background image

Rebecca Lang

Terapia doskonała

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY
Abby   Gibson,   doktor   medycyny,   była   spóźniona   na 

wykład szkoleniowy w Szpitalu Uniwersyteckim w Gresham 
w   stanie   Ontario.   Włosy   miała   mokre   -   dwadzieścia   minut 
wcześniej w szpitalnym hotelu wzięła prysznic i czarne pasma 
nadal się kleiły do jej szyi.

 - Dzień dobry, pani doktor. Jak zwykle się pani spieszy? - 

spytał retorycznie jeden z pasażerów windy, zatrudniony w 
Szpitalu Uniwersyteckim jako fizykoterapeuta. To właśnie w 
Windzie   pracownicy   szpitala   wymieniali   powitania   i 
pozdrowienia.

  -   Jak   się   masz,   Ray   -   odparła   Abby   bez   tchu.   - 

Rzeczywiście. - Zerkając nerwowo na zegarek, upuściła dwa 
ciężkie podręczniki i cały plik papierów.

 - Co nagle, to po diable. - Towarzysz Abby nachylił się i 

zaczął zbierać porozrzucane rzeczy.

 - Dzięki. - Abby wzięła od niego książki i maszynopis. - 

Co słychać?

  - Jakoś leci - odparł. - Żyję z tygodnia na tydzień, jak 

wszyscy.

Abby westchnęła, świadoma atmosfery napięcia wiszącej 

nad   szpitalem   jak   gradowa   chmura.   Była   to   chmura 
niepewności i lęku o posady oraz etaty naukowe w czasach 
cięć budżetowych.

  - Słyszałeś coś może na temat nowego szefa interny? - 

spytała. - Spóźniam się właśnie na jego zajęcia.

  - O doktorze Continim? Rozmawiałem z nim parę razy. 

Sympatyczny facet, ale trochę za młody jak na to stanowisko. 
Oczywiście, jeżeli w końcu je dostanie. Przecież tutaj o każdy 
etat ubiega się co najmniej dwustu pracowników. Zwłaszcza o 
te najbardziej intratne.

background image

  - Oczywiście. Nie mogę się spóźnić. Pierwsze wrażenie 

jest   zawsze   bardzo   ważne.   -   Abby   przeczesała   palcami 
wilgotne   włosy.   -   Pociesza   mnie  tylko  to,   że   na   zajęcia 
przyjdzie na pewno sporo ludzi. Może Contini nie zauważy 
mnie po prostu w tak dużej grupie i nawet się nie zorientuje, 
że jestem spóźniona.

  -   Każdy   normalny   mężczyzna   dostrzeże   cię   w   tłumie. 

Nocowałaś w hotelu? 

 - Tak, to był naprawdę szalony tydzień. Nie miałam czasu 

wrócić do domu. A ty jesteś dzisiaj wyjątkowo miły. 

Abby uśmiechnęła się ciepło, choć myślami była już gdzie 

indziej.   Zależało   jej   na   tym,   by   wywrzeć   jak   najlepsze 
wrażenie   na   nowym   koledze,   z   którym   miała   zapewne 
pracować w przyszłości.

Były   szef   interny   wyjechał   służbowo   na   dłuższy   czas, 

doktor   Contini   na   razie   tylko   go   zastępował.   Jak   głosiła 
plotka, ordynator wybierał się jednak na emeryturę i doktor 
Blake Contini miał przejąć na stałe jego obowiązki.

 - Do zobaczenia, Abby. Ja już znikam - pożegnał się Ray.
 - Cześć.
Abby została sarna w windzie.
Chwilę później wysiadła kilka pięter niżej, by przejść ze 

wschodniego   skrzydła   szpitala   do   jego   zachodniej   części. 
Przedtem jednak położyła na podłodze książki oraz papiery, 
obok nich postawiła teczkę, a na bluzkę i spódnicę narzuciła 
świeżo uprany kitel.

Ruszyła   przed   siebie   zdecydowanym   krokiem, 

przybrawszy minę profesjonalistki, choć i tak nikt na nią na 
razie nie patrzył. W podziemiach panowała wyjątkowo ponura 
atmosfera,   bo   ciemności   rozświetlały   jedynie   mrugające 
neonówki.

Mniej   więcej   w   połowie   korytarza   leżało   coś,   co 

przypominało   kształtem   worek   z   brudną   bielizną.   Abby 

background image

pomyślała, że w tym szpitalu brak personelu pomocniczego 
stanowi niewątpliwie poważny problem.

Gdy podeszła bliżej, dostrzegła, że ów „worek z brudną 

bielizną"   to   skulona   dziwnie   pod   ścianą   postać   ubrana   w 
fartuch laboratoryjny i białe spodnie.

 - O, do licha! - powiedziała głośno.
Miała przed sobą mężczyznę w średnim wieku o szczupłej 

twarzy   i   przerzedzonych   włosach,   Był   to   ktoś   należący 
niewątpliwie do szpitalnego personelu medycznego. Rzuciła 
książki i torbę na podłogę, po czym przyklękła szybko przy 
nieruchomej   postaci.   Mężczyzna   miał   sine   usta   i   na   wpół 
otwarte, niewidzące oczy.

  - Boże! - jęknęła, rozpoznawszy doktora Willa Rylesa, 

szefa radiologii.

Wyciągnęła rękę, namacała automatycznie tętnicę szyjną i, 

wstrzymując oddech, poszukała pulsu. Na szczęście wyczuła 
go, choć był słaby, szybki i nieregularny.

 - Dzięki Bogu! - szepnęła.
Uklękła,   rozpięła   Rylesowi   koszulę,   rozluźniła   krawat, 

przystawiła   stetoskop   do   piersi   i   wyciągnąwszy   szybko 
niezbędne   przyrządy   z   torby   lekarskiej,   zmierzyła   mu 
ciśnienie.   Skurczowe   nie   przekraczało   dziewięćdziesięciu. 
Wszystko wskazywało na zawał.

Abby rozejrzała się rozpaczliwie. Gdzie są ludzie, kiedy 

się ich tak naprawdę potrzebuje? Utrzymujące się zbyt długo 
niskie   ciśnienie   groziło   uszkodzeniem   mózgu,   toteż   Willa 
należało   natychmiast   umieścić   na   OIOM-ie,   podać   mu   tlen 
oraz środki przeciwzakrzepowe.

Popatrzyła na żółtawosiną twarz mężczyzny i ogarnęło ją 

współczucie. Will był najwyraźniej wyczerpany. Zresztą nic 
dziwnego,   przemknęło   jej   przez   myśl.   Tuż   obok   niego   na 
podłodze leżał telefon komórkowy i parę innych rzeczy, które 
wypadły mu z kieszeni. Może próbował wzywać pomoc?

background image

Abby   wystukała   szybko   numer   nagłych   wypadków. 

Komórka na szczęście miała zasięg nawet w podziemiach.

  - Tu Abby Gibson - powiedziała do słuchawki, gdy po 

drugiej strome odezwała się pielęgniarka. - Znalazłam doktora 
Willa   Rylesa   w   zachodnim   skrzydle   podziemi.   Choremu 
trzeba natychmiast podać tlen. Proszę o dwóch sanitariuszy z 
noszami

 - W tej chwili - odparła pielęgniarka. - Natychmiast wyślę 

lekarza, pielęgniarkę i dwóch sanitariuszy.

Na szczęście Abby była znana personelowi medycznemu, 

gdyż bywała w tym szpitalu jeszcze jako studentka, a potem 
stażystka.

 - Dzięki. - Abby przerwała połączenie. - Doktorze Ryles! 

Doktorze Ryles! - Poklepała go po twarzy delikatnie, potem 
trochę mocniej. - Proszę otworzyć oczy! - Z tymi słowami 
znów przyłożyła mu palce do szyi w poszukiwaniu pulsu.

Mężczyzna jęknął, podniósł powieki i popatrzył na Abby 

mętnym wzrokiem,

  - Proszę się nie niepokoić. Potknął się pan i przewrócił, 

ale wszystko jest w porządku. Niech się pan nie rusza. Zaraz 
nadejdzie pomoc.

Doktor Ryles znów jęknął cicho i przymknął oczy.
 - Bardzo pana boli? - zapytała, nie odrywając palców od 

jego szyi.

Biedak, pomyślała, czując dziwny ucisk w gardle. Bardzo 

lubiła doktora Rylesa, który zawsze traktował ją z ogromną 
kurtuazją i byt świetnym nauczycielem.

Teraz   pokręcił   tylko   głową.   Kiedy   na   niego   patrzyła, 

poczuła nagły przypływ żalu i gniewu. Słyszała, że właśnie na 
jego oddziale dokonano znacznych cięć budżetowych. Nowa 
technologia   komputerowa   umożliwiła   odczytywanie   zdjęć 
rentgenowskich i stawianie diagnoz poza szpitalem. Decyzje o 

background image

sposobach   działania   tej   placówki   podejmowali   biznesmeni, 
którzy często nie mieli pojęcia o podstawowych sprawach.

 - Pospieszcie się, proszę, pospieszcie - szeptała do siebie, 

zerkając z nadzieją w stronę wylotu korytarza.

Gdy   dotarł   do   niej   z   oddali   odgłos   otwieranych   drzwi 

windy,   zaczęła   szybko   zbierać   rzeczy,   które   wypadły   z 
kieszeni   lekarza.   Wrzuciła   je   do   swojej   aktówki,   aby   się 
nigdzie   nie   zagubiły.  W   odpowiednim   czasie   zamierzała   je 
oddać.

Na   wezwanie   Abby   przybył   doktor   Marcus   Blair,   szef 

intensywnej   terapii,   pielęgniarka   oraz   dwóch   sanitariuszy, 
którzy bez chwili zwłoki założyli pacjentowi maskę tlenową.

  - Znalazłam go w tym stanie przed paroma minutami - 

wyjaśniła   Abby.   -   Puls   wyczuwalny.   Pacjent   nie   stracił 
przytomności.

 

Oddycha.

 

Ciśnienie

 

skurczowe 

dziewięćdziesiąt.

 - Dobrze. Połóżmy go - nakazał Blair.
Gdy   pacjent   spoczął   bezpiecznie   na   ruchomym   łóżku, 

doktor  Blair  założył  mu   na   ramię   opaskę   uciskową.   Już   w 
drodze   na   OIOM   zamierzał   pobrać   pacjentowi   krew,   by 
następnie   wykonać   badania   na   obecność   enzymów,   poziom 
elektrolitów i hemoglobiny.

 - Ktoś zatrzymał dla nas windę - powiedział Blair.
 - Idziemy.
 - Czy jestem jeszcze potrzebna? - spytała Abby.
 - Nie, damy sobie radę. Dziękuję, pani doktor. Dobrze się 

stało,   że   akurat   pani   tędy   przechodziła.   Przecież   to   prawie 
Sahara - mruknął Blair.

Abby patrzyła na nich, dopóki nie zamknęły się za nimi 

drzwi windy. Dopiero wtedy zdała sobie sprawę, jak bardzo 
się zdenerwowała.

 - No! - mruknęła i ze świstem wypuściła powietrze.
 - Dzięki Bogu choć za to.

background image

Czuła się osobiście odpowiedzialna za Willa Rylesa. Była 

wyczerpana, zupełnie jak po całym dniu pracy, a jednocześnie 
wstrząśnięta   tym   smutnym   spotkaniem   z   kimś,   kogo   znała 
całkiem nieźle na gruncie zawodowym. A teraz ktoś inny musi 
zawiadomić o zajściu rodzinę doktora Rylesa.

  - Nie jest to najmilszy początek poranka - mruknęła do 

siebie.

Nie było już sensu spieszyć się na sesję. I tak na pewno do 

tej   pory   zakończono   pierwszą   cześć   prezentacji.   Zwykle 
dwóch lub trzech młodych lekarzy przedstawiało interesujące 
przypadki   całemu   wydziałowi   lekarskiemu   i   wszystkim 
innym,   którzy   uczestniczyli   w   tych   spotkaniach.   Czasem 
oglądano nawet slajdy lub preparaty pod mikroskopem.

Może udałoby się wśliznąć niepostrzeżenie do sali, gdzie 

właśnie   prowadzono   zajęcia?   W   przeciwnym   wypadku 
musiałaby   przepraszać   doktora   Continiego   i   tłumaczyć 
przyczyny swego spóźnienia.

Szczęście   jej   jednak   nie   dopisało.   W   chwili,   gdy 

wchodziła do sali, uniesiono właśnie jedną z rolet i do środka 
wpadło słońce. Pokaz slajdów był niewątpliwie zakończony, 
co wskazywało na to, że omówiono już pierwszy przypadek. 
Pozostały jeszcze dwa lub może więcej.

Na zajęcia przyszło sporo osób - zarówno stażystów, jak i 

starszych lekarzy. Wszystkie spojrzenia zwróciły się na Abby, 
która natychmiast ruszyła w stronę stojącego na stole ekspresu 
do kawy obleganego przez sporą grupkę chętnych.

W chwilę później sączyła już kawę, nie przestając myśleć 

o   Willu   Rylesie.   Do   tego   czasu   podano   mu   już   na   pewno 
kroplówkę   ze   środkami   przeciwzakrzepowymi.   Czy   Ryles 
odczuje ulgę na wieść o tym, że przynajmniej przez jakiś czas 
nie   będzie   musiał   angażować   się   w   pracę,   czy   też   nie 
przestanie   myśleć   o   tym,   co   traci?   Był   zapewne   jednym   z 

background image

tych, którzy stawiali sobie zadania ponad siły i nie potrafili 
wypoczywać.

Wśród uczestników sesji Abby dostrzegła kilku bliższych 

kolegów. Gdy ruszyła w ich stronę, ktoś położył jej nagle rękę 
na ramieniu.

 - Doktor Abigail Gibson? - spytał męski głos, całkowicie 

wyzuty  z  ciepła.   Pobrzmiewała   w   nim   raczej   sarkastyczna 
nuta.

Gdy   odwróciła   głowę   w   stronę   mówiącego,   ciężkie 

tomiska wysunęły się jej spod pachy. A gdy Abby opuściła 
głowę, by popatrzeć na rozsypane książki, kilka kropli kawy 
prysnęło na okładkę jednego z woluminów.

Myślami   była   w   dalszym   ciągu   gdzie   indziej,   toteż 

speszyła się, gdy usłyszała nagle swoje własne słowa:

  -   Tak,   nazywam   się   Abigail   Gibson   -   potwierdziła. 

Zimne, inteligentne oczy nieznajomego patrzyły na nią bystro 
i pytająco. Może zaskoczył go trochę ciężar książek?

Abby przełknęła nerwowo ślinę.
 - Przepraszam - rzekła półgłosem.
Mężczyzna   miał   atrakcyjną   twarz   o   wyrazistych,   jakby 

rzeźbionych rysach. Na tej twarzy nie dostrzegła jednak ani 
cienia uśmiechu.

To na pewno jest doktor Contini, pomyślała i poczuła, że 

brakuje jej powietrza.

 - Przepraszam - powtórzyła, gdyż nic innego nie przyszło 

jej  do głowy. Gdy jednak pochyliła  się  nieco, by podnieść 
książki, z filiżanki wylało się jeszcze kilka kropli kawy. 

  - Pani pozwoli, że ja to zrobię - rzekł doktor Contini, 

wyciągając rękę.

Abby   odniosła   wrażenie,   że   w   całym   pomieszczeniu 

zapadła cisza, a ona znalazła się w centrum uwagi zebranych. 
Przez chwilę patrzyła bezmyślnie na szczupłe ręce mężczyzny 
ścierające plamy z okładek.

background image

 - Proszę - powiedział, wyciągając do niej książki. - Chyba 

musi pani sobie kupić następną kawę.

  - Dzięki. - Przez chwilę wydawało jej się, że w oczach 

lekarza dostrzega błysk rozbawienia. Ich ręce spotkały się na 
chwilę w gorącym uścisku.

  -   Oto   streszczenie   pierwszego   przypadku,   który 

omawialiśmy   dzisiaj   podczas   pani   nieobecności   -   oznajmił 
doktor   Contini,   wyciągając   z   kieszeni   fartucha   wydruk 
komputerowy. - Zaraz przejdziemy do następnego - dodał, po 
czym   wsunął   konspekt   między   kartki   jednej   z   trzymanych 
przez Abby książek i odwrócił się, by odejść.

  -   Proszę   zaczekać   -   zawołała,   odzyskując   odrobinę 

pewności   siebie.   -   Chyba   nie   dosłyszałam   pańskiego 
nazwiska.

Wiedziała,   rzecz   jasna,   z   kim   ma   do   czynienia,   nie 

zamierzała się jednak przed nim do tego przyznać.

Odwrócił   się   do   niej   z   wyrazem   zdumienia   na   twarzy, 

wyciągnął rękę i odebrał jej filiżankę z resztą kawy.

 - Nie życzymy sobie więcej takich wypadków, prawda? - 

zapytał ironicznie.

Abby dostrzegła kątem oka, że stojący w pobliżu ludzie 

nie spuszczają z nich wzroku.

  -   Nazywam   się   Blake   Contini   -   dodał   suchym   tonem, 

ujmując jej dłoń - i pełnię obowiązki szefa oddziała interny.

 - Ach... rozumiem - wyjąkała Abby, udając zaskoczenie. - 

To wszystko wyjaśnia.

 - Porozmawiam z panią pod koniec zajęć. Proszę na mnie 

zaczekać - zakończył, odwracając się od niej.

 - Tak, panie doktorze.
Czując   na   sobie   rozbawione   spojrzenia   kolegów,   Abby 

ponownie   oblała   się   rumieńcem.   Po   sesji   postanowiła 
powiedzieć   Continiemu   parę   słów   prawdy.   Była   bardzo 
ciekawa, czy ją przeprosi, kiedy się dowie o wypadku doktora 

background image

Rylesa. Do tej pory nie dał jej nawet okazji ku temu, by mogła 
się wytłumaczyć. Inni lekarze przymknęliby po prostu oko na 
jej  spóźnienie. Może  nie  zależy  im  specjalnie  na  szkoleniu 
młodszych kolegów? - przemknęło jej przez myśl. Niektórzy z 
wykładowców byli nieźli, inni przeciętni, jeszcze inni wręcz 
słabi.

  - O co chodzi? - Do Abby podeszła Cheryl Clinton, jej 

koleżanka z pracy i przyjaciółka. - Wściekł się na ciebie za to 
spóźnienie?

  -   Chyba   tak.   -   Abby   wzruszyła   ramionami.   -   Co   za 

arogancki   facet!   No   i   nie   brakuje   mu   tupetu!   Tak   przy 
wszystkich...

 - Ja bym nie miała nic przeciwko temu, żeby zwrócił na 

mnie  uwagę - szepnęła Cheryl, szukając wzrokiem nowego 
lekarza.

 - Ma przynajmniej mocny uścisk dłoni. - Abby próbowała 

obrócić   całą   tę   sytuację   w   żart   -   Nie   cierpię   takich 
bezwładnych,   rybich   rąk.   A   już   szczególnie   u   mężczyzn. 
Zaraz powiem temu całemu Continiemu, co o nim myślę.

 - Dzielna dziewczynka! - zaśmiała się Cheryl. - Postaw go 

do pionu!  Ale   całkiem   przystojny  z   niego  gość, prawda?  - 
dodała   cicho,   odwracając   głowę   w   stronę   Blake'a,   który 
rozmawiał właśnie z innymi lekarzami.

  - Mhm - mruknęła Abby, patrząc na profil Continiego. 

Myślami   wracała   wciąż   do   doktora   Willa   Rylesa.   Wiele 
dałaby   za   to,   by   wiedzieć,   co   się   z   nim   teraz   dzieje:   czy 
personel poinformował już żonę o jego chorobie, czy też może 
małżonka   Rylesa   jedzie   właśnie   do   szpitala,   szalejąca   ze 
strachu o życie męża.

  - Bardzo mi przykro, że się spóźniłam. Coś się jednak 

wydarzyło. Opowiem ci o tym później.

background image

W   sali   przygotowywano   właśnie   prezentację   drugiego 

przypadku.   Po   zakończonej   dyskusji   może   się   okazać,   że 
Rylesa przewieziono tymczasem na oddział kardiologiczny.

Doktor   Contini   popatrzył   na   Abby   ponad   głowami 

kolegów, zupełnie jakby wyczuł na sobie jej wzrok.

Może   on   nawet   nie   zna   Rylesa,   pomyślała   ze   złością, 

wytrzymując to spojrzenie. Nie chciała, by Contini sądził, że 
się   go   boi.   Po   raz   drugi   w   ciągu   dwóch   minut   doznała 
dziwnego wrażenia - ten mężczyzna pociągał ją seksualnie. 
Otrząsnęła   się   jednak   szybko   i   skupiła   całą   uwagę   na 
lekarzach prezentujących drugi przypadek.

Po   zakończonych   zajęciach   Abby   czekała   na   Blake'a 

Continiego.   Kiedy   wszyscy   wyszli,   podszedł   do   drzwi   i 
starannie je zamknął.

 - A więc - zaczął, podchodząc bliżej - dlaczego się pani 

spóźniła? Zdaje się, że rozpoczęła pani drugi rok szkolenia w 
zakresie medycyny rodzinnej?

 - Owszem - potwierdziła, patrząc mu śmiało w oczy.
Blake Contini miał ciemne, gęste, krótko przycięte włosy, 

kontrastujące   z   bladą   cerą   noszącą   jedynie   nikłe   ślady 
opalenizny.  Może   to   pozostałość   z   ferii   zimowych?   I   choć 
Abby, mierząca nieco ponad metr siedemdziesiąt wzrostu, nie 
należała do niskich kobiet, i tak musiała podnieść głowę, by 
popatrzeć Blake'owi Continiemu w oczy. Był od niej znacznie 
wyższy.

 - Chce pani pracować jako lekarz ogólny po ukończeniu 

szkolenia?   -   spytał,   nie   czekając   na   odpowiedź   na   swoje 
pierwsze pytanie.

  -   Oczywiście,   że   tak   -   odparła   zdziwiona.   -   Przecież 

dlatego podjęłam naukę.

  - Owszem, ale wiele młodych kobiet wychodzi za mąż 

wkrótce   po   ukończeniu   studiów   i   w   ogóle   nie   rozpoczyna 
praktyki - oświadczył sucho.

background image

  -   Ja   do   takich   nie   należę   -   zaprotestowała,   usiłując 

zachować spokój, choć ton głosu lekarza zupełnie się jej nie 
podobał. Przyszła na tę sesję z pozytywnym nastawieniem, a 
teraz musiała przyjąć postawę obronną, co stanowiło dla niej 
całkowicie   nowe   doświadczenie.   Jednocześnie   intuicja 
podpowiadała jej wyraźnie, że Blake Contini uczynił tę uwagę 
wyłącznie po to, by się dowiedzieć, czy nie ma przypadkiem 
do czynienia z mężatką.

Nie   bądź   śmieszna,   upomniała   się   w   duchu.   Co   cię 

właściwie napadło?

Zwykle   nie   prowadziła   takich   dialogów   wewnętrznych. 

Ten mężczyzna stanowczo za bardzo się jej podoba.

A może i jego należy zaliczyć do tego nowego gatunku 

lekarzy? - pomyślała z goryczą, a przed oczami  stanęła jej 
znów   cierpiąca   twarz   doktora   Rylesa.   Może   Blake   Contini 
również   patrzy   na   łudzi   wyłącznie   jak   na   przypadki 
statystyczne?

  -   Od   mieszkańców   hotelu   oczekuję   szczególnej 

punktualności, pani doktor - ciągnął. - Nawet od tych, których 
interesuje   głównie   praktyka  rodzinna. Chyba nie   wymagam 
zbyt wiele, prawda?

  -   Mhm,   nie...   Oczywiście,   że   nie.   Mogę   jednak 

usprawiedliwić swoje spóźnienie - dodała szybko.

 - Wspaniale. Ale czy pani mnie w ogóle słucha? Odnoszę 

wrażenie, że jest pani myślami gdzie indziej.

Zdawał   sobie   doskonale   sprawę   z   tego,   że   nie   odrywa 

wzroku od Abby, ale nie mógł nic na to poradzić. Ta stojąca 
na   wprost   niego   dziewczyna   -   czuł   się   bowiem   tak,   jakby 
rozmawiał z dziewczyną, a nie z kobietą - miała gęste, ciemne, 
lekko kręcone włosy rozświetlone kasztanowymi pasemkami. 
Poczuł   nagłe   absurdalną   potrzebę,   by   dotknąć   szyi   Abby   i 
poczuć zapach jej włosów.

background image

On   sam   również   zdawał   sobie   sprawę   z   sarkazmu 

ukrytego   w   głosie.   Zawsze   zresztą   zachowywał   się   w   ten 
sposób   w   stosunku   do   inteligentnych   i   czarujących   kobiet, 
które mogłyby zagrozić spokojowi jego ducha.

Do takich właśnie kobiet należała kiedyś Kaitlin. Przed 

oczami   stanął   mu   właśnie   obraz   blondynki   o   lodowatym 
spojrzeniu.   Wraz   z   tym   wyobrażeniem   pojawił   się   również 
żal...

Nie znosił siebie za ten sarkazm. Taki sposób bycia był 

zupełnie   obcy   jego   naturze,   lecz   stanowił   wygodną   formę 
obrony.

Abby miała w zanadrzu kilka złośliwości, lecz w ostatniej 

chwili ugryzła się w język.

  - Proszę mi pozwolić wytłumaczyć - zaczęła i w kilku 

słowach wyjaśniła mu, co się stało. - Jest pan tu nowy, więc 
pewnie nie zna pan doktora Rylesa - dodała na zakończenie.

  - Wręcz przeciwnie - odparł, wyraźnie przejęty tym, co 

przed   chwilą   usłyszał.   -   Znam   go   świetnie.   Poznałem   go, 
zanim jeszcze zacząłem pracować w tym szpitalu. Sprawdziła 
pani, jak on się czuje?

 - Oczywiście, że nie. Przecież przyszłam prosto tutaj. I od 

tego czasu pan nie daje mi spokoju, przemknęło jej przez myśl

 - Biedny, stary Will - mruknął Blake Contini. - A dla pani 

wyjątkowo niefortunny początek dnia. - Ku zdziwieniu Abby 
dotknął pocieszająco jej ramienia. - Zapewne ocaliła mu pani 
życie.

 - Nikogo poza mną tam nie było.
 - Mogłem to przewidzieć - ciągnął. - Ryles żył ostatnio w 

ciągłym stresie i prawie w ogóle nie odpoczywał.

 - Był kompletnie wyczerpany. Tak bardzo mi go żal.
 - Wyczerpany, tak... Nic dziwnego - odparł takim tonem, 

jakby miał powody przypuszczać, że Ryles dostanie zawału.

 - Co pan ma na myśli? Obawiał się pan o jego zdrowie?

background image

 - Nie - odpad. - Ale on za bardzo się ostatnio denerwował.
Blake Contini znowu pożałował swego sarkazmu. Patrzyły 

na niego ogromne, zielone oczy o szczerym spojrzeniu. Nie 
dostrzegł   w   nich   ani   śladu   wyrachowania   spotykanego   tak 
często u innych kobiet.

Na ślicznym nosku pani doktor widniały delikatne piegi, 

nadające tej uroczej twarzy urwisowaty wygląd. Abby Gibson 
wyglądała niczym Huckleberry Finn w spódnicy, a Huck był 
jego ulubionym bohaterem książkowym z czasów dzieciństwa.

  - Co do tego przypadku... - Abby patrzyła na wydruk, 

który   Blake   wręczył   jej   wcześniej.   -   Bardzo   mi   przykro   z 
powodu spóźnienia. Chciałabym to jakoś nadrobić.

 - Ten pacjent jest w dwójce we wschodnim skrzydle, więc 

może   zdoła   go   pani   dzisiaj   odwiedzić.   Zresztą   mogę   pani 
pokrótce zreferować problem. Będę u niego około jedenastej, 
więc może się tam spotkamy.

 - Będę panu zobowiązana - odparła oficjalnie. - Praktyka 

lekarza   ogólnego   to   trudna   praca,   choć   wy,   specjaliści, 
jesteście   zapewne   innego   zdania.   My   musimy   znać   się 
właściwie na wszystkim. Znać się i bez przerwy doskonalić 
umiejętności.

 - Nigdy nie twierdziłem, że to łatwe zajęcie - zaprzeczył.
Jeśli zdziwiły go uwagi Abby, potrafił to doskonałe ukryć.
 - Postaram się dotrzeć do dwójki - rzekła sztywno Abby, 

która   uświadomiła   sobie   nagle,   że   są   sami   w   sali   i   że   ten 
mężczyzna niebezpiecznie ją pociąga. - Teraz jednak oczekują 
mnie w poradni rodzinnej doktora Whartona.

  - Ja też się tam wybieram. Zatelefonuję do Whartona i 

poproszę, żeby postarał się zwolnić panią około jedenastej - 
odparł   Blake.   -   A   jeżeli   pragnie   pani   odwiedzić   Rylesa, 
zadzwonię   do   poradni   i   uprzedzę,   że   się   pani   spóźni. 
Moglibyśmy zajrzeć na kardiologię.

Abby skinęła głową.

background image

  - Dobrze, bardzo panu dziękuję. Chciałabym wiedzieć, 

jak on się czuje.

 - Przepraszam za te pretensje. Nie miałem pojęcia, co się 

stało.

 - Nie ma za co - odparła wyniośle, dając mu wyraźnie do 

zrozumienia, że nie należy wydawać pochopnych sądów.

Blake Contini był bardzo atrakcyjny i mógłby być nawet 

sympatyczny,   gdyby   choć   trochę   zmienił   sztywny   i   nieco 
arogancki sposób bycia.

  -   Spróbuję   to   teraz   załatwić   -   obiecał.   -   No   i   przede 

wszystkim dowiedzieć się o Rylesa.

 - Mam nadzieję, że żyje - szepnęła Abby.
 - Ja również.
Gdy szedł do telefonu, patrzyła na niego z namysłem. Na 

wiadomość   o   chorobie   Rylesa   zareagował   znacznie 
gwałtowniej, niż mogłaby oczekiwać. Była bardzo ciekawa, w 
jakich okolicznościach Contini poznał Rylesa, który pracował 
w tym szpitalu przynajmniej od dwudziestu pięciu lat.

Ni   stąd,   ni   zowąd   doznała   nagle   silnego   wrażenia,   że 

Blake Contini odegra istotną rolę w jej życiu, i to wcale nie 
wyłącznie   na   polu   zawodowym.   Uczucie   to   było   tak 
dojmujące, że przeszedł ją dreszcz. Ganiąc się w myślach za 
absurdalne   przypuszczenia,   odwróciła   się   od   Blake'a   i 
wyjrzała przez okno, by choć na chwilę przestać myśleć o jego 
obecności.

W   żadnym   wypadku   nie   powinna   darzyć 

zainteresowaniem   starszego   kolegi.   Poprzysięgła   sobie   w 
duchu, że  nie  zaangażuje  się  w żaden związek, dopóki  nie 
ukończy   studiów   podyplomowych   i   nie   otrzyma   pierwszej 
stałej posady. Nie starczyłoby  jej  zresztą czasu na romanse, 
gdyż musiała zarabiać na życie i choć trochę pomóc rodzicom, 
którzy   wspierali   ją   przez   te   wszystkie   tata,   Ojciec   często 
żartował, że gdyby tylko pozostali pracującymi ubogimi, a nie 

background image

bezrobotnymi biedakami, to już i tak nie byłoby źle. Abby nie 
potrafiła zapomnieć o tym „żarcie"

Oczywiście, zdawała sobie sprawę z tego, że nie jest w 

typie Continiego. On wolał zapewne kobiety z wyższych sfer. 
Zresztą, miał co najmniej trzydzieści parę lat, więc zdążył się 
już może ożenić.

Spotkanie z nim przypomniało jej o czymś, czego nigdy 

nie zaznała:  o  miłości i namiętności. Większość czasu Abby 
poświęcała   pracy,   a   dziś   zrodziła   się   w   niej   pewność,   że 
doktor Contini mógłby stanowić zagrożenie dla realizacji jej 
zamierzeń. O dziwo, to zagrożenie wcale jej nie przerażało... 

Podeszła   do   drzwi,   aby   na   niego   zaczekać,   choć 

najchętniej wyszłaby po prostu z sali.

 - Rozmawiałem z OIOM - em - oznajmił. - Ryles jest na 

kardiologii. Na razie jego stan nie budzi niepokoju.

  -   Świetnie   -   szepnęła,   uwolniona   z   poczucia 

odpowiedzialności.

Zderzyli się, gdy Abby ruszyła ku drzwiom, które Blake 

chciał przed nią otworzyć.

 - Czy pani jest zawsze taka...?
 - Niezdarna?
Szeroki   uśmiech   rozjaśnił   jego   przystojną   twarz, 

wymazując   z   mej   ślady   napięcia.   Abby   poczuła   nagłe 
absurdalną chęć, by pocałować go w usta.

  - Tego słowa nie zamierzałem użyć - powiedział - choć 

jest   pewnie   równie   dobre   jak   jakiekolwiek   inne.   Nie 
chciałbym jednak być nieuprzejmy - dodał ciszej i tak ciepło, 
że poczuła, jak topnieje jej serce.

Nie bądź śmieszna, nakazała sobie w duchu.
 - Takie wpadki zdarzają mi się dość często - stwierdziła 

żartobliwie. - Przyjaciele często mi powtarzają, że to syndrom 
roztargnionego   profesora,   a   ja   im   wierzę,   bo   mi   tak 
wygodniej.

background image

 - Oby mieli rację. - Popatrzył na nią poważnie.
 - Na pewno mają - odparła, mijając go w drzwiach.
 - Na wszelki wypadek proszę mi dać te książki - poprosił 

z uśmiechem.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI
Oddział   kardiologii   był   spokojny   i   cichy,   mieścił   się 

bowiem   w   odosobnionej   części   szpitala,   gdzie   hałas   był 
zredukowany do minimum. Pielęgniarka siedziała na swoim 
stanowisku wpatrzona w ekrany komputerów monitorujących 
czterech pacjentów, za których była odpowiedzialna.

Abby rozejrzała się wokół.
 - Czy jest tutaj doktor Ryles? - spytał Contini.
W   odpowiedzi   siostra   wskazała   mu   boczny   korytarzyk, 

gdzie znajdowało się kilka izolatek.

 - Sala numer trzy - odparła.
 - Jak on się czuje? - spytała Abby.
  - Zważywszy okoliczności, nawet nieźle. Stan stabilny. 

Jest teraz u niego żona - odparła pielęgniarka. - Śpi, więc nie 
chcemy, żeby mu przeszkadzać - dodała natychmiast.

 - Oczywiście - odparł Contini. - Nie będziemy go budzić.
Doktor   Ryles   leżał   na   wąskim   łóżku.   Komputer 

rejestrował każde uderzenie jego serca, puls i ciśnienie. Abby 
natychmiast   skierowała   wzrok   na   ekran.   To,   co   zobaczyła, 
potwierdzało   stabilny   stan   pacjenta.   Ciśnienie   było   bliskie 
normy, praca serca nie budziła niepokoju.

Podłączony do kroplówki i butli tlenowej, Ryles wyglądał 

teraz znacznie lepiej. Jego twarz odzyskała już normalny kolor 
i Abby uspokoiła się nieco. Wszystko wskazywało na to, że 
pomoc przybyła na czas.

Pani Ryles, osoba mniej więcej w tym samym wieku co jej 

mąż,   siedziała   przy   łóżku.   Na   widok   gości   wstała.   Na   jej 
twarzy   widniały   ślady   łez,   miała   podpuchnięte   oczy   i 
zaczerwienione powieki.

  -   Witaj,   Ginny   -   powiedział   Blake.   -   Przykro   mi,   że 

spotykamy się w takich okolicznościach.

 - Blake - wyszeptała pani Ryles, ginąc w wyciągniętych 

ramionach lekarza. - Dzięki Bogu, że jesteś.

background image

A więc są przyjaciółmi. Abby odstąpiła o krok, z trudem 

panując   nad   wzruszeniem.   Widok   łez   na   twarzy   kobiety 
zupełnie ją rozstroił. Po chwili Blake zaproponował, by wyszli 
na korytarz, gdzie mogliby swobodnie porozmawiać.

 - To jest doktor Gibson - powiedział Blake do Ginny.
 - Właśnie ona znalazła Willa.
Pani Ryles chwyciła rękę Abby.
 - Pragnę pani podziękować - rzekła drżącym głosem.
 - Z tego, co wiem, mąż zasłabł w podziemiach i gdyby nie 

pani... Dziękuję. Uratowała mu pani życie.

 - Cieszę się, że mogłam pomóc. Ale wcale nie zrobiłam 

wiele - dodała Abby. - Po prostu wezwałam pomoc.

 - A to zadecydowało o dalszym rozwoju wypadków
  -   rzekła   dobitnie   Ginny.   -   Wszystko   przez   te   cięcia 

budżetowe. On tak strasznie się tym denerwował.

  - Stres sprzyja zawałom - zgodziła się Abby, gdyż żona 

Willa wyraziła po prostu głośno jej własne myśli.

