background image
background image

 

 

 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 
 

ANDRZEJ R. JANCZAK 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

ZEFIRY 

NAD KANAŁEM 

 
 
 
 
 

| SCAN & OCR by blondi@mailplus.pl | 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

 

WYDAWNICTWO MINISTERSTWA OBRONY NARODOWEJ 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

 

 
 
Okładkę projektował 

Grzegorz Niewczas 
 

Redaktor 

Wanda Włoszczak 
 

Redaktor techniczny 

Anna Laszuk 
 

 

 
 

Scan & OCR 

blondi@mailplus.pl 
 
 
 
 

© Copyright by Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej Warszawa 1981r., Wydanie I 

 
 
 
 

 SCAN & OCR by blondi@mailplus.pl 2009 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
ISBN 83-11-06598-5 

 

Printed in Poland 

 

Nakład 210.000+333 egz. Objętość 5,10 ark. wyd. 4,25 ark. druk. Papier druk. sat. VII kl. rola 65 cm z 
Głuchołaskich Zakładów Papierniczych. Oddano do składu we wrześniu 1980 r. Druk ukończono w kwietniu 
1981 r. w Wojskowych Zakładach Graficznych w Warszawie. Zam. nr 2519. 
Cena zł 10.- 

L-14 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

SPIS TREŚCI: 

 
TRADYCJE SKRZYDLATEGO GROTA.........................................................5

 

DRUGI NALOT NA COVENTRY ..................................................................12

 

KOCHANY „MARY” LEADER .....................................................................25

 

CZTERNAŚCIE POCISKÓW W NOGACH ...................................................40

 

NIEBO MOŻE POCZEKAĆ ............................................................................47

 

PEŁNE KURZU, BŁOTNISTE B-10...............................................................51

 

BITWA NAD GANDAWĄ..............................................................................62

 

DODATEK .......................................................................................................76

 

 
 
 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

[ pusta strona ] 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

                                                     

TRADYCJE SKRZYDLATEGO GROTA 

 
Późnym popołudniem siedemnastego lipca roku tysiąc dziewięćset 

czterdziestego pierwszego, gdy większość pilotów wolnych od służby udała się do 
pobliskich kafejek, a w pogotowiu bojowym siedzieli przeważnie najmłodsi stażem 
pod dowództwem kilku bardziej doświadczonych kolegów, niespodziewanie 
zapowiedziano lot. Dowódca trzysta ósmego dywizjonu myśliwskiego, kapitan 
pilot Marian Pisarek, stawił się natychmiast w sali odpraw i wyznaczył pilotów. 

Lot zapowiadał się spokojnie. Dywizjon miał wykonać wysoki sweep

1

 dookoła 

Boulogne. Trasa wiodła przez: Northolt — Le Touquet — St. Omer — Calais — 
Northolt. 

Dwanaście samolotów Spitfire z literami ewidencyjnymi ZF na kadłubach 

oderwało się od pasa startowego podlondyńskiego lotniska, uformowało szyk 
bojowy i przyjęło kurs południowo-wschodni. Kilkadziesiąt minut później 
myśliwce przekroczyły brzeg nieprzyjacielski w rejonie Le Touquet, skręcając w 
lewo W okolicach St. Omer dywizjon krakowski natknął się-na liczące ponad sto 
maszyn zgrupowanie Messerschmittów Me-109. Kapitan Pisarek wiedział, co to 
|zniczy, Stosunek sił jeden przeciw dziewięciu nie pozwalał na złudzenia. Na 
wycofanie się z pola walki było jednak za późno. Trzeba było się bronić. Tylko na 
jak długo starczy im sił? Pisarek nie zamierzał sprzedać tanio skóry swoich pilotów 
Wiedział,  że czeka go klęska, ale nie tracił zimnej krwi. Wydał dywizjonowi 
rozkaz zawiązania kółka, stworzenia obronnego szyku przeciw Niemcom, którzy 
atakowali z góry, próbując zmusić Polaków do rozproszenia się. Pisarek 
kalkulował. Za każdym okrążeniem należy wybrzuszyć  łuk koła w kierunku 
Kanału i tak wycofywać się w stronę własnej bazy. 

Już jakiś czas trwał ten niezwykły taniec śmierci. Niemcom udało się zestrzelić 

podporucznika Maciejewskiego, który wyskoczył ze spadochronem z płonącej 
maszyny, ale podporucznik Witold Retinger zrewanżował im się zapalając 
przelatującego opodal „messera”. Po pewnym czasie hitlerowscy myśliwcy 
wyłuskali z krążącego wianka podporucznika Jana Szyszkę, a później kaprala 
podchorążego Tadeusza Hagenbartha. Teraz ruszyli szturmem w kierunku 
powstałej wyrwy. Pisarek krzyknął,  żeby zacieśnić wianek. Polacy odgryzali się 
napastnikom krótkimi seriami, nie mieli jednak czasu na odłożenie prawidłowej 
poprawki. Pomimo to kapitan Pisarek ze swym młodym podopiecznym, 
podchorążym Tadeuszem Schiele, trafił jednego Messerschmitta. 

 

1

 Sweep – operacja lotnicza polegająca na wymiataniu samolotów nieprzyjaciela w 

rejonie wykonywanego zadania. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

W połowie Kanału Niemcy zaczęli się wycofywać. Dzięki genialnej taktyce 

Pisarka dziewięciokrotnie silniejszy nieprzyjaciel nie zdołał pokonać walczących 
mężnie Polaków. Za trzy strącone myśliwce zapłacił dwoma Messerschmittami. 

Tymczasem krakowskie „Zefiry” dobrnęły do bazy w Northolt w 

poszczerbionym, ale zwartym szyku. Ta walka samotnego dywizjonu stanowiła 
przykład świetnego dowodzenia, koleżeństwa i doskonałego działania w zespole i 
okryła sławą krakowskie „Zefiry i ich leadera Mariana Pisarka. 

 
Czternastego lipca 1928 roku 113 i 114 eskadry, wyposażone w czeskie 

samoloty Avia BII-33, zostały wydzielone ze składu 11 myśliwskiego pułku 
lotniczego w Lidzie i przebazowały się z Wileńszczyzny do Małopolski, gdzie na 
lotnisku Rakowice pod Krakowem znajdował się 2 pułk lotniczy. Wówczas to 
zmieniono numerację eskadr na 121 (godło — grot skrzydlaty wpisany w kwadrat 
o błękitnym polu) i 122 (godło — biały konik papierowy wpisany w kwadrat o 
błękitnym polu), tworząc zeń dywizjon myśliwski numer III/2. W 1936 roku 
dywizjon-powiększył się o trzecią eskadrę, 123, której Państwowe Zakłady 
Lotnicze w Warszawie zezwoliły na używanie Własnego godła (biała mewa, którą 
wpisano w kwadrat o błękitnym polu), co było dowodem wdzięczności za 
ofiarność lotników przy oblatywaniu samolotów PZL P-7. 

W czasach pokojowych dywizjon III/2 wyróżniał się w lotnictwie polskim 

dwiema cechami: był na wskroś krakowski i miał wybitnych myśliwców. Cechy te 
znalazły nawet wyraz w odznace 2 pułku lotniczego, gdzie oprócz inicjału „2PL” i 
kościoła Mariackiego znalazło się miejsce dla trzech myśliwców, przez co 
zabrakło go dla szachownicy lotniczej i odznaki pilota, które to elementy 
doczepiono w końcu niezgrabnie u góry odznaki. Ta duma mieszkańców Krakowa 
była zresztą uzasadniona. Któż bowiem w kraju, ba, nawet w Europie, nie słyszał o 
doskonałych zespołach akrobacyjnych Bajana, Kosińskiego, Laskowskiego czy 
Łaszkiewicza. Koledzy z innych pułków nazywali myśliwców krakowskich 
„Ikacykami”, od popołudniówki krakowskiej „Ilustrowany Kurier Codzienny”. W 
zawodach myśliwskich polskiego lotnictwa „ikacyki” zdobyli pięciokrotnie 
pierwsze miejsce, otrzymując na własność puchar, który dowódca lotni, twa 
przykuł łańcuchem do ściany w jednym z budynków rakowickich. Społeczeństwo 
krakowskie dumne ze zwycięstwa swoich lotników ufundowało nowy puchar, o 
który walka nie skończyła się, bowiem przerwał ją wybuch wojny. 

We wrześniu 1939 roku dywizjon III/2 (osłabiony odejściem 123 eskadry do 

warszawskiej brygady pościgowej) walczył w składzie lotnictwa armii „Kraków”, 
zestrzeliwując 10 samolotów nieprzyjacielskich i znów zdobywając sławę 
jednostki, w której wydarzyły się najciekawsze fakty. To przecież w tym 
dywizjonie zginął pierwszy oficer polskiego lotnictwa w tej wojnie, to pilot tej 
jednostki zestrzelił pierwszy hitlerowski samolot, to jej pilot był jednym z dwóch 
pierwszych lotników ostrzelanych przez Luftwaffe, gdy wisiał w powietrzu 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

                                                     

bezbronny na szelkach spadochronu. Ponura to była w większości wypadków 
sława, sława okupiona śmiercią dowódcy dywizjonu (kapitana Mieczysława 
Medweckiego) oraz dowódców 121 (kapitan Tadeusz Sędzielowski) i 123 eskadry 
(kapitan Mieczysław Olszewski). 

Po klęsce wrześniowej krakowscy myśliwcy kontynuowali walkę z Luftwaffe, 

tym razem pod niebem Francji, rozrzuceni kluczami po różnych francuskich 
eskadrach. Wśród „Ikacyków”, którzy zestrzelili w sumie kilkanaście niemieckich 
samolotów, wyróżnili się piloci: Chałupa, Chciuk, Flanek, Gnyś, Kawnik, 
Kosiński, Łaszkiewicz, Nowakiewicz i Wiórkiewicz. 

Kiedy rząd francuski skapitulował, krakowiacy zostali ewakuowani na Wyspy 

Brytyjskie. Na mocy umowy polsko-brytyjskiej z 5 sierpnia 1940 roku rozpoczęto 
formowanie kilku dywizjonów polskich różnego przeznaczenia, w tym 308 
dywizjon myśliwski. 

Krakowski dywizjon odrodził się na ziemi brytyjskiej 9 września 1940 roku, na 

lotnisku Squires Gate pod Blackpool. w hrabstwie Lancashire, w północno-
zachodniej Anglii. Personel nowo sformowanej jednostki rekrutował się  głównie 
ze starej wiary z eskadr 121, 122 i 123, zasilonej młodymi pilotami krakowskimi z 
ostatniej promocji dęblińskiej „Szkoły Orląt”. Dywizjon otrzymał litery 
ewidencyjne Royal Air Force — ZF, które wymalowane na kadłubach samolotów 
zyskały pilotom miano „Zefirów” Jako odznakę dywizjonu przyjęto godło 121 
eskadry — złoty grot skrzydlaty — lecz na znak żałoby po opuszczeniu ojczyzny 
błękitne tło w kwadracie zastąpiono czernią. W celu odróżnienia od pilotów 
myśliwskich innych dywizjonów „Zefirom” przyznano prawo do noszenia 
jedwabnego szalika koloru białego do ubrania lotnego. 

Trzy dni później 12 września 1940 roku, personel dywizjonu 308 przeniesiony 

został ze Squires Gate na lotnisko Speke pod Liverpoolem, w hrabstwie 
Merseyside. Nazajutrz wydany został rozkaz numer jeden, w którym dowódca 
dywizjonu, trzydziestopięcioletni kapitan dyplomowany pilot Stefan Łaszkiewicz, 
wezwał swych żołnierzy do dalszej walki o Polskę niepodległą. Rozkaz 
adresowany był do oficerów sztabu, 26 pilotów i 150 żołnierzy obsługi naziemnej. 
Nie rozumieli go jednak, z powodów lingwistycznych, trzej brytyjscy dublerzy

2

major J. A. Davies (dowódca dywizjonu) oraz dowódcy eskadr kapitanowie: 
Young i Husbend. 

Dwudziestego piątego września 1940 roku Dowództwo 9 Grupy Myśliwskiej 

przenosi dywizjon 308 ze Speke na lotnisko Baginton pod Coventry, w hrabstwie 

 

2

 Przez pierwszych kilka miesięcy istnienia polskich dywizjonów lotniczych w W. 

Brytanii pewno stano wiska były w nich dublowane przez personei brytyjski, który 
wprowadzał Polaków w niuanse brytyjskiej organizacji. Po opanowaniu przez 
sojuszników „tajemnej wiedzy” personel ten opuszczał dywizjon, życząc mu 
„dobrego polowania na szwabów”... 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

                                                     

Warwickshire

3

, gdzie będzie on stacjonował przez okres ośmiu miesięcy. Tuż po 

przybyciu dywizjonu na nowe miejsce postoju na oczach całego personelu Junkers 
Ju-88 prześlizgnął się lekceważąco przez okoliczną zaporę balonową i 
zbombardował fabrykę w centrum Coventry. Wypadek ten przyspieszył 
wyposażenie Polaków w sprzęt latający i wzmógł tempo szkolenia. W ciągu dwóch 
następnych miesięcy piloci wznawiali nawyki w lataniu na samolotach szkolnych 
Fairey Ballle oraz Miles Master, a potem przesiedli się na rumaki pościgowe 
Hawker Hurricane. 

Wyszkoleniem sojuszników kierowali trzej Brytyjczycy. Szesnastego 

października dowódca dywizjonu, major J. A. Davies, prowadząc klucz w locie 
ćwiczebnym, wpadł na swej maszynie pomiędzy linki zapory balonowej i zginął. 
Brytyjscy zwierzchnicy przysłali na jego miejsce majora Morrisa. 

Dziesiątego listopada nastąpiła także zmiana polskiego dowódcy dywizjonu. 

Na miejsce Łaszkiewicza, który zdaniem Brytyjczyków nie bardzo sobie radził z 
podległym mu dywizjonem, dowódcą został jego rówieśnik, kapitan Walerian 
Jesionowski. 

Cztery dni później, w nocy z 14 na 15 listopada 1940 roku, dywizjon ponosi 

pierwszą stratę w ludziach. W odwet za zbombardowanie przez RAF stolicy ruchu 
faszystowskiego Monachium Hitler, traktujący ten fakt jako osobistą zniewagę, 
zarządził bombardowanie Covcntry — siedziby wielu zakładów przemysłu 
lotniczego i skarbnicy XV-wiecznych zabytków architektonicznych. Nalotu 
dokonało 449 samolotów, które zrzuciły 503 tony bomb burzących i 30 tysięcy 
sztuk bomb zapalających. W czasie nalotu legło w gruzach 60 tysięcy budynków 
(80% zabudowy miasta), zginęło 568 osób. 863 odniosły ciężkie, a 393 lżejsze 
obrażenia. Między innymi w kinie „Rialto” poległo trzech krakowiaków 
(szeregowcy: Edward Cebula, Józef Jurkowski i Franciszek Krzemiński), którzy 
przebywali na przepustce i oglądali nocny seans. 

Wiele lat po wojnie wyszło na jaw, że premier Chun bill był poinformowany o 

planowanym bombardowaniu Coventry, ale nie zastosował  żadnych  środków 
zaradczych, aby nie zdradzić,  że dysponuje „Enigmą” — maszyną szyfrującą, 
dzięki której Brytyjczycy czytali przez całą wojnę najtajniejsze rozkazy sztabów 
hitlerowskiej armii. 

Podobnie jak słynny dywizjon kościuszkowski 303, dywizjon 308 odniósł swe 

pierwsze zwycięstwo powietrzne w czasie zwykłego lotu treningowego jeszcze 
przed rozpoczęciem służby operacyjnej. Dwudziestego czwartego listopada 1940 
roku klucz składający się z trzech samolotów ćwiczył lot w szyku w rejonie 
lotniska. W pewnym momencie kontroler ostrzegł pilotów o obecności intruza, 
który zbliżał się w stronę Coventry. Polacy dostrzegli nieprzyjaciela i ruszyli do 
ataku. Ju-88 na widok Hurricanea wyrzucił bomby w pole i zawrócił do domu. 

 

3

 Usytuowanie Coventry przypisuje się hrabstwom: Warwickshire i West Midlands. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

Pierwszy dopadł go dwudziestosześcioletni plutonowy Mieczysław Jan Parafiński. 
Niemiec bronił się zaciekle, jednak Parafiński, trzymając się na odległość strzału, 
systematycznie, krótkimi seriami, wykańczał swą ofiarę. Najpierw unieszkodliwił 
tylnego strzelca, a później, mogąc podejść na bliską odległość, zapalił Junkersowi 
silniki. Bombowiec poszybował w płomieniach do ziemi i roztrzaskał się w rejonie 
Gloucester. Uszczęśliwiony zwycięzca zatoczył krąg nad płonącą pochodnią i 
zawrócił na północny wschód do swojej bazy. 

Tydzień później, 1 grudnia. Dowództwo 9 Grupy Myśliwskiej uznało, iż 

dywizjon krakowski jest gotowy do działalności operacyjnej, i powierzyło mu 
zadanie obrony ośrodków przemysłowych Birmingham i Coventry. Wkrótce potem 
(4 grudnia) zginął w wypadku lotniczym pilot dywizjonu podporucznik Ryszard 
Koczor. 

Wieczorem 3 grudnia 1940 roku przyjechał do Coventry trzydziestopięcioletni 

major pilot Jerzy Orzechowski, wychowanek pułku toruńskiego, który miał 
zastąpić na stanowisku dowódcy dywizjonu kapitana Jesionowskiego. Samochód 
służbowy czekał ful przed dworcem kolejowym i zawiózł go do hotelu, w którym 
mieszkali oficerowie. 

Następnego ranka Orzechowski poznał majora Morrisa oraz kapitana Younga i 

Husbenda. Po krótkiej rozmowie poprosił Morrisa, by go przedstawił dowódcy 
Sektora podpułkownikowi More. 

Rozmowa zaczęła się od kilku zdań o pogodzie, po czym More przeszedł do 

konkretów. 

— Jest to już pański siódmy przydział od dwudziestego siódmego sierpnia 

czterdziestego roku, więc zarządziłem w Air Ministry, by na pana teczce napisano 
czerwonym atramentem „nie przenosić przez siedem miesięcy”. Wobec tego niech 
pan sobie spokojnie rozplanuje pracę, by nareszcie ten dywizjon postawić na nogi! 

Potem posypały się skargi na poprzednich dowódców, na pilotów, że rozbijają 

samoloty, na słabe postępy personelu w nauce języka angielskiego, na ciągłe 
zabawy dla oficerów i tak dalej... Z oficera technicznego, kapitana inżyniera 
Franciszka Gomulińskiego, i z mechaników był More zadowolony, i to nawet 
bardzo. Uważał,  że mają doskonałe wyniki, mimo że pracują w warunkach 
polowych. Po wypiciu kubka herbaty z mlekiem major Orzechowski i 
podpułkownik More pojechali obejrzeć lotnisko. Wstąpili też do Operation Room 
Sektora, a na zakończenie Anglik wysadził Orzechowskiego przed drewnianą 
budą, gdzie mieściły się kancelarie dywizjonowe: polska i angielska. 

W polskiej kancelarii Orzechowski spotkał kapitana Gomulińskiego, 

absolwenta Politechniki Warszawskiej, który był jego kolegą z roku w dęblińskiej 
podchorążówce. 

— Dywizjon ma wielu pilotów wyszkolonych tuż przed samą wojną — 

opowiadał pociągnięty za język oficer techniczny — więc latają niedbale. Często 
mechanicy meldują mi, że piloci zapominają o przestawieniu skoku śmigła przed 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

10 

lądowaniem lub podniesieniu klapy, a zdarzały się też przypadki, że schodząc do 
ziemi nie wypuszczali podwozia, co było przyczyną poważnych uszkodzeń 
samolotu. Pamiętasz,  że przed wojną w Polsce modna była zasada „siadł i dał 
gazu”, a tu, w Anglii, na nowoczesnych samolotach trzeba siąść i wykonać szereg 
skomplikowanych czynności. Na dowódcy spoczywa zatem obowiązek stałej 
obserwacji każdego pilota. Dowódca musi wiedzieć, jak lata jego personel, czy 
piloci utrzymują prawidłowo kierunek lotu po starcie, czy nie wykonują zbyt 
obszernych lub zbędnych ruchów sterami, czy trzymają przepisową prędkość przy 
podchodzeniu do lądowania i temu podobne szczegóły. Jeśli powstaną 
wątpliwości, pilota można sprawdzić na dwusterze. Ale o tym musi pamiętać 
dowódca, nie można mu tego przypominać. 

— Masz rację, Franku — zamyślił się Orzechowski. — To jest prawdziwy 

problem. 

— Poza tym — kontynuował Gomuliński — zacząłem się ostatnio zastanawiać, 

dlaczego niektórzy piloci, mający za sobą parę ładnych lat służby w powietrzu, a 
nawet dwie kampanie wojenne, też rozbijają maszyny. Przecież rutyna, obok 
pewnych ujemnych cech, powinna prowadzić do perfekcji wykonywania tych 
samych czynności. 

— Zasadniczo są dwa rodzaje błędów pilotażu — wyjaśniał major 

Orzechowski. — Pierwszy, gdy pilot został źle wyszkolony, bo instruktor sam żle 
latał, drugi występuje u starszych pilotów, którzy przez kilka lat uważani byli za 
dobrych. Ci ostatni, jeżeli nie są systematycznie kontrolowani, zaczynają z czasem 
nabierać  złych nawyków. Dobry samolot toleruje jeden albo dwa błędy, ale jeśli 
pilot popełnia kilka błędów jednocześnie wówczas kończy się to kalectwem lub 
pogrzebem. Pamiętasz, co w takich przypadkach mówili koledzy? 

— To był taki dobry pilot i tak głupio się zabił! — wyrecytował smutno 

Gomuliński. 

— A wina nie była jego, tylko jego dowódcy — ciągnął dalej Orzechowski. — 

Dowódcy, który nie widział i nie korygował  błędów, bo był zajęty papierkami 
Jeszcze przed wojną twierdziłem, że eskadry i dywizjony powinny mieć oficerów 
administracyjnych, a dowódcy winni się zająć wyłącznie lataniem Tańszy jest etat 
urzędnika niż strata dwóch lub trzech samolotów z załogą rocznie... 

Kiedy nagadał się już do woli z oficerem technicznym, Orzechowski spotkał 

się ze swym brytyjskim dublerem, majorem Morrisem. Po wysłuchaniu jego uwag 
Polak zaproponował: 

— Pilotów dywizjonu podzielimy na dwie kategorie. Oczywiście, będzie, to 

wyłącznie, nasza tajemnica — dodał, widząc zdziwione spojrzenie Anglika — 
Pierwsza Kategoria to ci, którzy uszkodzili samoloty Zastosujemy im ćwiczenia 
mające na celu wyeliminowanie popełnionych błędów. Drugą kategorię bodą 
stanowili ci, którzy latają lepiej. Tych będziemy doskonalić w ćwiczeniach 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

11 

bojowych Naturalnie, jeśli pilot z pierwszej grupy przestanie robić  błędy, to 
zaliczymy go do grupy drugiej. 

— Można spróbować, czemu nie? — uśmiechnął się Anglik 
— A jak z lotami nocnymi? — spytał Polak. — Dużo wylataliście dotychczas? 
— Właściwie niewiele. — Morris był zażenowany — Nie było jakoś na to 

czasu.. Wie pan, jak to jest, kiedy co chwilę zmienia się dowódca. U nas było już 
trzech! 

— W porządku — machnął ręką Orzechowski. — Zatem zaczynamy od dzisiaj. 
— Nie mam nic przeciw temu — zgodził się Morris. — Sam chętnie będę w 

nich uczestniczył. 

— Miałbym jeszcze jedną sprawę — kończył Orzechowski — Chciałbym, żeby 

brytyjscy dowódcy eskadr uważnie obserwowali każdy start i lądowanie 
podległych sobie pilotów i zaraz po locie omawiali to z nimi. Poza tym dobrze by 
było, aby personel brytyjski wszelkie problemy z Polakami załatwiał za moim 
pośrednictwem. Zaoszczędzi to nam zbytecznych kłopotów. 

Grudzień zszedł dywizjonowi na intensywnym treningu i wytężonej służbie 

operacyjnej Mimo mglistej zimy i świąt dywizjon wylatał więcej godzin niż w 
październiku i listopadzie łącznie. W tym trudnym okresie dowódca dywizjonu 
otrzymał wiele cennych rad od podpułkownika More’a, który przyjeżdżaj do 
Baginton prawie codziennie. Poza tym nie skończyło się tylko na radach Dzięki 
jego pomocy sprawy zaopatrzenia technicznego załatwiane były niemal od ręki. 
Personel dywizjonu w wolnych chwilach pogłębiał znajomość języka angielskiego, 
do czego przyczyniły się walnie towarzyskie kontakty z gładkimi mieszkankami 
Coventry. 

Tak minął rok 1940. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

12 

DRUGI NALOT NA COVENTRY 

 
Piątego stycznia 1941 roku podpułkownik More zaproponował majorowi 

Orzechowskiemu obejrzenie nowego ośrodka dowodzenia Sektora Samochód 
wiozący oficerów zatrzymał się w odległości pół kilometra od dużego namiotu 
ustawionego na końcu ogrodu. Po chwili zjawił się sierżant, przejrzał dokumenty 
przybyszów, zanotował ich dane w książce służbowej i wskazał drogę. 

W namiocie urządzona była stacja radarowa G.C.I (Ground Controlled 

Interception), której promień działania wynosił około 75 mil. Służyła ona do 
naprowadzania alianckich myśliwców na samoloty nieprzyjacielskie w dzień i w 
nocy. 

Pod brezentowym dachem zgromadzono mnóstwo różnorodnego sprzętu. W 

centralnym punkcie sporego pomieszczenia stał stół, na którym umieszczono, dwie 
żelazne skrzynki. Jedna z nich. z małym okrągłym ekranem. oświetlonym 
ciemnoniebieskim  światłem, służyła do lokalizowania obiektu latającego w 
przestrzeni, druga, wyposażona w pionową rurkę, pozwalała określić jego 
wysokość. To wszystko wyjaśnił przybyłym kontroler obsługujący urządzenie. 

W chwili kiedy piloci rozmawiali z kontrolerem, w zasięgu stacji znalazły się 

dwa samoloty Jeden leciał z północnego zachodu na południowy wschód, drugi z 
południa na północ Dwa jasne punkty wolno przesunęły się po ekranie i gdy już 
prawie nakryły się, kontroler ostrzegł obu pilotów, że zbliżają się do siebie. 

— Widzę go po lewej stronie — zameldował pilot lecący z południa na północ. 

— Jest około tysiąca stóp powyżej, w odległości około czterech mil! 

— Nie widzę żadnego samolotu! — zameldował drugi. 
Major Orzechowski, obserwujący bacznie pracę urządzenia, nie taił 

rozczarowania. 

— Jeśli dwa samoloty są od siebie w odległości trzech lub czterech mil, a pan 

widzi je na ekranie jako pokryty punkt, to dokładność tej aparatury nie jest za 
dobra — zwrócił się do kontrolera. 

— Rzecz w tym — wyjaśnił specjalista — że przestrzeń pokryta anteną wynosi 

około stu pięćdziesięciu mil, a obraz na ekranie jest pomniejszany do czternastu 
cali średnicy. Jeżeli w tej samej skali byłyby odbicia od samolotów w powietrzu, to 
byłyby one tak małe, że nikt by ich nie dostrzegł. Poza tym aparat nie jest jeszcze 
dokładnie zsynchronizowany. 

Dowódca dywizjonu krakowskiego wracał do Coventry podekscytowany. 

Wysiadając przed hotelem z samochodu podpułkownika More’a, poczuł potrzebę 
porozmawiania z inżynierem Gomulińskim. Poprosił go do swego pokoju. 

— Jak wiesz, przed samą wojną ukończyłem politechnikę, gdzie zainteresowała 

mnie szczególnie nauka o prądach — odpowiedział inżynier Gomuliński 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

13 

                                                     

wysłuchawszy sceptycznej opowieści Orzechowskiego. — W moim przekonaniu 
to, co powiedziałeś, jest teoretycznie możliwe, ale praktycznie nie da się 
skonstruować takiego odbiornika. Wydaje mi się, że „strusie” po prostu wpuścili 
cię w maliny. Ale jak chcesz, mogę zbadać tę sprawę. 

Upłynęło kilka dni. Orzechowski był na lotnisku i swym zwyczajem krążył od 

samolotu do samolotu, wymieniając z personelem uwagi eksploatacyjne, gdy 
podszedł do niego inżynier Gomuliński, prosząc o słowo na osobności. 

— Miałeś rację — powiedział podekscytowany. — Oni mają takie aparaty, za 

pomocą których mogą odbierać promienie radiowe odbite od samolotu. Do odbioru 
używają lamp katodowych... 

I tak się zaczęła fascynacja Jerzego Orzechowskiego radarem, fascynacja, która 

doprowadziła w końcu do tego, że porzucił bezpowrotnie dzienne lotnictwo 
myśliwskie i przeniósł się do jednostki myśliwców nocnych, w której używano 
dwusilnikowych myśliwców typu Beaufighter i Mosquito wyposażonych w 
pokładowe stacje radiolokacyjne. 

Jedenastego stycznia 1941 roku wydarzyła się w dywizjonie kolejna katastrofa. 

W czasie lotu treningowego na samolocie Miles Master (nr N.7955) zginęli w 
miejscowości Kirby Corner, koło Baginton, dwaj piloci” kapitan Witalis Nikonow

4

 

(instruktor) oraz podporucznik Jerzy Wolski (uczeń). Powodu wypadku nie 
ustalono. 

Dwudziestego pierwszego lutego przybył na inspekcję do dywizjonu 

krakowskiego dowódca 9 Grupy Myśliwskiej, generał brygady W A. Mc Claughry. 
Wizytacja wypadła bardzo dobrze i generał nie taił zadowolenia. 

— Biorąc pod uwagę dobre wyniki w lataniu, mam zamiar wystąpić z 

wnioskiem, ażeby zabrać z dywizjonu brytyjski personel — zakomunikował I 
Orzechowskiemu, powiedziawszy uprzednio kilka j komplementów. — I believe 
that you will swim alone

5

 — dodał z uprzejmym uśmiechem. 

— Bardzo mnie cieszy ta decyzja — odpowiedział Orzechowski. — I to co 

najmniej z trzech ; powodów Po pierwsze, jako wyraz uznania dla mojej pracy, po 
wtóre, będziemy odtąd czysto polską jednostką, i wreszcie per trzecie... Nie wiem, 
czy wypada o tym mówić... — Spojrzał zażenowany na generała. — Po trzecie, 
będę miał nareszcie samochód służbowy do własnej dyspozycji, bo dotąd 
przysługiwał majorowi Morrisowi... — rzucił z determinacją 

Trójka Brytyjczyków parsknęła  śmiechem... Cztery dni później personel 

brytyjski opuścił dywizjon krakowski, co nie znaczy, że zerwał z nim 
przyjacielskie więzy. 

 

4

 Doświadczony 38-letni pilot, który we wrześniu 1939 roku dowodził 31 eskadrą 

rozpoznawczą (pułk poznański), wyposażoną w samoloty PZL-23 Karaś. 

5

 Wierzę, że dacie radę pływać sami. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

14 

Będąc teraz dowódcą pełną  gębą. major Orzechowski potrzebował 

odpowiedniego zastępcy. Zwrócił się w tej sprawie do pułkownika 
Pawlikowskiego Dowódca polskiego lotnictwa myśliwskiego zaproponował 
słynnego krakowiaka-akrobatę, kapitana Kazimierza Kosińskiego, na co 
Orzechowski nie wyraził zgody. Zażądał porucznika Mariana Pisarka, dowódcę 
toruńskiej 141 eskadry myśliwskiej z kampanii wrześniowej 1939 roku 
Pawlikowski wiedział, co robi — przysłał do Baginton obydwu oficerów... 
Orzechowski powierzył im dowództwo eskadr Dowódcą eskadry „A” został 
Kosiński, eskadrą „B” dowodził Pisarek Natychmiast też wysłał do Londynu 
wniosek o awansowanie Pisarka do stopnia kapitana. Dwóch wyróżniających się 
pilotów, poruczników Erwina Kawnika i Feliksa Szyszkę, wyznaczył zastępcami 
dowódców eskadr. 

Dwudziestego szóstego lutego 1941 roku dywizjon 308 stracił swego 

pierwszego powietrznego zwycięzcę plutonowego Mieczysława Jana 
Parafińskiego. Zginął on w Cottesbrooke, 22 mile na wschód od lotniska Baginton, 
pilotując Hurricane’a nr V 7073. Powód wypadku — nie wyjaśniony. Miesiąc 
później 26 marca, pilot z dywizjonu krakowskiego zestrzelił przypuszczalnie w 
okolicach Coventry Junkersa Ju-88. 

Trzydziestego marca 1941 roku na lotnisko Baginton dostarczono pierwszą 

partię nowoczesnych myśliwców typu Vickers-Supermarine Spitfire, którymi 
miano zastąpić przestarzałe Hurricane’y. Była to wspaniała wiadomość, toteż 
wśród pilotów zapanował entuzjazm Polacy zaczęli teraz liczyć, że wkrótce odejdą 
na lotnisko w południowej Angin. W tym tonie utrzymany był raport wystosowany 
przez majora Orzechowskiego do dowódcy 9 Grupy Myśliwskiej w odpowiedzi na 
przysłaną pochwałę pisemną. Podpułkownik More, przez którego kancelarię raport 
ten przechodził, zjawił się nazajutrz na lotnisku. 

— Znamy się już cztery miesiące i zdążyłem polubić pana — zwrócił się do 

Orzechowskiego po krótkim powitaniu. — A poza tym dobrze mi się z panem 
współpracuje — dodał. — Toteż nie będę przed panem taił,  że obecnie o 
przesunięciu trzysta ósmego na południe Anglii nie może być mowy. Wszystko 
wskazuje na to, że w najbliższym czasie Coventry będzie ponownie 
bombardowane, a pański dywizjon jest jedynym w Grupie, który dysponuje 
pilotami przeszkolonymi w lotach nocnych. Wniosek stąd prosty: w obecnej 
sytuacji Grupa nie pozbędzie się trzysta ósmego, a później zobaczymy. 

— Czy może mi pan podać jakieś szczegóły? 
— Owszem, ale wyłącznie do pańskiej wiadomości. Nasz wywiad ustalił,  że 

nalot zostanie ponowiony za tydzień, około piątego kwietnia. Do tego czasu należy 
przygotować się do odparcia wroga, ale trzeba czynić to tak dyskretnie, aby nawet 
nasz personel nie domyślił się, że dysponujemy pewnym źródłem informacji. Więc 
jak, poradzi pan sobie? Ma pan zaledwie tydzień na opanowanie nowego sprzętu. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

15 

                                                     

— W tym już moja głowa — uśmiechnął się Orzechowski. — Chyba poznał 

pan już dobrze Polaków? 

— Pewnie, dlatego zatrzymuję was u siebie. Może nieprecyzyjnie się 

wyraziłem, ale chodziło mi o to, czy nie oczekuje pan jakichś posunięć ze strony 
Sektora w zakresie przygotowań i metod pracy w powietrzu? 

— Oczywiście. — Orzechowski zdawał sobie sprawę,  że pewne posunięcia 

będą konieczne. — Przede wszystkim chciałbym zwrócić uwagę,  że z lotniska 
Baginton nie będzie można operować podczas nalotu. Leży ono o trzy kilometry 
od miasta, bezpośrednio sąsiaduje z fabryką samolotów Whitney, wiec na pewno 
będą trafienia Proszę więc o wskazanie odpowiedniego lotniska zastępczego, abym 
w odpowiedniej chwili zdążył ewakuować dywizjon. 

— Podam za godzinę. Co jeszcze? 
— Na nocnym dyżurze w Operation Room chciałbym zainstalować polskiego 

kontrolera, kapitana Łazoryka

6

. Chodzi mi o to, aby wyeliminować ewentualne 

problemy językowe. 

