background image

Władysław Zieliński

POD ZNAKIEM TRUPIEJ CZASZKI

Wydawnictwo Ministerstwa Obrony Narodowej

Warszawa 1987

Okładkę projektował: Konstanty M. Sopoćko

Redaktor: Wanda Włoszczak

Redaktor techniczny: Anna Lasocka

background image

W HITLEROWSKICH MUNDURACH

Zanim mieszkańcy Sanoka zdążyli skryć się w bramach domów i różnych zaułkach, na rynek wjechało 

kilka ciężarówek wypełnionych esesmanami. Stary Janiak, którego wysiedlono z Francji w 1935 roku, ze 
zdumieniem słuchał ich śpiewu:

„Walka z czerwonym wrogiem
Jest naszym obowiązkiem,
Świętym obowiązkiem żołnierzy Europy”.
Nie   ulegało   wątpliwości,   esesmani   śpiewali   po   francusku.   Poza   tym   na   burtach   ciężarówek 

wymalowane były trójkolorowe flagi, a nad łazikiem dowódcy powiewał francuski sztandar.

A   zatem  doczekaliśmy  się   Francuzów,   tyle   że   nie   w   trzydziestym   dziewiątym,   a   w   czterdziestym 

czwartym roku i to w mundurach SS, ze złością i goryczą pomyślał Janiak.

*

O tym, że po kapitulacji w 1940 roku Francja została podzielona na dwie części i że w południowej 

powstał rząd kolaborujący z Niemcami, na ogół Polacy wiedzieli. Wiedzieli także, że na czele tego rządu 
stanął   bohater   spod   Verdun,   marszałek   Pétain.   Nikt   jednak   nie   przypuszczał,   że   zaledwie   rok   później 
Francuzi będą wstępowali ochotniczo do armii hitlerowskiej oraz że zostanie przez nich utworzony Legion 
Ochotników   Francuskich   do   Walki   z   Bolszewizmem   (LVF).   Tego   nie   przewidzieli   nawet   najwięksi 
pesymiści.

Niemal nazajutrz po napaści niemieckiej na Związek Radziecki w Paryżu i w wielu miastach strefy 

okupowanej zorganizowano punkty werbunkowe do legionu. Okna wystawowe w lokalach przeznaczonych 
do tego celu ozdobione były portretami marszałka Pétaina, a hasła głosiły: „Wstępuj do Legionu Ochotników 
Francuskich do Walki z Bolszewizmem. Francuzie, los Francji jest w twoich rękach”. I obok tych haseł 
zawsze widniał ostrzegawczy napis: „Żydom nie wolno się zatrzymywać przed tą wystawą”.

Część Francuzów mijała owe lokale obojętnie, wielu przechodząc obok spluwało z pogardą, jednak byli 

i tacy, którzy wstępowali... i zapisywali się do legionu.

W kampanii werbunkowej wzięła udział cała ówczesna francuska prasa. Dzienniki „Le Matin”, „Paris 

Soir”,   „Union   Catholique”   i   wiele   innych   donosiły   z   radością:  „Francuzi   walczyć   będą   przeciwko 
bolszewikom. Już wkrótce na wschód wyjedzie pierwszy oddział Legionu Ochotników Francuskich. Weźmie 
on udział w ostatecznym przełamaniu linii Stalina”.

W   akcję   tę   zaangażowała   się   także   część   kleru   katolickiego.   Między  innymi   popierał   ją   kardynał 

Braudrillart   z   Akademii  Francuskiej,   rektor   Paryskiego   Uniwersytetu  Katolickiego,   który  pobłogosławił 
legionistów i publicznie oświadczył, że są oni  „najlepszymi synami Francji”. Marszałek Pétain pośrednio, 
jako   szef   rządu   francuskiego,   zalegalizował   legion,   przesyłając   na   ręce   pierwszego   jego   dowódcy, 
pułkownika   Rogera   Labonne'a   (oficer   zawodowy   armii   francuskiej),   telegram   następującej   treści: 
„Legioniści, w Waszych rękach spoczywa honor wojskowy Francji”.

Decyzję dotyczącą zorganizowania francuskiego legionu podjęto 7 lipca 1941 roku w paryskim hotelu 

„Majestic”.

*

Już o godzinie dziesiątej do dużej sali restauracyjnej, przekształconej tego dnia w salę obrad, zaczęli 

przybywać przywódcy francuskich partii faszystowskich i profaszystowskich. Niektórzy z nich witali się 
nawet charakterystycznym podniesieniem dłoni, lecz bez towarzyszących temu gestowi słów... Jeszcze nie 
wiedzieli,   kogo   pozdrawiać  —   „wodza”   Pétaina,   czy  „wodza   wodzów”   Hitlera.   Wokół   ustawionych   w 
prostokąt stołów mieli zająć miejsca: Eugene Deloncle  — przewodniczący Socjalnego Ruchu Ludowego, 
Jacques   Doriot  —   przywódca   Francuskiej   Partii   Ludowej,   Marcel   Déat   —   Zgromadzenie   Narodowo-
Ludowe, Jean Boisset — Biały Front, Paul Chack — Komitet Antybolszewicki, Marcel Buccard — Partia 
Francistów, Pierre Cementi — Francuska Partia Narodowo-Kolektywistyczna.

Na   sali   panowała   koleżeńska   atmosfera.   Wszyscy   przecież   znali   się   jeszcze   przed   wojną,   choć 

reprezentowali   różne   partie.   Większość   otoczyła   Deloncle'a.   Słuchali   go   uważnie,   od   czasu   do   czasu 
wybuchali   śmiechem.  Właśnie   opowiadał   interesująco   i   dowcipnie,   jak   to   16   kwietnia   1936   roku   jego 
motocykliści, ubrani w czarne kurtki i berety, wjechali z dużą prędkością w kolumnę zwolenników Frontu 
Ludowego. Oczywiście jego partia nie nazywała się wtedy Socjalnym Ruchem Ludowym, lecz nosiła nazwę 
„Tajny Komitet Akcji Rewolucyjnej”, choć bardziej znana była pod nazwą  „La Cagoule”, czyli kaptur. 

background image

Podczas wspomnianej akcji miał miejsce „wypadek” przy pracy. Jeden z „komandosów” spadł z motocykla. 
Zabrany na komisariat policji wylegitymował się jako porucznik służby zawodowej  — Maurice Duclos. 
Niecałą godzinę po zatrzymaniu został zwolniony w wyniku osobistej interwencji... admirała Darlana. Jak 
okazało się później, Darlan był jednym z przywódców kagulardów.

Serdecznym kolegą  Deloncle'a  był   Marcel  Déat.  Zresztą  cenili   go  wszyscy przywódcy francuskich 

faszystów   jako   autora  „odważnego”   artykułu   opublikowanego   w   sierpniu   1939   roku,   artykułu 
zatytułowanego  „Czy   Francuzi   powinni   umierać   za   Gdańsk?”,   który   to   tytuł   stał   się   później   hasłem 
wszystkich sił reakcyjnych we Francji.

Stopniowo   zebrani   na   sali   przywódcy   partyjni   zaczęli   się   niepokoić.   Mijała   już   godzina,   a 

przedstawiciele armii niemieckiej mający wziąć udział w naradzie ciągle byli nieobecni. Dopiero kiedy zegar 
wskazał   jedenastą,   na   salę   wkroczyła   delegacja   oficerów   Wehrmachtu,   na   czele   której   stał   esesman 
obersturmbannführer Arnold Tatzig. Krótkie, niedbale rzucone „heil” i hitlerowcy zajęli miejsca przy stole. 
Zapraszając Francuzów, by uczynili to samo, dali do zrozumienia, że oni czują się tutaj gospodarzami.

Naradę rozpoczął jeden z oficerów Wehrmachtu.
— Panowie — zwrócił się do przywódców francuskich partii politycznych — nasz wódz, Adolf Hitler, 

daje wam, Francuzom, szansę wzięcia udziału w walce, a właściwie w misji, jaką jest wyzwolenie Europy i 
chrześcijaństwa od groźby bolszewizmu. Jest to wyraz dużego zaufania i zarazem zaszczyt dla każdego 
Francuza, że będzie mógł walczyć u boku żołnierza niemieckiego przeciwko bolszewikom...

Po tym wstępie rozgorzała dyskusja, do której nikt nie musiał zachęcać. Hitlerowcy, uśmiechając się 

ironicznie, musieli wprost hamować przywódców francuskich partii, którzy zamierzali wcielić do legionu 
bez mała wszystkich zdemobilizowanych żołnierzy oraz jeńców ze stalagów i oflagów. Deloncle oświadczył 
nawet, że będzie to „forma rehabilitacji za udział w walce przeciwko naszym przyjaciołom — Niemcom”. W 
końcu   ustalono,   ku   zadowoleniu   obydwu   stron,   że   na   razie   zaciąg   do   legionu   będzie   ochotniczy  i   nie 
powinien przekroczyć 20 tysięcy ludzi. Oczywiście Niemcy byli przezorni, chcieli sprawdzić, jak Francuzi 
będą się spisywali na froncie.

W   ciągu   pierwszych   trzech   miesięcy  akcji   werbunkowej   do   legionu   zgłosiło   się   zaledwie   13   400 

ochotników,   z  których  komisja lekarska  odrzuciła  4600,  a   3000 nie  przyjęto ze  względu  na   przeszłość 
kryminalną.   Jedną   trzecią   pozostałych   ochotników   stanowili   oficerowie   i   podoficerowie   zawodowi   z 
przedwojennej   armii   francuskiej.   Kiedy   już   istniał   trzon   pierwszej   mającej   walczyć   u   boku   Niemców 
jednostki, wyznaczono jej dowódcę. Został nim pułkownik Roger Labonne.

Ochotników zgrupowano teraz w pobliżu Paryża, gdzie pod dowództwem oficerów hitlerowskich odbyli 

przeszkolenie wojskowe oraz krótki kurs języka niemieckiego — zasób słów niemieckich, które im wbijano 
do głów, ograniczał się do podstawowych komend i składania meldunków. Tam również nałożyli na siebie 
mundury Wehrmachtu. Jedyną odznaką francuską, jaką nosili, była niebiesko-biało-czerwona naszywka na 
lewym   przedramieniu   i   napis  „France”.   Kiedy  liczba   ochotników   zwiększyła   się   do   blisko   20   tysięcy, 
utworzono z nich 638 pułk Wehrmachtu i dwa samodzielne bataliony.

Dwudziestego siódmego sierpnia 1941 roku na Gare du Nord (Stacja Północna w Paryżu) odbyło się 

uroczyste pożegnanie legionistów odjeżdżających na wschód. Na dworzec przybyły oficjalne osobistości 
administracji francuskiej, delegaci partii faszystowskich, oficerowie francuscy ze strefy południowej, z tak 
zwanej armii rozejmowej, oraz przedstawiciele okupacyjnych władz hitlerowskich. Okrzyki  „vive Pétain” 
zmieszały się z okrzykami „vive Doriot”, „vive Deloncle”, „vive Hitler”.

Na kilka minut przed odjazdem pociągu, kiedy orkiestra skończywszy grać Marsyliankę przeszła do 

niemieckiego  „Deutschland über alles”,  rozległa się niespodziewanie  seria z pistoletu  maszynowego. W 
pierwszej chwili nikt nie zorientował się, co miały znaczyć te strzały. Niektórzy sądzili nawet, że to seria 
oddana na wiwat. Sytuacja wyjaśniła się, kiedy zebrani na dworcu dostrzegli padającego na ziemię Lavala i 
Déata oraz szarpiącego się legionistę. Zamachowiec, Paul Colette, został obezwładniony przez kolegów i 
oddany w ręce policji (przeżył wojnę i w 1946 roku napisał książkę pt.  „Strzelałem do Lavala”). Po tym 
wydarzeniu werbownicy wprowadzili zasadę ścisłej selekcji ochotników; zwracali teraz szczególną uwagę 
na ich przeszłość polityczną..

Pierwsza podróż legionistów nie trwała długo. Zostali przewiezieni do Niemiec, gdzie przeszli trwające 

niemal dwa miesiące  szkolenie. W końcu listopada, już bez pożegnalnej  ceremonii, załadowano ich do 
pociągu i przetransportowano do Smoleńska, skąd po dwudniowym odpoczynku wymaszerowali w kierunku 
Moskwy.

Podniosły nastrój ochotników do walki z bolszewizmem prysł, a właściwie ochłódł, kiedy nadeszły 

pierwsze mrozy. Jeden z nich, Jean Claire, w liście do matki napisał wówczas:  „Kochana Mamo, mróz 
okropny, —40°, uniemożliwia myślenie. Po prostu mam zamrożony mózg. Kilku kolegów straciło uszy oraz 
palce u nóg. Ja mam także odmrożone uszy. Odpadło mi pół lewego ucha...”

background image

Siódmego grudnia 638 pułk Wehrmachtu, czyli francuski Legion do Walki z Bolszewizmem, przeszedł 

chrzest bojowy w okolicach jeziora Dżukowo. Francuzi stracili wówczas niemal 2/3 składu osobowego, nie 
biorąc pod uwagę tych, którzy zamarzli na śmierć, zanim zdążyli oddać choć jeden strzał.

Po pierwszej bitwie dowództwo niemieckie uznało, że legion francuski pod względem wojskowym 

przedstawia bardzo małą wartość, że wręcz nie nadaje się do działań frontowych, a ponieważ w tym czasie 
Niemcom bardzo dokuczali partyzanci, skierowali do walki z nimi Francuzów.

W połowie 1942 roku dowództwo niemieckie zdało sobie sprawę, że czas skończyć  z rojeniami  o 

„wojnie błyskawicznej” na froncie wschodnim. Wprawdzie armia hitlerowska okrążyła Leningrad, zbliżyła 
się do Moskwy i walczyła w Stalingradzie, ale obrona radziecka wbrew oczekiwaniom Hitlera nie załamała 
się, przeciwnie  — była bardziej zaciekła. Coraz częściej Armia Radziecka przejmowała inicjatywę, a na 
zapleczu rosły siły partyzantów. Wylatywały w powietrze linie kolejowe i mosty, zaopatrzenie wojsk stawało 
się z dniem każdym trudniejsze. W 1942 roku partyzanci zaczęli działać również na terenach Polski.

Francuscy legioniści, którzy okazali się niezdatni do walki na pierwszej linii frontu, nie mogli sobie 

również poradzić z partyzantami. Ginęli od pocisków  „leśnych bolszewików”, jak nazywali partyzantów, 
choć prawie nigdy ich nie widzieli. Jedynymi sukcesami, jakimi mogli się „poszczycić”, było mordowanie 
podejrzanych o „współpracę”, czyli cywilów, przeważnie mieszkańców wsi.

Przepojeni petainowską i hitlerowską propagandą legioniści głęboko wierzyli w zwycięstwo Niemców. 

Zresztą ich nienawiść do komunistów i Związku Radzieckiego często miała swoje źródła w przeszłości, w 
wychowaniu   rodzinnym   i   atmosferze   panującej   w   armii   francuskiej.   Niektórzy  z   nich   wierzyli,   że   po 
pokonaniu Europy przez Hitlera Francja odzyska rangę mocarstwa europejskiego, oczywiście jako państwo 
faszystowskie,   i   zostanie   dopuszczona   do   podziału   łupów.   Stanie   się   także   ważniejszym   sojusznikiem 
Niemiec niż Włochy.

Kim   byli   ci   fanatyczni   zwolennicy   faszyzmu,   Pétaina   i   Hitlera?   W   zachowanych   we   Francji 

dokumentach znajdują się życiorysy niektórych z nich.

Jean Dupont pisał:  „Zostałem powołany do wojska w 1939 roku. Zmuszono mnie do udziału w tej 

podłej, z góry skazanej na klęskę, wojnie. Po kapitulacji znalazłem się w wolnej strefie. Mój ojciec był 
zakochany w Déacie i brał aktywny udział w farsie wzorowanej na niemieckich kronikach. Nosił brunatną 
koszulę,   wysokie   buty   z   cholewami   i   beret   baskijski.   Mnie   interesowała   prawdziwa   Europa, 
narodowosocjalistyczna, a nie jakaś imitacja faszyzmu w postaci nacjonalizmu francuskiego”.

Pierre Dedans, właściciel małego sklepiku spożywczego, w swoim życiorysie napisał: „Zaciągnąłem się 

do   Młodzieży   Marszałka...   Śpiewaliśmy   piosenkę   »Nasi   sprzymierzeńcy   przegrali   wojnę   i   nadzieję   na 
zwycięstwo...« Kochałem Pétaina jak ojca. Zostałem faszystą i wstąpiłem do milicji. Uważam jednak, że 
mogę lepiej służyć wielkiej sprawie. Dlatego zgłaszam się do Legionu, bo chcę bronić kultury europejskiej i 
chrześcijaństwa...”

A oto fragment życiorysu Jeana Duvina: „W lutym 1934 roku wstąpiłem do ruchu Akcji Francuskiej. 

Pierwszy raz walczyłem z komunistami na placu Concorde. Wśród nas byli ranni i zabici. Następnego dnia 
zostaliśmy uzbrojeni (Duvin nie podaje, kto ich uzbroił  —  dop. autora). Wtedy wzięliśmy odwet. Wielu 
padło z ich strony. Co pewien czas organizowaliśmy sobie »wieczorki nacjonalistyczne«. Po kapitulacji 
zaprzyjaźniłem   się   z   Niemcami.   Pomagałem   im   w   małych   pogromach   oraz   wyłapywaniu   Żydów   i 
komunistów. Teraz proszę o zapisanie mnie do Legionu...”

Inny ochotnik, majster z zakładów metalowych, Paul Dujardin, napisał krótko:  „Czuję, że należę do 

wyższej rasy, prawie nordyckiej. Mam dość pracy z tymi podludźmi Polakami”.

Oficer służby zawodowej, porucznik Victor Danube, prosząc o przyjęcie do Legionu, chwalił się, że ma 

duże doświadczenie bojowe, bo walczył w Afryce Północnej, Indochinach i w Maroku. A teraz prosi o 
zaszczyt walki przeciwko bolszewikom, których nienawidzi z całego serca.

W lutym 1942 roku ambasador III Rzeszy w Paryżu, Otto Abetz, wezwał do siebie Jacquesa Doriot, 

Eugene'a   Deloncle   i   sekretarza   stanu   w   rządzie   Vichy,   Jacquesa   Benoist-Méchin,   by   wyrazić   swoje 
niezadowolenie z powodu małego dopływu ochotników-legionistów i zastanowić się wspólnie nad wyjściem 
z   tej   przykrej   sytuacji.   Ambasador   nie   bawił   się   w   uprzejmości   i   nie   ukrywał   irytacji.   Powód   jego 
zdenerwowania był prosty. Dwa dni wcześniej z popołudniowej drzemki obudził go ostry dzwonek telefonu. 
Podniósł słuchawkę i usłyszał gniewny głos Himmlera:

— Przed  chwilą  rozmawiałem  z  führerem.  Ma  zamiar przenieść   pana  do  pracy  w Jugosławii  albo 

powołać do armii i wysłać na front wschodni. Za nieudolność...

Abetzowi odebrało mowę. Z odrętwienia wyrwał go Himmler, który ryczał do słuchawki:
— Halo, słyszy mnie pan, Abetz? Niech się pan odezwie!
— Co się stało? Za co? — jąkał się ambasador.
— Pan jeszcze pyta? Za dobrze się panu powodzi w tym Paryżu! Czy pana zdaniem za Europę, za 

background image

kulturę europejską, mają ginąć wyłącznie Niemcy? A kto zasiedli po wojnie całą Rosję, jak wyginie zbyt 
dużo naszych ludzi? Może te żabojady? Przyrzekł pan führerowi, że doprowadzi do tego, aby co najmniej 
pół miliona Francuzów wstąpiło do naszej armii, że uda się nawet zwerbować wielu do SS! I co? Zgłosiło się 
zaledwie kilkanaście tysięcy ochotników...

Nie tyle ta reprymenda wstrząsnęła Abetzem, ile groźba, że może wylądować na froncie wschodnim. I 

to przede wszystkim „zmobilizowało” ambasadora do zdecydowanego działania.

Oczywiście   w   czasie   odprawy,   bo   raczej   taki   charakter   miała   ta   niby  „narada”,   ani   słowem   nie 

wspomniał o telefonie od Himmlera. Bez żadnych grzecznościowych wstępów oświadczył Francuzom:

— Panowie, wezwałem was, gdyż nie dotrzymujecie swoich sojuszniczych zobowiązań. O nowy ład w 

Europie trzeba walczyć, i to nie jest żaden slogan. Francja musi udowodnić, że zasłużyła na to, aby zająć 
godne miejsce wśród państw narodowosocjalistycznych. Przedtem trzeba jednak pokonać wrogów i osiągnąć 
zdecydowane zwycięstwo. A teraz oczekuję od panów propozycji...

W   pierwszej   chwili   Francuzi   nie   zrozumieli,   o   co   ambasadorowi   chodzi.   Najszybciej  „zaskoczył” 

Benoist-Méchin.

— Ależ, panie ambasadorze — próbował wyjaśnić. — W szeregach Legionu Ochotników Francuskich 

do Walki z Bolszewizmem walczy blisko dwadzieścia tysięcy ochotników, w Luftwaffe kilka tysięcy, przy 
budowie Wału Atlantyckiego oraz innych fortyfikacji również kilka tysięcy...

Abetz przerwał brutalnie:
— Nie interesują mnie pańskie wyliczanki. To wszystko razem nie przekracza trzydziestu tysięcy ludzi. 

I wy mówicie o wkładzie do walki z bolszewizmem? To są kpiny! Francję stać na co najmniej pół miliona 
żołnierzy!   O   mniejszej   liczbie   führer   nawet   nie   chce   słyszeć.   Zresztą   upoważnił   mnie,   żeby   panom 
powiedzieć,   że   w   tej   sytuacji   ma   wątpliwości   co   do   udziału   Francji   w   konferencji   europejskiej   po 
zakończeniu zwycięskiej wojny. Chyba że Francja weźmie w niej udział jako państwo pokonane.

Benoist-Méchin wiedział, co to oznacza: odsunięcie Francji od udziału w podziale łupów wojennych. 

Co by na to powiedział marszałek! Do tego nie można dopuścić. Dlatego przemilczał obraźliwą uwagę 
Abetza i ponownie zabrał głos.

—   Panie   ambasadorze,   przyrzekam   panu,  że   życzenie   führera   będzie   spełnione.   Do   walki   z 

bolszewikami   zmobilizujemy  nie   tylko   pół   miliona   żołnierzy,   ale   cały  milion.   Poza   tym   do  dyspozycji 
gospodarki   Wielkiej   Rzeszy,   której   jesteśmy   wiernymi   sojusznikami,   oddamy   co   najmniej   sto   tysięcy 
robotników...

— Dlaczego zaledwie sto tysięcy — znów przerwał mu Abetz. — Potrzebujemy czterystu do pięciuset 

tysięcy   robotników,   w   tym   kilkanaście   tysięcy   wykwalifikowanych,   przydatnych   w   przemyśle 
zbrojeniowym...

— Jak pan sobie życzy — skwapliwie i pokornie zgodził się francuski sekretarz stanu. — Zwerbujemy 

pół miliona.

Od tego momentu rozmowa między partnerami przebiegała już w atmosferze wzajemnego zrozumienia. 

Abetz był zadowolony, czego dowodem był fakt, że łaskawie przeszedł na język francuski. Wiedział już, że 
nie grozi  mu  front wschodni,  że może  też  liczyć  na służalczość  przedstawicieli  tego śmiesznego  rządu 
francuskiego, uzależnionego nie tylko od Hitlera, ale nawet od niego, Abetza. Zresztą gdyby te żabojady 
wiedziały, jaką niespodziankę szykuje im führer... Przypomniał sobie teraz rozmowę między Ribbentropem a 
Himmlerem, której był świadkiem podczas pobytu w Berlinie. Dowiedział się wówczas, że jeśli alianci 
zagrożą wybrzeżom Europy, szczególnie od południa, Niemcy nie będą sobie mogli pozwolić na luksus 
„wolnej strefy”. A takie zagrożenie stawało się coraz bardziej realne.

Sekretarz   stanu   Jacques   Benoist-Méchin   po   powrocie   do   Vichy   natychmiast   zameldował   się   u 

marszałka. Pétain, wysłuchawszy go uważnie, chwilę milczał, wreszcie powiedział jedno tylko zdanie:  „A 
zatem niech pan działa”.

Benoist-Méchin uznał, że wypowiedź ta oznacza przyznanie mu nieograniczonego pełnomocnictwa w 

zakresie realizowania spraw omawianych z ambasadorem III Rzeszy, i ostro zabrał się do pracy. Dokładnie 
w pierwszą rocznicę napadu armii hitlerowskiej na Związek Radziecki — 22 czerwca 1942 roku, rząd Vichy 
ogłosił ochotniczy zaciąg do Trójbarwnego Legionu, który miał być „narodowy”, podobnie jak „narodowa” 
była hiszpańska Błękitna Dywizja.

Żołnierze Trójbarwnego Legionu mieli nosić wyłącznie francuskie mundury, miały im przysługiwać 

francuskie stopnie i obowiązywać francuskie regulaminy. A więc byłaby to  „czysto” francuska jednostka, 
podlegająca   ministrowi   wojny   rządu   Vichy,   generałowi   Bridoux,   na   terenie   Francji,   a   na   froncie 
podporządkowana operacyjnie dowództwu niemieckiemu.

Po   cichu   Bridoux   żywił   nadzieję,   że   jego   syn,   który  walczył  na   froncie   wschodnim   w   mundurze 

hitlerowskim, z czasem przejdzie do „jego” legionu. Obawiał się jednak, że takie posunięcie nie podobałoby 

background image

się Niemcom, a i marszałek nie byłby z tego zadowolony. Generał Bridoux był gorącym zwolennikiem 
pełnej kolaboracji wojskowej z Niemcami, lecz w barwach i mundurach francuskich.

W czerwcu 1942 roku przybył do Vichy Fritz Sauckler, szef urzędu Generalnego Pełnomocnika do 

Spraw   Zatrudnienia,   do   niedawna   gauleiter   Turyngii.   Odbył   on   długą   rozmowę   z   nowo   mianowanym 
przewodniczącym Rady Ministrów — Pierre Lavalem, na temat oddania do dyspozycji Rzeszy pierwszego 
rzutu robotników — miało ich być 250 tysięcy. Żeby zachęcić Francuzów do wyjazdu, Laval zaproponował 
Saucklerowi, aby za każdych trzech ochotników skierowanych do pracy w Niemczech władze hitlerowskie 
zwolniły jednego jeńca wojennego.

