image

wkładów  bank zamknięty na długi  weekend”. I jest to bank Kaiziego.  Tym  posunięciem  nasz 
bankier wzmaga panikę i masowe wycofywanie wkładów, a nie zapobiega temu.
- Słyszałem kiedyś o takich panikach - przyznałem - Ale...
- Ale już się nie zdarzają ze względu na interbankową kontrolę rynku finansowego. Tylko że na tej 
planecie tego nie ma. Pamiętaj, że banki nie trzymają wszystkich swych aktywów  w gotówce. 
Zazwyczaj tylko ustalony procent. Reszta jest na zewnątrz w formie kredytów, aby przynosić zysk 
w postaci stopy procentowej. Więc jeśli nagle ludzie poczują się zaniepokojeni i zaczną masowo 
wycofywać depozyty, bank nie będzie miał dla nich wszystkich pieniędzy. Jeśli to potrwa dłużej, 
bank musi upaść.
- Ale co Kaizi może zyskać, jeśli doprowadzi do upadku swój bank? - wciąż nic nie rozumiałem.
- Nie doprowadzi. Sądzę, że ściągnął całą potrzebną mu gotówkę z innych holdingów. Ale taka 
panika rozprzestrzenia się jak zaraza. Na inne banki też ruszą depozytariusze i one nie wywiną się z 
tego.   W   następnej   kolejności   zaniepokoi   się   giełda.   Inwestorzy   zaczną   się   zachowywać 
histerycznie. I to wszystko skończy się w jeden nieunikniony sposób. Przeczytaj to - podał mi 
gazetę, wskazując jeden z nagłówków.
- Osłabiony kredyt Fetor osiąga nowe dno. Ale względem czego?
- Kredytu Galaktycznego. Kiedy przyjechaliśmy na planetę, kredyty miały kurs jeden do jednego. 
Teraz po całym tym zamieszaniu kredyt Fetor spadł o siedemnaście punktów. A to oznacza, że 
możesz kupić sto lokalnych kredytów za osiemdziesiąt trzy Galaktyczne.
Światełko w mojej głowie wreszcie zabłysło.
- Teraz wyjaśniłeś mi coś, na co wcześniej w ogóle nie zwracałem uwagi. Nie chodzi o banki. On 
ma też firmę brokerską!
- Słyszę tu różne uczone słowa - włączyła się Angelina - ale w dalszym ciągu nie wiem, czym wy, 
finansowi geniusze, się podniecacie?
- To jest tak proste, że aż podejrzanie proste - odparł James. - Wiedział,  że wkrótce sytuacja 
ekonomiczna się pogorszy, więc pchnął ją zdecydowanie jeszcze bardziej w dół. I to kilka razy. 
Najpierw były napady na banki, potem przerwa w dopływie elektryczności. Teraz się wyprzedaje i 
odkupi kredyty Fetor po niższej cenie.
- On gra na zniżkę kursu! - wykrzyknęliśmy równocześnie jak zsynchronizowane roboty. - Stawia 
na szali cały swój majątek, licząc na dalszy spadek kursu kredytu Fetor. Jeśli tak się stanie, być 
może spowoduje zapaść ekonomiczną, ale sam zarobi miliardy!
- Dokładnie tak - powiedział nasz finansowy geniusz Bolivar, zacierając z uśmiechem ręce. - A 
skoro już poznaliśmy zasady tej gry, ograjmy Kaiziego. Oskubiemy do czysta. Uderzymy tam, 
gdzie najbardziej go zaboli.
- Czyli w portfel - powiedziała Angelina. - Ale w czasie, gdy wy będziecie bić go tam, ja nie mam 
zamiaru zapomnieć o osobistych urazach - dotknęła ręką bandaży na mojej pokiereszowanej gębie - 
i uderzę go w inne miejsce, o którym już wspominałam. Dlatego zajmijcie się chłopcy stanem jego 
konta, a ja zajmę się nim samym.
Kiedy wracaliśmy na lotnisko, w samochodzie panował zupełnie nowy duch. Wesoła atmosfera 
towarzyszyła   nam  także  podczas  lotu   helikopterem  do  Fetorville.   Nawet  Gloriana   zdawała  się 
dobrze bawić podczas pierwszego w jej życiu lotu.
Jednak   po   chwili   zastanowienia,   gdy   pozostali   wciąż   snuli   na   głos   radosne   plany   zemsty,   ja 
zacząłem wpadać w coraz większą depresję. Chłopcy nie zauważyli mojego nagłego zamilknięcia, 
ale Angelina tak. Zaniepokoiła się.
- Chcesz jakiś środek przeciwbólowy? - zapytała z troską.
- Nie - odpowiedziałem, chociaż przydałby się, taki w płynie, dla zwalczenia depresji. Przyszła mi 
bowiem do głowy całkiem niewesoła, więcej - odpychająca myśl.
- Bolivar?  - Odwrócił  się do mnie.  - Jak wiele  czasu potrzebujesz na  zastawienie  tej  pułapki 
finansowej na Kaiziego?
- Dzień, góra dwa. A czemu pytasz?

background image

-   Bo   to,   niestety,   znaczy,   że   muszę   powrócić   do   mojego   więzienia   w   magazynie.   Jeśli   Kaizi 
zobaczy, że zwiałem, i że mogę go teraz przyszpilić za morderstwo i rabunki, prawie na pewno 
zwinie manatki i wyniesie się stąd.
Zapadła cisza.
- Nie pozwolę ci na to - odezwała się w końcu Angelina.
- Obawiam się, że musisz. Ale to nie będzie aż takie niebezpieczne. Zanim tam pójdę, napiję się i 
zjem  coś.  Potem  tylko   założę  kajdanki  i   poczekam   na  odwiedziny  mojego   pryncypała.   Myślę 
nawet,   że   sprawi   mi   to   przyjemność.   Manipulowanie   wielkim   manipulatorem.   Jeśli   dobrze   to 
rozegramy, nie będzie miał pojęcia, że ktoś robi mu koło pióra. 

