background image

Harry Harrison

Narodziny Stalowego Szczura

(Przekład: Małgorzata Pawlik-Leniarska)

background image

1

Gdy   zbliżyłem   się   do   frontu   Pierwszego   Banku   Rajskiego   Zakątka,   sensory 

wyczuwszy   moją   obecność,   otworzyły   na   oścież   drzwi.   Szybko   przestąpiłem   próg   i 

zatrzymałem się. Wyjąłem z torby pióro łukowe i odwróciłem w chwili, gdy zamykające 

się   drzwi   dotknęły   framugi.   Zmierzyłem   czas   reakcji   czujników   przy   poprzednich 

wizytach   w   tym   banku   i   wiedziałem,   że   mam   1,67   sekundy   na   zrobienie   tego,   co 

niezbędne. Wystarczająco dużo. Drzwi nie zdążyły się ponownie otworzyć.

Łuk rozbłysł, zabuczał i solidnie zespolił je z framugą. Teraz mechanizm mógł 

już tylko bezsilnie  brzęczeć,  za  moment nastąpiło spięcie;  posypało się kilka iskier i 

wszystko zamarło.

- Niszczenie własności banku jest przestępstwem. Jesteś aresztowany.

Mówiąc   to   robot   strażnik   wyciągnął   swą   wielką,   miękką   łapę,   aby   mnie 

zatrzymać do czasu przybycia policji.

- Nie tym razem, ty rozklekotana kupo złomu - warknąłem i dźgnąłem go w pierś 

szpikulcem na świniozwierze. Dwie metalowe końcówki zaaplikowały mu trzysta volt i 

mnóstwo   amperów.   W   sumie   wystarczająco   dużo,   by   w   obwodach   robota   nastąpiło 

kilkanaście spięć. Ze wszystkich szczelin buchnął dym i maszyna gruchnęła na podłogę z 

radującym serce łoskotem.

Przeszedłem kilka kroków i odepchnąłem starszą panią, która stała przy kasie. 

Wyciągnąłem   z   torby   duży   pistolet,   wycelowałem   go   w   kasjerkę   i   warknąłem 

rozkazująco:

- Pieniądze albo życie, siostrzyczko. Napełnij tę torbę dolcami.

Dobrze wyszło, chociaż mój głos trochę się załamał i ostatnie słowa zabrzmiały 

jak pisk. Kasjerka uśmiechnęła się i spróbowała nadrabiać bezczelnością.

- Idź do domu, synku. To nie…

Nacisnąłem spust i bezodrzutowy 0,75 zagrzmiał jej nad uchem. Chmura dymu 

oślepiła ją. Nie zraniłem kasjerki, ale efekt był ten sam. Jej oczy uciekły w tył głowy i 

powoli osunęła się za kasę.

Nie   tak   łatwo   odstraszyć   Jimmiego   diGriz!   Jednym   susem   przeskoczyłem 

kontuar i machnąłem pistoletem w stronę przerażonych pracowników.

-  Cofnąć  się,   wszyscy!  Szybko!  Nie   chcę,   żeby   jakiś   głupek   nacisnął   przycisk 

cichego alarmu. W pożytku. Hej, góro sadła! - wskazałem lufą tłustego kasjera, który 

dotychczas   zawsze   mnie   ignorował.   Teraz   był   szalenie   usłużny.   -   Napełnij   tę   torbę 

dolcami, tylko duże nominały, i to już.

background image

Zrobił to pocąc się i pracując najszybciej, jak mógł. Klienci i pracownicy stali 

dookoła   w  dziwnych  pozach,  najwidoczniej  sparaliżowani   strachem.  Drzwi  do  biura 

kierownika   pozostały   zamknięte,   co   oznaczało,   że   prawdopodobnie   go   tam   nie   było. 

Tłuścioch skończył napełniać torbę banknotami i wyciągnął ją w moją stronę. Policja nie 

zjawiała się. Miałem wszelkie szanse, żeby się stąd wydostać.

Mruknąłem   coś   mając   nadzieję,   że   zabrzmi   to   jak   plugawe   przekleństwo,   i 

wskazałem na worek wypełniony rulonami monet.

- Wyrzuć te drobniaki i napełnij także i to - rozkazałem burkliwie.

Skwapliwie spełnił moje polecenie i wkrótce również ta torba była wypchana. I 

wciąż ani śladu policji. Czy to możliwe, żeby żaden z tych głupkowatych urzędników nie 

włączył cichego alarmu? Możliwe. Trzeba będzie zastosować ostrzejsze środki.

Chwyciłem kolejną torbę monet.

- Napełnij także tę - rozkazałem, popychając ją w jego stronę.

Robiąc to wcisnąłem łokciem guzik alarmu. Są takie dni, kiedy wszystko musisz 

robić sam!

To wywarło zamierzony skutek. Policja pojawiła się, zanim została napełniona 

trzecia torba. Nadjechali z fasonem. Jeden z ich pojazdów naziemnych zdołał zderzyć się 

z   drugim.   Rozwalili   jakiś   stragan,   nadłamali   latarnię   i   napędzili   strachu   kilku 

przechodniom. W końcu jednak jakoś się pozbierali i rozstawili z bronią gotową do 

strzału.

- Nie strzelać – zakwiczałem z przerażeniem. Z prawdziwym przerażeniem, bo 

większość   policjantów   nie   wyglądała   na   inteligentniejszych   od   swoich   gnatów.   Nie 

słyszeli mnie przez szybę, ale za to widzieli. - To tylko atrapa! - zawołałem - Zobaczcie!

Przyłożyłem sobie lufę do głowy i nacisnąłem spust. Z generatora dymu wydobył 

się całkiem przyzwoity obłoczek, a od efektu dźwiękowego aż zadzwoniło mi w uszach. 

Zsunąłem się za kontuar, znikając sprzed ich przerażonych oczu. Teraz przynajmniej 

nie   będzie   strzelaniny.   Czekałem   cierpliwie,   a   oni   krzyczeli,   przeklinali   i   w   końcu 

wyważyli drzwi.

Wszystko to może wydać wam się dziwne, ale nie ma w tym nic dziwnego. Co 

innego obrobić bank, a co innego zrobić to w taki sposób, żeby na pewno dać się złapać. 

Po co, możecie zapytać, po co być aż tak głupim?

Z przyjemnością wam to wyjaśnię. Ale aby zrozumieć motywy mojego działania, 

musicie   najpierw   zrozumieć,   jakie   jest   życie   na   tej   planecie,   jakie   było   moje   życie. 

Słuchajcie!

background image

Rajski Zakątek  został  założony  kilka tysięcy  lat  temu przez  jakąś  egzotyczną 

sektę religijną, która na szczęście już nie istnieje. Przybyli tu z innej planety, niektórzy 

twierdzą, że był to Brud albo Ziemia, rzekoma kolebka ludzkości, ale ja w to nie wierzę. 

W każdym razie nie szło im najlepiej. W owych czasach z pewnością nie był to plac 

zabaw, o czym zresztą nauczyciele na lekcjach przypominają nam tak często, jak tylko 

się da. Zwłaszcza wtedy, gdy mówią, jak zepsuci są młodzi ludzie w dzisiejszych czasach. 

My powstrzymujemy się, by im nie odpowiedzieć, że oni też muszą być zepsuci, bo z 

pewnością nic się nie zmieniło przez ostatni tysiąc lat.