— Rozumie się, że po krótkim wypoczynku ten zwolniony, już jako cywilny robotnik, wyjedzie także 

do was do pracy — przekonywał Laval Niemca.

Sauckler po konsultacji z Abetzem łaskawie zgodził się na taką wymianę.
Propaganda   rządu   Vichy  ubrała   tę   transakcję   w   odpowiednie  „szaty”,   głosząc,   że  „każdy  Francuz 

wyjeżdżający   ochotniczo   do   pracy   do   Niemiec   daje   wyraz   swojego   głębokiego   patriotyzmu   i 
humanitaryzmu.   Dzięki   niemu   bowiem   do   Francji   będzie   mógł   powrócić   jego   kolega,   przebywający 
dotychczas   w   obozie   jenieckim”.   Jednocześnie   w   całej   Francji   rozlepione   zostały   plakaty   z   napisem: 
„Żołnierze   niemieccy   oddają   swoją   krew  —   wy   dajecie   swoją   pracę   dla   uratowania   Europy   przed 
bolszewizmem”.

Po zakończeniu rozmów z Saucklerem i podpisaniu tego państwowego aktu  „handlu niewolnikami” 

Laval wygłosił przemówienie radiowe, w którym oświadczył m.in.: „Życzę zwycięstwa Niemcom, gdyż bez 
zwycięstwa   naszych   sojuszników   bolszewizm   w   najbliższym   czasie   zaleje   całą   Europę...”   Laval   nie 
przewidział jednak, że za kilka miesięcy zostanie zalana cała  „wolna strefa”, i to bynajmniej nie przez 
bolszewików, lecz wojska jego sojusznika — Niemiec.

Już w przeddzień 11 listopada 1942 roku budynki prefektury, żandarmerii oraz niektóre domy prywatne 

w wolnej strefie zostały udekorowane trójkolorowymi flagami. Organizacje terenowe Legionu Kombatantów 
i   Ochotników   Rewolucji   Francuskiej   przygotowały   się   do   tradycyjnych   wieców   i   przemarszów   przed 
budynkiem  merostwa.   Bardziej   gorliwi   przewodniczący  komitetów  wysłali   na   adres   marszałka,   a   także 
Darlana, twórcy Legionu, depesze gratulacyjne, zapewniając ich jednocześnie, że „będą stali niezłomnie na 
straży   rewolucji   narodowej   i   bronić   będą   chrześcijaństwa   przed   komunizmem”.   Przygotowania   do 
uroczystości zostały zakończone. Dnia następnego miało rozpocząć się świętowanie.

Tymczasem wczesnym rankiem 11 listopada  ryk  samolotów, zgrzyt gąsienic  i warkot  samochodów 

zbudził mieszkańców wolnej strefy. Drogami południowej Francji, ulicami miast i miasteczek ciągnęły całe 
pułki i dywizje niemieckie, które w ciągu kilku godzin zajęły resztki „wolnego kraju”.

Francuzi   byli   zaskoczeni.   Jednostki   armii   rozejmowej   nie   próbowały   nawet   się   bronić,   pod 

dowództwem zdezorientowanych oficerów opuszczały koszary,  które natychmiast były zajmowane przez 
Niemców. Podobnie zachowała się policja i żandarmeria. Co więcej, formacje te przystąpiły do regulowania 
ruchu drogowego, aby umożliwić Niemcom szybkie przemieszczanie się na południe kraju. Jedynie tu i 
ówdzie dały się słyszeć pojedyncze strzały. Jak potem wieść głosiła, było to świadectwo nielicznych prób 
stawiania oporu, prób podjętych przez niektórych dowódców jednostek podległych generałowi de Lattre de 
Tassigny.

I tak w ciągu jednego dnia tzw. wolna strefa przestała istnieć. Tego samego dnia wielu Francuzów 

pozbyło   się   iluzji,   że   uda   im   się   przetrwać   spokojnie   tę   okropną   wojnę   na   skrawku   niby   wolnej   i 
samodzielnej Francji, którą zawdzięczali kolaborującemu z Niemcami Pétainowi.

Jedenastego listopada wieczorem przez radio przemówił Pétain. Apelował do swoich rodaków,  „aby 

zachowali spokój i nadal mu ufali, bo on — marszałek  — nieustannie myśli o Francji”. Ale Francuzi już 
sobie zdawali sprawę, że z tego marszałkowskiego „myślenia” nic dobrego dla nich nie wyniknie.

Prawdziwy dramat rozegrał się w Tulonie, największym porcie wojennym Francji na wybrzeżu Morza 

Śródziemnego. Zgodnie z art. 8 układu francusko-niemieckiego o zawieszeniu broni z 22 czerwca 1940 roku 
francuska   flota   wojenna   została   skoncentrowana   w   Tulonie.   Jednocześnie   znacznie   zredukowano   jej 
uzbrojenie, a także zmniejszono do minimum amunicję. Francuskie okręty nie miały prawa wychodzenia z 
portu, co oznaczało, iż były internowane we własnym kraju. W 1940 roku Niemcy nie byli przygotowani do 
przejęcia francuskiej marynarki, obawiali się poza tym, że próba zawładnięcia nią nawet w ramach układu o 
zawieszeniu broni zakończy się ucieczką okrętów do portów brytyjskich lub zbrojnym oporem marynarzy. 
Nie oznaczało to jednak, że zrezygnowali z tak łatwego łupu.

Wiadomość o wkroczeniu do  „wolnej strefy” wojsk hitlerowskich pozbawiła marynarzy francuskich 

złudzeń. Zdali sobie sprawę, że los ich okrętów jest przesądzony. Nie byli zresztą tak bardzo zaskoczeni, 
gdyż   od  dłuższego   już   czasu   z   niepokojem  obserwowali   coraz   liczniejsze   niemieckie   jednostki,   w   tym 
stawiacze min, kręcące się w pobliżu Tulonu, a nawet tuż przed wejściem do portu.

background image

Tego tragicznego dnia, 11 listopada, w godzinach przedpołudniowych młodzi oficerowie i marynarze z 

pancernika „Strasbourg” odmówili wykonania rozkazu rozmontowania dział okrętowych. Doszło do bójki z 
żandarmami usiłującymi ich aresztować.

Dowódca floty wojennej w Tulonie, wiceadmirał Laborde, na wieść o buncie wydał rozkaz następującej 

treści: „Wielkie wydarzenia znów doświadczyły naszą nieszczęsną ojczyznę. Odpowiedzią na nie musi być 
jeszcze ściślejsze skupienie się wokół Marszałka, któremu zaufaliśmy. Cokolwiek nastąpi, obowiązuje nas 
spokój  i  dyscyplina.   Jedynie   taka  postawa  oficerów   i  marynarzy  może   uratować  honor  Francji   i  honor 
bandery naszych okrętów...” I aby ratować ten właśnie honor, podczas spotkania z przedstawicielami armii i 
marynarki   niemieckiej   zaproponował   wspólne   działania   z   Kriegsmarine   przeciwko   aliantom   na   Morzu 
Śródziemnym. Niemiec, komandor von Rault-Frapart, odrzucił tę propozycję, powołując się na wyraźny 
rozkaz Hitlera w tej sprawie. Okazuje się, że Niemcy nie darzyli bezgranicznym zaufaniem Francuzów i 
obawiali się, że wyrażając zgodę na wspólne działania mogą ułatwić ucieczkę francuskich okrętów lub, co 
gorsza, wystawią swoje jednostki pod lufy dział niepewnych sprzymierzeńców.

W tej sytuacji wiceadmirał Laborde wydaje swojej flocie rozkaz samozatopienia.
Większość okrętów francuskich poszła na dno. Praktycznie  francuska  marynarka wojenna przestała 

istnieć. Jej odbudowa nastąpiła dopiero po ponad 20 latach.

Na   dnie   portu   tulońskiego   legła   duma   francuskiej   marynarki   wojennej:   pancerniki  „Dunkerque”, 

„Strasbourg” i „Provence”, ciężkie krążowniki „Algérie”, „Colbert”, „Dupleix”, „Foch”, lekkie krążowniki 
„Jean   de   Vienne”,   „Marseillaise”   i   „La   Gallissonière”.   Ponadto   zatopionych   zostało   blisko   pięćdziesiąt 
niszczycieli, torpedowców i okrętów podwodnych.

Kilku dowódców okrętów nie wykonało jednak tego samobójczego rozkazu i podjęło próbę wyjścia z 

portu. Przez blokadę hitlerowskich okrętów i pola minowe przedarły się cztery okręty podwodne. Jeden z 
nich dotarł do Barcelony, gdzie został internowany, pozostałe do portów w Afryce Północnej. Okręty te 
walczyły do końca wojny przeciwko hitlerowcom.

Wkrótce, zresztą zgodnie z zarządzeniem marszałka z lutego 1943 roku zezwalającym Francuzom na 

wstępowanie  w  szeregi  armii  hitlerowskiej,  do  Kriegsmarine  zaczęli  napływać  ochotnicy-marynarze.   W 
kwietniu 1943 roku w niemieckiej marynarce wojennej służyło już i walczyło przeciwko aliantom ponad 
2000 francuskich marynarzy, w tym wielu z Tulonu.

Po zajęciu południowej Francji Niemcy nieufnie odnosili się do Trójbarwnego Legionu i odmówili 

zatwierdzenia go, mimo iż został zorganizowany po to, aby walczyć na froncie wschodnim. Sztandar, który 
w czerwcu 1942 roku wręczył tej jednostce generał Eugene Bridoux, został odebrany, a jednostkę na rozkaz 
Niemców rozwiązano. W tej sytuacji Laval wystąpił z propozycją zorganizowania innej formacji, pod nazwą 
Falanga   Francuska,   ale   jego   projekt   nie   uzyskał   aprobaty   władz   hitlerowskich.   Francja   mająca   rząd 
całkowicie   uzależniony   od   Niemiec   nie   była   już   partnerem   interesującym   Hitlera.   Przecież   mógł   brać 
wszystko,  co chciał, rabować jej bogactwa, łącznie z ludźmi. R. Paxton, autor książki pt.  „La France”, 
stwierdza między innymi, że „kolaboracja nie była wymagana przez Niemców (po okupacji całego kraju — 
dop. autora), lecz niektórzy Francuzi wyrazili na nią zgodę. Była to propozycja Francji...”

W   tym   okresie   Hitler   potrzebował   przede   wszystkim  „mięsa   armatniego”.   Wprawdzie   po 

doświadczeniach z Legionem Ochotników Francuskich do Walki  z Bolszewizmem nie miał  zbyt dobrej 
opinii o Francuzach jako żołnierzach, jednak wyraził zgodę na ich służbę w jednostkach niemieckich lub 
nawet francuskich, ale pod warunkiem, że będą całkowicie podporządkowane dowództwu niemieckiemu. 
Poza tym potrzebował taniej siły roboczej. I to jego życzenie zostało również spełnione. Najwierniejszy z 
wiernych, Pierre Laval, wydał dwa dekrety, na mocy których do 30 września 1944 roku wysłano z Francji 
650 tysięcy „ochotników”, którzy mieli wesprzeć wysiłek zbrojeniowy Nermec.

W połowie 1943 roku sytuacja wojsk niemieckich na wszystkich frontach Europy, zwłaszcza na froncie 

wschodnim,   stawała   się   coraz   bardziej   niepokojąca.   Po   klęsce   pod   Stalingradem   Armia   Radziecka 
przystąpiła do ofensywy, w marcu 1943 roku linia frontu przebiegała od Murmańska po Kaukaz, a w lipcu 
1943   roku   Niemcy   ponieśli   kolejną   dotkliwą   klęskę   na   łuku   kurskim.   W   Afryce   13   maja   1943   roku 
poddawały się aliantom ostatnie jednostki niemieckie i włoskie. W lipcu upadł rząd Mussoliniego, a w 
pierwszych dniach września w południowych Włoszech wylądowały wojska sojusznicze. Szybko topniały 
niemieckie rezerwy ludzkie. Armia hitlerowska pilnie potrzebowała żołnierzy.

MILICJA FRANCUSKA

Na oblewanej przez wody Sekwany wyspie Cité wznosi się paryski Pałac Sprawiedliwości, siedziba 

sądów różnych instancji. Przed wiekami znajdowały się tu zamki gubernatorów rzymskich, a w czasach 

background image

późniejszych,   aż   do   rewolucji   francuskiej,   mieściła   się   siedziba  „parlamentu”,   czyli   najwyższego   sądu 
francuskiego. Obecnie stojące budynki wzniesiono w XIX wieku, ale tu i ówdzie można jeszcze dostrzec 
fragmenty  dawnych   murów.   W   wielkim   hallu,   czyli   tzw.   sali   zbytecznych   kroków   (tu   chodzą   tam   i   z 
powrotem najbliżsi oskarżonych, oczekując na wydanie wyroku), zwraca uwagę posąg Sprawiedliwości z 
jedną stopą wspartą na grzbiecie żółwia, co ma przypominać, że procesy wymagają wiele, wiele czasu...

Trzeciego października 1945 roku w jednej z sal tego pałacu stanął przed sądem Joseph Darnand. Po 

klęsce Niemiec hitlerowskich ukrył się on w północnych Włoszech, gdzie w jednej z małych osad górskich 
zdemaskowało go dwóch agentów brytyjskiej służby bezpieczeństwa. Podobno ten dzień, a mianowicie 25 
czerwca   1945   roku,   przepowiedziała   mu   wróżka   jako   ostatni   dzień   jego   kariery.   Po   kilku   godzinach 
nieprzerwanego przesłuchania Darnand ujawnił miejsce ukrycia skarbu, który wywiózł z Francji  — wiele 
sztabek złota i sporą liczbę kamieni szlachetnych. Zagarnięte mienie zwrócono skarbowi francuskiemu, a 
jego niedawny posiadacz powędrował za kratki. Później zajął się nim wymiar sprawiedliwości.

— Imię, nazwisko, zawód, miejsce zamieszkania, data i miejsce urodzenia?
— Urodziłem się dziewiętnastego marca tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego siódmego roku w Coligny, 

w departamencie Ain. Z zawodu przedsiębiorca drogowy. Ojciec mój był kolejarzem. Miałem sześcioro 
rodzeństwa. Siostra, Madeleine, wstąpiła do karmelitanek. Byłem żołnierzem w czasie pierwszej i drugiej 
wojny światowej. Przed drugą wojną światową działałem w Tajnym Komitecie Akcji Rewolucyjnej, inaczej 
zwanym „Kapturem”...

— Powstał w tysiąc dziewięćset trzydziestym trzecim roku  — wyjaśnia prokurator.  — Organizacja 

skrajnie prawicowa, wywrotowa. Działająca do roku czterdziestego. Powiązana z pewnymi kołami w armii i 
przemyśle.   Finansowana   przez   Trzecią   Rzeszę   i   Włochy.   Współpracowała   z   reżimem   Franco.   W 
trzydziestym   siódmym   roku  „Kaptur”   przygotowywał   zamach   stanu,   który   udaremniła   policja.   Mieli 
kontakty z Pétainem...

—   Po   kapitulacji   Francji   —   kontynuuje   Darnand   —   nawiązałem   kontakty   z   organizacjami 

antyniemieckimi, ale wkrótce wybrałem inną drogę. W październiku czterdziestego roku marszałek Pétain 
spotkał się z Hitlerem w Montoire-sur-Loir. Po tej rozmowie marszałek wygłosił przemówienie do narodu 
francuskiego, w którym powiedział między innymi: „Wchodzę obecnie na drogę kolaboracji! Idźcie za mną, 
zachowując wiarę w wieczną  Francję!” Poszedłem za marszałkiem. W tysiąc  dziewięćset  czterdziestym 
mianowano mnie stałym delegatem legii przy rządzie Vichy. W styczniu czterdziestego trzeciego stanąłem 
na czele Milicji Francuskiej. W grudniu tego roku zostałem sekretarzem stanu do utrzymania porządku 
publicznego w rządzie Vichy, a w czerwcu czterdziestego czwartego sekretarzem stanu w MSW w rządzie 
Vichy...

— W lipcu tysiąc dziewięćset czterdziestego trzeciego roku — uzupełnia prokurator — złożył w Paryżu 

wobec przedstawicieli niemieckich władz okupacyjnych przysięgę wierności Hitlerowi i został mianowany 
SS-obersturmführerem. Rok wcześniej przebywał w okupowanej Polsce, gdzie Niemcy szkolili oddziały tak 
zwanego Legionu Ochotników Francuskich do Walki z Bolszewizmem. Francuski skrót LVF...

Sąd   zajął   się   odczytywaniem   aktu   oskarżenia   o   zdradę   ojczyzny.   Darnand   miał   wiele   czasu,   aby 

powrócić wspomnieniami do dni swego powodzenia i wszechwładzy...

*

Powołany przez Pétaina w sierpniu 1940 roku Legion Kombatantów Francuskich rychło stał się podporą 

reżimu Vichy (rok później liczył 700 tys. członków, a w 1943 rpku około 1 700 tys.). Skupił on w swych 
szeregach byłych żołnierzy francuskich z I i II wojny światowej, ale najbardziej dynamiczną i wpływową 
grupę stanowili kombatanci z I wojny, a wśród nich ludzie o poglądach konserwatywnych i prawicowych. 
We wrześniu 1940 roku rząd Vichy postanowił utworzyć w wolnej strefie paramilitarną organizację, która 
miała z czasem wspomóc policję w zwalczaniu  przeciwników reżimu Pétaina. Utworzono więc  „Grupy 
Ochronne”. Na czele jednej z nich, w departamencie Alpy Nadmorskie, stanął Joseph Darnand, który coraz 
częściej   zapominał   o   budowie   czy   naprawie   dróg,   myśląc   wyłącznie   o   karierze   politycznej.   Wkrótce 
przedstawił   Pétainowi   projekt   utworzenia   Służby   Porządkowej   Legionu   Kombatantów   (skrót   francuski 
SOL).

*

Dwudziestego piątego czerwca 1940 roku zawarto między Francją a III Rzeszą układ rozejmowy, na 

którego mocy Francja została podzielona na dwie strefy: okupowaną i tak zwaną wolną. W okupowanej 
znalazły się, w całości lub częściowo, 52 z 90 departamentów, czyli 55 procent całej powierzchni kraju z 25 

background image

mln mieszkańców, w nie zajętej przez Niemców pozostało około 14 mln ludzi. W tej ostatniej właśnie rząd 
francuski   na   czele   z   Pétainem   przystąpił   do   organizowania   nowego   tworu   państwowego   pod   nazwą 
„Państwo Francuskie”. Hitler, nie podjąwszy jeszcze decyzji, jaki los wyznaczy podbitej Francji, jako wyraz 
tymczasowości   porozejmowego   stanu   rzeczy   pozostawił   w   Paryżu,   który   leżał   w   strefie   okupowanej, 
ambasadę III Rzeszy. A w strefie „wolnej”, która w rzeczywistości wolną nie była, gdyż Niemcy sprawowali 
nad   nią   ścisłą   kontrolę,   rząd   Vichy   realizował   dewizę   Państwa   Francuskiego,   która   brzmiała:  „Praca, 
Rodzina, Ojczyzna”. W praktyce oznaczało to urzeczywistnienie „prawdziwego nacjonalizmu”, solidarność 
klas, poszanowanie hierarchii, antykomunizm. Utworzenie SOL w strefie wolnej nie było przypadkowe i 
miało swe wyraźne miejsce w kalendarzu „zreformowania” Francji przez rząd Vichy.

Hitlerowskie służby policyjne bacznie przyglądały się temu, co dzieje się w strefie wolnej, chociaż nie 

wszyscy  ich   funkcjonariusze   rozumieli,   o   co   właściwie   chodzi   w   tym   SOL.   Tym   bardziej   że   wkrótce 
organizacja ta liczyła 100 tys. członków i znaczna ich większość wcale nie była nastawiona proniemiecko. 
Opowiadała się natomiast bez zastrzeżeń za Pétainem i jego polityką wewnętrzną, mającą na celu ratowanie 
Francji przed  „polonizacją” okupacji (termin ten oznaczał bezwzględny terror hitlerowski i eksterminację 
biologiczną).

W pierwszym okresie okupacji w Paryżu urzędował sturmbannführer doktor Helmut Knochen, szef 

policji bezpieczeństwa i SD, na którego biurko spływały raporty od agentów ulokowanych w strefie wolnej. 
Nie   zabawił   on   długo   w   stolicy  Francji.   Wkrótce   na   jego   miejsce   przybył   dotychczasowy  szef   sztabu 
Himmlera, brigadeführer doktor Thomas Max, zawdzięczający swe przeniesienie do miasta nad Sekwaną 
szefowi Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy, Reinhardowi Heydrichowi, z którego córką, mimo iż był 
człowiekiem żonatym, od dawna flirtował. Heydrich nie zrażał się tym, że jego ulubieniec zdradza wyraźny 
pociąg do alkoholu i kobiet.

Thomas Max szybko zaprzyjaźnił się z ambasadorem III Rzeszy, Otto Abetzem, który często przy winie 

mawiał do szefa policji:

— Berlin zainteresowany jest wspieraniem tych sił we Francji, które ideowo popierają marzenie Wodza 

o nowej Europie!

Abetza nie krępowała obecność jego francuskiej żony, kiedy tłumaczył nowemu przyjacielowi:
— Strona niemiecka musi uczynić wszystko, by podsycać wewnętrzne waśnie, a tym samym osłabiać 

Francję!

W salonach Abetzów zbierali się Francuzic których zachwycała „rewolucja” z Vichy. Twierdzili nawet, 

że  „Francja,   ojczyzna   praw   człowieka,   jest   w   pewnym   sensie   właściwie   ojczyzną...   narodowego 
socjalizmu...” Ludzie ci świadomie rezygnowali z patriotyzmu na rzecz „ładu społecznego”, który rzekomo 
mógł być zagwarantowany przez niemieckiego okupanta.

W maju 1942 roku w paryskiej „Oranżerii” zebrała się śmietanka pisarskiej i artystycznej awangardy. 

Tłumek tłoczył się wokół nadwornego rzeźbiarza Hitlera, Arno Brekera. Thomas Max wolał się udać do 
„Casino   de   Paris”,   gdzie   z   wielu   rodakami   w   mundurach   Wehrmachtu   i   gestapo   oklaskiwali   Maurice 
Chevaliera. W tym samym czasie podwładni Maxa ruszyli do miasta, aby aresztować ludzi podejrzanych o 
przynależność   do   ruchu   oporu.   Rano   brigadeführer   miał   w   swym   gabinecie   pierwsze   protokoły   z 
przesłuchań,   by  po   zapoznaniu   się   z   nimi  wieczorem  móc   znów   się   bawić.   A   było   gdzie,   gdyż   życie 
artystyczne nad Sekwaną po prostu kwitło. Teatry i teatrzyki, kabarety literackie i kabareciki cieszyły się 
ogromną frekwencją. Cywilne ubrania paryżan mieszały się z zielonymi i czarnymi mundurami.

W końcu z Berlina przyszedł rozkaz, by Thomas Max zorganizował w stolicy Francji tzw. Wyższy 

Urząd SS i Policji. Decyzja ta oznaczała, że Główny Urząd Bezpieczeństwa Rzeszy podnosi rangę paryskiej 
placówki, że w jej siedzibie znajdą się teraz wszystkie agendy kierujące hitlerowską policją bezpieczeństwa 
we Francji. Max wywiązał się zadowalająco z tego zadania, ale szefem urzędu został SS-brigadeführer i 
major policji Karl Oberg, który przybył tu z Radomia, gdzie był szefem policji bezpieczeństwa i SD na 
„dystrykt”   radomski.   Znany   ze   zdyscyplinowania   i   służbistości,   podpisał   wkrótce   z   ministrem   spraw 
wewnętrznych  w rządzie  Vichy,  René  Bousquetem,  układ,  na  mocy którego policja  francuska  w strefie 
okupowanej została zobowiązana do wydawania władzom niemieckim sprawców bezpośrednich zamachów i 
sabotaży przeciwko Niemcom. Po zajęciu strefy wolnej porozumienie to rozciągnięto i na tę część Francji.

*

Raport Darnanda przeszedł przez wiele rąk, zanim trafił do pokoju nr 35 w hotelu du Parc w Vichy, 

zajmowanego przez szefa Państwa Francuskiego, marszałka Francji Pétaina (w innych hotelach mieszkali i 
urzędowali   wyżsi   urzędnicy  jego   reżimu).   Wręczając   raport   urzędnik   niewiele   mógł   powiedzieć   o  jego 
autorze poza tym, że jest aktywistą Legionu Kombatantów i zdecydowanym zwolennikiem marszałka. Inni 

background image

pytani   o   Darnanda   bąkali   coś   o   jego   niejasnej   przeszłości,   ale   nic   konkretnego   nie   mogli   powiedzieć, 
ponieważ całe archiwum MSW pozostało w Paryżu. Wreszcie zniecierpliwiony marszałek zażądał, by jego 
służby policyjne sprawdziły, kim właściwie jest ten człowiek.

Kilka dni później marszałek dowiedział się, źe Darnand głosi wszem i wobec, iż nie można zrobić 

prawdziwej  „rewolucji narodowej”  jedynie przy poparciu  byłych  żołnierzy,  nawet jeśli jest ich przeszło 
półtora miliona. Jego zdaniem są to ludzie za starzy do takiego przedsięwzięcia, wielu z nich przekroczyło 
już   czterdziestkę,   zaś   na   dopływ   młodych   nie   można   liczyć,   gdyż   większość   z   nich   latem   1940   roku 
powędrowała do niemieckich obozów jenieckich. Cóż zatem może zdziałać Legion Kombatantów, którego 
trzon   stanowią  „wujkowie”   z   I   wojny  światowej.   W   tym   miejscu   marszałek   miał   ochotę   zapytać 
referującego, czy i jego, Pétaina, uważa Darnand za ramola, ale zrezygnował. Darnand jest więc zdania, że z 
tej masy kombatantów należy wytypować co młodszych, wciągnąć młodzież, która nie wąchała jeszcze 
prochu, i utworzyć z nich elitę Legionu Kombatantów: Służbę Porządkową Legionu (SOL).

