background image

 

 

 

Ursula K. Le Guin 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

Rozdział 1 

 

Uroczysto  w Erhenrangu 

 

Nadam mojemu raportowi form  opowie ci, bo kiedy byłem jeszcze dzieckiem 

na mojej macierzystej planecie, nauczono mnie,  e prawda to kwestia wyobra ni. 

Najbardziej niepodwa alny fakt mo e zwróci  uwag  lub przepa  bez echa. W 

zale no ci od formy, w jakiej został podany: jak ten jedyny w swoim rodzaju 

organiczny klejnot naszych mórz, który błyszczy na jednej kobiecie, a na innej 

traci blask i rozsypuje si  w proch. Fakty nie s  wcale bardziej namacalne, 

spoiste i realne ni  perły. I s  równie delikatne.  

Nie jest to opowie  tylko o mnie i nie tylko ja j  opowiadam. Prawd  mówi c 

nie mam jasno ci, czyja to jest opowie , os dzicie to sami. Wa ne,  e jest ona 

cało ci  i je eli w pewnych miejscach fakty wydaj  si  zmienia  w zale no ci od 

narratora, wybierzcie te fakty, które wam najbardziej odpowiadaj , pami taj c 

jednak,  e wszystkie s  prawdziwe i  e składaj  si  na jedn  opowie .  

Zaczyna si  ona w dniu 44 roku 1491, który na planecie Zimie, w kraju o 

nazwie Karhid, był odharhahad tuwa, czyli dwudziestym drugim dniem trzeciego 

miesi ca wiosny roku pierwszego. Tutaj zawsze jest rok pierwszy. Za to w dniu 

Nowego Roku zmienia si  numeracja wszystkich przeszłych i przyszłych lat 

liczonych wstecz lub w przód od podstawowego Teraz. Była wi c wiosna roku 

pierwszego w stolicy Karhidu, Erhenrangu, i moje  ycie było w 

niebezpiecze stwie, o czym nie wiedziałem.  

Uczestniczyłem w uroczystym pochodzie. Szedłem bezpo rednio za 

gossiworami i tu  przed królem. Padał deszcz.  

Deszczowe chmury nad ciemnymi wie ycami, deszcz lej cy w w wozy ulic, 

wysmagane burzami kamienne miasto, przez które powoli w druje pojedyncza 

yła złota. Najpierw kupcy, potentaci i rzemie lnicy miasta Erhenrang, szereg za 

szeregiem, ol niewaj co ubrani, posuwaj  si  w ród deszczu ze swobod  ryb 

pływaj cych w oceanie. Ich twarze s  o ywione i spokojne. Nie id  w nog . To nie 

jest defilada wojskowa ani  adna jej imitacja.  

Nast pnie id  ksi

ta, burmistrzowie i reprezentanci, jeden albo pi ciu, 

czterdziestu pi ciu albo czterystu z ka dej domeny Karhidu, wielka ozdobna 

procesja, która kroczy pod głos metalowych rogów, instrumentów dr onych w 

ko ci i drewnie, pod czysty d wi k elektrycznych fletów. Ró norakie sztandary 

domen pod strugami deszczu zlewaj  si  w barwny chaos z  ółtymi proporcami 

znacz cymi tras , a muzyka poszczególnych grup zderza si  i splata w wielo  

rytmów odbijaj cych si  w gł bokich kamiennych ulicach.  

Dalej trupa  onglerów z polerowanymi złotymi kulami, które podrzucaj  

wysoko po  wiec cych torach, łapi  i znów rzucaj , tworz c złociste fontanny. 

Nagle, jakby dosłownie zapłon ły, złote kule rozbłyskuj  ogniem: to wyjrzało zza 

chmur sło ce.  

I zaraz czterdziestu ludzi w  ółtych szatach dmie w gossiwory. Gossiwor, 

odzywaj cy si  wył cznie w obecno ci króla, wydaje niesamowity, pos pny 

odgłos. Czterdzie ci graj cych razem m ci zmysły, wstrz sa wie ami 

background image

 

Erhenrangu, str ca ze skł bionych chmur ostatnie krople deszczu. Je eli taka jest 

królewska muzyka, to nic dziwnego,  e wszyscy królowie Karhidu s  szaleni.  

Dalej posuwa si  orszak królewski, stra  i oficjele, dygnitarze miejscy i 

nadworni, radni i senatorowie, kanclerz, ambasadorowie, ksi

ta dworu. Nikt 

nie trzyma kroku ani nie przestrzega rangi, ale wszyscy krocz  z wielk  

godno ci , a w ród nich król Argaven XV, w białej kurcie, koszuli i krótkich 

spodniach, w nogawicach z szafranowej skóry i szpiczastej  ółtej czapie. Jego 

jedyn  ozdob  i oznak  urz du jest złoty pier cie . Za t  grup  o miu krzepkich 

pachołków niesie wysadzan   ółtymi szafirami królewsk  lektyk , w której  aden 

król nie siedział od stuleci, ceremonialny relikt zamierzchłych czasów. Obok 

lektyki kroczy o miu gwardzistów uzbrojonych w garłacze, równie  zabytki 

bardziej barbarzy skiej przeszło ci, ale tym razem nie puste, bo nabite kulami z 

mi kkiego metalu. Za królem kroczy wi c  mier . Za  mierci  id  uczniowie 

szkół rzemiosł i kolegiów oraz dzieci Królewskiego Ogniska, długie szeregi dzieci i 

starszych chłopców w białych, czerwonych; złotych i zielonych strojach. Pochód 

zamyka kilka cichych, ciemnych, wolno jad cych samochodów.  

Orszak królewski, do którego i ja nale ałem, zgromadził si  na podwy szeniu 

ze  wie ych desek przy nie doko czonym łuku bramy Rzecznej. Parada odbywa 

si  z okazji zbudowania tego łuku, ko cz cego Nowy Trakt i Port Rzeczny 

Erhenrangu, wielk  operacj  pogł biania rzeki i budowy dróg, która zaj ła pi  

lat i miała wyró nia  panowanie Argavena XV w annałach Karhidu. Stoimy na 

trybunie do  ciasno stłoczeni w naszym przemoczonym przepychu. Deszcz ustał, 

wieci na nas sło ce, wspaniałe, ol niewaj ce, zdradzieckie sło ce Zimy.  

- Gor co. Naprawd  gor co - mówi  do s siada z lewej.  

S siad, przysadzisty ciemny Karhidyjczyk z gładkimi, mocnymi włosami; 

ubrany w grub , wyszywan  złotem kurt  z zielonej skóry, grub  biał  koszul  i 

grube spodnie, z ła cuchem z ci kich srebrnych ogniw szeroko ci dłoni na szyi, 

poc c si  obficie odpowiada: - Oj, tak.  

Wokół nas, stłoczonych na trybunie, masa zwróconych w gór  twarzy 

mieszka ców miasta, jak ławica br zowych, okr głych kamyków, połyskuj ca 

niby drobinami miki tysi cem bacznych oczu.  

Teraz król wkracza na pochylni  z surowego drewna, prowadz c  z trybuny 

na szczyt łuku, którego nie poł czone jeszcze kolumny góruj  nad tłumem, 

nadbrze ami i rzek . Wywołuje to w tłumie poruszenie i pot ny szept: Argaven! 

- Król nie odpowiada. Gossiwory odzywaj  si  grzmi cym, niezgodnym rykiem i 

milkn . Cisza. Sło ce  wieci na miasto, rzek , mrowie ludzi i na króla. 

Budowniczowie pu cili w ruch elektryczn  wind  i podczas gdy król wchodzi 

coraz wy ej, ostatni, zwornikowy blok łuku wje d a na gór  i zostaje uło ony na 

swoim miejscu prawie bezgło nie, cho  wa y koło tony, i zapełnia luk  mi dzy 

dwiema kolumnami tworz c z nich jeden łuk. Murarz z kielni  i cebrzykiem 

czeka na rusztowaniu, wszyscy pozostali robotnicy schodz  po drabinach 

sznurowych jak chmara pcheł. Król i murarz kl kaj  wysoko na rusztowaniu 

mi dzy rzek  a sło cem. Król bierze kielni  i zaczyna murowa  ko ce zwornika. 

Nie chlapie zapraw  byle jak i nie oddaje kielni murarzowi, ale na serio bierze si  

do roboty. Zaprawa, której u ywa, ma kolor ró owawy, inny ni  w całej budowli, 

wi c po pi ciu czy dziesi ciu minutach obserwacji króla pszczół przy pracy pytam 

background image

 

s siada z lewej, czy zworniki budowli zawsze osadza si  w czerwonej zaprawie, bo 

ten sam kolor widz  wokół zworników ka dego łuku Starego Mostu, który tak 

pi knie spina brzegi rzeki nie opodal.  

Ocieraj c pot z ciemnego czoła m czyzna - musz  go nazwa  m czyzn , 

skoro ju  go nazwałem s siadem - odpowiada:  

- Bardzo dawno temu zworniki zawsze osadzano w zaprawie z tłuczonych 

ko ci i krwi. Ludzkich ko ci i ludzkiej krwi. Bez spoiwa krwi łuk mógłby si  

rozpa . Teraz u ywamy krwi bydl cej.  

Cz sto tak mówi, szczerze ale ostro nie, ironicznie, jakby zawsze pami tał,  e 

patrz  i oceniam wszystko jako obcy: rzecz wyj tkowa jak na przedstawiciela tak 

izolowanej cywilizacji i tak wysokiej rangi. To jeden z najpot niejszych ludzi w 

tym kraju. Nie jestem pewien dokładnie historycznego odpowiednika jego urz du 

- wielki wezyr, premier czy kanclerz. Karhidyjski termin oznacza "ucho króla". 

Jest panem domeny i ksi ciem dworu, sprawc  wielkich dzieł. Nazywa si  

Therem Harth rem ir Estraven.  

Ju  si  ucieszyłem,  e król sko czył swoj  murarsk  robot , ale on po 

paj czynie rusztowa  przechodzi pod łukiem i bierze si  do roboty po drugiej 

stronie zwornika, który przecie  ma dwa ko ce. W Karhidzie nie wolno si  

niecierpliwi . Ludzie nie s  tu bynajmniej flegmatykami, ale s  uparci, zawzi ci i 

jak muruj , to muruj . Tłumy na nabrze u Sess s  zadowolone z widoku króla 

przy pracy, ale ja si  nudz  i jest mi gor co. Nigdy dot d nie było mi gor co na 

Zimie i nigdy ju  nie b dzie, ale wtedy nie potrafiłem tego doceni . Jestem ubrany 

na epok  lodowcow , a nie na upał, w wiele warstw odzie y, tkane włókno 

ro linne, sztuczne włókno, futro, skóra, mam na sobie nieprzeniknion  zbroj  

przeciwko mrozowi, w której teraz wi dn  jak li  pietruszki. Dla rozrywki 

przygl dam si  tłumom widzów i uczestnikom procesji skupionym wokół 

trybuny, sztandarom domen i klanów wisz cym nieruchomo i jaskrawo 

błyszcz cym w sło cu, i z nudów wypytuj  Estravena, czyj jest który sztandar. 

Zna wszystkie, o które pytam, chocia  s  ich setki, niektóre z odległych domen, 

ognisk i szczepów z Burzliwego Pogranicza Pering i z Kermu.  

- Sam pochodz  z Kermu - mówi, kiedy wyra am podziw dla jego wiedzy. - 

Zreszt  moje stanowisko wymaga znajomo ci domen. Karhid to domeny. Rz dzi  

tym krajem to znaczy rz dzi  jego ksi

tami. Co nie znaczy,  e ~o si  kiedy  

komu  udało. Czy zna pan powiedzenie: "Karbid to nie naród, to jedna wielka 

rodzinna kłótnia"? - Nie znałem tego powiedzenia i podejrzewam,  e Estraven 

sam je wymy lił. Było w jego stylu.  

W tym momencie przepycha si  przez tłum inny członek kyorremy, wy szej 

izby parlamentu, na której czele stoi Estraven, i zaczyna co  do niego mówi . To 

królewski kuzyn Pemmer Harge rem ir Tibe. Mówi szeptem, jego postawa 

sugeruje brak szacunku, cz sto si  u miecha. Estraven, poc c si  jak lód na 

sło cu, odpowiada na szept Tibe'a gło no, tonem, którego zdawkowa uprzejmo  

o miesza rozmówc . Słucham obserwuj c jednocze nie króla przy robocie, ale nic 

nie rozumiem poza tym,  e Tibe'a i Estravena dzieli wrogo . Nie ma to 

bynajmniej nic wspólnego ze mn , ciekawi mnie po prostu zachowanie tych ludzi, 

którzy rz dz  narodem w pradawnym sensie tego słowa, którzy trzymaj  w r ku 

losy dwudziestu milionów innych ludzi. W Ekumenie władza stała si  czym  tak 

background image

 

trudno uchwytnym i skomplikowanym,  e tylko subtelne umysły mog   ledzi  jej 

działania. Tutaj jest ona wci  jeszcze ograniczona i namacalna. W Estravenie, 

na przykład, wyczuwa si  władz  jako przedłu enie jego charakteru: on nie mo e 

zrobi  pustego gestu ani powiedzie  słowa, które puszcza si  mimo uszu. Wie o 

tym i ta wiedza przydaje mu szczególnej realno ci, jakiej  materialno ci, 

namacalno ci, ludzkiej wielko ci. Sukces rodzi sukces. Nie mam zaufania do 

Estravena, którego pobudki s  zawsze niejasne. Nie budzi we mnie sympatii, ale 

odczuwam jego autorytet w sposób równie nie pozostawiaj cy w tpliwo ci, jak 

odczuwam ciepło sło ca.  

Ledwo zd yłem to pomy le , kiedy sło ce znika za ponownie zbieraj cymi 

si  chmurami i wkrótce rzadki, ale mocny deszcz przesuwa si  w gór  rzeki 

skrapiaj c tłumy na nabrze u, zaciemniaj c niebo. Kiedy król schodzi z 

rusztowania, przebija si  ostatni promie  sło ca i biała posta  króla oraz 

wspaniały łuk widoczne s  przez chwil  w całym blasku i wspaniało ci na tle 

granatowo burzowego nieba. Gromadz  si  chmury. Zimny wiatr wdziera si  w 

ulic  ł cz c  port z Pałacem, rzeka przybiera szar  barw , drzewa na nabrze u 

dr . Ceremonia sko czona. W pół godziny pó niej pada  nieg.  

Kiedy królewski samochód odjechał w stron  Pałacu i tłum zacz ł si  

porusza  jak nadmorskie kamyki popychane fal  przypływu, Estraven odwrócił 

si  znów w moj  stron  i powiedział:  

- Czy zechce pan dzi  zje  ze mn  kolacj , panie Ai? Przyj łem zaproszenie, 

bardziej zdziwiony ni  ucieszony. Estraven zrobił dla mnie bardzo du o w ci gu 

ostatnich sze ciu czy o miu miesi cy, ale ani nie spodziewałem si , ani nie 

pragn łem takiej demonstracji osobistej sympatii jak zaproszenie do jego domu. 

Harge rem ir Tibe był nadal w pobli u i musiał słysze , zreszt  miałem uczucie,  e 

o to chodziło. Zdegustowany tymi babskimi intrygami zszedłem z trybuny i 

wmieszałem si  w tłum, garbi c si  nieco i id c na ugi tych nogach. Nie jestem 

du o wy szy od gethe skiej przeci tnej, ale w tłumie ta ró nica bardziej rzuca si  

w oczy. "To on, patrzcie, wysłannik". Oczywi cie było to cz ci  moich 

obowi zków słu bowych, ale w miar  upływu czasu ta ich cz  stawała si  coraz 

bardziej uci liwa zamiast coraz łatwiejsza. Coraz cz ciej t skniłem za 

anonimowo ci , chciałem by  taki jak wszyscy.  

Przeszedłem kawałek ulic  Browarn , skr ciłem do swojego domu i nagle, 

gdy tłum ju  si  przerzedził, stwierdziłem,  e idzie obok mnie Tibe.  

Pi kna uroczysto  - odezwał si  królewski kuzyn, ukazuj c przy tym w 

u miechu długie, czyste,  ółte z by w  ółtej twarzy całej pokrytej sieci  drobnych 

zmarszczek, mimo  e nie był starym człowiekiem.  

Dobra wró ba dla nowego portu powiedziałem.  

- To prawda. - Znów porcja z bów.  

- Ceremonia wmurowania zwornika była rzeczywi cie imponuj ca.  

- To prawda. Ta ceremonia pochodzi z bardzo dawnych czasów. Ale zapewne 

ksi

 Estraven wszystko to panu obja nił.  

- Ksi

 Estraven jest niezwykle uprzejmy.  

Starałem si  mówi  tonem oboj tnym, ale wszystko, co si  powiedziało do 

Tibe'a, zdawało si  nabiera  ukrytego znaczenia.  

background image

 

- Och, niew tpliwie - powiedział Tibe. - Ksi

 Estraven jest znany ze swojej 

uprzejmo ci dla cudzoziemców. - U miechn ł si  i ka dy z b wydawał si  kry  

jakie  znaczenie, podwójne, wielorakie, trzydzie ci dwa ró ne znaczenia.  

- Ze wszystkich cudzoziemców ja jestem najbardziej cudzoziemski, ksi

Dlatego jestem szczególnie wdzi czny za wszelk  uprzejmo .  

- Tak, niew tpliwie, niew tpliwie. Wdzi czno  jest szlachetnym, rzadkim 

uczuciem opiewanym przez poetów. Rzadkim szczególnie tutaj, w Erhenrangu, 

zapewne z braku warunków do jego kultywowania. Przyszło nam  y  w ci kich, 

niewdzi cznych czasach.  wiat nie jest ju  taki jak za naszych dziadów, prawda?  

- Niewiele o tym wiem, ksi

, ale słyszałem podobne skargi na innych 

wiatach.  

Tibe przygl dał mi si  przez chwil , jakby oceniał stopie  mojego szale stwa, 

a potem obna ył długie  ółte z by.  

- A, rzeczywi cie, rzeczywi cie. Stale zapominam,  e pan przybył z innego 

wiata. Ale oczywi cie pan o tym nigdy nie zapomina. Cho  bez w tpienia pa skie 

ycie tutaj w Erhenrangu byłoby znacznie sensowniejsze, prostsze i 

bezpieczniejsze, gdyby potrafił pan o tym zapomnie , co? Tak, tak. Ale oto i mój 

samochód, kazałem kierowcy tu zaczeka , w bocznej uliczce. Ch tnie bym pana 

podwiózł na pa sk  wysp  , ale musz  sobie odmówi  tej przyjemno ci, bo zaraz 

mam si  stawi  u króla, a biedni krewniacy, jak mówi przysłowie, musz  by  

punktualni. Tak, tak! - powiedział kuzyn króla wsiadaj c do małego czarnego 

elektrycznego pojazdu, jeszcze przez rami  obna aj c z by w moj  stron , kryj c 

oczy w sieci zmarszczek.  

Poszedłem na swoj  wysp . Teraz, kiedy stopniały resztki zimowych  niegów, 

ukazał si  frontowy ogródek i zimowe drzwi, trzy metry nad poziomem gruntu, 

zostały zamkni te na okres kilku miesi cy a  do powrotu gł bokich  niegów 

jesieni . Przy bocznej  cianie budynku w ród błota, lodu i po piesznej, mi kkiej i 

bujnej wiosennej ro linno ci rozmawiało dwoje młodych ludzi. Stali trzymaj c si  

za r ce. Byli w pierwszej fazie kemmeru. Du e, mi kkie płatki  niegu ta czyły 

wokół nich, a oni stali boso w lodowatym błocie, ze splecionymi dło mi, 

zapatrzeni w siebie. Wiosna na Zimie.  

Zjadłem obiad na mojej wyspie i kiedy gongi na wie y Remmy wybiły 

czwart , byłem w Pałacu, gotów do kolacji. Karhidyjczycy spo ywaj  dziennie 

cztery solidne posiłki:  niadanie, drugie  niadanie, obiad i kolacj , nieustannie 

podjadaj c i przegryzaj c co  w przerwach. Na Zimie nie ma du ych zwierz t 

dostarczaj cych mi sa lub produktów mlecznych. Jedyne bogate w białko i 

w glowodany po ywienie to ró ne jaja, ryby, orzechy i hainskie zbo a. 

Niskokaloryczna dieta w surowym klimacie - wi c trzeba cz sto uzupełnia  

paliwo. Przyzwyczaiłem si  dojadania, jak mi si  wydawało, co kilka minut. 

Jeszcze przed ko cem tego roku miałem si  przekona ,  e Gethe czycy 

doprowadzili do perfekcji nie tylko technik  ci głego opychania si , lecz tak e 

długotrwałego  ycia na granicy  mierci głodowej.  

Wci  padał  nieg, łagodna wiosenna  nie yca, znacznie przyjemniejsza ni  

bezlitosne deszcze niedawnej odwil y. Dotarłem do Pałacu w cichym i białym 

mroku tylko raz gubi c drog . Pałac w Erhenrangu jest wła ciwie wewn trznym 

miastem otoczonym murami, labiryntem pałaców, baszt, ogrodów, podworców, 

background image

 

klasztorów, kru ganków, podziemnych przej  i kazamatów, wytworem 

wielowiekowej paranoi na wielk  skal . Ponad tym wszystkim wznosz  si  

ponure, czerwone, wymy lne mury Królewskiego Domu, który chocia  jest stale 

zamieszkany, ta tylko przez jedn  osob , samego króla. Wszyscy inni, słu ba, 

kanceli ci, ksi

ta, ministrowie, posłowie, stra  i kto tam jeszcze, mieszkaj  w 

innych pałacach, fortach, twierdzach, barakach czy domach w obr bie murów. 

Dom Estravena, oznaka szczególnej królewskiej łaski, to Naro ny Czerwony Dom 

zbudowany przed czterystu czterdziestu laty dla Harmesa, ukochanego 

kemmeringa Emrana III, którego uroda przeszła do legendy i który został 

porwany, okaleczony i doprowadzony do utraty zmysłów przez najemników 

Partii Ojczy nianej. Emran III zmarł w czterdzie ci lat pó niej wci  jeszcze 

mszcz c si  na swoim kraju Emran Nieszcz sny. Tragedia jest tak dawna,  e jej 

okropno ci zatarły si  pozostawiaj c pewn  atmosfer  podejrzliwo ci i 

melancholii czaj c  si  w  cianach i mrokach tego domu. Ogród był mały i 

otoczony murem, nad skaln  sadzawk  pochylały si  drzewa serem. W m tnych 

snopach  wiatła z okien widziałem płatki  niegu i nitkowate torebki z 

zarodnikami drzew opadaj ce razem z nimi do czarnej wody. Estraven czekał na 

mnie z goł  głow  i bez płaszcza na tym mrozie, obserwuj c z zainteresowaniem 

tajn  natn  inwazj   niegu i zarodników. Przywitał mnie cichym głosem i 

zaprosił do  rodka. Nie było  adnych innych go ci.  

Zdziwiło mnie to nieco, ale zaraz zasiedli my do stołu, a przy jedzeniu nie 

rozmawia si  o interesach. Zreszt  moje zdziwienie przeniosło si  na posiłek, 

który był wy mienity, nawet wszechobecne chlebowe jabłka uległy cudownej 

przemianie w r kach kucharza, którego sztuki nie mogłem si  nachwali . Po 

kolacji pili my przy ogniu grzane piwo. Na planecie, gdzie jednym z 

najpotrzebniejszych sztu ców jest przyrz d do rozbijania lodu, jaki tworzy si  na 

powierzchni napoju w czasie posiłku, człowiek uczy si  ceni  grzane piwo.  

Estraven prowadził przy stole uprzejm  rozmow , teraz, siedz c naprzeciw 

mnie przy ogniu, zamilkł. Chocia  sp dziłem na Zimie ju  prawie dwa lata, wci  

byłem daleki od mo liwo ci spojrzenia na mieszka ców planety ich własnymi 

oczami. Próbowałem, ale moje wysiłki przybierały form  wyrozumowanego 

spojrzenia na Gethe czyka najpierw jako na m czyzn , a potem jako na kobiet , 

przez co wciskałem go w te kategorie tak nieistotne dla jego natury, a tak wa ne 

dla mojej. Tak wi c poci gaj c dymne, wytrawne piwo my lałem sobie,  e przy 

stole zachowanie Estravena było kobiece, sam wdzi k, takt i lekko , zr czno  i 

zwodniczo . Mo e to wła nie ta mi kka, elastyczna kobieco  budziła we mnie 

antypati  i podejrzliwo ? Bo nie sposób było traktowa  jak kobiet  tej ciemnej i 

ironicznej, emanuj cej sił  postaci siedz cej obok w roz wietlonym ogniem 

mroku, a jednocze nie, ilekro  pomy lałem o nim jako o m czy nie, 

wyczuwałem w tym jaki  fałsz: w nim, czy mo e w moim do niego stosunku? Głos 

miał łagodny, do  mocny ale nie gł boki, nie był to głos m ski, ale i nie kobiecy... 

ale co on mówił?  

ałuj  mówił  e musiałem tak długo odkłada  przyjemno  goszczenia pana u 

siebie, ale jestem zadowolony,  e nie b dzie ju  mi dzy nami kwestii patronatu.  

background image

 

To mnie zastanowiło. Niew tpliwie a  do dzisiaj był moim patronem na 

dworze. Czy chciał da  mi do zrozumienia,  e audiencja, jak  dla mnie wyjednał 

u króla na jutro, oznacza zrównanie z nim?  

- Nie bardzo pana rozumiem - powiedziałem. Tym razem on był widocznie 

zdziwiony.  

- Chodzi o to - odezwał si  po chwili -  e odt d nie działam na rzecz pana 

wobec króla.  

Mówił, jakby si  wstydził za mnie, nie za siebie. Widocznie fakt,  e on mnie 

zaprosił, a ja zaproszenie przyj łem, miał jakie  znaczenie, z którego sobie nie 

zdawałem sprawy. Ale ja naruszałem jedynie etykiet , on - etyk . Pocz tkowo 

my lałem tylko,  e miałem racj  od pocz tku nie dowierzaj c Estravenowi. Był 

nie tylko zr czny i pot ny, był tak e zdradliwy. Przez cały czas mojego pobytu w 

Erhenrangu to on mnie słuchał, odpowiadał na moje pytania, przysyłał lekarzy i 

in ynierów,  eby potwierdzili,  e ja i mój statek pochodzimy z innego  wiata, 

przedstawiał mnie ludziom, których powinienem pozna , a  stopniowo 

doprowadził do tego,  e awansowałem z roli dziwol ga z bujn  wyobra ni  do 

mojej obecnej roli tajemniczego wysłannika, który ma by  przyj ty przez króla. 

A teraz, wywindowawszy mnie na t  niebezpieczn  wysoko , nagle z całym 

spokojem o wiadcza,  e wycofuje swoje poparcie.  

- Przyzwyczaił mnie pan do tego,  e mog  polega ...  

- To niedobrze.  

- Czy to znaczy,  e aran uj c to spotkanie nie przemówił pan do króla na 

rzecz mojej misji, tak jak pan... - zreflektowałem si  i nie powiedziałem 

"obiecał".  

- Nie mogłem.  

Byłem w ciekły, ale w nim nie dostrzegłem ani gniewu, ani ch ci 

przeproszenia.  

- Czy mog  wiedzie  dlaczego? -  

Tak - odparł po chwili i znów zamilkł. A ja pomy lałem sobie,  e 

niekompetentny i bezbronny przybysz z innego  wiata nie powinien domaga  si  

wyja nie  od kanclerza królestwa, zwłaszcza je eli nie rozumie i prawdopodobnie 

nigdy nie zrozumie korzeni władzy i zasad jej funkcjonowania w tym królestwie. 

Niew tpliwie była to kwestia szifgrethoru - presti u, twarzy, miejsca, honoru. 

nieprzetłumaczalnej naczelnej zasady autorytetu społecznego w Karbidzie i 

wszystkich kulturach na Gethen. A je eli tak, to nigdy jej nie zrozumiem.  

- Czy słyszał pan, co król powiedział do mnie podczas dzisiejszej ceremonii?  

- Nie.  

Estraven pochylił si  nad paleniskiem, wyj ł dzban z piwem z gor cego 

popiołu i napełnił mój kufel. Poniewa  si  nie odzywał, dodałem:  

- Nie słyszałem,  eby król co  do pana mówił.  

- Ja te  nie - powiedział.  

Nareszcie zrozumiałem,  e nie odebrałem innego sygnału. Machn wszy r k  

na jego babskie intryganctwo paln łem:  

- Czy ksi

 chce mi da  do zrozumienia,  e wypadł z łask u króla?  

My l ,  e wyprowadziłem go z równowagi, ale niczym tego nie okazał i 

powiedział tylko:  

background image

 

- Nie chc  panu nic dawa  do zrozumienia, panie Ai.  

- To wielka szkoda!  

Spojrzał na mnie jako  dziwnie.  

- Có , ujmijmy to wi c w ten sposób: S  na dworze osoby, które - u ywaj c 

pa skiego wyra enia - s  w łaskach u króla, i które nie patrz  łaskawym okiem 

na pa sk  obecno  i misj  tutaj.  

I teraz spieszysz do nich doł czy  i opuszczasz mnie dla ratowania własnej 

skóry; pomy lałem, ale nie powiedziałem tego na głos. Estraven był dworakiem i 

politykiem, a ja byłem głupcem,  e mu zawierzyłem. Nawet w społecze stwach 

rozdzielnopłciowych politykom zdarza si  zmienia  front. Skoro zaprosił mnie na 

kolacj , to wida  spodziewał si ,  e tak łatwo przełkn  jego zdrad , jak on j  

popełnił. Zachowanie twarzy było wyra nie wa niejsze ni  szczero , zmusiłem 

si  wi c do powiedzenia:  

- Przykro mi,  e pa ska przychylno  dla mnie  ci gn ła na pana kłopoty.  

Roz arzone w gle. Odczułem rado  z moralnej wy szo ci, ale tylko przez 

chwil . Estraven był zbyt nieobliczalny.  

Odchylił si  na oparcie i czerwony odblask ognia padł na jego kolana, na 

ładne, silne, cho  drobne dłonie i srebrny kufel, podczas gdy twarz pozostawała w 

cieniu: ciemna twarz zawsze przesłoni ta g stymi, nisko opadaj cymi włosami, 

g stymi brwiami i rz sami oraz zimn  mask  układno ci. Czy mo na odczyta  

wyraz pyska kota, foki albo wydry? Niektórzy Gethe czycy s  jak te zwierz ta, 

my lałem, z gł bokimi jasnymi oczami, które nie zmieniaj  wyrazu, kiedy kto  

mówi.  

- Sam na siebie  ci gn łem kłopoty - odpowiedział działaniem nie maj cym 

nic wspólnego z panem, panie Ai. Wie pan,  e Karhid i Orgoreyn maj  sporne 

terytorium w wysokiej cz ci Wy yny Północnej koło Sassinoth. Dziad Argavena 

zaj ł dolin  Sinoth dla Karhidu, ale autochtoni nigdy si  z tym nie pogodzili. 

Du o  niegu z małej chmury i coraz go wi cej. Pomagałem karhidyjskim 

farmerom mieszkaj cym w dolinie w przesiedleniu si  za star  granic  uwa aj c, 

e cała sprawa upadnie, je eli dolin  pozostawi si  Orgotom, którzy j  

zamieszkuj  od tysi cy lat. Przed laty działałem w Zarz dzie Wy yny Północnej i 

poznałem niektórych z tych farmerów. Nie chciałbym,  eby gin li w starciach 

granicznych lub byli zsyłani do ochotniczych gospodarstw rolnych w Orgoreynie. 

Dlaczego wi c nie zlikwidowa  przyczyny sporu? Ale to nie był pomysł 

patriotyczny. Na odwrót, był to akt tchórzostwa rzucaj cy cie  na szifgrethor 

samego króla.  

Jego ironiczne uwagi i szczegóły sporu granicznego z Orgoreynem nie 

interesowały mnie. Wróciłem do sprawy naszych stosunków. Z zaufaniem czy 

bez. wci  jeszcze mogłem co  przy nim skorzysta .  

- Przykro mi - powiedziałem - ale to wielka szkoda,  e sprawa garstki 

farmerów mo e zniszczy  szanse mojej misji w oczach króla. W gr  wchodz  

sprawy du o wa niejsze ni  kilka mil granicy.  

- Tak, du o wa niejsze, ale mo e Ekumena, która ma sto lat  wietlnych od 

granicy do granicy, oka e nam nieco cierpliwo ci.  

- Stabile Ekumeny to ludzie bardzo cierpliwi. B d  czeka  sto albo pi set lat, 

a  Karhid i reszta Gethen przedyskutuje i rozwa y spraw  przył czenia si  do 

background image

 

10 

reszty ludzko ci. Ja wyra am wył cznie moj  osobist  nadziej . I osobiste 

rozczarowanie. S dziłem,  e przy poparciu ksi cia...  

- Ja te  tak s dziłem. Có , lodowce nie powstaj  w ci gu jednej nocy. - Miał 

jak zawsze na podor dziu stosowne powiedzonko, ale my l  był gdzie indziej. 

Wyobraziłem go sobie, jak przestawia mnie jako jeden z pionków w grze o 

władz .  

- Przybył pan do mojego kraju - odezwał si  wreszcie - w dziwnym momencie. 

Zachodz  zmiany, przyjmujemy nowy kierunek. Nie, mo e raczej posuwamy si  

za daleko w kierunku, którym szli my. S dziłem,  e pa ska obecno , pa ska 

misja powstrzymaj  nas od bł dów, dadz  nam całkowicie now  opcj . Ale we 

wła ciwym czasie i we wła ciwym miejscu. Wszystko to jest niezwykle delikatne, 

panie Ai.  

Zniecierpliwiony ogólnikami spytałem wprost:  

- Sugeruje pan,  e to nie jest wła ciwy moment. Czy radziłby mi pan odwoła  

t  audiencj ?  

Moja gafa wypadła jeszcze gorzej w j zyku karhidzkim, ale Estraven nie 

u miechn ł si  ani nie skrzywił.  

- Obawiam si ,  e wył cznie król ma ten przywilej powiedział spokojnie.  

- O Bo e, oczywi cie. Nie to miałem na my li. - Przez chwil  ukryłem twarz w 

dłoniach. Wychowany w otwartym, pozbawionym barier społecze stwie Ziemi, 

nie mogłem nauczy  si  protokołu ani pow ci gliwo ci tak cenionej przez 

Karhidyjczyków. Wiedziałem, kto to jest król, historia Ziemi jest ich pełna, ale 

nie miałem najmniejszego wyczucia przywileju ani taktu. Podniosłem kufel i 

poci gn łem du y haust gor cego płynu. - Có , powiem królowi mniej, ni  

miałem zamiar powiedzie , kiedy jeszcze liczyłem na pana.  

- To dobrze.  

- Dlaczego dobrze? - spytałem.  

- Pan, panie Ai, nie jest szalony. I ja nie jestem szalony. Ale te   aden z nas nie 

jest królem. S dz ,  e miał pan zamiar przekona  Argavena argumentami 

racjonalnymi,  e przybył pan tu,  eby doprowadzi  do sojuszu mi dzy Gethen a 

Ekumen . I z racjonalnego punktu widzenia on to ju  wie, bo mu to 

powiedziałem. Przedstawiałem mu pa sk  spraw , usiłowałem wzbudzi  w nim 

zainteresowanie pa sk  osob . Robiłem to nieudolnie,  le wybrałem moment. 

Zapomniałem, sam b d c zbyt zaanga owany,  e on jest królem i nie patrzy na 

sprawy racjonalnie, tylko jako król. Wszystko, co mu mówiłem, sprowadza si  z 

jego punktu widzenia do tego,  e jego panowanie jest zagro one,  e jego 

królestwo jest pyłkiem w przestrzeni, a jego majestat  artem w oczach kogo , kto 

rz dzi setk   wiatów.  

- Ale Ekumena nie rz dzi, tylko koordynuje. Jej pot ga jest pot g  

poszczególnych pa stw i planet. W sojuszu z Ekumen  Karhid b dzie znacznie 

bezpieczniejszy i wa niejszy ni  kiedykolwiek dot d.  

Estraven przez chwil  nie odpowiadał. Siedział zapatrzony w ogie , którego 

płomienie błyskały odbite w jego kuflu i w szerokim srebrnym ła cuchu 

znamionuj cym jego urz d. W starym domu panowała cisza. Był słu cy, który 

podawał posiłek, ale  e Karhidyjczycy nie znaj  instytucji niewolnictwa ani 

osobistego uzale nienia i nie kupuj  ludzi, tylko usługi, wi c cała słu ba poszła 

background image

 

11 

ju  do swoich domów. Taki człowiek jak Estraven musiał mie  gdzie  w pobli u 

ochron  osobist , bo zamachy s  w Karhidzie popularn  instytucj , ale ja nikogo 

nie widziałem i nie słyszałem. Byli my sami.  

Byłem sam na sam z obcym w murach mrocznego pałacu, w obcym, 

zasypanym  niegiem mie cie, w samym sercu epoki lodowcowej na obcej planecie.  

Wszystko, co powiedziałem tego wieczoru i w ogóle, odk d przybyłem na 

Zim , wydało mi si  nagle głupie i niewiarygodne. Jak mogłem oczekiwa ,  e ten 

albo jakikolwiek inny człowiek uwierzy moim opowie ciom o innych  wiatach i 

innych rasach, o jakim  dobrodusznym superrz dzie z nie sprecyzowanymi 

prerogatywami istniej cym gdzie  tam, w kosmosie? Wszystko to było 

nonsensem. Przybyłem do Karhidu w dziwacznym poje dzie i pod pewnymi 

wzgl dami ró niłem si  fizycznie od Gethe czyków - i to wymagało wyja nie . 

Ale wyja nienia, jakich udzielałem, były niedorzeczne. W tej chwili sam im nie 

wierzyłem.  

- Ja panu wierz  - powiedział mieszkaniec obcej planety, z którym byłem sam 

na sam, i tak gł boko pogr yłem si  w swoim wyobcowaniu,  e spojrzałem na 

niego zdumiony. - Obawiam si ,  e Argaven równie  panu wierzy. Ale nie ma do 

pana zaufania. Cz ciowo dlatego,  e stracił zaufanie do mnie. Popełniłem bł dy, 

byłem nieostro ny. Nie mam równie  prawa do pa skiego zaufania, bo naraziłem 

pana na niebezpiecze stwo. Zapomniałem, kto to jest król, zapomniałem,  e w 

oczach króla Karhid i on to jedno, zapomniałem, co to jest patriotyzm i  e to on 

jest z definicji patriot  doskonałym. Niech mi pan powie, panie Ai, czy wie pan z 

własnego do wiadczenia, co to jest patriotyzm?  

- Nie - odpowiedziałem wstrz ni ty sił  tej intensywnej osobowo ci, która 

nagle cała skupiła si  na mnie. - Nie s dz , chyba  e przez patriotyzm rozumie 

pan miło  do stron ojczystych, bo to znam.  

- Nie, kiedy mówi  o patriotyzmie, nie chodzi mi o miło . My l  o strachu. O 

strachu przed tym, co obce. Który wyra a si  w polityce, nie w poezji. Nienawi , 

rywalizacja, agresja. Ten strach ro nie w nas. Rozrasta si  z roku na rok. 

Zaszli my nasz  drog  za daleko. I pan, przybysz ze  wiata, co wzniósł si  ponad 

poj cie narodowo ci setki lat temu, który nie bardzo wie, o czym mówi , który 

ukazuje nam now  drog ... - Urwał i po chwili kontynuował, ju  znowu spokojny, 

opanowany i uprzejmy. - To z powodu strachu rezygnuj  z popierania pa skiej 

sprawy przed królem. Ale nie ze strachu o siebie, panie Ai. Nie działam z 

pobudek. patriotycznych. S  przecie  na Gethen i inne narody.  

Nie wiedziałem, do czego zmierza, ale byłem pewien,  e chodzi mu o co  

innego, ni by to wynikało z jego słów. Ze wszystkich mrocznych, zagadkowych, 

skrytych dusz, jakie spotkałem w tym ponurym mie cie, jego była najciemniejsza. 

Nie miałem zamiaru da  si  wci gn  w  adne labirynty i zmilczałem. Po chwili 

kontynuował z ostro no ci :  

- Je eli dobrze zrozumiałem, pa ska Ekumena słu y interesom całej 

ludzko ci. Na przykład Orgotowie maj  do wiadczenie w podporz dkowywaniu 

interesów lokalnych ogólnemu, a Karhidyjczycy prawie wcale. Autochtoni z 

Orgoreynu to przewa nie ludzie zdrowo my l cy, cho  mało błyskotliwi, podczas 

gdy król Karhidu jest nie tylko szalony, ale przy tym i do  t py.  

Było jasne,  e Estraven nie wie, co to lojalno .  

background image

 

12 

- W takim razie musi by  niełatwo mu słu y  powiedziałem czuj c przypływ 

wstr tu.  

- Nie mam pewno ci, czy kiedykolwiek słu yłem królowi - rzekł królewski 

pierwszy minister - albo czy miałem taki zamiar. Nie jestem niczyim sług . 

Człowiek powinien rzuca  swój własny cie ...  

Gongi na wie y Remmy wybiły szóst , północ, co wykorzystałem jako 

pretekst do po egnania. Kiedy wkładałem w holu futro, Estraven powiedział:  

- Nie b d  miał przez jaki  czasy takiej okazji, bo przypuszczam,  e wyjedzie 

pan z Ertienrangu (sk d to przypuszczenie?), ale wierz ,  e nadejdzie dzie , 

kiedy b d  jeszcze mógł zada  panu wiele pyta . Tylu rzeczy chciałbym si  

dowiedzie . Zwłaszcza o waszej "mowie my li", zd ył mi pan o niej ledwo 

napomkn .  

Jego ciekawo  wygl dała na zupełnie autentyczn . Miał w sobie bezczelno  

mo nych. Jego obietnice pomocy te  wygl dały na autentyczne. Powiedziałem,  e 

tak, naturalnie, kiedy tylko zechce, i to był koniec wieczoru. Odprowadził mnie 

przez ogród przysypany cienk  warstw   niegu w blasku wielkiego, matowego, 

rudego ksi yca. Przebiegł mnie dreszcz, kiedy wyszli my na zewn trz, było 

dobrze poni ej zera.  

- Zimno panu? - spytał z uprzejmym zdziwieniem. Dla niego była to 

oczywi cie łagodna wiosenna noc. Zm czony i przygn biony odpowiedziałem:  

- Jest mi zimno od dnia, kiedy wyl dowałem na tej planecie.  

- Jak j  nazywacie, t  planet , w waszym j zyku?  

- Gethen.  

- Nie nadali cie jej swojej nazwy?  

- Pierwsi zwiadowcy nazwali j  Zima. Zatrzymali my si  w bramie 

otoczonego murem ogrodu. Na zewn trz budynki pałacowe pi trzyły si  ciemn , 

za nie on  mas  roz wietlan  tu i ówdzie na ró nych wysoko ciach złotawymi 

strzelnicami okien. Stoj c pod w skim łukiem spojrzałem w gór  i zadałem sobie 

pytanie, czy ten zwornik te  był wmurowany ko mi i krwi . Estraven po egnał 

si  i zawrócił. Nigdy nie był przesadnie wylewny przy powitaniach i 

po egnaniach. Odszedłem przez ciche podworce i uliczki Pałacu skrzypi c 

butami po  wie ym, o wietlonym blaskiem ksi yca  niegu, a potem gł bokimi 

ulicami miasta wróciłem do domu. Było mi zimno, czułem si  niepewnie, osaczony 

przez perfidi , samotno  i l k.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

13 

Rozdział 2 

 

Kraina w  rodku zamieci

 

 

Około dwustu lat temu w ognisku Szath na Burzliwym Pograniczu Pering  yli 

dwaj bracia, którzy  lubowali sobie kemmer. W tamtych czasach, tak jak i 

dzisiaj, rodzeni bracia mogli wi za  si  w kemmerze, dopóki który  z nich nie 

urodził dziecka, ale potem musieli si  rozdzieli  i dlatego nie wolno im było 

lubowa  zwi zku na całe  ycie. Tak si  jednak stało. Kiedy jeden z nich zaszedł 

w ci

, pan Szathu nakazał im odst pi  od  lubu i nigdy ju  nie spotyka  si  w 

czasie kemmeru. Usłyszawszy to polecenie jeden z nich, ten który nosił dziecko, 

wpadł w rozpacz i nie chc c słucha  rad ani pociesze  zdobył trucizn  i popełnił 

samobójstwo. Wówczas mieszka cy ogniska skierowali swój gniew przeciwko 

drugiemu bratu i wyp dzili go z ogniska i z domeny, jego obarczaj c ha b  

samobójstwa. A poniewa  został wygnany i wsz dzie poprzedzała go jego historia, 

nikt nie chciał go przyj  i po trzydniowej go cinie wyprawiano go dalej jako 

banit . Tak w drował od miejsca do miejsca, a  zrozumiał,  e nie ma dla niego 

lito ci w jego własnym kraju i  e jego zbrodnia nigdy nie zostanie mu wybaczona 

(Naruszenie kodu ograniczaj cego kazirodztwo stało si  zbrodni , kiedy zostało 

uznane za przyczyn  samobójstwa. ) Jako człowiek młody i niezahartowany nie 

przyjmował do wiadomo ci,  e co  takiego mo e si  zdarzy . Kiedy si  przekonał, 

e tak jest, wrócił do Szath, jako wygnaniec stan ł w drzwiach zewn trznego 

ogniska i zwrócił si  do swoich byłych współmieszka ców z nast puj cymi 

słowami: Zostałem pozbawiony twarzy. Nikt mnie nie widzi. Mówi  i nikt mnie 

nie słyszy. Przychodz  i nikt mnie nie wita. Nie ma dla mnie miejsca przy ogniu 

ani jedzenia na stole, ani łó ka, w którym mógłbym si  poło y . Ale wci  jeszcze 

mam swoje imi , które brzmi Getheren. To imi  rzucam na wasze ognisko jako 

przekle stwo, a z nim moj  ha b . Zachowajcie je dla mnie, a ja, bezimienny, 

pójd  szuka   mierci. -Wówczas niektórzy poderwali si  w ród okrzyków i chcieli 

go zabi , bo zabójstwo rzuca mniejszy cie  na dom ni  samobójstwo, ale on uciekł 

i pobiegł na północ w stron  Lodu szybciej ni  ci, którzy go  cigali. Wrócili 

przygn bieni do Szath, a Getheren szedł dalej i po dwóch dniach dotarł do Lodu 

Pering .  

Przez nast pne dwa dni szedł dalej na północ po Lodzie. Nie miał przy sobie 

ywno ci ani  adnego schronienia prócz swego futra. Na Lodzie nie ma  adnych 

ro lin ani zwierz t. Był to miesi c susmy i wła nie nadeszły pierwsze wielkie 

niegi. Szedł sam przez zawiej . Drugiego dnia poczuł,  e słabnie. Drugiej nocy 

musiał poło y  si  i odpocz . Rano odkrył,  e ma odmro one r ce i stopy te , 

cho  nie mógł zdj  butów,  eby je obejrze , bo nie władał r kami. Zacz ł czołga  

si  na łokciach i kolanach. Nie miał  adnego powodu,  eby to robi , bo było mu 

wszystko jedno, czy umrze tu, czy troch  dalej, ale co  pchało go na północ.  

Po jakim  czasie  nieg wokół niego przestał pada  i ucichł wiatr. Za wieciło 

sło ce. Czołgaj c si  nie widział drogi przed sob , bo futrzany kaptur zsun ł mu 

si  na oczy. Nie czuj c ju  bólu w ko czynach ani na twarzy my lał,  e stracił 

czucie. Ale mógł si  jeszcze porusza .  nieg pokrywaj cy lodowiec wydał mu si  

dziwny, wygl dał jak biała trawa rosn ca na lodzie, która kładła si  pod jego 

background image

 

14 

dotkni ciem, a potem wstawała. Zatrzymał si  i usiadł, zsuwaj c kaptur,  eby 

móc si  rozejrze . Jak okiem si gn  ci gn ły si  połacie  nie nej trawy, białe i 

błyszcz ce. Widział te  k py białych drzew, na których rosły białe li cie.  wieciło 

sło ce, nie było wiatru i wszystko było białe.  

Getheren zdj ł r kawice i spojrzał na swoje r ce. Były białe jak  nieg, ale 

odmro enie znikło, odzyskał władz  w palcach i mógł sta  na nogach. Nie czuł 

bólu, zimna ani głodu.  

Wtedy zobaczył daleko na lodzie w kierunku północnym biał , jakby 

zamkow  wie  i posta , która szła z tego dalekiego miejsca w jego stron . Po 

chwili Getheren zobaczył,  e ten kto  jest nagi,  e ma biał  skór  i białe włosy. 

Jeszcze chwila i zbli ył si  na odległo  głosu. Getheren spytał:  

- Kim jeste ?  

Biały człowiek odpowiedział: - Jestem twoim bratem i kemmeringiem Hode.  

Jego brat, który si  zabił, miał na imi  Hode. I Getheren zobaczył,  e biały 

człowiek ma rysy twarzy i ciało jego brata, ale w jego brzuchu nie ma  ycia, a 

jego głos brzmi jak trzask lodu.  

Getheren spytał:  

- Co to za miejsce'?  

- To kraina w  rodku zamieci - odpowiedział Hode. - Tu mieszkaj  ci, którzy 

si  sami zabili. Tutaj ty i ja dotrzymamy naszego  lubu.  

Getheren przestraszył si  i powiedział:  

- Nie chc  tu zosta . Gdyby  uciekł ze mn  na południe, mogliby my by  

razem i dotrzyma   lubu do ko ca  ycia. I nikt nie wiedziałby,  e naruszyli my 

prawo. Ale ty złamałe  nasz  lub, zniszczyłe  go razem ze swoim  yciem. A teraz 

nie mo esz wymówi  mojego imienia.  

   To była prawda. Hode poruszał białymi wargami, ale nie potrafił wymówi  

imienia swego brata.  

Podbiegł do Getherena wyci gaj c ramiona,  eby go zatrzyma , i chwycił go 

za lew  r k . Getheren wyrwał si  i uciekł. Biegł na południe i w pewnej chwili 

zobaczył przed sob  biał   cian  padaj cego  niegu. Kiedy j  przekroczył, upadł 

znów na kolana i nie mógł biec, tylko musiał si  czołga .  

Dziewi tego dnia od czasu wej cia na Lód został znaleziony przez ludzi z 

ogniska Orhoch, które le y na północny wschód od Szath. Nie wiedzieli, kim jest 

ani sk d przychodzi, bo znale li go, jak pełzł po  niegu umieraj cy z głodu, 

o lepiony, z twarz  czarn  od sło ca i odmro e , niezdolny do powiedzenia cho  

słowa. Jednak nie doznał  adnych trwałych obra e  poza utrat  lewej r ki, która 

była tak odmro ona,  e trzeba j  było odci . Niektórzy mówili,  e to Getheren z 

Szath, o którym słyszeli opowie ci, inni mówili,  e to niemo liwe, bo Getheren 

poszedł na Lód w czasie pierwszej jesiennej zamieci i na pewno nie  yje. On sam 

zaprzeczył,  e  azywa si  Getheren. Kiedy wydobrzał, opu cił Orhoch i Burzliwe 

Pogranicze i poszedł na południe mówi c tam,  e nazywa si  Ennoch.  

Kiedy  Ennoch, ju  jako starzec mieszkaj cy na równinie Rer, spotkał 

człowieka ze swoich stron i spytał go, co słycha  w Szath. Tamten odpowiedział 

mu,  e  le słycha . Nic nie udawało si  w domu ani na polu, wszystko było 

pora one chorob , wiosenny zasiew zamarzał w ziemi, a dojrzałe zbiory gniły, i 

tak trwało ju  od wielu lat. Wówczas Ennoch powiedział mu,  e jest Getherenem 

background image

 

15 

z Szath, i opisał mu, jak poszedł na Lód i co go tam spotkało. Swoj  histori  

zako czył słowami: - Powiedz ludziom w Szath,  e bior  z powrotem swoje imi  i 

swój cie .  

Wkrótce potem Getheren zachorował i umarł. Podró ny zawiózł jego słowa 

do Szath i powiadaj ,  e od tego czasu ziemia Szath od yła na nowo i wszystko 

szło jak nale y w domu i na polu.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

16 

Rozdział 3

 

 

Szalony król

 

 

Wstałem pó no i sp dziłem reszt  przedpołudnia przegl daj c własne notatki 

na temat etykiety dworskiej oraz uwagi moich poprzedników, zwiadowców, o 

gethe skiej psychologii i zwyczajach. Nie docierało do mnie to, co czytałem, 

zreszt  nie miało to znaczenia, bo znałem wszystko na pami  i czytałem tylko, 

eby zagłuszy  wewn trzny głos, który powtarzał nieustannie: "Wszystko 

stracone". A kiedy nie chciał zamilkn , kłóciłem si  z nim twierdz c,  e mog  

sobie poradzi  bez Estravena, mo e jeszcze lepiej ni  z nim. Ostatecznie to, co 

miałem do załatwienia, było prac  dla jednego człowieka. Jest tylko jeden 

pierwszy mobil. Na ka dym  wiecie pierwsz  wie  o Ekumenie wypowiadaj  

usta jednego człowieka, osobi cie obecnego i samotnego. Mo e zosta  zabity, jak 

Pellelge na Czwartej Taurusa, albo zamkni ty w domu wariatów, jak pierwsi 

trzej mobile na Gao, jeden po drugim, ale taka praktyka jest zachowywana, 

poniewa  si  sprawdza. Pojedynczy głos mówi cy prawd  ma wi ksz  moc ni  

floty i armie, pod warunkiem  e da mu si  do  czasu, a czas to co , czego 

Ekumena ma pod dostatkiem... "Ale ty nie" - powiedział wewn trzny głos. 

Zmusiłem go do milczenia i poszedłem do Pałacu na audiencj  u króla o drugiej 

godzinie, pełen spokoju i zdecydowania. Straciłem jedno i drugie w poczekalni, 

zanim jeszcze ujrzałem króla.  

Stra nicy i oficjele prowadzili mnie do poczekalni przez długie korytarze 

Królewskiego Domu. Sekretarz poprosił mnie,  ebym zaczekał, i zostawił mnie 

samego w wysokiej, pozbawionej okien sali. Sterczałem tam wystrojony od stóp 

do głów na wizyt  u króla. Sprzedałem swój czwarty rubin (zwiadowcy donie li, 

e Gethe czycy ceni  drogie kamienie podobnie jak ziemianie, przybyłem wi c na 

Zim  z gar ci  rubinów,  eby opłaci  swój pobyt) i wydałem trzeci  cz  

uzyskanej sumy na stroje na wczorajsz  parad  i dzisiejsz  audiencj : wszystko 

nowe, bardzo ci kie i dobrze uszyte, jak to odzie  w Karhidzie: biała wełniana 

koszula, szare krótkie spodnie, długa lu na bluza hieb z niebieskozielonej skóry, 

nowa czapka, nowe r kawice zatkni te pod wła ciwym k tem za lu ny pas hiebu, 

nowe wysokie buty... Przekonanie,  e jestem odpowiednio ubrany, wzmacniało 

mój spokój i zdecydowanie. Rozgl dałem si  spokojnie i pewnie.  

Jak wszystkie sale Królewskiego Domu ta te  była wysoka, czerwona, stara, 

naga, z jakim  sple niałym chłodem w powietrzu, jakby przeci gi wiały nie z 

innych sal, lecz z innych stuleci. Na kominku trzeszczał ogie , ale niewiele było z 

niego po ytku. Ogniska w Karhidzie maj  rozgrzewa  ducha, nie ciało. Era 

mechaniczno-przemysłowej wynalazczo ci trwa tu c najmniej od trzech tysi cy 

lat i w czasie tych trzydziestu stuleci Karhidyjczycy stworzyli znakomite i 

ekonomiczne systemy centralnego ogrzewania wykorzystuj c par , elektryczno  

i inne  ródła, ale nigdy nie zakładaj  ich w swoich domach. Mo e gdyby to 

zrobili, straciliby swoj  fizjologiczn  odporno  na zimno, jak arktyczne ptaki 

trzymane w ogrzewanych namiotach, które po wypuszczeniu odmra aj  sobie 

nogi. Ja byłem ptakiem tropikalnym i marzłem. Inaczej marzłem na ulicy i 

inaczej marzłem w domu, ale byłem stale mniej lub bardziej zmarzni ty. 

background image

 

17 

Chodziłem,  eby si  rozgrza . Oprócz mnie i ognia w długim przedpokoju nie 

było wiele: zydel i stół, na którym stało naczynie z "kamiennymi palcami" i 

zabytkowe radio pi knej roboty z rze bionego drzewa, wykładane ko ci  i 

srebrem. Grało bardzo cicho, podkr ciłem je wi c nieco gło niej, akurat kiedy 

jak  monotonn  recytacj  przerwał Biuletyn Pałacowy. Karhidyjczycy z zasady 

nie lubi  czyta , wol  wiadomo ci i literatur  odbiera  słuchem ni  wzrokiem. 

Ksi ki i odbiorniki telewizyjne s  mniej popularne ni  radio, a gazety s  

nieznane. Przegapiłem poranny biuletyn w domu i teraz słuchałem jednym 

uchem my l c o czym  innym, dopóki kilkakrotne powtórzenie nazwiska 

Estravena nie wyrwało mnie z zadumy. Co to było? Proklamacj  odczytano 

powtórnie.  

"Therem Harth rem ir Estraven, pan na Estre w Ziemi Kermskiej, niniejszym 

zostaje pozbawiony tytułów i miejsca w Zgromadzeniu i rozkazuje mu si  opu ci  

królestwo i wszystkie ziemie Karhidu w ci gu trzech dni. Je eli nie opu ci 

Karhidu w tym terminie lub kiedykolwiek w  yciu spróbuje tu wróci , ma by  

zabity bez s du przez ka dego, kto go spotka.  aden mieszkaniec Karbidu nie 

b dzie z nim rozmawiał i nie udzieli mu schronienia pod swoim dachem ani na 

swojej ziemi pod kar  wi zienia,  aden mieszkaniec Karbidu nie da mu pieni dzy 

lub innych dóbr ani nie spłaci mu długów pod kar  wi zienia i grzywny. Niech 

wszyscy mieszka cy Karbidu wiedz  i głosz ,  e zbrodnia, za któr  Harth rem ir 

Estraven zostaje wygnany, to zbrodnia zdrady, jako  e prywatnie i publicznie, w 

Zgromadzeniu i Pałacu, pod pozorem lojalnej słu by Królowi głosił,  e lud 

Karbidu powinien zrezygnowa  z suwerenno ci i pot gi po to, by jako 

drugorz dny i podporz dkowany naród wej  w skład tak zwanej Unii Narodów, 

w której to sprawie niech wszyscy wiedz  i głosz ,  e taka unia nie istnieje, ale 

jest czystym wymysłem okre lonych zdrajców i spiskowców d

cych do 

osłabienia autorytetu Króla i pa stwa Karbidu w interesie rzeczywistych wrogów 

naszego kraju. Odguyrny tuwa, godzina ósma, Pałac w Erhenrangu, Argaven 

Harge".  

Rozkaz został wydrukowany i rozlepiony na bramach i słupach 

ogłoszeniowych, st d tekst powy szy jest dosłownym tłumaczeniem.  

Pierwszy odruch był bardzo prosty. Wył czyłem radio, jak gdybym chciał 

przerwa  tok obci aj cych mnie zezna  i po pieszyłem do drzwi. Tam si , 

oczywi cie, zatrzymałem. Wróciłem do stołu przy kominku. Nie byłem ju  ani 

spokojny, ani zdecydowany. Korciło mnie,  eby otworzy  moj  walizeczk , 

uruchomi  astrograf i nada  do Hain rozpaczliwe wezwanie o rad . Zdusiłem w 

sobie i ten impuls, jeszcze głupszy od pierwszego. Na szcz cie nie dano mi czasu 

na dalsze pomysły. Otworzyły si  podwójne drzwi na ko cu poczekalni i stan ł w 

nich sekretarz, bokiem,  eby mnie przepu ci . Zaanonsował mnie: - Genry Ai 

(moje imi  brzmi Genly, ale Karhidyjczycy nie wymawiaj  "L") - i zostawił mnie 

w Czerwonej Sali sam na sam z królem Argavenem XV.  

Có  to za ogromne, wysokie i długie pomieszczenie, ta Czerwona Sala w 

Królewskim Domu! Pół kilometra do kominków. Pół kilometra w gór  do 

belkowanego sufitu zawieszonego czerwonymi, zakurzonymi draperiami, a mo e 

zetlałymi ze staro ci sztandarami. Okna s  tylko szczelinami w grubych  cianach, 

background image

 

18 

lampy nieliczne, słabe i wysoko umieszczone. Moje nowe buty stukaj , kiedy 

odbywam półroczn  chyba w drówk   rodkiem sali do króla.  

Argaven stał na niewielkim podwy szeniu przed  rodkowym i najwi kszym z 

trzech kominków. W czerwonawym półmroku przysadzista posta  z 

zarysowuj cym si  brzuchem, bardzo prosta, ciemna i pozbawiona szczegółów 

poza rozbłyskiem pier cienia z piecz ci  królestwa na kciuku.  

Zatrzymałem si  przed podwy szeniem i, jak mnie instruowano, nie 

odzywałem si  i nic nie robiłem.  

- Niech pan podejdzie, panie Ai. Prosz  siada .  

Posłusznie usiadłem w fotelu po prawej stronie głównego kominka. Wszystko 

to miałem prze wiczone. Argaven nie siadał. Stał o kilka kroków ode mnie maj c 

za plecami hucz ce jaskrawe płomienie i wreszcie powiedział:  

- Niech mi pan powie, co ma mi pan do powiedzenia, panie Ai. Podobno jest 

pan posłem.  

Twarz, która zwróciła si  ku mnie, czerwona w blasku ognia i z gł bokimi 

cieniami, była płaska i okrutna jak tutejszy ksi yc, matowordzawy satelita Zimy. 

Argaven był mniej królewski, mniej imponuj cy, ni  wydawał si  z odległo ci 

w ród swojego orszaku. Głos miał wysoki i swoj  zawzi t  głow  szale ca trzymał 

w sposób znamionuj cy jak  groteskow  arogancj .  

- Wasza Królewska Wysoko , to, co miałem do powiedzenia, uleciało mi z 

głowy, gdy przed chwil  dowiedziałem si ,  e pan Estraven popadł w niełask .  

Argaven u miechn ł si  przeci gni tym u miechem wpatruj c mi si  w oczy. 

Potem za miał si  piskliwie jak w ciekła kobieta udaj ca rozbawienie.  

- Do diabła z nim - powiedział. - Pyszałkowaty kr tacz i zdrajca! Był pan u 

niego na kolacji wczoraj wieczorem, prawda? I pewnie opowiadał panu, co to on 

mo e, jak kr ci królem i jak wszystko panu łatwo pójdzie, skoro on ze mn  o 

panu porozmawia. Czy nie tak było, panie Ai?  

Zawahałem si .  

- Powiem panu, co on mówił o panu, je eli to pana interesuje. Radził mi, 

ebym panu odmówił audiencji, trzymał pana w niepewno ci, mo e odesłał pana 

do Orgoreynu albo na Wyspy. Powtarzał mi to od pół miesi ca z wła ciw  sobie 

bezczelno ci . Tymczasem to jego wysłałem do Orgoreynu, cha cha cha! - Znów 

piskliwy, fałszywy  miech, przy którym klasn ł w dłonie. Mi dzy kotarami na 

ko cu podwy szenia natychmiast pojawił si  milcz cy stra nik. Argaven warkn ł 

co  do niego i stra nik znikn ł. Wróciwszy do  miechu Argaven podszedł do mnie 

widruj c mnie wzrokiem. W ciemnych  renicach jego oczu migotały 

pomara czowe ogniki. Budził we mnie znacznie wi kszy l k, ni  przypuszczałem.  

Wobec tych niekonsekwencji nie widziałem przed sob  innej drogi jak 

szczero .  

- Mog  tylko zapyta  Wasz  Wysoko  - powiedziałem - czy mam uwa a ,  e 

wi e si  moj  osob  ze zbrodni  Estravena?  

- Pana? Nie. - Przyjrzał mi si  jeszcze baczniej. - Nie wiem, kim pan do diabła 

jest, panie Ai, dziwol giem seksualnym, sztucznym potworem czy przybyszem z 

Królestwa Pustki, ale wiem,  e nie jest pan zdrajc , był pan tylko narz dziem w 

r ku zdrajcy. Nie karz  narz dzi. Szkodz  tylko w r ku złego rzemie lnika. Dam 

panu jedn  rad . - Argaven powiedział to z dziwnym naciskiem i satysfakcj , i od 

background image

 

19 

razu wtedy pomy lałem sobie,  e od dwóch lat nikt inny nie udzielił mi rady. 

Odpowiadano na moje pytania, ale nikt nigdy nie udzielił mi rady, nawet 

Estraven w okresie, gdy demonstrował najwi ksz  przyja . Musiało si  to 

wi za  z poj ciem szifgrethoru. - Niech pan si  nie pozwoli wykorzystywa , panie 

Ai - mówił król. - Niech pan si  trzyma z dala od wszelkich frakcji. Niech pan 

głosi swoje własne kłamstwa, popełnia swoje własne czyny. I nigdy nikomu nie 

wierzy. Rozumie pan? Nikomu. Niech diabli porw  tego załganego, zimnego 

zdrajc . Wierzyłem mu. Zawiesiłem srebrny ła cuch na jego przekl tej szyi. 

Powinienem go na nim powiesi . Nigdy mu nie dowierzałem. Nigdy. Niech pan nie 

wierzy nikomu. Niech zdechnie z głodu szukaj c resztek w kloakach Misznory, 

niech zgnije za  ycia, nigdy... - Król Argaven zatrz sł si , zakasłał, złapał 

powietrze z rz

cym odgłosem i odwrócił si  do mnie plecami. Kopn ł kłody w 

wielkim ognisku, a  iskry strzeliły mu w twarz, posypały si  na jego włosy i 

czarn  kurt , i musiał je tłumi  otwart  dłoni .  

Nie odwracaj c si  przemówił wysokim, przepojonym bólem głosem:  

- Niech pan mówi, co pan ma do powiedzenia, panie Ai.  

- Czy mog  zada  jedno pytanie, Wasza Wysoko ?  

- Tak. - Kołysał si  na nogach stoj c twarz  do ognia. Musiałem mówi  do 

jego pleców.  

- Czy Wasza Wysoko  wierzy,  e jestem tym, kim mówi ,  e jestem?  

- Estraven kazał mi przysyła  całe góry ta m od lekarzy, którzy pana badali, a 

tak e od mechaników z warsztatów, którzy maj  pa ski pojazd. Wszyscy oni 

mówi ,  e nie jest pan istot  ludzk , a wszyscy nie mog  kłama . I có  z tego?  

- To, Wasza Wysoko ,  e s  inni tacy jak ja. I  e jestem reprezentantem...  

- Tej tam unii, tej władzy, bardzo dobrze. Po co pana tutaj przysłali, chce pan 

pewnie,  ebym o to zapytał? Mo liwe,  e Argaven nie był zdrowy na umy le ani 

szczególnie inteligentny, ale miał długoletnie do wiadczenie w unikach, 

wyzwaniach, retorycznych subtelno ciach stosowanych w rozmowach przez tych 

wszystkich, dla których głównym celem w  yciu jest osi gni cie lub utrzymanie 

szifgrethoru na najwy szym poziomie. Całe strefy tego  wiata były dla mnie 

nadal białymi plamami, ale mogłem zrozumie  atmosfer  współzawodnictwa i 

szukania presti u oraz rodz ce si  z niej nieustanne pojedynki słowne. To,  e nie 

toczyłem z Argavenem pojedynku, a usiłowałem si  z nim porozumie , było samo 

przez si  niezrozumiałe.  

- Nigdy nie robiłem z tego tajemnicy, Wasza Wysoko . Ekumena pragnie 

sojuszu z narodami Gethen.  

- Po co?  

- Korzy ci materialne. Rozszerzenie wiedzy. Wzrost intensywno ci i 

zło ono ci pola rozumnego  ycia. Wzbogacenie harmonii i przysporzenie chwały 

Bogu. Ciekawo . Przygoda. Przyjemno .  

Nie mówiłem j zykiem tych, którzy rz dz  lud mi, królów, zdobywców, 

dyktatorów, generałów. W tym j zyku na jego pytanie nie było odpowiedzi. 

Ponury i nie przekonany, Argaven wpatrywał si  w ogie  kołysz c si  z nogi na 

nog .  

- Jak wielkie jest to królestwo w pustce, ta Ekumena?  

background image

 

20 

- W zasi gu Ekumeny znajduj  si  osiemdziesi t trzy zamieszkane planety, a 

na nich około trzech tysi cy narodów, czyli grup antropotypicznych...  

- Trzy tysi ce? Rozumiem. I niech mi pan teraz powie, dlaczego my, jeden 

naród przeciwko trzem tysi com, mieliby my zadawa  si  ze wszystkimi tymi 

narodami potworów mieszkaj cymi w pustce? - Odwrócił si ,  eby na mnie 

spojrze , bo nadal prowadził pojedynek i zadał retoryczne pytanie, wła ciwie 

zakpił. Ale ten  artobliwy ton był powierzchowny. Król, jak mnie ostrzegł 

Estraven, był zaniepokojony, przestraszony.  

- Trzy tysi ce narodów na osiemdziesi ciu trzech planetach, Wasza Wysoko , 

ale najbli sza oddalona jest od Gethen o siedemna cie lat podró y statkiem, który 

leci prawie z pr dko ci   wiatła. Je eli Wasza Wysoko  obawia si ,  e Gethen 

mog  zagra a  najazdy i inne kłopoty ze strony s siadów, to prosz  pomy le  o 

odległo ciach wchodz cych w gr . W kosmosie najazdy nie s  warte zachodu. Nie 

wspomniałem o wojnie i nie bez kozery, bo w j zyku karhidzkim nie ma takiego 

słowa. - Wymiana natomiast jest opłacalna. Wymiana my li i technik 

dokonywana za pomoc  astrografu. Wymiana towarów i produktów za pomoc  

załogowych i bezzałogowych statków. Wymiana ambasadorów, uczonych i 

kupców, niektórzy z nich mogliby przyby  tutaj, niektórzy wasi mogliby uda  si  

na inne  wiaty. Ekumena nie jest królestwem, lecz tylko, koordynatorem, giełd  

wymiany towarów i wiedzy. Gdyby nie ona, komunikacja mi dzy  wiatami 

człowieka byłaby przypadkowa, a handel wielce ryzykowny.  ycie człowieka jest 

za krótkie w stosunku do podró y mi dzy  wiatami, gdyby nie było 

scentralizowanej sieci, kontroli, ci gło ci. Dlatego  wiaty przyst puj  do 

Ekumeny... Wszyscy jeste my lud mi, Wasza Wysoko . Wszyscy. Wszystkie 

zamieszkane  wiaty zostały zasiedlone niezliczone wieki temu przybyszami z 

jednej planety, Hain. Ró nimy si  od siebie, ale wszyscy jeste my dzie mi tego 

samego ogniska.  

Nic z tego, co mówiłem, nie wzbudziło ciekawo ci króla ani go nie przekonało. 

Mówiłem jeszcze, usiłuj c zasugerowa ,  e jego i Karhidu szifgrethor uległby 

wzmocnieniu, a nie osłabieniu przez zwi zek z Ekumen , ale bez rezultatu. 

Argaven stał ponury jak stara wydra w klatce, przest puj c z nogi na nog  i 

obna aj c z by w bolesnym u miechu. Przestałem mówi .  

- Czy wszyscy s  czarni tak jak pan?  

Gethe czycy s  z reguły  ółtobr zowi albo czerwonobr zowi, ale widziałem 

wielu równie ciemnoskórych jak ja.  

- S  i ciemniejsi - powiedziałem. - Mamy ró ne kolory skóry - i otworzyłem 

walizeczk  (czterokrotnie zrewidowan  przez stra  pałacow , zanim dotarłem do 

Czerwonej Sali); mie ciła mój astrograf i nieco materiału ilustracyjnego. Filmy, 

fotografie, reprodukcje i troch  kostek holograficznych składało si  na mał  

galeri  człowieka: mieszka cy Hain, Chiffewaru, Cete czycy, ludzie z S, Terry i 

Alterry, z Kapteyn, Ollul, Czwartej Taurusa, Rokanan, Ensbo, Cime, Gde i 

Sziszel... Niektóre zwróciły uwag  króla.  

- Co to jest?  

- Osoba z planety Cime, kobieta. - Musiałem u y  słowa, którym Gethe czycy 

okre laj  tylko osob  w kulminacyjnej fazie kemmeru, bo do wyboru miałem 

jeszcze słowo oznaczaj ce samic  zwierz cia.  

background image

 

21 

- Na stałe?  

- Tak.  

Wypu cił z r ki kostk  i stał przest puj c z nogi na nog , patrz c na mnie 

albo tu  nad moj  głow , odblask ognia igrał na jego twarzy.  

- Czy oni wszyscy s  tacy... tacy jak pan?  

To była bariera, której wie mogłem dla nich obni y . Musz  w ko cu nauczy  

si  j  przekracza .  

- Tak. Z tego, co wiemy, fizjologia seksualna Gethe czyków jest unikalna 

w ród istot ludzkich.  

- Zatem wszyscy oni na tych wszystkich planetach s  w nieustannym 

kemmerze? Społecze stwo zbocze ców? Pan Tibe tak twierdził, ale my lałem,  e 

to  arty. Có , mo e to i prawda, ale to odra aj ce, panie Ai, i nie rozumiem, 

dlaczego ludzie tej ziemi mieliby sobie  yczy  albo dopuszcza  jakiekolwiek 

kontakty z takimi odmie cami. Ale pan zapewne chce mi powiedzie ,  e nie mam 

w tej sprawie  adnego wyboru.  

- Wybór w imieniu Karbidu nale y do Waszej Wysoko ci.  

- A je eli panu te  ka  si  st d zabiera ?  

- Có , to wyjad . Mo e spróbuj  jeszcze raz w nast pnym pokoleniu.  

To go ruszyło.  

- Czy jest pan nie miertelny? - rzucił.  

- Nie, Wasza Wysoko . Ale przeskoki czasowe maj  swoje działania uboczne. 

Gdybym wyruszył teraz z Gethen na najbli szy  wiat, Ollul, sp dziłbym 

siedemna cie lat czasu planetarnego w drodze. Przeskoki czasowe s  funkcj  

podró owania z pr dko ci  pod wietln . Gdybym natychmiast wsiadł na statek i 

wrócił, kilka godzin sp dzonych na pokładzie oznaczałoby tutaj trzydzie ci cztery 

lata i mógłbym próbowa  od nowa. - Ale idea przeskoku czasowego sugeruj cego 

pseudonie miertelno , która fascynowała ka dego, kto o niej usłyszał, od rybaka 

z wyspy Horden do kanclerza, na nim nie zrobiła wra enia.  

- Co to jest? - spytał ostrym, przenikliwym głosem.  

- Astrograf, Wasza Wysoko .  

Radio?  

- Astrograf nie wykorzystuje fal radiowych ani  adnej innej formy energii. 

Zasada, na jakiej działa, stała równoczesno ci, jest pod wieloma wzgl dami 

analogiczna do grawitacji... - Znów zapomniałem,  e nie rozmawiam z 

Estravenem, który przeczytał wszystkie raporty na mój temat i słuchał wnikliwie 

i inteligentnie wszystkich moich wyja nie , ale ze znudzonym królem. - Astrograf 

przekazuje wiadomo  w tym samym momencie, w którym została nadana. 

Niezale nie od odległo ci. Jeden punkt musi by  umiejscowiony na planecie o 

okre lonej masie, ale drugi jest ruchomy. To jest wła nie ko cówka. Nastawiłem 

koordynaty na macierzysty  wiat, Hain. Statek kosmiczny leci z Gethen do Hain 

sze dziesi t siedem lat, ale je eli wystukam na tej klawiaturze wiadomo  do 

Hain, zostanie odebrana w tym samym momencie, w którym j  nadaj . Czy jest 

co , co Wasza Wysoko  chciałby przekaza  stabilom na Hain?  

- Nie znam j zyka pustki - odparł król z t pym, zło liwym u miechem.  

- Uprzedziłem ich i maj  w pogotowiu człowieka znaj cego karhidyjski.  

- Jak? W jaki sposób?  

background image

 

22 

- Jak Wasza Wysoko  wie, nie jestem pierwszym obcym przybyszem na 

Gethen. Poprzedził mnie zespół zwiadowców, którzy nie ogłaszali swojej 

obecno ci, ale udaj c Gethe czyków w drowali przez rok po Karhidzie, 

Orgoreynie i Archipelagu. Potem odlecieli i zło yli sprawozdanie Radzie 

Ekumeny przeszło czterdzie ci lat temu, za panowania dziada Waszej Wysoko ci. 

Ich sprawozdanie było wyj tkowo przychylne. Potem przestudiowałem zebrane 

przez nich informacje i zapisane przez nich j zyki i przyleciałem. Czy Wasza 

Wysoko  chciałby zobaczy , jak to urz dzenie działa?  

- Nie lubi  sztuczek, panie Ai.  

- To nie jest sztuczka, Wasza Wysoko . Uczeni Waszej Wysoko ci 

przebadali...  

- Nie jestem uczonym.  

- Wasza Wysoko  jest monarch . Ludzie równi rang  Waszej Wysoko ci na 

macierzystym  wiecie Ekumeny czekaj  na wiadomo  od Waszej Wysoko ci.  

Spojrzał na mnie z w ciekło ci . Usiłuj c pochlebi  mu i wzbudzi  jego 

zainteresowanie wp dziłem go w pułapk  presti ow . Wszystko wychodziło nie 

tak.  

- Bardzo dobrze. Prosz  spyta  swojej maszyny, co czyni człowieka zdrajc .  

Powoli stukałem po klawiszach przerobionych na karhidyjskie znaki. "Król 

Karhidu Argaven zapytuje stabilów na Hain, co czyni człowieka zdrajc ". Litery 

zapłon ły na małym ekranie i zgasły. Argaven zapatrzył si  i przez chwil  

przestał kołysa  si  na nogach.  

Nast piła przerwa, długa przerwa. W odległo ci siedemdziesi ciu dwóch lat 

wietlnych kto  bez w tpienia gor czkowo zasypywał komputer pytaniami w 

kwestii j zyka karhidyjskiego, a mo e i filozofii. Wreszcie ekran zapłon ł jasnymi 

literami, które trwały na nim przez chwil  i powoli zgasły. "Dla króla Karhidu na 

Gethen Argavena pozdrowienia. Nie wiem, co czyni człowieka zdrajc . Trudno to 

stwierdzi , bo nikt nie uwa a si  za zdrajc . Z szacunkiem G.F. Spimolle za 

stabilów w mie cie Sair na Hain, 93/1491/45".  