— Załatwione Czy coś jeszcze? 
— Mozę mógłby mi pan przysłać kilka ciężarówek, żeby sprawniej ewakuować 

sprzęt techniczny? To na razie wszystko Gdyby jeszcze wyłoniły się jakieś 
problemy, dam znać. Aha, rozumiem, że mam wolną  rękę w zakresie sposobów 
użycia dywizjonu? 

— Oczywiście. Ale skoro sprawy służbowe wyczerpaliśmy, pomówmy trochę 

o prywatnych. Chciałbym panu coś doradzić. Niech pan odeśle  żonę i córkę do 
Blackpool. 

— A czy w Blackpool jest bezpiecznie? 
— Tak — uśmiechnął się podpułkownik More. — To jest teraz 

najbezpieczniejsze miejsce

7

Zgodnie z umową dowódca Sektora wskazał Orzechowskiemu lotnisko 

zastępcze — Bramcote, położone na północny wschód od Coventry, 45 minut 
drogi samochodem. Dowódca dywizjonu 308, któremu pozostawiono wolną  rękę 
w zakresie przygotowań i metod pracy „Zefirów”, odbył jeszcze rozmowy z 
dwoma kolegami, bez pomocy których nie wyobrażał sobie sprawnej realizacji 
opracowanej przez siebie koncepcji. Pierwszym pomocnikiem był oficer 
techniczny. Z nim Orzechowski załatwił sprawę krótko. 

— Gdyby Niemcy próbowali raz jeszcze zaatakować Coventry, postaraj się, 

Franku, zostawić na lotnisku jak najmniej ludzi. W razie nalotu mechaników 

 

6

 Trzydziestopięcioletni kapitan pilot Włodzimierz Mikołaj  Łazoryk dowodził we 

wrześniu 1939 r. wileńską 152 eskadrą myśliwską. 

7

 W Blackpool urzędował szef wywiadu niemieckiego na Anglię. Z meldunków, które 

preparował mu kontrwywiad brytyjski, przygotowywał on raporty wysyłane przez 
Irlandię Południową do Rzeszy. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

16 

                                                     

ewakuuj natychmiast do Bramcote, a ci, którzy zostaną, by pomóc zapuścić silniki, 
niech zaraz potem pryskają z lotniska. 

— A co, zanosi się na coś? — spytał  głosem zniżonym do szepta inżynier 

Gomuliński. 

— Mówię tak sobie, na wszelki wypadek — odpowiedział Orzechowski. 
Z polskim kontrolerem w Operation Room rozmowa była trudniejsza, gdyż 

trzeba było powiedzieć więcej, nie zdradzając jednocześnie tajemnicy. 
Orzechowski nie bardzo wiedział, od czego zacząć, ale kapitan Łazoryk ułatwił mu 
zadanie. Wiedział już od Anglików, że będzie pracował na nocnej zmianie, i 
zapewne domyślał się,  że nie dzieje się to bez przyczyny. Nie zadawał więc 
żadnych pytań, przypuszczając, i słusznie,  że dowódca powie mu tyle, ile 
powiedzieć może. 

— Jednocześnie będzie operowało sześć naszych Spitfire’ów — ustalał major 

Orzechowski. — Będą latały czterdzieści minut, po czym poderwiesz następną 
szóstkę. A właściwie drugą szóstkę poderwiesz na dziesięć minut przed 
zluzowaniem pierwszej. Oto zadania dla poszczególnych maszyn — precyzował 
dowódca. — Z każdej grupy trzy samoloty pójdą powyżej piętnastu tysięcy stóp: 
jeden na zachód od miasta, jeden na południe i jeden na wschód. Drugie trzy 
samoloty będą latały poniżej piętnastu tysięcy stóp w rozstawieniu identycznym 
jak poprzednia trójka

8

. Uważaj na rejon na północ od miasta, bo tam są silne 

stanowiska artylerii przeciwlotniczej. 

— To jasne — stwierdził kontroler. — A teraz powiedz o systemie 

naprowadzania, bo chyba nie będziemy się bawili w naprowadzanie indywidualne, 
jak to robią nocni myśliwcy. 

— Oczywiście  że nie — uśmiechnął się Orzechowski, widząc przed sobą 

myślącego słuchacza. — Nie mamy do tego warunków Analizując poprzedni nalot, 
przypuszczamy, ze w następnym może wziąć udział około dwustu pięćdziesięciu 
bombowców, nadchodzących w trzech lub czterech falach, i że będzie on trwał 
około czterech godzin. W tej sytuacji skoncentruj się na tym, aby podać pilotom 
miejsce największego zagęszczenia samolotów wroga, ich kierunek lotu i 
wysokość. 

— Czy coś jeszcze? — upewniał się kapitan Łazoryk. 
— To chyba byłoby wszystko — stwierdził Orzechowski. — Tylko nie 

zapomnij o stanowiskach naszej artylerii przeciwlotniczej, żeby nam pośladków 
nie poszatkowała... — przypomniał. 

Niemcy bardzo starannie przygotowywali się do tego nalotu. Starając się 

zorientować, czy Anglicy rozwinęli wystarczająco swą broń kryptologiczną, 
zaczęli wszystkie szczegóły dotyczące wspomnianej akcji przekazywać sobie 
drogą zakodowanych depesz radiowych. Oczywiście wyspiarze dzięki „Enigmie” 

 

8

 System ten nosił nazwę „Fighter Night”. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

17 

                                                     

— polskiej maszynie szyfrującej — odczytywali je i stąd wiedzieli, że nalot 
odbędzie się w nocy z 5 na 6 kwietnia, a później, że jego termin został przesunięty 
na 4ioc z 9 na 10 kwietnia 1941 roku. Na pięć dni przed zaplanowanym 
bombardowaniem w stronę Coventry zostały skierowane beamy

9

, których 

prawidłowe przecięcie, a raczej niewygięcie od przepisowego położenia, sprawdzał 
przez ostatnie trzy dni Heinkel, latając w godzinach południowych na dużej 
wysokości. Dywizjon krakowski otrzymał zakaz wykonywania lotów w tym 
czasie. Podobnie było po pierwszym bombardowaniu Coventry, gdy Niemcy 
szykowali się do akcji na sąsiednie Rugby

10

 i dalej położony Nottingham

11

Wstrzymano nawet lokalne loty ćwiczebne, pomimo że pogoda była dobra. 

Nadeszła oczekiwana noc z 9 na 10 kwietnia 1941 roku. Kapitan Łazoryk 

zadzwonił do Operation Room. 

 

9

 Przed wojną Niemcy skonstruowali nawigacyjny system radiowy, Knickenbein, 

przeznaczony do naprowadzania bombowców na cel. Ponieważ miał on stosunkowo 
mały zasięg, pod koniec lutego 1940 roku zaczęto stosować przeciw Anglii jego 
ulepszoną wersję o nazwie X-gerat. Nowy system polegał na tym, że wzdłuż 
brzegów francuskich ustawiono szereg radiostacji nadających sygnał radiowy, tzw. 
beam, który można było wysyłać w dowolnym kierunku. Gdy obiekt do 
bombardowania został wyselekcjonowany, zwykle trzy stacje wysyłały swoje 
beamy tak, żeby się nad nim przecinały. Miejsce przecięcia beamów w przestrzeni 
ustalał specjalnie do tego celu przeznaczony dywizjon Heinkli (nazwany — 
Kampgeschwader 100, powiększony w 1940 roku do Kampfgruppe 100), którego 
samoloty wyposażone były w aparaturę radiową oraz 3 bomby zapalające. 
Każdorazowo celu szukało 6 do 10 Heinkli. Bombowce pojawiały się w rejonie celu 
na 5—10 minut wcześniej i czekały, aż zostanie on zidentyfikowany i oświetlona 
bombami zapalającymi, których wybuch był sygnałem fila ifłńwnei wyprawy do 
zrzucenia  ładunku burzącego. Po zrzuceniu bomb bombowce na niskim pułapie 
wracały do bazy. Jeśli cel położony był w odległości przekraczającej 150 mil, 
Luftwaffe musiała wysyłać specjalny samolot, który miał sprawdzić przecięcie 
beamów. 

10

 W czasie bombardowania Rugby beamy były już powyginane i poszukiwacze z 

Kampfgruppe 100 wyrzucili bomby zapalające w pole, 15 km na pn. wsch. od 
miasta. Czterysta bombowców biorących udział w wyprawie poszło ich śladem. Od 
bomb zginęły dwie krowy i dwie kury... ale radio BBC nadawało wstrząsające opisy 
zniszczeń... 

11

 Podczas nalotu na Nottingham RAF zastosował pewien fortel. Gdy bombowce 

Luftwaffe zbliżały sit do miasta, pojawiły się 3 bombowce brytyjskie i zrzuciły 
bomby zapalające na pastwiska w m. Vale of Belyoir (15 km na południe od 
Nottingham). Cały  ładunek bomb niemieckich poszedł w ślad za angielskim. 
Niemcy jednak poczuli się oszukani i zaczęli podejrzewać, że Anglicy odczytują ich 
meldunki. Dlatego zarządzili drugi nalot na Coventry. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

18 

                                                     

— Siedemnastu szwabów wystartowało z lotnisk we Francji. Nabierają 

wysokości i kierują się, w naszą stronę — zameldował. 

— Dobrze, zaraz daję rozkaz, żeby grzać silniki! — odpowiedział dowódca. 
Po chwili znów telefon. 
— Ponad sześćdziesiąt samolotów znajduje się nad Kanałem! — koryguje 

komunikat Łazoryk. 

— Dowiedz się, jakie jeszcze dywizjony RAF będą operowały oprócz nas? — 

prosi Orzechowski. 

— Wystartował major Cunningham

12

 i jak druga załoga, też na Beaufighterze 

— poinformował wkrótce kontroler. — Nie ma jeszcze decyzji, czy trzysta siódmy 
dywizjon

13

 z Colerne będzie latał, bo tam kiepska pogoda! 

Po pewnym czasie Łazoryk melduje: 
— Pierwsze samoloty niemieckie przekroczyły Kanał! 
— Poczekaj, aż podejdą do nas na odległość stu dwudziestu mil, i poderwij 

pierwszą trójkę — powiedział spokojnie major Orzechowski i udał się do 
samolotów. 

Na stanowisku rozproszenia maszyn oczekiwali pilotów mechanicy. Śmigła 

Spilfire’ów młóciły miarowym rytmem chłodne, wiosenne powietrze. 

— Pierwsza trójka start! — przekazuje donośnym głosem dyżurny telefonista. 
Krakowiacy odrywają się kolejno od pasa startowego. Major Orzechowski na 

wysokości tysiąca stóp czyni zwykłe przygotowania do spotkania 2 
nieprzyjacielem: włącza  światło w celowniku, odbezpiecza karabiny i redukuje 
światło w kabinie do minimum. 

— Pierwsza trójka wysokość dwadzieścia tysięcy stóp — zgłasza się Łazoryk. 
Orzechowski nabierając wysokości widzi, że znajome bikony na ziemi 

zmieniły litery kodowe. Ten na zachód od lotniska zamiast „A” nadaje „S”, a ten 
koło Leamington nadaje „A” zamiast „O”. Noc jest ciemna i na dużej wysokości 
panuje kompletne zachmurzenie. 

— Panie majorze, oni lecą  ławą szeroką na piętnaście mil — ciszę radiową 

przerywa głos kapitana Łazoryka. — Większość z nich znajduje się na pułapie od 

 

12

 Major John Cunningham z 604 nocnego dywizjonu myśliwskiego „county of 

middlesex” był najskuteczniejszym alianckim pilotem nocnym II wojny światowej. 
Zestrzelił w nocy 20 samolotów niemieckich (!). 

13

 Załogi dywizjonu 307 wykonały tej nocy 6 lotów operacyjnych, nie odnosząc 

sukcesu. Natomiast następnej nocy, z 11 na 12 kwietnia 1941 roku, między godz. 
01.15 a 02.35, załoga plut. pil. Franciszek Jankowiak i kpr. strz. Józef Lipiński, 
lecąc na Defiancie nr N. 3315, zestrzeliła Heinkla He-111, który spadł w m. 
Lydlinch (8 mil na płd. wsch. od Sherborne, Dorset) Było to pierwsze nocne 
zwycięstwo w historii lotnictwa polskiego. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

19 

osiemnastu do dwudziestu czterech tysięcy stóp. Za chwilę znajdą się nad nami. 
Jest ich za dużo, by można było policzyć. Na ekranie to jedna duża plama! 

Miasta z wysokości, na której leci dowódca krakowiaków, nie widać. 

Orzechowski utrzymuje swoją pozycję, orientując się po położeniu migających 
bikonów. Raptem jego Spitfire silnie się zakołysał. To wiry jakiegoś samolotu. 
Orzechowski wykonuje zakręt w lewo, próbując znów trafić na ślad wirów. Z 
prawej w skos miga jakieś światło. Dowódca puszcza serię Słabo widać, cholera, 
przez ten plastyk — klnie przy tym i odsuwa osłonę nad kabiną pilota. Chwilę 
później znów wpada w wiry i ponownie strzela serię z broni pokładowej. W górze 
mignęło  światło. Mimo iż trwało to ułamek sekundy. Orzechowski jeszcze raz 
strzelił. 

— Już latają osiem minut i nie bombardują — brzmi w słuchawkach głos 

Łazoryka. — Jest ich bardzo dużo. 

Słowa te wypowiedziane zostały w złą godzinę, gdyż chwilę później 

Orzechowski zobaczył w dole tysiące  świateł  ułożonych w formie dość  długiego 
pasa Natychmiast po pierwszym, pod kątem 30°, zapalił się drugi pas świateł. W 
obszarze obramowanym migającymi punkcikami zaczęły wykwitać pożary. Major 
Orzechowski oślepiony nagłą jasnością przysłonił oczy ręką. W tym momencie 
mignęła pod nim sylwetka samolotu, do którego tylko dla przyzwoitości puścił 
serię pocisków, po czym oddalił się od miasta, by przyzwyczaić oczy do 
ciemności. Wyłączył tez światło w celowniku i oświetlenie tablicy przyrządów 
pokładowych. 

Kiedy znów wpadł w wiry przelatującego w pobliżu bombowca, usłyszał w 

słuchawkach głos Łazoryka. 

— Druga zmiana wystartowała. Pierwsza lądować za pięć minut! 
Dowódca dywizjonu włączył  oświetlenie tablicy przyrządów pokładowych. 

Zegar wskazywał, im w zbiorniku znajduje się już niewiele paliwa. 

— Pierwsza trójka przełączyć radio na Bramcote i lądować. — To znów głos 

Łazoryka. — Ale nas tu na ziemi leją. Wszystko się trzęsie! — dodaje 
podnieconym głosem kontroler. 

Dowódca dywizjonu wykonał duże półkole w kierunku Bramcote. Widział 

teraz wyraźnie obszar broniony przez artylerię przeciwlotniczą. Jej pociski 
rozrywały się na jednej wysokości. 

Po wylądowaniu Orzechowski pobiegł do hangaru połączyć się telefonicznie z 

Operation Room. Trzymający po drugiej stronie linii słuchawkę kapitan Łazoryk 
informował,  że choć nalot jeszcze trwa, widać już teraz, iż jest on 
nieporównywalnie mniej skoncentrowany niż pierwszy Dużo bomb spadło o kilka, 
a nawet kilkanaście mil od centrum miasta, a niektóre zawieruszyły się nawet koło 
Operation Room, które usytuowane jest na odludziu, daleko od Coventry. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

20 

                                                     

Maszyna majora Orzechowskiego nie była jeszcze gotowa do następnego 

startu, więc dowódca dywizjonu podszedł do samochodu NAAF

14

. prosząc o 

gorącą kawę i kanapki Znaleźli się tam i inni piloci. Każdy z nich strzelał 4 
wszyscy uskarżali się,  że byli oślepieni bombami zapalającymi. Wszyscy też 
stwierdzili zgodnie, że plastykowe osłony kabiny pilota są mało przezroczyste. Nie 
stanowi to problemu w lotach dziennych, ale w nocy to wada poważna. 

Pierwsza trojka dywizjonu krakowskiego wystartowała ponownie. Wołodia 

meldował coraz bardziej podnieconym głosem: 

— Panie majorze, cała kupa szwabów na dwudziestu czterech tysiącach stop! 
Zanim Orzechowski wspiął się na tę wysokość, otrzymał następny meldunek 
— Oni teraz na szesnastu tysiącach stóp! 
To radar, jeszcze mało precyzyjny, nie podawał dokładnej wysokości 

samolotów. 

Coventry płonęło. Najwięcej pożarów widać było w centrum, ale i na 

przedmieściach znajdowały się spore ogniska. Orzechowski próbował choć 
jednemu bombowcowi odpłacić za tę robotę, ale sytuacja na to nie pozwalała Co 
jakiś czas dostrzegał w powietrzu jakieś światełka, do których strzelał natychmiast, 
ale bezskutecznie. 

Czterdzieści minut drugiego patrolu minęło błyskawicznie i gdy Łazoryk 

ostrzegł, że czas wracać do domu. Orzechowski ani o tym myślał. 

— Polecę jeszcze z dziesięć mil na południe — oznajmił kontrolerowi — Mam 

jeszcze trochę naboi i ponad ćwiartkę zbiornika paliwa! 

Tak minął drugi czterogodzinny nalot na stolicę hrabstwa Warwickshire, w 

którym uczestniczyło 237 bombowców Zrzuciły one 315 ton bomb burzących oraz 
710 zasobników z bombami zapalającymi. Obrońcy wystawili przeciw 
napastnikom: 39 ciężkich dział przeciwlotniczych, 56 balonów na uwięzi oraz 21 
dziennych samolotów myśliwskich z dywizjonu 308 

Przewidywania dowódcy krakowskiego dywizjonu odnośnie do lotniska 

okazały się  słuszne. Baginton dostało solidną porcje, ładunku zapalająco-
burzącego i piloci musieli czekać w Bramcote do południa następnego dnia, dopóki 
personel naziemny nie uporał się z zasypywaniem lejów. 

Przez dalsze sześć tygodni pobytu w Baginton dywizjon krakowski doskonalił 

pilotaż na samolocie Spitfire, pełniąc jednocześnie stałe dyżury operacyjne i 
tęskniąc za przeniesieniem w pobliże kanału La Manche. Dowództwo 9 Grupy 
Myśliwskiej, ponaglane stanowczymi, choć uprzejmymi raportami majora 
Orzechowskiego, doszło wreszcie do wniosku, że dłuższe zatrzymywanie 
dywizjonu 308 w obronie Coventry nie jest niezbędne, i 25 maja 1941 roku 
zawiadomiło o przeniesieniu dywizjonu na lotnisko Chilbolton, 4 mile na 
południowy wschód od Andover w hrabstwie Hampshire, w południowej Anglii 

 

14

 Rodzaj kantyny polowej. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

21 

W dywizjonie krakowskim wybuchła ogromna radość.  Żołnierze ruszyli do 

pakowania manatków, a major Orzechowski poleciał na nowe miejsc zapoznać się 
z lotniskiem i komendantem Sektora. Pogoda była obrzydliwa, więc wkrótce po 
starcie dowódca wrócił do Baginton. Cztery dni później kapitan Gomuliński 
telefonował z Chilbolton, że rzut kołowy dojechał bez przeszkód i przygotował 
kwatery. Na razie jednak pogoda nie pozwalała na przebazowanie rzutu 
powietrznego. Pierwszego czerwca 1941 roku pogoda nareszcie poprawiła się i 
piloci,  żegnani serdecznie przez miejscowy personel Stacji oraz okolicznych 
mieszkańców, wystartowali z Baginton przyjmując kurs południowy. Dwadzieścia 
dwie minuty później dotarli do Chilbolton, podlegającego operacyjnie Dowództwu 
10 Grupy Myśliwskiej.  

Ośmiomiesięczny okres spędzony w hrabstwie Warwickshire, mimo że niezbyt 

ciekawy, nie był czasem straconym. Piloci osiągnęli  świetną formę w powietrzu, 
doskonale opanowali loty nocne i w trudnych warunkach atmosferycznych, zaś 
personel naziemny doszlifował swoje kwalifikacje w zakresie obsługi sprzętu 
latającego. W tym też czasie personel dywizjonu nawiązał serdeczne kontakty z 
miejscową ludnością, zdobywając sobie wielu przyjaciół. Mieszkańcy Coventry 
utworzyli nawet komitet — na jego czele stała pani Elizabeth Norton-Griffith — 
który postawił sobie za cel roztoczenie opieki nad żołnierzami dywizjonu, 
odczuwającymi boleśnie brak bliskich, zastawionych w okupowanym kraju. 

Po wylądowaniu w Chilbolton major Orzechowski zarządził krótki 

odpoczynek, po którym piloci znów ruszyli na start. Tym razem czekał ich tylko 
oblot mający na celu zapoznanie się z nowym Sektorem. Później nastąpiła 
odprawa, w czasie której oficer taktyczny Grupy poinformował Polaków, na czym 
będzie polegała ich rola na nowym lotnisku. 

— Głównym waszym zadaniem będzie osłona konwojów na kanale angielskim 

— wyjaśnił beznamiętnym tonem. — Nasze statki atakowane są przez pojedyncze 
samoloty wroga, które latają nisko nad wodą, a więc znajdują się poza zasięgiem 
radaru. Wy będziecie zwalczali tych intruzów. 

— Czy wiadomo już, kiedy otrzymamy rozkaz startu — zapylał major 

Orzechowski. 

— Jutro — oznajmił oficer — O piątej rano. Potrzebne będą trzy samoloty! 
— Kapitanie Kosiński — major zwrócił się do dowódcy eskadry „A”. — 

Proszę wystawić klucz ze swej eskadry do tego zadania. Przyjadę do was jutro 
przed startem! 

— Rozkaz, panie majorze — Kosiński przyjął polecenie z dość kwaśną miną. 
Nazajutrz, 2 czerwca, major Orzechowski zjawił się na lotnisku o godzinie 

4.50. Pozornie wszystko wyglądało normalnie: samoloty były gotowe, silniki 
nagrzane, jednak... brakowało pilotów Oficer techniczny nie wiedział, gdzie są. 
Przypuszczał, że prawdopodobnie śpią jeszcze.. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

22 

Odzywa się telefon Kontroler Grupy prosi o wysłanie klucza nad Kanał, 

ponieważ w rejonie konwoju kręci się samolot nieprzyjacielski Orzechowski jest 
wściekły Wysyła ciężarówkę po pilotów, którzy zjawiają się z 
czterdziestominutowym opóźnieniem W tym czasie znów dzwoni telefon z Grupy 
z wyjaśnieniem,  że nad wskazany rejon poszedł klucz z innego dywizjonu, i 
poleceniem, aby dowódca dywizjonu złożył meldunek, dlaczego jego samoloty nie 
startowały... Późniejsze zdarzenia potoczyły się dość szybko. O godzinie 8.30 
Orzechowski zatelefonował do majora Kazimierza Benza. który był polskim 
oficerem  łącznikowym w 10 Grupie Myśliwskiej, prosząc o natychmiastowy 
przyjazd w tej sprawie. Benz, zjawił się o jedenastej. 

— Zaprosiłem obydwu panów — zwrócił się Orzechowski do Benza i Pisarka 

— aby w waszej obecności przeprowadzić rozmowę z dowódcą eskadry „A”. Od 
chwili jego przybycia do dywizjonu mam z nim sporo kłopotów natury służbowej. 
Kwestionuje wiele moich zarządzeń i stara się poderwać mój autorytet w oczach 
żołnierzy swojej eskadry, opowiadając o mnie przeróżne historyjki wyssane z 
palca. Aby więc uniknąć późniejszych nieporozumień, chciałbym dzisiejszą 
rozmowę przeprowadzić przy świadkach. 

Na dany sygnał adiutant dywizjonu poprosił do kancelarii kapitana 

Kosińskiego. Poproszony o wyjaśnienie powodów niestawienia się do służby, 
dowódca eskadry „A” odpowiedział,  że zlecił zajęcie się  tą akcją jednemu z 
dowódców kluczy i ten sprawę zawalił. 

— Jako dowódca eskadry jest pan odpowiedzialny za swój personel — 

podsumował niezbyt długą naradę major Orzechowski. — Z kolei ja nie mogę 
tolerować zwykłego niedbalstwa i dlatego występuję z wnioskiem o przydzielenie 
innego dowódcy eskadry! 

Kapitan uśmiechnął się cierpko, nie mówiąc słowa więcej. Major Orzechowski, 

korzystając z okazji, że Kazimierz Benz wybierał się na odprawę do Londynu, 
poprosił go, by zaczekał dwa kwadranse i zabrał pismo adresowane do pułkownika 
Pawlikowskiego. 

Przez dwa tygodnie w sprawie tej panowała cisza. Siedemnastego czerwca 

zjawiła się w Chilbolton przysłana z Londynu komisja, w skład której wchodziło 
dwóch oficerów młodszych wiekiem i rangą od majora Orzechowskiego. Mieli oni 
zbadać zasadność zarzutów stawianych przez dowódcę dywizjonu kapitanowi 
Kosińskiemu. Komisja legitymowała się upoważnieniem podpisanym przez 
podpułkownika Zygmunta Wojciechowskiego z wydziału organizacyjno-
wyszkoleniowego Inspektoratu PSP Major Orzechowski nie taił niezadowolenia z 
tak nietaktownego załatwienia sprawy i w pierwszej chwili miał zamiar odesłać 
obydwu panów tam, skąd przybyli, ale ostatecznie wziął pod uwagę warunki 
wojenne i zrezygnował z interwencji. Komisji chciała ograniczyć się do spisania 
protokołów z relacji Orzechowskiego i Kosińskiego. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

23 

— Swój protokół podpiszę dopiero wtedy, gdy będą już złożone pisma Bonza, 

Pisarka i Łazoryka! — oświadczył stanowczym tonem dowódca dywizjonu. 

Cztery dni później, 21 czerwca 1941 roku, przyszedł rozkaz przesunięcia 

dywizjonu 308 na lotnisko Northolt. Jednocześnie w tym rozkazie polecono, aby 
dowództwo dywizjonu objął kapitan Marian Pisarek, a major Orzechowski i 
kapitan Kosiński mieli pozostać w Chilbolton do czasu nadejścia dalszych 
rozkazów... Orzechowski nie mógł się pogodzić z tym werdyktem, toteż 
następnego dnia pojechał do Londynu, aby rozmówić się z podpułkownikiem 
obserwatorem Władysławem Madejskim z wydziału personalnego Inspektoratu 
PSP, którego znak jeszcze z czasów służby w pułku toruńskim i wiedział, iż jest to 
człowiek prawy i dobry oficer. 

— Co jest przyczyną mego przeniesienia? — zapytał wprost, kiedy znalazł się 

w gabinecie podpułkownika. — I dlaczego załatwiono to tak nietaktownie, że 
pozostawiono mnie razem z oficerem, którego chciałem pozbyć się z dywizjonu? 

— Po pierwsze pracował pan w. Paryżu w sztabie generała Zająca, a po drugie 

nie służył pan ani w warszawskim, ani w poznańskim dywizjonie, którymi 
dowodził pułkownik Pawlikowski —- odpowiedział podpułkownik Madejski. — 
Obecny dowódca lotnictwa, generał Ujejski, nie lubi tych, którzy pracowali u 
Zająca, a poza tym iiie należy pan do grupy, którą pułkownik Pawlikowski nazywa 
„moi chłopcy”! 

— Dziękuję za szczere wyjaśnienie — westchnął Orzechowski. — A czy 

mógłbym się jeszcze dowiedzieć, kiedy i dokąd zostanę przeniesiony? 

— W tej sprawie instrukcji jeszcze nie mam — odpowiedział Madejski. 
Niedawny dowódca dywizjonu 308 wrócił do Chilbolton i dla zabicia czasu 

zaczął codziennie po kilka godzin ćwiczyć na link-trainerze, czyli urządzeniu 
zwanym symulatorem lotu.  

Miesiąc później, 18 lipca, major Orzechowski otrzymał dwa pisma. W 

pierwszym z nich informowano go, że wyznaczony został oficerem łącznikowym 
w 81 Grupie Wyszkoleniowej w Worcester, drugim był list z Coventry, w którym 
podpułkownik More zapraszał go na pożegnalny obiad w związku ze swym 
(oddelegowaniem w rejon Londynu. Orzechowski wysłał do Coventry telegram, że 
nie będzie mógł uczestniczyć w pożegnaniu, i poleca) jego pamięci dywizjon 308... 

Nadając mu później Distinguished Flying Cross Brytyjczycy napisali. 
 

Major Jerzy Orzechowski, P-76.825, uczestniczył to 100 lotach bojowych, z 

czego większość na środkowowschodnim teatrze. Wykazał się wysoką skalą 
wprawy, męstwem i oddaniem dla sluzby, których jakość odzwierciedliła się w 
wysokim poziomie sprawności dywizjonu 308, którym dowodził. 

 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

24 

Tak oto pułkownik Stefan Pawlikowski znał się na ludziach Najpierw uknuł 

intrygę, a później wyrzucił z trzysta ósmego, i to z hukiem, jednego z 
najwartościowszych pilotów i dowódców polskiego lotnictwa myśliwskiego... 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

25 

KOCHANY „MARY” LEADER 

 
Rankiem 24 czerwca 1941 roku spełniły się dziewięciomiesięczne marzenia 

„Zefirów” Dywizjon 308 wylądował w mekce polskich dywizjonów myśliwskich, 
w Northolt, na południowo-zachodnich krańcach Londynu, dołączając do 
dywizjonów 303 — kościuszkowskiego, i 306 — toruńskiego, też wchodzących w 
skład 1 Polskiego Skrzydła Myśliwskiego dowodzonego przez majora Piotra 
Lagunę. 

Połowa 1941 roku był to okres, kiedy Fighter Command RAF przeszło z 

taktyki obronnej Wysp Brytyjskich do działań ofensywnych nad kontynentem, 
dążąc do zdobycia przewagi w powietrzu. Zamierzenie to nie było  łatwe, gdyż 
Luftwaffe, mimo ciężkich strat poniesionych w roku ubiegłym w walkach o 
Londyn i rozproszenia sił na froncie wschodnim, stanowiło wciąż duże zagrożenie. 
Terenem walk myśliwskich stały się obszary północnej Belgii i Francji. 

Po południu 24 czerwca kapitan Pisarek otrzymał rozkaz oddelegowania swego 

dywizjonu do Martlesham Heath, 6 mil na północny wschód od Ipswich (hrabstwo 
Suffolk), celem wzięcia udziału w wyprawie ofensywnej nad Francję. Zadanie dla 
Pojaków to osłona 18 bombowców typu Bristol Blenheim, które miały obrzucić cel 
w rejonie miejscowości Lille (niedaleko granicy francusko-belgijskiej). 
Nieoczekiwanie wynikły jednak trudności techniczne (brak właściwych kryształów 
radiowych i naboi do rozruszników silników) i zadanie wykonywały jedynie cztery 
Spitfiey krakowskie. Obok „Zefirów” w osłonie wzięły udział dywizjony 303 i 306 
oraz amerykański 71 Eagle. Po przybyciu w rejon Lille Blenheimy zrzuciły 
bomby, po których piloci dostrzegli w dole tumany dymu i kurzu. Wyprawa 
zawróciła do bazy Dotychczas lot przebiegał spokojnie, ale kiedy bombowce 
dolatywały już do brzegu francuskiego i znajdowały się między Calais a 
Gravelines, zostały zaatakowane przez sześć Messerschmittów Me-109. Przeciwko 
napastnikom ruszyła sekcja kościuszkowska: kapitan Wacław Łapkowski i sierżant 
Marian Bełc. Polacy zestrzelili dwa „messery”, po czym wrócili do szyku. 
Pozostała czwórka Messerschmittów krążyła nad wyprawą do połowy Cieśniny 
Kaletańskiej, nie ponawiając ataków Skrzydło odprowadziło bezpiecznie 
bombowce do Manston (koło Ramsgate w hrabstwie Kent) i wróciło do Northolt. 
Na pamiątkę tego pierwszego lotu ofensywnego przeciw Niemcom datę 24 
czerwca przyjęto za dzień obchodów dorocznego święta dywizjonu. 

Dwa dni minęły w dywizjonie na bezowocnych osłonach bombowców, więc 27 

czerwca komendant Stacji Northolt, pułkownik T. N. Mc Evoy, zarządził 
wymiatanie myśliwskie w łuku: Le Touquet—St. Omer—Gravelines. W locie tym 
wzięli udział także obaj dowódcy Skrzydła, major Piotr. Laguna i podpułkownik 
John Kent (dowódca ze strony RAF). W rejonie Calais dowódca Skrzydła wydał 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

26 

rozkaz zaatakowania z lotu koszącego lotniska położonego na południowy zachód 
od miasta. Ostrzelano z broni pokładowej samoloty znajdujące się na polu 
rozproszenia maszyn, prowizoryczne hangary i stanowiska obrony 
przeciwlotniczej. Niestety ta ostatnia otworzyła silny ogień i zestrzeliła Spitfire'a 
nr P.8331 majora Laguny, który runął w płomieniach na ziemię. Oficer ten został 
pośmiertnie awansowany do stopnia podpułkownika, a na jego następcę 
wyznaczono dowódcę dywizjonu 306, kapitana Tadeusza Henryka Rolskiego. 

Tego samego dnia w walce powietrznej, która wywiązała się w pobliżu 

lotniska, krakowiacy zestrzelili nareszcie jednego „messera” na pewno i jednego 
przypuszczalnie. Wszystkie ,.Zefiry” starały się uplasować na najdogodniejszej 
pozycji do oddania strzału i każdy wystrzelił po kilka serii, były więc trudności z 
rozdzieleniem zwycięstwa między konkretnych pilotów. Ostatecznie więc 
zwycięstwo zaliczono na konto 308 dywizjonu jako sukces zespołowy 1 tak się 
zaczęła pomyślna passa „Zefirów”, która miała trwać do końca 1941 roku. 

Nazajutrz, czyli 28 czerwca, dywizjon krakowski lecący w składzie Skrzydła 

osłaniał formację 23 bombowców Bristol Blenheim, które miały bombardować 
elektrownię w Comines, na wschodniej granicy Belgii. Wyprawa dotarła nad cel 
bez przeszkód, bombowce zrzuciły swój ładunek, wywołując pięć dużych 
pożarów, i zawróciły w stronę Kanału i teraz zaczęły, się  kłopoty Do sunących 
zwartym szykiem bombowców zaczęły zbliżać się Messerschmitty Me-109. 
Niemcy szykowali się do ataku. Część myśliwców osłony przyjęła wyzwanie i 
rozpoczęła się walka kołowa, w której podporucznik Stanisław Wielgus zestrzelił 
na pewno jednego „messera”, a sierżant Władysław Majchrzyk przypuszczalnie 
następnego. 

Drugiego lipca 1941 roku Skrzydło osłaniało wypraw. 12 bombowców typu 

Bristol Blenheim, mających zburzyć elektrownię w Lille (Francja). Jeszcze przed 
celem wyprawa została zaatakowana przez 4 Messerschmitty, a nad samym celem 
przywitała ją artyleria przeciwlotnicza Po zrzuceniu bomb. kiedy znajdowali się 
już w drodze do Kanału, od strony St. Omer pojawiło się około 60 
Messerschmittów Me-109, które próbowały zaatakować Anglików. Myśliwce z 
osłony walecznie odpierały ataki, ale w pewnym momencie Amerykanie z 
dywizjonu 71 Eagle nie wytrzymali zmasowanego naporu wroga i poszli w 
rozsypkę. Dostrzegł ten moment kapitan Pisarek i polecił swym pilotom, aby zajęli 
opuszczone przez Amerykanów miejsce — w bezpośredniej osłonie bombowców. 
Z odsieczą krakowiakom pospieszyli kościuszkowcy, którzy, mimo kilku 
zwycięstw, stracili w rym locie swojego dowódcę kapitana Wacława 
Łapkowskiego. 

Mniej więcej w połowie Cieśniny Kaletanskiej napastnicy zaczęli odstępować. 