— To wiem z raportu! — przerwał marszałek.
—   Zanotowaliśmy   rozmowę   Darnanda   z   jego   bliskim   współpracownikiem   niejakim   Marcelem 

Combertem  — kontynuował przedstawiciel  policji.  — Oto jej zapis: „Dobrze wiesz,  Jo”, tak nazywają 
Darnanda przyjaciele,  „że ci kombatanci są do niczego. Nam trzeba siły, aktywności, bojowości. Dla nas 
przykładem powinni być hitlerowcy. Sam przecież podziwiałeś Ernsta Röhma, przywódcę SA. I my musimy 
stworzyć coś w rodzaju SA lub SS w służbie marszałka i rewolucji narodowej”. Mamy już informacje  — 
referował dalej funkcjonariusz policji — że pomysł ten poparli dwaj inni współpracownicy Darnanda: Jean 
Bassompierre  i Pierre  Gallet...  Proponują  oni, aby wyodrębnić  z  masy członków  Legionu  tę  elitę  i dla 
odróżnienia od innych ubrać ją w mundury. Mogliby nosić beret baskijski, brunatną koszulę, czarny krawat i 
ciemnogranatowe   spodnie   wpuszczone   w   solidnie   podkute   buty.   Tak,   żeby   było   ich   słychać,   kiedy 
maszerują. Na lewym ramieniu opaska. Na niej godło służby: czarna tarcza przecięta mieczem, a po jego 
obydwu stronach białe litery „S” i „O”, od „Service et Ordre”, czyli „Służba i Porządek”...

Dwunastego stycznia 1942 roku Pétain zgodził się na utworzenie SOL, nadając jej autonomię w ramach 

Legionu Kombatantów. Darnand otrzymał nominację na inspektora generalnego tej nowej organizacji, do 
której mieli należeć wyłącznie ochotnicy, ale nie tylko członkowie legionu. 21 lutego 1942 roku Darnand 
zorganizował   w   Nicei   pochód   członków   SOL   z   pochodniami   w   ręku.   Miasto   zamieniło   się   w   małą 
Norymbergę. Potem odbył się wiec. Przyjęto na nim w szeregi SOL grupę ochotników, a Darnand publicznie 
obwieścił zasady ideowe służby: precz z buntownikami gaullistowskimi, precz z bolszewizmem, precz z 
masonerią, precz z zarazą żydowską, niech żyje nacjonalizm, francuska czystość narodowa i jedność!

SOL otrzymała kwaterę główną w Vichy, w hotelu  „Lizbona”. Sekretarzem generalnym służby został 

Noël   de   Tissot.   Dowództwo   SOL   obejmowało   cztery   biura:   personalne,   na   czele   którego   stał   Jean 
Bassompierre, wywiadowcze — Marcel Gombert, operacyjne i propagandy — Pierre Bance, zaopatrzenia — 
Lefévre. Służba porządkowa dzieliła się na piątki („zbrojne ramię”, czyli grupa bojowa), dziesiątki (plutony), 
setki (kompanie) oraz kohorty (bataliony). Zadaniem członków SOL było przede wszystkim zwalczanie 
wroga wewnętrznego, tzn. ruchu oporu. Początkowo SOL nie była uzbrojona. Jej działalność przejawiała się 
w   uprawianiu   propagandy   na   rzecz   reżimu   Vichy   oraz   wykrywaniu   wrogów  „rewolucji   narodowej”. 
Współpraca   z   policją   była   bardzo   ścisła.   Członkowie   SOL   przeprowadzali   także  „kuracje”,   którym 
poddawani byli przeciwnicy reżimu. Polegały one na maltretowaniu fizycznym i psychicznym więźniów.

W ciągu kilku miesięcy w szeregach SOL znalazło się około 30 tys. bojowników rewolucji narodowej. 

Wieść o utworzeniu w strefie okupowanej Legionu Ochotników Francuskich do Walki z Bolszewizmem 
(LVF) ogromnie zbulwersowała kwaterę główną SOL. Jak to, pytano się wzajemnie, to ci na północy walczą 
z komunistami z bronią w ręku, a my co? Bijemy pałami malkontentów i Żydów? Szefowie SOL uznali, że 
coś trzeba zrobić, aby nie pozostawać w tyle za kolaborantami ze strefy okupowanej. Nastrój podniecenia 
wzrósł   jeszcze,   kiedy   rozeszła   się   wieść,   że   rząd   Vichy   zamierza   zorganizować   Legię   Trójkolorową 
(narodowe barwy Francji: niebieski, biały i czerwony) do walki u boku Niemców na froncie wschodnim.

Ósmego listopada 1942 roku alianci lądują w Afryce Północnej. Francuskie jednostki podporządkowane 

rządowi Vichy próbowały stawić opór, do walk doszło w Algierze, Oranie i Maroku, ale na rozkaz Darlana 
nastąpiło przerwanie ognia.

Parę dni później Niemcy zajmują strefę wolną. Darnand uznaje, że rząd Vichy nie stanął na wysokości 

zadania i nie zareagował dość szybko i skutecznie na poczynania aliantów, których należy traktować jak 
agresorów. Zgłosił swoją dymisję z szefostwa SOL i delegata legionu przy rządzie Vichy. 19 listopada Pétain 
wygłosił przemówienie radiowe, w którym oświadczył: „Francuzi, wzywam was do przeciwstawienia się 
agresji anglo-amerykańskiej!”.

SS-brigadeführer Karl Oberg zdziwił się niepomiernie, kiedy otrzymał z Berlina rozkaz, aby w krótkim 

i   zwięzłym   raporcie   przedstawił,   i   to   natychmiast,   swoją   opinię   o   francuskich   siłach   porządkowych, 

background image

działających w całym kraju. Oberg spodziewał się „listu poleconego”, ale zupełnie innej treści. Życzliwi mu 
ludzie   z   Głównego   Urzędu   Bezpieczeństwa   Rzeszy   (RSHA)   powiadomili   go,   że   Himmler   jest   bardzo 
zadowolony   z   wyników   jego   roboty   we   Francji.   Chyba   w   żadnym   okupowanym   kraju   nie   udało   się 
Niemcom zapewnić sobie tak szerokiej i owocnej współpracy z tzw. miejscowym elementem. Przyjemny 
obraz psuły niestety coraz liczniejsze informacje o antyhitlerowskim ruchu oporu. Niemniej Oberg mógł 
rychło   spodziewać   się   awansu   na   SS-gruppenführera   i   generała   porucznika   policji.   Cóż   robić,   miast 
obmyślać   menu   na   uroczysty   obiad   z   powodu   spodziewanej   nominacji,   trzeba   było   zabrać   się   do 
sporządzania raportu.

Francuskie   siły  policyjne   liczyły  w   całej   Francji   około   130   tys.   ludzi.   Dzieliły  się   na   następujące 

formacje: ochrona środków transportu, policja miejska (w większych skupiskach miejskich), żandarmeria (w 
małych   skupiskach   miejskich   oraz   na   wsiach)   oraz   specjalne   jednostki   do   zwalczania   rozruchów   i 
demonstracji (Gwardia Ruchoma i Rezerwowe Jednostki Ruchome, francuski skrót GMR). Działała także 
Służba Policji Bezpieczeństwa, która powstała z połączenia przedwojennej policji sądowej, czyli śledczej, i 
różnych sekcji zajmujących się „środowiskami wywrotowymi”. Zdaniem Oberga policja francuska chętnie 
angażuje się we wszystkie akcje, mające na celu zwalczanie komunistów. Wykazuje ona w tej dziedzinie 
sporą   inicjatywę.   Zastrzeżenia   ma   Oberg   jedynie   do   żandarmerii   i   GMR,   gdyż   te   formacje   najczęściej 
stykające się z oddziałami ruchu oporu, szczególnie w rejonach zalesionych i górskich, nie mają na swym 
koncie widocznych sukcesów. Urząd Wyższego Dowódcy SS i Policji we Francji otrzymuje różne sygnały 
świadczące o tym, że kontakty żandarmerii oraz odwodów GMR z ruchem oporu nie ograniczają się jedynie 
do styczności bojowej, ale najprawdopodobniej istnieje między nimi ścisła współpraca. Niewykluczone, że 
w pewnych jednostkach założono komórki ruchu oporu. Śledztwo w tej sprawie trwa...

W Głównym Urzędzie Bezpieczeństwa Rzeszy i w najbliższym otoczeniu Himmlera z zadowoleniem 

przyjęto raport Oberga. Sam Himmler, biorąc za podstawę stwierdzenie brigadeführera, że policja francuska 
wnosi istotny wkład w zwalczanie ruchu oporu, szczególnie lewicowego, wyraził się nawet, że współpraca z 
nią jest bardziej efektywna niż z... policją włoską! Podobną ocenę sformułowało wąskie grono specjalistów z 
RSHA: do tej pory współdziałanie z policją francuską umożliwiło nam panowanie nad sytuacją stosunkowo 
niewielkimi siłami niemieckimi.

To była prawda, to mogło cieszyć, ale tylko w chwili obecnej. Władze polityczne III Rzeszy doszły do 

wniosku, że po opanowaniu Afryki Północnej przez aliantów skończy się wygodne życie w słodkiej Francji i 
nastąpi ożywienie działalności ruchu oporu, który będzie starał się przygotować grunt do inwazji. Należy 
więc uruchomić we Francji wszystkie rezerwy środowisk sprzyjających Niemcom, doprowadzić do tego, aby 
Francuzom przeciwstawić Francuzów. Im prędzej się to osiągnie, tym mniej niemieckiej krwi popłynie na 
tyłach frontu. Spokój na zapleczu jest tak samo ważny, jak utrzymanie pozycji na froncie...

Różne były formy kolaboracji, różny był też stopień zaangażowania kolaborantów. Im większy, tym 

większa ochota do wysługiwania się Niemcom. Wielu z tych, którzy poszli na współpracę z okupantem, nie 
miało złudzeń co do kary, jaka ich czeka po przegranej wojnie. Ale skoro tak, to należy korzystać z władzy i 
życia,   dopóki   hitlerowski   protektor   jeszcze   funkcjonuje.   W   niektórych   biurach   RSHA   krążył   podobno 
dziwny  dokument,   skierowany  do   tego   urzędu   przez   grupę   nie   ujawnionych   z   nazwiska   kolaborantów 
francuskich. Otóż postulowali oni, aby Niemcy zgodzili się na utworzenie tzw. terytorialnej Waffen SS, 
której   jednostki   stacjonowałyby   wyłącznie   we   Francji.   Jej   celem   byłoby   zwalczanie   partyzanckich 
oddziałów   ruchu   oporu.   Na   początek   owi   kolaboranci   zobowiązali   się   uzyskać   5   tysięcy  ochotniczych 
zgłoszeń!

W końcu grudnia 1942 roku Hitler polecił stawić się w swojej kwaterze głównej premierowi rządu 

Vichy. Kiedy Pierre Laval stanął przed obliczem wodza, ten zażądał, aby w imię koniecznego pogłębienia 
współpracy niemiecko-francuskiej Vichy powołało pomocniczą policję, której główne zadanie polegałoby na 
zwalczaniu ruchu oporu.

Miesiąc   później   rząd   Vichy   wydał   dekret   o   utworzeniu   Milicji   Francuskiej.   W   artykule   I   tego 

dokumentu   czytamy,   że   milicja   skupia   Francuzów   gotowych   wziąć   czynny  udział   w   procesie   naprawy 
politycznej, społecznej, ekonomicznej, intelektualnej i moralnej Francji. Organizacji tej nadaje się status 
instytucji wyższej użyteczności publicznej, na jej czele będzie stał szef rządu Vichy, a w sensie operacyjnym 
dowództwo nad nią obejmie sekretarz generalny, mianowany przez premiera. Jednocześnie ogłoszono drugi 
dokument, w którym stwierdzono, że do formacji tej może ochotniczo wstąpić każdy Francuz, o ile jest nim 
z urodzenia, nie jest Żydem, nie należy do tajnej organizacji, pragnie wspierać czynnie Państwo Francuskie i 
ubiegać się o coraz lepsze wyniki w utrzymaniu  porządku publicznego. Oba dokumenty noszą datę 30 
stycznia 1943 roku. Zbieg okoliczności czy prezent dla Hitlera z okazji dziesiątej rocznicy jego dojścia do 
władzy?

Następnego dnia — 31 stycznia — ożywiony ruch panował w hotelu „Thermal” w Vichy, który decyzją 

background image

rządu   został   wyznaczony  na   kwaterę   główną   milicji.   Gości   usunięto,   pozostała   jednak   obsługa   kuchni, 
mająca   od   zaraz   karmić   naczelników   milicji.   Kuchmistrz   szalał,   bowiem   w   przyjęciu   inauguracyjnym 
zapowiedział udział sam premier Laval w towarzystwie wyższych urzędników. Równie przejęty był szef 
kelnerów,   odpowiadający   za   porządek   na   sali.   Na   tyłach   hotelu   trwała   więc   bieganina,   co   jakiś   czas 
zdenerwowani szefowie wymierzali siarczyste policzki swoim pracownikom, nie ustawały pokrzykiwania i 
przepychanka,   a   od   frontu   przybywali   goście,   których   witał   Joseph   Darnand   mianowany   sekretarzem 
generalnym milicji. Potem rozpoczęły się mowy. Pierwszy wystąpił Darnand.

—   Chcemy   tworzyć   we   Francji   ustrój   z   silną   władzą.   Chcemy  wprowadzić   porządek   narodowy  i 

socjalistyczny,   gdyż   tylko   on   umożliwi   Francji   włączenie   się   do   Europy  jutra...   Zadaniem   milicji   jest 
czujność, propaganda i bezpieczeństwo.

Lavalowi podobała się wypowiedź sekretarza generalnego.
— Akceptuję wszystko, co pan powiedział. Z całego serca będę pomagał w służeniu milicji na rzecz 

Francji — zadeklarował.

W   lutym  1943 roku   Pétain  oświadczył,   że  milicja  musi   zawsze   pamiętać o  swym  najważniejszym 

zadaniu: utrzymaniu porządku i walce z komunizmem...

Darnand dysponował wygodną kwaterą, otrzymał specjalne uprawnienia, uzyskał bardzo mocną pozycję 

w rządzie Vichy, ale nie miał milicjantów. A postanowił sobie, że pozyska co najmniej 30 tys. ochotników. 
Najpierw   jednak   musiał   utworzyć   sztab.   Krąg   najbliższych   współpracowników.   Marcel   Gombert,   były 
podoficer strzelców alpejskich, stanął na czele Specjalnej Grupy Bezpieczeństwa, będącej czymś w rodzaju 
hitlerowskiej  Służby Bezpieczeństwa  — SD. A zatem policją w policji. Jej  zadanie było  proste: strzec 
osobistego bezpieczeństwa kierownictwa milicji oraz wykonywać „koronkowe” zlecenia samego Darnanda. 
Pierwszym   zastępcą   sekretarza   generalnego   milicji   został   osobnik   występujący   pod   nazwiskiem   Pierre 
Bance,   były   oficer   armii   francuskiej,   były  członek  „Kaptura”.   Ostatnio   współpracował   z   vichystowską 
policją polityczną, tzw. Ośrodkiem Informacji i Studiów, był też szefem SOL w departamencie Herault. 
Drugim zastępcą Darnanda został Noël de Tissot, były oficer artylerii, wykładowca matematyki w liceum, 
zdeklarowany faszysta.

Organizacyjnie   milicja   dzieliła   się   na   zarządy  departamentalne,   regionalne   i   strefowe.   Na   każdym 

szczeblu znadował się sztab, składający się z pięciu oddziałów. W kwaterze głównej, czyli sekretariacie 
generalnym,   również   było   pięć   oddziałów:   pierwszy  —   personalny;   drugi   —   dokumentacji,   czyli 
rozpoznania (zadanie: wywiad i kontrwywiad — na jego czele stał Jean Degas, były członek  „Kaptura”, 
który w znacznej mierze przyczynił się do ponurej „sławy” tego oddziału, zwolennik tortur i znęcania się nad 
wrogami reżimu Vichy); trzeci — szkolenia; czwarty — propagandy; piąty — administracji i finansów.

Członkowie milicji nosili ciemnogranatowe kurtki, wpuszczone w buty spodnie i berety, na których 

widniała oznaka: srebrna litera gamma jako symbol  znaku zodiaku — Barana, symbol siły i odrodzenia, 
umieszczona na niebieskim tle otoczonym czerwoną obwódką.

Wszyscy członkowie milicji musieli przejść szkolenie, które obejmowało wykłady propagandowe oraz 

zajęcia mające na celu zapoznanie się z bronią ręczną francuską oraz ze zrzutów (przechwycona przez siły 
porządkowe Vichy), gdyż tego typu uzbrojeniem dysponowali milicjanci.

W   czerwcu   1943   roku   utworzono   specjalną   siłę   zbrojną   milicji   Francs   Gardes,   której   powierzono 

zadania wyłącznie policyjne (jej funkcjonariusze nosili srebrną gammę na czerwonym tle). Francs Gardes 
dzieliła się na stałą, skoszarowaną oraz ochotniczą, a jej członkowie musieli być gotowi do natychmiastowej 
mobilizacji. Latem 1943 roku utworzono także tzw. Czołówkę Milicji, do której mogła wstępować młodzież 
(chłopcy i dziewczęta) w wieku od lat 15 do 20. Ich srebrna gamma umieszczona była na czerwonym tle.

Oblicza się, że stan milicji nigdy nie przekroczył 15 tysięcy ludzi, a Francs Gardes liczyła około 3 

tysięcy   członków.   Wyższymi   funkcjonariuszami   milicji   byli   na   ogół   członkowie   takich   skrajnie 
prawicowych przedwojennych organizacji, jak Akcja Francuska, Młodzi Patrioci czy „Kaptur”.

Po kilku tygodniach działania Darnand uznał, że hotel „Thermal” nie nadaje się na siedzibę dowództwa 

milicji i otrzymał do swej dyspozycji dwa  inne: „Moderne” oraz „Metropol”. Zaspokoiwszy swoje życzenia 
kwaterunkowe, zażądał przyznania milicji odpowiedniej siedziby do celów szkoleniowych. Zaproponowano 
mu taką w miejscowości St-Martin d Uriage, w alpejskim masywie Chamrousse, niedaleko Grenoble. Był to 
zamek z XII wieku, należący do dnia dzisiejszego do rodziny Bayardów. Dotychczas nie udostępniano go 
publiczności,   ale   milicjanci   chętnie   witali   w   nim   każdego,   kto   chciał   zrobić   karierę   w   kolaboranckiej 
formacji. Przepędzili potomków Pierre'a Bayarda, który służąc królowi francuskiemu Franciszkowi I zginął 
w wojnie włoskiej w roku 1524, i zainstalowali w tej siedzibie dawnego rycerza bez lęku i skazy Szkołę 
Kadr Milicji Francuskiej.

W zamku odbywały się dwa cykle szkolenia. Półroczny dla dowódców plutonów w stopniu aspiranta, 

przyszłych   oficerów   Francs   Gardes,   oraz   dwu   lub   trzytygodniowe   dla   kadry   ogólnej   milicji.   Uriage 

background image

nazywano sercem i mózgiem tej organizacji. Tutaj słuchacze mieli raz na zawsze zapamiętać, że wrogami 
Francji są  komuniści,  Żydzi,  masoni,  Anglo-Amerykanie oraz ich sługusi  — gaulliści.  Sojusznikami są 
oczywiście Niemcy, którzy marzą o tym, aby Francuzi towarzyszyli im w budowie nowej Europy. Wszystko, 
co mogło wspierać te tezy, było w tej uczelni podawane jako pewnik i powtarzane do znudzenia.

Największą grupę słuchaczy stanowili synowie rzemieślników, drobnych kupców oraz urzędników.
Pierwszym dyrektorem szkoły był de la Noue du Vair, potomek emigrantów francuskich, którzy osiedlili 

się niegdyś w Kanadzie. Do tradycji tej rodziny należało, aby chociaż jeden z rodu wyjeżdżał do Francji, gdy 
ta staje w obliczu wojny. Tak było od siedmiu pokoleń. La Noue du Vair odbyłkampanię 1940 roku w 152 
pułku piechoty francuskiej, uniknął niewoli i poszedł na służbę rządu Vichy. Z milicji chciał uczynić coś w 
rodzaju  zakonu  rycerstwa  chrześcijańskiego,  walczącego  z ateizmem. Jego  pomysłem był obowiązujący 
przez   pewien   czas   ceremoniał   przysięgi   na   wierność   ideałom   milicji.   Noc   przed   przysięgą   kursanci-
absolwenci   spędzali   w   kaplicy  zamkowej   wokół   trumny  pokrytej  całunem  ze   srebrną   gammą.   Jeden   z 
instruktorów odczytywał co pewien czas nazwiska członków policji, SOL oraz milicji, którzy zginęli w 
obronie   „rewolucji   narodowej”.   W   końcu   dyrektor,   który  pragnął   zdziałać   znacznie   więcej   dla   „dobra” 
Francji, niż to mógł uczynić w szole, zgłosił się do LVF i w jego szeregach zginął w 1944 roku.

Na jego miejsce przybyło aż dwóch następców: były kapitan strzelców alpejskich, Raybaud, i porucznik 

Geromini. Oni nie prowadzili wykładów o rycerstwie. Główną uwagę skoncentrowali na temacie, który 
brzmiał: jak walczyć z partyzantami i prowadzić akcje uliczne.

Dwudziestego czwartego kwietnia 1943 roku cała milicja została postawiona w stan alarmu. Tego dnia 

w   Marsylii   zginął   przeszyty   serią   z   pistoletu   maszynowego   Paul   Gassovski,   jeden   z   najwyższych 
funkcjonariuszy milicji. Wprawdzie jego nazwisko wskazuje na polskie pochodzenie, ale nie ma żadnych 
dowodów na to, żeby Gassovski kiedykolwiek przyznawał się do polskości. Zresztą zgodnie ze statutem 
milicji   musiał   być  „czystej   krwi”   Francuzem,   inaczej   nie   zostałby  zostałby   przyjęty   do   tej   formacji. 
Gassovski   wstąpił   do   SOL   natychmiast   po   założeniu   tej   organizacji,   potem   był   członkiem   milicji   i 
awansował na zastępcę dowódcy tej organizacji w departamencie Bouches-du-Rhône. Ostatnio działał w 
Marsylii. Śmierć Gassovskiego zapoczątkowała czarną serię. Następnego dnia zginął jego przyjaciel, znany 
w Marsylii chirurg, doktor Buisson, a w kilka dni później padli następni funkcjonariusze milicji. Zamachy te 
wiązano z wezwaniem BBC, które nadawało w języku francuskim kilka audycji dziennie i stale powtarzało 
w nich hasło: „Milicjanci — dziś zabójcy, jutro zgładzeni!”

W   gabinecie   Darnanda   trwały   teraz   długie   narady.   Blady   strach   padł   na   milicjantów.   Zamachy 

świadczyły o tym, że ruch oporu rośnie w siłę, że coraz szersze kręgi społeczeństwa budzą się z marazmu, 
jaki opanował je po klęsce w 1940 roku, że coraz więcej Francuzów spogląda z nadzieją w kierunku de 
Gaulle'a. W dowództwie milicji z oburzeniem mówiono o tym, że kolonie francuskie, a raczej ich francuska 
administracja, jedna po drugiej opowiadały się za Wolną Francją. Wreszcie zapadła decyzja: siłą i terrorem 
należy zgnieść wrogów rewolucji narodowej.

W centralnym ośrodku władzy w Vichy zagadnienie zwalczania ruchu oporu oceniono znacznie mniej 

emocjonalnie niż w biurach Darnanda. Pétain idąc na kolaborację z Niemcami, zdawał sobie sprawę, że 
hitlerowcy będą liczyli się tylko z silnymi sojusznikami, z sojusznikami mającymi poparcie większej części 
społeczeństwa. Toteż starał się udowodnić, że hasła rewolucji narodowej są popularne wśród Francuzów, a 
członkowie ruchu oporu to tylko zbłąkane owieczki oszukane przez Anglików i Amerykanów. Należy zatem 
utrzymać porządek i dyscyplinę, ale nie trzeba zrażać tych Francuzów, którzy są bierni i apolityczni, gdyż 
oni stanowią zdecydowaną większość. Z tych przyczyn planowana przez szefów milicji bezwzględna akcja 
represyjna niezbyt odpowiadała Pétainowi. jednocześnie Pétaina niepokoił fakt, że milicja zaczyna mu się 
wymykać spod kontroli, że Darnand usiłuje prowadził własną politykę, że dąży do tego, by przedstawić się 
jako ten, który najlepiej rozumie ideały rewolucji narodowej i jest najgorliwszym zwolennikiem kolaboracji. 
Z drugiej strony dowództwo milicji zaczęło niepokoić się próbami przykręcania śruby przez ministerstwo 
spraw   wewnętrznych   Vichy,   któremu   to   ministerstwu   milicja   podlegała.   W   tym   czasie   zaczęły  się   też 
utarczki w łonie samej milicji. Otóż jej ogniwa terenowe zaczęły nawiązywać współpracę z miejscowymi 
placówkami gestapo, co drażniło Darnanda, zazdrośnie strzegącego prawa do wyłączności w tym zakresie. 
Gestapo mogło mieć swe  „życzenia”, które milicja chętnie spełni, ale tylko za pośrednicwem naczelnego 
organu. Dyskusje z niektórymi niezbyt posłusznymi naczelnikami terenowych komórek stawały się coraz 
ostrzejsze,   wreszcie   zaczęto   wyciągać   ostre   konsekwencje   służbowe   za  „nie   autoryzowane”   kontakty  z 
gestapo. Ku wściekłości głównej kwatery milicji i one nie zawsze skutkowały.

Na tych kłótniach i awanturach w „rodzinnym gronie” upłynął Darnandowi czas do upalnego czerwca 

1943 roku.

Darnand siedział w swoim gabinecie i od czasu do czasu popijał anyżówkę, która stwarzała złudzenie 

chłodku, kiedy na biurku zaterkotał telefon.

background image

— Kto? Proszę łączyć! Kiedy? Dobrze. Przyjadę. Z moimi współpracownikami... — Darnand odłożył 

słuchawkę, spojrzał na kalendarz i połączył się z Degansem. — Przygotuj mi wszystko, co wiesz o Obergu. I 
to pilnie!