Wr czyłem królowi ta m  z wydrukowanym tekstem. Rzucił j  na stół, 

podszedł znów do  rodkowego kominka, prawie wszedł do niego i kopn ł płon ce 

kłody, a potem gasił dłoni  iskry na ubraniu.  

- Równie u yteczn  odpowied  mógłbym otrzyma  od pierwszego lepszego 

wieszcza. Odpowiedzi to za mało, panie Ai. Pa skie pudełko, ta machina, te . 

Pa ski statek te . Kilka sztuczek i jeden magik. Chce pan,  ebym panu uwierzył, 

ebym uwierzył pa skim opowie ciom i posłaniom. Tylko dlaczego miałbym 

wierzy  i słucha ? Je eli tam, w ród gwiazd, jest osiemdziesi t tysi cy  wiatów 

zaludnionych zwyrodnialcami, to co z tego? Nie chcemy mie  z nimi nic 

wspólnego. Wybrali my własn  drog  i szli my ni  przez długie wieki. Karhid 

stoi w przededniu nowej epoki, nowego okresu  wietno ci. Pójdziemy dalej nasz  

drog . - Zawahał si , jakby stracił w tek swojego wykładu, zapewne zreszt  nie 

swojego. Je eli Estraven nie był ju  Królewskim Uchem, był nim kto  inny. - I 

je eli ci Ekume czycy chcieliby czego  od nas naprawd , to nie wysłaliby pana w 

pojedynk . To jaki   art, oszustwo. Obcy nadci gn liby tu tysi cami.  

- Nie potrzeba tysi ca ludzi,  eby otworzy  drzwi, Wasza Wysoko .  

- Mog  by  potrzebni,  eby nie pozwoli  ich zamkn .  

background image

 

23 

- Ekumena b dzie czeka , a  Wasza Wysoko  otworzy je sam. Nie b dzie 

niczego wymusza . Wysłano mnie samego i pozostan  tutaj sam,  eby 

uniemo liwi  powstanie jakichkolwiek obaw.  

- Obaw? - powiedział król odwracaj c u miechni t , pokryt  szramami cienia 

twarz. Mówił głosem podniesionym i zaskakuj co wysokim. - Ale  ja si  pana i 

tak boj , panie wysłanniku. Boj  si  tych, którzy pana przysłali. Boj  si  

kłamców, boj  si  magików, a nade wszystko boj  si  gorzkiej prawdy. 1 dzi ki 

temu rz dz  moim krajem dobrze. Bo tylko strach rz du lud mi. Nic innego si  

nie sprawdza. Nic innego nie działa wystarczaj co długo. Pan jest tym, za kogo 

si  pan podaje, a jednak jest pan  artem, oszustwem. W ród gwiazd nie ma nic, 

tylko pustka, strach i ciemno , a pan przybył stamt d w pojedynk ,  eby mnie 

nastraszy . Ale ja jestem ju  przestraszony i jestem królem. Strach jest królem! A 

teraz niech pan zabiera swoje sztuczki i pułapki i idzie sobie. To wszystko. 

Wydałem rozkazy zezwalaj ce panu na pobyt w Karbidzie.  

Tak rozstałem si  z królewskim majestatem. Szedłem stukaj c obcasami po 

niesko czonej czerwonej posadzce w czerwonym półmroku sali audiencyjnej, a  

oddzieliły mnie od niego ostatnie podwójne drzwi.  

Zawiodłem. Zawiodłem całkowicie. Jednak tym, co mnie niepokoiło, kiedy 

opuszczałem Dom Królewski i szedłem przez dziedziniec Pałacu, była nie tyle 

moja kl ska, ile udział w niej Estravena. Dlaczego król wyp dził go za działanie 

na rzecz Ekumeny (to jakby wynikało z tekstu proklamacji), je eli według słów 

samego króla robił co  wr cz przeciwnego? Kiedy zacz ł doradza  królowi,  eby 

nie dawał mi posłuchu, i dlaczego`? Dlaczego on został wygnany, a mnie 

zostawiono w spokoju? Który z nich kłamał bardziej i po co, u diabła, kłamali?  

Estraven,  eby ratowa  własn  skór , uznałem, a król,  eby ratowa  twarz. 

Wyja nienie było gładkie, ale czy Estraven kiedy  rzeczywi cie mnie okłamał? 

Stwierdziłem,  e nie wiem.  

Mijałem Naro ny Czerwony Dom. Brama do ogrodu stała otworem. 

Spojrzałem na białe drzewa serem pochylone nad ciemn  sadzawk , na  cie ki z 

ró owej cegły, puste w łagodnym, szarym  wietle popołudnia. Resztki  niegu 

le ały jeszcze w cieniu głazów przy sadzawce. Pomy lałem o Estravenie, który 

czekał tu na mnie zeszłego wieczoru w padaj cym  niegu, i poczułem przypływ 

zwykłej lito ci dla człowieka, którego jeszcze wczoraj ogl dałem w całej 

wspaniało ci, spoconego pod ci arem paradnego stroju i władzy, człowieka u 

szczytu kariery, pot nego i wspaniałego, a teraz str conego, zdegradowanego, 

przegranego.  piesz cego ku granicy, ze  mierci   cigaj c  go w odst pie trzech 

dni, bez mo liwo ci odezwania si  do kogokolwiek. Kara  mierci jest bardzo 

rzadka w Karhidzie.  ycie na Zimie jest ci kie i ludzie tutaj na ogół 

pozostawiaj   mier  naturze i gniewowi, nie prawu. Zastanawiałem si , jak 

Estraven, z tym wyrokiem za plecami, podró uje. Nie w samochodzie, bo 

wszystkie s  tu własno ci  Pałacu. Czy statek albo łód  l dowa wzi łyby go na 

pokład? Karhidyjczycy podró uj  zazwyczaj pieszo, nie maj  zwierz t 

poci gowych ani pojazdów lataj cych, pogoda utrudnia poruszanie si  pojazdów 

z nap dem mechanicznym przez wi kszo  roku, a oni nie s  lud mi, którym si  

pieszy. Wyobraziłem sobie tego dumnego człowieka id cego na wygnanie krok 

za krokiem, mał  posta  na długiej drodze prowadz cej na zachód, ku zatoce. 

background image

 

24 

Wszystko to kł biło mi si  w głowie, kiedy mijałem bram  Naro nego 

Czerwonego Domu, a jednocze nie snułem gor czkowe spekulacje na temat 

czynów i motywów Estravena i króla. Moje sprawy z nimi były sko czone. 

Poniosłem kl sk . Co dalej?  

Powinienem uda  si  do Orgoreynu, s siada i rywala Karhidu. Tylko skoro 

raz tam pojad , mog  mie  trudno ci z powrotem do Karhidu, a nie sko czyłem 

tu swoich spraw. Musiałem pami ta ,  e całe moje  ycie mo e by  i 

najprawdopodobniej b dzie po wi cone dopełnieniu mojej misji dla Ekumeny. 

Nie ma po piechu. Nie ma powodu,  eby  pieszy  sil do Orgoreynu, póki nie 

dowiem si  czego  wi cej na temat Karhidu, zwłaszcza na temat stanic. Przez dwa 

lata odpowiadałem na pytania, teraz b d  je zadawał. Ale nie w Erhenrangu. 

Zrozumiałem wreszcie,  e Estraven mnie ostrzegał i chocia  mogłem jego 

ostrze eniom nie dowierza , to nie mogłem ich lekcewa y . Wprawdzie nie 

wprost, ale dawał mi do zrozumienia,  e powinienem trzyma  si  z dala od miasta 

i od dworu. Ni z tego, ni z owego przypomniały mi si  z by pana Tibe... Król 

pozwolił mi porusza  si  po kraju, skorzystam wi c z tego. Jak ucz  w szkole 

Ekumeny: "kiedy działanie nie daje korzy ci, zbieraj informacje; kiedy 

informacje nie daj  korzy ci, kład  si  spa ". Nie chciało mi si  jeszcze spa . 

Odwiedz  chyba stanice na wschodzie i zbior  troch  informacji od wieszczów. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

25 

Rozdział 4

 

 

Dzie  dziewi tnasty

 

 

Pan Berosty rem in Ipe przybył do stanicy Thangering,  eby zaofiarowa  

czterdzie ci beryli i połow  rocznego zbioru ze swoich sadów jako cen  za 

przepowiedni , i cena została zaakceptowana. Zadał wówczas Tkaczowi 

Odrenowi pytanie o dzie  swojej  mierci.  

Wieszczowie zebrali si  i wszyscy razem pogr yli si  w ciemno . Kiedy 

wyszli z ciemno ci, Odren ogłosił odpowied : "Umrzesz w dniu odstreth" (tj. w 

dziewi tnastym dniu miesi ca).  

- W jakim miesi cu? Za ile lat? - krzykn ł Berosty, ale kontakt został ju  

zerwany i nie uzyskał odpowiedzi. Wbiegł wówczas do  rodka kr gu, chwycił 

Tkacza Odrena za gardło i krzykn ł,  e je eli nie dostanie odpowiedzi, skr ci mu 

kark. Odci gni to go i przytrzymano, cho  był bardzo silny. Wyrywał si  i 

krzyczał: - Dajcie mi odpowied !  

Odren rzekł:  

- Otrzymałe  odpowied , zapłaciłe  cen , id !  

W ciekły Berosty rem ir Ipe wrócił do Czaruthe, trzeciej domeny swojego 

rodu, ubogiej posiadło ci w północnym Osnorinerze, któr  jeszcze zubo ył,  eby 

opłaci  wyroczni . Tam zamkn ł si  w zamku, na najwy szym pi trze wie y, 

której nie opuszczał ani na siewy, ani na  niwa, ani na kemmer, ani na bitw , i 

tak min ł miesi c, sze , dziesi  miesi cy, a on czekał w swojej wie y jak 

skazaniec i czekał. W dniach onnetherhad i odstreth (osiemnasty i dziewi tnasty 

dzie  ka dego miesi ca) nie jadł, nie pił i nie spał.  

Jego kemmeringiem z miło ci i przez  luby był Herbor z klanu Gegannerów. 

Ten e Herbor przybył w miesi cu grende do stanicy Thangering i powiedział 

Tkaczowi:  

- Chc  zada  wyroczni pytanie.  

- Czym chcesz zapłaci ? - spytał Odren, bo zobaczył,  e pytaj cy jest ubogo 

odziany, jego sanie s  stare i wszystko, co ma, wymaga naprawy.  

- Daj  swoje  ycie - odparł Herbor.  

- Czy nie masz nic innego, panie? - spytał go Odren zwracaj c si  do niego 

tym razem jak do wielkiego pana. Nic, co mógłby  zaofiarowa ?  

- Nie mam nic innego - odpowiedział Herbor - i nie wiem, czy moje  ycie ma 

tu dla was jak  warto .  

- Nie - powiedział Odreon - nie ma  adnej warto ci.  

Wówczas Herbor targany wstydem i miło ci  padł na kolana i zawołał do 

Odrena:  

- Błagam o t  odpowied . Nie chc  jej dla siebie!  

- Dla kogo wi c! - spytał Tkacz.  

- Dla mojego pana i kemmeringa Ashe Berosty odpowiedział Herbor i zalał si  

łzami. - Odk d przybył tutaj i dostał odpowied , która nie była odpowiedzi , nie 

wie, co to miło  ani rado , nie cieszy si  panowaniem. On od tego umrze.  

- To umrze. Na co ma człowiek umrze , jak nie na swoj   mier ? - powiedział 

Tkacz Odren. Ale cierpienie Herbora wzruszyło go i po chwili dodał: - Poszukam 

background image

 

26 

odpowiedzi, o któr  ci chodzi, panie, nie  daj c zapłaty. Ale pami taj,  e 

wszystko ma swoj  cen . Pytaj cy zawsze płaci tyle, ile ma zapłaci .  

Wówczas Herbor przyło ył dłonie Odrena do swoich oczu na znak 

wdzi czno ci i przyst piono do wró by. Wieszczowie zebrali si  i zeszli w 

ciemno . Herbor wszedł mi dzy nich i zadał pytanie: - Jak długo b dzie  ył Asze 

Berosty nem ir Ipe? - Herbor my lał,  e uzyska ilo  dni lub lat i w ten sposób 

uspokoi serce swojego ukochanego. Wieszczowie szukali w ciemno ci i wreszcie 

Odren krzykn ł w wielkim bólu, jakby go przypiekano ogniem: - Dłu ej ni  

Herbor z Gegannerów!  

Nie była to odpowied , na jak  Herbor liczył, ale była to odpowied , jak  

dostał, i maj c cierpliwe serce wrócił z ni  przez  niegi grende do domu w 

Czaruthe. Przybył do domeny, potem do zamku i wbiegł na wie , gdzie nastał 

swojego kemmeringa Berosty siedz cego bez ruchu i bez wyrazu przy 

dogasaj cym ogniu, z r kami opartymi na stole z czerwonego kamienia i z nisko 

zwieszon  głow .  

- Asze - powiedział Herbor - byłem w stanicy Thangering i otrzymałem od 

wieszczów odpowied . Spytałem, jak długo b dziesz  ył, i odpowiedzieli: "Berosty 

b dzie  ył dłu ej ni  Herbor".  

Berosty podniósł wolno głow , jakby mu zardzewiały zawiasy w karku i 

odezwał si :  

- Czy spytałe  ich, kiedy umr ?  

- Spytałem, jak długo b dziesz  ył.  

- Jak długo? Głupcze! Miałe  prawo zada  wyroczni pytanie i nie spytałe , 

kiedy umr , którego dnia, miesi ca, roku, ile mi zostało dni, tylko spytałe , jak 

długo? Ty głupcze, ty sko czony głupcze, dłu ej ni  ty, tak, dłu ej ni  ty!  

Berosty porwał du y stół z czerwonego kamienia, jakby to był kawałek 

blachy, i spu cił go na głow  Herbom. Herbor upadł przywalony ci arem. 

Berosty stał przez chwil  oniemiały. Potem uniósł stół i zobaczył,  e roztrzaskał 

Herborowi czaszk . Wtedy odstawił kamienny stół na miejsce, a sam poło ył si  

obok zabitego i otoczył go ramieniem, jakby byli w kemmerze i nic si  nie stało. 

Tak znale li ich ludzie z Czaruthe, kiedy wreszcie wywa yli drzwi do pokoju w 

wie y. Berosty oszalał i trzeba go było trzyma  w zamkni ciu, bo stale szukał 

Herbora uwa aj c,  e ten jest gdzie  w domenie. Tak  ył przez miesi c, a  

powiesił si  w dniu odstreth, dziewi tnastym dniu miesi ca thern. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

27 

Rozdział 5

 

 

Oswajanie przeczucia

 

 

Moja gospodyni, osoba usłu na, zorganizowała mi podró  na wschód.  

- Je eli kto  chce odwiedzi  stanice, musi przeby  góry Kargav i uda  si  do 

Starego Karhidu, do Rer, dawnej stolicy. Tak si  składa,  e mój brat z ogniska, 

który prowadzi karawany łodzi l dowych przez przeł cz Eskar, nie dalej jak 

wczoraj mówił mi przy kubku orszu,  e tego lata wyrusz  na pierwsz  wypraw  

w dniu getheny osme, bo wiosna jest wyj tkowo ciepła, droga jest ju  przyjezdna 

do Engohar i za kilka dni pługi utoruj  drog  przez przeł cz. Ja tam za nic nie 

wybrałbym si  przez Kargav, wol  Erhenrang i dach nad głow . Ale ja jestem 

jomeszt , niech b dzie pochwalonych dziewi ciuset stra ników tronu i niech 

b dzie błogosławione mleko Mesze, a jomeszt  mo na by  wsz dzie. My jeste my 

ludzie nowi, nasz Pan Mesze narodził si  dwa tysi ce dwie cie dwa lata temu, a 

Stara Droga, handdara, jest o dziesi  tysi cy lat starsza. Kto szuka Starej Drogi, 

musi i  do Starego Kraju. Niech pan posłucha, panie Ai, b d  zawsze mie  dla 

pana pokój na tej wyspie, ale my l ,  e m drze pan robi wyje d aj c na jaki  

czas z Erhenrangu, bo wszyscy wiedz ,  e ten zdrajca bardzo si  obnosił z pa sk  

przyja ni . Teraz, kiedy Królewskim Uchem jest stary Tibe, wszystko znów 

pójdzie dobrze. Tego mojego brata znajdzie pan w Nowym Porcie i jak mu pan 

powie,  e ja pana przysyłam...  

I tak dalej. Był, jak wspomniałem, usłu ny i od kiedy odkrył,  e nie mam 

szifgrethoru, przy ka dej okazji zasypywał mnie radami, cho  maskował je 

ró nymi "je eli" i "gdyby". Był administratorem mojej wyspy. My lałem o nim 

zawsze jako o gospodyni z powodu poka nego zadka, którym kr cił chodz c, a 

tak e z powodu mi kkiej nalanej twarzy i w cibskiego, niezno nego, ale dobrego 

charakteru. Był dla mnie dobry i jednocze nie podczas mojej nieobecno ci 

pokazywał mój pokój za niewielk  opłat  poszukiwaczom sensacji: Zobaczcie 

pokój tajemniczego wysłannika! Był tak kobiecy w wygl dzie i zachowaniu,  e 

kiedy  spytałem go, ile ma dzieci, tak jakbym pytał matk . Spochmurniał. 

Okazało si ,  e nie urodził ani jednego, za to spłodził sporo. Był to jeden z tych 

małych wstrz sów, jakich doznawałem na ka dym kroku. Szok kulturowy był 

niczym w porównaniu z szokiem biologicznym, którego doznawałem jako osobnik 

płci m skiej w ród istot ludzkich, b d cych przez pi  szóstych czasu 

hermafrodytycznymi eunuchami.  

Biuletyny radiowe pełne były wiadomo ci na temat nowego premiera, 

Pemmera Harge rem ir Tibe'a. Wiele tych wiadomo ci dotyczyło spraw doliny 

Sinoth na północy kraju. Tibe widocznie zamierzał nasili  roszczenia Karhidu w 

tym regionie: typowa akcja, która na ka dej innej planecie w tym stadium 

rozwoju prowadziłaby do wojny. Ale na Gethen nic nie prowadziło do wojny. 

Spory, morderstwa, walki feudalne, zajazdy, wendety, zamachy, tortury i 

nienawi  - wszystko to mie ciło si  w repertuarze ich ludzkich dokona , ale 

wojen nie :prowadzili. Brakowało im jakby zdolno ci do mobilizowania si . 

Zachowywali si  pod tym wzgl dem jak zwierz ta. Albo jak kobiety. Nie tak jak 

m czy ni albo mrówki. W ka dym razie nigdy dot d tego nie zrobili. To, co 

background image

 

28 

wiedziałem na temat Orgoreynu, sugerowało kształtowanie si  od pi ciu lub 

sze ciu stuleci społecze stwa coraz bardziej zdolnego do mobilizacji, 

prawdziwego pa stwa narodowego. Współzawodnictwo presti owe, jak na razie 

głównie ekonomiczne, mogło zmusi  Karhid do pój cia w  lady wi kszego 

s siada, do stania si  narodem, a nie kłótni  rodzinn , jak powiedział Estraven, 

do odkrycia, jak to równie  uj ł Estraven, patriotyzmu. Gdyby tak si  stało, 

Gethe czycy mieliby wielk  szans  na osi gni cie stanu niezb dnego do wojny.  

Miałem zamiar uda  si  do Orgoreynu,  eby si  przekona , czy moje 

podejrzenia co do tego kraju s  słuszne, ale przedtem chciałem sko czy  z 

Karhidem, sprzedałem wi c na ulicy Eng nast pny rubin jubilerowi ze szram  na 

twarzy - i bez baga u, ale z pieni dzmi, astrografem, kilkoma przyrz dami i 

ubraniem na zmian  wyruszyłem w pierwszym dniu pierwszego letniego miesi ca 

jako pasa er z karawan  handlow .  

Łodzie l dowe wyruszyły o  wicie ze smaganych wichrem doków 

załadunkowych Nowego Portu. Przejechawszy pod Łukiem skr ciły na wschód, 

dwadzie cia wielkich, cichych pojazdów przypominaj cych barki na g sienicach 

posuwało si  jeden za drugim gł bokimi ulicami Erhenrangu w porannym 

półmroku. Wiozły skrzynie soczewek, szpule ta m d wi kowych, drutu 

miedzianego i platynowego, bele materiałów tkanych z włókna ro linnego 

zbieranego na Wy ynie Zachodniej, worki suszonych płatków rybnych znad 

zatoki, skrzynki ło ysk tocznych i innych cz ci zamiennych do maszyn, a dziesi  

łodzi było załadowanych ziarnem kadik z Orgoreynu. Wszystko przeznaczone do 

Burzliwego Pogranicza Pering, północno - wschodniego kra ca kraju. Cały 

transport na Wielkim Kontynencie odbywa si  za pomoc  tych elektrycznych 

pojazdów, które tam, gdzie to jest tylko mo liwe, przewo one s  rzecznymi 

barkami. W miesi cach gł bokich  niegów jedynym  rodkiem transportu poza 

nartami i ci gnionymi przez ludzi sankami s  powolne pługi  nie ne, sanie 

elektryczne i niepewne łodzie lodowe na zamarzni tych rzekach. Podczas odwil y 

nie mo na polega  na  adnych  rodkach transportu i dlatego wi kszo  towarów 

przewozi si  pospiesznie w miesi cach letnich. Na drogach wówczas roi si  od 

karawan. Ruch podlega kontroli, ka dy pojazd lub karawana ma obowi zek 

utrzymywa  stały kontakt radiowy z posterunkach drogach. Wszystko to, cho  w 

tłoku, posuwa si  ze  redni  pr dko ci  trzydziestu pi ciu kilometrów na godzin . 

Gethe czycy mogliby budowa  szybsze pojazdy, ale tego nie robi . Zapytani 

dlaczego, odpowiadaj : "Po co?" Tak jak ziemianie zapytani, dlaczego ich 

pojazdy musz  je dzi  tak szybko, odpowiedzieliby: "A dlaczego nie?" Co kto 

lubi. Ziemianie uwa aj ,  e nale y stale posuwa  si  do przodu, działa  na rzecz 

post pu. Dla ludzi Zimy, którzy zawsze  yj  w roku pierwszym, post p jest mniej 

wa ny ni  tera niejszo . Ja byłem ziemianinem i przy wyje dzie z Erhenrangu 

denerwowało mnie leniwe tempo karawany. Miałem ochot  wysi

 i biec przed 

siebie. Cieszyło mnie to,  e wydostałem si  z tych długich kamiennych ulic 

przytłoczonych czarnymi, stromymi dachami i niezliczonymi wie ami, z tego 

ponurego miasta, w którym strach i zdrada przekre liły moje nadzieje.  

Wspinaj c si  na podgórze Kargavu karawana robiła krótkie, ale cz ste 

postoje na posiłki w przydro nych zajazdach. Po południu po raz pierwszy 

ujrzeli my ze szczytu wzgórza pełn  panoram  gór. Zobaczyli my Kostor, który 

background image

 

29 

ma siedem i pół kilometra od stóp do szczytu. Olbrzymi masyw jego zachodniego 

zbocza krył poło one na północ od niego szczyty, a niektóre z nich si gały 

dziesi ciu tysi cy metrów. Na południe od Kostoru na tle bezbarwnego nieba 

wznosił si  szczyt za szczytem. Naliczyłem trzyna cie, ostatni był nieokre lonym 

błyskiem we mgle daleko na południu. Kierowca wymienił mi ich nazwy i 

opowiedział mi o lawinach, o łodziach l dowych zmiatanych z dróg przez górskie 

wichry, o załogach pługów  nie nych uwi zionych tygodniami na niedost pnych 

wysoko ciach, i tak dalej, wszystko z czystej przyja ni,  eby mnie przestraszy . 

Opisał mi, jak jad cy przed nim pojazd wpadł w po lizg i stoczył si  w przepa  

gł boko ci przeszło trzystu metrów. Najdziwniejsze było to, mówił, jak powoli 

spadał. Zdawało si ,  e płyn ł w powietrzu przez całe popołudnie i kierowca, jak 

twierdził, odczuł ulg , kiedy wreszcie znikn ł bez d wi ku w 

kilkunastometrowym  niegu na dnie.  

O trzeciej godzinie zatrzymali my si  na obiad w du ym, bogatym zaje dzie z 

wielkimi, hucz cymi ogniem kominkami i z rozległym belkowanym sufitem, ze 

stołami zastawionymi dobrym jedzeniem, ale nie zatrzymali my si  tam na noc. 

Nasza karawana  pieszyła (w karhidyjskim tego słowa znaczeniu) dzie  i noc, 

eby przed innymi przyby  do Pering i zgarn   mietank  z tamtejszego rynku. 

Wymieniono akumulatory łodzi, nast piła zmiana kierowców i ruszyli my dalej. 

Jeden z pojazdów w karawanie słu ył za wagon sypialny, ale tylko dla kierowców. 

Dla pasa erów nie było łó ek. Sp dziłem t  noc w zimnej kabinie na twardym 

siedzeniu z jedn  tylko przerw , koło północy, na kolacj  w małym zaje dzie 

wysoko w górach. Karhid nie jest krajem dla ludzi rozmiłowanych w wygodach. 

O  wicie przekonałem si ,  e zostawili my za sob  wszystko prócz skał, lodu, 

wiatła i w skiej drogi pod naszymi g sienicami, prowadz cej cały czas pod gór . 

Trz s c si  z zimna pomy lałem,  e s  rzeczy wa niejsze ni  wygody, chyba  e si  

jest star  kobiet  albo kotem.  

W ród tych budz cych groz   nie no - granitowych zboczy nie było ju  

zajazdów. W porach posiłków łodzie l dowe zatrzymywały si  cicho jedna za 

drug  na trzydziestostopniowej  nie nej pochyło ci, wszyscy wysiadali z kabin i 

zbierali si  wokół wozu sypialnego, z którego wydawano talerze gor cej zupy, 

kostki suszonych chlebowych jabłek i gorzkie piwo w kubkach. Stali my 

przytupuj c na  niegu, jedz c i pij c łapczywie, zwróceni plecami do 

przenikliwego wiatru nios cego połyskliwy  nie ny pył. Potem z powrotem' do 

łodzi i dalej w gór . W południe na przeł czy Wehoth na wysoko ci około 

czterech i pół kilometra było przeszło czterdzie ci stopni ciepła w sło cu i grubo 

poni ej zera w cieniu. Silniki elektryczne pracowały tak cicho,  e słyszało si  

lawiny schodz ce z pot nych granitowych zboczy odległych o trzydzie ci 

kilometrów.  

Pó nym popołudniem pokonali my najwy szy szczyt podró y. Spojrzawszy w 

gór  na południowe zbocze Kostoru, po którym pełzli my jak mrówki przez cały 

dzie , ujrzałem kilkaset metrów powy ej drogi dziwn  grup  skał, co  na kształt 

zamku.  

- Widzi pan stanic ? - spytał kierowca.  

- Czy to budynek?  

- To stanica Ariskostor.  

background image

 

30 

- Przecie  tutaj nie mo na  y .  

- O, Starzy Ludzie mog . Je dziłem kiedy  w karawanie, która im dowoziła 

ywno  z Erhenrangu pó nym latem. Oczywi cie nie wychodz  na zewn trz 

przez dziesi  czy jedena cie miesi cy w roku, ale im to nie przeszkadza. Jest ich 

tam siedmiu albo o miu.  

Spojrzałem na skarpy litej skały, tak samotne w bezmiernej samotno ci gór, i 

nie mogłem uwierzy  kierowcy, ale zawiesiłem swoje niedowierzanie. Je eli jakie  

istoty ludzkie mogły w ogóle prze y  w takim lodowym gnie dzie, to tylko 

Karhidyjczycy.  

Droga w dół wiła si  szerokimi zakosami z północy na południe nad skrajami 

przepa ci, bo wschodni stok Kargavu jest bardziej stromy ni  zachodni i schodzi 

ku równinie wielkimi uskokami. O zachodzie zobaczyli my sznur małych kropek 

pełzn cych przez ogromny biały cie  przeszło dwa kilometry pod nami. Była to 

karawana, która opu ciła Erhenrang dzie  wcze niej. Pod koniec nast pnego 

dnia osi gn li my to samo miejsce i pełzli my po  nie nym zboczu ostro nie, 

boj c si  kichn ,  eby nie spowodowa  lawiny. Stamt d ujrzeli my na chwil , 

daleko w dole i na wschód od nas, niewyra ne zarysy rozległej krainy 

przesłoni tej chmurami i cieniami chmur, poprzecinanej srebrem rzek - Równiny 

Rer.  

O zmierzchu czwartego dnia, licz c od wyjazdu z Erhenrangu, dotarli my do 

Rer. Te dwa miasta dzieli prawie tysi c pi set kilometrów,  ciana wysoko ci 

kilku kilometrów i dwa do trzech tysi cy lat. Karawana zatrzymała si  przed 

bram  Zachodni , gdzie musiała przenie  si  na barki i popłyn  kanałem. 

adna łód  l dowa kani samochód nie mog  wjecha  do Rer, gdy  zostało ono 

zbudowane, kiedy Karhidyjczycy nie u ywali jeszcze pojazdów mechanicznych, a 

przecie  u ywaj  ich od przeszło dwudziestu stuleci. W Rer nie ma ulic. S  kryte 

przej cia - tunele, którymi w lecie mo na chodzi  gór  lub dołem, zale nie od 

upodobania. Domy, wyspy i ogniska wznosz  si  bez ładu i składu tworz c 

chaotyczny, oszałamiaj cy labirynt, który nagle wie czy (jak cz sto zdarza si  z 

anarchi  w Karhidzie) co  wspaniałego: krwawoczerwone, pozbawione okien 

wielkie wie e pałacu Un. Wie e te, wzniesione przed siedemnastoma stuleciami, 

stanowiły siedzib  królów Karbidu przez tysi clecie, póki Argaven Harge, 

pierwszy ze swojej dynastii, nie przekroczył Kargavu i nie zasiedlił wielkiej 

doliny na Zachodniej Wy ynie. Wszystkie budynki w Rer s  fantastycznie 

masywne, gł boko osadzone w gruncie, zabezpieczone przed mrozem i wod . 

Zim  wiatry z równin mog  nie dopuszcza  do gromadzenia si   niegu, ale kiedy 

przychodz  zamiecie, ulic si  nie oczyszcza, bo ulic nie ma. Korzysta si  z 

kamiennych przej  albo przekopuje si  tymczasowe tunele w zaspach. Wówczas 

tylko dachy wznosz  si  ze  niegu, a drzwi zimowe umieszczone s  pod okapami 

albo w samych dachach, jak facjaty. Odwil  jest najci sz  por  na tej równinie 

wielu rzek. Tunele zmieniaj  si  wówczas w kanały burzowe, a przestrzenie 

mi dzy domami - w kanały i jeziora, po których mieszka cy miasta pływaj  

łodziami odpychaj c drobne kry wiosłami. ł zawsze ponad kurzem lata, 

labiryntem za nie onych dachów w zimie i wiosennym potopem wznosz  si  

czerwone wie e, puste, niezniszczalne serce miasta.  

background image

 

31 

Zamieszkałem w ponurym i drogim zaje dzie, który przycupn ł w cieniu 

wie . Wstałem o  wicie po  le przespanej nocy, zapłaciłem zdziercy za łó ko, 

niadanie oraz m tne wskazówki co do drogi i wyruszyłem pieszo w poszukiwaniu 

Otherhordu, pradawnej stanicy w pobli u Rer. Zabł dziłem po przej ciu 

pi dziesi ciu metrów. Uwa aj c,  eby mie  wie e za plecami i ogromny biały 

masyw Kargavu po prawej, wydostałem si  z miasta w kierunku południowym, a 

spotkane na drodze chłopskie dziecko powiedziało mi, gdzie mam skr ci  do 

Otherhordu.  

Dotarłem tam w południe. To znaczy dotarłem dok d  w południe, ale nie 

byłem pewien, gdzie jestem. Był to w zasadzie las, ale jeszcze staranniej 

utrzymany ni  wi kszo  lasów w tym kraju troskliwych le ników.  cie ka 

prowadziła stokiem wzgórza prosto mi dzy drzewa. Po chwili dostrzegłem na 

prawo od  cie ki drewnian  chat , a zaraz potem spory drewniany budynek, 

nieco dalej w lewo od  cie ki, i doleciał mnie smakowity zapach sma onej  wie ej 

ryby.  

Zwolniłem kroku nie wiedz c, jak wyznawcy handdary odnosz  si  do 

turystów. Wiedziałem o nich, prawd  mówi c, bardzo mało. Handlara jest religi  

bez instytucji, bez kapłanów, bez hierarchii, bez  lubów, bez dogmatów. Dot d 

nie umiem powiedzie , czy jest w niej Bóg. Jest nieuchwytna, jest zawsze czym  

innym. Jej jedynym materialnym przejawem s  stanice, w których mo na si  

schroni  na jedn  noc albo na całe  ycie. Nie goniłbym za tym dziwnie ulotnym 

kultem po jego trudno dost pnych sanktuariach, gdyby nie intrygowało mnie 

pytanie, na które nie znale li odpowiedzi zwiadowcy. Kim s  wieszczowie i co oni 

wła ciwie robi '? Przebywałem ju  w Karhidzie dłu ej ni  zwiadowcy i w tpiłem, 

eby w opowie ciach o wieszczach i o ich przepowiedniach rzeczywi cie kryła si  

jaka  prawda. Legendy o przepowiedniach s  wspólne wszystkim  wiatom 

zamieszkanym przez człowieka. Mówi  bogowie, mówi  duchy, mówi  

komputery. Wieloznaczno  wyroczni i statystyczne prawdopodobie stwo 

umo liwiaj  wiar , a wiara pozwala przymkn  oko na nie cisło ci. Mimo to 

legendy zasługiwały na zbadanie. Nie zdołałem jak dot d przekona  ani jednego 

Karhidyjczyka o istnieniu telepatii. Nie chcieli wierzy , dopóki tego nie 

"zobacz ": zupełnie tak jak ja w sprawie wieszczów.  

Posuwaj c si   cie k  u wiadomiłem sobie,  e w lesie na stoku rozrzucone jest 

całe miasteczko, równie chaotyczne jak Rer, ale ciche, ukryte, spokojne. Nad 

wszystkimi dachami i  cie kami zwieszały si  gał zie hemmenów, 

najpopularniejszych na planecie rozło ystych drzew iglastych o grubych 

jasnofioletowych igłach. Igły te pokrywały rozwidlaj ce si   cie ki, wiatr niósł 

zapach pyłku hemmenów i wszystkie domy zbudowane były z ich ciemnego 

drewna. Długo zastanawiałem si , do których drzwi zapuka , kiedy jaki  człowiek 

wyszedł mi naprzeciw z cienia drzew i powitał mnie uprzejmie.  

- Czy szukasz mo e schronienia?  

- Przychodz  z pytaniem do wieszczów. - Postanowiłem, na pocz tku 

przynajmniej, uchodzi  za Karhidyjczyka. Podobnie jak zwiadowcy, nigdy nie 

miałem z tym kłopotów, je eli tylko chciałem. W ród licznych karhidyjskich 

dialektów mój akcent przechodził nie zauwa ony, a moje anomalie seksualne były 

ukryte pod grub  odzie . Nie miałem bujnej strzechy włosów ani opuszczonych 

background image

 

32 

k cików oczu typowego Gethe czyka, byłem te  ciemniejszy i wy szy ni  

wi kszo  z nich, ale nie wykraczałem poza granice spotykanych odmian. Mój 

zarost został na stałe zlikwidowany przed wyjazdem z Ollul (wówczas nie 

wiedzieli my jeszcze o "pokrytych sier ci " plemionach z Perunteru, owłosionych 

nie tylko na twarzy, ale na całym ciele, jak biali ziemianie). Czasami pytano mnie, 

kiedy sobie złamałem nos. Mój nos jest płaski, podczas gdy Gethe czycy maj  

nosy wydatne i w skie, z długimi kanałami dostosowanymi do oddychania 

mro nym powietrzem. Człowiek, który powitał mnie na  cie ce w Otherhordzie, 

spojrzał na mój nos z umiarkowanym zainteresowaniem i powiedział:  

- Wobec tego pewnie zechcesz porozmawia  z Tkaczem? Jest na tamtej 

polanie, je eli nie poszedł ju  z saniami. A mo e wolisz najpierw pomówi  z 

którym  z celibantów?  

- Sam nie wiem. Jestem wyj tkowym ignorantem... Młody człowiek roze miał 

si  i skłonił.  

- To dla mnie zaszczyt! - powiedział. - Mieszkam tu od trzech lat, ale nie 

zgromadziłem jeszcze tyle ignorancji,  eby było o czym wspomina . - Był wielce 

rozbawiony, ale zachowywał si  uprzejmie, przywoławszy wi c na pami  ró ne 

przypadkowe fragmenty nauki handdary u wiadomiłem sobie,  e 

zaprezentowałem si  jako samochwał, zupełnie tak, jakbym. przyszedł do niego i 

powiedział,  e jestem wyj tkowo pi kny...  

- Chciałem powiedzie ,  e nie wiem nic na temat wieszczów...  

- Godne zazdro ci - powiedział młody mnich.  eby dok d  doj , musimy 

zbruka  czysty  nieg  ladami stóp. Czy mog  wskaza  ci drog  do polany? 

Nazywam si  Goss.  

Było to imi .  

- Genry - powiedziałem rezygnuj c ze swojego "1". Wszedłem za Gossem w 

chłodny cie  lasu. W ska  cie ka cz sto zmieniała kierunek, wspinaj c si  na 

zbocze i znów schodz c w dół. Co jaki  czas przy  cie ce albo gł biej w ród 

pot nych pni hemmenów stały małe chatki w kolorze lasu. Wszystko było 

czerwone i br zowe, wilgotne, nieruchome,  ywiczne, mroczne. Z jednej chatki 

dobiegał nas cichy, słodki  wiergot karhidyjskiego fletu. Goss szedł kilka metrów 

przede mn  lekkim, szybkim krokiem, z jakim  dziewcz cym wdzi kiem. Nagle 

jego biała koszula zal niła i wyszedłem w  lad za nim z cienia w pełne sło ce na 

rozległej zielonej polanie.  

Dwadzie cia metrów od nas stała jaka  posta , prosta, nieruchoma, wyra nie 

odcinaj ca si  od tła, jej czerwony hieb i biała koszula były jak intarsja w 

jaskrawej emalii na tle zieleni wysokiej trawy. Jakie  sto metrów za ni  druga 

figura, granatowo - biała. Ta druga ani razu nie drgn ła ani nie spojrzała w nasz  

stron  podczas całej naszej rozmowy z pierwsz . Były pogr one w handdarskiej 

praktyce obecno ci, która jest rodzajem transu (handdarata, wyznawcy 

handdary, lubuj cy si  w przeczeniach, nazywaj  to nietransem) prowadz cym 

do zatraty poczucia własnego ja (do odnalezienia prawdziwego ja?) przez skrajne 

wyostrzenie zmysłów i  wiadomo ci. Chocia  technika ta stanowi dokładne 

przeciwie stwo wi kszo ci technik mistycznych, jest zapewne dyscyplin  

mistyczn , zmierzaj c  do do wiadczenia immanencji - ale klasyfikacja 

jakichkolwiek praktyk handdary przekracza moje mo liwo ci. Goss przemówił 

background image

 

33 

do osobnika w czerwieni. Kiedy ten wyzwolił si  ze swojego intensywnego 

bezruchu, spojrzał na nas i zbli ył si  wolnym krokiem, odczułem jaki  nabo ny 

l k. W tym południowym sło cu  wiecił swoim własnym blaskiem.  

Był mojego wzrostu, szczupły, miał jasn , otwart  i pi kn  twarz. Kiedy nasze 

oczy zetkn ły si , odczułem nagły impuls do nawi zania kontaktu telepatycznego, 

zastosowania my lomowy, której nie u ywałem od dnia l dowania na Zimie i 

której na razie u ywa  nie powinienem. Ale impuls był silniejszy ni  hamulce. 

Przemówiłem. Odpowiedzi nie było. Kontakt nie nast pił. Przygl dał mi si . Po 

chwili u miechn ł si  i powiedział łagodnym, do  wysokim głosem:  

- Jeste  wysłannikiem, prawda?  

Zaj kn wszy si  przyznałem,  e tak.  

- Nazywam si  Faxe. Go ci  ci  to dla nas zaszczyt. Czy zatrzymasz si  w 

Otherhordzie na jaki  czas?  

- Bardzo ch tnie. Pragn  dowiedzie  si  czego  o waszej sztuce wieszczenia. I 

je eli jest co , co wam mog  w zamian powiedzie  o tym, kim jestem i sk d 

przybywam...  

- Cokolwiek zechcesz - powiedział Faxe z pogodnym u miechem. - To bardzo 

miło,  e pokonałe  Ocean Kosmosu, a potem jeszcze odbyłe  drog  przez Kargav, 

eby nas tu odwiedzi .  

- Chciałem odwiedzi  Otherhord dla sławy waszych przepowiedni.  

- Pewnie zatem chcesz zobaczy , jak to robimy. A mo e masz własne pytanie?  

Jego czyste spojrzenie zmusiło mnie do powiedzenia prawdy.  

- Sam nie wiem - przyznałem.  

- Nusuth - powiedział. - Niewa ne. Mo e kiedy pob dziesz tu troch , dowiesz 

si , czy masz pytanie, czy nie... Musisz wiedzie ,  e wieszczowie mog  si  spotyka  

tylko w okre lone dni, tak wi c musisz u nas troch  pomieszka .  

Zrobiłem tak i były to bardzo przyjemne dni. Panowała tu pełna swoboda 

poza pracami gospodarskimi, jak roboty w polu i ogrodzie, r banie drzewa i 

naprawy, do których go cie tacy jak ja byli przyzywani przez grup  najbardziej 

potrzebuj c  r k do pracy. Gdyby nie to, cały dzie  mo na by sp dzi  bez 

jednego słowa. Rozmawiałem prawie wył cznie z młodym Gossem i Tkaczem 

Faxe, którego niezwykły charakter, kryształowy i niezgł biony niczym studnia 

pełna czystej wody, był kwintesencj  tego miejsca. Czasem wieczorami odbywały 

si  spotkania wokół ognia w jednej z niskich, ukrytych w ród drzew chat. Była 

rozmowa, piwo, nieraz i muzyka, pełna wigoru karhidyjska muzyka, prosta 

melodycznie, ale skomplikowana rytmicznie, zawsze grana ex tempore. Którego  

wieczoru ta czyli dwaj mieszka cy stanicy, tak starzy,  e włosy ich pobielały, 

ciała wychudły, a sko ne fałdy skóry do połowy zasłaniały ich ciemne oczy. Ich 

taniec był powolny, precyzyjny, kontrolowany, fascynuj cy dla oka i umysłu. 

Zacz li ta czy  w trzeciej godzinie po kolacji. Muzykanci wł czali si  do gry i 

wychodzili według uznania, wszyscy z wyj tkiem b bnisty, który ani na chwil  

nie przestawał wybija  subtelnego, zmiennego rytmu. Dwaj starcy ta czyli nadal 

o szóstej godzinie, czyli o północy, po pi ciu ziemskich godzinach. Po raz pierwszy 

byłem  wiadkiem fenomenu dothe -  wiadomego wykorzystania tego, co my 

nazywamy "histeryczn  sił " - i odt d byłem bardziej skłonny wierzy  w 

opowie ci o Starych Ludziach handdary.  

background image

 

34 

Było to  ycie zwrócone do wewn trz, samowystarczalne, nieruchome, 

pogr one w tej szczególnej "ignorancji" tak cenionej przez wyznawców 

handdary i podporz dkowane zasadzie niedziałania i nieinterwencji. Zasada ta 

(wyra ona w słowie nusuth, które musz  przetłumaczy  jako "niewa ne") 

stanowi serce kultu i nie mam zamiaru udawa ,  e j  rozumiem. Ale sp dziwszy 

pół miesi ca w Otherhordzie, zacz łem rozumie  Karhid lepiej. Za fasad  

polityki, parad i pasji tego kraju kryje si  pradawny mrok, bierny, 

anarchistyczny, cichy i płodny mrok handdary.  

A z tej ciszy i ciemno ci w nie wyja niony sposób rozlega si  głos wyroczni.  

Młody Goss, którego bawiła rola mojego przewodnika, powiedział mi,  e moje 

pytanie do wieszczów mo e dotyczy  wszystkiego i by  dowolnie sformułowane.  

- Im  ci lej sformułowane pytanie, tym dokładniejsza odpowied  - mówił. 

Niejasno  rodzi niejasno . A na niektóre pytania nie ma, oczywi cie, 

odpowiedzi.  

- Co by si  stało, gdybym zadał wła nie takie? spytałem. Podobne 

zastrze enia, cho  brzmiały m drze, nie były przecie  niczym nowym. Jednak 

otrzymałem odpowied , jakiej nie przewidziałem.  

- Tkacz nie przyjmie pytania. Pytanie bez odpowiedzi mo e zniszczy  kr g 

wieszczów.  

- Zniszczy ?  

- Czy znasz histori  pana z Szorth, który zmusił wieszczów ze stanicy Asen do 

odpowiedzi na pytanie: "Jaki jest sens  ycia?" Zdarzyło si  to dwa tysi ce lat 

temu. Wieszczowie pozostawali w ciemno ci przez sze  dni i nocy. W ko cu 

wszyscy celibanci zapadli w katatoni , nawiedzeni umarli, zboczeniec zabił pana z 

Szorth kamieniem, a Tkacz... Tkacz nazywał si  Mesze.  

- Twórca nowej religii?  

- Tak - powiedział Goss i roze miał si , jakby to było bardzo  mieszne, ale nie 

wiedziałem, czy  mieje si  z wyznawców jomeszu, czy ze mnie.  

Postanowiłem zada  pytanie typu tak - nie, które pozwoliłoby przynajmniej 

stwierdzi  stopie  m tno ci i dwuznaczno ci odpowiedzi. Faxe potwierdził to, co 

powiedział Goss,  e pytanie mo e dotyczy  spraw, o których wieszczowie nie maj  

poj cia. Mogłem spyta , jakie .b d  zbiory hoolmu na północnej półkuli S, i 

daliby mi odpowied  nie wiedz c wcze niej nawet o istnieniu planety S. To 

zdawało si  przesuwa  spraw  na płaszczyzn  czysto losow , jak wró enie z łodyg 

krwawnika albo z rzucanych monet, ale Faxe powiedział,  e nie,  e przypadek nie 

wchodzi tu w gr . Cały proces jest w istocie przeciwie stwem losowo ci.  

- W takim razie odczytujecie umysł pytaj cego?  

- Nie - odparł Faxe z pogodnym i szczerym u miechem.  

- Mo e wi c czytacie z jego umysłu nie zdaj c sobie z tego sprawy?  

- Có  by to dało? Gdyby pytaj cy znał odpowied , nie płaciłby za ni .  

Wybrałem pytanie, na które z cał  pewno ci  nie znałem odpowiedzi. Tylko 

czas mógł dowie , czy przepowiednia była słuszna, chyba  e, jak podejrzewałem, 

b dzie to jedna z tych godnych podziwu profesjonalnych przepowiedni 

pasuj cych do ka dego biegu zdarze . Pytanie nie było błahe. Porzuciłem pomysł, 

eby spyta , kiedy przestanie pada  albo co  podobnego, kiedy dowiedziałem si , 

e przedsi wzi cie jest trudne i niebezpieczne dla dziewi ciu wieszczów z 

background image

 

35 

Otherhordu. Pytaj cy płacił wysok  cen  - dwa moje rubiny pow drowały do 

skarbca stanicy - ale ci, którzy odpowiadali, płacili jeszcze dro ej. Poza tyra, 

odk d poznałem Faxe'a, trudno mi było uwierzy ,  e jest zawodowym oszustem, 

a jeszcze trudniej,  e jest człowiekiem naiwnym, oszukuj cym samego siebie. Jego 

umysł był tak twardy, niezm cony i wypolerowany jak moje rubiny. Nie 

o mieliłbym si  zastawia  na niego pułapki. Spytałem o to, co najbardziej 

chciałem wiedzie .  

W dniu onnetherhad, czyli w osiemnastym dniu miesi ca, dziewi tka 

wieszczów zebrała si  w du ym budynku, który zwykle stał zamkni ty. Było tam 

jedno wysokie pomieszczenie z kamienn  podłog , zimne, słabo o wietlone 

dwoma w skimi oknami i ogniem w gł bokim kominku w ko cu sali. Usiedli 

kołem na gołym kamieniu, wszyscy w habitach z kapturami, z gruba ciosane 

nieruchome bryły jak kr g dolmenów w słabym blasku odległego ognia. Goss z 

dwoma jeszcze młodymi adeptami oraz lekarz z najbli szego dworzyszcza 

przygl dali si  w milczeniu z miejsc przy ogniu, jak wkroczyłem do sali i 

stan łem wewn trz kr gu. Nie było w tym nic ceremonialnego, ale czuło si  

wielkie napi cie. Jedna z zakapturzonych postaci podniosła na mnie wzrok i 

ujrzałem dziwn  twarz, o grubych rysach, ci k , z zuchwałymi oczami.  

Faxe siedział ze skrzy owanymi nogami, nieruchomy, ale jakby naładowany, 

pełen wzbieraj cej siły, która sprawiała,  e jego cichy głos potrzaskiwał 

elektryczno ci .  

- Pytaj - powiedział.  

Stałem po rodku kr gu i zadałem pytanie:  

- Czy ta planeta, Gethen, zostanie członkiem Ekumeny Znanych  wiatów w 

ci gu najbli szych pi ciu lat?  

Cisza. Stałem zawieszony w  rodku paj czyny utkanej z ciszy.  

- Odpowied  jest mo liwa - powiedział cicho Tkacz. Atmosfera zel ała. 

Zakapturzone pos gi rozpłyn ły si  w ruchu. Ten, który spojrzał na mnie tak 

dziwnie, mówił co  szeptem do s siada. Wyszedłem z kr gu i przył czyłem si  do 

obserwatorów przy ogniu.  

Dwóch wieszczów nie odzywało si , trwali w bezruchu. Jeden z nich co jaki  

czas unosił lew  r k  i uderzał ni  o podłog  lekko i szybko od dziesi ciu do 

dwudziestu razy i znów zamierał w bezruchu.  adnego z nich nie widziałem 

wcze niej, byli nawiedzeni, jak powiedział mi Goss. Byli szaleni. Goss nazywał ich 

tymi, którzy dziel  czas, co mogło oznacza  schizofreników. Karhidyjscy 

psychologowie, cho  pozbawieni zdolno ci telepatycznych i działaj cy jak  lepi 

chirurdzy, znakomicie operowali  rodkami chemicznymi, hipnoz , wstrz sami 

miejscowymi, lokalnym stosowaniem superniskich temperatur i ró nymi 

terapiami mentalnymi. Spytałem, czy tych dwóch psychopatów nie mo na 

wyleczy .  

- Wyleczy ? - zdziwił si  Goss. - Czy leczyłby   piewaka z jego  piewu? Pi ciu 

pozostałych uczestników kr gu było mieszka cami Otherhordu, adeptami 

handdarskiej sztuki obecno ci, którzy - jak wyja nił Goss - póki byli wieszczami, 

zachowywali celibat w okresie aktywno ci płciowej. Jeden z nich musiał 

przechodzi  kemmer wła nie teraz. Mogłem go rozpozna , gdy  nauczyłem si  

background image

 

36 

zauwa a  subtelne fizyczne wyostrzenie czy roz wietlenie znamionuj ce pierwsz  

faz  kemmeru.  

Obok kemmerera siedział zboczeniec.  

- Przybył ze Spreve z lekarzem - powiedział Goss. - Niektóre grupy wieszczów 

sztucznie wywołuj  zboczenia u ludzi normalnych, wstrzykuj c im m skie albo 

e skie hormony w dniach poprzedzaj cych spotkanie, ale lepiej mie  

autentycznego zbocze ca. Godzi si  ch tnie, bo pochlebia mu zwi zana z tym 

sława.  

Goss u ył zaimka oznaczaj cego samca zwierz cia, nie zaimka na oznaczenie 

człowieka ujawniaj cego cechy m skie w kemmerze i troch  si  jakby zawstydził. 

Karhidyjczycy mówi  o sprawach seksu bez zahamowa  i rozprawiaj  o 

kemmerze z szacunkiem i lubo ci , ale bardzo niech tnie mówili o zboczeniach, w 

ka dym razie w mojej obecno ci. Nadmierne przedłu enie okresu kemmeru z 

trwałym naruszeniem równowagi hormonalnej w stron  m sk  lub  e sk  

Karhidyjczycy nazywaj  zboczeniem. Nie jest to czym  rzadkim - trzy do 

czterech procent dorosłych osobników jest zbocze cami, czyli z naszego punktu 

widzenia lud mi normalnymi. Nie s  usuwani poza nawias społecze stwa, ale 

toleruje si  ich z pewn  pogard , jak homoseksualistów w wielu społecze stwach 

heteroseksualnych. Popularne ich okre lenie to "półtrupy", jako  e s  bezpłodni.  

Zboczeniec w kr gu wieszczów, po tamtym pierwszym długim i dziwnym 

spojrzeniu na mnie, nie zwracał ju  uwagi na nikogo poza swoim s siadem w 

kemmerze, którego narastaj ca seksualno  zostanie jeszcze bardziej pobudzona, 

a  pod wpływem agresywnej, przesadnej m sko ci zbocze ca osi gnie pełni  

kobieco ci. Zboczeniec mówił co  cichym głosem pochylaj c si  w stron  

kemmerera, który odpowiadał z rzadka i jakby niech tnie. Nikt inny nie odzywał 

si  ju  od dłu szej chwili i jedynym d wi kiem był szept zbocze ca. Faxe 

uporczywie wpatrywał si  w jednego z nawiedzonych. Zboczeniec szybkim 

ruchem dotkn ł dłoni kemmerera, który  achn ł si  z przestrachu lub odrazy i 

spojrzał na Faxe'a jakby w poszukiwaniu pomocy. Faxe nie zareagował. 

Kemmerer pozostał na swoim miejscu i ju  si  nie poruszył, kiedy zboczeniec 

dotkn ł go powtórnie. Jeden z nawiedzonych uniósł twarz i zaniósł si  długim, 

nienaturalnym, zawodz cym  miechem.  

Faxe podniósł r k . Natychmiast wszystkie twarze w kr gu zwróciły si  w jego 

stron , jakby splótł ich spojrzenia w jedn  lin .  

Kiedy wchodzili my tutaj, było popołudnie i padał deszcz. Wkrótce szare 

wiatło zgasło w szczelinach okien wysoko pod pował . Teraz białawe pasma 

wiatła rozci gn ły si  jak sko ne widmowe  agle, długie, w skie trójk ty, od 

ciany do podłogi, przez twarze dziewi ciu ludzi: matowe strz py blasku ksi yca 

wschodz cego ponad lasem. Ogie  na kominku wypalił si  ju  dawno i jedynym 

wiatłem były te pasy i trójk ty półmroku przesuwaj ce si  z wolna po kr gu, 

wydobywaj ce twarz, dło , nieruchome plecy. Przez chwil  widziałem w 

rozproszonym  wietlnym pyle profil Faxe'a jak wykuty w bladym kamieniu. 

Smuga ksi ycowego blasku pełzła dalej i doszła do czarnego wzgórka. Był to 

kemmerer z głow  opuszczon  na kolana, z dło mi przywartymi do podłogi, a 

jego ciałem wstrz sały dreszcze w tym samym rytmie, który wybijały dłonie 

szale ca w ciemnej cz ci kr gu. Wszyscy byli poł czeni, jakby stanowili punkty 

background image

 

37 

zawieszenia niewidzialnej paj czyny. Ja te , chc c nie chc c, czułem t  wi , nici 

porozumienia bez słów biegn ce do Faxe'a, który starał si  opanowa  je i 

uporz dkowa , bo to on był  rodkiem, Tkaczem. Smuga  wiatła rozpadła si  i 

odeszła na wschodni   cian . Splot siły, napi cia i milczenia narastał.  

Usiłowałem nie nawi zywa  kontaktu z umysłami wieszczów. Czułem si  

nieswojo w ród tego milcz cego elektrycznego napi cia, czuj c,  e co  mnie 

wci ga,  e staj  si  punktem lub figur , elementem jakiego  obrazu. Ale kiedy 

zastosowałem osłon , było jeszcze gorzej; czułem si  odci ty, skulony w swoim 

własnym umy le pod ci arem wzrokowych i dotykowych halucynacji, 

mieszaniny szalonych obrazów i my li, nagłych wizji i odczu  groteskowo 

gwałtownych i zawsze zwi zanych z seksem, czerwono - czarnej kipieli erotycznej 

pasji. Otaczały mnie wielkie ziej ce jamy w ród falistych warg, pochwy, rany, 

jakie  wrota piekieł, zakr ciło mi si  w głowie, padałem... Czułem,  e je eli nie 

potrafi  odizolowa  si  od tego chaosu, to naprawd  upadn  i oszalej , a 

odizolowa  si  nie mogłem. Empatyczne i niewyra alne słowami siły, 

nieprawdopodobnie pot ne i nieokiełznane, zrodzone ze skrzywionego lub 

zahamowanego pop du płciowego, z szale stwa, które odkształca czas, i z 

budz cej l k sztuki całkowitej koncentracji i bezpo redniego kontaktu z 

rzeczywisto ci , były dla mnie nie do opanowania. A jednak kto  nad nimi 

panował - -  rodkiem tego wszystkiego był wci  Tkacz Faxe, kobieta, kobieta 

odziana w  wiatło.  wiatło było srebrem, srebro było zbroj , kobieta w zbroi z 

mieczem.  wiatło rozbłysło niezno nym blaskiem, przebiegło ogniem po jej 

członkach, a  krzykn ła gło no z bólu i przera enia:  

- Tak, tak, tak!  

Rozległ si  zawodz cy  miech jednego z nawiedzonych, wznosił si  coraz 

wy ej przechodz c w pulsuj cy skowyt, który trwał znacznie dłu ej, ni  to było 

fizycznie mo liwe, poza czasem. W ciemno ciach zrodził si  ruch, jakie  szuranie, 

szamotanina, jakie  przemieszczanie odległych stuleci, ucieczka widziadeł. - 

wiatło,  wiatło - zawołał pot ny głos, raz, a mo e niezliczon  ilo  razy.  

-  wiatło. Drewno do ognia. Troch   wiatła.  

Był to lekarz ze Spreve, który wkroczył do ju  rozbitego kr gu. Kl czał przy 

jednym z szale ców, tym w tlejszym, który stanowił najsłabsze ogniwo. Obaj 

zreszt  le eli skuleni na podłodze. Kemmerer le ał z głow  na kolanach Faxe'a 

ci ko dysz c i dr c na całym ciele. Dło  Faxe'a z automatyczn  czuło ci  

gładziła jego włosy. Zboczeniec siedział osobno, ponury i odrzucony. Sesja była 

sko czona, czas biegł jak zwykle, sie  mocy rozpadła si  pozostawiaj c 

upokorzenie i zm czenie. Gdzie jest moja odpowied , zagadka wyroczni, 

wieloznaczna fraza albo proroctwo?  

Ukl kłem obok Faxe'a. Spojrzał na mnie jasnym wzrokiem. Przez chwil  

ujrzałem go takim, jakim widziałem go w ciemno ci, jako kobiet  w  wietlistej 

zbroi, płon c  w ogniu i wołaj c : "Tak..."  

Cichy głos Faxe'a przerwał wizj . - Czy otrzymałe  odpowied ? - Tak, 

otrzymałem, Tkaczu.  

Rzeczywi cie, uzyskałem odpowied . Za pi  lat Gethen b dzie członkiem 

Ekumeny, tak.  adnych zagadek i wykr tów. Ju  wtedy zdawałem sobie spraw  z 

jako ci tej odpowiedzi, nie tyle proroctwa, ile stwierdzenia faktu. Nie mogłem 

background image

 

38 

pozby  si  gł bokiego przekonania,  e odpowied  jest prawdziwa. Miała autorytet 

bezbł dnego przeczucia.  

Mieli my statki szybsze od  wiatła, natychmiastow  transmisj  i telepati , ale 

nie oswoili my przeczucia tak,  eby biegło w zaprz gu. Tej sztuki musimy si  

nauczy  od Gethe czyków.  

- Jestem jak włókno w  arówce - powiedział mi Faxe w kilka dni po sesji. - 

Energia narasta w nas i kr y mi dzy nami wracaj c za ka dym razem 

podwojona, a  si  wyzwala i  wiatło jest wtedy we mnie, wokół mnie, ja sam 

jestem  wiatłem... Najstarszy ze stanicy Arbin powiedział kiedy ,  e gdyby 

Tkacza w chwili odpowiedzi umie ci  w pró ni,  wieciłby przez lata. Jomeszta 

wierz ,  e tak wła nie stało si  z Mesze,  e ujrzał jasno przeszło  i przyszło  nie 

tylko przez chwil , ale  e od pytania Szortha widział ju  stale. Trudno w to 

uwierzy . W tpi ,  eby człowiek mógł to wytrzyma . Ale to niewa ne...  

Nusuth, wszechobecne i wieloznaczne słówko wyznawców handdary.  

Szli my obok siebie i w pewnej chwili Faxe spojrzał na mnie. Jego twarz, 

najpi kniejsza ludzka twarz, jak  kiedykolwiek widziałem, wydawała si  twarda i 

delikatna zarazem, jak rze ba w kamieniu.  

- W ciemno ci - powiedział - było nas dziesi ciu, nie dziewi ciu. Był kto  z 

zewn trz.  

- Tak, to prawda. Moja osłona nie działa przeciwko tobie. Jeste  

"słuchaczem", Faxe, masz wrodzony dar empatii i zapewne jeste  równie  

pot nym naturalnym telepat . Dlatego jeste  Tkaczem, tym który porz dkuje 

napi cia i impulsy grupy w samowzmacniaj cym si  układzie, a  energia rozrywa 

ten układ i wtedy si gasz po odpowied . Słuchał mnie w skupieniu.  

- Dziwnie jest spojrze  na tajniki swojej sztuki z zewn trz, twoimi oczami. 

Dot d zawsze patrzyłem na nie od wewn trz, jako adept.  

- Je eli pozwolisz, je eli zechcesz, chciałbym porozumie  si  z tob  w mowie 

my li.  

Byłem teraz ju  pewien,  e Faxe jest naturalnym telepat . Jego zgoda i kilka 

wicze  powinny zlikwidowa  jego pod wiadom  barier .  

- Czy b d  potem słyszał my li innych ludzi?  

- Nie. Nie bardziej ni  dotychczas. Mowa my li jest sposobem 

porozumiewania si , wymaga dobrowolnego nadawania i odbioru.  

- Czym si  to ró ni od rozmowy?  

- W rozmowie mo na skłama . - A w mowie my li nie?  

-  wiadomie nie.  

Faxe zastanowił si  przez chwil .  

- Ta sztuka musi budzi  zainteresowanie królów, polityków i ludzi interesu.  

- Ludzie interesu walczyli przeciwko stosowaniu mowy my li, kiedy po raz 

pierwszy stwierdzono,  e jest to umiej tno , której mo na si  nauczy . 

Doprowadzili do jej zdelegalizowania na całe dziesi ciolecia.  

Faxe u miechn ł si .  

- A królowie?  

- U nas nie ma ju  królów.  

- Tak. Widz  to... Dzi kuj  ci, Genry, ale ja nie mam si  uczy , tylko oducza  

si . I wolałbym na razie nie uczy  si  sztuki, która całkowicie zmienia  wiat.  

background image

 

39 

- Według twojej własnej przepowiedni ten  wiat zmieni si  w ci gu pi ciu lat.  

- I ja zmieni  si  razem z nim, ale nie czuj  potrzeby zmieniania go.  

Padał deszcz, długotrwały drobny deszcz gethe skiego lata. Przechadzali my 

si  pod drzewami hemmen na zboczu nad stanic , gdzie nie było  cie ek. Szare 

wiatło przeciskało si  mi dzy ciemnymi gał ziami, przezroczyste krople kapały z 

fioletowych igieł. Powietrze było chłodne, ale przyjemne, pełne odgłosów deszczu.  

- Faxe, powiedz mi jedn  rzecz. Wy, handdarata, posiadacie dar, o którym 

marzyli ludzie na wszystkich  wiatach. Wyto macie. Potraficie przepowiada  

przyszło . A mimo to  yjecie tak jak my wszyscy. Jakby to było niewa ne...  

- A w jaki sposób miałoby to by  wa ne?  

- Hm. We my cho by t  rywalizacj  mi dzy Karhidem a Orgoreynem, ten 

spór o dolin  Sinoth. Karhid, jak rozumiem, stracił wiele na presti u w ostatnich 

tygodniach. Dlaczego wi c król Argaven nie poradził si  wieszczów i nie spytał 

ich, jak post pi  alba kogo z członków kyorremy wybra  na premiera lub co  w 

tym rodzaju.  

- Niełatwo jest zada  pytanie.  

- Nie rozumiem dlaczego. Mógłby zwyczajnie spyta : "Kto b dzie mi najlepiej 

słu ył jako premier?"  

- Mógłby. Ale nie wie, co znaczy: "słu y  mu najlepiej". Mogłoby to znaczy , 

e wybrany kandydat oddałby dolin  Orgoreynowi albo udał si  na wygnanie, 

albo dokonał zamachu na króla. Mogłoby to znaczy  wiele rzeczy, których si  nie 

spodziewał i na które nigdy by si  nie zgodził.  

- Mógłby sformułowa  swoje pytanie bardzo precyzyjnie.  

- Tak, tylko wtedy byłoby tych pyta  wi cej. A nawet król musi płaci .  

- Czy za daliby cie od niego wysokiej ceny?  

- Bardzo wysokiej - stwierdził Faxe spokojnie. Wiesz,  e pytaj cy płaci tyle, na 

ile go sta . Rzeczywi cie, królowie korzystali. z wyroczni, ale bardzo rzadko.  

- A je eli jeden z wieszczów sam jest kim , kto ma du  władz ?  

- Mieszka cy stanicy nie maj  stanowisk ani pozycji. Gdybym na przykład 

został wybrany do kyorremy w Erhenrangu i gdybym tam pojechał, odebrałbym 

swoj  rang  i swój cie , ale nie byłbym ju  wieszczem. Gdybym podczas swojej 

słu by w kyorremie szukał odpowiedzi na pytanie, udałbym si  do stanicy Orgny 

i zapłacił wyznaczon  cen . Ale my, ludzie handdary, nie chcemy zna  

odpowiedzi i staramy si  ich unika , cho  to czasem trudne.  

- Chyba nie rozumiem.  

- My przybywamy do stanic głównie po to,  eby nauczy  si , jakich pyta  nie 

zadawa .  

- Ale przecie  jeste cie tymi, którzy odpowiadaj !  

- Czy nie rozumiesz jeszcze, Genry, w jakim celu rozwin li my sztuk  

przepowiedni?  

- Nie...  

-  eby wykaza  całkowit  bezu yteczno  odpowiedzi na niewła ciwe pytania.  

    Zastanawiałem si  nad tym przez dłu sz  chwil , kiedy szli my w deszczu 

obok siebie pod gał ziami ciemnego lasu. Pod białym kapturem twarz Faxe'a była 

zm czona i spokojna, jakby przygaszona. Nadal jednak budził we mnie podziw 

zmieszany z l kiem. Kiedy spojrzał na mnie swoimi czystymi, dobrymi, szczerymi 

background image

 

40 

oczami, była w tym spojrzeniu tradycja trzynastu tysi cy lat - sposób my lenia i 

styl  ycia tak stare, tak ugruntowane, tak logiczne i spójne,  e dawały 

człowiekowi swobod , autorytet, perfekcj  dzikiego zwierz cia, wielkiego i 

dziwnego stworzenia, które przygl da si  człowiekowi ze swojej wiecznej 

tera niejszo ci...  

- To co nieznane - powiedział Faxe łagodnym tonem tam w lesie - 

nieprzewidziane, nie udowodnione jest istot   ycia. Niewiedza rodzi my l. Brak 

dowodu rodzi działanie. Gdyby udowodniono,  e Boga nie ma, nie byłoby religii. 

Ani handdary, ani jomeszu, ani bogów ogniska, nic. Ale gdyby udowodniono,  e 

Bóg jest, religii nie byłoby równie ... Powiedz mi, Genry, co my wiemy? Co jest 

pewne, łatwe do przewidzenia, nieuniknione, co jest jedyn  rzecz , co do której 

masz pewno ,  e nas czeka?  

-  mier .  

- Tak. Naprawd  jest tylko jedno pytanie, Genry, na które mo emy otrzyma  

odpowied  i t  odpowied  ju  znamy... Jedyn  rzecz , która umo liwia  ycie, jest 

ci gła i niezno na niepewno , niewiedza, co zdarzy si  dalej.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

41 

Rozdział 6

 

 

Jedna droga do Orgoreynu

 

 

Obudził mnie kucharz, który zawsze przychodził bardzo wcze nie, a  e 

sypiam twardo, musiał mn  potrz sn  i powiedzie  mi prosto w ucho:  

- Niech si  pan obudzi, niech si  pan obudzi, ksi

, przybył goniec z Domu 

Króla!  

Wreszcie go zrozumiałem i jeszcze nieprzytomny ze snu i z po piechu wstałem 

i wyszedłem na próg sypialni, gdzie czekał goniec. I w ten sposób, nagi i głupi jak 

nowo narodzone dziecko, wkroczyłem w swoje wygnanie.  

Czytaj c dokument, który wr czył mi goniec, powiedziałem sobie w my li,  e 

spodziewałem si  tego, ale jeszcze nie teraz. Jednak kiedy musiałem przygl da  

si , jak goniec przybija ten przekl ty papier na drzwiach domu, poczułem si  tak, 

jakby wbijał mi te gwo dzie w oczy. Odwróciłem si  od niego i stałem osłupiały i 

pogr ony w smutku, przytłoczony bólem, którego nie oczekiwałem.  

Po tym pierwszym szoku zaj łem si  tym, co niezb dne, i z wybiciem godziny 

dziewi tej opu ciłem Pałac. Nie miałem  adnych powodów do zwłoki. Zabrałem 

to, co mogłem. Nie mogłem nic sprzeda  ani podj  pieni dzy z banku nie 

nara aj c ludzi, z którymi bym to załatwiał. a im bli szymi byliby przyjaciółmi, 

tym bardziej bym ich naraził. Napisałem do mojego dawnego kemmeringa Asze, 

jak mo e korzystnie spieni y  pewne warto ciowe rzeczy dla zabezpieczenia 

naszych synów. Zapowiedziałem mu te ,  eby nie próbował przesyła  mi  adnych 

pieni dzy, bo Tibe b dzie pilnował granicy. Nie mogłem podpisa  tego listu. 

Zatelefonowanie do kogo  oznaczałoby posłanie go do wi zienia,  pieszyłem si  

te ,  eby odej , zanim kto  z przyjaciół zajrzy do mnie w nie wiadomo ci i w 

nagrod  za swoj  przyja  straci maj tek i wolno .  

Wyruszyłem przez miasto na zachód. Na skrzy owaniu ulic zatrzymałem si  i 

pomy lałem, dlaczego nie pój  na wschód, przez góry i równiny do Kermu, 

pieszo jak biedak, i tak doj  do Estre, gdzie si  urodziłem, do tego kamiennego 

domostwa na smaganym wichrami zboczu góry. Dlaczego nie i  do domu? Trzy 

albo cztery razy przystawałem i ogl dałem si  za siebie. Za ka dym razem w ród 

oboj tnych twarzy przechodniów dostrzegałem jedn , która mogła nale e  do 

szpiega maj cego  ledzi  moje wyj cie z Erhenrangu, i za ka dym 

u wiadamiałem sobie szale stwo my li o powrocie do domu. Równie dobrze 

mógłbym popełni  samobójstwo. Widocznie urodziłem si ,  eby  y  na wygnaniu, 

i jedynym dla mnie sposobem na powrót do domu była  mier . Poszedłem wi c na 

zachód i wi cej si  nie ogl dałem.  

Trzydniowe odroczenie pozwoli mi doj  w najlepszym wypadku do Kuseben 

nad zatok , sto trzydzie ci kilometrów. Wi kszo  wygna ców dostaje ostrze enie 

o wyroku wieczorem, dzi ki czemu maj  szans  wykupienia miejsca na statku 

płyn cym w dół rzeki Sess, zanim kapitanowie zaczn  podlega  karze za 

udzielanie pomocy. Taka uprzejmo  nie była jednak w stylu Tibe'a.  aden 

kapitan nie odwa yłby si  wzi  mnie na pokład teraz; wszyscy znali mnie w 

porcie, bo to ja zbudowałem go dla Argavena. Nie we mie mnie te   adna łód  

background image

 

42 

l dowa, a do granicy jest z Erhenrangu sze set kilometrów. Nie miałem innego 

wyj cia, jak i  pieszo do Kuseben.  

Kucharz to rozumiał. Odesłałem go natychmiast, ale na odchodne zapakował 

mi całe gotowe jedzenie, jakie było w domu,  ebym miał paliwo na trzydniowy 

wy cig. Jego dobro  uratowała mi  ycie, a tak e dodawała mi odwagi, bo ilekro  

w drodze jadłem te owoce i chleb, my lałem sobie: Jest kto , kto nie uwa a mnie 

za zdrajc , bo dał mi to wszystko.  

Przekonałem si ,  e ci ko jest nosi  miano zdrajcy. Dziwne, jak ci ko, kiedy 

tak łatwo jest obdarzy  innego tym mianem, które si  przykleja, przylega, 

przekonuje. Sam byłem na pół przekonany.  

Przyszedłem do Kuseben o  wicie trzeciego dnia, zdenerwowany i z obolałymi 

nogami, bo przez ostatnie lata w Erhenrangu obrosłem w tłuszcz i luksusy, a 

straciłem kondycj  marszow ; i tam w bramie miasteczka czekał na mnie Asze.  

Byli my kemmeringami przez siedem lat i mieli my dwoje dzieci. Jako dzieci 

jego łona nosiły jego imi  Foreth rem ir Osboth i chowały si  w ognisku jego 

klanu. Przed trzema laty poszedł do stanicy Orgny i teraz nosił złoty ła cuch 

celibanta. Nie widzieli my si  przez te trzy lata, a jednak, kiedy zobaczyłem jego 

twarz w cieniu pod kamiennym łukiem, poczułem przypływ naszej dawnej 

miło ci, jakby my rozstali si  zaledwie wczoraj, i doceniłem jego wierno , która 

sprawiła,  e gotów był podzieli  mój upadek. Czuj c znów na sobie te daremne 

wi zy rozgniewałem si , bo miło  Asze zawsze zmuszała mnie do działania 

wbrew moim ch ciom.  

Min łem go. Je eli musz  by  okrutny, nie ma potrzeby ukrywania tego, 

udawania dobroci. - Therem - zawołał i ruszył za mn . Poszedłem szybko 

stromymi uliczkami Kuseben w stron  przystani. Od morza wiał południowy 

wiatr szeleszcz c listowiem czarnych drzew w ogrodach i przez ten ciepły, 

przedburzowy letni  wit uciekałem przed nim jak przed morderc . Dogonił mnie, 

bo miałem zbyt obolałe nogi,  eby utrzyma  tempo.  

- Therem, pójd  z tob  - powiedział.  

Nie odpowiedziałem.  

- Dziesi  lat temu, w tym samym miesi cu suwa zło yli my przysi g ...  

- A trzy lata temu ty j  złamałe  porzucaj c mnie, co było m dr  decyzj .  

- Nigdy nie złamałem  lubu, Therem.  

- To prawda. Bo nie było czego łama . To był fałszywy  lub, drugi  lub. Wiesz 

o tym i wiedziałe  wtedy. Jedyna prawdziwa przysi ga na wierno , jak  

kiedykolwiek zło yłem, nie została nigdy wypowiedziana, bo nie mogła by , a 

człowiek, któremu przysi gałem, nie  yje; przysi ga została złamana dawno temu. 

Ani ty nie jeste  mi nic winien, ani ja tobie. Pozwól mi odej .  

Kiedy mówiłem, mój gniew i roz alenie zwróciły si  od Asze ku mnie i 

mojemu własnemu  yciu, które le ało za moimi plecami jak nie dotrzymana 

obietnica. Ale Asze tego nie wiedział i łzy napłyn ły mu do oczu.  

- Czy we miesz to, Therem? - spytał. - Nie jestem ci nic winien, ale bardzo ci  

kocham. - I podał mi mał  paczuszk .  

- Nie. Mam pieni dze, Asze. Zostaw mnie. Musz  i  sam. Poszedłem, a on 

został. Ale poszedł za mn  cie  mojego brata.  le zrobiłem,  e o nim 

wspomniałem. Wszystko zrobiłem  le. /Okazało si ,  e na przystani nie czeka na 

background image

 

43 

mnie dobry los. Nie stał tam  aden statek z Orgoreynu, na który mógłbym wsi

 

i w ten sposób opu ci  ziemi  Karhidu przed północ , jak musiałem. Na 

nadbrze ach było niewielu ludzi i wszyscy oni  pieszyli do domu; jedyny, do 

którego udało mi si  zagada , rybak naprawiaj cy motor swojej łodzi, spojrzał na 

mnie raz i odwrócił si  bez słowa plecami. To mnie przestraszyło. Ten człowiek 

wiedział, kim jestem. Nie wiedziałby, gdyby go nie ostrze ono. Tibe wysłał 

widocznie swoich pachołków,  eby mi utrudni  opuszczenie Karhidu przed 

upływem mojego terminu. Czułem ból i w ciekło , ale a  do tej chwili nie czułem 

strachu; nie przypuszczałem,  e akt banicji mo e by  tylko pretekstem dla 

egzekucji. Z chwil  wybicia szóstej godziny stawałem si  legalnie zwierzyn  

łown  dla ludzi Tibe'a i nikt nie mógł nazwa  tego morderstwem, tylko aktem 

sprawiedliwo ci.  

Usiadłem na worku z balastem w wietrznym i ciemnym porcie. Morze 

uderzało i cmokało o słupy pomostu, łodzie rybackie kołysały si  na cumach, na 

ko cu długiego pomostu płon ła latarnia. Siedziałem zapatrzony w  wiatło i 

jeszcze dalej, w kryj c  morze ciemno . Niektórzy ludzie natychmiast stawiaj  

czoło nowemu niebezpiecze stwu, ja nie. Moim darem jest przewidywanie. 

Wobec bezpo redniego zagro enia głupiej  i siadam na worku z piaskiem 

zastanawiaj c si , czy człowiek mógłby dopłyn  wpław do Orgoreynu. Lód 

ust pił z zatoki Czarisune miesi c albo i dwa miesi ce temu, mo na przez pewien 

czas utrzyma  si  przy  yciu w takiej wodzie. Do orgockiego brzegu jest przeszło 

dwie cie kilometrów. Nie umiem pływa . Kiedy odwróciłem wzrok od morza ku 

ulicom Kuseben, stwierdziłem,  e rozgl dam si  za Asze. W nadziei,  e mo e 

jeszcze za mn  idzie. Wstyd wyrwał mnie z ot pienia i znów mogłem my le .  