Jasne, że na początku musiało być ciężko, cały świat roślinny był czystą trucizną 

dla   ludzkiego   metabolizmu   i   musiał   zostać   usunięty,   żeby   można   było   wprowadzić 

jadalne uprawy. Miejscowa fauna była równie trująca i uzbrojona w odpowiednie kły i 

pazury. Było tu trudno, tak trudno, że zwykłe krowy i owce miały zastraszająco małe 

szansę   przeżycia.   Pomógł   wtedy   sztuczny   dobór   genów   i   wyhodowano   tu   pierwsze 

świniozwierze. Spróbujcie sobie wyobrazić, a będziecie potrzebować naprawdę płodnej 

wyobraźni, jednotonowego złego knura z ostrymi kłami i wrednym charakterem. Już 

samo to jest paskudne, ale przedstawcie sobie tego stwora pokrytego długimi kolcami 

jak jeżozwierz. Pomysł ten, aczkolwiek dziwny, poskutkował, a że na farmach wciąż 

hoduje   się   dużo   świniozwierzy,   ciągle   skutkuje.   Wędzone   szynki   świniozwierza   z 

Rajskiego Zakątka słynne są w całej galaktyce.

Ale nie spotkacie tu całej galaktyki tłoczącej się z wizytą na świńskiej planecie. 

Wyrosłem tutaj, więc wiem. To miejsce jest tak beznadziejne, że nawet świniozwierze 

umierają z nudów.

A najśmieszniejsze jest to, że chyba nikt poza mną tego nie zauważył. Wszyscy 

zawsze dziwnie na mnie patrzyli. Moja mama twierdziła, że są to problemy wieku doj-

rzewania   i   paliła   w   moim   pokoju   kolce   świniozwierza   -   ludowy   środek   na   takie 

dolegliwości. Tata z kolei obawiał się, że to początek obłędu i zwykł wlec mnie do lekarza 

przeciętnie raz na rok. Psychiatra nie widząc niczego nienormalnego wysuwał teorię, że 

objawiły się we mnie cechy pierwszych osadników, że byłem ofiarą pierdnięcia Mendla 

itp. Ale to było wiele lat temu. Rodzicielska troska nie nękała mnie od czasu, gdy tata 

wyrzucił mnie z domu. Miałem wtedy piętnaście lat. Nastąpiło to pewnej nocy, kiedy 

przeszukawszy   moje   kieszenie   ojczulek   odkrył,   że   miałem   więcej   pieniędzy   niż   on. 

Mama   ochoczo   się   z   nim   zgodziła   i   nawet   sama   otworzyła   mi   drzwi.   Myślę,   że   z 

przyjemnością   się   mnie   pozbyli.   Z   pewnością   wnosiłem   zbyt   wiele   nerwów   do   ich 

ociężałej egzystencji.

background image

Co jeszcze myślę? Myślę, że taki wyrzutek jest czasami cholernie samotny. Ale 

nie sądzę, żeby była dla mnie jakakolwiek inna droga. Wiąże się to z problemami, ale 

problemy zawsze mają rozwiązania.

Na przykład, jednym z moich problemów było to, że byłem bity przez większe 

dzieci.   Zaczęło   się   od   razu,   gdy   poszedłem   do  szkoły.   Na   początku   popełniłem   błąd 

wykazując im, że byłem bardziej inteligentny niż one. Buch i podbite oko. Szkolnym 

osiłkom   tak   się   to   spodobało,   że   musieli   ustawiać   się   w   kolejce   do   bicia   mnie. 

Przerwałem   koło   nieszczęść   dopiero   wtedy,   gdy   przekupiłem   uniwersyteckiego 

nauczyciela   wychowania   fizycznego,   by   nauczył   mnie   walki   wręcz.   Poczekałem,   aż 

stałem   się   naprawdę   dobry,   i   zacząłem   oddawać.   Zwyciężyłem   mojego   niedoszłego 

oprawcę i zacząłem rozkładać kolejnych trzech drabów. Mówię wam, wszystkie małe 

dzieci były moimi przyjaciółmi i nigdy nie miały dość opowiadania mi, jak wspaniale 

wyglądałem ścigając sześciu najgorszych łobuzów dookoła szkoły. Jak już powiedziałem, 

problemy rodzą rozwiązania, żeby nie powiedzieć przyjemności...

A skąd wziąłem pieniądze, żeby przekupić nauczyciela? Na pewno nie od taty. 

Moja tygodniówka wynosiła trzy dolary, co ledwo wystarczało na dwie oranżady i mały 

batonik. Potrzeba, nie chciwość dała mi pierwszą lekcję gospodarności. Kupić tanio, 

sprzedać drogo, a zysk zatrzymać dla siebie.

Oczywiście   nie   mogłem   nic   kupić,   nie   mając   kapitału   zakładowego, 

zdecydowałem   się   wiec   w   ogóle   nie   płacić   za   towar   podstawowy.   Wszystkie   dzieci 

kradną w sklepach. Przechodzą przez taki etap i zwykle kończy go lanie po pierwszej 

wpadce.   Widziałem   nieszczęśliwe   i   mokre   od   łez   ofiary   niepowodzeń   i   zanim 

rozpocząłem karierę bardzo drobnego przestępcy, zrobiłem rozpoznanie rynku i okreś-

liłem kilka reguł.

Po pierwsze, trzymać się z dala od drobnych kupców. Oni znają swój towar i w 

ich interesie leży zachowanie go w stanie nienaruszonym. Rób wiec zakupy w dużych 

domach towarowych. Wtedy musisz tylko uważać na ochronę sklepu i system alarmowy. 

Dokładna   znajomość   zasady   ich   działania   pozwoli   opracować   techniki   obejścia   tych 

przeszkód.

Jedną z moich najwcześniejszych i najbardziej prymitywnych technik - rumienię 

się wyjawiając jej prostotę - nazwałem pułapką książkową. Zbudowałem pudełko, które 

wyglądało dokładnie jak książka. Ale miało dno na zawiasach ze sprężyną w środku. 

Musiałem tylko położyć je na niczego niepodejrzewający batonik i łakoć znikał z pola 

widzenia.  Było to  proste, ale  skuteczne   urządzenie,  którego  używałem  przez   dłuższy 

background image

czas. Miałem  zamiar zrezygnować z niego w imię wyższej techniki, gdy dostrzegłem 

możliwość skończenia z nim w sposób bardziej pożyteczny. Postanowiłem rozprawić się 

ze Śmierdziuchem.

Nazywał się Bedford Smikingham, ale zawsze nazywaliśmy go Śmierdziuchem. 

Tak jak niektórzy są urodzonymi tancerzami albo malarzami, tak inni są stworzeni do 

niższych   celów.   Śmierdziuch   był   urodzonym   kapusiem.   Jego   życiową   przyjemnością 

było donoszenie na kolegów. Podglądał, patrzył i donosił. Żaden młodzieńczy grzeszek 

nie był dla niego zbyt drobny, by go nie odnotować i nie powiadomić o nim belfrów. A 

oni uwielbiali go za to - co może wam wyjaśnić, jakiego rodzaju mieliśmy nauczycieli. 

Nie można go było nawet bezkarnie stłuc. Zawsze wierzono jego słowom i bijący byli 

karani.

Śmierdziuch naraził mi się kiedyś, nie pamiętam dokładnie jak, ale wystarczyło 

to, by w mojej głowie zrodziły się ciemne i płodne myśli, z których z kolei wykluł się plan 

działania. Wszyscy chłopcy lubią się przechwalać i moja pozycja bardzo się wzmocniła, 

gdy pokazałem kolegom książkowego łowcę batoników. Rozbrzmiały achy i ochy, które 

wzmogły się, gdy za darmo rozdałem część mojego łupu, by ich sobie pozyskać. To nie 

tylko wzmocniło moją pozycję, postarałem się także, aby działo się to w miejscu, gdzie 

Śmierdziuch   mógł   swobodnie   podsłuchiwać.   Pamiętam,   jakby   to   było   wczoraj   i   na 

wspomnienie akcji wciąż robi mi się ciepło na sercu.

- To nie tylko działa, ale pokażę wam jak. Chodźcie ze mną do domu towarowego 

Minga.

- Możemy, Jimmy, naprawdę możemy?

-   Możecie.   Ale   nie   całą   paczką.   Przychodźcie   pojedynczo   i   stańcie   tak,   żeby 

widzieć ladę z balonikami. Bądźcie tam o godzinie 15.00, a naprawdę coś zobaczycie.