Darnand, który lubił wiedzieć wszystko o ludziach nawiązujących z nim kontakty, był zadowolony z 

zawartości teczki, dostarczonej mu przez szefa wywiadu milicji. Z danych w niej zawartych wyłoniła się 
bowiem   dość   wyraźna   sylwetka   człowieka,   wzywającego   go   do   Paryża.   Otóż   Oberg   jest   zagorzałym 
hitlerowcem,  od   1931   roku   członkiem   SS.   W   1933   roku   został   funkcjonariuszem   SD.   Uczestniczył  w 
pogromie kierownictwa SA, które wymordowano na rozkaz Hitlera. W 1941 był dowódcą SS i policji w 
Radomiu, w Polsce. Przeprowadzał akcje eksterminacyjne. W maju 1942 roku objął szefostwo SS i policji 
we Francji. W 1943 roku mianowano go SS-gruppenführerem. Jemu podlegał cały policyjny aparat we 
Francji.

Cóż może  chcieć  ode mnie  ten  człowiek,  zastanawiał  się Darnand, który nie  mógł  wiedzieć  — w 

dokumentach dostarczonych przez Degansa nie było tego typu informacji  —  że Oberg otrzymał rozkaz z 
Berlina, aby sprawniej wykorzystał formacje kolaboranckie do walki z ruchem oporu oraz przyczynił się do 
zwiększenia   udziału   państw   satelickich   w   wojnie   poprzez   werbunek   ochotników   do   walki   na   froncie 
wschodnim. Oberg zapewnił, że potrafi te cele osiągnąć we Francji i natychmiast przystąpił do działania. Na 
jego to polecenie niemieckie jednostki okupacyjne rozpoczęły zwalczanie ruchu partyzanckiego, stosując 
metodę   zbiorowej   odpowiedzialności   i   brania   zakładników.   Posunięcie   to   wydało   mu   się   jednak 
niewystarczające, dlatego wezwał do siebie sekretarza generalnego milicji, aby wyznaczyć mu konkretne 
zadania.

Darnand   wyruszył   do   Paryża   w   towarzystwie   szefa   Specjalnej   Grupy   Bezpieczeństwa,   Marcela 

Gombarta, oraz swych dwóch zastępców: Pierre'a Brance'a i Noëla de Tissot. Do stolicy dotarli późnym 
wieczorem,   ale   mimo   to   zajechali   prosto   na   bulwar   Marszałka   de   Lannes,   gdzie   w   jednej   z   wielkich 
mieszczańskich kamienic miał swą prywatną rezydencję wielkorządca Francji. Oberg potraktował swych 
gości   z   wyszukaną   grzecznością,   która   chwilami   mieszała   się   z   brutalną   wprost   szczerością.   Dał   im 
niedwuznacznie  do  zrozumienia,   że   będzie  stosował   metodę  marchewki   i  kija.   Kij   zostanie   użyty,   jeśli 
milicja   nie   weźmie   się   do   roboty  na   serio.   Wyjaśnił   im   przy  tym,   że   na   froncie   wschodnim   wkrótce 
rozpocznie się nowa ofensywa, która zada Rosjanom decydującą klęskę. Będzie to odwet za Stalingrad. 
Tymczasem trwają ciężkie walki pod Kurskiem. Bitwa o Atlantyk rozwija się pomyślnie. Niemieckie okręty 
podwodne zadają straty alianckim konwojom. W Afryce powstał tak zwany Francuski Komitet Wyzwolenia 
Narodowego, ale dzielny Klaus Barbie schwytał w Lyonie przewodniczącego Rady Ruchu Oporu, Jeana 
Moulin. Oberg wyraził opinię, że aresztowany wkrótce będzie śpiewał jak z nut i ruch oporu rozpadnie się. 
W   tej   sytuacji   milicja   powinna   zająć   się   energiczniej  „bandytami”.   Wizyta   u   Oberga   zakończyła   się 
następującą deklaracją gospodarza:

— Francja  może  zająć  poczesne   miejsce   w nowej  Europie,   jeśli  ludzie  rozsądni   i poważni  zaczną 

wydajniej z nami współpracować!

Po   nie   przespanej   nocy   Darnand   i   jego   współpracownicy   powrócili   do   Vichy.   Humory   mieli   nie 

najlepsze. Z rozmowy z Obergiem mogli wyciągnąć tylko jeden wniosek  — hitlerowscy protektorzy są 
zawiedzeni nikłymi rezultatami działalności milicji oraz rekrutacji do Waffen SS.

Na początku czerwca 1943 roku szefostwo milicji zorganizowało pierwszą jednostkę Francs Gardes do 

walki z partyzantami, ale jej dowódcy ubolewali, że jest ona niedostatecznie uzbrojona. Darnand zażądał od 
rządu odpowiedniego wyposażenia i tu spotkał go zawód. Rząd w Vichy stawiał na rozbudowę tradycyjnych 
sił porządkowych, a w milicji chciał widzieć przede wszystkim oddanych i sprawnych agitatorów rewolucji 
narodowej. Darnand wpadł we wściekłość i złożył na ręce Pétaina dymisję. Marszałek stwierdził, że Darnand 
jest jego najwierniejszym żołnierzem, i rezygnacji nie przyjął.

Nominacja na najwierniejszego żołnierza szefa „Państwa Francuskiego” wprawdzie okupowanego, ale z 

własną   administracją,   zadowoliła   Darnanda,   a   jego   najbliższe   otoczenie   uznało,   że   należy   tę   sytuację 
wykorzystać,   ale   przed   tym   trzeba   się   poważnie   zastanowić   nad   dalszymi   posunięciami.   Szef   oddziału 
piątego   w   sekretariacie   generalnym   milicji,   który  pełnił   jednocześnie   funkcję   głównego   kwatermistrza, 
otrzymał bojowe zadanie: przygotować skromny milicyjny poczęstunek.

Od czasu do czasu w miejscowości Genzac pod Vichy, w jednej z niewielkich knajpek, organizowano 

sesje polityczno-gastronomiczne, w których udział brali: Darnand, Bombert, Degans, Bance i Noël de Tissot. 
„Operacja bankiet” wymagała sporo zachodu od kwatermistrza milicji. Trzeba  było  zapewnić  całkowite 
bezpieczeństwo biesiadującym, opróżnić lokal z gości, dostarczyć sporej ilości smakołyków, gdyż Darnand 
należał do ludzi wybrednych i zarazem wymagających, i  „zaprosić” miłe i ładne osoby towarzyszące. W 
czasie kolacji, która trwała od wczesnego wieczora do późnej nocy, Darnand wygłaszał monolog o treści 
ideologiczno-politycznej. Tym razem ta lipcowa biesiada miała znacznie poważniejszy niż zwykle charakter. 

background image

Dowództwo milicji radziło nad przyszłością Francji i strategią własnej organizacji.

— Jeśli alianci wygrają wojnę, to znowu wrócą Żydzi, masoni i komuniści — tłumaczył Darnand. — 

Jeśli zwycięży führer, będziemy mogli zbudować nową Francję w ramach nowego europejskiego porządku. 
Będziemy mogli zrealizować ideały rewolucji narodowej...

Biesiadnicy zastanawiali się nad szansami zwycięstwa  Niemców w toczącej się wojnie i doszli  do 

wniosku, iż mimo klęski pod Stalingradem Hitler może jeszcze wygrać. Jednak jest jeden warunek. Cała 
Europa musi ruszyć przeciwko bolszewizmowi. W tej sytuacji oni, francuscy milicjanci, mają do spełnienia 
niezwykle ważne zadanie. Muszą w swoim kraju zapewnić spokój, a to oznacza bezpardonową walkę z 
ruchem oporu.

W kilka dni po tej naradzie milicja znacznie się uaktywniła. Zaczęła brać czynny udział w obławach na 

młodych ludzi, uchylających się od tzw. Obowiązkowej Służby Pracy (Francuzi w wieku od lat 18 do 40 
musieli dwa lata służyć w szeregach tej organizacji, bardzo często jako robotnicy na terenie Rzeszy), i za 
pomocą   tortur   stosunkowo   szybko   uzyskiwała   informacje   od   nieszczęsnych   ofiar.   Wkrótce   gestapo 
współpracę   z   milicją   zaczęło   cenić   znaczenie   wyżej,   aniżeli   współdziałanie   z   policją   i   żandarmerią 
francuską. Dowództwo milicji nadal jednak nie zdołało zdobyć dla swoich funkcjonariuszy broni (MSW w 
rządzie Vichy wciąż odpowiadało, że broni nie ma), a bez niej nie było mowy o rozpoczęciu akcji przeciwko 
partyzantom, na której Darnandowi tak bardzo zależało. W nawale pracy w sekretariacie generalnym milicji 
zapomniano o problemie rekrutacji do Waffen SS. I nagle 22 lipca 1943 roku Laval, jako premier rządu 
Vichy, zaskoczył Darnanda, wydając dekret, na mocy którego zezwalano Francuzom na wstępowanie do 
Waffen SS. Nikt w sekretariacie generalnym milicji nie był oczywiście upoważniony do wydania takiego 
zezwolenia, ale dowództwo milicji uznało, że „przegapiło” sprawę, gdyż mogło wystąpić z taką inicjatywą. 
Ale nie wystąpiło i wszyscy skupieni wokół Pétaina ludzie zrozumieli, że w rozgrywce o wpływy Laval 
uzyskał   jeden   punkt.   Darnand   i   jego   zwolennicy   zorganizowali   kolejną   libację,   podczas   której 
przeprowadzili dokładną analizę sytuacji.

W dawnej strefie okupowanej tamtejsi kolaboranci powołali Legion Ochotników Francuskich do Walki 

z Bolszewizmem (LVF), ale namawianie młodych Francuzów z byłej wolnej strefy, by do niego wstępowali, 
dowództwo milicji traktowałoby jako porażkę prestiżową. Zresztą LVF podlegał Wehrmachtowi, a Darnand 
wolał współpracować z SS, gdyż ta formacja decydowała o losach rządu Vichy. Degans zwrócił uwagę, że 
nabór do Waffen SS jest nikły, a w obozie szkoleniowo-selekcyjnym w Sennheim w Alzacji, gdzie ochotnicy 
przechodzą intensywne ćwiczenia, decydujące o przyjęciu do tej  „doborowej” jednostki, Francuzi nie są 
nawet wyodrębnieni w osobną grupę narodowościową. Włączani są do Walonów z Belgii. Poza tym dość 
interesujący jest fakt, że niemal wszyscy francuscy ochotnicy rekrutują się z milicji! Należy więc zwiększyć 
akcję werbunkową wśród milicjantów! To może stanowić poważny atut w rozgrywkach o władzę w Vichy.

Tymczasem w Berlinie sytuację na frontach oceniano znacznie mniej optymistycznie niż to przedstawił 

Oberg Darnandowi. Na początku lipca 1943 roku armia niemiecka rozpoczęła co prawda realizację operacji 
pod kryptonimem „Cytadela”, czyli natarcie na Kursk, ale w OKW zdawano sobie sprawę, że nieprzyjaciel 
dysponuje takimi rezerwami i taką przewagą, iż nie należy liczyć na powodzenie. W połowie sierpnia wojska 
radzieckie   przystąpiły   do   wyzwalania   lewobrzeżnej   Ukrainy   i   Hitler   kategorycznie   zażądał,   aby 
systematycznie i uporczywie szerzyć w podbitej Europie ideę wspólnej walki z bolszewizmem, w której to 
walce wielka rola przypadła SS, organizacji przyjmującej w swe szeregi obcokrajowców pragnących bronić 
Europy przed  „czerwonym niebezpieczeństwem”. W strukturze organizacyjnej SS mieściło się dwanaście 
tzw.   głównych   urzędów,   z   których   jeden,   Główny   Urząd   SS,   już   od   roku   1940   skoncentrował   swą 
działalność na rekrutacji i formowaniu jednostek Waffen SS. Na czele tego urzędu stał SS-obergruppenführer 
Gottlob Berger.

W roku 1943 Berger liczył 45 lat. W aparacie SS znana była jego zwalista postać (180 cm wzrostu i 100 

kg wagi). Zanim wstąpił do NSDAP, był nauczycielem gimnastyki, miał nawet na swym koncie niemałe 
sukcesy sportowe jako bokser, pływak i chodziarz.

Służył w Reichswehrze, gdzie zajmował się głównie ukrywaniem uzbrojenia zakazanego Niemcom 

przez traktat wersalski. W SS znalazł się natychmiast po utworzeniu tej formacji. Awansował szybko. Miał 
opinię   bezwzględnie   oddanego   hitlerowcom.   Do   jego   niewątpliwych   osiągnięć   należała   rozbudowa 
jednostek Waffen SS, w tym także cudzoziemskich. W swej działalności kierował się następującą zasadą: 
wciągać do Waffen SS jak najwięcej obcokrajowców  — niech giną w interesie III Rzeszy; dawać mgliste 
obietnice co do losów ich krajów po zwycięskiej wojnie, a na razie żądać wiernej służby i walki.

Berger od dawna interesował się Francją i był doskonale poinformowany o sytuacji, jaka panowała w 

Vichy. Kiedy dotarły do niego wieści przekazywane przez agentów hitlerowskiego wywiadu, że w Vichy jest 
człowiek, niezwykle ambitny, który może być nader użyteczny, gdyż pełni funkcję sekretarza generalnego 
Milicji Francuskiej, poszedł w ślady Oberga i ściągnął Darnanda na rozmowy do Berlina. Uczynił to w takiej 

background image

formie,  że   Darnand   udał   się   do   stolicy  przekonany  o   tym,   iż   jest   proszony  o   tę   wizytę   i   że   łaskawie 
zaproszenie akceptował.

Berger przyjął go z otwartymi ramionami:
— Na czele Waffen SS nie stoją oficerowie z monoklami, jak w Wehrmachcie, ale dowodzą tam ludzie 

tacy jak pan i ja. — Klepnął Darnanda poufale w ramię. — Dowodzą nimi ludzie wywodzący się z ludu... 
Podkreślam, drogi Josephie, że dziś Waffen SS są już nie tylko niemieckie, ale europejskie!

Darnand zaskoczony był tak życzliwym przyjęciem, jakże odmiennym od tego, które spotkało go u 

Oberga. Tam traktowany był dwuznacznie,  ni to sługa,  ni  wasal, a tu  jak równorzędny partner.  Berger 
przeprowadził wielogodzinny wykład na temat Waffen SS, który zakończył stwierdzeniem:

— Francuzi muszą się znaleźć w szeregach Waffen SS! Pan wie, że wy i my jesteśmy najlepszymi 

żołnierzami na świecie! Ja nie mówię o żadnej współpracy, nie mówię o kolaboracji, ja panu proponuję 
prawdziwe braterstwo broni w ramach Waffen SS.

— Chciałbym, aby ochotnicy francuscy utworzyli odrębną jednostkę — powiedział twardo Darnand.
— Oczywiście — Berger wpadł mu w słowo. — Rzecz jasna! Francuscy ochotnicy w szeregach Waffen 

SS będą dowodzeni przez prawdziwych żołnierzy. W Milicji Francuskiej są przecież ludzie, którzy dzielnie 
walczyli przeciwko nam w obu wojnach światowych. Oczekujemy ich w Waffen SS, tym razem nie jako 
wrogów, ale jako kolegów! Jako towarzyszy broni!

Berger   pilnie   obserwował   reakcję   swego   gości,   i   widział,   iż   łyka   on   serwowaną   mu   przynętę   jak 

zgłodniały karp. Po odjeździe szefa milicji Berger opowiadał oficerom swego sztabu, jak zręcznie rozegrał 
francuską kartę, a Darnand po powrocie do Vichy zebrał swoich kumpli na wielką ucztę, w czasie której 
chwalił się, że teraz dopiero pokaże urzędasom z Vichy, kim on jest i co może.

— Po wojnie, w nowej Europie, będą liczyli się tylko byli kombatanci, szczególnie zaś ci z Waffen SS 

— perorował. — Wśród nich muszą znaleźć się Francuzi!

Natychmiast rozpoczęto werbunek do Waffen SS. Jako pierwszy zgłosił się Darnand, ale jako szef 

milicji musiał on pozostać na miejscu. Listę ochotników-milicjantów otworzył więc Noël de Tissot, a za nim 
znalazło się na niej około dwustu ochotników. Berger nie zapomniał o Darnandzie, dla którego przygotował 
niecodzienną uroczystość. W sierpniu 1943 roku Oberg zaprosił Darnanda do Paryża, gdzie powitano go ze 
wszystkimi honorami i powieziono do siedziby ambasady niemieckiej. Tu w pięknym salonie zebrali się 
prawie wszyscy wyżsi oficerowie SS i policji niemieckiej przebywający w Paryżu. Karl Oberg w imieniu 
Himmlera wręczył Darnandowi nominację na SS-obersturmführera, po czym Darnand złożył regulaminową 
przysięgę esesmana na wierność Adolfowi Hitlerowi. Nominacja była symboliczna, ale jej skutki bynajmniej 
do symbolicznych nie należały. Po ceremonii Oberg znacząco szepnął swemu koledze z SS:

— Herr obersturmführer! Teraz pańskim przełożonym nie jest już premier Laval, ale sam reichsführer 

SS Heinrich Himmler. Może pan bezpośrednio do niego się odwoływać!

I tak uczynił Darnand, wysyłając list do Himmlera datowany 17 września 1943 roku. W piśmie tym szef 

milicji zwraca uwagę reichsführera SS, że we Francji źle się dzieje. Ruch oporu rośnie w siłę, a szeregi 
zwolenników kolaboracji maleją. Ponadto coraz więcej Francuzów spodziewa się zwycięstwa aliantów. Rząd 
Vichy nie staje na wysokości zadania. Brakuje mu ducha narodowosocjalistycznego, a co najgorsze nie ma w 
tym rządzie odpowiednich ludzi!

Trzydziestego   grudnia   1943   roku   Pétain   dokonał   reorganizacji   swego   gabinetu.   Na   czele   resortu 

informacji i propagandy stanął zdecydowany kolaboracjonista Philippe Henriot, znany faszysta Marcel Déat 
objął ministerstwo pracy, a Joseph Darnand otrzymał nominację na sekretarza stanu do spraw porządku 
publicznego.   Podlegały  mu   teraz   wszystkie   francuskie   siły  bezpieczeństwa,   policja   oraz   więziennictwo. 
Milicja Francuska otrzymała status państwowego organu policyjnego z nieograniczonymi uprawnieniami. 
Rozgrywkę z Lavalem Darnand zakończył wynikiem dwa do zera.

W SŁUŻBIE ZBRODNI

Po   wesoło   spędzonym   sylwestrze   Darnand   zjawił   się   w   siedzibie   MSW   w   Vichy.   Już   wcześniej 

opracował plan przejęcia agend bezpieczeństwa z rąk dotychczasowego ministra spraw wewnętrznych, René 
Bousqueta,   który  musiał   złożyć   dymisję,   i   teraz   w   otoczeniu   wyższych   urzędników   tego   resortu   witał 
nowego dostojnika na stopniach swej dotychczasowej siedziby. Nowym szefem MSW na życzenie Darnanda 
został Marcel Lemoine, zwykły figurant, człowiek całkowicie uzależniony od dotychczasowego sekretarza 
generalnego   milicji,   a   więc   ten   ostatni   stał   się   właściwie   ministrem   bezpieczeństwa   w   rządzie   Vichy. 
Podlegała   mu   teraz   policja   porządkowa,   żandarmeria,   gwardia   ruchoma,   ruchome   jednostki   rezerwowe 
(GRM),  komenda  policji  w  Paryżu,  straż  pożarna,  straż   więzienna   oraz  milicja.  W  styczniu   1944  roku 

background image

Niemcy zgodzili się na wprowadzenie oddziałów tej formacji do dawnej strefy okupowanej, zwanej teraz 
północną. Ten nowy sukces Darnanda i grupy zdeklarowanych kolaborantów przypieczętowano defiladą 
jednostek milicji od Łuku Triumfalnego przez Pola Elizejskie do placu Zgody w samym centrum Paryża.

Laval przyjął na specjalnej audiencji dowództwo milicji i ściskając dłonie przybyłym oświadczył:
— Demokracja to przedpokój komunizmu. Idę ramię w ramię,  w pełnej  zgodzie, wspólną drogą z 

Darnandem!

Na   tradycyjnej  „popijawie”   sekretarz   stanu   do   spraw   porządku   poblicznego   powiedział   swym 

kamratom,   że   to   Hitler   osobiście,   w   myśl   jego,   Darnanda,   sugestii,   zażądał   od   Pétaina,   by   dokonał 
reorganizacji   swego   rządu.   Pochwalił   się   także,   iż   marszałek   Pétain   zadowolony   jest   z   akcji   milicji 
przeciwko wrogom państwa. Zasmucił ich natomiast, stwierdzając, iż od tej pory nie będą się już spotykali 
na koleżeńskich poczęstunkach, ponieważ więcej czasu zajmie im działalność na rzecz zwycięstwa nowej 
Europy i nowej Francji.

— Każdą godzinę, każdy dzień winniśmy poświęcić tej idei — zakończył swą wypowiedź.
Siódmego stycznia  tego roku superpolicjant reżimu Vichy opublikował na łamach  dziennika  „Paris 

Soir” swój program działania:

„Mamy do czynienia z dwiema kategoriami ludzi, którzy stanowią śmiertelne niebezpieczeństwo dla 

kraju. Pierwsza — to bandyci z ruchu oporu, a wśród nich partyzanci, druga — to cała ludzka masa, która 
ich   żywi,   udziela   schronienia   oraz   informuje.   Będę   bezwzględnie   zwalczał   obie   te   grupy.   Bandy 
partyzanckie będę zwalczał wszędzie, gdzie się pojawią. Mamy na to odpowiednie środki. Zwracam się do 
tych, którzy wspierają bandytów. Albo będziecie współdziałali z obrońcami porządku publicznego, albo 
staniecie się naszymi wrogami. W tym przypadku będziecie tak samo bezlitośnie zwalczani, jak ludzie z 
ruchu oporu...”

Milicja Francuska otrzymała teraz broń maszynową, a w razie potrzeby jej jednostki mogły liczyć na 

wsparcie   niemieckiej   broni   pancernej   i   lotnictwa.   Zreformowano   także   sądownictwo.   Nowy   resort 
bezpieczeństwa   uznał,   że   tzw.   sekcje   specjalne   przy   sądach,   zajmujące   się   przestępstwami   przeciwko 
porządkowi publicznemu, nie wykonują należycie swych zadań. Wydają za niskie wyroki i w ogóle zbyt 
wielką   wagę   przywiązują   do   formalnej   strony   rozprawy.   Sekretariat   generalny   do   spraw   utrzymania 
porządku publicznego powołał więc sądy doraźne. Były to trzyosobowe komplety „sędziowskie” składające 
się z milicjantów; stawiano przed nimi Francuzów podejrzanych o „działalność terrorystyczną”, tzn. o udział 
w ruchu oporu. Sądy te na ogół odbywały swe sesje w więzieniu, w którym osadzono podejrzanych lub 
schwytanych   w   czasie   walki.   Rozprawa   była   tajna,   bez   udziału   obrońcy.   Właściwie   ograniczała   się   do 
oznajmienia  wyroku   oskarżonemu.   A   wyrok   był  w   zasadzie   jeden  —   kara  śmierci,   i   wykonywano   go 
natychmiast. Trudno dziś ustalić, ilu ludzi skazały te sądy na śmierć. Oblicza się, że od stycznia do czerwca 
1944 roku wydano kilkaset takich wyroków. Oczywiście skazani przez sądy doraźne nie byli jedynymi 
ofiarami walki z ruchem oporu. Patrioci francuscy ginęli w partyzantce, w katowniach milicji i gestapo, w 
obozach koncentracyjnych.

W   tym   czasie   dowództwo   milicji   zdołało   spośród   kilkunastotysięcznej   masy  milicjantów   utworzyć 

bojowe   jednostki   dyspozycyjne,   w   skład   których   wchodziło   około   10   tys.   ludzi.   Na   pozór   może   się 
wydawać, że to niewiele. Zważywszy jednak, iż po przeszkoleniu i uzbrojeniu były to trzy dywizje piechoty, 
siły tej nie można lekceważyć. Jednostki dyspozycyjne, przerzucane błyskawicznie z miejsca na miejsce, 
brały udział w obławach, rewizjach, polowaniach na młodzież uchylającą się od pracy przymusowej oraz w 
akcjach przeciwko partyzantom, w których uczestniczyły również inne formacje policyjne. Nie były one tak 
gorliwe w tych działaniach jak milicja, ale też się od nich nie uchylały.

Lista zbrodni milicji popełnionych na narodzie francuskim jest ogromna. Przytoczymy tylko niektóre 

bardziej charakterystyczne przykłady terroru stosowanego przez kolaborantów z jej szeregów.

W dowództwie milicji uznano, iż groźnym przeciwnikiem pełnej i prawdziwej rewolucji narodowej są 

ludzie, którzy nazywają siebie „umiarkowanymi”. Do takich należał naczelny redaktor dziennika „Telegram 
Tuluzański”, Maurice Sarraut. Nie był on gaullistą ani komunistą, ale nie krył swej niechęci wobec „różnych 
nieodpowiedzialnych   twardogłowych”   (miał   na   myśli   Darnanda   i   spółkę).   Szef   drugiego   oddziału 
dowództwa milicji w Tuluzie, Albert Barthe, od dłuższego czasu prowadził obserwację Sarrauta i zdołał 
ustalić, że nawiązał on kontakt z pewnymi osobami z administracji Vichy, które podzielają jego opinie, iż 
trzeba   zmienić   politykę   rządu   marszałka   Pétaina   na   bardziej   umiarkowaną,   zyskującą   większe   poparcie 
społeczeństwa. W Paryżu, z inicjatywy Oberga, odbyło się robocze spotkanie przedstawicieli SD i milicji, na 
którym hitlerowcy wysunęli sugestię zlikwidowania Sarrauta. Reprezentanci milicji ochoczo tę propozycję 
podjęli. Śmierć Sarrauta miała być ostrzeżeniem dla polityków z Vichy, aby nie próbowali podejmować 
jakichkolwiek   działań   mających   na   celu   zmiękczenie   reżimu.   Polecenie   dokonania   zabójstwa   otrzymał 
przebywający w Paryżu członek LVF, Maurice Dousset.

background image

Zamachowiec   udał   się   do   Tuluzy,   gdzie   od   szefa   miejscowej   milicji,   Jeana   Colomba,   otrzymał 

szczegółowe dane dotyczące ofiary oraz pistolet maszynowy. Cały dzień spędził w hotelu, a wieczorem udał 
się na małą uliczkę oddaloną od centrum. Pod nieprzemakalnym płaszczem ukrył broń. Zgodnie z instrukcją 
o godzinie 21.30 stanął przy krawężniku i niemal w tym samym momencie podjechał do niego osobowy 
samochód.   Dousset   błyskawicznie   otworzył   drzwiczki   i   znalazł   się   w   wozie,   przy  kierownicy  którego 
siedział Albert Barthe. W tym samym mniej więcej czasie z redakcji wyszedł Maurice Sarraut. Jak zwykle 
wsiadł do samochodu i jego kierowca ruszył w stronę znajdującej się poza miastem willi. Kiedy znaleźli się 
przed posiadłością Sarrauta, kierowca nacisnął dwa razy klakson, znak, by dozorca otworzył bramę. Wtedy z 
ciemności wynurzył się jakiś człowiek, podbiegł do wozu i oddał serię z pistoletu maszynowego. Pociski 
dosięgły Sarrauta. Zginął na miejscu.

