background image

 
 
Czesław Jankowski 
 
 
NARÓD   POLSKI I JEGO OJCZYZNA 
 
 
Warszawa 
1914 
 
 
 
Nakład autora.  
Druk L.  Bogusławskiego,   Świętokrzyska   Nr.  11. 
 
 
 
Jesteśmy, my Polacy, narodem liczącym 22 z okładem miljony „dusz" obojej 
płci.  
Liczebnością przewyższamy Hiszpanów (20 miljonów), Rumunów (l0 miljonów), 
Węgrów  
(9 miljonów), Holendrów (do 7 miljonów), Szwedów (5 1/2 miljona), Greków (5  
miljonów). Naród włoski wykazać może na świecie całym tylko 35 miljony 
mężczyzn  
i kobiet; posiada przeto zaledwie o jedenaście miljonów „dusz" więcej niż 
naród  
polski. 
Gdzież jest ojczyzna 22 - miljonowego narodu polskiego? 
Gdy raz książę Gorczakow rozmawiając z pewną arystokratką naszą o sprawach  
polskich, żachnął się zniecierpliwiony i rzekł: 
— Przepraszam panią najmocniej, ale gdzież jest ta „Polska" wasza? 
Usłyszał odpowiedź: 
— Polska, ekscelencjo, jest wszędzie tam gdzie zabraniają mówić po polsku! 
 
 

 
Był to śmiały frazes. Dosadnie trafiający w popowstaniowe repressje; 
bardziej  
jednak śmiały i lotny, niż ścisły. 
Gdy w 1815 krystalizowała się pod napoleońskiem jarzmem idea zjednoczenia 
się  
Niemiec, rzucił Arndt w popularnym do dziś dnia wierszu patrjotycznym,  
zapytanie: 
Was ist des Deutschen Vaterland?  
Ist's Preussenland? Ist's Schwabenland?  
lst's wo der Sand der Dünen weht?  
Ist's wo die Donau brausend geht? 
Odpowiedź na pytanie Arndta dali Niemcy — w 1871 roku. 
Gdzież jest atoli ojczyzna narodu polskiego, nieposiadającego ani skrawka  
państwowego ogniska, jądra, „własnego kąta", narodu rozproszonego po 
ogromnych  
obszarach, chciałoby się rzec po świecie całym? 
Odpowie wielu: „Ojczyzną naszą jest Polska etnograficzna!" Kto inny zawoła: 
„Za  
ojczyznę naszą uważać powinniśmy niezłomnie najrozleglejszy, jaki kiedy 
istniał,  
obszar państwowy byłej Rzeczypospolitej!" Jeszcze kto inny odezwie się: „W  
sercach naszych jest ojczyzna nasza". Jeżeli zaś zadowolić się którąkolwiek 
z  
tych odpowiedzi i zagadnąć: 
— A stolica ojczyzny naszej? Nazwijcie ją! Usłyszy się zewsząd wołania: 
— Warszawal Warszawa! 
 

background image

 
Warszawa?... A dlaczegóż nie — Kraków? Czy dlatego, że w Warszawie zstąpił 
z  
tronu ostatni król b. Rzeczypospolitej? A czyliż Kraków nie był stolicą 
Polski  
za najświetniejszych jej czasów? Jaśniejsze o wiele, dostojniejsze i chyba  
milsze nam wszystkim tradycje stołeczne niż warszawskie ma Kraków. 
Ale zawieśmy na chwilę dyskusję i niejako z lotu ptaka rozejrzyjmy się 
po...  
rozproszeniu naszem. 
Najgęściej zaludnia naród Polski t. zw. „ziemie polskie", dlatego zwane 
ziemiami  
polskiemi ponieważ na tych ziemiach znajdują się do dziś dnia „odwieczne"  
siedziby Polaków. 
Odwieczne? Od wieków — ilu? Znajdziemy przecie np. w granicach b. Wielkiego  
Księstwa Litewskiego, na Wołyniu, na Podolu, na Ukrainie sporo siedzib do 
dziś  
dnia polskich a które gniazdami rodzinnemi Polaków były już w XVI, może 
nawet w  
XV stuleciu. Gdyby przeto samo istnienie w danej okolicy „odwiecznych" 
siedzib  
polskich czyniło eo ipso te okolice „ziemiami polskiemi", nie szukalibyśmy  
„ziemi polskiej" jedynie i wyłącznie nad Gopłem lub nad Wisłą. 
Okazuje się przeto, że nazwa "ziemia polska" przystoi tylko okolicy gdzie 
Polacy  
tworzą większość ludności. 
Gdzie szukać mamy takich okolic? Oczy- 
 

 
wiście, że w Polsce etnograficznej, nie zaś w Polsce historycznej. 
Granice owej Polski etnograficznej (zasianej gęsto polskim ludem wiejskim, 
o  
przewadze ludności polskiej wogóle) łamane są, nieścisłe, niewyraźne. Jak  
zresztą wszędzie granice etnograficzne. W każdym razie, na podsta wie  
statystyki, uważamy za ziemie polskie:j Królestwo Polskie, W. Księstwo  
Poznańskie, Za chodnią Galicją, Księstwo Cieszyńskie i regencję Opolską na  
Śląsku pruskim gdzie Polacy stanowią od 75 do 54% ogółu ludności. 
Po za granicami (jak się rzekło dość luźnemi) tych dzielnic znajdziemy 
jeszcze  
sporo narodu polskiego na obszarach b. historycznej Polski. Ale w Prusach  
Zachodnich stanowimy, my Polacy, tylko już 35% ogółu ludności, w Prusach  
wschodnich 16% a na Litwie i Rusi zaledwie 10%. 
Na ostatek znajdziemy na zachodzie Państwa Niemieckiego, przedewszystkiem w  
okręgach przemysłowych Westfalji, bez mała. pół miljona Polaków, oderwanych  
zarówno od Polski etnograficznej jak historycznej. Zaś za oceanem 
Atlantyckim  
przebywa w Stanach Zjednoczonych do trzech, inni zapewniają, że do czterech  
miljonów Polaków, emigrantów, a kolonje polskie w Ameryce południowej dały  
przytułek do dwustu tysiącom wychodźców naszych. Po obszarach Rosji, aż do  
Władywostoku, aż do 
 

 
Turkiestanu rozproszyło się, jak utrzymują statystycy, z pół miljona 
Polaków,  
szukających tam zarobku, a do półtorasta tysięcy rodaków naszych przebywa 
stale  
po różnych krajach Europy. 
Oto jakby wyglądała na mapie geograficznej świata garść, spora garść 22 -  
miljonowego narodu polskiego: zda się, jak gdyby kto cisnął ogromną kroplę  
polskiej esencji narodowej na trójkąt Poznań — Warszawa — Kraków, jakby na 
tym  
trójkącie zostało esencji najwięcej a reszta rozprysła się dokoła, 
zwilżając  

background image

tylko kapryśnie narodowością polską różne okoliczne terytorja. Zaś 
pryśnięcie  
wcale znaczne tej kropli padło, hen aż za ocean, na ziemie amerykańskich 
Stanów  
Zjednoczonych. 
Rozprysły się tak po całym globie (tedy bardziej jeszcze niż naród polski) 
—  
inne narody, jak np. angielski, niemiecki, francuski, włoski, hiszpański,  
portugalski. Wystarczy uprzytomnić sobie ilu Anglików przebywa w Indjach, w  
Australji, po niezliczonych kolonjach Wielkiej Brytanji. Ale każdy z tych  
narodów posiada własne jądro państwowe, jakby jakieś stałe, tradycyjne 
ognisko  
domowe. I to własne państwowe ognisko domowe stanowi dla każdego z tych 
narodów:  
ojczyznę. Spytać spotkanego gdziekolwiek na kuli ziemskiej Anglika: gdzie 
twoja  
ojczyzna? — natychmiast stuknie palcem w mapę geograficzną, gdzie 
namalowana  
jest ni- 
 

 
kła ale wyraźna, całemu światu znana wyspa i — odpowiedź dana! Spytać 
Niemca, —  
uderzy palcem w sam środek Europy; spytać Włocha, — wskaże na pas ziemi,  
wrzynający się z pod stoków Alp między dwa morza... 
Jakże zachowa się wobec mapy geograficznej Polak, mający wskazać, gdzie 
„leży"  
jego ojczyzna? 
Jeżeli spytamy o nią Polaka, spotkanego dajmy na to gdzieś w podróży, 
gdzieś na  
statku przepływającym Gibraltarską cieśninę lub w jakim wąwozie Himalajów 
albo  
Kordyljerów, to przedewszystkim śledźmy uważnie charakterystyczny kierunek 
jego  
palca uderzającego w mapę. Wahania się . tego kierunku będą nieznaczne, ale  
bardzo znamienne. Jeżeli Polak, z którym rozmawiamy, będzie rodem z obrębu  
Królestwa Polskiego, wskaże bez wahania, jako na ojczyznę swoją, na 
Królestwo  
Polskie, pilnując się bacznie aby uderzyć palcem jaknajbliżej — Warszawy. 
Jeżeli  
to będzie Polak, którego gniazdo rodzinne leży lub leżało kiedyś w 
Poznańskiem,  
to wskaże niechybnie na b. Wielkopolskę, wszelako celując tak, aby jego 
palec  
znalazł się bardzo niedaleko od granicy Królestwa Polskiego. Jeżeli mieć  
będziemy przed sobą Polaka galicyjskiego, ręczyć można, że odruchowo uderzy 
— w  
Kraków; może tylko opamięta się po chwili i pośpieszy „poprawić się",  
zakreślając na mapie kółko między Krako- 
 

 
wem a Warszawą. Polak rodem z Litwy, w zależności od tego, czy grają w nim  
silniej albo słabiej uczucia i idee zwane „wszechpolskimi", wskaże albo bez  
wahania na Królestwo Polskie albo szeroko zakreśli granice „ojczyzny" 
swojej  
gdzieś po gubernjach wileńskiej, grodzieńskiej, witebskiej, mińskiej i 
rzuci się  
natychmiast tłumaczyć, że kraj to wprawdzie nie tak „polski" jak „inne" np. 
pod  
Warszawą i Krakowem, ale on, aczkolwiek z Litwy, jest jednak najczystszej 
krwi  
Polakiem,i za ojczyznę swoją uważa Polskę, której składową częścią niegdyś 
i t.  

background image

d. i t. d. Wystarczy zresztą poświęcić nieco uwagi zapisywaniu rodzinnego 
kraju  
lub ojczystej miejscowości na liście kąpielowej lub kuracjuszów przez  
przebywających za granicą rodaków naszych z kresowych dzielnic b.  
Rzeczypospolitej. Przybysz np. do Karlsbadu, Vichy lub Ostendy z pod 
Poniewieża,  
Witebska, Mińska, napisze w odpowiedniej rubryce: aus Litauen; inny z tych- 
że  
stron przybysz, rozumiejąc, iż owa „Lithuanie" lub owe „Litauen" nic zgoła 
nie  
mówią... zagranicy, napisze w rzeczonej rubryce odważnie: Pologne. Zaś inny  
jeszcze, zastanowiwszy się, że przecie „Pologne" jest jeszcze mniej 
geograficzną  
nazwą niż „Lithuanie", a pragnąc jednak wyraźnie zaznaczyć swoją narodowość  
polską, pomyśli chwilkę i obok swego nazwiska napisze... Varsovie. Jest  
narodowości — warszawskiej! Pojęcie „oj- 
 
10 
 
czyzna Polaka" zbiegło się z pojęciem „Warszawa" — nietylko w rozumieniu  
zagranicy. Warszawa jest dla wielu rodaków naszych jakby ekspozyturą na 
eksport  
— ojczyzny polskiej; jakby tej ojczyzny polskiej etykietą. Rozumieją, że 
jeżeli  
cudzoziemcowi powiedzą: „Z Warszawy jestem!", to ów cudzoziemiec 
natychmiast  
pojmie, że ma do czynienia z Polakiem. Lecz z takiego „załatwienia sprawy" 
niech  
się cieszy, komu uciecha wogóle z łatwością przychodzi. Niech się cieszy, 
że  
używamy „Warszawy" jako... surrogatu ojczyzny polskiej z musu, w 
ostateczności,  
jako umówionej konvenłionelle Lüge, dlatego, że faktyczna, realna, 
zrozumiała  
dla całego świata Ojczyzna polska — nie istnieje. 
Ale bez ojczyzny żaden człowiek choćby najbardziej cywilizowany, choćby 
wolny od  
wszystkich „przesądów", choćby nie wiedzieć jak głośno zaklinający się, że 
jest  
„obywatelem świata" — żyć nie może. Jak bez powietrza. Niema potrzeby 
tłumaczyć  
co to jest ojczyzna i dlaczego każda istota ludzka, posiada ojczyznę, 
choćby  
nawet niewiedzieć jak rezolutnie „gwizdała" na własną ojczyznę i wypierała 
się  
jej. 
 
