background image

 

 
 
Okładkę projektował: 
Mieczysław Wiśniewski 
Printed In Poland 
Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej 
Warszawa 1960 r. - Wydanie I 
Nakład   155 000  egz.  Objętość  4,2  ark. wyd.,  3  ark.  druk. 
Papier druk. mat. VII ki., 70 g. Format 70X100/32 
z Fabryki Papieru w Myszkowie. 
Oddano  do  składu   11. VII. 60  r. Druk.  ukończono  we  wrześniu. 
Wojskowa  Drukarnia w Łodzi. Zam.  726  z dnia   15.07.60.  R-3 
Cena zł 5.- 
 
 
 

background image

Henryk Hubert 
 

 

OGNIE NAD WISŁĄ 

 
 

 
GENERAŁ VORMANN NIE MOŻE ZASNĄĆ 
 
Człowiek w rozpiętym mundurze wcisnął tlącego się papierosa w zapełniający popielniczkę 
stos niedopałków i ponownie nachylił się nad rozłożoną na wielkim stole płachtą sztabowe] 
mapy. Znał ją już na pamięć, a jednak mapa ta wciąż przyciągała jego wzrok, przykuwała 
wszystkie jego myśli... Człowiek w rozpiętym mundurze ponownie utknął oczyma w 
plątaninie topograficznych znaków i począł odczytywać je od nowa. 
Obszar ciągnący się na wschód od środkowego biegu Wisły stanowi rozległą, lekko 
sfałdowaną równinę, opadającą łagodnie na zachód i północny zachód. Najważniejszą 
przeszkodą terenową na tym obszarze jest Wisła. Dolina rzeki biegnie nierównym pasmem, to 
zwężając się do dwóch kilometrów, to znów pęczniejąc do dwunastu. Od Karczewa, na 
prawo, wyrasta łańcuch zalesionych wydm, tworząc w rejonie Wiązowny, Wawra i Falenicy 
zwarty masyw leśny zamykający od wschodu i południowego wschodu podmokłą nizinę 
Pragi. Poniżej Warszawy dolina Wisły jest płaska i otwarta, nie licząc niewielkiego zespołu 
wydm pod Jabłonną, a dalej łączy się z doliną Bugo-Narwi. Nad wschodnią równiną Wisły - 
ciągnącą się po lasy białobrzeskie, rembertowskie, wawerskie, strugarskie i ząbkowskie - 
panują wzniesienia lewobrzeżnej skarpy. Na odcinku Warszawa-Bielany różnica poziomów 
dochodzi do czterdziestu metrów. 
Człowiek w rozpiętym mundurze oderwał wzrok od mapy i wyprostował się. Zapalił 
papierosa. Ręka trzymająca w palcach zgaszoną już zapałkę opadła, na mapę, a poczerniały 
koniec zapałki oparł się o ciemno zarysowany na mapie wielobok, widniejący na prawym 
brzegu Wisły na wprost Warszawy. Praga - największe osiedle miejskie na prawobrzeżnym 
obszarze, z wysuniętymi na przedpola dzielnicami Grochowa i Bródna otoczona od północy i 
wschodu nasypami kolejowymi. 
"No, tu to sobie połamią zęby" - pomyślał człowiek w rozpiętym mundurze. Wysunięty na 
wschód Grochów łączy się z gęsto rozrzuconymi w lesistym terenie osiedlami podmiejskimi 
tworzącymi, zwłaszcza wzdłuż otwockiej linii kolejowej, jednolite pasmo zabudowań, 
przeważnie murowanych, osłoniętych lasem. 
- Jabłonna, Legionowo, Radzymin, Rembertów, Otwock, Wołomin - odczytywał półgłosem 
znane już na pamięć nazwy. - No cóż, nawet nie najgorszy teren do obrony. A więc będziemy 
się bronić. "Będziemy się bronić" - powtarzał sobie układając się po chwili na swym 
polowym posłaniu. 
Mimo tak optymistycznego stwierdzenia generał Vormann, dowodzący obroną środkowego 
biegu Wisły, którego mapę tak dokładnie przed chwilą studiował, nie mógł jednak zasnąć. 
Były widać przyczyny, które spędzały mu sen z powiek w tę ciepłą noc z 31 sierpnia na 1 
września 1944 roku. 

background image

Armie radzieckie rozwijając rozpoczętą w końcu czerwca ofensywę na Białorusi 
kontynuowały w połowie lipca potężne natarcie na szerokim froncie między Dźwiną a 
Karpatami. Kiedy w rezultacie Brzesko-Lubelskiej operacji pękła obrona na Bugu, Vormann 
został zawezwany do dowódcy Grupy Armii "Środek", generała pułkownika Modela. 
-  Słuchaj, Vormann - powiedział mu wtedy - ta ofensywa weźmie w łeb na Wiśle. Bo nie ma 
takiej armii na świecie, która by po przejściu w walkach 600 kilometrów mogła jeszcze 
pokusić się o Dokonanie takiej przeszkody, jaką jest Wisła. Nim Żuków na nowo .zbierze 
siły, my zdążymy przygotować obronę, środkowego biegu rzeki, razem z Warszawą, będziesz 
bronił ty. 
Vormann wiedział, że Model go lubi. Powierzył mu nawet dowództwo 9 armii, tej armii, 
którą przecież dowodził przedtem Model. 
-  Nie wiadomo jeszcze, czy Żukowowi uda się tu dojść - ciągnął dowódca Grupy Armii 
"Środek". - Pamiętaj, Wisły można bronić z jej zachodniego brzegu, ale... aby skutecznie 
bronić Warszawy, trzeba mieć w swym ręku Pragę. Pragi musisz pilnować   jak oka w głowie. 
-  Pragi ma mi pan pilnować jak oka w głowie - powtórzył następnie Vormann 
podpułkownikowi Hellingowi, dowódcy 73 dywizji. 
Ale Vormann wiedział, że ani 73 dywizja, ani wspomagająca ją 1131 brygada grenadierów 
nie stanowią razem takiej siły, która by mogła zagwarantować utrzymanie tego przedmieścia. 
A odwodów już nie było. Front na Wiśle był jak gąbka, która wsysała wszystko, czym 
Vormann dysponował. Dlatego też nie dawał Modelowi spokoju. Model nie zostawił swego 
ulubieńca bez pomocy. Spowodował, że w końcu lipca zaczęły stopniowo przybywać z frontu 
włoskiego oddziały spadochronowo-pancernej dywizji SS "Herman Göring". Vormannowi 
zrobiło się raźniej. Ale już 30 lipca musiał brać  środki nasercowe. Sytuacja na jego odcinku

 

została zagrożona, 3 radziecki korpus pancerny przerwał się pod Radzymin, przeciął 
komunikację Warszawa - Białystok i naruszył styk 9 i 2 armii. Generał Model rzucił do 
przeciwuderzenia 19 dywizję pancerną generała majora Källnera i 4 korpus pancerny SS 
gruppenführera Gille.

 

W odległości 20 kilometrów na północny wschód od Pragi rozegrała się 30 lipca 1944 roku 
wielka bitwa pancerna, w której generałowi Modelowi udało się zadać silny cios 
wyczerpanym wielotygodniową ofensywą jednostkom pancernym 2 armii pancernej generała 
Bogdanowa. Napór tej armii będącej grupą szybką 1 Frontu Białoruskiego został w ten 
sposób powstrzymany. Generał Bogdanów nie mógł uczynić nic innego, jak wycofać swoje 
siły spod uderzeń zmasowanych wojsk pancernych przeciwnika. 
Bitwa pod Radzyminem była przekonywającym dowodem tego, że długotrwała i dalekosiężna 
ofensywa wojsk radzieckich traciła impet. To można było przewidzieć i Model był tego 
pewien. 
I zaraz potem, 1 sierpnia, w Warszawie wybuchło powstanie... 
Ani Model, ani Vormann nie lekceważyli tego faktu. Ale Model nie odmówił sobie 
przyjemności powiedzenia mu: 
-  No, mamy szczęście, Vormann, że ta zabawa zaczęła się właśnie teraz, ha, ha, ha. Póki 
Praga jest w naszym ręku, to damy sobie w Warszawie radę. Byłoby gorzej, gdyby Rosjanie 
byli przy moście, jak on się tam nazywa, aha! Kierbedzia, ha, ha, ha. Możemy sobie spokojnie 
wypić po koniaku. 
-  Hans! - zawezwał wówczas generał ordynansa. 
-  Jawohl! Herr General. 
-  Koniak! 
- Jawohl! Herr General. 
To było akurat przed miesiącem. A jednak ta "zabawa" jeszcze się nie skończyła. I dotąd 
trwa, choć von dem Bach zapewnia, że dziś, jutro zaprowadzi w Warszawie porządek... 

background image

Vormann poruszył się niespokojnie na posłaniu. Dręczący go niepokój odpędzał sen. "A co, 
jeśli teraz Rosjanie zbierają na nowo siły? Jeśli nieoczekiwanie uderzą? E, chyba nie - 
uspakajał się. - Od połowy sierpnia obrona niemiecka na wschód od Pragi została jeszcze 
bardziej umocniona. Pod Wołominem wojska radzieckie nie mogą od dwóch tygodni posunąć 
się ani o sto metrów..." 
Vormann zapalił nocną lampkę i sięgnął po papierosa. W słuchawkę stojącego obok łóżka 
telefonu rzucił krótko: 
- Połączyć mnie z podpułkownikiem Hellingiem... 
Tak, generał Vormann zdecydowanie nie mógł spać tej nocy. 
 
HELLING NIE WIERZY W MOŻLIWOŚĆ ATAKU 
 
Na kwaterze dowódcy 73 dywizji Wehrmachtu, podpułkownika Hellinga, zaterkotał telefon. 
Helling, obudzony z ciężkiego snu po zakropionej suto kolacji, rozmawiał ze swoim dowódcą 
armii bardzo krótko. Ale rozmowa ta wystarczyła, by  odechciało mu  się  powrotu  do łóżka. 
- Panu nie wolno ani na chwilę gubić z oczu przeciwnika - skrzeczał do telefonu Vormann. - 
Pańscy zwiadowcy mają czuwać dzień i noc, wyławiać najmniejszy ruch przed pańskim 
frontem, jakąkolwiek próbę dyslokacji czy podejścia nowych jednostek. Panu nie wolno dać 
się zaskoczyć, Helling, niespodziewanym natarciem. Czy pan mnie rozumie, Helling?! 
Helling odpowiedział, że rozumie, a jednocześnie pomyślał,  że generał Vormann  stanowczo  
stał się ostatnio zbyt nerwowy i gderliwy. Helling domyślał się, że za tą nerwowością kryje 
się nie tylko niepokój o losy jego dywizji, ale i niezbyt miły dla Vormanna  fakt,  że od dwóch 
tygodni dowództwo Grupy Armii "Środek" objął nieoczekiwanie generał pułkownik 
Reinhardt. Protektor Vormanna, generał Model, został odwołań. Jak głosiła oficerska plotka, 
pierwsze zetknięcie nowego dowódcy Grupy Armii z Vormannem nie należało dla tego 
ostatniego do najmilszych. Reinhardt przypomniał mu Bobrujsk. Nazwa ta działała na   
Vormanna jak czerwona płachta na byka. Bobrujsk był bowiem symbolem przesławnego 
lania, jakie dostało się tam walecznej 9 armii. Ta sama plotka odnotowała, że samopoczucie 
generała Vormanna stanowczo spadło na psy pod. nowym dowództwem. Co by jednak nie 
sądził podpułkownik Helling o generale Vormannie, nic nie mogło już zmienić faktu wybicia 
się ze snu dowódcy 73 dywizji. 
Nocny, alarmujący telefon Vormanna wyzwolił skryte myśli i zwątpienia, które Helling 
odpędzał skwapliwie i maskował dziarskością wznoszonych w czasie minionego wieczora 
toastów. Bo też ostatni sierpniowy wieczór 1944 roku był dla 73 dywizji wigilią bardzo 
doniosłej rocznicy - pięciolecia wojny. Właśnie mijało pełne pięć lat od chwili, gdy 1 
września 1939 roku 73 dywizja rozpoczęła swoją wojenną historię, wdzierając się na polską 
ziemię. To były piękne dni... Wprawdzie Helling nie dowodził wówczas jeszcze dywizją, ale 
chlubił się jej bojowymi tradycjami, przestrzegał, by szanowano je i uważał się za ich 
spadkobiercę. Kampania wrześniowa w Polsce, a następnie działania we Francji i Grecji - oto 
złote karty dywizyjnej historii, które skwapliwie wymieniano przy różnych okazjach w 73 
dywizji. Z równą dumą wymieniano by zapewne i daleki marsz dywizji w głąb Związku 
Radzieckiego w czerwcu 1941 roku, i boje w górach Kaukazu, gdyby nie charakter marszu w 
odwrotnym kierunku, który przyćmił nieco sławę zwycięskiej 73 dywizji i mocno zmienił 
skład osobowy jej pułków. Dlatego też na rocznicowym oficerskim wieczorze wspominając 
dziarsko polską wódkę, greckie i francuskie wina, pomijano raczej kaukaski szaszłyk, jaki 
zgotowano im w ogniu kaukaskich bitew. 
Ale pito ochoczo, naturalnie za zwycięstwo i za powrót do Vaterlandu. 
- Wieder Heimat, wieder Heimat! - ryczał niezbyt składnie oficerski chór po większej ilości 
kolejnych zwycięskich toastów. 

background image

Hellingowi przy wódce zaostrzał się zmysł obserwacji i pojawiała się umiejętność 
krytycznego widzenia rzeczy. Spoglądał więc na spocone i rozochocone twarze swoich 
sztabowców, na dowódców swoich pułków - podpułkownika Ziwkowitscha, dowodzącego 
186 pułkiem, majora Schmelze, dowódcę 70 pułku, pod pułkownika Fohla, dowódcę 170 
pułku - wypróbowanych kadrowych oficerów z dobrej pruskiej szkoły i z pewnością czułby 
się jak i oni błogo, gdyby nie napotkał ironicznego spojrzenia podpułkownika Brochmana, 
dowódcy 173 pułku artylerii. W odróżnieniu od innych tkwił on sztywno w krześle, nie 
rozpinając munduru i nie wyjmując monokla z oka. Właśnie zimny błysk tego szkiełka 
wzbudził nagłe w Hellingu poczucie rzeczywistości i nieoczekiwanie coś w rodzaju lęku, do  
czego Helling nie chciał się przyznać. "Świętujemy piątą rocznicę wojny, pijemy za 
zwycięstwo - myślał - a może właśnie w tej chwili szykuje się tam w mroku cios, który 
spadnie jak piorun na 73 dywizję... Brednie - uspokajał sam siebie. - Jesteśmy silni i czujni..." 
Z wiarą spojrzał znowu aa radosne twarze swoich oficerów. Przyłapał siebie jednak na tym, 
że unika spojrzeń w stronę dowódcy pułku artylerii... 
Ale wieczór przeszedł wspaniale. Gdy Helling kładł się spać, podśpiewywał sobie: "Wieder 
Heimat,  wieder  Heimat..." 
A potem ten nagły, alarmujący telefon Vormanna... 
"Nie, nie - mitygował siebie Helling - wszystko jest w porządku, nieprzyjaciel ani zipnie, nic 
się nowego nie dzieje, nic złego stać się nie może..." 
I począł nerwowo krążyć po pokoju. 
 
A  JEDNAK COŚ  SIĘ  DZIEJE... 
 
Właśnie w tę pamiętną rocznicową noc, z 31 sierpnia na 1 września 1944 roku, drogi biegnące 
wzdłuż prawego brzegu Wisły na północ od ujścia rzeczki Świder zapełniły się ciągnącymi w 
ciemności kolumnami piechoty i dywizjonami zmotoryzowanej artylerii. Ani jeden błysk 
zapałki nie rozpraszał nocnego zmroku, komendy podawane były szeptem. Niemieccy 
obserwatorzy nie powinni byli odkryć faktu, że 1 Polska Dywizja Piechoty imienia Tadeusza 
Kościuszki przekazała skrycie swoje stanowiska jednostkom radzieckim i pod osłoną nocy 
maszerowała w kierunku, który mógł oznaczać tylko jedno - przedpola Warszawy - kierunek - 
Praga. 
Dowódca 1 dywizji, generał Wojciech Bewziuk, był pewien, że dowódcy pułków - 1, ppłk 
Maksimczuk, 2, ppłk Siennicki, 3, ppłk Archipowicz i 1 pal, ppłk Raskow - potrafią 
zorganizować nocny przemarsz niepostrzeżenie dla nieprzyjaciela. Stwierdzenie bowiem 
przez zwiad przeciwnika podejścia polskich pułków w rejon frontu na wschód od Pragi 
byłoby równoznaczne z rozszyfrowaniem tego, co wkrótce miało nastąpić. 
Ale o tym podpułkownik Helling nic jeszcze nie wiedział. A dowiedzieć się miał w innych 
nieco okolicznościach. 
 

 
O godzinie 20.00 1 września 1944 roku 1 pułk, ośrodkowa! się w lesie leżącym o 1 kilometr 
na południowy wschód od wsi Kruszewice. Przybywszy na miejsce, bataliony przystąpiły 
przede wszystkim do okopania się i doprowadzenia do porządku swego zewnętrznego 
wyglądu. Rozpoczęło się generalne mycie, golenie, strzyżenie, naprawa umundurowania. 
Spodziewano się wprawdzie, że pułk wyruszy wkrótce do walki i to w kierunku Warszawy, 
nikt jednak nie wiedział, kiedy to nastąpi. Najbliższe dni wykorzystano dla zajęć taktycznych 
i musztry. 
W dniu 5 września 3 batalion został wyznaczony jako batalion szturmowy, a w pozostałych 
batalionach stworzono grupy szturmowe w składzie wzmocnionego plutonu każda. Przez dwa 

background image

dni oddziały szturmowe przechodziły dodatkowe przeszkolenie] przed  przewidywanym 
natarciem. 
Z dniem 6 września 1 dywizja została podporządkowana 125 samodzielnemu korpusowi 
dowodzonemu przez generała majora Kuźmina z 47 armii generała pułkownika 
Perchorowicza i otrzymała rozkaz przemarszu w rejon miejscowości Michalin celem 
zluzowania w nocy z 8 na 9 września jednostek, 278 pułku 175 dywizji radzieckiej 
zajmujących obronę w Międzylesiu. 
7 września o godzinie 1.00 w nocy wyruszył na' nowe miejsce 3 batalion wzmocniony przez 
pluton saperów, baterię dział 45 mm i pluton dział 76 mm, a późnym wieczorem    
wymaszerował  cały pułk i o godzinie  4.30  nad  ranem w dniu 8 września ześrodkował się w 
rejonie wzgórza 116,9 na południe od folwarku Zamajdan. O godzinie 21.20 3 batalion 
przystąpił do luzowania oddziałów 278 pułku j radzieckiego. Zluzowanie odbywało się 
skrycie z zachowaniem specjalnych środków ostrożności, aby nieprzyjaciel do ostatniej chwili 
nie wiedział o dokonanej zmianie oddziałów. Żołnierze otrzymali rozkaz zabraniający 
wysuwania się z okopów. 
Przed 1 dywizją znajdowały się oddziały 70 pułku piechoty ze znanej nam już 73 dywizji 
nieprzyjaciela. Przedni skraj obrony przeciwnika przebiegał przez miejscowość Międzylesie. 
Nieprzyjaciel był dobrze zamaskowany, posiadał bardzo dobrze rozbudowaną linię obrony, 
którą według zeznań jeńców zajmował od 5 sierpnia. Przed jego przednim skrajem 
znajdowały się ciągłe pola minowe, podwójne zasieki z drutu kolczastego i spirale Bruno*. 
System obrony umocniono bunkrami oraz przystosowano do prowadzenia ognia murowane 
budynki okoliczne. Druga pozycja obrony przeciwnika przebiega przez południowy skraj 
miejscowości Anin. Poza tym nieprzyjaciel dysponował dużą ilością artylerii kalibrów 75, 
105 i 150 mm oraz moździerzami 6- i 10-lufowymi. 
Teren zajmowany przez 1 dywizję był z lewej strony zupełnie otwarty, a na prawym skrzydle 
przesłonięty lasem i zabudowaniami. To utrudniało obserwację przeciwnika, natomiast 
stwarzało dogodne możliwości dla rozpoznania stanowisk dywizji. Sprzyjające 
nieprzyjacielowi warunki terenowe, jak las, gęstość zabudowań oraz długotrwałość 
przygotowywanej obrony, a co za tym idzie - znajomość każdego metra ziemi i dokładne 
przystrzelanie ewentualnych kierunków natarcia, utrudniały zadanie, które miało stanąć przed  
1 dywizją. 
  

* Mało widoczne zapory z cienkiego drutu gładkiego; rozmieszczone w trawie lub krzakach, są prawie niewidoczne. 

 
SZTURM  PRAGI 
 
Do 6 września armie 1 Frontu Białoruskiego wyszły na linię - Ostrołęka, rzeka Narew, 
Białobrzegi, Wołomin, Okuniew, Radość. 
W mającej nastąpić operacji główne uderzenie wzdłuż osi: Radość, Wawer, południowo-
wschodni skraj Pragi, miał właśnie wykonać 125 korpus. Dowódca korpusu, generał major 
Kuźmin, dysponował dla tego celu pięcioma dywizjami piechoty, w tym jak już wiemy, i 1 
polską dywizją, sześcioma brygadami artylerii i jedną brygadą moździerzy. 
Dowódca korpusu postanowił wykorzystać 1 dywizję na głównym kierunku natarcia w 
pierwszym, rzucie, dając jej za sąsiadów - z lewa 175 dywizję,! a z prawa 76. W drugim 
rzucie, w ślad za skrzydłowymi dywizjami (radzieckimi, nacierały dwie-pozostałe dywizje: z 
lewa 143, a z prawa 60. 
Zbliżał się dzień szturmu. 
9 września o godzinie 6.00 dowódca 1 dywizji wydaje rozkaz do natarcia na dzień 10. 09. 
1944 r. 1 dywizja ze środkami wzmocnienia ma przełamać obronę nieprzyjaciela na odcinku: 
huta Międzylesie - stacja Międzylesie, zająć linię leśniczówka - kaplica, wyjść na szosę 
Wawer - Zielona, rozwijać natarcie na Utratę, zająć Prago i wyjść na wschodni brzeg Wisły. 

background image

Sąsiadem z prawa jest 76 dywizja radziecka, a są-, siadem z lewa 175 dywizja. Z prawa 
bezpośrednim sąsiadem był 207 pułk, a z lewa 278 pułk. 
Dowódca dywizji zdecydował nacierać dywizją w dwóch rzutach: w pierwszym rzucie - 1 
pułk i 3 pułk, w drugim rzucie 2 pułk. A więc 2 pułk, który poniósł największe straty w 
niedawnych bojach pod Dęblinem i Puławami, obecnie szedł w drugim rzucie. Uderzenie 
miało być zadane lewym skrzydłem, to znaczy silami 1 pułku. 
Dowódcy 1 i 3 pułku piechoty ugrupowali swoje pułki w trzy rzuty, mając w pierwszych 
rzutach bataliony szturmowe. 
 
