background image

JAMES

PATTERSON

MARK SULLIVAN

DETEKTYWI Z PRIVATE

IGRZYSKA

Z angielskiego przełożył RAFAŁ LISOWSKI

Tytuł oryginału: PRIVATE GAMES

background image

Dla Connora i Bridgera,

podążających za olimpijskim snem

M.S.

background image

Nie pojmie umysł śmiertelny woli bogów.

Pindar

Albowiem z gniewu Perykl Olimpijczyk

łysnął i zagrzmiał, i zatrząsł Helladą.

Arystofanes, Archanejczycy,

przekł. Bogusław Butrymowicz

background image

Prolog

background image

Środa, 25 lipca 2012, godz. 23.25

Po świecie naprawdę chodzą nadludzie.

Mówię   serio   i   możecie   to   traktować   dosłownie.   Na   przykład   Jezus   Chrystus   był 

duchowym supermenem, tak samo jak Marcin Luter oraz Gandhi. Również Juliusz Cezar 

musi  być  nazwany nadczłowiekiem.  Podobnie Czyngis-chan, Thomas Jefferson, Abraham 

Lincoln i Adolf Hitler.

Pomyślcie o naukowcach takich jak Arystoteles, Galileusz, Albert Einstein i Robert 

Oppenheimer. Spójrzcie na dzieła Leonarda da Vinci, Michała Anioła czy mojego ulubieńca 

Vincenta van Gogha, który był tak wybitny, że doprowadziło go to do szaleństwa. A przede 

wszystkim   nie   zapominajcie   o   najznakomitszych   sportowcach,   że   wymienię   tylko   Jima 

Thorpe’a, Babe Didrikson Zaharias i Jessego Owensa oraz Larysę Łatyninę, Muhammada 

Alego, Marka Spitza i Jackie Joyner-Kersee.

Moją skromną osobę również zaliczam do panteonu nadludzi – i nie bez powodu, o 

czym się wkrótce przekonacie.

Krótko mówiąc, tacy jak ja są stworzeni do wielkich rzeczy. Pragniemy mierzyć się z 

przeciwnościami   losu.   Pragniemy   podbijać.   Pragniemy   przekraczać   wszelkie   granice: 

duchowe, polityczne, artystyczne, naukowe oraz fizyczne. Pragniemy walczyć z nieprawością 

wbrew   wszelkim   przeszkodom.   W   imię   naszej   wielkości   jesteśmy   gotowi   cierpieć   i   z 

gorliwością męczenników angażować wszystkie siły w niekończące się przygotowania – co 

moim zdaniem jest niezwykłą cechą bez względu na epokę.

Muszę przyznać, że w tej chwili rzeczywiście czuję się wyjątkowo, gdy stoję tu, w 

ogrodzie sir Dentona Marshalla, starego, zepsutego mazgaja.

Patrzcie na niego, jak klęczy plecami do mnie z moim nożem na gardle.

Trzęsie   się   zupełnie   tak,   jakby   właśnie   dostał   kamieniem   w   głowę.   Czujecie   ten 

zapach? Woń strachu? Powietrze wokół niego cuchnie jak po wybuchu bomby.

– Dlaczego? – dyszy.

–   Rozgniewałeś   mnie,   potworze   –   warczę   przez   zęby.   W   mojej   głowie   huczy 

pierwotna wściekłość, wylewa się z każdej komórki ciała. – Pomogłeś zniszczyć igrzyska, 

zohydzić je i wystawić na pośmiewisko.

– Co? – jęczy, udając oszołomionego. – O czym ty mówisz?

Przedstawiam dowody przeciw niemu w trzech oskarżycielskich zdaniach, od których 

sinieje mu skóra na karku, a tętnica szyjna pulsuje obrzydliwym fioletem.

background image

– Nie! – protestuje. – To... to nieprawda. Nie możesz tego zrobić. Czyś ty kompletnie 

oszalał?

– Oszalałem? Ja? – pytam. – Nic z tych rzeczy. Jestem najbardziej poczytalną osobą, 

jaką znam.

– Błagam – mówi, a po twarzy ciekną mu łzy. – Miej litość. W Wigilię się żenię.

Mój śmiech jest cierpki jak ocet siedmiu złodziei.

– W innym życiu, Dentonie, zjadłem własne dzieci. Nie doczekasz się litości ani ode 

mnie, ani od moich sióstr.

Gdy jego dezorientacja i przerażenie osiągają apogeum, unoszę wzrok ku nocnemu 

niebu, czując, jak w mojej głowie kłębi się burza, i znowu pojmuję, iż doprawdy jestem 

wybitny, nadludzki, przepełniony mocami liczącymi sobie tysiące lat.

–   Dla   wszystkich   prawdziwych   olimpijczyków   –   ślubuję   –   ten   akt   ofiary   stanowi 

początek końca nowożytnych igrzysk.

Potem skręcam starcowi kark, tak że wygina mu się grzbiet.

Zanim zdąży krzyknąć, wściekle rozcinam mu gardło z taką siłą, że głowa odrywa się 

od szyi.

background image

Część pierwsza

Furie

background image

Rozdział 1

Czwartek, 26 lipca 2012, godz. 9.24

Jak   na   Londyn   panował   upiorny   upał.   Koszula   i   marynarka   Petera   Knighta   były 

przesiąknięte   potem,   gdy   gnał   na   północ   wzdłuż   Chesham   Street.   Kiedy   minął   hotel 

Diplomat, z poślizgiem skręcił za winkiel i pobiegł w stronę uliczki Lyall Mews w samym 

sercu Belgravii, jednej z najdroższych dzielnic świata.

Niech to nie będzie prawda, wołał w duchu, wbiegając w zaułek. Dobry Boże, niech to 

nie będzie prawda.

Potem zobaczył tłumek reporterów, który zgromadził się przed żółtą taśmą londyńskiej 

policji   miejskiej   zagradzającą   drogę   do   kremowego   domu   w   stylu   georgiańskim.   Knight 

zatrzymał się gwałtownie. Miał wrażenie, że zaraz zwróci jajka na bekonie, które zjadł na 

śniadanie.

Co powie Amandzie?

Zanim zdążył pozbierać myśli oraz uspokoić żołądek, zadzwoniła komórka. Wyciągnął 

ją z kieszeni i nie patrząc na ekran, odebrał połączenie.

– Knight – wykrztusił. – Jack, to ty?

–   Nie,   Peter,   mówi   Nancy   –   odrzekł   głos   z   irlandzkim   zaśpiewem.   –   Isabel   się 

rozchorowała.

– Co? – jęknął Knight. – Nie... Wyszedłem z domu zaledwie godzinę temu.

–   Ma   gorączkę   –   nie   ustępowała   zatrudniona   na   pełen   etat   niania.   –   Właśnie 

mierzyłam.

– Ile?

– Trzydzieści siedem i sześć. I mówi, że boli ją brzuch.

– A Lukey?

– Wydaje się zdrowy. Ale...

–   Zrób   im   obojgu   chłodną   kąpiel.   Zadzwoń,   gdyby   gorączka   Isabel   wzrosła   do 

trzydziestu ośmiu – polecił Knight.

background image

Potem zatrzasnął komórkę i poczuł żółć, która piekła go w gardle.

Knight, żylasty mężczyzna o jasnobrązowych włosach i przystojnej twarzy, mający 

nieco ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, dawniej sprawował funkcję oficera śledczego do 

spraw specjalnych  przy Old Bailey,  centralnym  sądzie karnym  Anglii. Przed dwoma laty 

podjął jednak pracę w londyńskim biurze Private International. Ta posada gwarantowała mu 

dwukrotnie wyższe zarobki oraz prestiż. Private nazywano Agencją Pinkertona XXI wieku. 

Jej   oddziały   mieściły   się   w   każdym   ważnym   mieście   świata.   Zatrudniały   specjalistów   z 

zakresu bezpieczeństwa, ekspertów kryminalistyki oraz detektywów takich jak Knight.

Po kolei, mówił sobie. Bądź profesjonalistą. Wydawało się jednak, że to jest kropla, 

która   przepełni   kielich   goryczy.   Ostatnio   Knight   tyle   już   wycierpiał,   zarówno   w   życiu 

prywatnym,  jak i zawodowym.  Zaledwie przed tygodniem jego szef Dan Carter zginął w 

katastrofie   lotniczej   nad   Morzem   Północnym   wraz   z   trójką   pracowników   agencji. 

Dochodzenie wciąż trwało. Czy potrafi znieść kolejną śmierć?

Odsuwając na bok to pytanie, a także myśl o chorobie córki, pognał w skwarze ku 

policyjnej taśmie, omijając szerokim łukiem dziennikarzy. Dzięki temu dostrzegł Billy’ego 

Caspera, śledczego ze Scotland Yardu, z którym znał się od piętnastu lat.

Podszedł wprost do niego, tęgiego mężczyzny o dziobatej twarzy. Policjant skrzywił 

się na jego widok.

– Peter, to nie jest sprawa Private.

– Jeśli tam w środku są zwłoki sir Dentona Marshalla, to owszem, jest to sprawa 

Private. I moja również – odparł z przekonaniem Knight. – I to osobista, Billy. Czy to sir 

Denton?

Casper milczał.

– Tak czy nie?

W końcu inspektor niechętnie skinął głową, po czym spytał:

– Co łączy ciebie i Private z Marshallem?

Knight przez chwilę stał bez ruchu, oszołomiony wiadomością. Zastanawiał się, jak 

przekaże ją Amandzie. Potem wziął się w garść.

–   Komitet   Organizacyjny   Igrzysk   Olimpijskich   w   Londynie   jest   klientem   Private 

London – wyjaśnił. – Co oznacza, że jest nim także sir Denton.

– A ty? – zapytał Casper. – Byłeś jego przyjacielem albo coś w tym stylu?

– Więcej niż przyjacielem. Sir Denton Marshall był zaręczony z moją matką.

Surowy wyraz twarzy inspektora nieco złagodniał. Mężczyzna przygryzł wargę, po 

czym rzekł:

background image

– Zobaczę, czy możemy cię wpuścić. Elaine będzie chciała z tobą porozmawiać.

Knight nagle poczuł się tak, jakby spiskowały przeciw niemu niewidzialne siły.

– Elaine dostała tę sprawę? – Miał ochotę walnąć w coś pięścią. – Chyba żartujesz.

– Mówię całkiem serio, Peter – odparł Casper. – Ty farciarzu.

background image

Rozdział 2

Nadinspektor   Elaine   Pottersfield   była   jednym   z   najlepszych   oficerów   śledczych 

londyńskiej policji. Tę weterankę z dwudziestoletnim stażem cechował szorstki styl bycia 

typowy dla osób, które wszystko wiedzą najlepiej – i to przynosiło rezultaty. Przez ostatnie 

dwa lata żaden inny oficer Scotland Yardu nie wyjaśnił tylu morderstw co Pottersfield. Była 

też jedyną znaną Knightowi osobą, która otwarcie go nienawidziła.

Atrakcyjna   kobieta   po   czterdziestce   zawsze   przypominała   mu   charta   rosyjskiego: 

miała  duże, okrągłe oczy,  orlą twarz oraz srebrne włosy,  które rozlewały się kaskadą na 

ramionach. Gdy Knight wszedł do kuchni sir Dentona Marshalla, Pottersfield spiorunowała 

go spojrzeniem znad ostrego nosa, gotowa ugryźć przy pierwszej nadarzającej się okazji.

– Peter – powiedziała chłodno.

– Elaine.

– To nie był mój pomysł, żeby wpuścić cię na miejsce zbrodni.

– Domyślam się – odparł Knight, z trudem panując nad emocjami, które lada chwila 

mogły osiągnąć temperaturę wrzenia. Pottersfield tak już na niego działała. – Ale jestem. Co 

możesz mi powiedzieć?

Nadinspektor ze Scotland Yardu milczała przez chwilę.

–   Przed   godziną   służąca   znalazła   go   w   ogrodzie   –   odezwała   się   w   końcu.   –   A 

przynajmniej to, co z niego zostało.

Knightowi stanął przed oczami sir Denton, dowcipny, światły człowiek, którego w 

ciągu ostatnich dwóch lat zdążył dobrze poznać i obdarzyć ogromnym szacunkiem. Ugięły się 

pod nim nogi i musiał przytrzymać się blatu dłonią w winylowej rękawiczce.

– To, co z niego zostało?

Pottersfield z ponurą miną wskazała w stronę otwartych drzwi tarasowych.

Knight absolutnie nie chciał wychodzić do ogrodu. Wolałby zapamiętać sir Dentona 

takim, jakim go widział ostatnio, przed dwoma tygodniami: starszego pana z zadziwiającą 

siwą czupryną, różowiutką skórą i swobodnym, zaraźliwym śmiechem.

– Zrozumiem, jeśli zrezygnujesz z oględzin – powiedziała Pottersfield. – Inspektor 

background image

Casper mówił, że twoja matka była zaręczona z sir Dentonem. Od kiedy?

– Od zeszłego sylwestra – odrzekł Knight. Przełknął ślinę i ruszył do drzwi. Po chwili 

gorzko dodał: – Mieli się pobrać w Wigilię. Kolejna tragedia. Tylko tego mi trzeba, prawda?

Pottersfield wbiła wzrok w kuchenną podłogę, a jej twarz wykrzywił grymas bólu i 

gniewu. Knight minął ją, po czym wyszedł do ogrodu.

Na dworze robiło się coraz upalniej. Powietrze niosło zapach śmierci. Pięć litrów krwi 

–   cała   pula   życia   sir   Dentona   –   rozlało   się   po   kamiennym   tarasie   i   zakrzepło   wokół 

bezgłowego ciała.

– Lekarz sądowy uważa, że zrobiono to długim, zakrzywionym ostrzem o ząbkowanej 

krawędzi – poinformowała Pottersfield.

Knightowi znów zebrało się na wymioty. Próbował ogarnąć całą scenę, utrwalić ją w 

pamięci, jakby to była seria fotografii, a nie rzeczywistość. Zachowanie dystansu wydawało 

się jedynym sposobem, żeby przetrwać coś takiego.

– Jeśli się dobrze przyjrzeć – dodała nadinspektor – widać, że część krwi zlano ku 

zwłokom wodą z węża ogrodowego. Sądzę, że morderca chciał zmyć ślady stóp.

Knight skinął głową, po czym zmusił się, by oderwać spojrzenie od ciała i przenieść je 

w   głąb   ogrodu.   Zobaczył   techników   zbierających   dowody   w   pobliżu   rabatek,   ale   wzrok 

zatrzymał dopiero na policyjnym fotografie robiącym zdjęcia pod murem.

Odsunął   się   od   zwłok   kilka   kroków.   Z   tej   nowej   perspektywy   dostrzegł   obiekt 

zainteresowania fotografa. Był to zabytek ze starożytnej Grecji, jedna z najwartościowszych 

rzeczy w kolekcji sir Dentona: wapienna rzeźba bezgłowego ateńskiego senatora ze zwojem 

pod pachą i rękojeścią pękniętego miecza w dłoni.

Głowę sir Dentona umieszczono w pustym miejscu między ramionami posągu. Jego 

twarz była obwisła, napuchnięta, usta wykręcone w lewo, jakby pluł, a oczy otwarte, matowe 

i w odczuciu Knighta – przerażająco zrozpaczone.

Przez moment detektyw agencji Private był bliski załamania. Po chwili poczuł jednak, 

jak wzbiera w nim gniew. Cóż za barbarzyńca śmiał zrobić coś takiego? I dlaczego? Jaki 

mógł mieć powód, żeby ściąć Dentona Marshalla? Ten człowiek był więcej niż dobry. Był...

– Peter, wciąż tego nie widzisz – odezwała się zza jego pleców Pottersfield. – Popatrz 

na trawnik przed posągiem.

Knight   zacisnął   pięści,   po   czym   zszedł   z   tarasu   na   trawę.   Drapała   o   papierowe 

ochraniacze na butach. Dźwięk był równie irytujący jak skrobanie paznokciami po tablicy. 

Wreszcie zobaczył to, o czym mówiła nadinspektor, a wtedy stanął jak wryty.

Na   trawniku   sprayem   namalowano   pięć   przecinających   się   kół,   symbol   igrzysk 

background image

olimpijskich.

Przekreślono je znakiem X namazanym krwią.

background image

Rozdział 3

Gdzie potwory zwykle składają swoje jaja? W jakich gniazdach są wysiadywane, aż 

wyklują się z nich młode? Jakimi toksycznymi odpadami są karmione, dopóki nie osiągną 

pełnoletności?

Kiedy ból głowy rozrywa mi mózg z siłą rozszalałej burzy, często rozmyślam nad 

takimi pytaniami, a także wieloma innymi.

Ba, czytając te słowa, zapewne również zadajecie sobie pytania. Na przykład: „Kim 

jesteś?”.

Moje prawdziwe imię  nie ma  znaczenia. Na potrzeby tej opowieści możecie  mnie 

jednak nazywać Kronosem. W mitologii greckiej Kronos był najpotężniejszym z tytanów, 

pożeraczem światów.

Czy uważam się za boga?

Nie bądźcie niedorzeczni. Taka arogancja to kuszenie losu. Taka pycha to kpina z 

bogów. Ja nigdy nie splamiłem się tym zdradzieckim grzechem.

Należę jednak do owych rzadkich istot, które pojawiają się na ziemi raz na jedno lub 

dwa   pokolenia.   Jak   inaczej   wytłumaczyć,   że   na   długo   przedtem,   zanim   w   mojej   głowie 

rozszalały się burze, nienawiść była moim najwcześniejszym wspomnieniem, a żądza mordu 

– pierwszym pragnieniem?

W drugim roku życia zyskałem świadomość nienawiści, zupełnie jakby ją i mnie, dwa 

złączone duchy, rzucono gdzieś z otchłani w ciało dziecka. Przez pewien czas tak właśnie o 

sobie myślałem: jako o płonącej osobliwości, esencji odrazy, ciśniętej w kąt na ziemię, do 

skrzyni pełnej szmat.

Pewnego dnia instynktownie wypełzłem z owej skrzyni, a wtedy ten ruch i ta wolność 

pozwoliły mi zrozumieć, że jestem czymś więcej niż gniewem. Że jestem istotą stanowiącą 

własne prawa. Całymi dniami byłem głodny i spragniony, nagi i zmarznięty. Pozostawiany 

samemu sobie na długie godziny, rzadko myty i rzadko brany na ręce przez potwory, które 

chodziły wokół mnie, zupełnie jakbym był obcą istotą, która pośród nich wylądowała. To 

wtedy w mojej głowie zrodziła się pierwsza świadoma myśl: zabić ich wszystkich.

background image

Bezlitosne pragnienie zagościło w moim sercu, zanim jeszcze zrozumiałem, że moi 

rodzice to narkomani, ćpuny niezdolne do wychowania wybitnej istoty takiej jak ja.

Gdy miałem cztery lata, wkrótce po tym,  jak wbiłem nóż kuchenny w udo swojej 

nieprzytomnej  matki,  jakaś kobieta przyszła  do mieszkania,  gdzie  żyliśmy w nędzy,  i na 

zawsze   odebrała   mnie   rodzicom.   Umieszczono   mnie   w   domu,   który   musiałem   dzielić   z 

małymi  porzuconymi   potworami,  pełnymi   nienawiści   i  niedarzącymi  zaufaniem  nikogo  z 

wyjątkiem samych siebie.

Wkrótce   pojąłem,   że   jestem   mądrzejszy,   silniejszy   i   obdarzony   wizją   daleko 

wykraczającą   poza   ich   możliwości.   Kiedy   skończyłem   dziewięć   lat,   wciąż   jeszcze   nie 

wiedziałem, kim właściwie jestem, wyczuwałem jednak, że mogę należeć do jakiegoś innego 

gatunku, że jestem superistotą zdolną zmanipulować, pokonać i zgładzić każdego potwora, 

jaki stanie mi na drodze.

Zrozumiałem  to  z całkowitą  pewnością,  gdy w mojej  głowie rozszalały się  burze. 

Zaczęły się, kiedy miałem dziesięć lat. Mój ojciec zastępczy, na którego mówiliśmy Pastor 

Bob, chłostał jednego z potworów, a ja nie mogłem tego dłużej słuchać. Jęki mnie osłabiały, 

co było nie do zniesienia. Dlatego wyszedłem z domu, przelazłem przez płot i włóczyłem się 

po najbardziej zakazanych ulicach Londynu, aż wreszcie znalazłem ciszę i spokój w znajomej 

biedzie opuszczonego budynku.

Wewnątrz   były   już   dwa   potwory.   Starsze   ode   mnie,   kilkunastoletnie,   należące   do 

gangu ulicznego. Od razu poznałem, że są naćpani. Powiedzieli, że wkroczyłem w ich rewir.

Spróbowałem   wykorzystać   swoją   prędkość   do   ucieczki,   ale   jeden   z   nich   rzucił 

kamieniem,  który trafił mnie  w szczękę. Oszołomiony ciosem upadłem,  a oni zaczęli  się 

śmiać i coraz bardziej złościć. Wciąż rzucali kamieniami, które połamały mi żebra i rozerwały 

naczynia krwionośne w udzie.

Później usłyszałem huk nad lewym uchem, a zaraz potem w mojej głowie rozbłysła 

eksplozja w technikolorze, która rozeszła się po mózgu niczym kalekie ramiona błyskawic 

przecinające letnie niebo.

background image

Rozdział 4

Peter   Knight   bezradnie   patrzył   to   na   przekreślony   krwią   symbol   olimpijski,   to   na 

głowę narzeczonego matki.

Po chwili podeszła do niego nadinspektor Pottersfield.

– Opowiedz mi o sir Dentonie – poprosiła cichym głosem. Knight opanował żal i 

powiedział:

– Denton był wspaniałym, naprawdę wspaniałym człowiekiem. Zarządzał funduszem 

hedgingowym,   zarabiał   furę   pieniędzy,   ale   większość   rozdawał.   Piastował   bardzo   ważną 

funkcję w komitecie organizacyjnym olimpiady. Wielu uważa, że bez jego starań nigdy nie 

wygralibyśmy z Paryżem.  Poza tym  był  także fajnym  facetem, zupełnie  niezadufanym  w 

sobie. No i moja matka była z nim szczęśliwa.

– Nie sądziłam, że to w ogóle możliwe – skomentowała nadinspektor.

– Ja też nie. Ani ona sama. Ale to prawda – odrzekł Knight. – Aż do tej pory nie 

wierzyłem, że Denton Marshall mógł mieć na tym świecie wroga.

Pottersfield wskazała gestem zakrwawiony symbol olimpijski.

– Może to ma większy związek z olimpiadą niż z nim jako osobą prywatną.

Knight przez chwilę przyglądał się głowie sir Dentona Marshalla, po czym wrócił do 

jego zwłok.

– Możliwe – przyznał. – Albo też morderca próbuje odwrócić naszą uwagę. Obcięcie 

głowy można uznać za akt gniewu, a to prawie zawsze ma pewnego rodzaju podłoże osobiste.

– Chcesz powiedzieć, że to zemsta? – spytała Pottersfield.

Knight wzruszył ramionami.

– Albo komunikat polityczny. Lub dzieło szaleńca. Bądź wszystko po trochu. Sam nie 

wiem.

– Czy jesteś w stanie powiedzieć, gdzie twoja matka przebywała zeszłej nocy między 

jedenastą a dwunastą trzydzieści? – zapytała nagle Pottersfield.

Knight spojrzał na nią takim wzrokiem, jakby rozmawiał z idiotką.

– Amanda kochała Dentona.

background image

– Wzgardzona miłość rodzi gniew – zauważyła nadinspektor.

– Tu nie wchodziło w grę żadne wzgardzenie – warknął Knight. – Wiedziałbym o tym. 

Poza   tym   sama   widziałaś   moją   matkę.   Ma   metr   sześćdziesiąt   pięć   i   waży   pięćdziesiąt 

kilogramów.   Denton   ważył   sto.   Absolutnie   nie   jest   dostatecznie   silna   fizycznie   oraz 

emocjonalnie, żeby obciąć mu głowę. I nie miała powodu tego robić.

–   Więc   jak   z   tym   wczorajszym   wieczorem?   Wiesz,   gdzie   przebywała?   –   drążyła 

Pottersfield.

– Dowiem się i dam ci znać. Ale najpierw muszę ją powiadomić.

– Ja się tym zajmę, jeśli twoim zdaniem to pomoże.

– Nie, sam to zrobię – odrzekł Knight, ponownie przyglądając się głowie sir Dentona.

Skupił się na jego wykrzywionych  ustach, które wyglądały tak, jakby nieboszczyk 

chciał coś wypluć.

Knight   wyciągnął   kieszonkową   latarkę,   obszedł   dookoła   symbol   olimpijski,   a 

następnie   poświecił   w   szparę   między   wargami   sir   Dentona.   Coś   błysnęło,   więc   wyjął   z 

kieszeni   pincetę,  którą   zawsze  nosił   przy  sobie,  w  razie   gdyby   musiał   coś  podnieść,  nie 

dotykając tego palcami.

Nie patrząc w oczy martwemu narzeczonemu matki, zaczął grzebać mu w ustach.

– Peter, przestań – poleciła Pottersfield. – Zaraz...

Ale Knight właśnie odwrócił się do niej, by pokazać spatynowaną monetę z brązu 

wyjętą z ust sir Dentona.

– Nowa teoria – powiedział. – Chodzi o pieniądze.

background image

Rozdział 5

Kiedy ocknąłem się kilka dni po ukamienowaniu, znajdowałem się w szpitalu. Miałem 

pękniętą czaszkę, a do tego dręczyło mnie przyprawiające o mdłości uczucie, że zostałem 

przeprogramowany i jestem teraz bardziej obcy niż kiedykolwiek wcześniej.

Dokładnie   pamiętałem   atak   oraz   napastników,   lecz   gdy   policjanci   przyszli   mnie 

przesłuchać, powiedziałem, że nic sobie nie przypominam. Stwierdziłem, że pamiętam, jak 

wszedłem do budynku, ale nic poza tym. Szybko dali mi spokój.

Zdrowiałem powoli. Na mojej głowie pojawiła się blizna przypominająca kraba. Gdy 

włosy odrosły, przysłoniły ją, a ja zacząłem pielęgnować mroczną fantazję, która stała się 

moją pierwszą obsesją.

Dwa   tygodnie   później   wróciłem   do   Pastora   Boba   i   małych   potworów.   Nawet   oni 

dostrzegli, że się zmieniłem. Nie byłem już dzikim dzieckiem. Uśmiechałem się i udawałem 

szczęśliwego. Uczyłem się i ćwiczyłem ciało.

Pastor Bob myślał, że odnalazłem Boga.

Przyznam się wam jednak, że robiłem to wszystko, ponieważ przygarnąłem do serca 

nienawiść. Gładziłem bliznę na głowie i koncentrowałem tę nienawiść, mojego najstarszego 

emocjonalnego sprzymierzeńca, na tym, czego pragnąłem i co chciałem uczynić. Uzbrojony 

w mroczne serce zacząłem dążyć do realizacji swoich marzeń, starając się pokazać całemu 

światu,   jak   bardzo   jestem   inny.   Chociaż   udawałem   odmienionego   chłopca   –   wesołego, 

zdolnego kolegę – nigdy nie zapomniałem kamienowania, które wywołało burzę w mojej 

głowie.

Gdy miałem czternaście lat, potajemnie zacząłem szukać potworów, które rozbiły mi 

czaszkę. W końcu znalazłem – sprzedawali za grosze torebki z metamfetaminą dwanaście 

przecznic od domu, w którym mieszkałem z Pastorem Bobem i małymi potworami.

Miałem tych dwóch na oku aż do czasu, kiedy ukończyłem szesnaście lat. Czułem się 

już wystarczająco duży i silny, by działać.

Zanim   Pastor   Bob   odnalazł   Jezusa,   był   kowalem.   W   szóstą   rocznicę   mojego 

ukamienowania wziąłem jeden z należących do niego ciężkich młotów, włożyłem jego stary 

background image

kombinezon roboczy, po czym wymknąłem się nocą, chociaż powinienem się uczyć.

Ubrany w kombinezon, z młotkiem w szkolnym plecaku wyciągniętym ze śmietnika 

odnalazłem te dwa potwory, które mnie ukamienowały. Sześć lat zażywania narkotyków oraz 

sześć lat mojego rozwoju sprawiły, że już mnie nie pamiętali.

Zwabiłem ich na puste podwórko, obiecując pieniądze, a potem rozbiłem ich potworne 

mózgi na krwawą pulpę.

background image

Rozdział 6

Wkrótce   po   tym,   jak   nadinspektor   Pottersfield   nakazała   włożenie   szczątków   sir 

Dentona   do   plastikowych   worków,   Knight   opuścił   ogród   i   rezydencję   znacznie   bardziej 

przerażony, niż kiedy tam wchodził.

Przeszedł   pod   taśmą   policyjną,   ominął   dziennikarzy   i   oddalił   się   od   Lyall   Mews, 

usiłując zdecydować, jak, na Boga, powiedzieć matce o śmierci Dentona. Wiedział, że musi 

to   zrobić,   i   to   szybko,   zanim   Amanda   usłyszy   wiadomość   od   kogoś   innego.   Nie   mógł 

pozwolić, by była sama w chwili, gdy się dowie, że najlepsze, co ją w życiu spotkało, jest...

– Knight?! – zawołał go męski głos. – To ty?

Kiedy   detektyw   podniósł   wzrok,   zobaczył   biegnącego   ku   niemu   wysokiego, 

wysportowanego mężczyznę po czterdziestce w stylowym włoskim garniturze. Miał ciemne 

włosy przyprószone siwizną, a jego czerwoną, kanciastą twarz wykrzywiał wysiłek.

W   ciągu   osiemnastu   miesięcy,   odkąd   londyński   oddział   Private   zatrudniono   do 

ochrony igrzysk, Knight zaledwie dwa razy spotkał Michaela „MikeV Lancera. Znał jednak 

jego historię.

Lancer,   dwukrotny   mistrz   świata   w   dziesięcioboju   w   latach   osiemdziesiątych   i 

dziewięćdziesiątych, służył w Pułku Coldstream i gwardii królewskiej, a jednocześnie miał 

możliwość regularnych treningów. Na igrzyskach w Barcelonie w 1992 roku prowadził po 

pierwszym   dniu   zawodów,   ale   drugiego   chwycił   go   skurcz.   Jego   organizm   był 

nieprzyzwyczajony   do   tak   wysokiej   temperatury   oraz   wilgotności   powietrza.   Ostatecznie 

ukończył zawody poza pierwszą dziesiątką.

Później   Lancer   został   mówcą   motywacyjnym   oraz   konsultantem   do   spraw 

bezpieczeństwa i często współpracował z Private International przy ważnych projektach. Był 

również   członkiem   Komitetu   Organizacyjnego   Igrzysk   Olimpijskich   w   Londynie 

odpowiedzialnym za kwestie bezpieczeństwa podczas tej gigantycznej imprezy.

– Czy to prawda? – spytał autentycznie zrozpaczonym tonem Lancer. – Denton nie 

żyje?

– Niestety – odparł Knight.

background image

Lancer miał łzy w oczach.

– Kto mógł to zrobić? Dlaczego?

– Najwyraźniej ktoś, kto nienawidzi olimpiady – odrzekł Knight, po czym opisał, jak 

zginął sir Denton, oraz opowiedział o krwawym znaku X.

– Kiedy to się stało? – zapytał wstrząśnięty Lancer.

– Tuż po północy.

Lancer pokręcił głową.

–   To   znaczy,   że   widzieliśmy   się   zaledwie   na   dwie   godziny   przed   jego   śmiercią. 

Wychodził   z  przyjęcia   w  Tate   w   towarzystwie...   –  przerwał   i  przyjrzał   się   ze   smutkiem 

Knightowi.

– Zapewne mojej matki – dokończył detektyw. – Byli zaręczeni.

– Tak, wiedziałem, że ty i ona jesteście spokrewnieni. Peter, tak mi przykro. Czy 

Amanda już wie?

– Właśnie idę do niej z wiadomością.

–   Biedaku   –   mruknął   Lancer,   po   czym   spojrzał   w   stronę   policyjnej   taśmy.   –   Są 

reporterzy?

– Cała gromada i z każdą chwilą ich przybywa.

Lancer westchnął ciężko.

– Z całym szacunkiem dla naszego drogiego Dentona, ale tylko tego nam brakowało 

na dzień przed ceremonią otwarcia. Roześlą drastyczne szczegóły po całym świecie.

– Nie możemy tego powstrzymać – zauważył Knight. – Zastanowiłbym się natomiast, 

czy nie należałoby wzmocnić ochrony wszystkich członków komitetu organizacyjnego.

Lancer sapnął, po czym skinął głową.

– Masz rację. Złapię  taksówkę i pojadę do biura. Marcus będzie chciał się o tym 

dowiedzieć osobiście.

Marcus   Morris,   polityk,   który   ustąpił   podczas   ostatnich   wyborów,   obecnie   był 

przewodniczącym komitetu.

– Moja matka też – dodał Knight.

Wspólnie ruszyli w stronę bardziej ruchliwej Chesham Street. Ledwie doszli do ulicy, 

gdy z południa, od strony hotelu Diplomat, nadjechała czarna taksówka. Jednocześnie nieco 

dalej od strony północnej zbliżała się po zewnętrznym pasie czerwona. Knight machnął na nią 

ręką.

Tymczasem Lancer dał znak czarnej taksówce kierującej się na północ.

– Złóż ode mnie kondolencje matce – poprosił. – I przekaż Jackowi, że później do 

background image

niego zadzwonię.

Jack   Morgan   był   amerykańskim   właścicielem   Private   International.   Przyleciał   do 

Londynu,   gdy czworo  pracowników tutejszego  oddziału  zginęło   na Morzu  Północnym  w 

katastrofie, z której nikt się nie uratował.

Lancer zszedł z chodnika i pewnym krokiem ruszył na ukos przez ulicę.

Wtedy jednak, ku przerażeniu Knighta, rozległ się ryk silnika oraz pisk opon.

Czarna taksówka przyspieszała. Jechała wprost na członka komitetu organizacyjnego 

igrzysk.

background image

Rozdział 7

Knight zareagował instynktownie. Wyskoczył na jezdnię i zepchnął Lancera z toru 

jazdy taksówki.

Zaraz potem wyczuł, że zderzak czarnego auta jest niecały metr od niego. Usiłował 

odskoczyć, aby uniknąć uderzenia. Stopy oderwały się od ziemi, lecz nie zdążył zrobić nic 

więcej. Zderzak oraz kratownica uderzyły go z boku w lewe kolano i łydkę.

Knighta   obróciło   w   powietrzu.   Ramionami,   torsem   i   biodrem   grzmotnął   o   maskę 

wozu,   a   jego   twarz   przylgnęła   do   przedniej   szyby,   dzięki   czemu   przez   ułamek   sekundy 

widział kierowcę. Chustka. Okulary przeciwsłoneczne. Kobieta?

Przetoczył się po dachu, jakby był wypchaną lalką. Lewą stroną ciała mocno uderzył o 

jezdnię, tracąc dech w piersiach. Przez chwilę widział tylko oddalającą się błyskawicznie 

czarną taksówkę i czuł woń spalin, a krew dudniła mu w skroniach.

Potem pomyślał: To jakiś cholerny cud, ale chyba nic sobie nie złamałem.

Czerwona taksówka zbliżała się z piskiem opon. Knight wpadł w panikę, obawiając 

się, że w końcu i tak zostanie przejechany.

Jednakże   auto   zakręciło   o   sto   osiemdziesiąt   stopni   i   stanęło.   Z   kabiny   wyskoczył 

kierowca, stary rastaman w wełnianej zielono-żółtej czapce naciągniętej na dredy.

– Peter, nie ruszaj się! – zawołał Lancer, biegnąc w jego kierunku. – Jesteś ranny!

– Nic mi się nie stało – wychrypiał detektyw. – Goń tamtą taksówkę. – Lancer się 

wahał, więc Knight go ponaglił: – Mike, ona ucieka!

Lancer wziął go pod ramiona i wpakował na tylne siedzenie czerwonego wozu.

– Jedź za tamtym autem! – ryknął do kierowcy.

Knight trzymał  się za żebra, wciąż z trudem łapiąc powietrze.  Rastaman  ruszył  w 

pogoń za czarną taksówką, która miała nad nimi kilka przecznic przewagi. Właśnie ostro 

skręcała w Pont Street, kierując się na zachód.

– Złapię ją, mon! – obiecał kierowca. – Wariatka chciała cię zabić!

Lancer patrzył to na drogę, to na Knighta.

– Na pewno nic ci nie jest?

background image

– Tylko się potłukłem – stęknął detektyw. – Mike, ona nie próbowała przejechać mnie, 

tylko ciebie.

Kierowca z poślizgiem wjechał w Pont Street. Czarna taksówka znajdowała się dwie 

przecznice dalej. Zamigała światłami hamowania, po czym ostro skręciła w prawo w Sloane 

Street.

Rastaman wcisnął gaz do dechy, aż liście rosnących wzdłuż ulicy drzew zlały się w 

niewyraźną plamę. Błyskawicznie dopadli do skrzyżowania ze Sloane. Knight był już niemal 

pewny, że dogonią kobietę, która o mało co go nie przejechała.

Wtedy jednak pojawiły się dwie kolejne czarne taksówki jadące po Sloane Street na 

północ, więc rastaman musiał wcisnąć hamulec i szarpnąć kierownicą, żeby nie uderzyć w 

którąś z nich. Auto z piskiem opon wpadło w poślizg, o włos unikając zderzenia z innym 

samochodem: radiowozem londyńskiej policji.

Włączyła się syrena. Koguty też.

– Nie! – krzyknął Lancer.

– Zawsze tak jest, mon! – wrzasnął zdenerwowany kierowca, zatrzymując taksówkę.

Knight, oszołomiony z wściekłości, pokiwał głową. Obserwował przez przednią szybę, 

jak auto, które prawie go zabiło, wtapia się w strumień pojazdów podążających w stronę 

Hyde Parku.

background image

Rozdział 8

Strzały z jaskrawymi lotkami świszczały w rozgrzanym powietrzu późnego poranka. 

Lądowały na żółtych środkach lub też obok, na czerwonych i niebieskich pierścieniach tarcz 

ustawionych w długim rzędzie na żółtozielonym trawniku Lord’s Cricket Grounds w pobliżu 

Regent’s Park w centrum Londynu.

Łucznicy z sześciu czy siedmiu państw właśnie kończyli ostatnie rundy treningowe. 

Łucznictwo   miało   być   jedną   z   pierwszych   konkurencji   rozstrzygniętych   po   ceremonii 

otwarcia igrzysk olimpijskich. Zawody drużynowe zaplanowano na sobotni poranek, czyli za 

dwa dni, a uroczyste wręczenie medali miało się odbyć tego samego dnia po południu.

Właśnie dlatego Karen Pope znajdowała się teraz na widowni i obserwowała trening 

przez lornetkę. Ziewała ze znudzenia.

Pope   była   reporterką   sportową   „The   Sun”,   brytyjskiego   brukowca   mogącego   się 

pochwalić   siedmioma   milionami   czytelników,   głównie   dzięki   agresywnemu, 

bezkompromisowemu   dziennikarstwu   oraz   tradycji   publikowania   na   trzeciej   stronie   zdjęć 

młodych kobiet z nagim biustem. Miała nieco ponad trzydzieści lat. Była atrakcyjna w tym 

samym sensie co Renée Zellweger w Dzienniku Bridget Jones, ale ze swoim małym biustem 

nie trafiłaby raczej na trzecią stronę. Była jednak zawziętą reporterką, ambitną jak mało kto.

Tego   ranka   na   szyi   nosiła   jedną   z   zaledwie   czternastu   przyznanych   „The   Sun” 

akredytacji prasowych zapewniających pełen dostęp na obiekty olimpijskie. Brytyjskiej prasie 

nie przyznano ich zbyt  wiele, ponieważ na siedemnastodniową imprezę miało zjechać do 

Londynu ponad dwadzieścia tysięcy przedstawicieli światowych mediów. Pełne akredytacje 

stały się niemal równie wartościowe jak medale olimpijskie, przynajmniej dla brytyjskich 

dziennikarzy.

Pope   wciąż   rozmyślała   o   tym,   że   powinna   się   cieszyć   ze   zdobycia   przepustki   i 

możliwości pracy podczas igrzysk, ale jak dotąd ranek spędzony na treningu łuczniczym nie 

przyniósł żadnych rewelacji, które mogłaby opisać w gazecie.

Rozglądała   się   za   reprezentantami   Korei   Południowej,   głównymi   kandydatami   do 

złotego medalu, lecz jak się okazało, skończyli trening przed jej przybyciem.

background image

– Jasna cholera – zaklęła zdegustowana. – Finch mnie zabije.

Uznała, że powinna znaleźć coś charakterystycznego, co w połączeniu z jej barwnym 

stylem sprawi, że artykuł nada się do druku. Ale co by to mogło być? Jaki przyjąć punkt 

widzenia?

Łucznictwo: rzutki dla snobów?

Nie, w łucznictwie nie ma absolutnie nic snobistycznego.

A zresztą cóż ona, na Boga, wiedziała o łucznictwie? Wychowała się w piłkarskiej 

rodzinie.   Jeszcze   rano   próbowała   przekonać   Fincha,   że   lepiej   by   się   sprawdziła,   gdyby 

powierzył   jej   gimnastykę   lub   zawody   lekkoatletyczne.   Jednak   szef   dał   jej   wyraźnie   do 

zrozumienia, że zaledwie półtora miesiąca temu przyjechała z Manchesteru i dołączyła do 

zespołu, więc znajduje się na samym dole redakcyjnego łańcucha pokarmowego.

– Napisz dobry artykuł, to zaczniesz dostawać lepsze zlecenia – powiedział.

Pope ponownie skupiła się na łucznikach. Uderzył  ją ich niezwykły spokój. Jakby 

wpadli w trans. Zupełnie inaczej niż tenisiści albo odbijający w krykiecie. Czy właśnie o tym 

powinna napisać? Dowiedzieć się, w jaki sposób łucznicy wprowadzają się w ten stan?

Litości,   pomyślała   poirytowana.   Kto   by  chciał   czytać   o   sportowym   zen,   skoro   na 

trzeciej stronie można popatrzeć na gołe cycki?

Westchnęła, odłożyła lornetkę i zaczęła się wiercić w foteliku na głównej trybunie. 

Spojrzała   na   plik   poczty,   który   wcisnęła   do   torebki,   wychodząc   z   biura.   Zaczęła   ją 

przeglądać: były tam materiały prasowe oraz inne całkiem nieciekawe rzeczy.

W końcu natrafiła na grubą szarą kopertę. Na wierzchu dziwnymi ciemnoniebieskimi 

literami wydrukowano jej nazwisko.

Zmarszczyła   nos,   jakby   poczuła   okropny   zapach.   Ostatnio   nie   napisała   nic,   co 

zasługiwałoby   na   list   od   świra,   a   już   na   pewno   odkąd   przyjechała   do   Londynu.   Każdy 

dziennikarz,   który   jest   cokolwiek   wart,   dostaje   listy   od   świrów.   Szybko   uczy   się   je 

rozpoznawać. Zwykle przychodzą zaraz po tym, gdy opublikuje się coś kontrowersyjnego 

albo zasugeruje istnienie diabolicznego spisku.

Pope   mimo   wszystko   zdecydowała   się   zajrzeć   do   koperty.   Ze   środka   wyjęła   plik 

dziesięciu   kartek,   do   których   spinaczem   przymocowano   zwyczajny   papierowy   karnet   z 

życzeniami.   Kiedy   go   otworzyła,   okazał   się   pusty,   jednakże   samo   otwarcie   aktywowało 

elektroniczny chip i z wnętrza zaczęła płynąć fletowa muzyka: dziwna melodia, która budziła 

przerażenie j kojarzyła się ze śmiercią.

Reporterka zamknęła karnet, po czym  zerknęła na pierwszą stronę pliku papierów. 

Okazało się, że to adresowany do niej list, wydrukowany tuzinem różnych czcionek, a przez 

background image

to trudny do odczytania.  Potem jednak Pope zaczęła  rozumieć  jego treść. Przeczytała  go 

trzykrotnie. Z każdą linijką serce biło jej coraz mocniej, aż w końcu miała wrażenie, że zaraz 

wyskoczy z piersi.

Przejrzała  resztę  dokumentów załączonych  do listu, a wtedy o mało  nie zemdlała. 

Zaczęła gorączkowo szukać komórki w torebce i zadzwoniła do swojego redaktora.

– Finch, mówi Pope – wydyszała, kiedy odebrał telefon. – Możesz mi powiedzieć, czy 

Denton Marshall został zamordowany?

– Co? Sir Denton Marshall? – spytał tamten z mocnym londyńskim akcentem.

– Tak, tak, wielka  szycha  od funduszy hedgingowych,  filantrop, członek  komitetu 

organizacyjnego – potwierdziła, zbierając rzeczy i rozglądając się za najbliższym wyjściem ze 

stadionu. – Błagam, Finchy, to może być wielka sprawa.

– Poczekaj – warknął redaktor.

Pope wydostała się na ulicę i właśnie usiłowała złapać taksówkę naprzeciwko Regenfs 

Park, kiedy szef znów odezwał się w słuchawce:

– Policja otoczyła dom sir Dentona na Lyall Mews żółtą taśmą i właśnie przyjechał 

wóz koronera.

Pope uniosła wolną rękę w triumfalnym geście.

– Finch! – zawołała. – Musisz wysłać tu kogoś innego, żeby zajął się łucznictwem i 

ujeżdżaniem. Sprawa, na którą właśnie trafiłam, zatelepie Londynem jak trzęsienie ziemi.

background image

Rozdział 9

– Lancer mówi, że uratowałeś mu życie – powiedziała Elaine Pottersfield.

Sanitariusz   dźgał   i   szturchał   krzywiącego   się   Knighta,   który   siedział   na   zderzaku 

karetki po wschodniej stronie Sloane Street, nieopodal czerwonej taksówki rastamana.

– Zareagowałem odruchowo.

Wszystko go bolało, a od żaru promieniującego od asfaltu było mu gorąco.

– Naraziłeś się na niebezpieczeństwo – oświadczyła chłodno nadinspektor.

Knight poczuł irytację.

– Sama powiedziałaś, że uratowałem mu życie.

– I przy okazji prawie straciłeś własne. Co by wtedy było...  – zawiesiła głos – z 

dziećmi?

– Ich do tego nie mieszaj, Elaine. Nic mi nie jest. W zapisie z kamer powinno być 

nagranie tej taksówki.

Na   ulicach   Londynu   znajduje   się   dziesięć   tysięcy   kamer   pracujących   dwadzieścia 

cztery godziny na dobę. Wiele zainstalowano w 2005 roku po zamachach terrorystycznych na 

metro, w których zginęły pięćdziesiąt dwie osoby, a ponad siedemset zostało rannych.

– Sprawdzimy – obiecała Pottersfield. – Ale próba odnalezienia w Londynie czarnej 

taksówki? Skoro żaden z was nie zapamiętał numeru rejestracyjnego, to będzie jak szukanie 

igły w stogu siana.

–  Chyba   że   ograniczy   się  poszukiwania   do  taksówek   jadących   tą   ulicą   na   północ 

konkretnie w tym czasie, gdy uciekała podejrzana. I zadzwońcie do wszystkich korporacji 

taksówkowych. Niewątpliwie uszkodziłem jej maskę albo kratownicę.

– Czy to na pewno była kobieta? – spytała sceptycznie Pottersfield.

– Na pewno – nie ustępował Knight. – Chustka. Okulary przeciwsłoneczne. Bardzo 

wkurzona.

Nadinspektor Scotland Yardu spojrzała na Lancera, z którym właśnie rozmawiał inny 

policjant.

– On i sir Denton – mruknęła. – Obaj są członkami komitetu organizacyjnego.

background image

Knight skinął głową.

– Zacząłbym śledztwo od ludzi, którzy mają z komitetem na pieńku.

Pottersfield nie odpowiedziała, ponieważ podszedł do nich Lancer. Poluzował krawat 

na szyi i ocierał chusteczką spocone czoło.

– Dziękuję – powiedział do Knighta. – Jestem twoim dozgonnym dłużnikiem.

– Na moim miejscu postąpiłbyś tak samo – odparł detektyw.

– Dzwonię do Jacka. Powiem mu, co zrobiłeś.

– Nie trzeba.

– Owszem, trzeba. – Lancer się zawahał. – Chcę ci się zrewanżować.

Knight pokręcił głową.

– Komitet organizacyjny jest klientem Private, co oznacza, że i ty nim jesteś. Po prostu 

wykonywałem pracę.

– Nie, będziesz... – Lancer przez chwilę znów się wahał, po czym dokończył myśl: – 

Będziesz jutro moim gościem na ceremonii otwarcia.

Knight nie spodziewał się takiej propozycji. Bilety na ceremonię były niemal równie 

poszukiwane jak rok wcześniej zaproszenia na ślub księcia Williama i Kate Middleton.

– W porządku, o ile niania zgodzi się zaopiekować dziećmi.

Lancer natychmiast się rozpromienił.

– Moja sekretarka rano przyśle ci bilety i przepustkę.

Poklepał Knighta w zdrowe ramię, uśmiechnął się do Pottersfield, po czym ruszył w 

stronę jamajskiego taksówkarza, którego wciąż dręczyli policjanci z patrolu.

– Będziesz musiał złożyć oficjalne zeznanie – powiedziała Pottersfield.

– Nie zrobię nic, dopóki nie porozmawiam z matką.

background image

Rozdział 10

Dwadzieścia   minut   później   Knight   wysiadł   z   radiowozu   londyńskiej   policji   pod 

domem   matki   na   Milner   Street   w   dzielnicy   Knightsbridge.   Sanitariusze   proponowali   mu 

środki przeciwbólowe, ale odmówił. Wygrzebanie się z pojazdu było prawdziwą męczarnią. 

Co   chwila   przed   oczami   stawał   mu   obraz   pięknej   ciężarnej   kobiety   na   wrzosowisku   o 

zachodzie słońca.

Na   szczęście   zdążył   przestać   o   niej   myśleć,   zanim   zadzwonił   do   drzwi.   Nagle 

zauważył, jak okropnie brudne i podarte ma ubranie.

Amanda by tego nie pochwaliła. Ani...

Drzwi się otworzyły i ukazał się w nich Gary Boss, wieloletni asystent matki. Boss 

miał trzydzieści parę lat, był szczupły, zadbany, a jego strojowi nie można było nic zarzucić.

Spojrzał na Knighta oczami spod okrągłych okularów w oprawce ze skorupy żółwia i 

pociągnął nosem.

– Peter, nie wiedziałem, że jesteś umówiony.

– Jej syn, jedyne dziecko, nie musi być umówiony – odparł Knight. – Nie dzisiaj.

– Jest bardzo, bardzo zajęta – nie ustępował Boss. – Proponowałbym...

– Denton nie żyje – oznajmił cicho Knight.

– Co? – zdziwił się Boss, po czym zachichotał drwiąco. – To niemożliwe. Była z nim 

wczoraj...

–   Został   zamordowany   –   wyjaśnił   Knight,   wchodząc   do   środka.   –   Właśnie 

przyjechałem z miejsca zbrodni. Muszę jej o tym powiedzieć.

– Zamordowany? – powtórzył zdumiony Boss. – Dobry Boże. To ją...

– Wiem – powiedział Knight, mijając asystenta matki. – Gdzie ona jest?

– W bibliotece. Wybiera materiały.

Knight się skrzywił. Matka nienawidziła, gdy przerywano jej przeglądanie próbek.

– Nic na to nie poradzę – stwierdził, po czym ruszył korytarzem w stronę drzwi do 

biblioteki, zbierając siły, by poinformować matkę, że w gruncie rzeczy właśnie owdowiała po 

raz drugi w życiu.

background image

Kiedy miał trzy lata, jego ojciec Harry zginął w kuriozalnym wypadku przemysłowym, 

zostawiając młodą wdowę oraz syna ze skromnym odszkodowaniem z ubezpieczenia. Matka 

gorzko przeżyła  stratę, później jednak przekuła to zgorzknienie w energię. Zawsze lubiła 

modę   oraz   szycie,   więc   wykorzystała   pieniądze,   żeby   założyć   firmę   odzieżową   nazwaną 

własnym imieniem.

Amanda Designs wystartowało w ich kuchni. Knight pamiętał, że matka traktowała 

życie i biznes jak niekończącą się walkę. Jej wojowniczy styl odniósł jednak sukces. Zanim 

Knight   skończył   piętnaście   lat,   matka   –   nigdy   niczym   się   nie   zadowalając   i   ponaglając 

wszystkich wokół do cięższej pracy – uczyniła z Amanda Designs dynamiczne, poważane 

przedsiębiorstwo.   Wkrótce   po   tym,   gdy   jej   syn   ukończył   kolegium   Christ   Church   w 

Oksfordzie,   sprzedała   swój   koncern   za   dziesiątki   milionów   funtów,   za   które   uruchomiła 

cztery kolejne linie odzieży cieszące się wielką popularnością.

Przez cały ten czas nigdy jednak nie pozwoliła sobie na zakochanie. Miała przyjaciół, 

towarzyszy oraz – jak przypuszczał Knight – kilku kochanków na krótką metę, ale od dnia 

śmierci męża obudowała serce pancerzem, którego nie mógł sforsować nikt z wyjątkiem jej 

syna.

Aż do czasu, gdy w jej życiu pojawił się Denton Marshall.

Spotkali  się  podczas  imprezy  charytatywnej,   na  której   zbierano   fundusze  na  rzecz 

walki z rakiem. Jak lubiła mawiać matka: „To było wszystko naraz od pierwszego wejrzenia”. 

W ten jeden wieczór  Amanda  zmieniła  się z chłodnej, nieprzystępnej  jędzy w uczennicę 

oszołomioną   pierwszym   zauroczeniem.   Od   tamtej   pory   sir   Denton   był   jej   bratnią   duszą, 

najlepszym przyjacielem oraz źródłem najgłębszego szczęścia.

Knightowi znów stanęła przed oczami ciężarna kobieta, a potem zapukał do drzwi i 

wszedł do biblioteki.

Amanda Knight – dobiegająca sześćdziesiątki elegancka kobieta o figurze tancerki, 

urodzie   zaawansowanej   wiekiem   gwiazdy   filmowej   oraz   sposobie   bycia   dobrotliwej 

władczyni – stała przy stole roboczym, na którym leżały dziesiątki próbek materiałów.

– Gary – odezwała się karcąco, nie podnosząc wzroku – mówiłam ci, że nie należy 

mi...

– Mamo, to ja – powiedział Knight.

Amanda odwróciła się, spojrzała na niego ciemnoszarymi oczami i zmarszczyła czoło.

–   Peter,   czy   Gary   nie   powiedział   ci,   że   wybieram...   –   przerwała,   widząc   coś 

niepokojącego w twarzy syna. Skrzywiła się z dezaprobatą. – Niech zgadnę: twoje diabelskie 

dzieci wypłoszyły kolejną opiekunkę.

background image

– Nie – odrzekł Knight. – Chciałbym, żeby to było coś równie prostego.

Następnie roztrzaskał szczęście matki na tysiąc kawałków.

background image

Rozdział 11

Jeśli chce się zabić potwory, trzeba nauczyć się myśleć tak jak potwór.

Zrozumiałem ten punkt widzenia dopiero w noc po tym, jak wybuch po raz drugi 

roztrzaskał mi czaszkę, dziewiętnaście lat po kamienowaniu.

Dawno   już   wyjechałem   z   Londynu,   ponieważ   mój   pierwszy   plan   udowodnienia 

światu, że jestem krańcowo inny – nieskończenie lepszy od wszystkich ludzi – spełzł na 

niczym.

Potwory wygrały wojnę ze mną podstępem i sabotażem. Dlatego kiedy wylądowałem 

na Bałkanach późną wiosną 1995 roku jako żołnierz sił pokojowych NATO, moja nienawiść 

nie miała granic. Jej głębia i rozmiary były nieskończone.

Po tym, co mi wyrządzono, nie pragnąłem pokoju.

Pragnąłem przemocy. Pragnąłem ofiary. Pragnąłem krwi.

Los zainterweniował  zgodnie z moimi  życzeniami  po pięciu  tygodniach  służby na 

rozparcelowanych,   niestabilnych,   zapalnych   terenach   Serbii,   Chorwacji   oraz   Bośni   i 

Hercegowiny.

Było  to w lipcu. Któregoś dnia późnym  popołudniem znalazłem się na zakurzonej 

drodze   w   dolinie   Driny,   dwadzieścia   dziewięć   kilometrów   od   oblężonego   miasteczka 

Srebrenica. Jechałem na siedzeniu pasażera zamaskowanej toyoty landcruiser w hełmie oraz 

kamizelce kuloodpornej i gapiłem się przez okno.

Byłem świeżo po lekturze książki z mitami greckimi, która przypadkiem wpadła mi w 

ręce, i rozmyślałem o tym, że targany wojną bałkański krajobraz, przez który jechaliśmy, 

nadawałby się na scenerię jakiegoś mrocznego, wynaturzonego mitu: dzikie róże krzewiły się 

pośród zmasakrowanych ciał – ofiar okrucieństwa jednej albo drugiej strony.

Bomba wybuchła bez ostrzeżenia.

Nie   przypominam   sobie   dźwięku   eksplozji,   która   unicestwiła   kierowcę,   wóz   oraz 

dwóch pozostałych pasażerów. Pamiętam jednak woń prochu i płonącego paliwa.

Wciąż również czuję cios niewidzialnej pięści, która uderzyła we mnie potworną siłą, 

wypchnęła   przez   przednią   szybę   i   wywołała   w   mojej   głowie   burzę   niewyobrażalnych 

background image

rozmiarów.

Kiedy odzyskałem przytomność, okolicę spowił już zmierzch. Dzwoniło mi w uszach, 

byłem zdezorientowany i miałem mdłości, a w pierwszej chwili wydawało mi się nawet, że 

mam   dziesięć   lat   i   właśnie   mnie   ukamienowano.   Potem   jednak   wirowanie   w   mózgu 

spowolniło   na   tyle,   że   dostrzegłem   zwęglony   szkielet   landcruisera   oraz   ciała   moich 

towarzyszy,   tak   bardzo   spalone,   że   wręcz   nierozpoznawalne.   Obok   mnie   leżały   pistolet 

maszynowy oraz samopowtarzalny – sterling i beretta, które wypadły z samochodu.

Było już ciemno, zanim zdołałem wstać z tą bronią i ruszyć przed siebie.

Pokonałem parę kilometrów przez pola i lasy, zataczając się i upadając, aż w końcu 

dotarłem do jakiejś wioski na południowy zachód od Srebrenicy. Wszedłem tam z bronią w 

ręku. Słyszałem dźwięki przebijające przez dzwonienie w uszach – przede mną w mroku 

krzyczeli jacyś mężczyźni.

Przyciągały mnie ich wściekłe głosy i gdy ruszyłem w tamtym kierunku, poczułem, że 

w mojej głowie budzi się stara przyjaciółka, irracjonalna nienawiść. Namawiała mnie, żebym 

kogoś zabił.

Kogokolwiek.

background image

Rozdział 12

To   byli   Bośniacy.   Siedmiu   mężczyzn   uzbrojonych   w   stare   jednolufowe   strzelby   i 

pordzewiałe   karabiny,   którymi   popędzali   przed   sobą   trzy   nastoletnie   dziewczyny   skute 

kajdankami, zupełnie jakby zaganiali trzodę do zagrody.

Któryś mnie zobaczył, krzyknął, a wtedy zwrócili w moją stronę swoją marną broń. Z 

powodów jeszcze wówczas dla mnie niepojętych nie otworzyłem od razu ognia i nie zabiłem 

ich wszystkich na miejscu.

Zamiast tego powiedziałem prawdę: że jestem członkiem natowskiej misji, przeżyłem 

wybuch i muszę nawiązać kontakt z bazą. To ich trochę uspokoiło. Opuścili broń i pozwolili 

mi zachować moją.

Jeden z nich mówił łamaną angielszczyzną. Powiedział, że mogę zadzwonić z wioski 

na posterunku milicji, dokąd właśnie szli.

Spytałem, za co aresztowali dziewczyny.

– Zbrodniarki wojenne – odparł ten, który znał angielski. – Z serbskiego oddziału. 

Pracują dla tego diabła Mladicia. Mówią o nich „Furie”. Zabijają bośniackich chłopaków. 

Dużo chłopaków. Wszystkie trzy. Zapytaj najstarszą. Mówi po angielsku.

Furie? – pomyślałem z zaciekawieniem. Zaledwie dzień wcześniej czytałem o furiach 

w książce o mitologii. Przyspieszyłem nieco, żeby się im przyjrzeć, zwłaszcza tej najstarszej, 

zgorzkniałej dziewczynie o szerokim czole, gęstych czarnych włosach i martwych ciemnych 

oczach.

Furie?   To   nie   mógł   być   zbieg   okoliczności.   Chociaż   wierzyłem,   że   nienawiść 

towarzyszy mi od urodzenia, natychmiast nabrałem przekonania, że te dziewczyny znalazły 

się na mojej drodze nie bez powodu.

Mimo bólu rozrywającego mi czaszkę zrównałem krok z tą najstarszą i spytałem:

– Jesteś zbrodniarką wojenną?

Spojrzała na mnie tymi martwymi oczami i wypluła odpowiedź:

–   Ja   żadna   zbrodniarką.   Ani   moje   siostry.   Rok   temu   bośniackie   świnie   zabiły   mi 

rodziców i gwałciły nas przez cztery dni. Gdybym mogła, to zastrzeliłabym każdą bośniacką 

background image

świnię. Rozbiję im łby. Zabiję wszystkich, jak się da.

Jej siostry najwyraźniej rozumiały, o czym mówi, ponieważ także zwróciły na mnie 

swój martwy wzrok. Szok po wybuchu bomby, potworne łomotanie w głowie, mój rozpalony 

gniew, martwe oczy serbskich dziewczyn, mit o furiach – wszystko to nagle złączyło się w 

całość, która wydała mi się zrządzeniem losu.

Bośniacy   przykuli   dziewczyny   do   ciężkich   drewnianych   krzeseł   przykręconych   do 

podłogi posterunku, a potem zamknęli drzwi. Linie telefoniczne nie działały.  Prymitywne 

wieże komórkowe również. Powiedziano mi jednak, że mogę zaczekać na oddział pokojowy, 

który zabierze mnie oraz serbskie dziewczyny w bezpieczniejsze miejsce.

Gdy Bośniak mówiący po angielsku wyszedł, oparłem broń o przedramię, zbliżyłem 

się do dziewczyny, z którą wcześniej rozmawiałem, i spytałem:

– Czy wierzysz w przeznaczenie?

– Zostaw mnie.

– Czy wierzysz w przeznaczenie? – naciskałem.

– Dlaczego pytasz o taką rzecz?

– Ja to widzę tak, że twoim przeznaczeniem jako zbrodniarki wojennej jest śmierć – 

odparłem. – Jeżeli skażą was za wymordowanie dziesiątek bezbronnych chłopców, będziecie 

winne ludobójstwa. Nawet jeśli wcześniej byłyście gwałcone, i tak zawiśniecie. W przypadku 

ludobójstwa tak to już jest.

Podniosła głowę z arogancką miną.

– Nie boję się umierać za to, co zrobiłyśmy. Zabijałyśmy potwory. To sprawiedliwość. 

Równowaga tam, gdzie jej nie było.

Potwory i furie, pomyślałem, coraz bardziej podekscytowany.

–   Możliwe   –   odrzekłem   –   ale   zginiecie   i   na   tym   skończy   się   wasza   historia.   – 

Zawiesiłem głos. – Ale może co innego jest wam przeznaczone. Może wszystko w waszym 

życiu przygotowało was na tę właśnie chwilę, w tym miejscu, tej nocy, właśnie teraz, kiedy 

wasz los skrzyżował się z moim.

Patrzyła na mnie zdezorientowana.

– Co to znaczy: „los się skrzyżował”?

– Zabiorę was stąd – powiedziałem. – Załatwię nową tożsamość, ukryję i już zawsze 

będę chronił ciebie i twoje siostry. Dam wam szansę na życie.

– A co w zamian? – Dziewczyna znów była oschła.

Zajrzałem w jej oczy. Zajrzałem w jej duszę.

– Będziecie gotowe ryzykować życie, żeby mnie ratować, tak jak teraz ja ryzykuję, 

background image

żeby uratować was.

Najstarsza z dziewcząt spojrzała na mnie z ukosa. Potem odwróciła się do sióstr i 

zaczęły gdakać między sobą po serbsku. Dyskutowały przez chwilę gardłowym szeptem.

W końcu ta mówiąca po angielsku zapytała:

– Możesz nas uratować?

Brzęczenie  w mojej  głowie nie ucichło, ale mgła ustąpiła.  Mózg pracował teraz z 

niemal elektryczną klarownością. Potaknąłem.

– Więc uratuj.

Do pomieszczenia wrócił Bośniak znający angielski.

– Co za kłamstwa opowiadają ci te demony z piekła rodem?

– Chce im się pić – odparłem. – Proszą o wodę. Udało się z telefonem?

– Jeszcze nie.

– To dobrze – stwierdziłem, odbezpieczając pistolet maszynowy.

Wycelowałem   broń   w   mężczyzn,   którzy   pojmali   Furie,   otworzyłem   ogień   i 

wymordowałem ich wszystkich.

background image

Część druga

Igrzyska czas zacząć

background image

Rozdział 13

Kiedy   taksówka   zajechała   przed   sterylny   wieżowiec   w   sercu   City,   londyńskiej 

dzielnicy finansowej, Peter Knight wciąż słyszał płacz swojej matki. Do tej pory widział ją w 

takim stanie tylko raz: nad ciałem ojca po wypadku.

Usłyszawszy o śmierci narzeczonego, Amanda padła synowi w ramiona. Knight czuł 

jej bezbrzeżną rozpacz i aż nazbyt dobrze ją rozumiał. To był cios prosto w serce. Nikomu nie 

życzył   takiego   przeżycia,   a   co   dopiero   własnej   matce.   Obejmował   ją,   gdy   przyszedł 

najsilniejszy wstrząs emocjonalny, który przypomniał Knightowi jego rozpacz po bolesnej 

stracie.

W końcu do gabinetu wszedł Gary Boss. Niemal sam się popłakał na widok cierpienia 

Amandy.   Kilka   minut   później   Knight   otrzymał   SMS   od   Jacka   Morgana.   Szef   kazał   mu 

natychmiast   przyjechać   do   siedziby   Private,   ponieważ   „The   Sun”   zlecił   im   analizę   listu 

kogoś, kto podawał się za mordercę sir Dentona. Boss obiecał, że zaopiekuje się Amandą.

– Powinienem zostać – odparł Knight, czując potworne wyrzuty sumienia na myśl o 

opuszczeniu matki. – Jack to zrozumie. Zadzwonię do niego.

– Nie! – odezwała się Amanda ze złością. – Wracaj do pracy. Zrób to, co potrafisz 

najlepiej. Znajdź tego chorego sukinsyna,  który skrzywdził  Dentona. Chcę widzieć  go w 

łańcuchach. Chcę, żeby spłonął żywcem.

Gdy   Knight   jechał   windą   na   górne   piętra   wieżowca,   myślał   przede   wszystkim   o 

zadaniu, które powierzyła mu matka. Pomimo nieustającego bólu w boku czuł, że zaczyna go 

ogarniać obsesja. Powtarzało  się to zawsze, gdy pracował  nad ważną sprawą – dostawał 

wtedy fiksacji – ale z uwagi na matkę to śledztwo przypominało raczej krucjatę: bez względu 

na   wszystko,   na   przeszkody,   na   potrzebny   czas,   poprzysiągł   dorwać   zabójcę   Dentona 

Marshalla.

Drzwi windy otworzyły się na recepcję – supernowoczesne pomieszczenie ozdobione 

dziełami sztuki przedstawiającymi kamienie milowe w historii szpiegostwa, kryminalistyki i 

kryptografii. Chociaż londyńskie biuro cierpiało obecnie na poważny niedobór personelu, w 

holu  roiło   się  od  agentów   Private  International   z  całego   świata,  którzy  przyszli   tu,  żeby 

background image

odebrać przepustki i zadania na igrzyska.

Knight ominął łukiem tłum, w którym rozpoznał tylko parę osób, a potem przeszedł 

obok modelu konia trojańskiego oraz popiersia sir Francisa Bacona, kierując się ku barwionej 

ścianie z kuloodpornego szkła. Popatrzył w skaner siatkówki oka, jednocześnie przykładając 

prawy palec wskazujący do czytnika linii papilarnych. Fragment ściany odsunął się z sykiem, 

odsłaniając niechlujnego piegowatego mężczyznę o włosach koloru marchewki i zaniedbanej 

brodzie. Miał na sobie workowate dżinsy, koszulkę piłkarską West Ham United oraz czarne 

kapcie.

Knight się uśmiechnął.

– Siemasz, Chuligan.

–   Peter,   ja   pierdzielę!   –   sapnął   Jeremy   „Chuligan”   Crawford,   patrząc   na   ubranie 

Knighta. – Bzykałeś się z orangutanem?

Po śmierci Wendy Lee w katastrofie lotniczej Chuligan został szefem sekcji naukowo-

techniczno-kryminalistycznej  w Private London. Był  zgryźliwym  facetem po trzydziestce, 

wściekle   niezależnym   i   posługującym   się   bezwstydnie   plugawym   językiem   –   a   do   tego 

diabelsko inteligentnym.

Urodził się i wychował w Hackney Wiek, jednej z najgorszych okolic Londynu. Jego 

rodzice   nigdy   nie   skończyli   szkoły   średniej,   a   mimo   to   Chuligan   przed   ukończeniem 

dziewiętnastego  roku życia  uzyskał  dyplomy  z matematyki  i biologii  w Cambridge.  Rok 

później   ukończył   trzecie   studia   –   kryminalistykę   na   Uniwersytecie   Staffordshire.   Znalazł 

zatrudnienie  w MI5, gdzie pracował przez osiem lat, dopóki nie przeszedł do Private za 

dwukrotność państwowej pensji.

Chuligan   był   również   zagorzałym   kibicem   piłki   nożnej   i   posiadaczem   karnetu   na 

mecze   londyńskiego   West   Ham   United.   Pomimo   wybitnej   inteligencji   podczas   ważnych 

rozgrywek w młodości często tracił głowę i właśnie dlatego rodzeństwo nadało mu obecne 

przezwisko. Choć wiele osób wcale by się nim nie chwaliło, Jeremy był z niego dumny.

– Pobiłem się z maską i dachem taksówki, ale jakoś to przeżyłem – skwitował jego 

pytanie Knight. – Jest już list od zabójcy?

Szef sekcji naukowej przecisnął się obok niego.

– Właśnie tu z nim jedzie.

Knight odwrócił się, żeby spojrzeć przez tłum agentów w stronę windy, która znów się 

otwierała. Wyszła z niej Karen Pope, reporterka „The Sun”, przyciskając do piersi dużą szarą 

kopertę. Chuligan podszedł do niej. Najwyraźniej speszyła  się jego niedbałym wyglądem. 

Niepewnie   uścisnęła   mu   dłoń.   Crawford   poprowadził   ją   przez   korytarz   i   przedstawił   jej 

background image

Knighta.

Pope natychmiast stała się ostrożna. Podejrzliwie spojrzała na detektywa, a zwłaszcza 

na jego brudny, porwany płaszcz.

– Moi szefowie chcą, żeby zrobić to jak najszybciej i jak najdyskretniej. Tak, żeby 

sprawa przeszła przez jak najmniej rąk. Z punktu widzenia „The Sun” oznacza to tylko pana 

Crawforda.

– Mów mi Chuligan, dobra?

Zachowanie Pope od razu wydało się Knightowi zarówno irytujące, jak i asekuracyjne, 

ale może dlatego, że nadal czuł się obolały, jakby ktoś obił mu wiosłem cały lewy bok, i 

emocjonalnie wyczerpany rozpaczą Amandy.

– Zajmuję się morderstwem Marshalla w imieniu firmy – powiedział – oraz mojej 

matki.

– Pana matki? – powtórzyła Pope.

Knight wyjaśnił sytuację, lecz dziennikarka wciąż była nieprzekonana.

Ponieważ kompletnie brakowało mu cierpliwości, zapytał:

– Nie przyszło pani do głowy, że mogę wiedzieć o tej sprawie więcej niż pani?

background image

Rozdział 14

Trafił w czuły punkt. Pope zaczerwieniła się z oburzenia.

–   Nie   kojarzę   pani   nazwiska   –   mówił   dalej   Knight.   –   Pracuje   pani   w   redakcji 

miejskiej? W sekcji kryminalnej?

– Jeśli koniecznie chce pan wiedzieć, zwykle zajmuję się sportem – odparła, unosząc 

dumnie podbródek. – I co z tego?

– A to, że wiem o tej sprawie więcej niż pani – odparł Knight.

–   Czyżby?   Cóż,   to   ja   trzymam   w   ręku   list,   prawda,   panie   Knight?   I   wolałabym 

współpracować z panem... yyy, Chuliganem.

Zanim Knight zdążył odpowiedzieć, odezwał się głos z amerykańskim akcentem:

– Panno Pope, dopuszczenie Petera do sprawy byłoby naprawdę mądrym posunięciem. 

To nasz najlepszy człowiek. – Amerykanin, tyczkowaty mężczyzna, przystojny jak surfer, 

wyciągnął rękę do dziennikarki i uścisnął jej dłoń. – Jack Morgan. To ze mną pani szef 

załatwił analizę. Również chciałbym przy tym być, jeśli to możliwe.

– W porządku – odrzekła bez entuzjazmu Pope. – Ale zawartość tej koperty nie może 

zostać nikomu ujawniona, dopóki nie trafi na łamy „The Sun”. Zgoda?

– Oczywiście – zapewnił ze szczerym uśmiechem Jack.

Knight podziwiał właściciela i założyciela agencji Private. Jack był od niego młodszy i 

zawsze spieszył  się jeszcze bardziej niż on. Był także inteligentny i ambitny,  a przy tym 

uważał, że powinien się otaczać innymi inteligentnymi, ambitnymi ludźmi oraz dobrze im 

płacić.   Zależało   mu   na   swoich   pracownikach.   Śmierć   Cartera   oraz   pozostałych   agentów 

Private London zdruzgotała go, więc natychmiast przebył Atlantyk, żeby pomóc Knightowi 

zapanować nad sytuacją.

Cała czwórka udała się do laboratorium Chuligana, które znajdowało się piętro niżej. 

Jack zrównał się z Knightem, który szedł znacznie wolniej niż pozostali.

– Dobra robota z Lancerem – powiedział. – Uratowałeś mu tyłek.

– Dla naszych klientów wszystko, co najlepsze – mruknął Knight.

– Był bardzo wdzięczny. Stwierdził, że powinienem dać ci podwyżkę.

background image

Knight   nie   odpowiedział.   Po   śmierci   kolegów   przybyło   mu   sporo   nowych 

obowiązków,   ale   jeszcze   nie   rozmawiali   o   pensji.   Jack   jakby   właśnie   sobie   o   tym 

przypomniał.

– O pieniądzach pogadamy po olimpiadzie – zadeklarował, a potem zerknął na niego 

trochę uważniej. – A czy tobie nic nie jest?

– Czuję się jak po meczu rugby, ale tryskam energią – uspokoił go Knight.

Tymczasem weszli do działu naukowego Private London, nowoczesnego pod każdym 

względem.