Zobaczyli   coś   dużo   lepszego,   niż   mogli   sobie   wyobrazić.   Odprawiłem   ich   i 

obserwowałem   biuro   dyrektora   szkoły.   Gdy   tylko   Śmierdziuch   tam   się   zameldował, 

popędziłem na dół i włamałem się do jego szafki.

Poszło jak z płatka. Jestem z tego dumny, jako że był to pierwszy przygotowany 

przeze mnie scenariusz kryminalny z udziałem innych osób. O wyznaczonej godzinie 

podszedłem   do   stoiska   ze   słodyczami   u   Minga,   starając   się   nie   zwracać   uwagi   na 

strażników,   którzy   z   kolei   starali   się   udawać,   że   mnie   nie   obserwują.   Swobodnym 

ruchem położyłem książkę na balonikach i pochyliłem się, żeby zapiąć but.

-   Łapać   złodzieja!   -   krzyknął   najtęższy   z   nich,   chwytając   mnie   za   kołnierz 

płaszcza.

background image

- Mam cię - zapiał inny, chwytając książkę.

- Co robicie? - wyrzęziłem. Musiałem rzęzić, ponieważ wisiałem w powietrzu, a 

płaszcz był zaciśnięty na moim gardle. - Złodzieju, oddaj mi moją książkę do historii za 

siedem dolarów, kupioną przez moją mamusię za pieniądze, które zarobiła plotąc maty z 

kolców świniozwierza - wycharczałem nad wyraz elokwentnie.

- Książkę? - zadrwił osiłek. - Wiemy wszystko o tej książce.

Chwycił okładkę i pociągnął. Otworzyła się i wyraz jego twarzy, gdy zatrzepotały 

kartki, był naprawdę wspaniałym widokiem.

- To zostało ukartowane - zapiszczałem, rozpinając płaszcz, aby się uwolnić. - 

Ukartowane przez przestępcę, który chełpił się, że używa tej metody. On tam stoi, to ten, 

którego nazywają Śmierdziuchem. Łapcie go, chłopaki, zanim ucieknie! - wrzasnąłem 

rozcierając bolące gardło.

Śmierdziuch   stał   i   gapił   się   bezsilnie,   gdy   ochoczo   zacisnęły   się   na   nim   ręce 

kolegów. Jego podręczniki upadły na podłogę, fałszywa książka otworzyła się i wysypały 

się z niej batoniki.

To było piękne. Łzy, wrzaski i wzajemne obwinianie się. A przy okazji wspaniale 

odwróciło to uwagę ochroniarzy. Tego samego dnia przechodził bowiem chrzest bojowy 

mój   Połykacz   Batoników   Nr   2.   Ciężko   pracowałem   nad   tym   urządzeniem,   które 

zbudowałem na zasadzie cichej pompy próżniowej z ssawką ukrytą w moim rękawie. 

Przysunąłem wylot ssawki do baloników i fiu! Pierwszy batonik zniknął z pola widzenia. 

Kończył   drogę   w   moich   spodniach,   lub   raczej   w   szkaradnych   pumpach,   które 

musieliśmy nosić  jako  część   szkolnego   mundurka.  Wisiały  luźno,  a  nad   kostką  były 

mocno ściśnięte gumką. Batonik  spokojnie w nie spadł, a za  nim  następny i jeszcze 

następny.

Tylko,   że   coś   się   zacięło   i   nie   mogłem   wyłączyć   tego   cholernego   urządzenia. 

Dzięki Bogu za wrzaski Śmierdziucha. Oczy wszystkich skierowane były na niego, a nie 

na mnie, gdy mocowałem się z wyłącznikiem. W tym czasie  pompa wciąż działała  i 

batoniki   znikały   w   moim   rękawie   i   dalej   w   spodniach.   W   końcu   udało   mi   się   to 

wyłączyć, ale gdyby ktokolwiek zechciał spojrzeć w moją stronę, pusta półka i moje 

wypchane   nogawki   mogłyby   wzbudzić   pewne   podejrzenia.   Na   szczęście   nikomu   nie 

przyszło to do głowy.

Wyszedłem,   lub   raczej   wytoczyłem   się   niepewnym   krokiem,   najszybciej   jak 

mogłem. Jak już powiedziałem, to wspomnienie zawsze będzie mi drogie.

Co oczywiście nie wyjaśnia, dlaczego teraz postanowiłem obrobić bank. I dać się 

background image

złapać.

Policjanci w końcu sforsowali drzwi i wtłoczyli się do środka. Uniosłem ręce nad 

głową i przygotowałem się, by ich powitać ciepłym uśmiechem.

Urodziny,   oto   ostateczny   powód.   Moje   siedemnaste   urodziny.   Ukończenie 

siedemnastu lat tutaj, w Rajskim Zakątku, jest bardzo ważną datą w życiu młodego 

człowieka.

background image

2

Sędzia pochylił się i spojrzał na mnie przyjaźnie.

— No Jimmy, powiedz mi, co to za głupi kawał? Sędzia Nixon miał daczę nad 

rzeką, niedaleko naszej farmy.

— Nazywam się James diGriz, koleś. I nie bądź taki poufały.

Jak   łatwo   sobie   wyobrazić,   sędzia   mocno   poczerwieniał.   Jego   wielki   nos 

upodobnił się do pomidora, a nozdrza rozdęły się.

— Masz odnosić się z większym szacunkiem do sądu. Jesteś oskarżony o poważne 

wykroczenia, chłopcze, i będzie dobrze dla ciebie, jeśli zaczniesz wyrażać się w sposób 

cywilizowany.   Wyznaczam   Arnolda   Fortescue,   obrońcę   publicznego,   na   twojego 

adwokata...

—   Nie   potrzebuję   adwokata,   a   zwłaszcza   nie   starego   Kosookiego,   który   tak 

żłopie, że nikt nigdy nie widział go trzeźwego...

Z   ław   dla   publiczności   zabrzmiała   kaskada   śmiechu,   która   rozwścieczyła 

sędziego.

— Spokój na sali! — ryknął, waląc swoim młotkiem z taką siłą, że złamał rączkę. 

Odrzucił końcówkę w kąt sali i spojrzał na mnie ze złością.

— Nie wyprowadzaj sądu z równowagi. Obrońca Fortescue został wyznaczony...

— Nie przeze mnie. Odeślijcie go z powrotem do knajpy Mooneya. Przyznaję się 

do wszystkich zarzutów i zdaję się na łaskę i niełaskę tego bezlitosnego sądu.

Wciągnął oddech i westchnął tak, że aż się wzdrygnąłem. Postanowiłem trochę 

zwolnić, bo jeśli sędzia dostanie zawału i kipnie, to proces zostanie uznany za nieważny i 

zmarnuję jeszcze więcej czasu.

— Przepraszam, Wysoki Sądzie — schyliłem głowę, bo nie mogłem powstrzymać 

uśmiechu. — Ale postąpiłem źle i muszę zostać ukarany.

— Tak lepiej, Jimmy. Zawsze byłeś bystrym chłopcem i przykro mi patrzeć, jak 

marnuje się taka inteligencja Pójdziesz do domu poprawczego na okres nie krótszy niż...

— Przepraszam, Wysoki Sądzie — wtrąciłem się. — To niemożliwe. Gdybym 

popełnił   te   zbrodnie   w   zeszłym   tygodniu   albo   w   zeszłym   miesiącu,   to   inna   sprawa! 

Prawo określa to wyraźnie i nie ma dla mnie wyjścia. Dziś  są moje urodziny. Moje 

siedemnaste urodziny.

To go ostudziło. Strażnicy czekali cierpliwie, gdy wystukiwał dane na klawiaturze 

swojego komputera. Jednocześnie reporter z „Echa Rajskiego Zakątka" równie pilnie 

stukał w klawisze swego przenośnego terminalu. Gotowała mu się niezła historyjka. W 

background image

krótkim czasie sędzia znalazł odpowiedź. Westchnął.