Miałem do wyboru przekupstwo albo przemoc, je eli chciałem co  załatwi  z 

rybakiem nadal majstruj cym przy łodzi w wewn trznym doku. Zepsuty silnik 

nie był chyba wart ani jednego, ani drugiego. Zatem kradzie . Ale silniki łodzi 

rybackich s  zabezpieczone. Obej  wył czony obwód, uruchomi  silnik, 

wyprowadzi  łód  z doku w  wietle latarni z pomostu i płyn  do Orgoreynu, 

je eli si  nigdy nie prowadziło łodzi motorowej, wydawało si  głupio 

rozpaczliwym przedsi wzi ciem. Nigdy nie prowadziłem łodzi motorowej, 

wiosłowałem tylko po jeziorze Lodowa Noga w Kermie. A łód  wiosłowa stała 

przywi zana w zewn trznym doku mi dzy dwoma kutrami. Ledwo j  

zobaczyłem, ju  była moja. Pobiegłem o wietlonym pomostem, wskoczyłem do 

łodzi, odwi załem cumk , osadziłem wiosła i wypłyn łem na rozfalowane wody 

zatoki, gdzie  wiatła  lizgały si  i połyskiwały na czarnej wodzie. Kiedy byłem ju  

do  daleko, przestałem wiosłowa ,  eby poprawi  jedn  dulk , która nie chodziła 

gładko, a czekało mnie du o wiosłowania (cho  miałem nadziej ,  e nast pnego 

dnia we mie mnie na pokład orgocka łód  patrolowa albo rybacka). Schylaj c si  

nad dulk  poczułem słabo  w całym ciele. My lałem,  e zemdlej , i osun łem si  

bezwładnie na ławk . Owładn ł mn  przypływ tchórzostwa. Nie wiedziałem 

tylko,  e tchórzostwo kładzie si  takim ci arem na brzuchu. Podniosłem wzrok i 

zobaczyłem dwie postacie na ko cu pomostu jak dwa podskakuj ce czarne 

patyczki w dalekim elektrycznym  wietle za wod  i wtedy zacz łem podejrzewa , 

e mój parali  nie był wynikiem strachu, lecz u ycia broni d wi kowej na du  

odległo .  

background image

 

44 

Widziałem;  e jeden z ludzi trzyma garłacz i gdyby było po północy, na pewno 

by go u ył i zabił mnie, ale garłacz robi wielki huk, a to wymagałoby wyja nie . 

U yli wi c strzelby podd wi kowej. Nastawiona na strzał parali uj cy mo e 

umiejscowi  swoje pole rezonansowe nie dalej ni  w odległo ci około trzydziestu 

metrów. Nie wiem, jaki jest jej zasi g w nastawieniu na strzał  miertelny, ale 

wida  jeszcze si  w nim mie ciłem, bo le ałem skulony jak niemowl  z kolk . 

Trudno mi było oddycha , osłabione pole musiało mnie trafi  w pier . Poniewa  

w ka dej chwili mogli wypłyn  w motorówce,  eby mnie wyko czy , nie miałem 

ani chwili czasu wi cej do kulenia si  nad wiosłami i łapania powietrza. Za moimi 

plecami, przed dziobem łodzi, rozci gała si  ciemno  i w t  ciemno  musiałem 

płyn . Wiosłowałem słabymi ramionami patrz c na dłonie,  eby si  upewni ,  e 

trzymam wiosła, bo nie czułem swojego uchwytu Tak wypłyn łem na niespokojn  

wod  i w ciemno , na otwart  zatok . Tu musiałem przesta  wiosłowa . Z 

ka dym poci gni ciem traciłem czucie w r kach. Serce gubiło rytm, a płuca 

zapomniały, jak wci ga  powietrze. Próbowałem wiosłowa , ale nie miałem 

pewno ci, czy moje r ce si  .ruszaj . Próbowałem wci gn  wiosła do łodzi, ale 

nie potrafiłem. Kiedy reflektor patrolowej łodzi wyłowił mnie z nocy jak płatek 

niegu na sadzy, nie mogłem nawet odwróci  spojrzenia od jego blasku.  

Rozwarli moje dłonie zaci ni te na wiosłach, wyci gn li mnie z łodzi i zło yli 

jak wypatroszon  czarn  ryb  na pokładzie łodzi patrolowej. Czułem,  e na mnie 

patrz , ale nie bardzo rozumiałem, co mówi , poza jednym, s dz c z tonu 

kapitanem statku:  

- Nie ma jeszcze szóstej godziny - powiedział. I odpowiadaj c widocznie 

komu : - A co mnie to obchodzi? Król go wygnał i b d  wykonywał rozkazy 

króla, a nie czyje  tam.  

I tak wbrew radiowym poleceniom od ludzi Tibe'a na brzegu i wbrew zdaniu 

swojego mata, który obawiał si  konsekwencji, dowódca łodzi patrolowej z 

Kuseben przewiózł mnie przez zatok  Czarisune i wysadził bezpiecznie na brzeg 

w orgockim porcie Szelt. Czy zrobił tak ze wzgl du na szifgrethor, na przekór 

ludziom Tibe'a, którzy chcieli zabi  kogo  bezbronnego, czy z dobroci, nie wiem. 

Nusuth. To, co godne podziwu, nie daje si  wyja ni .  

Wstałem na nogi, kiedy z porannej mgły wyłonił si  szary brzeg Orgoreynu, 

zmusiłem si  do stawiania kroków i zszedłem z pokładu do portowej dzielnicy 

Szeltu, gdzie znów upadłem. Ockn łem si  w czym , co si  nazywało Szpital 

Wspólnoty, 4 Dystrykt Nadmorski Czarisune, 24 Okr g Sennethy. Nie miałem co 

do tego w tpliwo ci, bo było to wygrawerowane i wyhaftowane orgockim pismem 

na wezgłowiu łó ka, na lampce przy łó ku, na stoliku nocnym, na metalowym 

kubku stoj cym na stoliku nocnym, na hiebach piel gniarzy, po cieli i mojej 

koszuli nocnej. Przyszedł lekarz i powiedział do mnie:  

- Dlaczego stawiał pan opór dothe?  

- To nie było dothe - odpowiedziałem. - To było pole ultrad wi kowe.  

- Miał pan objawy kogo , kto przeciwstawiał si  fazie wypoczynkowej dothe. - 

Był to nie znosz cy sprzeciwu stary lekarz i musiałem w ko cu zgodzi  si  z nim, 

e mogłem u y  siły dothe na łódce dla przezwyci enia parali u nie bardzo 

wiedz c, co robi . Pó niej, rano, w fazie thangen, kiedy nale y zachowa  bezruch, 

wstałem i chodziłem, co mnie omal nie zabiło. Kiedy wszystko to zostało ustalone 

background image

 

45 

ku jego zadowoleniu, powiedział mi,  e za dzie , dwa b d  mógł wyj  i przeszedł 

do nast pnego łó ka. Za nim szedł inspektor.  

W Orgoreynie na ka dego człowieka przypada jeden inspektor.  

- Nazwisko?  

Nie spytałem go o jego nazwisko. Musz  nauczy  si   y  bez cienia, jak oni 

tutaj w Orgoreynie. Nie obra a  si , nie obra a  innych bez potrzeby. Ale nie 

podałem mu nazwiska klanowego, bo to nie jest interes  adnego Orgoty.  

- Therem Harth? To nie jest orgockie nazwisko. Który okr g?  

- Karhid.  

- Nie ma takiego okr gu we Wspólnocie Orgoreynu. Gdzie jest pa ski dowód 

osobisty i przepustka?  

Gdzie s  moje dokumenty?  

Poniewierałem si  widocznie jaki  czas po ulicach Szelt, zanim kto  odwiózł 

mnie do szpitala, gdzie przybyłem bez dokumentów, rzeczy, płaszcza, butów i 

pieni dzy. Kiedy to usłyszałem, opu cił mnie gniew i roze miałem si ; na dnie nie 

ma miejsca na gniew. Inspektor poczuł si  ura ony moim  miechem.  

- Czy nie rozumie pan,  e jest pan nielegalnym i pozbawionym  rodków 

cudzoziemcem? Jak pan sobie wyobra a swój powrót do Karhidu?  

- W trumnie.  

- Nie wolno udziela  niewła ciwych odpowiedzi na urz dowe pytania. Je eli 

nie chce pan wraca  do swojego kraju, zostanie pan odesłany do gospodarstwa 

ochotniczego, gdzie jest miejsce dla elementu kryminalnego, obcokrajowców i 

osób .bez dokumentów. W Orgoreynie nie ma innego miejsca dla wywrotowców i 

włócz gów. Niech pan lepiej zgłosi swoj  ch  powrotu do Karhidu w ci gu 

trzech dni, bo b d ...  

- Zostałem wygnany z Karhidu.  

Lekarz, który odwrócił si  od nast pnego łó ka na d wi k mojego nazwiska, 

teraz odwołał inspektora na bok i co  mu przez chwil  szeptał. Inspektor zrobił 

min  kwa n  jak stare piwo i kiedy wrócił do mnie, powiedział cedz c słowa i nie 

ukrywaj c niech ci:  

- W takim razie zadeklaruje pan zapewne wobec mnie ch  zło enia pro by o 

pozwolenie na stały pobyt w Wielkiej Wspólnocie Orgoreynu, pod warunkiem 

uzyskania i wykonywania u ytecznej pracy jako członek wspólnoty miejskiej lub 

wiejskiej.  

- Tak - powiedziałem. Przestało to by   mieszne, kiedy padło słowo "stały", 

słowo, od którego powiało groz . Po pi ciu dniach otrzymałem zgod  na pobyt 

stały, wymagaj cy rejestracji na członka Wspólnoty Miejskiej Misznory (któr  

sobie wybrałem), i wydano mi tymczasowy dokument osobisty na drog  do tego 

miasta. Przymierałbym głodem przez te pi  dni, gdyby stary lekarz nie 

przetrzymał mnie w szpitalu. Podobało mu si ,  e ma na swoim oddziale premiera 

Karbidu, a i premier był bardzo z tego zadowolony.  

Dojechałem do Misznory pracuj c jako tragarz na łodzi l dowej w karawanie 

wioz cej ryby z Szelt. Szybka i cuchn ca podró  zako czona na wielkim targu 

Południowego Misznory, gdzie wkrótce znalazłem prac  w chłodni. Latem zawsze 

jest praca w takich miejscach przy wyładunku, pakowaniu, magazynowaniu i 

wysyłce łatwo psuj cych si  towarów. Miałem do czynienia głównie z rybami i 

background image

 

46 

mieszkałem na wyspie przy targu razem z innymi pracownikami chłodni. 

Nazywano ten dom Rybi  Wysp , bo tak od nas  mierdziało. Ale podobała mi si  

praca, przy której wi kszo  dnia sp dzałem w chłodzonym magazynie. Misznory 

w lecie to istna ła nia parowa. Drzwi pozamykane, woda w rzece wrze, ludzie 

ociekaj  potem. W miesi cu ockre było dziesi  dni i nocy, kiedy temperatura nie 

spadła poni ej pi tnastu stopni, a był dzie , kiedy upał doszedł do dwudziestu 

sze ciu stopni. Wyp dzony po pracy z mojego chłodnego rybiego azylu do tego 

pieca ognistego, szedłem kilka kilometrów na bulwar nad Kunderer, gdzie rosn  

drzewa i sk d mo na popatrze  na wielk  rzek , cho  nie ma do niej dost pu. 

Tam kr ciłem si  do pó na i wreszcie wracałem po nocy na Rybi  Wysp . W 

mojej dzielnicy Misznory tłucze si  latarnie,  eby ukry  swoje sprawki w mroku. 

Ale samochody inspektorów nieustannie kr ciły si  i  wieciły reflektorami po tych 

ciemnych ulicach, odbieraj c biedakom jedyn  szans  na troch  prywatno ci, 

noc.  

Nowe prawo o rejestracji obcokrajowców wprowadzone w miesi cu kus jako 

krok w wojnie podjazdowej z Karhidem uniewa niło moj  rejestracj , pozbawiło 

mnie pracy i zmusiło do sp dzenia pół miesi ca w poczekalniach niezliczonych 

inspektorów. Koledzy z pracy po yczali mi pieni dze i kradli dla mnie ryby, 

ebym mógł si  na nowo zarejestrowa , zanim umr  z głodu, ale była to dla mnie 

dobra lekcja. Polubiłem tych twardych i lojalnych ludzi, ale byli oni w pułapce 

bez wyj cia, a ja miałem do wykonania prac  w ród ludzi mniej sympatycznych. 

Załatwiłem telefony, z którymi zwlekałem przez trzy miesi ce.  

Nast pnego dnia prałem sobie koszul  w pralni Rybiej Wyspy wraz z kilkoma 

innymi, wszyscy nadzy albo półnadzy, kiedy przez kł by pary, szum wody, 

zaduch brudu i ryb usłyszałem, jak kto  woła mnie moim nazwiskiem klanowym. 

I oto w pralni znalazł si  reprezentant Yegey, wygl daj cy zupełnie tak samo jak 

na przyj ciu u ambasadora Archipelagu w Sali Paradnej pałacu w Erhenrangu 

przed siedmioma miesi cami.  

- Estraven, niech pan stamt d wyjdzie - powiedział wysokim, przenikliwym, 

nosowym głosem górnych warstw Misznory. - I niech pan zostawi t  przekl t  

koszul .  

- Nie mam innej.  

- To niech pan j  wyłowi z tej zupy i idzie ze mn . Strasznie tu gor co.  

Ludzie przygl dali mu si  z ponur  ciekawo ci , wiedz c,  e to kto  bogaty, 

ale nie podejrzewaj c,  e to reprezentant. Nie podobało mi si ,  e tu przyszedł, 

powinien był kogo  przysła  po mnie. Bardzo nieliczni Orgotowie maj  jakie 

takie poczucie taktu. Chciałem jak najszybciej wyprowadzi  go st d. Mokra 

koszula była mi na nic, powiedziałem wi c bezdomnemu chłopakowi, który kr cił 

si  po podwórku,  eby ponosił j  do mojego powrotu. Długów nie miałem, 

komorne zapłaciłem, papiery miałem w kieszeni hiebu; bez koszuli opu ciłem 

wysp  przy targu i poszedłem za Yegeyem z powrotem mi dzy mo nych tego 

wiata.  

Jako jego "sekretarz" zostałem ponownie wpisany w rejestry Orgoreynu, tym 

razem nie jako członek wspólnoty, ale jako "człowiek zale ny". Nazwiska tu nie 

wystarczaj , oni musz  mie  etykietki,  eby wiedzie , z kim maj  do czynienia, 

zanim go zobacz . Tym razem jednak etykietka pasowała. Byłem "człowiekiem 

background image

 

47 

zale nym" i wkrótce miałem przeklina  cel, który sprowadził mnie tutaj i zmusił 

do jedzenia cudzego chleba, bo przez miesi c nie miałem  adnego znaku,  e 

jestem bli ej celu, ni  byłem na Rybiej Wyspie.  

W deszczowy wieczór ostatniego dnia lata Yegey przez słu cego zaprosił 

mnie do swojego gabinetu, gdzie zastałem go przy rozmowie z Obsle'em, 

reprezentantem okr gu Sekeve, którego poznałem, kiedy stał na czele Orgockiej 

Komisji Handlu Morskiego w Erhenrangu. Niski i przygarbiony, z małymi, 

trójk tnymi oczkami w tłustej, płaskiej twarzy kontrastował z Yegeyem, suchym i 

delikatnym. Wygl dali jak para ze starej komedii, ale byli czym  wi cej. Byli 

dwoma z Trzydziestu Trzech, którzy rz dz  Orgoreynem, nie, byli kim  wi cej 

jeszcze.  

Po wymianie uprzejmo ci i wypiciu miarki sithijskiej wody  ycia Obsle 

westchn ł i powiedział do mnie:  

- A teraz, Estraven, niech mi pan powie, dlaczego pan zrobił to, co pan zrobił 

w Sassinoth, bo uwa ałem,  e je eli istnieje kto  niezdolny do popełnienia bł du w 

wyborze chwili działania albo wagi szifgrethoru, to tylko pan.  

- Strach wzi ł u mnie gór  nad ostro no ci .  

- Strach przed czym, u licha? Czego si  pan boi, Estraven?  

- Tego, co si  dzieje teraz. Przedłu ania si  sporów presti owych o dolin  

Sinoth, upokorzenia Karhidu, gniewu, który zrodzi si  z upokorzenia, 

wykorzystania tego gniewu przez rz d Karbidu.  

- Wykorzystania? Do jakich celów?  

Obsle nie miał za grosz manier. Yegey, delikatny i ironiczny, musiał 

interweniowa .  

- Panie reprezentancie, ksi

 Estraven nie jest na przesłuchaniu, tylko u 

mnie w go ciach...  

- Ksi

 Estraven odpowie na te pytania, na które zechce, i wtedy, kiedy uzna 

za stosowne, tak jak robił zawsze - powiedział Obsle obna ywszy z by w 

u miechu, igła ukryta w kulce tłuszczu. - Wie,  e jest tu w ród przyjaciół.  

- Bior  takich przyjaciół, jakich znajduj , panie reprezentancie, ale nie licz  

ju  na to,  e zachowam ich na długo.  

- Rozumiem. Ale przecie  mo emy wspólnie ci gn  sanki nie b d c 

kemmeringami, jak mówimy w Eskeve, co? Do diabła, wiem, za co został pan 

wygnany, mój drogi: za to,  e bardziej kocha pan Karhid ni  jego króla.  

- Mo e raczej za to,  e bardziej kocham króla ni  jego kuzyna.  

- Albo za to,  e kocha pan Karhid bardziej ni  Orgoreyn - wtr cił Yegey. - 

Czy nie mam racji, ksi

?  

- Nie, panie reprezentancie.  

- Uwa a pan zatem - powiedział Obsle -  e Tibe chce rz dzi  Karhidem tak 

jak my Orgoreynem, to znaczy sprawnie?  

- Tak my l . S dz ,  e Tibe, u ywaj c sporu o dolin  Sinoth i zaostrzaj c go w 

razie potrzeby, mo e w ci gu roku wprowadzi  w Karhidzie wi ksze zmiany ni  

te, które dokonały si  tam w ci gu ostatniego tysi clecia. Rozporz dza modelem, 

na którym mo e si  wzorowa , Sarfem. I umie wygrywa  l ki Argavena. Jest to 

łatwiejsze ni  próby wzbudzenia w Argavenie odwagi, co ja usiłowałem robi . 

Je eli Tibe dopnie swego, znajdziecie w nim, panowie, godnego przeciwnika.  

background image

 

48 

Obsle kiwn ł głow .  

- Odrzucam szifgrethor - powiedział Yegey. - Do czego pan zmierza, ksi

?  

- Do tego: czy na Wielkim Kontynencie jest miejsce dla dwóch Orgoreynów?  

- To, to, to, ta sama my l - powiedział Obsle - ta sama my l. Zasiał j  pan w 

moim umy le dawno temu i od tego czasu nie mog  si  jej pozby . Nasz cie  za 

bardzo si  rozszerzył i padnie te  na Karbid. Walka mi dzy dwoma klanami, tak; 

awantury mi dzy dwoma miastami, tak; spór graniczny z paroma morderstwami 

i spalonymi stodołami, tak; ale walka mi dzy dwoma narodami? Bijatyka z 

udziałem pi dziesi ciu milionów ludzi? Na słodkie mleko Mesze, to jest obraz, 

który sprawia,  e moje sny buchaj  ogniem i budz  si  zlany potem... Nie 

jeste my bezpieczni, nie jeste my bezpieczni. Ty to wiesz, Yegey, sam to nieraz 

mówiłe  na swój sposób.  

- Trzyna cie razy głosowałem przeciwko wdawaniu si  w spór o dolin  Sinoth. 

I co z tego? Frakcja hegemonistów ma do dyspozycji dwadzie cia głosów i ka de 

posuni cie Tibe'a umacnia kontrol  Sarfu nad tymi dwudziestoma. Buduje płot 

przez dolin  i ustawia wzdłu  niego stra ników z garłaczami. Z garłaczami! 

My lałem,  e od dawna s  w muzeum. Daje hegemonistom pretekst, ilekro  oni 

go potrzebuj .  

- I w ten sposób wzmacnia Orgoreyn. Ale Karbid te . Ka da wasza odpowied  

na jego prowokacje, ka de upokorzenie Karbidu przez was, ka de umocnienie 

waszego presti u b dzie słu y  zwi kszeniu siły Karbidu, a  wam dorówna, cały 

kierowany z jednego centrum jak Orgoreyn. I w Karbidzie nie trzyma si  

garłaczy w muzeum. Nosi je Stra  Królewska.  

Yegey nalał po nast pnej miarce wody  ycia. Orgoccy notable pij  ten 

drogocenny ogie  sprowadzony przez prawie osiem tysi cy kilometrów zasnutych 

mgłami mórz z Sithu, jakby to było piwo. Obsle otarł usta i zamrugał.  

- Có  - powiedział - wszystko to zgadza si  z tym, co my lałem i co my l . I 

s dz ,  e mamy sanie, które musimy wspólnie ci gn . Zanim jednak zało ymy 

uprz , mam do pana jedno pytanie, ksi

. W tej sprawie mam kaptur na 

oczach. Prosz  mi powiedzie , co to za kombinacje, wykr tasy i figle - migle z tym 

wysłannikiem z odwrotnej strony ksi yca?  

A wi c Genly Ai wyst pił o zezwolenie na wej cie do Orgoreynu.  

- Wysłannik? Jest tym, kim mówi.  

- To znaczy?  

- Wysłannikiem z innego  wiata.  

- Tylko prosz  bez tych waszych przekl tych, m tnych karhidyjskich metafor, 

ksi

. Odrzu my całkowicie szifgrethor. Czy pan mi odpowie?  

- Ju  to zrobiłem.  

- Jest wi c istot  z innego  wiata? - spytał Obsle, a Yegey dodał:  

- I był na audiencji u króla Argavena?  

Odpowiedziałem twierdz co na oba pytania. Zamilkli na chwil , a potem obaj 

zacz li mówi  naraz, nie staraj c si  ukry  ciekawo ci. Yegey mówił ogródkami, 

ale Obsle walił prosto z mostu.  

- Jakie było zatem jego miejsce w pa skich planach? Zdaje si ,  e postawił 

pan na niego i przegrał. Dlaczego?  

background image

 

49 

- Bo Tibe podstawił mi nog . Zapatrzyłem si  w gwiazdy i nie widziałem błota, 

po którym szedłem.  

- Ksi

 zaj ł si  astronomi ?  

- Wszyscy b dziemy musieli zaj  si  astronomi , panie Obsle.  

- Czy on stanowi dla nas gro b , ten wysłannik?  

- My l ,  e nie. Przynosi od swoich propozycje komunikacji, handlu, umów i 

sojuszu, nic ponadto. Przybył sam, bez broni, maj c tylko swój  rodek ł czno ci i 

statek, który oddał nam do zbadania. My l ,  e nie nale y si  go obawia . A 

jednak w swoich pustych r kach przynosi koniec i Królestwa, i Wspólnoty.  

- Dlaczego?  

- A jak b dziemy rozmawia  z obcymi, je eli nie jako bracia? Jak Gethen 

b dzie pertraktowa  z uni  osiemdziesi ciu  wiatów, je eli nie jako jeden  wiat?  

- Osiemdziesi t  wiatów? - powtórzył Yegey i za miał si  nerwowo. Obsle 

spojrzał na mnie z ukosa i powiedział:  

- Ja wol  my le ,  e sp dził pan zbyt wiele czasu z szale cem w jego pałacu i 

sam oszalał... Na imi  Mesze! Co ma znaczy  ta gadanina o sojuszach ze sło cami 

i o traktatach z ksi ycami? Jak on si  tu dostał? Na komecie? Jad c okrakiem 

na meteorze? Statek, jaki statek lata w powietrzu? Albo w kosmicznej pustce? A 

jednak nie jest pan bardziej szalony ni  zwykle, ksi

, to znaczy chytrze szalony, 

m drze szalony. Wszyscy Karhidyjczycy s  pomyleni. Ksi

, prowad ! Id  za 

tob . Naprzód!  

- Ja nigdzie nie id , panie Obsle. Dok d mam i ? Ale pan mo e do czego  

doj . Je eli zrobi pan mały krok w stron  wysłannika, on mo e wskaza  panu 

drog  wyj cia z doliny Sinoth, z fałszywego kursu, na jakim si  znale li my.  

- Bardzo dobrze, zajm  si  na staro  astronomi . Dok d mnie on 

zaprowadzi?  

- Do wielko ci, je eli b dzie pan szedł m drzej ni  ja. Panowie, rozmawiałem z 

wysłannikiem, widziałem jego statek, który przebył pustk , i wiem,  e jest on 

rzeczywi cie, ponad wszelk  w tpliwo , posła cem sk d  spoza naszej planety. 

Co do szczero ci jego słów i prawdziwo ci jego opisów tego innego  wiata, to nie 

ma  adnej pewno ci. Mo na go tylko ocenia  tak, jak by si  oceniało ka dego 

innego człowieka. Gdyby był jednym z nas, nazwałbym go człowiekiem 

uczciwym. Zapewne zreszt  b dziecie to mogli oceni  sami. Ale jedno jest pewne: 

w jego obecno ci linie narysowane na ziemi przestaj  by  granicami, nie stanowi  

adnej obrony. Orgoreyn stoi wobec wi kszego wyzwania ni  Karhid. Ludzie, 

którzy pierwsi stawi  czoło temu wyzwaniu, którzy pierwsi otworz  drzwi 

naszego  wiata, zostan  przywódcami nas wszystkich. Wszystkich trzech 

kontynentów, całej planety. Nasza granica teraz to nie linia mi dzy dwoma 

wzgórzami, ale linia, jak  zakre la nasza planeta okr aj c sło ce. Wi za  swój 

szifgrethor z czym  mniejszym byłoby teraz głupot .  

Miałem Yegeya, ale Obsle zapadł si  w swój tłuszcz i przygl dał mi si  małymi 

oczkami.  

- Miesi ca nie starczy,  eby w to uwierzy  - powiedział. - Z gdybym to usłyszał 

z jakichkolwiek innych ust, ksi

, uznałbym to za czyste oszustwo, sie  na nasz  

pych  utkan  z gwiezdnych promieni. Ale znam pa ski sztywny kark. Zbyt 

sztywny,  eby dla zmylenia nas ugi  si  w udanej ha bie. Nie mog  uwierzy ,  e 

background image

 

50 

mówi pan prawd , a jednocze nie wiem,  e kłamstwo stan łoby panu w gardle... 

No, có . Czy on b dzie chciał z nami rozmawia  tak, jak, zdaje si , rozmawiał z 

panem?  

- To jest jego cel: mówi  i by  słyszanym. Tam lub tutaj. Gdyby chciał znów 

by  słyszanym w Karbidzie, Tibe go uciszy. Boj  si  o niego, bo chyba nie 

rozumie niebezpiecze stwa.  

- Czy powie nam pan wszystko, co pan wie?  

- Ch tnie, ale czy jest powód, dla którego on nie mógłby tu przyj  i 

opowiedzie  wam wszystkiego osobi cie?  

- My l ,  e nie - powiedział Yegey delikatnie gryz c paznokie . - Zło ył 

podanie o wej cie do Wspólnoty. Karbid nie stawia przeszkód. Jego podanie jest 

rozpatrywane...

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

51 

Rozdział 7

 

 

Kwestia płci

 

 

1448, dzie  81. Wydaje si  prawdopodobne,  e oni s  rezultatem 

eksperymentu. My l niezbyt przyjemna. Ale teraz, kiedy s  dowody,  e Ziemska 

Kolonia była eksperymentem, osadzeniem grupy ludno ci hainskiej normalnej na 

wiecie maj cym własnych protohominidalnych autochtonów, takiej mo liwo ci 

nie mo na wykluczy . Manipulacje genetyczne na ludziach były niew tpliwie 

uprawiane przez kolonizatorów; nic innego nie wyja nia istnienia hilfów z S ani 

zdegenerowanych hominidów z Rokanon. Czy co  innego wyja nia gethe sk  

fizjologi  płci? Przypadek, mo e; dobór naturalny, prawie na pewno nie. Ich 

obupłciowo  ma niewielk  albo  adn  warto  adaptacyjn .  

Dlaczego wybrano na eksperyment tak surowy  wiat? Nie ma na to 

odpowiedzi. Tinibossol uwa a,  e koloni  zało ono w wielkim okresie 

mi dzylodowcowym. Warunki mogły by  wówczas do  sprzyjaj ce przez 

pierwsze 40 czy 50 tysi cy lat. Do czasu, kiedy lód zacz ł znów nast powa , 

Hainowie wycofali si  całkowicie i koloni ci byli zdani wył cznie na własne siły, 

eksperyment został zarzucony.  

Teoretyzuj  tutaj na temat pochodzenia gethe skiej fizjologii seksu, a co 

wła ciwie wiemy na ten temat? Doniesienia Otie Nima z regionu Orgoreynu 

pomogły mi uwolni  si  od niektórych wcze niejszych bł dnych koncepcji. 

Najpierw ustal  wszystko, co wiem, a potem wyło  swoje teorie. Po kolei.  

Cykl płciowy obejmuje od 26 do 28 dni (mówi  tu zwykle o 26 dniach, 

dostosowuj c si  do cyklu ksi ycowego). Przez 21 lub 22 dni osobnik jest 

"somer", seksualnie nieczynny, u piony. Około 18 dnia przysadka inicjuje 

zmiany hormonalne i 22 albo 23 dnia osobnik wkracza w kemmer, czyli ruj . W 

pierwszej fazie kemmeru (karh. seczer) pozostaje w pełni hermafrodyt . Płe  i 

potencja nie ujawniaj  si  w izolacji. Gethe czyk w pierwszej fazie kemmeru 

przebywaj cy w samotno ci albo w ród osobników nie przechodz cych kemmeru 

pozostaje niezdolny do stosunku. Jednak pop d płciowy jest w tej fazie ogromnie 

silny i dominuje nad cał  osobowo ci  podporz dkowuj c sobie wszystkie inne 

instynkty. Kiedy osobnik znajduje sobie partnera w kemmerze, wydzielanie 

hormonów zostaje dalej przy pieszone (przez dotyk, zapach?), a  u jednego z 

partnerów ustali si  m ska albo  e ska dominacja hormonalna. Stosownie do 

tego genitalia nabrzmiewaj  albo kurcz  si , zaloty nasilaj  si  i partner, pod 

wpływem tej zmiany, przyjmuje odmienn  rol  seksualn  (bez wyj tku? Je eli s  

wyj tki w postaci kemmer-partnerów tej samej płci, to tak rzadkie,  e mo na je 

pomin ). Ta druga faza kemmeru (karh. thorharmen) to proces wzajemnego 

okre lania si  płci i potencji, co, jak si  wydaje, nast puje w ci gu od dwóch do 

dwudziestu godzin. Je eli jeden z partnerów jest ju  w pełnym kemmerze, to u 

nowego partnera faza ta trwa bardzo krótko; je eli partnerzy wkraczaj  w 

kemmer jednocze nie, zazwyczaj jest dłu sza. Normalny osobnik nie wykazuje 

predyspozycji do okre lonej roli seksualnej w kemmerze; nie wie, czy b dzie 

m czyzn , czy kobiet , i nie ma w tej sprawie wyboru. (Otie Nim pisał,  e w 

Orgoreynie do  powszechne jest stosowanie  rodków hormonalnych dla 

background image

 

52 

ustalenia preferowanej płci; nie spotkałem si  z tym na wsi karhidyjskiej). Z 

chwil  kiedy płe  jest ustalona, nie ulega ju  ona zmianie w całym okresie 

kemmeru. Kulminacyjna faza kemmeru (karh. thokemmer) trwa od dwóch do 

pi ciu dni, w czasie których pop d i potencja płciowa osi gaj  maksimum. Faza 

ta ko czy si  do  gwałtownie i je eli nie doszło do zapłodnienia, osobnik wraca 

do fazy somer w ci gu kilku godzin (uwaga: Otie Nim uwa a,  e ta "czwarta 

faza" jest odpowiednikiem menstruacji) i cykl zaczyna si  od nowa. Je eli 

osobnik wyst pował w roli kobiecej i został zapłodniony, działalno  hormonalna 

trwa oczywi cie nadal i przez okres ci y (8,4 miesi ca) i laktacji (6-8miesi cy) 

osobnik taki pozostaje kobiet . M skie organy płciowe pozostaj  wci gni te (jak 

w somerze), piersi ulegaj  powi kszeniu, miednica si  rozszerza. Po zako czeniu 

laktacji kobieta wraca do fazy somer i staje si  na powrót idealnym 

hermafrodyt . Nie nast puje fizjologiczny nawyk i matka kilkorga dzieci mo e 

zosta  ojcem jeszcze kilkorga.  

Obserwacja socjologiczna - bardzo prowizoryczna jak na razie, bo zbyt cz sto 

przenosiłam si  z miejsca na miejsce,  eby poczyni  znacz ce obserwacje tego 

typu.  

Kemmer nie zawsze rozgrywany jest w parach. Dobieranie si  w pary wydaje 

si  najcz stszym zwyczajem, ale w "domach kemmeru" w wi kszych i mniejszych 

miastach mog  powstawa  grupy praktykuj ce rozwi zło  płciow  mi dzy 

m skimi i  e skimi członkami grupy. Najdalszym przeciwie stwem tej praktyki 

jest zwyczaj  lubowania kemmeringowi (karh. oskyommer), co jest wła ciwie 

równoznaczne z mał e stwem monogamicznym. Nie ma ono statusu prawnego, 

ale społecznie i etycznie stanowi pradawn  i  yw  instytucj . Niew tpliwie cała 

struktura karhidyjskich klanów-ognisk i domen opiera si  na tej instytucji 

monogamicznego mał e stwa. Nie jestem pewna, czy s  jakie  ogólne zasady co 

do rozwodów: tutaj w Osnorinerze rozwody s , ale nie ma powtórnego 

mał e stwa po rozwodzie lub  mierci partnera.  lubowa  kemmeringowi mo na 

tylko raz.  

Pochodzenie jest ustalone na całej Gethen oczywi cie po matce, czyli "rodzicu 

cielesnym" (karh. amha).  

Kazirodztwo jest dopuszczalne z ró nymi ograniczeniami nawet mi dzy 

pełnym rodze stwem z pary, która  lubowała. Rodze stwo jednak nie mo e 

lubowa  ani utrzymywa  zwi zku po urodzeniu dziecka przez jedno z pary. 

Kazirodztwo mi dzypokoleniowe jest surowo zabronione w Karbidzie i 

Orgoreynie, ale podobno dozwolone w ród plemion Perunteru, czyli kontynentu 

antarktycznego. Mo e to tylko zło liwe oszczerstwo.  

Czego jeszcze dowiedziałam si  na pewno? Wydaje si ,  e to wszystko.  

Jest jedna cecha tej anomalnej sytuacji, która mo e mie  warto  

adaptacyjn . Poniewa  kopulacja mo liwa jest tylko w okresie płodno ci, szansa 

pocz cia jest du a, jak u wszystkich ssaków przechodz cych okres rui. W 

surowych warunkach, przy du ej  miertelno ci niemowl t, mo e to mie  

pozytywn  warto  dla przetrwania rasy. Obecnie w cywilizowanych okolicach 

Gethen ani  miertelno  niemowl t, ani przyrost naturalny nie s  wysokie. 

Tinibossol ocenia,  e ludno  na wszystkich trzech kontynentach nie przekracza 

100 milionów, i uwa a,  e utrzymuje si  na tym poziomie przynajmniej od 

background image

 

53 

tysi clecia. Du  rol  w utrzymaniu tej stabilno ci wydaje si  odgrywa  rytualna 

i etyczna abstynencja oraz stosowanie hormonalnych  rodków 

antykoncepcyjnych.  

S  aspekty dwuseksualno ci, których zaledwie si  domy lamy i których mo e 

nigdy w pełni nie b dziemy w stanie poj . Fenomen kemmeru fascynuje 

oczywi cie wszystkich nas, zwiadowców. Nas fascynuje, ale Gethe czykami 

rz dzi, panuje nad nimi. Struktura ich społecze stw, organizacja przemysłu, 

rolnictwa, handlu, rozmiary ich osiedli, tematy ich ustnej literatury, wszystko jest 

dopasowane do cyklu somer-kemmer. Ka dy ma wolne raz w miesi cu. Nikt, 

niezale nie od stanowiska, nie ma obowi zku pracy, kiedy przechodzi kemmer. 

Nikt, ani biedny, ani obcy, nie jest odp dzany od drzwi "domu kemmeru". 

Wszystko ust puje z drogi cyklicznej rado ci i miłosnemu cierpieniu. Jest to rzecz 

łatwa dla nas do zrozumienia. Bardzo trudne do zrozumienia jest to,  e przez 

cztery pi te czasu ci ludzie s  pozbawieni motywacji seksualnej. Jest tu miejsce 

na seks, du o miejsca, ale jest to jakby miejsce osobne. Społeczno  gethe ska w 

swoim codziennym funkcjonowaniu, w swojej ci gło ci, jest aseksualna.  

Uwaga: ka dy mo e obj  ka d  rol . Brzmi to bardzo prosto, ale efekty 

psychologiczne tego s  nie do przewidzenia. Fakt,  e ka dy w wieku mi dzy 

siedemnastym a trzydziestym pi tym mniej wi cej rokiem  ycia mo e by  (jak to 

uj ł Nim) "skazany na macierzy stwo", decyduje o tym,  e nikt tu nie jest 

całkowicie "przywi zany" pod wzgl dem psychologicznym i fizycznym, jak jest 

to z kobietami gdzie indziej. Ci ary i przywileje s  dzielone po równo; ka dy 

podejmuje to samo ryzyko i dokonuje podobnego wyboru. Dlatego te  nikt nie 

jest tu tak wolny, jak wolny m czyzna gdzie indziej.  

Uwaga: Dziecko nie ma psychoseksualnego stosunku do rodziców. Na Zimie 

nie funkcjonuje mit o Edypie. Uwaga: Nie ma tu stosunku bez zgody partnera, 

nie ma gwałtu. Jak u wi kszo ci ssaków poza człowiekiem coitus mo e si  odby  

tylko przy obopólnej ch ci, inaczej nie jest mo liwy. Uwiedzenie jest niew tpliwie 

mo liwe, ale musi by  ogromnie precyzyjnie wyliczone w czasie.  

Uwaga: Nie istnieje podział ludzko ci na siln  i słab  połow , obro ców i 

wymagaj cych obrony, dominuj cych i podporz dkowanych, wła cicieli i sługi, 

czynnych i biernych. Wła ciwie cała skłonno  do dualizmu, któr  przepojone 

jest ludzkie my lenie, mo e si  okaza  na Zimie osłabiona lub zmieniona.  

Nast puj ce rzeczy powinny si  znale  w ko cowych zaleceniach: Przy 

spotkaniu z Gethe czykiem nie nale y i nie wolno robi  tego, co 

rozdzielnopłciowiec ma we krwi, to znaczy osadza  go w roli m czyzny lub 

kobiety i ustawia  si  w stosunku do niego pod wpływem własnych oczekiwa  co 

do przyj tych lub mo liwych zachowa  mi dzy osobnikami tej samej lub 

przeciwnej płci. Wszystkie nasze wzorce społeczno-seksualnych zachowa  s  tu 

nieprzydatne. Oni nie znaj  tej gry. Oni nie patrz  na siebie jak na m czyzn  

lub kobiet , co prawie przekracza mo liwo ci naszej wyobra ni. Jakie jest 

pierwsze pytanie, które zadajemy na temat noworodka?  

Jednocze nie nie wolno my le  o Gethe czyku "ono". Oni nie s  eunuchami. 

S  potencjalni, cało ciowi. Nie maj  karhidyjskiego "ludzkiego" zaimka na 

oznaczenie osoby w somerze, u ywam zaimka "on" z tych samych powodów, z 

których u ywamy m skiego zaimka, kiedy mówimy o transcendentalnym bogu - 

background image

 

54 

jest mniej okre lony, mniej specyficzny ni   e ski lub nijaki. Ale przez samo 

u ywanie tego zaimka w my lach stale zapominam,  e Karhidyjczyk, z którym 

rozmawiam, nie jest m czyzn , lecz m czyzno-kobiet .  

Pierwszy mobil, je eli zostanie tu przysłany, musi by  ostrze ony,  e je eli nie 

jest bardzo pewny siebie albo bardzo stary, jego duma b dzie nara ona na 

szwank. M czyzna pragnie szacunku dla swojej m sko ci, kobieta pragnie, by 

jej kobieco  była doceniona, niezale nie od tego, jak po rednie lub subtelne 

byłyby te oznaki szacunku i doceniania. Na Zimie tego nie b dzie. Tu jest si  

ocenianym i szanowanym wył cznie jako istota ludzka. Jest to zaskakuj ce 

prze ycie.  

Wracaj c do mojej teorii. Rozwa aj c motywy podobnego eksperymentu, 

je eli to był eksperyment, i mo e usiłuj c uwolni  hainskich przodków od zarzutu 

barbarzy stwa, poczyniłam pewne przypuszczenia co do jego mo liwego celu.  

Cykl someru-kemmeru jest w naszych oczach czym  poni aj cym, powrotem 

do zwierz co ci, podporz dkowaniem istot ludzkich mechanicznemu 

imperatywowi rui. Mo liwe,  e eksperymentatorzy chcieli sprawdzi , czy istoty 

ludzkie pozbawione ci głej potencji płciowej pozostan  rozumne i zdolne do 

tworzenia kultury.  

Z drugiej strony ograniczenie poci gu płciowego do nieci głych odcinków 

czasu i jego hermafrodytyczne "zrównowa enie" musi ogranicza  w znacznym 

stopniu jego wykorzystanie i eliminowa  zwi zane z nim frustracje. Frustracje 

seksualne musz  istnie  (chocia  społecze stwo stara si  im zapobiega  najlepiej 

jak mo e; póki grupa społeczna jest wystarczaj co du a,  eby wi cej ni  jeden 

osobnik przechodził w danym czasie kemmer, zaspokojenie seksualne jest prawie 

pewne), ale przynajmniej nie narastaj , bo ko cz  si  wraz z kemmerem. W 

porz dku, w ten sposób zaoszcz dzono im wielu niepotrzebnych zachodów i 

szale stwa, tylko co pozostaje w somerze? Co ma podlega  sublimacji? Co 

osi gnie społecze stwo eunuchów? Ale oni nie s , oczywi cie, eunuchami w 

somerze, mo na ich raczej porówna  do ludzi przed okresem dojrzewania, nie do 

kastratów, ale do ludzi oczekuj cych na przebudzenie.  

Inny domysł co do celu hipotetycznego eksperymentu eliminacja wojen. 

Czy by staro ytni Hainowie zakładali,  e ci gła potencja seksualna i 

zorganizowana agresja społeczna, które nie wyst puj  u  adnych ssaków prócz 

człowieka, s  przyczyn  i skutkiem? Albo czy by, jak Tumass Song Angot, 

uwa ali wojn  za czysto m sk  działalno  zast pcz , jeden wielki gwałt, i dlatego 

w swoim eksperymencie wyeliminowali m sko , która gwałci, i kobieco , która 

jest gwałcona? Bóg jeden wie. Faktem jest,  e Gethe czycy, chocia  bardzo 

skłonni do współzawodnictwa (czego dowodem skomplikowane kanały społeczne 

umo liwiaj ce współzawodniczenie o presti  itp.), nie s  zbyt agresywni; 

przynajmniej nie mieli jeszcze dot d, jak si  wydaje, czego , co mo na by nazwa  

wojn . Zabijaj  si  bez oporów pojedynczo i dwójkami, rzadko dziesi tkami i 

dwudziestkami, nigdy setkami i tysi cami. Dlaczego?  

Mo e si  okaza ,  e nie ma to nic wspólnego z ich hermafrodytyczn  

psychologi . Ostatecznie nie jest ich zbyt wielu. Jest te  klimat. Pogoda na Zimie 

jest tak bezlitosna, tak bliska granic ludzkiej wytrzymało ci, nawet przy całym 

ich przystosowaniu do chłodu,  e, co mo liwe, zu ywaj  całego ducha bojowego w 

background image

 

55 

walce z zimnem. Ludy marginalne, rasy egzystuj ce na granicy przetrwania, 

rzadko bywaj  wojownikami. 1 wreszcie, dominuj cym czynnikiem w  yciu 

Gethe czyków nie jest seks ani  adna inna rzecz zwi zana z człowiekiem. Jest 

nim ich otoczenie, ich mro ny  wiat. Człowiek ma tutaj okrutniejszego wroga ni  

on sam.  

Jako kobieta z pokojowego  wiata Cziffewar nie jestem specjalist  od uroków 

agresywno ci i od spraw wojny. B dzie to musiał przemy le  kto inny. Ale 

naprawd  nie wierz ,  eby kto , kto prze ył zim  na Zimie i stan ł oko w oko z 

Lodem, mógł przywi zywa  wi ksz  wag  do zwyci stwa i wojennej chwały. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

56 

Rozdział 8

 

 

Inna droga do Orgoreynu

 

 

Sp dziłem to lato bardziej jak zwiadowca ni  jak mobil, w druj c po 

Karhidzie od wioski do wioski, z domeny do domeny, przygl daj c si  i 

słuchaj c: co , na co mobil nie mo e sobie pozwoli  w pierwszym okresie, kiedy 

jeszcze jest dla ludzi nowo ci  i dziwol giem, kiedy musi by  stale na pokaz i 

gotów do wyst pów. Mówiłem swoim gospodarzom w ogniskach i wioskach, kim 

jestem. Wi kszo  z nich słyszała co  na mój temat przez radio i miała o mnie 

jakie takie poj cie. Zdradzali zainteresowanie, jedni wi ksze, inni mniejsze. 

Niektórzy obawiali si  mnie lub okazywali ksenofobiczn  odraz . Wróg w 

Karhidzie to nie jest obcy, naje d ca. Nieznajomy przybywaj cy do ogniska jest 

go ciem. Wrogiem jest s siad.  

W miesi cu kus mieszkałem na wschodnim wybrze u jako go  klanu 

Gorinhering, w rozbudowanym domu - twierdzy na wzgórzu wznosz cym si  nad 

wiecznymi mgłami oceanu Hodomin. Mieszkało tam około pi ciuset osób. Cztery 

tysi ce lat temu zastałbym ich przodków mieszkaj cych w tym samym miejscu, w 

podobnym domu. W ci gu tych czterech tysi cleci wynaleziono elektryczno , 

zacz to u ywa  radia, mechanicznych warsztatów tkackich, pojazdów i maszyn 

rolniczych. Wiek techniki nadszedł stopniowo, bez rewolucji technicznej ani 

adnej innej. Zima nie osi gn ła w ci gu trzydziestu stuleci tego, co Ziemia 

osi gn ła kiedy  w ci gu trzydziestu dziesi cioleci, ale te  nie zapłaciła za to ceny, 

jak  zapłaciła Ziemia.  

Zima jest okrutnym  wiatem. Kara za przest pstwo jest nieunikniona i 

szybka:  mier  z zimna albo  mier  z głodu.  adnej kaucji,  adnego zawieszenia. 

Człowiek mo e zawierzy  swojemu szcz ciu, społecze stwo nie, bo przemiany 

kulturowe, jak przypadkowe mutacje, mog  nasili  element ryzyka. W dowolnie 

wybranym punkcie ich historii powierzchowny obserwator mógłby powiedzie ,  e 

wszelki post p technologiczny i dyfuzja kulturowa uległy tu zahamowaniu. Ale 

nigdy tak nie było. Porównajmy tropikaln  ulew  i lodowiec. Po swojemu ka de 

dochodzi tam, dok d zmierza.  

Du o rozmawiałem ze starymi lud mi z Gorinhering, tak e z dzie mi. Po raz 

pierwszy miałem okazj  zetkn  si  bli ej z gethe skimi dzie mi, bo w 

Erhenrangu wszystkie przebywały w prywatnych lub publicznych ogniskach i 

szkołach. Jedna czwarta do jednej trzeciej całej dorosłej populacji miast jest 

zatrudniona przy karmieniu i kształceniu dzieci. Tutaj klan sam zajmował si  

swoj  młodzie . Odpowiedzialno  spadała na wszystkich i na nikogo. Była to 

rozhukana gromada biegaj ca po zasnutych mgł  wzgórzach i pla ach. Kiedy 

udawało mi si  zatrzyma  które  wystarczaj co długo,  eby porozmawia , 

okazywało si ,  e s  nie miałe, dumne i jednocze nie ogromnie ufne.  

Instynkt rodzicielski wyra a si  na Gethen bardzo ró nie, tak jak wsz dzie. 

Nie matu  adnych reguł. Nigdy nie widziałem,  eby jaki  Karhidyjczyk uderzył 

dziecko. Raz widziałem, jak kto  mówił do dziecka ze zło ci . Ich czuło  w 

stosunku do dzieci wydała mi si  gł boka, racjonalna i niemal całkowicie 

pozbawiona instynktu władczego. Tylko pod tym ostatnim wzgl dem ró niła si  

background image

 

57 

od tego, co u nas nazywa si  instynktem "macierzy skim". Podejrzewam,  e 

rozró nienie mi dzy instynktem macierzy skim a ojcowskim nie ma 

uzasadnienia,  e instynkt rodzicielski, gotowo  do obrony i pomocy, nie jest 

cech  przywi zan  do płci...  

Na pocz tku miesi ca hakunna wyłowili my w Gorinhering spo ród trzasków 

radia Biuletyn Pałacowy ogłaszaj cy,  e król Argaven spodziewa si  potomka. 

Nie jeszcze jednego syna z kemmeringa, których ju  miał siedmiu, ale syna z 

własnego łona. Król był w ci y.  

Uznałem,  e to zabawne, i mieszka cy Gorinhering równie , ale z innego 

powodu. Mówili,  e król jest za stary,  eby rodzi  dzieci, i za miewali si  robi c 

nieprzyzwoite aluzje. Starzy ludzie mieli powód do  miechu na wiele dni.  miali 

si  z króla, ale poza tym nie bardzo si  nim interesowali. "Karhid to domeny", 

powiedział kiedy  Estraven i jak wiele z tego, co powiedział, słowa te stawały 

przede mn , w miar  jak si  uczyłem coraz to czego  nowego. Ten pozorny naród, 

zjednoczony od stuleci, stanowił konglomerat domen, miast, wiosek, 

"pseudofeudalnych plemiennych jednostek gospodarczych", pstrokacizn  

energicznych, kompetentnych, kłótliwych indywidualno ci, poddanych tylko 

bardzo powierzchownie rygorom władzy. Pomy lałem sobie,  e nic nie potrafi 

zjednoczy  Karhidu jako narodu. Pełne rozpowszechnienie  rodków masowego 

przekazu, które, jak si  uwa a, w sposób niemal nieunikniony prowadzi do 

nacjonalizmu, nie dokonało tego. Ekumena nie mo e zwraca  si  do tych ludzi 

jako do społeczno ci, jako do pewnej posiadaj cej zdolno  mobilizacji cało ci. 

Musi raczej zwraca  si  do ich silnego, cho  nie w pełni rozwini tego poczucia 

humanizmu, poczucia ludzkiej jedno ci. My l o tym bardzo mnie poruszyła. 

Myliłem si , oczywi cie, a jednak dowiedziałem si  o Gethe czykach czego , co na 

dłu sz  met  okazało si  po yteczne.  

O ile nie chciałem sp dzi  całego roku w Starym Karbidzie, musiałem wraca  

na Zachodni  Równin , póki przeł cze Kargavu były jeszcze przejezdne. Nawet 

tutaj, na wybrze u, dwukrotnie spadł mały  nieg w ostatnim miesi cu lata. Do  

niech tnie wyruszyłem z powrotem na zachód i przybyłem do Erhenrangu na 

pocz tku gor, pierwszego miesi ca jesieni. Argaven  ył teraz w odosobnieniu w 

letnim pałacu w Warrever i mianował Pemmera Harge rem ir Tibe'a regentem 

na czas swojej nieobecno ci. Tibe w pełni wykorzystywał okres swojej władzy. 

Ju  po paru godzinach od przyjazdu zacz łem dostrzega  bł dy w swojej analizie 

Karbidu i poczułem wokół siebie atmosfer  obco ci, mo e nawet zagro enia.  

Argaven nie był człowiekiem normalnym. Złowieszcza niezborno  jego 

umysłu ci yła na nastroju jego stolicy, król  ywił si  strachem. Wszystko, co 

dobre za jego panowania, było dziełem jego ministrów i kyorremy, ale nie 

wyrz dził te  wiele zła. Jego szarpanina z trapi cymi go zmorami nie szkodziła 

królestwu. Co innego jego kuzyn Tibe, którego szale stwo miało logik . Tibe 

wiedział, kiedy i jak działa . Nie wiedział tylko, gdzie si  zatrzyma .  

Cz sto przemawiał przez radio. Estraven, kiedy był u władzy, nigdy tego nie 

robił i nie nale ało to do karhidyjskiego stylu. Sprawowanie władzy nie było tutaj 

publicznym przedstawieniem, było tajne i po rednie. Tibe tymczasem tokował. 

Słysz c jego głos przez radio widziałem długoz by u miech i twarz pod mask  

sieci. drobnych zmarszczek. Jego przemówienia były długie i gło ne: pochwały 

background image

 

58 

Karbidu, obelgi pod adresem Orgoreynu, oskar enia "nielojalnych frakcji", 

rozwa ania na temat "nienaruszalno ci granic królestwa", wykłady z historii, 

etyki i ekonomii, a wszystko w pełnym frazesów, napuszonym stylu, w którym 

histerycznie pobrzmiewały obelgi i pochlebstwa. Mówił du o o honorze kraju i 

miło ci ojczyzny, ale niewiele o szifgrethorze, osobistej dumie lub presti u. 

Czy by Karbid utracił tak wiele presti u w sprawie doliny Sinoth,  e lepiej było o 

tym nie wspomina ? Nie, bo cz sto poruszał spraw  doliny Sinoth. Uznałem,  e 

rozmy lnie unika tematu szifgrethoru, bo pragnie wznieci   ywiołowe emocje 

ni szego rz du. Chciał poruszy  co , z czego wyrosła idea szifgrethoru, czego była 

udoskonaleniem i sublimacj . Chciał wzbudzi  w swoich słuchaczach strach i 

gniew. Nie mówił wcale o dumie i miło ci, cho  bez przerwy u ywał tych słów. W 

jego ustach znaczyły one tyle co zarozumialstwo i nienawi . Rozwodził si  te  na 

temat prawdy, bo, jak powiedział, "si gał do niej pod mask  cywilizacji".  

Jest to ponadczasowa, wszechobecna, pozornie słuszna metafora - o masce, 

lakierze, farbie czy czym  tam jeszcze kryj cym szlachetniejsz  rzeczywisto . 

Potrafi ukry  za jednym zamachem dziesi tek fałszerstw. Jednym z najbardziej 

niebezpiecznych jest sugestia,  e cywilizacja jest tworem sztucznym, a wi c 

nienaturalnym,  e jej przeciwie stwem jest prymitywizm... Oczywi cie nie ma 

adnej maski ani lakieru, jest proces wzrostu, a prymitywizm i cywilizacja s  

ró nymi stadiami tej samej rzeczy. Je eli cywilizacja ma przeciwie stwo, to jest 

nim wojna. Z tych dwóch rzeczy mo na mie  albo jedn , albo drug . Nigdy obie 

naraz. Słuchaj c nudnych, napastliwych tyrad Tibe'a miałem uczucie,  e 

strachem i perswazj  chciał wymusi  na swoim narodzie zmian  wyboru, którego 

ten dokonał, zanim zacz ła si  historia, wyboru mi dzy wojn  a cywilizacj .  

Mo liwe,  e czas do tego dojrzał. Cho  ich post p materialny i technologiczny 

był powolny, cho  niewiele sobie cenili sam  ide  "post pu", w ostatnich pi ciu, 

dziesi ciu czy pi tnastu stuleciach wreszcie wyprzedzili nieco Natur . Nie byli ju  

bezwzgl dnie zdani na łask  i niełask  swojego okrutnego klimatu, nieurodzaj nie 

prowadził do  mierci głodowej całej prowincji, a szczególnie ostra zima nie 

oznaczała izolacji miast. Na podstawie tej materialnej stabilizacji Orgoreyn 

stopniowo zbudował zjednoczone i coraz sprawniejsze scentralizowane pa stwo. 

Teraz Karhid miał zmobilizowa  si  i zrobi  to samo. A sposobem na to nie było 

rozwijanie dumy narodowej, rozwijanie handlu, ulepszanie dróg, gospodarstw, 

uczelni, nic z tego, to wszystko cywilizacja, maska, któr  Tibe z pogard  

odrzucał. Jemu chodziło o co  pewniejszego, o niezawodny, szybki i długo 

działaj cy sposób na utworzenie z ludzi narodu, o wojn . Jego pomysły w tej 

kwestii nie mogły by  zbyt precyzyjne, ale były całkiem sensowne. Jedynym 

innym sposobem na szybk  i pełn  mobilizacj  ludzi jest nowa religia, a  e religii 

nie było na podor dziu, pozostawała wojna.  

Przesłałem regentowi not , w której cytowałem pytanie, jakie zadałem 

wieszczom z Otherhordu, i otrzyman  odpowied . Tibe nie odpowiedział. 

Wówczas poszedłem do ambasady orgockiej i poprosiłem o zezwolenie na wyjazd 

do Orgoreynu.  

Personel biur Ekumeny na Hain jest mniej liczny ni  tutaj personel ambasady 

jednego małego kraju w drugim małym kraju, a wszyscy oni s  uzbrojeni w 

dziesi tki metrów ta my i formularze. Byli powolni i dokładni,  adnej niedbałej 

background image

 

59 

arogancji i nagłej  lisko ci, tak charakterystycznych dla urz dników 

karhidyjskich. Czekałem, podczas gdy oni wypełniali swoje formularze.  

To czekanie stawało si  do  denerwuj ce. Ilo  gwardzistów i policjantów 

miejskich na ulicach Erhenrangu zdawała si  wzrasta  z dnia na dzie . Byli 

uzbrojeni, a ich ubiór jakby si  ujednolicał. Nastrój w mie cie był ponury, 

chocia  interesy szły dobrze, dobrobyt był powszechny, a pogoda dobra. Wszyscy 

trzymali si  ode mnie z daleka. Moja "gospodyni" nie pokazywała ju  

ciekawskim mojego pokoju, natomiast skar yła si ,  e nachodz  j  "ci z Pałacu", 

i traktowała mnie ju  nie jako szacowne dziwowisko, lecz jako osobnika 

podejrzanego politycznie. Tibe miał przemówienie o starciu granicznym w dolinie 

Sinoth: "dzielni karhidyjscy rolnicy, prawdziwi patrioci" zaatakowali na 

południu od Sassinoth orgock  wie , spalili j , zabili dziewi ciu mieszka ców, a 

nast pnie wlekli ich ciała a  do rzeki Ey, gdzie je wrzucili. "Taki koniec - 

powiedział regent - czeka wszystkich wrogów naszego narodu!" Słuchałem tej 

audycji w sali jadalnej swojej wyspy. Niektórzy słuchacze mieli miny ponure, inni 

znudzone. jeszcze inni zadowolone, ale we wszystkich tych ró nych twarzach był 

jeden element wspólny, drobny tik albo skurcz, którego nie było wcze niej, wyraz 

niepokoju.  

Tego wieczoru miałem go cia, pierwszego od mojego powrotu do Erhenrangu. 

Był szczupły, nie miały, miał gładk  skór  i nosił złoty ła cuch wieszcza, jednego 

z czystych.  

- Jestem przyjacielem kogo , kto był twoim przyjacielem - powiedział z 

bezpo rednio ci  wła ciw  ludziom nie miałym. - Przyszedłem prosi  ci  o 

przysług  w jego imieniu.  

- Faxe?  

- Nie, Estraven.  

Mój  yczliwy wyraz twarzy musiał ulec zmianie, bo po krótkiej przerwie 

nieznajomy dodał:  

- Estraven Zdrajca. Pami tasz takiego?  

Miejsce nie miało ci zaj ł gniew i teraz przybysz rozpocz ł gr  w szifgrethor. 

Gdybym chciał j  podj , mój ruch wymagał,  ebym powiedział co  w rodzaju: 

"nie jestem pewien, powiedz mi co  o nim". Ale ja nie miałem ochoty na gr  i 

zd yłem ju  pozna  wybuchowy temperament Karhidyjczyków. Zlekcewa yłem 

jego gniew i powiedziałem:  

- Pami tam go, oczywi cie.  

- Ale nie z przyja ni . - Jego ciemne oczy o opuszczonych k cikach 

wpatrywały si  we mnie intensywnie.  

- Raczej z wdzi czno ci  i rozczarowaniem. Czy przysłał ci  do mnie?  

- Nie.  

Czekałem, a  powie co  wi cej.  

- Wybacz - powiedział. - Wysuwałem nieuzasadnione przypuszczenia. 

Akceptuj  fakty.  

Powstrzymałem małego obra onego człowieka ju  w drzwiach.  

- Prosz  ci , nie wiem, kim jeste  ani czego chcesz. Nie zgodziłem si  jeszcze, 

ale to nie znaczy,  e ci odmówiłem. Musisz przyzna  mi prawo do ostro no ci. 

Estraven został wygnany za to,  e popierał moj  misj ...  

background image

 

60 

- Czy nie uwa asz,  e jeste  w zwi zku z tym jego dłu nikiem?  

- W pewnym sensie. Jednak moja misja tutaj jest wa niejsza ni  wszystkie 

osobiste zobowi zania i lojalno ci. - Skoro tak - powiedział mój go  bez cienia 

w tpliwo ci - to twoja misja jest niemoralna.  

To mnie zastanowiło. Powiedział to jak adwokat Ekumeny i nie znalazłem 

odpowiedzi.  

- Nie s dz  - odezwałem si  wreszcie. - Ułomny jest misjonarz, nie sama misja. 

Ale powiedz, prosz , co chciałe ,  ebym zrobił.  

- Mam nieco pieni dzy z opłat i długów, które udało mi si  uratowa  z resztek 

maj tku mojego przyjaciela. Słysz c,  e wybierasz si  do Orgoreynu, 

postanowiłem prosi  ci ,  eby  przekazał mu te pieni dze, je eli go odnajdziesz. 

Jak wiesz, byłoby to przest pstwem. Mo e si  te  okaza  niepotrzebne. On mo e 

by  w Misznory albo w którym  z ich przekl tych gospodarstw, albo mo e ju  nie 

yje. Nie mam sposobu,  eby si  tego dowiedzie . Nie znam nikogo w Orgoreynie, 

a tu nie odwa yłbym si  pyta . Pomy lałem o tobie, jako o kim  stoj cym ponad 

polityk , kto nie ma zwi zanych r k. Nie przyszło mi do głowy,  e masz, 

oczywi cie, swoj  własn  polityk . Prosz  o wybaczenie mi mojej głupoty.  

- Dobrze, wezm  dla niego pieni dze. Ale je eli nie  yje albo nie b d  mógł go 

odnale , to komu mam je odda ? Patrzył na mnie, jego twarz przebiegł jaki  

skurcz, w gardle odezwał si  stłumiony szloch. Wi kszo  Karhidyjczyków płacze 

łatwo, nie wstydz c si  łez bardziej ni   miechu. Powiedział:  

- Dzi kuj  ci. Nazywam si  Foreth. Jestem ze stanicy Orgny.  

- Czy nale ysz do klanu Estravena?  

- Nie. Jestem Foreth rem ir Osboth. Byłem jego kemmeringiem.  

Estraven nie miał kemmeringa, kiedy go znałem, ale nie potrafiłem wzbudzi  

w sobie podejrzenia do tego człowieka. Mógł by  czyim  nie wiadomym 

narz dziem, ale on sam był na pewno szczery. I czego  si  od niego nauczyłem:  e 

gr  o szifgrethor mo na toczy  te  na poziomie etyki i  e lepszy gracz wygrywa. 

Dostałem mata w dwóch ruchach.  

Przekazał mi pieni dze, które miał przy sobie: poka n  sum  w królewskich 

karhidyjskich, które nie stanowiły  adnego  ladu i które, co za tym idzie, 

mógłbym sobie po prostu przywłaszczy .  

- Je eli go znajdziesz... - zaj kn ł si . - Co  przekaza ?  

- Nie. Chciałbym tylko wiedzie ...  

- Je eli go znajd , postaram si  przesła  ci wiadomo . - Dzi kuj  - powiedział 

i wyci gn ł obie r ce w ge cie przyja ni, który Karhidyjczykom nie przychodzi 

lekko.  ycz  ci powodzenia w twojej misji. On, Estraven, wierzył,  e przybyłe  tu 

w dobrej sprawie. Wiem,  e wierzył w to bardzo mocno.  

Ten człowiek nie widział  wiata poza Estravenem. Był jednym z tych 

skazanych na to,  eby kocha  tylko raz.  

- Czy chciałby  mu co  przekaza ? - spytałem ponownie. - Powiedz mu,  e 

dzieci s  zdrowe - powiedział, potem zawahał si , mrukn ł cicho: - Nusuth - i 

odszedł. W dwa dni pó niej wyruszyłem z Erhenrangu pieszo, tym razem drog  

północno - zachodni . Moje zezwolenie na przekroczenie granic Orgoreynu 

nadeszło szybciej, ni  zapowiadali urz dnicy z ambasady, i szybciej, ni  sami si  

spodziewali. Kiedy przyszedłem odebra  papiery, traktowali mnie ze zjadliwym 

background image

 

61 

szacunkiem, niezadowoleni,  e protokół i przepisy zostały na mój u ytek 

zlekcewa one. Poniewa  w Karbidzie nie obowi zywały  adne przepisy co do 

opuszczania kraju, wyruszyłem natychmiast. W ci gu lata nauczyłem si , jak 

przyjemnie jest podró owa  po Karbidzie pieszo. Drogi i zajazdy s  dostosowane 

do ruchu pieszego równie jak do pojazdów mechanicznych, a tam, gdzie 

zabraknie zajazdu, mo na niezawodnie polega  na kodeksie go cinno ci. 

Mieszka cy miast, wiosek, pojedynczych zagród lub panowie domen zgodnie z 

kodeksem zapewniaj  podró nemu schronienie i po ywienie przez trzy dni, a w 

praktyce znacznie dłu ej, najwa niejsze za ,  e jest si  zawsze przyjmowanym 

bez kwasów, serdecznie, jakby si  było oczekiwanym go ciem.  

W drowałem przez wspaniał , schodz c  w dół krain  mi dzy Sess i Ey nie 

piesz c si , zarabiaj c czasem na utrzymanie prac  na polach wielkich 

latyfundiów, gdy  wła nie była pora  niw i ka da para r k, ka de narz dzie i 

maszyna trudziły si ,  eby zebra  plon przed zmian  pogody. Wszystko było złote 

i pogodne podczas tej tygodniowej w drówki, i co noc przed za ni ciem 

wychodziłem z ciemnego domu rolnika albo z roz wietlonej sali kominkowej, w 

zale no ci od tego, gdzie mieszkałem, stawałem na  ciernisku i patrzyłem na 

gwiazdy, rozjarzone jak odległe miasta, w ród wietrznych jesiennych ciemno ci.  

Prawd  mówi c niech tnie rozstawałem si  z tym krajem tak oboj tnie 

przyjmuj cym posła z gwiazd, ale tak  yczliwym nieznajomemu. Czułem niech  

do zaczynania wszystkiego od pocz tku, do powtarzania swojego posłania w 

nowym j zyku nowym słuchaczom i mo e znów na pró no. W drowałem bardziej 

na północ ni  na zachód, powodowany ciekawo ci  ujrzenia regionu doliny 

Sinoth, ko ci niezgody mi dzy Karbidem a Orgoreynem. Nadal było pogodnie, ale 

zacz ło si  ochładza , i wreszcie skr ciłem na zachód nie dochodz c do Sassinoth, 

bo przypomniałem sobie,  e zbudowano tam płot wzdłu  granicy i mog  mie  

trudno ci z opuszczeniem Karbidu. Tutaj granic  stanowiła Ey, w ska, ale rw ca 

rzeka zasilana lodowcem jak wszystkie rzeki Wielkiego Kontynentu. Zawróciłem 

kilka kilometrów na południe szukaj c przej cia i trafiłem na most ł cz cy dwie 

wioski, Passerer po stronie karhidyjskiej i Siuwensin w Orgoreynie, 

przygl daj ce si  sobie leniwie z przeciwnych brzegów rw cej Ey.  

Karhidyjski stra nik spytał mnie tylko, czy zamierzam wraca  jeszcze tego 

wieczoru, i machn ł mi r k . Po stronie orgockiej przywołano inspektora,  eby 

dokonał kontroli mojego paszportu i papierów, co robił przez godzin , w dodatku 

karhidyjsk . Zatrzymał paszport mówi c mi,  e mam si  po niego zgłosi  

nast pnego dnia rano, i dał mi zamiast niego zlecenie na posiłki i nocleg w 

Granicznym Domu Podró nych Wspólnoty w Siuwensin. Sp dziłem nast pn  

godzin  w biurze kierownika domu, który wertował moje papiery i sprawdzał 

autentyczno  mojego zlecenia telefonuj c do inspektora Punktu Granicznego 

Wspólnoty, z którego dopiero co przyszedłem.  

Nie potrafi  odpowiednio zdefiniowa  orgockiego słowa, które tłumacz  tu 

jako "wspólnota". Jego rdze  stanowi słowo oznaczaj ce wspólne spo ywanie 

posiłku. Jego u ycie obejmuje wszystkie narodowe i pa stwowe instytucje 

Orgoreynu, od pa stwa jako cało ci, przez trzydzie ci trzy okr gi do mniejszych 

jednostek, miast, komunalnych gospodarstw, kopal , fabryk itp. Jako 

przymiotnik stosuje si  do wszystkich powy szych przypadków. W formie 

background image

 

62 

"wspólnota" chodzi zwykle o rz dz ce ciało Wielkiej Wspólnoty Orgoreynu z 

władz  wykonawcz  i ustawodawcz , zło one z trzydziestu trzech naczelników 

okr gów, ale mo e to tak e oznacza  ogół obywateli. sam naród. W tym dziwnym 

braku rozró nienia mi dzy ogólnym a specyficznym u yciem słowa, w stosowaniu 

go na oznaczenie zarówno cz ci jak cało ci, w tym braku precyzji kryje si  jego 

najbardziej precyzyjny sens.  

Moje papiery, a wraz z nimi i moja obecno  zostały wreszcie zaaprobowane i 

o czwartej godzinie otrzymałem mój pierwszy tego dnia od wczesnego  niadania 

posiłek, kolacj  zło on  z gotowanego kadiku i plastrów zimnego jabłka 

chlebowego. Przy całym nagromadzeniu urz dników Siuwensin było mał , 

zapadł  dziur , gł boko pogr on  w prowincjonalnej apatii. Dom Podró nych 

Wspólnoty Orgoreynu okazał si  mniejszy ni  jego nazwa. Sala jadalna, bez 

kominka, składała si  ze stołu i pi ciu krzeseł, jedzenie przynoszono ze wsi. W 

drugim pomieszczeniu była sypialnia - sze  łó ek, du o kurzu, troch  wilgoci. 

Miałem j  cał  dla siebie. Poniewa  wygl dało na to,  e w Siuwensin wszyscy id  

do łó ek prosto po kolacji, zrobiłem to samo. Zasn łem w tej przejmuj cej 

wiejskiej ciszy, która d wi czy w uszach. Spałem przez godzin  i obudziłem si  

duszony koszmarem o wybuchach, inwazji, mordach i po arach.  

Był to szczególnie m cz cy sen, z tych, w których biegnie si  w ciemno ciach 

nieznan  ulic  w ród tłumu ludzi bez twarzy, a za plecami domy staj  w 

płomieniach i słycha  krzyk dzieci.  

Zatrzymałem si  na  ciernistym polu przy czarnym  ywopłocie. Przez chmury 

prze wiecał matowoczerwony półksi yc i kilka gwiazd. Wiał przenikliwy zimny 

wiatr. W pobli u majaczyła w ciemno ci wielka stodoła albo spichlerz, a w tle za 

ni  tryskały w niebo miotane wiatrem snopy iskier.  

Byłem boso, bez spodni, Niebu i płaszcza, tylko w koszuli, ale miałem swój 

plecak, którego u ywałem jako poduszki w swoich podró ach, a w nim nie tylko 

zapasowe ubranie, lecz tak e moje rubiny, pieni dze, dokumenty, papiery i 

astrograf. Widocznie pilnowałem go nawet w złych snach. Wyj łem buty, 

spodnie, podbity futrem zimowy hieb i ubrałem si  w tej mro nej, ciemnej ciszy, 

maj c za plecami płon ce Siuwensin. Zacz łem szuka  drogi, któr  wkrótce 

znalazłem, a na niej innych ludzi. Byli uciekinierami, podobnie jak ja, ale 

wiedzieli, dok d id . Poszedłem za nimi nie maj c  adnego własnego planu, poza 

tym,  eby znale  si  jak najdalej od Siuwensin, które - jak si  domy lałem 

zostało napadni te z Passerer po drugiej stronie mostu.  

Tamci napadli, podło yli ogie  i wycofali si  - walki nie było. Nagle w 

ciemno ciach przed nami zapłon ły reflektory i zbici w gromadk  na poboczu 

ujrzeli my sznur ci kich pojazdów, które na pełnej szybko ci nadjechały z 

zachodu w stron  Siuwensin, min ły nas z błyskiem  wiateł i odgłosem kół 

powtórzonym dwadzie cia razy, a potem znów cisza i ciemno .  

Wkrótce dotarli my do komunalnego gospodarstwa rolnego, gdzie nas 

zatrzymano i przesłuchano. Usiłowałem trzyma  si  grupy, z któr  przybyłem, 

ale nie udało mi si . Im te , je eli nie mieli przy sobie dokumentów osobistych. 

Zarówno oni jak i ja, cudzoziemiec bez paszportu, zostali my odł czeni od reszty 

i umieszczeni na noc w magazynie, rozległej kamiennej półpiwnicy bez okien i z 

jedynym wej ciem zamkni tym od zewn trz. Co jaki  czas drzwi si  otwierały i 

background image

 

63 

miejscowy policjant uzbrojony w gethe sk  akustyczn  "strzelb " wpychał 

nast pnego uciekiniera. Po zamkni ciu drzwi ciemno  była absolutna,  adnego 

wiatła. Przed oczami pozbawionymi jakiegokolwiek widoku wirowały gwiazdy i 

ogniste plamy na czarnym tle. Zimne powietrze przesycone było kurzem i 

zapachem ziarna. Nikt nie miał latarki, ci ludzie, podobnie jak ja, zostali wyrwani 

ze snu, dwoje z nich było dosłownie jak ich Pan Bóg stworzył i po drodze dostali 

od innych koce. Nie mieli nic. Gdyby zdołali wzi  cokolwiek, byłyby to ich 

papiery. W Orgoreynii lepiej by  gołym ni  nie mie  papierów.  

Siedzieli rozproszeni w tej pustce, wielkiej, zakurzonej ciemno ci. Czasem 

kto  odzywał si  do kogo  szeptem. Ani  ladu solidarno ci współwi niów,  adnej 

skargi.  

Z lewej strony usłyszałem szept:  

- Widziałem go na ulicy, tu  koło moich drzwi. Urwało mu głow .  

- U ywaj  strzelb z metalowymi kulami. To bro  szturmowa.  

- Tiena mówił,  e oni nie byli z Passerer, tylko z Ovordu i przyjechali 

ci arówk .  

- Ale przecie  mi dzy Ovordem a Siuwensin nie ma  adnych sporów...  

Nie rozumieli i nie skar yli si . Nie protestowali przeciwko temu,  e zostali 

zamkni ci w piwnicy przez swoich rodaków po tym, jak do nich strzelano i 

spalono im domy. Nie szukali wyja nienia tego, co im si  przydarzyło. Rzadkie i 

ciche głosy w ciemno ci, w melodyjnym j zyku orgockim, przy którym 

karhidyjski brzmiał, jakby kto  potrz sał kamykami w puszce, stopniowo ucichły 

całkowicie. Ludnie zasn li. Przez chwil  gdzie  w odległych ciemno ciach kwiliło 

dziecko, płacz ce na d wi k echa własnego płaczu.  

Potem skrzypn ły drzwi i był jasny dzie , blask sło ca jak no em po oczach, 

ostry i przera aj cy. Potykaj c si  wyszedłem za wszystkimi i szedłem z nimi 

automatycznie, kiedy usłyszałem swoje nazwisko. Nie poznałem go pocz tkowo, 

bo Orgotowie wymawiaj  "I". Kto  wywoływał mnie od chwili otwarcia drzwi.  

- Prosz  za mn , panie Ai - powiedziała zaaferowana osoba w czerwonym 

stroju i ju  nie byłem uciekinierem. Zostałem oddzielony od tych bezimiennych, z 

którymi uciekałem w ciemno ciach i z którymi byłem zł czony bezimienno ci  

przez cał  noc sp dzon  w ciemnicy. Teraz miałem imi , byłem znany, urz dowo 

potwierdzony istniałem. Co za ulga! Ch tnie udałem si  za moim przewodnikiem.  

W biurze Lokalnego Zarz du Gospodarstw Rolnych Wspólnoty panował ruch 

i zamieszanie, ale znaleziona czas,  eby mnie odnale  i przeprosi  za przykro ci 

ubiegłej nocy.  

- Jaka szkoda,  e postanowił pan przyby  do Wspólnoty akurat przez 

Siuwensin! - biadolił gruby inspektor.  e te  nie skorzystał pan z normalnej 

trasy!  

Nie wiedzieli, kim jestem ani dlaczego jestem tak przyjmowany, ich niewiedza 

była oczywista, ale nie robiło to najmniejszej ró nicy. Genly Ai, wysłannik, miał 

by  traktowany jak kto  wa ny. I był. Wczesnym popołudniem byłem ju  w 

drodze do Misznory, w samochodzie przydzielonym do mojej dyspozycji przez 

Zarz d Gospodarstw Rolnych Wspólnoty Wschodniego Homsvaszom, Okr g 

Ósmy. Miałem nowy paszport i kart  wst pu do wszystkich domów podró nych 

background image

 

64 

po drodze oraz telegraficzne zaproszenie do rezydencji pierwszego komisarza 

Wspólnoty do spraw punktów granicznych i portów, pana Utha Szusgisa.  