 - Krecia robota. A wszystko po to, żeby prywatne firmy 

mogły przejąć szpitalne badania radiologiczne - wyjaśniła z 
goryczą Ginny, tak jakby już od dawna pragnęła się komuś 
zwierzyć.

Abby skinęła głową, Blake milczał.
 - To na pewno przez te kłopoty w pracy - ciągnęła pani 

Ryles. - Will o niczym innym ostatnio nie mówił. Cały ten 
stres... Ktoś musi się wreszcie tym zająć. Musi.

 - Oczywiście - zgodziła się Abby.
  -   Chodź   ze   mną   do   bufetu   -   zaproponował   Contini, 

ujmując   panią   Ryles   pod   ramię.   -   Postawię   ci   kawę   i 
pogadamy   sobie   spokojnie.   Doktor   Gibson   musi   pędzić   do 
poradni.

  -  Dziękuję   ci   bardzo,   Blake.   To  miłe   z   twojej   strony. 

Blake Contini popatrzył na Abby.

background image

  - Niedługo do pani dołączę, pani doktor. Muszę zbadać 

paru pacjentów. No i oczywiście porozmawiam z doktorem 
Whartonem.

 - Dobrze, dziękuję. Do zobaczenia, pani Ryles, Zajrzę tu 

później,   ale   może   pani   być   spokojna.   Mąż   jest   w   dobrych 
rękach - dodała pocieszająco.

 - Jeszcze raz dziękuję, pani doktor. Zamierzam większość 

dnia   spędzić   tutaj,   z   Willem.   W   domu   oszalałabym   z 
niepokoju.

 - Rokowania są naprawdę pomyślne - uspokoił ją Blake.
Abby ujrzała go teraz w zupełnie innym świetle: potrafił 

być czarujący i ciepły. Zaczęła się zastanawiać, jak czuje się 
człowiek   obdarowany   tym   ciepłem   i   troską.   I   nagle, 
niezależnie   od   swej   woli,   zaczęła   za   tym   tęsknić   -   niczym 
Śpiąca Królewna obudzona nagle z głębokiego snu.

Otrząśnij   się,   Abby,  nakazała   sobie   w   duchu.   Wróć   na 

ziemię.

  - Dzięki za dobre słowo - odrzekła pani Ryles. - Ale ja 

mówię wyłącznie o naszych sprawach, a co u ciebie? Co z 
Kaitlin? Są jakieś zmiany?

 - Niestety, nie - odparł ponuro Blake.
 - A jest jakaś szansa na zmiany?
 - Wątpię.
W dradze do poradni Abby zastanawiała się intensywnie 

nad znaczeniem tej wymiany zdań. Westchnęła, zerknęła na 
zegarek i spróbowała skierować myśli na czekającą ją pracę.

Zaangażowanie w politykę ekonomiczną szpitala może z 

łatwością   przerodzić   się   w   obsesję   i   pozbawić   człowieka 
energii. Abby nie miała teraz na to czasu.

Lecz kim jest Kaitlin? To pytanie nie dawało jej spokoju. 

W jej uszach rozbrzmiewały słowa Blake'a: „Niestety, nie". 
Wypowiedział je martwym, wyzutym z emocji głosem.

background image

Dyżur doktora Whartona już się zaczął, gdy Abby dotarte 

wreszcie   na   miejsce.   Młodzi   adepci   specjalizacji   lekarza 
rodzinnego, tacy jak Abby, badali pacjentów, by nauczyć się 
przeprowadzania dokładnych wywiadów i zalecania badań - 
krwi, moczu czy zdjęć rentgenowskich, gdyby okazały się one 
konieczne.   A   potem   konsultant   -   w   tym   przypadku   doktor 
Wharton - brał pacjenta pod swoje skrzydła, by potwierdzić 
trafność diagnozy, ten system oszczędzał mu masę czasu, a 
młodym lekarzom stwarzał szansę na zdobycie doświadczeń.

 - Witaj, Sue. - Abby uśmiechnęła się do recepcjonistki. - 

Przepraszam   za   spóźnienie.   Masz   dla   mnie   coś 
interesującego?   Tuż   przed   jedenastą   muszę   wyjść   i   zbadać 
pacjenta doktora Continiego, bo nie zdążyłam rano na zajęcia. 
Czy on... to znaczy doktor Contini... czy na rano zapisało się 
do niego dużo osób?

Choć Abby czuła, że się czerwieni, odzyskiwała powoli 

spokój. Tu, na swoim terytorium, czuła się znacznie pewniej, 
nawet poruszając ten drażliwy temat.

 - Dzień dobry, pani doktor, - Sue, młoda recepcjonistka, 

odwzajemniła uśmiech. - Mamy bardzo wiele interesujących 
przypadków.   Oto   pierwszy   -   dodała,   wręczając   jej   kartę 
choroby. - A do doktora Continiego jest dwóch pacjentów. W 
każdej chwili służy pomocą, jeśli będzie potrzebny.

  - Świetnie. Może skorzystam z tej oferty, gdyby doktor 

Wharton był zajęty. Dziękuję. - Abby wzięła kartę.

Perspektywa   współpracy   z   Continim   wywołała   w   niej 

zarówno uczucie radosnego oczekiwania, jak irytacji.

  - Pan Barlow! - przywołała pierwszego pacjenta. - Pan 

Gary Barlow.

Chudy   mężczyzna   w   płaszczu   przeciwdeszczowym 

podniósł się z krzesła i na powitanie skinął Abby głową.

  - Tędy, proszę  pana  - rzekła, wskazując  mu  drogę  do 

niewielkiego gabinetu. - Proszę zdjąć płaszcz i usiąść. Jestem 

background image

doktor   Gibson.   Przeprowadzę   z   panem   wywiad,   zbadam,   a 
potem zgłosi się pan do doktora Whartona.

Zerknęła   do   karty.   Pacjent   uskarżał   się   głównie   na 

chroniczny   bronchit   i   kaszel.   Zgłosił   się   poradni 
przyszpitalnej,   podobnie   jak   wielu   innych   chorych,   bez 
skierowania. Nie korzystał nawet z porad lekarza pierwszego 
kontaktu.   Miał   około   pięćdziesięciu   lat,   wymizerowaną, 
zmęczoną   twarz   i   obwisłe   policzki   oraz   łysinę   na   czubka 
głowy.   Nie   wyglądał   na   okaz   zdrowia.   Krótki   spacer   do 
gabinetu i zdjęcie płaszcza kosztowały go najwyraźniej sporo 
wysiłku, gdyż zaczął ciężko oddychać i z wyraźną ulgą opadł 
na krzesło obok biurka.

Abby pochyliła się nad kartą.
 - Z historii choroby wynika, że cierpi pan na chroniczny 

kaszel  -  powiedziała.  -  Proszę  mi  powiedzieć,  kiedy  to  się 
zaczęło i opisać pokrótce inne dolegliwości.

Przez   kilka   minut   pisała   pracowicie,   a   pacjent   mówił. 

Odniosła   wrażenie,   że   usiłuje   on   bagatelizować   chorobę   i 
obawy, jakie się z nią wiązały. Najwyraźniej należał do ludzi, 
którzy całymi latami nie zgłaszają się do lekarza, a na wizytę 
decydują się dopiero w chwili, gdy ich niepokój sięga zenitu i 
nie są już w stanie myśleć o niczym innym.

 - Czy pan pali? - spytała Abby.
 - Owszem - odparł.
 - Od kiedy? - zapytała, przybierając neutralny ton. - I ile 

papierosów dziennie?

  -   No   cóż...   -   Myślał   chwilę.   -   Pierwszego   papierosa 

zapaliłem w wieku piętnastu lat. Teraz palę około czterdziestu 
dziennie.

Dobry   Boże!   -   pomyślała   Abby.   Aż   trudno   jej   byłe   to 

sobie wyobrazić.

 - A te czterdzieści papierosów, od jak dawna pali pan aż 

tyle? - spytała, patrząc w jasne, wodniste oczy mężczyzny.

background image

  -  Och...  -   zawahał   się.   -  Chyba   z   dziesięć   lat.  Albo   i 

dłużej.

 - Kiedy prześwietlał pan ostatnio płuca?
  -   Kiedy   prześwietlałem   płuca?   -   powtórzył   ze 

zdziwieniem. - Nigdy.

Abby   nigdy   nie   mogła   zrozumieć   ludzi,   którzy   nie 

dostrzegali związku między paleniem a rakiem płuc. Czyżby 
nie   kupowali   gazet?   Nie   czytali   ostrzeżeń   na   pudełkach   z 
papierosami?   Nie   oglądali   telewizji?   Mieszkali   na   innej 
planecie?   Nie   dopuszczali   do   siebie   myśli,   że   mogą 
zachorować?   Podobnie   beztrosko   postępowali   narkomani 
narażeni na AIDS i żółtaczkę.

Nikotyna zresztą jest również mocnym narkotykiem, choć 

nikt o niej w ten sposób nie myśli.

 - Kiedy był pan ostatnio u lekarza? Pacjent wyraźnie się 

zawahał.

 - Dawno temu. Nie miałem takiej potrzeby - zapewnił ją. - 

Już z dziesięć lat minęło, ale wtedy chodziło o ropień zęba. 
Wysłali mnie po prostu do dentysty.

 - Rozumiem. A inne kłopoty zdrowotne?
 - Żadnych.
  -   Ogólnie   czuje   się   pan   dobrze?   Jak   tam   z   apetytem? 

Przez   chwilę   wypytywała   go   o   obecny   stan   zdrowia,   a 
następnie   przeszła   do   dolegliwości,   na   jakie   cierpiał   w 
przeszłości.   Pacjent   najwyraźniej   nie   przywiązywał   zbyt 
wielkiej wagi do swego zdrowia, a o anatomii i fizjologii miał 
zaledwie blade pojęcie.

Abby wypisała mu skierowanie na prześwietlenie. Czuła, 

że jeśli nie załatwi tej sprawy natychmiast, Barlow już nigdy 
nie   wróci   do   gabinetu,   a   na   pewno   ucieknie,   jeśli   się 
przestraszy. Nie chciała mu zaradzać swoich podejrzeń, choć 
obawiała się raka płuc. Pacjent jednak mógł równie dobrze 
cierpieć   na   rozedmę,   chorobę   wywoływaną   zarówno   przez 

background image

powtarzające się infekcje płuc, jak i palenie. A to schorzenie 
również wpływało bardzo negatywnie na pracę serca.

Wypisała   też   skierowanie   na   morfologię   -   nałogowi 

palacze cierpią  często na anemię,  głównie z powodu braku 
witamin, gdyż kiepsko się odżywiają. Palenie hamuje apetyt i 
staje się często substytutem jedzenia.

  -   Chciałabym,   żeby   wykonano   panu   zwykłe   zdjęcie 

rentgenowskie - oznajmiła. - Zadzwonię od razu na radiologię. 
- Nie zamierzała wypuścić go ze szpitala bez prześwietlenia. - 
Proszę również, żeby zrobił pan badania krwi, i zobaczymy 
się, kiedy będą już wyniki.

  - Dobrze - odparł bez cienia przestrachu w głosie. - To 

zapalenie oskrzeli? 

 - Odpowiem na to pytanie po badaniach - odparła. - Teraz 

jeszcze osłucham panu płuca, zmierzę ciśnienie i zaczekam na 
zdjęcie.

Barlow   położył   się   na   kozetce,   a   Abby   przyłożyła   mu 

stetoskop   do   piersi.   Płuca   nie   funkcjonowały   prawidłowo. 
Pacjent mógł mieć zarówno nieżyt oskrzeli, jak i rozedmę, co 
jednak   nie   wykluczało   raka.   W   grę   wchodziła   również 
gruźlica, która ostatnio znów zaczęła zbierać pokaźne żniwo.

Po   dokładnym   badaniu   podniosła   słuchawkę   i 

poinformowała recepcjonistkę, że doktor Wharton może już 
przyjąć pacjenta.

  -   Doktor   Wharton   wyszedł   właśnie   na   konsultacje   do 

jednego   z   młodych   lekarzy   -   oznajmiła   Sue   -   ale   doktor 
Contini jest pewnie wolny. Może się pani zwrócić o pomoc 
również do niego.

  -   Jeśli   doktor   Wharton   nie   będzie   miał   nic   przeciwko 

temu... - Abby poczuła lekkie wzburzenie, co nie pasowało 
zupełnie do jej chłodnego zwykle sposobu bycia.

  -   Doktor   Wharton   chętnie   współpracuje   z   doktorem 

Continim - odparła pogodnie Sue.

background image

Abby   odniosła   wrażenie,   że   młoda   recepcjonistka 

pozostaje   pod   wrażeniem   nowego   szefa   interny.   Czekając 
teraz   na   niego,   zatelefonowała   na   radiologię,   by   zapisać 
Barlowa   na   zdjęcie.   Podkreśliła,   że   sprawa   jest   pilna.   W 
obawie,   że   Barlow   mógłby   wyjść   ze   szpitala   bez 
prześwietlenia,   postanowiła   doprowadzić   go   osobiście   do 
radiologa.   Jednocześnie   nerwowo   zerkała   na   zegarek, 
pamiętając o spotkaniu we wschodnim skrzydle.

Doktor Contini zapukał dyskretnie i wszedł do gabinetu.
 - Czym mogę służyć, pani doktor? - spytał.
  - Czy mógłby pan potwierdzić moje wnioski? - spytała, 

wręczając   mu   notatki.   -   Tak   zwykle   postępuje   doktor 
Wharton. Proszę, oto historia choroby. Blake pochylił głowę 
nad notatkami.

  - Przeprowadza pani doskonale wywiady, pani doktor - 

oświadczył, podnosząc wzrok.

 - Oczywiście - odparła, wydymając wargi. - Jestem z tego 

znana. Miedzy innymi - Podeszła bliżej do lekarza i wskazała 
mu   dyskretnie   notatkę   sporządzoną   ołówkiem:   podejrzenie, 
którym nie chciała się dzielić z pacjentem.

Gdy znów się cofnęła, lekarz uśmiechnął się do niej lekko. 

W   tym   spojrzeniu   czaił   się   jednak   smutek.   Natychmiast 
pożałowała swojej pewności siebie, która zresztą wcale do niej 
nie pasowała.

A potem znowu przypomniała sobie co imię: Kaitlin. Kim 

jest Kaitlin? Żoną? Dzieckiem? Wolałaby, by Blake Contini 
nie był żonaty. Znaczyło to jednak wyłącznie tyle, że sama 
zmieniła zdanie w kwestii ewentualnego związku, mimo że 
ma przed sobą kolejny rok nauki.

 - Doceniam pańskie uznanie - odparła. - Mogłam jednak 

coś przeoczyć.

  - Zobaczymy - mruknął, wyjmując stetoskop z kieszeni 

fartucha. - Rozumiem, że dokucza panu chroniczny kaszel - 

background image

zwrócił   się   rzeczowo   do   pacjenta,   -   Nazywam   się   Blake 
Contini i chciałbym osłuchać panu płuca.

Pięć po jedenastej Abby wpadła zdyszana do wschodniego 

skrzydła. Zdołała tymczasem odprowadzić pana Barlowa na 
prześwietlenie,   a   następnie   musiała   przyjąć   jeszcze   dwóch 
pacjentów.

 - Jeśli szuka pani Continiego - rzekła pielęgniarka - to on 

jest chyba w pokoju numer sześć.

 - Dzięki.
 - Pan Simmons przebywa w izolatce - poinformowała ją 

siostra.   -   W   przedsionku   znajdzie   pani   ubranie   i   sprzęt 
ochronny.

Przez   szybę   w   drzwiach   pokoju   numer   sześć   Abby 

widziała   doktora   Blake'a   Continiego   w   fartuchu,   masce   i 
czapeczce na głowie.

U Ralpha Simmonsa, pacjenta liczącego sześćdziesiąt lat, 

stwierdzono   ostrą   białaczkę   szpikową,   chorobę,   która 
całkowicie   go   wyczerpała   i   pozbawiła   odporności.   Abby 
również   włożyła   fartuch,   czapeczkę   i   maskę,   a   następnie 
lateksowe rękawiczki.

  -   Doktor   Gibson   -   powiedział   Blake,   mierząc   ją 

wzrokiem. - Właśnie na panią czekamy.

 - Dzień dobry. - Ralph Simmons blado się uśmiechnął.
 - Dzień dobry - odezwała się, podchodząc do Blake'a.
Pacjent leżał na jedynym łóżku w pokoju. Był potężnym 

mężczyzną,   niegdyś   zapewne   bardzo   sprawnym   fizycznie   i 
wysportowanym   Teraz   jednak   miał   bladą   cerę   i   zmęczony 
wyraz twarzy.

 - Przejrzała pani wydruk? - zapytał Blake.
 - Owszem.
  - To dobrze. Oto dokumentacja - Wręczył jej kartę, by 

mogła   poznać   szczegóły.   -   Wyniki   badań   krwi,   ocena 
postępów choroby. Pan Simmons zna diagnozę.

background image

Abby   zrozumiała,   że   w   obecności   pacjenta   mogą 

rozmawiać w miarę swobodnie.

 - Jak się pan czuje? - zapytała.
 - Jestem zmęczony. Bardzo zmęczony.
Zanim podjęła studia medyczne, była przekonana, że na 

białaczkę   cierpią   głownie   dzieci.   Dopiero   w   trakcie   nauki 
odkryła, że ta  choroba  atakuje  równie  często dorosłych. W 
latach   sześćdziesiątych   i   siedemdziesiątych   odnotowywano 
coraz więcej przypadków tej choroby.

Zdawała sobie również sprawę z  tego, że w przypadku 

starszych pacjentów rokowania są znacznie gorsze, gdyż wraz 
z   wiekiem   zmniejsza   się   tolerancja   na   toksyczne   efekty 
chemioterapii, koniecznej by uzyskać remisję choroby.

 - Jak pani wie - zaczął Blake, patrząc jej przez ramię
  -   przyczyny   ostrej   białaczki   nie   są   znane,   choć   w 

niektórych przypadkach udowodniono związki tej choroby z 
toksycznymi chemikaliami. Omawiamy możliwości dalszego 
leczenia.

 - Rozumiem - powiedziała.
Pan   Simmons   skinął   głową   ze   zrozumieniem,   nie 

odrywając wzroku od lekarza. Jeszcze przed przyjęciem do 
szpitala znał prawdopodobną diagnozę i nalegał, by niczego 
przed nim nie ukrywano.

 - Chciałbym wiedzieć jak najwięcej - oznajmił im.
  -   Jest   to   choroba,   którą   cechuje   rozrost   niedojrzałych 

krwinek w szpiku. Wystarczy, by jedna z krwinek przybrała 
złośliwą postać. Od tego czasu krwinka taka wytwarza klony 
atakujące   stopniowo   inne   części   organizmu,   na   przykład 
śledzionę i wątrobę - wyjaśniał rzeczowo Blake Contini.

 - Jak długo rozwija się choroba? - zapytał pacjent.
 - W postaci ostrej przez trzy miesiące - odparł lekarz.
 - Czyli dokładnie tak, jak w pana przypadku.

background image

Nie   dodał   jednak,   że   u   niektórych   pacjentów 

obserwowano tak zwany zespół przedbiałaczkowy, który mógł 
trwać znacznie dłużej niż trzy miesiące. A rezultat leczenia był 
w takich przypadkach znacznie gorszy.

Z wywiadu lekarskiego oraz badań wynikało, że  u  pana 

Simmonsa   choroba   wystąpiła   niezwykle   gwałtownie,   o   ile 
oczywiście   pacjent   nie   ukrywał   żadnych   wcześniejszych 
objawów.

  - Został gruntownie przebadany - rzekła cicho Abby do 

Blake'a, stając w nogach łóżka.

  - Owszem - odparł, podchodząc do niej tak Misko, że 

niemal stykali się głowami - Jak pani wie, pierwszą zasadą 
medycyny jest szukanie najbardziej typowych rozwiązań. Stad 
te wszystkie badania.

  -   Wiem   -   przytaknęła,   dojmująco   świadoma   jego 

bliskości.

  - Może zna pani to powiedzenie, że gdy słyszysz tętent 

kopyt, pomyśl najpierw o koniach, a dopiero potem o zebrach.

Abby uśmiechnęła się lekko.
  - Owszem, słyszałam. A już na pewno należy na razie 

wykluczyć jednorożce.

Uśmiechnął się w odpowiedzi.
  -   Białaczka   nie   jest   chorobą   aż   tak   trudną   do 

zdiagnozowania.   Musimy   jednak   ustalić   dokładnie   typ 
choroby.

Abby   skinęła   głową,   a   doktor   Contini   odwrócił   się   do 

pacjenta i powiedział:

  -   Te   niedojrzale   komórki   nie   mogą   pełnić   funkcji 

zdrowych komórek, stąd na przykład anemia.

 - Rozumiem.
 - Ma pan coraz mniej czerwonych ciałek krwi, co pociąga 

za  sobą również niedobór hemoglobiny. Czerwone  ciałka  z 

background image

kolei przenoszą coraz mniej tlenu i dlatego tak łatwo się pan 
męczy.

Pacjent   skinął   ze   zrozumieniem   głową.   Zależało   mu 

najwyraźniej   na   wszelkiego   rodzaju   informacjach,   jakby   to 
one same w sobie mogły zwalczyć tę okropną chorobę.

 - Pan Simmons jest u nas od dwóch dni. Czeka na wyniki 

badań   krwi.   Zamierzam   przedyskutować   z   nim   dzisiaj 
ewentualną terapię. Ma pani jakieś pytania?

 - Wykonano biopsję szpiku?
  -   Oczywiście   -   odparł   Blake.   -   Jak   pani   wiadomo,   to 

badanie   może   również   wykryć   niedojrzale   formy   komórek 
krwi.

I   choć   większość   niezbędnych   informacji   kryła   się   w 

karcie, Abby postanowiła porozmawiać z pacjentem osobiście.

  -   Jakie   były   pana   początkowe   objawy?   -   zapytała, 

poruszona   jego   spokojem,   maskującym   zapewne   śmiertelne 
przerażenie.

  -   Czułem   się   zmęczony,   coraz   bardziej   zmęczony. 

Sądziłem, że to kwestia wieku. Prowadziłem jednak zawsze 
bardzo   aktywny   tryb   życia.   Wykładam   nauki   polityczne,   a 
teraz zbliża się koniec roku, sesja... Nic dziwnego, że czułem 
się wyczerpany. Ale mimo wszystko podejrzewałem, że coś 
mi dolega.

  -   Rozumiem   -   odparła   spokojnie,   czekając   na   dalsze 

zwierzenia.

 - Byłem bardzo blady i nawet przy najmniejszym wysiłku 

łatwo   traciłem   oddech,   choć   niegdyś   mogłem   spacerować 
godzinami.   Przeziębiałem   się   często,   a   kilka   razy   dostałem 
nawet   zapalenia   płuc,   którego   bardzo   długo   nie   mogłem 
wyleczyć.

 - Pali pan?
 - Nie. I nigdy nie paliłem.
 - Coś jeszcze?

background image

  -   Niepokoiły   mnie   siniaki,   nie   powodowane   żadnym 

uderzeniem. A potem dentysta zauważył, że dziąsła krwawią 
mi znacznie mocniej niż zwykle. Kiedy opowiedziałem mu o 
innych   objawach,   kazał   mi   natychmiast   skonsultować   się   z 
lekarzem.  Poszedłem   więc  do  lekarza  pierwszego  kontaktu, 
który   stwierdził   anemię   i   skierował   mnie   tutaj   na   dalsze 
badania.

 - Pacjent miał również mdłości, co mogłoby wskazywać 

na zaburzenia żołądkowo - jelitowe. Infekcję lub krwawienie - 
dodał cicho Blake.

 - Rozumiem. - Abby skinęła głową. - Jaką zatem terapię 

pan proponuje?

  -   Zaraz   wszystko   powiem   -   odparł   Blake.   -   Zanim 

rozpoczniemy   chemioterapię,   chciałbym   poprawić   pana 
odporność ogólną - zaczął, patrząc na pacjenta. - Oczywiście, 
jeśli   wyrazi   pan   na   to   zgodę.   Cierpi   pan   z   powodu   silnej 
anemii, toteż zrobię panu transfuzję koncentratu krwinek oraz 
osocza, co zwiększy krzepliwość krwi.

 - Kiedy rozpocznę tę kurację? - zapytał pan Simmons.
  -   Dziś   po   południu.   Laboratorium   wykona   próbę 

krzyżową,   a   potem   przedyskutujemy   dalsze   leczenie.   Jeśli 
zdecydujemy   się   na   chemioterapię,   będzie   pan   otrzymywał 
zestawy leków przez pięć do dziesięciu dni. To się nazywa 
terapia indukcyjna.

  - Czytałem coś na ten temat - odparł smętnie pacjent. - 

Chemioterapia zabija wszystkie komórki rakowe albo prawie 
wszystkie. A pacjent czuje się fatalnie i wypadają mu włosy.

W odpowiedzi Blake Contini skinął jedynie głową.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI
Po zakończonej konsultacji, gdy oboje zdjęli już ochronną 

odzież i wyszli na korytarz, Blake odciągnął Abby na bok.

  - Jaką postawiłaby pani w tym przypadku diagnozę? - 

spytał, wbijając w nią wzrok.

Abby   odchrząknęła   lekko.   Czuta   się   jak   studentka   na 

egzaminie.   Ceniła   sobie   bardzo   możliwość   poszerzania 
wiedzy,   choć   jej   uczucia   wobec   profesora   nie   były   wcale 
jednoznaczne. Teraz jednak nie należało o tym myśleć.

  -   No   cóż...   -   zaczęła.   -   We   krwi   i   szpiku   występują 

nieprawidłowe   komórki.   Kiedy   zbadamy   je   dokładnie, 
będziemy mogli powiedzieć coś więcej. Komórki w szpiku nie 
dojrzewają   nigdy   ponad   poziom   mieloblastów.   No   i 
oczywiście   rozrostowe   komórki   rakowe   gromadzą   się   w 
szpiku,   hamując   rozwój   zdrowych   komórek   i   elementów 
szpiku.

 - Zgadza się.
  -   Występują   zaburzenia   krzepliwości   krwi,   do   których 

dochodzą objawy kliniczne. Pan Simmons  ma  powiększoną 
śledzionę   i   wątrobę,   cierpi   zatem   na   hepatomegalię   i 
splenomegalię. To również ważne wskazania diagnostyczne.

 - Słusznie...
  -   No   cóż...   -   Abby   głęboko   odetchnęła.   -   Jestem   za 

remisyjną terapią indukcyjną, o ile uznamy, że taka metoda 
znajdzie zastosowanie w tym konkretnym przypadku. Chcemy 
osiągnąć   całkowite   ustąpienie   objawów   choroby,   to   jasne. 
Najpierw jednak musimy podać pacjentowi antybiotyki, żeby 
zwalczyć infekcję przewodu pokarmowego.

  - No tak... Widzę, że zna się pani na rzeczy - przyznał 

Blake,   unosząc   brwi.   Uśmiechnął   się   przy   tym   lekko,   co 
zmieniło całkowicie rysy jego twarzy.

background image

Stali już daleko od sali, na której leżał pan Simmons, lecz 

Abby jeszcze raz zerknęła na drzwi izolatki. Poczuła znajomy 
przypływ współczucia.

  -   Przed   chorobą   był   pewnie   bardzo   aktywnym, 

wysportowanym   mężczyzną.   Nie   pali,   ćwiczył   regularnie   - 
rzekła smętnie.

 - Fakt - zgodził się Blake. - Zobaczymy, jak zareaguje na 

osocze   i   koncentrat   krwinek.   Ja   w   każdym   razie   nie   tracę 
nadziei.   Każdy   przypadek   jest   inny.   Możemy   mówić 
wyłącznie o prawdopodobieństwie. Zgadza się pani ze mną?

 - Oczywiście.
  -   Nic   go   nie   powstrzyma   od   studiowania   książek 

medycznych   i   nabijania   sobie   głowy   statystykami   -   dodał 
cierpko.

 - Chyba już nawet zaczaj coś czytać... - zauważyła.
  - To dobry kandydat do przeszczepu? Jak pani sądzi? - 

zapytał.

Abby wzruszyła ramionami.
  - Nie wiem - odparła z namysłem. - Wiek nie jest jego 

sojusznikiem.   -   Zastanawiała   się   przez   chwilę,   jak   pacjent 
zareagowałby   na   toksyczne   leki   poprzedzające   ewentualną 
transplantację. - Ale nie chciałabym niczego wykluczyć.

  - Słusznie - odparł Blake. - Możemy więc ten problem 

rozważyć.  Zobaczymy.   Zanim   rozpoczniemy   chemioterapię, 
musimy   przeprowadzić   jeszcze   jeden   test   wątrobowy   i 
upewnić się, czy nerki są w dobrym stanie.

Zamilkli na chwilę i w tym czasie podeszli do nich inni 

lekarze.

 - No cóż - rzekła pospiesznie Abby. - Dziękuję bardzo za 

tę   lekcję  i  czas,  który   mi   pan  poświęcił.  Chyba   powinnam 
wracać... - dodała z ociąganiem.

Blake zerknął na zegarek.

background image

 - Niestety, nie mogłem nic więcej dla pani zrobić, skoro 

opuściła   pani   prezentację   z   powodu   choroby   Willa.   Ale 
zdążymy napić się jeszcze kawy, prawda?

 - Oczywiście - zgodziła się natychmiast Abby.
  -   Niech   pani   wpadnie   później   do   mnie   do   gabinetu, 

porozmawiamy   o   pani   poglądach   i   zasadach   -   rzekł 
przyjacielskim tonem i uśmiechnął się serdecznie.

Przekonała się po raz kolejny, jak bardzo mylące może 

być pierwsze wrażenie. Nie miała wcale wyrobionej opinii o 
doktorze   Continim.   Dwie   rzeczy   nie   budziły   jednak 
wątpliwości:   był   niezwykle   atrakcyjny,   a   znajomość   z 
mężczyzną tego pokroju stanowiła dla niej wyzwanie zarówno 
osobiste, jak i zawodowe.

  -   Podobno   zna   się   pani   nie   tylko   na   przeprowadzaniu 

wywiadów - dodał żartobliwie, chcąc najwyraźniej poprawić 
jej nastrój wywołany stanem pana Simmonsa.  - Jakie są te 
inne rzeczy? - Ujął ją lekko pod ramię i ruszył naprzód.

Bliskość Blake'a sprawiła jej przyjemność.
 - No cóż... chyba potrafię działać w trudnych sytuacjach. - 

Zerknęła   na   niego   z   ukosa,   przekonana,   że   wyrazi 
powątpiewanie.

 - Nie wątpię - potwierdził.
 - Choć jestem niezdarna?
  -   To   pani   powiedziała,   nie   ja   -   przypomniał   jej.   -   Ja 

użyłbym z pewnością innego określenia.

 - Nie wierzę - odparta.
Poprowadził ją w stronę odnogi głównego korytarza, gdzie 

mieściła się interna. Abby próbowała się domyślić, o czym 
ewentualnie Blake chce z nią rozmawiać. Może lepiej było nie 
przyjmować zaproszenia i uniknąć kłopotliwych pytań?

 - Doktor Wharton będzie się pewnie zastanawiał, co mnie 

tak   długo   zatrzymało   -   zaczęła,   wchodząc   do   przytulnego 
gabinetu.

background image

  -   Z   Whartonem   już   rozmawiałem.   Wszystko   jest   w 

porządku, W końcu to szpital uniwersytecki. Nie zdradziła mi 
pani   jeszcze,   co   umie   pani   robić   poza   pracą,   a   ja   lubię 
wiedzieć jak najwięcej o swoich kolegach.

  - No cóż. Bardzo lubię pracę w ogrodzie, a poza tym 

przyrządzam bardzo mocny koktajl rumowy, kiedy przychodzi 
mi na niego ochota.

Ta uwaga najwyraźniej rozśmieszyła Blake'a,
 - Może kiedyś będę miał okazję spróbować... Kawy?
 - Marzę o kawie, a już zaczynałam sądzić, że jednak jej 

nie wypiję - zażartowała, odgarniając włosy z czoła.

 - Kawa w zamian za koktajl rumowy przy okazji randki, 

na   którą   musimy   się   jeszcze   umówić,   prawda?   -   spytał 
swobodnie.

  - Tak - odparła  bez  namysłu, czując, że serce  bije  jej 

mocniej niż zwykle.

Ponad wszystko na świecie pragnęła spotkać się z Blakiem 

poza szpitalem.

 - Wracając do spraw poważnych... Proszę mi powiedzieć, 

jakie   ma   pani   zasady,   doktor   Gibson.   Może   jednak   pani 
usiądzie,   będzie   wygodniej   -   dodał,   wręczając   jej   filiżankę 
kawy.

 - Wolę stać - oznajmiła.
 - Zauważyłem.
Gdy   zobaczył,   że   się   zaczerwieniła,   pokręcił   z 

niezadowoleniem głową.

  - Znowu to samo. Ale naprawdę nie zamierzałem  być 

nieuprzejmy.   Ostatnio   jednak   rzeczywiście   traktuję   kobiety 
trochę... bezdusznie.

  - Nic nie szkodzi - odparła, a potem uporządkowała w 

myślach najważniejsze zasady, jakich zamierzała przestrzegać 
jako lekarz. - Jeśli chodzi o moją etykę zawodową, to nigdy, 
bez   względu   na   konsekwencje,   nie   zmuszam   pacjenta   do 

background image

podjęcia kuracji, na którą on nie wyraża zgody ani ochoty. 
Leczenie   może   przecież   zabić;   pewne   terapie   pociągają   za 
sobą poważne ryzyko. Jeśli pacjent chce natomiast zasięgnąć 
porady innego specjalisty, to również mu tego nie utrudniam 
ani nie odradzam.

 - No cóż, proszę mówić dalej. - Sączył kawę, patrząc na 

Abby z namysłem.

 - Należy zdawać sobie sprawę z własnych ułomności...
Była   bardzo   ciekawa,   jakie   wady   może   mieć   doktor 

Centini.   Gdyby   je   poznała,   zapewne   byłoby  jej  łatwiej   go 
zrozumieć.

  -   Co   pani   sądzi   o   eutanazji?   -   spytał   zupełnie 

nieoczekiwanie.

Wyczuła,   że   za   tym   pytaniem   kryje   się   coś   więcej   niż 

zwykła ciekawość.

  -   Niektórzy   lekarze   sądzą,   że   w   szczególnych 

przypadkach   eutanazja   powinna   być   dozwolona   -   odparła, 
odwracając wzrok od Blake'a. Na ten konkretny temat miała 
już   od   dawna   wyrobione   zdanie.   -   Ja   jednak   do   nich   nie 
należę.

 - Proszę mi powiedzieć, dlaczego - poprosił łagodnie.
  - Nie jestem szczególnie religijna - odparła, jąkając się 

lekko - ale przywiązuję nadzwyczajną wagę do przykazania 
„Nie   zabijaj".   Nie   poddawałam   nigdy   swoich   poglądów 
dokładnej   analizie,   lecz   sądzę,   że   ludzie   tak   naprawdę   nie 
chcą,   żeby   ich   pozbawiać   życia.   Boją   się   tylko   cierpienia. 
Wszyscy kochamy życie i kurczowo się go trzymamy.

 - Mhm - mruknął, nie odrywając od niej wzroku.
 - Odbieranie komuś życia świadczy o wyjątkowej pysze. 

A ja nie toleruję pychy pod żadną postacią.

 - Całkowicie się z panią zgadzam. To nie my powinniśmy 

decydować   o   życiu   lub   śmierci   -   dodał   ponuro,   tak   jakby 
wielokrotnie był zmuszony rozważać tę kwestię.

background image

  -   Wydaje   mi   się,   że   zaufanie,   jakie   chory   pokłada   w 

swoim   lekarzu,   to   rzecz   święta   i   nigdy,   w   żadnych 
okolicznościach,   nie   wolno   nam   tego   zaufania   zawieść. 
Podzielam również pogląd, że nie do nas należą ostateczne 
decyzje. Nie mamy prawa do takiej przewagi... siły. Dla mnie 
to wręcz odrażające.

Skinął głową bez słowa. Abby również zamilkła. W tej 

ciszy krył się jednak pewien szczególny rodzaj porozumienia. 
Było tak, jakby zadano pewne ważne pytania i udzielono na 
nie odpowiedzi. Abby nie miała jednak pojęcia, jakie są to 
pytania i jakie odpowiedzi, choć już podczas porannych zajęć 
wyczuła,   że   w   życiu   Blake'a   Continiego   kryje   się   jakaś 
tajemnica.

Przygryzła nerwowo wargi. Chciała wyjść, lecz nie miała 

siły tego zrobić. Nagle poczuła delikatne muśnięcie ręki.

 - Dziękuję za rozmowę - powiedział - Doleję pani kawy, 

ta   już   na   pewno   wystygła.   Zadałem   stanowczo   zbyt   wiele 
pytań, prawda?

Jego dotyk całkowicie pozbawił ją energii. Nie rozumiała 

samej siebie, nie rozumiała również, dlaczego Blake dziękuje 
jej za rozmowę.

Wręczył jej pełną filiżankę.
  -   Nie   powiem   już   ani   słowa,   dopóki   pani   nie   wypije. 

Bezwiednie dodała do gorącego płynu śmietankę i cukier.