Rozdział 26

Zanim udaliśmy się do magazynu, Bolivar zadzwonił do Kaiziego. Jego sekretarka powiedziała 
nam jednak, że jest zbyt zajęty, aby podejść do telefonu. Założę się, że był! Nie co dzień w końcu 
doprowadza się do ruiny gospodarkę planety.
Na lotnisku helikopterów w Fetorville znaleźliśmy mały przytulny bar. Usiedliśmy przy stoliku i 
złożyliśmy zamówienia. W tym czasie Bolivar poszedł załatwić formalności związane ze zwrotem 
helikoptera. Ściśle bezalkoholowe napitki od MacAlpo zostawiły w moich ustach nieprzyjemny 
posmak. Toteż musiałem go szybko zmyć podwójnym Rotguttem z lodem. Angelina, co było dość 
rzadkie, przyłączyła się do mnie. Dopiero w następnej kolejce przerzuciła się na swoje ulubione 
białe wino.
- Teraz potrzebujemy planu i listy zakupów - powiedziałem i wcisnąłem przycisk zamawiający 
następnego drinka. James rozłożył na stole swój minikomputer i pisał pod moje dyktando.
- Zestaw do charakteryzacji, aby przywrócić mojej gębie poprzedni wygląd po zdjęciu bandaży. 
Nowe kajdanki... i jeszcze nowa rura i łóżko, aby zastąpić te, które zniszczył Bolivar.
- I jedno z tych  miniaturowych  urządzeń  podsłuchowych  - dodała Angelina.  - Abyśmy  mogli 
słyszeć, co się u ciebie dzieje, kiedy pojawi się Kaizi. James, chciałabym,  by ty i twoja karta 
kredytowa poszli ze mną na małe zakupy. Muszę kupić sobie komplet nowych ciuchów.
-   Będziemy   potrzebowali   kupę   szmalu,   żeby   móc   inwestować   na   rynku   -   powiedział   Bolivar, 
dosiadając się do stolika. - Dam sobie radę w tych operacjach walutowych, tylko jeśli będę miał 
spore fundusze.
- Tutaj musi wejść Banco Cuerpo Especial - uznałem. - Ponieważ jest bezpośrednio zarządzany 
przez Korpus Specjalny, więc jeśli będziecie mieli jakiekolwiek kłopoty z wyciśnięciem z niego 
kredytów, zwróćcie się o autoryzację do Inskippa. Możecie powołać się na mnie.
Bolivar wziął taksówkę do banku, a James opuścił nas z listą zakupów w kieszeni. My zaś z 
Angelina   zostaliśmy   w   ciepłym   i   bezpiecznym   barku,   czekając   na   jego   powrót.   Zamówiłem 
następnego drinka.
-  Kiedy  już  przepuścimy  Kaiziego   przez  pralnię,   należy nam  się  długi  wypoczynek  w  jakimś 
słonecznym miejscu.
- Też o tym marzę... na początek. Ale planowałam też w znacznie dłuższej perspektywie.
- To znaczy?
- To znaczy, że uważam, że w naszym wieku powinniśmy pomyśleć o nieco spokojniejszym trybie 
życia.
- Co? Opuścić show-biznes?
-  Tak.   Show-biznes   i  w   ogóle  wszystkie   te  lewe   interesy,  w  których   tkwimy  od  tylu  już  lat. 
Powieszę na ścianie spluwę, jeśli ty odłożysz też wytrychy.
Roześmiałem   się...   a   potem   zrozumiałem,   że   jest   śmiertelnie   poważna.   Zastanowiłem   się   nad 
przyszłością w bujanym fotelu... lepsze niż wózek inwalidzki.
- Ale czy to nie będzie... hmm, nieco nudne?

background image

- Nonsens. Będziemy podróżować. Jest wiele planet, na których jeszcze nie byliśmy, wiele potraw, 
których nie próbowaliśmy...
- Wiele drinków, których nie piliśmy!
- No widzisz, zaczynasz rozumieć - uśmiechnęła się szczęśliwa. - Ja się nie skarżę, Jim. Wiesz, że 
to nie w moim stylu. Ale siedząc w tym lochu, miałam sporo czasu, żeby pomyśleć o przyszłości. 
O tym chociażby, że nie chciałabym, aby coś takiego znów się powtórzyło.
- Kiedy leżałem  przykuty do łóżka, czekając na śmierć  z głodu i pragnienia, snułem podobne 
rozważania.
- No właśnie, to mam na myśli. Nigdy nie powinniśmy już dać się tak wrobić. Przemyśl to.
- Przemyślę. Obiecuję. Jak tylko zakończymy sprawy z Kaizim.
- Oczywiście. To musimy skończyć. A potem odejść, nie oglądając się za siebie.
W   drzwiach   pojawił   się   James.   Wezwał   nas   gestem.   Głoriana   obudziła   się   i   przeciągnęła. 
Poszliśmy ku niemu z Angeliną, trzymając się za ręce... Jednak bardzo mi brakowało tego poczucia 
bliskości.
Muszę przyznać, że kiedy zbliżyliśmy się do magazynu, czułem nieco niechęci na myśl o tym, co 
miało   nastąpić.   Czekaliśmy   na   zewnątrz,   zanim   James   omiótł   dokładnie   całe   pomieszczenie   i 
przyniósł wszystkie pluskwy w ekranowanym pojemniku. Nie mogę powiedzieć, abym szalał z 
entuzjazmu,   gdy na  moich  nadgarstkach   znów  zatrzasnęły  się  kajdanki.  Angelina  też   nie  była 
szczęśliwa,   gdy   przystąpiła   do   charakteryzacji   mojej   stłuczonej   gęby.   Kiedy   skończyła, 
wyglądałem   jednak   znacznie   gorzej.   Przyglądała   się   przez   moment   swemu   dziełu.   Potem 
zmarszczyła brwi.
- James, zmieniłam zdanie, jeśli chodzi o te zakupy. Złapię taksówkę do tego hotelu, w którym 
jesteście z Bolivarem. Wezmę długą kąpiel i odpocznę. Wykąpię też Glorianę - jej również się to 
należy. Chcę natomiast, żebyś ty został tu na wszelki wypadek w pobliżu. Zapomnimy o całej 
zemście, pieniądzach i wszystkich planach, jeśli to ma narazić ojca na jakieś niebezpieczeństwo. 
Rozumiesz?
- Jasno i wyraźnie. Zostanę w pobliżu z odbiornikiem tej pluskwy przyklejonym do ucha, ale nieco 
dalej od magazynu. Będziemy w kontakcie dzięki temu - pokazał mi coś, co wyglądało jak ziarnko 
ryżu. - Trzeba włożyć do ucha i jest praktyczne niewidoczne. Połączenie w obie strony, niezła 
robótka.
Podał mi przyrząd, który zaraz zainstalowałem.
Angelina dokonała cudu roboty charakteryzatorskiej, doprowadzając moją twarz do opłakanego 
stanu.   Kiedy   trzeba   było   się   zbierać,   James   ponownie   porozkładał   wszystkie   urządzenia 
podsłuchowe Kaiziego. Angelina gestem przekazała mi pocałunek i wyszli.
Nie wiem, czy uderzył mnie gwałtowny atak depresji, czy też podziałały wszystkie wypite drinki, 
ale zasnąłem w kilka sekund.
Po nieokreślonym  czasie dość odrażających snów, obudził mnie jakiś głos szepczący do mego 
ucha. Zdaje się, że tam był ulokowany komunikator?
- Wygląda na to, że samochód Kaiziego zbliża się do magazynu.
Tak. To był głos Jamesa.
- Która jest godzina? - nie mówiłem zbyt głośno. Szeptałem te słowa, niemal nie otwierając ust. 
Mimo to James słyszał mnie dobrze.
- Prawie świt. Na pewno potem pojedzie na cały dzień do banku.
- I wiemy dlaczego. Pozostań na nasłuchu.
- Dobra.
W razie niebezpieczeństwa mogłem teraz otworzyć kajdanki, ale miałem nadzieję, że nie będzie 
takiej potrzeby. Jeśli uda mi się to dobrze rozegrać jeszcze przez jakiś czas, załatwimy Kaiziego 
jego własną bronią. Usłyszałem  otwieranie  i zamykanie  zewnętrznych  drzwi. A potem kroki i 
stukot klamki, kiedy otworzyły się drzwi do mojej celi. Odwróciłem głowę.