Dousset wrócił do Paryża, gdzie wkrótce policja niemiecka aresztowała go za wyłudzanie pieniędzy od 

rodzin  Francuzów wywiezionych  na roboty do Niemiec (obiecywał,  że  za  sporą  opłatą  może  wydostać 
nieszczęśników z Rzeszy, i wiele osób mu uwierzyło). Policjanci niemieccy postanowili przekazać oszusta 
gestapo. Kiedy agenci tej służby przybyli po Dousseta, ten wyjaśnił, że służy w Milicji Francuskiej. To 
wystarczyło.   Dousseta   puszczono   wolno,   prosząc   grzecznie,   aby   zechciał   zdobywać   pieniądze   w   inny 
sposób, gdyż może mieć kłopoty...

W Lyonie znaną postacią był Wiktor Basch. Przed wojną działał w Lidze Obrony Praw Człowieka, w 

czasie okupacji skupiał wokół siebie ludzi wrogo nastawionych do reżimu Vichy oraz jego hitlerowskich 
protektorów. Pewnego dnia szef milicji w Lyonie, Joseph Lecussan, został wezwany do siedziby gestapo w 
tym mieście. Rozmówca jego SS-hauptsturmführer Moritz powiedział:

— Musimy coś zrobić z tym Żydem Baschem!
— Zamknijcie starucha — odparł Lecussan.
— Ma osiemdziesiąt lat. Ani go przycisnąć, ani wysłać do obozu.
— Dobrze. Milicja to załatwi...
Lecussan oraz wyznaczony mu do pomocy milicjant aresztowali Bascha i jego 79-letnią żonę. Wywieźli 

ich za Lyon i w ustronnym miejscu zastrzelili...

Śmierć   Sarrauta   i   Bascha   wywołała   piorunujące   wrażenie   w   środowisku   tzw.   umiarkowanych 

kolaborantów.   Uznali   oni,   że   zabójstwa   te   należy   potraktować   jako   ostrzeżenie,   mające   pozbawić   ich 
złudzeń, że możliwe jest jakiekolwiek złagodzenie kursu. Jednocześnie rodziny zamordowanych zwróciły się 
do policji francuskiej z prośbą o odszukanie zabójców, a ta nic nie wiedząc o sprawcach mordów wszczęła 
śledztwo. Posuwało się ono szybko i omal nie doprowadziło do ujawnienia winnych. W jego ostatniej fazie 
na biurku szefa policji kryminalnej w Vichy zadzwonił telefon.

— Panie kolego! Pan chyba bardzo się nudzi?
— Ależ, panie ministrze!
— Niech pan zostawi w spokoju sprawę Sarrauta i Bascha, gdyż kryją się za nią rozgrywki polityczne w 

łonie ruchu oporu. Niech pan zajmie się ściganiem bandytów z tego ruchu, dobrze?

Ledwie ucichła wrzawa wokół śmierci tych dwóch polityków, a już wybuchła nowa afera. Tym razem 

chodziło o Jeana Zaya, który przed wojną pełnił funkcję ministra oświaty w rządzie Frontu Ludowego. 
Należał   on   do   grupy   polityków   socjalistycznych   i   w   1940   roku,   po   podpisaniu   zawieszenia   broni   z 
Niemcami, próbował uciec do Maroka. Policja vichystowska schwytała go, a sąd tego reżimu skazał na 
dożywocie za dezercję. Trafił do więzienia w Riom, skąd w 1944 roku postanowiono przenieść go do Melun, 
na zachód od Paryża, jako że Riom było poważnie zagrożone przez partyzantów. To była decyzja władz 
więziennych, ale zatwierdzić ją musiał resort Darnanda. Wyrażono zgodę, ale „nieco” zmieniono scenariusz. 
Więźnia eskortowało dwóch policjantów. W górach, na zupełnym odludziu, w pobliżu miejsca zwanego 
.„studnią diabła”, wóz zatrzymało kilku cywilów. Wylegitymowali się jako członkowie Milicji Francuskiej i 
pokazali   rozkaz   przejęcia   więźnia.   Dwaj   policjanci   wrócili   do   Riom.   Jean   Zay,   siedzący   w   wozie, 
przypatrywał się pertraktacjom  jego strażników z nie znanymi osobnikami. Kiedy policjanci oddalili się, 
nowi „opiekunowie” kazalibyłemu ministrowi opuścić samochód. Zay wykonał to polecenie, sądząc, że ma 
do czynienia z członkami ruchu oporu. Ponieważ dowiedział się, że przyjdzie im trochę poczekać na nowy 
wóz, usiadł na kamieniu i poprosił o papierosa. Jeden z milicjantów spełnił tę prośbę i szybko odszedł na 
bok. W tym momencie inny wyjął broń i oddał kilka strzałów w plecy Zaya. Milicjanci wrzucił zwłoki do 
przepaści.

Szczegóły tego mordu politycznego odtworzył po wojnie jeden ze sprawców, który stanął przed sądem, 

by odpowiadać za popełnione zbrodnie.

W   sekretariacie   generalnym   do  spraw   porządku   publicznego   uznano,   że   tego   typu   akcje   podnoszą 

wyraźnie ducha bojowego milicjantów, w związku z tym należy je kontynuować. Jedną z licznych ofiar 
terroru   milicji   był   także   były  minister   w   rządzie   Frontu   Ludowego,   Georges   Mandel.   Występował   on 

background image

przeciwko polityce ustępstw wobec żądań Hitlera, a w czerwcu 1940 roku, kiedy stało się jasne, że Francja 
zostanie pokonana, opowiadał się za przeniesieniem rządu francuskiego oraz ocalałych sił zbrojnych do 
północnej Afryki, skąd można by prowadzić walkę z  hitlerowcami. Nie zdołał zrealizować tych planów i 
został aresztowany przez władze Vichy. W lutym 1942 roku rząd Pétaina zorganizował pokazowy proces w 
Riom.   Na   ławie   oskarżonych   zasiedli  wówczas   wybitni   politycy   francuscy,   między   innymi   i   Georges 
Mandel, których władze Vichy usiłowały obarczyć odpowiedzialnością za nieprzygotowanie kraju do wojny. 
Na żądanie Hitlera proces przerwano, głównych oskarżonych wydano Niemcom. Znalazł się wśród nich 
także Mandel.

Początek lata 1944 nie był dla resortu Darnanda zbyt pomyślny, mimo że jego ludzie odnotowali na 

swym koncie kilka  udanych  akcji specjalnych  przeciwko „politycznym kombinatorom”. W tym właśnie 
okresie ruch oporu dokonał udanego zamachu na ministra informacji i propagandy reżimu Vichy, Philippa 
Henriota, co Darnand i jego najbliżsi współpracownicy odebrali jako celnie wymierzony policzek. Henriot 
należał   do   ludzi   ślepo   oddanych   idei   współpracy   z   Niemcami   i   niezwykle   zręcznie   prowadził   akcję 
propagandową   na   rzecz   reżimu   Vichy   (zwano   go   francuskim   Goebbelsem).   Wyrok   śmierci   na   tego 
kolaboranta wydały władze Wolnej Francji w Algierze, a wykonano go w paryskim mieszkaniu ministra. 
Resort Darnanda czuł się odpowiedzialny za tę śmierć, będącą wynikim braku należytej ochrony. Delegatowi 
generalnemu do spraw utrzymania porządku i milicji w strefie północnej, Maxowi Knippingowi, Darnand 
solidnie zmył głowę.

Pewnego dnia Knipping odebrał telefon, w którym usłyszał obłudnie słodki głos zastępcy Karla Oberga, 

Helmuta Knochena.

— Herr Knipping! Z rozkazu reichsführera SS przekazujemy wam Mandela!
— Ja go nie przejmę!
— Otrzymałem taki rozkaz i muszę go wykonać.
— Porozumiem się najpierw z Vichy...
Darnand   otrzymał   informację   od   II   oddziału   milicji,   że  „umiarkowani”   prowadzili   akcję   na   rzecz 

uwolnienia Mandela z rąk Niemców, licząc na to, że zyskają w ten sposób sympatię i poparcie społeczeństwa 
dla rządu Vichy. Nawet sam Pétain zgodził się, aby w Berlinie rozpoczęto odpowiednie starania. Nic zatem 
dziwnego, że z Vichy przekazano rozkaz: przejąć Mandela. Po przewiezieniu byłego ministra z Niemiec 
osadzono go w paryskim więzieniu Sante.  Jednocześnie  w szeregach  milicji  rozpuszczono wieść, że za 
każdego zastrzelonego przez ruch oporu dygnitarza z Vichy należy zgładzić jakiegoś wybitnego polityka, 
przeciwnika tego reżimu. W tej sytuacji wniosek nasuwał się sam. Zginął Henriot, musi więc oddać swe 
życie Mandel. W więzieniu Sante odbyło się protokolarne przejęcie Mandela z rąk gestapo  — w imieniu 
Milicji Francuskiej podpis pod protokołem złożył sam Max Knipping — po czym byłego ministra wsadzono 
do samochodu, w którym znajdowało się czterech mężczyzn w cywilu.

— Dokąd jadę? — zapytał Mandel.
— Do Vichy. Będzie pan osadzony w pobliskim zamku Brosses.
Wóz ruszył na południe, wkrótce wjechał w lasy pod Fontainebleau. Tu zatrzymał się pod pretekstem, 

że zepsuł się silnik, i ministrowi kazano wysiąść. Po paru minutach nadjechał inny samochód, z którego 
wysiadło pięciu osobników. Jeden z nich, zwany Mansuy, trzymał pistolet maszynowy. Podszedł do ministra 
i nacisnął spust. Mandel upadł. Oprawca wystrzelił do niego jeszcze raz, po czym oddał serię do samochodu, 
którym wieziono Mandela. Dokonawszy zbrodni mordercy wrzucili zwłoki do postrzelanego samochodu i 
zawieźli je do prefektury w Wersalu. Tam zeznali, że na ministra dokonali zamachu „nieznani sprawcy”.

Po wojnie dwóch milicjantów, uczestników operacji „zemsta na Mandelu”, postawiono przed sądem i 

stracono. Mansuy zniknął jednak bez śladu. Podobno po wojnie brał udział w jednym z zamachów na de 
Gaulle'a przeprowadzonych przez OAS...

Na zabójstwie Mandela nie skończył się odwet Milicji Francuskiej za śmierć Henriota. W więzieniach i 

katowniach   milicji   w   Lyonie,   Tuluzie,   Grenoble,   Voiron,   Clermont-Ferrand   i   Macon   dokonano   wielu 
mordów na patriotach francuskich.

Nadeszła wiosna 1944 roku i front wschodni zaczął się łamać pod naporem Armii Radzieckiej. We 

Włoszech alianci spychali Niemców na północ. Francuzi z dnia na dzień oczekiwali inwazji. Przygniatająca 
większość   z   nadzieją.   Kolaboranci   z   obawą.   W   lutym   1944   roku   Front   Narodowy  we   Francji   ogłosił 
wiadomość   o   połączeniu   wszystkich   militarnych   organizacji   podziemnych   we   Francuskich   Siłach 
Wewnętrznych   (FFI).   Z   kolei   propaganda   vichystowska   straszyła   społeczeństwo,   że   siły   porządkowe 
podległe Darnandowi są na tyle silne, iż zdołają utrzymać ład i spokój, ale gdyby nie potrafiły tego dokonać, 
to za „buntowników” zabierze się SS i gestapo. Wmawiano ludziom, że III Rzesza poniosła co prawda straty, 
ale jest niepokonana. Jeśli alianci wylądują we Fancji, zostaną zniszczeni.

Resort Darnanda bez przerwy wysyłał do wszystkich ogniw Milicji Francuskiej instrukcje i pouczenia, 

background image

których treść miała uświadomić członkom tej organizacji, jak ważne zbliżają się chwile. „Nadchodzi godzina 
próby. Za wszelką cenę musimy utrzymać spokój na zapleczu. To kwestia życia i śmierci naszego Państwa 
Francuskiego i nas samych!

W Vichy odbywały się teraz ciągłe debaty i narady. W jednej z nich wzięli udział wyżsi oficerowie 

milicji. Otrzymali oni polecenie, aby werbowali do służby kogo się da. Nie należy gardzić kryminalistami, 
spekulantami i sutenerami, tłumaczyli im zwierzchnicy. Jeśli zawiodą inne metody, można nawet stosować 
szantaż: albo do Milicji, albo do STO i na roboty do Niemiec. Szefostwo milicji zawsze odczuwało poważne 
braki kadrowe, a teraz Berger upomniał się także o ochotników do Waffen SS. Podczas tej narady ustalono 
również,   że   obecnie,   kiedy  gwałtownie   rozwija   się   ruch   oporu,   należy  sprawniej   prowadzić   wszystkie 
sprawy przeciwko osobom podejrzanym o działalność wrogą Państwu Francuskiemu.

Usprawnienie   dochodzenia,   zalecane   przez   zwierzchników,   polegało   na   stosowaniu   środków 

nadzwyczajnych, czyli tortur. I rzeczywiście na tym polu Milicja Francuska osiągnęła „znakomite” wyniki. 
Nawet   gestapowcy,   którzy   zwiedzali   katownie   milicji   oraz   widzieli   ludzi   po   przesłuchaniu,   wyrażali 
niekłamany   podziw   dla   francuskich   kolegów.   Wystarczy   powiedzieć,   że   ulubioną   metodą   wymuszania 
zeznań było nie tyle bicie, co przypalanie rozżarzonym żelazem. I trudno się dziwić, że wielu aresztowanych 
załamywało się.

Do ludzi, którzy zadali dotkliwe straty ruchowi oporu, należał między innymi szef Milicji Francuskiej 

na Bretanię, Constanzo. To on doprowadził do wyśledzenia i otoczenia przez oddziały Francs Gardes oraz 
SS partyzanckiej jednostki w departamencie Finistère (w czasie obławy schwytano dowódcę tej jednostki, 
Luca Roberta, którego podczas śledztwa utopiono w beczce).

Z   niezwykłą   bezwzględnością   i   okrucieństwem   rozprawiał   się   z   przeciwnikami   szef   II   oddziału 

dowództwa milicji w Lyonie, de Susini. To on zamordował znanego przed wojną bankiera Pierre Wormsa, 
który mieszkał w letniskowej miejscowości St. Jean-Cap-Ferrat nad Morzem Śródziemnym i nie krył swojej 
niechęci do zwolenników rządu Vichy. De Susini udał się do bankiera z wizytą, a sześciu jego pomagierów 
za pomocą okrutnych tortur wymusiło od współmieszkańców Wormsa informacje na temat miejsca ukrycia 
kosztowności   należących   do   bankiera.   Wreszcie   Wormsa   zabili,   a   skarb   wywieźli.   Podobno   biżuterię 
przeznaczono   na  „cele   socjalne   milicji”.   De   Susini   specjalizował   się   w   szantażowaniu,   torturowaniu   i 
wymuszaniu  zeznań od ludzi zamożnych, związanych na ogół z przedwojenna kadrą oficerską, która w 
niemałym stopniu zasiliła gaullistowski ruch oporu. De Susini potrafił uzyskać informacje dotyczące tych 
ludzi i jednocześnie zdobyć fundusze na pokrycie „kosztów” śledztwa oraz własnych wydatków.

W Lille działał Almyre Simondant, inspektor milicji, specjalizujący się w tropieniu Żydów. Metoda jego 

działania była dość prosta. Aresztował ludzi, których podejrzewał o semickie pochodzenie, poddawał ich 
torturom  i  z  reguły  każdy  „seans”   w  katowni   przynosił  informacje   o ukrywających  się   Żydach.   Potem 
następowały rozmowy z zatrzymanymi. Simondant proponował: oddajcie kosztowności, a zachowacie życie; 
po   prostu   pojedziecie   na   wschód   do   obozów   pracy,   gdzie   doczekacie   końca   wojny.   Rozmówcy 
„wspaniałomyślnego” inspektora nie mieli wyboru. Transportowano ich zatem na dworzec i wsadzano do 
pociągów,   które   najczęściej   kończyły  swój   bieg   w   obozie   koncentracyjnym   w   Dachau.   Spośród   wielu 
dziesiątek ofiar Simondanta tylko jedna doczekała wolności.

W Tuluzie działał wyższy oficer milicji, Jean-Marie Dedieu, którego kariera jako oprawcy była dość 

skomplikowana. Najpierw zwolniono go z milicji za karygodną łagodność wobec aresztowanych. Znalazł 
więc   pracę   w   miejscowej   placówce   gestapo.   Tam   nabył   odpowiedniego   doświadczenia.   Wzbogacił   je 
znacznie w czasie ponownej służby w milicji. Jego ofiarą padło wielu bojowników ruchu oporu w Tuluzie i 
okolicy. Preferowaną przez niego „metodą pracy” było przypiekanie.

W   Montpellier   urzędował   dowódca   departamentalny   Francs   Gardes,   były   sierżant   lotnictwa 

francuskiego,   Maurice   Gros.   Jego   jednostka   przeznaczona   była   do   walki   z   partyzantami,   a   zatem 
prowadzenie   dochodzenia   nie   wchodziło   w   zakres   obowiązków   Grosa.   Ale   on  był   urodzonym   sadystą, 
zorganizował zatem w koszarach półprywatną katownię. Utrzymywał dobre kontakty z ekipą śledczą milicji 
i kiedy pewnego dnia milicja aresztowała byłego pułkownika lotnictwa, Martiala Tinela (znajdował się on na 
podwójnej liście, w spisie podejrzanych o działalność w ruchu oporu oraz na prywatnej liście poszukiwanych 
przez Grosa), natychmiast przewieziono go do koszar Francs Gardes, gdzie zajął się nim Gros. Dodajmy, że 
pułkownik był przed wojną zwierzchnikiem siepacza.

W Vichy, w „Petit Casino” położonym w pobliżu siedziby Pétaina, zorganizował swą kwaterę Johannes 

Tomasi, szef specjalnej grupy bezpieczeństwa. Do niego to przywożono wyjątkowo opornych patriotów. 
Tomasi nie stosował przypiekania, ale jego metoda wymuszania zeznań była równie wyrafinowana. Na ogół 
kierował swoje ofiary na kilka godzin do dużej lodowni, którą niegdyś zainstalowano w „Petit Casino”. W 
czasie   wyzwalania   Vichy   partyzanci   powiesili   Tomasiego   na   balkonie   hotelu   „International”.   W   jego 
katowni zginęło wielu członków ruchu oporu.

background image

Na początku kwietnia 1944 roku cała milicja święciła wielkie zwycięstwo. Otóż na płaskowyżu Glieres, 

w   Górnej   Sabaudii,   ruch   oporu   skoncentrował   zgrupowanie   partyzanckie   liczące   ok.   500   bojowników. 
Dowództwo   zgrupowania   uznało,   że   górski   teren   zapewnia   całkowite   bezpieczeństwo   oddziałom,  które 
miały przystąpić do walki z okupantem po rozpoczęciu przez aliantów inwazji na kontynent. Tego że II 
oddział milicji dysponuje dokładnymi informacjami o dyslokacji jednostek patyzanckich oraz o dojściach na 
płaskowyż,   w   ogóle   nie   brano   pod   uwagę.   Tymczasem   milicja   wszystkie   zgromadzone   informacje 
przekazała Niemcom. 17 marca  partyzanci zostali zaatakowani przez znaczne siły okupanta oraz Francs 
Gardes i GRM. Walki trwały 10 dni. O ich zaciętości może świadczyć fakt, że ani Niemcy, ani milicja nie 
brali jeńców. Zginęło ok. 250 partyzantów. Darnand przez długi czas podawał akcję na płaskowyżu Glieres 
jako przykład godny naśladowania.

Ruch oporu organizował akcje odwetowe, wykonywano wyroki na milicjantach, a to z kolei wzmagało 

terror   stosowany   przez   podwładnych   Darnanda.   Walka   bratobójcza   ogarnęła   Francję.   Awansowany   do 
stopnia  obergruppenführera  Karl  Oberg nie posiadał się z radości. Akcje Milicji Francuskiej  przeciwko 
ruchowi oporu stały się cenną pomocą dla specjalnych służb niemieckich i Wehrmachtu. W obliczu inwazji 
oraz katastrofalnej sytuacji na froncie wschodnim liczył się każdy człowiek walczący po stronie Rzeszy.

Szóstego czerwca 1944 roku szef Milicji Francuskiej w Guéret, Jean Pommerat, wstał bardzo wcześnie. 

Poprzedniego wieczoru rozmawiał z nim telefonicznie wysoki funkcjonariusz milicji z Vichy i nakazał jak 
najdalej idącą czujność. Otóż w nocy z 4 na 5 czerwca nasiliło się nadawanie przez BBC zakodowanych 
haseł   dla   FFI,   co   może   oznaczać,   że   zbliża   się   termin   inwazji.   Funkcjonariusz   z   Vichy   przypominał 
Pommeratowi,   że   kraina   Limousin,   obejmująca   departamenty   Corrèze,   Creuse   i   Haute-Vienne,   ma 
strategiczne   znaczenie   dla   obrony   Francji   przed   inwazją,   dlatego   nie   można   sobie   pozwolić   na   żadne 
zaniedbanie.

Pommerat na pamięć znał tę ocenę: Masyw Centralny to ważny punkt obrony naszej drugiej linii, należy 

więc zwalczać wszelkimi środkami partyzantów! Po chwili zastanowienia chwycił za słuchawkę telefonu i 
połączył   się   z   sąsiednimi  miejscowościami.  Na   razie   było   spokojnie,   ale   wszyscy  jego   rozmówcy  byli 
podenerwowani. Poradzili mu, żeby słuchał radia, o ile jeszcze tego nie uczynił. Pommerat przekręcił gałkę i 
znieruchomiał. Radio Vichy nadawało komunikat specjalny:

— Dziś o świcie nieprzyjaciel dokonał inwazji w Normandii. Trwają ciężkie walki, które z pewnością 

zakończą się zepchnięciem wroga do morza. A teraz premier Pierre Laval... Francuzi! Musimy uniknąć 
wojny   domowej!   Głos   zabierze   Joseph   Darnand...   Żołnierze   Francs   Gardes,   policjanci   i   żandarmi! 
Udowodnijcie,   że   jesteście   żołnierzami   bez   skazy.   Zwalczajcie   partyzantów   i   sabotażystów.   Bierzcie 
przykład z formacji porządkowych w Górnej Sabaudii i z Francs Gardes w Limousin.

Nadano   jeszcze   komunikat   o   mianowaniu   Darnanda   sekretarzem   stanu   MSW.   Pommerat   szybko 

odszukał falę, na której BBC nadaje po francusku:

—   Nasze   wojska   powoli,   ale   systematycznie   rozszerzają   przyczółki.   Francuzi!   Nadszedł   czas 

wyzwolenia! Do broni!

O 7.15 rozległy się strzały. W ściany siedziby milicji uderzyły pierwsze pociski z broni maszynowej. 

Partyzanci zaatakowali Guéret.

Do   pokoju   szefa   milicji   wpadł   pułkownik   Favier,   komendant   szkoły  podoficerskiej   Francs   Gardes, 

zlokalizowanej w tym mieście. Poinformował Pommerata, że przed chwilą zakończył rozmowy z dowódcą 
partyzantów, majorem FFI François Fosset, który zaproponował przejście szkoły do ruchu oporu.

— Odmówiłem — relacjonował Favier. — Powołałem się na przysięgę wierności złożoną marszałkowi 

Pétainowi...

Miasteczko zostało otoczone przez partyzantów. Milicja broniła się w odosobnionych punktach, ale w 

południe sytuacja stała się krytyczna, bowiem część szkoły podoficerskiej Francs Gardes przeszła na stronę 
atakujących. Otoczonych milicjantów poinformowano przez megafon, że dwa domy zajęte przez żołnierzy 
Wehrmachtu zostały zdobyte. Po południu Pommerat został zmuszony przez podwładnych do wszczęcia 
pertraktacji z partyzantami. Ci zaproponowali następujące warunki: poddanie się, a w zamian zachowanie 
życia i osadzenie w więzieniu do czasu podjęcia decyzji co do ich losu przez wyższe dowództwo. Milicja 
skapitulowała. Partyzanci aresztowali kolaborantów-cywilów.

W całej środkowej i południowej Francji oddziały partyzanckie przystąpiły do akcji. Zadawały ciężkie 

straty  transportowi   wroga,   atakowały  jego   jednostki,   wiele   z   nich   próbowało,   podobnie   jak   w   Guéret, 
opanować poszczególne miasta i miasteczka. Niestety nie wszędzie próby te się powiodły. Niemcy przy 
współudziale Milicji Francuskiej przystąpili do kontrakcji.