  -   Zadaje   pan   wiele   pytań,   doktorze   Contini   -   rzekła 

odważnie, nie patrząc mu jednak w oczy. - Ciekawa jestem, 
czy równie chętnie pan na nie odpowiada.

  - Proszę wypić kawę. Potem może już pani nie zdążyć. 

Sącząc gorący napar, patrzyli sobie w oczy. Abby pierwsza 
odwróciła wzrok.

  - Z przyjemnością odpowiem na każde pytanie, ale nie 

dziś.

background image

W korytarzu rozległy się kroki, a potem ktoś zapukał do 

drzwi.

 - O, to pan, doktorze. - Sekretarka wysunęła głowę przez 

drzwi. - Dzwonią do pana ze szpitala Gresham Generał. To 
pilne. - Zerknęła na Abby. - Mam przełączyć rozmowę tutaj?

 - Tak, proszę - odparł po chwili wahania.
Kiedy   w   chwilę   później   podniósł   słuchawkę,   sprawiał 

wrażenie   człowieka,   który   przeniósł   się   nagle   do   zupełnie 
innego   świata   i   całą   uwagę   poświecił   swemu   rozmówcy. 
Odwrócił jednak na chwilę głowę i popatrzył na Abby takim 
wzrokiem, jakby widział ją po raz pierwszy w życiu.

 - Dziękuję za wizytę, pani doktor - rzekł oficjalnie, dając 

jej w ten sposób do zrozumienia, że ich spotkanie dobiegło 
końca.   -   Z   pewnością   niedługo   znowu   porozmawiamy   na 
temat pana Simmonsa.

 - Ja również dziękuję, doktorze - odparła.
Już na korytarzu pomyślała, że wezwano go zapewne na 

konsultacje   do   szpitala   w   Gresham.   Sama   była   tam 
kilkakrotnie jeszcze jako studentka.

Kiedy wreszcie wczesnym popołudniem dotarła do bufetu, 

wszyscy kończyli już lunch.

  - Dzień dobry, pani doktor - powitała ją Giany Ryles. - 

Jakoś nie mogę stąd wyjść.

  - Doskonale panią rozumiem - odparła Abby. - Jak się 

czuje mąż?

 - Nieźle. Poza tym, dzięki Bogu, nie cierpi.
  -   To   dobrze.   Jeśli   mogę   pani   w   jakikolwiek   sposób 

pomóc, proszę dać znać.

 - Jeśli chodzi o pracę męża, to może porozmawia pani na 

ten   temat   z   Blakiem   -   powiedziała   pani   Ryles   zmęczonym 
głosem. - Był dla nas bardzo dobry, choć sam ma przecież 
straszne kłopoty z Kaitlin.

background image

  - Dobrze - odparła automatycznie Abby. Kim jest owa 

tajemnicza Kaitlin?

Pani Ryles nie stworzyła jej jednak okazji do zadawania 

pytań. Abby zresztą wcale nie była pewna, czy powinna się 
tym interesować.

  -   Kto   będzie   bronił   pacjentów   i   lekarzy,  jeśli   stery   w 

szpitalu   przejmą   ludzie   interesu?   -   wybuchnęła   nagle   pani 
Ryles. - Proszę mi powiedzieć, kto?

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY
Te słowa wciąż krążyły Abby po głowie, gdy wieczorem 

wracała do szpitala. Poradnia rodzinna może przecież zostać 
zlikwidowana   z   powodu   cięć   budżetowych,   a   pieniądze 
stanowią   najwyraźniej   jedyne   kryterium,   według   którego 
podejmowano decyzje.

Spróbowała się jednak skoncentrować na pacjentach
I zajęła pracą.
Znacznie   później   otworzyła   drzwi  swego   mieszkanka, 

dźwigając trzy plastykowe torby z zakupami, teczkę oraz dwie 
okryte folią sukienki, które właśnie odebrała z pralni. W jakiś 
cudowny sposób zdołała jeszcze zataszczyć do domu torbę ze 
zmianą   bielizny.   Ostatnie   dwie   noce   spędziła   bowiem   w 
szpitalnym   hotelu   goszczącym   lekarzy,   techników, 
pielęgniarki   i   innych   pracowników   zobowiązanych   do 
pełnienia dyżuru w weekendy oraz noce.

Zamknęła   łokciem   drzwi.   Dochodziło   wpół   do   ósmej   i 

była   zmęczona,   a   ponadto   bardzo   bolały   ją   nogi.   Myślała 
wyłącznie   o   tym,   by   coś   zjeść   i   wypić;   znów   odczuwała 
wilczy głód.

Najpierw   rzuciła   wszystkie   swoje   bagaże   na   kanapę   w 

salonie, a następnie weszła do kuchni i nalała sobie białego 
wina, które czekało na nią w lodówce. Z kieliszkiem w ręku 
opadła na kanapę, zrzuciła buty i położyła nogi na stole.

 - Dzięki Bogu, że już piątek - westchnęła, przełykając łyk 

wina. Dojście od siebie po tak upiornym dniu musiało jej zająć 
trochę czasu.

Odnosiła wrażenie, że od tej chwili, gdy znalazła Willa 

Rylesa   w   podziemiach,   minęło   wiele   dni,   a   nie   zaledwie 
kilkanaście godzin. Spotkania z Blakiem Continim wprawiły 
ją również w stan niepokoju - z jakichś nie znanych sobie 
powodów zupełnie nie potrafiła przestać o nim myśleć, choć 

background image

najbardziej   na   świecie   pragnęła   wypocząć,   a   nie   zaprzątać 
sobie czymkolwiek głowę.

 - Do diabła! - powiedziała na głos. - Dość tego. 
Kiedy w dziesięć minut później zadzwonił telefon, była 

pewna, że dzwoni Cheryl, koleżanka z pracy mieszkająca w 
tym   samym   domu.   Gdy   nie   miały   dyżuru,   często   spędzały 
razem piątkowe wieczory. Wspólne kolacje przygotowywały 
na   zmianę,   a   potem   szły   na   kawę,   jeśli   nie   czuły   się   zbyt 
zmęczone. Czasem Cheryl zapraszała któregoś ze znajomych, 
innym   razem   Abby   przychodziła   do   kawiarni   w   męskim 
towarzystwie.

Zwykle   Cheryl   i   Abby   obracały   się   w   kręgu   młodych 

lekarzy   obojga   płci   mieszkających   w   tym   samym   budynku 
położonym   niedaleko   szpitala,   blisko   linii   metra.   Abby   nie 
darzyła   jednak   żadnego   ze   swych   kolegów   szczególną 
sympatią. W dodatku talki stan rzeczy bardzo jej odpowiadał.

Leniwie podniosła słuchawkę.
  -   Tak,   Cheryl.   Wiem,   że   to   moja   kolej,   ale   dopiero 

weszłam   do   domu.   Mogłaś   chwilę   zaczekać.   Potrzebuję 
jeszcze około pół godziny, żeby doprowadzić się do porządku, 
bo to był naprawdę szalony dzień. A ten arogancki Contini 
oprowadzał mnie po szpitalu. Wyobraź sobie, że on traktuje 
mnie   jak   studentkę.   Urządził   mi   egzamin   w   obecności 
pacjenta! Wyobrażasz sobie coś podobnego?

Z drugiej strony nie powinnam narzekać, bo czegoś jednak 

się nauczyłam.

Zaczerpnęła powietrza i upiła łyk wina,
  -   Pyszne   to   wino.   Chyba   ci   trochę   zostawię.   Pod 

warunkiem,   że   wpadniesz   mi   pomóc.   Co   ty   na   to?   - 
zakończyła ze śmiechem.

Po drugiej stronie słuchawki panowała cisza.
 - Cheryl? - spytała Abby.

background image

  - To nie Cheryl - odparł męski głos, na dźwięk którego 

Abby aż drgnęła. - Mówi ten arogancki Blake Contini.

 - O mój Boże! - Wyprostowała się jak struna, rozlewając 

wino. - Nie miałam pojęcia... Tak mi przykro. Dlaczego... to 
znaczy w jaki sposób zdobył pan mój numer telefonu? I, no 
właśnie, dlaczego pan dzwoni?

Szybko   poszukała   w   pamięci   czegoś,   o   czym   mogła 

zapomnieć. Nie, Blake o nic ją nie prosił. I przecież nie ma 
dyżuru?

 - Zdobycie numeru okazało się proste. A zanim dziś rano 

przeszkodzono   nam   w   rozmowie,   chciałem   powierzyć   pani 
pewne zadanie.

Wino utraciło swą czarodziejską moc i Abby natychmiast 

oprzytomniała.   Czyżby   w   głosie   Blake'a   naprawdę 
pobrzmiewało   lekkie   rozbawienie,   czy   też   tak   się   jej   tylko 
wydawało?

Niektórzy   starsi   pracownicy   nie   lubili   uczestniczyć   w 

szkoleniu lekarzy rodzinnych. Abby zaczęła się zastanawiać, 
czy Blake również do nich należy. Tego ranka, przy okazji 
wizyty   u   pana   Simmonsa,   odgrywał   bardzo   chętnie   rolę 
mentora i rzeczywiście był trochę zanadto apodyktyczny. A 
teraz może naprawdę chciał dopilnować, by Abby zrobiła to, 
co do niej należy.

 - W takim razie dobrze - wymamrotała. - Przez chwilę po 

prostu się obawiałam, że nie wykonałam jakiegoś polecenia. - 
Roześmiała się cicho. - Podejmę się z przyjemnością każdego 
zadania. Najchętniej czegoś, co wiązałoby się z terapią pana 
Simmonsa. Tak, byłabym tym naprawdę zachwycona.

Nastąpiła kolejna chwila ciszy. Abby przełknęła nerwowo 

ślinę. Każda rozmowa z Blakiem wytracała ją z równowagi. 
Nie rozumiała jednak zupełnie, dlaczego tak się dzieje, gdyż 
na ogół nawiązywała bardzo łatwo kontakty z ludźmi

background image

  - Co tak bardzo panią uraziło w moim  zachowaniu?  - 

spytał.

 - Ja... to była pomyłka, proszę pana. Wie pan, jak to jest 

Sądziłam, że rozmawiam z przyjaciółką, Cheryl - wyjąkała, 
czując, jak wzbiera w niej histeria.

 - No, dalej, pani doktor - ponaglił ją z rozbawieniem.
  -   Niech   pani   to   wreszcie   z   siebie   wykrztusi.   Nie 

posądzałem pani o nieśmiałość. Szczerze mówiąc, odniosłem 
zupełnie przeciwne wrażenie.

Rozmowa zabrnęła stanowczo za daleko.
  -   Naprawdę   bardzo   mi   przykro,   panie   doktorze.   Nie 

miałam sic złego na myśli. Nie zamierzałam pana krytykować. 
A teraz zapoznam się bardzo chętnie z nowym zadaniem.

 - Tak czy inaczej, chciałbym, aby odpowiedziała mi pani 

jednak na moje pytanie.

Zrozumiała, że Blake nie da za wygraną.
 - No dobrze... - wyjąkała, czując, że się czerwieni.
 - Już podczas naszego pierwszego spotkania doszedł pan 

do   wniosku,   że   spóźniłam   się   celowo   na   zajęcia,   a   potem 
postępował pan dokładnie według tego założenia. A ja jestem 
przecież doktorem medycyny.

 - No cóż, jeśli ktoś się spóźnia, zakładam po prostu, że się 

spóźnił,   jeśli   rozumie   pani,   o   co   mi   chodzi.   -   Odniosła 
wrażenie,   że   Blake   odzyskał   dobry   humor.   -   I   naprawdę 
bardzo dokładnie zdaję sobie sprawę z tego, kim pani jest. Tak 
czy   inaczej,   przepraszam   za   swoje   zachowanie.   Po   prostu 
bardzo   poważnie   traktuję   pracę.   A   dla   pani   byłoby   lepiej, 
gdyby to pani zapamiętała, choć zapewne i takie stwierdzenie 
wyda się pani aroganckie.

 - Absolutnie nie - odparła.
 - Na pewno? - spytał.
 - Oczywiście.

background image

  - To dobrze. - Teraz już na pewno się uśmiechał. Była 

tego pewna. - A oto i zadanie.

  -   Chwileczkę.   Czy   przypadkiem   nie   powinnam   tego 

zapisać?

 - Na pewno pani zapamięta. Proszę, żeby sporządziła pani 

projekt   terapii,   jaką   należy   zastosować   w   przypadku   pana 
Simmonsa,   oraz   określiła,   jaki   przewiduje   pani   rezultat 
leczenia. Zapoznała się pani z wynikami badań krwi i chyba 
nie dostrzegła w nich pani niczego niezwykłego. Typowe dla 
tej choroby, prawda? Niemal podręcznikowe.

 - Tak, pamiętam - odparła Abby. - Czy to wszystko?
 - Wszystko.
 - Na kiedy mam to przygotować?
  -   O   ile   to   możliwe,   na   poniedziałek,   a   leczenie 

rozpoczniemy natychmiast. Nie chcę psuć pani weekendu, ale 
chyba ta praca nie zajmie pani zbyt wiele czasu.

  -   Zgoda   -   odparła,   przebiegając   w   myślach   plany   na 

sobotę i niedzielę. Były to głównie zajęcia domowe.

  -   Chciałbym   śledzić   dokładnie   przebieg   leczenia   pana 

Simmonsa   -   oznajmił.   -   Myślę,   że   może   się   pani   sporo 
nauczyć,   prowadząc   od   początku   do   końca   konkretny 
przypadek. W weekend rozpoczniemy transfuzje, więc już w 
poniedziałek   samopoczucie   chorego   ulegnie   poprawie.   Na 
pewno dostrzeże pani różnicę.

Zakładał, że Abby znajdzie czas na wizytę u Simmonsa. 

Istotnie   zamierzała   ten   czas   znaleźć,   a   także   poświęcić 
Simmonsowi sporo uwagi, choć był pacjentem Blake'a i leczył 
się na oddziale internistycznym.

  - Dobrze - odparła oficjalnym tonem. - Jutro się zajmę 

tym zleceniem.

  -   Spotkajmy   się   zatem   w   poniedziałek   o   wpół   do 

dziewiątej   we   wschodnim   skrzydle.   Omówimy   wszystko 
dokładniej.

background image

 - Oczywiście - powiedziała, próbując zachować naturalne 

brzmienie głosu. Jak widać, nie wyśpi się w poniedziałek. - W 
poradni powinnam być dopiero koło dziesiątej.

  - Będziemy mieli zatem sporo czasu. Dobranoc, doktor 

Gibson. Miłego weekendu.

Czyżby celowo starał się być sarkastyczny? Gorączkowo 

szukała jakiejś celnej riposty, ale nic nie przychodziło jej do 
głowy.

 - Dziękuję. Dobranoc - powiedziała tylko, czując pustkę 

w głowie.

Gdy Blake odłożył słuchawkę, Abby wyciągnęła  się  na 

kanapie.

  -   Niech   go   diabli!   -   mruknęła.   -   Dlaczego   nie 

sprawdziłam, kto dzwoni? Teraz już sobie na pewno pomyśli, 
że   jestem   kompletną   idiotką.  -  Jęknęła.   Z   jakiegoś 
niezrozumiałego powodu zależało jej na dobrej opinii doktora 
Continiego. I wcale nie dlatego, że był taki przystojny.

Zakrztusiła   się   winem   i   w   tej   samej   chwili   usłyszała 

pukanie. Otworzyła drzwi, zanosząc się kaszlem.

 - Co się dzieje? Jesteś chora? - spytała Cheryl. - Jeśli tak, 

to fatalnie, bo mam na dzisiaj zdecydowanie dość pacjentów.

  - Po prostu się zakrztusiłam. A ty nie będziesz mogła 

mieć   dość   chorych,   kiedy   zostaniesz   lekarzem   pierwszego 
kontaktu.

  -   Ale   do   tego   czasu   nie   zamierzam   się   wykończyć   - 

odparła z uśmiechem Cheryl, wchodząc do mieszkania.

  -   Gdzie   jest   kolacja?   Myślałam,   że   już   zdążyłaś   coś 

przygotować.

 - Niepoprawna optymistka - uśmiechnęła się Abby.
 - Dobra, dobra. Oto mój wkład. - Cheryl wyciągnęła zza 

pleców butelkę wina.

 - Wspaniale. Na pewno się przyda

background image

Cheryl   miała   krótkie,   ciemne   włosy,   uroczy   uśmiech   i 

śliczne, niebieskie oczy. Byk bezpośrednia i uczciwa; dlatego 
Abby   tak   bardzo   ją   lubiła.   W   przeciwieństwie   do   innych 
Cheryl   nie   traktowała   kolegów   po   fachu   jak   potencjalnych 
wrogów.

 - Jedzenie jeszcze nie gotowe. Dzwonił do mnie Contini.
  -   Co   takiego?   Ten   Contini?   -   Cheryl   zamieniła   się   w 

słuch.

 - Owszem.
Podczas   przygotowywania   posiłku   Abby   opowiedziała 

Cheryl o wszystkich wydarzeniach mijającego dnia.

 - Nie możesz narzekać na brak wrażeń - przyznała Cheryl, 

kiedy   Abby   wreszcie   przestała   mówić.   -   Will   Ryles   to 
wspaniały facet, a przez te cięcia budżetowe w szpitalu panuje 
naprawdę  okropna  atmosfera. Chciałabym mieć  jakikolwiek 
wpływ na to wszystko.

 - Wiem. Ja też.
 - Za to inni nie chcą się w nic angażować, jeśli sprawa nie 

dotyczy ich bezpośrednio - ciągnęła Cheryl.

  - Właśnie. Wygodnie jest udawać, że coś nie dzieje się 

naprawdę, o ile nie przydarza się tobie - rzekła z namysłem 
Abby.

 - Wygodnie, ale jednocześnie idiotycznie. Statek tonie, a 

orkiestra gra do końca... Przecież w końcu wszyscy będziemy 
musieli rozwiązać jakoś ten problem.

 - Nikt nie jest samotną wyspą - zacytowała Abby.
 - Właśnie - zgodziła się Cheryl.
  -   Nasi   koledzy   zaczną   pewnie   działać   dopiero   wtedy, 

kiedy zdecydują się nas przenieść do innego szpitala - rzekła 
Abby.

  - No cóż, miejmy nadzieję, że ktoś się wreszcie ruszy... 

Ale wiesz - zmieniła nagle temat - to bardzo dziwne, że Blake 
zadzwonił do ciebie do domu. On nie ma takiego zwyczaju. 

background image

Może... może ty mu się po prosto podobasz, Abby? Chociaż 
on jest chyba żonaty.

 - Naprawdę?
 - Nie wiem, ale tak mi się wydaje. Tobie nie?
 - Może...
 - Ktoś chyba wspominał coś kiedyś na temat jego dzieci. 

Może się rozwiódł? - myślała głośno Cheryl.

Abby   nie   spuszczała   wzroku   z   sałaty,   którą   właśnie 

przyrządzała,   i   ganiła   się   w   duchu   za   to,   iż   sama   myśl   o 
hipotetycznej żonie Blake'a wzbudziła w niej żal. Jakie to w 
końcu ma znaczenie? Zna Continiego dopiero jeden dzień i za 
jakiś czas może się okazać, że tak naprawdę wcale nie darzy 
go sympatią.

 - Mówicie sobie po imieniu? - zapytała.
  - Nie - roześmiała się Cheryl. - Nazywam go Blakiem 

tylko wtedy, kiedy mnie nie słyszy. Zjedzmy coś wreszcie.

Potem możemy się spotkać ze znajomymi i wyskoczyć na 

kawę. Potrzebujesz relaksu jeszcze bardziej niż ja.

 - Pewnie masz rację - zgodziła się Abby.
  -   Może   zjemy   na   balkonie   -   zaproponowała   Cheryl.   - 

Wreszcie, Bogu dzięki, zrobiło się cieplej. Najwyższy czas. 
Przecież to maj.

 - Dobry pomysł.
Abby   wyniosła   sztućce   i   talerze   na   balkon,   gdzie   stał 

stolik   i   kilka   krzeseł,   a   Cheryl   ustawiła   na   tacy   wino   i 
kieliszki. Przygotowały makaron z ziołami  i oliwą, a  także 
zieloną sałatę oraz chrupkie pieczywo z serem.

Mieszkanko   Abby   mieściło   się   na   drugim   piętrze 

dziesięciopiętrowego   budynku   usytuowanego   na   wprost 
parku, jak również w pobliżu małych eleganckich butików i 
knajpek oraz kawiarenek, gdzie życie nocne kwitło wprawdzie 
do późna, lecz nie zakłócało nikomu spokoju.

background image

 - Pewnego dnia - rozmarzyła się Abby - będę miała dom z 

dużym ogrodem, może psa, albo dwa... Pewnego dnia, kiedy 
wreszcie zacznę zarabiać prawdziwe pieniądze i nie będę się 
musiała liczyć z każdym groszem. Mam już dość biedowania.

 - A kto nie ma? - spytała retorycznie Cheryl.
 - Ubóstwo to, rzecz jasna, pojęcie względne. Uwielbiam 

swoje mieszkanko i w końcu mam jakieś skromne dochody, 
choć zaprzedałam duszę bankowi i zadłużyłam się u rodziców, 
żeby zdobyć pieniądze na studia.

Pomyślała   nagle   o   naprawdę   bezdomnych   ludziach 

sypiających pod mostami  albo pod wiatami  dla  autobusów. 
Niektórzy z nich trafiali do szpitala.

  -   Lepiej   nie   myśleć   o   długach.   Trzeba   po   prostu   je 

spłacać.   Pragnę   tego   samego,   co   ty,   Abby   -   oświadczyła 
Cheryl, nakładając sobie na talerz trochę makaronu. - I może 
jeszcze męża na dokładkę. Jestem okropnie staroświecka. A 
ktoś   taki   jak   Blake   Contini   nie   byłby   wcale   najgorszym 
kandydatem, prawda? - zaśmiała się głośno.

 - Napijmy się wina.
Abby wcale nie było wesoło.
 - Dlaczego to powiedziałaś? - spytała. - Ja powinnam stać 

mocno na ziemi, a nie fantazjować.

Abby musiała przede wszystkim zarobić na życie, zamiast 

liczyć na to, że pomoże jej w tym mąż.

  - On ci się podoba, prawda? - Cheryl popatrzyła na nią 

chytrze. - Nie martw się. Już niedługo cała żeńska populacja 
naszego szpitala będzie się za nim oglądać. Znajdziesz się w 
dobrym towarzystwie.

  - Wcale nie powiedziałam, że Contini mi się podoba - 

zaprotestowała Abby.

  - Bo nie chcesz się sama przed sobą do tego przyznać. 

Znam cię. Poza tym miałabyś adoratorów na pęczki, gdyby nie 

background image

twój sposób bycia. Traktujesz wszystkich mężczyzn jak braci 
czy kumpli.

 - Och, daj spokój - odparła z uśmiechem Abby. - Wiesz, 

akurat rozmawiałam z nim dzisiaj w gabinecie, kiedy odebrał 
telefon ze szpitala w Gresham. Nie wiem, o co chodziło, ale 
odniosłam wrażenie, że zapomniał zupełnie o bożym świecie i 
skupił całą uwagę na tej rozmowie.

  - Może któreś z jego dzieci leży w tym szpitalu... jeśli 

oczywiście   ma   dzieci.   Nie   martw   się.   Na   pewno   niedługo 
wszystko się wyjaśni.

Przez   chwilę   jadły   w   ciszy,   wspominając   wydarzenia 

minionego dnia. Abby wciąż wracała myślami do Blake'a i 
swojej telefonicznej wpadki. Z drugiej strony może dobrze się 
stało?   Contini   powinien   wiedzieć,   jakie   wywarł   na   niej 
wrażenie. A mimo wszystko czuła, że jeśli cokolwiek jej się 
przyśni, będzie to właśnie on...

Po powrocie  z kawiarni, gdzie spędziła trochę czasu w 

towarzystwie Cheryl i innych znajomych, ogarnął ją niepokój. 
Ani na chwilę nie mogła przestać myśleć o swoich pacjentach 
-   Ralphie   Simmonsie   i   Garym   Barlowie,   u   którego 
podejrzewała nowotwór płuc.

W   trakcie   studiów   odkryła,   że   wiedza   i   doświadczenie 

pomagają   w   pokonywaniu   stresu.   Dzięki   wiedzy   można 
bowiem trafnie ocenić stan pacjenta, a dzięki doświadczeniu 
wybrać najlepszą opcję leczenia.

Najważniejsza była pewność, iż uczyniło się wszystko, co 

możliwe   w   danej   sytuacji.   Czasem   należało   oczywiście 
zasięgnąć   porady   bardziej   doświadczonych   kolegów   i 
specjalistów.

Wciąż   zatopiona   w   myślach,   Abby   sięgnęła   po   gruby 

podręcznik   medycyny   ogólnej,   by   odświeżyć   sobie 
wiadomości   na   temat   ostrej   białaczki   szpikowej.   Czuła,   że 
Blake oczekuje od niej świetnej znajomości tematu. I choć o 

background image

białaczce   i   tak   wiedziała   sporo,   postanowiła   przeczytać 
stosowny rozdział i zrobić notatki.

Przetrząsając teczkę w poszukiwaniu długopisu i kartki, 

natrafiła   na   zagadkową,   zaklejoną   kopertę.   Może   list   tkwił 
tutaj od wielu tygodni i Abby po prostu o nim zapomniała? 
Może   była   to   kopia   jakiegoś   raportu?   Na   kopercie   nie 
widniało   żadne   nazwisko,   toteż   Abby   rozdana   ją   szybko   i 
przebiegła wzrokiem niewyraźne, nagryzmolone w pośpiechu 
litery.

"Drogi   Blake'u,   dziękuję,   że   przejrzałeś   materiały. 

Odkryłem   jeszcze,   że   Drexlerowie   (jeden   z   członków   tej 
rodziny   zasiada   w   Radzie   Szpitala)   byli   właścicielami 
komputerowej   firmy   radiologicznej,   Compu   -   X   -   ray 
Services. Jakiś czas temu spółka weszła na giełdę. Niedawno 
dowiedziałem   się   jednak,   że   rodzina   chce   z   powrotem 
wykupić   wszystkie   akcje,   gdyż   podobna   firma   w   Stanach 
proponuje bardzo korzystne warunki nabycia całej spółki. Czy 
moglibyśmy   o   tym   porozmawiać?   Posiadam   również   inne 
informacje,   których   nie   chcę   przelewać   na   papier.   Może 
napiszę   na   razie   tyle,   że   cała   ta   transakcja   nie   jest   chyba 
specjalnie uczciwa.

Przedsiębiorstwo   zainteresowane   kupnem   Compu   -   X   - 

ray Services to chyba (a przynajmniej takie słyszałem plotki) 
Image   Tec.   Ze   Stanów.   I   właśnie   Image   Tec.   zamierza 
również przejąć mój oddział. Za aprobatą administracji, rzecz 
jasna. Może tu nastąpić konflikt interesów.

Pozdrowienia, Will"
Abby   odłożyła   list   na   stół   -   przeczytała   właśnie 

korespondencję, która nie była adresowana do niej.

List musiał  wypaść Rylesowi z kieszeni wraz z innymi 

rzeczami;   telefon   komórkowy   i   inne   drobiazgi   oddała   już 
pielęgniarkom z oddziału kardiologii.

 - Cholera! - zaklęła głośno Abby.

background image

Czuła   się   nieswojo.   Oczywiście,   mogła   włożyć   list   do 

innej koperty, zakleić ją i udawać, że nie wie, co znajduje się 
w   środku,   ale   czuła,   że   nie   będzie   potrafiła   dochować 
tajemnicy.

Nie umiała kłamać. Tysiąc razy wolała się przyznać, że 

niechcący przeczytała list. Następnego dnia musi zadzwonić 
do Blake'a Continiego.

Will Ryles też mógł się zmartwić brakiem listu i dociekać, 

czy jego prywatna korespondencja nie trafiła przypadkiem w 
niepowołane ręce. Okazało się, że Will prowadził prywatne 
śledztwo   w   sprawie   firm   zamierzających   przejąć   szpitalne 
oddziały radiologiczne.

Wyrzucając   to   wszystko   z   pamięci,   Abby   otworzyła 

podręcznik medyczny na stronie „Hematologia i onkologia", a 
obok książki ułożyła notatnik i długopis.

Następnego   dnia   zdobyła   się   na   odwagę   i   o   wpół   do 

jedenastej   zatelefonowała   do   Blake'a.   Numer   otrzymała   z 
informacji szpitalnej. Czekając, aż Blake podniesie słuchawkę, 
zastanawiała się, czy przypadkiem go nie obudzi. Był w końcu 
sobotni poranek - jeden z niewielu dni, kiedy mogli trochę 
dłużej pospać. A list od Willa może w końcu nie jest taki 
ważny i mógł zaczekać?

  -   Halo?   -   Słysząc   w   słuchawce   głos   Blake'a,   Abby 

poczuła absurdalną ulgę.

 - Dzień dobry, panie doktorze - zaczęła nieśmiało. - Mówi 

Abby Gibson. Przepraszam, że zakłócam panu spokój podczas 
weekendu, ale znalazłam w aktówce list, który napisał do pana 
doktor Ryles. Musiałam go znaleźć wtedy w podziemiach i 
włożyć   automatycznie  do  teczki.   Bardzo   mi   przykro,   ale 
zapoznałam się niechcący z jego treścią, bo na kopercie nie 
było   nazwiska.   -   Uświadomiła   sobie,   że   podczas   swojej 
krótkiej   znajomości   z   doktorem   Continim   bez   przerwy   go 
przeprasza.

background image

  -   Dzień   dobry,   pani   doktor   -   odparł   głosem,   który 

świadczył o tym, że chyba dopiero się obudził. - O czym pisze 
Will?

 - Coś na temat Image Tec. i Compu - X - ray Services.
 - Mhm. - Milczał przez chwilę. - Chciałbym odebrać od 

pani ten list jak najszybciej - powiedział w końcu.

 - Oczywiście. - Abby podała mu adres i wskazówki, jak 

dojechać.

Okazało się, że Blake mieszka niezbyt daleko od niej - w 

bogatej, willowej dzielnicy.

 - Będę za pół godziny, jeśli to pani odpowiada - oznajmił.
 - Oczywiście.
 - Poczęstuje mnie pani kawą? Jeszcze nie zdążyłem wypić 

swojej porannej porcji.

 - Może pan na to liczyć - odparła swobodnie. - W kuchni 

daję sobie radę naprawdę nie najgorzej.

  - Nie wątpię. - Znowu wyraźnie z niej żartował. Może 

jednak nie jest wcale takim gburem? Niemniej rozbawienie w 
jego głosie wyprowadzało ją z równowagi.

Na   szczęście   posprzątała   mieszkanko   na   początku 

tygodnia, zanim jeszcze musiała pełnić dwa dyżury z rzędu. 
Zwykle panował u niej straszny bałagan, gdyż nigdy nie miała 
dość   czasu   na   prowadzenie   domu.   Rozejrzała   się   jeszcze 
pospiesznie wokół, poprawiła poduszki i złożyła gazetę.

Salon stanowił eklektyczną mieszaninę mebli nabytych na 

wyprzedażach oraz w sklepach ze starzyzną. Były wśród nich 
również   podarunki   od   przyjaciół   i   rodziny.   Ściany   miały 
ciemnozielony kolor, stwarzający intymną atmosferę w zimie i 
zapewniający chłód w lecie. Nieuniknione braki w wystroju 
wnętrza   Abby   uzupełniła   roślinami   w   doniczkach, 
fotografiami w interesujących ramkach i ogromnymi ilościami 
książek.

background image

Dokończywszy   pospiesznie   sprzątanie,   popędziła   do 

łazienki,   by   się   uczesać   i   zrobić   makijaż.   Czuła   się   lekko 
skrępowana faktem, że jej starszy kolega i przełożony odkryje, 
w   jak   skromnych   mieszka   warunkach.   Niektórzy   ludzie 
przywiązują przecież ogromną wagę do statusu materialnego 
swych znajomych.

Przeglądając   się   w   lustrze,   przypomniała   sobie   czasy 

spędzone w prywatnej koedukacyjnej szkole, gdzie koledzy 
nazywali ją czule „Móżdżkiem".

Związała włosy z tyłu głowy, umalowała usta i nałożyła 

trochę   cienia   na   powieki.   Wciąż   myślała   o   tym,   jak   wiele 
wysiłku musiała włożyć w naukę, by nie stracić stypendium. 
Sukces   naprawdę   nie   przyszedł   łatwo,   nie   otrzymała   nigdy 
niczego za darmo.

Dzwonek   odezwał   się   w   chwili,   gdy   kończyła   parzyć 

kawę. Biegnąc do domofonu, denerwowała się jak nastolatka. 
I  choć   miewała   już   chłopców,   zarówno   w  szkole,  jak   i   na 
studiach,   to   nigdy   nie   była   tak   naprawdę   zakochana.   Jej 
rezerwa chyba odstraszała mężczyzn.

 - Dzień dobry. Tu Blake Contini - usłyszała w interkomie.
 - Już otwieram - odparła, wciskając przycisk.
Gdy Blake wjeżdżał windą na drugie piętro, Abby zaniosła 

kawę i filiżanki do salonu.

Otworzyła   drzwi   i   wpuściła   gościa.   Czuła   się   dość 

dziwnie, widząc Blake'a u siebie w domu. Poprzedniego dnia, 
podczas   sesji,   kiedy   tak   bardzo   ją   zirytował,   nigdy   by   nie 
pomyślała, że  wkrótce „ten arogancki doktor" zaszczyci jej 
skromne progi swoją wizytą.

  - Dzień dobry - powiedział znów, uśmiechając się. Gdy 

zmierzył ją wzrokiem od stóp, obutych w proste

sandały,   do   głów,   Abby   straciła   na   moment   zwykłą 

pewność siebie. Zdecydowanie by wolała, aby nie przyglądał 
się jej tak otwarcie.

background image

Sam był ubrany w jasne bawełniane spodnie oraz luźny 

sweter narzucony na koszulę w kratę. Abby miała na sobie 
dżinsy i prostą bluzkę.

 - Proszę wejść, doktorze - powiedziała, zapraszając go do 

salonu. - Właśnie przygotowałam kawę.

 - Już się nie mogę doczekać. W salonie wręczyła mu list.
  - Bardzo mi przykro, że go przeczytałam. W pierwszej 

chwili nie skojarzyłam, kim jest ów Blake.

 - W takim razie może będzie mi pani mówić po imieniu - 

rzekł z uśmiechem, wyjmując list z koperty. - Tak jest prościej 
i mniej oficjalnie.

Szybko przebiegł wzrokiem treść.
 - Biedny Will - szepnął.
Nalała   dwie   filiżanki   kawy,   a   Blake   rozejrzał   się   po 

przytulnym pokoju.

 - Jak się czuje doktor Ryles? - zapytała. - Miał pan może 

o nim jakieś wiadomości?

  -   Tak,   dziś   rano   dzwoniłem   na   oddział.   Will   jest 

przytomny   i   próbuje   nawet   zagadywać   pielęgniarki.   Chyba 
wszystko będzie dobrze.

 - Mam taką nadzieję.
 - Bardzo się cieszę, że wezwała mnie pani w sprawie tego 

listu - powiedział, sięgając po śmietankę  i cukier. - Jestem 
pani   ogromnie   wdzięczny.   A   byłbym   jeszcze   bardziej 
zobowiązany,   gdyby   nie   wspominała   pani   nikomu   o   jego 
treści. Doktor Ryles rozmawiał ze mną na te tematy już od 
kilku miesięcy, całą sprawę utrzymywaliśmy jednak w ścisłej 
tajemnicy. Próbowałem mu pomóc. Nie ja jeden zresztą.

  - Oczywiście, nic nikomu nie powiem. Zresztą cała ta 

historia   w   ogóle   mnie   nie   dotyczy   -   odparła   Abby   i 
uświadomiła sobie nagle, że obecność Blake'a wypełnia salon 
jakąś niezwykłe dynamiczną, męską energią.

background image

Przez   otwarte   drzwi   balkonowe   do   pokoju   wpadł   lekki 

wietrzyk.

 - Może usiądziemy na zewnątrz? Mamy naprawdę piękny 

dzień... - zaproponował Blake.

 - Oczywiście, chodźmy.
Przez   chwilę   oboje   patrzyli   z   balkonu   na   park,   gdzie 

bujna, zielona trawa lśniła w wiosennym słońcu.

  -   To   bardzo   niedobrze,   że   w   szpitalu   panuje   taka 

atmosfera - zaczęła Abby. - Wciąż jakieś tajemnice, a poziom 
leczenia na tym cierpi.

Blake popatrzył na nią z namysłem.
 - To prawda - rzekł bez uśmiechu. W ostrym świetle dnia 

dostrzegła na jego twarzy oznaki napięcia.

Sączyła   wolno   kawę.   Wyczuwała   wyraźnie,   że   Blake   - 

podobnie   jak   ona   -   odnosi   się   z   dużą   rezerwą   do   płci 
przeciwnej, pacjentom natomiast okazuje wiele ciepła i troski. 
Było w nim coś bardzo szczególnego, jakaś dojrzałość, która 
bardzo pociągała Abby. Dotąd utrzymywała kontakty z ludźmi 
w  swoim   wieku,   często   znacznie   mniej   dojrzałymi   niż   ona 
sama. A teraz  czuła  potrzebę, by  dowiedzieć  się  o Blake'u 
czegoś więcej.