Radio w małym samochodzie wł czało si  razem z silnikiem i grało przez cały 

czas jego pracy; w ten sposób całe popołudnie jad c przez rozległe płaskie tereny 

uprawne wschodniego Orgoreynu, bez płotów (bo nie ma tu bydła), poci te tylko 

strumieniami, słuchałem radia. Powiedziało mi o pogodzie, zbiorach, warunkach 

na drogach, ostrzegło mnie,  ebym jechał ostro nie, przekazało mi ró ne 

wiadomo ci ze wszystkich trzydziestu trzech okr gów, wyniki produkcyjne 

ró nych fabryk, sprawozdanie z przeładunków w ró nych rzecznych i morskich 

portach, od piewało kilka pie ni kultu jomesz i znów opowiedziało o pogodzie. 

Wszystko to było bardzo spokojne w porównaniu z tyradami, jakie słyszałem w 

radio w Erhenrangu. O napadzie na Siuwensin ani słowa. Widocznie rz d orgocki 

chciał uspokaja , a nie podburza . Krótkie oficjalne wiadomo ci powtarzane do  

cz sto stwierdzały tylko.  e porz dek wzdłu  wschodniej granicy jest i b dzie 

utrzymany. Podobało mi si  to. Budziło zaufanie nie prowokuj c przeciwnika i 

miało w sobie t  spokojn  twardo . któr  tak podziwiałem u Gethe czyków: 

porz dek b dzie utrzymany... Byłem teraz zadowolony.  e wydostałem si  z 

Karhidu, rozwichrzonego kraju popychanego w stron  wojny przez szalonego 

króla w ci y i op tanego mani  wielko ci regenta. Byłem zadowolony,  e jad  

spokojnie z pr dko ci  trzydziestu paru kilometrów na godzin  przez rozległ . 

równo zaoran  równin  pod jednostajnym szarym niebem ku stolicy, której 

władze wierzyły w porz dek.  

Droga była g sto oznakowana (nie tak jak w Karhidzie, gdzie trzeba pyta  lub 

zda  si  na los szcz cia), z napisami uprzedzaj cymi,  e nale y zatrzyma  si  w 

punktach kontrolnych takiego to a takiego okr gu lub regionu Wspólnoty. Na 

tych wewn trznych punktach celnych sprawdzane s  dokumenty i przejazd 

zostaje odnotowany. Moje dokumenty były wsz dzie respektowane i po krótkiej 

kontroli uprzejmie przepuszczano mnie i równie uprzejmie informowano o 

odległo ci do najbli szego domu podró nych, gdybym chciał co  zje  albo 

odpocz . Przy tej szybko ci podró  z Północnej Wy yny do Misznory była cał  

wypraw  i sp dziłem w drodze dwie noce. Posiłki w domach podró nych były 

jednostajne, ale obfite, a noclegi przyzwoite, cho  zawsze w salach zbiorowych. 

Rekompensowała to w pewnej mierze pow ci gliwo  współtowarzyszy podró y. 

Nie nawi załem  adnej znajomo ci ani nie odbyłem prawdziwej rozmowy na 

adnym z postojów, mimo  e kilkakrotnie próbowałem.  

Mieszka cy Orgoreynu nie okazywali wrogo ci, raczej brak zainteresowania. 

Byli oboj tni, bezbarwni, przygaszeni. Podobali mi si . Miałem za sob  dwa lata 

koloru, temperamentu i pasji w Karhidzie. Zmiana była mile widziana.  

Jad c wzdłu  wschodniego brzegu wielkiej rzeki Kunderer, na trzeci dzie  

rano od przekroczenia granic Orgoreynu dotarłem do Misznory, najwi kszego 

miasta na tej planecie.  

W słabym sło cu mi dzy dwiema jesiennymi ulewami miasto wygl dało 

dziwnie - same kamienne mury z nielicznymi w skimi oknami umieszczonymi za 

wysoko, szerokie ulice przytłaczaj ce przechodniów, latarnie o  miesznie 

wysokich słupach, dachy strome jak r ce zło one do modlitwy, daszki ganków 

wystaj ce ze  cian domów na wysoko ci wielu metrów niczym jakie  bezsensowne 

background image

 

65 

wielkie półki na ksi ki - nieproporcjonalne, groteskowe miasto w blasku sło ca. 

Ale te  nie było ono zbudowane dla sło ca. Było zbudowane na zim . W zimie, 

kiedy ulice pokrywała kilkumetrowa warstwa ubitego  niegu, strome dachy były 

obwieszone fr dzlami sopli, pod daszkami ganków stały sanie, a w skie szczeliny 

okien płon ły  ółtym blaskiem w zacinaj cym mokrym  niegu, ujawniała si  

logika i pi kno tego miasta. Misznory było czystsze, wi ksze, ja niejsze ni  

Erhenrang, przestronniejsze i bardziej imponuj ce. Dominowały w nim wielkie 

budynki z  ółtawobiałego kamienia, proste, proporcjonalne bryły zbudowane 

według wspólnego wzorca, w których mie ciły si  biura i urz dy władz Wspólnoty 

oraz wi ksze  wi tynie kultu jomesz, popieranego przez władze. Nie było tu 

hałasu i tłoku, uczucia,  e jest si  zawsze w cieniu czego  wysokiego i ponurego 

jak w Erhenrangu. Wszystko tu było proste,  wietnie zaplanowane i 

uporz dkowane. Czułem si , jakbym wyrwał si  z mroków  redniowiecza, i 

ałowałem dwóch lat zmarnotrawionych w Karbidzie. To tutaj wygl dało na kraj 

dojrzały do wkroczenia w Wiek Ekumenalny.  

Poje dziłem troch  po mie cie, potem zwróciłem samochód do wła ciwego 

biura regionalnego i udałem si  pieszo do rezydencji pierwszego komisarza 

Wspólnoty do spraw punktów granicznych i portów. Wła ciwie nigdy nie byłem 

pewien, czy to jest zaproszenie, czy uprzejme polecenie. Nusuth. Przybyłem do 

Orgoreynu,  eby mówi  o Ekumenie, i mog  zacz  równie dobrze tu jak gdzie 

indziej.  

Moje wyobra enia o flegmie i opanowaniu Orgotów zostały podwa one przez 

komisarza Szusgisa, który podbiegł do mnie z okrzykiem rado ci, chwycił obie 

moje r ce gestem w Karbidzie zarezerwowanym na okazje demonstracji gł boko 

osobistych emocji, potrz sn ł moimi r kami z tak  energi , jakby zapuszczał 

silnik, i wykrzyczał powitanie ambasadora Ekumeny Znanych  wiatów na 

Gethen.  

Byłem zaskoczony, bo ani jeden z dwunastu, a mo e czternastu inspektorów, 

którzy studiowali moje papiery, nie okazał,  e mówi mu co  moje nazwisko albo 

terminy Ekumena czy wysłannik, co z grubsza wiedzieli wszyscy napotkani 

przeze mnie mieszka cy Karbidu.  

- Nie jestem ambasadorem, panie Szusgis - poprawiłem. - Tylko 

wysłannikiem.  

- A wi c przyszłym ambasadorem. Tak, na Mesze! - Szusgis, krzepki, jowialny 

człowiek, obejrzał mnie od stóp do głów i znów si  roze miał. - Jest pan inny, ni  

si  spodziewałem, panie Ai. Zupełnie inny. Wysoki jak latarnia, mówili, cienki 

jak płoza sa , czarny jak sadza i sko nooki. Spodziewałem si  jakiego   nie nego 

trolla, potwora! A tu ni  z tych rzeczy. Jest pan tylko ciemniejszy ni  wi kszo  z 

nas. - Ziemista cera - powiedziałem.  

- I był pan w Siuwensin w noc napadu? Na piersi Mesze, w jakim my  wiecie 

yjemy! Po takich odległo ciach, jakie pan przebył,  eby tu dotrze , mógł pan 

zosta  zabity przechodz c przez most na Ey. No, ale jest pan tutaj i wiele osób 

chce pana zobaczy , usłysze  i powita  wreszcie w Orgoreynie.  

Bez  adnych dyskusji zainstalował mnie natychmiast w swoim domu. Jaki 

wysoki urz dnik i człowiek bogaty mieszkał w stylu nie spotykanym w Karhidzie, 

nawet w ród wielkich panów. Dom Slusgisa był cał  wysp  z przeszło setk  

background image

 

66 

pracowników, słu b  domow , urz dnikami, doradcami technicznymi i tak dalej, 

ale bez  adnych krewniaków. System rozbudowanych klanów rodzinnych, ognisk 

i domen, którego resztki mo na było dostrzec jeszcze w strukturze Wspólnoty, 

został tutaj ,.znacjonalizowany" przed kilkuset laty.  adne dziecko powy ej 

jednego roku  ycia nie mieszka z rodzicem lub rodzicami, wszystkie s  

wychowywane w ogniskach Wspólnoty. Nie ma stanowisk dziedzicznych. 

Prywatne testamenty s  nielegalne: umieraj c człowiek pozostawia swój maj tek 

pa stwu. Wszyscy maj  równy start, ale widocznie nie pozostaj  równi. Szusgis 

był bogaty i hojny. W moich pokojach znajdowały si  luksusy, których istnienia 

na Zimie nie podejrzewałem - na przykład prysznic. Był tu równie  elektryczny 

grzejnik i kominek z du ym zapasem drewna.  

- Powiedziano mi - roze miał si  Szusgis -  ebym trzymał wysłannika w cieple, 

bo pochodzi on z gor cego jak piec  wiata i nie wytrzymuje naszych chłodów. 

Traktuj go, powiedziano mi, jakby był w ci y, daj mu futrzane przykrycie do 

łó ka, grzejniki do pokoju, podgrzewaj mu wod  do mycia i szczelnie zamknij 

okna! Czy jest pan zadowolony? Czy b dzie panu wygodnie'' Prosz  powiedzie , 

co jeszcze chciałby pan tu mie ?  

Wygodnie! W Karhidzie nikt nigdy w  adnej sytuacji nie spytał mnie, czy jest 

mi wygodnie.  

- Panie Szusgis powiedziałem szczerze - czuj  si  tu jak w domu.  

Nie uspokoił si , póki nie dał mi jeszcze jednego okrycia z futra pesthry na 

łó ko i jeszcze wi cej polan do kominka. - Wiem, jak to jest powiedział. - Kiedy 

byłem w ci y, stale mi było zimno, nogi miałem jak lód i cał  zim  

przesiedziałem przy ogniu. Dawno temu, oczywi cie, ale dobrze pami tam!  

Gethe czycy zazwyczaj maj  dzieci w młodym wieku. Wi kszo  z nich po 

przekroczeniu dwudziestu czterech lat u ywa  rodków antykoncepcyjnych, a w 

swojej fazie kobiecej traci płodno  po przekroczeniu czterdziestki. Szusgis 

przekroczył pi dziesi tk , st d to: "dawno temu, oczywi cie". Faktycznie, 

trudno go sobie było wyobrazi  jako młod  matk . Był twardym, przebiegłym, 

jowialnym politykiem, który uprzejmo ci  posługiwał si  dla swoich celów, a jego 

celem był on sam. Typ wspólny dla całej ludzko ci. Spotykałem go na Ziemi, na 

Hain i na Ollul. Spodziewam si  spotka  go w piekle.  

- Jest pan doskonale poinformowany co do mojego wygl du i moich 

upodoba , panie Szusgis. To mi pochlebia, nie przypuszczałem,  e moja sława 

mnie wyprzedza.  

- Nie - powiedział, rozumiej c mnie doskonale. Na pewno woleliby trzyma  

pana pod  niegiem tam w Erhenrangu, co? Ale pu cili pana, pu cili i wtedy 

zrozumieli my tutaj,  e nie jest pan jednym wi cej karhidyjskim szale cem, ale 

jest pan autentyczny.  

- Obawiam si ,  e nie rozumiem.  

- Argaven i jego zausznicy bali si  pana, panie Ai, bali si  i byli zadowoleni 

widz c pana plecy. Bali si ,  e je eli panu co  zrobi  albo ucisz  pana, spotka ich 

kara. Najazd z kosmosu! I dlatego bali si  pana tkn . I próbowali utrzyma  

pa sk  misj  w tajemnicy. Bo bali si  pana i tego, co pan przynosi naszemu 

wiatu.  

background image

 

67 

Była to przesada. Nie mo na powiedzie ,  e przemilczano mnie w 

karhidyjskich wiadomo ciach, w ka dym razie dopóki Estraven był u władzy. Ale 

miałem wra enie,  e z jakiego  powodu w Orgoreynie wiadomo ci na mój temat 

były bardzo sk pe i Szusgis potwierdził moje podejrzenia.  

Wi c wy nie boicie si  tego, co ja przynosz  waszemu  wiatu'?  

Nie, prosz  pana, ani troch . - Czasami ja sam si  boj .  

Postanowił roze mia  si  jowialnie w odpowiedzi. Nie złagodziłem swoich 

słów. Nie jestem komiwoja erem, który sprzedaje post p dzikusom.  eby moja 

misja mogła si  w ogóle rozpocz , musimy spotka  si  jak równy z równym, z 

pewn  doz  wzajemnego zrozumienia i szczero ci.  

- Panie Ai, wiele osób chce si  z panem spotka . S  w ród nich grube ryby i 

płotki, tak e osoby, z którymi powinien pan rozmawia , bo wiele od nich zale y. 

Poprosiłem o zaszczyt goszczenia pana, poniewa  mam du y dom i jestem znany 

jako człowiek neutralny. ani hegemonista, ani wolnohandlowiec, po prostu 

zwykły komisarz, który wykonuje swoj  prac  i nie narazi pana na plotki 

wynikaj ce z tego,  e zatrzymał si  pan w tym, a nie innym domu. Roze miał si . - 

Ale to oznacza,  e b dzie pan musiał du o je . Mam nadziej ,  e nie ma pan nic 

przeciwko temu.  

- Jestem do pa skiej dyspozycji, panie Szusgis.  

- Zatem dzisiaj b dzie kolacyjka z Vanakiem Slose.  

- Reprezentantem z Kuwery, Trzeciego Okr gu, prawda? Oczywi cie zanim 

tu przybyłem, odrobiłem prac  domow . Komisarz rozwodził si  nad tym,  e 

łaskawie zechciałem dowiedzie  si  czego  o jego kraju. Tutejsze maniery 

niew tpliwie ró niły si  od karhidyjskich. Tam jego zdziwienie pomniejszyłoby 

jego własny szifgrethor albo obraziło mój, nie jestem pewien, jak by to było, ale 

prawie wszystko obra ało tam czyj  szifgrethor.  

Potrzebowałem jakiego  ubrania odpowiedniego na wieczór, bo swój 

wyj ciowy strój z Erhenrangu straciłem w napadzie na Siuwensin, pojechałem 

wi c pa stwow  taksówk  do  ródmie cia i sprawiłem sobie szaty orgockiego 

eleganta. Hieb i koszula były bardzo podobne do karhidyjskich, ale zamiast 

letnich krótkich spodni noszono tu przez cały rok wypchane na kolanach i 

niezgrabne nogawice. Dominuj cymi kolorami były jaskrawy niebieski i 

czerwony, a materiał i krój pozostawiały nieco do  yczenia. Typowa produkcja 

masowa. Ta odzie  unaoczniła mi, czego brak temu imponuj cemu, wielkiemu 

miastu - elegancji. Elegancja jest niewielk  cen  za o wiecenie i ch tnie godziłem 

si  j  zapłaci . Wróciłem do domu Szusgisa i rozkoszowałem si  gor cym 

prysznicem, tryskaj cym naraz ze wszystkich stron kłuj c  mgł . My lałem o 

zimnych blaszanych wannach, w których szcz kałem z bami i trz słem si  

zeszłego lata we wschodnim Karhidzie, o oblodzonych miednicach w moim 

pokoju w Erhenrangu. Czy to była elegancja`? Niech  yje wygoda! Wystroiłem 

si  w moje nowe jaskrawe czerwienie i wraz z Szusgisem zostałem odwieziony 

jego prywatnym samochodem na wieczorne przyj cie. W Orgoreynie jest wi cej 

słu cych i wi cej obsługi ni  w Karbidzie. Wynika to st d,  e wszyscy Orgotowie 

s  zatrudnieni przez pa stwo. Pa stwo ma obowi zek zapewnienia pracy 

wszystkim obywatelom i robi to. Takie jest przynajmniej ogólnie akceptowane 

background image

 

68 

wyja nienie, chocia  jak wi kszo  wyja nie  w sprawach ekonomicznych przy 

bli szym badaniu wydaje si  gubi  to, co najwa niejsze.  

Jaskrawo o wietlony, wysoki, biały salon reprezentanta Slose'a mie cił 

dwudziestu, mo e trzydziestu go ci. Trzech z nich było reprezentantami, a reszta 

te  notablami ró nego rodzaju. Stanowili co  wi cej ni  grup  Orgotów chc cych 

obejrze  "obcego". Nie byłem tu ciekawostk , jak przez cały rok w Karbidzie, nie 

byłem odmie cem ani zagadk . Byłem, jak si  zdawało, kluczem.  

Jakie drzwi miałem otworzy ? Niektórzy z tych witaj cych mnie m ów stanu 

i urz dników wiedzieli, ja nie. Nie było mi s dzone dowiedzie  si  tego podczas 

kolacji. Na całej Zimie, nawet w skutym lodem barbarzy skim Perunterze, 

mówienie o interesach przy jedzeniu uwa a si  za co  nieopisanie wulgarnego. A 

e kolacj  podano prawie natychmiast, odło yłem pytania i zaj łem si  g st  zup  

rybn  oraz moim gospodarzem i współbiesiadnikiem. Slose był delikatn  młod  

osob  z niezwykle jasnymi,  ywymi oczami i stłumionym, wyrazistym głosem. 

Sprawiał wra enie człowieka oddanego jakiej  idei. Podobało mi si  to, ale 

zastanawiałem si , czemu jest oddany. Po mojej prawej siedział inny 

reprezentant, osobnik z płask  twarz  imieniem Obsle. Był gruby, jowialny i 

dociekliwy. Przy trzeciej ły ce zupy spytał mnie, czy to u licha prawda,  e 

pochodz  z jakiego  innego  wiata i jak tam jest - wszyscy mówi ,  e cieplej ni  na 

Gethen - jak ciepło?  

- Có , na tej samej szeroko ci geograficznej na Ziemi nigdy nie pada  nieg.  

- Nigdy nie pada  nieg. Nigdy nie pada  nieg? roze miał si  z autentyczn  

rado ci , jak dziecko  mieje si  z dobrego kłamstwa zach caj c do dalszych.  

- Wasza strefa zamieszkana przypomina nasz  stref  subarktyczn . 

Oddalili my si  bardziej ni  wy od ostatniej epoki lodowcowej, ale nie odeszli my 

od niej jeszcze całkiem. Zasadniczo Ziemia i Gethen s  bardzo podobne. Jak 

wszystkie zamieszkane  wiaty. Człowiek mo e  y  tylko w do  w skim 

przedziale warunków i Gethen wyznacza jedn  ich granic ...  

- S  wi c  wiaty gor tsze ni  pa ski?  

- Wi kszo  jest cieplejsza, niektóre s  gor ce. Gde, na przykład, to głównie 

piaszczysta i skalna pustynia. Planeta była ciepła od pocz tku, a potem 

bezmy lna eksploatacja zniszczyła pi dziesi t czy sze dziesi t tysi cy lat temu 

naturaln  równowag , lasy wyci to na opał. Nadal mieszkaj  tam ludzie, ale 

przypomina to - je eli dobrze rozumiem tekst kultu jomesz - miejsce, gdzie id  po 

mier  złodzieje.  

Ta uwaga wywołała u miech na twarzy Obsle'a, spokojny, aprobuj cy 

u miech, który nagle skłonił mnie do zmiany spojrzenia na tego człowieka.  

- Pewni sekciarze twierdz ,  e te przej ciowe  wiaty po miertne znajduj  si  

faktycznie i fizycznie na innych planetach rzeczywistego wszech wiata. Czy 

zetkn ł si  pan z tym pogl dem, panie Ai''  

- Nie. Ró nie mnie ju  opisywano, ale nikt jeszcze nie uznał mnie za ducha. W 

tym momencie spojrzałem w prawo i mówi c o duchu zobaczyłem ducha. 

Ciemny, w ciemnym stroju, nieruchomy i nie rzucaj cy si  w oczy, siedział przy 

mnie jak upiór na uczcie.  

Uwag  Obsle'a zaj ł jego s siad z drugiej strony, 'a wi kszo  go ci słuchała 

Slose'a siedz cego u szczytu stołu. Odezwałem si  cicho:  

background image

 

69 

Nie spodziewałem si  zobaczy  pana tutaj, ksi

. Niespodzianki sprawiaj ,  e 

ycie jest mo liwe odpowiedział.  

- Powierzono mi posłanie do pana. Spojrzał pytaj co.  

- Ma ono form  pieni dzy, cz ciowo pa skich własnych. Przesyła je Foreth 

rem ir Osboth. Mam je w domu pana Szusgisa. Zajm  si  tym,  eby do pana 

dotarły.  

- Jest pan bardzo dobry, panie Ai.  

Był cichy, przygaszony, pomniejszony, wygnaniec szukaj cy dla siebie miejsca 

w obcym kraju. Nie okazywał zbytniej ch ci do rozmowy ze mn  i byłem z tego 

zadowolony. Jednak podczas tej długiej, m cz cej, wypełnionej rozmowami 

kolacji, mimo i  cała moja uwaga była skupiona na mo nych i przemy lnych 

Orgotach, którzy chcieli zaprzyja ni  si  ze mn  albo mnie wykorzysta , 

odczuwałem co pewien czas dotkliwie jego obecno , jego milczenie, jego ciemn , 

odwrócon  twarz. I cho  odrzuciłem t  my l jako bezpodstawn , przyszło mi do 

głowy,  e nie z własnej woli przybyłem do Misznory,  eby je  sma on  czarny 

ryb  w towarzystwie reprezentantów, i  e to nie oni mnie tu  ci gn li.  e on to 

zrobił. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

70 

Rozdział 9

 

 

Estraven Zdrajca

 

 

Dawno temu, przed czasami króla Argavena I, który zjednoczył Karhid w 

jedno królestwo, trwała wa  rodowa mi dzy domenami Stok i Estre w ziemi 

kermskiej. Najazdy i pułapki urz dzano od trzech pokole , a wa ni nie było 

ko ca, bo spór szedł o ziemi . Dobrej ziemi w Kermie jest mało, ka da domena 

szczyci si  długo ci  swoich granic, a panowie w Kermie s  lud mi dumnymi i 

krewkimi, którzy rzucaj  czarne cienie.  

Zdarzyło si ,  e potomek z łona pana na Estre, młodzieniec,  cigaj c na 

nartach pesthry na jeziorze Lodowa Noga w miesi cu irrem wjechał na cienki lód 

i wpadł do jeziora. Chocia  wydostał si  z wody u ywaj c jednej narty do oparcia 

si  o twardszy lód, nie na wiele poprawił swoj  sytuacj , bo był przemoczony do 

nitki, powietrze było kurem i zbli ała si  noc. Nie widział szans na pokonanie 

kilkunastu kilometrów pod gór  do Estre, wyruszył wi c ku wsi Ebos na 

północnym brzegu jeziora. Z nastaniem nocy z lodowca przyszła mgła i zasnuła 

całe jezioro, tak  e nie widział drogi przed sob . Szedł powoli z obawy przed 

słabym lodem, ale i w po piechu, bo mróz przenikał go do ko ci, i wiedział,  e 

niedługo zamarznie. Wreszcie przez noc i mgł  dojrzał  wiatło. Odrzucił narty. bo 

brzeg jeziora był skalisty i w wielu miejscach nie pokryty  niegiem, i ledwo 

trzymaj c si  na nogach ostatkiem sił wlókł si  do  wiatła. Zabł dził daleko od 

Ebos. Była to mała samotna chata w lesie drzew thore, jedynych, jakie rosn  w 

Kermie, i drzewa otaczały j  ze wszystkich stron nie si gaj c wy ej ni  jej dach. 

Młodzieniec uderzył w drzwi pi ci  i gło no zawołał; kto  otworzył mu drzwi i 

zaprowadził go do kominka.  

W chacie nie było nikogo wi cej, tylko ten jeden człowiek. Zdj ł z Estravena 

odzie , która zamarzła i była jak blaszana, nagiego przykrył futrami i ciepłem 

własnego ciała wyp dzał mróz z r k, nóg i twarzy Estravena, a potem napoił go 

grzanym piwem. W ko cu młodzieniec doszedł do siebie i przyjrzał si  temu, 

który go piel gnował.  

Był to nieznajomy równie młody jak on sam. Popatrzyli na siebie. Obaj byli 

przystojni, mieli silne ciała i szlachetne rysy, byli pro ci i smagli. Estraven ujrzał, 

e w twarzy drugiego płonie ogie  kemmeru.  

- Jestem Arek z Estre - powiedział.  

- Jestem Therem ze Stok - odpowiedział drugi. Wtedy Estraven roze miał si , 

bo był wci  jeszcze słaby, i rzekł:  

- Czy przywróciłe  mnie do  ycia po to,  eby mnie zabi , Stokven?  

- Nie - odparł drugi. Wyci gn ł r k  i dotkn ł dłoni Estravena, jakby chciał 

si  upewni , czy ju  odtajał. Pod tym dotkni ciem Estraven poczuł,  e budzi si  w 

nim ogie , mimo  e jeszcze dzie  lub dwa dzieliły go od jego kemmeru. Przez 

chwil  siedzieli bez ruchu dotykaj c si  dło mi.  

- S  takie same - powiedział Stokven i na potwierdzenie poło ył swoj  dło  na 

dłoni Estravena. Miały t  sam  długo  i kształt, pasowały palec w palec jak 

zło one dłonie jednego człowieka.  

- Nigdy dot d ci  nie widziałem przemówił Stokven.  

background image

 

71 

- Jeste my wrogami na  mier  i  ycie. - Wstał, doło ył do ognia i z powrotem 

usiadł obok Estravena.  

- Jeste my wrogami na  mier  i  ycie - powiedział Estraven. - Ch tnie 

lubowałbym ci kemmer.  

- I ja tobie - odpowiedział tamten. Wtedy zło yli sobie przysi g  

kemmeringow , która w Kermie, tak wtedy jak i teraz, nie mo e by  złamana ani 

odwołana. T  noc, nast pny dzie  i jeszcze jedn  noc sp dzili w le nej chacie nad 

zamarzni tym jeziorem. Nast pnego ranka przybyła do chaty grupa ludzi ze 

Stok. Jeden z nich znał z widzenia młodego Estravena. Bez słowa ostrze enia 

wydobył nó  i na oczach Stokvena pchn ł Estravena w pier  i w gardło, i młody 

człowiek padł zalany krwi  na wystygłe ognisko, martwy.  

- Był dziedzicem Estre - - powiedział morderca.  

- Połó cie go na swoje sanki i odwie cie do Estre rozkazał Stokven. Sam 

wrócił do Stok. Jego ludzie odjechali z ciałem Estravena, ale zostawili je daleko w 

lesie thore dzikim zwierz tom na po arcie i wrócili w nocy do Stok.  

Therem stan ł przed swoim rodzicem, panem Hariszem rem ir Stokvenem, i 

spytał swoich ludzi:  

- Czy zrobili cie tak, jak wam kazałem?  

Odpowiedzieli: - Tak.  

- Kłamiecie - powiedział Therem - bo nigdy by cie nie wrócili  ywi z Estre. Ci 

ludzie złamali mój rozkaz i skłamali,  eby ukry  swoje nieposłusze stwo.  dam 

ich wygnania.  

Pan Harisz zgodził si  na  danie syna i ludzie ci zostali wygnani z ogniska i 

wyj ci spod prawa.  

Wkrótce potem Therem opu cił swoj  domen  mówi c,  e pragnie sp dzi  

pewien czas w stanicy Rotherer, i nie wrócił przed upływem roku.  

Tymczasem w domenie Estre poszukiwano Areka w górach i na równinach. a 

potem go opłakano. Opłakiwano go przez całe lato i jesie , bo był jedynym 

dzieckiem z łona ksi cia. A pod koniec miesi ca thern, kiedy sroga zima obj ła 

kraj w swoje władanie, przybył do Estre w drowiec na nartach i wr czył 

stra nikowi przy bramie co  zawini tego w futro mówi c: - To jest Therem, syn 

syna Estre. - Po tych słowach pomkn ł na nartach w dół stoku jak kamyk 

odbijaj cy si  od powierzchni wody i znikł, zanim komu  przyszło do głowy,  eby 

go zatrzyma .  

W zawini tku z futra le ało płacz c nowo narodzone dziecko. Przyniesiono 

dziecko przed oblicze pana Sorve'a i przekazano mu słowa nieznajomego, a stary 

pan, pogr ony w smutku, ujrzał w dziecku swojego zaginionego syna Areka. 

Rozkazał,  eby dziecko wychowywano jako syna wewn trznego ogniska i  eby 

nazywano go Therem, chocia  klan Estre nie u ywał tego imienia.  

Dziecko wyrosło na dorodnego, silnego młodzie ca, powa nego ~ natury i 

milkliwego, w którym wszyscy dostrzegali podobie stwo do zaginionego Areka. 

Kiedy dorósł, pan Sorve w ge cie starczej samowoli wyznaczył go dziedzicem 

Estre. Wywołało to zawi  w ród synów kemmeringów Sorve'a, silnych i w 

kwiecie wieku, którzy długo czekali na t  godno . Urz dzili oni zasadzk  na 

młodego Therema, kiedy wyruszył samotnie polowa  na pesthry w miesi cu 

irrem, ale on był uzbrojony i nie dał si  zaskoczy . Dwóch braci z ogniska 

background image

 

72 

zastrzelił w g stej mgle, która za cielała jezioro podczas odwil y, a z trzecim 

walczył na no e i zabił go wreszcie, cho  sam został zraniony gł boko w szyj  i w 

pier . Stan ł nad ciałem brata we mgle nad lodem i zobaczył,  e zapada noc. Był 

osłabiony z upływu krwi i pomy lał,  eby uda  si  do wsi Ebos po pomoc. Jednak 

w g stniej cych ciemno ciach zabł dził i doszedł do lasu thore na wschodnim 

brzegu jeziora. Tam zobaczył opuszczon  chat , wszedł do  rodka i zbyt 

osłabiony,  eby rozpali; ogie , upadł na zimne kamienie ogniska i le ał tak 

brocz c krwi .  

Kto  wyłonił si  z ciemno ci, samotny człowiek. Stan ł w drzwiach i zamarł na 

chwil  patrz c na człowieka le cego we krwi na kamieniach ogniska. Potem 

wszedł w po piechu, przygotował ło e z futer, które wyj ł ze starej skrzyni, 

rozpalił ogie , obmył i przewi zał rany Therema. Kiedy zobaczył,  e młody 

człowiek patrzy na niego, powiedział: Jestem Therem ze Stok.  

- Ja jestem Therem z Estre.  

Zapadła mi dzy nimi cisza. Po chwili młody człowiek u miechn ł si  i 

powiedział:  

Czy opatrzyłe  moje rany,  eby mnie zabi , Stokven? Nie odpowiedział 

starszy.  

Wtedy Estraven spytał:  

- Jak to si  dzieje,  e ty, pan ze Stok, jeste  sam tutaj, na spornej ziemi?  

Przychodz  tu cz sto - odparł Stokven.  

Potem zbadał puls młodzie ca i na moment przyło ył dło  płasko do dłoni 

Estravena. Pasowały palec w palec, jak dwie dłonie jednego człowieka.  

- Jeste my wrogami na  mier  i  ycie - powiedział Stokven.  

Estraven odpowiedział:  

- Jeste my wrogami na  mier  i  ycie, ale nigdy dot d ci  nie widziałem.  

Stokven odwrócił twarz.  

- Ja ci  raz widziałem, dawno temu - powiedział. Chciałbym,  eby mi dzy 

naszymi domami zapanował pokój.  

- Ja ci przysi gn  pokój - rzekł Estraven.  

Zło yli sobie przysi g  i wi cej nie rozmawiali, i ranny zasn ł. Rano Stokvena 

ju  nie było, ale przyszli ludzie ze wsi Ebos i odnie li Estravena do domu, do 

Estre. Tam nikt ju  nie o mielał si  przeciwstawia  woli starego ksi cia, odk d jej 

słuszno  została zapisana krwi  trzech ludzi na lodzie jeziora, i po  mierci 

Sorve'a Therem został ksi ciem Estre. W ci gu roku zako czył star  wa  

oddaj c połow  spornej ziemi domenie Stok. Za to i za zabicie trzech braci z 

ogniska nazywano go Estravenem Zdrajc . Ale jego imi , Therem, jest nadal 

nadawane dzieciom w tej domenie.  

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

73 

Rozdział 10

 

 

Rozmowy w Misznory

 

 

Nast pnego ranka, kiedy w swoich apartamentach w domu Szusgisa 

ko czyłem pó ne  niadanie, rozległ si  dyskretny brz czyk telefonu. Wł czyłem 

go i usłyszałem po karhidyjsku:  

- Tu Therem Harth. Czy mógłbym przyj ?  

- Bardzo prosz .  

Byłem zadowolony,  e załatwi  t  spraw  od r ki. Nie ulegało w tpliwo ci,  e 

mi dzy mn  a Estravenem nie mo e by  mowy o  adnych bli szych stosunkach. 

Mimo  e przynajmniej nominalnie popadł w niełask  i został wygnany z mojego 

powodu, nie mogłem przyj  za to na siebie odpowiedzialno ci i poczu  si  w 

uzasadniony sposób winnym. W Erhenrangu nie ujawnił przede mn  ani swojego 

post powania, ani swoich motywów i nie miałem powodów,  eby mu ufa . 

Wolałbym,  eby nie był zwi zany z tymi Orgotami, którzy mnie jakby 

adoptowali. Jego obecno  wprowadzała komplikacje i niezr czno .  

Został wprowadzony do pokoju przez jednego z wielu słu cych. Zaprosiłem 

go,  eby usiadł w jednym z wielkich wy ciełanych foteli, i zaproponowałem mu 

poranny napój. Odmówił. Nie było po nim wida  skr powania - dawno odrzucił 

wstydliwo , je eli j  kiedykolwiek posiadał - ale był pełen rezerwy, trzymał si  

na dystans.  

- Pierwszy prawdziwy  nieg - powiedział i widz c moje spojrzenie na 

zasłoni te ci k  kotar  okno dodał: - Nie wygl dał pan jeszcze?  

Wyjrzałem i zobaczyłem  nieg wiruj cy na lekkim wietrze, pokrywaj cy biel  

ulice i dachy. Przez noc spadło ju  kilka centymetrów. Był odarhad gor, 

siedemnasty dzie  pierwszego miesi ca jesieni.  

- Wcze nie - powiedziałem zafascynowany przez chwil .  

- Przepowiadaj  ostr  zim  tego roku.  

Zostawiłem kotary odsłoni te. Szare, rozproszone  wiatło zza okna padło na 

jego ciemn  twarz. Postarzał si . Prze ył ci kie chwile od czasu, kiedy go po raz 

ostatni widziałem w Erhenrangu, przy jego własnym kominku w Czerwonym 

Naro nym Domu.  

- Tu jest to, co miałem panu przekaza  - powiedziałem podaj c mu owini t  w 

foli  paczk  pieni dzy, któr  poło yłem na stole po jego telefonie. Wzi ł j  i 

podzi kował mi z powag . Poniewa  nie usiadłem, po chwili, wci  jeszcze 

trzymaj c pakiet w r ku, on równie  si  podniósł.  

Czułem lekkie ukłucia sumienia, ale nic nie zrobiłem,  eby je uspokoi . 

Chciałem go zniech ci  do dalszych wizyt i niestety wymagało to poni enia go.  

Spojrzał mi prosto w twarz. Był, oczywi cie, ni szy ode mnie, krótkonogi i 

kr py, ni szy nawet ni  wi kszo  kobiet mojej rasy. A jednak, kiedy na mnie 

patrzył, nie miałem uczucia,  e patrzy na mnie z dołu. Nie odwzajemniłem mu si  

spojrzeniem przygl daj c si  z abstrakcyjnym zainteresowaniem stoj cemu na 

stole radioodbiornikowi.  

background image

 

74 

- Nie nale y wierzy  wszystkiemu, co si  tutaj słyszy przez radio - powiedział 

miłym głosem. - Tymczasem wydaje mi si ,  e tu, w Misznory, b dzie panu 

potrzebna informacja i rada.  

- Odnosz  wra enie,  e jest tu du o osób gotowych z nimi po pieszy .  

- A du o to dobrze, co? Dziesi ciu budzi wi ksze zaufanie ni  jeden. 

Przepraszam, zapomniałem,  e nie powinienem u ywa  j zyka karhidyjskiego. - I 

dalej mówił ju  po orgocku. - Banici nie powinni nigdy u ywa  swojego 

ojczystego j zyka, brzmi on w ich ustach gorzko. Poza tym my l ,  e ten j zyk 

bardziej przystoi zdrajcy, bo spływa z warg jak syrop. Panie Ai, mam prawo 

wyrazi  panu wdzi czno . Oddał pan przysług  zarówno mnie, jak i mojemu 

staremu przyjacielowi i kemmeringowi Asze Forethowi, dlatego we własnym i 

jego imieniu skorzystam z tego prawa. Moje podzi kowanie b dzie miało form  

rady. - Zamilkł i ja te  si  nie odezwałem. Nigdy nie słyszałem z jego ust tego 

rodzaju cierpkiej, wyszukanej uprzejmo ci i nie miałem poj cia, co to oznacza. - 

Jest pan w Misznory kim  ci gn ł dalej - kim nie był pan w Erhenrangu. Tam 

mówiono,  e pan jest, tutaj b d  mówi ,  e pana nie ma. Jest pan narz dziem w 

r kach okre lonej frakcji. Powinien pan uwa a  na to, w jaki sposób pozwoli si  

pan wykorzystywa . Radz  panu dowiedzie  si , kto jest w przeciwnej frakcji, i 

nigdy nie da  si  wykorzysta  przez nich, bo nie zrobi  tego w dobrym celu.  

Umilkł. Chciałem za da ,  eby sprecyzował swoje słowa, ale on powiedział 

tylko: - Do widzenia, panie Ai odwrócił si  i wyszedł. Stałem osłupiały. Ten 

człowiek był jak pora enie pr dem elektrycznym: nie wiadomo było, co si  stało i 

co robi .  

Niew tpliwie zepsuł mi nastrój pogodnego samozadowolenia, w jakim jadłem 

niadanie. Podszedłem do w skiego okna i wyjrzałem.  nieg padał teraz jakby 

mniej g sto. Przepływał białymi obłokami i wirował jak płatki kwiatów wi ni z 

sadów mojej ojczyzny, kiedy wiosenny wiatr wieje wzdłu  zielonych zboczy 

Borlandu, gdzie si  urodziłem. Na Ziemi, ciepłej Ziemi, gdzie drzewa okrywaj  

si  na wiosn  kwiatami. W jednej chwili opadło mnie przygn bienie i t sknota za 

domem. Dwa lata sp dziłem na tej przekl tej planecie, i teraz zacz ła si  trzecia 

zima, zanim jeszcze odeszła jesie . Długie miesi ce nieustannego zimna, lodu, 

wiatru, deszczu,  niegu,  niegu z deszczem, zimna w  rodku, zimna na zewn trz, 

zimna przenikaj cego do ko ci i do szpiku ko ci. I cały czas zdany tylko na siebie, 

obcy i izolowany, bez jednego cho by człowieka, któremu mógłbym ufa . Biedny 

Genly, mo e si  rozpłaka ? Zobaczyłem, jak tam, w dole, Estraven wychodzi z 

domu na ulic , ciemna, skrócona perspektyw  posta  w jednostajnej, zacieraj cej 

kontury szarobiało ci  niegu. Rozejrzał si , poprawił pas swojego hiebu (był bez 

płaszcza) i ruszył ulic  krokiem zdecydowanym, pełnym zr czno ci i wdzi ku, z 

energi , która sprawiała,  e w tej chwili zdawał si  jedyn   yw  istot  w całym 

Misznory.  

Odwróciłem si  od okna do ciepłego pokoju. Jego luksusy wydały mi si  

zat chłe i gnu ne, grzejnik, mi kkie fotele, łó ko zarzucone futrami, dywany, 

draperie, narzuty.  

Wło yłem zimowy płaszcz i wyszedłem na spacer, w ponurym nastroju, w 

ponury  wiat.  

background image

 

75 

Miałem tego dnia je  obiad z reprezentantami Obsle'em, Yegeyem i innymi 

poznanymi poprzedniego wieczoru, a tak e miałem pozna  kilku nowych. 

Wczesny obiad jest zwykle spo ywany przy bufecie na stoj co, mo e  eby 

człowiek nie miał uczucia,  e sp dził cały dzie  siedz c za stołem. Tym razem 

jednak uroczy cie nakryto stół, bufet za  był oszałamiaj cy, osiemna cie lub 

dwadzie cia da  zimnych i gor cych, głównie z jaj sube i chlebowych jabłek. Przy 

bufecie, zanim zacz ło obowi zywa  tabu co do rozmów, Obsle nakładaj c sobie 

na talerz gór  jajecznicy powiedział:  

- Ten go  nazwiskiem Mersen jest szpiegiem z Erhenrangu, a ten tam, Gaum, 

jest jawnym agentem Sarfu. Powiedział to tonem swobodnym, roze miał si , 

jakbym zrobił dowcipn  uwag , i przesun ł si  do półmiska z marynowan  ryb .  

Nie miałem poj cia, co to jest Sarf.  

Kiedy zacz to siada  do stołu, wszedł jaki  młody człowiek i szepn ł co  

gospodarzowi przyj cia Yegeyowi, który zaraz odwrócił si  do nas.  

- Nowo ci z Karhidu - powiedział. - Król Argaven urodził dzi  rano dziecko, 

które zmarło po godzinie. Zapanowała cisza, potem podniósł si  gwar i przystojny 

młody człowiek nazwiskiem Gaum podniósł w gór  kufel. - Oby wszyscy królowie 

Karhidu  yli tak długo! zawołał.  

Niektórzy wypili z nim, wi kszo  nie.  

- Na imi  Mesze,  mia  si  ze  mierci dziecka powiedział tłusty starzec w 

purpurze siadaj c ci ko obok mnie z wyrazem pot pienia na twarzy.  

Rozgorzała dyskusja, którego ze swoich synów od kemmeringów Argaven 

mo e mianowa  nast pc  tronu, bo b d c ju  dobrze po czterdziestce nie mógł 

liczy  na potomka z własnego łona, i jak długo pozostawi Tibe'a na stanowisku 

regenta. Jedni uwa ali,  e regencja sko czy si  natychmiast, inni wyra ali co do 

tego w tpliwo ci.  

- A co pan s dzi, panie Ai - spytał człowiek nazwiskiem Mersen, którego 

Obsle zidentyfikował jako agenta karhidyjskiego, a wi c zapewne jednego z ludzi 

Tibe'a. Przybywa pan  wie o z Erhenrangu, co si  tam mówi w zwi zku z 

plotkami,  e Argaven wła ciwie abdykował bez ogłaszania tego faktu i przekazał 

sanie kuzynowi?  

- Tak, dotarły do mnie te plotki.  

- Czy s dzi pan,  e maj  one jakie  podstawy?  

- Nie mam poj cia - odpowiedziałem i w tym momencie wkroczył gospodarz z 

uwag  o pogodzie, bo zacz to ju  je .  

Kiedy wreszcie słu ba sprz tn ła talerze oraz gór  resztek pieczeni i marynat 

z bufetu, zasiedli my wszyscy za długim stołem i podano w małych naczy kach 

pal cy płyn zwany, podobnie jak w wielu innych miejscach, wod   ycia, po czym 

zacz to zadawa  mi pytania.  

Od czasu bada  przez lekarzy i uczonych w Erhenrangu nie znajdowałem si  

przed grup  ludzi, którzy chcieli,  ebym odpowiadał na ich pytania. Niewielu 

Karhidyjczyków, nawet spo ród rybaków i rolników, w ród których sp dziłem 

pierwsze miesi ce,  pieszyło zaspokoi  swoj , cz sto pal c , ciekawo  przez 

proste zadawanie pyta . Byli zamkni ci w sobie, pełni rezerwy, nie lubili pyta  i 

odpowiedzi. Pomy lałem o stanicy Otherhord, o tym, co Tkacz Faxe powiedział 

mi na temat odpowiedzi... Nawet eksperci ograniczali swoje pytania do 

background image

 

76 

problemów  ci le fizjologicznych, takich jak funkcjonowanie gruczołów i układu 

kr enia ró ni ce mnie najbardziej od gethe skiej normy. Nigdy nie przyszło im 

do głowy spyta  na przykład, jak nieprzerwana seksualno  mojej rasy wpływa 

na nasze instytucje społeczne, jak sobie radzimy z naszym "permanentnym 

kemmerem". Słuchali, je eli im mówiłem, psychologowie słuchali, kiedy 

opowiadałem o my lomowie, ale nikt nie zdecydował si  na postawienie ogólnych 

pyta  pozwalaj cych na wytworzenie sobie pełniejszego obrazu społecze stwa 

Ziemi lub Ekumeny - mo e z wyj tkiem Estravena.  

Tutaj ludzie nie byli tak skr powani wzgl dami presti u i honoru, a pytania 

nie obra ały ani pytaj cych, ani pytanego. Wkrótce jednak zorientowałem si ,  e 

niektóre pytania miały za cel przyłapanie mnie na kłamstwie i wykazanie,  e 

jestem oszustem. To mnie na chwil  zbiło z tropu. W Karhidzie spotykałem si  

oczywi cie r niedowiarstwem, ale rzadko ze zł  wol . Tibe urz dził wprawdzie 

wymy lny pokaz pod tytułem "udaj ,  e wierz  w t  komedi " w dniu parady w 

Erhenrangu, ale, jak teraz wiedziałem, była to cz  jego gry maj cej na celu 

dyskredytacj  Estravena i, jak s dz , Tibe w gł bi duszy wierzył mi. Widział 

przecie  mój statek, mały l downik, który sprowadził mnie na powierzchni  

planety, miał te  podobnie jak wszyscy dost p do raportów in ynierów z badania 

statku i astrografu. W Orgoreynie nikt nie widział statku. Mógłbym pokaza  im 

astrograf, ale nie stanowił on zbyt przekonywaj cego "dzieła obcych", gdy  był 

tak niezrozumiały,  e mógł równie dobrze potwierdza  teori  oszustwa. Stare 

prawo kulturalnego embarga zabraniało przywozu na tym etapie urz dze  

zrozumiałych i nadaj cych si  do kopiowania, nie miałem wi c przy sobie nic 

poza statkiem i astrografem, pudełkiem ze zdj ciami, niew tpliw  osobliwo ci  

mojego ciała i niemo liw  do udowodnienia osobliwo ci  mojego umysłu. Zdj cia, 

które pu ciłem w obieg, były ogl dane z oboj tnym wyrazem twarzy, z jakim 

ogl da si  cudze fotografie rodzinne. Pytaniom nie było ko ca. Obsle spytał, co to 

jest Ekumena -  wiat, liga  wiatów, jakie  miejsce czy rz d?  

- Hm, ka da z tych rzeczy i  adna. Ekumena to ziemskie słowo, w j zyku 

powszechnym nazywa si  j  Wspólnym Gospodarstwem. karhidyjskim 

odpowiednikiem byłoby ognisko. Co do orgockiego, to nie jestem pewien, za słabo 

jeszcze znam wasz j zyk. Wspólnota chyba nie, cho  niew tpliwie istniej  

podobie stwa mi dzy rz dem Wspólnoty a Ekumen . Ale Ekumena w zasadzie 

nie jest wcale rz dem. Była to próba poł czenia mistyki z polityk  i jako taka 

musiała by  skazana na niepowodzenia. Ale ta kl ska przyniosła ludzko ci wi cej 

dobra ni  powodzenie jej poprzednich prób. Jest to społecze stwo i ma, 

przynajmniej potencjalnie, własn  kultur . Jest to forma kształcenia, z pewnego 

punktu widzenia jest to jedna wielka szkoła, rzeczywi cie bardzo wielka. Jej 

podstaw  s  d enia do wymiany informacji i współpracy, i dlatego z innego 

punktu widzenia jest to liga czy te  unia  wiatów, posiadaj ca pewne cechy 

konwencjonalnej, scentralizowanej organizacji. I ten wła nie ostatni aspekt 

Ekumeny reprezentuj . Ekumena jako organizm polityczny działa poprzez 

koordynacj , a nie przez nakazy, nie wymusza praw, do decyzji dochodzi drog  

kompromisów i porozumie . Jako organizm ekonomiczny Ekumena jest 

niezwykle aktywna, nadzoruj c wymian  mi dzy wiatow , utrzymuj c 

background image

 

77 

równowag  handlow  mi dzy osiemdziesi cioma  wiatami. Osiemdziesi cioma 

czterema  ci le mówi c, je eli Gethen doł czy do Ekumeny...  

- Co to znaczy,  e Ekumena nie wymusza praw? spytał Slose.  

- Bo nie ma  adnych praw. Pa stwa członkowskie maj  swoje własne prawa, a 

kiedy zachodzi mi dzy nimi konflikt, Ekumena po redniczy, stara si  

przeprowadzi  prawn  lub etyczn  zmian  przez uzgodnienie stanowisk lub 

wybór jednego. Oczywi cie, je eli Ekumena jako eksperymentalny nadorganizm 

zawiedzie całkowicie, to b dzie musiała narzuca  pokój sił , stworzy  jak  

policj  i tak dalej. Na razie jednak nie ma takiej potrzeby.  wiaty centralne nadal 

dochodz  do siebie po niszczycielskiej epoce sprzed kilku stuleci, odtwarzaj  

utracone umiej tno ci i wiedz , ucz  si  na nowo rozmawia ... - Jak miałem 

wytłumaczy  Wiek Wrogo ci i jego skutki ludziom, którzy nie maj  słowa na 

oznaczenie wojny?  

- To niezwykle fascynuj ce, panie Ai - powiedział gospodarz, reprezentant 

Yegey, drobny, zgrabny, cedz cy słowa osobnik o bystrych oczach. - Ale nie 

widz , czego oni mog  chcie  od nas. Chodzi o to,  e có  takiego dobrego mo e im 

da  osiemdziesi ty czwarty  wiat? 1 to, powiedzmy sobie, niezbyt rozwini ty, bo 

przecie  nie mamy gwiezdnych statków jak wszyscy inni.  

- Nikt ich nie miał do czasu przybycia ludzi z Hain i Cetia czyków. A 

niektórym  wiatom zabraniano ich budowy przez całe stulecia, póki Ekumena nie 

ustaliła zasad tego, co u was, jak s dz , nazywa si  wolnym handlem. - Tu 

wszyscy si  roze miali, bo była to nazwa partii czy te  frakcji Yegeya. - Wolny 

handel to jest wła nie to, co próbuj  tu zapocz tkowa . Handel nie tylko 

towarami, lecz tak e wiedz , technologi , my l , filozofi , sztuk , medycyn , 

nauk , teori ... W tpi , czy Gethen kiedykolwiek b dzie utrzymywa  jakie  

ywsze kontakty fizyczne z innymi  wiatami. Dzieli nas tu siedemna cie lat 

wietlnych od najbli szego  wiata Ekumeny, Ollul, na planecie gwiazdy, któr  wy 

nazywacie Asyomse. Do najdalszego jest dwie cie pi dziesi t lat  wietlnych i 

nawet nie wida  st d jego gwiazdy. Za pomoc  astrografu mogliby cie rozmawia  

z tym  wiatem jak przez radio z s siednim miastem, ale nie s dz ,  eby cie kiedy  

spotkali si  z jego mieszka cami... Ten rodzaj handlu, o którym mówi , mo e by  

bardzo zyskowny, ale polega on głównie na porozumiewaniu si , nie za  na 

transporcie dóbr. Moje zadanie tutaj polega w gruncie rzeczy na tym,  eby 

dowiedzie  si , czy pragniecie porozumiewa  si  z reszt  ludzko ci.  

- "Pragniecie" - powtórzył Slose pochylaj c si  z napi ciem. - Czy to znaczy 

Orgoreyn, czy te  Gethen jako cało ?  

Zawahałem si  przez chwil , bo nie było to pytanie, któregó oczekiwałem.  

- Tutaj i teraz znaczy to Orgoreyn. Ale umowa nie mo e nikogo wyklucza . 

Je eli Sith albo Narody Wyspowe, albo Karhid zechc  przyst pi  do Ekumeny, to 

maj  drog  otwart . Jest to za ka dym razem sprawa indywidualnego wyboru. 

Pó niej z reguły na planetach równie wysoko rozwini tych jak Gethen ró ne 

rasy, regiony albo narody dochodz  do wyłonienia wspólnego przedstawicielstwa, 

które koordynuje sprawy planetarne i stosunki z innymi  wiatami, co nazywa si  

w naszej terminologii "lokaln  stabilno ci ". W ten sposób oszcz dza si  mas  

czasu i pieni dzy, bo dzieli si  wydatki. Gdyby cie postanowili na przykład 

zbudowa  własny gwiazdolot...  

background image

 

78 

- Na mleko Mesze! - wykrzykn ł gruby Humery obok mnie. - Chce pan, 

eby my wystrzelili si  w pustk ? Fuj! - Na dowód rozbawienia i obrzydzenia 

wydał z siebie d wi k jak wysoka nuta akordeonu.  

- A gdzie jest pa ski statek, panie Ai? - spytał Gaum. Powiedział to cicho, z 

półu miechem, jakby było to co  niezwykle podchwytliwego i chciał,  eby to 

zostało zauwa one. Był niezwykle pi knym okazem istoty ludzkiej według 

ka dych kryteriów dla obu płci, tak  e nie mogłem nie gapi  si  na niego, kiedy 

odpowiadałem, zastanawiaj c si  jednocze nie, co to jest ten Sarf.  

- Có , to  adna tajemnica. Mówiono o tym sporo w karhidyjskim radio. 

Rakieta, w której wyl dowałem na wyspie Horden, znajduje si  obecnie w 

Królewskich Warsztatach Metalurgicznych w Szkole Rzemiosł. W ka dym razie 

wi ksza jej cz , bo zdaje si ,  e ró ni eksperci zabrali sobie po kawałku.  

- Rakieta? - zdziwił si  Humery, bo u yłem orgockiego okre lenia na 

fajerwerk.  

- To zwi le oddaje rodzaj nap du łodzi l duj cej. Humery znów wydał 

dziwny odgłos. Gaum u miechn ł si  tylko i zauwa ył:  

- Zatem nie ma pan drogi powrotu na... no, tam sk d pan przybył?  

- Mam. Mógłbym porozumie  si  przez astrograf z Ollul i poprosi ,  eby 

przysłali po mnie statek. Przybyłby tutaj za siedemna cie lat. Mog  te  poł czy  

si  ze statkiem, którym przyleciałem do waszego układu. Jest teraz na orbicie 

okołosłonecznej. Byłby tutaj za par  dni.  

Sensacja była widoczna i słyszalna, i nawet Gaum nie potrafił ukry  

zdumienia. Co  si  tutaj nie zgadzało. Był to jeden istotny fakt, z którym si  nie 

zdradziłem w Karhidzie, nawet przed Estravenem. Je eli, tak jak mi to 

przedstawiono, Orgotowie wiedzieli o mnie tylko to, co postanowili im przekaza  

Karhidyjczycy, wówczas powinna to by  tylko jedna z wielu niespodzianek. 

Okazało si ,  e to była jedyna niespodzianka, za to wielka.  

- Gdzie jest teraz ten statek? - spytał Yegey.  

- Kr y wokół sło ca, gdzie  mi dzy Gethen a Kuhurnem.  

- Jak si  pan z niego tu dostał?  

- Na fajerwerku - wtr cił stary Humery.  

- Dokładnie tak. Nie l dujemy gwiazdolotem na zaludnionej planecie, dopóki 

nie ma ustalonych kontaktów lub nie został zawarty sojusz. Dlatego przybyłem na 

małej łodzi i wyl dowałem na wyspie Horden.  

- Czy mo e si  pan porozumie  z tym... z tym wielkim statkiem przez zwykłe 

radio, panie Ai? To był Obsle.  

- Tak. - Nie wspomniałem na razie o małym satelicie przeka nikowym, 

którego umie ciłem na orbicie. Nie chciałem,  eby odnie li wra enie,  e ich niebo 

jest pełne mojego  elastwa. - Potrzebny byłby do  mocny nadajnik; ale przecie  

macie ich pod dostatkiem.  

- Zatem mogliby my skontaktowa  si  drog  radiow  z pa skim statkiem.  

- Tak, gdyby cie znali wła ciwy sygnał. Ludzie na pokładzie znajduj  si  w 

stanie stasis lub, inaczej mówi c, hibernacji,  eby nie marnowali  ycia w 

oczekiwaniu, a  załatwi  tutaj swoje sprawy. Wła ciwy sygnał na wła ciwej 

długo ci fali uruchomi aparatur , która wyprowadzi ich ze stasis. Wówczas 

background image

 

79 

skontaktuj  si  ze mn  za pomoc  radia albo astrografu, wykorzystuj c Ollul 

jako stacj  przeka nikow .  

- Ilu ich jest? - spytał kto  z niepokojem.  

- Jedenastu.  

To wywołało westchnienie ulgi, lekki  miech. Napi cie nieco zel ało.  

- A co si  stanie, je eli pan nigdy nie wy le sygnału? spytał Obsle.  

- Zostan  obudzeni automatycznie za około cztery lata.  

- Czy wówczas przybyliby tu po pana?  

- Tylko na moje wezwanie. Porozumieliby si  za pomoc  astrografu ze 

stabilami na Ollul i na Hain. Najprawdopodobniej postanowiliby spróbowa  

jeszcze raz i skierowaliby tu nowego wysłannika. Drugiemu wysłannikowi cz sto 

jest łatwiej ni  pierwszemu. Mniej musi wyja nia  i ludzie ch tniej mu wierz ...  

Obsle u miechn ł si  szeroko. Wi kszo  go ci nadal była zamy lona i pełna 

rezerwy. Gaum kiwn ł nieznacznie głow  w roj  stron , jakby gratulował mi 

szybko ci odpowiedzi: gest konspiratora. Slose pełen napi cia zapatrzył si  

jasnym wzrokiem w jak  wewn trzn  wizj , od której wrócił do mnie.  

- Dlaczego, panie Ai, nigdy nie wspomniał pan o tym drugim statku podczas 

swego dwuletniego pobytu w Karbidzie?  

- Sk d mo emy wiedzie ,  e nie wspomniał? - wtr cił Gaum z u miechem.  

- Doskonale wiemy,  e nie, panie Gaum - odparł Yegey równie  z u miechem.  

- Nie mówiłem o tym - powiedziałem. - A dlaczego? My l o statku czekaj cym 

tam w górze mo e budzi  niepokój. S dz ,  e niejeden z was mo e to potwierdzi . 

W Karbidzie nigdy nie doszedłem do takiego stopnia wzajemnego zaufania z 

moimi rozmówcami,  ebym mógł zaryzykowa  poruszenie sprawy statku. Wy 

mieli cie wi cej czasu do namysłu, jeste cie gotowi słucha  mnie otwarcie, w 

wi kszym gronie, nie jeste cie tak sp tani strachem. Zdecydowałem si  

powiedzie  o statku, bo my l ,  e nadeszła po temu chwila,  e Orgoreyn jest 

odpowiednim do tego miejscem.  

- Racja, panie Ai, racja! - powiedział Slose gwałtownie. - W ci gu tego 

miesi ca po le pan po ten statek i powitamy go w Orgoreynie jako widomy znak i 

piecz  nowej epoki. Otworz  si  oczy tych, którzy nie chc  widzie  teraz!  

Tak si  to ci gn ło do chwili, kiedy podano nam kolacj . Zjedli my, wypili my 

i rozeszli my si  po domach. Nie wiem jak inni, ale ja, cho  zm czony, wyszedłem 

ogólnie rzecz bior c zadowolony. Były, oczywi cie, pewne znaki ostrzegawcze i 

niejasno ci. Slose chciał zrobi  ze mnie religi . Gaum chciał zrobi  ze mnie 

oszusta. Mersen chciał chyba udowodni ,  e nie jest agentem Karhidu, sugeruj c, 

e to ja nim jestem. Ale Obsle, Yegey i kilku innych działało na wy szym 

poziomie. Chcieli porozumie  si  ze stabilami i doprowadzi  do l dowania 

gwiazdolotu w Orgoreynie,  eby przekona  albo zmusi  Wspólnot  Orgoreynu do 

zwi zania si  z Ekumen . Wierzyli,  e w ten sposób Orgoreyn osi gnie wielkie, 

długotrwałe w skutkach zwyci stwo presti owe nad Karbidem i  e ci 

reprezentanci, którzy b d  ojcami tego zwyci stwa, zdob d  odpowiedni presti  i 

wpływy w swoim rz dzie. Ich frakcja Wolnego Handlu, mniejszo  w łonie 

Wspólnoty Trzydziestu Trzech, przeciwstawiała si  kontynuacji sporu o dolin  

Sinoth, reprezentuj c polityk  konserwatywn , nieagresywn  i 

nienacjonalistyczn . Od długiego ju  czasu byli odsuni ci od władzy i liczyli na to, 

background image

 

80 

e przy pewnym ryzyku mog  j  odzyska  na drodze wskazanej przeze mnie. 

Dalej ich wzrok nie si gał, ale w fakcie,  e moja misja dla nich stanowiła  rodek, 

a nie cel, nie było nic złego. Gdy raz znajd  si  na tej drodze, zaczn  si  mo e 

orientowa , dok d mo na ni  doj . Na razie pomimo krótkowzroczno ci byli 

przynajmniej realistami.  

Obsle chc c przekona  pozostałych powiedział:  

- Karbid albo b dzie si  bał siły, jak  nam da ten zwi zek, a pami tajmy,  e 

Karbid zawsze boi si  wszystkiego co nowe, i pozostanie na uboczu, albo rz d w 

Erhenrangu zbierze si  na odwag  i przył czy si  jako drugi, po nas. W ka dym 

przypadku szifgrethor Karhidu ucierpi i w ka dym przypadku my b dziemy 

prowadzi  sanie. Je eli starczy nam m dro ci,  eby wykorzysta  t  przewag  

teraz, b dzie to przewaga stała i pewna! - W tym momencie zwrócił si  do mnie.  

- Ale Ekumena musi chcie  nam pomóc, panie Ai. Musimy mie  do pokazania 

naszemu narodowi co  wi cej ni  tylko pana, jednego człowieka znanego ju  w 

Erhenrangu.  

- Rozumiem, panie reprezentancie. Chciałby pan mie  dobry, widowiskowy 

dowód, a ja chciałbym go przedstawi . Ale nie mog  sprowadzi  tu statku, póki 

nie b d  miał uzasadnionej pewno ci co do jego bezpiecze stwa i dobrej woli z 

waszej strony. Potrzebne mi jest do tego publiczne ogłoszenie zgody i gwarancji 

waszego rz du, co, jak s dz , oznacza zgod  całej rady reprezentantów.  

- To zrozumiałe - powiedział Obsle z ponur  min . Jad c do domu z 

Szusgisem, którego udział w rozmowach tego popołudnia ograniczał si  do 

dobrodusznego u miechu, spytałem:  

- Panie Szusgis, co to jest ten Sarf?  

- Jeden z wydziałów administracji wewn trznej. Zajmuje si  fałszywymi 

dokumentami, nielegalnymi podró ami i zmian  pracy, fałszerstwami i 

podobnym  mieciem. To jest wła nie znaczenie słowa "sarf" w ulicznym  argonie, 

jest to nazwa nieoficjalna.  

Zatem inspektorzy s  agentami Sarfu?  

- Niektórzy z nich.  

- I policja te  im podlega do pewnego stopnia? - Sformułowałem pytanie 

ostro nie i otrzymałem tak  sam  odpowied .  

- S dz ,  e tak. Zajmuj  si  sprawami zagranicznymi i nie mam pełnego 

rozeznania w strukturze administracji wewn trznej.  

- Jest niew tpliwie skomplikowana. Czym, na przykład, zajmuje si  Wydział 

Wodny? - Wycofałem si , najlepiej jak umiałem, z tematu Sarfu. To, czego 

Szusgis nie powiedział w tej sprawie, mogło nic nie znaczy  dla kogo  z Hain albo 

dla szcz liwego Cziffewarczyka, ale ja urodziłem si  na Ziemi. Posiadanie 

przodków z przeszło ci  kryminaln  ma swoje dobre strony. Po dziadku 

podpalaczu mo na odziedziczy  nos czuły na dym.  

Znalezienie na Gethen rz dów tak przypominaj cych dawn  histori  Ziemi 

było zabawne i fascynuj ce. Monarchia i autentyczna, rozro ni ta biurokracja. 

To drugie było równie fascynuj ce, ale mniej zabawne. Dziwne,  e w bardziej 

rozwini tym społecze stwie pobrzmiewały bardziej ponure tony.  

Zatem Gaum, który chciał,  ebym wyszedł na kłamc , był agentem tajnej 

policji Orgoreynu. Czy wiedział,  e Obsle wie, kim on jest? Zapewne tak. Czy był 

background image

 

81 

wi c prowokatorem? Czy działał oficjalnie po stronie frakcji Obsle'a, czy 

przeciwko niej? Która z frakcji w obr bie Rady Trzydziestu Trzech kontrolowała 

lub była kontrolowana przez Sarf? Powinienem zorientowa  si  w tych sprawach, 

ale mo e to nie by  łatwe. Moja linia post powania, która przez jaki  czas 

wydawała si  tak oczywista i pełna nadziei, teraz stawała si  równie kr ta i 

naje ona zagadkami jak w Erhenrangu. Wszystko szło dobrze, pomy lałem, póki 

zeszłego wieczoru nie pojawił si  przy mnie jak cie  Estraven.  

- Jakie stanowisko zajmuje tutaj, w Misznory, ksi

 Estraven?- spytałem 

Szusgisa, który jakby w pół nie opadł na oparcie bezszelestnie jad cego 

samochodu.  

- Estraven? Tutaj nazywa si  Harth. My tutaj nie u ywamy tytułów, 

odrzucili my je wraz z nastaniem Nowej Epoki. Zdaje si ,  e jest podwładnym 

reprezentanta Yegeya.  

- Mieszka u niego?  

- Chyba tak.  

Chciałem powiedzie ,  e to dziwne, i  był zeszłego wieczoru u Slose'a, a nie 

był dzi  na przyj ciu u Yegeya, ale u wiadomiłem sobie,  e w  wietle naszej 

krótkiej porannej rozmowy nie wydawało si  to takie dziwne. Ale sama my l,  e 

celowo trzyma si  ode mnie z daleka, budziła niepokój.  

- Znaleziono go - mówił Szusgis przemieszczaj c swoje szerokie biodra na 

wy ciełanym siedzeniu - na Południu w fabryce kleju, konserw rybnych czy w 

jakim  takim miejscu i wyci gni to go z rynsztoka. Zrobili to ludzie z frakcji 

Wolnego Handlu. Oczywi cie pomógł im swego czasu jako premier i członek 

kyorremy, i teraz mu si  odwdzi czaj . Głównie robi  to, jak my l ,  eby 

dokuczy  Mersenowi. Cha, cha! Mersen jest szpiegiem Tibe'a i my li,  e nikt o 

tym nie wie, ale naturalnie wszyscy wiedz , a on nie mo e znie  widoku Hartha, 

bo nie wie, czy on jest zdrajc , czy podwójnym agentem, i nie mo e narazi  na 

szwank swojego szifgrethoru,  eby si  dowiedzie . Cha, cha!  

- A co pan s dzi, panie Szusgis?  

- Zdrajca, panie Ai. Czystej wody zdrajca. Sprzedał prawa swojego kraju do 

doliny Sinoth,  eby nie dopu ci  Tibe'a do władzy, ale noga mu si  powin ła. Na 

cycki Mesze! Tutaj spotkałoby go co  gorszego ni  wygnanie. Kto gra przeciwko 

swojej własnej stronie, musi przegra  wszystko. Ale ci jegomo cie dbaj cy tylko o 

siebie i wyprani z patriotyzmu nie potrafi  tego zrozumie . Zreszt  my l ,  e 

Harth nie dba, gdzie jest, byle tylko mógł jako  przepycha  si  ku władzy. Zrobił 

w ci gu pi ciu miesi cy nie tak mało, jak pan widzi.  

- Owszem, niemało.  

- Pan te  mu nie dowierza, co?  

- Nie.  

- Ciesz  si ,  e to słysz , panie Ai. Nie rozumiem, dlaczego Yegey i Obsle 

trzymaj  z tym osobnikiem. Jest jawnym zdrajc  działaj cym dla własnej 

korzy ci, który usiłuje czepia  si  pa skich sani, panie Ai, jak długo b dzie to dla 

niego korzystne. Tak ja to widz . I nie wiem, czy pozwoliłbym mu czepia  si  

moich sani, gdyby mnie o to przyszedł prosi ! - Szusgis sapn ł, skin ł energicznie 

głow  na znak zgody z własn  opini  i u miechn ł si  do mnie 

porozumiewawczym u miechem ludzi nieskazitelnej prawo ci. Samochód jechał 

background image

 

82 

bezszelestnie szerokimi, dobrze o wietlonymi ulicami. Poranny  nieg stopniał 

zostawiaj c tylko brudne pryzmy wzdłu  rynsztoków, teraz padał zimny, drobny 

deszcz.  

Wielkie gmachy  ródmie cia Misznory, budynki rz dowe, szkoły,  wi tynie 

kultu jomesz, przesłoni te deszczem w płynnym blasku wysokich latar  zdawały 

si  topnie . Ich naro niki były nieostre, frontony rozlane, zamazane. Co  

płynnego, niematerialnego kryło si 'za masywno ci  tego miasta zbudowanego z 

monolitów, tego monolitycznego pa stwa, które tym samym słowem nazywało 

cz  i cało . A Szusgis, mój jowialny gospodarz, człowiek ci ki i masywny, te  

miał rozmazane kontury, był jakby.., nieco nierealny.  

Od chwili kiedy cztery dni temu wyruszyłem samochodem przez rozległe złote 

pola Orgoreynu rozpoczynaj c swoj  podró  do samego serca Misznory, czego  

mi brakowało. Tylko czego? Czułem si  izolowany. Od pewnego czasu nie 

odczuwałem chłodu. Pokoje tutaj były przyzwoicie ogrzewane. Od pewnego czasu 

jedzenie nie sprawiało mi przyjemno ci. Kuchnia orgocka była nijaka i nic w tym 

strasznego. Tylko dlaczego wszyscy ludzie, jakich tu spotkałem, wszystko jedno, 

yczliwie czy wrogo do mnie usposobieni, te  wydawali mi si  nijacy? Były w ród 

nich barwne osobowo ci - Obsle, Slose, pi kny i odra aj cy Gaum - a jednak 

wszystkim im czego  brakowało, jakiego  wymiaru istnienia, byli jacy  

nieprzekonywaj cy. Nie byli całkiem materialni.  

Jest tak, pomy lałem, jakby nie rzucali cienia.  

Tego rodzaju do  abstrakcyjne rozwa ania s  istotn  cz ci  mojej pracy. 

Bez pewnych szczególnych uzdolnie  nie miałbym szans na zostanie mobilem, 

potem przeszedłem formalne przeszkolenie w tym kierunku na Hain, gdzie 

nadaj  temu dumnie brzmi cy tytuł "my lenia dalekosi nego". Chodzi w nim o 

co , co mo na by okre li  jako intuicyjny ogl d pewnej moralnej cało ci, i jego 

wynikiem nie jest zestaw racjonalnych symboli, lecz metafora. Nigdy nie 

wyró niałem si  w tym "my leniu dalekosi nym", a tego dnia szczególnie nie 

ufałem swoim przeczuciom, bo byłem bardzo zm czony. Gdy tylko znalazłem si  

z powrotem w swoich apartamentach, natychmiast poszukałem ulgi pod gor cym 

natryskiem. Ale nawet tam towarzyszył mi niejasny niepokój, jakby gor ca woda 

te  nie była całkiem realna i jakby nie mo na było na niej polega . 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

83 

Rozdział 11

 

 

Monologi w Misznory

 

 

Misznory. Streth susmy. Nie jestem optymist , chocia  wszystkie wydarzenia 

daj  podstawy do nadziei. Obsle targuje si  i handryczy z reprezentantami, 

Yegey stosuje pochlebstwa, Slose nawraca i siła ich zwolenników ro nie. S  

zr cznymi politykami i pewnie kieruj  swoj  frakcj . Tylko siedmiu z 

Trzydziestu Trzech to pewni zwolennicy Wolnego Handlu. Co do reszty, to Obsle 

liczy na poparcie dziesi ciu, a to dałoby mu minimaln  przewag .  

Jeden z nich wydaje si  przejawia  autentyczne zainteresowanie 

wysłannikiem. Reprezentant Ithepen z okr gu Eynyen, który interesował si  

przedstawicielstwem obcych, gdy  z ramienia Sarfu cenzurował audycje 

nadawane z Erhenrangu. Wydaje si ,  e ta działalno  ci y mu na sumieniu. 

Zaproponował Obsle'owi,  eby Trzydziestu Trzech ogłosiło zaproszenie statku 

gwiezdnego nie tylko w imieniu swoich rodaków, lecz tak e w imieniu Karbidu, 

sugeruj c Argavenowi,  eby przył czył głos Karbidu do zaproszenia. Szlachetny 

projekt, który nie zostanie przyj ty. Nie zaprosz  Karbidu do współpracy w 

adnej sprawie.  

Ludzie Sarfu w gronie Trzydziestu Trzech oczywi cie przeciwstawiaj  si  

obecno ci wysłannika i jego misji. Co do tych niezdecydowanych, to 

podejrzewam,  e boj  si  wysłannika podobnie jak Argaven i wi kszo  dworu, z 

t  ró nic ,  e Argaven uwa ał go za szale ca, jak on sam, ci za  uwa aj  go za 

kłamc , jak oni sami. Boj  si ,  e dadz  si  publicznie złapa  na wielkie oszustwo, 

oszustwo odrzucone ju  przez Karhid, a mo e nawet spreparowane przez Karbid. 

Je eli wysun  zaproszenie i ogłosz  je publicznie, to gdzie b dzie ich szifgrethor, 

gdy gwiezdny statek nie wyl duje?  

Doprawdy, Genly Ai wymaga od nas niezwykłej łatwowierno ci.  

Widocznie dla niego nie jest ona niezwykła.  

Obsle i Yegey uwa aj ,  e wi kszo  Trzydziestu Trzech da si  przekona  i 

uwierzy mu. Nie wiem, dlaczego jestem mniejszym optymist  ni  oni; mo e w 

gł bi serca nie chc ,  eby Orgoreyn okazał si  bardziej o wiecony ni  Karbid, 

eby podj ł ryzyko, zyskał sław  i zostawił Karbid w cieniu. Je eli jest to 

zazdro  patriotyczna, to przychodzi zbyt pó no, bo skoro tylko zrozumiałem,  e 

Tibe wkrótce doprowadzi do mojej dymisji, zrobiłem wszystko,  eby wysłannik 

przybył do Orgoreynu i ju  jako wygnaniec zrobiłem wszystko,  eby ich do niego 

przekona .  

Dzi ki pieni dzom, które przywiózł mi od Asze, mieszkam znów sam, jako 

"jednostka", a nie jako "osoba zale na". Nie chodz  ju  na bankiety, nie 

pokazuj  si  publicznie z Obsle'em ani z innymi zwolennikami wysłannika i nie 

widziałem si  z samym wysłannikiem od pół miesi ca, od drugiego dnia jego 

pobytu w Misznory.  

Dał mi pieni dze od Asze tak, jak si  daje zapłat  najemnemu mordercy. 

Niecz sto udaje si  komu  tak mnie rozgniewa  i w odpowiedzi celowo go 

zniewa yłem. Wiedział,  e jestem zły, ale nie mam pewno ci, czy zrozumiał 

background image

 

84 

zniewag ; wygl dało,  e akceptuje moj  rad  mimo sposobu, w jaki mu jej 

udzieliłem. Zrozumiałem to, kiedy ochłon łem z gniewu, i zacz łem si  

zastanawia . Czy to mo liwe,  e przez cały czas w Erhenrangu szukał u mnie 

rady i nie wiedział, jak mi to da  do zrozumienia? Je eli tak, to musiał fałszywie 

zrozumie  połow  i nie zrozumie  w ogóle reszty z tego, co mu powiedziałem przy 

moim ognisku w Pałacu, tego wieczoru po ceremonii wmurowania zwornika. Jego 

szifgrethor jest widocznie oparty na czym  zupełnie innym ni  nasz i musi by  

zupełnie inaczej podtrzymywany. Kiedy uwa ałem,  e jestem najbardziej szczery 

i brutalny, on mógł uwa a ,  e mówi  szczególnie m tnie i zawile.  

Jego t pota wynika z ignorancji. Jego arogancja wynika z ignorancji. Nie wie 

nic o nas, a my o nim. Jest niesko czenie obcy, a ja głupi,  e pozwoliłem,  eby mój 

cie  padł na  wiatło nadziei, które on nam przynosi. Musz  pow ci gn  swoj  

wieck  pró no . B d  si  trzyma  z dala od niego, bo tego sobie niew tpliwie 

yczy. Ma racj . Wyp dzony karhidyjski zdrajca nie dodaje blasku jego sprawie.  

Zgodnie z orgockim prawem,  e ka da "jednostka" musi by  zatrudniona, 

pracuj  od ósmej do południa w fabryce wyrobów plastykowych. Łatwa praca: 

dogl dam maszyny, która dopasowuje i zgrzewa kawałki plastyku w małe 

przezroczyste pudełka. Nie wiem, do czego słu  te pudełka. Po południu, 

stwierdziwszy,  e t piej , podj łem  wiczenia, których nauczyłem si  w Rotherer. 

Z zadowoleniem przekonałem si ,  e nie zatraciłem umiej tno ci przywoływania 

siły doth albo wchodzenia w nietrans, ale z samego nietransu mam niewiele 

po ytku, za  co do umiej tno ci zachowywania bezruchu i postu, to tak jakbym 

si  ich nigdy nie uczył, musz  wszystko zaczyna  od pocz tku, jak dziecko. 

Po ciłem przez jeden dzie , a mój  oł dek krzyczy: "Tydzie ! Miesi c!"  

W nocy jest teraz mróz. Dzisiaj silny wiatr przyniósł  nieg z deszczem. Przez 

cały wieczór my lałem o Estre i odgłos wiatru przypominał mi tamtejsze wiatry. 

Napisałem dzi  długi list do syna. Pisz c go miałem powracaj ce poczucie 

obecno ci Areka, tak jakby wystarczyło odwróci  si ,  eby go zobaczy . Po co 

prowadz  te zapiski? Czy dla syna? Co mu one dadz ? Mo e po prostu pisz , 

eby pisa  w swoim j zyku.  

Harhahad susmy. W radio nadal  adnej wzmianki o wysłanniku, ani słowa. 