Chuligan   zaprowadził   ich   w  najdalszy   kąt   do   przedsionka,   gdzie   kazał   wszystkim 

włożyć jednorazowe białe kombinezony oraz kaptury. Knight jęknął, lecz posłusznie wdział 

przepisowy   strój   i   udał   się   za   Chuliganem   przez   śluzę   powietrzną   do   sterylnego 

pomieszczenia. Szef działu naukowego podszedł do stanowiska roboczego, gdzie znajdował 

się mikroskop elektronowy oraz najnowocześniejszy sprzęt spektrograficzny. Wziął kopertę 

od Pope, otworzył ją i zajrzał do środka.

– To ty powkładałaś kartki do koszulek czy już tak było? – zapytał.

Knight   usłyszał   to   pytanie   przez   słuchawki   wbudowane   w   kaptur.   Cała   rozmowa 

brzmiała jak transmisja z kosmosu.

– Ja – powiedziała Pope. – Od razu zrozumiałam, że trzeba je chronić.

–  Mądrze   –   pochwalił   Chuligan.   Pokiwał   do  niej   palcem   w   rękawiczce,   po  czym 

spojrzał na Knighta i Jacka. – Bardzo mądrze.

Mimo początkowej niechęci do dziennikarki Knight musiał się z nim zgodzić.

– Kto dotykał kartek, zanim je pani osłoniła? – spytał Peter.

– Tylko ja – zapewniła Pope, kiedy Chuligan wyciągnął list z koszulki. – No i pewnie 

zabójca. Ma imię. Zaraz zobaczycie. Mówi o sobie Kronos.

background image

Rozdział 15

Chwilę   później   rozbrzmiała   dziwna   fletowa   melodia.   Poirytowany   Knight   miał 

wrażenie, że zabójca bawi się z nimi. Skończył przeglądać list oraz załączone dokumenty, po 

czym podał je Jackowi.

Jego też ta muzyka musiała wyprowadzać z równowagi, ponieważ zamknął karnet, 

przerywając nagranie.

– Facet ma nie po kolei w głowie – oświadczył.

– Może, ale za to jest szczwany jak lis – rzuciła Pope – zwłaszcza biorąc pod uwagę 

fragmenty o Marshallu i jego wspólniku Guilderze. Te dokumenty potwierdzają zarzuty, jakie 

im stawia.

– Nie wierzę tym papierom – stwierdził Knight. – Znałem Dentona Marshalla. To był 

niezwykle   uczciwy  człowiek.   Zresztą   nawet  gdyby  oskarżenia  okazały  się   prawdziwe,  to 

jeszcze nie powód, żeby skracać go o głowę. Jack ma rację. Ten facet jest niezrównoważony i 

nadzwyczaj arogancki. Drwi z nas. Twierdzi, że nie możemy go powstrzymać. Mówi, że to 

nie koniec, ale dopiero początek.

Jack pokiwał głową.

– Jeśli ktoś zaczyna od dekapitacji, stać go na wszystko.

– Rozpocznę testy – odezwał się Chuligan. – Takie chipy z melodyjkami umieszcza się 

w wielu kartkach z życzeniami. Powinniśmy namierzyć producenta i model.

Knight przytaknął.

– Chcę jeszcze raz przeczytać list.

Podczas   gdy   Pope   i   Jack   patrzyli,   jak   Chuligan   wycina   układ   grający   z   kartki   z 

życzeniami,   detektyw   wrócił   do   listu.   W   laboratorium   w   końcu   ucichła   muzyka,   a   on 

rozpoczął lekturę.

Pierwsze   zdanie   napisano   literami   i   symbolami,   których   nie   umiał   odczytać,   ale 

domyślał się, że to starogrecki. Kolejne oraz cała reszta listu były już po angielsku.

background image

Starożytna  idea   igrzysk  olimpijskich   została   wypaczona.  Współczesne  

igrzyska   przestały   być   celebracją   bogów  i   ludzi.   Nie   są  już   nawet   świętem  

dobrej   woli.   Współczesne   igrzyska   stały   się   pośmiewiskiem,   cyrkiem  

odbywającym   się   co   cztery   lata.   Sprawili   to   złodzieje,   oszuści,   mordercy   i  

potwory.

Spójrzmy na wspaniałego, poważanego sir Dentona Marshalla oraz jego  

korpulentnego   wspólnika   Richarda   Guildera.   Siedem   lat   temu   sir   Denton  

zaprzedał   ruch   olimpijski   będący   symbolem   uczciwej   rywalizacji.   Z 

dokumentów załączonych do tego listu dowiecie się, że aby zadbać o wybór  

Londynu   na   gospodarza   igrzysk   2012   roku,   sir   Denton   oraz   pan   Guilder  

sprytnie  podkradali fundusze swoim klientom  i przenosili  je na zagraniczne  

konta   należące   do   firm   przykrywek   będących   własnością   innych   firm  

przykrywek, które z kolei należały do członków Międzynarodowego Komitetu  

Olimpijskiego. Paryż, drugi w konkursie, nie miał żadnych szans.

Furie i ja uważamy, że aby oczyścić igrzyska, sir Denton musiał zostać  

ukarany śmiercią za swoje występki. Jesteśmy wybitnymi istotami, wysoce was  

przewyższamy, więc nie zdołacie nas powstrzymać. Widzimy nieprawość tam,  

gdzie wy jej nie dostrzegacie, i potrafimy zdemaskować potwory oraz zgładzić  

je dla dobra igrzysk.

Kronos

background image

Rozdział 16

Czytając list po raz drugi, Knight był jeszcze bardziej zdenerwowany i zaniepokojony 

niż poprzednio. W świetle tego, co spotkało sir Dentona, Kronos jawił się jako przerażający – 

chociaż racjonalnie myślący – szaleniec.

Na domiar złego ta upiorna melodia nie chciała dać mu spokoju. Jaki umysł potrafi 

stworzyć   taką   muzykę   i   taki   list?   I   do   tego   tak   je   połączyć,   by   wywoływały   wrażenie 

przytłaczającej grozy i nieuchronnej przemocy?

A   może   Knight   był   po   prostu   tak   mocno   związany   ze   sprawą,   że   nie   mógł   tego 

odczuwać inaczej?

Gdy wziął aparat fotograficzny i zaczął robić zbliżenia listu oraz towarzyszących mu 

dokumentów, podszedł do niego Jack.

– Co o tym myślisz, Peter?

– Jest  szansa, że to  jedna z  tych,  jak je nazywa,  Furii próbowała  dziś przejechać 

Lancera – odrzekł. – Taksówkę prowadziła kobieta.

– Co? – odezwała się Pope. – Dlaczego pan mi o tym nie powiedział?

– Właśnie mówię – skwitował Knight. – Ale proszę mnie nie cytować.

– Wielki błąd! – ryknął nagle Chuligan.

Wszyscy odwrócili się w jego stronę. Trzymał coś pincetą.

– Co tam masz? – spytał Jack.

– Włos – oznajmił triumfalnie Chuligan. – Przywarł do kleju na skrzydełku koperty.

– DNA, zgadza się? – rzuciła podniecona Pope. – Można sprawdzić, do kogo należy?

– Spróbujemy, co nie?

– Jak długo to potrwa?

– Pełne profilowanie genetyczne zajmie mi mniej więcej dobę.

Pope pokręciła głową.

– Nie zostawię wam listu na tak długo. Mój redaktor dał mi jasno do zrozumienia: 

zanim opublikujemy artykuł, przekażemy wszystko do Scotland Yardu.

– Chuligan pobierze próbkę i odda pani resztę – obiecał Jack.

background image

Knight ruszył do drzwi.

– Dokąd pan idzie? – zapytała ostrym tonem Pope.

Detektyw przystanął, nie bardzo wiedząc, jak zareagować. Dlatego powiedział prawdę:

– Domyślam się, że pierwsze zdanie napisano po starogrecku, więc zamierzam złożyć 

wizytę Jamesowi Daringowi, temu facetowi, który prowadzi  Sekrety przeszłości  w telewizji 

Sky. Zobaczymy, czy zdoła to rozszyfrować.

– Widziałam go – prychnęła Pope. – Gadatliwy pacan myśli, że jest Indianą Jonesem.

– Ten gadatliwy pacan, jak go raczyłaś określić – wtrącił Chuligan – ma oksfordzkie 

doktoraty z antropologii i archeologii i jest cholernym kuratorem greckich zabytków w British 

Museum.   –   Potem   zerknął   na   Knighta.   –   Daring   na   pewno   będzie   wiedział,   co   tu   jest 

napisane, i przypuszczalnie powie coś ciekawego na temat Kronosa i furii. Dobry wybór, 

Peter.

Przez   szklany   wizjer   kaptura   Knight   widział,   że   dziennikarka   wykrzywia   usta, 

zupełnie jakby zjadła coś cierpkiego.

– A potem? – spytała w końcu.

– Chyba Guilder.

– Wspólnik Marshalla?! – zawołała Pope. – W takim razie jadę z panem.

– Nie sądzę – odparł Knight. – Pracuję sam.

– Jestem klientką – nalegała, zerkając na Jacka. – Chyba mogę się podczepić, prawda?

Jack   się   zawahał.   Knight   uświadomił   sobie,   w   jak   trudnej   sytuacji   znalazł   się 

właściciel Private International. Stracił czworo najlepszych agentów w podejrzanej katastrofie 

lotniczej. Wszyscy odgrywali ważną rolę w ochronie igrzysk. A teraz doszedł do tego jeszcze 

sir Denton i ten szaleniec Kronos.

Knight był prawie pewny, że tego pożałuje, ale powiedział:

– Jack, nie ma powodu do niepokoju. Ten jeden raz zmienię swoje zasady. Może się 

pani pode mnie „podczepić”.

– Dzięki, Peter – rzekł Amerykanin ze znużonym uśmiechem. – Znów jestem twoim 

dłużnikiem.

background image

Rozdział 17

W   środku   nocy,   czterdzieści   osiem   godzin   po   tym,   jak   zamordowałem   siedmiu 

Bośniaków latem 1995 roku, śniady mężczyzna o rozbieganym wzroku, śmierdzący tytoniem 

i   goździkami,   otworzył   drzwi   do   nędznej   budy,   która   robiła   za   warsztat   w   zniszczonej 

działaniami wojennymi dzielnicy Sarajewa.

Ten człowiek  był  jednym  z potworów, które zawsze dobrze prosperują w czasach 

wojny   i   wstrząsów   politycznych,   istotą   żyjącą   w   cieniu,   zmieniającą   tożsamość   oraz 

sprzymierzeńców.

Dowiedziałem się o tym fałszerzu od towarzysza z sił pokojowych, który zakochał się 

w miejscowej dziewczynie niemogącej podróżować z własnym paszportem.

–   Jak   się   wczoraj   umawialiśmy   –   powiedział   fałszerz,   kiedy   wraz   z   serbskimi 

dziewczynami znaleźliśmy się w środku. – Sześć tysięcy za trzy. Plus tysiąc za ekspres.

Skinąłem głową i wręczyłem  mu kopertę. Przeliczył  pieniądze, po czym  podał mi 

podobną.   Znajdowały   się   w   niej   trzy   paszporty   –   jeden   niemiecki,   jeden   polski   i   jeden 

słoweński.

Przyjrzałem   się   dokumentom,   zadowolony   z  nowych   imion   oraz   tożsamości,   jakie 

nadałem dziewczętom. Najstarsza nazywała się teraz Marta, średnia – Teagan, a najmłodsza – 

Petra.   Uśmiechnąłem   się   na   myśl,   że   z   nowymi   fryzurami   i   kolorami   włosów   nikt   nie 

rozpozna w nich serbskich sióstr, które bośniaccy chłopi nazywali Furiami.

– Doskonała robota – pochwaliłem fałszerza, po czym schowałem paszporty. – A moja 

broń?

Kiedy zamawiałem paszporty, zostawiliśmy mu sterlinga jako depozyt.

– Oczywiście – odrzekł. – Właśnie o tym myślałem.

Podszedł do sejfu, otworzył go i wyjął karabin. Odwrócił się i wymierzył broń prosto 

w nas.

– Na kolana – warknął. – Czytałem o jatce na posterunku niedaleko Srebrenicy i o 

trzech serbskich dziewczynach poszukiwanych za zbrodnie wojenne. Jest za nie nagroda. I to 

duża.

background image

– Ty śmierdząca gnido – syknąłem. Klękałem powoli, skupiając na sobie jego uwagę. 

– Dajemy ci pieniądze, a ty nas zdradzasz?

Uśmiechnął się.

– To się chyba nazywa załatwić kogoś na szaro.

Dziewięciomilimetrowa kula z lufy z tłumikiem przemknęła mi nad głową, po czym 

trafiła fałszerza między oczy. Runął w tył i wylądował martwy na biurku, upuszczając moją 

broń. Podniosłem ją i spojrzałem na Martę. W prawej kieszeni kurtki miała dziurę po kuli.

Po raz pierwszy zobaczyłem w jej oczach coś innego niż martwotę. Teraz widziałem 

tam szkliste upojenie, które rozumiałem i podzielałem. Wcześniej zabiłem dla niej. Teraz ona 

zabiła dla mnie. Nasze losy nie tylko całkowicie się splotły, ale też byliśmy pijani owym 

odurzającym   trunkiem,   który   fermentuje   w   sercach   członków   elitarnych   oddziałów 

wojskowych po każdej udanej akcji, uzależniającym napojem nadludzi dzierżących władzę 

nad życiem i śmiercią.

Wychodząc z budynku, miałem jednak dojmującą świadomość, że minęły już ponad 

dwa   dni,   odkąd   wybuch   bomby   wyrzucił   mnie   z   landcruisera.   Polowano   na   Furie.   Tak 

powiedział fałszerz.

Poza tym ktoś na pewno znalazł spalone resztki pojazdu. Ktoś na pewno policzył i 

zbadał zwęglone ciała, odkrywając, że mnie brakuje.

To oznaczało, że polowano również na mnie.

Może powinni mnie znaleźć prędzej niż później, uznałem.

background image

Rozdział 18

Tego   czwartkowego   popołudnia   o   godzinie   piętnastej   dwadzieścia   Pope   i   Knight 

przemierzyli dziedziniec i wspięli się po granitowych schodach szacownego British Museum 

w centrum Londynu. Kiedy wchodzili do gmachu, Knight zgrzytał zębami. Lubił pracować 

sam, ponieważ dzięki temu miał dość ciszy, żeby w toku śledztwa móc analizować fakty.

Niestety,   Pope   gadała   bez   przerwy.   Odkąd   opuścili   siedzibę   Private,   nie   zamilkła 

nawet na minutę. Karmiła go informacjami, których zupełnie nie musiał znać, streszczała 

swoją karierę, opowiadała o draniu imieniem Lester, z którym chodziła w Manchesterze, oraz 

o zgryzotach jedynej kobiety w redakcji sportowej „The Sun”.

– Musi być ciężko – powiedział, zastanawiając się, czy nie zdołałby się jej pozbyć, nie 

potęgując problemów Jacka.

Tymczasem   jednak   udał   się   wraz   z   nią   do   stanowiska   informacji,   gdzie   siedziała 

starsza pani. Pokazał jej identyfikator i powiedział, że ktoś z agencji Private dzwonił do 

muzeum, by umówić go na krótką rozmowę z doktorem Jamesem Daringiem.

Kobieta burknęła, że kurator jest bardzo zajęty, ponieważ tego wieczoru otwiera nową 

wystawę, lecz mimo to wskazała im drogę.

Weszli na górne piętro, a następnie udali się do tylnej części olbrzymiego budynku. W 

końcu dotarli do łuku, nad którym wisiał pokaźny transparent z napisem: STAROŻYTNE 

IGRZYSKA OLIMPIJSKIE: ZABYTKI I RADYKALNA RETROSPEKTYWA.

Przed fioletową zasłoną rozwieszoną pod łukiem stało dwóch strażników. W korytarzu 

rozstawiano stoły z bufetem i barkiem na uroczystość otwarcia  wystawy.  Knight pokazał 

strażnikowi identyfikator Private i zapytał o Daringa.

– Doktor Daring poszedł...

– ...Zjeść spóźniony lunch, ale już jestem, Carl! – zawołał zdenerwowany męski głos z 

głębi   korytarza.   –  Co  się  dzieje?   Kim  są  ci   ludzie?   Przecież  mówiłem,   żeby  nikogo  nie 

wpuszczać przed siódmą!

Odwróciwszy się, Knight ujrzał biegnącą ku nim znajomą postać doktora Daringa – 

przystojnego,  mocno  zbudowanego  mężczyznę  w workowatych  szortach  khaki,  sandałach 

background image

oraz koszuli w stylu safari. Jego włosy związane były w kucyk. Naukowiec niósł ipada i 

rozglądał się wkoło rozbieganym wzrokiem.

Oczywiście Knight parę razy widział Jamesa Daringa w telewizji. Z niezrozumiałych 

powodów jego prawie trzyletni synek Luke uwielbiał oglądać Sekrety przeszłości. Być może 

ze   względu   na   melodramatyczną   muzykę,   która   towarzyszyła   praktycznie   każdemu 

odcinkowi.

– Moje dzieci są pana wielkimi fanami – odezwał się detektyw, wyciągając do niego 

dłoń. – Peter Knight, jestem z agencji Private. Ktoś z mojego biura dzwonił do pana.

– A ja nazywam się Karen Pope. Jestem z „The Sun”.

Daring zerknął na nią i odparł:

– Już zaprosiłem kogoś z „The Sun” na oglądanie wystawy razem ze wszystkimi. O 

siódmej. Co mogę zrobić dla Private, panie Knight?

– Panna Pope i ja pracujemy razem. Zamordowano sir Dentona Marshalla.

Telewizyjny gwiazdor pobladł i kilka razy zamrugał powiekami.

– Zamordowano? Mój Boże. Cóż za tragedia. On... – Daring wskazał dłonią fioletową 

kotarę przesłaniającą  wejście na wystawę.  – Bez jego wsparcia finansowego to wszystko 

byłoby niemożliwe. Był dobrym i hojnym człowiekiem. – W jego oczach błysnęły łzy. Jedna 

ściekła po policzku. – Dziś podczas przyjęcia zamierzałem publicznie mu podziękować. Ale... 

co się stało? Kto to zrobił? Dlaczego?

– Morderca podpisuje się „Kronos” – włączyła się Pope. – Przysłał mi list. Część 

napisano po starogrecku. Mieliśmy nadzieję, że pomoże nam pan go odczytać.

Daring zerknął na zegarek, po czym kiwnął głową.

– W tej chwili mam dla was najwyżej piętnaście minut. Przepraszam, ale...

–   Wystawa   –   dokończyła   Pope.   –   Rozumiemy.   Kwadrans   w   zupełności   nam 

wystarczy.

Daring milczał przez chwilę.

– W takim razie proszę za mną – powiedział w końcu.

Zaprowadził Knighta i dziennikarkę za kotarę na imponującą wystawę prezentującą 

starożytne   igrzyska   olimpijskie   i   porównującą   je   z   ich   współczesną   wersją.   Ekspozycja 

zaczynała się od ogromnego zdjęcia lotniczego ruin Olimpii, gdzie w starożytności odbywały 

się zawody.

Podczas   gdy   Pope   pokazywała   Daringowi   list   Kronosa,   Knight   przyglądał   się 

fotografii Olimpii oraz rysunkom objaśniającym, jakie obiekty znajdowały się w miejscu ruin.

W obrębie murów otaczających święty gaj oliwny, zwany Altisem, mieściło się kilka 

background image

świątyń, w tym jedna na cześć Zeusa, najpotężniejszego ze wszystkich bogów starożytnej 

Grecji.  Podczas  igrzysk  w świątyniach  odprawiano rytuały oraz  składano  ofiary.  Według 

wystawy Daringa cała Olimpia, włącznie ze stadionem, stanowiła święte miejsce modlitwy.

Przez ponad tysiąc lat w czasach pokoju i w czasach wojny Grecy gromadzili się tam, 

żeby   czcić   Zeusa   i   brać   udział   w   igrzyskach.   Nie   rozdawano   brązowych,   srebrnych   ani 

złotych   medali.   Żeby   unieśmiertelnić   zwycięzcę,   jego   rodzinę   oraz   miasto,   wystarczył 

wieniec z gałązek oliwnych.

Knight był pod dużym wrażeniem wystawy. Jednakże już po paru minutach oglądania 

części   porównującej   stare   z   nowym   nabrał   przekonania,   że   starożytne   igrzyska   są   tu 

zdecydowanie faworyzowane względem współczesnych.

Ledwie zdążył o tym pomyśleć, kiedy Pope zawołała go z drugiego końca sali:

– Knight, chyba powinien pan to usłyszeć.

background image

Rozdział 19

Stojąc przed gablotą zawierającą starożytne dyski, oszczepy oraz wazy z terakoty ze 

scenami zawodów sportowych, doktor Daring wskazał na pierwsze zdanie tekstu.

– To rzeczywiście starogrecki – powiedział. – Zdanie brzmi: „Olimpijczycy, jesteście 

w rękach bogów”. To wyrażenie z mitologii greckiej. Oznacza, że bogowie kontrolują los 

poszczególnych   ludzi.   Najczęściej   używano   go   chyba   wtedy,   gdy   ktoś   dopuścił   się 

przestępstwa na tyle poważnego, by zdenerwować mieszkańców Olimpu. Ale wiecie, kogo 

lepiej spytać o takie rzeczy?

– Kogo? – zainteresował się Knight.

–   Selenę   Farrell.   Profesor   filologii   klasycznej   w   King’s   College.   Jest   nieco 

ekscentryczna, ale genialna. Wieki temu pracowała dla NATO na Bałkanach. Tam ją, no, 

poznałem. Powinniście z nią porozmawiać. To nonkonformistyczna myślicielka.

Pope zapisała nazwisko Farrell, po czym spytała:

– Kto to jest Kronos?

Kurator wziął ipada i zaczął coś pisać.

– To jeden z tytanów, którzy rządzili światem przed bogami olimpijskimi. Również na 

ten temat więcej powie wam Selena Farrell, ale Kronos był synem Gai i Uranosa, dawnych 

władców nieba i ziemi.

Daring wyjaśnił,  że namówiony przez matkę  Kronos zbuntował się przeciw ojcu i 

wykastrował go sierpem.

Długie,   zakrzywione   ostrze,   pomyślał   Knight.   Czy   nie   tak   właśnie   Elaine   opisała 

narzędzie zbrodni?

– Według mitu  z krwi Uranosa powstały trzy furie – mówił  dalej Daring. – Były 

siostrami przyrodnimi Kronosa, duchami zemsty o wężowych włosach jak u Meduzy.

Kurator dodał, że Kronos ożenił się z Reą i spłodził sześcioro z dwanaściorga bogów, 

którzy zasiedli na Olimpie. Potem Daring zamilkł. Wyglądał na zaniepokojonego.

– O co chodzi? – zapytała Pope.

Uczony zmarszczył nos, jakby poczuł niemiły zapach.

background image

– Kiedy Kronos poznał przepowiednię, że jego własny syn wystąpi przeciwko niemu, 

zrobił coś okrutnego.

– Co takiego? – spytał Knight.

Kurator   pokazał   im   ipada.   Ekran   wyświetlał   ponury,   makabryczny   obraz 

przedstawiający zaniedbanego, brodatego, półnagiego mężczyznę, który gryzł zakrwawione 

ramię drobnego ludzkiego ciała. Głowy oraz drugiego ramienia już nie było.

– To obraz hiszpańskiego malarza Goi – poinformował Daring. – Przedstawia Saturna 

pożerającego syna. Saturn jest utożsamiany z greckim Kronosem.

Obraz napawał Knighta obrzydzeniem.

– Nie rozumiem – powiedziała Pope.

– W greckiej i rzymskiej mitologii Kronos zjadł swoje dzieci jedno po drugim.

background image

Rozdział 20

– Zjadł? – powtórzyła Pope, wykrzywiając wargi.

Knight spojrzał na obraz i pomyślał o własnych dzieciach na placu zabaw w pobliżu 

domu. Poczuł jeszcze silniejsze obrzydzenie.

– To mit, cóż mogę rzec? – odparł Daring.

Następnie   opowiedział   im   o   Rei,   która   znienawidziła   męża   za   to,   że   pożarł   ich 

potomstwo. Poprzysięgła sobie, że już żadnego z dzieci nie spotka ten los. Kiedy więc wydała 

na świat syna, którego nazwała Zeus, natychmiast go ukryła. Potem upiła Kronosa i zamiast 

dziecka dała mu do zjedzenia kamień owinięty w pieluszki.

–   Dużo   później   –   ciągnął   kurator   –   Zeus   zdetronizował   ojca,   zmusił   go   do 

zwymiotowania pożartych dzieci, po czym rzucił Kronosa w najmroczniejszą otchłań Tartaru 

lub coś w tym stylu. Zapytajcie Farrell.

– W porządku – odrzekł Knight, niepewny, czy ta informacja pomoże im w śledztwie. 

Zastanawiał się, czy list nie jest fortelem mającym zwieść ich na manowce. – Jest pan fanem 

nowożytnej olimpiady, doktorze?

Gwiazdor telewizyjny zmarszczył brwi.

– Dlaczego pan pyta?

– Wydaje mi się, że pana wystawa faworyzuje igrzyska starożytne.

– Uważam, że zachowałem bezstronność – zaprotestował chłodnym tonem obruszony 

Daring. – Ale przyznaję, że w starożytnych igrzyskach chodziło o honor oraz doskonałość w 

praktykowaniu greckiej religii, we współczesnych natomiast zbyt dużą rolę odgrywają moim 

zdaniem   pieniądze   i   korporacje.   Wiem,   to   ironia   losu,   ponieważ   wystawa   powstała   przy 

wsparciu prywatnych darczyńców.

– Czyli w pewnym sensie zgadza się pan z Kronosem? – spytała Pope.

Głos kuratora był teraz wręcz lodowaty:

– Może zgadzam się, że we współczesnej olimpiadzie gubią się dawne ideały, ale z 

pewnością   nie   pochwalam   mordowania   ludzi   dla   „oczyszczenia”   igrzysk.   A  teraz   bardzo 

przepraszam, ale muszę dokończyć pracę i przebrać się przed uroczystością.

background image

Rozdział 21

Kilka   godzin   po   tym,   jak   Marta   zastrzeliła   fałszerza,   siedzieliśmy   we   czwórkę   w 

bezgwiazdkowym   hotelu   na   peryferiach   Sarajewa.   Wręczyłem   siostrom   koperty   z 

paszportami oraz pieniędzmi na podróż.

– Pojedźcie na dworzec oddzielnymi taksówkami lub autobusami. A potem udajcie się 

zupełnie   innymi   drogami   pod   adres,   który   wpisałem   wam   do   paszportów.   W   uliczce   za 

domem   znajdziecie   niski   ceglany   murek.   Pod   trzecią   cegłą   od   lewej   jest   klucz.   Kupcie 

jedzenie.   Wejdźcie   do   środka   i   czekajcie   spokojnie,   aż   przyjadę.   Jeśli   to   możliwe,   nie 

wychodźcie na zewnątrz. Nie rzucajcie się w oczy. Czekajcie.

Marta przetłumaczyła moje słowa siostrom, po czym spytała:

– Kiedy przyjedziesz?

– Za parę dni – powiedziałem. – Myślę, że nie później niż za tydzień.

Kiwnęła głową.

– Będziemy czekać.

Uwierzyłem   jej.   W   końcu   dokąd   mogłyby   pójść?   Nasze   losy   splotły   się 

nierozerwalnie. Czując, że panuję nad własnym przeznaczeniem jak nigdy dotąd, zostawiłem 

serbskie dziewczyny i wyszedłem na ulicę. Jeszcze bardziej wymazałem błotem i kurzem 

swój podarty, zakrwawiony strój. Potem wytarłem pistolety z odcisków palców i wrzuciłem je 

do rzeki.

Godzinę   przed   świtem   dotarłem   do   bramy   garnizonu   wojsk   NATO.   Udawałem 

oszołomionego. Byłem zaginiony przez dwa i pół dnia.

Przełożonym   oraz   lekarzom   ogólnikowo   opisałem   wspomnienia   wybuchu,   który 

rozerwał landcruisera. Powiedziałem, że włóczyłem się godzinami, a potem spałem w lesie. 

Rano znów ruszyłem przed siebie. Dopiero wieczorem przypomniałem sobie, kim jestem i 

gdzie   powinienem   się   udać.   Wtedy   skierowałem   się   w  stronę   garnizonu   jak   zamroczony 

alkoholik szukający drogi do domu.

Lekarze zbadali mnie i orzekli, już po raz drugi w moim życiu, że mam uszkodzoną 

czaszkę. Dwa dni później zabrał mnie stamtąd transport medyczny. Kronos leciał do domu do 

background image

swoich Furii.

background image

Rozdział 22

Za   pięć   czwarta   tego   czwartkowego   popołudnia   Knight   opuścił   One   Aldwych, 

luksusowy pięciogwiazdkowy hotel w West Endzie, londyńskiej dzielnicy teatralnej. Pope 

czekała na chodniku, wpatrzona w ekran swojego blackberry.

– Jego sekretarka wcale nie próbowała się pani pozbyć. Portier mówi, że on tu często 

przychodzi   na   drinka,   ale   jeszcze   go   nie   ma   –   powiedział   Knight.   Chodziło   o   Richarda 

Guildera, wieloletniego wspólnika finansowego sir Dentona. – Poczekajmy na zewnątrz.

Pope   pokręciła   głową,   po   czym   wskazała   na   rząd   edwardiańskich   budynków   po 

drugiej stronie ulicy Strand.

– To jest King’s College,  prawda? Tutaj pracuje Selena Farrell, ta specjalistka od 

starożytnej   greki,   do   której   wysłał   nas   ten   pseudo-Indiana   Jones.   Sprawdziłam   ją   sobie. 

Rzeczywiście dużo pisała o greckim dramaturgu Ajschylosie i jego sztuce Eumenidy. To inna 

nazwa furii. Moglibyśmy z nią pogadać, a potem wrócić do Guildera.

Knight się skrzywił.

–   Szczerze   mówiąc,   nie   wiem,   czy   lepsze   zrozumienie   mitu   o   Kronosie   i   furiach 

pomoże nam złapać zabójcę sir Dentona.

– Wiem więcej niż pan – odparła, dumnie machając mu przed nosem smartfonem. – 

Najwyraźniej   Farrell   zaciekle   walczyła   przeciwko   igrzyskom   w   Londynie.   Pozwała 

organizatorów do sądu i próbowała to wszystko powstrzymać, szczególnie gdy wywłaszczano 

tereny we wschodnim Londynie pod Park Olimpijski. Podobno straciła wtedy dom.

Knightowi szybciej zabiło serce. Ruszył w stronę uczelni.

– Denton kierował tym wywłaszczeniem – powiedział. – Musiała go nienawidzić.

–   Może   tak   bardzo,   że   postanowiła   obciąć   mu   głowę   –   dodała   Pope,   z   trudem 

dotrzymując mu kroku.

Wtedy zabrzęczał telefon Knighta. Przyszedł SMS od Chuligana:

Pierwsze badanie DNA: włos należy do kobiety.

background image

Rozdział 23

Selenę   Farrell   zastali   w   jej   gabinecie.   Czterdziestoletnia   profesor   ubrana   była   jak 

niemodne dziecko natury: w workowatą, spłowiała sukienkę w wiejskim stylu, skrywającą 

wydatny biust. Na nogach miała drewniaki, na nosie owalne okulary w czarnej oprawce, a 

głowę   owinęła   chustką   przytrzymywaną   dwiema   drewnianymi   spinkami.   Była   zupełnie 

nieumalowana.

Uwagę Knighta zwrócił pieprzyk na środku prawego policzka. Przypomniała mu się 

młoda Elizabeth Taylor i pomyślał, że w odpowiednim stroju pani profesor mogłaby być 

całkiem atrakcyjna.

Podczas   gdy   Farrell   studiowała   jego   identyfikator,   on   zerknął   na   fotografie   na 

ścianach: jedna z nich przedstawiała uczoną podczas wspinaczki po górach w Szkocji, na 

kolejnej stała na skraju greckich ruin, na trzeciej  zaś była  dużo młodsza,  miała  na sobie 

koszulę i spodnie khaki, a jej oczy skryte były za okularami przeciwsłonecznymi. Pozowała z 

bronią automatyczną obok białej ciężarówki z napisem NATO.

W   porządku   –   powiedziała   Farrell,   oddając   mu   dokument.   –   o   czym   mamy 

rozmawiać?

–   O   sir   Dentonie   Marshallu,   członku   komitetu   organizacyjnego   igrzysk   –   odrzekł 

Knight, obserwując jej reakcję.

Farrell zesztywniała. Wydęła usta z niechęcią.

– O co chodzi?

– Został zamordowany – powiedziała Pope. – Obcięto mu głowę.

Profesor wyglądała na szczerze zszokowaną.

– Obcięto głowę? To straszne. Nie lubiłam go, ale... to barbarzyństwo.

– Sir Denton zabrał pani dom i ziemię – przypomniał Knight.

Farrell się najeżyła.

– To prawda. Nienawidziłam go za to. Jego oraz wszystkich, którzy opowiadali się za 

organizacją olimpiady. Ale nie zabiłam go. Nie uznaję przemocy.

Knight zerknął na zdjęcie profesor z bronią maszynową, lecz postanowił nie podważać 

background image

jej słów. Zamiast tego spytał:

–   Czy   może   pani   powiedzieć,   gdzie   była   pani   wczoraj   około   dwudziestej   drugiej 

czterdzieści pięć?

Farrell  rozparła   się  na krześle   i zdjęła  okulary,  odsłaniając   niesamowite  szafirowe 

oczy, które patrzyły wprost w Knighta.

–   Mogę,   ale   nie   zrobię   tego,   chyba   że   to   będzie   konieczne.   Cenię   sobie   swoją 

prywatność.

– Proszę opowiedzieć nam o Kronosie – odezwała się Pope.

Farrell odchyliła głowę.

– O tytanie?

– Właśnie o nim – potwierdziła dziennikarka.

Profesor wzruszyła ramionami.

–   Wspomina   o   nim   Ajschylos,   zwłaszcza   w  Eumenidach,  trzeciej   sztuce   cyklu 

Oresteja.  Eumenidy to trzy furie, duchy zemsty zrodzone z krwi ojca Kronosa. Dlaczego 

państwo o niego pytają? W gruncie rzeczy to mało istotna postać w mitologii greckiej.

Pope   zerknęła   na   Knighta,   a   on   skinął   głową.   Dziennikarka   sięgnęła   do   torebki   i 

wyjęła z niej komórkę. Grzebała przy aparacie przez kilka sekund.

– Wczoraj dostałam przesyłkę od kogoś, kto podpisuje się „Kronos” i podaje się za 

mordercę sir Dentona. Był tam list oraz to: co prawda to tylko nagranie nagrania, ale...

Kiedy   znów   sięgnęła   do   torby,   żeby   poszukać   kopii   listu   Kronosa,   z   jej   telefonu 

popłynęła ta dziwna, irytująca fletowa melodia.

Po kilku dźwiękach profesor zamarła.

Muzyka   brzmiała   dalej,   a   Farrell   wpatrywała   się   w   biurko   coraz   bardziej 

zaniepokojona. W końcu zaczęła szaleńczo rozglądać się dookoła, jakby słyszała szerszenie. 

Zasłoniła uszy dłońmi, odczepiając spinki i poluzowując chustkę.

Spanikowana, przytrzymała ją gwałtownym ruchem. Potem zerwała się na równe nogi 

i rzuciła do drzwi.

– Na litość boską, wyłączcie to! – wykrztusiła. – Dostaję migreny! Niedobrze mi!

Knight   poderwał   się   i   pobiegł   za   Farrell.   Kobieta   pędziła   korytarzem,   stukając 

drewniakami, aż w końcu wpadła do damskiej toalety.

– Nieźle ją ruszyło – stwierdziła Pope, stając za jego plecami.

– Aha – zgodził się detektyw.

Wrócił do gabinetu i ruszył wprost do biurka pani profesor, po drodze wyciągając z 

kieszeni niewielką torebkę na dowody.

background image

Wywinął  ją na drugą stronę, po czym  podniósł jedną ze spinek, które odpadły od 

chustki, kiedy Farrell pognała  do drzwi. Owinął  spinkę torebką,  a następnie  odwrócił na 

właściwą stronę i położył z powrotem na biurku.

– Co pan robi? – szepnęła Pope.

– Chuligan napisał, że włos z próbki na kopercie należy do kobiety – mruknął Knight, 

zamykając torebkę.

Słysząc, że ktoś zbliża się do gabinetu, wsunął ją do kieszeni marynarki, po czym 

usiadł. Pope wciąż stała. Patrzyła  w stronę drzwi, gdy pojawiła się w nich inna kobieta, 

znacznie młodsza niż Farrell, ale ubrana równie niegustownie.

–   Przepraszam,   nazywam   się   Nina   Langor,   jestem   asystentką   naukową   profesor 

Farrell.

– Nic jej nie jest? – zainteresowała się Pope.

–   Powiedziała,   że   dokucza   jej   migrena,   więc   jedzie   do   domu.   Obiecała,   że   jeśli 

zadzwonią państwo do niej w poniedziałek lub we wtorek, to wszystko wytłumaczy.

– To znaczy co? – spytał Knight.

Nina Langor robiła wrażenie skonsternowanej.

– Naprawdę nie mam pojęcia. Nigdy dotąd nie widziałam, żeby tak się zachowywała.

background image

Rozdział 24

Dziesięć minut później Knight wchodził za Pope po schodkach One Aldwych. Zerknął 

na portiera, z którym wcześniej rozmawiał, a ten skinął głową. Knight wsunął mu do ręki 

banknot  dziesięciofuntowy,  po  czym   ruszył   za  dziennikarką   w  stronę  stłumionego  gwaru 

wesołych głosów.

– Ta muzyka mocno podziałała na Farrell – powiedziała Pope. – Już ją gdzieś słyszała.

– Zgadzam się. Solidnie nią trzepnęło.

– Czy to możliwe, że ona jest Kronosem?

– I używa imienia sugerującego, że morderca jest mężczyzną? Jasne, czemu nie?

Weszli do stylowego Lobby Baru o trójkątnym kształcie, wysoko sklepionym stropie, 

jasnej  posadzce  z  polerowanego wapienia  oraz  oknach od podłogi  do sufitu. Pomysłowo 

ustawione wytworne meble tworzyły intymną atmosferę.

O ile w Beaufort w hotelu Savoy, mieszczącym się nieco dalej przy tej samej ulicy, 

liczył się przepych, o tyle w Lobby znaczenie miały pieniądze. Hotel One Aldwych znajdował 

się   w   pobliżu   londyńskiej   dzielnicy   finansowej   i   emanował   korporacyjną   elegancją 

przyciągającą   bankierów,   nadzianych   spekulantów   giełdowych   oraz   kontrahentów 

świętujących dobicie targu.

– Będę mówił pierwszy – oświadczył Knight.

– Dlaczego? – żachnęła się Pope. – Bo jestem kobietą?

– Z iloma rzekomo skorumpowanymi potentatami rozmawiała pani ostatnio, pracując 

w dziale sportowym? – spytał chłodno.

Dziennikarka ostentacyjnie puściła go przodem.

Wspólnik sir Dentona patrzył jakby w otchłań. W dłoni trzymał kryształową szklankę, 

w której wirowała czysta szkocka. Po jego lewej stronie stał pusty stołek barowy. Knight 

ruszył przed siebie, jakby chciał tam usiąść.

Zanim zdążył to zrobić, na jego drodze wyrósł istny goryl w ciemnym garniturze.

– Pan Guilder nie życzy sobie towarzystwa – powiedział z wyraźnym brooklińskim 

akcentem.

background image

Knight pokazał mu identyfikator. Ochroniarz Guildera wzruszył ramionami, po czym 

zaprezentował własny. Joe Mascolo pracował dla Private New York.

– Robisz za wsparcie na czas olimpiady? – zapytał Knight.

Mascolo kiwnął głową.

– Jack mnie tu ściągnął.

– Więc pozwolisz mi z nim pogadać?

Agent z Nowego Jorku pokręcił głową.

– Facet chce być sam.

– Panie Guilder? – odezwał się Knight tak głośno, by tamten go usłyszał. – Proszę 

przyjąć moje kondolencje. Nazywam się Peter Knight, również pracuję dla Private. Działam 

w imieniu londyńskiego komitetu organizacyjnego oraz mojej matki, Amandy Knight.

Mascolo spojrzał na niego, wściekły, że Knight próbuje go ominąć.

Jednak Guilder zesztywniał, odwrócił się na krześle i spojrzał na detektywa, po czym 

rzekł:

–   Amanda.   Mój   Boże.   To...   –   Pokręcił   głową   i   otarł   łzy.   –   Panie   Knight,   proszę 

posłuchać Joego. W tej chwili nie nadaję się do rozmowy o Dentonie. Przyszedłem tu, żeby 

go opłakiwać. Samotnie. Domyślam się, że pana biedna matka robi to samo.

– Bardzo pana proszę – zaczął znów Knight. – Scotland Yard...

–   Zgodził   się   porozmawiać   z   naszym   klientem   jutro   rano   –   warknął   Mascolo.   – 

Zadzwoń do biura pana Guildera. Umów się. A dzisiaj zostaw faceta w spokoju.

Agent Private New York spiorunował Knighta wzrokiem. Wspólnik sir Dentona znów 

koncentrował się na drinku i detektyw już zamierzał ustąpić, gdy odezwała się Pope:

– Proszę pana, jestem z redakcji „The Sun”. Otrzymaliśmy list od zabójcy sir Dentona. 

Wspomina o panu i pana firmie. Usprawiedliwia morderstwo pańskiego wspólnika pewnymi 

nielegalnymi poczynaniami, których rzekomo panowie się dopuszczali.

Guilder odwrócił się z wściekłością.

– Jak pani śmie?! Denton Marshall był kryształowo uczciwy. Odkąd go znałem, nigdy, 

przenigdy nie brał udziału w czymś nielegalnym. Ja też nie. Nie wiem, co napisano w liście, 

ale to kłamstwo.

Pope   usiłowała   wręczyć   finansiście   fotokopie   dokumentów   przesłanych   przez 

Kronosa.

– Zabójca sir Dentona twierdzi, że pochodzą z akt Marshall and Guilder – powiedziała. 

– A konkretniej: z tajnych akt waszej firmy.

Guilder zerknął na kartki, ale nie wziął ich do ręki, zupełnie jakby nie miał czasu 

background image

zawracać sobie głowy skandalicznymi zarzutami.

– W Marshall and Guilder nigdy nie mieliśmy tajnych akt.

– Czyżby? – rzucił z powątpiewaniem Knight. – Nawet w związku z transakcjami w 

walutach obcych na rzecz najzamożniej szych klientów?

Współwłaściciel   funduszu   hedgingowego   nic   nie   powiedział,   ale   Knight   mógłby 

przysiąc, że jego rumiane policzki straciły trochę barwy.

– Według tych dokumentów – kontynuowała Pope – pan oraz sir Denton zagarnialiście 

odsetki od każdego funta i dolara, a także każdej innej waluty, jaka przechodziła przez waszą 

firmę. Może to brzmi niepozornie, ale jeśli co roku obraca się setkami milionów funtów, robi 

się z tego niezła sumka.

Guilder odstawił szklaneczkę szkockiej na bar. Ze wszystkich sił starał się zachować 

spokój. Knight był jednak pewien, że kiedy kładł dłoń na udzie, lekko drżała.

– Czy to już wszystkie zarzuty mordercy mojego najlepszego przyjaciela?

– Nie – odparł detektyw. – Twierdzi, że te pieniądze przelewano na zagraniczne konta, 

by   w   końcu   trafiły   do   członków   Międzynarodowego   Komitetu   Olimpijskiego   przed 

podjęciem   przez   nich   decyzji   w   dwa   tysiące   piątym   roku.   Według   niego   przekupstwem 

zapewniliście Londynowi organizację igrzysk.

Do   Guildera   chyba   wreszcie   dotarł   ciężar   tych   zarzutów.   Wydawał   się   zarazem 

otępiały i czujny, jakby nagle zrozumiał, że jest zbyt pijany na tę rozmowę.

– Nie – odezwał się. – Nie, to nie jest... Joe, proszę, niech oni już sobie pójdą.

Mascolo wahał się przez moment, lecz w końcu rzucił:

– Zostawcie go do jutra. Gdybyśmy zadzwonili do Jacka, na pewno by się ze mną 

zgodził.

Zanim   Knight   zdążył   odpowiedzieć,   rozległ   się   dźwięk   przypominający   brzęk 

rozbijanego   kryształowego   kieliszka.   Pierwsza   kula   przebiła   szybę   od   zachodniej   strony 

lokalu. Minęła Guildera i roztrzaskała olbrzymie lustro za barem.

Agenci Private natychmiast zrozumieli, co się stało.

– Na ziemię! – wrzasnął Knight, jednocześnie sięgając po broń i omiatając wzrokiem 

okna w poszukiwaniu zamachowca.

Spóźnili się. Przez szybę przeszła druga kula. Trafiła Guildera tuż pod mostkiem z 

takim dźwiękiem, jakby ktoś wstrząsnął poduszkę.

Na   wykrochmalonej   białej   koszuli   menadżera   funduszu   hedgingowego   wykwitła 

jasnoczerwona plama krwi. Mężczyzna runął naprzód, potrącił kubełek z szampanem i padł 

na jasną wapienną posadzkę.

background image

Rozdział 25

W   ciszy,   która   zapadła   w   słynnym   Lobby   Barze,   zamachowiec,   zwinna   postać   w 

czarnym skórzanym kombinezonie motocyklisty oraz kasku z szybką, odwrócił się, zeskoczył 

z parapetu i rzucił do ucieczki.

– Niech ktoś wezwie karetkę! – krzyknęła Pope. – Postrzelono człowieka!

W   barze   wybuchł   zgiełk.   Joe   Mascolo   zrobił   krok   nad   rozciągniętym   na   ziemi 

klientem,   po   czym   pognał   naprzód,   nie   zważając   na   gości,   którzy   krzyczeli   i   szukali 

schronienia.

Knight był metr za nim. Nowojorski agent Private przesadził szklany stolik i wskoczył 

na obitą szarym pluszem sofę, która stała pod zachodnią ścianą. Usiłując wspiąć się obok 

Mascola, Knight ze zdziwieniem stwierdził, że Amerykanin jest uzbrojony.

Brytyjskie przepisy dotyczące posiadania broni są bardzo surowe. On sam musiał się 

użerać z biurokracją przez dwa lata, żeby w końcu zdobyć pozwolenie.

Zanim zdążył pomyśleć coś więcej, Mascolo wystrzelił przez okno. W sali z kamienia 

i szkła zabrzmiało to jak salwa z armaty.  W barze zapanowała histeria. Knight dostrzegł 

sprawcę na środku ulicy – nie zdołał przyjrzeć się twarzy, ale na pewno była to kobieta. 

Słysząc   dźwięk   wystrzału,   jednym   płynnym   ruchem   obróciła   się,   padła   na   ziemię   i 

wycelowała. To znamionowało profesjonalistę.

Pociągnęła   za   spust,   nim   zdążyli   to   zrobić   Knight   i   Mascolo.   Kula   trafiła 

nowojorskiego agenta prosto w gardło, zabijając go na miejscu. Ochroniarz spadł z sofy, 

roztrzaskując pod sobą szklany stolik.

Teraz   zabójczym   celowała   w   Knighta.   Przykucnął,   podniósł   pistolet   nad  parapet   i 

strzelił. Właśnie chciał się unieść, kiedy dwie kolejne kule roztrzaskały szyby nad jego głową.

Odłamki posypały się na niego niczym szklany deszcz. Na moment stanęły mu przed 

oczami dzieci, więc się zawahał i dopiero po chwili był gotów odpowiedzieć ogniem. Wtedy 

jednak usłyszał pisk opon.

Kiedy się wyprostował, zobaczył zabójczynię na motocyklu czarnym jak smoła. Tylne 

koło dymiło i zostawiało gumę na asfalcie. Kobieta poślizgiem weszła w zakręt, skręcając w 

background image

Strand. Odjechała na zachód, zanim Knight zdążył oddać strzał.

Zaklął,   odwrócił   się   i   zszokowany   spojrzał   na   Mascola,   dla   którego   nie   było   już 

ratunku. Zaraz potem usłyszał krzyk Pope:

– Knight, Guilder żyje! Gdzie karetka?

Zeskoczył   z   kanapy   i   pognał   biegiem   przez   rozhisteryzowany   tłum   w   stronę 

nienaturalnie wygiętego Richarda Guildera. Obok niego klęczała Pope w kałuży szampana, 

krwi, lodu oraz szkła.

Finansista ledwie dyszał. Mocno ściskał się za górną część brzucha, a czerwona plama 

na koszuli ciemniała i rozlewała się coraz szerzej.

Przez   moment   Knight   zatonął   w   deja   vu.   Widział   krew   rozpływającą   się   po 

prześcieradle. Potem otrząsnął się z tej wizji i przyklęknął obok Pope.

– Mówią, że karetka już jedzie – powiedziała napiętym głosem dziennikarka. – Ale nie 

wiem, co robić. Nikt tu nie wie.

Knight zdjął marynarkę i odtrąciwszy ręce Guildera na boki, przycisnął mu ją do torsu. 

Wspólnik   sir   Dentona   spojrzał   na   niego,   jakby   miał   być   ostatnią   osobą,   którą   widzi,   i 

próbował się odezwać.

– Spokojnie, proszę pana – powiedział Knight. – Pomoc jest w drodze.

– Nie – stęknął cicho Guilder. – Posłuchaj...

Detektyw nachylił się nad twarzą finansisty. Wysłuchał wyszeptanej tajemnicy, zanim 

do Lobby Baru wpadli sanitariusze. Kiedy jednak wyznanie dobiegło końca, wspólnik sir 

Dentona jakby się poddał.

Krew pociekła mu z ust, wzrok stał się szklisty i Guilder zwiotczał niczym ręka śpiącej 

kobiety zsuwająca się z krawędzi łóżka.

background image

Rozdział 26

Kilka minut później Knight stał na chodniku przed One Aldwych. Nie zważał na ludzi, 

którzy przepychali się do restauracji i teatrów, całkowicie skupiony na dźwięku i widoku 

ambulansu, który wiózł Guildera oraz Mascola do najbliższego szpitala.

Przed oczyma miał wizję samego siebie stojącego na chodniku późną nocą niemal trzy 

lata   wcześniej   i   obserwującego   inną   oddalającą   się   karetkę.   Cichnące   wycie   syreny 

przypomniało mu o tajemnicy, której wciąż nie zdołał jeszcze zgłębić.

– Knight? – odezwała się Pope.

Stanęła za jego plecami.

Zamrugał. Zobaczył hamujące piętrowe autobusy, trąbiące taksówki, ludzi gnających 

do domów.  Nagle poczuł  się oderwany od świata  jak owej  dawno minionej  nocy,  kiedy 

spoglądał za innym odjeżdżającym ambulansem.

Życie w Londynie toczy się dalej, pomyślał bez wyrzutu. Nic się nie zmienia nawet w 

obliczu tragedii i śmierci, bez względu na to, czy ofiarą jest nieuczciwy finansista, ochroniarz, 

czy młoda...

Przed jego nosem pojawiła się dłoń i pstryknęła palcami. Wzdrygnął się. Pope patrzyła 

na niego poirytowana.

– Halo, Ziemia do Knighta!

– O co chodzi? – warknął.

– Pytałam, czy myślisz, że Guilder się wyliże.

Pokręcił głową.

– Nie. Poczułem, jak opuścił go duch.

Reporterka spojrzała na niego sceptycznie.

– Jak to: poczułeś?

Zanim Knight odpowiedział, oblizał spierzchnięte wargi.

–   Słuchaj,   Pope,   po   raz   drugi   w   moim   życiu   ktoś   umarł   mi   w   ramionach.   Za 

pierwszym   razem  też   to  poczułem.  Karetka   na dobrą  sprawę  może   zwolnić.  Guilder  jest 

równie martwy, jak Mascolo.

background image

Pope opadły ramiona. Zanim znów się odezwała, nastała krępująca chwila ciszy.

– Lepiej wrócę do redakcji. Mam termin na dziewiątą.

– Powinnaś napisać w artykule, że tuż przed śmiercią Guilder przyznał się do oszustwa 

– oznajmił Knight.

– Tak? – spytała Pope, wygrzebując notes z kieszeni. – Co konkretnie powiedział?

– Że to jego przekręt. Pieniądze nie trafiły do członków MKOl, tylko na jego prywatne 

konta. Sir Denton był niewinny. Padł ofiarą krętactw Guildera.

Pope przestała pisać. Powrócił jej sceptycyzm.

– Nie kupuję tego – orzekła. – Guilder kryje Marshalla.

– To były jego ostatnie słowa. Wierzę mu.

– Bo masz powód, prawda? Oczyścił zmarłego narzeczonego twojej matki.

–   Tak   powiedział   –   nie   dawał   za   wygraną   detektyw.   –   Musisz   to   uwzględnić   w 

artykule.

–   Pozwolę   przemówić   faktom   –   ustąpiła.   –   Napiszę,   co   Guilder   ci   powiedział.   – 

Zerknęła na zegarek. – Muszę już iść.

– Nieprędko stąd pójdziemy – odparł Knight. Nagle poczuł się wyczerpany. – Scotland 

Yard   będzie   chciał   zamienić   z   nami   parę   słów,   zwłaszcza   że   doszło   do   strzelaniny. 

Tymczasem zadzwonię do Jacka, powiem mu, co się stało, a potem porozmawiam z nianią.

– Nianią? – powtórzyła ze zdziwieniem Pope. – Masz dzieci?

– Bliźniaki. Chłopca i dziewczynkę.

Dziennikarka zerknęła na jego lewą dłoń.

– Nie widzę obrączki – stwierdziła żartobliwym tonem. – Doprowadziłeś żonę do szału 

i zostawiła cię z bachorami?

Knight spojrzał na nią chłodno, zdumiony jej brakiem taktu.

–  Pope,  jestem   wdowcem.  Moja  żona   zmarła  podczas   porodu.  Wykrwawiła  się   w 

moich ramionach dwa lata, jedenaście miesięcy i dwa tygodnie temu. Zabrali ją w karetce, 

która wyła tak samo jak ta.

Dziennikarce opadła szczęka. Była przerażona.

– Peter, tak cię przepraszam, ja naprawdę...

Ale Knight już odwrócił się do niej plecami i szedł chodnikiem w stronę nadinspektor 

Elaine Pottersfield, która właśnie przybyła na miejsce.

background image

Rozdział 27

Nad Londynem zapada zmrok, a stara przyjaciółka nienawiść budzi się na myśl, że 

całe  moje   życie  było  tylko  preludium  do  tej  pamiętnej   chwili,  dokładnie   na dwadzieścia 

cztery godziny przed ceremonią otwarcia najbardziej zakłamanej imprezy na świecie.

Pali mnie w trzewiach, gdy zwracam się do sióstr. Jesteśmy w moim gabinecie. To 

nasza   pierwsza   od   wielu   dni   szansa   na   rozmowę   we   czwórkę.   Przez   chwilę   ogarniam 

wzrokiem wszystkie trzy Furie.

Teagan,   zimnokrwista   blondynka,   zdejmuje   chustkę,   kapelusz   oraz   okulary 

przeciwsłoneczne, które miała dziś na sobie, gdy prowadziła taksówkę. Marta, ciemnowłosa i 

wyrachowana, stawia na ziemi kask motocyklowy obok pistoletu, po czym rozpina skórzany 

kombinezon.   Petra,   najmłodsza   i   najatrakcyjniejsza,   przy   tym   najlepsza   aktorka,   jest 

najbardziej impulsywna. Spogląda w lustro na drzwiach szafy, sprawdzając, jak leży na niej 

elegancka szara suknia koktajlowa i czy krótkie rude włosy są właściwie ułożone.

Widząc siostry, które znam jak własne pięć palców, z trudem przypominam sobie, że 

kiedyś było inaczej. Mam wrażenie, że od zawsze jesteśmy razem, tworząc pozory życia, w 

których nic nas nie łączy, przynajmniej w oczach reszty świata.

Zresztą dlaczego siostry nie miałyby być wciąż ze mną po siedemnastu latach? W 

1997   roku   trybunał   w  Hadze   skazał   je   zaocznie   za   zamordowanie   ponad   sześćdziesięciu 

Bośniaków.   Odkąd   przed   rokiem   został   aresztowany   Ratko   Mladić,   generał   nadzorujący 

serbskie szwadrony śmierci w Bośni, polowanie na moje Furie nabrało tempa.

Wiem o tym. Pilnuję takich rzeczy. Zależą od tego moje sny. W każdym razie siostry 

tak długo żyją w cieniu groźby pojmania, że przeniknęła ona do ich DNA. Sięgające poziomu 

komórkowego zagrożenie sprawia, że są mi jeszcze bardziej oddane – mentalnie, fizycznie, 

duchowo i emocjonalnie. Nic dziwnego, że z czasem moje sny o zemście stopniowo stały się 

ich snami. Pragnienie, by te marzenia się ziściły, płonie w nich ogniem niemal tak jasnym jak 

we mnie.

Na przestrzeni  lat nie tylko  je chroniłem,  ale  także  wyedukowałem,  zapłaciłem  za 

drobne  operacje plastyczne  oraz  wyszkoliłem:  świetnie   posługują  się bronią,  są  biegłe   w 

background image

walce wręcz, oszustwie i kradzieży. Dzięki dwóm ostatnim umiejętnościom moje inwestycje 

zwróciły się dziesięciokrotnie, ale to już całkiem inna historia. Dość powiedzieć, że o ile mi 

wiadomo, są najlepsze na świecie w tajnych operacjach, oczywiście poza mną.

Co bardziej zblazowani spośród was mogą się zastanawiać, czy przypominam Charlesa 

Mansona, szalonego „proroka”, który w latach sześćdziesiątych zebrał wokół siebie grupkę 

znerwicowanych   kobiet   i   przekonał   je,   że   są   apostołami   zesłanymi   na   ziemię,   by 

przeprowadzać mordercze misje, które przyspieszą Armagedon. Jednak porównywanie mnie 

do Mansona, a moich Furii – do dziewcząt z grupy Helter Skelter byłoby poważnym błędem. 

To jak porównywanie prawdy do mitu. Jesteśmy o wiele bardziej potężni i wybitni, a nasza 

żądza   krwi   przewyższa   wszystko,   co   Manson   mógłby   sobie   wymarzyć   w   najdzikszych 

narkotycznych koszmarach.

Teagan nalewa kieliszek wódki, wypija ją, po czym mówi:

– Nie mogłam przewidzieć, że ten człowiek wyskoczy mi przed samochód.

– Peter Knight. Pracuje dla Private London – mówię i przesuwam po stole fotografię 

znalezioną w internecie.

Na zdjęciu Knight stoi z drinkiem w dłoni obok matki podczas pokazu jej najnowszej 

kolekcji.

Teagan przygląda się przez chwilę mężczyźnie, a potem kiwa głową.

– To on. Dobrze mu się przyjrzałam, kiedy rozpłaszczył twarz na szybie.

Marta marszczy czoło, podnosi fotografię, bacznie ją ogląda, po czym kieruje na mnie 

spojrzenie swoich agatowych oczu.

– Przed chwilą był też z Guilderem w barze. Jestem pewna. Strzelał do mnie, kiedy 

zabiłam ochroniarza.

Unoszę   brwi.   Private?   Knight?   O   mały   włos   dwukrotnie   pokrzyżowaliby   mi   dziś 

plany. Czy to los, zbieg okoliczności, czy ostrzeżenie?

– Jest groźny – mówi Marta, jak zawsze najbystrzejsza z całej trójki.

Jej strategiczne spostrzeżenia najczęściej odpowiadają moim własnym.

– Zgadzam się – stwierdzam. Zerkam na zegar ścienny, a potem na rudowłosą siostrę, 

która wciąż stroi się przed lustrem. – Petro, pora iść na przyjęcie. Zobaczymy się później. 

Pamiętaj o planie.

– Nie jestem głupia, Kronosie – odpowiada, piorunując mnie szmaragdowozielonymi 

oczami, które zawdzięczają ten kolor soczewkom kontaktowym  nabytym  specjalnie na tę 

okazję.

– Nic z tych  rzeczy – przyznaję  spokojnie. – Ale masz  tendencję do porywczych 

background image

zachowań,   improwizacji,   a   twoje   dzisiejsze   zadanie   wymaga   dyscypliny   i   dbałości   o 

szczegóły.

– Wiem, co mam robić – mówi chłodno i wychodzi.

Marta wciąż mi się przygląda.

– Co z Knightem? – pyta, udowadniając po raz kolejny, że do jej ujmujących atutów 

należy nieustępliwość.

– Kolejne zadania otrzymacie dopiero jutro wieczorem – odpowiadam. – Tymczasem 

chciałbym, żebyście obie przyjrzały się panu Knightowi.

– Czego szukamy? – pyta Teagan, odstawiając kieliszek na stół.

–   Jego   słabości,   siostro.   Jego   czułego   punktu.   Wszystkiego,   co   moglibyśmy 

wykorzystać.

background image

Rozdział 28

Była   już   prawie   ósma,   kiedy   Knight   dotarł   do   domu,   odrestaurowanej   ceglanej 

rezydencji w Chelsea, którą matka kupiła mu parę lat temu. Po całym dniu był wyczerpany i 

obolały jak nigdy – przejechał go samochód, strzelano do niego, musiał roztrzaskać marzenia 

matki, nie wspominając już o trzykrotnym przesłuchaniu przez groźną Elaine Pottersfield.

Nadinspektor nie była zadowolona, kiedy przybyła do One Aldwych. Nie dość, że w 

strzelaninie zginęły dwie osoby, to jeszcze doszły ją słuchy, że „The Sun” otrzymał list od 

mordercy sir Dentona. Wściekła się na wieść, że Private miało szansę zbadać materiał w 

laboratorium, zanim trafił do Scotland Yardu.

– Powinnam cię aresztować za utrudnianie pracy policji! – krzyknęła.

Knight uniósł dłonie.

– Decyzję podjęła nasza klientka, Karen Pope z „The Sun”.

– Gdzie mam jej szukać?

Knight rozejrzał się dookoła. Dziennikarki nie było.

–   Gonił   ją   termin.   Wiem,   że   zamierzają   przekazać   wam   wszystkie   dowody   po 

opublikowaniu artykułu.

– Pozwoliłeś, żeby ważny świadek opuścił miejsce zbrodni?

– Pracuję dla Private, nie dla sądu. Nie mogę kontrolować Pope. Ma prawo robić, co 

chce.

Odpowiedzią nadinspektor było gniewne spojrzenie.

– Zdaje się, że już wcześniej słyszałam od ciebie tę wymówkę, Peter. Konsekwencje 

były tragiczne.

Knight się zaczerwienił. Paliło go w gardle.

– Nie będziemy tego znowu roztrząsać. Powinnaś mnie pytać o Guildera i Mascola.

Pottersfield zakipiała ze złości.

– Gadaj – warknęła. – Wszystko, co wiesz.

Knight   zrobił,   jak   prosiła.   Opowiedział   o   spotkaniach   z   Daringiem   i   Farrell,   jak 

również szczegółowo streścił wydarzenia w Lobby Barze.

background image

– Wierzysz w wyznanie Guildera? – spytała nadinspektor, kiedy skończył.

– Czy w chwili śmierci ludzie kłamią? – odparł.

Wchodząc   po   schodkach   do   frontowych   drzwi   swojego   domu,   znów   rozmyślał   o 

słowach finansisty. Potem przypomniał sobie o Daringu i Farrell. Czy byli zamieszani w te 

morderstwa?

Kto powiedział, że Daring nie jest jakimś świrem, który poprzysiągł sobie zniszczenie 

nowożytnych   igrzysk   zakulisowymi   manewrami?   Albo   że   to   nie   Selena   Farrell   była 

zabójczynią   w   czarnej   skórze   i   kasku   motocyklisty?   Na   zdjęciu   w   gabinecie   pozowała 

przecież z bronią automatyczną.

Może   instynkt   nie   zawodził   Pope?   Czy   profesor   mogła   być   Kronosem?   A 

przynajmniej mieć z nim jakieś powiązania? A Daring? Czy nie wspomniał, że zna Farrell z 

dawnych czasów? Z Bałkanów w latach dziewięćdziesiątych?

Potem inny głos w głowie Knighta kazał mu myśleć mniej o złoczyńcach, a więcej o 

ofiarach. Jak się czuje jego matka? Przez cały dzień nie miał od niej wieści.

Postanowił, że zadzwoni do niej, gdy tylko wejdzie do środka. Zanim jednak zdążył 

włożyć klucz do zamka, usłyszał mrożący krew w żyłach krzyk swojej córki Isabel:

– Nie! Nie!

background image

Rozdział 29

Knight otworzył drzwi na oścież, kiedy krzyk Isabel zmienił się w pisk:

– Nie, Lukey! Nie!

Usłyszał przenikliwy śmiech i tupot małych stóp. Wszedł do pokoju dziennego, który 

wyglądał   tak,   jakby   przeszła   tam   burza   śnieżna.   Biały   pył   wisiał   w   powietrzu,   leżał   na 

meblach  i pokrywał  jego prawie trzyletnią  córkę, która wybuchła  płaczem,  gdy tylko  go 

zobaczyła.

– Tatusiu, Lukey... Lukey...

W   napadzie   histerii   filigranowa   Isabel   dostała   czkawki   i   podbiegła   do  ojca,   który 

spróbował się pochylić, by ją uspokoić. Zacisnął zęby, czując rwący ból w całym lewym 

boku, lecz mimo to podniósł ją z ziemi. Od talku chciało mu się kichać. Spływające łzy 

zostawiły drobne strużki białej papki na policzkach dziewczynki. Nawet obsypana pudrem 

była równie piękna jak jej zmarła matka. Isabel miała kręcone płowe włosy i duże błękitne 

oczy, które roztapiały mu serce także wtedy, gdy nie płynęły z nich łzy.

– Już dobrze, kochanie – powiedział Knight. – Tatuś już tu jest.

Jej płacz osłabł, zmieniając się w urywany szloch.

– Lukey... posypał mnie proszkiem do pupy.

– Widzę, Bello. Ale dlaczego?

– Bo myśli, że to śmieszne.

Knight  przytrzymał  córkę zdrowym  ramieniem,  po czym  ruszył  w stronę kuchni i 

schodów wiodących na piętra. Wchodząc po stopniach, z góry słyszał rechot synka.

Na   szczycie   schodów   odwrócił   się   w   stronę   pokoju   dziecinnego.   Właśnie   wtedy 

usłyszał kobiecy głos:

– O, ty mały dzikusie!

Synek   Knighta  wybiegł   z  pokoju  w pieluszce.   Cały  pokryty  był   talkiem.   Niósł   w 

rękach   wielkie   opakowanie   pudru   i   śmiał   się   radośnie,   dopóki   nie   zobaczył   ojca,   który 

wpatrywał się w niego ze zmarszczonym czołem.

Chłopiec   odwrócił   się   przestraszony.   Próbował   się   wycofać,   wymachując   rękami, 

background image

jakby Knight był zjawą, którą można przegnać.

– Tata, nie!

– Luke! – zaczął mężczyzna.

W   drzwiach   za   jego   synkiem   pojawiła   się   niania   Nancy   cała   obsypana   pudrem. 

Trzymała się mocno za nadgarstek, krzywiąc się z bólu. Dopiero wtedy zobaczyła Knighta.

– Odchodzę – syknęła jadowicie. – Te dzieci  są obłąkane. – Wskazała na Luke’a 

drżącą dłonią. – A to jest mały, srający w pieluchy, gryzący po rękach bezbożnik! Ugryzł 

mnie, kiedy próbowałam go zaprowadzić do ubikacji. Ugryzł do krwi. Odchodzę, a ty mi 

zapłacisz za lekarza.

background image

Rozdział 30

– Nie możesz odejść – zaprotestował Knight, gdy niania zwinnym ruchem ominęła 

Luke’a.

– Zaraz się przekonasz – odparła i przecisnąwszy się obok niego, ruszyła po schodach. 

–   Nakarmiłam   je,   ale   jeszcze   nie   wykąpałam,   a   Luke   trzeci   raz   narobił   w   pieluchę. 

Powodzenia, Peter.

Chwyciła swoje rzeczy i wyszła, trzaskając drzwiami.

Isabel znów zaczęła płakać.

– Nancy poszła, a to wina Lukeya.

Przygnębiony Knight spojrzał na synka.

–   Luke,   to   już   czwarta   w   tym   roku!   –   krzyknął   zły   i   zrozpaczony.   –   Czwarta! 

Wytrzymała tylko trzy tygodnie!

Luke wykrzywił buzię.

– Tata, Lukey przeprasza! – zawołał. – Lukey przeprasza.

W ciągu kilku sekund przemienił się z żywiołu zdolnego wywołać tornado w małego 

chłopca tak bardzo godnego politowania, że detektywowi zmiękło serce. Skrzywił się z bólu 

w lewym boku i wciąż trzymając Isabel, przykucnął, po czym wolnym ramieniem dał znak 

chłopcu. Maluch pognał ku niemu i objął go z taką siłą, że Knight aż stęknął.

– Lukey kocha tatusia.

Mimo   smrodu,   który   otaczał   chłopca,   detektyw   zdmuchnął   mu   talk   z   twarzy   i 

pocałował go w policzek.

– Tatuś też cię kocha, synku. – Potem ucałował Isabel tak mocno, że się roześmiała. – 

Luke, trzeba cię umyć i przewinąć – zadecydował, odstawiając dzieci na ziemię. – Isabel, ty 

też idziesz pod prysznic.

Kilka minut później, gdy uporał się z brudną pieluchą, dzieci bawiły się i chlapały w 

dużej   kabinie   prysznicowej   w   głównej   łazience.   Kiedy   mężczyzna   wyjął   komórkę,   Luke 

właśnie chwycił gąbkę w kształcie kija do krykieta i walnął siostrę w głowę.

– Tatusiu! – poskarżyła się dziewczynka.

background image

– Też go walnij – odparł Knight.

Zerknął na zegar. Już po ósmej. Agencje opiekunek, z których dotąd korzystał, o tej 

porze na pewno były zamknięte. Wybrał numer do matki.

Odebrała po trzecim sygnale. Sprawiała wrażenie wyczerpanej.

– Peter, powiedz mi, że to tylko koszmar i niedługo się obudzę.

– Tak mi przykro, mamo.

Przez parę chwil łkała, a gdy w końcu udało jej się stłumić płacz, powiedziała:

– Jest mi jeszcze gorzej niż wtedy, kiedy zmarł twój ojciec. Tak się pewnie czułeś po 

śmierci Kate.

Łzy same napłynęły mu do oczu, a pierś rozsadzała przeraźliwa pustka.

– I często wciąż się tak czuję – wyznał.

Usłyszał, jak Amanda wydmuchuje nos.

– Opowiedz, co odkryłeś, czego się dowiedziałeś – poprosiła.

Knight wiedział, że jego matka nie spocznie, dopóki nie usłyszy prawdy, więc streścił 

wszystko prędko i ogólnikowo. Stęknęła i zaczęła głośno protestować, gdy opisał treść listu 

Kronosa   oraz   oskarżenia   pod   adresem   sir   Dentona,   a   potem   rozpłakała   się   na   wieść   o 

wyznaniu Guildera, które oczyszczało jej narzeczonego z zarzutów.

–   Wiedziałem,   że   to   nie   może   być   prawda   –   powiedział   Knight.   –   Denton   był 

uczciwym człowiekiem. Wspaniałym facetem o wielkim sercu.

– To prawda – przyznała ze ściśniętym gardłem matka.

– Wszędzie, gdzie dziś poszedłem, ludzie mówili o jego hojności i harcie ducha.

– Opowiedz mi o tym. Proszę, Peter, muszę to usłyszeć.

Knight opisał rozpacz Michaela Lancera. Powiedział, że nazwał sir Dentona swoim 

mentorem, przyjacielem i jednym z najwybitniejszych wizjonerów, którzy przyczynili się do 

organizacji igrzysk w Londynie.

–   Chwalił   go   nawet   James   Daring,   ten   facet   z   British   Museum,   który   prowadzi 

program w telewizji. Mówił, że bez wsparcia Dentona jego audycja oraz nowa wystawa o 

starożytnych igrzyskach nigdy nie doszłyby do skutku. Zamierzał publicznie podziękować mu 

podczas dzisiejszego otwarcia.

W słuchawce na moment nastała cisza.

– James Daring tak powiedział?

– Tak – potwierdził Knight, licząc, że to ją pocieszy.

Zamiast tego matka warknęła gniewnie:

– A to bezczelny kłamca!

background image

Knight się wzdrygnął.

– Słucham?

– Denton rzeczywiście dał Daringowi trochę funduszy na rozkręcenie programu w 

telewizji – przyznała Amanda. – Ale absolutnie nie wsparł tej nowej wystawy. Co więcej, 

ostro   się   pokłócili   o   jej   wymowę.   Uznał,   że   jest   mocno   krytyczna   wobec   igrzysk 

nowożytnych.

– Rzeczywiście. Też to zauważyłem.

–   Denton   był   wściekły.   Odmówił   przekazania   Daringowi   następnych   pieniędzy   i 

rozstali się w nieprzyjemnej atmosferze.

Daring powiedział mi coś zupełnie innego, pomyślał Knight.

– Kiedy to było? – zapytał.

– Dwa, może trzy miesiące temu – odrzekła Amanda. – Właśnie wróciliśmy z Krety i... 

– Znów zaczęła się dławić. – Peter, myśmy o tym wtedy nie wiedzieli, ale wyjazd na Kretę to 

był nasz miesiąc miodowy. Zawsze tak będę o nim myśleć – wykrztusiła i wybuchła płaczem.

Knight przez chwilę słuchał jej z bólem serca, po czym spytał:

– Mamo, czy ktoś jest tam z tobą?

– Nie – odparła cichutkim głosem. – Możesz do mnie przyjechać?

Poczuł się strasznie.

– Ogromnie bym chciał, ale właśnie straciłem kolejną nianię i...

Amanda parsknęła z niedowierzaniem.

– Kolejną?

– Wymówiła mi pół godziny temu – jęknął. – Podczas olimpiady muszę codziennie 

być   w  pracy   i   nie   wiem,   co  robić.   Korzystałem   już  ze   wszystkich   agencji   opiekunek   w 

mieście. Obawiam się, że nikogo mi już nie przyślą.

Nastała długa cisza, więc Knight musiał zapytać:

– Mamo?

– Jestem – odezwała się opanowanym głosem, jakiego jeszcze u niej nie słyszał po 

śmierci sir Dentona. – Ja się tym zajmę.

– Nie – zaprotestował. – Nie możesz...

– Będę miała co robić poza pracą – nie ustępowała. – Peter, muszę zająć się czymś, co 

nie dotyczy mnie i firmy. Inaczej oszaleję, zacznę pić albo łykać środki nasenne, a nie chcę 

brać pod uwagę żadnej z tych możliwości.

background image

Rozdział 31

W tej samej chwili w gmachu British Museum, podczas przyjęcia w holu przed nową 

wystawą   o   starożytnych   igrzyskach   olimpijskich,   doktor   James   Daring   czuł   się   tak 

szczęśliwy, że mógłby zacząć tańczyć. Spacerował triumfalnie wśród londyńskiej elity, która 

zebrała się na otwarciu ekspozycji.

To była dobra noc. Nie, świetna noc!

Kuratora   gorąco   chwalili   wszyscy   krytycy,   którzy   przyszli   obejrzeć   wystawę. 

Nazywali ją śmiałą i przekonującą, mówili, że to nowa interpretacja starożytnych igrzysk, 

stanowiąca trafny komentarz na temat kondycji współczesnej olimpiady.