 - Czy mogę prosić jeszcze trochę kawy? - Pytanie Blake'a 

przerwało jej rozmyślania.

 - Oczywiście, doktorze - odparta.
 - Naprawdę, proszę mi mówić po imieniu. Skinęła głową.
  - A ja będę się zwracał do pani Abby, dobrze? Czy też 

może woli pani Abigail?

 - Proszę samemu zdecydować - powiedziała, wzruszając 

lekko   ramionami.   Nie   chciała,   by   wiedział,   jak   dobrze   się 
czuje   w   jego   towarzystwie.   Wciąż   nie   uzyskała   żadnych 
informacji na temat jego stanu cywilnego.

background image

 - W takim razie Abigail. To bardzo ładne imię - mruknął, 

patrząc na nią tak uważnie, jakby chciał zapamiętać rysy jej 
twarzy.

Ale   nie   tak   ładne   jak   Kaitlin,   pomyślała   zupełnie 

nieoczekiwanie, Abby sama się sobie dziwiła. Do tej pory nie 
miała przecież nawet pojęcia, kim jest owa tajemnicza osoba.

Wrócili do salonu, aby wypić jeszcze trochę kawy. Tuż 

obok   kanapy   wisiała   drewniana   półka,   na   której   Abby 
przechowywała   pamiątki   ze   szkoły.   Spojrzenie   Blake'a 
spoczęło na wypolerowanej drewnianej tabliczce ze srebrnymi 
plakietkami. Podszedł bliżej.

  -   Studentce   medycyny,   Abigail   Gibson,   za   najlepsze 

wyniki w nauce - przeczytał. - I tak przez cztery lata z rzędu - 
dodał   ciszej.  -  Nie   mam   powodu,  żeby  zachowywać  się  w 
stosunku do ciebie arogancko, prawda?

Abby oblała się rumieńcem.
  - Wołałabym zapomnieć  o tym niemiłym incydencie  - 

mruknęła.

  - Trochę  sobie   jeszcze  na   ten  temat  pożartuję,  zgoda? 

Zresztą, ta reprymenda niewątpliwie dobrze mi zrobiła.

Kiedy   się   uśmiechnął,   poczuła,   że   nie   jest   w   stanie 

oderwać od niego wzroku. Po raz pierwszy Blake poświęcił jej 
całkowitą, niepodzielną uwagę. Efekt był piorunujący.

 - Chyba nie myślałeś, że z trudnością przebrnęłam przez 

studia   i   postanowiłam   zostać   lekarzem   ogólnym,   bo   nie 
udałoby mi się skończyć żadnej specjalizacji? Niektórzy wciąż 
sądzą,   że   lekarze   rodzinni   pochodzą   z   tak   zwanej   selekcji 
negatywnej.

Prawda wyglądała zupełnie inaczej. Wielu wykładowców 

Abby   namawiało   ją   na   rozpoczęcie   specjalizacji   pod   ich 
kierunkiem.   Ona   jednak   realizowała   konsekwentnie   swój 
pierwotny plan.

 - Ja tak nie uważam - odparł.

background image

  -   Zdolności   to   wspaniały   czynnik   kompensujący   - 

zauważyła.

  - Kompensujący co? Przecież jesteś równie piękna jak 

mądra.

Popatrzył na jej usta, a ona poczuła absurdalną chęć, by ją 

pocałował.

 - Byłbyś zdziwiony. Wszyscy mamy swoje słabości.
 - Mhm.
Sięgnęła po stojący na stole talerzyk z herbatnikami.
 - Ciasteczko? - zaproponowała.
  - Dziękuję. Naprawdę muszę już iść - odparł i odstawił 

filiżankę. - Kawa była wspaniała. Dziękuję bardzo.

Westchnął głęboko. Kryjąc rozczarowanie, Abby zaczęła 

sprzątać ze stołu.

 - Pozwól, że ci pomogę, zanim to wszystko wyląduje na 

podłodze - zażartował Blake, robiąc aluzję do swych kpin na 
temat niezręczności Abby.

Ustawili filiżanki na blacie obok zlewu.
 - Do zobaczenia w poniedziałek. Jeszcze raz dziękuję.
 - Cała przyjemność po mojej stronie - odparła.
Nachylił   się,   by   pocałować   ją   w   policzek,   czym 

całkowicie   ją   zaskoczył.   Zdziwiona,   odwróciła   nerwowo 
głowę   tak,   że   jego   wargi   musnęły   jej   usta.   Teraz   stali   już 
bardzo   blisko   siebie.   Ich   twarze   dzieliło   zaledwie   parę 
centymetrów.

Popatrzył jej  w oczy płomiennym wzrokiem,  a na jego 

twarzy znów pojawił się wyraz napięcia. Abby nieświadomie 
rozchyliła usta. Przyciąganie erotyczne pojawiło się między 
nimi   już   podczas   pierwszego   spotkania   i   mogło   w   każdej 
chwili przerodzić się w nieokiełznany wybuch namiętności, 
której nic nie zdołałoby powstrzymać.

 - Ja... - Abby cofnęła się o krok i oparła o blat kuchni.

background image

 - Abby... - W głosie Blake'a pobrzmiewała taka tęsknota, 

że w chwili gdy wypowiadał jej imię, oboje wiedzieli, co się 
stanie.   Kobieca   intuicja   podpowiadała   Abby,   że   Blake   od 
dawna nie trzymał w ramionach kobiety.

 - O Boże... - szepnęła bezwiednie, zarzucając mu ramiona 

na szyję.

Blake   znieruchomiał  na  chwilę   i   coś  mruknął,  a  potem 

przytulił ją mocno do siebie i pocałował w usta. Przywarta do 
niego mocno i trwali tak dłuższą chwilę.

  - Abby - szepnął. - Abby. - Jego dłonie wśliznęły się 

nagle pod bluzkę, odnalazły jej ciało.

Przymknęła   oczy   i   straciła   poczucie   czasu.   Być   może 

minęły minuty, może godziny. Była świadoma jedynie dotyku 
jego dłoni i pragnęła, by ta chwila trwała wiecznie.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY
Ostry dzwonek telefonu przywołał ich do rzeczywistości.
 - Chyba nie masz dyżuru? - zapytał Blake.
 - Nie - wyszeptała.
 - To nie odbieraj.
Gdy znowu ją pocałował, zapomniała o bożym świecie.
  - Tym razem naprawdę pójdę, Abigail - powiedział w 

końcu. - W przeciwnym wypadku na pewno wylądujemy w 
łóżku,   i   to   w   dodatku   na   cały   dzień.   I   choć   miałbym 
niewątpliwie   na   to   ochotę,   powinniśmy   jednak   trochę 
zaczekać. Nie sądzisz?

Wykrzywił   ironicznie   usta,   dając   jej   w   ten   sposób   do 

zrozumienia, że sypianie z koleżankami z pracy nie leży w 
jego zwyczaju. A już na pewno nie robi tego nigdy po tak 
krótkiej znajomości. Abby wtuliła twarz w miękką wełnę jego 
swetra,   mając   nadzieję,   że   Blake   nie   posądzi   jej   o   zbyt 
swobodne obyczaje. Po krótkiej chwili skinęła tylko głową.

Gdy   pożegnała   go   przy   drzwiach,   stała   jeszcze   przez 

chwilę  w  progu  i  patrzyła,  jak  zmierza   w  kierunku  windy. 
Poruszał się lekko i pewnie. Oprócz wyrafinowania otaczała 
go aura seksu i pierwotnej zmysłowości, która - jak sądziła 
Abby - mogła zrujnować życie każdej kobiety.

Po   jego   wyjściu,   nie   wiedziała,   co   ma   z   sobą   począć. 

Mogła   myśleć   wyłącznie   o   nim   i   jego   pieszczotach. 
Niespokojna   i   podniecona   weszła   do   kuchni,   by   umyć 
filiżanki. Kiedy już się z tym uporała, przystąpiła do robienia 
porządków,   które   wcale   nie   były   konieczne.   Wygładziła 
powieszone w szafie ubrania, poskładała ręczniki, poprawiła 
poduszki.   Gdy   rozległ   się   dźwięk   telefonu,   aż   drgnęła   ze 
zdenerwowania.

 - Halo?
  -   Abby...   -   Głos   Blake'a   przyprawił   ją   natychmiast   o 

przyspieszone bicie serca. Mogła jedynie cieszyć się z tego, że 

background image

Blake   nie   widzi   jej   rumieńców.   -   Zapomniałem   ci   coś 
powiedzieć.

 - Mam nadzieję, że tym razem nie chodzi o żadne pilne 

zadanie na weekend - jęknęła.

Zaśmiał się cicho.
  -   Za   dwa   tygodnie   urządzam   przyjęcie.   Zapraszam 

wszystkich   lekarzy   z   mojego   oddziału,   a   także   innych 
współpracowników.   Zależy   mi   na   tym,   żebyś   przyszła. 
Spotkanie nie będzie miało oficjalnego charakteru.

  -   Dobrze...   przyjdę   z   przyjemnością   -   odparła.   Przez 

chwilę   odnosiła   wrażenie,   że   znów   chodzi   do   szkoły   i 
przyjmuje zaproszenie od kolegi mieszkającego we wspaniałej 
rezydencji,  podczas  gdy   jej  rodzina   gnieździ  się  w  małym, 
skromnym   domku.   Oczywiście,   jako   uczennica   składała 
czasem wizyty bogatym kolegom, ale wiedziała, że żyje na 
znacznie niższej stopie niż jej przyjaciele. Ubóstwo materialne 
nadrabiała bogactwem intelektualnym. Przez całe cztery lata 
otrzymywała nagrody za osiągnięcia w nauce, choć czasem 
ogarniał ją lek o utratę stypendium.

Gdyby   teraz   mogła   ustabilizować   swoją   pozycję 

materialną   i   w   znacznie   większym   stopniu   pomagać 
finansowo   rodzinie,   a   nie   tylko   zarabiać   na   własne 
utrzymanie...

  - W przyszłym tygodniu podam ci szczegóły - oznajmił 

Blake.   -   Sekretarka   wydrukuje   zaproszenia.  I  bardzo   cię 
proszę, nie mów nikomu o tym liście. To bardzo ważne. Są 
ludzie, którzy chcą zapobiec upadkowi szpitala i nie należy im 
w tym przeszkadzać.

 - Oczywiście.
Może   poprzez   włączenie   Abby   do   ścisłego   kręgu 

znajomych chciał zyskać jej lojalność? Czyżby nie wierzył w 
bezinteresowną uczciwość?

 - Do widzenia, Abby.

background image

 - Do widzenia.
Czas   naglił.   Musiała   natychmiast   przystąpić   do   pracy. 

Notując, czyniła heroiczne wysiłki, by zapomnieć o Blake'u.

Wybrała   trzy   mocne   antybiotyki   o   szerokim   spektrum 

działania. Panu Simmonsowi podałaby najpierw kroplówkę z 
ampicyliny co sześć godzin, a potem flagyl trzy razy dziennie 
i gentamycynę co osiem do dwunastu godzin. Gdyby żaden z 
tych   antybiotyków   nie   zlikwidował   infekcji,   pozostawała 
jeszcze   vaneomycyna,   którą   należało   przyjmować 
profilaktycznie co dwadzieścia cztery godziny.

Abby przygryzła koniuszek długopisu i zapatrzyła się w 

przestrzeń.   Oczyma   wyobraźni   widziała   pana   Simmonsa 
leżącego   w   łóżku,   podłączonego   do   kroplówki   z 
antybiotykami.

Poza tym zaleciłaby transfuzje z koncentratów krwinek i 

płytek   krwi   tak   potrzebnych   do   poprawienia   słabej 
krzepliwości. Tak, no i jeszcze transfuzje ze świeżego osocza, 
dzięki   któremu   skład   chemiczny   krwi   zbliżyłby   się   choć 
trochę   do   normalnego   stanu.   Jeśli   choroby   nie   wykryto   w 
zarodku, efekty tych działań mogą się okazać krótkotrwałe, 
lecz mimo wszystko niezbędne do rozpoczęcia chemioterapii.

Pochyliła   się   z   namysłem   nad   kartką.   Chemioterapię 

należało   rozpocząć   natychmiast   po   poprawieniu   stanu 
ogólnego pacjenta. A potem, już po dwóch dniach, wystąpią 
zapewne   typowe   skutki   uboczne   -   wypadanie   włosów, 
mdłości. Wiedziała, że pacjent zacznie pytać, czy warto tak 
cierpieć,  a   ona   i   inni   lekarze   będą   musieli  podnosić  go  na 
duchu.

W poniedziałek miała przyjąć paru pacjentów ze szpitala, 

a następnie dołączyć do lekarki prowadzącej praktykę lekarza 
rodzinnego,   doktor   Elizy   Cruikshank.   Po   lunchu   czekał   ją 
wykład   na   uniwersytecie,   usytuowanym   na   szczęście 

background image

niedaleko szpitala. Na wykład wybierała się w towarzystwie 
Cheryl.

Doktor Cruikshank leczyła różnych pacjentów, zarówno 

dorosłych, jak i dzieci. Abby uważała ją za swego mentora.

Wkraczając   do   szpitala   wczesnym   rankiem,   Abby 

usiłowała przybrać profesjonalny wyraz twarzy. Obawiała się 
jednak,   że   widok   Blake'a   obróci   wniwecz   wszystkie   jej 
wysiłki.

Czekał już na nią we wschodnim skrzydle. Wpatrzony w 

ekran   komputera,   robił   wydruki   ostatnich   badań   pana 
Simmonsa   i   innych   pacjentów   z   oddziału.   Z   trudem 
powstrzymując   drżenie,   Abby   weszła   do   gabinetu   i   stanęła 
obok niego.

 - Witaj, Abby - powiedział i popatrzył na nią uważnie, tak 

jakby   pragnął   coś   wyczytać   z   jej   twarzy.   -   Cieszę   się,   że 
przyszłaś.   Mamy   już   wyniki   badań   wątroby   i   nerek. 
Skonsultujemy   je   z   dwoma   etatowymi   lekarzami   z   tego 
szpitala. Powinni tu być lada chwila. A ja tymczasem przejrzę 
twoje notatki.

Był wyraźnie zmęczony, blady i zdecydowanie bardziej 

obcy   niż   podczas   wizyty   w   jej   mieszkaniu.   Może   wczoraj 
pełnił dyżur?

 - Proszę. - Wyjęła notatki z teczki.
Kiedy je przeglądał, zdała sobie nagle sprawę z tego, jak 

bardzo jej zależy na jego uznaniu. Zwykle starała się po prostu 
wykonywać wszystkie zadania jak najlepiej. Teraz, patrząc na 
Blake'a, pragnęła, by uśmiechnął się tak samo jak wówczas, 
gdy zobaczył jej szkolne nagrody.

 - Dobrze - mruknął, przeglądając zapiski. - Pan Simmons 

już   rozpoczął   kurację   antybiotykową.   Vancomycynę 
trzymamy   w   rezerwie,   na   wypadek   gdybyśmy   nie   uzyskali 
pożądanych   efektów.   -   Przewrócił   stronę.   -   A   co   z 
chemioterapią?   Piszesz,   że   częściowa   remisja   choroby   nie 

background image

zapewnia   przeżycia.   I   że   szansa   na   uzyskanie   remisji   jest 
ściśle związana z wiekiem pacjenta.

  -   Założyłam,   że   podczas   chemioterapii   indukcyjnej   - 

przerwała   Abby   -   będziemy   kontynuować   transfuzje   ze 
świeżego osocza i płytek krwi. Terapia indukcyjna potrwa od 
pięciu   do   dziesięciu   dni.   Dołączymy   do   niej   leki 
chemoterapeutyczne.

 - Mhm - mruknął.
 - Jak się czuje pan Ryles, doktorze?
 - Miałaś zwracać się do mnie po imieniu.
 - No tak. Nie znamy się zbyt dobrze i dlatego nie mogę 

się przyzwyczaić.

 - Nadrobimy te zaległości - odparł, patrząc jej w oczy. W 

tym spojrzeniu kryła się zarówno czułość, jak i pożądanie.

 - Telefonowałem na kardiologie. Stan Willa jest stabilny. 

Może  ten  przymusowy   odpoczynek wpłynie  pozytywnie   na 
jego samopoczucie - rzekł z nadzieją w głosie.

 - To niewykluczone - powiedziała Abby, czyniąc kolejny 

wysiłek, by skupić się na wynikach testów.

Po chwili dołączyli do nich Tim Barrick i Alison Lupino, 

którą Abby znała zresztą całkiem nieźle.

  -   Pani   doktor   -   zwrócił   się   do   niej   oficjalnie   Blake, 

którego   krępowała   zapewne   obecność   nowo   przybyłych.   - 
Może pójdzie pani od razu do pana Simmonsa. Spotkamy się 
tam za parę minut. Zachowam te notatki i przedyskutujemy je 
podczas   obchodu.   Leczenie   pana   Simmonsa   zajmie   sporo 
czasu.   Przed   przystąpieniem   do   chemioterapii   trzeba 
koniecznie poprawić jego stan ogólny.

 - Dobrze. - Skinęła głową. - Dziękuję, doktorze. Przebrała 

się   w   fartuch   ochronny,   włożyła   rękawiczki   i   weszła   do 
separatki pacjenta.

background image

 - Dzień dobry. Doktor Gibson, prawda? - powitał ją pan 

Simmons. - To miłe, że ktoś mnie wreszcie odwiedził. Czuję 
się jak w jakiejś kosmicznej kapsule.

  - Dzień dobry. Tak, nazywam się Gibson. Jak się pan 

czuje? Wygląda pan znacznie lepiej niż parę dni temu. Jestem 
mile zaskoczona.

 - I czuję się lepiej - odparł z uśmiechem. - Wiem jednak, 

że ten stan nie potrwa długo.

Abby   przyjrzała   się   uważnie   trzem   plastykowym 

pojemnikom z płynami infuzyjnymi. Pierwszy zawierał płytki 
krwi,   drugi   osocze,   trzeci   sól   fizjologiczną   zawierającą 
antybiotyki, których zadaniem było zwalczenie infekcji płuc i 
przewodu pokarmowego.

 - Ma pan znacznie lepszą cerę. - Abby uśmiechnęła się do 

mego. Skóra  pacjenta istotnie straciła  żółtawy odcień, oczy 
nabrały bystrości, ruchy stały się nieco bardziej energiczne.

 - Jaką mam szansę przeżycia?
Popatrzył jej prosto w oczy. Mimo swej choroby zachował 

atrakcyjny   wygląd.   Nie   chciał,   by   go   zwodzono   lub 
oszukiwano,   lecz   Abby   musiała   bardzo   starannie   dobierać 
słowa, gdyż wiedziała, jakie to miało znaczenie.

  - Byłabym nieszczera, nie uprzedzając pana o powadze 

sytuacji. Pańska choroba zagraża życiu, ale o tym pan z całą 
pewnością wie. Po chemioterapii indukcyjnej poczuje się pan 
wręcz fatalnie.

 - Tak. I muszę się jakoś na to psychicznie przygotować, 

co wcale nie jest łatwe.

  -   W   dodatku   potem   można   się   spodziewać   nawrotu 

choroby, co pociągnie za sobą  drugą  rundę chemioterapii  - 
ciągnęła   Abby.   -   A   pierwszą   chemioterapię   konsolidacyjną 
stosuje   się   zwykle   od   czterech   do   sześciu   tygodni   po 
indukcyjnej.   Pozostanie   pan   w   szpitalu   około   czterech 
tygodni.

background image

 - Czyli w sumie sześć.
  -   Tak.   Potem   jeszcze   zastosujemy   po   raz   drugi 

chemioterapię   konsolidacyjną.   Ale   dopiero   po 
czterotygodniowej przerwie.

 - Kolejny miesiąc?
 - Owszem.
 - Tak więc nie muszę się kłopotać o najbliższą przyszłość 

- skonstatował z goryczą.

Abby zapragnęła go pocieszyć.
  - Medycyna dysponuje obecnie fantastycznymi lekami. 

Proszę myśleć pozytywnie.

Tak czy inaczej, nie zadane pytania wisiały w powietrzu. 

Pytania,   które   pacjent   bał   się   postawić.   Abby   czuła   jednak 
instynktownie, że zasięgał również opinii u innych lekarzy, 
pragnąc wyrobić sobie jak najbardziej obiektywną opinię na 
temat swej sytuacji.

  -   Doktor   Contini   zamierza   kontynuować   transfuzje 

kompensujące   mało   wydajny   szpik,   co   zwiększy   szansę   na 
pozytywny rezultat całej kuracji - ciągnęła Abby.

 - Rozumiem. - Pacjent skinął głową z namysłem.
  -   Proszę   spokojnie   odpoczywać.   Doktor   Contini   i 

hematolodzy opracują dla pana właściwy sposób leczenia. Nie 
ma   dwóch   identycznych   pacjentów.   Może   pan   liczyć   na 
najlepszą możliwą opiekę.

  - Zdarzało mi się wygrywać, mając mniejsze szanse na 

zwycięstwo - mruknął.

Mimo iż ruchy miał ograniczone z powodu podłączonej 

kroplówki, zdołał otworzyć szufladę, wyjął z niej zdjęcie w 
ramce i bez słowa wręczył Abby.

Przedstawiało ono młodą kobietę z włosami do ramion, 

atrakcyjną i uśmiechniętą. Tuż obok niej stało dwoje dzieci: 
mniej   więcej   czteroletnia   dziewczynka   i   nieco   starszy 
chłopczyk.

background image

 - Moja rodzina - oznajmił cicho.
Abby   właśnie   miała   spytać,   czy   to   córka   i   wnuki,   gdy 

pacjent rozwiał jej wątpliwości.

 - Żona i dzieci - wyjaśnił.
Kryjąc   zdumienie,   Abby   popatrzyła   na   fotografię. 

Radosne oczy dzieci wzbudziły w niej smutek.

  -   Mam   też   starsze   potomstwo   -   dodał   pan   Simmons. 

Historia   jakich   wiele:   rozwiedziony,   dobrze   sytuowany 
mężczyzna żeni się ze znacznie młodszą od siebie kobietą, a w 
kilka lat później zapada na zdrowiu.

Abby   spotykała   się   z   takimi   sytuacjami   wielokrotnie. 

Sztucznie odzyskana młodość, iluzje długiego życia, a potem 
brutalna   rzeczywistość,   czyli   wiek   biologiczny   i   skłonności 
genetyczne. I dzieci, które mogłyby być wnukami, patrzące na 
coraz bardziej starzejącego się ojca.

 - Śliczne - szepnęła i oddala mu zdjęcie.
Z   przedsionka   dotarł   do   niej   odgłos   kroków   lekarzy, 

którzy zaczęli już zapewne wkładać ubrania ochronne.

  - Pracuję tu jako lekarz rodzinny, więc nie będę pana 

odwiedzać codziennie, ale na pewno tak często, jak to tylko 
możliwe - obiecała. - Niech pan prosi doktora Continiego o 
wszystko, co pan zechce. On  czasem, jak by to powiedzieć, 
onieśmiela   trochę   pacjentów.   Zapewne   dlatego,   że   jest 
świetnym profesjonalistą. Ale proszę zawsze dzielić się z nim 
szczerze swymi wątpliwościami. - Mówiła zbyt dużo i zbyt 
szybko,  by   zatuszować   swoją  reakcję   na   widok  rodzinnego 
zdjęcia pokazanego  jej  przez pana Simmonsa. Pacjent mógł 
znać przecież Blake'a znacznie lepiej niż ona sama.

Ralph Simmons odłożył fotografię.
  -   Pani   chyba   podziwia   tego   człowieka   -   powiedział, 

zerkając na Abby spod oka.

  - Chyba tak - odparła, nie dodając, że Blake również ją 

irytuje.   -   Choć   wcale   go   dobrze   nie   znam.   Poznaliśmy   się 

background image

dopiero   w   zeszłym   tygodniu.   Ale   to   na   pewno   świetny 
fachowiec. Trafił pan w bardzo dobre ręce.

 - Wiem. Czy otrzymam jakieś środka na powstrzymanie 

mdłości? Jakoś nie bardzo chętnie o nich myślę. Nigdy nie 
znosiłem choroby morskiej. Okropność!

 - Zwykle stosujemy naprzemiennie trzy rodzaje leków. Są 

całkiem niezłe.

  -   Oby!   Proszę   do   mnie   wpadać   jak   najczęściej,   pani 

doktor, bo inaczej dostanę kręćka w tej kapsule.

 - Obiecuję - powiedziała z uśmiechem, gdy inni wchodzili 

już do środka. - Na razie do zobaczenia.

 - Tysiąckrotne dzięki.
  -   Na   mnie   już   czas,   doktorze   -   zwróciła   się   Abby   do 

Blake'a. - Muszę odwiedzić trzech pacjentów, a potem iść do 
poradni.

  -   Zgoda.   -   Skinął   głową.   -   Na   pewno   się   tu   jeszcze 

spotkamy.

Jeśli Abby oczekiwała czegoś bardziej osobistego, czego 

inni nie mogliby usłyszeć, czekało ją srogie rozczarowanie.

  -   Do   zobaczenia   -   powiedziała   i   wyszła.   Zdejmując 

ubranie ochronne, pomyślała, że bardzo trudno jest najpierw 
kogoś namiętnie całować, a potem zachowywać się tak, jakby 
nic się nie stało.

Zerknęła na zegarek i stwierdziła, że pozostał jej jeszcze 

co najmniej kwadrans na wypicie kawy. Już teraz nie mogła 
się   doczekać   następnego   piątku.   Gdyby   do   tego   czasu   nie 
zdołała się spotkać z Blakiem, miałaby gwarancję, że zobaczy 
go podczas piątkowego obchodu pacjentów na internie.

Zganiła się w duchu za te spekulacje. Czyżby zapominała 

o postanowieniu, by nie angażować się w żaden związek przed 
ukończeniem specjalizacji?

  - Niech pani siada - poprosiła doktor Eliza Cruikshank, 

gdy Abby dotarła wreszcie do poradni. - Poczekalnia pęka w 

background image

szwach   i   spodziewam   się   jeszcze   przynajmniej   sześciu 
diabetyczek,   które   miały   się   tu   zgłosić   już   w   zeszłym 
tygodniu. Zagroziłam, że jeśli się nie pojawią, skończę z nimi 
na dobre.

Abby   wyjęła   fartuch   z   torby   i   uśmiechnęła   się.   Doktor 

Cruikshank   miała   ciemne,   kręcone,   sztywne   włosy,   które 
zupełnie nie chciały się układać. Pasowały jednak do śniadej 
cery i ciemnych oczu lekarki oraz jej ekscentrycznej, silnej 
osobowości. Doktor Cruikshank ubierała się zwykle w luźne 
fioletowe   lub   szkarłatne   stroje   z   aksamitu   albo   jedwabiu. 
Mimo   szorstkiego   na   pozór   sposobu   bycia   odznaczała   się 
wrażliwością i ogromną intuicją.

  - W którym gabinecie mam dziś przyjmować? - spytała 

Abby.

  - Najlepiej obok. Karty leżą na biurku. Zajmie się pani 

nowymi   pacjentami.   Jest   wśród   nich   szesnastoletnia 
dziewczyna, która jest chyba w ciąży i może będzie chciała 
porozmawiać z kimś młodszym ode mnie. Potem poprosi mnie 
pani   na   konsultację   i   wspólnie   podejmiemy   decyzję, 
zasięgnąwszy oczywiście najpierw opinii pacjentki.

 - Jakże się cieszę - odparła sarkastycznie Abby. - Czy ta 

dziewczyna jest bezdomna?

  -   Nie.   Wywodzi   się   z   bogatej   rodziny   i   chodzi   do 

prywatnej szkoły, ale tatuś nigdy by  jej  czegoś takiego nie 
wybaczył.   Oczywiście,   gdyby   wiedział...   Żal   mi   tego 
dzieciaka. Historia stara jak świat: dużo pieniędzy, za mało 
miłości i opieki. Z jednej skrajności w drugą. Ale takie już jest 
życie...

 - To prawda - zgodziła się Abby.
  -   A   tak   na   marginesie...   Dotarły   do   mnie   bardzo 

pochlebne   opinie   na   temat   naszego   nowego   szefa   -   dodała 
doktor Cruikshank, kiedy Abby otworzyła drzwi do gabinetu. 
- Jak on się nazywa?

background image

 - Blake Contini.
 - Właśnie, Zaraz, gdzie ja słyszałam to nazwisko? - Eliza 

Cruikshank zmarszczyła brwi. - Chyba w Gresham General. 
Czyżby chodziło o pacjenta? Tak czy owak, możemy czasem 
korzystać z jego porad. Poprzedni szef zbyt często wyjeżdżał.

  -   Zgoda.   -   Abby   skinęła   głową,   nie   zdradzając   ani 

słowem, że miała już okazję poznać nowego szefa interny.

Poza tym musiała jak najszybciej przystąpić do pracy, jeśli 

nie chciała spóźnić się na wykład.

Przejrzawszy szybko karły leżące na biurku, postanowiła 

przyjąć   w   pierwszej   kolejności   ciężarną   dziewczynę,   która 
czekała   zapewne   w   zatłoczonej   poczekalni,   umierając   ze 
strachu.   Abby   zaczerpnęła   powietrza   i   wyszła,   by   zawołać 
pacjentkę.

 - Kyra Trenton, proszę.
Dziewczyna, która podniosła się z miejsca, była wysoka, 

atrakcyjna i wyglądała na więcej niż szesnaście lat. Miała na 
sobie   markowe   dżinsy   i   luźną   górę.   Jasne   włosy   upięła   w 
węzeł z tyłu głowy.

 - Nazywam się Abby Gibson. Doktor Craikshank prosiła, 

żebym cię zbadała, a potem porozmawia z tobą osobiście - 
wyjaśniła Abby.

Kyra Trenton wzruszyła ramionami i skinęła głową.
 - Dobrze - odparła.
 - Siadaj, Kyro - rzekła Abby z uśmiechem, a potem sama 

zajęła miejsce przy biurku, kładąc przed sobą kartę.

Podobnie   jak   wiele   szesnastolatek,   i   ta   dziewczyna 

roztaczała wokół siebie specyficzną aurę światowości, która 
jednak w niewielkim tylko stopniu ukrywała jej młody wiek. 
Dziewczyna   miała   piękną   cerę,   dyskretny   makijaż   i 
pochodziła najwyraźniej z dobrego domu.

  -   Wciąż   się   uczysz?   -   spytała   Abby,   sądząc,   że 

dziewczyna zamierza podjąć studia na uniwersytecie.

background image

 - Tak. - Kyra popatrzyła Abby w oczy, po czym spuściła 

wzrok i zagryzła wargi,

Abby wyczuła, że mimo pozornej obojętności jej młoda 

pacjentka z trudnością zachowuje spokój.

 - Jeszcze dwa lata do matury? Kyra skinęła głową.
 - No tak... - Abby przyjrzała się uważnie karcie choroby. - 

Rozumiem,   że   jesteś   w   ciąży.   Czy   mogłabyś   mi   podać 
dokładną   datę   ostatniego   okresu?   Oczywiście,   jeżeli 
pamiętasz. Chciałabym cię też zapytać, czy miesiączka trwała 
tak samo długo jak zawsze i czy była równie obfita?

 - Tak - szepnęła Kyra.
Najwyraźniej przygotowała się psychicznie na krytykę i 

kazania,   a   zatem   z   góry   przyjęła   pozycję   obronną.   Abby 
natomiast po prostu spokojnie przeprowadzała z nią wywiad, 
sporządzając jednocześnie notatki.

Zerknęła na kalendarz.
 - To pierwszy miesiąc bez okresu, prawda?
 - Tak.
 - Robiłaś test ciążowy?
  -   Taki   zwyczajny,   badanie   moczu,   z   apteki.   -   Kyra 

poruszyła się niespokojnie na krześle.

 - Będę musiała potwierdzić wyniki. Do tego celu będzie 

mi  potrzebna  próbka  moczu.   A teraz   pozwól, że  o  coś cię 
zapytam.   Czy   zamierzasz   urodzić   dziecko,   jeśli   naprawdę 
jesteś w ciąży?

  -   Nie,   to   wykluczone   -   odparła   cicho   dziewczyna, 

wbijając   wzrok   w   podłogę.   -   Nie   mówiłam   nic   rodzinie. 
Nikomu.   Nawet   mojej   przyjaciółce.   Ojciec   jest   członkiem 
parlamentu w rządzie federalnym. Nikt nie może się o niczym 
dowiedzieć.   Prasa   natychmiast   rozdmuchałaby   całą   sprawę. 
Poza tym rodzice byliby przerażeni.

 - Z mamą też nie próbowałaś rozmawiać?

background image

  - Nie. Mama jest w Ottawie, z ojcem. Ja mieszkam w 

internacie, do domu jeżdżę na weekendy.

 - Czy doktor Cruikshank jest waszą lekarką rodzinną?
 - Nie. Leczymy się u takiego starszego pana, u niego też 

się   szczepię.   Nie   chcę,   żeby   wiedział.   Błagam.   -   W 
niebieskich oczach Kyry błysnął strach.

  - Będzie, jak zechcesz - rzekła spokojnie Abby. - Nie 

musimy go zawiadamiać. Rozumiem, że jesteś zdecydowana 
usunąć ciążę?

  - Muszę - odparła Kyra z rozpaczą w głosie. - Jestem 

przeciwna   aborcji,   ale...   nie   mam   wyboru   -   dokończyła   ze 
łzami w oczach.

 - To, co rozwija się teraz w twoim łonie, nie jest jeszcze 

dzieckiem - powiedziała cicho Abby. - To maleńki embrion, 
który   może   dopiero   się   nim   stać.   I   to   w   dodatku   bardzo 
niedługo, w ciągu trzech miesięcy.

Wytłumaczyła dziewczynie dokładnie, co należy zrobić, 

poradziła, by zwierzyła się ze swego problemu przyjaciółce. 
Kyra zaczęła stopniowo odzyskiwać spokój.

  - Muszę cię jeszcze o coś zapytać - oznajmiła Abby. - 

Zastanów   się   dobrze,   zanim   odpowiesz.   Czy   istnieje 
jakakolwiek możliwość, że zaraziłaś się AIDS?

 - Chyba nie. - Kyra oblała się rumieńcem. - Mój chłopak 

nie sypia z innym dziewczynami. Jestem jedyna.

  -   Niemniej   chciałabym,   żebyś   przeprowadziła   test.   Po 

prostu   trzeba   wykluczyć   taką   możliwość.   Ryzyko   jest 
niewielkie, ale żeby wypisać skierowanie na test, potrzebuję 
twojej zgody.

  -   Czy   można   zachować   aborcję   w   tajemnicy   przed 

rodzicami? - spytała Kyra. - Nie mam jeszcze osiemnastu lat

 - W tym przypadku wystarczy szesnaście.
  - To dobrze. Tak bardzo się bałam. - Kyra odetchnęła z 

wyraźną ulgą.

background image

W   kilka   godzin   później   Abby   biegła   na   spotkanie   z 

Cheryl,   z   którą   wybierała   się   na   wykład.   Kończąc   jeść 
kanapkę, pomachała ręką do przyjaciółki stojącej w głównym 
korytarzu.

 - Już miałam wychodzić - powiedziała Cheryl. - Poza tym 

chyba zaczyna padać. Jeśli się pospieszymy, może zdążymy 
przed oberwaniem chmury.

Pobiegły   do   obrotowych   drzwi   prowadzących   na 

zewnątrz.

 - Nadal umieram z głodu - oświadczyła Abby, spiesząc za 

koleżanką. - To na pewno hipoglikemia. Poza jedną paskudną 
kanapką nie jadłam lunchu.

 - Jak zwykle. Może uda się nam coś zjeść na uczelni?
  -   Do   licha,   rzeczywiście   pada   -   mruknęła   Abby,   gdy 

wyszły na dwór. Było ciepło, pachniało wiosną,

 - Może ktoś nas podwiezie. Wielu lekarzy jeździ stąd do 

Gresham   i   mija   po   drodze   uczelnię   -   zauważyła   Cheryl   z 
nadzieją   w   głosie,   zaglądając   w   okna   zaparkowanych   w 
pobliżu aut

 - Chcecie się ze mną zabrać? - spytał nagle znajomy głos.
Blake   Contini   wychylił   głowę   z   okna   dużego,   szarego 

buicka, który zatrzymał się tuż przy nich.

 - Oczywiście - odparte natychmiast Cheryl. - Zostało nam 

tylko dziesięć minut do wykładu i możemy się spóźnić.

 - U doktor Gibson to normalne - uśmiechnął się Blake. - 

Jadę właśnie do Gresham General. Wskakujcie.

  -   Na   pewno   nie   sprawimy   kłopotu?   -   wdzięczyła   się 

Cheryl.

 - Z całą pewnością nie.
Abby otworzyła tylne drzwi i wsiadła szybko do auta. Nie 

chciała zajmować miejsca obok kierowcy. I tak była irytująco 
świadoma bliskości Blake'a.

background image

Cheryl paplała przez całą drogę. Mówiła o wykładzie, na 

który   się   wybierały,   i   odpowiadała   na   pytania   dotyczące 
szkolenia.

