background image

VIKAS SWARUP

SLUMDOG: MILIONER Z ULICY

background image

Moim rodzicom

Vinodowi i Indrze Swarupom

oraz memu zmarłemu dziadkowi

Shri Jagadishowi Swarupowi

background image

PROLOG

Zostałem aresztowany. Za to, że wygrałem teleturniej. Przyszli po mnie późną nocą, 

kiedy   spały   już   nawet   bezpańskie   psy.   Wyważyli   drzwi,   skuli   mnie   kajdankami   i 

zaprowadzili do czekającego dżipa z migającym czerwonym kogutem.

Nie było żadnych głośnych protestów. Z chaty nie wyjrzał ani jeden z mieszkańców. Gdy 

mnie aresztowano, zahukała tylko stara sowa siedząca na gałęzi tamaryndowca.

W   Dharavi   aresztowania   są   czymś   tak   powszednim   jak   kieszonkowcy   w   miejskiej 

kolejce.   Nie   ma   dnia,   by   policjanci   nie   zabrali   na   posterunek   jakiegoś   nieszczęśnika. 
Czasem   muszą   używać   siły,   kiedy   aresztowani   drą   się   wniebogłosy   i   wierzgają.   Inni 

spokojnie przyjmują swój los. Jak gdyby się spodziewali, może nawet czekali na policję. Dla 
nich przyjazd dżipa z czerwonym kogutem to chwila wielkiej ulgi.

Myśląc o tym z perspektywy czasu, dochodzę do wniosku, że może powinienem drzeć 

się   wniebogłosy   i   wierzgać.   Wykrzyczeć   swoją   niewinność,   zrobić   awanturę,   poruszyć 

sumienia sąsiadów. Chociaż pewnie nic bym tym nie wskórał. Gdyby nawet udało mi się 
obudzić jakichś sąsiadów, nikt nie kiwnąłby palcem w mojej obronie. Oglądaliby widowisko 

zaczerwienionymi od snu oczami, skwitowaliby wydarzenie jakimś banałem w rodzaju „No i 
przyszła kolej na następnego”, a potem, ziewając,  wróciliby  do łóżek. Moje zniknięcie z 

największego slumsu Azji w niczym nie zmieniłoby ich życia. Rankiem znów będzie ta sama 
kolejka po wodę, a potem codzienna szamotanina, byle tylko zdążyć na pociąg o wpół do 

ósmej.

Nikt nie zadałby sobie trudu, by spróbować ustalić, dlaczego mnie aresztowano. Zresztą 

gdy   dwaj   policjanci   wpakowali   się   do   mojej   chatki,   ja   też   nie   zastanawiałem   się   nad 
przyczyną   najścia.   Kiedy   człowiek   istnieje   „nielegalnie”,   gdy   żyje   na   skraju   nędzy   w 

miejskiej dżungli, gdzie walczy o każdy centymetr przestrzeni dla siebie i nawet do kibla 
musi stać w kolejce, aresztowanie staje się czymś nieuniknionym. Człowiek przywyka do 

myśli, że pewnego dnia zobaczy nakaz z wypisanym na nim swoim nazwiskiem i wsiądzie 
do dżipa z migającym czerwonym kogutem.

Niektórzy powiedzą pewnie, że się doigrałem, bo zachciało mi się bawić w teleturniej. 

Pogrożą mi palcem i przypomną o przestrogach starszych mieszkańców Dharavi, którzy 

powtarzają, że nie wolno przekraczać linii oddzielającej bogatych od biednych. Zresztą po 
co kelner bez grosza przy duszy miałby brać udział w teleturnieju sprawdzającym wiedzę? 

Mózg nie jest organem, którego wolno nam używać. Mamy używać tylko rąk i nóg.

Gdyby   tylko   mogli   zobaczyć,   jak   odpowiadałem   na   te   wszystkie   pytania.   Po   swoim 

background image

występie może zyskałbym w ich oczach trochę uznania. Szkoda, że programu jeszcze nie 

pokazano w telewizji. Ale już krąży plotka, że coś wygrałem. Niby na loterii. Gdy dowiedzieli 
się   o   tym   inni   kelnerzy,   postanowili   wydać   przyjęcie   w   restauracji   na   moją   cześć. 

Śpiewaliśmy, tańczyliśmy i piliśmy do późnej nocy. Po raz pierwszy nie jadłem na kolację 
nieświeżych   dań   od   Ramziego.   Zamówiliśmy  biryani  z   kurczaka   i   kebaby  seekh  

pięciogwiazdkowego hotelu przy Marine Drive. Trzęsący się ze starości barman zaoferował 
mi rękę swojej córki. Nawet zrzędliwy  zwykle  szef uśmiechał  się do mnie pobłażliwie  i 

wreszcie   postanowił   wypłacić   mi   zaległą   pensję.   Tego   wieczoru   nie   nazywał   mnie 
parszywym draniem. Ani wściekłym psem.

Teraz   słyszę   od   Godbole’a   jeszcze   gorsze   wyzwiska.   Siedzę   po   turecku   w   celi   o 

rozmiarach   trzy   na   dwa   metry,   z   zardzewiałymi   metalowymi   drzwiami   i   kwadratowym 

okratowanym okienkiem, przez które wpada słońce. W snopie światła widać unoszący się w 
powietrzu   kurz.   W   areszcie   panuje   wilgotny   skwar.   Nad   spleśniałą   resztką   przejrzałego 

owocu mango, który leży rozgnieciony na kamiennej posadzce, brzęczą muchy. Na moją 
nogę wspina się z mozołem smutny karaluch. Zaczynam być głodny. Burczy mi w brzuchu.

Mówią mi, że niedługo znów zostanę zabrany do sali przesłuchań, gdzie będą mnie 

męczyć już drugi raz  od aresztowania.  Po nieskończenie długim oczekiwaniu  zjawia  się 

moja eskorta. To inspektor Godbole we własnej osobie.

Godbole nie jest zbyt stary - ma czterdzieści kilka lat. Łysieje, a w jego okrągłej twarzy 

uwagę zwracają podkręcone wąsy. Chodzi ciężkim krokiem, kołysząc wydatnym brzuchem 
wystającym znad paska spodni khaki.

- Cholerne   muchy   -   klnie,   próbując   trzepnąć   jedną,   która   krąży   wokół   jego   twarzy. 

Chybia.

Inspektor Godbole nie jest dziś w dobrym humorze. Dokuczają mu muchy. Męczy go 

upał.   Na   jego   czole   lśnią   strużki   potu.   Inspektor   ociera   je   rękawem   koszuli.   Przede 

wszystkim jednak irytuje go moje imię i nazwisko.

- Ram Mohammad Thomas - co to za bezsens? Skąd ta religijna mieszanka? Matka nie 

mogła się zdecydować, kto jest twoim ojcem? - słyszę. Nie pierwszy raz.

Puszczam obelgę mimo uszu. Już się uodporniłem.

Przed salą przesłuchań prężą się na baczność dwaj policjanci - znak, że w środku jest 

ktoś   ważny.   Rano   żuli  paan  i   opowiadali   sobie   sprośne   dowcipy.   Godbole   dosłownie 

wpycha   mnie   do   pomieszczenia,   gdzie   pod   ścienną   tablicą,   na   której   wywieszono   listę 
wszystkich   porwań   i   morderstw,   jakie   popełniono   w   ciągu   całego   roku,   stoi   dwóch 

mężczyzn. Poznaję jednego z nich. Tego z długimi włosami jak u kobiety - albo gwiazdy 

background image

rocka   -   który   podczas   nagrania   teleturnieju   przekazywał   prezenterowi   instrukcje   przez 

mikrofon. Drugiego mężczyzny, białego i zupełnie łysego, nigdy nie widziałem. Ma na sobie 
jasno - fioletowy garnitur i jaskrawo - pomarańczowy krawat. W taki okropny upal tylko 

biały  mógł się ubrać w garnitur i krawat.  Jego strój przywodzi mi na myśl pułkownika 
Taylora.

Wentylator pod sufitem wiruje na pełnych obrotach, ale i tak ma się wrażenie, jakby w 

pozbawionej okien sali nie było powietrza. Żar bije z bielonych ścian i zastyga uwięziony 

pod niskim drewnianym sufitem. Długa cienka belka dzieli pomieszczenie na dwie równe 
części.   Umeblowanie   sali   składa   się   z  ustawionego   pośrodku   odrapanego   stołu   i   trzech 

krzeseł. Tuż nad stołem z drewnianej belki zwisa lampa z metalowym kloszem.

Godbole przedstawia mnie białemu tonem konferansjera cyrkowego, który zapowiada 

pojawienie się na arenie jego ulubionego lwa.

- Oto Ram Mohammad Thomas.

Biały osusza czoło chustką i patrzy na mnie, jak gdybym był małpą jakiegoś nieznanego 

gatunku.

- A więc to jest nasz słynny zwycięzca! Muszę przyznać, że wygląda na trochę starszego, 

niż sądziłem.

Próbuję odgadnąć, skąd pochodzi, po jego akcencie. Brzmi w nim ten sam nosowy ton, 

jaki  słyszałem   u  tłoczących  się  w  Agrze   bogatych   turystów  z  dalekich  miast,  takich   jak 

Baltimore i Boston.

Amerykanin   sadowi   się   na   krześle.   Ma   ciemno   -   niebieskie   oczy   i   różowy   nos. 

Zielonkawe żyłki na jego czole wyglądają jak cieniutkie gałęzie.

- Witam   -   mówi   do   mnie.   -   Nazywam   się   Neil   Johnson.   Reprezentuję   NewAge 

Telemedia, firmę, która udziela licencji na teleturniej. To jest Billy Nanda, producent.

Milczę. Małpy nie mówią. Zwłaszcza po angielsku. Amerykanin zwraca się do Nandy.

- Rozumie po angielsku?
- Oszalałeś, Neil? - strofuje go Nanda. - Spodziewasz się, że ktoś taki będzie mówił po 

angielsku? Na litość boską, przecież to tylko głupi kelner z jakiejś zapuszczonej knajpy!

Powietrze przeszywa ryk zbliżającej się syreny. Do sali wpada policjant i szepcze coś do 

Godbole’a. Inspektor wybiega  i po chwili  wraca  w towarzystwie  niskiego korpulentnego 
mężczyzny   ubranego   w   policyjny   mundur   oficera   wysokiej   rangi.   Godbole   posyła 

Johnsonowi promienny uśmiech, ukazując żółte zęby.

- Panie Johnson, przyjechał sahib komisarz. Johnson wstaje.

- Dziękuję, że pan przyjechał, komisarzu. Poznał pan już chyba Billy’ego.

background image

Komisarz kiwa głową.

- Przyjechałem, gdy tylko dostałem wiadomość od ministra spraw wewnętrznych.
- Ach, tak... To stary przyjaciel pana Michajłowa.

- Co mogę dla pana zrobić?
- Panie komisarzu, potrzebuję pańskiej pomocy w sprawie KWM.

- KWM?
- To skrót tytułu „Kto wygra miliard?”.

- Cóż to takiego?
- Teleturniej, który nasza firma produkuje od niedawna w trzydziestu pięciu krajach. 

Może zauważył pan reklamy w Mumbaju.

- Musiałem przeoczyć. Ale dlaczego miliard?

- A czemu nie? Oglądał pan „Milionerów”?
- „Kaun Banega Crorepati”? Cały kraj oszalał na punkcie tego teleturnieju. Oglądanie go 

było w moim domu obowiązkowe.

- Dlaczego go pan oglądał?

- Dlatego, że... był ciekawy.
- Czy   byłby   choć   w   połowie   tak   interesujący,   gdyby   główna   wygrana   wynosiła   nie 

milion, tylko dziesięć tysięcy?

- Cóż... zapewne nie.

- Otóż to. Widzi pan, największą przynętą na świecie nie jest seks, lecz pieniądze. A im 

większa kwota wchodzi w grę, tym przynęta silniejsza.

- Rozumiem. Kto prowadzi teleturniej?
- Prem Kumar.

- Prem Kumar? Ten podrzędny aktor? Przecież nie jest nawet w połowie tak znany jak 

Amitabh Bachchan, który prowadził „Crorepati”.

- Proszę   się   nie   martwić,   wkrótce   będzie.   Oczywiście   w   pewnym   sensie   byliśmy 

zobowiązani do tego wyboru, ponieważ Kumar ma dwadzieścia dziewięć procent udziałów 

w indyjskiej filii NewAge Telemedia.

- Ach tak, teraz rozumiem. Ale co ma z tym wszystkim wspólnego ten kelner, jak mu 

tam... Ram Mohammad Thomas?

- Był uczestnikiem piętnastego odcinka w zeszłym tygodniu.

- I?
- Odpowiedział poprawnie na dwanaście pytań i wygrał miliard rupii.

- Co? Pan chyba żartuje!

background image

- Nie,   mówię   serio.   Byliśmy   równie   zdumieni   jak   pan.   Chłopak   zdobył   najwyższą 

wygraną w historii telewizji. Odcinek nie został jeszcze wyemitowany, więc niewiele osób o 
tym wie.

- No   dobrze.   Skoro   twierdzi   pan,   że   chłopak   wygrał   miliard,   to   na   czym   polega 

problem?

Johnson milknie.
- Czy ja i Billy możemy z panem porozmawiać na osobności?

Komisarz daje Godbole’owi znak, by wyszedł. Inspektor spogląda na mnie spode łba i 

opuszcza salę przesłuchań. Ja zostaję, ale nikt nie zwraca na mnie uwagi. Jestem tylko 

kelnerem. A kelnerzy nie znają angielskiego.

- Słucham panów - mówi komisarz.

- Widzi pan, komisarzu, pan Michajłow nie jest w stanie w tej chwili wypłacić miliarda 

rupii - oświadcza Johnson.

- Dlaczego więc wyznaczył tak wysoką nagrodę?
- No... to był chwyt marketingowy.

- Nadal nie rozumiem. Nawet jeżeli to był chwyt, czy program nie zyska na tym, że ktoś 

wygrał główną nagrodę? Pamiętam, że ilekroć zawodnik w „Milionerach” zdobywał milion, 

oglądalność się podwajała.

- Chodzi o moment, panie komisarzu, o niewłaściwy moment. O programach takich jak 

KWM nie może decydować ślepy traf jak w rzucie kostką. Musimy się trzymać scenariusza. 
A zgodnie z przyjętym przez nas scenariuszem główna wygrana miała paść po co najmniej 

ośmiu miesiącach, kiedy inwestycje zwrócą się dzięki zyskom z reklam. Ale nasze plany 
pokrzyżował ten Thomas.

Komisarz kiwa głową.
- Rozumiem. Czego panowie ode mnie oczekują?

- Chciałbym,   żeby   pomógł   nam   pan   udowodnić,   że   podczas   nagrania   Thomas 

oszukiwał. Że nie mógł znać odpowiedzi na dwanaście pytań i korzystał z pomocy jakiegoś 

wspólnika. Proszę pomyśleć. Chłopak nie chodził do szkoły. Nigdy nawet nie przeczytał 
gazety. Niemożliwe, żeby wygrał główną nagrodę.

- No... nie jestem taki pewien. - Komisarz drapie się w głowę. - Znane są przypadki 

chłopców z biednych rodzin, którzy później okazywali się geniuszami. Zdaje się, że sam 

Einstein wyleciał ze szkoły?

- Proszę posłuchać, panie komisarzu, możemy tu i teraz udowodnić, że z niego żaden 

Einstein - mówi Johnson, dając znak Nandzie.

background image

Nanda podchodzi do mnie, przeczesując palcami bujne włosy. Zwraca się do mnie w 

hindi.

- Panie Ramie Mohammadzie Thomas, jeżeli istotnie jest pan na tyle błyskotliwy, by 

wygrać nasz teleturniej, bylibyśmy wdzięczni, gdyby zechciał pan to udowodnić, startując w 
jeszcze jednym krótkim quizie. Zadam panu kilka prostych pytań. Prawie każda przeciętnie 

inteligentna osoba potrafi na nie odpowiedzieć. - Sadza mnie na krześle. - Jest pan gotów? 
Oto pytanie numer jeden. Jak nazywa się waluta obowiązująca we Francji? Do wyboru ma 

pan cztery odpowiedzi: a) dolar, b) funt, c) euro, d) frank.

Milczę.   Nagle   otwarta   dłoń   komisarza   wystrzela   w   kierunku   mojej   twarzy   i   mocno 

uderza mnie w policzek.

- Głuchy jesteś, draniu? Odpowiadaj albo złamię ci szczękę - grozi.

Nanda podskakuje jak obłąkany - albo gwiazda rocka.
- Błagam   pana,   nie   możemy   tego   zrobić   w   bardziej   cywilizowany   sposób?   -   pyta 

komisarza. Potem spogląda na mnie. - Słucham. Jak brzmi odpowiedź?

- Frank - odpowiadam ponuro.

- Źle. Poprawna odpowiedź brzmi: euro. Dobrze, pytanie numer dwa. Kto jako pierwszy 

człowiek postawił stopę na Księżycu? Czy był to a) Edwin Aldrin, b) Neil Armstrong, c) Jurij 

Gagarin czy d) Jimmy Carter?

- Nie wiem.

- Neil Armstrong. Pytanie trzecie. Piramidy znajdują się w a) Nowym Jorku, b) Rzymie, 

c) Kairze czy d) Paryżu?

- Nie wiem.
- W   Kairze.   Pytanie   numer   cztery.   Kto   jest   prezydentem   Stanów   Zjednoczonych 

Ameryki? Czy jest to a) Bill Clinton, b) Colin Powell, c) John Kerry czy d) George Bush?

- Nie wiem.

- George Bush. Przykro mi, panie Thomas, ale nie udzielił pan ani jednej poprawnej 

odpowiedzi.

Nanda zwraca się do komisarza, przechodząc na angielski.
- Widzi pan, mówiłem, że ten chłopak to dureń. Niemożliwe, żeby w zeszłym tygodniu 

odpowiedział na wszystkie pytania bez uciekania się do oszustwa.

- Domyślają się panowie, jak mógł oszukiwać?

- Tego właśnie nie potrafię pojąć. Mam dwa zapisy nagrania na DVD. Nasi eksperci 

oglądali je pod mikroskopem i na razie są bezradni. W końcu jednak coś muszą znaleźć.

Głód z żołądka przeniósł się do gardła, wywołując zawroty głowy. Zginam się wpół i 

background image

kaszlę.

Johnson, łysy Amerykanin, mierzy mnie ostrym spojrzeniem.
- Pamięta pan, panie komisarzu, historię tego majora, który zwyciężył w „Milionerach” 

w Anglii?  Kilka  lat temu wygrał  milion funtów.  Organizator  odmówił  wypłaty  nagrody. 
Policja wszczęła śledztwo i udało się jej doprowadzić do skazania majora. Okazało się, że 

oficer   miał   na   widowni   wspólnika   -   profesora,   który   systemem   umówionych   kaszlnięć 
sygnalizował   mu   właściwe   odpowiedzi.   W   tym   wypadku   na   pewno   zdarzyło   się   coś 

podobnego.

- Czyli mamy szukać kaszlących wśród publiczności?

- Nie. Nikt nie kaszlał. Musieli używać innych sygnałów.
- Może porozumiewali się za pomocą pagera albo komórki?

- Nie. Jesteśmy pewni, że nie miał przy sobie żadnych urządzeń tego rodzaju. Poza tym 

ani pager, ani telefon komórkowy nie mógł działać w studiu.

Komisarzowi nagle przychodzi coś do głowy.
- Sądzi pan, że wszczepiono mu do mózgu jakiś układ pamięci? Johnson wzdycha.

- Chyba naoglądał się pan za dużo filmów science fiction, panie komisarzu. Nie wiem, 

co to jest, ale musi nam pan pomóc to znaleźć. Nie wiemy, kim był jego wspólnik. Nie 

wiemy, jakiego systemu sygnałów używali. Ale jestem stuprocentowo pewien, że chłopak 
jest kanciarzem. Musi nam pan pomóc to udowodnić.

- Nie myślał pan o tym, żeby go przekupić? - sugeruje z nadzieją w głosie komisarz. - 

Przypuszczam, że chłopak nawet nie wie, ile miliard ma zer, i wystarczy wcisnąć mu kilka 

tysięcy rupii, żeby był zachwycony.

Mam ochotę wydłubać komisarzowi oczy. Fakt, przed teleturniejem nie wiedziałem, ile 

jest wart miliard. Ale to już historia. Teraz wiem. I jestem gotów zrobić wszystko, żeby 
zdobyć swoją nagrodę. Ze wszystkimi dziewięcioma zerami.

Odpowiedź Johnsona dodaje mi otuchy.
- Tego nie możemy zrobić - mówi. - Mógłby nam grozić proces. Widzi pan, albo chłopak 

jest prawdziwym zwycięzcą, albo zwykłym oszustem. Dlatego albo dostanie miliard, albo 
wyląduje za kratkami. Trzeciej drogi nie ma. Musi mi pan pomóc wsadzić go za kratki. 

Gdyby pan Michajłow musiał w tym momencie wybulić miliard, dostałby ataku serca.

Komisarz patrzy Johnsonowi prosto w oczy.

- Rozumiem, na czym polega pański kłopot - cedzi. - Ale jaki ja mam w tym interes?
Jak na komendę Johnson ujmuje go za ramię i odciąga na bok. Rozmawiają półgłosem. 

Udaje mi się pochwycić zaledwie dwa słowa: „Dziesięć procent”. Komisarz jest wyraźnie 

background image

przejęty tym, co usłyszał.

- Zgoda,   panie   Johnson.   Sprawa   załatwiona.   Poproszę   Godbole’a.   Zostaje   wezwany 

inspektor.

- Godbole,   co   udało   ci   się   z   niego   wyciągnąć?   -   pyta   komisarz.   Godbole   posyła   mi 

złowrogie spojrzenie.

- Nic, sahib. Drań w kółko powtarza tę samą historyjkę, że znał odpowiedzi. Mówi, że 

po prostu miał szczęście.

- Szczęście, tak? - powtarza kpiąco Johnson.
- Tak,   proszę   pana.   Nie   wykorzystałem   dotychczas   trzeciego   stopnia,   bo   wtedy 

wyśpiewałby wszystko jak kanarek. Gdy tylko dostanę pozwolenie, w mig wydobędę z niego 
nazwiska wszystkich wspólników.

Komisarz patrzy pytająco na Johnsona i Nandę.
- Co panowie na to?

Nanda energicznie kręci głową, potrząsając długimi włosami.
- Nie ma mowy. Żadne tortury nie wchodzą w grę. Pogłoska o aresztowaniu dotarła już 

do prasy. Jeżeli się dowiedzą, że źle go traktowano, koniec z nami. Mam już wystarczająco 
dużo  kłopotów,  żeby  się  jeszcze  martwić,   czy  jakaś  cholerna   organizacja  broniąca  praw 

człowieka nie pozwie mnie do sądu.

Komisarz klepie go w ramię.

- Billy, zaczynasz mówić jak Amerykanie. Nie martw się. Godbole to zawodowiec. Na 

ciele chłopaka nie będzie żadnego śladu.

Czuję,   jakby   mój   żołądek   zmieniał   się   w   balon   wypełniony   żółcią.   Mam   ochotę 

zwymiotować. Komisarz szykuje się do wyjścia.

- Godbole, jutro rano chcę znać nazwisko wspólnika i wszystkie szczegóły dotyczące 

sposobu działania sprawców. Możesz użyć wszelkich sposobów, żeby uzyskać te informacje. 

Ale uważaj. Pamiętaj - od tego zależy twój awans.

- Dziękuję,   panie   komisarzu.   Dziękuję.   -   Godbole   przywołuje   na   twarz   plastikowy 

uśmiech. - Proszę się nie martwić. Kiedy z nim skończę, chłopak będzie gotów się przyznać 
do zamordowania Mahatmy Gandhiego.

Usiłuję sobie przypomnieć, kto zamordował Mahatmę Gandhiego, który podobno tuż 

przed śmiercią powiedział „Och, Ram”. Dobrze to pamiętam, bo zawołałem wtedy „To moje 

imię!”. Ale ojciec Timothy wyjaśnił mi spokojnie, że to imię hinduskiego boga, który został 
skazany na wygnanie i spędził czternaście lat w dżungli.

Tymczasem   wraca   Godbole,   odprowadziwszy   komisarza   i   dwóch   mężczyzn.   Sapiąc 

background image

ciężko, zatrzaskuje za sobą drzwi do sali przesłuchań. Pstryka palcami.

- No dobra, skurwysynu, rozbieraj się!

Każdy por mojego ciała przeszywa ostry, pulsujący ból. Ręce mam przywiązane grubym 

sznurem do drewnianej belki. Belka znajduje się trzy metry nad podłogą, więc nogi dyndają 

mi w powietrzu i mam wrażenie, jak gdyby odrywały mi się stopy i ręce.

Jestem zupełnie nagi. Zebra sterczą mi jak u głodujących afrykańskich dzieci.

Godbole dręczy mnie już od ponad godziny, ale wcale nie zamierza kończyć. Co mniej 

więcej pół godziny zmienia narzędzie tortur. Najpierw wepchnął mi w odbyt drewniany 

kołek. Natarty sproszkowaną chili. Czułem się tak, jakby tyłek przebiło mi rozpalone do 
białości ostrze. Zakrztusiłem się, z bólu tracąc oddech. Potem włożył mi głowę do wiadra z 

wodą   i   trzymał   tam,   aż   mi   się   zdawało,   że   zaraz   mi   wybuchną   płuca.   Potem   łapałem 
powietrze, parskając wodą. O mały włos się nie utopiłem.

Teraz Godbole trzyma w ręku drut pod napięciem, niby zimny ogień na święto Diwali. 

Tańczy   wokół   mnie   jak   pijany   bokser   i   nagle   rzuca   się   w   moją   stronę.   Dźga   gołym 

przewodem podeszwę mojej lewej stopy. Prąd wstrząsa moim ciałem jak parząca trucizna. 
Wpadam w gwałtowne konwulsje.

Godbole wrzeszczy:
- Gnoju, nie masz mi jeszcze ochoty powiedzieć, jaki numer wyciąłeś w tym programie? 

Kto   ci   zdradził   odpowiedzi?   Gadaj,   a   zaraz   przestanę   cię   torturować.   Dostaniesz   coś 
ciepłego i pysznego do jedzenia. Może nawet będziesz mógł iść do domu.

Dom wydaje się jednak bardzo odległym miejscem. A na myśl o ciepłym posiłku chce 

mi się wymiotować. Kiedy człowiek długo nic nie je, głód łagodnieje i znika, pozostawiając 

tylko tępy ból w pustym żołądku.

Zaczyna mnie ogarniać pierwsza fala mdłości. Powoli tracę przytomność. Przez gęstą 

mgłę dostrzegam wysoką kobietę z długimi czarnymi włosami. Wyje wiatr, rozwiewając jej 
kruczoczarne włosy, które zasłaniają jej twarz przed moimi oczami. Kobieta ma na sobie 

białe sari z cieniutkiej tkaniny, które łopocze i faluje jak latawiec. Otwiera ramiona i woła:

- Synu... synu... co oni ci robią?

- Mamo! - krzyczę i wyciągam do niej ręce przez otchłań mgły, ale Godbole brutalnie 

łapie mnie za kark. Wydaje mi się, jakbym biegł, nie posuwając się naprzód. Dostaję silny 

cios i ciemność nagle się rozprasza.

Godbole znów trzyma w dłoni pióro. Czarne z błyszczącą złotą stalówką. Na czubku lśni 

kropla niebieskiego atramentu.

background image

- Podpisz zeznanie - rozkazuje inspektor.

Zeznanie   jest  dość  proste.   „Ja,   Ram   Mohammad   Thomas,   oświadczam,   że   10  lipca 

brałem  udział  w teleturnieju  «Kto wygra  miliard?».  Przyznaję  się, że oszukiwałem.  Nie 

znałem   odpowiedzi   na   wszystkie   pytania.   Niniejszym   zrzekam   się   roszczeń   do   głównej 
wygranej i jakichkolwiek innych nagród. Proszę o wybaczenie. Składam to oświadczenie z 

własnej woli, będąc w pełni świadomym swojego czynu i nie ulegając niczyjej presji. Podpis: 
Ram Mohammad Thomas”.

Wiem, że złożenie przeze mnie podpisu na zeznaniu jest tylko kwestią czasu. Długo tego 

już nie wytrzymam. Zawsze nam powtarzano, żeby nie szukać zwady z policją. Biedacy z 

ulicy tacy jak ja są na szarym końcu łańcucha pokarmowego. Wyżej od nas stoją drobni 
przestępcy w rodzaju kieszonkowców. Nad nimi są szantażyści i lichwiarze. Potem szefowie 

gangów. Wyżej wielkie firmy. Ale nad wszystkimi góruje policja. Tylko ona ma instrumenty 
prawdziwej władzy. I nikt jej nie kontroluje. Kto może być policją policji? Dlatego podpiszę 

zeznanie.   Jeszcze   dziesięć,   może   piętnaście   razów.   Jeszcze   pięć,   może   sześć   wstrząsów 
elektrycznych.

Nieoczekiwanie   słyszę   jakieś   zamieszanie   pod   drzwiami.   Krzyki   policjantów. 

Podniesione głosy. Drzwi dygoczą i otwierają się z hukiem. Do sali wpada młoda kobieta. 

Jest   szczupła   i   niewysoka.   Ma   ładne   zęby   i   ślicznie   sklepione   brwi.   Pośrodku   jej   czoła 
widnieje   duża   niebieska  bindi.  Strój   kobiety   składa   się   z   białego  salwar   kameez, 

niebieskiego   szala  dupatta  i   skórzanych   sandałków.   Jej   długie   czarne   włosy   są 
rozpuszczone. Na ramieniu ma zawieszoną brązową torebkę. Przybyła wydaje się pewna 

siebie i pełna godności.

Godbole jest tak wytrącony z równowagi, że dotyka przewodem własnej dłoni i wydaje 

okrzyk bólu. Już ma chwycić intruza za kołnierz, gdy uświadamia sobie, że to kobieta.

- Kim pani jest, żeby tak wpadać do sali przesłuchań? Nie widzi pani, że jestem zajęty?

- Nazywam się Smita Shah - oświadcza spokojnie kobieta. - Jestem adwokatką Rama 

Mohammada Thomasa. - Potem spogląda na mnie, widzi, w jakim jestem stanie, i szybko 

odwraca wzrok.

Godbole wygląda na osłupiałego. Do tego stopnia, że nie zauważa, że jestem tak samo 

osłupiały. Nigdy w życiu nie widziałem tej kobiety. Nie stać mnie na taksówkę. Nie byłoby 
mnie stać na adwokata.

- Co takiego? - chrypi Godbole. - Jego adwokatem?
- Tak.   To,   co   pan   robi   z   moim   klientem,   jest   absolutnie   niezgodne   z   prawem   i 

niedopuszczalne. Żądam, żeby to natychmiast przerwać. Mój klient zastrzega sobie prawo 

background image

wniesienia przeciw panu oskarżenia na podstawie paragrafu 330 i 331 Indyjskiego Kodeksu 

Karnego.   Chcę   zobaczyć   dokumenty   związane   z   jego   aresztowaniem.   Widzę,   że   nie 
sporządzono wstępnego raportu zatrzymania. Nie przedstawiono powodu aresztowania, jak 

wymaga tego artykuł 22 konstytucji, a pan naruszył paragraf 50 kodeksu karnego. Jeżeli nie 
zobaczę nakazu aresztowania, zabieram swojego klienta z posterunku, aby przeprowadzić z 

nim konsultacje.

- Eee... mmm... muszę się porozumieć z... z komisarzem. Proszę zaczekać. - Tylko tyle 

potrafi wykrztusić Godbole. Bezradnie patrzy na kobietę, kręci głową, a potem wymyka się z 
sali.

Jestem pod wrażeniem. Nie wiedziałem, że adwokaci mają taką władzę nad policją. 

Trzeba będzie zrewidować pojęcia o łańcuchu pokarmowym.

Nie wiem, kiedy Godbole wrócił, co powiedział adwokatce ani co ona mu powiedziała, 

bo tracę przytomność. Z bólu, głodu i szczęścia.

Siedzę   na   skórzanej   kanapie   z   kubkiem   parującej   herbaty   w   dłoniach.   Prostokątne 

biurko przykrywają rozrzucone papiery. Stoi na nich szklany przycisk i czerwona lampa 
stołowa.  Ściany  pokoju są pomalowane  na  ciemno - różowo.  Na półkach  stoją rzędami 

grube   czarne   książki   ze   złotymi   literami   na   grzbietach.   Na   ścianach   wiszą   oprawione 
dyplomy i certyfikaty. W kącie pokoju stoi doniczka z rozrastającą się na boki miesiącznicą.

Wraca Smita, niosąc talerz i szklankę. Czuję zapach jedzenia.
- Na pewno jesteś głodny, więc przyniosłam ci  czapati  z warzywami i colę. Tylko tyle 

znalazłam w lodówce.

Chwytam ją za rękę, która jest ciepła i wilgotna.

- Dziękuję - mówię. Wciąż nie wiem, jak się dostała na posterunek policji ani po co. 

Powiedziała  mi tylko,  że przeczytała  o moim aresztowaniu  w gazetach  i jak  najszybciej 

przyjechała.   Teraz   jestem   w   jej   domu   w   Bandrze.   Nie   pytam   jej,   kiedy   mnie   tu 
przyprowadziła ani dlaczego. W obliczu cudu nie zadaje się pytań.

Zaczynam   jeść.   Zjadam   wszystkie  czapati.  Pałaszuję   warzywa   do   ostatniego 

kawałeczka. Wypijam całą colę. Jem, aż oczy wychodzą mi na wierzch.

Jest już późny wieczór. Najadłem się i zdrzemnąłem. Wciąż jest przy mnie Smita, ale 

teraz siedzę na przykrytym niebieską narzutą dużym łóżku w jej sypialni. Pokój wygląda 
inaczej   niż   sypialnia   mojej   byłej   pracodawczyni,   gwiazdy   filmowej   Neelimy   Kumari. 

Zamiast wielkich luster i nagród filmowych na półkach, jest tu dużo książek i duży brązowy 

background image

pluszowy miś ze szklanymi oczami. Ale tak jak u Neelimy stoi tu telewizor Sony i nawet 

odtwarzacz DVD.

Smita siedzi obok mnie na skraju łóżka, trzymając w palcach pudełko z płytą.

- Posłuchaj, zdobyłam nagranie teleturnieju na DVD. Możemy je teraz bardzo uważnie 

obejrzeć.   Chciałabym,   żebyś   mi   dokładnie   wyjaśnił,   jak   ci   się   udało   odpowiedzieć   na 

wszystkie pytania. I mów prawdę.

- Prawdę?

- Nawet jeżeli oszukiwałeś, moim zadaniem jest cię chronić. Nic, co mi powiesz, nie 

może być użyte przed sądem przeciw tobie.

Budzą   się   we   mnie   pierwsze   wątpliwości.   To   chyba   zbyt   piękne,   żeby   mogło   być 

prawdziwe. Czyżby kobieta została podstawiona przez łysego Johnsona, żeby wyciągnąć ze 

mnie dowody mojej winy? Czy mogę jej zaufać?

Czas podjąć decyzję. Wyciągam swoją zaufaną jednorupiową monetę. Jeśli wypadnie 

orzeł, będę z nią współpracował. Reszka - dziękuję. Rzucam monetę. Orzeł.

- Zna pani Alberta Fernandesa? - pytam.

- Nie. Kto to jest?
- Ma w Dharavi nielegalną fabrykę, która robi sprzączki do pasków do zegarków.

- I?
- Gra w matka. - Matka}

- To nielegalna gra hazardowa w karty.
- Rozumiem.

- No   więc   Albert   Fernandes   gra   w  matka  i   we   wtorek   w   zeszłym   tygodniu   miał 

niesamowity fart.

- Co się stało?
- Wygrał piętnaście rozdań z rzędu. Mogłaby pani uwierzyć? Piętnaście rozdań z rzędu. 

Tego wieczoru zgarnął pięćdziesiąt tysięcy rupii.

- No i co? Nadal nie rozumiem związku.

- Nie rozumie pani? Miał szczęście w kartach. A ja miałem szczęście w teleturnieju.
- Chcesz powiedzieć, że miałeś szczęście i zgadłeś dwanaście właściwych odpowiedzi?

- Nie. Wcale nie odgadywałem odpowiedzi. Ja je znałem.
- Znałeś odpowiedzi?

- Tak. Na wszystkie pytania.
- Dlaczego więc mówisz o szczęściu?

- Czy to nie szczęście, że zadali mi tylko takie pytania, na które znałem odpowiedzi?

background image

Wyraz niedowierzania na twarzy Smity mówi wszystko. Wybucham z żalu i gniewu.

- Wiem, co pani sobie myśli. Tak jak Godbole, zastanawia się pani, co w ogóle robiłem 

w   teleturnieju.   Jak   Godbole   uważa   pani,   że   nadaję   się   tylko   do   podawania   kurczaka   i 

whisky w restauracji. Ze mam żyć jak pies i umrzeć jak robak. Tak pani myśli, prawda?

- Nie, Ram. - Smita łapie mnie za  rękę. - Nigdy tak nie pomyślę. Ale musisz mnie 

zrozumieć. Jeśli mam ci pomóc, muszę wiedzieć, jak wygrałeś ten miliard. I przyznaję, że 
trudno mi to pojąć. Wielkie nieba, nawet ja nie potrafiłabym odpowiedzieć na połowę tych 

pytań.

- Widzi pani, my, biedni, też potrafimy zadawać pytania i żądać odpowiedzi. I założę 

się, że gdyby jakiś teleturniej poprowadził biedak, bogaci nie umieliby odpowiedzieć na ani 
jedno pytanie. Nie wiem, jaka waluta obowiązuje we Francji, ale mogę pani powiedzieć, ile 

jest winien miejscowemu lichwiarzowi  Shalini Tai.  Nie wiem, jak się nazywał  człowiek, 
który   jako   pierwszy   stanął   na   Księżycu,   ale   mogę   powiedzieć,   kto   pierwszy   w   Dharavi 

wyprodukował nielegalną płytę DVD. Potrafiłaby pani odpowiedzieć na te pytania w moim 
teleturnieju?

- Ram, nie denerwuj się. Nie chciałam cię urazić. Naprawdę chcę ci pomóc. Ale jeżeli 

nie oszukiwałeś, muszę wiedzieć, skąd wiedziałeś.

- Nie umiem tego wytłumaczyć.
- Dlaczego?

- Kiedy pani oddycha, zwraca pani na to uwagę? Nie. Po prostu pani wie, że oddycha. 

Nie chodziłem do szkoły. Nie czytałem książek. Ale powtarzam, że znałem odpowiedzi.

- Czyli żeby zrozumieć, skąd znałeś odpowiedzi, powinnam poznać całe twoje życie?
- Być może. Smita kiwa głową.

- To chyba właśnie jest klucz. W końcu teleturniej sprawdza nie tyle wiedzę, ile pamięć. 

- Poprawia niebieski szal  dupatta  i spogląda mi prosto w oczy. - Chcę posłuchać twoich 

wspomnień. Mógłbyś zacząć od początku?

- To znaczy od roku, w którym się urodziłem? Roku numer jeden.

- Nie. Od pytania numer jeden. Ale zanim zaczniemy, obiecaj mi, Ramie Mohammadzie 

Thomas, że będziesz mówił prawdę.

- Tak jak w filmach: „Prawdę, całą prawdę i tylko prawdę”?
- Otóż to.

Głęboko nabieram powietrza.
- Dobrze, obiecuję. Ale gdzie księga, na którą mam przysiąc?  Bhagawadgita,  Koran, 

Biblia, wszystko jedno.

background image

- Nie   potrzebuję   księgi.   Ja   jestem   twoim   świadkiem.   A   ty   moim.   Smita   wyjmuje   z 

pudełka błyszczącą płytę i wsuwa do odtwarzacza.

background image

1000

ŚMIERĆ BOHATERA

Rozległ się trzeci dzwonek. Za chwilę ma się unieść kurtyna z fioletowego aksamitu. 

Światła stopniowo przygasają, aż zostają tylko napisy WYJŚCIE palące się w ciemnościach 
na   czerwono   jak   węglowy   żar.   Sprzedawcy   prażonej   kukurydzy   i   napojów   zaczynają 

wychodzić. Salim i ja zasiadamy w fotelach.

Po   pierwsze,   musi   pani   wiedzieć,   że   Salim   jest   moim   najlepszym   przyjacielem.   Po 

drugie, jest zwariowany na punkcie filmów hindi. Ale nie wszystkich. Tylko tych, w których 
gra Armaan Ali.

Ludzie mówią, że najpierw był Amitabh Bachchan. Potem Shahrukh Khan. Teraz jest 

Armaan Ali. Największy bohater kina akcji. Indyjski grecki bóg. Idol milionów.

Salim uwielbia Armaana. A dokładniej mówiąc, czci Armaana. Jego klitka w  chawl* 

[*Chawl - czynszowy budynek dla niezamożnych lokatorów. Na każdym piętrze znajduje się 

od dziesięciu do dwudziestu mieszkań składających się zwykle z jednego pokoju z kuchnią 
(toalety są wspólne dla mieszkańców piętra) (wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza).] 

to sanktuarium, wyklejone plakatami przedstawiającymi bohatera w przeróżnych pozach. 
Armaan   w   skórzanej   kurtce.   Armaan   na   motocyklu.   Armaan   bez   koszuli,   obnażający 

owłosiony   tors.   Armaan   z   pistoletem.   Armaan   na   koniu.   Armaan   w   basenie   otoczony 
wianuszkiem pięknych dziewcząt.

Zajmujemy miejsca A21 i A22 w pierwszym rzędzie pierwszego balkonu w kinie Regal w 

Bandrze. Tak naprawdę nie powinniśmy tu siedzieć. Na biletach, które mam w kieszeni, nie 

jest napisane „PIERWSZY BALKON, 150 RUPII”, ale „PARTER, 25 RUPII”. Bileter był dziś 
jednak w dobrym humorze i potraktował nas łaskawie. Powiedział, żebyśmy szli na balkon, 

bo parter jest praktycznie pusty. Nawet na balkonie jest niewielu widzów. Poza Salimem i 
mną siedzi tu najwyżej dwadzieścia kilka osób.

Kiedy chodzimy z Salimem do kina, zwykle zajmujemy miejsca na parterze z przodu. 

Dzięki temu możemy gwizdać i buczeć. Salim uważa, że jak się siedzi niedaleko od ekranu, 

jest się bliżej akcji. Mówi, że może się wychylić i prawie dotknąć Armaana. Może policzyć 
żyły  na bicepsach  Armaana  albo  zobaczyć białka  orzechowo - zielonych  oczu Armaana, 

delikatny zarost pokrywający dołek na podbródku Armaana, niewielki czarny pieprzyk na 
rzeźbionym nosie Armaana.

Ja raczej nie przepadam za Armaanem Alim. Wydaje mi się, że w każdym filmie gra tak 

samo. Ale też lubię siedzieć w pierwszych rzędach, jak najbliżej ogromnego ekranu. Piersi 

background image

bohaterki wyglądają stąd bardziej zmysłowo.

Zasłona   już   się   uniosła   i   ekran   rozbłyska.   Najpierw   oglądamy   reklamy.   Cztery 

prywatnych firm i jedną rządową. Słuchamy, jak zostać prymusem w szkole i mistrzem 

krykieta,  jedząc na śniadanie  płatki kukurydziane.  Jak jeździć szybkimi samochodami i 
zdobywać   przepiękne   dziewczyny,   używając   wody  Spice   Cologne   („Tego  zapachu   używa 

Armaan!” - woła Salim). Jak dostać awans i mieć śnieżnobiałe ubrania, używając mydła 
Roma. Jak żyć po królewsku, pijąc whisky Red & White. I jak umrzeć na raka płuc, paląc 

papierosy.

Po reklamach następuje krótka przerwa, podczas której zmienia się szpule. Kaszlemy i 

chrząkamy. Potem na szerokim ekranie ukazuje się certyfikat cenzury. Dowiadujemy się z 
niego, że film jest dozwolony dla dzieci w towarzystwie dorosłych, ma siedemnaście szpul i 

długość   4639,   15   metra.   Certyfikat   jest   podpisany   przez   niejaką   panią   M.   Kane, 
przewodniczącą Urzędu Cenzury. Salim często mnie pytał o tę panią. Szczerze zazdrości jej 

pracy.   Pani   Kane   może   jako   pierwsza   oglądać   filmy   z   Armaanem,   zanim   zobaczy   je 
ktokolwiek inny.

Pojawiają się napisy początkowe. Salim zna wszystkie osoby z ekipy filmowej. Wie, kto 

był fryzjerem, kto charakteryzatorem.

Zna   nazwiska   kierownika   produkcji,   dyrektora   finansowego,   operatora   dźwięku   i 

wszystkich asystentów. Nie mówi za dobrze po angielsku, ale umie czytać nazwiska, nawet 

napisane   bardzo   drobną   czcionką.   Widział   ten   film   już   osiem   razy   i   za   każdym   razem 
zapamiętuje   nowe   nazwisko.   Kiedy   się   jednak   widzi   skupienie   na   jego   twarzy,   można 

pomyśleć, że Salim ogląda seans premierowy, na który bilety można było dostać tylko na 
czarnym rynku.

Po dwóch minutach Armaan Ali ma swoje wielkie wejście - wyskakuje z niebiesko - 

białego helikoptera. Oczy Salima jaśnieją. Na jego twarzy widzę ten sam wyraz niewinnego 

zachwytu, jaki miał wtedy, gdy pierwszy raz zobaczył Armaana. We własnej osobie.

Salim wbiega do pokoju i rzuca się twarzą na łóżko. Patrzę na niego zaniepokojony.
- Salim!...   Salim!   -   wołam.   -   Co   ci   się   stało?   Dlaczego   tak   wcześnie   wróciłeś?   - 

Odwracam go na plecy. Salim śmieje się radośnie.

- Dzisiaj  wydarzyło  się coś zupełnie niesłychanego.  To najszczęśliwszy  dzień mojego 

życia - oświadcza.

- O co chodzi? Wygrałeś na loterii?

- Nie. Stało się coś jeszcze lepszego. Widziałem Armaana Alego.

background image

Słowo   po   słowie   wydobywam   ze   zdyszanego   Salima   całą   opowieść.   Jak   zauważył 

Armaana Alego podczas jednego z codziennych kursów w Ghatkopar. Gwiazdor wysiadał z 
mercedesa benza i wchodził do pięciogwiazdkowego hotelu. Salim jechał autobusem do 

klienta, któremu wiózł  tiffin  w pojemniku - ostatni lunch, jaki miał dostarczyć. W chwili 
gdy ujrzał Armaana, wyskoczył z jadącego pojazdu, o mały włos nie wpadając pod koła 

maruti,   i   popędził   w   stronę   aktora,   który   właśnie   przechodził   przez   obrotowe   drzwi. 
Zatrzymał go rosły portier, nie pozwalając Salimowi wejść do hotelu.

- Armaan! - krzyknął rozpaczliwie Salim, usiłując zwrócić na siebie uwagę gwiazdora. 

Armaan usłyszał wołanie, stanął jak wryty i się odwrócił. Jego wzrok napotkał spojrzenie 

Salima. Aktor uśmiechnął się lekko, niemal niedostrzegalnie skinął głową i ruszył w głąb 
holu. Salim zupełnie zapomniał o  tiffin  i przybiegł prosto do domu, żeby przekazać mi 

nowinę o swoim spełnionym marzeniu. Klient firmy „Gawli Tiffin Carriers” musiał się tego 
popołudnia obejść smakiem.

- Armaan wygląda inaczej niż na ekranie? - pytam.
- Nie.   W   rzeczywistości   wygląda   jeszcze   lepiej   -   mówi   Salim.   -   Jest   wyższy   i 

przystojniejszy. Marzę o tym, żeby przynajmniej raz w życiu podać mu rękę. Potem pewnie 
nie myłbym jej przez miesiąc.

Myślę sobie, jak to dobrze mieć tak nieskomplikowane pragnienia jak uściśnięcie dłoni 

gwiazdy filmowej.

Tymczasem na ekranie ta dłoń trzyma pistolet i mierzy z niego do trzech policjantów. 

Armaan  gra gangstera.  Ale gangstera o dobrym sercu. Łupi bogaczy i rozdaje pieniądze 
biednym.  Między  napadami  zakochuje   się w bohaterce   filmu,  Priyi  Kapoor,  obiecującej 

aktorce,   śpiewa   sześć   piosenek   i   spełnia   pragnienie   ukochanej   matki,   zabierając   ją   na 
pielgrzymkę do świątyni Vaishno Devi. Tak przynajmniej wygląda fabuła do przerwy.

Pojawienie się Priyi Kapoor na ekranie witają gwizdy z parteru. To wysoka i urodziwa 

aktorka, która kilka lat wcześniej zdobyła tytuł Miss Świata. Ma posągowe ciało klasycznej 

piękności: ciężkie piersi i szczupła talia. Jest ostatnio moją ulubioną aktorką. W tym filmie 
często się dąsa, a komikowi co chwila powtarza: „Zamknij się”. Śmiejemy się.

- Marzysz o tym, by podać rękę Armaanowi - mówię do Salima. - Ale jak myślisz, czego 

może pragnąć w życiu Armaan? Przecież ma chyba wszystko - twarz, fortunę, sławę.

- Mylisz się - odpowiada z poważną miną Salim. - Nie ma Urvashi.

Gazety   rozpisują   się   na   temat   zerwania   Armaana   i   Urvashi,   które   nastąpiło   po 

background image

płomiennym,   trwającym   dziewięć   miesięcy   romansie.   Krążą   pogłoski,   że   Armaan   jest 

zupełnie   załamany.   Że   przestał   jeść   i   pić.   Ze   być   może   myśli   o   samobójstwie.   Urvashi 
Randhawa wróciła do kariery modelki.

Widzę, jak Salim płacze. Ma zaczerwienione oczy mokre od łez. Cały dzień nic nie jadł. 

Zdjęcie Armaana i Urvashi oprawione w ramkę w kształcie serca, na którą wydał połowę 

swojej nędznej pensji, leży na podłodze roztrzaskane w drobne kawałeczki.

- Słuchaj, Salim, zachowujesz się jak dziecko. Nic nie możesz na to poradzić - mówię 

mu.

- Gdybym tylko mógł się spotkać z Armaanem. Chcę go pocieszyć. Potrzymać go za rękę 

i pozwolić mu wypłakać się na swoim ramieniu. Mówią, że od płaczu robi się lżej na sercu.

- I w czym by to pomogło? Urvashi i tak nie wróci do Armaana.

Nagle Salim unosi głowę.
- Myślisz, że mógłbym z nią porozmawiać? Może umiałbym ją przekonać, żeby wróciła 

do Armaana. Powiedziałbym jej, że to był wielki błąd. Ze Armaan jest bardzo smutny i 
skruszony.

Kręcę   głową.   Nie   chcę,   żeby   Salim   włóczył   się   po   Mumbaju,   szukając   Urvashi 

Randhawy.

- Lepiej nie wtykać nosa w nie swoje sprawy i nie przejmować się cudzymi kłopotami. 

Armaan Ali jest dorosły. Sam sobie poradzi.

- Przynajmniej wyślę mu prezent - mówi Salim.
Wychodzi   i   kupuje   dużą   butelkę   kleju   Fevicol,   a   potem   zabiera   się   do   sklejania 

kawałków rozbitej ramki w kształcie serca. Ślęczy nad tym cały tydzień, aż wreszcie serce 
jest całe, a jedynym śladem po katastrofie jest sieć czarnych linii w miejscach, gdzie rozbiło 

się szkło.

- Teraz wyślę to Armaanowi - oświadcza Salim. - To symbol, że nawet złamane serce 

można z powrotem złożyć w całość.

- Fevicolem? - pytam.

- Nie. Miłością i troską.
Salim owija zdjęcie w ramce w szmatkę i wysyła na domowy adres Armaana Alego. Nie 

wiem,   czy   przesyłka   dotarła   na   miejsce,   czy   nie.   Czy   uszkodzili   ją   na   poczcie,   czy 
roztrzaskali   ją   ochroniarze,   czy   może   rozbiła   ją   sekretarka   Armaana.   Ważne,   że   Salim 

wierzy, że jego bohater dostał prezent, który pomógł mu uleczyć rany. Armaan doszedł do 
siebie i znów zaczął grać w przebojach kinowych takich jak ten. Który ja oglądam pierwszy 

raz, a Salim dziewiąty.

background image

Z ekranu płynie nabożna pieśń. Armaan i jego matka wspinają się do świątyni Vaishno 

Devi.

- Ludzie mówią, że jeśli szczerze o coś ją poprosisz, Mata Vaishno Devi spełni twoje 

życzenie. O co byś poprosił? - pytam Salima.

- A ty? - odpowiada pytaniem.

- Chyba o pieniądze - mówię.
- Ja bym poprosił, żeby Armaan i Urvashi wrócili do siebie - oświadcza bez namysłu.

Na ekranie pojawia się duży czerwony napis PRZERWA.

Salim i ja wstajemy, żeby rozprostować nogi i ręce. U sprzedawcy roznoszącego jedzenie 

kupujemy   sobie   dwie   rozmiękłe   samosy.   Chłopak   z   napojami   smętnie   patrzy   na   puste 

fotele. Dzisiaj niewiele zarobi. Postanawiamy iść do toalety. Są tam ładne białe kafelki, 
rzędy pisuarów i czyste umywalki. Obaj mamy swoje stałe miejsca. Salim zawsze idzie do 

kabiny z brzegu po prawej, ja zawsze podchodzę do pojedynczego pisuaru przy ścianie z 
lewej.   Opróżniam   pęcherz,   czytając   graffiti   na   ścianie.   ZERŻNIJ   MNIE...   TINU   TU 

SZCZAŁ... SHEENA TO KURWA... PRIYANKA KOCHAM CIĘ.

Priyanka? Pomstuję w duchu na autora graffiti, który zbezcześcił ostatni napis. Ślinię 

palce i próbuję usunąć dodatkowe litery, ale napisano je niezmywalnym flamastrem i ani 
myślą   zniknąć.   Wreszcie   udaje   mi   się   je   zdrapać   paznokciami,   przywracając   graffiti 

pierwotną formę, w jakiej cztery miesiące temu je sporządziłem: PRIYA KOCHAM CIĘ.

Rozlega się drugi dzwonek. Koniec przerwy. Zaraz zaczną wyświetlać drugą część filmu. 

Salim  zdążył  mi już streścić fabułę.  Armaan  i Priya  będą teraz  śpiewać w Szwajcarii,  a 

potem   Priyę   zamorduje   wrogi   gang.   Armaan   w   zemście   pozabija   setki   bandytów, 
zdemaskuje skorumpowanych polityków, a na końcu umrze śmiercią bohatera.

Wracamy   na   miejsca   A21   i   A22.   W   sali   znów   zapada   ciemność.   Nagle   na   balkon 

wchodzi jakiś wysoki mężczyzna i siada obok Salima na fotelu numer A20. Ma do wyboru 

dwieście wolnych miejsc, ale wybiera A20. Nie można zobaczyć jego twarzy, ale udaje mi się 
zauważyć, że to starszy człowiek z gęstą i długą brodą. Ubrany chyba w pathani.

Ciekawi mnie ten człowiek. Dlaczego ogląda film dopiero od połowy? Czy zapłacił tylko 

za pół biletu? Salim w ogóle się tym nie przejmuje. Wyciąga szyję, wyczekując na scenę 

miłosną między Armaanem i Priyą, która zaraz ma nastąpić.

Armaan   przyjechał   do   Szwajcarii   rzekomo   w   poszukiwaniu   łącznika,   ale   w 

rzeczywistości po to, żeby romansować z Priyą i zaśpiewać piosenkę, w której towarzyszy 

background image

mu dwadzieścia białych tancerek ubranych w tradycyjne stroje, trochę kuse jak na zimny, 

górzysty kraj. Po piosence i tańcu Armaan siedzi w pokoju hotelowym, gdzie w kominku 
trzaska ogień.

Priya bierze kąpiel. Słychać szum wody, a Priya nuci jakąś melodię. Po chwili widzimy 

ją w wannie. Mydli sobie nogi i plecy. Unosi pokrytą pianą nogę i spłukuje ją strumieniem z 

prysznica. Mamy nadzieję, że woda zaraz zmyje pianę z jej bujnego biustu, ale czeka nas 
rozczarowanie.

Wreszcie Priya wyłania się z łazienki okryta tylko różowym ręcznikiem. Kruczoczarne 

włosy lśniące od wilgoci spływają jej na ramiona. Jej nogi są gładko wydepilowane. Armaan 

bierze ją w ramiona i obsypuje jej twarz pocałunkami. Przesuwa usta w zagłębienie jej szyi. 
Rozlega się cicha romantyczna muzyka. Priya rozpina guziki koszuli Armaana, który wolno 

ją   zsuwa,   ukazując   męską   pierś.   Postacie   kochanków   spowija   złoty   blask   padający   z 
kominka. Priya cicho pojękuje. Przegina się do tyłu, pozwalając Armaanowi pieścić swoją 

szyję. Jego dłoń sięga do tyłu i szarpie ręcznik. Różowa tkanina opada. Przez moment widać 
kuszący fragment uda i pleców, ale ani kawałeczka piersi. Salim sądzi, że tu właśnie cenzura 

coś wycięła. Dlatego tak zazdrości pani Kane.

Armaan zamyka Priyę w objęciach. Jej pierś faluje w przyspieszonym oddechu, na czole 

perlą się krople potu. Z parteru słychać okrzyki i gwizdy. Starszy mężczyzna obok Salima 
porusza się niespokojnie i zakłada nogę na nogę. Nie jestem pewien, ale wydaje mi się, że 

dotyka ręką krocza.

- Staruszek koło ciebie zaczyna się napalać - szepczę do Salima. Ale on nie zwraca uwagi 

ani na staruszka, ani na mnie. Gapi się w splecione ciała poruszające się w rytm muzyki w 
tle. Kamera panoramuje plecy Armaana i robi zbliżenie kominka, gdzie żółtozłote płomienie 

z coraz większą pasją liżą trzaskające polana.

Podobny   ogień   płonie   w   naszej   kuchni,   kiedy   wchodzę   do   domu,   tylko   że   zamiast 

drewnem Salim pali w piecu papierem.

- Dranie! Psy! - pomrukuje, drąc na kawałki gruby plik lśniących kartek.
- Co ty wyprawiasz? - pytam niespokojnie.

- Mszczę   się   na   tych   draniach,   którzy   obrzucili   błotem   Armaana   -   mówi,   rzucając 

kolejną garść papieru w ogień.

Zauważam, że Salim drze jakieś czasopismo.
- Co to za gazeta? Wygląda na nową.

- Ostatni   numer   „Starbursta”.   Zniszczę   każdy   egzemplarz,   jaki   mi   wpadnie   w   ręce. 

background image

Udało mi się kupić w kiosku tylko dziesięć.

Łapię egzemplarz, który jeszcze nie trafił w płomienie. Na okładce jest zdjęcie Armaana 

z wielkim nagłówkiem: „NAGA PRAWDA O TYM CZŁOWIEKU”.

- Przecież na okładce jest twój idol. Dlaczego to niszczysz? - wołam.
- Przez to, co w środku napisali o Armaanie.

- Przecież nie umiesz czytać.
- Na   tyle   umiem,   a   poza   tym   słyszę.   Usłyszałem   przypadkiem,   jak   pani   Barve 

rozmawiała   z   panią   Shirke   o   obrzydliwych   oskarżeniach,   jakie   padają   pod   adresem 
Armaana w tym numerze.

- Na przykład?
- Że Urvashi go zostawiła, bo nie mógł jej zaspokoić. Że jest gejem.

- No i co z tego?
- Myślisz, że ujdzie im to na sucho? Że mogą tak ordynarnie obrażać mojego bohatera? 

Wiem, że ten artykuł to same bzdury. Konkurencja z branży zazdrości Armaanowi sukcesu. 
Uknuli   ten   spisek,   żeby   popsuć   mu   reputację.   Nie   pozwolę   na   to.   Pójdę   do   redakcji 

„Starbursta” i ją podpalę.

Salim jest siny z wściekłości. A ja wiem dlaczego. Nie cierpi gejów. Według niego nie ma 

większej zniewagi, niż rzucić na jego idola choćby cień podejrzeń o homoseksualizm.

Ja też słyszałem o zboczeńcach i o tym, co robią niewinnym chłopcom. W ciemnych 

korytarzach. W publicznych toaletach. W miejskich ogrodach. W domach dla nieletnich.

Na   szczęście   w   następnym   numerze   „Starburst”   wycofuje   wszystkie   zarzuty.   Dzięki 

czemu   młody  dabbawallah*  [*Mumbajski   roznosiciel   lunchów  (tiffin).]   nie   zostaje 
podpalaczem.

Tymczasem robi się coraz bardziej gorąco, ale poza ekranem, na miejscu A20. Starszy 

mężczyzna przysuwa się bliżej Salima. Jego noga od niechcenia muska nogę Salima. Za 
pierwszym razem Salim sądzi, że to jego własna wina. Za drugim dochodzi do wniosku, że 

to przypadek. Za trzecim jest już przekonany, że to celowe.

- Mohammad - szepcze do mnie. - Jak ten dziad obok mnie nie przestanie ruszać nogą, 

to dam mu solidnego kopniaka.

- Daj spokój, Salim, patrz, ile on ma lat. Pewnie noga mu drży ze starości - radzę.

Zaczyna się scena walki i Salim z przejęciem śledzi akcję. Armaan wszedł do kryjówki 

złoczyńcy i rozpętało się piekło. Bohater sprawia lanie przeciwnikom, używając wszelkich 

ciosów i chwytów - boksu, karate, kung fu.

background image

Ręce staruszka też nie próżnują. Mężczyzna przyciska łokieć do wspólnego oparcia i 

opuszcza przedramię, stykając je lekko z ręką sąsiada. Salim prawie tego nie zauważa. Jest 
zupełnie pochłonięty fabułą, która zbliża się do punktu kulminacyjnego.

Za chwilę ma się rozegrać najbardziej znana scena filmu. Ta, w której Armaan Ali zabija 

wszystkich bandytów, a potem umiera. Jego podkoszulek jest przesiąknięty krwią. W całym 

ciele ma rany od kul. Jego spodnie pokrywa kurz i brud. Armaan czołga się w stronę matki, 
która właśnie zjawiła się na miejscu walki.

Salim płacze. Pochyla się naprzód i mówi przejmującym głosem:
- Mamo, mam nadzieję, że byłem dobrym synem. Nie płacz po mnie. Pamiętaj, lepiej 

umrzeć szlachetną śmiercią, niż żyć życiem tchórza.

Armaan z głową na kolanach matki powtarza za Salimem:

- Mamo, mam nadzieję, że byłem dobrym synem. Nie płacz po mnie. Pamiętaj, lepiej 

umrzeć szlachetną śmiercią, niż żyć życiem tchórza.

Matka szlocha, tuląc do siebie jego pokrwawioną głowę. Jej łzy spływają na jego twarz. 

Armaan Ali ściska jej dłoń, a jego ciałem wstrząsają konwulsje.

Na  moje kolana   też  płyną  łzy.  Widzę  inną  matkę,  która   czule  całuje  w  czoło  swoje 

dziecko. Wkłada je potem do kosza z ubraniami, którymi okrywa niemowlę. W tle huczy 

wiatr. I wyją syreny. Policja jak zwykle przyjechała za późno. Dopiero wtedy, gdy bohater 
zrobił wszystko za nią. Policja nie może mu już pomóc.

Widzę,   że   lewa   ręka   brodatego   mężczyzny   zmieniła   położenie.   Spoczywa   teraz   na 

kolanie Salima. Salim jest tak pochłonięty sceną śmierci, że nie zdaje sobie z tego sprawy. 

Staruszek nabiera  odwagi. Pociera dłonią dżinsy Salima.  I gdy Armaan wydaje ostatnie 
tchnienie, mężczyzna napiera coraz mocniej, prawie ściskając krocze Salima.

- Ty   cholerny   skurwysynu!   -   wybucha   Salim.   -   Ohydny   zboczeńcu!   Zabiję   cię!   - 

wrzeszczy i uderza mężczyznę w twarz. Bardzo mocno.

Mężczyzna pospiesznie zabiera rękę i próbuje wstać z fotela. Zanim jednak zdążył się 

podnieść, Salim stara się go zatrzymać. Nie udaje mu się złapać go za kołnierz, ale chwyta 

staruszka za brodę. Gdy za nią pociąga, broda zostaje mu w ręku. Mężczyzna ze zduszonym 
krzykiem zrywa się na nogi i rzuca się do wyjścia, które jest jakieś pięć metrów od nas.

W tym momencie w kinie wysiada światło i włącza się generator. Ekran gaśnie, a w sali 

rozbłyskują oślepiające światła awaryjne. Mężczyzna zostaje zaskoczony jak jeleń w świetle 

samochodowych reflektorów. Niepewnie obraca się na pięcie.

Nagle prąd włącza się z powrotem. To była tylko chwilowa przerwa. Na ekranie znów 

pojawia się film, lampy awaryjne gasną. Mężczyzna biegnie w stronę czerwonego napisu 

background image

WYJŚCIE, wpada za czarne zasłony, z trzaskiem otwiera drzwi i znika.

Ale   w  tym   ułamku   sekundy   Salimowi   i   mnie   udało   się   dostrzec   błysk   orzechowo   - 

zielonych oczu. Rzeźbiony nos. Dołek w podbródku.

Kiedy   ukazują   się   napisy   końcowe,   Salim   trzyma   w   ręku   garść   splątanych   siwych 

włosów pachnących lekko wodą kolońską i klejem do charakteryzacji. Tym razem nie widzi 

nazwisk   szefa   reklamy   i   kierownika   public   relations,   oświetleniowców   i   asystentów 
operatora kamery, reżysera układów walk i operatora kamery. Płacze.

Armaan Ali, jego bohater, nie żyje.

Smita przygląda mi się sceptycznie.
- Kiedy dokładnie wydarzył się ten incydent?

- Mniej więcej sześć lat temu. Kiedy Salim i ja mieszkaliśmy w chawl w Ghatkopar.
- Zdajesz sobie sprawę z wagi tego, co mi właśnie opowiedziałeś? - Co?

- Jeśli   ten   incydent   wyjdzie   na   jaw,   może   zniszczyć   Armaana   Alego,   skończyć   jego 

karierę filmową. Oczywiście pod warunkiem że powiedziałeś prawdę.

- Czyli wciąż mi pani nie wierzy?
- Tego nie powiedziałam.

- Widzę w pani oczach wątpliwości. Jeżeli jeszcze mi pani nie wierzy, to pani sprawa. 

Ale nie może pani zlekceważyć dowodów na tej płycie DVD. Obejrzymy pierwsze pytanie?

Smita kiwa głową i naciska na pilocie klawisz odtwarzania.

Światła w studiu przygasają. Ledwie widzę publiczność skupioną w kręgu wokół mnie. 

Jeden reflektor punktowy oświetla środek, gdzie siedzę na skórzanym obrotowym krześle 

naprzeciwko Prema Kumara. Oddziela nas od siebie półokrągły stolik. Przed sobą mam 
duży ekran, na którym będą wyświetlane pytania. W studiu zapala się napis CISZA.

- Kamery poszły, trzy, dwa, jeden, start.
Rozlega się sygnał programu i studio wypełnia grzmiący głos Prema Kumara:

- Witam państwa ponownie. Przekonamy się, kto dziś przejdzie do historii, zdobywając 

najwyższą na świecie nagrodę, jaką kiedykolwiek oferowano w teleturnieju. Tak, panie i 

panowie, przekonajmy się Kto Wygra Miliard!

Napis w studiu zmienia się na „BRAWA”. Publiczność zaczyna klaskać. Słychać też kilka 

okrzyków i gwizdów. Sygnał programu przycicha. Prem Kumar mówi:

- Dziś   jest   z   nami   troje   szczęśliwców,   których   wylosował   nasz   komputer.   Zawodnik 

numer trzy to Kapil Chowdhary z Maldy w Bengalu Zachodnim. Zawodnikiem numer dwa 

background image

jest profesor Hari Parikh z Ahmedabadu, ale jako pierwszy grę rozpocznie osiemnastoletni 

Ram   Mohammad   Thomas   stąd,   z   Mumbaju.   Panie   i   panowie,   proszę,   powitajcie   go 
brawami.

Wszyscy klaszczą. Kiedy brawa milkną, Prem Kumar zwraca się do mnie:
- Ram Mohammad Thomas to bardzo interesujące imię i nazwisko. Wyraża się w nim 

całe bogactwo i różnorodność Indii. Czym się pan zajmuje?

- Jestem kelnerem w barze i restauracji „U Jimmy’ego” w Colabie.

- Kelnerem! To bardzo ciekawe! Proszę mi powiedzieć, ile pan miesięcznie zarabia?
- Około dziewięciuset rupii.

- To wszystko? A co pan zrobi, jeśli pan wygra?
- Nie wiem.

- Nie wie pan? - Nie.
Prem   Kumar   patrzy   na   mnie   spode   łba.   Wyłamuję   się   ze   scenariusza.   W   trakcie 

„pogawędki”   mam   „czuć   klimat”   i   być   zabawny.   Powinienem   powiedzieć,   że   kupię 
restaurację   albo   samolot,   albo   wioskę.   Powinienem   powiedzieć,   że   urządzę   wielkie 

przyjęcie. Ożenię się z Miss Indii. Pojadę do Timbuktu.

- No dobrze. Wyjaśnię panu zasady. Zadam panu dwanaście pytań i jeżeli odpowie pan 

poprawnie na wszystkie, zdobędzie pan najwyższą wygraną na ziemi: miliard rupii! Wolno 
panu przerwać grę w dowolnym momencie - otrzymuje pan wtedy wszystko, co do tej chwili 

pan wygrał, ale po dziewiątym pytaniu nie ma już takiej możliwości. Od pytania numer 
dziewięć   obowiązuje   zasada   „graj   lub   płać”.   Ale   o   tym   porozmawiamy   później,   kiedy 

dojdziemy do tego etapu. Jeżeli nie będzie pan znał odpowiedzi na jakieś pytanie, proszę 
nie wpadać w panikę, ponieważ ma pan do dyspozycji dwie łodzie ratunkowe - „Rada od 

przyjaciela” i „Pół na pół”. Sądzę, że możemy już przystępować do pierwszego pytania za 
tysiąc rupii. Jest pan gotów?

- Tak, jestem gotów - odpowiadam.
- Proszę bardzo, oto pytanie numer jeden. Dotyczy kina popularnego i jestem pewien, 

że każdy z widzów potrafi na nie odpowiedzieć. Wszystkim nam wiadomo, że Armaan Ali i 
Priya Kapoor stworzyli jedną z najbardziej udanych ekranowych par w ostatnim czasie. Czy 

może   pan   wymienić   tytuł   przebojowego   filmu,   w   którym   Armaan   Ali   i   Priya   Kapoor 
wystąpili  razem po raz  pierwszy?  Czy  był to a)  „Pożar”,  b) „Bohater”,  c) „Głód”  czy d) 

„Zdrada”?

W   tle   rozbrzmiewa   melodia   potęgująca   napięcie,   na   którą   nałożono   odgłos   tykania 

bomby zegarowej.

background image

- Odpowiedź D. „Zdrada” - mówię.

- Chodzi pan do kina? - Tak.
- I widział pan „Zdradę”? - Tak.

- Jest pan absolutnie, w stu procentach pewien, że chodzi o tę odpowiedź?
- Tak.

Słychać crescendo bębnów. Na ekranie rozbłyskuje właściwa odpowiedź.
- Absolutnie,   w   stu   procentach   poprawnie!   Wygrał   pan   tysiąc   rupii!   Wrócimy   po 

krótkiej przerwie na reklamy - oświadcza Prem Kumar.

Świetlny napis w studiu zmienia się na „BRAWA”. Publiczność klaszcze. Prem Kumar 

się uśmiecha. Ja nie.

background image

2000

BRZEMIĘ KSIĘDZA

Jeżeli kiedykolwiek podróżowała pani do Delhi pociągiem, muli siała pani zahaczyć o 

Paharganj. Najprawdopodobniej przyjechała pani na brudny i gwarny dworzec Paharganj. 
Po wyjściu ze stacji prawie na pewno poszła pani w lewo w stronę Connaught Place, mijając 

zatłoczone targowisko, w którego pobliżu turyści mogą znaleźć niedrogie hoteliki i tanie 
prostytutki.  Gdyby  jednak  skręciła   pani w prawo,   przeszła   obok  sklepu Mother  Dairy  i 

szpitala   ginekologicznego   J.   J.,   zobaczyłaby   pani   czerwony   budynek   z   dużym   białym 
krzyżem.   To   kościół   Marii   Panny.   Tam   się   urodziłem   osiemnaście   lat   temu   w   Boże 

Narodzenie.   Ściślej   mówiąc,   tam   podrzucono   mnie   w   zimną   noc   dwudziestego   piątego 
grudnia. Zostałem ukryty w dużym koszu, który wystawiły siostry, by ludzie wkładali tam 

stare ubrania. Kto i dlaczego mnie zostawił, nie wiem do dziś. Podejrzenia zawsze kierowały 
się w stronę oddziału położniczego w szpitalu J. J. Być może tam się urodziłem, a moja 

matka z sobie tylko znanych powodów musiała mnie porzucić.

Często wyobrażałem sobie tę scenę. Wysoka i zgrabna młoda kobieta ubrana w białe 

sari   wychodzi   po   północy   ze   szpitala,   trzymając   w   ramionach   dziecko.   Wyje   wiatr   i 
rozwiewa długie czarne włosy kobiety, które przysłaniają rysy jej twarzy. Pod jej stopami 

szeleszczą liście. Wiruje pył. Niebo przecina błyskawica. Kobieta zdecydowanym krokiem 
idzie   w   stronę   kościoła,   tuląc   dziecko   do   piersi.   Staje   przed   drzwiami   i   stuka   w   nie 

metalową   kołatką.   Ale   wiatr   huczy   tak   głośno,   że   zagłusza   pukanie.   Pozostało   niewiele 
czasu.   Zalewając   się   łzami,   kobieta   obsypuje   pocałunkami   twarzyczkę   dziecka.   Potem 

kładzie je w koszu, poprawiając stare ubrania, by było mu wygodnie. Ostatni raz spogląda 
na dziecko, odwraca wzrok i oddalając się biegiem od kamery, znika w mroku nocy...

Siostry od Marii Panny prowadziły sierociniec i agencję adopcyjną. Razem z grupką 

innych osieroconych niemowląt przeznaczono mnie do adopcji. Wszystkie dzieci znalazły 
nowe domy, ale po mnie nikt się nie zgłosił. Potencjalni rodzice patrzyli na mnie, a potem 

wymieniali znaczące spojrzenia. Niedostrzegalnie kręcili głowami i zaraz przechodzili do 
następnej kołyski. Nie wiem dlaczego. Może miałem za ciemną skórę. Może byłem zbyt 

brzydki. Za często miałem kolki. Może nie uśmiechałem się jak cherubinek albo za bardzo 
gruchałem.   Tak   więc   pozostałem   w   sierocińcu   przez   dwa   lata.   O   dziwo,   siostry   nie 

pomyślały, żeby nadać mi jakieś imię. Nazywały mnie po prostu Dzieckiem - dzieckiem, 
którego nikt nie chciał.

background image

Wreszcie adoptowała mnie Philomena Thomas i jej mąż, Dominic Thomas. Pochodzili z 

Nagercoil   w   Tamilnadu,   ale   mieszkali   w   Delhi.   Pani   Thomas   sprzątała   w   kościele   św. 
Józefa, a jej mąż pracował jako ogrodnik. Ponieważ przekroczyli już czterdziestkę i nie mieli 

własnych dzieci, ojciec Timothy Francis, proboszcz parafii, namawiał ich do adopcji, żeby 
wypełnić pustkę w życiu.  Skierował  ich nawet do Sierocińca  Marii  Panny. Pan Thomas 

pewnie ledwie rzucił na mnie okiem i zaraz przeszedł do następnego dziecka, ale Philomena 
Thomas   dokonała   wyboru,   gdy   tylko   mnie   ujrzała.   Idealnie   pasowałem   do   jej   ciemnej 

skóry!

Przez dwa miesiące Thomasowie zbierali dokumenty potrzebne do adopcji, ale trzy dni 

po tym, jak mnie do siebie zabrali i nie zdążyli nawet ochrzcić, pan Thomas dowiedział się, 
że żona już wypełniła pustkę w swoim życiu. I to nie mną, ale muzułmaninem, niejakim 

Mastanem   Sheikhem,   który   był   miejscowym   damskim   krawcem   specjalizującym   się   w 
szyciu   krótkich   spódniczek.   Pani   Philomena   Thomas   porzuciła   starego   męża   i   nowo 

adoptowane dziecko i uciekła z krawcem, podobno do Bhopalu. Miejsce jej pobytu do dziś 
pozostaje nieustalone.

Odkrywszy ten fakt, pan Thomas wpadł we wściekłość. Zawlókł mnie razem z kołyską 

do domu księdza i tam zostawił.

- To dziecko jest źródłem wszystkich nieszczęść w moim życiu. Zmusił mnie ksiądz, 

żebym je adoptował, więc niech sam ksiądz zdecyduje, co z nim zrobić.

I zanim ojciec Timothy zdążył powiedzieć „Amen”, Dominic Thomas wymaszerował z 

kościoła. Ostatni raz widziano go, jak kupował bilet kolejowy do Bhopalu. Miał przy sobie 

strzelbę.  I tak  chcąc nie chcąc,  ojciec Timothy stał się za mnie odpowiedzialny. Karmił 
mnie, dał mi dach nad głową i nazwał Joseph Michael Thomas. Ceremonia chrztu się nie 

odbyła.   Ksiądz   nie   przechylił   mi   głowy   nad   chrzcielnicą.   Nie   skropiono   mnie   święconą 
wodą.   Nie   owinięto   białą   chustą.   Nie   zapalono   żadnej   świecy.   Ale   zostałem   Josephem 

Michaelem Thomasem. Na sześć dni.

Siódmego dnia u ojca Timothy’ego zjawili się dwaj mężczyźni. Grubszy był ubrany w 

kurtę pyjamę, a chudy i brodaty miał na sobie sherwani.

Jesteśmy   z   Komisji   Wyznań   -   oznajmił   gruby   mężczyzna.   -   Nazywam   się   Jagdish 

Sharma. To pan Inayat Hidayatullah. Trzecim członkiem rady jest pan Harvinder Singh 
reprezentujący wiarę sikhijską. Miał nam towarzyszyć, ale niestety jakaś sprawa zatrzymała 

go   w   jednej   z   Gurudwar.   Przejdziemy   od   razu   do   rzeczy.   Powiedziano   nam,   że   ksiądz 
przygarnął osieroconego chłopca.

- Tak,   przybrani  rodzice   tego  nieboraka   zniknęli,   zostawiając   go  pod   moją   opieką  - 

background image

odrzekł ojciec Timothy, wciąż nie rozumiejąc powodu nieoczekiwanej wizyty.

- Jakie imię nadał ksiądz chłopcu?
- Joseph Michael Thomas.

- Czy to nie chrześcijańskie imiona? - Tak, ale...
- Skąd ksiądz wie, że rodzice dziecka to chrześcijanie?

- Cóż, tego nie wiem.
- Dlaczego więc dal mu ksiądz chrześcijańskie imiona?

- Musiałem znaleźć mu jakieś imię. Co złego jest w Josephie i Michaelu?
- Wszystko.   Nie   wie   ksiądz,   jak   mocno   ludzie   z   tych   okolic   protestują   przeciw 

nawróceniom? Rozwścieczone tłumy spaliły kilka kościołów, kiedy rozeszły się pogłoski o 
masowych nawróceniach na chrześcijaństwo.

- Ależ to nie jest żadne nawrócenie.
- Wiemy, że ksiądz nie kierował się żadnym ukrytym motywem. Ale krążą plotki, że 

nawrócił ksiądz hinduskiego chłopca.

- Skąd panom wiadomo, że to hindus?

- To   nie   będzie   miało   żadnego   znaczenia   dla   zgrai   łobuzów,   którzy   zamierzają 

splądrować jutro kościół. Dlatego przyszliśmy księdzu pomóc. Załagodzić sytuację.

- Co mi panowie sugerują?
- Proponuję, żeby ksiądz zmienił chłopcu imiona.

- Na jakie?
- Zastanówmy się... chyba wystarczy, jeśli ksiądz da mu imię hinduskie. Może Ram, tak 

jak jeden z naszych ulubionych bogów? - podsunął pan Sharma.

Pan Hidayatullah cicho odchrząknął.

- Wybaczy pan, panie Sharma, ale czy jednego zła nie zastąpimy w ten sposób innym? 

Jaki mamy dowód, że chłopiec urodził się jako hindus? Mógł być muzułmaninem. Czemu 

nie dać mu na imię Mohammad?

Przez następne pół godziny panowie Sharma i Hidayatullah dyskutowali nad zaletami 

imion Ram i Mohammad. Wreszcie ojciec Timothy dał za wygraną.

- Jeżeli zmiana imienia ma mnie obronić przed gniewem tłumu, zrobię to. Powiedzmy, 

że przyjmę obie sugestie i chłopiec będzie się nazywał Ram Mohammad Thomas? Wszyscy 
powinni być zadowoleni.

Na szczęście dla mnie nie przyszedł z nimi pan Singh.

Ojciec Timothy był wysoki, biały i dawno już wszedł w wiek średni. Miał duży dom przy 

background image

kościele i wielki ogród pełen drzew owocowych. Przez następnych sześć lat był moim ojcem, 

matką, mistrzem, nauczycielem i księdzem w jednej osobie. Jeśli jakiś okres w swoim życiu 
mogę nazwać szczęśliwym, to na pewno był to czas spędzony z ojcem Timothym.

Ojciec Timothy pochodził z północy Anglii, z miasta York, ale już od wielu lat mieszkał 

w Indiach. Dzięki niemu nauczyłem się czytać i mówić poprawną brytyjską angielszczyzną. 

Nauczył mnie klasycznych baśni i wierszyków dla dzieci. Okropnie fałszując, śpiewałem 
„Twinkle Twinkle Little Star” i „Baa Baa Black Sheep”, dostarczając ojcu Timothy’emu, jak 

przypuszczam, odrobiny rozrywki i wytchnienia od kapłańskich obowiązków.

Mieszkając  przy  kościele,  czułem   się   częścią   znacznie   większej   rodziny.  Poza   ojcem 

Timothym w domu był jego wierny służący Joseph, a pani Gonzalves, służąca, też mieszkała 
niedaleko. W okolicy bawiła się cała gromada chłopaków z sąsiedztwa - dzieci hydraulików, 

szewców, zamiataczy i pomywaczy - którzy bez skrępowania używali kościelnego dziedzińca 
do gry w krykieta i piłkę nożną. Ojciec Timothy opowiadał mi o życiu Jezusa, o Adamie i 

Ewie, a pozostali członkowie dużej rodziny uczyli mnie podstaw innych religii. Poznałem 
Mahabharatę i Koran. Dowiedziałem się o ucieczce Proroka z Mekki do Medyny i o spaleniu 

Lanki. Mojemu dorastaniu towarzyszyły historie o Betlejem i Ajodhji, o świętym Piotrze i 
Hadżdżu.

Nie chcę przez to powiedzieć, że byłem szczególnie religijnym dzieckiem. Nie różniłem 

się od innych dzieci, które mają trzy główne zajęcia: jedzenie, spanie i zabawa. Spędziłem 

niejedno popołudnie z rówieśnikami z sąsiedztwa, łapiąc motyle i strasząc ptaki w ogrodzie 
ojca Timothy’ego. Kiedy stary sługa Joseph odkurzał w salonie bibeloty, wykradałem się z 

domu, i kryjąc się przed czujnym okiem ogrodnika, próbowałem zrywać dojrzałe owoce 
mango. Kiedy mnie przyłapał, obrzucałem go obelgami w hindi. W zapamiętaniu tańczyłem 

w   monsunowym   deszczu,   usiłowałem   łowić   małe   rybki   w   mętnych   kałużach,   a   później 
kaszlałem   i   kichałem   ku   zmartwieniu   ojca   Timothy’ego.   Grałem   w   piłkę   z   dziećmi   z 

podwórka, wracałem posiniaczony i poobijany i całą noc płakałem.

Ojciec Timothy prowadził aktywne życie. Codziennie rano odbywał przechadzkę, grał w 

golfa, koszykówkę i tenisa, pochłaniał książkę za książką i trzy razy w roku wyjeżdżał na 
urlop   do   swojej   sędziwej   matki   w   Anglii.   Był   także   wirtuozem   skrzypiec.   Wieczorami 

siadywał w ogrodzie skąpanym w blasku księżyca i grał najsmutniejsze melodie na świecie. 
A gdy nocą padało w porze monsunowej, zdawało mi się, że to niebo płacze, słuchając jego 

rzewnej muzyki.

Lubiłem chodzić do kościoła. Był to stary budynek z witrażowymi oknami i efektownym 

drewnianym dachem wzniesiony w 1878 roku. W środku znajdował się pięknie rzeźbiony 

background image

ołtarz. Nad nim wisiał wielki krucyfiks z Chrystusem i literami INRI. Figury przedstawiały 

Dziewicę z Dzieciątkiem w koronach i wielu innych świętych. Ławki były zrobione z drewna 
tekowego, ale wypełniały się tylko w niedziele. Ojciec Timothy wygłaszał z ambony długie 

kazania,   podczas   których   zwykle   drzemałem,   a   budziłem   się,   gdy   rozdzielił   już   między 
wiernych   opłatek   i   wino.   Lubiłem   też   bardzo   słuchać   organów   i   chóru.   Pokochałem 

wielkanocne pisanki i choinki na Boże Narodzenie, które zjawiały się niestety tylko raz do 
roku,   a   także   kościelne   śluby,   które   odbywały   się   przez   cały   czas.   Czekałem,   aż   ojciec 

Timothy powie: „Może pan już pocałować pannę młodą”. Zawsze pierwszy rzucałem garść 
konfetti.