Co   więcej,   kilku   gości,   na   których   ekspozycja   zrobiła   szczególne   wrażenie, 

zobowiązało   się   do   sponsorowania   jego   programu   i   wykupienia   reklam   w  Sekretach 

przeszłości.

I  co   on   tam   wiedział,   ten   martwy   dupek   sir  Denton?   –   myślał   szyderczo   Daring. 

Absolutnie nic.

Czuł się zrehabilitowany, upajał się sukcesem i cieszył się z dobrze wykonanej roboty. 

Roboty, która poszła jeszcze lepiej, niż myślał. Ruszył do baru i zamówił kolejne martini z 

wódką dla uczczenia udanej ekspozycji – a także czegoś więcej.

Znacznie więcej.

Z drinkiem w dłoni poużalał się przez chwilę wraz z jednym z darczyńców muzeum 

nad  wstrząsającą  śmiercią   sir  Dentona,  jednocześnie   wodząc  niecierpliwym  wzrokiem  po 

gościach.

Gdzie ona jest?

Gwiazdor   telewizyjny   rozglądał   się   tak   długo,   aż   dostrzegł   kobietę   o   rozkosznie 

zmysłowej figurze. Jej rude włosy wyraźnie odcinały się od nieosłoniętych, bladych ramion, a 

oszałamiająca   szara   suknia   koktajlowa   podkreślała   jej   niesamowite   szmaragdowe   oczy. 

Daring miał słabość do zielonookich rudzielców.

Pod   pewnymi   względami   przypomina   moją   siostrę,   pomyślał.   Podobnie   jak   ona 

przechylała głowę, gdy była rozbawiona – tak jak teraz, kiedy popijając szampana z wąskiego 

background image

kieliszka, flirtowała z jakimś znacznie od niej starszym mężczyzną. Wyglądał znajomo. Kto 

to?

Bez   znaczenia,   pomyślał   Daring,   znów   przyglądając   się   Petrze.   Była   wyzywająca, 

zuchwała, niemoralna. Kurator poczuł dreszcz. Patrzcie, jak owija sobie tego faceta wokół 

palca. Sprawia, że ewidentnie wytrenowane posunięcia wydają się swobodne i spontaniczne. 

Wyzywająca. Zuchwała. Niemoralna.

Petra jakby czytała mu w myślach.

Przerwała rozmowę, wypatrzyła Daringa w tłumie i rzuciła mu spojrzenie tak bardzo 

przepełnione pragnieniem i obietnicą, że aż poczuł dreszcz na myśl o czekającej go rozkoszy. 

Patrzyła na niego jeszcze przez moment, zatrzepotała powiekami, a potem znów odwróciła się 

do tamtego. Oparła dłonie na jego torsie, zaśmiała się, po czym przeprosiła i odeszła.

Ruszyła w stronę kuratora, nie spoglądając na niego ani przez moment. Wzięła sobie 

kolejnego drinka, a następnie podeszła do stołu z deserami, gdzie do niej dołączył. Udawał 

zainteresowanego crème brûlée.

– Spił się i wraca do domu taksówką – mruknęła z łagodnym wschodnioeuropejskim 

akcentem Petra, grzebiąc szczypcami w stosie kiwi. – My też chyba powinniśmy już iść, nie 

sądzisz? Kochaneczku?

Spojrzał na nią. Maniaczka o zielonych oczach! Telewizyjny gwiazdor zaczerwienił 

się z podniecenia.

– Jak najbardziej – szepnął. – Pożegnajmy się i chodźmy.

– Nie razem, głuptasie – upomniała go Petra, nakładając sobie na talerz dwa plastry 

owocu. – Nie chcemy zwracać na siebie uwagi, prawda?

– Tak, tak, oczywiście – wyszeptał Daring, czując cudowny dreszczyk. Kłamstewka i 

tajemnice.   Uwielbiał   tę   grę.   –   Poczekam   na   ciebie   na   zewnątrz,   w   pobliżu   Bloomsbury 

Square.

background image

Rozdział 32

Około dziewiątej wieczorem, tuż po tym, jak artykuł Karen Pope ukazał się na stronie 

internetowej „The Sun”, temat podchwyciły londyńskie radiostacje. Koncentrowały się na 

Kronosie i nadawały fletową melodię.

O dziesiątej, kiedy Knight przeczytał bliźniętom bajkę, zmienił Luke’owi pieluchę i 

ułożył maluchy do snu, szaleństwo ogarnęło już także BBC. Informowano o zarzutach pod 

adresem sir Dentona dotyczących nieuczciwie zdobytego przez Londyn prawa do organizacji 

igrzysk,   a   także   o   przedśmiertnym   wyznaniu   Guildera,   że   przekręt   był   wyłącznie   jego 

dziełem.

Knight sprzątał i odkurzał mieszkanie z talku aż do jedenastej. Potem nalał sobie piwa 

oraz   whisky,   łyknął   proszek   przeciwbólowy   i   wlazł   do   łóżka.   Wtedy   zadzwonił   Jack, 

zaniepokojony śmiercią Joego Mascola. Prosił, żeby Knight opisał w szczegółach strzelaninę 

w hotelu One Aldwych.

– Był nieustraszony – powiedział detektyw. – Natychmiast próbował unieszkodliwić 

zamachowca.

–   Cały   Joe   –   rzekł   ze   smutkiem   Jack.   –   Zanim   go   zatrudniłem,   był   jednym   z 

najlepszych gliniarzy na Brooklynie. Przyjechał tu dopiero parę dni temu.

– Okropność.

– A będzie jeszcze gorzej. Muszę zadzwonić do jego żony.

Jack przerwał połączenie. Knight zorientował się, że nie powiedział szefowi o odejściu 

opiekunki. Zmartwił się, lecz potem uznał, że dobrze się stało. Amerykanin dość już miał na 

głowie.

Po chwili włączył telewizor, by przekonać się, że śmierć Marshalla i Guildera jest 

tematem   dnia   w   wieczornych   wiadomościach   oraz   na   kanałach   informacyjnych,   gdzie 

opisywano tę historię w drastycznych szczegółach jako bulwersującą tajemnicę kryminalną, 

szokujące spojrzenie za kulisy skomplikowanego procesu wyboru organizatora olimpiady, a 

także policzek dla Londynu, a właściwie całej Wielkiej Brytanii w przededniu rozpoczęcia 

igrzysk.

background image

Pomimo   przedśmiertnych   słów   Guildera   oskarżeniami   Kronosa   o   korupcję   w 

komitecie olimpijskim szczególnie poruszona była Francja.

Knight wyłączył telewizor i siedział w milczeniu. Sięgnął po szklankę whisky, wypił 

duży łyk, po czym spojrzał na zdjęcie na komodzie.

Jego   żona   Kate   w   zaawansowanej   ciąży   stała   bokiem   na   szkockim   wrzosowisku, 

oświetlona blaskiem czerwcowego zachodu słońca. Była olśniewająco piękna. Patrzyła przez 

lewe ramię, jakby zerkała na niego z fotografii. Emanowała szczęściem i miłością, których 

tak okrutnie pozbawił go los przed niemal trzema laty.

– Ciężki dzień, Katie, skarbie – szepnął Knight. – Cały się potłukłem, a ktoś próbuje 

zepsuć   olimpiadę.   Moja   matka   jest   zdruzgotana,   dzieci   przegoniły   kolejną   opiekunkę   i... 

brakuje mi ciebie. Bardziej niż kiedykolwiek.

Poczuł,   że   duszę   i   umysł   przygniata   mu   znajomy   ciężar.   Zaraz   po   nim   nadeszło 

przygnębienie, które ścisnęło go za serce. Pogrążył się w tym uczuciu – ba, utonął w nim na 

kilka minut – a potem zrobił to samo co zawsze, gdy późno w nocy opłakiwał Kate.

Wziął kołdrę i poduszkę, po czym poczłapał do pokoju bliźniaków. Wyciągnął się na 

leżance, patrzył na łóżeczka, czuł zapach swoich dzieci i w końcu usnął, ukojony łagodnym 

rytmem ich oddechów.

background image

Rozdział 33

Piątek, 27 lipca 2012

Około siódmej rano środek przeciwbólowy przestał działać i Knight poczuł nawrót 

rwącego bólu w lewym boku. Potem usłyszał jakieś skrzypienie. Isabel z zamkniętymi oczami 

leżała na brzuszku. Natomiast łóżko Luke’a lekko się chwiało.

Chłopiec klęczał z głową oraz torsem na materacu. Ssał kciuk, kołysząc się z boku na 

bok, wciąż pogrążony we śnie. Knight usiadł i patrzył. Od prawie dwóch lat Luke zawsze tak 

robił przed obudzeniem się rano.

W końcu po cichu wyszedł z pokoju. Zastanawiał się, czy kołysanie się jest związane z 

fazą   REM.   Może   chłopiec   cierpi   na   zaburzenia   snu?   Bezdech?   Czy   to   dlatego   jest   tak 

niesforny, a Bella – taka spokojna? Czy dlatego rozwój mowy był u niego opóźniony i mały 

wciąż nie nauczył się korzystać z nocnika, podczas gdy jego siostra wyprzedzała normę o 

kilka miesięcy? Czy to dlatego gryzie?

Rozmyślania   Knighta   pod   prysznicem   i   przy   goleniu   nie   doprowadziły   go   do 

konkretnych   wniosków.   Tymczasem   słuchał   radia,   które   informowało,   że   po   śmierci   sir 

Dentona i pogróżkach ze strony Kronosa Michael Lancer oraz reprezentanci Scotland Yardu i 

MI5 ogłosili  drastyczne  zaostrzenie  środków bezpieczeństwa  podczas ceremonii  otwarcia. 

Szczęśliwców   posiadających   bilety   na   uroczystość   proszono   o   przybycie   do   Parku 

Olimpijskiego po południu, żeby uniknąć wieczornego ścisku przy stanowiskach kontroli.

Usłyszawszy,   że   za   zintensyfikowaną   ochronę   imprezy   odpowiadać   będzie   także 

agencja Private, Knight spróbował dodzwonić się do Jacka. Szef nie odbierał, ale pewnie 

wkrótce sam będzie go szukał.

Knight pamiętał, że matka obiecała mu pomóc, lecz potrzebował niani już teraz. Z 

szuflady wyjął boleśnie znajomą teczkę. W środku znajdowała się lista wszystkich agencji 

opiekunek   w Londynie.  Wybrał  pierwszy  numer.   Kobieta,   która  znalazła  Nancy,  a   także 

poprzednią opiekunkę, roześmiała się na wieść o jego problemie.

– Nową nianię? – spytała. – Teraz? Marne szanse.

background image

– Dlaczego?

– Bo pana dzieci mają fatalną reputację, a dzisiaj zaczyna się olimpiada. Wszystkie 

moje dziewczyny mają zajęcie na co najmniej dwa tygodnie.

To   samo   usłyszał   w   trzech   kolejnych   agencjach.   Był   coraz   bardziej   sfrustrowany. 

Kochał swoje dzieci, ale poprzysiągł odnaleźć mordercę sir Dentona, a Private wezwano do 

dodatkowej ochrony igrzysk. Firma go potrzebowała. Natychmiast.

Zamiast  się   denerwować,   uczepił  się   nadziei,   że  może  matka  będzie   miała  więcej 

szczęścia w poszukiwaniach, i skupił się na tym, co mógł zrobić, nie wychodząc z domu. 

Przypomniawszy  sobie   o  materiale   DNA  na  spince   Seleny  Farrell,  wezwał   kuriera,  żeby 

zawiózł ją do Chuligana.

Następnie pomyślał o Daringu i Farrell. Zdecydował, że musi dowiedzieć się o nich 

czegoś   więcej   –   przynajmniej   tego,   gdzie   przecięły   się   ich   ścieżki.   Czy   Daring   nie 

przebąkiwał o Bałkanach? Czy to nie tam sfotografowano Farrell z karabinem? Na pewno.

Kiedy  jednak  zaczął   szukać  informacji  o  uczonej  w internecie,   natrafił   jedynie   na 

wzmianki   o   jej   naukowych   publikacjach,   a  także   o  protestach   przeciwko   budowie   Parku 

Olimpijskiego sprzed siedmiu lat.

„Ta decyzja jest całkowicie błędna – twierdziła Farrell w artykule opublikowanym w 

»The Times«. – Olimpiada stała się narzędziem niszczenia dzielnic i przesiedlania rodzin oraz 

firm. Mam nadzieję, że pewnego dnia ludzie, którzy do tego doprowadzili, zapłacą za to, co 

na koszt państwa zrobili mnie i moim sąsiadom”.

Zapłacą, pani profesor? – pomyślał ponuro Knight. Zapłacą?

background image

Rozdział 34

Prawie dwadzieścia cztery godziny po tym, jak fletowa melodia wywołała u Seleny 

Farrell ostrą migrenę oraz gwałtowny napad mdłości, ta muzyka wciąż grała w jej głowie. 

Była   okrutną   ścieżką   dźwiękową   jej   rozmyślań,   kiedy   leżała   w   sypialni   ze   szczelnie 

zaciągniętymi zasłonami.

Jak to możliwe? I co teraz myśleli o niej Knight i Pope? Wybiegając w taki sposób z 

gabinetu, dała im powód do podejrzeń. Co będzie, jeśli zaczną węszyć?

Chyba  po  raz   tysięczny,   odkąd  wypadła  z   biura  i   uciekła   do  swojego  schludnego 

mieszkanka w Wapping, mocno przełknęła ślinę, żeby pozbyć się pieczenia w gardle, które za 

nic   nie   chciało   ustąpić.   Przez   całe   popołudnie   piła   wodę,   wzięła   też   garść   środków   na 

nadkwasotę. Pomogły tylko nieznacznie.

Migreny dokuczały jej od dziecka. Lekarstwo na receptę usunęło elektryczną aurę, 

pozostawiając tępy, wypalony ból z tyłu czaszki.

Farrell usiłowała oprzeć się pokusie szukania ulgi w alkoholu. To bardzo zły pomysł 

nie tylko ze względu na leki, lecz również dlatego, że kiedy piła, stawała się zupełnie inną 

osobą.

Dziś tam nie pójdę, pomyślała, a potem przypomniała sobie kobietę o egzotycznej 

urodzie siedzącą głęboko w kącie futrzanej różowej kanapy. Wtedy zapadła decyzja. Farrell 

wstała z łóżka, poczłapała do kuchni, otworzyła lodówkę i wyjęła butelkę wódki Grey Goose.

Wkrótce piła już drugie martini, ból z tyłu głowy zniknął, a do tego chyba w końcu 

przegnała z umysłu tę upiorną melodię graną na flecie. A właściwie to na syryndze. Syrynga, 

czyli fletnia Pana, składa się z siedmiu połączonych ze sobą drewnianych piszczałek i obok 

liry należy do najstarszych instrumentów muzycznych świata. Jednak granie na syryndze było 

zakazane podczas starożytnych igrzysk, ponieważ uważano, że brzmi zbyt żałobnie.

– Kogo to obchodzi? – wymamrotała Farrell, po czym wychyliła drinka. – Do diabła z 

olimpiadą. Do diabła z sir Dentonem. Do diabła z nimi wszystkimi.

W   głowie   szumiała   jej   wódka.   Profesor   stawała   się   inną   osobą.   Uznała,   że   skoro 

migrena minęła, to nie ma sensu dalej rozpamiętywać straty, niesprawiedliwości i szykan. Był 

background image

piątkowy wieczór w Londynie. Miała dokąd pójść. Miała z kim się zobaczyć.

Idąc chwiejnym krokiem przez korytarz, czuła dreszcz, który pogłębiał się i przeradzał 

w pragnienie. Podeszła do szafy w sypialni, po czym rozpięła wiszący tam pokrowiec na 

ubrania.

W środku znajdowała się efektowna, opinająca biodra czarna spódnica rozszerzana ku 

dołowi i prowokacyjnie rozcięta z prawej strony, a także seksowna bluzka bez rękawów z 

kasztanowej satyny, uszyta tak, by demonstrować obfity dekolt.

background image

Rozdział 35

W piątek o siedemnastej Knight przygotowywał obiad dla bliźniaków, pogodzony z 

faktem, że nie obejrzy ceremonii otwarcia na własne oczy.

Zresztą i tak czuł się wyczerpany. Przez cały dzień, odkąd Luke zbudził się z płaczem, 

pochłaniały go potrzeby dzieci, frustrujący problem braku niani oraz niemożność popchnięcia 

naprzód śledztwa w sprawie Kronosa.

Koło południa, gdy maluchy się bawiły,  zadzwonił do matki,  żeby spytać,  jak się 

miewa.

– Spałam dwie godziny – powiedziała. – Ilekroć się zdrzemnęłam, wciąż śnił mi się 

tylko Denton, a kiedy czułam radość na jego widok, budziłam się, by cierpieć od nowa.

– Boże, mamo, to straszne. – Knight pamiętał udrękę i bezsenność, które gnębiły go w 

pierwszych tygodniach po narodzinach bliźniąt oraz śmierci Kate. Bywały takie noce, kiedy 

myślał, że oszaleje. Zmienił temat: – Zapomniałem ci powiedzieć, że Mike Lancer zaprosił 

mnie do loży komitetu organizacyjnego na otwarcie olimpiady. Gdybyś znalazła mi nianię, 

moglibyśmy pójść razem.

– Nie wiem, czy jestem już gotowa, żeby przyjmować wyrazy współczucia. Poza tym 

jeszcze nie zaplanowaliśmy uroczystości żałobnej. Sprawiałabym wrażenie, że świętuję. To 

niestosowne.

– Olimpiada jest częścią spuścizny Dentona – przypomniał jej Knight. – Uczciłabyś 

jego pamięć. Poza tym wyjście z domu dobrze by ci zrobiło. Pomogłabyś mi bronić przed 

wszystkimi jego reputacji.

– Zastanowię się.

– A tak na marginesie, bez niani nie zajmę się śledztwem.

– Peter, nie jestem idiotką! – warknęła Amanda Knight, a następnie się rozłączyła.

Około   trzeciej,   kiedy   dzieci   się   zdrzemnęły,   Knight   dodzwonił   się  do   Jacka.   Szef 

agencji   Private   zwykle   był   spokojny   i   odprężony,   ale   teraz   w   jego   głosie   słychać   było 

napięcie.

– Robimy, co się da, żeby znaleźć opiekunkę – powiedział Knight.

background image

– To dobrze – odparł Jack. – Bo jesteś nam potrzebny.

– Niech to szlag – pieklił się detektyw, gdy skończył rozmowę.

Około wpół do szóstej usłyszał dzwonek do drzwi. Spojrzał przez wizjer i zobaczył 

matkę w eleganckiej czarnej bluzce, spodniach oraz czarnych czółenkach. Na szyi miała sznur 

szarych   pereł,   w   uszach   kolczyki   w   tym   samym   kolorze.   Jej   oczy   przesłaniały   ciemne 

okulary. Szybko chwycił za klamkę.

– Załatwiłam ci nianię na dzisiejszy wieczór – oznajmiła Amanda.

Usunęła   się   na   bok,   odsłaniając   bardzo   nieszczęśliwego   Gary’ego   Bossa   w 

olśniewającym stroju: miał na sobie rybaczki koloru khaki, skarpetki w romby, mokasyny 

oraz muszkę w czerwono-białe pasy.

Osobisty asystent matki Knighta spojrzał na detektywa, pociągając nosem, zupełnie 

jakby miał przed sobą kwintesencję wszystkiego, co wstrętne.

– Czy wiesz – zapytał – że osobiście rozmawiałem z Nannies Incorporated, Nianiami z 

Fulham, Agencją Słodką i Anielską oraz każdą inną agencją w mieście? Nie powiem, Peter, 

niezła reputacja. No więc gdzie one są? Te małe potwory? Chyba powinienem poznać ich 

rozkład dnia.

–   Są   w   salonie,   oglądają   telewizję   –   poinformował   Knight,   a   gdy   Boss   zniknął 

wewnątrz domu, spojrzał na matkę. – Poradzi sobie?

–   Za   trzykrotność   swojej   i   tak   astronomicznej   stawki   godzinowej   na   pewno   coś 

wymyśli – odparła Amanda, zdejmując okulary. Jej oczy były czerwone i opuchnięte.

Knight wbiegł po schodach do swojej sypialni, gdzie prędko się przebrał. Kiedy wrócił 

na dół, bliźniaki chowały się za kanapą i podejrzliwie zerkały na Bossa. Matki nigdzie nie 

widział.

– Jej wysokość jest w samochodzie – obwieścił Boss. – Czeka.

– Tata, robię – oznajmił Luke, klepiąc się w tył pieluchy.

Dlaczego nie mógł po prostu iść do łazienki?

–   No   dobrze   –   rzucił   do   asystenta   Knight.   –   Ich   jedzenie   jest   w   lodówce   w 

plastikowych  pojemnikach. Wystarczy trochę podgrzać. Luke lubi lody.  Bella ma alergię, 

więc   dostaje   razowe   krakersy.   Kąpiel.   Książka.   Do   łóżka   przed   dziewiątą,   a   my   pewnie 

zobaczymy się o północy. – Knight ucałował dzieci. – Słuchajcie się pana Bossa. Dziś jest 

waszą nianią.

– Tata, robię – poskarżył się Luke.

– No tak – westchnął detektyw. – A Luke właśnie zrobił kupę. Trzeba go natychmiast 

przewinąć, bo jak nie, to będziesz go musiał wykąpać wcześniej, niż myślisz.

background image

Boss był coraz bardziej roztrzęsiony.

– Mam zmieniać zasraną pieluchę? Ja?

– W końcu jesteś nianią – skwitował na odchodnym Knight, tłumiąc śmiech.

background image

Rozdział 36

Podczas gdy Knight wraz z matką jechali na dworzec St. Pancras, żeby szybką koleją 

udać się do Parku Olimpijskiego w Stratford, profesor Selena Farrell czuła się cholernie sexy, 

nie ma co.

Nad Soho zapadał  zmierzch.  Powietrze  było  parne, w jej żyłach  krążył  alkohol, a 

kreację miała zabójczą. Kiedy szła na zachód od Tottenham Court Road w stronę Carlisle 

Street, widziała swoje odbicie w witrynach sklepów oraz w oczach mężczyzn i kobiet, którzy 

patrzyli, jak kołysze biodrami, a jej biust podskakuje z każdym krokiem. Spódnica i bluzka 

bez rękawów przylegały do ciała jak druga skóra.

Miała kuszący makijaż i olśniewająco błękitne szkła kontaktowe. Pozbyła się chustki, 

odsłaniając ciemne, farbowane włosy, wycieniowane tak, by okalały twarz i skupiały uwagę 

na tym małym czarnym pieprzyku na prawym policzku. Gdyby nie on, nikt by jej nie poznał – 

nawet asystentka.

Farrell uwielbiała to uczucie. Anonimowość. Seksualność. Polowanie.

Była teraz zupełnie inną osobą, kimś całkowicie odmiennym niż w życiu codziennym. 

Świadomość, że znów prowadzi tę niebezpieczną grę, podniecała ją, dawała siłę i poczucie, że 

jest magnetyczna, hipnotyczna i, cóż, że nikt jej się nie oprze.

Gdy dotarła na Carlisle Street, odnalazła budynek numer 4 i weszła do środka. Candy 

Bar był jednym z najstarszych i największych klubów lesbijskich w Londynie. Ulubionym 

lokalem Farrell, ilekroć potrzebowała się wyszaleć.

Ruszyła   do   długiego   baru   na   parterze.   Kręciło   się   tam   wiele   pięknych   dziewcząt. 

Pewna   drobniutka   kobieta,   cudownie   urocza,   dostrzegła   Farrell,   obróciła   się   na   stołku   z 

mojito w dłoni i posłała jej porozumiewawczy uśmiech.

– Syren St. James!

– Nell – przywitała się profesor i pocałowała ją w policzek.

Nell oparła dłoń na przedramieniu Farrell i zlustrowała ją od stóp do głów.

– No, no, Syren, patrzcie tylko: jesteś jeszcze bardziej olśniewająca i apetyczna niż 

kiedykolwiek. Gdzieś ty się podziewała? Nie widziałam cię prawie od miesiąca.

background image

–   Wpadłam   tu   parę   dni   temu   –   odparła   Farrell.   –   A   wcześniej   byłam   w   Paryżu. 

Służbowo. Nowy projekt.

–   Szczęściara   –   rzuciła   Nell,   po   czym   zniżyła   głos   do   konspiracyjnego   szeptu:   – 

Wiesz, mogłybyśmy sobie stąd pójść i...

– Nie dziś, kochana – odparła łagodnie Farrell. – Mam już plany.

– Szkoda. – Nell pociągnęła nosem. – Twój plan już tu jest?

– Jeszcze nie patrzyłam.

– Jak się nazywa?

– To tajemnica.

– Cóż – mruknęła urażona Nell. – Jeśli twoja tajemnica się nie zjawi, wróć do mnie.

Farrell   posłała   Nell   całusa   i   ruszyła   dalej.   Jej   serce   waliło   niecierpliwie   w   rytm 

dobiegającej z podziemia muzyki. Zerknęła we wszystkie zakamarki na parterze, po czym 

udała   się   na   piętro,   gdzie   przyjrzała   się   tłumowi   skupionemu   wokół   różowego   stołu   do 

bilardu. Bez rezultatu.

Już zaczynała przypuszczać, że została wystawiona do wiatru, zeszła jednak jeszcze do 

podziemia.   Seksowna   tancerka   w   lateksie   wiła   się   przy   rurze   w   takt   dudniącej   muzyki 

miksowanej   przez   didżejkę   o   ksywie   V.J.   Grzeszna.   Wzdłuż   ścian   stały   różowe   sofy 

zwrócone w stronę striptizerki.

Profesor   wreszcie   wypatrzyła   swoją   zwierzynę.   Na   jednej   z   kanap   w   kącie   sali 

siedziała   z   wąskim   kieliszkiem   szampana   w   dłoni.   Miała   kruczoczarne   włosy,   mocno 

ściągnięte do tyłu. Jej elegancki strój składał się z czarnej sukienki koktajlowej oraz toczka z 

czarną koronkową woalką, która ukrywała rysy twarzy, lecz pozwalała dostrzec śniadą skórę 

oraz rubinowe usta.

– Witaj, Marto – przywitała ją Farrell, siadając w fotelu obok.

Marta przestała oglądać tancerkę, uśmiechnęła się, po czym odezwała się z łagodnym 

wschodnioeuropejskim akcentem:

– Wierzyłam, że cię tu zobaczę, siostro.

Profesor poczuła jej perfumy. Była oczarowana.

– Nie mogłam się powstrzymać.

Marta powiodła rubinowymi paznokciami po wierzchu dłoni Farrell.

– Oczywiście, że nie. Zaczynamy igrzyska?

background image

Rozdział 37

Tego wieczoru o dziewiętnastej oczy całego świata zwróciły się na ponad dwieście 

pięćdziesiąt   hektarów   podupadłych   terenów   portowych   we   wschodnim   Londynie,   które 

przekształcono   w   nowy   Park   Olimpijski.   Wybudowano   tu   stadion   mogący   pomieścić 

osiemdziesiąt   tysięcy   kibiców,   wioskę   olimpijską,   a   także   nowoczesne,   eleganckie   areny 

zawodów w kolarstwie, koszykówce, piłce ręcznej, pływaniu i skokach do wody.

Były to piękne obiekty, jednak media wybrały na wizytówkę parku, a w gruncie rzeczy 

całych igrzysk, wieżę o nazwie ArcelorMittal Orbit, dzieło brytyjskiego rzeźbiarza Anisha 

Kapoora. Ta stupiętnastometrowa konstrukcja, górująca nad wschodnim krańcem stadionu, 

była wyższa niż Big Ben oraz Statua Wolności. Rdzawoczerwoną rzeźbę tworzyły potężne 

ażurowe   ramiona   ze   stali,   wykrzywione   i   splecione   kojarzyły   się   Knightowi   ze 

zwichrowanymi helisami DNA. Prawie u szczytu znajdował się okrągły taras widokowy z 

restauracją, a nad nim kolejny łańcuch DNA wyginał się w ogromny łuk.

Ze swojej pozycji wysoko na zachodniej trybunie stadionu, w oknie luksusowej loży 

przeznaczonej   dla   członków   londyńskiego   komitetu   organizacyjnego   igrzysk,   Knight 

wpatrywał   się   przez   lornetkę   w   ogromny   znicz   olimpijski   umieszczony   na   podniesionej 

platformie   na   szczycie   tarasu   widokowego   wieży   Orbit.   Właśnie   się   zastanawiał,   w   jaki 

sposób zostanie zapalony, kiedy zdekoncentrował go głos komentatora BBC z pobliskiego 

telewizora: podobno ceremonię otwarcia miały obejrzeć prawie cztery miliardy osób na całym 

świecie.

– Peter? – odezwał się za jego plecami Jack Morgan. – Ktoś chce z tobą porozmawiać.

Knight   opuścił   lornetkę.   Gdy   się   odwrócił,   zobaczył   szefa   agencji   Private   w 

towarzystwie   Marcusa   Morrisa,   przewodniczącego   komitetu   organizacyjnego   igrzysk   w 

Londynie. Morris był lubianym ministrem sportu w poprzednim rządzie laburzystów.

– Morris – przedstawił się działacz, po czym uścisnęli sobie dłonie.

– To dla mnie zaszczyt – odrzekł Knight.

–   Chcę   usłyszeć   z   pańskich   ust,   co   dokładnie   powiedział   przed   śmiercią   Richard 

Guilder na temat Dentona Marshalla.

background image

Knight powtórzył wyznanie finansisty, kończąc słowami:

– Przekręt z walutami nie miał związku z olimpiadą, a jedynie z chciwością Guildera. 

Mogę to poświadczyć.

Morris ponownie uścisnął mu dłoń.

– Dziękuję – powiedział. – Nie chciałem, by jakiekolwiek nieprawidłowości kładły się 

cieniem na tych igrzyskach. Ale to nie wynagrodzi nam straty Dentona. To straszna tragedia.

– Pod wieloma względami.

– Pańska mama chyba jakoś się trzyma.

Rzeczywiście, po przyjeździe Amanda przyjęła mnóstwo wyrazów współczucia. Teraz 

stała gdzieś z tyłu, w tłumie ludzi.

– Jest silną kobietą, ale kiedy ten szaleniec Kronos oskarżył Dentona o nieuczciwość, 

zdenerwowała się, i to bardzo. To nic dobrego.

– Chyba  rzeczywiście  – przyznał  z uśmiechem Morris. – A teraz muszę  wygłosić 

mowę.

– I otworzyć igrzyska – dodał Jack.

– To też – powiedział Morris, po czym wyszedł.

Jack wyjrzał przez okno na zatłoczony stadion. Powiódł wzrokiem po dachu.

Knight to zauważył.

– Jack, ochrona jest doskonała. Amanda i ja potrzebowaliśmy ponad godzinę, żeby 

przebić się przez kontrolę w Stratford. A ci wszyscy goście z bronią to Gurkhowie.

Morgan kiwnął głową.

– Najgroźniejsi wojownicy świata.

– Jestem teraz potrzebny? – spytał Knight.

– Dajemy sobie radę. Ciesz się ceremonią. Zasłużyłeś.

Detektyw rozejrzał się wkoło.

– Na marginesie: gdzie Lancer? Nieładnie przegapić własną imprezę.

Jack puścił do niego oko.

– To tajemnica.  Mike prosił,  żeby jeszcze raz ci podziękować.  Tymczasem  chyba 

powinieneś mnie przedstawić matce. Chciałbym jej złożyć kondolencje.

W kieszeni Knighta zawibrowała komórka.

– Oczywiście. Sekundkę.

Wyciągnął telefon i zobaczył, że dzwoni Chuligan. Odebrał w tej samej chwili, gdy 

światła olimpijskiej areny przygasły, a publiczność zaczęła wiwatować.

– Jestem na stadionie – powiedział. – Zaraz zacznie się ceremonia otwarcia.

background image

– Wybacz, że ci przeszkadzam, ale niektórzy muszą pracować – warknął Chuligan. – 

Mam wyniki analizy tej próbki włosa, którą mi rano przysłałeś. Są...

Ze wszystkich głośników huknęła trąbkowa fanfara, całkiem zagłuszając jego słowa.

– Możesz powtórzyć? – poprosił Knight, zatykając palcem drugie ucho.

– Włos Seleny Farrell i ten z koperty Kronosa! – krzyknął Chuligan. – Te próbki się, 

kuźwa, pokrywają!

background image

Rozdział 38

– Mamy Kronosa! – powiedział chrapliwym szeptem Knight, rozłączając rozmowę.

Mocny reflektor rozproszył mrok, oświetlając pojedynczą postać, która przykucnęła na 

środku płyty stadionu.

– Co? – zdziwił się Jack.

– A przynajmniej jedną z jego Furii – dodał Knight, a następnie przekazał szefowi 

wiadomość od Chuligana. – Dom Farrell wyburzono, żeby zrobić miejsce pod ten stadion. 

Publicznie   mówiła,   że   ludzie,   którzy   podjęli   tę   decyzję,   muszą   za   to   zapłacić.   A   kiedy 

puściliśmy tę fletową melodię, kompletnie jej odbiło.

– Dzwoń do Pottersfield – polecił Jack. – Niech jedzie do domu Farrell i obserwuje ją 

do czasu zdobycia nakazu.

Na stadionie ktoś grał na klarnecie. Kątem oka Knight zobaczył, jak samotna postać 

wstaje. Była ubrana na zielono, a w ręku trzymała łuk. Na plecach miała kołczan pełen strzał. 

Robin Hood?

– Chyba że Farrell jest na stadionie – odparł detektyw.

W sercu czuł narastający niepokój.

– Gdzieś jest lista nazwisk wszystkich posiadaczy biletów – powiedział Jack, po czym 

odszedł od okna i ruszył do wyjścia, a Knight zaraz za nim.

Za ich plecami rozległ się ryk publiczności. Spektakl przygotowany przez brytyjskiego 

filmowca Danny’ego Boyle’a nabierał tempa. Pieśni i tańce przedstawiały bogatą historię 

Londynu. W długim korytarzu odchodzącym od pilnie strzeżonej loży VIP Knight słyszał 

dudnienie bębnów oraz echo muzyki. Wybrał numer Elaine Pottersfield. Gdy odebrała po 

trzecim sygnale, opowiedział jej o materiale DNA łączącym Selenę Farrell z listem Kronosa.

Tuż obok niego Jack przez telefon wyjaśniał to samo osobie kierującej w tej chwili 

ochroną Parku Olimpijskiego.

– Skąd macie DNA Farrell? – zapytała Pottersfield.

– To długa historia – odparł Knight. – Właśnie szukamy jej na stadionie. Sugeruję, 

żebyście zrobili to samo u niej w domu.

background image

Obaj   z   Jackiem   rozłączyli   się   w   tej   samej   chwili.   Knight   zerknął   na   czterech 

uzbrojonych agentów Private przy wejściu do loży komitetu organizacyjnego.

Jack, jakby czytał w jego myślach, powiedział:

– Tam na pewno nikt się nie dostanie.

Knight już miał się z tym zgodzić, kiedy przypomniał sobie o Guilderze i Mascolu.

– Nie możemy zakładać, że jedynym celem są członkowie komitetu – powiedział. – 

Guilder jest tego najlepszym dowodem.

Jack kiwnął głową.

– Musimy rozumować w ten sposób.

Obaj wrócili na stadion w porę, by zobaczyć, jak nad wieżą Orbit unosi się Mary 

Poppins.   Z   parasolką   nad   głową   przefrunęła   nad   dachem   oraz   rozentuzjazmowaną 

publicznością,   kierując   się   ku   replice   londyńskiej   Tower,   którą   umieszczono   na   płycie 

stadionu. Wylądowała tuż obok niej, lecz zaraz zniknęła w kłębach dymu. Zaczęły błyskać 

czerwone i białe światła, zadudniły kotły, co miało sugerować niemieckie naloty podczas 

drugiej wojny światowej.

Kiedy   dym   się   rozwiał,   wokół   kopii   Tower   tańczyły   setki   osób   w   przeróżnych 

kostiumach. Knight usłyszał, jak ktoś mówi, że odzwierciedlają współczesny Londyn oraz 

różnorodność mieszkańców najbardziej kosmopolitycznego miasta świata.

Nie interesował go jednak spektakl. Rozglądał się po stadionie, usiłując przewidzieć, 

co w takiej sytuacji mogłaby zrobić szalona kobieta. Dostrzegł przejście na zachodnim krańcu 

obiektu.

– Dokąd prowadzi? – spytał Jacka.

– Na tor treningowy. Reprezentacje przygotowują się tam do Parady Narodów.

Z niewyjaśnionej przyczyny Knighta ciągnęło do tej części stadionu.

– Chciałbym tam rzucić okiem – powiedział.

– Pójdę z tobą – postanowił Jack.

Gdy ruszyli na drugą stronę stadionu, światła znów przygasły – z wyjątkiem jupitera 

skierowanego na Robin Hooda, który pojawił się teraz wysoko ponad sceną na południowym 

krańcu areny.

Aktor   wskazywał   na   szczyt   wieży   Orbit   nad   tarasem   obserwacyjnym.   Reflektory 

oświetliły dwóch uzbrojonych gwardzistów królewskich w czerwonych mundurach i czarnych 

czapach   z   niedźwiedziej   skóry.   Maszerowali   sztywnym   krokiem   z   przeciwnych   krańców 

dachu, a gdy dotarli do znicza, odwrócili się i stanęli na baczność bo obu stronach.

Dwaj kolejni gwardziści pojawili się na stadionie po bokach głównej sceny. Muzyka 

background image

ucichła, po czym odezwał się spiker:

– Panie i panowie, mesdames et messieurs: królowa Elżbieta Druga z rodziną.

background image

Rozdział 39

Światła na scenie ukazały królową w niebieskim kostiumie. Podeszła do mikrofonu, 

uśmiechając się i machając do publiczności. Za nią szli Karol, William, Kate oraz kilkoro 

innych członków rodu Windsorów.

Knight i Jack zagapili się przez moment na królową, która powitała młodzież całego 

świata w Londynie, potem jednak ruszyli dalej w kierunku przejścia.

Kolejni   dygnitarze   wygłaszali   przemówienia,   a   tymczasem   mężczyźni   dotarli   do 

trybun   nad   tunelem.   Żeby   dojść   do   barierki,   musieli   okazać   dowody   tożsamości   oraz 

identyfikatory Private. W dole po obu stronach tunelu stały grupy uzbrojonych Gurkhów. 

Niektórzy z tych  nepalskich  gwardzistów natychmiast  zaczęli  przyglądać  się Knightowi i 

Jackowi, starając się ocenić poziom zagrożenia.

– Za nic nie chciałbym wkurzyć któregoś z tych gości – mruknął Jack, gdy z pasażu 

zaczęli się wyłaniać sportowcy z Afganistanu.

–   Prawdziwi   twardziele   –   odparł   Knight,   przyglądając   się   tradycyjnym   długim 

zakrzywionym nożom, które kilku Gurkhów miało w pochwach przy pasie.

Długim zakrzywionym nożem obcięto głowę sir Dentonowi, prawda?

Właśnie miał wspomnieć o tym Jackowi, kiedy Marcus Morris podsumował swoją 

przemowę, wołając:

– Witamy młodzież świata w najwspanialszym mieście na ziemi!

Na scenie na południowym krańcu stadionu pojawiła się rockowa kapela The Who i 

rozpoczęła utwór  The Kids Are Alright.  Na stadion wmaszerowali zawodnicy reprezentacji 

Afganistanu.

Publiczność oszalała. Entuzjazm nasilił się jeszcze bardziej, kiedy skończyli grać The 

Who, a na scenie pojawił się Mick Jagger i Rolling Stonesi. Keith Richards zagrał pierwszy 

riff Can’t You Hear Me Knocking.

Błysnęły tysiące fleszy. Londyn ogarnęło prawdziwe olimpijskie szaleństwo.

Poniżej Jacka i Knighta pojawiła się reprezentacja Kamerunu.

– Który z nich to Mundaho? – spytał Jack. – To Kameruńczyk, prawda?

background image

–   Zgadza   się   –   potwierdził   Knight,   omiatając   spojrzeniem   grupę   sportowców   w 

zielono-żółtych   strojach.   Wreszcie   dostrzegł   wysokiego,   umięśnionego,   roześmianego 

mężczyznę z koralikami i muszelkami we włosach. – Tam jest.

– Naprawdę myśli, że pokona Shawa?

– Taki ma plan – odparł Knight.

Filatri   Mundaho   pojawił   się   znikąd   na   międzynarodowej   scenie   lekkoatletycznej 

podczas   mityngu   w   Berlinie   zaledwie   siedem   miesięcy   przed   olimpiadą.   Był   potężnym 

mężczyzną o smukłej sylwetce, podobnie jak wybitny jamajski sprinter Zeke Shaw.

Shaw nie przyjechał do Berlina w przeciwieństwie do wielu innych najszybszych ludzi 

świata. Mundaho wystartował w trzech konkurencjach: na sto, dwieście i czterysta metrów. 

Zdecydowanie wygrał wszystkie biegi, co dotąd jeszcze nigdy nie zdarzyło się na tak ważnym 

mityngu.

Po tym osiągnięciu zaczęły się gorące spekulacje na temat jego szans na powtórzenie 

tego wyczynu podczas londyńskich igrzysk. W 1996 roku w Atlancie amerykański zawodnik 

Henry Ivey  zdobył  złote   medale   oraz  ustanowił   rekordy świata  w  biegach  na  dwieście  i 

czterysta metrów. Na olimpiadzie w Pekinie w 2008 roku Shaw wygrał na sto i dwieście 

metrów. Jednak żaden mężczyzna – ani kobieta, nawiasem mówiąc – nigdy nie wygrał we 

wszystkich trzech dyscyplinach sprinterskich podczas tych samych igrzysk.

Filatri Mundaho zamierzał spróbować.

Jego   trenerzy   twierdzili,   że   został   odkryty   podczas   regionalnych   zawodów   na 

wschodzie kraju, po tym jak uciekł rebelianckim siłom wojskowym, które porwały go jako 

chłopca i zrobiły z niego młodocianego żołnierza.

– Czytałeś  ostatnio ten artykuł,  w którym  opowiadał, że szybkość  i wytrzymałość 

zawdzięcza goniącym go kulom? – spytał Jack.

– Nie – odrzekł Knight – ale wyobrażam sobie, że to nielicha motywacja.

background image

Rozdział 40

Dwadzieścia   minut   później,   podczas   gdy   The   Who   i   Stonesi   wciąż   na   zmianę 

serwowali swoje największe hity,  na stadion weszła reprezentacja Stanów Zjednoczonych 

prowadzona przez chorążego Paula Teetera, masywnego brodacza, którego Jack znał z Los 

Angeles.

–   Paul   studiował   na   UCLA   –   powiedział   Morgan.   –   Startuje   w   rzucie   dyskiem   i 

pchnięciu kulą. Piekielnie silny gość. I przy okazji naprawdę dobry człowiek. Sporo pracuje z 

młodzieżą z biednych dzielnic. Z jego startem na olimpiadzie wiąże się duże nadzieje.

Knight  oderwał wzrok od Teetera.  Tuż za nim dostrzegł kobietę,  którą rozpoznał. 

Tydzień wcześniej widział jej zdjęcie w bikini w londyńskim „Timesie”. Dawno przekroczyła 

trzydziestkę i bez dyskusji miała bodaj najlepszą figurę, jaką kiedykolwiek widział. Na żywo 

wyglądała jeszcze lepiej.

– To Hunter Pierce, prawda? – spytał.

Jack z zachwytem pokiwał głową.

– Co za postać.

Przed dwoma laty jej mąż zginął w wypadku samochodowym, zostawiając ją samą z 

trójką dzieci, które nie ukończyły jeszcze dziesiątego roku życia. Pierce była teraz lekarzem 

pogotowia w San Diego, ale gdy miała dwadzieścia jeden lat, uprawiała skoki do wody i 

niewiele brakowało, by zakwalifikowała się do reprezentacji na igrzyska w 1996 roku. Potem 

jednak porzuciła sport, by poświęcić czas swoim bliskim oraz medycynie.

Piętnaście lat później, żeby poradzić sobie ze śmiercią męża, wróciła do skakania. Pod 

presją dzieci jako trzydziestosześciolatka znów zaczęła startować w zawodach. Po osiemnastu 

miesiącach  na oczach swoich pociech oszołomiła  amerykański  światek skoków do wody, 

wygrywając  konkurs skoków z wieży dziesięciometrowej  na turnieju kwalifikacyjnym  do 

reprezentacji olimpijskiej.

– Jest absolutnie genialna – powiedział Knight, patrząc, jak zawodniczka uśmiecha się 

i macha do publiczności.

Za   Amerykanami   na   stadion   weszła   drużyna   Zimbabwe,   a   ostatnią   ekipą,   która 

background image

pojawiła   się   na   płycie,   była   reprezentacja   Wielkiej   Brytanii   –   gospodarze.   Flagę   niosła 

dwudziestotrzyletnia pływaczka Audrey Williamson, dwukrotna złota medalistka z Pekinu.

Knight wskazywał Jackowi brytyjskich sportowców, którzy mieli szanse na medale, w 

tym   maratonkę   Mary   Duckworth,   osiemnastoletnią   rewelację   biegów   sprinterskich   Mimi 

Marshall, boksera Olivera Price’a oraz ósemkę wioślarską.

Wkrótce   odśpiewano  God   Save   the   Queen,  a   także   hymn   olimpijski.   Sportowcy 

wyrecytowali   ślubowanie   olimpijskie.   Wśród   publiczności   zapanowała   atmosfera 

oczekiwania. Wiele osób spoglądało w stronę przejścia, nad którym stali Knight i Jack.

– Ciekaw jestem, kto zapali znicz – powiedział Jack.

– Wszystkich w Anglii to interesuje – odparł Knight.

Rzeczywiście,  spekulacje  dotyczące  osoby,  którą spotka  zaszczyt  zapalenia  znicza, 

przybrały jeszcze na sile, odkąd przed kilkoma miesiącami ogień olimpijski przybył z Grecji 

do  Wielkiej   Brytanii   i  trafił   do   Much   Wenlock   w  hrabstwie   Shropshire,   gdzie   Pierre   de 

Coubertin, uważany za ojca nowożytnych igrzysk, w 1892 roku po raz pierwszy publicznie 

zasugerował wskrzeszenie olimpiady.

Od   tamtej   pory   ogień   przemierzył   cały   kraj,   odwiedzając   miasta   Anglii,   Walii   i 

Szkocji. Na każdym postoju nasilała się ciekawość i mnożyły plotki.

– Bukmacherzy stawiają na sir Cedrica Dudleya, pięciokrotnego złotego medalistę w 

wioślarstwie – powiedział Knight. – Inni twierdzą, że zaszczyt należy się sir Seymourowi 

Petersonowi-Allenowi, pierwszemu człowiekowi, który przebiegł dystans jednej mili poniżej 

czterech minut.

Wówczas jednak z trybun podniósł się ryk. Z głośników zabrzmiał motyw przewodni z 

filmu Rydwany ognia, a na stadion, wprost pod Jackiem i Knightem, wbiegli dwaj mężczyźni, 

wspólnie niosąc pochodnię.

Jednym z nich istotnie był sir Cedric Dudley, a obok niego...

– O Boże, to Lancer! – zawołał Knight.

Mike   Lancer   uśmiechając   się   i   radośnie   machając   do   widzów,   wspólnie   z   sir 

Cedrikiem biegł w stronę spiralnych schodów ustawionych przy ścianie repliki londyńskiej 

Tower, gdzie czekała na nich ubrana na biało postać.

background image

Rozdział 41

W tej samej chwili Karen Pope przebywała w newsroomie „The Sun” na siódmym 

piętrze nowoczesnego biurowca przy Thomas More Square w pobliżu St. Katharine Docks na 

północnym brzegu Tamizy. Chciała iść do domu, żeby trochę się przespać, ale nie mogła 

oderwać uwagi od transmisji ceremonii otwarcia igrzysk.

Na ekranie Lancer i Dudley biegli w stronę postaci w bieli czekającej u stóp stromych 

schodów wiodących  na szczyt  Tower. Na widok radości malującej  się na twarzach ludzi 

zgromadzonych na stadionie zwykły cynizm Pope trochę osłabł i zaczęło ją dławić w gardle.

Co za cudowna chwila dla Londynu i całej Wielkiej Brytanii.

Pope spojrzała na Fincha, swojego redaktora. Oczy zgorzkniałego weterana redakcji 

sportowej szkliły się z emocji. Zerknął na nią i spytał:

– Wiesz, kto to jest, prawda? Ostatnia osoba niosąca pochodnię?

– Nie mam pojęcia, szefie – odparła Pope.

– Do cholery, przecież to...

– Pani Karen Pope? – odezwał się za jej plecami męski głos, przerywając Finchowi.

Pope obróciła się, by zobaczyć – i poczuć – niechlujnego kuriera rowerowego, który 

patrzył na nią ze znudzoną miną.

– Tak – odparła – to ja.

Kurier   wyciągnął   kopertę,   na   której   widniało   jej   nazwisko   ułożone   z   dziwnych 

drukowanych liter przeróżnych kolorów i krojów. Pope poczuła, jak w jej trzewiach otwiera 

się otchłań bez dna.

background image

Rozdział 42

Gdy ostatnia osoba niosąca pochodnię wspinała się po schodach wiodących na szczyt 

repliki londyńskiej Tower, publiczność wiwatowała, gwizdała i tupała nogami.

Knight zmarszczył czoło, po czym zerknął na szczyt wieży Orbit, gdzie gwardziści 

pilnowali znicza. Jak, u diabła, zamierzają przetransportować płomień z czubka Tower na 

czubek Orbit?

Niosący   pochodnię   uniósł   płomień   wysoko   nad   głowę.   Ogłuszający   aplauz   nagle 

przerodził się w okrzyk tysięcy gardeł.

Robin   Hood   z   łukiem   w   dłoni   i   strzałą   na   cięciwie   zeskoczył   z   rusztowania 

umieszczonego wysoko nad południową częścią sceny. Pomknął w powietrzu na linach w 

stronę uniesionej pochodni olimpijskiej.

Przemykając obok niej, wetknął czubek strzały w ogień. Zapłonęła, a on wznosił się 

coraz wyżej i wyżej, w locie naciągając cięciwę.

Kiedy znajdował się niemal na wysokości szczytu Orbit, obrócił się, po czym wypuścił 

płonącą strzałę. Pofrunęła łukiem nad dachem stadionu, rozcięła  nocne niebo, a wreszcie 

przemknęła między dwoma gwardzistami centymetry ponad zniczem.

Ze   znicza   buchnęły   jęzory   ognia,   a   na   stadionie   znów   huknął   aplauz   widowni.   Z 

głośników   popłynął   głos   Jacques’a   Rogge’a,   przewodniczącego   Międzynarodowego 

Komitetu Olimpijskiego:

– Igrzyska olimpijskie dwa tysiące dwunastego roku w Londynie uważam za otwarte!

Ponad   wieżą   Orbit   wystrzeliły   fajerwerki.   Eksplodowały   wysoko   nad   wschodnim 

Londynem, a w całym mieście zaczęły bić dzwony kościelne. Na płycie stadionu sportowcy 

obejmowali   się,   wymieniali   przypinkami,   robili   sobie   zdjęcia   i   filmowali   ten   magiczny 

moment, w którym każde marzenie o olimpijskim złocie wydaje się możliwe.

Patrząc na nich, a potem na ogień olimpijski oraz sztuczne ognie, które wybuchały na 

niebie niczym chryzantemy, Knight poczuł łzy w oczach. Nie spodziewał się, że będzie tak 

dumny ze swojego miasta i kraju.

Wtedy zadzwoniła jego komórka.

background image

Karen Pope była w stanie histerii:

– Kronos właśnie przysłał mi następny list. Przypisuje sobie śmierć Paula Teetera, 

amerykańskiego kulomiota!

Knight skrzywił się zdezorientowany.

– Nie, właśnie go widziałem, jest... – Potem zrozumiał. – Gdzie Teeter?! – krzyknął do 

Jacka, po czym puścił się biegiem. – Kronos chce go zabić!

background image

Rozdział 43

Knight i Jack przebijali się na dół przez tłum. Jack krzyczał do telefonu, informując 

szefa ochrony o sytuacji. Obaj pokazali identyfikatory, żeby dostać się na płytę stadionu.

Knight   dostrzegł   Teetera   trzymającego   amerykańską   flagę   i   rozmawiającego   z 

kameruńskim sprinterem Filatrim Mundaho. Rzucił się ku niemu przez stadion w tej samej 

chwili, gdy flaga runęła na ziemię. Chorąży padł razem z nią. Szarpały nim konwulsje, a z ust 

ciekła krwawa piana.

Kiedy   Knight   dotarł   do   amerykańskiej   reprezentacji,   ludzie   wzywali   już   lekarza. 

Doktor   Hunter   Pierce   przecisnęła   się   przez   tłum   i   przyklękła   obok   kulomiota.   Mundaho 

patrzył z przerażeniem.

– Się przewrócił – powiedział były młodociany żołnierz do detektywa.

Jack był równie oszołomiony jak Knight. Wszystko potoczyło się tak szybko. Trzy 

minuty. Tylko tyle czasu dostali. Co więcej mogli zrobić, żeby uratować Amerykanina?

Nagle   w   głośnikach   zatrzeszczało,   po   czym   popłynęła   z   nich   ta   dziwna   fletowa 

muzyka Kronosa.

Knight poczuł przypływ paniki. Przypomniał sobie histeryczną reakcję Seleny Farrell, 

a   potem   zobaczył,   że   wielu   sportowców   pokazuje   sobie   ogromne   ekrany   rozwieszone   w 

różnych miejscach olimpijskiej areny. Wszystkie wyświetlały te same trzy słowa złożone z 

czerwonych liter:

OLIMPIJSKI WSTYD OBNAŻONY!

background image

Część trzecia

Najszybszy człowiek na świecie

background image

Rozdział 44

Knight był  wściekły.  Kronos działał bezkarnie. Nie tylko zdołał otruć Teetera,  ale 

także jakimś cudem włamał się do systemu komputerowego Parku Olimpijskiego i przejął 

kontrolę nad ekranami.

Czy profesor Farrell mogła zrobić coś takiego? Czy była do tego zdolna?

Mike Lancer podbiegł do Knighta i Jacka. Wyglądał tak, jakby przez ostatnie kilka 

minut zestarzał się o dziesięć lat. Wskazał na ekrany.

– Co to, do cholery, znaczy? Co to za piekielna muzyka?

– To Kronos – odrzekł Knight. – Przyznaje się do zamachu.

–   Co?!   –   krzyknął   wzburzony   Lancer.   Potem   dostrzegł   doktor   Pierce   i   kilku 

sanitariuszy skupionych wokół amerykańskiego kulomiota. – Nie żyje?

– Zobaczyłem go, zanim zajęła się nim doktor Pierce – powiedział Knight. – Toczył 

krwawą pianę z ust. Dusił się i trząsł w konwulsjach.

– Trucizna? – spytał wstrząśnięty Lancer.

– Poczekamy na wyniki badania krwi.

– Albo sekcji zwłok – wtrącił Jack, kiedy sanitariusze położyli Teetera na noszach, a 

następnie pognali w stronę karetki w towarzystwie doktor Pierce.

Niektórzy   w   tłumie   na   stadionie   nieśmiało   bili   brawo   nieprzytomnemu 

Amerykaninowi. Większość jednak kierowała się do wyjść, zatykając uszy i z niepokojem 

zerkając na wiadomość od Kronosa wciąż wyświetloną na ekranach.

OLIMPIJSKI WSTYD OBNAŻONY!

Ambulans odjechał, a Jack odezwał się drżącym głosem:

–   Mam   gdzieś   zarzuty   Kronosa.   Paul   Teeter   był   dobrym   człowiekiem,   łagodnym 

olbrzymem.  Poszedłem kiedyś na jedno z jego spotkań w Los Angeles. Dzieciaki za nim 

przepadały. Dosłownie go uwielbiały. Jakim trzeba być popaprańcem, żeby zrobić coś takiego 

w taki wieczór tak świetnej osobie?

Knight pomyślał o profesor Farrell, która poprzedniego dnia uciekła z biura. Gdzie 

teraz była? Czy Pottersfield ją zatrzymała? Czy to ona jest Kronosem? Albo jedną z Furii? W 

background image

jaki sposób otruli Teetera?

Podszedł   do   Mundaho,   przedstawił   się   i   spytał,   co   się   stało.   Kameruński   sprinter 

łamaną angielszczyzną  wyjaśnił,  że parę minut przed upadkiem Teeter mocno się pocił i 

czerwienił.

Następnie Knight zbliżył się do amerykańskich sportowców, żeby się dowiedzieć, czy 

kulomiot pił coś przed ceremonią. Pewien skoczek wzwyż powiedział, że gdy ustawiali się do 

Parady   Narodów,   widział,   jak   Teeter   pije   wodę   z   jednej   z   tysięcy   plastikowych   butelek 

rozdawanych sportowcom przez wolontariuszy, czyli „Opiekunów Igrzysk”.

Knight opowiedział o tym Jackowi oraz Lancerowi, który dostał szału i przez radio 

nakazał   zatrzymanie   do   odwołania   wszystkich   Opiekunów   Igrzysk   na   terenie   Parku 

Olimpijskiego.

Kierownik ochrony, który przybył na miejsce kilka minut później, spojrzał spode łba 

na świecące ekrany, po czym ryknął w krótkofalówkę:

– Wyłączcie głośniki razem z tą cholerną muzyką! I zgaście ten napis na ekranach. 

Chcę wiedzieć, jakim cudem ktoś włamał się do naszej sieci. Natychmiast!

background image

Rozdział 45

Sobota, 28 lipca 2012

Paul Teeter, wybitny lekkoatleta i niestrudzony orędownik wykluczonej młodzieży, 

zmarł tuż po północy w drodze do szpitala. Miał dwadzieścia sześć lat.

Parę godzin później Knightowi śnił się koszmar, w którym słyszał fletową muzykę i 

widział odciętą głowę Dentona Marshalla, krew tryskającą z torsu Richarda Guildera, Joego 

Mascola rozbijającego ciałem stolik w Lobby Barze oraz krwawą pianę na ustach kulomiota.

Zbudził się gwałtownie z łomotem serca i przez chwilę nie miał pojęcia, gdzie jest.

Potem w ciemności usłyszał, jak Luke ssie palec, i już wiedział. Zaczął się uspokajać. 

Owinął ramiona kołdrą, przypominając sobie minę Gary’ego Bossa, kiedy wrócił do domu o 

trzeciej nad ranem.

W mieszkaniu panował rozgardiasz. Osobisty asystent jego matki poprzysiągł, że już 

nigdy,   przenigdy   nie   zaopiekuje   się   szalonymi   dziećmi   detektywa.   Nawet   jeśli   Amanda 

zapłaci mu pięć razy więcej niż zwykle.

Również matka była zła na Knighta. Nie tylko zostawił ją samą podczas ceremonii, ale 

także nie odbierał telefonu, kiedy wydzwaniała do niego po ogłoszeniu śmierci Teetera. Miał 

jednak pełne ręce roboty.

Znów spróbował się zdrzemnąć, lecz jego myśli krążyły między poszukiwaniem nowej 

opiekunki i troską o matkę a niepokojem związanym z treścią drugiego listu Kronosa. Knight, 

Jack i Chuligan przestudiowali go w laboratorium Private London wkrótce po tym, jak Pope 

przywiozła im przesyłkę około pierwszej w nocy.

„Jakiż honor jest w niezasłużonym zwycięstwie? – pisał Kronos na początku listu. – 

Jakaż chwała w pokonaniu przeciwnika podstępem?”.

Twierdził,   że   Teeter   był   oszustem   „uosabiającym   zastępy   nieuczciwych 

olimpijczyków skłonnych sięgnąć po każdą niedozwoloną substancję, byle poprawić swoje 

wyniki”.

List zawierał  oskarżenie,  że Teeter  oraz inni sportowcy niewymienieni  z nazwiska 

background image

stosowali ekstrakt ze scypułu poroża jelenia i łosia dla zwiększenia siły, wytrzymałości i 

szybkości. Poroże to najszybciej rosnąca substancja na świecie, a scypuł, czyli pokrywająca je 

podczas wzrostu powłoka, zawiera IGF-1, insulinopodobny czynnik wzrostu 1, niezwykle 

mocny hormon wzrostu, który MKOl umieścił na liście preparatów zakazanych. Jeśli jednak 

dawkować go ostrożnie i zamiast zastrzyków podawać w formie sprayu do ust, obecność 

scypułu jest prawie niemożliwa do wykrycia.

„Korzyści płynące z IGF-1 są ogromne – pisał Kronos. – Zwłaszcza dla sportowca 

uprawiającego dyscyplinę siłową tak jak Teeter, ponieważ pozwala szybciej budować masę 

mięśniową i skracać czas regeneracji po wysiłku”.

List oskarżał dwóch zielarzy – jednego w Los Angeles, drugiego zaś w Londynie – o 

udział w zmyślnym oszustwie Teetera.

Wydawało się, że dokumenty dołączone do listu potwierdzają zarzuty Kronosa. Były 

wśród  nich   cztery  rachunki   dokumentujące   zakup  scypułu  jelenia  z  Nowej  Zelandii  oraz 

dostawę do skrzynki pocztowej działającej w Los Angeles firmy budowlanej należącej do 

szwagra   Teetera,   Philipa,   a   także   wyniki   niezależnych,   supernowoczesnych   badań   krwi 

pobranej od kulomiota.

„Jednoznacznie potwierdzają obecność IGF-1 w organizmie Teetera w ciągu ostatnich 

czterech   miesięcy   –   pisał   Kronos,   a   następnie   kończył   stwierdzeniem:   –   Tak   więc   ten 

świadomy  oszust,  Paul  Teeter,   musiał   zostać  złożony  w  ofierze,   aby  oczyścić  igrzyska   i 

uczynić je na powrót szlachetnymi”.

Kilka godzin po przeczytaniu  tych  słów Knight, wyciągnięty na leżance  w pokoju 

bliźniąt,   wpatrywał   się   w   niewyraźne   sylwetki   dzieci   i   myślał:   Czy   tak   się   oczyszcza 

olimpiadę? Mordując ludzi? Jaki szaleniec rozumuje w taki sposób? I dlaczego?

background image

Rozdział 46

Po   upadku   Teetera   na   globalnej   scenie   godzinami   krążę   po   mieście,   potajemnie 

rozkoszując  się naszą zemstą,  delektując  się dowodem naszej  wyższości  nad nieudolnym 

Scotland Yardem, MI5 oraz Private. Nigdy nawet się nie zbliżą do mnie ani do moich sióstr.

Gdziekolwiek pójdę, nawet o tak późnej porze, widzę zszokowanych londyńczyków, a 

także gazety z fotografią telebimów na stadionie oraz naszym komunikatem: OLIMPIJSKI 

WSTYD OBNAŻONY!

I jeszcze ten nagłówek: ŚMIERĆ GRASUJE NA IGRZYSKACH!

No a co myśleli? Że tak zwyczajnie pozwolimy im dalej wystawiać na pośmiewisko 

starożytne sportowe rytuały?  Że pozwolimy kalać zasady uczciwej rywalizacji, zasłużonej 

wielkości i nieśmiertelnej sławy?

Nic z tych rzeczy.

A teraz Kronos i Furie są na ustach miliardów ludzi na całym świecie, nieuchwytni, 

zdolni   zabijać   bez   skrupułów,   gotowi   obnażyć   i   zlikwidować   ciemną   stronę   największej 

sportowej imprezy świata.

Niektórzy głupcy porównują nas do Palestyńczyków, którzy porwali i zamordowali 

izraelskich sportowców podczas letnich igrzysk w Monachium w 1972 roku. Opisują nas jako 

terrorystów o nieznanych motywach politycznych.

Jeśli nie liczyć tych idiotów, odnoszę wrażenie, że świat zaczyna rozumieć mnie oraz 

moje   siostry.   Czuję   dreszcz   na   myśl   o   tym,   że   ludzie   wyczuwają   naszą   wielkość. 

Zastanawiają się, jak to możliwe, że takie istoty chodzą pośród nich, władając śmiercią w 

obliczu oszustwa i korupcji, składając ofiary w imię wszystkiego, co dobre i szlachetne.

W myślach widzę potwory, które mnie ukamienowały, martwe spojrzenia Furii owej 

nocy,  gdy wymordowałem Bośniaków, oraz szok na twarzach dziennikarzy mówiących  o 

śmierci Teetera.

W końcu nadszedł mój czas i potwory płacą za to, co mi zrobiły.

Ta   sama   myśl   towarzyszy   mi,   kiedy   nastaje   świt   oblewający   cienkie   chmury   nad 

Londynem głęboko czerwoną barwą, która sprawia, że wyglądają jak nabrzmiałe pręgi.

background image

Stukam do bocznych drzwi domu, w którym mieszkają Furie, po czym wchodzę do 

środka.  Ze  wszystkich   sióstr tylko   Marta  nie  śpi.  Jej  ciemne   agatowe  oczy lśnią  od  łez. 

Obejmuje mnie z radością, a jej szczęście jest równie płomienne jak moje.

– Udało się – mówi, zamykając za mną drzwi. – Wszystko poszło idealnie. Teagan 

podała butelkę Amerykaninowi, a potem się przebrała i wymknęła, zanim wybuchł chaos. 

Jakby to było przeznaczenie.

–   Czy   nie   to   samo   mówiłaś,   kiedy   Londynowi   przyznano   organizację   igrzysk?   – 

pytam. – Czy nie to samo mówiłaś, kiedy dowiedzieliśmy się o korupcji i oszustwach, tak jak 

obiecałem?

– To wszystko prawda – odpowiada Marta z fanatyczną miną godną męczennika. – 

Jesteśmy wybrani. Jesteśmy wybitni.

– Tak, ale nie łudź się: teraz zaczną nas ścigać – oświadczam, poważniejąc. – Mówisz, 

że wszystko jest w porządku pod każdym względem?

– Pod każdym względem – potwierdza Marta całkowicie rzeczowym tonem.

– Fabryka?

– Teagan ją sprawdziła. Nikt nic nie odkryje.

– A twoje zadanie? – pytam.

– Wykonane bezbłędnie.

Kiwam głową.

– W takim razie pora skryć  się w cieniu.  Niech Scotland  Yard, MI-five i Private 

pracują na najwyższych obrotach tak długo, aż się zmęczą, pomyślą, że skończyliśmy, i stracą 

czujność.

– Zgodnie z planem – potwierdza Marta. Potem jakby się waha. – Ten Peter Knight... 

czy wciąż jest dla nas zagrożeniem?

Przez moment zastanawiam się nad jej pytaniem, po czym mówię:

– Jeśli w ogóle musimy się z kimś liczyć, to właśnie z nim.

– W takim razie coś znalazłyśmy. Knight ma słabość. Dużą.

background image

Rozdział 47

Knight  zbudził  się gwałtownie  w pokoju bliźniąt.  Dzwoniła jego komórka.  Słońce 

wlewało się przez okno i całkowicie go oślepiało. Odszukał telefon po omacku, po czym 

odebrał połączenie.

– Farrell zniknęła – powiedziała nadinspektor Scotland Yardu Elaine Pottersfield. – 

Nie ma jej w biurze. Nie ma jej w domu.

Knight usiadł na łóżku, wciąż mrużąc oczy.

– Przeszukaliście te miejsca?

– Nie dostanę nakazu, zanim laboratorium nie potwierdzi wyników badania DNA, 

które przeprowadził Chuligan.

– Wczoraj w nocy znalazł coś jeszcze w drugim liście od Kronosa.

– Co?! – krzyknęła Pottersfield. – Jakim drugim liście?

– Jest już w waszym laboratorium – odparł Knight. – Ale Chuligan znalazł w kopercie 

komórki skórne. Przekazał wam połowę próbki.

–   Do   cholery,   Peter!   –   warknęła   Pottersfield.   –   Private   nie   ma   prawa   analizować 

niczego, co wiąże się z tą sprawą, zanim...

– To nie moja decyzja, Elaine – bronił się Knight. – Decyduje „The Sun”. To gazeta 

jest naszym klientem!

– Nie obchodzi mnie, kto...

– A co na twoim poletku? – zapytał Peter. – Ciągle to ja dostarczam ci informacji.

Nastąpiła chwila ciszy.

–   Teraz   koncentrujemy   się   przede   wszystkim   na   ustaleniu,   w   jaki   sposób   Kronos 

zhakował...

Knight zauważył, że bliźniąt nie ma w łóżeczkach, więc przestał słuchać. Spojrzał na 

zegar. Dziesiąta! Ostatnio wstał tak późno, kiedy dzieci jeszcze nie było na świecie.

– Muszę lecieć, Elaine! Dzieci! – powiedział, po czym się rozłączył.

Rzucił   się   do   drzwi   i   wypadł   na   podest   nad   schodami.   W   mózgu   kłębiły   mu   się 

wszystkie złe myśli, jakie tylko mogą przyjść do głowy rodzicowi. A jeśli spadły? A jeśli 

background image

zaczęły grzebać w...?

Usłyszał telewizor. Trwała relacja ze sztafety pływackiej na czterysta metrów stylem 

dowolnym. Nagle poczuł się tak, jakby każdy mięsień jego ciała był z gumy. Żeby zejść na 

parter, musiał mocno trzymać się poręczy.

Luke i Isabel ściągnęli poduszki z kanapy i ułożyli je na ziemi. Siedzieli na nich po 

turecku, a obok walały się puste pudełka po soku oraz płatkach śniadaniowych. Knight w 

życiu nie widział czegoś równie pięknego.

Karmiąc   i   ubierając   dzieci,   jednocześnie   śledził   wiadomości   dotyczące   zabójstwa 

Teetera. Scotland Yard i MI5 nic nie mówiły. Podobnie jak F7, firma zatrudniona do ochrony 

olimpiady.

We wszystkich serwisach informacyjnych pojawiał się za to Mike Lancer. Zapewniał 

dziennikarzy, że igrzyska są niezagrożone, bronił swoich posunięć, a jednocześnie brał pełną 

odpowiedzialność   za   zaniedbania   w   kwestiach   bezpieczeństwa.   Wstrząśnięty,   lecz 

zdecydowany zapowiedział, że Kronos zostanie powstrzymany, pojmany i postawiony przed 

sądem.

Tymczasem Knight wciąż borykał się z brakiem opiekunki do dzieci i świadomością, 

że dopóki jakiejś nie znajdzie, nie uda mu się w pełni zaangażować w sprawę Kronosa. Kilka 

razy telefonował do matki, ale nie odbierała. Potem zadzwonił do kolejnej agencji, wyjaśnił 

sytuację   i   błagał   o   tymczasową   nianię.   Właścicielka   powiedziała,   że   jak   dobrze   pójdzie, 

podeśle mu kogoś we wtorek.

– We wtorek?! – krzyknął.

–   Nic   więcej   nie   mogę   obiecać.   Jest   olimpiada   i   wszystkie   opiekunki   są   zajęte   – 

oświadczyła, a następnie się rozłączyła.

Około południa bliźnięta chciały iść się bawić. Zgodził się, uznawszy, że może dzięki 

temu  potem się zdrzemną.  Włożył  je do wózka, kupił egzemplarz  „The Sun” i ruszył  w 

kierunku placu zabaw na terenie Royal Hospital Chelsea, jakieś dziesięć minut piechotą od 

domu. Upał nieco zelżał, a na niebie nie było ani jednej chmurki. Londyn w pełnej krasie.

Jednakże kiedy Knight siedział na ławce, patrząc, jak Luke bawi się na zjeżdżalni, a 

Isabel kopie w piaskownicy, nie myślał ani o dzieciach, ani o idealnej pogodzie na pierwszy 

dzień zawodów. Wciąż rozmyślał o Kronosie i zastanawiał się, czy uderzy ponownie.

Przyszedł SMS od Chuligana:

Komórki   skórne   w   drugim   liście   są   męskie,   na   razie   niezidentyfikowane.   Jadę   do 

Coventry na mecz Anglia-Algieria.

background image

Męskie? – pomyślał Knight. To Kronos? Więc Farrell jest jedną z jego Furii?

Poirytowany   sięgnął   po   gazetę.   Artykuł   Pope   dominował   na   pierwszej   stronie   z 

nagłówkiem: ŚMIERĆ GRASUJE NA IGRZYSKACH.

Dziennikarka sportowa zaczęła tekst od opisu śmierci Teetera. Zwięźle i rzeczowo 

przedstawiła   wydarzenia,   które   rozegrały   się   podczas   ceremonii   otwarcia.   Zamieściła   też 

wypowiedź przebywającego w Londynie szwagra zmarłego kulomiota, który odpierał zarzuty 

Kronosa. Twierdził, że wyniki badań zostały spreparowane, a osobą zamawiającą scypuł był 

on sam. Tłumaczył, że szukał ulgi na chroniczne skurcze pleców, ponieważ całymi dniami 

pracuje na budowie.

– Dzień dobry! Proszę pana? – odezwała się jakaś kobieta.

Słońce świeciło tak jasno, że z początku Knight widział tylko sylwetkę, która stała 

przed nim z ulotką w dłoni. Już miał powiedzieć, że nie jest zainteresowany, lecz zaraz potem 

osłonił oczy dłonią. Kobieta miała dość pospolitą twarz, krótkie ciemne włosy, ciemne oczy 

oraz krępą, atletyczną sylwetkę.

– Tak? – spytał, biorąc od niej ulotkę.

–   Bardzo   przepraszam   –   powiedziała   z   nieśmiałym   uśmiechem.   Po   raz   pierwszy 

dosłyszał w jej głosie łagodny wschodnioeuropejski akcent. – Widzę, że ma pan dzieci, więc 

tak   się   zastanawiałam...   Czy   zna   pan   kogoś,   kto   szuka   opiekunki?   Albo   może   pan   jej 

potrzebuje?

Knight oszołomiony zamrugał oczami, po czym spojrzał na ulotkę: „Doświadczona 

opiekunka/niania   z   doskonałymi   referencjami.   Licencjat   z   rozwoju   wczesnodziecięcego. 

Przyjęta na studia magisterskie w zakresie logopedii”.

To jeszcze nie był koniec, ale Knight podniósł wzrok kobietę.

– Jak się pani nazywa?

Usiadła obok niego, uśmiechając się łagodnie.

– Marta – powiedziała. – Marta Brezenowa.

background image

Rozdział 48

– Marto Brezenowa, jest pani nieoczekiwaną odpowiedzią na moje modlitwy i nie 

mogła   się   pani   pojawić   w   lepszej   chwili   –   oznajmił   Knight,   ucieszony   szczęśliwym 

zrządzeniem losu. – Nazywam się Peter Knight i właśnie rozpaczliwie szukam niani.

Na twarzy Marty pojawiło się niedowierzanie, a potem radość. Przyłożyła dłoń do ust.

– Ale pan jest pierwszą osobą, której wręczyłam ulotkę! To chyba przeznaczenie!

– Może – rzekł Knight, ciesząc się jej zaraźliwym entuzjazmem.

– Na pewno! Mogę się zgłosić?

Mężczyzna znów spojrzał na ulotkę.

– Ma pani CV? Albo referencje?

– I jedno, i drugie – odparła bez wahania, po czym sięgnęła do torebki, skąd wyjęła 

profesjonalnie wyglądające CV oraz estoński paszport. – Teraz wie pan, kim jestem.

Knight zerknął na oba dokumenty i zaproponował:

– Wie pani co? Tam są moje dzieci. Luke na zjeżdżalni, a Isabel w piaskownicy. Niech 

pani się z nimi przywita. Ja to przejrzę i przedzwonię do kogoś z listy referencji.

Chciał zobaczyć, jak maluchy zareagują na Martę, osobę, której całkiem nie znają. 