—   To   prawda.   Akta   wykazały,   że   dziś   kończysz   siedemnaście   lat   i   osiągasz 

pełnoletność.   To   z   pewnością   oznaczałoby   wyrok   więzienia,   ale   trzeba   uwzględnić 

okoliczności. Pierwsze wykroczenie, młody wiek oskarżonego, zrozumienie, iż postąpił 

źle.   Jest   w   mocy   tego   sądu   dokonanie   wyjątku,   zawieszenie   wyroku   i   zwolnienie 

warunkowe. Moja decyzja jest następująca...

Ostatnią rzeczą, jaką chciałem wtedy usłyszeć, była jego decyzja. Nie szło to tak, 

jak zaplanowałem, zupełnie nie tak. Trzeba było działać. Zadziałałem. Mój wrzask za-

głuszył   słowa   sędziego.   Wciąż   krzycząc,   wyskoczyłem   głową   naprzód   z   ławy 

oskarżonych, zgrabnie przekoziołkowałem po podłodze i popędziłem przez salę, zanim 

zszokowana widownia zdążyła pomyśleć o jakimkolwiek ruchu.

—   Nie   będziesz   pisać   o   mnie   żadnych   ordynarnych   łgarstw,   ty   pismaku!   — 

krzyknąłem, wyrwałem terminal z rąk reportera i rzuciłem go na podłogę. Potem zde-

ptałem  na kupę złomu maszynę wartą sześćset dolarów. Odskoczyłem, zanim  zdążył 

mnie złapać i pognałem do drzwi. Tam rzucił się na mnie policjant i złożył się w pół, gdy 

umieściłem stopę w okolicach jego żołądka.

Prawdopodobnie  udałoby   mi się   uciec,  ale   ucieczka   nie  leżała  w   tej  chwili  w 

moich planach. Niezdarnie szarpałem klamkę, aż ktoś mnie złapał, a potem walczyłem i 

zostałem wreszcie obezwładniony.

Tym razem wylądowałem na ławie oskarżonych skuty kajdankami i skończyły się 

gadki sędziego w rodzaju: „Jimmy, mój chłopcze". Ktoś dał mu nowy młotek, którym 

machnął teraz w moją stronę, jakby chciał rozbić mi głowę. Warknąłem i próbowałem 

wyglądać gburowato.

— Jamesie Bolivarze diGriz — rozpoczął sędzia. — Skazuję cię na najwyższą 

karę za przestępstwo, które popełniłeś. Ciężkie roboty w więzieniu miejskim do czasu 

przybycia statku Ligi, który zabierze cię do najbliższego ośrodka poprawczego w celu 

poddania terapii kryminalnej — uderzył młotkiem. — Zabrać go.

To mi się podobało. Szarpnąłem się z kajdankami i przeklinałem go siarczyście, 

żeby w ostatniej chwili nie okazał słabości. Nie okazał. Dwóch krzepkich policjantów 

wywlokło   mnie   z   sali   sadowej   i   wcisnęło   niezbyt   delikatnie   do   karetki   więziennej. 

Dopiero kiedy zatrzasnęli i zabezpieczyli drzwi, oparłem się wygodnie, odprężyłem i po-

zwoliłem sobie na triumfujący uśmiech.

Tak, właśnie, to był triumf. Celem całej operacji było dać się aresztować i posłać 

do więzienia. Musiałem przecież trochę się podszkolić w zawodzie.

background image

W  moim  szaleństwie  była  metoda.  We   wczesnym  okresie   mojego  życia,  może 

nawet w czasach  sukcesów z balonikami, zacząłem  poważnie rozważać  karierę prze-

stępcy. Z wielu powodów; po pierwsze, sprawiało mi przyjemność bycie przestępcą, po 

drugie, motywacja finansowa — w żadnym innym zawodzie nie zarabiało się więcej przy 

mniejszym   nakładzie   pracy.   Ale   szczerze   mówiąc,   najbardziej   lubiłem   to   uczucie 

wyższości, gdy udawało mi się sprawić, że reszta świata wychodziła na durniów. Ktoś 

może powiedzieć, że to dziecinne emocje. Być może, ale za to bardzo przyjemne.

Musiałem zatem rozwiązać bardzo poważny problem. Jak przygotować się do 

zawodu złodzieja? Przestępstwo nie ogranicza się przecież do podkradania baloników. 

Niektóre sprawy były jasne. Chciałem pieniędzy. Pieniędzy innych ludzi. Pieniądze są 

zamykane, a wiec im więcej będę wiedział o zamkach, tym łatwiej osiągnę swój cel. 

Wtedy po raz pierwszy w szkolnej karierze zabrałem się do nauki. Zacząłem dostawać 

najwyższe  oceny  i nauczyciele  uznali,  że  jest jeszcze  dla mnie nadzieja.  Szło  mi tak 

dobrze, że gdy wyraziłem chęć zostania ślusarzem, zgodzili się bardzo chętnie. Wszy-

stkiego, co potrzebne, nauczyłem się w trzy miesiące i poprosiłem, by pozwolono mi 

zdawać egzamin końcowy. Odmówili.

„Tak   się   nie   robi",   powiedzieli   mi.   Miałem   iść   w   tym   samym   ślamazarnym 

tempie co inni i dopiero za dwa lata i dziewięć miesięcy skończyć szkołę i stać się jednym 

ze zwykłych zjadaczy chleba.

To   nie   było   zabawne.   Próbowałem   zmienić   szkołę   i   dowiedziałem   się,   że   to 

niemożliwe. Ich zdaniem miałem wypisane na czole słowo „ślusarz", które miało tam 

pozostać na resztę mojego życia.

Zacząłem   więc   opuszczać   lekcje   i   znikałem   z   budy   na   całe   tygodnie.   Poza 

wygłaszaniem surowych kazań belfrzy niewiele mogli mi zrobić, bo zjawiałem się na 

wszystkich egzaminach i zawsze dostawałem najwyższe stopnie. W trakcie szkolnych 

absencji odbywałem treningi w terenie. "Starannie planowałem swoje działania w ob-

rębie miasta, tak  że  zadowoleni z siebie  obywatele nie mieli pojęcia, że  ich  kantuję. 

Jednego dnia automat z papierosami wydał mi kilka srebrnych dolarów, następnego to 

samo   zrobił   licznik   na   parkingu.   Dzięki   pracy   w   terenie   nie   tylko   ćwiczyłem   swoje 

talenty, lecz także płaciłem za edukację. Nie szkolną, rzecz jasna — prawo nakazywało 

mi pozostanie w szkole do ukończenia siedemnastu lat — ale tę w czasie wolnym od 

szkoły.

Jako że nie miałem żadnego planu, jak przygotować się do życia przestępczego, 

studiowałem wszystkie umiejętności, jakie mogły okazać  się potrzebne.  Znalazłem  w 

background image

słowniku słowo „fałszerstwo", które zachęciło mnie do nauczenia się podstaw fotografii i 

druku. Ponieważ znajomość walki wręcz bardzo mi się już przydała, nie zaprzestałem 

treningów,   dopóki   nie   zdobyłem   czarnego   pasa.   Nie   zaniedbałem   także   strony 

technicznej obranego przeze mnie fachu. Zanim skończyłem szesnaście lat, wiedziałem 

wszystko, co można wiedzieć o komputerach i w tym samym czasie stałem się zręcznym 

technikiem mikroelektronikiem.

Same   w   sobie   wszystkie  te   osiągnięcia   były   niezłe,   ale   co   dalej?   Nie   miałem 

pojęcia.   Wtedy   właśnie   zdecydowałem   się   dać   sobie   prezent   z   okazji   dojścia   do 

pełnoletności. Wyrok więzienia.