Zastanawiam si , czy Genly Ai dostrzega,  e w Orgoreynie, mimo rozległego 

widocznego aparatu władzy, niczego nie robi si  w sposób jawny, niczego nie 

mówi si  na głos. Ta machina maskuje machinacje.  

Tibe chce nauczy  Karhid kłamstwa. Uczy si  od Orgoreynu, to dobra szkoła. 

Ale my l ;  e trudno nam b dzie si  tego nauczy , bo mamy zbyt dług  praktyk  

w obchodzeniu prawdy: bez popadania w kłamstwo, ale i bez dochodzenia do 

prawdy.  

Wczoraj wielki wypad Orgotów za Ey. Spalili spichlerze w Tekember. 

Dokładnie to, czego potrzebuje Sarf i czego potrzebuje Tibe. Ale do czego to 

prowadzi?  

Slose, któremu słowa wysłannika nało yły si  na jego jomesza ski mistycyzm, 

interpretuje przybycie Ekumeny na nasz  wiat jako nadej cie Królestwa Mesze i 

traci z oczu nasz cel. "Musimy zako czy  t  rywalizacj  z Karbidem - mówi - 

zanim nadejdzie Nowy Człowiek. Musimy oczy ci  nasze serca na jego przyj cie. 

background image

 

85 

Musimy zapomnie  o szifgrethorze, zabroni  wszelkich aktów zemsty i 

zjednoczy  si  bez nienawi ci, jak bracia z jednego ogniska".  

Ale jak to zrobi , zanim oni przyb d ? Jak przerwa  ten kr g?  

Guyrny susmy. Slose stoi na czele komitetu, który zabiega o zakaz 

wystawiania w tutejszych publicznych domach kemmeru obscenicznych sztuk; 

musz  przypomina  karhidyjskie huhuth. Slose zwalcza je jako trywialne, 

wulgarne i blu niercze.  

Zwalcza  co  to znaczy to co  podtrzymywa .  

Mówi  tutaj,  e "wszystkie drogi prowadz  do Misznory". Rzeczywi cie, 

je eli człowiek stanie plecami do Misznory i zacznie si  od niego oddala , nadal 

b dzie na drodze do Misznory. Walcz c z wulgarno ci  nieuchronnie pogr amy 

si  w wulgarno ci. Trzeba pój  w inn  stron , trzeba znale  inny cel, wówczas 

mo na i  inn  drog .  

Yegey dzisiaj w Izbie Trzydziestu Trzech: "Jestem niezmiennie przeciwny 

blokadzie eksportu zbo a do Karbidu i duchowi rywalizacji, który jest jej 

przyczyn ". Słusznie, ale id c w t  stron  nigdy nie zejdzie z drogi do Misznory. 

Musi zaproponowa  jak  alternatyw . Orgoreyn i Karbid musz  zej  z drogi, 

któr  si  posuwaj , wszystko jedno w jakim kierunku; musz  pój  gdzie indziej i 

przerwa  kr g. Yegey, moim zdaniem, powinien mówi  o wysłanniku i o niczym 

wi cej.  

By  ateist  to znaczy podtrzymywa  wiar  w Boga. Jego istnienie albo 

nieistnienie, na płaszczy nie dowodu rzecz sprowadza si  do tego samego. Dlatego 

"dowód" jest słowem niecz sto u ywanym przez wyznawców handdary, którzy 

postanowili nie traktowa  Boga jako faktu podlegaj cego dowodowi (lub wierze), 

i w ten sposób złamali kr g, wyrwali si  z niego.  

Zrozumie , na jakie pytania nie ma odpowiedzi, i nie odpowiada  na nie - oto 

umiej tno  najpotrzebniejsza w czasach napi  i ciemno ci.  

Tormenbod susmy. Mój niepokój narasta. Centralny Urz d Radiowy dot d 

nie nadał ani słowa o wysłanniku. Ani jedna wiadomo  na jego temat nadana 

przez nas w Erhenrangu nie została przekazana tutaj, a plotki wynikaj ce z 

nielegalnego odbioru audycji zagranicznych oraz opowie ci kupców i 

podró ników nie rozeszły si  zbyt daleko. Sarf ma pełniejsz  kontrol  nad 

rodkami przekazu, ni  s dziłem, i wi ksz , ni  uwa ałem za mo liw . Wnioski s  

do  przera aj ce. W Karbidzie król i kyorrema maj  spor  kontrol  nad tym, co 

ludzie robi , ale niewielk  nad tym, czego słuchaj , i  adnej nad tym, co mówi . 

Tutaj rz d mo e kontrolowa  nie tylko czyny, ale i my li. To pewne,  e  aden 

człowiek nie powinien mie  takiej władzy nad drugim człowiekiem.  

Szusgis i inni otwarcie pokazuj  si  wsz dzie z Genlym Ai.  

Zastanawiam si , czy on widzi,  e ta ostentacja kryje fakt, i  jest on 

ukrywany. Nikt nie wie,  e on tu jest. Pytam kolegów robotników z fabryki, ale 

nie wiedz  nic, my l ,  e mówi  o jakim  szalonym sekciarzu jomeszcie.  adnej 

informacji,  adnego zainteresowania, niczego, co mogłoby posun  jego spraw  

lub zapewni  mu bezpiecze stwo.  

Szkoda,  e jest tak do nas podobny. W Erhenrangu ludzie cz sto pokazywali 

go sobie na ulicy, bo znali cz  prawdy, słyszeli o nim i wiedzieli,  e jest w 

mie cie. Tutaj, gdzie jego obecno  jest trzymana w tajemnicy, nikt na niego nie 

background image

 

86 

zwraca uwagi. Widz  go zapewne tak, jak i ja go zobaczyłem po raz pierwszy: 

jako bardzo wysokiego, krzepkiego i ciemnego młodzie ca wła nie zaczynaj cego 

kemmer. Ale w zeszłym roku studiowałem raporty lekarzy na jego temat. On 

ró ni si  od nas zasadniczo, to nie s   adne powierzchowne ró nice. Trzeba go 

pozna ,  eby zrozumie ,  e jest obcym.  

Dlaczego zatem trzymaj  go w ukryciu? Dlaczego  aden z reprezentantów nie 

postawi sprawy na ostrzu no a i nie powie o nim w jakim  publicznym 

wyst pieniu albo przez radio? Dlaczego nawet Obsle milczy? Ze strachu.  

Mój król bał si  wysłannika; ci tutaj boj  si  jeden drugiego.  

My l ,  e ja, cudzoziemiec, jestem jedyn  osob , której Obsle ufa. Znajduje 

pewn  przyjemno  w moim towarzystwie (z wzajemno ci ) i kilkakrotnie 

odrzucił szifgrethor otwarcie pytaj c mnie o rad . Kiedy jednak namawiam go, 

eby wyst pił publicznie, rozbudził zainteresowanie spraw  dla obrony przed 

intrygami frakcji przeciwnej, nie słucha mnie.  

- Je eli cała Wspólnota zwróci oczy na wysłannika - mówiłem - Sarf nie 

odwa y si  go tkn . Ani pana. Obsle wzdycha.  

- Tak, tak, ale nie mo emy tego zrobi . Radio, drukowane wiadomo ci, 

czasopisma naukowe, wszystko to jest w r kach Sarfu. Co mam robi , wygłasza  

przemówienia na rogach ulic jak jaki  fanatyczny kaznodzieja?  

- Mo na rozmawia  z lud mi, puszcza  w obieg plotki. Musiałem robi  co  

podobnego zeszłego roku w Erhenrangu. Niech ludzie zadaj  pytania, na które 

pan ma odpowied  w postaci samego wysłannika.  

- Szkoda,  e nie sprowadził tutaj tego swojego przekl tego statku,  eby my 

mieli ludziom co pokaza ! Ale w tej sytuacji...  

- On nie sprowadzi statku, dopóki nie b dzie miał pewno ci,  e działacie w 

dobrej wierze.  

- A czy tak nie jest? - krzykn ł Obsle nadymaj c si  jak wielka ryba hob. - 

Czy nie po wi ciłem ka dej chwili ubiegłego miesi ca na t  spraw ? Dobra wiara! 

Oczekuje od nas,  eby my wierzyli we wszystko, co nam opowiada, a potem sam 

nam nie wierzy!  

- A powinien?  

Obsle sapie i nie odpowiada.  

Jest niew tpliwie najuczciwszym ze wszystkich znanych mi orgockich postaci 

oficjalnych.  

Odgetheny susmy.  eby zosta  wy szym urz dnikiem Sarfu, trzeba, jak si  

wydaje, reprezentowa  pewn  skomplikowan  form  głupoty. Przykładem tego 

jest Gaum. Widzi we mnie karhidyjskiego agenta usiłuj cego doprowadzi  

Orgoreyn do ogromnej kl ski presti owej przez wci gni cie jego władz w 

oszustwo z wysłannikiem Ekumeny i uwa a,  e przygotowywałem to oszustwo 

jeszcze na stanowisku premiera. Bóg mi  wiadkiem,  e mam na głowie wa niejsze 

sprawy ni  gra w szifgrethor z szumowinami. Ale to jest prosta prawda, której on 

nie jest w stanie zrozumie . Teraz, kiedy mo na by s dzi ,  e Yegey odsun ł mnie 

od siebie, Gaum uznał,  e jestem do kupienia, i przygotował si  do transakcji w 

swoim stylu.  ledził mnie albo kazał mnie  ledzi  i zorientował si ,  e powinienem 

rozpocz  kemmer w posthe albo tormenbod, i zeszłego wieczoru pojawił si  w 

background image

 

87 

pełni kemmeru, niew tpliwie hormonalnie przyspieszonego, z zamiarem 

uwiedzenia mnie. Przypadkowe spotkanie na ulicy Pyenefen.  

- Harth! Nie widziałem pana od pół miesi ca, gdzie si  pan ostatnio ukrywał? 

Mo e wypijemy po kuflu piwa? Wybrał piwiarni  s siaduj c  z publicznym 

domem kemmeru wspólnoty. Zamówił nie piwo, ale wod   ycia. Postanowił nie 

traci  czasu. Po pierwszej miarce poło ył dło  na mojej i zbli ywszy twarz do 

mojej szepn ł:  

- Nie spotkali my si  przypadkiem, czekałem na ciebie, chciałem by  z tob  tej 

nocy - i nazwał mnie po imieniu. Nie obci łem mu j zyka, bo odk d opu ciłem 

Estre, nie nosz  przy sobie no a. Powiedziałem mu,  e postanowiłem 

powstrzyma  si  od stosunków podczas wygnania. Szczebiotał co  i szeptał 

trzymaj c mnie za r k . Bardzo szybko osi gał pełni  kemmeru jako kobieta. 

Gaum jest bardzo pi kny w kemmerze, bardzo wi c liczył na swoj  urod  i sił  

oddziaływania wiedz c, jak s dz ,  e jako handdarata najpewniej nie stosuj  

rodków antykemmerowych i wbrew wszystkiemu starałbym si  zachowa  

pow ci gliwo  bez ich pomocy. Zapomniał,  e pogarda działa lepiej ni  wszelkie 

rodki. Uwolniłem si  od jego dotyku, który, oczywi cie, działał na mnie, i 

poradziłem mu,  eby spróbował w publicznym domu kemmeru tu  obok. 

Spojrzał na mnie z budz c  lito  nienawi ci , bo niezale nie od swoich 

kombinacji był w autentycznym kemmerze.  

Czy rzeczywi cie my lał,  e sprzedam si  tak tanio? Musiał uwa a ,  e jestem 

w trudnej sytuacji, co rzeczywi cie mo e stanowi  powód do niepokoju.  

Do diabła z tymi kombinatorami. Naprawd  nie ma w ród nich ani jednego 

uczciwego człowieka.  

Odsordny susmy. Dzi  po południu Genly Ai przemawiał w Izbie Trzydziestu 

Trzech. Nie dopuszczono publiczno ci i nie nadano sprawozdania, ale pó niej 

Obsle zaprosił mnie i dał mi przesłucha  ta m  z posiedzenia. Wysłannik mówił 

dobrze, z ujmuj c  szczero ci  i przekonaniem. Jest w nim naiwno , któr  

uwa ałem za co  obcego i głupiego, ale s  chwile, kiedy ta pozorna naiwno  

odsłania dyscyplin  wiedzy i szeroko  horyzontów, które budz  mój podziw. 

Przemawia przez niego m dra i wielkoduszna kultura czerpi ca z m dro ci 

gł bokich, starych i niewyobra alnie ró nych do wiadcze . Ale on sam jest 

młody, niecierpliwy i niedo wiadczony. Stoi wy ej od nas, widzi dalej, ale on sam 

jest tylko wzrostu człowieka.  

Mówi teraz lepiej ni  w Erhenrangu, pro ciej i subtelniej, nauczył si  swojego 

rzemiosła, jak my wszyscy.  

Jego wyst pienie było cz sto przerywane przez członków frakcji 

hegemonistycznej  daj cych,  eby przewodnicz cy przerwał szale cowi, usun ł 

go z sali i wrócił do porz dku obrad. Reprezentant Yemenbey był najbardziej 

krzykliwy i najprawdopodohniej robił to szczerze. "Chcecie nam wcisn  to 

giczy-mirzy?", ryczał ponad głowami do Obsle'a. Planowa obstrukcja, 

stanowi ca trudno zrozumiał  cz  ta my, była kierowana, jak twierdzi Obsle, 

przez Kaharosile'a. Z pami ci:  

Alszel (przewodnicz cy): Panie wysłanniku, uwa amy t  informacj  oraz 

wnioski panów Obsle'a, Slose'a, Ithepena, Yegeya i innych za niezwykle 

interesuj ce, daj ce du o do my lenia... Chcieliby my jednak mie  co  

background image

 

88 

konkretniejszego. ( miech). Skoro król Karhidu trzyma pa ski... pojazd, na 

którym pan przybył, w ukryciu i nie mo emy go zobaczy , czy byłoby mo liwe, 

jak to kto  zaproponował,  eby pan sprowadził swój... statek gwiezdny? Czy tak 

si  to nazywa?  

Ai: Statek gwiezdny to dobra nazwa, panie przewodnicz cy.  

Alszel: Czy tak? A jak wy go nazywacie?  

Ai: Technicznie jest to załogowy mi dzygwiezdny NAFAL-20 typu 

cetia skiego.  

Głos: Jest pan pewien,  e to nie s  sanie  wi tego Pethethe'a? ( miech).  

Alszel: Prosz  o spokój. Tak. Gdyby mógł pan sprowadzi  ten statek na 

ziemi  tutaj, na twardy grunt,  e tak powiem,  eby my uzyskali jaki  

namacalny...  

Głos: Namacalne rybie ucho!  

Ai: Bardzo chciałbym sprowadzi  ten statek, panie Alszel, jako dowód i 

gwarancj  naszej obustronnej dobrej woli. Czekam tylko na wst pn  publiczn  

zapowied  tego wydarzenia.  

Kaharosile: Czy nie widzicie, panowie reprezentanci, o co w tym wszystkim 

chodzi? To nie jest zwykły głupi  art: Jest to w swoim zamiarze publiczne 

szyderstwo z naszej łatwowierno ci, naszej naiwno ci, naszej głupoty, 

przygotowane z niewiarygodn  bezczelno ci  przez tego, który tu dzi  przed nami 

stoi. Wiecie,  e przybywa z Karhidu. Wiecie,  e jest karhidyjskim agentem. 

Widzicie,  e jest jednym z tych zwyrodnialców seksualnych, którzy w Karbidzie 

pod wpływem Ciemnego Kultu nie s  poddawani leczeniu, a czasem nawet s  

sztucznie produkowani dla udziału w orgiach ich wró bitów. A mimo to, kiedy 

ten człowiek opowiada,  e przybywa z przestrzeni kosmicznej, niektórzy z was 

zamykaj  oczy, wył czaj  rozum i wierz . Nigdy bym nie pomy lał,  e co  takiego 

jest mo liwe itd., itd.  

S dz c po głosie z ta my Ai znosił obelgi i drwiny ze spokojem. Obsle mówi, 

e zachował si  dobrze. Kr ciłem si  przed Izb  Trzydziestu Trzech,  eby 

zobaczy , jak b d  wychodzi  po posiedzeniu. Ai był pos pny i zamy lony. Nie 

bez powodu.  

Moja bezsilno  jest niezno na. To ja pu ciłem w ruch t  maszyn , a teraz nie 

mam  adnego wpływu na jej bieg. Snuj  si  po ulicach z kapturem naci gni tym 

na twarz,  eby ukradkiem spojrze  na wysłannika. Dla tego bezu ytecznego  ycia 

w cieniu odrzuciłem władz , maj tek i przyjaciół. Jeste  wielkim głupcem, 

Therem.  

Dlaczego zawsze musz  stawia  sobie cele nieosi galne''  

Odeps susmy. Urz dzenie nadawczo-odbiorcze, które Genly Ai przekazał 

Trzydziestu Trzem na r ce Obsle'a, nikogo nie przekona. Niew tpliwie działa ono 

tak, jak on mówi,  e działa, ale je eli królewski rachmistrz Szorst powiedział o 

nim jedynie: "Nie rozumiem zasady", to  aden orgocki matematyk ani in ynier 

nic tu nie zwojuje i tym samym nic nie zostanie ani udowodnione, ani obalone. 

Wspaniały wynik, gdyby ten  wiat był jedn  wielk  stanic  handdary, ale niestety 

musimy i  przed siebie brukaj c dziewiczy  nieg, dowodz c i obalaj c, pytaj c i 

odpowiadaj c.  

background image

 

89 

Po raz który  tłumaczyłem Obsle'owi,  e Ai powinien nada  sygnał do 

gwiezdnego statku, obudzi  załog  i skłoni  ich,  eby odbyli rozmow  z 

reprezentantami przez radio podł czone do sali posiedze  Trzydziestu Trzech. 

Tym razem Obsle miał gotowy powód,  eby tego nie robi .  

- Niech pan słucha, drogi Estraven, radio jest całkowicie w r kach Sarfu, 

teraz ju  pan to wie. Nawet ja nie mam poj cia, kto z pracowników jest 

człowiekiem Sarfu. Niew tpliwie wi kszo , bo wiem na pewno,  e obsługuj  

stacje przeka nikowe na wszystkich szczeblach, wł cznie z technikami i 

konserwatorami. Na pewno by zatrzymali ka d  transmisj  albo, gdyby my j  

usłyszeli, byłaby sfałszowana. Czy wyobra a pan sobie t  scen  w sali posiedze ? 

My -"kosmici" - jako ofiary naszego własnego oszustwa, słuchaj cy z zapartym 

tchem szumu aparatury i na tym koniec,  adnej odpowiedzi,  adnego przesłania?  

- A nie macie pieni dzy,  eby zapłaci  jakim  lojalnym technikom albo 

przekupi  kogo  z ich ludzi? spytałem, ale wszystko n a pró no. Boi si  o swój 

własny presti . Jego zachowanie w stosunku do mnie ju  uległo zmianie. Je eli 

odwoła dzisiejsze przyj cie na cze  wysłannika, to znaczy,  e sprawy stoj   le.  

Odarhad susmy. Odwołał przyj cie.  

Dzi  rano poszedłem na spotkanie z wysłannikiem w czysto orgockim stylu. 

Nie otwarcie, w domu Szusgisa, gdzie w ród słu by musi si  roi  od agentów 

Sarfu, nie mówi c o samym Szusgisie, ale na ulicy, niby przypadkowo, w stylu 

Gauma, skrycie i ukradkiem.  

- Panie Ai, czy mogliby my chwilk  porozmawia   

Obejrzał si  zaskoczony, a poznawszy mnie przestraszył si :  

Co to da, panie Harth - powiedział po chwili. - Pan wie,  e nie mog  polega  

na pa skich radach... od czasu Erhenrangu...  

Była w jego słowach szczero , je eli nie zdolno  przewidywania. Cho  

zdolno  przewidywania równie : wiedział,  e chc  mu udzieli  rady, a nie prosi  

go o co , i chciał mi oszcz dzi  upokorzenia.  

- Tu jest Misznory, a nie Erhenrang - odpowiedziałem - ale 

niebezpiecze stwo, jakie panu zagra a, jest takie samo. Je eli nie zdoła pan 

przekona  Obsle'a albo Yegeya,  eby pozwolili panu na kontakt radiowy ze 

statkiem,  eby jego załoga pozostaj c poza zasi giem niebezpiecze stwa mogła 

uwiarygodni  pa skie wyst pienia, to s dz ,  e musi pan u y  swojego aparatu, 

astrografu, i  ci gn  tu statek jak najszybciej. Ryzyko z tym zwi zane b dzie 

mniejsze ni  to, na jakie jest pan nara ony obecnie, działaj c w pojedynk .  

- Posiedzenie reprezentantów w mojej sprawie było tajne. Sk d pan wie o 

moich "wyst pieniach", panie Harth? - Wiedzie  takie rzeczy to dla mnie sprawa 

zawodowa...  

- Ale to nie s  ju  pa skie sprawy, ksi

. Teraz to sprawa reprezentantów 

Orgoreynu.  

- Mówi  panu,  e pa skie  ycie jest w niebezpiecze stwie, panie Ai - 

powiedziałem. Nic nie odpowiedział, wi c odszedłem.  

Powinienem był porozmawia  z nim wiele dni temu. Teraz jest ju  za pó no. 

Strach raz jeszcze staje na drodze jego misji i moich nadziei. Nie strach przed 

obcym, nieziemskim, to nie tutaj. Ci Orgotowie s  zbyt głupi i małoduszni.  eby 

ba  si  tego, co jest prawdziwie i niewyobra alnie obce. Oni nie s  nawet w stanie 

background image

 

90 

tego dostrzec. Oni patrz  na istot  z innego  wiata i co widz ? Szpiega Karhidu, 

zbocze ca, agenta,  ałosny trybik z politycznej machiny, jak oni sami.  

Je eli nie  ci gnie tego statku natychmiast, b dzie za pó no. Mo e ju  jest za 

pó no.  

Wszystko to moja wina. Zawiodłem całkowicie. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

91 

Rozdział 12

 

 

O czasie i ciemno ci

 

 

Mesze jest  rodkiem Czasu. Ta chwila Jego  ycia, w której zobaczył rzeczy, 

jakimi s , zdarzyła si , kiedy  ył na  wiecie lat trzydzie ci, i po niej  ył na  wiecie 

jeszcze lat trzydzie ci. Przejrzenie przypadło wi c na  rodek Jego  ycia. I 

wszystkie wieki do Przejrzenia były tak długie, jak liczne b d  wszystkie wieki po 

Przejrzeniu, które przypadło na  rodek Czasu. I w tym  rodku nie ma czasu 

przeszłego ani czasu, który przyjdzie. Jest w nim cały czas miniony i cały czas, 

który przyjdzie. Nie było go ani nie b dzie. On jest. Jest wszystkim.  

Nie ma rzeczy niewidzialnych.  

Pewien ubogi człowiek z Szeney przyszedł do Mesze skar c si ,  e nie ma 

jedzenia dla dzieci ze swego łona ani ziarna, które mógłby posia , bo deszcze 

zepsuły ziarno w ziemi i wszyscy z jego ogniska przymieraj  głodem. Wtedy 

Mesze powiedział: "Szukaj w kamienistych polach tuerresz i wykopiesz tam 

skarb składaj cy si  ze srebra i drogich kamieni, bo widz  króla, który go tam 

zakopuje dziesi  tysi cy lat temu, kiedy napadł na niego s siedni król".  

Ubogi człowiek kopał w morenie tuerresz i w miejscu, które wskazał mu 

Mesze, znalazł wielki skarb staro ytnych drogocenno ci i na ich widok 

zakrzykn ł gło no ze szcz cia. Ale stoj cy obok Mesze zapłakał mówi c: "Widz  

człowieka, który zabija swojego brata z ogniska dla jednego z tych szlifowanych 

kamieni. Dzieje si  to za dziesi  tysi cy lat, a ko ci zamordowanego spoczn  w 

tym samym grobie, w którym le y skarb. Człowieku z Szeney, wiem te , gdzie jest 

twój grób, widz  ci , jak w nim le ysz".  

ycie ka dego człowieka znajduje si  w  rodku Czasu, bo Mesze widział 

wszystkich i wszyscy s  w Jego Oku. Jeste my  renicami Jego Oka. Nasze czyny 

s  Jego Widzeniem, nasze istnienie Jego Wiedz .  

W sercu lasu Ornem który ma sto staja  długo ci i sto szeroko ci, rosło stare, 

rozło yste drzewo hemmen o stu konarach, a z ka dego konaru wyrastało sto 

gał zi, a na ka dej gał zi rosło sto li ci. 1 drzewo w swojej zakorzenionej istocie 

powiedziało: "Wszystkie moje li cie s  widoczne prócz jednego, który jest ukryty 

w cieniu wszystkich innych. Ten jeden li  jest wył cznie moj  tajemnic . Kto go 

dostrze e w cieniu wszystkich moich li ci? I kto je wszystkie policzy?"  

Mesze w swoich w drówkach przechodził przez las Ornen i zerwał ten jeden 

jedyny li .  

Ka da kropla jesiennego deszczu pada tylko raz i deszcz padał, pada i b dzie 

padał ka dej jesieni przez wszystkie lata. Mesze widzi ka d  kropl , która spadła, 

spada i spadnie.  

W Oku Mesze s  wszystkie gwiazdy i ciemno ci pomi dzy gwiazdami, i 

wszystko jest jasne.  

Odpowiadaj c na pytanie pana Szorth, w chwili widzenia, Mesze ujrzał całe 

niebo jako jedno sło ce. Ponad ziemi  i poni ej ziemi cała sfera nieba była jasna 

jak powierzchnia sło ca i ciemno ci nie było. Bo ujrzał nie to, co było, i nie to, co 

b dzie, ale to, co jest. Gwiazdy, które uciekaj , zabieraj c swoje  wiatło, były w 

Jego Oku, a z nimi całe ich  wiatło.  

background image

 

92 

Ciemno  widzi tylko oko  miertelne, które my li,  e widzi, ale nie widzi. Dla 

Wzroku Mesze nie ma ciemno ci.  

Dlatego ci, którzy odwołuj  si  do ciemno ci , s  głupcami i b d  wypluci z 

Ust Mesze, bo to, czego nie ma, nazywaj   ródłem i Celem.  

Nie ma ani  ródła, ani Celu, bo wszystkie rzeczy s  w  rodku Czasu. Tak jak 

wszystkie gwiazdy mog  si  odbi  w kropli deszczu padaj cego w nocy, tak 

wszystkie gwiazdy odbijaj  kropl  deszczu. Nie ma ani ciemno ci, ani  mierci, bo 

wszystkie rzeczy s  w  wietle Chwili, a ich koniec i pocz tek s  jednym.  

Jeden  rodek, jedno przejrzenie, jedno prawo, jedno  wiatło. Spójrz teraz w 

Oko Mesze! 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

93 

Rozdział 13

 

 

W gospodarstwie

 

 

Zaniepokojony nagłym pojawieniem si  Estravena, jego znajomo ci  moich 

spraw oraz pal c  gwałtowno ci  jego ostrze e , zatrzymałem taksówk  i 

pojechałem prosto na wysp  Obsle'a, chc c spyta  reprezentanta, sk d Estraven 

tyle wie i dlaczego wyskoczył ni st d, ni zow d z  daniem,  ebym zrobił 

dokładnie to, co Obsle wczoraj tak mi odradzał. Reprezentanta nie było w domu, 

od wierny nie wiedział, gdzie jest ani kiedy wróci. Odwiedziłem Yegeya z takim 

samym skutkiem. Padał  nieg, najwi kszy tej jesieni, i kierowca nie chciał jecha  

dalej ni  do domu Szusgisa, bo nie miał ła cuchów na oponach. Tego wieczoru 

nie udało mi si  dodzwoni  do Obsle'a, Yegeya ani do Slose'a.  

Przy obiedzie Szusgis wyja nił, o co chodzi: odbywały si  uroczysto ci 

religijne ku czci  wi tych Obro ców Tronu i wysocy urz dnicy Wspólnoty 

powinni si  na nich pokaza . Wytłumaczył mi te , bardzo przekonywaj co, 

zachowanie Estravena, kogo  ongi  pot nego, kto chwyta si  ka dej okazji,  eby 

wpłyn  na ludzi lub wydarzenia, coraz mniej racjonalnie, coraz rozpaczliwiej, w 

miar  jak czuje,  e zapada si  w bezsiln  anonimowo . Zgodziłem si ,  e to 

wyja niałoby nerwowo , niemal rozgor czkowanie Estravena, jednak jego 

zdenerwowanie udzieliło si  i mnie. Podczas całego tego długiego i obfitego 

posiłku dr czył mnie nieokre lony niepokój. Szusgis mówił i mówił, do mnie i do 

licznych swoich podwładnych, doradców i zauszników, którzy co wieczór 

zasiadali przy jego stole. Nigdy nie widziałem go tak rozgadanego, tak 

jowialnego. Po obiedzie było ju  za pó no,  eby wychodzi  na miasto po raz 

drugi, zreszt  wszyscy reprezentanci, jak powiedział Szusgis, s  i tak jeszcze na 

uroczysto ciach a  do północy. W tej sytuacji postanowiłem zrezygnowa  z 

kolacji i pój  wcze niej do łó ka. Gdzie  mi dzy północ  a  witem obudzili mnie 

jacy  nieznajomi, którzy poinformowali mnie;  e jestem aresztowany, i pod stra  

przewie li do wi zienia Kunderszaden.  

Jest to jeden z niewielu bardzo starych budynków, jakie pozostały w 

Misznory. Widziałem go nieraz podczas w drówek po mie cie, długi, ponury, 

naje ony wie ami i budz cy nieprzyjemne my li gmach wyró niał si  spo ród 

monotonnych gmaszysk Wspólnoty. Wygl da na to, czym jest, i tak si  nazywa. 

Jest wi zieniem. Nie jest fasad  czego  innego, mask , pseudonimem. Jest czym  

prawdziwym, rzecz  zgodn  ze słowem.  

Stra nicy, masywni i bardzo realni, przeprowadzili mnie korytarzami do 

małego pokoju, bardzo brudnego i bardzo jasno o wietlonego. Po paru minutach 

wkroczyła inna grupa stra ników eskortuj cych otoczonego aur  władzy 

człowieka o suchej twarzy. Kazał odej  wszystkim poza dwoma. Spytałem go, 

czy b dzie mi wolno przesła  wiadomo  reprezentantowi Obsle.  

- Reprezentant wie o pa skim aresztowaniu.  

- Wie? - spytałem głupio.  

- Moi przeło eni działaj  oczywi cie z rozkazu Trzydziestu Trzech. Zostanie 

pan teraz przesłuchany. Stra nicy chwycili mnie pod ramiona. Stawiałem opór 

mówi c gniewnie:  

background image

 

94 

- Odpowiem na pa skie pytania, mo e pan zrezygnowa  z prób zastraszania!  

Człowiek o suchej twarzy nie zwracaj c na mnie uwagi wezwał trzeciego 

stra nika. We trójk  rozebrali mnie, przywi zali do rozkładanego stołu i dali mi 

zastrzyk jakiego , jak s dz , serum prawdy.  

Nie wiem, jak długo trwało przesłuchanie ani czego dotyczyło, bo byłem przez 

cały czas pod wpływem narkotyku i nic nie pami tam. Kiedy odzyskałem 

przytomno , nie miałem poj cia, ile czasu sp dziłem w Kunderszaden, cztery lub 

pi  dni s dz c po moim stanie fizycznym, ale nie mogłem by  pewien. Przez jaki  

czas potem nie wiedziałem, jaki mamy dzie  miesi ca ani nawet jaki to miesi c, i 

prawd  mówi c bardzo powoli docierało do mnie, gdzie si  w ogóle znajduj .  

Byłem w ci arówce, bardzo podobnej do tej, któr  jechałem przez Kargav do 

Rer, tyle  e teraz nie w szoferce, ale w pudle. Razem ze mn  znajdowało si  tu 

dwadzie cia do trzydziestu osób, trudno powiedzie  ile, bo nie było okien i jedyne 

wiatło wpadało przez szpar  w tylnych drzwiach zasłoni tych jeszcze poczwórn  

warstw  stalowej siatki. Widocznie jechali my ju  od pewnego czasu, kiedy 

odzyskałem przytomno , bo ka dy miał ju  swoje mniej wi cej okre lone 

miejsce, a wo  kału, wymiocin i potu osi gn ła stały poziom. Nikt tu nie znał 

nikogo. Nikt nie wiedział, dok d nas wioz . Rozmów było niewiele. Po raz drugi 

zostałem zamkni ty w ciemno ci z nie skar cymi si  na nic i na nic nie licz cymi 

mieszka cami Orgoreynu. Zrozumiałem teraz znak, jaki otrzymałem podczas 

mojej pierwszej nocy w tym kraju. Zignorowałem tamt  czarn  piwnic  i 

szukałem ducha Orgoreynu nad ziemi , w  wietle dnia. Nic dziwnego,  e 

wszystko wydawało mi si  nierealne.  

Miałem uczucie,   nasza ci arówka zmierza na wschód, i nie potrafiłem si  

od niego uwolni , nawet kiedy stało si  jasne,  e jedziemy na zachód, w gł b 

Orgoreynu. Nasze magnetyczne i kierunkowe podzmysły na obcych planetach 

całkowicie zawodz . Je eli intelekt nie mo e albo nie chce zrekompensowa  ich 

pomyłek, rezultatem jest gł boka dezorientacja, poczucie,  e wszystko dosłownie 

si  rozsypuje.  

W nocy zmarł jeden z naszej ci arówki. Bito go widocznie pałk  albo kopano 

w brzuch, i zmarł na skutek krwotoku z ust i odbytu. Nikt nic dla niego nie zrobił, 

zreszt  w niczym nie mo na mu było pomóc. Wepchni ty mi dzy nas plastykowy 

pojemnik z wod  od wielu godzin był ju  pusty. Umieraj cy le ał na prawo ode 

mnie. Wzi łem jego głow  na kolana,  eby mu ułatwi  oddychanie, i tak umarł. 

Byli my wszyscy nadzy, ale odt d miałem na sobie jego krew - suchy, sztywny, 

brunatny strój nie daj cy ciepła.  

W nocy zapanował dotkliwy chłód i musieli my zbi  si  w gromad  dla ciepła. 

Nieboszczyk nie maj c nic do zaoferowania został wypchni ty, wył czony z 

grupy. Cała reszta, ciasno stłoczona, przez cał  noc podskakiwała i trz sła si  w 

jednym rytmie. Wewn trz stalowego pudła panowały absolutne ciemno ci. 

Znajdowali my si  na jakiej  wiejskiej drodze i nic nie jechało za nami. Nawet 

przyciskaj c twarz do siatki nie widziało si  nic, tylko ciemno  i niejasno 

majacz c  mas   niegu. Padaj cy  nieg,  wie o spadły  nieg, stary  nieg,  nieg, na 

który spadł deszcz, zamarzni ty  nieg... W j zyku orgockim i karhidyjskim ka dy 

z nich ma swoj  nazw . W karhidyjskim (który znam lepiej ni  orgocki) maj  

według mojego rachunku sze dziesi t dwa słowa na ró ne rodzaje  niegu w 

background image

 

95 

zale no ci od jego stanu, wieku, jako ci. Mam na my li  nieg le cy, bo jest inny 

zestaw słów okre laj cy odmiany  niegu padaj cego, inny dla lodu, dwadzie cia 

lub wi cej słów okre laj cych wspólnie temperatur , sił  wiatru i rodzaj opadu. 

Tej nocy siedziałem i starałem si  zestawia  w głowie listy tych słów. Ilekro  

przypomniałem sobie nowe okre lenie, powtarzałem cał  list  wstawiaj c je we 

wła ciwe miejsce według alfabetu.  

Po wschodzie sło ca ci arówka stan ła. Ludzie zacz li krzycze  przez szpar , 

e mamy w  rodku nieboszczyka i  eby go zabra . Coraz to kto  inny podnosił 

krzyk. Tłukli my razem pi ciami w  ciany i drzwi robi c tak piekielny hałas w 

stalowym pudle,  e sami ledwo mogli my wytrzyma . Nikt nie przychodził. 

Ci arówka stała nieruchomo przez kilka godzin. Wreszcie na zewn trz rozległy 

si  głosy, samochód zakołysał si , koła zabuksowały na lodzie i ruszyli my dalej. 

Przez szpar  w drzwiach mo na było dostrzec,  e jest pó ne słoneczne 

przedpołudnie i  e jedziemy w ród zalesionych wzgórz.  

Tak jechali my przez nast pne trzy doby, razem cztery, licz c od mojego 

przebudzenia. Nasza ci arówka nie zatrzymywała si  na punktach kontrolnych i 

chyba ani razu nie przejechali my przez znaczniejsz  miejscowo . Podró  nasza 

była nieregularna. Mieli my postoje na zmian  kierowców i ładowanie 

akumulatorów. Były te  jakie  inne, dłu sze postoje, których przyczyn nie mo na 

było odgadn  z wn trza ci arówki. Przez dwa dni stali my od południa do 

zmroku, jakby nasz pojazd został porzucony, potem ruszali my w nocy. Raz 

dziennie, koło południa, przez klap  w drzwiach dawano nam du e naczynie z 

wod .  

Licz c nieboszczyka było nas dwadzie cioro sze cioro, dwie trzynastki. 

Gethe czycy cz sto my l  trzynastkami, dwudziestkami szóstkami i 

pi dziesi tkami dwójkami, niew tpliwie z powodu dwudziestosze ciodniowego 

cyklu ksi ycowego, który stanowi ich niezmienny miesi c i odpowiada ich 

cyklowi seksualnemu. Trupa odsuni to pod stalowe drzwi tworz ce tyln   cian  

naszego pudła, gdzie było najzimniej. Pozostali z nas siedzieli, le eli lub kucali, 

ka dy na swoim własnym miejscu, na swoim terytorium, w swojej domenie a  do 

nocy, kiedy chłód stawał si  tak dotkliwy,  e stopniowo zbli ali my si  do siebie i 

zbijali my w jedn  cało  zajmuj c  jedno miejsce, ciepłe w  rodku, zimne na 

obrze ach.  

Była i dobro . Ja i kilku innych, jak starzec z rw cym kaszlem, zostali my 

uznani za mniej odpornych na zimno i ka dej nocy znajdowali my si  w  rodku 

grupy, tej z dwudziestu pi ciu cz ci zło onej cało ci, gdzie było najcieplej. Nie 

walczyli my o to ciepłe miejsce, po prostu znajdowali my si  w nim co noc. To 

straszliwa rzecz, ta dobro , której ludzie nie zatracaj . Straszliwa, bo kiedy 

jeste my nadzy, w ciemno ci i na mrozie, jest to wszystko, co nam zostaje. My, 

tacy bogaci i silni, zostajemy w ko cu z tak drobn  monet . Nie mo emy da  nic 

wi cej.  

Mimo stłoczenia i tego przytulania si  w nocy, my, ludzie z ci arówki, 

byli my sobie dalecy. Jedni byli ogłupieni narkotykami, inni byli mo e 

niedorozwini ci, wszyscy byli sponiewierani i zastraszeni, a jednak, co dziwne, 

nikt z tej dwudziestki pi tki nie odezwał si  do wszystkich pozostałych jako do 

grupy, cho by  eby im nawymy la . Dobro , tak, i cierpliwo , ale w milczeniu, 

background image

 

96 

zawsze w milczeniu.  ci ni ci w cuchn cych ciemno ciach naszej wspólnej 

miertelno ci nieustannie wpadali my na siebie, zderzali my si , dyszeli my sobie 

w twarz, ł czyli my ciepło naszych ciał w jedno ognisko, ale pozostawali my sobie 

obcy. Nie poznałem imienia  adnego z tych ludzi z ci arówki.  

Którego  dnia, chyba trzeciego, kiedy ci arówka stała nieruchomo przez 

wiele godzin i zastanawiałem si , czy nie zostawiono nas zwyczajnie na jakim  

odludziu,  eby my tu zdechli, jeden z nich zacz ł ze mn  rozmawia . Opowiedział 

mi dług  histori  o młynie na południu Orgoreynu, gdzie pracował, i o swoim 

konflikcie z nadzorc . Mówił i mówił swoim cichym, bezbarwnym głosem i co 

jaki  czas dotykał mojej dłoni swoj , jakby chciał si  upewni ,  e go słucham. 

Sło ce przesuwało si  na zachód i kiedy stali my tyłem do niego na poboczu 

drogi, smuga  wiatła przenikn ła do  rodka i nagle, nawet w ko cu pudła, zrobiło 

si  widno. I wtedy zobaczyłem dziewczyn , brudn , ładn , głupi , zm czon  

dziewczyn , patrz c  na mnie z dołu, u miechaj c  si  nie miało w poszukiwaniu 

pocieszenia. Ta młoda istota była w fazie kemmeru i ci gn ło j  do mnie. Jedyny 

raz, kiedy kto  z nich chciał czego  ode mnie, ja nie mogłem tego da . Wstałem i 

podszedłem do szczeliny, jakby chc c zaczerpn  powietrza i wyjrze , a potem 

długo nie wracałem na swoje miejsce.  

Tej nocy ci arówka wje d ała na długie zbocza, zje d ała i znów wje d ała. 

Co jaki  czas zatrzymywała si  w nie wyja nionym celu. Przy ka dym postoju 

wokół stalowych  cian naszego pudła czuło si  lodowat , nienaruszon  cisz , cisz  

rozległych pustkowi i wysoko ci. Orgotczyk w kemmerze nadal trzymał si  blisko 

mnie i szukał kontaktu fizycznego. Stałem długo z twarz  przyci ni t  do 

stalowej siatki wdychaj c  wie e powietrze, które raniło gardło i płuca jak 

brzytwa. Straciłem czucie w r kach dotykaj cych metalu drzwi. Po chwili 

zrozumiałem,  e mog  je sobie odmrozi . Mój oddech utworzył lodowy mostek 

mi dzy moimi wargami a siatk . Musiałem złama  go palcami, zanim mogłem si  

odwróci . Kiedy doł czyłem do grupy, zacz łem si  trz

 z zimna w sposób, 

jakiego nigdy dot d nie do wiadczyłem, podryguj c i wstrz saj c si  jak w 

konwulsjach. Ruszyli my. Odgłos silnika i ruch stwarzały pozór ciepła, 

naruszaj c absolutn , lodowcow  cisz , ale i tak nie mogłem z zimna zasn . 

Podejrzewałem,  e jeste my na do  du ej wysoko ci przez wi kszo  tej nocy, ale 

trudno było o pewno , bo oddech, puls i poziom energii nie stanowiły dobrych 

wska ników w naszej sytuacji.  

Jak si  dowiedziałem pó niej, tej nocy przekraczali my pasmo Sembensyenu i 

musieli my znale  si  na wysoko ci przeszło sze ciu tysi cy metrów.  

Nie odczuwałem głodu. Ostatni posiłek, jaki pami tałem, to był długi i obfity 

obiad w domu Szusgisa. Karmiono mnie pewnie w Kunderszaden, ale tego nie 

pami tałem. Jedzenie widocznie nie było cz ci  bytowania w tym stalowym 

pudle i niecz sto sobie o nim przypominałem. Pragnienie natomiast było stałym 

elementem  ycia. Raz dziennie na postoju otwierano klap  umieszczon  

specjalnie w tym celu w tylnych drzwiach. Jeden z nas wysuwał plastykowe 

naczynie, które wkrótce wracało napełnione wraz z krótkim powiewem 

lodowatego powietrza. Nie sposób było rozdzieli  wod  mi dzy nas. Naczynie 

przechodziło z r k do r k i ka dy wypijał trzy albo cztery dobre łyki, zanim 

wyci gn ła si  po naczynie nast pna para r k.  adna osoba ani grupa nie 

background image

 

97 

działała jako rozdzielcy czy stró e wody. Nikt nie zadbał o to,  eby zachowa  j  

dla kaszl cego starca, który dostał wysokiej gor czki. Zaproponowałem to raz i ci 

stoj cy najbli ej skin li głowami, ale nic z tego nie wyszło. Pito mniej wi cej po 

równo, nikt nie próbował wypi  du o wi cej, ni  na niego przypadało, i wkrótce 

było po wodzie. Raz ostatnia trójka spod przedniej  ciany nie dostała nic, 

naczynie dotarło do nich puste. Nast pnego dnia dwaj z nich za dali 

pierwsze stwa w kolejce i uzyskali je. Trzeci le ał skulony w przednim rogu i nikt 

nie zatroszczył si  o to,  eby dostał swój przydział. Dlaczego ja nie próbowałem? 

Nie wiem. Był to nasz czwarty dzie  w ci arówce. Gdyby to mnie pomini to, nie 

wiem, czy zdobyłbym si  na wysiłek,  eby si  upomnie  o swoje. Zdawałem sobie 

spraw  z jego pragnienia i cierpienia, zarówno tego chorego jak i wszystkich 

innych, w tym samym stopniu, w jakim odczuwałem własne cierpienie. Ale nie 

mogłem zrobi  nic,  eby ul y  czyjemu  cierpieniu i dlatego biernie je 

akceptowałem, tak jak wszyscy.  

Wiem,  e ludzie mog  zachowywa  si  bardzo ró nie w tych samych 

warunkach. Tutaj miałem przed sob  Orgotów, ludzi  wiczonych od dzieci stwa 

w dyscyplinie współpracy, posłusze stwa, podporz dkowania celowi grupowemu 

wyznaczonemu z góry. Osłabiono w nich niezale no  i zdolno  do 

podejmowania decyzji. Nie bardzo potrafili si  zło ci . Tworzyli cało , ja z nimi 

te . Ka dy to czuł i była to ucieczka i prawdziwa pociecha w nocy, ta cało  

skulonej grupy, w której ka dy czerpał  ycie z blisko ci innych. Ale nie mieli 

jednego przedstawiciela tej cało ci, była ona bierna, bezgłowa.  

Ludzie, których wola byłaby ostrzej zahartowana, mogliby zachowa  si  du o 

lepiej: wi cej by było rozmów, wod  dzielono by sprawiedliwiej, lepiej 

opiekowano by si  chorymi, panowałby lepszy duch. Nie wiem. Wiem tylko, jak 

było w ci arówce.  

Na pi ty dzie  rano, je eli si  nie myl , od mojego ockni cia si  ci arówka 

stan ła. Usłyszeli my z zewn trz rozmowy i nawoływania. Wkrótce stalowe drzwi 

z hukiem otwarły si  na o cie .  

Jeden za drugim dowlekli my si  do tego otwartego boku stalowego pudła, 

niektórzy na czworakach, i zeskakiwali my albo osuwali my si  na ziemi . 

Dwadzie cioro czworo z nas. Dwa trupy, stary i nowy, tego, który przez dwa dni 

nie dostał pi , musiano wywlec na zewn trz.  

Na dworze było zimno, tak zimno i tak o lepiaj co biało od blasku sło ca na 

niegu,  e wyj cie z naszego smrodliwego schronu było bardzo trudne i niektórzy 

z nas płakali. Stali my zbici w gromadk  obok wielkiej ci arówki, wszyscy nadzy 

i cuchn cy, nasza mała cało , nasza nocna jedno  wystawiona na jasne, okrutne 

wiatło dzienne. Nasz  gromad  rozbito, kazano nam utworzy  rz d i 

zaprowadzono nas do odległego o kilkaset metrów budynku. Metalowe  ciany i 

pokryty  niegiem dach,  nie na równina wokół nas, wielkie pasmo gór, nad 

którym wschodziło sło ce, i rozległa przestrze  nieba - wszystko zdawało si  

dr e  i mieni  si  od nadmiaru  wiatła.  

Ustawiono nas w kolejce do mycia przy wielkim korycie w baraku. Wszyscy 

zaczynali od picia wody z koryta. Potem zaprowadzono nas do głównego 

budynku, gdzie wydano nam podkoszulki, szare filcowe koszule, krótkie spodnie, 

nogawice i filcowe buty. Stra nik sprawdzał nasze nazwiska na li cie, kiedy 

background image

 

98 

przechodzili my pojedynczo do stołówki, gdzie wraz z setk  innych szarych ludzi 

usiedli my za przy rubowanymi do podłogi stołami i dostali my  niadanie: 

rozgotowane ziarno i piwo. Potem wszystkich wi niów, nowych i starych, 

podzielono na grupy po dwunastu. Moja została zabrana do tartaku, kilkaset 

metrów za głównym budynkiem w obr bie ogrodzenia. Na zewn trz ogrodzenia, 

w niewielkiej od niego odległo ci zaczynał si  las ci gn cy si  na północ, jak 

okiem si gn . Pod nadzorem stra nika nosili my deski z tartaku i układali my je 

w wielkiej szopie, w której przechowywano tarcic  przez zim .  

Niełatwo było chodzi , schyla  si  i podnosi  ci ary po tych dniach w 

ci arówce. Nie pozwalano nam sta  bezczynnie, ale te  i nie poganiano nas 

zbytnio. W połowie dnia wydano nam po kubku orszu, niefermentowanego 

naparu z ziarna, a przed zmierzchem odprowadzono nas do baraków, gdzie 

dostali my jak  papk  z jarzynami i piwo. Na noc zamkni to nas w sypialni, w 

której przez cały czas paliło si   wiatło. Spali my na pi trowych pryczach wzdłu  

cian pomieszczenia. Starzy wi niowie walczyli o górne prycze, bo w górze jest 

cieplej. Przy drzwiach ka dy otrzymywał  piwór. Były szorstkie, ci kie i 

przesycone cudzym potem, ale dobrze izolowały od zimna. Dla mnie były za 

krótkie. Przeci tny Gethe czyk mógł łatwo wej  do  rodka z głow , ale ja nie, 

nie mogłem nawet wyci gn  nóg na pryczy.  

Miejsce, gdzie si  znale li my, nazywało si  Trzecie Ochotnicze Gospodarstwo 

Agencji Przesiedle czej, Wspólnota Pulefen. Pulefen, dystrykt trzydziesty, 

zajmuje północno-zachodni skraj nadaj cej si  do zamieszkania strefy 

Orgoreynu mi dzy górami Sembensyen, rzek  Esagel i brzegiem morza. Jest to 

słabo zaludniona kraina bez wi kszych miast. Najbli sza miejscowo , poło ona 

na południowy zachód, nazywa si  Turuf, ale nigdy jej nie widziałem. Nasze 

gospodarstwo le ało na skraju wielkiego, nie zaludnionego obszaru le nego o 

nazwie Tarrenpeth. Tak daleko na północy nie rosn  wi ksze drzewa jak 

hemmen, serem czy czarny rat i las składa si  z jednego gatunku drzewa zwanego 

thore, poskr canego, o wysoko ci trzech do czterech metrów, z szarymi igłami. 

Ilo  rodzimych gatunków flory i fauny na Zimie jest niezwykle mała, ale za to 

ilo  osobników w ka dym gatunku jest ogromna. Ten las składał si  z tysi cy 

kilometrów kwadratowych prawie wył cznie drzewa thore. Nawet przyroda jest 

tu troskliwie zagospodarowana i cho  ten las dostarczał drewna od stuleci, nie 

było w nim miejsc spustoszonych, krajobrazu  ci tych pni i zerodowanych 

zboczy. Zdawało si ,  e ka de drzewo jest zewidencjonowane i  e ani jedna 

drobina trocin nie zostaje zmarnowana. Na terenie gospodarstwa był mały zakład 

i kiedy pogoda nie pozwalała na wyj cie do lasu, pracowali my w tartaku albo w 

tym zakładzie przerabiaj c i prasuj c  cinki, kor  i trociny w ró ne kształty oraz 

wydobywaj c z suszonych igieł thore  ywic  do produkcji plastyku.  

Praca tu była prawdziw  prac , a nie katorg . Gdyby dawano troch  wi cej 

jedzenia i troch  lepsze ubranie, praca byłaby nawet przyjemna, ale przez 

wi kszo  czasu głód i zimno wykluczały jak kolwiek przyjemno . Stra nicy 

rzadko okazywali brutalno , nigdy okrucie stwo. Byli raczej flegmatyczni, 

niechlujni, oci ali i jak na moje oko zbabiali, nie w sensie delikatno ci i tak dalej, 

ale wprost przeciwnie, w sensie jakiej  krowiej ospało ci i bezmy lno ci. Równie  

w ród swoich współwi niów po raz pierwszy na Zimie poczułem si  m czyzn  

background image

 

99 

mi dzy kobietami lub mi dzy eunuchami. Wi niów charakteryzowała ta sama 

gnu no  i pospolito . Trudno ich było rozró ni , niewiele w nich było emocji, 

rozmawiali o sprawach trywialnych. Pocz tkowo s dziłem,  e ten brak  ycia i 

indywidualno ci jest skutkiem braku  ywno ci, ciepła i wolno ci, ale wkrótce 

odkryłem,  e chodzi o co  bardziej konkretnego. Był to skutek  rodka 

chemicznego podawanego wszystkim wi niom,  eby nie dopu ci  do kemmeru.  

Wiedziałem,  e istniej   rodki mog ce zredukowa  albo prawie wyeliminowa  

faz  potencji seksualnej w cyklu biologicznym Gethe czyków. Stosowano je, 

kiedy wygoda, medycyna lub moralno  przemawiały za pow ci gliwo ci . 

Mo na było w ten sposób przeskoczy  jeden albo kilka okresów kemmeru bez 

skutków negatywnych. Dobrowolne stosowanie takich  rodków było powszechnie 

akceptowane, ale nie przyszło mi na my l,  e mo na je stosowa  przymusowo.  

Istniały ku temu powody. Wi zie  w fazie kemmeru stanowiłby element 

rozkładowy w swojej brygadzie. A gdyby go zwolni  od pracy, to co z nim 

pocz ? Zwłaszcza gdyby  aden inny wi zie  nie przechodził w tym czasie 

kemmeru, co było mo liwe przy zaledwie stu pi dziesi ciu wi niach. Przebycie 

kemmeru bez partnera jest dla Gethe czyka niezwykle uci liwe, lepiej zatem po 

prostu uwolni  go od cierpie , nie marnowa  czasu pracy i całkowicie 

wyeliminowa  kemmer. Wi c go wyeliminowano.  

Wi niowie, którzy sp dzili tu wiele lat, przystosowali si  psychicznie i do 

pewnego stopnia. jak s dz , równie  fizycznie do tej chemicznej kastracji. Byli 

wyprani z seksu jak wałachy. Byli pozbawieni wstydu i po dania jak anioły. Ale 

to nie jest ludzkie,  eby nie zna  wstydu i po dania.  

Poci g płciowy Gethe czyków jest tak  ci le okre lony i ograniczony przez 

przyrod ,  e społecze stwo prawie ju  w te sprawy nie interweniuje. Jest tu mniej 

zasad, mniej sublimacji i tłumienia seksu ni  w jakimkolwiek znanym mi 

społecze stwie heteroseksualnym. Pow ci gliwo  jest całkowicie dobrowolna, 

rozwi zło  w pełni akceptowana. L ki i frustracje na tle seksualnym s  

niezwykle rzadkie. Tutaj po raz pierwszy zetkn łem si  z sytuacj , w której cel 

społeczny stał w sprzeczno ci z ich pop dem płciowym. Poniewa  jest to 

eliminacja, nie za  tłumienie, nie wywołuje frustracji, ale co  na dłu sz  met  

mo e gro niejszego - bierno .  

Na Zimie nie ma owadów społecznych. Gethe czycy w odró nieniu od 

ziemian nie dziel  swojej planety z tymi starszymi społecze stwami, z 

niezliczonymi miastami małych bezpłciowych robotników maj cych tylko jeden 

instynkt - posłusze stwa grupie, cało ci. Gdyby na Zimie  yły mrówki, 

Gethe czycy mogliby próbowa  na ladownictwa dawno temu. Ochotnicze 

gospodarstwa s  stosunkowo  wie ym wynalazkiem ograniczonym do jednego 

kraju na planecie i zupełnie nie znanym gdzie indziej. Ale jest to gro ny sygnał 

kierunku, w jakim mo e pój  społecze stwo tak podatne na kontrol  pop du 

płciowego.  

W gospodarstwie Pulefen byli my, jak ju  wspomniałem, niedo ywieni w 

stosunku do pracy, jak  wykonywali my, a nasza odzie , zwłaszcza buty, była 

całkowicie nie przystosowana do warunków tutejszej zimy. Stra nicy, przewa nie 

warunkowo zwolnieni wi niowie, mieli si  niewiele lepiej. Celem tego miejsca i 

background image

 

100 

jego regulaminu było karanie ludzi, a nie ich likwidacja i s dz ,  e mogłoby to 

by  całkiem zno ne, gdyby nie narkotyzowanie i przesłuchania.  

Cz  wi niów była im poddawana w grupach po dwunastu. Recytowali co  

w rodzaju wyznania grzechów i katechizmu, dostawali zastrzyk antykemmerowy 

i wracali do pracy. Innych wi niów, politycznych, co pi  dni poddawano 

przesłuchaniu z zastosowaniem narkotyków.  

Nie mam poj cia, jakich  rodków u ywano. Nie wiem, czemu słu yły 

przesłuchania. Nie wiem, o co mnie pytano. Odzyskiwałem przytomno  w 

sypialni po kilku godzinach, le c na pryczy obok kilku innych wi niów. Jedni 

budzili si  podobnie jak ja, inni byli jeszcze we władzy narkotyku, bezwładni i 

nieprzytomni. Kiedy wszyscy mogli my ju  utrzyma  si  na nogach, stra nicy 

zabierali nas do pracy, ale po trzecim czy czwartym badaniu nie mogłem si  

podnie  w ogóle. Zostawili mnie i nast pnego dnia mogłem wyj  ze swoj  

brygad , cho  czułem si  jeszcze słabo. Po nast pnym badaniu le ałem przez dwa 

dni. Albo serum prawdy, albo hormony antykemmerowe działały toksycznie na 

mój system nerwowy nie-Gethe czyka i efekty te narastały.  

Pami tam, jak planowałem, co powiem inspektorowi przy nast pnym 

badaniu. Miałem zacz  od obietnicy.  e odpowiem zgodnie z prawd  na 

wszystkie pytania bez narkotyków. A potem powiedziałbym: "Czy nie rozumie 

pan, jak bezu yteczne jest zna  odpowied  na niewła ciwe pytanie?" Wtedy 

inspektor zmieniłby si  w Faxe'a ze złotym ła cuchem wieszcza na szyi i 

odbyłbym z nim dług  rozmow , bardzo przyjemn , jednocze nie wypuszczaj c 

narkotyk, kropla za kropl , do pojemnika ze sprasowanych odpadków drewna. 

Oczywi cie, kiedy wszedłem do pokoiku, w którym nas przesłuchiwano, 

pomocnik inspektora odci gn ł mój kołnierz i dał mi zastrzyk, zanim zdołałem 

otworzy  usta, i wszystko, co pami tam z tej sesji, to inspektor, młody, z 

brudnymi paznokciami, powtarzaj cy zm czonym głosem: "Musisz odpowiada  

na moje pytania po orgocku, nie wolno ci mówi  w  adnym innym j zyku. Masz 

mówi  po orgocku".  

Izby chorych nie było. Obowi zywała zasada "pracuj albo umieraj", ale w 

praktyce istniały pewne ulgi, szczeliny mi dzy prac  a  mierci  pozostawiane 

przez stra ników. Jak wspomniałem, nie byli okrutni. Nie byli te  miłosierni. Byli 

niedbali i nie zale ało im na niczym, dopóki sami nie czuli si  zagro eni. Pozwolili 

mnie i jeszcze jednemu wi niowi pozosta  w sypialni. Po prostu, kiedy okazało 

si ,  e nie utrzymamy si  na nogach, zostawili nas w naszych  piworach jakby 

przez niedopatrzenie. Ja czułem si  bardzo  le po ostatnim badaniu, ten drugi, 

starszy człowiek, miał co  z nerkami i umierał. Poniewa  nie mógł umrze  od 

razu, dano mu na to troch  czasu i miejsce na pryczy.  

Pami tam go wyra niej ni  wszystko inne z gospodarstwa Pulefen. Fizycznie 

był typowym Gethe czykiem z Wielkiego Kontynentu, kr py, z krótkimi nogami 

i r kami, z solidn  warstw  tkanki tłuszczowej nadaj cej jego ciału nawet w 

chorobie pewn  gładk  okr gło . Miał drobne dłonie i stopy, do  szerokie 

biodra i dobrze sklepion  klatk  piersiow , a same piersi nie bardziej rozwini te 

ni  u m czyzn mojej rasy. Jego skóra była ciemnomiedziana, a czarne włosy 

delikatne, jak futro. Twarz miał szerok , z drobnymi, wyrazistymi rysami, ko ci 

background image

 

101 

policzkowe mocno zaznaczone. Podobny typ spotyka si  w izolowanych grupach 

ludzkich zamieszkuj cych strefy arktyczne. Nazywał si  Asra i był cie l .  

Rozmawiali my. Asra, jak s dz , nie miał nic przeciwko temu,  eby umrze , 

ale bał si  umierania i szukał czego , co by zaj ło jego my li.  

Niewiele nas ł czyło poza blisko ci   mierci, ale o tym nie chcieli my 

rozmawia , i w ten sposób przez wi kszo  czasu nie rozumieli my si  zbyt 

dobrze. On si  tym nie przejmował. Ja, młodszy i bardziej sceptyczny, szukałem 

zrozumienia i wyja nienia. Ale wyja nienia nie było. Wi c rozmawiali my.  

W nocy barak sypialny był o wietlony, zatłoczony, hała liwy. W dzie   wiatła 

wył czano i wielka sala była ciemnawa, pusta, cicha. Le eli my blisko siebie i 

rozmawiali my półgłosem. Asra najbardziej lubił snu  długie i zawiłe opowie ci o 

swoich młodych latach w gospodarstwie Wspólnoty w dolinie Kunderer, tej 

pi knej rozległej równinie, przez któr  przeje d ałem w drodze od granicy do 

Misznory. Mówił z silnym akcentem i sypał nazwami ludzi, miejsc, zwyczajów i 

narz dzi, których znaczenia nie rozumiałem i rzadko mogłem złapa  co  wi cej 

ni  ogólny sens jego wspomnie . Kiedy czuł si  lepiej, zwykle koło południa, 

prosiłem go o mit albo przypowie . Wi kszo  Gethe czyków jest nimi 

naszpikowana. Ich literatura, chocia  istnieje w formie pisanej, jest  yw  

tradycj  ustn  i w tym sensie wszyscy maj  do niej dost p. Asra znał orgocki 

kanon: krótkie przypowie ci o Mesze, histori  o Parsidzie oraz fragmenty 

wielkich eposów i powie ciowej sagi o morskich kupcach. Opowiadał mi je wraz z 

lokalnymi przypowie ciami zapami tanymi z dzieci stwa swoj  mi kk , 

przeci gł  gwar , a zm czywszy si  prosił mnie o jak  opowie . - A co 

opowiadaj  w Karbidzie? - pytał rozcieraj c nogi, w których odczuwał dotkliwe 

bóle, zwracaj c do mnie twarz z nie miałym, cierpliwym u miechem.  

Kiedy  powiedziałem:  

- Znam histori  o ludziach mieszkaj cych na innym  wiecie.  

- Co to za  wiat?  

- Podobny do tego, tylko nie kr y wokół Sło ca. Kr y wokół gwiazdy, któr  

wy nazywacie Selemy. Jest to  ółta gwiazda tak jak Sło ce, i na tej planecie, pod 

tym sło cem mieszkaj  inni ludzie.  

- Jest o tym mowa w naukach Sanovy, o tych innych  wiatach. Kiedy byłem 

chłopcem, przyszedł do naszego ogniska stary szalony głosiciel nauk Sanovy i 

opowiadał o tym nam, dzieciom. Dok d id  po  mierci kłamcy, dok d id  

samobójcy i dok d id  złodzieje. My te  tam idziemy, ty i ja, do jednego z tych 

wiatów?  

- Nie, ten, o którym ci opowiadam, nie jest  wiatem duchów. Jest realny. 

Zamieszkuj  go prawdziwi,  ywi ludzie, tacy jak tutaj. Ale oni dawno temu 

nauczyli si  lata .  

Asra u miechn ł si  szeroko.  

- Nie tak jak ptaki. Latali w maszynach takich jak samochody. - Trudno to 

było wyrazi  w j zyku orgockim, w którym brakuje słowa na "latanie". 

Najbli sze słowo oznacza raczej "szybowanie". - Nauczyli si  budowa  maszyny, 

które  lizgały si  w powietrzu jak sanie po  niegu. Potem nauczyli si  robi  coraz 

szybsze maszyny, które wyskakiwały jak kamie  z procy ponad chmury, ponad 

background image

 

102 

powietrze a  do innych  wiatów kr

cych wokół innych sło c. A kiedy 

przybywali do innego kraju  wiata, znajdowali tam te  ludzi...  

-  lizgaj cych si  w powietrzu?  

- Czasem tak, czasem nie... Kiedy przybyli na mój  wiat, umieli my ju  

podró owa  w powietrzu. Ale oni nauczyli nas podró owa  na inne  wiaty, takich 

maszyn jeszcze nie mieli my.  

Asra był zdziwiony wprowadzeniem narratora do opowie ci. Miałem 

gor czk , dokuczały mi wrzody, które na skutek  rodków chemicznych 

wyskoczyły mi na piersi i na ramionach, i zapomniałem, jak zamierzałem snu  

swoj  histori .  

- Mów dalej - powiedział staraj c si  co  z tego zrozumie . - Co jeszcze robili 

poza  lizganiem si  w powietrzu?  

- Mniej wi cej to samo co ludzie tutaj. Tyle  e s  przez cały czas w kemmerze.  

Za miał si . Oczywi cie w tych warunkach nie mo na było niczego ukry , 

tote  w ród współwi niów i stra ników byłem znany jako "zboczeniec". Ale tam, 

gdzie nie ma po dania ani wstydu, nikt, cho by najwi kszy odmieniec, nie bywa 

odepchni ty i my l ,  e Asra nie wi zał tego poj cia ze mn  i z moimi 

osobliwo ciami. Widział je tylko jako wariacj  na stary temat, za miał si  wi c i 

powiedział:  

- Przez cały czas w kemmerze... Czy jest to miejsce nagrody, czy kary?  

- Nie wiem, Asra. A ten  wiat?  

- Ani jedno, ani drugie, dziecko. Tutaj po prostu jest  wiat taki, jaki jest. 

Człowiek si  tu rodzi i... jest tak, jak jest. - Ja si  tu nie urodziłem. Ja tu 

przyjechałem. Wybrałem ten  wiat.  

Cisza i mrok zawisły wokół nas. Z oddali, zza  cian baraku dobiegało nas 

jedno drobne ukłucie d wi ku, odgłos r cznej piły, i nic wi cej.  

- No, có ... No, có  - mrukn ł Asra, westchn ł i roztarł nogi wydaj c ciche 

j ki, z których sam nie zdawał sobie sprawy. - My nie mamy wyboru - powiedział.  

W dzie  czy dwa pó niej zapadł w  pi czk  i wkrótce umarł. Nie 

dowiedziałem si , za co zesłano go do ochotniczego gospodarstwa, za jak  

zbrodni , wykroczenie albo bł d w papierach. Wiedziałem tylko,  e był w Pulefen 

niecały rok.  

W dzie  po  mierci Asry wezwano mnie na badanie. Tym razem musieli mnie 

nie  i nic wi cej nie pami tam.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

103 

Rozdział 14

 

 

Ucieczka

 

 

Kiedy Obsle i Yegey wyjechali z miasta, a od wierny Slose'a nie wpu cił mnie 

za próg, zrozumiałem,  e czas zwróci  si  do moich wrogów, bo przyjaciele nic 

ju  dla mnie nie zrobi . Udałem si  do komisarza Szusgisa i zaszanta owałem go. 

Nie maj c do  pieni dzy,  eby go przekupi , musiałem po wi ci  swoj  

reputacj . W ród ludzi perfidnych nazwisko zdrajcy jest kapitałem samym w 

sobie. Powiedziałem mu,  e przybyłem do Orgoreynu z Karbidu jako agent 

frakcji dworskiej planuj cej zamach na Tibe'a i  e on sam został wybrany jako 

mój kontakt z Sarfem. Gdyby odmówił potrzebnych mi informacji, miałem 

powiedzie  znajomym w Erhenrangu,  e jest podwójnym agentem na usługach 

frakcji Wolnego Handlu, i ta wiadomo , oczywi cie, dotarłaby do Misznory i do 

Sarfu. Dure  uwierzył mi i natychmiast powiedział, co chciałem wiedzie , spytał 

nawet, czy si  zgadzam.  

Nie byłem bezpo rednio zagro ony przez moich przyjaciół Obsle'a, Yegeya i 

innych. Kupili sobie bezpiecze stwo po wi caj c wysłannika i uwa ali,  e nie 

b d   ci gał kłopotów na nich i na siebie. Dopóki nie poszedłem do Szusgisa, nikt 

w Sarfie poza Gaumem nie uwa ał,  e warto na mnie zwraca  uwag , ale od tej 

chwili zacz li depta  mi po pi tach. Nale ało załatwi  swoje sprawy i znikn . Nie 

mog c zawiadomi  bezpo rednio nikogo w Karbidzie, jako  e listy były czytane, a 

telefon i radio podsłuchiwane, poszedłem po raz pierwszy do Ambasady 

Królewskiej. W jej skład wchodził Sardon rem ir Czenewicz, którego dobrze 

znałem z dworu. Zgodził si  natychmiast przekaza  Argavenowi wiadomo  o 

tym, co stało si  z wysłannikiem i gdzie ma by  wi ziony. Mogłem wierzy  

Czenewiczowi, osobie inteligentnej i uczciwej,  e przeka e wiadomo  w sposób 

tajny, cho  nie miałem poj cia, jak j  wykorzysta i jak post pi Argaven. 

Chciałem,  eby Argaven wiedział, w razie gdyby nagle z chmur spłyn ł gwiezdny 

statek Ai. Wtedy jeszcze miałem nadziej ,  e zd ył zawiadomi  statek, zanim 

Sarf go aresztował.  

Byłem teraz w niebezpiecze stwie, a je eli widziano mnie, jak wchodz  do 

ambasady, niebezpiecze stwo było natychmiastowe. Prosto stamt d poszedłem do 

portu karawanowego w Dzielnicy Południowej i przed południem tego dnia, 

odstreth susmy, wyjechałem z Misznory tak, jak przyjechałem, jako tragarz w 

karawanie. Miałem swoje stare pozwolenia, lekko zmienione,  eby pasowały do 

nowej pracy. Podrabianie papierów jest ryzykowne w Orgoreynie, gdzie si  je 

sprawdza pi dziesi t dwa razy na dzie , ale do  pospolite i moi dawni znajomi 

z Rybiej Wyspy pokazali mi, jak si  to robi. Denerwuje mnie wyst powanie pod 

cudzym nazwiskiem, ale nic innego nie mogło mnie uratowa  ani przenie  na 

drugi koniec Orgoreynu, na wybrze e Morza Zachodniego.  

My lami byłem ju  tam, kiedy karawana z hukiem toczyła si  przez most na 

Kunderer. Miało si  ju  ku zimie i musiałem dotrze  na miejsce, zanim drogi 

zostan  zamkni te dla szybkiego ruchu i póki było jeszcze po co tam jecha . 

Widziałem takie ochotnicze gospodarstwo w Komsvaszom, kiedy byłem w okr gu 

Sinth, i rozmawiałem z byłymi wi niami. To, co widziałem i słyszałem, sp dzało 

background image

 

104 

mi sen z powiek. Wysłannik tak wra liwy na chłód,  e nosił płaszcz nawet w 

ciepłe dni, nie miał szans na prze ycie zimy w Pulefen. Tak wi c gnany 

konieczno ci  rwałem si  do przodu, a tymczasem karawana jechała wolno, od 

miasta do miasta, zbaczaj c raz na północ. raz na południe, rozładowuj c cz  

towarów i zabieraj c inne. W ten sposób upłyn ło pół miesi ca, nim dotarłem do 

Ethwen u uj cia rzeki Esagel.  

W Ethwen dopisało mi szcz cie. Rozmawiaj c z lud mi w domu podró nych 

usłyszałem o handlu futrami w górze rzeki, o tym, jak licencjonowani traperzy 

je d  saniami albo łodziami lodowymi wzdłu  rzeki przez las Tarrenpeth prawie 

do samego Lodu. Z ich rozmów o sidłach zrodził si  mój plan ucieczki. W krainie 

Kerm, podobnie jak na wy ynie Gobrin,  yj  białe pesthry, które lubi  okolice, 

gdzie czuje si  oddech lodowca. Polowałem na nie za młodu w kermskich lasach 

thore, dlaczego miałbym nie spróbowa  tego w lasach thore koło Pulefen?  

Na tym dalekim północnym zachodzie Orgoreynu, w rozległej i dzikiej krainie 

na zachód od Sembensyenu, ludzie podró uj  do  swobodnie, bo niewielu tu jest 

inspektorów, którzy mogliby ich kontrolowa . Jaka  cz  dawnej wolno ci 

przetrwała tu Now  Epok . Ethwen jest szarym portem zbudowanym na szarych 

skałach zatoki Esagel, gdzie ulicami wieje mokry wiatr od morza, a ludzie s  

surowymi, prostolinijnymi  eglarzami. Zawsze dobrze wspominam Ethwen, gdzie 

mój los si  odmienił.  

Kupiłem narty, rakiety, sidła i zapasy na drog , załatwiłem licencj  trapera 

oraz niezliczone zezwolenia i za wiadczenia w Urz dzie Wspólnoty, i wyruszyłem 

pieszo w gór  Esagel z grup  my liwych prowadzon  przez starego człowieka 

imieniem Mavriva. Rzeka jeszcze nie zamarzła i trwał ruch kołowy na drogach, 

bo tu na tych przybrze nych zboczach nawet w ostatnim miesi cu roku cz ciej 

padał  nieg ni  deszcz. Wi kszo  my liwych czekała na zim ,  eby w miesi cu 

thern uda  si  w gór  rzeki łodzi  lodow , ale Mavriva chciał wcze niej dotrze  

daleko na północ,  eby polowa  na pesthry, kiedy b d  schodzi  w lasy w swojej 

dorocznej w drówce. Mavriva znał te tereny, Północny Sembensyen i Płon ce 

Wzgórza, jak nikt inny, i podczas tej wyprawy w gór  rzeki nauczyłem si  od 

niego wielu rzeczy, które mi si  potem przydały.  

W miejscowo ci Turuf odł czyłem si  od grupy pozoruj c chorob . Oni 

poci gn li dalej na północ, a ja wyruszyłem samotnie na północny wschód, w 

wysokie pogórze Sembensyenu. Sp dziłem kilka dni na zapoznawaniu si  z 

terenem, a nast pnie schowałem wi kszo  swoich rzeczy w ukrytej dolince około 

dwadzie cia kilometrów od Turufu i wróciłem do miasta. Wszedłem znów od 

południa i zatrzymałem si  w domu podró nych. Jakby zaopatruj c si  na 

wypraw  trapersk  kupiłem jeszcze raz narty, rakiety i  ywno , futrzany  piwór 

i zimow  odzie  oraz piecyk, namiot i lekkie sanki do wo enia tego wszystkiego. 

Potem pozostawało mi ju  tylko czeka , a  deszcz zmieni si  w  nieg, a błoto w 

lód; niedługo, bo droga z Misznory do Turufu zaj ła mi przeszło miesi c. W dniu 

arhad thern nadeszła zima i spadł  nieg, na który czekałem.  

Wczesnym popołudniem przeszedłem przez elektryczny płot gospodarstwa 

Pulefen,  nieg szybko zasypywał wszelkie  lady. Zostawiłem sanki w w wozie 

potoku, gł boko w lesie na wschód od gospodarstwa, i tylko z plecakiem, na 

rakietach  nie nych wróciłem na drog , któr  otwarcie doszedłem do głównej 

background image

 

105 

bramy gospodarstwa. Tam pokazałem swoje papiery, które znów przerobiłem 

podczas oczekiwania w Turufie. Miały teraz "niebieski stempel" i opiewały na 

Thenera Bentha, zwolnionego skaza ca, i doł czony do nich był rozkaz 

zameldowania si  do Trzeciego Ochotniczego Gospodarstwa Wspólnoty w 

Pulefen celem odbycia dwuletniej słu by wartowniczej. Ka demu bystrookiemu 

inspektorowi te wymi toszone dokumenty wydałyby si  podejrzane, ale tutaj 

niewiele było bystrych oczu.  

Nic łatwiejszego ni  dosta  si  do wi zienia. Co za  do wydostania si , to 

byłem do  pewien swego.  

Dowódca warty zbeształ mnie za zgłoszenie si  o dzie  pó niej, ni  

nakazywały mi moje papiery, i odesłał mnie do baraków. Było ju  po obiedzie i 

na szcz cie zbyt pó no,  eby wyda  mi regulaminowe buty i umundurowanie, a 

skonfiskowa  moje dobre ubranie. Nie wydano mi te  pistoletu, ale zdobyłem 

bro , kiedy kr ciłem si  koło kuchni,  eby wyprosi  u kucharza co  do jedzenia. 

Kucharz wieszał swój pistolet na gwo dziu za piecem. Ukradłem mu go. Była to 

bro  nie przystosowana do  miertelnego ra enia, mo liwe,  e wszyscy stra nicy 

mieli takie pistolety. W gospodarstwach nie zabija si  ludzi, pozostawia si  to 

zadanie głodowi, zimie i rozpaczy:  

Stra ników było trzydziestu do czterdziestu, wi niów około stu pi dziesi ciu 

i nikt z nich nie miał si  zbyt dobrze. Wi kszo  spała jak zabita, mimo  e było 

niewiele po czwartej godzinie. Przydzielono mi młodego stra nika, który miał 

mnie oprowadzi  po gospodarstwie i pokaza   pi cych wi niów. Zobaczyłem ich 

w jaskrawym  wietle wielkiej sypialni i omal nie porzuciłem nadziei 

wykorzystania tej pierwszej nocy, póki jeszcze nie  ci gn łem na siebie 

podejrze . Wszyscy le eli ukryci w swoich  piworach jak dzieci w łonach matek, 

niewidoczni, nie do rozró nienia. Wszyscy prócz jednego, zbyt wysokiego,  eby 

mógł si  schowa , ciemna twarz jak trupia czaszka, przymkni te zapadłe oczy, 

strzecha długich zmierzwionych włosów.  

Koło fortuny, które obróciło si  w Ethwen, teraz obracało cały  wiat pod moj  

r k . Zawsze miałem tylko jeden talent, wiedziałem, kiedy wielkie koło da si  

popchn , kiedy mo na działa . S dziłem,  e utraciłem ten dar przed rokiem w 

Erhenrangu i  e nigdy go nie odzyskam. Sprawiało mi wielk  przyjemno  znów 

poczu ,  e mog  kierowa  losem swoim i  wiata jak saniami na stromym, 

niebezpiecznym zje dzie. Poniewa  nadal kr ciłem si  i rozpytywałem o wszystko 

graj c rol  ciekawskiego głupka, wpisano mnie na pó n  wart . O północy poza 

mn  i jeszcze jednym współwartownikiem wszyscy w barakach spali. Nadal 

udawałem,  e nie mog  usiedzie  na miejscu, i co jaki  czas przechodziłem mi dzy 

rz dami prycz. Ustaliłem plan i przygotowywałem ciało i umysł na wej cie w 

dothe, bo moja własna siła, nie wspomagana przez siły z ciemno ci, nie 

wystarczała. Na krótko przed  witem wszedłem jeszcze raz do sypialni i z 

pistoletu kucharza posłałem do mózgu Genly Ai najkrótszy impuls parali uj cy, 

a potem zarzuciłem go sobie na rami  wraz ze  piworem i zaniosłem na 

wartowni .  