Buntowały się przeciwko tylu opiekunkom, że nie chciał zawracać sobie głowy dzwonieniem, 

gdyby miała im się nie spodobać. Bez względu na to, jak bardzo potrzebował niani, szkoda 

zachodu, jeśli się nie dogadają.

O dziwo, kiedy Marta podeszła do Isabel, bardziej cynicznego z dwojga dzieci, niemal 

błyskawicznie zaskarbiła sobie jej sympatię. Pomogła dziewczynce budować zamek z piasku 

z   tak   wielkim   entuzjazmem,   że   wkrótce   Luke   zszedł   ze   zjeżdżalni,   żeby   się   do   nich 

przyłączyć. Nie upłynęły trzy minuty, a Lukey Knight, gryzący opiekunki postrach Chelsea, 

śmiał się i napełniał wiaderka piaskiem.

Widząc, jak szybko dzieci polubiły Martę, Knight baczniej przyjrzał się jej CV. Była 

trzydziestoparoletnią   Estonką,   ale   licencjat   zrobiła   na   Amerykańskim   Uniwersytecie   w 

Paryżu.

Przez ostatnie dwa lata studiów oraz sześć kolejnych po uzyskaniu dyplomu pracowała 

background image

jako opiekunka dla dwóch rodzin w Paryżu. W CV znajdowały się nazwiska matek i numery 

telefonów.

Z dokumentu wynikało również, że Marta mówi po angielsku, francusku, estońsku i 

niemiecku.  Przyjęto  ją na studia magisterskie  w zakresie  logopedii  na City University w 

Londynie,   które   miała   ukończyć   w   2014   roku.   Pod   wieloma   względami   była   typową 

wykształconą kobietą, jakie obecnie ściągały do Londynu: gotową podjąć się pracy poniżej 

kwalifikacji, żeby zarobić na życie w najwspanialszym mieście świata.

Ja   to   mam   szczęście,   pomyślał.   Wyjął   komórkę   i   zaczął   wybierać   pierwszy   z 

numerów,   zaklinając   w   duchu:   Błagam,   niech   to   będzie   prawda.   Błagam,   niech   ktoś 

podniesie...

Petra DeMaurier  odebrała  telefon  niemal  natychmiast.  Odezwała  się po francusku. 

Knight przedstawił się i spytał, czy mówi po angielsku. Potwierdziła ostrożnym tonem. Kiedy 

wyjaśnił, że rozważa zatrudnienie Marty Brezenowej jako opiekunki do swoich bliźniaków, 

zaczęła ją wychwalać pod niebiosa. Powiedziała, że to najlepsza niania, jaką kiedykolwiek 

miała czwórka jej dzieci – cierpliwa, czuła, choć jednocześnie stanowcza, kiedy to konieczne.

– Dlaczego przestała u państwa pracować? – spytał Knight.

– Mojego męża przeniesiono na dwa lata do Wietnamu – wytłumaczyła kobieta. – 

Marta nie chciała z nami jechać, ale rozstaliśmy się w przyjaźni. Jest pan szczęściarzem, że ją 

pan znalazł.

Druga z matek, Teagan Lesa, wyrażała się o opiekunce nie mniej pozytywnie.

– Kiedy Martę przyjęto na studia w Londynie, prawie się popłakałam. Moje dzieci 

wręcz się poryczały. Cała trójka, nawet Stephan, który zwykle jest takim dzielnym młodym 

człowiekiem. Na pańskim miejscu zatrudniłabym ją, zanim zrobi to kto inny. A jeszcze lepiej 

niech pan jej powie, żeby wróciła do Paryża. Czekamy na nią z otwartymi ramionami.

Po rozłączeniu się Knight rozmyślał jeszcze przez kilka chwil. Wiedział, że powinien 

również   sprawdzić   uniwersytety   tutaj   oraz   w   Paryżu,   a   mógł   to   zrobić   najwcześniej   w 

poniedziałek. Potem coś mu przyszło do głowy. Chwilę się wahał, ale w końcu oddzwonił do 

Pottersfield.

– Rozłączyłeś się! – warknęła.

– Musiałem – odparł. – Chcę, żebyś sprawdziła dla mnie pewien estoński paszport.

– Nie ma mowy.

– Elaine,  chodzi  o bliźnięta  – tłumaczył  błagalnie.  – Mam szansę zatrudnić  nową 

nianię. Na papierze wygląda super, ale chciałbym się upewnić. Jest weekend, więc nie mam 

innego sposobu.

background image

Pottersfield długo milczała, lecz w końcu rzekła:

– Daj mi nazwisko i numer paszportu, jeśli go masz.

Knight podał dane i usłyszał, jak nadinspektor Scotland Yardu stuka w klawiaturę. 

Tymczasem obserwował Martę, która właśnie wchodziła na zjeżdżalnię, trzymając za rękę 

Isabel. Jego córka na zjeżdżalni? To coś nowego. Obie zsunęły się na sam dół. Na twarzy 

dziewczynki tylko na moment pojawił się ślad przerażenia, a zaraz potem zaczęła klaskać.

–  Marta   Brezenowa   –   odezwała   się   Pottersfield.   –  Taka   trochę   szara   myszka,   nie 

sądzisz?

– Spodziewałaś się supermodelki dorabiającej jako niańka?

– Chyba nie – przyznała policjantka. – Przyleciała do Anglii z Paryża dziesięć dni 

temu. Ma wizę edukacyjną, będzie studiować na City University.

– Studia magisterskie  w zakresie  logopedii  – dokończył  Knight.  – Dzięki,  Elaine. 

Jestem twoim dłużnikiem.

Rozłączył się, słysząc, jak Luke zanosi się śmiechem. Jego dzieci pędziły przez małpi 

gaj, a Marta gnała tuż za nimi. Udawała wesołego potwora, rechocząc maniakalnie.

Ładna to ty nie jesteś, pomyślał, ale i tak dzięki Bogu, że się pojawiłaś. Dostaniesz tę 

pracę.

background image

Rozdział 49

Poniedziałek, 30 lipca 2012

Wczesnym   popołudniem   Knight   zameldował   się   u   inspektora   miejskiej   policji 

Billy’ego Caspera. Śledczy zerknął na niego podejrzliwie.

– Nie uważam, że należy ci się dostęp, ale Pottersfield chce, żebyś zobaczył to na 

własne oczy. Więc właź. Pierwsze piętro. Mieszkanie po prawej.

Knight   pobiegł   schodami   na   górę.   Odkąd   na   horyzoncie   pojawiła   się   Marta 

Brezenowa, w pełni skupił się na dochodzeniu. Ta kobieta była cudowna. W niecałe dwa dni 

całkowicie oczarowała bliźniaki. Były teraz czystsze, grzeczniejsze i szczęśliwsze. Sprawdził 

ją nawet w City University. Nie było wątpliwości: Martę Brezenowa przyjęto na studia w 

zakresie logopedii. Nie zawracał sobie głowy dzwonieniem do Amerykańskiego Uniwersytetu 

w Paryżu. W tym  aspekcie życia wreszcie znalazł spokój. Przedzwonił nawet do agencji, 

która proponowała tymczasową opiekunkę, by poinformować, że to już nieaktualne.

Nadinspektor   Elaine   Pottersfield   czekała   na  Knighta   przy  drzwiach   do   mieszkania 

Farrell.

– Masz coś? – spytał.

– Nawet sporo – odparła, a kiedy włożył rękawiczki i ochraniacze na buty, wpuściła go 

do środka.

Po   mieszkaniu   wciąż   kręcili   się   technicy   z   zespołu   kryminalistycznego   Scotland 

Yardu, a także specjaliści z MI5.

Knight i Pottersfield udali się do sypialni. Obok łóżka stała duża toaletka z trzema 

lustrami i kilkoma wysuniętymi szufladami, w których znajdowały się przeróżne kosmetyki: 

około dwudziestu szminek, tyle samo buteleczek lakieru do paznokci oraz słoiczki z pudrem.

Profesor Farrell? To wszystko nie pasowało do uczonej, którą Knight i Pope spotkali w 

King’s College. Potem rozejrzał się po pokoju. Zobaczył otwarte szafy wyładowane drogą 

damską odzieżą wysokiej jakości.

Czyżby potajemnie pasjonowała się modą?

background image

Zanim   zdążył   wyartykułować   ten   wniosek,   Pottersfield   wskazała   stojącą   w   rogu 

pokoju   szafkę   na   dokumenty,   częściowo   zasłoniętą   przez   techników   badających   laptopa, 

który leżał na toaletce.

– Znaleźliśmy mnóstwo tekstów przeciwko wyburzeniom, do jakich doszło w East 

End i Docklands. Jest też parę jadowitych listów do Dentona...

– Pani nadinspektor? – przerwał jej podekscytowany technik. – Chyba coś znalazłem!

Pottersfield zmarszczyła czoło.

– Co takiego?

Technik stuknął w klawiaturę, a wtedy z komputera popłynęła fletowa muzyka,  ta 

sama upiorna kompozycja, która rozbrzmiewała na stadionie olimpijskim tamtej nocy, gdy 

otruto   Paula   Teetera.   Ta   sama   okrutna   melodia,   która   towarzyszyła   pierwszemu   listowi 

Kronosa.

– To było w komputerze? – zapytał Knight.

– W prostym pliku EXE mającym grać tę melodię i wyświetlać napis.

Technik obrócił laptopa, by pokazać trzy czerwone słowa na środku ekranu:

OLIMPIJSKI WSTYD OBNAŻONY!

background image

Rozdział 50

Wtorek, 31 lipca 2012

Ubrany w maskę i czepek chirurgiczny, długi gumowy fartuch oraz sięgające do łokci 

rękawice z gumy, jakich rzeźnicy używają podczas uboju bydła, starannie wkładam trzeci list 

do koperty zaadresowanej do Karen Pope.

Minęły ponad siedemdziesiąt dwie godziny, odkąd zgładziliśmy tego potwora Teetera. 

Wrzawa,  jaką wywołaliśmy  w  światowych  mediach,  znacznie  osłabła,   ponieważ  igrzyska 

toczą się dalej. Wręczono już nawet pierwsze złote medale.

W   sobotę   zdominowaliśmy   praktycznie   wszystkie   transmisje   i   artykuły   na   temat 

ceremonii   otwarcia.   W   niedzielę   teksty   na   temat   stwarzanego   przez   nas   zagrożenia   były 

krótsze   i   koncentrowały   się   na   wysiłkach   policji   próbującej   odkryć,   w   jaki   sposób 

włamaliśmy   się   do   systemu   komputerowego.   Ogólnikowo   opisano   także   zorganizowane 

naprędce przez amerykańskich sportowców nabożeństwo żałobne ku czci tej zepsutej świni, 

Teetera.

Wczoraj doczekaliśmy się jedynie krótkiej wzmianki. Prasa uznała, że jeśli nie liczyć 

morderstwa amerykańskiego kulomiota, igrzyska przebiegają bez zarzutu. Dziś wyparły nas 

wiadomości   o   przeszukaniu   domu   i   biura   Seleny   Farrell,   gdzie   znaleziono   jednoznaczne 

dowody   łączące   ją   z   morderstwami   popełnionymi   przez   Kronosa.   Scotland   Yard   i   MI5 

wszczęły ogólnokrajowe poszukiwania profesor filologii klasycznej.

Na pewnej płaszczyźnie jest to niepokojące, choć nie można mówić o zaskoczeniu. To 

oczywiste, że zniszczenie współczesnego ruchu olimpijskiego będzie wymagać czegoś więcej 

niż śmierci jednej czy dwóch osób. Wiedziałem o tym, odkąd Londynowi przyznano prawo 

organizacji igrzysk. Ja i moje siostry mieliśmy siedem lat na opracowanie misternego planu 

zemsty. Siedem lat, by spenetrować system i wykorzystać go do naszych celów. Siedem lat, 

by stworzyć dość fałszywych tropów i nie pozwolić policji zorientować się, jaki jest nasz 

ostateczny cel, dopóki nie będzie za późno.

Wciąż ubrany w fartuch i rękawice wkładam kopertę do foliowej torebki strunowej, a 

background image

następnie podaję ją Petrze, która stoi obok Teagan. Wyglądają teraz jak dwie grube kobiety i 

oprócz mnie i Marty nikt by ich nie poznał w tym przebraniu.

– Pamiętajcie o pływach – mówię.

Petra   się   nie   odzywa.   Odwraca   wzrok,   jakby   toczyła   jakiś   wewnętrzny   spór.   To 

zachowanie budzi mój niepokój.

–   Będziemy   pamiętać,   Kronosie   –   odpowiada   Teagan,   wkładając   okulary 

przeciwsłoneczne i oficjalną czapkę olimpijskiego wolontariusza.

Podchodzę do Petry.

– Wszystko w porządku, siostro? – pytam.

W jej oczach widzę sprzeczne emocje, ale kiwa głową.

Całuję ją w policzki, po czym odwracam się do Teagan, mojej zimnej wojowniczki.

– Fabryka?

– Dziś rano – mówi. – Jedzenia i lekarstw wystarczy na cztery dni.

Obejmuję ją i szepcę do ucha:

– Uważaj na siostrę. Jest impulsywna.

Gdy   Teagan   robi   krok   wstecz,   jej   twarz   jest   pozbawiona   wyrazu.   Moja   zimna 

wojowniczka.

Zdejmując fartuch i rękawice, patrzę za odchodzącymi siostrami. Sięgam dłonią do 

przypominającej kraba blizny z tyłu czaszki. Kiedy ją drapię, niemal natychmiast bucha we 

mnie nienawiść. Żałuję, że to nie ja będę dziś na miejscu jednej z tych dwóch kobiet. Na 

pocieszenie przypominam sobie, że ostateczna zemsta  będzie należeć do mnie i tylko do 

mnie. W mojej kieszeni dzwoni telefon jednorazowego użytku. To Marta.

– Udało  mi  się założyć  podsłuch  w komórce  Knighta,  zanim  wyszedł  do pracy – 

informuje. – Wpuszczę mu pluskwę do komputera, kiedy dzieci pójdą spać.

– Dał ci wolny wieczór?

– Nie prosiłam.

Gdyby ta głupia suka stała tu teraz przede mną, przysięgam, że skręciłbym ten jej 

śliczny kark.

– Co to znaczy: nie prosiłaś? – pytam przez ściśnięte gardło.

– Spokojnie – odpowiada. – Będę tam, gdzie trzeba, o właściwej porze. Dzieci pójdą 

spać.   Nawet   się   nie   zorientują,   że   wyszłam.   Knight   też   nie.   Powiedział,   że   mam   się   go 

spodziewać dopiero przed północą.

– Skąd możesz mieć pewność, że bachory się nie obudzą?

– Jak to: skąd? Dam im środek nasenny.

background image

Rozdział 51

Kilka godzin później w centrum sportów wodnych na terenie Parku Olimpijskiego 

amerykańska   zawodniczka   Hunter   Pierce   wybiła   się   w   tył   z   dziesięciometrowej   wieży. 

Zawirowała w pachnącym chlorem powietrzu, zrobiła dwa korkociągi, po czym  przecięła 

taflę wody z cichym pluskiem, pozostawiając na powierzchni tylko płytki lej.

Knight   wszedł   na   wypełnioną   po   brzegi   widownię.   Kibice   krzyczeli,   klaskali   i 

gwizdali, ale nikt nie wiwatował głośniej niż troje dzieci Amerykanki – jeden chłopiec oraz 

dwie dziewczynki – siedzące w pierwszym rzędzie. Tupały i wyrzucały pięści w górę, kiedy 

mama z szerokim uśmiechem na ustach wynurzyła się z wody.

To   była   czwarta   próba   Pierce   –   i   zdaniem   Knighta   najlepsza.   Po   trzech   skokach 

zajmowała trzecie miejsce za zawodniczkami z Korei Południowej oraz Panamy. Chinki o 

dziwo były dopiero na czwartej i piątej pozycji.

Skacze jak w transie, pomyślał Knight.

Już niemal dwie godziny sterczał w przejściu naprzeciw dziesięciometrowej wieży, 

obserwując kibiców i zawody. Od śmierci Teetera minęły prawie cztery dni – cztery dni bez 

kolejnego ataku. Wczoraj w komputerze Seleny Farrell odkryto program pozwalający przejąć 

kontrolę nad ekranami na stadionie olimpijskim.

Ludzie mówili, że już po wszystkim. Złapanie szalonej profesor to tylko kwestia czasu. 

Śledztwo ograniczało się teraz do polowania.

Knight obawiał się jednak, że może dojść do kolejnego morderstwa. Całymi nocami 

studiował   grafik   zawodów,   usiłując   przewidzieć,   gdzie   tym   razem   uderzy   Kronos.   To 

musiałoby  być  coś spektakularnego,  coś, czym  szczególnie  interesują się media.  Właśnie 

dlatego zjawił się w centrum sportów wodnych, gdzie Pierce próbowała zostać najstarszą w 

historii olimpiady zwyciężczynią konkursu skoków z wieży.

Amerykanka wydźwignęła się z basenu, chwyciła ręcznik i podbiegła do barierki, żeby 

przybić   piątki   ze   swoimi   dziećmi.   Potem   ruszyła   w   stronę   jacuzzi,   gdzie   zawodniczki 

rozgrzewały się między poszczególnymi próbami. Zanim tam dotarła, po widowni poniósł się 

entuzjastyczny   okrzyk   na   widok   jej   wyników:   same   ósemki   i   dziewiątki.   Pierce   właśnie 

background image

awansowała na drugie miejsce.

Knight   znów   zaklaskał,   tym   razem   z   większym   zapałem.   Londyńska   olimpiada 

potrzebowała krzepiącej historii, która zrównoważyłaby cień, jaki Kronos rzucił na igrzyska. 

Pierce walczyła z wiekiem, statystycznymi szansami, a także brzemieniem morderstw. Stała 

się   zresztą   kimś   w   rodzaju   rzeczniczki   amerykańskiej   reprezentacji.   Po   śmierci   Teetera 

publicznie potępiła Kronosa. A teraz właśnie walczyła o złoto.

Mam   cholerne   szczęście,   że   mogę   tu   być,   pomyślał   Knight.   Mimo   wszystko   pod 

wieloma względami jestem prawdziwym farciarzem, zwłaszcza że znalazłem Martę.

Zdawała się darem niebios. W jej obecności dzieci zmieniały się nie do poznania, 

zupełnie   jakby  była   Szczurołapem  z  Hameln.  Luke  zaczął  nawet  mówić  o  chodzeniu  do 

„ubikacji dużych chłopców”. Pracowała niezwykle profesjonalnie. Dom jeszcze nigdy nie był 

tak czysty i uporządkowany.  Koniec końców Knight czuł, że ogromny ciężar spadł mu z 

serca, dzięki czemu mógł dalej polować na szaleńca zagrażającego igrzyskom.

Matka Knighta zaczynała  jednak wracać do dawnych zwyczajów z czasów, zanim 

poznała Dentona Marshalla. Zdecydowała, że nabożeństwo żałobne w intencji narzeczonego 

odbędzie się po olimpiadzie, a na razie pogrążyła się w pracy. Ilekroć z nią rozmawiał, w jej 

głosie słyszał gorycz.

– Czy ty kiedykolwiek odbierasz komórkę? – jęknęła Karen Pope.

Knight się wzdrygnął. Ze zdziwieniem zobaczył, że dziennikarka stoi obok niego w 

przejściu.

– W zasadzie to ostatnio mam z nią kłopoty – odparł.

To prawda. Od rana podczas wszystkich rozmów słyszał dziwny szum, ale jeszcze nie 

zdążył oddać aparatu do naprawy.

– To kup sobie nową – warknęła Pope. – Jestem pod wielką presją, żeby coś napisać, i 

potrzebuję twojej pomocy.

– Odnoszę wrażenie, że świetnie sobie radzisz – rzucił Knight.

Rzeczywiście,   oprócz   tekstu   o   znaleziskach   w   komputerze   Farrell   dziennikarka 

opublikowała również artykuł szczegółowo opisujący wyniki autopsji Teetera: podano mu nie 

truciznę, lecz mieszankę leków mających drastycznie zwiększyć ciśnienie i przyspieszyć puls, 

co poskutkowało krwotokiem tętnicy płucnej. Stąd właśnie wzięła się krwawa piana, którą 

Knight widział na jego ustach.

W   tym   samym   artykule   znalazła   się   wypowiedź   samego   Mike’a   Lancera,   który 

wyjaśnił, w jaki sposób Farrell musiała odnaleźć lukę w systemie informatycznym, co dało jej 

dostęp do serwera i ekranów na stadionie.

background image

Szef   bezpieczeństwa   igrzysk   poinformował,   że   dziurę   w   systemie   już   załatano,   a 

wszyscy   wolontariusze   zostali   szczegółowo   prześwietleni.   Wyjawił   również,   że   kamery 

ochrony   zarejestrowały   kobietę   w   stroju   Opiekuna   Igrzysk   podającą   Teeterowi   butelkę   z 

wodą   tuż   przed   rozpoczęciem   Parady   Narodów.   Na   głowie   miała   jednak   czapkę,   jakie 

wręczano wolontariuszom, więc nie było widać twarzy.

– Knight, bardzo cię proszę – nalegała Pope. – Potrzebuję jakiejś informacji.

– Wiesz więcej niż ja – odparł, patrząc, jak przy ostatniej próbie Panamka zajmująca 

trzecie miejsce nie zdążyła dokręcić salta, co kosztowało ją cenne punkty.

Następnie wpadkę zaliczyła prowadząca Koreanka. Słabo się wybiła, co wpłynęło na 

trajektorię i poskutkowało przeciętną oceną.

Pierce miała teraz wolną drogę do zwycięstwa. Knight z lornetką przy oczach nie mógł 

oderwać wzroku od Amerykanki, która właśnie wchodziła po schodach wieży, żeby wykonać 

ostatni, piąty skok.

Pope szturchnęła go w ramię.

– Ktoś mi powiedział, że nadinspektor Pottersfield to twoja szwagierka. Na pewno 

wiesz coś, czego ja nie wiem.

– Elaine nie rozmawia ze mną, chyba że musi – odrzekł Knight, opuszczając lornetkę.

– A to dlaczego? – spytała sceptycznie Pope.

– Bo uważa, że jestem odpowiedzialny za śmierć mojej żony.

background image

Rozdział 52

Knight nie spuszczał wzroku z Pierce aż do momentu, kiedy dotarła do platformy 

znajdującej się na wysokości trzeciego piętra. Potem spojrzał na Pope. Dziennikarka była 

zszokowana.

– Czy to prawda? – zapytała.

Detektyw westchnął.

– Podczas ciąży Kate pojawiły się komplikacje. Chciała jednak urodzić naturalnie i w 

domu.  Zdawałem  sobie sprawę z zagrożenia,  oboje o nim wiedzieliśmy,  ale  jej uległem. 

Gdyby rodziła w szpitalu, przeżyłaby. Będzie mnie to dręczyć  do końca życia, bo Elaine 

Pottersfield nie pozwoli mi o tym zapomnieć.

Wyznanie Knighta zasmuciło i zmieszało dziennikarkę.

– Mówił ci ktoś, że skomplikowany z ciebie facet?

Nie odpowiedział. Wpatrywał się w Pierce, modląc się w duchu, żeby dała radę. Nigdy 

nie był  zapalonym  kibicem,  ale to wydawało  się... cóż, z jakiegoś powodu niesamowite. 

Trzydziestoośmioletnia wdowa, matka trojga dzieci, za chwilę wykona piąty i ostatni skok, 

najtrudniejszy w swoim repertuarze.

Stawką tej próby jest złoto olimpijskie.

Pierce   robiła   jednak   wrażenie   chłodnej   i   opanowanej.   Dwoma   szybkimi   krokami 

podeszła do krawędzi platformy. Wyskoczyła, przyjęła pozycję łamaną, wykonała salto w tył 

z obrotem, a potem dwa kolejne i wreszcie weszła w wodę jak nóż.

Widownia oszalała. Syn i córki Pierce obejmowali się i tańczyli.

– Udało jej się! – zawołał Knight, czując łzy w oczach.

Jednocześnie był zdezorientowany: dlaczego reagował aż tak emocjonalnie?

Nie potrafił odpowiedzieć na to pytanie, ale miał dreszcze, gdy patrzył,  jak Pierce 

biegnie do dzieci wśród aplauzu, który stał się ogłuszający, kiedy na ekranach pojawiły się 

wyniki potwierdzające jej zwycięstwo.

– No dobra, wygrała – rzuciła oschle Pope. – Błagam, pomóż biednej dziewczynie.

Knight wyciągnął komórkę z kwaśną miną.

background image

– Mam kompletny spis przedmiotów znalezionych w mieszkaniu i biurze Farrell.

Dziennikarka wybałuszyła oczy.

– Dzięki, Knight – powiedziała. – Jestem twoją dłużniczką.

– Nie ma o czym mówić.

– Czyli rzeczywiście po wszystkim – stwierdziła z nutą smutku w głosie. – Teraz 

zostało  już tylko  polowanie.  Przy tych  zaostrzonych  środkach bezpieczeństwa  Farrell  nie 

będzie mogła znowu uderzyć. No nie?

Knight kiwnął głową, patrząc, jak Pierce ściska dzieci i śmieje się przez łzy. Czuł 

głęboką   satysfakcję.   Osiągnięcie   amerykańskiej   zawodniczki   przywróciło   swoistą 

równowagę.

Oczywiście   przez   ostatnie   cztery   dni   inni   również   wykazali   ogromny   hart   ducha. 

Australijski   pływak   wracający   do   sportu   rok   po   groźnym   wypadku,   w   którym   mocno 

ucierpiała   jego   prawa   noga,   wygrał   wyścig   na   czterysta   metrów   stylem   dowolnym.   W 

bokserze   wagi   muszej   z   Nigru,   który   wychowywał   się   w   skrajnej   biedzie   i   przez   lata 

przymierał głodem, zbudziło się lwie serce – wygrał pierwsze dwie walki, za każdym razem 

nokautując przeciwnika w pierwszej rundzie.

Jednakże historia Pierce oraz jej głośne potępienie Kronosa odzwierciedlały wszystko, 

co wciąż piękne i słuszne we współczesnej olimpiadzie. Lekarka pokazała klasę w obliczu 

niesamowitej presji. Otrząsnęła się po śmierci Teetera i wygrała. Dzięki temu igrzyska nie 

były już tak zbrukane. Przynajmniej dla Knighta.

Wtedy odezwała się jego komórka. Dzwonił Chuligan.

– Co mi możesz powiedzieć, o czym jeszcze nie wiem, brachu? – spytał wesołym 

tonem Knight, prowokując grymas Pope.

– Pamiętasz te komórki skórne z drugiego listu? – Chuligan zdawał się poruszony. – 

Przez trzy dni nie miałem żadnych wyników. Ale potem dzięki pomocy starego kumpla z MI-

five połączyłem się z bazą danych NATO w Brukseli i mam rezultat. Oszałamiający.

Radość Knighta ze zwycięstwa Pierce opadła.

– Gadaj – powiedział, odwracając się tyłem do Pope.

– DNA pasuje do próbki włosów pobranej w połowie lat dziewięćdziesiątych podczas 

testów   narkotykowych,   którym   poddawane   były   osoby   ubiegające   się   o   stanowiska 

konsultantów   przy   natowskich   siłach   pokojowych   wysyłanych   na   Bałkany   w   celu 

nadzorowania zawieszenia ognia.

Knight   czuł   się   zdezorientowany.   Farrell   przebywała   na   Bałkanach   w   latach 

dziewięćdziesiątych,   ale   po   wstępnych   badaniach   Chuligan   mówił,   że   komórki   skórne   z 

background image

drugiego listu Kronosa należą do mężczyzny.

– Czyje to DNA? – spytał.

– Indiany Jonesa – powiedział Chuligan głosem, w którym wyczuwało się głębokie 

rozczarowanie. – Pierdzielonego Indiany Jonesa.

background image

Rozdział 53

Osiem kilometrów dalej, w Greenwich, Petra i Teagan szły pod ołowianym niebem w 

stronę   bramki   kontrolnej   areny   O

2

,   ultranowoczesnej   konstrukcji   przykrytej   białą   kopułą, 

która   usytuowana   była   na   północnym   krańcu   niewielkiego   półwyspu   wcinającego   się   w 

Tamizę. Kopułę przebijały żółte słupy, które przytrzymywały sklepienie. Zwykle odbywały 

się   tam   koncerty   oraz   przedstawienia   teatralne,   ale   na   czas   olimpiady   arena   O

2  

została 

przemianowana na North Greenwich Arena i rozgrywano w niej zawody gimnastyczne.

Petra i Teagan miały na sobie oficjalne stroje Opiekunów Igrzysk oraz identyfikatory 

poświadczające,   że   są   zweryfikowanymi   wolontariuszkami   asystującymi   przy   najbardziej 

oczekiwanym wydarzeniu wieczoru: drużynowym finale pań w gimnastyce sportowej.

Kiedy   zbliżały   się   do   kolejki   wolontariuszy   i   koncesjonariuszy   oczekujących   na 

kontrolę, Teagan spoglądała przed siebie ponuro, z zaciśniętą miną. Petra wydawała się za to 

niepewna. Szła niezdecydowanym krokiem.

– Przecież przeprosiłam – powiedziała.

– To nie jest zachowanie godne wybitnej istoty – odparła lodowato Teagan.

– Myślałam o czymś innym – tłumaczyła się siostra.

– Niby o czym? To jest chwila, na którą czekałyśmy!

Petra się zawahała, po czym szepnęła:

– To jest coś zupełnie innego niż zadania, które dotychczas zlecał nam Kronos. Mam 

wrażenie, że to misja samobójcza. Koniec dwóch Furii.

Teagan przystanęła. Spiorunowała siostrę wzrokiem.

– Najpierw list, a teraz wątpliwości?

Petra zhardziała.

– A jeśli nas złapią?

– Nie złapią.

– Ale...

Teagan przerwała jej protekcjonalnie:

–   Chcesz,   żebym   zadzwoniła   do   Kronosa   i   powiedziała   mu,   że   teraz,   w   ostatniej 

background image

chwili, zostawiasz to mnie? Naprawdę chcesz go tak prowokować?

Petra spojrzała na nią z przestrachem w oczach.

– Nie, nie. Nic takiego nie powiedziałam. Proszę. Dobrze... zrobię to. – Wyprostowała 

plecy i otrzepała kurtkę. – Chwila zwątpienia – dodała. – Nic więcej. Nawet wybitne istoty 

czasem wątpią, siostro.

– Nieprawda – odparła Teagan.

„Impulsywna” – czy to nie tym słowem Kronos określił jej młodszą siostrę?

Z   pewnością   było   w   tym   ziarno   prawdy.   Petra   właśnie   potwierdziła   to   swoim 

zachowaniem, czyż nie?

Gdy czekały na chodniku przed King’s College, który był ich jedynym przystankiem 

na   drodze   do   areny   zawodów   gimnastycznych,   najmłodsza   Furia   zapomniała   włożyć 

rękawiczki,   kiedy   wyjmowała   najnowszą   przesyłkę   do   Pope.   Teagan   oczyściła   kopertę 

jednorazową chusteczką, a potem dotąd przez tę chusteczkę trzymała list, aż nie wręczyła go 

upalonemu kurierowi rowerowemu, który nawet nie spojrzał na stojące przed nim dwie grube 

kobiety.

Petra, jakby w reakcji na to samo wspomnienie, uniosła dumnie podbródek.

–   Wiem,   kim   jestem,   siostro.   Znam   swoje   przeznaczenie.   Teraz   nie   mam   już 

wątpliwości.

Teagan zawahała się przez moment, ale w końcu dała znać Petrze, by poszła przodem. 

W przeciwieństwie do siostry nie nękały jej żadne skrupuły. Czuła jedynie pewność i dreszcz 

emocji. Otrucie człowieka to jedno, ale nic nie może się równać z patrzeniem w oczy osobie, 

którą zaraz zabijesz, żeby pokazać jej swoją władzę.

Minęło wiele lat, odkąd ostatnio miała taką okazję – było to jeszcze w Bośni. To, co 

tam robiła, powinno powracać w koszmarach, ale Teagan przeżywała to inaczej.

Często śniła o mężczyznach i chłopcach, których zamordowała po śmierci rodziców 

oraz zbiorowym gwałcie na niej i siostrach. Te krwawe sny należały do jej ulubionych. Za 

każdym razem z rozkoszą ponownie przeżywała te fantazje.

Uśmiechnęła się, myśląc o tym, że popełnione dziś czyny zapewnią jej nowe sny na 

długie lata. Będą czymś do świętowania w ciemności. Czymś, co pomoże przetrwać trudne 

chwile.

W końcu dotarły do skanerów rentgenowskich. Po bokach punktu kontrolnego stali 

Gurkhowie o kamiennych twarzach, uzbrojeni w broń automatyczną. Przez moment Teagan 

obawiała się, że na widok tego pokazu siły Petra spłoszy się i wycofa.

Jej siostra zachowała się jednak jak profesjonalistka. Podała identyfikator strażnikowi, 

background image

który włożył go do czytnika i porównał jej twarz z fotografią na ekranie komputera. Dane z 

bazy identyfikowały ją jako Caroline Thorson. Figurowała tam również informacja, że ma 

cukrzycę, więc wolno jej wnieść na teren obiektu zestaw insulinowy.

Strażnik wskazał na pojemnik z szarego plastiku.

– Tutaj wrzucamy zestaw insulinowy i wszystko z metalu. Biżuterię też – powiedział, 

wskazując jej żłobiony srebrny pierścionek.

Petra   uśmiechnęła   się,   zdjęła   go,   po   czym   położyła   obok   zestawu.   Bez   przygód 

przeszła przez wykrywacz metali.

Teagan po weryfikacji tożsamości zdjęła pierścionek identyczny z tym, który miała 

siostra, i również włożyła go do pojemnika.

– Taki sam? – spytał strażnik.

Teagan uśmiechnęła się i wskazała na Petrę.

– Jesteśmy kuzynkami. Te pierścionki to prezent od naszej babci, która uwielbiała 

olimpiadę.   Biedactwo   odeszła   w   zeszłym   roku.   Na   jej   cześć   nosimy   je   na   wszystkich 

imprezach, przy których pracujemy.

– To miłe – powiedział, dając znak, żeby przeszły.

background image

Rozdział 54

Taras obserwacyjny wieży Orbit obracał się powoli zgodnie  z ruchem wskazówek 

zegara.   Rozciągał   się   stamtąd   panoramiczny   widok   na   stadion   olimpijski,   gdzie   kilkoro 

zawodników i trenerów wizytowało tor, a także na centrum sportów wodnych, skąd Knight 

przed chwilą wyszedł.

Stojąc   przy   balustradzie   w   rześkim   wschodnim   wietrze,   który   gnał   chmury   po 

ołowianym niebie, Mike Lancer spojrzał na detektywa spod zmrużonych powiek.

– Ten facet z telewizji? – spytał.

– I kurator greckich zabytków w British Museum.

– Czy Scotland Yard już o tym wie? – zapytał Jack.

Knight dołączył do nich zaraz po tym, gdy zadzwonił do szefa i dowiedział się, że 

wraz   z   Lancerem   sana   szczycie   wieży,   gdzie   sprawdzają   zabezpieczenia   wokół   znicza 

olimpijskiego.

W odpowiedzi na pytanie szefa skinął głową.

– Właśnie rozmawiałem z Elaine Pottersfield. Radiowozy już jadą do muzeum i do 

jego domu.

Przez chwilę panowała cisza. Knight czuł w powietrzu woń węgla bijącą od znicza, 

który płonął na dachu ponad nimi.

– Skąd wiadomo, że Daring zniknął? – spytał Jack.

– Zanim  skontaktowałem  się z Elaine,  zadzwoniłem  do jego sekretarki – wyjaśnił 

Knight.   –   Powiedziała   mi,   że   po   raz   ostatni   był   widziany   w   czwartek   około   dziesiątej 

wieczorem, kiedy opuszczał przyjęcie wydane z okazji otwarcia wystawy. To jakieś sześć 

godzin po zniknięciu Seleny Farrell.

Lancer pokręcił głową.

– Spodziewałeś się tego, Peter? Że okażą się wspólnikami?

–  W   ogóle   nie   brałem   tego   pod  uwagę   –   przyznał   Knight.   –   Ale  oboje  w   latach 

dziewięćdziesiątych byli z NATO na Bałkanach, oboje mają zastrzeżenia do współczesnych 

igrzysk olimpijskich, a poza tym nie można dyskutować z wynikami badań DNA.

background image

– Skoro już wiemy, kim są – rzekł Lancer – złapanie ich jest tylko kwestią czasu.

– Chyba że wcześniej zdołają znów uderzyć – powiedział Jack.

Doradca do spraw bezpieczeństwa londyńskiego komitetu organizacyjnego  zbladł i 

wzdrygnął się nerwowo.

– Tylko gdzie? Wciąż zadaję sobie to pytanie.

– To musiałoby być coś ważnego – zawyrokował Knight. – Zabili podczas ceremonii 

otwarcia, bo to zapewniło im publiczność na całym świecie.

– Dobra, to jakie jeszcze ważne zawody przed nami? – spytał Jack.

Lancer wzruszył ramionami.

– Najwięcej uwagi przyciągają biegi sprinterskie. Miliony ludzi starały się o bilety na 

niedzielny wieczór, kiedy odbędzie się finał na sto metrów mężczyzn. Liczą na pojedynek 

między Zekiem Shawem a Filatrim Mundaho.

– A dziś albo jutro? O co wszyscy się biją? – drążył Knight.

– Chyba o zawody w gimnastyce kobiet – odparł Jack. – W każdym razie w Stanach 

będą miały największą oglądalność.

Lancer zerknął na zegarek. Zareagował tak, jakby dręczyły go kwasy w żołądku.

– Finał drużynowy zaczyna się za niecałą godzinę.

Knight poczuł narastający niepokój.

–   Gdybym   był   Kronosem   i   chciałbym   zwrócić   na   siebie   uwagę   –   powiedział   – 

zaatakowałbym właśnie podczas tego konkursu.

Lancer skrzywił się, po czym ruszył do windy.

– Nie chcę tego mówić, Peter, ale chyba masz rację – przyznał po namyśle.

– Jak najszybciej dotrzeć na miejsce zawodów? – zapytał Jack, gnając za członkiem 

komitetu organizacyjnego.

– Tunel Blackwall – rzucił Knight.

– Nie – odparł Lancer. – Scotland Yard zamknął go na czas olimpiady z obawy przed 

bombą w samochodzie. Popłyniemy tramwajem wodnym.

background image

Rozdział 55

Po zameldowaniu się u bezpośrednich przełożonych siostry znalazły sektor, do którego 

Petra miała prowadzić kibiców. Znajdował się nisko na północnym skraju areny, tuż nad płytą 

hali, w miejscu gdzie zaplanowano konkurs skoków. Teagan zostawiła tam siostrę, po czym 

udała   się   do   loży   VIP,   do   której   została   przypisana   jako   kelnerka.   Powiedziała   szefowi 

zespołu, że zaraz zajmie się gośćmi, ale najpierw na chwilę skoczy do toalety.

Petra już tam czekała. Weszły do sąsiednich kabin.

Teagan   otworzyła   podajnik   z   jednorazowymi   nakładkami   sedesowymi   w   swojej 

kabinie.   Wyjęła   stamtąd   dwa   wąskie   zielone   pojemniki   z   dwutlenkiem   węgla   oraz   dwie 

plastikowe pincety, które wcześniej zostały tam przyczepione taśmą.

Jeden zbiornik i jedną pincetę zatrzymała, a drugą parę podała siostrze pod ścianką 

przedzielającą kabiny. Z kolei Petra przekazała Teagan dwie maleńkie strzałki, krótsze nawet 

niż żądło pszczoły. Ich plastikowe lotki zostały przymocowane do małych igieł insulinowych 

i przyklejone do krótkiego paska srebrnej taśmy samoprzylepnej.

Następnie przyszła kolej na piętnastocentymetrowy odcinek przezroczystej plastikowej 

rurki   zakończonej   po   obu   stronach   miniaturowymi   złączkami.   Teagan   zdjęła   z   palca 

pierścionek, po czym wkręciła końcówkę rurki w jedno z wgłębień.

Zadowolona z działania złącza z powrotem odkręciła pierścionek, a następnie zwinęła 

przewód i wraz ze zbiorniczkiem dwutlenku węgla przykleiła go taśmą do przedramienia. 

Pierścionek wsunęła z powrotem na palec.

Ledwie skończyła, gdy Petra podała jej pod ścianką ampułkę z zestawu insulinowego. 

Teagan   za   pomocą   pincety   wzięła   jedną   ze   strzałek.   Przebiła   igłą   gumową   uszczelkę, 

zanurzając czubek w płynie, a następnie wyciągnęła strzałkę i lotkami do przodu wsunęła do 

maleńkiego otworu w pierścionku po przeciwległej stronie względem złącza gazu.

Zanurzywszy w ampułce drugą strzałkę, podmuchała na igłę, dopóki płyn nie wysechł, 

a potem bardzo ostrożnie wbiła ją w klapę kostiumu, w razie gdyby potrzebowała oddać 

jeszcze jeden strzał. Następnie z ogromną dbałością obciągnęła rękaw bluzki, spuściła wodę i 

wyszła z kabiny.

background image

Petra pojawiła się obok niej, kiedy Teagan myła ręce. Uśmiechnęła się niepewnie do 

starszej siostry, ale potem powiedziała:

– Celuj dwa razy.

– Strzelaj raz – odparła Teagan. Miała wrażenie, że to już jest sen. – Masz swoje 

pszczoły?

– Mam.

background image

Rozdział 56

Pomimo  padającego deszczu nietypowa  o tej  porze roku mgła  sunęła po Tamizie, 

goniąc   tramwaj   wodny,   który   mijał   właśnie   Wyspę   Psów   i   pędził   w   stronę   półwyspu 

Greenwich.   Łódź   pełna   była   spóźnialskich   z   biletami   na   finał   zawodów   drużynowych   w 

gimnastyce sportowej, który miał się rozpocząć już za kilka minut.

Knight nie zwracał jednak uwagi na pozostałych pasażerów. Spoglądał nad dziobem 

promu, wpatrzony w jasno oświetloną kopułę areny O

2

. Miał nieodparte przeczucie, że to 

może być miejsce następnego ataku Farrell i Daringa.

Obok niego podenerwowany Lancer rozmawiał przez telefon. Wyjaśniał, że właśnie 

jest   w   drodze   ze   wsparciem   dla   zespołu   ochrony,   któremu   polecił   zachować   najwyższą 

gotowość. Zdążył już skontaktować się z jednostką wodną Scotland Yardu. Dowiedział się, że 

łódź patrolowa cumuje na tyłach areny.

–   Tam   jest   –   powiedział   Jack,   wskazując   przez   mgłę   na   duży,   sztywny   ponton   z 

dwoma zewnętrznymi silnikami. Unosił się na wodzie na południe od nich, kiedy opływali 

czubek półwyspu.

Z łodzi obserwowało ich pięciu funkcjonariuszy z bronią automatyczną ubranych w 

płaszcze nieprzemakalne, a tuż za cumującym tramwajem wodnym pojawiła się policjantka w 

specjalnym skafandrze na ultracichym czarnym skuterze.

– Antyterrorystyczne maszyny pierwszej klasy, zwłaszcza ten skuter – skomentował 

Jack. – Przy nich nie ma szans, żeby ktoś uciekł drogą wodną.

Środki bezpieczeństwa wokół samej areny były równie rygorystyczne. Obiekt otaczało 

trzymetrowe   ogrodzenie,   a   co   pięćdziesiąt   metrów   stali   uzbrojeni   Gurkhowie.   Kontrola 

wchodzących była staranna i drobiazgowa. Ludzie wciąż jeszcze czekali w długiej kolejce. 

Gdyby  nie  Lancer,  przejście przez  skanery zajęłoby co najmniej  pół godziny.  On jednak 

wprowadził ich do środka w niecałe pięć minut.

– Czego szukamy? – spytał Knight.

Od strony wejścia usłyszeli oklaski oraz kobiecy głos ogłaszający rozpoczęcie finałów 

pań.

background image

– Czegokolwiek nietypowego – odrzekł Lancer. – Absolutnie czegokolwiek.

– Kiedy ostatnio przeszukano budynek z psami? – zainteresował się Jack.

– Trzy godziny temu.

– Powtórzyłbym – zasugerował Amerykanin, kiedy znaleźli się w hali. – Monitorujecie 

łączność komórkową?

– Zagłuszamy – odparł Lancer. – Uznaliśmy, że tak będzie prościej.

Podczas   gdy   szef   ochrony   londyńskich   igrzysk   wydawał   przez   krótkofalówkę 

polecenie, by sprowadzono brygadę z psami do wykrywania ładunków wybuchowych, Knight 

i Jack lustrowali wzrokiem płytę areny, gdzie zespoły ustawiały się w pobliżu poszczególnych 

przyrządów gimnastycznych.

Chinki znajdowały się na południowym skraju hali. Przygotowywały się do występów 

na   poręczach   asymetrycznych.   Nieco   dalej   Rosjanki   rozciągały   się   obok   równoważni. 

Reprezentacja Wielkiej Brytanii, która wypadła bardzo dobrze w rundach kwalifikacyjnych 

dzięki świetnym występom swojej gwiazdy Nessy Kemp, rozgrzewała się w pobliżu maty do 

ćwiczeń wolnych. Na przeciwległym krańcu areny Amerykanki szykowały się do skoków. 

Dookoła na posterunkach ustawieni byli strażnicy, nie brakowało wśród nich także Gurkhów. 

Stali plecami do zawodniczek, żeby nie rozpraszać się podczas obserwacji tłumu.

Knight   uznał,   że   atak   na   którąś   z   gimnastyczek   na   płycie   areny   był   praktycznie 

niemożliwy.

Ale co z ich bezpieczeństwem w szatniach? Albo w drodze z wioski olimpijskiej i z 

powrotem?

Czy kolejnym celem w ogóle będzie sportowiec?

background image

Rozdział 57

Tego   wtorkowego   popołudnia   o   osiemnastej   piętnaście   ostatnia   z   chińskich 

gimnastyczek zeskoczyła z równoważni i wylądowała niemal idealnie.

Tłumek zebrany w loży Chińskiego Związku Gimnastycznego wysoko nad płytą areny 

zawył z zachwytu. Pozostała już tylko jedna runda, a ich reprezentacja prowadziła ze sporą 

przewagą. Drugie  niespodziewanie  były  Brytyjki,  a Amerykanki  zajmowały niezagrożone 

trzecie   miejsce.   Rosjanki   ku   zdziwieniu   wszystkich   zawiodły   i   plasowały   się   dopiero   na 

czwartej pozycji.

Pośród   tej   radości   Teagan   postawiła   tacę   z   napojami   na   barze,   po   czym   celowo 

upuściła długopis. Przykucnęła i już po kilku sekundach cienki gazowy przewód biegł po jej 

nadgarstku, przecinał wierzch dłoni, mijał mały palec, by w końcu wejść w tył pierścionka.

Wstała i uśmiechnęła się do barmana.

– Posprzątam szklanki ze stołów – powiedziała.

Skinął głową i wrócił do nalewania wina. Kiedy reprezentacja Chin przeniosła się do 

tej  części  hali,  w której  zawodniczki  wykonywały  skok przez  stół gimnastyczny,  zmysły 

Teagan   dosłownie   płonęły.   Ruszyła   przez   zatłoczoną   lożę   w   stronę   kobiety   w   szarym 

kostiumie, która spoglądała przez okno.

Nazywała   się   Win   Bo   Li.   Pełniła   funkcję   prezesa   Chińskiego   Związku 

Gimnastycznego. Na swój sposób była równie zepsuta jak Paul Teeter i sir Denton Marshall. 

Kronos   miał   rację,   pomyślała   Teagan.   Ludzie   tacy   jak   Win   Bo   Li   zasługują   na 

zdemaskowanie i śmierć.

Zbliżając się do kobiety, prawą rękę trzymała nisko przy pasie, a lewą wsunęła do 

kieszeni kostiumu. Namacała tam coś małego i kosmatego. Gdy dystans między nią a Chinką 

wynosił   już   tylko   pół   metra,   gwałtownie   podniosła   prawą   rękę,   a   następnie   z   całej   siły 

przycisnęła mały palec do prawej strony pierścionka.

Maleńka strzałka wystrzeliła z pyknięciem, które zagłuszył wesoły gwar w loży, po 

czym wbiła się w kark Win Bo Li. Prezes Chińskiego Związku Gimnastycznego podskoczyła 

i zaklęła. Próbowała dotknąć karku, lecz zanim zdążyła to zrobić, Teagan pacnęła ją w to 

background image

miejsce i usunęła miniaturowy pocisk, który upadł na podłogę. Prędko rozgniotła go butem.

Win Bo Li  obróciła się gniewnie i spojrzała  na nią  wściekłym  wzrokiem.  Teagan 

wpatrywała  się  głęboko  w oczy ofiary,  delektowała  się  tym  widokiem,   zapisywała  go  w 

pamięci.

– Mam ją – rzuciła.

Zanim   Chinka   zdołała   coś   powiedzieć,   Teagan   przykucnęła.   Udała,   że   lewą   ręką 

podnosi coś z ziemi. Wstała i pokazała działaczce martwą pszczołę.

– Jest lato – wyjaśniła. – Jakimś cudem czasami się tu przedostają.

Win   Bo   Li   wpatrywała   się   w   pszczołę,   a   potem   zerknęła   na   Teagan.   Trochę   się 

uspokoiła.

– Pani jest szybka, ale nie szybsza niż ta pszczoła. Mocno mnie użądliła!

– Bardzo przepraszam. Przynieść lodu?

Chinka skinęła głową, rozmasowując kark.

– To zaraz wracam – obiecała Teagan.

Sprzątnęła   stolik   przed   działaczką,   jeszcze   raz   popatrzyła   jej   w   oczy,   a   potem 

odstawiła tacę ze szkłem na bar. Zmierzając do wyjścia, wiedziała, że tu nie wróci. Już teraz 

odtwarzała  w myślach  każdy moment  cichego  ataku,  jakby to była  telewizyjna  powtórka 

oglądana w zwolnionym tempie.

background image

Rozdział 58

Jestem  wybitna,   myślała  Petra,   idąc  przy  barierce  wzdłuż   strefy  skoków  w  stronę 

Gurkha z cienkim czarnym wąsikiem. Nie jestem taka jak oni. Jestem narzędziem zemsty, 

narzędziem oczyszczenia.

Niosła stos ręczników, który zasłaniał jej prawą dłoń. Uśmiechnęła się do strażnika, 

mówiąc:

– Do stanowiska skoków.

Skinął głową. Ta otyła kobieta już po raz trzeci niosła tam ręczniki, więc nie zawracał 

sobie głowy ich sprawdzaniem.

Jestem wybitna, wciąż powtarzała sobie Petra. A potem, zupełnie jak wtedy, gdy była 

młodą   dziewczyną,   podczas   gwałtu   i   morderstw,   przestały   do   niej   docierać   jakiekolwiek 

dźwięki, a wydarzenia  rozgrywały się jak za szybą.  Pogrążona w tym  odmiennym  stanie 

dostrzegła swoją ofiarę: drobnego mężczyznę w czerwonej bluzie dresowej zapiętej na suwak 

oraz   w   białych   spodniach.   Chodził   tam   i   z   powrotem,   podczas   gdy   pierwsza   z   Chinek 

ustawiła odskocznię i przygotowywała się do rozpoczęcia startu.

Gao   Ping   był   pierwszym   trenerem   kobiecej   reprezentacji   Chin   w   gimnastyce 

sportowej. Słynął z tego, że podczas ważnych zawodów nie potrafił ustać w miejscu. Petra 

znała   to   zachowanie   z   wielu   nagrań,   na   których   obserwowała   Pinga,   żywiołowego, 

energicznego   mężczyznę,   który   lubił   ostrymi   słowami   prowokować   swe   zawodniczki   do 

lepszych   występów.   Jako   trener   popełnił   także   liczne   zbrodnie   przeciwko   olimpijskim 

ideałom, czym przypieczętował swój los.

Druga trenerka, An Wu – nie mniejsza kryminalistka – usiadła. O ile Pinga cechowała 

groteskowa ekspresyjność, o tyle  twarz Wu była  skrajnie beznamiętna. Kobieta stanowiła 

przy   tym   łatwiejszy   cel   niż   ruchliwy   pierwszy   trener.   Kronos   kazał   jednak   Petrze   zabić 

najpierw Pinga, a jego asystentką zająć się tylko w sprzyjających okolicznościach.

Najmłodsza   z   Furii   zwolniła,   żeby   zgrać   swój   ruch   z   gorączkowymi   krokami 

Chińczyka. Podała ręczniki przez barierkę innemu Opiekunowi Igrzysk, po czym ruszyła na 

prawo   do   miejsca,   w   którym   trener   właśnie   nachylał   się   nad   filigranową   zawodniczką   i 

background image

napominał ją, by dała z siebie wszystko.

Pierwsza chińska gimnastyczka ruszyła po rozbiegu.

Ping zrobił za nią dwa susy, po czym zatrzymał się wprost przed Petrą, nie dalej niż 

dwa i pół metra od niej.

Oparła dłoń na balustradzie. Celowała w kark trenera. Kiedy zawodniczka odbiła się 

od odskoczni, Petra strzeliła.

Jestem wybitną istotą, pomyślała, gdy strzałka trafiła Pinga.

Wybitną pod każdym względem.

background image

Rozdział 59

Trener Chinek klepnął się w kark niemal w tej samej chwili, gdy jego zawodniczka 

stanęła wyprostowana po perfekcyjnie wykonanym skoku. Tłum ryknął. Ping skrzywił się i 

zaczął się rozglądać zdezorientowany,  a potem strząsnął żądło. Bijąc brawo, podbiegł do 

gimnastyczki, która uśmiechała się szeroko i wznosiła ręce nad głową.

– Ta mała dała czadu – skomentował Jack.

– Tak? – mruknął Knight, opuszczając lornetkę. – Obserwowałem Pinga.

– Joego Cockera gimnastyki?

Knight zaśmiał się, lecz po chwili zobaczył, jak chiński trener pociera kark. Później 

znów   rozpoczął   swój   teatralny   rytuał,   ponieważ   do   skoku   przygotowywała   się   kolejna 

zawodniczka.

– Joego Cockera chyba coś użądliło – powiedział detektyw, znów unosząc lornetkę.

– Co? Pszczoła? Jak ty to stąd widzisz?

– Pszczoły nie widzę – odparł Knight. – Ale widziałem jego reakcję.

Za nimi Lancer pełnym napięcia głosem dyskutował przez radio z ochroną wewnątrz i 

na zewnątrz obiektu. Omawiał ostatnie szczegóły ceremonii wręczenia medali.

Knight czuł niepokój. Patrzył przez lornetkę, jak chiński trener zagrzewa do skoku trzy 

kolejne zawodniczki. Kiedy ostatnia ruszyła po rozbiegu, zaczął podskakiwać niczym tancerz 

voodoo. Nawet jego małomówna asystentka An Wu uległa emocjom. Zerwała się na równe 

nogi i zasłoniła dłonią usta, gdy gimnastyczka zawirowała w powietrzu.

Nagle An Wu klepnęła się w kark, jakby coś ją ugryzło.

Jej podopieczna wylądowała idealnie.

Na   widowni   wybuchła   wrzawa.   Chinki   wygrały   złoto,   a   Brytyjki   srebro.   Dla 

gospodarzy był to najlepszy rezultat gimnastycznej reprezentacji w historii igrzysk. Trenerzy i 

zawodniczki   obu   drużyn   głośno   okazywali   swoją   radość,   podobnie   jak   ekipa   Stanów 

Zjednoczonych, która zdobyła brąz.

Knight widział to wszystko, lustrując przez lornetkę rozentuzjazmowanych kibiców, 

którzy   wiwatowali,   kierując   obiektywy   aparatów   w   stronę   strefy   skoków.   Ping   pląsał   i 

background image

podskakiwał, jego dziewczęta świętowały razem z nim – uwaga niemal wszystkich ludzi w tej 

części hali skupiała się na zwycięskim zespole.

Wszystkich z wyjątkiem tęgiej Opiekunki Igrzysk o platynowych włosach. Zwrócona 

plecami do całej wrzawy, nienaturalnym krokiem wchodziła po schodach, oddalając się od 

płyty areny. Zniknęła w przejściu prowadzącym do zewnętrznych korytarzy.

Knightowi  nagle   zabrakło  tchu.   Opuścił   lornetkę,  po  czym   zwrócił   się  do  Jacka  i 

Lancera:

– Coś jest nie tak.

– Co? – zapytał Lancer.

– Chodzi o chińskich trenerów. Oboje klepnęli się w kark, jakby coś ich użądliło. Ping, 

a potem Wu. Zaraz po tym, jak zrobiła to asystentka, zobaczyłem przysadzistą platynową 

blondynkę   w   kostiumie   Opiekuna   Igrzysk   pospiesznie   wychodzącą   z   hali,   podczas   gdy 

wszyscy inni koncentrowali się na Chinkach i oklaskiwali ostatni skok.

Jack zamknął jedno oko, jakby mierzył do odległego celu. Lancer wydął usta.

– Dwa klepnięcia w kark i wolontariuszka wracająca na swoje miejsce? Nic więcej?

– Nic. Po prostu wydało mi się, że to nie pasuje do... no, nie pasuje, i już.

– Którędy wyszła ta kobieta? – spytał Jack. Knight wskazał na drugą stronę areny.

–   Górnym   wyjściem   między   sektorami   sto   piętnaście   i   sto   szesnaście.   Piętnaście 

sekund temu. Do tego poruszała się dziwnym krokiem.

Lancer uniósł krótkofalówkę.

– Centrala, macie Opiekunkę Igrzysk na monitoringu w korytarzu za sektorem sto 

piętnaście? Włosy platynowy blond, otyła?

Mijały   chwile   pełne   napięcia.   Tymczasem   na   płycie   hali   ustawiano   podium   do 

wręczenia medali. W końcu radio Lancera zatrzeszczało:

– Nie ma jej.

Knight zmarszczył brwi.

– Niemożliwe, musi tam gdzieś być. Wyszła dosłownie przed chwilą.

Lancer przyjrzał mu się uważnie, po czym warknął do krótkofalówki:

– Przekażcie służbom porządkowym,  że jeśli zobaczą w tamtej okolicy Opiekunkę 

Igrzysk, pulchną platynową blondynkę, należy ją zatrzymać na przesłuchanie.

– Może na trenerów powinien zerknąć lekarz – wtrącił Knight.

– Sportowcy nie lubią, kiedy zajmują się nimi obcy – odparł Lancer – ale powiadomię 

chiński sztab medyczny. To już wszystko?

Knight zamierzał skinąć głową, lecz najpierw spytał:

background image

– Gdzie jest centrum monitoringu?

Lancer wskazał dłonią osłoniętą lustrzanymi szybami przestrzeń na balkonie ponad 

nimi.

– Idę tam – powiedział Knight. – Wpuścisz mnie?

background image

Rozdział 60

Zamykając   drzwi   kabiny   w   damskiej   toalecie   tuż   obok   północnego   wejścia   na 

widownię, Petra z trudem panowała nad oddechem. Głęboko wciągnęła powietrze i o mało 

nie zaczęła krzyczeć, bo czuła przepływającą przez ciało moc, o której dawno już zapomniała.

Widzisz? Jestem wybitną istotą. Zabiłam potwory. Wymierzyłam karę. Jestem furią. A 

potwory nie mogą pojmać furii. Wystarczy poczytać mitologię!

Trzęsąc się od nadmiaru adrenaliny, zerwała z głowy platynową perukę, odsłaniając 

rude włosy ściśle przylegające do głowy. Wyciągnęła spinki, uwalniając krótkie loki.

Uniosła ręce i chwyciła metalowe krawędzie podajnika z jednorazowymi nakładkami 

sedesowymi. Szarpnęła, a wtedy cała skrzynka oddzieliła się od ściany. Postawiła ją na desce, 

a następnie sięgnęła w głąb ciemnej wnęki. Wyjęła stamtąd granatowy wodoodporny plecak, 

w którym znajdowało się ubranie na zmianę.

Położyła   go   na   podajniku,   zdjęła   kostium   wolontariuszki   i   powiesiła   na   kołku   na 

drzwiach. Potem oderwała gumowe elementy pogrubiającej charakteryzacji przyklejone do 

bioder, brzucha i nóg. Spojrzała na plecak i pomyślała, o ile zrobi się cięższy i jak bardzo 

będzie nieporęczny,  biorąc pod uwagę przewidywaną drogę ucieczki. Ostatecznie kawałki 

gumy wraz z peruką wrzuciła do niszy w ścianie.

Cztery minuty później, gdy podajnik z nakładkami wrócił na miejsce, a kostium trafił 

do wodoodpornego plecaka, Petra wyszła z kabiny.

Myjąc  ręce,  przyglądała   się  swojemu  nowemu  strojowi:  miała   na  sobie  niebieskie 

płócienne   tenisówki,   obcisłe   białe   spodnie,   biały   bawełniany   bezrękawnik,   prosty   złoty 

naszyjnik oraz niebieską lnianą marynarkę. Włożyła jeszcze designerskie okulary z jasnymi 

szkłami i uśmiechnęła się. Teraz mogła uchodzić za typową kobietę z wyższych sfer.

Otworzyły się drzwi kabiny obok niej.

– Gotowa? – spytała Petra, nie patrząc w tamtą stronę.

– Czekam  na ciebie,  siostro  – odrzekła  Teagan,  dołączając  do niej  przed lustrem. 

Zdjęła już ciemną perukę, odsłaniając swoje rudawozłote włosy. Miała na sobie swobodny 

strój i niosła podobny wodoodporny plecak. – Sukces?

background image

– Dwa – odparła Petra.

Teagan pokiwała z uznaniem głową. Zobaczyła ją teraz w innym świetle.

– Będą o tobie pisać mity.

– Owszem – przytaknęła z szerokim uśmiechem jej siostra, po czym obie Furie ruszyły 

do drzwi toalety.

W głośnikach na korytarzu usłyszały głos spikera:

  Mesdames   et   messieurs,  panie   i   panowie,   prosimy   o   zajęcie   miejsc.   Za   chwilę 

rozpocznie się ceremonia wręczenia medali.

background image

Rozdział 61

Wzrok   Knighta   krążył   między   różnymi   obrazami   wyświetlanymi   przed   nim   na 

ekranach monitoringu. Wszystkie przedstawiały górny korytarz sektorów 115 i 116 areny O

2

Roiło się tam od kibiców pospiesznie wracających na miejsca.

Dwie   kobiety,   jedna   szczupła,   blondynka   z   elegancką   fryzurą,   druga   zaś   równie 

smukła,   o   krótkich   rudych   włosach,   wyszły   z   damskiej   toalety   i   zlały   się   z   tłumem 

powracającym na widownię. Knight zerknął na nie tylko przez chwilę, wciąż szukając tęgiej 

platynowej blondynki w kostiumie Opiekuna Igrzysk.

Jednak coś w sposobie chodzenia tej rudowłosej, gdy opuszczała toaletę, nie dawało 

mu spokoju, więc ponownie zerknął na tamten ekran. Kobiet już na nim nie było. Czyżby 

utykała? Tak to wyglądało. Ale przecież była szczupła, a nie gruba, i miała rude, a nie blond 

włosy.

Dekoracja   rozpoczęła   się   od   wręczenia   brązowych   medali.   Knight   spojrzał   przez 

lornetkę   na  północ   od  stanowiska  ochrony,  szukając  wśród  fanów  wracających   na  swoje 

miejsca rudej oraz jej towarzyszki.

Wysiłki   detektywa   zostały   poważnie   utrudnione,   gdy   zapowiedziano   srebrne 

medalistki z Wielkiej Brytanii. Kibice gospodarzy zerwali się z miejsc, klaskali, gwizdali i 

krzyczeli. Paru mężczyzn na północnym skraju areny rozwinęło duże brytyjskie flagi. Zaczęli 

wymachiwać nimi jak szaleni, jeszcze bardziej przesłaniając widok.

Flagi wciąż  powiewały,  gdy na najwyższy stopień  podium  wezwano  reprezentację 

Chin. Knight chwilowo zrezygnował z poszukiwań i spojrzał w stronę chińskich trenerów.

Ping i Wu stali nieco z boku w towarzystwie niskiej, krępej kobiety po pięćdziesiątce.

– Kto to? – spytał Knight jednego z mężczyzn pilnujących ekranów wideo.

– Win Bo Li. Przewodnicząca Chińskiego Związku Gimnastycznego. Szycha.

Knight wciąż patrzył przez lornetkę na Pinga oraz Wu. Tymczasem zabrzmiał hymn 

ich   kraju,   a   flagi   zwycięskich   reprezentacji   powędrowały   w   górę.   Spodziewał   się 

emocjonalnej reakcji ze strony chińskiego trenera.

O   dziwo   Ping   zachowywał   się   nadzwyczaj   spokojnie   jak   na   człowieka,   którego 

background image

drużyna właśnie zdobyła olimpijskie złoto. Wbijał wzrok w ziemię i pocierał kark. Nie patrzył 

na chińską flagę, która zawisła pod stropem hali.

Knight   właśnie   zamierzał   ponownie   skierować   lornetkę   na   północ,   żeby   poszukać 

tamtych dwóch kobiet, gdy Win Bo Li nagle się zachwiała, jakby kręciło jej się w głowie. 

Wu, asystentka trenera, chwyciła szefową związku za łokieć i pomogła jej złapać równowagę.

Starsza kobieta otarła nos, a potem spojrzała na palce. Wyglądała na zaniepokojoną. 

Powiedziała coś do An Wu.

Zaraz potem uwagę Knighta zwrócił gwałtowny ruch obok niej. Gdy wybrzmiewały 

ostatnie takty hymnu Chin, Ping runął na podłogę. Trener zwycięskiej drużyny zaczął się 

czołgać w stronę podium. Lewą ręką trzymał się za gardło, prawą zaś wyciągał do swoich 

triumfujących zawodniczek, jakby były liną, a on tonął.

Hymn   dobiegł   końca.   Chinki   oderwały   wzrok   od   zawieszonej   wysoko   flagi.   Po 

policzkach spływały im łzy. Właśnie wtedy zobaczyły trenera rozciągniętego przed nimi na 

macie.

Kilka dziewcząt zaczęło krzyczeć.

Nawet z odległości połowy areny Knight widział krew płynącą Pingowi z nosa i ust.

background image

Rozdział 62

Zanim do trenera zdążyli dobiec ratownicy, Win Bo Li zaczęła histerycznie wołać, że 

oślepła, a potem upadła na ziemię. Krew sączyła jej się z oczu, uszu, nosa oraz ust.

Widzowie zaczynali pojmować, co się dzieje. Po arenie poniosły się okrzyki strachu i 

niedowierzania. Wielu kibiców zaczęło zbierać swoje rzeczy i ruszać do wyjść.

W centrum ochrony Knight wiedział, że An Wu, drugi trener reprezentacji, jest w 

śmiertelnym niebezpieczeństwie, zmusił się, by oderwać spojrzenie od rozgrywającego się w 

hali dramatu i skierować je na ekrany pokazujące wyjście, którym tamte dwie kobiety dostały 

się na widownię. Pracowników monitoringu zalewały komunikaty radiowe.

Nagle jeden z nich krzyknął:

– Mamy wybuch na brzegu rzeki, na południowy wschód od hali. Jednostka wodna 

wkroczyła do akcji!

Dzięki   Bogu   wewnątrz   obiektu   nikt   nie   usłyszał   eksplozji,   ponieważ   coraz   więcej 

widzów kierowało się do wyjść, a huk bomby wywołałby panikę. Nagle An Wu również 

upadła na ziemię, krwawiąc, co tylko spotęgowało koszmar.

Wtedy właśnie na najbliższym  ekranie konsoli monitoringu  Knight zobaczył  tamte 

dwie   kobiety,   blondynkę   i   rudowłosą.   Ewakuowały   się   przez   północne   wyjście   w 

nieprzerwanym strumieniu wzburzonych widzów.

Choć nie widział ich twarzy, ruda z pewnością kulała.

– To ona! – wrzasnął.

Mężczyźni   koordynujący   ochronę   obiektu   ledwo   na   niego   spojrzeli.   Gorączkowo 

usiłowali   odpowiadać   na   pytania   nadchodzące   przez   radio   ze   wszystkich   stron   areny. 

Rozumiejąc, że przytłoczył ich gwałtowny rozwój wypadków, Knight rzucił się do drzwi, 

otworzył je szarpnięciem, a następnie zaczął przeciskać się wśród zszokowanych kibiców, 

licząc na to, że dopadnie te dwie kobiety.

Ale w którą stronę poszły? Na wschód czy na zachód?

Uznał,  że   musiały   udać  się  do  tego  wyjścia,   spod  którego   kibice   mogli   liczyć  na 

transport do innych części miasta, toteż pognał zachodnim korytarzem, rozglądając się wśród 

background image

napierających zewsząd ludzi. W pewnym momencie usłyszał wołanie Jacka:

– Knight!

Gdy zerknął w prawo, zobaczył, że właściciel agencji Private przepycha się od strony 

wnętrza areny.

– Mam je! – rzucił Knight. – Dwie kobiety, jedna blondynka, a druga ruda. Kuleje! 

Zadzwoń do Lancera. Niech każe zamknąć obiekt.

Jack   biegł   teraz   obok   niego.   Usiłował   wybrać   numer,   lawirując   wśród   tłumu 

próbującego opuścić halę.

– Cholera! – warknął. – Blokują sygnał komórkowy!

– W takim razie jesteśmy sami – stęknął Knight.

Przyspieszył, zdeterminowany, by nie pozwolić im uciec.

Już po chwili dotarli do odcinka północnego korytarza, który widział na ekranach. Na 

pewno mnie nie minęły, pomyślał Knight, przeklinając sam siebie, że nie wybrał drogi na 

wschód. Wtedy jednak nagle dostrzegł kobiety kilkaset metrów dalej. Właśnie wychodziły 

przez drzwi pożarowe.

– Mam je! – ryknął. Uniósł identyfikator i wyciągnął berettę. Oddał dwa strzały w 

sufit, po czym zawołał: – Wszyscy na ziemię!

Efekt   był   taki,   jakby   to   Morze   Czerwone   rozstąpiło   się   przed   Mojżeszem.   Kibice 

rzucili   się  na betonową  posadzkę,  usiłując  osłonić  się  przed  Knightem  i  Jackiem,   którzy 

pędzili do wyjścia przeciwpożarowego. I właśnie wtedy Knight zrozumiał.

– Kierują się nad rzekę! – krzyknął. – Zdetonowały bombę, żeby odciągnąć jednostkę 

wodną od obiektu.

Potem światła zamigotały i zgasły. Arena O

2

 pogrążyła się w zupełnych ciemnościach.

background image

Rozdział 63

Knight   wyhamował   z   poślizgiem.   Czuł   się   tak,   jakby   doznał   zawrotu   głowy, 

balansując na skraju przepaści. Wszędzie dookoła krzyczeli  ludzie.  Wygrzebał  z kieszeni 

miniaturową   latarkę   na breloczku,  którą  wszędzie  ze  sobą  nosił.   Włączył   ją  w  tej  samej 

chwili, gdy zaświeciły zasilane z akumulatorów czerwone światła awaryjne.

Wraz   z   Jackiem   przebiegł   ostatnie   siedemdziesiąt   metrów   do   wyjścia 

przeciwpożarowego. Spróbował otworzyć drzwi ramieniem. Zamknięte. Przestrzelił zamek, 

wywołując kolejną falę paniki wśród przerażonych kibiców, ale gdy kopnęli drzwi, otworzyły 

się na oścież.

Kiedy   zbiegli   po   schodach,   znaleźli   się   nad   strefą   załadunku,   pełną   wozów 

transmisyjnych   oraz   innej   maszynerii   wspomagającej   imprezę.   Tutaj   również   paliły   się 

czerwone światła, ale Knight z początku nie widział pary uciekających kobiet, ponieważ w 

dole kłębiło się mnóstwo ludzi, którzy krzyczeli i domagali się, by wyjaśniono im, co się 

stało.

Wreszcie je dostrzegł. Właśnie znikały w otwartych drzwiach na północno-wschodnim 

krańcu areny. Knight puścił się biegiem po schodach, ominął wzburzony personel telewizyjny 

i zauważył strażnika stojącego obok drzwi.

Pokazał mu identyfikator, a potem wydyszał:

– Dwie kobiety. Dokąd poszły?

Strażnik spojrzał na niego zmieszany.

– Jakie kobiety? Ja właśnie...

Knight przecisnął się obok niego i wybiegł na zewnątrz. Nie działało żadne światło na 

północnym krańcu półwyspu, ale huczały pioruny i migotały błyskawice, dzięki czemu co 

chwila okolica rozświetlała się jaskrawym blaskiem.

Nietypowa   mgła   wirowała.   Lał   rzęsisty   deszcz.   Knight   musiał   osłonić   oczy 

przedramieniem.   Kiedy   znów   błysnęło,   spojrzał   wzdłuż   trzymetrowego   płotu   z   drucianej 

siatki, który oddzielał teren areny od ścieżki biegnącej nad Tamizą, prowadzącej na wschód i 

południe do przystani tramwajów wodnych.

background image

Blondwłosa Furia kucała nad ziemią za ogrodzeniem. Ruda właśnie przeszła przez 

szczyt i schodziła z drugiej strony.

Knight uniósł broń, jednak zaraz zapanowała ciemność, a jego miniaturowa latarka 

była bezsilna wobec nocy i burzy.

– Widziałem je – mruknął Jack.

– Ja też – potwierdził Knight.

Zamiast ruszyć za nimi, detektyw podbiegł do płotu najkrótszą drogą, schował latarkę i 

wetknął pistolet z tyłu za spodnie. Wspiął się na ogrodzenie, po czym zeskoczył z góry.

Minęło pięć dni, odkąd został potrącony przez taksówkę, lecz kiedy wylądował na 

utwardzonej ścieżce, aż syknął z bólu w żebrach. Po lewej dostrzegł nadpływający tramwaj 

wodny. Wciąż znajdował się dość daleko.

Jack wylądował obok Knighta. Razem pobiegli w stronę przystani oświetlonej przez 

kilka łagodnych czerwonych świateł alarmowych. Zwolnili niecałe dwadzieścia metrów od 

rampy prowadzącej do pomostu. Na ziemi leżeli dwaj Gurkhowie z gardłami poderżniętymi 

od ucha do ucha.

Deszcz bębnił o przystań. Silniki zbliżającego się tramwaju wodnego warczały coraz 

głośniej. Potem jednak Knight odniósł wrażenie, że ktoś zapala inny motor.

Jack też to usłyszał.

– Mają łódź!

Knight przeskoczył przez łańcuch odgradzający wejście na rampę i ruszył biegiem do 

portu. Przesuwał pistolet i latarkę z lewa na prawo, wypatrując jakiegoś ruchu.

Na pomoście leżała martwa policjantka, która przypłynęła na skuterze wodnym. Miała 

wybałuszone oczy, a jej szyja była obrócona pod nienaturalnym kątem. Knight przebiegł obok 

niej i zbliżył się do brzegu przystani. Wśród mgły i deszczu słyszał pomruk przyspieszającego 

silnika.

Zauważył skuter przycumowany do nabrzeża. Kluczyki były w stacyjce. Wskoczył na 

maszynę i uruchomił motor, a tymczasem Jack złapał radio policjantki i usiadł za Knightem.

– Tu Jack Morgan z agencji Private – odezwał się do krótkofalówki. – Funkcjonariusz 

jednostki wodnej policji znaleziony martwy na Nabrzeżu Królowej Elżbiety Drugiej. Gonimy 

zabójców na rzece. Powtarzam: gonimy zabójców na rzece.