1 pułk piechoty; 1 rzut: 3 batalion - dowódca kapitan Kapuściński,  
2 rzut: 2 batalion - dowódca major Dziewanowski, 
3 rzut: 1 batalion - dowódca kapitan Drobuszewicz. 
 
3 pułk piechoty; 1 rzut: 2 batalion - dowódca kapitan Zalewski, 
2 rzut: 1 batalion - dowódca kapitan Lisowski,  
3 rzut: 3 batalion - dowódca porucznik Nowitny.  
 
 2 pułk szedł głównymi siłami za 1 pułkiem, mając dwa bataliony w dwóch rzutach i jeden 
batalion za 3 pułkiem w jednym rzucie, 1 rzut: 1 batalion - dowódca kapitan Zagórski, 2 rzut: 
2 batalion - dowódca kapitan Laskowski. Za 3 pułkiem szedł 3 batalion pod dowództwem 
kapitana Romanowskiego. 

 

Natarcie dywizji miało być wspierane przez: 13 brygadę artylerii lekkiej, 30 brygadę artylerii 
ciężkiej, 100 brygadę ciężkich haubic, 94 pułk gwardyjski moździerzy, jeden dywizjon 23 
brygady M-31 (moździerze rakietowe).139 brygadę saperów z 47 armii, oddział blokujący  (w  
składzie  27  miotaczy płomieni, saperzy, minerzy itd,) oraz dwa bataliony 58 gwardyjskiej 
brygady broni pancernej. Pozostałe siły tej brygady znajdowały się w pogotowiu do 
rozwinięcia sukcesu. Na jeden kilometr frontu natarcia przypadało 154 lufy, łącznie z 
moździerzami. Nacierającym pułkom zostały przydzielone liczne środki wzmocnienia. 
 
Meldunek bojowy nr 78 
Sztab 1 pułku, MP Radość, ul. Grottgera. Dnia 9.9.44 r. godz. 23.00. Mapa 1:50 000. 
1.   Nieprzyjaciel prowadził ogień na przednim skraju naszej obrony. 
2.   Zauważono o godz. 20.30 z północnego skraju wsi Miłosna Stara, że n-ciel ostrzeliwał z 
dział 122 mm północno-zachodni skraj m.Radość. 
3.   Oddziały 1 pp przygotowują się do akcji bojowej, pełnią służbę w obronie. Kompania 
saperów 139 Baonu Saperów Armii Czerwonej przystąpiła do oczyszczania przejść przez pola 
minowe i druty kolczaste. 
4.   Ugrupowania bojowe w dalszym ciągu pozostają bez zmian. 
5.   MP. D-twa na starym miejscu. 
6.   Decyzja D-cy pułku - utrzymywać odcinek obrony w dalszym ciągu. Ostatecznie 
zorganizować współdziałanie z bronią wspierającą. 
7.   Łączność: Pracuje normalnie. Z Dywizją przez telefon i gońców konnych. Z 
pododdziałami przez telefon i gońców pieszych. 
 
Szef Sztabu 1 pp {-) kpt. Mavalski 
 
10 września 
 

background image

Godz. 6.00. Z meldunku sekcji polityczno-wychowawczej 1 pp do Wydziału Polityczno-
Wychowawczego Dywizji: 
"...Wczoraj wieczór zostały dostarczone do jednostek gazety i listy. W ciągu minionej nocy 
nic poważnego nie zaszło. Dekret o reformie rolnej (ogłoszony w "Rzeczypospolitej") 
wywołał duże wrażenie. Żołnierze są z niego bardzo zadowoleni. Wczoraj na przednim skraju 
był ksiądz, który udzielił błogosławieństwa 3 batalionowi i pozostałym jednostkom. Nastrój 
wśród żołnierzy bardzo dobry. 
W nocy sześć grup saperskich rozminowało pola minowe na przednim skraju. Chorych nie 
ma. Wszystko w porządku"; 
Godz. 8.10. Po dziesięciominutowym przygotowaniu artyleryjskim 1 batalion 282 pp 
sąsiedniej 175 dywizji pod dowództwem kapitana Szulgina rusza do natarcia z zadaniem 
zdobycia fabryki w Międzylesiu na lewym skrzydle 1 pułku i rozpoznania znajdujących się 
tam sił nieprzyjaciela. 
Godz. 8.15. Batalion wyparł nieprzyjaciela z okopów, zajął je, wziął jednego jeńca i dotarł do 
fabryki. 
Godz. 8.35. Lewe skrzydło batalionu wyszło za fabrykę, prawe zatrzymało się przed okopami 
i zaległo.  Nieprzyjaciel prowadzi silny ogień, 
Godz. 9.15. Prawe skrzydło batalionu również obeszło fabrykę, wre walka na granaty i 
bagnety w okopach. Batalion zdobywa poszczególne domy, w których bronią się grupy 
przeciwnika. Wzięto dwóch jeńców. 
Dowódca 1 dywizji daje rozkaz dowódcy 1 pułku, podpułkownikowi Maksymczukowi, 
ruszyć na przód swoim pierwszym rzutem, zająć fabryka i ubezpieczyć skrzydło batalionu 
kapitana Szulgina, 
Godz. 9.20. 3 batalion kapitana Kapuścińskiego rusza do natarcia, wypiera resztki 
nieprzyjaciela z okopów, zdobywa je, bierze trzech jeńców. 
Godz. 9.45. Dowódca 1 pułku piechoty nakazuje kapitanowi Kapuścińskiemu przyśpieszyć 
zdobycie fabryki i okopać się, zaś 2 batalion majora Dziewa-nowskiego zająć ma pierwszą 
linię zdobytych już okopów nieprzyjaciela. 
Godz. 10.10. 3 batalion 1 pułku i 1 batalion 282 pułku wspólnym szturmem zdobywają 
fabryka i okopy w prawo od niej. Nieprzyjaciel wycofuje się. 
Godz. 10.25. Sąsiad z lewa - 278 pułk piechoty radzieckiej, swoim prawym skrzydłem 
posunął się naprzód i zajął stację Międzylesie. 
Godz. 10.30. Dowódca 1 dywizji daje rozkaz kapitanowi Szulginowi umocnić się i okopać, 
czekać na podejście 1 pułku na prawym skrzydle, po czym wycofać się. (Batalion kapitana 
Szuigina został przydzielony tylko do akcji zdobycia fabryki Szpotańskiego, by nie zdradzić 
obecności polskich jednostek na tym odcinku frontu. Z momentem rozpoczęcia właściwego 
natarcia batalion miał wrócić do swego pułku.) 
Godz. 10.35. 1 pułk otrzymuje rozkaz przerwania wszelkich działań zwiadowczych i 
umocnienia się na miejscu do chwili rozpoczęcia ogólnego natarcia. 
Godz. 11.15 Rozpoczęło się przygotowanie artyleryjskie. Za ognistymi, ryczącymi salwami 
"katiusz" i "iwanów groźnych" uderzyły wszystkie działa i moździerze. Siła ognia była 
ogromna. Nad pozycjami nieprzyjaciela wzbiła się ściana prochowego dymu i wyrzucanego 
w powietrze piachu. 
Godz. 12.00. 2 batalion przesuwa się naprzód w ślad za 3 batalionem, który szykuje się do 
szturmu- Nieprzyjaciel mimo gwałtownego ostrzału naszej artylerii bije szrapnelami i minami 
na oślep. 
Meldunek podporucznika Lesińskiego - oficera wydziału polityczno-wychowawczego 1 
dywizji, przydzielonego na czas bitwy do 1 pułku piechoty, wysłany do szefa wydziału - 
kapitana Góreckiego: 
 

background image

Góreckiemu 
od Lesińskiego                                                                                                    godz.12.05. 
 
Jestem u Spirydowicza. (Zastępca dowódcy 2 batalionu 1 pp - uwaga autora). Nastrój 
naprawdę b. dobry. Żołnierze weseli, nie boją się ostrzału szrapnelami. Spirydowicz pracuje 
dobrze. Rozdał komunikaty i gazety. Dowódca batalionu, major Dziewanowski, został ciężko 
ranny w głowę, D-two objął z-ca liniowy kapitan Bondał. 
Grupy szturmowe i desantowe są, odpowiednią robotę przeprowadziliśmy. Ludzie chcą już 
iść do natarcia. Szkoda, że nie ma tytoniu, nastrój byłby jeszcze lepszy. 
Spirydowicz naprawdę podtrzymuje ducha, jest wszędzie. 3 batalion poszedł już naprzód. 
 
                                                                                                                                  Lesiński  
P.S. Będę tu przez całą akcję przy 2 batalionie. 
 
Godz. 13.00. Kończy się przygotowanie artyleryjskie. Piechota 3 i 1 pułku poszła do szturmu. 
W pasie działania 1 pułku nieprzyjaciel stawia zaciekły opór. 3 batalion prze pod ogniem 
naprzód. Trzeba zdobywać każdy bunkier, każdy dom, każdy okop. Batalion działa 
pojedynczymi grupami, które atakują poszczególne punkty oporu rozsiane po lesie Żołnierze 
Kapuścińskiego natrafiają na pola minowe i zasieki. Tu ogień nieprzyjaciela zmusza ich do 
zalegnięcia. 
3 batalion ponosi duże straty. W walce ginie dowódca plutonu 7 kompanii - porucznik 
Szczepański, dowódca plutonu 3 kompanii rusznic - chorąży Biziuk, zastępca dowódcy 3 
kompanii ckm - chorąży Urbaniak. Ranieni zostają: zastępca dowódcy batalionu do spraw 
liniowych - podporucznik Szyszło, dowódca 9 kompanii - stary "Dąbrowszczak" - kapitan 
Zysman, dowódca 3 kompanii rusznic - podporucznik Rewera, jego zastępca do spraw 
politycznych - plutonowy Świeca. W batalionie przeszło 50 zabitych i rannych. Ale tempo 
natarcia nie słabnie. 
Do leżącego pod ogniem 3 baonu podciąga wówczas 2 batalion. Jak wiemy już z meldunku 
por. Lesińskiego, dowódca baonu - major Dziewanowski, padł. Zastępujący go kapitan 
Bondał, zresztą lubiany i szanowany oficer, nie bardzo potrafił radzić sobie z całym 
batalionem, dlatego też polecił poruczników Bąkowi - dowódcy 2 kompanii rusznic 
przeciwpancernych - dowodzić wysuniętymi w przód kompaniami strzeleckimi batalionu. 
Przez to nieszczęsne! pole minowe trzeba było za wszelką cenę przejść inaczej nieprzyjaciel 
systematycznie niszczyłby ogniem zaległe szeregi piechoty. Porucznik Bąk, który z 
przedwojennej służby wojskowej znał się na saperskiej robocie, przy pomocy porucznika 
Spirydowicza, porucznika Lesińskiego i grupy cekaemistów wziął się za oczyszczanie z min 
przejścia, tuż przy torach kolejowych. W czasie tej niebezpiecznej roboty jeden z 
cekaemistów wszedł nieostrożnie na minę, która wybuchła, zabijając czterech żołnierzy 
Dokonanym przejściem poszły naprzód kompanie 2 batalionu, a za nim 3 i 1. Trzeba jeszcze 
było przeprowadzić przez zaminowane pole wspierający natarcie dywizjon radzieckich 
"katiusz", który nie' mógł się dalej posuwać. Porucznik Bąk wraz z dowodzącym 
"katiuszami" radzieckim majorem własnoręcznie wydobyli 36 min przeciwczołgowych i 
otworzyli drogę dywizjonowi. "Katiusze" szybko wyrwały naprzód i z nowo zajętych pozycji 
otworzyły ogień torując tym samym dalszą drogę piechocie w kierunku na Glinki. 
Godz. 14.15. 1 pułk zajął południową część Anina i doszedł na odległość 300 metrów od 
drogi Wawer - Zielona. Minęła zaledwie jedna godzina i kwadrans od chwili rozpoczęcia 
szturmu piechoty. 
Ze sztabu korpusu nadchodzi wiadomość, że przychwycono dwa radiogramy niemieckie: 
niemiecka piechota trafiła pod silny ogień flankujący w Starej Miłosnej i wycofuje się. 

background image

Godz. 14.40. Opór nieprzyjaciela nie słabnie. 3 pułk pozostał w tyle. Zaległ przed polami 
minowymi pod ogniem artylerii. Dowódca 1 dywizji rozkazuje dowódcy 3 pułku piechoty 
wykorzystać sukces 1 pułku, obejść broniącego się nieprzyjaciela z lewa, śladem natarcia 1 
pułku piechoty, uderzyć z tyłu na trwającą linię obrony, rozminować drogę i pchnąć pułk 
naprzód. 
Godz. 15.15. Dowódca 3 pułku - podpułkownik Archipowicz, na czele swego 3 batalionu 
obchodzi las z lewej strony, grupy rozminowania przystępują do pracy. Nacierające z lewa i 
prawa radzieckie dywizje posuwają się naprzód. 
Godz. 16.25. 2 batalion 3 pułku po oczyszczeniu przejść w polach minowych ruszył do 
szturmu i przerwał obronę nieprzyjaciela. 
Godz. 17.15. 3 pułk wyszedł na linię szosy warszawskiej i szybko posuwał się naprzód. Po 
przełamaniu pierwszej linii niemieckiej obrony miał przed sobą rzadki las, bez zabudowań i 
dalsze zadanie było już znacznie łatwiejsze. 
Tymczasem 3 i 2 bataliony I pułku opanowały całkowicie Anin. Wycofujący się nieprzyjaciel 
porzucił działa, tabory, kuchnie polowe, duże zapasy uzbrojenia, żywności i amunicji. 
Godz. 17.20. 1 pułk otrzymuje nowe zadanie: wraz z 3 pułkiem ma zdobyć miejscowość 
Glinki. Kapuściński i Bąk ze swoimi batalionami, czołgami i artylerią idą znów naprzód. 
Nieprzyjaciel broni się w licznych budynkach, wykorzystuje hutę szkła jako silny punkt 
oporu. Wreszcie nacierający wypierają przeciwnika z Glinek.3 pułk w tym czasie przebił się 
do drogi Czaplowizna-Wawer. 
Lewy sąsiad 1 pułku toczy zaciekłą walkę na podejściach do stacji Wawer i przez to pozostał 
jeszcze w tyle. Lewe skrzydło 1 pułku jest odsłonięte. Obsadza je więc 2 batalion. 
Zdobywając Glinki bataliony dostały się pod silny ogień z rejonu Wygody i flankujący z 
rejonu Gocławka. Bataliony zatrzymują się. Powoli  zapada zmrok. 
Godz. 19.30. Tymczasem 3 pułk zdobył Czaplowiznę i prowadzi walkę ogniową w lesie, za 
wsią. 
Zapadła noc. Wysunąwszy się w pierwszy rzut 1 pułku 2 batalion rozpoczął nocne natarcie w 
kierunku Wygoda-Grochów. Noc jest ciemna i mglista. Batalion posuwa się powoli 
ugrupowany w jednym rzucie. Z kierunku Wygody słychać wyraźnie donośny huk motorów, 
który po pewnym czasie zacicha. Mogło to świadczyć o tym, iż nieprzyjaciel przygotowuje 
swój odwrót i wycofuje ciężką broń - a więc batalion powinien przyspieszyć natarcie, bądź 
też nieprzyjaciel podciągał posiłki i umacniał obronę Wygody. W tym wypadku batalion mógł 
dostać się pod silny ogień i ponieść znaczne straty. Ale decyzję trzeba było podjąć i batalion 
naciera... 
5 kompania podporucznika Mickiewicza otrzymała zadanie przerwania się do Wygody w 
rejon kościoła i rozpoznania siły nieprzyjaciela. Zatrzymana silnym ogniem broni 
maszynowej i czołgów kompania zaległa w obronie. W rejon nieprzyjaciela zostali wysłani  
zwiadowcy, którzy powrócili z meldunkiem, że na szosie za Wawrem znajdują się czołgi i 
samochody pancerne. Wszystkie drogi podejścia ostrzeliwane są bezustannie z cekaemów. 
Dalsze pchanie batalionu po ciemku w ogień nie miało sensu. Prowadzący natarcie porucznik 
Bąk decyduje się na wycofanie za drogę Czaplowizna-Wawer. Na szczęście, prócz kilku 
lekko rannych, batalion w tym starciu większych strat nie poniósł. Kompanie 2 batalionu 
zajęły na nowo obronę, zabezpieczono skrzydła i wysłano ubezpieczenie na tyły. W trakcie 
tych czynności zauważono gęstą tyralierę wychodzącą na tyły batalionu. Było zupełnie 
prawdopodobne, że to nieprzyjaciel ruszył z Wygody do kontrataku i stara się obejść pozycje 
batalionu. Baon już miał otworzyć do zbliżających się szeregów ogień, gdy wysłane 
rozpoznanie zameldowało, że to nadciąga idący w drugim rzucie 3 batalion kapitana   
Kapuścińskiego. 
Dalsze nocne próby zdobycia Wygody przez 2 i 3 batalion załamały się. Wygoda została 
zamieniona przez nieprzyjaciela w silny punkt oporu. 

background image

Zapadający zmierzch zastał nacierające pułki przed drugą pozycją obrony wroga na 
podejściach do Wawra i Wygody. 
W ślad za piechotą ruszyły dywizjony pal-u, przesuwając swe stanowiska ogniowe bliżej 
pułków piechoty. Baterie przejeżdżały przez  teren, na którym niedawno toczyła bój piechota. 
Mijały na wpół zasypane przez pociski artyleryjskie i poryte gąsienicami czołgów linie 
umocnień i okopów. Z zawalonych rowów i schronów sterczały połamane kredensy, łóżka, ba 
- nawet fortepiany, wyciągnięte przez hitlerowców z pobliskich domów i użyte do budowy 
umocnień. W opuszczonych okopach walały się stosy zagrabionych kołder, pierzyn i 
poduszek, którymi hitlerowcy mościli sobie legowiska. 
W pierwszym dniu natarcia dywizja posunęła się o 4 kilometry w głąb nieprzyjacielskiej 
obrony. W rejonie miejscowości Glinki zdobyto wszystkie działa 73 pułku hitlerowskiej 
artylerii, który  bronił rejonu  Anina. 
1 i 7 baterie szturmowe ani na krok nie odstępując swej piechoty, w niemałym stopniu 
ułatwiły drogę piechurom. Pierwszy dzień natarcia zakończył  się  niewątpliwym sukcesem. 
 
11 września 
 
Noc z 10 na 11 września nie przyniosła snu 1 pułkowi, 2 batalion, a potem 3, którego 
dowódca, kapitan Kapuściński, nie mógł usiedzieć w drugim rzucie, kilkakrotnie próbowały  
po krótkich nalotach artyleryjskich szturmu na Wygodę. Ale nieprzyjaciel wzmacniał ogień i  
czuwał nieprzerwanie. Posuwanie się naprzód w tych warunkach, przy gęstej ciemności,    
było niezwykle trudne, Niemniej jednak 3 batalion zdobywa szosę i linię wąskotorową na 
południe od Wygody. W natarciu nocnym ginie zastępca dowódcy 8 kompanii, chorąży   
Sanocki i dowódca 3 kompanii ckm podporucznik  Kalmus. Są zabici i ranni spośród 
żołnierzy i podoficerów. 
Tej nocy podczas zmiany miejsca postoju sztabu pułku - kapitan Masalski i jego zastępca 
porucznik Zylberszpic natknęli się na zakopaną minę. Pułk pozostał bez sztabu. Czasowo 
funkcję szefa sztabu przejmuje oficer gazowy - kapitan Bielewicz. 
 
Do Góreckiego                                                                                               11.10.44  
od Lesińskiego 
                                                                                      

Meldunek 

 
Wraz z baonem Spirydowicza wyszedłem w rejon Wawer-Wygoda. Prowadziliśmy nocne 
natarcie. Łączność i współdziałanie jest, tylko swoje samoloty czasem bombardują. Łączność 
z pułkiem - tylko przez radio. Straty: razem wybyło z szeregów około 50 ludzi, 6 koni, 2 
rusznice. Zabity d-ca 6 kompanii, por. Czerkies. Odwagą wyróżniają się: Spirydowicz, por. 
Mackiewicz, por. Bąk, którzy pierwsi przeszli przez pola minowe, rozminowali przejścia dla 
"katiusz" i czołgów. Odznacza się z łączności baonu Traczyk i strzelec Ostrowski. Obecny 
dowódca baonu, kpt. Bondał, słaby, podobnie dowódca 4 kompanii, Grudziński... Z chwilą 
zorganizowania łączności Bondał jest na poziomie, myśli i radzi się, co jest z pożytkiem. 
Baon Kapuścińskiego, w lewo, poniósł znaczne straty. Szczepańskiego nie widziałem  
(z-ca d-cy II baonu - uwaga autora). Kapuściński b.dobry. 
Amunicja jest, nie ma jej tylko wspierająca 9 bateria pal-u. Kolację podwieźli, zdobyliśmy 
kilka składów niemieckich. Jeńców odprawiliśmy. Żołnierze idą nieźle tam, gdzie jest 
kierownictwo. Boją się pól minowych i przeprowadzenie przez nie bez saperów wymagało 
osobistego przykładu oficerów. Czterech ludzi przy tym przejściu zabitych. Słabo pracują tyły 
i pluton sanitarny, który odstał 7 km. Sanitariusze, jeżeli nie okażą odwagi, pójdą pod sąd 
(Okoń i Czyż). 

background image

Jest tu ludność cywilna, szczęśliwa z oswobodzenia. Jutro znowu pójdziemy. Obecnie 
natarcie idzie, ale wolno, gdyż są czołgi npla. Rano idziemy dalej. 
 