W czasie walki piloci z dywizjonu 308 zestrzelili na pewno 5 Messerschmittów, 1 
prawdopodobnie, a 1 uszkodzili. Zwycięzcami byli: kapitan Marian Pisarek, 
podporucznicy Władysław Bożek i Brunon Kudrewicz oraz sierżanci Stefan 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

27 

                                                     

Krzyżagórski, Stanisław Widlarz i Jerzy Zieliński. Niewątpliwy cień na to 
zwycięstwie rzuciła jednak strata dwóch pilotów, którzy zderzyli się w wirze 
walki. Sierżant Paweł Kowala wyskoczył ze spadochronem i dostał się do niewoli, 
zaś porucznik Erwin Kawnik, dowódca eskadry ,,B”, spadł do morza wraz ze 
swym samolotem (Spitfire P 8525). 

Trzy dni później, 5 lipca, w drodze powrotnej znad Francji musiał skakać ze 

spadochronem do morza sierżant Stefan Krzyżagórski. Kapitan Pisarek 
natychmiast podał do bazy pozycję swego podwładnego, prosząc o zorganizowanie 
pomocy. W dwie godziny później motorowa łódź ratownicza podpłynęła do 
pomarańczowej dinghy, w której pływał wyczerpany pilot. Kilku ludzi z załogi 
pokiwało do niego i rzuciło mu linkę. Złapał  ją i marynarze przyciągnęli go do 
burty motorówki. Pilot chwycił drabinkę sznurową i mozolnie wspinał się na 
pokład. Chcąc pokazać fason, ostatni odcinek dzielący go od pokładu spróbował 
pokonać jednym susem, ale zrobiło mu się ciemno w oczach i zasłabł. Marynarze 
schwycili go pod pachy i sprowadzili do kabiny. 

— Oj, jak dobrze — westchnął pilot, kiedy położono go na łóżku. — Nareszcie 

leżę na czymś twardym! 

— Czy nie jest pan ranny? — wypytuje lekarz, dokonując przeglądu 

laryngologicznego. — Uszy widzę w porządku, oczy tez. A kiedy pan jadł po raz 
ostatni? — docieka podając pilotowi kubek rumu. 

— Ostatnio jadłem w środę, było to śniadanie — odpowiada wycieńczony 

rozbitek i widzi, że lekarz podejrzewa go, iż nie zrozumiał pytania. 

Faktycznie Brytyjczyk powtarza to samo, starając się mówić wolniej i 

wyraźniej, ale otrzymuje identyczną odpowiedź. 

— No dobrze — próbuje z innej beczki — ale przecież dziś jest sobota. 
— Wiem o tym — odpowiada pilot. — Na morzu spędziłem trzy doby! 
— Niemożliwe — wybałusza oczy lekarz. — Przecież dopiero dwie godziny 

temu dostaliśmy wiadomość, że pilot z dywizjonu trzysta osiem wodował. 

— Ale ja nie jestem z trzysta ósmego, tylko z trzysta trzeciego — protestuje 

pilot. — Starszy sierżant Ryszard Górecki

15

— W takim razie my nie ciebie szukaliśmy. 
Sprawa została wyjaśniona i motorówka musiała zawrócić z kursu do bazy. 

Rozpoczęło się szukanie właściwego rozbitka. Na szczęście nie trwało to długo, 
gdyż sierżant Krzyżagórski pływał w tym samym rejonie co i Górecki. 

 

15

 Ryszard Górecki uczestniczył w locie bojowym Skrzydła do Lille 2 lipca 1941 roku. 

Wracając na uszkodzonej maszynie wodował w odległości 8 mil na północ od 
Calais. W ciągu trzech dób przepłynął w gumowej dinghy prawie całą Cieśninę 
Kaletańską. (zamieszczony na końcu DODATEK zawiera całą relację pilota, przyp. 
blondi) 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

28 

Siódmego lipca 1941 roku o godzinie 14.45 Skrzydło poleciało w osłonie 

trzech ciężkich bombowców typu Short S.29 Stirling nad Francję w rejon 
Choques—Kuhlan. Piloci zauważyli,  że bomby trafiły prosto w cel. W drodze 
powrotnej wyprawę zaatakowały Messerschmitty Me-109 z pomalowaną na żółto 
osłoną  śmigieł. Trzy Messerschmitty zostały zestrzelone przez podporuczników 
Jana Kremskiego i Witolda Retingera oraz kaprala podchorążego Tadeusza 
Hagenbartha, zaś jednego „messera” przypuszczalnego zestrzelił podporucznik 
Feliks Szyszka. 

Nazajutrz, 8 lipca, o godzinie 14.30, Skrzydło ponownie poleciało nad Francję 

osłaniając trzy Stirlingi. zbliżająca się do Lille wyprawa została zaatakowana przez 
Messerschmitty Me-109 nadlatujące z tyłu, z prawej strony, oraz przez cztery inne 
idące również z tyłu, ale ze strony lewej. Wykonawszy atak samoloty wroga 
odeszły. Anglicy wyrzucili bomby na północnym skraju Lille i na skrzyżowaniu 
torów na południowy zachód od miasta. W drodze powrotnej, na przestrzeni od 
Lille do Gravelines, Skrzydło nieustannie było nękane atakami formacji 
Messerschmittów, które zestrzeliły dowódcę dywizjonu 303, kapitana Tadeusza 
Arentowicza, Dywizjon krakowski karnie pilnował swego miejsca w szyku, nie 
dając się sprowokować do rozproszenia i walk indywidualnych Jedynie 
podporucznik Stanisław Wielgus nie utrzymał nerwów na wodzy i ruszył w 
pojedynkę na krótkie polowanie. Gdy wrócił do szyku, zameldował kolegom, że 
zestrzelił jednego Niemca. 

Cztery dni później, 12 lipca, Skrzydło po raz kolejny eskortowało trójkę 

Stirlingów nad Francję. Na trasie dolotowej, w rejonie Gravelines, przywitał 
wyprawę silny ogień artylerii przeciwlotniczej. Przed Lille bombowce zrzuciły 
swój ładunek na tory i zabudowania kolejowe, po czym wykonały zakręt w prawo i 
zawróciły do bazy. W tym samym momencie na wyprawi; spadło około 
dwudziestu Messerschmittów Me-109, które próbowały atakować samoloty 
alianckie ze wszystkich stron: z tyłu, z boku i z góry Mimo ostrzeżenia dowódcy 
dywizjonu 308, by piloci pilnowali swego miejsca w szyku, niesforny 
podporucznik Stanisław Wielgus ruszył samowolnie na wroga, licząc widocznie na 
to, że fortuna śmiałym sprzyja. Tym razem jednak szczęście go opuściło. Wkrótce 
został otoczony przez kilka nieprzyjacielskich maszyn i musiał wycofać się nad 
morze. Wywijał się przy tym napastnikom z determinacją rasowego myśliwca. 
Przewaga była jednak zbyt duża i z wolna zaczęły opuszczać Polaka siły. Niemcy, 
widząc, że zdobycz im nie umknie, gonili Wielgusa do brzegów Kentu. Zawrócili 
dopiero wtedy, kiedy przekonali się,  że Spitfire nr P 7888 zniknął pod 
powierzchnią wody. 

Tego samego dnia po południu zarządzono drugą operację, podczas której sześć 

dywizjonów myśliwskich miało osłaniać wyprawę bombowców idącą do Francji. 
Po wykonaniu zadania „przepiórki” miały same wrócić do bazy, a myśliwcy 
rozpocząć wymiatanie. Zbiórka wyprawy w powietrzu wyznaczono na godzinę 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

29 

                                                     

12.34. Kiedy piloci z trzysta ósmego przylecieli w wyznaczony rejon, zastali nad 
nim tylko dywizjon 303. Czekały więc obydwa dywizjony do godziny 13.25, po 
czym Operation zmieniło plan lotu, polecając wykonać tylko drugą część zadania. 
Kierują się więc Polacy w stronę Francji i wykonują wymiatanie na łuku 
Gravełines—St. Omer—Cape Gris Nez. Po pewnym czasie w pobliżu pojawiły się 
trzy Messerschmitty, których piloci otworzyli ogień jedynie po to, aby później móc 
się pochwalić przed swymi przełożonymi, że uczestniczyli w starciu bojowym... 

Siedemnastego lipca 1941 roku dywizjon krakowski, używający kryptonimu 

radiowego „Mary”, wykonał swój najsłynniejszy lot bojowy, którego krótkim 
opisem zaczęliśmy niniejszą opowieść. W akcji tej brał udział  młody, 
dwudziestojednoletni podchorąży, Tadeusz Schiele, który z tej racji, że była to jego 
pierwsza wyprawa, znalazł się pod szczególną opieką „Mary” leadera. A oto 
przebieg lotu widziany oczyma jego uczestnika. 

 

„Na dużej czarnej tablicy w dispersalu wyrysowany był kredą szyk dywizjonu. 

Pod każdą literą »T«, znaczącą samolot, umieszczono nazwisko pilota. Dostrzegłem 
swoje po prawej stronie dowódcy. Megafony powołały dywizjony do pogotowia. 
Wdziałem buty, a maywestkę i spadochron zaniosłem do maszyny. Po godzinie 
czekania głośniki na lotnisku oznajmiły: 

— Mary leader zechce zgłosić się natychmiast w dowództwie! 
Piloci poruszyli się niecierpliwie... Po powrocie Pisarek zaczął mówić cicho i 

spokojnie. Skupiliśmy się przy wiszącej na ścianie mapie. Nad naszymi głowami 
kołysały się małe, drewniane modele samolotów niemieckich. Znienawidzona 
sylwetka Messerschmitta Me-109 odróżniała się od innych. 

— Wymiatanie... Rejon St. Omer... Wysokość dwadzieścia siedem tysięcy stóp. 

Startujemy za kwadrans. Kolejność kołowania znana. Cisza radiowa obowiązuje. 
Guzik A, jak Adam

16

. Jakieś pytania? Czy startują inne dywizjony? Nie... Jesteśmy 

sami. Pod nami? Nic. Nad nami? Też nic. 

— Chyba Pan Bóg — mruknął ktoś. Dowódca uśmiechnął się, po czym dodał 

żartobliwie: 

— No, i Messerschmitty. To wszystko, proszę do maszyn! 
Portfele i papiery zostawiliśmy w małych woreczkach na stole Startowaliśmy. 

Trójka po trójce odrywała się od ziemi i szybko dołączała do poprzednich w ostrym 
podciąganym skręcie w lewo. Pisarek zameldował przez radio: 

— Hallo, Zulu, Mary leader, airborne!

17

Zulu

18

 potwierdziła odebrany meldunek i od tej chwili zapanowała cisza 

radiowa. Byliśmy już na kursie i dywizjon w ciasnym defiladowym szyku 
trójkowym wznosił się bezustannie. Leciałem po prawej stronie dowódcy. Po naszej 

 

16

 Zależnie od operacji dywizjon mógł poacowac oa czterech różnych częstotliwościach 

fal — A, B, C i D. Włączając radio pilot przyciskał jeden z czterech guzików. 

17

 Wystartowałem. 

18

 „Zulu” – kryptonim radiowy ośrodka naprowadzania radarowego. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

30 

lewej została szara plama Londynu, a przed nami pokazała się wstęga kanału La 
Manche. Byliśmy już nad mgłą. Cztery, pięć, sześć, siedem tysięcy metrów. Robiło 
się coraz chłodniej. Tlen sączył się zimną strugą, wysuszał wargi i język. 
Wchodziliśmy nad Kanał. Osiem, dziewięć tysięcy. Jeszcze zimniej i groźniej. 
Oddychaliśmy już tylko czystym tlenem. Silniki pracowały ciężko i na dużych 
obrotach. Prędkość na zegarze zmalała. Względem ziemi była ona jednak 
dwukrotnie większa. 

Dowódca pokiwał powoli skrzydłami. To znak rozejścia się do szyku bojowego 

Nasza dwunastka podzieliła się na trzy czwórki, lecące około dwustu pięćdziesięciu 
metrów od siebie. Czwórki boczne uzależnione były od środkowej, którą prowadził 
dowódca Prowadzącymi -pozostałych byli doświadczeni piloci. Młodsi lecieli jako 
boczni dowódców czwórek lub dowódców dwójek, w czwórkach, Zaczęliśmy pisać 
po niebie. Za poszczególnymi maszynami zostawały białe smugi kondensacyjne. 

Dowódca zwiększył prędkość. Oho, zostajemy na tej wysokości, pomyślałem. 
Przekraczaliśmy brzeg nieprzyjacielski i jednocześnie z pierwszymi wybuchami 

ciężkiej artylerii Zulu podało meldunek: 

— Uwaga, Mary leader, trzydzieści mil na wschód od ciebie, ta sama wysokość, 

czterdzieści samolotów nieprzyjacielskich! 

Pisarek spokojnie potwierdził i zwiększył prędkość. Z zapalonym celownikiem i 

odbezpieczonymi działkami rozglądałem się bez ustanku po niebie. Wiedziałem już, 
że dojdzie do walki. Czy wrócę z tego pierwszego lotu bojowego? Dumny byłem, że 
lecę jako boczny dowódcy (było to zresztą najbezpieczniejsze miejsce). 

Znów szereg wybuchów artylerii po mojej prawej, poniżej prawej czwórki, która 

zrobiła  łagodny unik. Maszyny zafalowały, przetasowały się i wróciły na swoje 
miejsce. Dotarliśmy już kilkanaście mil w głąb Francji. 

— Mary, uwaga — meldowało Zulu. — Pięćdziesiąt mil na południe trzydzieści 

samolotów nieprzyjacielskich. Wysokość siedem do dziewięciu tysięcy! 

— Mówi Mary leader, z lewej u góry Messerschmitty! — Pisarek informował 

nas spokojnym głosem, ale po kilku sekundach, zanim jeszcze zdążyłem zauważyć, 
dodał nieco szybciej: — Uwaga, Mary, atakują z lewej! Skręt w lewo! 

I pierwszy gwałtownie skręcił. Trudno określić moje uczucie. Nie sądzę, bym 

się bał. Nie było na to czasu. Prawie dwa dywizjony Messerschmittów atakowały i 
trzeba było się bronić. Będąc w skręcie prawie przez plecy, spostrzegłem szereg 
białawych błysków i smug. Strzelają, dranie! Zrobiliśmy zwrot w ich stronę, pod 
nich, więc czwórki nasze przetasowały się i szły prawie morda w mordę z 
Niemcami. Messerschmitty wyrwały ostro w górę, lecz kitka z nich zostało na 
naszej wysokości, skręcając coraz to ostrzej, żyletką, nieomal przed nami. Pisarek 
strzelał Widziałem czerwone błyski jego działek i Niemca z czarną smugą dymu... 

— Uwaga, Mary — ktoś ostrzegał przez radio. — Atakują z prawej! 
Pisarek skręcił w prawo. Zrobiłem unik, by się z nim nie zderzyć. Byłem 

zupełnie zdezorientowany. 

— Jadą z góry, z tyłu! Mary, uwaga! — padło ostre, krótkie ostrzeżenie. 
Czarna smuga dymu Niemca przykuwała moje oczy i wprost hipnotyzowała. 

Szedł ze dwieście metrów z przodu Pochyliłem się... Jeszcze trochę.. Poprawka... 
Dobra! Dreszcz przeszedł maszynę. Działka grały bez zacięć, zaciekle. Na kadłubie 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

31 

Messerschmitta ukazały się  błyski Odległość zmniejszała się gwałtownie Niemiec 
stanął w płomieniach! Radość zmieszana ze zgrozą była. jedynym uczuciem, jakie 
uświadomiłem sobie w tej chwili Pali-się! Pali się! 

— Samoloty, Mary, w prawo, w prawo... — spokojnie mówił Pisarek. 
Skręciłem najgwałtowniej, jak tylko potrafiłem. Zrobiło mi się ciepło i 

niewyraźnie. Jakaś straszna siła wtłaczała mnie do środka kabiny. Z trudem 
podniosłem głowę do góry. Kilkadziesiąt metrów nade mną przemknęło kilka cieni. 
Ostry zarys lewego skrzydła zszarzał i zmętniał na tle nieba. Traciłem wzrok. Strach 
przed zderzeniem górował teraz nad innymi uczuciami. W słuchawkach słyszałem 
odgłosy walki. 

— Uwaga z lewej, z tyłu! Z góry, po prawej. Uwaga, Mary! 
— Spadochron, spadochron tuż pod nami! — ktoś wołał. 
— Dostałem! Mówi Mary, jeden osiem, Mary, jeden osiem... 
Przed oczyma znów pojaśniało. Pomarańczowo-fioletowe płatki fruwały mi 

przed oczyma, znikały nagle i znów się pokazywały. Już odróżniałem ciemne 
wnętrze kabiny od jaśniejszego w górze nieba. Siła odśrodkowa, odpływ krwi, 
chwilowa utrata wzroku... 

— Mówi Mary leader, wszystkie samoloty w słońce, prawa czwórka wyżej, 

lewa dołączyć! Idziemy w słońce! 

Messerschmitty po wielu zaciekłych atakach odeszły w bok i kilka ich 

dywizjonów było nad nami, reszta wokół nas. Dołączyłem do dowódcy, lecz 
ogarniała mnie rozpacz. Boże, kiedy to się skończy! Atakują! 

— Mówi Mary leader, kółko w prawo! Zrobiliśmy olbrzymie koło, czwórka za 

czwórką, prawie gęsiego, w ostrym skręcie w prawo. 

— Mary, ciaśniej, bliżej! — żądał Pisarek. 
Byłem zmęczony, zdyszany i mokry od potu. Straciliśmy przeszło trzy tysiące 

metrów. Dzięki Bogu pod nami było jeszcze sześć. 

— Mary leader, Mary leader, jestem ranny! — To rozpaczliwe wołanie zostało 

natychmiast zagłuszone piskiem i szumem radia. 

Kółka w prawo i w lewo były jedynym wyjściem. Niemcy atakowali zawzięcie 

ze wszystkich stron Pisarek wyprostował ze skrętu. Za jego przykładem 
wyprostowały czwórki, dodały gazu i dołączyły na boki. Atakują! 

Zrobiliśmy wariacki wywrót przez plecy. Zakołysało się niebo i ziemia. 

Waliliśmy na pełnym gazie w dół. Wskazówka prędkościomierza dawno już minęła 
czerwoną kreskę, granice maksymalnej, dozwolonej prędkości. W uszach 
odczuwałem piekielny ból. Szum, który zagłuszył pracę silnika, stale się wzmagał. 
Ziemia zbliżała się coraz bardziej. Zaczęliśmy wyrównywać. I znów ta sama historia 
z utratą wzroku. Przed nami brzeg francuski. Wracaliśmy do Anglii. Jeszcze tylko 
ten Kanał. 

— Mary, do kupy! — ostrzegał Pisarek. 
Sam nie wiem, jak to się stało,  że zdołaliśmy utrzymać się w szyku. Niemcy 

zostali w górze i w tyle Zaczęła prać artyleria. Przelatywaliśmy wśród stałych 
błysków i czarnych dymków. Nie było już sensu robić uników. Stale pikując, 
przekroczyliśmy brzeg i weszliśmy nad morze. W dali bielił się wysoki brzeg 
angielski. Oglądając się nerwowo do tyłu, uspokajałem sam siebie: wracam... żyję... 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

32 

                                                     

zestrzeliłem! Aby tylko szczęśliwie przez morze... Zeszliśmy jeszcze niżej i 
zredukowaliśmy prędkość do przelotowej. Było nas dziewięciu. Dwóch zostało 
tam...

19

 Z nienawiścią, z wykrzywionymi ustami, zdrętwiałą twarzą i zmrużonymi 

od słońca oczyma patrzałem... w tył, w górę. 

— Mary leader... przerywa mi silnik. Mówi Mary dwa sześć! — Jedna maszyna 

leciała z tyłu, ciągnąc za sobą cieniutką smugę białego dymu. — Mówi Mary dwa 
sześć... Silnik stanął. Skaczę! 

Wykwitła biała kopuła spadochronu i chwilę potem maszyna wyrżnęła w morze, 

wyrzucając w górę fontannę wody. Biały spadochron kołysał się miarowo na tle 
szarego, brudnego morza. Zrobiliśmy nad nim rundę i Pisarek podał przez radio 
pozycję do Zulu. 

— Mary leader, mówi Zulu, powtarzam, rozumiem, spadochron w morzu, 

piętnaście mil, południe Manston. Podaj fixa na kanale D, jak Donald, over... 

Benzyny mieliśmy na pół godziny zaledwie, więc po kilku minutach 

przekraczaliśmy już brzeg angielski. 

— Mówi Mary leader... do kolumny trójkowej! Trzy trójki zniżyły lot i weszły 

na kurs do Northolt. 

— Mary leader, mówi Zulu, czy podać ci twoją pozycję? 
— Nie, dziękuję. 
Silnik na małych obrotach pracował rytmicznie i ciszej. Rozluźniłem pasy i 

usiadłem wygodniej. Było mi dobrze Podniesiony w górę kciuk Pisarka. To do 
mnie. Uśmiechnąłem się i odpowiedziałem identycznym gestem. Byczy chłop ten 
Pisarek. Jak on pięknie lata i walczy Gdyby nie on, nie sądzę, by ktokolwiek z nas 
wrócił.  

Po dwudziestu minutach lotu nad wioskami i polami zostawiliśmy Londyn po 

prawej. Między dwiema zaporami balonowymi dolecieliśmy do dwóch sztucznych 
jezior, skąd widać już było lotnisko. Po defiladzie nad lotniskiem rozeszliśmy się do 
lądowania. Widoczność była marna, mglisto i szybko się  ściemniało. Lądowałem 
drugi za Pisarkiem. Wraz z Messerschmittem, którego zestrzelił dziś do spółki ze 
mną, miał on już kilkanaście niemieckich maszyn na swoim koncie.” 

 

W ciągu pierwszych czterech tygodni operowania z lotniska Northolt dywizjon 

krakowski zdążył zestrzelić kilkanaście samolotów nieprzyjacielskich. Fakt ten 
niewątpliwie cieszył, ale nie był najważniejszy Najcenniejszym osiągnięciem 
„Zefirów” był wspaniały duch bojowy i bezgraniczne zaufanie do kapitana Pisarka. 
Sekundowali pilotom mechanicy, pracując z wielkim zapałem i niezwykłą 
sumiennością. 

Dwudziestego drugiego lipca 1941 roku dywizjon uczestniczył w wielkim 

rhubarbie

20

 na lotnisko w rejonie St. Omer. W pobliżu celu piloci natknęli się na 

 

19

 Zginęli: ppor. Jan Szyszka, Spitfire nr P. 8698, oraz kpr. pchor. Tadeusz Ryszard 

Hagenbarth, Spitfire nr P. 7500. 

20

 Rhubarb – operacja lotnicza, w czasie której myśliwce ostrzeliwały cele naziemne z 

broni pokładowej. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

33 

skoncentrowany ogień artylerii przeciwlotniczej, a później napotkali silną formację 
Messerschmittów. Wywiązały się indywidualne pojedynki powietrzne, podczas 
których porucznik Stefan Janus oraz podporucznicy Jan Kremski i Franciszek 
Surma zestrzelili trzy nieprzyjacielskie maszyny. Jedną, trafioną przypuszczalnie, 
zaliczono na konto kapitana Pisarka. Sukces ten okupił jednak dywizjon stratą 
dwóch pilotów: dwudziestosiedmioletni porucznik Władysław Bożek (Spitfire nr 
P. 8318) najpierw raniony przez artylerię, później przez „messera”, pikował w 
stronę Kanału, meldując,  że jest ranny i prosi o pomoc na morzu; 
dwudziestopięcioletni podporucznik Mirosław Maciej Orzechowski w locie 
powrotnym zaczepił skrzydłem (Spitfire P.8590) o lustro wody i poszedł na dno. 
Ciał obydwu Polaków zachłanne morze nie oddało... 

Dwa dni później, 24 lipca, nad Francją brawurowym atakiem na Me-109, 

lecącego na czele zgrupowania myśliwców niemieckich, popisał się podporucznik 
Władysław Chciuk Maszyna wroga stanęła w płomieniach, a jej pilot musiał 
skakać ze spadochronem. W chwilę później podobny los spotkał Polaka Kiedy w 
niewoli leżał poparzony w szpitalu, odwiedziło go dwóch niemieckich lotników 
Jednym z nich był jego zwycięzca, drugim zwyciężony Leader niemiecki nie taił 
swego podniecenia, pytając Chciuka, ile lat służby w powietrzu ma za sobą, bo on, 
pokonany, jest jednym z asów myśliwskich Luftwaffe Polak wściekły,  że resztę 
wojny przyjdzie mu spędzić w niewoli, postanowił się odgryźć na Niemcu. Mimo 
że był wytrawnym myśliwcem, walczącym poprzednio w Polsce i Francji, 
powiedział skromnie: 

— Przykro mi, ale był to mój pierwszy lot bojowy... 
As Luftwaffe aż zaniemówił z wrażenia. 
Od pierwszych dni sierpnia 1941 roku myśliwcy alianccy wracający znad 

Francji zaczęli meldować oficerom taktycznym swych dywizjonów, że Niemcy 
zaczynają stosować w powietrzu nową taktykę Polegała ona na tym, że samoloty 
myśliwskie Luftwaffe atakowały wyprawy alianckie dużymi zgrupowaniami, 
asekurując się jednocześnie małymi patrolami, złożonymi z dwóch do pięciu sekcji 
(4—10 samolotów), które krążąc na dużej wysokości, najczęściej w słońcu, 
polowały na rozproszone w dole samoloty RAF 7 sierpnia, podczas tak właśnie 
przeprowadzonej przez Niemców akcji, dywizjon 308 stracił dwóch pilotów: 
porucznika- Leonarda Stąpela (Spitfire nr P 8094) i plutonowego Zdzisława 
Brózdę (Spitfire nr P 8573) Jednocześnie był to pierwszy lot ofensywny Polaków, 
w którym za poniesioną stratę nie odpłacili się zestrzeleniem Niemca. W dwa dni 
później lista strat dywizjonu 308 znów się wydłużyła. Porucznik Tadeusz Blach, 
wracający z lotu bojowego na samolocie Spitfire nr P 8676, spadł na ziemię w 
Ruislip, 4 mile na północny zachód od lotniska Northolt, ponosząc  śmierć na 
miejscu. Powodu kraksy nie udało się ustalić. 

Czternastego sierpnia 1941 roku 1 Polskie Skrzydło Myśliwskie wystartowało 

na osłonę bombowców do północnej Francji. W drodze powrotnej „przepiórki” 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

34 

                                                     

miały wracać same, natomiast myśliwce otrzymały rozkaz przeprowadzenia 
wymiatania w łuku: Boulogne — St. Omer — Calais. Na czele dywizjonu 
prowadzącego wyprawę (308) leciał kapitan Pisarek, pozostałymi dywizjonami 
dowodzili kapitan Jerzy Zaremba (306) i major Stanisław Pietraszkiewicz (315). 
Dowódca Skrzydła major Rolski w locie tym nie uczestniczył. Nad celem alianci 
napotkali zgrupowanie myśliwskie składające się z 25 Messerschmittów Me-109. 
Polacy ruszyli przeciwko Niemcom Prawe skrzydło nieprzyjacielskiego 
zgrupowania zaatakowali piloci z dywizjonu 315, zestrzeliwując 9 „messerów” bez 
strat własnych. Na lewe skrzydło natarł dywizjon 308. W tym czasie znajdujący się 
na znacznie wyższym pułapie dywizjon 306 dostrzegł drugą grupę Niemców, 
którzy spieszyli z pomocą walczącym. Torunianie usiłowali powstrzymać

21

 

nieprzyjaciela i zapłacili za to słoną cenę — stracili trzech pilotów z dowódcą 
dywizjonu na czele. Podczas gdy w górze trwała zacięta walka, nieco niżej toczył 
się również zawzięty kołowrót. Dywizjon krakowski uderzył na grupę Me-109, 
które poszły w rozsypkę Rozpoczęły się walki indywidualne, tzw dog fight Popis 
skuteczności strzeleckiej dali: kapitan Pisarek, porucznik Marian Wesołowski oraz 
podporucznicy Feliks Szyszka i Jerzy Zbierzchowski, którzy zestrzelili na pewno 4 
samoloty wroga. Podporucznik Witold Retinger uszkodził jednego z dwóch 
przyznanych „messerów” (damaged). Sukces ten okupili krakowiacy stratą 
dwudziestosiedmioletniego porucznika Jana Bernarda Kremskiego, jednego z 
lepiej zapowiadających się pilotów polskiego lotnictwa, którego Niemcy 
pochowali później z honorami wojskowymi na cmentarzu w Dunkierce. W locie 
tym po raz kolejny uwidoczniły się niezwykłe predyspozycje dowódcze „Mary” 
leadera. A oto jak wspomina tę walkę widzianą z ciasnej kabiny myśliwca 
podchorąży Tadeusz Schiele: 

 

„Rozproszony dywizjon dołączał grupkami do czwórki Pisarka, który krążąc w 

miejscu czekał nad brzegiem francuskim. Nisko, nad Francją, leżały pasma i plamy 
chmur, Kanał usiany był małymi cumulusami, pomiędzy którymi z rzadka widać 
było sinoszare morze. Walka była gwałtowna. Tym razem my zostaliśmy zaskoczeni 
nagłym atakiem wielu Messerschmittów, z góry, ze słońca. Na dobitkę, w momencie 
kiedy czwórki zrobiły błyskawiczny skręt w stronę Niemców, czyli pod atakujących, 
z przeciwległej strony zaatakowały nas nie dostrzeżone wcześniej Messerschmitty. 
W ostrym, pionowym prawym skręcie Kremski, który prowadził naszą czwórkę, 
zdecydował się na osłonę reszty dywizjonu i przerzucił raptownie w pełny lewy 
skręt, pod atakujących z tyłu. Przetasowaliśmy się niebezpiecznie blisko, manewr 
wyszedł mistrzowsko, ale o ułamek sekundy za wolno Spitfire Kremskiego buchnął 
płomieniem! Paląca się maszyna poszła w dół. 

— Uwaga, z lewej, z góry! Uwaga, atakują! Nad naszymi głowami przeleciało 

kilka Messerschmittów. Całą trójką trzymaliśmy się razem, ani przez chwilę nie 

 

21

 Dywizjon 306 zestrzelił w tej akcji 2 Me-109. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

35 

lecąc prosto. Dywizjon straciliśmy z oczu. Nagle z prawej strony, niebezpiecznie 
blisko, zobaczyłem smugi pocisków. Strzelają! Jedyny ratunek to skręt pod smugi 
Udało się! Zobaczyłem z tyłu Niemców, ale już byliśmy poza zasięgiem ich 
poprawki. 

— Mary leader, atakuję z tyłu! — wołał ktoś. W górze przed nami znów 

pojawiły się Messerschmitty. Obserwowałem je patrząc pionowo w górę Na tle 
ciemnego błękitu wyglądały złowrogo. Czarne wrony. 

— Mówi Mary leader. — Pisarek powiedział to jak zwykle spokojnie, lecz 

dobitniej. — Kierunek numer jeden... Powtarzam, kierunek numer jeden.. 

Oznaczało to natychmiastowe wycofanie wszystkich maszyn w kierunku morza, 

na Anglię, rozumiałem,  że dywizjon jest rozproszony. Widocznie druga czwórka, 
wykonując unik przed atakiem z obu stron jednocześnie, również odpadła od 
prowadzącej i utraciła z nią  łączność wzrokową. Ale my jeszcze o tym nie 
wiedzieliśmy, mogliśmy się tylko tego domyślać. Teraz, po stanowczym poleceniu 
Pisarka, odpierając ataki ze wszystkich kierunków ostrymi unikami, staraliśmy się 
wywalczyć sobie drogę nad morze Pod nami jednak rozpościerał się ciągle wrogi 
teren Francji. Jasne się stało,  że po rozbiciu nas Niemcy zaczną atakować 
pojedyncze maszyny. W takich okolicznościach jedynie utrzymanie szyku mogło 
nam zapewnić jakie takie bezpieczeństwo. 

— Uwaga, Mary, mówi Mary leader, czekam nad brzegiem, wysokość 

dwadzieścia jeden, dołączyć! 

Na pełnym gazie pędziliśmy-w kierunku brzegu. Sprawdziłem wysokość. 

Świetnie, jest właśnie 22 000 stóp, tylko z benzyną krucho. Trzeba uważać. Kilka 
razy jeszcze błysnęły w górze kabinki Messerschmittów. Pilnowały nas. Z ulgą 
dostrzegliśmy krążące nad brzegiem Spitfire’y. 

— Mary, idziemy w słońce — mówił Pisarek. — Mary, do kupy, dołączyć. 
Nie wiadomo dlaczego Messerschmitty chwilowo nie atakowały. Pozostały 

dosyć daleko na wschodzie i na południu Nagle zaczęła bić artyleria. Niebo zaroiło 
się od czarnych dymków Pisarek ostro spikował w morze Artyleria zaciekle 
prowadziła nas ogniem. Bez ustanku, niekiedy tuż obok maszyn, wykwitały dymy 
wybuchów. Aleśmy się dostali... W górze, ponad nami, niebo zaczerniło się 
rozkwitającymi dymkami. 

Tak jak nagle się rozpoczął, tak i nagle ogień ustał zupełnie. Byliśmy nad wodą, 

bezpieczni Dopiero teraz spostrzegłem,  że po przeciwnej stronie czwórki Pisarka 
leci też tylko trójka. Mój Boże straciliśmy drugą maszynę. To straszne! Teraz tylko 
jeszcze skok przez morze. Spojrzałem w dół. było ledwo widoczne poprzez pierzaste 
chmurki które wyglądały tak, jakby pływały na wodzie Przez radio odezwał się głos. 
Ktoś mówił bardzo szybko, nerwowo. 

— Mary leader, jestem sam nad brzegiem, atakują mnie. Mary leader... 
— Mary, w tył zwrot! — Ostro rozkazał Pisarek i dywizjon już zawracał w 

pionowym skręcie. 

Słowa kolegi zrobiły na mnie przejmujące wrażenie. Obyśmy tylko zdążyli! 

Trzymaj się, chłopie, powtarzałem sobie w duchu. Gdzie on może być? Szukałem 
wzrokiem wzdłuż brzegu, po horyzoncie. 

— Uwaga! Daleko przed nami samoloty! 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

36 

                                                     

— Uwaga, dwa Messerschmitty lekko z lewej na naszej wysokości. Idą do 

Francji! 

Nalatywaliśmy pełnym gazem na brzeg. Oczekiwałem lada moment artylerii, ale 

panował spokój. Dwa Messerschmitty ostro wyciągnęły w górę, jak gdyby przed 
chwilą zakończyły atak, i skierowały się w głąb Francji. Poniżej, daleko jeszcze, 
leciał w naszą stronę samotny Spitfire, ciągnąc za sobą białą smużkę dymu 
Odległość między nami szybko malała. Niemców nie widzieliśmy już nigdzie. 
Pisarek wykonał powtórnie w tył zwrot i nasze boczne trójki przetasowały się, 
zagarniając między siebie okaleczoną maszynę. 

— No, chodź, biedaku

22

 — mruknął Pisarek. Wracaliśmy na zredukowanej 

prędkości, aby dymiący Spitfire mógł nadążyć. Biały dym oznacza glikol, musi więc 
mieć uszkodzony silnik. Biała smuga nie powiększała się, a wkrótce stała się prawie 
niedostrzegalna (...) Mieliśmy szczęście, że udało się odnaleźć dowódcę. Czekał ze 
swoją czwórką na nas otoczony zewsząd przez Messerschmitty. Wspaniały 
człowiek. Przecież powiedziane było,  że na rozkaz «kierunek numer jeden» 
wszystkie samoloty natychmiast wracają najbliższą trasą do Anglii Mógł i miał 
wszelkie prawo tak uczynić. Przewaga Niemców w powietrzu była chyba 
trzykrotna, o ile nie większa A jednak czekał.” 