background image

- Spragniony, Jim? - spytał Kaizi. On też miał czerwone i podkrążone oczy. Dniami i nocami 
pracował teraz nad swym planem. Ale mimo to zostało mu dość energii na te sadystyczne zabawy. 
Nie odpowiedziałem, ale postarałem się wydać z siebie suchy kaszel.
- I co, dostarczysz mi te obligacje? -Wody...
- Oczywiście.
Powrócił z kubkiem. Wyciągnął go w moim kierunku... a potem wylał zawartość na podłogę.
Teraz grałem już pełną gębą, ciężko dysząc i jęcząc. Sprawiało mu to frajdę.
- Obligacje?
-   Dosta...   nę...   je...   -   wyrzuciłem   z   siebie   ledwie   dysząc.   Dostałem   w   nagrodę   pół   kubka   tej 
śmierdzącej wody. Tyle, by utrzymać mnie przy życiu. Spojrzał na mnie zimno.
- Nie wierzę ci - powiedział. - Jim di Griz nie poddaje się tak łatwo. Przez kilka najbliższych dni 
będę zajęty. Sądzę więc, że aby zdobyć obligacje, poczekamy na następną dostawę papieru.
Opadłem na łóżko ciężko dysząc, co wywołało uśmiech na jego twarzy.
- Może podam ci jeszcze trochę wody, ale ani odrobiny jedzenia. Chcę żebyś osłabł, ale musisz 
jeszcze pożyć. Myślę, że za jakiś tydzień będziesz już grzeczny.  Jeśli nie, poczekamy kolejny 
tydzień. A ja dostarczę ci kilka interesujących filmów z twoją żoną w roli głównej.
Zadrżałem całkiem przekonująco.
- Nawet ty pękniesz, Jim, gwarantuję ci.
- Zgnij w piekle - zdołałem wykrztusić, kiedy już wychodził.
Musiałem sprawić mu sporo sadystycznej przyjemności swoim stanem. On sprawił mi nie mniejszą 
radość.   Zebrałem   ponownie   wszystkie   te   pluskwy   rozsiane   wokół   i   chciałem   wsadzić   je   do 
ekranowanego   pojemnika.   Po   namyśle   jednak   rozsiałem   je   z   powrotem.   Stałby   się   bardzo 
podejrzliwy, gdyby nagle przestały nadawać.
- Chodź i zabierz mnie James - powiedziałem prawie niesłyszalnym szeptem, w sam przekaźnik. - 
Scena jest przygotowana do ostatniego aktu.
James otworzył drzwi do pokoju hotelowego tak cicho, jak tylko mógł, ale Angelina już nie spała. 
Siedziała na kanapce, bardzo ponętna w męskim szlafroku kąpielowym. Wyglądała przez okno na 
zadymiony wschód słońca w przemysłowym mieście.
- Tam na stole jest gorąca kawa.
- Cudownie! - łyknąłem duszkiem dwie filiżanki, a potem przesunąłem dzbanek do Jamesa. - Kaizi 
był i poszedł. Ma sadystyczny zamiar pozostawienia mnie w tym magazynie, aż skruszeję. Zanim 
znowu znajdzie czas, by o mnie pomyśleć, przekona się, że ma znacznie więcej problemów, niż 
sądził. - Podrapałem się w policzek, ponieważ moja fałszywa blizna zaczynała lekko się luzować. - 
Zmyję   tę  charakteryzację   i  chyba   też  tę  bliznę,  o  ile  pod  spodem  ocalał   jakiś  kawałek  mojej 
prawdziwej skóry. Czy ktoś byłby tak uprzejmy i zadzwonił po wielkie śniadanie?
Gloriana wykąpana i wysuszona chrapała sobie radośnie w swym koszu. Nie obudziła się nawet, 
gdy doprowadzałem do porządku swoją twarz, i brałem odświeżający prysznic. Kiedy wyszedłem z 
łazienki w szlafroku, stół był już zastawiony.
- Pszn - powiedziałem z pełnymi ustami.
- Najpierw przełknij, potem mów - poradziła mi Angelina. Przełknąłem i złapałem oddech, a potem 
westchnąłem z satysfakcją.
- Brakuje mi teraz tylko cygara.
- Znam wszystkie twoje nałogi - powiedział James, podając mi małe pudełko.
- I chyba dobrze je zaspokoiliśmy - dodała Angelina. To prawda. Mogłem być szczęśliwy, że mam 
taką żonę i takich synów, nie wspominając już o synowych.
- Gra na chodzie?
-   Na   szybkim   chodzie.   Powiedziałbym   nawet,   że   galopuje   ku   linii   mety.   Kredyt   Fetor   po 
dzisiejszym otwarciu spadł poniżej historycznego dna. Wszyscy są w panice, za wyjątkiem nas i 
Kaiziego. Kiedy skończy się dzisiejszy dzień, będzie najbogatszym człowiekiem na tej planecie.
- Tak sądzi - powiedziała Angelina. - A co potem?