Lesiński 
 
Godz. 5.05. Dowódca 125 korpusu wydaje rozkaz przygotowania się do ogólnego natarcia, 
które ma rozpocząć się na całym froncie korpusu o godzinie 7.00. O godzinie 6.00 termin 
natarcia zostaje przesunięty na godzinę  10.00. 
Godz.  10.00-10.10. Po dziesięciominutowym nalocie artyleryjskim zakończonym salwą 
rakietowej, artylerii piechota podrywa się, do szturmu. Nad, frontem rozpoczyna działanie 
radzieckie lotnictwo. 
1 pułk wznawia natarcie. Wszystkie trzy bataliony ugrupowały się w jednym rzucie. Na 
prawym, skrzydle pułku naciera 2 batalion, w środku 3, a na lewym włączył się do akcji 
podciągnięty z trzeciego rzutu 1 batalion. Ale nieprzyjaciel broni się w Wygodzie zaciekle i 
przegradza drogę pułkowi. Bataliony ponoszą straty. 
Mimo iż około 10.30 2 batalion toczył już walkę w samej Wygodzie, oporu przeciwnika nie 
udało się przełamać czołowym uderzeniem. Dopiero powodzenie 3 batalionu z lewa i 5 
kompanii z prawa umożliwiło pozostałym siłom 2 batalionu zlikwidowanie silnego punktu 
oporu nieprzyjaciela na skraju Wygody. Wzięto przy tym 37 jeńców, 
Godz 11.20. 1 pułk rozwijając natarcie osiąga południowy skraj Kawęczyna. 1 batalion 
kapitana 13robuszewicza naciera na lewym skrzydle w kierunku na Grochów. Dochodząc do 
szosy likwiduje obsługę ciężkiego działa przeciwnika, ale dostaje się pod silny ogień artylerii. 
Ginie zastępca dowódcy 3kompanii - chorąży Kurdło i dowódca plutonu - chorąży Glinika. 
3 batalion wychodząc za Wygodę dostaje się pod ogień ciężkiej artylerii z rejonu Kawęczyna. 
2 batalion usiłuje okrążyć grupę czołgów i samochodów pancernych wykrytą przez zwiad. 
Nad polem walki pojawiają się radzieckie "kukuruźniki". Batalion wystrzeloną rakietą 
wskazuje samolotom rejon przeciwnika. Rozpoczyna się powietrzne bombardowanie 
nieprzyjacielskiej kolumny. 
Wykorzystując zaistniałą sytuację 5 kompania podporucznika Mickiewicza skoczyła naprzód. 
Obrona niemiecka w rejonie Kawęczyna załamuje się. Nieprzyjaciel rozpoczyna 
wycofywanie. Wszystkie kompanie 2 batalionu idą naprzód. Ale ogień dział i cekaemów 
znów przytłacza je do ziemi. 
Godz. 14.15. 3 pułk walczy na skraju Kawęczyna. Nieprzyjaciel zaciekle się broni zwłaszcza 
z rejonu cegielni, 1 pułk zdobył na prawym skrzydle wzgórze 87,3, a lewym podchodzi do 
skrzyżowania dróg pod Grochowem. Pułki 1 dywizji wysunęły się naprzód, sąsiedzi pozostają 
około 2 kilometry w tyle. W drugim rzucie idzie 2 pułk. Dywizja jest pod flankującym silnym 
ogniem i ponosi wielkie straty. Wzmagają  się kontrataki  przeciwnika  wsparte -czołgami. 
Godz. 17.45. Artyleria prowadzi intensywny ogień, dławi wykryte środki ogniowe 
przeciwnika. Napięcie walki wzmaga się. 
W czasie walk żołnierze i oficerowie pułku wykazują ogromne poświęcenie. Oto dowódca 
plutonu gospodarczego, podporucznik Gil i chorąży Adamowicz - dowódca plutonu łączności 
z 3 batalionu gdy zabrakło ludzi na desant czołgowy, sami obsadzają samobieżne działo i 
ruszają do ataku. Niemca biją z broni przeciwpancernej. Pociski nieprzyjacielskie są celne, 
działo zostaje unieruchomione. Rzucają się ku niemu hitlerowcy, chcąc je zdobyć, ale obaj: 
oficerowie odpierają ogniem i granatami nacierających  aż do nadejścia pomocy. 
Porucznik Górski sam unieruchamia z rusznicy jeden z dwóch atakujących czołgów. 
W boju wyróżnia się 5 kompania porucznika Mickiewicza i 7 porucznika Wodzińskiego, 
który jest już dwukrotnie ranny, ale nie opuszcza pola walki. Zastępca porucznika 
Wodzińskiego, chorąży Lustig, nie pozwala swemu dowódcy wysuwać się do przodu i sam 
prowadzi chłopców do ataku. Ranny dowódca 9 kompanii, kapitan Zysman, dalej dowodzi w 

background image

walce. Telefoniści: Michał Laster, Adolf Wasilewski i Józef Mikus pod ogniem naprawiają 
rozrywane pociskam kable telefoniczne. Odwagą wyróżniają się dowódca plutonów chorąży 
Biziuk i Kochane. 
Osobistym przykładem porywają do walki swych żołnierzy dowódcy batalionów: 
Kapuściński, Bonda i Drobuszewicz. W najgorszym ogniu razem z żołnierzami idą zastępcy 
dowódców 3 i 2 batalionu - podporucznik Szczepański i podporucznik Spirydowicz 
Ale bohaterstwo musi być rozumne. Zginąć jest łatwo. Sztuka to żyć i zwyciężać. Walkę 
prowadzić wyszkolony żołnierz, celowo kierowany, wspierany,! skutecznie przez ciężką broń, 
działa i czołgi. Krew żołnierska nie mogła być przelewana nadaremnie. 
Aby uniknąć zbytecznych strat, 1 pułk okopuje się pod Kozią Górką, by w ciągu nocy 
podciągnąć artylerię i od rana przy jej wsparciu kontynuować natarcie. 
Tego dnia baterie pal-u coraz częściej znajdowały cię pod artyleryjskim ogniem 
nieprzyjaciela, którego stanowiska ogniowe ukryte wśród zabudowań Pragi trudno było 
wyśledzić i unieszkodliwić. Podczas jednego z nalotów ogniowych wroga padł dzielny 
dowódca plutonu, chorąży Miller. Zginął w wawerskim lesie, tuż na przedpolu swego 
rodzinnego miasta 
Najtrudniejsze zadanie miał 1 pułk piechoty i wspierający go 1 dywizjon pal-u, przed którymi 
rozciągały się niczym nie osłonięte pola wzdłuż toru kolejowego pod Kozią Górką.                                      
Dowódca 1 pal-u postanowił wysunąć w ugrupowanie bojowe 1 pułku dla prowadzenia ognia 
na wprost wszystkie baterie 1 dywizjonu łącznie z baterią haubic. 
Sytuacja 1 pułku piechoty była ciężka i za wszelką cenę należało go wesprzeć. W 
nieustannym natarciu znajdował się batalion kapitana Kapuścińskiego, który raz za razem 
podrywając do natarcia swoje mocno zdziesiątkowane kompanie, ochrypłym ze zmęczenia 
głosem wzywał towarzyszących mu artylerzystów: "Chłopcy, dajcie mi ognia, dajcie mi 
ognia!" I chłopcy bili a bili. 
Z zapadającym zmrokiem 2 i 3 baterie 1 dyonu dołączyły do 1 szturmowej baterii znajdującej 
się w tyralierze batalionu Kapuścińskiego. Dowódca1 baterii, porucznik Switkowski, z 
pistoletem maszynowym w ręku i granatami za pasem szedł w pierwszej linii piechoty. Mając 
przy boku telefonistę z aparatem, kierował ogniem baterii. Ale ognia wciąż było za mało. Do 
zajeżdżających właśnie 
2  i 3 baterii przypadł Kapuściński. Rozgorączkowany toczonym bojem, z rozpalonymi 
oczyma, zawołał: "Dajcie mi działa naprzód, tam w polu leży piechota pod ogniem! 
Słyszycie?" 
Rozsypanych w otwartym polu piechurów Kapucińskiego prażył  nieprzyjacielski ogień,  
kierowany z  widniejących na horyzoncie murów praskie przedmieścia. Jedynie pod osłoną   
celnego ognia własnych dział piechota mogłaby poderwać się nowego skoku. 
Na pełnych obrotach wyjechał z ukrycia samochód, ciągnąc pierwsze działo 2 baterii. 
Błyskawica1 nie przebył 300-metrową przestrzeń dzielącą go tyraliery piechoty i w pędzie 
zawrócił. Kanonierzy jaszcze w biegu zeskoczyli z wozu i odprzodkowali działo. Zanim 
samochód skrył się za rogiem zadrzewionej uliczki, w której stały nowo przybyłe baterie już 
dowódca działonu, ogniomistrz Maron, ustawi działo za węgłem samotnie stojącej szopy. Nie 
okopując go oddał pierwszy strzał w kierunku zwartej ściany zabudowań Utraty, skąd prażył 
nieprzyjacielski ogień.                                                               
Już szykował się do wyruszenia w ślad za pierwszym drugi działon baterii, gdy nagle w 
miejscu gdzie znajdowało się działo ogniomistrza  Maron wyprysnął pęk wybuchów. 
Działo Marona umilkło. Wyprowadzenie dywizjon na otwarte pole, teraz na oczach 
nieprzyjaciela, możliwości okopania się, było niepodobieństw Byłoby to skazywaniem dział i 
ludzi na zagładę Trudno, nie było rady. Ponieważ zmierzch już i te zapadał, trzeba było 
zaczekać do pełnego zmrok aby pod  osłoną  nocy  wyprowadzić działa  w pole i dobrze je 
okopać, Wtedy można będzie dalej toczyć artyleryjski pojedynek.                                              

background image

Ale oto pomknął w stronę działa samochód z grupą żołnierzy. Zanim nieprzyjaciel zdążył 
zorientować się, uszkodzone działo zaprzodkowano, a rannych, umieszczono na samochodzie, 
który na pełnym gazie ciągnąc podskakującą na nierównościach lawetę, 
ruszył z powrotem. Rannych, wśród których leżał zalany krwią, ogniomistrz Maron, 
niezwłocznie odstawiono do batalionu sanitarnego. 
Nadchodziła noc przed decydującym szturmem, W gęstych ciemnościach zajeżdżały działa na 
wysunięte pozycje. Praca przy budowie stanowisk ogniowych i schronów dla obsługi aż 
kipiała. Zbliżał się świt 12 września. 
 
12 września 
 
Noc z 11 na 12 przeszła na bezowocnych próbach sforsowania oporu nieprzyjaciela. Piechota 
zdobyła nieliczne zaledwie metry przedpola. Dopiero z rana, około godziny 7.00, 3 pułk 
poderwał się naprzód, złamał uporczywą obronę przeciwnika, swoim prawym skrzydłem 
zagarnął Kawęczyn i poszedł na folwark Antoniów. 
1 pułk walczy w trójkącie między torami kolejowymi i podejściami do Koziej Górki. 
O godzinie 8.00 w ciężkich bojach wyszedł na przedpole Koziej Górki w rejonie wzgórza 
86,2. Rozwaliny fabryczki na południowy zachód od wzgórza 83,8 pozwoliły ukryć siły pułku 
i posiadane środki walki oraz na zbliżenie się do przeciwnika. Ale dalsze posuwanie się było 
powstrzymywane zajadłym ogniem prowadzonym z bunkrów przegradzających drogę do 
Koziej Górki. Próby ataków kończyły się niepowodzeniem. Również dwukrotne usiłowania 
wydzielonej grupy szturmowej pod dowództwem chorążego Kochane, która starała się 
zbliżyć do bunkrów, nie dały rezultatów. 
Nieprzyjaciel nakrywa niewielki obszar, na którym zaległ wśród gruzów 1 pułk, morderczym 
ogniem.. Dalsze oczekiwanie nic poza znacznymi ofiarami przynieść nie mogło, a otwarte 
pola uniemożliwiały przerwanie się przez silny ogień maszynowy. W sukurs piechocie 
przyszły czołgi. Lufy wspierających pułk T-34 uderzyły celnym bezpośrednim ogniem na 
pozycje przeciwnika. Przez lornety widać było hitlerowskich żołnierzy uciekających w panice 
z ostrzeliwanych bunkrów. Wtedy cekaemy batalionów 1 pułku zagrały długimi seriami. 
1 pułk poderwał się do natarcia. 
O godzinie 9.40 dowódca 2 pułku otrzymał rozkaz wprowadzić swój pułk w styk między 1 i 3 
pułk i stopniowo zluzować 3 pułk, by umożliwić mu przejście do drugiego rzutu dla ochrony 
odsłoniętego prawego skrzydła dywizji. 
Siłami 2 i 3 batalionu Kozia Górka została wzięta. Ciężki bój w tym rejonie stoczyła 7 bateria 
szturmowa 1 pal-u pod dowództwem podporucznik o Günsburga, zwalczając przeciwnika 
kontratakującego siłami sześciu dział pancernych i bataliom piechoty.

 

1 pułk wypiera nieprzyjaciela w kierunku na Grochów II (budka kolejowa). 
O 9.48 rozpoczęło się dziesięciominutowe przygotowanie artyleryjskie, po którym piechota   
znów poszła naprzód. Na czoło wysunął się 2 batalion Ale nieprzyjaciel nie dawał za 
wygraną. Zorganizowany ogień powstrzymuje dalsze posuwanie się 1 pułku. 
Teren natarcia pułków 1 dywizji jest  otwarty i całkowicie kontrolowany ogniem przeciwnika, 
który na krańcach Elsnerowa, Utraty i folwarku Dotrzymia okopał czołgi, samobieżne działa i 
wściekł pruje po całym przedpolu. 
Lewy sąsiad  1 pułku utknął w rejonie kościół na Grochowie. Lewe skrzydło pułku, na którym 
po suwał się 2 batalion, jest odsłonięte i narażone n flankowy ogień. Prowadzący natarcie 
porucznik Bąk nakazał kompaniom okopać się. Nieco w tyle zaległy pozostałe bataliony. 
Sytuacja 2 batalionu jest niebezpieczna, obserwacja ruchów przeciwnika wykazuje jego 
przygotowania do przeciwuderzenia. Leżący w przodzie batalion ma odsłonięte skrzydło. 
Broń w ciągłych walkach uległa zanieczyszczeniu piaskiem, ciężka broń pozostała na 
podejściach z Kawęczyna. Ludzie są zmęczeni, niewyspani, głodni. Dowódca 1 pułku 

background image

nakazuje 2 batalionowi wycofanie się na linię 1 i 3 batalionu. Batalion zachowując środki 
ostrożności począł się wycofywać, lecz równocześnie ruszyło gwałtowne przeciwuderzenie 
nieprzyjaciela, które dezorganizuje wycofanie się batalionu. Rozpaczliwa obrona ustępuje 
panice. Batalion bez ładu wycofuje się, ponosi znaczne straty. Nieprzyjaciel bije z broni 
maszynowej i samobieżnych dział. Panikę starają się opanować por. Lesiński i por. 
Spirydowieź, lecz po chwili padają rażeni pociskami czołgowego działa. Ranionych Niemcy 
dobijają wystrzałami w tył głowy. 
Ale przeciwuderzenie nieprzyjaciela załamało się w ogniu pozostałych batalionów 1 i 2 
pułku, który na rozkaz dowódcy dywizji wyszedł do pierwszego rzutu i wstąpił do walki. 
Dalsza obserwacja ruchów przeciwnika wskazywała, że umacnia swoje pozycje na skraju 
Grochowa. 
Około 10.30 bataliony 1 pułku ponawiają próbę natarcia, lecz bez skutku. Następują dalsze 
przygotowania. W oddziałach zarządzono czyszczenie broni i uzupełnienie amunicji. 
Przeciwnik prowadzi intensywny ogień, zwłaszcza z broni maszynowej. 
Godz. 13.00. Znów ośmiominutowe przygotowanie artyleryjskie i znów piechota wgryza się 
w nowe metry terenu. 
Około 14.30 prawy sąsiad dywizji podciągnął linie do wysokości 3 pułku. Pułk ma teraz 
większą swobodę działania i uderza na folwark Antoniów. 1 pułk siłami 2 i 3 batalionu bijąc z 
działek i moździerzy posuwa się w kierunku Utraty. W godzinach popołudniowych bataliony 
doszły do toru kolejowego pod stacją kolejową Utrata. Okopują się, przygotowują do szturmu 
Pragi. Dowódca 1 pułku podpułkownik Maksymczuk przerzucił swój punkt dowodzenia na 
wschodni skraj Kawęczyna i stąd dowodzi walką pułku 
Godz. 16.00. Znów krótkie przygotowanie artyleryjskie.1 pułk uderza i batalion 
Kapuścińskiego 
O 16.40 wdziera się na wschodni skraj Grochowa. 
1 pułk tym uderzeniem wysunął się mocno naprzód i ma odsłonięte skrzydła. 
Około godziny 17.30 opór przeciwnika wydatnie wzmaga się. Na pole boju nadciągnęła 
sprowadzona z Radomia 19 dywizja pancerna, która prosto z wagonów poszła do walki. 
Godz. 19.00. Na wysunięte szyki 1 pułku uderza kontratak wsparty czołgami i działami 
samobieżnymi. Wśród znajdujących się na pierwszej linii sanitariuszy i woźniców, nie 
przyzwyczajonych do bezpośredniej walki, nastąpiła panika; zdezorientowani tym żołnierze 
zaczęli się wycofywać. Cofających się powstrzymuje podporucznik Adamowicz i 
podporucznik Mickiewicz z 2 batalionu oraz zwiadowcy pułkowi pod dowództwem 
plutonowego Muszyczki. Na pomoc im skoczyli podporucznik Szczepański, kapitan 
Bondarenko i kapitan Drobuszewicz. "Chłopcy ! Stójcie! Ani kroku w tył! - nawołuje 
podporucznik Szczepański. - To my przecież zwyciężamy. Na przód! Za Warszawę!" 
Cofający się zawracają, ale? jeden z żołnierzy opanowany wyłącznie myślą ucieczki 
histerycznie krzyczy do zawracających: "Nie idźcie tam, tam śmierć!" Sytuacja była 
krytyczna poddanie się panice to pewna rzeź, to pewna śmierć ludzi, którzy opanowani 
strachem stają się bezbronni. W takiej chwili nie czas na przekonywanie. Szczepański 
gorączkowo wyrywa pistolet zza pasa i naciska spust. Histeryczny krzyk urywa się 
gwałtownie... 
Na przeciwnika uderzają działka piechoty. Trzy niemieckie czołgi stają w płomieniach. 
Żołnierze otrzeźwieli, sytuacja jest opanowana. Lecz oto w rejonie Kamionek znów pojawia 
się "około dziecięciu czołgów i prze w stronę 1 pułku. Podpułkownik Maksymczuk po 
otrzymaniu wiadomości o kontrataku czołgów wywołuje ogień wspierającej go artylerii. 
Artyleria rakietowa dosłownie w ciągu jednej minuty przygotowała ogień i odparła kontratak. 
Czołgi zawracają. 
Godz. 21.00. Na szeregi 1 pułku znów prze około 10 czołgów, przy udziale około 100 
fizylierów. Napięcie walki wzrasta. Wywiązuje się zażarty bój, zdziesiątkowanych 

background image

dotychczasowymi walkami batalionów 2 i 3 ze świeżymi siłami wroga. Czołgi trzeba 
powstrzymać za wszelką cenę. Strzelec Rafalski z granatem przeciwczołgowym pełznie na 
spotkanie przewalającego się po nierównościach terenu, ryczącego motorami i plującego 
ogniem czołgu. Jeszcze dwadzieścia metrów, jeszcze dziesięć, zamach ręki, wybuch... Cielsko 
czołgu znieruchomiało. Po pancerzu pełznie rozszerzający się ogień. Nieopodal 
unieszkodliwionego czołgu leży nieruchome ciało strzelca Rafalskiego, który już nigdy 
więcej nie podniesie się do natarcia. 
Wieczorne kontrataki przeciwnika opłacił 1 pułk dużymi stratami. Początkowo cofa się pod 
naporem wroga w kierunku Utraty, ale po odparciu przeciw-uderzeń połączone siły trzech 
batalionów znów podeszły na skraj Pragi i tam okopały się. Ranni zostali podporucznik 
Szczepański i chorąży Bartosiak Noc. Bój zacicha. Jutro decydujący dzień. W kompaniach 
zostało po 30-40 ludzi zdolnych do walki. 
 