Szaleniec? Tak, ale chytry jak lis! Musiałem znaleźć innych przestępców, a gdzie 

o nich łatwiej niż w więzieniu? Trzeba przyznać, że dobrze to sobie wymyśliłem. Pójście 

do więzienia to jakby powrót do domu, spotkanie z moim właściwym otoczeniem. Będę 

słuchać i uczyć się, a kiedy uznam, że dość się już nauczyłem, wytrych ukryty w pode-

szwie mojego buta pomoże mi wydostać się stamtąd. Zanosiłem się śmiechem na samą 

myśl o tym.

Głupim śmiechem, bo wszystko poszło zupełnie inaczej.

Ostrzyżono mi włosy, opryskano antyseptycznym aerozolem, wydano więzienny 

strój i buty — tak nieprofesjonalnie, że bez trudu upchnąłem w nich mój wytrych i zbiór 

monet — zdjęto mi odcisk kciuka, wzór siatkówki i zaprowadzono do celi. Tam, ku 

mojej  radości,  zobaczyłem,  że   mam towarzysza.   Wreszcie   zacznie  się  nauka.  To był 

pierwszy dzień w moim przestępczym życiu.

— Dzień dobry panu — powiedziałem. — Nazywam się Jim diGriz.

Spojrzał na mnie i warknął:

— Zamknij się, szczeniaku.

Zaczął czyścić paznokcie u nóg, który to zabieg przerwało moje wejście.

To była pierwsza lekcja. Uprzejma wymiana zdań obowiązująca w świecie poza 

tymi murami tu była nieznana. Życie było twarde, podobnie jak język. Wykrzywiłem 

szyderczo usta i odezwałem się ponownie. Tym razem dużo ostrzej:

— Sam się zamknij, wyskrobku. Moja ksywka jest Jim. A twoja?

Nie   byłem   pewien,   czy   dobrze   grypsuję,   nauczyłem   się   tak   mówić  ze   starych 

filmów video, ale ton mojego głosu był na pewno odpowiedni, bo tym razem udało mi się 

zwrócić na siebie jego uwagę. Powoli podniósł głowę i w jego oczach zabłysła nienawiść.

— Nikt, ale to n i k t nie będzie w ten sposób rozmawiał z Willym Żyletą! Ciachnę 

cię, szczeniaku, i to porządnie. Wytnę ci na gębie moje inicjały. Ł jak Willy.

background image

—   W   —   powiedziałem.   —   Willy   pisze   się   przez   W.   To   jeszcze   bardziej   go 

zdenerwowało.

— Wiem, jak się pisze, nie jestem jakimś głupkiem! — zapienił się z wściekłości i 

zaczął   grzebać   pod   materacem.   Wyciągnął   piłkę   do   metalu.   Jej   krawędź   była 

wyostrzona jak brzytwa. Mała, śmiercionośna, broń. Podrzucił ją w dłoni, wykrzywił się 

i skoczył na mnie.

Nie trzeba wyjaśniać, że w ten sposób nie należy zbliżać się do czarnego pasa. 

Usunąłem się na bok i gdy mnie mijał, uderzyłem go w nadgarstek, po czym kopnąłem w 

kostkę, tak że nadwerężył głową tynk na ścianie celi.

Padł   nieprzytomny.   Gdy   doszedł   do   siebie,   siedziałem   na   pryczy   i   czyściłem 

paznokcie jego nożem.

—   Nazywam   się   Jim   —   powiedziałem   szorstko,   mocno   zaciskając   usta.   — 

Powtórz. Jim.

Spojrzał na mnie, wykrzywił się... i zaczął płakać! Ogarnęło mnie przerażenie. To 

było nieprawdopodobne!

— Zawsze wypada na mnie. Ty też nie jesteś lepszy. Ośmieszyłeś mnie. I zabrałeś 

mój nóż. Przez cały miesiąc go robiłem, wybuliłem dychę na złamane ostrze...

Na wspomnienie wszystkich tych zmartwień znów zaczął beczeć. Zorientowałem 

się, że był mniej więcej rok starszy ode mnie i znacznie mniej pewny siebie niż ja. Tak 

więc     w   ramach   mojego   wprowadzenia   w   życie   przestępcze   musiałem   pocieszyć   go, 

przyłożyć   mokry   ręcznik   na   jego   guza,   zwrócić   nóż,   a   nawet   dać   mu   złotą 

pięciodolarówkę, żeby przestał szlochać. Zacząłem podejrzewać, że życie przestępcy nie 

jest dokładnie takie, jak sobie wyobrażałem.

Dość łatwo przyszło mi poznać historię życia Willy'ego. Mówiąc ściślej, trudno 

było go uciszyć, gdy zaczął gadać. Użalał się nad swym życiem i aż drżał z ochoty, by 

podzielić się ze mną swoimi przeżyciami.

To   było   plugawe,   ale   milczałem,   gdy   wylewały   się   na   mnie   jego   nudne 

wspomnienia. Kiepski uczeń, wyśmiewany przez innych, najgorsze stopnie. Słaby i bity 

przez osiłków, zyskał pewną pozycję dopiero wtedy, gdy okrył — przypadkiem tłukąc 

butelkę   —   że   mając   broń   też   może   stać   się   mocnym   facetem.   Potem   jego   pozycja 

wzmocniła się,  gdy zaczął  znęcać  się nad  kolegami. Do tego  doszło  krojenie żywych 

ptaków i innych małych, niegroźnych stworzeń. Potem nastąpił gwałtowny upadek, gdy 

pociął jakiegoś chłopca i został złapany. Skazany na dom poprawczy, zwolniony, kolejne 

wpadki i znów poprawczak. W końcu, u szczytu swojej kariery punka-nożownika został 

background image

wtrącony do więzienia za wyłudzanie groźbami pieniędzy. Od dziecka, rzecz jasna. Był 

zbyt wielkim tchórzem, by próbować zaczepić dorosłego.

Oczywiście nie opowiedział mi tego wszystkiego wprost, ale jasno wynikało to z 

jego bezsensownego narzekania. W końcu kazałem mu się zamknąć i pogrążyłem się w 

myślach. Wychodziło na to, że miałem pecha. Prawdopodobnie wsadzono mnie z nim, 

żebym   nie   dostał   się   w   towarzystwo   starych   przestępców,   którzy   siedzieli   w   tym 

więzieniu.

W tym momencie zgasły światła, więc położyłem się na pryczy. Jutro będzie mój 

dzień.   Spotkam   innych   więźniów   i   znajdę   wśród   nich   prawdziwych   przestępców. 

Zaprzyjaźnię się z nimi, a potem zacznę wyższe studia przestępcze!

Spokojnie zasypiałem, do wtóru jednostajnego jęczenia z sąsiedniej pryczy. To 

zwykły pech, że razem nas tu wsadzili. Willy jest wyjątkiem. Mój sąsiad jest przegrany, 

ot co. Rano wszystko się zmieni.

Miałem taką nadzieję. Cień niepokoju przez jakiś czas nie pozwalał mi zasnąć, 

ale szybko się otrząsnąłem. Jutro będzie dobrze, na pewno. To nie ulega wątpliwości, 

dobrze...

background image

3

Śniadanie było nie lepsze i nie gorsze od tych, które sam sobie przyrządzałem. 

Jadłem bezmyślnie, sącząc herbatę kaktusową i zawzięcie siorbiąc kleik. Jednocześnie 

rozglądałem   się   po   okolicznych   stolikach.   W   sali   stłoczyło   się   około   trzydziestu 

więźniów. Błądziłem wzrokiem od twarzy do twarzy z rosnącym uczuciem rozpaczy.

Po   pierwsze,   większość   tych   gęb   miała   ten   sam   tępy   wyraz,   co   oblicze   mego 

towarzysza z celi. W porządku, mogłem pogodzić się z tym, że wśród kryminalistów byli 

nieprzystosowani   i   różne   ciemniaki.   Ale   musiało   być   też   coś   więcej!   Przynajmniej 

miałem taką nadzieję.