Charakter moich stosunków z ojcem Timothym nigdy nie został jasno określony. Nigdy 

nie dano mi do zrozumienia, czy jestem służącym, czy synem, pasożytem czy pupilem. Tak 
więc przez kilka pierwszych lat życia towarzyszyła mi błoga iluzja, że ojciec Timothy jest 

moim prawdziwym ojcem. Stopniowo jednak zacząłem sobie zdawać sprawę, że coś jest nie 
tak. Przede wszystkim każdy, kto przychodził na mszę w niedzielny poranek, zwracał się do 

niego „ojcze”. Intrygowało mnie, że jest ojcem tak wielu osób, i że mam tylu braci i tyle 
sióstr, o wiele ode mnie starszych. Zachodziłem w głowę, dlaczego nie jestem biały, skoro 

on jest. Kiedy pewnego dnia o to spytałem, piękny świat fantazji, w jakim dotychczas żyłem, 
legł   w   gruzach.   Ojciec   Timothy   wyjaśnił   mi   jak   najdelikatniej,   że   jestem   sierotą 

pozostawionym przez matkę w koszu na ubrania przed Sierocińcem Marii Panny i dlatego 
nie jestem biały, mimo że on ma jasną skórę. Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem różnicę 

między ojcem a „ojcem”. A w nocy płakałem, po raz pierwszy nie z powodu fizycznego bólu.

Kiedy uświadomiłem sobie, że z ojcem Timothym nie łączy mnie żadna więź biologiczna 

i mieszkam w kościele tylko dzięki jego dobroci, postanowiłem mu się za to odwdzięczyć, 
przynajmniej w części. Zacząłem pomagać przy różnych drobnych pracach domowych, na 

przykład wyciągałem pranie z kosza na bieliznę i wkładałem do pralki. Siedziałem przed 
szybką,   przyglądałem   się   wirującemu   bębnowi   i   nie   mogłem   się   nadziwić,   jakie   czary 

sprawiają,   że   ubrania   są   potem   tak   czyste.   Raz   nawet   wpakowałem   do   pralki   parę 
zakurzonych   książek.   Zmywałem   naczynia   w   kuchennym   zlewie.   Tłukłem   wytworną 

porcelanę. Kroiłem warzywa. Nieraz o mały włos nie uciąłem sobie palca.

Ojciec Timothy zapoznał mnie z wieloma swoimi parafianami. Poznałem starą panią 

Benedict, która bez względu na pogodę sumiennie przychodziła co dzień na mszę, dopóki 
pewnego dnia nie pośliznęła  się na chodniku i nie zmarła  na zapalenie płuc. Byłem na 

ślubie Jessiki, która tak głośno płakała, że jej ojciec dostał zawału serca. Kiedyś zabrano 

background image

mnie na podwieczorek do domu pułkownika Waugha, australijskiego attache wojskowego 

w Delhi, który rozmawiał z ojcem Timothym w języku brzmiącym jak zupełnie obca mowa. 
Wybrałem się na ryby z panem Lawrence’em, któremu nic nie udało się złapać, a w drodze 

powrotnej kupił na straganie wielkiego pstrąga, żeby oszukać żonę.

Wszyscy ludzie, których poznałem, nie mogli się nachwalić ojca Timothy’ego. Mówili, że 

to   najlepszy   ksiądz,   jakiego   kiedykolwiek   miała   diecezja.   Widziałem,   jak   pociesza 
pogrążonych w żałobie, jak zajmuje się chorymi, jak pożycza pieniądze potrzebującym i jak 

dzieli się posiłkiem nawet z trędowatymi. Dla każdego parafianina zawsze miał uśmiech, 
potrafił   znaleźć   sposób   na   każdy   kłopot   i   odpowiedni   cytat   z   Biblii   na   każdą   okazję   - 

narodziny, chrzest, bierzmowanie, pierwszą komunię, ślub i śmierć.

Jest niedziela i kościół wypełnili ludzie, którzy przyszli na mszę. Ale dziś ojciec Timothy 

nie stoi pod ołtarzem sam. Towarzyszy mu jakiś mężczyzna również ubrany w sutannę i z 

białą koloratką na szyi. Wygląda raczej na boksera niż księdza. Ojciec Timothy przedstawia 
go:

- Z radością  powitajmy  ojca Johna Little’a,  który został  wikariuszem  w kościele  św. 

Józefa. Ojciec John, jak widzicie, jest dużo ode mnie młodszy, ale choć został wyświęcony 

przed   zaledwie   trzema   laty,   ma   już   bogate   doświadczenie.   Jestem   pewien,   że   znacznie 
łatwiej   ode   mnie   znajdzie   wspólny   język   z   naszymi   młodszymi   wiernymi,   którzy,   jak 

świetnie wiem, za moimi plecami mówią o mnie „stary piernik”.

Wierni chichoczą.

Tego wieczoru ojciec Timothy zaprasza ojca Johna na kolację. Podawać do stołu ma 

Joseph, ale chcąc się przypodobać ojcu Timothy’emu, ochoczo łapię ciężką wazę z zupą i 

chwiejnym krokiem ruszam z kuchni do jadalni. Jak można się spodziewać po niezdarnym 
siedmiolatku,  zamiast postawić wazę  na stole, oblewam zupą ojca Johna. Młody ksiądz 

zrywa  się z krzesła  i pierwsze słowa,  jakie słyszę z jego ust,  brzmią: „Niech  to wszyscy 
diabli!”. Ojciec Timothy unosi brew, ale się nie odzywa.

Trzy dni później ojciec Timothy wyjeżdża do Anglii, pozostawiając kościół i mnie w 

rękach ojca Johna. Spotykam go dwa dni później na schodach kościoła.

- Dobry wieczór, ojcze - mówię uprzejmie.
Ojciec John obrzuca mnie pogardliwym spojrzeniem.

- To ty jesteś tym tępym sierotą, który oblał mnie zupą! Lepiej bądź grzeczny podczas 

nieobecności ojca Timothy’ego. Będę cię bardzo uważnie obserwował.

background image

Joseph posłał mnie do pokoju ojca Johna, żebym mu zaniósł szklankę mleka. Ojciec 

John ogląda film w telewizji i zaprasza mnie do środka.

- Wejdź, Thomas. Chcesz obejrzeć ze mną film?

Patrzę na ekran. To film angielski - chyba o księżach, bo widzę mężczyznę w czarnej 

sutannie rozmawiającego z drugim ubranym w białą sutannę. Cieszę się, że ojciec John lubi 

dobre religijne filmy. Ale na widok następnej sceny ciarki przechodzą mi po grzbiecie, bo 
występuje   w   niej   dziewczynka   w   moim   wieku,   która   siedzi   na   łóżku.   Nie   wygląda   na 

normalną dziewczynkę, bo ma dziwną minę, a jej oczy biegają po całym pokoju. Wchodzi 
ksiądz   w   czarnej   sutannie,   trzymając   w   ręku   krzyż.   Celuje   nim   w   dziewczynkę,   a   ona 

zaczyna   mówić   najobrzydliwsze   rzeczy,   jakie   w   życiu   słyszałem,   i   to   ochrypłym   głosem 
dorosłego   mężczyzny.   Zatykam   palcami   uszy,   bo   ojciec   Timothy   mnie   uczył,   żeby   nie 

słuchać   takich   brzydkich   słów.   Nagle   dziewczynka   milknie.   Wybucha   śmiechem,   jakby 
zwariowała. Potem otwiera usta, z których jak z ogrodowego węża tryska strumień jakiejś 

okropnej zielonej mazi, opryskując księdza. Mam ochotę zwymiotować. Nie mogę na to 
patrzeć i uciekam do swojego pokoju. Słyszę, jak ojciec John śmieje się do rozpuku.

- Wracaj, tępy sieroto, to tylko film! - woła za mną. Tej nocy mam niedobre sny.

Trzy dni później idę z Josephem na zakupy. Kupujemy mięso, jajka, warzywa i mąkę. 

Gdy   późnym   wieczorem   wracamy   do   kościoła,   słyszę   za   sobą   silnik   motocykla.   Zanim 

zdążyłem się obejrzeć, motocyklista już jest przy nas. Trzepie mnie w głowę i z rykiem 
odjeżdża, wzbijając obłok kurzu. Widzę go tylko od tyłu. Mężczyzna jest mocno zbudowany 

i ma na sobie skórzaną kurtkę i obcisłe czarne spodnie, a na tylnym siodełku siedzi drugi, 
podobnie ubrany. Zastanawiam się, kim jest motocyklista i dlaczego stuknął mnie w głowę. 

Nie przychodzi mi na myśl, że to mógł być ojciec John. Jestem w końcu tylko tępym sierotą.

Tydzień później przynoszę ojcu Johnowi korespondencję, ale właśnie bierze kąpiel.
- Zostaw pocztę na stole - krzyczy z łazienki.

Już mam wyjść, gdy nagle zauważam, że coś wystaje spod materaca. Przyglądam się 

uważniej. To czasopismo. Wyciągam je. I znajduję upchany tam cały plik. Nie są zbyt grube, 

ale mają ładne błyszczące okładki. Ich tytuły brzmią dziwnie: „Gay Parade”, „Out” i „Gay 
Power”.   Mimo   to   mężczyźni   na   okładkach   wcale   nie   wyglądają   na   zadowolonych   i 

wesołych* [*Słowo gay, będące powszechnie przyjętym określeniem homoseksualisty, nosi 
również znaczenie „wesoły, radosny, beztroski”, choć obecnie w tym znaczeniu uznane jest 

już za przestarzałe.]. Wszyscy są mocno owłosieni i nadzy. Szybko wsuwam czasopisma z 

background image

powrotem pod materac. Ruszam do drzwi, kiedy z łazienki wyłania się ojciec John. Ma na 

sobie   tylko   ręcznik   na   biodrach.   Jego   pierś   okrywają   dziwne   wzory   zrobione   czarnym 
tuszem, a na rękach ma wymalowane węże.

- Co tu jeszcze robisz? - pyta mnie ostro. - Spieprzaj!
Nie wiem, dlaczego ojciec John ma wszystkie te dziwne rysunki na ciele ani dlaczego 

trzyma pod łóżkiem te dziwne czasopisma. Jestem tylko tępym sierotą.

Często widzę, jak wieczorami wchodzą do kościoła młodzi ludzie o dziwnym wyglądzie i 

zmierzają do pokoju ojca Johna. Do ojca Timothy’ego też przychodzili goście, czasem o 

bardzo późnej porze, ale nigdy nie przyjeżdżali motocyklami, nie byli ubrani w skórzane 
kurtki i nie nosili na szyjach grubych metalowych łańcuchów. Pewnego razu postanawiam 

iść za jednym z gości do pokoju ojca Johna. Mężczyzna  puka i wchodzi,  a ojciec John 
zamyka drzwi. Zaglądam przez dziurkę od klucza. Wiem, że to bardzo brzydko, ale zżera 

mnie  ciekawość.   Widzę   ojca   Johna  i   młodego   człowieka   w  skórze   siedzących   na   łóżku. 
Ojciec   John   otwiera   szufladę   i   wyciąga   plastikową   torebkę   z   jakimś   białym   proszkiem. 

Wysypuje proszek na grzbiet swojej dłoni, formując z niego cienką kreskę. Potem sypie taką 
samą porcję na dłoń towarzysza. Obaj pochylają twarze nad proszkiem i głęboko wciągają. 

Biały proszek znika w ich nosach. Ojciec John śmieje się jak tamta szalona dziewczynka z 
filmu. Jego gość mówi:

- Świetny towar! Za dobry dla księdza. A w ogóle po co się pakowałeś w ten cholerny 

kościół?

Ojciec John znowu się śmieje.
- Podoba mi się to ubranie - odpowiada i wstaje z łóżka. - Chodź - mówi do przyjaciela i 

wyciąga rękę. Szybko zmykam spod drzwi.

Nie wiem, dlaczego ojciec John wciąga nosem talk. Ale przecież jestem tylko tępym 

sierotą.

Ojciec Timothy wreszcie wraca z urlopu w Anglii, a ja bardzo się cieszę na jego widok. 

Domyślam się, że usłyszał wiele skarg na ojca Johna, bo po dwóch dniach od jego powrotu z 

gabinetu dobiegają odgłosy kłótni. Ojciec John ze złością wybiega z pokoju.

Minęła   Wielkanoc.   Zjedzono   wszystkie   pisanki.   Słyszę,   jak   pani   Gonzalves,   służąca, 

chichocze.

- Co się stało, pani Gonzalves? - pytam.

background image

- Nie wiesz? - pyta dyskretnym szeptem. - Joseph przyłapał w kościele ojca Johna z 

mężczyzną. Tylko nikomu nie mów i nie piśnij słówka ojcu Timothy’emu, bo dostaniesz za 
swoje.

Nie rozumiem. Co złego może być w tym, że ojciec John był w kościele z mężczyzną? 

Ojciec Timothy ciągle jest w kościele z mężczyznami. Na przykład wtedy, gdy ich spowiada.

Dzisiaj pierwszy raz jestem przy konfesjonale.

- Słucham, synu, co masz mi do powiedzenia? - pyta ojciec Timothy.
- To ja, ojcze.

Ojciec Timothy omal nie spada z krzesła.
- Co ty tu robisz, Thomas? Przecież ci mówiłem, że to nie miejsce na żarty.

- Przyszedłem się wyspowiadać, ojcze. Zgrzeszyłem.
- Naprawdę? - Ojciec Timothy łagodnieje. - Co takiego zrobiłeś?

- Zaglądałem do pokoju ojca Johna przez dziurkę od klucza. I oglądałem jego rzeczy bez 

jego zgody.

- Nic się nie stało, mój chłopcze. Chyba nie chcę tego słuchać.
- Musisz,   ojcze   -   nalegam   i   zaczynam   opowiadać   o   czasopismach   pod   materacem, 

rysunkach na ciele, wieczornych gościach ubranych w skórę i wciąganiu nosem talku.

Tego wieczoru w gabinecie dochodzi do strasznej kłótni między księżmi. Podsłuchuję 

pod drzwiami. Z pokoju dobiegają głośne krzyki. Na koniec ojciec Timothy grozi, że złoży 
skargę na ojca Johna u biskupa.

- Jesteś księdzem - mówi.  - A ksiądz  musi dźwigać ciężkie  brzemię.  Jeżeli  tego nie 

potrafisz, wracaj do seminarium.

Tego ranka zjawił się w kościele angielski turysta przejeżdżający przez Delhi, a kiedy 

ojciec   Timothy   dowiedział   się,   że   też   pochodzi   z   Yorku,   przyprowadził   go   do   domu   i 

pozwolił mu zostać u nas przez kilka dni. Przedstawia mi Anglika.

- Ian,   poznaj   Thomasa,   który   z   nami   mieszka.   Thomas,   to   jest   Ian.   Wiesz,   że   też 

pochodzi   z   Yorku?   Zawsze   mnie   wypytujesz   o   miasto   mojej   matki;   teraz   możesz   jego 
zapytać.

Polubiłem Iana. Ma piętnaście albo szesnaście łat, jasną skórę, niebieskie oczy i złote 

włosy. Pokazuje mi zdjęcia z Yorku. Widzę wielką katedrę.

- Nazywa się York Minster - mówi. Potem oglądam zdjęcia pięknych ogrodów, muzeów 

i parków.

- Znasz matkę ojca Timothy’ego? - pytam. - Ona też mieszka w Yorku.

background image

- Nie, ale spotkam się z nią po powrocie do Anglii. Dostałem adres.

- A twoja matka? Też mieszka w Yorku?
- Kiedyś mieszkała. Ale dwa lata temu umarła. Potrącił ją motocyklista. - Wyciąga z 

portfela fotografię matki i pokazuje. Tak jak on miała jasną skórę, niebieskie oczy i złote 
włosy.

- Po co przyjechałeś do Indii? - pytam.
- Zobaczyć się z ojcem.

- Co robi twój ojciec? Ian waha się przez chwilę.
- Uczy w szkole katolickiej w Dehradunie.

- Czemu nie mieszkasz z nim w Dehradunie?
- Bo uczę się w Yorku.

- To dlaczego tato nie zamieszka z tobą w Yorku?
- Ma swoje powody. Ale odwiedza mnie trzy razy w roku. Tym razem postanowiłem 

przyjechać do niego do Indii.

- Kochasz tatę?

- Tak, bardzo.
- Chciałbyś, żeby zamieszkał z tobą na zawsze?

- Tak. A twój tato? Co robi?
- Nie mam taty. Jestem tępym sierotą.

Trzy   dni   później   ojciec   Timothy   zaprasza   ojca   Johna   na   kolację   z   łanem.   Jedzą   i 

rozmawiają do późna, a ojciec Timothy zaczyna nawet grać na skrzypcach. Ojciec John 

wychodzi krótko po północy, ale ojciec Timothy i Ian dalej gawędzą. Leżę w łóżku, słuchając 
śmiechów dochodzących zza otwartego okna. Nie mogę zasnąć.

Jest księżycowa noc i wieje silny wiatr. Rosnące przy kościele drzewa eukaliptusowe 

kołyszą się, szeleszcząc liśćmi. Czuję, że muszę iść do toalety, i wstaję. Idąc do łazienki, 

dostrzegam światło w pokoju ojca Johna. I słyszę jakieś odgłosy. Na palcach podchodzę do 
drzwi. Są zamknięte, więc zaglądam przez dziurkę od klucza. To, co widzę, wzbudza we 

mnie   lęk.   Ian   stoi   nad   stołem   zgięty   wpół,   a   ojciec   John   pochyla   się   nad   nim.   Ma 
spuszczone spodnie od piżamy. Nie mam pojęcia, co się dzieje. Być może jestem tępym 

sierotą, ale wiem, że coś jest nie tak. Pędzę do ojca Timothy’ego, który głęboko śpi.

- Ojcze, obudź się! Ojciec John robi coś złego łanowi! - krzyczę.

- Komu?   łanowi?   -   Ojciec   Timothy   natychmiast   przytomnieje.   Obaj   biegniemy   do 

pokoju ojca Johna i ojciec Timothy wpada do środka. Widzi to, co przed chwilą zobaczyłem. 

Jego twarz blednie, jak gdyby miał zaraz zemdleć. Chwyta się drzwi, żeby nie upaść. Po 

background image

chwili czerwienieje z gniewu. Jest tak wściekły, że prawie toczy pianę z ust. Boję się. Nigdy 

nie widziałem go w takim stanie.

- Ian, idź do siebie - grzmi. - Ty też, Thomas.

Posłusznie opuszczam pokój, jeszcze bardziej zdezorientowany niż przedtem.

Nazajutrz   rano   budzą   mnie   dwa   wystrzały   -   dobiegają   jeden   po   drugim   od   strony 

kościoła. Natychmiast wyczuwam, że coś się stało. Biegnę do kościoła i widzę scenę, która 

wstrząsa mną do głębi. Ojciec Timothy leży w kałuży krwi przed ołtarzem, tuż pod figurą 
ukrzyżowanego Jezusa Chrystusa. Ma na sobie sutannę i wygląda, jak gdyby przed chwilą 

klęczał pogrążony w modlitwie. Dwa kroki od niego leży ciało ojca Johna zbryzgane krwią. 
Ma roztrzaskaną głowę, a do ławek przylepiły się kawałeczki jego mózgu.

Jest ubrany w skórę. Widać ciemne rysunki węży na jego rękach. Prawa dłoń zaciska się 

na strzelbie.

Na   ten   widok   czuję,   jak   uchodzi   mi   z   płuc   powietrze.   Zaczynam   krzyczeć.   Wydaję 

przenikliwy  wrzask,  który jak pocisk rozdziera ciszę poranka.  Płoszy wrony siedzące  na 

eukaliptusach. Słysząc mój krzyk, Joseph odkurzający ozdoby w salonie zastyga w pół ruchu 
i zaczyna nasłuchiwać. Mój wrzask każe pani Gonzalves szybko skończyć prysznic. I budzi 

Iana, który biegiem wpada do kościoła.

Pochylam się nad ojcem Timothym, zawodząc z rozpaczy, jaką może odczuwać tylko 

ośmiolatek, który stracił w życiu wszystko. Ian siada obok mnie. Spogląda na nieruchome 
ciało ojca Timothy’ego i też zaczyna płakać. Trzymamy się za ręce i płaczemy przez prawie 

trzy   godziny,   nie   przestając   nawet   wtedy,   gdy   przyjeżdża   policyjny   dżip   z   migającym 
czerwonym kogutem, nawet gdy zjawia się ambulans z lekarzem w białym kitlu, nawet gdy 

zanoszą ciała do ambulansu, nawet gdy Joseph i pani Gonzalves zabierają nas do domu i 
starają się pocieszać, jak umieją.

Później, dużo później, Ian pyta:
- Dlaczego tak płakałeś, Thomas?

- Bo dziś naprawdę zostałem sierotą - mówię. - On był moim ojcem. Tak jak był „ojcem” 

dla wszystkich, którzy przychodzili do kościoła. Ale czemu ty płakałeś? Przez to, co ci zrobił 

ojciec John?

- Nie, płakałem, bo ja też straciłem wszystko. I zostałem sierotą, tak samo jak ty.

- Przecież twój ojciec żyje. Pracuje w Dehradunie! - wołam.
- Nie, to było kłamstwo. - Znów zaczyna szlochać. - Teraz mogę ci powiedzieć prawdę. 

Może Timothy Francis był twoim „ojcem”, ale dla mnie był prawdziwym tatą.

background image

Na twarzy Smity maluje się smutek.
- Co za nieszczęśliwa historia - mówi. - Rozumiem już, co ojciec Timothy miał na myśli, 

gdy wspominał o brzemieniu księdza. Niesamowite, że przez tyle lat prowadził podwójne 
życie:   jako   ksiądz,   który   jest  równocześnie   mężem  i   ojcem.   I  co  się   ostatecznie   stało   z 

łanem?

- Nie wiem. Wrócił do Anglii. Chyba do jakiegoś wuja.

- A z tobą?
- Wysłano mnie do przytułku dla nieletnich.

- Rozumiem.   Opowiedz   mi   teraz   o   drugim   pytaniu   -   mówi   Smita,   włączając 

odtwarzanie.

Nadal trwa przerwa na reklamy.

Prem Kumar pochyla się w moją stronę i szepcze:
- Powiem panu, jakie będzie następne pytanie. Spytam, co oznacza skrót FBI. Słyszał 

pan o tej instytucji, prawda?

- Nie. - Przecząco kręcę głową. Krzywi się.

- Wiedziałem.   Proszę   posłuchać,   chcemy,   żeby   wygrał   pan   trochę   więcej   niż   tysiąc. 

Mogę zmienić pytanie na inne. Proszę szybko powiedzieć, czy zna pan jakiekolwiek skróty?

Zastanawiam się przez chwilę.
- Nie znam FBI, ale wiem, co to jest INRI.

- Co to takiego?
- Napis na krucyfiksie.

- Ach! Dobrze, sprawdzę w bazie danych.
Kończą się reklamy. Znów rozlega się sygnał programu. Prem Kumar odwraca się do 

mnie.

- Ciekawi   mnie,   panie   Ramie   Mohammadzie   Thomas,   jaką   pan   wyznaje   religię.   W 

pańskich imionach i nazwisku skupiają się wszystkie religie. Dokąd chodzi pan się modlić?

- Czy trzeba iść do świątyni, kościoła czy meczetu, żeby się pomodlić? Wierzę w to, co 

mówi Kabir. Hari jest na Wschodzie, Allah na Zachodzie. Spójrz w swoje serce, a znajdziesz 
tam i Ramę, i Karima.

- Doskonale   powiedziane,   panie   Thomas.   Odnoszę   wrażenie,   że   jest   pan   znawcą 

wszystkich religii. A jeżeli tak, to następne pytanie nie powinno nastręczać panu żadnych 

trudności. Oto pytanie numer dwa za dwa tysiące rupii. Jakie litery widnieją zwykle na 

background image

krucyfiksie? Czy inskrypcja brzmi a) IRNI, b) INRI, c) RINI czy d) NIRI? Pytanie jest jasne?

- Tak - odpowiadam.
- Doskonale. Proszę zatem o odpowiedź.

- Odpowiedź B. INRI.
- Jest pan absolutnie, w stu procentach pewien? - Tak.

Słychać crescendo bębnów. Rozbłyskuje właściwa odpowiedź.
- Absolutnie, w stu procentach poprawnie! Właśnie wygrał pan dwa tysiące rupii.

- Amen - mówię.

background image

5000

BRATERSKIE SŁOWO

Przed podjęciem decyzji  dokładnie sobie wszystko  przemyśl. Odłóż coś na wypadek 

sytuacji   awaryjnej.   Odrobinę   radości   wniosą   nowi   sąsiedzi.   W   domu   mogą   się   zdarzyć 
niewielkie kłopoty, ale poradzisz sobie z nimi szybko i we właściwy sposób. Nie udzielaj 

mądrych rad, jeśli cię o to nie poproszą.

Tak brzmiał zamieszczony w „Maharashtra Times” horoskop na dziś dla Koziorożców 

urodzonych, tak jak ja, w ostatnim tygodniu grudnia.

Nie czytam „Maharashtra Times”. Właściwie nie czytam żadnych gazet. Od czasu do 

czasu jednak podbieram jakąś z kosza na śmieci pana Barve’a. Dobrze się nimi rozpala pod 

kuchnią i czasem, gdy nie mam nic lepszego do roboty, dla zabicia czasu kartkuję jakąś 
gazetę, zanim zmieni się w popiół.

Nie   wierzę   w   horoskopy.   Gdybym   wierzył,   to   zgodnie   z   przepowiednią   pandita 

Ramashankara   Shastriego   powinienem   już   nie   żyć.   Ale   w   dzisiejszym   horoskopie   tkwi 

ziarno prawdy. Rzeczywiście do pokoju obok wprowadzają się nowi sąsiedzi i faktycznie 
mam małe kłopoty domowe.

Właśnie   wróciliśmy   z   popołudniowego   seansu   w   kinie   Regal   i   Salim   szaleje   z 

wściekłości.   Zdziera   wszystkie   plakaty   z   Armaanem   Alim,   które   przez   prawie   trzy   lata 

zdobiły ściany naszego pokoiku. Plakat z Armaanem ubranym w skórzaną kurtkę został 
podarty   na   strzępy.   Armaan   na   motocyklu   został   zmasakrowany   nożem.   Armaan   bez 

koszuli, obnażający owłosioną pierś, leży w koszu. Armaan z pistoletem został potargany na 
drobniutkie kawałeczki, a Armaan na koniu skończył w płomieniach. Bez plakatów nasz 

pokój z dwoma łóżkami wydaje się jeszcze bardziej pusty niż wcześniej i nic już nie zasłania 
plam grzyba na bielonych ścianach.

Mimo ostrzeżenia  w horoskopie, nie mogę się powstrzymać od udzielenia  Salimowi 

mądrej rady.

- No   i   widzisz,   że   dziesięć   miesięcy   temu   miałem   rację,   kiedy   próbowałeś   ratować 

związek Armaana i Urvashi. Powiedziałem ci, żebyś nie wtykał nosa w nie swoje sprawy ani 

nie przejmował się cudzymi kłopotami. Zapamiętaj to sobie na przyszłość.

Salim przyjmuje moje słowa z ponurą miną, depcząc plakat z Armaanem otoczonym 

wianuszkiem pięknych dziewcząt w basenie.

Słyszę kroki i głosy w korytarzu. Chyba wreszcie zjawili się nowi lokatorzy, którzy mają 

background image

zająć pokój obok naszego. Cieszę się na to. Zawsze dobrze jest poznawać nowych ludzi. 

Mam nadzieję, że nowi lokatorzy mają synów w moim wieku. Putul i Dhyanesh są dobrymi 
kumplami,   ale  rodzice  rzadko   pozwalają  im  do  mnie  przychodzić  w  niedzielę,   jedynym 

dniu, w którym nie muszę iść do pracy. Ajay, który lubi się popisywać, działa mi na nerwy. 
Nabijał się ze mnie przed całym domem, kiedy mu powiedziałem, że zacząłem pracować w 

odlewni. Wiem, że praca w odlewni nie jest w połowie tak ciekawa jak praca u gwiazdy 
filmowej, ale przynajmniej lepsza niż siedzenie na ulicy.

Po swoim pobycie u aktorki Neelimy Kumari prawie zapomniałem, jak wygląda życie w 

chawl.  Domy   składające   się   z   jednopokojowych   mieszkań   dla   niższej   klasy   średniej 
stanowią najmniej przyjemne miejsca w Mumbaju. Lokatorzy chawl są w niewiele lepszej 

sytuacji od mieszkańców slumsów w rodzaju Dharavi. Jak mi kiedyś powiedział pan Barve, 
dobrze   mają   się   bogacze   w   swoich   granitowych   i   marmurowych   czteropokojowych 

mieszkaniach. Ludzie ze slumsów mieszkający w nędznych, rozpadających się chatkach - 
cierpią. A my, gnieżdżący się w przepełnionych chawl, po prostu żyjemy.

Mieszkanie w chawl ma jednak pewne zalety. To, co się przydarzyło Neelimie Kumari, 

nigdy nie zdarzyłoby się tutaj, bo w chawl wszyscy wiedzą o wszystkim. Mieszkańcy mają 

nad głową wspólny dach i wspólnie dzielą miejsce, gdzie się kąpią i robią kupę. Lokatorzy 
chawl  nie muszą się odwiedzać w celach towarzyskich, ale muszą się spotykać w kolejce 

przed wspólnymi toaletami. Krąży u nas nawet plotka, że państwo Gokhale poznali się i 
zakochali w kolejce do latryny. Po miesiącu wzięli ślub.

Nie ma szans, żebym się zakochał w jakiejś dziewczynie z naszego chawl. Wszystkie są 

grube i brzydkie i ani trochę nie przypominają mojej ulubionej aktorki, Priyi Kapoor. Poza 

tym wszystkie są głupie jak lalki i nie potrafią się ani boksować, ani grać w kabaddi. Zresztą 
i tak prawie nie mam czasu na boks i  kabaddi.  Cały dzień pracuję w odlewni i wracam 

dopiero o szóstej wieczorem. Wytapianie metalu to ciężka robota. Ciekłe żelazo bucha w 
twarz gorącem, a pomarańczowe płomienie oślepiają.

- Thomas! -  słyszę.  Woła   mnie  pan Ramakrishna,  administrator  domu. Jest bardzo 

ważnym człowiekiem. Chodzimy do pana Ramakrishny, kiedy przepali się żarówka albo 

słabnie ciśnienie wody. Błagamy pana Ramakrishnę o litość, gdy brakuje nam pieniędzy na 
miesięczny czynsz. Szukaliśmy pana Ramakrishny, bo trzeba naprawić część drewnianej 

poręczy   na   pierwszym   piętrze,   która   tak   się   już   rozchwiała,   że   może   zagrażać 
bezpieczeństwu lokatorów.

Wychodzę z pokoju i widzę pana Ramakrishnę w towarzystwie niskiego mężczyzny w 

background image

średnim   wieku,   który   marszczy   brwi   i   wygląda,   jak   gdyby   bardzo   długo   nie   odwiedził 

toalety.

- Thomas, poznaj pana Shantarama. To nasz nowy lokator, który zamieszka obok was. 

Mówiłem panu Shantaramowi, że jesteś odpowiedzialnym chłopcem, więc proszę cię, żebyś 
pomógł mu się urządzić - i jego żonie, i córce. Dobrze, panie Shantaram, na mnie już czas.

Och, nie, myślę. Nie ma synów. Chcę zobaczyć jego żonę i córkę, ale udaje mi się tylko 

przelotnie dostrzec siedzącą na łóżku siwowłosą kobietę i dziewczynę, starszą ode mnie, z 

długimi, związanymi z tyłu czarnymi włosami. Widząc,  że zaglądam mu do mieszkania, 
Shantaram szybko zamyka drzwi.

- Czym się pan zajmuje? - pytam Shantarama.
- Jestem naukowcem, astronomem. Nie zrozumiesz tego. Ale ostatnio zrobiłem sobie 

przerwę w pracy naukowej. Jestem kierownikiem sprzedaży w salonie Vimal. Będziemy tu 
mieszkać tylko przez jakiś czas. Niedługo przeprowadzimy się do luksusowego mieszkania 

w Nariman Point.

Wiem, że pan Shantaram kłamie. Ludzie, których stać na mieszkanie w Nariman Point, 

nigdy nie trafiają do chawl. Nawet na krótko.

Ściany pokoi w chawl są bardzo cienkie. Kiedy przyłoży się ucho do wspólnej ściany i 

zacznie nasłuchiwać, a jeszcze lepiej jeżeli przyłoży się do ściany szklankę, a do niej ucho, 

słyszy się prawie wszystko, co się dzieje w pokoju obok. Salim i ja często słuchamy naszych 
sąsiadów z lewej, których pokój przylega do ściany naszej kuchni. Państwo Bapat nie są już 

młodym małżeństwem. Krążą plotki, że pan Bapat nawet bije żonę, ale w nocy się godzą, bo 
razem z Salimem często słyszymy, jak ciężko dyszą i wydają ciche westchnienia „ooch” i 

„aach”, i pękamy ze śmiechu.

Do   ściany   dzielącej   nas   od   pokoju   pana   Shantarama   przystawiam   kubek   ze   stali 

nierdzewnej i przyciskam do niego ucho. Słyszę pana Shantarama:

- Ten dom to czarna dziura. Mieszkanie tu jest poniżej mojej godności, ale ze względu 

na was zniosę to poniżenie, dopóki nie znajdę porządnej pracy. Słuchajcie, nie chcę, żeby do 
domu wchodzili chłopcy z ulicy. Bóg jeden wie, z jakich nor pochodzą. Obok nas mieszka 

takich dwóch. Chyba najgorsze łobuzy. Gudiya, jeżeli przyłapię cię na rozmowie z jakimś 
chłopakiem z chawl, spuszczę ci lanie skórzanym pasem, zrozumiano? - grzmi.

W panice upuszczam kubek na podłogę.

Przez następnych kilka tygodni prawie nie widuję pana Shantarama, a jego żony i córki 

background image

w   ogóle   nie   spotykam.   Córka   prawdopodobnie   chodzi   codziennie   do   szkoły,   ale   kiedy 

wracam z odlewni, jest już w domu, a drzwi są zawsze zamknięte na głucho.

Salim nawet nie zauważa, że mamy nowych sąsiadów. Pracuje jako dostawca  tiffin  

prawie  nie  ma  wolnego  czasu.   Wstaje  o  siódmej  rano  i  się  ubiera.   Wkłada  luźną  białą 
koszulę, bawełniane  spodnie  pyjama  i białą furażerkę a la Nehru. Czapka jest znakiem 

rozpoznawczym   wszystkich  dabbawallah  w  Mumbaju,   których   jest  prawie   pięć  tysięcy. 
Przez   dwie   następne   godziny   zbiera   pojemniki   z   przygotowanymi   posiłkami   z   około 

dwudziestu   pięciu   domów.   Potem   jedzie   z   nimi   na   stację   kolejową   w   Ghatkopar.   Tu 
pojemniki   zostają   posortowane   według   miejsc   przeznaczenia   zakodowanych   za   pomocą 

wypisanych na wieczkach kolorowych kropek, kresek i krzyżyków, a następnie załadowane 
do specjalnych pociągów, żeby zdążyły dokładnie na czas do pracowników z klasy średniej i 

robotników w całym Mumbaju. Z kolei Salim odbiera tiffin z innego pociągu, które potem 
roznosi w Ghatkopar, kiedy już rozszyfruje kropki i kreski oznaczające adres. Musi bardzo 

uważać,   bo   pomyłka   może   go   kosztować   utratę   pracy.   Nie   może   dopuścić   do   tego,   by 
pojemnik z wołowiną trafił do hindusa, z wieprzowiną do muzułmanina, a z czosnkiem i 

cebulą do wegetarianina dżinisty.

Jest dziewiąta  wieczorem. Salim kartkuje  czasopismo filmowe. Ja klęczę na łóżku z 

lewym uchem przyklejonym do stalowego kubka, który przyłożyłem do ściany. Słyszę, jak 

Shantaram mówi do córki:

- Gudiya, popatrz teraz przez okular. Ustawiłem już teleskop. Widzisz jasno - czerwony 

punkt w środku? To Mars.

- Bierz kubek, szybko - szepczę do Salima. - Musisz tego posłuchać.

Salim też przykleja ucho do ściany. Przez następne pół godziny słuchamy relacji na 

bieżąco   z   sytuacji   na   niebie.   O   konstelacjach   gwiezdnych,   galaktykach   i   kometach.   O 

Wielkiej Niedźwiedzicy i Małej Niedźwiedzicy. Słyszymy takie nazwy jak Droga Mleczna i 
Gwiazda Polarna. Dowiadujemy się o pierścieniach Saturna i księżycach Jowisza.

Gdy słucham Shantarama,  ogarnia mnie dziwna  tęsknota.  Żałuję,  że nie mam ojca, 

który uczyłby mnie o gwiazdach i planetach. Nocne niebo, które dotychczas było dla mnie 

tylko wielką czernią, zmienia się nagle w przestrzeń pełną cudów i znaczenia. Kiedy kończy 
się wykład Shantarama, Salim i ja wyciągamy szyje z naszego okna na pierwszym piętrze, 

starając   się   znaleźć   wszystkie   wymienione   przez   niego   ciała   niebieskie.   Bez   teleskopu 
widzimy tylko białe kropeczki na ciemnym niebie, ale piszczymy z radości, gdy udaje się 

nam   rozpoznać   siedem   gwiazd   Wielkiej   Niedźwiedzicy,   a   wiedza,   że   ciemne   plamy   na 

background image

Księżycu to nie żadne skazy, tylko kratery i morza, wypełnia nas poczuciem satysfakcji, 

jakbyśmy właśnie odkryli tajemnice wszechświata.

Tej nocy nie śni mi się kobieta w rozwianym białym sari. Śnią mi się pierścienie wokół 

Saturna i księżyce wokół Jowisza.

Tydzień później niepokoi mnie zupełnie nowy odgłos dobiegający z pokoju Shantarama. 

„Miau!”. Rzucam się do ściany z moim stalowym przyrządem podsłuchowym w ręku.

Słyszę glos Gudiyi:
- Tato, zobacz, mam kota. Prawda, że śliczny? Dała mi go koleżanka, Rohini. Z miotu 

swojej kotki. Może u nas zostać?

- Nie przepadam za zwierzętami w domu - zrzędzi pani Shantaram. - W pokoju ledwie 

starcza miejsca dla ludzi - gdzie go chcesz trzymać?

- Proszę, mamusiu, jest taki malutki. Tato, proszę, zgódź się - błaga Gudiya.

- No dobrze - mówi Shantaram. - Możesz go zatrzymać. Ale jak go chcesz nazwać?
- Och, dziękuję, tato. Myślałam, że dam mu na imię Tommy.

- Nie, to takie pospolite. Kot będzie przecież mieszkał u rodziny astronoma, dlatego 

musi zostać nazwany na cześć którejś z planet.

- Której? Może Jowisz?
- Nie. Jest najmniejszy w rodzinie, dlatego będzie się nazywać Pluton.

- Cudownie, bardzo mi się podoba. Chodź, Pluton! Chodź, dostaniesz mleczka.
- Miau! - odpowiada Pluton.

Te strzępki rozmów zmuszają mnie do przemyślenia swojego zdania o Shantaramie. 

Może jednak wcale nie jest taki zły. Ale znów się przekonuję, że pozory mogą mylić i linia 
między dobrem a złem naprawdę jest bardzo cienka.

Pewnego   wieczoru   widzę,   jak   Shantaram   wraca   do   domu   kompletnie   pijany.   Jego 

oddech   cuchnie   whisky.   Idzie   chwiejnym   krokiem   i   trzeba   mu   pomóc   wspiąć   się   po 

schodach.   To   samo   się   dzieje   nazajutrz   i   następnego   dnia.   Niedługo   wszyscy   w  chawl 
wiedzą, że pan Shantaram jest pijakiem.

W   filmach   hindi   pijacy   to   zawsze   zabawne   postacie.   Wystarczy   pomyśleć   o   Keshto 

Mukherjee z butelką w ręku i nie sposób powstrzymać się od śmiechu. Ale w rzeczywistości 

pijacy wcale nie są zabawni, tylko straszni. Ilekroć Shantaram wraca do domu zamroczony 
alkoholem,   nie   potrzebujemy   żadnych   przyrządów   podsłuchowych.   Na   cały   głos   miota 

przekleństwa, a Salim i ja drżymy ze strachu w swoim pokoju, jak gdyby to na nas krzyczał. 

background image

Wieczorne   wyzwiska   stają   się   stałym   rytuałem   i   zanim   zaśniemy,   czekamy   na   odgłos 

chrapania zza ściany. Zaczynamy się okropnie bać chwil między powrotem Shantarama z 
pracy a łoskotem jego ciała padającego na łóżko. Te chwile są dla nas czasem lęku.

Wydaje   się   nam,   że   to   przejściowe   i   że   Shantaram   w   końcu   dojdzie   do   siebie.   Ale 

sytuacja   ciągle   się   pogarsza.   Shantaram   pije   coraz   więcej   i   zaczyna   rzucać   różnymi 

przedmiotami. Zaczyna od plastikowych kubków i książek, którymi ciska o ścianę z odrazą. 
Potem tłucze doniczki i garnki. Ciężko mieszka się w takim hałasie. Wiemy jednak, że nie 

ma   sensu   skarżyć   się   panu   Ramakrishnie.   Głos   trzynastolatka   i   jedenastolatka,   którzy 
notorycznie zalegają z czynszem, naprawdę niewiele znaczy. Dlatego gdy jakiś przedmiot z 

hukiem uderzy we wspólną ścianę, dajemy nura do łóżek i kulimy się ze strachu, kiedy 
słychać brzęk tłuczonych talerzy i porcelany.

Ale ta faza też nie trwa zbyt długo. Wkrótce Shantaram zaczyna rzucać przedmiotami w 

ludzi. Głównie we własną rodzinę. Najwięcej gniewu wylewa na żonę.

- Ty dziwko! To przez ciebie tak nisko upadłem. Mógłbym pisać referaty o czarnych 

dziurach, a tak muszę pokazywać bluzki i sari różnym wstrętnym babom. Nienawidzę cię! 

Czemu nie umrzesz? - wrzeszczy  i rzuca  pieprzniczką,  szklanką,  talerzem.  W żonę albo 
córkę, albo jej kota.

Pewnego   wieczoru   Shantaram  przekracza   wszelkie   granice   i   rzuca  w   żonę   kubkiem 

pełnym wrzącej herbaty. Gudiya próbuje zasłonić matkę i gorący płyn oblewa jej twarz, 

parząc ją. Gudiya przeraźliwie piszczy z bólu. Shantaram jest tak pijany, że nawet nie zdaje 
sobie sprawy z tego, co zrobił. Biegnę złapać taksówkę dla pani Shantaram, żeby mogła 

zawieźć córkę do szpitala. Dwa dni później matka Gudiyi przychodzi do mnie i pyta, czy 
pójdę z nią odwiedzić córkę.

- Czuje się bardzo samotna. Może byś z nią porozmawiał. Tak więc, towarzysząc pani 

Shantaram, idę na swoją pierwszą w życiu wizytę w szpitalu.

Po wejściu do szpitala zmysły atakuje przede wszystkim charakterystyczny fetor. Robi 

mi   się   niedobrze   od   mdłego,   antyseptycznego   zapachu   środków   dezynfekujących,   który 
przenika wszystkie kąty brudnych sal. Zaraz potem uderza cię widok ludzkich twarzy: nie 

ma tu ani jednego zadowolonego człowieka.  Pacjenci  leżą  w zielonych łóżkach,  jęcząc i 
stękając, nawet pielęgniarki i lekarze wydają się ponurzy. Ale najgorsza jest obojętność. Tak 

naprawdę twój los nikogo tu nie obchodzi. Wyobrażałem sobie, że przy Gudiyi będą się 
krzątać tłumy lekarzy i pielęgniarek, ale widzę, że leży na oddziale oparzeniowym całkiem 

sama i nie ma ani jednej pielęgniarki. Ma zabandażowaną całą twarz; widać tylko jej czarne 

background image

oczy.

- Gudiya, zobacz, kto przyszedł cię odwiedzić - mówi pani Shantaram, uśmiechając się 

do mnie radośnie.

Dziewczyna mnie onieśmiela. Jest ode mnie dużo starsza. Jestem tylko podglądaczem, 

który poznał fragmenty jej życia; prawie jej nie znam. Nie widzę jej ust, ale po oczach 

poznaję, że się do mnie uśmiecha, i to przełamuje lody między nami.

Siedzę przy niej trzy godziny, gadając o tym i owym. Gudiya pyta:

- Skąd masz takie niezwykłe imiona - Ram Mohammad Thomas?
- To długa historia. Opowiem ci, jak wyzdrowiejesz. Opowiada mi o sobie. Niedługo 

skończy szkołę średnią i pójdzie na uniwersytet. Marzy o tym, żeby zostać lekarką. Prosi, 
żebym ja też coś o sobie opowiedział. Nie mówię o ojcu Timothym ani o tym, co się ze mną 

działo później, ale opisuję doświadczenia z mieszkania w chawl i życie robotnika w odlewni. 
Gudiya słucha mnie w skupieniu, a jej uwaga sprawia, że czuję się ważny i potrzebny.

Zjawia się lekarz i mówi pani Shantaram, że jej córka miała dużo szczęścia. Ma tylko 

oparzenia pierwszego stopnia i nie zostaną jej żadne trwałe blizny. Mają ją wypisać w ciągu 

tygodnia.

W ciągu trzech godzin spędzonych przy łóżku Gudiyi dowiaduję się wielu rzeczy o jej 

ojcu. Pani Shantaram mówi:

- Mój mąż jest znanym naukowcem, specjalistą  z zakresu astronautyki. A raczej  był 

naukowcem. Pracował w Instytucie Badań Kosmicznych Aryabhatty, gdzie przez wielkie 
teleskopy   oglądał   gwiazdy.   Mieszkaliśmy   w   dużym   bungalowie   w   miasteczku   obok 

instytutu. Trzy lata temu odkrył nową gwiazdę. To było bardzo ważne odkrycie naukowe, 
ale przypisał je sobie jeden z jego kolegów astronomów. Mąż zupełnie się załamał. Zaczął 

pić. Zaczął się kłócić z kolegami, a pewnego dnia tak się rozgniewał na dyrektora instytutu, 
że o mały włos nie zatłukł go na śmierć. Natychmiast wyrzucili go z instytutu, a ja musiałam 

prosić dyrektora, żeby nie kazał policji go aresztować. Potem mąż dostał pracę nauczyciela 
fizyki w dobrej szkole, ale nie potrafił przestać pić ani panować nad swoim wybuchowym 

charakterem. Bil uczniów za najdrobniejsze przewinienie i po pół roku go wylano. Odtąd od 
czasu do czasu trafia mu się jakieś zajęcie: kierownik stołówki w biurze, księgowy w fabryce, 

a   teraz   sprzedawca   w   salonie   odzieżowym.   Skończyły   się   nam   oszczędności   i   dlatego 
musieliśmy się przeprowadzić do chawl.

Czy pan Shantaram nie może przestać pić? - pytam.
- Mąż przysiągł mi, że nie tknie alkoholu, i zaczęłam mieć nadzieję, że najgorsze już 

minęło. Ale nie potrafił dotrzymać obietnicy i widzisz, co się stało.

background image

- Bądź tak dobry, Ramie Mohammadzie, i zrób coś dla mnie - mówi Gudiya. - Zaopiekuj 

się Plutonem do mojego powrotu.

- Na pewno - obiecuję.

Nagle wyciąga rękę i łapie mnie za dłoń.
- Jesteś tym bratem, którego nigdy nie miałam, prawda, mamusiu?

Pani Shantaram kiwa głową.
Nie   wiem,   co   powiedzieć.   To   dla   mnie   zupełnie   nowy   rodzaj   związku.   Kiedyś 

wyobrażałem sobie siebie jako syna, ale nigdy jako czyjegoś brata. Trzymam więc po prostu 
w milczeniu rękę Gudiyi, czując więź, jaka właśnie zaczęła nas łączyć.

Tej nocy śni mi się kobieta w białym sari trzymająca na rękach dziecko. Wyje wiatr, 

rozwiewając jej włosy, które zasłaniają rysy jej twarzy. Kobieta kładzie dziecko w koszu na 

bieliznę i odchodzi. W tym momencie zjawia się druga kobieta. Też jest wysoka i zgrabna, 
ale twarz ma spowitą w bandaże. Podnosi dziecko z kosza i obsypuje je pocałunkami.

- Braciszku - mówi.
- Siostlo - grucha dziecko. - Miau!

Ciszę   nocy   rozdziera   nagle   zduszony   wrzask   kota.   Zrywam   się   i   zastanawiam,   czy 

usłyszałem wrzask we śnie, czy dobiegł z przyległego pokoju.

Nazajutrz rano znajduję bezwładne i pokiereszowane ciało Plutona w tym samym koszu 

na śmieci, do którego pan Barve wyrzuca przeczytany numer „Maharashtra Times”. Kot ma 

złamany kark, a jego sierść wydziela woń whisky. Shantaram mówi żonie, że Pluton uciekł. 
Znam   prawdę,   ale   nie   ma   sensu   jej   ujawniać.   Zresztą   rzeczywiście   Pluton   uciekł.   Do 

drugiego, chyba lepszego świata.

- Bardzo lubię Gudiyię - mówię do Salima. - Muszę dopilnować, żeby Shantaram nigdy 

więcej nie skrzywdził jej tak jak ostatnio.

- Co chcesz zrobić? Przecież to sprawy rodzinne.

- To też nasza sprawa. Jesteśmy w końcu sąsiadami.
- Nie pamiętasz, co mi kiedyś powiedziałeś, Mohammad? Że lepiej nie wtykać nosa w 

nie swoje sprawy i nie przejmować się cudzymi kłopotami?

Nie znajduję odpowiedzi.

Gudiya wraca do domu, ale nie udaje mi się z nią zobaczyć, Shantaram nie pozwala 

wchodzić   do   swojego   domu   żadnym   chłopcom.   Słyszę   od   pani   Shantaram,   że   mąż 
zrozumiał, co zrobił, i że się poprawi, chociaż w głębi serca wie, że Shantaram jest już nie do 

uratowania.   Ale   nawet   ona   nie   wie,   jak   nisko   jej   mąż   może   upaść.   Niecały   tydzień   po 

background image

powrocie Gudiyi ze szpitala ojciec znów robi jej coś złego. Próbuje jej dotykać. Ale nie jak 

ojciec. Z początku nie rozumiem, co się dzieje. Słyszę tylko, że Shantaram nazywa Gudiyię 
swoim księżycem, potem pani Shantaram płacze, a Gudiya krzyczy:

- Tato, nie dotykaj mnie! Nie dotykaj mnie, proszę!
Kiedy słyszę płaczliwy głos Gudiyi, nagle mi się rozjaśnia w głowie. Chcę pędzić do 

pokoju Shantarama i zabić go gołymi rękami. Lecz zanim zebrałem się na odwagę, słyszę 
głośne   chrapanie   Shantarama.   Zwalił   się   na   łóżko   i   zasnął.   Gudiya   ciągle   szlocha.   Nie 

potrzebuję szklanki, żeby słyszeć jej łkanie.

Jej płacz dziwnie mnie porusza. Nie wiem, jak brat zareagowałby na smutek siostry, bo 

nie   mam   doświadczeń   jako   brat.   Wiem   jednak,   że   muszę   ją   jakoś   pocieszyć.   Niestety, 
niełatwo jest kogoś pocieszyć, kiedy zasłania go ściana, choćby bardzo cienka. Dostrzegam, 

że na samym dole ściany, tuż przy miejscu, gdzie rury z wodą wchodzą do sąsiedniego 
pokoju, jest niewielki okrągły otwór, na tyle duży, że można weń wsunąć ramię. Wyskakuję 

z łóżka, kładę się płasko na podłodze i wpycham do otworu rękę.

- Nie płacz, siostro. Weź mnie za rękę - wołam cicho. I ktoś chwyta moją dłoń. Czuję 

palce   pieszczące   moje   przedramię,   łokieć,   nadgarstek,   przypomina   to   dotyk   ślepca 
badającego czyjąś twarz. Potem palce splatają się z moimi i czuję magiczny przepływ siły, 

energii, miłości... sam nie wiem, jak to nazwać. W tym momencie ja i Gudiya stajemy się 
jednością i odczuwam jej ból, jak gdyby to mnie bolało.

Tymczasem Salim, który wciąż siedzi na łóżku, w zdumieniu przygląda się tej scenie.
- Oszalałeś, Mohammad? Wiesz, co robisz? - pyta strofującym tonem. - Wsadziłeś rękę 

do dziury, którą wchodzą do naszego pokoju szczury i karaluchy.

Ale nie zważam na Salima, na nikogo i na nic innego. Nie wiem, jak długo trzymam 

Gudiyię za rękę, ale kiedy budzę się następnego dnia rano, widzę, że ciągle leżę na podłodze 
z ręką w dziurze, a w kieszeni mojej koszuli śpi sobie smacznie rodzina karaluchów.

Nazajutrz   wieczorem   Shantaram   znowu   wraca   do   domu   zamroczony   alkoholem   i 

próbuje molestować Gudiyię.

- Jesteś   piękniejsza   od   wszystkich   gwiazd   i   planet.   Jesteś   moim   księżycem.   Moja 

Gudiya, moja laleczka. Wczoraj mi umknęłaś, ale dzisiaj ci na to nie pozwolę - mówi.

- Przestań  się   tak  zachowywać!   -   woła   pani   Shantaram,   ale   mąż   nie   zwraca   na   nią 

uwagi.

- Nie przejmuj się, Gudiya, w mojej miłości do ciebie nie ma nic złego. Nawet wielki 

cesarz   Szahdżahan   zakochał   się   we   własnej   córce,   Dżahan   Ara.   Kto   może   odmówić 

background image

mężczyźnie przywileju zerwania owocu z drzewa, które sam zasadził?

- Jesteś demonem! - krzyczy pani Shantaram i mąż wymierza jej cios. Słyszę trzask 

tłuczonej butelki.

- Nie! - słyszę wrzask Gudiyi.
Czuję, jak gdyby ktoś przedziurawił mi mózg palnikiem acetylenowym, a w serce nalał 

roztopionego   metalu.   Nie   zniosę   tego   ani   chwili   dłużej.   Biegnę   do   pokoju   pana 
Ramakrishny  i mówię mu, że Shantaram  robi okropne rzeczy  swojej żonie i  córce.  Ale 

Ramakrishna zachowuje się, jakbym rozmawiał z nim o pogodzie.

- Posłuchaj  - mówi.  - Cokolwiek by się działo  w czyimś domu, to prywatna  sprawa 

rodziny i nie możemy się do tego mieszać. Jesteś młodym sierotą. Nie znasz życia. Ale ja 
znam  historie  o  biciu  żon,  o  znęcaniu   się nad  rodziną,  o kazirodztwach  i  gwałtach,  do 

których co dzień dochodzi w chawl w całym Mumbaju. Nikt jednak niczego nie robi. My, 
Hindusi,   posiedliśmy   wyjątkową   zdolność   do   zachowywania   spokoju   wobec   cierpień   i 

nieszczęść, jakie dokoła siebie widzimy. Dlatego jak inni mumbajczycy zamknij oczy, zasłoń 
uszy, zamknij usta, a będziesz szczęśliwy jak ja. Idź już, muszę iść spać.

Pędzę   do   siebie.   Słyszę   chrapanie   Shantarama   i   głos   Gudiyi,   która   krzyczy,   że   jest 

brudna.

- Nie dotykaj mnie! Niech nikt mnie nie dotyka! Zarażę każdego, kto się do mnie zbliży!
- Zaraź mnie - mówię i wpycham rękę w otwór przy podłodze.

Gudiya chwyta ją kurczowo.
- Długo już nie pożyję, Ramie Mohammadzie - szlocha. - Wolę popełnić samobójstwo, 

niż   ulec   ojcu.   -   Jej   ból   przepływa   przez   dziurę   w   ścianie,   obejmując   mnie   lodowatym 
uściskiem. Zaczynam płakać.

- Nigdy do tego nie dopuszczę - obiecuję jej. - Daję ci braterskie słowo.
Salim   posyła  mi pogardliwe   spojrzenie,  jak  gdybym  składając  tę  obietnicę,  popełnił 

przestępstwo. Mnie jednak nic nie obchodzi, co jest dobre, a co złe. Czując dotyk kościstych 
palców   Gudiyi   i   miękkiej   skóry   jej   dłoni,   wiem   tylko,   że   oboje   jesteśmy   zaszczutymi 

zwierzętami,  wspólnikami  zbrodni. Moja zbrodnia polegała  na tym, że miałem czelność 
przejmować się cudzymi kłopotami. Ale co złego zrobiła Gudiya? Chyba tylko to, że urodziła 

się dziewczynką, a jej ojcem był Shantaram.

Swoją obietnicę spełniam następnego dnia, kiedy Shantaram wraca wieczorem z pracy i 

gramoli się po skrzypiących schodach na pierwsze piętro. Idzie powoli i niezdarnie. Nawet 

jego ubranie cuchnie whisky. Gdy jest tuż przed częścią poręczy, której pan Ramakrishna 

background image

jeszcze nie naprawił, rzucam się na niego od tyłu. Uderzam go w plecy i Shantaram pada na 

drewnianą  poręcz, która  jest już stara  i rozchwiana.  Nie wytrzymuje ciężaru  jego ciała. 
Łamie się z trzaskiem. Shantaram traci równowagę i leci w dół.

W filmach, kiedy złoczyńca spada z dachu wieżowca, wydaje się, jak gdyby szybował w 

powietrzu;   wymachuje   rękami   i   nogami   i   krzyczy:   „Aaaaaaaaa!”.   W   prawdziwym   życiu 

wygląda to zupełnie inaczej. Shantaram spada jak kamień. W ogóle nie macha rękami ani 
nogami. Ląduje na brzuchu i leży nieruchomo z szeroko rozrzuconymi rękami i nogami.

Dopiero kiedy widzę leżące na podłodze bezwładne ciało Shantarama, uświadamiam 

sobie, co zrobiłem. A potem wyobrażam sobie następstwa swojego czynu.

Dżipem  z  migającym  czerwonym   kogutem  przyjeżdża   oddział  zabezpieczenia  miejsc 

zbrodni i policjanci starannie obrysowują kredą leżące ciało. Potem robią zdjęcia, patrzą na 

pierwsze piętro i widzą, że tam stoję. Inspektor pokazuje na mnie.

- To ten chłopak go zepchnął. Aresztować go!

Zabierają mnie do więzienia, tam rozbierają i biją. Potem stawiają mnie przed sądem, 

gdzie pod zwieszającym się z sufitu wentylatorem siedzi sędzia o surowej twarzy ubrany w 

czarną togę. Na ścianie za jego plecami jest wyblakły i zakurzony napis ułożony ze złotych 
liter:  Satyameva   Jayate  -   „Prawda   zawsze   zwycięża”.   Sędzia   obrzuca   mnie   krótkim 

spojrzeniem i ogłasza wyrok.

- Ramie Mohammadzie Thomasie, uznaję cię za winnego morderstwa z premedytacją 

pana Shantarama. Na podstawie paragrafu 302 Indyjskiego Kodeksu Karnego skazuję cię 
na karę śmierci przez powieszenie.

- Nie! - krzyczę i próbuję uciec, ale nogi i ręce krępują mi kajdany. Zawiązują mi oczy i 

prowadzą na egzekucję. Wkładają mi głowę w stryczek, pociągają za dźwignię. Wrzeszczę z 

bólu, gdy nagle moje nogi dyndają w powietrzu, a z płuc ucieka całe powietrze. Otwieram 
oczy i widzę, że jestem w niebie. Ale niebo okazuje się bardzo podobne do mojego chawl, 

spoglądając  w dół,  widzę  ciało   Shantarama  leżące  na  podłodze  z  szeroko  rozrzuconymi 
rękami i nogami. Wokół niego gromadzą się ludzie. Ktoś woła:

- Wezwijcie policję!
Nie czekam ani chwili dłużej. Rzucam się w dół po schodach i uciekam. W biegu mijam 

bramę, budkę z mlekiem i wielopiętrowy budynek. Pędzę na stację i wskakuję do ekspresu 
jadącego   na   dworzec   Victoria.   Biegam   po   peronach,   szukając   tylko   jednego   pociągu. 

Wreszcie znajduję i wskakuję do niego w chwili, gdy pociąg już rusza.

Opuszczam Mumbaj, opuszczam Gudiyię, opuszczam Salima i uciekam do jedynego 

miasta, jakie znam poza Mumbajem. Do Delhi.

background image

W trakcie całej  opowieści  Smita  nie odzywa się ani słowem. Widzę, że jest głęboko 

poruszona. Wydaje mi się, że w kąciku jej oka zalśniła łza. Pewnie jako kobieta doskonałe 

rozumie udrękę Gudiyi.

Biorę do ręki pilot.

- Obejrzyjmy pytanie numer trzy - mówię i naciskam klawisz.
Prem Kumar obraca się na krześle w moją stronę.

- Panie Thomas, odpowiedział pan poprawnie na dwa pytania i wygrał pan dwa tysiące 

rupii. Zobaczmy, czy poradzi pan sobie z trzecim pytaniem za pięć tysięcy rupii. Jest pan 

gotów?

- Gotów - odpowiadam.

- Dobrze. Oto pytanie numer trzy. Z dziedziny...
W   tym   momencie   gaśnie   reflektor   punktowy,   pogrążając   Prema   Kumara   i   mnie   w 

ciemnościach.

- Oj! Houston, mamy problem - mówi Prem Kumar. Publiczność wybucha śmiechem. 

Nie rozumiem tego żartu.

- Co pan powiedział? - pytam Prema Kumara.

- Och, to słynna kwestia z filmu „Apollo 13”. Pewnie nie ogląda pan angielskich filmów. 

Tak się mówi, gdy nagle pojawia się poważny kłopot, a właśnie mamy poważny kłopot. 

Musimy przerwać program, dopóki nie naprawią reflektora.

Podczas   gdy   technicy   zaczynają   sprawdzać   kable,   Prem   Kumar   słucha   głosu   w 

słuchawce. Potem nachyla się do mnie i szepcze mi do ucha:

- No   dobrze,   koleś,   twoja   złota   passa   trwała   dwa   pytania,   ale   właśnie   się   kończy. 

Następne pytanie jest naprawdę trudne, zwłaszcza dla kelnera. Chciałbym ci pomóc wygrać 
trochę więcej, ale producent poinformował mnie przed chwilą, że chce dopuścić do gry 

drugiego zawodnika, profesora matematyki. Przykro mi. Pech! - Pociąga łyk lemoniady i 
mlaszcze.

Reflektor zostaje naprawiony. W studiu wyświetla się napis „BRAWA”.
Gdy milkną oklaski, Prem Kumar patrzy na mnie.

- Panie Thomas, odpowiedział pan poprawnie na dwa pytania i wygrał pan dwa tysiące 

rupii. Zobaczmy, czy poradzi pan sobie z trzecim pytaniem za pięć tysięcy rupii. Jest pan 

gotów?

- Gotów - odpowiadam.

- Dobrze. Następne pytanie dotyczy astronomii. Proszę mi powiedzieć, panie Thomas, 

background image

czy wie pan, ile planet jest w naszym Układzie Słonecznym?

- Jakie odpowiedzi mam do wyboru?
- To jeszcze nie jest właściwe pytanie. Pytam po prostu, czy zna pan liczbę planet w 

Układzie Słonecznym.

- Nie.

- Nie? Mam nadzieję, że wie pan, jak nazywa się planeta, na której mieszkamy.
Publiczność się śmieje.

- Ziemia - odpowiadam ponuro.
- Doskonale. A więc zna pan nazwę planety. Dobrze, jest pan gotów na pytanie numer 

trzy?

- Tak - odpowiadam.

- Oto   pytanie   numer   trzy.   Jak   nazywa   się   najmniejsza   planeta   w   naszym   Układzie 

Słonecznym? Czy jest to a) Pluton, b) Mars, c) Neptun czy d) Merkury?

Zanim rozległa się muzyka, z moich ust wyrywa się krótki dźwięk:
- Miau!

- Słucham? - zdumiewa się Prem Kumar. - Co pan powiedział? Wydawało mi się, że 

słyszałem miauknięcie.

- Powiedziałem „A”. - A?
- Tak. Wybieram odpowiedź A. Pluton.

- Jest pan absolutnie, w stu procentach pewien, że chodzi o odpowiedź A?
- Tak.

Słychać crescendo bębnów. Rozbłyskuje właściwa odpowiedź.
- Absolutnie, w stu procentach poprawnie! Rzeczywiście najmniejszą planetą Układu 

Słonecznego jest Pluton. Panie Thomas, właśnie wygrał pan pięć tysięcy rupii!

Moja   wiedza   ogólna   wywiera   na   publiczności   duże   wrażenie.   Niektórzy   wstają   i 

klaszczą. Ale Smita wciąż milczy.

background image

10 000

POMYŚLMY O KALEKACH

Słońce   wydaje   się   bledsze,   ptaki   mniej   rozświergotane,   powietrze   bardziej 

zanieczyszczone, niebo odrobinę ciemniejsze.

Gdy z pięknego, wielkiego bungalowu ze ślicznym jasnym ogrodem trafia się prosto do 

rozpadającego   się   domu,   gdzie   trzeba   mieszkać   w   zatłoczonym   dormitorium   z 
kilkudziesięcioma dzieciakami, trudno spoglądać na życie z nadzieją. Przypuszczam, że w 

każdym, kto znalazłby się w takiej sytuacji, wezbrałaby żółć.

I wcale nie jest lepiej, kiedy naprawdę zachoruje się na żółtaczkę. Żółtaczka to dość 

nieprzyjemna choroba, ale ma jedną ważną zaletę. Zabierają cię z dusznego dormitorium i 
umieszczają w osobnym pokoju. To duże pomieszczenie z metalowym łóżkiem i zielonymi 

zasłonami. Nazywa się izolatka.

Od dwóch tygodni jestem przykuty do łóżka. Wydaje się jednak, jak gdybym chorował 

od dnia, w którym zabrano mnie z kościoła po śmierci ojca Timothy’ego. Nie przyjechał po 
mnie dżip z migającym czerwonym kogutem. Zjawiła się niebieska furgonetka z oknami 

zasłoniętymi drucianą siatką. Podobne auta zbierają bezpańskie psy. Ten samochód zbierał 
akurat bezpańskich chłopców. Gdybym był młodszy, prawdopodobnie wysłaliby mnie do 

domu adopcyjnego i natychmiast wystawili na sprzedaż. Ale ponieważ miałem osiem lat, 
zostałem umieszczony w delhijskim Domu dla Nieletnich Chłopców w Turkman Gate.

W domu jest miejsce dla siedemdziesięciu pięciu chłopców,  ale liczba  mieszkańców 

wynosi   sto   pięćdziesiąt.   Jest   tu   ciasno,   brudno   i   głośno.   Są   tylko   dwie   toalety   z 

przeciekającymi umywalkami i zarośniętymi brudem latrynami. Po korytarzach i kuchni 
biegają szczury. Mamy klasę, w której stoją rozklekotane ławki i wisi popękana tablica. I 

mamy nauczycieli, którzy od lat nie uczą. Na boisku rośnie trawa wysoka jak krykietowe 
bramki, a jeśli ktoś nie uważa, może sobie otrzeć skórę o kamienie wielkości piłki. Mamy 

trenera, który nosi białą koszulę safari i spodnie wyprasowane w kant ostry jak brzytwa. 
Trzyma sprzęt do badmintona i krykieta w ładnej szklanej gablocie, ale nie pozwala nam go 

dotykać.  W  dużej stołówce   jest tandetna  podłoga  i długie  drewniane   stoły.  Ale mięso  i 
kurczaki,  które mają być dla nas, opryskliwy szef kuchni sprzedaje restauracjom,  a nas 

codziennie karmi duszonymi warzywami i grubymi przypalonymi czapati. Ciągle dłubie w 
nosie i beszta każdego, kto prosi o dokładkę. Kierownik domu, pan Agnihotri, jest miłym 

starszym   człowiekiem,   który   nosi   wykrochmaloną  kurtę  i  pyjamę  z   bawełny  khadi,  ale 
wszyscy   wiemy,   że   prawdziwą   władzę   sprawuje   jego   zastępca,   pan   Gupta,   przezywany 

background image

Postrachem Turkman Gate. Jest najgorszy ze wszystkich. Niski i owłosiony, cały dzień żuje 

paan  i   cuchnie   skórą.   Na   szyi   nosi   dwa   grube   złote   łańcuchy,   które   podzwaniają   przy 
każdym kroku, i zawsze ma przy sobie krótką bambusową laskę, którą nas okłada, ilekroć 

ma ochotę. Krążą plotki, że późnym wieczorem wzywa do swojego pokoju chłopców, ale 
nikt nie chce o tym rozmawiać. Chcemy mówić tylko o dobrych rzeczach. Na przykład o 

tym, że wieczorem pozwala się nam przez dwie godziny oglądać telewizję we wspólnej sali. 
Skupiamy się wokół dwudziestojednocalowego telewizora Dyanora i oglądamy piosenki z 

filmów na kanale V albo seriale o klasie średniej w programie Doordarshan. Szczególnie 
podobają się nam filmy w niedziele.

To filmy o świecie fantazji. Świecie, w którym dzieci mają matki i ojców, i urodziny. 

Świecie,   w   którym   ludzie   mieszkają   w   ogromnych   domach,   jeżdżą   ogromnymi 

samochodami   i   dostają   ogromne   prezenty.   Oglądaliśmy   ten   świat,   ale   nie   daliśmy   się 
ponieść   fantazjom.   Wiedzieliśmy,   że   nasze   życie   nigdy   nie   będzie   wyglądać   jak   życie 

Amitabha   Bachchana   ani   Shahrukha   Khana.   Mogliśmy   najwyżej   marzyć,   że   kiedyś 
dorównamy tym, którzy nami rządzą. Tak więc kiedy nauczyciel nas pytał: „Kim chcesz być, 

kiedy dorośniesz?”, nikt nie mówił, że będzie pilotem, premierem, bankierem czy aktorem. 
Mówiliśmy, że chcemy być kucharzami, sprzątaczami, trenerami czy w najlepszym razie 

kierownikami. Dom dla nieletnich sprawił, że czuliśmy się gorsi.

Bardzo dobrze poznałem wielu chłopców w zakładzie. Niektórzy byli młodsi ode mnie, 

w większości starsi. Poznałem Munnę, Kallu, Pyare, Pawana, Jashima i Irfana. Dla mnie 
przenosiny z domu ojca Timothy’ego do zakładu przypominało strącenie z raju do piekła. 

Ale dopiero gdy poznałem innych chłopców, uświadomiłem sobie, że dla wielu z nich zakład 
był   rajem.   Trafili   tu   ze   slumsów   Delhi   i   Biharu,   z   biednych   wiosek   z   Uttar   Pradeś,   a 

niektórzy nawet z dalekiego Nepalu. Nasłuchałem się opowieści o ojcach uzależnionych od 
narkotyków   i   matkach   prostytutkach.   Widziałem   blizny   po   laniu,   jakie   dostawali   od 

chciwych wujów i despotycznych ciotek. Dowiedziałem się o istnieniu niewolniczej pracy i 
przemocy w rodzinie. I zacząłem się bać policji. To ona była odpowiedzialna za wysyłanie 

większości chłopców do domu dla nieletnich. Chłopców przyłapanych na kradzieży chleba z 
przydrożnej budki albo czarnorynkowym handlu biletami do teatru, chłopców, którzy nie 

mogli przekupić policjanta. Najczęściej zgarniano ich po prostu dlatego, że inspektorowi 
nie podobały się ich twarze.

Wielu z nich było „recydywistami”, czyli wróciło do zakładu od ludzi, którzy przygarnęli 

ich   za   zgodą   Komisji   Opieki   nad   Nieletnimi.   Munna   wrócił,   bo   znęcała   się   nad   nim 

macocha.   Jashima   prześladował   okrutny   brat.   Pawan   wrócił,   bo  krewny,   który   się   nim 

background image

zaopiekował, wysłał go do pracy w podejrzanym motelu, gdzie złapała go policja. Mimo 

takich   doświadczeń   wielu   chłopców   nadal   tęskni   za   „przywróceniem   do   rodziny”   i   jest 
gotowych zamienić dobrze znane piekło na nowe, nieznane.

Bez żadnych starań z mojej strony zostałem ich przywódcą. Wcale nie dlatego, że byłem 

wyższy  ani  bardziej  agresywny  od reszty,  ale  dlatego,  że  mówiłem po angielsku.  Byłem 

sierotą,  który potrafił  mówić i czytać w tym magicznym języku,  co zrobiło wrażenie  na 
pracownikach zakładu. Kierownik od czasu do czasu pytał, jak się miewam. Trener pozwolił 

mi ustawić prowizoryczną bramkę krykietową na dziedzińcu od frontu, gdzie rozegraliśmy 
kilka całkiem udanych meczów, dopóki Munna nie wybił kierownikowi okna i zabroniono 

nam gier sportowych. Surowy kucharz czasem uprzejmie dawał mi dokładkę. Gupta nigdy 
nie wzywał mnie wieczorami do swojego pokoju. A lekarz, zamiast jak zwykle się ociągać, 

natychmiast umieścił mnie w izolatce, dzięki czemu nie zaraziłem całego dormitorium.

Rozkoszowałem   się   spokojem   izolatki   przez   ponad   dwa   tygodnie,   gdy   do   pokoju 

wstawiono pewnego dnia drugie łóżko. Powiedziano mi, że przywieziono nowego chłopca, 

który   jest   w  bardzo   złym   stanie.   Po   południu   wniesiono   go   na   noszach.   Był   ubrany   w 
podartą   pomarańczową   koszulkę   i   przetarte   szorty,   a   na   szyi   miał   żółty  tabeez.  Tak 

wyglądało moje pierwsze spotkanie z Salimem.

Salim okazuje się moim całkowitym przeciwieństwem. Ma jasną, pszeniczną cerę, twarz 

cherubina, czarne kręcone włosy, a kiedy się uśmiecha, w policzkach robią mu się dołki. 
Chociaż skończył zaledwie siedem lat, jest bystry i dociekliwy. Opowiada mi swoją historię 

w krótkich, urywanych zdaniach.

Pochodzi   z   bardzo   biednej   rodziny,   z   wioski   w   Biharze.   Wieś   zamieszkiwali   przede 

wszystkim ubodzy chłopi, ale było też kilku bogatych właścicieli ziemskich. Dominowali 
hindusi, lecz było kilka rodzin muzułmańskich, takich jak rodzina Salima. Jego ojciec był 

robotnikiem, matka zajmowała się domem, a starszy brat pracował na straganie z herbatą. 
Salim   chodził   do   wiejskiej   szkoły.   Mieszkali   w   małej   krytej   strzechą   chatce   na   skraju 

posiadłości zamindara.

W zeszłym tygodniu, mroźnej styczniowej  nocy wydarzył  się incydent w miejscowej 

świątyni Hanumana. Ktoś włamał się do sanktuarium i sprofanował posąg małpiego boga. 
Kapłan twierdził, że widział jakichś młodych muzułmanów, którzy czaili się w okolicy. Bas, 

to   wystarczyło!   Gdy   tylko   usłyszeli   o   tym   hindusi,   ruszyli   wymierzyć   sprawiedliwość. 
Uzbrojeni   w   maczety,   kilofy   i   pochodnie,   napadli   na   domy   wszystkich   muzułmańskich 

rodzin. Kiedy tłum zaatakował, Salim bawił się na dworze, a w chatce jego ojciec, matka i 

background image

brat pili herbatę. Na oczach Salima podpalili jego dom. Słyszał przeraźliwy wrzask matki, 

okrzyki ojca i lament brata, ale tłum nikomu nie pozwolił uciec. W pożodze spłonęła cała 
rodzina.   Salim   pobiegł   na   stację   kolejową   i   wskoczył   do   pierwszego   lepszego   pociągu. 

Pojechał  do Delhi bez jedzenia i bez ubrań, nie mając obok siebie ani jednej znajomej 
twarzy. Potem przez dwa dni leżał na peronie głodny i zziębnięty, majacząc w gorączce i 

rozpaczy. W końcu znalazł go policjant i odesłał do domu dla nieletnich.

Salim mówi, że ma złe sny. Słyszy wrzaski tłumu. W uszach dźwięczy mu echo krzyku 

matki. Wzdryga się, wyobrażając sobie wijące się w płomieniach ciało brata. Mówi, że zaczął 
nienawidzić i bać się wszystkich hindusów. Pyta, jak mam na imię.

- Mohammad - odpowiadam.

Z  czasem  Salim  i  ja  zostajemy   bardzo  dobrymi  przyjaciółmi.  Wiele  nas  łączy.  Obaj 

jesteśmy sierotami i nie mamy nadziei na „przywrócenie do rodziny”. Obaj uwielbiamy grać 

w   kulki.   I   obaj   uwielbiamy   oglądać   filmy.   Kiedy   umieszczają   nas   z   powrotem   w 
dormitorium, wykorzystuję swoje wpływy, żeby zajął łóżko obok mnie.

Pewnego dnia późnym wieczorem Salim zostaje wezwany do pokoju Gupty. Gupta jest 

wdowcem i mieszka samotnie na terenie zakładu. Salim jest zaniepokojony.

- Po co mnie do siebie woła? - pyta mnie.
- Nie wiem - odpowiadam. - Nigdy u niego nie byłem. Ale dzisiaj się dowiemy.

Tak więc Salim idzie do pokoju Gupty, a ja skradam się za nim na palcach.
Kiedy Salim puka do drzwi, Gupta siedzi w wymiętej kurcie pyjamie.

Wejdź... wejdź, Salim - mówi niewyraźnie. W dłoni trzyma szklankę pełną jakiegoś 

złocistego płynu. Przełyka jej zawartość i ociera usta. Jego oczy wyglądają jak duże guziki. 

Przyglądam mu się przez wąską szparę między dwiema zasłonami w drzwiach. Gupta gładzi 
twarz Salima, przesuwając palcami po jego ostrym nosie i wąskich ustach. Nagle rozkazuje:

- Zdejmij szorty.
Salim jest zaskoczony nieoczekiwanym poleceniem.

- Rób,   co   mówię,   gnojku,   albo   oberwiesz   -   warczy   Gupta.   Salim   posłusznie,   ale   z 

wahaniem opuszcza spodenki. Odwracam wzrok.

Gupta podchodzi do Salima od tyłu, podzwaniając złotymi łańcuchami.
- Dobrze - mamrocze. Rozwiązuje sznurek spodni i opuszcza je do kostek. Widzę jego 

owłosiony tyłek. Salim wciąż nie rozumie, co się dzieje, ale mnie nagle przejaśnia się w 
głowie. Z przerażeniem uświadamiam sobie, co się stało w pokoju ojca Johna tamtej nocy. I 

rozumiem, dlaczego nazajutrz tak się to skończyło.

background image

Wydaję przenikliwy wrzask, który jak pocisk rozdziera wieczorną ciszę. Budzę chłopców 

śpiących spokojnie w dormitoriach; budzę kucharza chrapiącego w kuchni; budzę nawet 
bezpańskie psy, które zaczynają wściekle ujadać.

Gupta jest kompletnie zaskoczony.  Pospiesznie podciąga  spodnie, próbując wygonić 

Salima.   Ale   kucharz,   kierownik   i  strażnicy   już   biegną   do  pokoju   Gupty.   Tego  wieczoru 

odkrywają plugawy sekret Gupty (chociaż później nic w tej sprawie nie robią). Ale Gupta 
odnajduje mnie przyczajonego za zasłonami. Staje się odtąd moim śmiertelnym wrogiem. 

Salim  jest wstrząśnięty,   ale  wychodzi  z  tego   bez  szwanku.  Dawno   już  wyzbył  się  urazy 
wobec hindusów. Ale lęk przed gwałtem miał mu już towarzyszyć przez resztę życia.

Jest piękny wiosenny dzień. A wydaje się jeszcze piękniejszy, ponieważ wyrwaliśmy się 

z murów domu dla nieletnich. Międzynarodowa organizacja pozarządowa zabrała nas na 
całodniową wycieczkę. Jeździmy klimatyzowanym autobusem po całym Delhi. W zoo jemy 

lunch   i   oglądamy   zwierzęta.   Po   raz   pierwszy   widzimy   hipopotama,   kangury,   żyrafy   i 
ogromnego leniwca. Oglądamy pelikany, flamingi i dziobaka. Potem wiozą nas na Kutub 

Mintar,   najwyższą   wieżę   w   Indiach.   Śmiejąc   się   i   popychając,   wbiegamy   na   górę   po 
schodach   i   wyglądamy   z   balkonu   na   pierwszym   piętrze.   Ludzie   na   ziemi  przypominają 

mrówki. Krzyczymy: „Huuu!” i słuchamy, jak nasze głosy zanikają, zanim dotrą do ziemi. 
Wreszcie   zabierają   nas   pod   Bramę   Indii,   żebyśmy   zobaczyli   wielki   festyn.   Każdy   z   nas 

dostaje dziesięć rupii, które może wydać na rozrywkę, jakiej tylko zapragnie. Mam ochotę 
przejechać się na wielkim kole, ale Salim szarpie mnie za rękaw i prowadzi do następnego 

kramu. Szyld głosi: „Pandit Ramashankar Shastri. Światowej sławy chiromanta. Tylko 10 
rupii za wróżbę”. W budce siedzi starszy mężczyzna ubrany w kurtę dhoti. Ma siwe wąsy, 

na czole cynobrową tilakę, a na nosie grube szkła. Z tyłu głowy sterczy mu czarne choti.

Chcę mu pokazać rękę - mówi Salim. - To tylko dziesięć rupii.

- Nie wygłupiaj się - radzę. - To zwykli kanciarze. Przecież ci nie powiedzą, co cię czeka 

w przyszłości. Zresztą i tak nie warto jej poznawać.

- Wszystko jedno, i tak chcę mu pokazać rękę. - Salim jest niewzruszony.
- Zgoda - poddaję się. - Idź, ale ja nie wydam dziesięciu rupii na te bzdury.

Salim płaci i skwapliwie wyciąga do staruszka lewą rękę. Pandit kręci głową.
- Nie, nie lewą. Lewa jest dla dziewczyn. Chłopcy pokazują prawą. Salim szybko wyciąga 

prawą   dłoń.   Chiromanta   ogląda   ją   przez   szkło   powiększające,   w   skupieniu   analizując 
plątaninę linii, jak gdyby była to mapa prowadząca do ukrytego skarbu. W końcu odkłada 

lupę i sapie z zadowoleniem.

background image

- Masz niezwykłą dłoń, mój chłopcze. Nigdy nie widziałem lepszej linii losu. Czeka cię 

wspaniała przyszłość.

- Naprawdę? - Salim jest zachwycony. - Kim zostanę?

O tym pan Shastri najwyraźniej nie pomyślał. Zamyka oczy na dziesięć sekund, potem 

otwiera.

- Masz piękną twarz. Będziesz bardzo sławnym aktorem - oświadcza.
- Jak Armaan Ali? - piszczy Salim.

- Jeszcze sławniejszym - mówi pandit. Zwraca się do mnie: - Ty też chcesz mi pokazać 

rękę? Tylko dziesięć rupii.

- Nie, dziękuję - odpowiadam i zaczynam się wycofywać, ale Salim zagradza mi drogę.
- Nie, Mohammad, musisz mu pokazać rękę. Proszę, zrób to dla mnie.

Zrezygnowany wysupłuję z kieszeni dziesięć rupii i wyciągam prawą rękę.
Pandit posyła mi surowe spojrzenie, poprawiając grube okulary, a potem przystępuje 

do badania mojej dłoni. Duma nad nią ponad pięć minut. Coś notuje, robi jakieś obliczenia.

- Coś nie tak?  - pyta zaniepokojony Salim.  Chiromanta  lekko marszczy brwi i kręci 

głową.

- Linia głowy jest mocna, ale linia serca słaba. Przede wszystkim bardzo krótka jest linia 

życia. Gwiazdy nie wróżą dobrze. Pechowy układ planet. Wzgórek Jowisza jest dobry, ale 
neutralizuje go wzgórek Saturna. Przeszkody i pułapki. Mogę ci trochę pomóc, ale to będzie 

kosztowało.

- Ile?

- Około   dwustu   rupii.   Poproś   ojca.   Czy   to   nie   on   jest   właścicielem   tego   dużego 

autobusu?

Wybucham śmiechem.
- Ha, ha! Panditji, zanim zaczął pan pleść o mojej przyszłości, trzeba było sprawdzić, 

kim jesteśmy. Nie jesteśmy bogaci. Jesteśmy sierotami z domu dla nieletnich w Turkman 
Gate, a ten autobus wcale nie jest nasz. Mimo to naciągnął nas pan na dwadzieścia rupii. - 

Ciągnę Salima. - Chodźmy. Straciliśmy tu już za dużo czasu.

Kiedy odchodzimy, chiromanta woła za mną:

- Chłopcze, chcę ci coś dać!
Wracam do kramu. Pandit wręcza mi starą jednorupiową monetę.

- Co to jest, panditji?
- Szczęśliwa moneta. Zatrzymaj ją. Będziesz jej potrzebował. Zaciskam ją w dłoni.

Salim   chce   lody,   ale   została   nam   tylko   jedna   rupia,   a   za   to   niczego   nie   kupimy. 

background image

Przyglądamy  się, jak inne dzieci jeżdżą na kole. Machinalnie  podrzucam monetę, która 

wypada mi z dłoni i toczy się pod ławkę. Schylam się po nią. Wylądowała orłem do góry.

Obok niej leży upuszczony przez kogoś dziesięciorupiowy banknot. Prawdziwe czary. 

Kupujemy sobie z Salimem lody. Ostrożnie chowam monetę w kieszeni. To rzeczywiście 
talizman.