13 września 
 
O godzinie 7.00 pułki 2 i 3 poszły do natarci! i o 9.30 wyrównały front z 1 pułkiem piechoty 
Dowódca korpusu bowiem naznaczył na godzinę 10.0( przejście do ogólnego natarcia na 
całym froncie boji o Pragę. 
W wyznaczonym czasie po 7-minutowym przygotowaniu artyleryjskim rozpoczyna się 
szturm piechoty. Batalion Kapuścińskiego pod osłoną nasypu kolejowego przesuwa się 
oskrzydlającym manewrem o jeden kilometr i zajmuje podstawę wyjściową Opór 
nieprzyjaciela nie słabnie. Pole dzielące leżąca pułk od pierwszych zabudowań Grochowa jest 
prawdziwym polem śmierci. Ogień broni maszynowej przeciwnika nie pozwala po prostu 
unieś głowy. Już drugi dzień pułk depcze w miejscu brocząc obficie krwią, tracąc dziesiątki 
rannych i zabitych. Obserwacja ruchów nieprzyjaciela wskazywała, że przeciwnik umacnia 
jeszcze swoje pozycje. 
Około 10.30 bataliony 1 pułku na rozkaz ppłk Maksymczuka próbują raz jeszcze poderwać 
się dc natarcia. Ale na próżno. Niepodobna przedrzeć się przez to nieszczęsne pole. Ze 
względu na silny ostrzał ogień artylerii bezpośrednio wspierając natarcie pułku nie jest zbyt 
efektywny. Działka, pułkowe i działa 1 dywizjonu 1 pal-u, nieodłącznego towarzysza 1 pułku, 
wystawione do strzelani na wprost - oraz ich obsługi - są tak samo narażone na działanie 
nieprzyjacielskiego ognia, jak piechurzy. 
O godzinie 12.00 porucznik Bąk, meldując dowódcy pułku o niepowodzeniu kolejnego ataku, 
progi o nakrycie artyleryjskim ogniem fałdy terenowej na skraju Grochowa, która stanowiła 
mocny rejon nieprzyjacielskiego oporu. Podczas składania meldunku por. Bąk zostaje ranny 
odłamkiem artyleryjskiego pocisku w szyję i nieprzytomny pada na dno okopu. Rana nie 
okazała się na szczęście ciężka. Gdy po nałożeniu opatrunku odzyskał przytomność, nie 
pozwolił się ewakuować i nadal dowodził w walce. 
Tymczasem w odsłonięte lewe skrzydło 1 pułku bije silny ogień flankujący z rejonu Witolina. 
O godzinie 13.00 podpułkownik Maksymczuk przekazuje telefonicznie swoim batalionom 
wiadomość, że za chwilę artyleria rozpocznie nalot ogniowy na skraj Grochowa i wydaje 
rozkaz ruszenia po 10 minutach do ataku. 
Rzeczywiście, po chwili zagrzmiały artyleryjskie salwy nakrywając fontannami celnych 
wybuchów rejon bezustannie dotąd plujących ogniem z krańców Grochowa 
nieprzyjacielskich pozycji. Oto nadszedł najdogodniejszy moment do natarcia. Na kierunku 
Gocławka i Witolina widać Niemców uchodzących przed atakującymi jednostkami 
radzieckimi. Po tyralierze 3 batalionu pobiegł, jak ogień po loncie, okrzyk - "Hurraaa!" 
Z okopów wyskakują z pistoletami w ręku o- Kapuściński, Drobuszewicz, Bąk. "Do ataku 
marsz!" - rozlegają się komendy dowódców. Bataliony podrywają się do decydującego 
szturmu. 

background image

W drugim batalionie pierwsi pobiegli do natarcia dowódca 5 kompanii - podporucznik 
Mickiewicz, dowódca 4 kompanii - podporucznik Grudziński, er-kaemista - strzelec 
Konopacki."Chłopcy, za Warszawę!" .- nawoływał biegnący na czele żołnierzy strzelec 
Piotrowski. "Naprzód za Polskę!" - wzywał swych chłopców zastępca dowódcy 5 kompanii, 
sierżant Biczewski. "Hurraaa!" - biegło po szeregach... Domy Grochowa są coraz bliżej, 
gwałtownie łomocą w piersiach zmęczone biegiem serca, w ustach brak tchu. A biec trzeba 
prędko, jak najprędzej, dobiec - nim znów rozszczekają się przyduszone ogniem artylerii 
nieprzyjacielskie cekaemy. Jeszcze 100 metrów... jeszcze 50... biją w biegu seriami pistolety 
maszynowe i erkaemy, pot zalewa oczy... Ale oto już pierwsze domy... W ulice Pragi pierwsi 
wpadli chorąży Cichy - dowódca plutonu 5 kompanii, i chorąży Lisiewicz - zastępca i 
dowódcy 4 kompanii. Na ulicach Grochowa już wre walka na granaty, na bagnety, terkocą 
krótkie serie maszynowych pistoletów, a tuż za piechotą przerywają się z wysokim wyciem 
samochodowych silników baterie 1 dywizjonu 1 pal-u - trzecia podporucznika Szymana, 
druga podporucznika Pawłowskiego i pierwsza, której bohaterski dowódca, porucznik 
Switkowski, padł pod Kozią Górką. 
O godzinie 16.30 1 pułk dotarł do ulicy Grochowskiej, a o 17.00 czołowe oddziały 
znajdowały się o 400 m od Wisły. Ale przeciwnik stawia nadal opór/ Dowódca pułku 
wprowadza do akcji kompanię fizylierów pod dowództwem chorążego Mandla. Walk wre w 
dalszym ciągu. Nieprzyjaciel kontratakuj grupami piechoty wspieranej przez samobieżne  
działa i czołgi. Straty pułku są wciąż znaczne. Chorąży Kurc - zabity, chorąży Bubak - zabity, 
pad ranny dowódca baterii 120 mm - kpt. Janicki powtórnie ranny zostaje porucznik Bąk, 
który wy sunął się wraz ze zwiadem pułkowym naprzód. Spod ognia wyniósł go przy pomocy 
zwiadowców plutonowy Banaś. Żołnierze i oficerowie, wycieńczeni czterodniową walką, bez 
snu i normalnego wyżywienia, walczą po bohatersku. Chorąży Cichy - dowódca plutonu 5 
kompanii, niszczy granatem gniazdo cekaemu wraz z obsługą, kapral Branicki i kanonier 
Miszczuk z baterii 76 mm unieszkodliwili 3 niemieckie czołgi. Kończy się amunicja, brak 
granatów, zwłaszcza przeciwczołgowych. Dowódca pułku wstrzymuje chwilowo natarcie dla 
zniszczenia oporu przeciwnika ogniem artylerii. 
Tu właśnie na skraju Pragi ginie ulubieniec 1 pal-u - zastępca dowódcy 3 dywizjonu do spraw 
polityczno-wychowawczych - podporucznik Zbigniew Sekura. W samochód, którym jechał, 
by oddać do naprawy uszkodzone w boju działo, trafia pocisk ukrytego za wałem kolejowym 
"Tygrysa". 
O godzinie 17.40 1 pułk dostaje się pod bomby własnego lotnictwa, które nie wiedziało o tak 
szybkim posunięciu się naprzód. 
Z bocznych uliczek Pragi znów flankowy kontratak czołgów i piechoty. Przednie oddziały 
batalionów Drobuszewicza i Kapuścińskiego zostały odcięte. Uderzenie przeciwnika spada na 
1 batalion. Siedem czołgów prze z boku, a trzy frontalnie. Szeregi piechoty zachwiały się. 
Sytuację opanował adiutant dowódcy pułku chorąży Bartosiewicz z grupą ośmiu żołnierzy - 
dwa czołgi podpalono z rusznicy, a jeden z działka 45 mm. Ulica Grochowska jest silnie 
broniona przez czołgi osłaniające odwrót niemieckiej piechoty. Szef sztabu 3 batalionu, 
porucznik Azaronek, podkrada się do nich z grupą szturmową i dwoma butelkami z benzyną 
podpala jeden z czołgów. Pod przykryciem zapadającego zmroku czołgi wycofują się. 
Grochowska wciąż jest pod silnym ostrzałem broni maszynowej i artylerii. 
Pod ogień dostaje się 2 batalion. Bondał dla uniknięcia nowych ofiar próbuje skręcić w 
boczną ulicę, by szukać możliwości równoległego posuwania się do ulicy Grochowskiej. 
Manewr udaje się, 2 batalion wychodzi znów na Grochowską przy wiadukcie koło ulicy 
Targowej. 
Podpułkownik Maksymczuk szykuje swój mocno przerzedzony pułk do szturmu przyczółka 
mostowego, podciąga działa i ciężki sprzęt, a ponadto zwraca się do dowódcy dywizji o 
pomoc w ludziach. Pozostałe pułki dywizji również przerwały się w końcu dnia na Pragę. 3 

background image

pułk dotarł do Targówka, gdzie około godziny 20.00 został zatrzymany silnym ogniem dział 
samobieżnych z rejonu cmentarza na Bródnie. 
2 pułk na godzinę 15.00 wyszedł swymi głównymi siłami na łuk torów kolejowych 
prowadzących do Dworca Wileńskiego, lecz musiał zatrzymać się pod silnym ostrzałem 
niemieckich czołgów. Dowódca 2 pułku próbował wykorzystać manewr 1 pułku piechoty i 
wejść na Pragę jego śladem, lecz zamiar ten udaremnił nieprzyjaciel nie wy- ] puszczając 
pułku spod ognia. 
O godzinie 19.00 na szeregi 2 pułku piechoty | ruszył kontratak. Doszło do walki wręcz i na 
granaty, lecz 2 pułk nie dał się zepchnąć. Idący w szykach piechoty szef zwiadu   
artyleryjskiego 2 dywizjonu, ogniomistrz  Plewa, dokładnie  wskazywał swoim bateriom   
wykrywane stanowiska ogniowe nieprzyjaciela i skutecznie korygował ogień dywizjonu. 
Dowódca 5 baterii, kapitan Hartowicz, otrzymał od dowódcy dywizjonu rozkaz wspierania 
oddziałów 2 pułku ogniem w kierunku na Dworzec Wileński i most Kierbedzia. Po 
skoncentrowaniu swojej baterii na wschodnim skraju Utraty kapitan Hartowicz przeprowadził 
rozpoznanie obrony przeciwnika. Wszystkie drogi wiodące do mostu były pod, ogniem broni 
maszynowej i moździerzy. Wał kolejowy, za którym zgrupowały się do szturmu kompanie 2 
pułku, znajdował się pod nieustannym ogniem dział pancernych i czołgów. Ponieważ nie było 
czasu na szukanie bezpieczniejszych dróg, kapitan Hartowicz postanowił kolejno działonami 
przeskoczyć dzielące go od szyków piechoty szerokie, otwarte pole. Na pełnym gazie 
wyskoczył w pole samochód ciągnący pierwsze działo. Błyskawicznie je odprzodkowano i 
otworzono ogień. W ciągu 10 minut działo zniszczyło dwa cekaemy nieprzyjaciela i zdławiło 
ogień fizylierów. Tymczasem dołączyły następne działa, otwierając ogień do 
nieprzyjacielskich czołgów. Ze względu na silny ostrzał nasypu kolejowego nie można było 
nań wciągnąć dział, by uzyskać dogodne stanowiska do prowadzenia ognia. Otworzono więc 
ogień przez tunel mostowy w nasypie kolejowym. Zaskoczone nieoczekiwanym ostrzałem 
nieprzyjacielskie działa wycofały się. Wtedy pod osłoną ognia baterii piechota zerwała się do 
ataku. 
Dochodziła właśnie godzina 21.00. Dowódca 2 pułku piechoty, podpułkownik Siennicki, 
rzucił swoje bataliony do decydującego szturmu. Obrona nieprzyjaciela pękła i około godziny 
24.00 pułk począł wolno posuwać się torami w stronę Dworca Wileńskiego. 
O tej samej porze bataliony 1 pułku wyciągnąwszy działa na przednią linię i przy wsparciu 
czołgów nacierały na most Kierbedzia. Nieprzyjaciel siłami piechoty i samobieżnych dział 
stawiał zaciekły opór w parku praskim. Jeden z towarzyszących pułkowi czołgów został 
zniszczony, w parku doszło do walki wręcz. 
O godzinie 1.00 w nocy z 13 na 14 września 1 pułk dotarł do Wisły. Wśród pierwszych, 
którzy dotarli do rzeki, był kapitan Kapuściński - dowódca 3 batalionu, porucznik 
Bogdziejewicz - dowódca 1 kompanii rusznic, sierżant Liniewicz, kapral Drajczuk. W czasie 
walki o przyczółek mostowy plutonowy Krajewski oraz bombardier Izdebski z działka 45 mm 
zniszczyli dwa niemieckie czołgi. Żołnierze wycałowali ich za to. Wśród gratulujących 
plutonowemu Krajewskiemu był jego ojciec, podkomendny swego syna, z którym walczył w 
tym samym działonie. 
1 pułk wykonał swoje zadanie bojowe i zajął w ciągu nocy obronę na Wiśle, od mostu 
Kierbedzia na pół kilometra w prawo. Niestety mostu nie udało się uratować. Nieprzyjaciel 
wysadził przęsła w powietrze przed nadejściem polskich oddziałów. 
Ale walki na Pradze jeszcze nie ustały. 
O świcie 14 września 2 pułk złamał ostatecznie opór przeciwnika i idąc dwoma kolumnami 
wzdłuż torów kolejowych wyszedł na linię dworzec-most. Tu przegrupowuje się, doprowadza 
do porządku i rusza około godziny 11.00 trzema kolumnami na północny zachód, 
oczyszczając miasto od niedobitków nieprzyjaciela. 

background image

3 pułk o godzinie 16.00 podszedł na odległość 600 metrów od północnego mostu kolejowego, 
napotykając na silny opór na przyczółku i wale kolejowym. Po przeprowadzeniu zwiadu, 
rozminowaniu przedpola i wycięciu w nocy przejść w drutach kolczastych pułk poszedł o 
godzinie 3.00 nad ranem 15 września do szturmu. O godzinie 5.30 ostatni rejon oporu 
przeciwnika na Pradze został zlikwidowany. 
Praga  - dwustutysięczne przedmieście  Warszawy  - została dzięki bohaterstwu polskiego i 
radzieckiego żołnierza oczyszczona od wroga. 1 dywizja chlubnie wykonała swoje zadanie 
bojowe. 
14 września Naczelne Dowództwo Armii Radzieckiej wydało rozkaz, w którym dziękowało 
wojskom 1 Frontu Białoruskiego i walczącym w jego składzie jednostkom 1 armii Wojska 
Polskiego - 1 dywizji piechoty. 
 
NA  PRADZE 
 
Tymczasem Praga witała swoich oswobodzicieli. Z piwnic wychodzili ukrywający się 
dotychczas przed ewakuacją i wysiedleniem mieszkańcy. Płacząc ze szczęścia, rzucali się na 
szyję żołnierzom, częstowali ich, czym tylko mogli. Drżącymi rękoma dotykali mundurów i 
broni. Ale radość wyzwolonych i wyzwolicieli przesłaniały czarne dymy nad Warszawą. Na 
oczach oswobodzonej części Warszawy rozgrywał się po drugiej stronie Wisły straszliwy 
dramat stolicy. 
Płonące, okaleczone i wykrwawione miasto jeszcze walczyło. Tragedia Warszawy była 
osobistą tragedią każdego z tych, którzy wyzwalając Pragę walczyli tym samym o Warszawę. 
Wszystkich nurtowało to samo pytanie, dlaczego tak dramatycznie ułożyły się losy 
powstania? Częściową odpowiedź otrzymano już na Pradze. 
Dnia 14 września - było to zaraz po wkroczeniu pułku na Pragę - na stanowiska 1 dywizjonu 
przybyła grupa żołnierzy i oficerów praskiego zgrupowania AK pod dowództwem 
podporucznika ,,Antka" (Władysława Korczaka) i podporucznika "Elektryka" (Bolesława  
Ostrowskiego). 
- Przyjmijcie nas do wojska, chcemy walczyć - oświadczyli. 
W napięciu słuchano ich opowiadań o Warszawie i o tragicznym powstaniu warszawskim.  
Niestety, wiadomości z drugiego brzegu nawet oni mieli niewiele, a powstanie na Pradze 
właściwie od pierwszej chwili spaliło na panewce. 
Oto jak dzieje swego oddziału opisał podporucznik "Antek": 
"1 sierpnia 1944 roku około godziny 11.00 na odprawie dowódców pododdziałów G-1* 
odczytano nam rozkaz dowódcy Rejonu** rozpoczęcia powstania o godzinie 17.00. 
Słowa wspomnianego rozkazu miały zagrzać nas do walki z wrogiem, wzywały do 
wypełnienia z honorem świętego obowiązku wobec Ojczyzny i wysyłały nas >>z Bogiem po 
Zwycięstwo<<. Broni na razie jeszcze nie było. Rejon miał ją nam dostarczyć na kwatery 
alarmowe do godziny 15.00. 
Zadaniem G-l było zdobycie szturmem Dworca Wileńskiego. Pluton mój nr 1647 miał za 
zadanie ubezpieczać i osłaniać od ulicy Ząbkowskiej i Brzeskiej oddziały atakujące dworzec. 
Bazą wypadową plutonu był dom przy ulicy Brzeskiej  nr 11. 
Do godziny 17.00 broń z rejonu nie nadeszła. Przystępowaliśmy do akcji z prywatną bronią 
żołnierzy plutonu. Na przeszło 70 ludzi mieliśmy zaledwie jeden karabin z kilkunastoma 
nabojami, cztery pistolety: dwie "dziesiątki", "siódemkę" i"piątkę", a do nich po magazynku 
amunicji, pięć butelek samozapalających, około 30-40 "-sidolówek"*** otrzymanych 
poprzednio z G-1, jeden granat obronny i kilka zaczepnych. 
 

*      G - Grupa - odpowiednik batalionu w strukturze AK 
**     Rejon - odpowiednik pułku. 

      *** "Sidolowka" lub "sidolka" - granat  zaczepny  produkcji powstańczej.

 

background image

 
 
Ulice na Pradze wcześniej już opustoszały. Atmosfera była napięta. 
Punktualnie o godzinie 17.00 zawiadomiłem ludność na swoim terenie o rozpoczęciu 
powstania w Warszawie. Entuzjazm był nadzwyczajny. Natychmiast zgłosiło się wielu 
ochotników, których nie mogliśmy jednak uzbroić, bo sarni dla siebie nie posiadaliśmy broni. 
Wykonywali więc oni prace pomocnicze, sporządzali butelki zapalające z dostarczonej przez 
ludność benzyny, barykadowali bramy domów, przebijali połączenia miedzy piwnicami 
sąsiednich posesji itd. 
Obsadziliśmy stronę nieparzystą ulicy Brzeskiej od nr 9. 
Mimo że wyznaczona godzina dawno minęła, szturm na dworzec nie następował. 
Panuje spokój. Ulice puste. Ani naszych, ani Niemców. Nie widzę sąsiednich oddziałów. 
Czyżby zmiana planu akcji, o której nie zdążono nas zawiadomić? 
Nie mamy z nikim łączności. Hitlerowskie kaemy znajdujące się na skrzyżowaniu Brzeskiej i 
Kijowskiej i na załamaniu Markowskiej ryglują te ulice i odcinają nas całkowicie od 
dowództwa G-1. 
Sytuacja zupełnie inna od planowanej, nowa, nieprzewidziana. 
Gdzieś z okolicy Targowej czy Ząbkowskiej padły pojedyncze strzały, krótkie serie peemów. 
Słychać strzelaninę zza Wisły. 
Na własną rękę rozpoczynamy z okna drugiego piętra domu przy ulicy Brzeskiej nr 11 
ostrzeliwanie nieprzyjaciela na terenie dworca z posiadanego karabinu. Hitlerowcy szybko 
orientują się, skąd strzelamy. Cztery pociski z działa czołgowego w drugie i trzecie piętro 
kamienicy, jak również brak amunicji zakończyły wkrótce pojedynek ogniowy 
karabinu z działem. Hitlerowcy przesunęli  kaem z załamania Markowskiej na jej wylot w  
ulicę Brzeską  i ostrzeliwują okna naszej strony ulicy.. 
Wkrótce od Ząbkowskiej wtargnął na Brzeską czołg. Ze wszystkich okien posypał się na 
niego grad butelek z benzyną i "sidolówok". Płonąc wjechał w Kijowską i tam się zatrzymał. 
To samo spotkało samochód pancerny, który nadjechał za czołgiem. W gorączce pierwszej 
walki chłopcy niepotrzebnie zużyli większość "sidolówek" i granatów. 
Atak na dworzec nie następował. Nie atakowano również siedziby żandarmerii na ulicy 
Targowej nr 15, skąd nieprzyjaciel swobodnie ostrzeliwał tyły naszych pozycji, na 
obsadzonych już przez nas posesjach Brzeska 3, 5, 7 i 9. 
Dlaczego nie rozpoczęto natarcia? Byliśmy odcięci, nie miałem z nikim łączności. 
Około godziny 21.00 stwierdziliśmy, że hitlerowcy wycofali swoje placówki z naszego 
rejonu, wobec czego wysłaliśmy do dowódcy G-1 drużynowego - podchorążego "Władka-", 
żeby zameldował o naszym położeniu. Wrócił nad ranem. Okazało się, że dowódca G-1 ani 
broni, ani żadnych nowych rozkazów z rejonu nie otrzymał i czeka na obiecaną stamtąd broń, 
by móc uderzyć na Dworzec Wschodni. Podchorąży "Władek" udał się wobec tego do 
dowódcy rejonu - "Ludwika", który obudzony ze snu przyjął go w pidżamie. Oświadczył, że 
broń otrzymamy wczesnym rankiem, po czym ruszy natarcie na dworzec - i wydał rozkaz 
utrzymania zajętych na Brzeskiej pozycji. 
Rano 2 sierpnia dookoła spokój. Żadnych walk. Około godziny 6.00 silny oddział 
nieprzyjaciela z terenu dworca wkracza na ulicę Brzeską, zajmując kolejno od ulicy 
Kijowskiej dom po domu i poszukując w nich powstańców. 
Broni rejon nie dostarczył. Dworca ani Targowej nr 15 nikt nie atakuje. Nie słychać, żeby  
gdziekolwiek w śródmieściu  Pragi trwały jakieś walki. Spokój zupełny. Ludność cywilna,  o  
ile wczoraj entuzjastycznie  przyjęła   wiadomość o rozpoczęciu powstania, teraz - widząc 
nasze faktyczne możliwości i całą sytuację - wszelkimi sposobami nalega, by nie gubić jej i 
nie wznawiać walki. 