Do   Guéret,   na   przykład,   skierowano   3   batalion   pułku   SS  „Der   Führer”,   któremu   przydzielono 

zgrupowanie milicji (dowódca Jean de Vaugeles), złożone z oddziałów Francs Gardes, Gwardii Ruchomej 
oraz   specjalistów   od   przesłuchań   z   II   oddziału   dowództwa   milicji   regionu   Limousin.   Łącznie   siły 

background image

pacyfikacyjne były dwukrotnie liczebniejsze od partyzantów i dysponowały działkami przeciwpancernymi. 
Po kilkugodzinnej walce Guéret zostało odbite przez hitlerowców oraz ich francuskich wspólników. Nie 
wszystkim partyzantom udało się opuścić miasteczko i ci zostali zabici na miejscu. Z więzienia uwolniono 
Pommerata i innych milicjantów, a na ich miejsce wtrącono do cel wszystkich tych, których posądzano o 
sympatyzowanie z ruchem oporu. W więzieniu i siedzibie milicji rozgrywały się dantejskie sceny. Jeden z 
wyższych oficerów II oddziału, któremu udało się zbiec do partyzantów, oświadczył, że miał dość bestialstw 
popełnianych   przez   jego   kompanów!   Wkrótce   rozstrzelano   przeszło   100   aresztowanych.   W   Guéret 
zapanował „ład i porządek”.

Podobne tragedie, jak w Guéret, rozgrywały się w innych miejscowościach Francji, ale ruch oporu nie 

słabł. Przeciwnie, wzmagał się. Hitlerowcy i ich kompani z milicji szaleli. 10 czerwca oddziały 2 DPanc SS 
„Das Reich” otoczyły niewielką  miejscowość Oradour-sur-Glâne i esesmani spalili żywcem 650 kobiet, 
dzieci i mężczyzn. Uratowało się zaledwie kilka osób. Akcja ta miała charakter ślepego odwetu i wywołała 
w całym kraju nie tylko przerażenie, ale i oburzenie. W Limoges, głównym mieście departamentu Haute-
Vienne,   doszło   do   otwartego   protestu   w   miejscowej   jednostce   Francs   Gardes.   Lokalna   organizacja 
kolaborancka,   uznawszy,  że   mord  nie  może   być  wybaczony,  wezwała  swych  członków  do  opuszczenia 
szeregów Francs Gardes. Szybko jednak sprowadzono posiłki, składające się z jednostek zaprzedanych bez 
reszty reżimowi, i bunt stłumiono, a siedmiu najbardziej aktywnych uczestników protestu aresztowano. Sąd 
doraźny skazał ich na śmierć. Tego samego dnia uzbrojona bojówka wspomnianej organizacji usiłowała 
uwolnić skazanych. Doszło do walki ze strażą więzienną. W odwet milicja zaatakowała i zniszczyła siedzibę 
organizacji kolaboranckiej, która śmiała zaprotestować przeciwko dwukrotnemu mordowi.

Alianci z wolna posuwali się w głąb Francji i dla wszystkich stało się jasne, że inwazja powiodła się i 

miesiące, a może nawet tylko tygodnie, dzielą Francuzów od dnia, w którym Niemcy zostaną wyparci za 
Ren. Reżim Vichy ulegał stopniowemu rozkładowi, organa administracji terenowej, z policją, żandarmerią i 
GRM włącznie, nawiązywały kontakty z ruchem oporu, a nawet podporządkowywały się jego poleceniom. 
W Vichy Pétain wyrażał nadzieję, że może uda mu się „dogadać” z generałem de Gaulle, przywódcą Wolnej 
Francji. Podobno zastanawiał się nawet, czy nie oddać się w ręce FFI. W końcu odciął się od Darnanda. W 
skierowanej do Lavala i rozkolportowanej nocie potępił Milicję Francuską za  „nadużycie przyznanych jej 
uprawnień”. Darnand zareagował gniewnie: „Od czterech lat otrzymywałem same pochwały. Od czterech lat 
zachęcaliście   mnie   do   tego   wszystkiego,   co   czynię,   a   dziś,   kiedy   Amerykanie   stoją   u   bram   Paryża, 
twierdzicie, że będę plamą na honorze Francji! Mogliście to zrobić wcześniej!”

Jednocześnie Darnand przeprowadził totalną mobilizację ultrakolaborantów. Nie wypadła ona po jego 

myśli,   gdyż   wielu   milicjantów   próbowało   ratować   swoją   skórę,   dezerterowało   i   kryło   się   w   jakichś 
zapadłych   kątach.   Ostatecznie   Darnand   zdołał   skupić   wokół   siebie   od   6   do   8   tysięcy   przeszkolonych 
wojskowo funkcjonariuszy, głównie z Francs Gardes, po czym wydał tajny rozkaz adresowany do prefektów 
(wojewodów)   oraz   dyrektorów   regionalnych   do   spraw   utrzymania   porządku,   w   którym   stwierdził,   iż 
zabrania milicji występować zbrojnie przeciwko oddziałom alianckim, nakazuje natomiast, aby jej formacje 
brały  aż   do   końca   udział   w   zwalczaniu   ruchu   oporu.   W   chwili   wycofywania   się   Niemców,   instruował 
Darnand, milicjanci mają natychmiast odchodzić na. wschód. To ostatnie zalecenie wynikało z aktualnej 
sytuacji, jaka panowała w kraju. Otóż Darnand został poinformowany przez Oberga, że na zajętych przez 
aliantów   terenach   milicjanci   traktowani   są   jako   wyjęci   spod  prawa.   Radio   Wolnej   Francji   bez   przerwy 
nadawało wezwanie: „Milicjanci-mordercy! Strzelajcie do nich jak do wściekłych psów!” I rzeczywiście, w 
miejscowościach   opanowanych   przez   partyzantów   (jeszcze   przed   nadejściem   aliantów   oswobodzili   oni 
znaczne obszary Francji) odbywały się sądy polowe nad schwytanymi funkcjonariuszami milicji. Z reguły 
wyrok brzmiał: kara śmierci za zdradę ojczyzny!

Pod koniec lipca 1944 roku odbyła się w Paryżu narada dowództwa milicji z udziałem Darnanda. Padła 

wtedy propozycja, aby on właśnie i najbardziej znienawidzeni przez ruch oporu milicjanci udali się do 
Szwajcarii, gdzie zostaną internowani, ale ocalą życie. Darnand projekt ten kategorycznie odrzucił.

— Nie wszystko jeszcze stracone! — stwierdził.
Wobec   takiej   postawy   Darnanda   podczas   narady   ograniczono   się   jedynie   do   opracowania   planu 

ewakuacji formacji milicyjnych oraz ich rodzin. Dla ewakuowanych z południa miejscem koncentracji miał 
być   Dijon,   a   dla   uchodzących   z   centralnych   i   północnych   departamentów  —   Nancy.   Perspektywicznie 
wyznaczono też dalsze docelowe schronienia: w Wogezach, w Alzacji.

Piętnastego sierpnia alianci wysadzili desant na południu Francji, wzięła w nim udział francuska 1 

armia,   a   od   północy  i   zachodu   zaczęły  zbliżać   się   do   Paryża   te   jednostki,   które   dokonały  desantu   w 
Normandii   (wśród   nich   francuska   dywizja   pancerna).   Następnego   dnia   Darnand   wydał   rozkaz   ogólnej 
ewakuacji milicji do Dijon oraz Nancy i osobiście nadzorował ucieczkę swych podwładnych z Paryża. 17 
sierpnia   mieszkańcy   stolicy   mogli   obserwować   długą   kolumnę   wozów   osobowych   i   ciężarowych 

background image

wypełnionych milicjantami oraz ich rodzinami. Ci, dla których samochodów nie starczyło, opuścili Paryż 
pieszo. Na miejscu pozostała jedynie 30-osobowa grupa milicjantów, którzy palili archiwa oraz pomagali 
Niemcom w aresztowaniu i torturowaniu  patriotów. Opuścili oni stolicę  Francji wieczorem 18 sierpnia. 
Następnego dnia w Paryżu wybucha powstanie. Niemcy próbują je stłumić, ale ich wysiłki są daremne. 20 
sierpnia Niemcy wywożą Pétaina do Belfortu. Okupant cofa się ku granicom Rzeszy.

Tak przedstawiała się sytuacja w. Paryżu. A co działo się w innych rejonach Francji?
Wszędzie wyglądało podobnie. Milicjanci zgodnie z rozkazem Darnanda opuszczali miejsca pobytu i 

ruszali w drogę, troszcząc się głównie o siebie i swoje rodziny. Znaleźli się jednak wśród nich i tacy, którzy 
przed udaniem się na trasę ucieczki wymordowali uprzednio swoich więźniów. W Montpellier, w Lyonie, w 
Vichy, w Clermont-Ferrand i w Rennes w tych ostatnich dniach przed wyzwoleniem ginęli jeszcze z rąk 
swoich współziomków bojownicy ruchu oporu. A już zupełnie nieprawdopodobne wydaje się postępowanie 
szefa II oddziału milicji, w Bordeaux.. Lucien Dehan opuścił Bordeaux razem ze swymi więźniami i po 
drodze zadawał im straszliwe tortury. Sporo milicjantów z południa uciekło do Hiszpanii oraz do północnych 
Włoch, gdzie jeszcze bronili się Niemcy oraz faszyści włoscy.

W czasie gdy najwyższe dowództwo milicji razem ze swymi podwładnymi z wolna zmierzało z Paryża 

do Nancy, w mieście tym rozgrywały się niesamowite sceny. Ściągających tu z całej Francji, także i z Dijon, 
milicjantów lokowano w koszarach, szkołach i prywatnych mieszkaniach. Transport kilkuset milicjantów 
oraz milicjantek z Vichy zakwaterowano w zabudowaniach prywatnej szkoły katolickiej na tyłach katedry. 
Milicjantów z rodzinami umieszczono w jednym skrzydle, samotnych w drugim, a niezamężne milicjantki w 
trzecim.   Opiekę   duchowną   sprawował   nad   nimi  „ojciec”   Brevet,   bratanek   Darnanda,   jeden   z   wielu 
kapelanów milicji. Mimo tej opieki, mimo iż Brevet apelował, by milicjanci zachowywali spokój i porządek, 
w pomieszczeniach szkoły niemal całą dobę rozlegały się pijackie wrzaski. Do tej zapoczątkowanej przez 
mężczyzn zabawy dołączyły kobiety. Popijawy przekształciły się teraz w hałaśliwe orgie. Te niewybredne 
rozrywki nabrały znacznie większej pikanterii, kiedy do Nancy ściągnęła ekipa II oddziału z katowni w 
„Petit Casino”, w Vichy. Ci znani niemal w całej Francji oprawcy usiłowali bowiem w przerwach między 
libacjami kontynuować swój krwawy proceder. Teraz postanowili „wyeliminować” z szeregów milicji ludzi 
niepewnych i zabrali się do dzieła z niebywałą energią. Zbrodniczą grupą zainteresowało się gestapo, które 
szybko   znalazło   godne   dla   tych  „speców”   zajęcie.   Mieli   udać   się   do  Rzeszy  i   szpiegować   robotników 
francuskich   przebywających   tam   na   przymusowych   robotach.   Po   wielkim  „przyjęciu”   ekipa   oprawców 
wyjechała za Ren.

Wreszcie do Nancy zjechał Darnand i zaprowadził tam jaki taki porządek. Zastanawiał się, co dalej 

robić z milicjantami, którzy ściągnęli w te okolice (okazało się, że było ich około 6 tysięcy), ale najpierw 
chciał zorientować się, jaka jest sytuacja kierownictwa Państwa Francuskiego, na czele którego stał Pétain. 
W tym celu udał się do Belfortu, gdzie marszałek i jego ministrowie przebywali pod strażą esesmanów. Na 
miejscu   okazało   się,   że   terytorium,   które   nazywano  „Państwem   Francuskim,   zostało   już   zajęte   przez 
aliantów, a Pétain i Laval chcieli, aby uznano ich za niemieckich więźniów. Liczyli, że po zwycięstwie 
aliantów będzie to przemawiało na ich korzyść. Darnanda i jego popleczników zaniepokoiła jednak inna 
wiadomość.   Otóż   nagle   na   scenie   politycznej   pojawił   się   Fernand   Brinon,   pełniący   dotychczas   czysto 
formalną funkcję delegata rządu Vichy w niemieckich władzach okupacyjnych z siedzibą w... Paryżu. W ten 
sposób  Państwo   Francuskie  Pétaina  miało  swą  ambasadę  w  stolicy Francji!   Brinon  załatwiał   też  jakieś 
sprawy w siedzibie ambasady III Rzeszy we Francji, która mieściła się nie w Vichy, ale również w Paryżu...

I w tych dniach Brinon z własnej inicjatywy, za pośrednictwem ministra spraw zagranicznych Joachima 

Ribbentropa, uzyskał audiencję u Hitlera w jego kwaterze głównej pod Kętrzynem. Po tej wizycie wygłosił 
radiowe przemówienie do narodu francuskiego, w którym obwieszczał:

— Władza, której teraz podlegacie, została wam narzucona... Tak zwane wyzwolenie to nic innego jak 

zniszczenie i śmierć... Stawiajcie opór... Tylko nasze zwycięstwo położy kres waszym cierpieniom.

Wątpliwe,   czy   ktokolwiek   we   Francji   słyszał   te   słowa   nadane   po   francusku   przez   hitlerowską 

radiostację. A jeśli nawet, to z pewnością uznał, że Brinon postradał zmysły. On jednak myślał inaczej. Nie 
taił   zadowolenia,   że   udało   mu   się   uprzedzić   innych   kolaborantów,   np.   Darnanda,   i   przejąć   spadek   po 
Pétainie. Żałosny, co prawda, ale kto wie, jak potoczą się ostatecznie losy wojny?

Hitlera   nie  ucieszyła   zbytnio   inicjatywa  Brinona.   Wódz III  Rzeszy wolałby,   aby  na  czele  jakiegoś 

„rządu francuskiego” na emigracji stanął sam Pétain lub Laval, ale skoro ci nie wyrazili zgody na podjęcie 
rozmów   na   temat   reorganizacji   rządu   Vichy,   1   września   1944   roku   wezwał   do   swojej   kwatery 
najwierniejszych z wiernych kolaborantów, czyli Darnanda, Déata i Doriota, i kazał im utworzyć Francuski 
Komitet   Rządowy   z   Brinonem   jako   przewodniczącym.   Przy   okazji   uraczył   francuskich   zdrajców 
pocieszającą   informacją   na   temat   straszliwych   skutków   bombardowania   Wielkiej   Brytanii   za   pomocą 
samolotów-pocisków V-1. Zapewnił też, że nie jest to ostatnie słowo niemieckie w tej kwestii, że nowe 

background image

jeszcze groźniejsze bronie są przygotowywane i będą wkrótce użyte, co zupełnie zmieni bieg wojny. Na 
zakończenie wizyty Hitler podszedł do Darnanda:

— Wielu milicjantów zginęło dla wielkiej sprawy — powiedział z właściwą mu emfazą — ale tak jak ci 

w Stalingradzie nie oddali życia na próżno...

Po   powrocie   do   Belfortu   szef   milicji   ze   łzami   w   oczach   powtarzał   słowa   Hitlera   swym 

współpracownikom.

W   kilka   dni   po   spotkaniu   Hitlera   z   francuskimi   kolaborantami   Niemcy   przewieźli   Pétaina   do 

Siegmaringen w Wirtembergii, aby stworzyć pozory, że marszałek patronuje nowej kolaboranckiej imprezie. 
Dla   nadania   prawdopodobieństwa   całej   sprawie   marszałka   umieszczono   w   zamku   Hohenzollernów,   w 
którym urzędował komitet Brinona.

Tymczasem Darnand, który zachował oczywiście szefostwo milicji, został mianowany przez Brinona 

(za namową Niemców)  komisarzem do spraw  „organizacji francuskich  sił zbrojnych”. Ten nie dbał już 
jednak   o   tytuły.   Miał   do   rozwiązania   niezwykle   trudny  problem:   co   dalej   robić   z   sześcioma   tysiącami 
milicjantów oraz ich rodzinami?

To samo pytanie nurtowało zresztą wszystkich milicjantów. Co mają robić? Co stanie się z nimi po 

nieuchronnej   już   klęsce   Niemców?   Pilnie   nasłuchiwali   Radia   Paryż,   które   w   imieniu   Wolnej   Francji 
ogłaszało triumfalne komunikaty o klęsce hitlerowców na wschodzie i na zachodzie i informowało o karach, 
jakie   spotykają   kolaborantów.   Wszystko   to   budziło   paniczny   strach   w   Nancy   i   wszędzie   tam   gdzie 
zakwaterowano funkcjonariuszy Milicji Francuskiej. Ponadto front nieustannie przesuwał się ku Lotaryngii i 
Alzacji i z dniem każdym zbliżała się chwila, w której trzeba będzie opuścić Nancy i udać siq do Niemiec. 
Co   przezorniejsi   i   bardziej   przedsiębiorczy   milicjanci,   dysponujący  odpowiednimi   zasobam   w   złocie   i 
biżuterii, które rabowali przy okazji aresztowań, nawiązywali kontakty z niemieckimi oficerami, oferującymi 
im przewiezienie do północnych Włoch, gdzie podobno działał tajny kanał przerzutowy do Hiszpanii, a 
potem do Ameryki Południowej. Rozpoczęły się dezercje i samowolna zmiana miejsca pobytu. Wreszcie 
nadszedł rozkaz o natychmiastowej ewakuacji z powodu zbliżania się aliantów do rejonu Nancy i trzeba było 
rozstać się z rodzinami.

Żony i dzieci oraz milicjantki zostały przetransportowane do trzech obozów ewakuacyjnych w pobliżu 

Stuttgartu, a mężczyźni (ok. 4500) mieli udać się do Alzacji. Szykujących się w drogę uprzedzono, że z 
chwilą  przekroczenia granicy wyznaczonej  przez  Niemców,  dowolnie  i wbrew rozejmowi z 1940 roku, 
muszą pamiętać o tym, że znajdują się na terenie Rzeszy.

Po kapitulacji Francji hitlerowcy włączyli całą Alzację do Rzeszy. Wszechwładnym panem tej części 

Francji został gauleiter Badenii Robert Wagner, którego Hitler mianował szefem rządu cywilnego w Alzacji, 
a   następnie   komisarzem   obrony   Rzeszy   na   tych   terenach.   Wagner   natychmiast   po   objęciu   nowych 
obowiązków przystąpił do akcji germanizacyjnej. Za mówienie po francusku kobiety wysyłano do obozu 
koncentracyjnego, a mężczyzn wcielano do Wehrmachtu. Terror doprowadzono do perfekcji. Rozkaz Berlina 
nakazujący  przygotowanie   kwater   i   wyżywienia   dla   Milicji   Francuskiej   został   przyjęty  przez   Wagnera 
bardzo niechętnie.

Wykonał go wreszcie, ale jaką przy tym wykazał złośliwość. Otóż polecił ewakuować prawie w całości 

obóz   koncentracyjny   w   Struthofie,   w   Wogezach,   i   ulokował   w   nim   część   milicjantów.   Pozostałych 
skierowano do znajdującego się w pobliżu domu pracy przymusowej. W nowym miejscu pobytu działo się 
jeszcze   gorzej   niż   w   Nancy.   Ciągle   wybuchały  kłótnie   i   bójki:   o   jedzenie,   o   lepsze   spanie,   o   awanse 
(uzyskanie wyższego stopnia łączyło się z wypłacaniem podwyższonego żołdu). Rosła też liczba dezerterów, 
na których z rozkazu Wagnera polowała żandarmeria niemiecka. Schwytanych wieszano lub rozstrzeliwano 
na miejscu.

Piętnastego września jednostki alianckie wkroczyły do Nancy. Niemcy twierdzili, że zorganizują obronę 

na Renie, a Hitler wprowadzi nowe bronie do akcji. Mówili także, że milicjanci zostaną ewakuowani w głąb 
Rzeszy i wreszcie przestaną się wylegiwać w obozach. Zostaną zatrudnieni jako robotnicy w przemyśle 
zbrojeniowym. Rozpacz ogarnęła wierne sługi kolaboranckiego reżimu. Nie uśmiechała im się ciężka praca 
za   głodowe   racje,   nie   uśmiechała   się   im   harówka   pod   kierunkiem   niemieckich   nadzorców.   Zewsząd 
rozlegało się błaganie: „Szefie! Ratuj!”.

Darnand osobiście pożegnał pierwszy rzut transportu kolejowego, który przewiózł milicjantów do Ulm 

w Badenii-Wirtembergii, i zaczął zabiegać o audiencję u szefa Głównego Urzędu SS, obergruppenführera 
Gottloba Bergera. Ten przyjął go podobnie jak poprzednio. Jowialnie i z humorem. Poklepywał po plecach, 
poił alkoholem, tłumaczył, iż Niemcy wojnę wygrają, bo führer wie co robi.

— Ale czym mogę służyć naszemu francuskiemu przyjacielowi? — zapytał wreszcie.
—  Dysponuję   kilkoma   tysiącami   dzielnych   ludzi.   Proponuję   utworzyć   z   nich   dobrze   uzbrojone 

jednostki do walki z partyzantami, na przykład w Jugosławii i we Włoszech... Pod własnym dowództwem i 

background image

we własnych uniformach.

— Dlaczego nie? Jasne! Napijmy się!
— Kiedy więc będziemy mogli tworzyć te oddziały? — Darnand kuł żelazo póki gorące.
— Wehrmacht nie chce pańskich ludzi. Mam  w tej sprawie dokładne rozeznanie. — Berger zasępił się. 

— Pozostaje wam tylko Waffen SS, ale ostateczną decyzję może podjąć jedynie reichsführer SS!

Kilka dni później do Ulm, gdzie miał teraz kwaterę szef Milicji Francuskiej, przybył oficer SS. Polecił 

on Darnandowi, aby ubrał się i zajął miejsce w samochodzie. W czasie przejazdu ulicami miasta Darnand nie 
widział ani jednego ze swoich podwładnłych. Wszyscy siedzieli grzecznie i spokojnie w swoich kwaterach. 
W porównaniu z tym, co działo się w Nancy, tu, w Ulm, zachowanie milicjantów przypominało postawę 
zakonników   z   klasztoru   kontemplacyjnego.   Kapelan   Brevet   nie   znajdował   słów   uznania   dla   swych 
podopiecznych.   Nie   wiedział   albo   udawał,   że   nie   wie   o   tym,   iż   policja   niemiecka   bardzo   boleśnie 
przypomniała niesfornym, że tu „nie Francja, że tu musi być porządek!”

Oficer SS zawiózł Darnanda na lotnisko, gdzie czekał już gotowy do drogi samolot.
Obok   szefa   Milicji   Francuskiej   zajęło   w   nim   miejsce   kilku   wyższych   oficerów   SS,   którzy  aż   do 

wylądowania   nie   zamienili   z   nim   ani   jednego   słowa.   Po   paru   godzinach   lotu   znaleźli   się   na   jakimś 
wojskowym lotnisku, skąd pasażerów przewieziono nad jezioro Mamry. Tu w odległości 30 km od głównej 
kwatery Hitlera założono kwaterę Heinricha Himmlera.

Reichsführer SS przyjął Darnanda chłodno. Najpierw zapewnił go, że Rzesza pod przewodnictwem 

Adolfa Hitlera wygra wojnę, a później przeszedł do interesującej Francuza sprawy.

— Jedna trzecia milicjantów zostanie skierowana do obozu w Wildflecken, gdzie formuje się francuska 

dywizja SS. Nie wiem jeszcze, jaką nazwę je nadać: „Jeanne d'Arc” czy „Charlemagne”...

W tym momencie Darnandowi udało się zadać jedno jedyne pytanie:
— Dlaczego tylko jedna trzecia do Waffen SS? Oni wszyscy powinni...
Himmler nie pozwolił mu skończyć.
— SS ma  bardzo wysokie wymagania  co do walorów fizycznych, postawy politycznej oraz ducha 

bojowego... Jeszcze jedno. Francuskie oddziały Waffen SS będą walczyły na froncie wschodnim! Tam jest 
potrzebny   każdy   człowiek!   Jedna   trzecia   milicjantów   pójdzie   do   jednostek   Francs   Gardes.   Zachowają 
dotychczasowe umundurowanie i dowództwo. Zostaną skierowani do walki z partyzantami we Włoszech. W 
tej formacji będą służyli ci, którzy nadają się do wojska, ale nie do Waffen SS. Pozostali, którzy nie mogą 
nosić broni, pójdą do przemysłu!

Darnand usiłował jeszcze coś powiedzieć, ale dwaj adiutanci Himmlera wyprowadzili go z gabinetu 

reichsführera SS.

W   Ulm   nastąpił   teraz  „sądny   dzień”.   Milicjanci   zostali   poddani   niezwykle   surowym   badaniom 

lekarskim, przeprowadzanym przez lekarzy z SS, po których to badaniach około 2 tysiące ludzi skierowano 
do obozu szkoleniowego w Wildflecken, w górach Rhon, między Fuldą a Bruckenau. Z grupy tej wyłoniono 
wkrótce   500   milicjantów   i   sformowano  „batalion   honorowy”,   który   pełnił   straż   wokół   zamku   w 
Siegmaringen, gdzie przebywał Pétain. Około 1000 milicjantów wcielono do specjalnego batalionu Francs 
Gardes, który w marcu 1945 roku został skierowany do północnych Włoch. I wreszcie około 1000 wysłano 
do fabryk.

Znowu rozpoczęły się dezercje, znowu milicjanci zaczęli podejmować próby przedostania się do Włoch, 

a nawet powrotu do Francji. Najwięcej dezerterów wywodziło się z tej grupy, którą kierowano do pracy w 
przemyśle.   Później   wielu   z   tych,   którzy  trafili   do   fabryk,   służyło   wiernie   gestapo.   Informowali   oni   o 
nastrojach panujących wśród robotników cudzoziemskich, nie orientujących się, że nie każdemu Francuzowi 
można zaufać. Również sporo zakwalifikowanych do Waffen SS wolało zaryzykować ucieczkę, niż jechać 
na front wschodni. Ale ich los był z góry przesądzony. Schwytanych czekała śmierć na miejscu lub obóz 
koncentracyjny.

Darnand   mimo   swej   rangi   obersturmführera   SS   jakoś   nie   znalazł   się   w   szeregach   dywizji 

„Charlemagne”. Być może stan jego zdrowia nie był zadowalający, być może nie miał na to ochoty. I to 
ostatnie przypuszczenie wydaje się bardziej prawdopodobne. Bo przecież reichsführer SS, doceniając jego 
wyjątkowe zasługi, na pewno wyraziłby zgodę, aby towarzyszył on najwierniejszym podwładnym na froncie 
wschodnim.