 
W sumie podczas tego lotu Skrzydło Polskie zestrzeliło 10 samolotów 

niemieckich, więc do Northolt, zwierzchnicy brytyjscy nadesłali plik depesz 
gratulacyjnych Były wśród nich depesze od ministra lotnictwa, dowódcy Fighter 
Command i dowódcy 2 Grupy Bombowej 

Osiemnastego sierpnia 1941 roku. zanim wyprawa typu circus

23

 osiągnęła 

brzeg nieprzyjacielski, w rejonie Dunkierki pojawiły się Messerschmitty Już po 
pierwszym niemieckim ataku zapalił się samolot plutonowego Ernesta 
Watolskiego Pilot opuścił kabinę ze spadochronem Teraz walka przeniosła się nad 
ląd W indywidualnych pojedynkach po jednym Me-109 zestrzelili podporucznik 
Witold Retinger i kapral Adolf Pietrasiak. Ten ostatni w chwilę po swoim 
zwycięstwie otrzymał celną serię i musiał wyskoczyć ze spadochronem. Ścigacz 
Air Sea Rescue, sprowadzony przez kolegów, wyłowił plutonowego Watolskiego 
w odległości paru mil od nieprzyjacielskiego brzegu, natomiast kaprala Pietrasiaka 
uznano za zaginionego (missing). 

Natychmiast po wylądowaniu w bazie dowódca dywizjonu polecił adiutantowi 

sporządzenie wniosku, aby w uznaniu wybitnych czynów wojennych zaliczyć 
kaprala Pietrasiaka w poczet kawalerów Orderu Wojennego Virtuti Militari i nadać 
mu odznakę Krzyża Srebrnego. Gotowy wniosek kapitan Pisarek podpisał i 
adiutant zawiózł go osobiście do Londynu. Pismo, przeszedłszy drogę  służbową, 
dotarło do generała Sikorskiego, który sprawę sfinalizował. 

 

22

 Pilotem tym był podporucznik Jerzy Bettcher. 

23

 Circus – rodzaj małej wyprawy bombowej osłanianej przez kilka „warstw” 

myśliwców. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

37 

Tymczasem dwa miesiące później (14 października) Konsulat Brytyjski w 

Barcelonie (Hiszpania) wydał zaświadczenie, stwierdzające, że obywatel brytyjski 
Andrew Peter opuszcza to miasto i udaje się do Anglii. Do zaświadczenia 
przypięta była fotografia kaprala Pietrasiaka... Po przybyciu na Wyspę kapral 
Pietrasiak odznaczony został zaległym „Virtuti” oraz promowany do stopnia 
podporucznika. 

Kapitan Pisarek, który kilkanaście razy uratował dywizjon od zagłady w 

powietrzu, pewnego dnia sam znalazł się w niebezpieczeństwie W czasie walki nad 
Francją zderzył się przypadkowo z podporucznikiem Janem Jakubowskim, tracąc 
prawie metr końcówki skrzydła. Kiedy piloci dostrzegli, w jak trudnej sytuacji 
znajduje się ich dowódca, natychmiast przerwali swoje pojedynki i utworzyli 
wokół „Mary” leadera szczelną osłonę. Odpierając nieustanne ataki 
Messerschmittów, które za wszelką cenę chciały zestrzelić uszkodzonego 
Spitfire’a, doholowali go do Northolt, gdzie zgotowano im prawdziwą owację. 

Dwudziestego dziewiątego sierpnia 1941 roku dywizjon krakowski osłaniał 

powrót Blenheimów znad celu w Hazebrouck koło St. Omer (Francja). Niemcy 
atakowali wyprawę bez przerwy, ale krakowiacy nie pozostali im dłużni — 
uszkodzili trzy Messerschmitty Me-109. Już nad Kanałem pilotom Luftwaffe udało 
się trafić Spitfire’a nr F 8311, którego pilotował dwudziestosześcioletni 
podporucznik Jerzy Ryszard Bettcher, ten sam, który przed dwoma tygodniami 
prosił kapitana Pisarka o ratunek. 

Czwartego września 1941 roku w czasie sweepu u brzegu belgijskiego z 

płonącego Spitfire’a wyskoczył ze spadochronem plutonowy Henryk Kowalski. 
Jego zwycięzcę zestrzelił w chwilę później podporucznik Jerzy Popławski. Mniej 
dogodną pozycję do oddania strzału miał sierżant Stanisław Piątkowski, który 
uszkodził jednego „messera”. Kolejne Messerschmitty zestrzelili krakowiacy 16 
września w czasie sweepu w rejonie Gravelines (Francja) Zwycięzcami byli 
podporucznicy Edmund Krawczyński-Krawczyk, Jerzy Popławski i Franciszek 
Surma. Od pewnego czasu w dywizjonie krążyły opowieści o asie hitlerowskim, 
przeciwniku niezwykle groźnym i niezwyciężonym. Nazywać się miał Hans von 
Stunke i pilotował Messerschmitta Me-109 pomalowanego na czerwono. Ów 
oberleutnant, o którym doświadczeni stażem piloci opowiadali przybyłym do 
Northolt prosto ze szkół kolegom niestworzone historie, stał się wkrótce 
postrachem młodzieży. Siedemnastego września 1941 roku w wyprawie do 
Bethune (Francja) von Stunke spadł od słońca niemal pionowo na dywizjon 
krakowski, zasypując pociskami samolot podporucznika Czesława Budzałka. 
Dwudziestoczteroletni Polak, zobaczywszy serię przelatującą pod skrzydłami 
maszyny, wyrwał Spitfire’a w górę, ale w tym samym momencie zderzył się z 
atakującym go czerwonym Messerschmittem. Von Stunke wyrzucony został ze 
strzępów „messera” i otworzył spadochron, natomiast Budzalek spadł w 
płomieniach na ziemię. Czerwono pomalowanego Messerschmitta zaliczono jako 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

38 

pierwsze i ostatnie zarazem zwycięstwo podporucznika Budzałka, którego Niemcy 
pochowali na cmentarzu w Calais. 

W dniach 20 i 21 września w trakcie osłony Blenheimów w rejonie Rouen 

dywizjon stoczył nad Francją dwa owocne pojedynki z Luftwaffe. 
Podporucznikowi Franciszkowi Surmie przyznano 1—1—0 Me-109, zaś 
kapitanowi Pisarkowi i podporucznikowi Olgierdowi Ilińskiemu zaliczono po 
jednym pewnym zestrzelonym. 

Nazajutrz, 22 września 1941 roku, pilot dywizjonu krakowskiego porucznik 

Stanisław Wandzilak zestrzelił pierwszego w historii lotnictwa polskiego Focke 
Wulfa Fw-190. Zdarzyło się to w czasie wyprawy circus w rejon Amiens, kiedy to 
Polacy zaatakowani zostali przez sporą formację niemiecką. W pięknej walce 
krakowiacy zestrzelili pięć samolotów wroga na pewno, w tym jedną „fokę”. 

Mniej szczęścia miał 27 września plutonowy Ernest Watolski, który po raz 

drugi (poprzednio 18 sierpnia) musiał opuścić swój samolot ze spadochronem. 
Tym razem nie uratowała go Air Sea Rescue, lecz dostał się do niewoli niemieckiej 
w okolicach Amiens. Pechowy podoficer pocieszał się jednak tym, że zanim został 
trafiony, zdążył zestrzelić jednego „messera”. Jego koledzy też nie próżnowali, 
sierżant Stefan Krzyzagórski zestrzelił 1—0—1, porucznik Jerzy Popławski 
jednego pewnego, a porucznik Franciszek Surma jednego prawdopodobnego. 

Dwa tygodnie później, 12 października, w czasie kolejnej osłony bombowców 

nad Francję, w rejonie Le Touquet, sekcja, porucznik Franciszek Surma i sierżant 
Stanisław Piątkowski, odskoczyła na chwilę od dywizjonu i zestrzeliła dwa 
Messerschmitty Me-109. 

Nazajutrz, 13 października, dywizjon uczestniczył w circusie do Francji. Kiedy 

wyprawa minęła brzeg koło Cap Gris Nez i skręciła na Amiens, „Zefiry”, lecące 
jako „top cover” (górna osłona), zauważyły formację Messerschmittów kierującą 
się w stronę Kanału, aby zaczaić się tam i poczekać na powrót aliantów. Plan ten 
pokrzyżowali Niemcom krakowiacy, którzy z wysokości 25 000 stóp spadli 
pionową piką na ich maszyny Piloci niemieccy, nie widząc innego wyjścia, 
usiłowali uciec do ziemi. Pościg trwał prawie do wysokości wierzchołków drzew 
W ostatecznym rozrachunku trzy „messery” padły pod seriami kapitana Pisarka 
oraz poruczników Jerzego Popławskiego i Witolda Retingera. Wieczorem w 
kasynie hotelu „Rubens” odbyło się uroczyste oblewanie pięćdziesiątego 
zwycięstwa dywizjonu 308, którego autorem był Jerzy Popławski. Uczestniczący 
w tej uroczystości generał Sikorski oznajmił pilotom, że obecnie jest zapracowany, 
ale już niebawem odwiedzi zagrodę krakowiaków, żeby na miejscu uczcić to 
symboliczne wydarzenie rzeczywiście, słowa dotrzymał. 23 października zjawił się 
w Northolt i udekorował kilkunastu pilotów Krzyżami Walecznych. 

Dwudziestego czwartego października 1941 roku, znów w rejonie Cap Gris 

Nez, krakowiacy stoczyli zaciętą walkę z Messerschmittami, w której kapitan 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

39 

Stefan Janus zestrzelił dwa pewne, podchorąży Tadeusz Schiele 1—1—0, zaś 
podporucznik Jan Jakubowski jednego pewnego. 

Późnym popołudniem 8 listopada dywizjon 308 stoczył swą ostatnią w tym 

roku walkę u brzegów Francji. Była mglista, nieprzyjemna pogoda, a lot polegał na 
osłonie bombowców idących w rejon Lille. Co prawda porucznicy Jerzy Popławski 
i Tadeusz Stabrowski uszKodzili dwa Me-109, jednak dywizjon poniósł bolesną 
stratę. W pobliżu Dunkierki z nieustalonych przyczyn zginął porucznik Franciszek 
Surma, dwudziestopięcioletni as myśliwski, wzorowy kolega i świetnie 
zapowiadający się dowódca. Kiedy już było wiadomo, że krakowiacy opuszczają 
Northolt, aby udać się do rejonu bardziej spokojnego na zasłużony odpoczynek 
operacyjny, przełożeni wycofali z dywizjonu kapitana Pisarka... Był to ogromny 
cios dla „Zefirów”, którzy nie wyobrażali sobie dalszej działalności bez „Mary” 
leadera. Jego nazwisko na trwałe związane było s najlepszym okresem w życiu 
dywizjonu. W pamięci podwładnych pozostał na zawsze nie tylko wspaniałym 
pilotem myśliwskim i wymarzonym dowódcą, ale i serdecznym kolegą. Na decyzję 
władz nie było jednak rady, więc 10 grudnia cały personel 308 ze spuszczonymi 
głowami asystował w uroczystości przekazania dowództwa kapitanowi Marianowi 
Wesołowskiemu.  

 

„Pisarek oświadczył w swym pożegnalnym przemówieniu — zanotowano w 

kronice dywizjonu — że pracę w 308 będzie zaliczał do najpiękniejszych 
wspomnień lotniczych swego życia. My ze swej strony, jako dywizjon, będziemy 
wspominać okres Pisarka jako najchlubniejszy, a jego dowodzenie jako szczytowy 
przykład dojrzałego i rozumnego przewodzenia”. 

 
Dwa dni później, 12 grudnia 1941 roku, dywizjon krakowski opuścił stację 

Northolt, przenosząc się na zachodnie wybrzeże  środkowej Anglii, na lotnisko 
Woodvale, w hrabstwie Merseyside. Dla „Zefirów” był to koniec drugiego etapu 
działalności (pierwszy trwał od chwili sformowania do przybycia do Northolt), 
który teraz podsumowano. Do tej pory piloci dywizjonu wykonali około 1200 
lotów bojowo-operacyjnych, okupując ten wysiłek następującymi stratami: 13 
pilotów zabitych, 6 wziętych do niewoli, 20 maszyn własnych zniszczonych. 
Odchodzących na wypoczynek żegnał osobiście dowódca 11 Grupy Myśliwskiej, 
generał broni Sir Trafford Leigh-Mallory Udekorował on kapitana Pisarka 
Distinguished Flying Cross i na jego ręce złożył gratulacje za zdobycie przez 308 
dywizjon tytułu najskuteczniejszego dywizjonu polskiego w roku 1941. Tytuł ten 
uzyskano za zestrzelenie 52 samolotów wroga na pewno i 10 prawdopodobnie. 
Niebagatelna też była liczba 13 maszyn uszkodzonych. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

40 

                                                     

CZTERNAŚCIE POCISKÓW W NOGACH 

 
Zimę na przełomie 1941/42 roku, jedną z najostrzejszych, jaka nawiedziła 

Anglię od lat, spędził dywizjon 308 na odpoczynku, który w warunkach 
wojennych polegał na wyłączeniu personelu latającego z operacji zaczepnych nad 
kontynentem i powierzeniu mu zadań mniej wyczerpujących, jak loty na 
współpracę z reflektorami artylerii przeciwlotniczej, pełnienie służby patrolowej w 
rejonie Liverpool — Preston — Lancaster oraz osłona  żeglugi na Morzu 
Irlandzkim, a zwłaszcza wejścia do portu Liverpool. Jednocześnie piloci 
przypominali sobie umiejętności zdobyte przed rokiem w Baginton — wrócili do 
treningów w lotach nocnych i systemie fighter night. Ćwiczenia te przydały Się 
zwłaszcza ludziom młodszym, którzy napłynęli teraz do dywizjonu z OTU. 
Nieprzyjaciel przejawiał wprawdzie w tym rejonie małą aktywność, ale latanie 
utrudniały ciężkie warunki atmosferyczne

24

. Dużą pomoc w tym czasie okazywał 

krakowiakom oficer operacyjny Sektoru, porucznik Zbigniew Moszyński, który nie 
jednokrotnie w tę pieską pogodę sprowadzał radiem pilotów na lotnisko. 

W dni nielotne, kiedy gęsta mgła wisiała nad Morzem Irlandzkim. Polacy 

nawiązywali przyjacielskie kontakty z okoliczną ludnością. Często mili goście 
spędzali przyjemne chwilo na lotnisku, gdzie w hangarze występował 
dywizjonowy zespól muzyczno-wokalny. 

„Wieczór wigilijny 24 grudnia 1941 roku uświetnił swoją obecnością ukochany 

przez wszystkich major Marian Pisarek — zanotowano w kronice dywizjonu. — 
Miły wieczór spędzony został w ścisłym gronie dywizjonu”. 

Nowy 1942 rok zaczął się dla „Zefirów” pechowo. Trzeciego stycznia 

samochód dywizjonu zderzył się z autobusem miejskim i śmierć poniosło dwóch 
kierowców: dwudziestosiedmioletni plutonowy Albin Leśniak i trzydziestotrzyletni 
kapral Paweł Gawlik. Tydzień później, 9 stycznia, dowódca dywizjonu kapitan 
Marian Jan Wesołowski startując do lotu patrolowego na samolocie Spitfire nr 
P.R206 zderzył się nad lotniskiem Woodvale z inną maszyną i poniósł śmierć. Jego 
następcą został trzydziestopięcioletni kapitan Tadeusz Nowierski, uczestnik „bitwy 
o Anglię”. 

Z nadejściem wiosny dywizjon 308 opuścił lotnisko Woodvale, przenosząc się 

do 10 Grupy Myśliwskiej, na lotnisko Clyst Honiton, 4 mile na północny wschód 
od Exeteru w hrabstwie Devon Wszedł tam w skład 2 Polskiego Skrzydła 
Myśliwskiego (dowódca — major .Stefan Witorzeńć) Z nowego miejsca postoju 

 

24

 Stały się one m.in. przyczyną  śmierci dwudziestoośmioletniego por. Edmunda 

Krawczyńskiego, który zabił się w locie treningowym 21 grudnia 1941 r. (Spitfire nr 
P. 8183) w miejscowym South Lytham Pier. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

41 

                                                     

dywizjon uczestniczył w trzech rodzajach działalności: brał udział w długich 
sześciogodzinnych (niekiedy trwały osiem godzin) wyprawach nad kontynent, 
osłaniał bombowce alianckie, atakujące cele w północno-zachodniej Francji na 
łuku Brest — St. Malo, ich trasa przebiegała nad wodą, w najszerszej części 
Kanału (w czasie jednego z takich niezwykłe ciężkich lotów, „Kudrys” — 
porucznik Brunon Kudrewicz, zestrzelił Messerschmitta Me-109, który po celnej 
serii z pionowego ataku roztrzaskał się w morzu na wysokości Caen) oraz pełnił 
specjalną  służbę alarmową z lotniska satelitarnego Boldhead, lezącego na trasie 
rajdów pojedynczych samolotów Luftwaffe, które pod osłoną chmur dokonywały 
ataków terrorystycznych na plaże, szpitale i szkoły w miejscowościach 
nadmorskich Devonu

25

. Na tym właśnie lotnisku stale w gotowości do 

natychmiastowego startu trzymana była jedna sekcja (dwa samoloty), która 
nierzadko odpędzała „messery” lub „foki” jeszcze przed osiągnięciom przez nie 
brzegów hrabstwa Devon. 

W drugiej połowie kwietnia 1942 roku dywizjon poniósł dwie dalsze straty. 

Dwudziestego, jadąc rowerom na lotnisko, potrącony został przez samochód   
trzydziestodwuletni radiomechanik, kapral Jan Piotr Gindera. Pochowano go w 
Excterze. Tydzień później zginął w locie bojowym — „Mary” leader... 

Major Marian Pisarek, który był wówczas dowódcą 1 Polskiego Skrzydła 

Myśliwskiego w Northolt (dywizjony 303, 316 i 317), dwudziestego dziewiątego 
kwietnia wystartował na czele Skrzydła do Francji, na lot circus-145. W rejonie 
Boulogne Skrzydło zaatakowane zostało przez dużą formację Messerschmittów. O 
ataku Niemców uprzedził Pisarka jeden z pilotów. 

— Messerschmitty z góry, z tylu, z prawej strony! 
— Wszystkie samoloty skręt w prawo! — rozkazał natychmiast dowódca 

Skrzydła, zamierzając ustawić myśliwce naprzeciwko „messerów”, jak to często 
robił ze swymi „Zefirami”. 

— Nie w prawo, tylko w lewo! — wrzasnął wówczas jeden z pilotów 

kościuszkowskich. 

W rezultacie część formacji skręciła w prawo, część w lewo, a niektórzy 

zdezorientowani piloci zaczęli kręcić się w miejscu. Nieprzyjaciel zamiast 
zwartego bojowego szyku zastał przed sobą rozbitą gromadkę myśliwców i nie 
zwlekając zjechał na dywizjon prowadzący, zasypując go ogniem. Pisarek, zgodnie 
ze swą koncepcją, skręcił w prawo, za nim poszła jego prawa czwórka, którą 
prowadził kapitan Piotr Ozyra (dowódca dywizjonu 317), ale lewej czwórki 

 

25

 Przykładem tego rodzaju ataku był nalot przeprowadzony w niedzielę, 25 

października 1042 roku. O godz. 11.00, przy niskim pułapie chmur, dwa FW-190 
zrzuciły bomby na szpital RAF w Torquay. W gruzach śmierć poniosło m.in. 
czterech lotników polskich: kapitan Andrzej Strasburger oraz porucznicy Franciszek 
Czaykowski, Witold Januer i Kazimierz Wójcicki. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

42 

                                                     

zabrakło. Opuszczony przez swych podwładnych „Mary” leader i kapitan Ozyra 
ugodzeni zostali śmiertelnie już pierwszymi seriami. Chwilę potem dwa Spitfire’y 
(nr MB. 307 i nr AR. 332) poszybowały w płomieniach do Kanału. Po jakimś 
czasie morze oddało ciało dowódcy dywizjonu wileńskiego. 

 

„Jakże można było powstrzymać łzy na wieść, że nie powrócił z lotu bojowego 

— pisał później Tadeusz Schiele. — Jak można było nie odczuwać winy, że to nie 
on nas, lecz my krakowiacy jego opuściliśmy w najgorszej i najtrudniejszej chwili. 
Któż wie, czy gdyby miał wtedy przy sobie swój własny, wierny i wypracowany 
dywizjon, nie skończyłoby się inaczej? Jaki żal czuliśmy do polskich dywizjonów w 
Northolt, bo to był przecież nasz ukochany »Mary« leader...” 

 
Po tragicznej śmierci ukochanego dowódcy minorowe nastroje zapanowały w 

krakowskim dywizjonie. Pilotów nie cieszyły nawet kolejne osiągnięcia w pracy 
operacyjnej. A przecież powodów do radości było sporo. 

Dwudziestego drugiego kwietnia porucznik Tadeusz Stabrowski razem z 

podporucznikiem Stanisławem Madejem uszkodzili jednego Junkersa. 

Trzeciego maja porucznik Stabrowski z chorążym Władysławem 

Majchrzykiem gonili Ju-88 przez cały kanał La Manche aż do Cap de la Hague i 
zapewne kontynuowaliby pościg, gdyby nie zapadająca noc. Rozstając się z 
Niemcem zostawili mu na pokładzie martwego strzelca i kilka dziur w kadłubie. 
Oficerowi taktycznemu dywizjonu zgłoszono Junkersa jako przypuszczalnie 
zniszczonego. 

Nocą z 3 na 4 maja, podczas słynnego bombardowania Exeteru, z lotniska 

Clyst Honiton wystartowało kilka Spitfire’ów krakowskich, które nie odniosły 
jednak żadnego sukcesu, mimo iż kapitan, Tadeusz Nowierski i porucznik Witold 
Retinger, zdołali nawiązać kontakt z nieprzyjacielem. Za to dywizjon 307, 
operujący z tego samego lotniska na Beaufighterach, zestrzelił 4 Junkersy Ju-88. 

Piątego maja 1942 roku odszedł z dywizjonu kapitan Nowierski, ceniony przez 

swój personel za sprawiedliwe, choć nieraz surowe traktowanie ludzi. Jego 
następcą został dwudziestosześcioletni kapitan Feliks Fryderyk Szyszka

26

, godny 

następca swego poprzednika. 

Dwa dni później, 7 maja, dywizjon krakowski. Opuścił lotnisko Clyst Honiton, 

przenosząc się do połnocno-wschodniej Anglii na lotnisko Hutton Cranswick w 12 
Grupie Myśliwskiej. Zadaniem pilotów na nowym miejscu postoju była osłona 

 

26

 F. F. Szyszka był drugim lotnikiem alianckim w II wojnie światowej, do którego 

piloci Luftwaffe strzelali, gdy wisiał bezbronny na szelkach spadochronu. 
Wydarzenie to miało miejsce 1 września 1939 r., kiedy to pilot krakowskiej 123 
eskadry myśliwskiej wyskoczył z płonącego PZL P-7 w okolicach Nieporętu pod 
Warszawą i został ostrzelany przez myśliwca niemieckiego, inkasując 14 pocisków 
w nogi... 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

43 

                                                     

żeglugi

27

 na wschodnim wybrzeżu Anglii, na odcinku Hull—Whitby, gdzie bardzo 

często pojawiały się samoloty niemieckie, startujące z baz w Norwegii Niemcy 
latali na niskim pułapie, tuż nad Morzem Północnym, i nie byli wykrywani przez 
radar. Dlatego też na lotnisku oddalonym 10 mil od morza dzień i noc stało w 
pogotowiu 6 maszyn z obsługą. Niezależnie od tego przynajmniej dwie maszyny 
patrolowały od świtu do zmroku nad każdym przepływającym konwojem (tędy 
przepływały statki wiozące zaopatrzenie dla walczącej na froncie wschodnim 
Armii Czerwonej). 

Załogi niemieckich bombowców miały już niezłą rutynę w swej robocie. Nigdy 

nie wdawały się w walkę z alianckimi myśliwcami — na ich widok wyrzucały 
bomby do morza i przezornie z daleka zawracały. Raz tylko jeden Junkers dufny 
widać w sąsiedztwo chmur, które pod nim zalegały, nie wyrwał w porę i o mały 
włos smutno by się to dla niego skończyło. Znajdujący się wówczas w powietrzu 
porucznik Juliusz Żuromski i podporucznik Adam Habela zaatakowali intruza i 
oderwali mu z poszycia kilka blach. Sekcji przyznano uszkodzenie wroga. 

Pierwsze dni działania z nowego lotniska minęły spokojnie i bez strat Ale w 

drugiej połowie maja zaczęły się dla dywizjonu tragiczne chwile. Siedemnastego 
maja w locie treningowym nad Rectory Farm koło Lockington zderzyły się 
myśliwce, Spitfire’y nr BL.534 i nr AB.250, grzebiąc pod sobą pilotów: kapitana 
Feliksa Fryderyka Szyszkę i kaprala Witolda Józefa Knotta. Dwudziestego 
szóstego maja zginął w locie transportowym na Magistrze nr R 822 sierżant Jerzy 
Stanisław Zieliński. Koledzy skomentowali tę kraksę słowami: 

 

„dzielny myśliwiec i pilot z fantazją, która go zgubiła”... 

 
Po tragicznej śmierci kapitana Szyszki dowódcą dywizjonu został kapitan 

Walery  Żak, którego oddelegowano z równorzędnego stanowiska w dywizjonie 
kościuszkowskim. Był to doświadczony trzydziestojednoletni myśliwiec, uczestnik 
„bitwy o Anglię”, człowiek odznaczający się niezwykłym opanowaniem. 

W połowie 1942 roku rozpoczynały się  słynne operacje II wojny światowej i 

nie zabrakło w nich równie: krakowskiego dywizjonu. W dniach 30 i 31 maja 1942 
roku piloci trzysta ósmego patrolowali w głębi Morza Północnego, gdyż 
dowództwo brytyjskie obawiało się,  że myśliwce Luftwaffe wystartują z baz w 
Norwegii i zaatakują pierwszą składającą się z tysiąca samolotów wyprawę 
aliancką skierowaną na Kolonię. W pierwszych dniach czerwca spędziły „Zefiry” 
tydzień na podlondyńskim lotnisku Redhill oczekując na rozpoczęcie jakiejś 

 

27

 Na lotnisku Hutton Cranswick dywizjon 308 sąsiadował z 885 dywizjonem 

Hurricane’ów z Air Fieet (lotnictwa morskiego), którego personel nosił tradycyjne 
marynarskie brody. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

44 

                                                     

tajemniczej operacji (późniejszy desant pod Dieppe), która jednak wówczas nie 
doszła do skutku. 

Stosunki z okoliczną ludnością nie układały się tak serdecznie, jak w Coventry, 

gdyż Polacy przebywali tu jeszcze zbyt krótko. Dopiero po pierwszym święcie 
dywizjonu (24 czerwca 1942 roku), kiedy to lotnicy postanowili wystawić rewię 
taneczno-muzyczną i do współpracy zaprosili grono miejscowych kobiet, 
nawiasem mówiąc widowisko to wypadło bardzo okazale, krakowiacy zyskali 
sobie grono nowych przyjaciół. 

W chwilach wolnych od służby operacyjnej Polacy odwiedzali starożytny 

York, otoczony murem z czasów rzymskich, do którego dobudowano 
średniowieczne bramy. Atrakcją tego miasta, wsławionego wojną białej i 
czerwonej róży, była nie tylko średniowieczna katedra, najpiękniejsza w północnej 
Europie, jej budowa trwała 250 lat, ale również pułk ATS — zielonych 
towarzyszek broni w spódniczkach. 

Trzydziestego lipca dywizjon krakowski przesunięto z Hutton Cranswick

28

 na 

londyńskie lotnisko Heston, gdzie wszedł w skład 1 Polskiego Skrzydła 
Myśliwskiego, którym dowodziło dwóch krakowiaków: major Stefan Janus i jego 
zastępca kapitan Tadeusz Nowierski. 

Z nowego lotniska dywizjon brał udział w osłonie wypraw lekkich 

bombowców Blenheim nad Francję, Belgię i Holandię oraz osłaniał powrót 
ciężkich bombowców (Latające Fortece), które coraz częściej penetrowały obiekty 
strategiczne rdzennych Niemiec. 

Z ciekawszych akcji, które miały miejsce w tym okresie, warto „wspomnieć o 

pamiętnej operacji desantowej sprzymierzonych na Dieppe (Francja) — 19 
sierpnia — w której „Zefirom” nie dopisało szczęście. Mimo czterech startów, 
wykonali wówczas 48 samolotozadań, na osłonę statków i barek desantowych 
krakowiacy nie natknęli się na nieprzyjaciela w powietrzu. Samoloty Luftwaffe 
przylatywały w rejon patrolowania dosłownie w kilka minut po zluzowaniu 308 
przez inny dywizjon. 

 

„Startowaliśmy jeszcze po ciemku, trójka za trójka — wspominał później o 

pierwszym tego dnia patrolu podporucznik Tadeusz Schiele. — Ładnie wyglądały 
nasze Spitfire’y migocące kolorowymi światełkami. W powietrzu, już po dołączeniu 
do szyku trójkowego, dywizjon wyglądał jak choinka na Boże Narodzenie. Po 
zajęciu wyznaczonej pozycji dywizjony weszły na kurs. 

Szarzało. Przelatywaliśmy nad pasmami białej porannej mgły. Zgasiliśmy już 

światła. Instrumenty silnie fosforyzowały. Za godzinę, może dwie, świat dowie się o 

 

28

 Jeszcze na tym lotnisku, 6 lipca 1942 roku, zderzyły się w powietrzu dwa Spitfire’y i 

śmierć poniół ppor. pil. Julian Kawczyński. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

45 

                                                     

desancie sojuszników, na Dieppe, jednej z najbardziej niezrozumiałych

29

 operacji 

dowództwa alianckiego. Za godzinę, dwie, Jeanne dowie się i pomyśli o mnie, jak ja 
o niej w tej chwili pomyślałem... 

Wody Kanału były brudne i wzburzone. Żal mi było Kanadyjczyków. Wyhuśta 

ich dziś porządnie. Już w połowie drogi minęliśmy pierwszy większy konwój, który 
składał się chyba z kilkudziesięciu statków. Jaśniało szybko i wschodnia część nieba 
zaróżowiła się  śliczną zorzą poranną. Pierwsze anemiczne promienie słońca igrały 
po mokrej od rosy kabinie, gdy na horyzoncie ukazywał się brzeg. Za chwilę 
widzieliśmy już zgrupowanie kilkuset barek, a zaraz potem mogliśmy obserwować 
łodzie desantowe płynące gęsiego w kierunku brzegu. Duże, szare okręty wojenne 
błyskały ogniem dział, strzelając całą burtą i okrywając się gęstym dymem. Palące 
się i zadymione Dieppe wysuwające w morze jak kleszcze mola było dobrze 
widoczne. Widok ten automatycznie przykuwał wzrok. My jednak mieliśmy strzec 
nieba. Rozpoczęliśmy patrol. 

Po półgodzinie nużącego wypatrywania samolotów niemieckich zauważyliśmy 

w dole duże zmiany Dotychczas cały desant sprawiał wrażenie czegoś okropnie 
chaotycznego. Operacja, jak to się mówi, «na wariata». Teraz zaś wyraźnie mogłem 
już rozróżnić punkty poszczególnych lądowań. Kilkadziesiąt  łodzi różnych 
wielkości wylądowało na plaży. Coraz to liczniejsze pożary wskazywały, że wojska 
posuwają się w głąb lądu. Kilka razy spostrzegłem różnokolorowe rakiety strzelane 
z ziemi. Ucieszyłem się. Udało się! Leją Niemców! Dzielni ludzie ci Kanadyjczycy. 
Zaimponowali mi. Daj im Boże szczęście! 

Niemców w powietrzu jak nie było, tak nie ma. Co to może oznaczać? Jakiś 

podstęp, psia ich mać! No, bo jak inaczej? Patrolowaliśmy wzdłuż brzegu tam i z 
powrotem. Nasza stacja ziemna, bez przerwy utrzymująca z nami kontakt, też ani 
słowem nie wspomniała o Niemcach. Dla ciekawości dowódca Skrzydła zrobił 
rundę nad miastem, ale szybko wycofaliśmy się na brzeg. Ciężka artyleria otworzyła 
do nas natychmiast ogień, i to dość celny. Pod nami paliło się kilka statków. Czarne 
dymy kładły się pasmami na wodzie. 

Po godzinie zastąpiły nas trzy inne dywizjony polskie z Northolt. Po powrocie 

otoczyli nas koledzy i mechanicy. Musieliśmy odpowiadać na setki pytań i 
opisywać, jak to tam wszystko wygląda. Następny start był już zapowiedziany, lecz 
bez dokładnej godziny, więc zaraz po uzupełnieniu paliwa weszliśmy w stan 
readinessu.” 

 
Późną jesienią, 1 listopada 1942 roku, dywizjon 308 przesunięty został z 

Heston do pobliskiego Northolt. Ponieważ, piloci opanowali już nieźle loty nocne, 
wyznaczeni zostali do służby defensywnej w związku ze spodziewanymi nalotami 
Luftwaffe na Londyn. Posunięcie to wymagało całkowitej zmiany trybu życia i 
działania dywizjonu. Teraz w nocy pracowano, a dzień był porą wypoczynku. 
Jedynie w wyjątkowych wypadkach piloci brali udział w dziennych patrolach. W 

 

29

 Dziś wiemy, że doświadczenia operacji Dieppe przydały się aliantom w późniejszej 

operacji w Normandii (06.04.1944 r.). 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

46 

tej sytuacji kapitan Żak wprowadził taki system zmian, że uzyskał warunki do 
gotowości operacyjnej przez okrągłą dobę. Zaostrzył też dyscyplinę, dzięki czemu 
wytężony wysiłek nie pociągnął za sobą wypadków lotniczych. Było to o tyle 
ważne,  że w owym okresie panowały nie sprzyjające warunki atmosferyczne i 
niejednokrotnie Spitfire’y musiały siadać na lotnisku w przyspieszonym tempie, by 
zdążyć przed szybko nadciągającą mgłą. 

Pełnienie niewdzięcznej służby nocnej przyjął dywizjon jako zło konieczne i 

pocieszał się nadzieją, że zgodnie z zapewnieniem komendanta Stacji od czasu do 
czasu będzie mógł zapolować w dzień nad kontynentem. W jednym z takich 
wymarzonych lotów (26 listopada) zginął podporucznik Bohdan Mijakowski, który 
zestrzelony przez nieprzyjacielskiego myśliwca spadł do kanału La Manche 
(Spitfire nr W. 3510). 

Trzecie Boże Narodzenie obchodzono w Northolt w minorowych nastrojach, 

które wywołała i sytuacja ogólna na froncie, i życie codzienne lotników. Niemal 
każdy z członków personelu 308 dywizjonu zostawił w kraju kogoś bliskiego i 
teraz, podczas tego rodzinnego święta, wracał doń myślami. 

 
 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

47 

NIEBO MOŻE POCZEKAĆ 

 
Na początku 1943 roku dywizjon krakowski wykonał kilka lotów dziennych 

nad kontynent. Trzeciego lutego, w czasie zadania circus, Polacy natknęli się w 
rejonie Boulogne na formację Focke Wulfów, które starały się przedostać do 
osłanianych przez nich Blenheimów. Doszło do ciężkiej walki z przeważającymi 
siłami wroga. „Zefiry” uratowały wprawdzie wyprawę, ale zapłaciły za to słoną 
cenę, tracąc cztery Spitfire’y. Podczas powietrznych zmagań zginął porucznik Jan 
Wiejski, a kapitan Tadeusz Koc, porucznik Jerzy Zbierzchowski i sierżant Jan 
Okrój wyskoczyli ze spadochronami i dostali się do niewoli. 

Mimo uszczuplonego składu piloci dywizjonu doprowadzili powierzone ich 

opiece bombowce do brzegów Anglii i przyglądali się z powietrza, jak wykona 
lądowanie na zapasowym lotnisku w Manstron jeden z Blenheimów, który był tak 
postrzelany,  że nie mógł kontynuować lotu. Kiedy uszkodzony bombowiec 
zatrzymał się przy końcu pasa startowego, krakowiacy pomachali mu skrzydłami 
na pożegnanie. Załoga tej maszyny zdobyła sobie sympatię i zarazem współczucie 
polskich myśliwców, gdyż nad Francją była głównym obiektem ataków Focke 
Wulfów, których piloci prawdopodobnie dobrze zrozumieli wymalowaną na 
kadłubie Blenheima prowokacyjną sentencję: „Niebo może poczekać...” 