background image

Ostatecznie więc ustępujemy dom po domu - bez boju. Niemcy zajmują i rewidują posesję nr 
3 - my opuszczamy nr 5, oni zajmują nr 5, my wycofujemy się z nr 7 itd. Żadnych możliwości 
ani warunków już nie tylko zaczepnego wystąpienia, 1 ale nawet kilkugodzinnej obrony - nie 
było. 
Gdy hitlerowcy wkraczają na Brzeską nr 13, wycofujemy się z niej tyłami posesji na tereny 
parzystej  strony ulicy  Targowej. Tam wydałem rozkaz rozejścia się do domów lub na 
kwatery i oczekiwania na dalsze rozkazy. 
Z podchorążym "Czarnym" około godziny 11.00 I ostatni opuszczamy nasz blok. 
Tak zakończyło się nasze latami przygotowywane powstanie. 
Warszawa jednak walczyła. 
Odgłosy nieustannej strzelaniny w dzień i w nocy dochodziły nas zza Wisły. Samoloty, 
artyleria,! "krowy" miażdżyły, druzgotały na naszych oczach bezbronne miasto. Chmury 
dymu spowijały płonące dzielnice, w nocy łunami świeciło niebo, przecinane łukami rakiet. 
Warszawa walczy. My - nie. 
Początkowo sądziliśmy, że dowództwo nasze zmienia plany, że opracowuje przeprowadzenie 
nareszcie przemyślanej, zorganizowanej akcji i że w ciągu jednego, dwu dni znów 
wystąpimy. Myliliśmy się Przeszło kilka dni w napięciu oczekiwania. Następne wlokły się 
gnuśnie, demoralizująco. Czekaliśmy na rozkaz wystąpienia. 
Około 5 - 6 sierpnia otrzymaliśmy rozkaz ewakuowania broni z dowództwa rejonu. 
Łączniczki i sanitariuszki z "obstawą", wypatrując momentów, gdy nie było na ulicach 
hitlerowskich patroli, przewiozły w "betach" na naszą kwaterę około 15 karabinów, trochę 
amunicji i granatów. 
Gdybyśmy tę broń mieli 1 sierpnia... 
Teraz wszyscy komentowali ten fakt, że rejon pozbywa się niepotrzebnego, a 
niebezpiecznego balastu. Wkrótce przyjęliśmy na nasze i tak przeludnione kwatery kilka 
zapłakanych sanitariuszek i łączniczek z rejonu, nie mających się gdzie podziać. Rejon 
pozbywał się uciążliwej już załogi. 
Około 20 sierpnia rozpoczęło się wyłapywanie wszystkich mężczyzn z poszczególnych 
dzielnic Pragi. 
Mimo rewizji i represji kryliśmy się po schronach, strychach, zakamarkach tartaków i 
warsztatów przy Kawęczyńskiej, Korsaka, Ząbkowskiej, gdzie kto mógł. Od wschodu w 
dzień słychać było artylerię, a w nocy samoloty. Front zbliżał się. Oczekiwaliśmy ostatnich 
walk i wkroczenia wojsk radzieckich. Oczekiwaliśmy rozkazu wystąpienia do akcji i 
uderzenia choćby w ostatniej chwili na wycofujące się oddziały hitlerowskie. 
I  znów za późno. Przyszedł z rejonu rozkaz: "Zachować spokój, broń zamelinować, wszelkie 
wystąpienia bez rozkazu traktowane będą jako samowola w obliczu  nieprzyjaciela,  czekać  
rozkazu". 
11- 12 września. Walki już, gdzieś bardzo blisko, jakby na przedpolach Pragi. Z dachu 
Ząbkowskiej nr 50 obserwujemy przez lornetkę wybuchy pocisków gdzieś z kierunku 
Rembertowa - Utraty -Koziej Górki. Hitlerowskie oddziały niszczycielskie wysadzają w 
powietrze i palą ważne obiekty Pragi i Grochowa - takie jak "Dzwonkowa"- "Avia" 
Adamczewskie, młyny na ulicy Brzeskiej, Białostockiej i Korsaka, obiekty na dworcach 
Wschodnim i Wileńskim i wiele, wiele innych. Przychodź kolej na kościół św. Floriana i 
mosty. 
Ostatnie komunikaty mówią o skutecznej ofensywie i zbliżaniu się wojsk radzieckich. 
Nic więcej nie wiemy. Łączność z rejonem zrywał się - zmienił MP. Żadnych instrukcji nie 
otrzymałem. Ale rejon wie, gdzie jesteśmy, więc we właściwym momencie rozkaz przyśle. 
Zachowujemy spokój. Broń zamelinowana. 
13 sierpnia późną nocą słyszymy za oknami ciche kroki i jakieś przytłumione głosy. 
Zatrzymują się tuż. Za chwilę widzimy żołnierzy. Zdumienie. Polskie mundury. Wybiegamy 

background image

na ulicę - nasi! Polacy! polska armia. Żaden nasz komunikat słowem nie wspomniał, że o 
Pragę walczą oddziały polskiej Nic o tym nie wiedzieliśmy. 
-  Skąd wy tu? Coście za jedni? 
-  Kościuszkowcy! 
Zgłaszam się do rejonu, który jest już na dawnym miejscu, po instrukcje i rozkazy. 
-  Czekać! Rozkaz ostatni nie został przecież odwołany, obowiązuje nadal. Czekać! 
Tak. A więc i teraz jeszcze - też czekać. 
Od przeszło sześciu tygodni czekaliśmy na rozkaz "zachowując spokój,  z zamelinowaną 
broniąc, obserwując widok płonącej Warszawy, pikujących nad Starówką "Stukasów-", 
słuchając dochodzących zza Wisły odgłosów nieustępliwej, beznadziejnej walki przypatrując 
się śmierci naszego miasta. 
Czekaliśmy - a rozkaz nie przyszedł. 
I dalej jeszcze czekać? Na co? Czy to jest jeszcze niejasne? 
Wróciłem na naszą kwaterę na Ząbkowskiej nr 50. Zeszli się wszyscy, którym udało się 
ocalić. 
Z plutonu 1647 są: zastępca dowódcy plutonu - podchorąży "Czarny" (Wacław Zarębski), 
dowódca drużyny - kapral "Jastrząb" (Zygmunt Kacperski), starszy strzelec "Bagnet" i inni. 
Jest również i podporucznik "-Elektryk" (Bolesław Ostrowski) - dowódca Oddziału Dywersji 
Bojowej. Jego broń trafiła do nas wraz z trzema ludźmi, którzy stracili z nim kontakt i zgłosili 
się do nas. Wszystkiego dziewiętnastu sponad stu plutonu 1647 i późniejszych przybyszów.  
Resztę pognali hitlerowcy do obozów. 
Krótka narada. Polskie oddziały zdobyły Pragę, przygotowując się do uderzenia na 
Warszawę. Rozkaz dowódcy rejonu - czekać. Co robimy? Ja nie czekam, zgłaszam się 
ochotniczo do wojska. 
Nikt nie wygłaszał referatów, nikt nikogo nie agitował, nie namawiał. Każdy decydował za 
siebie. 
Odmelinowaliśmy broń, założyliśmy powstańcze biało-czerwone opaski z orłem i napisem "-
WP - 1647", po czym zameldowaliśmy się do walki z wrogiem, jako ochotniczy oddział AK, 
w 1 pal-u 1 dywizji piechoty im. T. Kościuszki. Przyjęto nas jak braci, z otwartym sercem." 
Pluton podporucznika "Antka" został chwilowo przydzielony do 2 baterii podporucznika 
Pawłowskiego w 1 dywizjonie 1 pal-u. 
Nareszcie ci rwący się do walki ludzie znaleźli się w regularnej bojowej jednostce. Takich jak 
oni było na Pradze wielu. Niektórzy przyłączyli się do oddziałów Wojska Polskiego jeszcze w 
czasie trwania walk o Pragę i wzięli w niej aktywny udział. Pilnie wychwytywano wszelkie 
wieści zza Wisły, które by pomogły w niesieniu pomocy. 
Do akcji przystąpiło lotnictwo. Na ugrupowanie sił hitlerowskich posypały się bomby. 
Faszystowscy lotnicy nie mogli już bezkarnie atakować pozycji powstańców, spotykał ich 
silny ogień radzieckiej artylerii przeciwlotniczej i myśliwskie samoloty. 
Radzieckie "kukuruźniki" i samoloty polskiego 2 pułku nocnych bombowców "Kraków" 
dokonywały zrzutów broni, amunicji, żywności i środków opatrunkowych. 
O zasięgu akcji tak pisała w numerze 29 z dnia 15 września 1944 roku "Wielka Polska" 
wydawana w Warszawie: 
"...Z dnia 13 na 14 w nocy lotnictwo sowieckie zrzuciło dla walczącej Warszawy 30 ton 
żywności, 1200 granatów oraz 80 tysięcy sztuk naboi. Akcja trwała od godziny 9,00 
wieczorem do 6.00 rano i była przeprowadzona przez 282 samoloty. Zrzuty miały miejsce w 
trzech punktach: na Żoliborzu, w Śródmieściu i na Czerniakowie". 
Kto wiedział, że za tą zwięzłą prasową informacją, relacjonującą o tak doniosłym dla 
walczących w Warszawie fakcie, kryły się dramatyczne przeżycia dwóch skromnych 
łączniczek powstańczych. 

background image

"Ewa" - Janina Balcerzak - walczyła w oddziale Armii Ludowej dowodzonym przez 
porucznika "Szczęsnego" - Dobrowolskiego, który wraz z oddziałem AK pod dowództwem 
porucznika "Bończy" zajmował placówkę przy ulicy Wiejskiej 18. Zadaniem tych 
pododdziałów było uniemożliwienie kontaktu lub połączenia się hitlerowskich załóg 
zajmujących gmach Sejmu i budynek YMCA. 
W nocy 7 września zjawił się u porucznika "Szczęsnego" łącznik z komendy śródmiejskiej 
AL, mieszczącej się przy ulicy Wilczej, z rozkazem o odkomenderowaniu "Ewy". 
- No cóż - powiedział "Szczęsny" - idź, kiedy cię wzywają. 
Oddajemy teraz głos "Ewie"; Niech opowie sama o tym, co działo się dalej... 
"Skoro świt wyruszyłam w drogę poprzez piwnice i przekopy pod ulicami. Szłam chyba 
godzinę, cały czas pod ziemią. Przejście teraz z ulicy Wilczej na Wiejską i odwrotnie to 
kwestia kilku minut: ul. Matejki, Al. Ujazdowskie, Wilcza, a wtedy to był cały labirynt 
piwnic, dziur i przekopów - przejścia te trzeba było znać, jak własną kieszeń. 
Na Wilczej czekał już kolega Kowalski - niedawno wrócił ze Starówki. Ucieszyłam się, że 
żyje, że widzę znów wielu towarzyszy, którym udało się przejść... Ale on bez wstępów 
przystępuje do sprawy: >>Słuchaj no, my chcemy, żebyś poszła na drugą stronę Wisły. 
Rozmawialiśmy z dowództwem AK, żeby wysłać wspólnie kurierów do marszałka 
Żymierskiego z prośbą o pomoc. AK odmówiło, my- AL-owcy - musimy iść sami. Czy 
pójdziesz?<< 
Nie zastanawiałam się - z radości aż podskoczyłam do góry, że mają do mnie tyle zaufania, że 
akurat ja mam iść... 
-  Idę, Olek, idę!... 
-o A czy dasz radę? Czy czujesz się na siłach? Czy będziesz wiedziała, co tu nam, 
walczącym, potrzeba? 
-  Tak, pójdę! Wiem, trzeba broni i amunicji, trzeba żywności, trzeba pomocy z prawego 
brzegu, bo Warszawa chce walczyć dalej, nie chcemy kapitulacji. Powiem im, jaka jest 
sytuacja w Warszawie, że tu walczą nawet dzieci... 
-  Sama nie pójdziesz - powiada Olek - pomyśl, kto pójdzie z tobą? 
Akurat do lokalu weszła Hela Jaworska. Pytam od razu: <<"Helu, pójdziesz ze mną za 
Wisłę?">> 
Hela wali bez namysłu: "No chyba, ze pójdę, jak trzeba..." Myślałam, dobrze będzie: ja 
jestem trochę impulsywna, lecę nieraz tam, gdzie nie trzeba, a Hela jest odważna, ale 
opanowana; będziemy się uzupełniały nawzajem... Decyzja zapadła... Idziemy... 
Po załatwieniu różnych formalności z przepustkami i omówieniu trasy - na Czerniaków, a 
potem kanałem na Sadybę, Wilanów i tam przez Wisłę - wyszłyśmy. Etap pierwszy - 
Zagórna. Pierwszy w tej drodze "-chrzest bojowy” otrzymałyśmy w czasie okrążania Placu 
Trzech Krzyży. Od Wilczej i Kruczej do Mokotowskiej, Wspólnej - przebiegłyśmy pod 
murami, potem barykadą na drugą stronę Brackiej - do Instytutu Głuchoniemych i tam 
różnymi przekopami, prawą stroną Książęcej (idąc do Czerniakowa), szłyśmy razem do ul. 
Ludnej, potem na lewo przez pole do ul. Zagórnej. Dowódcą tej placówki był porucznik 
"Stach". Był wieczór, gdy doszłyśmy do pierwszego wytyczonego punktu... 
Jak łatwo dziś pisać - najpierw prosto, barykada, ulica, rów... Pamięta się dobrze drogę, ale 
nie pamięta się już uczucia, nie czuje się bicia serca, nie czuje się zmęczenia, nie słyszy się 
strzałów, nie widzi się ludzi niosących nosze, a na nich strzępy ludzkie, nie słyszy się jęku 
rannych, nie widzi się ich twarzy, na których śmierć wycisnęła swe piętno. Nie pamięta się 
wyrazu oczu tych. chłopców bezimiennych, obok których przeszliśmy mimo, a oni trwali 
dalej w walce, chwiejąc się z głodu i pragnienia, wściekli, że brak amunicji, że nie ma z czego 
strzelać... Na placówce, której dowódcą jest porucznik "Stach", znów spotykamy znajomych 
ludzi a wśród nich "Agawę" - Bogdana Czeszkę i "Cechnę" - Królikowską. Pytają, po co 
przyszłyśmy, ale o tym wolno nam mówić tylko ze "Stachem". Owijamy nogi gałganami, 

background image

bierzemy kije zakończone gwoździem, na plecy jakieś worki, sukienki podwijamy wysoko, 
świecę w rękę i w drogę kanałem na Sadybę. 
Wchodzimy w kanał... owiewa nas chłód, smród, woda sięga do kolan, zimna jak 
nieszczęście. Nogi drętwieją. Zapada ciemność. Oddycha się wilgocią i wyziewami kanału. 
Przewodnikiem jest jakiś sierżant z AK. Szło z nami 20-25 osób, trzymając się jeden 
drugiego. Na przedzie przewodnik z latarką w ręku. Iść trzeba w nogę i do tego bocianim 
krokiem, aby nie spowodować silnego bulgotania wody - nogi podnosimy do góry, a potem 
stawiamy lekko, jak najciszej, bo droga prowadzi pod terenem zajętym przez Niemców. 
Gęsta, cuchnąca ciecz przelewa się wolno między nogami, odór wydzielający się z poruszonej 
wody dusi niemiłosiernie. Czas dłuży się. Nogi coraz częściej oślizgują się po zamulonych 
ściankach kanału. Co chwila ktoś się przewraca, inni podnoszą go. Idzie się dalej... Ja nie 
muszę się schylać, idę wyprostowana, ale Hela wysoka jest jak tyczka i narzeka, że dziś ten 
wzrost jest jej niepotrzebny. Cały czas musi iść pochylona. Czasami, potknąwszy się, ktoś 
klnie siarczyście, ktoś stara się być dowcipny. 
Szliśmy jakieś półtorej godziny. Nagle... w kanale robi się widno. Słup światła załamuje się w 
brudnej wodzie. Zapanowała cisza... Stajemy... Słuchamy. Okazało się, że na zajętym przez 
Niemców terenie przy wejściach do kanału czuwają żołnierze niemieccy. Musieli nas 
usłyszeć. Dowódca grupy daje rozkaz cofnięcia się. W tył zwrot... Tą samą drogą wracamy na 
Zagórną. Wieczorem zostaje wysłany patrol do kanału, aby sprawdzić, czy jest możliwość 
przejścia. Niestety Niemcy wywąchali ostatnie połączenie z południową częścią miasta. 
Kanał zamurowano. Wysłany patroli łomami rozbił ścianę, przejście niby jest wolne. Na drugi 
dzień mamy iść tą samą drogą, ale pech taki chciał, że Niemcy dość szybko spostrzegli 
rozwalona ścianę i zasypali kanał piaskiem. Nad przekopywaniem przejścia trzeba by 
pracować kilkadziesiąt goj dżin, co było niemożliwe do wykonania. Co robić Jak się 
przeprawić? 
10 września o10 wieczorem mżył deszcz.  Byłe ciemno, ale tam gdzieś na Czerniakowskiej, 
Mączne Przemysłowej - paliło się... Snopy iskier biły w niebo. Z hałasem waliły się ściany 
domów. 
Ulicą Mączną szłyśmy do portu Czerniakowskiego skąd kajakami mieliśmy przepłynąć na 
Saską Kępę. Władek i Tadek poprzedniego dnia zbadali teren ni lewym i prawym brzegu 
Wisły i dziś mieli nas pi wieźć przez rzekę. Idziemy przez góry gruzu, niosąc] w ręku plecak i 
teczkę. Niesiemy "-pożywienie najdalszą drogę: suchary, cukier w kostkach, cukier i małą  
butelkę  jarzębiaku.  Dała nam to wszystkie z całego serca "Marta" (Ciesielska) jeszcze tam, 
na Wilczej. Ujęła innym, dając nam. Powiedziała wtedy: Pamiętajcie, ten jarzębiak macie 
otworzyć wtedy, gdy która z was zemdleje. 
Nie miałyśmy zamiaru mdleć, ale jarzębiak wzięłyśmy. 
Tadek z Władkiem ściągnęli kajaki na wodę. Wsiadłyśmy. Z mostu Poniatowskiego świeci 
reflektor i Wodzi ramieniem, oświetlając Wisłę. Na szczęście nadleciał samolot radziecki... 
Reflektor gaśnie. Nasze kajaki mogą płynąć. Szybko... szybko... Żeby tylko zdążyć. 
Dopłynęliśmy do wysepki z kępą krzakowi przenosimy kajaki na drugą stronę i dalej... Szło  
nam tak szybko, jak tylko w strachu można pracować. Wreszcie jesteśmy na drugiej stronie. 
Łódki umocowane. Zakładamy pantofle, teraz trzeba dotrzeć szybko do wału 
Miedzeszyńskiego, przejść go i dalej ścieżkami dotrzeć poprzez ogrody do jakiegoś budynku. 
Skaleczyłam nogę - nie czułam tego podczas biegu, dopiero teraz, w bezpiecznym już 
miejscu, zabolało. Chłopcy znają drogę. Prowadzą nas w ciemnościach. Władek coś 
zauważył, patrzymy - widać kontury luf armatnich. Migają jakieś cienie, czyjeś sylwetki... 
Co parę kroków kładliśmy się w trawie na kilka minut. Nareszcie jakiś dom. Tadek wszedł 
jak kot do suteren, zastukał: 
-  My Polacy. Otworzono. 

background image

-  Te panienki tu przenocują, bo wałęsają się po Pradze, a tu powstanie i niech nie łażą po 
nocy... 
Gospodarze o nic nie pytają ?- częstują nas kolacją, podsuwają wodę do mycia i trochę słomy 
do spania. Wyglądają na przyzwoitych, ale tam, gdzie chodzi o życie, nie wierzy się nikomu. 
Spałyśmy z Helą na zmianę, stale jedna czuwała, aby ktoś z mieszkańców lokalu nie wyszedł 
i nie sprowadził nam na głowę Niemców. Niesłusznie posądzałyśmy uczciwych ludzi, ale 
ostrożność nigdy nie zaszkodzi. Nie wiem, co Hela wtedy myślała, co czuła, ale ja ciągle 
powracałam myślą do tego, że tam o 500 m dalej płonie drogie miasto, że tam zostali najlepsi 
towarzysze broni: Olek, Jurek, Dąbek, Szczęsny i Agawa, Inka, Marta, Włodek, Marian i 
Stan, Cech-na, Kajtek, Robert i Irka - to ci najbliżsi, których się znało, a tamci, ci nieznani z 
imion, ci z barykad Woli, Starówki, Ochoty, Mokotowa? A mury tego miasta, których 
wspólnie broniliśmy? Przecież każdy oddany Niemcom dom, to była kula w serce -to 
zmniejszenie naszego terenu - to zbliżająca się dużymi krokami tragedia bezsiły wobec 
czołgów, samolotów i artylerii. Przecież nie starczy silna wola, upartość, samozaparcie, 
oddanie się walce bez reszty. Tu trzeba amunicji, chleba, pomocy z zewnątrz. 
Ranek zbliżał się powoli. Chociaż oczy kleiły się jeszcze do snu, już o 5 byłyśmy na nogach. 
Wychodzić na ulicę można dopiero po 8 rano. 
Ósma. Wyruszamy w drogę. Spieszymy ulicą Francuską, a potem na przełaj przez działki do 
Alei Waszyngtona. W górze krążą samoloty niemieckie i radzieckie. Niemieckie działa 
przeciwlotnicze biją bez przerwy. Odłamki żelaza rozpryskują się na wszystkie strony. 
Droga na przełaj mija szybko. Spotykamy dwóch Niemców, którzy naprawiają uszkodzoną 
linię telefoniczną. 
Na szczęście nie zaczepiają nas. No, bo jak mogli się domyśleć, kim były dwie niepozorne 
dziewczyny, zmęczone, brudne, obszarpane, niosące jakieś węzełki, uciekające niewiadomo 
dokąd przed strzałami... 
Od Alei Waszyngtona biegniemy prosto do Grochowskiej. 
Ale tu zarysowała się już inna sytuacja niż na Saskiej Kępie: tu spotykamy nie dwóch 
Niemców, a setki... Wozy walą chodnikami w stronę Pragi, samochody pędzą jak oszalałe, 
żołnierze biegną... Wszystko to wali w stronę mostu Kierbedzia. Od czasu do czasu żołnierze 
zatrzymują działa, strzelają Mika razy i uciekają dalej. O przejściu ulicą Grochowską w stronę 
Gocławka nie ma mowy, nie można przepchnąć się nawet. Brniemy więc piwnicami 
Grochowskiej, prawą stroną, idąc do Gocławka. Do Wiatracznej jakoś doszłyśmy. Co robić 
dalej? Zastanawiamy się dobrą chwilę, którędy iść. Na Wiatracznej Niemcy ustawiają 
artylerię, budują linię obrony. 
Idziemy dalej. Wtem jakiś żołnierz zwraca się do nas, niby po polsku: 
-  Eee, paninki, gdzie idzieta, tu front. 
-  My do domu, o tam - pokazałyśmy na jakiś dom, stojący niedaleko... 
-  Tyndy geschlossen. Das ist linia... Weg... 
-  No, a którędy można, przecież musimy iść do domu... 
Hela, znająca język niemiecka, przebiegle pyta następnego żołnierza: 
-  Czy można przejść ten kawałek drogi do tego domu? 
-  Ja - odpowiada szwab. 
Nam tylko tego trzeba... Przez pola już dochodzimy do Placu Szembeka. Zatrzymujemy się, 
wyczekujemy odpowiedniej chwili, aby przeskoczyć na ulicę Kordeckiego. Ta chwila ciągnie 
się w nieskończoność. Ucichło. Przebiegamy chyłkiem na drugą stronę placu. 
Tego dnia, to znaczy 11 września, docieramy do jakiegoś klasztoru czy kościoła (nie 
przypominam sobie nazwy) i tam nocujemy. Jest ciemno i dalsza droga jest niemożliwa, 
można natknąć się na jakiś patrol. W podziemiach klasztoru moc ludzi. 
Opowiadali o strzałach, o hukach, o strachu, drżeli o każdą szmatkę ze swego domu, a dla nas 
to był raj, błoga cisza - bezpieczne miejsce. Siedziałyśmy sobie na schodkach, drzemałyśmy 