background image

- Nad tym już pracuje Bolivar - spojrzał na zegarek. - Zanim kurtyna opadnie, mamy jeszcze kilka 
godzin czasu. Zostawię was chyba tutaj.
- Tak. Z tym że będę potrzebował nowych ciuchów - powiedziałem, drapiąc się po swędzącej 
pozostałości po bliźnie.
- Ja się tym zajmę - odparła Angelina, wstając. - Pamiętaj, że policja poszukuje człowieka z twoją 
obecną twarzą. Zrobię przy okazji zakupy dla siebie. James, pójdziesz ze mną?
- Przykro mi. Chętnie pomógłbym ci wydać trochę pieniędzy, ale mam coś pilnego do zrobienia. 
Wzywają mnie problemy z komputerem w banku. Ale otworzyłem ci bezlimitowe konto w sklepie 
Sharrodsa.
- To powinno wystarczyć - spojrzała na mnie ostro. - Nie pij i nie pal za dużo, kiedy mnie tu nie 
będzie.
- Nigdy w życiu. Co najwyżej jedno cygaro i łyczek wina. Potem wszyscy wypijemy słodki likier 
za sukces.
- To mi się podoba - podsumował James, wychodząc.
Właściwie dobrze, że zostałem sam. Byłem zmęczony i obolały w bardzo wielu miejscach. Ale 
szczęśliwy.   I   byłem   pewien,   że   Angelina,   która   szalała   teraz   w   supermarkecie,   podzielała   to 
ostatnie uczucie. Chłopcy chyba też, zajmując się tym, co lubią, a przy okazji oskubując wszystkich 
tych pazernych kapitalistów, i osaczając niczego nie podejrzewającego Kaiziego. Włączyłem jakąś 
kojącą nerwy muzyczkę, a potem poszukałem w barku jeszcze bardziej kojącej nerwy butelki.
Pomyślałem o zbliżających się wakacjach i o tych leniwych słonecznych dniach, i absolutnym 
minimum wysiłku... No, może tylko tyle, żeby zgłodnieć na obiad.
Pytanie tylko, jak długo to wytrzymam, zanim wścieknę się z nudów? Naprawdę miałem nieco 
bardziej   skomplikowaną   osobowość.   No,   moglibyśmy   za   to   pochodzić   częściej   do   teatru,   do 
opery...   Chyba   nie...   Wzdrygnąłem   się   na   myśl   o   świdrującej   mózg   sopranowej   arii   jakiejś 
rozhisteryzowanej baby. Czy nie będzie mnie korciło, aby wrócić do poprzedniego życia? Może 
zacznę wymykać się po kryjomu w nocy z wytrychem, aby otworzyć jakiś mały domowy sejf? 
Przerwałem w tym momencie rozmyślania, bo zaczęło je zakłócać czyjeś głośne chrapanie. Moje. 
Otrząsnąłem się i nalałem sobie kolejnego drinka. Postanowiłem na razie nie wracać do marzeń o 
przyszłości. Poczekaj Jim, aż skończysz obecną robotę.
Angelina wróciła koło południa, dowodząc całym szwadronem robotów transportowych. Zakupy 
zostały złożone na wielki stos pośrodku pokoju, a roboty odprawione. Wkrótce też cały pokój 
zaśmiecały puste opakowania. Angelina pokazywała mi z dumą swe zakupy. Nie tylko świetne 
ciuchy, które kupiła dla siebie, ale też luźne sportowe ubranka dla mnie.
Przebraliśmy się i czekaliśmy niecierpliwie, aż otworzą się wreszcie drzwi do naszego pokoju i 
wróci James.
Nareszcie.
- Jak idzie? - zapytałem go.
- Wszystko zgodnie z planem - odpowiedział stojący w drzwiach Kaizi. W ręku trzymał wielką, 
wymierzoną w nas, spluwę. 

Rozdział 27

Takie   rzeczy   zdarzały   mi   się   na   tyle   często,   że   moje   ciało   niemal   bez   udziału   świadomości 
wykonywało pewną sekwencję ruchów. I dobrze, bo mój mózg nie zdążyłby w tak krótkim czasie 
przeanalizować tej nowej, niezbyt szczęśliwej sytuacji, w jakiej się znaleźliśmy. Zazwyczaj zestaw 
czynności był dość prosty: skok za sofę, wyskok szczupakiem do łazienki, wytrącenie pistoletu, 
rzut w napastnika lampą, okrzyk - uważaj za plecami! No jednym słowem, normalne reakcje. Ale 
chociaż moje mięśnie napięły się błyskawicznie do akcji, mój świadomy umysł zdołał je jednak 
powstrzymać w ostatniej chwili. Zrobiłem głęboki wydech i opadłem spokojnie z powrotem na 
krzesło...