Po   drugie,   wszyscy   byli   całkiem   młodzi,   żaden   nie   przekroczył   jeszcze 

trzydziestki. Czyżby nie było żadnych starych kryminalistów? A może przestępstwo jest 

cechą   młodzieży,   szybko   leczoną   w   trybach   machiny   resocjalizacyjnej?   Musiało   być 

jeszcze coś ponad to. Musiało. Ta myśl trochę mnie pocieszyła. Wszyscy ci więźniowie to 

ludzie   przegrani   -   to   było   oczywiste.   Przegrani   i   niekompetentni!   Jeśli   choć   trochę 

pomyśleć, stawało się to jasne. Gdyby byli dobrzy w wybranym przez siebie zawodzie, 

nie byłoby ich tutaj!

Ale   potrzebowałem   ich   mimo   wszystko!   Jeżeli   oni   nie   mogli   dostarczyć   mi 

nielegalnej wiedzy, której potrzebowałem, to z pewnością mogli skontaktować mnie z 

tymi, którzy taką wiedzę posiadali. Dzięki nim mogłem znaleźć wolnych kryminalistów, 

ciągle nieuchwytnych profesjonalistów. Musiałem się za to zabrać. Zaprzyjaźnić się z 

tymi   tutaj   i   wyciągnąć   informacje,   których   potrzebowałem.   Jeszcze   nie   wszystko 

stracone.

Znalezienie   najlepszego   z   tych   wszystkich   nikczemników   nie   zajęło   mi   wiele 

czasu. Mała grupka skupiła się wokół ociężałego młodego człowieka, który wystawiał na 

pokaz   swój   złamany   nos   i   pokrytą   bliznami   twarz.   Nawet   strażnicy   zdawali   się   go 

unikać. Kroczył jak paw, a inni zachowywali odstęp, jak na poobiednim spacerze na 

wybiegu.

-   Kto   to   jest?   -   zapytałem   Willy'ego,   który   zwalił   się   na   ławkę   obok   mnie, 

pracowicie   dłubiąc   w   nosie.   Zamrugał   szybko,   aż   wreszcie   dostrzegł   obiekt   mojego 

zainteresowania i zamachał rękami z rozpaczą.

- Uważaj na niego, trzymaj się z daleka, jest gorszy niż trucizna. Słyszałem, że 

Stinger jest mordercą i wierzę w to. Jest też mistrzem w zapasach błotnych. Nie myśl 

nawet o poznaniu go.

To było rzeczywiście intrygujące. Słyszałem o zapasach błotnych, ale mieszkałem 

background image

zbyt blisko miasta, by to widzieć. Nic takiego nie odbywało się w okolicy dlatego, że 

dookoła było mnóstwo policji. Zapasy błotne to sport brutalny i nielegalny. Cieszył się 

popularnością wśród mieszkańców oddalonych miasteczek farmerskich. W zimie, kiedy 

świniozwierze zamknięte były w chlewach, a zbiory złożone w stodołach, nadchodził czas 

pięści.   Zaczynały   się   zapasy.   Zdarzało   się,   że   pojawiał   się   obcy   i   rzucał   wyzwanie 

miejscowemu   mistrzowi,   którym   był   zwykle   jakiś   nadmiernie   umięśniony   oracz. 

Podejmowano wtedy potajemne przygotowania w jakiejś odległej stodole i kiedy kobiety 

były odprawione, alkohol przemycony, a zakłady przyjęte, zaczynała się walka na gołe 

pięści. Trwała, dopóki jeden z zawodników nie mógł wstać. Sport nie dla wrażliwych i 

nie dla trzeźwych. Dobra, solidna, pijacka zabawa samców. Stinger był jednym z tego 

kręgu. Musiałem go bliżej poznać.

Przyszło   mi   to   z   łatwością.   Myślę,   że   mogłem   po   prostu   do   niego   podejść   i 

zagadać, ale tor mego myślenia był wypaczony przez te wszystkie szmirowate filmy, 

których się naoglądałem.

Żeby   więc  porozmawiać  ze  Stingerem,  wstałem   z  ławki i  pogwizdując,  wolno 

zbliżyłem się do niego i jego świty. Jeden z nich spojrzał na mnie tak groźnym wzro-

kiem, że  cofnąłem się. Tylko po to, aby wrócić, kiedy tamten odwrócił się, by zająć 

miejsce obok swego przywódcy.

- Czy ty jesteś Stinger? - wyszeptałem półgębkiem z głową odwróconą od niego. 

Musiał oglądać te same filmy, bo odpowiedział w ten sam sposób.

- Tak. A kto chce wiedzieć?

- Ja. Właśnie dostałem się do tego pudła. Mam dla ciebie wiadomość z zewnątrz.

- Mów.

- Nie tu, gdzie te bałwany mogłyby usłyszeć. Musimy być sami.

Spojrzał na mnie podejrzliwie spod swych krzaczastych brwi. Ale udało mi się 

rozbudzić jego ciekawość. Mruknął coś do swojej świty i oddalił się. Tamci zostali na 

miejscu, ale posłali mi mordercze spojrzenia, kiedy ruszyłem za nim.

Stinger   przeciął   teren   wybiegu   i   skierował   się   do   ławki.   Siedzący   tam   dwaj 

mężczyźni zwiali, kiedy się zbliżył. Usiadłem obok niego, a on pogardliwie zmierzył mnie 

wzrokiem.

- Mów, co masz do powiedzenia, szczeniaku, i lepiej, żeby to było coś pomyślnego.

-   To   dla   ciebie   -   powiedziałem   popychając   wzdłuż   ławki   monetę 

dwudziestodolarową.   -   Wiadomość   jest   ode   mnie.   Potrzebuję   pomocy   i   chcę   za   nią 

zapłacić. Oto zadatek. Mam jeszcze takich mnóstwo.

background image

Prychnał pogardliwie, ale jego grube palce pochwyciły monetę i wsunęły ją do 

kieszeni.

- Nie jestem  z żadnej  instytucji  charytatywnej, szczeniaku. Jedynym gościem, 

któremu pomagam, jestem ja sam. A teraz zjeżdżaj.

- Najpierw posłuchaj, co mam do powiedzenia. Potrzebuję kogoś, żeby ze mną 

zwiał. Od dziś za tydzień. Interesuje cię?

Tym  razem   udało  mi  się przyciągnąć   jego  uwagę.  Odwrócił  się i  spojrzał   mi 

prosto w oczy. Zimno i pewnie.

- Nie lubię żartów - powiedział, a jego ręka chwyciła mój nadgarstek i wykręciła 

go. Bolało. Z łatwością mogłem rozewrzeć ten uścisk, ale nie zrobiłem tego. Jeżeli ta 

manifestacja przemocy była dla niego ważna, niech tak będzie.

- To nie żart. Za osiem dni będę na zewnątrz. Ty też możesz być, jeśli zechcesz. 

Decyzja należy do ciebie.

Spojrzał na mnie raz jeszcze i uwolnił mój nadgarstek. Rozcierałem go, czekając 

na odpowiedź. Widziałem, jak przetrawiał moje słowa, próbując podjąć decyzję.

- Wiesz, dlaczego tu jestem? - zapytał w końcu.

- Słyszałem pogłoski.

- Jeżeli pogłoski mówiły o tym, że zabiłem  gościa, to były prawdziwe. To był 

wypadek.   Miał   miękką   czaszkę.   Rozwaliła   się,   kiedy   mu   przykopałem.   Chcieli 

potraktować to jako wypadek na farmie, ale inny gość przegrał ze mną mecz. Miał mi 

zapłacić następnego dnia, ale zamiast tego poszedł na policję, bo tak było taniej. Chcą 

mnie teraz zabrać do szpitala Ligi i otworzyć mi głowę. Więzienny psychoanalityk mówi, 

że po tym odechce mi się walczyć. Wcale mi się to nie podoba.