Knight obrócił manetkę gazu. Maszyna niemal bezgłośnie oderwała się od przystani i 

już po kilku sekundach zagłębili się w mgłę.

Była gęsta, ograniczała widoczność do niecałych dziesięciu metrów. Odpływ wzbudził 

na rzece silny wschodni prąd i wysokie fale. W reakcji na zgłoszenie Jacka w krótkofalówce 

background image

trzeszczały radiowe komunikaty.

Jednakże Morgan nie odpowiadał. Ściszył głośnik, tak by mogli lepiej słyszeć silnik, 

który kaszlał gdzieś przed nimi we mgle. Na desce rozdzielczej skutera Knight dostrzegł 

elektroniczny kompas.

Łódź   uciekinierek   płynęła   na   północny   wschód   w   poprzek   Tamizy.   Poruszała   się 

powoli,  zapewne ze względu na słabą widoczność. Przekonany,  że teraz  zdoła je złapać, 

Knight dodał gazu. Modlił się, żeby w nic nie uderzyć. Czy były tu jakieś boje? Na pewno. 

Gdy znajdowali się w połowie szerokości rzeki, dostrzegł mrugające światło latarni na Trinity 

Buoy Wharf.

– Kierują się do rzeki Lea! – zawołał przez ramię. – Płynie przez Park Olimpijski.

– Podejrzane przemieszczają się w stronę ujścia rzeki Lea – warknął do krótkofalówki 

Jack.

Teraz   słyszeli   wycie   syren   na   obu   brzegach   Tamizy.   Silnik   uciekającej   łodzi 

maksymalnie zwiększył obroty. Mgła nieco się rozwiała i nie dalej jak sto metrów przed nimi 

Knight dostrzegł pędzący cień motorówki z wygaszonymi światłami. Słyszał ryk jej motoru.

Dodał gazu, chcąc zmniejszyć dystans, i w tej samej chwili zrozumiał, że uciekinierki 

wcale nie kierują się ku ujściu rzeki Lea. Łódź wzięła kurs bardziej na wschód. Maszyna 

pędziła wprost na wysoki cementowy mur oporowy nieopodal zbiegu rzek.

– Rozbiją się! – krzyknął Jack.

Knight   wyhamował   skuter,   a   sekundę   później   motorówka   uderzyła   w   ścianę, 

eksplodując w serii wybuchów, które utworzyły kulę ognia widoczną poprzez deszcz i mgłę.

W lawinie odłamków Knight i Jack musieli się wycofać. Nie słyszeli cichego chlupotu 

wody towarzyszącego trzem postaciom płynącym z prądem rzeki na wschód.

background image

Rozdział 64

Środa, 1 sierpnia 2012

Burza minęła. Było już po czwartej nad ranem, kiedy Knight wsiadł do taksówki i 

podał kierowcy swój adres w Chelsea.

Był oszołomiony, przemoczony i funkcjonował resztką sił, ale w jego umyśle wciąż 

kotłowały się myśli o wszystkim, co wydarzyło się po tym, jak Furie uderzyły łodzią w mur 

nad rzeką.

Już po półgodzinie od wypadku nurkowie szukali ciał, chociaż niezwykle silne prądy 

pływowe utrudniały im pracę.

Elaine Pottersfield odwołała swoich ludzi z biura i mieszkania Jamesa Daringa. Po 

potrójnym morderstwie przybyła do O

wraz z olbrzymim zespołem Scotland Yardu.

Wysłuchała sprawozdania Knighta oraz Jacka, a następnie porozmawiała z Lancerem, 

który znajdował się na płycie hali, kiedy zgasły światła i wszędzie zapanował chaos. Były 

dziesięcioboista miał dość przytomności umysłu, żeby nakazać zamknięcie obiektu, gdy tylko 

usłyszał strzały Knighta, ale nie zdążył zapobiec ucieczce Furii.

Kiedy   polecił   elektrykom   przywrócenie   oświetlenia,   odkryli,   że   do   głównej   linii 

elektrycznej podczepiono prosty wyłącznik czasowy, a jednocześnie odłączono przekaźnik 

uruchamiający zapasowe generatory. Prąd w całej arenie powrócił po trzydziestu minutach, 

dzięki czemu Knight i Pottersfield mogli uważnie przestudiować nagrania wideo, podczas gdy 

Lancer z Jackiem pomagali przesłuchać dosłownie tysiące świadków potrójnego morderstwa.

Niestety, nagrania monitoringu nie zarejestrowały twarzy Furii. Najwyraźniej kobiety 

dokładnie wiedziały, gdzie są kamery, i sprytnie się odwracały, by nie dać się sfilmować. 

Knight   pamiętał,   że   zauważył   je,   gdy   wychodziły   z   toalety,   po   tym   jak   korpulentna 

Opiekunka Igrzysk zniknęła przed rozpoczęciem ceremonii medalowej.

– Na pewno właśnie tam zmieniły przebrania – zawyrokował.

Wraz   z   Pottersfield   udali   się   na   przeszukanie   WC.   Po   drodze   szwagierka 

poinformowała go, że w domowym komputerze Daringa znalazła fletową melodię, a także 

background image

pełne krytycznej  pasji eseje potępiające komercyjny i korporacyjny aspekt współczesnych 

igrzysk. W co najmniej dwóch miejscach gwiazdor telewizyjny i kurator muzeum wspominał 

o tym, że korupcję oraz oszustwa nękające dziś olimpiadę w czasach starożytnych prędko by 

ukrócono.

–   Napisał,   że   bogowie   Olimpu   zgładziliby   niegodziwców   jednego   po   drugim   – 

powiedziała Pottersfield, gdy wchodzili do damskiej toalety – a ich śmierć byłaby „słuszną 

ofiarą”.

Słuszną ofiarą? – pomyślał gorzko Knight. Trzy osoby nie żyją. W imię czego?

Gdy   przeszukiwali   łazienkę,   zastanawiał   się,   dlaczego   Pope   jeszcze   do   niego   nie 

zadzwoniła. Na pewno dostała już kolejny list.

Po   dwudziestu   minutach   natrafił   na   obluzowany   podajnik   z   jednorazowymi 

nakładkami   sedesowymi   i   oderwał   go   od   ściany.   Minutę   później   wyciągnął   z   wnęki 

platynową perukę.

– Duży błąd – skomentował, podając ją Pottersfield. – Tu musi być DNA.

Nadinspektor włożyła perukę do torebki na dowody.

– Dobra robota, Peter, ale wolałabym, żeby nikt się o tym nie dowiedział, przynajmniej 

do czasu przeprowadzenia analizy. A już na pewno nie twoja klientka Karen Pope.

– Nie pisnę nikomu ani słowa – obiecał.

I  rzeczywiście,  kiedy  około  trzeciej  nad  ranem,  tuż   przed  opuszczeniem   areny  O

Knight   ponownie   spotkał   Jacka,   nie   powiedział   mu   o   peruce.   Właściciel   Private 

poinformował go natomiast, że strażnik pracujący przy bramce dla wolontariuszy zapamiętał 

dwie tęgie kuzynki: jedna miała cukrzycę, a obie nosiły identyczne pierścionki.

System   komputerowy   zidentyfikował   je   jako   Caroline   i   Anitę   Thorson,   krewne 

mieszkające na północ od Liverpool Street. Patrol policji wysłany na miejsce rzeczywiście 

zastał tam kobiety o tych nazwiskach, ale obie spały. Twierdziły, że nie były nawet w pobliżu 

hali O

2

, nie wspominając o tym, że nie pracowały jako Opiekunki Igrzysk na olimpiadzie. 

Zabrano je do New Scotland Yard na dalsze przesłuchanie, ale Knight nie liczył na żadne 

rewelacje. Kuzynki Thorson wykorzystano, kradnąc ich tożsamość.

Taksówka zajechała przed jego dom tuż przed świtem. Knight domyślał się, że Kronos 

albo jedna z jego Furii jest zdolnym hakerem. W którymś momencie musieli też uzyskać 

dostęp do elektrycznej infrastruktury areny.

Prawda?

Był tak cholernie zmęczony, że nie potrafił nawet odpowiedzieć na własne pytanie. 

Zapłacił kierowcy i poprosił go, żeby poczekał. Powlókł się do drzwi frontowych, wszedł do 

background image

domu, po czym zapalił światło w korytarzu. Usłyszał skrzypienie dobiegające z pokoju zabaw 

i zajrzał do środka. Marta ziewała na kanapie. Zsunęła koc z ramion.

–   Ogromnie   przepraszam   –   powiedział   cicho   Knight.   –   Byłem   na   zawodach 

gimnastycznych. Zagłuszali sygnał komórkowy, nie mogłem zadzwonić.

Marta zasłoniła dłonią usta.

– Widziałam w telewizji. Pan tam był? Złapaliście zamachowców?

– Nie – odrzekł zdegustowany. – Nawet nie wiemy, czy jeszcze żyją. Ale popełnili 

duży błąd, więc jeśli żyją, zostaną pojmani.

Ponownie ziewnęła, tym razem szerzej.

– Jaki błąd? – spytała.

– Nie mogę mówić o szczegółach – odparł. – Przed domem czeka na panią taksówka. 

Już zapłaciłem za kurs.

Marta uśmiechnęła się sennie.

– Jest pan bardzo miły.

– Mów mi Peter. Kiedy wrócisz?

– O pierwszej?

Knight kiwnął głową. Dziewięć godzin. Będzie miał szczęście, jeśli prześpi cztery, 

zanim zbudzą się bliźnięta, ale lepsze to niż nic.

Jakby umiała czytać w myślach, w drodze do drzwi Marta powiedziała:

– Isabel i Luke byli dziś bardzo, bardzo zmęczeni. Chyba pozwolą panu się wyspać.

background image

Rozdział 65

Tego ranka tuż po świcie, dręczony bólem głowy, który rozrywa mi czaszkę, krzyczę 

na Martę:

– Jaki błąd?!

Jej spojrzenie jest tak samo martwe jak owej nocy, gdy uratowałem ją w Bośni.

– Nie wiem, Kronosie – odpowiada. – Nie chciał mi powiedzieć.

Patrzę wściekle na pozostałe siostry.

– Jaki błąd?

Teagan kręci głową.

– Nie było żadnego błędu. Wszystko przebiegło zgodnie z planem. Petra zdołała nawet 

strzelić do Wu.

– To prawda – mówi Petra, patrząc na mnie z niemal obłąkańczym wyrazem twarzy. – 

Byłam   wybitna,   Kronosie.   Byłam   mistrzynią.   Nikt   nie   zrobiłby   tego   lepiej.   A   na   rzece 

wyskoczyłyśmy  z  łodzi   w  sporej   odległości  przed  murem   i idealnie   wymierzyłyśmy  falę 

odpływu. Byłyśmy perfekcyjne pod każdym względem.

Marta przytakuje.

–   Wróciłam   do   Knighta   na   dwie   godziny   przed   jego   przyjazdem.   Wygraliśmy, 

Kronosie. Teraz na pewno odwołają olimpiadę.

Kręcę głową.

– Jeszcze do tego daleko. Sponsorzy i właściciele praw do transmisji telewizyjnej nie 

pozwolą im na to, aż będzie za późno.

Ale jaki błąd mogliśmy popełnić?

Patrzę na Teagan.

– Co z fabryką?

– Zamknięta na cztery spusty.

– Idź sprawdzić – mówię. – Upewnij się.

Potem podchodzę do krzesła przy oknie, znów rozmyślając nad możliwym błędem. 

Przez  myśl   przemykają  mi   dziesiątki   możliwości,   ale   w rzeczywistości   moja   wiedza  jest 

background image

niekompletna.   Nie   mogę   opracować   środków   zaradczych,   skoro   nie   znam   charakteru 

rzekomej pomyłki.

Wbijam wzrok w Martę.

– Dowiedz się. Nie obchodzi mnie, jak to zrobisz. Dowiedz się, co to za błąd.

background image

Rozdział 66

Tego samego dnia za dwadzieścia dwunasta Knight huśtał Isabel na placu zabaw przy 

Royal Hospital. Luke sam odkrył, jak się bujać. Szaleńczo wymachiwał rękami i nogami, 

usiłując wznieść się jak najwyżej. Knight wciąż łagodnie go spowalniał.

– Tata! – wołał zdenerwowany chłopiec. – Lukey leci w górę!

– Nie aż tak wysoko – odparł jego ojciec. – Spadniesz i rozbijesz sobie głowę.

– Nie, tata – mruknął Luke.

Isabel się zaśmiała.

– Lukey i tak ma dziurawą głowę!

To się źle skończyło. Knight musiał ich zdjąć z huśtawek i rozdzielić. Isabel trafiła do 

piaskownicy, a Luke do małpiego gaju. Kiedy oboje w końcu zajęli się zabawą, ziewnął, 

spojrzał na zegarek – jeszcze godzina i piętnaście minut do przyjazdu Marty – po czym usiadł 

na ławce i zaczął czytać wiadomości na ipadzie.

W kraju, a w zasadzie na całym świecie, huczało po śmierci Gao Pinga, An Wu i Win 

Bo Li. Głowy państw potępiały Kronosa, Furie oraz ich brutalną taktykę. Sportowcy również.

Knight kliknął na link do nagrania wideo serwisu informacyjnego BBC. Zaczął się od 

reakcji na śmierć chińskich trenerów. Pokazano rodziców zawodników z Hiszpanii, Rosji i 

Ukrainy, którzy obawiali się o bezpieczeństwo swoich dzieci. Rozważali, czy nie zniweczyć 

ich   marzeń   i   nie   prosić,   by   wróciły   do   domu.   Chińczycy   wystosowali   protest   do 

Międzynarodowego Komitetu Olimpijskiego. W oświadczeniu prasowym wyrazili oburzenie, 

że   gospodarze   nie   zdołali   zapewnić   bezpieczeństwa   na   igrzyskach   –   choć   cztery   lata 

wcześniej w Pekinie Chiny stanęły na wysokości zadania.

Potem dziennikarze BBC szukali winnych luki w ochronie. Potencjalnych celów było 

sporo,   w   tym   F7,   korporacja   zatrudniona   do   nadzorowania   monitoringu   na   wszystkich 

obiektach olimpijskich. Rzecznik F7 stanowczo bronił działań firmy, zapewniając, że używają 

najnowocześniejszego sprzętu, obsługiwanego przez „najlepszych ludzi w tym biznesie”. W 

materiale BBC poinformowano  również, że komputerowy system  bezpieczeństwa powstał 

przy współpracy ze Scotland Yardem i MI5. Przed rozpoczęciem zawodów nazywano go 

background image

„perfekcyjnie   szczelnym”   i   „niepokonanym”.   Teraz   jednak   żadna   ze   służb   nie   chciała 

wyjaśnić, skąd wzięły się w nim tak poważne luki.

W   tej   sytuacji   uwaga   koncentrowała   się   na   Mike’u   Lancerze,   który   stanął   przed 

kamerami po tym, jak kilku parlamentarzystów publicznie stwierdziło, że powinien ustąpić ze 

stanowiska lub zostać zwolniony.

– Nie należę do ludzi uchylających się od odpowiedzialności, kiedy jest to uzasadnione 

–   oświadczył   Lancer,   który   wydawał   się   jednocześnie   wściekły   i   pogrążony   w   żalu.   – 

Terroryści   odnaleźli   luki,   których   my   sami   nie   dostrzegliśmy.   Pragnę   zapewnić   opinię 

publiczną, że robimy wszystko, co w naszej mocy, aby uszczelnić system. Wiem, że Scotland 

Yard, MI-five, F-seven oraz Private dokładają wszelkich starań, by odnaleźć morderców i 

powstrzymać ich, zanim kolejna tragedia rzuci cień na imprezę, która powinna być globalnym 

świętem młodości i energii.

W reakcji na domaganie się głowy Lancera przewodniczący londyńskiego komitetu 

organizacyjnego Marcus Morris odgrywał opanowanego Anglika. Stanowczo sprzeciwiał się 

ustępstwom na rzecz Kronosa, wyrażając przekonanie, że Lancer oraz sieć brytyjskich sił 

bezpieczeństwa zdołają zapobiec kolejnym atakom, znajdą zabójców i postawią ich przed 

obliczem sprawiedliwości.

Mimo ogólnie ponurego tonu całego nagrania zakończyło się ono dość pozytywnym 

akcentem.  Pokazano wioskę olimpijską, gdzie  tuż po wschodzie  słońca setki sportowców 

wyległy   na   alejki   i   trawniki.   Palili   znicze   ku   czci   zabitych.   Przemówienia   wygłosili 

Amerykanka Hunter Pierce, kameruński sprinter Filatri Mundaho oraz dziewczęta z chińskiej 

reprezentacji gimnastycznej. Potępili morderstwa jako „szalony i nieuzasadniony bezpośredni 

atak wymierzony w ideę igrzysk olimpijskich”.

Na  koniec   reporter  poinformował,  że   policyjni  nurkowie   wciąż  przeszukują  mętną 

głębię Tamizy w pobliżu ujścia rzeki Lea. Potwierdzono, że w motorówce, która rozbiła się o 

mur, znajdowały się materiały wybuchowe. Jak dotąd ciał nie znaleziono.

– Te fakty źle wróżą i tak już dramatycznym igrzyskom w Londynie – podsumował 

dziennikarz, kończąc swój materiał.

– Knight?

Przez furtkę placu zabaw weszła reporterka „The Sun” Karen Pope. Wyglądała na 

zdenerwowaną i przygnębioną.

Detektyw zmarszczył brwi.

– Jak mnie znalazłaś?

– Chuligan powiedział, że lubisz tu przychodzić z dziećmi – odrzekła. Jej niepokój się 

background image

pogłębiał. – Najpierw szukałam w domu, a potem przyszłam tu.

– O co chodzi? – zapytał Knight. – Wszystko w porządku?

– Właśnie nie – odparła drżącym głosem dziennikarka, siadając obok niego na ławce. 

Miała łzy w oczach. – Czuję się wykorzystywana.

– Kronos?

– I Furie – powiedziała, ze złością ocierając łzy. – Wcale o to nie prosiłam, ale stałam 

się częścią tego ich szaleństwa, ich terroru. Z początku, wiesz, muszę przyznać: cieszyłam się, 

że trafił mi się news. Przełom w karierze i w ogóle, ale teraz...

Pope zamilkła i odwróciła wzrok.

– Znów napisał list?

Kiwnęła głową.

– Knight, czuję się tak, jakbym sprzedała duszę – powiedziała bezradnie.

W tym momencie zobaczył ją w całkiem nowym świetle. Owszem, chwilami bywała 

nieczuła i nieprzyjemna. Ale pod tą skorupą była człowiekiem. Miała duszę oraz silne zasady. 

Ta sprawa uderzyła w jedno i drugie. Jego ocena Karen Pope ogromnie wzrosła.

– Nie myśl w ten sposób – odezwał się łagodnym tonem. – Przecież nie popierasz 

Kronosa, prawda?

– Oczywiście, że nie. – Pociągnęła nosem.

– W takim razie po prostu wykonujesz swoją pracę. To trudne, ale niezbędne. Masz ze 

sobą ten list?

Pokręciła głową.

–   Dziś   rano   zostawiłam   go   Chuliganowi.   –   Zawiesiła   głos.   –   Wczoraj   wieczorem 

przywiózł mi go do mieszkania naćpany kurier. Powiedział, że dwie grube kobiety spotkały 

się z nim przed King’s College i kazały mu go doręczyć. Miały na sobie stroje olimpijskich 

wolontariuszek.

–   To   by   się   zgadzało   –   odrzekł   Knight.   –   Jak   Kronos   uzasadnił   zabójstwo 

Chińczyków?

– Twierdzi, że byli winni usankcjonowanego przez państwo niewolnictwa dzieci.

Kronos oskarżał Chiny o regularne lekceważenie olimpijskich przepisów dotyczących 

wieku zawodników, fałszowanie świadectw urodzenia i w gruncie rzeczy zmuszanie dzieci do 

sportowej niewoli. Ping i Wu zdawali sobie sprawę z tego, że z sześciu zawodniczek chińskiej 

reprezentacji gimnastycznej przynajmniej cztery nie skończyły wymaganych podczas startu w 

igrzyskach szesnastu lat. Wiedziała o tym również Win Bo Li – która zdaniem Kronosa była 

architektem całego oszustwa.

background image

– Jest wiele dokumentów na potwierdzenie tej tezy – powiedziała Pope. – Kronos 

przekonująco   ją   prezentuje.   W   liście   napisał,   że   Chińczycy,   cytuję:   „zmuszają   dzieci   do 

występów   na   chwałę   państwa”,   koniec   cytatu,   i   karą   za   to   była   śmierć.   –   Spojrzała   na 

Knighta. Znów płakała. – Mogłam to wszystko opublikować już wczoraj w nocy. Mogłam 

zadzwonić do redaktora i zdążyć z materiałem do dzisiejszego wydania. Ale nie zrobiłam 

tego, Knight. Po prostu... Oni wiedzą, gdzie mieszkam.

– Tata, Lukey chce mleka – odezwał się Luke.

Knight odwrócił wzrok od zrozpaczonej dziennikarki. Synek wpatrywał się w niego 

wyczekująco. Zaraz potem pojawiła się Isabel.

– Ja też chcę mleka! – powiedziała.

– Niech to szlag – mruknął Knight, po czym zwrócił się do dzieci przepraszającym 

tonem: – Zapomniałem mleka, ale zaraz przyniosę. To jest Karen. Pracuje w gazecie. Jest 

moją koleżanką. Posiedzi tu z wami, aż wrócę.

Pope zmarszczyła czoło.

– Nie sądzę, że...

– Dziesięć minut – powiedział Knight. – Góra piętnaście. Dziennikarka spojrzała na 

Luke’a i Isabel.

– W porządku – odparła niechętnie.

– Zaraz wracam – obiecał detektyw.

Pobiegł przez trawnik do wyjścia z terenu Royal Hospital, po czym pognał w stronę 

domu. Droga w jedną stronę zajęła mu dokładnie sześć minut. Przybył na miejsce zdyszany i 

spocony.

Gdy włożył klucz do zamka, z niepokojem stwierdził, że drzwi są otwarte. Czyżby 

zapomniał ich zamknąć? To zupełnie nie w jego stylu, ale wciąż był niedospany, prawda?

Wszedł   do   przedsionka.   Gdzieś   nad   nim   skrzypnęła   deska   podłogowa.   A   potem 

zamknęły się jakieś drzwi.

background image

Rozdział 67

Knight zrobił cztery ciche kroki do szafy w holu i sięgnął na górną półkę po zapasową 

berettę.

Słysząc hałas przypominający przesuwanie mebli,  zdjął buty i zastanowił się: Mój 

pokój czy dziecięcy?

Wszedł   po   schodach   cicho   jak   kot,   rozglądając   się   wkoło.   Usłyszał   jakiś   dźwięk 

dobiegający z jego pokoju. Ślizgając się po posadzce, ruszył korytarzem z uniesioną bronią, 

aż   dotarł   do   otwartych   drzwi.   Z   miejsca,   w   którym   się   zatrzymał,   widział   biurko   i 

zamkniętego laptopa.

Stał nieruchomo, bacznie nasłuchując. Przez chwilę nic się nie działo.

Potem rozległo się spuszczanie wody w klozecie. Złodzieje często załatwiają się w 

domach,   które   okradają.   Knight   wiedział   to   od   lat,   więc   uznał,   że   ma   do   czynienia   z 

włamywaczem. Przekroczył próg pokoju i wycelował pistolet w zamknięte drzwi. Klamka się 

poruszyła. Odbezpieczył broń.

Drzwi otworzyły się szeroko.

Z łazienki wyszła Marta. Zobaczyła Knighta i pistolet.

Podskoczyła, złapała się za serce i krzyknęła:

– Nie strzelać!

Knight zmarszczył brwi, ale opuścił broń o kilka centymetrów.

– Marta?

Niania ciężko oddychała.

– Ale mnie pan wystraszył! Boże, serce o mało nie wyskoczy mi z piersi.

– Już dobrze – uspokoił ją Knight, całkowicie opuszczając broń. – Co ty tu robisz? 

Mieliśmy się zobaczyć dopiero za godzinę.

– Przyjechałam wcześniej, żeby pan mógł iść do pracy – wydyszała. – Zostawił mi pan 

klucz. Weszłam, zobaczyłam, że nie ma wózka, więc pomyślałam, że poszedł pan do parku. 

Zaczęłam sprzątać kuchnię, a potem poszłam do pokoju dziecinnego.

– Ale jesteś w mojej łazience.

background image

– Przepraszam – powiedziała jękliwie Marta, po czym dodała ze wstydem: – Strasznie 

mi się chciało siusiu.

Po chwili milczenia, nie widząc fałszu w zachowaniu niani, Knight schował pistolet do 

kieszeni.

– Ja też przepraszam. Jestem w stresie. Przesadnie zareagowałem.

– Oboje ponosimy trochę winy – odparła Marta.

Zaraz   potem   zadzwonił   telefon   Knighta.   Gdy   odebrał,   natychmiast   usłyszał 

histeryczny płacz Isabel i Luke’a.

– Pope?

– Gdzie jesteś?  – zapytała  udręczonym  głosem reporterka. – Miałeś zaraz wrócić. 

Dzieci wściekają się jak cholera.

– Dwie minuty – obiecał, po czym się rozłączył. Spojrzał na Martę. Miała zmartwiony 

wyraz twarzy. – Moja znajoma – wyjaśnił. – Najwyraźniej nie radzi sobie z dziećmi.

Marta się uśmiechnęła.

– Więc bardzo dobrze, że przyszłam wcześniej, tak?

– Bardzo dobrze – przyznał Knight. – Ale musimy lecieć.

Zbiegł po schodach do kuchni. Zobaczył, że naczynia są umyte i schowane. Wyjął 

mleko,  po czym  włożył  je do torby wraz z paczką  ciasteczek  oraz dwoma  plastikowymi 

kubkami.

Zamknął mieszkanie na klucz, bo czym oboje pognali do parku, gdzie Luke siedział 

sam na trawie i walił łopatką w ziemię, a Isabel klęczała w piaskownicy, płacząc i naśladując 

strusia.

Pope po prostu stała w miejscu przytłoczona sytuacją, zupełnie nie wiedząc, co robić.

Marta pochyliła się i podniosła Luke’a z ziemi. Połaskotała go w brzuch. Zachichotał, 

po czym krzyknął:

– Marta!

Słysząc to, Isabel przestała płakać i wyciągnęła głowę z piasku. Na widok idącego w 

jej stronę Knighta uśmiechnęła się od ucha do ucha.

– Tata!

Knight podniósł córeczkę, strząsnął piasek z jej włosów, po czym ją ucałował.

– Tatuś już tu jest. Marta też.

– Chcę mleka! – oznajmiła nadąsana Isabel.

– Nie zapominaj o ciasteczkach – powiedział Knight. Przekazał niani dziewczynkę 

oraz siatkę z mlekiem. Marta usadziła dzieci przy stole piknikowym i zaczęła je karmić. – Co 

background image

wywołało awanturę? – spytał reporterki.

– Właściwie to nie wiem – odparła wzburzona. – Zupełnie jakby cykała w nich jakaś 

bomba zegarowa, której nie słyszałam, dopóki nie wybuchła.

– To się często zdarza – skomentował ze śmiechem Knight.

Pope przyjrzała się Marcie.

– Od dawna u ciebie pracuje?

– Niecały tydzień – odrzekł detektyw. – Ale jest fantastyczna. Najlepsza, jaką...

Zadzwoniła komórka Pope. Reporterka odebrała i słuchała przez chwilę.

– Kurna, nie do wiary! – zawołała po chwili. – Będziemy za dwadzieścia minut! – 

Rozłączyła się i szepnęła nerwowo do Knighta: – Dzwonił Chuligan. Zdjął odcisk palca z 

wczorajszej przesyłki od Kronosa. Przeanalizował i kazał nam natychmiast przyjechać do 

siedziby Private.

background image

Rozdział 68

Uśmiech Chuligana, otoczony czterodniowym rudym zarostem, kojarzył się Knightowi 

z   wyrazem   twarzy   szalonego   irlandzkiego   karzełka.   Na   dodatek   szef   pionu   naukowego 

agencji Private pląsał za stołem w laboratorium.

–   Mamy   trzecie   nazwisko.   To   prawdziwa   sensacja.   W   ciągu   ostatniej   godziny 

odebrałem już dwa telefony z Hagi.

– Z Hagi? – zdziwił się Kight.

–   Z   międzynarodowego   trybunału   sądzącego   zbrodnie   wojenne   na   Bałkanach   – 

wyjaśnił Chuligan, gdy tymczasem w drzwiach pojawił się wymizerowany Jack. – Odciski 

palców należą do kobiety poszukiwanej za ludobójstwo.

Wszystko  to było  tak niespodziewane,  że Knight nie mógł  zebrać myśli.  Daring i 

Farrell   pracowali   dla   NATO   na   Bałkanach   pod   koniec   wojny.   Ale   zbrodnie   wojenne? 

Ludobójstwo?

– Opowiadaj – poprosił Jack.

Chuligan   podszedł   do   laptopa   i   wprowadził   kilka   komend.   Na   dużym   ekranie   na 

ścianie   laboratorium   pojawiło   się   ziarniste   czarno-białe   zdjęcie   nastoletniej   dziewczyny. 

Miała krótkie włosy obcięte „pod garnek” oraz białą koszulę z kołnierzykiem. Fotografia była 

tak niewyraźna, że Knight nie widział nic więcej.

–   Nazywa   się   Andziela   Brazlić   –   powiedział   Chuligan.   –   Zdaniem   prokuratora 

trybunału  to zdjęcie wykonano mniej  więcej siedemnaście  lat temu, co oznacza, że teraz 

dobiega trzydziestki.

– Co zrobiła? – spytał Knight, usiłując pogodzić niewyraźną twarz młodej dziewczyny 

z oskarżeniem o ludobójstwo.

Chuligan   wprowadził   kolejną   komendę.   Na   ekranie   pojawiła   się   prześwietlona 

fotografia   trzech   dziewcząt   w   białych   koszulach   i   ciemnych   spódnicach.   Stały   w 

towarzystwie   mężczyzny   i   kobiety,   których   głowy   znajdowały   się   poza   kadrem. 

Rozpoznawszy fryzurę jednej z nich, Knight zrozumiał, że wcześniej patrzył na powiększenie 

tego   zdjęcia.   Jasny   blask   słońca   zamazywał   twarze   pozostałych   dziewcząt,   które   miały 

background image

dłuższe włosy i były wyższe. Jego zdaniem mogły mieć odpowiednio czternaście i piętnaście 

lat.

Chuligan odchrząknął.

– Andziela i jej dwie siostry, starsza Senka oraz średnia Nada, zostały oskarżone o 

udział   w   ludobójstwie   w   Srebrenicy   i   jej   okolicach   na   przełomie   dziewięćdziesiątego 

czwartego i dziewięćdziesiątego piątego, pod koniec wojny domowej, która doprowadziła do 

rozpadu   byłej   Jugosławii.   Siostry   miały   należeć   do   oddziałów   Ratko   Mladicia,   które 

wymordowały osiem tysięcy muzułmańskich mężczyzn i chłopców.

– Jezu – jęknęła Pope. – Co mogło sprawić, że trzy młode dziewczyny wstąpiły do 

szwadronów śmierci?

– Zbiorowy gwałt i morderstwo – odparł Chuligan. – To zdjęcie wykonano w kwietniu 

dziewięćdziesiątego   czwartego   roku.   Według   prokuratora   wkrótce   potem   członkowie 

bośniackiej  bojówki przez trzy dni gwałcili  Andzielę  i jej  siostry,  a także  na ich oczach 

torturowali i zamordowali im rodziców.

– No tak, to chyba wystarczający powód – stwierdził Jack. Chuligan ponuro pokiwał 

głową.

– W akcie zemsty siostry miały wymordować ponad stu bośniackich muzułmanów. 

Niektórzy zostali zastrzeleni, ale większość uderzono kilofem w głowę, a po śmierci również 

w genitalia. W taki sposób zginęli wcześniej  rodzice dziewcząt. To jeszcze nie koniec – 

kontynuował szef laboratorium. – Prokurator powiedział mi, że według naocznych świadków 

siostry   czerpały   sadystyczną   przyjemność   z   mordowania   bośniackich   chłopców   i 

bezczeszczenia ich ciał. Do tego stopnia, że przerażone matki ze Srebrenicy nadały im trafny 

przydomek.

– Jaki? – spytał Jack.

– Furie.

– Jezu – mruknął Knight. – To one.

Nastała chwila ciszy. Wreszcie szef Private zwrócił się do dziennikarki:

– Czy mogłaby pani na chwilę zostawić nas samych? Musimy omówić coś, co nie ma 

związku z tą sprawą.

Pope zawahała się, lecz zaraz potem kiwnęła głową.

– Oczywiście – odrzekła.

Kiedy wyszła, Jack spojrzał na Knighta i Chuligana.

– Mam wam do powiedzenia coś, co ciężko przyjąć do wiadomości.

– Wyrzucili nas z ochrony olimpiady? – spytał Knight. Jack pokręcił głową. Był blady.

background image

– Nic z tych rzeczy. Właśnie zakończyłem spotkanie z zespołem śledczym komisji 

badania wypadków lotniczych. Tym, który zajmuje się katastrofą naszego samolotu.

– I co? – zapytał Chuligan.

Jack z trudem przełknął ślinę.

– Mają dowody, że na pokładzie była bomba. To nie awaria. Dan, Kirsty, Wendy i 

Suzy zostali zamordowani.

background image

Rozdział 69

–   Oby   to   było   coś   ważnego,   Peter   –   mruknęła   Elaine   Pottersfield.   –   Żyję   w 

niesamowitym stresie. Nie jestem w nastroju do celebrowania wykwintnych obiadków.

– Oboje żyjemy w stresie – odparł Knight. – Ale muszę z tobą porozmawiać. I muszę 

coś zjeść. Ty też. Więc uznałem, że możemy się spotkać tutaj i upiec dwie pieczenie przy 

jednym ogniu.

„Tutaj” oznaczało restaurację Hakkasan niedaleko Tottenham Court Road. Kiedyś była 

to ulubiona chińska knajpka Kate w całym Londynie. Nadinspektor również ją polubiła.

– Ale tu są tłumy – powiedziała Pottersfield, zajmując miejsce z pewnym ociąganiem. 

– Pewnie minie godzina, zanim...

– Już zamówiłem – wszedł jej w słowo Knight. – Ulubione danie Kate.

Jego szwagierka spuściła wzrok na stół. Przez moment do złudzenia przypominała 

młodszą siostrę.

– W porządku – powiedziała w końcu. – Dlaczego tu jestem, Peter?

Knight opowiedział o siostrach Brazlić – o Furiach – oraz zarzucanych im zbrodniach 

wojennych. Gdy kończył, podano kolację: dwie porcje wołowiny Wagyu po seczuańsku.

Pottersfield odczekała, aż kelner odejdzie.

– Kiedy widziano je po raz ostatni? – spytała.

– W lipcu dziewięćdziesiątego piątego roku, wkrótce po wygaśnięciu nadzorowanego 

przez NATO zawieszenia broni – powiedział  Knight. – Podobno zatrzymali  je bośniaccy 

milicjanci po tym, jak matka dwóch ofiar Furii rozpoznała je, gdy próbowały kupić jedzenie 

na miejscowym targu. Według tej samej kobiety nocą zabrano je na posterunek w niewielkiej 

wiosce na południowy zachód od Srebrenicy, gdzie miały zostać przekazane siłom NATO.

– I co się stało? Uciekły?

Knight skinął głową.

–   W   środku   nocy   wieśniacy   usłyszeli   strzały   z   broni   maszynowej   dochodzące   z 

posterunku milicji. Aż do rana bali się sprawdzić, co się stało, a wtedy znaleźli zmasakrowane 

ciała siedmiu Bośniaków, w tym dwóch milicjantów. Polowanie na siostry Brazlić trwa od 

background image

tamtej pory, ale aż do dziś nie udało się wpaść na trop żadnej z nich.

–   Jak   wydostały   się   z   posterunku?   –   zapytała   Pottersfield.   –   Zakładam,   że   były 

skrępowane.

– Tak by się wydawało – zgodził się Knight. – Ale jest też kolejna dziwna sprawa. 

Oddziały   Mladicia   używały   głównie   radzieckiej   amunicji   pełnopłaszczowej   z   ołowianym 

rdzeniem. To samo dotyczyło bośniackich milicjantów. Właśnie takie pociski znaleziono w 

ich   nieużytej   broni.   Ale   siedmiu   mężczyzn   na   posterunku   zginęło   od   zupełnie   innych 

pocisków kalibru pięć i pięćdziesiąt sześć setnych milimetra. Takich, jakich używały oddziały 

pokojowe NATO.

Pottersfield w zamyśleniu zaczęła dłubać w daniu pałeczkami.

– Więc może któryś z tych ludzi miał natowską broń, a siostry ją przejęły i w ten 

sposób się uwolniły – powiedziała po paru kęsach.

– To jeden z możliwych scenariuszy. Albo pomagał im ktoś trzeci, biorący udział w 

operacji NATO. Skłaniam się ku temu drugiemu wyjaśnieniu.

– Dowody?

– Głównie kule – rzekł Knight. – Ale również to, że James Daring i Selena Farrell 

przebywali na Bałkanach w połowie lat dziewięćdziesiątych. Daring był odpowiedzialny za 

ochronę   zabytków   przed   grabieżą.   Natomiast   jeśli   chodzi   o   Farrell,   to   oprócz   tego,   że 

widziałem jej zdjęcie z bronią automatyczną przed natowską ciężarówką, nie mam pojęcia, 

czym się zajmowała.

–   Spróbujemy   się   czegoś   dowiedzieć   –   odparła   Pottersfield.   –   Zażądam   jej   akt   z 

NATO.

– Prokurator z trybunału zbrodni wojennych już się tym zajął – poinformował Knight.

Nadinspektor Scotland Yardu kiwnęła głową, ale myślami była bardzo daleko.

– Więc jaką masz teorię? Że ten ktoś trzeci, Daring, Farrell albo oboje, to Kronos?

– Może – przyznał Knight. – To ma sens.

Przez kilka minut jedli w milczeniu. Wreszcie odezwała się Pottersfield:

– Peter, w tej twojej teorii tylko jedno mi nie pasuje.

– Co takiego?

Szwagierka Knighta zmrużyła oczy i machnęła pałeczkami w jego stronę.

–   Powiedzmy,   że   masz   rację   i   Kronos   jest   tą   osobą   lub   osobami,   które   pomogły 

siostrom   w   ucieczce.   I   przypuśćmy,   że   zmienił   te   zbrodniarki   wojenne   w   anarchistki, 

przeciwniczki olimpiady... jak zwał, tak zwał. Dowody, którymi w tej chwili dysponujemy, 

wskazują na osoby nie tylko brutalne, ale także brutalnie skuteczne. Zdołały sforsować jeden 

background image

z najszczelniejszych systemów bezpieczeństwa na świecie, a potem zabić i dwukrotnie uciec.

Knight domyślił się, do czego zmierza.

–   Chcesz   powiedzieć,   że   są   drobiazgowi,   zaplanowali   wszystko   w   najmniejszych 

szczegółach, a jednak popełnili błędy przy tych listach.

Pottersfield przytaknęła.

– Właśnie. Włosy, naskórek, a teraz odciski palców?

– Nie zapominaj o peruce – dodał detektyw. – Wiadomo już coś na jej temat?

–   Jeszcze   nie,   chociaż   trybunał   zbrodni   wojennych   powinien   nam   pomóc,   jeśli 

kiedykolwiek pobrano próbki DNA sióstr.

Knight zjadł kilka kęsów, po czym powiedział:

–   Pozostaje   jeszcze   pytanie,   czy   Farrell,   Daring   albo   oboje   dysponowali 

wystarczającymi  środkami  finansowymi,  by przygotować  zabójczy atak  na olimpiadę.  To 

musi kosztować, i to sporo.

– Też o tym pomyślałam – przyznała Pottersfield. – Dziś rano zerknęliśmy na konta 

bankowe   Daringa   i   rachunki   z   jego   karty   kredytowej.   Wzbogacił   się   na   programie 

telewizyjnym. Ostatnio dokonał kilku sporych wypłat gotówki. Z kolei profesor Farrell żyje 

znacznie skromniej. Jeśli nie liczyć dużych zakupów w drogich butikach w Londynie i w 

Paryżu,   a   także   comiesięcznych   wizyt   w   modnych   salonach   fryzjerskich,   prowadzi   dość 

ascetyczne życie.

Knight przypomniał sobie toaletkę oraz luksusowe ciuchy w sypialni wykładowczyni. 

Ponownie   próbował   pogodzić   to,   co   tam   znaleźli,   ze   wspomnieniem   niemodnie   ubranej 

kobiety,  którą poznał w King’s College. Nie był  w stanie. Czy stroiła się na spotkania z 

Daringiem? Czy między nimi było coś, o czym nie wiedział nikt inny?

Zerknął na zegarek.

– Zapłacę i możemy już iść. Nowa niania wyrabia nadgodziny.

Gdy położył serwetkę na stole i uniósł dłoń, by wezwać kelnera, Pottersfield odwróciła 

wzrok.

– Jak one się miewają? – spytała. – Bliźnięta.

– Dobrze – odrzekł Knight i spojrzał serdecznie na szwagierkę. – Wiem, że bardzo 

chciałyby poznać ciocię Elaine. Nie sądzisz, że zasługują na kontakt ze starszą siostrą ich 

matki?

Odniósł wrażenie, że wokół nadinspektor Scotland Yardu w jednej chwili zatrzasnął 

się niewidzialny pancerz. Zesztywniała.

– Jeszcze nie jestem na tym etapie – powiedziała. – Nie wiem, czybym to zniosła.

background image

– Za tydzień od najbliższej soboty skończą trzy lata.

–   Naprawdę   myślisz,   że   mogłabym   zapomnieć   ten   dzień?   –   zapytała   Pottersfield, 

wstając od stołu.

– Nie, Elaine – odparł Knight. – Ja też go nie zapomnę. Nigdy. Ale mam nadzieję, że 

kiedyś zdołam się z tym pogodzić. Liczę, że ty też.

– Zapłacisz?

Knight skinął głową. Nadinspektor ruszyła w stronę wyjścia.

– Elaine! – zawołał za nią. – Pewnie wyprawię im przyjęcie urodzinowe. Chciałbym, 

żebyś przyszła.

Pottersfield spojrzała na niego przez ramię.

– Jak już mówiłam, Peter – odezwała się chrypliwie – jeszcze nie wiem, czy jestem na 

tym etapie.

background image

Rozdział 70

Jadąc do domu taksówką, Knight zastanawiał się, czy szwagierka kiedykolwiek mu 

wybaczy. Czy to miało znaczenie? Tak. Przygnębiała go świadomość, że jego dzieci mogą 

nigdy nie poznać ostatniej żyjącej krewnej ich matki.

Zamiast pogrążać się w żalu, zmusił się do myśli o innych sprawach.

Selena Farrell była koneserką mody.

Tak bardzo nie dawało mu to spokoju, że zadzwonił do Pope. Odebrała poirytowana. 

Wcześniej   w   laboratorium   Chuligana   pokłócili   się   o   to,   kiedy   i   w   jaki   sposób   może 

rozpowszechnić informacje na temat zbrodni wojennych. Chciała natychmiast opublikować 

artykuł, ale Knight oraz Jack przekonywali, że najpierw należy poczekać na potwierdzenie z 

Hagi i Scotland Yardu. Nie mieli ochoty, by tę wiadomość przypisano agencji Private.

– Twoja szwagierka potwierdziła wyniki badania odcisków palców? – zapytała Pope.

– Myślę, że dostaniemy je najwcześniej jutro.

– Świetnie – żachnęła się dziennikarka. – A prokurator z Hagi nie odpowiada na moje 

telefony. Czyli nie mam nic na jutro.

– Jest coś, czym mogłabyś się zająć – zasugerował Knight, kiedy taksówka zajechała 

przed dom.

Zapłacił   kierowcy,   a   potem   przez   chwilę   stał   na   chodniku,   opowiadając   Pope   o 

toaletce i ubraniach w domu Seleny Farrell.

– Najmodniejsze ciuchy? – spytała z niedowierzaniem. – Ona?

– Tak samo zareagowałem – odrzekł Knight. – Sądzę, że można z tego wyciągnąć 

ciekawe wnioski. Po pierwsze, miała jakieś dodatkowe źródła pieniędzy poza uczelnią. Czyli 

prowadziła skryte życie. Spróbuj do niego dotrzeć, a wtedy może znajdzie się i Farrell.

– Łatwo powiedzieć – mruknęła Pope.

Boże, jak ona go irytowała.

–   Nic   więcej   nie   mam   –   warknął.   –   Słuchaj,   muszę   położyć   dzieci   do   łóżek. 

Porozmawiamy jutro.

Rozłączył  się. Miał wrażenie,  że ta sprawa go zżera,  jak mityczny  Kronos dzieci. 

background image

Zirytował się tą myślą.  Gdyby nie olimpiada,  pracowałby pełną parą, żeby odkryć,  kto i 

dlaczego   zamordował   czworo   jego   kolegów   z  Private.   Postanowił,   że   gdy  będzie   już   po 

wszystkim, nie spocznie, dopóki nie wyjaśni tamtej zbrodni.

Wszedł do domu i ruszył po schodach. Usłyszał szuranie drzwi o dywan, a potem 

odgłos kroków. Marta wychodziła z pokoju dzieci. Na widok Knighta przyłożyła palec do ust.

– Mogę im powiedzieć „dobranoc”? – szepnął.

– Już śpią – odparła.

Knight zerknął na zegarek. Była dopiero ósma.

– Jak ty to robisz? Ja nie potrafię ich położyć przed dziesiątą.

– Znam starą estońską metodę.

– Musisz mnie kiedyś nauczyć – powiedział. – Jutro o ósmej rano?

Kiwnęła głową.

– Będę.

Chwilę się zawahała, po czym  minęła go i zeszła na parter. Knight ruszył  za nią. 

Postanowił, że napije się piwa, a potem wcześniej pójdzie spać.

Marta włożyła kurtkę. Potem przestąpiła próg, ale odwróciła się, by spytać:

– Złapał pan tych złych ludzi?

– Nie – odrzekł Knight. – Ale mam wrażenie, że jestem już bardzo blisko.

– To dobrze – powiedziała Marta. – Bardzo dobrze.

background image

Rozdział 71

Później tego samego wieczoru, siedząc przy biurku w newsroomie „The Sun” i jednym 

okiem oglądając skrót imponującego zwycięstwa reprezentacji Anglii nad Ghaną w ostatnim 

meczu fazy grupowej turnieju piłki nożnej mężczyzn, Pope znów się wściekała, że nie może 

wyjawić związku Kronosa i Furii ze zbrodniami wojennymi na Bałkanach.

Nawet Finch, jej redaktor, przyznał, że choć to niesamowita historia, Pepe ma na razie 

zbyt mało materiału na artykuł i może pozostanie tak jeszcze przez dwa, a nawet trzy dni, do 

czasu aż prokurator z Hagi zgodzi się porozmawiać z nią oficjalnie.

Trzy dni! – jęknęła w duchu. Będzie sobota. W sobotę nie opublikują takiego tekstu. 

Czyli poczekają aż do niedzieli. Cztery dni!

Każdy poważny dziennikarz w Londynie zajmował się teraz sprawą Kronosa. Wszyscy 

konkurowali z Pope, usiłując doścignąć albo przebić jej artykuły. Aż do dziś wyprzedzała ich 

o całą długość. Teraz jednak obawiała się, że motyw zbrodni wojennych wyjdzie na jaw, 

zanim ona będzie miała prawo opublikować swój materiał.

I co miała robić do tego czasu? Siedzieć bezczynnie? Czekać, aż zadzwoni prokurator 

z Hagi? Albo aż Scotland Yard zweryfikuje odciski palców i ogłosi wynik całemu światu?

Ta   sytuacja   doprowadzała   ją   do   szału.   Powinna   iść   do   domu.   Odpocząć   trochę. 

Jednakże nie dawała jej spokoju myśl, że Kronos wie, gdzie mieszka. Bała się tam wracać. 

Wobec tego zaczęła starannie badać każdy aspekt tej historii, usiłując znaleźć jakiś punkt 

zaczepienia.

W końcu niechętnie skoncentrowała się na sugestii Knighta, żeby przyjrzeć się Selenie 

Farrell. Minęły już cztery dni od zidentyfikowania jej włosa z pierwszego listu Kronosa i trzy, 

odkąd MI5 oraz Scotland Yard rozpoczęły polowanie, i wciąż nic. Profesor zniknęła.

Kim ja jestem, żeby jej szukać, skoro im się nie udało? – pomyślała Pope, ale potem 

doszła do głosu jej wojownicza natura: A niby dlaczego nie ja?

Reporterka  przygryzła   wargę,  rozmyślając   nad  odkryciem  Knighta,  że  Farrell   była 

koneserką mody. Przypomniała sobie o pełnej liście rzeczy znalezionych w jej domu i biurze, 

którą   detektyw   z   Private   przesłał   jej   wczoraj   w   centrum   sportów   wodnych.   Oczywiście 

background image

wcześniej przejrzała ten spis, koncentrując się na dowodach wrogości wobec igrzysk, esejach 

krytykujących olimpiadę, a także nagraniu fletowej melodii.

Ale nie zwracała uwagi na ubrania, prawda?

Otworzyła listę i zaczęła ją przewijać. Od razu trafiła na suknie koktajlowe Liberty 

oraz spódnice i bluzki Alice by Temperley. Drogie ciuchy. Warte setki funtów.

Knight twierdził, że profesor prowadziła sekretne życie. Może i miał rację.

Podekscytowana   dziennikarka   zaczęła   szukać   w   notesie   numeru   telefonu   do   Niny 

Langor, asystentki naukowej Seleny Farrell. W ciągu ostatnich czterech dni rozmawiała z nią 

kilka   razy,  ale  Langor   konsekwentnie  twierdziła,  że   jest  zaskoczona  nagłym  zniknięciem 

przełożonej i nie ma pojęcia, dlaczego jej DNA pojawiło się w związku ze sprawą Kronosa.

Asystentka naukowa odebrała telefon, ale początkowo potraktowała Pope z rezerwą. 

Jednak wiadomość, że uczona interesowała się haute couture, wprawiła ją w prawdziwy szok.

–   Co?   –   zdziwiła   się.   –   Nie.   To   niemożliwe.   Zawsze   naśmiewała   się   z   modnych 

strojów i fryzur. Choć z drugiej strony nosiła dużo różnych chustek.

– Czy spotykała się z mężczyznami? – spytała Pope. – Miała się dla kogo stroić?

Langor w jednej chwili nabrała dystansu.

– Policja też o to pytała. Powiem pani to samo co im. Myślę, że była lesbijką, ale nie 

jestem pewna. Strzegła prywatności.

Potem asystentka powiedziała, że musi już kończyć. Po tej rozmowie, o dwudziestej 

trzeciej w środowy wieczór, Pope czuła się tak wyczerpana, jakby w ciągu ostatnich sześciu 

dni   sześć   razy   przebiegła   maraton.   Zmusiła   się   jednak   do   dalszego   przeglądania   listy 

przedmiotów należących do Farrell. Czytała dalej, nie znajdując nic ciekawego, aż do samego 

końca,   gdy   natrafiła   na   wzmiankę   o   naddartej   różowej   tekturce   zapałek   reklamowych   z 

literami „CAN”.

Próbowała sobie wyobrazić, co tam mogło być napisane.  Cancer inslitute –  instytut 

raka?  Breast cancer awareness –  walka z rakiem piersi?  Czy różowy nie jest przypadkiem 

kolorem tego ruchu? A może chodzi o coś innego?

Około północy, sfrustrowana, że nie potrafi nic wycisnąć z posiadanych dowodów, 

Pope zastosowała technikę odkrytą właściwie przez przypadek przed kilkoma laty. Musiała 

sobie wtedy poradzić z kilkoma niepowiązanymi faktami, które, jak się zdawało, w ogóle się 

ze sobą nie kleiły.

Zaczęła wpisywać ciągi słów do Google’a, żeby zobaczyć, co z tego wyjdzie.

„Różowy   Can   Londyn”   nie   dało   ciekawych   rezultatów.   „Różowy   Can   Londyn 

Olimpiada” też nie.

background image

A potem wpisała: „Londyn Różowy Can Lesbijki Moda Liberty Alice”.

Google przetrawił ten ciąg haseł i wypluł wyniki.

– No proszę – mruknęła z uśmiechem Pope. – Więc pani profesor dla kobiet wkłada 

szpilki.

background image

Rozdział 72

Czwartek, 2 sierpnia 2012

Nazajutrz wieczorem Pope skręciła w Carlisle Street w Soho.

Miała za sobą diabelnie wkurzający i bezowocny dzień. Dziesięć razy dzwoniła do 

prokuratora do spraw zbrodni wojennych. Przy każdej okazji irytująco uprzejma sekretarka 

zapewniała słodkim tonem, że jej szef wkrótce do niej oddzwoni.

Na   domiar   złego   Pope   zapoznała   się   z   artykułem   z   „Daily   Mirror”   opisującym 

ogólnoświatowe   polowanie   na   Selenę   Farrell   i   Jamesa   Daringa.   Co   gorsza,   przeczytała 

również   materiał   z   „Timesa”   poświęcony   autopsji   i   wynikom   badań   toksykologicznych 

zamordowanych   chińskich   trenerów.   Na   ich   karkach   znaleziono   ślady   jak   po   ukłuciu 

pszczelim   żądłem.   Ale   nie   zabił   ich   wstrząs   anafilaktyczny.   Zginęli   od   zabójczej 

neurotoksyny o nazwie kalciseptyna, uzyskiwanej z jadu mamby czarnej.

Czarna mamba? – pomyślała Pope po raz setny tego dnia. Wszystkie gazety świata 

wpadły w amok, a ona to przegapiła.

To tylko  potęgowało jej determinację, gdy podeszła do drzwi Candy Baru, oddała 

torebkę   do   przeszukania   olbrzymiej   Maorysce,   a   następnie   weszła   do   klubu.   Jak   na 

czwartkowy   wieczór   było   tu   zaskakująco   tłoczno.   Dziennikarka   czuła   się   niezręcznie   ze 

świadomością, że przygląda jej się kilka efektownych kobiet, że ją oceniają.

Pope podeszła wprost do nich, przedstawiła się i pokazała fotografię Seleny Farrell. 

Nie widziały jej, podobnie jak sześć kolejnych, które zapytała.

W końcu ruszyła do baru. Zauważyła tam różowy kartonik zapałek pasujący do opisu z 

listy rzeczy znalezionych u profesor. Gdy podeszła do niej jedna z barmanek, Pope zapytała, 

jakiego drinka by jej poleciła.

– Może Maślany Sutek? – zaproponowała barmanka. – Kajmakowy sznaps i baileys.

Dziennikarka zmarszczyła nos.

– Za słodkie.

– W takim razie Bańki Pimm – odezwała się kobieta siedząca na stołku obok Pope. 

background image

Była to drobna, niezwykle atrakcyjna blondynka dobiegająca czterdziestki. Uniosła wysoką 

szklankę, z której sterczała gałązka mięty. – Zawsze odświeżające w gorącą letnią noc.

– W sam raz – odrzekła Pope i uśmiechnęła się do niej z zakłopotaniem.

Zamierzała   pokazać   barmance   fotografię   Farrell,   ale   tamta   już   odeszła,   żeby 

przygotować drinka. Wobec tego położyła zdjęcie na barze i zwróciła się do kobiety, która 

zarekomendowała napój. Nieznajoma przyglądała się reporterce z lekkim rozbawieniem.

– Pierwszy raz w Candy Barze? – spytała.

Pope się zarumieniła.

– Aż tak rzuca się w oczy?

–   Jeśli   ktoś   wie,   jak   patrzeć   –   odparła   kobieta.   Kiedy   wyciągnęła   do   Pope 

wypielęgnowaną dłoń, przez jej twarz przemknął lubieżny cień. – Jestem Nell.

– Karen Pope – odrzekła dziennikarka. – Piszę dla „The Sun”.

Nell uniosła brwi.

– Zawsze z przyjemnością oglądam trzecią stronę.

Pope zaśmiała się nerwowo.

– Niestety, ja nie.

–   Szkoda   –   westchnęła   Nell   z   rozczarowaniem   wypisanym   na   twarzy.   –   Nawet 

odrobinkę cię nie rusza?

– Przykro mi – odparła Pope, po czym pokazała jej zdjęcie.

Kobieta   nachyliła   się   bliżej,   żeby   przyjrzeć   się   fotografii   Farrell.   Profesor   była 

nieumalowana,   miała   na  sobie  sukienkę  w  wiejskim  stylu,   a  na głowie  dobraną  kolorem 

chustkę.

– Nie. – Nell machnęła ręką. – Jej tu na pewno nigdy nie widziałam. Nie jest w moim 

typie. Natomiast muszę powiedzieć, że ty świetnie tu pasujesz.

Pope znów się zaśmiała, a potem ponownie wskazała na zdjęcie.

– Wyobraź ją sobie w obcisłej kiecce od Liberty albo Alice by Temperley, z fryzurą 

zrobioną w Hair by Fairy.  Nie widać tego pod tym  kątem, ale na policzku ma  malutkie 

znamię.

– Znamię? – Kobieta pociągnęła nosem. – Takie z włoskami?

– Nie, bardziej pieprzyk. Jak Elizabeth Taylor.

Nell wyglądała na zdezorientowaną. Znów przyjrzała się zdjęciu.

Po chwili aż stęknęła.

– O Boże, to Syren!

background image

Rozdział 73

Piątek, 3 sierpnia 2012

Nazajutrz   o   wpół   do   ósmej   rano   Knight   usłyszał   tupot   stóp.   Gdy   otworzył   oczy, 

zobaczył Isabel ściskającą kocyk z Kubusiem Puchatkiem.

– Tatusiu – odezwała się ze śmiertelną powagą – kiedy kończę trzy lata?

– Jedenastego sierpnia  – mruknął  Knight,  po czym  spojrzał  na fotografię  Kate na 

szkockim wrzosowisku. – Od jutra za tydzień, skarbie.

– A co dzisiaj jest?

– Piątek.

Isabel zastanowiła się nad tym przez chwilę.

– Więc jeszcze jedna sobota i jeszcze jeden piątek, a potem następny dzień?

Knight się uśmiechnął. Zawsze fascynował go niekonwencjonalny sposób myślenia 

córeczki.

– Tak – odrzekł. – Daj buzi.

Dziewczynka go pocałowała. Potem szeroko otworzyła oczy.

– Dostaniemy prezenty?

– Oczywiście, Bello – powiedział Knight. – W końcu to twoje urodziny.

Rozradowana zaczęła klaskać i tańczyć. Potem stanęła jak wryta.

– Jakie prezenty?

– Jakie prezenty? – powtórzył Luke stojący w progu.

Wszedł do pokoju, ziewając.

– Nie mogę wam powiedzieć – odparł Kight. – Zepsułbym niespodziankę.

– Aha – mruknęła rozczarowana Isabel.

– Lukey trzy lata? – zapytał chłopiec.

– Za tydzień – potwierdził detektyw.

Zaraz potem usłyszał dźwięk otwieranych drzwi. To Marta. Znów przyszła wcześniej. 

Pierwsza na świecie niania doskonała.

background image

Knight włożył T-shirt i spodnie od dresu, a potem zniósł bliźniaki po schodach. Marta 

uśmiechnęła się do nich.

– Głodni? – zapytała.

– Za dwa piątki i jedną sobotę mam urodziny – oznajmiła Isabel.

– I Lukey – dodał jej brat. – Mam trzy lata.

– Będziesz miał trzy lata – poprawił go Knight.

– Wobec tego musimy zaplanować imprezę – powiedziała Marta, gdy postawił dzieci 

na ziemi.

– Impreza! – zawołała Isabel, klaszcząc w dłonie.

Luke zawył z radości. Zaczął kręcić się w kółko, wołając:

– Impreza! Impreza!

Dzieci jeszcze nigdy nie miały imprezy urodzinowej, a przynajmniej nie dokładnie w 

dniu urodzin. W tej dacie radość łączyła się z tak ogromną goryczą, że Knight przesuwał o 

parę dni zabawę z ciastem i lodami, dbając o to, by świętowanie było stonowane. Nie bardzo 

wiedział, jak zareagować na propozycję Marty.

Luke przestał się kręcić.

– Balony? – zapytał.

– Proszę pana? – odezwała się Marta. – Jak pan myśli? Balony?

Zanim   zdążył   odpowiedzieć,   zabrzmiał   dzwonek   do   drzwi,   a   potem   jeszcze   raz   i 

jeszcze. Towarzyszyło mu mocne łomotanie kołatki, jakby to murarz obtłukiwał kamień.

– Kto to może być, do cholery? – stęknął Knight, ruszając w stronę drzwi. – Marto, 

możesz im zrobić śniadanie?

– Oczywiście.

Ponownie rozległo się stukanie kołatką. Kiedy wyjrzał przez wizjer, na progu zobaczył 

rozdrażnioną Karen Pope.

– Karen! – zawołał – Nie mam czasu na...

– To znajdź – warknęła. – Trafiłam na przełom w śledztwie.

Knight przeczesał palcami zmierzwione po nocy włosy, po czym otworzył drzwi. Pope 

wpadła do holu. Wyglądała, jakby przez całą noc nie zmrużyła oka. Marta ruszyła do kuchni z 

Lukiem i Isabel.

– Lukey chce placki i kiełbaski – oświadczył chłopiec.

– Placki i kiełbaski, zamówienie przyjęte – powiedziała niania, znikając w kuchni.

– Co to za przełom? – zapytał Knight dziennikarkę.

Przeszedł do salonu i zdjął z sofy dość zabawek, żeby mogli usiąść.

background image

– Miałeś rację – rzuciła Pope. – Selena Farrell prowadziła tajne życie.

Opowiedziała mu, że profesor miała alter ego o nazwisku Syren St. James. Używała 

go, chadzając do Candy Baru podrywać kobiety. Jako Syren miała w sobie wszystko, czego 

brakowało pani profesor. Była krzykliwa, dowcipna, rozwiązła – imprezowiczka najwyższego 

kalibru.

– Selena Farrell? – mruknął Knight, kręcąc głową.

– Myśl  o tej części jej osobowości jako o Syren  St. James – odparła Pope. – To 

pomaga.

– I skąd to wszystko wiesz? – spytał detektyw.

Z kuchni dobiegał zapach kiełbasek oraz brzęk garnków i naczyń.

– Od kobiety o imieniu Nell, stałej bywalczyni Candy Baru. W ciągu ostatnich kilku 

lat   zaliczyła   kilka   namiętnych   randek   z   Syren.   Rozpoznała   ją   po   pieprzyku   na   prawym 

policzku.

Knight przypomniał sobie, jak pomyślał, że ubrana w inne ciuchy profesor Farrell 

byłaby atrakcyjna. Powinien był posłuchać instynktu.

– Kiedy ostatnio widziała... yy, Syren? – spytał.

– W zeszły piątek późnym popołudniem, przed rozpoczęciem olimpiady. Przyszła do 

Candy Baru zabójczo odpicowana, ale spławiła Nell, mówiąc, że już jest umówiona. Potem 

Nell   widziała,   jak   Syren   wychodzi   z   nieznajomą   kobietą   w   toczku   z   czarną   woalką 

zasłaniającą górną część twarzy. Myślę, że to mogła być któraś z sióstr Brazlić. Jak sądzisz?

W kuchni Knighta upadło i roztrzaskało się coś delikatnego.

background image

Rozdział 74

W wiosce olimpijskiej panuje ożywienie. Pływacy z Australii zmierzają właśnie do 

centrum   sportów   wodnych,   gdzie   mężczyźni   będą   konkurować   na   tysiąc   pięćset   metrów 

stylem dowolnym. Hiszpańscy cykliści są w drodze na welodrom, by przeprowadzić lekki 

trening przed drużynowym wyścigiem na dochodzenie, który rozpocznie się za parę godzin. 

Przed   chwilą   przeszedł   obok   mnie   mołdawski   zespół   piłkarzy   ręcznych.   A   także   ten 

amerykański koszykarz – ten, którego nazwiska nigdy nie mogę zapamiętać.

To   nie   ma   znaczenia.   Najważniejsze,   że   pod   koniec   pierwszego   tygodnia   igrzysk 

każdy   sportowiec   w  wiosce   usiłuje   nie   myśleć   o   mnie   i   moich   siostrach,   usiłuje   się   nie 

zastanawiać, czy to on będzie następny. I mimo to żaden z nich nie może odegnać tych myśli, 

czyż nie?

Tak jak przewidziałem, media oszalały na punkcie naszej historii. Na każdy łzawy 

materiał o sportowcu, który pokonał raka albo musiał się podnieść po stracie bliskiej osoby i 

zdobył złoty medal, pojawiły się trzy inne dotyczące naszego wpływu na zawody. Mówią o 

nas: nowotwór. Plaga. Czarna plama w historii olimpiady.

Ha! Jedyne nowotwory i czarne plamy to te wywołane przez igrzyska. Ja tylko je 

obnażam i pokazuję w prawdziwym świetle.

W   istocie,   przechadzając   się   pośród   olimpijczyków   –   anonimowy,   spokojny, 

przebrany, całkiem inny ja – czuję, że z wyjątkiem kilku drobnych niedociągnięć wszystko 

przebiegło   zgodnie   z   planem.   Petra   i   Teagan   wymierzyły   karę   Chińczykom,   a   potem 

perfekcyjnie zrealizowały ucieczkę. Marta wkradła się do życia  Knighta. Monitoruje jego 

wirtualny świat, dzięki czemu wiem, jak przebiega śledztwo. A dziś rano zabrałem drugą 

torbę z wiórami magnezu – tę, którą ukryłem wewnątrz konstrukcji welodromu podczas jego 

budowy przed prawie dwoma laty. Była dokładnie tam, gdzie ją zostawiłem.

Jedyną rzeczą, jaka mnie martwi...

Dzwoni moja komórka jednorazowego użytku. Krzywię się. Petra i Teagan otrzymały 

wyraźne   rozkazy,   zanim   wczoraj   około   południa   rozpoczęły   przygotowania   do  kolejnego 

zadania. Zabroniłem im do mnie dzwonić. Zatem Marta.

background image

Odbieram i naskakuję na nią, zanim zdąży się odezwać:

– Żadnych nazwisk, a po skończeniu tej rozmowy wyrzuć telefon. Już wiesz, jaki to 

błąd?

– Niezupełnie – odpowiada zdenerwowana Marta.

Taki ton to u niej rzadkość, więc od razu wzbudza we mnie niepokój.

– Co się stało? – pytam.

– Oni wiedzą. – W tle słyszę płacz małego potwora.

Ten płacz oraz szept Marty uderzają mnie niczym kamienie i bomby w samochodach. 

Rozpętują mi w czaszce burzę, która niweczy moją równowagę. Przyklękam na jedno kolano 

z obawy, że się przewrócę. Światło wokół mnie wydaje się ultrafioletowe – z wyjątkiem 

jaskrawozielonej aureoli, która pulsuje w rytm wstrząsów w mojej głowie.

– Nic panu nie jest? – pyta jakiś człowiek.

Słyszę   płacz   w   telefonie,   który   teraz   zawisł   w   mojej   dłoni.   Podnoszę   wzrok   i 

spoglądam przez zieloną aureolę. Kilka kroków ode mnie stoi dozorca.

–   Wszystko   w   porządku   –   mówię   cicho,   z   trudem   panując   nad   narastającą 

wściekłością. Mam ochotę obciąć mu łeb. – Trochę mi się zakręciło w głowie.

– Wezwać kogoś do pana?

– Nie – odpowiadam, podnosząc się powoli.

Choć zielona aureola wciąż pulsuje, a burza rozrywa mi czaszkę, powietrze dookoła 

lśni już trochę mniej.

Oddalając się od dozorcy, warczę w telefon:

– Ucisz tego cholernego bachora.

– Uwierz, gdybym mogła, tobym to zrobiła – odpowiada Marta. – Wyjdę przed dom.

Słyszę zamykane drzwi i klakson jakiegoś samochodu.

– Lepiej?

Tylko trochę. Skręca mnie we wnętrznościach, kiedy pytam:

– Co wiedzą?

Urywanym  głosem Marta  mówi,  że  wiedzą o siostrach  Brazlić,  a  wtedy wszystko 

zaczyna się na nowo: burza rozdzierająca mózg, jaskrawozielona aureola i brutalny gniew, 

który narasta we mnie do tego stopnia, że czuję się jak zwierzę w potrzasku, jakbym sam był 

potworem gotowym rozerwać gardło każdemu, kto się zbliży.

Przede mną przy ścieżce jest ławka. Siadam na niej.

– Jak?

– Nie wiem – mówi Marta, a potem opowiada, że podsłuchała, jak Pope wspominała o 

background image

siostrach Brazlić, co tak bardzo nią wstrząsnęło, że upuściła miskę na ziemię.

Mam ochotę ją udusić.

– Czy Knight coś podejrzewa? – pytam.

– Nie – odpowiada Marta. – Udałam zawstydzoną, przeprosiłam i powiedziałam, że 

miska była mokra. Kazał mi się nie martwić i sprawdzić, czy na podłodze nie ma odłamków 

szkła, zanim wpuszczę tam te jego bachory.

– Gdzie oni teraz są, Knight i Pope? Co jeszcze wiedzą?

– Wyszli dziesięć minut temu. Zapowiedział, że wróci późno – relacjonuje Marta i 

dodaje: – Opowiedziałam ci wszystko, co usłyszałam. Skoro wiedzą o siostrach, na pewno 

zorientowali się już, co zrobiły w Bośni, i poinformowali prokuratorów z trybunału zbrodni 

wojennych, że jesteśmy w Londynie.

–   Pewnie   tak   –   przyznaję   w   końcu.   –   Ale   to   wszystko.   Gdyby   mieli   coś   więcej, 

szukaliby was pod którymś z obecnych nazwisk. Już by się nam dobijali do drzwi.

Po chwili milczenia Marta pyta:

– Więc co mam robić?

Mając coraz większą pewność, że przepaść między tym, kim Furie były dawniej, a 

tym, kim stały się teraz, jest wystarczająco duża, aby nikt ich nie skojarzył, odpowiadam:

– Trzymaj się blisko dzieci. W najbliższych dniach mogą się nam przydać.

background image

Rozdział 75

Niedziela, 5 sierpnia 2012

O   dziewiętnastej   napięcie   na   stadionie   olimpijskim   było   wprost   elektryzujące.   Ze 

swojego miejsca na zachodniej trybunie obiektu, wysoko nad linią mety, Knight wyczuwał 

podniecenie   osiemdziesięciu   tysięcy   szczęściarzy,   którym   udało   się   zdobyć   bilety.   Zaraz 

przekonają się na własne oczy, kto zostanie najszybszym człowiekiem na świecie. Detektyw z 

agencji Private widział również i słyszał, że z tym podnieceniem konkuruje strach. Ludzie 

zastanawiali się, czy Kronos znów dziś zaatakuje.

Zawody z pewnością  były  dostatecznie  nagłośnione.  Jak dotąd konkurs sprinterski 

przebiegał   zgodnie   z   oczekiwaniami.   Poprzedniego   dnia   zarówno   Shaw,   jak   i   Mundaho 

świetnie   spisali   się   w   biegach   kwalifikacyjnych   na   sto   metrów.   Obaj   zdominowali 

konkurentów i wygrali z łatwością. Jednakże podczas gdy Jamajczyk miał między biegami 

czas   na   odpoczynek,   Kameruńczyk   musiał   wziąć   udział   w   kwalifikacjach   na   czterysta 

metrów.

Mundaho pobiegł z niemal nadludzką prędkością. Osiągnął wynik 43,22 sekundy i 

zabrakło mu zaledwie czterech setnych do ustanowionego na mistrzostwach świata w Sewilli 

w 1999 roku rekordu świata Henry’ego Iveya wynoszącego 43,18 sekundy.

Tego   wieczoru   Mundaho   i   Shaw   wygrali   biegi   półfinałowe   na   sto   metrów. 

Kameruńczyk   zbliżył   się   na   dwie   setne   do   należącego   do   Shawa   rekordu   świata,   który 

wynosił 9,58 sekundy. Obaj przygotowywali się do finałowego pojedynku. Potem Jamajczyka 

czekał odpoczynek, natomiast Kameruńczyk miał wziąć udział w półfinale biegu na czterysta 

metrów.

Wycieńczające, pomyślał Knight, lustrując publiczność przez lornetkę. Czy Mundaho 

da radę? Czy wygra biegi na sto, dwieście i czterysta metrów podczas tych samych igrzysk?

A w końcu czy to miało jakieś znaczenie? Czy ludzie będą do tego przywiązywać 

wagę po wszystkim,  co wydarzyło  się na londyńskiej  olimpiadzie  2012 roku?  Nie licząc 

radości londyńczyków, gdy nieco wcześniej tego dnia Brytyjka  Mary Duckworth wygrała 

background image

maraton   pań,   w  ciągu   ostatnich   czterdziestu   ośmiu   godzin   nastąpiła   gwałtowna   eskalacja 

niepokoju wokół igrzysk. W sobotę „The Sun” w końcu opublikował artykuł Pope wiążący 

morderstwa z serbskimi siostrami Brazlić poszukiwanymi za zbrodnie wojenne. Dziennikarka 

wspomniała  również o tym,  że zarówno James  Daring, jak i Selena Farrell pracowali na 

Bałkanach mniej więcej w tym samym czasie, gdy siostry mordowały niewinnych mężczyzn i 

chłopców w okolicach Srebrenicy.

Jak   się   okazało,   Farrell   była   obserwatorem-wolontariuszem   z   ramienia   ONZ, 

przydzielonym  do  sił NATO w nękanym   wojną rejonie.  Wciąż   niewiele   wiedziano  o  jej 

obowiązkach podczas misji, ale Pope odkryła, że latem 1995 roku Farrell ucierpiała w jakimś 

poważnym   wypadku   drogowym,   po   którym   wysłano   ją   do   domu.   Po   krótkiej 

rekonwalescencji wznowiła studia doktoranckie i wróciła do zwykłego życia.

Artykuł wywołał wielką wrzawę wśród czytelników, która nasiliła się jeszcze bardziej, 

kiedy   późnym   popołudniem   w   sobotę   odkryto   zwłoki   Emanuela   Floresa,   brazylijskiego 

sędziego   judo.   Znaleziono   je   w   pobliżu   kontenera   ze   śmieciami   w   Docklands,   kilka 

kilometrów od areny ExCeL, gdzie pracował. Obiekt ten nie znajdował się na terenie Parku 

Olimpijskiego. Chociaż Flores był mistrzem walki wręcz, został uduszony kablem.

W   liście   do   Pope,   pozbawionym   jakichkolwiek   śladów,   które   dałyby   zatrudnienie 

technikom kryminalistyki, Kronos twierdził, że Brazylijczyk przyjmował łapówki w zamian 

za   przychylność   wobec   niektórych   zawodników.   Załączone   dokumenty   pod   pewnymi 

względami potwierdzały te zarzuty, a pod innymi nie.

Światowe media i prasa zażądały od władz brytyjskich poczynienia zdecydowanych 

kroków, jednomyślnie wyrażając oburzenie, że Kronos i Furie robią, co chcą. Tego ranka 

Urugwaj, Korea Północna, Tanzania oraz Nowa Zelandia postanowiły wycofać zawodników z 

ostatniego tygodnia igrzysk. Parlamentarzyści wspierani przez władze Londynu ponowili apel 

o   ustąpienie   Mike’a   Lancera   albo   zwolnienie   go   ze   sprawowanej   funkcji,   a   także   o 

zintensyfikowanie poszukiwań Daringa i Farrell.