background image

Bo on nie mierzył w ogóle we mnie. O tak, na mnie patrzył z tym swoim zimnym uśmiechem, ale 
pistolet  był  wymierzony w Angelinę. Zabił już wcześniej  człowieka. Wiedziałem więc, że nie 
zawaha się, by zabić znowu.
- Bardzo rozsądnie - powiedział. - To byłaby okropna strata, ale z pewnością do niej strzelę, jeśli 
będziesz   wykonywać   jakieś   podejrzane   ruchy.   Za   pierwszym   strzałem   tylko   nieco   zepsuję   jej 
urodę, ale za drugim, jeśli to cię nie powstrzyma, strzelę, aby zabić. A teraz wstańcie oboje i idźcie 
na kanapę. O tak. Proszę. Bardzo ładnie.
Angelina usiadła sztywno z rękami zaciśniętymi na torebce, ja zaś opadłem obojętnie z rękami w 
kieszeniach,   w   których   szukałem   czegokolwiek,   co   mogłoby   posłużyć   za   broń.   Ale   były   to, 
niestety,   nowe   spodnie,   więc   wszystko,   co   znalazłem,   to   tylko   kawałek   papieru   z   napisem 
”pakowane przez Moshi Laini”.
Kaizi postąpił krok naprzód i zamknął za sobą drzwi. Ani jego wzrok, ani lufa pistoletu nawet na 
moment nie przestały w nas przy tym mierzyć. Wciąż czujnie i powoli podszedł do fotela i usiadł w 
nim.
- Co zrobiliście z Igorem? Nie skontaktował się ze mną o umówionej porze.
A więc nic nie wiedział. Należało grać na czas. Im dłużej będę z nim gadał, tym więcej mam czasu 
na wymyślenie jakiegoś sposobu wyjścia z tego impasu.
- Nawet go nie dotknęliśmy. O ile mi wiadomo, wciąż jest w Słonecznym Mieście - właściwie 
powiedziałem prawdę. Ale nie uwierzył mi jednak.
-   Bez   tych   gierek,   di   Griz.   On   tam   pojechał,   bo   twoja   żona   sprawiała   pewne   kłopoty.   I   nie 
zameldował się z powrotem. Potrafię okaleczyć równie umiejętnie, jak zabić. - Pistolet wypalił 
stłumionym   przez   tłumik   pyknięciem   i   kula   wybiła   dużą   dziurę   w   wałku   kanapy,   na   którym 
Angelina opierała łokieć. - To było ostatnie ostrzeżenie. Mów!
Powiedziałem więc i to szybko.
- Byłem tam i widziałem, jak opuszcza dom. Pamiętaj, że wciąż byłem ucharakteryzowany na Ibę. 
Zobaczył mnie, zareagował zbyt panicznie i rozbił się ciężarówką. Pewnie dlatego, że miał coś 
wspólnego ze zniknięciem prawdziwego Iby. - Kaizi nie zareagował na tę sugestię. - Myślę, że 
moje nagłe pojawienie się, było dla niego szokiem. Więc dostał dość rozległego zawału serca.
- Zabiliście go! - uniósł broń.
- Nie! Wciąż żyje. Był operowany. Ma bypassy i jest na intensywnej terapii. Zadzwoń do szpitala, 
jeśli mi nie wierzysz.
Nie wierzył. Ale jednak zadzwonił. Co było zresztą wielce interesujące.
- Tak, przyjęty dzisiaj. Dobrze się czuje? Aha. Ja? Jestem jego bratem. Proszę zapewnić mu jak 
najlepszą opiekę i przesłać mi rachunek.
- Bratem? - zapytałem, kiedy się wyłączył.
-   Tak.   Nasza   matka   była   technikiem   przy   rentgenie.   I   coś   stało   się   z   jej   genami   na   skutek 
napromieniowania podczas małej awarii. Z takich zmutowanych genów może powstać geniusz... 
albo Igor.
- Czy nie powinieneś być teraz w banku i zarabiać pieniędzy?  - zapytała  Angelina. - Zamiast 
odgrywać tu gangstera...
- Jeśli sądzicie, że nie wiem nic o waszych machinacjach w Banco Cuerpo Especial, to jesteście w 
błędzie. Jeśli nawet coś udało wam się zdziałać, to tylko mi pomogliście. Będziecie bezpieczni tak 
długo, jak długo słuchacie moich poleceń.
- A potem po prostu nas zabijesz - uzupełniła Angelina. Skinął głową.
- Tak, to możliwe. Ale tak długo, jak jesteście żywi, możecie mieć nadzieję, że unikniecie tego 
losu. A teraz dajcie mi się zastanowić, jak należałoby to rozegrać. Tworzycie kochającą się parę. 
Ale ty, Angelino, jako kobieta, jesteś, mam nadzieję, bardziej uczuciowa. Więc będziesz kierować 
się emocjami. Dlatego też irracjonalnie wierzysz, że jednak możesz wydostać się z tej opresji. 
Zadzwoń do swego syna Jamesa i przekaż mu moje instrukcje. Użyjesz tego telefonu, ponieważ nie 
może być podsłuchany.