- Co si  dzieje? - spytał rozespany drugi wartownik. - Zostaw go!  

- On nie  yje!  

background image

 

106 

- Jeszcze jeden? Na wn trzno ci Mesze, a to dopiero sam pocz tek zimy. - 

Odwrócił głow ,  eby spojrze  na twarz wysłannika zwisaj c  na moich plecach. - 

A, to ten, zboczeniec. Nigdy nie wierzyłem w to, co mówi  o Karhidyjczykach, 

dopóki go nie zobaczyłem. Paskudny odmieniec. Od tygodnia st kał i wzdychał na 

pryczy, ale nie my lałem,  e umrze. No id , wyrzu  go przed barak, niech tam 

pole y do rana, nie stój tak jak tragarz z workiem łajna...  

W korytarzu zatrzymałem si  przy biurze inspekcji. Nie zatrzymany przez 

nikogo wszedłem i rozgl dałem si , a  znalazłem tablic  rozdzielcz  systemów 

alarmowych. Nie były oznakowane, ale stra nicy wydrapali litery przy 

wył cznikach,  eby dopomóc pami ci w sytuacjach wymagaj cych po piechu. 

Uznawszy,  e "O" oznacza ogrodzenie, przekr ciłem ten wył cznik,  eby odci  

dopływ pr du do najbardziej zewn trznego systemu obronnego gospodarstwa, a 

potem poszedłem dalej ci gn c ciało Ai pod ramiona. Przechodz c obok 

wartownika przy drzwiach udałem,  e z wielkim trudem d wigam nieboszczyka, 

gdy  przepełniała mnie siła dothe i nie chciałem zdradzi , z jak  łatwo ci  mog  

nie  człowieka ci szego od siebie.  

- Zmarły wi zie  - powiedziałem. - Kazali mi go zabra  z sypialni. Gdzie mam 

go da ?  

- Nie wiem. We  go na zewn trz. Pod dach,  eby go nie zasypał  nieg, bo jak 

go przysypie  nieg, to wypłynie dopiero na wiosn  przy odwil y i b dzie 

mierdział. Pada peditia. Miał na my li gruby, mokry  nieg, który my nazywamy 

sove, co było dla mnie dobr  nowin .  

- Dobrze, dobrze - powiedziałem i wywlokłem swój ci ar na zewn trz i za róg 

baraku, gdzie nie mógł nas widzie . Tam zarzuciłem sobie Ai z powrotem na 

rami , przeszedłem kilkaset metrów w kierunku północno-wschodnim, 

wdrapałem si  na wył czony płot, opu ciłem swój ci ar na drug  stron , 

zeskoczyłem sam, podniosłem Ai jeszcze raz i najszybciej jak mogłem ruszyłem w 

stron  rzeki. Nie uszedłem daleko od ogrodzenia, kiedy rozległy si  gwizdki i 

zapłon ły reflektory. Padał  nieg wystarczaj co g sty,  eby mnie nie było wida , 

ale za mały,  eby w ci gu paru minut zasypa  moje  lady. Mimo to dotarłem do 

rzeki, a oni jeszcze nie wpadli na mój trop. Poszedłem dalej na północ po równym 

gruncie pod drzewami albo ło yskiem rzeczki tam, gdzie nie było przej cia. 

Rzeczka, mały, bystry dopływ Esagel, nie była jeszcze zamarzni ta. Rozja niło si  

i mogłem i  szybciej. Byłem w pełni dothe i wysłannik, cho  niewygodny do 

niesienia, nie wydawał mi si  zbyt ci ki. Id c wzdłu  strumienia znalazłem 

w wóz, w którym ukryłem sanki, przywi załem go do sanek, uło yłem swoje 

rzeczy wokół niego i na nim, a  był dobrze ukryty, a wszystko przykryłem 

płacht  przeciwdeszczow . Potem przebrałem si  i zjadłem co  ze swoich 

zapasów, bo dawał mi si  ju  we znaki wielki głód, jaki si  odczuwa przy 

długotrwałym dothe. Wtedy ruszyłem na północ Le nym Traktem. Wkrótce 

dogoniła mnie para narciarzy.  

Byłem ubrany i wyposa ony jak traper, i powiedziałem im,  e chc  dogoni  

grup  Mavrivy, która wyruszyła na północ w ostatnich dniach miesi ca grende. 

Znali Mavriv  i rzuciwszy okiem na moj  licencj  trapera uwierzyli mi. Nie 

spodziewali si ,  e zbiegowie mog  i  na północ, bo na północ od Pulefen nie ma 

nic, tylko las i Lód. Mo e zreszt  nie zale ało im na schwytaniu zbiegów. Dlaczego 

background image

 

107 

miałoby im zale e ? Wyprzedzili nas i po godzinie min łem ich znowu, jak 

wracali do gospodarstwa. Jeden z nich był stra nikiem, z którym trzymałem 

wart . Nigdy nie widział mojej twarzy, cho  miał j  przed oczami przez pół nocy.  

Upewniwszy si ,  e odeszli, skr ciłem z drogi i przez reszt  dnia zatoczyłem 

długi łuk z powrotem przez las i podnó a gór na wschód od Pulefen i wreszcie 

dotarłem od wschodu, od strony lasu, do mojego schowka koło Turufu, gdzie 

zostawiłem drug  cz  ekwipunku. Niełatwo było ci gn  wi kszy od siebie 

ci ar po tym pofałdowanym terenie, ale pokrywa  niegu ju  twardniała, a ja 

byłem w dothe. Musiałem utrzymywa  ten stan, bo kiedy si  wyjdzie z transu, 

człowiek jest przez długi czas do niczego. Nigdy dot d nie utrzymywałem dothe 

dłu ej ni  przez godzin , ale wiedziałem,  e niektórzy Starzy Ludzie potrafi  

pozostawa  w pełnym transie przez dzie  i noc, a nawet dłu ej, konieczno  za  

okazała si  dobrym uzupełnieniem mojego treningu. W dothe człowiek nie 

przejmuje si  zbytnio i je eli si  niepokoiłem, to tylko o wysłannika, który 

powinien był ju  dawno obudzi  si  po tej lekkiej dawce wstrz su sonicznego, 

jak  go pocz stowałem. Nie poruszył si  ani razu, a ja nie miałem czasu,  eby si  

nim zaj . Czy by jego fizjologia była tak inna od naszej,  e to, co dla nas było 

krótkotrwałym parali em, dla niego oznaczało  mier ? Kiedy człowiek czuje,  e 

koło obraca si  pod jego r k , musi uwa a , co mówi, a ja dwukrotnie nazwałem 

go nieboszczykiem i niosłem go, jak si  niesie trupa. Pomy lałem,  e mo e 

ci gn łem po górach trupa, i  e moje szcz cie i jego  ycie poszły na marne. Od 

tej my li oblałem si  potem i zakl łem, a siła dothe zdawała si  ucieka  ze mnie 

jak woda z p kni tego naczynia. Jednak szedłem dalej i siły nie opu ciły mnie, 

póki nie dotarłem do kryjówki u stóp wzgórz, gdzie rozbiłem namiot i zrobiłem 

wszystko, co mogłem dla Ai. Otworzyłem pudełko skoncentrowanej  ywno ci i 

sam pochłon łem wi kszo , ale troch  w postaci bulionu wlałem w niego, bo 

wygl dał na bliskiego  mierci głodowej. Na ramionach i na piersi miał wrzody 

zaognione od dotyku jego brudnego  piwora. Kiedy je zdezynfekowałem i le ał w 

ciepłym  piworze ukryty tak dobrze, jak to tylko było mo liwe w zimie i na 

otwartej przestrzeni, nic ju  wi cej nie mogłem dla niego zrobi . Zapadła noc, a 

runie ogarniała jeszcze wi ksza ciemno , cena za  wiadome wykorzystanie całej 

energii organizmu. Tej ciemno ci musiałem zawierzy  siebie i jego.  

Spali my. Padał  nieg. Cał  noc, dzie  i nast pn  noc w czasie mojego snu 

thangen musiało pada , nie była to zawieja, ale pierwszy wielki  nieg tej zimy. 

Kiedy wreszcie ockn łem si  i wstałem,  eby si  rozejrze , nasz namiot był do 

połowy zasypany. W blasku sło ca pokryw   niegu znaczyły bł kitne cienie. 

Daleko i wysoko na wschodzie czyste niebo zasnuwał jeden pióropusz szaro ci - 

dym z Udenuszreke, najbli szego z Ognistych Wzgórz. Wokół małej piramidki 

namiotu le ał  nieg, pagórki, wzgórza, kopczyki dziewiczego  niegu.  

Nie odzyskałem jeszcze pełni sił, wci  byłem słaby i senny, ale gdy tylko 

mogłem si  podnie , dawałem Ai po trochu bulionu i wieczorem tego dnia wrócił 

do  ycia, cho  nie do przytomno ci. Usiadł krzycz c jak w wielkim strachu. Kiedy 

ukl kłem obok niego, chciał ucieka  i wida  był to zbyt du y wysiłek, bo zemdlał. 

Tej nocy du o mówił w nie znanym mi j zyku. Dziwne było w tej ciemnej ciszy 

odludzia słysze , jak mamrocze słowa, których nauczył si  na innym  wiecie. 

Nast pny dzie  był trudny, bo ilekro  chciałem si  nim zaj , brał mnie za 

background image

 

108 

stra nika z gospodarstwa, który chce mu da  jaki  narkotyk. Zaczynał mówi  

ałosn  mieszank  orgockiego i karhidyjskiego i błagał,  eby tego nie robi , a 

potem odpychał mnie z histeryczn  sił . Powtarzało si  to raz za razem, a  e 

byłem jeszcze w thangen, okresie duchowego i fizycznego osłabienia, bałem si ,  e 

nie b d  mógł mu w ogóle pomóc. Tego dnia my lałem,  e nie tylko dawano mu 

narkotyki, ale  e zrobiono z niego szale ca albo kretyna. Wtedy  ałowałem,  e nie 

umarł na sankach w drodze przez las thore,  e pocz tkowo sprzyjało mi szcz cie, 

e nie zostałem aresztowany przy wyje dzie z Misznory i wysłany do jakiego  

gospodarstwa, gdzie bym pracował na własn   mier .  

Obudziłem si  i napotkałem jego wzrok.  

- Estraven? - spytał cichym, zdziwionym głosem. To mnie podniosło na duchu. 

Mogłem go uspokoi  i zaj  si  nim. Tej nocy obaj spali my dobrze.  

Nast pnego dnia czuł si  znacznie lepiej i usiadł do jedzenia. Wrzody 

zaczynały si  zalecza . Spytałem go, od czego je ma.  

- Nie wiem. My l ,  e od narkotyków. Dawali mi jakie  zastrzyki...  

-  eby zapobiec kemmerowi? - Tak  wersj  słyszałem od ludzi, którzy uciekli 

lub zostali zwolnieni z ochotniczych gospodarstw.  

- Tak. I jeszcze jakie  inne, chyba zmuszaj ce do mówienia prawdy. 

Chorowałem po nich, a oni dawali mi je dalej. Czego ode mnie chcieli, co mogłem 

im powiedzie ?  

- Mo e było to nie tyle przesłuchanie, ile ujarzmianie.  

- Jak to ujarzmianie?  

- Uzyskiwanie posłusze stwa przez przymusowe uzale nienie od którego  z 

pochodnych orgrevy. Metoda znana równie  w Karbidzie. Albo mo e 

przeprowadzali na was eksperymenty. Mówiono,  e w gospodarstwach 

wypróbowuj  na wi niach zmieniaj ce psychik   rodki i techniki. Nie chciałem 

w to wtedy wierzy , teraz wierz .  

- Czy macie podobne gospodarstwa w Karbidzie?  

- W Karbidzie? Nie.  

Z irytacj  potarł czoło.  

- My l ,  e w Misznory powiedzieliby mi,  e nie ma czego  takiego w 

Orgoreynie.  

- Wprost przeciwnie. Z dum  pokazaliby ta my i zdj cia z ochotniczych 

gospodarstw, gdzie elementy aspołeczne s  resocjalizowane, a zagro one 

pozostało ci grup plemiennych znajduj  schronienie. Mogliby te  oprowadza  

pana po Ochotniczym Gospodarstwie Rolnym Pierwszego Okr gu blisko 

Misznory, instytucji, jak wszyscy twierdz , wzorcowej. Je eli pan s dzi,  e mamy 

takie gospodarstwa w Karbidzie, to pan nas powa nie przecenia, panie Ai. My 

jeste my ludzie pro ci.  

Le ał przez dłu sz  chwil  zapatrzony w rozgrzany do czerwono ci piecyk, 

który wł czyłem na cały regulator, a  zrobiło si  niezno nie gor co. Potem 

spojrzał na mnie.  

- Mówił mi pan dzi  rano, wiem, ale nie byłem całkiem przytomny. Gdzie 

jeste my i sk d si  tu znale li my? Opowiedziałem mu jeszcze raz.  

- Tak po prostu wyniósł mnie pan?  

background image

 

109 

- Panie Ai, ka dy z wi niów albo wszyscy razem mogliby wyj  stamt d 

pierwszej lepszej nocy. Gdyby nie byli zagłodzeni, wyczerpani, zdemoralizowani i 

znarkotyzowani. I gdyby mieli zimow  odzie  i mieli dok d ucieka ... W tym cały 

szkopuł. Dok d i ? Do miasta? Bez dokumentów nie ma tam czego szuka . W 

lasy? Bez dachu nad głow  nie ma tam czego szuka . Pewnie na lato wzmacniaj  

ochron . W zimie sama zima jest najlepszym stra nikiem.  

Słuchał jednym uchem.  

- Pan nie przeniósłby mnie na odległo  stu metrów. A co dopiero biec ze mn  

na plecach kilka kilometrów, po ciemku...  

- Byłem w dothe. Zawahał si .  

- Z własnej woli? - spytał.  

- Tak.  

- Jest pan wyznawc  handdary?  

- Zostałem wychowany w nauce handdary i sp dziłem dwa lata w stanicy 

Rotherer. W Kermie wi kszo  ludzi z wewn trznych ognisk wyznaje handdar .  

- Słyszałem,  e po okresie dothe wyczerpanie wszelkich rezerw organizmu 

powoduje konieczno  jakby zapa ci...  

- Tak, to thangen, czarny sen. Trwa znacznie dłu ej ni  okres dothe i jak si  

ju  wejdzie w okres regeneracji, nie wolno go narusza . Spałem dzie  i dwie noce. 

Wci  jeszcze jestem w okresie thangen i nie doszedłbym do tego pagórka. Wi e 

si  z tym tak e uczucie głodu. Zjadłem wi kszo  tego, co miało mi starczy  na 

tydzie .  

- No dobrze - powiedział z po pieszn  opryskliwo ci . - Widz , wierz , zreszt  

nie mam innego wyj cia, jak wierzy  panu. Tu jestem ja, tu jest pan... Ale nie 

rozumiem. Nie rozumiem, po co pan to wszystko zrobił.  

Tu poczułem,  e moje nerwy nie wytrzymuj , i musiałem wpatrywa  si  w 

le cy pod r k  nó  lodowy uwa aj c,  eby nie spojrze  na niego i nie 

odpowiedzie , póki nie opanuj  gniewu. Na szcz cie w moim sercu niewiele 

jeszcze było ognia i wytłumaczyłem sobie,  e jest człowiekiem nie wiadomym, 

obcokrajowcem, oszukanym i przestraszonym. W ten sposób doszedłem do 

równowagi i odpowiedziałem:  

- Uwa am,  e ponosz  cz  odpowiedzialno ci za to,  e znalazł si  pan w 

Orgoreynie, a zatem i w Pulefen. Staram si  naprawi  skutki moich bł dów.  

- Nie miał pan nic wspólnego z moim przyjazdem do Orgoreynu.  

- Panie Ai, ogl dali my te same wydarzenia innymi oczami, a ja mylnie 

s dziłem,  e widzimy je tak samo. Pozwol  sobie wróci  do ostatniej wiosny. 

Mniej wi cej na pół miesi ca przed uroczysto ci  wmurowania zwornika 

zacz łem przekonywa  króla Argavena,  eby zaczekał,  eby nie podejmował 

decyzji w sprawie pana i pa skiej misji. Audiencja była ju  wyznaczona i 

wydawało si ,  e najlepiej b dzie odby  j  nie spodziewaj c si  jednak  adnych 

rezultatów. My lałem,  e pan to wszystko rozumie, i to był mój bł d. Uwa ałem 

pewne rzeczy za oczywiste i nie chciałem pana urazi  daj c panu rady. My lałem, 

e rozumie pan niebezpiecze stwo wynikaj ce z nagłego wzrostu znaczenia Harge 

rem ir Tibe w kyorremie. Gdyby Tibe uznał,  e stanowi pan dla niego 

jakiekolwiek zagro enie, oskar yłby pana o polityk  frakcyjn  i Argaven, który 

jest powodowany strachem, prawdopodobnie kazałby pana zlikwidowa . 

background image

 

110 

Chciałem,  eby pan usun ł si  na jaki  czas w cie  i bezpiecznie przeczekał okres 

wpływów Tibe'a. Tak si  zło yło,  e mnie usuni to w tym samym czasie. Zanosiło 

si  na to, ale nie wiedziałem,  e zdarzy si  to tego wieczoru, kiedy był pan u mnie. 

U Argavena nie bywa si  długo premierem. Po otrzymaniu aktu wyp dzenia nie 

mogłem si  z panem porozumie , bo to rzucałoby na pana cie  mojej ha by i 

zwi kszało niebezpiecze stwo, w jakim si  pan znalazł. Przybyłem tutaj, do 

Orgoreynu, i starałem si  zasugerowa  panu,  eby zrobił pan to samo. 

Załatwiłem z tymi, którym najmniej nie dowierzałem spo ród trzydziestu trzech 

reprezentantów,  eby umo liwili panu wjazd do kraju, bez ich poparcia byłoby to 

niemo liwe. Widzieli w panu, nie bez mojej sugestii, drog  do władzy, wyj cie z 

narastaj cego konfliktu z Karhidem i powrót do wolnego handlu, mo e szans  na 

złamanie pot gi Sarfu. Ale to s  asekuranci, boj  si  działania. Zamiast ogłosi  

pa sk  obecno  wszem i wobec, chowali pana, przegrali swoj  szans , a potem 

wydali pana w r ce Sarfu,  eby ratowa  własn  skór . Za bardzo na nich liczyłem 

i to jest moja wina.  

- Ale po co to wszystko, te intrygi, tajemnice, gra o władz  i spiski, czemu to 

wszystko miało słu y ? O co panu chodziło?  

- Oto samo, co panu. O sojusz mojego  wiata z pa skimi  wiatami. A co pan 

my lał?  

Patrzyli my na siebie przez rozpalony piecyk jak para drewnianych lalek.  

- Nawet gdyby to Orgoreyn zawarł sojusz?  

- Nawet gdyby to był Orgoreyn. Karhid wkrótce poszedłby w jego  lady. Czy 

my li pan,  e troszczyłbym si  o swój szifgrethor, kiedy w gr  wchodzi interes nas 

wszystkich, całej ludzko ci? Nie to jest wa ne, który kraj ocknie si  pierwszy, 

wa ne,  eby my si  przebudzili.  

- Sk d, do diabła, mam wierzy  w to, co mi pan opowiada? - wybuchn ł. 

Osłabienie sprawiło,  e jego gniew zabrzmiał bardziej jak skarga. - Je eli to 

wszystko prawda, to mógł mi pan to wyja ni  wcze niej, na wiosn , i oszcz dzi  

nam obu drogi do Pulefen. Pa skie starania,  eby mi pomóc...  

- Zawiodły. I naraziłem pana na cierpienia, poni enia i niebezpiecze stwa. 

Wiem o tym. Ale gdybym zacz ł walk  z Tibe'em w pa skiej sprawie, nie 

znajdowałby si  pan teraz tutaj, tylko w grobie w Erhenrangu. A tak jest troch  

ludzi w Karhidzie i troch  w Orgoreynie, którzy wierz  w pa sk  histori , bo ja 

ich przekonałem. Mog  si  jeszcze panu przyda . Moim najwi kszym bł dem 

było, jak pan powiedział, to,  e nie wyja niłem panu wszystkiego. Nie jestem do 

tego przyzwyczajony. Nie przywykłem ani przyjmowa , ani dawa  rad.  

- Nie chciałbym by  niesprawiedliwy...  

- Ale jest pan. To dziwne. Jestem jedynym człowiekiem na całej planecie, 

który panu uwierzył bez zastrze e , i jedynym, któremu pan odmawia zaufania.  

Ukrył głow  w dłoniach i po chwili powiedział:  

- Przykro mi. - Były to przeprosiny i potwierdzenie tego, co powiedziałem.  

- Rzecz w tym - powiedziałem -  e nie potrafi pan, albo nie chce, uwierzy ,  e 

ja w pana wierz . - Wstałem,  eby rozprostowa  zdr twiałe nogi i stwierdziłem, 

e dr  cały z gniewu i wyczerpania. - Niech mnie pan nauczy swojej my lomowy 

-- poprosiłem, staraj c si  mówi  swobodnie i bez urazy - tego j zyka bez 

background image

 

111 

kłamstwa. Niech mnie pan nauczy, a potem spyta, dlaczego zrobiłem to, co 

zrobiłem.  

- Bardzo bym chciał, panie Estraven. 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

112 

Rozdział 15 

 

Ku Lodowi

 

 

Obudziłem si . Do tego czasu było to co  dziwnego i niewiarygodnego - budzi  

si  wewn trz przy mionego sto ka ciepła i słysze , jak mój rozs dek mówi mi,  e 

to jest namiot,  e  yj  i  e nie jestem ju  w gospodarstwie Pulefen. Tym razem 

zbudziłem si  bez poczucia niesamowito ci, tylko z wdzi czno ci  i spokojem. 

Siadaj c ziewn łem i spróbowałem palcami rozczesa  zmierzwione włosy. 

Spojrzałem na Estravena le cego w gł bokim  nie na swoim  piworze na 

odległo  r ki ode mnie. Miał na sobie tylko spodnie, było mu za gor co. Jego 

smagła, skryta twarz wystawiona była na  wiatło i na moje spojrzenie. Wygl dał 

nieco głupio, jak ka dy we  nie - okr gła, silna twarz, rozlu niona, nieobecna, 

kropelki potu na górnej wardze i nad mocnymi brwiami. Przypomniałem sobie, 

jak stał ociekaj c potem na trybunie w Erhenrangu, w paradnym. stroju, w 

blasku sło ca. Teraz widziałem go bezbronnego i półnagiego, w innym  wietle, i 

po raz pierwszy zobaczyłem go takim, jaki był.  

Obudził si  pó no i z trudem. Wreszcie wstał chwiejnie, ziewn ł, naci gn ł 

koszul , wysun ł głow  na zewn trz,  eby sprawdzi  pogod , a potem spytał 

mnie, czy mam ochot  na kubek orszu. Kiedy stwierdził,  e zwlokłem si  z 

posłania i zaparzyłem w garnku orsz z wod , która została od wczoraj w 

naczyniu w postaci lodu, przyj ł ode mnie kubek, podzi kował mi sztywno i 

usiadł,  eby go wypi .  

- Dok d pójdziemy dalej? - spytałem.  

- To zale y, dok d chce pan i , panie Ai. I jak  podró  mo e pan znie .  

- Jaka jest najkrótsza droga z Orgoreynu?  

- Na zachód. Do wybrze a. Niecałe pi dziesi t kilometrów.  

- I co wtedy?  

- Przystanie tam zamarzaj  albo ju  zamarzły. Tak czy inaczej  aden okr t 

nie wypłynie daleko w zimie. Trzeba by przeczeka  gdzie  w ukryciu do wiosny, 

kiedy statki handlowe wyrusz  do Sithu i Perunteru.  aden nie popłynie do 

Karhidu, je eli embargo handlowe nadal obowi zuje. Mo e uda nam si  

odpracowa  przejazd na statku. Niestety sko czyły mi si  pieni dze.  

- Czy jest jaka  inna mo liwo ?  

- Do Karhidu. L dem.  

- Ile to jest? Półtora tysi ca kilometrów?  

- Tak, drog . Ale my nie mo emy i  drogami. Zatrzymałby nas pierwszy 

inspektor. Jedyna dla nas droga - to i  na północ przez góry, potem na wschód 

przez Gobrin i dalej do granicy nad zatok  Guthen.  

- Przez Gobrin, przez lodowiec?  

 Skin ł głow .  

- Chyba w zimie to niemo liwe?  

- My l ,  e mo liwe, je eli ma si  szcz cie. Jak przy wszystkich zimowych 

podró ach. Pod pewnym wzgl dem przej cie przez Gobrin w zimie jest nawet 

łatwiejsze. Nad wielkimi lodowcami, jak pan wie, zwykle utrzymuje si  dobra 

background image

 

113 

pogoda, gdy  lód odbija promienie sło ca i burze spychane s  na jego obrze a. 

St d legendy o krainie w  rodku zamieci. To mo e nam sprzyja . Nic poza tym.  

Wi c my li pan powa nie...  

W przeciwnym razie wykradanie pana z gospodarstwa Pulefen nie miałoby 

sensu.  

Nadal był sztywny, ura ony, ponury. Wczorajsza wieczorna rozmowa 

wstrz sn ła nami oboma.  

- Rozumiem z tego,  e uwa a pan przej cie przez Lód za mniej ryzykowne ni  

czekanie do wiosny na przejazd przez morze.  

Kiwn ł głow .  

- Samotno  - wyja nił lakonicznie. Zastanowiłem si  przez chwil .  

- Spodziewam si ,  e uwzgl dnił pan moje słabe strony. Nie jestem tak 

odporny na mróz jak pan, daleko mi do tego. Nie je d  dobrze na nartach. I 

jestem w słabej formie, cho  w znacznie lepszej ni  kilka dni temu.  

Znów kiwn ł głow .  

- My l ,  e mo e nam si  uda  - powiedział z całkowit  prostot , któr  tak 

długo brałem za ironi .  

- Dobrze.  

Spojrzał na mnie i wypił swoj  herbat . Mo na to chyba nazwa  herbat , orsz 

z palonego ziarna perm jest brunatnym, słodko-kwa nym napojem bogatym w 

witaminy A i C, przyjemnie pobudzaj c  substancj  pokrewn  lobelinie. Na 

Zimie wsz dzie tam, gdzie nie ma piwa, jest orsz, a tam, gdzie nie ma ani piwa, 

ani orszu, nie ma ludzi.  

- To b dzie trudne - powiedział odstawiaj c kubek. - Bardzo trudne. Musimy 

liczy  na szcz cie.  

- Wol  zgin  na Lodzie ni  w tym szambie, z którego mnie pan wyci gn ł.  

Ukroił kawałek suszonego chlebowego jabłka, oddał pół mnie i  uł swój w 

zamy leniu.  

- Musimy mie  wi cej  ywno ci - powiedział. - Co b dzie, kiedy dojdziemy do 

Karhidu, co b dzie z panem? Przecie  nie ma pan tam prawa wst pu?  

Zwrócił na mnie swoje ciemne oczy wydry. - My l ,  e zostan  po tej stronie.  

- A je eli ci tutaj dowiedz  si ,  e pomógł pan uciec ich wi niowi?  

- Wcale nie musz  si  dowiedzie  - powiedział z bladym u miechem. - 

Najpierw musimy przej  przez Lód. Nie wytrzymałem.  

- Panie Estraven, czy przebaczy mi pan to, co powiedziałem wczoraj...  

- Nusuth.  

Wstał wci  jeszcze  uj c, wło ył hieb, płaszcz i buty, i niczym wydra 

wy lizgn ł si  przez  luz  namiotu. B d c ju  na zewn trz wsun ł głow  do 

rodka.  

- Mog  wróci  pó no albo dopiero rano. Da pan sobie rad  sam?  

- Tak.  

- To dobrze.  

I ju  go nie było. Nie spotkałem nikogo, kto by reagował na now  sytuacj  tak 

szybko i adekwatnie jak Estraven. Ja wracałem do sił i byłem zdecydowany i , 

on zako czył okres thangen. Z chwil  gdy stało si  to jasne, poszedł. Nigdy si  nie 

gor czkował i nie  pieszył, ale zawsze był gotów. Stanowiło to niew tpliwie 

background image

 

114 

tajemnic  jego niezwykłej kariery politycznej, z której dla mnie zrezygnował, 

było tak e wyja nieniem jego wiary we mnie i oddania mojej misji. Kiedy 

przybyłem, on był gotów. On jeden na całej Zimie.  

A sam uwa ał si  za człowieka powolnego,  le sprawdzaj cego si  w 

sytuacjach kryzysowych.  

Kiedy  powiedział mi,  e b d c człowiekiem wolno my l cym musi kierowa  

si  ogólnym wyczuciem swojego "szcz cia" i  e to wyczucie rzadko go zawodzi. 

Mówił to powa nie i mogło to by  prawd . Wieszczowie ze stanic nie s  jedynymi 

lud mi na Zimie, którzy potrafi  przewidywa  przyszło . Oswoili wprawdzie i 

wy wiczyli przeczucie, ale nie zwi kszyli jego prawdopodobie stwa. W tej 

sprawie jomeszta równie  nie s  bez racji: bardzo mo liwe,  e ten dar polega nie 

tyle i nie po prostu na przepowiadaniu, ile raczej na zdolno ci widzenia (cho by 

na mgnienie oka) wszystkiego naraz, widzenia cało ci.  

Podczas nieobecno ci Estravena nastawiłem piecyk na cały regulator i po raz 

pierwszy od sam nie wiem jak dawna było mi ciepło. S dziłem,  e jest ju  thern, 

pierwszy miesi c zimy zaczynaj cej nowy rok pierwszy, ale w Pulefen straciłem 

rachub  dni.  

Piecyk był jednym z tych znakomitych i wielce oszcz dnych urz dze  

udoskonalonych przez Gethe czyków podczas tysi cletnich wysiłków w walce z 

mrozem. Chyba tylko zastosowanie baterii j drowej mogłoby da  lepsze wyniki. 

Bioniczna bateria zapewniała czterna cie miesi cy nieprzerwanej pracy, 

promieniowanie było intensywne, piecyk słu ył do gotowania, ogrzewania, a tak e 

jako lampa. Bez niego nie uszliby my dalej ni  kilkadziesi t kilometrów. Musiał 

kosztowa  Estravena niemało pieni dzy, tych, które mu z tak  wyniosł  min  

wr czyłem w Misznory. Namiot z plastyku odpornego na tutejsze warunki 

klimatyczne i przynajmniej cz ciowo likwiduj cy problem kondensacji pary, 

który jest plag  namiotów w zimie,  piwory z futra pesthry, odzie , narty, sanki, 

zapasy, wszystko najwy szej jako ci, lekkie, trwałe, drogie. Je eli wybrał si  po 

dodatkow   ywno , to za co zamierzał j  kupi ?  

Nie wrócił a  do zmroku nast pnego dnia. Wychodziłem kilkakrotnie na 

rakietach  nie nych zbieraj c siły i  wicz c si  w chodzeniu po zboczach  nie nej 

doliny kryj cej nasz namiot. Je dziłem jako tako na nartach; ale rakiety nie były 

moj  specjalno ci . Nie odwa yłem si  wychodzi  poza dolin , boj c si  zabł dzi . 

Była to dzika kraina, poci ta strumieniami i jarami, wznosz ca si  raptownie ku 

zwie czonym chmurami wierzchołkom gór na wschodzie. Miałem czas na 

zastanowienie si , co bym robił w tej głuszy, gdyby Estraven nie wrócił.  

Zjechał szusem ze wzgórza w zapadaj cym zmroku, był znakomitym 

narciarzem, i zatrzymał si  obok mnie, brudny, zm czony i ci ko obładowany. 

Miał na plecach wielki czarny worek pełen zawini tek. Jak  wi ty Mikołaj 

zakradaj cy si  przez komin na Ziemi. Zawini tka zawierały kiełki kadiku, 

suszone chlebowe jabłka i sztaby twardego, czerwonego, gliniastego w smaku 

cukru, który Gethe czycy rafinuj  z miejscowej trzciny.  

- Jak pan to wszystko zdobył?  

- Ukradłem - powiedział były premier Karhidu grzej c dłonie nad piecykiem, 

którego nie :przeł czył na ni sz  temperatur ; nawet on zmarzł. - W Turufie. 

Ledwo mi si  udało. - To było wszystko, czego miałem si  dowiedzie . Nie był 

background image

 

115 

dumny ze swojego wyczynu i nie potrafił  mia  si  z niego. Kradzie  jest na Zimie 

ci k  zbrodni , wła ciwie jedyn  osob  bardziej pogardzan  od złodzieja jest 

samobójca.  

- Zu yjemy to w pierwszej kolejno ci - powiedział, gdy stawiałem garnek ze 

niegiem do stopienia na piecyku. - To jest ci kie. - Wi kszo  zapasów, które 

zdobył poprzednio, składała si  z "hiperracji", wzmocnionej, odwodnionej, 

sprasowanej w kostki mieszanki wysokokalorycznej  ywno ci, która po orgocku 

nazywa si  giczy-miczy i tak te  j  nazywali my, cho  oczywi cie mi dzy sob  

u ywali my karhidyjskiego. Mieli my tego na sze dziesi t dni przy minimalnej 

standardowej racji: pół kilo dziennie na osob . Kiedy si  umyli my i zjedli my, 

Estraven siedział do pó na przy piecyku obliczaj c dokładnie, co mamy oraz jak i 

kiedy najlepiej to wykorzysta . Nie maj c wagi musieli my stosowa  przybli enia, 

u ywaj c jako miernika standardowej paczki giczy-miczy. Estraven znał, jak 

wielu Gethe czyków, warto ci od ywcze i kaloryczne wszystkich pokarmów, znał 

te  własne zapotrzebowanie w ró nych warunkach i potrafił do  dokładnie 

oceni  moje. Tego rodzaju wiedza na Zimie mo e decydowa  o  yciu i  mierci.  

Kiedy wreszcie zaplanował nasze  ywienie, wsun ł si  do  piwora i zasn ł. W 

nocy słyszałem, jak przez sen mamrocze liczby - ci ary, dni, odległo ci...  

Mieli my z grubsza licz c tysi c dwie cie kilometrów do przej cia. Pierwsze 

półtora setki na północ albo północny wschód przez lasy, w poprzek najdalej na 

północ wysuni tych ostróg ła cucha Sembensyenu do wielkiego masywu 

lodowego pokrywaj cego oba płaty Wielkiego Kontynentu na północ od 45 

równole nika, a miejscami schodz cego a  do 35 równole nika. Jeden z takich 

wyst pów si ga w region Ognistych Wzgórz, ostatnich szczytów Sembensyenu, i 

ta okolica stanowiła nasz pierwszy cel. Tam, w ród gór, rozumował Estraven, 

b dziemy mogli wej  na pokryw  lodow  albo schodz c na ni  ze stoku, albo 

wspinaj c si  po jednym z j zorów lodowca. Dalej mieli my w drowa  ju  po 

Lodzie, około dziewi ciuset kilometrów na wschód. W pobli u zatoki Guthen, 

gdzie Lód znów cofa si  na północ, mieli my zej  z niego i zrobi  ostatnie sto czy 

sto pi dziesi t kilometrów na południowy wschód przez bagna Szenszey, które 

wówczas powinny by  ju  grubo przysypane  niegiem, do granicy karhidyjskiej.  

Trasa ta biegła od pocz tku do ko ca z dala od zamieszkanych lub 

nadaj cych si  do zamieszkania okolic. Nie groziło nam spotkanie z  adnymi 

inspektorami. Była to niew tpliwie sprawa najwa niejsza. Ja nie miałem 

dokumentów, Estraven za  stwierdził,  e jego papiery nie wytrzymaj  jeszcze 

jednego fałszerstwa. Tak czy owak, cho  mogłem uchodzi  za Gethe czyka, kiedy 

nikt nie spodziewał si  czego  innego, to nie miałem szans ukrycia si  przed 

okiem, które mnie szukało. Z tego wzgl du droga proponowana przez Estravena 

była bardzo korzystna.  

Pod ka dym innym wzgl dem wydawałaby mi si  czystym szale stwem.  

Zachowałem t  opini  dla siebie, bo mówiłem zupełniepowa nie o tym,  e 

maj c do wyboru rodzaj  mierci wol  zgin  w czasie ucieczki. Estraven jednak 

nadal rozpatrywał inne mo liwo ci. Nast pnego dnia, który sp dzili my na 

bardzo starannym pakowaniu i ładowaniu sa , powiedział:  

- Gdyby pan wezwał statek gwiezdny, jak długo by my na niego czekali?  

background image

 

116 

- Od o miu dni do pół miesi ca, w zale no ci od tego, gdzie by si  znajdował 

na swojej orbicie okołosłonecznej w stosunku do Gethen. Mógłby by  po 

przeciwnej stronie sło ca.  

- Nie pr dzej?  

- Nie. Nap du pod wietlnego nie mo na stosowa  w obr bie Układu 

Słonecznego. Statek mógłby korzysta  wył cznie z nap du odrzutowego, co 

oznacza minimum osiem dni drogi.  

- A dlaczego?  

Zaci gn ł link  i zawi zał j , zanim odpowiedział.  

- Zastanawiałem si , czy nie warto prosi  o pomoc z pa skiego  wiata, skoro 

mój nie zdradza ochoty do pomocy. W Turufie jest radiostacja.  

- Silna?  

- Nie bardzo. Najbli szy du y nadajnik musi by  w Kuhumeyu, około 

sze ciuset kilometrów na południe st d.  

- Kuhumey to, zdaje si , du e miasto?  

-  wier  miliona mieszka ców.  

- Musieliby my jako  dosta  si  do nadajnika, a potem ukrywa  si  przez co 

najmniej osiem dni, podczas gdy Sarf zostałby postawiony na nogi... Nie widz  

szans.  

Kiwn ł głow .  

Wyniosłem z namiotu ostatni woreczek kiełków kadiku. umie ciłem go w 

przewidzianym miejscu na sankach i powiedziałem:  

- Gdybym wezwał statek tamtej nocy w Misznory, kiedy mi pan radził, tamtej 

nocy, kiedy mnie aresztowano... Ale mój astrograf miał Obsle, pewnie ma go do 

dzisiaj.  

- Czy mo e go u y ?  

- Nie, nawet przez przypadek, gdyby si  nim bawił. Nastawianie jest 

niezwykle skomplikowane. Gdybym go wtedy u ył!  

- Gdybym wtedy wiedział,  e gra jest ju  sko czona powiedział i u miechn ł 

si . Nie był to człowiek z tych, którzy  ałuj  przeszło ci.  

- Wiedział pan, jak s dz . Tylko ja panu nie wierzyłem.  

Kiedy sanie były załadowane, zarz dził na reszt  dnia odpoczynek dla 

zaoszcz dzenia energii. Le ał w namiocie pisz c w małym notesie swoim 

drobnym, szybkim, pionowo biegn cym karhidyjskim pismem to, co zostało 

zacytowane jako poprzedni rozdział. W ci gu ubiegłego miesi ca nie był w stanie 

prowadzi  swojego dziennika i to go denerwowało; w tej sprawie był bardzo 

skrupulatny. Prowadzenie go stanowiło, jak s dz , zobowi zanie wobec rodziny, 

wi  z ogniskiem Estre. Wszystkiego tego dowiedziałem si  jednak pó niej; 

wówczas nie wiedziałem, co pisze, i siedziałem smaruj c narty albo pró nuj c. 

Zacz łem gwizda  melodi  taneczn  i urwałem w połowie. Mieli my tylko jeden 

namiot i je eli mieli my dzieli  go nie doprowadzaj c si  nawzajem do 

szale stwa, niew tpliwie nale ało zachowa  pewn  pow ci gliwo ... Estraven 

spojrzał na mnie, kiedy zagwizdałem, ale bez irytacji, raczej w zamy leniu.  

- Szkoda,  e nie wiedziałem o pana statku w zeszłym roku... Dlaczego 

przysłano pana na ten  wiat samego?  

background image

 

117 

- Pierwszy wysłannik zawsze przybywa sam. Jeden obcy to ciekawostka, 

dwóch to inwazja.  

-  ycie pierwszego wysłannika nie ma zbyt wysokiej ceny.  

- Wprost przeciwnie. Ekumena ceni ka de  ycie i dlatego woli narazi  na 

niebezpiecze stwo jednego człowieka ni  dwóch albo dwudziestu. Równie  

wysyłanie ludzi na takie odległo ci jest kosztowne i czasochłonne. Poza tym 

zgłosiłem si  sam do tej pracy.  

- W niebezpiecze stwie honor - powiedział widocznie cytuj c przysłowie, bo 

dodał spokojnie: - B dziemy naszpikowani honorem, kiedy dotrzemy do 

Karhidu...  

Słuchaj c go wierzyłem,  e naprawd  dojdziemy do Karhidu przez tysi c 

dwie cie kilometrów gór, w wozów, rozpadlin, lodowca, wulkanów, 

zamarzni tego bagna lub zatoki, wszystko pustynne, bezludne, w ród zamieci, w 

rodku zimy, w  rodku epoki lodowcowej. A on siedział i robił notatki z t  sam  

upart , cierpliw  skrupulatno ci , któr  obserwowałem u szalonego króla 

wmurowuj cego na rusztowaniu zwornik łuku, i powiedział: "Kiedy dotrzemy do 

Karbidu".  

Jego "kiedy" nie było bynajmniej nieokre lon  nadziej . Planował dotarcie 

do Karbidu w czwartym dniu czwartego miesi ca zimy, arkad anner. Mieli my 

wyruszy  nazajutrz, trzynastego dnia pierwszego miesi ca, tormenbod thern. 

Nasza  ywno , o ile mógł to obliczy , dawała si  rozci gn  na trzy gethe skie 

miesi ce, czyli siedemdziesi t osiem dni. mieli my wi c robi  po osiemna cie 

kilometrów dziennie przez siedemdziesi t dni i doj  do Karbidu w dniu arkad 

anner. To było ustalone. Teraz nie pozostawało nam nic innego jak porz dnie si  

wyspa .  

Wyruszyli my o brzasku, na rakietach, przy bezwietrznej pogodzie i w 

rzadkim  niegu. Szli my po bessa, mi kkim, nie ule ałym jeszcze  niegu, który na 

Ziemi narciarze nazywaj  puchem. Sanki były ci ko załadowane, Estraven 

oceniał ich całkowity ci ar na ponad sto pi dziesi t kilo. Niełatwo było je 

ci gn  w tym puszystym  niegu, cho  były por czne jak dobrze zaprojektowana 

mała łódeczka. Płozy stanowiły cudo, pokryte polimerem, który zmniejszał tarcie 

prawie do zera, ale to oczywi cie nic nie pomagało, kiedy całe sanki utykały w 

grubym puchu. Po takiej powierzchni i przy ci głym podchodzeniu i zje d aniu 

w dół, stwierdzili my,  e najlepiej jest, kiedy jeden idzie w uprz y ci gn c, a 

drugi pcha z tyłu.  nieg, drobny i rzadki, padał przez cały dzie . Zatrzymali my 

si  dwukrotnie na po pieszny posiłek. W całej tej rozległej pagórkowatej krainie 

panowała martwa cisza. Szli my i nagle był ju  wieczór. Zatrzymali my si  w 

dolinie bardzo podobnej do tej, z której wyruszyli my rano, w kotlince mi dzy 

białymi garbami. Byłem tak zm czony,  e ledwo stałem na nogach, a mimo to nie 

mogłem uwierzy ,  e min ł dzie . Według licznika przy sankach przeszli my 

ponad dwadzie cia dwa kilometry.  

Je eli szło nam tak dobrze po mi kkim  niegu, z pełnym ładunkiem, przez 

poci ty teren, gdzie wszystkie doliny le ały w poprzek naszej trasy, to na pewno 

b dzie jeszcze lepiej na Lodzie, po twardym  niegu i równej drodze, z coraz 

l ejszymi sankami. Moje zaufanie do Estravena było dot d bardziej 

background image

 

118 

wyrozumowane ni  szczere, teraz uwierzyłem mu bez zastrze e . W ci gu 

siedemdziesi ciu dni dojdziemy do Karbidu.  

- Czy podró ował ju  pan w ten sposób? - spytałem go.  

- Z sankami? Cz sto.  

- Na długich trasach?  

- Której  jesieni przed laty przeszedłem trzysta kilometrów po lodzie w 

Kermie.  

Dolna cz  Kermu, najdalej na południe wysuni ty górzysty półwysep 

subkontynentu karhidzkiego, jest podobnie jak cała północ pokryta wiecznym 

lodem. Ludzie zamieszkuj  Wielki Kontynent Gethen w strefie mi dzy dwiema 

białymi  cianami. Oblicza si ,  e dalsze zmniejszenie nasłonecznienia o osiem 

procent doprowadziłoby do zetkni cia  cian. Nie byłoby ziemi ani ludzi, tylko lód.  

- W jakim celu?  

- Ciekawo , przygoda. - Po chwili wahania u miechn ł si  lekko. -

Zwi kszenie stopnia zło ono ci i nat enia pola rozumnego  ycia - dodał cytuj c 

jedn  z moich ekumenalnych maksym.  

- Rozumiem.  wiadomie  wiczył pan ewolucyjn  tendencj  wła ciw  bytowi, a 

przejawiaj c  si  mi dzy innymi eksploracj .  

Obaj byli my z siebie zadowoleni siedz c w ciepłym namiocie, pij c gor c  

herbat  i czekaj c, a  zagotuje si  posiłek z kiełków kadiku.  

- O to wła nie chodzi - powiedział. - Było nas sze ciu. Wszyscy bardzo młodzi. 

Brat i ja z Estre, czterech przyjaciół z ogniska Stok. Nasza wyprawa nie miała 

celu. Chcieli my zobaczy  Teremander, gór , która wznosi si  tam ponad Lodem. 

Niewielu ludzi ogl dało j  z l du.  

Jedzenie było gotowe, co  zupełnie innego ni  g sta papka z otr bów w 

gospodarstwie Pulefen. Smakowało jak pieczone kasztany na Ziemi i wspaniale 

parzyło usta. Było mi ciepło i czułem si  znakomicie.  

- Najlepsze rzeczy na Gethen jadłem zawsze w pana towarzystwie - 

powiedziałem.  

- Nie na bankiecie w Misznory.  

- Tak, to prawda... Pan chyba nienawidzi Orgoreynu.  

- Mało kto tutaj ma poj cie o gotowaniu. Czy nienawidz  Orgoreynu? Nie, 

dlaczego? Jak mo na nienawidzi  albo kocha  kraj? Tibe o niczym innym nie 

mówi, ale ja tego nie rozumiem. Znam ludzi, znam miasta, wioski, wzgórza, rzeki 

i skały, wiem, jak jesieni  sło ce zachodzi za pewnym polem w górach, ale jaki 

sens ma przecinanie tego wszystkiego granic  i nadawanie temu nazwy po to, 

eby przesta  to kocha  od linii, gdzie nazwa przestaje obowi zywa ? Co to jest 

miło  do swojego kraju? Czy to oznacza nienawi  do innych krajów? W takim 

razie to nic dobrego. Mo e to po prostu miło  własna? W takim razie to nic 

złego, ale nie nale y z tego robi  cnoty ani profesji... Kocham wzgórza domeny 

Estre, tak jak kocham  ycie, ale taka miło  nie zna granicy, za któr  zaczyna si  

nienawi . A poza tym jestem, mam nadziej , ignorantem.  

Ignorancja w rozumieniu handdary. Ignorowa  abstrakcje, trzyma  si  

rzeczy. Było w tym podej ciu co  kobiecego, odrzucenie abstrakcji, idei, 

podporz dkowanie si  temu, co dane, co , co budziło moj  niech .  

Zaraz jednak sumiennie dodał:  

background image

 

119 

- Człowiek, który nie  ywi wstr tu do złej władzy, jest głupcem. A gdyby na 

wiecie istniało co  takiego jak dobra władza, słu enie jej byłoby wielk  rado ci .  

Tutaj si  rozumieli my.  

- Wiem co  o tej rado ci - powiedziałem.  

- Tak mi si  wydawało.  

Opłukałem nasze miski gor c  wod  i wylałem pomyje przez  luz  wej ciow . 

Na zewn trz było ciemno cho  oko wykol. Padał drobny i rzadki  nieg, widoczny 

w owalnym słupie matowego  wiatła ze  luzy. Zamkni ci powtórnie w suchym 

cieple namiotu rozwin li my  piwory. Estraven powiedział: "Prosz  mi da  te 

miski, panie Ai" czy co  takiego, na co spytałem:  

- Czy b dziemy tak sobie mówi  na "pan" przez cały Lód Gobry ski?  

Spojrzał na mnie i roze miał si .  

- Nie wiem, jak si  mam do pana zwraca .  

- Nazywam si  Genly Ai.  

- Wiem, ale pan u ywa mojego nazwiska klanowego.  

- Ja te  nie wiem, jak si  do pana zwraca .  

- Harth.  

- A ja jestem Ai. Do kogo mówi si  po imieniu?  

- Do braci z ogniska albo przyjaciół - powiedział i mówi c to był odległy, poza 

moim zasi giem, pół metra ode mnie w namiocie szeroko ci dwu i pół metra Nie 

było na to odpowiedzi. Czy jest co  bardziej aroganckiego ni  szczero ? 

Zmro ony, w lizgn łem si  do  piwora.  

- Dobranoc, panie Ai - powiedział człowiek z innej planety.  

- Dobranoc, panie Harth - odpowiedział drugi człowiek z innej planety.  

Przyjaciel. Kto jest przyjacielem na  wiecie, gdzie ka dy przyjaciel mo e po 

zmianie ksi yca sta  si  kochankiem? Ja, ograniczony swoj  m sko ci , nie 

mog  by  przyjacielem Therema Hartha ani  adnego innego członka jego rasy. 

Ani m czy ni, ani kobiety, ani jedno i drugie, cykliczni, ksi ycowi, zmieniaj cy 

si  pod dotkni ciem r ki, podrzutki w kołysce ludzko ci, nie byli z mojego ciała, 

nie mogło by  mi dzy nami przyja ni ani miło ci.  

Zasn li my. Obudziłem si  raz i usłyszałem  nieg mi kko i grubo padaj cy na 

namiot.  

Estraven ju  o  wicie szykował  niadanie. Dzie  wstawał pogodny. 

Spakowali my si  i byli my gotowi do drogi, kiedy sło ce ozłociło wierzchołki 

karłowatych krzaków rosn cych na obrze u kotlinki. Estraven ci gn ł w 

uprz y, a ja pchałem i sterowałem z tyłu. Na  niegu zaczynała si  tworzy  

skorupa i na nie zaro ni tych zboczach biegli my jak na wy cigach psich 

zaprz gów. Tego dnia szli my skrajem lasu granicz cego z gospodarstwem 

Pulefen, a nast pnie weszli my do niego. Był to las karłowatych, poskr canych, 

obwieszonych soplami lodu drzew thore. Nie odwa yli my si  korzysta  z głównej 

drogi na północ, ale czasami mogli my korzysta  z dróg le nych wiod cych w tym 

kierunku, a  e w dobrze utrzymanym lesie nie było poszycia ani zwalonych 

drzew, szło nam si  dobrze. Odk d znale li my si  w Tarrenpeth, mniej było 

jarów i stromych grzbietów. Wieczorem licznik przy saniach pokazał trzydzie ci 

kilometrów, a byli my mniej zm czeni ni  poprzedniego wieczoru.  

background image

 

120 

Jedyn  zalet  zimy na Zimie s  długie dni. Planeta ma zaledwie kilka stopni 

odchylenia od płaszczyzny ekliptyki, zbyt mało,  eby wywoła  odczuwalne 

ró nice pół roku w małych szeroko ciach geograficznych. Pory roku tutaj nie 

obejmuj  jednej półkuli, ale cały glob, s  wynikiem elipsoidalnej orbity. Na 

dalekim i wolnym odcinku orbity, w okolicy aphelium, zmniejszenie 

promieniowania słonecznego narusza ju  i tak skomplikowane układy 

klimatyczne, ochładza to, co i tak jest ju  zimne, i zmienia wilgotne, szare lato w 

biał , burzliw  zim . Suchsza ni  reszta roku, zima mogłaby by  całkiem 

przyjemna, gdyby nie mrozy. Sło ce, kiedy jest widoczne, stoi wysoko, nie ma 

tego powolnego zaniku  wiatła jak w podbiegunowych strefach na Ziemi, gdzie 

chłód i mrok chodz  w parze. Gethen ma jasne zimy, ostre, srogie, ale jasne.  

Przebycie lasu Tarrenpeth zaj ło nam trzy dni. Ostatniego dnia Estraven 

zatrzymał si  i rozbił namiot wcze nie,  eby zastawi  sidła na pesthry. Nale  one 

do najwi kszych zwierz t l dowych na Zimie, s  jajorodnymi ro lino ercami 

rozmiarów lisa ze wspaniałym szarym lub białym futrem. Chodziło mu o mi so, 

bo pesthry s  jadalne. Wła nie odbywały w drówk  na południe. S  tak płochliwe 

i zwinne,  e widzieli my je najwy ej dwa albo trzy razy podczas naszej w drówki, 

ale ka da polanka w lesie była poci ta niezliczonymi tropami i wszystkie 

wskazywały na południe. Po jakich  dwóch godzinach sidła Estravena były pełne. 

Wypatroszył i po wiartował sze  zwierzaków, powiesił cz  mi sa,  eby 

zamarzło, a reszt  przeznaczył na nasz wieczorny posiłek. Gethe czycy nie s  

my liwymi, bo nie bardzo jest na co polowa ; nie ma du ych ro lino erców, nie 

ma wi c i du ych mi so erców, chyba  e w kipi cych  yciem morzach. Łowi  

ryby i uprawiaj  ziemi . Nigdy przedtem nie widziałem Gethe czyka z 

zakrwawionymi r kami.  

Estraven spojrzał na białe skórki.  

- Tygodniowe mieszkanie i wikt trapera - powiedział. - Pójd  na marne. Podał 

mi jedn ,  ebym dotkn ł. Futro było tak grube i delikatne,  e człowiek nie był 

pewien, czy go ju  dotkn ł. Nasze  piwory, płaszcze i kaptury były podszyte tym 

samym futrem, znakomicie chroni cym od zimna i pi knym.  

- Szkoda ich - powiedziałem - na zup . Estraven rzucił mi krótkie, ciemne 

spojrzenie.  

- Potrzebujemy białka - stwierdził i wyrzucił skórki w  nieg, gdzie przez noc 

russy, małe zajadłe szczurow e, po r  je wraz z wn trzno ciami i ko mi, a 

potem jeszcze wyli  krew ze  niegu.  

Miał racj , zazwyczaj miał racj . Ka da pesthra to pół kilograma do 

kilograma jadalnego mi sa. Tego wieczoru zjadłem swoj  połówk  zupy, a 

mogłem bez trudu zje  i drug . Nast pnego ranka, kiedy wyruszyli my w góry, 

byłem dwa razy lepszym silnikiem do sanek ni  poprzedniego dnia.  

Zacz li my podchodzi  w gór . Dobroczynny  nieg i kroxet, czyli bezwietrzna 

pogoda przy temperaturze umiarkowanie minusowej, które nam dot d 

towarzyszyły w drodze przez las Tarrenpeth i pomagały wydosta  si  poza 

prawdopodobny zasi g pogoni, teraz ust piły miejsca paskudnej temperaturze 

powy ej zera i deszczowi. Zacz łem rozumie , czemu Gethe czycy skar  si , 

je eli w zimie temperatura wzrasta, a ciesz  si , je eli spada. W mie cie deszcz 

jest uprzykrzeniem, dla podró nego to kl ska. Przez całe przedpołudnie 

background image

 

121 

wci gali my sanki na zbocza Sembensyenu w gł bokiej, lodowatej kaszy mokrego 

niegu. Po południu na bardziej stromych stokach  niegu ju  prawie nie było. 

Potoki deszczu, kilometry błota i  wiru. Zło yli my płozy, zamontowali my koła i 

szli my dalej. Sanki w roli wózka mogły doprowadzi  do rozpaczy, co chwila 

utykały albo przewracały si . Ciemno ci zapadły, zanim udało nam si  znale  

osłoni te miejsce pod skał  albo grot , gdzie mogliby my rozbi  namiot, i mimo 

naszych stara  wszystko mieli my mokre. Estraven uprzedzał,  e taki namiot jak 

nasz zapewni nam wygodne schronienie przy ka dej pogodzie pod warunkiem,  e 

b dzie suchy w  rodku.  

- Z chwil  kiedy przemokn   piwory, traci si  zbyt du o cieplika w nocy i 

człowiek si  nie wysypia. Przy naszych skromnych racjach  ywno ciowych nie 

mo emy sobie na to pozwoli . Poniewa  nie mo emy liczy  na to,  e uda nam si  

wysuszy  na sło cu, nie wolno nam dopu ci  do zamoczenia rzeczy.  

Słuchałem i równie skrupulatnie jak on strzegłem wn trza namiotu przed 

niegiem i wod . Była w nim tylko nieunikniona para z gotowania oraz to, co 

wyparowało z naszych ciał. Ale tego wieczoru wszystko przemokło, zanim udało 

nam si  postawi  namiot. Paruj c kulili my si  nad piecykiem i wkrótce mieli my 

g st  zup  z mi sa pesthry, gor c  i po ywn , prawie rekompensuj c  wszystko 

inne. Licznik przy sankach ignoruj c całodzienn  mordercz  wspinaczk  pod 

gór  pokazywał,  e przebyli my tylko trzyna cie kilometrów.  

- Pierwszy dzie , kiedy nie wykonali my naszej normy - powiedziałem.  

Estraven kiwn ł głow  i zr cznie rozłupał ko  udow ,  eby wydoby  szpik. 

Zdał mokr  odzie  zewn trzn  i siedział tylko w koszuli i spodniach, boso, z 

rozpi tym kołnierzem. Mnie nadal było za zimno,  ebym mógł zdj  płaszcz, hieb 

i buty. A on siedział rozłupuj c ko ci szpikowe, schludny, twardy, nie do zdarcia, 

z jego gładkich jak futro włosów woda spływała jak po piórach ptaka, krople jak 

z okapu domu spadały mu na ramiona, a on tego jakby nie zauwa ał. Nie 

wygl dał na przygn bionego. Był u siebie.  

Pierwszy posiłek mi sny wywołał u mnie lekkie skurcze  oł dka, które tej 

nocy nasiliły si . Le ałem w wilgotnej ciemno ci w ród odgłosów deszczu i nie 

mogłem zasn . Przy  niadaniu powiedział:  

- Miał pan zł  noc.  

- Sk d pan wie? - spytałem, bo spał gł bokim snem, prawie bez ruchu, nawet 

kiedy wychodziłem z namiotu.  

Posłał mi swoje dziwne spojrzenie.  

- Co panu jest? - spytał.  

- Biegunka. Skrzywił si .  

- To mi so - powiedział ze zło ci .  

- Chyba tak.  

- To moja wina. Powinienem...  

- Nic takiego.  

- Mo e pan i ?  

- Tak.  

Deszcz padał i padał. Zachodni wiatr od morza utrzymywał do  wysok  

temperatur  nawet tutaj, na wysoko ci tysi ca-tysi ca dwustu metrów. W szarej 

mgle i strugach deszczu nie widzieli my nigdy dalej ni  na czterysta metrów. 

background image

 

122 

Nawet nie podnosiłem głowy,  eby spojrze  na góry wokół nas: wida  było i tak 

tylko deszcz. Szli my według kompasu, kieruj c si  tak daleko na północ, jak 

tylko pozwalał kierunek i nachylenie pot nych zboczy.  

Przechodził t dy lodowiec nast puj c i cofaj c si  w ci gu setek i tysi cy lat. 

W granitowych zboczach wy łobione zostały długie i proste rynny o przekroju 

litery "U". Czasami udawało nam si  ci gn  sanki wzdłu  tych rys jak po 

drodze.  

Najlepiej czułem si , kiedy ci gn łem: mogłem pochyli  si  w uprz y, a 

wysiłek mnie rozgrzewał. Kiedy zatrzymali my si  w południe na mały posiłek, 

siedziałem chory, marzłem i nie mogłem je . Poszli my dalej, znów pod gór . 

Deszcz padał i padał, i padał. W  rodku popołudnia Estraven wybrał miejsce na 

postój pod wielkim nawisem czarnej skały. Prawie postawił namiot, zanim 

uwolniłem si  z uprz y. Kazał mi wej  do  rodka i poło y  si .  

- Nic mi nie jest - zaprotestowałem.  

- Nieprawda - powiedział. - Prosz  wej  do  rodka. Posłuchałem, ale nie 

podobał mi si  jego ton. Kiedy wszedł do namiotu z naszymi wieczornymi 

racjami, usiadłem,  eby wzi  si  do gotowania, bo była moja kolej. Tym samym 

rozkazuj cym tonem powiedział mi,  ebym le ał.  

- Nie musi mi pan tak rozkazywa  - powiedziałem. - Przepraszam - rzucił bez 

przekonania odwrócony do mnie plecami.  

- Nie jestem chory, rozumie pan?  

- Nie, nie rozumiem. Je eli nie mówi pan prawdy, musz  kierowa  si  pana 

wygl dem. Nie odzyskał pan jeszcze sił, a droga była ci ka. Nie wiem, gdzie s  

granice pana wytrzymało ci.  

- Powiem, kiedy do nich dojd .  

Dra niło mnie,  e mnie tak traktuje z wy szo ci . Był o głow  ni szy ode mnie 

i zbudowany bardziej jak kobieta ni  jak m czyzna, wi cej tłuszczu ni  mi ni. 

Kiedy ci gn li my razem, musiałem skraca  krok i hamowa  si ,  eby si  do 

niego dostosowa , ogier w zaprz gu z mułem...  

- Wi c nie jest ju  pan chory?  

- Nie. Jestem tylko zm czony. Pan te .  

- Tak, to prawda - powiedział. - Niepokoiłem si  o pana. Mamy przed sob  

dług  drog .  

Nie chciał okazywa  wy szo ci. My lał,  e jestem chory, a chorzy musz  

słucha . Był szczery i oczekiwał ode mnie takiej samej szczero ci, do której, by  

mo e, nie byłem zdolny. On nie miał wyobra e  o "m sko ci", które 

komplikowałyby jego poczucie dumy.  

Z drugiej strony, je eli on mógł obni y  swoje standardy co do szifgrethoru, 

jak to zrobił w stosunku do mnie, to mo e i ja mógłbym pozby  si  cz ci 

instynktu współzawodnictwa wynikaj cego z poczucia m skiej godno ci, z której 

on tyle rozumiał, co ja z jego szifgrethoru...  

- Ile zrobili my dzisiaj?  

Rozejrzał si  dokoła i z łagodnym u miechem powiedział:  

- Dziewi  kilometrów.  

Nast pnego dnia przeszli my jedena cie kilometrów, nast pnego osiemna cie, 

a jeszcze nast pnego wyszli my z deszczu, chmur i strefy, w której mo na jeszcze 

background image

 

123 

napotka  ludzi. Był to dziewi ty dzie  naszej podró y. Znajdowali my si  około 

dwóch tysi cy metrów nad poziomem morza, na wysokim płaskowy u pełnym 

oznak niedawnych ruchów górotwórczych i wulkanizmu. Byli my w Ognistych 

Wzgórzach pasma Sembensyenu. Płaskowy  zw ał si  stopniowo w dolin , która 

przechodziła mi dzy długimi grzbietami. Kiedy zbli yli my si  do uj cia doliny, 

zimny północny wiatr potargał i rozp dził resztki deszczowych chmur obna aj c 

szczyty po prawej i po lewej stronie, bazalt i  nieg, mozaika czerni i jaskrawej 

bieli w nagłym blasku sło ca z o lepiaj cego nieba. Przed nami, odsłoni te tym 

samym pot nym podmuchem wiatru, le ały w dole kr te doliny pokryte lodem i 

głazami. Doliny przegradzała pot na  ciana,  ciana lodu, i wznosz c wzrok 

wy ej, a  do skraju  ciany, ujrzeli my w całej okazało ci Lód, lodowiec Gobrin, 

ol niewaj co biały, tak  biel , której nie wytrzymywały oczy, ci gn cy si  bez 

ko ca ku najdalszej północy.  

Tu i ówdzie z dolin zasypanych rumowiskiem, z urwisk, załomów i bloków na 

skraju tego olbrzymiego pola lodowego wznosiły si  czarne grzbiety. Jedna wielka 

masa wyrastała z białej równiny do wysoko ci szczytów skalnej bramy, w której 

stali my, i z jej boku wypływał ci ko przeszło kilometrowej długo ci pióropusz 

dymu. Dalej wida  było nast pne: wierzchołki, turnie, czarne wypalone sto ki na 

bieli  niegu. Rozdziawione ogniste paszcze ziały z lodu dymem.  

Estraven stał obok mnie w uprz y patrz c na to wspaniałe i nieopisane 

pustkowie.  

- Ciesz  si ,  e do yłem chwili, kiedy mog  to zobaczy  - powiedział.  

Czułem to samo co on. Dobrze jest mie  cel na ko cu podró y, ale w ko cu to 

podró  jest wa na.  

Tutaj, na północnych zboczach, nie padał deszcz. Pola  niegu rozci gały si  z 

przeł czy ku morenowym dolinom. Spakowali my koła, zdj li my pokrowce z 

płóz, zało yli my narty i zjechali my w dół, na północ, przed siebie, w milcz cy 

bezmiar lodu i ognia, na którym ogromnymi czarnymi literami na białym tle 

przez cały kontynent wypisane było słowo  MIER . Sanki jechały same i 

miali my si  z rado ci.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

124 

Rozdział 16

 

 

Mi dzy Drumnerem a Dremegole

 

 

Odyrny thern. Ai pyta ze swojego  piwora:  

- Co pan tam pisze, Harth?  

- Sprawozdanie.  mieje si .  

- Powinienem prowadzi  dziennik dla archiwum Ekumeny, ale nie potrafi  

tego robi  bez aparatu do zapisywania głosu.  

Wyja niam,  e moje notatki s  przeznaczone dla rodu Estre, który, je eli 

zechce, wł czy je do archiwum domeny. To skierowało moje my li ku ognisku i 

synowi; próbuj  je odwróci  i pytam:  

- Pana rodzic... to znaczy rodzice... czy  yj ?  

- Nie - odpowiada Ai - od siedemdziesi ciu lat nie  yj .  

To mnie zdziwiło, bo Ai nie ma jeszcze trzydziestu lat.  

- Czy wasze lata s  innej długo ci ni  nasze?  

- Nie. A, rozumiem. To przeskoki czasowe. Dwadzie cia lat z Ziemi do Hain-

Davenant, stamt d pi dziesi t na Ollul, z Ollul tutaj siedemna cie.  yłem poza 

Ziemi  tylko siedem lat, ale urodziłem si  tam sto dwadzie cia lat temu.  

Dawno temu w Erhenrangu tłumaczył mi, jak czas skraca si  na statkach, 

które p dz  mi dzy gwiazdami prawie z szybko ci   wiatła, ale jako  nie 

wi załem tego faktu z długo ci   ycia ludzkiego albo z  yciem ludzi, których 

zostawia si  na rodzinnej planecie. Podczas gdy on  ył kilka godzin w jednym z 

tych niewyobra alnych statków lec cych od planety do planety, wszyscy, których 

pozostawił w domu, starzeli si  i umierali, ich dzieci zamieniały si  w starców... - 

My lałem,  e to ja jestem wygna cem - powiedziałem po chwili.  

- "Ty dla mnie, ja dla ciebie" - powiedział i znów si  roze miały słaby, 

podnosz cy na duchu odgłos w tej przygniataj cej ciszy. Ostatnie trzy dni od 

zej cia z przeł czy były wypełnione ci k , daremn  prac , ale Ai nie jest ju  ani 

przygn biony, ani zbyt optymistyczny, i ma wi cej cierpliwo ci do mnie. Mo e to 

sprawa wypocenia narkotyków, a mo e nauczyli my si  i  w jednej uprz y.  

Cały dzie  zaj ło nam schodzenie z bazaltowej ostrogi, na któr  wczoraj cały 

dzie  wchodzili my. Z doliny wygl dało to na dobr  drog  na Lód, ale im wy ej 

wchodzili my, tym bardziej  liskie i gładkie skały napotykali my, coraz bardziej 

strome, a  w ko cu nie mogli my ich pokona  nawet bez sanek. Dzisiaj jeste my 

na powrót u jej stóp na morenie, w dolinie głazów. Nic tu nie ro nie. Skała, 

rumosz, głazy, glina, błoto. J zor lodowca wycofał si  z tego zbocza przed 

pi dziesi ciu czy stu laty pozostawiaj c na wierzchu gołe ko ci planety, bez 

mi sa gleby i traw. Tu i ówdzie fumarole rozsnuwaj   ółtaw  mgł  pełzaj c  

nisko nad gruntem. W powietrzu czu  zapach siarki. 11 stopni, bez wiatru. Mam 

nadziej ,  e nie b dzie du ych opadów  niegu, póki nie przejdziemy ci kiego 

terenu st d do j zora lodowca, który widzieli my z grzbietu skalnego w odległo ci 

kilkunastu kilometrów na zachód. Wygl dało,  e jest to szeroka rzeka lodu 

spływaj ca z płaskowy u mi dzy dwoma sto kami wulkanicznymi zwie czonymi 

par  i dymem. Je eli uda nam si  wej  na ten j zor ze zbocza bli szego wulkanu, 

mo e on nam posłu y  za drog  na lodow  wy yn . Na wschód od nas mniejszy 

background image

 

125 

j zor schodzi do zamarzni tego jeziora, ale ten jest kr ty i nawet st d wida  na 

nim wielkie szczeliny, nie do pokonania z naszym wyposa eniem. Uzgodnili my, 

e spróbujemy j zora mi dzy wulkanami, mimo  e id c ku niemu na zachód 

tracimy co najmniej dwa dni w stosunku do naszego celu, jeden w drodze na 

zachód i drugi dla odzyskania tej odległo ci.  

Opposthe thern. Pada neserem .  

    Posuwanie si  niemo liwe. Obaj spali my cały dzie . Ci gniemy sanki od 

blisko pół miesi ca, ten sen nam si  przyda.  

Ottormenbod thern. Neserem. Dosy  snu. Ai nauczył mnie ziemskiej gry 

zwanej "go", rozgrywanej małymi kamieniami na polu z kwadratów. Znakomita, 

trudna gra. Jak zauwa ył, kamieni do gry jest tu pod dostatkiem.  

Znosi zimno całkiem dobrze, a gdyby wystarczała do tego sama odwaga, 

czułby si  na mrozie jak  nie ny robak. Wygl da dziwnie opatulony w hieb i 

płaszcz z naci gni tym kapturem, kiedy jest raptem kilka stopni poni ej zera, ale 

kiedy ci gniemy sanki i wyjrzy sło ce albo wiatr jest słabszy, zaraz zdejmuje 

płaszcz i poci si  jak jeden z nas. Musimy i  na kompromis w sprawie 

ogrzewania namiotu. On chciałby mie  gor co, ja chłodno, a wygoda jednego 

oznacza zapalenie płuc u drugiego. Robimy co  po redniego i on si  trz sie, kiedy 

nie jest w  piworze, a ja si  poc , kiedy wejd  do  piwora. Ale bior c pod uwag , 

jakie odległo ci przebyli my, zanim znale li my si  w tym wspólnym namiocie, to 

i tak jest to sukces.  

Getheny thanern. Pogoda po zawiei, wiatr ucichł, temperatura około 10 stopni 

przez cały dzie . Znajdujemy si  w dolnej cz ci zachodniego zbocza bli szego 

wulkanu. Na mojej mapie Orgoreynu nazywa si  on Dremegole. Jego towarzysz 

po drugiej stronie lodowej rzeki nazywa si  Drumner. Mapa jest marna, od 

zachodu wida  wielki szczyt, który nie jest na niej w ogóle zaznaczony, wszystkie 

proporcje s  zniekształcone. Widocznie Orgotowie niecz sto zagl daj  na swoje 

Ogniste Wzgórza. Co prawda nie bardzo jest tu po co zagl da , chyba  e po 

wspaniałe widoki. Dzisiaj zrobili my siedemna cie kilometrów, ci ka robota, 

cały czas skała. Ai ju   pi. Skr ciłem sobie stop  szarpi c si  jak idiota, kiedy 

noga uwi zła mi mi dzy dwoma giczami, i przez całe popołudnie kulałem. Mam 

nadziej ,  e przez noc mi przejdzie. Jutro powinni my stan  na lodowcu.  

Nasze zapasy  ywno ci zdaj  si  kurczy  niepokoj co szybko, ale to dlatego, 

e jedli my głównie produkty zajmuj ce najwi cej miejsca. Mieli my około 

pi dziesi ciu kilogramów nie przetworzonej  ywno ci, połow  z tego stanowiło 

to, co ukradłem w Turufie. Trzydzie ci kilogramów tego poszło po pi tnastu 

dniach podró y. Zacz łem u ywa  giczy-zniczy, po pół kilo dziennie, zostawiaj c 

dwa worki kiełków kadiku, troch  cukru i skrzynk  suszonych płatów rybnych 

na pó niej, dla urozmaicenia. Ciesz  si ,  e pozbyli my si  tych ci kich 

produktów z Turufu, l ej ci gn  sanki.  

Sordny thanern. Kilka stopni poni ej zera, pada deszcz ze  niegiem, wiatr 

dmie wzdłu  lodowej rzeki jak przeci g w tunelu. Rozbili my namiot o jakie  

czterysta metrów od skraju na długim, płaskim płacie firnu. Droga ze stoku 

Dremegole była stroma i zdradliwa, po nagich skałach i rumowiskach. Skraj 

lodowca poci ty szczelinami i tak pokryty  wirem i kamieniami wprasowanymi w 

lód,  e tu te  próbowali my ci gn  sanki na kołach. Zanim przejechali my sto 

background image

 

126 

metrów, koło nam si  zaklinowało i zgi ła si  o . Odt d zostaj  nam tylko płozy. 

Zrobili my dzi  tylko sze  kilometrów, nadal w złym kierunku. J zor lodowca 

prowadzi, jak si  zdaje, długim łukiem na zachód i pod gór  na płaskowy  

Gobrin. Tutaj, mi dzy wulkanami, ma około sze ciu kilometrów szeroko ci i 

droga jego  rodkiem nie powinna by  zbyt uci liwa, chocia  jest bardziej 

sp kany, ni  na to liczyłem, a jego powierzchnia rozmi kła.  

Drumner jest czynny. M awka marzn ca na wargach ma smak dymu i siarki. 

Od zachodu przez cały dzie  wisiała w powietrzu ciemno  widoczna nawet pod 

deszczowymi chmurami. Co jaki  czas wszystko wokół -- chmury, marzn cy 

deszcz, lód, powietrze -- przybiera barw  matowoczerwon , a potem stopniowo 

wraca do szaro ci. Lodowiec lekko dr y pod naszymi stopami.  

Eskiczwe rem ir Her wysun ł hipotez ,  e działalno  wulkaniczna w 

północno-wschodnim Orgoreynie i na Archipelagu nasila si  od dziesi ciu lub 

nawet dwudziestu tysi cleci, co zapowiada koniec Lodu, a przynajmniej jego 

cofni cie si  i okres mi dzylodowcowy. Dwutlenek w gla wypuszczany przez 

wulkany do atmosfery z czasem znowu zacznie działa  jako warstwa izolacyjna 

zatrzymuj ca długie fale energii cieplnej odbite od powierzchni planety, ale 

przepuszczaj ca bez strat bezpo rednie promieniowanie słoneczne.  rednia 

temperatura na planecie miałaby według niego wzrosn  w ko cu o około 

osiemnastu stopni, dochodz c do dwudziestu stopni. Ciesz  si ,  e mnie ju  przy 

tym nie b dzie. Ai twierdzi,  e podobne teorie były wysuwane przez ziemskich 

uczonych dla wyja nienia niepełnego wycofania si  u nich ostatniego okresu 

lodowcowego. Wszelkie tego typu teorie s  na ogół nie do udowodnienia i nie do 

obalenia. Nikt nie wie z cał  pewno ci , dlaczego lód przychodzi i dlaczego 

odchodzi.  nieg naszej niewiedzy pozostaje dziewiczy.  

Nad Drumnerem płonie teraz w ciemno ci wielka łuna przy mionego ognia.  

Eps thanern. Licznik wskazuje dzisiaj dwadzie cia pi  przebytych 

kilometrów, ale w linii prostej nie oddalili my si  wi cej ni  o dwana cie 

kilometrów od ostatniego noclegu. Jeste my wci  na lodowej przeł czy mi dzy 

dwoma wulkanami. Drumner jest czynny. Ogniste w e spełzaj  z jego czarnych 

zboczy. widoczne. kiedy wiatr rozp dza skł bione kotłuj ce si  chmury popiołu, 

dymu i białej pary. Powietrze wypełnia nieustannie  wiszcz cy odgłos tak pot ny 

i przeci gły,  e niesłyszalny, kiedy si  przystaje,  eby go posłucha , a jednak 

wypełniaj cy wszystkie zakamarki istnienia. Lodowiec dr y nieustannie, trzaska i 

p ka, trz sie si  pod naszymi nogami. Wszystkie mosty  nie ne, jakie zawieja 

mogła przerzuci  nad szczelinami, zostały str cone, strz ni te przez te wibracje i 

podskoki lodu i ziemi pod lodem. Chodzimy w t  i z powrotem szukaj c ko ca 

szczeliny, która grozi połkni ciem naszych sa  w cało ci, potem szukamy ko ca 

nast pnej szczeliny i stale zmuszani do chodzenia ze wschodu na zachód 

usiłujemy posuwa  si  na północ. Dremegole przez solidarno  z bólami 

porodowymi Drumnera st ka i pierdzi cuchn cym dymem.  

Ai odmroził sobie powa nie twarz dzi  przed południem. Nos, uszy i brod  

miał martwo szare, kiedy przypadkiem na niego spojrzałem. Masa em 

przywróciłem mu obieg krwi i  adnych nast pstw nie b dzie, ale musimy by  

ostro niejsi. Wiatr wiej cy od Lodu jest, trzeba to sobie powiedzie , 

mierciono ny, a wieje nam prosto w twarz, kiedy ci gniemy.  

background image

 

127 

B d  zadowolony, kiedy zejdziemy z tego poci tego i pomarszczonego j zora 

lodu mi dzy dwoma warcz cymi potworami. Góry powinno by  wida , a nie 

słycha .  