Wyraźnie   wstrząśnięty   Lancer   spędził   przed   kamerami   cały   dzień,   usiłując   bronić 

swoich poczynań. Około południa ogłosił, że zwalnia firmę F7 z obowiązku nadzoru nad 

wejściami   do   Parku   Olimpijskiego   i   powierza   to   zadanie   Jackowi   Morganowi   z   agencji 

Private.   W   porozumieniu   ze   Scotland   Yardem   oraz   MI5   postanowili   wprowadzić   we 

wszystkich obiektach zaostrzone środki bezpieczeństwa, między innymi powtórne kontrole, 

jeszcze częstsze weryfikacje tożsamości, a także rewizje osobiste.

Nie wystarczyło to do uspokojenia atmosfery na igrzyskach. Dziesięć państw, w tym 

Rosja,   zasugerowało   zawieszenie   olimpiady   do   czasu,   gdy   organizatorzy   zagwarantują 

background image

sportowcom i kibicom całkowite bezpieczeństwo.

Jednakże w spontanicznej zdecydowanej reakcji oszałamiająca liczba olimpijczyków 

podpisała   elektroniczną   petycję   opracowaną   i   rozpowszechnioną   przez   amerykańską 

zawodniczkę  Hunter  Pierce.  W  tekście  nie  tylko   potępili  zabójstwa,  ale   także   stanowczo 

zażądali,   żeby   MKOl   i   komitet   organizacyjny   nie   uległy   działaczom   domagającym   się 

zawieszenia igrzysk.

Należy   przyznać,   że   burmistrz   Londynu,   premier   Wielkiej   Brytanii   oraz   Marcus 

Morris posłuchali zawodników i nie przyjęli do wiadomości apeli o przerwanie olimpiady. 

Oznajmili, że Anglia nigdy nie ugięła się przed terroryzmem i teraz również nie zamierza tego 

zrobić.

Pomimo drastycznego zaostrzenia środków bezpieczeństwa część kibiców postanowiła 

trzymać   się z  daleka   od najważniejszych   konkurencji.  Tu  i  ówdzie  Knight  widział  puste 

fotele,   co   przed   rozpoczęciem   igrzysk   byłoby   nie   do   pomyślenia.   Choć   z   drugiej   strony 

wszystko, co wydarzyło się do tej pory, jeszcze niedawno nikomu w ogóle nie przyszłoby do 

głowy.

–   Cholerne   gnoje   wszystko   zepsuły   –   powiedział   z   goryczą   Lancer   do   Knighta. 

Członek   komitetu   organizacyjnego   stanął   obok   detektywa   obserwującego   publiczność. 

Podobnie   jak   on,   Lancer   również   miał   w   uchu   słuchawkę   odbierającą   częstotliwość 

stadionowych służb bezpieczeństwa. – Bez względu na to, co się teraz stanie, rok dwa tysiące 

dwunasty na zawsze będzie naznaczony...

Wokół nich kibice zerwali się na równe nogi i zaczęli wiwatować jak szaleni. Na tor 

wychodzili   finaliści   biegu   na   sto   metrów   mężczyzn.   Shaw,   broniący   olimpijskiego   złota, 

pojawił się pierwszy. Biegał dla rozgrzewki na bardzo krótkim odcinku i rozluźniał dłonie, 

machając nimi w powietrzu jak tasakami.

Mundaho   wyszedł   jako   ostatni.   Truchtał   niemalże   sennym   krokiem,   a   potem 

przykucnął i podskakując jak kangur, pognał po torze z taką energią, że wielu widzów aż 

stęknęło. Czy to możliwe? – pomyślał Knight. Czy kiedykolwiek ktoś tak zrobił?

– Ten facet to świr – stwierdził Lancer. – Stuprocentowy wybryk natury.

background image

Rozdział 76

Ogień  olimpijski   na  szczycie  wieży  Orbit  płonął   niezmącony,   a  flagi   na  stadionie 

zwisały   nieruchomo.   Wiatr   całkowicie   ustał.   Panowały   idealne   warunki   do   biegu 

sprinterskiego.

W   słuchawce   Knighta   zaskrzeczały   wezwania   i   odpowiedzi   Jacka,   ekipy 

bezpieczeństwa  oraz Lancera, który udał się gdzieś, skąd miał lepszy widok. Wysoko  na 

koronie stadionu leżeli snajperzy SAS z karabinami gotowymi do strzału. W górze przemknął 

helikopter. Helikoptery bojowe krążyły nad parkiem przez cały dzień, a liczbę uzbrojonych 

strażników wokół toru podwojono.

Dziś nic złego się tutaj nie wydarzy, pomyślał Knight. Atak byłby samobójstwem.

Sprinterzy podeszli do bloków startowych zintegrowanych z najnowocześniejszym, w 

pełni   automatycznym   systemem   pomiaru   czasu   zwanym   FAT.   Każdy   blok   startowy 

zbudowano z wykorzystaniem superczułych płyt naciskowych połączonych z komputerami, 

tak aby wykryć najdrobniejszy falstart. Na linii mety czekała na biegaczy niewidzialna siatka 

promieni laserowych powiązanych z tymi samymi komputerami, skalibrowana z dokładnością 

do tysięcznych części sekundy.

Na stadionie nikt już nie siedział. Wszyscy wyciągali szyje, żeby mieć jak najlepszy 

widok, kiedy spiker wezwał sprinterów na miejsca. Shaw biegł na torze numer trzy, Mundaho 

– na torze numer pięć. Jamajczyk  zerknął na Kameruńczyka,  który wykonał piruet przed 

blokami. Wreszcie kolce butów powędrowały na płyty naciskowe, rozpostarte palce oparły się 

o nawierzchnię bieżni, a na koniec biegacze pochylili głowy.

Dziesięć sekund, pomyślał Knight. Ci goście poświęcają całe życie, żeby przygotować 

się na dziesięć sekund. Nie potrafił sobie tego wyobrazić: tej presji, tych oczekiwań, tej siły 

woli i tego cierpienia, które wiązało się z drogą do mistrzostwa olimpijskiego.

– Gotowi! – zawołał sędzia.

Sprinterzy unieśli biodra.

Pistolet wystrzelił, widownia ryknęła, a Shaw i Mundaho pognali jak dwie pantery za 

zwierzyną. Jamajczyk był lepszy przez pierwsze dwadzieścia metrów, wyciągał długie nogi i 

background image

ręce szybciej niż Kameruńczyk. Jednak przez kolejne czterdzieści dawny młodociany żołnierz 

biegł tak, jakby goniły go kule.

Mundaho dopadł Shawa na osiemdziesiątym metrze, ale nie mógł go wyprzedzić.

A Shaw nie mógł zgubić Kameruńczyka.

Razem pędzili po torze, goniąc historię zupełnie tak, jakby pozostałych zawodników w 

ogóle tam nie było. Zdawało się, że jednocześnie się pochylili i w tej samej chwili przecięli 

linię mety z czasem 9,38 sekundy, o dwie dziesiąte sekundy lepszym od niewiarygodnego 

osiągnięcia Shawa z Pekinu.

Nowy rekord olimpijski!

Nowy rekord świata!

background image

Rozdział 77

Stadion trząsł się w posadach od wiwatów na cześć Mundaho i Shawa.

Ale kto wygrał?

Na ekranach nieoficjalne wyniki plasowały Shawa na pierwszym miejscu, a Mundaho 

na drugim, ale obaj mieli identyczny czas. Przez lornetkę Knight widział, jak obaj zawodnicy 

ciężko dyszą, wsparci pod boki. Nie patrzyli  na siebie nawzajem, lecz w górę na ekrany 

powtarzające bieg w zwolnionym tempie, podczas gdy sędziowie analizowali dane z siatki 

laserów na linii mety.

Knight usłyszał głos spikera informującego, że chociaż na olimpiadzie zdarzały się już 

remisy   w   dyscyplinach   ocenianych   przez   sędziów,   na   przykład   w   gimnastyce,   trafił   się 

również remis na zawodach pływackich w 2000 roku w Sydney, gdy dwóm zawodnikom ze 

Stanów Zjednoczonych przyznano złote medale w wyścigu na pięćdziesiąt metrów stylem 

dowolnym, to jeszcze nigdy w historii nowożytnych igrzysk do takiej sytuacji nie doszło w 

konkurencji   biegowej.   Ogłoszono,   że   zbadany   zostanie   materiał   z   fotokomórki   oraz 

zmierzony czas z dokładnością do tysięcznej części sekundy.

Knight obserwował sędziów skulonych obok bieżni. Najwyższy pokręcił głową. Zaraz 

potem na ekranach pojawił się napis OFICJALNE WYNIKI. Shaw i Mundaho zajęli ex aequo 

pierwsze miejsce z identycznym czasem 9,382 sekundy.

–   Nie   nakażę   przeprowadzenia   kolejnego   biegu   –   oznajmił   sędzia.   –   Uważam,   że 

byliśmy świadkami najwspanialszego wyścigu wszech czasów. Rezultat pozostaje w mocy. 

Obaj zawodnicy dzielą się rekordem świata. Obaj zawodnicy zdobywają złoty medal.

Stadion znowu zatrząsł się od okrzyków i braw.

Knight przez lornetkę widział Shawa, który przyglądał się wynikom, a potem spojrzał 

na sędziego z irytacją i niedowierzaniem. Później jednak twarz Jamajczyka rozjaśnił szeroki 

uśmiech. Podbiegł do Mundaho, który również się uśmiechał. Zaczęli rozmawiać, a w końcu 

uścisnęli  sobie dłonie, unieśli  je razem i ruszyli  truchtem w stronę wiwatujących  fanów, 

trzymając flagi Jamajki i Kamerunu.

Wspólnie zrobili długą rundę honorową wokół stadionu. Knight czuł się tak, jakby 

background image

przyjemny letni deszcz oczyścił powietrze z cuchnącego dymu. Kronos i Furie nie wydawali 

się   już   tak   przygniatającą   potęgą   na   londyńskiej   olimpiadzie   jak   jeszcze   przed   kilkoma 

minutami.

Wspólnym biegiem w najlepszym sportowym duchu sprinterzy pokazywali światu, że 

współczesne igrzyska wciąż są siłą, z którą należy się liczyć, siłą dobra, która może pokazać 

wspólnotę człowieczeństwa w obliczu okrutnego ataku Kronosa.

Właśnie w takim duchu wypowiedział się Shaw, kiedy wraz z Mundaho wrócili na 

metę i udzielili wywiadu reporterom. Knight widział to wszystko na wielkich ekranach.

– Kiedy zobaczyłem, że jest remis, nie mogłem w to uwierzyć – przyznał Jamajczyk. – 

Powiem szczerze, że w pierwszej chwili byłem zły.  Chociaż pobiłem swój rekord, to nie 

pokonałem   wszystkich   tak   jak   w   Pekinie.   Ale   wtedy   uświadomiłem   sobie,   że   po   tym 

wszystkim, co wydarzyło się na tych igrzyskach, ten remis jest najpiękniejszy i najlepszy 

zarówno dla sprintów, jak i dla wszystkich sportowców i całej olimpiady. Mundaho zgodził 

się z nim, mówiąc:

– Bieg z wielkim Zekiem Shawem jest dla mnie zaszczytem. To największy honor w 

moim życiu, że moje nazwisko wymieniane jest jednym tchem z jego nazwiskiem.

Reporter zapytał, kto we środę wygra bieg na dwieście metrów. Obaj stuknęli się w 

pierś i powiedzieli:

– Ja.

Potem wybuchnęli śmiechem i poklepali jeden drugiego po plecach.

Knight odetchnął z ulgą, kiedy opuścili stadion. Przynajmniej Kronos nie obrał za cel 

któregoś z nich.

Przez kolejną godzinę, podczas półfinałów mężczyzn na tysiąc pięćset metrów oraz 

finału   na   trzy   tysiące   metrów   z   przeszkodami,   myśli   detektywa   błądziły   wokół   matki. 

Amanda obiecała, że nie ulegnie zgorzknieniu i nie zamknie się w sobie tak jak po śmierci 

jego ojca.

Jednakże dwie ostatnie rozmowy Knighta z Garym Bossem wskazywały na to, że stało 

się inaczej. Nie odbierała telefonów od syna. Właściwie w ogóle nie odbierała telefonów, 

nawet od ludzi, którzy chcieli jej pomóc w organizacji ceremonii żałobnej Dentona Marshalla. 

Według słów asystenta Amanda spędzała każdą chwilę przy stole, szkicując nowe projekty – 

miała ich już setki.

Knight  chciał  ją odwiedzić  wczoraj, a także  dziś rano, ale  Boss nalegał,  żeby nie 

przyjeżdżał.   Uważał,   że   Amanda   musi   uporać   się   z   tym   sama,   więc   powinien   dać   jej 

przynajmniej jeszcze kilka dni.

background image

Na   myśl   o   matce   Knighta   bolało   serce.   Wiedział,   przez   co   przechodzi.   Kiedyś 

wydawało mu się, że rozpacz po stracie Kate nigdy nie minie. I w pewnym sensie to prawda. 

Znalazł jednak sposób, aby żyć dalej dzięki dzieciom. Modlił się, by i matka znalazła własną 

drogę – byle nie przez zatracenie się w pracy.

Potem   pomyślał   o   bliźniętach.   Właśnie   zamierzał   zadzwonić   do   domu,   żeby 

powiedzieć  im   „dobranoc”,   kiedy  spiker   zapowiedział   uczestników  półfinału   na  czterysta 

metrów.

Ludzie znów zerwali się z miejsc, gdy w tunelu prowadzącym z bieżni treningowej 

pojawił   się   Mundaho.   Kameruńczyk   wybiegł   truchtem,   równie   pewny   siebie   jak   przed 

sprintem na sto metrów, poruszał się tym swoim specyficznym swobodnym krokiem.

Jednak tym razem, zamiast robić kangurze susy, zaczął biegać w podskokach. Jego 

nogi mocno odrywały się od bieżni i wychylały do przodu, jakby Mundaho był jeleniem albo 

gazelą.

Kto inny tak potrafi? – zastanawiał się z podziwem Knight. Jak on w ogóle wpadł na 

ten pomysł? Uciekając przed kulami?

Kameruńczyk   zwolnił   przy   swoich   blokach   na   pierwszym   torze,   po   wewnętrznej 

stronie   łuku.   Czy   da   radę?   Czy   przebiegnie   dystans   cztery   razy   dłuższy   niż   ten,   który 

niedawno pokonał w rekordowym czasie?

Najwyraźniej Zeke Shaw również był ciekaw, ponieważ znowu pojawił się w przejściu 

łączącym stadion z torem treningowym. Stał tam w towarzystwie trzech Gurkhów. Wszyscy 

spoglądali na północ w stronę biegaczy, którzy lada chwila mieli wystartować.

– Na miejsca! – ogłosił sędzia.

Mundaho oparł o bloki buty z niewielkimi  metalowymi  wypustkami.  Przykucnął  i 

naprężył się, kiedy sędzia wydał kolejną komendę:

– Gotowi!

Pistolet wystrzelił w niemal całkowitej ciszy.

Kameruńczyk wyrwał się z bloków.

Tysięczną   część   sekundy   później   błysnęło   oślepiająco   białe   światło.   Bloki 

eksplodowały i przestały istnieć.  Fala ognia oraz rozgrzanych  kawałków metalu  uderzyła 

Mundaho od tyłu w nogi i powaliła na ziemię. Leżał na bieżni, wijąc się i wrzeszcząc.

background image

Część czwarta

Maraton

background image

Rozdział 78

Knight   doznał   tak   wielkiego   szoku,   że   przez   kilka   sekund   nie   mógł   się   ruszyć. 

Podobnie jak większość ludzi  na stadionie  w przerażeniu  patrzył  i słuchał, jak Mundaho 

skręca się na torze, łka i jęczy z bólu, łapiąc się za osmalone, krwawiące nogi.

Pozostali sprinterzy przestali biec. Odwrócili się, by spojrzeć z niedowierzaniem na 

masakrę,   jaka   dokonała   się   na   pierwszym   torze.   Intensywny   metaliczny   płomień   zgasł, 

pozostawiając czarną plamę w miejscu, gdzie wcześniej znajdowały się bloki. W powietrzu 

unosiła się chemiczna woń, która Knightowi kojarzyła  się z racami sygnalizacyjnymi  lub 

palonymi oponami.

Sanitariusze   rzucili   się   na   pomoc   kameruńskiemu   biegaczowi   oraz   kilku   sędziom, 

którzy także ucierpieli w wybuchu.

– Wszyscy, którzy zajmowali się tymi blokami, mają zostać przesłuchani! – ryczał 

przez   radio   Lancer,   ledwo   nad   sobą   panując.   –   Znajdźcie   sędziów   od   pomiaru   czasu, 

znajdźcie, kogo się da. Odizolować ich! Wszystkich!

Wokół Knighta zszokowani widzowie płakali i przeklinali Kronosa. Wielu ruszyło w 

stronę wyjść. Wolontariusze i pracownicy ochrony usiłowali zachować spokój.

– Jack, wpuścicie mnie na płytę? Mike? – spytał Knight.

– Odmawiam – odezwał się Jack.

– Ja też odmawiam – powiedział Lancer. – Scotland Yard już nakazał zabezpieczenie 

terenu do czasu przybycia techników.

Knight gotował się z wściekłości, że to przytrafiło się Mundaho i całym igrzyskom. Że 

wszyscy   stali   się   zakładnikami   gangrenowatego   umysłu   szaleńca,   który   napawa   się   ich 

cierpieniem. Miał gdzieś, o co Kronos oskarży sprintera.

Bez względu na to, co zrobił albo czego nie zrobił Mundaho, nie powinien teraz leżeć 

poparzony na bieżni. Zasługiwał na to, by zostawić resztę biegaczy daleko w tyle na drodze 

ku sportowej nieśmiertelności. Zamiast tego właśnie kładziono go na noszach.

Ludzie na stadionie zaczęli bić brawo, kiedy sanitariusze powieźli Kameruńczyka w 

stronę   czekającej   już   karetki.   Podłączono   mu   kroplówkę   i   niewątpliwie   podano   środki 

background image

uśmierzające ból, choć Knight przez lornetkę widział, że dawny młodociany żołnierz wciąż 

cierpi.

Wokół słyszał głosy, że teraz władze muszą zakończyć  igrzyska. Poczuł gniew na 

myśl, że być może Kronos wygrał i już jest po wszystkim. Ale potem jakiś cynik stwierdził, 

że na pewno nie odwołają olimpiady. Czytał w „Financial Timesie”, że co prawda sponsorzy i 

nadawcy publicznie wyrażają oburzenie postępowaniem Kronosa, ale po cichu cieszą się, że 

igrzyska są obecne w mediach dwadzieścia cztery godziny na dobę, a opinia publiczna ma 

niezaspokojony apetyt na wszelkie aspekty całej sprawy.

– Oglądalność tej olimpiady jest najwyższa w historii – oświadczył ów człowiek. – 

Moja prognoza: nie ma mowy, żeby odwołali zawody.

Knight nie zdążył się nad tym zastanowić, ponieważ nagle na stadion wybiegł Shaw, 

niosąc   flagę   Kamerunu.   Towarzyszyło   mu   kilkunastu   sportowców   biorących   udział   w 

wyścigu na czterysta metrów. Zbliżyli się do karetki, zachęcając widzów do skandowania: 

„Mundaho! Mundaho!”.

Ludzie,   którzy   wciąż   pozostali   na   stadionie,   wpadli   w   szał.   Płakali   i   powtarzali 

nazwisko sprintera, inni zaś przeklinali Kronosa i Furie.

Kameruńczyk widział i słyszał, co robią dla niego fani oraz inni sportowcy, pomimo 

przeszywającego bólu oraz otumaniających leków. Zanim sanitariusze wsunęli go do karetki, 

uniósł prawą rękę i zacisnął pięść.

Knight oraz wszyscy ludzie na stadionie powitali ten gest wiwatami. Mundaho był 

ranny,   ale   nie   pokonany.   Chociaż   poparzony,   pozostał   zaprawionym   w   boju   żołnierzem. 

Może już nigdy nie pobiegnie, ale jego hart ducha i duch olimpijski wciąż miały się dobrze.

background image

Rozdział 79

Z   uczuciem,   jakby   zaraz   miała   zwymiotować,   Karen   Pope   łyknęła   proszki   na 

nadkwasotę. Wpatrywała się w telewizor w newsroomie „The Sun”, nie pojmując, co się 

stało.   Sanitariusze   właśnie   umieszczali   nieugiętego   Kameruńczyka   w   karetce.   Pope   i   jej 

redaktor Finch czekali na kolejny list od Kronosa, podobnie jak śledczy z londyńskiej policji, 

którzy na korytarzu czyhali na kuriera, licząc na to, że prędko zdołają ustalić, skąd nadano 

przesyłkę.

Pope nie chciała wiedzieć, co Kronos ma do powiedzenia na temat Mundaho. Nic jej 

to nie obchodziło. Podeszła do swego redaktora.

– Finchy, odchodzę – oznajmiła.

– Nie możesz teraz odejść – odparł. – O czym ty mówisz? Przecież masz w ręku 

materiał życia. Trzymaj się go, Pope. Do tej pory byłaś świetna.

Rozpłakała się.

– Nie chcę się go trzymać. Nie chcę mieć nic wspólnego z zabijaniem i kaleczeniem 

ludzi. Nie po to zostałam dziennikarką.

– Przecież nikogo nie zabijasz ani nie kaleczysz.

– Ale pomagam! – krzyknęła. – Jesteśmy jak ci ludzie w Stanach, którzy opublikowali 

manifest Unabombera, kiedy byłam mała! Pomagamy w morderstwach, Finch! Ja pomagam 

w morderstwach. Nie chcę tego robić. Nie mogę.

– Wcale nie pomagasz – zaprotestował łagodniejszym tonem Finch. – Ja też nie. Tylko 

je dokumentujemy, tak jak kiedyś dziennikarze z Fleet Street dokumentowali zabójstwa Kuby 

Rozpruwacza. Nie pomagasz. Demaskujesz. To nasza powinność, Pope. To twoja powinność.

Patrzyła na niego bezradnie.

– Ale dlaczego ja, Finch?

– Nie wiem. Może kiedyś się tego dowiemy.

Pope nie  potrafiła  się  z  nim  dłużej   kłócić.  Wróciła  do  swojego biurka,  opadła   na 

krzesło i spuściła głowę. Potem zabrzęczała jej komórka, informując o nadejściu wiadomości.

Pope odetchnęła i sięgnęła po telefon. To był e-mail z załącznikiem od nadawcy o 

background image

imieniu   „Kronos”.  Chciała  rozwalić   blackberry na  drobne  kawałki,  ale  w  myślach   wciąż 

słyszała słowa redaktora, że demaskowanie szaleńców to jej dziennikarska powinność.

– Jest! – zawołała drżącym głosem przez cały pokój. – Niech ktoś powie gliniarzom, 

że kurier nie przyjdzie.

Finch skinął głową.

– Ja to zrobię. Masz godzinę do zamknięcia wydania.

Pope zawahała się, a potem rozzłoszczona otworzyła załącznik. Kronos spodziewał 

się, że Mundaho zginie na bieżni.

W liście usprawiedliwiał zabójstwo, nazywając je „karą za zbrodnię pychy” należącą 

do   największych   grzechów   starożytnej   Grecji.   Kronos   zarzucał   Mundaho   arogancję, 

próżność, dumę i wyzwanie rzucone bogom.

W załączniku znajdowały się kopie e-maili, SMS-ów i wiadomości z Facebooka, które 

Kameruńczyk wymieniał ze swoim agentem z Los Angeles, Matthew Hitchensem. Zdaniem 

Kronosa ich korespondencja bynajmniej nie dotyczyła zmagań, których celem jest osiągnięcie 

wielkości   jako   wartości   samej   w   sobie   albo   na   chwałę   bogów,   jak   to   bywało   podczas 

starożytnych igrzysk.

Samozwańczy   mściciel   twierdził,   że   koncentrowali   się   na   pieniądzach   i   kwestiach 

materialnych.   W   szczegółach   omawiali   prawdopodobieństwo   zdobycia   na   londyńskiej 

olimpiadzie   „potrójnej   korony”,   co   na   przestrzeni   dwudziestoletniej   kariery   zwiększyłoby 

reklamową wartość Mundaho o kilkaset milionów dolarów.

„Mundaho wystawił na sprzedaż dar, który otrzymał od bogów – podsumował Kronos. 

–   Nie   widział   chwały   w   prostej   idei   bycia   najszybszym   człowiekiem   na   ziemi.   Miał   na 

względzie jedynie zysk, więc jego arogancja wobec bogów była tym jaskrawsza. W efekcie 

Kameruńczyk   sam   siebie   postrzegał   jako   boga,   któremu   należą   się   pieniądze   i 

nieśmiertelność. Za zbrodnię pychy kara zawsze musi być wymierzona szybko i pewnie”.

Ale Kameruńczyk nie zginął, pomyślała z głęboką satysfakcją Pope.

– Mamy numer do agenta Mundaho? – zapytała głośno Fincha.

Redaktor zastanowił się przez moment, po czym kiwnął głową.

– Jest gdzieś w głównym spisie, który zrobiliśmy przed igrzyskami.

Podał numer dziennikarce, która wysłała do agenta wiadomość SMS:

Wiem, że pan pracuje dla Mundaho.Kronos oskarża

jego i pana. Proszę o telefon.

background image

Odłożyła   komórkę,   po   czym   zaczęła   pracować   nad   szkicem   artykułu.   Cały   czas 

wmawiała sobie, że wcale nie pomaga Kronosowi. Walczy z nim, obnażając jego poczynania.

Ku jej zdziwieniu telefon zadzwonił już po pięciu minutach. W słuchawce usłyszała 

wyraźnie podenerwowanego Matthew Hitchensa. Właśnie jechał do szpitala, do którego trafił 

Mundaho.   Pope   przekazała   mu   wyrazy   współczucia,   a   następnie   przedstawiła   zarzuty 

zamachowca.

–   Kronos   nie   powiedział   wam   wszystkiego   –   odparł   z   goryczą   Hitchens,   gdy 

skończyła. – Nie wyjaśnił, dlaczego Filatriemu tak zależało na pieniądzach.

– Słucham.

–   Chciał   wykorzystać   fundusze   na   pomoc   dzieciom   żyjącym   w   strefach   wojny, 

zwłaszcza  tym,   które  porwano,  żeby walczyły   i  ginęły  w konfliktach,  których  nawet  nie 

rozumieją. Założyliśmy już Fundację na rzecz Sierot Wojennych imienia Mundaho, poprzez 

którą Filatri chciał realizować swoje pozasportowe marzenia. Mogę przedstawić dokumenty. 

Podpisał je na długo przed mityngiem w Berlinie, kiedy jeszcze nikomu się nie śniło, że 

zdobędzie trzy złote medale.

Dziennikarka poczuła, że wraca do gry.

– Czyli Kronos nie tylko zrujnował życie i marzenia byłego młodocianego żołnierza, 

ale także nadzieje i szanse dzieci całego świata skrzywdzonych przez wojnę?

– Chyba tak właśnie można podsumować tę tragedię – potwierdził zdławionym głosem 

Hitchens.

Pope pomyślała o Mundaho, zacisnęła pięść i oświadczyła:

– Więc tak właśnie napiszę w artykule.

background image

Rozdział 80

Poniedziałek, 6 sierpnia 2012

W głowie szaleje mi huragan piątej kategorii, mózg przeszywają sztylety błyskawic 

jaśniejsze   niż   płonący   magnez,   wszystko   wokół   mnie   jest   przesycone   elektryzującym 

błękitem i czerwienią, które nie lśnią ani nie migoczą, lecz palą i krwawią.

Głupia suka. Zdradziła nas. A Mundaho uniknął sprawiedliwej zemsty. Mam ochotę 

unicestwić wszystkie potwory w Londynie.

Ale wystarczy mi jeden.

Świetnie rozumiem, że to posunięcie może zburzyć starannie budowaną równowagę, 

którą utrzymywałem ponad piętnaście lat. Jeśli źle to rozegram, może się to na mnie zemścić.

Jednak burza w czaszce nie pozwala mi zbyt długo rozmyślać nad konsekwencjami. 

Widzę, jak wbijam matce nóż w udo raz za razem, zupełnie jakbym oglądał stary, rozedrgany 

film.   Pamiętam   tamtą   lawinę   czystych   emocji,   pamiętam,   jakie   to   było   wspaniałe, 

sprawiedliwe uczucie – pomścić wyrządzoną mi krzywdę.

Petra   czeka   na   mnie,   gdy   około   czwartej   nad   ranem   docieram   do   domu.   Ma 

podkrążone, zaczerwienione, wystraszone oczy. Jesteśmy sami. Pozostałe siostry wypełniają 

kolejne zadania.

– Błagam, Kronosie – zaczyna – ten odcisk palca to był błąd.

Huragan znów szaleje mi w głowie. Mam wrażenie, że Petra patrzy na mnie z dna 

wirującego, grzmiącego leja.

– Błąd?  – powtarzam  cicho.  – Czy rozumiesz,  co zrobiłaś?  Spuściłaś na  nas psy. 

Wywąchają cię, Andzielo. Wywąchają twoje siostry. Wywąchają mnie. Już czeka klatka i 

szubienica.

Twarz Petry wykrzywia się w grymasie gniewu, który dorównuje mojej wściekłości.

–   Wierzę   w   ciebie,   Kronosie.   Oddałam   ci   moje   życie.   Zabiłam   dla   ciebie   tych 

chińskich trenerów. Ale owszem, popełniłam błąd. Jeden błąd!

– Niejeden – odpowiadam tym  samym  spokojnym  głosem. – Zostawiłaś perukę w 

background image

ścianie toalety w hali zawodów gimnastycznych. Teraz mają również twoje DNA. To było 

nierozważne. Nie postąpiłaś zgodnie z planem.

Petra zaczyna płakać. Trzęsie się.

– Co mam zrobić, Kronosie? Jak mam to naprawić?

Przez chwilę milczę, potem jednak podchodzę do niej z rozwartymi ramionami.

– Nic, siostro. Nic nie możesz zrobić. Walczymy dalej.

Petra się waha, lecz w końcu pozwala się objąć. Ściska mnie tak mocno, że przez 

moment nie wiem, co robić.

Lecz po chwili mój umysł skupia się na wizji: leżę na szpitalnym łóżku podpięty pod 

kroplówkę. Przypominam sobie, co ten obraz dla mnie znaczył, jak mną zawładnął, jak mnie 

napędzał, jak mnie stworzył.

Jestem znacznie wyższy od Petry. Kiedy więc odwzajemniam jej uścisk, moje ramiona 

naturalnie spoczywają na jej karku. Mocno przyciskam jej policzek do piersi.

– Kronosie – mówi, lecz po chwili zaczyna się dusić. – Nie! – udaje jej się wykrztusić 

chrapliwym szeptem, po czym zaczyna się rzucać w moich ramionach, usiłuje mnie kopać i 

bić.

Ale przecież dobrze wiem, jak bardzo jest niebezpieczna, jak zaciekle potrafi walczyć, 

jeśli tylko jej na to pozwolić. Dlatego mój uścisk na szyi najmłodszej z sióstr jest bezlitosny i 

coraz silniejszy. Potem robię krok w tył i wykonuję gwałtowny skręt tułowia.

Tym ruchem podrywam Petrę z taką siłą, że gdy przerzucam ciężar ciała w drugą 

stronę, słyszę trzask kręgów szyjnych tak głośny, jakby uderzył w nie piorun.

background image

Rozdział 81

Środa, 8 sierpnia 2012

Tego ranka tuż po dziesiątej na chodniku przed budynkiem parlamentu Marcus Morris 

nerwowo przestąpił z nogi na nogę, potem jednak stanowczym wzrokiem spojrzał na kamery, 

mikrofony i tłum otaczających go dziennikarzy.

– Chociaż Michael Lancer wciąż jest naszym cenionym kolegą i ciężko pracował przez 

ponad dziesięć lat, żeby te igrzyska doszły do skutku, dziś został zwolniony z obowiązków na 

czas trwania olimpiady.

– Nareszcie!  – krzyknął  ktoś, a wtedy cały tłum otaczający reporterkę  „The Sun” 

Karen Pope eksplodował.

Dziennikarze zarzucili szefa komitetu organizacyjnego pytaniami, przekrzykując się 

jak zdesperowani maklerzy na giełdzie surowców.

Odpowiedź na większość tych pytań interesowała również Pope. Czy igrzyska będą 

trwać dalej? Czy zostaną zawieszone? Jeśli nie, to kto zastąpi Lancera na stanowisku szefa 

ochrony? Co z rosnącą liczbą państw wycofujących reprezentacje z zawodów? Czy należy 

słuchać   sportowców,   którzy   niewzruszenie   sprzeciwiają   się   zakończeniu   lub   przerwaniu 

olimpiady?

–   Słuchamy   sportowców   –   odparł   zdecydowanym   tonem   Morris.   –   Igrzyska   będą 

toczyć się dalej. Ideały i duch olimpiady przetrwają. Nie ulegniemy presji. O bezpieczeństwo 

podczas   czterech   ostatnich   dni   zawodów   zadbają   czterej   wybitni   specjaliści   ze   Scotland 

Yardu, MI-five, SAS i agencji Private. Rezygnacja niektórych państw z dalszego udziału w 

olimpiadzie jest dla mnie źródłem głębokiego żalu. To tragedia dla igrzysk  i dla samych 

sportowców. Dla wszystkich innych zawody wciąż trwają.

Następnie Morris ruszył za tabunem policjantów, którzy utorowali mu drogę przez 

tłum   i   przeprowadzili   do   oczekującego   samochodu.   Większość   reporterów   rzuciła   się   za 

szefem komitetu organizacyjnego, bombardując go przeróżnymi pytaniami.

Pope nie  podążyła   za  nimi.  Oparłszy się  o ogrodzenie   z  kutego  żelaza   otaczające 

background image

gmach parlamentu, zaczęła przeglądać notatki z poranka i poprzedniego wieczoru.

Udało jej się namierzyć Elaine Pottersfield i dowiedzieć, że oprócz zintensyfikowania 

poszukiwań Seleny Farrell oraz Jamesa Daringa wysiłki policji koncentrowały się również na 

zbadaniu bloków startowych, które wybuchły i raniły Filatriego Mundaho.

Biegacz wciąż przebywał w szpitalu London Bridge w stanie krytycznym, ale ponoć 

po   dwóch   operacjach   usunięcia   odłamków   i   opatrzeniu   poparzonej   skóry   wykazywał 

„ogromną wolę walki”.

Bloki startowe miały własną historię. Wykonane przez Stackhouse Athletic Equipment 

w oparciu o słynny system tej firmy Newton TI008 BEST posłużyły wcześniej dziesięciu 

innym sportowcom podczas dziesięciu dni kwalifikacji.

Wnoszono i wynoszono je w towarzystwie delegatów MKOl, a ustawianiem ich na 

bieżni   zajmowała   się   ekipa   specjalistów   od   pomiaru   czasu,   którzy   zeznali,   że   przed 

wybuchem   nie   stwierdzili   żadnych   nieprawidłowości.   Niektórzy  zresztą   ucierpieli   wraz   z 

Mundaho.

Między zawodami bloki umieszczano w specjalnym podziemnym pomieszczeniu pod 

stadionem. Ten sam przedstawiciel, który zamykał je w sobotę wieczorem, czyli w przeddzień 

eksplozji, otworzył je w niedzielę po południu. Był to Javier Cruz, Panamczyk, który ucierpiał 

najpoważniej ze wszystkich sędziów: uderzony metalowym odłamkiem stracił oko.

Eksperci Scotland Yardu do spraw materiałów wybuchowych stwierdzili, że metalowy 

blok  był  dokładną   kopią  urządzeń  zgodnych  ze  standardami  firmy  Stackhouse,  z  tym  że 

wydrążono go od środka, tak aby wewnątrz umieścić wióry magnezu oraz zapalnik. Magnez, 

materiał niezwykle łatwopalny, eksploduje i pali się z intensywnością acetylenu.

Jak   powiedziała   Pottersfield,   „to   urządzenie   zabiłoby   normalnego   człowieka,   ale 

nadludzka   prędkość   reakcji   Mundaho   ocaliła   mu   życie,   choć   nie   uratowała   przed 

obrażeniami”.

Pope   zamknęła   notes.   Chyba   miała   już   dość   materiału,   by   napisać   artykuł. 

Zastanawiała się, czy nie zadzwonić do Petera Knighta i sprawdzić, czy ma coś do dodania. 

Wtedy jednak dostrzegła  rosłą sylwetkę opuszczającą  gmach  parlamentu przez bramę  dla 

gości.   Skulony   mężczyzna   pospieszył   St.   Margaret   Street   na   południe,   w   przeciwnym 

kierunku niż rzednący tłum dziennikarzy.

Zerknąwszy   na   reporterów,   zrozumiała,   że   żaden   z   nich   nie   zauważył   Michaela 

Lancera, więc czym prędzej za nim pobiegła. Dogoniła go, kiedy wchodził do Victoria Tower 

Gardens.

– Pan Lancer? – odezwała się, zwalniając. – Karen Pope z „The Sun”.

background image

Były   szef   ochrony   komitetu   organizacyjnego   westchnął.   Spojrzał   na   nią   z   taką 

rozpaczą  w oczach, że prawie nie miała  serca go o nic pytać.  W myślach  jednak wciąż 

słyszała głos Fincha zagrzewający ją do działania.

– Czy uważa pan, że słusznie pana zwolniono? – zapytała.

Lancer zawahał się, jakby zmagał się z samym sobą, potem jednak zwiesił głowę.

– Tak. Chciałem, żeby londyńskie igrzyska były najwspanialsze w historii, a przy tym 

najbezpieczniejsze.   W   ciągu   kilku   lat   staraliśmy   się   przygotować   na   każdy   możliwy 

scenariusz, ale prawda jest taka, że nie przewidzieliśmy kogoś takiego jak Kronos: fanatyka z 

niewielką   grupką   oddanych   wyznawców.   Krótko   mówiąc,   zawiodłem.   Poniosę 

odpowiedzialność   za   to,  co   się   stało.   To   moje   i   tylko   moje   brzemię.   A  teraz   proszę   mi 

wybaczyć, muszę zacząć życie z tą świadomością aż po kres swoich dni.

background image

Rozdział 82

Piątek, 10 sierpnia 2012

Wreszcie po raz ostatni wracam do tej nory, pomyślała Teagan, przepychając plecak 

przez dziurę wyciętą w płocie z drucianej siatki otaczającym opuszczoną, skażoną fabrykę w 

Docklands, kilka kilometrów od Parku Olimpijskiego.

Potem sama przecisnęła się przez otwór, podniosła plecak i spojrzała w atramentowe 

niebo. Gdzieś w oddali rozległa się syrena mgłowa. Do świtu pozostało już niewiele czasu, a 

ją czekało jeszcze sporo pracy, zanim na zawsze porzuci to nieszczęsne miejsce.

Rosa   sprawiała,   że   zielsko   pachniało   jeszcze   intensywniej.   Teagan   pospiesznym 

krokiem ruszyła w stronę zaniedbanego budynku, rozmyślając o swojej siostrze Petrze, która 

rozpoczynała nowe życie na Krecie. Po lekturze artykułu o odcisku palca bała się, że Kronos 

wpadnie w gniew, ale on zamiast się mścić, zareagował pragmatycznie: wysłał siostrę na 

Kretę, by już teraz przygotowała dom, w którym zamieszkają, gdy będzie po wszystkim.

Wchodząc do budynku przez okno, które wybiła kopniakiem Parę miesięcy wcześniej, 

Teagan wyobrażała sobie dom, w którym teraz jest Petra – stojący na skale nad Morzem 

Egejskim,   z   pobielonym   murem   na   tle   kobaltowego   nieba,   pełen   wszystkiego,   czego 

kiedykolwiek zapragną.

Włączyła wąską latarkę o czerwonej soczewce, przypięła ją do czapki, a następnie w 

jej miękkim świetle zaczęła poruszać się po hali produkcyjnej dawnej fabryki tekstyliów i 

uważając na obluzowany gruz, podeszła do schodów prowadzących do zatęchłej piwnicy.

Wkrótce w nozdrza Teagan uderzył silny smród, tak obrzydliwy, że zaczęły jej łzawić 

oczy, więc przestała oddychać przez nos. Położyła plecak na trójnogiej ławce, oparła się o 

nią, żeby mebel przestał się kiwać, i wyjęła osiem worków do kroplówki.

Ułożyła je w odpowiedniej kolejności, a następnie za pomocą strzykawki pobrała płyn 

z ampułki i wstrzyknęła go w równej ilości do czterech worków. Skończywszy, zdjęła z szyi 

łańcuszek z kluczem, po czym wzięła wszystkie osiem worków, po cztery w każdą dłoń.

Stanąwszy przed drzwiami, gdzie smród był najgorszy, położyła je na ziemi, a potem 

background image

wsunęła klucz do kłódki. Pałąk odskoczył  od korpusu z pstryknięciem.  Teagan schowała 

kłódkę   do   kieszeni   i   pchnęła   drzwi.   Wiedziała,   że   gdyby   teraz   odetchnęła   przez   nos,   z 

pewnością by zwymiotowała.

W ciemności rozległ się jęk.

– Kolacja – powiedziała Teagan, zamykając za sobą drzwi.

Kwadrans później wyszła z magazynu w przekonaniu, że dobrze wykonała zadanie. 

Już za cztery dni...

Z góry, z hali produkcyjnej, dobiegł huk. Czyjeś głosy rozbrzmiewały śmiechem i 

szyderstwem.   Potem   po   opuszczonej   fabryce   poniósł   się   echem   kolejny   trzask.   Teagan 

zamarła. Próbowała zebrać myśli.

Przez ostatni rok odwiedzała to miejsce kilkanaście razy. Nigdy nikogo tu nie spotkała 

i nie sądziła, że to się zmieni. Budynek był zanieczyszczony rozpuszczalnikami toksycznymi, 

metalami ciężkimi oraz innymi substancjami rakotwórczymi, a na płocie wisiały liczne tablice 

ostrzegawcze.

W   pierwszej   chwili   chciała   zaatakować.   Kronos   mówił   jednak   wyraźnie:   żadnych 

konfrontacji, jeśli tylko można ich uniknąć.

Zgasiła latarkę, odwróciła się, namacała drzwi magazynu i zamknęła je za sobą. Przez 

chwilę gmerała w kieszeni, aż w końcu znalazła kłódkę. Włożyła ją w żelazne pierścienie na 

drzwiach oraz w ościeżnicy. Po schodach za jej plecami stoczyła się butelka i roztrzaskała o 

podłogę piwnicy. Teagan słyszała zbliżające się kroki oraz głosy pijanych mężczyzn.

Po ciemku sięgnęła, żeby zacisnąć kłódkę, a gdy poczuła, że się zatrzaskuje, odbiegła 

kilka kroków. Wtedy jednak przystanęła niepewna. Czy kłódka rzeczywiście się zamknęła?

Na schody padł promień latarki. Tym razem Teagan ruszyła bez wahania. Biegła na 

palcach jak sprinterzy. Ponieważ już dawno nauczyła się na pamięć rozkładu fabryki, bez 

trudu wydostała się na korytarz, który prowadził do kamiennych schodów i uchylnych drzwi.

Po dwóch minutach była na zewnątrz. Na londyńskim niebie różowy świt rozpraszał 

już   ciemności   nocy.   Z   wnętrza   fabryki   wciąż   dochodziły   huki   i   pokrzykiwania.   Teagan 

stwierdziła, że to na pewno banda pijanych facetów, którzy mieli ochotę coś porozwalać. 

Uznała, że gdy tylko poczują smród dochodzący z piwnicy, darują sobie dalsze zwiedzanie. 

Ale przeciskając się z powrotem przez dziurę w płocie, myślała tylko o kłódce i o tym, czy na 

pewno się zatrzasnęła.

background image

Rozdział 83

Po  południu  w  drugi  piątek  igrzysk,   na  cztery  dni  przed   końcem   zawodów,  Peter 

Knight wszedł do laboratorium w siedzibie Private London. Szybko, ale ostrożnie zbliżył się 

do Chuligana, trzymając pudełko owinięte brązowym papierem i oklejone taśmą.

– Czy to może być bomba? – spytał ze śmiertelną powagą.

Szef pionu naukowego oderwał się od sportowych stron „The Sun”, gdzie pozytywnie 

pisano o szansach piłkarskiej reprezentacji Anglii w finale przeciwko Brazylii. Niespokojnie 

zerknął na paczkę.

– Dlaczego myślisz, że to bomba?

Knight postukał w adres nadawcy.

Chuligan zmrużył oczy.

– Nie mogę odczytać – powiedział.

– Bo to starożytna greka – odparł detektyw. – Tu jest napisane „Kronos”.

– Kuźwa.

–   Właśnie.   –   Knight   postawił   paczkę   na   stole   obok   naukowca.   –   Przed   chwilą 

odebrałem z recepcji.

– Słychać coś w środku? – spytał Chuligan.

– Nic nie tyka.

– Może być elektroniczna. Albo zdalnie odpalana.

Knight miał niewyraźną minę.

– Powinniśmy opuścić budynek? Wezwać saperów?

Naukowiec podrapał się w niechlujną rudą brodę.

– Decyzja należy do Jacka.

Dwie   minuty   później   Jack   stał   w   laboratorium   i   przyglądał   się   paczce.   Sprawiał 

wrażenie wyczerpanego. To była jedna z niewielu jego przerw, odkąd w poniedziałek przejął 

zarządzanie ochroną olimpiady. Po incydencie z Mundaho nie doszło do kolejnych ataków. 

Zdaniem Knighta była to przede wszystkim zasługa heroicznych wysiłków Jacka.

– Da radę prześwietlić to pudełko tak, żeby nie wybuchło? – zapytał Amerykanin.

background image

– Zawsze można spróbować, no nie? – Chuligan podniósł je tak, jakby miało zęby.

Zaniósł   paczkę   do   stołu   roboczego   na   drugim   końcu   laboratorium.   Uruchomił 

przenośny   skaner   podobny   do   używanych   w   obiektach   olimpijskich,   postawił   przed   nim 

pudełko, a następnie odczekał, aż urządzenie się rozgrzeje.

Knight przyglądał się przesyłce tak, jakby mogła przypieczętować jego los. Musiał się 

oprzeć nagłej chęci ucieczki z laboratorium. Miał dwoje dzieci, które jutro skończą trzy lata. 

Czuł   się   też   odpowiedzialny   za   matkę,   przynajmniej   do   pewnego   stopnia.   Czy   mógł 

ryzykować zamknięcie w pomieszczeniu z potencjalnym ładunkiem wybuchowym? Aby nie 

myśleć o zagrożeniu, zerknął na ekran telewizora, gdzie nadawano skrót wiadomości. Liczne 

ujęcia   kolejnych   złotych   medalistów   ukazywały   ich   podczas   rund  honorowych   z   flagami 

własnego kraju oraz Kamerunu.

To był spontaniczny gest. Sportowcy chcieli okazać szacunek Filatriemu Mundaho, a 

także   wyrazić   protest   wobec   poczynań   Kronosa.   Wielu   zawodników   sięgnęło   po   flagę 

Kamerunu   –   także   piłkarska   reprezentacja   Anglii   po   półfinałowym   zwycięstwie   nad 

Niemcami trzy dni temu. Media natychmiast to podchwyciły. Nazywano ten gest przejawem 

powszechnego sprzeciwu wobec szaleńca, który próbuje zniszczyć igrzyska.

Liderką   tego   protestu   pozostawała   Amerykanka   Hunter   Pierce.   Od   czasu   tragedii 

Mundaho niemal codziennie udzielała wywiadów i za każdym razem stanowczo mówiła o 

solidarności sportowców w oporze wobec sugestii zawieszenia lub przerwania zawodów.

Stan Kameruńczyka nieco się poprawił i teraz określano go jako ciężki. Zawodnik miał 

poparzenia   trzeciego   stopnia   i   mocno   poranione   dolne   partie   ciała,   ale   mówiono,   że   jest 

przytomny,   świadomy   protestów   i   że   wsparcie   napływające   z   całego   świata   dodaje   mu 

otuchy.

Choć   były   to   pocieszające   wiadomości,   detektyw   oderwał   się   od   telewizora   w 

laboratorium Private London przekonany, że ataki nie ustaną wskutek sprzeciwu sportowców. 

Przed końcem olimpiady Kronos na pewno spróbuje uderzyć ponownie.

Knight był o tym przekonany. Ale gdzie? I kiedy? Jutro po południu podczas sztafety? 

W   trakcie   sobotniego   piłkarskiego   finału   Anglia-Brazylia   na   Wembley   albo   niedzielnego 

maratonu mężczyzn? A może ostatniego wieczoru podczas ceremonii zamknięcia igrzysk?

– No to jedziemy – powiedział Chuligan, kładąc paczkę od Kronosa na miniaturowym 

taśmociągu, który wprowadził ją do wnętrza skanera.

Obrócił ekran urządzenia, tak żeby wszyscy go widzieli.

Pojawiło się na nim pudełko oraz jego zawartość.

Knight się skrzywił.

background image

– Chryste – mruknął Jack. – Czy one są prawdziwe?

background image

Rozdział 84

Śmiertelnie blade dłonie kobiety obcięto na wysokości nadgarstków przy użyciu ostrza 

oraz piły. Krawędzie ciała były gładkie, natomiast kości – nierówne i wyszczerbione.

– Sprawdzić odciski palców? – zapytał Chuligan.

– Zostawmy to Scotland Yardowi – odparł Jack.

–  Nieważne   –   odezwał   się   Knight.   –  Założę   się,   że   to   dłonie   pewnej   zbrodniarki 

wojennej.

– Andzieli Brazlić? – spytał Jack.

Chuligan pokiwał głową.

– Szanse na pewno są spore, co?

Właściciel Private popatrzył na Knighta.

– Dlaczego ci je przysłał?

– Nie wiem.

To pytanie dręczyło detektywa w drodze do domu. Dlaczego on? Domyślał się, że w 

ten sposób Kronos chciał coś powiedzieć. Ale co? Czy chodziło o odcisk palca, który ta 

kobieta zostawiła na kopercie? A może zamachowiec chciał dowieść swojej bezwzględności?

Knight zadzwonił do Elaine Pottersfield, by powiedzieć, że Chuligan wiezie dłonie do 

Scotland Yardu. Podzielił się z nią podejrzeniami co do tożsamości ofiary.

– Jeśli to rzeczywiście ręce Andzieli Brazlić, świadczy to o niezgodzie w szeregach 

Kronosa – stwierdziła nadinspektor.

– Albo Kronos chce nam po prostu powiedzieć, że nie ma sensu szukać tej zbrodniarki. 

Popełniła błąd, a teraz nie żyje.

– To wszystko? – spytała.

– Rano jedziemy do lasu Kate – poinformował Knight. – A impreza jest o wpół do 

szóstej.

Cisza nie trwała długo.

– Przykro mi, Peter – powiedziała Pottersfield, po czym się rozłączyła.

Knight   dotarł   do   domu   około   dziesiątej.   Zastanawiał   się,   czy   jego   szwagierka 

background image

kiedykolwiek mu wybaczy i pogodzi się ze śmiercią Kate. Dopiero gdy stanął przed drzwiami 

domu,   zdał   sobie   sprawę   z   tego,   że   trzy   lata   temu   mniej   więcej   o   tej   porze   jego   żona 

zaczynała rodzić.

Nagle przed oczami stanęła mu twarz Kate, po tym jak odeszły jej wody – nie było w 

niej strachu, a jedynie bezbrzeżna radość wobec zbliżającego się cudu. A potem przypomniał 

sobie,   jak   zabierał   ją   ambulans.   Otworzył   drzwi   i   wszedł   do   domu   równie   skołowany   i 

zrozpaczony jak przed trzydziestoma sześcioma miesiącami.

W mieszkaniu pachniało czekoladą. Na stole w holu stały dwa prezenty opakowane w 

jasny papier. Knight skrzywił się na myśl, że jeszcze nic nie kupił dzieciom. Całkowicie 

pochłonęła go praca. A może specjalnie pozwolił, żeby go pochłonęła, bo nie chciał myśleć o 

urodzinach bliźniąt oraz śmierci żony?

Nie   znalazłszy   dobrej   odpowiedzi   na   to   pytanie,   spojrzał   na   podarunki.   Ze 

zdziwieniem stwierdził, że są od jego matki. Na przywieszkach napisano: „Od kochającej 

babci”.

Uśmiechnął   się,   a   do   oczu   napłynęły   mu   łzy.   Skoro   matka   w   swojej   samotności, 

rozpaczy i goryczy znalazła czas, by kupić wnukom prezenty, to może nie wycofa się z życia 

tak bardzo jak po śmierci męża.

– Pójdę już do domu, proszę pana – powiedziała Marta, wyłaniając się z kuchni. – 

Dzieci śpią. Kuchnia czysta. Karmelki gotowe. Luke próbował skorzystać z łazienki dużych 

chłopców, ale nic z tego nie wyszło. Kupiłam upominki na przyjęcie i zamówiłam tort. Jutro 

mogę przyjść na cały dzień łącznie z imprezą, ale potrzebuję wolnej niedzieli.

Niedziela. Maraton mężczyzn. Ceremonia zamknięcia. Knight musiał być  w pracy. 

Może namówi matkę albo Bossa.

– Niedziela wolna – zgodził się – a jutro naprawdę nie musisz przychodzić przed 

południem. Rano w dniu ich urodzin zwykle zabieram dzieci do lasu Epping i kościoła w 

High Beach.

– Co tam jest? – zainteresowała się Marta.

– Moja zmarła żona i ja braliśmy tam ślub. W lesie zostały rozsypane jej prochy. 

Pochodziła z Waltham Abbey, a ten las należał do jej ulubionych miejsc.

– Och, tak mi przykro – powiedziała ze skrępowaniem i ruszyła do wyjścia. – W takim 

razie będę w południe.

– W sam raz – odrzekł Knight, po czym zamknął za nią drzwi.

Zgasił lampy, zajrzał do dzieci, a później poszedł do swojego pokoju.

Siedząc na skraju łóżka, przyglądał się Kate, która zerkała na niego z fotografii, i 

background image

rozpamiętywał jej śmierć.

Rozpłakał się.

background image

Rozdział 85

Sobota, 11 sierpnia 2012

– Mam trzy lata! – krzyknęła tuż przy uchu ojca Isabel.

Knight otrząsnął się z koszmaru, w którym  Kate była zakładniczką Kronosa – nie 

szaleńca prześladującego olimpijczyków, ale mitologicznej postaci z zakrzywionym sierpem i 

apetytem na ich dzieci.

Ociekając potem, z grymasem na twarzy, zdezorientowany spojrzał na córkę, która z 

zaniepokojoną miną odsuwała się teraz od ojca, mocno przyciskając swój kocyk do policzka.

Wreszcie się ocknął. Nic jej nie jest! Luke’owi też nic nie jest! To był tylko straszny 

sen.

Odetchnął, uśmiechnął się i powiedział:

– Aleś ty wyrosła!

– Trzy lata – powtórzyła z szerokim uśmiechem Isabel.

– Lukey też trzy! – oznajmił od drzwi Luke.

– Co ty powiesz! – zawołał Knight, gdy chłopiec wskoczył na łóżko, a potem rzucił 

mu się w ramiona.

Isabel wspięła się tuż obok i przytuliła do ojca.

Ich zapach otoczył go, uspokoił i ponownie przypomniał, jakim jest niesamowitym 

szczęściarzem, że są w jego życiu – cząstki Kate, które przetrwają i będą rosnąć.

– Prezenty? – zapytał Luke.

– Jeszcze ich nie ma – odparł z pośpiechem Knight. – Będą dopiero na imprezie.

– Nie, tatusiu – zaprotestowała Isabel. – Wczoraj przyniósł je ten śmieszny pan. Są na 

dole.

– Przyniósł je pan Boss?

Synek Knighta z ponurą miną pokiwał głową.

– Boss nie lubi Lukeya.

– Jego strata. Idźcie po prezenty. Możecie je otworzyć tutaj.

background image

Dzieci   natychmiast   zerwały   się   z   łóżka   i   wybiegły   z   tupotem.   Po   dwudziestu 

sekundach wróciły, dysząc i uśmiechając się szeroko.

– No, dalej – powiedział Knight.

Chichocząc,   rozerwały   papier   i   już   wkrótce   prezenty   od   Amandy   zostały   otwarte. 

Isabel dostała śliczny srebrny medalion na łańcuszku. W środku znajdowała się fotografia 

Kate.

– To mamusia? – spytała dziewczynka.

Knight był szczerze wzruszony gestem matki.

– Tak. Teraz może być z tobą wszędzie – potwierdził zachrypniętym głosem.

– Co to, tatusiu? – zapytał Luke, podejrzliwie zerkając na swój podarek.

Knight przyjrzał się prezentowi, po czym wyjaśnił:

– To bardzo wyjątkowy zegarek dla bardzo dużego chłopca. Patrz, jest na nim Harry 

Potter, słynny czarodziej, a z tyłu wygrawerowano twoje imię.

– Zegarek dużego chłopca? – dopytywał się Luke.

– Tak – powiedział Knight, po czym zaczął się droczyć z synkiem: – Odłożymy go, aż 

dorośniesz.

Oburzony malec wyciągnął do niego rękę.

– Nie! Lukey duży! Lukey trzy latka!

–   Zupełnie   zapomniałem   –   rzekł   jego   ojciec,   po   czym   zapiął   mu   zegarek   na 

nadgarstku.

Z miłym zaskoczeniem stwierdził, że pasek dopina się niemal idealnie.

Podczas gdy Luke paradował z zegarkiem na ręku, Knight zawiesił Isabel medalion na 

szyi, zapiął łańcuszek, a potem z zachwytem przypatrywał się córeczce, kiedy przeglądała się 

w lustrze – wypisz, wymaluj mała Kate.

Przewinął Luke’a, potem umył i nakarmił oboje, a w końcu ubrał Isabel w sukienkę, a 

synka w niebieskie szorty oraz białą koszulę z kołnierzykiem. Przestrzegł dzieci, żeby się nie 

pobrudziły, a potem pobił rekord świata w tempie brania prysznica, golenia się i ubierania. 

Wyszli z domu o dziewiątej i udali się do garażu, który znajdował się kilka przecznic dalej, 

po rzadko używanego rangerovera.

Knight jechał ulicami na północ, a Isabel i Luke siedzieli za nim w fotelikach. Słuchał 

wiadomości w radiu. Zaczynał się przedostatni dzień igrzysk, dziś miały się rozstrzygnąć 

wyniki wielu biegów sztafetowych.

Spikerzy komentowali falę krytyki, która spadła na Scotland Yard i MI5, ponieważ jak 

dotąd nie poczyniono żadnych postępów w śledztwie dotyczącym Kronosa. Ani słowem nie 

background image

wspomniano jednak o dłoniach zbrodniarki wojennej. Pottersfield poprosiła, żeby na razie ta 

informacja pozostała poufna.

Wielu sportowców, dla których zawody dobiegły końca, wyjeżdżało do domów. Cała 

reszta,   jak   Hunter   Pierce,   zapowiedziała,   że   pozostaną   w   Parku   Olimpijskim   do   samego 

końca, bez względu na to, czego jeszcze spróbują Kronos i Furie.

Knight  dojechał  do Enfield,  skręcił  na wschód, a  potem  na południe  od Waltham 

Abbey w kierunku High Beach i lasu Epping.

– Dużo drzew – skomentowała Isabel, gdy wreszcie tam dotarli.

– Wasza mamusia lubiła drzewa.

Świetliste cętki przebijały wśród listowia otaczającego kościół w High Beach, który 

stał   na   polanie   blisko   skraju   lasu.   Parkowało   tam   kilka   samochodów,   ale   las   Epping   to 

popularne miejsce spacerów, więc Knight nie przypuszczał, by ktoś jeszcze przybył  tu ze 

względu na Kate. Jego matka była pogrążona we własnej żałobie, a rodzicie żony zmarli 

młodo.

Weszli do pustego kościoła. Knight kazał każdemu z dzieci zapalić świeczkę za mamę. 

Sam również zapalił jedną dla Kate, a potem cztery kolejne dla kolegów, którzy zginęli w 

katastrofie   lotniczej.   Trzymając   Isabel   i   Luke’a   za   ręce,   wyszedł   z   nimi   z   kościoła   i 

poprowadził ich ścieżką biegnącą w głąb lasu.

Liście szeleściły w leciutkich podmuchach wiatru. Po sześciu czy siedmiu minutach 

roślinność   się   przerzedziła.   Przeszli   przez   walący   się   kamienny   mur   i   znaleźli   się   w 

niewielkim   zagajniku.   Stare   dęby   rosły   wśród   wysokiej   trawy,   która   szumiała   w   letnim 

wietrze.

Knight stał przez chwilę, przyglądając się okolicy. Ściskał dzieci i ze względu na nie 

usiłował pohamować emocje.

–   Wasza   mamusia   chodziła   do   tego   kościoła,   kiedy   była   małą   dziewczynką,   ale 

najbardziej   lubiła   zaglądać   tutaj   –   odezwał   się   cicho.   –   Mówiła,   że   właśnie   w   tym 

błogosławionym miejscu wśród tych starych drzew może porozmawiać z Panem Bogiem. To 

dlatego rozrzuciłem jej... – Ścisnęło go w gardle.

– Podjąłeś doskonałą decyzję, Peter – odezwał się pełen emocji kobiecy głos za ich 

plecami. – To było ulubione miejsce Kate.

Knight odwrócił się, ocierając łzy rękawem.

– Tatusiu, kim jest ta pani? – zapytała Isabel, mocno trzymając się jego nogawki.

Uśmiechnął się.

– To wasza ciocia Elaine, kochanie. Starsza siostra mamusi.

background image

Rozdział 86

– Wiedziałam, że nie dotrę na imprezę – wyjaśniła cicho szwagierka Knighta w drodze 

powrotnej, kiedy dzieci zasnęły w fotelikach. – Poza tym uznałam, że to mi pomoże, jeśli 

poznam je właśnie tam.

Zbliżali się do garażu, gdzie Knight trzymał rangerovera.

– I pomogło?

Pottersfield skinęła głową. Oczy jej się zaszkliły.

– Wszystko było tak, jak trzeba. Zupełnie jakbym ją tam czuła. – Zawahała się, po 

czym dodała: – Przepraszam. Za to, jak cię traktowałam. Wiem, że to była decyzja Kate, by 

urodzić bliźnięta w domu. Ja po prostu...

– Nie rozmawiajmy o tym więcej – powiedział Knight, parkując auto. – To już za 

nami.   Moje   dzieci   mają   wielkie   szczęście,   że   jesteś   w   ich   życiu.   Ja   sam   mam   wielkie 

szczęście.

Westchnęła i uśmiechnęła się smutno.

– Dobrze. Pomóc ci?

Knight obejrzał się przez ramię na śpiące bliźnięta.

– Tak. Robią się za ciężkie, żebym sam zaniósł je tak daleko.

Pottersfield   wzięła  na  ręce  Isabel,  a  Knight  podniósł  Luke’a.  Wspólnie  ruszyli  do 

domu, który stał dwie przecznice dalej. Z wnętrza dobiegał dźwięk telewizora.

– Nowa niania – wyjaśnił Knight, szukając kluczy. – Zawsze przychodzi wcześniej.

– To dzisiaj rzadkość.

– Wręcz istny cud – przyznał. – Jest niesamowita. Tylko ona umie je oswoić. Nauczyła 

je sprzątać zabawki i chodzić spać na pstryknięcie palcami.

Otworzył drzwi. Marta pojawiła się niemal natychmiast. Zmarszczyła czoło, widząc 

Luke’a śpiącego w ramionach ojca.

– Chyba za dużo emocji – powiedziała, biorąc chłopca na ręce.

Potem z zaciekawieniem spojrzała na Pottersfield.

– Marto, to jest Elaine – poinformował Knight. – Moja szwagierka.

background image

– Dzień dobry – przywitała się Pottersfield, bacznie przyglądając się Marcie. – Peter 

mówi o pani w samych superlatywach.

Opiekunka zaśmiała się nerwowo i spuściła głowę.

– Pan Knight jest zbyt uprzejmy. – Na chwilę zamilkła, a potem spytała: – Czy ja pani 

nie widziałam w telewizji?

– Możliwe. Pracuję w Scotland Yardzie.

Marta już miała coś powiedzieć, gdy obudziła się naburmuszona Isabel. Spojrzała na 

ciocię, po czym jęknęła:

– Chcę do tatusia.

Knight wziął ją na ręce.

– Tata na parę godzin musi iść do pracy, ale wróci na imprezę.

– Niedługo pójdziemy po tort – zaproponowała Marta. – I balony.

Isabel się rozpogodziła, a Luke zbudził się ze snu. Zadzwonił telefon Pottersfield.

Nadinspektor Scotland Yardu słuchała uważnie, a potem zmarszczyła czoło.

– Dokąd ją zabierają?

Słuchała odpowiedzi, a tymczasem Marta wzięła Isabel od Knighta i ruszyła z nią i 

Lukiem w stronę kuchni.

– Kto ma ochotę na sok jabłkowy? – zapytała.

Pottersfield zamknęła komórkę i spojrzała na szwagra.

– Jakiś posterunkowy właśnie znalazł Selenę Farrell włóczącą się po ruinach starej 

gazowni Beckton, brudną i pokrytą własnymi odchodami. Bełkotała bez ładu i składu. Wiozą 

ją do szpitala London Bridge.

Knight zerknął przez ramię na Martę, która mocno ściskała rączki Isabel i Luke’a.

– Wrócę przed piątą, żeby pomóc ci rozwiesić dekoracje – obiecał.

– Do tego czasu wszystko będzie pod kontrolą – odrzekła z przekonaniem opiekunka. 

– Może mi pan zaufać.

background image

Rozdział 87

– Jesteś pewna? – pytam, starając się ze wszystkich sił nie krzyczeć do telefonu.

– Tak – syczy Marta. – Znaleźli ją w gazowni Beckton, niedaleko fabryki. Kto tam był 

ostatni?

Najpierw Petra, a teraz ty, Teagan, myślę krwiożerczo, zerkając na siostrę Marty, która 

siedzi   obok   mnie   za   kierownicą   samochodu.   W   moim   umyśle   znów   wrze.   Odpowiadam 

jednak niejasno:

– Czy to ma znaczenie?

– Na waszym miejscu natychmiast oczyściłabym fabrykę – mówi Marta. – Depczą 

nam po piętach.

To prawda. Spod morderczego szumu w uszach niemalże słyszę szczekanie psów.

Co za wpadka! Co za kolosalna wpadka! Farrell miała być uwolniona dopiero jutro 

rano,  miała   odwrócić  uwagę  policji,   która  skupiłaby  się  właśnie   na  niej,  podczas  gdy ja 

dopełniłbym zemsty. Powinienem był po prostu zabić Farrell, kiedy miałem możliwość. Ale 

nie, musiałem być sprytny. Musiałem nawarstwiać oszustwa. I źle na tym wyszedłem.

Moje palce biegną do blizny z tyłu głowy. Rozpala się nienawiść.

Zmuszono mnie. Moją jedyną nadzieją jest bezwzględność.

– Bierz dzieci – mówię. – Teraz. Wiesz, co masz robić.

– Wiem – odpowiada Marta. – Maleństwa już słodko śpią.

background image

Rozdział 88

Szpitalny   zapach   i   odgłosy   towarzyszące   krzątaninie   personelu   medycznego 

wyprowadzały Knighta z równowagi w sposób, jakiego się nie spodziewał. Nie był w żadnej 

placówce   medycznej   od   czasu,   gdy   do   jednej   z   nich   zawieziono   ciało   Kate.   Czuł   się 

wstrząśnięty, kiedy wraz z Pottersfield dotarli na OIOM szpitala London Bridge.

– Tak wyglądała, kiedy ją znaleźli – powiedział policjant pilnujący sali, pokazując im 

fotografię.

Farrell   była  w  stroju  Syren  St.  James,   tyle  że   potwornie   brudna.  Robiła   wrażenie 

otumanionej niczym pacjent po lobotomii. Z dłoni zwisała jej rurka kroplówki.

– Coś mówiła? – spytała Pottersfield.

– Bełkotała o ciele bez rąk – odparł policjant.

– Bez rąk? – powtórzył Knight, zerkając na szwagierkę.

– Głównie gada bez sensu. Ale może teraz będziecie mieć więcej szczęścia, bo ją 

odtruli.

– Była pod wpływem narkotyków? – zdziwiła się Pottersfield. – Wiemy to na pewno?

– Bardzo mocnych dawek zmieszanych ze środkami uspokajającymi.

Weszli   na   OIOM.   Profesor   Selena   Farrell   leżała   z   zamkniętymi   oczami   w   łóżku 

otoczonym aparaturą monitorującą. Jej skóra miała trupio blady odcień. Nadinspektor stanęła 

obok.

– Profesor Farrell? – powiedziała.

Twarz pacjentki wykrzywiła się w grymasie gniewu.

– Idź sobie. Głowa. Boli. Bardzo – odezwała się bełkotliwie,  połykając  końcówki 

słów.

– Pani profesor – powiedziała stanowczo policjantka. – Jestem nadinspektor Elaine 

Pottersfield z londyńskiej policji. Muszę z panią porozmawiać. Proszę otworzyć oczy.

Farrell zamrugała i zaraz się skrzywiła.

– Zgaście światła. Migrena.

Pielęgniarka zasunęła kotarę. Farrell ponownie otworzyła oczy. Rozejrzała się po sali, 

background image

zobaczyła Knighta, a potem zdezorientowana znów skupiła wzrok na Pottersfield.

– Co się ze mną stało?

– Mieliśmy nadzieję, że pani nam to powie – odparła nadinspektor.

– Nie wiem.

–   Czy   potrafi   pani   wyjaśnić,   dlaczego   pani   materiał   DNA,   a   konkretnie   włos, 

znaleziono w jednym z listów Kronosa adresowanych do Karen Pope? – zapytała Pottersfield.

Ta informacja powoli docierała do otumanionego umysłu Farrell.

– Pope? Tej dziennikarki? Moje DNA? Nie, nie pamiętam.

– A co pani pamięta? – włączył się Knight.

Profesor zamrugała oczami i jęknęła.

– Ciemny pokój. Leżę na łóżku. Sama. Przywiązana. Nie mogę wstać. Głowa mi pęka, 

ale nie chcą mi dać nic na ból.

– Kto? – naciskał Knight.

– Kobiety. Różne kobiety.

Pottersfield zaczynała się denerwować.

–   Czy   pani   rozumie,   że   analiza   DNA   łączy   panią   z   siedmioma   morderstwami 

popełnionymi w ciągu ostatnich dwóch tygodni?

Ta wiadomość zszokowała Selenę Farrell. Profesor nieco oprzytomniała.

– Co? Siedem? Ja nikogo nie zabiłam. Ja nigdy... Jaki dziś dzień?

– Sobota, jedenasty sierpnia dwa tysiące dwunastego roku – powiedział Knight.

Profesor jęknęła.

– Nie. Wydawało mi się, że byłam tam tylko jedną noc.

– W ciemnym pomieszczeniu z kobietami? – zapytała Pottersfield.

– Nie wierzy mi pani?

– Nie.

– Dlaczego udawała pani, że zrobiło się pani niedobrze, i uciekła pani z gabinetu, 

kiedy Karen Pope puściła tę fletową melodię? – chciał wiedzieć Knight.

Farrell szerzej otworzyła oczy.

– Zrobiło mi się niedobrze... bo słyszałam ją już wcześniej.

background image

Rozdział 89

Kończę rozmawiać przez telefon z Martą i patrzę na Teagan. W tej chwili miałbym 

ochotę urwać jej głowę. Ale prowadzi samochód, a wypadek na tak zaawansowanym etapie 

rozgrywki nie wchodzi w grę.

– Zawróć – mówię, usiłując zachować spokój. – Musimy jechać do fabryki.

– Do fabryki? – powtarza nerwowo Teagan. – Jest środek dnia.

– Farrell uciekła. Policja znalazła ją w gazowni. Knight i ta nadinspektor Pottersfield 

są z nią teraz w szpitalu.

Teagan blednie.

– Jak to się mogło stać? – pytam cicho. – Miała zostać uwolniona dopiero jutro rano. 

Twoim obowiązkiem było tego dopilnować, siostro.

– Powinnam była ci powiedzieć – mówi spanikowana – ale wiem, że jesteś pod wielką 

presją.   Wczoraj   nad   ranem   w   fabryce   pojawili   się   jacyś   pijacy.   Myślałam,   że   smród 

wystarczy, żeby nie zbliżali się do magazynu. Pewnie urwali kłódkę i wypuścili Farrell albo 

coś w tym stylu. Sama nie wiem.

– Musimy posprzątać – mówię. – Zawieź nas tam. Natychmiast.

Nie rozmawiamy po drodze ani gdy wchodzimy na teren toksycznej fabryki, ani gdy 

zakradamy się do piwnicy. Byłem tu tylko raz, więc Teagan idzie przodem. Oboje mamy 

torby na śmieci.

Smród   wydobywający   się   przez   otwarte   drzwi   jest   obrzydliwy.   Jednak   Teagan 

wchodzi bez wahania. Spoglądam na żelazne koła na drzwiach i framudze. Nienaruszone. 

Potem mój wzrok biegnie na ziemię.

Kłódka leży w kącie. Otwarta, ale nie rozerwana.

Pochylam  się, podnoszę ją i wieszam sobie pałąk na środkowym  palcu jak kastet, 

zaciskając korpus w dłoni. Teagan włożyła już rękawiczki. Wpycha kroplówki do worka na 

śmieci.

– Do roboty – mówię, po czym  zbliżam się do niej i przykucam,  żeby lewą ręką 

podnieść zużytą strzykawkę.

background image

Wstaję, spragniony zemsty jak wzgardzony kochanek. Dla zmyłki wyciągam dłoń ze 

strzykawką w stronę worka, po czym prawą ręką wyprowadzam cios pałąkiem kłódki do 

przodu.

Teagan nie ma szans. Impet miażdży jej krtań.

Zatacza się w tył, sina na twarzy, krztusi się, wybałuszonymi oczami patrzy na mnie z 

niedowierzaniem.  Drugie uderzenie  łamie  jej  nos i popycha  na ścianę. Teraz już wie, że 

jestem wybitniejszą istotą. Trzeci cios trafia w skroń. Teagan pada na brudną podłogę.

background image

Rozdział 90

– Oczywiście,  że ją pani wcześniej słyszała  – odparła Pottersfield. – Była  w pani 

komputerze.   Podobnie   jak   program   do   przejęcia   kontroli   nad   ekranami   na   stadionie 

olimpijskim podczas ceremonii otwarcia igrzysk.

– Co?! – krzyknęła profesor. Spróbowała usiąść na łóżku i skrzywiła się z bólu. – Nie, 

nie! Ktoś mniej więcej rok temu zaczął mi ją nagrywać na automatyczną sekretarkę i wysyłać 

w e-mailach z anonimowych kont. Zupełnie jakby mnie prześladowano. Po jakimś czasie 

zaczęło mi się robić niedobrze za każdym razem, kiedy ją słyszałam.

– Wygodna wymówka – warknęła Pottersfield. – A program w pani komputerze?

– Nie wiem, o czym pani mówi. Może ktoś go tam umieścił, pewnie ta sama osoba, 

która przesyłała mi muzykę.

Knight również nie dowierzał.

– Czy zgłosiła pani komuś, że jest nękana w internecie?

Profesor stanowczo kiwnęła głową.