Gdy na globie ziemskim ludzkość rozpadła się na społeczeństwa, 
społeczeństwa te  
po- 
 
11 
 
spieszyły zorganizować się w państwa. Kraje stały się państwami. Ojczyzny  
poszczególnych narodów stały się samodzielnymi, samoistnymi państwami. 
Przybył  
ojczyźnie splendor państwowy; opromienił ją, uczynił zadość miłości własnej  
narodu, którego ojczyzna stała się państwem. Dumnym stał się każdy naród z 
tego,  
że gmach jego ojczyzny posiada okazałe kształty państwowości. 
Poprzywiązywały  
się narody głęboko, serdecznie, namiętnie do państwowości własnych. Wrosło 
w  
ludzki intelekt i w ludzkie uczucia, że ojczyzna i państwo to jedno. 
Zaczęto  

background image

zgoła nie wyobrażać sobie ojczyzny, któraby państwem nie była. Z miłością 
dla  
kraju rodzinnego, dla ziemi z prochami praojców, dla powietrza, 
owiewającego tę  
ziemię, dla „najbliższych" istot zaludniających kraj rodzinny, zlało się  
nierozerwalnie przywiązanie do wszystkich oznak i przywilejów 
samodzielności  
państwowej. Posiadanie własnego państwa stało się rzeczą tak drogocenną, 
tak  
nieodzowną dla zaspokojenia duchowej potrzeby człowieka, że pod jedną  
państwowość poschraniały się tu i owdzie całemi stadami plemiona, szczepy, 
ba,  
narody, byleby wspólnemi siłami, jak dach nad głową, państwowość tę 
utrzymać.  
Dlatego, aby mieć do kochania „własne" państwo i szczycić się niem wobec 
świata. 
Takiem państwem, co zlało się w jedno z ojczyzną, stała się Francja dla tak  
niepodob- 
 
12 
 
nych do siebie szczepów plemiennych jak np. bretończycy i prowansalczycy. 
Takiem  
państwem, wyniesionem do godności i świętości „ojczyzny" jest 
wieloplemienna  
Austrja, będąca państwem-ojczyzną nietylko Habsburgów. Zlały się w jedno:  
państwo i ojczyzna w Stanach Zjednoczonych Ameryki Północnej, gdzie wszyscy  
współobywatele gotowi są bronić do ostatniej kropli krwi gwiaździstego  
sztandaru. 
Taką Arką przymierza miłości ojczyzny i politycznego patrjotyzmu była dla 
narodu  
polskiego, to jest dla wszystkich wyznawców narodowości polskiej: 
historyczna  
Polska państwowa. W miłości dla niej, w nieodróżnianiu państwa od ojczyzny  
jednoczyli się, jak wyraziliśmy się: wszyscy wyznawcy narodowości polskiej.  
Można bowiem niebyć z pochodzenia Polakiem, ale z wolnego wyboru i 
dobrowolnego  
„samookreślenia" wyznawać narodowość polską. Takim był kniaź ruski 
Konstanty  
Ostrogski, kasztelan wileński, bohater z pod Orszy i zdobywca Pskowa; takim 
był,  
białorusin z dziada pradziada, Jan Karol Chodkiewicz, hetman wielki 
litewski, co  
pod Kircholmem okrywając Polskę nieśmiertelną sławą wojenną, wydawał 
rozkazy,  
Bogu dzięki składał i klął — po białorusku; takim był, niepolskiego 
pochodzenia  
twórca arcydzieła — literatury polskiej; takim był, gente gallus natione  
polonus, wielki Cho- 
 
13 
 
pin, co na szczytach Helikonu genjalny dał wyraz tragizmowi — Polski. 
Gdy zaś państwa polskiego niestało, gdy rozpadł się w gruzy ów wielki 
niejako  
ołtarz, na którym adorowano Ojczyznę, natenczas patrjotyzm polityczny 
polski  
trzykroć jeszcze wybuchał w ciągu kilkudziesięciu lat porozbiorowych a zaś  
patrjotyzm polski, aby się tak wyrazić, wyłącznie uczuciowy, przeniknięty  
wyłącznie przywiązaniem do stron rodzinnych bez względu na to, czyją one  
urzędową własność stanowią, innemi jeszcze słowy, polska miłość ojczyzny w  
utarłem rozumieniu, nie rozróżniającem odcieni — rozprysła się. Rozprysła 
się na  
patrjotyzmy lokalne; na poszczególne, jak się wyrażają Francuzi, amours da  
clocher. Ojczyzna polska jakby oderwała się od ziemi, uniosła się i 
zawisła,  

background image

hen, tam, gdzieś w górze jak złota z relikwiami trumna. Stała się: 
świętością,  
ideałem, symbolem, słońcem, „Chrystusem narodów", ideą, czemś niezmiernie  
pięknem, cudownem, ale transcedentalnem. Natomiast serce, ludzkie, proste, 
jak  
je Pan Bóg stworzył, serce człowiecze, potrzebujące lgnąć bezpośrednio,  
nieustannie do tego, co ukochało, przypadło z całą gorącością miłości 
ojczyzny  
do tych właśnie porozrzucanych po całym obszarze b. Polski historycznej:  
wieżyczek kościołkowych, które nie dla jednych tylko Francuzów są 
najbliższą  
metą ojczyźnianego patrjotyzmu. 
 
14 
 
I po upadku b. Rzeczypospolitej, obok polskiego patrjotyzmu politycznego,  
porozpłomieniały się patrjotyzmy lokalne. Wielki herold, jeżeli nie twórca  
najszaleńszego, jaki istniał kiedy na świecie, romantyczno - mesjanicznego  
patriotyzmu politycznego polskiego, Mickiewicz, gdy go na wygnaniu zmogła  
nieopisana tęsknota — nie za ojczyzną państwową ale za krajem rodzinnym, za  
ziemią pagórków leśnych i łąk zielonych, zawołał wielkim głosem: „Litwo,  
ojczyzno moja!" Cały świat historyczno-psychologicznych przyczyn i skutków 
leży  
w tem Mickiewiczowskiem z roku 1836 „Litwo, ojczyzno moja!" a nie: „Polsko,  
ojczyzno moja!" (Mickiewicz, rzecz prosta, zgodnie z ówczesnemi, utartemi  
wyobrażeniami, użył nazwy kraju historycznej, tradycyjnej, nie zaś nazwy  
etnograficznej, weszłej dziś w użycie, narzuconej przez ruch litewski i 
ruch  
białoruski). 
A Syrokomla? Wszak jego: „Litwo moja ojczysta, ziemio moja święta!" wtórzy  
wiernie inwokacji z „Pana Tadeusza". Wszak o Litwie (wciąż jeszcze używając  
nazwy historycznej) mówi nieodmiennie i zawsze jak o „kraju rodzonym" i 
szczyci  
się, że jest „Litwinem". A od innych kresów b. Rzeczypospolitej wtórzy  
Mickiewiczowi i Syrokomli — Bohdan Zaleski: 
I mnie matka - Ukraina, I mnie matka swego syna Upowiła w pieśń u łona.... 
 
15 
 
Tam zaś, za oceanem, na drugiej półkuli globu zaczyna budzić się wśród 
setek  
tysięcy wychodźców naszych: patrjotyzm lokalny... amerykański, wchłaniając 
w  
siebie niemało uczuć składowych „miłości ojczyzny". Oczywiście, że na 
wielkim  
ołtarzu dusz wychodźczych stół wciąż jeszcze „Stara ziemia", czyli 
„idealna"  
Polska — historyczna, na cześć której odświęcają się wielorakie 
uroczystości i  
obchody narodowe, ale ten kult jakby jaki mistyczny „kult przodków", staje 
się  
coraz bardziej jakby tylko dekoracją bytowania Polaków na amerykańskiej 
ziemi,  
do której przywiązanie rośnie w miarę przychodzenia tam na świat coraz 
dalszych  
wychodźczych pokoleń. Dla wielu, wielu rodaków naszych, co z Ameryki wrócić 
do  
Europy nie mogą lub nie chcą, „ojczyzną", do której tęsknią jeszcze lub 
tęsknić  
już przestali są: dawne ich, europejskie „rodzinne strony". Gdzież szukać 
tych  
„rodzinnych stron"? Raz w Królestwie, raz w Galicji, to znowuż w 
Poznańskiem, na  
Śląsku, na Żmudzi, stosownie do tego, skąd dany nasz wychodziec przybył do  
Ameryki. Powoli zaś siedziby amerykańskie polskich wychodźczych rodzin,  

background image

okraszone okazałem „obywatelstwem amerykańskiem", stają się Ojczyzną 
naszych  
zaoceanowych rodaków. Jeszcze z niczyich tam ust nie zerwała się, w 
polskiej  
mowie, inwokacja: „Ziemio Kolumba, ojczyzno moja !" — ale ona po wielu 
duszach  
błąka się 
 
16 
 
nie ujęta w słowa, jakby dźwięk słów miał być czemś „straszniejszem", niż 
myśl,  
jakby cofano się już tylko — przed słowami. 
Gdzież więc jest wspólna, jedna i nieodmienna — dziś — ojczyzna. Polaków? 
Każdy  
gdzieindziej ją wskaże. Zwęziło się, skurczyło, rozumienie i odczuwanie  
ojczyzny. Bezdomnym nie jest naród polski; nie jest też — jeszcze; „narodem 
bez  
ziemi". Ale już jest narodem — bez Ojczyzny. 
 
Ciężka i niezmiernie skomplikowana walka o byt przypadła w udziale narodowi  
polskiemu. Nie bronią nas żadne „przyrodzone granice", w rodzaju Alp, 
Pirenejów,  
mórz, pustynnych nie do przebycia przestrzeni. Tem mniej bronią nas 
ostrokoły  
fortec lub, stratagiczne linje wojsk, których sam widok respekt budzi. 
Wszędzie  
na świecie siedziby narodu naszego otwarte są na wszystkie strony — a 
naciskane  
są zewsząd. 
Wszędzie z zawiścią spoglądają inne narodowości na nasz, tak już przecie  
niepokaźny, stan posiadania, oraz na naszą, jaką taką jeszcze zdolność  
zarabiania na chleb powszedni przy współczesnych wielolicznych warsztatach.  
pracy, jak niemniej na naszą zdolność utrzymywania się bodaj przy 
minimalnej  
roli wśród społeczeństw cywilizowanych. Narodów nie łączy 
 
17 
 
żaden braterski sentyment; przeciwnie, radeby jeden drugiego utopić, jeżeli 
nie  
w szklance wody, to w pierwszem lepszem morzu; wszelako wielkie narody, nie  
mogąc wzajemnie siebie pochłonąć, podtrzymują siebie wzajemnie — w pewnych  
momentach historycznych, przy zbiegu pewnych okoliczności; wchodzą z sobą w  
aljans, ustanawiają te lub owe „wspólne interesy" innym znowuż razem zdaje 
się  
im, całkiem szczerze, że istnienie danego narodu potrzebne jest dla  
międzynarodowej „równowagi". Bywa też. że istnienie nawet mikroskopijnego 
narodu  
poczytywane jest za wręcz niezbędne dla... utrzymania in statu quo świętej 
zgody  
między potężnemi narodowemi zrzeszeniami, dlatego, , aby wyszedłszy z  
„równowagi", nie rzuciły się siebie, wyrządzając sobie ciężką krzywdę, 
ktorejby,  
niestety, żadne zwycięztwa, żadne trofea i łupy, nie powetowały. Wszelako 
co do  
narodu polskiego, to od chwili rozbioru historycznej Polski, nie jest on 
nikomu  
na świecie — potrzebny. Przeciwnie, zdaje się wszystkim zawadzać. Zawadza  
tembardziej, że nie zaliczyć narodu polskiego do narodów mikroskopijnych, 
albo  
do siedzących gdzieś, w jakimś kącie Europy, jak Portugalczycy lub Grecy. 
Nie!  
Naród polski, jak na domiar nieszczęścia, leży na jednym z pryncypalnych 
placów  
Europy; jakby u jednego z najgłówniejszych traktów publicznych.  