Salim żałuje, że moja przyszłość nie okazała  się tak szczęśliwa jak jego, ale jest też 

podniecony przepowiednią, że zostanie gwiazdą filmową. Przed nami stoi wielki billboard z 

krzykliwie kolorową reklamą nowego filmu. Przedstawia bohatera z karabinem w rękach, z 
zakrwawioną piersią i w czarnej chuście na głowie. Towarzyszą mu złoczyńca z krzywym 

uśmieszkiem i bohaterka z dużym biustem. Salim jak urzeczony wpatruje się w billboard.

- Na co tak patrzysz, Salim? - pytam.

- Zastanawiam się, czy będzie mi do twarzy w tej czarnej chuście - mówi.

Siedzimy w klasie, ale pan Joshi, nasz tęgi nauczyciel, który najczęściej tylko beka i 

dłubie w nosie, wcale nas nie uczy. Czyta powieść dobrze ukrytą w podręczniku, który przed 

sobą   trzyma.   Zabijamy   czas,   robiąc   papierowe   samoloty,   wydrapując   różne   wzory   na 
drewnianych ławkach i drzemiąc. Nagle do sali wpada Munna, któremu kazano pilnować 

korytarza.

Masterji, Masterji - mówi zdyszany. - Idzie sahib kierownik. Pan Joshi głośno beka i 

szybko chowa książkę. Pstryka palcami i wstaje.

- No, chłopcy, o czym to rozmawialiśmy? Ach, tak. Mówiliście mi, kim chcecie zostać w 

przyszłości. Kto następny?

Salim podnosi rękę. Nigdy dotąd tego nie robił.

- Słucham, Salim, kim chciałbyś zostać?
- Zostanę   sławnym   aktorem,   panie   profesorze.   Tak   mi   przepowiedział   astrolog   - 

oznajmia triumfalnie.

Klasa ryczy ze śmiechu.

Są dwie wersje na temat naszego dobroczyńcy. Niektórzy mówią, że to bardzo bogaty 

handlarz brylantów, który nie ma własnych dzieci. Dlatego od czasu do czasu zjawia się w 
domu   dla   nieletnich,   żeby   adoptować   chłopców,   których   zabiera   do   swojego   pałacu   w 

Mumbaju.  Inni twierdzą,  że jest właścicielem szkoły w Mumbaju,  dokąd trafiają  dzieci, 
które   uzna   za   obiecujące   i   warte   kształcenia.   Tak   czy   inaczej,   jedno   jest   pewne.   Jeśli 

wybierze cię sethji, nie musisz się martwić o przyszłość.

background image

Salima  nie obchodzi,  czy  sethji  jest handlarzem  brylantów,  czy  właścicielem  szkoły. 

Liczy się przede wszystkim to, że bogacz jest z Mumbaju - centrum przemysłu filmowego. 
Jest przekonany, że sethji przyjechał wyrwać go z zakładu i zabrać do wspaniałego świata 

Bollywood. To jego przeznaczenie. Nareszcie spełni się przepowiednia chiromanty.

Stoimy rzędem w stołówce, czekając na inspekcję sethji. Salim wziął kąpiel. Ściśle rzecz 

biorąc, wykąpał się trzy razy, szorując się zawzięcie, żeby usunąć najmniejsze ślady brudu. 
Ubrał się w najlepsze rzeczy. Porządnie uczesał włosy. Prezentuje się najlepiej ze wszystkich 

chłopców. Ale mnie trapi jego desperacja. Jeżeli sethji go nie wybierze, będzie zdruzgotany.

Wreszcie   przyjeżdża  sethji  w   towarzystwie   dwóch   mężczyzn.   Wcale   nie   wygląda   na 

handlarza brylantów. Bardziej przypomina gangstera. Ale w końcu nigdy nie widzieliśmy 
żadnego handlarza brylantów. Może wyglądają jak gangsterzy. Jest smagły i nosi cienki 

czarny   wąsik   jak   dakoita   Veerappan*  [*Koose   Muniswamy   Veerappan   -  słynny   dakoita 
(bandyta)  indyjski kierujący  grupą przestępczą odpowiedzialną za około stu dwudziestu 

zabójstw,   zastrzelony   w   policyjnej   zasadzce   w   2004   r.].   Ma   na   sobie   biały   garnitur 
bandgala, na szyi gruby złoty łańcuch, zaczepiony o drugi guzik. Na palcach nosi mnóstwo 

pierścieni z różnobarwnymi kamieniami: czerwonymi, zielonymi i niebieskimi. Jego dwaj 
fagasi   wyglądają   właśnie   jak   fagasi.   Później   poznaję   ich   imiona,   Mustafa   i   Punnoose. 

Prowadzi ich Gupta. Jego dwa złote łańcuchy wyglądają bardzo skromnie w porównaniu z 
biżuterią sethji.

- Sethji,  tak długo pan nas nie odwiedzał,  że chyba  pan o nas zapomniał.  Od pana 

ostatniej   wizyty   przybyło   wielu   nowych   chłopców.   Jestem   pewien,   że   wielu   przypadnie 

panu do gustu - mówi Gupta.

Rozpoczyna   się   inspekcja.   Wszyscy   przywołujemy   na   twarz   najbardziej   promienne 

uśmiechy.  Sethji  podchodzi do każdego chłopca i lustruje go od stóp do głów. Nie wiem, 
czego szuka, bo nie zadaje nam żadnych pytań, tylko się nam przygląda. Kończy pierwszą 

rundę   inspekcji.   Mnie   nawet   nie   zaszczyca   powtórnym   spojrzeniem.   Potem   jeszcze   raz 
dokonuje oględzin naszego szeregu. Kiedy podchodzi do Salima, przystaje.

- Jak się nazywasz? - pyta z silnym południowoindyjskim akcentem.
- S... Salim Ilyasi - jąka podekscytowany Salim.

- Kiedy przyjechał? - pyta Guptę sethji.
Mniej więcej jedenaście miesięcy temu, z Chhapry w Biharze.

- Ile ma lat?
- Osiem.

- Ma jakąś rodzinę?

background image

- Nie, sethji. Wszyscy zginęli w zamieszkach.

- To smutne - mówi  sethji.  - Ale właśnie takiego chłopca potrzebuję. Możesz załatwić 

sprawy papierkowe?

- Wystarczy   jedno   słowo,  sethji.  Kogokolwiek   pan   wybierze,   zostanie   natychmiast 

oddany   pod   pańską   opiekę.   Wpiszemy   w   dokumentach,   że   Mustafa   jest   jego   wujem. 

Komisja Opieki nie powinna robić żadnych problemów. Prawdę mówiąc, zależy im, żeby się 
pozbyć dzieciaków.

- Świetnie. Wobec tego dzisiaj poprzestaniemy tylko na tym chłopcu.
Gupta patrzy na Salima, a potem na mnie.

- A ten? - pyta, wskazując na mnie.
Sethji spogląda mi w oczy i przecząco kręci głową.

- Za duży.
- Ależ nie,  sethji,  ma dopiero dziesięć lat. Nazywa się Thomas i doskonale mówi po 

angielsku.

- To nie ma znaczenia. Nie potrzebuję go. Chcę tylko tego.

- Ci   dwaj   żyć   bez   siebie   nie   mogą.   Jeżeli   weźmie   pan   Salima,   musi   pan   wziąć   też 

Thomasa.

Sethji zaczyna się irytować.
- Powiedziałem   już,   Gupta,   że   nie   chcę   żadnego   Thomasa.   Zabieram   tylko   jednego 

chłopaka - Salima.

- Przykro   mi,  sethji,  ale   będę   nalegał.   Jeżeli   bierze   pan   Salima,   musi   pan   wziąć 

Thomasa. Transakcja wiązana.

- Transakcja wiązana?

- Tak.  Kupuje pan jednego, drugi gratis.  Za Thomasa nic panu nie policzę.  - Gupta 

szczerzy w uśmiechu zęby zabrudzone paan.

Sethji naradza się ze swoimi fagasami.
- Zgoda - oświadcza w końcu. - Przygotuj papiery dla obu. Zabieram ich w poniedziałek.

Salim rzuca mi się w objęcia. Jest w siódmym niebie. Tej nocy z przejęcia nie może 

zasnąć. Snuje celuloidowe marzenia o życiu w Mumbaju. O złotych zachodach słońca na 

Marine Drive z Amitabhem i różowych świtach na plaży Chowpatty z Shahrukhiem. Ja też 
nie mogę spać. Przewracam się z boku na bok. Ale nie marzę o sławie gwiazdy filmowej ani 

raju na ziemi. Marzę o tym, że jestem ulicznym sprzedawcą owoców. Smagły mężczyzna 
pochyla się, wybierając mango. Widzę złoty łańcuch na jego szyi. Mężczyzna rzuca mi parę 

monet.   Wkładam   mu   do   torby   piękne   i   soczyste   mango,   a   potem   ukradkiem   wsuwam 

background image

zgniłego banana. Gratis.

Podczas  podróży pociągiem do Mumbaju nie dzieje się nic szczególnego.  Salim  i ja 

jedziemy   kuszetką   drugiej   klasy   w   towarzystwie   Mustafy   i   Punnoose’a.   Podobno  sethji 
poleciał wcześniej samolotem. Mustafa i Punnoose są ubrani w lungi,  palą skręty  beedi  

prawie cały czas śpią. Niewiele mówią nam o sethji. Dowiadujemy się, że sethji naprawdę 
nazywa się Babu Pillai, ale wszyscy mówią o nim Maman, co w języku malajalam oznacza 

„wuj”. Pochodzi z Koiłam w stanie Keral, lecz od dawna mieszka w Mumbaju. To dobry 
człowiek, który prowadzi szkołę dla niepełnosprawnych dzieci, pomagając im odbudować 

życie. Maman wierzy, że niepełnosprawne dzieci są bliższe Bogu. Ocala dzieci z domów dla 
nieletnich,   które   w   jego   przekonaniu   są   więzieniami   funkcjonującymi   pod   inną   nazwą. 

Gdyby Maman nas nie uratował, pewnie byśmy skończyli, myjąc szyby samochodów na 
skrzyżowaniach albo zamiatając podłogi w cudzych domach. A tak zdobędziemy pożyteczne 

umiejętności   i   wiedzę,   dzięki   której   być   może   osiągniemy   kiedyś   sukces.   Mustafa   i 
Punnoose są wspaniałymi akwizytorami. Pod koniec podróży nawet ja wierzę święcie, że nie 

mogło mnie spotkać nic lepszego niż to, że trafiłem pod skrzydła Mamana i że teraz moje 
życie czeka wielka przemiana.

Od czasu do czasu pociąg mija kolonie slumsów ciągnące się wzdłuż torów jak wstęgi 

brudu. Widzimy półnagie dzieci z rozdętymi brzuchami, które machają do nas, podczas gdy 

ich matki myją naczynia w ścieku. My też do nich machamy.

Oszałamiają nas widoki i dźwięki Mumbaju. Dworzec Churchgate wygląda dokładnie 

tak samo jak w „Miłości w Mumbaju”. Salim prawie liczy na to, że obok kościoła natknie się 

na śpiewającego Govindę. Mustafa pokazuje nam plażę przy Marine Drive. Pierwszy raz w 
życiu widzę ocean i jestem zafascynowany widokiem olbrzymich fal, które roztrzaskują się o 

skały.   Salim   nie   widzi   majestatycznego   oceanu.   Patrzy   na   stragany   z   napojami   i 
przekąskami.

- To tam Govinda i Raveena jedli  bhel puri  - wskazuje z przejęciem. Mijamy  dargah 

Haji   Alego.   Widząc   grobowiec   świętego,   Salim   wznosi   ręce   do   Allaha   w   takim   samym 

geście, jaki wykonał Amitabh Bachchan w filmie „Kulis”. Mijamy dzielnice Worli, Dadar i 
Mahim. Mustafa pokazuje nam najbardziej charakterystyczne miejsca. Przy Forcie Mahim 

Salim daje taksówkarzowi znak, żeby się zatrzymał.

- O co chodzi? - pyta Mustafa.

- O   nic.   Chciałem   tylko   popatrzeć   na   miejsce,   gdzie   przemytnicy   w   filmie   „Mafia” 

background image

rozładowywali towar.

Kiedy zbliżamy się do Bandry, Juhu i Andheri, gdzie jaśnieją rozświetlone rezydencje 

gwiazd filmowych otoczone wysokimi murami i pilnowane przez plutony umundurowanych 

strażników, Salim zaczyna się rozklejać. Przez przyciemniane szyby taksówki gapimy się na 
wielkie   bungalowy   i   wielopiętrowe   apartamentowce   ze   zdumieniem   wieśniaków,   którzy 

pierwszy raz przyjechali do dużego miasta. Jak gdybyśmy oglądali Mumbaj przez kolorowe 
szkło.   Słońce   wydaje   się   jaśniejsze,   powietrze   nieco   chłodniejsze,   ludzie   wyglądają   na 

zamożniejszych,   a   miasto   promienieje   szczęściem,   dumne,   że   mieszkają   w   nim 
megagwiazdy Bollywood.

Docieramy   na   miejsce   przeznaczenia   w   Goregaon.   Dom   Mamana   nie   jest   wcale 

pałacem, jaki spodziewaliśmy się zobaczyć. To wielki zrujnowany budynek z dziedzińcem i 

niewielkim ogrodem, w którym rosną dwie palmy. Posesję otacza wysoki mur zwieńczony 
drutem   kolczastym.   Na   werandzie   siedzą   dwaj   dobrze   zbudowani,   ponurzy   mężczyźni 

ubrani w kolorowe  lungi  i palą  beedi.  W rękach trzymają grube bambusowe pałki. Kiedy 
zakładają nogę na nogę, przez chwilę widzimy ich prążkowaną bieliznę. Bije od nich silny 

zapach   araku.   Punnoose   rozmawia   z   nimi   w   języku   malajalam,   wyrzucając   słowa   z 
szybkością   karabinu   maszynowego.   Udaje   mi   się   zrozumieć   tylko   słowo   „Maman”. 

Mężczyźni są najwyraźniej strażnikami zatrudnionymi przez Babu Pillaia.

Kiedy   wchodzimy   do   domu,   Mustafa   pokazuje   rząd   kilku   baraków   z   blachy   falistej 

stojących za dziedzińcem i przypominających duże szopy.

- Tam jest szkoła, którą Maman prowadzi dla kalekich dzieci. Dzieci mieszkają też w 

tych budynkach.

- Dlaczego nie widać ani jednego dziecka? - pytam.

- Wszystkie są teraz na zajęciach ze szkolenia zawodowego. Nie martw się, poznasz je 

wieczorem. Chodźcie, pokażę wam wasz pokój.

Nasz   pokój   jest   mały,   ale   praktycznie   urządzony.   Mamy   piętrowe   łóżko   i   lustro 

wbudowane w ścianę. Salim zajmuje górne łóżko. Możemy korzystać z łazienki, która jest w 

suterenie,   z   wanną   i   zasłonką   prysznicową.   Nie   jest  tak   luksusowo   jak   w  rezydencjach 
gwiazd filmowych, ale wystarczy. Wygląda na to, że poza nami w domu nie mieszkają inne 

dzieci.

Wieczorem   przychodzi   do   nas   Maman.   Salim   mówi   mu,   jak   wspaniale   jest   być   w 

Mumbaju   i  jak   bardzo  chciałby  zostać  sławną   gwiazdą   filmową.   Słysząc  to,   Maman  się 
uśmiecha.

- Najważniejszą umiejętnością gwiazdy filmowej jest śpiew i taniec. Umiesz śpiewać? - 

background image

pyta Salima.

- Nie.
- Nie  przejmuj   się.   Postaram   się,   żeby   dawał  ci   lekcje   najlepszy  nauczyciel   muzyki. 

Niedługo będziesz miał głos jak Kishore Kumar.

Salim ma minę, jak gdyby chciał uściskać Mamana, ale się powstrzymuje.

Wieczorem idziemy do jednego z budynków szkolnych na kolację. Znajduje się tam 

stołówka podobna do tej, którą mieliśmy w domu dla nieletnich. Podłoga jest z linoleum, 

stoją   tam   długie   drewniane   stoły,   a   szef   kuchni   jest   wierną   kopią   naszego   głównego 
kucharza z zakładu. Salimowi i mnie każą usiąść obok Mustafy przy małym okrągłym stole. 

Podają nam kolację jeszcze przed nadejściem chłopców. Jedzenie jest gorące i smaczne, 
zdecydowanie lepsze od mdłego wiktu, jakim raczono nas w Delhi.

Jedno   po   drugim   zaczynają   się   schodzić   dzieci   i   w  jednej   chwili   zmienia   się   nasze 

pojęcie na temat piekła. Widzę niewidomych chłopców macających laskami drogę przed 

sobą; chłopców z powykręcanymi i zniekształconymi nogami i rękami, którzy powoli wloką 
się   do   stołów;   chłopców   z   sękatymi   kikutami   zamiast   nóg,   poruszających   się   o  kulach; 

chłopców o groteskowych ustach i powykręcanych palcach, którzy jedzą chleb, trzymając go 
między ściśniętymi razem łokciami.  Niektórzy przypominają  klownów. Tyle że kiedy na 

nich   patrzymy,   nie   chce   się   nam   śmiać,   ale   płakać.   Na   szczęście   Salim   i   ja   prawie   już 
skończyliśmy kolację.

W   kącie   stoi   trzech   chłopców  przyglądających   się,   jak   inni   jedzą,   lecz   im   nie   dano 

niczego do jedzenia. Jeden z nich oblizuje wargi.

- Kim są ci chłopcy? - pytam Mustafy. - Dlaczego nie jedzą?
- Za karę - mówi Mustafa. - Za mało pracowali. Nie martw się, zjedzą później.

Następnego dnia przychodzi nauczyciel muzyki. Jest dość młody, ma owalną, gładko 

ogoloną twarz, duże uszy i cienkie, kościste palce. Przynosi fisharmonię.

- Mówcie mi Masterji - poucza. - Posłuchajcie, co wam zaśpiewam.

Siadamy na podłodze i z najwyższą uwagą słuchamy, gdy śpiewa:
Sa re ga ma pa dba ni sa.  - Po  chwili wyjaśnia: - To siedem podstawowych tonów, 

które są obecne w każdej kompozycji. Otwórzcie teraz usta i zaśpiewajcie głośno po kolei te 
tony. Pamiętajcie, że głos nie powinien wychodzić z ust ani nosa, ale z głębi gardła.

Salim chrząka i zaczyna:
Sa   re   ga   ma   pa   dba   ni   sa.  -   Śpiewa   z   zapamiętaniem,   na   całe   gardło.   Pokój 

rozbrzmiewa  czystymi i melodyjnymi dźwiękami.  Jego krystaliczny głos, który wypełnia 

background image

całe pomieszczenie, nie fałszuje ani jednej nutki.

- Bardzo dobrze. - Nauczyciel klaszcze w dłonie. - Twój naturalny głos to dar boży. Nie 

mam   wątpliwości,   że   przy   systematycznych   ćwiczeniach   wkrótce   będziesz   umiał   sobie 

poradzić z trzema i pół oktawami. - Potem spogląda na mnie. - No, teraz kolej na ciebie. 
Zaśpiewaj te same tony.

Sa   re   ga   ma   pa   dba...  -   próbuję   śpiewać,   lecz   głos   mi   się   załamuje,   a   dźwięki 

rozpryskują się jak garść szklanych kulek rzuconych na podłogę.

Nauczyciel zatyka sobie palcem ucho.
- Hare   Rama...   Hare   Rama...   Ryczysz   jak   bawół.   Będę   musiał   nad   tobą   naprawdę 

solidnie popracować.

Salim staje w mojej obronie.

- Nie, Masterji, Mohammad też ma dobry głos. Bardzo głośno wrzeszczy.

Przez  następne dwa  tygodnie  Masterji  uczy  nas kilku  nabożnych  pieśni  napisanych 

przez  słynnych  świętych  i pokazuje nam,  jak się gra  na fisharmonii.  Umiemy już dohy 

Kabira i badżany Tulsidasa i księżniczki Mirabai.  Masterji jest dobrym nauczycielem. Nie 
tylko uczy nas pieśni, ale także wyjaśnia wyrażone w nich skomplikowane prawdy duchowe, 

używając   prostego   języka   zrozumiałego   dla   zwykłych   ludzi.   Szczególnie   podoba   mi   się 
Kabir, który mówi w jednym z wierszy:

Maala pherat jug bhaya,

mita na man ka pher,
kar ka manka chhod de,

man ka manka pher.

Wieczność już liczysz paciorki różańca,
Ale twe myśli nadal wędrują.

Porzuć paciorki, które przesuwasz w palcach
I dotknij paciorków swego serca.

Fakt, że Salim jest muzułmaninem, nie ma większego znaczenia dla Masterjiego, kiedy 

uczy go hinduskich badżanów. Salim też się tym nie przejmuje. Jeśli Amitabh Bachchan 
może grać rolę muzułmańskiego kulisa, a Salman Khan wystąpić jako hinduski władca, 

Salim   Ilyasi   może   wyśpiewywać  „Thumaki   Chalat   Ram   Chandra   Baajat   Painjaniya”  

background image

zapałem kapłana.

Równocześnie Salim i ja poznajemy niektórych chłopców ze szkoły dla upośledzonych, 

mimo   subtelnych   starań   Mustafy   i   Punnoose’a,   abyśmy   nie   utrzymywali   zbyt   bliskich 
kontaktów z, jak ich nazywają, „niepełnosprawnymi”. Poznajemy smutne historie chłopców 

i odkrywamy, że okrutni krewni i policja w Mumbaju są tacy sami jak w Delhi. Ale im więcej 
dowiadujemy się o życiu chłopców, tym więcej wychodzi na jaw prawdy o Mamanie.

Zaprzyjaźniamy się z Ashokiem, trzynastolatkiem ze zdeformowaną ręką. I oto czeka 

nas pierwsze szokujące odkrycie.

- Wcale nie chodzimy do szkoły - mówi nam Ashok. - Jesteśmy żebrakami. Żebrzemy w 

miejskiej kolejce. Niektórzy są też kieszonkowcami.

- Co się dzieje z pieniędzmi, które zdobędziecie?

- Musimy je oddawać ludziom Mamana w zamian za jedzenie i dach nad głową.
- To znaczy, że Maman jest gangsterem?

- A co myśleliście? Nie jest aniołem, ale przynajmniej daje nam dwa porządne posiłki 

dziennie.

Moja wiara w Mamana pryska, ale Salim nadal ufa we wrodzone dobro człowieka.

Spotykamy się z Raju, niewidomym dziesięciolatkiem.
- Dlaczego cię dzisiaj ukarali?

- Za mało zarobiłem.
- Ile musicie mu codziennie dawać?

- Wszystko, co zarobimy. Ale jak dasz mniej niż sto rupii, dostajesz karę.
- I co się wtedy dzieje?

- Nie dają jeść. Idziesz spać głodny. I szczury jedzą ci brzuch.
- Masz, weź czapati. Zostawiliśmy dla ciebie.

Rozmawiamy z Radheyem, jedenastoletnim chłopakiem bez nogi.

- Czemu nigdy cię nie karzą? Zawsze udaje ci się dużo zarobić.
- Cii... to tajemnica.

- Nie bój się. Nikomu nie powiemy.
- Zgoda. Ale nie mówcie żadnym chłopakom. W Juhu Vile Parle mieszka jedna aktorka. 

Kiedy mi trochę  brakuje,  idę do niej. Nie tylko  mnie karmi, ale jeszcze  daje mi trochę 

background image

pieniędzy, żeby pokryć różnicę.

- Jak się nazywa?
- Neelima Kumari. Mówią, że kiedyś była dość sławna.

- Jak wygląda?
- W młodości musiała być bardzo ładna, ale teraz się starzeje. Mówiła mi, że potrzebuje 

kogoś do pomocy w domu. Gdybym miał obie nogi, uciekłbym stąd i został jej służącym.

Tej nocy śni mi się, że idę do domu w Juhu Vile Parle. Dzwonię do drzwi i czekam. 

Otwiera mi wysoka kobieta ubrana w białe sari. Zrywa się silny wiatr i rozwiewa jej czarne 
włosy,   które   zasłaniają   jej   twarz.   Otwieram   usta,   żeby   coś   powiedzieć,   i   zauważam,   że 

kobieta patrzy na dolną połowę mojego ciała. Opuszczam wzrok i z przerażeniem widzę, że 
nie mam nóg.

Budzę się zlany potem.

Zapoznajemy się z Moolayem, trzynastolatkiem z amputowaną ręką.
- Nie cierpię swojego życia - mówi.

- Czemu stąd nie uciekniesz?
- Dokąd? To jest Mumbaj, a nie moja wioska. W tym wielkim mieście nie ma gdzie 

schować głowy. Trzeba mieć dobre kontakty, żeby dostać miejsce do spania nawet w rurze 
ściekowej. I trzeba mieć ochronę innych gangów.

- Innych gangów?
- Tak. W zeszłym miesiącu uciekło dwóch chłopaków. Wrócili po trzech dniach. Nie 

mogli   znaleźć   żadnej   pracy.   Gang   Bhiku   nie   pozwolił   im   działać   w   swoim   rejonie.   Tu 
przynajmniej mamy jedzenie i dach nad głową, a kiedy pracujemy dla Mamana, żaden inny 

gang nam nie przeszkadza.

- Nie chcemy się mieszać w sprawki żadnych gangów - mówię mu i recytuję dohę. - 

„Kabira Khara Bazaar Mein, Mange Sabki Khair, Na Kahu Se Dosti, Na Kahu Se Bair 
Kabir jest na targu i życzy wszystkim powodzenia; nie chce ani przyjaźni, ani wrogości z 

nikim”.

Poznajemy Sikandra, który przyjechał z Pakistanu.
W   stołówce   słychać   szmer   podniecenia.   Przyjechał   ktoś   nowy.   Mustafa   wprowadza 

nowego mieszkańca  i wszyscy zaczynamy  się wokół niego tłoczyć.  Mustafa  jest przejęty 
najbardziej ze wszystkich.

- Dostaliśmy go dzisiaj rano od Shakeela Rany - mówi, uderzając się dłońmi o uda.

background image

Chłopiec ma najwyżej dwanaście lat. Dotykamy go, jak gdyby był zwierzęciem w klatce. 

Ale wcale  nie wygląda  jak zwierzę.  Bardziej  przypomina  stwora,  którego widzieliśmy  w 
telewizyjnej reklamie herbatników Britannia - ma owalną, zwężającą się głowę, oczy jak u 

Chińczyka, gruby nos i wąskie usta. Mustafa mówi do Punnoose’a:

- Jest ze świątyni Szacha Doli z pakistańskiego Pendżabu. Takich chłopców nazywają 

szczurzymi dziećmi.

- Dlaczego mają takie głowy?

- Słyszałem,  że małym dzieciom  nakładają  na głowy  żelazne  obręcze,  żeby przestały 

rosnąć. Tak powstaje ten niezwykły kształt.

- Wydaje mi się, że będzie miał duże możliwości. Maman bardzo się ucieszy - mówi 

Punnoose.

- Tak - zgadza się Mustafa. - Bardzo wartościowy okaz.
Nie wiem, dlaczego szczurzy chłopiec przypomina mi niedźwiedzia, którego widzieliśmy 

kiedyś z ojcem Timothym w Connaught Place. Zwierzak miał na szyi ciasną obrożę, a na 
pysku czarną maskę. Właściciel dźgał go mocno zaostrzonym kijem i zmuszał niedźwiedzia, 

żeby stawał na tylnych łapach, salutując zgromadzonym wokół ludziom. Gapie rzucali mu 
monety. Właściciel zbierał je i ciągnął niedźwiedzia dalej na następny występ. Pamiętam, że 

oczy biednego zwierzęcia wydały mi się tak smutne, że spytałem ojca Timothy’ego:

- Czy niedźwiedzie płaczą?

Znajduję Jitu ukrytego w szafie.

Trzyma   w   ręku   plastikową   torebkę   z   jakąś   żółtawobiałą   substancją.   Rozchyla   ją   i 

podtyka sobie pod nos i usta, głęboko wdychając opary i unosząc dno torebki jak najbliżej 

twarzy.   Jego   ubranie   cuchnie   farbą   i   rozpuszczalnikiem.   Wokół   nosa   widać   czerwoną 
wysypkę. Jego usta lepią się od potu. Kiedy Jitu wciąga powietrze, jego półprzymknięte 

oczy robią się szkliste i zaczyna mu drżeć ręka.

- Jitu... Jitu! - Potrząsam nim. - Co ty wyprawiasz?

- Nie przeszkadzaj mi - mówi ospale. - Unoszę się w powietrzu. Śpię w chmurach.
Uderzam go w twarz. Odkasłuje czarną flegmą.

- Jestem   uzależniony   od   kleju   -   wyjaśnia   mi   później.   -   Kupuję   go   od   szewca.   Klej 

zagłusza głód i ból. Widzę jasne kolory, a od czasu do czasu nawet własną matkę.

Proszę go o odrobinę kleju i sam próbuję. Gdy wdycham opary, najpierw trochę kręci 

mi się w głowie, potem podłoga ucieka mi spod nóg i zaczynam mieć wizje. Widzę wysoką 

kobietę ubraną w białe sari, która trzyma na rękach dziecko. Wiatr rozwiewa jej włosy, 

background image

które przysłaniają jej twarz. Ale dziecko sięga do nich rączkami i paluszkami delikatnie 

rozgarnia   kosmyki,   odsłaniając   oblicze   kobiety.   Ukazują   się   zapadłe   oczy   o   dzikim 
spojrzeniu, zakrzywiony nos, ostre zęby, na których lśni świeża krew, i robaki wypełzające z 

fałdów   pomarszczonej   i   obwisłej   skóry   na   policzkach.   Dziecko   krzyczy   w   przerażeniu   i 
wypada z objęć kobiety.

Nigdy więcej nie próbuję wąchać kleju.
Tymczasem kończy się nasza nauka muzyki.  Masterji  jest niezmiernie zadowolony z 

postępów Salima.

- Opanowałeś już sztukę śpiewu. Została nam tylko jedna lekcja.

- Co będziemy robić?
- Nauczymy się badżanów Surdasa.

- Kto to jest Surdas?
- Najsłynniejszy z pieśniarzy bhakti, który ułożył tysiące pieśni na chwałę Pana Kryszny. 

Pewnego dnia wpadł do nieużywanej studni. Nie mógł się wydostać. Siedział tam przez 
sześć dni. Cały czas się modlił i siódmego dnia usłyszał głos dziecka, które poprosiło go, 

żeby wyciągnął ręce, a ono go wyciągnie. Z pomocą chłopca Surdas wydostał się ze studni, 
ale chłopiec natychmiast zniknął. Był to nie kto inny, tylko Pan Kryszna. Po tym wydarzeniu 

Surdas   poświęcił   całe   życie   na   tworzenie   pieśni   chwalących   Krysznę.   Grając   na 
jednostrunowej ektarze, zaczął śpiewać o dzieciństwie Kryszny. - Masterji zaczyna śpiewać: 

- „Akhiyan hari darsban Ki Pyasi - Panie Kryszno, moje oczy są głodne twej obecności”.

- Dlaczego jego oczy są głodne? - pytam.

- Nie powiedziałem wam? Surdas był zupełnie ślepy.

Ostatniego   dnia   naszej   nauki  Masterji  obsypuje   Salima   pochwałami   za   bezbłędne 

wyśpiewanie   jednego   z   badżanów   Surdasa.   Jestem   rozdrażniony,   nie   mogę   się   skupić. 

Spotkania   z   chłopcami   Mamana   pogrążyły   mnie   w   rozpaczy.   Choć   w   pewnym   sensie 
wszyscy jesteśmy dziećmi gorszego boga, to chłopcy Mamana wydają mi się szczególnie 

upośledzeni.

Do pokoju wchodzi Punnoose, aby porozmawiać z  Masterjim.  Mówią przyciszonymi 

głosami,   a   potem   Punnoose   wyciąga   portfel   i   zaczyna   odliczać   pieniądze.   Podaje   plik 
banknotów nauczycielowi, który przyjmuje je z wdzięcznością i wsuwa do kieszeni  kurty. 

Następnie razem wychodzą, zostawiając w pokoju Salima, mnie i fisharmonię.

- Nigdy   nie   powinienem   wyjeżdżać   z   Delhi   -   mówię   do   Salima.   -   Ty   przynajmniej 

zostałeś dobrym śpiewakiem, ale ja nic nie zyskałem na tej podróży.

background image

W tym momencie dostrzegam leżący na podłodze sturupiowy banknot. Pewnie upuścił 

go Punnoose, kiedy liczył pieniądze. W pierwszym odruchu chcę go schować do kieszeni, 
ale Salim wyrywa mi banknot z ręki i upiera się, że musimy go zwrócić. Ruszamy więc 

korytarzem   do   pokoju,   w   którym   Maman   urządził   sobie   gabinet.   Są   tam   Punnoose   i 
Mustafa.

Gdy   podchodzimy   pod   drzwi,   słyszymy   dobiegające   ze   środka   głosy.   Maman   pyta 

Punnoose’a:

- I co powiedział nauczyciel po skończonej lekcji? Coraz więcej nas to kosztuje.
- Powiedział, że starszy jest do niczego, ale młodszy ma wielkie możliwości. Podobno 

nigdy jeszcze nie miał tak utalentowanego ucznia.

- Myślisz, że potrafi zarobić przynajmniej trzysta?

- Trzysta?   Jego   śpiew   to   prawdziwa   magia.   A   twarz?   Kto   się   oprze   takiej   twarzy? 

Wydaje   mi   się,   że   potrafi   zarobić   ze   czterysta   albo   pięćset.   Wygraliśmy   los   na   loterii, 

Maman.

- A ten drugi? Wyższy?

- Kogo   to   obchodzi?   Będzie   sobie   musiał   dać   radę.   Albo   dostaniemy   od   niego 

codziennie stówę, albo będzie chodził głodny.

- Dobrze.   Wyślijcie   ich   do   pociągów   od   przyszłego   tygodnia.   Dzisiaj   wieczorem   ich 

załatwimy. Po kolacji.

Kiedy słyszę te słowa, po plecach przebiega mi dreszcz. Łapię Salima za rękę i biegiem 

wracamy   do   pokoju.   Podsłuchana   rozmowa   i   kwoty,   jakie   w   niej   padały,   zamieszały 
Salimowi w głowie. Ale mnie wszystkie kawałki układanki zaczynają do siebie pasować.

- Salim, musimy stąd uciekać. I to już.
- Ale dlaczego?

- Bo dzisiaj wieczorem po kolacji stanie się z nami coś strasznego.
- Nie rozumiem.

- Ja rozumiem wszystko. Wiesz, po co nas uczyli badżanów Surdasa?
- Bo był wielkim poetą?

- Nie. Bo był ślepy. I nas chcą właśnie oślepić, a potem zmusić do żebrania w kolejce. 

Teraz jestem pewien, że tych wszystkich kalekich chłopców, których tu poznaliśmy, Maman 

i jego banda okaleczyli celowo.

Salim jednak nie potrafi pojąć takiego okrucieństwa. Chce zostać.

- Możesz przecież uciec sam - mówi.

background image

- Nie pojadę bez ciebie.

- Dlaczego?
- Bo jestem twoim aniołem stróżem, poza tym sprzedali nas razem.

Salim pada mi w objęcia. Wyciągam z kieszeni szczęśliwą jednorupiową monetę.
- Słuchaj, Salim - mówię. - Wierzysz w przeznaczenie, prawda? Niech więc ta moneta 

zdecyduje o naszej przyszłości. Orzeł - uciekamy, reszka - zostajemy. Zgoda?

Salim kiwa głową. Rzucam monetą. Wypada orzeł. Salim wreszcie godzi się uciec z nory 

Mamana, ale nie opuszczają go wątpliwości.

- Dokąd pojedziemy? Co będziemy robić? Przecież nie znamy nikogo w mieście.

- Wiem, dokąd pojedziemy. Pamiętasz, jak Radhey mówił nam o tej aktorce, Neelimie 

Kumari? Potrzebuje służącego. Mam jej adres i wiem, którym pociągiem tam dojechać.

- Nie pójdziemy na policję?
- Oszalałeś? Delhi niczego cię nie nauczyło? Wszystko jedno, co robisz i dokąd idziesz, 

nigdy nie idź na policję. Nigdy.

Siedzimy   przyczajeni   w   łazience   w   suterenie,   słuchając   miarowego   kapania   wody   z 

kranu.   Salim   stoi   na   moich   ramionach   i   próbuje   nożem   odkręcić   śruby,   które   mocują 

drucianą siatkę do okna.

- Szybciej - szepczę przez zaciśnięte zęby.

Z góry z naszego pokoju dobiega tupot strażników Mamana, którzy otwierają szafy i 

szafki.  Słychać  krzyki  i  przekleństwa.  Mamy  tak   napięte  nerwy,  że  na  dźwięk  tłuczonej 

butelki omal nie tracimy panowania nad sobą. Salim jest przerażony. Ma szybki i urywany 
oddech. Serce wali mi coraz głośniej i wydaje mi się, że prawie je słyszę. Kroki zbliżają się 

do nas nieubłaganie.

- Została tylko jedna - mówi Salim. - Ale się zacięła. Chyba nie dam rady odkręcić.

- Błagam cię... spróbuj jeszcze raz! - ponaglam go. - Od tego zależy nasze życie.
Salim   z nową  energią   atakuje   śrubę,  z całej  siły  napierając  na  nóż.  Wreszcie  śruba 

puszcza. Salim wyciąga wszystkie cztery i zdejmuje siatkę. Widzimy palmy kołyszące się 
lekko na wietrze. Otwór jest dość duży, żebyśmy się mogli przez niego wygramolić. Salim 

przeciska się na zewnątrz. Potem chwyta mnie za rękę i pomaga mi się prześliznąć przez 
okno. Dysząc z wysiłku, wdrapujemy się na kopiec żwiru i gruzu. Księżyc jest w pełni, wokół 

panuje spokojna noc. Głęboko wciągamy świeże powietrze. Pachnie kokosami.

Siedzimy w kolejce jadącej z Goregaon w stronę centrum rozległej metropolii. O tej 

background image

porze nie ma tłoku i w wagonie siedzi tylko kilku pasażerów. Czytają gazety, grają w karty, 

krytykują rząd, puszczają bąki. Pojawia się sprzedawca napojów, niosąc plastikową lodówkę 
turystyczną pełną różnokolorowych butelek.

- Cola, fanta, thums up, limca, 7 up! - krzyczy wysokim głosem. Butelki są zimne; na 

szkle widać maleńkie kropelki wilgoci. Salim patrzy na napoje i oblizuje spieczone usta. 

Maca się po kieszeni, coś sprawdzając. Sprzedawca spogląda na niego z nadzieją. Salim 
przecząco kręci głową i mężczyzna rusza dalej.

Zaraz   potem   do   wagonu   wchodzi   następny   handlarz:   brodaty   starzec   w   okrągłych 

okularach.   Na   szyi   dźwiga   dużą   tacę   zastawioną   mnóstwem   pordzewiałych   puszek, 

matowych   buteleczek   i   plastikowych   torebek   pełnych   najprzeróżniejszych   korzeni, 
suszonych liści, proszków i nasion.

- Jusuf Fahim, wędrowny hakim - przedstawia się. - Mam lek na każdą chorobę. Od 

raka po zatwardzenie, do wyboru, do koloru.

Niestety, w wagonie nie ma żadnego chorego i znachor szybko wychodzi, pozostawiając 

ostrą woń kurkumy i imbiru.

Patrzymy na migające za oknami pociągu światełka osiedli mieszkaniowych i stadionów 

sportowych. Dostrzegamy przelotnie łudzi siedzących w salonach, oglądających telewizję, 

jedzących kolację, ścielących łóżka. Gdy od miejsca przeznaczenia dzielą nas już tylko dwie 
stacje, słyszymy szuranie kroków dobiegające z drugiego końca wagonu.

,   Pojawia   się   mały,   niedożywiony   chłopiec,   mniej   więcej   siedmioletni.   Ma   na   sobie 

niebieską bluzę i brudne szorty. Idąc, maca przed sobą drogę laską, a w rękach trzyma 

ektarę. Nie poznajemy go; nie jest od Mamana.

Zatrzymuje się najwyżej pięć metrów od nas i zaczyna na całe gardło śpiewać „Sunire 

Maine Nirbal Ke Balaram - Usłyszałem, że Kryszna przychodzi z pomocą słabym”, jedną z 
najbardziej znanych pieśni Surdasa.

Kiedy   melodyjny   głos   wypełnia   wagon,   kulimy   się   na   siedzeniach.   Wracają   do   nas 

twarze chłopców Mamana: Raju i Radheya, Ashoka i Moolaya. Salim przysuwa się do mnie, 

ja wciskam się głębiej w kąt. Ale głowa śpiewaka jak radar podąża za nami. Wydaje się, 
jakby   chłopiec   patrzył   na   nas   oskarżycielsko   niewidzącymi   oczyma.   Dręczy   nas   pieśnią 

przez   pięć   okropnych   minut.   Potem   wyjmuje   miseczkę   i   prosi   o   jałmużnę.   W   wagonie 
została zaledwie garstka pasażerów i nikt się nie kwapi, by sięgać po drobne.

Kiedy śpiewak  ma już nas minąć i z pustymi rękami iść dalej, Salim wyciąga  coś z 

kieszeni. Trzyma to w zaciśniętej pięści, spoglądając na mnie z poczuciem winy. Bez słowa 

kiwam   głową.   Ze   zbolałą   miną   Salim   otwiera   dłoń   nad   wyciągniętą   ręką   śpiewaka.   W 

background image

miseczce żebraka ląduje zmięty banknot sturupiowy.

Smita wzdryga się bezwiednie.

- Nie   potrafię   sobie   wyobrazić,   że   są   jeszcze   ludzie   zdolni   do   takiego   okrucieństwa 

wobec niewinnych dzieci.

- Smutne,   ale   to   prawda.   Gdybyśmy   wtedy   nie   uciekli,   być   może   do   dzisiaj 

śpiewalibyśmy w pociągach jak ten ślepy chłopiec - odpowiadam.

- I dostałeś w końcu pracę u Neelimy Kumari? - Tak.
- A co się stało z Salimem?

- Neelima Kumari załatwiła mu pokój w chawl w Ghatkopar.
- Ale w poprzedniej historii to ty mieszkałeś w chawl i pracowałeś w odlewni, prawda?

- To było po tym, gdy opuściłem Neelimę Kumari - a raczej ona mnie opuściła.
- To znaczy?

- Niedługo o tym opowiem.
Smita kręci głową i naciska przycisk odtwarzania na pilocie.

Prem Kumar zwraca się w stronę kamery.

- Przechodzimy do pytania numer cztery za dziesięć tysięcy rupii. Też jest proste, pod 

warunkiem że zna pan poetów religijnych. Pan Thomas mówił nam, że wierzy we wszystkie 

religie. Miejmy nadzieję, że zna badżany. - Odwraca się do mnie. - Jest pan gotów?

- Tak - mówię.

- W   porządku.   Pytanie   numer   cztery.   Surdas,   niewidomy   poeta,   był   wyznawcą:   a) 

Ramy, b) Kryszny, c) Siwy czy d) Brahmy?

Rozlega się muzyka.
- B. Kryszny.

- Jest pan absolutnie, w stu procentach pewien? - Tak.
Słychać crescendo bębnów. Rozbłyskuje poprawna odpowiedź.

- Absolutnie, w stu procentach poprawne! Właśnie pan wygrał dziesięć tysięcy rupii! - 

ogłasza Prem Kumar.

Publiczność bije brawo. Prem Kumar szczerzy zęby w uśmiechu. Ja nie.

background image

50 000

JAK MÓWIĆ PO AUSTRALIJSKU

Proszę  podać nazwisko,  płeć i  wiek  - mówi  z nieśmiałą   miną  stojący  na  werandzie 

ankieter w grubych okularach w czarnych oprawkach. Trzyma w rękach plik formularzy i 
obraca w palcach niebieski flamaster.

Przystępując do prezentacji, pułkownik Taylor wydaje się poirytowany. Ma na sobie 

kremowy   lniany   garnitur.   Zawsze   nosi   garnitury,   latem   i   zimą.   Pasują   do   jego   rosłej 

postury. Ma owalną twarz o wąskich ustach i rumianych policzkach, ozdobioną gęstym, 
rudawym wąsem. Jego rudoblond włosy są gładko zaczesane do tyłu. Na werandzie zebrała 

się cała rodzina Taylorów i cała służba, jak gdyby pozowali do zbiorowej fotografii.

- Jestem pułkownik Charles Taylor, mężczyzna, czterdzieści sześć lat. Oto moja żona, 

Rebecca   Taylor,   kobieta,   czterdzieści   cztery   lata.   -   Wskazuje   na   panią   Taylor,   szczupłą 
blondynkę ubraną w długą spódnicę. - To nasz syn Roy, płci męskiej, piętnaście lat. - Roy 

bawi   się  telefonem   komórkowym.   Jest  wysoki   i   chudy   i   ma   na   sobie  markowe   dżinsy, 
koszulkę i adidasy. - A to nasza córka Maggie, płci żeńskiej, siedemnaście lat. - Maggie nie 

jest tak wysoka jak brat, ale dość ładna. Ma okrągłą twarz, niebieskie oczy i złote włosy. Jej 
spódniczka jest naprawdę krótka.

Pułkownik   Taylor   prostuje   swoją   imponującą   sylwetkę   i   oświadcza   zdecydowanym 

głosem:

- Jestem attache wojskowym Australii. Nie sądzę, aby należało uwzględniać w spisie 

powszechnym dyplomatów i ich  rodziny. Jedyni ludzie  w tym domu, których  powinien 

opisać pan w swoich formularzach, to nasza służba. Tam przy bramie stoi Bhagwati, nasz 
kierowca  i ogrodnik,  płci  męskiej,  pięćdziesiąt dwa  lata.  Mamy  pokojówkę,  Shanti,  płci 

żeńskiej,  chyba  osiemnaście  lat,  ale nie ma jej teraz  w domu. Oto Ramu, kucharz,  płci 
męskiej, dwadzieścia pięć lat, a to jest Thomas, płci męskiej, czternaście lat. Wystarczy?

- Nie,   panie   pułkowniku,   muszę   jeszcze   zadać   pańskiej   służbie   kilka   pytań.   Do 

najnowszego spisu przygotowano długi kwestionariusz. Pytają o najdziwniejsze rzeczy, na 

przykład jaki program telewizyjny najchętniej się ogląda, co się jada, w jakich miastach się 
było, a nawet... - chichocze - ...jak często uprawia się seks.

Pani Taylor szepcze do męża:
- Och, Charles, lepiej, żeby Ramu i Thomas nie tracili czasu na te głupstwa. Nie możesz 

się pozbyć tego osła?

Pułkownik Taylor wyciąga z kieszeni paczkę papierosów.

background image

- Słuchaj pan, moja służba naprawdę nie ma czasu przerabiać całego kwestionariusza. 

Może więc przyjmie pan tę paczkę marlboro i pójdzie z łaski swojej do następnego domu? 
Jestem pewien, że nic się nie stanie, jeżeli wyłączy pan z ankiety czworo ludzi.

Ankieter spogląda na paczkę, a potem oblizuje usta.
- No... jest pan bardzo uprzejmy, pułkowniku. Ale widzi pan, nie palę. Gdyby jednak 

miał pan kropelkę whisky black label... albo nawet red label, chętnie wyświadczę panu tę 
przysługę. W końcu jaka to różnica, jeśli uszczkniemy cztery kropelki z oceanu? Cóż znaczą 

cztery osoby wobec miliarda! - Śmieje się nerwowo.

Pułkownik  Taylor  patrzy  z  niechęcią  na ankietera.  Po chwili  maszeruje do salonu  i 

wraca z butelką johnnie walkera red label.

- Proszę   i   zmiataj   pan   stąd.   I   więcej   nie   zawracaj   nam   głowy.   Ankieter   salutuje 

pułkownikowi.

- Proszę   się   nie   martwić,   panie   pułkowniku.   Nie   będę   panu   zawracał   głowy   przez 

najbliższych dziesięć lat. - Oddala się z zadowoloną miną.

Pani Taylor też jest zadowolona.

- Przeklęci Hindusi. - Uśmiecha się. - Dać im flaszkę whisky, a zrobią wszystko.
Bhagwati   przy   bramie  szczerzy  zęby   w uśmiechu.   Nie  ma  pojęcia,  o  co  chodzi.   Ale 

zawsze   się   uśmiecha,   kiedy   uśmiecha   się   sahib   albo   memsahib.   Ramu   też   jest 
rozpromieniony. Uśmiecha się, ilekroć widzi Maggie w krótkiej spódniczce.

Tylko ja się nie uśmiecham. Zgoda, służba ma być niewidzialna i niesłyszalna podczas 

przyjęć   albo   spotkań   rodzinnych,   ale   trochę   mnie   drażni,   że   zostajemy   wyłączeni   z 

krajowego spisu powszechnego. Wolałbym też, żeby Taylorowie przestali wygłaszać swoje 
snobistyczne uwagi o „przeklętych Hindusach”. Odkąd u nich pracuję, słyszę to wyrażenie 

chyba z pięćdziesiąty raz. Zawsze, kiedy je słyszę, krew się we mnie burzy. W porządku, 
listonosz, elektryk, instalator telefonów i policjant, a teraz nawet ankieter mają słabość do 

whisky. Ale to przecież nie znaczy, że wszyscy Hindusi są pijakami. Chciałbym to kiedyś 
wyjaśnić pani Taylor. Wiem jednak, że tego nie zrobię. Kiedy mieszka się w eleganckiej 

dzielnicy Delhi w ładnym domu, dostaje się trzy ciepłe posiłki dziennie i zarabia półtora 
tysiąca   rupii  miesięcznie,   człowiek   uczy  się chować  dumę do kieszeni.   I  uśmiechać  się, 

ilekroć uśmiechają się sahib i memsahib.

Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Taylorowie są dla mnie bardzo dobrzy. Niewielu 

ludzi zatrudniłoby kogoś, kto nagle przybywa do ich domu prosto z Mumbaju. Poza tym nie 
miałem   żadnych   dobrych   referencji.   Pułkownik   Waugh   był   poprzednikiem   poprzednika 

pułkownika   Taylora   na   stanowisku   attache.   Taylorowie   jako   anglikanie   nie   mieli   nic 

background image

wspólnego z rzymskokatolickim kościołem ojca Timothy’ego. To był naprawdę szczęśliwy 

traf, że pilnie potrzebowali służącego, ponieważ właśnie wylali poprzedniego.

W ciągu  piętnastu miesięcy, jakie u nich spędziłem, zwolniono pięć osób ze służby. 

Wszystko przez pułkownika  Taylora.  Jest panem Wszystkowiedzącym.  Tak jak w niebie 
panuje   wszechwiedzący   Bóg,   na   ziemi   podobną   cechę   ma   pułkownik   Taylor.   Jagdish, 

ogrodnik, ukradł z szopy trochę nawozu i pułkownik Taylor od razu o tym wiedział. Skutek: 
ogrodnik został nazajutrz zwolniony. Sheela, pokojówka, wzięła sobie bransoletkę z pokoju 

pani Taylor i pułkownik zaraz się dowiedział. Skutek: została nazajutrz zwolniona. Raju, 
kucharz, w nocy otworzył barek i napił się whisky. Skutek: następnego dnia został pobity i 

zwolniony.   Ajay,   nowy   kucharz,   ułożył   sobie   plan,   że   ukradnie   trochę   pieniędzy,   i 
wspomniał   o   tym   koledze   w   rozmowie   telefonicznej.   Skutek:   nazajutrz   zwolniony,   a   w 

dodatku   razem   z   przyjacielem   aresztowany   przez   policję.   Basanti,   nowa   pokojówka, 
przymierzała sukienki Maggie. Skutek: tak jest, nazajutrz została zwolniona. Jak pułkownik 

Taylor dowiadywał się o tym, co się działo za zamkniętymi drzwiami albo ciemną nocą, o 
czym ludzie rozmawiają przez telefon albo kiedy są sami - stanowiło dla mnie prawdziwą 

tajemnicę.

Ocalałem tylko ja. Przyznaję, od czasu do czasu korci mnie, żeby zabrać sobie drobne 

leżące na toaletce pani Taylor albo świsnąć z lodówki jakąś pyszną szwajcarską czekoladkę, 
lecz   udaje   mi   się   zapanować   nad   pokusami.   Bo   wiem,   że   pułkownik   Taylor   jest 

Wszystkowiedzący.   Poza   tym   rodzina   darzy   mnie   zaufaniem.   Pomaga   mi   w   tym 
chrześcijańskie nazwisko i znajomość angielskiego. Z wyjątkiem Shanti, którą zatrudniono 

przed dwoma miesiącami, tylko ja mam dostęp do prywatnych pokoi. Mogę wchodzić do 
wszystkich sypialni i tylko mnie wolno oglądać telewizję i od czasu do czasu grać z Royem w 

salonie na nintendo. Ale nawet mnie nie wolno wchodzić do pokoju pułkownika Taylora 
zwanego   Gabinetem.   To   nieduże   pomieszczenie   przylegające   do   sypialni   gospodarzy. 

Prowadzą do niego solidne drzwi z brązowego drewna osłonięte grubą żelazną kratą. Krata 
jest zamykana na trzy zamki: dwa małe i dużą złoconą kłódkę, na której jest napis „Yale. 

Zbrojona,   hartowana   stal”.   Na   ścianie   obok   kłódki   jest   przymocowana   niewielka   biała 
skrzynka elektroniczna z obrazkiem czaszki z piszczelami i klawiaturą taką jak w telefonie z 

cyframi od o do 9. Kłódkę można otworzyć dopiero wtedy, gdy wstuka się kod. Gdyby ktoś 
próbował otworzyć kłódkę siłą, poraziłby go śmiertelnie prąd o napięciu 440 woltów. Kiedy 

pokój jest zamknięty, na skrzynce pali się mała czerwona lampka. Ilekroć pułkownik Taylor 
wchodzi do gabinetu, światełko zmienia się na zielone. Nikomu w całym domu nie wolno 

wchodzić do tego pokoju. Nawet pani Taylor, Maggie i Royowi.

background image

Pobyt   u   Taylorów   pomógł   mi   zapomnieć   o   przykrych   przeżyciach   z   Mumbaju. 

Shantaram i Neelima Kumari stawali  się bolesnym, ale odległym wspomnieniem. Przez 

kilka pierwszych miesięcy żyłem w ciągłym strachu, kuląc się z przerażenia, ilekroć obok 
posesji przejeżdżał  policyjny dżip z migającym czerwonym kogutem. Z czasem poczucie 

osaczenia zaczęło mijać. Często myślałem też o Gudiyi i zastanawiałem się, co się z nią stało, 
ale trudno jest snuć wspomnienia, jeśli w pamięci zaciera się obraz twarzy połączonej z 

imieniem.   Stopniowo   Gudiya   przepadła   w   śmietniku   mojej   przeszłości.   Nie   potrafiłem 
jednak zapomnieć o Salimie. Kiedy myślałem o tym, że zostawiłem go samemu sobie, często 

dręczyły mnie wyrzuty sumienia. Zastanawiałem się, jak sobie radzi, czy nadal pracuje jako 
dabbawallah, jednak powstrzymywałem się od nawiązywania z nim kontaktu. Bałem się, że 

policja mogłaby wpaść na mój ślad.

Mieszkając u Taylorów, nauczyłem się, jak rozpalać grill i jak robić fondue. Stałem się 

ekspertem   od   przyrządzania   drinków   i   odmierzania   szklaneczek   whisky.   Próbowałem 

steków   z   kangura   i   klusek   nadziewanych   mięsem   krokodylim   importowanym   prosto   z 
Canberry.   Zostałem   kibicem   rugby,   tenisa   i   futbolu   nazywanego   Aussie   Rules,   który 

oglądałem   w   towarzystwie   Roya.   Ale   nawet   po   tak   długim   czasie   wciąż   zmagam   się   z 
australijskim   akcentem.   Co   dzień   wieczorem   siedzę   w   pokoju   i   ćwiczę   wymowę 

prawdziwych Australijczyków.

- Dziędbry, widzimy sia o ósmej pod Bramoł Indjii - mówię i wybucham śmiechem.

Szczególnie lubię chodzić na zakupy z panią Taylor. Większość żywności sprowadzają z 

Australii, ale od czasu do czasu pani Taylor kupuje importowane produkty w Super Bazaar i 

Khan   Market.   Kupujemy   hiszpańskie   kiełbaski   chorizo,   ser   roquefort,   korniszony   i 
czerwone papryczki w oliwie z oliwek. Najlepiej jest wtedy, gdy pani Taylor zabiera Maggie i 

Roya   do   Kids   Mart,   największego   sklepu   dla   dzieci   na   całym   świecie.   Są   tam   ubrania, 
zabawki, rowery i kasety. Maggie i Roy kupują sobie bluzy i dżinsy, a ja idę pojeździć na 

darmowej karuzeli.

Co   miesiąc   Roy   i   Maggie   dostają   numer   czasopisma.   Nazywa   się   „Australian 

Geographic”.   To   chyba   najlepsze   pismo   na   ziemi.   Pełno   w   nim   stron   ze   zdjęciami 
najwspanialszych miejsc na świecie, a wszystkie są w Australii. Na fotografiach są plaże z 

kilometrami złotego piasku. Wyspy otoczone pięknymi palmami. Oceany pełne wielorybów 
i   rekinów.   Miasta   najeżone   drapaczami   chmur.   Wulkany   buchające   straszną   lawą. 

Ośnieżone   góry   sąsiadujące   z   zacisznymi   zielonymi   dolinami.   W   wieku   czternastu   lat 

background image

miałem tylko jedno pragnienie - chciałem przed śmiercią zobaczyć Queensland, Tasmanię i 

Wielką Rafę Koralową.

Żyje mi się u Taylorów dość wygodnie, ponieważ nie mam zbyt wielu obowiązków. W 

przeciwieństwie do pracy u aktorki, gdzie byłem jedynym służącym, tu wszystkie zajęcia 
dzielą między siebie cztery osoby. Ramu jest kucharzem i sprawuje niepodzielną władzę w 

kuchni. Shanti ściele łóżka i robi pranie. Mnie pozostaje odkurzanie i sprzątanie. Od czasu 
do  czasu   poleruję   srebrne   sztućce,   ustawiam   książki   w  bibliotece   pułkownika   Taylora   i 

pomagam Bhagwatiemu przycinać żywopłot. Wszyscy mieszkamy w dobudówce dla służby. 
Mamy dla siebie jeden duży pokój i dwa mniejsze. W dużym mieszka Bhagwati z żoną i 

synem. Shanti zajmuje drugi sama. W trzecim mieszkamy ja i Ramu. Mamy piętrowe łóżko 
i ja śpię na górnym.

Ramu   jest   sympatycznym   facetem.   Pracuje   u   Taylorów   od   czterech   miesięcy   i   jest 

znakomitym kucharzem. Za szczególny powód do dumy uważa swoją znajomość kuchni 

francuskiej, poprzednio pracował bowiem u rodziny Francuzów. Potrafi zrobić  gateau de 
saumon  
i  crepes suzette,  a także  cervettes au gratin,  moją ulubioną potrawę. Ramu jest 

dobrze   zbudowany   i,   jeśli   nie   zwracać   uwagi   na   blizny   po   ospie,   całkiem   przystojny. 
Uwielbia filmy hindi. Najbardziej lubi takie, w których bogata bohaterka ucieka z biednym 

bohaterem.  Podejrzewam,  że Ramu  bardzo  podoba  się Shanti.  Z jej spojrzeń,  jakie  mu 
posyła, mrugając od czasu do czasu, wnioskuję, że próbuje wysłać mu sygnał. Ale Ramu nie 

zwraca uwagi na Shanti. Jest zakochany w kimś innym. Kazał mi przysiąc, że nikomu nie 
pisnę   słowa,   więc   nie   mogę   wyjawić   imienia   jego   ukochanej.   Mogę   chyba   jednak 

powiedzieć, że jest piękną dziewczyną o niebieskich oczach i złotych włosach.

Mimo że mieszkam w służbówce, Taylorowie traktują mnie niemal jak członka rodziny. 

Kiedy wychodzą do McDonalda, pamiętają, żeby przynieść mi zestaw dla dzieci. Gdy Roy i 
Maggie grają w scrabble, zawsze chcą, żebym był trzecim zawodnikiem. Kiedy Roy ogląda w 

telewizji mecz krykieta, zawsze zaprasza mnie do salonu (chociaż gdy Australia przegrywa, 
bywa bardzo niemiły). Z wakacji w Australii Taylorowie przywożą mi drobne upominki - 

breloczek z napisem „KOCHAM SYDNEY” albo koszulkę z zabawnym nadrukiem. Kiedy 
myślę o ich dobroci, czasem chce mi się płakać. Jedząc plaster sera edamskiego albo pijąc 

piwo korzenne, nie mogę uwierzyć, że jestem tym samym sierotą, który pięć lat wcześniej 
jadł grube, przypalone  czapati i  niestrawne duszone warzywa w obrzydliwym domu dla 

nieletnich   niedaleko   stąd.   Niekiedy   wyobrażam   sobie   nawet,   że   jestem   członkiem   tej 
australijskiej rodziny. Ram Mohammad Taylor. Ale gdy ktoś ze służby zostaje skarcony albo 

zwolniony łub kiedy pułkownik grozi palcem, mówiąc: „Przeklęci Hindusi”, moje marzenia 

background image

walą się w gruzy i myślę, że jestem tylko kundlem zaglądającym przez okratowane okno do 

egzotycznego świata, który nigdy nie będzie mój.

Ale mam coś własnego - pieniądze z pensji, których nigdy jeszcze jednak nie widziałem 

ani   nie   dotykałem.   Po   złych   doświadczeniach   z   szeregiem   służących   pułkownik   Taylor 
postanowił, że nie będzie mi wypłacał pensji co miesiąc, ponieważ jestem nieletni. Daje mi 

tylko   pięćdziesiąt   rupii   kieszonkowego.   Resztę   poborów   w   całej   kwocie   mam   otrzymać 
dopiero po zakończeniu służby. I to pod warunkiem,  że będę się dobrze sprawował. W 

przeciwnym   razie   będzie   tak   jak   z   Raju   i   Ajayem   -   pożegnanie   bez   grosza   na   drogę. 
Natomiast Ramu dostaje  pensję co miesiąc.  Całe  dwa tysiące  rupii. Uskładał  już osiem 

tysięcy, które trzyma schowane w zagłębieniu materaca pod łóżkiem. Ja mam tylko sto 
rupii,   ale  w  czerwonym  kalendarzyku   zapisuję  co  miesiąc  kwotę  swojej  pensji.  Na   dziś 

Taylorowie są mi winni dwadzieścia dwa i pół tysiąca rupii. Sama myśl o posiadaniu takiej 
sumy   przyprawia   mnie   o   zawrót   głowy.   Co   wieczór   marzę   o   podróży   do   miejsc,   jakie 

widziałem w „Australian Geographic”. Ramu ma większe ambicje. Marzy o małżeństwie z 
piękną   białą   dziewczyną,   miesiącu   miodowym   w   Sydney   i   otwarciu   sieci   francuskich 

restauracji, w których mógłby podawać sarninę i creme brulee.

Przyszedł okoliczny handlarz starzyzną,  kabariwalla.  Pani Taylor sprzedaje mu stare 

gazety i czasopisma, jakie zgromadziły się w domu w ciągu pół roku. Wszystkie musiały 
kosztować  co  najmniej dziesięć  tysięcy  rupii.  Ale sprzedajemy  je po  piętnaście  rupii  za 

kilogram.   Ramu   i   ja   przynosimy   grube   pakunki   numerów   „Times   of   India”,   „Indian 
Express”, „Pioneer” i „Hindu”, stosy egzemplarzy „India Today”, „Femina”, „Cosmopolitan” 

i „The Australian”. Potem kabariwalla waży je na zakurzonej wadze. Nagle zjawia się Roy.

- Co się dzieje? - pyta matkę.

- Nic. Pozbywamy się z domu makulatury - odpowiada pani Taylor.
- Aha, makulatury? - mówi i znika w głębi domu. Wraca po pięciu minutach, niosąc 

trzydzieści egzemplarzy „Australian Geographic”. Ze zdumienia opada mi szczęka. Jak Roy 
w ogóle mógł pomyśleć, żeby to sprzedać?

Ale zanim zdążyłem cokolwiek powiedzieć,  kabariwalla  już waży stertę błyszczących 

czasopism.

- Prawie sześć kilo. Mogę za nie dać dziewięćdziesiąt rupii - mówi do Roya. Chłopiec 

kiwa głową. Dokonują transakcji, a ja pędem wracam do swojego pokoju.

Gdy tylko kabariwalla opuszcza dom, zaczepiam go na drodze.
- Przykro mi, ale memsahib chce dostać z powrotem te czasopisma - mówię.

- To pech. - Wzrusza ramionami. - Kupiłem je. Są na doskonałym papierze i mogą pójść 

background image

za dobrą cenę. - W końcu muszę mu dać sto rupii, ale dostaję wszystkie numery „Australian 

Geographic”.   Są  już  tylko  moje.  Tego wieczoru  rozkładam   je w swoim pokoiku  i  przed 
oczami   przesuwają   mi   się   zdjęcia   gór   i   plaż,   meduz   i   homarów,   kukabur   i   kangurów. 

Wydaje mi się, jak gdyby dziś wszystkie  te egzotyczne  miejsca  stały  się trochę bardziej 
osiągalne. Być może dlatego, że czasopisma należą teraz do mnie, maleńka część tego, co 

opisują, trafiła też do mojego serca.

Innym   godnym   uwagi   wydarzeniem   tego   miesiąca   jest   pierwszy   odcinek   „Łowcy 

szpiegów”   w   telewizji   Star.   Serial   zrobił   furorę   w   Australii.   Akcja   toczy   się   w   latach 
osiemdziesiątych, a bohaterem jest australijski policjant Steve Nolan, który łapie szpiegów. 

Pułkownik   Taylor   namiętnie   go   ogląda.   Prawie   co   wieczór   znika   w   swoim   Gabinecie   i 
wychodzi tylko na kolację. Ale w każdą środę zasiada w pokoju telewizyjnym i z pękatą 

puszką   piwa   Foster   w   ręku   ogląda,   jak   Steve   Nolan   łapie   podłych   cudzoziemców 
(nazywanych   komuchami),   którzy   sprzedają   tajemnice   jakiejś   rosyjskiej   organizacji   o 

nazwie KGB. Podoba mi się ten serial, bo są w nim pościgi samochodowe, karkołomne 
sceny  kaskaderskie  i fajne  gadżety,  takie  jak  aparat  fotograficzny  ukryty  w długopisie i 

magnetofon, który w jednej chwili  może się zmienić w pistolet.  Jestem też zachwycony 
samochodem Steve’a Nolana - jasno - czerwonym ferrari, który gna ulicami jak rakieta.

Stałym elementem pory letniej jest  garden party  u Taylorów, lecz dziś przyjęcie ma 

szczególny charakter. Zostało wydane na cześć generała, który przyjechał z Australii, i ma 
na nim być sam ambasador nazywany Wysokim Komisarzem. Przynajmniej raz Ramu i ja, 

a nawet Bhagwati, jesteśmy odpicowani - ubrani w nieskazitelnie białe liberie z okrągłymi 
złotymi   guzikami.   Mamy   białe   rękawiczki   i  czarne   buty.   Na   małych   głowach   dźwigamy 

niewygodne   duże   białe   turbany   z   krótkimi   ogonkami,   takie   jaki   nosi   pan   młody   na 
ceremonii ślubnej. Tyle że nie wyglądamy jak panowie młodzi na koniach. Wyglądamy jak 

eleganccy kelnerzy na eleganckim garden party.

Zaczynają   się   zjeżdżać   goście.   Pułkownik   Taylor   wita   ich   na   starannie 

wypielęgnowanym trawniku z tyłu domu. Ma na sobie jasno - niebieski garnitur. Ramu jest 
zajęty pieczeniem na grillu kurczaków, wieprzowiny, ryb i baraniny nadzianych na długie 

rożny. Bhagwati podaje gościom koktajle na srebrnej tacy. Ja stoję za barem, bo nikt inny 
nie zrozumie gości, gdy poproszą o campari z wodą sodową albo krwawą Mary. Shanti 

pomaga w kuchni. Nawet ona zamiast sari ma na sobie szykowną spódnicę.

Wśród gości przeważają biali i pracownicy innych ambasad. Jest też garstka Hindusów 

-   kilku   dziennikarzy   i   urzędników   z   ministerstwa   obrony.   Biali   piją   piwo   Kingfisher   i 

background image

koktajle. Hindusi jak zwykle proszą tylko o whisky black label.

W ogrodzie toczy się rozmowy na różne tematy. Hindusi mówią o polityce i krykiecie. 

Dyplomaci   i   emigranci   wymieniają   się   plotkami   na   temat   swojej   służby   i   kolegów   i 

narzekają na upał.

- Jest tak cholernie gorąco, wolałbym, żeby zrobili nam wolne.

- Moja pokojówka uciekła z ogrodnikiem, chociaż obojgu dałem podwyżkę.
- Trudno dziś o dobrych ludzi. Większość tej przeklętej służby to złodzieje.

Przez   ogród   przebiega   szmer,   kiedy   zjawia   się   Wysoki   Komisarz   w   towarzystwie 

eleganckiego mężczyzny. To właśnie, jak mi mówią, jest generał. Pani Taylor o mało nie 

łamie nóg, biegnąc na powitanie Wysokiego Komisarza. Wymieniane są pocałunki i uściski 
rąk. Pułkownik Taylor wygląda na uszczęśliwionego. Przyjęcie znakomicie się rozwija.

O jedenastej nie ma już prawie żadnych gości. Zostali tylko dwaj hinduscy dziennikarze 

i   urzędnik   z   ministerstwa   obrony,   Jeevan   Kumar,   którzy   siedzą   przy   dziesiątej   kolejce 

johnnie walkera. Pani Taylor spogląda na nich z pogardą.

- Charles - mówi do męża. - Po co zapraszasz tych pismaków? Zawsze wychodzą ostatni.

Pułkownik Taylor wydaje pełne współczucia pomruki. Urzędnik z ministerstwa obrony, 

ponury i tęgi mężczyzna, chwiejnym krokiem wchodzi do domu.

- Możemy chwilę porozmawiać,  panie Taylor? - woła. Pułkownik Taylor pospiesznie 

rusza za nim.

Minęła już północ, a Ramu wciąż nie śpi. Słyszę, jak przewraca się z boku na bok.

- Co jest, Ramu? Nie możesz zasnąć? - pytam.
- Jak mogę spać, Thomas? Moja ukochana mnie dręczy.

- Głupi jesteś. Ile razy ci mówiłem, żebyś dał sobie spokój z tymi fantazjami? Jeżeli 

dowie się o tym pułkownik Taylor, każe cię zarżnąć.

- Kochankowie muszą być gotowi poświęcić się w imię miłości. Ale przynajmniej mam 

dla siebie jej kawałek.

- Co? Co masz? - Złażę z łóżka.
- Cii... Pokażę ci, jak przysięgniesz, że nikomu nie piśniesz słowa.

- Dobra, dobra, przysięgam. Pokaż, co to jest.
Ramu wpycha dłoń pod poduszkę i wyciąga kawałek czerwonego materiału. Podsuwa 

go sobie pod nos i z lubością wącha. Nawet ja czuję lekki zapach perfum.

- Co to jest? Musisz mi pokazać.

Ramu rozwija materiał jak flagę. To czerwony stanik. Podskakuję jak oparzony i walę 

background image

głową w drewnianą poręcz.

- O Boże! Skąd to wytrzasnąłeś? Tylko mi nie mów, że to jej.
- Sam zobacz. - Ramu podaje mi stanik.

Obracam   w   rękach   biustonosz.   Wygląda   na   bardzo   drogi;   pełen   jest   koronkowych 

haftów. Na białej naszywce obok haftki jest napis „Victoria’s Secret”.

- Kto to jest Victoria? - pytam.
- Victoria? Nie znam żadnej Victorii.

- Ten stanik należy do Victorii. Jest nawet podpisany. Skąd go masz?
Ramu ma minę, jakby nie rozumiał.

- Przecież... przecież ukradłem go z pokoju Maggie.
- Boże,   Ramu!   Wiesz,   że   nie   wolno   ci   wchodzić   do   sypialni   dzieci!   Teraz   dopiero 

będziesz miał kłopoty.

- Słuchaj, Thomas, przecież przysiągłeś, że nikomu nie powiesz. Proszę cię, błagam, nie 

zdradź mnie.

Uroczyście daję mu słowo, że dochowam tajemnicy, i gramolę się z powrotem na górne 

łóżko. Po chwili Ramu zaczyna chrapać. Wiem, że śni o dziewczynie o niebieskich oczach i 
złotych   włosach.   Mnie   śni   się   jednak   dżip   z   migającym   czerwonym   kogutem.   Jestem 

pewien,   że   Ramu   pakuje   się   w   tarapaty.   Bo   pułkownik   Taylor   jest   panem 
Wszystkowiedzącym.

Jak można się było spodziewać, dwa dni później pod domem hamuje z piskiem opon 

dżip z migającym czerwonym kogutem. Do salonu wkracza policjant w okularach. To ten 

sam inspektor Tyagi, który zabrał Ajaya. Pyta o Ramu, a po chwili policjanci wyciągają 
kucharza z kuchni i prowadzą do jego pokoju. Przetrząsają łóżko Ramu. Znajdują pieniądze, 

które   trzymał   pod   materacem.   Odkrywają   także   wepchnięty   pod   poduszkę   naszyjnik   z 
brylantami. Nie mam pojęcia, skąd się tam wziął, ale wiem, że Ramu nie jest złodziejem. 

Potem policjanci zaczynają szperać w moich rzeczach. Znajdują równiutko ułożone w kącie 
numery „Australian Geographic”. Znajdują moje breloczki i koszulki. A na końcu znajdują 

pod moim materacem zmięty czerwony stanik. Nie mam pojęcia, skąd się tam wziął, ale 
wiem, że to ten sam stanik, który Ramu ukradł z pokoju Maggie.

Prowadzą mnie przed oblicze Taylorów jak nikczemnego skazańca.
- Sahib, mówił pan tylko o jednym złodzieju i znaleźliśmy u niego brylantowy naszyjnik 

i mnóstwo gotówki. Niech pan jednak zobaczy, co było w łóżku tego gnojka. Znaleźliśmy 
czasopisma,   które   na   pewno   ukradł   dzieciom...   -   rzuca   na   podłogę   plik   numerów 

„Australian Geographic” - ...i jeszcze to. - Inspektor rozwija czerwony stanik jak flagę.

background image

Maggie   wybucha   płaczem.   Ramu   ma   minę,   jakby   za   chwilę   miał   zemdleć.   W   oku 

pułkownika Taylora pojawia się morderczy błysk.

- Na Boga! Thomas, ty też? - woła zszokowana pani Taylor. Zaraz potem wpada we 

wściekłość i kilka razy bije mnie w twarz. - Przeklęci Hindusi! - grzmi. - Wszyscy jesteście 
tacy sami. Niewdzięczne darmozjady. Karmimy was i ubieramy, a wy tak się odpłacacie? 

Próbując opchnąć komuś nasze rzeczy?

Na ratunek spieszy mi pułkownik Taylor.

- Nie, Rebecco - mówi do żony. - Bądź sprawiedliwa. Thomas to porządny chłopak. 

Wiem, że ten drań Ramu ukrył to w jego łóżku. Uwierz mi.

Pułkownik   Taylor   jeszcze   raz   udowadnia,   że   jest   panem   Wszystkowiedzącym.   Jego 

wszechwiedza   ocala   mnie   i   dostaję   z   powrotem   „Australian   Geographic”.   Ale   ani   plaże 

Queensland, ani fauna i flora Tasmanii już mnie nie kuszą. Ramu z płaczem przyznaje się 
do kradzieży stanika, lecz nadal uparcie twierdzi, że nie przywłaszczył sobie naszyjnika, 

obwiniając o to Shanti. Wszystko jednak na próżno. Inspektor zabiera go do dżipa. Dostaje 
też od pułkownika Taylora butelkę whisky black label, szczerząc zęby w uśmiechu.

- Dziękuję   bardzo,   sahib.   Jeśli   będzie   mnie   pan   znowu   potrzebował,   wystarczy 

zadzwonić. Z przyjemnością oddam panu przysługę. Oto moja wizytówka.

Pułkownik Taylor bierze z roztargnieniem wizytówkę i zostawia ją na stoliku w salonie.

W   domu   panuje   wielkie   poruszenie.   Taylorowie   kupili   Maggie   pieska.   Pułkownik 

przyprowadza go na smyczy. Pies jest mały i kudłaty, ma mokry nos i długi ogon. Wygląda 

jak lalka i zamiast szczekać, jazgocze. Maggie mówi, że jest rasy lhasa apso. Postanawia dać 
mu na imię Rover.

W   domu   znowu   jest   poruszenie.   Przyjechał   nowy   kucharz.   Ma   na   imię   Jai.   Pod 

względem umiejętności nie może równać się z Ramu. Nie ma mowy o francuskiej kuchni - 
Jai nie umie nawet wymówić  „au gratin”.  Ale dostaje pracę, bo jest dojrzałym, żonatym 

mężczyzną, ma dwie córki, a jego rodzina mieszka w pobliskiej wiosce. Nie bardzo się cieszę 
na myśl, że znów będę musiał dzielić z kimś pokój. Dobrze było spać samemu na piętrowym 

łóżku. Mogłem sobie wybierać, czy chcę spać na górze, czy na dole.

Jai od razu mi się nie spodobał. Ma chytre oczy. Potajemnie pali w pokoju (palenie jest 

zakazane w całej rezydencji Taylorów). I traktuje mnie jak służącego.

- Jakie masz ambicje w życiu? - pyta jak nauczyciel w domu dla nieletnich.

- Chcę mieć czerwone ferrari - kłamię. - A ty?

background image

Zapala następnego papierosa i puszcza ustami wirujące kółka.

- Chcę   otworzyć   warsztat   samochodowy,   ale   na   to   trzeba   dużo   pieniędzy.   Mam 

bogatego   przyjaciela,   Amara,   który   mi   obiecał,   że   jeżeli   uda   mi   się   skombinować   sto 

pięćdziesiąt tysięcy rupii, on załatwi resztę. Jak myślisz, ile pieniędzy ci firangi* [*Firang 
(sl. hindi) - obcokrajowiec.] trzymają w domu?

Milczę. A więc od pierwszego dnia Jai planuje rabunek. Dobrze, że nic nie wie o panu 

Wszystkowiedzącym. Wkrótce się dowie.

Pułkownik Taylor zaczyna chodzić na poranne spacery z Roverem do Ogrodu Lodhi 

niedaleko domu. Ale chodzi sam tylko do czasu, gdy władze Delhi wydają nowy przepis, 
zgodnie z którym każdy musi zbierać nieczystości  po swoim psie, jeżeli nie chce  płacić 

ogromnej grzywny. Odtąd muszę im towarzyszyć i służyć jako osobisty sprzątacz Rovera. 
Nie cierpię tego obowiązku. Wystarczy powiedzieć, że trzeba wstawać o wpół do szóstej i 

biegać z szufelką i pojemnikiem za paskudnym głupim psem, który sra co dwie minuty. 
Ogród Lodhi to jednak miłe miejsce na poranny spacer. Jest tam dużo zieleni, a pośrodku 

stoi   stary   rozsypujący   się   grobowiec   Bara   Gumbad.   Rano   w  parku   jest   pełno   biegaczy. 
Grube i stare kobiety ćwiczą jogę, a chude anorektyczne dziewczyny uprawiają aerobik. 

Zauważam też, że kiedy sprzątam kupy Rovera, pułkownik Taylor na długie chwile znika mi 
z  oczu.  Jestem  zaintrygowany,   więc  pewnego  ranka   zostawiam  Rovera  samemu  sobie  i 

postanawiam śledzić pułkownika. Mija Bara Gumbad i zmierza w stronę gęstych zarośli. 
Wyglądam zza krzaka i widzę, jak wita się z tym samym urzędnikiem ministerstwa obrony, 

który był na garden party.

Wie pan, panie Kumar, że wczoraj wieczorem szedłem za panem od pańskiego domu 

w South Extension do samego sklepu ze słodyczami, a pan nie miał o tym pojęcia? - mówi 
pułkownik Taylor.

Jeevan Kumar obficie się poci i zdradza wyraźne oznaki zaniepokojenia. Ma skruszoną 

minę.

- Och, bardzo mi przykro, sahib. W przyszłości będę ostrożniejszy. Wiem, że ludzie nie 

powinni nas widzieć razem.

- Oczywiście, panie Kumar, to się rozumie samo przez się. Jeżeli jednak dalej będzie 

pan zaniedbywał sprawy bezpieczeństwa, obawiam się, że będę zmuszony zakończyć nasze 

kontakty osobiste. Niech pan zapamięta prostą zasadę: ZTZO.

- ZTZO?

- Tak. Zmylić trop, zgubić ogon. To naprawdę proste. Nigdy nie wolno panu zmierzać 

background image

do   celu   najprostszą   drogą.   Trzeba   zmieniać   ulice,   zmieniać   samochody,   wchodzić   do 

jednego sklepu, wychodzić z drugiego - robić wszystko, żeby zmylić trop. Kiedy przestrzega 
się takich zasad, śledzący łatwo może zgubić ślad. Wtedy daje za wygraną.

- Dobrze, sahib, będę pamiętał. Ale chcę panu przekazać dobrą wiadomość. Chyba będę 

mógł panu dać to, czego pan chce. Spotkajmy się w piątek czternastego na parkingu za 

Balsons w South Extension. Zwykle nikogo tam nie ma. O ósmej wieczorem, zgoda?

- Zgoda.

Na   tym   spotkanie   się   kończy.   Biegnę   do   Rovera,   żeby   zdążyć   przed   powrotem 

pułkownika Taylora.

Czternastego  w piątek mam oczy i uszy otwarte. Już wczesnym rankiem pułkownik 

Taylor informuje żonę o swoich planach.

- Rebecco, McGill, ten nowy radca handlowy, chce, żebym po pracy pokazał mu parę 

miejsc w mieście. Dlatego wrócę trochę później. Nie czekajcie na mnie z kolacją.

- To się dobrze składa. Zona Wysokiego Komisarza zaprosiła mnie dzisiaj na brydża, 

więc też mnie nie będzie - mówi pani Taylor.

Kojarzę jedno z drugim. Dlaczego pułkownik Taylor okłamał żonę? Tego dnia dużo traci 

w moich oczach. Bardzo żal mi pani Taylor.

Po Ramu przychodzi  kolej na Roya.  Pułkownik  Taylor  przyłapał  go w sypialni,  gdy 

całował   Shanti.   Shanti   przysięga   na  pamięć  swej   zmarłej   matki,   że   między  nią   a  baba 

Royem do niczego nie doszło i że Roy pocałował ją po raz pierwszy - i to przez pomyłkę. 
Daremnie jednak błaga.  Ciąg  dalszy łatwo  przewidzieć: natychmiastowe  zwolnienie. Ale 

przynajmniej Shanti odejdzie z wypłatą w kieszeni. Roy zapewne dostanie w skórę za zbyt 
bliskie kontakty z „przeklętymi Hindusami” i przestanie chodzić do Kids Mart. Na wszelki 

wypadek postanawiam przez dziesięć najbliższych dni nie sprzątać w pokoju Maggie.

Gdyby nie to, prawdopodobnie mógłbym ją uratować, ponieważ niecałe dwa tygodnie 

po   Royu   na   ławę   oskarżonych   trafia   jego   siostra.   Pan   Wszystkowiedzący   zdobył 
niepodważalny dowód, że mimo ścisłego zakazu Maggie paliła w swoim pokoju. Dziewczyna 

próbuje zaprzeczać oskarżeniom, lecz pułkownik Taylor okazuje paczkę papierosów, którą 
ukryła   w  almirah,  a   nawet   niedopałki,   których   zapomniała   się   pozbyć.   W   ten   sposób 

Maggie też nie pójdzie już na zakupy do Kids Mart.

Choć   trudno   w   to   uwierzyć,   dwa   miesiące   później   pułkownik   Taylor   przyłapuje   na 

oszustwie kogoś jeszcze. Swoją własną żonę. Panią Rebeccę Taylor. Okazuje się, że miała 

background image

romans z kimś z ambasady.

- Ty przeklęta dziwko! - wrzeszczy w sypialni pułkownik. - Załatwię ciebie i twojego 

pożal się Boże kochasia! - Słyszę głośny policzek i jakiś trzask, jakby rozbił się wazon. Tego 

wieczoru pani Taylor nie przychodzi na kolację. Maggie i Roy też trzymają się w bezpiecznej 
odległości od ojca. Nie mogę nie współczuć pani Taylor. Mąż odkrył jej romans, ale ona nie 

ma   bladego   pojęcia   o   jego   brudnych   sekretach.   Mam   ochotę   naskarżyć   na   pułkownika 
Taylora. O jego spotkaniach z Jeevanem Kumarem na pustych parkingach. Ale tym, którzy 

mieszkają w szklarni, nie wolno rzucać kamieniami, poza tym stale dręczy mnie lęk, że pan 
Wszystkowiedzący może się dowiedzieć, jak wypchnąłem przez balustradę Shantarama. I że 

może o mnie wiedzieć rzeczy, o których nawet ja nie wiem.

Podczas gdy w domu Taylorów dzieją się wszystkie te szaleństwa, Jai coraz bardziej 

działa   mi   na   nerwy.   Na   początku  gotował   źle   i   gotuje   coraz   gorzej.   Jego   rosoły   są   tak 

klarowne, że nie ma w nich nawet smaku, jego curry smakuje jak wióry i nawet Rover nie 
chce   jeść   jego   steków.   Jai   zanudza   mnie   na   śmierć   opowieściami   o   warsztacie 

samochodowym i pomysłach na zdobycie stu pięćdziesięciu tysięcy. Już chcę się poskarżyć 
na niego pułkownikowi Taylorowi, gdy nagle rodzinę spotyka tragedia. W Adelaide umiera 

matka   pułkownika   Taylora.   Wszyscy   są   bardzo   smutni.   Pierwszy   raz   widzimy   wrażliwą 
stronę natury oficera.