background image

trochę. Było duszno - otwierałyśmy drzwi, ale baby darły się, że wleci pocisk, że śmierć 
chcemy na nie sprowadzić. Gdyby nie bały się wyjść na podwórko, na pewno chętnie 
kazałyby zamurować te drzwi... 
Wytrzymałyśmy jakoś do rana. Trochę odpoczęłyśmy, mimo tłoku i zaduchu. Klasztor stał   
na wzgórzu - a obok ciągnęło się pole, obsadzona kartoflami. Ziemia poryta była lejami od 
pociskowi i rowami strzeleckimi. 
Noc wydawała się nam długa jak wiek cały Chciało się już być na miejscu - tam, skąd może 
przyjść pomoc dla walczącej Warszawy... 
Nad ranem wyszłam na podwórko, aby zorientować się w terenie, zapytać kogoś o drogę do 
Wawra lub Gocławka. Spotkałam jakiegoś mężczyznę? Powiedział mi, że można iść torem, 
można też kanałem i można prosto, jeżeli się oczywiście ktoś nie boi... Myślę sobie: "Iść 
kanałem - przecież nie znamy drogi... iść torem kolejowym - przecież tam Niemcy. 
Nazbierałyśmy trochę pomidorów na śniadanie i - w drogę... Planowałyśmy sobie z Helą, że 
zbiegniemy w dół na kartoflisko,' a stamtąd  chyłkiem do najbliższych domów... 
Schodzimy z górki. Nagle rozległy się strzały, gdzieś tam od strony toru kolejowego - za 
nami. Padamy na ziemię. Cisza. Hela podnosi głowę: -Chodź, idziemy U. Podnosimy się. 
Raptem pada jakiś zabłąkany pocisk. Wybuch. Co jest? Gdzie wlazłyśmy? Za nami znów 
strzały, tak jakby z erkaemu. Świszczą kule. 
Leżymy w wysokich kartoflach, Hela unosi na chwilę głowę i woła: "Patrz, tam jakaś ręka 
macha do nas z okopu". Tak, faktycznie ręka w zielonym rękawie. Znowu Niemcy? 
Odległość zaledwie 200 - 250 metrów. 
Ręka najwyraźniej macha w naszą stronę. Co robić? Nie ma odwrotu. Z tyłu bije erkaem - na 
przedzie Niemcy... Trzeba iść naprzód - może uda się ich przekupić... 
Gdyśmy podeszły bliżej, zdawało się nam, że w okopach zamiast Niemców widzimy 
Ukraińców Wówczas  sytuacja  nasza  byłaby groźniejsza, gdyż Ukraińcy-własowcy byli, jak 
wiadomo, gorsi od szwabów. Ale nie było odwrotu. 
Podbiegamy bliżej i słyszymy wołanie: "Chadi, chadi!. To utwierdza nas w przekonaniu, że to 
właśnie własowcy. 
Znowu padają strzały. Na jakieś dziesięć metrów przed małym okopem padamy, aby uniknąć 
kul. I co za radość, kiedy zobaczyłyśmy wychylające się z rowu furażerki, a na nich 
pięcioramienne czerwone gwiazdy. 
Nie mamy już siły, w mgnieniu oka żołnierze wciągają nas do okopów. Pytamy, co tu robią, 
tak blisko Pragi. Dowiadujemy się, że trafiłyśmy na czołówkę piętnastu żołnierzy, którzy 
wdarli się w niemiecką obronę. Główne siły są jeszcze daleko... Jesteśmy już w bezpiecznym 
miejscu. Wyciągam butelkę jarzębiaku, aby wypić razem z żołnierzami, których tak bardzo 
chciałyśmy zobaczyć i których nareszcie spotkałyśmy. 
Pytają nas, kim jesteśmy i po co biegłyśmy pod kulami? Odpowiadamy: My kuriery. My 
chatim k marszału polskoj armii. My iz Warszawy. Dajtie nas k waszemu komandiru. 
Zrozumieli nas... 
Jeden z żołnierzy chwyta pepeszke na ramię. W rękę bierze drut telefoniczny, rozciągnięty na 
riemi, aby móc odnaleźć drogę do sztabu. 
- Poidiomtie diewuszki! 
Biegł szybko, pędzimy za nim co tchu. Nawet nie orientowałam się, dokąd nas prowadził, 
wydało mi się, że to był Anin. Zaprowadzono nas do jakiegoś pułkownika. Nie pamiętam jego 
nazwiska, ale zapamiętałam jego czerwoną twarz. Rozmawiał z nami spokojnie, słuchał, 
pytał. Widać było, że orientuje się w naszej sytuacji. Kiwał głową i mówił: "Nie charaszo wy 
zdiełali, nie charaszo... Nie skoro budiem mogli wziat  Warszawu". 
Nie znałyśmy dobrze rosyjskiego, ale rozumieliśmy się jakoś trochę po rosyjsku, trochę po 
polsku, trochę po niemiecku. Opowiadamy mu o powstaniu, o sytuacji, o naszej walce. 

background image

Dano nam obiad, wodę do mycia, a po obiedzie - dalej w drogę. Tym razem jedziemy już 
samochodem. I znów  rozmowa, tym  razem z generałem 
o tym, czego trzeba powstańcom, jak oni walczą, jakie tereny zajmują, co widziałyśmy w, 
drodze gdzie są Niemcy, jak się oni zachowują, jak zachowuje się ludność. Generał pisze, 
kreśli na mapie. Znów proponuje nam jedzenie, ale nasze długo nie dokarmiane żołądki   
jeszcze nam nie dopisują. 
I znów w drogę do innego generała, gdzie powtarza się ta sama procedura. Jest tłumacz, więc 
lżej nam porozumiewać się. 
Patrzę na zegar - godzina 17. Zwracam się więc do generała i mówię: "Towariszcz gienierał, 
już piat czasów, a my jeszcze tutaj. My chatim w Lublin..." 
W pewnym momencie przyjeżdża płk ,,Ignac” (Loga-Sowiński) z Otwocka. Nie wiem, w jaki 
sposób dowiedział się o nas; czy generał dzwonił da dowództwa polskiego, czy "- Ignac" po 
prostu wyczuł, że ktoś przyszedł... 
Po krótkiej rozmowie odjeżdżamy do Otwocka, skąd po odpoczynku i obiedzie udajemy się 
do Lublina - do sztabu Wojska Polskiego. 
W Lublinie jesteśmy o godzinie 24 i od razu uzyskujemy przyjęcie u marszałka Żymierskiego 
i generała  Spychalskiego. 
Audiencja trwa 3 godziny. Wreszcie marszałek orzekł, że po takiej drodze musimy odpocząć, 
a dalsze rozmowy pozostawimy na następny dzień. Rankiem 13 września Hela Jaworska 
pojechała z marszałkiem Żymierskim do marszałka Rokossowskiego. 
Ja zostaję w Lublinie". 
28 numer z dnia 15 września 1944 r. "Wielkiej Polski" wydawanej w powstańczej Warszawie 
przyniósł następującą wiadomość: 
"...Z dnia 13 na 14 w nocy lotnictwo sowieckie zrzuciło dla walczącej Warszawy 30 ton 
żywności, 1200 granatów oraz 80 tysięcy sztuk naboi. Akcja trwała od godziny 9.00 
wieczorem do 6.00 rano i była przeprowadzona przez 282 samoloty. Zrzuty miały miejsce w 
trzech punktach: na Żoliborzu, w Śródmieściu i na Czerniakowie..." 
W tym samym czasie przybyły przerzucone spod Warki jednostki 1 armii. Na wprost 
Warszawy zajęły pozycje nad Wisłą: 3 dywizja piechoty im. Romualda Traugutta i 1 brygada 
kawalerii. Rozpoczęto przygotowania do sforsowania rzeki i zdobycia przyczółka, co 
umożliwiłoby ewakuację z Warszawy ludności i powstańców. 
 
DYMY NAD WARSZAWĄ 
 
W tych pamiętnych dniach wszyscy żyli sprawą przyjścia z pomocą walczącej Warszawie. 
Polska i radziecka artyleria rozpoczęła ostrzał hitlerowskich stanowisk na lewym brzegu 
Wisły. 
Jeszcze 13 września w rejonie Grochowa dobrowolnie przeszli na naszą stronę dwaj żołnierze 
niemieccy z 2 kompanii baonu "Benthin" - strzelec Georg Vandevene i strzelec Emil Stegner. 
Obaj byli Alzatczykami. Baon ich w ciągu sierpnia miał za zadanie ubezpieczać rejony 
"oczyszczone" przez SS od powstańców, a 9 września został, przerzucony przez most 
Kierbedzia na Grochów, gdzie zajął pozycje obronne. 
Z relacji Alzatczyków wynikało, że w dniu 9 września cały rejon Krakowskiego Przedmieścia 
i Starego Miasta był oczyszczony z powstańców. W tej dzielnicy panował spokój, a 
strzelaninę słychać było tylko z okolicy Placu Teatralnego. 
Ale już w parę dni po wyzwoleniu Pragi nadeszły dalsze materiały zawierające relacje 
powstańców, którzy przerwali się przez Wisłę do naszych wojsk. W nocy z 16 na 17 
września, w rejonie na południe od mostu Poniatowskiego, linię frontu przeszli żołnierze 
Armii Krajowej - plutonowy Mieczysław Wronka, strzelec Tadeusz Baliński i strzelec 
Mieczysław Jagiełło. Aktualna sytuacja w Warszawie według nich wyglądała następująco: 

background image

"W rękach powstańców znajduje się po dzień dzisiejszy (16 września) rejon między ulicą 
Wilanowską a ulicą Mączną, do ulicy Solec nr 49. Ulica Czerniakowska częściowo jest w 
rękach powstańców, z wielu jednak domów powstańców zdołano wyprzeć. 
W dzień wszystkie wymienione rejony nie są wolne od patroli niemieckich. Kontrola 
powstańców sprowadza się do tego, że mogą oni zajmować domy na tych ulicach, z których 
prowadzą ogień. 
Według sprzecznych danych w rejonie Mokotowa mają ponoć jeszcze być siły powstańcze. 
W sprawie koordynacji akcji powstańczej relacjonującym było wiadomo, że wypady lub ataki 
różnych placówek były uzgadniane między dowództwami.  Na przykład 10 dni wstecz 
oddział AK szturmował uniwersytet na Krakowskim Przedmieściu, a na pomoc szły mu 
oddziały AL z rejonu ulicy Twardej i Ciepłej. 
Bardziej wyczerpujące informacje złożyli - major "Bończa" i porucznik "Sowa" z oddziału 
pułkownika "Radosława" (AK), którzy przeszli linię frontu w dniu 17 września na południe 
od mostu Poniatowskiego. Oto ich relacja: 
"1. W mieście są trzy zasadnicze odcinki: 
a)   "Śródmieście” - 3 dni temu od Królewskiej do Placu Zbawiciela. W chwili obecnej 
powstańców wyparto na tym odcinku z kilku rejonów. (Dokładnych granic nie znają.) 
Odcinkiem dowodzi podpułkownik "Bogusław". 
b)   "Czerniaków" - gdzie powstańcy kontrolują zasadniczo tylko część ul. Czerniakowskiej, 
ul. Solec do nr 55, ul. Zagórną, ul. Mączną i ul. Okrąg. W domu nr 2 na ul. Okrąg znajduje się 
sztab baonu "Kryska", podporządkowany dowódcy odcinka, pułkownikowi Radosławowi    
Punkt dowodzenia dowódcy odcinka - ulica Zagórna W dniu 11 września płk "Radosław" 
ściągnął z re1 jonu na południe od ul. Górnośląskiej większą część sił do rejonu ul. Zagórna, 
mając zadanie atakować Niemców w celu nawiązania łączności ze "Śródmieściem". 
Wyników nie osiągnął. Odcinek "Czerniaków" utrzymuje przyczółek od klubu sportowego 
„Syrena" do ul. Wilanowskiej (700 m), głębokość –4 do ul. Czerniakowskiej. Odcinek 
"Czerniaków" kilka razy otrzymał sowieckie zrzuty żywności. W danej chwili wszystkie 
kuchnie kompanijne wydajaj żołnierzom kaszę pochodzenia sowieckiego. Powstańcy dostali 
też dużo sowieckich sucharów (por -Sowa-M miał jeszcze w kieszeni suchary z sowieckich 
zrzutów). 
c) "Mokotów" - kilka dni wstecz była jeszcze kurierska łączność z Mokotowem kanałami. 
Stamtąd) odcinek "Czerniaków" otrzymał amunicję. W ciągu ostatnich dni Niemcy 
uniemożliwili komunikację] w kanałach. Sytuację na odcinku "-Mokotów" uważa się za 
najlepszą. Nacisku nieprzyjaciela tam prawie? nie ma". 
Najnowsze wiadomości z Warszawy przynieśli - kapral podchorąży Józef Leśniewski, 
szeregowy Adam Roman, łączniczki Ilijna ("Kaja") i Wandal Wyszomirska ("Xenia"), którzy 
przedostali się przez; linię frontu w nocy z 18 na 19 września. Relacje, te brzmiały: 
"1. W ciągu ostatniej doby przyczółek czerniakowski nieznacznie zmniejszył się. Niemcy 
atakowali oddziały powstańcze od strony ulicy Czerniakowskiej i nieco posunęli się naprzód 
w kierunku ulicy Idźkowskiego. Działania piechoty wspierał jeden czołg, który ostrzeliwał 
dom nr 7 na ulicy Wilanowskiej, i jedna tankietka "Goliat-", która wybuchła obok tego do- 
mu nie wyrządzając szkody. Żołnierze. nieprzyjaciela szli do ataku z krzykami "-Hoch!-" i 
byli wyraźnie podpici. W szeregach niemieckich zanotowano drużynę Ukraińców ubranych w 
czarne mundury. Łączność między ul. Wilanowską a Zagórna zdołano utrzymać. Bardzo 
utrudniona jest natomiast łączność z oddziałami "Kryski" z ulicy Okrąg. Grupy powstańcze 
odczuwają ostatnio wyraźniej nacisk Niemców od strony mostu Poniatowskiego, sztab płk. 
"Radosława" został przeniesiony na ul. Wilanowską pod nr 5. Rejon między ulicą Ludną, 
Smolną, Solec nie podlega kontroli powstańców. 
"2. Celem ustalenia łączności między odcinkami „Czerniakowi” i „Śródmieście” należy 
zbombardować z powietrza rejon Frascati, Sejm. Zdobycie przez powstańców tego silnie 

background image

ufortyfikowanego przez Niemców rejonu (betonowe schrony podziemne, rowy łącznikowe 
itd.) pozwoliłoby na nawiązanie łączności i wywarłoby znaczny wpływ na dalszy rozwój akcji 
w całym mieście. 
"3. W danej chwili znaczniejsze oddziały działają samodzielnie. Formalnie istnieje jednolite 
kierownictwo generała "Bora", konkretnie jednak zrealizować jedność i koordynację działań 
obecnie nie sposób. 
"4. W Warszawie istnieją następujące ugrupowania wojskowo-polityczne: 
a)    Armia Krajowa, 
b)    Armia Ludowa, 
c)   Polska  Armia Ludowa  ("Wiciowcy"), 
d)    Korpus Bezpieczeństwa. 
Istnieje zgodna opinia, że wybuch powstania był  przedwczesny. Oczekuje się w Warszawie 
wkroczenia Armii Czerwonej. Stosunek do Armii Polskiej  - zdania są podzielone. 
"5. Dnia 18 września została nawiązana łączność z Mokotowem (doktor-kapitan przyszedł 
przez kanały). Odczuwają ostatnio silny nacisk Niemców. Szczególnie dotkliwy jest brak 
naboi do kaemów niemieckich. "Mokotów" ma też sporadyczną łączność (przez pole 
wyścigowe) ze "Sródmieściem", której "Czerniaków" jest pozbawiony. 
"6. W dniu 13 września powstańcy mieli w swych' rękach rejony między ul. Mokotowską, 
Płaceni Trzech Krzyży, odcinkiem ulicy Nowy Świat zajmowali południową część ul. 
Marszałkowskiej i rejony ulic - Wspólnej, Poznańskiej, Emilii Plater, Polnej, 6 Sierpnia, Plac 
Zbawiciela. 
"7.  Podobno „Śródmieście” otrzymało zrzuty broni. Dostała się ona do rąk własnych. 
Automaty i naboje do nich otrzymał również "Mokotów". Dużo żywności, sucharów, słoniny, 
konserw otrzymał "Czerniaków”. Amunicja do broni rosyjskiej jest. Brak amunicji do broni 
niemieckiego pochodzenia. 
"8.  Ostatnio oddziały składają się z żołnierzy wszystkich ugrupowań. Pierwsze grupy wojsk 
regularnych (które przeprawiono z Pragi przez Wisłę - przyp. autora) wcielono od razu do 
jednego z oddziałów walczących, nieraz pod komendą oficera AK lub AL. Siłami 
powstańców w Warszawie dowodzi dowódca Okręgu Warszawskiego -' "Monter". 
"9.  Bardzo efektywnym okazał się dnia  18 września ostrzał artyleryjski ulicy Frascati. 
"10. Po odparciu  wczorajszych  ataków niemieckich wszystkich ogarnął entuzjazm. 
Żołnierzy wojsk 
regularnych, nie przyzwyczajonych do walk ulicznych, sukces ten znacznie podniósł na 
duchu. Wykazują oni brak doświadczenia w tego rodzaju walkach i na skutek nieostrożności 
ponoszą znaczne straty.  
"11. Pierwsze partie lądujących żołnierzy przyjmowano z niezwykłym entuzjazmem." W   
cytowanych wyżej  relacjach dźwięczały już echa działań 2 i 3 dywizji, które walczyły na 
warszawskich  przyczółkach, i wspierania przez polską i radziecką  artylerię oraz lotnictwo  
rejonów  bronionych jeszcze przez oddziały powstańcze. 
1 dywizja nie brała już udziału w akcji niesienia pomocy powstańcom. Wykrwawiona bojami 
o Pragę regenerowała swoje siły dla dalszych walk. Ale sprawa Warszawy absorbowała 
wszystkich. 
Z niepokojem chwytano wszystkie wieści zza Wisły, łudzono się, że tragiczne powstanie 
rozpalone bez powiązania z nadchodzącą zza Bugu ofensywą może przetrwa. Nie trzeba było 
być wielkim strategiem, by zrozumieć, jakie znaczenie dla wyzwolenia Warszawy miałaby, 
akcja powstańcza, gdyby toczyła się na Pradze w czasie, gdy nacierały na nią polskie i 
radzieckie pułki. Wieści o całkowitym fiasku zbrojnego powstania na Pradze irytowały swoją 
wymową. 
Żywym świadectwem powstańczej tragedii byli żołnierze z praskiego ugrupowania AK i ci, 
którzy przerwali się przez Wisłę do naszych oddziałów, którzy jako ochotnicze uzupełnienie 

background image

zostali w liczbie 162 ludzi skierowani 24 września do 1 pułku. Wśród nich była grupa 
podporucznika Pollaka, który jako jeden z pierwszych przyłączył się ze swoim oddziałem do 
nacierających na Pragę polskich oddziałów. Ponadto zastępcą dowódcy 1 pułku do spraw 
liniowych został podpułkownik Zygmunt Bobrowski ("Ludwik"), były dowódca V Rejonu 
AK na Pradze.                                                                           
Opowiadania nowo przybyłych żołnierzy dawał świadectwo powstańczemu bohaterstwu i 
politycznym rozgrywkom. Bez ogródek potępiali kierownictwo AK. 
 
8  DNI  NA LEWYM BRZEGU 
 
Dowództwo 1 armii zdecydowało, że mimo braku łączności z dowództwem powstania i nie 
sprzyjających warunków jednostki armii rozpoczną forsowanie Wisły. 
Tuż przed rozpoczęciem artyleryjskiego przygotowania nastąpiło bombardowanie przez 
radzieckie lotnictwo przedniego skraju obrony hitlerowskiej. Jednocześnie zrzucono bomby 
dymne na panujące nad Wisłą części miasta, w których przypuszczalnie znajdowały się 
nieprzyjacielskie punkty obserwacyjne. Szczelnie przykryto dymem skarpę warszawską w 
rejonie Starego Miasta, Zamku i mostu średnicowego. 
Pierwsza fala przeprawowa 8 pułku pod osłoną ognia artylerii i dymów przeprawiła się na 
zachodni brzeg rzeki i opanowała nadbrzeżne umocnienia niemieckie w pobliżu mostu 
kolejowego. Następna fala forsowała Wisłę już pod silnym ogniem nieprzyjaciela. Niemniej 
jednak wylądowała pomyślnie w rejonie mostu Poniatowskiego i również zdobyła mały 
przyczółek na Wybrzeżu Kościuszkowskim. Siły, które wylądowały, podjęły bezzwłocznie 
walkę. 
Początkowo natarcie pododdziałów 8 pułku przebiegało pomyślnie. Udało się włamać w głąb 
Powiśla, wzięto jeńców. Ale nieprzyjaciel rozpoczął intensywne uderzenia piechoty wspartej 
czołgami i działami pancernymi. Walka stawała się coraz cięższa. W zwalczaniu 
nadciągających wciąż nowych odwodów nieprzyjaciela i jego sił pancernych Wydatnie 
pomagał ogień 1 pal-u. O intensywności tego ognia świadczy fakt, że w ciągu dwóch dni 1 
pal zużył w tym boju 1400 pocisków. 
W walkach na powiślańskim przyczółku radziecka i polska artyleria odegrały szczególną rolę. 
Jeśli dwie dywizje SS (jedna niemiecka, druga ukraińska) i brygady czołgów rzucone przeciw 
desantowi nie mogły w ciągu ośmiu dni (od 15 do 22 września) zniszczyć przyczółka 
utrzymywanego siłami 9 pułku piechoty i powstańców w rejonie ulic Zagórnej, Okrąg i 
Idźkowskiego - to wielka w tym była zasługa artylerii. Ogień radzieckich i polskich dział 
paraliżował działalność hitlerowskiej artylerii zajmującej pozycje w Agrykoli i w rejonie 
ulicy Frascati. Działa pancerne z praskiego brzegu uniemożliwiały hitlerowskim czołgom 
harcowanie po wybrzeżu  czerniakowskim. 
Ale nim poznamy zakończenie ośmiodniowej epopei walk na lewym brzegu Wisły, 
posłuchajmy wspomnień uczestnika tych wydarzeń, majora Henryka Baczko: 
 