background image

 
18 
 
Leży... żyje... spożytkowuje dla własnych (słyszycie!) potrzeb wydajność  
sporych, bardzo nawet sporych obszarów i pozuje na „obywatela" 
cywilizowanego  
świata! Nietylko zawadzający jest, niepotrzebny, „pasożytniczy", ale —  
irytujący! 
Wprawdzie Polacy nie mają cech plemiennych, tak ogólnie niemiłych, aby nie  
wyrazić się: wstrętnych dla ludów aryjskich, jak •... Żydzi, ale zaczynają 
być  
równie, jak oni — zawadzający. Polacy też mieli „Palestynę" swoją; a 
bynajmniej  
nie gdzieś za morzami. A gdy zgruchotano ich własność państwową, 
niezależną,  
Polacy nie rozpryśli się na świat cały, jak Żydzi dżgnięci w palestyńskie 
pra -  
gniazdo, lecz próbowali pozostać w granicach odwiecznej „osiadłośći". 
Aliści  
zwolna jęli odrywać się od „ojczystego" gruntu... Zaczęli powoli szukać  
szczęścia i chleba najpierw w szerokiem promieniu b. Rzeczypospolitej, 
potem zaś  
coraz dalej, dalej. Aż oto i świat niemal cały usiany został Polakami, 
Mniejsza  
jednak o te garście Polaków rozrzucone potrosze wszędzie i nie brużdżące,  
przyznać trzeba, społeczeństwom i państwom, co schronienie im dały. Ale... 
co  
począć z jądrem polskiego narodu wciąż jeszcze tkwiącem między Bałtykiem a  
Karpatami? 
Kto wie, czy nie trudniejsza to sprawa, niż rozwiązanie (również między  
Bałtykiem a Karpatami) kwestji... żydowskiej. 
 
19 
 
Co począć z Polakami? 
Rzecz prosta, że trzem potężnym państwom, które dokonały rozbioru b.  
Rzeczypospolitej i zagarnęły w granice swoje każde mniejszą lub większą 
część  
narodu polskiego, nasunęła się w odpowiedzi na to pytanie „najprostsza" 
idea.  
Stłumić wszelkie ewentualne wybuchy buntownicze, następnie zaś wynarodowić 
i  
wtopić bez śladu Polaków w naród z jednej strony rosyjski, z drugiej w  
niemiecki. A jeżeli nie zechcą poddać się tej „ewolucji" mającej za sobą 
zarówno  
rację.,stanu, jak własne „dobro" Polaków, tedy opornych, tą lub ową metodą, 
temi  
lub owemi sposobami — wytępić. Ausrotten! jak brzmi odnośne przykazanie w  
niemieckim programie politycznym. 
Und bist du nicht willig, so brauch' ich Gewalt! 
— jak po wyczerpaniu wszystkich pokus i obiecanek, grozi Erlkönig. 
 
Wiele się mówi i pisze o niemożliwości wynarodowienia całego narodu  
posiadającego zarówno przeszłość historyczną, jak własną kulturę. Pomimo  
średniowiecznych auto - da - fe i nowoczesnych „pogromów", pomimo  
najpomysłowszej oraz najrzyjemniejszej asymilacji, stosowanej umiejętnie, a  
przyjmowanej, bywało, nawet 
 
20 
 
bardzo skwapliwie, czyliż przestali istnieć na świecie Bożym — Żydzi? Żydzi 
pur  
sang ze wszystkiemi właściwościami rasy i cech narodowych? Zostało ich 
wielu,  
nieskończenie wielu, powiedzmy śmiało: zostały całe tłumy. A czy 
wynarodowiono i  

background image

wytępiono naród czeski? Nie. Ścięty pień narodu czeskiego puścił — powielu,  
wielu latach — świeże pędy i szumi dziś naród czeski, jak potężny bór. 
Wprawdzie  
gdzież dziś ślad Azteków, Jadźwingów lub Sasów z czasów Karola Wielkiego? 
Ale  
chybaż wolno zauważyć, że kompletne te zagłady stały się w czasach zgoła 
innych  
niż obecne, w innych zgoła warunkuch niż dzisiejsze, w atmosferze całkiem 
innego  
„ducha czasu", niż obecna. 
Tedy idea załatwienia się z narodem polskim a la, Fernando Cortez lub Karol  
Wielki, nie miała nigdy, nie ma i mieć nie będzie realnego gruntu pod sobą,  
aczkolwiek wyznawców i orędowników dziś jeszcze jej nie braknie. 
Zrozumiała niemożebność wynarodowienia Polaków Austrja. Może pod wpływem 
silnych  
wstrząśnień fizycznych i moralnych, doznanych pod Kaniggrätzem i Sadową?  
Mniejsza. Dość, że zrozumiała. Może organizm państwowy monarchji Habsburgów 
nie  
mógł podołać ciężkiemu bądź co bądź zadaniu? Też mniejsza. Dość, że w 
chwili  
obecnej, a od dłuższego już czasu, nastawanie niemieckiego żywiołu na 
żywioł  
polski w granicach państwa Habsburgów — ustało. 
 
21 
 
Niech nas jednak zbytnie austrofilstwo nie zbija z tropu. W błyskawicy 
choćby  
tylko pamiętnego orędzia cesarza Franciszka Józefa do Rusinów w czerwcu 
1912  
roku, kto miał oczy do patrzenia, mógł aż nadto dobrze spostrzedz, jak 
dalece  
zależne jest stanowisko Polaków w Austrji od konjunktur politycznych  
habsburskich. 
 „W roku 1908,— pisał niedawno w Słowie Polskiem poseł Zamorski — podczas  
aneksji Bośni i Hercegowiny utrwalił się plan okrojenia rosyjskich 
posiadłości w  
ten sposób, że Prusy miały zająć Królestwo Polskie do linji rzeki Wisły z  
Warszawą, jako miastem granicznem, według granic ostatniego rozbioru z roku  
1795, a Austrja miała zabrać Podole, Bessarabję, dawne województwo 
bracławskie i  
oprzeć się o morze Czarne z Odessą, jako trzecim portem wielkim. Ustalony w 
roku  
1908 plan obowiązuje do dnia dzisiejszego".  
Austryjacki ten plan musiał, rzecz prosta, prowadzić prostą drogą do 
osypywania  
oznakami osobliwej benewolencji — Rusinów. Trzebaż przecie skarbić 
sympatję, ba!  
miłość... przedniej straży moharchji Habsburgów, przedniej straży, co ma 
nieść  
żółto - czarny sztandar na — rosyjską Ukrainę! 
Nastaje — albo nastać może — nowa orjentacja polityki austrjackiej. Da się 
za  
wygraną liczeniu' się z Polakami a do godności 
 
22 
 
benjaminków wyniesie się — Rusinów. Dla dogodzenia im, dla zjednania sobie 
ich  
serc i ich najgorliwszego udziału w ewentualnej wojnie z Rosją odda się im 
na  
niepodzielną własność, tak gorąco pożądaną — wschodnią Galicję. Całą! A 
niech  
tam sobie Polacy piszczą i protestują! Dość się ich nagłaskało. Teraz 
przyszła  
kolej na Rusinów. Gdy stali się potrzebniejszymi niż Polacy. 

background image

W czerwcu 1912 poseł Zamorski wołał: „Nastała chwila przełomowa! Polacy 
tracą  
kredyt w monarchji Habsburgów!" 
Chwila przełomowa — nie nastała; uspokoiły się wzburzone flukty; wojna  
austrjacko -rosyjska, jak burzonośna chmura „przeciągnęła bokiem", 
właściwie:  
rozwiała się. Ale — jak się rzekło — w błysku tego, co mogło stać się w 
1912  
roku, ujrzeliśmy sporo... ewentualności, zagrażających wcale poważnie 
naszemu  
obecnemu wylęganiu się na różach w monarchji Habsburgów. 
Dorzućmy też gorzkie doświadczenie, którego nie poskąpiło nam zwalenie na  
Galicję wszystkich strat, które musiała pociągnąć za sobą bezplanowa,  
nieopatrzna, idjotyczna mobilizacja, rzekomo „w przededniu" wojny z Rosją.  
Niedawno, (w Świecie) skreślił redaktor Nowej Reformy Srokowski treściwy a 
wręcz  
przerażający obraz Galicji wyszłej z opałów „wojnyi bez wojny", rażonej na  
dobitkę elementarnem 
 
23 
 
klęskami. Bankructwa i upadłości, gospodarstwo krajowe nad brzegiem ruiny,  
redukowanie produkcji i pracy, skarb krajowy pusty, waśń narodowościowa  
zaogniona... „Wojna bałkańska — pisał delegat instytutu Carnegiego prof. 
Neurath  
— wywołała daleko większe spustoszenia w Galicji niż w krajach bezpośrednio  
wojną dotkniętych". 
Oto na jaką ewentualność narazić mógł — w imię dobra... Habsburgów oraz  
odwracając. klęski od innych państwa prowincji — oto na jaką ewentualność 
mógł  
„rząd opiekuńczy" austrjacki narazić znaczny odłam narodu naszego. Tak stoi  
sprawa w Austrji. Jakże się nam w Niemczech powodzi? W Niemczech 
zapamiętałe  
zwalczanie wszelkiej „polskości" ma silne podłoże natury ekonomicznej. 
Niemcy  
wypierają Polaków z warsztatów wszelkiego zarobkowania i ze wszelkich  
dochodowych placówek, nie dlatego, że znieść nie mogą widoku... 
konfederatki,  
lub że ich słuch nie znosi brzmienia mowy polskiej, tem mniej dlatego, że  
obawiają się „separatyzmu" polskiego, jakichś „powstań", mających na celu  
odbudowanie niezależnego państwa polskiego... nad Gopłem, u gniazda 
legendowych  
orłów białych — ale po prostu dlatego usiłują wszelkiemi sposobami wygnać  
Polaków z ziemi b. Wielkopolskiej lub wytępić ich na tej ziemi, ponieważ im  
samym, rdzennym Niemcom, cia- 
 
24 
 
sno już robi się niezmiernie w granicach Germanji. Ote toi que je m'y 
mettel  
Żywiołowe spychanie... brata w Chrystusie z zajmowanej przez niego piędzi 
ziemi  
dlatego, aby zająć jego miejsce. 
W Rosji względy ekonomicznej natury, współzawodnictwo przemysłowe, oraz  
przeludnienie nie grają prawie żadnej roli w obecnym, trwającym od stu lat 
z  
okładem wystawianiu polskich poddanych państwa na najdotkliwsze próby. 
Niechęć  
Rosjan do Polaków, dochodząca do nienawiści, jest, aby się tak wyrazić, 
bardziej  
natury moralnej niż jakiejkolwiek innej. Dusza rosyjska, urabiana przez 
całe  
stulecia całkiem inaczej niż dusza polska, nie może zrozumieć... o co 
Polakom  
chodzi. Draźni i wyprowadza Rosjan z siebie to, że ci, tacy słabi Polacy,  
wiecznie rwą się do takiego powietrza, w którem zaklinają się, że byłoby im  

background image

lekko i dobrze żyć, a na które Rosjanie — wzruszają ramionami. Stosunki 
rosyjsko  
- polskie są jednym łańcuchem nieporozumień. Wchodzi powtóre w grę niejako  
atawistyczne współzawodnictwo Rosjan i Polaków o przodowanie, jeżeli nie o  
panowanie na Wschodzie Europy. Rosjanie już przed wiekami odrzucili precz  
Polaków od monarszego stolca, z którego (o czem wiedziały dobrze oba 
narody)  
panuje się lub będzie się panowało na całej wschodniej połaci kontynentu  
europejskiego. Ale pozostały w du- 
 