W marcu 1945 roku Darnand  „znalazł się” w jednostce Francs Gardes w rejonie Mediolanu, gdzie 

przeprowadzał akcje przeciwko partyzantom włoskim. Szczególnie jednak interesowała go dolina Valtellina 
w   Alpach,   a   tam   miasteczko   Tirano,   skąd   biegnie   do   St.   Moritz   najwyżej   w   Europie   położony  szlak 
kolejowy. Mimo wojny od czasu do czasu kolej ta kursowała. Darnand miał nadzieję, że któregoś dnia 
wsiądzie do pociągu i znajdzie się w Szwajcarii. Kiedy jednak władze tego kraju ogłosiły, że będą wydawać 
Wolnej   Francji   przestępców  wojennych,   a  za  takiego   uznano   szefa  Milicji   Francuskiej,   zrezygnował  ze 

background image

swoich planów.

Dwudziestego   piątego   kwietnia   1945   roku   oddział   Francs   Gardes   został   otoczony  w   Tirano   przez 

partyzantów. Po kilku godzinach walki milicjanci skapitulowali i zostali osadzeni w więzieniu. Mieli tam 
przebywać   do   czasu   przekazania   ich   władzom   Wolnej   Francji.   Jednak   wśród   zatrzymanych   nie   było 
Darnanda. Zniknął bez śladu.

W SZEREGACH SS

Po zajęciu  całej   Francji  przez  armię  hitlerowską  „rząd”  marszałka   Pétaina  znalazł  się  pod  ścisłym 

nadzorem władz okupacyjnych, ale mimo to ciągle występował wobec Francuzów jako „ich rząd”. W końcu 
1943 roku Cecil von Renthe-Fink został mianowany „specjalnym doradcą niemieckim przy osobie marszałka 
Pétaina”  —  oficjalnie   zajął   stanowisko  „członka   sekretariatu   marszałka”  —  faktycznie   jednak   był  jego 
nadzorcą, którego zadanie polegało na przestrzeganiu, aby wszystkie zarządzenia wydawane przez  „rząd” 
Pétaina   były   zgodne   z   zarządzeniami   niemieckimi.   Wszelkie   projekty   zmian   ustaw   musiały   być 
przedkładane mu do oceny i zatwierdzenia, zgody „specjalnego doradcy” wymagały również projekty zmian 
personalnych   w  „rządzie”.   Jeśli   von   Renthe-Fink   miał   jakiekolwiek   wątpliwości,   wysyłał   francuskie 
dokumenty do Berlina, aby tam podjęto decyzję.

W miarę upływu czasu niemiecki nadzorca coraz rzadziej korzystał z rad zwierzchników. Członkowie 

„rządu” Vichy kolaborowali z okupantem od początku wojny i znali doskonale kryteria i wymogi doradcy. 
Doskonale układała się także współpraca w dziedzinie wojskowej, zwłaszcza jeśli chodzi o walkę przeciwko 
partyzantom i komunistom. O przykładnej, doskonałej wręcz współpracy z Niemcami świadczy fakt, że trzy 
miesiące   po   okupacji   całego   kraju   marszałek   Pétain   pozwolił   Francuzom   na  „wstępowanie   do   obcych 
formacji”, natomiast w lipcu 1943 roku administracja francuska zezwoliła swoim rodakom na wstępowanie 
do Waffen SS.

W   ślad   za   tym   zezwoleniem   kolaboranckie   środki   masowego   przekazu   rozwinęły   kampanię 

propagandową,   wzywającą   Francuzów   do   masowego   udziału   w   krucjacie   przeciwko   bolszewizmowi, 
oczywiście  w składzie  jednostek   SS.  22 lipca  1943 roku  „prezydent”  Laval  podpisał  dekret,  w  którym 
nazywał już rzecz po imieniu, mianowicie głosił, że Francuzi mogą „wstępować ochotniczo do formacji poza 
terytorium francuskim, utworzonych przez rząd niemiecki (Waffen SS) do walki z bolszewizmem”.

Wkrótce powstało nowe pismo, „Devenir” (Zostań esesmanem), ozdobione swastyką. Wzywano w nim 

Francuzów   do   obrony   wspólnoty   i   kultury   europejskiej,   nazywając   przyszłych   francuskich   esesmanów 
„wiernymi żołnierzami führera”. W jednym z numerów „Devenir” próbowano dowieść, że Waffen SS można 
porównać do doborowych jednostek armii napoleońskiej walczących przeciwko Rosji. Motyw napoleoński 
będzie odtąd nieustannie towarzyszył propagandzie na rzecz wstępowania do Waffen SS.

To namawianie i zachęcanie przyniosło wreszcie wyniki. Do punktów werbunkowych zaczęli napływać 

pierwsi   ochotnicy,   których   Niemcy   natychmiast   wysyłali   do   miejscowości   Cernay   w   Alzacji,   gdzie 
prowadzono wstępne przeszkolenie i naukę języka niemieckiego.

Tymczasem wieści napływające z frontu wschodniego nie napawały optymizmem ani Niemców, ani ich 

sojuszników, francuskich kolaborantów. Wojska niemieckie ponosiły na wschodzie ogromne straty, toteż z 
każdym   dniem   rosło   zapotrzebowanie   na   żołnierzy.   Niezwykle   ostre   kryteria   zdrowotne,   stawiane 
dotychczas   ochotnikom   wstępującym   do   jednostek   SS,   stawały   się   coraz   bardziej   liberalne.   Jeżeli   na 
początku  1943  roku  odrzucano  kandydata, któremu brakowało choć jednego zęba, w połowie tego samego 
roku przyjmowano ludzi mających poważne braki w uzębieniu. Nie zwracano również uwagi na przeszłość 
kryminalną kandydata (była ona nawet pożądana), nie stosowano także żadnych kryteriów rasowych. Do 
ochotniczych   jednostek   Waffen   SS   przyjmowano   zarówno   Tatarów,   jak   i   Arabów,   choć   poszczególne 
oddziały  miały  zazwyczaj   jednolity  narodowy  skład.   Oczywiście   poza   dowódcami  od   szczebla   pułku   i 
powyżej, gdyż ci byli zazwyczaj Niemcami. W wielu przypadkach stanowisko dowódcy było dublowane. Na 
czele jednostki stał Norweg, Duńczyk lub Francuz, lecz faktycznie dowodził tzw. inspektor niemiecki.

Począwszy od połowy 1943 roku Niemcy tworzyli pospiesznie coraz to nowe dywizje Waffen SS. W 

ten sposób zorganizowano narodową dywizję walońską (9 tys. ludzi), francuską (10 tys.) i włoską (10 tys.). 
W   Waffen   SS   byli   także   Szwajcarzy   (700   osób)   oraz   Brytyjczycy   (100   osób).   Przyjmowano   również 
zdrajców z poszczególnych republik radzieckich, a także Słowaków, Albańczyków, Serbów, Bośniaków, 
Greków, Czechów, Węgrów, Bułgarów i Rumunów.

W połowie sierpnia 1943 roku do ośrodka szkoleniowego Waffen SS w Bad Teolz w Bawarii wysłano 

na dalsze szkolenie trzy kompanie francuskich esesmanów z Alzacji. Nosili oni typowe mundury tej formacji 
z  czarnymi  kołnierzami  i  naramiennikami  oraz  stopnie  SS.  Od Niemców  różnili  się  wyłącznie  tym,   że 

background image

podobnie   jak   legioniści   na   lewym   ramieniu   mieli   naszywkę   z   francuskimi   barwami   narodowymi. 
Otrzymywali również żołd z kasy niemieckiej. Na przykład dla esesmana (szeregowca) wynosił on 600 
franków miesięcznie, dla scharführera (sierżanta) 900, a sturmbannführera (majora) 1920 franków: Poza tym 
za każdy dzień służby w pierwszej linii wszyscy otrzymywali dodatek w wysokości 20 franków, a mającym 
rodziny przysługiwało  dodatkowo około 3500 franków miesięcznie. Biorąc pod uwagę ceny żywności i 
artykułów przemysłowych żołd nie był wygórowany.

Do końca 1943 roku do Waffen SS zgłosiło się ponad 2000 Francuzów. Po zakończeniu szkolenia 

utworzono z nich sturmbrigade SS (brygadę szturmową), na czele której stanął sturmbannführer Gamory 
Dubordeau, aktywista Francuskiej Partii Ludowej, zawodowy oficer.

Mimo trudnej sytuacji Niemcy długo wahali się z wysłaniem francuskiej brygady SS na front. Nie 

dlatego, żeby nie ufali Francuzom. Wszak dowody wierności wobec führera dali już legioniści francuscy w 
grudniu 1941 roku oraz podczas walki z partyzantami. Po prostu zdaniem dowódców niemieckich nie byli to 
najlepsi żołnierze. Podobno sam Hitler ocenił ich w sposób lapidarny: „nic nie warci”.

Ponieważ jednak sytuacja na froncie pogarszała się z dnia na dzień, 30 lipca 1944 roku skierowali 

Niemcy francuską brygadę w rejon Sanoka. W tym czasie spora część Polski była już wolna, a w Lublinie 
ogłoszony  został   Manifest   PKWN   i   obradowała   Krajowa   Rada   Narodowa.   Na   zachodzie   także   wojska 
niemieckie nie odnosiły sukcesów. Armie sprzymierzone, które wylądowały w Normandii 6 czerwca 1944 
roku, wyzwoliły Półwysep Normandzki i rozpoczęły ofensywę zakończoną wyzwoleniem Paryża. Wolne 
były także Rzym i Florencja.

Francuscy  esesmani   dotarli   do   Sanoka   1   sierpnia   i   po   krótkim   odpoczynku   zostali   skierowani   na 

pierwszą   linię.   Już   po   wojnie   jeden   z   Francuzów   tak   opisywał   swoje   wrażenia:  „Panował   wśród   nas 
wspaniały duch. Dostąpiliśmy zaszczytu walki u boku dywizji SS »Horst Wessel«. Jednak zanim zdążyliśmy 
zająć pozycje, spadł na nas prawdziwy grad pocisków artyleryjskich, moździerzowych i rakietowych. W 
ciągu kilkunastu sekund zginęło wielu naszych żołnierzy, w tym kilku oficerów. Kiedy otrzymaliśmy rozkaz 
wycofania się w kierunku Mielca, z tysiąca dwustu esesmanów naszej brygady doliczyliśmy się niecałego 
tysiąca. I co najgorsze, w czasie walki nie zobaczyliśmy ani jednego bolszewika”.

Drugiego sierpnia radziecka 38 armia, wchodząca w skład 1 Frontu Ukraińskiego, wyzwoliła Sanok i 

Brzozów.   Wojska   radzieckie   szły   dalej,   odrzucając   w   kierunku   Dębicy   dywizje   niemieckiej   17   armii 
polowej, w skład której wchodziła także francuska brygada SS.

Około   trzydziestoosobowy   pododdział   Francuzów   pod   dowództwem   oberjunkra   Henri   Kreutzera 

wyrwał się z kotła i okopał na cmentarzu przy wiosce Radomyśl. Tu dopędziły francuskich esesmanów 
radzieckie czołgi i w ciągu kilku minut pododdział przestał istnieć. Podobny los spotkał kompanie, którymi 
dowodził sturmbannführer Bance. Po panicznej ucieczce jego ludzie schronili się w niewielkim lesie i tu 
zostali osaczeni przez żołnierzy radzieckich. Wkrótce część ich zginęła, a część dostała się do niewoli.

Sturmbannführer   Bance,   któremu   udało   się   wyrwać   z   okrążenia   zaledwie   z   garstką   swoich 

podwładnych, dotarł do Dębicy, gdzie kwaterował już sztab niemieckiej 17 armii polowej (Dębica, leżąca 
nad Wisłoka, według zamysłów niemieckiego dowództwa miała być przekształcona w silny węzeł oporu na 
drodze wojsk radzieckich zmierzających na Kraków). Tu Bance zebrał jeszcze około dwustu esesmanów, 
którzy dotarli do miasta wraz z jednostkami niemieckimi, i postanowił zająć się sprawami organizacyjnymi, 
mającymi na celu przywrócenie sprawności bojowej pododdziałów. Ledwie ochłonęli i zdołali zająć jakąś 
nędzną kwaterę, odnalazł ich Adolf Reiche, oficer łącznikowy dowódcy dywizji SS „Horst Wessel”. Rozkaz, 
jaki  przekazał, był  krótki:  „Zameldować  się u dowódcy garnizonu  i włączyć się  do organizacji obrony 
miasta”.

Po powrocie do dowództwa dywizji untersturmführer Reich zameldował:
— Oddział Francuzów liczy dwustu trzech esesmanów; w tym stu lekko rannych. Wszyscy ciężko 

przestraszeni...

Telefonista ryknął śmiechem, lecz zgromiony wzrokiem szefa sztabu szybko się opanował.
— Co to znaczy „ciężko przestraszeni”?
— Mają obłęd w oczach, kilku pierze spodnie, a wszyscy klną Rosjan i tych, co ich namówili do 

wstąpienia do SS. Nas również...

Szef   sztabu   zdał   sobie   sprawę,   że   niewielka   będzie   korzyść   z   tych   ludzi,   którzy  zupełnie   inaczej 

wyobrażali sobie walkę z bolszewikami, którzy nie przypuszczali nawet, że od pierwszego dnia pobytu na 
froncie będą zmuszeni do panicznej ucieczki, i podzielił się tą refleksją z dowódcą dywizji.

— Wsadzić wszystkich na samochody i wysłać do Tarnowa. Nie chcę ich widzieć ani o nich słyszeć. — 

Decyzja dowódcy była nieodwołalna.

Niemcy   zdołali   utrzymać   Dębicę   zaledwie   dwa   dni.   Jednoczesne   natarcia   radzieckich   dywizji   15 

korpusu piechoty 60 armii ze wschodu i południa oraz oddziałów 33 korpusu piechoty 5 armii gwardii i 4 

background image

korpusu pancernego z północy zmusiły Niemców do wycofania się na zachód. 23 sierpnia Dębica została 
wyzwolona.

Tymczasem Francuzi sporządzili w Tarnowie raport, który został przesłany do Vichy. Wynikało z niego 

jednoznacznie, że w ciągu zaledwie kilku dni pobytu na froncie (wliczając w to dwa dni bezładnej ucieczki) 
brygada szturmowa SS „Charlemagne” straciła 90% stanu osobowego (ranni i zabici).

Na przełomie sierpnia i września wszyscy Francuzi walczący w ramach armii niemieckiej — esesmani i 

legioniści — na rozkaz Berlina zostali skierowani do północnej Polski, w okolice Gdańska. Tu 1 września 
1944 roku Legion Ochotników Francuskich do Walki z Bolszewizmem został oficjalnie rozwiązany. Na 
odprawie oficerów legionu generał Edgard Puaud, mający również stopień standartenführera SS, oświadczył, 
że wszystkich legionistów spotkał duży zaszczyt, zostaną wcieleni do SS.

— Oczywiście — dodał z ironią w głosie — jeśli ktoś sobie tego nie życzy, może się zwolnić i wrócić 

do domu.

Wypowiedź   generała   Puauda   została   przyjęta   przez   uczestników   odprawy   ponurym   milczeniem. 

Wszyscy oni wiedzieli, że Francja jest już wyzwolona i właściwie nie mają dokąd wracać, bo jeśli nawet 
udałoby im się dotrzeć do domu, jako zdrajcy zostaliby aresztowani i postawieni przed sądem.

Edgard Puaud, oficer zawodowy armii francuskiej, rozpoczął karierę w Legii Cudzoziemskiej. Walczył 

między innymi w Indochinach, Maroku i Syrii. W 1939 roku skończył pięćdziesiąt lat i został odwołany do 
kraju. Po kapitulacji Francji dowodził 23 pułkiem piechoty armii rozejmowej.

W czerwcu 1943 roku Puaud wstępuje do Legionu Ochotników Francuskich do Walki z Bolszewizmem. 

Powierzono   mu   dowództwo   nad   trzema   batalionami   walczącymi   z   partyzantką   radziecką   na   Białorusi. 
Wkrótce awansował do stopnia pułkownika. W końcu stycznia 1943 roku został wezwany do Paryża do 
ambasadora Abetza.

Niemiec przyjął go bardzo serdecznie, zasypał komplementami, chwalił za zasługi w walce przeciw 

partyzantom radzieckim. Wspomniał nawet, że zainteresował się nim sam führer. Wreszcie przeszedł do 
konkretów.

— Panie pułkowniku, zapewne znany jest panu przychylny stosunek rządu francuskiego („rządu” Vichy 

— dop. autora) do sprawy wstępowania Francuzów do naszych wyborowych jednostek Waffen SS. Wie pan 
też chyba o tym, że jest to duże wyróżnienie i zaszczyt dla pana i pańskich rodaków. Biorąc zatem pod 
uwagę pana zasługi w walce z bolszewikami, proponuję panu, w imieniu führera, stanowisko dowódcy 
francuskiej dywizji SS.

Pułkownik Puaud od dawna marzył o dwóch rzeczach: pragnął dowodzić dużym związkiem taktycznym 

i otrzymać stopień generała. I teraz uświadomił sobie, że nieprzypadkowo tuż przed wezwaniem do Paryża 
awansowano go do stopnia pułkownika — była to zapowiedź, że wkrótce zostanie generałem. Oczywiście, 
jeśli przyjmie propozycję Abetza.

— Mam nadzieję, że pan się zgadza — ciągnął dalej ambasador.
— Oczywiście... tak... zgadzam się — jąkał wzruszony Puaud.
— A zatem zgoda. Jeśli jednak chce pan dowodzić dywizją — tłumaczył dalej Abetz — musi się pan 

postarać o żołnierzy. A to może być trudne. Proszę zastanowić się nad metodami werbunku, choć ja mam już 
konkretną   propozycję.   Myślę,   że   powinien   pan   rozpocząć   nabór   pod   hasłem:  „krucjata   przeciwko 
bolszewikom   w   obronie   kultury   zachodniej”.   Oczywiście   może   pan   przypomnieć   przy   okazji   krucjatę 
Napoleona przeciwko Rosji. Ma pan wielu kolegów-oficerów z okresu służby w koloniach. Oni także z 
całego serca nienawidzą komunistów i bolszewików. Na pewno nie odmówią panu pomocy.

Edgard Puaud ostro zabrał się do roboty i faktycznie, jak radził mu Abetz, przede wszystkim poszukał 

sobie pomocników. W gronie jego najbliższych  współpracowników znaleźli się między innymi:  kapitan 
Armand Dubois, Jean Duvarwier oraz porucznik Edvard Dupont. Teraz przyszła kolej na środki masowego 
przekazu.   Prasa   kolaborancka   i   radio   paryskie   na   hasło  „francuska   dywizja   SS”   udzielały   Puaudowi 
wszechstronnej   pomocy.   Dziennikarze   pisali   pełne   entuzjazmu   artykuły   i   opracowywali   inne   materiały 
propagandowe.   W   gazetach   pojawiły  się   hasła:  „Wstępujcie   do   pierwszej   dywizji   Waffen   SS,   dywizji 
francuskiej” (co sugerowało, że będą dalsze dywizje), „Waffen SS armią nowej Europy”, na murach miast 
wykwitły  barwne   plakaty,   z   radia   płynęły  pełne   zachęty  słowa.   W   całej   Francji   zorganizowano   punkty 
werbunkowe, w których przy  „ołtarzykach” z różnymi pamiątkami, mającymi podkreślić dotychczasowe 
zasługi Francuzów w walce z komunizmem, stali wyprężeni jak struny pierwsi ochotnicy, już w mundurach 
Waffen SS, z trójkolorowymi naszywkami na lewym ramieniu.

Po kilku miesiącach Puaudowi udało się zwerbować około półtora tysiąca ochotników. Wielu z nich 

działało dotychczas w milicji petainowskiej i teraz, kiedy grunt palił im się pod nogami, kiedy zdali sobie 
sprawę,   że   wkrótce   będą   musieli   ponieść   odpowiedzialność   za   popełnione   przestępstwa,   wstępowali   do 
Waffen SS, licząc na to, że uda im się uniknąć śmierci z rąk partyzantów.

background image

Zasługi pułkownika Puauda zostały wysoko ocenione zarówno przez Himmlera, jak i marszałka Pétaina. 

Marszałek nadał mu tak upragniony stopień generała brygady, a Niemcy Krzyż Żelazny drugiej klasy. Puaud 
był jednak nieco zawiedziony, gdyż jego protektorzy nie potwierdzili francuskiego stopnia generalskiego, 
nadając mu jedynie stopień standartenführera SS.

Pod koniec 1944 roku, po wcieleniu kilkuset byłych legionistów oraz niedobitków z francuskiej brygady 

szturmowej SS, stan osobowy przyszłej dywizji SS liczył około 2000 ludzi. W końcu grudnia 1944 roku 
standartenführer Edgard Puaud wraz z całym składem osobowym, w obecności przydzielonego do dywizji 
inspektora   brigadeführera   Gustawa   Krukenberga,   złożył   uroczystą   przysięgę   na   wierność   Hitlerowi. 
Francuski kapelan dywizyjny, ksiądz Mayol de Lupe, celebrował mszę świętą, poświęcił sztandar dywizji, a 
następnie wygłosił kazanie, w którym oświadczył między innymi: „Do was się zwracam, moi bracia, do was, 
którzy jesteście elitą i awangardą chrześcijaństwa... Wam, moi bracia, mogę powiedzieć otwarcie: jestem 
jednym z najstarszych członków niemieckiej partii narodowosocjalistycznej we Francji... Wierzę w Boga i 
uważam, że od bezbożnego barbarzyńskiego bolszewizmu może nas uratować jedynie uwielbiany przez nas 
wszystkich wódz, Adolf Hitler, którego wybrał za swoje święte narzędzie i którego ramię uzbroił sam Bóg, 
aby bronił naszej świętej wiary...”

Na   zakończenie   uroczystości   Krukenberg   w   imieniu   führera   nadał   dywizji   oficjalną   nazwę  „33-

Grenadier Division der Waffen SS Charlemagne”.

Ksiądz kapelan Jean de Mayol de Lupe był jednym z współtwórców francuskiej dywizji. Pochodził on z 

rodu książęcego z południowej Francji i przez całe życie starał się pogodzić służbę bożą ze służbą wojskową. 
Podczas pierwszej wojny światowej był  kapelanem, a później zgłosił się ochotniczo do służby w armii 
kolonialnej na środkowym wschodzie i został wysłany do Syrii. Wrócił do kraju, kiedy miał 54 lata.

Za pracę w koloniach — podkreślono jego udział w „nawracaniu” niewiernych na katolicyzm — został 

wyróżniony przez Kościół francuski. Otrzymał godność kanonika, a następnie prałata rzymskiego z prawem 
używania tytułu Jego Eminencji.

Nie ulega wątpliwości, że był gorącym zwolennikiem Hitlera i faszyzmu, a także agentem hitlerowskim, 

zwerbowanym prawdopodobnie już w 1934 roku, podczas pobytu w Monachium. Potwierdza to owo kazanie 
wygłoszone podczas przysięgi francuskich esesmanów, w którym przyznał się, że należy do NSDAP, oraz 
list napisany do wodza III Rzeszy, a odczytany podczas procesu kapelana w 1947 roku. Otóż w liście tym 
pisał: „Kiedy pan został wodzem wszystkich Niemców, przybyłem z ramienia rządu francuskiego z misją do 
Niemiec, do uniwersytetów w Monachium. Już pierwszego dnia wygłosiłem publiczne przemówienie, w 
którym podkreśliłem wierność ideałom ruchu narodowosocjalistycznego. Ten fakt dodał mi śmiałości, aby 
zwrócić się do pana, mój Wodzu, i oświadczyć, że jestem dumny, iż przysięgałem Ci wierność...”

Właśnie podczas pobytu w Monachium, a następnie w Norymberdze w 1938 roku, poznał i zaprzyjaźnił 

się   z   profesorem   Otto   Abetzem   i   Westrickiem,   z   którymi   aż   do   wybuchu   wojny  prowadził   ożywioną 
korespondencję.

Mianowanie przez władze okupacyjne Abetza ambasadorem Wielkiej Rzeszy Niemieckiej we Francji 

(w   żadnym   okupowanym   kraju   Niemcy   nie   mianowali   swoich   ambasadorów,   a   jedynie   wyznaczali 
gubernatorów)   Jego   Eminencja   przyjął   z   największą   radością.   Już   następnego   dnia   po   ogłoszeniu   tej 
informacji przez radio paryskie prałat pospieszył do siedziby Abetza, gdzie został przyjęty z otwartymi 
ramionami.

—  Czekałem,  czekałem  niecierpliwie   na   Waszą   Eminencję.  Wiedziałem,   że   będzie   pan   pierwszym 

Francuzem, który złoży mi wizytę w mojej rezydencji — wykrzykiwał radośnie Abetz, wprowadzając gościa 
do swego gabinetu. — Mam dla Waszej Eminencji miłą niespodziankę... — dodał tajemniczo.

Po chwili rozległo się ciche pukanie i do gabinetu wszedł rozpromieniony Westrick.
Rozmowa między przyjaciółmi i wspólnikami zarazem trwała do późnego wieczora. Żegnając gościa na 

progu swojej rezydencji, Abetz przypomniał:

— A zatem, tak jak ustaliliśmy. Proszę zapewnić swojej misji jak najszersze poparcie wpływowych i 

liczących się osób.

Po tej wizycie  de Lupe zaczął  odwiedzać  różne  osobistości Kościoła  francuskiego,  by przedstawić 

swoje stanowisko wobec władz okupacyjnych i uzyskać błogosławieństwo dla zamierzonych poczynań. Nie 
wszędzie   przyjmowano   jego   wywody   ze   zrozumieniem.   Niekiedy   wyrzucano   go   po   prostu   za   drzwi. 
Całkowite poparcie uzyskał jednak ze strony swego spowiednika, kanonika Jourdin, proboszcza kościoła 
Notre-Dame de Victoires. Ten, uważnie wysłuchawszy prałata, tak ocenił „zamiar” współpracy z władzami 
okupacyjnymi:

— Określenie „współpraca z okupantem” dla niektórych może brzmieć strasznie. Ale przecież chodzi o 

Francję i Francuzów, których Jego Eminencja może uratować. Dlatego proszę się nie wahać.

W   tym   miejscu   trzeba   dodać,   że   Jego   Emmencja   Jean   de   Mayol   de   Lupe  nie   przedstawił   swemu 

background image

spowiednikowi całej prawdy. Nie powiedział mu, że zobowiązał się wykorzystać swój autorytet, autorytet 
duchownego wysokiej rangi, do wciągnięcia Francuzów do armii hitlerowskiej.