- Wyjeżdżamy  na cały  tydzień - mówi pułkownik do Jaia  zgaszonym tonem. - Dom 

będzie zamknięty. Ty i Thomas możecie jeść na mieście.

Maggie i Roy płaczą. Pani Taylor ma zaczerwienione oczy. Oczywiście  Bhagwati też 

szlocha. Nawet mnie oczy wilgotnieją. Tylko jeden człowiek uśmiecha się, chytrze schowany 

za ścianą kuchni. Jai.

Tej nocy Jai włamuje się do domu Taylorów. W ogóle nie wchodzi do pokoi dzieci ani 

do sypialni gospodarzy. Idzie prosto do Gabinetu. Najpierw wyłącza prąd w gniazdkach. 
Potem robi zwarcie  w skrzynce elektronicznej,  rozcina  kłódkę piłą łańcuchową,  odsuwa 

żelazną kratę i kopniakiem otwiera drewniane drzwi.

Budzi mnie straszny wrzask dobiegający z rezydencji Taylorów. O trzeciej nad ranem 

wbiegam do domu i odkrywam dzieło Jaia, który jest w Gabinecie i wali głową w ścianę.

- Co za sukinsyny. Mieszkają jak królowie, a w domu nie mają ani grosza - piekli się.

W głowie odzywa mi się dzwonek alarmowy. Jestem pewien, że pan Wszystkowiedzący 

dowie się o zdradzie Jaia, mimo że jest na pogrzebie szesnaście tysięcy kilometrów stąd. A 

ja zostanę uznany za winnego z powodu swoich związków ze sprawcą.

background image

- Jai, coś ty zrobił, głupcze?! - krzyczę.

- To, po co tu przyszedłem. Jestem zawodowym złodziejem, Thomas. Spędziłem osiem 

lat   w   więzieniu   Tihar.   Myślałem,   że   Taylor   pozakładał   tyle   zabezpieczeń,   bo   trzyma   w 

pokoju rodzinne klejnoty. Ale tu nie ma ani grosza. Sześć miesięcy roboty na darmo. Dobra, 
włączam   z   powrotem   prąd   i   zabieram   się   stąd.   Biorę   odtwarzacz   VCD   i   telewizor   z 

magnetowidem i DVD. Tyle co nic, ale muszę przestrzegać zasad zawodowych. Możesz po 
mnie posprzątać. A jak będziesz próbował wzywać policję, połamię ci wszystkie kości.

Po wyjściu Jaia rozglądam się po pokoju. Pełno w nim różnych dziwnych gadżetów: 

mikrofonów   przypominających   maleńkie   słoneczniki   i   miniaturowych   kamer,   które 

wyglądają   jak   bezcielesne   oczy.   Są   tu   notatniki   z   napisem   „Szyfr”   i   bezsensownymi 
kombinacjami cyfr i liter. Jakieś książki z tytułami „Sztuka wywiadu”, „Podręcznik dobrego 

kontrwywiadowcy”,  „Szpiegowanie  dla opornych”. Dokumenty z różnymi nagłówkami w 
rodzaju „Ściśle tajne” i „Do wyłącznej wiadomości”, rozmaite rysunki, z których jeden jest 

opatrzony podpisem „Projekt reaktora jądrowego ATV* [*Advanced Technology Vessel - 
indyjski   atomowy   okręt   podwodny,   nad   którym   prace   trwają   od   1985   roku.]”,   a   inny 

„Schematy   łodzi   podwodnej”.   Znajduję   szufladę   pełną   minikaset   VHS.   Przyglądam   się 
ułożonym alfabetycznie  naklejkom: Ajay, Ambasador,  Bhagwati,  Jeevan,  Jones, Maggie, 

McGill, Raj, Rebecca, Roy, Shanti, Stuart. A na końcu Thomas. W drugiej szufladzie jest 
schowany przenośny magnetowid. Drżącymi rękami wyciągam swoją taśmę i wkładam do 

odtwarzacza. Na ekranie ukazuje się widok mojego pokoju. Widzę siebie leżącego w łóżku, 
piszącego   w   czerwonym   kalendarzyku,   rozmawiającego   z   Ramu,   śpiącego.   Przewijam 

taśmę,   żeby   sprawdzić,   czy   nie   zobaczę   na   niej   Shantarama.   Potem   wkładam   kasetę   z 
imieniem pani Taylor. Zona pułkownika siedzi na łóżku. Do pokoju ukradkiem wchodzi 

jakiś   mężczyzna   i   bierze   ją   w   ramiona.   Widzę   tylko   jego   plecy.   Mężczyzna   mocno   i 
namiętnie   całuje   panią   Taylor.   Nagle   rozlega   się   pukanie   i   mężczyzna   gwałtownie   się 

odwraca, spoglądając mi prosto w oczy. O mało nie umieram z przerażenia. To Wysoki 
Komisarz. Pospiesznie wyciągam taśmę i wyłączam magnetowid. Przez kilka minut stoję 

zupełnie nieruchomo, bojąc się, że nawet w tym pokoju może być gdzieś ukryta kamera. Po 
chwili   głęboko   oddycham.   Wiem   już,   jak   pułkownik   Taylor   stał   się   panem 

Wszystkowiedzącym. Założył podgląd w całym domu i pewnie też w całej ambasadzie. Jest 
szpiegiem. Ale ja nie jestem Steve’em Nolanem z „Łowcy szpiegów”. Zarabiam tysiąc pięćset 

rupii   miesięcznie,   a   w   czerwonym   kalendarzyku   podliczyłem   wszystkie   zaległe   pobory, 
które do dziś wynoszą czterdzieści trzy i pół tysiąca. I nie chcę, żeby te pieniądze zostały 

tylko w kalendarzyku. Chcę dotknąć grubych plików gotówki, poczuć gładkość nowiutkich 

background image

banknotów.   Dlatego   będę   trzymał   język   za   zębami.   I   uśmiechał   się,   gdy   tylko   zobaczę 

uśmiech na twarzy sahiba i memsahib.

Dzwonię pod numer telefonu komórkowego pułkownika Taylora.

- Przepraszam, że panu przeszkadzam, ale w domu była kradzież. Jai zabrał odtwarzacz 

VCD i telewizor. I włamał się do Gabinetu.

- Co???
- Tak, proszę pana. Przykro mi, proszę pana.

- Posłuchaj, Thomas. Masz natychmiast zabezpieczyć Gabinet.
Wyjmij wyłamaną kłódkę. Nie musisz wchodzić do pokoju. Wystarczy, żebyś zamknął 

drzwi na jeden zamek i nie pozwalał nikomu tam wchodzić. I pamiętaj, żebyś pod żadnym 
pozorem nie wzywał  policji.  Jeżeli  włączy  się alarm,  wstukaj  na klawiaturze  kod 0007. 

Zapamiętasz? 0007 i alarm się wyłączy. Przylatuję najbliższym samolotem i powinienem 
być w Delhi jutro po południu, ale dopóki nie przyjadę, niech nikt inny nie wchodzi do 

Gabinetu. Zrozumiałeś?

- Tak, proszę pana.

Pułkownik   Taylor   wraca   do   Delhi,   nie   biorąc   udziału   w   pogrzebie   matki.   Ledwie 

taksówka zatrzymuje się pod domem, wpada do Gabinetu. Po chwili wychodzi z wyrazem 

ulgi na twarzy.

- Dzięki Bogu, z pokoju nic nie zginęło. Świetna robota, Thomas. Wiedziałem, że mogę 

na tobie polegać.

W ciągu następnych sześciu miesięcy moje życie wraca do dawnego codziennego rytmu. 

Taylorowie przyjmują do pracy nowego kucharza, który nigdy w życiu nie zbliżył się do 

więzienia Tihar. Bhagwati zostaje zwolniony za to, że bez pozwolenia pożyczył samochód na 
wesele krewnych. Wychodzi na jaw, że Maggie ma nowego chłopaka, Jamesa, który dostaje 

zakaz   wchodzenia   do   domu.   Roy   jest   przyłapany   na   zażywaniu   narkotyków   i   dostaje 
porządne lanie. Pani Taylor i pułkownik dalej rozmawiają ze sobą w lodowato oficjalnym 

tonie. Pułkownik  Taylor,  jak przypuszczam,  nadal  spotyka  się z Jeevanem Kumarem w 
ciemnych alejach i na pustych parkingach.

Maggie i Roy grają w salonie w scrabble i proszą, żebym się przyłączył. Biorąc udział w 

tej grze, nauczyłem się wielu nowych słów, takich na przykład jak „kutafon”, „pychota”, 
„trep”,   „szmalec”,   „paker”   i   „tentego”.   Zawsze   wygrywa   Maggie.   Ma   naprawdę   bogate 

słownictwo.   Tylko   ona   zna   dziewięcioliterowe   słowa,   a   kiedyś   ułożyła   nawet 

background image

dziesięcioliterowe.   Ja   zwykłe   jestem   najgorszy.   Układam   słowa   w   rodzaju   „pod”,   „to”, 

„kosz” i „rura”. Od wielkiego święta udaje mi się ułożyć jakieś dłuższe słowo, ale i tak na 
koniec mam najmniej punktów. Czasami wydaje mi się, że Roy zaprasza mnie do gry tylko 

po to, żeby nie być ostatni.

Dzisiaj losuję nie najlepsze litery. Trafiają mi się Ź, Ą, Ń i S. Gra już dobiega końca. 

Maggie ma 195 punktów, Roy 160, a ja 104. Moje ostatnie siedem liter to Z, S, T, O, W, S i 
O.   Zamierzam   ułożyć   „zoo”   albo   „stos”.   Potem   Roy   wykorzystuje   O   z   jednego   ze   słów 

Maggie i układa „pieg”. Nagle mnie olśniewa i przed P szybko kładę S i Z, a po G płytki z 
literami O, S, T, W i O. „Szpiegostwo”. To cale piętnaście punktów, w dodatku pomnożone 

przez   trzy,   bo   jedną   z   liter   kładę   na   czerwonym   polu,   plus   premia   w   wysokości 
pięćdziesięciu punktów za wyłożenie wszystkich siedmiu płytek. W sumie 95 punktów. I co 

ty na to, Maggie?

Przez cały dzień krążę obok telefonu. Maggie czeka na telefon od Jamesa i kazała mi 

szybko   odebrać,   zanim   słuchawkę   zdąży   podnieść   pułkownik   siedzący   w   Gabinecie. 

Piętnaście po siódmej wreszcie rozlega się dzwonek. Błyskawicznie łapię za słuchawkę. Ale 
pułkownik Taylor w Gabinecie jest szybszy.

- Halo - mówi.
Po drugiej stronie słychać ciężki oddech. Potem przez szum przebija się głos Jeevana 

Kumara:

- Spotkajmy się jutro, w czwartek o ósmej przy lodziarni Kwality obok Bramy Indii. 

Mam bombowy materiał.

- Dobrze   -   odpowiada   krótko   pułkownik   Taylor   i   się   rozłącza.   Pułkownik   siedzi   w 

salonie z puszką fostera w ręku i ogląda ostatni odcinek „Łowcy szpiegów”. Tym razem 
Steve Nolan ma poważny dylemat. Odkrył, że jego najlepszy przyjaciel, z którym chodził do 

college’u  i który  był świadkiem  na  jego ślubie,  to szpieg komuchów.  Nolan  jest bardzo 
smutny. Nie wie, co robić. Siedzi wymięty i rozczochrany przy barze i pije mnóstwo whisky. 

Nagle barman mówi do niego:

- Na świecie jest pełno brudu, ale jeżeli nikt nie zechce tego sprzątać, cały kraj utonie w 

gównie.

Słysząc   to,   Steve   Nolan   podejmuje   decyzję   i   zrywa   się   z   miejsca.   Pędzi   swoim 

czerwonym ferrari do domu szpiega komuchów.

- Jesteś   dobrym   człowiekiem,   ale   robisz   złą   robotę   -   mówi   do   przyjaciela,   a   potem 

wyjmuje  pistolet.   -   Przyjaźń   to   ważna   rzecz.   Ważniejszy   jest  jednak   kraj.   Przykro   mi  - 

background image

dodaje i strzela.

Nazajutrz o dziesiątej wieczorem zatrzymują się przed domem z piskiem opon policyjny 

dżip i morris ambasador z migającymi czerwonymi kogutami. Z samochodu wysiada ten 

sam inspektor, który aresztował Ramu, w towarzystwie komisarza. Jest z nimi pułkownik 
Taylor, który wygląda jak Steve Nolan w barze. Po dziesięciu minutach przyjeżdża Wysoki 

Komisarz z posępną miną.

- O   co   chodzi?   -   pyta   komendanta.   -   Dlaczego   pułkownik   Taylor   został   uznany   za 

persona   non   grata   i   ministerstwo   spraw   zagranicznych   nakazało   mu   wyjechać   w   ciągu 
czterdziestu ośmiu godzin?

- Ekscelencjo, mamy dowody, że pański podwładny oddawał się działalności niezgodnej 

ze   statusem   dyplomaty.   Obawiam   się,   że   będzie   musiał   opuścić   kraj   -   odpowiada 

komendant.

- Ale o co jest oskarżony?

- Przyłapaliśmy go na gorącym uczynku, gdy odbierał ważne i ściśle tajne dokumenty 

od niejakiego Jeevana Kumara, pracownika ministerstwa obrony.

Pułkownik Taylor jest śmiertelnie blady. Nie mówi, że ci przeklęci Hindusi łżą jak psy. 

Stoi pośrodku salonu ze spuszczoną głową. Wysoki Komisarz ciężko wzdycha.

- Muszę powiedzieć, że pierwszy raz w mojej karierze mój urzędnik zostaje uznany za 

persona non grata. Proszę mi wierzyć, Charles na pewno nie jest szpiegiem. Ale jeżeli musi 

wyjechać, nie ma innego wyjścia. - Odciąga komendanta policji na bok. - Panie Chopra, 
dostał pan ode mnie niejedną skrzynkę black label. Może mi pan wyświadczyć przysługę i 

odpowiedzieć na jedno pytanie?

- Oczywiście.

- Ciekaw   jestem,   jak   się   pan   dowiedział   o   dzisiejszym   spotkaniu   Charlesa.   Czy   ten 

Kumar naprowadził was na jego trop?

- Zabawne, że pan pyta. Nie, to nie był Kumar. Wręcz przeciwnie, to jeden z waszych. 

Dziś  rano  zadzwonił  do inspektora  Tyagiego   i powiedział   mu,  żeby  o ósmej  wieczorem 

pojechał   pod   Bramę   Indii,   gdzie   przyłapie   pułkownika   Taylora   odbierającego   tajne 
dokumenty.

- Nie wierzę. Skąd pewność, że to był Australijczyk?
Do rozmowy wtrąca się inspektor Tyagi.

- Cóż, panie ambasadorze, zdradził go akcent. Ten człowiek powiedział coś w rodzaju 

„Dziędbry, jedźcie pod Brameł Indjii o ósmej wijeczorem”. Tylko Australijczyk mógłby tak 

mówić, nie sądzi pan?

background image

Następnego dnia pułkownik Taylor opuszcza Delhi na pokładzie samolotu linii Qantas. 

Pani Taylor i dzieci mają dołączyć do niego później. Ja też opuszczam dom Taylorów. Z 

trzema   breloczkami,   sześcioma   koszulkami,   trzydziestoma   numerami   „Australian 
Geographic”,   które   sprzedam  kabariwalli.  I  pięćdziesięcioma   dwoma   tysiącami   rupii  w 

gotówce. W nowiutkich banknotach.

Zegnam   się   z   rodziną   Taylorów.   Roy   zachowuje   się   jak   świrus.   Odkąd   zaczął   brać 

narkotyki, ciągle ma ostrą fazę. Maggie buja się w Jamesie. Nie martwię się też o panią 
Taylor. Wiem, że dopóki ma obok siebie Wysokiego Komisarza, wszystko będzie gites. A ja 

wyjeżdżam spotkać się w Mumbaju z Salimem. To dopiero będzie total!

Smita patrzy na zegarek. Jest już wpół do drugiej w nocy.
- Na pewno pani chce, żebyśmy kontynuowali? - pytam.

- A jaki mamy wybór? - odpowiada. - Jutro oficjalnie przedstawią ci zarzuty. - Znów 

wciska klawisz odtwarzania na pilocie.

Znowu trwa przerwa na reklamy. Prem Kumar postukuje w stolik.

- Wie   pan   co,   panie   Thomas,   szczęście   w   końcu   pana   opuści.   Idę   o   zakład,   że   na 

następne   pytanie   pan   nie   odpowie.   Lepiej   niech   się   pan   przygotuje,   bo   trzeba   będzie 

wykorzystać łódź ratunkową.

Rozlega się sygnał.

Prem Kumar zwraca się przodem do mnie.
- Przechodzimy   do  pytania   numer  pięć  za   pięćdziesiąt   tysięcy   rupii.   Dotyczy   świata 

dyplomacji. Proszę powiedzieć, czy kiedy rząd uznaje zagranicznego dyplomatę za persona 
non   grata,   oznacza   to,   że   a)   dyplomata   ma   zostać   uhonorowany,   b)   należy   przedłużyć 

kadencję   dyplomaty,   c)   dyplomata   jest   wdzięczny   czy   d)   dyplomata   jest   niepożądany? 
Zrozumiał pan pytanie, panie Thomas?

- Tak - mówię.
- Świetnie. Czekamy zatem na odpowiedź. Proszę pamiętać, ma pan do dyspozycji dwie 

łodzie   ratunkowe.   Może   pan   poprosić  o   pomoc   przyjaciela   albo  o   „pół   na   pół”,   czyli  o 
usunięcie   dwóch   błędnych   odpowiedzi.   Wtedy   będzie   pan   miał   wybór   między   dwiema 

możliwościami. Co pan na to?

- Wybieram D.

- Słucham?

background image

- Powiedziałem, że wybieram odpowiedź D. Dyplomata jest niepożądany.

- Czyżby próbował pan zgadywać? Proszę pamiętać, że jeśli poda pan złą odpowiedź, 

może   pan   stracić   dziesięć   tysięcy,   jakie   pan   dotychczas   wygrał.   Wolno   też   panu 

zrezygnować z gry.

- Znam odpowiedź. D. Publiczność wstrzymuje oddech.

- Jest pan absolutnie, w stu procentach pewien? - Tak.
Słychać crescendo bębnów. Na ekranie rozbłyskuje właściwa odpowiedź.

- Absolutnie,   w   stu   procentach   poprawnie!   Właśnie   pan   wygrał   pięćdziesiąt   tysięcy 

rupii! - oznajmia Prem Kumar. Publiczność wstaje z miejsc i wiwatuje. Prem Kumar ociera 

pot z czoła. - Muszę przyznać, że to niebywałe - mówi głośno. - Dziś pan Thomas naprawdę 
nazywa się Wszystkowiedzący!

background image

100 000

UWAGA NA GUZIKI

Khallas. Koniec - mówię, cedząc sylaby. - Nie ma więcej whisky. Zamykamy. Proszę iść 

do domu.

- Nnieee. Proszę tak nie mówić. Jeszsze kieliszeszek. Osztatni - błaga klient i wyciąga 

pustą szklankę. Patrzę na zegarek. Jest za piętnaście pierwsza. Teoretycznie bar zamykamy 
dopiero o pierwszej. Krzywię się, ale biorę butelkę rumu Black Dog.

- Sto rupii - żądam. Mężczyzna wyciąga z kieszeni koszuli zmięty banknot i nalewam 

mu dokładnie odmierzoną szklaneczkę.

- Dziękuję, bbbarmanie - mówi, wychyla rum do dna i opada na stół, z hukiem strącając 

szklankę   na   podłogę,   rozlewając   butelkę   wody   i   przewracając   miseczkę   z   miętowym 

chutney. Za parę sekund zaśnie kamiennym snem. I nie tylko będę musiał sprzątać cały ten 
bałagan, ale jeszcze zamówić taksówkę, pomóc facetowi wstać i wyprawić go do domu. I 

chociaż przytomnie kazałem mu zapłacić z góry, to o napiwku mogę zapomnieć.

Być może sam jestem wszystkiemu winien. Wyraźnie było widać, że klient lada chwila 

zwali się z nóg. Wydawało mi się jednak, że zniesie jeszcze jedną miarkę. Jak zwykle byłem 
w błędzie.

Mimo   że   spędziłem   w   barzerestauracji   „U   Jimmy’ego”   już   dwa   miesiące,   wciąż   nie 

potrafię dokładnie ocenić możliwości klienta. Udało mi się jednak opracować schematyczną 

klasyfikację typów pijackich. Na pierwszym miejscu stawiam konie. To typ, który potrafi 
wypić osiem szklaneczek i ciągle mówi całkiem wyraźnie. Niżej jest osioł, który po dwóch 

albo trzech miarkach zaczyna ryczeć i bełkotać albo robi się sentymentalny, rozkleja się i 
płacze. Dalej idzie pies. Im więcej pije, tym bardziej rwie się do kłótni czy bójki. Niektórzy 

zaczynają się nawet kleić do Rosie. Na dalszym miejscu stawiam niedźwiedzia, który pije, a 
potem zasypia. Na samym dole są świnie, które wymiotują po ostatniej szklaneczce. Moja 

klasyfikacja   nie   jest  sztywna   i   ostateczna.   Widziałem   już   klientów,   którzy  zaczynali   jak 
konie, a kończyli jak świnie. I psy, które zmieniały się w niedźwiedzie. Ten na szczęście 

okazał się niedźwiedziem, nie świnią.

Pozbywam się ostatniego pijaka i spoglądam na ścienny zegar. Dziesięć po pierwszej. 

Odkąd Rosie i jej ojciec wyjechali na wakacje do Goa, prawie codziennie wracam do swojej 
klitki w Dharavi po północy. Zresztą na własne życzenie. Gdybym nie powiedział szefowi, że 

wiem, jak przyrządzać drinki i odmierzać whisky, że umiem odróżnić campari z wodą od 
krwawej Mary, nie poprosiłby mnie, żebym podczas nieobecności Alfreda stanął za barem.

background image

Na ścianach „U Jimmy’ego” w Colabie wiszą wyblakłe ryciny, za barem lustra. Stoją tu 

solidne drewniane meble, a w karcie można znaleźć najlepsze dania w całym południowym 
Mumbaju.   Ze   względu   na   świetne   jedzenie   i   niskie   ceny   klientelę   stanowią   ludzie   z 

przeróżnych środowisk. Każdego dnia można zobaczyć przy tym samym barze dyrektora z 
najwyższego   szczebla,   sączącego   drinka,   i   zwykłego   robotnika   z   fabryki.   Szef   nalega, 

żebyśmy   nawiązywali   rozmowy   z   klientami   przy   barze,   bo  ludzie   więcej   piją,   gdy  mają 
towarzystwo.   Ojciec   Rosie,   trzęsący   się   ze   starości   barman   Alfred   D’Souza,   gawędzi   z 

gośćmi po mistrzowsku. Jest po imieniu z większością stałych bywalców i przesiaduje z 
nimi godzinami, wysłuchując ich smętnych opowieści i systematycznie powiększając ich 

rachunek. Rosie też nabiera wprawy jako barmanka. Siedzi za barem ubrana w bluzkę z 
dużym dekoltem i obcisłą spódnicę, od czasu do czasu pochyla się, ukazując rowek między 

piersiami i namawiając klientów,  żeby zamiast tanich  indyjskich marek zamówili drogą 
importowaną whisky. Czasem przez swoje figle naraża się na chamskie zaczepki różnych 

prostaków,   którzy   uważają   ją   za   łatwą   zdobycz.   Wtedy   muszę   występować   w   roli 
nieoficjalnego wykidajły.

Pan Alfred D’Souza sądzi, że między Rosie a mną na coś się zanosi i kiedy jego córka 

jest w pobliżu, nie spuszcza ze mnie oka.

Ale bardzo się myli. Rosie jest uroczą dziewczyną, niewysoką i z dużym biustem. Kiedy 

przechyla głowę i od czasu do czasu do mnie mruga, mam wrażenie, że próbuje dać mi 

znak.   Mój   mózg   nie   potrafi   go   jednak   odebrać.   Jest   całkowicie   opanowany   przez 
wspomnienia   o   jednej  osobie:   Nicie.   Lekarze   w  Agrze   mówili,   że   potrzeba   co   najmniej 

czterech miesięcy, żeby wyleczyć wszystkie rany Nity. Wiem, że Shyam nigdy nie pozwoli 
się jej ze mną spotkać. Dlatego wróciłem do Mumbaju: aby odpędzić duchy Agry, duchy 

żywych i umarłych. Ale nie potrafię uciec od własnej przeszłości w tym mieście. Na każdym 
skrzyżowaniu   czyhają   na   mnie   wspomnienia.   Na   ulicach   szydzi   ze   mnie   Shantaram, 

niewydarzony astronom. W miejskiej kolejce woła do mnie aktorka Neelima Kumari. A z 
każdego billboardu spogląda na mnie mój przyjaciel Salim. Świadomie jednak podjąłem 

decyzję, że nie spotkam się z Salimem. Nie chcę, żeby wciągnął go wir mojego szalonego 
życia i moich szalonych planów.

Mieszkam   w   zakątku   Mumbaju,   który   nosi   nazwę   Dharavi,   w   ciasnym   baraku   o 

powierzchni   dziesięciu   metrów   kwadratowych,   bez   światła   i   wentylacji,   pod   dachem   z 
blachy falistej. Kiedy górą jedzie pociąg, chatka mocno się trzęsie. Nie mam bieżącej wody 

ani   urządzeń   sanitarnych.   Tylko   na   tyle   mnie   stać.   Ale   w   Dharavi   nie   jestem   sam.   Na 

background image

dwuhektarowym trójkącie bagnistego pustkowia miejskiego tłoczy się milion ludzi, którzy 

żyją jak zwierzęta i mrą jak muchy. Pozbawieni środków do życia przybysze z całego kraju 
walczą tu o własny skrawek nieba nad największym slumsem Azji. Co dzień dochodzi do 

kłótni   -   o   kilka   centymetrów   przestrzeni,   o   wiadro   wody   -   które   czasami   kończą   się 
dramatem.  Mieszkańcy  Dharavi   pochodzą  z   zapadłych  wiosek  w  Biharze,  Uttar   Pradeś, 

Tamilnadu   i   Gudźaracie.   Przyjechali   do   Mumbaju,   złotego   miasta,   marząc,   że   zdobędą 
bogactwo i będą żyć jak klasa  średnia. Ale złoto dawno zmieniło się w ołów, marzenia 

umarły, a umysły przeżarła gangrena. Tak jak mój.

Dharavi nie jest miejscem dla wrażliwców. Dom dla nieletnich w Delhi sprawiał, że 

czuliśmy się gorsi, lecz ponury krajobraz miejskiej nędzy w Dharavi upadla nas i wysysa z 
nas   życie.   Nad   otwartymi   ściekami   unoszą   się   roje   komarów.   Cuchnące   i   oblepione 

ekskrementami wspólne latryny są pełne szczurów, przez które mniej myśli się o smrodzie, 
a bardziej o ochronie własnego tyłka. Na każdym rogu piętrzą się sterty śmieci, z których 

zbieracze  szmat  i  tak  zawsze  wyciągną  coś  użytecznego.   Czasem  trzeba  głęboko  nabrać 
powietrza, żeby się przecisnąć przez wąskie, klaustrofobiczne alejki. Ale dla głodujących 

mieszkańców Dharavi to jest ich dom.

Dharavi   tkwi   między   nowoczesnymi   drapaczami   chmur   i   rozświetlonymi   blaskiem 

neonów centrami handlowymi, niby w sercu miasta. A miasto uparcie nie chce uznać jego 
istnienia.  Dlatego  postanowiło zdelegalizować nowotwór.  Wszystkie domy w Dharavi to 

„samowole   budowlane”   i   w   każdej   chwili   mogą   zostać   rozebrane.   Ponieważ   jednak   ich 
lokatorzy  walczą  o przetrwanie, nic ich to nie obchodzi. Mieszkają więc w nielegalnych 

domach,   korzystają   z   nielegalnej   energii   elektrycznej,   piją   nielegalną   wodę   i   oglądają 
nielegalną telewizję kablową. Pracują w niezliczonych nielegalnych fabrykach i sklepach, a 

nawet podróżują nielegalnie - na gapę - miejską kolejką, której linia przebiega przez środek 
kolonii.

Miasto ignoruje paskudną narośl Dharavi, ale nie można powstrzymać rozwoju raka, 

uznając, że jest nielegalny. Rak nadal wolno sączy trujący jad.

Co dzień dojeżdżam z Dharavi do baru „U Jimmy’ego”. Jedyna dobra strona pracy w 

tym lokalu polega na tym, że muszę tam być najwcześniej w południe. Ale w zamian za to 

trzeba   tkwić   za   barem   do   późnej   nocy,   obsługując   pijanych   chamów   z   całego   miasta   i 
wysłuchując ich żałosnych opowieści. Doszedłem do wniosku, że whisky równa wszystkich 

bez wyjątku. Każdy, i dyrektor świetnie prosperującej agencji reklamowej, i prosty robotnik 
z odlewni, jeśli nie potrafi utrzymać drinka, jest zwykłym pijakiem.

Po swoich bolesnych doświadczeniach z Shantaramem sądziłem, że nie będę już mógł 

background image

tolerować pijaków, ale jedynym lokalem,  który mi zaproponował  pracę,  była knajpa „U 

Jimmy’ego”.   Pocieszam   się   myślą,   że   łatwiej   znieść   zapach   whisky   niż   smród   wspólnej 
latryny za moją szopą, a słuchać pijackich historii mniej przykro niż tragicznych opowieści 

o gwałtach, molestowaniu, chorobach i śmierci, które co dzień można usłyszeć w barakach 
Dharavi. Nauczyłem się nawet udawać zainteresowanie i słuchając o zdradzających żonach i 

skąpych szefach, wtrącam od czasu do czasu „mhm”, „tak”, „naprawdę?” i „niech mnie!”, 
zachęcając równocześnie klientów, żeby razem z drinkami zamówili jeszcze jedną porcję 

smażonego   kurczaka   i   kolejną   miseczkę   nerkowców.   Co   dzień   czekam   na   list   od 
producentów   teleturnieju   KWM   z   wiadomością,   że   zostałem   wybrany   na   uczestnika 

programu. Ale listonosz wciąż nic dla mnie nie ma.

Powoli   zaczyna   mnie   ogarniać   poczucie   klęski.   Wydaje   mi   się,   że   nie   zdołam 

zrealizować zamiaru, z jakim przyjechałem do Mumbaju. Że płynę pod prąd. Że nie zdołam 
pokonać   potężnych   fal.   Ale   wtedy   słyszę   krzyk   mojej   ukochanej   Nity,   szloch   Neelimy 

Kumari i odzyskuję siłę woli. Muszę się dostać do tego programu. A zanim to się stanie, 
będę dalej słuchał opowieści pijaków z całego miasta. Złych historii. Zabawnych. Smutnych. 

A jedna była po prostu przedziwna.

Minęła   północ,   ale   samotny   klient   przy   barze   nie   rusza   się   z   miejsca.   Przyjechał 

mercedesem prowadzonym przez szofera i auto czeka przed drzwiami lokalu. Gość pije bez 

przerwy od dziesiątej wieczorem i stoi przed nim już piąta szklaneczka. Szofer w uniformie 
chrapie w samochodzie. Mężczyzna wygląda na trzydzieści kilka lat i ma na sobie elegancki 

ciemny garnitur, jedwabny krawat i błyszczące skórzane buty.

- Bracie, mój kochany bracie - powtarza co dwie minuty między kolejnymi łykami black 

label i kęsami kebabu shammi.

Szef pstryka palcami.

- Thomas, idź do niego i zapytaj go o brata. Nie widzisz, że biedak jest załamany?
- Ale... sahib, już po północy. Powinniśmy mu powiedzieć, żeby już wyszedł, bo inaczej 

spóźnię się na pociąg o wpół do pierwszej.

- Nie kłóć się ze mną, bo złamię ci szczękę - warczy szef. - Idź i zabaw klienta rozmową. 

Zaproponuj   mu,   żeby   zamówił   słodową   szkocką,   którą   wczoraj   przywieźli.   W   końcu 
przyjechał mercedesem.

Patrzę   na   szefa   z   bezsilną   złością,   jak   uczeń   na   szkolnego   łobuza.   Z   ociąganiem 

zawracam do baru i przysiadam się do klienta.

- Och, mój kochany bracie, mam nadzieję, że mi wybaczysz - jęczy, pogryzając kebab 

background image

shammi.  Zachowuje się jak osioł, ale mając w organizmie kilka szklaneczek, jest jeszcze 

przynajmniej w fazie przytomności i formułuje zrozumiałe słowa.

- Co się stało z pańskim bratem? - pytam.

Mężczyzna unosi głowę i patrzy na mnie spod wpółprzymkniętych powiek.
- Po co pytasz? Pogłębiasz tylko mój ból - mówi.

- Proszę mi opowiedzieć o swoim bracie. Może to właśnie złagodzi ból.
- Nie. Nic nie może złagodzić tego bólu. Nawet whisky.

- Dobrze, proszę pana. Jeżeli nie chce pan mówić o swoim bracie, nie będę pytał. A 

mogę spytać o pana?

- Nie wiesz, kim jestem?
- Nie, proszę pana.

- Nazywam   się   Prakash   Rao.   Jestem   dyrektorem   generalnym   Surya   Industries. 

Największego producenta guzików w Indiach.

- Guzików?
- Tak. Guzików do koszul, spodni, płaszczy, spódnic, bluzek. To my je produkujemy. 

Produkujemy   wszystkie   rodzaje   guzików   ze   wszystkich   materiałów.   Głównie   z   żywic 
poliestrowych,  ale  robimy też  guziki  z  tkanin,  plastiku,  skóry,  a  nawet kości  wielbłąda, 

muszli   i   drewna.   Nie   widziałeś   naszych   reklam   w   gazetach?   „Zapniesz   wszystko   -   od 
kamizelek po kalesony. Surya. Guziki to my”. Jestem prawie pewien, że przy swojej koszuli 

masz guziki wyprodukowane przez moją firmę.

- A pański brat... jak się nazywa?

- Mój brat? Arvind Rao. Och, mój biedny bracie. Och, Arvind - zaczyna znów jęczeć.
- Co się stało z Arvindem? Co takiego zrobił?

- Był właścicielem Surya Industries. Dopóki ja go nie zastąpiłem.
- Dlaczego go pan zastąpił? Proszę, naleję panu szklaneczkę słodowej prosto ze Szkocji.

- Dziękuję.  Nieźle pachnie. Pamiętam  swój miesiąc miodowy na Mauritiusie  w Port 

Louis. Tam po raz pierwszy próbowałem jednosłodowej whisky.

- Wspomniał pan o zastąpieniu brata.
- Ach, tak. Mój brat był bardzo dobrym człowiekiem. Ale musiał opuścić stanowisko 

dyrektora generalnego Surya Industries, bo oszalał.

- Oszalał? Jak to się stało? Proszę się poczęstować nerkowcami.

- To długa historia.
Cytuję jedną z ulubionych odzywek Rosie.

- Noc jeszcze młoda, a butelka pełna. Proszę zacząć.

background image

- Jesteś moim przyjacielem? - pyta, spoglądając na mnie szklistymi oczyma.

- Oczywiście,   że   jestem   pańskim   przyjacielem   -   odpowiadam,   szczerząc   zęby   w 

uśmiechu.

- Wobec tego opowiem ci swoją historię, przyjacielu. Jestem pijany. A pijany zawsze 

mówi prawdę, mam rację, przyjacielu?

- Ma pan rację.
- Tak więc, przyjacielu, mój kochany brat Arvind był wielkim biznesmenem. Stworzył 

Surya   Industries   od   zera.   Kiedyś   sprzedawaliśmy   koraliki   na   Lad   Bazarze   w   starym 
Hajderabadzie. Wiesz, na tym targowisku obok Charminar. To on dzięki mrówczej pracy 

zbudował imperium, które odziedziczyłem.

- Na pewno pomagał pan bratu w prowadzeniu firmy.

- Prawie w ogóle. Byłem zupełnie do niczego. Nie potrafiłem nawet skończyć szkoły 

średniej.   Brat   wspaniałomyślnie   wziął   mnie   pod   swoje   skrzydła   i   zatrudnił   w   dziale 

sprzedaży swojej firmy. Starałem się pracować jak najlepiej i z biegiem czasu brat zaczął 
wierzyć w moje umiejętności. Wreszcie mianował mnie szefem sprzedaży zagranicznej i 

wysłał do Nowego Jorku, gdzie mieści się nasze biuro zagraniczne.

- Do Nowego Jorku? Niech mnie! Musiało być wspaniale!

- Tak, Nowy Jork to wspaniałe miasto. Ale miałem ciężką pracę, co dzień musiałem 

wyjeżdżać,   spotykać   się   ze   sprzedawcami   i   dystrybutorami,   załatwiać   zamówienia, 

pilnować, żeby dostawy przychodziły na czas. Byłem zajęty od rana do wieczora.

- I co się potem stało? Proszę chwileczkę  zaczekać, przyniosę panu następną porcję 

kebabów.

- Dziękuję, przyjacielu. I właśnie w Nowym Jorku poznałem Julie.

- Julie? Kim jest Julie?
- Naprawdę nazywa się Erzulie De Ronceray, ale wszyscy nazywali ją Julie. Była śliczna 

i   smagła.   Miała   gęste   kręcone   włosy,   nadąsane   usta   i   szczupłą   talię.   Pracowała   jako 
sprzątaczka w budynku, gdzie wynajmowałem biuro. Była nielegalną imigrantką z Haiti. 

Słyszałeś o Haiti?

- Nie. Gdzie to jest?

- To maleńki kraj na Karaibach, niedaleko Meksyku.
- Dobrze. A więc poznał pan Julie.

- Właściwie  wymienialiśmy  od  czasu   do  czasu  krótkie  „dzień   dobry”.  Pewnego  dnia 

urząd imigracyjny przyłapał ją na tym, że pracuje bez zielonej karty. Błagała mnie, żebym 

przedstawił   ją   jako   swoją   pracownicę,   by   mogła   zalegalizować   pobyt   w   Stanach.   W 

background image

przypływie   wielkoduszności   zgodziłem   się   za   nią   poręczyć.   W   zamian   dostałem   miłość, 

szacunek i najbardziej niesamowity seks, jakiego nie zaznałem do tej pory. Wierz mi, bo 
jestem pijany. A pijany zawsze mówi prawdę, mam rację?

- Ma pan rację. Może jeszcze szklaneczkę? Świetna ta szkocka, prawda?
- Dziękuję, przyjacielu. Jesteś bardzo miły. O wiele bardziej niż Julie. Wiesz, ona mną 

manipulowała. Zerowała na moich słabościach. Byłem samotny w wielkim mieście. I tak 
koniec końców ożeniłem się z nią.

- I pojechał pan na miesiąc miodowy do Port Louis, zgadza się?
- Zgadza się. Ale po powrocie z miesiąca miodowego odkryłem ciemną stronę Julie. 

Pierwszy   raz   odwiedziłem   jej   mieszkanie   i   znalazłem   tam   mnóstwo   dziwnych   rzeczy   - 
butelki po rumie ozdobione cekinami i koralikami, przeróżne dziwaczne lalki, kamienie w 

różnych   kształtach,   krzyże,   grzechotki   i   nawet   pergamin   z   wężowej   skóry.   Miała   też 
czarnego kota, Bossu, który był bardzo złośliwy i niemiły.

Pierwszy   raz   zorientowałem   się,   że   Julie   ma   jakieś   tajemnice,   kiedy   w   Bronksie 

zaatakował mnie bandyta z nożem. Miałem szczęście i uszedłem z życiem, ale zostałem 

poważnie ranny w rękę. Julie nie pozwoliła mi iść do szpitala. Opatrzyła mi ranę ziołami, 
recytując jakieś formułki, a po dwóch dniach ślad po nożu zniknął i nie pozostała nawet 

blizna. Potem Julie powiedziała mi, że jest kapłanką wudu.

- Wudu? Co to takiego?

- Lepiej, żebyś nie wiedział, przyjacielu. Wudu to haitańska religia. Jej wyznawcy czczą 

duchy   nazywane   loa   i   wierzą,   że   w   całym   wszechświecie   istnieją   wzajemne   połączenia. 

Każda  rzecz  może mieć wpływ na inną. Nic nie jest dziełem przypadku i wszystko  jest 
możliwe. Dlatego ludzie znający się na wudu potrafią dokonywać zadziwiających rzeczy. Na 

przykład wskrzeszać zmarłych.

- Chyba pan żartuje.

- Wcale nie. Tych martwych ludzi nazywa się zombi. Mówiłem ci, że jestem pijany. A 

pijany zawsze mówi prawdę, mam rację?

- Ma pan rację. - Jego opowieść pochłonęła mnie bez reszty. Zapominam nawet, że 

mam wmuszać w niego whisky i nerkowce.

- Julie  przewróciła  moje życie  do góry nogami. Była  biedną sprzątaczką,  a  tu nagle 

zapragnęła   należeć   do   śmietanki   towarzyskiej.   Zapomniała,   że   nie   wyszła   za   bogatego 

przemysłowca, ale za brata przemysłowca. Ciągle chciała pieniędzy. Pieniędzy, których nie 
mogłem jej dać, bo nie należały do mnie. Należały do mojego brata i jego firmy.

Zmusiła mnie do kradzieży. Zaczęło się od drobnych rzeczy - kilku dolarów z tytułu 

background image

zwrotu kosztów za taksówkę, z której niby skorzystałem. Potem przyszły grubsze sprawy. 

Pieniądze   od   klienta,   których   nie   zaksięgowałem.   Podpisany   kontrakt,   zainkasować 
zaliczka,   której   nie   przesłałem   do   głównej   siedziby   firmy.   Z   czasem   suma 

sprzeniewierzonych   pieniędzy   urosła   do   pół   miliona   dolarów.   Potem   mój   brat,   których 
mieszkał tu, w Mumbaju, wszystko odkrył.

- O Boże! I co się stało?
- A   jak   sądzisz?   Brat   wpadł   we   wściekłość.   Gdyby   tylko   chciał,   mógłby   kazać   mnie 

aresztować. Ale bliższa ciału koszula. Błagałem o litość i mi wybaczył. Oczywiście przeniósł 
mnie z Ameryki do małego biura w Hajderabadzie i postanowił, że w ciągu dwudziestu 

pięciu lat spłacę ze swojej pensji przynajmniej połowę zdefraudowanych pieniędzy.

Bardzo chętnie przystałem na jego warunki. Byłem gotów na wszystko, byle tylko nie iść 

do   więzienia.   Ale   Julie   była   wściekła.   „Jak   brat   mógł   tak   wobec   ciebie   postąpić?”   - 
podżegała mnie. - „Masz w firmie takie same udziały, musisz walczyć o swoje prawa”.

Z   czasem   jej   namowy   zaczęły   skutkować.   Coraz   częściej   myślałem,   że   Arvind   jest 

podstępnym i przebiegłym człowiekiem, który potraktował mnie jak śmiecia. Pewnego dnia 

Arvind   przyjechał   do   Hajderabadu   odwiedzić   moje   małe   biuro.   Znów   znalazł   dowody 
jakiejś   drobnej   kradzieży   i   stracił   nad   sobą   panowanie.   W   obecności   wszystkich 

pracowników   zwymyślał   mnie  i   obrzucił   wyzwiskami,   powiedział,   że   do   niczego   się  nie 
nadaję, i zagroził, że firma się mnie pozbędzie.

- Byłem   zdruzgotany.   Pierwszy   raz   miałem   ochotę   odpłacić   się   bratu   tym   samym. 

Opowiedziałem o incydencie Julie, która wybuchła gniewem. „Przyszła pora dać twojemu 

bratu nauczkę” - powiedziała. - „Chcesz się zemścić?”. „Tak” - odpowiedziałem, bo jego 
zniewagi sparaliżowały mi umysł. „Dobrze. Przynieś mi więc guzik z jakiejś brudnej koszuli 

brata i kosmyk jego włosów”. „Skąd wezmę kosmyk jego włosów?” - spytałem. „To już twoja 
sprawa” - powiedziała Julie. Słuchaj, może mi nalejesz jeszcze miareczkę?

Pospiesznie napełniam mu szklankę.
- I jak zdobył pan włosy brata i guzik z jego koszuli?

- To było proste. Odwiedziłem go w Mumbaju, zostałem u niego na noc i oderwałem 

guzik  z  koszuli,  którą   włożył  do kosza  z  brudną  bielizną.  Potem  znalazłem   fryzjera,   do 

którego   chodził,   i   za   łapówkę   dostałem   kosmyk   włosów,   gdy   następnym   razem   Arvind 
przyszedł się ostrzyc. Powiedziałem, że chcę złożyć włosy w ofierze Śri Venkateswarze w 

świątyni Tirupathi.

- Tak więc miesiąc później przyniosłem Julie guzik i włosy. Potem Julie zrobiła  coś 

zdumiewającego. Wzięła szmacianą lalkę w jakieś dziwne czarne paski. Przyszyła guzik do 

background image

brzucha lalki, a włosy przyczepiła do jej głowy. Później zabiła koguta i wytoczyła jego krew 

do rondla. Zanurzyła głowę lalki we krwi koguta. Potem zabrała ją do swojego pokoju, gdzie 
wypowiadała   różne   zaklęcia   i   używała   tajemniczych   ziół   i   korzeni.   Później   wyciągnęła 

czarną   szpilkę  i  powiedziała:  „Lalka  wudu  jest  gotowa.  Tchnęłam   w  nią  ducha   twojego 
brata. Odtąd cokolwiek zrobisz tą czarną szpilką lalce, to samo spotka twojego brata w 

Mumbaju. Jeżeli na przykład wbiję szpilkę w głowę lalki, twojego brata okropnie rozboli 
głowa.   Jeżeli   wbiję   szpilkę   głęboko   w   guzik,   twój   brat   będzie   miał   silne   bóle   w   piersi. 

Spróbuj”. Sądziłem, że żartuje, ale dla świętego spokoju wbiłem czarną szpilkę w biały guzik 
na   brzuchu  lalki.   Po  dwóch   godzinach   dostałem   telefon   z  Mumbaju   z   wiadomością,   że 

Arvind przeszedł lekki zawał serca i trafił do szpitala Breach Candy.

- O Boże! Nie do wiary - wołam zdumiony.

- Tak. Możesz sobie wyobrazić, jaki byłem wstrząśnięty. Nie dlatego, że Arvind miał 

zawał, ale dlatego, że Julie dzięki czarnej magii naprawdę stworzyła lalkę wudu.

W ciągu następnych dwóch miesięcy lalka stała się moją sekretną zabawką. Całą swoją 

frustrację,   wszystkie   ukryte   urazy   do   brata   rozładowywałem   na   lalce.   Czerpałem 

perwersyjną przyjemność z zadawania mu bólu i cierpień. Zrobiłem sobie z tego obłąkaną 
rozrywkę. Zabierałem lalkę do Mumbaju i przyglądałem się Arvindowi, jak wije się z bólu 

na trawniku przed domem, podczas gdy delikatnie drażniłem szpilką guzik lalki. Stopniowo 
zacząłem   korzystać   z   lalki   nawet   w   obecności   innych   osób.   Wziąłem   ją   do 

pięciogwiazdkowego   hotelu,   gdzie   Arvind   podejmował   klientów   z   Japonii.   Siedziałem 
skromnie   przy   stoliku   w   kącie.   Mój   brat   mówił:   „...Tak,   panie   Harada,   zamierzamy 

otworzyć filię w Japonii, ale reakcja Nippon Button Company nie była zbyt przychylna. 
Chcemy także..”. Nagle wbiłem szpilkę w głowę lalki. „Auuuuuuu!” - wrzasnął mój brat i 

obiema   rękami   chwycił   się   za   głowę.   Zagraniczni   klienci   wyszli   z   hotelu   jeszcze   przed 
kolacją.

Zabrałem   lalkę   na   wesele   krewnych   w   Bangalore,   na   które   zostałem   zaproszony   z 

bratem.   W   chwili   gdy   Arvind   miał   udzielić   błogosławieństwa   nowożeńcom,   chwyciłem 

szpilkę. „Niech Bóg was błogosłauuuuuuuuuuu!” - wrzasnął i huknął głową pana młodego 
ku   wielkiemu   niezadowoleniu   wszystkich   gości.   Tego   wieczoru   wiele   osób   wyrażało 

współczucie dla mnie i mówiło, jak im przykro, że Arvind wolno pogrąża się w obłędzie.

Zabrałem lalkę na uroczystość, na której Arvind miał dostać nagrodę dla najlepszego 

przedsiębiorcy.   Mój   brat   wygłaszał   podziękowania,   trzymając   w   rękach   kryształowe 
trofeum. „Przyjaciele, czuję się niezwykle zaszczycony, trzymając tę piękną nagrodę. Przez 

cale życie wierzyłem w dewizę, która mówi, że ciężka praca i auuuuuuuuuuuuuu!”. Szklane 

background image

trofeum wypadło mu z rąk i rozbiło się na milion kawałków.

- Arvind poszedł do lekarza,  który zrobił mu rezonans magnetyczny  i nie stwierdził 

żadnych fizycznych zmian w głowie. Lekarz poradził mu konsultację u psychiatry.

Wreszcie zabrałem lalkę na doroczne zebranie akcjonariuszy i usiadłem w ostatnim 

rzędzie. Arvind składał sprawozdanie dyrektora generalnego. „I tak, drodzy akcjonariusze, 

miło mi poinformować, że w minionym kwartale nasza firma odnotowała znaczny wzrost 
dochodów brut... auuuuuuuuuuuuuu!”. Potem rozpętało się prawdziwe piekło. Wzburzeni 

akcjonariusze żądali natychmiastowego ustąpienia obłąkanego dyrektora generalnego. W 
ciągu tygodnia zmuszono go do rezygnacji ze stanowiska. Ja zostałem nowym dyrektorem 

generalnym, a mojego brata zamknięto w szpitalu psychiatrycznym.

Brat   spędził   w   zakładzie   dwa   lata.   W   tym   czasie   moje   bogactwo   urosło   do 

niewyobrażalnych   rozmiarów.   Julie   wreszcie   miała   wszystko,   czego   zawsze   pragnęła. 
Sprowadziła z PortauPrince swoją matkę i brata, którzy zamieszkali z nami w Mumbaju. Ale 

zdobywając przywileje zamożnego człowieka, zacząłem się zastanawiać nad swoim życiem i 
sposobem, w jaki zdobyłem majątek. A potem poznałem Jyotsnę.

- Kim jest Jyotsna?
- Oficjalnie moją nową sekretarką, ale naprawdę kimś znacznie ważniejszym. Jest moją 

bratnią duszą. Łączy mnie z nią o wiele więcej, niż kiedykolwiek mogłoby mnie łączyć z 
cudzoziemką taką jak Julie. Jyotsna jest zupełnym przeciwieństwem Julie. To dzięki niej 

uświadomiłem   sobie,   jak   ogromną   krzywdę   wyrządziłem   swojemu   starszemu   bratu. 
Postanowiłem wydostać Arvinda ze szpitala psychiatrycznego.

- I udało się panu go stamtąd zabrać?
- Nie. Było już za późno. W zakładzie torturowali go i poddawali elektrowstrząsom. Dwa 

tygodnie temu umarł.

- Co?

- Tak. Mój biedny brat nie żyje - szlocha. - Mój ukochany brat nie żyje. - Ukrywa twarz 

w dłoniach. - I to ja go zabiłem.

Otrząsam się z oszołomienia. Pan Rao jest coraz bardziej zamroczony, z osła szybko 

zmienia się w psa.

- Ta dziwka Julie... nareszcie ją zdemaskuję. Wyrzucę z domu jej tłustą matkę i pozbędę 

się tego nicponia, jej brata. Zabiję jej wrednego kota i każę Julie opuścić Mumbaj raz na 

zawsze. Niech sobie zgnije na swoim Haiti! Tak!

- Ale jak pan zamierza to zrobić?

W oczach Prakasha pojawia się chytry błysk.

background image

- Jesteś moim przyjacielem, a ja jestem pijany. Pijany zawsze mówi prawdę. Powiem ci 

więc,   że   spotkałem   się   już   z   adwokatem   i   przygotowałem   pozew  rozwodowy.   Jeżeli   się 
zgodzi,   świetnie,   a   w  przeciwnym   razie   mam  dla   niej   coś   innego.   Zobacz.   -  Wyciąga   z 

kieszeni  spodni  jakiś  przedmiot.   To  mały  rewolwer   z krótką  lufą,   bardzo  poręczny,   nie 
większy niż moja pięść. Na gładkim i lśniącym metalu nie ma żadnych znaków. - Spójrz na 

to cacko. Zamierzam nim odstrzelić jej głowę. Potem ożenię się z Jyotsną. Jesteś moim 
przyjacielem. A ja jestem pijany. Pijany zawsze mówi prauuuuuuuuuuuuuuuuuu!!! - Nagłe 

wydaje przeraźliwy wrzask, chwyta się za serce i pada twarzą na stół, przewracając butelkę 
słodowej szkockiej i rozsypując nerkowce po całej podłodze.

Wygląda na to, że znów nie dostanę napiwku.

Po półgodzinie przyjeżdża policyjny dżip z migającym czerwonym kogutem. Nadjeżdża 

też karetka, z której wysiada lekarz w białym kitlu i po chwili oznajmia, że Prakash Rao 

zmarł na skutek ciężkiego zawału serca. Przeszukują mu kieszenie. Znajdują portfel pełen 
banknotów, zdjęcie ślicznej Hinduski i plik papierów z nagłówkiem „Pozew rozwodowy”. 

Nie ma żadnej broni. Przecież nieboszczyk broni nie potrzebuje.

Smita patrzy na mnie z rozbawioną miną.
- Chyba nie chcesz, żebym uwierzyła w te brednie?

- Niczego nie chcę oceniać. Przekazałem tylko to, co opowiedział mi Prakash Rao. To, co 

zobaczyłem i usłyszałem.

- W takich rzeczach na pewno nie ma ani odrobiny prawdy.
- Powiem tylko tyle, że czasem prawda bywa dziwniejsza od wymysłów.

- Nie uwierzę, że Rao zginął przez kogoś, kto przebił lalkę wudu. Sądzę, że zmyśliłeś tę 

historię.

- Dobrze, może pani nie wierzyć w tę historię, ale jak wytłumaczy pani moją odpowiedź 

na następne pytanie?

Smita naciska przycisk odtwarzania.

Prem Kumar postukuje w blat stolika.
- Panie   i   panowie,   przechodzimy   do   kolejnego   pytania,   pytania   numer   sześć   za   sto 

tysięcy   rupii.   Należy   ono   do   ulubionych   pytań   we   wszystkich   teleturniejach.   Tak   jest. 
Mówię o stolicach państw. Panie Thomas, jak dobrze zna się pan na stolicach? Czy wie pan 

na przykład, jakie miasto jest stolicą Indii?

background image

Publiczność chichocze. Widzowie są gotowi uwierzyć, że kelner może nie znać nawet 

stolicy własnego kraju.

- Nowe Delhi.

- Doskonale. A jakie miasto jest stolicą Stanów Zjednoczonych?
- Nowy Jork.

Prem Kumar wybucha śmiechem.
- Nie. Błędna odpowiedź. Jak nazywa się stolica Francji?

- Nie wiem.
- Stolica Japonii?

- Nie wiem.
- Spróbujmy z Włochami. Wie pan, jakie miasto jest stolicą tego państwa?

- Nie.
- Obawiam się zatem, że nie będzie pan potrafił odpowiedzieć na następne pytanie, nie 

korzystając z łodzi ratunkowych. Oto pytanie numer sześć, za sto tysięcy rupii. Jak nazywa 
się stolica PapuiNowej Gwinei? Czy jest to a) Port Louis, b) PortauPrince, c) Port Moresby 

czy d) Port Adelaide?

Rozlega się podkreślająca napięcie muzyka.

- Ma pan pomysł, jak sobie poradzić z tym pytaniem?
- Owszem. Wiem, które odpowiedzi są niepoprawne.

- Doprawdy?   -   mówi   z   niedowierzaniem   Prem   Kumar.   Widzowie   zaczynają   szeptać 

między sobą.

- Tak. Wiem, że nie chodzi o PortauPrince, bo to jest stolica Haiti. Port Louis też nie, bo 

to miasto na Mauritiusie. I nie Port Adelaide, bo Adelaide jest w Australii. Dlatego musi to 

być odpowiedź C. Port Moresby.

- Zdumiewające. Jest pan absolutnie, w stu procentach pewien? - Tak.

Słychać crescendo bębnów. Rozbłyskuje właściwa odpowiedź.
- Absolutnie, w stu procentach poprawnie! To Port Moresby. Pańskie konto wzbogaciło 

się o sto tysięcy rupii! - oznajmia Prem Kumar. Publiczność wstaje z miejsc i wiwatuje. 
Prem Kumar znowu ociera pot z czoła.  - Słowo daję, słuchając pana odpowiedzi,  mam 

wrażenie, że tu działa jakaś magia.

Smita się śmieje.
- Nie magia, idioto - mówi do Prema Kumara na ekranie. - Wudu! - Nagle zatrzymuje 

spojrzenie na jakimś przedmiocie leżącym na dywanie. Pochyla się i podnosi go. To mały 

background image

guzik z czterema otworami. Taki, jakie przyszywa się do koszul. Smita przenosi wzrok na 

moją koszulę. Rzeczywiście, brakuje w niej trzeciego guzika. Smita podaje mi zgubę.

- Proszę. Lepiej uważaj na guziki.

background image

200 000

MORDERSTWO W EKSPRESIE ZACHODNIM

Dworzec kolejowy na Paharganju w Nowym Delhi jest rojny i gwarny. Szare perony 

zalewa jasne światło. Lokomotywy buchają dymem, gwiżdżąc jak niecierpliwe byki.

Gdyby   chciała   mnie   pani   odnaleźć   w   tym   zatłoczonym   labiryncie,   gdzie   by   pani 

szukała?   Prawdopodobnie   wśród   dziesiątek   dzieci   z   ulicy   rozciągniętych   na   gładkiej 
betonowej   posadzce,   które   śpią   albo   odpoczywają.   Być   może   przypuszczałaby   pani,   że 

jestem nastoletnim handlarzem sprzedającym plastikowe butelki napełnione kranówą w 
dworcowej toalecie i wmawiającym klientom, że to źródlana himalajska woda mineralna. 

Wyobrażałaby  pani sobie, że jestem jednym z zamiataczy  ubranych w brudne koszule i 
podarte spodnie, którzy powoli suną peronem, zgarniając długą miotłą śmieci na tory. A 

może szukałaby mnie pani w armii ubranych w czerwone uniformy tragarzy uwijających się 
z ciężkimi ładunkami na głowach.

Proszę więc spróbować jeszcze raz, ponieważ nie jestem ani handlarzem, ani tragarzem, 

ani zamiataczem. Dziś jestem prawdziwym pasażerem, który wybiera się do Mumbaju ni 

mniej,   ni   więcej,   tylko   kuszetką   i   w   dodatku   ma   rezerwację.   Jestem   ubrany   w 
wykrochmaloną koszulę safari ze stuprocentowej bawełny i dżinsy Levi - tak jest, lewisy 

kupione na bazarze tybetańskim. Zdecydowanym krokiem zmierzam na peron piąty, żeby 
wsiąść do ekspresu Paschim jadącego do Mumbaju. Obok mnie człapie tragarz, niosąc na 

głowie jasno - brązową walizkę. To ja go wynająłem i walizka należy do mnie. Jest w niej 
parę   ubrań,   kilka   starych   zabawek,   gruby   plik   numerów   „Australian   Geographic”   i   gra 

elektroniczna   dla   Salima.   W   walizce   nie   ma   żadnych   pieniędzy.   Słyszałem   za   dużo 
opowieści o grasujących w pociągach bandytach, którzy usypiają pasażerów i kradną ich 

dobytek,   żebym  miał   chować   w  walizce   najcenniejszy   bagaż   mojego   życia   -  wypłatę   od 
Taylorów.   Dlatego   szarą   kopertę   pełną   szeleszczących   tysiącrupiowych   banknotów   - 

pięćdziesięciu   banknotów   -   mam   przy   sobie,   ukrytą   w   takim   miejscu,   aby   nikt   jej   nie 
widział. W majtkach. Z pozostałych dwóch tysięcy pokryłem koszty podróży. Zapłaciłem za 

ubrania, bilet i grę dla Salima, a teraz zapłacę tragarzowi i kupię coś do jedzenia i picia. 
Szybko   sprawdzam,   ile   mam   banknotów   w   kieszeni   koszuli.   Obliczam,   że   powinno   mi 

wystarczyć na motorową rikszę ze stacji Bandra do chawl Salima w Ghatkopar. Ależ Salim 
się zdziwi,  kiedy zamiast miejską  kolejką  przyjadę  trójkołowcem.  Mam nadzieję,  że  nie 

zemdleje ze szczęścia, kiedy zobaczy grę.

Peron   piąty   jest  bardziej   zatłoczony   niż   Super   Bazaar.   Handlarzy   krąży   tu   tylu,   ilu 

background image

agitatorów   można   spotkać   pod   jakimś   rządowym   biurem.   Pasażerowie   szukają   swoich 

nazwisk  na listach  rezerwacji  z przejęciem studentów sprawdzających wyniki egzaminu. 
Kolej przekręciła moje nazwisko, wpisując na listę T. M. Ram. Mimo to cieszę się, że dostała 

mi się dolna kuszetka numer trzy w wagonie S7.

Wagon jest prawie na końcu długiego pociągu i gdy wchodzimy do środka, tragarz jest 

już zmęczony i spocony. Siadam na swoim miejscu tuż przy drzwiach i wsuwam walizkę pod 
kuszetkę.   Płacę   tragarzowi   dwadzieścia   rupii.   Targuje   się,   zwracając   mi   uwagę,   że   od 

wejścia na stację do wagonu było bardzo daleko, dorzucam więc jeszcze dwie rupie. Po jego 
wyjściu rozglądam się dookoła.

W moim przedziale jest sześć kuszetek. Jedna nad moją głową, dwie naprzeciwko i dwie 

z   boku.   Na   niższej   kuszetce   naprzeciwko   siedzi   czteroosobowa   rodzina:   ojciec,   matka   i 

dwoje dzieci - chłopiec w mniej więcej moim wieku i dziewczyna, trochę starsza. Ojciec - 
Hindus Marwari, biznesmen w średnim wieku - jest ubrany w markową czarną kamizelkę i 

czarną czapkę. Ma krzaczaste brwi, cienki wąsik i surową minę. Jego żona jest w podobnym 
wieku i wygląda równie posępnie. Ma na sobie zielone sari i żółtą bluzkę i mierzy mnie 

podejrzliwym spojrzeniem. Wysoki i patykowaty chłopak wygląda sympatycznie, ale moją 
uwagę jak magnes przyciąga siedząca przy oknie dziewczyna. Szczupła i o jasnej skórze, jest 

ubrana w niebieskie  salwar kameez  i  chunni  przykrywające piersi. Jej wyraziste oczy są 
podkreślone kredką. Ma nieskazitelnie gładką cerę i śliczne usta. Dawno nie widziałem tak 

pięknej   dziewczyny.   Jej   uroda   każe   mi   spojrzeć   drugi   raz.   I   trzeci.   Wydaje   mi   się,   że 
zupełnie się zatracę w tych czarujących oczach. Moje rozmyślania o siedzącej naprzeciwko 

piękności przerywa głośny płacz dziecka. To kilkumiesięczny chłopczyk, którego trzyma na 
kolanach matka zajmująca kuszetkę z boku - młoda, ponura kobieta ubrana w wymięte 

czerwone sari. Chyba podróżuje sama. Próbuje uspokoić dziecko gumowym smoczkiem, ale 
chłopczyk ciągle kwili. Wreszcie kobieta podciąga bluzkę i zaczyna go karmić. Dziecko z 

zadowoleniem   ssie   pierś,   a   matka   kołysze   je   do   snu.   Ze   swojego   miejsca   dostrzegam 
kawałek jej bujnej, brązowej piersi i czuję, jak wysycha mi w ustach. Nagle zauważam, że 

biznesmen patrzy prosto na mnie, i szybko przenoszę wzrok na okno.

Do przedziału wchodzi sprzedawca herbaty. Tylko ja ją zamawiam. Sprzedawca podaje 

mi gliniane naczynie z letnią herbatą, w której da się wyczuć smak błota. Potem zjawia się 
gazeciarz. Biznesmen kupuje „Times of India”. Jego syn wybiera komiks „Archie”. Ja za 

swoje szybko topniejące drobne kupuję ostatni numer „Starbursta”.

Wreszcie   pociąg   wydaje   gwizd   i   rusza,   spóźniony   o   półtorej   godziny.   Zerkam   na 

zegarek,   chociaż   wyraźnie   widzę,   że   cyfrowy   zegar   na   peronie   pokazuje   osiemnastą 

background image

trzydzieści.   Potrząsam   ręką   i   wyginam   przegub   w   nadziei,   że   wszyscy,   zwłaszcza 

dziewczyna, zobaczą, że mam nowiutkie elektroniczne casio wyprodukowane w Japonii, 
które pokazuje dzień tygodnia i datę i kosztowało mnie całe dwieście rupii w Palika Bazaar.

Ojciec   pogrąża   się   w   lekturze   gazety,   chłopak   czyta   komiks.   Matka   zabiera   się   do 

szykowania   kolacji.   Druga   z   matek   jadących   w   przedziale   zasnęła   z   dzieckiem   nadal 

przyssanym   do   swej   piersi.   Udaję,   że   czytam   pismo   filmowe.   Otwieram   rozkładówkę   z 
fotografią najnowszej seksbomby Poonam Singh ubranej tylko w bikini, ale nie interesują 

mnie jej najmocniejsze atuty. Ciągle rzucam ukradkowe spojrzenia na dziewczynę, która w 
zamyśleniu patrzy przez okno na miejskie krajobrazy. Ani razu nie spogląda w moją stronę.

O   ósmej   do   przedziału   wchodzi   konduktor   w   czarnej   kamizelce   i   prosi   wszystkich 

pasażerów   o   bilety.   Zamaszyście   podaję   mu   swój,   ale   nawet   nie   patrzy   na   bilet,   tylko 

dziurkuje   i   oddaje.   Gdy   wychodzi,   matka   otwiera   prostokątne   kartonowe   pudełka   z 
jedzeniem. Z mnóstwem jedzenia. Widzę wyschnięte placki puri, żółte ziemniaki, czerwone 

pikle   i   deser.   Przedział   wypełniają   smakowite   aromaty  gulab   jamun  i  burfi  domowej 
roboty. Też robię się głodny, ale jeszcze nie przyszedł bufetowy, żeby zebrać zamówienia na 

kolację. Może powinienem kupić coś wcześniej na stacji.

Rodzina   Marwari   je   z   apetytem.   Ojciec   pochłania  puri  jedno   po   drugim.   Matka 

pałaszuje złoto - żółte ziemniaki, zagryzając każdy kęs soczystą marynowaną papryczką. Syn 
sięga od razu po miękkie gulab jamun i wylizuje nawet słodki syrop. Tylko dziewczyna od 

niechcenia skubie jedzenie. O dziwo, chłopak częstuje mnie puri, ale uprzejmie odmawiam. 
Słyszałem wiele historii o przebranych za pasażerów złodziejach, którzy częstują innych 

podróżnych   jedzeniem   przyprawionym   środkami   usypiającymi,   a   potem   kradną   im 
pieniądze. Nie ma powodu przypuszczać, by chłopcy czytający komiks „Archie” nie mogli 

być złodziejami. Chociaż gdyby to dziewczyna poczęstowała mnie jedzeniem, być może - 
nie, na pewno - chętnie bym je przyjął.

Po kolacji chłopiec i dziewczyna rozkładają grę planszową „Monopol”. Ojciec i matka 

siedzą   obok   siebie   i   rozmawiają.   O   ostatnich   odcinkach   seriali   telewizyjnych,   o   kupnie 

jakichś nieruchomości i wakacjach w Goa.

Delikatnie klepię się po brzuchu, gdzie za paskiem majtek tkwi pięćdziesiąt tysięcy rupii 

w   szeleszczących   banknotach,   i   czuję,   jak   moc   pieniędzy   przenika   prosto   do   mojego 
brzucha, do jelit, wątroby, płuc, serca i mózgu. Dręczący mnie głód w cudowny sposób 

znika.

Patrząc na siedzącą przede mną typową rodzinę z klasy średniej, nie czuję się już jak 

intruz. Nie podglądam już ich egzotycznego świata z zewnątrz, ale dostałem się do środka, 

background image

mogę ich traktować jak równych sobie i rozmawiać z nimi w ich języku. Teraz tak jak oni 

mogę oglądać seriale telewizyjne o klasie średniej, grać na nintendo, a w weekendy chodzić 
do Kids Mart.

Podróże   koleją   otwierają   nowe   perspektywy.   Oznaczają   zmianę.   Kiedy   człowiek 

dojeżdża do swojej stacji, nie jest już tą samą osobą, która wsiadała do pociągu. W podróży 

można poznać nowych przyjaciół albo spotkać dawnych wrogów; można dostać biegunki od 
jedzenia nieświeżych samos albo cholery od picia skażonej wody. A nawet - nie bójmy się 

tego powiedzieć - znaleźć miłość. Siedząc na kuszetce numer trzy w wagonie S7 w pociągu 
numer  2926A  z   pięćdziesięcioma   tysiącami   rupii   schowanymi   w  majtkach,   z  radosnym 

drżeniem serca zaczynam się delektować wyobrażeniem, że być może - być może - zaraz 
zakocham   się   w   pięknej   podróżnej   ubranej   w   niebieskie  salwar   katneez.  A   mówiąc   o 

miłości,   nie   mam   na   myśli   nieodwzajemnionego   i   beznadziejnego   uczucia   do   gwiazdy 
filmowej   czy   innej   znanej   osobistości.   Mówię   o   miłości   prawdziwej,   rzeczywistej   i 

osiągalnej.   Miłości,   która   nie   kończy   się   płaczem   w   poduszkę,   ale   może   zaowocować 
małżeństwem. I dziećmi. I rodzinnymi wakacjami w Goa.

Miałem tylko pięćdziesiąt tysięcy, ale każda rupia była ekranem, na którym wyświetlały 

się w technikolorze moje marzenia, a gdy w myślach oglądałem ten cudowny film, zdawało 

mi   się,   jakbym   miał   pięćdziesiąt   milionów.   Wstrzymywałem   oddech,   pragnąc,   żeby   ta 
chwila trwała jak najdłużej, bo sen na jawie zawsze jest bardziej ulotny od zwykłego snu.

Po   jakimś   czasie   rodzeństwo   nudzi   się   grą.   Chłopiec   siada   obok   mnie.   Zaczynamy 

rozmawiać. Dowiaduję się, że ma na imię Akshay, a jego siostra Meenakshi. Mieszkają w 

Delhi i jadą do Mumbaju na ślub wuja. Akshay opowiada z przejęciem o swojej konsoli 
Playstation   2   i   grach   komputerowych.   Pyta   mnie   o   MTV   i   surfowanie   po   Internecie, 

wspominając   o   stronach   porno.   Mówię   mu,   że   znam   angielski,   czytam   „Australian 
Geographic”, gram w scrabble i mam siedem dziewczyn, w tym trzy cudzoziemki. Dodaję, 

że mam Playstation 3 i komputer Pentium 5 i dzień, i noc buszuję po Internecie. Mówię, że 
jadę do Mumbaju spotkać się ze swoim najlepszym przyjacielem Salimem i ze stacji Bandra 

wezmę taksówkę do Ghatkopar.

Powinienem był  wiedzieć,  że łatwiej  oszukać  sześćdziesięciolatka  niż szesnastolatka. 

Akshay natychmiast poznaje się na moim kłamstwie.

- Aha! Nie masz pojęcia o komputerach. Playstation 3 jeszcze nie ma. Łgarz z ciebie - 

szydzi.

Nie potrafię się powstrzymać.

- Wydaje   ci   się,   że   kłamię,   tak?   No   to   posłuchaj,   panie   Akshay.   W   kieszeni   mam 

background image

pięćdziesiąt tysięcy rupii. Widziałeś kiedyś tyle pieniędzy?

Akshay nie wierzy. Żąda, żebym pokazał mu pieniądze, i pokusa, żeby zrobić na nim 

wrażenie, jest zbyt silna. Odwracam się, wsuwam rękę do spodni i wyciągam szarą kopertę, 

nieco   wilgotną   i   zalatującą   moczem.   Ukradkiem   wysuwam   z   niej   plik   szeleszczących 
banknotów tysiącrupiowych i triumfalnie macham mu nimi przed nosem. Potem szybko 

chowam pieniądze i ukrywam kopertę tam, gdzie była wcześniej.

Powinna pani zobaczyć oczy Akshaya. Dosłownie wyszły z orbit. To było zwycięstwo, 

którego smak będę pamiętał po wieczne czasy. Po raz pierwszy w życiu miałem namacalny 
dowód na potwierdzenie swoich słów, coś więcej niż marzenie. I po raz pierwszy w życiu 

ujrzałem w czyichś oczach zupełnie nowy wyraz. Szacunku. To była dla mnie niezwykle 
cenna   lekcja.   Dowiedziałem   się,   że   marzenia   mają   władzę   tylko   nad   twoim   własnym 

umysłem. Ale pieniądze dają ci władzę nad umysłami innych. I znów pięćdziesiąt tysięcy 
ukryte w majtkach wydawało się urosnąć do pięćdziesięciu milionów.

Jest już po dziesiątej i wszyscy szykują się do snu. Matka Akshaya wyciąga z zielonej 

torby podróżnej pościel dla całej rodziny i przygotowuje posłania. Młoda matka z dzieckiem 
śpi na bocznej kuszetce, nie zawracając sobie głowy poduszkami ani prześcieradłami. Ja nie 

mam pościeli i nie jestem senny, siedzę więc przy oknie, czując chłodny dotyk wiatru na 
twarzy i przyglądając się ciemności, przez którą mknie pociąg. Niższą kuszetkę naprzeciw 

mnie zajmuje matka Akshaya, górną Meenakshi. Ojciec wspina się na miejsce nad moją 
głową, a Akshay kładzie się na górnej kuszetce z boku, nad matką z dzieckiem.

Ojciec usypia od razu - słyszę jego chrapanie. Matka odwraca się na bok i przykrywa 

prześcieradłem. Wyciągam szyję, żeby zobaczyć Meenakshi, ale udaje mi się dostrzec tylko 

jej prawą rękę ze złotą bransoletą na przegubie. Nagle dziewczyna siada i pochyla się w 
moją stronę, żeby rzucić buty na podłogę.  Chunni  zsuwa się odrobinę i przez wycięcie w 

niebieskim  kameez  wyraźnie   widzę   zarys   jej   piersi.   Czuję   mimowolny   dreszcz   rozkoszy 
przebiegający mi po plecach. Meenakshi chyba zauważa mój wzrok, bo szybko poprawia 

chunni i posyła mi pełne dezaprobaty spojrzenie.

Po   chwili   też   zasypiam.   Śnię   o   kupowaniu   miliona   różnych   rzeczy,   między   innymi 

czerwonego   ferrari   i   pięknej   panny   młodej   w   niebieskim  salwar   kameez.  Wszystko   za 
pięćdziesiąt tysięcy rupii.

Budzi   mnie   szturchnięcie   w   brzuch.   Otwieram   oczy   i   widzę   śniadego   mężczyznę   z 

gęstym czarnym wąsem, który dźga mnie grubym drewnianym kijem. Nie niepokoi mnie 

background image

jednak   kij,   ale   rewolwer   w   jego   prawej   ręce,   który   nie   jest   wycelowany   w   nikogo 

konkretnego.

- To napad - oświadcza spokojnie takim tonem, jak gdyby mówił: „Dzisiaj jest środa”. 

Jest młody, ma na sobie białą koszulę i czarne spodnie, nosi długie włosy. Wygląda jak 
uliczny amant albo student. Ale w końcu dakoitów widziałem tylko w kinie. Może wyglądają 

jak studenci.

- Niech  wszyscy  zejdą z  kuszetek,  powoli  - mówi.  - Jeżeli nikt nie będzie próbował 

strugać bohatera, nikomu nic się nie stanie. Nie próbujcie uciekać, bo drugich drzwi pilnuje 
mój wspólnik. Jak będziecie współpracować, za dziesięć minut będzie po wszystkim.

Mężczyzna w podobny sposób budzi Akshaya, Meenakshi i ich ojca, którym też każe 

zejść z kuszetek. Są zamroczeni i zdezorientowani. Kiedy ktoś cię budzi w środku nocy, 

mózg potrzebuje trochę czasu, żeby zareagować.

Wszyscy   siedzimy   na   dolnych   kuszetkach.   Akshay   i   jego   ojciec   obok   mnie,   a 

naprzeciwko   nas   Meenakshi,   jej   matka   i   kobieta   z   dzieckiem.   Dziecko   znów   robi   się 
marudne i zaczyna płakać. Matka próbuje je uspokoić, ale chłopczyk płacze jeszcze głośniej.

- Daj mu mleka - mówi do niej szorstko dakoita. Zdenerwowana młoda matka podciąga 

bluzkę i zamiast jednej odsłania obie piersi. Dakoita szczerzy zęby w uśmiechu i udaje, że 

chce  ją  złapać za  biust.  Kobieta  krzyczy  i pospiesznie zakrywa  piersi.  Dakoita  wybucha 
śmiechem.   Tym   razem   się   nie   podniecam.   Załadowana   broń   wycelowana   w   głowę   robi 

większe wrażenie niż odsłonięte piersi.

Skupiwszy na sobie uwagę wszystkich pasażerów, dakoita przystępuje do rzeczy. Lewą 

ręką unosi brązowy worek z juty, wciąż trzymając w prawej rewolwer.

- Dobra,   teraz   oddawać   wszystkie   kosztowności.   Wkładajcie   do   worka.   Mężczyźni 

oddają portfele, zegarki  i wszystkie pieniądze, jakie mają w kieszeni. Kobiety - torebki, 
bransoletki i złote łańcuszki. Jeżeli ktoś nie wykona rozkazu, natychmiast go zastrzelę.

Słysząc   to,   matka   Meenakshi   i   młoda   kobieta   jednocześnie   zaczynają   wrzeszczeć. 

Słyszymy   krzyki   dobiegające   z   drugiego   końca   przedziału.   Widocznie   wspólnik   dakoity 

wydaje podobne rozkazy pasażerom po tamtej stronie.

Dakoita podchodzi z workiem do wszystkich po kolei. Zaczyna od matki z dzieckiem. 

Przerażona kobieta szybko otwiera brązową torebkę, wyjmuje z niej smoczek i butelkę z 
mlekiem,   a   potem   wrzuca   torebkę   do   worka.   Dziecko,   któremu   na   moment  przerwano 

jedzenie,   znów   zaczyna   kwilić.   Meenakshi   wygląda   na   oszołomioną.   Zdejmuje   złotą 
bransoletę, ale kiedy chce ją oddać, dakoita rzuca worek i łapie ją za przegub.

- Jesteś o wiele piękniejsza od tej bransolety, skarbie - mówi. Meenakshi rozpaczliwie 

background image

usiłuje się wyswobodzić z jego żelaznego uścisku. Dakoita puszcza i próbuje ją chwycić za 

kameez.  Łapie   za   kołnierz,   a   podczas   szamotaniny   rozdziera   bluzkę   prawie   na   pól, 
odsłaniając stanik Meenakshi. Wszyscy przyglądamy się ze zgrozą. Ojciec dziewczyny nie 

może tego dłużej znieść.

- Łajdaku!   -   woła   i   próbuje   uderzyć   dakoitę,   ale   złodziej   ma   refleks   jak   pantera. 

Błyskawicznie puszcza Meenakshi i atakuje jej ojca kolbą rewolweru. Na czole biznesmena 
pojawia się głęboka rana, z której zaczyna się sączyć krew. Matka Meenakshi znów zaczyna 

krzyczeć.

- Zamknij się - warczy - albo was wszystkich pozabijam.

Te słowa nas otrzeźwiają i zalega absolutna cisza. W gardle zaczyna mnie ściskać strach, 

moje   dłonie   robią   się   zimne.   Słucham   ciężkich   oddechów   swoich   współpasażerów. 

Meenakshi cicho szlocha. Jej matka wrzuca do worka swoje bransolety i torebkę, ojciec 
drżącymi   rękami   wkłada   zegarek   i   portfel.   Akshay   pyta,   czy   ma   też   oddać   komiks,   co 

rozwściecza dakoitę.

- Co ty sobie myślisz, że to zabawa? - syczy bandyta i bije chłopaka w twarz. Akshay 

krzyczy z bólu i łapie się za policzek. Z jakiegoś powodu ta wymiana zdań wydaje mi się 
dość zabawna, jak komediowy przerywnik w horrorze. Dakoita gromi mnie wzrokiem.

- Czego   się   szczerzysz?   I   co   masz?   -   fuka   na   mnie.   Wyciągam   z   kieszeni   resztę 

banknotów   i   drobnych   i   wrzucam   do   worka,   zostawiając   sobie   tylko   swoją   szczęśliwą 

monetę jednorupiową. Zaczynam odpinać zegarek, ale dakoita patrzy na niego i mówi:

- To podróbka. Zegarka nie chcę.

Wygląda na zadowolonego z łupu, jaki zgarnął w naszym przedziale, i zbiera się do 

wyjścia, gdy nagle Akshay woła:

- Chwileczkę, czegoś pan zapomniał.
Wydaje mi się, jakbym oglądał tę scenę w zwolnionym tempie. Dakoita obraca się na 

pięcie. Akshay pokazuje na mnie palcem, mówiąc:

- Ten chłopak ma pięćdziesiąt tysięcy rupii!

Mówi   cicho,   ale   ja   mam   wrażenie,   jakby   słyszał   go   cały   pociąg.   Dakoita   spogląda 

groźnie na Akshaya.

- To ma być następny żart?
- Nnie - duka Akshay. - Przysięgam. Dakoita zagląda pod moją kuszetkę.

- Gdzie, w tej brązowej walizce?
- Nie, schował paczkę w majtkach - odpowiada ze złośliwym uśmieszkiem Akshay.

- Ach, tak.

background image

Cały dygoczę - nie wiem, czy ze strachu, czy ze złości. Dakoita podchodzi do mnie.

- Dasz mi grzecznie pieniądze czy mam cię rozebrać przy wszystkich? - pyta.
- Nie!   To   moje   pieniądze!   -   krzyczę,   instynktownie   zasłaniając   krocze   jak   piłkarz 

ustawiający  się w murze  przed rzutem  wolnym. - Zarobiłem  je. Nie oddam. Nawet  nie 
wiem, jak się nazywasz.

Dakoita wybucha chrapliwym śmiechem.
- Nie wiesz, co robią dakoici? Zabieramy pieniądze ludziom, którzy nie wiedzą, jak się 

nazywamy. No już, oddajesz paczkę czy mam ci ściągnąć spodnie i sam wziąć? - Wymachuje 
mi rewolwerem przed nosem.

Poddaję   się   jak   pokonany   wojownik,   ustępując   przed   argumentem   broni.   Wolno 

wsuwam   palce   za   pasek   i   wyciągam   szarą   kopertę,   lepką   od   potu   i   zalatującą   wonią 

upokorzenia. Dakoita wyrywa mi ją z dłoni i otwiera. Widząc nowiutkie banknoty, gwiżdże.

- Skąd do cholery wytrzasnąłeś tyle forsy? - pyta. - Pewnie komuś ukradłeś. Zresztą co 

mnie   to   obchodzi.   -   Wrzuca   kopertę   do   jutowego   worka.   -   Nie   ruszać   się,   dopóki   nie 
odwiedzę reszty ludzi w wagonie.

W niemym osłupieniu przyglądam się, jak bandyta odbiera mi pięćdziesiąt milionów 

marzeń i wkłada do brązowego worka, między bransolety i portfele klasy średniej.

Dakoita przeszedł do następnego przedziału, ale nikt z nas nie ma odwagi pociągnąć za 

hamulec bezpieczeństwa. Siedzimy przykuci do miejsc jak żałobnicy na pogrzebie. Złodziej 

wraca   po   dziesięciu   minutach,   niosąc   zawiązany   worek   na   plecach,   a   w   ręku   wciąż 
trzymając rewolwer.

- W porządku - mówi, unosząc worek, żeby nam pokazać, że jest pełny i ciężki. Patrzy 

na mnie i uśmiecha się szeroko jak łobuz, który wyrwał koledze zabawkę. Potem spogląda 

na Meenakshi. Dziewczyna zasłoniła się  chunni,  ale przez przezroczystą tkaninę widać jej 
biały stanik. Bandyta oblizuje usta.

Wspólnik dakoity woła:
- Gotowe, a u ciebie?

- Też - odpowiada dakoita. Nagle pociąg zaczyna zwalniać.
- Szybko! - Drugi bandyta wyskakuje z pociągu.

- Zaraz idę. Bierz worek. - Nasz dakoita ciska przez drzwi worek - i moje pięćdziesiąt 

milionów marzeń. Już szykuje się do skoku, lecz w ostatniej chwili zmienia zamiar. Wraca 

do naszego  przedziału.   - Daj  całusa  na  pożegnanie  -  mówi  do Meenakshi,   wymachując 
bronią. Dziewczyna jest przerażona. Kuli się na kuszetce.

- Nie  chcesz   mnie   pocałować?   Dobra,   w  takim   razie   ściągaj  chunni.  Pokaż   piersi.   - 

background image

Chwyta rewolwer oburącz, dodając groźnie: - Ostrzegam ostatni raz. Pokaż, bo rozwalę ci 

głowę. - Ojciec Meenakshi zamyka oczy. Jej matka mdleje.