25 
 
szy rosyjskiej: zaciętość, wrogość, podejrzliwość względem Polaków — do 
siódmego  
pokolenia. Niemogą Rosjanie zapomnieć Polakom, że z ich przyczyny o mało, o 
mało  
że nie wymknęła się im rola... którą obecnie grają. Psychologja narodów 
jest  
ogromnie podobna do psychologji jednostek ludzkich... Po trzecie, naród 
rosyjski  
czuje, że z bratem - słowianinem i współobywatelem nie postąpił jednak i 
nie  
postępuje — idealnie. I znowuż odruch usprawiedliwiony psychologicznie 
popycha  
go do zagłuszania w sobie tego głosu sumienia powoływaniem się z wielkim 
patosem  
na rację stanu. To trudno! Naród rosyjski właśnie tem zdobył sobie 
stanowisko,  
które w świecie dziś zajmuje, że postępował zawsze bezwzględnie, twardo,  
nieubłaganie ze wszystkiemi czynnikami, które mogły wielkość i potęgę 
narodu  
rosyjskiego wzmocnić, a które tego uczynić nie chciały. Naród rosyjski 
ujarzmił  
przecie i zgniótł oligarchję własnych bojarów! Miałżeby nie dać sobie rady 
z  
prostym łupem swoim zdobytym jeżeli nie na ostrzu miecza to na ostrzu  
dyplomacji, z takim łupem swoim jak Polacy? I naród rosyjski rozkłada ręce,  
marszczy brwi i powiada braciom-współobywatelom: „Niemożemy inaczej! Musimy 
was  
ugiąć, skruszyć, uczynić z was garść mułu, którą wzmocnimy gmach naszego  
wspaniałego państwa! To mus, to konieczność. Niech tylko poddamy się 
wzruszeniu  
i sentymentalnym 
 
26 
 
ideologiom — zginiemy! Zginiemy sami! Jakże chcecie, abyśmy dbali bardziej 
o  
skórę waszą niż o własną?" 
Nie roztrząsajmy, czy racjonalne są te „konieczności" uczynienia z Polaków 
w  
granicach Państwa Rosyjskiego jakby biernych niewolników — panującego 
narodu  
rosyjskiego; czy dogmat o absolutnej spoistości państwa pod każdym 
względem, o  
zniwelowaniu w nim wszelkich różnic np. kulturalnych lub narodowościowych, 
nie  
jest przypadkiem — anachronizmem? Dość, że to, co dzieje się na widowni  
stosunków rosyjsko - polskich, dzieje się w imię: nierozerwalności państwa,  
zunifikowania wszelkich różnic kulturalnych, narodowościowych, 
wyznaniowych, w  
imię dogmatu o sile i potędze tylko takiego państwa, które taką fuzję, 
takie  
stopienie w retorcie swego życia wewnętrznego dokonało. 
Nie potrącajmy o resztę przyczyn, wywołujących zmaganie się z sobą: nacisku  

background image

rosyjskiego i polskiego oporu. A moglibyśmy wskazać na tych przyczyn całą 
sieć  
rozpiętą po społeczeństwie rosyjskiem i podżegającą w niem niewyczerpaną 
nigdy  
polskofobję. 
Niemcy, naród spokojniejszy, wytrawniejszy i rozważniejszy niż naród 
rosyjski,  
nie myślą — pozbywać się Polaków, jako żywiołu społecznego bądź co bądź  
wartościowego. Niemcy wytężają wszystkie siły, aby wchłonąć w siebie 
 
27 
 
żywioł polski, zasymilować go, wynarodowić i obrócić go w powolne narzędzie  
potęgi... Germanji. 
Sangwiniczny, niecierpliwy, zniechęcający się łatwo naród rosyjski, nie 
wdrożony  
do wysiłków planowych a na daleką metę, widząc, iż wynaradawianie i 
asymilowanie  
żywiołu polskiego idzie oporem, radby (w chwili rozdrażnienia)... pozbyć 
się  
tego niewdzięcznego zadania, tej ambarasownej i ciężkiej „misji 
historycznej".  
Nie można? — no to i nie trzeba! Obejdzie się wielka Rosja bez garści 
Polaków.  
Niech idą sobie na złamanie karku dokąd ich oczy poniosą! 
Ponieważ jednak wielki plan polityczny Mikołaja I i... Mieńszykowa 
„odstąpienia"  
Królestwa Polskiego Niemcom gdyby nawet był wykonalny, niedałby się  
urzeczywistnić z poniedziałku na wtorek, przeto — musi stary, tradycyjny 
kurs  
polityki antypolskiej, ze wszystkiemi onego utartemi środkami i sposobami,  
trwać. Więc nacjonalizm rosyjski (a tak dziś potężny!) w dalszym ciągu 
Polaków  
dojeżdża, najeżdża, smaga, targa wędzidłem raz w tę, drugi raz w ową 
stronę,  
drażni, wyrządza im niezliczone „przykrości" ze złośliwą uciechą, 
dogadzającą  
bezmyślnie głębokiej — antypatji. 
Byłoby z naszej strony bardzo wielką nieoględnością zamykanie oczu na fakt, 
że  
zarówno antypolska akcja niemiecka jak antypolski 
 
28 
 
kurs polityki rosyjskiej zadają narodowi naszemu systematycznie dotkliwe 
ciosy.  
Nacisk dwóch wielkich państw na garść niezorganizowanego, bezbronnego  
społeczeństwa niemoże przecie niebyć fatalnym dla tego społeczeństwa, 
choćby to  
społeczeństwo było reprezentantem cywilizowanego i odwiecznego narodu. 
Nacisk  
Germanji i Rosji robi swoje. Wynaradawia jeżeli nie etnograficzne jądro 
narodu  
polskiegp, to narodu tego wybiegi kresowe. Zarówno naród rosyjski jak naród  
niemiecki oblewające, aby się tak wyrazić, wysepkę narodu polskiego, 
wyszarpują  
tej wyspy brzegi, podmywają je, odrywają kawałami nasz narodowy stan 
posiadania.  
Cale grupy narodu naszego idą szukać doli i niedoli w otchłani bądź narodu  
niemieckiego, bądź rosyjskiego, trwają tam czas jakiś jako „kolonje 
polskie" a  
następnie giną, roztapiają się w rosyjskiem lub niemieckiem „morzu". Z 
drugiej  
strony niepozostają bezowocnemi wysiłki obu potężnych państw, mające na 
celu  

background image

wyrwanie nam z pod nóg — ziemi. Własność ziemska polska topnieje wszędzie 
dokoła  
Polski etnograficznej. Nie kwapmy się tego zjawiska przypisywać całkowicie 
akcji  
politycznej obu państw, obezdomniających planowo i systematycznie Polaków, 
ale  
też i nie lekceważmy tego, co dokonał Murawjewowski zakaz nabywania przez  
Polaków ziemi na Litwie i Rusi, a z drugiej strony co dokonała i do- 
 
29 
 
konywa pruska organizacja kolonizacyjna, poza którą stoi w odwodzie 
uchwalone  
już wywłaszczanie. 
Znajdujemy się my, stanowiący jądro narodu polskiego, jakby w żelaznej 
obręczy,  
zaciskającej się powoli... Oczywiście, że główną moc tej obręczy nadają 
obie  
państwowości: rosyjska i niemiecka, ale są jeszcze w tej obręczy ogniwa  
pomniejsze, dopełniające przedziwnie to wszechstronne, ścisłe osaczanie, 
wśród  
którego sądzono nam wieść żywot nieopisanie ciężki, szarpiący nerwy i 
fatalnie  
demoralizujący. 
Ogniwami temi, niejako dopełniającemu akcję obu potężnych narodów, są  
poszczególne nastawania. na żywioł polski: takich nowych do znacznego 
stopnia  
współzawodników naszych o piędź ziemi, o miejsce na niej, o prawo do życia, 
o  
łyk powietrza, jak — Rusini, Litwini, Żydzi, „Ukraińcy", Białorusini. 
Rzecz prosta, że te „potencje" nie kuszą się nawet o asymilatorskie 
wchłonięcie  
w siebie zawadzających im żywiołów polskich, że nie wynaradawiają nas, nie  
litwinizują, nie semityzują, nie ukraińczą, i t. d. jeno tylko — wypierają 
nas.  
Dokąd? Gdzieindziej! Choćby na księżyc, nie troszcząc się i nie deliberując 
(jak  
np. Mieńszykow) co się z nami stanie! 
 
 
30 
 
Od północy, powiedzmy od Bałtyku, żywioł polski gnany jest precz z 
odwiecznych  
siedzib swoich przez ruch narodowy litewski. Gnany jest precz dokąd? Za 
Bug! Za  
Niemen! — byle do „etnograficznej" Polski, do „Korony", skąd ongi po unji  
Horodelskiej wyszło mrowie „kolonistów" polskich i rozsypało się po 
obszarach b.  
Wielkiego Księstwa Litewskiego i, co za tem idzie, po rdzennej Litwie i 
Żmudzi. 
Świeżej to daty napór spadły na polski stan posiadania, a już zdołał w  
gwałtowności swojej prawie że dorównać kampanji — rusinskiwj. Prawda, że 
lud  
wiejski litewski nie podziela — jeszcze — uczuć, żywionych przez prowodyrów  
ruchu litewskiego, bo wiejski lud litewski, to lud z natury łagodny, 
bogobojny,  
zżyty z „panami" polskimi nie od dziś i nie od wczoraj. Ale cały „narodowy" 
ruch  
litewski zaprawiony jest obficie pierwiastkami socjalnemi; stoi on niemal  
całkowicie na gruncie walki klasowej ubogiego włościaństwa z zamożnem 
polskiem,  
szlacheckiem ziemiaństwem. Pod pokrywką okazałego hasła „kulturalnego 
odrodzenia  
się" narodu litewskiego i dojścia do hegemonji u siebie w domu, nurtują z 
cicha  

background image

i wichrzą i rozpalają namiętności bardzo pospolite hasła: niemasz nic, 
odbierz  
to, co posiada ten, który ci swego mienia oddać nie chce! W tym zaś wypadku 
owo  
mienie, to — ziemia. Wpraw- 
 
31 
 
dzie przewódcy ruchu litewskiego żądają, aby spolonizowane rody polskie,  
siedzące na Litwie etnograficznej z dziada pradziada, jak np. Medekszowie,  
Giedgowtowie, Skirmuntowie, Jurahowie, Dowgirdowie, Dymszowie etc, aż do  
Radziwiłłów włącznie wróciły na łono narodowości litewskiej, ale 
szowinistom  
litewskim o tę kwestję... formalną bynajmniej głównie nie chodzi. 
Chodzi im głównie, a niemal jedynie, o to, aby wyniosło się z Litwy  
etnograficznej całe ziemiaństwo polskie, rozparcelowawszy majątki swoje 
między  
włościan - litwinów. 
Innemi słowy... wywłaszczenie! Jeżeli nie dobrowolne, to przymusowe. 
Niewiele  
brakło do rzucenia w 1905 i 1906 r. mas włościańskich litewskich na dwory i  
majątki polskie. Jeżeliby t. zw. „rewolucja" potrwała dłużej i rozpaliła 
się na  
podobieństwo rzekomo „narodowego" a w gruncie rzeczy radykalnie -  
socjalistycznego ruchu łotewskiego, spotkałby dwory polskie los 
baronowskich,  
niemieckich siedzib w Kurlandji i Liflandji. Lud wiejski litewski okazał 
się  
oporniejszym na poduszczania i pokusy, no, i krótkość czasu stanęła na 
zawadzie,  
że się nie stało zadość ziemiaństwa zagładzie ... ale ruch litewski, 
osłonięty  
legalnemi hasłami odradzania narodowej, własnej kultury kilkomiljonowego 
narodu,  
któremu niepozwolili (!) własnego oblicza ukazywać światu 
 