Do kardynała rzymskiego Sibilia, z którym łączyły go bliskie stosunki i z którym odbył przed rokiem 

1940 wiele szczerych rozmów na temat ruchu faszystowskiego, napisał otwarcie o swoich zamiarach. Sibilia 
w odpowiedzi przesłał mu błogosławieństwo, informując jednocześnie, że będzie się modlił za powodzenie 
trudnego   zadania,   jakiego   się   prałat   podjął.   De   Lupe   zwrócił   się   również   do   kardynała   Suharda.   Tego 
dostojnika kościoła spytał po prostu, czy może założyć mundur niemiecki. Kardynał był zdumiony jego 
wątpliwościami.

Jean de Mayol de Lupe był zadowolony. Zdobył alibi i błogosławieństwo, na co zresztą powoływał się 

podczas procesu sądowego w 1947 roku. Osobiście nigdy nie miał wątpliwości, że jego misją życiową jest 
walka   z   komunizmem,   a   zatem   ze   Związkiem   Radzieckim.   Zresztą   już   w   1941   roku,   kiedy   faszyści 
francuscy zaczęli organizować Legion do Walki z Bolszewizmem, zgłosił się na kapelana. Jak na procesie 
zeznawali byli ochotnicy legionu, podczas spowiedzi nie tyle wypytywał o ich grzechy, ile o przekonania 
polityczne i motywy, którymi się kierowali wstępując do tej jednostki. Jeśli żalili się, że rodzice potępiają ich 
za służbę dla Niemców, kontaktował się z rodzinami ochotników i przekonywał je, że droga obrana przez 
synów jest słuszna. Istnieje wiele poszlak, świadczących o tym, że ci, którzy przyznali się kapelanowi, iż 
wstąpili do legionu, aby uniknąć represji za szkodzenie okupantowi, i przy najbliższej okazji zamierzają 
zdezerterować, zostali aresztowani i osadzeni w obozach.

Kiedy  ksiądz   de   Lupe   został   kapelanem   esesmanów   w   dywizji  „Charlemagne”,   nie   ograniczył   się 

jedynie do sprawowania opieki duchownej nad swoimi „czarnymi owieczkami”. Miał duże doświadczenie 
bojowe, zwłaszcza w walkach w armii kolonialnej, toteż niejednokrotnie przejmował dowództwo. Na wielu 
zdjęciach został utrwalony w hełmie i w mundurze SS. Od swoich „owieczek” różnił się tym, że na piersi 
nosił duży krzyż i nie miał trójkolorowej naszywki na lewym ramieniu. Przy każdej okazji podkreślał, że 
przede wszystkim służy swojemu wodzowi, Adolfowi Hitlerowi, a dopiero potem Francji.

Były inspektor dywizji  „Charlemagne” Gustaw Krukenberg w 1972 roku, w wywiadzie udzielonym 

francuskiej gazecie, wystawił następującą opinię kapelanowi Mayol de Lupe:

— To była silna indywidualność... Jego Eminencja lepiej znał swoich żołnierzy niż ich dowódcy i miał 

na   nich   niemal   nieograniczony   wpływ.   To   on   był  największym   zwolennikiem,   a   zarazem   inicjatorem 
zorganizowania   francuskiej   dywizji   SS.   Był   moim   oddanym   i   zaufanym   pomocnikiem.   Pomagał   w 
podnoszeniu morale tych, którzy utracili wiarę w zwycięstwo...

Kadra francuskich dywizji została przeszkolona w Niemczech w Wildflecken. Rozkazem z 17 lutego 

1945 roku dywizję skierowano w okolice Starogardu Gdańskiego, a w ślad za nią miał nadejść transport 
dwudziestu   czterech   czołgów,   wielu   dział   i   moździerzy.   Transport   ten   nigdy   jednak   do   francuskich 
esesmanów  nie   dotarł.   Być   może   Niemcy  w  ogóle   go  nie   wysłali,   lecz   użyli   do  umocnienia   własnych 
jednostek?

Dwa pułki dywizji  „Charlemagne”, 56 i 58, zostały skierowane do miasteczka  Czarne na Pomorzu 

Zachodnim. Pociąg z Francuzami prawie przez całą drogę był ostrzeliwany. Zanim dotarli na miejsce, mieli 
już kilkunastu zabitych i rannych. W Czarnem sytuacja przedstawiała się fatalnie. Oto jak opisał swoje 
wrażenia francuski esesman François Reval:

„Po opuszczeniu wagonów w Hammerstein (Czarne) znaleźliśmy się w strasznej sytuacji Okropny mróz 

przenikał do szpiku kości. Nikt nie wiedział, gdzie znajduje się wróg  — z przodu, z tyłu czy z boku... 
Wszędzie słychać było strzały broni ręcznej i wybuchy pocisków armatnich... Nagle rozległy się krzyki:

— Rosjanie nadchodzą!!!
Niemal w tym samym momencie ujrzeliśmy na horyzoncie czołgi T-34, pędzące w naszym kierunku. 

Nie pamiętam, kiedy i jak nasz pułk znalazł się w lesie. Ale i tam nie mieliśmy spokoju. Przez wiele dni 
błąkaliśmy   się   po   lasach,   próbując   dotrzeć   do   Szczecinka.   Cały   czas   byliśmy   nękani   przez   oddziały 
radzieckie i polskie. Wielu naszych kolegów zginęło. Jednym z pierwszych był obersturmführer Artus... 
Untersturmführer   Counil   próbował   ze   swoim   batalionem   wyrwać   się   z   okrążenia,   ale   poległ   trafiony 
pociskiem w czoło...”

Batalion, którym dowodził hauptsturmführer Obitz, próbował się bronić, ale w ciągu dwóch godzin 

został rozbity. Jego dowódca popełnił samobójstwo.

Sytuacja francuskich esesmanów z każdą niemal minutą stawała się tragiczniejsza. Wreszcie generał 

Krukenberg   objął   dowództwo   nad   resztkami   56   i   58   pułków,   przedzierających   się   lasami   w   kierunku 
Szczecinka. Teraz nie chodziło już o walkę, lecz o ucieczkę na zachód, o ratowanie własnej skóry. W ciągu 
czterech dni pobytu na froncie straty Francuzów były ogromne. Z 5 tysięcy ludzi 500 zostało zabitych, a 
ponad 1000 rannych i zaginionych. Z tych „zaginionych” wielu się odnalazło między jeńcami i robotnikami 
z obozów pracy przymusowej. Niektórzy francuscy esesmani zostali zdemaskowani przez swoich rodaków i 

background image

oddani w ręce żołnierzy radzieckich.

Dwa bataliony francuskich esesmanów z dywizji „Charlemagne” przydzielono do 23 korpusu armijnego 

Wehrmachtu,   broniącego   dostępu   do   Gdańska   od   południa.   Znaleźli   się   oni   pod   ogniem   nacierających 
jednostek 2 i 3 Frontów Białoruskich. Pomimo zaciętego oporu 24 marca zostali oni wyparci z Pruszcza 
Gdańskiego i po bezładnej ucieczce znaleźli się w Gdańsku, w tym mieście, w obronie którego, jak pisała w 
1939   roku   prasa   francuska,   nie   mieli   zamiaru   umierać.   Generał   artylerii   Felmann,   dowódca   garnizonu 
gdańskiego, włączył Francuzów do 4 dywizji grenadierów zmotoryzowanych SS Polizeidivision. Rejonu 
gdańskiego broniły trzy korpusy niemieckie, a garnizon miasta liczył ponad 50 tys. żołnierzy, wycofanych z 
Prus Wschodnich. Obronę wspierała artyleria kilkunastu okrętów i baterii pływających, a także lotnictwo w 
składzie około 100 samolotów.

Przed ostatecznym szturmem Gdańska, który rozpoczął  się  27 marca,  w ręce zwiadowców wpadło 

trzech esesmanów z Polizeidivision. Zeznali oni, że zdają sobie sprawę z beznadziejnej sytuacji, ale boją się 
poddać zarówno Rosjanom, jak i Polakom (w walkach o wyzwolenie Gdańska brały udział pododdziały 1 
Brygady Pancernej im. Bohaterów Westerplatte).

Jeden z francuskich esesmanów w artykule zatytułowanym „Zginęli za Gdańsk” (opublikowany w 1973 

roku) wspomina:  „4 marca utworzyliśmy w Gdańsku »Kampfgrupe« złożoną z około 500 ludzi. Wkrótce 
hauptsturmführer   Obitz   został   ciężko   ranny  i   dowodzenie   objął   Martin...   20   marca   wycofaliśmy  się   w 
kierunku Gdyni, a następnie na półwysep Hel, skąd ewakuowaliśmy się statkami w kierunku Danii”. W 
Gdańsku zginęło około 110 francuskich esesmanów.

Przed Czarnem brigadeführer Krukenberg opuścił dywizję i umknął za Odrę, przekazując dowodzenie 

Francuzowi Puaudowi, który z tego powodu nie okazał zbytniej radości. Zresztą Puaud niedługo sprawował 
„władzę” nad resztkami swojej dywizji. Alojzy Sroga w książce pt. „Na drodze stał Kołobrzeg” tak opisuje 
ostatnie dni francuskiej jednostki:

„Obok, bliżej trasy 6 i 3 dywizji (dywizje polskie — dop. autora), dokonuje się zasłużony dramat 33 

dywizji   SS   »Charlemagne«...   Siły   główne   francuskich   faszystów   z   francuskim   dowódcą   generałem 
Puaudem, liczące 3 tysiące ludzi, próbują podejść pod Białogard. Dowódca odnosi ranę. Ogień radzieckiej 
broni maszynowej i artylerii spycha grenadierów pancernych na południowy zachód od miasta. O świcie 
gromadzą się oni w rejonie wsi Czarnowąsy, Rzyszczewo, Byszyno.

Las wydaje im się najbezpieczniejszym schronieniem. By dojść do lasów, przebyć należy wielką pustać. 

Ze wszystkich niemal stron spada gigantyczny ogień dział czołgowych i moździerzy 120-milimetrowych. 
Następuje  masakra  dywizji.  Tylko nielicznym udaje  się  przedrzeć  do lasu.  Większość  trafia  do niewoli 
radzieckiej lub polskiej.

O godzinie 14.00 na lizjerze lasu zauważono jeszcze kuśtykającego i opierającego się na żołnierzu 

generała Puauda. I to była ostatnia o nim wieść...”

Ciała Edgarda Puauda nie znaleziono. Wśród esesmanów francuskich, którzy przeżyli wojnę, krążyły 

różne fantastyczne historyjki na ten temat. Jeden z nich, Multrier, twierdził, że Puaud został rozstrzelany, 
natomiast inny esesman, zeznający jako świadek na procesie zaocznym byłego dowódcy francuskiej dywizji 
SS, zeznał, że widział go jeszcze w Berlinie. Puaud został zaocznie skazany przez sąd francuski na karę 
śmierci.

Piątego   marca   po   południu   batalion,   którym   dowodził   obersturmführer   Bassompierre,   dociera   do 

Karlina, ale następnego dnia francuscy esesmani pod naporem wojsk radzieckich opuszczają miasteczko i 
pojedynczo   ratują   się   ucieczką.   Bassompierre   dostaje   się   do   niewoli.   Przekazany   po   wojnie   władzom 
francuskim został skazany na karę śmierci i rozstrzelany 20 kwietnia 1948 roku.

Z francuskimi esesmanami walczyli w Kołobrzegu polscy żołnierze z 7 i 9 pułków piechoty. Wielu 

Francuzów   dostało   się   wówczas   do   niewoli.   W   cytowanej   powyżej   książce   Alojzy   Sroga   stwierdza: 
„»rewelacyjne« zeznania złożyli w sztabie wzięci do niewoli francuscy grenadierzy pancerni z 33 dywizji 
SS. Każdy z nich podkreślał, że siłą wcielono go do tej formacji. Ot, był na robotach w Niemczech, zadał się 
z niemiecką dziewczyną, która zaszła w ciążę. Postawiono go przed alternatywą: obóz koncentracyjny albo 
»ochotniczo«  wstąpi   do   33   dywizji   SS   »Charlemagne«.  Przy  jednym   z   jeńców   znaleziono...   testament. 
Językiem   niezwykle   patetycznym   SS-owiec   opisał   motywy,   które   go   skłoniły   co   wstąpienia   do 
vichystowskiej milicji. Ten grafomański elaborat kończy wyznaniem: »Wiem, że być może narażam się na 
śmierć, chcę jednak służyć wielkiej i świętej sprawie«”.

Gdzieś w okolicach Białogardu zniknął jeszcze jeden  „bohater”, organizator francuskiej dywizji SS, 

Jego Eminencja kapelan Jean de Mayol de Lupe, któremu towarzyszył sekretarz Henri Caux. Po udzieleniu 
błogosławieństwa esesmanom kapelan i sekretarz przebrali się w uprzednio przygotowane stroje cywilne i, 
udając francuskich robotników wracających do kraju, ruszyli na południowy zachód.

Drugiego kwietnia 1945 roku przed ozdobnymi drzwiami pałacu kardynalskiego w Monachium stanęło 

background image

dwóch   mężczyzn.   Jeden   z   nich,   wysokiego   wzrostu,   o   twarzy   zdradzającej,   że   przekroczył   już 
siedemdziesiątkę, rozejrzał się dyskretnie i szeptem zapytał swego młodszego towarzysza:

— Henri, czy na pewno kardynał nas oczekuje?
— Oczywiście, Wasza Eminencjo, zapewnił mnie o tym jego sekretarz...
— A więc, w imię Boga, dzwoń...
Kardynał przyjął serdecznie drogich gości i otoczył ich troskliwą opieką. Następnego dnia, po sutym 

śniadaniu, składającym się z amerykańskich konserw i oryginalnej kawy Nesca, zagadnął kapelana:

— Wiele przeżyłeś, drogi bracie, przez te lata wojny z bolszewikami. Na pewno szczególnie przykro 

było ci opuszczać swoje drogie owieczki. Należy ci się teraz zasłużony odpoczynek. Dlatego załatwiłem ci 
pobyt w sanatorium w Bad Reichenhall, niedaleko granicy austriackiej. Niczego się nie obawiaj, sanatorium 
kierują nasi ludzie. Wypoczniesz tam i zregenerujesz swoje nadwątlone siły, które z pewnością będą jeszcze 
potrzebne w służbie bożej...

Do sanatorium de Lupe'a i jego sekretarza zawiózł kapelan amerykański. Wkrótce jednak Francuzi 

wpadli na trop prałata-esesmana i zażądali od Amerykanów jego wydania. Po miesiącu pertraktacji de Lupe 
został przekazany władzom francuskim i wraz ze swoim sekretarzem przewieziony do więzienia w Fresnes. 
14 maja 1947 roku odbył się proces. Podobno kapelan dywizji  „Charlemagne” został wniesiony na salę 
sądową  na  noszach.  Prasa  francuska  ujawniła,  że  był to  pomysł  jego obrońcy,  Verona,  mający na  celu 
wywołanie   litości   sędziów.   Jednak   ani   nosze,   ani   powoływanie   się   na   zgodę   wysokich   osobistości 
kościelnych, które aprobowały wstąpienie de Lupe'a do SS, niewiele pomogły obronie kapelana. Sąd skazał 
go na 15 lat więzienia.

Ostatniego   marca   1945   roku   około   tysiąca   francuskich   esesmanów   dotarło   do   Neustrelitz   w 

Meklemburgii,   gdzie   czekał   już   na   nich   brigadeführer   Krukenberg.   Dał   im   zaledwie   kilka   godzin   na 
odpoczynek   i   zarządził   zbiórkę,   podczas   której   pochwalił   ich   i   pogratulował   udanej   ucieczki   przed 
Rosjanami.   Później   dodał,   że   cieszy   się   z   ich   przybycia,   gdyż   będą   tu   bardzo   potrzebni.   Następnie 
zastrzegając się, że jest to ścisła tajemnica, którą w zaufaniu im powierza, oświadczył:

— Führer przygotowuje się do ostatecznej rozprawy z naszymi wrogami. Tak, tak, nie przejęzyczyłem 

się — wyjaśnił, dostrzegłszy zdumione miny swoich słuchaczy.  — Führer przygotował się do ostatecznej, 
zwycięskiej rozprawy. Wkrótce odniesiemy wspaniałe zwycięstwo. Już za kilka dni, a może nawet godzin, 
nasza armia otrzyma dotychczas nieznaną broń, Wunderwaffe!

Esesmani gromko krzyknęli:  „Heil Hitler”, choć nie wszyscy wierzyli w tę cudowną broń, i zajęli 

miejsca w ciężarówkach, które ruszyły w kierunku Berlina.

Jechali   wolno,   gdyż   wszystkie   drogi   dojazdowe   do   stolicy   były   nieustannie   bombardowane   i 

ostrzeliwane przez lotnictwo i artylerię radziecką, a mosty znacznie wcześniej zostały zniszczone, jednak 
zdążyli na czas. To znaczy przed 23 kwietnia, a więc przed całkowitym okrążeniem Berlina przez Armię 
Radziecką...

W stolicy III Rzeszy powierzono im odcinek obrony w dzielnicy Neukoelln, przydzielając jednego 

Tygrysa i Panterę. Utrzymali pozycję zaledwie pięć godzin. Esesman Henri Fernet tak wspomina ten dzień:

„Rankiem 26 kwietnia Rosjanie wprowadzili do Berlina olbrzymie siły. Łączność naszego oddziału z 

sąsiadami z prawa i lewa została przerwana... Rosjanie byli wszędzie. Rottenführer Millet, który dowodził 
naszą drużyną, próbował odnaleźć kompanię, lecz nie udało mu się. Wtedy postanowił, że schronimy się w 
budynku starostwa. Kiedy usiłowaliśmy przeskoczyć ulicę, Millet został niemal przecięty na pół serią z 
karabinu  maszynowego,  ja zostałem  ranny w nogę.  W  budynku  starostwa  zastaliśmy  kilku  chłopców   z 
Hitlerjugend i wspólnie zorganizowaliśmy obronę. Niestety nadjechały czołgi T-34 i zaczęły nas ostrzeliwać 
z dział. Wtedy zginął mój kolega Roger...”

Jak wynika z dalszego ciągu relacji, Fernetowi razem z kilkoma kolegami udało się opuścić budynek i 

dotrzeć   do   dowództwa   batalionu,   które   mieściło   się   w   browarze   Thomas   Keller   (mieszany  francusko-
niemiecki batalion dowodzony przez esesmana von Wallenrodta). Lecz i stamtąd esesmani zostali szybko 
wyparci  —   na   miejscu   pozostawili   wielu   zabitych.   28   kwietnia   francuscy   esesmani,   jako   jedni   z 
najwierniejszych, zostali włączeni do obrony Kancelarii Rzeszy. Dwa dni później dowiedzieli się, że Hitler 
popełnił samobójstwo. 1 maja Henri Fernet był już jeńcem. A oto jak wspomina ten dzień:

„Prowadzili nas koło Kancelarii Rzeszy, która była naszą ostatnią nadzieją. Niestety, nie doczekaliśmy 

się cudownej broni... Teraz tysiące moich kolegów esesmanów oglądało ruiny kancelarii, a w Tiergarten 
widzieliśmy setki czołgów radzieckich...”

Fernet został odesłany do Francji i stanął przed sądem w Valenciene. Skazano go na 20 lat więzienia. 

Jednak na wolność wyszedł już w 1949 roku!

Esesman Alain de Lac utracił kontakt ze swoim rozbitym w okolicy Szczecinka oddziałem i błąkał się 

po   lasach.   We   wrześniu   1945   w   pobliżu   Polic   zatrzymał   go   patrol   polskiej   Milicji   Obywatelskiej. 

background image

Początkowo de Lac udawał francuskiego robotnika, który pozostał w Polsce, ale zdradził go esesmański 
tatuaż. Przekazany władzom francuskim, został skazany na 25 lat więzienia.

Wielu   francuskich   esesmanów   uniknęło   niewoli.   Przebrali   w   cywilne   ubrania,   w   tłumie  mężczyzn 

wracających z przymusowych robót w Niemczech zmierzali na zachód. Nie wszystkim jednak udało się 
przekroczyć granicę francuską, gdyż żandarmeria przeprowadzała dokładne kontrole i z tłumu uchodźców 
starała się wyłuskać przestępców, którzy zhańbili Francję, przywdziewając esesmańskie mundury. Niektórzy 
z uciekających w przebraniu trafiali na teren okupowany przez jednostki armii francuskiej i tu natychmiast 
musieli odpowiedzieć za swoje czyny. Na przykład 7 maja dwunastu esesmanów z dywizji „Charlemagne”, 
w tym trzech oficerów, zostało wziętych do niewoli w Bad Reichennall przez pododdział 2 dywizji pancernej 
generała Leclerca. Po krótkim przesłuchaniu zostali rozstrzelani.

Byli jednak i tacy, którym udało się uniknąć odpowiedzialności za zdradę ojczyzny, za zbrodnie, jakie 

popełnili walcząc w szeregach formacji wojskowej SS.

Dziś we Francji żyje jeszcze kilkuset esesmanów z dywizji „Charlemagne”. Utrzymują ze sobą kontakty 

towarzyskie,   organizują   wieczorki,   podczas   których   wspominają  swoje  „chwalebne”   czyny,   szczycą   się 
odznaczeniami hitlerowskimi. Nawet nie kryją swojej niechlubnej przeszłości. Na przykład untersturmführer 
Dupons   udzielił   wywiadu   francuskiemu   dziennikarzowi,   w   którym   chwalił   się,   że   służył   w   jednostce 
zabijaków Otto Skorzeny'ego. Wspomniał także iż miał kolegę, Francuza, który pełnił służbę w osobistej 
ochronie Hitlera...

Jeden z esesmanów, właściciel kafejki w Paryżu (nie chciał podać swojego nazwiska dziennikarzowi, 

aby nie utracić klientów), oświadczył:

„Wielu tych z »Charlemagne« twierdzi, że spełnili swoją powinność wobec Francji i wobec Kościoła... 

Szczycą   się   i   są   dumni   z   tego,   że   walczyli   przeciwko   bolszewikom.   Obecnie   działają   we   wszystkich 
organizacjach prawicowych... Niektórzy zaangażowali się w ruch lewacki, który w gruncie rzeczy także jest 
antykomunistyczny. Około pół tuzina byłych esesmanów brało udział w wydarzeniach w maju 1968 roku na 
Sorbonie... Naszymi wrogami są komuniści. Tylko dzięki Amerykanom Europa cieszy się wolnością, choć 
ciągle zagraża nam komunistyczna dyktatura...”

ZAKOŃCZENIE

Francja była jedynym okupowanym krajem, w którym na tak ogromną skalę rozwinęła się kolaboracja. 

Z Niemcami współpracowali wojskowi zawodowi, politycy, policjanci, dziennikarze, artyści, przemysłowcy 
i bankierzy. Liczba kolaborantów znacznie przewyższała liczbę członków ruchu oporu. Po stronie Niemców 
przeciwko wojskom koalicji, głównie na froncie wschodnim, walczyło około 30 tysięcy Francuzów.

Kolaboracja   objęła   wiele   warstw   społecznych.   Ogółem,   jak   stwierdził   członek   francuskiego   ruchu 

oporu, Jean Paulthan, „ocenia się, że od 1 500 000 do 2 000 000 Francuzów w różnym zakresie dotyczyła 
akcja wymierzania sprawiedliwości za kolaborację”.

Łącznie skazano na różne kary 146 tysięcy osób. Wykonano około 40 tysięcy wyroków śmierci, w tym 

większość   orzeczonych   przez   sądy   ruchu   oporu   nazajutrz   po   wyzwoleniu,   blisko   800   tysięcy   zostało 
skazanych na kary od kilku tygodni do dożywotniego więzienia. Za zdradę ojczyzny zwolniono z zawodowej 
służby wojskowej, zdegradowano i ukarano 26 779 oficerów (piechoty, marynarki wojennej, lotnictwa) oraz 
13 generałów i admirałów. Między innymi na karę śmierci został skazany admirał Jean Laborde, który wydał 
rozkaz samozatopienia francuskim okrętom wojennym w Tulonie, oraz założyciel i szef Milicji Francuskiej 
Joseph   Darnand.   Nadmienić   trzeba,   że   w   różnych   organizacjach   ruchu   oporu   walczyło   przeciwko 
okupantowi około 10 tysięcy oficerów z przedwojennej armii francuskiej.

Z hitlerowskimi władzami okupacyjnymi ściśle współpracowało Radio Paryż, około 40 gazet, w tym 

m.in. „Le Matin”, „La Gerbe”, „Action Française”, „Combats”, „Union Catholique”. Ogółem za kolaborację 
skazano na karę śmierci 10 redaktorów naczelnych i dziennikarzy, a 14 otrzymało kary od kilku lat więzienia 
do dożywocia.

Za kolaborację stanęło przed sądem ponad 60 pisarzy, 14 aktorów oraz 2 reżyserów.
Z okupantem kolaborował również kapitał francuski. Ogółem za współpracę z wrogiem, a szczególnie 

za   wspomaganie   niemieckiej   gospodarki   wojennej,   odpowiedziało   przed   sądem   1538   przedsiębiorców, 
bankierów   i   dyrektorów   różnych   zakładów   pracy.   Do   najbardziej   znanych   należeli   magnaci   przemysłu 
samochodowego, bracia Jean, Henri, Maurice i Paul oraz ich ojciec Marius Berliet, a także Louis Renault.

Haniebną współpracą z Niemcami zbrukała się także znienawidzona przez patriotów francuska policja. 

Jednak   ukarano   zaledwie   7   tysięcy  policjantów,   w   tym   200   komisarzy.   Pozostałym   władze   francuskie 
darowały winy ze względu na ich „fachowe przygotowanie do walki o utrzymanie ładu publicznego”.

background image

Ambasador III Rzeszy Otto Abetz, który zeznawał w czasie procesu kolaboranta, a zarazem swojego 

bliskiego współpracownika Fernanda de Brinon (w 1935 roku utworzył on „Komitet Francja — Niemcy”, a 
podczas   okupacji   kierował   m.in.   kampanią   propagandową   na   rzecz   wstępowania   Francuzów   do   armii 
hitlerowskiej), oświadczył: „Hitler określił kolaborację jako wielkie targowisko głupców, na którym jedyną 
stroną, która została oszukana, byli Francuzi”.