background image

Wyciągnął aparat z kieszeni i rzucił go na kanapę. Angelina zignorowała to.
- Dlaczego miałabym to zrobić?
W odpowiedzi padł strzał. Poczułem przenikliwy ból w ramieniu. Zacisnąłem odruchowo dłoń na 
ranie i patrzyłem jak krew wypływa spomiędzy moich palców.
- Telefon - powiedział.
Wystukała   numer,   nie   patrząc   na   mnie   ani   przez   moment.   Była   spokojna   i   skupiona,   chociaż 
przeraźliwie blada.
- James di Griz. Tak, wiem, że ma spotkanie. Powiedz mu, że dzwoni matka i że to jest bardzo 
pilne. Oczywiście, że masz mu przerwać. Co znaczy zabronił? Młoda damo, jeśli natychmiast nie 
wezwiesz go do telefonu, pójdę tam osobiście i wydrapię ci oczy.
Czekała. W ciszy i spokoju. Nigdy dotąd nie zwracała się do nikogo w ten sposób. Więc chociaż na 
zewnątrz była jak lód, wiedziałem, że w środku w niej się gotuje.
- Tak, James bardzo ważne...
- Powiedz mu, że ma zrobić następujący transfer funduszy do mojego banku...
-   Mam   dla   ciebie   pewne   instrukcje.   Jest   tutaj   Kaizi   z   bardzo   dużą   spluwą   i   mam   powody 
przypuszczać, że nie zawaha się jej użyć. Chce, abyś dokonał pewnego transferu...
Dalej wypadki potoczyły się bardzo szybko. Rozległa się pojedyncza głośna eksplozja wystrzału i 
w drzwiach wyjściowych pojawiła się wielka dziura. Kaizi zeskoczył z fotela, przez moment tracąc 
nas z celownika. Ja skoczyłem ku niemu gwałtownym susem. Angelina rzuciła torebką, mierząc w 
pistolet.
Raz jednak Kaizi zdążył  strzelić, ale już ułamek sekundy później trzymałem go za nadgarstek 
swoją zakrwawioną ręką. Pistolet strzelał raz za razem, ale w sufit, z którego zaczęły odpadać 
kawały tynku. Potem Kaizi wrzasnął z bólu, kiedy wysoki obcas Angeliny przyszpilił do podłogi 
jego rękę. Obudzona tym zamieszaniem Gloriana rzuciła się z kłami na nogę bandziora. Dalsze 
wrzaski   Kaiziego   zostały   przytłumione,   gdy   na   jego   szyi   zacisnęły   się   ręce   Jamesa.   Pistolet 
wysunął się z bezwładnych palców bandyty.
Upłynął  zaledwie  ułamek   sekundy od  pierwszego  strzału  i  pojawienia   się  Jamesa  w   drzwiach 
wyjściowych do momentu, kiedy siedział na naszym wrogu i przyduszał go skutecznie do podłogi.
Walka była wygrana. Gloriana uznała smak nogi Kaiziego za ohydny, bo wypluła jakieś kawałki 
jego skóry i zaczęła wycierać ryjek o dywan. Angelina tymczasem stanowczo odprowadziła mnie 
na sofę i przycisnęła umiejętnie palcem krwawiącą tętnicę. W drugiej ręce miała telefon i mówiła 
do słuchawki całkowicie spokojnym tonem głosu.
- Już w porządku, Bolivar. James jest z nami i poradził sobie z Kaizim. Zadzwonię za kilka minut.
- Skąd wiedziałeś? - zapytałem Jamesa.
- Transmiter w twoim uchu. Wciąż pracuje. Byłem tu już w kilka sekund po usłyszeniu jego głosu. 
Ale czekałem na stosowny moment. Zaskoczenie jest zawsze dobrą bronią.
- To fakt - przyznała Angelina. - A teraz zejdź już z tego nieprzytomnego śmiecia, na którym 
siedzisz, i podaj mi prześcieradło z łóżka.
- No właśnie - powiedziałem. Zabrzmiało to raczej słabo. Angelina delikatnie pogładziła mnie po 
twarzy wolną ręką. - Nie martw się, zaraz wszystko będzie dobrze.
Miała rację. James podarł prześcieradło na paski, a Angelina zrobiła mi opaskę uciskową, która 
powstrzymała krwawienie.
- Pomogę ci przejść do sypialni - zaofiarował się James. - Zaraz tu może być trochę tłoczno.
-   Nie   potrzebuję   żadnej   pomocy   -   powiedziałem   wstając   i   bezwładnie   zawisłem   na   jego 
wyciągniętej w porę ręce. Powoli poszliśmy do sypialni, a Gloriana podreptała za nami. Łóżko było 
miękkie... A rana zaczynała właśnie pulsować potwornym bólem.
- Potrzebujesz jakiegoś antybiotyku i środka przeciwbólowego - zadecydowała Angelina.
- Środek przeciwbólowy jest w barku. Wolę taki, niż truć się prochami.
Z salonu dobiegły podniesione głosy. Wyszła szybko, zamykając za sobą drzwi. Po chwili jednak 
wróciła, niosąc upragnioną butelkę i szklane naczynie.

background image

- Nie za dużo - powiedziała.
- Skąd - odparłem, opróżniając pierwszą szklankę. - Co tam się dzieje?
- Sporo zamieszania. Pojawiła się ochrona i James  nakazał, aby wezwali policję oraz doktora. 
Powiedział, że Kaizi się tu włamał i próbował nas obrabować. No i że cała ta krew to z jego 
poszarpanej   nogi.   -   Miałem   na   ten   temat   nieco   inne   zdanie.   -   Ludzie   mieszkający   nad   nami 
podnieśli alarm, kiedy pocisk Kaiziego przebił podłogę. Szczęśliwie nikogo nie zranił. Była tu też 
straż   ogniowa,   ale   tych   odprawiliśmy.   Jak   przyjdzie   doktor,   wezmę   od   niego   lepszy   środek 
przeciwbólowy. Bądź tak miły i powiedz Bolivarowi, co się dzieje.
- Dobrze, zrobi się - kilka łyków i już byłem w stanie mówić przez telefon. Bolivar zdawał się 
zaniepokojony.
- Nie martw się. Mieliśmy uzbrojonego gościa, ale już nie jest uzbrojony, i nie jest już gościem. 
James go załatwił.
- Kto to był?
- Uwierzysz, że Kaizi? Śledził nas w jakiś sposób.
- To niemożliwe. Mamy agenta w banku. Kaizi jest tam od wczoraj i nie wychodził ani przez 
moment.
- Ale... - zapomniałem języka w gębie. Na szczęście Bolivar myślał logicznie.
- Musi być dwóch Kaizich! To by wyjaśniało wiele rzeczy. Mogą być bliźniakami, jak Bolivar i ja. 
Muszę kończyć, wracam do niszczenia tutejszej gospodarki. Bądźcie w kontakcie.
Nadeszła Angelina i ostrożnie zamknęła za sobą drzwi, ucinając tym samym gwar jeszcze większej 
niż poprzednio liczby głosów.
- Policja, ubezpieczenie, doktor... przekupiłam go, żeby to dostać... i jeszcze Puissanto.
- Kaizi wciąż jest w banku, mimo że leży teraz tam obok na podłodze.
- Podnieś rękę - władowała mi płynny antybiotyk na ranę.
- Bolivar sądzi, że jest dwóch Kaizich.
- Bardzo możliwe. To by wyjaśniało, w jaki sposób wsadził mnie do celi, a w tym samym czasie 
negocjował z tobą. Zawsze sądziłam, że w nim jest coś podejrzanego.
- Podejrzanego? Że jest ich dwóch? Nigdy mi nie powiedziałaś.
- To tylko kobieca intuicja. Chciałam się upewnić. - Ponownie zacisnęła bandaż elastyczny wokół 
rany, a potem w jej ręku pojawiła się strzykawka. Wstrzyknęła mi środek przeciwbólowy i nagle 
wszystko stało się takie odległe, zamglone i spokojne. Nawet nie zdobyłem się na protest, gdy 
zabrała  mi  butelkę.  Leżałem  zrelaksowany,  kiedy powoli  spośród mgły wynurzyła  się potężna 
sylwetka Puissanto.
- Wpakowałeś się w niewielkie kłopoty - powiedział. Patrzył na bandaż i krew na moim ubraniu.
- Lekka rana. Powinieneś zobaczyć tego drugiego.
- Widziałem. Dobra robota. Ale jego kariera i tak już zmierzała do końca. Jego i jego brata.
- Bliźniacy?
- Nie. Ten tutaj jest starszy. Ale zrobili lekkie poprawki plastyczne, aby być identyczni. Pomaga im 
to w międzygwiezdnych oszustwach. Poszukujemy ich za unikanie płacenia podatków już długi 
czas. Cieszę się, że wreszcie ich wykurzyłeś.
- Co się z nimi stanie?
- Sporo rzeczy. Mój departament w urzędzie podatkowym współpracował z niektórymi tutejszymi 
władzami podatkowymi i policjantami. Ich najmłodszy brat, ten w szpitalu, już został oskarżony o 
współudział w morderstwie człowieka o imieniu Iba. Ale temu grozi tylko leczenie psychiatryczne. 
Za to ten ranny w pokoju odpowie za morderstwo. Na Fetor nie ma kary śmierci, ale dożywocie to 
tutaj prawdziwe dożywocie, a więzienie nie należy do przyjemnych.
- A trzeci wolny?
- Trzeci będzie siedział za rabowanie banków, istotne będą tu zeznania Igora. Za samo to pokibluje 
sporo latek. A jak wreszcie odsiedzi swoje, przekażą go nam i wtedy jeszcze odpowie za oszustwa 
podatkowe.