Widocznie motto to przyniosło również szczęście kapitanowi Kocowi 

(dowódcy eskadry), który Stanął w obronie wspomnianego Blenheima, bo już 21 
lutego telefonował on z Londynu do kasyna w Northolt. 

— Trzysta ósmy dywizjon, słucham — podniósł  słuchawkę porucznik pilot 

Bronisław Mach. 

— Cześć, Bronek, tu mówi Koc — drżał radosny głos niedawnego dowódcy 

eskadry. 

— Nie ma kapitana Koca — odpowiedział Mach. — Został zestrzelony nad 

Francją! 

— Ależ to ja, Tadek Koc — wrzeszczał głos po drugiej stronie linii. — Jestem 

w Anglii. Już w Londynie. Prysnąłem Niemcom spod Boulogne i przez Francję 
oraz Hiszpanię dotarłem do Gibraltaru. Tam czekałem dziewięć dni na samolot do 
Anglii, i oto jestem. 

— A kto mówi? — Porucznik Mach był pewien, że jego rozmówcą jest jakiś 

dowcipniś. 

— Jak to kto, Koc — zaczynał irytować się zaginiony. — Bronek, co się z tobą 

dzieje, do cholery. Nie poznajesz mego głosu? Czekaj, zaraz do was przyjadę! 

Porucznik Mach odłożył  słuchawkę na widełki i wrócił do kolegów, którzy 

przerwali rozmowę, sądząc, ze przeszkadza mu w dialogu telefonicznym, skoro 
tyle razy prosił o powtórzenie, kto mówi.  

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

48 

— Z kim rozmawiałeś? — spytał porucznik Witold Retinger, widząc 

zmieszanie na twarzy kolegi.  

— To jakaś pomyłka — machnął ręką porucznik Mach, nie chcąc narazić się na 

drwiny towarzyszy. 

Dwunastego lutego, po dziewięciu miesiącach sprawowania dowództwa, 

odszedł na wypoczynek kapitan Żak, a jego miejsce zajął porucznik Franciszek 
Kórnicki. Dwa tygodnie później zastąpił go trzydziestoletni kapitan Paweł 
Niemiec. 

Początek 1943 roku był okresem, w którym wyprawy alianckie na kontynent 

przybrały znacznie na sile. RAF osiągnąwszy panowanie w powietrzu zadawał 
Niemcom potężne ciosy. Nie znaczy to jednak, że od tej chwili sam przestał 
ponosić straty. 

Jedenastego marca 1943 roku w wyprawie nad Francję został mocno 

postrzelany Spitfire 308 dywizjonu. Jego pilot, porucznik Tadeusz Stabrowski, nie 
chcąc dostać się do niewoli, zawrócił nad Kanał i wodował w morzu, na północ od 
Dieppe. Zanim wodnoplatowiec Air Sea Rescue dotarł na miejsce określone przez 
kolegów. Polak zamarzł w dinghy i utonął. 

 

„Tadek Stabrowski, kochany pijaczyna i zwariowany artysta-malarz — 

wspominał Tadeusz Schiele — na ziemi był niepokaźny, zgarbiony, zaniedbany, 
wiecznie mrugający okiem, lekkomyślny, niepunktualny, roztargniony i 
lekceważący wszystko i wszystkich. W powietrzu stawał się opanowanym, 
precyzyjnym i odważnym pilotem o żelaznych nerwach, jednym z najlepszych, 
jakich znałem.” 

 
Im dłużej trwała wojna, tym kondycja personelu latającego bardziej się 

wyczerpywała i dlatego dywizjony musiały coraz częściej zmieniać lotniska 
operacyjne. Kiedy taką zmianę obwieszczono krakowiakom 29 kwietnia, wywołała 
ona niemal rozpacz. Piloci zamartwiali się, że muszą opuścić południową Anglię, 
gdzie i zadania mieli ciekawsze, i sąsiedztwo Londynu zapewniało im rozrywki w 
dniach wolnych od zajęć. Rozkaz jednak trzeba było wykonać i dywizjon 308 
przeniósł się powtórnie w okolice miasta York, na lotnisko Church Fenton. 
Rozgoryczeni piloci pocieszali się jedynie tym, że znajdą się w świetnie 
wyposażonej, wygodnej przedwojennej bazie lotniczej, której urządzenia złagodzą 
nieco monotonię  służby nad Morzem Północnym. A służba rzeczywiście nie 
należała do ciekawych Wiedzieli, że podobnie jak w Hutton Cranswick będą 
osłaniali konwoje w dzień i pełnili pogotowie alarmowe w nocy. 

Czternastego maja, już na nowym lotnisku, doszło do tragicznego w skutkach 

wypadku. Tuż po starcie do lotu grupowego, nad Tadcaster (4 mile na północny 
zachód od Church Fenton), zderzyły się dwa Spitfire’y (nr W.3774 i nr P. 8746), w 
których zginęli podporucznik Adam Tadeusz Habela i kapral Jan Stanisław Osoba. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

49 

                                                     

Cztery dni później, 18 maja, dowództwo dywizjonu przejął od kapitana Niemca 

dwudziestoośmioletni kapitan Józef Żulikowski. 

W lipcu dywizjon przesunięta z Church Fenton do Hutton Cranswick, bliżej 

Morza Północnego. 

Od czasu do czasu, dla podniesienia morale pilotów i utrzymania sprawności 

bojowej, dywizjon wysyłany był w okolice Londynu, skąd uzupełniwszy paliwo i 
amunicję startował w osłonie bombowców nad kontynent. 16 sierpnia piloci trzysta 
ósmego lecieli w osłonie 36 bombowców typu Martin B-26. Marauder, które 
zrzuciwszy swój ładunek na cel w północnej Francji wracały do bazy. W tym 
momencie zaatakowała wyprawę silna formacja Focke Wulfów. W rejonie Le 
Havre, nad Montivillers, nacisk Niemców stał się tak intensywny, że Polacy stracili 
trzy Spitfire’y. Zginął wówczas porucznik Olgierd Iliński, a porucznicy Andrzej 
Czerwiński

30

 i Wiesław Mejer wyskoczyli ze spadochronami i dostali się do 

niewoli. 

Podczas tego samego lotu chorąży Wacław Korwel strzelając do jednego z 

Focke Wuliów został trafiony pociskiem z działka, który eksplodując w kabinie 
zranił go w lewą rękę i nogę. Mimo uszkodzenia tablicy przyrządów pokładowych, 
zbiornika z benzyną i cieczą chłodzącą Korwel postanowił wracać do Anglii. Po 
drodze ostrzelał jeszcze zbiorniki z paliwem i stanowiska artylerii 
przeciwlotniczej, po czym uciekł nad Kanał. Do Anglii doleciał na resztkach 
benzyny i wylądował bez podwozia na pierwszym lotnisku. Sanitarka zabrała go 
do szpitala, gdzie został poddany operacji. 

We wrześniu 1943 roku 308 dywizjon opuścił Hutton Cranswick, by wrócić do 

Heston Piloci cieszyli się bardzo z tej zmiany, ale, niestety, na nowym lotnisku nie 
mieli szczęścia. Już w pierwszych dniach pobytu poci Londynem nie wróciło znad 
Francji dwóch pilotów. 22 września w czasie ataku na lotnisko Evreux zginął 
podporucznik Henryk Jurewicz pilotujący Spitfire’a W 3440, a następnego dnia 
nad St. Pierre-en-Val zestrzelony został sierżant Kazimierz Lipiec (Spitfire AA. 
912). 

Trud ten i straty, jakie ponosił dywizjon krakowski oraz inne dywizjony RAF, 

nie szły jednak na marne. Może dla szarego żołnierza nie było to widoczne, ale co 
wnikliwsi z zarządzeń organizacyjnych mogli się zorientować, że w powietrzu wisi 
coś poważnego. Otóż w październiku 1943 roku w RAF utworzono lotniczy 
związek operacyjny pod nazwą Second Tactical Air Force, przeznaczony do 
współpracy z wojskami inwazyjnymi na kontynencie. Związek ten składał się z 

 

30

 Andrzej Czerwiński przedostał się z Francji do Hiszpanii i przez Gibraltar wrócił we 

wrześniu 1943 roku do Anglii. Sk.erowany do dywizjonu 315 zginął 7 grudnia 1944 
r. na Mustangu nr HB. 857 nad Morzem Północnym zestrzelony przez 
nieprzyjacielskiego myśliwca w czasie osłony bombowców Coastal Command 
lecących do Norwegii. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

50 

dwóch grup myśliwskich, nr 83 i 84, oraz jednej bombowej, nr 2. Grupa z kolei 
składała się z kilku sektorów, sektory z kilku skrzydeł, a skrzydła z kilku 
dywizjonów. Dywizjon 308 wraz z dywizjonami 302 i 317 wszedł w skład 131 
Polskiego Skrzydła Myśliwskiego, 18 Sektoru, 84 Grupy Myśliwskiej. 

Miesiąc po reorganizacji, przeprowadzonej na najwyższym szczeblu, w 

listopadzie 1943 roku dywizjon krakowski po raz trzeci przesunięty został do 
Northolt. Przezbrojony w nowocześniejszą odmianę Spitfire’a — Mark IX, z 
dodatkowymi zbiornikami paliwa wydłużającymi zasięg lotu, zaczął się 
przygotowywać do częstszych i dłuższych lotów nad kontynent. Nowy sprzęt 
cieszył pilotów, chociaż widzieli jego wady. Marzyła im się większa niezawodność 
tej maszyny, w której dość często przerywał silnik (już w czasie pierwszej 
wyprawy na samolocie Mark IX nad Francję porucznik Frankiewicz właśnie z tego 
powodu musiał  lądować na terytorium zajętym przez wroga i dostał się do 
niewoli). 

Na nowym myśliwcu, który miał się okazać sprawniejszy od Focke Wufla Fw-

190), dywizjon krakowski wykonywał cztery rodzaje operacji: osłaniał wyprawy 
ciężkich bombowców amerykańskich nad Rzeszę, osłaniał lekkie bombowce 
angielskie, które w operacjach „Nobal Target” zwalczały wyrzutnie samolotow-
pocisków V-1, uczestniczył w rhubarbach (młody pilot dywizjonu plutonowy 
Tadeusz Rybczyński zestrzelił podczas takiej akcji Focke Wulfa Fw-190) oraz brał 
udział w akcjach Air Sea Rescue, poszukując na kanale La Manche wodujących 
przymusowo własnych kolegów bądź załogi postrzelanych nad Rzeszą 
bombowców (w przypadku zauważenia na morzu pomarańczowej dinghy 
Spitfire’y z literami ZF krążyły nad rozbitkami tak długo, nadając ich pozycje, aż 
podpłynął  ścigacz ratunkowy lub nie zmusiła pilota do powrotu ostatnia rezerwa 
paliwa). 

Dwudziestego dziewiątego listopada 1943 roku piloci dywizjorru otrzymali 

sygnał,  że na wodach Cieśniny Kaletańskiej oczekuje, na pomoc podporucznik 
Adolf Pietrasiak, który w trakcie lotu bojowego do Francji stwierdził wadliwą 
pracę maszyny (Spitfire nr MA 584) i odłączył nad Kanałem od swych towarzyszy, 
by wrócić do Anglii. W pewnym momencie silnik musiał przerwać pracę i 
Pietrasiak wodował. Długo krążyli myśliwcy nad miejscem wypadku, ale nie 
zdołali odnaleźć kolegi. Zachłanne morze nie zwróciło ciała pilota, który miał na 
swym koncie osiem zestrzelonych samolotów wroga. 

 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

51 

                                                     

PEŁNE KURZU, BŁOTNISTE B-10 

 
W pierwszym kwartale 1944 roku piloci z 308 dywizjonu brali udział w 

atakach z lotu nurkowego na wyrzutnie samolotów-pocisków V-1, usytuowane na 
kontynencie w pobliżu kanału La Manche, osłaniali tysiąc samolotowe wyprawy 
ciężkich bombowców alianckich oraz uczestniczyli w akcjach mających na celu 
paraliżowanie sieci komunikacyjnej nieprzyjaciela. Podczas jednej z takich akcji 
14 stycznia, w rejonie St. Omer, zginął w walce powietrznej porucznik pilot Józef 
Piotr Piotrowski (Spitfire nr P.1412). 

Wraz z początkiem wiosny w dywizjonie 308 zakotłowało się. Dwudziestego 

marca dowództwo dywizjonu przejął od Żulikowskiego kapitan pilot Witold 
Retinger, a miesiąc później 308 ruszył z Northolt na lotniska hrabstwa Sussex: 
Deanland i Chailey. Z tego drugiego lotniska 21 maja wystartował dywizjon do 
bardzo pechowego dla eskadry „B” lotu. Zadanie polegało na atakowaniu węzła 
kolejowego w rejonie Abbeville, gdzie znajdowały się liczne stanowiska artylerii 
przeciwlotniczej. Już nad celem pociskami artylerii trafieni zostali kapitanowie: 
Józef Jeka, dowódca eskadry „B” (wyskoczył z samolotu ze spadochronem i po 
wylądowaniu na ziemi trafił pod opiekę francuskiego ruchu oporu, którego siatka 
przerzuciła go. cztery miesiące później do Anglii), oraz Jan Kazimierz Kurowski 
zastępca dowódcy eskadry „B” (zginął w powietrzu w eksplodującym myśliwcu — 
Spitfire nr ML.215). Więcej szczęścił miał w tym locie kapitan Stanisław 
Czarnecki, którego Spitfire miał dziurę w kadłubie i postrzelane stery, ale mimo 
tych ciężkich uszkodzeń dociągnął do bazy. Po tym wyczynie Stanisław Czarnecki 
został zastępcą dowódcy eskadry ,,B”, której przewodził kapitan Marian Duryasz, 
przysłany na miejsce Józefa Jęki z dywizjonu 302. 

Dwa tygodnie później, 5 czerwca 1944 roku, o godzinie 23.00. piloci 

dywizjonu krakowskiego wezwani zostali na odprawę, w której uczestniczyli także 
lotnicy pozostałych dywizjonów stacjonujących w Chailey. 

 

„Wtłoczeni między dwa samochody-biura naszego Intelligence słyszymy słowa: 

D-day

31

 i H-hour

32

 — wspominał później pilot porucznik Tadeusz Schiele. — 

Odprawa przeciąga się do późna w nocy. Oficerowie operacyjni odczytują tajne 
rozkazy i instrukcje, objaśniają na wielkiej mapie ogólną sytuację. Mapa pokryta jest 
kolorowymi liniami, strzałkami, chorągiewkami, szpilkami. Kolorowo zakreślone są 
strefy, odcinki, rejony. Osobno dokładne czasy, kursy, odległości, wysokości, znaki, 
hasła, kody. Dywizjony bojowe przez całą wojnę były w tej szczęśliwej sytuacji, że 

 

31

 „D-day”, „dzień pisany przez duże D”, to symbol, jakim bretyjczycy ochrzcili 

operację desantową w Normandii 6 czerwca 1944 roku. 

32

 „H-hour” – godzina zero, w której miała się rozpocząć operacja. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

52 

niezależnie od konieczności dokładnego zorientowania w całokształcie odbywającej 
się operacji, być może ze względu na podniesienie morale, informowane były o 
wszystkich, nawet najtajniejszych posunięciach i planach, niekoniecznie 
bezpośrednio związanych z działaniami lotnictwa. Tak więc i tym razem 
słuchaliśmy odprawy, która w pewnych fragmentach brzmiała jak sensacyjna i 
nieprawdopodobna opowieść wojenna. Chwilami doznawałem uczucia, jakbym 
znajdował się w sztabie generalnym opracowującym całokształt inwazji. W 
chwilach przerwy przyciszony gwar. Dym z papierosów gryzie w oczy. Podniecenie 
udziela się wszystkim, nawet tym najbardziej opanowanym (...) Cyfry dotyczące 
lotnictwa były iście imponujące. To będzie widok! Operują tysiące różnych 
samolotów, w tysiącu różnych zadań. Synchronizacja czasów, wysokości, rejonów 
wyczekiwania, patrolowania, ataku, wycofania, osłony, spotkań, zmiany pozycji i 
przejęcia patroli była zdumiewająca! Wszystko, absolutnie wszystko, było 
obliczone, wyliczone, przewidziane, określone. 

— Dywizjony nasze przechodzą- w stan pogotowia o godzinie trzeciej minut 

dwadzieścia — mówi oficer taktyczny. — Start pierwszego godzina trzecia minut 
czterdzieści jeden! 

Wszyscy mamy sporo roboty. Dowódcy skupiają się przy mapie. Nanoszą na 

własne mapy kursy, czasy, wysokości, trasy dolotu, rejony patrolu, trasy powrotu. 
Piloci rozmawiają  wśród  śmiechu i żartów. Wreszcie nadszedł przez tyle lat 
oczekiwany moment. Rozdają nam odezwę-list do żołnierzy wszystkich broni i 
wszystkich stopni biorących udział w inwazji. Jest to nieduża kartka porządnego 
papieru z kilkudziesięcioma zadrukowanymi linijkami. Przyjmujemy te kartki z 
powagą, tak jak poważna jest ich treść. Nie bardzo wiemy, co z nimi począć.. 
Przewracamy je w ręku, czytamy raz jeszcze...  

 
«Niechaj Bóg Wszechmogący ma Ciebie w swojej opiece, kiedy będziesz 

walczył w imię Sprawiedliwości, Wolności i Pokoju dla wszystkich na całym 
świecie. Podpisano: 

Głównodowodzący Siłami Inwazyjnymi, 

Generał D. Eisenhower» 

 
Chowam starannie ten osobisty, do mnie przecież adresowany list, chciałbym go 

kiedyś pokazać synkowi, jak dorośnie... 

Powróciliśmy do namiotów z mocnym postanowieniem natychmiastowego 

zaśnięcia, chociaż na godzinę, dwie. Ale sen nie nadchodził. Myśleliśmy o naszej 
niesamowitej tajemnicy, o której już jutro będzie wiedział cały świat. Tej nocy setki 
tysięcy ludzi nie spało (...) Namiot pokryty był rosą, a nasze ubrania wilgotne. 
Zakładamy i wiążemy maywestki. Szare sylwetki Spitfire’ów bez maskujących 
siatek odbijały od ciemnego tła różowo fioletowym płomieniem z rur wydechowych 
i białymi pasami. Na stojąco pijemy gorącą herbatę przywiezioną z kuchni w 
wielkich termosach Kubki trzymamy oburącz, aby zagrzać  dłonie. Herbata parzy 
wargi. Śniadanie zjemy po powrocie. Mechanik troskliwie (jak zresztą zawsze, lecz 
dziś wyraźnie to spostrzegam) pomaga zapiąć pasy, przeciera czystą szmatką 
przednią szybę i lusterko. Opatulony już jestem wilgotną od rosy kabiną i 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

53 

fosforyzującym blaskiem instrumentów. Po omacku, na pamięć, wykonuję 
wszystkie czynności. Zapuszczam silnik. Z rur wydechowych nieco płomieni i 
czarnego dymu... Zaskoczył. Pęk iskier. Po chwili pracuje spokojnie, równo. 
Kołujemy ostrożnie na start. Kilkanaście metrów eskortują nas mechanicy z 
latarkami. Później machają  rękami na pożegnanie. W lusterku widzę jeszcze 
światełka ich latarek (...) 

Zielona rakieta, odczekanie swojej kolejki, ostatni rzut oka na kabinę i start. 

Przyciszony warkot silnika, pracującego na zredukowanych obrotach, połączony z 
przytłumionym dudnieniem, działa usypiająco. Horyzont jest beznadziejnie szary. 
Ponad uśpionymi wioskami leży przyziemna biała mgiełka. Wchodzimy nad brzeg. 
Dalej Kanał jest brudny, usiany niezliczonymi białawymi grzywami fal. W 
słuchawkach radia wysoki, histeryczny pisk doprowadza do rozpaczy. Wyłączam. 
Włączę przed brzegiem francuskim, do którego jest przeszło sto pięćdziesiąt 
kilometrów. 

Dywizjony leniwie kołyszą się w powietrzu, raz niknąc wolno i zlewając się z 

tłem morza, raz wychodząc nad linię horyzontu, gdzie ich sylwetki ostro rysują się 
na jasnym skrawku nieba znamionującym wschód słońca. Przelatujemy przez małe 
zawiesiny mgły. Ze wszystkich stron ciągną na południc konwoje. Spostrzegam 
kilkanaście okrętów płynących w szyku torowym. Majestatycznie kołyszą 
wypiętrzonymi wieżami. Szare kolosy kładą  długie cienie, drgające tysiącami 
załamań rozbełtanej wody. Sylwetki zwinnych kontrtorpedowców ryją  ślad swej 
drogi dziwnie powyginanymi liniami. Bez przerwy mijamy konwoje, które zdają się 
tworzyć gigantycznych rozmiarów pomost, łączący dwa wrogie sobie brzegi. 
Nawiązujemy łączność ze stacją znajdującą się na którymś z okrętów. Ona nas teraz 
będzie prowadzić. 

Zostawiając po prawej stronie Cherbourg skręcamy w kierunku powierzonego 

naszej opiece odcinka brzegu. Oczom przyzwyczajonym do pustynnego wybrzeża 
Francji ukazuje się brzeg tętniący  życiem, którego odgłosy zdają się docierać do 
zamkniętej kabiny. To ławica wszelkiego rodzaju nawodnych machin czeka na 
wylądowanie. Część ich stoi przy samym brzegu, na który wysypują się 
mikroskopijne ludziki, wyjeżdżają czołgi i samochody. Całe stada zbitych statków i 
barek inwazyjnych, małych i dużych, chronione są przez okręty wojenne jak stado 
owiec przez pasterzy. Widzimy, jak od tych grup odrywa się kilkadziesiąt barek 
Pełną parą w wielu kolumnach idą w stronę piaszczystej plaży Leniwie, jakby od 
niechcenia, nie zwracając pozornie uwagi na to całe zagmatwane rojowisko, 
manewrują ciężkie jednostki floty, nieustannym ogniem wspierając wyładowanie 
ludzi i sprzętu. Brzeg francuski pali się. Dymy pożarów i wybuchów zasnuwają całe 
połacie plaży Raz po raz wylatują w powietrze kolorowe rakiety. Zarówno ląd, jak : 
brzeg migoce tysiącami błysków, to jasnych, to ciemno-purpurowych. Rany boskie, 
cóż tam się musi dziać! 

Pilnujemy nieba, ale nie sposób nie spojrzeć od czasu do czaku w dół. Nad 

lądem, z lewej strony, bije jak zwariowana niemiecka artyleria przeciwlotnicza Za 
daleko, nie widzimy do kogo. My mamy idealny spokój, żadnych ostrzeżeń, 
żadnych rozmów, żadnych rozkazów, nic Widoczność jest dobra. Wszystkie trzy 
rejony lądowania widać jak na dłoni. Amerykanie na zachód ie. Anglicy i 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

54 

Kanadyjczycy po wschodniej stronie. W powietrzu operuje masa dywizjonów. 
Widzimy je w każdej części nieba, na każdej wysokości W górze, ponad nami, niebo 
podrapane jest białymi smugami, które wiją się i kręcą we wszystkich kierunkach. 
Może to toczy się walka. Nie wiadomo. Dokładnie, jak nam podano na odprawie, w 
wyznaczonym czasie z północy sunie nieprzerwany sznur samolotów 
transportowych. Nie widać ich końca. Nadciągają jak chmara wielkich ptaków. Są 
znacznie niżej nas. Obserwujemy je z góry z zaciekawieniem. W drugiej fali 
spostrzegamy samoloty, holujące wielkie, brzydkie, niekształtne szybowce. Wiemy, 
że w każdym z nich jest oddział uzbrojonych po zęby ludzi. Inne wiozą działka, 
haubice, ciężkie karabiny maszynowe i skutery piechoty. Szybowce w swych 
wnętrzach przewożą nawet małe samochody. 

Tymczasem nad Francją ziemia pokryła się setkami kolorowych spadochronów, 

które jak barwne motyle obsiadają zielony teren. Z samolotów sypią się bez przerwy 
spadochrony. Co za widok! Lądują już szybowce. A pola i łąki usiane są tymi. które 
już wylądowały. Widziałem płonące szybowce, widziałem, jak się zderzały w 
powietrzu i rozbijały o ziemię. Straszne! Ale ogólnie radość jest wielka. Nikt 
słowem się jeszcze nie odezwał, lecz wiem, czuję,  że koledzy cieszą się tak samo 
juk ja. Desant się udał. Już przeszło godzinę krążymy w wyznaczonym rejonie. W 
końcu otrzymujemy przez radio rozkaz powrotu. Zmieniają nas inne dywizjony. 
Odlatujemy z żalem. Przez całą powrotną drogę mijamy lecące do Anglii ławice 
samolotów transportowych, już pustych, lub spotykamy przeróżne dywizjony lecące 
w kierunku Francji. Biało-czarne pasy opanowały powietrze. Na lotnisku naturalnie 
ruch straszny, no i gadanie, gadanie bez końca. Radość panuje powszechna. 
Mechanicy zacierają ręce, bijemy się po plecach. 

Dobra nasza. Tylko gdzie Luftwaffe? Nie chciałbym być w ich skórze. Maszyny 

uzupełniają paliwo. Następna zmiana pilotów już oczekuje. Oficer operacyjny notuje 
nasze spostrzeżenia z lotu, jak zwykle. W niespełna godzinę Skrzydło startuje 
ponownie (...).” 

 
Ogółem w czerwcu dywizjon 308 startował w pełnym składzie ponad 50 razy, 

wykonując 641 samolotozadań. Polacy najczęściej osłaniali francuski brzeg i 
pierwszą linię frontowego przyczółka. Startowali o różnych porach doby, 
nierzadko w nocy, aby przed świtem osiągnąć cel ataku. A oto kilka ciekawszych 
lotów z tego okresu: 

Jedenastego czerwca w godzinach 13.15—15.20 dywizjony 308 i 302 

patrolowały rejon miejscowości St. Lo (południowy zachód od Caen). Piloci 
zauważyli zgrupowanie składające się z około 20 samolotów wroga, lecące z 
północnego zachodu na południowy wschód. Jednak zbyt duża odległość 
uniemożliwiła interwencje. 

Czternastego czerwca od godziny 23.40 dywizjony 303 i 317 osłaniały 

wyprawę 220 ciężkich bombowców typu Avro 683 Lancaster nad Le Havre. 
Myśliwców wroga nie spotkano, jednak artyleria przeciwlotnicza zestrzeliła nad 
celem jednego Lancastera. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

55 

                                                     

Piętnastego czerwca w godzinach 22.05—22.58 dywizjony 308 i 302 

(prowadzone przez podpułkownika Aleksandra Gabszewicza) osłaniały wyprawę 
150 Lancasterów nad port w Boulogne. 

Dwudziestego czerwca w godzinach 14.57—16.10 całe 131 Polskie Skrzydło 

Myśliwskie (dywizjony 302, 308 i 317), prowadzone przez majora Juliana 
Kowalskiego, operowało nad portem w Arromanches. Nad celem lecący najniżej 
dywizjon 317 zauważył pod sobą, na wysokości 7000 stóp, formację  złożoną z 
pięciu Focke Wulfów i ruszył na nią do ataku. Jednak w tej samej chwili włączyła 
się do akcji brytyjska artyleria przeciwlotnicza i przeszkodziła pilotom wileńskim. 
Ostatecznie ustrzelili oni trzy „foki” na pewno i jedną prawdopodobnie, odnosząc 
przy tym uszkodzenia trzech własnych samolotów, które raziła nad celem własna 
artyleria przeciwlotnicza. Dla dywizjonów 302 i 308 nie starczyło roboty, więc 
piloci rozgoryczeni wracali do bazy. Przypuszczalnie pod wpływem tego 
pesymistycznego nastroju pilot krakowski, starszy sierżant Jan Pidek, wylądował 
na pasie z niewłaściwego kierunku (z wiatrem) i samolot skończył bieg poza polem 
wzlotów i uległ rozbiciu. Pilot wyszedł bez szwanku... 

Dwudziestego drugiego czerwca w godzinach 14.50—16.30 dywizjony 308 i 

317, prowadzone przez majora Kowalskiego, osłaniały wyprawę 100 ciężkich 
bombowców typu Handley Page H.P. 57 Halifax w rejon ciężkich walk pod Caen. 

Dwudziestego ósmego czerwca całe 131 Skrzydło Myśliwskie przenosi się z 

lotniska Chailey do Appledram, w hrabstwie Sussex. 

Trzydziestego czerwca w godzinach 20.26—22.35 dywizjony 308 i 317 

osłaniały bombowce brytyjskie lecące do celu w rejonie przyfrontowym. 

Dwunastego lipca 1944 roku, w związku ze zmianami organizacy nu w Second 

Tactical Air Force, rozwiązano polski 18 Sektor Myśliwski, tworząc między 
innymi tzw. 131 Polish Wing

33

, który podlegał bezpośrednio 84 Grupie 

Myśliwskiej (131 Polskie Skrzydło powstało z połączenia 131 Skrzydła 
Myśliwskiego i 131 Polowego Portu Lotniczego). Dowódcy 131 Polish Wing 
przysługiwał stopień group captaina

34

, zaś jego zastępcy wing commandera

35

Stanowisko dowódcy powierzono Aleksandrowi Klemensowi Gabszewiczowi, 
pierwszemu lotnikowi odznaczonemu Złotym Krzyżem Orderu Wojennego Virtuti 
Militari. 

Cztery dni po utworzeniu polskiego Skrzydła, czyli szesnastego lipca, nowa 

jednostka przeniosła się do Ford, również w hrabstwie Sussex, na ostatnie lotnisko 
przed skokiem na kontynent. Nazajutrz wyjechał z Ford rzut rozpoznawczy, 
kierując się przez Southampton — kanał La Manche — Arromanches na lotnisko 
B-10 Plumetot. oddalone 6 kilometrów od Caen, i przybył na miejsce 21 lipca. 

 

33

 131 Polskie Skrzydło. 

34

 Pułkownik RAF. 

35

 Podpułkownik RAF. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

56 

                                                     

Następne rzuty wysyłano sukcesywnie. Ostatecznie cały 131 Polish Wing znalazł 
się w B-10 dopiero 3 sierpnia. Dla polskich lotników było to niezwykłe 
wydarzenie. Po czterech latach przebywania na Wyspach Brytyjskich znów wrócili 
na kontynent, skąd było już znacznie bliżej do Polski. 

B-10 Plumetot, lotnisko pełne dokuczliwego kurzu, a po deszczu błotniste, 

ostrzeliwała co pewien czas niemiecka artyleria dalekosiężna, toteż dla ochrony 
przed odłamkami wybudowano prowizoryczne schrony, w których spał personel 
131 Polish Wing. Brzmi to jak paradoks, ale znacznie bardziej dawała się we znaki 
polskim lotnikom artyleria aliancka, od której stanowisk aż się roiło dookoła i 
która strzelając w dzień i w nocy nie pozwalała strudzonym zdrzemnąć się ni 
chwili.. 

W tym okresie Luftwaffe było już  właściwie niezdolne do poważniejszych 

działań w powietrzu, więc myśliwcy alianccy szukali obiektów ataku na ziemi, 
niszcząc składy amunicji i ośrodki przeprawowe na rzekach, paraliżując 
komunikację na drogach oraz wspierając własne oddziały na polu bitwy. Zadania 
te nosiły nazwy: Armed Rocco (rozpoznanie siłą) i Army Close Support (wsparcie 
armii). Myśliwcy 131 Polish Wing obserwowali ruchy wojsk nieprzyjaciela i za 
pomocą radia nadawali meldunki do Dowództwa Grupy operacyjnej o sytuacji na 
froncie.. W czasie gdy Grupa wysyłała w określony rejon dywizjony bombowe, 
myśliwcy polscy atakowali godne uwagi obiekty z lotu nurkowego. O jednym z 
takich lotów pisze kronikarz dywizjonu. 

 

„Jedną z przepraw, w Mailleraye-sur-Seine, bombardował 27 sierpnia 131 

Polish Wing. Było to trudne zadanie, gdyż nie zdołano zlokalizować wcześniej 
stanowisk artylerii przeciwlotniczej w pobliżu przeprawy, wiadomo było tylko, że 
Niemcy mają tam wiele dział, ponadto chmury utrudniały rozpoznanie celu. 
Wyprawę prowadził podpułkownik Gabszewicz, który wysłał naprzód klucz 
czterech samolotów na rozpoznanie. Dywizjony 302 i 308 osłaniane były przez 
dywizjon 317. Start 131 Polish Wing odbył się o godzinie 17.20. Niebo niemal 
całkowicie pokryte było chmurami. W czasie lotu piloci poprzez okna w chmurach 
widzieli jedynie fragmenty ziemi. Na wysokości 2500 metrów dywizjony zaczęły 
przebijać chmury. Wychodziły na cel z kierunku wschodniego. Dywizjon 308, 
prowadzony przez podpułkownika Gabszewicza, wyszedł na skupienie oddziałów 
niemieckich i umieścił celnie swoje bomby. Gdy tylko samoloty przebiły się przez 
chmury, Niemcy otworzyli gęsty ogień z dział wszelkiego kalibru. Dzięki temu, że 
atak był przeprowadzony błyskawicznie, spod chmur, samoloty wróciły bez 
uszkodzeń. Jedynie dowódca dywizjonu 317, kapitan Władysław Gnyś

36

. który 

 

36

  Władysław Gnyś był krakowiakiem. 1 września 1939 roku jako pilot 121 eskadry 

myśliwskiej startując z lotniska zapasowego w Balicach pod Krakowem, zestrzelił o 
godzinie 5.20 w rejonie Olkusza Junkersa Ju-87. Był to pierwszy samolot 
hitlerowski zestrzelony w czasie II wojny światowej przez polskiego pilota. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

57 

zszedł do wysokości 1000 stóp, został zestrzelony. Dowódca 84 Grupy wyraził 131 
Polish Wing podziękowanie za wspaniały wynik bombardowania” 

 
Ogółem w ciągu sierpnia piloci krakowscy wykonali 719 samolotozadań. 

zrzucając między innymi około 82 000 funtów bomb. 

We wrześniu dywizjon krakowski przeniósł się na lądowisko B-31 Londiniere 

S., w pobliżu Dieppe, a kilka dni później na lotnisko B-56 Evere, pod Lille. Piloci 
polscy wykonywali teraz następujące zadania: bombardowanie z lotu nurkowego 
umocnień w Dunkierce, rozpoznawanie i atakowanie ruchów wojsk niemieckich na 
drogach i kanałach w Holandii, rozpoznawanie i ataki na stanowiska wyrzutni 
samolotow-pocisków V-1 oraz balistycznych pocisków rakietowych V-2 w 
Holandii, bezpośrednie wsparcie wojsk alianckich podczas walk o wyspę 
Walcheren, miasto Bredę i rzekę Mozę. 

W październiku 1944 roku piloci zmieniali co kilka dni miejsce postoju, aby 

nadążyć za szybkim Btarszem armii sprzymierzonych. I tak 2 października 
dywizjon przenosi się z Francji do Belgii na lotnisko B-70 Deurne koło Antwerpii, 
a 9 z uwagi na zagrożenie ze strony balistycznych pocisków rakietowych V-2, 
którymi Niemcy bombardowali Antwerpię, przebazowuje się na lotnisko B-61 St. 
Denijs Westrem pod Gandawą. 

W tym czasie wykonuje też swoje normalne zadania. 20 października w 

pierwszej z serii błyskotliwych ataków na cele specjalne dywizjon 308, w składzie 
całego 131 Polish Wing, zbombardował sztab hitlerowskiej 15. armii w 
miejscowości Dordrecht w Holandii, zabijając 200 żołnierzy niemieckich, w tym 
55 oficerów i 2 generałów. 