Meenakshi z płaczem zaczyna rozchylać  chunni.  Pod spodem ma tylko skrawek białej 

tkaniny. Dwa paski i dwie miseczki.

Ale   ja   już   tego   nie   widzę.   Widzę   wysoką   kobietę   z   długimi   włosami.   Wyje   wiatr, 

rozwiewając jej kruczoczarne włosy, które zasłaniają rysy jej twarzy. Kobieta ma na sobie 
białe sari, którego cienki materiał łopocze jak latawiec. Trzyma na rękach dziecko. Zbliża się 

do niej mężczyzna z długimi włosami i gęstym wąsem, ubrany w czarne spodnie i białą 
koszulę. Celuje do niej z rewolweru i uśmiecha się szeroko. „Rozchyl sari” - warczy. Kobieta 

wybucha płaczem. Niebo rozcina błyskawica. Wiruje kurz. Szeleszczą liście. Nagle dziecko 
skacze   z   ramion   matki   wprost   na   mężczyznę,   wczepiając   się   w   jego   twarz.   Mężczyzna 

wydaje przeraźliwy wrzask i odciąga dziecko, ale chłopczyk znów go atakuje. Mężczyzna i 
dziecko lądują na ziemi, a w tle słychać łkanie kobiety w sari. Mężczyzna kieruje lufę w 

stronę  twarzy  dziecka,  lecz   chłopczyk  jest dziś  obdarzony  nadludzką  siłą.   Odpycha  lufę 
paluszkami w przeciwnym kierunku. Znów zaczynają się mocować, tocząc się po ziemi tam i 

z powrotem. Wałczą na śmierć i życie. Czasem wydaje się, że mężczyzna jest górą, po chwili 
przewagę zyskuje chłopczyk. Wreszcie mężczyźnie udaje się wyswobodzić rękę, w której 

trzyma   broń.   Jego   palce   zaciskają   się   na   spuście.   Lufa   celuje   prosto   w   pierś   dziecka. 
Mężczyzna już ma pociągnąć za spust, jednak w ostatniej chwili chłopczykowi udaje się 

odwrócić rewolwer w kierunku piersi przeciwnika. Rozlega się ogłuszający huk i mężczyzna 
leci  w  tył,   jak  gdyby   trafiony  potężnym  ciosem.  Na   jego  koszuli   pojawia  się  szkarłatna 

plama.

- O mój Boże! - słyszę głos Akshaya jak z głębi jaskini. Dakoita leży na podłodze tuż 

obok drzwi, a ja trzymam w dłoni rewolwer, z którego ulatuje cienka smużka dymu. Pociąg 
zaczyna nabierać szybkości.

Wciąż nie bardzo rozumiem, co się stało. Kiedy ktoś cię budzi w środku snu, mózg 

potrzebuje trochę czasu, żeby zareagować. Ale jeżeli trzymasz w dłoni dymiącą broń, a u 

twoich   stóp   leży   martwy   człowiek,   niewiele   jest   do   wyjaśniania.   Koszula   dakoity   jest 
przesiąknięta krwią, której plama cały czas się powiększa i ciemnieje. Wygląda to zupełnie 

inaczej niż w filmach, gdzie kula robi niedużą czerwoną kropkę, która pozostaje kropką aż 
do   chwili,   gdy   ciało   zabiera   ambulans.   Nie.   Z   początku   nawet   nie   widać   krwi.   Potem 

zaczyna się bardzo powoli sączyć. Maleńka plamka nie większa od pinezki zmienia się w 
plamę wielkości monety, potem rośnie do rozmiarów spodka, potem dużego talerza i cały 

czas się powiększa i wreszcie leje się strumieniem. Zaczyna mi brakować oddechu i zaraz 

background image

cały   wagon   utopi   się   w  czerwonej   powodzi.   Ojciec   Akshaya   chwyta   mnie   za   ramiona   i 

mocno potrząsa.

- Ocknij się, słyszysz? - krzyczy i czerwień natychmiast znika.

Siedzę na kuszetce otoczony tłumem ludzi. Prawie wszyscy pasażerowie wagonu zbiegli 

się, żeby zobaczyć, co się stało. Mężczyźni, kobiety i dzieci wyciągają szyje, żeby mieć lepszy 

widok. Widzą martwego bezimiennego dakoitę leżącego na podłodze z ciemno - czerwoną 
plamą na koszuli, ojca z raną na czole, przerażoną młodą matkę, której wygłodniałe dziecko 

wyssało mleko z piersi do ostatniej kropli, brata, który nigdy już nie będzie czytał w pociągu 
komiksu „Archie”, i siostrę, którą przez resztę życia będą dręczyć koszmary. I chłopaka z 

ulicy, który przez chwilę miał trochę pieniędzy, a teraz już nigdy nie będzie miał marzeń 
klasy średniej.

Żółte światło w przedziale wydaje mi się niezwykle ostre. Mrugam oczami, trzymając 

rewolwer w bezwładnej dłoni. Jest mały i poręczny, ma korpus ze srebrnego metalu i czarną 

rękojeść. Widzę napis „Colt” z wygrawerowanymi po obu stronach rysunkami skaczącego 
konia. Odwracam broń. Po drugiej stronie lufy jest napis „Lekki”, ale rewolwer wydaje się 

niedorzecznie ciężki. Są jeszcze inne litery i cyfry, trochę już zatarte. Udaje mi się odczytać: 
„Conn USA” i „DR 24691”.

Meenakshi posyła mi ukradkowe spojrzenie. Patrzy na mnie tak samo, jak Salim patrzy 

na   gwiazdy   filmowe.   Wiem,   że   w   tej   chwili   Meenakshi   mnie   kocha.   Gdybym   się   jej 

oświadczył,   bez   namysłu   by   się   zgodziła.   I   z   radością   urodziła   mi   dzieci.   Nawet   bez 
pięćdziesięciu tysięcy. Ale nie odwzajemniam spojrzenia, bo wszystko się zmieniło. Patrzę 

tylko na rewolwer i twarz martwego dakoity, którego imienia i nazwiska nie znam.

Mógł umrzeć na tyle różnych sposobów. Mógł zostać zastrzelony pośrodku zatłoczonego 

bazaru podczas starcia z policją. Mógł go zamordować konkurencyjny gang, gdy spokojnie 
popijał  herbatę  przy ulicznym straganie.  Mógł umrzeć w szpitalu na cholerę,  raka  albo 

AIDS. Ale nie - jego śmierć wyglądała inaczej. Zginął od kuli wystrzelonej przeze mnie. A ja 
nawet nie wiedziałem, jak się nazywał.

Podróże koleją otwierają nowe perspektywy. Ale dziura w sercu oznacza definitywny 

koniec. Martwe ciało już nie podróżuje. Może tylko na stos kremacyjny, ale na pewno nie 

spotka   już   żadnych   handlarzy   ani   konduktorów.   Ja   jednak   spotkam   zapewne   nie   tylko 
handlarzy   i   konduktorów,   ale   także   policję.   Jak   mnie   potraktują?   Jak   bohatera,   który 

ochronił cześć dziewczyny i usunął ze świata znanego dakoitę, czy jak mordercę, który z 
zimną krwią zastrzelił człowieka, którego imienia i nazwiska nawet nie znał? Wiem jedno: 

nie mogę ryzykować tego spotkania. I nagle w głowie rozbłyskują mi słowa pułkownika 

background image

Taylora. „ZTZO. Zmylić trop, zgubić ogon”. Już wiem, co mam robić.

Kiedy  pociąg  zwalnia   przed  następną  stacją,   na której  z  pewnością  będzie  na  mnie 

czekać policyjna obława, wyskakuję z wagonu, wciąż trzymając w ręku rewolwer. Biegnę 

przez tory i wskakuję do innego pociągu, który za chwilę ruszy z peronu. Nie siadam w 
żadnym   przedziale;   stoję   przy   drzwiach.   W   chwili   gdy   pociąg   wjeżdża   na   most 

wspornikowy, ciskam broń do ciemnej rzeki. Potem, kiedy pociąg staje na kolejnej stacji, 
wybiegam na peron i znajduję pociąg jadący w inną stronę. Powtarzam to przez całą noc, 

zmieniając stacje i pociągi.

Miasta mijają, zlewając się w jedną niewyraźną plamę. Nie wiem, czy jadę na północ, 

południe, wschód czy zachód. Nie znam nawet nazw pociągów.  Po prostu je zmieniam. 
Wiem tylko, że nie mogę jechać do Mumbaju. Akshay mógł powiedzieć policji o Salimie i 

mogą mnie aresztować w Ghatkopar. Nie chcę też wysiadać na jakiejś obskurnej, pustej 
stacji, żeby bez potrzeby nie zwracać niczyjej uwagi. Czekam na duży dworzec pełen światła, 

hałasu i ludzi.

O dziewiątej  rano pociąg, którym jadę, zatrzymuje się przy zatłoczonym i gwarnym 

peronie. Wysiadam w podartej koszuli safari ze stuprocentowej bawełny, w której brakuje 
trzech guzików, dżinsach Levi oblepionych sadzą i brudem i z zegarkiem podróbką na ręku. 

Miasto wydaje się dobrym miejscem na tymczasową kryjówkę.  Na skraju peronu widzę 
dużą żółtą tablicę z jego nazwą. Duży czarny napis głosi: „AGRA. 169 m nad poziomem 

morza”.

Smita zasłania dłonią usta.
- O   mój   Boże   -   szepcze.   -   A   więc   przez   tyle   lat   żyłeś   z   poczuciem   winy   za   śmierć 

człowieka?

- Dwóch   ludzi.   Proszę   nie   zapominać,   że   zepchnąłem   ze   schodów   Shantarama   - 

poprawiam ją.

- Ależ w pociągu to był wypadek. Mógłbyś się nawet powołać na obronę konieczną. W 

każdym razie przede wszystkim dowiem się, czy ta sprawa została w ogóle zgłoszona. Nie 
sądzę, żeby inni pasażerowie chcieli cię w to mieszać. W końcu wszystkich uratowałeś. A co 

się stało z Meenakshi? Spotkałeś ją jeszcze później?

- Nie. Nigdy. Wracajmy do programu.

Światła w studiu znów przygasają. Prem Kumar zwraca się do mnie.

- Przechodzimy do pytania numer siedem za dwieście tysięcy rupii. Jest pan gotowy?

background image

- Tak - odpowiadam.

- Świetnie. Oto pytanie numer siedem. Kto był wynalazcą  rewolweru? Czy był to a) 

Samuel Colt, b) Bruce Browning, c) Dan Wesson czy d) James Revolver?

Rozlega się muzyka. Zamyślam się głęboko.
- Słyszał pan któreś z tych nazwisk? - pyta Prem.

- Jedno brzmi znajomo.
- Chce się pan wycofać czy ma pan ochotę zaryzykować?

- Chyba zaryzykuję.
- Proszę się zastanowić. Może pan stracić sto tysięcy, które dotychczas pan wygrał.

- Nie mam nic do stracenia. Chcę grać dalej.
- Dobrze. Jak zatem brzmi ostateczna odpowiedź?

- A. Colt.
- Jest pan absolutnie, w stu procentach pewien? - Tak.

Słychać crescendo bębnów. Rozbłyskuje właściwa odpowiedź.
- Absolutnie,  w stu procentach  poprawnie! Rzeczywiście,  rewolwer wynalazł  Samuel 

Colt w roku 1835. Podwoił pan swoją wygraną do dwustu tysięcy rupii!

Nie mogę w to uwierzyć. Odzyskałem swoje pięćdziesiąt tysięcy z trzykrotnym zyskiem. 

Dzięki śniademu dakoicie, którego imienia i nazwiska nie znałem.

Publiczność wydaje okrzyki zdumienia. Ponownie rozbrzmiewa sygnał programu, lecz 

w   moich   uszach   dudni   tylko   nieustanny   stukot   tłoków   pociągu   jadącego   z   Delhi   do 
Mumbaju przez Agrę.

Nieoczekiwanie Prem Kumar zeskakuje z fotela i chwyta moją dłoń, która pozostaje 

bezwładna i nie odwzajemnia uścisku. Kiedy ktoś zaskakuje cię w środku teleturnieju, mózg 

potrzebuje trochę czasu, żeby zareagować.

background image

500 000

OPOWIEŚĆ ŻOŁNIERZA

Jak   w   zegarku,   punktualnie   o   wpół   do   dziesiątej   wieczorem   wyją   syreny   alarmu 

przeciwlotniczego, wywołując szalone poruszenie w  chawl.  Mieszkańcy postępują według 
instrukcji, które przez cały zeszły tydzień podawano przez megafony na wypadek wybuchu 

działań wojennych. Gaszą światła, wyłączają wszystkie urządzenia, zakręcają gaz, zamykają 
drzwi mieszkań, ustawiają się w rzędzie i ruszają do bunkra.

Bunkier znajduje się pod budynkiem szkolnym. To duże, prostokątne pomieszczenie z 

przyćmionym   światłem.   Na   podłodze   leży   spłowiały   i   zakurzony   czerwony   dywan,   a 

umeblowanie składa się z kilku rozchwianych krzeseł i starego metalowego stołu, na którym 
stoi czternastocalowy telewizor. W bunkrze jest gorąco, duszno i klaustrofobicznie, ale to 

nasz schron, więc nie możemy narzekać. Chociaż krążą plotki, że w bunkrze w Pali Hill 
mają dwudziestodwucalowy telewizor, poduszki Dunlopillo i klimatyzację.

Mieszkańcy   skupiają   się   przed   telewizorem   ustawionym   na   kanał   informacyjny. 

Rozglądam się po pomieszczeniu. Jest tu prawie cały chawl. Rodziny Gokhale’ów, Nene’ów, 

Bapatów, pan Wagle, pan Kulkami, pani Damle, pan Shirke, pani Barwe... Brakuje tylko 
administratora,   pana   Ramakrishny.   Pewnie   jest   zajęty   liczeniem   kwitów   za   czynsz, 

wymianą przepalonych żarówek, naprawą cieknących kranów i złamanych poręczy.

Najpierw   nadają   reklamy.   Wojnę   sponsorują   pasta   do   zębów   „Mother   of   India”   i 

herbata Jolly. Później słuchamy przemówienia premiera, który solennie nas zapewnia, że 
siły indyjskie mają przewagę i kapitulacja wroga jest kwestią kilku dni. Będziemy walczyć 

do końca, mówi wysokim głosem. Nadchodzi kres terroryzmu. I głodu. I biedy. Zachęca 
widzów, żeby dokonywali wpłat na Fundusz Pomocy Żołnierzom.

Po premierze na ekranie telewizora ukazuje się młoda aktorka i powtarza to samo, ale w 

filmowym   stylu.   Ależ   młodo   wygląda,   mówią   wszyscy,   i   jak   pięknie.   Czy   jej   sari   jest   z 

jedwabiu, czy szyfonu, pytają się nawzajem. Co ona robi, żeby mieć tak delikatną skórę? 
Jakiego   mydła   używa?   Ma   taką   jasną   cerę.   Na   pewno   nie   potrzebuje   kremu   „Fair   and 

Lovely”.

Mężczyźni wpadają w złość. Dość już mieliśmy kłopotów przez tych drani, mówią. Co za 

dużo, to niezdrowo. Tym razem powinniśmy zniszczyć Pakistan raz na zawsze.

Największym   znawcą   wojny   wśród   sąsiadów   jest   pan   Wagle.   Jest   wykładowcą   na 

uniwersytecie i najbardziej wykształconą osobą w naszym  chawl.  Mówi nam, że Pakistan 
ma rakiety i bomby atomowe. Dlatego właśnie siedzimy w bunkrze - żeby nas osłonił przed 

background image

promieniowaniem. Ale przed bombą atomową nie ma prawdziwej ochrony. Kiedy bomba 

wybuchnie,  mówi, woda zmieni się w powietrze.  Powietrze  zmieni się w ogień. Zniknie 
słońce. Na niebie wyrośnie ogromny grzyb. I wszyscy umrzemy, kończy z poważną miną.

Ale trudno sobie wyobrazić śmierć, gdy ma się dwanaście lat jak ja i Putul albo dziesięć 

jak Salim i Dhyanesh, i przeżywa  się pierwszą w życiu wojnę. Roznosi nas entuzjazm i 

ciekawość. Zasiadamy przed telewizorem, wpatrując się jak urzeczeni w zdjęcia z bitwy.

Nic nie wiemy o promieniowaniu i w ogóle się nim nie przejmujemy. Interesują nas 

znacznie ważniejsze rzeczy, na przykład:

Jaki hałas robi bomba atomowa?

Czy można zobaczyć odrzutowce latające nad naszymi domami?
Czy to będzie wyglądało jak święto Diwali?

Czy nie byłoby fajnie, gdyby obok naszego chawl spadła rakieta?
Jest   trzeci   wieczór   wojny.   Życie   w   bunkrze   toczy   się   już   według   przewidywalnych 

schematów. Kobiety zaczęły znosić do schronu warzywa i robótki ręczne. Siedzą razem, 
krojąc pomidory i ziemniaki, robią na drutach swetry, łuskają soczewicę, zrywają zdrowe 

liście ze szpinaku i gałązek kolendry i wymieniają się najnowszymi plotkami. Wiecie, że 
pani Goswani kupiła sobie nowy dwudziestopięciocalowy telewizor? Bóg jeden wie, skąd jej 

mąż bierze tyle pieniędzy! Pan Bapat chyba się wczoraj poważnie pokłócił z żoną. Cała 
dzielnica ich słyszała! Widziałyście ostatni numer „Starbursta”? Piszą, że Armaan Ali chyba 

jest gejem!

Mężczyźni   w   skupieniu   słuchają   wiadomości   i   dyskutują   o   najnowszych   wieściach. 

Rzeczywiście   mają   wprowadzić   stan   wyjątkowy?   Podobno   Pathankot   został   zupełnie 
zniszczony   w   bombardowaniach.   Zginęło   wielu   cywilów.   Mehta   ma   pewne   informacje 

prosto z ministerstwa, że zaczną racjonować benzynę. Z rynku prawie zniknęły cebule i 
pomidory. Lepiej zrobić zapasy mleka.

My   młodsi   mamy   własną   bandę.   Biegamy   po   dużym   pomieszczeniu   schronu, 

wrzeszcząc i wpadając na siebie nawzajem, ku konsternacji kobiet. Gramy w „Szukam”, ale 

w końcu nudzi się nam ta zabawa. Putul wymyśla nową. Zabawa nazywa się, stosownie do 
sytuacji,  „Wojna i  pokój”. Zasady  są dość proste.  Dzielimy  się na  dwie drużyny.  Jedną 

dowodzi   generał   indyjski,   drugą   generał   pakistański.   Drużyny   gonią   się  nawzajem.   Kto 
pierwszy zostanie złapany, zostaje jeńcem i może odzyskać wolność w wyniku wymiany na 

jeńca przeciwnej armii. Dotknięcie generała liczy się za dwóch jeńców. Wygrywa drużyna, 
której   uda   się   wziąć   więcej   jeńców.   Mamy   tylko   jeden   problem   -   nikt   nie   chce   zostać 

generałem pakistańskim. W końcu łapią Salima.

background image

- Jesteś muzułmaninem - mówią - więc będziesz Pakistańczykiem.

Salim   z   początku   się   nie   zgadza,   ale   przekupują   go   obietnicą   dwóch   paczek   gumy 

balonowej. Dołączam do drużyny Salima i dajemy łupnia Hindusom.

Po zabawie zbieramy się w kącie i odpoczywając po wysiłku fizycznym, dyskutujemy o 

wojnie.

- Strasznie mi się podoba ta wojna - mówię. - Jest bardzo fajna. A Neelima Kumari, u 

której pracuję, dała mi tydzień wolnego, bo jest godzina policyjna.

- Tak - potwierdza Putul. - Moją szkołę też zamknęli na tydzień.
- Chciałbym, żeby co miesiąc była wojna - dodaje Dhyanesh.

- Przestańcie opowiadać te brednie, słyszycie - grzmi za naszymi plecami męski głos.
Odwracamy się zaskoczeni i widzimy wspartego na kulach starego sikha. Jest wysoki i 

szczupły, a jego ogorzałą twarz zdobi mały wąsik. Na głowie nosi oliwkowozielony turban w 
takim samym kolorze jak jego wojskowy mundur z mnóstwem kieszeni i szerokim pasem. 

Patrzy na nas surowo, Oskarżycielskim gestem unosząc palec.

- Jak śmiecie tak trywializować wojnę? Wojna to bardzo poważna sprawa. Giną w niej 

ludzie.

Dopiero wtedy zauważamy, że sikh nie ma jednej nogi.

Dowiadujemy   się,   że   to   starszy   szeregowy   (w  stanie   spoczynku)   Balwant   Singh.   Że 

niedawno wprowadził się do naszego chawl, mieszka sam i stracił nogę w bitwie.

Zbesztawszy nas, Balwant Singh kuśtyka o kulach do krzesła i siada przed telewizorem.
Telewizja   nadaje   relację   na   żywo   z   wojny.   Ekran   zasnuwa   mgliste   zielone   światło. 

Widzimy wyrzutnię rakiet załadowaną  rakietą. Żołnierz naciska guzik i rakieta strzela z 
oślepiającym płomieniem. Po pół minucie widać w oddali zielono - żółty błysk i słychać 

wybuch.

- Precyzyjnie trafiliśmy w cel - oznajmia stojący obok wyrzutni oficer. Uśmiecha się 

szeroko. Jego zęby wydają się nienaturalnie zielone. Po dziesięciu minutach odpalają drugą 
rakietę. Reporter odwraca się i mówi prosto do kamery:

- Była to nasza specjalna relacja z działań wojennych w sektorze Radżastanu. Mówił 

Sunil Vyas towarzyszący Piątej Dywizji. Oddaję głos do studia.

Nie mówi, co było celem ataku, czy cel został trafiony, ilu ludzi zginęło i ilu przeżyło. Na 

ekranie pojawia się znany piosenkarz i z zapałem zaczyna śpiewać stare pieśni patriotyczne.

Starszy szeregowy (w stanie spoczynku) Balwant Singh wstaje z krzesła.
- To nie jest prawdziwa wojna - mówi z niesmakiem. - To jakieś żarty. Pokazują wam 

głupi serial.

background image

Pan Wagle nie wygląda na rozbawionego.

- Jak w takim razie wygląda prawdziwa wojna? - pyta. Balwant patrzy na Wagle’a z 

pogardą, jaką żołnierz może żywić do cywila.

- Prawdziwa wojna wygląda zupełnie inaczej niż film dla dzieci. Prawdziwa wojna to 

krew i wnętrzności. Prawdziwa wojna to ciała zabitych, ręce odrąbane bagnetami i nogi 

urwane przez szrapnele.

- Na której wojnie pan walczył? - pyta pan Wagle.

- Walczyłem na ostatniej prawdziwej wojnie w roku 1971 - oświadcza z dumą Balwant 

Singh.

- Może więc opowie nam pan, jak jest na prawdziwej wojnie - proponuje pani Damle.
- Tak, opowiedz nam, wujku - domagamy się głośno. Balwant Singh siada z powrotem.

- Naprawdę  chcecie  wiedzieć,  jak jest na prawdziwej  wojnie? Zgoda, opowiem wam 

swoją   historię.   Opowiem   o   czternastu   chwalebnych   dniach,   które   przyniosły   nam 

najsławniejsze zwycięstwo nad Pakistanem.

Z   błyszczącymi   oczyma   zbijamy   się   w  gromadkę  wokół   starego   żołnierza   jak   wokół 

własnego dziadka.

Balwant Singh zaczyna opowiadać. Spogląda przed siebie rozmarzonym i nieobecnym 

wzrokiem jak ludzie, którzy wracają wspomnieniem do bardzo dawnych czasów.

- Zabiorę   was   w   przeszłość   do   1971   roku,   najbardziej   doniosłego   okresu   w   historii 

narodu indyjskiego.

W   całym   bunkrze   zapada   cisza.   Pan   Wagle   ścisza   telewizor.   Nikt   nie   protestuje. 

Telewizyjne relacje z drugiej ręki nie mogą się równać z opowieścią z pierwszej ręki, którą 
snuje prawdziwy żołnierz.

- Ostatnia   prawdziwa   wojna   rozpoczęła   się   trzeciego   grudnia   1971   roku.   Dobrze 

pamiętam   tę   datę,   ponieważ   tego   samego   dnia   dostałem   list   z   Pathankot   od   mojej 

ukochanej żony z wiadomością, że urodziła syna, nasze pierwsze dziecko. W liście żona 
napisała: „Nie ma cię przy mnie, ale wiem, że walczysz za ojczyznę, dlatego moje serce 

przepełnia radość i duma. Będę się modlić o twoje bezpieczeństwo i będę czekać na twój 
szczęśliwy powrót z naszym synem”.

Czytając ten list, płakałem, ale to były łzy szczęścia. Nie płakałem z tęsknoty za rodziną. 

Byłem szczęśliwy,  że idę walczyć z błogosławieństwem  żony i pokrzepiony narodzinami 

syna.

- Jak żona dała dziecku na imię? - pyta pani Damle.

- Już na długo przed jego narodzeniem postanowiliśmy, że dziewczynce damy na imię 

background image

Durga, a jeśli urodzi się chłopiec, będzie się nazywał Sher Singh. Tak więc dostał na imię 

Sher.

- Jak zaczęła się wojna? - pyta pan Shirke.

- W nocy trzeciego grudnia był nów. Pod osłoną ciemności tchórzliwy wróg przypuścił 

parę pierwszych ataków z powietrza na kilka naszych lotnisk wzdłuż zachodniego sektora - 

Srinagar,   Avantipur,   Pathankot,   Uttarlai,   Dżodhpur,   Ambala,   Agra   -   wszystkie   zostały 
ostrzelane.   Po   nalotach   nastąpił   zmasowany   atak   na   strategiczny   sektor   Czhamb   na 

północy.

- A gdzie pan stacjonował, kiedy wybuchła wojna? - pyta pan Wagle.

- Właśnie tam, w Czhamb, z Trzynastą Dywizją Piechoty. Służyłem w Pułku Sikhijskim, 

a mój batalion - 35. Sikhijski - rozmieszczono w środku zgrupowania brygady.  Musicie 

wiedzieć,  dlaczego  Pakistan zaatakował  nas w Czhamb. Czhamb to nie tylko wioska na 
zachodnim   brzegu   rzeki   Munawar   Tawi.   To   także   arteria   życiowa   okręgów   Akhnoor   i 

Dżaurian. Gdyby wróg ją zdobył, zagrożony byłby cały stan.

Tak więc Pakistan zaatakował nas z trzech stron. Zaczęli ogniem zaporowym artylerii. 

Strzelały karabiny i moździerze. Ogień był tak silny, że po zaledwie kilku godzinach prawie 
wszystkie nasze bunkry zostały poważnie uszkodzone i zginęły trzy nasze patrole graniczne.

Kiedy zaczął  się atak, dowodziłem trzema ludźmi na wysuniętym stanowisku.  Wróg 

zaatakował nas ze znacznie większą siłą. Musicie pamiętać, że po drugiej stronie Munawar 

Tawi mieliśmy tylko trzy bataliony, które stały naprzeciw pakistańskiej dywizji piechoty, 
Dwudziestej   Trzeciej   Dywizji   Piechoty,   z   brygadą   pancerną   złożoną   z   około   stu 

pięćdziesięciu czołgów i z chyba dziesięcioma pułkami artylerii. Pakistan miał w Czhamb 
więcej artylerii niż na całym froncie wschodnim.

Jak mówiłem, dowodziłem wówczas trzema ludźmi. Byli to Sukhvinder Singh z Patiali, 

Rajeshwar z Hoshiarpuru i Karnail Singh z Ludhiany. Karnail był z nich najlepszy: wysoki, 

muskularny, miał tubalny głos i zaraźliwy uśmiech. Nie bał się wojny. Nie bał się śmierci. 
Ale co dzień dręczył go inny lęk.

- Jaki? - pyta pan Kulkarni.
- Lęk   przed   tym,   że   go   pogrzebią.   Słyszeliśmy,   że   gdy   Pakistańczycy   znajdują   ciała 

indyjskich   żołnierzy,   nigdy   ich   nam   nie   zwracają.   Podobno   celowo   grzebią   je   w   ziemi 
zgodnie   z   tradycją   muzułmańską,   nawet   jeżeli   żołnierze   byli   hindusami.   Karnail   był 

bogobojnym i pobożnym człowiekiem i przerażała go myśl, że gdyby poległ w walce, jego 
ciało zamiast spalone na stosie, zostałoby zagrzebane sześć stóp pod ziemią. „Proszę mi 

obiecać” - powiedział do mnie tydzień przed początkiem wojny - „że jeśli zginę, dopilnuje 

background image

pan, żeby mnie poddano należytej kremacji. Inaczej moja dusza nigdy nie zazna spokoju i 

przez   następnych   trzydzieści   sześć   tysięcy   lat   będzie   się   musiała   błąkać   po   krainie 
umarłych”.   Próbowałem   mu   dodawać   otuchy,   zapewniając   go,   że   nie   umrze,   ale   był 

nieugięty. Tak więc, żeby przestał mnie już męczyć, powiedziałem: „Zgoda, Karnail, jeżeli 
zginiesz, obiecuję, że twoje ciało zostanie spalone zgodnie z hinduskim rytuałem”.

- I   tak   w   nocy   trzeciego   grudnia   siedzieliśmy   w   wysuniętym   bunkrze   -   Karnail, 

Sukhvinder, Rajeshwar i ja - kiedy wróg otworzył ogień...

Przerywa mu Putul.
- Wujku, mieliście w bunkrze telewizor taki jak nasz? Żołnierz wybucha śmiechem.

- Nie,   synu.   Nasz   bunkier   nie   był   taki   luksusowy.   Nie   mieliśmy   ani   dywanu,   ani 

telewizora. Był mały i ciasny. Mogło się do niego wczołgać najwyżej czterech ludzi. Roiło się 

w nim od moskitów, a czasem odwiedzały nas nawet węże.

Balwant przybiera poważny ton.

- Nie wiem, czy ktoś z was zna topografię Czhamb. To płaski teren, ale jest znany z 

szarych kamieni i  sarkandy  - słoniowej trawy - tak gęstej i wysokiej, że może się w niej 

ukryć czołg. Wróg zakradł się właśnie przez tę gęstą trawę, pod osłoną ciemności. Zanim się 
zorientowaliśmy, z lewej i prawej zagrzmiały moździerze. Było zupełnie ciemno i nic nie 

widziałem. Na nasz bunkier poleciał granat, ale zanim wybuchł, zdążyliśmy uciec. Kiedy 
odważyliśmy się wyjść z bunkra, każdemu naszemu krokowi towarzyszył grad kul z lekkiego 

karabinu maszynowego. Cicho ruszyliśmy pieszo jeden za drugim, starając się ustalić źródło 
ognia.   Wysunęliśmy   się   daleko   naprzód   i   doszliśmy   prawie   do   samego   pakistańskiego 

bunkra,   z   którego   kierowano   ogień,   gdy   tuż   za   moimi   plecami   eksplodował   pocisk 
moździerzowy. Sukhvinder i Rajeshwar zginęli na miejscu, a Karnail dostał szrapnelem w 

brzuch i mocno krwawił. Tylko ja odniosłem powierzchowne rany. Szybko poinformowałem 
dowódcę kompanii o ofiarach. Powiedziałem mu też, że w nieprzyjacielskim bunkrze jest 

gniazdo lekkiego karabinu maszynowego i jeżeli nie zostanie zlikwidowane, może wyrządzić 
poważne straty w kompanii. Dowódca powiedział, że nie może poświęcić jeszcze jednego 

pododdziału,  i kazał  mi w jakiś  sposób zneutralizować gniazdo karabinu maszynowego. 
„Idę na bunkier wroga” - powiedziałem do Karnaila. - „Osłaniaj mnie ogniem”. Ale Karnail 

zastąpił mi drogę. „To samobójcza misja”. „Wiem, Karnail” - odpowiedziałem. - „Ale ktoś to 
musi   zrobić”.   „Wobec   tego   proszę   pozwolić   mnie”   -   rzekł   Karnail.   -   „Zgłaszam   się   na 

ochotnika   do   zadania   neutralizacji   nieprzyjacielskiego   karabinu   maszynowego”.   Potem 
dodał: „Saab, ma pan żonę, która właśnie obdarzyła  pana synem. Ja nie mam rodziny. 

Nikogo nie zostawię. Być może umrę od tej rany. Proszę mi pozwolić pójść i zrobić coś w 

background image

służbie   ojczyzny.   Tylko   proszę   nie   zapomnieć   o   swojej   obietnicy”.   I   zanim   zdążyłem 

powiedzieć choć słowo, wyrwał mi karabin z ręki i biegiem ruszył naprzód. Z okrzykiem 
„Bharat Mata ki Jai!  - niech żyje matka India!” zaatakował bunkier, zabijając bagnetem 

trzech   żołnierzy   i   uciszając   karabin   maszynowy.   Ale   gdy   stał   z   bronią   w   ręku,   dostał 
śmierteiną serię w pierś i na moich oczach padł na ziemię, cały czas trzymając karabin.

Wszyscy w schronie usiłują sobie wyobrazić okropną bitewną scenę. Odgłos strzałów i 

huku moździerzy zdaje się odbijać echem w pomieszczeniu. Balwant ciągnie opowieść.

- Tkwiłem w tym samym miejscu przez prawie dwie godziny. Dostałem rozkaz powrotu 

do kompanii, ale wciąż miałem w uszach obietnicę złożoną Karnailowi. Jego ciało leżało na 

terytorium wroga, a ja nie miałem pojęcia, ilu pakistańskich żołnierzy może tam jeszcze 
być. Z całej drużyny zostałem tylko ja.

- O trzeciej nad ranem ostrzał się skończył i zapadła śmiertelna cisza. Podmuch wiatru 

zakołysał drzewami. Bardzo powoli zacząłem się posuwać w stronę pakistańskiego bunkra, 

od   którego   dzieliło   mnie   najwyżej   sześćdziesiąt   jeden   metrów.   Nagle   tuż   przed   sobą 
usłyszałem stłumiony odgłos kroków. Unosząc broń, wytężyłem słuch, bo serce głośno mi 

waliło. Odbezpieczyłem karabin i byłem gotowy do strzału, choć miałem nadzieję, że nie 
będę musiał użyć broni. Gdy strzela się w ciemności, widać błysk u wylotu lufy, który może 

zdradzić wrogowi pozycję. Starałem się uciszyć nawet własny oddech. Poczułem, jak na 
plecy wpełza mi coś cienkiego i śliskiego. Jakby wąż. Rozpaczliwie chciałem go z siebie 

strząsnąć, ale strach przed zdradzeniem wrogowi swojej obecności kazał mi tylko zamknąć 
oczy i mieć nadzieję, że wąż mnie nie ukąsi. Po chwili, która trwała całą wieczność, wąż 

ześliznął się po mojej nodze i z ulgą odetchnąłem. Plecy miałem zlane potem, bolały mnie 
ramiona. Miałem wrażenie, jakby mój karabin był z ołowiu. Znów usłyszałem kroki, coraz 

bliższe. Wpatrywałem się w mrok, usiłując dojrzeć sylwetkę wroga, ale nic nie widziałem. 
Wiedziałem, że w ciemności czai się śmierć. Albo zabiję, albo sam zginę. Trzasnęła gałązka i 

usłyszałem nawet oddech. Oczekiwanie było prawdziwą męczarnią. Zastanawiałem się, czy 
strzelić, czy czekać, aż wróg zrobi pierwszy ruch. Nagle zobaczyłem błysk zapałki i z mroku 

jak   bezcielesny   duch   wyłonił   się   zarys   głowy,   nie   dalej   niż   dziesięć   stóp   ode   mnie. 
Natychmiast   wyskoczyłem   z   trawy   i   zaatakowałem   z   obnażonym   bagnetem.   To   był 

pakistański   żołnierz,   który   oddalił   się   za   potrzebą.   Kiedy   o   mało   go   nie   przewróciłem, 
odwrócił   się, rzucił  karabin  i  złożył  ręce,   prosząc  mnie: „Nie  zabijaj  mnie.  Błagam,   nie 

zabijaj”. „Ilu was jest w tym rejonie?” - spytałem. „Nie wiem. Odłączyłem się od oddziału. 
Właśnie chciałem wracać. Błagam,  nie zabijaj mnie!” - krzyczał.  „Dlaczego miałbym cię 

oszczędzić?” - zapytałem. - „Przecież jesteś moim wrogiem”. „Ale jestem też człowiekiem, 

background image

tak jak ty. Moja krew ma taki sam kolor jak twoja. Mam żonę, która czeka na mnie w 

Mirpur.   I   córeczkę,   która   urodziła   się   dwa   dni   temu.   Nie   chcę   umierać,   zanim   jej   nie 
zobaczę”. Słysząc jego słowa, łagodnieję. „Ja też mam żonę i synka, którego jeszcze nie 

widziałem” - powiedziałem do wrogiego żołnierza, a potem spytałem go: „Co byś zrobił na 
moim miejscu?”. Zamilkł na chwilę, a potem urywanym głosem odpowiedział: „Zabiłbym 

cię”.   „Sam   widzisz”   -   odrzekłem.   -   „Jesteśmy   żołnierzami.   Musimy   być   wierni   swojej 
profesji.   Ale   mogę   ci   przyrzec   jedno.   Dopilnuję,   żebyś   został   należycie   pochowany”.   A 

potem, nie mrugnąwszy okiem, wbiłem mu bagnet w serce.

- Och...   -   Pani   Damle   z   odrazą   zamyka   oczy.   Pan   Shirke   też   wygląda   na 

zdenerwowanego.

- Naprawdę   może   nam   pan   oszczędzić   tak   drastycznych   szczegółów   -   mówi   do 

Balwanta, nadaremnie próbując zasłonić uszy Putula. - Przez tę krew i mord mój syn może 
mieć koszmary.

Balwant prycha pogardliwie.
- Ha!   Wojna   nie   jest   dla   wrażliwców.   Lepiej   nawet,   żeby   malcy   zrozumieli,   jak 

naprawdę wygląda. Powinni wiedzieć, że wojna to poważna sprawa. Giną w niej ludzie.

- Co się potem stało? - pyta pan Wagle.

- Niewiele. Poszedłem do nieprzyjacielskiego bunkra, gdzie obok ciała Karnaila leżało 

trzech   zabitych   Pakistańczyków.   Dźwignąłem   go   i   na   plecach   zaniosłem   do   swojej 

kompanii.   Następnego   dnia   poddaliśmy   go   kremacji.   -   W   oczach   Balwanta   lśnią   łzy.   - 
Powiedziałem dowódcy o bohaterskim czynie Karnaila i z jego rekomendacji Karnail Singh 

został pośmiertnie odznaczony orderem MVC.

- Co to jest MVC? - pyta Dhyanesh, - Maha Vir Chakra. Jedno z najwyższych odznaczeń 

wojskowych w naszym kraju - wyjaśnia Balwant.

- A jakie jest najwyższe?

- PVC - Param Vir Chakra. Prawie zawsze nadawane jest pośmiertnie.
- A pan jaki dostał order? - pyta Dhyanesh. Balwant robi zbolałą minę.

- Za tę akcję nie dostałem żadnego. Ale to nie koniec mojej historii. Muszę wam jeszcze 

opowiedzieć o słynnej bitwie o most Mandiala.

Pan Wagle patrzy na zegarek.
- Och, mój Boże, już po północy. Chalo, chalo, chyba wystarczy na dziś wrażeń. Minęła 

godzina policyjna. Powinniśmy wracać.

Niechętnie rozchodzimy się do mieszkań.

background image

Następnego dnia znów siedzimy w bunkrze. Dziś jest z nami syn pana Bapata, Ajay. 

Wrócił od babci. Strasznie lubi się popisywać, ciągle się przechwala swoimi zabawkami, 
komputerem, rolkami i licznymi dziewczynami. Wszyscy go nie cierpimy, ale nikt nie mówi 

tego głośno. Lepiej się nie kłócić z piętnastolatkiem, który wygląda na siedemnaście lat. 
Dzisiaj przyniósł mały notatnik. Mówi, że to jego album z autografami. Pokazuje dzieciom 

jakieś gryzmoły.

- To   autograf   Amitabha   Bachchana,   ten   Armaana   Alego,   ten   Raveeny,   a   to   podpis 

słynnego krykiecisty Sachina Malvankara.

- A ten czyj?  - pyta Dhyanesh, pokazując czarny,  zupełnie nieczytelny  zawijas.  Ajay 

myśli przez chwilę, a potem mówi zmieszany:

- Mojej mamy. Sprawdzała nowy długopis.

Putul   też   coś   przyniósł,   ale   to   nie   jest   książka   z   autografami.   To   zeszyt.   Tato   mu 

powiedział, że nawet jak nie ma szkoły, to nie znaczy, że nie będzie nauki. Teraz codziennie 

będzie   musiał   siedzieć   w   bunkrze   i   pisać   wypracowania.   Dzisiejszy   temat   brzmi   „Moja 
krowa”, mimo że Putul wcale nie ma krowy.

W telewizji jest sprawozdanie oficera prasowego.
- Pakistańskie   naloty   na   lotniska   wojsk   indyjskich   w   Ambali,   Gorakhpur   i   Gwalior 

zostały  pomyślnie  zneutralizowane.  Siły  indyjskie  zajęły  Baghlę   i  Rahimyar   Khan.  Bazy 
pakistańskie w Bhawalpur, Sukkur i Nawabshah zostały zupełnie zniszczone, a Shakargarh 

pozostaje pod naszą kontrolą. W sektorze Czhamb nasi żołnierze odparli zmasowany atak 
pakistański na most Mandiala.

Wznosimy radosne okrzyki. Słychać oklaski, ludzie ściskają sobie ręce.
Balwant Singh tak jak poprzedniego dnia siedzi przed telewizorem.

- A więc znowu zaatakowali  Mandialę  - mówi,  kręcąc głową.  - Ci Pakistańczycy  nie 

potrafią się uczyć na własnych błędach.

Wydaje mi się, że Balwant czeka, żeby ktoś go zapytał o most Mandiala, lecz nikt nie 

daje się sprowokować.

Telewizja   nadaje   teraz   dyskusję   w   studiu.   O   wojnie   rozmawiają   eksperci.   Brodaty 

mężczyzna w okularach mówi:

- Wszyscy   wiemy,   że   Pakistan   dysponuje   prawie   czterdziestoma   głowicami 

nuklearnymi.   Wybuch   tylko   jednej   piętnastokilotonowej   bomby   jądrowej   na   obszarze 

miejskim   o   gęstości   zaludnienia   rzędu   dwudziestu   pięciu   tysięcy   osób   na   kilometr 
kwadratowy może spowodować śmierć około ćwierć miliona ludzi. Jeśli teraz, przyjmując te 

dane, ekstrapolujemy podobne zdarzenie w Mumbaju, gdzie...

background image

- Woda zmieni się w powietrze - mówi pan Wagle. - Powietrze zmieni się w ogień. Na 

niebie wyrośnie wielki grzyb. I wszyscy zginiemy.

Pan Kulkami wyłącza telewizor.

- To zbyt przygnębiające - mówi. - Może lepiej posłuchajmy bardziej budującej historii 

naszego bohatera wojennego. Balwantji, wczoraj wspominał pan o bitwie o most Mandiala. 

Proszę nam o niej opowiedzieć.

Balwant ożywia się, przeciąga i podwija rękawy. Drapie się w kikut nogi, odwraca w 

stronę zebranych w schronie osób i zaczyna.

- Po drugiej stronie Munawar  Tawi  jest wysoka skarpa  nazywana  Mandialą  Północ. 

Właśnie   tam   wróg   zaatakował   w   nocy   trzeciego   i   czwartego   grudnia,   a   ponieważ   nie 
mieliśmy tam prawie żadnych oddziałów, wszystkie nasze stanowiska zostały zmiażdżone. 

Potem Pakistańczycy czołgami i piechotą ruszyli naprzód w kierunku przeprawy Mandiala, 
gdzie   zajmowałem   stanowisko   w   35.   Batalionie   Sikhijskim   obok   19.   Batalionu 

Desantowego.

Wówczas   już   zrozumieliśmy,   że   głównym   celem   23.   Dywizji   Pakistańskiej   jest 

opanowanie mostu Mandiala. Gdyby im się udało, zostalibyśmy zmuszeni do wycofania się 
z sektora Czhamb i całego rejonu na zachód od Tawi. Tak więc przed południem czwartego 

grudnia zaczęliśmy umacniać swoje pozycje. 31. Zmechanizowany został wzmocniony przez 
kompanię z 27. Pułku Pancernego, a z Akhnoor wysłano 37. Batalion Kumaon, który w 

kontrataku miał odbić Mandialę Północ. Ale wydarzyła się tragedia - zginął dowódca 37. 
Kumaon trafiony pociskiem artylerii pakistańskiej. Tak więc batalion został bez dowódcy i 

dotarł   na  miejsce  dopiero  o  zmierzchu.  Dlatego   skierowano  go na  wschodni  brzeg  nad 
przeprawą Mandiala. Kiedy zapadła noc, przeprawę Mandiala osłaniał tylko 35. Batalion 

Sikhijski i kompania 19. Batalionu Desantowego, a Mandialę Południe zajmowały czołgi 31. 
Zmechanizowanego.

- Piątego   grudnia   o   trzeciej   dwa   pakistańskie   bataliony   -   6.   i   13.   z   okupowanego 

Kaszmiru - przypuściły zajadły atak przez Tawi. Ruszyły na nas amerykańskie czołgi Patton 

i chińskie T59, waląc z dział. Nad naszymi głowami śmigały odrzutowce Pakistańskich Sił 
Powietrznych, ostrzeliwując cały teren i zrzucając na nasze pozycje tysiącfuntowe bomby. 

Wszędzie płonęły pojazdy, rozrywały się pociski, a czołgi nacierały na nas jak gigantyczne 
stalowe owady pełznące przez słoniową trawę. Ostrzał artyleryjski był tak silny, że w ciągu 

pięćdziesięciu   minut   sięgnął   ostatnich   linii   naszych   pozycji.   13.   Batalion   Pakistański 
uderzył na nasz 29. Oddział Dżatów i rozbił go. Posuwając się naprzód, wróg zajął Punkt 

303,   zabijając   dowódcę.   Obronę   tego   miejsca   także   powierzono   35.   Sikhijskiemu,   ale 

background image

niestety   część   moich   towarzyszy   nie   zdołała   udźwignąć   ciężaru   swoich   obowiązków.   W 

obliczu nieprzerwanego ognia artyleryjskiego po prostu uciekli. Po zdobyciu Punktu 303 
Pakistańczycy wydali rezerwom rozkaz, aby wzmocniły przyczółek. O brzasku opanowali 

cały most Mandiala. Wydawało się, że może nas uratować tylko cud. Czy ktoś mógłby mi 
podać szklankę wody?

Balwant   Singh   opowiada   znakomicie.   Akcentuje   właściwe   słowa,   w   odpowiednich 

miejscach robi pauzy, a gdy napięcie sięga szczytu, prosi o szklankę wody.

Ktoś pospiesznie przynosi mu styropianowy kubek z wodą. Wyciągamy szyje. Balwant 

pociąga łyk z kubka i podejmuje opowieść.

- W   takiej   właśnie   sytuacji   przyjechał   do   nas   osobiście   z   Akhnoor   dowódca   368. 

Brygady. Jego oczom ukazał się obraz zupełnej zagłady i chaosu. Żołnierze zmykali z pola 

bitwy   co   sił   w  nogach.   Ziemia   zmieniła   się  w   zrytą   kraterami   pustynię,   usłaną   ciałami 
poległych, zasypaną gruzem i pełną płonących wraków naszych czołgów. Wszędzie sypał się 

grad   kul.   Woda   w   Tawi   zrobiła   się   szkarłatna   od   krwi   żołnierzy.   To   było   prawdziwe 
pandemonium. Wyglądało zupełnie inaczej, niż pokazują w telewizji, gdzie naciskasz guzik, 

odpalasz rakietę, a potem popijasz herbatkę.

Dowódca, który mnie znał, zapytał: „Balwancie Singh, co się tu dzieje?”. A ja z ciężkim 

sercem odpowiedziałem: „Z przykrością melduję, że wielu żołnierzy zdezerterowało z pola 
bitwy i uciekło w bezpieczne rejony. Nie wytrzymali naporu przytłaczających sił wroga”. 

Straciliśmy trzy czołgi i wielu ludzi.

Dowódca   powiedział:   „Jeżeli   wszyscy   zaczniemy   tak   myśleć,   jak   mamy   wygrać   tę 

wojnę?”. Potem westchnął. „Sytuacja jest beznadziejna. Chyba powinniśmy się wycofać”.

Natychmiast zaprotestowałem. „Motto naszego pułku brzmi:  Nischey Kar Apni Jeet 

Karon - «Walczę, aby zwyciężyć». Nigdy nie poddam się bez walki”.

„Oto bojowy duch, Balwant”. Dowódca poklepał mnie po plecach i rozkazał mi zebrać 

pozostałych   ludzi.   Dowódca   mojego   plutonu   także   zdezerterował,   więc   ja   zostałem 
mianowany dowódcą. Nasz batalion dostał zadanie natychmiastowego natarcia i odbicia 

mostu. Do ataku była także gotowa kompania Delta piechoty Gurkhów i ocalałe czołgi 31. 
Zmechanizowanego.

Rano gruchnął ogień dział i karabinów maszynowych. Przeprawa Mandiala zmieniła się 

w piekło, w kocioł ognia, chaosu i wybuchów. Wokół nas świstały kule wystrzeliwane przez 

snajperów, karabiny maszynowe pluły ciągłym, śmiercionośnym ogniem, w górze krążył 
nieprzyjacielski   samolot,   zrzucając   bomby,   a   my   z   osadzonymi   na   lufach   bagnetami 

ruszyliśmy   do   ataku   z   bitewnym   okrzykiem   sikhów   -  Bole   So   Nihal,   Sat   Sri   Akal. 

background image

Dopadliśmy wroga i w krwawej walce wręcz zadźgaliśmy bagnetami wielu pakistańskich 

żołnierzy. Nasza śmiała akcja zupełnie zdemoralizowała nieprzyjaciela. Szala zwycięstwa 
powoli chyliła się na naszą stronę. Zaczęliśmy spychać wroga w tył.

W tym momencie nieprzyjaciel postanowił przerzucić przez Tawi czołgi, które dotąd 

pozostawały   na   drugim   brzegu.   Gdyby   pokonały   most   i   znalazły   się   po   naszej   stronie, 

zostalibyśmy   zupełnie   odsłonięci.   Dlatego   za   nic   nie   można   było   pozwolić,   aby   czołgi 
przeprawiły się przez rzekę. Do akcji wkroczyły nasze czołgi T55 z 31. Zmechanizowanego i 

27.   Pułku   Pancernego.   Z   początku   dobrze   odpierały   szturm   nieprzyjaciela,   ale   gdy 
pakistańskie pattony wjechały na most, dwóch naszych ludzi porzuciło czołgi i uciekło.

Nie wiem, co mnie opętało. Podbiegłem do jednego z porzuconych czołgów, otworzyłem 

właz  i wśliznąłem się do środka. Znałem się trochę na czołgach,  ale nigdy żadnego nie 

prowadziłem.   Mimo   to   w   ciągu   paru   minut   zorientowałem   się   co   i   jak   i   po   chwili 
uruchomiłem T55.  Kiedy mój czołg  ruszył,  ściągnął  na siebie gęsty  ogień nieprzyjaciela 

ukrytego w bunkrach. Skierowałem więc maszynę w stronę okopu. Pakistańczycy sądzili, że 
wobec ciągłego ognia dam za wygraną, ale nieustępliwie posuwałem się w kierunku bunkra, 

aż wyskoczyli z niego żołnierze i uciekli. Jeden z nich usiłował wspiąć się na mój czołg. 
Natychmiast   obróciłem   wieżyczkę   ze   stumilimetrową   armatą   i   strąciłem   go   jak   muchę. 

Tymczasem nasze pozostałe czołgi zaczęły brać na cel wroga i po dwudziestu minutach 
został tylko jeden nieprzyjacielski patton. Próbował się wycofać, ale rzuciłem się za nim w 

pościg. Mój czołg został przez niego trafiony i zaczął się palić. Ale armata wciąż działała. 
Kontynuowałem pościg i strzeliłem do pattona z odległości niecałych czterdziestu pięciu 

metrów. Nieprzyjacielski czołg zatrzymał się nagle i odrobinę cofnął. Wieżyczka obracała 
się jak pijana Wreszcie znieruchomiała i patton buchnął płomieniami. Połączyłem się przez 

radio   z   dowódcą   i   zameldowałem:   „Osiem   nieprzyjacielskich   czołgów   zniszczonych. 
Sytuacja opanowana”.

Most  Mandiala   był   już   w   zasięgu   ręki.   Nieprzyjacielskie   wojska   poszły   w   rozsypkę. 

Czołgi zostały zniszczone, ale wciąż istniało kilka ognisk oporu. Nieprzyjaciel rozmieścił 

wokół mostu karabiny maszynowe i wyrzutnie rakiet, które nadal prowadziły ogień. I co 
najważniejsze, nad mostem wciąż łopotała pakistańska flaga. Musiałem ją zerwać. Byłem 

zamroczony, śmigające w powietrzu odłamki metalu raniły mnie do krwi, mimo to zacząłem 
się wolno posuwać w stronę bunkra Pakistańczyków. Wokół siebie widziałem zwłoki leżące 

na rozjeżdżonej i błotnistej ziemi. Szedłem naprzód, aż znalazłem się w odległości około 
dziewięciu   metrów   od   nieprzyjacielskiego   bunkra   otoczonego   drutem   kolczastym. 

Wrzuciłem do bunkra granat dymny i po chwili z wnętrza wypadło trzech krwawiących 

background image

Pakistańczyków,   dwóch   natychmiast   padło   trupem.   Przy   życiu   pozostał   jeden   żołnierz. 

Kiedy   uniosłem   karabin,   żeby   go   zastrzelić,   zorientowałem   się,   że   zaciął   się   zamek. 
Nieprzyjacielski żołnierz też to zauważył. Uśmiechnął się, uniósł broń i nacisnął spust. Grad 

kul trafił mnie w lewą nogę i upadłem na ziemię. Żołnierz wycelował w moje serce i znów 
nacisnął   spust.   Zmówiłem   modlitwę   i   przygotowałem   się   na   śmierć.   Ale   zamiast 

ogłuszającego huku usłyszałem suchy trzask. Magazynek był pusty. Narai Takbir Allah O 
Akbar!  
-   krzyknął   Pakistańczyk   i   ruszył   na   mnie   z   obnażonym   bagnetem.   Wołając  Jai 

Hind!, stawiłem mu czoło i uskoczyłem przed atakiem. Potem zatłukłem go na śmierć kolbą 
karabinu.   Wreszcie   przypadłem   do   flagi,   zdarłem   ją   i   zawiesiłem   na   maszcie   nasz 

trójkolorowy   sztandar.   Gdy   zobaczyłem,   jak   łopocze   nad   mostem   Mandiala,   była   to 
najpiękniejsza chwila w moim życiu, choć wiedziałem, że straciłem nogę.

Balwant Singh milknie i wszyscy zauważamy, że ma oczy pełne łez.
Przez prawie minutę nikt się nie porusza. Potem do Balwanta Singha podchodzi Putul i 

podaje mu swój zeszyt. Żołnierz ociera oczy.

Arrey, o co chodzi? Nie pomogę ci w zadaniu z matematyki.

- Nie chcę, żeby pomagał mi pan odrabiać zadanie - mówi Putul.
- To po co dajesz mi zeszyt?

- Chciałem pana prosić o autograf. Jest pan naszym bohaterem. Wszyscy biją brawo.
Dhyanesh drugi raz zadaje to samo pytanie. - Jakie odznaczenie dostał pan za tę bitwę? 

Balwant cichnie, jak gdybyśmy dotknęli bolesnego miejsca. Potem mówi z goryczą:

- Żadnego. 35. Batalionowi Sikhijskiemu przyznano dwa MVC i dwa PVC. Trzech moich 

towarzyszy dostało medale Sena, a w Dżaurianie wzniesiono pomnik. Ale mnie nie dano 
nic, nie wymieniono nawet mojego nazwiska  w rozkazie  dziennym. Nikt nie wyraził mi 

uznania za męstwo. Wzdycha.

- Ale wcale się tym nie przejmuję. Mam satysfakcję, gdy widzę znicz płonący na Amar 

Jyoti,   Grobie   Nieznanego   Żołnierza.   Wydaje   mi   się,   że   płonie   dla   takich   jak   ja.   - 
Filozoficznie   recytuje   wiersz   w   urdu:   -   „Przychodzimy   na   ten   świat   niezapowiedziani. 

Odejdziemy   bez   zapowiedzi.   Lecz   na   tym   świecie   dokonujemy   czynów,   których   nasze 
pokolenie nie zapamięta, a następne nie zapomni”.

Wszyscy znów milkną. Nagle pani Damle zaczyna śpiewać:
Sara   jahan   se   achcha   Hindustan   hamara...  -   Wkrótce   wszyscy   podejmują 

patriotyczną   pieśń.   Nie   wiem,   co   się   z   nami   dzieje,   ale   wszystkie   dzieci   organizują 
spontaniczną   defiladę.   Tworzymy   szereg   i   maszerujemy   przed   Balwantem   Singhiem, 

salutując naszemu dzielnemu żołnierzowi uniesionymi dłońmi zaciśniętymi w pięści.

background image

To była nasza wojna. Balwant był naszym bohaterem.

Balwant Singh jest tak wzruszony, że zaczyna płakać.
Jai Hind!  - woła i kuśtykając,  opuszcza  schron, zostawiając nam szelest słoniowej 

trawy, huk wybuchających bomb, ostrą woń kordytu i fetor śmierci.

Pan Wagle wchodzi na podwyższenie i oświadcza:

- Drodzy przyjaciele, mam zaszczyt poinformować, że jutro odwiedzi nas delegacja z 

Funduszu   Pomocy   Żołnierzom,   w   skrócie   FPŻ.   Nasz   ukochany   premier   zaapelował   do 

wszystkich   Hindusów   o   hojne   datki   na   rzecz   naszych   żołnierzy,   którzy   oddają   życie, 
żebyśmy mogli cieszyć się wolnością  i żyć godnie. Mam nadzieję,  że wszyscy  sięgniecie 

głęboko do swoich kieszeni i wspomożecie FPŻ.

- Przecież mamy żołnierza wśród nas! Czy nie powinniśmy mu też jakoś pomóc? - woła 

pan Shirke. Słychać okrzyki:

- Słusznie! Dobrze mówi!

- Tak, tak, ma pan absolutną rację. Ale wyświadczymy panu Balwantowi największą 

przysługę,   jeśli   się   postaramy,   aby   uznano   jego   zasługi   w  wojnie   1971   roku.   Wręczymy 

pismo ludziom z FPŻ, którzy jutro do nas przyjdą.

Wszyscy są przejęci. Zdaje się, że wreszcie wnosimy swój wkład do wysiłku wojennego.

Przychodzi ich trzech. Wysoki, niski i gruby. Wszyscy są byłymi oficerami; wysoki służył 

w marynarce, niski w armii lądowej, a gruby w lotnictwie. Niski mężczyzna wygłasza długą 
mowę.  Mówi  nam,  że nasi  żołnierze  radzą  sobie wspaniale.  Nasz   kraj  jest  wielki.   Nasz 

premier jest wielki. My też jesteśmy wielcy. Dlatego nasze datki też powinny być wielkie. 
Podają nam koszyk. Ludzie wkładają do niego pieniądze. Niektórzy wrzucają pięć rupii, inni 

dziesięć, inni sto. Jedna z kobiet wkłada do koszyka złote bransolety. Salim nie ma ani 
grosza.   Wkłada   dwie   paczki   gumy   balonowej.   Balwanta   Singha   nie   ma   dziś   z   nami. 

Zawiadomił nas, że dopadła go grypa.

Potem zaczyna się przepytywanie.

- Brał   pan   udział   w   jakiejś   wojnie?   -   pyta   Kulkarni   oficera   z   wojsk   lądowych, 

emerytowanego pułkownika.

- Oczywiście. Na własne oczy widziałem operacje dwóch wielkich wojen, w 1965 i 1971 

roku.

- A gdzie pan służył podczas wojny 1971 roku?
- W Czhamb, gdzie rozegrała się chyba największa bitwa.

- W którym był pan pułku?

background image

- W piechocie. We wspaniałym Pułku Sikhijskim.

- Dostał pan jakiś order?
- Owszem, zostałem odznaczony medalem Vir Chakra. To był wielki zaszczyt.

- Za co pana odznaczono?
- Za udział w wielkiej bitwie o przeprawę Mandiala. 35. Batalion Sikhijski dokonał tam 

wielkich rzeczy.

- Jak pan może odbierać medale i odmawiać zaszczytów innym, bez których pomocy 

nigdy nie odbilibyście mostu?

- Przykro mi, ale nie rozumiem. O kim panowie mówicie?

- O naszym żołnierzu, który był bohaterem wojny 1971 roku i w Czhamb stracił nogę. 

Który   powinien   dostać   Param   Vir   Chakra,   ale   spotkały   go   tylko   przykrości.   Proszę 

posłuchać, panie pułkowniku, jesteśmy cywilami. Nie znamy się na przepisach i kodeksach 
wojskowych, ale wyrządzono mu poważną niesprawiedliwość. Mógłby pan się dowiedzieć, 

czy nie można jej jakoś naprawić?  Nigdy nie jest za późno na uhonorowanie dzielnych 
żołnierzy.

- Gdzie jest ten wielki bohater?
- Mieszka tu, w naszym chawl.

Naprawdę? To wspaniale. Z radością złożę mu wyrazy uszanowania.
Prowadzimy go do pokoju Balwanta Singha. Wskazujemy drzwi i przyglądamy się, jak 

pułkownik wchodzi do środka. Kręcimy się na korytarzu, nie mogąc się powstrzymać od 
podsłuchiwania.

Słychać   podniesione   głosy,   jak   gdyby   się   kłócili.   Potem   jakiś   huk.   Po   mniej   więcej 

dziesięciu minutach wybiega pułkownik, kipiąc ze złości.

- Ten   człowiek   waszym   zdaniem   miał   sobie   zasłużyć   na   PVC?   To   najgorszy   łajdak, 

jakiego w życiu spotkałem. Mam ochotę skręcić temu łotrowi kark.

- Jak pan śmie mówić w ten sposób o naszym bohaterze wojennym? - karci go pani 

Damle.

- Bohaterze   wojennym?   To   największy   żart,   jaki   słyszałem.   Ten   człowiek   jest 

przeklętym dezerterem. Uciekł, gdy tylko w sektorze Czhamb zaczęły się kłopoty. To plama 

na   honorze   Pułku   Sikhijskiego.   Powinien   zostać   skazany   na   czternaście   lat   ciężkiego 
więzienia. Niestety, sprawy dezercji ulegają przedawnieniu po pięciu latach. W przeciwnym 

razie natychmiast złożyłbym na niego meldunek.

Słuchamy go osłupiali.

- Co pan mówi, pułkowniku? Przecież opowiadał nam ze szczegółami o swoich czynach 

background image

w Czhamb. Stracił nawet nogę w walce.

- To wierutne kłamstwo. Powiem państwu prawdę, która jest dość żałosna. - Pułkownik 

poprawia pas. - W chwili wybuchu wojny Balwant Singh nie był w najlepszym nastroju, bo 

jego żona w Pathankot właśnie urodziła ich pierwsze dziecko. Rozpaczliwie pragnął wrócić 
do rodziny. Jego tęsknota była tak ogromna, że gdy tylko zaczęły się kłopoty w Dżaurian i 

Pakistan zaatakował całą siłą artylerii, zdezerterował z posterunku i uciekł. Udało mu się 
dotrzeć do Pathankot i ukryć w rodzinnym domu. Myślał pewnie, że wojna została daleko, 

ale   wkrótce   go   odnalazła.   Dwa   dni   po   jego   przyjeździe   Pakistańskie   Siły   Powietrzne 
ostrzelały   bazę   lotniczą   w   Pathankot.   Nie   trafili   żadnej   z   naszych   maszyn,   ale   na   dom 

niedaleko lotniska spadły dwie tysiącfuntowe bomby. Był to dom Balwanta. Jego żona i 
dziecko zginęli na miejscu, a on stracił nogę, którą urwał odłamek.

- Ale... jakim cudem tak dokładnie odtworzył scenę bitwy? Pułkownik krzywi twarz.
- Nie wiem, co państwu naopowiadał, ale w ciągu dwudziestu sześciu łat można dużo 

przeczytać o wielkich bitwach. I po tylu latach wylazł z ukrycia, żeby was oszukać i małym 
kosztem   sprawić   sobie   odrobinę   przyjemności,   opowiadając   wam   bajeczki   o   własnym 

męstwie. Spotkanie z nim zupełnie zepsuło mi humor. To nie był dobry dzień. Do widzenia.

Pułkownik kręci głową i wychodzi z chawl w towarzystwie dwóch pozostałych oficerów 

-   wysokiego   i   grubego.   Wracamy   do   schronu.   Dla   nas   to   też   nie   był   dobry   dzień. 
Zastanawiamy się, co robi Balwant Singh. Tego wieczoru nie wychodzi.

Znajdują   go   nazajutrz   rano   w   jego   jednopokojowym   mieszkanku.   Na   progu   stoi 

nietknięta puszka mleka i leży gazeta. Kule stoją na baczność oparte o ścianę. Drewniane 
łóżko zostało odsunięte w kąt. Na nocnym stoliku jest pusty kubek z resztką brązowych liści 

herbacianych.   Jedyne   krzesło   leży   przewrócone   pośrodku   pokoju.   Balwant   wisi   na 
wentylatorze sufitowym na kawałku różowego materiału, który ma obwiązany wokół szyi, 

ubrany w ten sam oliwkowozielony mundur, z głową zwieszoną na piersi. Jego bezwładne 
ciało kołysze się lekko, a przy każdym ruchu wentylator cicho skrzypi.

Przyjeżdża   policyjny   dżip   z   migającym   czerwonym   kogutem.   Policjanci   przetrząsają 

dobytek Balwanta. Trajkoczą, gestykulują i nieuprzejmie przesłuchują sąsiadów. Fotograf 

robi   zdjęcia   z   lampą   błyskową.   Ambulansem   przyjeżdża   lekarz   w   białym   kitlu.   Przed 
pokojem Balwanta gromadzi się gęsty tłum.

Zabierają  ciało  na  noszach,  przykryte  sztywnym  białym  prześcieradłem.  Mieszkańcy 

chawl stoją w milczeniu. Putul, Dhyanesh, Salim i ja nieśmiało wyglądamy zza ich pleców. 

Patrzymy   tępo   na   ciało   martwego   człowieka   i   kiwamy   głowami   z   lękiem,   smutkiem   i 

background image

poczuciem   winy,   a   na   nasze   sparaliżowane   umysły   wolno   spływa   zrozumienie.   Ci,   dla 

których była to pierwsza w życiu wojna, już wiedzieli, że wojna to bardzo poważna sprawa. 
Giną w niej ludzie.

Smita ma bardzo poważną minę.

- Gdzie pani była podczas wojny? - pytam.
- Tu, w Mumbaju - odpowiada i szybko zmienia temat. - Obejrzyjmy następne pytanie.

Prem Kumar obraca się z krzesłem w moją stronę i mówi do mnie:

- Panie Thomas, odpowiedział  pan poprawnie  na siedem pytań i ma pan na koncie 

dwieście tysięcy rupii. Sprawdźmy, jak poradzi pan sobie z pytaniem ósmym za pięćset 

tysięcy rupii. Jest pan gotów?

- Tak - odpowiadam.

- Doskonale.   Pytanie   numer   osiem.   Jak   nazywa   się   najwyższe   odznaczenie   za 

waleczność przyznawane przez indyjskie siły zbrojne? Czy jest to a) Maha Vir Chakra, b) 

Param Vir Chakra, c) Shaurya Chakra czy d) Ashok Chakra?

Rozlega się potęgująca napięcie muzyka. Bomba zegarowa tyka coraz głośniej.

Przez  publiczność przebiega szmer. Widzowie spoglądają  na mnie ze współczuciem, 

przygotowując się do pożegnania sympatycznego kelnera.

- B. Param Vir Chakra - mówię. Prem Kumar unosi brwi.
- Zna pan odpowiedź czy po prostu pan zgaduje?

- Znam odpowiedź.
- Jest pan absolutnie, w stu procentach pewien? - Tak.

Bębny osiągają crescendo. Rozbłyskuje właściwa odpowiedź.
- Absolutnie, w stu procentach poprawnie! - krzyczy Prem Kumar. Publiczność szaleje z 

radości. Słychać rzęsiste oklaski i okrzyki „Brawo!”.

Uśmiecham się. Prem Kumar nie.

Smita ze zrozumieniem kiwa głową.

background image

1 000 000

LICENCJA NA ZABIJANIE

Na   osobę   przechadzającą   się   w   roztargnieniu   ulicami   Mumbaju   czyha   wiele 

niebezpieczeństw. Można przez nieuwagę pośliznąć się na skórce od banana i wylądować na 
chodniku. Można niespodziewanie wdepnąć w miękkie psie gówno. Można zostać brutalnie 

zaatakowanym przez złośliwą krowę, która znienacka podchodzi do człowieka i bodzie go w 
tyłek. Albo z kłębiącego się na ulicy tłumu nagle wyłania się dawno niewidziany przyjaciel, 

którego unikałeś, i bierze cię w objęcia.

To właśnie przydarzyło mi się w sobotę 17 czerwca przed torem wyścigów konnych 

Mahalaxmi, kiedy wpadłem na Salima Ilyasi. Po pięciu latach.

Gdy przed trzema  miesiącami  przyjechałem do Mumbaju z Agry, postanowiłem nie 

kontaktować się z Salimem. To była trudna decyzja. Tęskniłem za nim podczas pracy u 

Taylorów w Delhi i trudów pobytu w Agrze. Niełatwo było mi znosić myśl, że jestem w tym 
samym mieście co on i nie mogę się z nim zobaczyć. Postanowiłem jednak nie wtajemniczać 

go w swoje plany dotyczące udziału w teleturnieju.

- Mohammad! - wykrzyknął Salim na mój widok. - Co ty robisz w Mumbaju? Kiedy 

przyjechałeś? I gdzie się podziewałeś przez te wszystkie lata?

Podejrzewam,   że   spotkanie   z   dawno   niewidzianym   przyjacielem   przypomina 

kosztowanie ulubionej potrawy po bardzo długiej przerwie. Człowiek nie wie, jak zareagują 
jego kubki smakowe, czy potrawa będzie tak samo pyszna jak kiedyś. Spotkanie z Salimem 

po   pięciu   latach   wzbudziło   we   mnie   mieszane   uczucia.   Czy   nasza   więź   będzie   równie 
serdeczna jak dawna przyjaźń? Czy nadal będziemy wobec siebie szczerzy?

Z początku niewiele mówiliśmy. Usiedliśmy tylko na pobliskiej ławce. Nie słuchaliśmy 

pisku krążących nad nami mew. Nie zwracaliśmy uwagi na małych chłopców grających w 

piłkę na ulicy. Nie widzieliśmy tłumu wiernych zmierzających do  dargah  Haji Alego. Po 
prostu płakaliśmy, trzymając się w ramionach. Płakaliśmy nad czasem, jaki spędziliśmy ze 

sobą, i nad czasem, który straciliśmy. A potem zaczęliśmy rozmawiać o wszystkim, co się 
zdarzyło podczas naszej rozłąki. Właściwie mówił Salim, a ja słuchałem.

Salim wyrósł i wyprzystojniał. W wieku szesnastu lat wygląda jak prawdziwa gwiazda 

Bollywood. Ciężkie życie w mieście nie zepsuło go tak jak mnie. Wciąż uwielbia filmy hindi i 
uwielbia gwiazdorów Bollywood (z wyjątkiem rzecz jasna Armaana Alego). Nadal w każdy 

background image

piątek   chodzi   do   grobowca   Haji   Alego   na   modły.   I   co   najważniejsze,   nareszcie   ma   się 

spełnić przepowiednia chiromanty. Salim nie pracuje już jako  dabbawallah  i nie roznosi 
tiffin mumbajskiej klasie średniej, ale zapisał się do drogiej szkoły aktorskiej, gdzie uczy się 

zawodu aktora.

- Wiesz, kto płaci za moją szkołę? - pyta. - Nie.

- Abbas Rizvi.
- Ten słynny producent przebojów kinowych?

- Ten sam. Zaproponował mi główną rolę w swoim następnym filmie, który ma nakręcić 

za dwa lata, kiedy skończę osiemnaście lat. Do tego czasu mam się uczyć.

- Ależ to cudownie, Salim. Jak do tego doszło?
- To długa historia.

- Mogę wysłuchać nawet najdłuższych historii, Salim. Szybko, opowiedz mi wszystko od 

początku.

I oto historia opowiedziana słowami Salima.
- Kiedy   tak   nagle   wyjechałeś,   zostałem   w  chawl  sam.   Jeszcze   przez   cztery   lata 

pracowałem   jako  dabawallah,  zbierałem   i   roznosiłem  tiffin,  ale   cały   czas   marzyłem   o 
karierze aktora.

Pewnego   dnia,   kiedy   odbierałem  tiffin  od   żony   klienta,   który   nazywał   się   Mukesh 

Rawal, zauważyłem, że na ścianach w jego domu wiszą fotografie gospodarza ze słynnymi 

gwiazdami filmowymi. Spytałem panią Rawal, czy jej mąż pracuje w przemyśle filmowym. 
Powiedziała,   że   jest   kierownikiem   sprzedaży   w   firmie   farmaceutycznej,   ale   czasem 

występuje w filmach jako statysta.

Byłem zdumiony, kiedy to usłyszałem. Jeszcze tego popołudnia popędziłem do biura 

Mukesha Rawala i spytałem go, czy tak jak on mogę zostać statystą. Mukesh popatrzył na 
mnie   i   wybuchnął   śmiechem.   Powiedział,   że   jestem   za   młody   na   aktora,   ale   czasem   w 

filmach potrzebują młodych chłopaków do ról uczniów i uliczników, do których mógłbym 
się nadawać. Obiecał mi, że wyśle mnie do Pappu Mastera, pośrednika zajmującego się 

wyszukiwaniem statystów do filmów, z którym współpracował. Poprosił mnie też, żebym 
przyniósł kilka zdjęć na błyszczącym papierze, przedstawiających mnie w różnych pozach. 

Jeśli   Pappu   spodobają   się   fotografie,   być   może   dostanę   jakąś   rólkę   w   filmie.   Mukesh 
powiedział mi, że od statysty  nie wymaga się umiejętności aktorskich. Wystarczy  tylko, 

żebym wyglądał elegancko w garniturze, groźnie w stroju bandyty i czarująco w szkolnym 
mundurku. Powiedział też, żebym koniecznie zrobił zdjęcia w profesjonalnym studiu.

Tej   nocy   nie   mogłem   zasnąć.   Nazajutrz   z   samego   rana   poszedłem   do   fotografa   i 

background image

spytałem o cenę takich zdjęć. Fotograf podał mi astronomiczną sumę, równą prawie całym 

moim   miesięcznym   zarobkom.   Powiedziałem   mu:  „Army   baba,  nie   stać   mnie   na   taki 
wydatek”. Dlatego poradził mi, żebym kupił sobie tani jednorazowy aparat i sam zrobił 

sobie   zdjęcia,   które   on   potem   powiększy.   Posłuchałem   go.   Kupiłem   aparat   i   prosiłem 
przechodniów, żeby pstrykali mi fotografie. Siadałem na czyimś motorze przed Churchgate 

i starałem się wyglądać tak samo fajnie jak Amitabh Bachchan w filmie „Muqaddar ka 
Sikandar”. Pozowałem na koniu na plaży Chowpatty jak Akshay Kumar Roshan w „Kaho Na 

Pyar   Hai”.   Trzymałem   pustą   butelkę   po   johnnie   walkerze   i   udawałem   pijanego   jak 
Shahrukh   Khan   w   „Devdas”.   Uśmiechałem   się   przed   fontanną   Flora   jak   Govinda   we 

wszystkich   swoich   filmach.   Zrobiłem   sobie   prawie   dwadzieścia   zdjęć,   ale   film   miał 
trzydzieści   sześć   klatek   i   przed   oddaniem   go   do   wywołania   musiałem   go   skończyć. 

Postanowiłem   więc   sfotografować   ciekawe   budynki   i   ludzi.   Zrobiłem   zdjęcia   dworca 
Victoria i Bramy Indii, pstryknąłem fotkę ładnej dziewczynie na Marine Drive, jakiemuś 

staruszkowi   w   Bandrze   i   nawet   zbliżenie   osła   w   Colabie.   Ostatnią   fotografię   zrobiłem 
jakiemuś śniademu mężczyźnie w średnim wieku w Mahim, który siedział na ławce i palii 

papierosa.   Na   palcach   miał   mnóstwo   pierścieni   w   różnych   kolorach.   Dopiero   kiedy 
nacisnąłem   migawkę,   zorientowałem   się,   komu   zrobiłem   zdjęcie,   i   skamieniałem   ze 

strachu.

- Kto   to   był?   -   pytam   Salima.   -   Jakaś   słynna   gwiazda   filmowa?   A   może   ta   świnia 

Armaan Ali?

- Nie, Mohammad, to był człowiek, którego znasz tak samo dobrze jak ja. To był Babu 

Pillai zwany Mamanem. Człowiek, który przywiózł nas z Delhi i o mało nas nie oślepił.

- O Boże! - Zasłaniam sobie usta. - Poznał cię?

- Tak, poznał. „Jesteś Salim, prawda? Ten, który ode mnie uciekł. Ale tym razem się nie 

wymkniesz” - zawołał i rzucił się na mnie.

Nie   miałem   czasu   myśleć.   Odwróciłem   się   i   pobiegłem   w   stronę   głównej   ulicy.   Z 

przystanku ruszał autobus i ledwie zdążyłem do niego wskoczyć, a Maman zdyszany został 

na ulicy.

- Siedziałem w autobusie, myśląc sobie, jakie miałem szczęście, i nie zgadniesz, co się 

wtedy stało.

- Co?

- Kiedy autobus zatrzymał się na światłach, wsiadła grupa bandytów w opaskach na 

głowach, uzbrojonych w szable, włócznie i trójzęby.

- O, mój Boże! Nie mów, że to były zamieszki.

background image

- Tak. Trafiliśmy w sam ich środek. Przed autobusem leżał dymiący wrak samochodu. 

Sklepy   zostały   zrujnowane,   na   chodniku   było   widać   plamy   krwi,   na   ulicy   leżały 
porozrzucane  kamienie,   kije  i pantofle.  Kierowca   od  razu  zerwał  się  z miejsca  i  uciekł. 

Siedziałem sparaliżowany ze strachu. Nie sądziłem, że znowu będę musiał oglądać takie 
okropności. Usłyszałem głosy, które jak mi się zdawało, dawno już zapomniałem. W uszach 

zabrzmiał mi wrzask matki i krzyk brata. Zacząłem dygotać. Bandyci powiedzieli pasażerom 
w autobusie, że muzułmańska hołota podpaliła hinduskie domy i teraz oni będą się mścić. 

Później się dowiedziałem, że wszystko zaczęło się od głupiej sprzeczki o kran w slumsie. Ale 
w ludziach jest tyle nienawiści, że w ciągu kilku godzin spalono parę autobusów, puszczono 

z dymem kilka domów i wymordowano mieszkańców.

„Niech   każdy   powie,   jak   się   nazywa.   Wszyscy   hindusi   mogą   wysiąść   z   autobusu,   a 

muzułmanie   zostaną   na   miejscach”   -   oznajmili   bandyci.   Pasażerowie,   drżąc   ze   strachu, 
zaczęli   po   kolei   wymieniać   swoje   imiona.   Arvind.   Usha.   Jatin.  Arun.   Vasanti.   Jagdish. 

Narmada. Ganga. Milind. Autobus robił się coraz bardziej pusty. Bandyci przyglądali się 
uważnie   każdemu   pasażerowi.   Sprawdzali,   czy   kobiety   mają   przedziałki   we   włosach 

pomalowane na cynobrowo, mężczyznom zadawali dodatkowe pytania, żeby ustalić, jakiego 
są wyznania, a jednemu małemu chłopcu kazali nawet opuścić spodenki. Mdliło mnie od 

tego barbarzyństwa, ale też trząsłem się na swoim siedzeniu. Wreszcie w autobusie zostało 
tylko dwóch pasażerów: ja i jakiś mężczyzna, który siedział dwa miejsca za mną.

Wiesz co, Mohammad, kiedy w filmach zdarza się coś takiego, bohater wstaje i zaczyna 

apelować do ludzkich uczuć tłumu. Mówi, że krew hindusów i muzułmanów ma taki sam 

kolor, że nikt nie ma religii wypisanej na twarzy, że miłość jest lepsza niż nienawiść. Znałem 
mnóstwo takich kwestii i mogłem je wygłosić przed bandytami, ale kiedy naprawdę stajesz 

twarzą w twarz z taką brutalnością, zapominasz języka w gębie. Myślisz tylko o jednym. O 
życiu. Chciałem żyć, bo musiałem spełnić swoje marzenie i zostać aktorem. A teraz miałem 

razem ze swoim marzeniem zginąć w płomieniach w mumbajskim autobusie.

„Jak się nazywasz?” - zapytał mnie ich herszt. Mogłem skłamać, że mam na imię Ram 

albo Krishna, ale nie potrafiłem wykrztusić słowa. Jeden z napastników pokazał tabeez na 
mojej szyi. „Sukinsyn na pewno jest muzułmaninem. Zabijmy go” - namawiał resztę. „Nie. 

To by było zbyt proste. Spalimy skurwysyna żywcem.

Żeby on i jego kumple zapamiętali, że nie wolno im więcej tknąć naszych domów” - 

powiedział herszt i wybuchnął śmiechem. Ktoś inny otworzył bańkę z benzyną i zaczął nią 
oblewać wnętrze autobusu. Kiedyś uwielbiałem zapach benzyny, ale od tego dnia kojarzy mi 

się z palonym ciałem.

background image

Mężczyzna, który siedział dwa rzędy za mną, nagle wstał. „Nie zapytaliście, jak ja się 

nazywam. Powiem wam. Jestem Ahmed Khan. I chcę zobaczyć drania, który tknie tego 
chłopca” - powiedział.

Bandyci  na chwilę  zamilkli,  a  potem ich herszt powiedział:  „Ach,  więc ty też  jesteś 

muzułmaninem. Świetnie, a więc obaj pójdziecie z dymem”. Mężczyzna w ogóle się tym 

jednak  nie  przejął.  „Zanim  mnie  podpalicie,   popatrzcie  na  to”  - powiedział  i  wyciągnął 
rewolwer. Wycelował w bandytów.

Szkoda,  że   nie  widziałeś  min  tych   zbirów.   Oczy   wyskoczyły  im  z  orbit.  Zostawili   w 

autobusie szable i trójzęby i wyskoczyli, aż się za nimi kurzyło. Byłem uratowany i miałem 

w oczach łzy wdzięczności.

Mężczyzna zobaczył, że płaczę, i spytał: „Jak się nazywasz?”. „Salim... Salim Ilyasi” - 

odpowiedziałem przez łzy. „Nie umiesz kłamać?” - zapytał. - „Ale doceniam ludzi, którzy 
mówią prawdę nawet w obliczu śmierci”.

Powiedział mi, że ma przedsiębiorstwo importowoeksportowe i mieszka sam w dużym 

domu w Byculla. Potrzebował kogoś, kto by mu gotował i sprzątał i w ogóle zajmował się 

domem   podczas   jego   służbowych   wyjazdów.   Ciekawiło   mnie,   dlaczego   taki   biznesmen 
jeździ   autobusem   z   bronią,   ale   obiecał   mi   pensję   dwa   razy   większą   niż   moje   zarobki 

dabbawallah, więc od razu zgodziłem się zostać jego służącym i zamieszkać w jego domu.

Ahmed miał przestronne mieszkanie z trzema sypialniami, dużą kuchnią i salonem, 

gdzie stał trzydziestosześciocalowy telewizor. Gotowałem, sprzątałem i odkurzałem, ale nie 
zapomniałem o swoich ambicjach aktorskich. Praca u Ahmeda była mi nawet na rękę, bo 

prawie cały dzień nie było go w domu, a czasem wyjeżdżał na cały tydzień albo i dwa. W tym 
czasie mogłem chodzić do studiów. Wywołałem film i zrobiłem fantastyczne powiększenia.

Zaniosłem   zdjęcia   do   Mukesha   Rawala,   który   pokazał   je   Pappu   Masterowi, 

pośrednikowi   od   statystów.   Nie   uwierzysz,   ale   po   trzech   miesiącach   dostałem   pierwszą 

propozycję z filmu.

- Naprawdę? - zdumiewam się. - Jaką rolę zagrałeś i w jakim filmie?

- To była rola ucznia w filmie Abbasa Rizviego „Niegrzeczni chłopcy”, gdzie grał Sunil 

Mehra.

- Chodź,   musimy   go   zaraz   obejrzeć.   Nie   mogę   się   doczekać,   żeby   cię   zobaczyć   i 

posłuchać na ekranie.

- Właściwie... - Salim waha się przez chwilę. Wbija wzrok we własne buty. - Widzisz, 

moją rolę wycięli w ostatniej chwili. I na ekranie widać mnie przez trzy sekundy, jak siedzę 

w ławce w klasie z trzydziestoma innymi uczniami. W tej scenie odzywa się tylko Sunil i 

background image

nauczyciel.

- Co? - wołam rozczarowany. - Tylko trzy sekundy! Co to za rola?
- Statyści   występują   tylko   w   takich   rolach.   Nie   jesteśmy   głównymi   bohaterami. 