  -   Nie   wiedziałam,   że   cierpisz   na   słowotok   -   rzekła 

złośliwie Abby, kiedy zostały same.

 - Powiedz sama, czy on nie jest wspaniały? Doprowadza 

mnie do obłędu.

 - Zauważyłam.
 - Ale wiesz... Przez cały czas miałam wrażenie, że on nie 

słyszy ani słowa z tego, co mówię. Zerkał wciąż na ciebie.

  -   Akurat   -   zakpiła   Abby,   w   skrytości   ducha   marząc 

wyłącznie o tym, by przyjaciółka się nie myliła.

W   strugach   ulewnego   deszczu   pobiegły   pod   portal 

wspaniałej budowli, w której mieścił się wydział medycyny.

 - Nie żartuję. - Cheryl z trudem chwytała powietrze.
  -   Uważaj   na   siebie,   dziewczyno.   Zanim   zdążysz   się 

połapać,   co   i   jak,   będziesz   z   nim   miała   gorący   romans. 
Zresztą, najwyższy czas. Po tych wszystkich latach postu... 
Sama bym mu zresztą nie odmówiła.

 - Możesz fantazjować dalej. - Abby otworzyła drzwi.
 - Znasz mnie. Praca, praca i żadnych przyjemności.
 - Właśnie - odparła Cheryl z naganą w głosie.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY
Kolejne dni minęły dosłownie w mgnieniu oka. W piątek 

Abby   odwiedziła   ponownie   Ralpha   Simmonsa.   Jak   się 
okazało,   rozpoczęcie   chemioterapii   przełożono   na 
poniedziałek. Kuracja miała trwać kilka dni.

 - Proszę mi życzyć powodzenia - poprosił Simmons.
 - Oczywiście - zapewniła Abby.
 - Doktor Contini twierdzi, że wszystko już przygotowane. 

.. - Pacjent zawiesił głos, czekając na potwierdzenie.

  -   Tak.   Równocześnie   będzie   pan   przyjmował   środki 

przeciwwymiotne.

 - Pewnie okażą się niezbędne - szepnął z goryczą.
  - Ale doskonałe działają, więc proszę się nie martwić. 

Wpadnę w środku tygodnia.

Wychodząc wieczorem ze szpitala, Abby wciąż myślała o 

Ralphie   Simmonsie,   który   przez   cały   weekend   musiał   się 
martwić czekającą go kuracją.

Tym bardziej więc ceniła sobie słońce, ciepło wieczornego 

powietrza,   oznaki   nadchodzącego   lata   i   świergot   ptaków, 
przebijający się z trudem przez wszechobecny szum aut

W   ten   weekend   wybierała   się   do   rodziców,   by 

porozmawiać z ojcem o jego hodowli ekologicznych owoców 
i   warzyw.   Ojciec   podjął   tę   pracę,   gdy   w   wyniku   redukcji 
etatów   utracił   posadę   w   administracji   kolejowej.   Ta 
wymuszona   okolicznościami   zmiana   okazała   się   dla   niego 
prawdziwym darem losu.

Abby   wiedziała,   jak   wiele   zawdzięcza   dobrym,   hojnym 

rodzicom. I już niebawem zamierzała spłacić dług.

Po powrocie do domu zastała w skrzynce zaproszenie od 

Blake'a.

 - Oczywiście skorzystam - powiedziała do siebie głośno.
Nie   miała   wyboru.   Serce   podskoczyło   jej   w   radosnym 

oczekiwaniu na spotkanie z Blakiem poza szpitalem.

background image

Myślami   błądziła   wciąż   wokół   przyszłego   cudownego 

weekendu, gdy napięty plan zajęć zaczął się jej  znów dawać 
we   znaki.   Ralph   Simmons   rozpoczął   chemioterapię   we 
wtorek.

  - Dzień dobry - powiedział słabo, nie odwracając nawet 

głowy, gdy do niego weszła. Najwyraźniej czuł się zbyt chory, 
by rozmawiać.

Dołączył do nich Tim Barrick, lekarz zatrudniony na stałe 

w szpitalu. Po krótkim powitaniu poinformował Abby, jakie 
leki zalecono pacjentowi.

 - Ile czasu to wszystko zajmie? - zapytała.
 - Tym razem pan Simmons spędzi w szpitalu od czterech 

do sześciu tygodni.

Abby   dostrzegła,   że   fotografia   żony   pana   Simmonsa   z 

młodszym potomstwem oraz zdjęcie dorosłych dzieci stały tuż 
obok   łóżka.   Na   ich   widok   Abby   poczuła   dziwny   ucisk   w 
gardle.

Te   zdjęcia   były   dla   pacjenta   jedynym   łącznikiem   ze 

światem.   Stanowiły   odpowiednik   misia   lub   ukochanej 
poduszeczki, do której tuliło się dziecko rozłączone z rodziną. 
Abby   ścisnęła   rękę   chorego   i   wyszła.   Nie   zastosowano 
proponowanych   przez   nią   lekarstw.   Zastąpiono   je   innymi, 
najwyraźniej bardziej nowoczesnymi środkami. O przyczyny 
tej decyzji postanowiła jednak spytać Blake'a.

Kiedy   zamierzała   już   wyjść   z   oddziału,   zadzwonił   jej 

pager. Wróciła więc do dyżurki pielęgniarek, by skontaktować 
się z centralą.

 - Doktor Contini prosi panią o telefon - poinformowała ją 

operatorka.

 - Dzięki.
Na   dźwięk   tego   nazwiska   poczuła   przyspieszone   bicie 

serca. Może Blake chce z nią porozmawiać na temat leczenia 
Simmonsa,   pomyślała,   powtarzając   sobie   nazwy   i   dawki 

background image

medykamentów, które otrzymywał pacjent W chwilę później 
wybrała numer.

  - Chciałbym odwiedzić doktora Rylesa - wyznał Blake 

nieoczekiwanie. - Może pójdziesz ze mną?

 - Dobrze, mam teraz chwilę czasu - odparła, zadowolona 

z   zaproszenia.   -   Ja   też   chciałabym   się   z   nim   zobaczyć. 
Wracam od pasa Simmonsa i jestem niedaleko.

 - W takim razie wpadnij do mojego biura - powiedział. - 

Przejrzałem twój konspekt... Jest bardzo dobry. Zastosowano 
po   prostu   inne   środki.   O   tym   też   możemy   później 
porozmawiać.

 - Dobrze. Dziękuję.
Spotkał   się   z   nią   na   korytarzu   i   udali   się   razem   na 

kardiologię. Po drodze wymieniali wprawdzie jakieś uwagi, 
lecz Abby wyczuwała, że wytworzyło się między nimi pewne 
napięcie, którego przyczyn nie znała. Jednego była pewna. To 
nie ona wprowadziła taką atmosferę.

  -   Doktor   Abby   Gibson!   -   rzekł   ciepło   Will   Ryles   na 

powitanie.   Siedział   na   wygodnym   krześle   obok   łóżka   w 
separatce   stanowiącej   część   ambulatorium   kardiologii.   - 
Cieszę się, że pani mnie odwiedziła.

Uśmiech rozjaśnił mu bladą twarz, która zdradzała nadal 

chroniczne zmęczenie, znacznie jednak mniejsze niż wówczas, 
gdy Abby zobaczyła go w dniu zawału.

  - Miło mi pana widzieć. Cieszę się bardzo, że pan już 

wstaje.

 - Żyję dzięki pani przytomności umysłu. Dziękuję. Lubię 

żyć. Kilka razy zastanawiałem się nawet... Dobrze jest czasem 
otrzeć się o śmierć, żeby dokonać pewnych przewartościowali.

  -   Mam   nadzieję,   że   nie   martwisz   się   teraz   specjalnie 

polityką   szpitala.   Niech   kto   inny   się   tym   zajmie   -   wtrącił 
Blake.

background image

  -   Nie   zrezygnowałem.   Ginny   pracuje   dla   mnie   jako 

detektyw,   ale   ja   nie   sprzeciwiam   się   zmianom   jako   takim. 
Chodzi   jednak   o   to,   że   wiele   prywatnych   firm   chce   robić 
interesy kosztem publicznych pieniędzy. Mam zamiar ujawnić 
te wszystkie nieuczciwości.

  -   Zgoda,   ale   na   razie   zostaw   tę   sprawę   mnie.   Jeśli 

będziesz   chory,   nikomu   na   nic   się   nie   przydasz   -   ciągnął 
Blake. - I muszę ci powiedzieć, że robię postępy. Ginny jest 
jak terier. Jeśli coś się za tym wszystkim kryje, na pewno to 
wyniucha.

 - Fakt - zaśmiał się pacjent.
 - Do zobaczenia, Will - powiedział Blake, przygotowując 

się   do   wyjścia.   -   Przeczytaj   parę   kryminałów,   pooglądaj 
telewizję, Rób wszystko, co mogłoby oderwać twoje myśli od 
radiologii.

 - Jasne. - Will Ryles zdobył się na uśmiech.
Abby   i   Blake   rozmawiali   jeszcze   przez   chwilę   na 

korytarzu.

 - Wydaje mi się, że wygląda o wiele lepiej - szepnęła.
 - Tak. I odzyska dobrą formę, potrzebuje tylko długiego 

wypoczynku. Ale dobrowolnie nie przerwie pracy. Paru jego 
kolegów, w tym ja, pracuje jednak nad tym, żeby go zmusić 
do wyjazdu nad jezioro, gdzie kupił sobie mały domek.

 - Świetny pomysł. Wszystkim przydałaby się pewnie taka 

terapia - odparła z uśmiechem Abby.

 - Ty też masz taką daczę?
 - Nie, ależ skąd!
  - Żeby zmienić temat... Spodziewam się, że przyjdziesz 

na   przyjęcie.   -   Blake   cofnął   się   o   krok.   Myślami   błądził 
wyraźnie wokół pracy, którą musiał wykonać. Tego dnia miał 
na   sobie   biały   fartuch   narzucony   na   szary   garnitur   oraz 
koszulę w paski.

 - Z przyjemnością - odparła. - Już się nie mogę doczekać.

background image

 - W takim razie do zobaczenia. - Uśmiechnął się lekko. - 

Będzie   też   kilku   innych   lekarzy   ze   szpitala,   twoich 
rówieśników. Nie poczujesz się osamotniona.

Patrzyła   na   Blake'a,   gdy   odchodził.   Uczyniwszy   tę 

ostatnią   uwagę,   automatycznie   zakwalifikował   Abby   do 
innego gatunku ludzi niż ten, do którego sam należał. Zaliczył 
ją   bowiem   do   młodszej   generacji   lekarzy,   choć   nie   był 
zapewne starszy o więcej niż kilka lat. Z drugiej strony, być 
może uczynił to celowo? Czyżby jednak miał żonę?

Gdy wracała, czuła w sercu jakiś nieznany ból, tęsknotę za 

czymś,   czego   nie   potrafiła   określić.   Zmusiła   się   jednak   do 
tego,   by   skierować   myśli   na   właściwe   tory,   czyli   na   to 
wszystko, czym musiała się jeszcze zająć przed zakończeniem 
pracy.

Zarówno   ona,   jak   i   Cheryl   wybrały   się   do   Gresham 

General   w   czwartek,   by   odwiedzić   tam   pacjentów   lekarzy 
rodzinnych,   z   którymi   współpracowały.   Do   Gresham 
oddalonego od Szpitala Uniwersyteckiego o jakieś dwa i pół 
kilometra pojechały samochodem jednej z koleżanek. Dzień 
był piękny, jasny, a na ulicach korki.

Abby zarzuciła na bluzkę lekki żakiet.
  -   Miło   jest   czasem   zmienić   otoczenie   -   powiedziała, 

rozkoszując   się   ciepłym   powietrzem   wpadającym   do   auta 
przez uchylone okno.

 - Co masz do załatwienia w Gresham?
  -   Powinnam   zbadać   dwie   pacjentki   z   oddziału   chorób 

przewlekłych. Obie są po wylewie, ale nie mają rodzin, które 
mogłyby się nimi zajmować. To pacjentki doktora Whartona, 
który   chce,   żebym   zapoznała   się   ze   sposobem,   w   jaki   je 
leczono.   Na   szczęście   obie   wrócą   w   końcu   do   domu,   a 
następnie   będą   przyjeżdżać   do   ośrodka   fizjoterapii   i   terapii 
zajęciowej.

background image

  -  A  Wharton  to  wcale  nie   taki   stary   nudziarz,  jak  się 

wydaje - zauważyła Cheryl. - Naprawdę bystry z niego facet. 
Na   początku   w   swej   młodzieńczej   naiwności   sądziłam,   że 
powinien był już dawno przejść na emeryturę. Teraz jednak 
widzę, że on wcale nie jest flegmatyczny, tylko dokładny i 
staranny.

  -   To   prawda.   Nie   popełnia   błędów.   A   kogo   ty   masz 

zbadać? - spytała Abby.

  -   Jedna   z   naszych   pacjentek,   diabetyczka,   została   tam 

wczoraj   przyjęta   w   stanie   śpiączki.   Sprawia   nam   kłopoty, 
gdyż nie chce wykonywać badań krwi przed jedzeniem.

 - Zbuntowana?
 - Coś w tym rodzaju. To jeszcze młoda kobieta, która nie 

może prowadzić normalnego życia. Najwyraźniej popadła w 
depresję.

Rozstały się przed wejściem do szpitala, skąd Abby udała 

się na oddział chorób przewlekłych, mieszczący się w nowym 
skrzydle  starego  budynku.  Stamtąd   poszła  prosto  na  drugie 
piętro.   Pacjentki   doktora   Whartona   leżały   w   tym   samym 
pokoju.

Tak się dziwnie złożyło, że obie przekroczyły niedawno 

sześćdziesiątkę, nie miały mężów ani bliskiej rodziny. Może 
właśnie z tego powodu podczas pobytu w szpitalu nawiązały 
ze sobą przyjacielskie kontakty.

Abby szła szybko korytarzem w stronę sali, gdy omal nie 

zderzyła się z pielęgniarką.

 - O, przepraszam. - Siostra zatrzymała się na chwilę. Na 

jej twarzy malował się wyraz niepokoju. - Czy pani doktor 
Gibson?

 - Tak.
 - Może mogłaby mi pani pomóc? Mam ogromny problem. 

Proszę   na   chwilę   zajrzeć   do   tej   separatki.   -   Wskazała   jej 
drogę.

background image

Abby   weszła   do   sali,   gdzie   leżała   młoda,   bardzo   blada 

kobieta o jasnych włosach.

Pielęgniarka szybko zamknęła drzwi.
 - Zatrzymanie oddechu - rzuciła krótko. - W płucach ma 

pełno śluzu. Próbowałam go odessać, ale bez skutku. Serce 
jednak wciąż pracuje.

Abby szybko namacała tętnicę szyjną.
  -   Od   ponad   roku   jest   w   stanie   śpiączki   -   wyjaśniła 

pielęgniarka.   -   Miała   wypadek,   mózg   uległ   uszkodzeniu, 
nigdy nie odzyskała przytomności. Chciałam ją zaintubować, 
są tu wszystkie niezbędne przyrządy, ale nie wiem...

 - Dlaczego pacjentka nie jest podłączona do respiratora?
 - Oddychała samodzielnie, choć w ciągu roku chorowała 

kilkakrotnie   na   nieżyt   oskrzeli   -   odparła   pielęgniarka   z 
drżeniem w głosie.

 - Dlaczego jej pani nie zaintonowała? Przecież chyba pani 

wie, jak to się robi?!

  -   Oczywiście.   Ale   jej   nie   ma   na   liście   pacjentów   do 

ewentualnej   reanimacji.   Ta   sytuacja   jest   wyjątkowo 
skomplikowana, bo nie mamy tu do czynienia z zatrzymaniem 
akcji serca, a ona przecież umrze, jeśli natychmiast nie zacznie 
oddychać!

 - Oczywiście...
Abby   zaczęła   się   zastanawiać   nad   różnicą   między 

zatrzymaniem   akcji   serca   a   zatrzymaniem   oddechu, 
powodowanym zwykłe przez czynniki mechaniczne, takie jak 
śluz lub opuchnięcie dróg oddechowych.

Pielęgniarka chwyciła Abby za ramię.
 - Nie mogę tego zrobić. Nie mogę pozwolić jej umrzeć. 

Opiekuję się tą pacjentką, odkąd rozpoczęłam pracę na tym 
oddziale. - Po policzkach dziewczyny spływały łzy. - Poza 
tym   jestem   katoliczką.   Nie   będę   patrzyła   spokojnie,   jak 

background image

umiera,   skoro   mogę   uratować  jej  życie.   Przecież   ona   ma 
dopiero trzydzieści łat...

Abby szybko sprawdzała aparaturę.
  - Macie tu na oddziale wziernik oskrzelowy? - Dzięki 

temu przyrządowi Abby byłaby w stanie stwierdzić, z jakiej 
przyczyny powietrze nie dochodzi do płuc.

  -   Tak,   właśnie   zamierzałam   go   przynieść.   Musimy   po 

prostu robić swoje i ratować jej życie.

  - Proszę pójść po wziernik, a ja spróbuję ją tymczasem 

zaintubować - oznajmiła Abby, dobierając przyrządy.

Pielęgniarka z płaczem ruszyła w stronę drzwi.
 - Nie mogę pozwolić jej umrzeć - powtarzała.
 - I proszę jeszcze o przenośny respirator - dodała Abby, 

zatrzymując   dziewczynę   w   progu.   -   Tymczasem   zrobię   jej 
masaż ręczny.

  - Tylko proszę uważać, pani doktor. Ona jest zarażona 

wirusem   HIV.   -   Pielęgniarka   wyszła   na   korytarz, 
pozostawiając lekko uchylone drzwi.

Abby   ponownie   sprawdziła   puls   pacjentki   i   pomyślała 

bezwiednie o Willu. Kobieta w tym wieku ma na pewno silne 
serce, ale nawet to w niczym by jej nie pomogło, gdyby nie 
otrzymała tlenu.

W   kieszeni   fartucha   Abby   nosiła   zawsze   specjalne 

plastykowe   okulary   chroniące   jej   oczy   przed   płynami 
ustrojowymi   pacjentów   z   wirusem   HIV.   Automatycznym 
ruchem włożyła zarówno okulary, jak i rękawiczki.

Za   pomocą   laryngoskopu   odkryła   spore   ilości   śluzu   w 

płucach pacjentki. Może był to początek zapalenia płuc, tak 
często występującego u osób znajdujących się przez dłuższy 
czas w stanie śpiączki?

Odessała   tyle   śluzu,   ile   tylko   zdołała,   a   następnie 

wprowadziła zwinnie rurkę dotchawiczą.

background image

Oczyszczenie   dróg   oddechowych   pacjentki   sprawiło   jej 

wielką satysfakcję. Pierś kobiety poruszyła się lekko, ale jej 
ruchy   były   stanowczo   zbyt   słabe,   by   przywrócić   naturalny 
oddech.

 - Dosyć tego - mruknęła do siebie Abby. - Trzeba podać 

tlen.

Szybko podłączyła rurkę dotchawiczą do gumowej torby, 

a torbę do rury, poprzez którą dostarczano pacjentowi tlen.

Pielęgniarce,   która   właśnie   wróciła   do   pokoju, 

wystarczyło jedno spojrzenie, by zorientować się w sytuacji. 
Szybko   i   sprawnie   zainstalowała   wziernik,   dzięki   któremu 
usunęły z płuc jeszcze trochę zalegającego śluzu.

  -   Dzięki   Bogu,   że   ją   pani   zaintubowała   -   rzekła 

pielęgniarka. - O konsekwencjach pomyślę później. Jak pani 
sądzi:   czy   ona   zacznie   samodzielnie   oddychać?   Ja 
przynajmniej mam taką nadzieję. W przeciwnym wypadku...

Nie dokończone zdanie zawisło w powietrzu jak ciemna, 

złowieszcza chmura.

  - Jeszcze przed chwilą próbowała, ale i tak trzeba ją na 

wszelki   wypadek   podłączyć   do   respiratora.   -   Mechaniczny 
respirator   przejmował   funkcje   oddechowe   pacjenta;   klatka 
piersiowa   unosiła   się   i   opadała   w   regularnych   odstępach 
czasu, wpychając tlen do płuc.

Obie wiedziały, że stan pacjentki jest ściśle związany ze 

stanem   ogólnym,   czyli   uszkodzeniem   mózgu,   a   nie   tylko 
śluzem zalęgającym w płucach.

 - Przygotuję respirator - dodała pielęgniarka.
  - A ja będę mogła bardziej wyczerpująco odpowiedzieć 

na   pani   pytanie,   kiedy   obejrzę   jej   historię   choroby   - 
powiedziała   Abby.   Nie   mogła   przestać   myśleć   o   tym,   jak 
zachować tę młodą kobietę przy życiu.

Konsekwencje,   o   których   wspominała   pielęgniarka, 

przybrały postać młodego lekarza, który przyszedł na oddział, 

background image

aby dokonać rutynowej kontroli pacjentów. Zjawił się akurat 
wtedy, gdy Abby szukała dokumentacji, kierując się numerem 
sali.   W   panicznym   pośpiechu   bowiem   nie   zdążyła   nawet 
ustalić nazwiska pacjentki.

Kiedy   znalazła   odpowiednią   kartę,   lekarz   wszedł   do 

gabinetu z surowym wyrazem twarzy.

  - Nie  wiedziała  pani,  że   pacjentki   nie  wyznaczono  do 

reanimacji?   -   spytał   tak   cicho,   by   chorzy   czekający   pod 
ambulatorium nie mogli go usłyszeć. - Dlaczego zaintubowała 
pani   tę   kobietę   i   podłączyła   ją   do   respiratora?   Przecież   to 
nawet nie jest pani pacjentka.

  -   Tak.   Wiem   o   wszystkim   -   odparta   krótko   Abby, 

przeglądając kartę. - W tym wypadku nie doszło jednak do 
zatrzymania akcji serca. Ona po prostu przestała oddychać z 
powodu śluzu w drogach oddechowych. A ja nie zamierzam 
bezczynnie patrzeć na umierających pacjentów.

Popatrzył na nią uważnie.
  -   To   bardzo   skomplikowany   przypadek.   Pacjentka   jest 

zarażona wirusem HIV.

  -  O   tym  również   wiem   -   przyznała   Abby.  -  I   nie   ma 

żadnej   gwarancji   na   to,   że   znów   zacznie   samodzielnie 
oddychać. A wtedy pan albo ten, kto zdecydował o tym, żeby 
jednak   nie   podejmować   prób   reanimacji,   z   satysfakcją 
wyłączy respirator.

Zmarszczył   brwi.   Abby   zrozumiała,   że   posunęła   się   za 

daleko.

  - Proszę posłuchać... - zaczął. Uniosła dłoń i przerwała 

mu w pół słowa.

  -   W   porządku,   przepraszam.   Podchodzę   do   całej   tej 

historii stanowczo zbyt emocjonalnie. Zaraz się uspokoję.

Wzruszył ramionami i wyciągnął do niej dłoń na zgodę.
  - Ja też panią przepraszam. Ale to chyba beznadziejna 

sprawa. Tak na marginesie, nazywam się Stewart Hadley.

background image

 - A ja Abby Gibson.
 - Miło mi - odparł już trochę mniej napiętym tonem. Był 

o rok czy dwa starszy od Abby i miał zmęczony wyraz twarzy. 
- Proszę jednak przeczytać tę historię choroby. Może panią 
zainteresować.

  -   Napiszę,   jakie   środki   zastosowałam.   Chcę,   żeby   po 

mojej interwencji został jakiś ślad w dokumentacji.

 - Oczywiście - odparł Hadley.
W biurze poza nimi nikogo nie było, toteż gdy Stewart 

wyszedł,   Abby   usiadła   fazy   biurku   i   zaczęła   czytać   kartę 
choroby.   Na   widok   nazwiska   pacjentki   doznała   szoku. 
Patrzyła na nie w milczeniu przez kilka minut.

 - Kaitlin Amanda Contini - przeczytała na głos i jęknęła.
Te wypisane grubym drukiem słowa po prostu ją poraziły. 

W   rubryce   „najbliższy   krewny"   widniało   imię   i   nazwisko: 
Blake Contini, mąż. Odwróciła na chwilę głowę. Czuła się tak 
skrępowana, jakby zakłócała prywatność rodziny Blake'a. Ze 
stosu na biurku wzięła czystą kartkę i zaczęła pisać.

Doktor   Hadley   miał   oczywiście   rację.   Kobieta   nie   była 

pacjentką   Abby.   Znajdowała   się   pod   opieką   jednego   z 
neurologów oraz kilku innych wysokiej klasy specjalistów.

Abby odnotowała bardzo dokładnie wszystko, co zrobiła 

dla   Kaitlin   Amandy   Contini,   poczynając   od   chwili,   gdy 
pielęgniarka poprosiła ją o pomoc. Następnie przeszła do karty 
zaleceń   i   zaproponowała   dla   chorej   pełne   spektrum 
antybiotyków,   które   miały   być   podawane   najpierw   przez 
kroplówkę,   a   następnie   w   zastrzykach   w   regularnych 
odstępach   czasu   przez   dziesięć   dni.   W   końcu   umieściła   te 
wszystkie informacje w komputerze.

Z karty choroby wynikało, że Kaitlin Contini nie leczono 

zbyt   intensywnie.   Przeprowadzano   wyłącznie   rutynowe 
kontrole,   zapewniono   chorej   opiekę   pielęgniarską   i   nic 
ponadto.

background image

  - Nie poprzestanę na  tym, co zrobiłam - mruknęła  do 

siebie Abby. - Dokończę swoją pracę. I to dokończę ją dobrze.

Przed   wyjściem   z   oddziału   zawiadomiła   pielęgniarkę   o 

zaordynowaniu pani Contini antybiotyków. Mogła być dzięki 
temu spokojna, że leczenie potoczy się dalej.

Pani Contini. Choć pierwsze spotkanie Abby z Blakiem 

odbyło   się   niecałe   dwa   tygodnie   wcześniej,   Abby   odnosiła 
wrażenie,   że   zna   go   znacznie   dłużej.   Teraz   już   rozumiała, 
dlaczego najpierw zachowywał w stosunku do niej dystans, a 
później tak namiętnie ją całował.

Cóż ją właściwie obchodzi stan cywilny Blake'a?
I fakt, że ma tak ciężko chorą żonę? A jednak nie potrafiła 

o tym nie myśleć. Może to wszystko sprowadza się po prostu 
do   silnego   zainteresowania   seksualnego,   połączonego   z 
bardziej subtelnymi potrzebami Abby...

Przymknęła   powieki.   Adrenalina   przestała   działać   i 

zmęczenie   dało   wreszcie   o   sobie   znać.   Postanowiła   wrócić 
jeszcze na chwilę do sali pani Contini. Zastała tam Stewarta 
Hadleya i pielęgniarkę.

 - Dziękuję, pani doktor - powiedziała cicho dziewczyna. - 

Spotkamy się później na oddziale? Chodzi mi o te pacjentki 
doktora Whartona.

  -   Tak.   Teraz   wypiję   szybko   kawę   na   dole.   Czy   ktoś 

dzwonił   do   doktora   Continiego,   hm...   do   jej   męża?   -   Jak 
dziwnie brzmiały te słowa w jej własnych ustach. Najchętniej 
odeszłaby gdzieś na bok, aby wszystko spokojnie przemyśleć.

  -   Przed   chwilą   do   niego   telefonowałam   -   odparła 

pielęgniarka. - Doktor już tu jedzie.

Abby wyszła z oddziału jak automat. Musi stąd uciec.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY
Kupiła   kawę   w   małym   barku   usytuowanym   w   holu,   a 

następnie wyszła na zewnątrz i usiadła na ławce pod drzewem. 
Przed oczami miała wciąż twarz Kaitlin Contini. Rok w stanie 
śpiączki...   Młoda,   trzydziestoletnia   kobieta   kompletnie 
wyłączona z życia. Ta myśl zupełnie ją otrzeźwiła.

Gdy   podniosła   wzrok,   zobaczyła,   że   w   jej   kierunku 

zmierza   Stewart   Hadley.   Był   wysoki,   szczupły   i   w 
młodzieńczy niemal sposób niezgrabny. Z kieszeni rozpiętego 
fartucha wystawały mu jakieś przybory lekarskie.

 - Dowiedziałem się od pielęgniarki, gdzie pani szukać.
  -   Usiadł   obok,   balansując   jednorazowym   kubkiem   z 

kawą.   -   Chciałbym   panią   przeprosić   za   swoje   zachowanie. 
Megan, ta pielęgniarka, zrobiła mi o to straszną awanturę.

 - Upił łyk kawy. - O tym właśnie marzy facet, który nie 

spał całą noc i nie jadł śniadania - dodał z uśmiechem.

 - Przyjmuję przeprosiny - powiedziała Abby.
 - Pewnie nie przeczytała pani dokładnie historii choroby.
 - Nie. Właśnie zamierzałam to zrobić, kiedy się okazało, 

że to żona Blake'a  Continiego. Przeżyłam prawdziwy szok. 
Widzi pan, ja z nim pracuję i wcale dobrze go nie znam. - 
Abby wytłumaczyła Stewartowi, że wolałaby nie ingerować w 
niczyje życie.

 - No tak... - zasępił się. - Rozumiem, co pani ma na myśli. 

Abby... czy mogę się tak do pani zwracać? Byłem na miejscu, 
kiedy   przywieziono   tu   Kaitlin   -   dodał,   gdy   skinęła 
przyzwalająco głową. - I naprawdę uważam, że nadszedł czas, 
żeby   pozwolić   jej   odejść.   Serce   mi   się   kraje   i   bardzo   jej 
współczuję,   ale   odniosła   tak   straszne   obrażenia.   ..   Nie   ma 
nadziei. Musimy być realistami. Dwa tygodnie temu rodzina 
zdecydowała, żeby jej nie reanimować, gdyby zaistniała taka 
potrzeba. Ta decyzja bardzo wiele ich kosztowała. Przecież 
chodzi o matkę dwojga dzieci.

background image

 - Ale co się właściwie słało? - spytała Abby.
 - Jak najkrócej rzecz ujmując, pani Contini miała romans 

z facetem, który zaraził ją wirusem AIDS. Pojechała z nim na 
Jamajkę   i   tam   uległa   wypadkowi   na   jachcie.   Wypadła   za 
burtę, uderzyła o coś głową i już nie wyszła ze stanu śpiączki. 
A facet to bogaty playboy.

 - O mój Boże! - Abby poczuła, że robi się jej słabo. - Co 

za okropna historia! Byli już wtedy w separacji z mężem?

 - Nie. Mówiłem ci chyba, że to skomplikowana sprawa. I 

to w każdym sensie. Oprócz śpiączki i AIDS pani Contini jest 
jeszcze   sparaliżowana   od   pasa   w   dół.   Złamała   obie   nogi   i 
doznała urazu kręgosłupa.

  - Nic o tym nie wiedziałam. Doktor Contini pracuje w 

Szpitalu   Uniwersyteckim   dopiero   od   niedawna.   Ale   już 
niedługo pewnie wszyscy się dowiedzą.

  - No jasne - skrzywił się Stewart. - Pani Contini żyje 

wyłącznie dzięki wspaniałej opiece pielęgniarskiej. Nawet nie 
ma odleżyn. A wirusa wykryto u niej po wypadku, podczas 
pobytu w szpitalu na Jamajce. - Upił kolejny łyk kawy. - Ten 
jej facet też zresztą przebywa w naszym szpitalu. Tyle że na 
innym oddziale. Umiera na AIDS.

 - Masz jeszcze coś do dodania? - jęknęła Abby.
 - On chodzi. I codziennie ją odwiedza. Siada przy łóżku, 

bierze ją za rękę i płacze. Czuje się winny.

 - A ma ku temu powody?
  - To on nie dopilnował steru i doszło do wypadku. A 

płacze   chyba   również   nad   sobą.   Dzięki   tym   odwiedzinom 
czuje się trochę lepiej.

  - Ja też miałabym ochotę się rozpłakać. Masz rację, to 

strasznie   skomplikowana   historia   -   rzekła   Abby   drżącym 
głosem.

  -   To   płacz,   jeśli   pozwolisz   mi   się   pocałować   na 

pocieszenie - zażartował.

background image

Abby poczuła nagły przypływ sympatii do Stewarta.
  -   Musisz   zachować   dystans,   bo   zwariujesz   -   poradził, 

patrząc   na   trawnik   zalany   teraz   promieniami   słońca.   - 
Zrobiliśmy   i   robimy,   co   tylko   można.   Wciąż   sobie   o   tym 
przypominam.

 - Wiem - wyznała cicho. - Utrzymaliście ją tak długo przy 

życiu.   Naprawdę   was   podziwiam.   Zgoda?   -   dodała, 
wyciągając rękę.

Stewart uścisnął trochę niezdarnie je dłoń.
  - Jasne - odparł i objął ją serdecznie. - Tylko nie trać 

poczucia humoru. Wtedy wszystko na pewno będzie dobrze.

  -   Te   ostatnie   dwa   tygodnie   były   naprawdę   okropne   - 

szepnęła. - Powiedz mi jeszcze, co z Blakiem i dziećmi? - 
poprosiła po chwili.

 - Odwiedzają ją regularnie. I też płaczą. No, przynajmniej 

dzieci.   A   on...   wygląda   strasznie.   Może   naprawdę   byłoby 
lepiej   pozwolić   jej   już   odejść.   Dzieci   jednak   wolą   mieć 
świadomość,   że   mogą   tu   przyjść,   ilekroć   chcą   zobaczyć 
matkę.

 - Oczywiście - przytaknęła Abby ze zrozumieniem. - A ile 

one właściwie mają lat?

Nie   sądziła,   że   Blake   jest   ojcem   rodziny.   Nie   chciała 

myśleć o nim w ten sposób, ale musiała pogodzić się z faktami 
i zrozumieć tragiczną sytuacje Blake'a. Sytuację, z której nie 
istniało właściwie żadne dobre wyjście.

 - Chyba z dziesięć. To bliźniaki. Niestety, w tym szpitalu 

mamy wciąż do czynienia z takimi tragediami. A na temat tej 
konkretnej sprawy mam raczej wyrobione zdanie - zakończył 
Stewart

 - Dziękuję ci bardzo za rozmowę. I przepraszam za to, że 

się   wymądrzałam.   -   Abby   dotknęła   pojednawczo   jego 
ramienia.

background image

 - Wszystko w porządku - odparł. - Rozumiem, co czujesz. 

Wracasz teraz na oddział? - zapytał. - Przerwa skończona?

 - Tak. Już się zbieram.
 - Pójdę z tobą.
 - Muszę jeszcze zbadać dwie pacjentki - powiedziała.
 - Patrz, o wilku mowa... - Znajdowali się w połowie drogi 

do wejścia, gdy na szpitalny parking wjechał szybko duży, 
szary buick. - Oto i doktor Contini we własnej osobie.

  -   Owszem,   to   jego   samochód.   -   Abby   poczuła 

nieprzyjemny skurcz w okolicy serca.

Z jednej strony bardzo pragnęła porozmawiać z Blakiem, z 

drugie} czuła łęk przed tym spotkaniem. Stewart najwyraźniej 
wyczuł jej wahanie.

  -   Może   ja   z   nim   pogadam   -   zaproponował   bez 

entuzjazmu. - Choć jakoś nie mam na to szczególnej ochoty.

  -   Ja   też   wołałabym   tego   uniknąć   -   odparła   Abby, 

podążając za kolegą w stronę szpitala.

  - Wybierasz się do tych dwóch pacjentek po wylewie? 

Bardzo sympatyczne, co? Chętnie do nich zaglądam.

  - To prawda - przytaknęła Abby, która za wszelką cenę 

próbowała nie myśleć o Blake'u.

Rozmowę  przerwał im  pager Stewarta. Telefonowano  z 

oddziału chorób przewlekłych.

  -   Cholera!   -   wykrzyknął.   -   Do   zobaczenia,   Abby!   - 

dorzucił, ruszając szybkim krokiem w stronę szpitala.

Abby nie  próbowała nawet  za nim nadążyć. Przeczucie 

mówiło jej wyraźnie, że coś się stało z Kaitlin. A jeśli tak, to 
Abby wolała trzymać się z daleka od tej całej sprawy.

Pobyt   na   oddziale   rozpoczęła   od   wizyty   w   damskiej 

toalecie, gdzie spędziła znacznie więcej czasu niż zwykle. Nie 
chciała się spotkać z Blakiem Continim. Postanowiła nawet o 
nim   nie   myśleć,   by   zjawić   się   u   pacjentek   w   bardziej 
optymistycznym nastroju.

background image

Mijając drzwi separatki Kaitlin, poczuła, że serce staje jej 

w   gardle.   W   stronę   sali   biegła   Megan,   pchając   przed   sobą 
defibrylator, a przy łóżku pacjentki stała grupka lekarzy.

Najwyraźniej nastąpiło zatrzymanie akcji serca, a personel 

próbował   -   mimo   wcześniejszych   ustaleń   -   reanimować 
pacjentkę. Obecność Blake'a z pewnością nie pozostała bez 
wpływu na tę decyzję.