– I to dwa razy,  na komisariacie w Wapping. Ale powiedziano mi, że przesyłanie 

muzyki to nie przestępstwo, a ja nie miałam innych dowodów nękania. Mówiłam, że mam 

pewne podejrzenia na temat tego, kto może za tym stać, ale nikt nie chciał mnie słuchać. 

Poradzili, żebym zmieniła numer telefonu i adres e-mail. Tak zrobiłam i wtedy się skończyło. 

Ból głowy także minął aż do czasu, gdy znów puściliście mi tę muzykę w moim gabinecie.

Knight zmrużył oczy. Starał się dostrzec sens tego wyjaśnienia. Czy to możliwe, że 

Farrell została wrobiona i miała odwrócić ich uwagę? Dlaczego jej po prostu nie zabito?

Najwyraźniej Pottersfield rozumowała w ten sam sposób, ponieważ spytała:

– Kto pani zdaniem przesyłał tę muzykę?

Farrell lekko wzruszyła ramionami.

– Znam tylko jednego człowieka, który gra na fletni.

Knight i Pottersfield milczeli.

– To Jim Daring – powiedziała profesor. – Wiecie, ten facet z British Museum. Ma 

program w telewizji.

background image

Ciekawa sprawa, pomyślał Knight i przypomniał sobie, że Daring wyrażał się o Farrell 

wyjątkowo pochlebnie i kilkakrotnie powtarzał, iż on i Pope powinni się z nią spotkać. Czy to 

również część zmyłki?

Pottersfield wciąż wydawała się bardzo sceptyczna.

–   Skąd   pani   wie,   że   gra   na   tym   instrumencie,   i   dlaczego   miałby   panią   nękać, 

przesyłając tę melodię?

– W latach dziewięćdziesiątych miał ze sobą fletnię na Bałkanach. Grywał na niej dla 

mnie.

– No i? – ponaglił Knight.

Farrell chyba czuła się niezręcznie.

– Daring próbował mnie poderwać. Powiedziałam mu, że nie jestem zainteresowana, a 

wtedy  się zdenerwował  i  wpadł  w obsesję.  Zaczął  mnie  prześladować.   Zgłosiłam   to,  ale 

wkrótce  sprawa straciła  znaczenie.  Ucierpiałam  w wypadku  ciężarówki  i zabrano mnie  z 

Sarajewa. Więcej go nie widziałam.

– Przez ile lat? – spytał Knight.

– Szesnaście? Siedemnaście?

– A mimo to podejrzewała pani właśnie jego – odparła Pottersfield.

Twarz profesor przybrała kamienny wyraz.

– Tylko on przyszedł mi do głowy.

– Sprytnie – skomentowała nadinspektor Scotland Yardu. – Zwłaszcza że on także 

zniknął. To znaczy Daring.

Mina Farrell znów wyrażała dezorientację.

– Co?

– Twierdzi pani, że przetrzymywano panią w ciemnym pomieszczeniu i zajmowały się 

panią kobiety – odezwał się Knight. – Jak się pani wydostała?

Farrell przez chwilę zastanawiała się nad odpowiedzią.

– Chłopcy, ale nie... tak, na pewno pamiętam głosy jakichś chłopaków, a potem znowu 

straciłam przytomność. Kiedy się ocknęłam, mogłam ruszać rękami i nogami. Więc wstałam, 

znalazłam drzwi i... – Zawahała się i spojrzała w dal. – To chyba była jakaś stara fabryka. Z 

ceglanym murem.

– Policjantowi mówiła pani o zwłokach bez dłoni – powiedziała nadinspektor.

Na twarzy profesor odmalował się strach. Patrzyła to na Knighta, to na Pottersfield.

– Obsiadały ją muchy. Setki much.

– Gdzie?

background image

– Nie wiem. – Skrzywiła się i potarła czoło. – Chyba gdzieś w tej fabryce. Kręciło mi 

się w głowie. Ciągle upadałam. Nie byłam w stanie jasno myśleć.

Po długim milczeniu Pottersfield najwyraźniej doszła do jakiegoś wniosku. Wyjęła 

telefon, wstała i odeszła kilka kroków od szpitalnego łóżka Farrell.

– Tu Pottersfield – powiedziała po chwili. – Szukajcie porzuconej fabryki w pobliżu 

gazowni Beckton. Ma ściany z cegły. W środku mogą się znajdować zwłoki bez dłoni. Albo i 

więcej ciał.

Tymczasem Knight przypomniał sobie, czego Karen Pope dowiedziała się na temat 

Farrell.

– Jak pani trafiła do tego pomieszczenia w fabryce? – zapytał.

Profesor pokręciła głową.

– Nie pamiętam.

– A ostatnia rzecz, którą pani pamięta? – rzuciła Pottersfield, zatrzaskując komórkę.

Farrell zamrugała oczami, po czym zesztywniała.

– Nie mogę powiedzieć.

–   Czy   Syren   St.   James   coś   o   tym   wie?   –   wtrącił   Knight.   Dźwięk   tego   nazwiska 

wyraźnie nią wstrząsnął.

– Kto? – zapytała cicho.

– Pani alter ego wśród lesbijskiej elity Londynu – powiedziała Pottersfield.

– Nie wiem, o czym pani...

– O Syren St. James wie cały Londyn – przerwał jej Knight. – Pisały o niej wszystkie 

gazety.

Profesor była zdruzgotana.

– Co? Jak to?

– Karen Pope – odparł detektyw. – Odkryła sekrety pani podwójnego życia i opisała je 

w artykule.

– Dlaczego? – jęknęła cicho Farrell.

– Bo pani materiał DNA łączył panią z morderstwami – wyjaśniła Pottersfield. – I to 

się wciąż nie zmieniło. Z badania DNA wynika, że coś panią wiąże z Kronosem i Furiami.

Farrell wpadła w histerię.

– Nie jestem Kronosem! – krzyknęła. – Nie jestem Furią! Prowadziłam drugie życie, 

ale to wyłącznie moja sprawa. Nie mam nic wspólnego z żadnymi zabójstwami!

Do sali wpadła pielęgniarka i kazała im wyjść.

– Jeszcze tylko minuta – nie ustępowała Pottersfield. – Po raz ostatni widziano panią w 

background image

Candy Barze dwa tygodnie temu w piątek dwudziestego siódmego lipca.

Ta informacja zdezorientowała profesor Farrell.

– Widziała tam panią znajoma, Nell – dodał Knight. – Powiedziała Karen Pope, że 

towarzyszyła pani kobieta w toczku z woalką zasłaniającą twarz.

Farrell zaczęła szukać tego wspomnienia w pamięci. W końcu kiwnęła głową.

–   Tak.   Poszłam   z   nią   do   samochodu.   Miała   tam   wino.   Nalała   mi   kieliszek   i...   – 

Spojrzała na Pottersfield. – To ona mnie odurzyła.

– Co za „ona”? – spytała stanowczo nadinspektor.

–   Nie   znam   jej   prawdziwego   nazwiska   –   wyznała   zawstydzona   Farrell.   – 

Przypuszczam, że używała pseudonimu tak jak ja. Ale przedstawiła się jako Marta. Mówiła, 

że jest z Estonii.

background image

Rozdział 91

Tego popołudnia nad Londynem szalała gwałtowna burza.

W świetle błyskawic deszcz lał na szybę nieoznakowanego samochodu Pottersfield 

pędzącego na sygnale w stronę Chelsea. Nadinspektor co chwila zerkała z wściekłością na 

Knighta, który wyglądał tak, jakby stoczył walkę z duchem. Ponownie wybrał numer komórki 

Marty.

– Odbierz – powtarzał. – Odbierz, ty suko.

– Peter, jak mogłeś jej nie sprawdzić?! – krzyknęła Pottersfield.

– Przecież sprawdziłem, Elaine! Ty też! Była dla mnie idealna.

Z   piskiem   hamulców   zatrzymali   się   przed   domem   Knighta,   gdzie   stało   już   kilka 

radiowozów   z   migającymi   światłami.   Mimo   deszczu   gromadził   się   tłum.   Umundurowani 

funkcjonariusze właśnie rozstawiali barierki.

Knight   wyskoczył   z   auta   Pottersfield.   Miał   wrażenie,   że   balansuje   na   krawędzi 

ciemnej, bezdennej przepaści.

Bella? Mały Lukey? Przecież mają urodziny.

Przed drzwiami czekał na niego z ponurą miną inspektor Billy Casper ze Scotland 

Yardu.

– Przykro mi, Peter. Przyjechaliśmy za późno.

– Nie! – wrzasnął Knight, wpadając do wnętrza. – Nie.

Gdziekolwiek spojrzał, widział dziecięce rzeczy:  zabawki, talk, paczki z balonami, 

serpentyny, świeczki. Otępiały minął to wszystko i wszedł do kuchni. W śniadaniowej misce 

Luke’a wciąż było mleko. Na podłodze obok krzesełka Isabel leżał jej kocyk.

Knight jęknął w duchu, wiedząc, że Bella bez niego musi być  całkiem zagubiona. 

Nagle   ogrom   tej   sytuacji   prawie   go   przytłoczył.   Nie   poddał   się   jednak   i   walczył   z   tym 

uczuciem w jedyny znany sposób: działał dalej.

Odnalazł Pottersfield.

– Przeszukajcie jej mieszkanie – powiedział. – Adres macie w CV. A cały mój dom 

musi być pełen jej odcisków palców. Potraficie namierzyć jej komórkę?

background image

– O ile ma ją przy sobie – odrzekła nadinspektor. – Tymczasem zadzwoń do swojej 

koleżanki   Pope,   a   ja   powiadomię   dziennikarzy,   których   znam.   Fotografie   dzieci   będą 

wszędzie, Peter. Ktoś na pewno je widział.

Knight przytaknął, a potem coś mu przyszło do głowy.

– A jeśli o to im właśnie chodzi?

– Co? – spytała Pottersfield. – Dlaczego?

– Dla odwrócenia uwagi. Sama pomyśl. Jeżeli wszędzie pojawią się zdjęcia bliźniąt, a 

opinia   publiczna   dowie   się,   że   zostały   porwane   przez   kobietę   powiązaną   z   Kronosem, 

wszystkie wysiłki służb skoncentrują się na poszukiwaniach Isabel i Luke’a. Nic nie ochroni 

olimpiady przed ostatnim atakiem.

– Peter, przecież musimy coś zrobić.

Knight sam nie wierzył, że to mówi, ale odrzekł:

– Możemy ich przeczekać  jeszcze przez kilka godzin, Elaine.  Zobaczymy,  czy się 

zdenerwują.   Czy   zadzwonią.   Jeżeli   nie   odezwą   się,   powiedzmy,   do   ósmej,   roześlemy 

wszędzie zdjęcia dzieci.

Zanim   Pottersfield   zdążyła   odpowiedzieć,   wyciągnął   komórkę   i   wybrał   numer   do 

Chuligana.

W słuchawce rozległ się radosny okrzyk.

– Słyszałeś, Peter?! – ryknął Chuligan. – Jeden-jeden. Wyrównaliśmy!

– Przyjedź do mnie do domu – powiedział Knight. – Natychmiast.

– Natychmiast? – jęknął szef laboratorium Private. Był chyba lekko pijany. – Odbiło 

ci? Gramy o cholerny złoty medal, a ja mam miejsce na samym środku.

– Kronos porwał moje dzieci.

Cisza, a potem:

– O nie! Kuźwa. Zaraz będę, Peter. Zaraz będę.

Knight się rozłączył. Elaine wyciągnęła rękę po jego telefon.

– Potrzebujemy go na kilka minut, żeby założyć ci namierzanie.

Oddał jej aparat, po czym wszedł na piętro. Wziął zdjęcie Kate i zaniósł je do pokoju 

dziecinnego. Domem wstrząsnął piorun. Knight usiadł na leżance, spojrzał na puste łóżeczka 

oraz na tapetę wybraną przez żonę. Zastanawiał się, czy pisane mu są wyłącznie tragedia i 

utrata bliskich.

Potem   na   stole   do   przewijania   zauważył   butelkę   dziecięcego   leku 

przeciwhistaminowego. Odstawił fotografię Kate, podszedł tam i przekonał się, że jest prawie 

pusta. Poczuł się wściekły i oszukany. Usypiała mu dzieci pod nosem!

background image

Pottersfield zapukała i weszła do pokoju. Spojrzała na zdjęcie Kate stojące na leżance, 

po czym podała mu komórkę.

– Teraz   jesteś  podłączony do  naszego  systemu.   Możemy  namierzyć   numer   każdej 

dzwoniącej   do   ciebie   osoby.   Właśnie   dostałam   wiadomość,   że   w   pobliżu   gazowni,   w 

zamkniętej fabryce zanieczyszczonej niebezpiecznymi odpadami przemysłowymi, znaleziono 

ciała dwóch kobiet po trzydziestce. Jedną zatłuczono na śmierć parę godzin temu. Nie ma 

dokumentów. Druga nie żyje od paru dni, ciało jest pozbawione dłoni. Zakładamy,  że to 

Andziela Brazlić i jej starsza siostra Nada.

– Nie ma już dwóch Furii. Zostali Marta i Kronos – powiedział bezbarwnym głosem 

Knight. – Myślisz, że Kronosem może być Daring? Po tym, co nam powiedziała Farrell? 

Nękanie na Bałkanach... Fletnia...

– Nie wiem.

Nagle Knight poczuł, że ogarnia go zwątpienie – silne, wprost klaustrofobiczne.

– Czy ma znaczenie, gdzie będę się znajdował, kiedy do mnie zadzwonią?

– Raczej nie.

Spojrzał na fotografię Kate.

– Nie mogę tu tak siedzieć, Elaine – powiedział. – Muszę się ruszyć. Pójdę na spacer. 

W porządku?

– Bylebyś miał włączony telefon.

– Powiedz Chuliganowi, żeby do mnie zadzwonił, jak tylko przyjedzie. Trzeba też 

powiadomić Jacka Morgana. Jest z ludźmi na stadionie, pilnują biegów sztafetowych.

Skinęła głową.

– Nie martw się, Peter, znajdziemy dzieci.

– Wiem – odparł, choć wcale nie był o tym zbyt przekonany.

Włożył płaszcz nieprzemakalny, a następnie wyszedł tylnymi drzwiami, na wypadek 

gdyby przed domem już koczowali dziennikarze. Ruszył  zaułkiem, zastanawiając się, czy 

powinien włóczyć się bez celu, czy może wsiąść do samochodu i pojechać z powrotem do 

kościoła  w High Beach, żeby się pomodlić. Potem jednak zrozumiał,  że jest tylko  jedno 

miejsce, w którym pragnie się znaleźć, i tylko jedna osoba, z którą chce się widzieć.

Zmienił kierunek marszu. Brnął przez miasto w deszczu, mijał puby, z wnętrz słyszał 

radosne okrzyki. Najwyraźniej Anglia właśnie zdobywała złoty medal, a tymczasem on tracił 

wszystko, co dla niego ważne.

Kiedy stanął na progu domu na Milner Street, miał przemoczone włosy oraz nogawki 

spodni. Nacisnął dzwonek i zastukał kołatką, podnosząc głowę do kamery.

background image

Drzwi otworzyły się, ukazując Bossa.

– Szefowa nie przyjmuje gości – rzucił oschle.

– Zejdź mi z drogi, człowieczku – warknął Knight tonem tak groźnym, że asystent 

matki usunął się bez słowa protestu.

Detektyw   otworzył   drzwi   gabinetu   Amandy,   nie   pukając.   Jego   matka   siedziała 

pochylona   nad   stołem   projektowym.   Kroiła   materiał.   Wokół   na   manekinach   wisiało 

kilkanaście nowych kreacji.

Podniosła głowę i spojrzała na niego lodowatym wzrokiem.

– Peter, czy nie wyraziłam się wystarczająco jasno, że chcę być sama?

Ruszył w jej stronę, mówiąc:

– Mamo...

Przerwała mu.

– Zostaw mnie w spokoju, Peter. Co ty tu robisz, na litość boską? Dziś są urodziny 

twoich dzieci. Powinieneś być teraz z nimi.

To przepełniło czarę. Zakręciło mu się w głowie, a potem stracił przytomność.

background image

Rozdział 92

W gasnącym świetle dnia Karen Pope pędziła przez mżący deszcz w kierunku domu 

Knighta w Chelsea. Reporter z „The Sun” zajmujący się sprawami policyjnymi dał jej cynk, 

że w domu agenta Private kroi się coś ważnego, więc natychmiast tam ruszyła. Po drodze bez 

przerwy do niego wydzwaniała.

Słyszała jednak tylko dziwne pikanie, a potem komunikat, że „abonent jest chwilowo 

niedostępny”. Widziała już policyjne bariery i...

– Cześć,  ciebie  też  wezwał  Peter?   – rzucił   Chuligan,  zbliżając  się  truchtem.   Miał 

zaczerwienione oczy, a jego oddech zalatywał papierosami, czosnkiem i piwem. – Byłem na 

stadionie, kiedy do mnie zadzwonił. Musiałem wyjść z cholernego meczu o złoty medal. 

Przegapiłem zwycięską bramkę!

– Musiałeś? Z jakiego powodu? – zapytała. – Skąd się tu wziął Scotland Yard?

Wyjaśnił jej, a wtedy miała ochotę się rozpłakać.

– Dlaczego? Dlaczego jego dzieci?

Karen zadała to samo pytania nadinspektor Pottersfield, kiedy weszli do domu.

– Peter uważa, że to taktyka dla odwrócenia uwagi – powiedziała policjantka.

– Może. Marta była tu przez ostatnie dwa tygodnie, prawda? – Chuligan nie potrafił 

ukryć lekko niewyraźnej mowy.

– Mniej więcej – potwierdziła Pope.

– Właśnie. Więc zastanawiam się dlaczego. I myślę sobie, że Kronos wysłał ją jako 

szpiega. Nie był w stanie umieścić kogoś w Scotland Yardzie, ale ta Marta mogła węszyć w 

Private, nie?

– W porządku. – Pottersfield zmrużyła oczy.

– Gdzie komputery Petera? A telefony?

– Komórkę  ma  ze sobą – poinformowała  nadinspektor.  – Domowy telefon  jest w 

kuchni. Komputer widziałam w jego pokoju na piętrze.

Po dwudziestu minutach Chuligan ponownie znalazł Pottersfield i Pope, które właśnie 

rozmawiały z Billym Casperem.

background image

–   Pani   nadinspektor,   to   powinno   panią   zainteresować   –   powiedział,   unosząc   dwie 

torebki z dowodami. – W telefonie była pluskwa, a w komputerze rejestrator klawiszy. Założę 

się, że w komórce także ma podsłuch. A może coś jeszcze.

– Proszę do niego zadzwonić – poleciła Pottersfield.

– Już próbowałem. Wysłałem też SMS-a. Nie odpowiada, jest tylko jakiś komunikat o 

kłopotach z połączeniem.

background image

Rozdział 93

Za oknem gabinetu Amandy zapadał mrok. Komórka Knighta leżała na stoliku. On 

sam siedział na kanapie i wpatrywał się w telefon. Czuł się tak, jakby coś poparzyło mu 

mózg, a w żołądku miał pustkę, jakiej nie zaznał jeszcze nigdy w życiu.

Dlaczego nie zadzwonili?

Matka usiadła obok niego.

– Peter, ktoś tak dobry jak ty nie powinien tyle cierpieć, ale nie możesz tracić nadziei.

– Absolutnie – dodał z mocą Boss. – Ta twoja dwójka barbarzyńców to prawdziwi 

wojownicy. Ty także musisz nim być.

Knight czuł się jednak pokonany tak jak wtedy, gdy trzymał noworodki w ramionach i 

patrzył, jak sanitariusze wkładają ciało żony do ambulansu.

– Dziś są ich urodziny – powiedział cicho. – Spodziewali się tego samego co każdy 

trzylatek: tortu, lodów i...

Amanda pogładziła syna po głowie. Był to z jej strony tak rzadki i niespodziewany 

gest, że Knight spojrzał na nią z niewyraźnym uśmiechem.

– Mamo, wiem, jak okrutne ostatnio było dla ciebie życie, ale chcę ci podziękować, że 

tak się troszczysz o dzieci. Zdążyły otworzyć tylko twoje prezenty.

Amanda była zdziwiona.

– Naprawdę? Nie sądziłam, że tak szybko do was dotrą.

– Ja je zawiozłem – poinformował Boss. – Uznałem, że powinny być na czas.

– Dziękuję – rzekł Knight. – Dzieci były zachwycone. Mamo, muszę przyznać, że 

umieszczenie fotografii Kate w medalionie to jedna z najbardziej wzruszających rzeczy, jakie 

kiedykolwiek zrobiłaś.

Jego matka, zwykle zachowująca stoicki spokój, miała łzy w oczach.

– Martwiliśmy się z Bossem, że to nie zabawki.

– Nie, nie, maluchy naprawdę były zachwycone. Luke nosił ten zegarek jak złoty 

medal. A wisiorek Isabel pasuje idealnie. Chyba nigdy go nie zdejmie.

Amanda kilka razy zamrugała, potem zerknęła na Bossa, a w końcu spytała:

background image

– Myślisz, że teraz mają je na sobie? Ten zegarek i wisiorek?

– Chyba tak – odrzekł Knight. – Nie widziałem ich w domu.

Jego matka spojrzała na Bossa, który uśmiechał się od ucha do ucha.

– Aktywowałeś je? – zapytała.

– Jeszcze zanim zarejestrowałem gwarancję!

– O czym wy mówicie? – nie rozumiał Knight.

–   Peter,   nie   patrzyłeś   na   pudełka?!   –   zawołała   Amanda.   –   Wisiorek   i   zegarek 

wyprodukowała  firma   Trace  Angels,  w którą  zainwestowałam.  To  miniaturowe  nadajniki 

GPS pozwalające rodzicom śledzić swoje dzieci!

background image

Rozdział 94

Knight wypadł z domu matki, nie spuszczając z oka dwóch małych pulsujących ikon w 

kształcie serduszek, które powoli przesuwały się po mapie na ekranie jego iphone’a.

Z danych na wyświetlaczu wynikało, że Luke i Isabel znajdują się nie dalej niż trzy 

kilometry   stąd!   Ta   informacja   spowodowała,   że   Knight   wybiegł   z   mieszkania   matki   bez 

chwili wahania. Wyszedł na ulicę, żeby złapać taksówkę, a także sprawdzić, dlaczego jego 

telefon nie łapie sygnału w budynku.

Ponownie   wybrał   numer   Elaine   Pottersfield,   ale   odezwał   się   tylko   komunikat   o 

kłopotach   z   połączeniem.   Właśnie   miał   wrócić   do   domu,   gdy   zobaczył   nadjeżdżającą 

taksówkę.

Zatrzymał ją i wskoczył do środka.

– Na stację metra Lancaster Gate.

– Yah, mon – potwierdził kierowca. – Hej, to ty!

Knight dopiero po chwili zorientował się, że ten sam facet gonił taksówkę, która o 

mały włos nie przejechała jego i Lancera.

– Kronos ma moje dzieci.

– Ten świrus, co wysadził Mundaho?! – zawołał Jamajczyk.

– Gaz do dechy, człowieku!

Pędzili   na   północny   zachód   w   stronę   Brompton   Road.   Knight   znów   spróbował 

dodzwonić   się   do  Pottersfield.   Nie   udało   się,  ale   gdy  tylko   przerwał   próbę,  jego  iphone 

zabrzęczał, informując o nowym SMS-ie.

Wiadomość przesłał mu Chuligan. Brzmiała:

Jestem u ciebie. Pluskwy w telefonie i kompie.

Pewnie w komórce też. Może cię namierzają.

Zadzwoń.

Namierzają? – pomyślał Knight. Cały czas mnie śledzili?

background image

– Zatrzymaj się! – krzyknął.

– Ale twoje dzieci, mon! – zaprotestował taksówkarz.

– Zatrzymaj się – powtórzył Knight, starając się zachować zimną krew. Zerknął na 

pulsujące   serca   na   ekranie.   Znajdowały  się   w  budynku   przy  Porchester   Terrace.   –   Masz 

komórkę?

– Telefon mojej starej zdechł dziś rano – odparł kierowca, parkując przy krawężniku. – 

Dałem jej swój, dopóki tamtego nie naprawią.

–   Szlag   by   to...   –   mruknął   Knight.   Po   raz   ostatni   zerknął   na   wyświetlacz,   chcąc 

zapamiętać   adres,   pod   którym   przetrzymywano   jego   dzieci.   Potem   podał   iphone’a 

taksówkarzowi   wraz   z   dwoma   banknotami   pięćdziesięciofuntowymi.   –   Słuchaj   uważnie, 

kolego. Zostawię ci ten telefon, a ty z nim pojedziesz na lotnisko Heathrow.

– Co?

– Nie dyskutuj. – Detektyw zapisał coś na wizytówce. – Jedź na Heathrow, a potem 

wróć pod ten adres w Chelsea. Zastaniesz tam policję. Pytaj o nadinspektor Pottersfield albo o 

Chuligana Crawforda z agencji Private. Daj im ten telefon. Będzie na ciebie czekać nagroda.

– A co z twoimi dziećmi, mon?

Ale Knighta już nie było. Przebiegł przez Brompton Road w stronę Montpelier Street. 

Kierował się na północ, ku Hyde Parkowi. Pomyślał, że ostatnie, czego mu trzeba, to żeby 

policja zjechała się tam całą kupą, otoczyła dom i sprowokowała do działania Martę albo 

Kronosa. To mogłoby kosztować życie Luke’a i Isabel, a tego by nie przeżył. Postanowił 

najpierw obejrzeć sobie to miejsce, a potem znaleźć  telefon i powiadomić  Elaine,  Jacka, 

Chuligana, Pope oraz wszystkich ludzi w Londynie.

Docierając do ścieżki biegnącej wzdłuż zachodniego brzegu jeziora Serpentine, ciężko 

dyszał. Paliło go w płucach, gdy dziesięć minut później opuścił park i przeciął Bayswater 

Road naprzeciwko stacji metra Lancaster Gate.

Szedł dalej Bayswater, minął tłum imprezowiczów przy pubie The Swan, gdzie wciąż 

świętowano   sensacyjne   zwycięstwo   Anglii   nad   Brazylią.   W   końcu   skręcił   w   prawo   w 

Porchester   Terrace.   Adres,   którego   szukał,   znajdował   się   po   zachodniej   stronie   ulicy, 

niedaleko Fulton Mews.

Knight pozostał na wschodnim chodniku. Metodycznie przemieszczał się na północ, 

dopóki nie zaszedł tak daleko, że już nie śmiał się bardziej zbliżyć. Bardzo żałował, że nie ma 

ze sobą lornetki, ale i stąd widział, że biały budynek mieszkalny ma balkony na każdym 

piętrze oraz żelazne kraty w oknach na parterze.

Po obu jego stronach stały identyczne budynki. We wszystkich oknach domu panował 

background image

mrok i tylko z okna balkonowego na drugim piętrze sączyło się światło. Czy to właśnie tu 

Marta przetrzymywała jego dzieci?

Znów   zaczął   padać   deszcz   –   na   tyle   rzęsisty,   by  Knight   uznał,   że   nie   będzie   się 

wyróżniał,   jeśli   założy   kaptur   płaszcza   przeciwdeszczowego   i   przejdzie   obok   domu   po 

wschodniej stronie ulicy.

Czy w środku byli Isabel i Luke? Kronos? Czy to ich kryjówka? Knight nonszalancko 

spoglądał w stronę drzwi, zastanawiając się, czy powinien zaryzykować przejście przez ulicę, 

żeby przyjrzeć się dokładniej, zanim zadzwoni do Elaine z któregoś z hoteli na Inverness 

Terrace.

Wtedy zauważył, że bardzo blisko tamtego balkonu, z północnej strony znajduje się 

sąsiedni,   należący   do   innego   budynku.   Niemal   na   pewno   można   by   stamtąd   zajrzeć   do 

mieszkania, w którym, jak sądził, przetrzymywano jego dzieci.

Cholera, pewnie nawet dałoby się przeskoczyć z balkonu na balkon.

Zwolnił, przyglądając się fasadom domów i kombinując, w jaki sposób się tam wspiąć. 

Potem jednak w oknie balkonowym sąsiedniego domu zapaliło się światło. Ktoś tam był.

W głowie Knighta natychmiast zrodził się plan. Zadzwoni do tego mieszkania, wyjaśni 

sytuację i poprosi o skorzystanie z telefonu, żeby zadzwonić do Pottersfield, a także o dostęp 

na   balkon   w   celach   obserwacyjnych.   Potem   jednak   uznał,   że   najpierw   uda   się   na   tyły 

budynków, by sprawdzić, czy palą się jakieś inne światła. Zajęło mu to trzy minuty. Żadnych 

świateł.   Gdy   wrócił   na   Porchester   Terrace,   budynek,   do   którego   chciał   wejść,   właśnie 

opuszczała jakaś kobieta.

Minął ją błyskawicznie, uśmiechając się, jakby znali się od lat, wbiegł po schodkach i 

przytrzymał   drzwi,   zanim   zdążyły   się   zatrzasnąć.   Nawet   lepiej.   Dzięki   temu   uda   się 

bezpośrednio do mieszkania na drugim piętrze w południowo-wschodnim krańcu domu.

Pobiegł   schodami   na   górę   i   po   chwili   znalazł   się   w   centralnym   korytarzu,   gdzie 

pachniało smażonymi kiełbaskami. Były tu cztery mieszkania. Podszedł do drzwi lokalu 3B 

zorientowanego   na   południowy   wschód,   usłyszał   grający   wewnątrz   telewizor   i   mocno 

zapukał, podnosząc identyfikator Private do wizjera.

Rozległy   się   kroki,   a   potem   nastała   chwila   ciszy.   W   końcu   zgrzytnęły   zamki   i 

otworzyły się drzwi, a w nich ukazał się zdziwiony Michael Lancer.

– Knight? Co ty tu robisz?

background image

Rozdział 95

Lancer   był  ubrany w  dres  i  wyglądało  na  to,   że  nie   golił   się  od  wielu   dni.  Miał 

podkrążone   oczy,   jakby   niewiele   spał,   odkąd   zwolniono   go   z   komitetu   organizacyjnego 

igrzysk.

– Mike, ty tutaj mieszkasz? – zapytał z niedowierzaniem Knight.

– Od dziesięciu lat – odparł Lancer. – Co się dzieje?

– Mogę wejść? – Teraz to detektyw był zdziwiony.

– No jasne. – Lancer usunął się z drogi. – Mam straszny bałagan, ale... skąd się tu 

wziąłeś?

Knight   ruszył   przez   przedpokój   do   dobrze   wyposażonego   pokoju   dziennego.   Na 

niskim   stoliku   piętrzyły   się   butelki   po   piwie   i   kartony   po   chińszczyźnie.   Od   południa 

pomieszczenie   zamykała   ściana   z   surowej   cegły.   Stała   tam   otwarta   szafa   z   telewizorem 

nastawionym na BBC. Właśnie nadawano podsumowanie przedostatniego dnia igrzysk. Obok 

znajdowało się biurko z włączonym laptopem. Komputer był podłączony niebieskim kablem 

do gniazdka w ścianie.

Na widok przewodu Knight nagle zrozumiał, że to wszystko ma sens.

– Co wiesz o sąsiadach zza ściany? – spytał, spoglądając na drzwi balkonowe.

– Tych w sąsiednim budynku? – Lancer był zdezorientowany.

– Zgadza się.

Działacz komitetu organizacyjnego pokręcił głową.

– Nic. Mieszkanie chyba od prawie roku stoi puste. To znaczy od prawie roku nie 

widziałem nikogo na balkonie.

– Teraz ktoś tam jest – powiedział Knight, po czym wskazał na niebieski przewód. – 

Czy to kabel podłączony do internetu?

Lancer najwyraźniej nie potrafił pojąć, do czego zmierza.

– Tak, oczywiście.

– Nie masz wi-fi?

– Przewodowe połączenie jest znacznie bezpieczniejsze. Dlaczego tak cię interesuje 

background image

mieszkanie w sąsiednim budynku?

– Ponieważ myślę, że wynajął je Kronos albo jedna z jego Furii, żeby podłączyć się do 

twojego komputera.

Lancerowi opadła szczęka.

– Co?

– To w ten sposób włamali się do olimpijskiego systemu zabezpieczeń – mówił dalej 

Knight. – Podpięli się pod twoją linię, przechwycili hasła i gotowe.

Były dziesięcioboista spojrzał na swój komputer i zamrugał.

– Skąd to wszystko wiesz? Skąd wiesz, że przebywają w mieszkaniu obok?

– Bo tam są moje dzieci.

– Twoje dzieci? – powtórzył zszokowany Lancer.

Knight kiwnął głową, zaciskając pięści.

–   Niejaka   Marta   Brezenowa,   niania,   którą   niedawno   zatrudniłem,   porwała   je   z 

polecenia Kronosa. Nie wie, że bliźniaki mają na sobie gadżety z nadajnikami GPS. Nadają 

sygnał z sąsiedniego mieszkania.

– Jezu – jęknął oszołomiony Lancer. – Byli tuż obok przez cały... Musimy wezwać 

Scotland Yard i MI-five. Sprowadzić oddział antyterrorystyczny.

– Ty się tym zajmij – powiedział Knight. – Ja spróbuję tam zajrzeć z twojego balkonu. 

Każ policji przyjechać po cichu. Bez syren. Nie chcę, żeby zaalarmowani porywacze zabili mi 

dzieci.

Lancer z przejęciem pokiwał głową, wyciągnął komórkę i zaczął wybierać numer, gdy 

tymczasem Knight wymknął się na zlany deszczem balkon. Przesunął mokre meble ogrodowe 

i spróbował zajrzeć do przylegającego mieszkania.

Sąsiedni balkon znajdował się niecałe dwa metry dalej. Miał żelazną balustradę. W 

oknie   balkonowym   wisiały   cienkie   białe   zasłony,   które   przepuszczały   światło,   ale   nie 

pozwalały zorientować się w rozkładzie pomieszczenia. Z prawej strony słychać było głos 

Lancera, który wyjaśniał sytuację przez telefon.

Zerwał   się   wiatr.   Okna   balkonowe   w   sąsiednim   mieszkaniu   uchyliły   się   na   kilka 

centymetrów i było widać bielusieńki dywan oraz mały stół w stylu rustykalnym. Stało na 

nim   kilka   komputerów   ze   świecącymi   ekranami.   Wszystkie   urządzenia   połączone   były 

niebieskimi kablami sieciowymi.

Knight właśnie zamierzał wrócić do Lancera i opowiedzieć, co zobaczył, gdy usłyszał 

jęk swojego synka z wnętrza mieszkania.

– Marta, nie! Lukey chce do domu na urodziny!

background image

– Zamknij się, rozwydrzony bachorze! – syknęła Marta. Potem rozległ się głośny klaps 

i Luke zaczął wyć histerycznie. – I naucz się wreszcie chodzić do ubikacji!

background image

Rozdział 96

Pierwotny instynkt ojca pragnącego chronić swoje dziecko zawładnął Knightem do 

tego   stopnia,   że   nie   zastanawiając   się   nad   konsekwencjami,   detektyw   wdrapał   się   na 

balustradę   balkonu   Lancera,   dziesięć   metrów   nad   ziemią,   przykucnął,   a   potem   rzucił   się 

naprzód.

Kiedy odpychał się od mokrej barierki, nieznacznie się poślizgnął i od razu wiedział, 

że nie doskoczy do sąsiedniego balkonu. Nie dosięgnie nawet balustrady. Był przekonany, że 

runie na ziemię i połamie wszystkie kości.

Jednakże jakimś cudem jego palce otarły się o podstawę żelaznych słupków u styku z 

posadzką   balkonu.   Chwycił   się   i   zawisł   w   powietrzu.   Zastanawiał   się,   jak   długo   tak 

wytrzyma.

– Zamknij się! – warknęła Marta, po czym znów uderzyła Luke’a.

Płacz   chłopca   był   tak   przejmujący,   że   Knight   natychmiast   poczuł   silny   przypływ 

adrenaliny.   Zakołysał   się   najpierw   w   lewo,   a   potem   w   prawo,   jakby   jego   ciało   było 

wahadłem. Czuł, jak żelazne tralki wrzynają mu się w dłonie, lecz wcale na to nie zważał, 

ponieważ   już   za   trzecim   zamachem   zdołał   zahaczyć   czubkiem   prawego   buta   o   krawędź 

balkonu.

Kilka sekund później znajdował się po drugiej stronie balustrady, jego mięśnie drżały, 

w ustach czuł metaliczny posmak. Płacz Luke’a stał się teraz stłumiony i nosowy, jakby 

Marta zakneblowała mu usta.

Lekceważąc   piekący   ból   dłoni,   Knight   ścisnął   berettę,   po   czym   zbliżył   się   do 

uchylonych drzwi balkonowych. Zajrzawszy do wnętrza, przekonał się, że pokój dzienny ma 

układ podobny do tego w mieszkaniu Lancera. Różnił się jednak zdecydowanie wystrojem o 

znacznie chłodniejszym charakterze. Z wyjątkiem złoto-czerwonego gobelinu na północnej 

ścianie wszystko w pokoju było równie bielutkie jak dywan. Stłumiony płacz Luke’a dobiegał 

z korytarza obok kuchni.

Knight otworzył drzwi na całą szerokość i wszedł do środka. Zsunął buty, po czym 

szybkim   krokiem   ruszył   w   stronę   korytarza.   Nie   wątpił,   co   teraz   zrobi.   Marta   odegrała 

background image

kluczową rolę w morderstwie Dentona Marshalla. Pomogła zniweczyć szczęście jego matki. 

Usiłowała   zniszczyć   olimpiadę   i   porwała   jego   dzieci.   Nie   zawaha   się   jej   zabić,   żeby   je 

ratować.

Płacz Luke’a ucichł na tyle, że Knight słyszał również łkanie Isabel, a także jakiś 

niższy pomruk. Wszystkie te dźwięki dobiegały z pokoju po lewej. Drzwi były otwarte, paliło 

się światło. Detektyw przylgnął do ściany i wkrótce zatrzymał się przy framudze. Zerknął w 

głąb korytarza; widział tam jeszcze dwie pary drzwi. Były otwarte, a światło – zgaszone.

Wszystkie odgłosy dobiegały z pokoju tuż obok. Knight odbezpieczył pistolet.

Z wyciągniętą przed sobą bronią stanął na progu i omiótł wzrokiem pomieszczenie. Na 

ziemi po prawej stronie zobaczył Isabel na gołym materacu. Leżała na boku, była związana, 

miała zaklejone usta i patrzyła na Martę.

Opiekunka stała przy stole pod ścianą, pięć metrów od Knighta. Zmieniała pieluchę 

Luke’owi. Nie wiedziała, że za nią w drzwiach stoi Knight i szuka czystej linii strzału.

Ale James Daring wiedział.

Kurator muzeum patrzył na detektywa, dla którego w mgnieniu oka sytuacja stała się 

niemal całkiem jasna. Knight wszedł do pokoju, wycelował broń w Martę i powiedział:

–   Odejdź   od   mojego   syna,   ty   suko   zbrodniarko,   albo   rozwalę   ci   łeb,   i   to   z 

przyjemnością.

Oszołomiona niania odwróciła się do Knighta. Zaraz potem zerknęła na czarny karabin 

automatyczny, który stał w kącie jakiś metr od niej.

– Nawet o tym nie myśl – warknął detektyw, robiąc krok naprzód. – Kładź się na 

brzuchu, ręce za głową, albo cię zabiję. Natychmiast.

Spojrzenie   Marty   stało   się   martwe   i   nieobecne,   ale   powoli   zaczęła   wykonywać 

polecenie. Obserwowała go niczym osaczona lwica.

Knight   zrobił   w   jej   stronę   jeszcze   jeden   krok.   Ścisnął   berettę   oburącz,   trzymając 

kobietę na muszce.

– Powiedziałem: na ziemię! – krzyknął.

Marta rozciągnęła się na podłodze i oparła ręce za głową.

Knight zerknął na Daringa.

– Kronos? – spytał.

Oczy kuratora drgnęły, a potem Knight usłyszał głośny łomot i coś mocno uderzyło go 

w głowę.

To było zupełnie jak burze, które widział na suchych równinach w Portugalii. Ogłuszył 

go donośny piorun, a rozpalone błyskawice zapuściły elektryczne macki prosto w mózg. Były 

background image

tak jasne, że oślepiły go i pogrążyły w mroku.

background image

Rozdział 97

Niedziela, 12 sierpnia 2012

Dźwięk   otwierających   się   drzwi   hydraulicznych   i   stukot   butów   o   płytki   podłogi 

zbudził Karen Pope ze snu na granicy świadomości.

Reporterka „The Sun” leżała na kanapie w laboratorium Private London. Powaliło ją 

zmęczenie   połączone   z   troską.   Nikt   nie   miał   wieści   od   Knighta,   odkąd   wyszedł   tylnymi 

drzwiami ze swojego domu. Ani Pottersfield, ani Chuligan, ani Pope, ani Morgan, ani nikt 

inny w Scotland Yardzie albo Private.

Czekali   w   jego   mieszkaniu   do   świtu.   Potem   Pottersfield   pojechała   obejrzeć   ciała 

dwóch kobiet znalezionych w opuszczonej fabryce, a Pope i Chuligan wrócili do siedziby 

Private, żeby sprawdzić w bazie bałkańskich zbrodniarzy wojennych odciski palców pobrane 

z domu Knighta.

Rezultat był prawie natychmiastowy: ślady Senki, najstarszej z sióstr Brazlić, były w 

całym   domu.   Gdy   Chuligan   przekazał   tę   wiadomość   Pottersfield,   zrewanżowała   się 

informacjami   z   laboratorium   Scotland   Yardu.   Wstępne   badanie   odcisków   palców   drugiej 

zamordowanej kobiety wykazało, że to Nada, średnia z sióstr.

W   tym   momencie,   około   ósmej   rano   w   niedzielę,   Pope   goniła   już   resztkami   sił. 

Położyła się na kanapie i przykryła jednym z kitli Chuligana. Jak długo spała?

–   Chuligan,   obudź   się   –   usłyszała   głos   Jacka.   –   W   recepcji   szuka   cię   jakiś 

sponiewierany rastaman. Mówi, że ma coś, co Knight kazał ci osobiście doręczyć. Mnie tego 

nie da.

Pope uchyliła powiekę. Amerykanin stał przy biurku Chuligana i usiłował wyrwać ze 

snu szefa pionu naukowego. Nad jego głową wisiał zegar pokazujący godzinę 10.20.

Dwie   godziny   i   dwadzieścia   minut?   Półprzytomna   usiadła   na   kanapie,   a   potem 

podniosła się i powlokła za Jackiem oraz Chuliganem do recepcji, gdzie na krześle obok 

windy   niespokojnie   wiercił   się   jakiś   Jamajczyk   z   ręką   w   gipsie   i   na   temblaku.   Mocno 

opuchnięty policzek przesłaniał mu bandaż.

background image

– Jestem Chuligan – przedstawił się naukowiec.

Rastaman podniósł się z trudem i podał mu zdrową dłoń.

– Ketu Oladuwa. Jeżdżę taksówką.

Chuligan wskazał na gips oraz bandaż.

– Wypadek?

Oladuwa kiwnął głową.

– I to jaki,  mon.  Jak jechałem na Heathrow. Zepchnęła mnie furgonetka. Całą noc 

byłem w szpitalu.

– Co z Knightem? – zapytała Pope.

 Ya, mon. – Rastaman pogrzebał w kieszeni i wyciągnął rozbitego iphone’a. – Dał mi 

go wczoraj wieczorem. Kazał zawieźć na Heathrow, a potem z powrotem do jego domu i tam 

poszukać ciebie albo jakiejś inspektor z policji. Pojechałem do niego, jak wyszedłem rano ze 

szpitala, ale gliniarze powiedzieli, że już was nie ma, więc zabrałem się tutaj.

– Żeby dać nam rozbity telefon? – skomentował Jack.

– Przed wypadkiem był cały – burknął ze złością rastaman. – Knight mówił, że jest tu 

coś, co pomoże wam znaleźć jego dzieci.

– Kuźwa – stęknął Chuligan.

Wyrwał   taksówkarzowi   szczątki   telefonu   Knighta,   odwrócił   się   i   ruszył   do 

laboratorium, a Pope i Jack tuż za nim.

– Hej! – zawołał Oladuwa. – Miała być nagroda!

background image

Rozdział 98

Knight wynurzał się z nieświadomości powoli, począwszy od najgłębszych czeluści 

mózgu. Zbudziła go woń smażonego mięsa. Z początku nie miał pojęcia, kim jest ani gdzie 

się znajduje – czuł tylko ten zapach.

Potem zrozumiał, że leży na brzuchu na czymś twardym. Następnie wrócił mu słuch – 

niczym uderzająca fala, z którą najpierw nadszedł szum, a potem głosy. Głosy z telewizora. 

Wtedy   przypomniał   sobie,   kim   jest   i   że   wcześniej   znajdował   się   w   sypialni   ze   swoimi 

dziećmi, Martą i Daringiem, a potem wszystko zniknęło. Spróbował się poruszyć. Nie mógł. 

Miał spętane dłonie i nadgarstki.

Rozbrzmiała fletowa muzyka, ulotna i wibrująca. Knight zmusił się do otwarcia oczu, 

a wtedy spostrzegł zamglonym wzrokiem, że nie przebywa już w sypialni białego mieszkania. 

Podłoga pod nim była drewniana, bez dywanu, ściany zaś – ciemne, obite boazerią. Falowały 

tam i z powrotem jak niespokojne morze.

Knighta ogarnęły mdłości. Zamknął oczy, lecz wciąż słyszał fletową muzykę. Spikerzy 

w   telewizji   prowadzili   spór.   Potem   poruszył   głową   i   poczuł   potworny   rwący   ból   z   tyłu 

czaszki. Po kilku sekundach znów otworzył oczy. Tym razem widział już ostrzej. Nieopodal 

na ziemi leżeli Isabel i Luke. Byli nieprzytomni, wciąż związani i zakneblowani.

Wtedy odwrócił głowę, usiłując stwierdzić, skąd dochodzi muzyka. Na środku pokoju 

zobaczył łóżko z baldachimem. Leżał na nim James Daring.

Choć   Knight   był   oszołomiony,   natychmiast   zrozumiał   sytuację   kuratora.   To   samo 

zobaczył, zanim pogrążył się w ciemności: telewizyjny gwiazdor leżał z rozłożonymi rękami i 

nogami, przywiązany do słupów łóżka. Miał na sobie szpitalną koszulę. Usta zaklejała mu 

taśma. Od nadgarstka do worka na pobliskim stojaku biegła rurka kroplówki.

Fletowa muzyka  ustała  i Knight zobaczył  jakąś postać na tle oślepiającego  słońca 

świecącego przez okno po drugiej stronie pokoju.

Mike Lancer w lewej ręce luźno trzymał strzelbę bojową, w prawej zaś – szklankę 

soku pomarańczowego. Postawił ją na stoliku, po czym przykucnął obok Knighta. Spojrzał na 

niego z rozbawieniem.

background image

– W końcu się obudziłeś. Czujesz, że trochę ci się poprzestawiało pod sufitem, co? – 

Roześmiał się i pokazał mu broń. – Te stare strzelby na gumowe kule to świetna sprawa. Niby 

to tylko wiatrówki, ale naprawdę nieźle grzmocą, zwłaszcza prosto w głowę z niewielkiej 

odległości.

– Kronos? – spytał Knight, wciąż trochę otumaniony.

Oddech Lancera zalatywał alkoholem.

– Wiesz, od samego początku, a przynajmniej od przedwczesnej śmierci Dana Cartera, 

miałem   przeczucie,   że   właśnie   ty   możesz   mnie   rozszyfrować.   Więc   odpowiednio   się 

zabezpieczyłem, no i proszę.

–   Ale   dlaczego?   Olimpiada   była   całym   twoim   życiem   –   wychrypiał   całkiem 

zdezorientowany Knight.

Lancer oparł strzelbę o wewnętrzną stronę kolana, po czym podrapał się w tył głowy. 

Gdy to zrobił, przez jego twarz przemknął grymas wściekłości. Wstał, chwycił szklankę soku 

i wypił łyk.

–   Nowożytne   igrzyska   są   zepsute   od   samego   początku.   Przekupni   sędziowie. 

Genetyczne   dziwadła.   Potwory   napędzane   chemią.   Trzeba   to   było   oczyścić   i   właśnie   ja 

musiałem...

Nawet mimo oszołomienia Knight miał wrażenie, że coś tu nie gra.

– Gówno prawda – powiedział. – Nie wierzę ci.

Lancer spojrzał na niego spode łba, a potem cisnął w niego szklanką. Nie trafił, rozbiła 

się o ścianę za Knightem.

– Kim jesteś, by kwestionować moje motywy?! – ryknął.

Pomimo  wstrząśnienia   mózgu   Knight  zaczynał   pojmować,   o co  w tym  wszystkim 

chodzi.

–   Nie   zrobiłeś   tego   tylko   po   to,   żeby   obnażyć   nieuczciwość   –   oświadczył.   – 

Poświęciłeś tych ludzi na oczach całego świata. Musi się za tym kryć jakiś wypaczony gniew.

Lancer jeszcze bardziej się zdenerwował.

– Jestem wcieleniem Kronosa. – Zerknął na bliźnięta. – Pożeracza dzieci.

Na dźwięk tej sugerowanej groźby Knighta przeszedł dreszcz. Jak bardzo obłąkany był 

ten człowiek?

– Nie – powiedział, słuchając mglistego instynktu. – Coś ci się przydarzyło. Coś, co 

wypełniło cię nienawiścią i skłoniło, żeby zrobić to wszystko.

Lancer podniósł głos:

–   Igrzyska   olimpijskie   powinny   być   religijnym   świętem,   w   którym   mężczyźni   i 

background image

kobiety konkurują na oczach niebios. Współcześnie są czymś dokładnie odwrotnym. Ludzka 

arogancja, ludzka buta obraziły bogów.

Knight widział trochę niewyraźnie, znowu czuł mdłości, ale mózg z każdą sekundą 

pracował coraz sprawniej. Pokręcił głową.

– To nie bogowie poczuli się obrażeni, ale ty. Przez kogo? Przez aroganckich ludzi?

– Tych, którzy zginęli przez ostatnie dwa tygodnie – odparł stanowczo Lancer. Po 

chwili się uśmiechnął. – Włącznie z Danem Carterem i resztą twoich drogich kolegów.

Knight wpatrywał się w niego, nie dowierzając własnym uszom. Ten człowiek był 

zepsuty do szpiku kości.

– To ty wysadziłeś samolot w powietrze?

– Carter był trochę zbyt blisko prawdy – oświadczył Lancer. – Reszta zginęła przy 

okazji.

– Przy okazji! – krzyknął Knight. Miał ochotę zabić tego szaleńca, rozerwać go na 

strzępy. Potem jednak zaczęło mu dzwonić w uszach. Leżał i patrzył na Lancera. Po kilku 

chwilach znów się odezwał: – Kto cię obraził?

Twarz Lancera stężała. Wpatrywał się w przestrzeń, jakby zaglądał w przeszłość.

– Kto? – powtórzył stanowczo Knight.

Były dziesięcioboista wbił w niego spojrzenie pełne wściekłości.

– Lekarze.

background image

Rozdział 99

Ogólnikowo, z rozgoryczeniem opowiadam Knightowi historię, której w całości nie 

słyszał nikt z wyjątkiem sióstr Brazlić – począwszy od nienawiści, z którą się urodziłem, 

przez dźgnięcie matki po zabicie potworów, które mnie kamienowały, gdy zamieszkałem u 

Pastora Boba w Brixton, najgorszej dzielnicy całego Londynu.

Mówię mu, że gdy skończyłem piętnaście lat, już po kamienowaniu, Pastor Bob zgłosił 

mnie  do mityngu  lekkoatletycznego,  ponieważ uważał,  że jestem szybszy i silniejszy niż 

większość chłopców. Nie miał pojęcia, do czego jestem zdolny. Ja też nie.

Podczas tych pierwszych zawodów wygrałem w sześciu konkurencjach: w biegu na sto 

i dwieście metrów, rzucie oszczepem i dyskiem, skoku w dal oraz w trójskoku. Powtórzyłem 

to osiągnięcie w turnieju regionalnym,  a potem na ogólnokrajowym  mityngu  juniorów w 

Sheffield.

–   Po   zawodach   w   Sheffield   zgłosił   się   do   mnie   niejaki   Lionel   Higgins   –   mówię 

Knightowi.   –   Był   prywatnym   trenerem   dziesięcioboju.   Powiedział,   że   dzięki   mojemu 

talentowi   mógłbym   zostać   najwszechstronniejszym   lekkoatletą   na   świecie   i   wygrać 

olimpijskie   złoto.   Zaproponował,   że   znajdzie   sposób,   bym   mógł   trenować   w   pełnym 

wymiarze godzin. Wypełnił mi umysł złudnymi marzeniami o chwale, o życiu zgodnym z 

olimpijskimi ideałami uczciwego współzawodnictwa, w którym wygrywa najlepszy, i innymi 

takimi dyrdymałami – parskam pogardliwie. – Drzemiący we mnie zabójca potworów łyknął 

ten haczyk jak frajer.

Potem   opowiadam   Knightowi,   że   przez   kolejne   piętnaście   lat   żyłem   zgodnie   z 

olimpijskimi   ideałami.   Mimo   bólów   głowy,   które   paraliżowały   mnie   co   najmniej   raz   w 

miesiącu,   Higgins   załatwił   mi   przyjęcie   do   Pułku   Coldstream,   gdzie   w   zamian   za 

dziesięcioletnią służbę pozwolono mi trenować. Więc trenowałem: szaleńczo i z determinacją 

– niejeden mówił, że wręcz obsesyjnie – marząc o szansie na sportową nieśmiertelność, przed 

którą w końcu stanąłem na olimpiadzie w Barcelonie w 1992 roku.

–   Spodziewaliśmy   się   nieznośnego   upału   i   dużej   wilgotności   powietrza   –   mówię 

Knightowi. – Higgins wysłał mnie do Indii, żebym trenował w takich warunkach. Uznał, że w 

background image

Bombaju będzie jeszcze gorzej niż w Hiszpanii. Miał rację. Byłem najlepiej przygotowanym 

zawodnikiem,   mentalnie   gotowym   wycierpieć   więcej   niż   inni.   –   Pogrążony   w 

najmroczniejszych   wspomnieniach,   kręcę   głową   jak   terier   łamiący   kark   szczurowi.   – 

Ostatecznie nie miało to żadnego znaczenia.

Opisuję, jak w Barcelonie prowadziłem po pierwszym dniu zawodów. Odbyły się: bieg 

na sto dziesięć metrów przez płotki, skok wzwyż, rzut dyskiem, skok o tyczce i bieg na 

czterysta  metrów.   Panowały  temperatury   rzędu  trzydziestu   kilku  stopni.   Nieznośne,  gęste 

powietrze dało mi się we znaki. Dostałem skurczu i przewróciłem się po zajęciu drugiego 

miejsca w biegu na czterysta metrów.

–   Zanieśli   mnie   do   namiotu   medycznego   –   opowiadam   Knightowi.   –   Lecz   nie 

martwiłem się. Wraz z Higginsem przewidywaliśmy, że po pierwszym dniu będę potrzebował 

dozwolonego   wzmocnienia   elektrolitami.   Wzywałem   trenera,   ale   personel   medyczny   nie 

zgodził się go wpuścić. Widziałem, że zamierzają podłączyć mi kroplówkę. Powiedziałem, że 

chcę,   aby   to   mój   trener   uzupełnił   utracone   płyny   i   minerały   mieszanką   specjalnie 

dostosowaną do mojego metabolizmu. Ale w moim stanie nie mogłem się opierać, kiedy wbili 

mi igłę w ramię i podłączyli pod worek z Bóg wie czym. – Patrzę na Knighta. Ogarnia mnie 

wściekłość,   gdy   po   raz   kolejny   przeżywam   to   wspomnienie.   –   Nazajutrz   byłem   cieniem 

samego siebie. Rzut oszczepem i skok w dal to moje najlepsze konkurencje, jednak obie 

zawaliłem. Skończyłem poza pierwszą dziesiątką, choć przecież byłem ówczesnym mistrzem 

świata. – Gniew niemal mnie przytłacza. – Żadnego zrealizowanego marzenia, Knight. Żadnej 

olimpijskiej chwały. Nic na dowód mojej wybitności. Padłem ofiarą sabotażu, pognębiony 

przez to, czym stały się współczesne igrzyska.

Knight patrzy na mnie z tym samym strachem i brakiem zaufania, jakie widziałem na 

twarzy Marty, gdy na posterunku milicji w Bośni zaproponowałem, że uratuję ją i jej siostry.

– Ale przecież byłeś mistrzem świata – mówi Knight. – Dwukrotnie.

– Nieśmiertelni zdobywają olimpijskie medale. Wybitni wracają z igrzysk ze złotem. 

Potwory pozbawiły mnie tej szansy. To był sabotaż z premedytacją.

Teraz Knight patrzy na mnie z niedowierzaniem.

– I dlatego już wtedy zacząłeś planować zemstę? Dwadzieścia lat temu?

– Zakres tej zemsty rozrósł się w miarę upływu czasu – przyznaję. – Zaczęło się od 

hiszpańskich lekarzy, którzy mnie otruli. Zmarli z przyczyn naturalnych we wrześniu tysiąc 

dziewięćset  dziewięćdziesiątego  trzeciego  roku. Sędziowie  nadzorujący zawody zginęli  w 

wypadkach   samochodowych   w   dziewięćdziesiątym   czwartym   i   na   początku 

dziewięćdziesiątego piątego.

background image

– A Furie? – pyta Knight.

Siadam na stołku może dwa metry od niego.

– Mało kto wie, że latem tysiąc dziewięćset dziewięćdziesiątego piątego roku, kiedy 

mój pułk skończył służbę w gwardii królewskiej, wysłano nas do Sarajewa na kolejną zmianę 

misji pokojowej NATO. Spędziłem tam niecałe pięć tygodni, bo od wybuchu przydrożnej 

miny pułapki po raz drugi w życiu pękła mi czaszka.

Słowa Knighta są już mniej bełkotliwe, a oczy mniej szkliste, gdy mówi:

– Czy przedtem pomogłeś siostrom Brazlić uciec z tego posterunku policji w pobliżu 

Srebrenicy, czy potem?

Uśmiecham się gorzko.

–   Potem.   Z   nowymi   paszportami   i   nowymi   tożsamościami   przywiozłem   Furie   do 

Londynu i urządziłem je w mieszkaniu po sąsiedzku. Wycięliśmy nawet tajne drzwi za moją 

szafą i ich gobelinem, byśmy mogli zachowywać pozory, że żyjemy niezależnie od siebie.

– I poświęciliście się zniszczeniu olimpiady? – pyta zgryźliwie Knight.

– Zgadza się. Jak już mówiłem, stali za tym bogowie. Chcieli, bym tego dokonał. To 

przeznaczenie. Jak inaczej wytłumaczyć, że bardzo wcześnie zaproponowano mi członkostwo 

w   komitecie   organizacyjnym,   a   potem,   proszę   bardzo,   Londyn   wygrał?   Przeznaczenie 

pozwoliło mi być wewnątrz wydarzeń od samego początku, ukrywać to, co należało, a inne 

rzeczy zmieniać tak, by odpowiadały moim celom. Miałem dostęp do każdego zakamarka 

każdego   obiektu.   A   teraz,   kiedy   wszyscy   szukają   ciebie   i   twoich   dzieci,   przeznaczenie 

pozwoli mi dokończyć dzieła.

Knight wykrzywia twarz.

– Jesteś szalony.

– Nie – odpowiadam. – Po prostu jestem wybitny w sposób, którego nie potrafisz 

pojąć.

Wstaję i ruszam do wyjścia. Woła za mną:

–  Więc   zamierzasz   pozbyć   się   wszystkich   Furii   przed   wielkim   finałem?!   Zabijesz 

Martę, a potem uciekniesz?!

– Nic z tych rzeczy. – Śmieję się pod nosem. – Marta właśnie wysyła wisiorek twojej 

córki i zegarek twojego syna pociągami do Szkocji i Francji. Kiedy skończy, wróci tutaj, 

wypuści Daringa, zabije twoje dzieci, a potem ciebie.

background image

Rozdział 100

Głowa Knighta się zakołysała, poczuł w niej taki łomot, jakby znów ktoś go uderzył. Z 

trudem skupił uwagę na swoich śpiących dzieciach. Wisiorka i zegarka rzeczywiście nie było. 

Teraz ich już nie namierzą. A taksówkarz? Dlaczego nie przekazał telefonu Chuliganowi albo 

Pottersfield? Dlaczego po niego nie przyjechali? Czy śledzą Martę na dworcu?

Detektyw spojrzał na Lancera, który właśnie brał torbę oraz jakieś papiery.

– Moje dzieci nic nie zrobiły. Mają tylko trzy lata. Są niewinne.

– Małe potwory – odparł beznamiętnie Lancer i podszedł do drzwi. – Żegnaj, Knight. 

Miło się z tobą rywalizowało, ale wygrał lepszy.

– Wcale nie wygrałeś! – krzyknął za nim detektyw. – Mundaho to udowodnił. Nie 

wygrałeś. Bez względu na to, co zrobisz, duch olimpijski przetrwa.

Uderzył   w   czuły   punkt,   ponieważ   Lancer   odwrócił   się,   po   czym   ruszył   w   stronę 

leżącego, ale wzdrygnął się i zatrzymał na dźwięk wystrzału.

Huk   dobiegł   z   telewizora.   Twarz   Kronosa   się   rozluźniła,   a   grymas   zmienił   w 

uśmieszek.

– Zaczął się maraton mężczyzn. Ostatnia rozgrywka. I wiesz co, Knight? Ponieważ 

jestem wybitną jednostką, pozwolę ci dożyć zakończenia. Zanim Marta cię zabije, pozwoli ci 

obejrzeć, w jaki sposób raz na zawsze zgaszę tego ducha olimpijskiego.

background image

Rozdział 101

Pół   godziny   później,   dokładnie   w   południe,   Pope   nerwowo   odwróciła   wzrok   od 

transmisji maratonu i zerknęła na Chuligana, który wciąż pochylał się nad resztkami iphone’a, 

usiłując ustalić miejsce pobytu Knighta.

– Masz coś? – spytała zrezygnowana.

– Karta SIM jest spierdzielona – odparł szef pionu naukowego Private London, nie 

podnosząc wzroku – ale chyba jestem na dobrej drodze.

Jack   pojechał   nadzorować   ochronę   przy   linii   mety   biegu   maratońskiego.   W 

laboratorium   była   natomiast   Elaine   Pottersfield.   Przyjechała   dopiero   chwilę   wcześniej, 

wstrząśnięta i wyczerpana wydarzeniami ostatniej doby.

– Skąd ten taksówkarz zabrał Petera? – wychrypiała.

– Chyba gdzieś z Knightsbridge – powiedziała Pope. – Gdyby Oladuwa miał telefon, 

moglibyśmy go zapytać, ale oddał komórkę żonie.

Pottersfield zastanawiała się przez moment.

– Może z Milner Street?

– O właśnie – mruknął Chuligan.

– W takim razie Knight był u matki – wywnioskowała nadinspektor. – Amanda na 

pewno coś wie.

Wyciągnęła telefon i zaczęła szukać odpowiedniego numeru.

–   No   i   proszę   –   powiedział   Chuligan,   podnosząc   głowę   znad   dwóch   czujników 

podpiętych do resztki karty SIM, by spojrzeć na ekran pełen niezrozumiałych linijek kodu 

komputerowego.

Pochylił się nad klawiaturą i zaczął pisać, a tymczasem Pope usłyszała, jak Pottersfield 

przedstawia   się   jako   funkcjonariuszka   policji   oraz   siostra   nieżyjącej   żony   Knighta,   a 

następnie prosi do telefonu Amandę Knight. Potem wyszła z laboratorium.

Po dwóch minutach monitor Chuligana przestał wyświetlać elektroniczne hieroglify. 

Teraz znajdowało się tam niewyraźne zdjęcie strony internetowej.

– Co to? – spytała Pope.

background image

– Wygląda jak jakaś mapa – odparł Chuligan w ten samej chwili, gdy nadinspektor 

znów wpadła do laboratorium – ale nie mogę odczytać adresu URL.

– Trace Angels! – krzyknęła Pottersfield. – Tam jest napisane: Trace Angels!

background image

Rozdział 102

Tłum po południowej stronie ulicy Birdcage Walk naprzeciwko St. James’s Park jest 

większy i gęściejszy, niż się spodziewałem. Ale może nie powinienem być zdziwiony, skoro 

bieg maratoński mężczyzn to jedna z ostatnich dyscyplin olimpiady.

O   wpół   do   dwunastej   panuje   piekielny   upał.   Najszybsi   zawodnicy   lada   chwila 

rozpoczną  drugie z  czterech  okrążeń  wyścigu.  Słyszę  ryk  publiki  i widzę,  jak biegną na 

zachód w stronę Victoria Memorial i pałacu Buckingham.

Z małą torbą na ramieniu przeciskam się do przodu, pokazując przepustkę, której mi 

nie   zabrano.   To   absolutnie   konieczne,   żebym   właśnie   w   tej   chwili   był   w   tym   miejscu. 

Zamierzałem   znaleźć   jakiegokolwiek   policjanta,   ale   spoglądając   wzdłuż   trasy   biegu, 

dostrzegam   kogoś   znajomego.   Przechodzę   pod   taśmą   i   ruszam   w   jego   stronę,   wysoko 

podnosząc przepustkę.

– Inspektor Casper? – mówię. – Mike Lancer.

Funkcjonariusz Scotland Yardu kiwa głową.

– Nie fair pana potraktowali.

– Dziękuję – odpowiadam. – Oczywiście jestem tu już nieoficjalnie, ale zastanawiałem 

się, czy mógłbym  przejść przez  ulicę, gdy będzie przerwa między zawodnikami.  Jeśli  to 

możliwe, chciałbym popatrzeć od północnej strony.

Casper zastanawia się przez chwilę, a potem wzrusza ramionami.

– Jasne, czemu nie?

Trzydzieści sekund później jestem już po drugiej stronie i przeciskam się przez tłum w 

głąb parku. Potem kieruję się na wschód. Zerkam na zegarek i myślę o tym, że Marta wypuści 

Daringa za mniej więcej półtorej godziny, gdy właśnie będzie się kończył maraton. Ten krok 

powinien skupić uwagę policji i pozostawić mi wystarczające pole manewru, bym odniósł 

sukces.

Nie pozwolę się pokonać, myślę. Nie dzisiaj. I już nigdy więcej.

background image

Rozdział 103

Knight leżał w drugiej sypialni Lancera z zaklejonymi ustami. Wciąż był otumaniony i 

kręciło mu się w głowie. Przez ostatnie pół godziny na zmianę usiłował się wyswobodzić, 

dyszał z rozpaczą i spoglądał smętnie na swoje śpiące dzieci. Otępiałe zmysły rejestrowały 

hałaśliwą transmisję maratonu w telewizji.

Była 11.55. Na siedemnastym kilometrze po niemal godzinie wyścigu zawodnicy z 

Wielkiej Brytanii, Etiopii, Kenii i Meksyku oderwali się od reszty stawki biegnącej wzdłuż 

Victoria Embankment. Nawzajem narzucając sobie tempo, minęli London Eye i pomimo żaru 

lejącego się z nieba pędzili w stronę parlamentu w tempie na rekord olimpijski.

Knight zastanawiał się ponuro, jaką okropność przygotował Lancer na trasie maratonu. 

Wolał nie myśleć o tym, co Marta zgotuje jemu oraz bliźniętom, kiedy wyścig dobiegnie 

końca.

Zaniknął   oczy,   a   potem   zaczął   się   modlić   do   Boga   i   do   Kate,   żeby   pomogli   mu 

uratować dzieci. Powiedział im, że sam chętnie umrze, jeśli wtedy znowu będzie z Kate. Ale 

dzieci zasługiwały na to, żeby...

Marta weszła do pokoju z czarną strzelbą, którą Knight widział poprzedniej nocy, a 

także z plastikową siatką z trzema dwulitrowymi butelkami coli. Jej ciemne włosy były teraz 

przycięte i ufarbowane na ostry blond ze srebrnymi pasemkami. Nowa fryzura pasowała do 

czarnej skórzanej spódnicy, podkoszulka bez rękawów oraz butów do łydki. Gdyby przez 

ostatnie dwa tygodnie Knight nie spędził z nią tak dużo czasu, nie rozpoznałby w tej kobiecie 

z rozjaśnionymi włosami i mocnym makijażem ponurej niani, która zagadnęła go na placu 

zabaw.

Marta nie zwracała na niego uwagi, zupełnie jakby Knight był nieważnym dodatkiem 

do   obmyślonego   wcześniej   planu.   Postawiła   colę   na   toaletce,   oparła   strzelbę   o   ramię   i 

podeszła   do   Daringa.   Odłożyła   broń,  wzięła   do  ręki   strzykawkę,   a   następnie   wbiła   ją   w 

kroplówkę podpiętą do nadgarstka kuratora.

– Pora wstawać – powiedziała, po czym znów podniosła broń.

Wyciągnęła jabłko z kieszeni. Nadgryzła, leniwie zerkając na transmisję maratonu.

background image

Luke poruszył się i szeroko otworzył oczy, patrząc wprost na ojca. Zmarszczył brwi, 

poczerwieniał na twarzy i zaczął stękać, jednak nie ze strachu, lecz tak, jakby rozpaczliwie 

chciał   mu   coś   powiedzieć.   Knight   natychmiast   rozpoznał   tę   minę   i   zrozumiał   znaczenie 

stłumionych pojękiwań.

Marta popatrzyła na chłopca z takim chłodem, że obolały mózg zaczął domagać się od 

Knighta, by odwrócił jej uwagę od synka.

Detektyw zaczął jęczeć spod taśmy. Marta zerknęła w jego stronę, żując jabłko.

– Zamknij się – powiedziała. – Beczysz tak samo jak twój mały.

Zamiast wykonać polecenie, Knight jęczał jeszcze głośniej, waląc stopami o podłogę, 

by  zwrócić   uwagę   sąsiadów   na  dole,   a   także   zdenerwować   Martę.   Chciał,   żeby  mówiła. 

Wiedział dużo o negocjacjach z porywaczami i zdawał sobie sprawę z tego, jak ważne jest to, 

by dali się wciągnąć w rozmowę.

Zbudziła się Isabel i zaczęła płakać.

Marta wzięła strzelbę, po czym podeszła do Knighta, tupiąc nogami. Roześmiała się.

– Mieszkanie piętro niżej też jest nasze, więc śmiało, hałasuj, ile się da. I tak nikt cię 

nie słyszy.

Po tych słowach kopnęła go w brzuch. Detektyw zwinął się wpół i z jękiem przewrócił 

na plecy. Czuł, jak rozgniata się pod nim szkło z rozbitej szklanki po soku. Luke zaczął wyć. 

Marta   spojrzała   na   dzieci   ze   złością.   Knight   był   pewien,   że   zaraz   i   je   kopnie.   Ale   ona 

przykucnęła i zerwała mu taśmę z ust.

– Każ im się zamknąć albo pozabijam was już teraz.

– Luke chce do ubikacji. Zdejmij mu taśmę i sama zapytaj.

Marta spiorunowała go wzrokiem, a potem podeszła do chłopca, by zdjąć mu knebel.

– No co? – spytała.

Synek Knighta odsunął się od niej. Potem spojrzał na ojca i powiedział:

– Luke musi kupę. W ubikacji dużych chłopców.

– Sraj w gacie, wszystko mi jedno.

– Marta, chcę do ubikacji dużych chłopców – nalegał mały. – Luke duży chłopiec. Bez 

pieluchy.

– Daj mu szansę – poprosił Knight. – On ma dopiero trzy lata.

Na twarzy Marty pojawił się zdegustowany uśmieszek.  Wyjęła nóż i rozcięła pęta 

wokół kostek Luke’a. Z bronią w ręku szarpnęła chłopca na nogi.

– Jeśli to fałszywy alarm – warknęła – zabiję cię pierwszego.

Minęli   Daringa   i   zniknęli   w   drzwiach   na   korytarz.   Knight   rozejrzał   się   wkoło, 

background image

zmieniając nieco pozycję. Znów usłyszał chrzęst szkła. Drobne odłamki dźgały go w ramiona 

i plecy.

Ból otrzeźwił mu umysł na tyle, by pojął, że to okazja, której nie może zmarnować. 

Zaczął gorączkowo wyginać się i kręcić, rozpaczliwie gmerając palcami.

Błagam, Kate. Błagam.

Palec wskazujący prawej dłoni otarł się o ostrą krawędź nieco większego kawałka 

szkła o długości może pięciu centymetrów. Knight usiłował wsunąć je sobie do ręki, ale 

wymsknęło mu się z dłoni i wypadło. Klnąc pod nosem, zaczął szukać od nowa, lecz wciąż 

nie udało mu się go znaleźć, gdy usłyszał krzyk Luke’a:

– Patrz, Marta! Duży chłopiec!

Sekundę   później   rozległ   się   chlust   spuszczanej   wody.   Knight   desperacko   poruszał 

palcami. Nic. Zabrzmiały kroki, detektyw jeszcze raz wygiął biodra i przesunął się bliżej 

miejsca, gdzie roztrzaskała się szklanka. Wtedy do pokoju wszedł Luke. Nadgarstki wciąż 

miał sklejone przed sobą, ale szeroko uśmiechał się do ojca.

– Tata, Lukey duży chłopiec – oznajmił. – Lukey trzy latka. Bez pieluchy.

background image

Rozdział 104

– Dobra robota, chłopie – powiedział Knight, prostując plecy.

Uśmiechnął się do syna, a potem zerknął na Martę, która wciąż opierała strzelbę o 

ramię. Poczuł gruby kawałek dna szklanki tuż pod krzyżem.

Zacisnął na nim palce, kiedy Marta powiedziała do Luke’a:

– Siadaj obok siostry i się nie ruszaj. – Potem spojrzała na Daringa, który teraz wiercił 

się na łóżku. – Pobudka – zarządziła. – Niedługo musimy iść.

Daring stęknął. Tymczasem Knight obrócił w dłoni kawałek szkła, wbił go w taśmę, 

która oklejała mu nadgarstki, i zaczął piłować. Uśmiechnięty Luke grzecznie podszedł do 

ojca.

– Lukey duży chłopiec – powtórzył.

– Super – powiedział Knight, koncentrując uwagę na kobiecie. – A teraz siadaj, jak ci 

kazała Marta.

Ale chłopiec ani drgnął.

– Tata, idziemy do domu? – zapytał, a zakneblowana Bella jękiem wyrażała zgodę. – 

Idziemy na imprezę?

– Już niedługo – obiecał Knight, czując, jak więzy pękają. – Bardzo niedługo.

Wtedy jednak Marta uniosła broń, chwyciła rolkę taśmy i ruszyła w stronę Luke’a. 

Kiedy mały zobaczył, co wzięła do ręki, zawołał:

– Marta, nie!

Rzucił się do ucieczki. Najstarsza Furia wpadła w złość. Wycelowała strzelbę w synka 

Knighta.

– Siadaj. Natychmiast. Albo zginiesz.

Jednak Luke był za mały, by w pełni rozumieć, co to znaczy, gdy ktoś celuje do niego 

z naładowanej broni.

– Nie! – odparł bezczelnie.

Wskoczywszy na materac obok Isabel, rozglądał się, gdzie by tu dalej uciec.

– No to zaraz cię nauczę – warknęła Marta i ruszyła w stronę Luke’a ze wzrokiem w 

background image

pełni skoncentrowanym na chłopcu, a nie na Knighcie, który właśnie uwolnił nadgarstki.