Przeprawa 
 
Telefon. Odprawa. No to już chyba postawią zadanie. Idziemy do sztabu baonu. Adiutant 
baonu chorąży Wawrzynowicz rozkazuje podciągnąć ludzi do domów nad samym brzegiem 
rzeki i wydzielić 50 żołnierzy dla szefa saperów pułku. Wracam z Dolińskim. Dowódca 
kompanii ogłasza alarm. Żegnamy się z cywilami. Zaczynają się modlić. Obecny ksiądz 
błogosławi nas. Jakaś kobieta zawiesza szkaplerzyk na szyi  Dolińskiego. Podchodzi 
do nas mały chłopaczek, chyba 8-letni, i mówi: "Zabijcie Niemców, niech tatuś wróci". 
Chłopcy nadzwyczaj poważni, nie słychać zwykłych żartów, nawet kawalarz batalionowy, 
strzelec Droga, który pięknie gra na łyżkach - nie śmieje się także. Wszyscy klękają i modlą 

background image

się. Ktoś intonuje "Boże coś Polskę..." W milczeniu zbieramy rzeczy. W odprowadzających 
nas spojrzeniach czytamy: "Ratujcie naszych bliskich, ratujcie naszą stolicę". 
Pamiętny wieczór 15 września 1944 r. Jest ciemno. Tylko nad lewym brzegiem wielka łuna. 
Warszawa pali się. Krążą radzieckie "kukuruźniki". Nie widać ich, bo Niemcy w obawie 
przed naszą artylerią nie używają reflektorów, słychać tylko charakterystyczny warkot. 
Idziemy blisko murów, gotowi w razie ostrzału wskoczyć do bramy. Ale jest cisza. Czyżby 
Niemcy niczego nie przeczuwali? A może są pewni, że Wisła jest dla nas przegrodą nie do 
przebycia? Ludzie wciąż idą naprzód. Żegnam Dolińskiego i wracam do sztabu pułku. Tu 
dowiaduję się, że przed chwilą wzywał mnie major Łatyszonek. Idę do jego "gabinetu", tj. do 
następnej piwnicy. Na stole świeca i plan Warszawy. Nad nią pochyleni dowódca pułku, jego 
zastępcy, dowódca 1 baonu i jakiś nieznajomy cywil. 
-  No i dobrze, że jesteście - mówi do mnie major Mierzwiński. - Pojedziecie z pierwszym 
baonem,  jako oficer  łącznikowy sztabu. 
Zapoznali mnie z cywilem. Jest to oficer AL z Powiśla. Major Mierzwiński objaśnia sytuację: 
-  Naprzeciwko nas znajduje się przyczółek powstańców. Przyczółek ten jest otoczony ze 
wszystkich stron przez Niemców i nie ma łączności z pozostałymi dzielnicami. Podobno 
(psiakrew! znowu "podobno" -myślę) w rękach powstańców jest jeszcze część Śródmieścia, 
Mokotowa i Żoliborza. Zadaniem pułku jest forsowanie Wisły przy pomocy, pontonów i 
amfibii, zdobycie i rozszerzenie przyczółka oraz nawiązanie łączności z innymi ośrodkami 
oporu w mieście, ewakuacja ludności cywilnej i rannych powstańców na prawy brzeg. 
Za dwie godziny przeprawia się 1 baon. Akcję naszą wspierać będzie artyleria pułkowa i 
dywizyjna, działa samochodowe, brygada im. Bema, nie licząc jednostek artylerii rosyjskiej. 
Łączność radiowa. Aby nie zmylić drogi, pojedzie z pierwszym baonem wysłannik AL. 
Powstańcy z lewego brzegu mają sygnalizować przy pomocy lampki elektrycznej 
-  W razie konieczności wzywajcie na pomoc ogień artylerii - mówi dowódca pułku do 
porucznika Kolanko. - Czy są jakieś pytania? - zwraca się do nas. 
-  Wszystko jasne. 
O godzinie 3.00 rozpocznie się forsowanie rzeki. Do tego czasu przygotują barki i inne środki 
prze prawy. Można odmaszerować. 
Żegnam się z kolegami. Na ostatek major Łatyszonek przypomina mi, bym pisał dokładne 
meldunki operacyjne. 
Idziemy - porucznik Kolanko, oficer z AL i ja - do baonu. Tu znów odprawa, na której 
otrzymują rozkazy dowódcy kompanii. "Nastroje żołnierzy są podniosłe, jeszcze nigdy czegoś 
takiego nie było" - melduje zapytany dowódca 2 kompanii, porucznik Doliński. 
Por. Kolanko wydaje rozkaz: 
-  Przeprawiają się kompanie strzeleckie wzmocnione cekaemami i rusznicami 
przeciwpancernymi. Dopiero po nich przejadą tyły batalionów i pluton gospodarczy. 
Dowództwo nad pozostałą częścią batalionu powierzam adiutantowi, chorążemu 
Wawrzynowiczowi. Mój zastępca polityczny, chorąży Solarski, pojedzie z 1 kompanią; sam 
jadę z kompanią 3. Do oddziałów, rozejść się! 
Do sztabu wchodzi felczer batalionowy, chorąży Kratko. To najlepszy felczer pułku. Z całej 
dywizji przychodzili do jego batalionowego punktu opatrunkowego nad Pilicą. Znany był nie 
tylko z odwagi, lecz także ze znajomości swego zawodu. Kratko był dobrej myśli. "U mnie 
wszystko gotowe do przeprawy. Odbyłem nawet odprawę z instruktorami sanitarnymi 
kompanii". 
Czas leci. Już 2 godzina. Idziemy na brzeg. Po drodze widzę amfibie. Znajoma ulica i droga. 
Tak, to przecież plaża Kozłowskiego, właśnie ten osławiony "Kozioł". Oto budynek szatni, 
gdzie wydawano bilety. Tu spędzałem niedziele w skwarne warszawskie dni lipcowe. Robi 
się jakoś dziwnie tkliwie na wspomnienie tych dawnych dni - "Poproszę o bilet za 50 
groszy"... 

background image

Tym razem to nie plaża. To punkt wyjściowy dla forsowania Wisły. Naprzeciwko nas ledwo 
widzialny z balkonu rozbieralni brzeg warszawski. Na prawo most Poniatowskiego. "Ciszej! 
ciszej!"- słyszę głosy na wybrzeżu. To niosą pontony na brzeg. Ładuje  się  pierwszy  
batalion. 
- Padnij! - Kratko przygina mnie ku ziemi. Niemiecka rakieta oświetla Wisłę. Przez chwilę 
jest jasno, jak w dzień. Przytulony do piasku, widzę ciemne kontury domów na lewym 
brzegu. "Co tam jest?" - oto myśl, która przenika każdego z nas. I znów ciemno. Tylko na 
prawo zaczyna głucho bić jakiś cekaem niemiecki, odpowiada mu dźwięcznie nasz 
"maksym". Do chóru włączają się erkaemy. Strzelanina na prawo od nas wzmaga się. Hen, za 
mostem kolejowym  rakiety co chwila rozjaśniają niebo. 
-  To dobrze - mówi Kratko - odciągają uwagę fryców. Patrz, pierwsze łódki pojechały. - 
Rzeczywiście, dwa pontony cichutko odbiły ku lewemu brzegowi. Za nimi popłynęły dalsze. 
-  Za chwilę i nasza kolej - mówię Kratce i żegnam felczera, który ma przeprawić się nieco 
później. 
Idę nad wodę. Na lewo terkocze strzelanina. Już zabierają głos i moździerze. Saperzy cicho 
klną ciężkie pontony i płytki brzeg. Tak, tu dobrze jechać lekkim kajakiem, a nie pontonem, 
naładowanym sprzętem, amunicją i ludźmi. Piechurzy schodzą z pontonu, który ugrzązł i nie 
chce się dać zepchnąć do wody. Wszyscy po kolana w wodzie. Wszyscy! pchają ponton. W 
końcu udaje się. 
-  Ciszej, ciszej! - szepczą zdenerwowani oficerowie do saperów - bo jak zaświecą, to z was 
kasza zostanie. 
Skoczyliśmy do łódek. Machamy ręką do stojącego I tuż nad brzegiem dowódcy pułku. Ten 
nie kryje się po piwnicach, jest zawsze z żołnierzami. Wiosła miarowo uderzają. Teraz trzeba 
obserwować lewy brzeg. Sygnał lampki wskaże, gdzie lądować. Wybrzeże przyczółka ma 
zaledwie 300 metrów. Trzeba dobrze uważać, by prąd nie zniósł łódki, gdyż wpadniemy w 
ręce szwabów. Cisza. Zakłócają ją tylko oddechy wiosłujących i przenikliwy szept sternika:   
,,Lewa mocniej, lewa mocniej!". 
Już widzę sygnał lampki - to tam. Rozglądam się po rzece. Most Poniatowskiego zerwany. 
Podobno w wieżyczkach wiaduktu i mostu mają Niemcy gniazda kaemów. Na lewo "Syrena" 
- kąpielisko miejskie. Z tyłu został ,,Kozioł" i "Poniatówka". Jakże miłe sercu warszawiaka 
nazwy! Jedziemy na Solec, to znaczy tam, gdzie była Ubezpieczalnia - myślę machinalnie. 
Znowu sygnał latarki. Jednak za daleko zniósł nas prąd. 
-  Tylko lewą, mocniej, mocniej! - komenderuje już sam Kolanko. 
Zbliżamy się. Wysoki stromy brzeg. Kto nas tu czeka? Swoi czy Niemcy? 
-  Tu, tutaj! - słyszymy głos z brzegu. Drapiemy się na górę. Stromy jest brzeg Wisły, 
umocniony kocimi łbami, nad nim żelazna bariera. Patrzę na zegar. Jest piąta. Już szarzeje. 
Nagle niebo oświetlają rakiety. Z wiaduktu widać nas, jak na dłoni - myślę, padając ną 
ziemię. Seria cekaemu. Kule padają wokoło. Ktoś jęczy. 
-  Tu nie ma czego stać! - krzyczy Kolanko. - Prędzej do domów! 
Rzeczywiście, obrona w tym miejscu jest bezcelowa. Niemcy siedzą w wieżyczkach 
wiaduktu, skąd prażą do nas jak do zajęcy. Gwizd kul. "Padnij! Bieg! Padnij!". Czołgamy się 
do domów. Wokół świszczą kule, słychać wybuchy. Już dom. Machinalnie wbija mi się w 
pamięć numer: Solec 45. Lecz szwaby już dały znać bateriom moździerzy: dookoła grzmi. 
Sypią się odłamki. Jak na dłoni, widzę dwóch padających żołnierzy - starali się biec do 
domów. Znów świst i mina uderza w wybrzeże. 
-  Przeholowali, trzeba się przenieść w głąb, bo nas tu zmacają - mówi Kolanko. Ledwo 
skończył mówić, gdy cały dom zadrżał. Poleciały szyby, drzwi wyleciały z futryny. Pęd 
powietrza 'powalił mnie na ziemię. 
-  Kolanko! - krzyczę. 

background image

-  Jestem - odpowiada z głębi pokoju dziwnie zmienionym głosem. Idę do niego, a tu już 
bandażują mu prawe ramię. 
- Natychmiast nawiązać łączność radiową! komenderuje Kolanko. 
Radziści ustawiają radiostację: "Wołga! Wołga! ja Wisła. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć, 
siedem osiem. Raz, dwa,  trzy, cztery... Jak słyszysz mnie Wołga? Jak słyszysz?... Odbiór..." 
Schodzimy do piwnicy, by poznać się i naradzić z dowódcami powstańców. Jest ich trzech. 
Major "Bicz" - dowódca odcinka AK, porucznik "Stanisław" - dowódca Armii Ludowej na 
przyczółku, i kpt. "Motyl" - zastępca dowódcy AK. Kolanko, chociaż ranny, nie przerywa 
pracy. Major "Bicz" referuje sytuację: na przyczółku jest 400 powstańców z AL i AK. 
Przyczółek jest nieduży, sięga ulicy Czerniakowskiej w głąb, na prawo jakieś 100 metrów za 
Wilanowską, na lewo aż po Zagórną. Amunicja jest na wyczerpaniu, żywności nie ma, broni 
brak. Łączności ze Śródmieściem nie ma żadnej. Tam podobno walczą gdzieś na Kruczej i 
Hożej. 
Kolanko słucha uważnie. Wreszcie pyta: 
-  A co robi dowództwo waszego odcinka? Gdzie jest dowództwo Warszawy? Czy może 
próbowali nawiązać z nami łączność? Czy próbowali porozumieć się z wami? 
-  Nie - mówi "Bicz", lekko pochylając głowę. 
-  Nie próbowali. Ja nie mam żadnej łączności - powtarza po chwili. 
-  To co oni robią, do licha ciężkiego? Przecież każdy  głupiec rozumie, że utrzymanie  
przyczółek jest ważniejsze, niż wszystkie Krucze i Hoże! Przecież powinni całą siłę rzucić   
tutaj, trzymać przyczółek zębami! 
"Bicz" milczy. Kolanko denerwuje się.        
-  Stamtąd przyszliśmy na "podobno", I  tera tu  znowu  mamy bić się na "podobno".  
Łączność nie raczyli nawet nawiązać. Tfu z taką   walką! Krew się leje, a tym wiecznie 
"podobno" w głowie. 
-  Ja jestem tu z wami. I moi ludzie też. Będziemy bić się choćby do ostatniego - mówi cicho 
"Bicz". 
-  Wy, wy - mruczy Kolanko już spokojnie. - Tu nie o was idzie, tu idzie o Warszawę... No 
dobra - mówi po chwili - nie czas na żale. Do rzeczy. - I już całkiem spokojnie, rzeczowo, 
wyjaśnia: - Jesteśmy tylko częścią sił, które wylądują na przyczółku; zasadniczym celem jest 
rozszerzenie przyczółka, równocześnie mamy pomóc ewakuacji ludności cywilnej, przede 
wszystkim kobietom, dzieciom i rannym powstańcom. 
Następnie Kolanko wydaje rozkaz zebranym dowódcom kompanii: "Doliński wzmocni 
skrzydło przyczółka i będzie dowodził tym odcinkiem do czasu przybycia 3 baonu. Pierwsza i 
trzecia kompanie będą na prawym skrzydle". 
Dowódcy rozchodzą się. Z każdym z nich udaje się łącznik - powstaniec, który ma wskazać 
przejścia do poszczególnych odcinków. Z nimi odchodzi również porucznik "Stanisław", 
major "Bicz" i Kolanko, by obrać miejsce dla sztabu baonu. 
Idziemy z Solarskim i kapitanem "Motylem" na Wilanowską. Podoba mi się ten kapitan 
"Motyl". Wysoki brunet, brudny i zarośnięty, lecz o szlachetnym wyrazie twarzy. Oczy szare, 
pełne blasku i jakiejś wewnętrznej wesołości. Patrzę na niego z zaciekawieniem - to pierwszy 
oficer Armii Krajowej, którego widzę. Nosi jasną (niegdyś) wiatrówkę, a na niej "własnym 
przemysłem" zrobione baretki Virtuti Militari i Krzyża Walecznych. 
-  To  za powstanie? - pytam. 
-  Tak jest - odpowiada kapitan. Podchodzimy do fabryki marmolady. I tu są nasi chłopcy, 
nawet erkaemy są już ustawione. Dokoła każdego z naszych grupują się powstańcy, którzy z 
zazdrością spoglądają na nasze pepesze, erkaemy-i rusznice. 
-  Tak, gdybyśmy to mieli taką broń - mówi kapitan "Motyl". 
Jakimiś dziwnymi przejściami wracamy na Solec. Kapitan ,,Motyl" wydaje rozkaz łączniczce, 
by poszła do fabryki farb i kazała dowódcy bloku przyjść na Wilanowską. Łączniczka jest 

background image

młodą dziewczyną. Śliczne blond włosy filuternie wyglądają jej spod założonej na bakier 
furażerki. Na rękawie opaska AK. Nie doceniałem dotychczas roli łączników i nawet przykro 
uderzyła mnie dość duża liczba kobiet wśród powstańców. Staliśmy w sieni domu Solec 47.  
Łączniczka żegnała się z koleżankami. 
-  Czego się ona żegna? - zapytałem zdziwiony kapitana "Motyla". 
-  Ta droga jest bardzo niebezpieczna. "Gołębiarze" niemieccy umieszczeni na dachu   
Wilanowskiej 3, wysokiego  4-piętrowego domu,  kontrolują przejścia i nigdy nie wiadomo, 
jak to się skończy odparł. 
Łączniczka wyszła. Weszliśmy na piętro, by obejrzeć stanowiska erkaemów. Wszystkie były 
ustawione lufami w kierunku mostu Poniatowskiego Właśnie kapitan "Motyl" objaśniał 
celowniczemu sytuację w polu ostrzału, gdy ktoś zawołał z dołu: "Zabili! Zabili Jasię!" 
Podbiegliśmy. To była ona. Leżała przed nami o jakieś 80 metrów przytulona do muru, który 
nie uchronił jej od wrażej kuli. 
"Rusza się! Rusza się! Jest ranna!" - wołają żołnierze. Kto ją wyciągnie? Zaległa cisza. 
Słychać tylko odległe serie kaemów i pojedyncze strzały karabinowe. Sprawa jest jasna. 
Każdy, kto śmiałby iść po tę dziewczynę, zginie od kuli "gołębiarza", który kontroluje 
przejście i obserwuje wynik swe-' go krwawego dzieła. Wszystkich ogarnia przygniatające 
milczenie. I męski wstyd, że pozwolono tej młodej, pięknej dziewczynie iść na śmierć, że nikt 
nie ma teraz odwagi jej ratować. 
-  Ja ją wyciągnę - mówi Solarski. 
-  Szalony! Co robisz? Zginiesz, to pewna śmierć! - zawołał kapitan "Motyl". 
Lecz Marian już wyskoczył z sieni i, czołgając się pod murem, zbliżał się powoli do 
dziewczyny. Było to jakieś straszne, krew mrożące w żyłach widowisko: ta dziewczyna, 
leżąca w kałuży krwi, z rozrzuconymi lokami jasnych włosów i zbliżający się Marian. 
"Uratuje czy zginie?" - oto myśl, którą każdy czuje. Marian był dobrym żołnierzem. Dawny 
harcerz, czołgał się po mistrzowsku. Widzieliśmy, jak wykorzystywał każdy uskok muru, 
każdą wnękę, by uchronić się przed kulą. Już tylko 20 metrów do rannej. 
-  Teraz jest najbardziej niebezpieczny odcinek, dojdzie czy nie? - szepnął "Motyl". 
Pełznie, czołga się, już dotarł. Obejmuje ją i nieco się unosi, by móc dźwignąć ranną. 
Wystrzał. Kawał ściany rozprysnął się nad Marianem. Jeszcze jeden huk i Marian krzyknął, 
upadł. Leżeli oboje na naszych oczach, ręka Mariana pod kibicią łączniczki. 
-  O, tam siedzi drań za kominem! – zawołał ktoś. 
-  Rusznica i erkaemy na dach, my uspokoimy tego szwaba! - krzyknął stojący obok 
podporucznik Błoński. - Będziemy strzelać do komina, a wy tymczasem ciągnijcie ich, 
musicie ich wyciągnąć - powiedział stojącym Obok żołnierzom. 
Za chwilę zagrzmiała rusznica i erkaemy. Niemcy słabo odpowiadali, później zupełnie 
zamilkli. "Gołębiarz" widocznie stchórzył. Chłopcy skoczyli po rannych. W ciągu minuty 
wniesiono ich do sieni domu. Marian dostał w brzuch i silnie krwawił, był śmiertelnie blady. 
Łączniczka miała rozbite udo. Obie kule były rozrywające. Takimi kulami strzelali do nas 
Niemcy na przyczółku przez cały czas. - Napisz do dziewczyny, adres masz w portfelu -. 
szepnął do mnie zmartwiałymi ustami Marian, uniósł się jeszcze na łokciach, jak by chciał 
wyrwać się obejmującej go śmierci, i upadł. Skonał. Łączniczkę zaniesiono do szpitala. 
Skonał Marian Solarski, syn robotnika łódzkiego, prosty chłopak bez wykształcenia, którego 
żołnierze słuchali i kochali jak ojca. Walczył pod Lenino i tam zdobył oficerskie szlify.  
Przybył do naszej  dywizji jeszcze w Sielcach i od razu zwrócił na siebie uwagę prawością   
charakteru. A na  Pilicy i odwaga  jego była wzorem dla wszystkich. Ciągle na linii z 
żołnierzami, w wiecznej trosce o amunicję i jedzenie. Ileż naopowiadał się o swojej 
ukochanej fizylierce z batalionu im. Emilii Plater, o tym, jak będą kiedyś żyli szczęśliwie, że 
pobiorą o się, gdy tylko do rodzinnej Łodzi... 

background image

Marian tyle mówił żołnierzom o jedności narodu. A teraz krew jego, oficera politycznego, 
przelała się wraz z krwią łączniczki z Armii Krajowej... 
 