Abby znów weszła do łazienki. Czuła się bardzo źle. W 

śmierci tej młodej kobiety było coś wyjątkowo tragicznego, a 
intuicja i doświadczenie Abby podpowiadały jej wyraźnie, że 
pani Contini umiera.

Fantazje na temat Blake'a wydawały się jej teraz czystym 

szaleństwem, choć niewątpliwie coś ich jednak łączyło.

Kaitlin, która wyglądała zupełnie jak Królewna Śnieżka. .. 

Prowadziła przecież kiedyś normalne życie. Biegała, tańczyła, 
spacerowała   po   płazy,   tuliła   w   ramionach   dzieci...   Czy 
kiedykolwiek kochała Blake'a? Z jakiego powodu rozpadł się 
ich związek?

Gdy tylko wyszła na korytarz, przywołał ją nagle znajomy 

głos.   Nie   mogła   uciec   przed   Blakiem.   Zbliżył   się   szybko, 
chwycił ją za ramię i gestem głowy wskazał otwarty pokój, 
który akurat był pusty.

 - Co się tu stało? - spytał, gdy znaleźli się w środku.
  -   Pielęgniarka   mojej   żony   twierdzi,   że   pomogłaś   ją 

zaintubować i podłączyć do respiratora. Co lekarz rodzinny 
bez dyplomu ma w ogóle do roboty na tym oddziale? - zapytał 
nieprzyjaznym tonem.

 - Zamierzałam zbadać dwie pacjentki doktora Whartona - 

odparła cicho Abby.

Blake   patrzył   na   nią   zimno,   i   w   dodatku   nie   jak   na 

człowieka, ale na narzędzie, które spowodowało śmierć jego 
żony.

background image

 - I wtedy właśnie wezwała mnie Megan - dodała, po czym 

opowiedziała   pokrótce   przebieg   wydarzeń.   -   Kiedy 
wychodziłam z oddziału, życiu pani Contini nic nie zagrażało 
- zakończyła.

  -   Wkrótce   potem   nastąpiło   zatrzymanie   akcji   serca   - 

oznajmił   Blake.   -   Już   tu   jechałem,   kiedy   ponownie 
zatelefonowali   pod   mój   samochodowy   numer.   Czy 
jakiekolwiek twoje działanie mogło wpłynąć negatywnie na 
stan mojej żony?

I   choć   zadał   to   pytanie   wyjątkowo   spokojnym   tonem, 

Abby wyczuła, że Blake posądza ją o jakieś zaniedbanie.

  - Nie - odparła krótko. - Zresztą zapisałam wszystko w 

karcie. Co z nią?

 - Źle - odparł przejmującym, ponurym głosem,
  -   Tak   mi   przykro   -   wyjąkała.   -   Mimo   wcześniejszych 

zaleceń podjęto jednak próbę reanimacji...

  - Kiedy przychodzi do ostateczności, nie można tak po 

prostu pozwolić człowiekowi umrzeć. W dodatku komuś tak 
młodemu jak Kaitlin.

  -   Właśnie   dlatego   podłączyłam   ją   do   respiratora. 

Naprawdę bardzo mi przykro... - Czuła, że do oczu napływają 
jej łzy. Chciała pocieszyć Blake'a, ale zupełnie nie wiedziała 
jak.

 - Myślałem, że może zrobiłaś coś, co mogło pogorszyć jej 

stan.

  -   Niemożliwe.   Odessałam   śluz,   podałam   jej   tlen, 

zaintubowałam i kazałam podłączyć do respiratora. Zapisałam 
wyłącznie   antybiotyki.   -   Zszokowana   faktem,   że   Blake 
posądza ją o brak kompetencji, oparła się o biurko. - Kiedy 
wychodziłam, ciśnienie i praca serca nie budziły niepokoju. 
Nad pacjentką czuwał doktor Hadley.

 - Mhm. - Blake krążył po małej salce. Od czasu do czasu 

przygładzał nerwowo włosy. - Próbuję zrozumieć, co zaszło. 

background image

Kiedy tu przyjechałem, lekarze wciąż próbowali pobudzić jej 
serce do pracy. Wiem, że tak musiało się stać, i powinienem 
był się na to przygotować, ale...

Do   pokoju   wszedł   starszy   lekarz   ze   stetoskopem   w 

kieszeni.   Zerknął   na   Abby   i   doszedł   do   wniosku,   że   może 
mówić przy niej.

  - Ona odeszła, Blake. Bardzo ci współczuję. Zrobiliśmy 

wszystko,   co   możliwe.   Moim   zdaniem   bezpośrednią 
przyczyną śmierci był zator płucny. Tak chyba jest lepiej ... 
Zresztą, nie zdawała sobie z niczego sprawy.

 - Nie... nie... - szepnął Contini i przymknął oczy.
Abby chciała do niego podbiec i próbować go pocieszyć, 

lecz stała sztywno obok, marząc jedynie o tym, by zapaść się 
pod ziemię.

Zator płucny to skrzep krwi w arterii płucnej, który zabija 

błyskawicznie. A gdy pacjenci spędzali w pozycji leżącej tyle 
czasu co Kaitlin, w żyłach kończyn tworzyły się czasem takie 
skrzepy. Gdy któryś z nich przemieszcza się do płuc, blokując 
ważne   naczynie   krwionośne,   pacjent   umiera   niemal 
natychmiast.   Tak,   tak   mogło   się   stać   również   i   w   tym 
przypadku.

Nie   musiała   się   nawet   martwić,   że   komukolwiek 

przeszkadza. Mężczyźni bez słowa skierowali się do wyjścia.

  -  Chciałbyś  ją   zobaczyć,  Blake?  -  spytał  lekarz,  który 

usiłował ratować panią Contini.

 - Tak.
Abby walczyła właśnie ze łzami, gdy do pokoju wpadła 

Megan.

  -   Doktor   Gibson!   Jest   dla   pani   wiadomość   z   gabinetu 

doktora Whartona. Chcą wiedzieć, czy była już pani u jego 
pacjentek.

 - Zaraz tam zajrzę.

background image

 - Ona umarła - powiedziała cicho Megan. - Opiekowałam 

się nią od pierwszego dnia. Ja i doktor Hadley.

 - Wiem.
 - Bez niej będzie naprawdę dziwnie. Chciałabym jeszcze 

raz za wszystko pani podziękować. To był chyba skrzep.

 - Nie mogła pani zrobić nic więcej - rzekła cicho Abby. - 

Gdyby nie pani i reszta zespołu, pani Contini na pewno nie 
żyłaby tak długo.

Pielęgniarka skinęła głową.
 - Ale i tak na pewno pani wie, jak to jest... Abby pokiwała 

głową.

  -   Doktor   Contini   sądzi,   że   mogłam   w   jakiś   sposób 

spowodować zatrzymanie akcji serca.

  - Dałam mu kartę, żeby przeczytał. Opowiedziałam,  jak 

bardzo mi pani pomogła. A on chce najwyraźniej czymś się 
zająć. Czuć się potrzebny.

 - Pójdę do pacjentek - oznajmiła Abby.
W   tym   celu   musiała   jednak   zabrać   ich   karty   z   pokoju 

pielęgniarek,   gdzie   Blake   oraz   inni   lekarze   przeglądali 
dokumentację.   Gdy   ukradkiem   wśliznęła   się   do   środka, 
zawołał ją Stewart, który wszedł tam za nią.

  - Rozumiem, jak się czujesz - powiedział, obejmując ją. 

Odwzajemniła   ten   gest,   świadoma,   że   pozostałe   osoby   na 
pewno ich widzą.

 - Czasem spodziewamy się czegoś, ale tak naprawdę nie 

jesteśmy na to przygotowani - ciągnął Stewart.

 - Właśnie...
 - Śmierć zawsze nas zaskakuje.
  -   Nie   znałam   jej   -   szepnęła.   -   Ale   była   taka   młoda... 

Wyglądała jak dziewczynka.

 - To prawda. Zrobiłaś wszystko, co do ciebie należało.
 - To był skrzep?
 - Chyba tak. Zresztą, przeprowadzą sekcję.

background image

  -   Doktor   Contini   sądzi,   że   moja   interwencja   mogła 

przyspieszyć zgon... - wyszeptała, patrząc ze łzami w oczach 
na Stewarta.

  - Naprawdę tak powiedział? Jak mógł... Biedak. Szuka 

przyczyn, jak my wszyscy. Odnoszę wrażenie, że już od kilku 
dni było z nią źle. Zresztą, tak musiało się stać. Nie możesz się 
o nic winić.

 - Oby tylko Contini nie sądził, że to ja popełniłam jakiś 

błąd.

  -   Contini   dojdzie   do   siebie   -   pocieszył   ją   Stewart.   - 

Możesz   zresztą   współczuć   i   mnie,   bo   to   ja   będę   musiał 
poinformować Todda Braxtona o jej śmierci. A to się może 
skończyć tragicznie.

  -   Bardzo   mi   przykro.   -   Zdobyła   się   na   współczujący 

uśmiech. - Z całą pewnością ci nie zazdroszczę.

Uścisnął ją szybko na pożegnanie.
 - Muszę już iść. Do zobaczenia, Abby.
 - Do zobaczenia, dziękuję ci za wszystko. Wyzwoliła się 

z   objęć   Stewarta   i   ze   łzami   w   oczach   zerknęła   w   stronę 
gabinetu.   Blake   Contini   stał   w   progu   i   patrzył   na   nią   w 
milczeniu. Na jego bladej twarzy malował się smutek.

Jeśli   dwie   pacjentki   po   wylewie   dostrzegły   kiepskie 

samopoczucie   Abby,   to   nie   dały   niczego   po   sobie   poznać. 
Była im za to bardzo wdzięczna.

 - Dzień dobry paniom - powiedziała, siląc się na pogodny 

ton, co jednak wypadło nader żałośnie.

Zarówno   Rona   Duff,   jak   i   Margaret   Hamilton   miały 

trudności   z   mówieniem,   ale   zdołały   wydobyć   z   siebie 
bełkotliwe powitanie. Ich wysiłki bardzo podniosły Abby na 
duchu.   Trzeba   być   wdzięcznym   losowi   za   wszystkie   dary, 
uznała.

 - Doktor Wharton prosił, żebym panie zbadała - wyjaśniła 

Abby. - Widzę, że piszą już panie znacznie lepiej. Wspaniale!

background image

W istocie nie była w stanie przeczytać ani słowa.
Margaret Hamilton wydała dźwięk, który miał oznaczać 

potwierdzenie.

Obie   pacjentki   miały   sparaliżowaną   prawą   stronę   ciała, 

toteż musiały się nauczyć pisać lewą ręką. Korespondowały 
zatem   ze   sobą   zawzięcie,   podtrzymując   bardzo   chętnie   tę 
specyficzną konwersację.

Pani   Hamilton   była   niegdyś   profesorem   socjologii   i 

wykładała   na   uniwersytecie   w   Gresham,   a   Rona   Duff 
sprzedawała przez całe życie damskie fatałaszki w miejskim 
domu handlowym. Zdawały się świetnie uzupełniać.

Pacjentki odznaczały się ogromnym poczuciem humoru, 

dzięki któremu dostrzegały zabawne strony swojej choroby. 
Istniała nadzieja, że ich stan ulegnie znacznej poprawie.

Ta wizyta musi mi sprawić przyjemność, postanowiła w 

duchu  Abby,  zdecydowana   skupić   się   na   czymś  innym   niż 
dylemat   związany   ze   śmiercią   Kaitlin.   Gdy   jednak   usiadła 
obok pacjentek, wyjmując z torebki notatnik, zauważyła, że 
drżą jej ręce.

  -   Teraz   zadam   paniom   parę   pytań   -   zaczęte,   czując 

dziwny ucisk w gardle - a potem przeprowadzę badanie. Na 
pewno uda się nam jakoś porozumieć.

Ani na chwilę nie przestawała jednak myśleć o Blake'u. 

Ogromnie mu współczuła.

Abby wróciła późno do domu. Tuż po wyjściu ze szpitala 

wstąpiła do restauracji na skromną kolację. Obraz Blake'a nie 
opuszczał jej ani na chwilę; czuła, że będzie miała kłopoty z 
zaśnięciem.

Wiedziała, że nie powinna się tak angażować w problemy 

Blake'a.   Znała   go   przecież   bardzo   krótko.   A   jednak   me 
potrafiła nic na to poradzić. Teraz marzyła wyłącznie o długiej 
kąpieli w pachnącej wodzie - jedynej namiastce luksusu, na 
jaką mogła sobie pozwolić.

background image

Później,   już   po   kąpieli,   ubrana   w   szlafrok,   zamierzała 

właśnie zagrzać mleko na czekoladę, gdy usłyszała dzwonek 
domofonu, co bardzo ją zdziwiło. Przyjaciele Abby zwykle 
telefonowali przed złożeniem jej wizyty.

  - Tu Blake Contini - odezwał się w słuchawce znajomy 

głos.   -   Byłem   właśnie   w   okolicy,   więc   zdecydowałem   się 
wpaść. Muszę koniecznie z tobą porozmawiać. Mam nadzieję, 
że nie sprawiam kłopotu... - dodał niepewnie.

  - No, może trochę - odparła, świadoma niestosowności 

swego   stroju.   -   Ale   proszę,   wejdź.   Chyba   naprawdę   jest   o 
czym mówić.

 - Dziękuję. - W głosie Blake'a zabrzmiała wyraźna ulga.
Postanowiła, że przebierze się później.
 - Przepraszam za to najście - powiedział, kiedy po kilku 

chwilach stanął w progu - ale musiałem przyjść.

 - Wszystko w porządku - zapewniła. - Mam nadzieję, że 

nie  byłam nieuprzejma.  Zaraz  włożę  na  siebie  coś bardziej 
odpowiedniego.

Pobiegła   do   sypialni,   by   narzucić   spodnie   i   koszulkę. 

Łudziła się, że Blake, zajęty własnymi sprawami, nie zauważy 
wypieków   na  jej  twarzy.   Niemniej   była   bardzo 
zdenerwowana. Blake przyszedł do niej na pewno po to, by 
porozmawiać o Kaitlin. Chciała jak najszybciej mieć tę wizytę 
za sobą.

  -   Masz   ochotę   na   czekoladę?   -   spytała,   wchodząc   do 

salonu, gdzie Blake siedział na kanapie. - Właśnie robię.

 - Z przyjemnością się napiję, dziękuję - odparł na pozór 

opanowanym głosem.

Wyszła da kuchni podgrzać mleko. Blake był najwyraźniej 

nieobecny   duchem:   mówił   i   zachowywał   się   niemal   jak 
automat;   myślami   błądził   najwyraźniej   gdzie   indziej.   W 
zdenerwowaniu Abby rozlała mleko i natychmiast przywołała 
się do porządku. Musi działać spokojniej i bez emocji.

background image

  -   Przyszedłem   cię   przeprosić   -   oznajmił   Blake,   gdy 

postawiła przed nim tacę. - A przepraszać należy osobiście. W 
szpitalu   zasugerowałem,   że   mogłaś   przyspieszyć   śmierć 
Kaitlin. To było naprawdę bardzo głupie z mojej strony.

Abby   milczała.   Wolała,   by   nie   wiedział,   jak   bardzo   ją 

zabolały te insynuacje.

  -  Mam  nadzieję,  że  mi  wybaczysz  -  ciągnął.  -  Sekcja 

wykazała   liczne   czopy   zatorowe   płuc.   To   one   stanowiły 
bezpośrednią  przyczynę śmierci  - mówił  cicho. - Poza  tym 
Kaitlin miała również zapalenie płuc, grzybicę i inne infekcje 
bakteryjne, które okazały się niemożliwe do wyleczenia.

  -   Tak   mi   przykro,   Blake.   -   Pochyliła   głowę   ze 

współczuciem. - Być może nie stanowi to dla ciebie żadnego 
pocieszenia, ale Kaitlin przynajmniej nie cierpiała...

 - Wiem.
Przez   chwilę   pili   czekoladę   w   milczeniu.   Nerwy   Abby 

były jednak napięte jak struna.

  - Dziękuję ci bardzo za wszystkie wysiłki. Zachowałem 

się okropnie, a naprawdę doceniam wszystko, co zrobiłaś.

 - Chcesz o tym porozmawiać? - spytała cicho. - Potrafię 

zachować tajemnicę. Nie plotkuję. Stewart Hadley wspominał 
mi coś na temat okoliczności wypadku, któremu uległa twoja 
żona,   historii   choroby   jednak   nie   czytałam.   Wolałam   nie 
ingerować w twoje prywatne życie.

 - Kaitlin i ja - zaczął z wahaniem - mieszkaliśmy w tym 

samym   domu   i   wychowywaliśmy   wspólnie   dzieci,   ale   od 
wielu   lat   nie   utrzymywaliśmy   stosunków   małżeńskich.   Nie 
chcieliśmy rozwodu tylko z powoda synów. Pobraliśmy się za 
wcześnie.   Ona   miała   dwadzieścia,   ja   dwadzieścia   pięć   lat. 
Podjęliśmy pochopną decyzję, ale wiesz, jak to bywa, gdy się 
jest młodym...

  - A co się wam nie udało? - zapytała, czując, że Blake 

chce kontynuować rozmowę.

background image

  -   Nie   byłem   dobrym   mężem   -   przyznał   cicho.   - 

Stanowczo zbyt późno zdałem sobie sprawę z tego, że Kaitlin 
potrzebuje czegoś więcej aniżeli tylko pięknego domu, dóbr 
materialnych i dwójki cudownych dzieci. Najpierw bawiła się 
doskonale,   zupełnie   jak   mała   dziewczynka   udająca   dorosłą 
panią domu. Potem jednak wszystko się zmieniło.

 - Mów dalej - poprosiła.
 - Poza pieniędzmi dałem jej wyłącznie samotność. Kaitlin 

codziennie czekała na mnie w domu do późnego wieczora, a 
ja, wielki pan doktor, ratowałem ludziom życie.

 - Skąd ta ironia? Przecież naprawdę ocaliłeś życie wielu 

ludziom - rzekła spokojnie, choć miała ochotę się rozpłakać.

  -   Rzeczywiście.   Od   czasu   do   czasu   to   mi   się   nawet 

udawało   -   odparł   gorzko.   -   Ale   jakim   kosztem?   W 
konsekwencji   ta   młoda,   śliczna   kobieta   musiała   szukać 
miłości i towarzystwa poza małżeństwem. Kiedyś mi nawet 
powiedziała, że ludzie decydują się na ślub między innymi po 
to, żeby spędzać ze  sobą  choć trochę czasu. Ale ja jej  nie 
słuchałem.

 - Nie kochałeś żony? - spytała z wahaniem.
  - Ależ oczywiście, że ją kochałem. Tyle że zbyt rzadko 

bywałem   w   domu,   aby   jej   to   okazać.   Kaitlin   czuła   się 
samotna. Potrzebowała czułości i troski, czyli czegoś, czego 
nie mogłem jej dać. Chyba uznałem, że jej obecność w moim 
życiu jest czymś stałym i oczywistym. - Popatrzył na Abby 
niewidzącym wzrokiem, tak jakby zamiast niej widział swoją 
bolesną przeszłość.

  -  Typowa   historia   -  przyznała   cicho.   -  Lekarze   często 

sądzą, że nie liczy się nic poza ich pracą. A powinni pamiętać, 
że dziecko ma tylko jedną prawdziwą mamę, jednego tatę, jak 
również i o tym, że mąż i żona potrzebują czasu dla siebie.

 - Dlaczego jesteśmy tacy? Dlaczego? - Przetarł oczy, tak 

jakby chciał wymazać prześladujące go obrazy.

background image

  -   W   życiu   jest   tyle   bałaganu.   A   my   pracujemy   tak 

szaleńczo, żeby stworzyć w nim chociaż namiastkę porządku, 
wprowadzić jakiś ład do tego chaosu.

 - Może...
 - Zresztą, chyba trudno mi się wypowiadać na ten temat - 

zauważyła ze smętnym uśmiechem. - Nie mam ani męża, ani 
dzieci...

  -   Teraz   widzę   wyraźnie,   że   małżeństwo   wyzwoliło 

jedynie   Kaitlin   od   wpływów   innych   mężczyzn,   stanowiło 
pewien   rodzaj   nobilitacji.   Ale   ona   szukała   w   nim   przecież 
czegoś więcej: uwagi i troski, których ja jej nie dałem.

  -   Nie   zapominaj   o   okolicznościach   całej   tej   sprawy   - 

przypomniała   mu.   -   Wiemy,   że   medycyna   to   praca 
wymagająca   ogromnej   ilości   czasu   i   energii.   Wszyscy 
jesteśmy w podobnej sytuacji - Wypowiadając te słowa, zdała 
sobie   sprawę   z   tego,   że   współczuje   zarówno   Kaitlin,   jak   i 
Blake'owi.

 - Uhm - mruknął ponuro. - Wydaje się nam, że potrafimy 

pogodzić sprawy zawodowe z osobistymi, a potem niszczymy 
życie naszych współmałżonków, usiłując im narzucić własne 
ideały. Nie potrafimy zaspokoić ich potrzeb.

 - Przestań, Blake! - Dotknęła lekko jego ramienia. - Nie 

ma sensu tak się zadręczać.

  - Ale to naprawdę moja wina. Najpierw Kaitlin była za 

młoda,   żeby   protestować,   i   miała   zbyt   mało   kontaktów   z 
mężczyznami. Ponadto dałem jej powody sądzić, że to nie ona 
stanowi najważniejszą część mojego życia.

 - I wtedy na arenę wkroczył Todd Braxton?
  -   Ostatni   z   jej   licznych   adoratorów.   W   końcu   Kaitlin 

odkryła, że inni mężczyźni potrafią ją kochać, zapewnić jej to, 
czego   od   nich   oczekuje.   Była   takim   słodkim   dzieckiem: 
pięknym,   czułym...   Potrzebowała   rozrywki,   lubiła   młodych 
ludzi. A ja ją zniszczyłem.

background image

  - Och, Blake... - wyszeptała Abby. Cóż innego mogła 

powiedzieć?   W   samooskarżeniu   Blake'a   kryło   się   niestety 
ziarno   prawdy.   -   Mimo   najlepszych   intencji   wszyscy 
sprawiamy czasem zawód naszym najbliższym.

  - Mogłem zrobić dla niej więcej. Do końca życia sobie 

tego nie wybaczę.

Gorycz   w   tonie   jego   głosu   zaparła   jej   dech.   Blake 

przeżywał ogromną tragedię osobistą, sumienie najwyraźniej 
nie dawało mu spokoju. Z głębokim westchnieniem oparł się o 
poduszki kanapy.

 - Czekolada ci wystygnie - szepnęła Abby.
Tym   razem   cisza   trwała   krócej.   Czując,   że   znów 

wytworzyła   się   między   nimi   nić   porozumienia,   Abby 
przysiadła   na   krześle   obok.   Nie   chciała   mówić;   wołała 
słuchać. Zresztą, samo przebywanie w towarzystwie Blake'a 
sprawiało jej przyjemność.

 - Tragedie życiowe są bardzo często prozaiczne i banalne. 

Nie   ma   w   nich   nic   heroicznego.   A   to,   co   przydarzyło   się 
Kaitlin,   miałoby   groteskowy   wymiar,   gdyby   nie   było   tak 
okropne - powiedział Blake.

 - Kiedy dokładnie odkryto jej chorobę?
 - Na Jamajce wy konano badania, a potem po wtórzono je 

tutaj.

 - Rozumiem - szepnęła.
  -  Wtedy   ja   też   się   przebadałem.   Gdyby  się   jeszcze   w 

dodatku okazało, że to ja ją zaraziłem przed czterema laty, 
chyba by mnie to wykończyło...

 - Przed czterema laty?
 - Wtedy po raz ostatni byliśmy ze sobą jak mąż i żona.
 - Ach, tak...
Oboje odetchnęli z ulgą, gdy w chwilę później zadzwonił 

telefon,   przerywając   milczenie   ciężkie   niczym   kłoda.   Abby 
najchętniej zostałaby sama i rozpłakała się jak dziecko.

background image

  - Tu centrala  Szpitala Uniwersyteckiego - odezwał  się 

glos w słuchawce. - Mam dla pani wiadomość od pacjentki, 
Kyry   Trenton.   Pani   Trenton   prosi   o   telefon.   Sprawa   jest 
ważna, ale niezbyt pilna. Oto numer...

Przez chwilę Abby nie potrafiła sobie przypomnieć, o kim 

mowa.

  -   Kyra   Trenton?   Ach,   tak...   -   Wreszcie   przed   oczami 

stanęła   jej   szesnastoletnia   ciężarna.   Szybko   zapisała   numer 
telefonu.

 - Muszę iść, Abby - oznajmił Blake. - I tak już zająłem ci 

dużo czasu.

 - Wcale nie. Nie musisz.
  -   Nie   chcę   ci   narzucać   swojego   towarzystwa.   Byłaś 

bardzo miła i cierpliwa...

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy.
 - Ty zrobiłbyś dla mnie to samo, gdybym znalazła się w 

trudnym położeniu - powiedziała. - Mimo tego wszystkiego, 
co mówiłeś o zaniedbywaniu żony.

Ni stąd, ni zowąd padli sobie w objęcia. Abby też czuła 

ogromną ulgę - Blake przestał ją winić o śmierć żony. Ich 
uścisk nie miał jednak erotycznego charakteru - wyrażał tylko 
przyjacielskie wsparcie i pociechę w trudnym okresie żałoby.

  - Dziękuję ci za wszystko - szepnął Blake. - Będziesz 

świetnym lekarzem... najlepszym.

 - Miło mi to słyszeć - odparła łamiącym się głosem.
  -   Jesteś   też   bardzo   dobrym   człowiekiem   -   dodał   i 

pocałował ją delikatnie w czubek głowy, tak jakby całował 
małe dziecko.

 - Ale potrafię być twarda. Maszę taka być.
 - Zapamiętam. - Odniosła wrażenie, że słyszy czułość w 

jego głosie. - Tak czy inaczej, bardzo ci dziękuję, ale muszę 
iść, bo dzieci będą się niepokoić. Teraz szczególnie potrzebują 
mojej opieki.

background image

Tak bardzo pragnęła go zatrzymać, nie mogła sobie jednak 

pozwolić na taki luksus.

 - Dobranoc, Blake - powiedziała. - Jeśli zechcesz ze mną 

porozmawiać, to wieczorami przeważnie jestem w domu.

  - Będę o tym pamiętał. Do widzenia. - Odwrócił się do 

drzwi. - Sobotnie przyjęcie oczywiście odwołałem. Odbędzie 
się   za   dwa   tygodnie.   Najchętniej   w   ogóle   bym   z   niego 
zrezygnował,   ale   jest   to   ważne   wydarzenie   planowane   z 
dużym wyprzedzeniem.

 - Rozumiem.
 - Wezmę urlop, co nie znaczy, że będę nieosiągalny. Nie 

chcę   zostawiać   pana   Simmonsa.   Wpadnę   do   ciebie   w 
przyszłym tygodniu. Do zobaczenia.

 - Do widzenia.
Gdy zamykała za nim drzwi, pomyślała, że mimo tragedii 

osobistej   Blake   nie   przestaje   być   odpowiedzialny   za 
pacjentów wymagających jego opieki.

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY
  -   Mama   przyjechała   nieoczekiwanie   do   Gresham   - 

powiedziała Kyra, gdy Abby zatelefonowała do niej kwadrans 
później.

 - Mów dalej - zachęciła ją Abby.
  -   Dziękuję,   że   pozwoliła   mi   pani   dzwonić   do   domu. 

Telefonuję z mieszkania mamy - oznajmiła cicho dziewczyna. 
- Ona teraz śpi. Przyszło mi do głowy, że chyba powinnam jej 
powiedzieć   o   ciąży.   Co   pani   o   tym   sądzi?   I   tak   sobie 
pomyślałam,   że   może   pani   z   nią   porozmawia...   -   dodała 
jeszcze ciszej.

  -   A   więc   sama   nie   jesteś   pewna,   czy   chcesz   ją 

wtajemniczać w tę sprawę - skonstatowała Abby.

 - Nie.
  - No cóż. - Abby próbowała uporządkować rozbiegane 

myśli. - Nie znam twojej matki i trudno mi przewidzieć, jak 
ona   zareaguje   na   tę   wiadomość.   Jak   mama   się   zwykle 
zachowuje w sytuacjach kryzysowych?

Po drugiej stronie słuchawki zaległa cisza.
 - Nie jestem pewna... - odparła w końcu Kyra. - Chyba na 

ogół   wie,   co   robić.   Jest   bardzo   opanowana.   Ale   może 
wolałaby   nie   wiedzieć   o   tej   ciąży...   A   gdyby   doszła   do 
wniosku,   że   musi   poinformować   o   tym   tatę,   chyba   bym 
umarła.

  -   Sądzisz,   że   to   zrobi?   Nawet   jeśli   ją   poprosisz   o 

zachowanie tajemnicy? I czy na pewno poprze twoją decyzję o 
aborcji?

Znowu zaległa cisza.
  - Oczywiście, że porozmawiam z twoją mamą. Pewnie 

chcesz, żebym spotkała się z nią w weekend?

 - Tak.

background image

 - Zastanów się nad tym jeszcze chwilę. Resztę wieczoru 

spędzę  w domu,  więc  zadzwoń do mnie,  kiedy podejmiesz 
decyzję. A najpóźniej jutro za kwadrans ósma.

 - Oczywiście.
 - Zrobię, co zechcesz. Musisz rozważyć, jak się będziesz 

czuła, jeśli jej o niczym nie powiesz. I odwrotnie. Spróbuj 
przewidzieć konsekwencje każdej z tych decyzji. Weź również 
pod uwagę psychikę mamy.

 - Ma pani rację. Jeszcze raz dziękuję.
I  na   tym   właśnie   polega   praca   lekarza   rodzinnego, 

pomyślała Abby, gdy odłożyła słuchawkę. Tym pragnęła się 
zajmować - pomagać ludziom w trudnych sytuacjach.

 - Zasłużyłam chyba na filiżankę herbaty - powiedziała do 

siebie głośno.

Kyra   zatelefonowała   dokładnie   za   kwadrans   ósma 

następnego dnia rano, kiedy Abby wychodziła już do pracy.

  -   Doszłam   do   wniosku,   że   mama   powinna   wiedzieć   - 

wyjąkała z trudem. - Tylko jak to zrobimy? Nie zmuszę jej 
przecież do wizyty w szpitalu, nie wyjaśniając, o co chodzi. A 
podczas tej rozmowy wolałabym nie być w pobliżu.

  -   W   takim   razie   może   przyjdę   do   ciebie,   ty   się   jakoś 

dyskretnie wymkniesz, a ja zostanę sama z twoją mamą.

 - Naprawdę mogłaby pani to dla mnie zrobić?
  - Oczywiście. Twoja mama zapyta mnie na pewno, kim 

jest ojciec dziecka. Wzięłaś to pod uwagę?

 - Ależ właśnie tego nie może się dowiedzieć! Musi?
 - Będzie nalegała.
  - Ale ja nie chcę, żeby on miał z tego powodu jakieś 

kłopoty. To wspaniały chłopak. Poza tym przecież nie zdaje 
sobie z niczego sprawy. Nie chcę, żeby przeżył wstrząs.

Abby   powstrzymała   się   od   komentarza.   Doszła   do 

wniosku,   że   nie   jest   to   najlepszy   moment   na   tego   rodzaju 
dyskusje.

background image

 - Kiedy chcesz, żebym przyszła?
 - Może w niedzielę? Tuż przed jedenastą?
 - Świetnie. Gdyby coś się zmieniło, zadzwoń.
 - O tej porze będę miała doskonały pretekst, żeby wyjść - 

powiedziała   Kyra   z   nadzieją   w   głosie.   -   Wybiorę   się   do 
kościoła.   A   mama   na   pewno   nie   będzie   chciała   mi 
towarzyszyć, bo ma bardzo dużo rzeczy do zrobienia w domu. 
Mówiła, że musi posegregować letnie ubrania i tak dalej.

 - W takim razie do zobaczenia. I postaraj się nie martwić. 

Jakoś damy sobie radę.

W szpitalu Abby czuła się dziwnie, wiedząc, że Blake'a 

nie ma w pobliżu. Tęsknota nie opuszczała jej ani na chwilę. 
Wbrew własnej woli zakochała się po uszy w nowym szefie 
interny.

Niedzielny   poranek   był   piękny   i   słoneczny,   ale   na 

popołudnie   zapowiadano   deszcze.   Abby   postanowiła,   że 
wysiądzie   z   autobusu   trochę   wcześniej,   aby   wykorzystać 
wizytę   u   Trentonów   dla   celów   rekreacyjnych   i 
przespacerować się trochę po okolicy. Trentonowie mieszkali 
w bogatej, willowej dzielnicy nieopodal Blake'a.

Kiedy wyszła z mieszkania, pomyślała, że w tych czasach 

lekarze rodzinni rzadko składają pacjentom wizyty domowe, a 
już szczególnie w takich sytuacjach jak ta.

Kyra   czekała   na   nią   przed   piętrowym   budynkiem 

położonym na pięknie utrzymanym terenie.

 - Tak się cieszę! - zawołała na powitanie. - Mama myśli, 

że   jestem   w   drodze   do   kościoła,   ale   zaraz   jej   panią 
przedstawię.   Przepraszam   za   tę   komedię.   Żadne   inne 
rozwiązanie nie przyszło mi do głowy.

 - O nic się nie martw. Jakoś sobie poradzę - pocieszyła ją 

Abby.

Do   mieszkania   państwa   Trentonów   pojechały   windą. 

Abby   ubrała   się   na   tę   okazję   szczególnie   elegancko,   gdyż 

background image

czuła,   że   pani   Trenton,   żona   posła,   to   kobieta   o 
wyrafinowanym guście.

  -   Mamo!   -   zawołała   Kyra,   otworzywszy   drzwi   do 

mieszkania. - Możesz tu przyjść na chwilę?

W korytarzu pojawiła się przystojna, szczupła kobieta w 

średnim wieku, ubrana w jedwabną, kwiecistą suknię. Obcięte 
na pazia jasne włosy okalały jej szczupłą, wyrazistą  twarz, 
noszącą   ślady   opalenizny   po   zimowych   wakacjach 
spędzonych   najwyraźniej   w   tropikach.   Abby   pomyślała 
natychmiast o ponurej zimie w Gresham i o swojej własnej 
bladej cerze.

  -   Sądziłam,   że   poszłaś   do   kościoła,   kochanie...   -   Pani 

Trenton patrzyła pytająco na Abby. Dobre wychowanie nie 
pozwoliło jej jednak spytać nieznajomej, kim właściwie jest.

  -   Już   idę   -   szepnęła   Kyra.   -   A   to   jest   moja   znajoma, 

mamo. Chciałaby z tobą o czymś porozmawiać...

Abby uśmiechnęła się nieznacznie na znak, iż przejmuje 

inicjatywę.

  -   Kiedy   wrócisz,   pewnie   mnie   już   tu   nie   zastaniesz   - 

powiedziała. - Do zobaczenia później.

Dziewczyna szybko wyszła.
  -   Bardzo   mi   przykro,   że   nachodzę   panią   tak   bez 

uprzedzenia, ale jestem lekarką Kyry. To właśnie ona prosiła 
mnie o wizytę.

  - O co chodzi? - W oczach pani Trenton pojawiło się 

przerażenie. - Czy Kyra jest chora? Nic mi nie mówiła...

  - Może usiądziemy? - zaproponowała Abby, patrząc w 

stronę przestronnego salonu.

 - Ach tak, oczywiście, proszę bardzo. Niech pani zdejmie 

płaszcz i wejdzie dalej.

W   salonie   pani   Trenton   przycupnęła   na   brzeżku   fotela, 

Abby spoczęła naprzeciwko.

background image

 - Kyra nie jest chora, proszę się nie martwić. Kyra jest w 

ciąży... od sześciu tygodni.

Pani Trenton otworzyła szeroko oczy i przysłoniła dłonią 

usta.

 - O Boże! - wykrzyknęła.
  -   Najpierw   w   ogóle   nie   zamierzała   pani   o   tym 

informować   -   ciągnęła   spokojnie   Abby.   -   Z   powodu   pani 
nieoczekiwanej wizyty zmieniła jednak zdanie. Już wcześniej

zdecydowała   się   na   usunięcie   ciąży.   Jest   pod   opieką 

ginekologa w Szpitalu Uniwersyteckim. Zabieg odbędzie się 
w przyszłym tygodniu.

  -   O   mój   Boże   -   powtórzyła   kobieta,   nie   spuszczając 

wzroku z Abby. - Czy to... Czy nie ma żadnych wątpliwości?

 - Żadnych.
Pani Trenton wypuściła ze świstem powietrze.
  -   Mąż   i   ja   zgodziliśmy   się   na   pozostawienie   Kyry   w 

mieście, ponieważ bardzo jej zależało na ukończeniu nauki w 
starej   szkole.   O   Boże,   w   najgorszych   snach   nie 
przewidziałabym czegoś podobnego. Kto jeszcze o tym wie?

 - Nikt. Kyra nie chciała się przyznać do tego ani pani, ani 

pani mężowi. Boi się, że ta historia trafi do gazet.