32 
 
głównie ... Polacy (!) — ale ten ruch litewski hieprzestaje urabiać mas  
włościańskich oraz pseudo - inteligencji litewskiej po miastach. Urabiać w  
duchu: nienawiści względem żywiołu polskiego i wszelkiej polskości, 
nienawiści  
silnię zaprawionej: zawiścią oraz łakomieniem się na polski materjalny stan  
posiadania.  
I wobec naporu tego ruchu jesteśmy tak dobrze jak bezbronni. Wszelkie 
perswazje,  
odwoływania się do elementarnego poczucia sprawiedliwości, a tembardziej  
apelowanie do... tradycji unji Horodelskiej lub Lubelskiej, do polsko -  
litewskie wspólnej doli i niedoli państwowej przez lat tyle, wszystko to 
żadnej,  
mocy niema nad upartą „z rozmysłu głuchą i ślepą akcją, prowadzoną przyznać  
trzeba, z wytężoną zaciętością i — ofiarnością. Wszelkie z Litwinami 
„układy  
porozbijały się, nie doprowadziwszy do żadnego pozytywnego wyniku. Po 
kościołach  
w parafjach o mieszanej ludności dochodziło tu i owdzie do rozpraw na 
pięście i  
kije. Na tej drodze nie iść przecie dalej ani nie szukać rozwiązania 
„kwestji  
litewskiej"! Boże, strzeż Wilno, Kowno lub Sejny od bójek — ulicznych! 
Gęsto na  
czołowej linji ruchu litewskiego stoją księża, ciż sami chłopi litewscy, 
którym  
seminarja nie wpoiły kapłańskiego ducha a w których obcowanie z „panami"  
rozpaliło zawiść i apetyty na pański dobrobyt. Łatwo sobie wyobrazić jak 
łatwą  

background image

grę 
 
33 
 
mają tacy księża wśród mas ludowych. To też wpływ ich jest duży a arogancka  
pewność siebie, nawet wobec władzy zwierzchniej duchownej — niezmierna. Na  
dobitkę, bardzo wpływowy dziś nacjonalizm rosyjski jawnie proteguje  
najwyuzdańsze nawet wybryki ruchu litewskiego, upatrując w owym ruchu bicz 
Boży  
na... żywioł polski na Litwie. Divide et impera! Prowodyrowie zaś ruchu  
litewskiego coraz wyraźniej, w najróżniejszych okazjach uciekają się pod 
opiekę  
nacjonalistycznej biurokracji, zanoszą „urzędowe" skargi na ucisk (!) 
Polaków,  
wysyłają deputacje do Petersburga, słowem coraz częściej szukają oparcia na 
sile  
państwa w walce z żywiołem polskim i „polskością" wogóle. Rząd zaś 
dlaczegoż by  
niemiał poskramiać „polskości" zadenuncjowanej mu to tu, to owdzie przez  
Litwinów poszukujących ... sprawiedliwości? Dlaczegoż by nie oczyścić z  
„polskości" np. Wilna! Dlaczegoż by nie? Można. Niech będzie — jak chcą 
Litwini  
— oczyszczone z „polskości"; niech będzie kraj cały z „polskości" 
oczyszczony!  
Czy się potem pozwoli aby kraj stał się litewskim... a, to rzecz inna! Zaś  
Litwini nie sięgają myślą w przyszłość dalszą. Im chodzi jedynie o to, aby 
co  
rychlej Polacy tchnąć nie mogli na Litwie — i wynieśli się. 
Co potem będzie, to będzie. 
Pozytywne rezultaty, osiągnięte dotąd 
 
34 
 
przez ruch litewski na Litwie etnograficznej t. j. w gubernjach kowieńskiej 
i  
suwalskiej, a po części wileńskiej i grodzieńskiej, nie są duże. Natomiast 
t.  
zw. ruch litewski zdążył już w mierze wcale pokaźnej zatruć życie polskim  
ziemianom, tkwiącym w majątkach swoich jak na „straconych placówkach" wśród  
rozhukanego morza litewskiej jednolitej ludności. No, i liczyć się trzeba z  
zawieszonym nad temi placówkami, jak miecz Damoklesa, programem litewskiego  
„renesansu". Sformułował go aż nadto dobitnie „kongres narodowy" litewski,  
odbyty w Wilnie w listopadzie 1905 roku. Uchwalono wówczas przecie 
poczytywać za  
przybyszów wszystkich nie - Litwinów, osiadłych na terytorjum Litwy  
etnograficznej, obejmującej gubernje: wileńską, kowieńską i grodzieńską, 
(gdzie  
np. na półtora miljona mieszkańców jest zaledwie trzy tysiące rdzennych  
Litwinów!) oraz znaczną część gubernji kurlandzkiej i suwalskiej. Zaś  
komentatorowie uchwały ,,sejmu" oraz dzisiejsi najgorętsi pjonierowie 
zupełnego  
zlitwinizowania rzeczonego terytorjum głoszą bez ogródek, że „cała Litwa  
katolicka, bądź mówiąca po litewsku, bądź po białorusku, bądź po polsku 
należy  
do jednego szczepu, do jednego narodu litewskiego" i że wszystkim 
zamieszkującym  
Litwę, katolickim żywiołom należy — chcą czy nie chcą! — przywrócić 
rzeczywisty  
ich język ojczysty, to jest — litewski 
 
35 
 
I — Białorusinom? Do których etnograficznie należy znakomita większość np.  
guberni wileńskiej? Białorusinom też! Albowiem — według tłómaczenia 
litewskich  

background image

patrjotow — Białorusini są niczem innem jak tylko zesłowiańszczonymi 
Litwinami! 
I oto mamy zazębienie się kwestji litewskiej z kwestją białoruską, 
zazębienie  
się pozornie dla nas, Polaków, korzystne gdyż — przeciwstawiające wrogo 
żywioł  
litewski żywiołowi białoruskiemu. Juści, że antogonizm litewsko - 
białoruski  
istnieje tam, gdzie się obie narodowości stykają, gdzie pojedyncze wioski  
litewskie tkwią jak wyspy na obszarach jednolitej ludności białoruskiej; 
juści,  
że tu i owdzie, np. w powiecie lidzkim gub. wileńskiej, antagonizm ten już  
rozpala się chwilami do rzetelnej nienawiści; jużci, że do starcia się z 
sobą  
narodowości litewskiej i białoruskiej prędzej lub później dojść musi, ale —  
zanim ogromne masy ludności białoruskiej zaczną brać się za bary ze 
znacznie  
słabszym liczebnie ale bardziej cywilizowanym narodem litewskim, zanim 
wreszcie  
„naród" białoruski posiędzie świadomość, że jest narodem, zanim to nastąpi, 
może  
samo dojrzewanie narodowej świadomości białoruskiej stać się potężnem 
ogniwem w  
obręczy, dławiącej polski stan posiadania. 
Czy wolno już dziś mówić o „kwestji białoruskiej"? Niewątpliwie. Znajduje 
się  
dziś 
 
36 
 
ona w fazie początkowej. Żywioł państwowy rosyjski, zanegowawszy istnienie  
odrębności narodowej białoruskiej, pragnie pod rosyjską kulturę i rosyjską  
ortodoksję wziąć cały, niemal 10 - cio miljonowy, lud wiejski białoruski i  
wtopić go bez śladu w naród rosyjski t. j. wielkoruski. Tymczasem na całą  
zachodnią połać ludu białoruskiego wywiera silny wpływ, (nie: nacisk!) 
stykający  
się z nim bezpośrednio polonizm, wyraźmy się konkretniej: polski 
katolicyzm.  
Oczywiście, że jeżeliby żywioł polski był mocniejszy, niż jest obecnie, 
mogłaby  
być mowa o walce: kto „zagarnie" białorusinów, lub o tem, czy lud 
białoruski  
będzie zrusyfikowany albo też spolonizowany. Atoli mowy być nie może o 
takiej  
emulacji rosyjsko... polskiej. Natomiast wolno przypuszczać, że kwestja  
białoruska wejdzie pierwej lub później w okres drugi rozwoju' a mianowicie  
skrystalizowania się świadomości narodowej. Nad przyspieszeniem nastania 
tego  
okresu pracują gorliwie, a nie od dziś i nie od wczoraj, działacze 
białoruscy,  
białoruscy patrjoci, rozpowszechniający hasło, że Białoruś (etnograficzna,  
obejmująca ogromne terytorja od wschodnich kresów gubernji mohylowskiej aż 
pod  
Białystok i od kresów północnych gubernji witebskiej aż po wołyńskie 
rubieże  
małoruskich dzielnic) że owa Białoruś nie powinna stać się łupem ani 
rusyfikacji  
ani polonizacji, jeno, że powinna być 
 
37 
 
białoruską na podstawie kulturalnej, językowej i tradycyjnej (tak!) 
odrębności. 
Rzeczą zaś jest łatwą do pojęcia, że sama już taka propaganda, żadnych  
przyjaznych sentymentów dla polskiego stanu posiadania na etnograficznej  
Białorusi — nie żywi. 

background image

Pozostaje mi jeszcze najogólniejszym rzutem oka objąć, dla pełności obrazu,  
kwestję rusińską oraz żydowską. 
 
Zarzewie „kwestji rusińskiej" rozpalił przed laty sam rząd centralny 
austrjacki,  
dla osłabienia w Galicji — żywiołu polskiego. Nie na rękę była rządowi  
Habsburgów autonomiczna dojrzałość Polaków, ich socjalna jeżeli nie siła to  
okazałość po - historyczna, po - państwowa, ich wybujałość wielkopańska, 
ich  
wysoka kulturalność w porównaniu do innych społecznych pierwiastków  
zaludniających Galicję i Lodomerję. Trzeba było stworzyć wewnętrzną 
przeciwwagę  
dla możliwych separatystycznych dążeń Polaków galicyjskich, zaprzątając ich  
wyczerpującą, demoralizującą i pochłaniającą ogromny zapas energji: wojną  
domową. 
Dla takiej akcji... dyplomatycznej był grunt Galicji i Lodomerji znakomicie  
urobiony— etnograficznie. Gdy zagarniano sporą dzielnicę b. 
Rzeczypospolitej  
Polskiej, dostało się w sieć 
 
38 
 
rozbiorową austrjacką całe mrowie ludu rusińskiego, potrzebujące tylko 
podniety  
aby wystąpić z pretendowaniem do własnego, etnograficznego terytorjum. 
Ułatwiał  
też znakomicie grę dyplomatyczną austrjackim z pod ciemnej gwiazdy 
politykom:  
kontrast socjalny między żywiołem polskim a rusińskim, kontrast kubek w 
kubek  
taki, jak ten, któremu największe swoje zawdzięcza sukcesy — „ruch 
litewski". 
Akcja polityczna austrjacką rozpoczęta podjudzaniem „chłopów" na „panów" i  
uwieńczona niebawem tak wspaniałym tryumfem jak rzeź galicyjska 1846 roku,  
pracowała usilnie dopóki nie położyła fundamentów pod narodowe 
uświadomienie  
Rusinów. Potem już poszło wszystko — własnym rozpędem. Zaszło nawet dalej, 
niżby  
życzył sobie w niejednej mierze rząd austrjacki. Ale kamień kopnięty ze 
szczytu  
stromej góry toczył się niepowstrzymanie — i dotoczył się aż do obecnego 
polsko  
- rusińskiego fatalnego, opłakanego, przeklętego konfliktu, nad którym 
załamać  
musi dłonie każdy, w czyjej duszy niewygasła doszczętnie wrażliwość na  
człowieczą niedolę. Tak, niedolę! Albowiem to, co ścierając się ustawicznie 
z  
sobą, przeżywają dziś zarówno Polacy jak Rusini, musi dolegać obu szczepom 
w  
jednakowej mierze, wybija z sił oba szczepy, ducha obu szczepów zatruwa. 
Oczywiście, że takie zmaganie się z sobą 
 