Jesteśmy częścią  scenografii.  Pamiętasz  sceny  dużych przyjęć?  Statyści  stoją  w różnych 
miejscach   i   sączą   drinki,   a   bohater   i   bohaterka   tańczą   walca   na   parkiecie.   Gramy 

przechodniów na ulicy, kiedy złoczyńca ucieka przed bohaterem. To statyści biją brawo w 
dyskotece, kiedy bohater i bohaterka zwyciężają w konkursie tańca. Ale praca statysty nie 

jest taka zła. Dzięki niej spełniłem swoje marzenie i zobaczyłem film od kulis. I poznałem 
producenta Abbasa Rizviego. Spodobałem mu się i obiecał dać mi większą rolę w swoim 

następnym filmie.

W ciągu następnych sześciu miesięcy dowiedziałem się wielu rzeczy o Ahmedzie. W 

sumie był dość dziwnym człowiekiem. Interesowały go tylko dwie rzeczy: dobre jedzenie i 
telewizja.   W   telewizji   oglądał   tylko   dwa   programy   -   krykiet   i   „Kronikę   kryminalną 

Mumbaju”. Był fanatykiem krykieta. Musiał obejrzeć każdy mecz, nawet jeżeli nie grały w 
nim Indie. Wstawał o trzeciej rano, kiedy grali na Antylach, i o północy, kiedy mecz był w 

Australii. Oglądał nawet mecze debiutantów takich jak Kenia i Kanada.

Prowadził   dziennik,   w   którym   zapisywał   wszystkie   statystyki.   Znał   na   pamięć 

przeciętną   każdego   wybijającego,   statystyki   straconych   punktów   każdego   serwującego, 
liczbę złapanych piłek każdego zawodnika z pola i liczbę eliminacji przez dotknięcie bramki. 

Potrafił   podać   najwyższe   i   najniższe   wyniki   w   historii,   maksymalną   liczbę   punktów 
zdobytych   w   jednej   serii,   najwyższą   i   najniższą   różnicę   punktów   między   zwycięską   a 

pokonaną drużyną.

Ale   gromadził   te   informacje   w   określonym   celu   -   żeby   obstawiać   wyniki   meczów 

krykieta   w   zakładach.   Odkryłem   to   podczas   meczu   Indie   -   Anglia.   Ahmed   oglądał 
transmisję w telewizji i próbował się do kogoś dodzwonić z telefonu komórkowego. „Co 

robisz,  bhai  Ahmed?”  -  spytałem.   „Chcę  zagrać  w  satta”  -  odpowiedział.  „Satta?  Co to 
takiego?”.   „Tak   się   nazywają   nielegalne   zakłady.  Satta  organizują   potężne   syndykaty 

podziemne w Mumbaju i obracają tam milionami rupii dziennie. Na każdy mecz stawia się 
miliony, na każdą piłkę tysiące. Jestem jednym z największych graczy. To mieszkanie, ten 

drogi  telewizor,  kuchenkę  mikrofalową,  klimatyzator  w sypialni  - wszystko   mam  dzięki 
wygranym z  satta.  Trzy lata temu zdobyłem naprawdę duże pieniądze na meczu Indie - 

Australia. Pamiętasz ten słynny mecz na Eden Gardens? W pewnym momencie Indie miały 
232 punkty przy czterech eliminacjach i groziła im porażka w całej rundzie. Notowania 

wynosiły  tysiąc do jednego na  niekorzyść Indii,  a  ja postawiłem  na Laxmana  i Indie, i 

background image

zgarnąłem milion rupii!”.

„Milion!” - Zrobiłem wielkie oczy.
„Tak. Dzisiaj stawiam tylko dziesięć tysięcy. Próbuję zapytać mojego bukmachera, jakie 

są notowania, ale ciągle ma zajęty telefon”. - Kilka razy postukał w komórkę, spojrzał na 
zegarek i zadzwonił znowu. Tym razem się połączył. „Halo, bhai Sharad? Tu AK. Kod 3563. 

Jaki jest kurs na dzisiaj?”. Usłyszałem głos bukmachera. Trochę szumiało, ale udało mi się 
w tle usłyszeć: „Indie prowadzą już z Anglią 175 punktami. Kiedy przewaga przekroczy 250 

punktów, szanse Indii poważnie wzrosną. Przy mniejszej przewadze jest pół na pół, ale 
powyżej 250 notowania wzrosną do trzech do jednego”.

„A   jak   jest   obstawiane   zwycięstwo   Anglii?”   -   spytał   go   Ahmed.   „Oszalałeś?”   - 

odpowiedział   bukmacher.   -   „Anglia   nie   ma   szans.   W   najlepszym  razie  można   obstawić 

remis. Ale skoro pytasz o notowania, to powiem, że jeden do ośmiu. Chcesz obstawiać?”. 
„Tak. Zapisz mi dziesięć tysięcy na przegraną Indii” - powiedział Ahmed.

Okropnie   się   zdziwiłem,   kiedy   Ahmed   zrobił   ten   zakład,   bo   Indie   prowadziły.   Ale 

najwyraźniej Ahmed wiedział więcej niż bukmacher, bo wygrała Anglia. Nad stadionem 

Lorda powiewały angielskie flagi, a Ahmed triumfalnie zacisnął pięści i krzyczał: „Tak! Tak! 
Tak!”.  Znowu zadzwonił  do bukmachera.  „Kuyn bhai  Sharad,  czy  nie miałem racji?  Ile 

zgarnąłem? Osiemdziesiąt tysięcy? Ha! Nieźle jak na parę godzin!”.

Ahmed   wyszedł   i   przyniósł   butelkę   pienistego   płynu.   Tego   wieczoru   pierwszy   raz 

skosztowałem szampana.

Poza krykietem Ahmed interesował się programem „Kronika kryminalna Mumbaju”. 

Oglądałeś to kiedyś?

Przecząco kręcę głową.

- Nie, w Delhi go nie pokazywali.
- Właściwie   program   jest   bardzo   nudny.   Przypomina   wiadomości,   tylko   że   nic   nie 

mówią   o   powodziach,   zamieszkach,   wojnach   ani   polityce.   Mówią   tylko   o   brutalnych 
zbrodniach. Kto został zamordowany, kogo zgwałcono, jaki bank obrabowano, kto uciekł z 

więzienia i tak dalej.

Ahmed siedział przed telewizorem z talerzem kebabu  seekh  i śmiał się w głos, kiedy 

słyszał komunikaty w „Kronice kryminalnej”. Nie wiem dlaczego, ale uważał je za bardzo 
zabawne.

Od  czasu  do   czasu   posłaniec   przynosił   mu   dużą  żółtą   kopertę.   Dostałem   absolutny 

zakaz zaglądania do poczty, którą miałem kłaść na stole w salonie. Któregoś popołudnia 

przynieśli żółtą kopertę, kiedy akurat piłem herbatę. Przez nieuwagę rozlałem jej trochę na 

background image

kopertę i wpadłem w panikę. Gdyby Ahmed zobaczył, że uszkodziłem przesyłkę, bardzo by 

się rozgniewał. Być może zawierała cenne dokumenty handlowe, które mogły się zniszczyć. 
Tak więc usiadłem i ostrożnie odkleiłem skrzydełko koperty. Wsadziłem do środka palce, 

wyciągnąłem dokumenty... i gwizdnąłem ze zdziwienia.

- Czemu? Co tam było?

- Niewiele.   Przesyłka   składała   się   tylko   z   błyszczącej   kolorowej   fotografii   jakiegoś 

mężczyzny i kartki z wydrukowaną informacją. Tyle nawet ja potrafiłem przeczytać. Było 

tam napisane:

Imię i Nazwisko:

Vithalbhai Ghorpade.

Wiek:

56.

Adres:

Marve Road 73/4, Malad.

To wszystko.
- Przypuszczałem, że to informacje o jakimś biznesmenie, z którym Ahmed prowadzi 

interesy, i dłużej się nad tym nie zastanawiałem. Ostrożnie zakleiłem z powrotem kopertę i 
odłożyłem ją na stół w salonie.  Wieczorem Ahmed wrócił  do domu i otworzył  kopertę. 

Niedługo  potem  ktoś  zadzwonił.   „Tak,  dostałem  przesyłkę”  -  powiedział   i  zaraz  odłożył 
słuchawkę.

Niecałe  dwa   tygodnie później Ahmed  siedział  przed  telewizorem  i  oglądał  „Kronikę 

kryminalną  Mumbaju”.  Byłem w kuchni i kroiłem warzywa,  ale  słyszałem  głos spikera: 

„...Kolejna makabryczna zbrodnia wydarzyła się w Malad. Policja szuka tropów w sprawie 
morderstwa prominentnego biznesmena Vithalbhaia Ghorpade’a, którego ciało znaleziono 

w jego domu przy Marve Road”. Nazwisko brzmiało znajomo. Zerknąłem w telewizor i o 
mało nie zaciąłem się w palec, bo na ekranie było to samo zdjęcie co w żółtej kopercie. 

Spiker ciągnął: „Pięćdziesięciosześcioletni Ghorpade został zastrzelony z bliskiej odległości, 
gdy   był   w   domu   sam.   Pozostawił   żonę   i   syna.   Według   policji   z   Malad   morderstwo 

popełniono   prawdopodobnie   na   tle   rabunkowym,   ponieważ   dom   został   splądrowany   i 
zginęło wiele wartościowych przedmiotów”.

Zauważyłem, że Ahmed się śmieje, słuchając tego komunikatu. Bardzo się zdziwiłem. 

Czemu Ahmed miałby się śmiać ze śmierci innego biznesmena?

Miesiąc później nadeszła następna żółta koperta. Ahmeda nie było, a ja nie mogłem się 

oprzeć pokusie i postanowiłem do niej zajrzeć. Tym razem otworzyłem ją nad parą, żeby nie 

zostawić żadnych śladów. Otworzyłem skrzydełko i wyciągnąłem kolejną fotografię. Tym 

background image

razem przedstawiała twarz młodego mężczyzny z gęstym wąsem i długą blizną biegnącą od 

lewego oka do nasady nosa. Napisane na maszynie dane były następujące:

Imię i nazwisko: 

Jameel Kidwai.

Wiek: 

28.

Adres: 

Shilajit Apartments 35, Colaba.

Zapamiętałem nazwisko i włożyłem zdjęcie z powrotem do koperty.
Ahmed wrócił wieczorem do domu i popatrzył na kopertę. Znów ktoś zadzwonił, tak 

samo jak przedtem, a on znowu potwierdził odbiór przesyłki. Dokładnie tydzień później 
usłyszałem w „Kronice kryminalnej” wiadomość, że młody adwokat Jameel Kidwai został 

zastrzelony, gdy wysiadał z samochodu niedaleko swojego domu w Shilajit Apartments. 
Spiker   powiedział:   „Policja   podejrzewa,   że   były   to   porachunki   gangsterskie,   ponieważ 

Kidwai reprezentował w sądzie kilku mafijnych bossów. Wszczęto śledztwo, ale obecnie nie 
ma   jeszcze   żadnych   tropów”.   Ahmed,   który   siedział   przed   telewizorem   ze   szklaneczką 

whisky, ryknął głośnym śmiechem.

Byłem już poważnie zaniepokojony. Dlaczego Ahmed dostawał przesyłki ze zdjęciami 

ludzi i dlaczego ci ludzie niedługo potem ginęli? Wciąż nie potrafiłem rozwiązać tej zagadki. 
Dlatego gdy trzy tygodnie później nadeszła następna żółta koperta, nie tylko podejrzałem 

fotografię, na której był starszy mężczyzna, ale jeszcze zapisałem sobie adres. To był dom na 
Premier Road w Kurii. Następnego dnia poszedłem za Ahmedem. Pojechał miejską kolejką 

do Kurii i poszedł w stronę Premier Road. Ale nie wszedł do domu. Minął go tylko ze cztery 
razy, jak gdyby badał teren. Dwa tygodnie później „Kronika kryminalna” poinformowała, że 

ten sam starszy człowiek został zamordowany w swoim domu przy Premier Road w Kurii.

Nie jestem głupi. Domyśliłem się już, że to Ahmed zabił tego człowieka i że mieszkam u 

płatnego mordercy. Ale nie wiedziałem,  co robić. Ahmed uratował  mi życie  i ani przez 
chwilę   nie   miałem   zamiaru   wydać   go   policji.   Tymczasem   wezwał   mnie   Abbas   Rizvi   i 

zaproponował   mi   drugoplanową   rolę   w   swoim   nowym   filmie.   Kiedy   to   usłyszałem, 
pobiegłem do grobowca Haji Alego. Dotknąłem czołem tkaniny, która przykrywa grób, i 

modliłem się o długie życie dla Rizviego.

Przez następne dwa miesiące prowadziłem trudne podwójne życie. Ahmed był płatnym 

mordercą  udającym   biznesmena,  a  ja  byłem  aktorem  udającym  służącego.  Ahmed miał 
licencję na zabijanie, ale wiedziałem, że pewnego dnia sam zginie. Miałem tylko nadzieję, że 

nie znajdę się między młotem a kowadłem. I wtedy wszystko się rozleciało.

background image

- Co się stało?

- To było cztery miesiące temu - dokładnie dwudziestego lutego. Dobrze pamiętam ten 

dzień, bo Indie grały z Australią ostatni mecz cyklu i Ahmed zrobił następny zakład. Zawsze 

obstawiał wszystko: nie tylko zwycięzcę, ale pierwszą zdobytą bramkę, serwującego, który 
pierwszy rozbije bramkę, kto wygra rzut monetą, czy podczas meczu będzie padał deszcz. 

Czasem obstawiał prawie każdą piłkę - czy będą cztery punkty, sześć czy zero. Rano tego 
dnia Ahmed rozmawiał ze swoim bukmacherem. „Bhai Sharad, kod 3563. Jak sądzisz, jakie 

będą   warunki   na   boisku?   Wczoraj   było   gładko,   ale   czy   dziś   piłka   nie   zacznie   skręcać? 
Prognozy   są   dobre,   ale   nie   uważasz,   że   później   może   padać?”.   Potem   zrobił   zakład. 

„Stawiam na to, że Sachin Malvankar trzydziesty siódmy raz zdobędzie dzisiaj sto punktów. 
Jaki   jest   kurs?”.   „Już   ma   na   koncie   siedemdziesiąt   osiem”   -   powiedział   bukmacher.   - 

„Wszyscy uważają, że ma dużą szansę na setkę, więc notowania nie są za wysokie. Mogę ci 
zaproponować najwyżej trzynaście  do jednego”. „Zgoda” - powiedział Ahmed. - „Wobec 

tego zapisz mi milion. Przynajmniej zarobię trzysta tysięcy”.

Przez   całe   popołudnie   Ahmed   tkwił   przed   telewizorem   i   oglądał   grę   Malvankara, 

nagradzając głośnymi gwizdami każdy zdobyty przez niego punkt. W miarę jak Malvankar 
zbliżał się do setki, Ahmed podniecał się coraz bardziej. Kiedy przekroczył dziewięćdziesiąt 

punktów, Ahmed był kłębkiem nerwów, gryzł paznokcie, modlił się przed każdą piłką i kulił 
się ze strachu przy każdym podaniu. Ale Malvankar grał z klasą wytrawnego wybijającego. 

Fantastycznym strzałem za cztery powiększył swój dorobek z dziewięćdziesięciu jeden do 
dziewięćdziesięciu pięciu punktów. Potem zdobył jeden - dziewięćdziesiąt sześć. I następny 

-   dziewięćdziesiąt   siedem.   Wtedy   Gillespie   zagrał   krótką   piłkę,   którą   Malvankar 
majestatycznym ruchem posłał w stronę linii bocznej. Hayden ruszył za piłką, próbując ją 

zatrzymać,   zanim   opuści   pole   gry.   Malvankar   i   drugi   wybijający   zaczęli   biegać   między 
bramkami. Zdobyli jeden punkt - było już dziewięćdziesiąt osiem. Potem dobiegli do linii za 

drugi - dziewięćdziesiąt dziewięć. Hayden zgarnął piłkę tuż przed linią boczną i wysokim 
rzutem   skierował   ją   nie   do   Adama   Gilchrista,   ale   w   kierunku   pozycji   serwującego. 

Malvankar zobaczył, co się święci, i krzyknął do Mishry: „Nieee!”. Ale ten idiota Mishra 
dalej pędził w stronę Malvankara po trzeci punkt. Malvankar musiał więc biec dalej do linii 

i   prawie   mu   się   udało,   kiedy   piłka   Haydena   trafiła   dokładnie   w   paliki   bramki! 
Malvankarowi   zabrakło   sześć   cali   do   linii   końcowej   i   trzeci   sędzia   ogłosił,   że   został 

wyeliminowany. Przy dziewięćdziesięciu dziewięciu punktach.

Możesz sobie wyobrazić, co się stało z Ahmedem. Postawił milion rupii na trzydziestą 

siódmą   setkę   Malvankara   i   przez   jeden   punkt   wszystko   stracił.   Przeklinał   Gillespiego, 

background image

przeklinał   Haydena,   a   przede   wszystkim   przeklinał   Mishrę.   „Mam   ochotę   zabić   tego 

sukinsyna!” - warknął i wybiegł z domu. Pewnie poszedł do baru utopić smutki w kieliszku.

Tego samego dnia po południu znów nadeszła żółta koperta. Bałem się, że będzie tam 

zdjęcie pewnego indyjskiego krykiecisty, ale kiedy zobaczyłem, co jest w środku, o mało nie 
umarłem.

- Dlaczego? Co tam było? Powiedz mi zaraz!
- W kopercie była błyszcząca fotografia Abbasa Rizviego, producenta filmowego, a na 

kartce był wydrukowany jego adres. Wiedziałem, że to on ma być następną ofiarą Ahmeda, 
a razem z nim umrą moje marzenia o aktorstwie. Musiałem ostrzec Rizviego. Ale gdyby 

dowiedział się o tym Ahmed, bez skrupułów zabiłby też mnie. Był przecież zawodowym 
mordercą z licencją na zabijanie.

- I co zrobiłeś? - pytam z zapartym tchem.
- To co musiałem. Natychmiast poszedłem do Rizviego i powiedziałem o zleceniu. Nie 

uwierzył, więc pokazałem mu zdjęcie i adres, które przyniósł posłaniec. Wtedy pozbył się 
wątpliwości.   Powiedział   mi,   że   ucieknie   do   Dubaju   i   przeczeka   w   ukryciu   jakiś   rok.   Z 

ogromnej wdzięczności obiecał mi, że po powrocie da mi główną rolę w swoim następnym 
filmie, a do tego czasu mam się uczyć gry aktorskiej.

I dlatego płaci za moją szkołę, a ja liczę dni do swoich osiemnastych urodzin.
- Mój Boże,  Salim,  co za  historia - mówię,  odzyskując oddech.  - Ale kiedy zabrałeś 

przesyłkę   do   Rizviego,   nie   naraziłeś   się   na   podejrzenia   Ahmeda?   Przecież   na   pewno 
wieczorem dostał telefon i zauważył, że nie ma koperty.

- Nie, niczego nie podejrzewał, bo kiedy wieczorem wrócił do domu, na stole w jadalni 

leżała przesyłka.

- Ale... wtedy Ahmed zabiłby Rizviego.
- Wcale nie. W kopercie było inne zdjęcie i nowy adres, który zapisałem w niedalekiej 

szkole maszynopisania.

- Genialne. To znaczy, że dałeś mu fikcyjny adres? Ale skąd wziąłeś fikcyjne zdjęcie?

- Nie musiałem. Dałem Ahmedowi prawdziwe zdjęcie i prawdziwy adres, a on poszedł 

tam   i   wykonał   zlecenie.   Ale   zanim   zdążył   się   dowiedzieć,   że   zabił   nie   tego   człowieka, 

powiedziałem mu, że muszę pilnie wyjechać do Biharu i rezygnuję z pracy. Ukrywałem się 
tu i tam, nie zbliżałem się do Byculla, przestałem nawet chodzić do Haji Alego, który jest 

zaraz   naprzeciwko.   A   w   zeszłym   tygodniu   usłyszałem   w   „Kronice   kryminalnej”,   że   w 
strzelaninie   niedaleko   dworca   Churchgate   policja   zabiła   groźnego   płatnego   mordercę 

Ahmeda Khana. A więc dzisiaj przyszedłem do Haji Alego podziękować Allahowi i kogóż 

background image

spotkałem po wyjściu, jak nie ciebie!

- Tak, to zadziwiający zbieg okoliczności. Odpowiedz mi jeszcze na jedno pytanie. Czyje 

zdjęcie i adres dałeś Ahmedowi?

- Jedynej osoby, która na to zasługiwała. Dałem mu błyszczącą fotografię Babu Pillaia i 

adres naszego Mamana!

Smita klaszcze w dłonie.

- Wspaniale! Wiedziałam już, że z ciebie niezły spryciarz, ale nie wiedziałam, że Salim 

też jest geniuszem. Skorzystał z licencji na zabijanie i wykonał wyrok przez pełnomocnika, a 

w dodatku doskonale wybrał cel. I co się potem stało? Powiedziałeś  Salimowi  o swoim 
udziale w teleturnieju?

- Nie. Nie wyjawiłem mu, po co przyjechałem do Mumbaju.
Powiedziałem po prostu, że pracuję w Delhi jako służący i przyjechałem na kilka dni.

- A więc Salim nic nie wie o twoim występie w KWM?
- Nie. Chciałem go zawiadomić, ale zanim zdążyłem, aresztowała mnie policja.

- Rozumiem.   No   to   zobaczmy,   jak   przypadkowe   spotkanie   z   Salimem   pomogło   ci 

przebrnąć przez następny etap programu.

Światła w studiu znów przygasają. Prem Kumar spogląda w kamerę.

- Przechodzimy do pytania numer dziewięć za milion rupii. - Zwraca się do mnie. - Jest 

pan gotów?

- Tak - odpowiadam.
- W   porządku.   Oto   pytanie   numer   dziewięć.   Dotyczy   świata   sportu.   Proszę   mi 

powiedzieć, panie Thomas, jaki sport pan uprawia?

- Żadnego.

- Żadnego? Jakim cudem jest pan w tak znakomitej formie? Proszę spojrzeć na mnie. 

Mimo że codziennie rano chodzę na siłownię, ciągle nie mogę się pozbyć tłuszczyku.

- Gdyby był pan kelnerem i codziennie dojeżdżał do pracy trzydzieści kilometrów, też 

byłby pan w znakomitej formie.

Publiczność chichocze. Prem Kumar spogląda na mnie spode łba.
- Dobrze,   oto  pytanie,  które   dotyczy   krykieta.   Ile  razy   najlepszy  wybijający  drużyny 

Indii Sachin Malvankar zdobył sto punktów w meczach reprezentacji narodowych? Ma pan 
do wyboru cztery możliwości: a) 34, b) 35, c) 36 albo d) 37.

Rozlega się muzyka.

background image

- Czy mogę o coś spytać?

- Oczywiście, słucham.
- Czy od ostatnich rozgrywek z Australią Indie grały mecz z inną reprezentacją?

- O ile wiem, nie.
- Wobec tego znam odpowiedź. C. Trzydzieści sześć.

- Czy to ostateczna odpowiedź? Proszę pamiętać, stawką jest cały milion rupii.
- Tak.  Odpowiedź C, trzydzieści  sześć razy.  - Jest pan absolutnie,  w stu procentach 

pewien? - Tak.

Słychać crescendo bębnów. Rozbłyskuje właściwa odpowiedź.

- Absolutnie, w stu procentach poprawnie! Rzeczywiście Sachin Małvankar w meczach 

reprezentacji trzydzieści sześć razy zdobył sto punktów. A pan zdobywa milion rupii! Panie 

i panowie, wrócimy po krótkiej przerwie na reklamy.

- Cięcie! - mówię.

background image

10 000 000

KRÓLOWA TRAGEDII

Dramat rodzinny z akcentami komediowymi i elementami kina akcji, który zakończył 

się   tragedią.   Tak,   używając   terminologii   filmowej,   mógłbym   określić   czas   spędzony   u 
Neelimy Kumari. Była aktorką. A ja pracowałem u niej trzy lata w Juhu Vile Parle.

Wszystko zaczęło się tej samej nocy, gdy Salim i ja uciekliśmy ze szponów Mamana i 

jego bandy. Wsiedliśmy do miejskiej kolejki i wylądowaliśmy w Juhu. Poszliśmy do domu 

Neelimy Kumari i zadzwoniliśmy do drzwi.

Po dłuższej chwili ktoś nam otworzył.

- Tak? - Przed nami stała wysoka dama. Radhey, chłopiec bez nogi, miał rację. Jest 

wysoka i piękna, tak jak bohaterka filmowa, tylko trochę starsza. Salim pada u jej stóp.

Arrey.
Kobieta szybko cofa się o krok.

- Kim jesteście? Czego tu szukacie o tej porze?
- Jesteśmy przyjaciółmi Radheya - odpowiadam, składając dłonie. - Powiedział nam, że 

potrzebuje pani służącego. Przyszliśmy zaofiarować pani nasze usługi. Wiemy, że jest pani 
dobra.   Bardzo   potrzebujemy   jedzenia   i   dachu   nad   głową.   Obiecujemy   zrobić   wszystko, 

czego pani zażąda.

- Rzeczywiście, szukam służącego, ale nie mogę przyjmować tak młodych ludzi.

- Proszę pani, my tylko tak młodo wyglądamy. Potrafimy pracować za czterech. Znam 

też angielski. Proszę nas wypróbować.

- Ale nie potrzebuję dwóch służących. Mam miejsce tylko dla jednego.
Salim i ja spoglądamy po sobie.

- To proszę przynajmniej wybrać jednego z nas - mówię.
- Jak masz na imię? - pyta kobieta Salima.

- Salim.
- Och, jesteś muzułmaninem, prawda? Salim kiwa głową.

- Bardzo mi przykro, ale moja sędziwa matka, która ze mną mieszka, nie może wziąć do 

ust niczego, czego tknął muzułmanin. Ja osobiście nie wierzę w te bzdury o nieczystym 

dotyku, ale co mam począć? - Wzrusza ramionami. Salim zwiesza nos na kwintę.

Kobieta zwraca się do mnie.

- A ty? Jak masz na imię?
- Ram - odpowiadam.

background image

I tak dostałem pracę. Dopiero wtedy odkryłem, że życie z gwiazdą filmową wcale nie 

jest tak różowe, jak może się wydawać z zewnątrz. Kiedy ogląda się je bez makijażu, widać, 

że są dokładnie takie same jak my, dręczą je takie same obawy i lęki. Jedyna różnica polega 
na tym, że nas obchodzą przede wszystkim pieniądze albo ich brak, a gwiazdy obchodzi 

przede wszystkim sława. Albo jej brak.

Żyją na widoku. Z początku tego nie cierpią, ale w miarę jak rośnie liczba pochlebców, 

zaczynają to uwielbiać. A gdy ludzie przestają okazywać im podziw, usychają i giną.

Mieszkanie   Neelimy   Kumari   jest   przestronne,   urządzone   nowocześnie   i   z   gustem: 

wyłożone   kosztownymi   dywanami   i   obwieszone   obrazami.   Największa   sypialnia   z 
przylegającą łazienką należy do Neelimy, a jej matka zajmuje drugi co do wielkości pokój. O 

ile mi wiadomo, Neelima nie ma innych krewnych.

Sypialnia   Neelimy   jest  najładniejszym   pokojem  w  całym   mieszkaniu.   Pośrodku  stoi 

ogromne   łóżko   nakryte   aksamitną   narzutą.   Ściany   są   wyłożone   szklanymi   płytkami,   w 
których można zobaczyć swoje odbicie złożone z tysiąca małych kawałeczków. Na toaletce 

stoi   mnóstwo   perfum   i   przeróżnych   buteleczek.   Obok   jest   dwudziestodziewięciocalowy 
telewizor   Sony,   magnetowid   i   najnowszy   odtwarzacz   VCD.   Na   suficie   wisi   kosztowny 

żyrandol.   Dzięki   bezgłośnemu   klimatyzatorowi   w   pokoju   panuje   przyjemny   chłód.   Na 
szklanych   półkach   stoją   różne   trofea   i   nagrody.   Oszklona   szafka   jest   pełna   starych 

czasopism   filmowych.   Na   okładkach   wszystkich   jest   Neelima   Kumari.   Patrząc   na   to 
wszystko, czuję się zaszczycony, że pracuję w jej domu. Kiedyś musiała być najsławniejszą 

aktorką Indii.

Z matką Neelimy naprawdę trudno wytrzymać. Mimo że ma prawie osiemdziesiąt lat, 

jest   żywotna   jak   czterdziestolatka   i   ciągle   się   mnie   czepia.   Jestem   w   domu   jedynym 
służącym, który pracuje cały dzień. Wieczorami przychodzi braminka z Maharasztry, która 

gotuje i zmywa, a praniem zajmuje się służąca pracująca w niepełnym wymiarze godzin. 
Resztę robię ja. Odkurzam i sprzątam, prasuję bieliznę i parzę wieczorną herbatę, biegam 

na   posyłki,   kupuję   mleko   i   płacę   wszystkie   domowe   rachunki.   Ale   matka   Neelimy   jest 
wiecznie  niezadowolona,  chociaż   zwracam  się  do  niej z  szacunkiem  „Maaji”.  „Ram,  nie 

przyniosłeś   mi   mleka”   -   zrzędzi.   „Ram,   nie   wyprasowałeś   mi   prześcieradła...   Ram,   nie 
odkurzyłeś porządnie pokoju... Ram, znowu się wałkonisz... Ram, nie zagrzałeś mi herbaty”. 

Czasem tak mnie irytuje to szukanie dziury w całym, że mam ochotę zalepić jej usta taśmą.

Neelima,  choć  czasem  zachowuje   się dziwacznie,   nie  jest aż   tak   wymagająca.   Chce, 

żebym u niej zamieszkał. W mieszkaniu jest dużo pustych pokoi, ale jej matka nie chce 

background image

pozwolić, żeby w jej domu mieszkał „mężczyzna”. Tak więc jestem na wygnaniu w chawl 

Ghatkopar, skąd codziennie muszę dojeżdżać. Czynsz za pokój w  chawl  płaci Neelima. Z 
drugiej jednak strony taka sytuacja mi odpowiada, bo w tym samym pokoju może mieszkać 

Salim.

Jestem z Neelimą na zakupach. Moja pracodawczyni nie ma samochodu, więc jedziemy 

taksówką. Nie lubię tych wypraw. Neelima kupuje tylko kosmetyki i ubrania, a ja muszę 

nosić ciężkie torby. Nigdy nie chodzi do McDonalda ani Pizza Hut. I nigdy, przenigdy nic 
mi nie kupuje.

Dzisiaj   jesteśmy   w   Cuff   Parade,   w   bardzo   drogim   sklepie,   gdzie   sprzedaje   się   sari. 

Neelima przez dwie godziny przegląda setki strojów, a potem kupuje trzy za pięćdziesiąt 

tysięcy   rupii,   czyli   prawie   tyle,   ile   mogę   zarobić   przez   dwa   lata.   Kiedy   wychodzimy   z 
klimatyzowanego   salonu,   podchodzi   do   niej   grupka   dziewcząt   ubranych   w   szkolne 

mundurki. Są bardzo przejęte.

- Przepraszam, czy pani Neelima Kumari? - pyta jedna z nich.

- Tak - odpowiada mile zaskoczona Neelima.
- Widzicie?   -   piszczy   do   koleżanek   dziewczynka.  -   Mówiłam   wam,   że   to   Neelima.   - 

Potem znów zwraca się do nas. - Neelimaji, jesteśmy pani wielbicielkami. Spotkanie z panią 
to dla nas spełnienie marzeń. Nie mamy swoich albumów z autografami, ale czy mogłaby 

pani wpisać się nam do zeszytów?

- Oczywiście,   z   przyjemnością   -   mówi   Neelima   i   wyjmuje   z   torebki   długopis. 

Dziewczynki jedna po drugiej podsuwają jej zeszyty, nie posiadając się z zachwytu. Neelima 
pyta każdą o imię, a potem wpisuje zamaszyście: „Dla Ritu, z serdecznymi pozdrowieniami, 

Neelima”. „Dla Indu, z serdecznymi pozdrowieniami, Neelima”. „Dla Malti, z serdecznymi 
pozdrowieniami,   Neelima”.   „Dla   Roshni,   z   serdecznymi   pozdrowieniami,   Neelima”. 

Dziewczęta czytają wpisy i piszczą z radości.

Od tych wszystkich wyrazów uwielbienia Neelima dosłownie promienieje. Pierwszy raz 

jestem   świadkiem,   gdy   ktoś   ją   poznał,   i   bardzo   się   dziwię,   jak   bardzo   ją   to   odmienia. 
Neelima nieoczekiwanie patrzy na mnie z troską i dostrzega, jak się pocę, dźwigając torby z 

zakupami.

- Ram, pewnie zrobiłeś się już głodny. Chodź, pójdziemy na lody.

Piszczę z radości.

Od czasu do czasu Neelima robi mi wykład o sztuce filmowej. Opowiada o różnych 

background image

pracownikach technicznych zaangażowanych przy kręceniu filmu.

- Ludziom   się   wydaje,   że   film   tworzą   tylko   aktorzy   i   reżyser.   Nie   mają   pojęcia   o 

tysiącach osób pracujących za kulisami, bez których film w ogóle by nie powstał. Dopiero 

kiedy zrobią, co do nich należy, reżyser może pstryknąć palcami i powiedzieć aktorom: 
„Światła, kamera, akcja!”.

Opowiada mi o scenografii, rekwizytach, oświetleniu, charakteryzacji, o kaskaderach i 

asystentach operatora kamery. Potem przechodzi do wykładu o gatunkach filmowych.

- Nie znoszę filmów, które się dzisiaj kręci. Próbują tam upchnąć wszystko, co się da - 

tragedię,   komedię,   kino   akcji   i   melodramat.   Nie.   Dobry   film   musi   respektować   własny 

gatunek.   Zawsze   starannie   wybierałam   propozycje,   a   decydowałam   się   na   rolę   dopiero 
wówczas,   kiedy   w   pełni   zrozumiałam   sens   fabuły   i   na   czym   ma   polegać   mój   udział   w 

opowieści. Nie zobaczysz takiego filmu, w którym w jednej scenie tańczę i śpiewam, a dwie 
szpule   później   umieram.   Nie,   Ram.   Postać   musi   być   konsekwentna.   Tak   jak   wielkiego 

malarza rozpoznaje się po niepowtarzalnym stylu, podobnie aktor powinien być znany ze 
swojej niepowtarzalnej indywidualności. Swojego własnego gatunku. Wielki artysta to nie 

ten,   który   pasuje   do   jednego   gatunku,   ale   ten,   który   ten   gatunek   wyznacza.   Czytałeś 
recenzję  tego  nowego  filmu  „Związki  serca”  w  „Times  of  India”?  Recenzent  napisał,  że 

Pooja, aktorka, kompletnie zawaliła scenę śmierci. „Bardzo żałuję, że w filmie nie zagrała 
Neelima Kumari, która doskonale poradziłaby sobie z postacią. Współczesne młode aktorki 

powinny   się  uczyć   rzemiosła   od   takich   legend  jak   ona”.   Serce   mi  się   radowało,   gdy  to 
czytałam. To dla aktora największy komplement, jeśli ktoś stawia go za przykład innym i 

uważa za uosobienie gatunku. Każę oprawić tę recenzję w ramki.

- Jak wyglądał ten pani niepowtarzalny styl? Uśmiecha się.

- Jesteś   za   młody,   żeby   wiedzieć,   że   Neelimę   Kumari   nazywają   Królową   Tragedii. 

Chodź, coś ci pokażę.

Zabiera mnie do swojej sypialni i otwiera metalowy almirah. Oczy prawie wychodzą mi 

na wierzch, bo almirah jest po brzegi wypełniony kasetami wideo.

- Wiesz, że na tych wszystkich kasetach są filmy, w których grałam?
- Naprawdę? Ile kaset tu jest?

- Sto czternaście. Tyle dzieł współtworzyłam podczas trwającej dwadzieścia lat kariery. - 

Pokazuje pierwszy rząd kaset. - Moje pierwsze filmy. Większość to komedie slapstickowe. 

Na pewno wiesz, co to są komedie, prawda? Z zapałem kiwam głową.

- Tak. W takich filmach gra Govinda. Neelima wskazuje dwa następne rzędy.

- To   filmy   ze   środkowego   okresu   mojej   kariery.   Przeważnie   dramaty   rodzinne.   Ale 

background image

grałam też w słynnym thrillerze „Wskaż mordercę” i klasycznym horrorze „Trzydzieści lat 

później”.

Wreszcie wskazuje pozostałe cztery rzędy kaset.

- A reszta to tragedie. Widzisz, ile nagród i trofeów zdobyłam przez te lata? Prawie 

wszystkie   dostałam   za  filmy   tego   gatunku.   To  mój   ulubiony.   -  Stuka   palcem   w  kasetę. 

Odczytuję naklejkę. Tytuł brzmi „Mumtaz Mahal”. - Tu zagrałam rolę swojego życia - żonę 
cesarza   Szahdżahana,   Mumtaz   Mahal.   Za   swoją   kreację   dostałam   nawet   Nagrodę 

Państwową. Widzisz to trofeum w środku? Otrzymałam je z rąk prezydenta Indii.

- Czy to była największa rola, jaką pani zagrała? Neelima wzdycha.

- Rola bez wątpienia była dobra, z dużym ładunkiem emocjonalnym, ale wydaje mi się, 

że największa rola życia jest jeszcze przede mną.

Matka Neelimy nie czuje się najlepiej. Ciągle kaszle i pojękuje. Jej utyskiwania stają się 

nie do zniesienia.  Cały czas skarży się na stan zdrowia i nie oszczędza  nawet Neelimy, 
przypominając jej bez przerwy o obowiązku wobec osoby, która wydała ją na świat. Neelimę 

chyba trochę to zaczyna irytować. Teraz, prócz mojej codziennej pracy, muszę spędzać pół 
dnia na kupowaniu lekarstw dla Maaji i pilnować, żeby o wyznaczonej porze brała tabletki, 

kapsułki i krople.

W mieszkaniu panuje dziś nastrój podniecenia. Doordarshan, ogólnokrajowy program 

telewizji, ma wieczorem wyświetlić film Neelimy pod tytułem „Ostatnia żona”. To jedna z 

jej słynnych tragedii. Wszyscy mamy oglądać film w salonie razem z gospodynią. O ósmej 
gromadzimy się przed telewizorem. Kucharka, służąca i ja siedzimy na dywanie, a Maaji 

półleży na kanapie obok Neelimy. Zaczyna się film. Nie przepadam za takimi dziełami. Film 
jest o biednej rodzinie z klasy średniej, która boryka się z całą masą kłopotów. Dużo tu 

płaczu   i   lamentów.   A   w   tle   słychać   pojękiwania   Maaji.   Film   pokazuje   życie   zbyt 
realistycznie. Moim zdaniem to niepoważne, że kręci się takie rzeczy. Po co oglądać film, 

skoro w domu sąsiada na tej samej ulicy można wszystko zobaczyć na żywo? Za to Neelima 
wygląda młodo i pięknie i gra naprawdę dobrze. Dziwne uczucie - oglądać film, kiedy obok 

siedzi jego bohaterka. Ciekawe, co ona czuje, widząc siebie na ekranie telewizora. Może 
przypomina   sobie   asystentów   operatora   kamery,   charakteryzatorów,   oświetleniowców   i 

operatora dźwięku, którzy pracowali za kulisami?

W filmie Neelima umiera, wygłaszając przedtem bardzo emocjonalną mowę. Niedługo 

po jej śmierci film się kończy. Wstajemy, żeby rozprostować nogi. Zauważam, że Neelima 

background image

płacze.

- Co się stało, proszę pani? - pytam zaniepokojony. - Dlaczego pani płacze?
- Nic, Ram. Po prostu poczułam więź z moją bohaterką. Widzisz, już się uśmiecham.

- Jak aktorzy mogą się śmiać, a zaraz potem płakać?
- To cecha wielkich aktorów. Wiesz, dlaczego nazywają mnie Królową Tragedii?

- Dlaczego, proszę pani?
- Bo nigdy w żadnej scenie płaczu nie używałam gliceryny. Potrafiłam w każdej chwili 

doprowadzić się do łez.

- Co w tym wielkiego? Ja też nigdy nie potrzebuję gliceryny, żeby się rozpłakać - mówię 

do służącej, kiedy Neelina nie może mnie już słyszeć.

Im dłużej przebywam z Neelimą, tym lepiej zaczynam rozumieć, dlaczego nazywają ją 

Królową Tragedii. Otacza ją jakaś aura melancholii. Nawet w jej uśmiechu wyczuwam cień 

smutku. Ciekawi mnie jej przeszłość. Zastanawiam się, czemu nigdy nie wyszła za mąż. 
Wydaje się, że nie ma żadnych prawdziwych przyjaciół. Ale od czasu do czasu wychodzi z 

domu i wraca późno wieczorem. Ciekawe, z kim się spotyka. Wątpię, żeby miała chłopaka 
albo   kochanka,   bo   nigdy   nie   wraca   wesoła.   Po   powrocie   wygląda   mizernie,   jest 

przygnębiona i od razu idzie prosto do sypialni. To jedna z zagadek, którą bardzo chciałbym 
rozwiązać.

Zastanawia mnie też jej obsesja na punkcie urody. Urody fizycznej. Jest ładna, mimo to 

całymi godzinami maluje się i mizdrzy przed lustrem. Na jej toaletce stoi mnóstwo kremów. 

Pewnego   dnia   czytam   etykietki   na   słoiczkach.   Kremy   przeciwzmarszczkowe,   kremy   na 
cellulitis i balsamy odmładzające. Emulsje intensywnie regenerujące i nawilżające kremy 

przeciwstarzeniowe, rewitalizujące kremy na noc i żele ujędrniające. Jej łazienka jest pełna 
mydeł   o   dziwnym   zapachu,   peelingów   i   maseczek,   które   mają   przywracać   młodzieńczy 

wygląd.   W   jej   apteczce   jest   tyle   leków,   ile   zażywa   Maaji.   Są   tu   stymulatory   hormonu 
wzrostu i kremy ujędrniające biust, melatonina w tabletkach i antyutleniacze.

Wreszcie pewnego dnia mówię:
- Proszę pani, jeśli wolno spytać, po co pani makijaż? Przecież już pani nie gra.

Patrzy mi w oczy.
- My, ludzie kina, stajemy się bardzo próżni. Tak bardzo przyzwyczajamy się do widoku 

siebie w makijażu, że tracimy odwagę, by spojrzeć w lustro i zobaczyć nasze prawdziwe 
twarze.   Pamiętaj,   że   aktor   pozostaje   aktorem   przez   całe   życie.   Filmy   się   kończą,   ale 

przedstawienie musi trwać.

background image

Ciekawe, czy powiedziała to z głębi serca, czy wyrecytowała kwestię z jakiegoś filmu.

Dziś   wydarzyło   się   coś   naprawdę   wspaniałego.   Maaji   umarła   we   śnie.   W   wieku 

osiemdziesięciu jeden lat.

Neelima   trochę   płacze,   a   potem   przystępuje   do   spraw   praktycznych   związanych   z 

przygotowaniami   do   pogrzebu.   Przychodzi   chyba   cały   świat   filmowy,   żeby   złożyć   jej 
kondolencje. Wielu ludzi rozpoznaję. Przychodzą aktorzy i aktorki, reżyserzy i producenci, 

piosenkarze   i   autorzy   piosenek.   Salon   pęka   w   szwach   od   gości.   Wyciągam   szyję,   żeby 
zobaczyć   słynne   gwiazdy,   których   zdjęcia   widziałem   w   „Starburście”   i   których   filmy 

oglądałem na ekranie.

Szkoda,  że  nie ma tu Salima.  Ale byłby rozczarowany.  Goście  Neelimy w ogóle nie 

wyglądają   jak   olśniewające   gwiazdy,   które   widzimy   w   filmach.   Nie   mają   makijażu   ani 
kolorowych strojów. Wszyscy są ubrani na biało i mają poważne i smutne miny. Nawet ci, 

którzy są znani z komedii.

Nie wiem, jak Neelima przyjęła śmierć matki. Dla mnie jednak odejście Maaji z tego 

świata było jak uczucie ulgi po bardzo przygnębiającym filmie.

Miesiąc po śmierci Maaji Neelima prosi mnie, żebym u niej zamieszkał. Wie, że Salim 

jest drugim lokatorem mojego pokoju w chawl, i dalej chce płacić czynsz. Przeprowadzam 
się do jej mieszkania. Ale nie zajmuję żadnej z pustych sypialni. Dostaję mały pokoik do 

prasowania.

Zauważam, że po śmierci Maaji Neelima zaczyna częściej wychodzić z domu, a czasem 

nawet   nie   wraca   na   noc.   Jestem   przekonany,   że   się   z   kimś   spotyka.   Może   niedługo 
będziemy mieli ślub.

Budzi mnie jakieś skrobanie dobiegające od strony salonu. Dźwięk jest ledwie słyszalny, 

ale mimo to zakłóca mi sen. Przecieram oczy i patrzę na stojący obok mnie budzik. Jest 
wpół   do   trzeciej.   Ciekawe,   dlaczego   Neelima   plącze   się   po   domu   o   tej   porze.   Nagle 

przychodzi mi do głowy, że może odwiedził ją kochanek, i podekscytowany wyskakuję z 
łóżka. Na palcach wychodzę z pokoju i ruszam do salonu.

W   pokoju   jest   ciemno,   ale   dostrzegam   jakiegoś   mężczyznę.   Wcale   nie   wygląda   na 

kochanka. Ma na twarzy czarną maskę z wąskimi otworami na oczy. W lewej ręce trzyma 

czarny worek. W prawej latarkę, którą oświetla magnetowid. Szybko odłącza kable, bierze 
magnetowid  i wkłada  do czarnego worka. Już wiem, że to nie kochanek.  To złodziej. I 

zaczynam wrzeszczeć.. Wydaję przenikliwy wrzask, który jak pocisk przecina ciszę nocną. 

background image

Budzi Neelimę Kumari, która zaraz przybiega do salonu. Zupełnie wytrąca z równowagi 

złodzieja, który upuszcza worek i latarkę i dłońmi zasłania sobie uszy. Od mojego wrzasku 
pęka krucha figurynka stojąca na szafce z telewizorem.

- Co się stało? - pyta bez tchu Neelima. Zapala światło. Widzi złodzieja i też zaczyna 

wrzeszczeć. Złodziej musiał już ogłuchnąć od naszego krzyku. Osuwa się na kolana i błaga 

nas o litość.

- Proszę pani, nie jestem złodziejem. Przyszedłem tylko zobaczyć pani dom.

- Ram, przynieś mi telefon. Natychmiast dzwonię na policję - mówi do mnie Neelima. 

Skwapliwie przynoszę jej telefon bezprzewodowy.

Złodziej zdziera maskę. To młody mężczyzna z bródką.
- Błagam   panią,   proszę   nie   dzwonić   na   policję.   Nie   jestem   złodziejem.   Jestem 

studentem ostatniego roku w College’u Xaviera i jednym z pani największych wielbicieli. 
Przyszedłem tutaj tylko po to, żeby zobaczyć, jak pani mieszka.

Widzę, że słysząc to, Neelima wyraźnie łagodnieje.
- Proszę go nie słuchać - ostrzegam ją. - To złodziej. Jeżeli jest pani wielbicielem, to 

czemu ukradł magnetowid?

- Powiem dlaczego, Neelimaji. Kupowałem wszystkie kasety z filmami, w których pani 

grała.   Wszystkie   sto   czternaście.   Codziennie   oglądam   przynajmniej   jeden   film.   Mój 
magnetowid zepsuł się od częstego używania. Oddałem go do naprawy. Ale nie potrafię 

przeżyć dnia, jeśli nie zobaczę jednego filmu z pani udziałem. Pomyślałem więc, że wezmę 
sobie   jeden   z   pani   magnetowidów.   Sam   fakt,   że   oglądam   film   na   pani   magnetowidzie, 

sprawi, że będzie to niezapomniane przeżycie. Zamierzałem go oddać, gdy tylko odbiorę 
swój z naprawy. Proszę mi uwierzyć. Przysięgam na mojego zmarłego ojca, że nie kłamię.

- To wszystko kłamstwo, proszę pani! - krzyczę. - Proszę lepiej wezwać policję.
- Nie, Ram - mówi Neelima. - Najpierw sprawdzę, czy ten człowiek rzeczywiście mówi 

prawdę. Jeżeli widział wszystkie sto czternaście filmów, będzie potrafił odpowiedzieć na 
kilka   pytań.   Niech   mi   pan   powie,   w   którym   filmie   grałam   rolę   wiejskiej   dziewczyny   o 

imieniu Chandni?

- Och, jak mógłbym zapomnieć, Neelimaji? To jeden z moich ulubionych. „Powrót do 

wioski”, prawda?

- Tak. Ale to było za łatwe. Proszę powiedzieć, za jaki film dostałam Nagrodę Przemysłu 

Filmowego w 1982 roku.

- To jeszcze łatwiejsze. Na pewno za „Ciemną noc”.

- Mój   Boże,   ma   pan   rację.   Niech   pan   wobec   tego   powie,   w   jakim   filmie   grałam   z 

background image

Manojem Kumarem.

- W tym patriotycznym, „Zew narodu”.
- Och, ten też pan widział?

- Mówiłem już, Neelimaji, jestem pani największym wielbicielem na świecie. Proszę mi 

powiedzieć,   dlaczego   zgodziła   się   pani   wziąć   tę   podrzędną   rolę   w   „Wiecznej   miłości”? 

Zawsze sądziłem, że reżyser nie wykorzystał w nim pani możliwości.

- Zdumiewające, że pyta pan o „Wieczną miłość”. Ja też uważam, że nie powinnam była 

grać tej roli. Wszystkie pochwały zebrała Sharmila, a mnie spotkały tylko przykrości.

- Ale była pani fantastyczna w „Deszczu nad Bombajem”. Pani monolog w świątyni po 

śmierci pani ojca to najbardziej pamiętna scena całego filmu. Naprawdę powinna pani za 
niego dostać Nagrodę Przemysłu Filmowego, a oni przyznali ją pani za „Kobietę”.

- Tak.   Gdybym   miała   wybierać   między   „Kobietą”   a   „Deszczem   nad   Bombajem”, 

prawdopodobnie  też wybrałabym  ten  drugi. Muszę przyznać,  że dużo pan wie o moich 

filmach. Jak się pan nazywa?

- Ranjet   Mistry.   Mam   dwadzieścia   cztery   lata.   Zawsze   chciałem   panią   zapytać   o 

„Mumtaz Mahal”, który uważam za największy film na świecie. W tej scenie porodu, kiedy 
pani umiera, a sahib Dileep, który gra cesarza, siedzi przy pani łożu, prosi go pani, żeby coś 

pani obiecał, a potem zdejmuje pani złotą bransoletę - ale mu jej pani nie daje. Dlaczego?

- Zdumiewające.   Zna   pan   ten   film   w   najdrobniejszych   szczegółach.   Powiem   panu 

dlaczego.   Ale  czemu  siedzi  pan  na  podłodze?  Proszę  usiąść  na  kanapie.  Ram,   dlaczego 
stoisz z tym telefonem? Przynieś nam dwie filiżanki herbaty i ciastka. A więc jak mówiłam, 

kiedy powstawał projekt „Mumtaz Mahal”...

Kiedy wracam z herbatą, Neelima i złodziej śmieją się i żartują jak dwoje przyjaciół, 

którzy dawno się nie widzieli. Z niedowierzaniem kręcę głową. Ten człowiek przyszedł ją 
okraść i tylko dlatego, że widział kilka jej filmów, ona karmi go ciastkami i poi herbatą.

To, co zaczęło się jak thriller, okazało się dramatem rodzinnym.
Pewnego wieczoru Neelima wzywa mnie do siebie.

- Ram, chcę, żebyś jutro wyprowadził się do chawl. Tylko na jeden dzień. Muszę mieć w 

domu odrobinę prywatności.

- Ale dlaczego, proszę pani?
- Nie zadawaj pytań - odpowiada ze złością. - Rób, co mówię.

To   samo   polecenie   dostałem   jeszcze   trzy   razy   w   ciągu   następnych   trzech   miesięcy. 

Wiem, że kiedy mnie nie ma, Neelima podejmuje w domu kochanka i nie chce, żebym o tym 

wiedział.   Dlatego   gdy   następnym   razem   każe   mi   zostać   na   noc   w   Ghatkopar   i   wrócić 

background image

następnego dnia, wypełniam polecenie, ale niezbyt ściśle. Jadę do Ghatkopar, ale zamiast o 

siódmej rano, wracam już o piątej i krążę wokół domu. Jak można się było spodziewać, o 
szóstej otwierają się drzwi i wychodzi jakiś mężczyzna. Jest wysoki i ma sympatyczną twarz, 

lecz  jego wygląd  psują przekrwione oczy i nieuczesane włosy. Jest ubrany w niebieskie 
dżinsy i białą koszulę. W lewej dłoni trzyma plik banknotów i zapalonego papierosa, a w 

drugiej podrzuca kluczyki do samochodu. Wygląda jakby znajomo, ale nie potrafię sobie 
przypomnieć, gdzie go widziałem. W ogóle na mnie nie patrząc, schodzi po schodach na 

parter. Otwieram drzwi do domu dopiero o siódmej.

Kiedy widzę, w jakim stanie jest salon, przeżywam pierwszy szok. Wszędzie walają się 

niedopałki papierosów i popiół. Pośrodku stołu leży przewrócona szklanka, a obok pusta 
butelka po whisky. Na całym dywanie są porozrzucane orzeszki. W pokoju unosi się silny 

zapach alkoholu.

Drugi szok przeżywam na widok Neelimy Kumari. Ma sińce na całej twarzy i podbite 

oko.

- Mój Boże, co się pani stało? - wołam.

- Nic, Ram. Spadłam z łóżka i trochę się potłukłam. Nie ma się czym przejmować.
Wiem, że kłamie. To wszystko zrobił jej mężczyzna, który wychodził z mieszkania. A 

ona w zamian dała mu papierosy, whisky i jeszcze pieniądze. Serce mi się kraje i ogarnia 
mnie bezsilna złość, bo nie potrafię jej pomóc.

Od   tego   dnia   w   Neelimie   zachodzi   subtelna   zmiana.   Staje   się   bardziej   milcząca   i 

zamknięta w sobie. Chyba zaczęła popijać whisky, bo często wyczuwam w jej oddechu woń 

alkoholu.

Pewnego ranka znów zastaję ją z podbitym okiem i śladem po oparzeniu papierosem na 

ręce. Nie mogę tego dłużej znieść.

- Smutno mi, kiedy widzę panią w takim stanie. Kto robi pani krzywdę? - pytam.

Mogłaby   odpowiedzieć:   „To   nie   twoja   sprawa”,   ale   tego   ranka   była   w  refleksyjnym 

nastroju.

- Wiesz, Ram, ktoś kiedyś powiedział, że lepiej kochać i przegrać, niż nigdy nie zaznać 

miłości.   Czasem   się   zastanawiam,   czy   to   prawda.   Ja   też   kochałam.   Nie   wiem,   czy   już 

przegrałam, ale zaznałam wiele bólu. W moim życiu jest mężczyzna. Czasami mi się wydaje, 
że   mnie   kocha.   A   czasem,   że   nienawidzi.   Poddaje   mnie   powolnym   torturom,   krok   po 

kroczku.

- Czemu go pani nie zostawi?! - krzyczę.

- To nie takie proste. Nawet w bólu jest trochę przyjemności. Słodkiej ekstazy. Czasem 

background image

myślę, że jeśli ból potrafi być tak słodki, to ile przejmującej rozkoszy musi nieść ze sobą 

śmierć? Kiedy torturuje mnie papierosami, wcale nie chcę krzyczeć. Mam ochotę recytować 
tę pamiętną kwestię z mojego filmu „Kobieta”. Ze sceny śmierci. „Och, życie, jakże jesteś 

zmienne.   To   śmierć   jest   moją   prawdziwą   miłością   i   moim   nieodłącznym   towarzyszem. 
Śmierci, weź mnie w ramiona, wyszeptaj mi do ucha najsłodszą ciszę i unieś do krainy 

wiecznej miłości”.

- Ależ proszę pani, to był tylko film - mówię błagalnie.

- Cii! Zapomniałeś, co ci kiedyś powiedziałam, że aktor pozostaje aktorem przez całe 

życie? Pamiętaj, że zawsze będę Królową Tragedii. I nie zyskałam tego tytułu, recytując 

kwestie napisane przez scenarzystę. Żyłam życiem moich postaci. Ghalib nie został wielkim 
tragicznym poetą, po prostu pisząc słowa w książkach. Nie. Aby zostać Królową Tragedii, 

trzeba czuć ból, doświadczyć cierpienia, codziennie je przeżywać.

- Jeżeli to ma być warunek, to znaczy, że ja mogę zostać Królem Tragedii? - pytam z 

niewinnością dwunastolatka.

Neelima nie odpowiada.

Neelima udziela w salonie wywiadu dziennikarce ze „Starbursta”. Wchodzę tam, niosąc 

tacę z gulab jamun i samosami.

- Neelimaji,   rozmawiałyśmy   o   historii,   pomówmy   o   teraźniejszości.   Dlaczego 

zrezygnowała pani z pracy w filmie? - Przyglądam się uważnie, jak dziennikarka majstruje 

przy magnetofonie. Jest dość młoda i bardzo ładna. Ma jasną skórę i długie do ramion 
czarne włosy. Jest ubrana w eleganckie czarne spodnie, kurti z nadrukiem i czarne czółenka 

na wysokim obcasie.

- Ponieważ nie produkuje się już filmów takich jak kiedyś. Nie ma już dawnej pasji i 

zaangażowania. Współcześni aktorzy wyglądają jak taśmowa produkcja, podobni do siebie 
jak   dwie   krople   wody.   Klepią   swoje   kwestie   jak   papugi.   Brak   w   tym   głębi.   W   naszych 

czasach skupialiśmy się na pracy nad jednym filmem. Dzisiaj aktorzy jednego dnia biegają 
na trzy różne plany. To niepoważne. - Neelima podkreśla swoje słowa gestem.

- Proszę mi wybaczyć, ale słyszałam, że jednym z powodów pani rezygnacji był fakt, że 

przestano pani proponować role.

Twarz Neelimy oblewa się gniewnym rumieńcem.
- Kto   pani   to   powiedział?   To   wierutne   kłamstwo.   Proponowano   mi   kilka   ról,   ale 

odmówiłam.  Były za  mało wyraziste.  Poza tym fabuła  nie koncentrowała  się na postaci 
bohaterki.

- Chce pani powiedzieć, że przestano pani proponować role głównych bohaterek, tylko 

background image

starszych sióstr i ciotek.

- Jak pani śmie dyskredytować mnie i moją pracę? Muszę przyznać, że współczesnym 

dziennikarzom także brakuje dobrego wychowania. Nie widzi pani tych wszystkich nagród 

na półkach? Uważa pani, że zdobyłam je, nie grając w filmach? Sądzi pani, że zyskałam 
sobie   przydomek   Królowej   Tragedii,   śpiewając   i   pląsając   wokół   drzewa   jak   dzisiejsze 

pseudoheroiny, które wyglądają jak zwykłe statystki?

- Ależ... nie mówimy o pani dawnej karie...

- Doskonale wiem, o czym mówimy. Proszę natychmiast wyjść. Ram, odprowadź panią i 

nigdy   więcej   nie   otwieraj   jej   drzwi.   -   Neelima   wstaje   i   wzburzona   wychodzi   z   salonu. 

Odprowadzam zdezorientowaną dziennikarkę do drzwi.

Nie potrafię się zdecydować, czy to była komedia, dramat czy tragedia.

W mieszkaniu Neelimy wisi dużo oprawionych zdjęć. Na wszystkich jest jednak tylko 

ona.   Neelima   przyjmująca   nagrodę,   Neelima   przecinająca   wstęgę,   Neelima   oglądająca 

występ, Neelima wręczająca nagrodę. W domu nie ma fotografii żadnych innych gwiazd 
filmowych, z wyjątkiem dwóch zdjęć w jej sypialni. Są na nich dwie piękne kobiety, jedna 

biała, a druga Hinduska.

- Kim są te kobiety? - pytam ją pewnego dnia.

- Ta z lewej to Marilyn Monroe, a z prawej to Madhubala.
- Kto to był?

- Obie były sławnymi aktorkami, które młodo umarły.
- Po co więc trzyma pani ich zdjęcia?

- Ponieważ też chciałabym umrzeć młodo. Nie chcę umierać jako stara i wynędzniała 

kobieta. Widziałeś fotografię Shakeeli w numerze „Film Digest” z zeszłego tygodnia? W 

latach pięćdziesiątych była znaną gwiazdą, a teraz ma chyba z dziewięćdziesiąt lat. Zobacz, 
jaka jest stara i wysuszona. I dokładnie taką ją ludzie zapamiętają po jej śmierci. Starą, 

pomarszczoną i wychudzoną. Ale Marilyn Monroe i Madhubalę na zawsze zapamiętają jako 
młode kobiety, bo młodo umarły. W pamięci ludzkiej przetrwa tylko twój wygląd w chwili 

śmierci. Tak jak Madhubala chcę pozostawić po sobie obraz nieskalanej młodości i urody, 
wiecznego   wdzięku   i   czaru.   Nie   chcę   umierać   w   wieku   dziewięćdziesięciu   lat.   Czasem 

pragnę zatrzymać wszystkie zegary świata, strzaskać wszystkie lustra i sprawić, żeby moja 
twarz pozostała młoda na wieki.

Gdy   tego   słucham,   ogarnia   mnie   dziwny   smutek.   W   pewnym   sensie   Neelima   jest 

sierotą, tak jak ja. Ale w przeciwieństwie do mnie ma dużą rodzinę - swoich wielbicieli, 

producentów,  reżyserów.   I przez  wzgląd   na nich  chce   złożyć najwyższą  ofiarę.   Żeby na 

background image

zawsze zapamiętali ją jako młodą kobietę.

Po raz pierwszy dziękuję losowi, że nie jestem gwiazdą filmową.

Dziś   ma   przyjść   znany   producent.   Neelima   jest   bardzo   przejęta.   Ma   nadzieję,   że 

producent   zaproponuje   jej   rolę   i   znów   będzie   mogła   stanąć   przed   kamerą.   Cały   dzień 

maluje się przed lustrem i przymierza rożne stroje.

Producent   zjawia   się   wieczorem.   Jest   niski   i   łysy,   z   wystającym   brzuchem.   Mam 

przynieść gulab jamun, samosy i sorbet.

- ...wspaniała rola dla pani, Neelimaji - mówi producent. - Zawsze należałem do pani 

największych   wielbicieli.   Piętnaście   razy   widziałem   „Kobietę”.   Ta   scena   śmierci   -   Boże, 
chciałbym   ją   oglądać,   gdy   sam   będę   umierał.   Dlatego   postanowiłem   przerwać   pani 

emeryturę. Ten film, do którego udało mi się zwerbować pierwszorzędnego reżysera, skupia 
się na postaciach kobiecych. Proponuję pani fantastyczną rolę.

- Kim jest ten reżyser, z którym podpisał pan umowę?
- Chimpu Dhawan.

- Przecież on kręci komedie, prawda?
- I   co   z   tego?   Poza   tym   w   filmie   będzie   szczypta   komedii.   Do   głównych   ról 

zaangażowałem już Shahrukha Khana i Tabu.

- Nie rozumiem. Będą dwie główne bohaterki?

- Ależ nie.
- Kogo więc ma grać Tabu?

- To ona będzie główną bohaterką.
- A mnie jaką rolę pan proponuje?

- Och, nie zrozumiała pani? Proponuję pani rolę matki Shahrukha Khana.
Neelima od razu wyrzuca go za drzwi. Producent wychodzi z pianą na ustach.

- Zepsuta dziwka, co ona sobie wyobraża? Ciągle się jej zdaje, że może być heroiną. 

Widziała się w lustrze? Ma szczęście, że nie obsadziłem jej w roli babki.

Wydaje mi się, że to była niezła scena komediowa.

Znów odwiedził ją kochanek. Tym razem jednak sprawa wygląda poważniej. Neelima 

leży w łóżku z głębokim rozcięciem nad lewą brwią i ma spuchnięty policzek. Z trudem 

mówi.

- Musimy   wezwać   policję,   proszę   pani,   trzeba   aresztować   tego   łotra   -   nalegam, 

opatrując jej skaleczenia środkiem odkażającym.

background image

- Nie, Ram. Nic mi nie będzie.

- Proszę mi przynajmniej powiedzieć, jak on się nazywa. Śmieje się ochryple.
- Co to da? Nie martw się, ten człowiek już więcej tu nie przyjdzie. Wreszcie z nim 

zerwałam. Dlatego właśnie mi to zrobił. Jeżeli jeszcze raz tu się zjawi, plunę mu w twarz.

- I jak długo chce pani cierpieć w milczeniu?  Niech pani popatrzy, co zrobił z pani 

twarzą.

- Przeznaczeniem   kobiety   jest   cierpieć   w   milczeniu.   Moja   twarz   to   drobnostka   w 

porównaniu z tym, co zrobił z resztą mojego ciała. Naprawdę chcesz zobaczyć? To patrz. - 
Rozpina guziki bluzki i rozchyla stanik. Pierwszy raz w życiu widzę nagie piersi kobiety. Są 

duże   i   kołyszą   się   jak   obwisłe   krowie   wymiona.   Wzdrygam   się   na   widok   oparzeń   po 
papierosach na gładkim ciele, które wyglądają jak małe czarne kratery. Zaczynam płakać.

Neelima też płacze.
- Nie chcę już dłużej żyć w masce. Dość już sobie zrobiłam liftingów, dosyć mam już 

środków upiększających. Raz w życiu chcę być prawdziwą kobietą. Chodź do mnie, dziecko 
- mówi i przyciąga moją głowę do swoich piersi.

Nie wiem, o czym myślała Neelima Kumari, przyciągając mnie do siebie. Czy zobaczyła 

we   mnie   syna   czy   kochanka,   czy   zrobiła   to,   żeby   zapomnieć   o   bólu,   czy   po   prostu 

potrzebowała taniej rozrywki. Ale gdy wtuliłem głowę między jej piersi, cały świat przestał 
dla   mnie   istnieć   i   pierwszy   raz   w   życiu   poczułem,   że   nie   jestem   już   sierotą.   Że   mam 

prawdziwą matkę, której twarz mogę zobaczyć i której ciała mogę dotknąć. Słony smak 
moich   łez   zmieszał   się   z   jej   potem   i   zapachem   jej   ciała   w   najbardziej   poruszającym 

doświadczeniu   mojego   trzynastoletniego   życia.   W   tej   krótkiej   chwili   uleciał   cały   ból   i 
cierpienie, wszystkie zniewagi i upokorzenia, jakie znosiłem w ciągu wielu lat. Pragnąłem 

zatrzymać  wszystkie   zegary  świata   i zachować  tę  chwilę  na  zawsze.  Bo  choć  trwała   tak 
krótko,   przyniosła   mi   tak   prawdziwe   doznanie,   że   nie   potrafiłaby   go   oddać   żadna   gra 

aktorska.

Dlatego nie będę próbował nazywać tego epizodu dramatem, thrillerem ani tragedią. 

Wymykał się wszystkim gatunkom.

Neelima i ja w ogóle nie rozmawiamy o tamtym poranku. To, co się stało, nigdy się już 

nie   powtórzy.   Ale   oboje   żyjemy   ze   świadomością,   że   nasze   życie   nieodwołalnie   się 

odmieniło.

Neelima chce zerwać maskę, ale nie ma w sobie dość siły psychicznej, żeby to zrobić. I 

nie   chce   przyjąć   mojej   pomocy.   Nieuchronne   przeznaczenie   Królowej   Tragedii   coraz 

background image

natarczywiej przypomina jej o sobie. Neelima staje się bardziej przygnębiona. Pije tak dużo, 

że  prawie  nie  wie,  co  się  wokół   niej  dzieje.  Zwalnia  kucharkę   i  służącą.   W  mieszkaniu 
zostaję tylko ja. A potem zaczyna się przygotowywać do swojej roli życia.

Neelima Kumari prosi, żebym złożył w jeden stos wszystkie czasopisma z jej zdjęciami. 

Osobiście   zajmuje   się   swoimi   trofeami,   ustawiając   najpierw   platynowe   nagrody 

jubileuszowe,   potem   złote   i   na   końcu   srebrne.   Ubiera   się   w   najdroższe   sari   i   wkłada 
najpiękniejszą   biżuterię.   Spędza   przed   lustrem   trzy   godziny   i   wygląda   tak   pięknie,   jak 

jeszcze   nigdy   dotąd.   Później   spuszcza   w   toalecie   wszystkie   kremy.   Idzie   do   apteczki   i 
wyrzuca   wszystkie   preparaty   upiększające.   Potem   odkręca   słoiczek   ze   środkami 

przeciwbólowymi, które lekarz zapisał jej matce. Połyka nie wiem ile tabletek.

Wreszcie   wchodzi   do   sypialni   i   wsuwa   do   magnetowidu   kasetę   z   filmem   „Mumtaz 

Mahal”. Siada na łóżku i wciska przycisk odtwarzania na pilocie. Zaczyna się film. Neelima 
każe mi iść na bazar po warzywa i sadowi się wygodnie, aby czekać.

Znajduję ją tego samego dnia wieczorem po powrocie z bazaru. Wygląda jak piękna 

panna młoda śpiąca w łóżku. Ale nie muszę dotykać jej zimnej skóry, żeby się przekonać, że 

nie żyje. W rękach trzyma nagrodę z napisem „Nagroda Państwowa dla Najlepszej Aktorki. 
Przyznana Pani Neelimie Kumari za rolę w filmie «Mumtaz Mahal», 1985”.

Scenę, którą widzę, można nazwać tylko szczytem dramatu.

Wpatruję się w martwe ciało Neelimy Kumari i nie wiem, co robić. Jestem pewien tylko 

jednego - nie pójdę na policję. Całkiem możliwe, że zrzuciliby winę na mnie i aresztowali za 

morderstwo. Decyduję się więc na jedyne logiczne wyjście. Uciekam do chawl w Ghatkopar.

- Dlaczego przyjechałeś? - pyta mnie Salim.

- Pani zwolniła mnie z pracy, tak jak kucharkę i służącą.
- I co teraz zrobimy? Z czego zapłacimy czynsz?

- Nie martw się, zapłaciła już za dwa miesiące z góry. Do tej pory na pewno znajdę nową 

pracę.

Mieszkając   w  chawl,  co   dzień   się   boję,   że   przyjedzie   po   mnie   dżip   z   migającym 

czerwonym kogutem, ale nic takiego się nie dzieje. W gazetach też nic nie piszą o śmierci 
Neelimy Kumari. Tymczasem dostaję pracę w odlewni.

Znajdują jej ciało dopiero po miesiącu, tylko dlatego, że jeden z sąsiadów skarżył się na 

zapach.   Tak   więc   wyłamują   drzwi   i   wchodzą   do   domu.   Ani   w   salonie,   ani   w   czterech 

pozostałych pokojach niczego nie znajdują. Potem w sypialni widzą gnijące zwłoki. Sari 

background image

wygląda na nowe, biżuteria błyszczy jak nowa, ale twarz i ciało są w takim stopniu rozkładu, 

że   nie   można   rozpoznać   osoby.   Wywożą   zwłoki   w   białych   maseczkach   na   twarzach,   a 
nagrodę   wyrzucają   do   kosza.   Tożsamość   potwierdzają   dopiero   na   podstawie   kartoteki 

dentystycznej.   A   gdy   się   dowiadują,   kto   to   był,   zamieszczają   zdjęcie   gnijącego   ciała   na 
pierwszych   stronach   wszystkich   gazet.   „Neelima   Kumari,   słynna   Królowa   Tragedii, 

popełniła   samobójstwo.   Miała   czterdzieści   cztery   lata.   Jej   ciało   w   znacznym   stopniu 
rozkładu znaleziono dopiero po miesiącu”.

Nazwałbym to prawdziwą tragedią.

Smita głęboko wzdycha.
- Nic dziwnego,   że gwiazdy  filmowe  cierpią   na nerwicę.  Wiesz,  widziałam   „Mumtaz 

Mahal” i też zawsze się zastanawiałam nad zagadką złotej bransolety. Ciekawe, co Neelima 
Kumari powiedziała złodziejowi.

- Niestety, to na zawsze pozostanie zagadką. Będziemy rozmawiać o Neelimie Kumari 

czy mam pani powiedzieć, co się potem zdarzyło w teleturnieju?

Smita niechętnie wciska guzik odtwarzania.

W studiu panuje duże poruszenie. Trwa właśnie długa przerwa. Producent programu, 

wysoki mężczyzna z długimi włosami jak u kobiety - albo u gwiazdy rocka - naradza się w 

kącie z Premem Kumarem. Po jego wyjściu Prem Kumar kiwa na mnie, żebym podszedł.

- Panie Thomas - mówi Prem Kumar - fantastycznie pan sobie radzi. Ma pan w kieszeni 

milion rupii. Co pan zamierza teraz zrobić?

- Co pan ma na myśli?

- Pytam, czy chce pan poprzestać na tej sumie, czy grać o miliard. Niech pan pamięta, 

że zaczyna się zasada „graj lub płać”.

- Wobec tego poprzestanę na tym, co mam. Dotąd miałem szczęście, ale chyba już się 

kończy.

- To byłaby ogromna szkoda. Uważamy, że jeśli wygra pan teleturniej, może pan zostać 

największym wzorcem dla młodzieży w naszym kraju. Dlatego postanowiliśmy nieco panu 

ułatwić   grę.   Pamięta   pan,   jak   panu   pomogłem   przy   drugim   pytaniu?   Gdybym   go   nie 
zmienił, skończyłby pan grę bez jednej rupii. Chcę zrobić to samo w trzech następnych 

pytaniach. Obiecuję, że jeżeli zgodzi się pan przejść do etapu „graj lub płać”, pomożemy 
panu   wygrać,   bo   chcemy,   żeby   pan   wygrał.   Nic   lepszego   nie   mogłoby   spotkać   naszego 

programu.

background image

- Jaki rodzaj pytań ma pan na myśli?

- Nieważne, bo wcześniej zdradzimy panu odpowiedzi. Jeżeli mógł mi pan zaufać przy 

pytaniu   numer   dwa,   jestem   pewien,   że   zaufa   mi   pan   przy   pytaniach   numer   dziesięć, 

jedenaście i dwanaście. To co, umowa stoi?

- Jeśli   gwarantuje   mi   pan   zwycięstwo,   nie   mogę   się   nie   zgodzić.   Proszę   mi   więc 

powiedzieć, jak brzmi następne pytanie.

- Znakomicie. - Prem Kumar klaszcze w dłonie. - Billy - zwraca się do producenta - pan 

Thomas zgodził się przejść do rundy „graj lub płać”. - Odwraca się z powrotem do mnie i 
szepcze:   -   Powiem   panu,   jakie   będzie   następne   pytanie.   Zapytam   „Ile   wynosi   długość 

cieśniny Palk między Indiami a Sri Lanką?”. Do wyboru będzie pan miał a) 64 km, b) 94 
km, c) 137 km i d) 209 km. Poprawna odpowiedź to C. Sto trzydzieści siedem kilometrów. 

Zrozumiał pan?

- Tak. Ale jaką mogę mieć pewność, że to właściwa odpowiedź?

- Och, nie ufa mi pan? Dobrze, nie mam panu tego za złe. W końcu w grę wchodzi 

miliard rupii. Zgoda, udowodnię to panu. Proszę zajrzeć do tego zeszytu. Na pewno umie 

pan czytać cyfry. - Wyciąga notatnik, w którym strona po stronie są zapisane pytania i 
odpowiedzi jak w książce zagadek. Pokazuje palcem jedno z pytań. To samo, które mi przed 

chwilą zdradził. I tę samą odpowiedź: sto trzydzieści siedem kilometrów.

- Wierzy już pan, że nie zamierzam wyciąć panu numeru? Kiwam głową.

- Dobrze. Niech pan wraca na miejsce, za chwileczkę przyjdę.

W studiu rozlega się sygnał programu i wyświetla się napis „BRAWA”. Prem Kumar 

zwraca się do publiczności.

- Panie  i   panowie,   dotarliśmy   do  historycznego   rozdroża   naszego   teleturnieju.   Nasz 

zawodnik  dotarł  do magicznej  kwoty  miliona  rupii. Teraz  musi zdecydować,  czy  będzie 

walczył   o   główną   nagrodę,   czy   rezygnuje   z   dalszej   gry.   Nadeszła   chwila   prawdy,   panie 
Thomas. Jaka jest pańska decyzja? Będzie pan grać o najwyższą stawkę czy woli pan uciec? 

Proszę jednak pamiętać, że dalsza gra oznacza ryzyko utraty wszystkiego, co dotychczas pan 
zdobył. Co pan na to? - Uśmiecha się do mnie krzepiąco.

- Gram dalej - mówię cicho.
- Słucham? Czy mógłby to pan powiedzieć nieco głośniej?

- Gram dalej - powtarzam głośno i pewnie.
Wśród widzów słychać stłumione okrzyki zdumienia. Ktoś mówi: „Mój Boże!”. Inny 

głos dodaje: „Co za idiota!”.

background image

- Czy to pańska ostateczna, nieodwołalna decyzja? - pyta Prem Kumar. Znów się do 

mnie uśmiecha.

- Tak - odpowiadam.

- Wobec tego, panie i panowie, właśnie tworzymy historię! - woła triumfalnie  Prem 

Kumar. - Nasz zawodnik jest gotów zaryzykować wszystko. Mieliśmy już zawodnika, który 

postawił   wszystko   na   jedną   kartę...   i   przegrał.   Dziś   się   przekonamy,   czy   pan   Thomas 
przejdzie do historii i zostanie zdobywcą najwyższej w dziejach nagrody. A więc jesteśmy 

gotowi do ostatnich trzech pytań w rundzie „graj łub płać”. Proszę o gorące brawa.

Rozlega   się   crescendo   bębnów.   Na   ekranie   rozbłyskuje   napis   „GRAJ   LUB   PŁAĆ”. 

Publiczność wstaje z miejsc i entuzjastycznie klaszcze.

Gdy milknie muzyka, Prem Kumar odwraca się do mnie.

- Panie Thomas, wygrał pan milion rupii i znalazł się w rundzie nagłej śmierci, którą 

nazywamy   „graj   lub   płać”.   Albo   wygra   pan   miliard   rupii,   albo   straci   wszystko,   co   pan 

dotychczas   zdobył.   Oto   więc   pytanie   numer   dziesięć   za   dziesięć,   tak   jest,   za   dziesięć 
milionów rupii. W którym roku Neelima Kumari zwana Królową Tragedii zdobyła...

- Ale to nie jest pyta...
- Proszę mi nie przerywać w środku pytania. Proszę pozwolić mi dokończyć - strofuje 

mnie surowo Prem Kumar. - Powtarzam, w którym roku Neelima Kumari zwana Królową 
Tragedii zdobyła Nagrodę Państwową? Czy było to w roku a) 1984, b) 1988, c) 1986 czy d) 

1985?

Piorunuję go wzrokiem. Prem Kumar uśmiecha się złośliwie. Teraz wszystko rozumiem. 

To, co powiedział mi w przerwie, było chytrą sztuczką, żeby mnie zwabić do udziału w 
ostatniej rundzie. Ale nie docenił mojego szczęścia. Nadal mi dopisuje.

- Znam odpowiedź. D. W 1985 roku.
- Co? - Prem Kumar dębieje. Jest tak zaskoczony, że zapomina mnie nawet spytać, czy 

jestem   w   stu   procentach   pewien.   Odruchowo   naciska   guzik   i   na   ekranie   rozbłyskuje 
właściwa odpowiedź. D.

Prem Kumar wygląda, jakby właśnie zobaczył ducha.
- Pan...   pan   Thomas...   właśnie...   wygrał   dzdziesięć   milionów   rupii   -   jąka   zupełnie 

roztrzęsiony.

Publiczność   szaleje.   Wszyscy   stoją   i   wiwatują.   Niektórzy   zaczynają   tańczyć   między 

krzesłami.

Prem  Kumar   ociera   pot z  czoła   i  pociąga   duży  łyk  lemoniady.   To,  co  powinno być 

tragedią, przerodziło się w farsę.

background image

100 000 000

RŹOBG IFĘKNJS (CZYLI WĄTEK MIŁOSNY)

Jedzenie. Niczego więcej nie widzę, nie słyszę i nie czuję na zatłoczonym i gwarnym 

dworcu kolejowym, gdzie stoję od dwóch godzin w swojej bawełnianej koszuli i dżinsach 
Levi. Jeżeli nie je się przez jakiś czas, głód łagodnieje i znika. Ale jeśli nie je się bardzo 

długo   -   a   ja   nie   jadłem   nic   od   poprzedniego   popołudnia   -   mózg   zaczyna   płatać   figle. 
Zauważam   wokół   siebie   tylko   ludzi,   którzy   jedzą   i   piją.   Mój   nos   podąża   za   zapachem 

jedzenia   jak   pies,   który   wyczuł   kość.   Kręci   mi   się   w   głowie   od   aromatów   świeżo 
przyrządzonych  dźałebi, puri  i  kaczori.  Zaczynam się ślinić nawet na myśl o tak prostej 

potrawie jak gotowane jajka, za którymi nigdy nie przepadałem. Kiedy jednak sięgam do 
kieszeni,   mogę   wymacać   tylko   jednorupiową   monetę,   która   po   wczorajszej   stracie 

pięćdziesięciu   tysięcy   już   nie   wydaje   mi   się   szczęśliwa.   Oblizuję   więc   spieczone   usta, 
zastanawiając się, jak zagłuszyć głód.

Już chcę wymienić elektroniczny zegarek Casio na talerz chhole bhature, gdy mój wzrok 

zatrzymuje się na planszy reklamowej obok dworcowego baru. Jest na niej napisane: „M - 

tylko kilometr stąd”. W jednej chwili wiem, gdzie zdobędę coś do jedzenia. Za darmo.

Wychodzę z dworca w Agrze i wyruszam na poszukiwanie dużego czerwonego M. Kilka 

razy skręcam w złą ulicę, pytam o drogę paru sklepikarzy i wreszcie odnajduję je pośrodku 
luksusowego rynku. Schludnie odziana obsługa u McDonalda mierzy mnie podejrzliwym 

spojrzeniem, ale mnie nie przegania. Nie mogą przecież wyprosić klienta w lewisach, nawet 
gdyby   wyglądał   niechlujnie.   Zajmuję   pozycję   przy   drewnianym   pojemniku   z   ruchomą 

klapką.  Kiedy  nikt  nie  patrzy,  szybko  zanurzam   w nim  rękę  i  wyciągam  tyle   torebek  z 
brązowego   papieru,   ile   zdołam   dosięgnąć.   Wychodzę,   korzystając   przedtem   z   czystej 

toalety, gdzie zmywam z twarzy kurz i brud.

Moja pierwsza  próba grzebania  w śmieciach  okazuje się całkiem  udana.  Siadam na 

zielonej drewnianej ławce na zewnątrz i z zadowoleniem posilam się zjedzonym tylko do 
połowy   wegetariańskim   burgerem,   kawałkami   smażonego   kurczaka,   dwiema   prawie 

pełnymi torebkami frytek i połową kubka 7 up. Grzebanie w odpadkach to jedna z głównych 
technik   przetrwania   dzieciaka   z   ulicy.   Znałem   chłopaków,   którzy   żywili   się   resztkami 

pozostawionymi w klimatyzowanych przedziałach Ekspresu Rajdhani. Inni byli uzależnieni 
od   pizzy   pepperoni   z   Pizza   Hut   i   co   wieczór   udawało   się   im   wydobyć   z   kubła   przed 

restauracją co najmniej siedem czy osiem całych kawałków. Ale wszyscy byli zgodni, że 
najłatwiejszym   sposobem   na   darmowe   jedzenie   jest   wmieszanie   się   w   ślubny   orszak. 

background image

Ekspertem tej metody był Salim. Trzeba tylko było ubrać się w porządne rzeczy i mieć 

odpowiednie obuwie. Człowiek wtapia się między gości, a potem ustawia z innymi przy 
bufecie. Krewni panny młodej myślą,  że jesteś z rodziny pana młodego, a krewni pana 

młodego sądzą, że jesteś z rodziny panny młodej. Można wypić dziesięć albo i piętnaście 
butelek   napojów,  najeść   się   do   woli   i   skosztować   przeróżnych   deserów.   Przy   odrobinie 

szczęścia można nawet zdobyć kilka sztućców ze stali  nierdzewnej. Salim skompletował 
sobie prawie cały serwis. Ale zrezygnował z zatrudniania się na takie imprezy po pewnym 

weselu w Nariman Point, gdzie między rodzinami panny młodej i pana młodego doszło do 
strasznej kłótni, która zakończyła się bijatyką na pięści. Salim dostał lanie od obu stron 

konfliktu.

Zaspokoiwszy głód, postanawiam zbadać nieznane miasto. Idę zatłoczonymi ulicami 

pełnymi   riksz,   pieszych   i   krów.   Podziwiam   misterne   kratownice   staroświeckich  baveli, 

rozkoszuję   się   aromatami   jedzenia   płynącymi   z   ulicznych   budek   z   kebabami   i 
wegetariańskich  dhaba,  marszczę   nos,   czując   smród   dolatujący   z   otwartych   studzienek 

ściekowych   i   garbarni.   Czytam   rozlepione   na   wszystkich   pustych   ścianach   gigantyczne 
plakaty namawiające ludzi do oglądania nowych filmów i głosowania na starych polityków. 