Pani Trenton przymknęła oczy.
 - Biedactwo - szepnęła. - Kiedy tylko pomyślę, że została 

sama ze swoim problemem... W tej sytuacji oczywiście nie 
wyjadę z Gresham. Odkąd przeprowadziliśmy się do Ottawy, 
zaniedbywałam Kyrę. Rodzice  przeceniają  czasem  rozsądek 
swoich dzieci.

 - Owszem.
 - Czy Kyra powiedziała pani, kto jest ojcem dziecka?
 - Nie. I nie zamierza tego ujawnić.
 - Ale to chyba...
 - Nie, to nie był gwałt. A chłopak nawet nie wie, że ona 

jest w ciąży.

background image

 - No cóż, będziemy musieli jakoś rozwiązać ten problem. 

Nie będę się na nią gniewać. Chyba nie sądziła, że... - Kobieta 
przygryzła wargi, usiłując powstrzymać się od płaczu.

Trzasnęły drzwi. Obie jak na komendę odwróciły głowy. 

Do pokoju weszła Kyra.

  -   Nie   mogłam   pójść   do   kościoła   -   wybuchnęła.   - 

Spacerowałam tam i z powrotem po ulicy.

Pani Trenton wstała i wyciągnęła do niej ramiona.
 - Powinnaś była mi powiedzieć - szepnęła.
 - Bałam się. - Kyra padła w objęcia matki i wybuchnęła 

płaczem.

 - Nic dziwnego. - Pani Trenton głaskała córkę po głowie. 

- Ale nie wolno ci sądzić, że nie znajdziesz we mnie wsparcia. 
Wiem, że to czasem może wyglądać nieco inaczej, ale ty i 
twoje rodzeństwo jesteście dla mnie najważniejsi. Ważniejsi 
od   taty,   no  i  oczywiście   ode   mnie   samej.   Nigdy   was   nie 
opuszczę.

Teraz już obie płakały rzewnymi łzami. Abby dostrzegli 

wyraz ulgi na twarzy Kyry. Dyskretnie wyszła do przedpokoju 
i włożyła płaszcz.

Nie uszło to jednak uwagi Kyry.
 - Bardzo pani dziękuję, pani doktor - rzekła wzruszona.
 - Już wszystko dobrze? - Tak.
  - Zadzwoń do  mnie  wieczorem,   żebym  wiedziała,  czy 

czasem nie zmieniłaś planów.

Kyra skinęła głową i zdobyła się nawet na uśmiech. Teraz, 

mając sojusznika w osobie matki, czuła się znacznie lepiej.

 - Znajdę drogę do wyjścia - powiedziała cicho Abby.
Blake'a   spotkała   ponownie   dopiero   w   środę;   siedział   w 

gabinecie   na   pierwszym   piętrze,   nieopodal   pokoju   Ralpha 
Simmonsa.

background image

 - Dzień dobry - odezwała się z wahaniem, wchodząc do 

środka,   aby   sprawdzić   w   komputerze   ostatnie   zalecenia 
dotyczące terapii ich pacjenta. - Jak się czujesz?

 - Nie najgorzej. - Miał napiętą twarz, nie uśmiechał się. - 

Miałem   właśnie   zamiar   odwiedzić   pana   Simmonsa.   Ty 
przyszłaś też pewnie w tej sprawie. - Tak. Chciałam go zbadać 
po pierwszej fazie chemioterapii indukcyjnej. Pewnie wciąż 
nie najlepiej się czuje. - Owszem. Zostanie w szpitalu przez 
kolejne trzy tygodnie, potem wróci do domu na miesiąc, może 
półtora,   i   przyjmiemy   go   ponownie   na   chemioterapię 
konsolidacyjną.   Skinęła   głową.   Pacjenta   czekała   następnie 
kolejna faza chemioterapii konsolidacyjnej, a gdyby i ona nie 
przyniosła efektów - transplantacja szpiku.

  -   Chodźmy   do   niego   -   zaproponował   Blake,   Ralph 

Simmons wyglądał bardzo źle.

 - Jak się pan czuje? - spytała cicho Abby, zadowolona z 

tego, że maska ochronna kryje wyraz jej twarzy.

 - Sam usiłuję sobie tłumaczyć, że lepiej niż wtedy, kiedy 

się   obudziłem,   ale   jakoś   mi   się   to   nie   udaje   -   odparł 
schrypniętym   głosem,   patrząc   na   nich   spod   przymkniętych 
powiek.

Abby   studiowała   informacje   zawarte   w   komputerze 

stojącym   przy   łóżku,   a   Blake   referował   pacjentowi   plany 
dalszego leczenia.

  - Musi się pan trzymać - rzekła Abby, wychodząc. - Za 

dzień lub dwa na pewno nastąpi poprawa.

  -   Na   wszystko   w   życiu   przychodzi   czas   -   oświadczył 

sentencjonalnie   pacjent,   ściskając   lekko  jej  dłoń.   -   Czas 
narodzin   i   śmierci,   czas   zwycięstw   i   porażek,   płaczu   i 
śmiechu, rozrzutności i oszczędzania... a także czas miłości. .. 
- dokończył słabnącym głosem i z wolna zapadł w sen.

background image

Abby wyszła z sali przed Blakiem. W oczach miała łzy. 

Czas miłości... Czy Blake pomyślał o tym samym co ona, czy 
też tylko tak jej się wydawało?

Na korytarzu omal nie zderzyła się z kobietą spacerującą 

pod   drzwiami.   Z   początku   nie   rozpoznała   jej   twarzy,   ale 
potem dostrzegła, że jest to kobieta ze zdjęcia stojącego przy 
łóżku   Ralpha   Simmonsa.   Teraz   nie   wyglądała   jednak   tak 
promiennie i młodo jak na fotografii.

 - Doktor Gibson, prawda? - spytała kobieta.
 - Tak, to ja. Mam przyjemność z panią Simmons? Kobieta 

potwierdziła skinieniem głowy.

  -   Mąż   wiele   mi   o   pani   opowiadał.   Bardzo   mu   pani 

pomogła. Chciałabym za to podziękować.

W tym samym momencie na korytarz wyszedł Blake.
 - Dzień dobry - powiedział. - Pani mąż naprawdę świetnie 

się   spisuje.   Wiem,   że   niezbyt   dobrze   wygląda,   ale   na   tym 
etapie kuracji to normalne, więc proszę się nie denerwować.

Rozmawiał   z   nią   przez   chwilę,   próbując   ją   pocieszyć. 

Abby nie była wcale pewna, czy w sytuacji Blake'a również 
stanęłaby na wysokości zadania. Jednocześnie modliła się w 
duchu, by los nigdy nie kazał jej zdawać takiego egzaminu.

  - Teraz pójdę zobaczyć się z mężem - oznajmiła  pani 

Simmons, nieco uspokojona. - Dziękuję.

Blake położył jej rękę na ramieniu.
 - Pani mąż to naprawdę dzielny człowiek. Zresztą, ma po 

co żyć.

Uśmiech pani Simmons wzruszył ich oboje. Pożegnała się 

z nimi i spokojnie weszła do pokoju męża.

 - Wypijesz ze mną kawę? - spytał Blake, zwracając się do 

Abby.

Zerknęła niepewnie na zegarek.
 - Z przyjemnością. Mam jeszcze trochę czasu.

background image

  - Dobrze, w takim razie ja stawiam - powiedział, gdy 

ruszyli w stronę bufetu.

 - Nie musisz - odparła z uśmiechem.
  -   Przed   zrobieniem   specjalizacji   liczy   się   każde 

pięćdziesiąt centów - zażartował.

Abby pomyślała, że wszystko wraca powoli do normy. W 

bufecie opowiedziała Blake'owi historię Kyry Trenton.

 - Nie mogę przestać o niej myśleć - zakończyła. - I wcale 

nie   jestem   pewna,   czy   ta   dziewczyna   podjęła   właściwą 
decyzję.   Instynkt   podpowiada   mi   wprawdzie,   że   powinna 
usunąć ciążę, zrobić maturę i rozpocząć studia, ale co będzie, 
jeśli ona za parę lat zacznie żałować tego kroku?

 - Takie ryzyko zawsze istnieje - przytaknął Blake, patrząc 

na nią z namysłem - Na razie jednak zarówno ty, jak i ona 
powinnyście   zrobić   to,   co   teraz   wydaje   się   wam 
najwłaściwsze. Nie spekuluj na temat przyszłości, bo wejdzie 
ci to w nawyk i nigdy nie  będziesz zadowolona ze swoich 
decyzji.

 - Masz rację.
  - Z tego, co wiem - ciągnął - młodzi ludzie czasem w 

chwilach   kryzysu   postępują   po   prostu   instynktownie.   I   w 
większości przypadków mogą polegać na swojej intuicji. Poza 
tym   trochę   strachu   przywraca   im   rozsądek.   Kyra   szybko 
przyjdzie  do siebie, jeśli  tylko może  liczyć na  wsparcie  ze 
strony kogoś bliskiego.

 - Mądrze mówisz.
  - Ale nie zawsze potrafię mądrze postępować - odparł 

cicho. - Mam w końcu dwóch synów, pamiętasz? - Znowu się 
uśmiechnął tym leniwym, ciepłym uśmiechem, który budził w 
niej tyle nadziei. - Zwykle łatwiej jest radzić innym niż sobie. 
A teraz bardzo się cieszę, że nie wychowuję szesnastoletniej 
córki.

 - Jak się czują twoi synowie? - zapytała.

background image

  -   Wiadomość   o   śmierci   matki   właściwie   ich   nie 

zaskoczyła.   Najwyraźniej   rozumieją   więcej,   niż   sądziłem   - 
dodał, a na jego twarzy znów pojawił się wyraz znużenia. - 
Ale bardzo cierpią. I potrzebują czasu, żeby się z tą śmiercią 
pogodzić.

 - A ty?
  -   Ja   też   -   odparł   wolno.   -   Tyle   że   ja   uwolniłem   się 

emocjonalnie   od   Kaitlin   już   dawno.   A   właściwie,   to   ona 
pierwsza  uwolniła  się ode  mnie. Teraz  muszę  się uporać z 
poczuciem   winy.   Tak   jak   wielu   ludzi   w   mojej   sytuacji, 
cofnąłbym najchętniej wskazówki zegara.

Abby chciała zapytać Blake'a, jak by postąpił, gdyby dane 

mu było przeżyć życie jeszcze raz: czy nie poślubiłby Kaitlin 
w ogóle, czy też starałby się ją uszczęśliwić nawet kosztem 
pracy? Zabrakło jej jednak odwagi i postawione w myślach 
pytanie pozostało bez odpowiedzi.

 - Jak się czuje Will Ryles? - Postanowiła zmienić temat.
  -   Bardzo   dobrze.   A   my,   to   znaczy   jego   przyjaciele, 

próbujemy  działać na rzecz jego oddziału. Zresztą, Will za 
dzień lub dwa wychodzi ze szpitala. Pozostanie jednak pod 
stałą opieką poradni kardiologicznej.

  - Cieszę się - rzekła Abby, zerkając na zegar ścienny. - 

Niestety, muszę już iść. Dzięki za kawę.

  - Mam nadzieję, że przyjdziesz na przyjęcie. Skoro już 

nie mogę odwołać całej tej imprezy, chcę przynajmniej, żeby 
się udała. Przyda się trochę uśmiechniętych twarzy.

 - Uśmiechu nie gwarantuję, ale zrobię wszystko, co się da 

- obiecała Abby. - Na pewno przyjdę.

Wychodząc z bufetu, z trudem oderwała myśli od Blake'a. 

Niebawem czekało ją spotkanie z Kyrą i jej matką. Miała to 
być ostatnia  rozmowa  przed usunięciem  ciąży. Dziewczyna 
mogła   się   jeszcze   wycofać,   a   pani   Trenton   chciała 

background image

porozmawiać   z   ginekologiem.   Teraz   już   liczył   się   każdy 
dzień.

Oderwała   na   chwilę   myśli   od   Kyry   i   skierowała   je  w 

stronę   Gary'ego   Barlowa,   u   którego   badania   radiologiczne 
potwierdziły   podejrzenie   o   raka   płuc.   Na   szczęście   zmiany 
nowotworowe   objęły   tylko   jeden   płat   prawego   płuca.   Pana 
Barlowa   zapisano   na   tomografię   komputerową,   aby 
precyzyjniej   określić   typ   nowotworu.   Kolejnym   etapem 
działania było skierowanie go do chirurga, na bronchoskopię 
oraz biopsję cienkoigłową.

Wchodząc   do   przychodni,   Abby   zmusiła   się   do 

zachowania spokoju. I tak miała szczęście: to nie na niej, lecz 
na   doktorze   Whartonie   spoczywał   obowiązek   przekazania 
smutnej nowiny panu Barlowowi. Gdyby biopsja potwierdziła 
diagnozę   radiologa,   pozostawała   operacja   i   nadzieja,   że 
nowotwór nie daje jeszcze przerzutów.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY
Dzień   przyjęcia   zapowiadał   się   wspaniale   -   pogoda 

dopisała.   Kiedy   Abby   zajechała   taksówką   pod   rezydencję 
Blake'a, pomyślała, że tak naprawdę bardzo niewiele o nim 
wie. Patrząc na wspaniałą bramę z kutego żelaza, otwartą teraz 
na całą szerokość, podejrzewała, że będzie się tu czuła jak 
przysłowiowe piąte koło u wozu.

Na trawniku rozstawiono ogromny namiot, a w nim suto 

zastawione   stoły.   Z   trudem   powstrzymując   chęć   ucieczki, 
Abby   przyłączyła   się   do   niewielkiej   grupki   gości   zebranej 
wokół   stolika   z   drinkami.   Już   wkrótce   pojawił   się   Blake   i 
powitał znajomych.

  - Miło cię widzieć - powiedział, patrząc na jej piękną 

suknię w kwiaty, przylegającą do ciała. Suknia, podobnie jak 
większość   ubrań   Abby,   została   zakupiona   na   wyprzedaży. 
Kosztowała   wprawdzie   zaledwie   piętnaście   dolarów,   ale   w 
zestawieniu   ze   słomkowym   kapeluszem   wyglądała 
efektownie. - Przyjechałaś samochodem? - zapytał.

 - Nie, taksówką. Nie mam samochodu.
  -   Odwiozę   cię   potem   do   domu,   ale   musisz   zostać   do 

końca. Przewidziałem również tańce, a orkiestra jest całkiem 
niezła.   -   Ujął   ją   pod   ramię.   -   Chodź,   zapoznam   cię   z 
barmanem. Dostaniesz coś do picia. Jeśli chodzi o lekarzy, to 
do tej pory przyszedł tylko Tim Barrick. A wy się przecież 
znacie.

Ogród   coraz   bardziej   zapełniał   się   ludźmi,   toteż   Blake 

szybko   zostawił   Abby   pod   opieką   Tima.   Choć   był   blady   i 
wyraźnie zmęczony, jedynie ci, którzy znali go dobrze, mogli 
się domyślać, że cierpi po stracie żony.

 - Myślałem, że zaserwują nam pod chmurką hamburgery 

z grilla, a tu takie szykany... - mruknął Tim.

  -   Może   celowo   ukrywał   swoje   plany,   żeby   nas   nie 

przestraszyć - zażartowała Abby. - Zjedzmy coś, Tim, bo ja 

background image

umieram z głodu. Będziemy się dobrze bawić. Zobaczymy, 
jak żyją bogaci ludzie.

Jednocześnie   odczuwała   coś   w   rodzaju   żalu.   Nadzieje, 

jakie wiązała z Blakiem, odpływały w świat bajek i fantazji.

Nawet gdyby Blake nie cierpiał z powodu straty Kaitlin, to 

i tak nie zwróciłby uwagi na kobietę, która kupuje suknie na 
wyprzedażach i  w sklepach z  używaną  odzieżą, gdyż musi 
spłacać pożyczki zaciągnięte na opłacenie studiów.

Przez kilka ostatnich nocy Abby nie spała dobrze; wciąż 

myślała o Kaitlin. Czy bycie żoną lekarza okazało się dla niej 
zbyt   trudnym   zadaniem?   Czy   dlatego   musiała   mieć 
kochanków?

  -   Wypij   trochę   wina,   a   przestaniesz   się   czymkolwiek 

przejmować   -   poradził   Tim.   -   Tym   bardziej   że   właśnie 
przyszedł ten okropny Ronald Slater.

Chwilę później, z kieliszkami w dłoniach, skierowali się 

do namiotu z jedzeniem.

 - Nie spodziewałam się tutaj Slatera - mruknęła Abby. - 

Myślałam, że Blake go nie lubi.

 - Pewnie nie, ale z ludźmi trzeba żyć dobrze, a sympatie 

nie mają w takich sytuacjach nic do rzeczy. Sądzę, że zbierze 
się tutaj cała ta okropna zgraja. A jeśli ktoś nie umie grać 
właściwymi   kartami,   może   się   pożegnać   ze   szpitalem   - 
zakończył z goryczą Tim.

  -   Mhm   -   mruknęła   Abby,   patrząc   na   półmiski   pełne 

potraw. Nie mogła przestać myśleć o Willu Rylesie i o jego 
podejrzeniach.

Tim  nałożył sobie pokaźną porcję wędzonego łososia  z 

kaparami.

  - Jedz, pij i baw się dobrze, bo jutro znów czeka nas 

dyżur.

  -   Masz   rację.   Spróbuję   tych   wielkich   krewetek   i 

szparagów w galarecie - oświadczyła Abby z ożywieniem.

background image

 - Mądra dziewczynka! I nie zapominaj o winie.
W   jakiś   czas   później   zaczęły   się   tańce,   ale   głośne 

rozmowy   i   śmiech   zagłuszały   niemal   całkowicie   dźwięki 
muzyki.

Abby i Tim zdążyli do tego czasu wypić sporo wina. W 

dużym   namiocie   podłączono   głośniki   i   goście   zaczęli 
stopniowo   wychodzić   na   parkiet   Przyjęcie   nie   miało 
wprawdzie   trwać   do   późnych   godzin   nocnych,   ale   Blake 
chciał je uatrakcyjnić.

Abby poczuła, że kręci się jej w głowie, bo za mało spała, 

a za dużo wypiła wina.

  -   Zatańczymy?   -   zapytał   Tim   głosem   zdradzającym 

namiar wypitego alkoholu.

  -   Chętnie   -   zachichotała.   -   Ale   najpierw   musisz   mi 

przyrzec, że przed jazdą do domu wypijesz mocną kawę.

Wyszli na parkiet.
 - Nie będę jechał, tylko szedł - uspokoił ją Tim.
 - Tak czy inaczej napij się kawy - poprosiła.
Już od jakiegoś czasu obserwowała Blake'a, który, jak na 

dobrego gospodarza przystało, prosił co chwila do tańca inną 
kobietę.   Abby   zapragnęła   nagle,   by   podszedł   również   i   do 
niej.

  -   Muszę   iść   do   łazienki   -   oświadczył   Tim   po 

wyczerpującym rocku. - Napiję się wody.

 - Dobrze się czujesz?
 - Chyba tak...
 - Jeżeli masz zamiar wymiotować, to będę udawała, że cię 

nie znam.

 - Przecież i tak wszyscy nas widzieli.
Abby zeszła z parkietu, a Tim zaczął się powoli przeciskać 

w stronę domu. Nagle Abby poczuła czyjąś rękę na ramieniu. 
Gdy odwróciła głowę, zobaczyła przed sobą Blake'a.

background image

 - Chyba nie zamierzasz wyjść? Przecież jeszcze z tobą nie 

tańczyłem - powiedział. - Jak się bawisz?

  - Fantastycznie - odparła, potykając się letko. Objął ją 

ramieniem i podtrzymał.

  - Kręci mi się w głowie. Mało ostatnio sypiam. Może 

wypiłam trochę za dużo wina... Ale nie jestem wstawiona - 
dodała szybko.

 - To dobrze - odparł z uśmiechem. - Trzymaj się mnie.
  -   Nie   upiłam   się   -   przekonywała   go   z   urażoną   miną, 

dotykając jego szyi tuż nad kołnierzykiem koszuli.

 - No pewnie, że nie.
 - Tańczysz ze mną z grzeczności? - spytała prowokująco.
 - Nie, Abby. Najpierw obowiązek, a potem przyjemność. 

Właśnie dlatego taniec z tobą zostawiłem na koniec.

Na parkiecie było tak ciasno, że mogli się spokojnie do 

siebie   przytulić,   nie   wzbudzając   niczyich   podejrzeń.   Abby 
poddała się całkowicie czarowi chwili.

 - Chyba za chwilę lunie - szepnął jej do ucha Blake.
Rzeczywiście, na pięknym błękitnym niebie  zaczęły się 

gromadzić ciemne chmury.

 - Mhm - mruknęła, a on przytulił ją mocniej. Dwadzieścia 

minut   później,   gdy   na   brezentowy   dach   namiotu   spadły 
pierwsze krople deszczu, goście zaczęli żegnać się pospiesznie 
i opuszczać przyjęcie.

  - Wejdź do domu, Abby - zaprosił ją Blake. - Odwiozę 

cię, gdy inni wreszcie sobie pójdą.

 - Dziękuję.
Gdy   dotarła   do   przestronnego   holu,   okazało   się,   że 

pozostali goście - wśród nich Ronald Slater - znaleźli już w 
nim schronienie.

  - Nie miałem przyjemności pani poznać - odezwał się 

Slater, przenosząc spojrzenie z twarzy Abby na jej piersi.

background image

W   jego   wzroku   było   coś   tak   jednoznacznego   i 

wyuzdanego, że Abby zamarła ze wstydu i oburzenia. Deszcz 
zmoczył   jej   suknię,   która   oblepiała   ją   teraz   niczym   druga 
skóra.

  -   Pani   pracuje   w   Szpitalu   Uniwersyteckim,   prawda?   - 

spytał Slater.

  -   Owszem   -   odparła,   niezdolna   wymyślić   cokolwiek 

innego.

 - Jak się pani podoba szpital?
 - Odbywam praktykę z zakresu medycyny rodzinnej, ale 

już   się   nie   mogę   doczekać   podjęcia   pracy   w   prawdziwym 
świecie.

Chciała   mu   w   ten   sposób   dać   do   zrozumienia,   że   nie 

podoba   jej   się   napięta   szpitalna   atmosfera   i   wywoływanie 
sztucznych kryzysów służących jako pretekst do obcinania i 
tak już skąpego budżetu.

  -   To   dobrze,   bo   właśnie   rozważaliśmy   likwidację 

szkolenia   lekarzy   rodzinnych   -   odparł,   patrząc   na   nią 
prowokująco.

 - Naprawdę? - spytała, podnosząc wzrok. - To nie byłby 

chyba dobry pomysł.

Uspokajała   się   w   duchu,   że   w   trakcie   drugiego   roku 

szkolenia nic jej nie może zagrażać.

 - Dlaczego? - spytał krótko Slater.
  -   Gdyż   szpital   zyskał   sobie   opinię   kuźni   wspaniałych 

fachowców.

  - Mhm - odparł, wykrzywiając usta. - Ale szkolenie nie 

przynosi pieniędzy, tylko je zabiera.

  -   Taka   już   jest   rola   szpitali   uniwersyteckich   -   rzekła 

słodko Abby. - Gdzieżby indziej można było zyskać fundusze 
na równie profesjonalne szkolenie?

Z opresji wybawił ją cichy dzwonek pagera dochodzący z 

torebki.

background image

  -   Proszę   mi   wybaczyć   -   rzuciła,   ruszając   w   stronę 

schodów.

 - Czy mogę pani pomóc? - spytał miły kobiecy głos, gdy 

Abby zatrzymała się na podeście pierwszego piętra.

Gdy odwróciła głowę, zobaczyła młodą rudowłosą kobietę 

o   orzechowych   oczach.   Może   to   kochanka   Blake'   a?   - 
przemknęło   jej   przez   myśl.   Przecież   żaden   mężczyzna   nie 
mógłby żyć tyle czasu bez kobiety. Poczuła niemiłe ukłucie w 
sercu.

 - Szukam łazienki. I telefonu, o ile oczywiście wolno mi z 

niego skorzystać. Waśnie dzwonił mój pager. To zapewne nic 
ważnego,   gdyż   nie   mam   dziś   dyżuru,   ale   chciałabym   się 
dowiedzieć,   kto   telefonował   -   wytłumaczyła   rudowłosej 
kobiecie.

 - Oczywiście - odparte z uśmiechem nieznajoma. - Zaraz 

za rogiem jest łazienka. - Niestety, wszystkie telefony są na 
razie zajęte, ale mamy cztery linie, więc jedna z nich zapewne 
wkrótce się zwolni. Pokażę pani pokoje gościnne. Opiekuję 
się   synami   pana   Continiego   -   dodała   tonem   wyjaśnienia.   - 
Pracuję tu jako niania.

  -   Rozumiem.   -   Abby   odczuła   ulgę,   choć   jedno   nie 

wykluczało drugiego i niania mogła się jednocześnie okazać 
kochanką...

Z obu telefonów w pokojach gościnnych korzystali inni 

uczestnicy   przyjęcia,   toteż   Abby   postanowiła   zaczekać   w 
korytarzu.

  -   Nikt   na   pewno   nie   używa   prywatnej   linii   doktora 

Continiego - rzekła opiekunka. - Jeśli inni będą rozmawiać 
zbyt   długo,   na   pewno   będzie   mogła   pani   zatelefonować 
stamtąd.

 - Dziękuję.
Gdy   Abby   wyszła   z   łazienki,   wszystkie   telefony   były 

nadal okupowane przez gości Blake'a. Nie pozostało jej nic 

background image

innego, jat spacer po puszystych dywanach korytarzy. Nagle z 
jednego   z   pokoi   na   piętrze   wyszło   dwóch   chłopców.   Nie 
ulegało wątpliwości, że są to synowie Blake'a: niebieskoocy 
blondyni o ładnych rysach twarzy, podobni zarówno do matki, 
jak do ojca.

Sądziła,   że   bliźniacy   po   prostu   pójdą   dalej,   ale   oni 

zatrzymali się nieopodal i rzucili jej nieprzyjazne spojrzenia.

 - Jesteś dziewczyną naszego taty? - spytał jeden z nich.
 - Nie - odparła. - Ale pracuję teraz w tym samym szpitalu 

co on.

  -   Mark,   Jeremy!  -   zawołała   niania.   -   Co   tam   robicie? 

Chłopcy   natychmiast   odwrócili   się   od   Abby   i   pobiegli   w 
przeciwnym kierunku.

  - Mam nadzieję, że nie byli niegrzeczni - powiedziała 

przepraszająco   niania.   -   Są   bardzo   niemili   dla   wszystkich 
ładnych   kobiet,   gdyż   widzą   w   nich   rywalki   matki,   którą 
niedawno stracili.

 - Rozumiem - odparta Abby. - Nie mam im tego za złe.
  - Nazywam się Susan Reed. Opiekuję się chłopcami od 

trzech   lat.   Pan   Contini   zatrudnił   mnie   jeszcze   przed 
wypadkiem. Słyszała pani o Kaitlin?

 - Coś niecoś.
 - Gdyby Mark i Jeremy nie znali mojego narzeczonego, ja 

też miałabym ciężkie życie. Trzeba im wybaczyć.

 - Czy państwo Contini mieszkali zawsze w tym domu? - 

spytała Abby.

 - Nie. Ta rezydencja należała do ojca doktora Continiego, 

który również był lekarzem. Ojciec podarował tę posiadłość 
synowi kilka miesięcy temu. Tu chyba wszyscy zawsze czuli 
się szczęśliwi. - Kobieta sugerowała wyraźnie, że nie dałoby 
się tego powiedzieć o poprzednim domu państwa Continich.

 - Rzeczywiście. Panuje tu naprawdę wspaniała atmosfera 

- odparła szczerze Abby,

background image

Nagle dotarł do nich głos Blake'a, który wchodził na górę 

w towarzystwie innych gości.

  -   Pozwolisz  tej  młodej   damie   skorzystać   ze   swojej 

prywatnej   linii?   -   spytała   Susan,   a   Abby   odnotowała   w 
pamięci, że niania zwraca się do Blake'a po imieniu.

 - Pozostałe są bez przerwy zajęte.
 - Oczywiście - odparł z uśmiechem Blake i zaprowadził 

Abby do swojej sypialni.

  -  Muszę   się   jeszcze   pożegnać   z   paroma   osobami.   Nie 

przeszkadzaj sobie - rzucił, wychodząc.

Abby   usiadła   na   brzeżku   łóżka   i   rozejrzała   się   po 

przestronnym   wnętrzu.   Piękne   dębowe   meble   miały 
ciemnoczerwone i zielone obicia. Narzuta leżąca na łóżku była 
utrzymana w  tej  samej tonacji. Gdyby tak mogła dzielić ten 
pokój z Blakiem...

Przywołała się do porządku i wybrała numer szpitala.
  -   Telefonowała   Kyra   Trenton   -   poinformowała   ją 

operatorka. - Twierdzi, że sprawa nie jest pilna, ale prosiła o 
kontakt. Zanotuje pani numer?

Kyra   chciała   się   zapewne   po   prostu   pożegnać.   Po 

egzaminach wyjeżdżała z matką do domu na wakacje.

Abby przymknęła oczy. Żałowała, że  wypiła  tyle wina. 

Czując, że ogarnia ją senność, oparła się o poduszki. Tylko 
kilka minut, choć najchętniej przespałaby cały tydzień. Tylko 
kilka minut...

Gdy otworzyła oczy, Blake siedział na krześle nieopodal.
Boże!  -   pomyślała.   Przecież   leżę   na   jego  łóżku!   On   to 

może po prostu uznać za prowokację! A gdyby jeszcze zastali 
mnie tu chłopcy! Aż strach pomyśleć!

 - Bardzo mi przykro - wyjąkała z trudem i usiadła. - Nie 

miałam zamiaru zasnąć.

Podszedł bliżej, nie spuszczając z niej wzroku.
 - Jeszcze raz przepraszam - szepnęła.

background image

Spuściła   nogi   na   podłogę   i   wstała,   sięgając   po   torebkę 

wiszącą na oparciu krzesła. Podał jej ją szybko, a ich palce na 
krótką chwilę się zetknęły.

  - Dziękuję - odparła lekko schrypniętym głosem. Blake 

porwał   ją   nagle   w   ramiona   i   zaczął   całować.   Po   chwili   w 
pokoju obok zadzwonił telefon, wyrywając ich z magicznego 
kręgu.

  - Abby - szepnął Blake. - Co ty ze mną wyprawiasz? 

Milczała.

  -   Odwiozę   cię   do   domu   -   powiedział   cicho.   -   Idę   do 

garażu   po   samochód.   Jeśli   chcesz   doprowadzić   się   do 
porządku, to tuż obok jest łazienka. Na razie nie wychodź. 
Gdyby   moi   synowie   zobaczyli   nas   teraz   razem,   dodaliby 
szybko   dwa   do   dwóch   i   otrzymali   od   razu   jednoznaczny 
wynik - dodał smętnie i zamknął za sobą drzwi.

Abby   zaczerpnęła   głęboko   powietrza.   Próbowała   się 

uspokoić.   Przecież   tego   właśnie   pragnęła   -   związku   z 
dojrzałym mężczyzną. Blake Contini stanowił uosobienie jej 
marzeń. Nie, był nawet kimś więcej. Niestety, Abby zdawała 
sobie   jednocześnie   sprawę   z   tego,   że   choć   Blake   jest   już 
gotów   przystać   na   romans,   na   pewno   nie   zechce   się 
angażować w trwały związek.

Weszła   do   łazienki   i   zerknęła   do   lustra.   W   jej   dużych 

oczach   czaił   się   lęk.   Lęk   przed   przyszłością.   Miłość   do 
Blake'a, której nie potrafiła już się oprzeć, stanowiła poważne 
zagrożenie dla jej samopoczucia. Mogła również spowodować 
nieobliczalne kłopoty w pracy.

Blake   obawiał   się   o   stan   emocjonalny   synów.   Według 

własnej oceny nie sprawdził się uprzednio w roli męża, toteż 
ponad wszystko na świecie pragnął teraz okazać się dobrym 
ojcem.   I   choć   całował   ją   namiętnie,   z   prawdziwym 
pożądaniem,   jednocześnie   toczył   ze   sobą   walkę.   Taki 
człowiek jak on potrzebował czasu, by odzyskać równowagę 

background image

po śmierci żony, choć od dawna nie łączyło go z Kaitlin żadne 
uczucie. A ona, Abby, może z tego powodu cierpieć.

W drodze do jej mieszkania prawie w ogóle ze sobą nie 

rozmawiali. Deszcz nie przestawał padać.

 - Dziękuję za podwiezienie - powiedziała, gdy dotarli na 

miejsce. - Bardzo dobrze się u ciebie bawiłam.

  -   Cieszę   się,   że   przyszłaś.   -   Uśmiechnął   się   lekko.   - 

Powiedz mi tylko jedno: czy dobrze znasz Ronalda Slatera? 
Widziałem, jak z nim rozmawiałaś.

 - Prawie w ogóle go nie znam. Tylko ze słyszenia.
 - Jestem zazdrosny. - Znów się do niej uśmiechnął, a ona 

stwierdziła, że ten uśmiech dziwnie na nią działa.

 - Nie kpij ze mnie.
  - Nie kpię. Jesteś bardzo ładna, a on patrzył na ciebie 

całkiem jednoznacznie. Na coś liczy.

 - Bez wzajemności. Blake roześmiał się głośno.
  - Bardzo się cieszę. Pragnę cię mieć tylko dla siebie. - 

Pocałował ją gorąco. - Masz kogoś? - zapytał potem.

 - Chyba nie - odparła przesuwając palcami po jego szyi.
 - To dobrze. Przynajmniej wiemy, na czym stoimy.
 - Czyżby?
  - Tak mi  się wydaje. Jeszcze raz  dzięki, że  przyszłaś. 

Zjesz ze mną kolację w przyszłym tygodniu?

 - Oczywiście. Jeśli obiecasz, że nie będziesz ze mnie kpił 

- powiedziała, a jej serce zaczęło śpiewać z radości.

Wyciągnął rękę i dotknął delikatnie jej policzka.
 - Będziemy w kontakcie. Do zobaczenia. Spotkamy się w 

przyszłym tygodniu.

Kiedy  później   zadzwonił  telefon,  Abby   leżała   w  łóżku. 

Natychmiast sobie przypomniała, że nie zadzwoniła do Kyry. 
I   choć   sprawa   nie   wymagała   pośpiechu,   żałowała,   że   nie 
załatwiła jej wcześniej,

 - Halo - powiedziała cicho do słuchawki.

background image

 - Halo, Abby - usłyszała glos Blake'a.
  -   Och,   sądziłam,   że   to   moja   pacjentka  -  rzekła 

onieśmielona,   tak   jakby  Blake  mógł   ją   zobaczy   w   łóżku 
ubraną w króciutką koszulę nocną. Jednocześnie uświadomiła 
sobie, jak bardzo za nim tęskni.

 - Spodziewasz się kogoś? - spytał i niemal widziała, że się 

uśmiecha.

 - Nie. - Ogarnął ją specyficzny rodzaj radości. - Miałam 

po   prostu   porozmawiać   z   pewną   młodą   dziewczyną... 
Pamiętasz? Opowiadałam ci o niej w kawiarni. Ale przecież 
nie dzwonisz do mnie w sprawie pacjentów. Chyba że znów 
każesz mi zrobić konspekt czyjejś terapii?

  -   Tak   naprawdę   to   chciałem   ci   tylko   powiedzieć,   że 

zastawiłaś u mnie kapelusz - odparł wesoło.

  - Naprawdę? - Przy Blake'u kompletnie traciła głowę. - 

Szkoda, bo to mój ulubiony. Co nie znaczy, że mam ich dużo.

 - Wyglądasz w nim...
 - Okropnie?
  - Uroczo - stwierdził. - Przyniosę ci go do szpitala, a 

może sama po niego przyjdziesz? Chciałbym zaprosić cię na 
kolację. Może w piątek albo w sobotę? Kiedy wolisz?

Serce zabiło jej mocniej z radości.
 - W piątek - odparła.
 - Zatem do zobaczenia. Dobranoc, Abby.
 - Dobranoc.
Jeszcze   długo   potem   przewracała   się   z   boku   na   bok, 

próbując zasnąć. Czy mogła rywalizować z pamięcią o pięknej 
Kaitlin?

Poza tym wcale nie była gotowa na miłość.

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY
W   poniedziałek   najpierw   zamierzała   odwiedzić   pana 

Barlowa, który miał zostać tego dnia poddany operacji.

  -   Jak   się   masz,   Abby?   -   zawołała   do   niej   Cheryl, 

spotykając ją w korytarzu. - Piękny dzień, prawda?

  -   Za   piękny,   żeby   tu   tkwić   -   zgodziła   się   Abby.   - 

Wolałabym siedzieć teraz w domku nad jeziorem i wylegiwać 
się na słońcu.

 - To właśnie zamierzam robić podczas weekendu u moich 

rodziców - odparła Cheryl. - Może ze mną pojedziesz?