Idzikowskiego 5/7 
 
'W piwnicy było ciemnawo. Mały kopcący kaganek rzucał ponury blask na otoczenie. Dokoła 
ścian zbudowane były półki, na których niegdyś znajdowały się zapewne konfitury i zapasy 
domowe. Wzdłuż sufitu biegła drewniana belka z hakami na wędliny. Na półkach i na 
podłodze leżeli pokotem żołnierze i spali. Miarowe chrapanie wpływało uspakajająco. 
Koło polowego telefonu siedziały trzy osoby. Był to dowódca zwiadu batalionowego sierżant 
Popławski z towarzyszami. Jedli czarny chleb i konserwy. Obok tej trójki siedział cywil 
średniego wzrostu - dowódca oddziału powstańców. Żołnierze sennie żuli chleb i czasem 
automatycznie opadały im jak ołów ciężkie powieki. Właśnie ubiegłej nocy 16 września 
żołnierze 3 baonu przybyli na przyczółek, by wzmocnić broniący się baon porucznika 
Kolanko. Chłopcy nie spali już trzecią noc i byli u kresu sił. A i tej nocy nie spodziewali się 
odpoczynku. Było jasne, że w nocy będzie się toczyła walka i to nie lekka. 
Strzelanina, która ucichła od godziny, z zapadnięciem zmierzchu znów odżyła. Zaczęły grać 
moździerze. Po chwili cały dom zatrząsł się od eksplozji. Śpiący pozrywali się ze snu. 
Niektórzy wpółprzytomni chwytali za automat, krzycząc: "Co się stało! Co się stało?! 
Zadzwonił telefon. Telefonista podniósł słuchawkę. Dzwonił Olechnowicz, dowódca baonu. 
Posłano po porucznika Szmerowskiego, dowódcę kompanii. Olechnowicz rozkazał przysłać 
po prowiant i na godzinę 20.00 być w pogotowiu. Szmerowski posłał pięciu ludzi do 
batalionu. 
- Tylko bierzcie dla wszystkich, i dla powstańców także - powiedział im na drogę. 
Od chwili przybycia na przyczółek karmiono wszystkich walczących jednakowo, bez 
względu na przynależność do Wojska Polskiego, Armii Ludowej czy Armii Krajowej. Z 
praskiego brzegu bez przerwy posyłano żywność dla batalionów i powstańców. Żywność i 
uzbrojenie, dostarczone powstańcom, którzy w szalenie ciężkich warunkach walczyli już od 
pięciu tygodni, wlało w nich nowego 
ducha. Poza tym zamiast podziału na organizacje wytworzył się podział na walczących i nie 
walczących. Do każdej kompanii wojskowej było przydzielonych kilku powstańców, najlepiej 
orientujących się w terenie. Poza tym walczyły całe plutony i kompanie powstańcze. Z 
początku żołnierze patrzyli na powstańców krzywym okiem, a to ze względu na ich 
niemieckie mundury i hełmy. 
"Cholera ich rozpozna, który Niemiec, a który swój, te opaski brudne... i na pewno kiedyś 
szwabów puścimy do domu zamiast swoich" - mawiał sierżant Gibas, najlepszy 
moździerzysta baonu. 
Jednak w walce okazało się, że i Niemcy mają duże trudności w odróżnianiu powstańców od 
swoich, tak że po pierwszych walkach na Zagórnej ogół żołnierzy uznał, że tyle z  
niemieckich  mundurów pożytku, co i szkody,  a  ponieważ  nie było w co odziać 
powstańców, pozostało wszystko po staremu. Około 19.00 przybył do kompanii kapitan 
Olechnowicz  ze swym nieodłącznym ordynansem.  Zwołał   wszystkich   oficerów,   nie  
licząc obecnych  porucznika "Staśka" z AL, "Igora" z AK (i dowódcy domu, porucznika 
"Kreta") i objaśnił zadanie. Front. przebiega wzdłuż ulicy Idźkowskiego, która oprócz  
numeru  5/7  była  w naszych  rękach. Już przeszło: tydzień, jak Niemcy wygnali  
powstańców z  tego domu.  Aby móc  obronić przyczółek i ewakuować ludność cywilną i   
rannych powstańców, trzeba było zdobyć Idźkowskiego 5/7. Niemcy bardzo cenili tę  posesję.  
Był to ich  przyczółek na naszym odcinku i za jego zdobycie zapłacili powstańcom dużą cenę 
krwi i sprzętu. 

background image

- Jeżeli zdobędziemy całą Idźkowskiego, wtedy o wiele szybciej można będzie ewakuować 
szpital na Zagórnej - mówił Olechnowicz. 
Szpital na Zagórnej mieścił się w gmachu szkoły powszechnej. Przez całą poprzednią noc 
ewakuowano z niego rannych łódkami, które przewoziły prowiant i amunicję dla wojska. 
Jednak obecność Niemców na Idźkowskiego nie pozwalała na należytą ewakuację. W każdej 
chwili groziło odcięcie szpitala od reszty przyczółka. 
Olechnowicz przedstawił plan zdobycia domu Idźkowskiego 5/7. Moździerze baonu miały 
odciąć ulicę Idźkowskiego od Czerniakowskiej, nie pozwalając na przedarcie się niemieckich 
posiłków. Jednocześnie cekaemy i erkaemy będą ostrzeliwały front domu i zdławią punkty 
ogniowe przeciwnika. Do szturmu miały iść trzy grupy: dwie z przyległych domów, jedna zaś 
ze sztabu baonu, który znajdował się naprzeciw. Całością dowodził Olechnowicz, mając 
jeden pluton w rezerwie. 
Dokładnie o godzinie 20.00 podporucznik Janina Błaszczak, siedząc na punkcie 
obserwacyjnym - na strychu domu Idźkowskiego 4 - rozkazała moździerzom dać salwę 50 
metrów poza dom. Jednocześnie zagrały erkaemy, umieszczone naprzeciwko zdobywanego 
domu. Niemcy odpowiadali z początku dość słabo, później jednak wezwali artylerię. Zaczęły 
grać niemieckie moździerze i działa. Do ogólnej kanonady przyłączyła się wezwana przez 
radio artyleria radziecka i polska. A jednak pomimo ognia niemieckich moździerzy grupa 
naszych wdarła się przez dach do domu Idźkowskiego 5/7. Sierżant Popławski, 
unieszkodliwiwszy dwóch fryców siedzących na dachu, toporem wyrąbał otwór w pokryciu 
dachu i przedostał się na strych. Za nim przedostało się kilku zwiadowców. Na szwabów 
natknęli się dopiero na schodach. Stali oni przy oknie i prażyli z cekaemu. Jedna seria  
pepeszy i niemieckie gniazdo zamilkło. Celowniczy, który upadł po serii, zerwał się i 
zeskoczył o piętro niżej. Automat zwiadowcy zagrał o sekundę za późno. Teraz Popławski nie 
czekał ani chwili i skoczył w ślad za Niemcem na dół. Za nim poszli zwiadowcy, oprócz 
jednego, który miał prowadzić posiłki. 
Zaczął się niesłychany bałagan, który specjaliści wojenni zwykli nazywać bojem nocnym. 
Serie pepesz i wybuchy granatów grzmiały bez  przerw W egipskich ciemnościach, jakie  
zaległy wnętrze budynku, nie można było odróżnić swoich od szwabów. Po kilkunastu 
minutach takiego ogólnego "za mieszania" piętro było w rękach sierżanta  Popławskiego. 
Jednocześnie szturm rozpoczęła i druga grupa, lecz bez większego powodzenia. Niemiecki 
moździerze grzmiały coraz głośniej. Wobec takie sytuacji Olechnowicz rzucił na pomoc 
Popławski mu pluton rezerwowy. 
Pojawienie się polskich żołnierzy na górnym piętrze przy bezustannym nękającym ostrzale 
naszyć' moździerzy zdezorientowało Niemców. Zaczęli się wycofywać na niższe piętra, a ich 
odwody, dla od ciążenia obleganej załogi, zaatakowały nasze pozycje na Idźkowskiego 1 i 3, 
nacierając od Czerniakowskiej. Kontratak podporucznika Szmerowskiego który dowodził 
załogą tych domów, zmusił jedna szwabów do odwrotu. Wówczas to Szmerowski, goniąc 
uciekających fryców, okopał się na wprost Czerniakowskiej, sam zaś z częścią ludzi 
zaatakował Idźkowskiego 5/7 od tylu. Tu dużą zasługę oddali powstańcy, którzy dobrze znali 
oblegany dom z czasów, gdy był on jeszcze w ich posiadaniu. Powstańcy, krzycząc po 
niemiecku, wdarli się na podwórze i wytłukli szwabów na parterze. Niemiecka załoga domu   
została w ten sposób rozdzielona na dwie części: jedna znajdowała się w piwnicach, druga na 
1 i 2 piętrze. Rozpoczęła się zażarta walka, w wyniku której dom został przez trzeci batalion 
opanowany. Wzięto 3 jeńców, których natychmiast odesłano na prawy brzeg do sztabu 
dywizji. Straty własne wynosiły trzech zabitych i siedemnastu rannych. 
Mimo późnej godziny natychmiast wzmożono ewakuację szpitala na Zagórnej. Żołnierze 
znosili rannych do łódek. Oprócz rannych sprowadzono do łódek także kobiety i dzieci, 
zatrzymując na przyczółku tylko ludzi zdolnych do noszenia broni. 

background image

Domu przy ul. Idźkowskiego 5/7 bronił pluton 7 kompanii. Niemcy doceniając znaczenie tego 
domu, wprowadzili do walki nowe jednostki. Następnej nocy sierżant Popławski 
przyprowadził z wyprawy zwiadowczej dwóch Ukraińców, którzy donieśli, że przed dwoma 
dniami pułk ich przerzucono na ten odcinek walki - na Czerniakowską. Kapitan Olechnowicz 
po otrzymaniu tej wiadomości wzmocnił obronę domu. Przerzucono tu dwie kompanie 
powstańców oraz dwa plutony z kompanii 8 i 9. 
18 września źle zaczął się dla obrońców domu-fortecy. Czuwający przy erkaemie żołnierz 
ujrzał o świcie dwa niemieckie czołgi, które pełzły w stronę domu, próbując obejść go z 
prawego skrzydła. Wezwano przez radio ogień artyleryjski z praskiego brzegu. Jednocześnie 
poczęły bić do czołgów rusznice przeciwpancerne. Czołgi szły jednak bez przerwy naprzód i 
ominąwszy dom z prawa wjechały na ulicę. Za nimi - pod ich osłoną - szli niemieccy 
fizylierzy. Stanęli oni pod murem otaczającym dom nr 5 i rozpoczęli bezpośredni ostrzał 
okien. Nasza artyleria dała kilka strzałów, lecz Niemcy byli już zbyt blisko, by można ich był 
razić bez szkody dla siebie. Rozrzut pocisków artyleryjskich był większy niż odległość 
między domem a Niemcami. Kapitan Olechnowicz, rozumieją powagę sytuacji, zebrał 
rezerwy i osobiście poprowadził żołnierzy do natarcia. Część z granatami przeciwczołgowymi 
i rusznicami ruszyła na czołgi. Kapral Godecki rzucił z piwnicy domu Idźkowskiego 4 granat 
pod gąsienicę i unieruchomił jednego potwora. Drugi zaś czołg pod ogniem rusznicy i działka 
45 wycofał się z pola walki w kierunku Czerniakowskiej. Unieruchomiony czołg oblano z 
okien benzyną i podpalono. Nikt z załogi się nie poddał, wszyscy Niemcy spalili się. 
W tym czasie Olechnowicz na czele podstawowej części grupy uderzył z lewego skrzydła na 
Niemców, którzy poprzez gruzy fabryki Plewkiewicza przerwali się aż pod Solec, gdzie 
mieścił się sztab pułku. Niemcy chcieli rozciąć przyczółek na dwie części, starając się dotrzeć 
do wybrzeża. Zagrały moździerze batalionowe. Olechnowicz ruszył na Niemców 
niespodziewanie, ci nie wytrzymali uderzenia i czmychnęli. Mur pod domem Idźkowskiego 
5/7 był nasz. Dopiero wówczas wraz z rezerwą pułku i 1 batalionem uderzono na Niemców, 
którzy przez bramę żelazną i mur ostrzeliwali sztab pułku. Zlikwidowano wszystkich. 
Idźkowskiego 5/7 - kluczowa pozycja - była znowu w naszych rękach. 
Niemcy jednak na tym nie poprzestali. Widząc, że nie mogą nic wskórać bezpośrednim 
natarciem, rozpoczęli gwałtownie ostrzeliwać dom z artylerii. Ofiary z naszej strony były 
duże. Liczba obrońców zmniejszała się coraz bardziej. Dopływu nowych sił nie było, gdyż 
zaporowy ogień niemieckiej artylerii niszczył 9/10 łódek, które odpływały z praskiego 
brzegu. Zaledwie dziesiąta część żołnierzy, którzy odpływali z Pragi, docierała na przyczółek, 
resztę topiły pociski niemieckie. "Ferdynandy" ogniem dział rozbijały mury, fabryka 
Plewkiewicza, chroniąca jako tako prawe skrzydło, zamieniła się w kupę gruzów, doskonale 
maskując fizylierów niemieckich. Przez całe południe 19 września trwał bój na przedpolu 
Idźkowskiego 5/7. Dopiero wieczorem udało się Niemcom kosztem olbrzymich wysiłków 
dotrzeć do muru. Pod osłoną nocy. korzystając ze zmęczenia obrońców i braku amunicji, 
uderzyli Niemcy na dom i wdarli się na podwórze. Kapitan Olechnowicz, porucznik 
"Stanisław" i "Igor" zebrali resztki batalionu i pospieszyli z pomocą. Kosztem siedmiu 
zabitych i szesnastu rannych znów udało się wygnać Niemców za mur. W boju tym został 
ciężko ranny kpt. Olechnowicz, lecz mimo rany dalej dowodził walką. Dopiero nad ranem 
siłą ewakuowano go na prawy brzeg. 
Odejście dowódcy spowodowało upadek ducha w 3 batalionie. Faktycznie kierownictwo objął 
ppor. Blank. Niemcom udało się wprawdzie utrzymać pozycje pod murem, lecz mimo 
kilkakrotnych prób tej nocy do domu wedrzeć się nie mogli. Dopiero o świcie zdobyli parter. 
W ciągu 20 września linia frontu przebiegała ze zmianami przez 1 i 2 piętro Idźkowskiego 
5/7. Sierżant Popławski, na wpół oślepły od gruzu, głodny i obdarty, przysiągł, że póki on 
będzie mógł trzymać automat w ręku, domu nikt nie zdobędzie. Tak też i było. Bohaterscy 
zwiadowcy 3 baonu i powstańcy z ppor. "Kretem" bronili się do ostatka. Siedmiu ich w końcu 

background image

zostało na strychu, ale nie odchodzili do następnego domu, bronili się do ostatniego naboju. 
Dopiero nocą Niemcy zasileni nowymi oddziałami, kosztem wielu zabitych i rannych, 
wyrzucili obrońców z domu. 
 
Solec 
 
Dni i noce szły wolno, przeraźliwie wolno, ale uparcie naprzód. Tak samo uparcie szli 
naprzód Niemcy. Wgryzaliśmy się w tę ziemię nadwiślańską i zdawało się, że żadna siła nas 
stąd nie wyprze. Ale nie pomogło. Mieli przewagę i metr po metrze ustępowaliśmy. Straty 
mieliśmy ogromne, a od prawego brzegu oddzielała nas nieprzebyta ściana ognia i żelaza. 
Przez tę ścianę przedostawali się ludzie z prawego brzegu. Ale o ileż więcej ginęło ich na 
przeprawie! Do nas docierało ich znacznie mniej, niż traciliśmy za dnia. 
Siły nasze topniały i tak w końcu znaleźliśmy się na ostatniej linii obrony - na Solcu. 
Przeciętny warszawianin, mieszkaniec śródmieścia, słabo znał ulicę Solec. Tędy jechały 
tramwaje Z i P, tu wysiadano pod arkadami wiaduktu, by załatwić coś w Ubezpieczalni.   
Wielbiciele  Jaracza spieszyli przez tę ulicę do "Ateneum". W skwarny warszawski lipiec 
udawali się tu urzędnicy miejscy do swej przystani "Syrena", a nad brzegiem Wisły stał mały, 
znany warszawiakom pomnik herbu stolicy - Syrena. Taki był Solec za czasów pokoju. Solec 
z września 1944 roku - to ulica barykad Cała jezdnia i chodnik przecięte były pasmem rowów 
strzeleckich i łącznikowych. Wzniesione był umocnienia z mebli i ulicznych płyt  
kamiennych cukru i farb. Śmieszne umocnienia, które powstrzymać miały niemieckie  
"Tygrysy" i "Ferdynandy” I powstrzymały, lecz nie siłą swej budowy, a bohaterstwem i 
życiem obrońców tych barykad - żołnierzy Wojska Polskiego i powstańców. 
Dwie były główne barykady na Solcu. Przed Za górną i za Wilanowską. Główne dlatego, że 
na tych barykadach najwięcej polało się krwi żołnierza polskiego. 
Niemcy, dążąc do zlikwidowania przyczółka, starali się opanować brzeg "Wisły. Słusznie 
rozumowali, że z chwilą gdy odetną żołnierza od Wisły, ustanie dopływ amunicji, ludzi i 
broni. A przede wszystkim upadnie duch obrońców przyczółka. Dla walczących na Solcu 
kwestia dostępu do Wisły była nie tylko zagadnieniem życia i śmierci, lecz także 
podstawowym warunkiem wypełnienia zadania bojowego. Żołnierze Wojska Polskiego 
kosztem ogromnych ofiar sforsowali Wisłę, m.in. po to, by ratować ludność i powstańców 
Warszawy przez ewakuowanie ich na praski brzeg. .Każdej nocy odprawiano z Solca na 
łodziach rannych powstańców oraz kobiety i dzieci. 
Jeżeli w dzień Niemcy atakowali przyczółek z "czoła" - od Czerniakowskiej, to nocą skupiali 
oni wszystkie siły, by zdobyć wybrzeże. W dzień bowiem strzegli wybrzeża nie tylko obrońcy 
przyczółka, lecz przede wszystkim artyleria radziecka, działa, cekaemy i cała potęga naszej 
armii z prawego brzegu. W dzień szwab nie śmiał pokazać się na wybrzeżu, a nawet i 
"Tygrysy" rzadko zapędzały się tutaj. I właśnie dlatego chcieli Niemcy zdobyć nocą 
wybrzeże, by zdążyć okopać się w ciemności i skończyć z przyczółkiem. 
Noce. Noce na wybrzeżu koło "Bajki", tej samej "Bajki", którą niegdyś jeździli warszawiacy 
na spacer w piękne popołudnie. Białej, cudnej "Bajki", na której grała orkiestra i tańczyły 
rozbawione pary. Wycieczki do Młocin i z powrotem. Ta "Bajka" leżała teraz rozbita i 
zatopiona u lewego brzegu, na nią ładowano rannych, kobiety i dzieci; by czekając na 
zbawczy ponton mieli jakąkolwiek ochronę  przed  pociskami  niemieckimi. 
Noce. Noce, w czasie których nad płonącą Warszawą w rzadkich chwilach ciszy słychać   
było wyraźnie warkot lecącego nisko radzieckiego "kukuruźnika". Niósł pomoc Warszawie.   
Żołnierze odrywali wtedy na moment oczy i patrzyli za nim w ślad. Cała uwaga obrońców   
skupiała się w te noce na dwóch barykadach  Solca,  które bez przerwy szturmowali pijani 
niemieccy i ukraińscy esesowcy. Bronili barykad żołnierze. Bronili - a gdy  było bardzo  
ciężko, gdy z wieżyczek mostu Poniatowskiego prażyły szwabskie cekaemy, ścierano się nie   

background image

na   kule, lecz  piersią w pierś z przeważającym wrogiem. Wystarczyło powiedzieć trzy 
magiczne słowa: "Łódź nie odpłynęła", a barykada była utrzymana i wróg zniszczony. I łódź 
odpływała na prawy brzeg, ratując jeszcze kilka  dziesiątków kobiet, dzieci i rannych. To była  
ofiara  krwi  żołnierza 1 Armii Wojska Polskiego dla ludności stolicy, dla Warszawy. 
Był taki dom na Solcu (numer 39), gdzie mieścił się sztab 9 pułku piechoty, który wylądował 
na Powiślu. Tu znajdował się mózg desantu, tu śpieszyli gońcy ze wszystkich odcinków, by 
meldować o sytuacji na przyczółku i otrzymać nowe zadanie. Tu znajdowała się radiostacja 
pułkowa, przy pomocy 'której rozmawiano z dowódcą dywizji, wywoływano ogień artylerii i 
meldowano o sytuacji. Od strony Czerniakowskiej broniły dostępu do sztabu fabryka farb, 
parkan ogrodu i brama żelazna. Gdy Niemcy zdobyli już Wszystkie domy na Idźkowskiego, 
rozpoczął się szturm na budynek sztabu. Kruszyli mur czołgami, lecz odstąpili po stracie 
"Ferdynanda" i "Tygrysa". Dwa razy wdzierali się Niemcy przez żelazną bramę i nic nie 
wskórawszy, odchodzili. Ta żelazna brama była linią frontu, przez którą strzelano, przez którą 
przerzucano granaty. Niemcy robili więcej, niż było w ich mocy, by zdobyć ten dom. 
Wszystko daremnie. Żołnierze nie mieli gdzie się cofać - za nimi była Wisła, przed nimi - 
śmierć. Niezliczoną ilość razy podpalali Niemcy ten dom. I tyleż razy gasili go obrońcy. 
Solec nr 39 trwał. 
Rozjuszeni esesowcy wpadli na szatański pomysł. W fabryce farb, która przylegała do domu, 
znajdowały się olbrzymie ilości siarki. Tę siarkę Niemcy podpalili. Siarka stopiła się i jak 
lawa zalała całe podwórze. Paliła się niebieskawym płomieniem i coraz bliżej płynęła do 
okien piwnic, w których schronili się obrońcy. Zapach dwutlenku siarki był tak ostry, że 
obrońcy tracili przytomność. Gryzło oczy, dusiło. Nie było masek gazowych. Któż mógłby 
przypuścić, że tu na przyczółku Niemcy użyją gazów trujących, czego nie robili podczas całej 
wojny. 
Major Łatyszonek, szef sztabu, a zarazem dowódca odcinka, kazał wykopać rów, w który by 
spłynęła siarka, nie zalewając piwnic. Wiatr, który wiał w stronę wybrzeża, dusił, lecz 
obrońcy mimo to trwali, trzymając wilgotne chustki koło nosa. Dwa dni i dwie noce paliła się 
siarka. Morze ognia oddzielało dom od ulicy Czerniakowskiej. Sami Niemcy, nie mogąc 
wytrzymać atmosfery duszącego dwutlenku, wycofali się aż za Czerniakowską, wzmacniając 
jednocześnie ataki od wybrzeża. Dom na Solcu trwał i walczył tak długo, aż starty został z 
powierzchni ziemi wrażymi pociskami, grzebiąc pod sobą swoich obrońców*. 
 
*

 Patrz:   H.   Baczko   -   "Osiem   dni   na  lewym  brzegu" (Wyd. MON)

 
ZAKOŃCZENIE 
 
Z dwóch pułków  piechoty, które zdołały przeprawić się na lewy brzeg Wisły i które przez osi 
dni zmagały się bohatersko na przyczółku czerniakowskim  z  przeważającymi siłami wroga,   
wrócili na praski brzeg tylko nieliczni. 
Prysły również nadzieje na przetrwanie powstania, na rozwinięcie się akcji niesienia pomocy 
powstańcom z chwilą kapitulacji Bora-Komorowskiego. Oniemiali z bólu spoglądali 
wyzwoliciele Pragi na walące się w gruzy miasto za Wisłą, na opadające dymy nad zburzoną 
Warszawą. Ale już na wyzwolonym prawym brzegu Wisły krzepły siły do nowej ofensywy, 
tej która miała ostatecznie rozbić najeźdźcę i przynieść oswobodzenie Warszawie w chłodny 
styczniowy poranek 1945 roku. 
 

 

 

background image

Mijają lata. Czas goi rany, łagodzi ból doznanych przeżyć, ale i zaciera w pamięci 
współczesnych imiona tych, którzy w boju nieśli wolność, z których wielu złożyło życie w 
ofierze. 
Niech ta skromna książeczka nie pozwoli zapomnieć o tych, którzy w ciężkich walkach 
wyzwolili Pragę i szli z pomocą wałczącej Warszawie.