Arkad thanern. Pada troch  sove, temperatura mi dzy -7 a -10. Zrobili my 

dzi  osiemna cie kilometrów, z tego około siedmiu nie na darmo, i  ciana lodowca 

wyra nie si  przybli yła na północy, ponad nami. Widzimy teraz, ze nasza rzeka 

lodowa ma wiele kilometrów szeroko ci,  e to, co mi dzy Drumnerem a 

Dremegole uwa ali my za "rami ", jest tylko jednym palcem, i teraz znajdujemy 

si  na grzbiecie dłoni. Ogl daj c si  za siebie z tego obozu widzi si  lodow  rzek  

porozdzielan , porozrywan  i skł bion  przez czarne dymi ce szczyty, które 

zagradzaj  jej drog . Patrz c przed siebie widzimy, jak si  rozszerza, wznosi i 

lekko wije, olbrzymia w porównaniu z czarnymi grzbietami skał, a  wreszcie 

spotyka si  ze  cian  lodu wysoko nad zasłon  chmur, dymu i  niegu. Razem ze 

niegiem pada popiół i  u el, którego kawałki pokrywaj  lód albo s  we  

wtopione. Dobre podło e do marszu, ale raczej ci kie dla sanek i płozy 

wymagaj  ju  nowej warstwy ochronnej. Kilka razy wulkaniczne bomby spadły 

całkiem blisko nas. Sycz  wtedy gło no i wytapiaj  sobie ło ysko w lodzie. 

Drobny  u el b bni padaj c ze  niegiem. Pełzniemy niesko czenie powoli ku 

północy przez brudny chaos tworz cego si   wiata.  

Niech b dzie pochwalone wci  trwaj ce dzieło Stworzenia!  

Netherhad thanern. Od rana nie pada, pochmurno i wietrznie, około o miu 

stopni mrozu. Wielki, rozgał ziaj cy si  j zor lodowca, po którym idziemy, 

wpływa do doliny od zachodu, a my znajdujemy si  na jej wschodnim ko cu. 

Dremegole i Drumner s  ju  za nami, chocia  ostry grzbiet Dremegole nadal 

widoczny jest od wschodu prawie na wysoko ci oczu. Dowlekli my si  do miejsca, 

w którym musimy postanowi , czy i  długim, skr caj cym na zachód łukiem 

lodowej rzeki i stopniowo dosta  si  na płaskowy  lodowca, czy te  wspina  si  na 

lodowe urwiska o półtora kilometra na północ od dzisiejszego obozu i 

zaoszcz dzi  sobie trzydzie ci do czterdziestu kilometrów ci gni cia sanek za cen  

ryzyka.  

Ai woli ryzyko.  

Jest w nim jaka  krucho : Jest cały bezbronny, obna ony, wra liwy, 

wł cznie z jego organem płciowym, który musi stale nosi  na zewn trz. Ale 

jednocze nie jest silny, niewiarygodnie silny. Nie jestem pewien, czy mo e ci gn  

dłu ej ode mnie, ale mo e ci gn  mocniej i szybciej, dwukrotnie mocniej. Potrafi 

unie  sanki z przodu lub z tyłu przy pokonywaniu przeszkód. Ja nie mógłbym 

unie  i trzyma  takiego ci aru, chyba  e byłbym w dothe. Do tej swojej 

krucho ci i siły ma odpowiedniego ducha, łatwo wpadaj cego w rozpacz i zawsze 

gotowego do oporu: gwałtown . ,niecierpliw  odwag . Powolna, ci ka, 

nieefektywna praca, jak  teraz wykonujemy, wyczerpuje jego ciało i wol , i 

gdyby był człowiekiem mojej rasy, powinienem uzna  go za tchórza, ale on wcale 

nie jest tchórzem. Ma zawsze na podor dziu brawur , jakiej nigdy dot d nie 

spotkałem. Jest gotów, wi cej, pali si  do tego,  eby zaryzykowa   ycie w szybkiej 

i bezwzgl dnej próbie przepa ci.  

"Ogie  i strach to dobrzy słudzy, ale  li panowie". U niego strach jest sług . 

Ja pozwoliłbym,  eby strach prowadził mnie dłu sz  drog . Odwaga i rozum s  

background image

 

128 

po jego stronie. Co mo e da  szukanie bezpiecznej drogi w takiej wyprawie jak 

nasza? S  drogi głupie, którymi nie pójd , ale bezpiecznych nie ma.  

Streth thanern. Nie mamy szcz cia. Nie dało si  wci gn  sanek na gór , cho  

próbowali my przez cały dzie . Wiatr miecie  niegiem sove zmieszanym z 

popiołem. Przez cały dzie  było ciemno, bo wiatr z zachodu niósł na nas dym z 

Drumnera. Tutaj w górze dr enie lodu jest mniejsze, ale kiedy usiłowali my 

wspi  si  na lodow   cian , przyszedł pot ny wstrz s, str cił sanki z miejsca, w 

którym je zaklinowali my, i ja te  osun łem si  o prawie dwa metry, ale Ai miał 

dobry uchwyt i jego siła uratowała nas przed stoczeniem si  na sam dół, o jakie  

sze  metrów albo wi cej. Je eli jeden z nas złamie r k  albo nog  przy tych 

wyczynach, b dzie to prawdopodobnie koniec nas obu. Tu wła nie kryje si  

ryzyko, do  paskudne, jak si  zastanowi . Doln  cz  lodowcowej doliny za 

nami wypełnia biała para, tam w dole lawa styka si  z lodem. Nie mamy odwrotu. 

Jutro spróbujemy wspinaczki nieco dalej na zachód.  

Berny thanern. Nadal nie mamy Szcz cia. Musimy i  dalej na zachód. Przez 

cały dzie  ciemno jak o zmroku. Płuca nas bol  nie od zimna (temperatura nie 

spada poni ej minus pi tnastu nawet w nocy przy tym zachodnim wietrze), ale od 

wdychania popiołu i wyziewów wybuchu. Pod koniec tego drugiego dnia 

zmarnowanych wysiłków, wdrapywania si  na lodowe urwiska i rumowiska po 

to, aby zawsze utkn  pod nag   cian  albo przewieszk , dalszych prób i 

kolejnych niepowodze , Ai był wyczerpany i w ciekły. Wygl dał tak, jakby miał 

si  rozpłaka , ale nie płakał. Zdaje si ,  e on uwa a płacz za co  złego albo 

wstydliwego. Nawet kiedy był bardzo chory i słaby, w pierwszych dniach po 

ucieczce, ukrywał przede mn  łzy. Powody osobiste, rasowe, społeczne, seksualne 

sk d mog  wiedzie , dlaczego Ai nie wolno płaka ? A przecie  jego nazwisko jest 

okrzykiem bólu. Kiedy po raz pierwszy odszukałem go w Frhenrangu (teraz 

wydaje si ,  e to było dawno temu) słysz c co  u "obcym", spytałem o jego 

nazwisko i w odpowiedzi usłyszałem okrzyk bólu ludzkiego gardła w  rodku 

nocy. Teraz  pi. Jego ramiona drgaj  kurczowo, zm czenie mi ni.  wiat wokół 

nas, lód i skały, popiół i  nieg, ogie  i ciemno , dr y, wstrz sa si  i pomrukuje. 

Wygl daj c przed minut  zobaczyłem łun  wulkanu jak matowoczerwony kwiat 

na brzuchu pot nych chmur nawisłych nad ciemno ci .  

Orny thanern. Nadal pech. Dwudziesty drugi dzie  naszej podró y i od 

dziesi tego dnia nie posun li my si  ani troch  na wschód, co wi cej, stracili my 

trzydzie ci albo wi cej kilometrów id c na zachód. Od osiemnastego dnia nie 

zrobili my w ogóle  adnego post pu i równie dobrze mogliby my siedzie  na 

miejscu. Je eli uda nam si  kiedy  dosta  na Lód, to czy starczy nam  ywno ci, 

eby go przeby ? My l, od której trudno si  uwolni . Mgła i dym wulkaniczny 

bardzo ograniczaj  widoczno , co nam utrudnia wybór drogi. Ai chce atakowa  

cian  lodowca w ka dym miejscu, gdzie jest cho by najmniejszy  lad półek. 

Niecierpliwi go moja ostro no . Musimy panowa  nad swoimi humorami. Za 

dzie  lub dwa zaczn  kemmer i wszystkie napi cia wzrosn . Tymczasem walimy 

głowami w lodowy mur w zimnym półmroku pełnym popiołu. Gdybym pisał 

nowy kanon jomeszu, tutaj posyłałbym po  mier  złodziei. Złodziei, którzy po 

nocy kradn  w Turufie worki z  ywno ci . Złodziei, którzy kradn  ludziom serce 

background image

 

129 

i nazwisko, nara aj c ich na ha b  i wygnanie. Głowa mi ci y, musz  wykre li  

ten fragment pó niej, teraz jestem zbyt zm czony,  eby do tego wraca .  

Harhahad thanern. Na Lodzie. Dwudziesty trzeci dzie  podró y. Jeste my na 

Lodzie Gobrin. Jak tylko wyruszyli my dzi  rano, zobaczyli my zaledwie o 

kilkaset metrów od miejsca noclegu drog  prowadz c  wprost na Lód, szerok . 

kr t , brukowan  popiołem i kamieniami z lodowcowych rumowisk szos  przez 

urwiska. Poszli my ni  jak po bulwarze nad Sess. Jeste my wi c na Lodzie. 

Idziemy znów na wschód, ku domowi.  

Udziela mi si  rado  Ai z naszego osi gni cia. Trze wo patrz c, jest tu 

równie  le jak dot d. Znajdujemy si  na samym skraju lodowego płaskowy u. 

Szczeliny, niektóre tak szerokie,  e mogłyby si  w nie zapa  całe wsie, nie dom po 

domu, ale całe naraz, biegn  w stron  l du i na północ, jak okiem si gn . 

Wi kszo  z nich przecina nasz  drog , musimy wi c i my i  na północ zamiast 

na wschód. Powierzchnia jest trudna. Przeci gamy sanki mi dzy wielkimi 

bryłami i odłamkami lodu, wypchni tymi przez napór olbrzymiej plastycznej 

pokrywy lodowej na Ogniste Wzgórza. Wyłamane fragmenty maj  niesamowite 

kształty zwalonych baszt, beznogich olbrzymów, katapult. Gruby na półtora 

kilometra Lód tutaj wypi trza si  i pogrubia, usiłuj c przepłyn  nad górami i 

zdusi  ogniste paszcze. W pewnej odległo ci na północ wyrasta z lodu szczyt, 

ostry, zgrabny, nagi sto ek młodego wulkanu, młodszego o tysi ce lat od lodowej 

płyty, która mia d c wszystko wdziera si  mi dzy pot ne grzbiety i wierzchołki, 

nad prawie dwoma kilometrami niewidocznych pod lodem Zboczy.  

W tym dniu odwracaj c si  widzieli my dym Drumnera wisz cy za nami jak 

szarobr zowe przedłu enie Lodu. Przy powierzchni stały wiatr wieje z 

północnego wschodu oczyszczaj c powietrze z sadzy i smrodu wn trzno ci 

planety, którymi oddychali my przez wiele dni, przyciskaj c dym za nami jak 

ciemn  powłok  kryj c  lodowce, doln  cz  gór, kamienne doliny, cał  reszt  

ziemi. Nie ma nic prócz Lodu, mówi Lód. Ale ten młody wulkan na północ od nas 

wydaje si  mie  na ten temat swoje zdanie.  

nieg nie pada, cienka pokrywa wysokich chmur. -21 stopni na płaskowy u o 

wicie. Pod nogami mieszanka firnu, nowego lodu, starego lodu. Nowy lód jest 

zdradziecki, gładkie bł kitne szkło przysypane białym puchem. Obaj le eli my po 

wiele razy. Raz przejechałem na brzuchu z pi  metrów po takiej  lizgawce. Ai 

skr cał si  ze  miechu w uprz y. Przeprosił i wytłumaczył,  e uwa ał siebie za 

jedyn  istot  na Gethen, która przewraca si  na lodzie.  

Dzisiaj trzyna cie mil, ale je eli b dziemy si  starali utrzyma  takie tempo 

w ród tych poci tych, wypi trzonych rys napi ciowych, to zmordujemy si  tak,  e 

b d  si  z nami działy znacznie gorsze rzeczy ni  jazdy na brzuchu. Ksi yc w 

drugiej kwadrze wisi nisko, matowy jak zaschni ta krew; otacza go wielkie 

br zowe opalizuj ce halo.  

Guyrny thanern. Troch   niegu, narastaj cy wiatr i spadaj ca temperatura. 

Dzisiaj znów trzyna cie mil, co daje odległo  384 kilometrów od wyj cia z 

naszego pierwszego obozu. Robili my przeci tnie 16 kilometrów dziennie, prawie 

17 i pół nie licz c dwóch dni, kiedy przeczekiwali my burz   nie n . 100 do I 50 z 

tych kilometrów ci gni cia sanek nie zbli ało nas do celu. Jeste my niewiele bli ej 

Karhidu, ni  kiedy wyruszali my. Ale my l ,  e mamy wi ksz  szans  doj cia.  

background image

 

130 

Odk d wydostali my si  z wulkanicznego mroku, nie  yjemy ju  wył cznie 

prac  i zmartwieniami i znów rozmawiamy w namiocie po kolacji. Poniewa  

jestem w kemmerze, łatwiej by mi było ignorowa  obecno  Ai, ale jest to trudne 

w dwuosobowym namiocie. Problem polega oczywi cie na tym,  e on te  na swój 

dziwny sposób jest w kemmerze, zawsze jest w kemmerze. Musi to by  dziwne, 

rozcie czone po danie, rozło one na wszystkie dni roku i bez mo liwo ci 

wyboru płci, ale jakie jest, takie jest, a tu jestem ja. Dzi  wieczorem dojmuj ca 

fizyczna  wiadomo  jego obecno ci była szczególnie trudna do zignorowania, a 

byłem zbyt zm czony,  eby j  skierowa  w nietrans lub zneutralizowa  jak  

inn  technik  handdary. Wreszcie spytał, czy mnie czym  obraził. Z pewnym 

za enowaniem wytłumaczyłem swoje milczenie. Bałem si ,  e mnie wy mieje. 

Ostatecznie on nie jest bardziej dziwol giem i seksualn  osobowo ci  ni  ja. 

Tutaj, na Lodzie, ka dy z nas jest czym  jedynym w swoim rodzaju, pojedynczym 

przypadkiem, ja jestem tu tak samo odci ty od sobie podobnych, od mojego 

społecze stwa z jego zasadami, jak on od swojego. Nie ma tu milionów innych 

Gethe czyków, którzy by wyja niali i uzasadniali moje istnienie. Jeste my sobie 

równi, nareszcie równi, obcy, samotni. Nie  miał si , oczywi cie. Mówił z 

łagodno ci , której w nim nie podejrzewałem. Po jakim  czasie on te  zacz ł 

mówi  o odosobnieniu i samotno ci.  

- Wasza rasa jest przera aj co osamotniona - w swoim  wiecie.  adnego 

innego gatunku ssaków.  adnego innego gatunku obojnaczego.  adnego 

zwierz cia wystarczaj co inteligentnego,  eby mo na je trzyma  w domu. Ta 

unikalno  musi wpływa  jako  na wasze my lenie. Chodzi mi nie tylko o 

my lenie naukowe, cho  macie niezwykły dar budowania hipotez. To 

nadzwyczajne,  e doszli cie do koncepcji ewolucji stoj c wobec przepa ci nie do 

przebycia mi dzy wami a całym  wiatem zwierz cym. Tak e w sensie 

filozoficznym i emocjonalnym: by  tak osamotnionym w tak nieprzyjaznym 

wiecie. To musi wpływa  na cały wasz  wiatopogl d.  

- Jomeszta powiedzieliby,  e unikalno  człowieka polega na jego bosko ci.  

- Na bogów Ziemi, tak. Inne kulty na innych  wiatach doszły do tego samego 

wniosku. S  to zazwyczaj kulty dynamicznych, agresywnych, niszcz cych 

ekologi  kultur. Orgoreyn na swój sposób pasuje do tego wzorca, w ka dym razie 

oni robi  wra enie,  e s  zdecydowani zmienia  rzeczy sił . A co mówi  

handdarata?  

- Có , w handdarze... jak pan wie, nie ma teorii, nie ma dogmatu... Mo e oni 

s  mniej  wiadomi przepa ci mi dzy lud mi a zwierz tami, bo skupiaj  si  

bardziej na podobie stwach, wi ziach, na cało ci, której cz ciami s  wszystkie 

ywe stworzenia.  

Przez cały dzie  chodziła mi po głowie "Pie  Tormera" i powiedziałem te 

słowa:  

     

wiatło jest lew  r k  ciemno ci, 

a ciemno  jest praw  r k   wiatła. 

Dwoje s  jednym,  ycie i  mier  zł czone 

jak kochankowie w kemmerze, 

jak dłonie splecione, 

background image

 

131 

jak droga i cel. 

     

Głos mi dr ał, kiedy recytowałem te wersy, bo przypomniało mi si ,  e mój 

brat w ostatnim li cie przed  mierci  cytował te same słowa.  

Ai zamy lił si  i po chwili powiedział:  

- Jeste cie izolowani i nie rozdzieleni. Mo e wasz  obsesj  jest jedno , tak jak 

nasz  dwoisto .  

- My te  jeste my dualistami. Dwoisto  jest przecie  czym  niezb dnym. 

Dopóki istniej  " ja" i "ten inny".  

- Ja i pan - powiedział. - Tak, to jest przecie  co  bardziej podstawowego ni  

płe ...  

- Niech mi pan powie, czym ró ni si  ta druga płe  pa skiej rasy od pana?  

Spojrzał zaskoczony i musz  powiedzie ,  e moje pytanie zaskoczyło mnie 

samego, kemmer wydobywa takie rzeczy z człowieka. Obaj byli my za enowani.  

- To mi nie przyszło do głowy - powiedział. - Przecie  pan nigdy nie widział 

kobiety. - U ył słowa ze swojego ziemskiego j zyka, które znałem.  

- Widziałem je na pa skich zdj ciach. Wygl dały jak Gethe czyk w ci y, 

tylko z wi kszymi piersiami. Czy bardzo si  ró ni  od pa skiej płci w swoim 

zachowaniu i my leniu? Czy s  jak odr bny gatunek?  

- Nie. Tak. Nie, oczywi cie nie, nie tak naprawd . Ale ró nica jest bardzo 

wa na. Chyba najwa niejsz  rzecz , najbardziej znacz cym czynnikiem w  yciu 

człowieka jest to, czy rodzi si  m czyzn , czy kobiet . W wi kszo ci społecze stw 

decyduje to o oczekiwaniach, zaj ciach, pogl dach, etyce, manierach, prawie o 

wszystkim. O słownictwie. Znaczeniu słów. Ubraniu. Nawet jedzeniu. Kobiety... 

kobiety zwykle jadaj  mniej... Ogromnie trudno jest oddzieli  ró nice wrodzone 

od nabytych. Nawet tam, gdzie kobiety na równi z m czyznami uczestnicz  w 

yciu społecznym, to one rodz  dzieci i wykonuj  wi kszo  prac zwi zanych z 

ich wychowaniem...  

- Równo  nie jest wi c generaln  zasad ? Czy kobiety umysłowo ust puj  

m czyznom?  

- Nie wiem. Rzadko wydaj  spo ród siebie matematyków, kompozytorów 

muzyki, wynalazców albo abstrakcyjnych my licieli. Ale to nie znaczy,  e s  

głupsze. Fizycznie s  mniej umi nione, ale nieco bardziej wytrzymałe ni  

m czy ni. Psychicznie...  

Przez dług  chwil  wpatrywał si  w rozpalony piecyk, a  wreszcie potrz sn ł 

głow .  

- Harth - powiedział - nie umiem powiedzie  panu, jakie s  kobiety. Nigdy nie 

my lałem o tym zbyt wiele w kategoriach abstrakcyjnych, wie pan, i - na Boga! 

teraz ju  wła ciwie zapomniałem. Jestem tutaj od dwóch lat... Pan tego nie 

rozumie. W pewnym sensie kobiety s  dla mnie bardziej obce ni  pan. Z panem 

ł czy mnie przynajmniej jedna wspólna płe . - Odwrócił wzrok i roze miał si  

za enowany i skruszony. Ja te  miałem sprzeczne uczucia i nie kontynuowali my 

tematu.  

Yrny thanern. Dzisiaj dwadzie cia siedem kilometrów na wschodni północny 

wschód według kompasu, na nartach. Po godzinie ci gni cia wydostali my si  

poza stref  wypi trze  i p kni . Obaj szli my w uprz y, ja pierwszy z tyczk , 

background image

 

132 

ale nie było ju  potrzeby sprawdzania podło a. Kilkadziesi t centymetrów firnu 

na równym lodzie, a na firnie kilkana cie centymetrów mocnego nowego  niegu z 

ostatniego opadu, z dobr  powierzchni . Ani sanki, ani my nie zapadali my si  i 

sanki szły bardzo lekko, a  trudno było uwierzy ,  e na ka dego z nas przypada 

po około pi dziesi t kilo. Po południu ci gn li my sanki na zmian , co było 

całkiem łatwe na tej wspaniałej powierzchni. Szkoda,  e najtrudniejszy odcinek, 

pod gór  i po kamieniach, przypadł nam, kiedy ładunek był najci szy. Teraz 

idziemy z lekkim ładunkiem. Zbyt lekkim: cz sto łapi  si  na my li o jedzeniu. 

Od ywiamy si , jak mówi Ai, eterycznie. Przez cały dzie  szli my lekko i szybko 

po równej lodowej powierzchni, martwo białej pod szarobł kitnym niebem, na tle 

którego wida  było tylko kilka szczytów - nunataków, teraz daleko za nami, a 

jeszcze dalej ciemn  smug , oddech Drumnera. Nic wi cej: zamglone sło ce i lód.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

133 

Rozdział 17

 

 

Orgocki mit o stworzeniu  wiata

 

 

Na pocz tku nie było nic, tylko lód i sło ce. W ci gu wielu lat sło ce wytopiło 

w lodzie wielk  szczelin . Szczelina nie miała dna, a na jej  cianach były wielkie 

lodowe figury. Z tych lodowych figur w  cianach przepa ci spływały w dół krople 

wody. Jedna z figur powiedziała: "Ja krwawi ". Druga powiedziała: "Ja płacz ". 

Trzecia powiedziała: "Ja si  poc ".  

Lodowe figury wyszły z przepa ci i stan ły na lodowej równinie. Ta, która 

powiedziała: "Ja krwawi ", si gn ła w gór  do sło ca i wyci gn ła z jego 

wn trzno ci gar cie łajna i z tego łajna zrobiła góry i doliny ziemi. Ta, która 

powiedziała: "Ja płacz ", chuchała na lód i topi c go zrobiła morza i rzeki. Ta, 

która powiedziała: "Ja si  poc ", wzi ła ziemi  i wod  i zrobiła z nich drzewa, 

ro liny, zbo a, zwierz ta i ludzi. Ro liny rosły na ziemi i w morzu, zwierz ta 

biegały po l dzie i pływały w morzu, ale ludzie si  nie przebudzili. Było ich 

trzydziestu dziewi ciu. Spali na lodzie i nie ruszali si .  

Wtedy trzy lodowe figury usiadły z kolanami pod brod  i pozwoliły,  eby 

sło ce je stopiło. A kiedy si  topiły, płyn ło z nich mleko, które wpadało w usta 

pi cych ludzi, i wtedy ludzie si  zbudzili. Dlatego tylko ludzkie dzieci pij  mleko, 

bo bez niego nie zbudziłyby si  do  ycia.  

Pierwszy obudził si  Edondurath. Był tak wysoki,  e wstaj c zrobił głow  w 

niebie dziur , z której posypał si   nieg. Zobaczył,  e inni ruszaj  si  i budz , i 

przestraszył si  ich, i pozabijał ich jednego po drugim uderzeniem pi ci. Zabił 

tak trzydziestu sze ciu. Ale jeden z nich, przedostatni, uciekł. Nazywał si  

Haharath. Uciekał daleko przez lodow  równin  i przez krainy ziemi. 

Edondurath biegł za nim i wreszcie go dogonił i zwalił z nóg. Haharath umarł. 

Wtedy Edondurath wrócił do miejsca narodzin na Lodzie Gobrin, gdzie le ały 

ciała pozostałych ludzi prócz ostatniego, który uciekł, kiedy Edondurath gonił 

Haharatha.  

Edondurath zbudował dom z zamarzni tych Ciał swoich braci i wewn trz 

tego domu czekał na ostatniego. Ka dego dnia jeden z zabitych pytał: "Czy on 

płonie?" "Czy on płonie?" Wszystkie pozostałe trupy odpowiadały 

zamarzni tymi j zykami: "Nie, nie". Wtedy Edondurath wszedł we  nie w 

kemmer i rzucał si  i mówił gło no przez sen, a kiedy si  zbudził, wszystkie trupy 

mówiły: "On płonie! On płonie!" Ostatni, najmłodszy brat usłyszał je i wszedł do 

domu z ciał i tam poł czył si  z Edondurathem. Z tych dwóch narodziły si  ludy 

ziemi, z ciała Edonduratha, z jego łona. Imi  drugiego, młodszego brata, ojca, nie 

jest znane.  

Ka de z ich dzieci miało kawałek ciemno ci, który chodził za nim wsz dzie w 

ci gu dnia. Edondurath powiedział: "Dlaczego za moimi synami chodzi 

ciemno ?" Jego kemmering odpowiedział: "Bo urodzili si  w domu z martwych 

ciał, dlatego  mier  chodzi za nimi krok w krok. Oni s  w  rodku czasu. Na 

pocz tku było sło ce i lód, i nie było cienia. Na ko cu, kiedy nas nie b dzie, sło ce 

pochłonie samo siebie i cie  pochłonie  wiatło, i nie b dzie nic, tylko lód i 

ciemno ". 

 

background image

 

134 

Rozdział 18

 

 

Na Lodzie

 

 

Czasami, kiedy zasypiam w ciemnym, cichym pokoju, mam przez chwil  

wspaniałe i drogie sercu złudzenie. Nad moj  twarz  pochyla si   ciana namiotu, 

niewidzialna, ale słyszalna, uko na płaszczyzna cichego odgłosu: szelest 

niesionego wiatrem  niegu. Nie wida  nic. Promieniowanie  wietlne rozgrzanego 

powietrza, jako serce ciepła. Lekka wilgo  i ograniczaj ca ruchy blisko  

piwora, odgłos  niegu, ledwo słyszalny oddech  pi cego Estravena, ciemno . Nic 

wi cej. My dwaj jeste my wewn trz, spoczywamy w arylu, w  rodku wszystkiego. 

Na zewn trz, jak zwykle, rozpo ciera si  wielki mrok, chłód, samotno   mierci.  

Zasypiaj c w takich szcz liwych chwilach wiem ponad wszelk  w tpliwo , 

gdzie był najwa niejszy moment mojego  ycia, tamten czas w przeszło ci, 

miniony, a jednak trwały, ta wiecznotrwała chwila, serce ciepła.  

Nie twierdz ,  e byłem szcz liwy podczas tych tygodni, kiedy wlekli my sanki 

przez lodowiec w samym  rodku zimy. Byłem głodny, wycie czony i cz sto 

poirytowany; a im dłu ej to trwało, tym było gorzej. Na pewno nie byłem 

szcz liwy. Szcz cie wi e si  z rozumem i tylko rozumem mo na na nie 

zapracowa , ja za  otrzymałem co , do czego nie mo na doj  prac  ani 

zatrzyma , czego cz sto nawet nie rozpoznajemy, kiedy nam si  przydarza. Mam 

na my li rado .  

Budziłem si  zawsze pierwszy, zwykle przed  witem. Moja przemiana materii 

przekraczała nieco gethe sk  norm , podobnie jak mój wzrost i waga. Estraven 

uwzgl dnił te ró nice przy obliczaniu racji  ywno ciowych ze skrupulatno ci  

uczonego albo dobrej gospodyni, w zale no ci od tego, jak si  na to spojrzało, i od 

pocz tku dostawałem dziennie kilka deka  ywno ci wi cej ni  on. Protesty,  e to 

niesprawiedliwe, musiały ust pi  przed oczywist  sprawiedliwo ci  tego 

nierównego podziału. Wszystko jedno jak dzielone, porcje były małe. Byłem 

głodny, stale głodny, z ka dym dniem głodniejszy. Budził mnie głód.  

Je eli było jeszcze ciemno, wł czałem  wiatło naszego piecyka i stawiałem na 

nim garnek z przyniesionym wieczorem  niegiem do stopienia. Estraven 

tymczasem swoim zwyczajem toczył cich  i zaci t  walk  ze snem, jakby walczył 

z aniołem. Zwyci ywszy siadał, patrzył na mnie nieprzytomnie, potrz sał głow  i 

budził si . Zanim si  ubrali my, wło yli my buty i zwin li my  piwory,  niadanie 

było gotowe: kubek wrz cego orszu i jedna kostka giry v-mirzy, która w gor cej 

wodzie puchła do rozmiarów małej bułki. Prze uwali my je powoli, z 

namaszczeniem, podnosz c ka d  okruszyn . Piecyk tymczasem stygł. 

Pakowali my go razem z garnkiem i kubkami, wkładali my płaszcze z kapturami 

i r kawice, po czym wypełzali my na zewn trz. Za ka dym razem trudno było 

uwierzy ,  e mo e by  tak zimno. Ka dego ranka musiałem przekonywa  si  od 

nowa. Je eli było si  ju  raz na dworze za potrzeb , drugie wyj cie było jeszcze 

trudniejsze.  

Czasami padał  nieg, czasami poziome  wiatło poranka kładło si  pi knie 

złotem i bł kitem na bezmiar  niegu, najcz ciej było szaro.  

background image

 

135 

Brali my na noc termometr do namiotu i, kiedy wynosili my go na zewn trz, 

ciekawie było patrze , jak wskazówka obraca si  w prawo (gethe skie tarcze 

odczytuje si  w kierunku przeciwnym do ruchu wskazówek zegara) w mgnieniu 

oka rejestruj c spadek o dziesi , dwadzie cia, trzydzie ci stopni, póki nie 

zatrzymała si  gdzie  mi dzy minus dwadzie cia a minus pi dziesi t stopni.  

Jeden z nas składał namiot, podczas gdy drugi układał na saniach piecyk, 

piwory i reszt . Z wierzchu przywi zywali my namiot, po czym mogli my 

zakłada  narty i wprz ga  si  do sanek. W naszym oporz dzeniu prawie nie było 

cz ci metalowych, ale uprz  miała sprz czki ze stopu aluminium, zbyt małe, 

eby je mo na zapi  w r kawicach, które w tej temperaturze parzyły, jak 

rozpalone do czerwono ci. Musiałem bardzo uwa a  na palce, kiedy temperatura 

zbli ała si  do minus trzydziestu, zwłaszcza je eli wiał wiatr, bo mo na było 

zadziwiaj co szybko nabawi  si  odmro enia. Nogi nigdy mi nie marzły, co jest 

ogromnie wa ne w czasie zimowej w drówki, kiedy godzina na mrozie mo e 

człowieka unieruchomi  na tydzie  albo i zrobi  kalek  na całe  ycie. Estraven 

musiał kupowa  mi  nie ne buty na pami  i kupił mi numer za du e, 

wypełniałem wi c ró nic  dodatkow  par  skarpet. Przypinali my narty, szybko 

wprz gali my si  do sanek, szarpni ciem zrywali my je z miejsca, je eli płozy 

przymarzły, i ruszali my w drog .  

Po du ych opadach  niegu musieli my po wi ca  rano troch  czasu na 

odkopywanie namiotu i sanek. Nie była to trudna praca, cho  zwały odgarni tego 

wie ego  niegu wygl dały imponuj co. Były przecie  jedynymi wzniesieniami w 

promieniu setek kilometrów, jedynym, co wystawało ponad lód.  

Szli my za kompasem na wschód. Wiatr wiał tu normalnie z północy na 

południe, od  rodka lodowca, dzie  za dniem mieli my go wi c z lewej. Kaptur 

nie wystarczał przeciwko takiemu wiatrowi i musiałem wkłada  mask  dla 

ochrony nosa i lewego policzka. Mimo to którego  dnia zamarzło mi lewe oko i 

my lałem,  e straciłem je na zawsze. Nawet kiedy Estraven otworzył je za pomoc  

oddechu i j zyka, nie widziałem na nie przez pewien czas, prawdopodobnie wi c 

zamarzło tam co  wi cej ni  tylko rz sy. W słoneczne dni obaj nosili my 

gethe skie okulary ochronne z w skimi szparkami i  aden z nas nie cierpiał na 

lepot   nie n . Niewiele mieli my po temu okazji. Jak tłumaczył Estraven, nad 

rodkow  cz ci  Lodu, gdzie tysi ce kilometrów kwadratowych bieli odbijaj  

promienie sło ca, utrzymuje si  zwykle strefa wysokiego ci nienia. My jednak nie 

znajdowali my si  w tej  rodkowej strefie, ale co najwy ej na jej skraju, mi dzy 

ni  a stref  gwałtownych, brzemiennych w opady burz, które Lód zsyła 

systematycznie na utrapienie przyległych krain. Wiatr z północy niósł such , 

słoneczn  pogod , ale ju  północno-wschodni albo północno-zachodni przynosił 

nieg lub porywał suchy le cy  nieg w o lepiaj ce, kłuj ce kł by jak burza 

piaskowa. Kiedy indziej prawie ucichał snuj c si  kr tymi szlakami tu  nad 

gruntem, a wtedy niebo było białe, powietrze białe, sło ce niewidoczne, znikały 

cienie i sam Lód znikał spod naszych stóp.  

Koło południa stawali my i, je eli wiatr był silny, wycinali my kilka bloków 

niegu na  cian  ochronn . Potem podgrzewali my wod ,  eby rozmoczy  kostki 

giczy-miczy, wypijali my gor c  wod , czasami lekko osłodzon , znów 

zakładali my uprz  i szli my dalej.  

background image

 

136 

Rzadko rozmawiali my w drodze albo podczas południowego posiłku, bo 

wargi nam pop kały, a po drugie, kiedy si  otwierało usta, zimno dostawało si  do 

rodka powoduj c ból z bów, tchawicy i płuc. Nale ało mie  usta zamkni te i 

oddycha  przez nos, w ka dym razie, kiedy temperatura powietrza spadała do 

dwudziestu - trzydziestu stopni poni ej zera. Je eli spadała ni ej, cały proces 

oddychania komplikował si  jeszcze bardziej przez szybkie zamarzanie 

wydychanego powietrza; nozdrza mogły zamarzn  całkowicie i wtedy,  eby si  

nie udusi , człowiek mógł przez usta wci gn  pełne płuca  yletek.  

W okre lonych warunkach nasze wydechy błyskawicznie zamarzaj c 

wydawały cichy trzask, jak odległy fajerwerk, i rozsypywały si  w obłoczek 

kryształków. Ka dy oddech był mał  burz   nie n .  

Szli my, dopóki starczało nam sił albo póki nie zaczynało si   ciemnia , a 

wtedy rozbijali my namiot, mocowali my kołkami sanki, je eli groziła wichura, i 

szykowali my si  do snu. Przeci tnego dnia szli my przez jedena cie lub 

dwana cie godzin pokonuj c od kilkunastu do dwudziestu kilku kilometrów.  

Nie wydaje si  to dobrym tempem, ale warunki nie bardzo nam sprzyjały. 

Pokrywa  niegu rzadko była odpowiednia, zarówno dla nart, jak dla płóz sanek. 

Kiedy była  wie a i puszysta, sanki jechały bardziej w  niegu ni  po  niegu, kiedy 

lekko twardniała po wierzchu, my na nartach szli my bez przeszkód, a sanki 

zapadały si , co oznaczało,  e nieustannie byli my szarpani do tyłu; kiedy za  

była twarda, cz sto pokrywały j  wysokie zaspy, sastrugi, miejscami si gaj ce 

półtora metra. Musieli my wtedy przeci ga  sanki przez ka dy z ostrych jak nó  

albo fantastycznie wyrze bionych grzbietów, sprowadza  je w dół i wyci ga  na 

nast pn  zasp , bo zdawało si ,  e zawsze układaj  si  w poprzek naszej drogi. 

Wyobra ałem sobie lodowy płaskowy  Gobrin jako jedn  tafl , jak zamarzni te 

jezioro, ale na przestrzeni setek kilometrów przypominał on raczej nagle 

zamarzni te burzliwe morze.  

Praca przy rozbijaniu obozu, zabezpieczaniu wszystkiego, otrzepywaniu 

odzie y ze  niegu i tak dalej, była nu ca. Czasami wydawało si  to niewarte 

zachodu. Było tak pó no, tak zimno i byli my tak zm czeni,  e du o łatwiej 

byłoby poło y  si  w  piworach pod osłon  sa  i nie zawraca  sobie głowy 

namiotem. Pami tam, jak oczywiste wydawało mi si  to w niektóre wieczory i jak 

ostr  niech  budził we mnie pedantyczny, tyra ski upór mojego towarzysza, 

eby robi  to wszystko, i robi  to  ci le i dokładnie. W takich chwilach 

nienawidziłem go nienawi ci  płyn c  wprost ze  mierci, która przepełniała moje 

serce. Nienawidziłem surowych, wymy lnych, uporczywych nakazów, jakimi 

mnie dr czył w imi   ycia.  

Kiedy wszystko było gotowe, mogli my wej  do namiotu, i wtedy prawie 

natychmiast ciepło piecyka tworzyło przytulny, swojski nastrój. Otaczało nas co  

cudownego: ciepło.  mier  i mróz zostawały na zewn trz.  

Równie  nienawi  zostawała na zewn trz. Jedli my i pili my. Po posiłku 

rozmawiali my. Przy wielkim mrozie nawet znakomita izolacja namiotu nie 

wystarczała i przysuwali my  piwory jak najbli ej piecyka. Wewn trzna  cianka 

namiotu porastała futrem szronu. Otwarcie  luzy oznaczało wpuszczenie 

lodowatego podmuchu, który natychmiast wypełniał namiot wiruj c  mgiełk  

kryształków lodu. Podczas zamieci igły mro nego powietrza wdzierały si  przez 

background image

 

137 

otwory wentylacyjne mimo ich przemy lnego zabezpieczenia i powietrze 

wypełniał niewidoczny  nie ny pył. W takie noce panował niewiarygodny hałas i, 

eby si  porozumie , musieli my krzycze  sobie do ucha. Inne znów noce były 

ciche tak  cisz , jak  mo na sobie wyobrazi ,  e istniała, zanim zacz ły tworzy  

si  gwiazdy, albo zapanuje wtedy, kiedy wszystko przestanie istnie .  

W jak  godzin  po wieczornym posiłku Estraven przeł czał piecyk na ni sz  

temperatur , je eli tylko było to mo liwe, i gasił  wiatło. Robi c to mruczał 

krótk  i pi kn  modlitw , jedyne rytualne słowa, jakich nauczyłem si  z 

handdary: "Niech b dzie pochwalona ciemno  i wci  trwaj ce dzieło 

Stworzenia", mówił i zapadała ciemno . Zasypiali my. Rano zaczynało si  

wszystko od pocz tku. Tak przez pi dziesi t dni.  

Estraven przez cały czas prowadził dziennik, cho  w czasie podró y przez Lód 

rzadko zapisywał co  wi cej ni  stan pogody i ilo  przebytych danego dnia 

kilometrów. W ród tych zapisków zdarza si  uwaga na temat jego my li lub 

naszych rozmów, ale ani słowa o gł bszych dyskusjach, na jakich sp dzali my 

czas mi dzy kolacj  a snem w pierwszym miesi cu podró y przez Lód, kiedy 

jeszcze mieli my do  energii na rozmowy, a tak e w te dni, kiedy nie mogli my 

opu ci  namiotu z powodu burzy. Powiedziałem mu,  e u ywanie pozasłownego 

kontaktu na planetach nie stowarzyszonych nie było wprawdzie zakazane, ale nie 

było te  przyj te, i prosiłem go,  eby zachował w tajemnicy to, czego si  nauczy, 

przynajmniej do czasu, a  zdołam omówi  spraw  z kolegami ze statku. Zgodził 

si  i słowa dotrzymał. Nigdy ani w mowie, ani w pi mie nie wspominał o naszych 

milcz cych rozmowach.  

My lomowa była jedyn  rzecz , jak  musiałem da  Estravenowi z całej mojej 

cywilizacji, z mojej obcej rzeczywisto ci, któr  si  tak gł boko zainteresował. 

Mogłem mówi  i opisywa  bez ko ca, ale to było wszystko, co musiałem da . 

Mo e zreszt  była to jedyna wa na rzecz, jak  mieli my do zaoferowania Zimie. 

Nie mog  powiedzie ,  e naruszyłem prawo kulturalnego embarga powodowany 

wdzi czno ci . To nie była sprawa długu. Takie długi pozostaj  nie spłacone. Po 

prostu Estraven i ja doszli my do tego,  e dzielili my wszystko, co mieli my i co 

było warte podziału.  

Przewiduj ,  e stosunek płciowy mi dzy obupłciowymi Gethe czykami a 

jednopłciowymi istotami stanowi cymi hainsk  norm  oka e si  mo liwy, cho  

niew tpliwie b dzie bezpłodny. Rzecz wymaga udowodnienia. My z Estravenem 

nie dowiedli my niczego, poza mo e do  delikatn  kwesti . Nasze instynkty 

seksualne były najbli sze ujawnienia si  podczas naszej drugiej nocy sp dzonej 

na Lodzie. Przez cały dzie  walczyli my z poci tym, pełnym szczelin terenem na 

wschód od Ognistych Wzgórz, gdzie cz sto musieli my si  cofa . Byli my tego 

wieczoru zm czeni, ale dobrej my li, pewni,  e wkrótce trafimy na równ  drog . 

Jednak po kolacji Estraven spochmurniał i zamilkł.  

- Harth - zwróciłem si  do niego po tak oczywistej oznace chłodu - je eli znów 

powiedziałem co  złego, to prosz , niech mi pan powie, o co chodzi.  

Milczał.  

- Popełniłem pewnie jaki  bł d co do szifgrethoru. Przepraszam, nie mog  si  

tego nauczy . Wła ciwie dot d nie udało mi si  zrozumie  znaczenia tego słowa.  

- Szifgrethor? Pochodzi od starego słowa na oznaczenie cienia.  

background image

 

138 

Obaj zamilkli my na chwil , a potem on łagodnym wzrokiem spojrzał wprost 

na mnie. Jego twarz w tym czerwonawym o wietleniu była mi kka, bezbronna i 

odległa jak twarz kobiety, która patrzy z gł bi zamy lenia i nic nie mówi.  

I wtedy zobaczyłem jeszcze raz i tym razem bez cienia w tpliwo ci to, co 

zawsze bałem si  zobaczy  i udawałem,  e tego w nim nie widz :  e był kobiet  

równie jak m czyzn . Jakakolwiek potrzeba. wyja niania  ródeł tego strachu 

rozwiała si  wraz z samym strachem. Pozostało mi przyj cie go takim. jaki był. 

Do tego czasu odrzucałem go, odmawiałem mu prawa do bycia sob . Miał 

całkowit  racj  mówi c,  e jedyny człowiek na Gethen, który mi wierzył, był 

jedynym człowiekiem, do którego ja nie miałem zaufania. Bo on jeden w pełni 

zaakceptował mnie jako istot  ludzk , polubił mnie osobi cie i zaofiarował mi 

całkowit  osobist  lojalno . 1 dlatego  dał ode mnie takiego samego uznania i 

akceptacji, a ja nie chciałem mu ich okaza . Bałem si  tego. Nie chciałem da  

zaufania i przyja ni m czy nie, który był kobiet , kobiecie, która była 

m czyzn .  

Wyja nił mi sztywno i po prostu,  e jest w kemmerze i  e stara si  mnie 

unika , o ile jest to w naszej sytuacji mo liwe. - Nie wolno mi pana dotyka  -- 

odezwał si  z widocznym wysiłkiem nie patrz c na mnie.  

- Rozumiem - powiedziałem. - Zgadzam si  w zupełno ci.  

Czułem, a on, jak s dz , te ,  e to z seksualnego napi cia mi dzy nami, teraz 

ju  nazwanego i rozumianego, zrodziła si  wielka i nagła pewno  przyja ni, 

przyja ni tak nam niezb dnej w naszym wygna czym losie i tak dobrze 

sprawdzonej podczas dni i nocy strasznej podró y,  e mo na j  nazwa , teraz czy 

pó niej, miło ci . Ale wynikała ona nie z podobie stwa mi dzy nami, lecz z 

ró nicy i stanowiła most, jedyny most ponad tym wszystkim, co nas dzieliło. 

Spotkanie na gruncie seksu oznaczałoby dla nas znów spotkanie istot z obcych 

wiatów. Zetkn li my si  w jedyny sposób, w jaki mogli my si  zetkn ; i na tym 

poprzestali my. Nie wiem, czy mieli my racj .  

Rozmawiali my jeszcze troch  tego wieczoru i pami tam, jak trudno mi było 

znale  sensown  odpowied  na jego pytanie, jakie s  kobiety. Obaj byli my do  

spi ci i ostro ni w stosunku do siebie przez kilka nast pnych dni. Wielka miło , 

mi dzy dwojgiem ludzi ł czy si  przecie  ze zdolno ci  i okazj  do sprawiania 

wielkiego bólu. Do tego wieczoru nigdy nie przyszłoby mi do głowy,  e mog  

zada  ból Estravenowi.  

Teraz, kiedy bariery zostały zerwane, ograniczenia, z mojego punktu 

widzenia, w naszych kontaktach i rozumieniu stały si  dla mnie nie do zniesienia. 

Wkrótce, w dwa albo trzy wieczory pó niej, kiedy ko czyli my kolacj  ze 

słodzonego ziarna kaliko dla uczczenia trzydziestokilometrowego przemarszu, 

powiedziałem:  

- Zeszłej wiosny, podczas tamtej kolacji w Czerwonym Naro nym Domu 

powiedział mi pan,  e chciałby dowiedzie  si  czego  wi cej na temat 

porozumiewania si  bez słów.  

- Tak, to prawda.  

- Je eli pan chce, spróbuj  nauczy  pana posługiwania si  my lomow .  

Roze miał si .  

- Widz ,  e chce mnie pan przyłapa  na kłamstwie.  

background image

 

139 

- Je eli kiedy  mnie pan okłamał. to było to dawno temu i w innym kraju.  

Był człowiekiem uczciwym, ale rzadko bezpo rednim i poczuł si  mile 

połechtany.  

-W innym kraju mog  mówi  inne kłamstwa powiedział. - Ale my lałem,  e 

nie wolno panu przekazywa  tej wiedzy... krajowcom, póki nie przyst pimy do 

Ekumeny.  

- To nie jest zabronione. Po prostu nie ma takiego zwyczaju. Ja to jednak 

zrobi , je eli pan chce. I je eli potrafi , bo nie jestem mentorem.  

- S  wi c specjalni nauczyciele tej umiej tno ci?  

- Tak. Nie na Starej Ziemi, gdzie cz sto wyst puj  naturalne zdolno ci i gdzie, 

jak si  mówi, matki przemawiaj  do nie narodzonych dzieci. Nie wiem, co te 

dzieci im odpowiadaj . Ale wi kszo  z nas musi si  tego uczy , tak jak j zyka 

obcego. Albo raczej tak, jakby to był nasz j zyk ojczysty tak pó no odnaleziony.  

My l ,  e rozumiał moje pobudki, dla których proponowałem mu nauk  

my lomowy, i bardzo chciał si  jej nauczy . Spróbowali my. Przypomniałem 

sobie najlepiej jak umiałem, jak mnie uczono w wieku lat dwunastu. 

Powiedziałem mu,  eby oczy cił umysł i pozostawił go w ciemno ci. Zrobił to 

niew tpliwie szybciej i dokładniej, ni  mnie si  to kiedykolwiek udało, był 

przecie  adeptem handlary. Wtedy przemówiłem do niego my lomow  

najwyra niej jak potrafiłem. Bez rezultatu. Spróbowali my jeszcze raz. Poniewa  

nie mo na nada , póki si  nie odebrało, póki zdolno ci telepatyczne nie zostan  

obudzone przez jeden cho by czysty odbiór, musiałem najpierw do niego dotrze . 

Próbowałem przez pół godziny, póki mi umysł nie ochrypł.  

Wygl dał na przygn bionego.  

- My lałem,  e to b dzie łatwe - wyznał. Obu nas to zm czyło i 

zrezygnowali my z dalszych prób tego wieczoru.  

Nasze nast pne wysiłki te  nie były bardziej udane. Próbowałem nadawa  do 

Estravena, kiedy. spał, przypomniawszy sobie, co mój mentor mówił o 

przypadkach "komunikatów sennych" w ród ludów przedtelepatycznych, ale nic 

z tego nie wyszło.  

- Mo e moja rasa jest pozbawiona tej zdolno ci powiedział. - Mieli my 

wystarczaj c  ilo  pogłosek i poszlak,  eby stworzy  słowo na oznaczenie tego 

zjawiska, ale nie znam u nas ani jednego potwierdzonego przypadku telepatii.  

- To samo było z nami przez tysi ce lat. Garstka naturalnych talentów nie 

rozumiej cych swojego daru i pozbawionych partnera do kontaktu. U całej reszty 

w najlepszym wypadku zdolno ci u pione. Mówiłem przecie ,  e poza 

urodzonymi talentami zdolno  ta, cho  wynikaj ca z podstaw fizjologicznych, 

ma charakter psychologiczny, jest wytworem kultury, produktem ubocznym 

działalno ci umysłowej. Małe dzieci, osoby niedorozwini te i członkowie 

społecze stw prymitywnych nie mog  posługiwa  si  my lomow . Umysł musi 

najpierw działa  w warunkach pewnej zło ono ci. Nie mo na budowa  

aminokwasów z atomów wodoru, wcze niej musi doj  do du o wi kszego stopnia 

zło ono ci, ta sama sytuacja. Abstrakcyjne my lenie, zró nicowane 

oddziaływanie społeczne, zawiłe przystosowania kulturalne, wra liwo  

estetyczna i etyczna, wszystko to musi osi gn  pewien poziom, zanim kontakt 

stanie si  mo liwy, zanim mo na b dzie si gn  do ukrytego potencjału.  

background image

 

140 

- Widocznie my, Gethe czycy, nie osi gn li my tego poziomu.  

- Znacznie go przekraczacie, ale potrzebny jest szcz liwy przypadek, jak 

przy powstaniu aminokwasów... Albo  eby si gn  po porównanie ze sfery 

kultury - to tylko porównania, ale s  one pomocne przy powstaniu metody 

naukowej i konkretnych, eksperymentalnych technik w nauce. S  w Ekumenie 

narody posiadaj ce wysok  kultur , zło on  organizacj  społeczn , filozofi , 

sztuk , etyk , styl wysoki i wielkie osi gni cia we wszystkich tych dziedzinach, 

które jednak nigdy nie nauczyły si , jak dokładnie zwa y  kamie . Teraz mog  

si  ju  oczywi cie nauczy , tyle  e nie zrobiły tego przez pół miliona lat... S  

narody, które nie maj  wy szej matematyki, nic poza najprostsz  praktyczn  

arytmetyk . Ka dy z nich jest w stanie zrozumie  rachunek ró niczkowy, ale 

aden z nich go nie zna i nigdy nie znał. Nawiasem mówi c, moja własna rasa, 

ziemianie, jeszcze trzy tysi ce lat temu nie umiała posługiwa  si  zerem. -- W tym 

miejscu Estraven zamrugał. - Co do Gethen, to interesuje mnie, czy reszta z nas 

odnajdzie w sobie zdolno  do zagl dania w przyszło , je eli nauczycie nas 

techniki, i czy to równie  jest cz ci  ewolucji umysłu.  

- Czy uwa a pan to za po yteczn  umiej tno ?  

- Sztuk  dokładnej przepowiedni? Ale  oczywi cie!  

- Mo e,  eby móc j   wiczy , b dzie musiał pan uzna  j  za bezu yteczn .  

- Jestem zafascynowany wasz  handdar , ale nieraz zastanawiam si , czy to 

nie jest po prostu paradoks podniesiony do rangi stylu  ycia...  

Spróbowali my znów my lomowy. Nigdy dot d nie nadawałem po wielekro  

do kogo  całkowicie niewra liwego. Do wiadczenie nie było miłe. Zaczynałem si  

czu  jak modl cy si  ateista. Po jakim  czasie Estraven ziewn ł.  

- Jestem głuchy, głuchy jak pie  powiedział. Lepiej chod my spa .  

Zgodziłem si . Wył czył  wiatło mrucz c swoj  krótk  pochwał  ciemno ci. 

Zakopali my si  w  piwory i po kilku minutach Estraven zagł biał si  ju  w sen 

jak pływak w ciemn  wod . Czułem ten jego sen jak swój własny, czułem te  wi  

mi dzy nami i jeszcze raz przemówiłem do niego sennie po imieniu: "Therem".  

Poderwał si  gwałtownie, bo jego głos zabrzmiał w ciemno ci nad moj  głow .  

- Arek! Czy to ty?  

"Nie, Genly Ai. Przemawiam do pana".  

Wstrzymał oddech. Cisza. Manipulował przy piecyku, wł czył  wiatło i 

wpatrzył si  we mnie pełnym l ku wzrokiem.  

- Miałem sen. My lałem,  e jestem w domu...  

- Usłyszał pan moj  my lomow .  

- Zawołałe  mnie... To był mój brat. Usłyszałem jego głos. On nie  yje. Nazwał 

mnie pan... nazwałe  mnie Therem? Ja... To jest straszniejsze ni  my lałem. - 

Potrz sn ł głow  jak człowiek, który chce uwolni  si  od koszmarnego snu i ukrył 

twarz w dłoniach.  

- Harth, bardzo pana przepraszam...  

- Nie, zwracaj si  do mnie po imienia Je eli potrafisz odzywa  si  wewn trz 

mojej głowy głosem nie yj cego człowieka, to mo esz mi mówi  po imieniu! Czy 

on powiedziałby do mnie "Harth"? Teraz rozumiem, dlaczego w my lomowie 

niemo liwe jest kłamstwo. To straszna rzecz... Dobrze, dobrze. Przemów do mnie 

znów.  

background image

 

141 

- Zaczekaj.  

- Nie. Mów.  

Pod jego intensywnym, przestraszonym spojrzeniem przemówiłem: "Therem, 

przyjacielu, mi dzy nami nie ma miejsca na l k".  

Patrzył na mnie nadal, s dziłem wi c,  e do niego nie dotarłem, ale dotarłem.  

- Niestety jest -- powiedział.  

Po chwili, opanowawszy si , dodał spokojnie:  

- Mówiłe  moim j zykiem.  

Przecie  nie znasz mojego.  

- Uprzedzałe ,  e b d  słowa, wiem... Ale wyobra ałem to sobie jako... 

zrozumienie.  

- Empatia to inna gra, cho  jest mi dzy nimi zwi zek. Dzi ki niej 

nawi zali my dzi  kontakt. Ale we wła ciwej my lomowie pobudzane s  w mózgu 

o rodki mowy oraz...  

- Nie, nie. To mi wytłumaczysz pó niej. Dlaczego odezwałe  si  głosem mojego 

brata? - spytał z wyra nym napi ciem.  

- Nie mog  ci na to odpowiedzie , bo nie wiem. Opowiedz mi co  o nim.  

- Nusuth... Mój pełny brat, Arek Harth rem ir Estraven był o rok starszy ode 

mnie. Byłby panem Estre. My... opu ciłem dla niego dom. Nie  yje od czternastu 

lat.  

Obaj umilkli my. Nie wiedziałem i nie mogłem pyta , co kryło si  za jego 

słowami. Cho  powiedział tak mało, kosztowało go to i tak zbyt wiele.  

Po chwili odezwałem si .  

- Przemów do mnie, Therem. Nazwij mnie po imieniu. - Wiedziałem,  e mo e 

to zrobi , bo mieli my kontakt, albo, jak mówi  specjali ci, nasze fazy 

współbrzmiały, a on oczywi cie nie umiał  wiadomie zastosowa  blokady. 

Gdybym był Słuchaczem, mógłbym teraz usłysze  jego my li.  

- Nie - powiedział. - Nigdy. Jeszcze nie teraz...  

Ale  aden szok czy l k nie mogły powstrzyma  tego nienasyconego, 

postukuj cego umysłu na długo. Kiedy znów wył czył  wiatło, usłyszałem swoim 

wewn trznym słuchem, jak niepewnie mówi: "Genry". Nawet w my lomowie nie 

potrafił wymówi  "1".  

Odpowiedziałem mu natychmiast. W ciemno ci wydał nieartykułowany 

d wi k przestrachu, w którym zabrzmiała te  nie miała nuta zadowolenia.  

- Ju  wi cej nie - powiedział na głos i po chwili wreszcie zasn li my.  

Nie szło mu łatwo. Nie dlatego,  eby mu brakło zdolno ci albo  eby nie 

potrafił zdobywa  umiej tno ci, ale wprawiło go to w wielki niepokój i nie 

potrafił bra  rzeczy takimi, jakie s . Szybko nauczył si  budowa  bariery, ale nie 

jestem pewien, czy miał przekonanie,  e mo e na nich polega . Mo e my te  

byli my tacy, kiedy pierwsi mentorzy przybyli wieki temu ze  wiata Rokanona, 

eby nas naucza  "Ostatniej Umiej tno ci". Mo e Gethe czyk, b d c istot  

wyj tkowo pełn , odbiera telepatyczny kontakt jako. naruszenie tej pełni, jako 

trudne do zniesienia naruszenie jego cało ci. A mo e to była sprawa charakteru 

Estravena, w którym szczero  i rezerwa były równie silne, a ka de jego słowo 

wypływało z wewn trznej ciszy. Słyszał mój głos przemawiaj cy do niego jako 

głos człowieka nie yj cego, jako głos brata. Nie wiem, co poza miło ci  i  mierci  

background image

 

142 

le ało mi dzy nim a tym bratem, ale wiedziałem,  e ilekro  do niego 

przemówiłem, co  si  w nim wzdrygało, jakbym dotkn ł rany. Tak wi c blisko  

umysłów, jaka mi dzy nami zaistniała, była autentyczn  wi zi , ale jak  ciemn  

i ubog , nie tyle o wiecaj c  (jak tego oczekiwałem), ile ukazuj c  bezmiar 

ciemno ci.  

Tymczasem dzie  za dniem pełzali my na wschód po lodowej równinie. 

Planowany półmetek czasowy naszej podró y, trzydziesty pi ty dzie , odorny 

anner, zastał nas daleko od połowy dystansu. Według licznika przy sankach 

przebyli my około sze ciuset kilometrów, ale pewnie nie wi cej ni  trzy czwarte z 

tego zbli yło nas do celu i tylko z wielkim przybli eniem mogli my ustali , ile 

nam jeszcze zostało do przej cia.  

- Sanki s  teraz l ejsze - powiedział. - Pod koniec b d  jeszcze l ejsze, a je eli 

b dzie trzeba, mo emy zmniejszy  racje. Od ywiamy si  bardzo dobrze.  

My lałem,  e to ironia, ale myliłem si .  

Czterdziestego dnia i przez dwa nast pne byli my unieruchomieni przez 

zawiej . W czasie tych długich godzin bezczynnego le enia w namiocie Estraven 

spał prawie bez przerwy i nic nie jadł, pij c tylko w godzinach posiłków orsz albo 

wod  z cukrem. Nalegał,  ebym ja jadł, chocia  po pół racji. Twierdził,  e nie 

mam praktyki w głodowaniu.  

Poczułem si  tym dotkni ty.  

- A ty masz, jako ksi

 i pierwszy minister?  

- Genry, my  wiczymy obywanie si  bez jedzenia, póki nie zostaniemy 

ekspertami. Mnie jako dziecko uczono głodowa  w domu, w Estre, a pó niej w 

stanicy Rotherer u handdarata. To prawda,  e w Erhenrangu wyszedłem z 

wprawy, ale zacz łem odrabia  to w Misznory... Prosz , przyjacielu, posłuchaj 

mnie, ja wiem, co robi .  

Posłuchałem go i oczywi cie wiedział, co robi.  

Przez cztery nast pne dni w drowali my w wielkim mrozie, a potem przyszła 

nast pna burza  nie na dm ca nam w twarz ze wschodu z sił  huraganu. Po 

dwóch minutach od pierwszych podmuchów powietrze było tak g ste od  niegu, 

e nie widziałem Estravena z odległo ci dwóch metrów. Odwróciłem si  plecami 

do niego, do sanek i do o lepiaj cego, dusz cego  niegu,  eby złapa  oddech, i 

kiedy po minucie odwróciłem si  z powrotem, nie było go. Nie było sanek. Nic nie 

było. Zrobiłem kilka kroków w kierunku, gdzie przed chwil  znajdował si  

Estraven, i macałem wokół siebie r kami. Krzyczałem i nie słyszałem własnego 

głosu. Byłem głuchy i całkiem sam we wszech wiecie ciasno wypełnionym 

małymi, siek cymi smugami szaro ci. Wpadłem w panik  i zacz łem i  na o lep 

przed siebie wysyłaj c w my lomowie gor czkowe wołanie: "Therem!"  

Kl cz c tu  pod moj  r k  powiedział:  

- Cho , pomó  mi przy namiocie.  

Pomogłem mu nie wspominaj c o chwili paniki. Nie było potrzeby.  

Ta burza trwała dwa dni. Pi  dni straconych, a b dzie takich wi cej. Nimmer 

i anner to miesi ce wielkich burz.  

- Zaczynamy kroi  coraz cieniej, co? - powiedziałem którego  wieczoru 

odmierzaj c porcje giczy-miczy i wkładaj c je do gor cej wody.  

background image

 

143 

Spojrzał na mnie. Na jego mocnej, szerokiej twarzy wida  było oznaki 

wychudzenia, oczy mu zapadły, pod ko mi policzkowymi rysowały si  gł bokie 

cienie, wargi miał spierzchni te i pop kane. Bóg jeden wie, jak ja musiałem 

wygl da , je eli on był w takim stanie. U miechn ł si .  

- Je eli szcz cie nam dopisze, to dojdziemy, a jak nie, to nie.  

Mówił to od pocz tku. Przy wszystkich moich emocjach, przy poczuciu,  e 

podejmujemy ostatni , rozpaczliw  prób , zabrakło mi realizmu,  eby mu 

uwierzy . Nawet teraz my lałem sobie: "Przecie  tyle wysiłku nie mo e pój  na 

marne..."  

Ale Lód nie wiedział nic o naszym wysiłku. Po co miałby wiedzie ? Proporcja 

jest zachowana.  

- A jak tam twoje szcz cie, Therem? - spytałem. Nie u miechn ł si . I nie 

odpowiedział. Dopiero po chwili odezwał si :  

- My lałem o nich wszystkich tam, w dole. - "Dół" oznaczał dla nas południe, 

wiat poni ej pokrywy lodu, region ziemi, ludzi, dróg i miast, tego wszystkiego, co 

stawało si  dla nas coraz mniej realne. - Wiesz,  e wysłałem do króla wiadomo  o 

tobie w dniu wyjazdu z Misznory. Przekazałem mu to, czego dowiedziałem si  od 

Szusgisa,  e b dziesz zesłany do gospodarstwa Pulefen. Wtedy nie miałem jeszcze 

cisłego planu, ale kierowałem si  impulsem. Jednak od tamtego czasu 

przemy lałem ten impuls dokładnie. Mo e si  zdarzy  co  takiego: król dostrze e 

szans  gry w szifgrethor. Tibe b dzie mu to odradzał, ale Argaven powinien mie  

ju  troch  do  Tibe'a i mo e zignorowa  jego rad . Zacznie si  pyta . Gdzie jest 

wysłannik, go  Karbidu? Misznory b dzie kłama . Zmarł jesieni  na febr  

horm, wyrazy współczucia. W takim razie dlaczego nasza własna ambasada 

informuje nas,  e znajduje si  w gospodarstwie Pulefen? Nie ma go tam, prosz  

sprawdzi . Nie, ale  sk d, wierzymy słowu Wspólnoty Orgoreynu... Tymczasem 

w kilka tygodni po tej wymianie zda  wysłannik pojawia si  w północnym 

Karbidzie po ucieczce z gospodarstwa Pulefen. Konsternacja w Misznory, 

oburzenie w Erhenrangu. Utrata twarzy przez Wspólnot  przyłapan  na 

kłamstwie. Staniesz si  skarbem, Genry, zaginionym bratem z ogniska króla 

Argavena. Na jaki  czas. Musisz natychmiast przy pierwszej nadarzaj cej si  

okazji wezwa  statek. Sprowad  swoich ludzi do Karbidu i załatw swoj  spraw  

jak, najszybciej, zanim Argaven b dzie miał czas dostrzec w tobie potencjalnego 

wroga, zanim Tibe albo jaki  inny członek rady nastraszy go jeszcze raz, graj c 

na jego szale stwie. Je eli zawrze z tob  umow , dotrzyma jej, bo łami c j  

złamałby swój własny szifgrethor. Królowie z dynastii Harge dotrzymuj  

obietnic. Ale musisz działa  szybko i jak najszybciej sprowadzi  statek.  

- Zrobi  tak, jak tylko otrzymam najmniejszy znak zaproszenia.  

- Nie. Wybacz,  e ci daj  rady, ale nie wolno ci czeka  na zaproszenie. My l , 

e b dziesz  yczliwie przyj ty. Twój statek te . Karbid w ci gu ubiegłego 

półrocza prze ył du e upokorzenia. Dasz Argavenowi szans  odegrania si . 

My l ,  e on skorzysta z tej szansy.  

- Bardzo dobrze, ale ty tymczasem...  

- Ja jestem Estraven Zdrajca. Nie mam z tob  nic wspólnego.  

- Pocz tkowo.  

- Pocz tkowo - zgodził si .  

background image

 

144 

- Czy b dziesz mógł si  ukry , je eli w pierwszym okresie b dzie jakie  

niebezpiecze stwo?  

- O tak, oczywi cie.  

Kolacja była gotowa i to pochłon ło nasz  uwag . Jedzenie stało si  tak 

wa nym i absorbuj cym zaj ciem,  e nigdy nie rozmawiali my podczas posiłku; 

tabu działało teraz w pełnej i zapewne pierwotnej formie, ani słowa, póki nie 

zostanie zjedzona ostatnia okruszyna.  

- Có , mam nadziej ,  e przewidziałem to trafnie powiedział, kiedy zjedli my. 

- I...  e mi przebaczysz.  

- To,  e mi udzieliłe  rady? - spytałem, bo pewne rzeczy zaczynałem wreszcie 

rozumie . - Ale  oczywi cie, Therem. Jak mo esz w to w tpi . Wiesz przecie ,  e 

nie mam szifgrethoru, z którego musiałbym rezygnowa . - To go rozbawiło na 

chwil , ale zaraz znów si  zas pił.  

- Dlaczego - spytał po chwili - dlaczego przybyłe  sam, dlaczego wysłano ci  

samego? Wszystko teraz b dzie zale ało od tego, czy twój statek przyleci. 

Dlaczego tak wszystko utrudniono tobie i nam?  

- Taki jest zwyczaj w Ekumenie i ma on swoje uzasadnienie. Chocia , prawd  

mówi c, zaczynam si  zastanawia , czy kiedykolwiek rozumiałem to 

uzasadnienie. My lałem,  e to ze wzgl du na was przybyłem sam, tak wyra nie 

sam, tak bezbronny,  e nie mogłem stanowi   adnego zagro enia ani wpłyn  na 

równowag  sił: nie inwazja, ale po prostu posłaniec. Lecz jest w tym co  wi cej. 

B d c sam nie mog  zmieni  waszego  wiata, ale za to ja mog  by  przeze  

zmieniony. B d c sam musz  nie tylko mówi , ale i słucha . Kontakt, jaki w 

ko cu nawi

, je eli mi si  to uda, nie b dzie czysto polityczny, bezosobowy. 

B dzie on indywidualny, osobisty, b dzie czym  mniejszym i zarazem wi kszym 

ni  kontakt polityczny. Nie "my" i "oni", nie "ja" i "to", ale "ja" i "ty". Wi  nie 

polityczna i pragmatyczna, ale mistyczna. W pewnym sensie Ekumena nie jest 

organizmem politycznym, lecz mistycznym. Uwa a,  e pocz tki s  ogromnie 

wa ne. Pocz tki i  rodki. Jej doktryna jest przeciwie stwem zasady,  e cel 

u wi ca  rodki. Dlatego działa sposobami subtelnymi i powolnymi, a tak e 

dziwnymi i ryzykownymi, podobnie jak ewolucja, która w pewnym sensie jest dla 

niej wzorem... Zostałem wi c wysłany sam. Ze wzgl du na was? Czy ze wzgl du 

na mnie`.' Nie wiem. Tak, to niew tpliwie skomplikowało sprawy. Ale z równym 

po ytkiem mógłbym ci  spyta , dlaczego nigdy nie przyszło wam na my l,  eby 

zbudowa  pojazd lataj cy'? Jeden mały przemycony samolot zaoszcz dziłby tobie 

i mnie wielu trudno ci!  

- Jakiemu zdrowemu na umy le człowiekowi przyszłoby do głowy.  e mo na 

lata ? powiedział Estraven surowo. Była to sensowna odpowied  na planecie, 

gdzie nie ma  adnych istot skrzydlatych i nawet anioły  wi tej Hierarchii Jomesz 

nie lataj , tylko opadaj  bezskrzydłe na ziemi  jak płatki  niegu albo jak niesione 

wiatrem nasiona w tym  wiecie bez kwiatów.  

W połowie miesi ca nimmer, po okresie wiatrów i ostrych mrozów, mieli my 

przez wiele dni dobr  pogod . Je eli były burze, to daleko na południe od nas, 

tam w dole, a my, w  rodku zamieci, mieli my zachmurzenie przy prawie 

bezwietrznej pogodzie. Pocz tkowo pokrywa chmur nie była gruba i powietrze 

przesycało równe. rozproszone  wiatło słoneczne odbite od chmur i od  niegu, z 

background image

 

145 

dołu i od góry. Przez noc pogoda si  pogorszyła. Wszelkie  wiatło znikło, nie 

zostało nic. Wyszli my z namiotu w nico . Sanki i namiot były, Estraven stał 

obok mnie, ale ani on, ani ja nie rzucali my cienia. Przy mione, matowe  wiatło 

wypełniało wszystko. Kiedy st pali my po skrzypi cym  niegu, z braku cienia nie 

wida  było odbicia stopy. Nie zostawiali my  ladów. Sanki, namiot, on, ja i 

absolutnie nic wi cej. Nie było sło ca, nieba, horyzontu,  wiata. Białawoszara 

pustka, w której byli my jakby zawieszeni. Złudzenie było tak doskonałe,  e 

miałem kłopot z utrzymaniem równowagi. Moje ucho wewn trzne przywykło do 

potwierdzania informacji o moim poło eniu ze strony wzroku, teraz go nie 

dostawało, jakbym o lepł. Było to do zniesienia, póki si  pakowali my, ale marsz, 

kiedy ma si  przed sob  pustk , nic, na co mo na patrze , nic, na czym mo na by 

oko zatrzyma , był pocz tkowo tylko denerwuj cy, a potem stał si  

wyczerpuj cy. Poruszali my si  na nartach po dobrym, firnowym  niegu bez 

zasp, twardym,, tego byli my pewni przez pierwsze dwa kilometry. Powinni my 

mie  dobre tempo. Mimo to posuwali my si  coraz wolniej szukaj c po omacku 

drogi, mimo  e nic jej nie zasłaniało, i trzeba było najwi kszego wysiłku woli, 

eby i  normalnym tempem. Ka da najmniejsza nierówno  powierzchni 

stanowiła szok, jak przy wchodzeniu na schody niespodziewany stopie  albo brak 

spodziewanego stopnia, nie byli my na ni  przygotowani, bo brakowało cienia, 

który by j  ujawniał. Z otwartymi oczami poruszali my si  jak  lepcy. Trwało to 

dzie  za dniem i zacz li my skraca  dzienne przemarsze, ho ju  wczesnym 

popołudniem ociekali my potem i dr eli my z napi cia i wyczerpania. Zacz łem 

t skni  za padaj cym  niegiem, za zawiej , za czymkolwiek, ale co rano 

wychodzili my z namiotu w pustk , biał  pogod , w to, co Estraven nazywał 

"bezcienieni".  

W dniu odorny nimmer, sze dziesi tego pierwszego dnia naszej podró y, 

koło południa, ta pozbawiona wszelkich cech  lepa pustka wokół nas popłyn ła i 

zafalowała. Uznałem,  e zwodz  mnie oczy, jak si  to cz sto zdarzało, i nie 

zwracałem uwagi na niejasne i niezrozumiałe ruchy powietrza, a  nagle 

dostrzegłem przebłysk małego, bladego, martwego sło ca nad głow . A poni ej, 

wprost przed nami ujrzałem olbrzymi czarny kształt wypi trzaj cy si  naprzeciw 

nas z pustki. Czarne macki wiły si  i wyci gały w gór . Zatrzymałem si  jak 

wryty obracaj c przy tym Estravena na jego nartach, bo byli my razem 

wprz gni ci do sanek.  

- Co to jest? - spytałem.  

Estraven przyjrzał si  czarnym, potwornym kształtom ukrytym we mgle i po 

chwili powiedział:  

- Turnie... To musz  by  Turnie Eszerhoth. - I ruszył dalej. Byli my oddaleni 

o całe kilometry od tego, co wydało mi si  wznosi  tu -tu  przed nami. Stopniowo 

biała pogoda zmieniła si  w g st , nisko  ciel c  si  mgł , a potem przeja niło si  i 

przed zachodem sło ca ujrzeli my je w całej okazało ci: nunataki, wielkie, 

sp kane i zerodowane wierzchołki skał stercz ce z lodu, ukazuj ce nie wi ksz  

cz  ni  pływaj ce góry lodowe, zatopione w lodzie góry,  pi ce od eonów.  

Wskazywały one.  e znale li my si  nieco na północ od naszej najkrótszej 

trasy, je eli mogli my wierzy  po amatorsku sporz dzonej mapie, jedynej, jak  

background image

 

146 

mieli my. Nast pnego dnia po raz pierwszy zboczyli my nieco na południowy 

wschód.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

147 

Rozdział 19

 

 

Powrót

 

 

Przy pochmurnej i wietrznej pogodzie parli my przed siebie usiłuj c czerpa  

zach t  z widoku Turni Eszerhoth, pierwszej od siedmiu tygodni rzeczy, która nie 

była lodem,  niegiem lub niebem. Na mapie były zaznaczone jako niezbyt odległe 

od bagien Szenszey na południu i zatoki Guthen na wschodzie. Ale mapa nie była 

dokładna, a my byli my coraz bardziej wyczerpani.  

Musieli my znajdowa  si  bli ej południowego skraju lodowca gobry skiego, 

ni  to wynikało z mapy, bo ju  na drugi dzie , odk d skr cili my w kierunku 

południowym, zacz li my natyka  si  na stary lód i szczeliny. Lód nie był tu tak 

przeorany i pofałdowany jak w okolicy Ognistych Wzgórz, ale za to był 

rozmokły. Spotykali my rozległe zagł bienia, które pewnie w lecie zmieniały si  w 

jeziora; zdradzieckie miejsca, które mogły zarwa  si  pod człowiekiem, z gło nym 

jakby westchnieniem, na gł boko  kilkudziesi ciu centymetrów; całe strefy 

pokryte dziurami i rysami. Coraz cz ciej tak e zdarzały si  wielkie szczeliny; 

stare kaniony w Lodzie, jedne szerokie jak górskie w wozy, inne w skie, ale 

gł bokie. W dniu odyrny ninmmer (według dziennika Estravena, bo ja nie 

prowadziłem rachuby)  wieciło sło ce i wiał silny północny wiatr. Przeci gaj c 

sanki przez mosty lodowe nad w szymi szczelinami mogli my zajrze  w gł b 

bł kitnych szybów i przepa ci z prawa i lewa, w które kawałki lodu str cone 

przez płozy spadały z dono nym, ale delikatnym d wi kiem, jakby cienkie 

kryształowe płatki potr cały o srebrne struny. Pami tam rze k , nierealn , na 

granicy zawrotu głowy przyjemno  tego porannego marszu w blasku sło ca nad 

przepa ciami. Wkrótce jednak niebo zacz ło biele , powietrze g stnie , cienie 

znika . Bł kit ulatniał si  z nieba i ze  niegu. Nie byli my przygotowani na 

niebezpiecze stwo białej pogody na takiej powierzchni. Poniewa  lód był 

nierówny, Estraven ci gn ł, a ja pchałem. Wzrok miałem utkwiony w sanki i 

szedłem my l c tylko o tym, jak najlepiej pcha , kiedy nagle sanki skoczyły do 

przodu omal nie wyrywaj c si  z mojego uchwytu. Wczepiłem si  w nie 

instynktownie i zawołałem "hej!" do Estravena,  eby tak nie p dził, s dz c,  e 

przy pieszył na równej drodze. Ale sanki utkn ły w miejscu przechylone do 

przodu, a Estraven znikł.  

Omal nie wypu ciłem z r k por czy,  eby rzuci  si  na poszukiwanie go. 

Czysty przypadek zdecydował,  e tego nie zrobiłem. Trzymaj c por cz 

rozgl dałem si  wokół ogłupiały i nagle ujrzałem skraj szczeliny, która 

uwidoczniła si , kiedy odłamał si  i odpadł nast pny fragment mostu  nie nego. 

Estraven spadł nogami w przód i tylko mój ci ar powstrzymywał od pój cia w 

jego  lady sanki, które jedn  trzeci  długo ci płóz stały jeszcze na twardym 

lodzie. Ci ar Estravena zwisaj cego w uprz y przechylał je powoli coraz 

bardziej.  

Całym ciałem nacisn łem na tyln  por cz i ci gn c, kołysz c i wciskaj c w lód 

sanki usiłowałem oddali  je od skraju szczeliny. Nie szło mi łatwo, ale 

wykorzystuj c wszystkie siły i szarpi c za por cz ruszyłem oporne sanki, które 

nagle gwałtownie odsun ły si  od przepa ci. Estraven si gn ł r kami skraju 

background image

 

148 

szczeliny i teraz mi pomagał. Gramol c si , ci gni ty przez uprz , wczołgał si  

na równy lód i padł twarz  w dół.  

Ukl kłem obok niego i starałem si  rozpi  uprz  zaniepokojony tym, jak 

le ał bezwładnie, tylko spazmatycznym oddechem zdradzaj c,  e  yje. Wargi 

miał sine, połow  twarzy potłuczon  i otart  do krwi.  

Po chwili usiadł niepewnie i  wiszcz cym szeptem powiedział:  

- Bł kitne... wszystko bł kitne... Wie e w otchłani...  