 - Bardzo bym chciała, ale w piątek mam randkę.
  -   Naprawdę?   -   Cheryl   spojrzała   na   nią   z 

zainteresowaniem.   -   Opowiesz   mi   o   tym   później   -   dodała, 
gdyż w pokoju lekarskim zebrał się tymczasem spory tłumek.

Abby poszła od razu do pana Barlowa, który leżał już w 

sali przedoperacyjnej.

 - Dzień dobry, pani doktor - powiedział. - Wybiła chyba 

godzina zero.

 - Rzeczywiście. Jak się pan czuje? - spytała. - Przyszłam 

życzyć   panu   szczęścia.   Zresztą,   i   tak   pan   je   ma.   Nie 
stwierdzono przerzutów.

  -   Wiem   -   odparł   cicho   pacjent,   wbijając   w   nią   jasne, 

wodniste oczy. Środki uspakajające zaczęły działać. - Muszę 
teraz tylko przetrwać jakoś tę operację i następne parę dni na 
intensywnej terapii, dopóki nie wyjmą mi drenów.

  -   Wszystko   będzie   dobrze   -   rzekła   uspokajająco.   Nie 

mogła mu przecież wyjawić, że po tylu latach palenia musi 
mieć   bardzo   osłabione   serce   i   już   sama   narkoza   stanowi 
poważny problem. Niemniej nawet przez chwilę nie wątpiła, 
że pan Barlow przeżyje operację i otrzyma najlepszą możliwą 
opiekę. Porozmawiali jeszcze chwilę, a potem zabrano go na 
operację.

background image

  -   Odwiedzę   pana   na   OIOM-ie   -   obiecała   Abby   na 

pożegnanie.

 - Dziękuję za wszystko, co pani dla mnie zrobiła - odparł 

z   godnością   typową   dla   wielu  zwykłych  ludzi   świadomych 
ryzyka i bólu. Ta godność zawsze ją wzruszała.

Nie miała już wątpliwości co do tego, że kocha Blake'a. 

Los wziął jej życie w swoje ręce - na dobre i złe.

Gdy wsiadła do zatłoczonej windy, zobaczyła Blake'a tuż 

przy   ścianie.   Aby   nie   dać   się   przytłoczyć   wspomnieniom, 
skupiła   myśli   na   operacji   pana   Barlowa.   Gdy   wysiedli   z 
windy, poczuła na ramieniu czyjąś dłoń.

 - Wybierasz się na piątkową sesję internistyczną? - spytał 

Blake. - Będziemy omawiać dalsze leczenie pana Simmonsa. 
Oprócz niego mam dwóch innych interesujących pacjentów. 
Jeden z nich cierpi na nietypową odmianę gruźlicy.

 - Oczywiście. Zamierzam przyjść - odparła.
  - To dobrze. Mam nadzieję, że się nie spóźnisz.. Oblała 

się rumieńcem.

 - Zazwyczaj jestem bardzo punktualna.
  - I nie zapomnij, że zabieram cię później na kolację - 

mruknął. - Przyjadę o siódmej.

Skinął jej ręką na pożegnanie i poszedł w swoją stronę, 

ona zaś ruszyła przed siebie głównym korytarzem. Sama już 
nie wiedziała, dokąd idzie.

  -   Cholera   -   mruknęła   do   siebie.   Każda   rozmowa   z 

Blakiem wytrącała ją z równowagi.

Do ukończenia szkolenia pozostało jej jeszcze pół roku, a 

potem   musiała   postarać   się   o   dobrą   pracę,   by   zdobyć 
niezbędne   doświadczenie.   W   jej   planach   zupełnie   nie   było 
miejsca dla Blake'a Continiego. A i tak serce śpiewało jej z 
radości. W piątek może go mieć wyłącznie dla siebie.

background image

Ani  przez  chwilę  nie sądziła, że Blake szuka  następnej 

żony. Może raczej kochanki? Intuicja mówiła jej wyraźnie, że 
chodzi o kochankę.

W   kilka   godzin   później   zatelefonowała   do   Kyry. 

Słuchawkę podniosła pani Trenton.

 - Och, doktor Gibson! Bardzo się cieszę, że pani dzwoni - 

powiedziała.   -   Chciałyśmy   serdecznie   pani   podziękować   za 
opiekę. Wszystko już jest w porządku. Zostanę w Gresham do 
końca semestru, a potem Kyra wróci ze mną do domu.

 - Świetnie. Jeśli mogę jeszcze w czymś pomóc, proszę się 

ze mną kontaktować przez tutejszą poradnię.

 - Zostaje pani w szpitalu?
  - Jeszcze nie wiem. Zapewne podejmę pracę u jakiegoś 

lekarza rodzinnego z dużą praktyką.

 - Życzę pani szczęścia. Zasługuje pani na same sukcesy. 

Kyra śpi, ale powiem jej, że pani dzwoniła. Jeszcze raz bardzo 
dziękuję.

Tego ranka dziękowano Abby aż dwukrotnie, co bardzo ją 

wzruszyło. Mimo to pytania pani Trenton wzbudziły w niej 
znowu   niepokój   o   przyszłość.   Miała   nadzieję,   że   Eliza 
Cruikshank   zaproponuje   jej   posadę   młodszego   wspólnika. 
Abby zyskałaby w ten sposób niewątpliwie bardzo obiecujące 
perspektywy.

Od dnia, w którym poznała Blake'a, minęło dokładnie pięć 

tygodni.   Mała   salka   wykładowa   oddziału   interny   była 
zatłoczona,   gdy   Abby   dotarła   na   miejsce,   niosąc   ostrożnie 
kubek z kawą. Od razu dostrzegła paru znajomych, wśród nich 
Cheryl, która zaczęła się przeciskać w jej stronę.

Otoczona   grupką   przyjaciół,   nie   mogła   jednak   oderwać 

myśli od czekającej ją kolacji.

Tego wieczoru miała zostać sam na sam z Blakiem. Po raz 

pierwszy w życiu odczuwała tak wielką radość przed randką z 
mężczyzną, a nigdy przecież nie unikała ich towarzystwa.

background image

  - Dzień dobry, Abby - powitał ją nagle znajomy męski 

głos.

Odwróciła głowę i zobaczyła doktora Hadleya ze szpitala 

Gresham General.

 - Stewart! Zupełnie inaczej wyglądasz. Podali sobie ręce.
  - Przyszedłeś tutaj na wykład? - spytała z uśmiechem. 

Kątem oka zdołała dostrzec, iż Cheryl wpatruje się w Stewarta 
jak urzeczona.

 - Tak, Doktor Contini zyskuje coraz większą sławę jako 

pan profesor. Na jego wykłady i prezentacje przychodzą nawet 
wybitni specjaliści.

 - Miło cię widzieć, Stewart - powiedziała szczerze.
 - Mnie również. Mam nadzieję, że nie spotkały cię żadne 

przykrości z  powodu Kaitlin Contini? - spytał cicho, tak by 
nikt nie mógł go usłyszeć.

 - Przez jakiś czas czułam się dziwnie - przyznała Abby. - 

I wciąż jeszcze me wiem, co o tym sądzić.

 - Uwierz mi, Abby, lepiej, że tak się stało, jak się stało. 

Ale ty nie przyczyniłaś się w żaden sposób do śmierci Kaitlin. 
Nadszedł czas, żeby pozwolić jej odejść. 

 - Nie przedstawisz mnie? - Cheryl trąciła Abby łokciem.
  -   Stewart,   to   Cheryl,   moja   przyjaciółka.   Właściwie   to 

dziwne, że się dotąd nie poznaliście.

 - Cześć! Bardzo mi miło. - Hadley przyjrzał się uważniej 

ślicznej   twarzyczce   Cheryl.   -   Ty   też   uczysz   się   medycyny 
rodzinnej?

  -   Tak...   -   wyjąkała   Cheryl,   zarumieniona   po   uszy   jak 

pensjonarka.

Abby   odwróciła   się   z   uśmiechem   w   stronę   ekranu 

rozwieszonego w salce. Tam właśnie stał Blake i patrzył na 
nią   takim   wzrokiem,   jakby   nikt   poza   nimi   nie   istniał   na 
świecie.   W   jego   oczach   dostrzegła   tak   ponury   wyraz,   jak 
owego pamiętnego dnia, gdy zmarła jego żona.

background image

Poczuła   niemiły   skurcz   serca.   Może   to   widok   Stewarta 

przypomniał Blake'owi te okropne chwile? Wreszcie odwrócił 
od niej wzrok i rozpoczął wykład.

Po zajęciach nie miała już okazji, aby z nim porozmawiać. 

Dostrzegła natomiast Cheryl pogrążoną w ożywionej dyskusji 
ze   Stewartem.   Znajomość   tych   dwojga   postępowała 
najwyraźniej   w   ekspresowym   tempie.   Nie   chcąc   im 
przeszkadzać, Abby poszła w swoją stronę.

Domofon   zadzwonił   dwie   minuty   po   siódmej.   Abby 

powoli wstała z kanapy, na której od paru minut  siedziała, 
czekając niecierpliwie na przyjście Blake'a.

 - Witaj - rzuciła do domofonu.
 - Jesteś gotowa, Abby?
 - Tak - szepnęła.
 - W takim razie czekam.
Abby z wrażenia upuściła słuchawkę, a potem weszła do 

łazienki i przyjrzała się sobie w lustrze. Wieczór był ciepły, 
toteż włożyła na siebie prostą bluzkę bez rękawów i krótką 
spódniczkę. Mimo tego lekkiego stroju czuła, że płonie.

Wiedziała, że wygląda atrakcyjnie. Nagie ramiona i nogi 

nosiły ślady opalenizny, a trykotowa góra przylegała ładnie do 
jej pełnych piersi. Sprawdziła jeszcze raz makijaż, przeczesała 
rozpuszczone włosy.

  - Niech wie, że jestem prawdziwą kobietą, a nie tylko 

mechanizmem  do stawiania diagnoz - mruknęła  do siebie i 
opuściła łazienkę.

Idę jak owca na rzeź, pomyślała, zjeżdżając windą dwa 

piętra w dół.

Blake   czekał   na   nią   pod   domem,   ubrany   w   eleganckie 

szare   spodnie   i   koszulę   w   paski,   rozpiętą   pod   szyją.   Gdy 
zobaczyła w jego oczach zachwyt, poczuła się pewniej.

 - Witaj. Wyglądasz cudownie - powiedział.

background image

  - Dziękuję - odparła z uśmiechem. - Miło cię widzieć 

poza szpitalem.

Pocałował   ją   w   policzek,   wziął   pod   rękę   i   zwyczajem 

staroświeckiego dżentelmena pomógł wsiąść do samochodu. 
Zauważyła,   że   przyjechał   nowym   ferrari   coupe,   lecz   nie 
spytała, co zrobił z szarym buickiem. I choć nie znała się na 
samochodach, gust Blake'a bardzo jej zaimponował.

 - Dokąd jedziemy? - spytała, gdy usiadł za kierownicą.
 - Do takiego małego francuskiego bistra - odparł. Nie był 

już   tak   napięty   jak   w   szpitalu,   ale   jego   twarz   nadal   nosiła 
ślady zmęczenia.

 - Wspaniale - odparła lekkim tonem. - Na pewno bardzo 

mi się tam spodoba.

W zamkniętej przestrzeni auta zapanowała nagle bardzo 

intymna atmosfera. Spojrzenie Abby powędrowało w stronę 
uda   Blake'a,   które   jej   niemal   dotykało.   Odwracając   szybko 
wzrok,   przygryzła   wargi   i   wyjrzała   przez   okno.   Wiedziała 
doskonałe,   że   znajdzie   się   w   ramionach   tego   mężczyzny, 
zanim jeszcze zapadnie noc. Modliła się tylko w duchu o to, 
by nie zrobić niczego wbrew sobie. Spotkanie z Blakiem nie 
należało do łatwych.

  - Chcę założyć klub dla stażystów z oddziału interny i 

medycyny rodzinnej. Słyszałaś o takich klubach?

  -   Członkowie   prezentują   referaty,   prace   naukowe   i 

wymieniają doświadczenia?

 - Mhm.
 - Należałam kiedyś do takiego klubu, kiedy uczęszczałam 

jeszcze na zajęcia z interny. Prowadzący zmienił to zresztą w 
prawdziwe wydarzenie towarzyskie.

  -   Ja   też   mam   taki   zamiar.   Ktoś   przedstawia   referat, 

prowadzimy dyskusję na jego temat, a potem jemy kolację i 
wypijamy kieliszek wina.

background image

  -   Nam   podawano   naprawdę   wspaniałe   dania.   I   to   w 

dodatku w ogrodzie.

  -   A   czego   się   nauczyłaś?   -   spytał,   ubawiony   jej 

entuzjazmem.

  -   Wielu   rzeczy.   Uważam,   że   kieliszek   wina   wpływa 

bardzo   pozytywnie   na   szare   komórki.   A   gdzie   ty   chcesz 
prowadzić zajęcia?

 - W domu. Chciałabyś w nich uczestniczyć?
 - Bardzo, jeśli tylko się zgodzisz.
  - W przyszłym tygodniu wszystko zaplanuję. Pierwsze 

spotkanie może się odbyć na początku lipca.

 - Już się nie mogę doczekać.
Pomyślała   z   sympatią   o   uroczym   domu   Blake'a.   Klub 

stwarzał   szansę   na   częste   spotkania,   bliższe   poznanie 
bliźniaków i ich opiekunki, od której być może udałoby się 
wydobyć jakieś rodzinne tajemnice.

 - Przedstawię ci synów - oznajmił Blake, jakby czytał w 

jej myślach.

Nie pozostało nic do dodania, toteż Abby w drodze do 

restauracji nie odezwała się już ani słowem.

Knajpka   okazała   się   mała,   przytulna,   i   najwyraźniej 

cieszyła   się   popularnością,   gdyż   wszystkie   stoliki   -   oprócz 
tego, który zarezerwował Blake - były zajęte.

Gdy usiedli, poczuła, że Blake ociera się o nią kolanem.
 - Trochę tu ciasno i trudno się nie dotykać. Ja zresztą nie 

mam nic przeciwko temu - oświadczył z uśmiechem i uścisnął 
jej rękę. - Życzę ci smacznego. Baw się dobrze.

Kelner podał im kartę.
  - Prowadzą tu wspaniałą kuchnię - ciągnął Blake. - A 

chyba oboje powinniśmy coś zjeść.

Abby   przestudiowała   spis   potraw,   zachowując   pozory 

spokoju.

background image

 - Chyba mam większą ochotę na wino niż jedzenie. Może 

po małym kieliszku nie czułabym tak wyraźnie dotyku twoich 
kolan.   Jak   myślisz?   Oni   tu   specjalnie   umieścili   takie   małe 
stoliki?

  - Chyba tak, chociaż ja specjalnie poprosiłem o ten w 

rogu. Tu jest po prostu najciaśniej.

Oboje roześmiali się głośno i napięcie opadło. Abby nie 

miała już wątpliwości. Ten wieczór musi się udać.

Rozmawiali   o   wszystkim   z   wyjątkiem   pracy,   choć 

poruszali również tematy z pogranicza etyki medycznej. Nie 
wspominali natomiast o żonie Blake'a i jego małżeństwie.

Gdy   po   kolacji   wyszli   na   dwór,   zapadał   mrok.   Ciepłe 

powietrze   otuliło   ich   jak   aksamit   Przed   przejściem   przez 
jezdnie Blake ujął Abby za rękę i już jej nie wypuścił.

 - Zaprosisz mnie na filiżankę kawy? - spytał, gdy znaleźli 

się   w   samochodzie.   -   Nie   zostanę   długo,   bo   jeszcze   dziś 
wieczorem   wybieram   się   do   swojego   domku   nad   jeziorem 
Arbour.   To   dwie   i   pół   godziny   jazdy   stąd.   Wyjeżdżam   na 
weekend.

 - Z dziećmi? - zapytała.
 - Nie. Chłopcy wybiorą się ze mną następnym razem. Na 

dłużej, bo już będą mieli wakacje. Jadę sam. Muszę się stąd 
wyrwać na jakiś czas.

 - Rozumiem. To chyba dość daleko...
 - Ale o takiej porze nie ma ruchu.
  - Chętnie poczęstuję cię kawą - powiedziała. - Po tym 

winie potrzebujesz kofeiny, żeby nie zasnąć za kierownicą.

Spakowałeś rzeczy?
 - Tak, muszę tylko wpaść po nie do domu.
Jechali   w   milczeniu.   Abby   czuła,   że   stęskni   się   za 

Blakiem, wiedząc, że nie ma go nigdzie w pobliżu. Wrażenie 
to było zresztą zupełnie irracjonalne, gdyż i tak by się przecież 
nie spotkali. Teraz pragnęła, by ją pocałował, podobnie jak 

background image

wtedy podczas przyjęcia. Przymknęła jednak tylko oczy, by 
wymazać spod powiek jego obraz.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY
W mieszkaniu zajęła się przyrządzaniem kawy, a Blake 

stał przy bibliotece i oglądał jej książki.

  - Wierzysz w to, że można dużo o kimś powiedzieć na 

podstawie książek, które czyta?

  - Z pewnością - odpowiedział, odwracając głowę w jej 

stronę.

 - I do jakiego wniosku doszedłeś?
  - Jesteś znacznie bardziej skomplikowana, niż by się to 

mogło wydawać - odparł, podchodząc bliżej.

 - Jak większość ludzi.
 - Nie. Niektórzy z nich to pozerzy. Mało interesujący.
 - Tracą przy bliższym poznaniu.
  -   Coś   w   tym   rodzaju.   Ale   ty   na   pewno   nie   stracisz. 

Odwróciła się w stronę bulgoczącej maszynki do kawy.

Blake położył jej rękę na ramieniu.
  -   Może   pojedziesz   ze   mną   nad   jezioro?   Masz   wolny 

weekend, prawda?

Popatrzyła   na   niego   szeroko   otwartymi   oczami.   Blake 

najwyraźniej jej potrzebuje. I to właśnie jej, a nie żadnej innej 
kobiety. I ona również go pragnie.

  -   Nie   wiem,   co   powiedzieć   -   szepnęła.   -   Czy   dlatego 

zaprosiłeś mnie na kolację?

  - Oczywiście, że  nie. Po prostu nagle  pomyślałem,  że 

bardzo bym tego pragnął. Szkoda, że nie wspomniałem o tym 
wcześniej. Może masz inne plany?

 - Nie.
Na chwilę zapadła niezręczna cisza.
 - Pojedziesz? - Nie nalegał. Po prostu pytał.
Oboje wiedzieli, co to oznacza. Blake prosił ją o to, by 

została jego kochanką. Nie miała wątpliwości.

  -   Blake...   Tak   bardzo   bym   chciała,   ale   już   sama   nie 

wiem... Zupełnie się tego nie spodziewałam.

background image

Spuściła   głowę   tak   nisko,   że   nie   widział   jej   twarzy. 

Nadszedł czas, by powiedzieć „tak" ukochanemu mężczyźnie. 
Ale czy on również ją kocha?

  -   Oczywiście,   że   się   nie   spodziewałaś   -   powiedział 

miękko, ściskając jej ramię. - Nie powinienem był cię prosić.

  -   Tak   mi   przykro...   -   Powodowana   nagłym   impulsem, 

zarzuciła mu ręce na szyję, ulegając pragnieniu, by poczuć 
jego usta na swoich.

Patrzył   na   nią   płonącym   wzrokiem,   w   którym   krył   się 

również   żal.   Pomyślała   nagle,   że   przez   te   wszystkie   lata 
nieudanego małżeństwa Blake nie miewał jednak kochanek.

  - Jesteś dla mnie doskonałą terapią - rzekł półgłosem. - 

Sądzę też, że ja stanę się taką terapią dla ciebie. Do tej pory 
miałaś w życiu za mało przyjemności i za dużo pracy.

Marzyła o Blake'u przez tyle nocy, a teraz jej najskrytsze 

pragnienia miały się ziścić.

  - Pocałuj mnie - szepnęła, unosząc ku niemu twarz. W 

chwili, gdy zetknęły się ich usta, napięcie opadło.

  -   Nie,   nie   odchodź   -   szepnęła,   a   on   ujął   jej   rękę   i 

poprowadził w stronę kanapy stojącej w rogu salonu. Zanim 
zdążyła pojąć, co się dzieje, leżała na kanapie wraz z Blakiem. 
Jednocześnie wyciągnęli do siebie ramiona.

 - Mógłbym umrzeć w ten sposób - szepnął, przyciskając 

policzek do jej policzka.

 - Nie umieraj - poprosiła.
Kiedy   otworzyła   oczy,   Blake'a   przy   niej   nie   było.   Jak 

mogła   zasnąć   tak   mocno   i   nie   usłyszeć,   że   wyszedł?   W 
powietrzu unosił się zapach kawy, której w końcu nie wypili

Opuściła nogi na podłogę.
  - Blake! - zawołała, nie oczekując odpowiedzi Zegarek 

wskazywał drugą w nocy. Cicho podreptała do sypialni, by 
zobaczyć, czy Blake nie śpi przypadkiem w jej łóżku. Nie, 
definitywnie  wyszedł.  Zresztą,  uprzedzał  ją,  że   wybiera  się 

background image

nad   jezioro,   gdzie   zazwyczaj   wypoczywali   wszyscy 
mieszkańcy Gresham.

Z   poczuciem   straty   Abby   powędrowała   do   kuchni,   by 

wyłączyć   ekspres.   Pod   pustym   dzbankiem   do   kawy   zastała 
liścik.

Blake informował ją krótko, że w soboty z Gresham do 

Glen Arbour jeżdżą dwa pociągi. Do liściku przyczepiony był 
numer   telefonu   i   mała   mapka   okolicy.   Blake   obiecywał 
również,   że   odbierze   ją   ze   stacji,   jeśli   zdecyduje   się   go 
odwiedzić.

Usiadła na kanapie i kilkakrotnie przeczytała list.
 - Och, Blake - szepnęła. - Tak bardzo cię kocham. Blake 

postąpił bardzo mądrze, pozostawiając ją samą, by wszystko 
spokojnie przemyślała. Ważne decyzje nigdy nie są łatwe i 
wymagają konsekwencji.

Gdyby   pojechała   do   Blake'a,   na   pewno   zostaliby 

kochankami.   Tej   nocy   zasnęli   razem,   czułe   objęci.   Teraz 
nadeszła pora na kolejny krok. Nie mogli już dłużej udawać, 
że nic się między nimi nie dzieje. Abby wiedziała jedynie, że 
pragnie być z Blakiem, i że go kocha.

Dręczyły ją również myśli o pacjentach. Większość z nich 

musiała,   podobnie   jak   Abby,   podjąć   trudne   decyzje. 
Przynajmniej   młodziutka   Kyra   wydawała   się   na   razie 
bezpieczna,   zyskawszy   wsparcie   u   własnej   matki.   Ralpha 
Simmonsa czekało długotrwałe leczenie, a jednak jakoś się nie 
poddawał. W porównaniu  z  takimi problemami  życie Abby 
wydawało się proste i pozbawione trosk.

Gary   Barlow   odzyskiwał   siły   po   operacji.   Rylesowi   - 

pomagali koledzy. No i oczywiście sam Blake.

Nikt   nie   potrafi   łatwo   odzyskać   równowagi   po   śmierci 

osoby, którą niegdyś kochał, nawet jeśli ta miłość już minęła. I 
to   na   dodatek   w   sytuacji,   gdy   ma   na   wychowaniu   dwóch 
synów, wiernych pamięci matki.

background image

Tyle nierozwiązanych spraw, myślała Abby. A większość 

z   nich   trudna   i   skomplikowana.   Podobnie   jak   w   świecie 
medycyny. Zawsze jednak można się zdobyć na optymizm, 
pielęgnować   nadzieję   i   podtrzymywać   na   duchu.   Na   tym 
między innymi polega jej praca.

Zrobię,   co   tylko   w   mojej   mocy,   postanowiła.   Należy 

zawsze wykazać jak najwięcej dobrej woli, zdając sobie przy 
tym sprawę z własnych ograniczeń.

Do domku nad jeziorem pociąg jechał dwie godziny. Pod 

koniec podróży, gdy napięcie sięgnęło zenitu, Abby zaczęła 
powtarzać sobie w myślach, co ma powiedzieć Blake'owi.

Gdy zatelefonowała do niego z Gresham i zawiadomiła o 

swym   przyjeździe,   odparł,   że   wyjdzie   po   nią   na   dworzec. 
Dzień był gorący, jasny i bezchmurny. Zbliżało się południe.

Pociąg przystanął wreszcie na przedostatniej stacji i Abby 

zeszła   sztywno   na   peron.   Ubrana   w   dżinsy   i   bluzkę   bez 
rękawów,   czuła   się   prawie   jak   na   wakacjach,   choć   ani   na 
chwilę nie opuszczał jej niepokój.

Ruszyła   wolno   w   stronę   poczekalni,   rozglądając   się 

wokół. Nigdzie jednak nie dostrzegła Blake'a. Odgarnąwszy 
włosy   z   czoła,   włożyła   okulary   i   ponownie   poszukała   go 
wzrokiem.   Bez   skutku.   A   jeśli   zostawił   dla   niej   gdzieś   na 
stacji wiadomość, że nie przyjdzie, bo się rozmyślił i że może 
wrócić do domu tym samym pociągiem, wracającym z Glen 
Arbour do Gresham pół godziny później?

 - Abby... Odwróciła się.
 - Gdzie... gdzie byłeś? Już się bałam, że nie przyjdziesz - 

wyrzuciła zdenerwowana, nie kryjąc ulgi.

 - Dlaczego miałbym nie przyjść?
Miał na sobie sportowy strój i był już lekko opalony.
  - Czekałem przy drugim końcu peronu, a teraz jestem 

tutaj. - Otworzył szeroko ramiona i porwał ją w objęcia.

background image

  - Och, Blake... - Torba Abby upadła na peron. - Tu jest 

tak ślicznie. Bardzo się cieszę, że przyjechałam.

 - Dlaczego miałbym nie przyjść? - powtórzył. - Przecież 

czekam   na   ciebie   już   co   najmniej   półtorej   doby.  To   ja   się 
bałem, że jednak zostaniesz w domu.

 - Nie była to taka trudna decyzja - mruknęła, tuląc twarz 

do jego policzka.

  - Chodźmy  do samochodu. - Objęci, opuścili  budynek 

stacji.

Na   obrzeżach   miasta   leżało   kilka   osad.   Blake   pojechał 

wąską drogą nad brzegiem jeziora. Przez otwarte okno do auta 
wpadał   zapach   świeża   skoszonej   trawy.   Spoza   drzew 
prześwitywała niebieska woda jeziora.

 - Cudownie tu - zachwycała się Abby.
 - Jeszcze nie widziałaś domku.
Po kilku minutach Blake skręcił w kamienistą ścieżkę nad 

jeziorem i zaparkował.

 - Zejdźmy na brzeg. - Uśmiechnął się do niej zachęcająco. 

- Stąd jest naprawdę piękny widok. Domek leży po drugiej 
stronie jeziora, jakieś dziesięć minut drogi stąd.

Gdyby nie wiedziała, że Blake nie spał prawie przez całą 

noc, nigdy by w to nie uwierzyła. Otaczała go specyficzna 
aura świeżości i szczęścia. Gdy zeszli nad wodę, Blake ujął jej 
dłoń.

  -  Zanim   znajdziemy   się   na   miejscu,   muszę   z   tobą 

pomówić, bo potem nie wypuszczę cię z objęć i nie będę miał 
czasu na żadne rozmowy - szepnął.

  -   Wcale   nie   chcę,   żebyś   wypuszczał   mnie   z   objęć   - 

odparła ze śmiechem.

Przytulił ją i popatrzył na jezioro.
  - Trzymam cię za słowo - zażartował, a ona oparta mu 

głowę   na   ramieniu.   Wydawało   się   jej   to   teraz   zupełnie 

background image

naturalne. - Czy już ci mówiłem - ciągnął - że kupiłem ten 
dom rok temu?

Skinęła   głową.   Blake   chciał  jej  dać   w   ten   sposób   do 

zrozumienia,   że   nigdy   nie   był   tu   z   Kaitlin.   W   domku   nad 
jeziorem nie mieszkały duchy przeszłości.

  - Chcę, żebyś wiedziała, jak bardzo się cieszę z twojej 

wizyty. Pragnąłem tego całym sercem, choć wiem, że dla tak 
młodej kobiety związek z pracoholikiem o skomplikowanym 
życiorysie może okazać się niełatwy. Jako mąż  już raz nie 
zdałem egzaminu.

  -   Wiem,   kim   jesteś   i   przez   co   przeszedłeś   -   odparła, 

podnosząc na niego wzrok. - Ale to przecież dopiero początek.

Głos jej drżał, zdradzał wyraźnie, że Abby ma nadzieję na 

coś więcej, aniżeli tylko rok wspólnych weekendów w domku 
na   wsi.   Poza   zauroczeniem   erotycznym   istniała   bowiem 
miedzy   nimi   jakaś   niezwykła   więź,   coś   bardzo   ważnego, 
cudownego, kruchego i silnego jednocześnie.

Odwrócił ją twarzą do siebie.
  - Kochanie, nie zasłużyłem na aż tak wiele. Już dawno 

straciłem   nadzieję   na   miłość   -   powiedział,   patrząc   na   nią 
czule. - Ale kiedyś byłem młody i głupi. Teraz już nie mam 
żadnego usprawiedliwienia. Zostałem ojcem, gram o wyższe 
stawki. Ty natomiast różnisz się bardzo od Kaitlin. Jesteś taką 
kobietą, jakiej potrzebuję. A ja? Spełniam twoje nadzieje?

 - Och, Blake - szepnęła. - Kocham cię.
 - Ja też właśnie próbuję ci to wyznać. Od pierwszej chwili 

wiedziałem,   że   nasza   znajomość   ma   przyszłość.   Możesz   to 
nazwać przeczuciem... jak chcesz.

 - Naprawdę? Ja też odnosiłam takie wrażenie!
 - Twoje myśli również udało mi się przejrzeć.
  -   Nie   możesz   się   bez   przerwy   obwiniać   o   przeszłość. 

Oboje jesteśmy dorośli i na pewno do siebie pasujemy. A ty 
musisz żyć dla dobra dzieci.

background image

  -   Stworzysz   nam   szansę   na   wspólną   przyszłość? 

Naprawdę na to nie liczyłem. - Ujął jej twarz w dłonie, a Abby 
poczuła, że do oczu napływają jej łzy. Tym razem były to łzy 
szczęścia.

  -   Niczego   bardziej   nie   pragnę.   A   kiedy   miałam   to 

przeczucie, wydawało mi się, że oszalałam.

 - Nie oszalałaś... - szepnął i pocałował ją w usta.
Zapach sosen stawał się coraz silniejszy. Abby pomyślała, 

że odtąd już zawsze będzie kojarzyć ten specyficzny aromat z 
zapachem   Blake'a.   Sosny,   plusk   fal   jeziora   uderzających   o 
brzeg, szelest liści, śpiew ptaków. I jeszcze... co to właściwie 
było? Gruchanie gołębi?

 - Posłuchaj. Czy to gołębie? Może to ich zaloty?
 - To nie jest czas godów. One już chyba podobierały się 

w pary.

 - Ach, tak.
 - A może to jednorożce?
 - Ponosi pana fantazja, doktorze.
 - Nie tym razem. Takie dni jak ten zdarzają się najwyżej 

raz w życiu. Moja droga, wyjdziesz za mnie po ukończeniu 
szkolenia?   Chociaż   wolałbym   szybciej...   -   O   tak,   tak... 
szybciej - odparła z naciskiem.

 - I taki właśnie lek nam zalecasz?
  -   Zdecydowanie   tak.   To   idealna   terapia.   Na   pewno 

przyniesie efekty - odparła ze śmiechem Abby.

Zawtórowały im gołębie. Lub jednorożce. A po drugiej 

stronie jeziora czekał na nich domek. Wkrótce mieli rozpocząć 
wspólne życie.

background image

EPILOG
 - Czy to pani Contini? - spytał żartobliwie Tim Barrick, 

gdy Abby przyłożyła słuchawkę do ucha,

Tego   ranka   telefon   w   rezydencji   państwa   Continich 

dzwonił   niemal   bez   przerwy,   Znajomi   i   przyjaciele 
potwierdzali   swoje   przybycie   na   pierwsze   przyjęcie   w   tym 
roku.   Abby   siedziała   przy   małym   rzeźbionym   biurku   w 
saloniku,   którego   okno   wychodziło  na  ogród.   Na   blacie 
sekretarzyka leżała lista gości Rozpoczęta się właśnie piękna 
sobota wczesnego łata.

  - Dobrze wiesz, że tak - odparta ze śmiechem Abby. - 

Mam nadzieję, że przyjdziesz.

 - Za nic w świecie nie opuściłbym takiej imprezy. Jestem 

bardzo ciekaw, czy ślub z  facetem  uważanym za  najlepszą 
partię w Gresham odebrał  ci  wdzięk i bezpretensjonalność - 
wypalił Tim.

 - Nie wiem, czy rzeczywiście posiadam te cechy, które mi 

przypisujesz, ale na pewno nigdy się nie zmienię. Słowo. A na 
tym przyjęciu będziemy smażyli hamburgery na grillu. Może 
nawet   poproszę   cię   osobiście   o   pomoc   w   kucharzeniu. 
Zaprosiliśmy głównie przyjaciół i kilkoro dzieci - zapewniła 
Abby.

  - W takim razie do zobaczenia - odparł Tim, wyraźnie 

uspokojony.

Abby postawiła plus przy jego nazwisku. Cheryl Clinton i 

Stewart Hadley również potwierdzili już swoje przybycie.

Do pokoju wszedł Blake. Byli ze sobą tak szczęśliwi, że 

nie   mogli   ani   na   chwilę   przestać   się   całować,   dotykać   i 
pieścić.   Oboje   zdawali   solne   dokładnie   sprawę   z   tego,   jak 
wiele dla siebie znaczą.

  -   Chcę   się   z   tobą   umówić   na   randkę,   dobrze? 

Popływamy? Spotkaj się ze mną na plaży.

 - Dobrze - odparła.

background image

  -   Susan   zabierze   chłopców   na   pokazy   szybowcowe. 

Wybiera   się   tam   z   narzeczonym.   A   oni   bardzo   chcieli   to 
obejrzeć.

  -   W   takim   razie   o   trzeciej   -   odparła,   całując   go   w 

policzek.

Przez ten rok, który minął od czasu, gdy się poznali, Blake 

uległ   całkowitej   metamorfozie.   Jego   twarz   promieniała 
radością. Oboje zresztą, zarówno Abby, jak i Blake, bardzo 
potrzebowali miłości. Przy Blake'u Abby wreszcie czuła, że 
naprawdę żyje.

Ostatnie pół roku, jakie minęło od ich ślubu, uważała za 

najpiękniejszy   okres   swego   życia.   Blake   dotrzymał   słowa. 
Okazał się kochającym, czułym mężem, zawsze miał dla niej 
czas.

 - Abby - odezwał się nagle dziecięcy głosik. W drzwiach 

stanął Mark, jeden z synów Blake'a.

  -   Wejdź,   kochanie.   Właśnie   skończyłam   rozmowę. 

Podobno wybieracie się na pokazy z Susan i Johnem?

  - Owszem - odparł radośnie chłopiec. - Chciałbym cię 

tylko o coś zapytać.

  - Proszę bardzo. A tak na marginesie, to wszyscy wasi 

koledzy przyjdą na barbecue. Dzwonili ich rodzice.

 - Wszyscy? Świetnie. Ale...
 - Zdaje się, że ci przerwałam, Mark. Pytaj - powiedziała 

szybko.

 - Jeremy i ja zastanawialiśmy się niedawno, czy możemy 

nazywać   cię   mamą.   Abby   i   mama   to   właściwie   podobne 
słowa. Oba takie krótkie. To jak? Dobrze?

 - Oczywiście - odparła trochę zmienionym głosem. - Jeśli 

to wasza wspólna decyzja, na pewno ją zaakceptuję.

  - W takim razie załatwione. Do zobaczenia później. - Z 

tymi słowami Mark wybiegł z pokoju.

background image

Abby   szybko   otarta   łzy,   które   zebrały   się   właśnie   w 

kącikach  jej  oczu.   Łzy   wdzięczności   i   szczęścia. 
Przygotowana na trudności w nawiązaniu kontaktu z synami 
Blake'a, próbowała zachowywać się neutralnie i do niczego 
nie   wtrącać.   Pomogła   jej   w  tym   zresztą   niania   bliźniaków, 
która zgodziła się nimi  opiekować tak długo, jak będzie to 
konieczne.

Blake czekał na nią w przebieralni nad basenem. Mieli dla 

siebie całe popołudnie. A w poniedziałek Abby wracała do 
pracy, którą podjęła przed sześcioma miesiącami jako młodsza 
wspólniczka Elizy Cruikshank.

Teraz   jednak   była   wyłącznie   panią   Contini,   żoną   i 

kochanką   Blake'a.   Później   miała   zamiar   mu   powiedzieć   o 
prośbie Marka i porozmawiać o wspólnym dziecku.

 - Dziękuję ci, kochanie, za szczęście, o jakim nawet nie 

marzyłem - powiedział Blake i wziął ją w ramiona.

Wszystkie przyszłe dni niosły ze sobą obietnice tej chwili.