background image

- Nieźle - powiedziałem, gdy odwracał się już do wyjścia. - Zdaje się, że dobrzy faceci znów 
wygrali. Ale co będzie z najbardziej poszukiwanym tu kryminalistą, o którym pisały wszystkie 
gazety? Z superzłodziejem Stalowym Szczurem?
Odwrócił się ponownie do mnie.
-   Uczciwi   policjanci,   a   jest   ich   tu,   niestety,   bardzo   mało,   uważają,   że   został   w   to   wszystko 
wrobiony przez Kaiziego. Mimo to chcieliby go przesłuchać i znaleźliby pewnie jakieś zarzuty. 
Ale, niestety,  podobno opuścił  już planetę  i jest poza ich jurysdykcją.  - Sięgnął  do kieszeni  i 
wyciągnął małą paczuszkę. - Poza tym... Nigdy nie mieli zbyt mocnych dowodów - rzucił ją na 
łóżko i wyszedł.
Sięgnąłem po paczuszkę i rozwinąłem ją. Dwie małe metalowe figurki szczurów. Westchnąłem. A 
potem zapadłem w sen, zacisnąwszy kurczowo stalowe szczury w dłoni. 

Rozdział 28

Potem na jakiś czas urwał mi się film i musiano mi opowiedzieć, co się wydarzyło. Mieszanka 
prochów, alkoholu, zmęczenia i stresu zrobiła swoje, jak możecie sobie wyobrazić. Musieliśmy 
jednak opuścić bezpiecznie hotel, ponieważ świadomość odzyskałem już w szpitalu, odpoczywając 
po zabiegu.
- Obyło się bez żadnych kłopotów - zapewniła mnie Angelina. Siedziała na brzegu łóżka i trzymała 
mnie za rękę. Była pierwszą osobą, jaką zobaczyłem po otwarciu oczu. I wierzcie mi, był to bardzo 
przyjemny widok.
- Kłopotów? - zaszemrałem cicho.
- Mówię o operacji twojego ramienia. Miałeś paskudnie przebity mięsień.  Lekarze  wsadzili ci 
nowy mięsień wyhodowany szybko w laboratorium z twojej własnej tkanki i pokryli to nową skórą 
tego samego pochodzenia. Chyba już nie powinno nawet boleć.
- Nie boli - przyświadczyłem, napinając biceps. Gloriana położyła pysk na łóżku i zachrząkała 
przymilnie.
Podrapałem ją za uchem.
- Cóż, cuda nowoczesnej medycyny - rozejrzałem się wokół. - Gdzie właściwie jestem?
- Na oddziale medycznym Banco Cuerpo Especial. Jest przykrywką Korpusu, ale ma też status 
ambasady. I tak się składa, że działa tu też ten szpital. Jesteśmy zupełnie bezpieczni. A już wkrótce 
przyleci statek Korpusu.
- My?
- Jest też Bolivar. Policja Fetor wciąż poszukuje go w związku z ucieczką z więzienia. Ale nie 
szukają zbyt pilnie, bo i tak w ręce wpadły im znacznie grubsze ryby. Wkrótce zjawi się James. 
Kończy właśnie przeprowadzać ostatnie transfery w tym finansowym chaosie. Mówi, że mamy 
spore zyski,  głównie  Korpus, ale  jest też coś i dla nas  osobiście. Należy nam się po tym,  co 
przeżyliśmy.
- A jak ty się czujesz?
- Doskonale. To ty przecież dostałeś kulkę.
- Ale to ty musiałaś tu siedzieć i przyglądać się temu wszystkiemu. - Próbowałem usiąść na łóżku. 
Udało się. - Chyba wstanę.
- Jasne. Ubranie masz na krześle.
Na początku trochę kręciło mi się w głowie, ale z każdym krokiem było coraz lepiej. Angelina 
poprowadziła mnie przez hol do czegoś w rodzaju barku, z atrakcyjnie wyglądającymi automatami 
do drinków i potraw, stojącymi rzędem przy ścianie. Siedział tam już Bolivar. Sączył piwo.
- Słyszałem już, że twoje gierki finansowe opłaciły się.
- A jakże. Nieźle zarobiliśmy, a planeta nie zbankrutowała, jak to planował Kaizi. Niezależnie od 
zarobków  na rynku  kapitałowym,  z przyjemnością  cię zawiadamiam,  że ty też dobrze na tym 
wyszedłeś.