- Co ty mówisz?  

- Tam, w szczelinie. Wszystko bł kitne... roz wietlone.  

- Czy nic ci nie jest?  

Zacz ł z powrotem zapina  uprz .  

- Ty id  przodem... na linie... z kijem - wykrztusił. Wybieraj drog .  

Całymi godzinami jeden z nas ci gn ł, podczas gdy drugi prowadził st paj c 

jak kot po wydmuszkach, sprawdzaj c grunt kijem przed ka dym krokiem. W 

białej pogodzie nie wida  szczeliny, póki si  do niej nie zajrzy. Troch  pó no. 

poniewa  na skrajach gromadziły si  nawisy, nie zawsze pewne. Ka dy krok był 

niespodziank , stopniem w gór  lub w dół.  adnego cienia. Równa, biała, 

bezgło na sfera, posuwali my si  jak wewn trz wielkiej kuli z mro onego szkła. 

W kuli nie było nic i na zewn trz nie było nic. Ale w szkle były p kni cia. Próba i 

krok. Próba i krok. Szukanie niewidocznych p kni , przez które mo na wypa  

z białej szklanej kuli i spada , spada , spada ... Stopniowo moje mi nie st ały w 

nie słabn cym napi ciu. Zrobienie cho by jednego nast pnego kroku stało si  

wysiłkiem ponad siły.  

- Co si  stało, Genry?  

Stałem po rodku pustki. Łzy napłyn ły mi do oczu i zamarzły zlepiaj c 

powieki.  

- Boj  si ,  e spadn  - powiedziałem.  

- Jeste  przecie  na linie - odparł, ale zobaczywszy,  e w pobli u nie ma  adnej 

szczeliny, zrozumiał, o co chodzi, i dodał: - Rozbijamy obóz.  

- Jeszcze nie czas, musimy i  dalej.  

Estraven ju  rozpakowywał namiot.  

Pó niej, kiedy zjedli my, powiedział:  

- To był wła ciwy czas,  eby si  zatrzyma . Chyba nie mo emy i  w t  stron . 

Lodowiec obni a si  tu stopniowo i wsz dzie b dzie podmokły i pop kany. 

Gdyby my mogli widzie , to co innego, ale nie przy bezcieniu.  

- Jak wi c dojdziemy do Bagien Szenszey?  

- Je eli pójdziemy na wschód zamiast na południe, mo e uda nam si  doj  a  

do zatoki Guthen po twardym lodzie. Płyn c kiedy  statkiem po zatoce widziałem 

Lód w  rodku lata. Dochodzi on tam do Czerwonych Wzgórz i lodowymi rzekami 

spływa do zatoki. Gdyby my zeszli jednym z tych j zorów, mogliby my pój  na 

południe po zamarzni tym morzu i wej  do Karhidu od strony wybrze a, a nie 

przez granic , co byłoby dla nas lepsze. Wydłu yłoby to nasz  drog  o jakie  

trzydzie ci do siedemdziesi ciu kilometrów. Co o tym s dzisz, Genry?  

- S dz ,  e nie potrafi  zrobi  dziesi ciu kroków, póki nie ust pi ta biała 

pogoda.  

- Ale je eli wyjdziemy tam, gdzie nie ma szczelin...  

background image

 

149 

- A, je eli wyjdziemy tam, gdzie nie ma szczelin, to prosz  bardzo. A je eli 

kiedy  jeszcze wyjrzy sło ce, to mo esz siada  na sanki i dowioz  ci  gratis do 

Karhidu. Była to typowa próbka  artu na tym etapie naszej podró y.  arty były 

nieodmiennie kiepskie, ale czasami wywoływały u miech współtowarzysza. - Nic 

mi nie jest - dodałem. - To tylko ostry przypadek chronicznego strachu.  

- Strach jest bardzo po yteczny. Jak ciemno , jak cie . - U miech Estravena 

był brzydk  szczelin  w łuszcz cej si , sp kanej br zowej masce, w której 

osadzono dwa czarne kamyki pod strzech  czarnego futra. - To dziwne,  e  wiatło 

dzienne nie wystarcza.  eby i , potrzebujemy cienia.  

- Daj mi na chwil  swój notes.  

Wła nie odnotował nasz dzienny przemarsz i sko czył jakie  obliczenia 

kilometrów i racji  ywno ciowych. Posun ł w moj  stron  mały zeszyt i ołówek. 

Na białej wyklejce tylnej wewn trznej okładki przedzieliłem koło liter  S i 

zaczerniłem połówk  in, po czym oddałem notes Estravenowi. Czy znasz ten 

symbol? - spytałem.  

Przygl dał mu si  dłu sz  chwil  z dziwnym wyrazem twarzy.  

- Nie - powiedział.  

- Spotyka si  go na Ziemi, na Hain i na Cziffewar. To in i jang. " wiatło jest 

lew  r k  ciemno ci...", jak to szło?  wiatło i ciemno . Strach i odwaga. Zimno i 

ciepło.  e skie i m skie. To jeste  ty, Therem. Oba w jednym. Cie  na  niegu.  

Nast pnego dnia w drowali my tak długo na północny wschód, a  w białej 

pustce pod nogami nie było ju   adnych szczelin - cały jeden dzienny przemarsz. 

Ograniczyli my si  do dwóch trzecich racji,  eby nam starczyło jedzenia na 

dłu sz  tras . Ja uwa ałem,  e to nie ma sensu, bo ró nica mi dzy mało a nic 

wydawała mi si  nieistotna, Estraven jednak tropił swoje szcz cie, id c za czym , 

co sprawiało wra enie przeczucia czy intuicji, ale mogło by  wykorzystaniem 

do wiadczenia i logiki. Szli my na wschód przez cztery dni robi c cztery 

najdłu sze przemarsze, od dwudziestu pi ciu do trzydziestu kilometrów, i wtedy 

bezwietrzna mro na pogoda p kła i rozsypała si , zmieniaj c si  w 

zawichrowania drobnych  nie ynek przed nami, z tyłu, z boków, w oczach. W 

gasn cym  wietle dnia zaczynała si  burza  nie na. Le eli my w namiocie przez 

trzy dni, a zawieja wrzeszczała na nas trzydniowym, bezsłownym, pełnym 

nienawi ci rykiem z płuc, które nie musz  nabiera  powietrza.  

"Doprowadzi mnie do tego,  e ja te  zaczn  na ni  wrzeszcze " - przekazałem 

Estravenowi w my lomowie, na co on z charakterystyczn , pełn  wahania 

sztywno ci  odpowiedział: "Nie warto. Nie b dzie słucha ".  

Spali my ile si  dało, jedli my bardzo niewiele, opatrywali my odmro enia. 

skaleczenia i otarcia, porozumiewali my si  my lomow  i dalej spali my. 

Trzydniowy wrzask przeszedł w bełkot, potem w łkanie i wreszcie w cisz . Wstał 

dzie . Przez otwart   luz  zaja niało niebo. Widok ten dodał nam ducha, chocia  

byli my zbyt wyczerpani,  eby nasz lepszy nastrój uwidocznił si  w  wawo ci i 

energii naszych ruchów. Zwin li my obóz, co zaj ło nam prawie dwie godziny, bo 

guzdrali my si  jak para niedoł nych starców, i wyruszyli my. Droga 

niew tpliwie prowadziła pod lekkim k tem w dół, pokrywa  nie na była idealna 

dla nart,  wieciło sło ce. Termometr pokazywał -23 ". Mieli my uczucie.  e z 

background image

 

150 

ka dym krokiem odzyskujemy siły, szło nam si  szybko i lekko. Tego dnia 

byli my w drodze a  do pierwszych gwiazd na niebie.  

Na kolacj  Estraven wydał pełne racje. Przy takich porcjach starczyłoby nam 

jedzenia zaledwie na siedem dni.  

- Koło si  kr ci - stwierdził pogodnie. -  eby dobrze i , musimy dobrze je .  

- Jedzcie, pijcie i weselcie si  powiedziałem. Jedzenie uderzyło mi do głowy. 

Roze miałem si  jak z czego  bardzo  miesznego. --- Wszystko razem, jedzenie-

picie-wesoło . Nie mo na mie  wesoło ci bez jedzenia, dziwne, co? Wydało mi si  

to tajemnic  na miar  kr gu in-jung, ale nie na długo. Co  w wyrazie twarzy 

Estravena odwróciło moj  uwag . Potem miałem ochot  wybuchn  płaczem, ale 

si  pohamowałem. Estraven nie był tak silny jak ja i nie byłoby to uczciwe. 

mogłoby i jego sprowokowa  do płaczu. On tymczasem ju  spał. Zasn ł na 

siedz co, z misk  na kolanach. To było do niczego niepodobne, taki nieporz dek. 

Ale pomysł nie był zły: spa .  

Obudzili my si  nast pnego ranka do  pó no, zjedli my podwójne  niadanie. 

wprz gli my si  i poci gn li my nasze lekkie sanki na skraj  wiata.  

Za skrajem  wiata, który był stromym biało-czerwonym rumowiskiem, w 

bladym południowym  wietle rozci gało si  zamarzni te morze: zatoka Guthen 

skuta lodem od brzegu . do brzegu i od Karbidu a  po biegun północny.  

Zej cie w dół do morza przez ostre kraw dzie, uskoki i rowy lodowca 

wci ni tego mi dzy Czerwone Wzgórza zaj ło nam całe popołudnie i cały 

nast pny dzie . Tego drugiego dnia porzucili my sanki i spakowali my si  w 

plecaki. Jeden mie cił namiot, reszta rzeczy poszła do drugiego,  ywno  była 

podzielona równo, razem wypadało niewiele ponad dziesi  kilo na osob  do 

niesienia. Dodałem do swojego ci aru piecyk i jeszcze nie miałem pi tnastu kilo. 

Przyjemnie było uwolni  si  od ci głego pchania, ci gni cia i wyszarpywania 

uwi złych sanek, co powiedziałem Estrawenowi. Obejrzał si  na sanki, małe i 

niepotrzebne w ród bezkresnego rumowiska lodu i czerwonawych kamieni.  

Słu yły nam dobrze - powiedział. Jego lojalno  rozci gała si  równie  na 

przedmioty, cierpliwe, wytrwałe, wierne przedmioty, których u ywamy i do 

których si  przyzwyczajamy, które pomagaj  nam  y .  al mu było sanek.  

Tego wieczoru, siedemdziesi tego pi tego wieczoru naszej podró y, po 

pi dziesi ciu jeden dniach na lodowym płaskowy u, w dniu harhahad annen, 

zeszli my z Lodu Gobrin na morski lód zatoki Guthen. Znów szli my długo, a  do 

zmroku. Powietrze było bardzo mro ne, ale czyste i spokojne, a równa 

powierzchnia lodu i brak sanek zach cały nasze narty do jazdy. Kiedy rozbili my 

obóz tego wieczoru, dziwnie było pomy le  przed za ni ciem.  e nie mamy ju  

pod sob  półtora kilometra lodu, a tylko kilkadziesi t centymetrów i pod tym 

słon  wod . Ale nie trawili my zbyt wiele czasu na rozmy lania. Zjedli my i 

usn li my.  

Rano znów pogodny dzie , cho  strasznie mro ny, minus czterdzie ci stopni o 

wicie. Zobaczyli my na południu brzeg, tu i ówdzie wybrzuszony j zorami 

lodowca, biegn cy prawie w prostej linii na południe. Poszli my pocz tkowo 

trzymaj c si  tu  przy brzegu. Pomagał nam północny wiatr, póki nie dotarli my 

do wylotu doliny mi dzy dwoma wysokimi pomara czowymi wzgórzami. Z tego 

w wozu powiał wiatr, który nas obu zwalił z nóg. Uciekli my dalej na wschód, na 

background image

 

151 

równy morski lód, a  do miejsca, gdzie wreszcie mogli my utrzyma  si  na 

nogach.  

- Lodowiec Gobrin wypluł nas ze swoich ust powiedziałem.  

Nast pnego dnia stało si  widoczne,  e linia brzegowa skr ca na wschód. Z 

prawej strony mieli my Orgoreyn, ale ta bł kitna krzywizna prosto przed nami 

to był Karhid.  

W tym dniu zu yli my ostatnie ziarna orszu i resztki kiełków kadiku. Zostało 

nam po kilogramie gicy-miczy i par  ły ek cukru.  

Stwierdzam,  e nie potrafi  zbyt dobrze opisa  tych ostatnich dni naszej 

podró y, bo ich nie pami tam. Głód mo e zaostrza  percepcj , ale nie w 

poł czeniu z kra cowym wyczerpaniem. My l ,  e wszystkie moje zmysły były 

mocno przyt pione. Pami tam skurcze głodowe, ale nie pami tam,  eby mi to 

sprawiało cierpienie. Je eli co  czułem, to było to niejasne poczucie wyzwolenia, 

przekroczenia jakiego  progu, rado ci. A tak e potwornej senno ci. Dotarli my 

do l du dwunastego dnia, posthe anner, i po zamarzni tej pla y wdrapali my si  

na skalist ,  nie n  pustk  wybrze a Guthen.  

Byli my w Karhidzie. Osi gn li my nasz cel. Niedu o brakowało, a byłoby to 

puste osi gni cie, bo nasze plecaki były puste. Dla uczczenia naszego przybycia 

napili my si  gor cej wody. Nast pnego dnia rano wstali my i wyruszyli my na 

poszukiwanie jakiej  drogi, jakiego  osiedla. Jest to region odludny i nie mieli my 

jego mapy. Je eli były tam jakie  drogi, to przykrywało je teraz półtora albo i 

dwa metry  niegu i mogli my nie wiedz c o tym przej  kilka. Nie widzieli my 

adnych oznak uprawy ziemi. Tego dnia szli my na chybił trafił w kierunku. 

południowym i zachodnim, a wieczorem nast pnego dnia, kiedy zobaczyli my 

wiatło na zboczu dalekiego wzgórza przebijaj ce si  przez mrok i rzadki 

padaj cy  nieg,  aden z nas nie odzywał si  przez dłu sz  chwil .  

Wreszcie mój towarzysz wychrypiał:  

- Czy to jest  wiatło?  

Było ju  dawno po zmroku, kiedy chwiejnym krokiem weszli my do 

karhidzkiej wioski. jednej ulicy mi dzy ciemnymi domami o wysokich dachach, z 

ubitym  niegiem si gaj cym do zimowych drzwi. Stan li my przed karczm , sk d 

przez w skie okiennice tryskało sto kami, snopami i stru kami  ółte  wiatło, 

które dostrzegli my z odległego wzgórza. Otworzyli my drzwi i weszli my do 

rodka.  

Był to odsordnr anner, osiemdziesi ty pierwszy dzie  naszej podró y. 

Mieli my jedena cie dni opó nienia w stosunku do planu Estravena. Zapasy 

ywno ci ocenił dokładnie: na siedemdziesi t osiem dni w najlepszym przypadku. 

Przebyli my tysi c trzysta kilometrów według licznika przy sankach plus to, co w 

ostatnich kilku dniach. Wiele z tego zostało zmarnowane na kluczenie i gdyby my 

rzeczywi cie mieli tysi c trzysta kilometrów do przej cia, to nigdy by my nie 

dotarli na miejsce, bo kiedy dostali my do r k rzeteln  map , stwierdzili my,  e 

odległo  z gospodarstwa Pulefen do tej wioski wynosi niecałe tysi c sto 

kilometrów. A wszystkie te kilometry i dni w bezludnej i milcz cej pustce, nic 

tylko skały, lód, niebo i cisza, przez osiemdziesi t jeden dni nic, tylko my dwaj.  

Weszli my do wielkiego, gor cego, jasno o wietlonego pomieszczenia 

wypełnionego jedzeniem i zapachami jedzenia, lud mi i głosami ludzi. Chwyciłem 

background image

 

152 

Estravena za rami . Zwróciły si  ku nam obce twarze, obce oczy. Zapomniałem, 

e s  na  wiecie ludzie, którzy nie wygl daj  jak Estraven. Byłem przera ony.  

W rzeczywisto ci pomieszczenie było do  małe, a tłum nieznajomych składał 

si  z siedmiu czy o miu ludzi, którzy niew tpliwie byli pocz tkowo równie 

wstrz ni ci jak ja. Nikt nie przychodzi do Kurkurast w  rodku zimy, po ciemku, 

od strony północy: Patrzyli, wytrzeszczali oczy i wszystkie głosy ucichły.  

- Prosimy o go cin  w domenie- odezwał si  Estraven ledwo słyszalnym 

szeptem.  

Hałas, gwar, zamieszanie, poruszenie, powitania.  

- Przyszli my przez Lód Gobrin.  

Znów hałas, głosy, pytania. Otoczono nas.  

- Mo e zajmiecie si  moim przyjacielem?  

My lałem,  e to ja powiedziałem, ale to był Estraven. Kto  mnie sił  posadził. 

Przyniesiono nam jedzenie. Zatroszczono si  o nas, przyj to nas, zaproszono do 

domu.  

Nieokrzesane, kłótliwe, porywcze dusze, wie niacy z ubogiego kraju. Ich 

szczodro  stała si  szlachetnym ko cowym akordem tej morderczej podró y. 

Dawali nam obiema r kami, nie wydzielaj c, nie licz c. I Estraven przyj ł to, co 

nam dawali, jak pan w ród panów albo jak  ebrak w ród  ebraków, człowiek 

mi dzy swymi.  

Dla tych rybaków, którzy mieszkaj  na skraju skrajów, na ostatnim 

nadaj cym si  do zamieszkania kra cu ledwo nadaj cego si  do zamieszkania 

kontynentu, uczciwo  jest równie niezb dna jak  ywno . Musz  by  uczciwi 

wzgl dem siebie, bo nie starcza tu na oszustwa. Estraven wiedział o tym i kiedy 

na drugi czy trzeci dzie  zacz li zadawa  nam pytania, dyskretnie i nie wprost, z 

całym szacunkiem dla szifgrethoru, dlaczego postanowili my sp dzi  zim  ha 

w drówce po Lodzie Gobrin, odpowiedział natychmiast:  

- Nie powinienem wybiera  milczenia, a jednak wol  to ni  kłamstwo.  

- Wszystkim wiadomo,  e szlachetni ludzie bywaj  wyj ci spod prawa, ale ich 

cie  od tego si  nie kurczy - powiedział karczmarz, druga rang  osoba we wsi po 

naczelniku, jako  e jego lokal słu y w zimie całej domenie za rodzaj salonu.  

- Jeden człowiek mo e by  wyj ty spod prawa w Karhidzie, a drugi w 

Orgoreynie - rzekł Estraven.  

- To prawda. I jeden przez swój klan, a drugi przez króla w Erhenrangu.  

- Król nie skraca niczyjego cienia, cho  mo e próbowa  - zauwa ył Estraven i 

karczmarz wygl dał na usatysfakcjonowanego. Gdyby Estravena wygnał jego 

własny klan, byłby postaci  podejrzan , ale zastrze enia króla nie miały 

znaczenia. Co do mnie, to byłem wyra nie obcokrajowcem, a wi c tym wygnanym 

z Orgoreynu, co mogło tylko przemawia  na moj  korzy .  

Do ko ca nie ujawnili my przed naszymi gospodarzami z Kurkurast swoich 

nazwisk. Estraven bardzo nie chciał u ywa  fałszywych, a do prawdziwych nie 

mogli my si  przyzna . Ostatecznie samo odezwanie si  do Estravena było 

zbrodni , nie mówi c o karmieniu go, odziewaniu i przyjmowaniu pod swoim 

dachem, jak to zrobili. Nawet ta odległa wioska na wybrze u Guthen miała radio, 

nie mogliby wi c tłumaczy  si  nieznajomo ci  aktu wygnania. Jedynie 

rzeczywista ignorancja co do to samo ci go cia mogła stanowi  jakie  

background image

 

153 

usprawiedliwienie. Estraven zadbał o ich bezpiecze stwo, zanim mnie to w ogóle 

przyszło na my l. Na trzeci dzie  wieczorem przyszedł do mojego pokoju,  eby 

omówi  nasz nast pny ruch.  

Karhidzka wioska jest nieco podobna do pradawnych ziemskich zamków, bo 

te  nie ma w niej oddzielnych, prywatnych domów. Jednak w wysokich, 

rozległych starych budynkach ogniska, domu handlowego, współdomeny 

(Kurkurast nie miało pana) i domu zewn trznego ka dy z pi ciuset mieszka ców 

wioski mógł znale  spokój, a nawet odosobnienie w pokojach rozmieszczonych 

wzdłu  staro ytnych korytarzy, mi dzy metrowej grubo ci murami. Nam 

przydzielono osobne pokoje na górnym pi trze ogniska. Siedziałem u siebie przy 

ogniu, małym, gor cym, bardzo wonnym ogniu, w którym płon ł torf z bagien 

Szenszey, kiedy wszedł Estraven.  

- Musimy st d rusza , Genry - powiedział. Pami tam go, jak stał w ród cieni 

o wietlonego kominkiem pokoju. Był boso i miał na sobie jedynie lu ne futrzane 

spodnie, które dostał od naczelnika. W zaciszu i tym, co uwa aj  za ciepło swoich 

domów, Karhidyjczycy cz sto chodz  na pół ubrani lub wr cz nadzy. Podczas 

naszej wyprawy Estraven zatracił cał  gładk , przysadzist  solidno  typow  dla 

gethe skiej budowy; był wychudzony i pokryty bliznami, a twarz miał tak 

spalon  mrozem, jakby si  poparzył. Był ciemn , tward , a jednak jako  ulotn  

postaci  w tym ruchliwym, niespokojnym o wietleniu.  

- Dok d? - spytałem.  

- My l ,  e na południe i na zachód. Do granicy. Najwa niejsz  spraw  jest 

teraz znalezienie ci silnej stacji nadawczej, która dosi gnie twojego statku. Potem 

ja musz  znale  sobie kryjówk  albo wróci  do Orgoreynu na jaki  czas,  eby 

nie  ci gn  kary na tych, którzy nam tu pomogli.  

- Jak chcesz si  dosta  do Orgoreynu?  

- Tak jak poprzednio: przejd  granic . Orgotowie nic nie maj  przeciwko 

mnie.  

- A gdzie znajd  nadajnik?  

- Nie bli ej ni  w Sassinoth.  

Skrzywiłem si . Odpowiedział u miechem.  

- Nie ma czego  bli ej? - spytałem.  

- To jest około dwustu trzydziestu kilometrów. Przeszli my wi cej w gorszych 

warunkach. Tutaj wsz dzie s  drogi, ludzie nam pomog , mo e nas podwioz  na 

saniach motorowych.  

Zgodziłem si , ale byłem przygn biony perspektyw  jeszcze jednego etapu 

naszej zimowej podró y, i to tym razem nie ku jakiemu  schronieniu, ale z 

powrotem do tej przekl tej granicy, gdzie Estraven b dzie mógł wróci  na 

wygnanie, zostawiaj c mnie samego.  

Zastanawiałem si  nad tym przez chwil  i w ko cu powiedziałem:  

- Postawi  jeden warunek, który Karhid b dzie musiał spełni , zanim 

przyst pi do Ekumeny. Argaven musi odwoła  twoje wygnanie.  

Milcz c patrzył w ogie .  

- Mówi  powa nie. Trzeba zacz  od rzeczy najwa niejszych.  

- Dzi kuj  ci, Genry. - Jego głos, kiedy mówił bardzo cicho tak jak teraz, miał 

brzmienie kobiece, był matowy i lekko zachrypni ty. Spojrzał na mnie łagodnie, 

background image

 

154 

bez u miechu. - Ale ju  dawno porzuciłem nadziej ,  e jeszcze kiedy  zobacz  

swój dom. Jestem wygna cem od dwudziestu lat. To wygnanie nie jest znów takie 

bardzo inne. Ja sobie poradz , a ty zajmij si  sprawami swoimi i twojej 

Ekumeny. Odt d jeste  skazany na samego siebie. A w ogóle to za wcze nie o tym 

mówi . Wpierw wy lij wiadomo  na swój statek. Kiedy to zrobimy, zaczn  

my le  o dalszych sprawach.  

Zostali my w Kurkurast jeszcze dwa dni, jedz c i odpoczywaj c, w 

oczekiwaniu na walec  nie ny, który miał przyby  z południa i podwie  nas w 

drodze powrotnej. Nasi gospodarze zmusili Estravena,  eby opowiedział im cał  

histori  naszego przej cia przez Lód. Opowiedział j  tak, jak tylko potrafi to 

zrobi  kto  wychowany w tradycji ustnej literatury, w jego ustach stała si  sag , 

pełn  tradycyjnych zwrotów i nawet epizodów, ale wiern  i  yw , od siarkowego 

ognia i ciemno ci przy przej ciu mi dzy Drumnerem a Dremegole do 

ogłuszaj cych podmuchów z górskich dolin, które szalały na zatoce Guthen, z 

komiczymi wstawkami, takimi jak jego upadek do szczeliny lodowej, i 

fragmentami mistycznymi, kiedy mówił o odgłosach i ciszy Lodu, o białej 

pogodzie bez cienia, o ciemno ci nocy. Słuchałem równie zafascynowany jak 

wszyscy, nie spuszczaj c wzroku z twarzy przyjaciela.  

Wyjechali my z Kurkurast stłoczeni jak  ledzie w kabinie walca  nie nego, 

jednej z tych wielkich maszyn, które ubijaj   nieg na karhidyjskich drogach i 

stanowi  główne zabezpieczenie przejezdno ci dróg w zimie, bo oczyszczenie ich 

pługami wymagałoby połowy czasu i pieni dzy królestwa. A w zimie i tak cały 

ruch odbywa si  na płozach. Walec wlókł si  z pr dko ci  około trzech 

kilometrów na godzin  i dowiózł nas do nast pnej wioski na południe od 

Kurkurast dawno po zmroku. Tam, jak zawsze, zostali my  yczliwie przyj ci, 

nakarmieni i umieszczeni na noc. Nast pnego dnia wyruszyli my pieszo. 

Znajdowali my si  teraz po l dowej stronie nadbrze nych wzgórz, 

zatrzymuj cych ataki północnego wiatru z zatoki Guthen, w g ciej zaludnionej 

okolicy i szli my nie od obozu do obozu, lecz od ogniska do ogniska. Dwa razy 

zostali my podwiezieni saniami mechanicznymi, raz na odcinku - prawie 

pi dziesi ciu kilometrów. Drogi mimo cz stych opadów  niegu były twarde i 

dobrze oznakowane. W plecakach zawsze mieli my  ywno  wło on  tam przez 

gospodarzy, zawsze na ko cu drogi czekał nas dach i ogie .  

A jednak te osiem czy dziewi  dni łatwego marszu i jazdy na nartach przez 

go cinn  okolic  stanowiło najci sz  i najbardziej ponur  cz  naszej podró y, 

gorsz  ni  wspinaczka na lodowiec, gorsz  ni  dni głodu. Saga dobiegła ko ca, 

była nierozerwalnie zwi zana z Lodem. Teraz byli my bardzo zm czeni. Szli my 

nie w t  stron . Nie było w nas ju  rado ci.  

- Czasami trzeba i  w przeciwn  stron , ni  obraca si  koło fortuny - 

powiedział Estraven. Był tak samo pewny i spokojny jak zawsze, ale w jego 

chodzie, głosie, postawie energi  zast piła wytrwało , jaka  uparta determinacja. 

Był bardzo milcz cy i nie zdradzał ochoty do porozumiewania si  my lomow .  

Przybyli my do Sassinoth, miasta licz cego kilka tysi cy mieszka ców, 

poło onego na wzgórzach nad zamarzni t  Ey: dachy białe,  ciany szare, wzgórza 

upstrzone czarnymi plamami lasów i skalnych wyst pów, pola i rzeka białe, za 

rzek  sporna dolina Sinoth, cała biała...  

background image

 

155 

Doszli my tam prawie z pustymi r kami. Wi kszo  naszego ekwipunku 

podró nego rozdarowali my naszym  yczliwym gospodarzom i został nam tylko 

piecyk, narty i odzie  na grzbiecie. Tak uwolnieni od ci aru szli my pytaj c 

kilkakrotnie o drog  nie do miasta, ale do pobliskiego gospodarstwa. Było to 

skromne domostwo, nie nale ce do domeny; pojedyncze gospodarstwo, które 

podlegało Zarz dowi Doliny Sinoth. Estraven jako młody sekretarz w tym 

zarz dzie przyja nił si  z wła cicielem i wła ciwie kupił to gospodarstwo dla 

niego, kiedy pomagał ludziom przesiedla  si  na wschodni brzeg Ey w nadziei 

rozładowania sporu o dolin . Otworzył nam drzwi sam gospodarz, przysadzisty 

łagodny osobnik w wieku Estravena. Nazywał si  Thessiczer.  

Estraven w drował w tej okolicy z nasuni tym kapturem,  eby ukry  twarz. 

Obawiał si ,  e mog  go tu rozpozna . Chyba niepotrzebnie. Trzeba by bardzo 

bystrego oka,  eby rozpozna  Hartha rem ir Estravena w tym wychudłym, 

wysmaganym wiatrami włócz dze. Thessiczer co chwila spogl dał na niego 

ukradkiem, nie mog c uwierzy ,  e ma przed sob  tego, czyje nazwisko usłyszał.  

Thessiczer przyj ł nas z nale n  go cinno ci , cho  jego  rodki były mizerne. 

Ale wida  było,  e nie jest szcz liwy,  e wolałby si  od nas uwolni . Było to 

zrozumiałe: udzielaj c nam schronienia ryzykował konfiskat  maj tku. Poniewa  

zawdzi czał go Estravenowi i mógłby by  n dzarzem takim jak my, gdyby 

Estraven mu go nie zapewnił,  danie od niego w zamian pewnego ryzyka nie 

wydawało si  nieuzasadnione. Mój przyjaciel jednak prosił go o pomoc nie w imi  

wdzi czno ci, ale w imi  przyja ni, licz c nie na zobowi zania Thessiczera, lecz 

na jego uczucia. I rzeczywi cie po pocz tkowym przestrachu Thessiczer odtajał i 

z karhidyjsk  wybuchowo ci  wpadł w nastrój wylewny i nostalgiczny 

wspominaj c z Estravenem przy ogniu dawne czasy i starych znajomych. Kiedy 

Estraven spytał go, czy nie wie o jakiej  kryjówce, opuszczonej lub samotnej 

farmie, gdzie banita mógłby przeczeka  miesi c albo dwa w nadziei na odwołanie 

jego wygnania, Thessiczer natychmiast powiedział:  

- Prosz  zosta  u mnie.  

Oczy Estravena zabłysły na d wi k tych słów, ale nie przyj ł oferty i 

Thessiczer, zgodziwszy si ,  e tak blisko Sassinoth nie byłoby bezpiecznie, obiecał 

znale  mu jakie  schronienie. Nie b dzie to trudne, powiedział, je eli Estraven 

przyjmie fałszywe nazwisko i pójdzie do pracy jako kucharz albo parobek, co 

mo e nie b dzie przyjemne, ale na pewno lepsze ni  powrót do Orgoreynu.  

- Có , u diabła, robiłby pan w tym Orgoreynie? Z czego by pan  ył?  

- Ze Wspólnoty - odparł mój przyjaciel z cieniem swojego u miechu wydry. - 

Oni tam zapewniaj  prac  ka dej jednostce. Z tym nie ma kłopotu. Ale wolałbym 

zosta  w Karbidzie... je eli pan uwa a,  e to da si  zrobi ...  

Mieli my jeszcze piecyk, jedyn  warto ciow  rzecz, jaka nam pozostała. 

Słu ył nam tak czy inaczej do samego ko ca podró y. Nast pnego ranka po 

przybyciu do gospodarstwa Thessiczera wzi łem piecyk i pojechałem na nartach 

do miasta. Estraven oczywi cie nie poszedł ze mn , ale wytłumaczył mi, co mam 

zrobi , i wszystko si  udało. Sprzedałem piecyk w Centrum Handlowym, wzi łem 

niemał  sumk  pieni dzy, jak  za niego dostałem, do Szkoły Rzemiosł na 

wzgórzu, gdzie mie ciła si  radiostacja, i zakupiłem dziesi  minut "prywatnej 

transmisji do osoby prywatnej". Wszystkie stacje maj  wydzielony czas na 

background image

 

156 

podobne krótkofalowe transmisje. Poniewa  nadaj  je głównie kupcy do swoich 

zamorskich przedstawicieli albo kontrahentów na Archipelagu, w Sith albo 

Perunterze, koszt jest do  wysoki, ale nie jaki  szale czy. Ni szy w ka dym razie 

od ceny u ywanego piecyka przeno nego. Moje dziesi  minut wypadało na 

pocz tku trzeciej godziny, czyli pó no po południu. Nie chc c w drowa  przez 

cały dzie  w t  i z powrotem mi dzy Thessiczerem a Sassinoth, zostałem w 

mie cie i zafundowałem sobie obfity, smaczny i tani posiłek w jadłodajni. Bez 

w tpienia kuchnia karhidzka biła na głow  orgock . Jedz c przypomniałem sobie 

komentarz Estravena na ten temat, kiedy go spytałem, czy nienawidzi 

Orgoreynu. Przypomniałem sobie te  jego głos, kiedy poprzedniego wieczoru 

mówił spokojnie,  e wolałby pozosta  w Karbidzie. Nie po raz pierwszy 

zastanawiałem si , co to jest patriotyzm, na czym rzeczywi cie polega miło  do 

kraju, jak rodzi si  ta wierno  i t sknota, które zadr ały w głosie mojego 

przyjaciela, i jak taka autentyczna miło  cz sto wyradza si  w bezmy lny i 

zaciekły fanatyzm. Od czego si  to zaczyna? Po obiedzie przechadzałem si  po 

Sassinoth. Ruch w mie cie, sklepy, domy towarowe, ulice, o ywione mimo mrozu 

i dm cych  niegiem podmuchów sprawiały wra enie teatru, czego  nierealnego i 

oszałamiaj cego. Nie wyleczyłem si  jeszcze całkowicie z lodowej samotno ci. 

Czułem si  niepewnie w ród obcych i stale odczuwałem brak Estravena u boku.  

O zmierzchu poszedłem strom , pokryt  ubitym  niegiem ulic  do szkoły, a 

tam wpuszczono mnie do radiostacji i pokazano, jak obsługiwa  nadajnik. W 

wyznaczonym mi czasie wysłałem sygnał przebudzenia do satelity 

przeka nikowego na orbicie stacjonarnej, jakie  czterysta pi dziesi t 

kilometrów nad południowym Karhidem. Umie ciłem go tam jako ubezpieczenie 

w przypadku takiej wła nie sytuacji, gdybym stracił astrograf i nie mógł prosi  

Ollul o zawiadomienie statku, a nie rozporz dzałbym czasem ani sprz tem 

potrzebnym do bezpo redniego skontaktowania si  ze statkiem na orbicie 

okołosłonecznej. Nadajnik w Sassinoth był wi cej ni  wystarczaj cy, ale  e 

satelita nie miał mo liwo ci potwierdzenia odbioru, a tylko przekazywał sygnał 

na statek, nie miałem innego wyj cia, jak nada  sygnał i na tym poprzesta . Nie 

mogłem dowiedzie  si , czy moja wiadomo  została odebrana i przekazana. Nie 

byłem te  pewien, czy słusznie zrobiłem,  e j  nadałem. Nauczyłem si  

przyjmowa  takie niepewno ci ze spokojem.  

Poniewa  zacz ła si   nie yca, a nie znałem dróg tak dobrze,  eby w drowa  

nimi p~ ciemku i w g stym  niegu, musiałem przenocowa  w mie cie. Maj c 

jeszcze troch  pieni dzy spytałem o zajazd, na co zatrzymano mnie w szkole. 

Zjadłem kolacj  z gromad  wesołych studentów i poło ono mnie spa  w 

internacie. Zasn łem w przyjemnym poczuciu bezpiecze stwa, z wiar  w 

nadzwyczajn  i niezawodn  karhidzk  go cinno . Wyl dowałem od pocz tku we 

wła ciwym kraju i teraz znów w nim byłem. Z t  my l  zasn łem, ale obudziłem 

si  wcze nie i bez  niadania wyruszyłem do gospodarstwa Thessiczera, po nocy 

wypełnionej niespokojnymi snami.  

Wschodz ce sło ce, małe i zimne na jasnym niebie, rzucało ku zachodowi 

cienie z ka dego kopczyka, z ka dej nierówno ci na  niegu. Droga była cała w 

plamach cienia i blasku. Na  nie nych polach nie było  adnego  ycia, ale daleko 

na drodze zbli ała si  w moj  stron  płynnym, lekkim krokiem narciarza jaka  

background image

 

157 

mała posta . Na długo przedtem, zanim mogłem rozpozna  twarz, wiedziałem,  e 

to Estraven.  

- Co si  dzieje, Therem?  

- Musz  dosta  si  do granicy - powiedział nie zatrzymuj c si  nawet. Był ju  

zdyszany. Odwróciłem si  i razem pod yli my na zachód, ja ledwo za nim 

nad ałem. Tam gdzie droga skr cała do Sassinoth, zszedł z niej i pojechali my 

przez pola. Przeszli my zamarzni t  Ey jak  mil  na północ od miasta. Brzegi 

były strome i pod koniec wspinaczki na drugi brzeg musieli my zatrzyma  si  dla 

złapania tchu. Nie byli my w formie odpowiedniej dla takiego wy cigu.  

- Co si  stało? Thessiczer?  

- Tak. Usłyszałem go, jak nadawał przez krótkofalówk . O  wicie. - Pier  

Estravena wznosiła si  i opadała spazmatycznie jak wtedy, kiedy le ał na lodzie, 

na skraju bł kitnej przepa ci. - Tibe musiał wyznaczy  cen  na moj  głow .  

- Przekl ty niewdzi czny zdrajca! - powiedziałem zacinaj c si . Miałem na 

my li nie Tibe'a, lecz Thessiczera, który zdradził przyjaciela.  

- To prawda - zgodził si  Estraven - ale za du o od niego wymagałem, za 

mocno obci yłem jego małego ducha. Posłuchaj, Genry. Wracaj do Sassinoth.  

- Odprowadz  ci  przynajmniej do granicy.  

- Mo emy spotka  orgockich stra ników.  

- Zostan  po tej stronie. Na lito  bosk ...  

U miechn ł si . Wci  jeszcze ci ko dysz c wstał i poszedł dalej, a ja z nim.  

Jechali my przez małe, za nie one zagajniki, pagórki i pola spornej doliny. 

Nie kryli my si , nie skradali my. Roz wietlone niebo, biały  wiat i my, dwie 

plamy cienia na nim, w ucieczce. Nierówno ci gruntu kryły przed nami granic , 

póki nie zbli yli my si  do niej na dwie cie metrów; wówczas nagle ujrzeli my j  

jak na dłoni, wyznaczon  płotem. Jedynie kilkadziesi t centymetrów słupów 

wystawało nad  nieg, ich czubki były pomalowane na czerwono. Nie widzieli my 

adnych stra ników po orgockiej stronie. Po naszej stronie wida  było  lady nart 

i na południe od nas kilka małych postaci.  

- S  stra nicy po tej stronie. B dziesz musiał zaczeka  do zmroku, Therem.  

- Inspektorzy Tibe'a - sykn ł ze zło ci  i skr cił w bok.  

Prze lizgn li my si  nad małym garbem, z którego przed chwil  zjechali my, i 

schronili my si  w najbli szym nadaj cym si  do tego miejscu. Tam sp dzili my 

cały długi dzie , w dolince w ród g sto rosn cych drzew hemmen, z 

czerwonawymi gał ziami przygi tymi pod ci arem  niegu. Rozwa ali my wiele 

planów: przesuni cia si  na północ albo na południe wzdłu  granicy,  eby 

wydosta  si  z tej szczególnie zagro onej strefy, pój cia przez wzgórza na wschód 

od Sassinoth, a nawet zawrócenia na północ w bezludne okolice, ale ka dy z tych 

planów musieli my odrzuci . Obecno  Estravena została zdradzona i nie 

mogli my ju  podró owa  po Karbidzie otwarcie, tak jak dot d. Nie mogli my te  

odbywa   adnych dłu szych podró y kryj c si , bo nie mieli my ani namiotu, ani 

ywno ci, ani zbyt wiele siły. Pozostawał przeskok przez granic  w najprostszej 

linii, nie było innego wyj cia.  

Kulili my si  w ciemnym zagł bieniu pod ciemnymi drzewami. Le eli my na 

niegu przytuleni,  eby si  ogrza . Koło południa Estraven zapadł w drzemk , ale 

ja byłem zbyt głodny i zmarzni ty,  eby móc zasn . Le ałem obok przyjaciela w 

background image

 

158 

jakim  ot pieniu, usiłuj c przypomnie  sobie słowa, które mi kiedy  przytoczył: 

"Dwoje s  jednym,  ycie i  mier  splecione..." Było tu troch  tak jak w namiocie 

na Lodzie, tylko bez namiotu, bez jedzenia, bez odpoczynku. Nie zostało nic prócz 

tego,  e byli my razem, a i to miało si  wkrótce sko czy .  

W czasie popołudnia niebo zamgliło si  i temperatura zacz ła spada . Nawet 

w naszym osłoni tym od wiatru zagł bieniu było za zimno,  eby siedzie  bez 

ruchu. Musieli my rusza  si , ale i tak o zachodzie sło ca dostałem dreszczy jak 

wtedy w wi ziennej ci arówce przemierzaj cej Orgoreyn. Zdawało si ,  e ta noc 

nigdy ju  nie zapadnie. Gdy nastał pó ny granatowy zmierzch, opu cili my swoj  

kryjówk  i skradaj c si  za drzewami i krzewami przeszli my na drug  stron  

wzgórza. St d mogli my dostrzec lini  granicy i rz d niewyra nych kropek na 

ja niej cym  niegu.  adnych  wiateł,  adnego ruchu,  adnego d wi ku. Daleko 

na południowym zachodzie ja niała złota po wiata małego miasteczka, jakiej  

osady Wspólnoty Orgoreynu, do której Estraven mo e doj  ze swoimi nic 

niewartymi papierami, gdzie ma przynajmniej zapewniony nocleg w wi zieniu 

Wspólnoty albo w najbli szym ochotniczym gospodarstwie Wspólnoty. Dopiero 

tam, w ostatniej chwili, nie wcze niej, zdałem sobie spraw , co mój egoizm i 

milczenie Estravena ukrywały przede mn , dok d on idzie i na co si  nara a.  

- Therem - powiedziałem - zaczekaj...  

Ale on ju  był w połowie stoku, znakomity narciarz, który ju  tym razem nie 

musiał ogl da  si  na mnie. Pomkn ł długim, szybkim łukiem przez cienie na 

niegu. Uciekał ode mnie prosto pod lufy stra y granicznej. Chyba krzyczeli 

jakie  ostrze enia czy rozkazy,  eby si  zatrzymał, i co  gdzie  błysn ło, ale nie 

jestem pewien. W ka dym razie nie zatrzymał si , tylko p dził ku granicy i 

zastrzelili go, zanim do niej dotarł. Nie u yli podd wi kowego paralizatora, tylko 

garłacza, staro ytnej broni, która strzela ładunkiem siekanego metalu. Strzelali, 

eby zabi . Kiedy do niego dobiegłem, umierał, z rozszarpan  piersi , odrzucony 

w bok od swoich nart, które sterczały ze  niegu. Uj łem jego głow  w dłonie i 

mówiłem do niego, ale on nie reagował. Jedyn  odpowiedzi  na moj  miło  do 

niego był jeden wyra ny okrzyk w j zyku bez słów, który przedarł si  z chaosu i 

ruiny jego umysłu: "Arek!" I nic wi cej. Kl cz c na  niegu trzymałem jego 

głow , kiedy umierał. Pozwolili mi. Potem kazali mi wsta  i zabrali mnie w jedn  

stron , a jego w drug . Ja szedłem do wi zienia, a on w ciemno .

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

background image

 

159 

Rozdział 20

 

 

Daremna nadzieja

 

 

Gdzie  w notatkach, które robił podczas naszej w drówki przez Lód Gobrin, 

Estraven zastanawia si , dlaczego jego towarzysz wstydzi si  płaka . Mógłbym 

mu powiedzie  nawet wtedy,  e to sprawa nie tyle wstydu, ile strachu. Teraz 

szedłem w wieczór jego  mierci przez dolin  Sinoth do zimnego kraju, który le y 

poza granic  strachu. Tam stwierdziłem,  e mo na płaka , ile si  chce, ale nic to 

nie pomaga.  

Zabrano mnie do Sassinoth i zamkni to w wi zieniu, bo znajdowałem si  w 

towarzystwie banity i pewnie te  dlatego,  e nie bardzo wiedziano, co ze mn  

zrobi . Od pocz tku, nawet zanim jeszcze nadeszły oficjalne rozkazy, traktowano 

mnie dobrze. Moje karhidyjskie wi zienie stanowił umeblowany pokój w Wie y 

Elektorów w Sassinoth. Miałem kominek, radio i dostawałem pi  obfitych 

posiłków dziennie. Nie było tu wygód. Łó ko twarde, kołdry cienkie, podłoga 

goła, powietrze zimne, słowem, typowy pokój w Karhidzie. Ale przysłano mi 

lekarza, w którego dotyku i głosie była dobroczynna, koj ca pociecha, której na 

pró no by szuka  w całym Orgoreynie. Zdaje si ,  e po jego wizycie drzwi 

pozostawiono otwarte. Pami tam,  e chciałem,  eby je zamkni to, z powodu 

zimnego przeci gu z korytarza, ale nie miałem do  siły ani odwagi,  eby wsta  z 

łó ka i zamkn  drzwi swojego wi zienia.  

Lekarz, powa ny młody człowiek, w którym była jaka  macierzy ska troska, 

powiedział mi tonem spokojnej pewno ci:  

- Był pan niedo ywiony i ,przepracowany w ci gu ostatnich pi ciu lub sze ciu 

miesi cy. Jest pan wyczerpany. Dalej nie ma ju  z czego czerpa . Niech pan le y i 

odpoczywa. Jak rzeki zamarzni te w zimie. Niech pan le y spokojnie. i czeka.  

Ale we  nie zawsze byłem w ci arówce kul c si  wraz z innymi wi niami, 

wszyscy cuchn cy, dr cy, nadzy, zbici w gromadk  dla ciepła, wszyscy prócz 

jednego. Ten jeden le ał samotnie pod zamkni tymi drzwiami, zimny, z ustami 

pełnymi zakrzepłej krwi. To był zdrajca. Odszedł sam, zostawiaj c nas, 

zostawiaj c mnie. Budziłem si  w ciekły, bezsiln  dr c  w ciekło ci , która 

zmieniała si  w bezsilne łzy.  

Musiałem by  dosy  chory, bo pami tam niektóre efekty wysokiej gor czki i 

lekarza, który przesiedział przy mnie jedn , a mo e wi cej nocy. Nie pami tam 

tych nocy, ale przypominam sobie, jak mówiłem do niego słysz c zawodz c , 

płaczliw  nut  we własnym głosie:  

- Mógł si  zatrzyma . Widział stra ników. Jechał prosto pod lufy.  

Młody lekarz milczał przez chwil .  

- Czy chce pan powiedzie ,  e to było samobójstwo?  

- Mo e.  

- To straszne, powiedzie  co  takiego o przyjacielu. Nie uwierz ,  e Harth rem 

ir Estraven mógł to zrobi .  

Zapomniałem o pogardzie, w jakiej ci ludzie maj  samobójstwo. Nie jest to 

dla nich, podobnie jak dla nas, sprawa wyboru. Jest to rezygnacja z wyboru, akt 

zdrady samego siebie. Dla Karhidyjczyka czytaj cego nasze ksi gi zbrodnia 

background image

 

160 

Judasza polega nie na zdradzie Chrystusa, ale na czynie, który prowadzi do 

takiej rozpaczy,  e odbiera szans  przebaczenia, zmiany,  ycia - który prowadzi 

do samobójstwa.  

-Nie nazywa go pan Estravenem Zdrajc ?  

- Nigdy go tak nie nazywałem. Wielu jest takich, którzy nigdy nie dali wiary 

oskar eniom pod jego adresem, panie Ai.  

Ale nie znalazłem w tym  adnego pocieszenia i tylko krzykn łem w bólu:  

- To dlaczego go zastrzelili? Dlaczego on nie  yje? Nic mi nie odpowiedział, bo 

nie było na to  adnej odpowiedzi.  

Nie zostałem ani razu formalnie przesłuchany. Pytano mnie, jak wydostałem 

si  z gospodarstwa Pulefen i jak dotarłem do Karhidu, a tak e o adresata i tre  

szyfrowanego komunikatu, jaki nadałem przez ich radio. Powiedziałem i ta 

informacja poszła prosto do Erhenrangu, do króla. Sprawa statku była, jak si  

zdaje, trzymana w tajemnicy, ale wiadomo ci o mojej ucieczce z orgockiego 

wi zienia, o zimowym przej ciu przez Lód, o mojej obecno ci w Sassinoth, były 

otwarcie rozpowszechniane i komentowane. Nie wspominano w radio o udziale w 

tym Estravena ani o jego  mierci. Ale i tak wszyscy wiedzieli. Tajemnica w 

Karhidzie jest w wielkiej mierze kwesti  dyskrecji, uzgodnionego i dobrze 

rozumianego milczenia, brakiem pyta , nie brakiem odpowiedzi. Biuletyny 

mówiły tylko o wysłanniku, panu Ai, ale wszyscy wiedzieli,  e to Harth rem ir 

Estraven wykradł mnie z r k Orgotów i przeszedł ze mn  przez Lód do Karbidu, 

eby zada  kłam opowie ciom Wspólnoty o mojej nagłej  mierci na febr  horm w 

Misznory zeszłej jesieni... Estraven do  dokładnie przepowiedział skutki mojego 

powrotu, jego jedyny bł d polegał na tym,  e ich nie docenił. Z powodu przybysza 

z innego  wiata, który le ał chory nic nie robi c, o nic si  nie troszcz c w swoim 

pokoju w Sassinoth, w ci gu dziesi ciu dni upadły dwa rz dy.  

Upadek rz du w Orgoreynie oznacza oczywi cie tylko,  e jaka  grupa 

reprezentantów zast piła inn  grup  reprezentantów na decyduj cych 

stanowiskach. Jedne cienie si  skróciły, inne wydłu yły, jak mówi  w Karhidzie. 

Frakcja Sarfu, która posłała mnie do Pulefen, mimo nie pierwszego zreszt  

przypadku przyłapania jej na kłamstwie utrzymała si  przy władzy, dopóki 

Argaven nie ogłosił publicznie o bliskim przybyciu do Karhidu gwiezdnego 

statku. Tego dnia wszystkie najwa niejsze stanowiska przeszły w r ce Obsle'a i 

jego frakcji Wolnego Handlu. W ko cu jednak im si  przydałem.  

W Karhidzie upadek rz du oznacza zazwyczaj dymisj  premiera i 

przetasowania w kyorremie, chocia  zamachy, abdykacje i insurekcje równie  

zdarzaj  si  do  cz sto. Tibe nie czynił  adnych stara ,  eby utrzyma  si  przy 

władzy. Moja warto  w grze o mi dzynarodowy szifgrethor plus rehabilitacja 

(po rednia) Estravena dały mi nad nim tak mia d c  przewag  presti ow ,  e 

zrezygnował, zanim jeszcze władze w Frhenrangu dowiedziały si ,  e wezwałem 

swój statek. Tibe wykorzystał donos Thessiczera, zaczekał tylko na wiadomo  u 

mierci Estravena i zło ył rezygnacj . To była jednocze nie jego kl ska i jego 

zemsta za ni .  

Z chwil  kiedy Argaven uzyskał pełn  informacj , przysłał mi wezwanie, 

ebym natychmiast przybył do Frhenrangu, a wraz z listem niemał  sum  na 

wydatki. Miasto Sassinoth z równ  hojno ci  wysłało ze mn  swojego młodego 

background image

 

161 

lekarza. bo czułem si  jeszcze niezbyt dobrze. Odbyli my t  podró  na 

autosaniach. Pami tam tylko jej fragmenty, była nie pieszna, bez przygód, z 

długimi postojami w oczekiwaniu, a  walce ubij   nieg, z długimi nocami w 

zajazdach. Mogła zaj  najwy ej dwa albo trzy dni, ale wydawała si  długa i nie 

pami tam z niej wiele a  do chwili, kiedy przez bram  Północn  wjechali my w 

gł bokie, pełne  niegu i cienia ulice Erhenrangu.  

Poczułem wtedy,  e moje serce jakby si  uciszyło, a umysł rozja nił. Do tego 

czasu byłem porozbijany, rozkojarzony. Teraz, chocia  zm czony nawet t  łatw  

podró , odnalazłem w sobie nieco siły. Była to najprawdopodobniej siła 

przyzwyczajenia, bo nareszcie znalazłem si  w znanym otoczeniu, w mie cie, w 

którym przeszło rok mieszkałem i pracowałem. Znałem tu ulice, wie e, mroczne 

podwórce, kru ganki i fasady Pałacu. Wiedziałem, co mam tu do zrobienia. I 

dlatego po raz pierwszy u wiadomiłem sobie jasno,  e po  mierci przyjaciela 

musz  doko czy  dzieła, za które zgin ł. Musz  wmurowa  zwornik łuku.  

W bramie Pałacu czekało na mnie polecenie,  ebym udał si  do jednego z 

domów dla go ci w obr bie murów Pałacu. Była to Okr gła Wie a, co 

sygnalizowało na dworze mocny szifgrethor: nie tyle królewsk  przychylno , ile 

uznanie ju  istniej cego wysokiego statusu. Umieszczano tu zazwyczaj 

ambasadorów pa stw zaprzyja nionych. Jednak po drodze musieli my przej  

obok Czerwonego Naro nego Domu i zobaczyłem przez w sk  sklepion  bram  

bezlistne drzewo nad sadzawk  szar  od lodu i dom, który nadal stał pusty.  

W drzwiach Okr głej Wie y powitała mnie osoba w białym hiebie i 

szkarłatnej koszuli ze srebrnym ła cuchem na szyi. Był to Faxe, wieszcz ze 

stanicy Otherhord. Na widok jego dobrej i pi knej twarzy, pierwszej znajomej 

twarzy, jak  ogl dałem od wielu dni, przypływ ulgi zmi kczył mój nastrój 

wymuszonej determinacji. Kiedy Faxe uj ł moje dłonie w rzadkim karhidyjskim 

ge cie powitania zarezerwowanym dla przyjaciół, byłem ju  w stanie 

odpowiedzie  na jego serdeczno .  

Wczesn  jesieni  został wybrany do kyorremy ze swojego okr gu, 

południowego Reru. Wybór na członka rady kogo  z handdarskiej stanicy nie jest 

czym  niezwykłym, natomiast jest czym  wyj tkowym,  eby Tkacz przyj ł taki 

urz d, i jestem przekonany,  e Faxe te  by odmówił, gdyby nie gł boka troska, 

jak  go napawały rz dy Tibe'a i kierunek, w jakim spychały kraj. Tylko dlatego 

zdj ł złoty ła cuch Tkacza, a wło ył srebrny ła cuch członka rady, i nie trzeba 

było wiele czasu,  eby uwidocznił si  jego wpływ, bo od miesi ca thern został 

członkiem heskyorremy, czyli  cisłego Kr gu, stanowi cego przeciwwag  dla 

urz du premiera, mianowany przez samego króla. Bardzo mo liwe,  e czekał go 

awans na stanowisko, które niecały rok temu utracił Estraven. Kariery polityczne 

w Karbidzie s  gwałtowne i ryzykowne.  

W Okr głej Wie y, zimnym, pretensjonalnym małym domu, miałem okazj  

porozmawia  z Faxe'em, zanim musiałem spotka  si  z kim  innym, składa  

jakie  o wiadczenia czy wyst powa  publicznie. Nie spuszczaj c ze mnie swojego 

jasnego spojrzenia spytał:  

- A wi c przybywa tu do nas statek, wi kszy ni  ten, w którym spadłe  na 

wysp  Horden trzy lata temu. Czy to prawda?  

background image

 

162 

- Tak. To jest, wysłałem wiadomo , która powinna przygotowa  statek do 

opuszczenia si  na planet .  

- Kiedy to b dzie?  

U wiadomiłem sobie,  e nie wiem nawet, jaki mamy dzie  miesi ca, i wtedy 

dopiero dotarło do mnie, jak  le musiało by  za mn  ostatnimi czasy. Odliczyłem 

czas od dnia poprzedzaj cego  mier  Estravena. Kiedy okazało si ,  e gdyby 

statek znajdował si  w minimalnej odległo ci, to powinien ju  by  na orbicie 

planetarnej i oczekiwa  na jaki  sygnał ode mnie, prze yłem nast pny wstrz s.  

- Musz  porozumie  si  ze statkiem. Oni tam oczekuj  instrukcji. Gdzie król 

sobie  yczy,  eby wyl dowali? Powinna to by  strefa nie zamieszkana, do  du a. 

Musz  uzyska  dost p do nadajnika...  

Wszystko zostało zorganizowane sprawnie i bez przeszkód. Niesko czone 

meandry i rozczarowania dotychczasowych moich kontaktów z rz dem w 

Erhenrangu stopniały jak kra podczas wiosennego przyboru. Koło si  odwróciło. 

Nast pnego dnia miałem audiencj  u króla. Estraven po wi cił sze  miesi cy na 

wyjednanie mi pierwszej audiencji. I cał  reszt   ycia na wyjednanie tej drugiej.  

Tym razem byłem zbyt zm czony,  eby si  denerwowa , i miałem na głowie 

wa niejsze sprawy ni  to, jak wypadn  na audiencji. Przeszedłem dług  czerwon  

sal  pod zakurzonymi sztandarami i stan łem przed podwy szeniem z trzema 

wielkimi kominkami, na których trzaskały i sypały iskrami trzy wielkie ognie. 

Król siedział zgarbiony na rze bionym zydlu przy stole obok  rodkowego 

kominka.  

- Niech pan siada, panie Ai.  

Usiadłem po drugiej stronie kominka i zobaczyłem jego twarz w  wietle 

płomieni. Wygl dał staro i niezdrowo. Wygl dał jak kobieta, która straciła 

dziecko, jak m czyzna, który stracił syna.  

- Có , panie Ai, wkrótce wyl duje pa ski statek.  

- Wyl duje w Athten Fen, zgodnie z  yczeniem Waszej Wysoko ci. Powinien 

zosta  sprowadzony na powierzchni  dzi  wieczorem, na pocz tku trzeciej 

godziny.  

- Co b dzie, je eli nie trafi  w wyznaczone miejsce? Czy wywołaj  wielki 

po ar?  

- B d  prowadzeni przez cały czas namiarem radiowym, wszystko to zostało 

uzgodnione. Pomyłki nie b dzie.  

- I ilu ich tam jest, jedenastu? Czy to prawda?  

- Tak, za mało,  eby było si  czego obawia , Wasza Wysoko .  

Dłonie Argavena drgn ły w nie doko czonym ge cie.  

- Ju  si  pana nie boj , panie Ai.  

- Cieszy mnie to.  

Oddał mi pan du e usługi.  

- Ale ja nie słu  Waszej Wysoko ci.  

- Wiem - powiedział oboj tnie i zapatrzył si  w ogie  gryz c warg .  

- Mój astrograf znajduje si  najprawdopodobniej w r kach Sarfu w 

Misznory, ale na pokładzie statku b dzie drugi. Odt d, je eli Wasza Wysoko  

wyrazi zgod , b d  pełnił funkcj  wysłannika pełnomocnego Ekumeny, 

upowa nionego do omówienia i podpisania traktatu o współpracy z Karhidem. 

background image

 

163 

Mo e to by  w ka dej chwili potwierdzone przez Hain i ró nych stabilów za 

pomoc  astrografu.  

- Bardzo dobrze.  

Nie mówiłem nic wi cej, bo nie po wi cał mi całkowitej uwagi. Popchn ł 

czubkiem buta kłod  na kominku, posyłaj c w powietrze snop czerwonych iskier.  

- Dlaczego, do diabła, on mnie oszukiwał? - spytał wysokim, piskliwym głosem 

i po raz pierwszy spojrzał wprost na mnie.  

- Kto, Wasza Wysoko ? - powiedziałem wytrzymuj c jego spojrzenie.  

- Estraven.  

- Chodziło mu o to,  eby Wasza Wysoko  sam si  nie oszukał. Usun ł mnie z 

oczu, kiedy Wasza Wysoko  zacz ł faworyzowa  nieprzychyln  mi frakcj . 

Sprowadził mnie z powrotem w momencie, kiedy sam mój przyjazd mógł 

przekona  Wasz  Wysoko  do przyj cia misji Ekumeny i płyn cej z tego sławy.  

- Dlaczego nigdy nie wspomniał o tym wi kszym statku?  

- Bo o nim nie wiedział. Powiedziałem o tym dopiero w Orgoreynie.  

- Ładne sobie wybrali cie towarzystwo, wy dwaj,  eby o tym gada . On chciał 

namówi  Orgotów do przyj cia pa skiej misji. Współpracował z ich grup  

Wolnego Handlu. Mo e mi pan powie,  e to nie była zdrada`?  

- Nie. On wiedział,  e je eli jedno pa stwo zawrze sojusz z Ekumen , inne 

pójd  wkrótce w jego  lady, i tak te  b dzie. Sith, Perunter i Archipelag zrobi  to 

samo, póki nie dojdziecie do wspólnej reprezentacji. Estraven bardzo kochał swój 

kraj, Wasza Wysoko , ale mu nie słu ył, tak jak nie słu ył Waszej Wysoko ci. 

Słu ył temu samemu panu, któremu i ja słu .  

- Ekumenie? - spytał Argaven zdumiony.  

- Nie. Ludzko ci.  

Mówi c to nie miałem pewno ci, czy to, co mówi , jest prawd . Mo e cz ci  

prawdy, jednym aspektem prawdy. Z równym powodzeniem mo na by 

powiedzie ,  e jego post powanie wynikało z czysto osobistej lojalno ci, z uczucia 

odpowiedzialno ci i przyja ni w stosunku do jednego jedynego człowieka, do 

mnie. Ale to te  nie byłoby pełn  prawd .  

Król nie odpowiedział. Jego zas piona, od ta, pobru d ona twarz znów była 

zwrócona do ognia.  

- Dlaczego wezwał pan ten swój statek, zanim zawiadomił mnie pan o 

powrocie do Karhidu?  

-  eby postawi  Wasz  Wysoko  wobec faktu dokonanego. Wiadomo  

wysłana do Waszej Wysoko ci doszłaby tak e do pana Tibe'a, który mógłby mnie 

wyda  z powrotem Orgotom. Albo zastrzeli  mnie, tak jak to zrobił z moim 

przyjacielem.  

Król si  nie odezwał.  

- Moje własne  ycie nie jest tak wa ne, ale mam, tak jak miałem wtedy, 

obowi zek wobec Gethen i wobec Ekumeny, mam zadanie do spełnienia. 

Zacz łem od zawiadomienia statku,  eby zapewni  sobie jak  szans  wykonania 

tego zadania. Tak mi poradził Estraven i miał racj .  

- Có , nie pomylił si . Tak czy inaczej oni tu wyl duj  i my b dziemy 

pierwsi... Czy oni wszyscy s  tacy jak pan? Sami zbocze cy, zawsze w kemmerze? 

To dziwne,  eby zabiega  o zaszczyt przyj cia takiej mena erii... Prosz  

background image

 

164 

powiedzie  panu Gorczern, szambelanowi, jakiego przyj cia oni oczekuj . Prosz  

dopilnowa ,  eby nie było jakich  niedopatrze  albo obrazy. Zostan  umieszczeni 

na terenie Pałacu, gdziekolwiek pan uzna za stosowne. Chc  ich podj  z 

nale nymi honorami. Pan mi si  dwukrotnie przysłu ył, panie Ai. Zadał pan 

kłam tym ze Wspólnoty, a potem wystrychn ł ich pan na dudka.  

- A potem zrobiłem z nich sojuszników, Wasza Wysoko .  

- Wiem - powiedział piskliwie. - Ale Karhid jest pierwszy, Karhid jest 

pierwszy!  

Kiwn łem głow .  

Po chwili milczenia powiedział:  

- Jak to było, w czasie tej podró y przez Lód?  

- Niełatwo, Wasza Wysoko .  

- Estraven musiał by  dobrym towarzyszem w takiej szalonej wyprawie. Był 

twardy jak  elazo. I nigdy nie tracił głowy.  ałuj ,  e on nie  yje.  

Nie znalazłem odpowiedzi.  

- Przyjm  pa skich... ziomków na audiencji jutro po południu, o drugiej 

godzinie. Czy co  jeszcze wymaga omówienia?  

- Czy Wasza Wysoko  przywróci dobre imi  Estravenowi i odwoła rozkaz 

jego wygnania?  

- Jeszcze nie teraz, panie Ai. Nie ma z tym po piechu. Co  jeszcze?  

- Nic poza tym.  

- Jest pan wi c wolny.  

Nawet ja go zdradziłem. Powiedziałem,  e nie sprowadz  statku, póki jego 

banicja nie zostanie odwołana, a jego imi  oczyszczone. Nie mogłem upiera  si  

przy tym warunku i odrzuci  tego, za co oddał  ycie. To by go i tak nie 

sprowadziło z jego wygnania.  

Reszta tego dnia zeszła mi na uzgadnianiu z szambelanem Gorczernem 

powitania i zakwaterowania załogi statku. O drugiej godzinie wyruszyli my 

saniami motorowymi do Athten Fen, niecałe pi dziesi t kilometrów na północny 

wschód od Erhenrangu. Miejsce l dowania zostało wybrane na skraju nie 

zamieszkanego regionu, wielkiego torfowiska zbyt podmokłego,  eby nadawało 

si  pod upraw  i zasiedlenie, a obecnie, w połowie miesi ca irrem, stanowi cego 

zamarzni t  płaszczyzn  pokryt  kilkudziesi ciocentymetrow  warstw   niegu. 

Naprowadzaj cy sygnał radiowy działał od rana i nadeszło ju  potwierdzenie 

jego odbioru.  

Na swoich ekranach załoga statku musiała widzie  lini  dnia i nocy dziel c  

Wielki Kontynent od zatoki Guthen do Czarisune, a szczyty Kargavu, jeszcze w 

sło cu, musiały błyszcze  jak ła cuch gwiazd, bo był ju  zmierzch, kiedy patrz c 

w niebo zobaczyli my jedn  spadaj c  gwiazd .  

Statek l dował w ród wielkiego huku i ognia. Białe kł by pary uniosły si  z 

rykiem, kiedy stabilizatory statku zagł biły si  w wielkie jezioro wody i błota 

utworzone przez ogie  z jego dysz. Gł biej pod bagnem była wieczna zmarzlina, 

twarda jak granit, na której statek stan ł idealnie pionowo i stał stygn c nad 

zamarzaj cym w oczach jeziorem jak balansuj ca na ogonie wielka, delikatna 

ryba, ciemnosrebrna w zmierzchu Zimy.  

background image

 

165 

Stoj cy obok mnie Faxe z Otherhordu odezwał si  po raz pierwszy od chwili 

grzmotu i majestatu tego l dowania. - Ciesz  si ,  e do yłem chwili, kiedy mog  to 

zobaczy  - powiedział. Estraven powiedział to samo, kiedy patrzył na Lód, na 

mier . Powinien móc powtórzy  to samo dzisiejszego wieczoru. Chc c uciec od 

bolesnego  alu ruszyłem po lodzie w stron  statku. Był ju  pokryty szronem pod 

działaniem mi dzypowłokowych płynów chłodz cych i, kiedy podszedłem, 

otworzyły si  wysokie drzwi i wysuni to trap, który wdzi cznym łukiem si gn ł 

lodu. Pierwsza ukazała si  Lang Heo Hew, nic nie zmieniona, oczywi cie, 

dokładnie taka, jak  j  widziałem trzy lata temu w moim  yciu i dwa tygodnie 

temu w jej  yciu. Spojrzała na mnie, na Faxe'a i na reszt  id cego za mn  

orszaku, po czym zatrzymała si  u stóp pochylni.  

- Przybywamy z przyja ni  - powiedziała uroczy cie po karhidyjsku. W jej 

oczach wszyscy byli my lud mi z obcej planety. Pozwoliłem,  eby Faxe przywitał 

j  pierwszy.  

On wskazał jej mnie, po czym podeszła i uj ła moj  praw  r k  na nasz 

sposób, patrz c mi w oczy.  

Och, Genly - powiedziała. - Nie poznałam ci ! -Dziwnie było słysze  kobiecy 

głos po tak długiej przerwie. Za moj  rad  wyszli ze statku wszyscy; oznaka 

jakiegokolwiek braku zaufania na tym etapie byłaby upokarzaj ca dla orszaku 

karhidyjskiego, uderzałaby w ich szifgrethor. Wyszli i bardzo pi knie przywitali 

si  z Karhidyjczykami. Ale wszyscy wydawali mi si  jacy  dziwni, m czy ni i 

kobiety, mimo  e ich przecie  znałem. Dziwnie brzmiały ich głosy, albo za niskie, 

albo zbyt piskliwe. Byli jak grupa wielkich, nieznanych zwierz t dwóch ró nych 

gatunków, jak wielkie małpy z rozumnym spojrzeniem i wszystkie w czasie rui, w 

kemmerze... Brały mnie za r k , dotykały mnie, obejmowały.  

Udało mi si  zapanowa  nad sob  i powiedzie  podczas jazdy saniami do 

Erhenrangu Heo Hew i Tulierowi to, co najpilniej musieli wiedzie  o sytuacji, w 

jakiej si  znale li. Jednak po przyje dzie do Pałacu musiałem natychmiast pój  

do swojego pokoju.  

Przyszedł do mnie lekarz z Sassinoth. Jego cichy głos i jego twarz, młoda, 

powa na twarz, ani m ska, ani kobieca, ludzka twarz, były dla mnie ulg , czym  

znajomym i prawidłowym... Ale kiedy ju  zaaplikował mi jaki  łagodny  rodek 

uspokajaj cy i kazał mi i  do łó ka, powiedział:  

- Widziałem pa skich towarzyszy. To wspaniała rzecz, przybycie ludzi z 

gwiazd. I to za mojego  ycia!  

Jeszcze jeden przykład optymizmu i odwagi, najbardziej godnych podziwu 

cech ducha Karhidu i ducha ludzkiego w ogóle, i chocia  nie mogłem dzieli  z nim 

jego entuzjazmu, to jednak psucie mu go byłoby czynem niegodnym. 

Powiedziałem nieszczerze, ale absolutnie prawdziwie:  

- Dla nich to te  jest co  wspaniałego, spotkanie z nowym  wiatem, z now  

ludzko ci .  

Pó n  wiosn , pod koniec miesi ca tama, kiedy przeszły odwil owe powodzie i 

podró owanie znów stało si  mo liwe, wzi łem urlop z mojej małej ambasady w 

Erhenrangu i udałem si  na wschód. Moi ludzie byli teraz rozsiani po całej 

planecie. Poniewa  zostali my upowa nieni do korzystania z pojazdów 

powietrznych, Heo Hew i jeszcze troje polecieli do Sith i Archipelagu, dwóch 

background image

 

166 

pa stw półkuli morskiej, którymi zupełnie si  nie zajmowałem. Inni byli w 

Orgoreynie, a dwoje, niech tnie, w Perunterze, gdzie odwil , jak mówi , 

przychodzi w miesi cu tuwa i po tygodniu wszystko z powrotem zamarza. Tulier i 

Ke'sta  wietnie radzili sobie w Erhenrangu i mogli oby  si  beze mnie. Nie było 

adnych nagl cych spraw. Ostatecznie statek, który by wyruszył od najbli szego 

z nowych partnerów Zimy, nie mógł przyby  przed upływem siedemnastu lat 

czasu planetarnego. Jest to  wiat marginalny, le cy na skraju. Dalej za nim w 

kierunku Południowego Ramienia Oriona nie znaleziono ju   adnej zamieszkanej 

planety. A z Zimy jest bardzo daleka droga do głównych  wiatów Ekumeny, 

wiatów-ognisk naszej rasy: pi dziesi t lat do Hain-Davenant, całe  ycie do 

Ziemi. Nie było po piechu. Pokonałem Kargav, tym razem przez ni sze przeł cze, 

drog  wij c  si  ponad brzegiem Morza Południowego. Odwiedziłem pierwsz  

wie , w jakiej si  zatrzymałem, kiedy przed trzema laty rybacy przywie li mnie z 

wyspy Horden. Mieszka cy tego ogniska przyj li mnie tak wtedy, jak i teraz bez 

najmniejszego zdziwienia. Sp dziłem tydzie  w wielkim portowym mie cie 

Thather u uj cia rzeki Encz, a potem wczesnym latem wyruszyłem pieszo do 

Kermu.  

Szedłem na wschód i na południe, przez surowy kraj pełen skał i zielonych 

wzgórz, wielkich rzek i samotnych domostw, a  doszedłem do jeziora Lodowa 

Noga. Patrz c z brzegu jeziora w kierunku wzgórz na południu zobaczyłem 

znajom  po wiat , rozbielenie nieba, odblask dalekiego lodowca. Tam był Lód.  

Estre było bardzo starym miejscem. Jego ogniskó i przyległe zabudowania 

wzniesiono z szarego kamienia wyłamanego ze stromego zbocza, na którym stały. 

Było ponure, pełne odgłosów wiatru.  

Zapukałem i drzwi si  otworzyły.  

- Prosz  o go cin  domeny - powiedziałem. - Byłem przyjacielem Therema z 

Estre.  

Ten, kto mi otworzył, szczupły, powa ny osobnik w wieku dziewi tnastu albo 

dwudziestu lat, przyj ł moje słowa w milczeniu i w milczeniu zaprosił mnie do 

ogniska. Zaprowadził mnie do ła ni, garderoby i wielkiej kuchni, a kiedy upewnił 

si ,  e w drowiec jest czysty, odziany i nakarmiony, zostawił mnie samego w 

sypialni, która gł bokimi szczelinami okien spogl dała na szare jezioro i na szare 

lasy thore rozci gaj ce si  mi dzy Estre a Stok. Był to ponury dom w ponurym 

krajobrazie. W gł bokim kominie trzaskał ogie  daj c jak zwykle wi cej ciepła 

dla oka i dla ducha ni  dla ciała, bo kamienne podłogi i  ciany oraz wiatr dm cy 

od strony gór i Lodu pochłaniały wi kszo  ciepła z płomieni. Ale nie było mi tak 

zimno jak kiedy , podczas pierwszych dwóch lat na Zimie; przywykłem ju  do 

ycia w zimnym kraju.  

Po jakiej  godzinie chłopiec (miał szybkie i delikatne ruchy i wygl d 

dziewczyny, ale  adna dziewczyna nie potrafiłaby utrzyma  tak ponurego 

milczenia) przyszedł mi powiedzie ,  e pan na Estre gotów jest mnie przyj , 

gdybym miał ochot  go zobaczy . Poszedłem za nim schodami i długimi 

korytarzami, na których odbywała si  wła nie gra w chowanego. Dzieci 

przemykały koło nas i wokół nas, małe piszczały z podniecenia, podrostki 

prze lizgiwały si  jak cienie od drzwi do drzwi zakrywaj c dłoni  usta,  eby 

background image

 

167 

stłumi   miech. Jeden tłusty maluch, pi cio albo sze ciolatek, odbił si  od moich 

nóg i szukaj c obrony chwycił za r k  mojego przewodnika.  

- Sorve! - pisn ł, przez cały czas wytrzeszczaj c oczy na mnie - Sorve, 

schowam si  w browarze! - I pobiegł jak okr gły kamyk wystrzelony z procy. 

Młody Sorve nie straciwszy ani na chwil  powagi poprowadził mnie dalej, a  

doszli my do wewn trznego ogniska, do ksi cia na Estre.  

Esvans Harth rem ir Estraven był starym człowiekiem, po siedemdziesi tce, 

unieruchomionym przez artretyzm. Siedział wyprostowany w fotelu na kółkach 

przy ogniu. Jego twarz była szeroka, bardzo stara i poorana przez czas jak skała 

przez deszcze; spokojna twarz, przera aj co spokojna.  

- Pan jest Genry Ai, wysłannik.  

- Tak, to ja.  

Spojrzał na mnie, a ja na niego. Therem był synem, dzieckiem z łona tego 

starego pana. Therem był młodszym synem, starszym był Arek, ten, którego głos 

słyszał, kiedy do niego przemawiałem my lomow . Teraz obaj nie  yli. Nie 

potrafiłem dostrzec nic z mojego przyjaciela w tej zniszczonej, spokojnej, twardej 

twarzy starca. Nie znajdowałem w niej nic poza potwierdzeniem faktu  mierci 

Therema.  

Przybyłem do Estre w daremnej nadziei znalezienia pociechy. Nie było tu 

adnej pociechy. Dlaczego niby pielgrzymka do miejsca dzieci stwa przyjaciela 

miałaby robi  jak  ró nic , zapełni  pustk , ukoi   al? Nic ju  nie mo na było 

zmieni . Moje przybycie do Estre miało jednak inny jeszcze cel i ten mogłem 

osi gn .  

- Byłem z pa skim synem w miesi cach przed jego  mierci . Byłem z nim, 

kiedy umarł. Przyniosłem jego dzienniki. I je eli jest co , co mog  opowiedzie  o 

tych dniach...  

aden szczególny wyraz nie odmalował si  na twarzy starca. Tego spokoju nic 

ju  nie mogło naruszy . Ale młody gwałtownym ruchem wyszedł z cienia w smug  

wiatła mi dzy oknem a kominkiem, dziwnego, niewesołego  wiatła, i powiedział 

szorstko:  

- W Erhenrangu nadal nazywaj  go zdrajc  Stary pan spojrzał na chłopca, 

potem na mnie.  

- To jest Sorve Harth - powiedział - dziedzic Estre, syn moich synów.  

Kazirodztwo nie jest tu zabronione, dobrze o tym wiedziałem. Jedynie 

dziwno  tego dla mnie jako dla ziemianina i zdziwienie, gdy ujrzałem odbłysk 

ducha mojego przyjaciela w tym pos pnym, zaci tym, prowincjonalnym chłopcu, 

sprawiły,  e na chwil  oniemiałem. Odpowiedziałem lekko dr cym głosem:  

- Król go rehabilituje. Therem nie był zdrajc . Czy to wa ne, jak go nazywaj  

głupcy  

Stary pan skin ł powoli głow .  

- Wa ne - powiedział.  

- Czy to prawda,  e przeszli cie razem przez Lód Gobrin, pan i on? - spytał 

Sorve.  

- To prawda.  

- Chciałbym usłysze  t  opowie , panie wysłanniku powiedział stary Esvans 

bardzo spokojnie. Ale chłopiec, syn Therema, zapytał zachłystuj c si  słowami:  

background image

 

168 

- Czy powie nam pan, jak on umarł?... Czy powie nam pan o innych  wiatach 

w ród gwiazd... o innych ludziach, o innym  yciu?