Gdy go mijała, żeby osaczyć małego, detektyw kopnął ją spętanymi nogami.

Trafił  w  ścięgna  Achillesa.   Marta  krzyknęła,  straciła   równowagę  i   wylądowała  na 

podłodze. Broń ze stukotem upadła nieco dalej.

Knight   obrócił   się   i   wciąż   ściskając   kawałek   szkła,   zamachnął   się   nim   w   stronę 

kobiety. Miała jednak oszałamiająco szybki refleks. Zdążyła podnieść rękę, przyjmując cios 

na przedramię, a następnie kopnęła go kolanem w tors.

Detektyw stracił dech w piersiach i upuścił szkło.

Oszalała z wściekłości Marta zerwała się na równe nogi i złapała strzelbę. Podeszła do 

jednej z butelek z colą, otworzyła ją i wepchnęła lufę do środka, sycząc przez zęby:

–   Nie   obchodzi   mnie,   czego   chce   Kronos.   Mam   już   dość   ciebie   i   tych   twoich 

zasranych dzieci.

Zręcznie owinęła taśmą krwawiące ramię, a następnie okleiła nią lufę strzelby oraz 

wylot butelki. Potem uniosła broń z prymitywnym tłumikiem. Jej oczy były ciemne i martwe. 

Przez chwilę Knight mógł zobaczyć to, co musieli widzieć ci wszyscy bośniaccy chłopcy, 

kiedy przychodziły po nich siostry Brazlić. Z ponurą zawziętością podeszła do Luke’a, który 

wciąż stał obok siostry.

– Chłopak zginie pierwszy – powiedziała do Knighta. – Na twoich oczach.

– Lancer cię zabije! – krzyknął za nią detektyw. – Tak jak zabił twoje siostry!

To ją zatrzymało. Odwróciła się.

– Moje siostry żyją i mają się dobrze – oświadczyła. – Już wyjechały z Londynu.

– Nie – zaprzeczył Knight. – Lancer zamordował je obie. Skręcił kark Andzieli, a 

potem obciął jej dłonie i wysłał je do mnie. Nadzie poderżnął gardło od ucha do ucha.

– To kłamstwo! – warknęła i ruszyła do niego, unosząc broń.

–   Znaleziono   je   w   tej   samej   opuszczonej   fabryce   w   pobliżu   gazowni,   gdzie 

przetrzymywaliście Selenę Farrell.

Ta informacja sprawiła, że Marta na chwilę przystanęła.

– Dlaczego nie mówią o tym w wiadomościach?

–  Policja  pewnie   nie  poinformowała  prasy –  odparł   Knight,  szukając  wiarygodnej 

odpowiedzi. – Często się tak robi. Wiesz, ukrywa się szczegóły.

– Kłamiesz – powiedziała Marta, a potem wzruszyła ramionami. – Zresztą nawet jeśli 

to prawda, tym lepiej dla mnie. Czasami sama miałam ochotę je zabić.

Następnie odbezpieczyła broń.

background image

Rozdział 105

Nagle nieopodal zawyły syreny. Zbliżały się i serce Knighta napełniła nowa nadzieja.

– Jadą po ciebie – oznajmił, uśmiechając się do Marty jak szaleniec. – Teraz pójdziesz 

na stryczek bez względu na to, co zrobisz ze mną i moimi dziećmi.

– Nie. – Zaśmiała się zjadliwie. – Jeśli w ogóle tu jadą, to zjawią się w mieszkaniu 

obok, a nie tutaj. Tymczasem ja was zabiję, a potem ucieknę tunelem.

Spróbowała przycisnąć butelkę do głowy Knighta, ale odtrącił ją dłonią i odwrócił się, 

słuchając zbliżającego się wycia syren. Graj na czas, myślał. Przynajmniej dzieci przeżyją.

Wtedy jednak Serbka postawiła mu but na szyi i przydusiła go, opuszczając strzelbę z 

tłumikiem.   Złapał   ją   za   kostki,   licząc,   że   straci   równowagę.   Ona   jednak   tylko   mocniej 

wgniotła mu but w krtań, aż całkowicie opadł z sił.

Spojrzała na niego sennym wzrokiem.

– Żegnam, panie Knight. Szkoda, że nie mam kilofa.

background image

Rozdział 106

Knight pomyślał o Kate i niemal w tej samej sekundzie Marta szeroko otworzyła oczy. 

Ryknęła z bólu, zdjęła butelkę coli z głowy detektywa, a but z jego szyi, i wystrzeliła. Rozległ 

się dziwny, mokry huk. Pocisk wyrwał dziurę w ścianie tuż nad głową Knighta. Lała się na 

niego cola i sypały kawałki plastiku, a najstarsza z sióstr Brazlić ponownie wrzasnęła. W 

szale odwróciła się od mężczyzny i po omacku szukała czegoś za sobą.

Luke ugryzł Martę w ścięgno podkolanowe i nie puszczał, ona zaś wściekle uderzała 

chłopca, raz za razem krzycząc z bólu. Knight mocno kopnął ją w goleń. Upuściła broń, a 

potem rąbnęła Luke’a łokciem w bok.

Chłopiec poleciał na ścianę i upadł bez ruchu.

Knight podpełzł ku strzelbie, tymczasem Marta spojrzała na Luke’a i złapała się za 

ziejącą ranę, którą pozostawiły jego zęby. Nie zauważyła detektywa, dopóki nie znalazł się 

kilka centymetrów od broni.

Zaklęła   i   rzuciła   się   na   Knighta,   ale   jego   palec   już   odnalazł   spust.   Mężczyzna 

spróbował w nią wycelować, lecz zamachnęła się wolną ręką i odtrąciła lufę. W tym samym 

momencie strzelba wypaliła po raz drugi. Zaraz potem rozległ się ogłuszający huk, który na 

moment zdezorientował detektywa. Rozejrzał się oszołomiony, modląc się o to, by jakimś 

cudem strzał dosięgnął Marty.

Jednak najstarsza z Furii kopnęła go w żebra, po czym wyrwała mu broń. Dysząc i 

uśmiechając się triumfalnie, wymierzyła lufę w nieprzytomnego syna detektywa.

– Patrz, jak zdycha – warknęła.

Knightowi wydawało się, że dźwięk strzału dolatuje z oddali, jakby pochodził z innego 

świata, ale wymierzony był wprost w jego rozrywane serce. Spodziewał się, że ciało chłopca 

podskoczy od impetu kuli.

Jednak   to   gardło   Marty   eksplodowało   fontanną   krwi,   po   czym   niania   zbrodniarka 

runęła na ziemię między Knightem a jego synem.

Zdezorientowany mężczyzna odwrócił się z otwartymi ustami. Zobaczył starszą siostrę 

Kate podnoszącą się z pozycji strzeleckiej.

background image

Część piąta

Linia mety

background image

Rozdział 107

Dwadzieścia pięć minut po tym, jak Pottersfield zastrzeliła poszukiwaną zbrodniarkę 

wojenną   Senkę   Brazlić,   oboje   z   Knightem   pędzili   na   sygnale   w   stronę   The   Mall,   gdzie 

czołówka wyścigu maratońskiego wykonywała czwarte i ostatnie okrążenie.

Zwykle   maraton   kończy   się   na   stadionie   olimpijskim.   Jednak   organizatorzy 

londyńskich igrzysk – jak się okazało, w znacznej mierze pod wpływem nacisków Lancera – 

uznali, że bieg przez zaniedbany East End to kiepski sposób na sprzedanie całemu światu 

oszałamiających walorów miasta.

Zamiast tego postanowiono wytyczyć trasę maratonu obok najsłynniejszych punktów 

Londynu, które świetnie sprawdzały się w telewizji jako tło wyścigu – od wzgórza Tower do 

parlamentu wzdłuż Tamizy i dalej obok London Eye oraz Igły Kleopatry, ze startem i metą na 

The Mall z widokiem na pałac Buckingham. Biegacze mieli do pokonania cztery okrążenia.

–   Jego   zdjęcie   ma   być   w   komputerze   przenośnym   każdego   funkcjonariusza!   – 

krzyczała do radia Pottersfield. – Znajdźcie go! Organizacja maratonu w tym miejscu to był 

jego pomysł.

Knight właśnie rozmyślał o tym, jak cholernie dobrą policjantką jest Elaine. Weszła na 

stronę internetową Trace Angels, zobaczyła, że dzieci jadą w pociągach, ale potem sprawdziła 

historię i znalazła adres na Porchester Terrace.

Gdy skontaktowała się z obsługą pociągów, poinformowano ją, że nie ma tam dzieci 

pasujących   do   opisu   bliźniąt   Knighta.   Wtedy   poprowadziła   oddział   Scotland   Yardu   do 

budynku w pobliżu Lancaster Gate. Znajdowali się w mieszkaniu Furii, kiedy w lokalu obok 

wystrzeliła   broń   z   prymitywnym   tłumikiem.   Usłyszeli   huk,   znaleźli   przejście   do   domu 

Lancera   ukryte   za   gobelinem   i   wrzucili   tam   granat   ogłuszający   tuż   po   tym,   jak   Knight 

pociągnął za spust.

Pottersfield ściszyła radio.

– Dorwiemy go – powiedziała drżącym głosem. – Teraz wszyscy na niego polują.

Knight stęknął. Patrzył przez okno na jaskrawe niebo, wciąż obolały i otumaniony po 

ciosach, które zarobił.

background image

– Z tobą wszystko w porządku, Elaine? Musiałaś strzelać...

– Ze mną? Peter, ciebie tu teraz w ogóle nie powinno być – zrugała go Pottersfield. – 

Powinieneś   jechać   do   szpitala   w   tej   samej   karetce   co   twoje   dzieci.   Muszą   cię   obejrzeć 

lekarze.

– Amanda i Boss już jadą do Luke’a i Belli. Pójdę się zbadać, kiedy zatrzymamy 

Lancera.

Pottersfield zredukowała bieg, po czym skręciła w Buckingham Palace Road.

– Jesteś pewien, że Lancer zaatakuje maraton?

Knight wysilił pamięć.

– Zanim wyszedł, powiedziałem mu, że bez względu na to, co zrobi, duch olimpijski 

nigdy   nie   zginie.   Mówiłem,   że   udowodnił   to   Mundaho.   Wtedy   się   wściekł   i   byłem 

przekonany,   że   zaraz   pożegnam   się   z   życiem.   Ale   w   telewizji   rozległ   się   strzał 

rozpoczynający   maraton.   Wtedy   Lancer   powiedział   coś   w   stylu:   „Zaczął   się   maraton 

mężczyzn.   Ostatnia  rozgrywka.   A ponieważ  jestem  wybitną  jednostką,  pozwolę  ci  dożyć 

zakończenia.  Zanim Marta cię zabije, pozwoli ci zobaczyć,  w jaki sposób raz na zawsze 

zgaszę tego ducha olimpijskiego”.

Pottersfield z poślizgiem zatrzymała  auto przed policyjną barierką naprzeciwko St. 

James’s Park. Wysiadła, po czym pokazała odznakę funkcjonariuszom na posterunku.

– On jest z agencji Private. Idzie ze mną. Gdzie inspektor Casper?

Policjant, który w tym upiornym skwarze wyglądał wyjątkowo żałośnie, wskazał na 

północ w stronę ronda przed pałacem Buckingham.

– Mam go wezwać?

Szwagierka Knighta pokręciła głową, a potem przeskoczyła przez barierkę i wbiła się 

w tłum na Birdcage Walk. Nieco otumaniony detektyw podążył za nią. Zawodnicy biegnący 

dość daleko za liderami wyścigu zbliżali się do pomnika Victoria Memorial na środku ronda.

Korpulentny Billy Casper już przepychał się w stronę Knighta i Pottersfield.

– Dobry Jezu – powiedział – miałem sukinsyna przed nosem nie dalej jak godzinę 

temu. Przeszedł przez ulicę i zniknął w St. James’s Park.

– Dostałeś jego zdjęcie?

– Wszyscy gliniarze dostali je jakieś dziesięć sekund temu – potwierdził Casper, po 

czym spojrzał na nich ponuro. – Trasa ma ponad dwanaście kilometrów długości. Stoi przy 

niej pół miliona ludzi, może nawet więcej. Jak my go, u diabła, znajdziemy?

– Na mecie albo gdzieś w pobliżu – odparł Knight. – Lubuje się w dramatycznych 

gestach. Widziałeś Jacka Morgana?

background image

– Wyprzedził cię, Peter – poinformował inspektor. – Gdy tylko się dowiedział, że 

Kronos to Lancer i że wciąż jest na wolności, natychmiast ruszył na metę. Bystry facet jak na 

jankesa.

Jednak dwadzieścia sześć minut później, kiedy przy trasie na południe od St. James’s 

Park rozległa się wrzawa, Lancera wciąż nikt nie widział. Sprawdzono za to drobiazgowo 

cały system pomiaru czasu.

Stojąc   wysoko   na   szczycie   trybun   ustawionych   wzdłuż   The   Mall,   Knight   i   Jack 

obserwowali przez lornetki okoliczne drzewa, na wypadek gdyby Lancer wspiął się na jedno 

z nich z karabinem snajperskim. Casper i Pottersfield robili to samo po drugiej stronie ulicy. 

Jednakże pole widzenia przesłaniały im dziesiątki flag Wielkiej Brytanii oraz olimpijskich, 

które furkotały na masztach ciągnących się na zachód w stronę pałacu Buckingham.

– Sam go sprawdzałem – powiedział posępnie Jack, opuszczając lornetkę. – To znaczy 

Lancera.   Kiedy   wykonywał   dla   nas   pewną   robotę   w   Hongkongu   parę   lat   temu.   Był 

czyściusieńki. Każdy, kto go znał, mówił o nim w samych superlatywach. I nie pamiętam, 

żebym widział jakąś wzmiankę o jego służbie na Bałkanach. Na pewno bym zapamiętał.

– Był tam niecałe pięć tygodni – przypomniał Knight.

– Wystarczyło, żeby zwerbować krwiożercze suki równie szalone jak on sam.

– Pewnie dlatego nie wspominał o tej służbie w CV.

Zanim Jack zdążył odpowiedzieć, ryk widowni się zbliżył i ludzie na trybunach wokół 

Victoria   Memorial  zerwali  się  z   miejsc.   Dwaj   policjanci   na  motorach  pojawili   się  mniej 

więcej sto metrów przed tą samą czwórką biegaczy, którzy oderwali się od reszty stawki na 

siedemnastym kilometrze.

– Motocykliści – odezwał się Knight, po czym  uniósł lornetkę, żeby przyjrzeć się 

twarzom funkcjonariuszy.

Szybko stwierdził, że żaden z nich nie jest Lancerem.

Za nimi biegli czterej najszybsi zawodnicy – Kenijczyk, Etiopczyk, bosy Meksykanin 

oraz ten chłopak z Brighton. Wszyscy trzymali w dłoniach chorągiewki z olimpijskimi kołami 

oraz w barwach Kamerunu.

Po   czterdziestu   dwóch   kilometrach   i   dwunastu   metrach   prowadzili   Kenijczyk   i 

Brytyjczyk.   Pędzili   ramię   w   ramię.   Jednakże   dwieście   metrów   od   mety   Etiopczyk   oraz 

Meksykanin, którzy biegli tuż za nimi, rozdzielili się i dołączyli do liderów po lewej i prawej 

stronie.

Tłum oszalał, patrząc, jak chudzi biegacze gnają ostatnią prostą po złoto i chwałę, 

wszyscy w jednym rzędzie i żaden nie ustępował pozostałym pola.

background image

Dwadzieścia metrów od mety chłopak z Brighton wyrwał się naprzód i wyglądało na 

to,   że   Wielka   Brytania   po   raz   pierwszy   zdobędzie   złoty   medal   w   biegu   maratońskim 

mężczyzn, dołączając to zwycięstwo do historycznego triumfu Mary Duckworth w wyścigu 

kobiet w poprzednią niedzielę.

Jednak ku zdziwieniu widzów zaledwie kilka metrów przed metą Brytyjczyk zwolnił, 

wszyscy maratończycy unieśli chorągiewki i cała czwórka wspólnie przebiegła przez taśmę.

Publiczność zamarła. Knight słyszał jedynie okrzyki komentatorów opisujących ten 

bezprecedensowy czyn oraz jego znaczenie. A potem wszyscy na The Mall zrozumieli sens 

tego, co się właśnie wydarzyło,  i zaczęli entuzjastycznie  wiwatować, włącznie z Peterem 

Knightem.

Widzisz, Lancer? – myślał Knight. Widzisz, Kronosie? Nie możesz zdławić ducha 

olimpijskiego, bo on nie istnieje w jednym, określonym miejscu. Niosą go w sercach wszyscy 

sportowcy, którzy kiedykolwiek usiłowali osiągnąć wielkość, i zawsze tak będzie.

–   Lancer   nie   zaatakował   –   powiedział   Jack,   kiedy   wrzawa   przycichła.   –   Może 

wystraszył go pokaz siły na trasie biegu.

– Może – przyznał Knight. – Albo wcale nie miał na myśli maratonu.

background image

Rozdział 108

Przyprawiający o mdłości finisz biegu maratońskiego mężczyzn wciąż jest powtarzany 

na ekranach wokół punktów kontroli przy północnym wejściu do Parku Olimpijskiego od 

strony Ruckholt Road, gdzie czekam cierpliwie w nieznośnym upale.

Mam   ogoloną   głowę,   a   na   dodatek   pomalowałem   ją   henną   –   wraz   z   każdym 

odsłoniętym   skrawkiem   skóry   –   na   rdzawy   kolor,   dziesięć   razy   ciemniejszy   niż   moja 

naturalna   karnacja.   Biały   turban   jest   idealny,   podobnie   jak   czarna   broda,   metalowa 

bransoletka   na   prawym   nadgarstku   oraz   indyjski   paszport   –   a   także   sepiowe   szkła 

kontaktowe, okulary oraz luźna biała kurta, która wraz z kroplą oleju paczulowego dopełnia 

mojego przebrania za Jata Singha Rajpala, wysokiego sikhijskiego handlarza tekstyliów z 

Pendżabu, szczęśliwego posiadacza biletu na ceremonię zamknięcia igrzysk.

Stoję pół metra od kontrolerów, kiedy moja twarz, moja prawdziwa twarz, pojawia się 

na jednym z telewizorów, które wcześniej pokazywały finisz maratonu.

W pierwszej chwili ogarnia mnie panika, ale prędko się uspokajam. Dyskretnie zerkam 

na   ekran   z   nadzieją,   że   to   po   prostu   streszczenie   przebiegu   igrzysk   włącznie   z   moim 

zwolnieniem   z   komitetu   organizacyjnego.   Potem   jednak   na   pasku   pod   fotografią   widzę 

informację, że jestem poszukiwany w związku z morderstwami dokonanymi przez Kronosa.

Jak   to   możliwe?!   W   moim   umyśle   huczy   wiele   głosów,   które   wywołują   kolejny 

oślepiający ból głowy. Robię, co mogę, by zachować spokój, gdy staję przed tęgą strażniczką 

z F7 oraz młodym posterunkowym ze Scotland Yardu, którzy sprawdzają bilety i dokumenty 

tożsamości.

– Przebył  pan daleką drogę, panie Rajpal – mówi  posterunkowy,  patrząc  na mnie 

obojętnie.

–  Warto   odbyć   długą   podróż,   żeby  być   świadkiem   tak   wspaniałego   wydarzenia   – 

odpowiadam wyćwiczonym akcentem, który brzmi idealnie pomimo łomotu w mojej czaszce.

Muszę się powstrzymywać, by nie sięgnąć pod turban i nie dotknąć pulsującej blizny z 

tyłu głowy.

Strażniczka zerka na monitor laptopa.

background image

– Czy był pan na jakichś zawodach podczas tych igrzysk? – pyta.

– Na dwóch. Lekkoatletyka w czwartek wieczorem i mecz hokeja na trawie nieco 

wcześniej. W poniedziałek po południu. Indie-Australia. Przegraliśmy.

Kobieta przygląda się informacji na ekranie i kiwa głową.

– Musimy przepuścić pana torbę oraz wszystkie metalowe przedmioty przez skaner.

– Oczywiście – odpowiadam.

Kładę torbę na taśmociągu, a monety, bransoletkę i telefon komórkowy umieszczam 

na plastikowej tacce.

– Nie ma pan kirpanu? – pyta posterunkowy.

Uśmiecham się. Sprytny chłopak.

– Nie. Ceremonialny sztylet zostawiłem w domu.

Policjant kiwa głową.

– Miło z pana strony. Kilku pana rodaków próbowało wnieść je na stadion. Może pan 

już wejść.

Chwilę później ból głowy ustaje. Zabieram torbę, w której znajduje się tylko aparat 

fotograficzny   oraz   duża   tubka   na   pozór   zawierająca   krem   z   filtrem   przeciwsłonecznym. 

Szybko mijam Eton Manor i przechodzę po mostku dla pieszych prowadzącym na północno-

wschodni plac. Idę obok welodromu, hali koszykówki oraz wioski olimpijskiej, a następnie 

ruszam drogą na południe, która biegnie przy strefie dla sponsorów. Przystaję, żeby na nich 

spojrzeć,   a   wtedy   zdaję   sobie   sprawę,   że   przeoczyłem   wielu   potencjalnych   profanatorów 

ideałów olimpijskich.

To nic, uznaję. Mój ostatni akt zrekompensuje to z nawiązką. Na myśl o tym zaczynam 

szybciej oddychać. Moje serce wali jak oszalałe, gdy uśmiecham się do strażników u stóp 

spiralnych schodów pnących się między przęsłami wieży Orbit.

– Restauracja jeszcze czynna? – pytam.

– Do wpół do czwartej – odpowiada jeden z nich. – Ma pan jeszcze dwie godziny.

– A gdybym potem chciał coś zjeść?

–   Inne   punkty   tu   na   dole   wciąż   będą   otwarte   –   mówi.   –   Zamykana   jest   tylko 

restauracja.

Kiwam głową, po czym rozpoczynam długą wspinaczkę po schodach, ledwie zważając 

na   bezimienne   potwory,   które   schodzą   z   góry,   nieświadome   zagrożenia,   jakie   stanowię. 

Dwanaście minut później docieram na poziom powoli obracającej się restauracji. Zgłaszam 

się do kierowniczki sali.

– Rajpal – mówię. – Stolik dla jednej osoby.

background image

Kobieta marszczy brwi.

– Czy zgodziłby się pan dzielić z kimś stolik?

– Z przyjemnością – odpowiadam.

Kierowniczka zerka na salę.

– I tak trzeba będzie poczekać dziesięć, może piętnaście minut.

– Czy w tym czasie mogę skorzystać z toalety?

– Oczywiście – mówi i usuwa się z drogi.

Za mną tłoczą się kolejni goście. Kobieta jest nimi tak zajęta, że na pewno już prawie 

o mnie zapomniała. Kiedy mnie zawoła, uzna, że znudziło mi się czekanie i wyszedłem. 

Nawet jeśli wyśle po mnie kogoś do toalety, nikogo nie znajdą. Rajpala już nie ma.

Udaję się do WC dla mężczyzn i wchodzę do odpowiedniej kabiny, która na szczęście 

jest wolna. Mija pięć minut, zanim opróżniają się pozostałe. Wtedy, najszybciej jak potrafię, 

podciągam się i siadam na ściance między kabinami, a potem unoszę jedną z płytek w suficie. 

Odsłaniam kanał, który wybudowano, żeby konserwatorzy bezproblemowo mogli dotrzeć do 

przewodów elektrycznych i systemu wentylacyjnego.

Chwila wysiłku i już leżę w kanale, a płytka jest znów na swoim miejscu. Teraz muszę 

się tylko uspokoić, przygotować i zaufać przeznaczeniu.

background image

Rozdział 109

Tego popołudnia Knight i Jack dotarli do Parku Olimpijskiego przed szesnastą. Wciąż 

świeciło słońce, a od ścieżek bił żar, który wprawiał powietrze w drganie. Według Scotland 

Yardu i MI5, które na polecenie premiera wspólnie przejęły kontrolę nad ochroną obiektu, 

Mike Lancer nie próbował dostać się na teren parku przy użyciu swojej przepustki, na którą 

natychmiast ustawiony został alert, gdy tylko ogłoszono, że jest poszukiwany.

Około wpół do piątej Knight wszedł za Jackiem na pusty stadion patrolowany przez 

zespoły z psami przeszkolonymi do odnajdywania ładunków wybuchowych. Wciąż bolała go 

głowa. W tej chwili mniej myślał o znalezieniu Lancera, a więcej o swoich dzieciach. Czy 

wszystko z nimi w porządku? Czy Amanda dotarła już do szpitala?

Właśnie zamierzał zadzwonić do matki, kiedy Jack się odezwał:

– Może wystraszył się podczas maratonu. Może to była jego ostatnia okazja, zobaczył, 

że nic z tego, a teraz ucieka.

– Nie – odparł Knight. – Spróbuje czegoś tutaj. Czegoś spektakularnego.

– Musiałby być sztukmistrzem – oponował Jack. – Sam słyszałeś: obowiązują środki 

bezpieczeństwa   jak   w   strefie   wojny.   Na   koronie   stadionu   umieścili   podwójne   zespoły 

snajperów   SAS,   a   korytarze   i   klatki   schodowe   będą   patrolować   wszyscy   dostępni 

funkcjonariusze Scotland Yardu.

– Wiem o tym, Jack. Ale biorąc pod uwagę to, co ten obłąkany sukinsyn zrobił do tej 

pory, nie wierzę, że tak łatwo odpuści. Zastanów się. Lancer nadzorował wydatki związane z 

bezpieczeństwem olimpiady sięgające półtora miliarda funtów. Zna każdą ewentualność, jaką 

uwzględniły w swoich planach Scotland Yard i MI-five. I przez ostatnie siedem lat podczas 

budowy ten świr miał dostęp do każdego zakamarka każdego obiektu. Do każdego cholernego 

zakamarka.

background image

Rozdział 110

Tego popołudnia o piętnastej  trzydzieści  w trzydziestopięciocentymetrowej  szparze 

między sufitem męskiej toalety a dachem wieży Orbit słyszę, jak hydrauliczny mechanizm 

hamuje,   oraz   czuję,   jak   powoli   obracający   się   taras   obserwacyjny   staje.   Zamykam   oczy, 

opanowuję oddech i przygotowuję się na to, co mnie czeka. Mój los. Moje przeznaczenie. 

Moja ostateczna zasłużona zapłata.

Za  dziesięć   czwarta   wyciskam  na  materiał   turbanu  specjalny  krem   z  tubki,   dzięki 

któremu nadam swojej skórze niemal czarny odcień. Do toalety wchodzi ekipa sprzątająca, 

żeby  wyczyścić   pomieszczenie   pode mną.  Przez  kilka   minut  słucham  klapania   mopów  o 

ściany. Potem następuje pół godziny ciszy przerywanej jedynie odgłosami, które wydaję ja 

sam, gdy smaruję głowę, szyję i dłonie.

Dwanaście po czwartej do toalety wchodzi pierwszy zespół z psem wyszkolonym do 

wyszukiwania materiałów wybuchowych. Nagle przez głowę przechodzi mi straszna myśl, że 

potwory   mogły   być   na   tyle   sprytne,   by   dać   swoim   bestiom   do   powąchania   jakieś   moje 

ubranie.   Jednak   pies   opuszcza   ubikację   po   minucie,   niewątpliwie   zmylony   wonią   oleju 

paczulowego.

Wracają o piątej, a potem o szóstej. Gdy wychodzą po raz trzeci, wiem, że nadeszła 

moja chwila. Ostrożnie odszukuję pasek taśmy izolacyjnej, pod którym siedem miesięcy temu 

ukryłem magazynek amunicji. Chowam go do kieszeni, opuszczam się do kabiny i zdejmuję 

resztę ubrania. Pozostaję dwubarwny, czarno-biały. Odbicie w lustrze jest przerażające.

Nagi, jeśli nie liczyć zegarka, odrywam kawałek materiału turbanu, po czym owijam 

nim   sobie   oba   końce   wokół   nadgarstków,   pozostawiając   luźno   zwisający   półmetrowy 

odcinek. Zajmuję pozycję, przywierając do ściany obok drzwi, i czekam.

O   szóstej   czterdzieści   pięć   słyszę   kroki   oraz   męskie   głosy.   Drzwi   się   otwierają, 

zatrzymują   tuż   przed   moją   twarzą,   a   potem   znów   się  cofają,   ukazując   plecy  wysokiego, 

wysportowanego czarnego potwora w dresie. W ręku trzyma sporą torbę.

Jest duży. Zakładam, że wyszkolony. Ale nie może się równać z wybitną istotą.

Zarzucam mu na szyję luźny materiał turbanu i zaciskam pod brodą. Zanim zdąży 

background image

zareagować, wbijam mu kolano w plecy, po czym dławię w nim życie. Parę sekund później, 

wciąż czując lekkie drżenie oraz słysząc nosowy jęk jego śmierci, zaciągam zwłoki potwora 

do   ostatniej   kabiny.   Następnie   zajmuję   się   torbą   i   zerkam   na   zegarek.   Pół   godziny   do 

spektaklu.

Potrzebuję niecałego kwadransa, żeby wdziać galowy mundur gwardii królewskiej. 

Wkładam na głowę czarną czapę z niedźwiedziej skóry. Jej znajomy ciężar spoczywa tuż nad 

moimi brwiami i ciasno przylega do uszu. Po drobnej poprawce skórzany pasek mocno opina 

brodę.   Podnoszę   karabin   automatyczny,   choć   wiem,   że   jest   nienaładowany.   To   nic,   mój 

magazynek jest pełen.

Następnie wracam do środkowej kabiny i czekam. Kwadrans po siódmej otwierają się 

drzwi. Słyszę warknięcie:

– Supple, nasza kolej.

– Moment – odpowiadam, kaszląc. – Idź do włazu.

– Do zobaczenia na górze – mówi tamten.

Oby nie, myślę, a potem drzwi się za nim zamykają.

Opuszczam toaletę i staję przy wyjściu. Siedzę sekundową wskazówkę zegarka. Gdy 

mija dokładnie dziewięćdziesiąt sekund, oddycham głęboko, po czym wychodzę na korytarz z 

torbą w dłoni.

Szybkim   krokiem,   z   oczami   utkwionymi   przed   siebie   i   beznamiętnym   wyrazem 

twarzy,  przechodzę przez restaurację do szklanych  drzwi po prawej stronie jadalni. Dwaj 

żołnierze SAS właśnie je otwierają, dając mi zakosztować upału panującego na zewnątrz. 

Stawiam   torbę   obok   drugiej,   identycznej,   mijam   je   obie,   po   czym   wkraczam   na   taras 

obserwacyjny, a następnie pokonuję wąskie przejście strzeżone przez kolejnego człowieka z 

SAS.

Perfekcyjnie wyliczyłem moment.

– W ostatniej chwili – syczy strażnik.

– Gwardia królewska zawsze przybywa w ostatniej chwili, stary – odpowiadam.

Przeciskam   się   obok   niego   i   znikam   na   klatce   schodowej   o   wąskich   stalowych 

stopniach. Tędy przez wzmacniane drzwi wychodzi się na dach tarasu widokowego.

Widzę popołudniowe niebo i sunące nade mną chmury. Słysząc głos trąbki, wspinam 

się ku swojemu przeznaczeniu, które jest już tak blisko, że czuję je niczym mrowienie w 

mięśniach i smakuję jak słodki pot na ustach.

background image

Rozdział 111

Trębacze stali po obu stronach sceny na płycie stadionu olimpijskiego. Grali smętną 

melodię, której Knight nie rozpoznawał.

Znajdował się wysoko na trybunach na północnym krańcu obiektu i obserwował tłum 

przez lornetkę. Był zmęczony upałem, bolała go głowa i irytowało trąbienie oznajmiające 

początek ceremonii zamknięcia igrzysk. Kiedy ustało, na ekranach na całym stadionie pojawił 

się obraz wieży Orbit z płonącym na jej szczycie zniczem olimpijskim. Na podwyższeniu po 

obu   jego   stronach,   tak   jak   od   czasu   rozpoczęcia   igrzysk,   można   było   dostrzec   sylwetki 

wyciągniętych jak struny żołnierzy gwardii królewskiej.

Oparli broń na ramionach, obrócili się o czterdzieści pięć stopni, a następnie, unosząc 

wyprostowane nogi i wymachując ramionami, odmaszerowali w przeciwnych kierunkach w 

stronę dwóch nowych gwardzistów, którzy wyszli na dach tarasu obserwacyjnego z drzwi po 

obu stronach, po czym ruszyli ku podwyższeniu oraz zniczowi. Gwardziści starej i nowej 

zmiany minęli się dokładnie w połowie drogi między zniczem a drzwiami. Kończący wartę 

zniknęli z dachu, natomiast zaczynający ją wspięli się na podest i stanęli na baczność po obu 

stronach ognia olimpijskiego.

Knight   krążył   wśród   widzów   przez   kolejne   półtorej   godziny.   Kiedy   letnie   niebo 

zaczęło ciemnieć i zerwał się wiatr, agenta Private podniósł na duchu widok niewiarygodnej 

liczby sportowców, trenerów, sędziów oraz kibiców, którzy mimo zagrożenia, jakie wciąż 

stanowił Lancer, postanowili przybyć  na ceremonię, chociaż mogli bezpiecznie wrócić do 

domów.

Pierwotnie   uroczystość   miała   być   równie   radosna   jak   otwarcie   olimpiady   przed 

śmiercią   amerykańskiego   kulomiota,   jednak   wskutek   morderstw   organizatorzy   nieco 

zmodyfikowali   program   i   nadali   widowisku   bardziej   poważny   i   znaczący   wydźwięk. 

Londyńska   Orkiestra   Symfoniczna   wsparła   Erica   Claptona,   który  wykonał   chwytającą   za 

serce aranżację swojej piosenki Tears in Heaven.

Gdy Knight przemieszczał  się na południe wewnątrz  stadionu, głos zabrał Marcus 

Morris. W jego poruszającym wystąpieniu elegia ku czci zmarłych łączyła się z afirmacją 

background image

wspaniałych rzeczy, które wydarzyły się na londyńskiej olimpiadzie pomimo działań Kronosa 

i jego Furii.

Knight zerknął na program. Jeszcze tylko kilka przemówień, pomyślał, jakiś spektakl, 

przekazanie flagi olimpijskiej delegacji z Brazylii, potem parę słów burmistrza Rio i...

– Masz coś, Peter? – rozległ się w słuchawce głos Jacka.

Ochrona   zmieniła   częstotliwość,   na   wypadek   gdyby   Lancer   próbował   ich 

podsłuchiwać.

– Nic – odparł Knight. – Ale czuję, że coś jest nie w porządku.

Ta myśl wciąż nie dawała mu spokoju, gdy organizatorzy odeszli od przewidzianego 

programu, by zapowiedzieć kilku „gości specjalnych”.

Na   scenie   pojawiła   się   doktor   Hunter   Pierce   wraz   z   Zekiem   Shawem   i   czterema 

maratończykami, którzy zdobyli złoto. Wieźli przed sobą na wózku Filatriego Mundaho z 

nogami przykrytymi prześcieradłem. Z tyłu szedł personel medyczny.

Mundaho powinien teraz cierpieć nieznośny ból i nie móc ruszyć się ze szpitalnego 

łóżka. Współrekordzista świata w biegu na sto metrów doznał poparzeń trzeciego stopnia 

większości powierzchni skóry dolnych partii ciała i w ciągu minionego tygodnia przeszedł 

kilka koszmarnie ciężkich zabiegów, ale nikt by tego po nim nie poznał.

Dawny młodociany żołnierz dumnie unosił głowę. Machał do widzów, którzy zerwali 

się z miejsc i zaczęli go oklaskiwać. Knight poczuł łzy w oczach. Mundaho wykazał się 

niesamowitą,   doprawdy   niewiarygodną   odwagą,   a   także   żelazną   siłą   woli   oraz   głębokim 

człowieczeństwem, jakiego Lancer nie był w stanie pojąć.

Sprinterowi   wręczono   złoty   medal,   a   gdy   zabrzmiał   hymn   Kamerunu,   Knight   nie 

widział na stadionie chyba nikogo, kto miałby suche oczy.

Potem   Hunter   Pierce   zaczęła   mówić   o   dziedzictwie,   jakie   pozostawi   londyńska 

olimpiada.   Dowodziła,   że   po   niej   nowym   ogniem   zapłoną   olimpijskie   marzenia   i   ideały 

Pierre’a de Coubertina. Knight był oczarowany przemową amerykańskiej zawodniczki.

Zmusił się jednak, by jej nie słuchać, i zaczął myśleć jak Lancer oraz jego alter ego, 

Kronos.   Przypomniał   sobie   ostatnie   słowa   szaleńca.   Usiłował   wyobrazić   je   sobie 

wydrukowane  na  klockach,  które   można   podnieść  i  obejrzeć   z bliska:   „Zanim  Marta  cię 

zabije, pozwoli ci obejrzeć, w jaki sposób raz na zawsze zgaszę tego ducha olimpijskiego”.

Knight zastanawiał się nad każdym wyrazem, starając się zgłębić sens wypowiedzi 

Kronosa w każdym możliwym aspekcie. I wtedy do niego dotarło – trzecie słowo od końca.

Włączył mikrofon.

– Jack, nie gasi się ducha – powiedział.

background image

– Powtórz, Peter.

Knight już biegł do wyjścia.

– Lancer powiedział mi, że „na zawsze zgasi ducha olimpijskiego”.

– Dobra...

– Nie gasi się ducha, Jack. Gasi się ogień.

background image

Rozdział 112

Patrzcie na mnie, ukrytego  na oczach stu tysięcy widzów oraz obiektywów  kamer 

transmitujących obraz do miliardów ludzi na świecie.

Przeznaczony. Wybrany. Obdarowany talentami przez bogów. Bez cienia wątpliwości 

jestem   wybitną   jednostką,   pod   każdym   względem   przewyższającą   żałosnych   Mundaho   i 

Shawa, i tę szczwaną sukę Hunter Pierce, a także wszystkich sportowców tam na dole, na 

scenie, potępiających mnie jako...

Zrywa się wiatr. Skupiam na nim uwagę. Gdzieś tam na horyzoncie daleko od stadionu 

i daleko od Londynu kłębią się chmury burzowe. Czy można sobie wymarzyć lepsze tło?

To przeznaczenie, myślę, a potem słyszę, jak na stadionie rozlega się ryk publiczności.

Co to? Sir Elton John i sir Paul McCartney wychodzą na scenę i zajmują miejsca 

naprzeciw siebie  przy identycznych  białych  fortepianach.  Kto tam z nimi  jest?  Marianne 

Faithfull? Och, na litość boską, śpiewają dla Mundaho Let It Be.

Gdybyście słyszeli ich potworny skrzek, zrozumielibyście, jak bardzo chcę przerwać 

wartę,  potrzeć  bliznę   i  natychmiast   ukrócić  ten  spektakl   hipokryzji.  Jednak  ze   wzrokiem 

skierowanym  przed siebie, wbitym  w nadciągającą burzę, wymuszam w sobie spokój, by 

postępować   zgodnie   z   planem   aż   do   jego   naturalnego   zakończenia,   tak   jak   chce 

przeznaczenie.

Żeby te piekielne śpiewy nie wyprowadziły mnie z równowagi, koncentruję się na 

świadomości, że już za kilka minut się ujawnię. A wtedy będę napawał się ich przerażeniem – 

także   McCartneya,   Faithfull  i   Eltona   Johna.   Będę  patrzył,  jak  wszyscy  tratują   Mundaho, 

uciekając do wyjść, a ja dokonam ostatniej ofiary w imię każdego prawdziwego olimpijczyka, 

który kiedykolwiek chodził po świecie.

background image

Rozdział 113

Słysząc, jak cały stadion śpiewa  Let It Be,  Knight pędził w stronę podstawy wieży 

Orbit. Jack już tam był. Rozmawiał z Gurkhami pilnującymi  schodów, które pięły się na 

szczyt konstrukcji przypominającej łańcuch DNA aż do tarasu obserwacyjnego.

W końcu Knight dotarł na miejsce. Głowa mu pękała, a w nogach czuł skurcze.

– Czy Lancer był na górze? – zapytał.

– Mówią, że po piętnastej weszło tam tylko trzydziestu snajperów SAS, zespół z psami 

i dwóch gwardzistów pilnujących...

– Możemy ich zaalarmować? Tych ludzi na dachu? – przerwał Jackowi Knight.

– Nie wiem. Chyba nie.

– Myślę, że Lancer zamierza wysadzić w powietrze znicz, a może całą tę wieżę. Gdzie 

jest zbiornik z propanem i rura zasilająca ogień?

– Tutaj! – zawołał ściśniętym głosem mężczyzna, który właśnie biegł w ich stronę.

Stuart Meeks był kierownikiem obiektów Parku Olimpijskiego. Niski mężczyzna po 

pięćdziesiątce z cieniutkim wąsikiem oraz gładko przylizanymi czarnymi włosami niósł w 

ręce   ipada   i   obficie   się   pocił.   Wstukał   kod,   by   otworzyć   osadzone   w   betonie   drzwi 

prowadzące do olbrzymich  podziemi gospodarczych, które rozciągały się pod zachodnimi 

nogami wieży, przebiegały pod rzeką i sięgały placu przed stadionem.

– Jak duży jest ten zbiornik? – zapytał Knight, podczas gdy Meeks podnosił klapę.

– Olbrzymi. Pięćset tysięcy litrów. – Kierownik pokazał na ipadzie schemat układu 

gazowego. – Ale jak widzicie, propan zasila nie tylko znicz. Rozsyłamy go stąd po całym 

parku. Gaz płynie z głównego zbiornika do mniejszych cystern w każdym z obiektów oraz w 

wiosce   olimpijskiej.   Podobnie   jak   układ   elektryczny,   system   zaprojektowano   tak,   by   był 

samowystarczalny.

Knight patrzył na niego z otwartymi ustami.

– Chcesz powiedzieć, że jeśli ten zbiornik wyleci w powietrze, to razem z nim pójdzie 

cały Park Olimpijski?

– Nie, nie wiem... – Meeks zamilkł i zbladł. – Naprawdę nie wiem.

background image

– Peter i ja jakieś dwa tygodnie temu byliśmy z Lancerem na tarasie widokowym po 

tym, jak skończył kontrolować znicz – odezwał się Jack. – Stu, czy podczas tamtej inspekcji 

Lancer schodził do podziemia?

Meeks przytaknął.

– Uparł się, żeby po raz ostatni spojrzeć na wszystko. Od zbiornika przez przewód aż 

po złączkę, która spaja rurę ze zniczem. Zajęło nam to ponad godzinę.

– Nie mamy tyle czasu – stwierdził Knight.

Jack już był na drabinie, gotów zejść na dół, by zbadać olbrzymi zbiornik.

– Stu, jeszcze raz sprowadź zespół z psami. Wyślij ich do podziemia, gdy tylko tu 

przyjdą. Peter, sprawdź przebieg rury aż na dach.

Knight   skinął   głową.   Potem   spytał   Meeksa,   czy   ma   ze   sobą   jakieś   narzędzia. 

Kierownik odpiął od pasa wielofunkcyjne narzędzie Leathermana i podał go detektywowi. 

Powiedział, że prześle mu na telefon schemat układu gazowego. Już po dwudziestu metrach 

wspinaczki na wieżę Orbit Knight poczuł wibrowanie komórki, które sygnalizowało dotarcie 

materiałów.

Właśnie zamierzał  otworzyć  link, gdy przyszło  mu  do głowy coś, co sprawiło, że 

diagram wydał się nieistotny. Włączył mikrofon zestawu słuchawkowego.

– Stuart, w jaki sposób linia gazowa połączona jest ze zniczem? Czy tam na górze 

macie   jakiś   ręczny  zawór,   który   trzeba   będzie   zakręcić,   żeby   ogień   zgasł,   czy   to   będzie 

załatwione elektronicznie?

– Elektronicznie – odparł Meeks. – Rura dochodząca do znicza przebiega przez kanał 

w suficie restauracji pod dachem tarasu widokowego.

Mimo   łomotu   w   czaszce   i   ogólnego   poirytowania   Knight   przyspieszał   tempo 

wspinaczki. Wiatr wiał teraz z dużą siłą. W oddali słychać było pomruk burzy.

– Jak się dostać na samą górę? – zapytał.

–   Po   obu   stronach   są   rozsuwane   drzwi   w   dachu,   do   których   prowadzą   schody   – 

objaśnił Meeks. – To tamtędy gwardziści wchodzą na wartę. Jest też kratka wylotowa w 

kanale parę metrów od zaworu, o który pytałeś.

Zanim Knight zdążył przemyśleć tę informację, usłyszał głos Jacka:

– Główny zbiornik chyba jest w porządku. Stuart, czy znamy maksymalną objętość i 

wiemy, ile gazu jest teraz w środku?

Nastąpiła długa przerwa. Potem kierownik działu konserwacji odezwał się szorstkim 

głosem:

– Zbiornik był napełniany przedwczoraj o świcie.

background image

Knight,   znajdujący   się   teraz   sześćdziesiąt   metrów   ponad   Parkiem   Olimpijskim, 

uświadomił sobie, że wybuch gazu w podziemiach Orbit może powalić stalową konstrukcję i 

wywołać   poważne   zniszczenia   na   południowym   końcu   stadionu,   zagrażające   wszystkim 

zebranym tam widzom. Nie mówiąc już o tym, co by się stało, gdyby detonacja centralnego 

zbiornika spowodowała kolejne eksplozje na terenie parku.

– Jack, zarządź ewakuację – powiedział Knight. – Każ ochronie przerwać ceremonię. 

Niech wyprowadzą wszystkich ze stadionu i z parku.

– A jeżeli Lancer to obserwuje? – spytał Morgan. – Jeżeli może wywołać wybuch 

zdalnie?

– Nie wiem.

Knight czuł się rozdarty. Instynkt nakazywał mu zawracać i zmykać stąd byle dalej. 

Przecież był ojcem. Dziś już raz o mało nie zginął. Czy powinien ponownie kusić los?

Wciąż   wchodząc   po   schodach,   oglądał   diagram   na   ekranie   telefonu.   Szukał 

elektronicznie sterowanego zaworu pod zniczem, między dachem a sufitem restauracji. Na 

pierwszy rzut oka wydawało się to najbardziej prawdopodobne miejsce, w którym Lancer 

mógł umieścić zapalnik.

Gdyby Knight tam dotarł, mógłby go rozbroić. Gdyby nie...

background image

Rozdział 114

Kiedy Knight dotarł do wejścia na taras obserwacyjny, w oddali mignęła błyskawica i 

zawiał   porywisty   wiatr.   Ze   stadionu   olimpijskiego   huczały   dźwięki   samby   towarzyszące 

prezentacji igrzysk w Brazylii w 2016 roku.

Choć Gurkhowie zostali poinformowani o jego przybyciu, to mimo wszystko kazali 

mu okazać identyfikator, zanim wpuścili go do środka. Tam wyszedł mu naprzeciw dowódca 

zespołu SAS, niejaki Creston. Powiedział, że jego ludzie oraz niewielka ekipa telewizyjna 

przybyli  na taras widokowy około siedemnastej, kiedy restauracja była już zamknięta dla 

wszystkich z wyjątkiem członków gwardii królewskiej, którzy w toalecie przebierali się w 

mundury.

Gwardia  królewska, pomyślał  Knight. Pułk Lancera  służył  w gwardii.  Sam o tym 

mówił, prawda?

–   Proszę   mnie   zaprowadzić   do   restauracji   –   polecił.   –   Być   może   do   przewodów 

gazowych nad kuchnią podłączony jest detonator.

Kilka sekund później biegł przez restaurację do kuchni, a dowódca SAS tuż za nim. 

Knight obejrzał się przez ramię.

– Czy drzwi na dach są otwarte? – zapytał.

– Nie – odparł snajper. – Zamknięte aż do końca ceremonii. Mają blokadę czasową.

– Nie da się skontaktować z gwardzistami na górze?

Żołnierz pokręcił głową.

– Nie są nawet uzbrojeni. To tylko ceremonia.

Knight włączył mikrofon.

– Stuart, gdzie mogę wejść do tunelu nad sufitem?

– W kuchni, na lewo od okapu – powiedział Meeks. – Żeby dostać się do kuchni, 

musisz minąć toalety i przejść przez podwójne drzwi.

Gdy   Knight   znalazł   się   w   korytarzu   prowadzącym   do   kuchni,   zobaczył   toalety   i 

przypomniał sobie, że to tam przebierali się gwardziści. Nagle odezwała się jego intuicja.

– Kiedy wyszli gwardziści, którzy skończyli wartę? – zapytał snajpera.

background image

Tamten wzruszył ramionami.

– Od razu. Mieli zarezerwowane miejsca na stadionie.

– Przebrali się i poszli?

Żołnierz przytaknął.

Mimo  wszystko,  zamiast  wpaść wprost do kuchni, Knight zatrzymał  się, po czym 

pchnął drzwi damskiej toalety.

– Co pan robi? – zapytał snajper.

– Sam nie wiem – odparł detektyw.

Zobaczywszy, że pomieszczenie jest puste, przykucnął, żeby zajrzeć do kabin. Także 

nic.

Następnie wszedł do toalety dla mężczyzn, gdzie w najdalszej kabinie znalazł nagie 

ciało czarnoskórego mężczyzny.

– Mamy tu martwego gwardzistę w męskiej ubikacji – warknął do mikrofonu, ruszając 

w stronę kuchni. – Sądzę, że Lancer zabrał jego mundur i jest teraz na dachu. – Spojrzał na 

snajpera. – Niech pan znajdzie jakiś sposób, żeby otworzyć tamte drzwi.

Żołnierz kiwnął głową i odszedł. Knight ruszył w przeciwną stronę. Gdy wpadł do 

kuchni, od razu dostrzegł klapę w suficie na lewo od okapu. Przysunął sobie stół roboczy z 

nierdzewnej stali, a potem włączył mikrofon.

– Czy możemy przyjrzeć się gwardzistom i potwierdzić, że jeden z nich to Lancer?

Słuchając, jak Jack powtarza polecenie snajperom na koronie stadionu, agent Private 

zauważył, że klapa jest zamknięta na kłódkę.

– Stu, potrzebny mi szyfr – powiedział.

Kiedy   Meeks   podał   kod,   detektyw   drżącymi   dłońmi   obrócił   pokrętło.   Kłódka   się 

otworzyła. Pchnął klapę kijem od szczotki a potem rozejrzał się po kuchni w poszukiwaniu 

czegoś,   czego   mógłby   użyć   do   zamknięcia   przewodu   gazowego.   Jego   uwagę   zwrócił 

kuchenny palnik, jakich kucharze używają do karmelizowania cukru. Chwycił go i wrzucił do 

otworu.

Później  dwa  razy  machnął   rękami,  żeby rozluźnić  mięśnie,   po czym   podskoczył   i 

złapał się ramy włazu. Wisiał tak przez sekundę, wziął głęboki oddech, uniósł nogi przed 

sobą, a następnie zrobił nimi wymach do tyłu z taką siłą, żeby wciągnąć się do kanału między 

sufitem restauracji a dachem wieży.

Wyjął z kieszeni cieniutką latarkę, włączył ją, a później, pchając przed sobą palnik, 

poczołgał się w stronę kawałka miedzianej  rurki, który przecinał  kanał jakieś dwa metry 

przed nim. Knight nie musiał się już bardziej zbliżać, by zobaczyć wybrzuszenie owinięte 

background image

czarną taśmą izolacyjną – telefon komórkowy oraz coś jeszcze przymocowane do rury.

–   Znalazłem.   Mała   bomba   magnezowa   przyklejona   do   przewodu   gazowego   – 

zameldował. – Nie ma zapalnika czasowego. Lancer zdetonuje ją zdalnie. Wyłączcie cały 

układ gazowy. Zgaście płomień olimpijski. Natychmiast.

background image

Rozdział 115

Wiejcie, wiatry, wiejcie.

Migają błyskawice i huczą pioruny, burza sunie od północnego zachodu, jest gdzieś 

nad   Crouch   End   i   Stroud   Green,   niedaleko   miejsca,   gdzie   spłodzili   mnie   odurzeni 

narkotykami rodzice. To wymowne. To przeznaczenie.

I   oto   kiedy   palant   stojący   na   czele   Międzynarodowego   Komitetu   Olimpijskiego 

przygotowuje się, by wydać polecenie opuszczenia flagi olimpijskiej, ogłosić zakończenie 

igrzysk i nakazać zgaszenie znicza, w pełni przyjmuję swoje przeznaczenie. Nie stoję już 

sztywno na baczność, lecz odwracam głowę, by spojrzeć w czarną ścianę nadciągającej burzy, 

myślę   o   tym,   jakie   to   znaczące,   że   moje   życie   było   jak   owalny   tor,   rozpoczęło   się   i 

zakończyło praktycznie w tym samym miejscu.

Wyjmuję z kieszeni telefon komórkowy, wciskam numer i słyszę dźwięk połączenia. 

Chowam aparat, podnoszę broń, robię dwa kroki naprzód, a następnie odwracam się w prawo, 

w stronę znicza.

background image

Rozdział 116

Kilka   minut   wcześniej,   gdy   przewodniczący   MKOl   Jacques   Rogge,   ponury   i 

przemęczony, podchodził do mównicy na scenie, Karen Pope dowlokła się na trybuny po 

zachodniej stronie stadionu olimpijskiego. Właśnie uaktualniła wpis na stronie internetowej 

„The Sun”, streszczając ucieczkę Knighta i jego dzieci, śmierć Marty oraz jej sióstr, a także 

powszechne polowanie na Mike’a Lancera.

Rogge przemawiał, przekrzykując nasilający się wiatr oraz coraz głośniejsze pomruki 

burzy, a Pope myślała o tym, że te przeklęte igrzyska wreszcie dobiegają końca. Bynajmniej 

nie zamierzała po nich płakać. Miała nadzieję, że nigdy więcej nie będzie musiała pisać o tej 

olimpiadzie, chociaż wiedziała, że to marzenie ściętej głowy. Czuła się ospała i przygnębiona. 

Zastanawiała się, czy to tylko rozpaczliwa potrzeba snu, czy również wyczerpanie bojowe. Na 

dodatek Knight nie odbierał komórki. Jack Morgan oraz nadinspektor Pottersfield też nie. Co 

takiego się działo, o czym nie wiedziała?

Podczas gdy Rogge wciąż przemawiał monotonnym głosem i lada chwila miał uznać 

igrzyska za zamknięte, akurat tak się złożyło, że Pope podniosła wzrok i spojrzała na znicz na 

szczycie wieży Orbit. Płomień drgał na wietrze. Musiała przyznać, że z chęcią zobaczy, jak w 

końcu zgaśnie, choć czuła wyrzuty sumienia z powodu...

Gwardzista stojący na lewo od znicza nagle uniósł broń, zrzucił czapę z niedźwiedziej 

skóry, stanął przed ogniem olimpijskim, odwrócił się i otworzył ogień. Drugi żołnierz drgnął, 

zatoczył się, po czym spadł z podwyższenia. Jego ciało uderzyło o dach, zsunęło się z wieży i 

runęło na ziemię.

Pope zachłysnęła się z przerażenia, ale jej stęknięcie zagłuszyły wrzaski tłumów na 

stadionie zlewające się w jeden rozedrgany krzyk. Potem z głośników huknął donośny głos:

– Wy żałosne, podrzędne istoty! Chyba nie myśleliście, że narzędzie w ręku bogów tak 

łatwo wam odpuści?!

background image

Rozdział 117

Ściskam telefon w lewej dłoni. Mówię do niego i słyszę moc swojego głosu, który 

powraca do mnie donośnym echem.

–   Snajperzy   SAS,   nie   bądźcie   głupi.   Trzymam   w   ręku   zapalnik.   Jeżeli   mnie 

zastrzelicie, cała wieża, spora część stadionu i dziesiątki tysięcy ludzi wylecą w powietrze.

Pode mną kłębi się oszalały tłum. Ludzie uciekają niczym szczury z tonącego okrętu. 

Widząc, jak się miotają, uśmiecham się z pełną satysfakcją.

– Dziś nowożytne  igrzyska olimpijskie dobiegają końca! – grzmię.  – Dziś gasimy 

ogień, który płonął zdeprawowanym  blaskiem, odkąd ten zdrajca Coubertin ponad sto lat 

temu wymyślił kpinę z prawdziwych igrzysk!

Rozdział 118Knight usłyszał huk wystrzałów oraz tubalny głos Lancera przez kratkę 

wylotową w suficie kanału znajdującą się kilkadziesiąt centymetrów dalej niż rura gazowa i 

zapalnik.

Nie miał czasu, by podjąć próbę rozbrojenia bomby. Równie dobrze Lancer mógł tak 

ją zabezpieczyć, żeby wybuchła, gdy tylko ktoś zacznie przy niej dłubać.

– Co z odłączeniem zbiorników? – zapytał przez radio.

– Katastrofa, Peter – odpowiedział Jack. – Przyspawał zawory w pozycji otwartej.

Nad głową Knighta Lancer wygłaszał długą tyradę, począwszy od historii o lekarzach 

w Barcelonie, którzy go odurzyli, nie pozwalając mu zdobyć złotego medalu w dziesięcioboju 

i pozbawiając go tytułu najwszechstronniejszego sportowca na świecie. W tle Knight słyszał 

okrzyki   przerażonych   ludzi   usiłujących   uciec   ze   stadionu.   Zrozumiał,   że   ma   tylko   jedną 

szansę.

Przesunął przed sobą kuchenny palnik, poczołgał się za nim, przecisnął się obok rurki i 

zapalnika, aż wreszcie leżał pod kratką.

Przez listewki widział błyski nadciągającej burzy i drgający blask wciąż płonącego 

znicza olimpijskiego.

Kratka przymocowana była czterema bolcami. Wszystkie wyglądały na zaplombowane 

jakąś żywicą syntetyczną. Może uda mu się ją rozpuścić.

background image

Chwycił palnik, włączył go i kolejno skierował płomień na poszczególne bolce. Topił 

żywicę, najszybciej jak się dało, aż zaczęła ściekać, a wtedy złapał główkę najbliższego bolca 

szczypcami  wielofunkcyjnego narzędzia Leathermana, które dostał od Meeksa. Szarpnął i 

ucieszył się, że drgnął.

background image

Rozdział 119

Błyskawice grawerują wzory na niebie, a grzmoty huczą głośno jak armaty,  kiedy 

wołam do oszalałego tłumu usiłującego uciec ze stadionu:

– Z tej przyczyny i tysiąca innych muszę położyć kres nowożytnym igrzyskom! Na 

pewno to rozumiecie!

Jednak zamiast wrzasków przerażenia albo nawet zgodnych owacji słyszę coś, czego 

się nie spodziewałem. Te potwory mnie wygwizdują. Buczą, wykrzykują obraźliwe plugastwa 

pod adresem mojego geniuszu, mojej wybitności.

Oto   ostatnia   zniewaga,   jaką   musi   znieść   męczennik   za   słuszną   sprawę   –   przykra, 

bolesna, ale to nic w porównaniu z miną przy drodze albo i kamieniem. Nic, co mogłoby 

powstrzymać mnie przed dopełnieniem swojego losu.

Mimo wszystko ten brak akceptacji wystarczy, by wzbudzić we mnie falę nienawiści 

wielką jak nigdy dotąd, istne tsunami odrazy do wszystkich potworów na stadionie.

Patrzę w ciemne, grzmiące niebo, które ciska błyskawice i rzęsisty deszcz.

– To dla was, bogowie Olimpu! – wołam. – Robię to wszystko dla was!

background image

Rozdział 120

Knight przecisnął się już przez otwór wylotowy, wspiął się na podwyższoną platformę 

otaczającą znicz i biegł ile sił w nogach przez ulewę.

Zanim   szaleniec   zdążył   wcisnąć   kciukiem   odpowiedni   przycisk,   Knight   uderzył 

Lancera nisko, mocno, z boku. Potężny cios zwalił obłąkanego mordercę z nóg. Mężczyzna 

padł na podłoże platformy. Karabin wylądował gdzieś dalej.

Knight przygniótł Lancera, który wciąż ściskał telefon. Dawny mistrz dziesięcioboju 

był   o   jakieś   dziesięć   lat   starszy   od   detektywa,   ale   szybko   się   okazało,   że   jest   nie   tylko 

większy, lecz także silniejszy i lepiej wyszkolony do walki.

Uderzył Knighta tak mocno, że agent Private London poleciał w bok i niemal wpadł na 

gorącą   ścianę   znicza.   Piekielny   żar   oraz   ulewny   deszcz   natychmiast   przywróciły   go   do 

przytomności.

Odwrócił się i widząc, że Lancer próbuje wstać, z całej siły kopnął go w kostkę. Trafił. 

Szaleniec zawył, upadł na jedno kolano i znów próbował się podnieść, kiedy Knight zaszedł 

go od tyłu, po czym  założył  mu przedramię  na szeroką szyję.  Usiłował go podduszać, a 

jednocześnie starał się wyrwać mu z ręki komórkę, zanim zdetonuje bombę.

Ścisnął   gardło   Lancera   i   złapał   go   za   kciuk,   chcąc   rozewrzeć   dłoń   zaciśniętą   na 

telefonie. Wtedy jednak zamachowiec mocno wbił mu brodę w przedramię, obrócił tułów i z 

całej   siły   grzmotnął   Knighta   łokciami   w   żebra   wciąż   obolałe   po   tym,   jak   jedna   z   Furii 

próbowała go przejechać.

Agent Private stęknął z bólu, ale nie puścił. W myślach przywołał wizję Luke’a i 

Isabel, a potem wziął przykład z synka. Brutalnie ugryzł szaleńca w tył głowy. Poczuł, jak od 

czaszki odrywa się gruby kawał tkanki bliznowatej. Lancer zawył z bólu i wściekłości.

Knight rozwarł szczęki, po czym ugryzł ponownie, tym razem nieco niżej, wbijając 

zęby w mięśnie karku niczym lew starający się unieruchomić bawołu.

Lancer wpadł w szał.

Zaczął się rzucać i wyginać, wył w ślepej, pierwotnej furii, wymachiwał potężnymi 

pięściami, grzmocąc przeciwnika po głowie, a potem znów uderzał go łokciami w tułów z 

background image

taką mocą, że detektywowi pękło kilka żeber.

To było ponad siły Knighta.

Całkiem stracił dech w piersiach. Ból w boku był tak palący, że agent Private zwolnił 

uścisk szczęki i przestał dusić Lancera. Upadł na zalane deszczem podwyższenie. Stękając, 

usiłował złapać oddech i uwolnić się od rozdzierającego bólu.

Dziesięcioboista odwrócił się i spojrzał triumfalnie na przeciwnika. Krew ściekała mu 

z ran po ugryzieniu.

– Nie miałeś szansy, Knight – oznajmił chełpliwie, robiąc krok do tyłu i ponownie 

unosząc telefon ku niebu. – Mierzyłeś się z wybitną istotą, przewyższającą cię pod każdym 

względem. Nie miałeś...

Detektyw rzucił w niego leafhermanem.

Narzędzie zawirowało w powietrzu, po czym wąski koniec szczypców trafił Lancera w 

prawe oko, wbijając się głęboko, aż do tkanki miękkiej.

Zataczając się w tył i wciąż ściskając telefon w dłoni, szaleniec nadaremno próbował 

złapać narzędzie, które przypieczętowało jego los. Wydał z siebie serię mrożących krew w 

żyłach wrzasków niczym mityczny Kronos, kiedy Zeus strącił go w najmroczniejszą czeluść 

Tartaru.

Przez sekundę Knight obawiał się, że Lancer złapie równowagę i zdoła odpalić bombę.

Wtedy   jednak   tuż   nad   wieżą   Orbit   eksplodowała   błyskawica.   Pojedynczy   biały, 

rozżarzony piorun minął odgromniki zamocowane wysoko nad tarasem widokowym i uderzył 

w metalową rękojeść leathermana sterczącego z oka Lancera, porażając prądem samozwańcze 

narzędzie   w   rękach   bogów.   Lancer   wpadł   do   znicza,   gdzie   pochłonął   go   huczący   ogień 

olimpijski.

background image

Epilog

background image

Rozdział 121

Poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Na drugim piętrze szpitala London Bridge Knight, siedząc na wózku, uśmiechał się 

sztywno do osób zebranych wokół łóżek Luke’a i Belli. Co prawda skutki urazu, który okazał 

się wstrząśnieniem mózgu, złagodniały, przybierając postać tępego pulsowania w czaszce, 

jednak połamane i potłuczone żebra upiornie bolały. Z każdym oddechem miał wrażenie, że 

ktoś piłuje mu klatkę piersiową.

Ale  żył.   I żyły  jego dzieci.  Olimpiada  została   uratowana  i  pomszczona  przez   siły 

przekraczające   jego   pojmowanie.   A  do   sali   właśnie   weszła   nadinspektor   Scotland   Yardu 

Elaine Pottersfield z dwoma niewielkimi tortami czekoladowymi. Każdy przyozdobiony był 

trzema świeczkami.

Chuligan, zawsze chętny do śpiewu, zaintonował Happy Birthday. Dołączyli do niego 

lekarze oraz pielęgniarki, jak również Jack Morgan, Karen Pope, matka Knighta, a nawet 

Gary Boss, który przybył wcześniej, żeby ozdobić szpitalną salkę balonami i chorągiewkami.

– Zamknijcie oczy i pomyślcie jakieś życzenie – powiedziała ciotka bliźniąt.

– Niech to będzie nie byle co! – zawołała babcia.

Isabel   z   Lukiem   na   sekundę   zacisnęli   powieki,   po   czym   otworzyli   oczy,   wzięli 

głębokie wdechy i zdmuchnęli wszystkie świeczki. Zebrani zaczęli wiwatować i bić brawo. 

Pottersfield pokroiła tort.

–   Czego   sobie   życzyliście?   –   spytała   Pope,   której   nawet   teraz   nie   opuszczała 

dziennikarska dociekliwość.

– Lukey nie powie – zdenerwował się synek Knighta. – Tajemnica.

Za to Isabel rezolutnie spojrzała na Pope i oświadczyła:

– Ja życzyłam sobie nowej mamusi.

Jej brat spochmurniał.

– Nie fair! To życzenie Lukeya!

Goście wzdychali współczująco, a Knight miał wrażenie, że znów pęka mu serce.

background image

Isabel wpatrywała się w ojca.

– Koniec z nianiami, tatusiu.

– Koniec z nianiami – obiecał, zerkając na matkę. – Prawda, mamo?

– Pod jednym warunkiem: że będą pod moją stałą opieką – odparła.

– Albo moją – dodał Boss.

Podano tort i lody.

– Wiecie, dlaczego nigdy nie podejrzewałam Lancera? – odezwała się Pope po kilku 

kęsach.

– Dlaczego? – spytał Chuligan.

– Pierwszego dnia jedna z jego Furii niby prawie go przejechała. No nie?

– Zdecydowanie – zgodził się Knight. – Na pewno od początku to zaplanował. Tak się 

po prostu złożyło, że byłem w pobliżu.

– Jeśli się dobrze zastanowić, była  jeszcze jedna wskazówka – dodał Chuligan.  – 

Kronos nie przysłał listu wyjaśniającego, dlaczego Lancer powinien zginąć.

– Nie pomyślałem o tym – przyznał Knight.

– Ja też nie – powiedział Jack, wstając z krzesła, żeby wyrzucić tekturowy talerz do 

śmieci.

Kiedy   już   dzieci   najadły   się   tortem   i   rozpakowały   prezenty   od   wszystkich   gości, 

zrobiły się wyraźnie śpiące. Gdy Isabel zamknęła oczy, a Luke zaczął się kołysać i ssać kciuk, 

Amanda z Bossem wyszli z salki, szeptem obiecując, że wrócą rano, by pomóc Knightowi 

oraz bliźniętom wrócić do domu.

Jako kolejna oddaliła się jego szwagierka.

–   Zatrudnienie   zbrodniarki   wojennej   w   charakterze   niani   to   nie   było   twoje 

najwybitniejsze osiągnięcie, Peter, ale ostatecznie byłeś genialny. Absolutnie genialny. Kate 

byłaby dumna, widząc, co zrobiłeś dla swoich dzieci i jak walczyłeś za olimpiadę, za Londyn, 

za wszystkich.

Knightowi znów pękło serce.

– Uściskałbym cię, Elaine, ale...

Posłała mu całusa, powiedziała, że idzie zajrzeć do Seleny Farrell i Jamesa Daringa, a 

potem wyszła z sali.

– Zanim  pójdę, mam  dla ciebie  prezent – powiedział  Jack. – Dam ci  obrzydliwie 

wysoką  podwyżkę   i  chcę,   żebyś   pojechał  z  dziećmi  na  parę   tygodni   w jakieś  tropikalne 

miejsce. Na koszt Private. Omówimy szczegóły, gdy wrócę do Los Angeles. A propos, muszę 

się zbierać, bo ucieknie mi samolot.

background image

Po wyjściu szefa agencji Private Pope i Chuligan również wstali.

– A my idziemy do pubu – powiedział naukowiec. – Będziemy oglądać skróty całego 

olimpijskiego turnieju piłkarskiego.

– My? – Knight zerknął na Pope i uniósł brew.

Dziennikarka chwyciła Chuligana za rękę.

– Okazuje się, że wiele nas łączy. Moi bracia też mają fioła na punkcie piłki nożnej.

Knight się uśmiechnął.

– Widzę tu pewną symetrię.

Chuligan wyszczerzył zęby, obejmując Pope ramieniem.

– I masz, kuźwa, rację, Peter.

– Stuprocentową, kuźwa – dodała Pope, po czym oboje wyszli roześmiani.

Za   nimi   ruszyły   pielęgniarki   i   Knight   został   sam   z   dziećmi.   Spojrzał   na   ekran 

telewizora.   Zobaczył   ujęcie   znicza   olimpijskiego,   który   wciąż   płonął   nad   Londynem.   Po 

śmierci Lancera Jacques Rogge poprosił, by ogień olimpijski mógł płonąć jeszcze przez jakiś 

czas, a władze natychmiast się zgodziły.

To dobrze, uznał Knight.

Potem skoncentrował się na Luke’u i Isabel. Myślał o tym, jacy są piękni, i dziękował 

bogom za ocalenie ich przed okrutnym losem.

Westchnął, wspominając ból krwawiącego serca, kiedy dzieci życzyły  sobie nowej 

mamy oraz gdy Elaine powiedziała, że Kate byłaby z niego dumna.

Kate. Wciąż za nią tęsknił. Pomyślał posępnie, że może była tą wyjątkową, tą jedyną 

miłością, jaką przeznaczył mu los. Może jest mu pisane iść przez życie samotnie. Wychować 

dzieci i...

Ktoś   zapukał   we   framugę   drzwi.   Z   korytarza   zabrzmiał   wesoły   kobiecy   głos   z 

amerykańskim akcentem:

– Panie Knight? Jest pan tu?

Mężczyzna spojrzał w stronę drzwi.

– Tak?

Do   sali   wślizgnęła   się   bardzo   piękna,   wysportowana   kobieta.   Natychmiast   ją 

rozpoznał. Spróbował podnieść się z wózka, szepcząc:

– Pani Hunter Pierce.

– To ja – powiedziała zawodniczka. Uśmiechała się promiennie i bacznie przyglądała 

Knightowi. – Proszę nie wstawać. Słyszałam, że jest pan ranny.

– Tylko lekko – odrzekł. – Miałem szczęście. Jak my wszyscy.

background image

Pierce kiwnęła głową. Knight nie mógł się oprzeć wrażeniu, że z bliska jest wprost 

olśniewająca.

– Byłem w centrum sportów wodnych – powiedział. – Wtedy, gdy wygrała pani złoty 

medal.

– Naprawdę? – spytała, przyciskając palce do gardła.

Knight miał łzy w oczach i sam nie wiedział dlaczego.

–   Dała   pani   najdoskonalszy   pokaz   gracji   pod   presją,   jaki   kiedykolwiek   miałem 

zaszczyt   oglądać.   I   to,   jak   pani   się   wypowiadała   przeciw   Kronosowi,   stanowczo, 

konsekwentnie. To było... no, po prostu imponujące, i mam nadzieję, że już to pani mówiono.

Mistrzyni skoków do wody się uśmiechnęła.

– Dziękuję. Ale przyszłam tu w imieniu każdego z nas: Shawa, Mundaho, całej reszty 

zawodników, by panu powiedzieć, że wczoraj wieczorem pana występ przyćmił wszystko, co 

zrobiliśmy.

– Nie, ja...

– Naprawdę – nie dała zbić się z tropu. – Byłam na stadionie. Moje dzieci również. 

Widziałam, jak pan z nim walczył. Ryzykował pan życie, żeby uratować nas wszystkich oraz 

olimpiadę, i my... ja... chciałam panu osobiście podziękować z głębi serca.

Knight czuł, że z emocji ściska go w gardle.

– Nie wiem, co powiedzieć...

Amerykanka spojrzała na jego dzieci.

– Czy to te dzielne bliźnięta, o których dziś rano czytałam w „The Sun”?

– Luke i Isabel – powiedział Knight. – Światło mojego życia.

– Są piękne. Myślę, że opatrzność panu sprzyja.

– Mów mi Peter. Naprawdę nie wiesz, jak bardzo czuję się wdzięczny losowi za to, że 

tu jestem, a one są ze mną. Jakiż to dar niebios. No i, cóż, twoja obecność również.

Nastała długa chwila, gdy patrzyli  na siebie tak, jakby oboje nagle rozpoznali coś 

znajomego i dawno zapomnianego.

Pierce przekrzywiła głowę.

– Peter, wpadłam tu tylko na chwilkę, ale...

– Co takiego?

Amerykanka znów się uśmiechnęła, po czym spytała, udając tandetny brytyjski akcent:

– Dałbyś  mi  się stąd wywieźć  do kawiarni?  Moglibyśmy  wypić  filiżankę  herbaty, 

podczas gdy twoje aniołki spoczywają w objęciach Morfeusza.

Knight poczuł się wniebowzięty.

background image

– Tak – powiedział. – Z wielką radością.

background image

Podziękowania

Chcielibyśmy   podziękować   Jackie   Brock-Doyle,   Neilowi   Walkerowi   i   Jasonowi 

Keenowi   z   Komitetu   Organizacyjnego   Igrzysk   Olimpijskich   w   Londynie   za   pomoc   i 

otwartość, a zarazem zrozumiałą ostrożność w związku z projektem takim jak nasz. Podróż po 

placu budowy Parku Olimpijskiego była niezwykle pouczająca. Nic byśmy nie osiągnęli bez 

Alana   Abrahamsona,   eksperta   olimpijskiego   prowadzącego   własną   stronę   internetową 

3WireSports.com,  najlepsze  na  świecie  źródło  informacji   na temat  igrzysk  oraz  całej  ich 

otoczki.   Specjalne   podziękowania   należą   się   Vikki   Orvice,   dziennikarce   „The   Sun” 

specjalizującej   się   w   tematyce   olimpijskiej,   za   ogromną   wiedzę,   humor   oraz   ploteczki. 

Jesteśmy   również   wdzięczni   personelowi   British   Museum,   One   Aldwych   oraz   41   za 

nieocenioną pomoc w sugerowaniu najlepszych miejsc dla scen dziejących się poza obiektami 

olimpijskimi.   Ostatecznie   jest   to   fikcyjna   opowieść   o   nadziei   i   afirmacja   ideałów 

olimpijskich,   więc   liczymy,   że   przyznacie   nam   prawo   do   odrobiny   swobody   w   opisie 

poszczególnych   wydarzeń,   obiektów   oraz   osób,   które   zapewne   zdominują   scenę   podczas 

letnich igrzysk olimpijskich w Londynie 2012 roku.


Document Outline