39 
 
dwóch kapitalnych czynników społecznych, jakiego widownią jest obecnie 
Galicja,  
odbija się złowrogo na rozwoju i dobrobycie całej, a bynajmniej nie 
małoważnej  
dzielnicy państwowej. Miejmy też na względzie wyłonienie się z „kwestji  
rusińskiej" częściowego ale aż nadto wyraźnego oraz zuchwałego rusińskiego  
separatyzmu ... pupilów hr. Bobryńskiego i wogóle nacjonalistów 
dzisiejszych  
rosyjskich. Igrano, igrano z „narodowością rusińską" aż się doigrano 
wybuchu  
„przynależności szczepowej" do narodu... rosyjskiego! Tego, domniemanie, 
nie  

background image

przewidywali w najdalej idących kombinacjach swoich wiedeńscy twórcy i  
inicjatorowie „kwestji rusińskiej". Dziś atoli zarówno widok Galicji  
dewastowanej przez walkę miedzy - plemienną jak ekscesy „Rosjan" 
galicyjskich  
nie raz jeden już płoszyły sen z powiek polityków austrjackich. Płoszyły 
tak  
długo, aż znalazło się „wyjście" — na które położyliśmy nacisk komentując 
wyżej  
obecne ogólne położenie Polaków w Austrji. 
Położono na szale: po jednej stronie galicyjskich Polaków, po drugiej  
galicyjskich Rusinów. Przeważyli — z punktu widzenia zagraniczne) polityki  
monarchji Habsburgów — ci drudzy. Niech galicyjscy Rusini podminują (na 
rzecz  
Austrji!) separatyzm 30 - miljonowego — podobno — szczepu Rusinów poddanych  
rosyjskich; niech w razie zbrojnego konfliktu Austrji 
 
40 
 
z Rosją oderwą olbrzymią połać Ukrainy od rosyjskiego kolosu i złożą ją u 
stóp  
tronu Habsburgów jako... dar wdzięczności za łaski i dobrodziejstwa, od  
wiedeńskiego rządu centralnego otrzymywane! Co za miraż! Aby zaś stał się  
pierwej lub później rzeczywistością, należy — dawszy za wygrane 
dotychczasowemu  
faworyzowaniu Polaków — oprzeć się na żywiole ruskim jako na żywiole 
państwowym. 
Nic to, że w swoich organach prasy usiłują Polacy dowieść, że gdyby nawet 
udało  
się kiedy Austrji wcielić do państwa Habsburgów wszystkie olbrzymie rzesze  
Rusinów, sięgające terytorjalnie aż pod Połtawę, i pod Czernihów, to takie 
ich  
wprowadzenie w granice swoje, nieprzymierzając jakby Trojańskiego konia, 
mogłoby  
rozsadzić monarchję Habsburgów, mogłoby ją doprowadzić do likwidacji  
pozszywanych ze sobą dzierżaw, mogłoby w najlepszym razie doprowadzić do 
utraty  
właśnie wschodniej Galicji właśnie na rzecz Rosji. Tego rodzaju 
rozumowania, o  
ile wnosić wolno, posłuchu w „sferach" wiedeńskich nie znajdują. Konflikt 
polsko  
- rusiński w Galicji nie daje się przeto zwekslować na inne tory żadnemi  
„ugodami"; tem mniej może być rozstrzygnięty... 
przemocą z tej lub tamtej strony; jeszcze mniej istnieje widoków na ujęcie  
sprawy w doświadczone i wprawne ręce przez najwyższą władzę państwową. 
Słowem  
fatalny konflikt może tyl- 
 
41 
 
ko rozrastać się a, zważywszy na dyrektywę austrjackiej polityki 
zagranicznej,  
jedynie na niekorzyść Polaków. Wypadnie czynić na rzecz Rusinów ustępstwa 
coraz  
dalej idące a bez uroku dobrowolności, gdyż napór rusiński — 
O czem Bóg i ludzie wiedzą — staje się coraz niezłomniejszym. 
Świeże rewelacje o współdziałaniu Rusinów z niemieckimi hakatystami nie 
staną  
się żadnym dla Rusinów „ciosem". Kompromitacja? Ba! Dziś skompromitowane z  
kretesem indywidua, opiętnowane najnaiwniejszemi błędami politycznemi, nie  
przestają grać roli w stronnictwach wysoce, par excellence politycznych, 
nawet  
tu i owdzie przewodzić im. A miałaby „kompromitacja" zaszkodzić akcji  
rusińskiej! Zresztą, — alboż to „kompromitacja" szukać — 
i znaleść! — sojusznika dla walki ze „wspólnym wrogiem"? 
Rusini galicyjscy, podawszy rękę pruskim hakatystom, zacieśnili tylko 
obręcz  

background image

żelazną osaczającą nas, Polaków, tak aby najmniejszej nawet luki niebyło od 
Tatr  
po Gopło. W czyich że oczach ma to być „kompromitacją"? W oczach — Europy?!  
Chybaż wyrośliśmy z pieuch „europejskiej interwencji"?... 
 
42 
 
Pozostaje na ostatek: tylko dotknąć „kwestii" dającej się nam, Polakom,  
najdotkliwiej we znaki. Mowa, rzecz prosta, o kwestji żydowskiej. 
Komentarze  
zbyteczne. Wszystkie nasze dzisiejsze sfery społeczne, grupy polityczne, 
warstwy  
i stany doszły do bardzo trzeźwego a niemal identycznego zapatrywania się 
na  
rolę akcji żydowskiej, czyniącej zamach na wyłącznie dotąd polski charakter  
„ziem naszych", oraz „paraliżującej nasze siły narodowe tam, gdzie podstawa 
siły  
polskiej spoczywa". Mniejsza zresztą o tę lub ową, o mniej lub bardziej 
subtelną  
definicję: czem w stosunku do nas jest nasz współlokator, Izrael miejscowy.  
Wszyscy zgadzamy się na to, że po napłynięciu do Królestwa Polskiego mas t. 
zw.  
„litwackich" sytuacja stała się w Królestwie Polskim groźną dla całego 
polskiego  
stanu posiadania — najróżnorodniejszego. Począwszy od wszelkiego rodzaju  
nieruchomości a kończąc na zagrożonej czystości ducha polskiego we 
wszelkich  
onego przejawach! Już dziś na 116 miast Królestwa Polskiego tylko w 
dwudziesta  
trzech ludność polska stanowi większość a stosunek ten, jeżeli obecny stan  
rzeczy ma trwać, będzie musiał z matematyczną ścisłością rozwijać się na 
naszą  
niekorzyść. Przypomnijmy wreszcie coraz buńczuczniejsze „manifesty" prasy  
żargonowej miejscowej i zamiejscowej, otrąbiające istne branie Królestwa  
Polskiego w posiadanie przez 
 
43 
 
Żydów, ogłaszające światu, że powstaje, że już powstał nieznany dotąd w 
dziejach  
ludzkości nowy kraj: polsko - żydowski. 
Wszyscy my to widzimy, wszyscy zdajemy sobie wybornie sprawę z  
niebezpieczeństwa. Różnice w poglądach istnieją wyłącznie i jedynie na 
gruncie  
sposobów, jakimiby dało się najskuteczniej a gorliwie stawić czoło nietylko  
.„kwestji żydowskiej" ale wszystkim wogóle osaczającym nas „kwestjom". 
I tak oto np. słyszymy bardzo często wyrażaną opinję, że my na tę „blokadę" 
oraz  
na równoczesne rozprzęganie nas na rdzennych ziemiach polskich... nic 
poradzić  
nie możemy, że fatalne położenie naszego narodu odbiera nam wszelkie środki  
obrony, że przeto pozostaje nam tylko czekać, czekać cierpliwie, spokojnie,  
wytrwale, póki się coś nie zmieni na zewnątrz, póki nie zajdą jakieś, na 
naszą  
korzyść, ukształtowania się stosunków, od nas niezależne. 
Są też i tacy, którzy nawet owego cierpliwego oczekiwania nie mają odwagi  
wysunąć na czoło programu naszego narodowego. Są bowiem głęboko przekonani, 
że  
„poradzić sobie" nie potrafi nawet wśród najpomyślniejszych warunków i  
okoliczności naród tak marny, zdezorganizowany, leniwy, zdemoralizowany,  
lekkomyślny, płytki etc. etc. jak — naród polski w obecnym swym... upadku. 
Oczywiście, że nawet dla kontrastu z po- 
 
44 
 

background image

wyższym apatycznym pesymizmem, nie gra dziś żadnej wśród społeczeństwa 
polskiego  
roli programowej hasło walki zbrojnej ani na trzy, ani na dwa fronty ani na  
front jeden którykolwiek. 
Okropne doświadczenia z lat 1862 — I864, których dzieje mieliśmy czas  
przestudjować gruntownie i wszechstronnie, znakomicie zrównoważyły, śmiało  
twierdzić wolno, cały naród polski w zakresie hazardów, mogących mieć za  
fundament, tarczę i miecz jedynie — porywczość. 
Natomiast bezpośrednio popowstaniowa idea „pracy organicznej" ugruntowała 
się  
wśród społeczeństwa polskiego do tego stopnia, że niedawniej jak miesięcy 
temu  
kilka, w trakcie wielkiej polemiki organów polskich politycznych 
warszawskich o  
program zachowywania się wobec istnej nawały nacjonalizmu rosyjskiego,  
czytaliśmy taką np. enuncjację: „Znów zblakłe maksymy i przebrzmiałe hasła  
organicznej pracy odzyskały swą aktualną siłę i znów mrówczą począć trzeba 
pracę  
i jak koral, co rafy podwodne wznosi, nie wiedząc, kiedy na słońce się 
wychyli,  
umacniać nasz gmach społeczny, aby go przeciwne nie zmiotły fale. Dorobek 
więc  
materjalny i moralny, praca kulturalna nad sobą i otoczeniem najbliższem, — 
oto  
zadania dni i godzin na najbliższą dla nas metę, oto program, który każde  
stronnictwo, bez różnicy przekonania i katechizmów partyjnych, wykonywać  
praktycznie winno. W walce naszej, 
 
45 
 
od początku ruchu wolnościowego poczętej, doszliśmy do jednego jedynego  
równouprawnienia, a mianowicie do tego, że wszelkie zarówno ugodowe czy  
opozycyjne kierunki, jednakowym reakcyjnym bite są obuchem. Zniwelowane 
więc do  
pewnego stopnia obozy poświęcić powinny pracę na wytworzenie 
zharmonizowanych  
placówek organicznej roboty". 
Miałożby to być ultima Thule całej naszej narodowej roboty? 
Jako wkazanie ogólnikowe, ma niewątpliwie za sobą zakres bardzo cennej 
nawet nad  
wszelki wyraz pracy. Praca atoli organiczna „u podstaw" jest przecie  
międzynarodową, powinna przecie jaśnieć w każdym programie każdej „myśli  
narodowej" pod każdą szerokością geograficzną. Naród zaś nasz w tak 
wyjątkowych  
warunkach pędzi, zaiste „osobliwy" żywot, że dla uratowania, tak,dla 
uratowania  
samego istnienia - musi po za pracą organiczną wykonywać manewr taktyczny, 
też  
arcy - realny, a którego zarys wytyczny pozwolimy sobie nie zwlekając 
rozwinąć. 
Wpierw jednak, jako introdukcję do tej ostatniej części wskazań niniejszych  
niech nam wolno będzie zacytować ustęp z jednego z zeszłorocznych artykułów  
Przeglądu Narodowego. 
Czytamy tam: 
„Środek ciężkości sił narodowych polskich spoczywa w Królestwie. Jest to 
obszar  
śród- 
 
46 
 
kowy, przedstawiający największe skupienie liczebne Polaków, ekonomicznie  
najsilniejszy i jeszcze najniezależniejszy ze wszystkich ziem polskich, 
kraj  
przytem, który w ciągu stuletniego okresu, rozpoczętego pierwszym rozbiorem  
Polski, miał najbogatszą ze wszystkich ziem polskich historję, jedyny ze  

background image

wszystkich miał przez krótki czas swoją własną organizację państwową, a 
choć  
zmienne były jego koleje, dawały one przecież pomyślniejsze, niż 
gdzieindziej,  
warunki rozwoju życia narodowego i narodowej myśli. 
Otóż ten kraj dziś najwięcej z wszystkich ponosi strat narodowych i — 
podkreślić  
to trzeba wyraźnie — najmniej czyni dla obronienia się od tych strat i od  
grożących mu na przyszłość niebezpieczeństw. 
W głównej tedy dzielnicy polskiej, na najważniejszej naszej pozycji 
narodowej,  
stoimy dziś najgorzej". 
Oto dosadnie, a ściśle wskazane jest terytorjum, gdzie skupić się powinny  
najenergiczniejsze nasze usiłowania dla zażegnania ponoszonych strat 
narodowych. 
Odpowiedź zaś na pytanie: co czynić? — będzie sama w sobie realnym 
programem,  
którego urzeczywistnianie równoległe z programem pracy organicznej 
poczytujemy  
za pierwszorzędnej wagi nasz obowiązek narodowy. 
Jakaż by to być miała czynność konkretna? 
 