W kilka dni po owym pamiętnym ataku na lotnisku gandawskim odbyła się 

niecodzienna uroczystość. Polacy gościli przedstawicieli lotnictwa alianckiego: 
Belgii. Brazylii. Czechosłowacji, Grecji, Holandii, Jugosławii i Norwegii. Wizyta 
miłych gości stanowiła przyjemny przerywnik w monotonnej pracy, ale jak zwykle 
bywa po chwilach radości nadeszła przykra wiadomość. Już następnego dnia (28 
października) krakowiacy musieli rozstać się ze swoim dowódcą, kapitanem 
Witoldem Retingerem, który wbrew gorącym protestom swego personelu 
.otrzymał rozkaz odejścia na zasłużony odpoczynek. Pociechę stanowił jedynie 
fakt,  że jego następcą został  słynny akrobata krakowski trzydziestoczteroletni 
kapitan Karol Pniak, jedyny Polak, który zestrzelił w czasie „bitwy o Anglię” 
samolot włoski. 

Tego samego dnia. w imieniny Tadeusza, dywizjon krakowski otrzymał 

zadanie zbombardowania wyrzutni balistycznych pocisków rakietowych V-2 w 
miejscowości Zwolle. W locie tym poprowadził „Zefiry” solenizant Tadeusz 
Schiele, który w ten sposób chciał sprawić przyjemność swej żonie. Posłuchajmy, 
jak to było: 

 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

58 

                                                     

„Podwieszają nam trzy bomby, dwie po 250 i jedną ważącą 500 funtów

37

. Na 

odprawie uśmiecham się do dowódcy Skrzydła, zerkam w stronę dowódcy 
dywizjonu i nieznacznie podnoszę rękę. 

— Dobrze... Dywizjon poprowadzi porucznik Schiele. 
Jestem ucieszony. Po pierwsze ciekawy, daleki i ważny lot, a po drugie moje 

imieniny. Jeanne, myślę, widzisz... robię co mogę.. Bardzo dokładnie studiujemy 
fotografię wyrzutni. Jest ich kilka. 

Cały szereg betonowych bunkrów, platform i innych urządzeń. Niestety, zdjęcie 

robione jest z dosyć wysoka. Przez ramię zagląda Wacek.

38

 — Jak by to dobrze 

było, gdybyśmy tak zastali rakiety na wyrzutniach. 

— Wacuchna — mówię — ciebie dziś nie ma w składzie Odwal się! 
— Jestem, jestem... Przed chwilą sam się wpisałem na tablicę. Nie wierzysz, to 

idż, popatrz. 

Omawiamy lot i kierunek ataku. Zwracam się do chorążego M.

39

, najstarszego 

stażem pilota (wychował on całe pokolenia pilotów myśliwskich, jako instruktor, 
jeszcze przed wojną w Polsce). 

— Gdyby mi coś... tego... Albo gdybym pobłądził, to ty poprowadzisz. Dobrze? 
— Nie ma obawy — śmieje się Władek. 
— No to, panowie, idziemy do maszyn. Przyglądam się moim bombom. Ależ 

kluchy. 

Mechanicy kredą coś tam na nich wypisali (...) Na 6 tysiącach stóp lecieliśmy 

już idealnym kursem w idealnym szyku bojowym. Stary trick. Chodziło o to. by na 
artylerii niemieckiej sprawić wrażenie zwykłego patrolu myśliwskiego, a nie 
wyprawy bombowej. Poza tym w razie spotkania z Niemcami w powietrzu, po 
pozbyciu się bomb, nie wchodziłby już w grę czynnik zaskoczenia nas w 
nieodpowiednim szyku do przyjęcia walki Radia jednak nie podało dotychczas 
żadnego ostrzeżenia. Prała do nas nielitościwie artyleria i zmuszała do częstych, 
niedużych uników przez zmianę kursu. Jak tylko się trochę uspokajało, wracałem na 
kurs bojowy. Dolot dłużył się okropnie. Śledziłem uważnie mapę rozpostartą na 
kolanach. Ze smutkiem spoglądałem na zalaną wodą Holandię. Ren już 
przekroczyliśmy. Ale kto wie, gdzie on właściwie był. Tyle tu rzek, kanałów, 
zalewów, jezior i ładu pod wodą. Tylko miasta i wioski jak Wysepki tkwią w tym 
wielkim rozlewisku. Długie linie drzew wystających z wody znaczą szlak 
zatopionych dróg. Daleko z lewej pozostał Amsterdam, Powoli zbliżamy się do celu. 
Przed sobą widzę już Zoile. Miasto leży na przecięciu dwu rzek i kanału zapchanego 
barkami. Identyfikuję ceł. Jest. Widzę go. Ale jeszcze niedokładnie. Daję rozkaz 
ustawienia się do ataku. Lewa czwórka (Wacuchna) przechodzi dołem na prawą 
stronę-za prawą czwórkę (Władek), boczni prowadzących czwórki przechodzą na 

 

37

 Dwie bomby po 250 funtów podwieszano pod skrzydłami, a jedną pięćsetfuntową 

poci kadłubem Spitfire’a, między kołami. 

38

 Porucznik Wacław Stański – rekordzista 131 Polish Wing pod względem celnych 

bombardowań z lotu nurkowego. 

39

 Chorąży Włądysław Majchrzyk z przedwojennej krakowskiej 122 eskardy 

myśliwskiej. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

59 

prawą i tworzy się rząd dwunastu maszyn, lecących jednym ramieniem żurawia. 
Nalatuję na cel po prawej jego stronie. Patrząc w lewo w dół widzę wyraźnie 
wyrzutnię, jakieś baraki czy bunkry i dużo wielkich samochodów. Określam cel 
godzinami, starając się mówić jak najspokojniej. Rany boskie, ależ pierze do nas 
artyleria! Duże pole niedaleko celu, który ukrył się pod moim lewym płatem, 
roziskrzyło się błyskami dział. Czerwone kulki pocisków świetlnych zbliżają się ze 
wszystkich stron, im bliżej, tym szybciej, by w ułamku sekundy mignąć tylko obok 
samolotu. Trwa całe wieki, zanim cel wynurza się powoli spod płata. 

— Uwaga! Atakujemy... 
Znanym mi z tylu poprzednich lotów ruchem przewalam się z maszyną na lewy 

płat i nurkuję. Nie mam już czasu na nic innego, jak tylko na umiejscowienie 
centrum wyrzutni w świetlnym krzyżu mego celownika. Wyczekuję kilka sekund i 
wyrzucam bomby. Cudów nie ma. Muszą siedzieć w celu! Po ataku nie wyciągam, 
ale na pełnym gazie duszę maszynę w lewym skręcie. Teraz dopiero widzę, jak 
reszta samolotów zwala się jeden za drugim, nurkując. Cel błyska wybuchami 
widocznymi wśród dymu. Bomby! Po chwili jest po wszystkim i zbieramy się do 
kupy, pozostawiając gęsto zadymioną wyrzutnię daleko w tyle. Formujemy czwórki 
w czasie wznoszenia się. No, uczciwa robota. Są wszyscy! Niebawem wychodzę 
ponad cienką warstwę chmur i ziemia częściowo znika nam z oczu. Powrót upływa 
spokojnie. Raz tylko odzywa się ciężka artyleria, zarzucając nas czarnymi dymkami. 
Słusznie, przekraczamy linię frontu! Potem znowu jest zupełny spokój. Pogoda 
psuje się z minuty na minutę. Widoczność gwałtownie maleje, schodzę wobec tego 
nisko. Na niczym spełzają próby dokładnego zorientowania się według mapy. 
Rezygnuję. Proszę przez radio, o kurs do bazy i podają mi go prawie natychmiast. 
Koryguję nieco i kilka minut później drugi raz. Ale na szczęście wiem już, gdzie się 
znajdujemy. Lądujemy w deszczu.” 

 
W listopadzie działalność 131 Polish Wing zmalała. Lotnisko B-61 St. Denijs 

Westrem rozmokło i start samolotów obciążonych bombami stał się niebezpieczny. 
Ponadto częste mgły otaczały nagle lotnisko i lądowanie stawało się poważnym 
problemem. Tak było i tego dnia... 

131 Polish Wing wracał znad Holandii, z zadania polegającego na atakowaniu 

komunikacji nieprzyjaciela w pobliżu Amsterdamu, kiedy kontroler podał 
komunikat meteo ostrzegający o nadciągającej mgle. Prowadzący Skrzydło 
podpułkownik Aleksander Gabszewicz spokojnie wydawał komendy, ograniczając 
się tylko do niezbędnych słów. Gdy Skrzydło dotarło do Gandawy, ziemię 
zaścieliła już gęsta mgła. Z powietrza nie widać było ani zarysów pasa. ani granic 
lotniska, ani nawet wysokich wież gotyckich kościołów. Piloci próbowali zejść 
niżej, sądząc, że nad ziemią widzialność będzie lepsza, wysiłki te nie zdawały się 
jednak na nic. 

— Podaj mi kurs na jakieś czynne lotnisko — poprosił kontrolera Gabszewicz. 
— Na wszystkich alianckich lotniskach na kontynencie panuje mgła — 

brzmiała odpowiedź z ziemi. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

60 

— To podaj mi warunki lotu do Anglii, spróbuję tam dolecieć! 
— Niestety, w Anglii też mgła!   i 
— To co, do jasnej cholery, mam robić? — zirytował się dowódca, 

odpowiedzialny w tej chwili za 36 istnień ludzkich. 

W eterze przez moment panowała cisza, po czym kontroler powiedział: 
— I’m sorry, jedno, co ci mogę poradzić, to to, abyś postąpił zgodnie z King's 

Regulation! 

Tak, to była myśl. Regulamin Królewski, z którym mieli trudności Polacy, 

mówił jasno, co w takiej sytuacji należy zrobić. Trzeba skierować maszyny w 
stronę morza, aby nie pospadały na głowy okolicznych mieszkańców, a następnie. 
wyskoczyć ze spadochronami. Gabszewicz nie dopuszczał tej myśli do siebie. Co 
by na to powiedziała propaganda niemiecka — całe Skrzydło myśliwskie sławnych 
Polaków samodzielnie rozbroiło się w ciągu kilkudziesięciu minut?! Ale z drugiej 
strony, cóż innego pozostaje? Pod wpływem tych myśli zimny pot zrosił mu czoło. 

Nagle doznał olśnienia! Przypomniał sobie, że czytał niedawno tajny raport 

Intelligence Service o tym, że brytyjska służba budowy lotnisk urządziła na 
holenderskiej wyspie Walheren polowe lotnisko. Nie było tam jeszcze, co prawda, 
radia, paliwa ani środków zaopatrzenia, ale za to była rzecz najważniejsza — pas 
startowy. 

— Uwaga, wszystkie samoloty, tu mówi Oxo leader. Godzina druga! — 

słychać w słuchawkach spokojny głos Gabszewicza, po którego komendzie piloci 
przyjęli kurs północno-wschodni. 

Prowadzący szyk dowódca bił się ze swymi myślami. Jeśli nie zdążę przed 

nadciągającą mgłą, trzeba będzie zastosować się do regulaminu. Trzydzieści sześć 
Spitfire'ów pędziło do celu na pełnych obrotach, a w dole, po prawej stronie, w 
chmurach zaczęły się pojawiać „okna”, przez które prześwitywała granatowa tafla 
Morza Północnego i zarys niewielkiej wyspy. Mgły tu jeszcze nie było, ale z 
pewnością zaraz nadejdzie. 

— Uwaga, wszystkie samoloty, rozejść się do lądowania — zakomunikował 

dowódca. 

Piloci sadzali Spitfire’y bez przepisowego kręgu nad lotniskiem, gdyż nie było 

czasu na ceregiele. Na końcu wylądował podpułkownik Gabszewicz i dwie minuty 
później mgła otuliła gęstym szalem wyspę Walheren. Był to jeden z 
najsłynniejszych faktów w historii lotnictwa polskiego. 

W grudniu ze względu na złą pogodę 131 Polish Wing uczestniczył w niewielu 

operacjach. A oto najważniejsze wydarzenia, które miały miejsce w tym miesiącu, 
w ostatnim miesiącu 1944 roku. 

Szóstego grudnia w czasie startu do lotu bojowego (Spitfire nr ML.170) zabił 

się pilot dywizjonu 308 kapral Aleksander Stanisław Wierzejski. Pochowano go na 
cmentarzu w Lommel (Belgia). 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

61 

Siedemnastego dywizjony 131 Polish Wing wróciły do Gandawy nie 

wykonawszy zadania, gdyż  zła pogoda uniemożliwiła odnalezienie celu 
wyznaczonego do zniszczenia. 

Dwudziestego trzeciego dywizjony 131 Skrzydła bombardowały komunikację 

nieprzyjaciela w rejonie: Munster — Hamm — Dusseldorf — Neusse (Niemcy). 
Dwudziestego czwartego przeprowadziły wymiatanie w rejonie Akwizgran — 
Kolonia — Gladoach (Niemcy), a dzień później uczestniczyły w osłonie 
bombowców brytyjskich nad cel w St. Vith. Trzydziestego pierwszego grudnia 
Polacy bombardowali zgrupowanie wojsk niemieckich nad rzeką Maas. 

Z ludnością Gandawy żołnierze 131 Polish Wing nawiązali dość szybko 

serdeczne stosunki. Arcybiskup Gandawy z własnej inicjatywy odprawił w 
katedrze nabożeństwo za Polskę. W mieście założono Ognisko Belgijsko-Polskie. 
Któregoś dnia jeden z lotników polskiego Skrzydła wygłosił w operze odczyt o 
Polsce. Panie belgijskie zebrały 7000 franków na dzieci polskie ewakuowane z 
Warszawy, lotnicy ze swej strony urządzili gwiazdkę dla 550 biednych dzieci z 
Gandawy, przy czym pomocy technicznej udzielił Belgijski Czerwony Krzyż. 

I tak minął krakowiakom 1944 rok. 
 
 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

62 

                                                     

BITWA NAD GANDAWĄ 

 
W noc sylwestrową nad kontynentem wypogodziło się. a ranek 1 stycznia 1945 

roku wstał słoneczny i bezchmurny. O godzinie 7.30 dywizjony 131 Polish Wing 
wystartowały do zadania operacyjnego na północ od Renu w Holandii. 
Dowództwo Skrzydła było przekonane, że tego dnia w powietrzu nie pojawi się 
żaden samolot Luftwaffe, gdyż załogi będą odpoczywały po nie przespanej i suto 
alkoholem zakrapianej nocy sylwestrowej. W podobny sposób musieli rozumować 
Niemcy, bo około godziny 8.30 z okolic Enshede w Holandii wystartowała 
Jagdeschwader 1, składająca się z 60 samolotów typu Focke Wulf Fw-190 i 
Messerschrnitt Me-109. Piloci hitlerowscy kierowali się w stronę lotnisk w 
zachodniej Belgii, ale na skutek błędu nawigacyjnego część wyprawy pojawiła się 
nad lotniskiem B-61 St. Denijs Westrem, które służyło wówczas także samolotom 
gościnnym i akurat na murawie stały obok siebie Fortece, Liberatory i inne 
samoloty transportowe Widok takiej masy sprzętu musiał niewątpliwie ucieszyć 
Niemców, bo bez wahania znurkowali w stronę bezbronnej zwierzyny. Zaczęła się 
gra do jednej bramki. 

Około godziny 9.30 nad lotniskiem B-61 pojawiły się dywizjony 308 i 317, 

które wykonały właściwe zadania i zaalarmowane przez kontrolera pędziły na 
pełnych obrotach bronie swej bazy. Prawdziwy popis lotniczego kunsztu dali piloci 
krakowscy zestrzeliwując 12 1/2 samolotów niemieckich na pewno i 1 uszkadzając 
(w czasie walki zginął podporucznik Wacław Chojnacki — Spitfire nr J.281), 
dywizjon wileński zestrzelił 6 pewnych, 1 prawdopodobnie i 4 uszkodził (również 
przy stracie jednego pilota własnego), zaś poznaniacy musieli obejść się smakiem, 
gdy/ przylecieli za późno. Razem więc Luftwaffe straciła nad Gandawą 18 1/2 — 1 
— 5 Focke Wulfów zadając następujące straty Polakom: 2 pilotów zabitych w 
powietrzu i 3 żołnierzy obsługi na ziemi. A oto zwycięzcy zagrody krakowskiej, 
zestrzelił 2 pewne i 1 uszkodził — Bronisław Mach, zestrzelili po 2 pewne — 
Stanisław Breyner i Józef Stanowski. zestrzelili po 1 pewnym — Stanisław 
Bednarczyk, Wacław Chojnacki. Andrzej Dromlewicz, Ignacy Olszewski 
(dowódca eskadry „B”, który prowadził w tym locie „Zefiry”), Zygmunt Soszyński 
i Tadeusz Szlenkier

40

, zestrzelił na pewno 1/2 — Jerzy Główczewski. Zobaczymy, 

 

40

 Inżynier Tadeusz Szlenkier zaprojektował tablicę, którą -odsłonięto 22 września 1974 

roku w Gandawie w „Alei Ękrzydła Polskiego” na pomniku ku czci pamiętnej bitwy 
stoczonej przez pilotów 131” Polish Wing. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

63 

                                                     

jak wyglądało to piekło w relacji naocznych świadków. Mówi dowódca 131 Polish 
Wing podpułkownik Aleksander Gabszewicz

41

 

„Skrzydło nasze było w trakcie przenosin i lotniska B-61 St. Denijs Westrem do 

B-60 Grimbersen pod Brukselą. Wszystkie dywizjony, to znaczy samoloty, piloci, 
obsługa ziemna i część  łączności, pozostały jeszcze w Gandawie i stamtąd 
operowały. Ja, mój sztab, część łączności i część administracji przygotowywaliśmy 
lotnisko Grimbergen do przyjęcia samolotów Skrzydła, które miały stąd rozpocząć 
starty w pierwszych dniach stycznia, łączność radiowa i telefoniczna była nawiązana 
z obu lotniskami i dowództwem operacyjnym 84 Grupy. Nie bardzo chcieliśmy być 
rozdzieleni na sylwestra, ale rozkazu nie można było zmienić. Trzydziestego 
pierwszego grudnia specjalny goniec, motocyklista, przywiózł od majora Tadeusza 
Sawicza (mojego zastępcy), od kolegów pilotów i całego personelu list-zaproszenie 
na sylwestra. Połączyłem się telefonicznie z Sawiczem w Gandawie. 

— Tadziu, tu w Grimbergen jest pełno roboty, wiec muszę, zostać. Najlepiej, jak 

zrobimy zabawę po przeniesieniu do Grimbergen. Wyślij jutro o świcie trzysta ósmy 
i trzysta siedemnasty na patrolowanie frontu z bombami, trzysta drugi także, ale 
niech pozostawią dwie czwórki na ziemi! 

— Jak sobie życzysz — odpowiedział „Szczur” —Zatem wszystkiego 

najlepszego w ,nowym roku tysiąc dziewięćset czterdziestym piątym i żebyśmy 
wreszcie wrócili do wolnej Polski! 

Tego wieczora nic specjalnego się nie działo poza tym, że kilku nas zebrało się 

w Operation Room i wywoływaliśmy duchy. Zresztą zabawa się nie kleiła, więc 
zapowiedziałem, że jutro wstaję wcześnie, bo chcę porozmawiać z Sawiczem przed 
startem na operację, i wyrzuciłem sztab z pokoju. 

Rano, przed świtem, byłem już na nogach. Zagrzałem wody do golenia, zjadłem 

dwa suchary i połączyłem się z Gandawą. 

— Pogoda bezchmurna, dywizjon trzysta ósmy właśnie startuje — powiedział 

„Szczur”. 

— Dobrze. Ja będę w Operation przez osiemdziesiąt minut, a potem jadę na 

śniadanie — poinformowałem go na wypadek, gdybym mu był potrzebny. 

Był mroźny poranek. Na wschodzie niebo z czerwonego powoli zmieniało się w 

pomarańczowo-złote. Zobaczyłem oficera amerykańskiego, idącego od bramy 
wejściowej w kierunku Latającej Fortecy, która przyleciała wczoraj z grupką 
amerykańskich oficerów na sylwestra do Brukseli. 

— Good morning! 
— Good morning. — odpowiedziałem. 
— Idę przespać się trochę w samolocie — powiedział Yankes. — Około 

jedenastej wszyscy przyjdą i trzeba będzie startować. 

Połączyłem się telefonicznie z 84 Grupą. 
— Tak, mamy łączność radiową z waszym Skrzydłem. Wszystko gra. 

 

41

 Dowódca 131 Polish Wing otrzymał honorowe obywatelstwo gminy St. Denijs 

Westrem i miasta Grimbergen. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

64 

                                                     

Ogoliłem się i powiadomiłem swój sztab, że za dwadzieścia minut pojedziemy 

na śniadanie. Raz jeszcze telefonuję do 84 Grupy. 

— Wasze dywizjony za parę minut kończą patrolowanie — poinformował mnie 

Operation Officer. 

Wychodzę z Operation i idąc do swojego samochodu zawiadamiam sztab, że 

możemy jechać. Wtem dostrzegam formację samolotów w niskim locie. Zbliżają się 
do lotniska B-60. W pierwszej chwili pomyślałem sobie, ze to moje Polusy chcą 
nam złożyć wizytę w drodze powrotnej z patrolowania. Nie! To nie Spitfire’y! O 
rety! To Focke Wulfy! Zaczynają strzelać... 

— Uciekać, to Niemcy! — krzyczę do zdezorientowanych gapiów, biegnąc do 

Operation Room. 

Wpadam tam i daję nura na podłogę pod stół, gdzie zainstalowane są telefony. 

Po chwili mam na linii 84 Grupę. 

— Gabby speaking from B-60 — krzyczę do słuchawki. — Formation of Focke 

Wulf’s strafes Grimbergen! 

Kładąc słuchawkę na widełki słvszę, jak pociski walą w ścianę Operation Room 

Szyby w oknach rozsypują się. Czołgam się ku drzwiom, które są otwarte. 
Dostrzegam, że obok drzwi stoi Karabin. Sprawdzam — naładowany. Focke Wulfy 
obrabiają Fortece ze śpiącym wewnątrz Amerykaninem oraz samochody ciężarowe. 
Wychylam się przez drzwi i biorę na muszkę pierwszego Focke Wulfa. Strzelam raz 
za razem, aż wyczerpuję zapas amunicji. Teraz dopiero dostrzegam, że telefon 
brzęczy. 

— Group captain Gabby speaking! 
— Mówi osiemdziesiąta czwarta Grupa — brzmi głos w słuchawce. — Czy to 

prawda, że Focke Wulfy były nad waszym lotniskiem? 

— Nie tylko były, ale jeszcze są. Rozmawiam z wami leżąc pod stołem i trzęsąc 

się ze strach! 

Cały atak na Grimbergen mógł trwać z kwadrans. Staram się połączyć z 

Sawiczem w Gandawie, ale telefon nie odpowiada. Wychodzę na dwór. Samochód 
mój nietknięty, Forteca też stoi jak stała. Podjeżdżam do niej, aby zobaczyć co z 
Amerykaninem. Na mój widok gramoli się spod kadłuba jęcząc. 

— Of! My God! Kule tak blisko przechodziły,  że pomiędzy mną a moim 

ciałem.

42

Widzę,  że nie jest ranny, więc zostawiam go i jadę na drugi kraniec lotniska, 

gdzie w domkach szukali schronienia nasi żołnierze. Na skraju lotniska dostrzegam 
jakiś rozbity samolot. To Focke Wulf! Przy nim grupka polskich żołnierzyków z 
karabinami i pilot niemiecki w kombinezonie. Kuropatwa wpadła do chłodnicy 
Focke Wulfa i przegrzany silnik zatarł się. 

Przywiozłem jeńca w asyście dwóch żołnierzy do sztabu. Umieściliśmy go z 

wartownikiem w pustym pokoju. Łączę się telefonicznie z 84 Grupą. 

— Była wielka bitwa nad Gandawą, ale nie znamy jeszcze szczegółów — 

mówią. 

 

42

 Between me and body. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

65 

                                                     

— W takim razie jadę sprawdzić, co się tam dzieje, bo też nie mogę się z nimi 

połączyć. 

Przez dwie godziny dręczyły mnie czarne myśli i niepewność. Wreszcie 

dotarłem do Gandawy. Parę mil od lotniska widzę duży słup czarnego dymu 
przysłaniający miasto. Przed bramą lotniska St Denijs Westrem tłumy ludzi. Chyba 
wyległa cała ludność Gandawy. Wjeżdżam do środka. Składy benzyny wciąż płoną. 
Spalone Spitfire’y, Fortece i Halifaxy tlą się jeszcze. Szukam Sawicza. Podobno jest 
w Operation Room. 

— Ja mam bzika, czy wy? — zwracam się do „Szczura” widząc,  że 

towarzyszący mu piloci śmieją się. 

— Olek, ale daliśmy im bobu! — Obejmuje mnie uradowany Sawicz. 
— Tadziu, co się stało? Powiesz wreszcie? 
— Olek, czy ty możesz to sobie wyobrazić. Gdy oni objeżdżali nas w lewo i 

prawo z działek i kaemów, nadleciały dywizjony krakowski z wileńskim i rozpoczął 
się cyrk nad lotniskiem. Szkoda tylko, że nie mieli chłopcy więcej benzyny... 

— Jaki rezultat? — zaciekawiłem się. 
— Dwadzieścia jeden «fok» zestrzelonych na pewno, jedna prawdopodobnie a 

cztery uszkodzone.

43

Po bitwie Dowództwo 131 Polish Wing wystąpiło.  
— Pięknie — uśmiechnąłem się — a straty

44

 w ludziach? 

— Piloci Chojnacki z Powierzą oraz mechanicy Bielka-Koczwara, Komorowski 

i Sikora — twarz „Szczura” posmutniała. — Poza tym siedemnastu ciężko rannych i 
siedmiu lekko. Lekarze i kapelan Nowacki mają pełne ręce roboty (...).” 

 
Opowiada pilot dywizjonu 308, plutonowy Jerzy Główczewski. któremu 

przyznano zestrzelenie połówki „foki”: 

 

„(...) Lot odbywał się normalnie. Nadlecieliśmy nad cel. Zrzuciliśmy bomby. 

Nienormalne było tylko to, że w tym miejscu nikt do nas nie strzelał. Wracamy. 
Znów ta sama cisza, znów wszystko wróciło do normy, znów nic się nie dzieje. 
Wtem ciszę przerywa głos w słuchawkach. 

— Hallo... leader, w okolicy Bredy nisko lecące szkopy... Pójdź i zobacz. Over. 
— Sorry, jesteśmy w drodze powrotnej, mało benzyny... Out! 
Zacząłem rozglądać się po ziemi Często zawiadamiają nas o Niemcach, ale 

nigdzie leszcze ich nie widziałem. Może jednak da się coś zobaczyć. Mijamy 
Antwerpię. Do bazy jeszcze kilkanaście minut lotu. A tu znów głos w słuchawkach. 

— Patrzcie. Coś wybuchło na brzegu! 

 

43

 Po bitwie Dowództwo 131 Polish Wing wystąpiło do Dowództwa 84 Grupy z 

wnioskiem o przyznanie: 21—1—4 samoloty wroga zniszczone, jednak po 
rozpatrzeniu Grupa przyznała 18 1/2—1—5. 

44

 Straty materiałowe 131 Polish Wing wynosiły: 2 samoloty w walce 3 uszkodzone 

przy ładowaniu, 18 zniszczonych na lotnisku i 2 uszkodzone. Ponadto uszkodzonych 
zostało kilkanaście samolotów brytyjskich i amerykańskich, stojących gościnnie w 
B-61. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

66 

I rzeczywiście widzę wybuch nad rzeką, jakby ktoś  użył wielkiego miotacza 

płomieni. Pod nami dymki artylerii przeciwlotniczej. Czyżby zrzucili jakiegoś z 
zapowiadanych szwabów? Małe poruszenie w szykach i znów spokój. Zaczynam 
teraz rozglądać się na dobre. Mijają dwie minuty i znów głos kontrolera. 

— Hallo... leader. Około sześćdziesięciu szkopów idzie kosiakiem na Brukselę. 

Idź za nimi! 

I znów to samo. 
— Sorry, wracam do bazy, mam mało benzyny... Psiakrew. Co za pech! Tym 

razem wygląda mi to na prawdę, na pewno można by było coś ciekawego zobaczyć. 
Tymczasem nie ma benzyny. Naciskam guzik wskaźnika. Kiepsko — 20 galonów. 
Widzę, jak formacje się rozluźniają i samoloty zaczynają się kołysać. To z 
pewnością każdy zaczyna wypatrywać. Lecimy w trzech czwórkach na wysokości 
2000 stóp. Widzialność doskonała. Oczy bolą od wytężania wzroku. A może coś 
będzie? I rzeczywiście... 

— Szwaby z lewej. Atakuję! — aż w uszach wierci, tak krzyknął. 
Nim się spostrzegłem, wybuch na ziemi, potem dwa na raz i za chwilę: 
— Zestrzeliłem jednego, Blue jeden! 
Mówi niesłychanie szybko i czuję,  że jest podniecony. Oczy wychodzą mi z 

orbit, ale nic nie mogę dojrzeć. Naraz jest — widzę! Jakaś maszyna w dziwnym 
wywrocie, tuż nad ziemią. Ależ wariat, na pewno się zabije. Potem jakieś iskierki na 
nim. 

Zniknął mi z oczu. Znow jest, ale jak dziwnie wygląda. Aha! Na plecach, słup 

ognia... Tak jak był, w tej pozycji, wjechał w chałupę przy drodze. No, ten to strzela, 
pomyślałem sobie. 

W obrębie pół kilometra dopalają się cztery maszyny. Nie jestem pewien, czy to 

są wszystka szkopy. Mozę któryś z naszych też?... W każdym razie zestrzelenia są. 
Muszą zaliczyć. Tak stoimy! Pierwsza walka powietrzna, jaką widziałem. Cm za 
emocja! Trochę strachu też. Mam wrażenie, ze mi oczy wylazły na pół metra z 
głowy — nic me mogę dojrzeć. Nie ma więcej Niemców. Odbezpieczam i 
zabezpieczam działka, zapalam i gaszę celownik, i w ogóle chcę wybić  głową 
kabinę. Wódz zawraca naś, bo z benzyną bardzo krucho. Józio Stanowski poleciał 
już dawno do domu. aby lądować pierwszy, bp u niego było najgorzej. Dolatujemy 
do miasta. Z drugiej strony jest nasze lotnisko. Widać tam jakieś  błyski i ogień. 
Strzelają? Ale kto? Jestem tak podniecony i zdenerwowany, że nie rozumiem, co się 
dzieje. Dopiero Józio skądś woła, że to Niemcy »strafują«. Nabieramy wysokości i 
okrążamy lotnisko. Trzymam się Wacka Cbojnackiego i czuję się dziwnie pewny 
przy nim. Ale spociłem się. W dole ogień i czarne dymy zasłaniają runway i 
dispersale, zachodzą na miasto. Na tym tle migają sylwetki samolotów. Rozpoznaję 
Fw-190. Chodzą we wszystkich kierunkach. Złote iskierki wędrują po ziemi i co 
chwila wzniecają nowe pożary. 

Nie wiem, kiedy zapaliłem celownik i odbezpieczyłem działka. Wiem tylko, że 

zaraz, lada moment odwalę w bok od prowadzącego i pójdę w dół. Dziwne uczucie, 
gdyż to jest niemal fizyczny nakaz, że tak muszę zrobić,  że to musi się stać. W 
pewnej chwili spostrzegłem, ze Tadzio Szlenkier, który był w naszej trójce, gdzieś 
zniknął. Więc i czas na mnie Teraz jest okazja, teraz albo nigdy Przewracam 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

67 

maszynę przez prawe skrzydło w momencie, gdy widzę jednego Focke Wulfa, który 
idzie prosto na lotnisko: Mam przewagę jakichś 3000 stóp Więc szybko zachodzę go 
od tyłu. Cały drżałem wewnątrz, chociaż ruchy, jak sobie przypominam, miałem 
zupełnie opanowane (...). Widzę czarną sylwetkę w celowniku. Odległość jest 
jeszcze duża, ale nie wytrzymuję i naciskam spust. Złote błyski na czarnych 
krzyżach. W tym momencie Niemiec robi gwałtowny zakręt podciągany w lewo i 
wpada w czarny dym wiszący nad lotniskiem. Idę za nim. Przez moment ogarnia 
mnie ciemność. Wyrywam do góry. Znów jasno. Niemiec jest przede mną. Pcham 
wszystkie manetki do przodu i zbliżam się do niego. Siedzę mu na ogonie, ale 
jeszcze nie strzelam. Bliżej. Nagle on robi gwałtowny wywrót w dół. Machinalnie 
powtarzam ten manewr i wówczas włosy stanęłyby mi na głowie, gdyby miały czas. 
Byłem tuż nad ziemią. To były najgorsze chwile: zdążę wyciągnąć, czy nie. 
Ściągnąłem z całych sił, aż mnie zamroczyło. Niemiec wyprowadził, a mój Spitfire 
też nie zawiódł. Znów mam przeciwnika przed sobą, znów wywrót i w koło, nie 
wiem, ile razy. Nareszcie rozkrzyżował mi się w celowniku. Strzelam. Wybuchy 
pocisków na prawym skrzydle i nagle duża eksplozja. W kabinie. Niemiec sypiąc z 
siebie jakieś kawałki wywraca się na plecy. W tym momencie widzę czerwone 
smugi idące pod i nad moimi płatami. Rzut oka w lusterko i orientuję się, że mam na 
ogonie dwa Focke Wulfy. Okrągły łeb czerni się całkiem groźnie. Zostawiam mego 
pierwszego i wyrywam w lewo w górę. Oślepiająca jasność zalewa kabinę. Idę pod 
słońce. Znów się oglądam. No, chwała Bogu, jestem sam! Najwyższy czas lądować, 
gdyż wskaźnik benzyny pokazuje trzy galony. Zaczynam się rozglądać. W dali 
czarny pióropusz dymu. Więc tam jest lotnisko. Redukuję obroty do minimum i z 
duszą w piętach zbliżam się w tamtym kierunku Na szczęście nie widzę  żadnego 
Focke Wulfa. Przeszkadza mi strasznie szum w słuchawkach. Po pewnym dopiero 
czasie orientuje się,  że to ja tak ciężko oddycham. W tej chwili ktoś mówi., że 
można lądować z wiatrem, gdyż od tej strony podejście nie jest pokryte dymem. 
Wypuszczam podwozie i klapy i bez rundy ląduję. Skręcam w prawo z runwayu, 
wyłączam silnik, wyskakuję z maszyny i czując ziemię pod nogami śmieję się 
głośno. Wszystko jest O.K.” 

 
I jeszcze ciekawy opis tego, co się działo na ziemi. Jego autorem jest rusznikarz 

dywizjonu 302 starszy sierżant Zygmunt Suliński, nieco rozgoryczony, że 
dywizjon poznański, jego dywizjon, nie zdążył wziąć udziału w walce. 

 

„Samoloty niemieckie wprost przygniatały nas do ziemi. Gwizd silników i 

pocisków z działek oraz karabinów maszynowych był czymś przeraźliwym. 

W ciągu paru minut część samolotów gościnnych i Spitfire dywizjonu 302 palą 

się. Jeden z Focke Wulfów leci wprost na mnie. Zamarzła ziemia dudni pod gradem 
pocisków i odpryski zamarzłej grudy zbliżają się nieuchronnie w moim kierunku. 
Co robić? Jestem bezsilny. Chcę schować się pod ziemię i nagle czuję uderzenie w 
lewe przedramię, które raptownie drętwieje. Muszę coś zdecydować. Objąłem prawą 
ręką przedramię. Trzymam się i biegnę co sił od samolotu, przy którym leżałem. W 
czasie biegu zauważyłem rampę betonową. Nigdy tej rampy poprzednio nie 
widziałem, a teraz jest ona jedyną deską ratunku. Poczułem się bezpieczny i mogę 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

68 

obserwować, co dzieje się dokoła mnie (...). Niemcy nadal ostrzeliwują lotnisko. 
Skład benzyny się pali. Wozy ciężarowe płoną. Piekło na ziemi. Każda minuta była 
godziną. Kiedy się to wreszcie skończy? Przedramię piekielnie mnie boli. Wtem 
widzę coś, w co nie mogę uwierzyć. Między Focke Wulfami latają Spitfire’y. Jeden, 
dwa, trzy... Już jest ich pięć... dziesięć. To nasze Skrzydło przyszło z odsieczą! Co 
za wspaniały widok. Każdy Focke Wulf ma na swoim ogonie Spitfire’a. Rozpoczął 
się krwawy taniec myśliwców nad Gandawą. Pierwszy atak zapalił 7 czy 8 Focke 
Wulfów. I to w naszych oczach, nad samym lotniskiem. Widać teraz wkoło 
Gandawy pojedynki Spitfire’ów z Focke Wulfami. I znów słup ognia. To jeszcze 
jeden samolot nieprzyjacielski zestrzelony. 