Kiedy mówił, pięści zaciskały mu się i otwierały, i nagle zrozumiałem, że walka to 

jego życie, jedyna rzecz, którą robi dobrze. Coś, za co ludzie go podziwiają, za co go 

chwalą. Jeżeli zostanie mu to odebrane, to tak jakby odebrali mu życie. Poczułem nagłą 

falę współczucia, ale nie dałem tego po sobie poznać.

- Możesz mnie stąd wydostać? - to pytanie było poważne.

- Mogę.

- Więc jestem twój. Wiem, że czegoś ode mnie chcesz. Na tym świecie nikt nic nie 

robi za frajer. Zrobię co chcesz, szczeniaku. Oni w końcu mnie dorwą. Jeżeli naprawdę 

cię szukają, nie ma takiego miejsca, w którym mógłbyś się ukryć. Ale ja zamierzam 

takie miejsce znaleźć. Chcę dostać tego gościa, który mnie tu wpakował. Postąpię z nim, 

jak należy. Jedna, ostatnia walka. Zabiję go, tak jak on zabił mnie.

background image

Trząsłem się cały, kiedy słuchałem tych słów, było oczywiste, że naprawdę miał 

zamiar to zrobić. Było to aż boleśnie jasne.

- Wyciągnę cię stąd - powiedziałem i obiecałem sobie, że dopilnuję, aby nigdy nie 

znalazł się w pobliżu obiektu swojej zemsty. Nie miałem zamiaru rozpoczynać przestęp-

czej kariery jako współwinny morderstwa.

Stinger przygarnął mnie od razu pod swoje opiekuńcze skrzydła. Na początek 

podał mi rękę, miażdżąc moje palce w morderczym uścisku. Potem zaprowadził mnie do 

swojej świty.

-   To   jest   Jim   -   powiedział.   -   Traktujcie   go   dobrze.   Ten,   kto   sprawi   mu 

jakiekolwiek kłopoty, będzie miał do czynienia ze mną.

Rozpłynęli się w nieszczerych uśmiechach i obietnicach przyjaźni. Tyle dobrego, 

że przynajmniej będę miał z nimi spokój. Miałem po swojej stronie te potężne łapska. 

Jedno z nich spoczęło na moim ramieniu, gdy odeszliśmy na bok.

- Jak masz zamiar to zrobić? - zapytał.

- Powiem ci rano. Teraz muszę załatwić ostatnie przygotowania - skłamałem. - Do 

zobaczenia.

Odszedłem, żeby zrobić rozpoznanie terenu. Chciałem Opuścić to ponure miejsce 

tak samo jak on. Ale z innego powodu. On dla zemsty, ja z przygnębienia. Wszyscy tu 

byli   przegrani.   Ja   wolałem   wygranych.   Zapragnąłem   znaleźć   Się   z   daleka   od   tych 

patałachów i znów odetchnąć świeżym powietrzem.

Następne dwadzieścia cztery godziny spędziłem na poszukiwaniu najlepszej drogi 

ucieczki. Mogłem bez trudu otworzyć wszystkie mechaniczne zamki w obrębie więzienia. 

Jedynym problemem była elektroniczna brama w zewnętrznym murze. Gdybym miał 

czas i odpowiedni sprzęt, ją także mógłbym otworzyć. Ale nie pod okiem Strażników, 

którzy przez całą dobę dyżurowali w wieżyczce obserwacyjnej nad bramą. Tę drogę 

ucieczki   należało     więc   skreślić.   Potrzebowałem   lepszego   planu   na   wydostanie   się   z 

więzienia, dlatego rozpoznanie terenu było niezbędne.

Było już po północy, gdy wyślizgnąłem się z łóżka. Byłem bez butów. Musiałem 

zachowywać   się   jak   najciszej,   więc   obuwie   zastąpiły   trzy   pary   skarpet.   Cicho 

wepchnąłem   jakieś   ubrania   pod   koc,   tak   aby   strażnik   zaglądający   przez   judasza 

zobaczył   zajęte   łóżko.   Willy   chrapał   donośnie,   gdy   otworzyłem   zamek   wytrychem   i 

wyślizgnąłem   się   na   korytarz.   Willy   nie   był   jedynym,   który   zażywał   nocnego 

wypoczynku; cały korytarz rozbrzmiewał poświstywaniem i chrapaniem. Włączone było 

nocne oświetlenie i byłem sam na piętrze. Wyjrzałem ostrożnie zza rogu i zobaczyłem, że 

background image

strażnik siedzi piętro niżej i wypełnia kupon na wyścigi. Wspaniale. Miałem nadzieję, że 

wytypuje zwycięzcę. Cicho jak cień wszedłem na schody i w górę, na wyższe piętro.

Oba poziomy były przygnębiająco podobne - same cele. Takie samo było kolejne 

piętro, i jeszcze  następne nad nim. A że  było ono ostatnie, nie mogłem pójść wyżej. 

Właśnie miałem zawrócić, gdy dostrzegłem kątem oka błysk metalu w cieniu na końcu 

korytarza. Jak mówi przysłowie, kto nie ryzykuje... Przemknąłem obok drzwi cel, w 

których - miałem nadzieję - więźniowie spali, i dotarłem do odległej ściany.

No   proszę,   co   my   tu   mamy!   Żelazne   szczeble   w   ścianie,   znikające   wyżej   w 

ciemności!   Wszedłem   po   nich   i   także   zniknąłem.   Ostatni   szczebel   był   tuż   pod 

wpuszczoną w sufit klapą. Była metalowa, z metalową ramą i solidnie zamknięta, o czym 

przekonałem się, gdy naparłem na nią ramieniem. Gdzieś musiał być zamek, ale nie 

mogłem go znaleźć w ciemności. Trzymając się jedną ręką żelaznego szczebla, drugą 

zacząłem macać powierzchnię klapy, w której, jak sądziłem, był typowy zamek.

Nic nie znalazłem. Spróbowałem jeszcze  raz,  zmieniając rękę, bo czułem, jak 

ramię powoli wychodzi mi ze stawu. To samo. Nie było zamka! Ogarnęła mnie panika i 

przestałem   myśleć.   Przezwyciężyłem   ją   i   zmusiłem   do   pracy   szare   komórki.   Zamek 

musiał gdzieś być. Niczego nie było na samej klapie. Musiałem więc szukać na ramie. 

Powoli wyciągnąłem rękę i przebiegłem palcami wzdłuż ramy. Od razu znalazłem to, 

czego szukałem.

Jaka prosta jest odpowiedź, gdy zadasz prawidłowe pytanie! Wyjąłem wytrych z 

kieszeni i wsunąłem go do zamka. Po chwili ustąpił. Wypchnąłem klapę, wszedłem na 

dach i zamknąłem ją za sobą. Z rozkoszą wciągnąłem chłodne, nocne powietrze.

Nade   mną   jasno   świeciły   gwiazdy.   Dawały   dość   światła,   bym   mógł   widzieć 

ciemną   powierzchnię   dachu.   Był   płaski,   obrzeżony   wysokim   do   kolan   murkiem   i 

upstrzony   kominkami  wentylacyjnymi.  Jakiś   potężny   kształt   przesłaniał   niebo   i   gdy 

zbliżyłem się do niego, usłyszałem kapanie. Zbiornik wody, w porządku. A co w dole?

Przed   sobą   zobaczyłem   jasno   oświetlone   podwórze,   dobrze   strzeżone   i 

niebezpieczne.   Po   drugiej   stronie   dachu   znajdowało   się   coś   znacznie   bardziej 

interesującego.   Mur   schodził   pionowo   pięć   pięter   w   dół   i   kończył   się   na   tylnym 

podwórzu, słabo oświetlonym przez jedną latarnię. Był tam śmietnik, jakieś beczki i 

ciężka   brama   w   zewnętrznym,   murze.   Bez   wątpienia   zamknięta.   Ale   co   człowiek 

zamknął, człowiek może otworzyć. Czy raczej ja mogę. To była droga na wolność.