Widzę starych i zasuszonych rzemieślników siedzących w zaniedbanych warsztatach, którzy 
rzeźbią w marmurze kunsztowne wzory, i młodych przebojowych sprzedawców telefonów 

komórkowych w klimatyzowanych salonach. Odkrywam, że bogacze w Agrze nie różnią się 
niczym   od   bogaczy   w   Delhi   i   Mumbaju,   którzy   też   mieszkają   w   domach   z   marmuru   i 

pleksiglasu strzeżonych przez ochroniarzy i alarmy. Slumsy Agry też niczym nie różnią się 
od innych. Składają się z takich samych płatów blachy falistej udających dachy; w błocie 

razem   ze   świniami   taplają   się   takie   same   dzieci   z   rozdętymi   brzuchami,   a   ich   matki 
zmywają naczynia w ściekach.

Idę krętą i zakurzoną ulicą, gdy nagle widzę przed sobą rzekę. Jest żółtozielona i mętna. 

Niski poziom wody wskazuje, że jeszcze nie nadeszła pora monsunowa. Silny prąd unosi na 

powierzchni kawałki drewna i plastiku. W innym miejscu pewnie zapatrzyłbym się dłużej 
na   jej   kręte   koryto,   poszukałbym   znaku   wysokiej   wody,   wyciągnął   szyję,   żeby   zobaczyć 

unoszące  się  na  powierzchni   martwe  ciało.  Ale  nie tu  i  nie teraz.  Ponieważ   mój wzrok 
przykuwa coś na drugim brzegu. To lśniąca biała budowla, której wielka kopuła wznosi się 

na   kwadratowej   podstawie,   urozmaiconej   ostrymi   łukami   i   głębokimi   galeryjkami.   Z 
czterech stron otaczają ją przypominające włócznie minarety. W blasku słońca błyszczy na 

tle turkusowego nieba jak księżyc z kości słoniowej. Jej piękno zapiera mi dech w piersiach.

background image

Po chwili, która trwała nieskończoność, zaczepiam jakiegoś przechodnia, mężczyznę w 

średnim wieku niosącego pojemnik z tiffin.

Przepraszam, może mi pan powiedzieć, co to za budynek po drugiej stronie rzeki?

Przechodzień patrzy na mnie jak na szaleńca.
Arrey, jeżeli nie wiesz, to co robisz w Agrze? To Tadź Mahal, idioto.

Tadź   Mahal.   Ósmy   cud   świata.   Słyszałem   o   nim,   ale   nigdy   nie   widziałem   żadnego 

zdjęcia.   Stoję,   wpatrując   się   jak   zahipnotyzowany   w   mauzoleum,   na   które   rzucają   cień 

przepływające po niebie chmury, zmieniając kolor marmurowej kopuły z bladokremowego 
w barwę ochry i alabastru. Wobec tej czystej doskonałości wszystkie moje zmartwienia - 

utrata pięćdziesięciu tysięcy rupii, troski, co będę jadł, gdzie będę spał, lęk przed policją - 
wydają się zupełnie nieistotne. Od razu postanawiam, że jeszcze dziś muszę zobaczyć Tadź 

Mahal. Z bliska.

Po trzydziestu minutach energicznego marszu nabrzeżem staję przed olbrzymią bramą 

wejściową z czerwonego piaskowca. Na dużej białej tablicy czytam: OPŁATA ZA WSTĘP 
DO   TADŹ   MAHAL:   HINDUSI   20   RUPII,   CUDZOZIEMCY   20   DOLARÓW   W 

PONIEDZIAŁKI NIECZYNNE, W PIĄTKI WSTĘP WOLNY. Spoglądam na swoje casio z 
datownikiem. Piątek, 12 czerwca. Zdaje się, że mam dzisiaj szczęśliwy dzień.

Przechodzę przez wykrywacz metalu, przecinam dziedziniec z czerwonego piaskowca, 

mijając łukową bramę, i wyrasta przede mną Tadź Mahal w całej wspaniałości i urodzie, 

połyskując   w   popołudniowej   mgiełce.   Napawam   oczy   widokiem   ogrodu   z   fontannami   i 
szerokimi   alejami,   tafli   stawu,   na   której   tańczy   odbicie   Tadź   Mahal,   i   dopiero   wtedy 

dostrzegam gęste tłumy. Tadź roi się od turystów, młodych i starych, bogatych i biednych, 
Hindusów i obcokrajowców. Wszędzie błyskają flesze, dziedziniec wypełnia gwar głosów, a 

uzbrojeni w pałki policjanci o surowych twarzach próbują przywracać porządek.

Po   półgodzinie   bezcelowej   wędrówki   u   stóp   kopuły   zauważam   grupkę   zamożnych 

turystów z Zachodu obwieszonych kamerami wideo i lornetkami, którzy z uwagą słuchają 
starszego   przewodnika.   Dyskretnie   się   do   nich   przyłączam.   Przewodnik   pokazuje 

marmurową kopułę i mówi ochrypłym głosem:

- Omówiłem już cechy architektoniczne piaskowcowego dziedzińca, Chowki Jilo Khana, 

który właśnie minęliśmy. Przybliżę teraz państwu nieco historię Tadź Mahal.

Pewnego dnia roku 1607 książę Churram z królewskiego domu Mogołów przechadzał 

się po bazarze Meena w Delhi, gdy nagle ujrzał dziewczynę, która sprzedawała jedwab i 
szklane paciorki w małym kramiku. Tak oczarowała go jej uroda, że od razu się w niej 

zakochał.   Zanim   jednak   udało   mu   się   wreszcie   poślubić   dziewczynę,   minęło   pięć   lat. 

background image

Naprawdę nazywała się Ardźuman Banu, ale książę nadał jej imię Mumtaz Mahal. Miała 

wówczas dziewiętnaście lat, a on dwadzieścia. Mumtaz Begum była bratanicą Nurdżahan, 
inaczej Mehrunnisy, żony Dżahangira, która z kolei była bratanicą perskiej żony Akbara, 

Bilgis Begum. Mumtaz i Churram wzięli ślub w roku 1612 i w ciągu osiemnastu lat urodziło 
się im czternaścioro dzieci. Mumtaz była nieodłączną towarzyszką męża podczas wszystkich 

podróży   i   wypraw   wojennych,   jego   powierniczką   i   doradczynią.   Zachęcała   go   do 
wielkodusznych i szlachetnych czynów na rzecz słabych i ubogich. Zmarła przy porodzie 

siódmego czerwca 1630 roku w Burnhanpur, zaledwie trzy lata po tym, jak Churram wstąpił 
na tron Mogołów jako cesarz Szahdżahan. Umierając, Mumtaz Mahal wymogła na cesarzu 

cztery przysięgi: po pierwsze, przyrzekł jej, że wzniesie budowlę, która pięknem dorówna jej 
urodzie; po drugie, że nigdy więcej się nie ożeni; po trzecie, że będzie dobry dla ich dzieci; i 

po czwarte, że w rocznicę jej śmierci będzie odwiedzał jej grób. Po śmierci Mumtaz cesarz 
popadł w tak ogromną rozpacz, że podobno w ciągu jednej nocy osiwiał. Lecz jego miłość do 

żony była tak wielka, że rozkazał zbudować dla niej najpiękniejsze mauzoleum na ziemi. 
Budowa rozpoczęła się w roku 1631. Trwała dwadzieścia dwa lata i pracowało przy niej 

ponad   dwadzieścia   tysięcy   robotników,   rzemieślników   i   artystów   z   Persji,   Imperium 
Otomańskiego,   a nawet  Europy.  Rezultat  ich  wysiłków  mają  państwo  przed sobą,  Tadź 

Mahal nazwany przez Rabindranatha Tagore „łzą na policzku czasu”. Mała dziewczynka w 
szortach podnosi rękę.

- Przepraszam, kto to jest Tagore?
- Och, to był słynny indyjski poeta, który zdobył Nagrodę Nobla. Można go porównać 

z... powiedzmy, Williamem Wordsworthem.

- Jakim Williamem?

- Nieważne.   Jak   już   mówiłem,   kompleks   architektoniczny   Tadź   Mahal   składa   się   z 

pięciu   głównych   elementów:  Darwaza,  czyli   bramy   głównej,  Bageecha,  czyli   ogrodu, 

Masjid,  czyli  meczetu,  Naqqar Khana,  czyli  domu gościnnego, i  Rauza,  czyli  głównego 
mauzoleum. Właściwy grób znajduje się wewnątrz Tadź, gdzie za chwilę wejdziemy. Pokażę 

tam państwu dziewięćdziesiąt dziewięć imion Allaha na grobowcu Mumtaz i szkatułkę na 
pióro wmurowaną w grobowiec Szahdżahana jako insygnium męskiego władcy. Cenotafy, 

zgodnie   z   tradycją   mogolską,   stanowią   tylko   symbol   prawdziwych   trumien,   które 
spoczywają  w tym samym miejscu w surowej i wilgotnej  podziemnej krypcie. W rzucie 

poziomym mauzoleum jest kwadratem o boku 57 metrów. Wnętrze centralnej kopuły ma 
wysokość 24, 5 metra i 17, 7 metra średnicy. Kopuła spoczywa na zewnętrznym szkielecie 

wysokości prawie 61 metrów. Wysokość każdego z czterech bocznych minaretów wynosi 40 

background image

metrów.   Przekonają   się   państwo,   jak   finezyjna   była   ówczesna   sztuka,   ponieważ   nawet 

trzycentymetrowy   element   dekoracyjny   jest   inkrustowany   ponad   pięćdziesięcioma 
półszlachetnymi   kamieniami.   Proszę   też   zwrócić   uwagę,   że   liternictwo   wersów 

koranicznych zdobiących łuki przejść pozostaje jednolite, niezależnie od ich wysokości.

Jako pomnik nieprzemijającej miłości Tadź Mahal odkrywa swe uroki przed każdym, 

kto wie, jak docenić piękno. Zobaczą państwo, że kwadratowa podstawa Tadź sama w sobie 
symbolizuje różne strony, z jakich można podziwiać urodziwą kobietę. Brama główna jest 

jak welon przysłaniający kobiecą twarz, który w noc poślubną należy unieść bardzo powoli i 
delikatnie.   W   świetle   księżyca,   którego   blask   odbijają   kamienie   półszlachetne,   jakimi 

inkrustowany  jest biały  marmur, mauzoleum Tadź skrzy się jak klejnot. Rankiem Tadź 
przybiera różową barwę, wieczorem jest mlecznobiały, a przy księżycu złoty. Te zmiany 

mają   podobno   odzwierciedlać   różne   nastroje   kobiety.   Zaprowadzę   teraz   państwa   do 
mauzoleum. Proszę zdjąć obuwie i złożyć tutaj.

Turyści  zdejmują buty  i wchodzą  do głównego mauzoleum. Ja zostaję na zewnątrz, 

próbując   skojarzyć   zmieniające   się   kolory   kopuły   ze   zmiennymi   nastrojami   Neelimy 

Kumari.

Ktoś lekko klepie mnie w ramię. Odwracam się i widzę cudzoziemca w okularach z żoną 

i dwojgiem dzieci. Mężczyzna jest obładowany przeróżnymi gadżetami, od kamery cyfrowej 
po odtwarzacz minidysków.

- Przepraszam, mówi pan po angielsku? - zwraca się do mnie.
- Tak - odpowiadam.

- Proszę   opowiedzieć   coś  o  Tadź  Mahal.   Jesteśmy   turystami.   Z   Japonii.   Nie   znamy 

miasto. Dzisiaj przyjechali.

Mam ochotę mu powiedzieć, że też nie znam miasta i przyjechałem dopiero dzisiaj, ale 

zmieniam zdanie na widok jego zaciekawionej miny. Naśladując poważny ton przewodnika, 

zaczynam opowiadać to, co zapamiętałem.

- Tadź Mahal zbudował w 1531 roku cesarz Churram dla swojej żony Nurdżahan zwanej 

też Mumtaz Begum. Poznał ją, gdy sprzedawała w ogrodzie złote bransolety, i się w niej 
zakochał, ale ożenił się z nią dopiero dziewiętnaście lat później. Nurdżahan wałczyła u jego 

boku we wszystkich bitwach i w ciągu czternastu lat urodziła mu osiemnaścioro dzieci.

Japończyk mi przerywa.

- Osiemnaścioro dzieci w czternaście lat? Pan pewien? - pyta nieśmiało.
- Oczywiście   -   ganię   go.   -   Kilka   razy   musiała   mieć   bliźnięta.   W   każdym   razie   przy 

porodzie dziewiętnastego dziecka Mumtaz umarła w Sultanapur szesnastego czerwca. Ale 

background image

przed śmiercią poprosiła króla o cztery rzeczy. Po pierwsze, żeby zbudował Tadź Mahal, po 

drugie, żeby nie bił dzieci, po trzecie, żeby osiwiał  i po czwarte...  nie pamiętam, ale to 
nieważne. Jak państwo widzą, Tadź Mahal składa się z bramy, ogrodu, domu gościnnego i 

grobowca.

Japończyk z zapałem kiwa głową.

- Tak,   tak.   Widzieliśmy   bramę   i   ogród.   Teraz   widzimy   grobowiec.   Ale   gdzie   dom 

gościnny?

Patrzę na niego, marszcząc brwi.
- Nie mówiłem, że prawdziwe groby są pod ziemią? Dlatego cały teren nad ziemią musi 

być   domem   gościnnym.   W   mauzoleum   zobaczą   państwo   grobowce   Mumtaz   i   cesarza. 
Proszę   koniecznie   obejrzeć   pióro   inkrustowane   dziewięćdziesięcioma   dziewięcioma 

kamieniami   szlachetnymi.   W   ścianach   zobaczą   państwo   wyryte   co   trzy   centymetry 
pięćdziesiąt imion Boga. Wszystkie wersety na ścianach oznaczają to samo, bez względu na 

różne liternictwo.  Czyż to nie wspaniałe?  Kopuła ma 160 metrów wysokości, a każdy z 
minaretów wznosi się na wysokość siedemnastu metrów. Jeżeli spojrzeć na Tadź Mahal z 

różnych stron, można zobaczyć różne welony, jakie kobieta nosi w noc poślubną. Proszę 
spróbować. Byłbym zapomniał - muszę jeszcze państwu powiedzieć, że Tagore, nasz sławny 

poeta, zdobył Nagrodę Nobla za wiersz o Tadź Mahal pod tytułem „Policzek dla Williama 
Wordswortha”.

- Naprawdę? Och, ciekawe! Przewodnik w ogóle to nie powiedział. - Japończyk odwraca 

się do żony i mówi coś po japońsku, terkocząc jak karabin maszynowy. Potem tłumaczy to 

na mój użytek: - Mówię żonie to dobrze, że nie trzeba brać drogi oficjalny przewodnik. Pan 
tak   ładnie   wszystko   powiedział.   -   Rozpromienia   się   w  uśmiechu.  -   Dziękujemy   bardzo. 

Arigato. - Kłania mi się i wsuwa coś do ręki. Odwzajemniam ukłon. Kiedy Japończycy się 
oddalają, otwieram dłoń i widzę równo złożony nowiutki banknot pięćdziesięciorupiowy. Za 

pięć minut pracy!

Wiem już dwie rzeczy: chcę zostać w mieście Tadź Mahal i nie mam nic przeciwko 

temu, żeby zostać przewodnikiem.

Kiedy wreszcie opuszczam marmurową budowlę, zaczyna zapadać zmierzch, spowijając 

mauzoleum w delikatną czerwień. Muszę znaleźć jakiś kąt. Zaczepiam jakiegoś chłopca na 

ulicy.   Jest   mniej   więcej   w   moim   wieku   i   ma   na   sobie   białą   koszulkę,   szare   spodnie   i 
niebieskie hawajskie klapki. Stoi nieruchomo, przyglądając się jakiejś sprzeczce na ulicy. 

Stukam go lekko w ramię.

background image

- Przepraszam - mówię. Odwraca się i patrzy na mnie najżyczliwszymi oczyma, jakie w 

życiu widziałem. W tych wyrazistych brązowych oczach wyczuwam przyjaźń, ciekawość i 
serdeczność. - Przepraszam - powtarzam - ale nie znam miasta. Mógłbyś mi pokazać jakieś 

miejsce, gdzie można przenocować?

Chłopak kiwa głową i mówi:

- Tjwi akumb ifbynzb.
- Słucham? - dziwię się.

- Zekan tb ijź. Tjwi akumb ifbynzb - powtarza, wymachując rękami.
- Wybacz, ale nie rozumiem tego języka. Przepraszam, że ci zawracam głowę. Spytam 

kogoś innego.

- Lk lmknop zekan - upiera się i łapie mnie za rękę. Zaczyna mnie ciągnąć w stronę 

rynku. Z początku chcę się wyrwać, ale chłopak ma tak przyjazną twarz, że pozwalam się 
prowadzić. Dziwnie chodzi, jak gdyby skradał się na palcach. Wprowadza mnie w labirynt 

wąskich uliczek i krętych alejek, skąd wynurzamy się po piętnastu minutach i stajemy przed 
okazałą  rezydencją.  Według napisu na mosiężnej tabliczce  przy  dużej  metalowej  furtce, 

dom nazywa się „Pałac Swapna”. Chłopak otwiera bramę i wchodzimy. W rezydencji jest 
kręty podjazd i wielki trawnik z malowaną drewnianą ławką i fontanną. Na trawie uwijają 

się dwaj ogrodnicy. Na podjeździe stoi stary samochód Contessa, który poleruje ubrany w 
liberię   szofer.   Mój   towarzysz   jest   najwyraźniej   znany   mieszkańcom   domu,   bo   nikt   nie 

próbuje go zatrzymać, gdy prowadzi mnie podjazdem do ozdobnych drewnianych drzwi 
wejściowych, a potem naciska dzwonek. Otwiera nam młoda, ciemnoskóra i ładna służąca. 

Spogląda na mojego towarzysza i mówi:

- Ach, to ty, Shankar. Czemu ciągle przychodzisz? Wiesz, że Pani nie lubi, gdy się tu 

zjawiasz.

Shankar pokazuje na mnie.

- Lkomtbuoyb lkgkyp.
Służąca ogląda mnie od stóp do głów.

- Ach, więc Shankar przyprowadził cię jako nowego lokatora? W dobudówce chyba już 

nie ma wolnych pokoi, ale spytam Panią. - Znika w głębi domu.

W wejściu zjawia się kobieta w średnim wieku. Ma na sobie drogie jedwabne sari i całą 

masę złotej  biżuterii.  Jej twarz  pokrywa  makijaż.  W młodości może była  piękna,  ale  w 

przeciwieństwie do Neelimy Kumari, jej twarz straciła dawny blask. W dodatku kobieta ma 
ściągnięte usta, przez co wygląda dosyć srogo. Od razu czuję do niej instynktowną niechęć.

Widok kobiety wywołuje u Shankara wyjątkowy entuzjazm.

background image

- Gkzewi zfć iwipnfp - mówi z szerokim uśmiechem, ale kobieta w ogóle nie zwraca na 

niego uwagi.

- Kim jesteś? - pyta, przyglądając się uważnie mojemu ubraniu. - I dlaczego przyszedłeś 

z Shankarem?

Pod jej badawczym spojrzeniem zaczynam słabnąć.

- Nazywam się Raju Sharma - mówię. Nie ma mowy, żebym zdradził w tym mieście 

swoje prawdziwe imię i nazwisko. Na pewno nie po tym, jak zabiłem w pociągu nieznanego 

człowieka.

- Och,   a   więc   jesteś   braminem?   -   dziwi   się,   a   w   jej   oczach   widzę   jeszcze   większą 

podejrzliwość. Powinienem się domyślić, że ciemnoskóry bramin będzie kimś niezwykle 
oryginalnym.

- Tak.   Właśnie   przyjechałem   do   Agry.   Przyszedłem   spytać,   gdzie   mógłbym   się 

zatrzymać.

- Mamy   budynek,   gdzie   mieszkają   lokatorzy.   -   Zauważam,   że   kobieta   używa 

królewskiego   „my”.   -   W   tej   chwili   nie   ma   wolnego   pokoju,   ale   jeśli   mógłbyś   poczekać 

tydzień, coś się znajdzie. Pokój będzie cię kosztował czterysta rupii miesięcznie, czynsz jest 
płatny z góry w całości na początku miesiąca. Jeśli te warunki są do przyjęcia, Lajwanti 

może pokazać ci dom. Ten tydzień będziesz jednak musiał przeczekać gdzie indziej.

- Dziękuję, proszę pani - mówię po angielsku. - Wezmę pokój i w przyszłym tygodniu 

zapłacę czterysta rupii.

Kiedy tylko odzywam się po angielsku, dama patrzy na mnie zaskoczona i jej surowe 

rysy jakby łagodnieją.

- Może przez tydzień mógłbyś nocować u Shankara. Lajwanti, pokaż mu dom.

Na tym się kończy prowadzona w drzwiach rozmowa.
Lajwanti prowadzi mnie do dobudówki znajdującej się zaraz za rezydencją i okazuje się, 

że   jest   to   północnoindyjski   odpowiednik  chawl.  Znajduje   się   tu   duży   brukowany 
dziedziniec, który otaczają połączone ze sobą pokoje. W budynku musi być ich co najmniej 

trzydzieści. Pokój Shankara mieści się prawie w połowie wschodniego korytarza. Shankar 
otwiera drzwi i wchodzimy do środka. Jest tu tylko jedno łóżko, wbudowany  almirah  

przylegająca do pokoju maleńka kuchenka, tak samo jak w chawl w Ghatkopar. Toalety są 
wspólne i znajdują się na końcu zachodniego korytarza. Myć można się tylko pod miejskim 

kranem   na   środku   dziedzińca   na   oczach   wszystkich   lokatorów.   Lajwanti   pokazuje   swój 
pokój - ósmy, licząc od pokoju Shankara. A ten, który mam dostać za tydzień, znajduje się 

cztery pokoje w drugą stronę.

background image

Zanim Lajwanti zdążyła wrócić do rezydencji, szybko zadaję jej pytanie:

- Przepraszam,   ale   kim   jest   ten   chłopiec,   Shankar?   Spotkałem   go   właściwie   przed 

chwilą przed Tadź Mahal.

Lajwanti wzdycha.
- To sierota. Wszyscy bardzo go lubimy. Biedak ma coś z głową i nie potrafi normalnie 

mówić, tylko gada jakieś bezsensowne rzeczy. Cały dzień wałęsa się po mieście. Pani była 
tak dobra, że dała mu pokój za darmo i co miesiąc daje też pieniądze na jedzenie. Gdyby nie 

to, już dawno zabrano by go do szpitala dla umysłowo chorych.

Jestem w szoku. Shankar wydał mi się inteligentnym chłopcem, który ma tylko kłopoty 

z mową. Może w ocenie Pani też się pomyliłem. Skoro jest dobra i szczodra dla Shankara, 
nie może być tak surowa, na jaką wygląda.

- Proszę mi jeszcze coś powiedzieć o Pani - dodaję.
Tonem dworskiego historyka, który objaśnia genealogię cesarzowej, Lajwanti opowiada 

mi imponujący rodowód swojej pracodawczyni.

- Naprawdę nazywa się królowa Swapna Devi. Ale wszyscy nazywamy ją Panią albo 

Sahiba   Rani.   Jej   ojcem   był   król   Dżamgarh,   radża   Shivnath   Singh   z   dynastii   Rathore. 
Dziadkiem ze strony matki był król Dhareli położonej niedaleko Agry, radża Ravi Pratap 

Singh, który był pierwszym właścicielem tego haveli. W wieku dwudziestu lat Swapna Devi 
wyszła   za   syna   króla   Bhadohi,   Kunwara   Pratapa   Singha,   wywodzącego   się   z   dynastii 

Gautam, i przeprowadziła się do Benares, gdzie rodzina ma rezydencję. Niestety, młody 
książę zmarł zaledwie dwa lata po ślubie. Swapna Devi nie wyszła za mąż po raz drugi. 

Przez następnych dwanaście lat mieszkała w Benares. Tymczasem zmarł radża Ravi Pratap 
Singh,   pozostawiając   wnuczce  w  spadku  haveli.  Tak  więc  przeprowadziła   się  do  Agry  i 

mieszka tu już od dziesięciu lat.

- A dzieci? - pytam. Lajwanti kręci głową.

- Nie. Nie ma żadnego potomstwa, więc zajmuje się akcjami dobroczynnymi i życiem 

towarzyskim.   Jest   prawdopodobnie   najbogatszą   kobietą   w   Agrze   i   ma   bardzo   dobre 

koneksje. Co tydzień jedzą u niej obiad komisarz policji i sędzia okręgowy, więc nawet nie 
myśl,   że   będziesz   tu   mógł   mieszkać,   nie   płacąc   czynszu.   Jak   nie   zapłacisz   pierwszego, 

drugiego już cię tu nie będzie. Lepiej, żebyś od razu wiedział.

Tego wieczoru Shankar gotuje mi kolację i nalega, żebym spał w jego łóżku. Sam kładzie 

się na twardej kamiennej posadzce. Jego dobroć wzrusza mnie do łez. Shankar, tak jak ja, 
jest   sierotą   i   dlatego   nawiązuje   się   między   nami   głęboka   więź.   Silniejsza   niż   przyjaźń. 

Ważniejsza od słów.

background image

Tej nocy w Agrze pada deszcz.

Za siedem dni muszę zapłacić Pani czterysta rupii, więc nie tracąc czasu, zdobywam 

wiedzę potrzebną w moim nowym zawodzie. Pięćdziesiąt rupii zapewnia mi dwudniowy 
wstęp do Tadź Mahal, a Shankar pożycza mi dziesięć rupii na trzeci dzień. Kręcę się obok 

grup zachodnich turystów, słuchając mówiących po angielsku przewodników i starając się 
zapamiętać jak najwięcej faktów i liczb. Nie było to zbyt trudne między innymi dlatego, że 

polubiłem Tadź Mahal jak kieszonkowiec zatłoczony autobus. Może miałem to we krwi. 
Możliwe, że Mumtaz Mahal była jakąś prababcią mojej matki. Albo mój ojciec pochodził z 

dynastii   Mogołów.   W   każdym   razie   czwartego   dnia   wiedziałem   już   o   Tadź   Mahal 
wystarczająco dużo, żeby zasilić szeregi setek niezarejestrowanych przewodników w Agrze. 

Krążyłem przy bramie z czerwonego piaskowca i oferowałem swoje usługi zagranicznym 
turystom,   którzy   przychodzili   zobaczyć   Tadź   nawet   w   czerwcowym   skwarze.   Moimi 

pierwszymi „klientkami” były angielskie dziewczęta z college’u, opalone i piegowate, które 
miały czeki podróżne i bardzo skąpy strój. Słuchały mnie uważnie, nie zadawały żadnych 

trudnych   pytań,   zrobiły   mnóstwo   zdjęć,   a   na   koniec   wręczyły   mi   dziesięciofuntowy 
banknot. Dopiero kiedy wymieniłem banknot w kantorze, zorientowałem się, że nawet po 

potrąceniu   trzech   procent  prowizji   mam  siedemset  pięćdziesiąt   rupii.   Prawie   tyle,   żeby 
zapłacić czynsz za dwa miesiące!

Po   tygodniu   przeprowadziłem   się   do   osobnego   pokoju,   ale   w   ciągu   siedmiu   dni 

spędzonych u Shankara dowiedziałem się o nim wielu rzeczy. Odkryłem, że jego język nie 

jest bezsensowną paplaniną. Na pozór słowa brzmiały niedorzecznie, jednak układały się 
zgodnie z jakąś wewnętrzną logiką. Dowiedziałem się też, że ulubione jedzenie Shankara to 

czapati i soczewica. Że nie cierpi bakłażanów i kapusty. Że nie interesują go zabawki. Ze ma 
ogromne   zdolności   plastyczne   i   potrafi   z   pamięci   narysować   każdą   osobę   w 

najdrobniejszych szczegółach. I że tak jak mnie śni mu się matka. Dwa razy słyszałem w 
nocy, jak wołał przez sen: „Mamusiu, mamusiu!”. Wiedziałem już, że potrafi powiedzieć coś 

więcej niż bezsensowne sylaby, choć nie ujawnia tej zdolności.

Mieszkanie z Shankarem musiało wpłynąć na moją psychikę, bo pamiętam, że śniła mi 

się   młoda   kobieta   w   białym   sari   z   dzieckiem   na   rękach.   Wyje   wiatr,   rozwiewając   jej 
kruczoczarne włosy, które zasłaniają jej twarz. Dziecko patrzy jej w oczy i słodko grucha: 

„Mama... Mama”. Matka otwiera usta, chcąc odpowiedzieć, ale z jej ust pada tylko: „Gkzewi 
zfć atfbzgk”.  Dziecko wrzeszczy  i wypada  z jej objęć. Budzę się i sprawdzam,  czy  mam 

jeszcze język.

background image

W ciągu następnego roku spędzonego w Agrze zdobyłem bardzo dużo wiadomości na 

temat   Tadź   Mahal.   Poznałem   wiele   intymnych   szczegółów   z   życia   Mumtaz   Mahal,   na 

przykład taki, że czternaste dziecko, przy którego porodzie zmarła, miało na imię Gauharar. 
Nauczyłem się na pamięć liczb, które wnosiły szczegółowe informacje na temat budowy 

Tadź: wiedziałem  na przykład,  że skarb  państwa dostarczył  466, 55  kilograma  czystego 
złota, które w 1631 roku były warte sześćset tysięcy rupii, a całkowity koszt budowy wyniósł 

41 848 826 rupii, 7 anna i 6 paisa* [*12 paisa = 1 anna; 16 anna = 1 rupia.]. Usłyszałem o 
kontrowersyjnej   tezie,   jakoby   prawdziwym   budowniczym   Tadź   Mahal   był   Geronimo 

Veroneo,   włoski   złotnik.   Poznałem   legendę   drugiego   Tadź,   mówiącą   o   tajemniczych 
podziemnych   komnatach   i   istnieniu   trzeciego   grobu.   Umiałem   bez   końca   opowiadać   o 

sztuce  pietra   dura,  zgodnie   z   którą   wykonano   kwiatowe   wzory   na   ścianach   Tadź,   i   o 
ogrodach wzorowanych na stylu perskich ćarbagh.

Dzięki temu, że płynnie mówiłem po angielsku, od razu zyskałem znaczną przewagę 

nad   innymi   przewodnikami.   Zagraniczni   turyści   tłumnie   gromadzili   się   wokół   mnie   i 

wkrótce przewodnik Raju zyskał sobie znaczny rozgłos. Ale nie znaczyło to, że stałem się 
autorytetem w dziedzinie historii Tadź Mahal. Znałem informacje, ale nie miałem wiedzy. 

Przewodnik   Raju   przypominał   papugę,   która   wiernie   powtarza   to,   co   usłyszała,   tak 
naprawdę nie rozumiejąc ani słowa.

Z   czasem   nauczyłem   się   mówić   do   japońskich   turystów  konichiwa,   doswidania  do 

Rosjan,  muchas gracias  do rozdających napiwki Latynosów i  siemasz  do amerykańskich 
prowincjuszy. Zawsze jednak żałowałem, że nigdy nie trafił mi się klient z Australii, którego 

mógłbym   klepnąć   w   plecy   i   powiedzieć:   „Dziędbry,   mogę   ci   zapodać   wszystko   o   tym 
obłełdnym grabowcu!”.

Dzięki turystom zacząłem też zarabiać całkiem niezłe pieniądze. Nie była to fortuna, ale 

wystarczało na czynsz, od czasu do czasu mogłem zjeść w McDonaldzie albo Pizza Hut i 

nawet   odłożyć   coś   na   czarną   godzinę.   Tyle   że   coś   takiego   jak   „czarna   godzina”   traci 
znaczenie dla kogoś, komu większość życia upłynęła w najczarniejszym mroku. Wobec tylu 

nieszczęść, które przeżyłem, i ciągłego lęku, że pewnego dnia przyjedzie po mnie dżip z 
migającym   czerwonym   kogutem,   żeby   zaaresztować   mnie   za   morderstwo   bezimiennego 

dakoity albo Shantarama, albo nawet Neelimy Kumari, układanie poważniejszych planów 
na przyszłość mijało się z celem. Dlatego traktowałem pieniądze tak jak własne życie - jako 

artykuł   jednorazowego   użytku.   Łatwo   przyszło,   łatwo   poszło.   Nic  dziwnego,   że   wkrótce 

background image

zyskałem w domu opinię osoby, którą łatwo naciągnąć.

Lokatorzy   dobudówki   stanowili   istną   zbieraninę:   mieszkali   tu   ubodzy   studenci 

college’ów z odległych wiosek, urzędnicy rządowi, którzy nielegalnie odnajmowali swoje 
służbowe mieszkania za astronomiczne sumy, maszyniści, pracownicy pralni, ogrodnicy, 

kucharze, sprzątacze, hydraulicy, stolarze, a nawet poeta z obowiązkową brodą. Z wieloma 
się zaprzyjaźniłem. Mieszkając wśród nich, uświadomiłem sobie, że historia Szahdżahana i 

Mumtaz Mahal nie jest jedyną opowieścią tego sennego miasteczka.

Oficjalnym „dostawcą nowin” naszego domu była Lajwanti. Miała oczy i uszy otwarte i 

była   świetnie   zorientowana,   co   się   dzieje   w   okolicy.   Wiedziała,   kto   bije   żonę,   a   kto 
cudzołoży, kto jest pijakiem, a kto skąpcem, kto nie płaci czynszu, a kto bierze łapówki. 

Mimo   niewątpliwej   lojalności   wobec   swojej   pracodawczyni,   bez   większych   oporów 
podzieliła się z nami smakowitymi opowieściami z dziejów pałacu. To od niej usłyszałem 

plotki o barwnej przeszłości Swapny Devi. Właścicielka rezydencji miała podobno gorący 
romans z bratem swego zmarłego męża, Kunwarem Mahendrą Singhiem, ale potem się z 

nim pokłóciła i go otruła. Mówiło się też, że z tego związku urodziła w Benares nieślubną 
córkę. Nikt nie wiedział, co się stało z dzieckiem, ale nikogo to nie obchodziło.

Pewnego   wieczoru   przychodzi   do   mnie   Shakil,   jeden   z   biednych   studentów 

mieszkających w moim domu.

Bhai Raju, czy mógłbym prosić cię o przysługę?

- Tak, Shakil, o co chodzi? - pytam, domyślając się celu jego wizyty.
- Widzisz, mój ojciec nie mógł mi w tym miesiącu przysłać pieniędzy z powodu suszy w 

wiosce, a jeżeli do poniedziałku nie zapłacę czesnego, zawieszą mnie w prawach studenta. 
Mógłbyś mi pożyczyć sto pięćdziesiąt rupii? Obiecuję, że oddam w przyszłym miesiącu, gdy 

tylko dostanę pieniądze.

- Oczywiście, Shakil. Pożyczyłem już pięćdziesiąt naszemu wielkiemu poecie Najmiemu 

i sto Gopalowi. Mam odłożone sto na nową koszulę, ale masz pilniejszą potrzebę, możesz 
więc wziąć wszystko.

Lajwanti   zaprasza   Shankara   i   mnie   do   swojego   pokoju   na   kolację.   Nie   ma   męża   i 

mieszka   sama,   ale   ma   młodszą   siostrę,   która   żyje   w   wiosce   oddalonej   o   trzydzieści 
kilometrów od Agry. Pierwszą rzeczą, jaką zauważam po wejściu do pokoju Lajwanti, jest 

obsesyjny porządek. Nigdy w życiu nie widziałem czystszego pokoju. Kamienna podłoga 

background image

wyszorowana na błysk. Nie ma ani odrobiny kurzu. Łóżko starannie posłane, bez jednej 

zmarszczki na bawełnianej narzucie. Na gzymsie równiutko ustawione ozdoby. Wszędzie 
panuje   doskonały   porządek.   Nawet   kuchnia   wygląda   nieskazitelnie   i   zaczynam   sobie 

wyobrażać, że sadza w chulha nie jest czarna, ale biała. Shankar i ja siadamy na krzesłach, a 
Lajwanti na łóżku. Jest ubrana w różowe sari. Wygląda na bardzo przejętą i opowiada nam, 

że właśnie zaczęła szukać odpowiedniego kandydata na męża dla swojej siostry, Lakshmi, 
która ma dziewiętnaście lat.

- A ty? - dziwię się. - Chyba najpierw powinna wyjść za mąż starsza siostra?
- Owszem, powinna - odpowiada Lajwanti. - Ale dla Lakshmi nie jestem tylko siostrą, 

bo od śmierci naszych rodziców przed pięciu laty jestem też jej ojcem i matką. Dlatego nie 
mogę być samolubna i myśleć tylko o sobie. Kiedy wydam siostrę za mąż, skończą się moje 

obowiązki i zacznę szukać swojego księcia.

- Jak zamierzasz szukać odpowiednich kandydatów?

- Dwa miesiące temu zamieściłam ogłoszenie w hinduskiej gazecie, „Dainik Ujala”, i 

dzięki błogosławieństwu bogini Durgi dostałam bardzo dużo ofert. Zobaczcie, ile przyszło 

listów. - Pokazuje nam naręcze listów i kopert. Wyciąga z niego sześć fotografii i pokazuje. - 
Powiedzcie, który z tych chłopców będzie się nadawał dla Lakshmi?

Shankar i ja uważnie oglądamy kandydatów. W prawie każdym zauważamy jakąś wadę. 

Ten wygląda za staro. Tamten ma zbyt szelmowski uśmiech. Inny jest brzydki. Kolejnego 

szpeci blizna. To wygląda jak zdjęcie z policyjnej kartoteki. Pozostaje jedno zdjęcie. Jest na 
nim przystojny młodzieniec z modną fryzurą i gęstym wąsem.

- Tak, ten wygląda najlepiej - mówię do Lajwanti. Shankar też z aprobatą kiwa głową.
- Lkakuw if nfć - oświadcza.

Lajwanti jest zachwycona naszym wyborem.
- Też mi się najbardziej  podoba. Poza tym, że jest najprzystojniejszy,  to jeszcze  ma 

najlepsze wykształcenie i pochodzi z bardzo szanowanej rodziny. Wiecie, że jest wysokim 
urzędnikiem rządowym?

- Naprawdę? Co robi?
- Jest   zastępcą   inspektora   cukrownictwa   w   okręgu.   Lakshmi   będzie   z   nim   żyła   jak 

królowa. Myślicie, że powinnam zacząć negocjacje z jego rodziną? Mam od razu przystąpić 
do sprawy z błogosławieństwem bogini Durgi?

- Oczywiście, nie ma co zwlekać.
Tego   wieczoru   Lajwanti   podaje   nam   wspaniały   posiłek   złożony   z  puri,   kaczori, 

ziemniaków, soczewicy i  muttar paneer  na tak czystych talerzach, że można się w nich 

background image

przeglądać. Czuję wyrzuty sumienia, że jem z tak nieskazitelnych naczyń, i boję się, że mogę 

je porysować. Nie mogę się powstrzymać i pytam:

- Lajwanti, czemu u ciebie jest tak czysto? Masz służącą? Cieszy się, że zwróciłem na to 

uwagę.

- Nie żartuj sobie. Jak służąca może mieć służącą? Sama pilnuję, żeby w mieszkaniu był 

zawsze porządek. Nauczyłam się tego już w dzieciństwie. Nie umiem mieszkać w brudnym 
domu. Palce mnie świerzbią, kiedy tylko zobaczę odrobinę brudu na podłodze, kawałek 

jedzenia przylepiony do stołu albo zmarszczkę na narzucie. Moja matka mawiała: „Lajwanti 
nie może znieść nawet listka, który krzywo odstaje od drzewa”. Dlatego Sahiba Rani jest tak 

ze   mnie   zadowolona.   Podsłuchałam   kiedyś,   jak   mówiła   do   żony   sahiba   komisarza,   że 
Lajwanti jest najlepszą służącą, jaką miała, i że nigdy nie pozwoli mi odejść. - Lajwanti 

promienieje z dumy.

- Rzeczywiście, musisz być najbardziej pracowitą służącą na całym świecie. Ale lepiej 

nie wchodź do mojego pokoju, bo zrobi ci się niedobrze.

Shankar też się zgadza, że nie ma nikogo wspanialszego od Lajwanti.

- Gkzewi hwyrwjof - mówi z radosnym uśmiechem.

Moi dzisiejsi klienci to czterech bogatych studentów z Delhi. Zachowują się hałaśliwie, 

są ubrani w markowe dżinsy i noszą importowane okulary przeciwsłoneczne. Wyrażają się o 

Tadź Mahal lekceważąco, bez przerwy sobie dokuczają i opowiadają wulgarne dowcipy. Pod 
koniec zwiedzania nie tylko wręczają mi zapłatę, ale i słony napiwek. Potem zapraszają 

mnie, żebym pojechał z nimi do miasta w ich minivanie z szoferem.

- Raju,   chodź   z   nami,   zabawisz   się   jak   nigdy   w   życiu   -   namawiają.   Z   początku   się 

wykręcam, ale są tak uparci, a ja tak wdzięczny za hojny bakszysz, że nie mogę odmówić. 
Wskakuję do samochodu.

Najpierw jedziemy do hotelu Palace. Nigdy jeszcze nie byłem w pięciogwiazdkowym 

hotelu.   Siedzę   w   klimatyzowanej   restauracji   i   z   zachwytem   oglądam   lśniące   żyrandole 

rzucające przyćmione światło, kelnerów w liberiach, elegancko ubraną klientelę emanującą 
bogactwem   i   wpływami,   i   słucham   dyskretnej   muzyki   instrumentalnej.   Pewni   siebie 

mężczyźni   rozmawiają   przyciszonymi   głosami,   kobiety   wyglądają   jak   delikatne   lalki. 
Jedzenie jest bardzo apetyczne. Jeden z chłopaków podaje mi menu.

- Masz, Raju. Zamów, na co tylko masz ochotę. Zaglądam do menu i na widok cen 

prawie się krztuszę. Porcja kurczaka w sosie pomidorowośmietanowym kosztuje sześćset 

rupii! W budce niedaleko domu mogę kupić to samo za pięćdziesiąt pięć rupii. Ale zdaję 

background image

sobie sprawę, że tu nie płaci się tylko za jedzenie, ale i za atmosferę. Chłopcy zamawiają 

prawie wszystko z karty oraz dwie butelki szkockiej whisky.

Ta rozrzutność wzbudza we mnie niepokój. W Mumbaju bez zaproszenia wchodziliśmy 

z Salimem na wesela bogaczy, żeby najeść się za darmo, ale nigdy nie zazdrościliśmy im 
bogactwa. Kiedy jednak widzę, jak zamożni chłopcy z college’u bez zmrużenia oka wydają 

tyle  pieniędzy, ogarnia  mnie zupełnie nieznane poczucie  niższości. Kontrast między ich 
życiem   a   moją   nędzą   zaczyna   mi   sprawiać   przejmujący   ból.   Nic   dziwnego,   że   głód 

łagodnieje   i   znika,   chociaż   na   talerzu   przede   mną   piętrzą   się   różne   smakołyki. 
Uświadamiam sobie, że się zmieniłem. I zaczynam się zastanawiać, jak to jest nie mieć już 

żadnych pragnień, bo wszystkie się już zaspokoiło, zdusiło pieniędzmi, zanim się w ogóle 
narodziły. Czy można pragnąć życia bez pragnień? I czy niedostatek pragnień jest lepszy niż 

prawdziwy   niedostatek?   Rozmyślam   nad   tymi   pytaniami,   ale   nie   znajduję   żadnych 
zadowalających odpowiedzi.

Kiedy   chłopcy   zjedli   już   dosyć   i   wypili   dość   whisky,   znów   zapraszają   mnie   do 

samochodu.

- Dokąd teraz jedziemy? - pytam.
- Zobaczysz - odpowiadają i wybuchają śmiechem. Kierowca sunie przez wąskie uliczki i 

rojne bazary w kierunku peryferii Agry. Wreszcie wjeżdżamy do dziwnego osiedla niedaleko 
Autostrady Narodowej, które nazywa  się Basai  Mohalla.  Przed wjazdem stoi tablica,  na 

której   jest   napisane:   „Wchodzisz   do   Dzielnicy   Czerwonych   Latarni   na   własne   ryzyko. 
Zawsze   pamiętaj   o   prezerwatywie.   Zapobiegaj   AIDS,   chroń   życie”.   Nie   rozumiem   tych 

czerwonych latarni w nazwie dzielnicy. Na ulicach nie widzę żadnych czerwonych latarni. 
Wzdłuż drogi stoi kilkanaście samochodów. Wałęsa się kilkoro bosych dzieci - ani śladu 

matek.   W   wieczornej   ciszy   słychać   daleką   muzykę   i   dźwięk   dzwoneczków   na   kostkach 
tancerek. Na horyzoncie widzę połyskującą w złotym księżycowym blasku kopułę i minarety 

Tadź   Mahal.   Przy   księżycu   i   marmurowym   mauzoleum   nawet   ta   brudna   enklawa 
parterowych i piętrowych chałup wydaje się przysypana odrobiną złotego pyłu.

Studenci wysiadają z auta i ruszają w stronę kilku małych budynków. Waham się, ale 

ciągną mnie ze sobą. Dopiero teraz zauważam, że w okolicy kręci się pełno łudzi. Przed 

domami snują się, żując liście betelu, paskudni mężczyźni ubrani w  kurty  i  pyjamy.  Na 
schodach siedzą dziewczyny w różnym wieku ubrane tylko w halki i bluzki, mają na sobie 

mnóstwo biżuterii i mocny makijaż. Niektóre rzucają nam kuszące spojrzenia i pokazują 
obsceniczne gesty. Już rozumiem, co to jest dzielnica czerwonych latarni. To miejsce, gdzie 

pracują prostytutki. Słyszałem o Falkland Road w Mumbaju i G B Road w Delhi, ale nigdy 

background image

nie byłem w dzielnicy czerwonych latarni. I nawet nie wiedziałem, że w Agrze też jest taka. 

Rzeczywiście ten wieczór przynosi mi nowe doświadczenia.

Chłopcy wchodzą do dużego piętrowego domu, który wydaje się mniej zaniedbany od 

innych, i oglądają się, żeby sprawdzić, czy za nimi idę. Jesteśmy w holu, z którego odchodzą 
wąskie korytarze prowadzące do małych pokoi.

Wita nas jakiś mężczyzna. Jest młody, ma poznaczoną bliznami twarz i chytre oczy.
- Witamy   panów,   trafiliście   we   właściwe   miejsce.   Mamy   najlepsze   i   najmłodsze 

dziewczęta w Agrze - mówi.

Chłopcy podchodzą bliżej, żeby ustalić cenę. Plik banknotów zmienia właściciela.

- Za ciebie też płacimy, Raju. Zabaw się na nasz koszt - mówią, a potem każdy znika w 

pokoiku z dziewczyną. Zostaję w holu sam. Zbliża się do mnie stara kobieta żująca paan 

dokądś   mnie   zabiera.   Idę   za   nią   po   schodach.   Kobieta   zatrzymuje   się   pod   zielonymi 
drewnianymi drzwiami i każe mi wejść. Potem ciężkim krokiem człapie z powrotem na dół.

Nie mogę się zdecydować, czy wejść do pokoju, czy wrócić do samochodu. Jedna część 

mózgu każe mi stąd natychmiast wyjść.  Ale druga, powodowana  szaleńczą  ciekawością, 

nalega,   żebym   został.   W   filmach   bohaterka   prostytutka   zawsze   okazywała   się   poczciwą 
dziewczyną, którą zmuszono do uprawiania tego zawodu wbrew jej woli. Na końcu filmu 

prostytutka prawie zawsze popełnia samobójstwo, zażywając truciznę. Ciekawe, czy celowo 
zostałem sprowadzony do tego burdelu. Czy za drzwiami czeka na mnie bohaterka. Czy ja 

mam być bohaterem, który ją uratuje. I czy uda mi się zmienić zakończenie i zapobiec jej 
śmierci.

Otwieram drzwi i wchodzę.
Pośrodku małego pokoju stoi łóżko. Reszty jakoś w ogóle nie zauważam. Mój wzrok 

przykuwa siedząca na łóżku dziewczyna ubrana w jaskraworóżowe sari. Jest ciemnoskóra i 
piękna. Ma śliczne oczy podkreślone kredką, ponętne umalowane usta i długie czarne włosy 

z wpiętymi w nie pachnącymi białymi kwiatami. Nosi ostry makijaż, a jej ręce i szyja są 
przystrojone biżuterią.

- Witaj   -   mówi.   -   Chodź,   usiądź   przy   mnie   na   łóżku.   -   Słowa   płyną   z   jej   ust   jak 

melodyjne nuty z fortepianu.

Podchodzę z ociąganiem. Dziewczyna wyczuwa moje wahanie i uśmiecha się do mnie.
- Nie bój się. Nie gryzę.

Siadam obok niej. Zauważam, że prześcieradło jest dość brudne i ma dziwne plamy.
- Jesteś nowy - mówi dziewczyna. - Jak się nazywasz?

- Ram Mohammad Thom... nie, nie... Raju Sharma - odpowiadam, gryząc się w język.

background image

- Zdaje się, że przez chwilę zapomniałeś własnego imienia.

- Nie... wcale nie. A ty jak się nazywasz?
- Nita.

- Nita jak?
- Co - jak?

- Jak dalej? Nie masz nazwiska? Chichocze.
- Sahib, nie przyszedłeś do biura matrymonialnego, tylko do burdelu. Prostytutki nie 

mają nazwisk. Tak jak koty i psy, nosimy tylko imiona. Nita, Rita, Asha, Champa, Meena, 
Leena, do wyboru. - Mówi rzeczowym tonem, bez cienia żalu czy rozgoryczenia.

- Ach, więc jesteś prostytutką. Znów wybucha śmiechem.
- Dziwny   jesteś.  Arrey   baba,  kiedy   przyjeżdżasz   do   Basai   Mohalla,   znajdziesz   tylko 

prostytutki. W tej części Agry na pewno nie spotkasz swojej matki ani sióstr!

- Ile masz lat?

- No, to już bardziej właściwe pytanie. Siedemnaście. Tylko nie mów, że chciałeś jeszcze 

młodszą. Sam nie wyglądasz na więcej niż szesnaście.

- Też mam siedemnaście. Powiedz, jak długo pracujesz w tym zawodzie?
- Co to za różnica? Wystarczy ci, żebyś wiedział, czy jestem dziewicą czy nie. Bo nie 

jestem. Gdybyś chciał dziewicę, musiałbyś zapłacić cztery razy tyle. Ale wypróbuj mnie, 
jestem jeszcze lepsza od dziewicy. Nie pożałujesz.

- Nie boisz się, że złapiesz jakąś chorobę? Przed wjazdem do dzielnicy jest nawet tablica 

ostrzegająca przed AIDS.

Znów wybucha głuchym, nieszczerym śmiechem.
- Posłuchaj,  to jest mój zawód, nie hobby.  Zarabiam  tyle, że ja i moja cała  rodzina 

mamy co jeść. Gdybym tego nie robiła, moja rodzina umarłaby z głodu już dawno temu. 
My, prostytutki, wiemy dużo o AIDS. Ale chyba lepiej zachorować i umrzeć jutro, niż dzisiaj 

umrzeć z głodu, nie sądzisz? To co, będziesz mnie przepytywał czy zamierzasz coś zrobić? 
Nie miej mi później za złe, jeżeli skończy się twój czas  i Shyam przyśle mi następnego 

klienta. Cieszę się dużym powodzeniem.

- Kto to jest Shyam?

- Mój sutener. Ten, któremu dałeś pieniądze. No chodź, zdejmę sari.
- Nie. Zaczekaj. Chcę cię jeszcze o coś spytać.

Arrey,  przyszedłeś się pieprzyć czy gadać? Przypominasz mi tego firanga, reportera, 

który przyszedł do mnie z kamerą i magnetofonem. Mówił, że go nie interesuję, bo zbiera 

jakieś materiały. Ale kiedy tylko zdjęłam  choli,  zapomniał o wszystkich materiałach. Na 

background image

magnetofonie miał pewnie potem tylko nagrane swoje jęki i stękania. Zobaczymy, czy też 

taki jesteś.

Jednym ruchem rozpina bluzkę. Pod spodem nie ma stanika. Moim oczom ukazują się 

jędrne piersi przypominające dwie kopuły brązowego Tadź Mahal. Są doskonale krągłe i 
gładkie, a ich koniuszki sterczą jak najwspanialsze wieżyczki. Czuję suchość w ustach. Mój 

oddech staje się szybki i płytki. Serce zaczyna mi tłuc o żebra. Dłoń Nity zsuwa się po moim 
brzuchu i natrafia na twardość. Dziewczyna wybucha śmiechem.

- Wszyscy jesteście tacy sami. Wystarczy wam popatrzeć na kobiece cycki i wszystkie 

zasady   diabli   biorą.   Chodź.   -   Kiedy   przyciąga   mnie   do   siebie,   przeżywam   chwilę 

prawdziwego, czystego uniesienia. Przez moje ciało przebiega prąd elektryczny, ale zamiast 
mnie porazić, sprawia mi niezwykłą przyjemność. Drżę z rozkoszy.

Potem,   gdy   leżymy   obok   siebie   pod   skrzypiącym   wentylatorem   na   brudnym 

prześcieradle,   na   którym   i   ja   pozostawiłem   swoją   plamę,   wdycham   zapach   kwiatów   w 

kruczoczarnych włosach Nity i całuję ją nieporadnie.

- Czemu nie powiedziałeś, że to twój pierwszy raz? - pyta. - Byłabym delikatniejsza. Ale 

musisz iść. Twój czas już minął. - Raptownie wstaje z łóżka i zaczyna zbierać swoje rzeczy.

Jej nagła szorstkość wytrąca mnie z równowagi. Jeszcze pięć minut temu byłem jej 

kochankiem,   a   teraz   stałem   się   tylko   klientem,   którego   wizyta   właśnie   dobiegła   końca. 
Uświadamiam sobie, że tamta chwila rzeczywiście minęła. Magia przepadła bez śladu. Nie 

zaślepia mnie już żądza i dopiero teraz widzę, jak pokój naprawdę wygląda. Na stoliku stoi 
staroświecki magnetofon kasetowy podłączony do gniazdka brzydkim czarnym kablem. Z 

pokrytych grzybem ścian płatami łuszczy się farba. Na oknie wisi wystrzępiona i spłowiała 
czerwona zasłona. Prześcieradło jest poplamione, a w materacu są dziury. Wszystko mnie 

swędzi,   pewnie   od  roztoczy   w  pościeli.   W  pokoju   czuć  stęchlizną.   Wszystko   wydaje   się 
nieświeże i obskurne. Leżąc w brudnym łóżku, czuję się nieczysty. Też wstaję i pośpiesznie 

się ubieram.

- A   mój   napiwek?   -   pyta   dziewczyna,   wkładając   bluzkę.   Wyciągam   z   portfela 

pięćdziesięciorupiowy banknot i jej podaję. Nita z wdzięcznością wsuwa go za bluzkę.

- Podobało ci się? Przyjdziesz jeszcze? - pyta. Nie odpowiadam i szybko wychodzę.

Dopiero później, siedząc w samochodzie zmierzającym do miasta, zastanawiam się nad 

jej pytaniami. Czy mi się podobało? Tak. Czy przyjdę jeszcze? Tak. W moim sercu rodzi się 

jakieś zagadkowe nowe uczucie, od którego kręci mi się w głowie. Czy to miłość? - pytam 
sam   siebie.   Nie   znam   odpowiedzi,   ale   wiem   jedno:   wszedłem   do   dzielnicy   czerwonych 

latarni na własne ryzyko. Spotkałem dziwkę, pierwszy raz uprawiałem seks. I spotkało mnie 

background image

coś dziwnego.

W mieście ogłoszono alarm w związku z panującą wścieklizną. Wiele dzieci zmarło po 

tym, jak pogryzły je zarażone psy. Wydział zdrowia radzi wszystkim obywatelom zachować 
nadzwyczajną czujność i podjąć działania zapobiegawcze. Ostrzegam Shankara:

- Bądź   ostrożny,   kiedy   wychodzisz   do   miasta.   Nie   podchodź   do   żadnych   psów. 

Zrozumiano?

Shankar kiwa głową.

Dziś przychodzi kolej na szewca, Bihariego. Tylko on dotąd nie zwrócił się do mnie z 

prośbą o pieniądze.

- Raju,   mój   syn   Nanhey   jest   bardzo   chory   i   doktor   Aggarwal   przyjął   go   do   swojej 

prywatnej kliniki. Doktór mówi, że muszę pilnie kupić lekarstwa, które kosztują bardzo 

dużo   pieniędzy.   Udało   mi   się   uzbierać   czterysta   rupii.   Mógłbyś   mi   trochę   pożyczyć? 
Błagam.

Daję mu dwieście rupii, wiedząc, że już ich nigdy nie odzyskam. Mimo to Bihari nie 

może kupić wszystkich potrzebnych lekarstw. Dwa dni później sześcioletni Nanhey umiera 

w klinice.

Tego samego dnia wieczorem Bihari wraca do domu z ciałem syna przykrytym białym 

całunem.  Widać,  że jest pijany i się zatacza.  Kładzie  ciało  syna pośrodku brukowanego 
dziedzińca   obok   miejskiego   kranu   i   wywołuje   wszystkich   z   pokoi.   Potem   wygłasza 

bełkotliwy monolog pełen inwektyw. Nie ubliża nikomu w szczególności, a jednak obraża 
wszystkich.   Obrzuca   obelgami   bogaczy,   którzy   mieszkają   w   pałacach   i   nie   lubią 

obsługujących   ich   biedaków.   Obraża   zarozumiałych   lekarzy,   którzy   zdzierają   skórę   ze 
swoich pacjentów. Obraża rząd, który składa puste obietnice. Obraża nas wszystkich za to, 

że jesteśmy biernymi widzami. Lży własne dzieci za to, że się urodziły. Lży samego siebie za 
to, że jeszcze żyje. Lży Boga za to, że stworzył niesprawiedliwy świat. Obraża świat, Tadź 

Mahal, cesarza Szahdżahana. Nie oszczędza nawet żarówki wiszącej przed domem, która 
kiedyś poraziła Nanheya, nie oszczędza też miejskiego kranu na dziedzińcu.

- Ty   zardzewiała   ruro,   kiedy   byłaś   potrzebna,   poskąpiłaś   nam   kropli   wody,   ale 

pozwoliłaś mojemu synowi bawić się tu przez dwie godziny, aż dostał zapalenia płuc. Oby 

cię stąd wyrwali, oby cię rdza przeżarła w piekle! - klnie i kopie kran. Po trwających półtorej 
godziny wrzaskach i złorzeczeniach Bihari pada na ziemię i zaczyna szlochać. Trzyma w 

ramionach martwego syna i płacze, dopóki starcza mu łez i głosu.

background image

Leżę w łóżku w swoim pokoju i rozmyślam nad niesprawiedliwościami życia. Oczyma 

wyobraźni widzę Nanheya bawiącego się w naszym domu. Chcę zapłakać, ale łzy nie chcą 
mi   płynąć   z   oczu.   Widziałem   zbyt   wiele   śmierci.   Tak   więc   naciągam   na   głowę   białe 

wykrochmalone prześcieradło i zasypiam. Śni mi się Tadź Mahal w szczególnym odcieniu 
brązu. Z dwiema kopułami o najcudowniejszym kształcie.

Odwiedzam Nitę po tygodniu. Tym razem sam muszę zapłacić całą stawkę Shyamowi, 

jej sutenerowi. Trzysta rupii. Leżę w jej brudnym łóżku, kocham się z nią i słucham jej 
nieprzyzwoitych opowieści.

- Podoba ci się bycie prostytutką? - pytam, kiedy już przestaliśmy się kochać.
- Czemu pytasz? A co w tym złego? Zawód jak każdy inny.

- Ale czy ci się podoba?
- Tak. Uwielbiam sypiać z nieznajomymi. Na przykład z tobą. Zarabiam dość pieniędzy, 

żeby utrzymać rodzinę. I co tydzień mogę zobaczyć w kinie nowy film. Czego więcej może 
chcieć dziewczyna?

Patrzę w jej sarnie oczy i wiem, że kłamie. Jest aktorką, która gra swoją rolę. Tylko że 

nie zdobędzie żadnych nagród jak Neelima Kumari.

Im   większą   zagadką   staje   się   dla   mnie   Nita,   tym   bardziej   pragnę   ją   lepiej   poznać. 

Wzbudza we mnie głód, jakiego dotąd jeszcze nie czułem. Posiadłem jej ciało, ale teraz 

chciałem posiąść jej myśli. Tak więc zacząłem ją odwiedzać w poniedziałki,  kiedy Tadź 
Mahal jest zamknięty. Po czterech czy pięciu wizytach w końcu udaje mi się przełamać jej 

linię obrony.

Mówi, że pochodzi z plemienia Bedia z okręgu Bhind w Madhja Pradeś. Jej rodzice żyją, 

ma brata i siostrę, która szczęśliwie wyszła za mąż. W jej społeczności panuje zwyczaj, że 
jedna dziewczyna z każdej rodziny zostaje prostytutką zwaną  Bedni.  Dziewczyna zarabia 

pieniądze dla rodziny, a mężczyźni spędzają czas na piciu alkoholu i grze w karty.

- Dlatego   narodziny   dziewczynki   to   u   nas   okazja   do   świętowania,   a   nie   powód   do 

smutku. To chłopak jest ciężarem. Bedni z mojej wioski znajdziesz w domach publicznych, 
zajazdach   dla   kierowców   ciężarówek,   hotelach   i   przydrożnych   restauracjach.   Wszystkie 

sprzedają ciało za pieniądze.

- Ale czemu matka wybrała ciebie? Mogła wybrać twoją siostrę.

Nita śmieje się posępnie.
- Bo moim przekleństwem jest uroda. Matka miało prawo zdecydować, która z córek 

wyjdzie za mąż, a która zostanie prostytutką. I wybrała na Bedni mnie. Może gdybym była 

background image

nieładna jak moja siostra, nigdy bym tu nie trafiła. Mogłabym chodzić do szkoły, wyjść za 

mąż i mieć dzieci. Teraz jestem w burdelu. To cena, jaką trzeba płacić za urodę. Dlatego nie 
mów mi, że jestem piękna.

- Jak długo to robisz?
- Odkąd   stałam   się   dojrzała.   Kiedy   tylko   odprawią   ceremonię  nathni   utherna, 

wyjmowania kółka z nosa, i rytuał sar dhakwana - przykrycia głowy, uznają cię za kobietę. 
Gdy miałam dwanaście lat, sprzedano moje dziewictwo temu, kto wylicytował najwyższą 

cenę, i trafiłam tutaj.

- Ale jeżeli zechcesz, możesz pewnie rzucić tę pracę i wyjść za mąż, tak?

Nita rozkłada ręce.
- Kto się ożeni z prostytutką? Musimy pracować, dopóki ciała nie zaczną nam wiotczeć 

albo umrzemy na jakąś chorobę, obojętnie co się stanie najpierw.

- Wiem, że pewnego dnia znajdziesz swojego księcia - oświadczam ze łzami w oczach.

Tego dnia nie przyjmuje mojego napiwku.

Rozmyślam   później   nad   rozmową   z   Nitą   i   zastanawiam   się,   dlaczego   skłamałem. 

Przecież   nie   chciałem,   żeby   znalazła   innego   księcia.   Nie   zdając   sobie   z   tego   sprawy, 

zakochałem się w niej.

Do tej chwili moje wyobrażenia o miłości opierały się wyłącznie na tym, co widziałem w 

filmach hindi, gdzie bohater i bohaterka patrzą sobie w oczy i wzdychają, jakaś chemia 
sprawia,   że   ich   serca   zaczynają   szybciej   bić,   a   struny   głosowe   drżą   i   w   chwilę   później 

śpiewają   piosenki   w   szwajcarskich   wioskach   i   amerykańskich   centrach   handlowych. 
Wydawało   mi   się,   że   ujrzałem   oślepiający   błysk   miłości,   gdy   spotkałem   w   pociągu 

dziewczynę w niebieskim  salwar kameez.  Ale prawdziwa miłość odnalazła mnie dopiero 
zimą w Agrze. I znów sobie pomyślałem, że kino ma się nijak do rzeczywistości. Miłość 

wcale nie atakuje znienacka. Skrada się powoli, a potem przewraca ci życie do góry nogami. 
Wypełnia jawę i przejmuje władzę nad snami. Zaczynasz unosić się w powietrzu i widzieć 

życie w cudownych nowych barwach. Ale miłość przynosi też słodkie cierpienie, rozkoszną 
torturę. Moje życie składało się teraz z gorączkowych spotkań z Nitą i długiej tęsknoty za 

nią.   Nita   zjawiała   się   w   najdziwniejszych   miejscach   i   w   najdziwniejszych   chwilach. 
Wyobrażałem   sobie   jej   piękną   twarz   nawet   wtedy,   gdy   robiłem   wykład   wysuszonemu 

osiemdziesięcioletniemu   turyście.   Czułem   zapach   jej   włosów,   siedząc   w   toalecie. 
Dostawałem gęsiej skórki, myśląc o tym, jak się kochamy, kiedy kupowałem na bazarze 

ziemniaki i pomidory. I w głębi serca wiedziałem, że to ona jest moją księżniczką. Miałem 

background image

tylko jedno gorące pragnienie - aby się z nią ożenić. I dręczyła mnie niepewność, czy ona się 

zgodzi.

Przed   naszym   domem   zatrzymuje   się   dżip   z   migającym   czerwonym   kogutem. 

Wysiadają z niego inspektor i dwaj policjanci. Serce we mnie zamiera. W brzuchu zaciska 

się lodowaty supeł strachu. Moje zbrodnie w końcu mnie dogoniły. Tak wygląda całe moje 
życie. Kiedy zaczynam nad wszystkim panować, los wyrywa mi dywan spod stóp. A więc 

należy   się   spodziewać,   że   gdy   właśnie   odnalazłem   prawdziwą   miłość,   wsadzą   mnie   do 
więzienia, gdzie jak cesarz Szahdżahan będę tkwił w zamknięciu, usychając z tęsknoty za 

Nitą, moją Mumtaz Mahal.

Inspektor wyciąga z dżipa megafon, żeby do nas przemówić. Czekam na komunikat: 

„Niech   Ram   Mohammad   Thomas   vel   Raju   Sharma   wyjdzie   z   domu   z   podniesionymi 
rękami”. Ale inspektor mówi:

- Niech   wszyscy   mieszkańcy   wyjdą   na   zewnątrz.   Dokonano  napadu   na   Bank  Agry   i 

mamy powody przypuszczać, że złodziej jest w tym domu. Muszę przeprowadzić rewizję.

Słysząc to, czuję, jakby ogromny ciężar spadł mi z serca. Jestem tak szczęśliwy, że mam 

ochotę uściskać inspektora.

Policjanci wchodzą do wszystkich pokoi po kolei i dokładnie wszystko przeszukują. Gdy 

dochodzą do mojego pokoju, pytają  mnie o nazwisko,  wiek,  zawód i czy  nie widziałem 

jakichś podejrzanych osób kręcących się w okolicy. Nie zdradzam, że jestem nielegalnym 
przewodnikiem. Mówię, że studiuję na uniwersytecie i dopiero się wprowadziłem. To im 

wystarcza. Patrzą pod łóżko, zaglądają do kuchni, opukują garnki, przewracają materac, a 
potem idą do następnego pokoju. Do policjantów dołącza inspektor.

Są teraz u Shankara.
- Jak się nazywasz? - pyta szorstko inspektor.

- Ybnobi newjgwm - odpowiada nieco zmieszany Shankar.
- Co? Możesz powtórzyć?

- Newjgwm.
- Cholerny gnojku, kpisz sobie ze mnie? - złości się inspektor i unosi pałkę, żeby go 

uderzyć.

Natychmiast interweniuję.

- Sahib, Shankar ma kłopoty z głową. Nie umie mówić.
- To czemu nie powiedziałeś nam od razu? - Odwraca się do konstabli. - Idziemy do 

następnego pokoju. Od wariata niczego się nie dowiemy.

background image

W ciągu następnych trzech godzin przeszukują wszystkie trzydzieści pokoi i wreszcie 

znajdują   gotówkę   ukrytą   w   pokoju   Najmiego,   brodatego   poety,   który   twierdził,   że   jest 
autorem piosenek dla Bollywood. Wszyscy jesteśmy zdumieni, że nasz miody poeta dorabia 

sobie, napadając na banki. To tylko świadczy o tym, że pozory mylą. Zresztą  nie mogę 
narzekać.   Wszyscy  wallah  w   domu   dopiero   byliby   zbulwersowani,   gdyby   poznali   moją 

burzliwą przeszłość!

Odwiedza mnie Lajwanti i przynosi świeże, kruche  laddu  z pobliskiej świątyni Durgi. 

Jest bardzo przejęta.

Arrey, Lajwanti, z jakiej okazji te słodycze? Dostałaś podwyżkę? - pytam.
- To   najszczęśliwszy   dzień   mojego   życia.   Dzięki   błogosławieństwu   bogini   Durgi 

inspektor   cukrowy   nareszcie   zgodził   się   ożenić   z   Lakshmi.   Moja   siostra   będzie   żyć   jak 
królowa. Przygotuję wesele, które przyćmi wszystkie.

- A co z posagiem? Rodzina narzeczonego niczego nie żąda?
- Nie, zupełnie nie. To bardzo porządna rodzina. Nie chcą żadnej gotówki. Poprosili 

tylko o parę drobiazgów.

- Na przykład?

- Na przykład skuter Bajaj, mikser Sumeet, pięć garniturów Raymond i trochę złotej 

biżuterii. Zresztą i tak zamierzałam to wszystko dać Lakshmi.

Jestem zbulwersowany.
- Ależ Lajwanti, to będzie kosztować kupę forsy - co najmniej sto tysięcy rupii. Skąd 

weźmiesz tyle pieniędzy?

- Oszczędzałam   na   wesele   Lakshmi.   Uzbierałam   prawie   pięćdziesiąt   tysięcy.   Drugie 

pięćdziesiąt pożyczę od Sahiby Rani.

- Jesteś pewna, że da ci taką sumę?

- Oczywiście. Jestem najlepszą służącą, jaką miała.
- W takim razie powodzenia.

Wciąż   spotykam   się   z   Nitą,   ale   atmosfera   burdelu   mnie   przytłacza.   I   nie   cierpię 

transakcji   z   tym   alfonsem   Shyamem   o   rozbieganych   oczach.   Dlatego   z   inicjatywy   Nity 
zaczynamy   się   widywać   gdzie   indziej.   W   piątki   Nita   chodzi   do   kina.   Idę   razem   z   nią. 

Uwielbia  popcorn. Kupuję jej wielką  porcję i siadamy w ostatnim  rzędzie obskurnego i 
ciemnego kina Akash. Nita je popcorn i chichocze, gdy wsuwam dłoń pod cienki muślin i 

dotykam jej miękkich piersi. Po filmie wychodzę rozgorączkowany i czerwony, nie mając 

background image

pojęcia, czy oglądałem dramat rodzinny, komedię czy thriller. Bo nie widzę niczego i nikogo 

poza Nitą. Mam nadzieję, że nasza historia powoli, ale nieuchronnie przerodzi się w epicki 
romans.

Do mojego pokoju wchodzi z płaczem Shankar.

- Co się stało? - pytam.
Pokazuje   na   swoje   kolano.   Jest   posiniaczone   i   rozcięte.   Ten   widok   od   razu   mnie 

niepokoi.

- Jak się skaleczyłeś, Shankar? Upadłeś? Shankar kręci głową.

- Lfbn ijfb pdmstę - mówi.
Chcę, żeby choć tym razem powiedział coś sensownego.

- Przykro mi, ale nie rozumiem. Może wyjdziemy i pokażesz mi, jak się skaleczyłeś?
Shankar wyprowadza mnie z domu i wskazuje miejsce, gdzie brukowany dziedziniec 

wychodzi na główną ulicę. Na rogu jest niski murek, po którym bez przerwy skaczą dzieci.

- Rfatfnt obdk lnw? Op ijfb pdmstę - mówi Shankar i znów pokazuje na kolano.

Podążam wzrokiem w stronę, którą wskazał palcem, i ze zrozumieniem kiwam głową. 

Domyślam się, że obtarł sobie kolano, zeskakując z murku.

- Chodź, Lajwanti ma w pokoju apteczkę. Powiem jej, żeby ci opatrzyła ranę.
Nie zauważam małego parchatego psa w czarne ciapki, który stoi na dziedzińcu pod 

murkiem i dyszy, a z jego białych ostrych zębów kapie ślina.

Rozpoczął   się   nowy   rok,   przynosząc   nam   nowe   nadzieje   i   marzenia.   Oboje   z   Nitą 

skończyliśmy osiemnaście lat - wiek, w którym można już zawrzeć małżeństwo. Pierwszy 

raz zaczynam myśleć o przyszłości i wierzyć, że w ogóle jakaś przyszłość mnie czeka. Z Nitą. 
Przestaję pożyczać pieniądze sąsiadom z domu. Teraz każdy grosz się liczy.

Dziś jest piątek i pełnia księżyca - naprawdę bardzo rzadkie połączenie. Namawiam 

Nitę,   żeby   zamiast   do   kina   iść   dzisiaj   do   Tadź   Mahal.   Późnym   wieczorem   siadamy   na 

marmurowym   cokole   i   czekamy,   aż   księżyc   wychynie   zza   strumieni   fontann   i   rzędów 
ciemno   -   zielonych   cyprysów.   Najpierw   między   wysokimi   drzewami   z   prawej   przebija 

skrawek   srebra,   gdy   księżyc   przedziera   się   przez   barierę   niskich   budynków   i   liści,   aż 
wreszcie majestatycznie wypływa na niebo. Zasłona nocy opada i Tadź Mahal ukazuje się 

nam w pełnym blasku. Nita i ja siedzimy oniemiali z zachwytu. Tadź wygląda jak obraz 
prosto z raju, jak srebrzysta zjawa, która wynurzyła się z Jamuny. Trzymamy się za ręce, nie 

zwracając uwagi na hordy turystów, którzy zapłacili po pięćdziesiąt dolarów za przywilej 

background image

oglądania Tadź Mahal w świetle pełni księżyca.

Patrzę   na   Tadź,   a   potem   na   Nitę.   Jałowa   doskonałość   grobowca   blednie   przy 

nieskazitelnym pięknie jej twarzy. Z oczu zaczynają mi płynąć łzy i nagle cała miłość, którą 

tłamsiłem   w   sobie   przez   osiemnaście   długich   lat,   wybucha   z   nieokiełznaną   siłą.   Mam 
wrażenie, jakby pękła we mnie jakaś tama, i pierwszy raz doświadczam tego, co cesarz 

Szahdżahan musiał czuć do Mumtaz Mahal.

To chwila, na którą czekałem całe życie, i dobrze się do niej przygotowywałem. Najmi, 

brodaty poeta,  zanim zabrali go do więzienia, zostawił  mi tomik poezji urdu, z którego 
nauczyłem się na pamięć kilku romantycznych wierszy. W przypływie natchnienia Najmi 

ułożył nawet dla mnie oryginalny gazal na cześć Nity, który brzmiał mniej więcej tak:

Piękność twa jak eliksir
Uśmierza sieroce męki.

Umrę z rozpaczy i w grobie zapłaczę,
Gdy mi odmówisz swej ręki.

Przypominam   sobie   też   wiele   nieśmiertelnych   dialogów   ze   słynnych   celuloidowych 

opowieści miłosnych. Ale siedząc obok Nity przed Tadź Mahal, porzucam świat poezji i 
filmu. Zaglądam jej w oczy i pytam po prostu:

- Kochasz mnie?
A ona odpowiada tylko jednym słowem:

- Tak.
To   słowo   ma   dla   mnie   więcej   znaczenia   niż   wszystkie   tomiki   poezji   i   wszystkie 

przewodniki o Agrze. I kiedy je słyszę, moje serce ma ochotę tańczyć z radości. Moja miłość 
odrywa się od ziemi, dostaje skrzydeł i mknie w niebo jak latawiec. Pierwszy raz spoglądam 

na Tadź Mahal jak na dom, a nie bezosobowy grobowiec. Księżyc staje się naszym własnym 
satelitą, który świeci tylko dla nas, a my skąpani w jego niebiańskim blasku czujemy się jak 

w raju, gdzie nie ma miejsca dla nikogo innego.

Do mojego pokoju wbiega Shankar.
- Zekań ntsugk. Hwyrwjof lęwztb - oznajmia i prowadzi mnie do pokoju Lajwanti.

Lajwanti płacze na łóżku. Jej łzy, które kapią jak perły na nieskazitelnie gładką narzutę, 

zostawiając   na   niej   ciemne   plamy,   wydają   się   zupełnie   nie   pasować   do   spartańskiego 

porządku panującego w pokoju.

background image

- Co się stało, Lajwanti? Dlaczego płaczesz? - pytam.

- Przez tę dziwkę, Swapnę Devi. Odmówiła mi pożyczki. Jak teraz zapłacę za wesele 

siostry? - pyta ze szlochem.

- Nikt w naszym domu nie ma tyle pieniędzy. Nie możesz pożyczyć w banku?
- A który bank pożyczy coś takiej biednej służącej? Zostaje mi tylko jedno wyjście.

- Jakie? Odwołać ślub siostry? W jej oczach błyska gniew.
- Nie. Tego nigdy nie zrobię. Może będę musiała zrobić to samo, co nasz poeta Najmi. 

Ukraść pieniądze.

Podskakuję na krześle.

- Oszalałaś,   Lajwanti?   Nawet   o   tym   nie   myśl.   Nie   widziałaś,   jak   policja   zabrała 

Najmiego?

- Tylko dlatego, że był głupi. A ja mam niezawodny plan i zdradzę ci go, bo jesteś dla 

mnie jak młodszy brat. Nie mów o tym nikomu, nawet Shankarowi. Odkryłam miejsce, 

gdzie   jest   sejf,   w   którym   Swapna   trzyma   wszystkie   swoje   kosztowności.   W   sypialni   na 
ścianie z lewej wisi duży obraz w ramach. Za nim jest otwór, w którym jest wmurowany 

stalowy sejf. Kluczyki Swapna chowa pod materacem, w lewym rogu. Kiedyś potajemnie 
przyglądałam się, jak otwiera sejf. Było tam mnóstwo pieniędzy i biżuterii. Nie chcę kraść 

pieniędzy, bo zaraz by to wykryła, ale myślę, że uda mi się zabrać jakiś naszyjnik. Tyle ich 
ma, że nawet nie zauważy. Co o tym sądzisz?

- Lajwanti, Lajwanti, jeżeli uważasz mnie za brata, to posłuchaj mojej rady. Nawet nie 

myśl o tym planie. Uwierz mi, miałem niejeden zatarg z prawem i dobrze wiem, że zbrodnia 

i tak kiedyś cię w końcu dogoni. A wtedy zamiast uczestniczyć w weselu siostry, będziesz 
chodzić w kieracie w jakimś więzieniu.

- Och,   wy   mężczyźni   wszyscy   jesteście   maminsynkami   -   mówi   z   niesmakiem.   - 

Wszystko mi jedno. Zrobię to, co muszę.

W rozpaczy wyjmuję moją starą zaufaną monetę.
- Posłuchaj, Lajwanti, jeżeli mi nie wierzysz, trudno. Ale uwierz w moc tej magicznej 

monety. Nigdy nie wskazuje złej drogi. Zobaczmy, co nam powie. Rzucę nią. Jak wypadnie 
orzeł, dasz sobie spokój ze swoim planem, a reszka - zrobisz, jak zechcesz. Zgoda?

- Zgoda.
Podrzucam monetę. Wypada orzeł. Lajwanti wzdycha.

- Wygląda na to, że nawet los jest przeciwko mnie. Dobrze, pojadę do swojej wioski i 

spróbuję zdobyć jakieś pieniądze od naczelnika, który mnie zna. Zapomnij o tej rozmowie.

Trzy   dni   później   Lajwanti   zamyka   swój   pokój   na   klucz,   bierze   tydzień   wolnego   i 

background image

wyjeżdża do swojej wsi.

- Chcę, żebyś przestała pracować jako prostytutka - mówię do Nity.

Nita się zgadza.
- Nie chcę umrzeć, zanim skończę dwadzieścia lat, tak jak Radha. Zabierz mnie stąd, 

Raju.

- Zabiorę. Wcześniej powinienem chyba pogadać z Shyamem?

- Tak, musimy mieć jego zgodę.
Jeszcze tego samego wieczoru rozmawiam z sutenerem.

- Posłuchaj, Shyam, kocham Nitę i chcę się z nią ożenić. Nie będzie już pracowała w 

burdelu.

Shyam patrzy na mnie, jak gdybym był robakiem.
- Ach tak, więc to ty wbijasz jej do głowy te głupie pomysły. Słuchaj, gnojku, nikt nie ma 

prawa  zabronić  Nicie  pracować.   Tylko  ja  mogę to  zrobić.   A  ja nie  chcę,   żeby przestała 
pracować. To kura znosząca złote jajka. I chcę je zbierać jeszcze bardzo długo.

- To znaczy, że nie pozwolisz jej wyjść za mąż?
- Mogę pozwolić jej wyjść za mąż, ale pod jednym warunkiem. Ze mężczyzna, który się z 

nią ożeni, zgodzi się zrekompensować mi stratę.

- Ile twoim zdaniem miałbyś stracić?

- Powiedzmy... czterysta tysięcy rupii. Dasz mi tyle pieniędzy? - Śmieje się i każe mi 

odejść.

W domu liczę swoje oszczędności. Ich suma wynosi czterysta osiemdziesiąt rupii. Czyli 

brakuje mi tylko trzysta dziewięćdziesiąt dziewięć tysięcy pięćset dwadzieścia.

Jestem tak zły na sutenera, że mam ochotę go udusić.
- Shyam nigdy ci nie pozwoli za mnie wyjść - mówię do Nity następnego dnia. - Mamy 

tylko jedno wyjście - uciec.

- Nie - odpowiada ze strachem Nita. - Ludzie z burdelu na pewno by nas znaleźli. W 

zeszłym roku Champa uciekła z mężczyzną.

Znaleźli ją, połamali mężczyźnie nogi, a ją głodzili przez dziesięć dni.

- Wobec tego będę musiał zabić Shyama - oświadczam z okrutnym błyskiem w oczach.
- Nie - protestuje gwałtownie Nita. - Przyrzeknij mi, że nigdy tego nie zrobisz.

Jestem zaskoczony.
- Ale dlaczego?

- Bo Shyam jest moim bratem.

background image

Pod   dom   przyjeżdża   dżip   z   migającym   czerwonym   kogutem.   Wysypują   się   z   niego 

policjanci. Tym razem dowodzi nimi inny inspektor. Znów wszyscy mamy wyjść z pokoi.

- Słuchajcie,   łobuzy,   zdarzyło   się   coś   bardzo   poważnego.   Z   domu   Swapny   Devi 

skradziono   bardzo   cenny   szmaragdowy   naszyjnik.   Mam   uzasadnione   podejrzenia,   że 

złodziej jest wśród was, sukinsyny. Dlatego daję wam szansę, żebyście się sami przyznali, bo 
inaczej jeśli złapię złodzieja, sprawię mu tęgie łanie.

Od razu martwię  się o Lajwanti, ale gdy widzę jej zamknięty pokój i przypominam 

sobie,   że   wyjechała   do   swojej   wioski,   oddycham   z   ulgą.   To   dobrze,   że   porzuciła 

niedorzeczny  plan kradzieży  naszyjnika.  Myślała,  że Swapna  Devi nie zauważy  straty,  a 
policja przyjechała błyskawicznie.

Przesłuchują nas jednego po drugim. Kiedy przychodzi kolej Shankara, rozgrywa się 

taka sama scena jak poprzednio.

- Nazwisko? - pyta inspektor.
- Newjgwm - odpowiada Shankar.

- Co powiedziałeś?
- Lkrfbatfwębi, ób jwtsrwi nfć newjgwm.

- Gnojku, próbujesz grać cwaniaczka... - mówi inspektor przez zaciśnięte zęby. Znów 

tłumaczę, o co chodzi, i inspektor łagodnieje. Pozwala Shankarowi odejść.

Tym razem policja odjeżdża z kwitkiem. Bez naszyjnika i bez podejrzanego.
Tego samego wieczoru obok Tadź Mahal zdycha mały parchaty pies w czarne ciapki. 

Nikt nie zwraca na ten fakt uwagi.

Następnego dnia wraca Lajwanti i natychmiast zostaje aresztowana. Spocony policjant 

wyciąga ją z pokoju i wlecze do dżipa z migającym czerwonym kogutem. Lajwanti szlocha w 
rozpaczy.

Bezradnie przyglądam się temu widowisku. Stoi obok mnie Abdul, ogrodnik w Pałacu 

Swapna.

- Abdul,   dlaczego   policja   zabiera   Lajwanti?   Dlaczego   Sahiba   Rani   czegoś   nie  zrobi? 

Przecież Lajwanti to najlepsza służąca, jaką miała.

Abdul uśmiecha się szeroko.
- To właśnie Pani wezwała policję i kazała aresztować Lajwanti. - Jak to?

- Lajwanti ukradła naszyjnik z jej sejfu. Policja przeszukała jej dom w wiosce i dzisiaj go 

znalazła.

- Skąd Swapna Devi wiedziała, że to Lajwanti? Nawet nie było jej tu w dniu kradzieży.

background image

- Bo Lajwanti zostawiła bardzo widoczny ślad. Widzisz, nie pojechała od razu do swojej 

wioski. Została w Agrze i czekała na okazję, żeby się dostać do domu. Kiedy wreszcie weszła 
do sypialni, by ukraść naszyjnik, Pani była na przyjęciu. Ale przed wyjściem Pani czesała się 

na łóżku i zostawiła na satynowej narzucie kilka wsuwek i spinek. Kiedy późnym wieczorem 
wróciła do domu, zobaczyła, że spinki leżą równiutko ułożone na toaletce. To ją od razu 

zaniepokoiło. Zajrzała do sejfu i odkryła, że nie ma naszyjnika. Natychmiast się domyśliła, 
że nie mógł tego zrobić nikt inny tylko Lajwanti.

Walę się dłonią w czoło. Lajwanti nawet podczas kradzieży nie potrafiła przestać być 

służącą doskonałą!