47 
 
Tak zwana „idea Jagiellońska" była wyrazem i fundamentem polskiej polityki  
narodowopaństwowej. Polityki ekspansywnej. Państwo — mniemano — może sobie  
pozwolić na wręcz nieznającą granic ekspansywność; byle starczyło 
pretorianów i  
satrapów dla utrzymania w przykładnej subordynacji podbitych lub 
zagarniętych  
krajów i plemion. Z polityki zaś zaborczej, prymitywnej i wulgarnej, 
wyłonił się  
— z biegiem czasu — oparty na szlachetniejszych pierwiastkach: imperjalizm.  
Ostatnie słowo imperjalizmu wypowiedziała — niemal wczoraj jeszcze — 
Anglja; w  
Australji, w Kanadzie, w Transwalu, w niezliczonych dzielnicach 
rozrzuconych po  
ziemskim globie a niemogących dość nacieszyć się wszelką pomyślnością pod 
mniej  
lub bardziej ścisłym jakby już tylko protektoratem Wielkiej Brytanji. 
Wyższej  
formy ekspansywnej polityki, jak angielski dzisiejszy imperjalizm, — nie 
znamy.  
Imperjalizm angielski dzisiejszy jest z jednej strony objawem 
najpotężniejszej  
siły (materjalnej i duchowej) plemienia 
O czystej krwi angielskiej, wyraźmy się anglosaskiej; z drugiej strony jest  
wyrazem najdoskonalszej mądrości państwowo - politycznej. 
Czy ekstensywna polityka polska, zainicjowana po raz pierwszy na szeroką 
skalę w  
ósmym dziesiątku XIV stulecia przez małopolskich magnatów, różnych Spytków  
Mełsztynskich 
i Jaśków z Tarnowa, byłaby, po przez unję lu- 
 
48 
 
belską, po przez pskowskie tryumfy Batorego, po przez unję brzeską, 
kłyszyńskie  
zwycięstwa Żółkiewskiego, i majowe konstytucje — czy byłaby doszła kiedy do  
apogeum t. j. do imperjalizmu w angielskim dzisiejszym stylu? Nikt 
oczywiście  
nawet szukać nie będzie ścisłej odpowiedzi. Nie znaleść jej. Bystre jeno 
oko  
dostrzedz może dziś jeszcze świetlaną smugę polskiego kulturalnego 
imperjalizmu  

background image

biegącą jakby jaki trakt, hen, z ziemi Auzońskiej, z dalekiej Padwy, z 
dalekiej  
Bolonji, przez Polskę na wschód, na daleki wschód... Traktu tego szlak,  
zacierający się powoli, winie się śladami romańsko - polskiej, zachodnio -  
europejskiej kultury, której wyraźne promieniowanie widoczne jest teraz 
jeszcze  
np. na najdalszych t. zw. „kresach" dawnych wpływów polskich, np. na 
kresach  
mohilowskich. Tam wschody i zachody słońca różowią się jeszcze po łamanych  
dachach starych dworów, po renesansach i barokach pustką stojących lub  
poprzekształcanych kościołów, tam w odwiecznych ziemiańskich siedzibach 
butwieją  
jeszcze tu i owdzie po strychach włoskie bezcenne elzewiry... 
Gdy zaś hen, tam, na najdalszych kresach b. Rzeczypospolitej zachodzące 
słońce  
ściąga blask swój z owych tam... pamiątek i okruchów — wówczas nastaje 
powoli  
chwila jakby symboliczna. Ostatnia blasków smuga, złocąca rozkruszające się 
i  
zczezające vestigia tempo- 
 
49 
 
ris acti, — gaśnie. Gaśnie jak znikła ze świata: ekstenzywna ongi polityka  
polska państwowa, jak zgasł na widnokręgach Europy: polski imperializm, co  
musnął tylko wieże Malborga i Rygi, Moskwy i Kijowa. 
I czy czasem nie zbliżamy się, dość nawet szybkim krokiem, do zmierzchu  
wszelkiego wogóle imperjalizmu w rozumieniu ekspansji wulgarnie zaborczej?  
Pomimo zaszczytnych tryumfów imperjalizmu angielskiego? Pomimo owych 
tryumfów,  
dowodzących właśnie, że jeżeli imperjalizm ma mieć rację bytu zarówno dla  
centra, z którego wychodzi, jak dla kresów, do których dosięgnął, to 
powinien...  
utracić wszelkie dotychczasowe cechy polityki państwowej ekstensywnej, 
recte  
zaborczej. 
Nastał kres tworzeniu wielkich, na kształt Imperium Romanum, aglomeratów.  
Nastała doba historyczna wykreślania terytorjów etnograficznych, na których 
by  
pojedyncze narody, a nawet plemiona lub szczepy, wieść mogły spokojny żywot 
nie  
zamącany żadnemi waśniami i walkami w zakresie „praw narodowych". 
Dzisiejsze,  
niemal powszechne, wrzenie nacjonalizmu (mniejsza: „zoologicznego" czy  
wszelkiego innego) jest niczem innem tylko rozmieszczaniem się, 
rozlokowywaniem  
się na własnym zagonie, w przysłowiowym domku, choćby najciaśniejszym ale  
własnym. 
Nacjonalizm zaborczy, tu i owdzie jeszcze 
 
50 
 
praktykowany, jest przeżytkiem epoki ekstensy-,wności politycznej, jest 
ostatnim  
podrygiem zbankrutowanej idei. Nowoczesne zdobycze ściśle naukowe z zakresu  
zarówno socjologji, jak psychologji i biologji ustaliły bezpłodność i  
bezpodstawność przełamywania tak wrodzonych każdemu człowiekowi cech 
duchowych  
jak np. rasowe cechy lub narodowe. Nie powiedziano przez to, aby nie miała  
istnieć ewolucja tych cech; mowa jedynie o gwałtownym przyspieszaniu tej  
ewolucji lub jej odwracaniu przemocą, usiłującą zastąpić t. zw. prawa 
natury. 
Znamieniem przeto czasów najnowożytniejszych. byłoby schranianie się do 
własnej  
niejako zagrody każdej grupy narodowościowej, oszańcowywanie się w niej  
choćby... murem chińskim i możliwie akuratne wypieranie z „własnej" zagrody  

background image

nawet minimalnych żywiołów „obcoplemiennych". Na pozór — barbarja! Napór -  
cofanie się gwałtowne wstecz od ideału, którego się nikt jawnie dotąd nie  
wyparł, mianowicie od t. zw. „braterstwa ludów". Pozorne to tylko 
wstecznictwo i  
zaprzaństwo. Braterstwo ludów niemoże nawet zarumienić się zorzami, niemoże 
być  
zapoczątkowane wpierw zanim nie ustali się, możliwie pełna, — równość. 
Bratać  
się może tylko: równy z równym. Jeżeli nie równy siłą i zamożnością to 
równy,  
aby się tak wyrazić: stanowiskiem socjalnem. Owóż, — prądy nowoczesne,  
kształtujące wszę- 
 
51 
 
dzie, wbrew oczywiście różnym oporom, autonomiczność pojedynczych narodów,  
szczepów, plemion, autonomiczność — podkreślmy wyraźnie! — etnograficzno -  
teryyorjalną, prądy te właśnie dążą do przeciwstawienia w bliższej lub 
dalszej  
przyszłości: równych równym. Bez względu na to,- że, przyrodzoną siłą 
rzeczy,  
istnieć muszą i będą w każdej dziedzinie, karmazyny i szaraczki (choćby np. 
w  
dziedzinie kulturalnego rozwoju). Wszak przecie, gdy ostatniemi czasy, 
wobec  
coraz wyraźniejszych wybuchów imperjalizmu Stanów Zjednoczonych. Ameryki 
zaczęto  
poruszać, dość zresztą nienową, kwestję utworzenia federacyjnych,  
międzynarodowych Stanów Zjednoczonych... Europy, nikt nie przypomni sobie, 
aby.  
urzeczywistnienie tej idei uzależniano od równej potęgi państwowej u 
wszystkich  
bez wyjątku kontrahentów. 
Nie na potędze bowiem państwowej, nie na państwowej niepodległości, nie na  
uczestnictwie w „koncercie mocarstw" polegać zaczyna waga międzynarodowa 
danej  
grupy rodaków. Cenność jej stanowią: jej zwartość, jej jednolitość duchowa, 
jej  
solidarność w decyzjach kardynalnych, jej — gromada. Mutatis matandis mamy  
analogiczny, nowoczesny, stosunek do siebie walorów społecznych i 
politycznych  
na arenie... parlamentów. Niema tam i być nie może (dla przyczyn aż nadto  
znanych) lekceważenia żadnej, choćby najmniejszej grupy two- 
 
52 
 
rząej solidarną spójnię, o której się wie, że w daną stronę przechyli się 
całą  
swoją wagą, a może ewentualnie, przy sprzyjających okolicznościach, szalę —  
przeważyć. 
 
Weźmy inny przykład bankrutowania ekstensywności. Znajdziemy go w 
dziedzinie  
gospodarki rolnej tam, gdzie — na ogromnych np. przestrzeniach Litwy i Rusi 
—  
wychodzi ona dopiero na pole racjonalnej i wytężonej pracy. Na 
niezmierzonych  
poletkach rozległych dóbr prowadzono gospodarkę ekstensywną, zasadzającą 
się na  
uprawianiu i obsiewaniu nawet takich poletków które, leżąc niemal odłogiem,  
mogły wydawać plon jedynie... urągający najelementarniejszej rachunkowości. 
Dziś  
zwrot od gospodarki ekstensywnej do intensywnej wre na całej linji nawet 
słabej  
kultury rolnej. Cała gospodarka rolna stoi już dziś pod hasłem: dobywać z 
małego  

background image

obszaru ziemi jaknajwiększe plony! Urabianie i obsiewanie pól słabych, — 
których  
ślę nie może użyźnić, pól dalekich od dworu, — stoi w sprzeczności z 
racjonalną  
gospodarką. 
Od ekstensywnej do intensywnej gospodarki przejść też musimy w dziedzinie  
polityki narodowej polskiej. 
A mianowicie: 
Oto przez sto lat z okładem, pomimo twar- 
 
53 
 
dych warunków, chwilami nawet rozpaczliwych, uprawialiśmy, z wytrwałością 
godną  
najświętszej sprawy: poletki „idei Jagiellońskiej".. Zdarzały się lata  
urodzajne, gdy pogodniejszy jaki wypadł rok; zazwyczaj jednak — nieopłacał 
się  
wysiłek. Dużo trosk, fatyga niezmierna, koszt znaczny, ekspens ogromny, a  
rezultat albo żaden albo minimalny. Mowa, rzecz prosta, nie o dochodności  
prywatnej własności polskiej na t. zw. „kresach" gdyż pojedyncze fortuny i  
przedsiębiorstwa oczywiście, że rentowały, rentują i rentować będą zawsze 
gdy  
się je postawi i utrzyma na stopie odpowiedniej; mowa tu o zyskach — idei  
Jagiellońskiej, Co zyskała idea Jagiellońska (jako najszerszy wyraz 
polityki  
narodowej wszechpolskiej) na tem, że w jej winnicy pracowały setki i 
tysiące  
rodaków naszych, pełniąc służbę „kresową" nieraz cięższą, niż żywot 
kolonisty na  
uroczyskach pustynnych w dżunglach i dziewiczych lasach? 
Zyskał niewątpliwie kraj gdzie bytowały a tembardziej działały fortuny 
polskie,  
kapitały polskie, polską energja, polska kulturalność. Ale idea, w imię 
której  
„trwano na posterunku" nie zyskała nic dlatego, że zyskać nie mogła pod 
ciosami,  
które na nią nie przestały walić się w ciągu lat stu z okładem. 
Na „trwaniu na posterunku" hen, tam na „kresowych" rozłogach zyskała polska  
własność prywatna. Prawda, że pękła tu i owdzie nawet 
 