background image

- Ja? Kaizi powiedział, że wyczyścił moje konto z tych wszystkich pieniędzy, które tam wpłacił.
- Tak zrobił. Wiedziałem od samego początku, że to się stanie. Nie bardzo też potrafiłem mu 
przeszkodzić. Ale kiedy pieniądze były transferowane, zauważyłem, że opłata bankowa stanowi 
ponad pięć procent sumy. A to była bardzo duża suma. I te pieniądze są bezpiecznie zakopane.
- Zakopane? Mam wrażenie, że coś mi umknęło.
-   To   bardzo   proste.   Ten   procent   transferu,   który   uszczknęliśmy,   został   wyprowadzony   jako 
gotówka. Tak jest nie do wykrycia. Kupiliśmy za nie mikrochipy nanopamięci od firmy Jamesa. Te 
procesory mają taką pamięć, że jeden z nich, wielkości twojego paznokcia, jest wart setki tysięcy 
kredytów. Zakopałem je w ogródku pod różami.
- Ja chyba nigdy...
-   Oczekuję   z   niecierpliwością   zerwania   kilku   tych   róż   -   powiedziała   jak   zawsze   praktyczna 
Angelina.
Byliśmy rozradowani jak dzieci, a uczucie to tylko przybrało na sile, gdy zjawił się James.
-   Zrobione!   -   zawołał   już   z   daleka.   -   Operacja   Fetor   zakończona   pomyślnie   dla   wszystkich 
zainteresowanych.
- Nie dla wszystkich, mam nadzieję - powiedziałem. - Czy Kaizi, Kaizi-2 i Igor siedzą już w 
ciupie?
- Tutaj sprawiedliwość działa szybko. Zwłaszcza jeśli ktoś próbuje zrujnować całą planetę. Nasza 
ponura parka została osadzona w miejscu, gdzie długo nie zobaczy słonecznego światła, ale za to 
co dzień będzie oglądać dużo rygli i krat. Najmłodszy brat odzyskuje zdrowie i śpiewa jak ptaszek. 
Padł   ofiarą   psychicznego,   jeśli   nie   fizycznego,   przymusu   ze   strony   starszych   braci.   Zostanie 
poddany leczeniu psychiatrycznemu i resocjalizacji. Teraz kiedy zdaje się uwierzył, że bracia już 
mu nie zagrażają, po raz pierwszy czuje się szczęśliwy.
- Dobrze. Bo czułem się nieco winny za ten jego atak serca - odparłem. - Chociaż w sumie nie 
powinienem. - Oblizałem spierzchnięte wargi. - Jeśli Angelina jest tak samo spragniona jak ja, z 
pewnością chętnie by się czegoś napiła.
- Już się robi. Rozumiem, że jedno wino i jedno piwo? - zapytał Bolivar, podchodząc do baru.
Skinąłem aprobująco głową. James dołączył do niego i nalał piwa także dla siebie.
Wszyscy wznieśliśmy szkło w górę.
- Jakiś toast? - zapytała Angelina.
Zapadła cisza. Chrząknąłem i wszyscy spojrzeli na mnie.
- Oczywiście. I to prosty. Za rodzinę! I za nieobecne żony, które wkrótce dołączą do swych mężów. 
A potem za długie i szczęśliwe życie dla każdego z nas.
Wypiliśmy za to.
- I za całoroczne wakacje dla mamy i dla mnie - dodałem.
- Nie wierzę - stwierdził krótko James.
- Ani ja - dodał Bolivar.
- Ale to prawda - przyznała Angelina. - Odbyliśmy na ten temat długą rozmowę. Żadnej pracy i 
dużo zabawy.  Wszelkie  telefony od Inskippa pozostają bez odpowiedzi.  Korpus  sam potrafi o 
siebie zadbać. Będziemy żyli z oszczędności i nie kiwniemy już palcem w żadnej, uczciwej czy 
nieuczciwej robocie.
Chłopcy zdębieli. Pierwszy oprzytomniał James. - A... a po roku?
- Zaczniemy kolejny identyczny rok - odpowiedziała Angelina. I uśmiechnęła się słodko.
Spojrzeli pytająco na mnie, a ja potwierdziłem jej słowa skinieniem głowy.
-   Słuchajcie,   ocaliłem   już   kilka   razy   świat.   Byłem   prezydentem,   podróżowałem   w   czasie, 
pokonałem obcą rasę, obrabowałem niezliczone banki. Nadszedł, jak sądzę, czas, by spocząć na 
laurach. - Pomyślałem chwilę. - Jest oczywiście pewna rzecz, którą mógłbym jeszcze zrobić...
- Nie! - przerwała mi rozgniewana Angelina.
- Nie zrozum mnie źle. Nie myślę o przestępstwach. Spiszę wspomnienia. Oczywiście i tak mi nikt 
nie uwierzy...

background image

- Więc wydaj je jako fikcję!
- Jasne. Doskonały pomysł. Mam nawet tytuł. Pierwszy tom nazwę Stalowy Szczur... a po nim 
napiszę kolejne.
Bolivar zamyślił się głęboko.
-   Wiesz   co,   tato,   zawsze   miałem   pewne   marzenie.   Oczywiście   poza   moimi   badaniami 
geologicznymi.  I przyda mi się tutaj w dodatku moja nowa wiedza związana z bankowością... 
Krótko mówiąc, zawsze skrycie marzyłem, żeby zostać wydawcą. Mogę zacząć z twoją książką?
- Oczywiście. Przygotuj kontrakt i zadbaj o to, abym miał wielu czytelników.
- Umowa stoi.
Zaczął od razu wpisywać warunki kontraktu w swój minikomputer. James zebrał puste szklanki i 
poszedł znów je napełnić. Angelina ujęła moją dłoń.
- Naprawdę serio myślisz o emeryturze, Jim?
-   Naprawdę.   Jeśli   wcześniej   miałem   jakieś   wątpliwości,   to   ostatnie   zamieszanie   z   Kaizim   je 
rozwiało. Jest wiele światów. Musimy wszystkie je obejrzeć.
- To są najpiękniejsze słowa, jakie kiedykolwiek w życiu słyszałam.
Sięgnęła do torebki i wyciągnęła małe zawiniątko, podając mi je. - Znalazłam to w twojej dłoni, 
gdy straciłeś przytomność. Chcesz zatrzymać?
Spojrzałem i pokręciłem głową.
- A na co mi teraz te figurki?
- Więc ja je zatrzymam - powiedziała. - Zamknę w pudełku. Jeśli jednak będę kiedyś w depresji, w 
złym humorze albo będę się czymś martwiła, zerknę na nie. I przypomnę sobie te szalone lata.
Spojrzała z uśmiechem na całą naszą rodzinę, a potem pochyliła się i podrapała za uchem Glorianę.
- I pomyślę o tym, jakimi niewiarygodnymi jesteśmy szczęściarzami, że zawsze z tych szalonych 
eskapad i przygód wychodziliśmy cało.
Za to też wypiliśmy.
I za spokój.