Próbuję wstawić się za Lajwanti u Swapny Devi, ale zbywa mnie z lodowatą pogardą.
- Prowadzę   gospodarstwo,   nie   instytucję   dobroczynną.   Dlaczego   musiała   urządzać 

siostrze takie wystawne wesele? Wy, ludzie biedni, powinniście się liczyć z własnymi siłami. 
Nie wchodźcie tam, gdzie wam nie wolno, a unikniecie kłopotów.

Tego dnia odczuwam  do niej prawdziwą  nienawiść.  Ale być może Swapna Devi ma 

rację. Lajwanti popełniła zasadniczy błąd, próbując przekroczyć linię oddzielającą bogatych 

od biednych. Uległa marzeniom ponad własny stan. Im śmielsze marzenie, tym większe 
rozczarowanie. Dlatego ja mam skromniejsze, wykonalne marzenia. Na przykład takie, żeby 

ożenić się z prostytutką, a przedtem zapłacić jej bratu, oszustowi i sutenerowi, niewielką 
kwotę czterystu tysięcy rupii. Tylko.

Ledwie otrząsnąłem się po aresztowaniu Lajwanti, przytrafia mi się kolejna tragedia.

Do mojego pokoju wchodzi kaszlący Shankar i bezwładnie osuwa się na łóżko. Wygląda 

na zmęczonego i pokazuje, że bolą go ręce i kolana.

- Ybnobi zekms - mówi, trzepocząc rękami. Dotykam jego czoła i czuję, że ma lekką 

gorączkę.

- Przeziębiłeś się, Shankar - mówię. - Idź do siebie i się połóż. Niedługo przyjdę i dam ci 

jakieś lekarstwo.

Podnosi   się   i   na   palcach   wychodzi   z   pokoju.   Wydaje   się   niespokojny   i   dziwnie 

pobudzony.

Później   podaję   Shankarowi   leki   przeciwbólowe,   ale   jego   stan   ciągle   się   pogarsza. 

Drugiego   dnia   zaczyna   się   zachowywać   bardzo   gwałtownie.   Nie   umie   ruszyć   ręką   i 

wrzeszczy, kiedy zapala się światło. Z ogromnymi trudnościami udaje mi się zmierzyć mu 
temperaturę i zszokowany widzę, że podskoczyła do trzydziestu dziewięciu i pół stopnia. 

Natychmiast idę po lekarza. Ale doktor w państwowym ambulatorium nie zgadza się iść ze 

background image

mną do Shankara, więc jestem zmuszony iść do prywatnego lekarza. Ten żąda za wizytę 

domową  osiemdziesięciu  rupii. Bada  Shankara  i pyta, czy zauważyłem  u niego ostatnio 
jakieś sińce czy zadrapania. Mówię mu o skaleczonym kolanie. Lekarz kiwa głową i stawia 

diagnozę. Shankar ma wściekliznę - pewnie zaraził się od chorego psa. Powinien zaraz po 
ugryzieniu   dostać   serię   zastrzyków   ze   szczepionką   z   ludzkich   komórek   diploidalnych   i 

immunoglobuliną swoistą, ale teraz już na to za późno. Jego stan jest bardzo poważny. 
Niedługo   dostanie   wodowstrętu.   Być   może   zacznie   zdradzać   oznaki   niepokoju   i 

dezorientacji,   a   nawet   mieć   halucynacje.   Może   mieć   skurcze   mięśni.   I   może   zupełnie 
przestać mówić, kiedy zostaną sparaliżowane jego struny głosowe. Na koniec zapadnie w 

śpiączkę i przestanie oddychać. Jednym słowem umrze. I to w ciągu czterdziestu ośmiu 
godzin.

Lekarz   wylicza   ten   katalog   okropieństw   rutynowym   tonem.   Jestem   kompletnie 

zdruzgotany. Na samą myśl o śmierci Shankara mam łzy w oczach.

- Doktorze, czy nie da się zrobić absolutnie nic, żeby uratować Shankara?
- Cóż... - Lekarz przez chwilę się waha. - Jeszcze miesiąc temu nie dałoby się nic zrobić, 

ale   podobno   Indie   właśnie   sprowadziły   z   Ameryki   zupełnie   nową   eksperymentalną 
szczepionkę. Nazywa się RabCure i można ją dostać tylko w Aptece Gupta.

- Tej w Rakab Ganj?
- Tak. Ale nie sądzę, żeby było cię na nią stać.

- Ile kosztuje? - pytam i serce we mnie zamiera.
- Około czterystu tysięcy rupii.

Zamyślam się nad ironią losu. Lekarstwo dla Shankara ma kosztować czterysta tysięcy, 

czyli dokładnie tyle, ile zażądał ode mnie sutener Nity. A ja mam w kieszeni zabójczą kwotę 

czterystu rupii.

Nie wiem, gdzie zdobędę pieniądze na leczenie Shankara, ale wiem, że nie mogę go 

zostawić samego, więc postanawiam zabrać go do swojego pokoju. Biorę go na ręce. Mimo 
że jest prawie w moim wieku, jego ciało wydaje się nic nie ważyć. Jego ręce i nogi zwisają 

bezwładnie i mam wrażenie, jakbym niósł nie żywego człowieka, ale worek ziemniaków. 
Kładę Shankara na swoim łóżku, a sam kładę się na podłodze - odwdzięczając się w taki 

sam sposób za to, co zrobił dla mnie prawie dwa lata temu, choć wydaje się, jakby od 
tamtego dnia upłynęło dwadzieścia lat.

Shankar niespokojnie rzuca się przez sen. Ja też mam trudną noc i co pewien czas 

nachodzą   mnie   koszmary   o   wściekłych   psach   i   dzieciach,   które   wymawiają   tylko 

bezsensowne sylaby. I nagle w środku nocy wydaje mi się, jakbym usłyszał głośny krzyk: 

background image

„Mamusiu, mamusiu!”. Budzę się i widzę spokojnie śpiącego Shankara. Przecieram oczy, 

zastanawiając się, czy to może sen Shankara nieoczekiwanie przeciął się z moim.

Przez cały następny dzień Shankar nie wychodzi z łóżka, coraz bardziej słabnąc. Wiem, 

że wisi nad nim wyrok śmierci, ale udaję, jak gdyby miał najwyżej lekką grypę. Serce mi się 
kraje, kiedy patrzę na jego łagodną twarz i wyobrażam sobie, że już nigdy jej nie zobaczę. 

Nawet   jego   bezsensowne   sylaby   brzmią   dziś   jak   doniosłe   oświadczenia,   które   trzeba 
zapamiętać.

Nadchodzi noc i Shankar zaczyna mieć skurcze mięśni rąk. Z trudnością przełyka płyn i 

zjada tylko jeden czapati z soczewicą, swoją ulubioną potrawę. Ma rozpalone czoło. Mierzę 

mu temperaturę i widzę, że podskoczyła do czterdziestu i pół stopnia.

- Jfb zezć pifbmwż, mwyp - mówi Shankar i zaczyna płakać. Staram się go pocieszyć, 

jak umiem, ale trudno jest kogoś wesprzeć, kiedy samemu jest się zupełnie bezsilnym.

Znów mam niespokojny sen, w którym dręczą mnie demony przeszłości. Późną nocą, 

tuż przed drugą, słyszę dobiegający z łóżka Shankara dźwięk - jak gdyby jęk. Wstaję powoli, 
jeszcze   zdezorientowany.   Patrzę   na   twarz   Shankara.   Ma   zamknięte   oczy,   ale   porusza 

ustami. Wytężam słuch i gdy udaje mi się usłyszeć jego mamrotanie, omal nie podskakuję 
jak oparzony. Przysięgam, że Shankar mówi:

- Proszę, nie bij mnie, mamusiu.
- Shankar! Shankar! - Przypadam do łóżka. - Powiedziałeś coś, prawda? Powiedziałeś?

Ale Shankar w ogóle na mnie nie zważa, zatracony w swoim własnym świecie. Wywraca 

oczy   do  góry  i  majaczy.  Jego  piersią  wstrząsają  konwulsje,  jakby  miał   spazmy,   a  z  ust 

cieknie flegma.

- Czemu mnie wyrzuciłaś, mamusiu? - mamrocze. - Przepraszam, powinienem zapukać. 

Skąd   mogłem   wiedzieć,   że   jest   z   tobą   wujek?   Kocham   cię,   mamusiu.   Rysuję   cię.   Mój 
niebieski notatnik jest pełen rysunków. Twoich. Kocham cię, mamusiu. Bardzo cię kocham. 

Nie bij mnie, mamusiu. Obiecuję, że nikomu nie powiem, mamusiu, mamusiu, mamusiu...

Shankar  mówi głosem sześciolatka.  Cofnął  się do dawno zapomnianych  czasów.  Do 

czasów, gdy miał matkę. Do czasów, kiedy jego życie i słowa miały jeszcze sens. Nie wiem, 
jakim cudem zaczął tak wyraźnie i przytomnie mówić, skoro lekarz twierdził, że w ogóle 

przestanie mówić. Nie chcę jednak szukać przyczyny. W obliczu cudu nie zadaje się pytań.

Tej nocy Shankar nie mówi już nic więcej, a kiedy budzi się rano, znów staje się tym 

samym   szesnastolatkiem,   który   potrafi   wymawiać   tylko   bezsensowne   sylaby.   Pamiętam 
jednak to, co mówił o niebieskim notatniku. Przetrząsam jego pokój i znajduję notatnik 

ukryty pod łóżkiem.

background image

Są w nim luźne kartki papieru rysunkowego, na których są piękne ołówkowe portrety 

jednej   kobiety.   Rysunki   są   bardzo   precyzyjne.   Stoję   jak   skamieniały   nie   z   powodu 
doskonałości rysunków, ale z powodu ich tematu. Bo kobietą na wszystkich rysunkach jest 

Swapna Devi.

- Wiem już, co cały czas przede mną ukrywałeś, Shankar. Wiem, że twoją matką jest 

Swapna Devi - mówię, pokazując mu niebieski notatnik.

Jego oczy rozszerzają się ze strachu. Próbuje wyrwać mi notatnik z rąk.
- Kaawy jkowojfg! - krzyczy.

- Wiem, że to prawda, Shankar. Chyba poznałeś jej paskudny sekret i dlatego wyrzuciła 

cię z domu. I wtedy przestałeś mówić jak normalny chłopiec. Twoja matka chyba przez całe 

życie miała wyrzuty sumienia. Może dlatego płaci za twój pokój i daje ci pieniądze. Ale teraz 
pójdę do twojej mamusi i poproszę, żeby zapłaciła za lekarstwo.

- Jfb, jfb, jfb, Imkntć jfb fań ak ikyby iwipnf - woła. Ja jednak wychodzę do Pałacu 

Swapna na szczerą rozmowę z Sahibą Rani.

Sahiba Rani z początku nie chce mnie przyjąć, twierdząc, że każdy, kto chce się z nią 

spotkać,   musi   się   wcześniej   umówić.   Tkwię   na   progu   przez   dwie   godziny,   aż   w   końcu 

ustępuje.

- Słucham, dlaczego zawracasz mi głowę? - pyta bezczelnie.

- Znam pani sekret, Swapno Devi - mówię bez ogródek. - Dowiedziałem się, że Shankar 

jest pani synem.

W jednej chwili spada jej królewska maska i Swapna Devi blednie, ale równie szybko 

odzyskuje panowanie nad sobą i znów traktuje mnie z wyniosłą, lodowatą wzgardą.

- Podły chłopcze, jak śmiesz wygłaszać tak obelżywe zarzuty? Między mną a Shankarem 

nie ma żadnego pokrewieństwa. Uznałeś, że to mój syn, tylko dlatego, że okazałam mu 

odrobinę współczucia? Wynoś się stąd natychmiast albo każę cię wyrzucić.

- Dobrze,   pójdę   -   mówię.   -   Ale   najpierw   dostanę   od   pani   czterysta   tysięcy   rupii. 

Potrzebuję tych pieniędzy na leczenie Shankara. Zaraził się wścieklizną.

- Oszalałeś? Myślisz, że dam ci czterysta tysięcy? - mówi piskliwie.

- Jeżeli nie da mi pani pieniędzy, Shankar umrze na wodowstręt w ciągu dwudziestu 

czterech godzin.

- Nic   mnie   nie   obchodzi,   co   zrobisz,   ale   nie   zawracaj   mi   głowy.   -   A   potem   mówi 

najstraszniejszą rzecz, jaką kiedykolwiek słyszałem od matki. - Może lepiej dla biedaka, że 

umrze. Nareszcie skończą się jego cierpienia. I nie waż się powtarzać nikomu kłamstwa, że 

background image

jest moim synem. - Swapna Devi zamyka drzwi.

Stoję na progu ze łzami w oczach. Ja miałem przynajmniej tyle szczęścia, że matka 

porzuciła mnie zaraz po urodzeniu, ale biedny Shankar został wyrzucony w połowie życia, a 

matka nie zamierza nawet kiwnąć palcem, żeby ocalić go przed bliską śmiercią.

Wracam do Shankara z ciężkim sercem. W uszach jak huk młotów wciąż brzmią mi 

słowa   Swapny   Devi.   Chce,   żeby   Shankar   umarł   jak   wściekły   pies.   Nigdy   przedtem   tak 
bardzo nie dręczyła mnie moja nędza. Żałuję, że nie mogę wytłumaczyć psu, który ugryzł 

Shankara,   że   przed   ugryzieniem   powinien   był   sprawdzić,   czy   ofiarę   stać   na   kupno 
antidotum.

Następnego   dnia   robię   coś,   czego   nie   robiłem   od   dziesięciu   lat.   Modlę   się.   Idę   do 

świątyni   Durgi   i   składam   w   ofierze   kwiaty   w   intencji   wyzdrowienia   Shankara.   Idę   do 

kościoła św. Józefa i zapalam dla Shankara świeczkę. Idę do Kali Masjid i skłaniam głowę 
przed Allahem, błagając go o litość nad Shankarem. Ale nawet siła modlitwy okazuje się 

niewystarczająca. Cały dzień Shankar przeżywa męczarnie. Boli go prawie całe ciało. Jego 
oddech staje się nierówny.

Zapada noc. Jest bezksiężycowa, ale wcale tego nie widać, bo Pałac Swapna jarzy się 

tysiącem   światełek   jak   gigantyczna   świeca.   W   pałacu   odbywa   się   przyjęcie.   Przyszli 

komisarz policji i sędzia okręgowy, a także mnóstwo biznesmenów, osób z towarzystwa, 
dziennikarzy i pisarzy. Słychać dobiegające stamtąd ciche dźwięki muzyki i przytłumiony 

śmiech. Słyszymy brzęk kieliszków z winem, szmer rozmów, podzwanianie pieniędzy. W 
moim   pokoju   panuje   upiorna   cisza   przerywana   tylko   ciężkim   oddechem   Shankara.   Co 

mniej więcej pół godziny jego ciałem wstrząsają konwulsje. Najbardziej jednak przeszkadza 
mu duszący ucisk w gardle, gdzie utworzył się czop lepkiej śliny. Teraz Shankar dostaje 

spazmów nawet na widok szklanki wody. Najlżejszy powiew wiatru wywołuje ten sam efekt.

Z wielu chorób, na jakie człowiek może umrzeć, najokrutniejsza jest chyba wścieklizna, 

kiedy woda, która ma przecież dawać życie, staje się przyczyną śmierci. Nawet chory na 
raka potrafi zachować resztki nadziei, ale dla chorego na wodowstręt nie ma żadnej.

Obserwując powolną agonię Shankara, myślę o kamiennym sercu Swapny Devi, która 

pozwala,  by jej syn umierał  w tak  okropny sposób, podczas  gdy sama  wydaje  w domu 

przyjęcie. Ma szczęście, że wyrzuciłem do rzeki colta, bo inaczej na pewno popełniłbym 
dzisiaj kolejne morderstwo.

W miarę upływu nocy Shankar  ma coraz częstsze skurcze, krzyczy  z bólu i zaczyna 

toczyć pianę z ust. Wiem, że koniec jest już bliski.

Shankar umiera czterdzieści siedem minut po północy. Tuż przed śmiercią przychodzi 

background image

jeszcze jedna chwila przytomności. Shankar bierze mnie za rękę i wymawia jedno słowo: 

„Raju”.  Potem przyciska  do siebie niebieski notatnik,  woła: „Mamusiu,  mamusiu!” i na 
zawsze zamyka oczy.

Agra stała się miastem śmierci. Mam w swoim pokoju martwe ciało, w rękach trzymam 

niebieski   notatnik.   W   roztargnieniu   przerzucam   kartki,   wpatrując   się   w   szkice 
przedstawiające kobietę, która była matką bez serca. Nie, nie będę jej nazywał „matką”, bo 

obraziłbym wszystkie inne matki.

Nie wiem, jak zareagować na śmierć Shankara. Mógłbym krzyczeć jak Bihari. Mógłbym 

złorzeczyć wszystkim bogom w niebie i wszystkim siłom na ziemi. Mógłbym rozwalić drzwi, 
rzucać meblami, kopać w latarnię. A potem mógłbym się załamać i rozpłakać. Ale łzy nie 

chcą dziś płynąć. Wzbiera we mnie piekąca jak ogień wściekłość. Wydzieram z notatnika 
kilka stronic i drę na małe kawałeczki. Potem niespodziewanie porywam Shankara na ręce i 

ruszam w stronę rozświetlonego pałacu.

Zagradzają mi drogę umundurowani strażnicy, ale gdy widzą martwe ciało, pospiesznie 

otwierają   bramę.   Idę   krętym   podjazdem,   na   którym   jeden   za   drugim   stoją   kosztowne 
importowane samochody gości. Docieram do bogato zdobionych drzwi wejściowych, które 

są zapraszająco otwarte. Mijam wyłożony marmurami hol i wchodzę do jadalni, gdzie za 
chwilę mają podać deser. Na mój widok milkną wszystkie rozmowy.

Wchodzę   na   stół   i   delikatnie   kładę   ciało   Shankara   na   środku,   między   ciastem 

waniliowym z kremem a miseczką rasaguli. Kelnerzy stoją bez ruchu jak posągi. Elegancko 

odziani   biznesmeni   pokasłują   i   kręcą   się   niespokojnie   na   krzesłach.   Panie   łapią   się   za 
naszyjniki. Sędzia okręgowy i komisarz policji przyglądają mi się z niepokojem. Siedząca u 

szczytu stołu Swapna Devi, ubrana w grube jedwabne sari i obwieszona biżuterią, wygląda, 
jak gdyby za chwilę miała się zakrztusić. Próbuje otworzyć usta, lecz ma sparaliżowane 

struny głosowe. Patrzę prosto na nią z całą pogardą, jaką potrafię z siebie wykrzesać.

- Pani Swapno Devi - mówię. - Jeżeli to jest pani pałac, a pani jest jego królową, proszę 

wobec tego uznać księcia. Przyszedłem złożyć tu ciało pani syna, Kunwara Shankara Singha 
Gautama.   Zmarł   pół   godziny   temu   w   przybudówce,   gdzie   ukrywała   go   pani   przez   te 

wszystkie lata. Nie zapłaciła pani za leczenie. Nie wypełniła pani matczynego obowiązku. 
Proszę teraz wywiązać się ze swoich powinności właścicielki domu i zapłacić za pogrzeb 

biednego lokatora.

Wygłosiwszy   swoją   kwestię,   kłaniam   się   gościom,   którzy   wpatrują   się   we   mnie   w 

absolutnej ciszy, a potem wychodzę z dusznego pałacu w chłód nocy. Podobno później nikt 

background image

nie tknął deseru.

Śmierć   Shankara   porusza   mnie   do   głębi.   Śpię,   płaczę   i   znów   zasypiam.   Przestaję 

chodzić do Tadź Mahal. Przestaję się spotykać z Nitą. Przestaję oglądać filmy. Naciskam w 
swoim   życiu   przycisk   „PAUZA”.   Przez   mniej   więcej   dwa   tygodnie   po   śmierci   Shankara 

błąkam się po Agrze jak oszalałe zwierzę. Student Shakil znajduje mnie pewnego wieczoru 
przed pokojem Shankara, gdzie wpatruję  się w kłódkę na drzwiach jak pijak w butelkę 

whisky. Szewc Bihari zastaje mnie siedzącego przy miejskim kranie, ale woda zamiast z 
kranu, cieknie z moich oczu. Abdul, ogrodnik z Pałacu Swapna, widzi, jak chodzę wokół 

domu na palcach, tak samo jak robił to Shankar. W środku zimy miasto zmienia się dla 
mnie w gorącą i bezludną pustynię. Staram się rozpłynąć w tym anarchicznym bycie, stać 

się bezsensowną  sylabą  w nieustannym zgiełku  głosów.  I prawie udaje mi się wpaść w 
zupełne otępienie.

Kiedy   się   z   niego   otrząsam,   jest   już   za   późno.   Z   publicznej   centrali   telefonicznej 

przybiega Shakil.

- Raju,   Raju,   dzwoniła   do   ciebie   jakaś   Nita.   Chce,   żebyś   natychmiast   zgłosił   się   na 

oddział urazowy w szpitalu Singhania.

Serce   skacze   mi   do   gardła.   Biegiem   pokonuję   pięć   kilometrów   dzielących   mnie   od 

szpitala  Singhania.  W ostatniej  chwili  unikam zderzenia  z jakimś lekarzem,  o mało nie 

przewracam wózka i wpadam na oddział urazowy jak inspektor policji, który chce przyłapać 
złodziei na gorącym uczynku.

- Gdzie jest Nita? - wołam do oszołomionej pielęgniarki.
- Tu jestem, Raju - słyszę słaby głos Nity, która leży na wózku za parawanem. Wystarczy 

jeden rzut oka na nią i o mało nie mdleję z szoku. Nita ma całą twarz w ciemnych sińcach i 
podbite lewe oko, a jej usta są dziwnie skrzywione, jak gdyby miała zwichniętą szczękę. Na 

dwóch zębach widać krew.

- Kto...  kto ci to zrobił?  - pytam, ledwie poznając własny głos. Nita ma trudności z 

mówieniem.

- Jakiś mężczyzna z Mumbaju. Shyam wysłał mnie do jego pokoju w hotelu Palace, a on 

mnie związał i zrobił to wszystko, co widzisz. Moja twarz to jeszcze nic. Zobacz, co zrobił z 
resztą.

Nita odwraca się na bok i na jej szczupłych plecach widzę ciemno - czerwone pręgi, jak 

gdyby ktoś bił ją batem. Potem Nita podciąga bluzkę i omal nie padam trupem. Na gładkiej 

brązowej skórze jej piersi widać ślady oparzeń po papierosach jak brzydkie blizny po ospie. 

background image

Już takie kiedyś widziałem.

Krew zaczyna się we mnie burzyć.
- Wiem, kto to zrobił. Powiedział ci, jak się nazywa? Zabiję go.

- Nie wiem, jak się nazywa, ale był wysoki...
W tym momencie do sali wchodzi Shyam, niosąc torbę lekarstw. Na mój widok wpada 

we wściekłość.

- Gnojku! - wrzeszczy i łapie mnie za kołnierz. - Jak śmiesz tu przychodzić? To wszystko 

spotkało ją przez ciebie!

- Oszalałeś, Shyam? - wołam.

- Nie, to ty jesteś wariat. Wydaje ci się, że Nita jest twoją własnością, namawiałeś ją, 

żeby rzuciła zawód i przestała spełniać życzenia klientów. Wiesz, ile zapłacił za nią ten facet 

z Mumbaju? Pięć tysięcy rupii. Ale moja siostra ci uwierzyła. Pewnie zaczęła mu się opierać 
i zobacz, co się stało. Coś ci powiem. Jeżeli chcesz jeszcze zobaczyć Nitę, nie pokazuj mi się 

bez czterystu tysięcy. Nie uda ci się zebrać takiej forsy, to zapomnij o Nicie. Jeśli zobaczę, 
jak się kręcisz pod szpitalem, każę cię zabić, rozumiesz? A teraz się wynoś.

W   tym   momencie   mógłbym   zabić   Shyama,   złapać   go   za   gardło   i   udusić   albo 

paznokciami   wydłubać  mu oczy.   Przypomniałem  sobie jednak  złożoną  Nicie   obietnicę  i 

jakoś udało mi się powściągnąć gniew. Nie mógłbym znieść myśli, że nigdy już nie zobaczę 
twarzy   Nity,   dlatego   wyszedłem  z   oddziału   urazowego.   Wiedziałem   tylko   jedno:   jakimś 

sposobem muszę zdobyć czterysta tysięcy rupii. Ale skąd?

Opracowuję plan i czekam na okazję, gdy Swapny Devi nie będzie w domu. Po dwóch 

dniach widzę, jak wieczorem Sahiba Rani wyjeżdża swoją contessą na przyjęcie w mieście. 

Dostaję   się   na   teren   pałacu   przez   dziurę   w   granicznym   murze.   Lajwanti   dokładnie   mi 
wytłumaczyła   topografię   domu,   dlatego   bez   kłopotów   odnajduję   okno   sypialni   Swapny 

Devi. Łomem podważam okno i wchodzę do urządzonej z przepychem sypialni. Nie mam 
czasu podziwiać ogromnego rzeźbionego łóżka z drewna orzechowego ani tekowej toaletki. 

Szukam tylko dużego obrazu w ramach i znajduję - na ścianie po lewej. Jest w jaskrawych 
kolorach, przedstawia konie i jest podpisany przez jakiegoś Husaina. Pospiesznie zdejmuję 

obraz z haka i widzę kwadratowy otwór w ścianie, w który wbudowano sejf. Zaglądam pod 
materac,   ale   pod   lewym   rogiem   nie   ma   kluczyka.   Na   chwilę   tracę   głowę,   ale   z   ulgą 

odnajduję klucz w prawym rogu. Klucz doskonale pasuje do zamka i ciężkie drzwi wolno się 
uchylają.  Zaglądam do sejfu i doznaję kolejnego szoku. Prawie  nic tu nie ma. Żadnych 

szmaragdowych   naszyjników   i   złotych   bransolet.   Tylko   cztery   cienkie   pliki   banknotów, 

background image

jakieś dokumenty i czarnobiałe zdjęcie małego dziecka. Nie muszę go zbyt uważnie oglądać, 

żeby   wiedzieć,   że   to   Shankar.   Bez   cienia   skrupułów   kradnę   pieniądze,   upycham   je   w 
kieszeniach,  zamykam   sejf,  wieszam   obraz  na   miejsce   i  odkładam   klucz   tam,   gdzie  był 

schowany, a potem wychodzę z sypialni tą samą drogą, którą wszedłem.

Biegiem wracam do swojego pokoju, zamykam drzwi na klucz i siadam, żeby policzyć 

łup.  W  czterech  plikach  jest w sumie trzysta  dziewięćdziesiąt  dziewięć tysięcy  osiemset 
czterdzieści  cztery   rupie.   Przetrząsam   kieszenie  i  znajduję   jeszcze   sto  pięćdziesiąt   sześć 

rupii.   Razem   mam   dokładnie   czterysta   tysięcy.   Wygląda   na   to,   że   nawet   bogini   Durga 
udzieliła mi błogosławieństwa.

Wkładam wszystkie pieniądze do torby z brązowego papieru, którą mocno chwytam, i 

pędem   ruszam   do   szpitala.   Gdy   wchodzę   na   oddział   urazowy,   wpada   na   mnie   jakiś 

mężczyzna   w   średnim   wieku,   nieuczesany   i   w   okularach.   Przewracam   się   na   wyłożoną 
płytkami   podłogę,   wypuszczając   z   rąk   brązową   torbę.   Wysypują   się   z   niej   banknoty. 

Mężczyzna widzi je i w jego oczach pojawia się błysk szaleństwa. Z dziecięcym entuzjazmem 
zaczyna zbierać pieniądze. Zastygam na chwilę, myśląc, że oglądam powtórkę sceny napadu 

na pociąg. Mężczyzna jednak oddaje mi wszystkie banknoty, a potem błagalnym gestem 
składa ręce.

- To twoje pieniądze, ale proszę cię, bracie, pożycz mi je. Uratuj życie mojemu synowi. 

Ma dopiero szesnaście lat. Nie przeżyję jego śmierci - skamle jak żebrak.

Szybko wpycham banknoty do torby, próbując uwolnić się od natręta.
- Co się stało z pana synem?

- Pogryzł go wściekły pies. I teraz mój syn ma wściekliznę. Lekarz mówi, że jeszcze dziś 

umrze, jeżeli nie kupię szczepionki RabCure, którą można dostać tylko w Aptece Gupta. Ale 

lekarstwo kosztuje czterysta tysięcy rupii, a taki biedny nauczyciel jak ja nigdy nie zbierze 
tyle pieniędzy. Wiem, że masz pieniądze, bracie. Błagam cię, uratuj życie mojemu synowi, a 

zostanę twoim niewolnikiem do końca życia - mówi i zaczyna płakać jak dziecko.

- Te pieniądze są potrzebne na leczenie kogoś bardzo bliskiego. Przykro mi, ale nie 

mogę panu pomóc - oświadczam i przez szklane drzwi wchodzę na oddział.

Mężczyzna biegnie za mną i chwyta mnie za nogi.

- Zaczekaj chwilę, bracie, proszę. Popatrz na zdjęcie. To mój syn. Powiedz, jak mogę 

dalej żyć, jeśli on dzisiaj umrze? - Podsuwa mi kolorową fotografię młodego i przystojnego 

chłopaka, który ma wyraziste czarne oczy i serdecznie się uśmiecha. Chłopiec przypomina 
mi Shankara i szybko odwracam wzrok.

- Przykro mi. Proszę mnie zostawić w spokoju - mówię, uwalniając nogi z jego uścisku.

background image

Nie odwracam się, żeby sprawdzić, czy dalej za mną idzie, ale biegnę prosto do łóżka 

Nity.   Na   krzesłach   przy   niej   siedzą   jak   strażnicy   Shyam   i   jakiś   inny   mężczyzna.   Jedzą 
samosy,   które   trzymają   w   rozmokłej   gazecie.   Nita   chyba   śpi.   Prawie   całą   twarz   ma 

zabandażowaną.

- O, po coś tu przyszedł, gnojku? - pyta Shyam, żując samosę.

- Przyniosłem pieniądze, które chciałeś.  Dokładnie czterysta tysięcy rupii. Popatrz.  - 

Pokazuję mu pliki banknotów.

Shyam gwiżdże.
- Skąd ukradłeś tyle forsy?

- Nie twoja sprawa. Przyszedłem zabrać stąd Nitę.
- Nita nigdzie się nie ruszy. Lekarze mówią, że wyzdrowieje dopiero za cztery miesiące. 

Jesteś   odpowiedzialny   za   jej   obrażenia,   dlatego   powinieneś   zapłacić   też  za   jej   leczenie. 
Trzeba   będzie   zrobić   operację   plastyczną,   która   jest   cholernie   droga   i   będzie   mnie 

kosztować prawie dwieście tysięcy. Tak więc jeżeli naprawdę zależy ci na Nicie, przynieś 
sześćset tysięcy, bo inaczej zajmie się tobą mój przyjaciel.

Mężczyzna siedzący obok Shyama wyciąga z kieszeni nóż sprężynowy i od niechcenia 

obraca go w palcach jak fryzjer, który zabiera się do golenia brody klienta. Uśmiecha się 

złośliwie, ukazując zęby przebarwione od paan.

Wiem już, że nigdy nie zdobędę Nity. Że Shyam nigdy nie pozwoli jej odejść. Gdybym 

nawet  zdobył  sześćset tysięcy,   Shyam  zażądałby   miliona.   Czuję,  jak  umysł odmawia   mi 
posłuszeństwa   i   ogarnia   mnie   ciemność.   Atakuje   mnie   fala   mdłości.   Gdy   dochodzę   do 

siebie,   widzę   leżącą   na   podłodze   mokrą   gazetę.   Jest   w   niej   reklama   z   uśmiechniętym 
mężczyzną, który trzyma w ręku kilka tysiącrupiowych banknotów. Napis pod fotografią 

głosi:   „Zapraszamy   do   udziału   w   największym   teleturnieju.   Zapraszamy   do   KWM:   Kto 
wygra   miliard?   Uruchomiliśmy   już   telefony.   Zadzwoń   lub   napisz,   przekonaj   się,   czy 

zostaniesz szczęśliwym zdobywcą najwyższej na świecie nagrody!”. Patrzę na adres podany 
w   ogłoszeniu.   „Studio   Prem,   Khar,   Mumbaj”.   W   tym   momencie   już   wiem,   że   jadę   do 

Mumbaju.

Jak w transie wychodzę z oddziału urazowego. Antyseptyczne szpitalne zapachy już 

mnie nie drażnią. Mężczyzna w okularach wciąż siedzi w korytarzu. Spogląda na mnie z 
nadzieją, ale tym razem mnie nie zaczepia. Być może już się pogodził ze śmiercią syna. 

Nadal mam w rękach brązową torbę. Przywołuję go gestem. Zbliża się, powłócząc nogami, i 
patrzy na mnie jak pies czekający na kość.

- Proszę, niech pan to weźmie. - Wręczam mu torbę. - W środku jest czterysta tysięcy 

background image

rupii. Niech pan ratuje życie synowi.

Mężczyzna bierze paczkę, pada u moich stóp i zaczyna płakać.
- Nie jesteś człowiekiem, jesteś bogiem - szlocha. Śmieję się.

- Gdybym   był   bogiem,   nie   potrzebowalibyśmy   szpitali.   Nie,   byłem   tylko   zwykłym 

przewodnikiem, który miał zbyt śmiałe marzenia - mówię i próbuję ruszyć naprzód, ale 

mężczyzna znów zagradza mi drogę. Wydobywa podniszczony skórzany portfel, z którego 
wyciąga wizytówkę.

- Traktuję te pieniądze jako pożyczkę. Oto moja wizytówka. Spłacę dług, gdy tylko będę 

mógł, ale od tej chwili jestem do twoich usług.

- Nie sądzę, żebym ich potrzebował. Właściwie nikt w Agrze nie jest mi już potrzebny. 

Wyjeżdżam do Mumbaju - mówię mu i w roztargnieniu wsuwam wizytówkę do kieszeni 

koszuli.  Mężczyzna  patrzy   na  mnie  przez  łzy,  a  potem  wypada   ze  szpitala  i  biegnie   do 
całodobowej Apteki Gupta w Rakab Ganj.

W   chwili   gdy  wychodzę   ze   szpitala,   przed   wejściem   hamuje  z   piskiem   opon  dżip   z 

migającym czerwonym kogutem. Wyskakują z niego inspektor i dwaj policjanci. Z tylnego 

siedzenia podnoszą się jeszcze dwaj ludzie, których znam. Jeden jest strażnikiem w Pałacu 
Swapna, a drugim jest Abdul, ogrodnik. Strażnik pokazuje na mnie.

- Sahib, to właśnie ten chłopak, Raju. To on ukradł pieniądze Sahibie Rani.
Inspektor zwraca się do policjantów:

- Nie znaleźliśmy nic w jego pokoju, więc musi mieć gotówkę przy sobie. Sprawdzić 

gnojkowi kieszenie.

Konstable obszukują moją koszulę i spodnie. Znajdują małą paczkę gumy balonowej, 

parę ziaren kukurydzy i jednorupiową monetę, która przestała mi już przynosić szczęście.

- Jest czysty, sahib. Nie ma żadnych pieniędzy - melduje jeden z policjantów.
- Naprawdę?  Mimo to pojedziemy na przesłuchanie.  Dowiemy się, gdzie spędził ten 

wieczór - mówi szorstko inspektor.

- Nępzei? - pytam, wykrzywiając wargi.

- Co powiedziałeś? Nie rozumiem - mówi odrobinę zaskoczony inspektor.
- Lkrfbatfwębi, ób ybnobł fafkoź.

- Co   to   za   brednie?   -   pyta   ze   złością   inspektor.   -   Próbujesz   ze   mnie   kpić?   Dam   ci 

nauczkę. - Unosi pałkę, żeby mnie uderzyć, ale w tym momencie interweniuje Abdul.

- Proszę   go   nie   bić,   sahib.   Raju   jest   niezrównoważony,   odkąd   umarł   Shankar,   jego 

przyjaciel. Shankar mówił tak samo.

- Och, doprawdy? Dlaczego więc wskazaliście go jako podejrzanego? Od wariata niczego 

background image

się nie dowiemy. Chodźmy - daje znak policjantom. Potem patrzy na mnie. - Przepraszam, 

że zawracaliśmy ci głowę. Możesz wracać do domu.

- Atfćgpyć - mówię. - Atfćgpyć uwmatk!

Siedzę na łóżku Smity i z oczu płyną mi łzy. Smita bierze mnie za rękę i delikatnie ją 

ściska. Zauważam, że jej oczy też są pełne łez.

- Biedny Shankar - mówi. - Z tego, co mówiłeś, wynika, że był dzieckiem autystycznym. 

I jaką okropną miał śmierć. Naprawdę przeszedłeś piekło, Thomas. Nie zasłużyłeś sobie na 
tyle cierpień.

- Ale wolę swoje piekło niż piekło Nity. Proszę sobie wyobrazić, ile musiała przejść, 

odkąd skończyła dwanaście lat.

Smita kiwa głową.
- Tak, wyobrażam sobie. Ciągle jest w Agrze?

- Powinna być, ale nie wiem na pewno. Od czterech miesięcy nie miałem o niej żadnych 

wiadomości. Nie wiem, czy jeszcze kiedykolwiek ją zobaczę.

- Na pewno. Obejrzyjmy przedostatnie pytanie.

W studiu zapala się napis „CISZA”, ale widzowie w ogóle na to nie zważają. Pokazują na 

mnie   i   w   podnieceniu   rozmawiają   między   sobą.   Jestem   teraz   głupim   kelnerem,   który 

postawił sto milionów rupii na jedno pytanie.

Prem Kumar zwraca się do kamery.

- Przechodzimy do pytania numer jedenaście za sto milionów rupii. Proszę mi wierzyć, 

że na samą myśl o tym dostaję gęsiej skórki. Panie Thomas, denerwuje się pan?

- Nie.
- Zdumiewające. Ryzykuje pan dziesięć milionów, które wygrał pan dotychczas, i nie 

odczuwa pan ani odrobiny niepokoju. Proszę pamiętać, że jeśli udzieli pan niewłaściwej 
odpowiedzi, przegra pan wszystko. Gdyby jednak odpowiedział pan poprawnie, na pańskim 

koncie znajdzie się sto milionów rupii. Jeszcze nikomu nie udało się wygrać takiej kwoty, 
nawet   na   loterii.   Sprawdźmy   więc,   czy   na   naszych   oczach   rozegra   się   historyczne 

wydarzenie, tu i teraz. Oto pytanie numer jedenaście ze świata... - Prem Kumar urywa dla 
wzmocnienia efektu napięcia, po czym kończy zdanie - ...literatury angielskiej!

Napis w studiu zmienia się na „BRAWA”.
- Proszę   mi   powiedzieć,   panie   Thomas,   czy   ma   pan   jakieś   wiadomości   na   temat 

literatury angielskiej? Czytał pan angielskie książki, sztuki, może poezję?

background image

- Potrafię  wyrecytować „Baa  Baa  Black  Sheep”, jeśli to ma pan na myśli,  mówiąc o 

poezji.

Publiczność wybucha gromkim śmiechem.

- Muszę przyznać, że miałem na myśli coś nieco bardziej złożonego, ale dajmy temu 

spokój. Na pewno słyszał pan nazwisko: Szekspir.

- Jaki szejk?
- Bard   ze   Stratfordu,   największy   dramaturg   tworzący   po   angielsku.   Och,   jakżebym 

pragnął wrócić do studenckich czasów, kiedy bez przerwy grałem w sztukach Szekspira. Czy 
ktoś z państwa pamięta Hamleta? „Być albo nie być, to wielkie pytanie. Jestli w istocie 

szlachetniejszą rzeczą znosić pociski zawistnego losu, czy też, stawiwszy czoło morzu nędzy, 
przez opór wybrnąć z niego?* [*Przekład Józefa Paszkowskiego.]”. Ale dosyć wspomnień. 

Naszym  bohaterem  jest  pan Thomas,   który  ma odpowiedzieć  na  następne pytanie  -  za 
astronomiczną   sumę   stu   milionów   rupii.   Oto   pytanie.   W   której   sztuce   Szekspira 

odnajdziemy   postać   o   imieniu   Łepak?   Czy   jej   tytuł   brzmi:   a)   „Król   Lear”,   b)   „Kupiec 
wenecki”, c) „Stracone zachody miłości” czy d) „Otello”?

Rozlega się muzyka. Patrzę tępo na Prema Kumara.
- Proszę mi powiedzieć, panie Thomas, czy w ogóle wie pan, o czym mówimy?

- Nie.
- Nie? Co w takim razie pan proponuje? Musi pan wybrać jedną odpowiedź, nawet 

gdyby miał zdecydować rzut monetą. Kto wie, jeśli nadal będzie panu dopisywało szczęście, 
może pan trafić w dziesiątkę i wygrać sto milionów. Jak brzmi pańska decyzja?

Mam pustkę w głowie. Wiem, że w końcu zostałem przyparty do muru. Zastanawiam 

się przez pół minuty i wreszcie decyduję.

- Skorzystam z łodzi ratunkowej.
Prem Kumar patrzy na mnie pytająco. Wydaje się, jakby zapomniał, że w grze jest coś 

takiego jak łodzie ratunkowe. Wreszcie otrząsa się z zaskoczenia.

- Z łodzi ratunkowej? Oczywiście, ma pan do dyspozycji dwie łodzie ratunkowe. Z której 

chciałby pan skorzystać? Może pan poprosić, żebym usunął dwie błędne odpowiedzi, albo 
zwrócić się o pomoc do przyjaciela.

Znów się gubię. Kogo mógłbym poprosić o odpowiedź na to pytanie? Salim wie na ten 

temat tyle co ja. Właściciel baru „U Jimmy’ego” ma takie pojęcie o Szekspirze jak pijany o 

chodzeniu   po   linii   prostej.   A   mieszkańcy   Dharavi   mają   tyle   wspólnego   z   literaturą,   co 
policja   z   uczciwością.   Pomóc   mógłby   mi   tylko   ojciec   Timothy,   ale   nie   żyje.   Może 

powinienem poprosić o „Pół na pół”? Wsuwam palce do kieszeni koszuli, aby wyciągnąć 

background image

moją zaufaną monetę, i zdziwiony natrafiam na jakiś kawałek kartonu. Wyciągam go. To 

wizytówka: „Utpal Chatterjee, nauczyciel angielskiego. Szkoła św. Jana, Agra”. Pod spodem 
jest wydrukowany numer telefonu. Z początku nie rozumiem, skąd to się wzięło w mojej 

kieszeni.   Nie   pamiętam   nikogo   o   tym   nazwisku.   I   nagle   przypominam   sobie   scenę   ze 
szpitala  i spotkanie z nieuczesanym mężczyzną  w okularach, którego szesnastoletni  syn 

umierał na wściekliznę. Z ust wyrywa mi się bezwiedny okrzyk.

Słysząc to, Prem Kumar spogląda na mnie zaskoczony.

- Przepraszam, co pan powiedział?
- Powiedziałem:   czy   można   zadzwonić   do   tego   pana?   -   Podaję   Premowi   Kumarowi 

wizytówkę. - Chcę skorzystać z łodzi ratunkowej „Rada od przyjaciela”.

Prem Kumar obraca wizytówkę w palcach.

- Rozumiem.   A   więc   zna   pan   kogoś,   kto   może   panu   pomóc   w   tym   pytaniu.   -   Ma 

zatroskany  wyraz  twarzy.  Spogląda  na  producenta,  ale  ten  bezradnie  rozkłada  ręce.  Na 

ekranie wyświetla się napis „Łódź ratunkowa”. Oglądamy animowaną scenkę, w której do 
krzyczącego na pomoc rozbitka podpływa łódź i rzuca mu czerwone koło ratunkowe.

Prem Kumar wyciąga spod stolika bezprzewodowy aparat telefoniczny i podaje mi.
- Proszę. Może pan prosić o pomoc kogokolwiek. Ale ma pan na to tylko dwie minuty, a 

czas zaczynamy odliczać... - patrzy na zegarek - ...teraz!

Biorę telefon i wybieram numer umieszczony na wizytówce. Po chwili słyszę sygnał 

świadczący o tym, że na drugim końcu linii, w Agrze właśnie zaczął dzwonić telefon. Tylko 
że   nikt   nie   odbiera   i   telefon   dzwoni   bez   końca.   Mija   pół   minuty.   Atmosfera   w   studiu 

gęstnieje, tak że można ją kroić nożem. Publiczność obserwuje mnie z zapartym tchem. 
Przypominam im cyrkowego akrobatę, który bez zabezpieczenia wykonuje numer na linie 

pod   kopułą.   Jeden   fałszywy   ruch   i   akrobata   spadnie   w   otchłań   śmierci.   Jeszcze 
dziewięćdziesiąt sekund i stracę sto milionów rupii.

W chwili  gdy chcę  już wyłączyć telefon, ktoś wreszcie  odbiera.  Została  mi zaledwie 

minuta.

- Halo?
- Halo, czy mogę rozmawiać z panem Utpalem Chatterjee? - pytam pospiesznie.

- Przy telefonie.
- Panie Chatterjee, nazywam się Ram Mohammad Thomas.

- Ram Mohammad... jak?
- Thomas.   Być  może  nie   zna   pan  mojego   nazwiska,   ale   pomogłem   panu  w  szpitalu 

Singhania, gdzie leżał pański syn. Pamięta pan?

background image

- Och, mój Boże. - Głos w słuchawce przybiera nagle zupełnie inny ton. - Szukam cię od 

czterech   miesięcy.   Uratowałeś   mojemu   synowi   życie,   nie   masz   pojęcia,   jak   bardzo 
pragnąłem...

Przerywam mu w pół słowa.
- Panie   Chatterjee,   mam   mało   czasu.   Biorę   udział   w   teleturnieju   i   chciałbym,   żeby 

szybko odpowiedział pan na jedno pytanie.

- Pytanie? Tak, oczywiście, jestem gotów zrobić wszystko, o co poprosisz.

Zostało   niecałe   trzydzieści   sekund.   Wszystkie   oczy   obserwują   ścienny   zegar,   który 

tykaniem odlicza cenne sekundy.

- Proszę mi szybko powiedzieć, w której sztuce Szekspira pojawia się postać o imieniu 

Łepak? Czy to jest a) „Król Lear”, b) „Kupiec wenecki”, c) „Stracone zachody miłości” czy d) 

„Otello”?

Sekundy mijają, a pan Chatterjee milczy.

- Panie Chatterjee, może pan mi podać odpowiedź? Pozostaje piętnaście sekund, gdy 

Chatterjee odpowiada:

- Nie wiem.
Ze zdumienia odbiera mi mowę.

- Co?
- Przykro mi, ale nie znam odpowiedzi. To znaczy, nie jestem pewien. Nie pamiętam, 

żeby była taka postać w „Kupcu weneckim” ani w „Otellu”. Czyli musiała się pojawić w 
„Królu Learze” albo „Straconych zachodach miłości”. Nie jestem pewien, w której z tych 

sztuk.

- Ale muszę podać tylko jedną odpowiedź.

- W takim razie wybierz „Stracone zachody miłości”. Ale jak mówię, nie jestem pewien. 

Przykro mi, nie potrafię więcej po...

Prem Kumar przerywa połączenie.
- Przepraszam, panie Thomas, dwie minuty minęły. Czekam na pańską odpowiedź.

Muzyka w tle nie wzmaga już napięcia, tylko dosłownie mrozi do szpiku kości. Głęboko 

się zamyślam.

- Panie Thomas, jak dobrze zna pan tego Chatterjee? - pyta mnie Prem Kumar.
- Spotkałem go raz w życiu.

- Czy jest dobrym nauczycielem angielskiego?
- Nie mam pojęcia.

- Czy wobec tego zaufa mu pan, czy raczej uwierzy własnemu instynktowi?

background image

Podejmuję decyzję.

- Uwierzę   instynktowi,   a   instynkt   mi   podpowiada,   żeby   zaufać   panu   Chatterjee. 

Wybieram odpowiedź C. „Stracone zachody miłości”.

- Proszę się dobrze zastanowić. Niewłaściwa odpowiedź oznacza, że nie tylko nie wygra 

pan stu milionów, ale jeszcze straci dziesięć milionów rupii, które wygrał pan dotychczas.

- C to moja ostateczna odpowiedź.
- Jest pan absolutnie, w stu procentach pewien? - Tak.

- Pytam ponownie. Czy jest pan absolutnie, absolutnie i w stu procentach pewien?
- Tak.

Rozlega się crescendo bębnów. Na ekranie rozbłyskuje właściwa odpowiedź.
- Mój Boże, rzeczywiście C. Absolutnie, w stu procentach poprawna odpowiedź! - Prem 

Kumar wstaje. - Panie Ramie Mohammadzie Thomasie, jest pan pierwszą osobą, która w 
tym programie wygrała sto milionów rupii. Panie i panowie, na naszych oczach rozgrywa 

się historyczne wydarzenie! Teraz po prostu musimy zrobić przerwę!

Publiczność szaleje. Wszyscy stoją i przez ponad minutę biją brawo. Prem Kumar ma 

zaróżowioną twarz. Obficie się poci.

- Jak się pan czuje? - pyta mnie.

- Ztpyć nfć łrfbojfb! - mówię. Prem Kumar robi zdumioną minę.
- Przepraszam, co pan powiedział?

- Powiedziałem, że czuję się świetnie - odpowiadam i unoszę wzrok. Widzę Shankara 

uśmiechającego się do mnie z góry. I wydaje mi się, że dziś naprawdę strzeże mnie bogini 

Durga.

background image

1 000 000 000

PYTANIE TRZYNASTE

Wciąż   trwa   przerwa   na   reklamy.   Prem   Kumar   stoi   w   kącie,   naradzając   się   z 

długowłosym   producentem.   Rozglądam   się   po   studiu,   patrząc   na   ładną   wykładzinę,   na 
reflektory punktowe, liczne kamery, nowoczesny sprzęt nagłośnieniowy. Przygląda mi się 

wielu widzów, zastanawiając się zapewne, o czym teraz myślę.

Prem Kumar kończy konsultacje i podchodzi do mnie. Na jego twarzy igra złowróżbny 

uśmieszek.

- Thomas, nie wiemy, jak ci się udało odpowiedzieć na jedenaście pytań, ale nie ma 

mowy, żebyś potrafił odpowiedzieć na dwunaste.

- Zobaczymy.

- Nie, to ja zobaczę. Przygotuj się na sromotną klęskę. Zaraz wszystko stracisz - mówi 

Prem Kumar, zajmując swoje krzesło.

W   studiu   wyświetla   się   napis   „BRAWA”   i   słychać   muzyczny   sygnał   programu. 

Publiczność głośno klaszcze. Prem Kumar patrzy w kamerę.

- Panie i panowie, oto historyczna chwila, ważna nie tylko dla naszego programu, ale i 

dla   potomności.   Ram   Mohammad   Thomas,   osiemnastoletni   kelner   z   Mumbaju,   dotarł 

najdalej ze wszystkich zawodników naszego teleturnieju. Przed nim szansa ustanowienia 
kolejnego kamienia milowego. Jeżeli odpowie poprawnie na ostatnie pytanie, zdobędzie 

najwyższą   wygraną   w   historii   -   miliard   rupii.   Jeśli   poda   błędną   odpowiedź,   straci 
największą sumę, jaką kiedykolwiek jeden człowiek utracił w ciągu sześćdziesięciu sekund - 

sto milionów rupii. Bez względu na to, co się stanie, będzie to moment historyczny. Dlatego 
proszę,   abyśmy   jeszcze   raz   gorąco   i   serdecznie   nagrodzili   wielkimi   brawami   naszego 

wspaniałego zawodnika, Rama Mohammada Thomasa!

W studiu wyświetla się napis „BRAWA”. Wszyscy, nawet Prem Kumar, wstają i słychać 

tylko długie i gromkie oklaski.

Taktyka   producentów   KWM   wzbudza   mój   podziw.   Teraz   wszyscy  mnie   fetują,   a   za 

chwilę bez grosza zakończę swój udział w programie. Jak owcę pasą mnie uwielbieniem, 
żeby zarżnąć następnym pytaniem. W końcu nadchodzi chwila, na którą czekałem i której 

bardzo się boję. Biorę głęboki oddech i przygotowuję się na spotkanie z przeznaczeniem.

- Panie i panowie, za chwilę odczytam pytanie numer dwanaście, ostatnie, za miliard 

rupii,   najwyższą   nagrodę,   jaką   kiedykolwiek   zaoferowano   w   historii   tej   planety.   Proszę 
pamiętać, że jesteśmy w fazie „graj lub płać”, co oznacza, że można wszystko wygrać albo 

background image

wszystko stracić. Tak więc, panie Thomas, bez dalszych wstępów przedstawiam ostatnie 

pytanie. Pytanie dotyczy... historii! Wszyscy wiemy, że Mumtaz Mahal była żoną cesarza 
Szahdżahana, który upamiętnił ją słynną budowlą Tadź Mahal, ale jak nazywał się ojciec 

Mumtaz Mahal? Czy był to a) Mirza Ali Kuli Beg, b) Siradżuddaulah, c) Asafchan czy d) 
Abdur Rahim Khan Khanan?

- Proszę uważnie zastanowić się nad odpowiedzią, panie Thomas. Przypominam, że jest 

pan   na   historycznym   rozdrożu.   Wiem,   że   potrzebuje   pan   czasu,   aby   pomyśleć   nad 

odpowiedzią, dlatego za chwilę wrócimy po jeszcze jednej krótkiej przerwie na reklamy. 
Panie i panowie, proszę nigdzie nie odchodzić.

Napis   w   studiu   zmienia   się   na   „BRAWA”   i   ponownie   rozlega   się   muzyczny   sygnał 

programu.

Prem Kumar szczerzy zęby w uśmiechu.
- Mamy cię, co? Nie odpowiesz na to pytanie, chyba że masz magisterium z historii 

średniowiecza. Tak więc pożegnaj się ze swoimi milionami, które wygrałeś, i przygotuj się 
na powrót do pracy kelnera. Kto wie, może wpadnę jutro do baru „U Jimmy’ego”. Co mi 

podasz? Kurczaka w sosie pomidorowośmietanowym? Vindaloo z jagnięciny? - Wybucha 
śmiechem.

Odpowiadam śmiechem.
- Ha, ha! Może i nie mam magisterium z historii, ale znam odpowiedź na to pytanie.

- Co?! Żartujesz sobie, prawda?
- Nie żartuję. Odpowiedź C, Asafchan. Prem Kumar wpatruje się we mnie osłupiały.

- Skąd... skąd to wiesz?
- Przez dwa lata pracowałem jako przewodnik w Tadź Mahal. Twarz Prema Kumara 

robi się śmiertelnie blada. Po raz pierwszy widzę w jego oczach lęk.

- Musisz... musisz rzucać jakieś czary. Na pewno - mówi i biegnie do producenta. O 

czymś szepczą. Prem Kumar gestykuluje, kilka razy pokazując w moim kierunku. Potem 
ktoś przynosi grubą księgę, którą zaczynają  wertować. Mija dziesięć minut. Publiczność 

zaczyna   się   niecierpliwić.   Wreszcie   Prem   Kumar   wraca   na   swoje   miejsce.   Minę   ma 
obojętną, ale jestem pewien, że w środku aż go skręca.

W studiu zapala się napis „BRAWA” i rozlega się sygnał programu.
- Panie i panowie, tuż przed przerwą zadałem ostatnie pytanie o imię ojca Mumtaz 

Mahal.   Na   pewno   pomyśleli   państwo,   że   było   to   ostatnie   pytanie   teleturnieju,   ale   są 
państwo w błędzie.

Widzowie są zdumieni. Patrzę na niego oniemiały. Chcą zadać jeszcze jedno pytanie? 

background image

Atmosfera gęstnieje od napięcia. Prem Kumar ciągnie:

- Nie tylko nie było to ostatnie pytanie, ale w ogóle nie było to pytanie teleturniej owe. 

Nagrywaliśmy   po   prostu   reklamę   herbaty   Mumtaz,   która   jest   jednym   ze   sponsorów 

programu. Dlatego musieliśmy postawić fikcyjne pytanie.

Widzowie zaczynają szeptać między sobą. Słychać stłumiony śmiech. Ktoś krzyczy:

- Aleś nas nabrał, panie Kumar!
Napięcie powoli opada. W studiu ponownie zapala się napis „BRAWA”.

Tylko ja się nie uśmiecham. Wiem już, że programem rządzą oszuści.
Napis   zmienia   się   na   „CISZA”   i   słychać   sygnał   programu.   Prem   Kumar   mówi   do 

kamery:

- Panie i panowie, za chwilę odczytam pytanie numer dwanaście, ostatnie pytanie za 

miliard  rupii, najwyższą  nagrodę, jaką kiedykolwiek  zaoferowano  w historii tej planety. 
Proszę pamiętać, że jesteśmy w fazie „graj lub płać”, co oznacza, że można wszystko wygrać 

albo   wszystko   stracić.   Tak   więc,   panie   Thomas,   bez   dalszych   wstępów   przedstawiam 
ostatnie   pytanie.   Pytanie   dotyczy...   zachodniej   muzyki   klasycznej!   W   jakiej   tonacji   jest 

sonata   fortepianowa   Beethovena   nr   29   opus   106   znana   także   jako   „sonata 
Hammerklavier”? Czy chodzi o a) B - dur, b) g - moll, c) Es - dur czy d) c - moll?

- Proszę uważnie zastanowić się nad odpowiedzią, panie Thomas. Przypominam, że jest 

pan   na   historycznym   rozdrożu.   Wiem,   że   potrzebuje   pan   czasu,   aby   pomyśleć   nad 

odpowiedzią, dlatego za chwilę wrócimy po jeszcze jednej krótkiej przerwie na reklamy. 
Panie i panowie, proszę nigdzie nie odchodzić.

W   studiu   zapala   się   napis   „BRAWA”.   Prem   Kumar   spogląda   na   mnie   z   chytrym 

uśmieszkiem. Widzowie zaczynają głośno rozmawiać.

Prem Kumar wstaje.
- Wychodzę na chwilę. Zaraz wracam. Ja też wstaję z krzesła.

- Muszę iść do toalety.
- W takim razie musisz iść ze mną - mówi. - Według przepisów zawodnikowi wszędzie 

ktoś musi towarzyszyć.

Jestem   w   oświetlonej   jarzeniówkami   łazience   w   studiu.   Jest   tu   wyjątkowo   czysto. 

Kafelki błyszczą nieskazitelną bielą. Nad kranami są wielkie lustra. I nie widać ani śladu 

graffiti.

W   toalecie   nie   ma   nikogo   poza   mną   i   Premem   Kumarem,   który   oddaje   mocz, 

pogwizdując. Po chwili zauważa, że na niego patrzę.

background image

- Co tak stoisz? Chyba mi nie chcesz powiedzieć, że ostatnie pytanie jest tak trudne, że 

zapomniałeś,   jak   się   opróżnia   pęcherz?   -   Odrzuca   do   tyłu   głowę   i   głośno   się   śmieje.   - 
Szkoda, że tak się to musi skończyć. Ale bez mojej pomocy odpadłbyś z gry już dawno, przy 

drugim pytaniu. Czyli wróciłbyś do domu z tysiącem rupii. Może zawrzemy umowę, co? 
Jutro, kiedy przyjdę do twojej restauracji, obiecuję dać ci tysiąc rupii napiwku. Uwierz mi, 

tej obietnicy na pewno dotrzymam. - Uśmiecha się protekcjonalnie.

- Wcale mi pan nie pomógł, ujawniając odpowiedź na drugie pytanie. Raczej zrobił to 

pan dla siebie.

Prem Kumar patrzy na mnie zaskoczony.

- Co masz na myśli?
- To, że wcale nie przyszedłem tu grać dla pieniędzy, panie Kumar. - Teatralnie kręcę 

głową. - Wziąłem udział w teleturnieju, żeby się zemścić.

Prem Kumar nagle przestaje sikać. Dopina spodnie i patrzy na mnie z ukosa.

- Zemścić? Co masz na myśli? Na kim?
- Na tobie - oświadczam wyzywającym tonem. Cofam się o krok i zza paska spodni 

wyciągam broń. Mały rewolwer z krótką lufą, bardzo poręczny, nie większy niż moja pięść. 
Chwytam go mocno i celuję w Prema Kumara.

Z jego twarzy odpływa cała krew.
- Pomyliłeś...  pomylił  się pan, panie Thomas. Nigdy wcześniej się nie spotkaliśmy  - 

mówi prawie szeptem.

- Nie,   to   ty   się   mylisz.   Spotkaliśmy   się   przed   domem   Neelimy   Kumari.   Wczesnym 

rankiem. Paradowałeś w niebieskich dżinsach i białej koszuli, miałeś przekrwione oczy i 
brudne   włosy.   Trzymałeś   plik   banknotów,   które   wymusiłeś   od   Neelimy,   i   podrzucałeś 

kluczyki do samochodu. Zrujnowałeś jej życie. Ale było ci mało. I to samo zrobiłeś mojej 
ukochanej Nicie.

- Nicie? - Prem Kumar unosi brwi. - To imię nic mi nie mówi.
- To   dziewczyna   z   Agry,   która   przez  ciebie   o  mało   nie  umarła.   A  teraz...   -  mocniej 

zaciskam palce na rękojeści rewolweru - ...twoja kolej.

Prem Kumar patrzy z niepokojem na moją dłoń. Próbuje grać na zwłokę.

- Powiedziałeś - z Agry? Od wielu miesięcy nie byłem w Agrze.
- Wobec   tego   odświeżę   ci   pamięć.   Cztery   miesiące   temu   wynająłeś   pokój   w   hotelu 

Palace. Zamówiłeś sobie dziewczynę. Związałeś ją. A potem brutalnie pobiłeś i poparzyłeś 
papierosem, tak samo jak Neelimę.

Widzę, jak zaczyna mu drżeć warga. Po chwili wygina się w podkówkę.

background image

- Na litość boską, to była prostytutka. Zapłaciłem jej alfonsowi pięć tysięcy rupii. Nawet 

nie wiedziałem, jak ma na imię.

- Ma na imię Nita. - Unoszę broń. Prem wyciąga do mnie ręce.

- Nie... nie... - krzyczy i cofa się o krok. Prawa stopa wpada mu do odpływu ściekowego. 

- Nie strzelaj. Błagam, rzuć to. - Zatrzymuje się, żeby wyswobodzić stopę.

Mierzę z rewolweru prosto w jego serce. Widzę, jak dygocze.
- Przysiągłem, że zemszczę się na tym, kto skrzywdził Nitę. Ale nie wiedziałem, jak cię 

znaleźć. I nagle zobaczyłem reklamę w gazecie w Agrze. Uśmiechałeś się na zdjęciu jak 
małpa i zapraszałeś  ludzi do udziału w teleturnieju w Mumbaju. Dlatego przyjechałem. 

Zastrzeliłbym cię przy pierwszym pytaniu, na jakie nie znałbym odpowiedzi. Ale jakimś 
cudem odpowiedziałem na wszystkie. Kiedy mi więc pomogłeś przy pytaniu numer dwa, nie 

zrobiłeś tego dla mnie, ale po prostu przedłużyłeś sobie trochę życie. Teraz jednak nie masz 
dokąd uciec.

- Posłuchaj   mnie   -   błaga   Prem   Kumar.   Zaczyna   się   łamać.   -   To   prawda,   że   źle 

potraktowałem Neelimę i brutalnie obszedłem się z tą prostytutką w Agrze. Ale co zyskasz, 

zabijając   mnie?   Nie   dostaniesz   swoich   pieniędzy.   Jeżeli   rzucisz   broń,   obiecuję   ci,   że 
pozwolę ci zgarnąć najwyższą nagrodę. Pomyśl tylko, żaden kelner na świecie nie może 

nawet marzyć o takim bogactwie.

Śmieję się z goryczą.

- I co bym zrobił z tym bogactwem? Człowiek i tak na koniec potrzebuje tylko sześciu 

stóp materiału na całun.

Prem Kumar coraz bardziej blednie. Wyciąga przed siebie rękę w obronnym geście.
- Proszę,   nie   naciskaj   spustu.   Kiedy   mnie   zabijesz,   zaraz   cię   aresztują.   A   potem 

powieszą. Też umrzesz.

- Co z tego? Żyję tylko po to, żeby się zemścić.

- Proszę   cię,   pomyśl   jeszcze   raz,   Thomas.   Przysięgam   ci,   że   jeśli   darujesz   mi   życie, 

zdradzę ci odpowiedź na ostatnie pytanie. Zostaniesz naszym największym zwycięzcą.

- Nie wracam już na ten teleturniej, ty zresztą też nie - mówię i odbezpieczam broń.
Brawura Prema Kumara znika bez śladu. Stoi przede mną tchórz. Chwyta się ściany za 

sobą i zaciska oczy. Nareszcie nadeszła chwila, na którą czekałem od czterech miesięcy. 
Mam  przed  sobą  Prema Kumara,  a  w ręku  naładowaną  broń. Rewolwer  jest naprawdę 

dobry. Wypróbowałem go wcześniej i przekonałem się, że ma minimalny odrzut. W każdym 
razie z tak bliskiej odległości nie mogę spudłować.

Zwiększam siłę nacisku na spust, ale im bardziej próbuję strzelić, tym większy opór 

background image

napotykam. Jak gdyby mój palec zmieniał się w kamień.

W filmach pokazują, że zabicie człowieka jest równie łatwe jak przekłucie balonika. 

Bach, bach, bach... ludzie w filmach strzelają, jak gdyby kule były za darmo. Zabijają ludzi, 

jakby  rozgniatali  mrówki.  Nawet początkujący  bohater,  który nigdy w życiu  nie  widział 
broni, potrafi strzelić z odległości stu pięćdziesięciu metrów i zabić dziesięciu ukrywających 

się przed nim złoczyńców. Ale w prawdziwym życiu wszystko wygląda inaczej. Łatwo jest 
wziąć naładowaną broń i wycelować w czyjąś twarz. Ale kiedy wiesz, że to prawdziwy pocisk 

przebije czyjeś serce, a ten szkarłatny płyn nie będzie keczupem, tylko krwią, lepiej dobrze 
się zastanowić,  zanim naciśniesz spust.  Nie jest łatwo  zabić człowieka.  Najpierw trzeba 

wyłączyć mózg. Może tego dokonać alkohol. Albo gniew.

Staram się więc wykrzesać z siebie jak najwięcej gniewu. Przywołuję zdarzenia, przez 

które znalazłem się w tej sytuacji. Przypominam sobie Neelimę Kumari i Nitę. Widzę czarne 
ślady po papierosach na ciele Neelimy, czerwone pręgi na plecach Nity, sińce na jej twarzy, 

jej podbite oko i zwichniętą szczękę. Ale zamiast gniewu, wzbiera we mnie smutek i zamiast 
wystrzelić z rewolweru, zaczynam ronić łzy.

Szukam   więc   wsparcia   gdzie   indziej.   Myślę   o   wszystkich   upokorzeniach,   jakich 

zaznałem w życiu, o wszystkich cierpieniach, jakie musiałem znosić. Widzę zakrwawione 

zwłoki   ojca   Timothy’ego,   najżyczliwszego   człowieka,   jakiego   znałem,   i   bezwładne   ciało 
Shankara,   najłagodniejszego   chłopca,  jakiego   poznałem.   Przypominam   sobie   wszystkich 

sprawców bólu, jacy przewinęli się przez moje życie. Oczyma duszy widzę twarze Swapny 
Devi, Shantarama i Mamana i staram się skondensować te uczucia  w ułamek sekundy, 

który   pozwoliłby   mi   strzelić.   Mimo   wysiłków   nie   potrafię   obarczyć   winą   za   swoje 
nieszczęścia   człowieka,   który   przede   mną   stoi.   Nie   mam   w   sobie   tyle   gniewu,   żeby 

usprawiedliwić jego śmierć.

Uświadamiam   sobie   też,   że   mimo   usilnych   starań   nie   umiem   z   zimną   krwią   zabić 

człowieka, nawet takiego śmiecia jak Prem Kumar.

Opuszczam broń.

Wszystko   to   dzieje   się   w   ciągu   zaledwie   pół   minuty.   Prem   Kumar   cały   czas   ma 

zamknięte oczy. Gdy nie słyszy huku wystrzału, otwiera jedno oko. Poci się jak mysz. Patrzy 

na mnie tępym wzrokiem i po mojej minie widzi, że się waham.

W końcu otwiera drugie oko.

- Dziękuję, że mi darowałeś życie, Thomas - mówi, oddychając ciężko. - W zamian za 

litość zdradzę ci odpowiedź na ostatnie pytanie. Zresztą i tak uczciwie już wygrałeś. Pytanie 

o Mumtaz Mahal naprawdę było ostatnie, a ty znałeś odpowiedź. Dlatego powiem ci, jak 

background image

brzmi odpowiedź na nowe pytanie.

- Skąd mogę wiedzieć, że w ostatniej chwili go nie zmienicie?
- Masz broń. Ale uwierz mi, nie będziesz jej musiał używać, bo teraz naprawdę chcę ci 

pomóc zdobyć najwyższą nagrodę. Miliard rupii to jednak miliard rupii. I dostaniesz całą tę 
sumę, gotówką.

Pierwszy raz perspektywa wygrania tylu pieniędzy wydaje mi się kusząca. Z miliardem 

w kieszeni można osiągnąć wiele rzeczy. Będę mógł kupić Nicie wolność. Będę mógł spełnić 

marzenie Salima o karierze filmowej. Będę mógł rozjaśnić życie tysięcy sierot i dzieci z ulicy 
takich jak ja. Będę mógł mieć piękne czerwone ferrari. Podejmuję decyzję. Odpowiedź na 

miliard brzmi „tak”, na morderstwo - „nie”.

- Dobrze, jak brzmi odpowiedź? - pytam.

- Zaraz ci powiem - mówi Prem Kumar. Nagle wbija wzrok w podłogę i milknie.
- O co chodzi? - pytam.

- Zdałem   sobie   sprawę,   że   jeśli   zdradzę   ci   odpowiedź,   złamię   warunki   swojego 

kontraktu i zasady programu. Będą mieli podstawy do unieważnienia wygranej. - Wolno 

kręci głową. - Nie, nie mogę ci zdradzić odpowiedzi.

Mam mętlik w głowie.

Przez twarz Prema Kumara przebiega cień uśmiechu.
- Powiedziałem,   że   nie   mogę   ci   zdradzić   odpowiedzi,   ale   kontrakt   nie   zabrania   mi 

udzielenia wskazówki. Posłuchaj uważnie. Zaraz po programie jadę na dworzec i wsiadam 
do pociągu. Zaprosiło mnie do siebie czterech przyjaciół z Allahabadu, Barody, Cochin i 

Delhi,   ale   mogę   odwiedzić   tylko   jednego   z   nich.   Postanowiłem   więc   pojechać   do 
Allahabadu, gdzie chcę się zanurzyć w Sangam i zmyć z siebie grzechy. Zrozumiałeś?

- Zrozumiałem - potakuję.
Wychodzimy z toalety i wracamy na miejsca. Prem Kumar posyła mi zaniepokojone 

spojrzenie.   Zastanawiam   się,   czy   dotrzyma   słowa.   Kiedy   siadam,   wszyscy   klaszczą. 
Schowana w bocznej kieszeni broń trochę mnie uwiera. Kładę na niej dłoń.

W studiu zapala się napis „CISZA”.
Prem Kumar zwraca się do mnie.

- Panie Ramie Mohammadzie Thomasie, przed przerwą zadałem panu ostatnie pytanie, 

pytanie numer dwanaście za miliard rupii. Powtórzę je teraz. W jakiej tonacji jest sonata 

fortepianowa Beethovena nr 29 opus 106 znana także jako „sonata Hammerklavier”? Czy 
chodzi o a) Bdur, b) gmoll, c) Esdur czy d) c - moll? Czy może pan odpowiedzieć?

- Nie. - Nie?

background image

- To znaczy, nie znam odpowiedzi na to pytanie.

Kamera   pokazuje   zbliżenie   mojej   twarzy.   Publiczność   wydaje   stłumione   okrzyki 

zdumienia.

- Panie Thomas, jak już mówiłem, stoi pan na historycznym rozdrożu. Jedna droga 

wiedzie do niewyobrażalnego bogactwa i fortuny, ale pozostałe trzy zaprowadzą pana do 

punktu wyjścia. Dlatego nawet jeśli będzie pan zgadywał na chybił trafił, proszę to robić 
ostrożnie. Może pan wszystko wygrać albo wszystko stracić. To najważniejsza decyzja pana 

życia.

- Chciałbym skorzystać z łodzi ratunkowej.

- Zgoda,   została   panu   jeszcze   jedna   łódź   ratunkowa,   „Pół   na   pół”.   Usuniemy   dwie 

błędne   odpowiedzi,   pozostawiając   właściwą   i   jedną   niewłaściwą.   Będzie   pan   miał 

pięćdziesiąt procent szansy trafienia właściwej.

Na ekranie wyświetla się napis „Łódź ratunkowa”.  Oglądamy  animowaną scenkę, w 

której   do   krzyczącego   na   pomoc   rozbitka   podpływa   łódź   i   ciska   mu   czerwone   koło 
ratunkowe. Później na ekranie ponownie pojawia się pytanie. Dwie odpowiedzi znikają, a 

pozostają tylko A i C.

- Proszę   bardzo   -   mówi   Prem   Kumar.   -   A   albo   C.   Jeśli   poda   mi   pan   właściwą 

odpowiedź,   zostanie   pan   pierwszym   człowiekiem   w   historii,   który   wygra   miliard   rupii. 
Jeżeli poda pan błędną odpowiedź, zostanie pan pierwszym człowiekiem w historii, który 

straci sto milionów rupii w niecałą minutę. Jaka jest pańska decyzja?

Wyciągam swoją szczęśliwą monetę.

- Orzeł - wybieram odpowiedź A. Reszka - odpowiedź C.
Publiczność wstrzymuje oddech, słysząc tak zuchwałą zapowiedź. Prem Kumar kiwa 

głową. Znów widzę w jego oczach ten sam błysk co przedtem.

Rzucam monetę.

Oczy wszystkich obserwują jej lot, który odbywa się jakby w zwolnionym tempie. To 

pewnie jedyna jednorupiowa moneta w historii, która decyduje o miliardzie. Moneta ląduje 

na moim stoliku, kręci się przez chwilę i nieruchomieje. Prem Kumar nachyla się bliżej i 
oznajmia:

- Wypadł orzeł!
- Wobec tego wybieram odpowiedź A.

- Jest pan absolutnie pewien, panie Thomas? Może pan jeszcze wybrać C.
- Zdecydował rzut monetą. Odpowiedź A.

- Jest pan absolutnie, w stu procentach pewien?

background image

- Tak, jestem absolutnie, w stu procentach pewien.

Słychać crescendo bębnów. Na ekranie rozbłyskuje ostatnia właściwa odpowiedź.
- Odpowiedź A. Absolutnie, w stu procentach poprawnie! Panie Ramie Mohammadzie 

Thomasie,   wszedł   pan   do   historii,   zdobywając   najwyższą   wygraną   w   dziejach   świata. 
Miliard rupii, tak jest, miliard rupii! Te pieniądze należą już do pana i zostaną wkrótce 

wypłacone.   Panie   i   panowie,   proszę,   nagrodźmy   gorącą   owacją   największego   zwycięzcę 
wszech czasów!

Z sufitu sypie się konfetti. Po całej scenie tańczą czerwone, zielone, niebieskie i żółte 

światła reflektorów. Wszyscy stoją i biją brawo przez prawie dwie minuty. Słychać gwizdy i 

okrzyki. Prem Kumar kłania się jak magik po występie. Potem mruga do mnie przebiegle. 
Nie odmruguję.

Nagle  na podium wbiega  producent i zabiera  Prema Kumara.  Zaczynają  się zajadle 

kłócić.

Houston, chyba mamy problem.

Smita patrzy na zegarek i podnosi się z łóżka.
- Uff, co za program, co za noc! A więc wiem już, jak wygrałeś miliard rupii. Ten rzut 

monetą na koniec był tylko na pokaz, prawda? Wiedziałeś już, że poprawna odpowiedź to A.

- Tak. Ale sama musi pani zdecydować, czy zasługuję na główną wygraną. Niczego nie 

ukryłem. Wyjawiłem pani wszystkie tajemnice.

- Dlatego powinieneś poznać moją. Pewnie się zastanawiasz, kim jestem i dlaczego tak 

nieoczekiwanie pojawiłam się na posterunku.

- No tak, ale w obliczu cudu postanowiłem nie zadawać pytań. - Jestem Gudiya. Jestem 

tą dziewczyną, której pomogłeś w chawl. I nie musisz mieć wyrzutów sumienia z powodu 
śmierci mojego ojca, bo wcale nie umarł. Złamał tylko nogę, co zresztą naprawiło mu mózg. 

Potem   już   nigdy   więcej   mnie   nie   dręczył.   Zawdzięczam   ci   wszystko.   Przez   długie   lata 
próbowałam cię odnaleźć, ale przepadłeś jak kamień w wodę. Dopiero wczoraj zobaczyłam 

twoje nazwisko w gazecie. Napisali, że niejaki Ram Mohammad Thomas został aresztowany 
przez policję. Wiedziałam, że na świecie może być tylko jeden Ram Mohammad Thomas, i 

zaraz przybiegłam na posterunek. Możesz więc uważać to za skromną spłatę długu, jaki 
mam wobec ciebie.

Ogarnia   mnie   wielkie   wzruszenie.   Chwytam   rękę   Smity,   czując   dotyk   jej   ciała,   i 

zaczynam płakać. Przytulam ją do siebie.

- Tak się cieszę, że mnie odnalazłaś. Mam teraz w jednej osobie adwokata, przyjaciółkę i 

background image

siostrę.

- Wszystkie twoje kłopoty są teraz moimi kłopotami, Ramie Mohammadzie Thomasie - 

mówi Smita z niezłomnym przekonaniem w oczach.  - Będę o ciebie walczyć, tak  jak ty 

walczyłeś o mnie.

***

background image

EPILOG

Od   tamtej   najdłuższej   nocy   mojego   życia   minęło   sześć   miesięcy.   Smita   dotrzymała 

słowa.   Wałczyła   o   mnie   jak   matka   o   własne   dzieci.   Najpierw   rozprawiła   się   z   policją. 

Udowodniła, że nie mieli żadnych podstaw do aresztowania. Dowiedziała się też, że nikt 
nigdy nie słyszał o żadnym martwym dakoicie w pociągu i w tej sprawie nie toczy się żadne 

śledztwo. Tak więc bezimienny dakoita pozostał bezimienny nawet po śmierci.

Potem zajęła się producentami teleturnieju. Firma zagroziła mi postawieniem zarzutów 

oszustwa, ale Smita udowodniła, że na podstawie zapisu na DVD należy mnie uznać za 
uczciwego zwycięzcę programu. Po czterech miesiącach zwłoki producenci musieli w końcu 

przyznać, że nie mają powodu, by dłużej wstrzymywać wypłatę głównej wygranej.

Nie dostałem całego miliarda rupii. Nieco mniej. Trochę zabrał mi rząd. Nazwali to 

„podatkiem od wygranej”. Ta ogromna wypłata doprowadziła firmę produkującą KWM do 

upadku. Tak więc zostałem pierwszym i jedynym zwycięzcą teleturnieju.

Dwa   miesiące   temu   umarł   Prem   Kumar.   Według   policji   popełnił   samobójstwo, 

zatruwając się spalinami we własnym samochodzie. Ale prasa nie wykluczała zabójstwa. 

Przeczucie podpowiada mi, że prawdopodobnie zemścili się na nim bandyci finansujący 
program.

Dawno temu uświadomiłem sobie, że marzenia mają władzę tylko nad twoim własnym 

umysłem;   ale   pieniądze   dają   ci   władzę   nad   umysłami   innych.   Po   otrzymaniu   wygranej 

odkryłem, że z pieniędzmi mogę mieć władzę nawet nad policją. Tak więc w towarzystwie 
licznej   policyjnej   reprezentacji   udałem   się   w   zeszłym   miesiącu   do   Goregaon,   gdzie 

odwiedziłem   duży   walący   się   dom   z   dziedzińcem,   małym   ogrodem   i   dwiema   palmami. 
Policja   aresztowała   pięciu   ludzi   i   uwolniła   trzydzieścioro   pięcioro   kalekich   dzieci. 

Wszystkimi zajęła się znana międzynarodowa agencja opieki nad dziećmi.

W zeszłym miesiącu udało się też uzyskać zgodę na zwolnienie z więzienia Lajwanti, 

która zamieszkała ze mną w Mumbaju. Właściwie dopiero tydzień temu wróciła z Delhi, z 

wesela   swojej   siostry   Lakshmi,   która   wyszła   za   wysokiego   urzędnika   indyjskiej   służby 
cywilnej. Rodzina narzeczonego nie żądała żadnego posagu, mimo to Lajwanti podarowała 

siostrze   toyotę   corollę,   trzydziestodwucalowy   telewizor   Sony,   dwadzieścia   garniturów 
Raymond i kilogram złotej biżuterii.

background image

Salim zdobył główną rolę siedemnastoletniego ucznia w komedii reżyserowanej przez 

Chimpu   Dhawana   i   ostatnio   jest   zajęty   kręceniem   w   Studiach   Mehboob.   Myśli,   że 

producentem filmu jest jakiś Mohammad Bhatt, ale tak naprawdę to ja.

Miłość mojego życia przybyła do mnie do Mumbaju. Jest już moją poślubioną zgodnie z 

prawem żoną i nosi odpowiednie nazwisko. Nita Mohammad Thomas.

Smita i ja idziemy Marine Drive. Wieje przyjemny wiaterek, przynosząc od czasu do 

czasu wilgoć znad oceanu, którego ogromne fale rozbijają się o skalisty brzeg. Szofer w 
liberii w żółwim tempie jedzie za nami mercedesem benzem, zachowując pełen szacunku 

dystans. Na tylnym zderzaku mercedesa jest nalepka: „Poza nim mam jeszcze ferrari”.

- Chciałem cię o coś zapytać - mówię do Smity.

- Śmiało.
- Tego wieczoru, kiedy przyszłaś na posterunek i mnie uratowałaś, dlaczego od razu mi 

nie powiedziałaś, że jesteś Gudiyą?

- Bo chciałam usłyszeć twoją opowieść i poznać prawdę. Dopiero kiedy opowiedziałeś 

mi moją własną  historię, nie zdając sobie sprawy,  że siedzę przed tobą, wiedziałam  na 
pewno, że mówisz prawdę, całą prawdę i tylko prawdę. Dlatego na początku powiedziałam 

ci, że nie musisz przysięgać na żadną księgę. Byłam twoim świadkiem, tak jak ty moim.

Potakuję skinieniem głowy.

- A czy ja mogę cię o coś spytać? - odzywa się Smita.
- Jasne.

- Tego   wieczoru,   kiedy   przyprowadziłam   cię   do   domu,   zanim   zacząłeś   opowiadać, 

rzuciłeś monetą. Czemu?

- Nie byłem pewien, czy mogę ci zaufać. Dlatego podjąłem decyzję na podstawie rzutu 

monetą. Powiedziałem sobie, że jeśli wypadnie orzeł, wszystko ci opowiem, a jeżeli reszka, 

grzecznie się pożegnam. No i wypadł orzeł.

- Czyli gdyby wypadła reszka, nigdy byś mi nie opowiedział swojej historii?

- Na pewno nie wypadłaby reszka.
- Tak bardzo wierzysz w swoje szczęście?

- A co szczęście ma z tym wspólnego? Masz, obejrzyj sobie moją monetę. - Wyciągam z 

kieszeni marynarki jednorupiową monetę i podaję jej.

Smita ogląda ją z jednej strony, potem z drugiej.

background image

- Przecież... z obu stron jest orzeł!

- Zgadza się. To moja szczęśliwa moneta. Ale jak mówiłem, szczęście nie ma z tym nic 

wspólnego.

Odbieram jej monetę i wysoko podrzucam. Leci w górę, przez chwilę połyskując na tle 

turkusowego nieba, a potem wpada do oceanu i tonie w jego przepastnych głębinach.

- Dlaczego wyrzuciłeś swoją szczęśliwą monetę?
- Już jej nie potrzebuję. Bo szczęście pochodzi z wewnątrz.

background image

PODZIĘKOWANIA

Ta   książka   nie   powstałaby   bez   wsparcia   Petera   Buckmana.   Jestem   mu   ogromnie 

wdzięczny za to, że jest moim przyjacielem, przewodnikiem i agentem - właśnie w takiej 

kolejności. Podziękowania składam też Rosemarie i Jessice Buckman, które dołożyły wielu 
trudów, aby mój debiut miał naprawdę międzynarodowy wymiar.

Muszę   również   skierować   wyrazy   podziękowania   do   wydawnictwa   Transworld,   po 

pierwsze dlatego, że z takim entuzjazmem przyjęło moją powieść, a po drugie dlatego, że 

przydzieliło mi najlepszego redaktora, o jakim może marzyć każdy pisarz. Wspaniale było 
pracować   z   Jane   Lawson,   która   podczas   naprawdę   długich   rozmów   telefonicznych 

przekonała mnie, że redakcja to w rzeczywistości wspólne i całkiem przyjemne zadanie.

Nieoceniony wkład do „Opowieści żołnierza” miał brygadier S. C. Sharma. Pragnę także 

podziękować   Navdeepowi   Suri,   Humphreyowi   Hawksleyowi,   Patrickowi   Frenchowi, 
Tejinderowi Sharmie, Maureen Travis, brytyjskim bibliotekom publicznym i wyszukiwarce 

Google za różnoraką pomoc.

Książka   zawdzięcza   swoje   istnienie   przede   wszystkim   mojej   żonie   Aparnie   i   moim 

synom, Adityi i Varunowi, którzy dali mi przestrzeń, abym mógł rozpocząć ten projekt, oraz 
siłę, abym mógł go skończyć.


Document Outline