54 
 
magnacka fortuna, ale z drugiej strony ileż to „panów na czterech chłopach"  
dorobiło się na wdzięcznym warsztacie wcale, wcale pokaźnego dorobku, ileż 
to  
fortun polskich np. ziernskich powstało na kresowych ziemiach b.  
Rzeczypospolitej w ciągu stu lat z okładem! Ile rozmaitych polskich  
przedsiębiorstw zakwitło! 
Nie chodzi nam atoli o branie pod probierz statystyki lub bilansów interesu  
prywatnego jednostek. Chodzi nam o rozwiązanie zagadnienia: co zyskał 
interes  
nasz narodowy na uprawianiu, przez sto lat z okładem, „idei Jagielońskiej" 
przez  
ogromne zasoby, materjalne i duchowe, naszych sił narodowych? 
W zysku mamy oto to, że mnóstwo, nie ' przebrane mnóstwo naszych sił 
narodowych  
— mających swój wyraz w kapitale i intelekcie — nie zdobyło na tak zwanych  
kresach ani piędzi takiego polskiego stanu posiadania, któryby mógł mieć  
znaczenie dla ukonsolidowania naszej Ojczyzny. Wręcz zaś przeciwnie, te 
zasoby  
kapitału i intelektu przygwożdżone do „kresowych placówek", jeżeli nawet 
nie  
potopniały na swych, nieraz „straconych posterunkach", jeżeli nawet 
rozrosły się  
tam i spotężniały, to jednak były nieobecne tam, gdzie mogły oddać 
nieocenione  

background image

usługi konsolidowaniu się Ojczyzny naszej porozbiorowej t. j. 
konsolidowaniu się  
jednolitej grupy narodowej polskiej, zajmującej choćby szczupłe terytorja, 
ale  
za to pokryte 
 
55 
 
zwartą masą ludzkości polskiej, zasobnej do możliwych granic w pieniądz,  
kulturę, oświatę i solidarność narodową. 
Ponadto: rozproszenie się po olbrzymich „kresach" sił naszych narodowych (w  
znacznej mierze bardzo, a bardzo pokaźnych) osłabiło jądro etnograficznej  
ojczyzny naszej pozbawiając je najdrogocenniejszych żywiołów, pozwalając na  
odpolszczanie naszego stanu posiadania w owem właśnie naszem przyrodzonem 
jądrze  
ojczyznianem. Podczas gdyśmy łapali sokoła na sęku, wyrwał się nam wróbel z  
dłoni. Podczas gdy tysiące najdzielniejszych i najzasobniejszych rodaków 
naszych  
„trwało" na „kresach" broniąc polskiego stanu posiadania... 
in partibus infidelium, w samem gnieździe etnograficznem, w samym ojczystym  
„domu" Polski topniał, topniał, topniał — polski stan posiadania! 
Stało się to, co jakoby miało grozić Rosji środkowej, rzekomo zbyt 
troszczącej  
się o dobrobyt swoich kresów państwowych; stało się polskie „oskudnienije  
centra". 
Czy w Polsce etnograficznej (której granice zarysowaliśmy na wstępie do 
wskazań  
niniejszych) mamy ludność jednolitą polską? Czy w Polsce etnograficznej  
wszystek, najróźnorodniejszy stan posiadania znajduje się w polskich 
rękach?  
Odpowiedź wypadnie fatalniejsza niż proste zaprzeczenie. Wypadnie 
odpowiedzieć, 
 
56 
 
że, niedaleko szukając, nie zaglądając ani na Szlązk ani do Galicji ani w  
Poznańskie, oto w samej Warszawie miejski stan posiadania polski 
systematycznie  
— kurczy się. 
...Tymczasem kapitały i przedsiębiorczość polska tkwią gdzieś nad 
witebskiemi  
jeziorami wśród łotyszów i burłaków; użyzniają kraj wschodnio - galicyjski  
dla... Rusinów; na Suwalszczyznie pracują ad - majorem gloriam odradzania 
się  
narodu... litewskiego; zaprzepaszczają siły swoje i środki w 
odgermanizowywanie  
nie dających się już odzyskać żywiołów zamiast wzmacniać siły rdzennego 
żywiołu  
polskiego — centralnego. 
 
Pod tytułem „Polacy i polskość na Litwie i Rusi" wydał świeżo p. E. 
Maliszewski  
broszurę, na pozór, nader suggestyjną. Wykazuje w niej p. Maliszewski 
czarne na  
białem, że — łącznie z niewielką grupą włościan Polaków siedzących na, 
ziemiach  
nadziałowych w gub. wileńskiej i grodzieńskiej — wciąż jeszcze jest obecnie  
Polaków na Litwie i Rusi ogółem 2.400,000 a zaś ziemi w rękach polskich  
pozostało tam jeszcze conajmniej pięć miljonów morgów. 
Imponujące cyfry! Zdolne olśnić zwłaszcza Polaków z Królestwa gdzie 30 — 50  
morgowy 
 
57 
 
mająteczek zwie się szumnie „dobrami". Nic atoli olśniewającego w tych 
cyfrach  

background image

nie znajdzie ten, co zżył się ze świadomością, że np. gubernia wileńska 
jest o  
1000 kwadratowych kilometrów... większa niż Szwajcarja, a że np. gub. 
mińska  
mogłaby granicami swemi objąć prawie dwie gubernie wileńskie. W stosunku 
tedy do  
ogromnych obszarów dziewięciu guberni, wileńskiej, kowieńskiej, 
grodzieńskiej,  
mińskiej, witebskiej, mohilewskiej, wołyńskiej, kijowskiej i podolskiej (co 
za  
terytorjum!) cyfra pięciu miljonów morgów (nawet nie dziesięcin) nie jest,  
doprawdy, — imponującą. Tak zupełnie jak nie zaimponować stałemu 
mieszkańcowi  
Białejrusi nawet trzystu tysiącami dziesięciu ordynacji dawidgródzkiej ks.  
Stanisława Radziwiłła. Że wszelka wogóle terytorjalna statystyka na Litwie 
i  
Rusi może dosięgać cyfr gdzieindziej „niebywałych", miał przeczucie nawet 
Goniec  
warszawski pisząc swego czasu, że liczba 158,000 dziesięcin utraconych od 
roku  
1905 przez Polaków na Litwie i Rusi, z pewnością jest czterokrotnie 
mniejsza od  
rzeczywistej. Niewątpliwie! Przypomnijmy, co pisał w Gazecie Warszawskiej 
p.  
Mielnicki, wyborny znawca Białejrusi, o ziemi „polskiej" w gub. witebskiej 
gdzie  
przecie jeszcze w 1877 było w polskich rękach przeszło 970,000 dziesięcin.  
Pisał: „O ile dalej w dotychczasowem tempie będziemy w guberni witebskiej  
tracili ziemię, to 
 
58 
 
za lat 20 pozostanie już tylko wspomnienie, że tu byli Polacy, mowa polska  
odzywać się będzie chyba z ust starych dziadów żebrzących pod kościołami, a  
polskie epitaphia na płytach cmentarnych będą przemawiały tylko echem  
zmarnowanej przeszłości". Gorzkie słowa, ale na najautentycznieszej  
rzeczywistości ufundowane i dające się zastosować do całego naszego 
ziemskiego  
stanu posiadania na całej przestrzeni Litwy i Rusi. 
P. Maliszewski szuka oparcia dla swego optymizmu w tem, że Litwa i Ruś 
nietylko  
nie są przeludnione ale nawet cierpią na brak ludności (w Królestwie około 
100  
mieszkańców na kilometr kwadratowy a np. w gub. mińskiej... 29). Ergo —  
konkluduje p. Maliszewski — żywioł polski na Litwie i Rusi ma gdzie 
rozrastać  
się i pracować. Czego jak czego ale warsztatu dla pracy i gruntu pod nogami 
mu  
nie zabraknie. Zapomniał p. Maliszewski, że równomiernie z rozrastaniem się  
żywiołu polskiego będą też rozrastały się i wszystkie inne żywioły 
etnograficzne  
zaludniające Litwę i Ruś, a będą rozrastały się — szybciej i obficiej... 
Jeżeli zaś p. Maliszewski dochodzi do ostatecznego wniosku, że: nie powinno 
być  
mowy o żadnej likwidacji polskiego żywiołu na Litwie 
i Rusi lecz przeciwnie powinna się tam wzmódz tego żywiołu prężność, to 
należy  
odpowiedzieć również bez ogródek: 
 
59 
 
Nikt nie myśli propagować żadnej gwałtownej i ryczałtowej „likwidacji". Dla 
tej  
prostej choćby przyczyny, że nie żyjemy w czasach' wędrówki narodów oraz, 
że  

background image

wszelki radykalizm przewrotowy ekonomiczny jest, krótko mówiąc, absurdem. 
Ale —  
zamiast dotychczasowego pustego łamania rąk nad zmniejszaniem się polskiego  
stanu posiadania na Litwie i Rusi oraz gołosłownego „stawiania pod pręgierz  
sprzedawczyków" należałoby ten naturalny i nieuknikniony objaw, zarówno  
ekonomicznej jak. politycznej natury, skierować na tory — racjonalne. A  
mianowicie. 
Należałoby przedewszystkiem wykreślić ścisłe granice Polski etnograficznej; 
nie  
cofając się przed uznaniem np. części gubernji suwalskiej za terytorjum  
etnograficznie — litewskie,, a wschodnich dzielnic Galicji za terytorjum  
etnograficznie — rusińskie, oczywiście godząc się na wszelkie takiego 
uznania  
konsekwencje. Należałoby następnie uznać za pożądane a nawet za obowiązek  
narodowy: zasilanie Polski etnograficznej wszystkiemi siłami kulturalnemi i  
kapitalistycznemi wycofywanemi z t. zw. „kresów b. Rzeczypospolitej" Nie  
obawiając się „przeludnienia"; nie cofając się wobec wysokich cen wszelkiej  
nieruchomości, wszelkiego stanu posiadania w granicach Polski 
etnograficznej.  
Niebyłaby to zresztą ofiarność bezwzględna. Do jak zawrotnej wysokości może 
 
60 
 
jeszcze podnieść się np. wartość realna warszawskich kamienic, któż zdoła  
przewidzieć? 
Zanosi się wcale niedwuznacznie na to, że Polska etnograficzna, na rubieży  
germańskiego i słowiańskiego świata, z olbrzymią — w niedalekiej już może  
przyszłości — Warszawą u pryncypalnego międzynarodowego traktu Paryż - 
Pekin,  
stanowić będzie warsztat dla wręcz kolosalnej spółki kapitału i pracy. 
Zwartość  
zaś plemienna całej ludności odbije się niewątpliwie na całem życiu 
duchowem  
kraju, zasilanego przez możliwą pełnię: twórczości, energji, kultury i  
zasobności polskiej. 
Ten najtreściwszy — z natury rzeczy — zarys realnej polityki narodowej 
polskiej,  
polegający nie na rozpraszaniu ale na skupianiu sił, możnaby ująć w ulotny  
aforyzm, łatwiejszy do zapamiętania niż szeregi programowych punktów. 
Brzmiałby  
ów aforyzm: 
Nabycie i utrzymanie w polskiem ręku jednej kamienicy w Warszawie jest 
czynem  
patrjotycznym, sto razy donioślejszym, niż tkwienie z pełną kabzą i w pełni 
sił  
życiowych, albo z resztkami jednej i drugich gdzieś w mińskich błotach, pod  
kurlandzką granicą, na czernihowskich czarnoziomach, albo gdzieś pod 
 Kołomyją.