Inny Focke Wulf, ścigany przez Polaka, leci tuż przy samej ziemi, aż w pewnym 

momencie zawadzą skrzydłem o kadłub palącego się Halifaxa, wali się na ziemię i 
koziołkując na przestrzeni około 100 metrów rozpada się w kawałki. Wybuch 
benzyny przesłania ten okropny widok śmierci człowieka i samolotu. Walka odsuwa 
się stopniowo od lotniska. Niemcy uciekają. Nasi w pościgu. Już  są daleko, ale 
znów widać dwa, trzy wybuchy. Ktoś odniósł zwycięstwo Boże, daj, żeby to był 
Polak! 

W dziesięć minut później zaczynają nasi wracać i lądować. Jak spod ziemi 

zjawiają się mechanicy i już biegną na spotkanie kołujących Spitfire’ów. A ja siedzę 
pod rampą i nie mogę się ruszyć. Jestem wściekły, ze nie mogę wyskoczyć na 
spotkanie mojego dywizjonu, bo ten udziału w walce nie wziął.” 

 
Gwoli ścisłości historycznej dorzucimy do tych relacji jeszcze jeden dokument. 

W dwa tygodnie po bitwie, 13 stycznia 1945 roku, pewien dostojnik polski przesłał 
na ręce dowódcy Polskich Sił Powietrznych następujące pismo: 

 

„Panie Generale! Meldunek Pana Generała o wyjątkowym sukcesie bojowym 

naszych dywizjonów myśliwskich w Belgii w dniu 1 stycznia b.r. sprawił mi wielką 
radość. Pragnę więc na ręce Pana Generała przesłać wyrazy szczerego uznania dla 
naszych dzielnych myśliwców. Lotnictwo polskie od »Battle of Britain« poprzez 
długi okres ciężkich wypraw bombowych i zagonów myśliwskich aż do dnia 
dzisiejszego spełnia z wielką ofiarnością swój żołnierski obowiązek i jestem 
głęboko przekonany, ze spełniać go będzie z takim samym oddaniem i 
poświęceniem w służbie Ojczyzny aż do końca.” 

 
Tego samego dnia, w którym podpisano owo pismo (13 stycznia), dywizjon 

krakowski wraz z resztą 131 Polish Wing przeniósł się na lotnisko B-60 
Grimbergen koło Brukseli, skąd operował nadal nad Holandią i na zapleczu 
północnego odcinka linii Zygfryda. Coraz częstsze loty nad Niemcy sprawiały 
pilotom wiele satysfakcji, gdyż w odróżnieniu od roku 1939 mogli nareszcie jak 
równy z równym skrzyżować szpady z Luftwaffe. A oto najważniejsze wydarzenia 
z lutego 1945 roku. 

 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

69 

Ósmego, startując z wysuniętego lotniska B-85 Schijndel (na wschód od 

Tilburga w Holandii), piloci dywizjonu zbombardowali fabrykę amunicji położoną 
na południowo-wschodnim skraju Reichswaldu. Trzy dni później, 11 lutego, 
plutonowy Stanisław Breyner, lądując po drugim locie bojowym w tym dniu 
(Spitfire nr MH.451) rozbił samolot na brzegu pasa startowego. Ciężko rannego 
przewieziono do szpitala w Brukseli, gdzie zmarł. 

W nocy z 24 na 25 na lotnisku B-60 Grimbergen, przed kwaterami obsługi 

naziemnej dywizjonu krakowskiego, wylądował samolot-pocisk V-1. Na szczęście 
przed uderzeniem o ziemię zawadził on o drzewo i złamawszy skrzydła upadł na 
płask (zamiast na głowicę), co zapobiegło zwolnieniu zapalnika i wybuchowi. 
Samolot-pocisk zatrzymał się tuż przed drzwiami budynku, więc przerażeni 
mechanicy ratowali życie... skacząc przez kadłub V-1... Nad ranem samolot-pocisk 
rozebrano jako zwykły niewypał i odtąd personel dywizjonu 308 zaczął sobie robić 
pamiątkowe zdjęcia na tle tego niezwykłego trofeum wojennego. 

Następny miesiąc — marzec 1945 — był znacznie obfitszy w zdarzenia. W 

pierwszej dekadzie, w ślad za oddalającym się frontem, dywizjon krakowski 
przeniesiony został z Belgii do Holandii, do Gilze-Rijen koło Bredy, na odludne 
lotnisko B-77. nad którym często przelatywały samoloty-pociski V-1. Głównym 
zadaniem pilotów polskich było teraz zwalczanie linii komunikacyjnych i 
transportu W obszarze między Renem a Mozą. Zadanie to było bardzo ważne, 
ponieważ Niemcy usiłowali wywieźć z Holandii materiały i robotników, natomiast 
wwozili transporty V-1 i V-2, którymi ostrzeliwali później Antwerpię, Brukselę i 
Londyn. Prawdziwym majstersztykiem było takie trafienie ze Spitfire’a bombą w 
tor kolejowy, które powodowało przerwanie stalowych szyn. 

Dziewiętnastego marca dywizjony 131 Polish Wing odniosły wielki sukces — 

przecięły w 48 miejscach szyny kolejowe w Holandii. Tego samego dnia jeden z 
pilotów krakowskich dostrzegł obok zabudowań stacyjnych, do których zbliżały 
się Spitfire’y, złoża jakiegoś materiału. Kiedy wyrzucił w to miejsce swą bombę, 
nastąpił tak silny wybuch, że na wysokości 1300 metrów odłamki materiału 
niesione podmuchem uderzyły w samolot powodując jego uszkodzenie. Była to 
przypuszczalnie składnica balistycznych pocisków rakietowych V-2. 

Dwudziestego marca dywizjony polskie przerwały w 15 miejscach tory 

kolejowe, wznieciły pożar w fabryce i zbombardowały budynki dowództwa 88 
korpusu w pobliżu Zeist, za co otrzymały gratulacje z dowództwa kanadyjskiej 1 
armii. 

W czasie odprawy przed lotem w okolice Amersfoort podpułkownik 

Gabszewicz zapytał  żartobliwie pilota dywizjonu krakowskiego, kapitana 
Wardzińskiego: 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

70 

                                                     

— A ty, Eryku, nie chciałbyś może odwiedzić swoich holenderskich 

przyjaciół?

45

Koledzy wybuchnęli  śmiechem, a Wardziński zawstydzony zwiesił  głowę. 

Zbiegiem okoliczności kilka godzin później pilot ten został ponownie zestrzelony 
przez artylerię przeciwlotniczą... Dotarł znów do swoich wybawców, a po jakimś 
czasie przekradł się przez linię frontu i zgłosił do wojsk alianckich. Kolegom z 
dywizjonu 308 tak wyjaśnił powody swego pośpiechu: 

— Mogłem zostać tam dłużej, ale po odwiedzeniu moich holenderskich 

przyjaciół znudził mi się dalszy pobyt na tym depresyjnym lądzie. A poza tym nie 
miałem już co palić... 

Dwudziestego pierwszego dywizjony 131 Polish Wing przyłapały pociąg w 

ruchu i zablokowały go dwiema .celnymi bombami, wysadziwszy tor przed i za 
pociągiem, następnie uszkodziły lokomotywę i 9 wagonów. Tego samego dnia 
zniszczono most i fabrykę oraz obóz niemieckich oddziałów spadochronowych. 

Dwudziestego czwartego w związku ze sforsowaniem przez oddziały 21 Grupy 

Armii Renu pod Wesel. Nanlen i Rees dywizjony 131 Polish Wing otrzymały 
zadanie osłony ładowania wojsk alianckich w rejonie Północnej Nadrenii. 

Ale wróćmy jeszcze do owego pociągu, który dwudziestego pierwszego został 

przyłapany przez dywizjon krakowski. Barwne sprawozdanie z tego lotu złożył 
jeden z czołowych „Zefirów” porucznik Wacław Stański: 

 

„Siedzieliśmy przed barakiem i ćmiąc papierosy omawialiśmy wieczorny wypad 

do Antwerpii. W mieście tym. dawno już wyzwolonym, można było się nieźle 
zabawić. Nagle rozmowę przerwał nam terkot telefonu służbowego. Po chwili 
dyżurny kancelista Franus Blachnik zameldował. 

— Dowódca Skrzydła prosi dowódcę dywizjonu! Siedzący wśród nas kapitan 

Karol Pniak, zwaliste chłopisko, leniwie powlókł się do telefonu. Dobiegły nas 
strzępy rozmowy. Karol wyróżniał się tubalnym głosem, mówiono, że to piękny 
»sznaps-baryton«. Nie wiem, ile było prawdy w tym stwierdzeniu. Wiem tylko tyle, 
że dotychczas nie udało mi się. spotkać człowieka o podobnym głosie. 

 

45

 29 lutego 1944 roku porucznik Eryk Wardziński (wówczas pilot brytyjskiego 145 

dywizjonu myśliwskiego) został zestrzelony przez artylerię przeciwlotniczą i 
wyskoczył ze spadochronem nad Holandią. Wylądował szczęśliwie w okolicach 
Apeldoorn, ale Niemcy zauważyli go z daleka, gdy opadał ze spadochronem. 
Wardziński schował się w stogu siana, gdzie przeleżał 3 dni i noce, podczas których 
Niemcy przeczesywali okoliczny teren. „Nigdy przedtem nie zdarzyło mi się, aby 
Niemcy przywiązywali taką wagę do wyeliminowania mnie z wojny” — opowiadał 
później swoim kolegom. Po 72 godzinach pobytu w sianie pilot poczuł taki głód, że 
zdecydował się wyjść ze swej kryjówki bez względu na konsekwencje. Szczęśliwie 
na swej drodze spotkał Holendra, który był członkiem organizacji podziemnej, i ten 
zajął się Polakiem. Ukrywał go przez 8 miesięcy. Pod koniec 1944 roku Wardziński 
został przerzucony do Anglii i podjął służbę operacyjną w dywizjonie 308. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

71 

                                                     

— Tak, stary, o co chodzi? — pytał Pniak. — Co? Ponad sto sweepów? Na jaką 

cholerę? 

Nastąpiła dłuższa przerwa. Widocznie dowódca rn drugim końcu drutu 

przekonywał Karola. 

— Cholera wie, kogo ci dać. Staszek na urlopie. Dobra, dam ci Wacka. 
— Którego? 
— Jak to którego, przecież mam tylko jednego, tego od spraw barowych. Dobra. 

Zaraz ci go daję. 

Oczy siedzących skierowały się na mnie. Ja jeden w tym gronie nosiłem to 

piękne imię. Karol tymczasem wyszedł z baraku. Przeciągnął się, ziewnął i rzucił do 
mnie przez ramię. 

— Ty, frajerze, zadzwoń do starego. Ma coś dla ciebie! 
Błyskawicznie przerzuciłem w pamięci wszystkie swoje ostatnie wyskoki i 

wpadki. Ze starym żartów nie było. Ponaglony przez Karola, podniosłem słuchawkę. 

— To ty, bzdeciarzu? — pytał Gabszewicz. 
— Tak jest, panie pułkowniku — wyrecytowałem jednym tchem. 
— Ile masz sweepów? Latałeś bojowo w nocy? 
— Dokładnie nie pamiętam, ale chyba około stu pięćdziesięciu. Jeśli zaś chodzi 

o noc, to przypominam, że jestem z trzysta ósmym, a nie trzysta siódmym

46

— Widać od razu, bzdeciarzu, żeś nie zaglądał do kroniki dywizjonu, którą z 

takim mozołem prowadzą twoi koledzy, bo inaczej wiedziałbyś, że już od pięciu lat 
twój dywizjon specjalizuje się  właśnie w lotach nocnych — rzucił Gabszewicz 
cierpką uwagę. 

— Dziś zajrzę, panie pułkowniku — zameldowałem nieco wstydliwie... 
— Już dobrze — załagodził sprawę stary. — Bądź u mnie o osiemnastej! 
Zjawiłem się w sali operacyjnej z wyjątkową punktualnością. Stary stał przed 

mapą północno-zachodniej Europy, zawzięcie dyskutując z którymś z oficerów 
intelligence. 

— No, jesteś — odpowiedział na moje przywitanie. — Słuchaj i gadaj, jak 

będziesz pytany. Sytuacja jest taka — zaczął swój wywód ni to do mnie, ni to do 
mapy. — Siedzimy w Gilze-Rijen już tyle czasu i będziemy siedzieć do... śmierci. 
Tak samo siedzą nasze oddziały naziemne. Niemcy też. Z tą różnicą,  że nasi po 
jednej stronie rzeki, a Niemcy po drugiej. A dlaczego? Bo nasza robota jest do kitu. 
Szkopy mają amunicję, fleish i papierosy. Krasnoludki im donoszą, czy jak, do 
ciężkiej cholery! 

Skąd te pretensje do nas, pomyślałem. Człowiek lata, nerwy traci, a tu nawet 

dobrego słowa. 

— Jak już powiedziałem — wiódł dalej Gabszewicz — szkopy biedne nie są. 

Mają  żarcie i amunicję. A więc zaopatrzenie u nich gra. A my nie umiemy tego 
zlikwidować. Zapełnione pociągami stacje kolejowe, a jednocześnie brak 
jakiegokolwiek ruchu kolejowego i drogowego w dzień. 

O czymś to chyba świadczy. O czym? Jak palnięty pałką w łeb, strzeliłem: 

 

46

 Polskie Siły Powietrzne w W. Brytanii (1940-45) posiadały tylko jeden dywizjon 

mysliwski nocny – 307. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

72 

— Wiadomo, transportują nocami, etapowo. A w dzień korzystają z azylu miast 

holenderskich, gdzie nie wolno nam atakować. 

— No widzisz — roześmiał się stary. — Głowę to ty masz pośrodku, żeby tylko 

nauczyła się myśleć. Ale, krótko, plan jest taki: wystartujemy dwójką bez bomb o 
godzinie drugiej w nocy i polecimy w Holandię. Napotkane na trasach pociągi 
ostrzelamy, niszcząc lokomotywy. W tym czasie dywizjony będą stać w readinesie z 
bombami. Po unieruchomieniu pociągu podamy fixa i one wykończą robotę. 

— Plan świetny, tym bardziej że będziemy działać z zaskoczenia — wyraziłem 

swoją opinię. 

Po ustaleniu szczegółów dotyczących startu, trasy lotu, sposób, w atakowania i 

innych drobnych detali odmeldowałem się. Stary zabronił mi tym razem zamknięcia 
baru w kasynie oficerskim, co było moim uświęconym tradycją zwyczajem. W noc 
ciemną, rozświetloną tylko lekko przebijającą przez cienką warstwę chmur poświatą 
księżyca, startowaliśmy. Gabszewicz — dowódca Skrzydła, i ja — skromny pilot 
308 dywizjonu. Po starcie wygasiliśmy  światła pozycyjne i wzięliśmy kurs na 
północny wschód. Podczas kołowania na pas startowy widziałem gorączkowy ruch 
na dispersalach dywizjonów 302, 308 i 317. Chłopcy przygotowywali się do 
kończenia roboty, którą my mieliśmy zacząć. W świetle samochodowych 
reflektorów widziałem pochylone sylwetki mechaników, wieszających po trzy 
bomby pod każdego Spitfire’a, oraz grupki pilotów przygotowujących się do lotu. 

Wznosiliśmy się ostro do wysokości 2500 stóp, by na niej przekroczyć linię 

frontu, znaczoną srebrzystymi wstęgami rzek i licznymi lustrami rozlewisk. 
Odłączyłem od Gabszewicza i przystroiłem się do szyku bojowego. Podczas 
przekraczania linii frontu panowała absolutna cisza. Widocznie szkopy spali albo nie 
chcieli zdradzać swoich stanowisk ogniowych, bagatelizując przelot dwóch 
Spitfire’ów Nagle w ciszę spokojnego lotu wdarł się głos starego: 

— Patrz w prawo, w dół 
Głęboko w dole zobaczyłem wstęgę skier, zakończoną białym pióropuszem 

dymu. Przysłaniała dwie nitki srebrzących się torów kolejowych. 

— Pociąg! Atakujemy! — krzyknął stary. 
Gabszewicz spłynął pod moim samolotem w prawo i po chwili leciał już w dół 

na idący spokojnie pociąg. Półwywrotem poszedłem za nim. Otworzył ogień z 
nieprawdopodobnie, jak na-nocne warunki, bliskiej odległości. Zobaczyłem 
czerwony wybuch i wykwit pary nad lokomotywą. Przymierzyłem się, otworzyłem 
ogień z armatek i karabinów jednocześnie. Potem wpadłem w obłok pary i straciłem 
prowadzącego z oczu. Usłyszałem jego głos. 

— Pierwszy dywizjon, w odległości dziesięciu kilometrów na wschód od 

Hilversum unieruchomiony pociąg. Kończyć! 

Na tle jaśniejszej chmury ujrzałem sylwetkę samolotu Gabsia i do niego 

dołączyłem. W słuchawkach odezwał się znajomy głos Karola Pniaka, dyrygującego 
dywizjonem 308. Zgodnie z. planem dywizjon wystartował, by dokończyć dzieła. 
Powróciliśmy na kurs północno-wschodni. W rejonie Zwolle unieruchomiliśmy 
drugi pociąg. Gabszewicz poderwał 317 dywizjon. Tymczasem w eterze znowu 
zabrzmiał głos Pniaka: 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

73 

                                                     

— Ainswerthy

47

, cel pod nami, atakujemy! 

To 308 kończył zaczęte przez nas dzieło, niszczył bombami, ogniem działek i 

cekaemów pociąg pod Hilversum. Skierowaliśmy się na zachód. Chmury nad nami 
już się przetarły, obojętny księżyc rozświetlił płaski dywan holenderskiej ziemi. W 
tyle za dymiącym pod Zwolle pociągiem, powyżej linii horyzontu, zarysował się 
wyraźnie cichy, spokojny świt. Karol Pniak rozrzucił 308 dywizjon do lądowania. 
Kolejno siadali w bazie, kwitując to radiowymi meldunkami. W eter włączył się 
dywizjon 317. atakujący pociąg pod Zwolle. 

— Dobra — dyrygował dowódca kapitan Marian Chełmecki. — jeden, dwa, 

trzy, cztery w celu. A teraz działka. Strzelać krótko!... W porządku, zbieramy się do 
domu! 

Zrobili piękna robotę, myśli, i spoglądam na jasną sylwetkę prowadzącego 

Spitfire’a, do którego zbliżyłem się na odległość paru metrów. Gabszewicz spojrzał 
na mnie i kiwnął  głową. Kontynuowaliśmy zadanie. Lot na zachód. Trzeciemu 
polskiemu dywizjonowi nie dane było odpoczywać tej nocy. Podobnie jak 308 i 317 
poderwała go radiowa komenda Gabszewicza. 

— Peacock

48

, startować. Na południe od Amsterdamu, około dwadzieścia 

kilometrów pociąg. Kończyć! 

Komendy lądującego w bazie dywizjonu 317 mieszały się w eterze z głosami 

poznaniaków z 302, który był na kursie do wskazanego mu ostatniego celu. W ataku 
na ostatni pociąg zabrakło mi amunicji. Miałem jednak tę satysfakcję,  że 
dostrzegłem pociąg pierwszy i zameldowałem. Efekt ataku identyczny jak 
poprzednich. Wybuch pary i pociąg staje. Dopiero wtedy odezwał się flak. Błyski 
wybuchających dookoła nas pocisków nie pozwoliły na dokładniejsze rozpoznanie 
celu. Stwierdziliśmy jednak, że pociąg stanął. Wyrwaliśmy się z objęć artylerii i 
wzięliśmy kurs południowy. W rejonie Bredy zetknęliśmy się łeb w łeb z idącym do 
celu 302 dywizjonem. Stary pomachał skrzydłami obciążonej bombami dwunastce 
samolotów i ostrzegł dowódcę przed artylerią w rejonie celu. Po chwili pikowaliśmy 
na nasze lotnisko, by w moment później rozejść się do lądowania. Siadaliśmy 
kolejno. Po wyłączeniu silnika i zapaleniu papierosa pojechałem do Operation 
Room na odprawę. Był tam już stary i piloci 308 oraz 317 dywizjonu, które 
lądowały przed nami. Czekaliśmy na 302, a Gabszewicz relacjonował lot. Później 
podzieliłem się z Mundkiem Sienkiewiczem swoimi spostrzeżeniami. Był już dzień, 
gdy 302 dywizjon lądował również bez strat po wykonaniu zadania. Skuteczność 
naszych nocnych działań została potwierdzona meldunkami Ruchu Oporu. Z 84 
Grupy przyszło natomiast pismo pochwalne.” 

 
Kwiecień 1945 roku był ostatnim miesiącem służby operacyjnej 308 

dywizjonu. 

Pierwszego kwietnia przypadała Wielkanoc. Rzęsisty deszcz i chmury wiszące 

tuż nad ziemią wykorzystali Niemcy jako naturalną osłonę i przystąpili do 

 

47

 Kryptonim radiowy (tzw. call sign) dywizjonu 308. 

48

 Kryptonim radiowy dywizjonu 302. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

74 

wycofywania się z Holandii. Pomimo fatalnej pogody 131 Polish Wing otrzymał 
zadanie zwalczania znajdujących się w odwrocie wojsk niemieckich. Zadanie 
wykonywano w trudnych warunkach meteo, z lotu koszącego. Trwały one cztery 
dni. 

Dziesiątego kwietnia rzut rozpoznawczy 131 Polish Wing wyjechał z B-77 

Gilze-Rijen na świeżo zdobyte lotnisko B-101 Nordhorn w Rzeszy. Na każdym 
samochodzie powiewała biało-czerwona chorągiewka. Był to pierwszy polski 
oddział, który przekroczył granicę Niemiec (dywizjony lądowały tu 13 kwietnia). 
Działalność dywizjonów Skrzydła polegała teraz na zwalczaniu ruchu na drogach 
bitych i kolejowych w obszarze: Wilhemshaven — Oldenburg — Brema — 
Hamburg, do którego ewakuowały się resztki armii hitlerowskiej. Sytuacja na 
froncie spowodowała, że Niemcy nie mieli czasu na ruch swych wojsk wyiącznie 
pod osłoną nocy, więc żniwo polskich dywizjonów było obfite. 

Siedemnastego kwietnia dywizjony 131 Polish Wing wspierały bezpośrednio 

natarcie kanadyjskiej 4 Brygady Pancernej na Oldenburg, a w ciągu -następnych 
trzech dni wspierały bezpośrednio natarcie polskiej 1 Dywizji Pancernej na silnie 
bronioną miejscowość Papenburg. Dwudziestego piątego Polacy wraz z innymi 
dywizjonami 84 Grupy Myśliwskiej wspierali natarcie Dywizji Pancernej generała 
Maczka na miejscowość Leer, wykonując w sumie 114 samolotozadań. 

Dzień następny zszedł dywizjonom 131 Skrzydła na udzielaniu bezpośredniego 

wsparcia wojskom naziemnym, których dowódcy przysłali podziękowania za 
skuteczną działalność. Wieczorem nadszedł rozkaz przenoszący dywizjon 308 do 
Anglii na szkołę ognia (trwała około 2 tygodni). Tak więc dwudziesty szósty 
kwietnia był ostatnim dniem działalności operacyjnej dywizjonu krakowskiego w 
II wojnie światowej. Zresztą następnego dnia pogoda uległa znacznemu 
pogorszeniu, i do 3 maja pozostałe dwa dywizjony 131 Skrzydła nie latały. 

Rok 1945 był dla „Zefirów” wspaniałym okresem. Dzięki noworocznemu 

spotkaniu pad Gandawą krakowiacy zdobyli pierwszeństwo wśród polskich 
dywizjonów myśliwskich, notując na swym koncie: 127—0—1. W tym okresie (od 
stycznia do kwietnia 1945) piloci krakowscy wykonali 1500 lotów bojowych, 
zrzucili ponad 500 000 funtów bomb, zniszczyli około 300 pojazdów 
mechanicznych wroga. 

Było czego zazdrościć, choć ta imponująca statystyka nie była jeszcze pełna. 

Dywizjon krakowski latał przecież w Anglii od 1940 roku i od tej daty należałoby 
liczyć jego wysiłek. W okresie 1940—45 wykonano 8812 lotów bojowo-
operacyjnych nad terenami nieprzyjaciela, w osłonie konwojów morskich i w 
czasie patrolów nad Wyspami Brytyjskimi. Polacy z 308 dywizjonu spędzili w 
powietrzu 13 200 godzin i 10 minut. Zestrzelono na pewno 69 1/2 samolotów 
nieprzyjacielskich, przypuszczalnie — 13, uszkodzono — 21 (zdobywając 
dwukrotnie palmę pierwszeństwa: w 1941 i 1945). Bombami i bronią maszynową 
zniszczono lub uszkodzono około 660 pojazdów, czołgów, samochodów 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

75 

pancernych, lokomotyw i innych celów ruchomych. Nie do określenia jest liczba 
unieszkodliwionych  żołnierzy nieprzyjaciela. Wśród personelu latającego 
dywizjonu przewinęło się 210 nazwisk. Dowódców dywizjonu (Polaków) było 14 
Zginęło 24 pilotów w akcjach bojowych, 13 w wypadkach lotniczych, 13 dostało 
się do niewoli. Sześciu pilotów zestrzelonych nad terenem nieprzyjaciela ratowało 
życie ze spadochronem i przekradając się przez linie wroga wróciło do dywizjonu 

Czwartego maja 1945 rok o sąsiedni dywizjon, 317 otrzymał w Nordhorn 

rozkaz zbombardowania statków nieprzyjacielskich na Morzu Północnym. 
Dywizjon wileński zaatakował jeden z trzech statków, ale bomby nie trafiły w cel. 
Wówczas dwudziestopięcioletni dowódca klucza, porucznik Lesław Szczerbinski, 
zszedł nisko i otwierając ogień z działek i kaemów z odległości zaledwie 50 
metrów spowodował wybuch, który rozsadził statek z amunicją, ale jednocześnie 
urwał skrzydła samolotu Spitfire nr HJ.138. Wieczorem nadszedł rozkaz, aby 5 
maja o godzinie 8.00 przerwano ogień. Wojna była skończona. Dziwnym zbiegiem 
okoliczności otwierał  ją i zamykał, kładąc  życie w ofierze, lotnik krakowskiego 
dywizjonu myśliwskiego: pierwszego września 1939 — kapitan Mieczysław 
Medwecki, a teraz porucznik Lesław Szczerbiński, niedawny „Zefir”, autor hymnu 
dywizjonu 308, którego słowa warto na zakończenie przytoczyć: 

 

O Wawelu i naszej ziemicy 
Mówił hejnał i taniec, i śpiew. 
Mówił Pijar, co znał Rakowice, 
Dzisiaj mówią litery ZF. 
 
Te litery, co były bez treści, 
Uświetnione w zwycięstwa i krew, 
Dzisiaj Kraków w nich cały się mieści 
W tych dwóch prostych literach ZF. 
 
Czy na tan, czy na bój, 
Śmierć zadawać, czy życie nieść, 
Jest jak grom, złoty grot, 
I jak grom naszej sławy wieść. 
 
Na Podzamczu wylęgłe pisklęta 
Niosą w niebo bojowy ten zew. 
Niech przyjaciel i wróg zapamięta 
Złoty grot i litery ZF. 

 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

76 

                                                     

DODATEK 

 

Relacja st. sierż. pil. Ryszarda Góreckiego z 303 

Dywizjonu Myśliwskiego z lotu 2 lipca 1941 

 
Poniżej została przedstawiona relacja ppor. pil. (S/Lt.) Wiktora Stanisława 

Strzembosza z GC II/7 z lotu 5 czerwca 1940 r. Podczas lotu Polak zestrzelił 
jednego Bf-109 oraz sam został zestrzelony. Uratował się skacząc na spadochronie. 
Wylądował lekko poparzony i do końca trwania kampanii francuskiej nie powrócił 
już do jednostki.

49

 

„Do trzech razy sztuka. Moja dwa pierwsze loty nad Francją należały do serii 

szczęśliwych, no i właśnie ten trzeci. 

Zaczęło się normalnie. Startujemy rano trzema Squadronami. Przelot na jedno z 

lotnisk i tam uzupełniamy maszyny. Każdy pilot chodzi koło swojego „grata” jak 
najtroskliwsza matka koło swojego dziecka. Trzeba wszystko sprawdzić samemu, 
bo to lot na obcy teren. Chusteczką wycieram szyby, żeby lepiej widzieć - widzieć 
każdego szwaba, który miałby ochotę zaatakować naszą formację. Start ma nastąpić 
o godz. 12. mamy trochę czasu. Autobus odwozi nas do mesy, lecz niestety za późno 
na  śniadanie, a za wcześnie na obiad. Wypijamy po jednym piwku, tabliczka 
czekolady do ręki i jazda na świeże powietrze. Tuż koło mesy jest ładny lasek. 
Rozkłada się bractwo pod drzewami - i normalna pogawędka. W pierwszym rzędzie 
przygadywania, na kogo kolej zostać we Francji, potem wspomnienia z ostatniego 
lotu - wspomnienia z Francji, z Polski. Ktoś zaczął opowiadać jakiś kawał, lecz nie 
dokończył - podjechał autobus i jedziemy na lotnisko. 

Przed startem odprawa. - Lecimy jako osłona bezpośrednia bombowców, 24 

Blenheimów. Z lewej Squadron angielski, z prawej polski 306, nad bomberami 308 
(polski), my zaś najwyżej nad całą tą ferajną. 

Start. Nabranie wysokości, spotkanie z bombowcami i kierunek Francja. 

Blenheimy suną majestatycznie w szyku defiladowym, a wokoło nich zgraja 
myśliwców, lecących w szykach bojowych czwórkami. Na razie spokojnie. Każdy 
stara się lecieć oszczędzając jak najbardziej benzynę, bo kto wie czy właśnie tych 
paru niepotrzebnie zużytych galonów benzyny nie zabraknie na powrót. 

Dochodzimy do brzegów Francji. Artyleria otwiera ogień: Nieznaczne 

ożywienie wśród myśliwców, a bombery, jak gdyby nigdy nic, suną spokojnie dalej. 
Mijamy brzeg i Kanał coraz dalej pozostaje za nami. Powoli milknie artyleria. 
Spoglądamy w dół i dopiero teraz zdaję sobie sprawę, że pod nami to Francja, kraj 

 

49

 Rozwinięcie sytuacji opisanej wcześniej w tejże książce, orginalnie w „Tygrysku” nie 

zawarte. (przyp. blondi). 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

77 

tak samo zajęty przez nienawidzonych Niemców jak moja Ojczyzna. Ogarnia mię 
jakieś dziwne uczucie - nie umiem tego wytłumaczyć, co się  właściwie ze mną 
dzieje. Byłem nad tym krajem wczoraj, przedwczoraj i nic podobnego nie 
odczuwałem. Tak, dopiero teraz zdaję sobie sprawę,  że tamte dwa loty to tak jak 
gdyby w ogóle nie istniały. Nawet teraz nie mógłbym powiedzieć, jak to było. Wiem 
tylko jedno - latałem dwa razy i to jest mój trzeci lot. I w tej właśnie chwili 
pomyślałem: do trzech razy sztuka, lecz znów powracam do myśli na chwilę 
przerwanej, jak wyglądały poprzednie loty. Pamiętam, w niedzielę rano 
zameldowałem się w Squadronie, a mój Dowódca z miejsca: „Doskonale, nowy 
pilot, o pierwszej lot nad Francję, wstawić go do składu, który ma lecieć” - i 
poleciałem, nawet wróciłem. Cały czas lotu trzymałem się kurczowo maszyny 
dowódcy klucza, a w uszach dzwoniły mi słowa, powtarzane przez wszystkich 
kolegów: „trzymaj się kupy, bo ci, co odstawali, więcej nie powrócili”. Ja wrócić 
chciałem i chcę wrócić teraz, jutro, pojutrze i w dni następne, aby móc latać - nie 
tylko latać, lecz i zestrzelić jakiegoś szkopa. Pragnę jak najprędzej otworzyć sobie 
konto zestrzeleń, konto, jakie mają prawie wszyscy piloci Squadronu. 

W tym momencie otrzymujemy ostrzeżenie przez radio: „Uwaga! Trzydzieści 

Messerschmittów od strony St. Omer!” Znów lekkie ożywienie wśród myśliwców. 
Rozpocząłem pilniejsze wypatrywanie za szkopem - może właśnie dzisiaj uda się 
spuścić jakiegoś. Nowe ostrzeżenie radiowe: „Uwaga - dwie grupy po trzydzieści 
Me. w powietrzu”. Teraz zawrzało jak w ulu. Rozpoczęło się prawdziwe tasowanie. 
Po kilkunastu sekundach byłem cały mokry, koszula przylgnęła do grzbietu, a po 
twarzy pot lał się ciurkiem. Ktoś zawołał: „Jesteśmy nad celem”. Spojrzałem w dół, 
pod nami miasto Lille, widzę, jak lecą piguły. Przerzucam maszynę w drugą stronę i 
znów spojrzenie jednym okiem w dół, a drugim w niebo, tak po myśliwsku. Niebo 
czyste, żadnego szwaba nie widać, a w dole po prostu piekło - słupy ognia i dymu 
strzelają ku niebu. Pierwszy raz w życiu widziałem tak dokładnie bombardowanie z 
powietrza. Wydaje się, jakby całe domy unosiły się w powietrze i dopiero w chwili 
opadania rozlatywały się, a w trakcie tego robi się ciemno i koniec fantastycznego 
widoku, pozostaje tylko słup dymu, a na ziemię właściwie wtedy zaczynają spadać 
cegły, deski i całe masy innych szczątków dobytku ludzkiego. Strasznie śmiesznie 
wyglądał olbrzymi komin fabryczny, jak gdyby go ktoś podciął nożem, wyskoczył 
do góry, pochylił się, a po chwili w niebo wzbił się tuman kurzu. 

Coś rzuciło maszyną, aż głową stuknąłem w budę. Rozejrzałem się wokoło, a tu 

cała masa ciemnych obłoczków - to artyleria. Zacząłem przerzucać maszynę ze 
skrętu w skręt, uniemożliwiając celowanie artylerii, lecz zapomniałem, że przecież 
nie jestem sam i Niemcy nie grzeją do mnie, lecz w całą tę zgraję maszyn, która po 
wykonaniu zadania robi skręt, wchodząc w kurs powrotny. Teraz dopiero robi się 
niesamowity zamęt w powietrzu. Słychać w radiu: „Uwaga - Messerschmitty z 
prawej - uwaga - cztery z lewej zjeżdża!”, a spokojny głos dowódców: „Carmeny 
nie zostawać - uwaga, Brigboty - Brigbot leader mówi, trzymać się kupy, 
Messerschmitty z tyłu nad nami, polują na maruderów, do kupy i uważać!” - 
Brigboty to właśnie my. Tak, widzę jak na dłoni, cztery lecą za i nad nami, widzę, 
jak filują w dół i czekają na frajera, który odstanie od Squadronu. A mnie aż ciarki 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

78 

przechodzą, bowiem lecę w ostatniej dwójce i najwyżej, toteż sytuacja taka, jak to 
się u nas mówi: nade mną Bóg, słońce i Messerschmitty. 

Tak, zgadza się, Bóg, słońce i te cztery Messerschmitty, a ręka jakoś sama pcha 

manetkę gazu do przodu. Co chwila powtarzam do siebie: spokojnie, musisz 
pilnować swego miejsca, Squadronu mijać ci nie wolno, a ci, co lecą w przodzie, 
liczą na ciebie, na twoją osłonę. Staram się cały czas na oku mieć tych szkopów, 
którzy wciąż są za nami. W pewnym momencie widzę, jak zaczynają zjeżdżać, lecz 
są za daleko w tyle, by atak ten potraktować jako skierowany przeciwko nam. Tak, 
mijają nas przez głowę przeleciała myśl: okazja do zestrzelenia, jadę za nimi. 

Tak mi ta możliwość zestrzelenia uderzyła do głowy,  że zapomniałem 

powiedzieć do kolegów o swoim ataku. Patrzę w prawo, w lewo, czy przypadkowo 
nie ma innych, czekających, aż ktoś pójdzie za tą czwórką, by później ostudzić 
takiego frajera, niebo jednak czyste. Zjeżdżamy w dalszym ciągu, mijamy 308-my. 
Oni jeden za drugim, a ja piąty za nimi. Myślałem, że pójdą tak do ziemi i dopiero 
gdzieś daleko z boku wyciągną z powrotem do góry. Już chciałem zaprzestać pogoni 
i wrócić do swoich, gdy zauważyłem, że zaczynają wyciągać. Od razu zrozumiałem, 
że przed nami trochę wyżej lecą Blenheimy, spokojnie w szyku trójkowym, nawet 
nie przypuszczają o niebezpieczeństwie, jakie im grozi. Pcham manetę, aż się gnie. 
Za wszelką cenę chcę dostać ostatniego i może swoimi strzałami odstraszę ich. 
Odległość między mną a ostatnim szwabem maleje. Siedzę mu prościutko w ogonie, 
już go mam na celowniku, jeszcze trochę bliżej, jeszcze trochę - chcę mu przygrzać 
bez „ale”, żeby już nie miał  żadnych złudzeń. Już palec umieściłem na spuście - 
tylko naciągnąć i koniec. Jeszcze chwila, jeszcze trochę bardziej bliżej. Pomyślałem, 
że ten szkop nawet nie przypuszcza, jak blisko jest śmierci. Lecz przez ułamek 
sekundy wydaje mi się,  że to ja właśnie  żyć przestaję. Jakaś maszyna na 
fantastycznej szybkości przejechała się koło mnie z prawej strony i w tej samej 
chwili cała osłona kabiny zalała się oliwą. Dostałem. Skuliłem się w sobie, 
zamknąłem oczy i czekałem na coś, co zakończy mój żywot. Natychmiast jednak 
powstaje myśl: ja nie chcę umierać, ja chcę żyć, ja muszę żyć. 

A potem ruchy automatyczne, ruchy człowieka, który widzi całą jasnością 

swego umysłu zbliżającą się śmierć, a jest młody, zdrów i chce żyć. Jednym ruchem 
ręki otwieram kabinę, chcę wyskoczyć, lecz co to? - maszyna leci prosto, śmigło się 
kręci, nic się nie pali, tylko po kadłubie spływa oliwa. Rzucam okiem na zegary, na 
razie wszystko w porządku, wysokość 6000 feet - jeszcze jest nawet dobrze. 
Rozglądam się po niebie. Jestem pod bomerami i widzę, jak jeden z nich paląc się 
łagodnym skrętem schodzi do ziemi. Na nic moja odsiecz, dostali jednego. Mijam 
całą wyprawę i trzymając kurs powrotny grzeję do Anglii. Wiatr otrzeźwił mię 
trochę i zaczynam myśleć spokojnie. Za wszelką cenę chcę wydostać się znad 
Francji. Obóz koncentracyjny nie uśmiecha mi się, a zwiać z Francji „zagrycha” nie 
wąska - trzeba mieć dużo szczęścia. 

Patrzę na zegary. Ciśnienie oleju maleje. Aby minąć brzeg francuski i nad 

Kanał, to prawie jak w domu. Wychylam głowę z kabiny, widać morze, lecz olej 
zalewa mi oczy i co chwila muszę je przecierać, bo nic nie widzę. Jak spod ziemi, 
przede mną trochę wyżej pod kątem 90 stopni do mego kierunku lotu, wyrósł 
Messerschmitt. Włosy na głowie „stanęły mi dęba”. Niech tylko wykaże jakieś złe 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

79 

zamiary w stosunku do mojej osoby, zaraz wyskakuję. Minął mię i poleciał dalej - 
musiał mieć mię pod swoim płatem i nie zauważył - stracił tak piękną okazję, może 
jedną w życiu, a ja zaś dziękowałem Bogu za jego nieuwagę. 

Dolatuję do brzegu po lewej stronie Calais. Artyleria zaczyna strzelać do mnie. 

Robię kilka uników. Patrzę na ciśnienie oleju, jest zero. Silnik zaczyna cholernie 
dymić i trząść. Wydaje mi się,  że cała maszyna rozleci się za chwilę. Wyłączam 
silnik,  śmigło staje. Robi się dziwnie cicho, tylko artyleria grzeje. Schodzę na 
morze, wysokość 6000 feet. Włączam silnik, wywołuję stację ziemną „Zulu”, podaję 
swój numer i mówię: jestem postrzelony, silnik stoi, mijam brzeg francuski, 
wysokość 6000 feet, będę skakał, czekam na odpowiedź. Cisza... powtarzam to 
samo po polsku - cisza... Nie ma czasu na rozmyślania, wysokość maleje, pode mną 
woda - trzeba skakać. Odpinam pasy, zdejmuję kominiarkę, otwieram drzwiczki i 
wyłażę z „grata”. Postawiłem nogę na płacie, wylazłem do połowy i dalej ani rusz - 
za duży pęd powietrza. Włażę z powrotem. Trzeba odwrócić maszynę na plecy. 
Drążek do siebie i O.K.! Kładę maszynę na lewy płat, lecz całego obrotu do pozycji 
plecowej zrobić nie mogę, bo za mała szybkość. I tak w lewym ślizgu jadę do wody. 
Wyrównałem samolot i planuję: trzeba wodować, o skoku szkoda marzyć, za blisko 
wody - za nisko. 

Woda zbliża się szybko, wytrącam szybkość do granicy możliwej i jestem już 

tylko parę metrów nad wodą, jeszcze chwila i dotykam pierwszy raz wodę ogonem, 
wyskoczyłem trochę do góry, drugie zetknięcie - tym razem całą  płaszczyzną 
płatowca. Momentalnie maszyna stanęła „dęba” i łbem w dół prosto do wody. 
Chwila - i wszędzie woda - myśl jak błyskawica: wydostać się z kabiny. Próbuję 
wyjść, lecz zaczepiam o coś spadochronem. Teraz strach mię ogarnia. Z całej siły 
odpycham się nogami i jestem wolny, tylko prawy but wraz z pistoletem został w 
kabinie. Staram się wypłynąć na powierzchnię. Ubranie i spadochron cholernie 
ciążą, oczy mam otarte, lecz wciąż ciemno, brak mi już tchu, wydaje mi się, że już 
nigdy nie ujrzę światła dziennego. Szalony strach przed śmiercią - w takich chwilach 
myśli człowieka lecą z zawrotną szybkością. W ciągu ułamka sekundy przez umysł 
mój przeszło całe  życie moje od najmłodszych lat: matka, ojciec, siostra, szkoła 
pilotażu, wojna w Polsce, Francja, Eskadra, wszyscy koledzy. Dzisiaj nawet nie 
mogę przypomnieć sobie wszystkiego co wtedy było błyskawicą w mojej głowie. 

Już nie mogę wytrzymać bez powietrza, połykam wodę... I nagle wszystko staje 

mi się dziwnie obojętne:  życie,  świat, wojna i nawet tak jakoś dobrze, że to już 
koniec wszystkiego i będzie już spokój na wieki. Ostatnia moja myśl: to koniec 
życia, panie Górecki. Potem nawet myśleć nie miałem siły. Tylko teraz 
przypominam sobie, jak zaczęło się robić coraz to widniej i w pewnym momencie 
znalazłem się, a właściwie moja głowa na powierzchni wody. Złapałem trochę 
powietrza i od razu oprzytomniałem. To ja jeszcze żyję żyć mogę i znów ten sam 
strach przed śmiercią. Wszelkimi siłami staram się utrzymać na powierzchni, lecz co 
chwila zanurzam się cały. „Majwestka” jest nie nadmuchana. Znów wyskakuje na 
powierzchnię, biorę przewód do ust, by ją nadmuchać, lecz znów zanurzam się z 
głową. powtarza się to kilkakrotnie, lecz bez żadnego rezultatu. Dochodzę do 
przekonania, że tylko dinghy może uratować mi życie, ale muszę ją uruchomić jak 
najszybciej, póki mam jeszcze trochę sił. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

80 

Odpinam spadochron i staję na nim nogami, pociągam za taśmę pokrywy 

pokrowca, biorę pełen wdech i nura pod wodę, łapię spadochron, wkładam rękę do 
pokrowca dinghy. Namacałem butlę ze sprężonym gazem, odkręcam kurek i 
wypływam na powierzchnię. Po chwili wynurza się, na razie jak coś niekształtnego, 
lecz po paru sekundach wypełnia się cała gazem dinghy. Uczepiłem się jej naprawdę 
jak ostatniej deski ratunku. 

Dopiero teraz poczułem, jak bardzo jestem zmęczony, i tak będąc w wodzie, 

tylko rękami trzymając się dinghy, odpoczywam kilka minut i dopiero potem staram 
się wejść do środka, jednak nie od razu to mi się udaje. Kilka razy dinghy „staje 
dęba”, a ja wpadam do wody, lecz po kilku próbach jestem w środku. Kładę się i 
zamykam oczy. Jestem strasznie wyczerpany fizycznie i nerwowo, a jednak jest mi 
tak dziwnie błogo, tak dobrze - żyję... jestem ocalony. 

Otwieram oczy, rozglądam się po niebie, nadsłuchuję... Nasi powinni zaraz 

przelatywać, no i gdzieś w moim pobliżu. Czekam kilka minut, lecz niestety 
nadaremnie. Widocznie przelecieli nad tym miejscem w chwili, gdy ja wszelkimi 
siłami starałem się ratować swoje życie. Mam tylko jedno wyjście - czekać na 
następny lot, prawdopodobnie po obiedzie, tylko nie po moim, bo ja będę musiał 
czekać do kolacji. 

Jest piękna pogoda, upał niesamowity, około drugiej po południu, morze 

spokojne, gładkie jak lustro. Obmacuję swoje gnaty. Mam lekko rozbite kolano i 
biodro - drobnostka, ale za to prawe oko podbite przepisowo. Przy wodowaniu 
byłem odpasany, no i w chwili zetknięcia się z wodą wyrżnąłem  łbem w zegary. 
Wynik: rozcięta skóra pod okiem, a obecnie elegancki guz. Oko całe zapuchnięte i 
krew leje się ciurkiem. To jeszcze ulgowo, mogło być gorzej. Tylko teraz ta rana 
pieruńsko szczypie od słonej wody. Nie ma co przyłożyć do tego oka. Wszystko 
mokre: branie, bielizna, chusteczka. Zaczynam się rozbierać i w miarę możliwości 
rozkładam swą garderobę w dinghy. W kieszeni spodni znalazłem pilnik do 
paznokci i dopiero w tym pilniku zobaczyłem swoje rozbite oko. 

Po upływie kilku godzin usłyszałem warkot silników. To na pewno nasi idą na 

drugą wyprawę. Warkot, z początku słaby, potężnieje z każdą sekundą. 
Wytrzeszczam oczy jak mogę najbardziej, lecz nie mogę ich dostrzec - nad wodą 
wisi brązowa mgiełka sięgająca do paru tysięcy feet i widoczność jest tylko 
pionowa. 

Powoli szum przelatujących maszyn cichnie. Przelecieli prawdopodobnie 

bokiem i wysoko, ale mam nadzieję,  że zobaczą mnie w drodze powrotnej. Będą 
może lecieli niżej i bardziej swobodnie. 

Ubranie już suche, wkładam je i czekam. Po kilkunastu minutach znów ten sam, 

zbliżający się szum - lecą... Mgła nie pozwala mi jednak zobaczyć żadnej maszyny - 
przeszli... Potem jeszcze słyszę pojedyncze głosy, powracających samolotów, to 
tych, którzy prawdopodobnie stoczyli walkę z nieprzyjacielem, a potem już tylko 
przeraźliwa cisza. wokoło morze gładkie jak lustro i olbrzymi krąg słońca, chylący 
się powoli ku zachodowi. Oglądam się wokoło, szukając jakiegoś punktu 
zaczepienia dla wzroku, lecz niestety wszędzie pustka. Morze zlewa się z tą brązową 
mgiełką i nawet nie mogę się zorientować, gdzie kończy się woda, a gdzie zaczyna 
się mgła. W górze zaś lazur nieba, zlewający się znów z tą mgłą. Wydaje mi się, że 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

81 

jestem w jakiejś kuli błękitnej na spodzie, brązowej po bokach i znów błękitnej u 
góry, tylko przez ten brązowy pas przebija olbrzymi, czerwony jak krew, krąg 
słońca wpatruję się w nie przez chwilę, potem przenoszę wzrok w prawo i w lewo i 
wszędzie widzę same koła: czerwone, białe, niebieskie, zielone - wszystkie kolory. 
Zamykam oczy... Przez chwilę koła te latają pod powiekami, stopniowo ciemnieją i 
po chwili całkiem nikną. Otwieram oczy, staram się nie patrzeć na słońce. Wzrok 
błąka się po przestrzeni. Naraz coś mignęło, jakiś punkt na wodzie. Wracam 
wzrokiem na to miejsce - jest... całkiem blisko, może jakieś 800 metrów, na 
południe ode mnie, coś w rodzaju małego stateczku z masztem, widzę dokładnie 
budkę oszkloną, poznaję... to boja ratunkowa. Zaczynam wiosłować samymi rękami, 
gdyż  żadnych wioseł nie posiadam. Po kilku minutach jestem zupełnie 
wypompowany, nie mam już siły ruszyć rękami, a boja, wydaje mi się, jest tak samo 
daleko jak przed paroma minutami. Morze, dotychczas zupełnie spokojne, zaczyna 
się marszczyć. W przeciągu kilku minut zmarszczki te przeobrażają się w fałdy, a 
potem w zupełnie zdecydowane fale. Zaczynam znów wiosłować, zdając sobie 
sprawę,  że teraz będzie znacznie trudniej dopłynąć do boi. Co parę minut muszę 
odpoczywać, by potem z większym zapałem zabrać się do roboty. Wydaje mi się, że 
odległość zmalała do połowy. Widzę już te boje całkiem dokładnie. Morze rozhulało 
się na dobre. Wokoło mnie pojawiają się jakieś przedmioty, jak deski, butelki, coś w 
rodzaju chodników. Wszystko to płynie w jednym kierunku, niesione jakimś 
niewidzialnym prądem, tylko ja stoję w miejscu. Po kilku minutach przekonuję się 
jednak, że mnie prąd ten unosi, bowiem boja, do której było tak blisko, zostaje coraz 
to dalej i dalej w tyle, już nie ma nawet najmniejszego sensu wiosłować. 

Słońce już zaszło. Robi się coraz ciemniej, wiatr staje się zimny, na falach, 

dotychczas gładkich, pojawiają się białe grzebienie piany wodnej. Ustawiam się 
plecami pod fale, gdyż dinghy w tym miejscu jest grubsza, więc  łatwiej uniknąć 
zalania. Morze chlusta przyzwoicie: to jestem na szczycie fali, to znów zjeżdżam w 
dół, aż dinghy ucieka mi spod siedzenia i momentalnie znajduję się na grzbiecie 
następnej fali. Zaczyna mię to bawić. Przypomniałem sobie, jak to na Wiśle 
wyjeżdżałem na kajaku w fale, robione przez statki, płynące gdzieś z Bielan czy 
Młocin. Przez moment zapomniałem, gdzie jestem. przymknąłem oczy... Słoneczne 
popołudnie, most Poniatowskiego, W.T.W., plaża Kozłowskiego zapchana ludźmi, a 
na Wiśle rojno od kajaków i żaglówek... Jakie to wszystko dalekie... dawniej 
godziny dla rozrywki spędzone na rzece, a teraz kanał La Manche. 

Szybko powróciłem do rzeczywistości, gdyż zostałem zalany przez fale: w 

dinghy pełno wody, ubranie znów mokre. Zaczynam rękami wylewać wodę i 
jednocześnie uważać na dalsze, zbliżające się fale, by w miarę możliwości, unosząc 
się w łódce, pomagać jej przejść po fali. Jednak na moje nieszczęście coraz to więcej 
pojawia się tych fal z grzebieniami i w żaden sposób nie mogę uniknąć zalania. Co 
chwila to nowy grzebień przewala się przeze mnie, wypełniając dinghy wodą. Już 
nawet nie nadążam wylewać jej. Jest już zupełna noc. Księżyc blado świeci, morze 
rozhuśtane... Jest mi cholernie zimno. Trzęsę się cały, zęby dzwonią jak janczary. 
Zaciskam szczęki, lecz to nic nie pomaga. Mam już dość  życia... Nawet nie 
zwracam uwagi na fale, zalewające mię co chwila - jestem już obojętny na 
wszystko. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

82 

Minuty przeciągają się w wieczność. O spaniu w tych warunkach nie ma mowy. 

Jest mi strasznie zimno. Wcisnąłem się jak najbardziej w dinghy, zamknąłem oczy i 
staram się nie myśleć, gdzie jestem i co robię. Ogarniają mię senne marzenia... 
Wydaje mi się, że jestem w mieście - ale dlaczego nie idę spać, skoro mam swoje 
łóżko i jestem taki śpiący? Znów fala zimnej wody, przenikającej wszędzie, aż 
człowiekowi braknie tchu. Na chwilę oprzytomniałem, lecz znów powracam do 
sennych majaczeń... Jestem mały, matka kładzie mię do łóżka, które jest takie ciepłe 
i wygodne... Już nie widzę matki, woda zalała łóżko, przytomnieję i jest strasznie, 
strasznie zimno. 

Kiedy to się skończy, kiedy będzie dzień, widno i trochę ciepłych promieni 

słonecznych? Popadam w jakieś odrętwienie, niby śpię, a jednak wyraźnie słyszę 
szum morza i co chwilę odczuwam chlusty zimnej wody i już nawet 
przyzwyczaiłem się do nich - wiem nawet, kiedy nastąpią - w chwil, gdy zaczyna 
mię unosić do góry, wiem, że będę zaraz na szczycie fali, no i zimny prysznic. 

Upływają całe godziny. Nie wiem, czy już całkiem zobojętniałem na te 

zalewania, czy stały się one rzadsze. Otwieram oczy, rozglądam się: tak, fala 
zmalała i białe grzebienie nikną. Otucha wstąpiła we mnie. Zaczynam wylewać 
wodę z łódki - resztki jej zbieram chusteczką i wyciskam ją za burtę. Niestety, nie 
mogę się jej pozbyć całkowicie - stale zbiera się na dnie, ściekając z mego ubrania. 
Staram się choć trochę rozprostować przemarznięte i zdrętwiałe gnaty. Jest mi 
trochę lepiej, lecz w dalszym ciągu bardzo zimno. Przypuszczalnie jest około drugiej 
lub trzeciej i niedługo powinno się rozwidniać. 

Gdzieś na północnym wschodzie zaczyna szarzeć. Z początku wygląda to jak 

jasna plama na bardzo ciemnym tle. Plama ta coraz bardziej rozjaśnia się i 
powiększa, ogarnia już połowę nieba - zarysowuje się horyzont i robi się coraz to 
widniej. Gdzieś nad linią horyzontu ukazują się najpierw różowe, potem coraz to 
czerwieńsze promienie i po chwili wychyla się słońce. Momentalnie woda zabarwia 
się na czerwono. Słońce powoli wynurza się zza horyzontu. Po kilku minutach 
widać już cały krąg- nareszcie jest dzień. Może to złudzenie... jednak jest mi od razu 
znacznie cieplej. 

Nareszcie minęła ta diabelna noc. Morze spokojne, słońce świeci, czego to mi 

jeszcze brak do szczęścia, a... prawda, zjadłbym cośkolwiek. Dopiero teraz 
przypomniałem sobie o głodzie. Ostatni mój posiłek - to wczorajsze śniadanie. 
Kiszki grają przepisowego marsza - „sorry”, do obiadu musicie poczekać. 

Po powrocie dnia humor powrócił. Zaczynam kombinować,  że nielichy kawał 

odstawiłem. W Eskadrze już na pewno krzyżyk postawili przy moim nazwisku, a 
tu... przepraszam bardzo, dzisiaj zjawię się w Northolt, no i sprawię wszystkim 
niespodziankę. 

Słońce zaczyna przepiekać na dobre. Trzeba wysuszyć ubranie. Robię to jak 

dnia poprzedniego, a sam, będąc w stroju adamowym, wygrzewam przeziębnięte 
członki. 

Rozglądam się po morzu w nadziei, że ujrzę jakiś statek. Niestety, jestem 

prawdopodobnie u brzegu francuskiego, więc angielskiego zobaczyć nie mogę, a 
francuskie... może lepiej, że ich nie ma. 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

83 

Do uszu moich dochodzi lekki szum silników. To przypuszczalnie nasi zbierają 

się nad brzegiem, by lotem tym rozpocząć normalny dzień pracy. Tak, po kilku 
minutach warkot silników staje się coraz głośniejszy i po chwili z takiej samej 
brązowej mgiełki jak dnia poprzedniego wynurza się zgraja maszyn sunących do 
Francji. Lecą dość wysoko i zwarcie. Nawet nie przypuszczam, by któryś z pilotów 
patrzył w wodę. Muszę czekać na powrót. 

Coś długo nie wracają - musieli polecieć dość daleko. Słychać, lecą - zbliżają się 

coraz to bliżej, lecz są trochę z boku. Widzę na wysokości bombery z myśliwcami. 
Przeszli. Potem znów pojedyncze maszyny, jedne wysoko, drugie po samej wodzie. 
Macham do nich szalem, jednak nikt mię nie widzi. 

Przepadł obiad, a głód zaczyna mi dokuczać na dobre. No trudno... trzeba 

czekać do następnej wyprawy, a na razie można się trochę przespać. Jest przyzwoity 
upał, więc wkładam jeszcze trochę wilgotne ubranie, układam się jak najwygodniej 
w dinghy i uderzam w sen. Usnąłem bardzo szybko. Jak długo spałem, nie wiem, 
obudził mię warkot maszyn - polecieli znów nad Francję. Musiałem spać dobry 
kawał czasu, bo twarz mam niesamowicie spaloną przez słońce. Krew z oka, które 
mam rozbite, a które stale krwawiło, zaskrzepła, tworząc jeden wielki strup. 
Najmniejszy ruch skóry na twarzy powoduje szalony ból, usta popękały - mam 
straszne pragnienie - już nawet jeść mi się nie chce, tylko choć trochę wody. 

Mam nadzieję,  że ci, co teraz będą wracali do Anglii, zobaczą mnie, no i 

nareszcie wyciągną. 

Lecą... Widzę kilkanaście maszyn lecących nad samą wodą. Macham do nich 

szalem, niemal że nie krzyczę, ale nikt mię nie widzi. - Jestem wściekły na nich. 
Żeby któremu z nich chciało się tak jeść i pić jak mnie, może by lepiej patrzył na 
wodę. Przeszli... Polecieli do swoich baz i może już za parę minut zasiądą do 
kolacji. Będą jedli i pili ile chcą, a mnie na samo wspomnienie o posiłku w oczach 
ciemnieje. Najgorsze to, że już nie mam nadziei dostania się dzisiaj na twardy grunt. 
Wody już mam dosyć, a tu trzeba czekać do jutra. Do jutra... i znów ta sama 
pioruńska noc. Nie mogę sobie wyobrazić, jak ją przetrzymam. 

Po upływie około pół godziny słyszę nowe maszyny. Latają one po morzu 

gdzieś pomiędzy mną a Anglią. Zapewne kogoś szukają - może mnie. Jest stale ta 
sama mgiełka - widoczność bardzo ograniczona. Widzę te maszyny - to Lysander i 
trzy Spitfajery. Latają całkiem nisko. Macham do nich, jednak nie widzą mnie i 
polecieli dalej na południe. Znów jak wczoraj słońce chyli się ku zachodowi, morze 
spokojne i przeraźliwa cisza, tylko od czasu do czasu przelatująca mewa, 
spostrzegłszy mię w morzu, wyda przeraźliwy okrzyk, mocno zdziwiona obecnością 
jakiejś postaci. Krążąc przechyla łebek i przygląda się z zainteresowaniem mojej 
osobie. Niektóre z nich siadają na wodzie w moim sąsiedztwie, a po chwili 
odpoczynku podrywają się znów, żegnają mię tym samym przeraźliwym okrzykiem 
i odlatują. Zazdroszczę im tych skrzydeł - ja swoje straciłem. 

Mniej więcej w tym samym czasie co wczoraj morze znów zaczyna się 

marszczyć. Z początku fale całkiem gładkie dostają grzebieni. Już wiem, co to 
oznacza - zaraz się zacznie. Na morzu pojawiają się te same przedmioty co wczoraj, 
jestem w tym samym prądzie - niesie mię na południowy zachód. Zapada noc. Z 
matematyczną dokładnością powtarza się noc ubiegła: walka z zalewającymi falami, 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

84 

późniejsze zobojętnienie, niesamowite zimno, senne majaczenia i... zbawczy świt. 
Jakoś tę noc przetrzymałem. Człowiek to jednak strasznie wytrzymałe bydlę. Kiszki 
marsza grają. Już dwie doby mija od chwili ostatniego posiłku, lecz pomimo tego z 
nastaniem dnia świat wydaje się piękny. 

Kawał, jaki miałem zrobić swym kolegom pojawieniem się po jednodniowej 

nieobecności, dzisiaj wydaje mi się wspaniały, gdyż mija już dzień drugi. Jestem 
święcie przekonany, że w dniu dzisiejszym dostanę się na ląd, bo przecież to 
niemożliwe, bym jeszcze jedną noc miał spędzić w tych warunkach. Już po raz drugi 
przystępuję do porannej toalety na wodach Kanału. Właściwie to tylko jedną 
czynność mam do wykonania - suszenie ubrania. Mycie odpada automatycznie - fale 
myją mię całą noc. Bardzo ciekawe jest załatwianie potrzeb osobistych w dinghy - 
lecz to pozostanie moją tajemnicą. 

Normalny dzień pracy lotnictwa już się rozpoczął. Polecieli nad teren 

okupowanej Francji. Poszła wyprawa pierwsza, poszła druga, wróciły i szły tak, jak 
dzień  długi. A gdy ten dzień miał się ku końcowi, nad Kanałem zapanowała 
beznadziejna cisza. lotnictwo dzienne skończyło swoją pracę. 

Dotychczas położenie swoje traktowałem dość lekko, teraz jednak, gdy się 

zbliża trzecia noc, zaczynam myśleć poważnie. Zrozumiałem,  że jestem tylko 
kruszyną zagubioną na bezmiarze wód i tylko cudem mogę być uratowany. 

Dopiero teraz zdaję sobie sprawę, jaką szaloną trudnością jest odnaleźć dinghy 

pilotowi, który jest naprowadzany przez radio i który wie, co jest celem jego 
poszukiwań, a cóż dopiero mówić o pilotach lecących na operacje, pilotach, którzy 
w czasie dolotu na teren nieprzyjacielski układają w swych myślach sposób walki, 
jak zaatakować wroga, jak ewentualnie obronić się od niespodziewanego ataku, a w 
czasie drogi powrotnej ci sami ludzie przeżywają może po raz drugi walki stoczone i 
odniesione zwycięstwa. Może niejeden spośród nich wraca postrzelany lub ranny, 
dziękując Bogu, że jeszcze żyje, może niejeden na postrzelanej maszynie, resztkami 
sił silnika, ciągnie do umiłowanego brzegu. Od tych ludzi nie mam prawa żądać 
ocalenia, a właśnie tylko oni są moją nadzieją. 

Robi się ciemno. Morze zaczyna się fałdować. Już po raz trzeci noc zastaje mię 

w tym samym położeniu. Znów staję się zabawką fal. Wszelkimi siłami unikam 
zalania, lecz czuję, że cały mój wysiłek lada moment pójdzie na marne... Tak... po 
kilku minutach woda wtargnęła do środka. Jestem przemoknięty i rzęsę się z zimna. 

To już chyba będzie ostatnia moja noc. Zaczynam już coraz poważniej wątpić w 

ocalenie, a jest to już ponad moje siły walczyć znów przez kilka godzin z falami, 
głodny i przeziębnięty. Mam już dość tego beznadziejnego żywota. 

Prawdą jest, że człowiek w obliczu śmierci zaczyna zdawać sprawę, czym jest 

właściwie  życie. Toteż i ja, będąc już jedną nogą na tamtym świecie, zacząłem 
analizować mój żywot. Robiłem to całkiem przytomnie. Rozpocząłem od wieku, do 
którego moja pamięć sięgała. Było to coś w rodzaju rachunku sumienia, a nawet 
może i ostatnią spowiedzią. Minęło wiele godzin, nim doszedłem do chwili obecnej 
- do końca  żywota swojego. Wszelkimi siłami starałem się odepchnąć od siebie 
myśl, że to już koniec. 

Po tym rachunku sumienia - nie byłem żadnym grzesznikiem w moim pojęciu, 

nie byłem człowiekiem zasługującym na powolne konanie - zacząłem się modlić. W 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

85 

modlitwie tej pytałem Boga, czy naprawdę życiem swoim zasłużyłem sobie na taką 
śmierć. Błagałem Boga o ocalenie. Każde słowo mojej modlitwy było prośbą o 
życie. Zacząłem płakać, nie wiem dlaczego, może czułem, że przyniesie mi to ulgę, 
odprężenie. Płakałem jak dzieciak, a jak długo, nie wiem... usnąłem. 

Obudziło mię straszne zimno i cisza - morze spokojne, pada deszcz. Cisza ta 

dawała mi dużo do myślenia. Myślałem: może jestem gdzieś niedaleko brzegu, 
może gdzieś u ujścia jakiejś rzeki. Jakieś dziwne uczucie, nasuwające mi pewność, 
że jestem w pobliżu lądu. Czekałem świtu. Byłem znów zupełnie spokojny. Czułem, 
że Bóg mię wysłuchał, a modlitwa i płacz uspokoiły mię. Myślałem znów spokojnie 
o rodzinie, znajomych i kolegach. Czekałem świtu. 

Wreszcie jest - robi się widno, ale żadnego lądu nie widzę. Jest mgła. Chcę 

przebić  ją wzrokiem, by wreszcie ujrzeć  tę ziemię, rozwiała się mgła. Z nią też 
rozwiały się senne marzenia o lądzie. - Jak okiem sięgnąć woda, woda i woda. 

O Boże, czy dla mnie naprawdę nie ma ratunku, czy po to doczekałem się dnia, 

by po kilkunastu godzinach spiekoty, bez kropli wody, doczekać się następnej 
nocy?... 

Warkot silników dodał mi otuchy. Może ktoś, z tego rozpoczynającego swą 

pracę lotnictwa, będzie moim wybawcą. 

Znów minęło wiele godzin. Leżenie w dinghy ze wzrokiem utkwionym w niebo, 

i znów, po raz już nie wiem który, warkot maszyn - tym razem jednak jakiś 
wyraźniejszy, bliższy. 

Widzę w odległości około kilometra wyprawę bombową pod osłoną 

Hurricanów. Sunie po samej wodzie. Macham do nich, lecz niestety, nikt nie widzi 
minęli... Za chwilę nowy warkot - to pojedynczy Blenheim z osłaniającym go 
myśliwcem jedzie prosto na mnie. Macham szalem - zobaczył mię! Lekko oddał 
maszynę i mijając mię wyciągnął do góry, lecz nie zmienił kursu, ale za to 
osłaniający go Hurricane zrobił rundę i on też mię zobaczył. Zeszedł do samej wody. 
Zobaczyłem litery na kadłubie - to maszyna z 306 Dywizjonu - polska. Maszyna ta 
nabrała wysokości i krąży nade mną - na pewno nawiązuje łączność z „Operation” - 
od tego zależy moje życie, daj im Boże, by pomiary były dokładne. Po kilku 
minutach kochany rodak odstawił zdrową pikę i kiwając płatami, wziął kurs na 
Anglię. 

Długie minuty oczekiwania, wreszcie może po pół godziny usłyszałem warkot 

silników. Raz bliższy, raz dalszy - szukają mię. Wreszcie widzę: na północ ode mnie 
Lysander i trzy Spitfajery - szukają. 

Podświadomie zaczynam im pomagać, - przynajmniej mnie się tak wydawało. 

Krzyczę: w prawo, trochę bliżej w lewo - jaki ja jestem wariat, przecież oni mnie nie 
słyszą. Wreszcie zobaczył mię Lysander pierwszy. Przyszedł nade mnie, pokiwał 
skrzydłami. Spitfajery widzą mię także. Jadą na mnie, poznaję znaki... to maszyny z 
mojej Eskadry. Lysander zawrócił, zrzucił świecę dymną w moim pobliżu i poszedł 
do Anglii. 

Po kilku minutach wraca Lysander. Na horyzoncie ukazuje się mały punkcik. 

Punkcik ten rośnie z każdą minutą. Już mogę rozpoznać: to motorowa łódź 
ratunkowa. Zwalnia i powoli podjeżdża do mnie. Kilku ludzi z załogi kiwa do mnie, 
rzucając mi linkę, łapię, ją, przyciągają mię do burty, spuszczają drabinkę sznurową, 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

”ZEFIRY NAD KANAŁEM” 

 

 

86 

                                                     

chwytam ją i czuję się starym marynarzem. Chcę wyskoczyć na pokład, lecz robi mi 
się ciemno w oczach i słabnę, złapali mię więc za ręce i wciągnęli na pokład. 

Jestem strasznie słaby. Nogi mi się chwieją, toteż biorą mię pod ręce i 

sprowadzają do kabiny. Kładą na łóżku - jest mi tak dobrze - nareszcie leżę na 
czymś twardym. 

Przychodzi lekarz, pyta, czy nie jestem ranny, ogląda oko, mówi, że jest w 

porządku, daje mi szklankę rumu, pytając jednocześnie, kiedy jadłem ostatni raz. 
Mówię, że śniadanie w środę. Spogląda na mnie i pyta raz jeszcze, daję mu tę samą 
odpowiedź - powiada mi: no dobrze, ale dziś jest sobota i popołudnie - mówię mu, 
że wiem o tym, na morzu spędziłem trzy doby. 

Rumu tego już nie dostałem - musiałem zadowolić się zwykłą wodą, jednak 

naprawdę był to najpiękniejszy napój, jakikolwiek piłem w swym życiu. Podałem 
wszystkie dane o mojej osobie i nim odbiliśmy do brzegu, wiadomość o moim 
ocaleniu, drogą telefoniczną, popłynęła do mojej bazy. Na brzegu sanitarka już 
czekała. Wkrótce znalazłem się w łóżku szpitalnym. Co za rozkosz! - prawdziwe 
łóżko. Jestem spokojny. Ta noc będzie czymś cudownym - będę mógł spać 
spokojnie. 

Po dwóch godzinach zjawił się przy moim łóżku kolega z innego dywizjonu. 

Przed chwilą też go wyciągnęli z morza, gdzie przebywał dwie godziny. Twierdził 
on, że nie powinienem takich kawałów urządzać, gdyż koledzy podzielili się moimi 
rzeczami. Nie zmartwiło mię to wcale, bo żyć jest warto dla życia, nie dla rzeczy.”

50

 
 
 
 

 

50

 Źródło: http://pspbis.fm.interia.pl/gorecki2l41.htm 

background image

„ŻÓŁTY TYGRYS“ 1981/08 

A.R.JANCZAK 

 

 

87 

 

 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 
 

[ pusta strona ] 

 

background image

Document Outline