Oczywiście   trzeba   było   zejść   pięć   pięter   w   dół,   ale   coś   się   i   wymyśli.   Albo 

poszukać   innej drogi  na tylne  podwórze.   Miałem  sześć   dni,  aby  rozważyć  wszystkie 

background image

kombinacje ucieczki. Mnóstwo czasu. Zmarzły mi stopy, ziewnąłem i zadrżałem. Dość 

się napracowałem jak na jedną noc. W tej chwili moja prycza więzienna wydała mi się 

bardzo atrakcyjna.

Zawróciłem   cicho   i   ostrożnie.   Otworzyłem   i   starannie   zamknąłem   klapę. 

Zszedłem   po   drabinie   i   po   schodach   na   swoje   piętro.   A   wtem   usłyszałem   krzyki. 

Donośne   i   wyraźne.   Najgłośniej   ze   wszystkich   krzyczał   mój  towarzysz   z   celi,   Willy. 

Ogarnąłem przerażonym spojrzeniem otwarte drzwi celi i postacie strażników, potem 

cofnąłem   się   i   z   powrotem   wbiegłem   na   schody.   Głos   Willy'ego   dźwięczał   w   moich 

uszach jak trąby Sądu Ostatecznego.

- Obudziłem  się, a jego nie było! Zostałem  sam! Potwory  go zjadły, albo co! 

Ratujcie mnie, błagam! To coś go złapało! Ono przeszło przez zamknięte drzwi. A teraz 

będzie chciało zjeść mnie!

background image

4

Na   moment   rozgrzał   mnie   gniew   na   mojego   skretyniałego   współlokatora, 

natychmiast jednak zmroziła mnie groźba pojmania. Biegłem nie zastanawiając się, jak 

najdalej od tych głosów i całego zamieszania. Z powrotem po schodach. Jedno piętro. 

Drugie...

Nagle włączyły się wszystkie światła i zawyły syreny. Więźniowie obudzili się i 

zaczęli nawoływać. Za chwilę staną przy drzwiach cel, zobaczą mnie, zaczną krzyczeć, 

nadbiegną strażnicy. Nie było ucieczki. Wiedziałem o tym, ale wciąż biegłem. Na ostatnie 

piętro, wzdłuż cel. Wszystkie były teraz jasno oświetlone. Więźniowie mogli zobaczyć, 

jak przechodzę i byłem pewien, że wyda mnie pierwszy gnojek, który mnie zauważy. To 

już koniec.

Z podniesioną głową przeszedłem obok pierwszej celi i mijając ją zajrzałem do 

środka.

Była   pusta.   Podobnie   jak   wszystkie   pozostałe   na   tym   piętrze.   Ciągle   miałem 

szansę!   Jak   oszalała   małpa   wdrapałem   się   po   żelaznych   szczeblach   i   niezdarnie 

włożyłem   wytrych   do   zamka.   Pode   mną   odezwały   się   głosy   i   zaczęły   przybliżać. 

Usłyszałem kroki dwóch strażników wchodzących po schodach.

Zamek puścił. Popchnąłem klapę i przelazłem  przez otwór. Rozpłaszczony na 

dachu,   opuściłem   klapę.   Gdy   się   domykała,   zobaczyłem,   że   obaj   grubi   strażnicy 

zwracają się w moją stronę.

Czy spostrzegli, że klapa się poruszyła? Serce waliło mi jak młot. Spazmatycznie 

chwytałem powietrze i czekałem, aż zaczną wołać na alarm.

Nie zaczęli. Wciąż byłem wolny.

Trochę wolny... Natychmiast ogarnęło mnie przygnębienie. Wolny, żeby leżeć na 

dachu i drżeć z zimna. Wolny, żeby czaić się tutaj, dopóki mnie nie znajdą.

Tak więc czaiłem się, drżałem i w ogóle było mi żal samego siebie. Przez jakąś 

minutę. Potem wstałem, otrząsnąłem się jak pies i poczułem, że wzbiera we mnie gniew.

-   Wielki   przestępca   -   szepnąłem   dość   głośno,   by   móc   sam   siebie   usłyszeć.   - 

Kariera przestępcza. I w czasie swojej pierwszej wielkiej akcji wpadasz przez jakiegoś 

tępego nożownika. Dostałeś nauczkę, Jim. Może przyda ci się ona, gdy pewnego dnia 

wyjdziesz na wolność. Zawsze ubezpieczaj skrzydła i tyły. Rozważ wszystkie możliwości. 

Weź pod uwagę, że jakiś dureń może się obudzić. Powinieneś był go ogłuszyć lub zrobić 

coś w tym rodzaju, żeby mieć pewność, że będzie mocno spał. Zresztą takie rozważania 

do niczego cię teraz nie doprowadzą. Zapamiętaj sobie tę lekcję, rozejrzyj się dookoła i 

background image

spróbuj jeszcze uratować ten szybko rozsypujący się plan ucieczki.

Nie miałem dużego wyboru. Gdyby strażnicy otworzyli klapę i wyszli na dach, 

musieliby   mnie   znaleźć.   Gdzie   mógłbym   się   schować?   Pokrywa   zbiornika   na   wodę 

mogła   mi   zapewnić   tymczasowe   schronienie,   ale   gdyby   weszli   na   dach,   na   pewno 

szukaliby także tam. Ale ponieważ nie mogłem zejść po stromej ścianie, była to jedyna, 

choć marna szansa. Trzeba się tam dostać!

Nie   było   to   łatwe.   Zbiornik   był   zrobiony   z   gładkiego   metalu   i   nie   mogłem 

dosięgnąć   pokrywy.   Ale   musiałem.   Cofnąłem   się   i   wziąłem   rozbieg,   skoczyłem   i 

poczułem, jak moje palce zahaczyły się za krawędź. Starałem się chwycić mocniej, ale 

osunąłem się i spadłem ciężko na dach. Gdyby ktoś był pod spodem, na pewno by to 

usłyszał.   Miałem   nadzieję,   że   znajdowałem   się   nad   jakąś   pustą   celą,   a   nie   nad 

korytarzem.

-   Przestań   myśleć   i   zacznij   działać,   Jim   -   powiedziałem   i   dodałem   kilka 

przekleństw w nadziei, że podniesie to moje morale. Musiałem się tam dostać!

Tym razem cofnąłem się na koniec dachu, aż oprałem się o murek. Wziąłem kilka 

głębokich oddechów. Naprzód!

Biegiem, szybko, teraz! Skacz! Złapałem krawędź prawą ręką. Zacisnąłem palce. 

Złapałem się drugą ręką i podciągnąłem z całych sił na wierzch zbiornika.

Leżałem tam, oddychając ciężko i patrząc na martwego ptaka tuż obok mojej 

twarzy. Jego puste oczy wlepione były w moje. Kiedy się odsuwałem, usłyszałem, jak 

klapa ciężko stuknęła o dach.

- Popchnij mnie trochę, dobrze? Chyba utknąłem.

Słysząc  to chrząkanie  i sapanie nabrałem  pewności, że  musiał to być jeden z 

tłustych   strażników,   których   widziałem.   Dalsze   stękanie   i   wzdychanie   oznajmiło 

przybycie jego nie mniej grubego towarzysza.

- Nie wiem, co my tu robimy -jęknął pierwszy.

- Ja wiem - zdecydowanie odpowiedział drugi. - Słuchamy rozkazów, co jeszcze 

nigdy nikomu nie zaszkodziło.

- Ale klapa była zamknięta.

- Podobnie jak drzwi celi, przez które jednak przeszedł. Rozejrzyj się.

Ciężkie kroki okrążyły dach, potem wróciły.

- Nie tutaj. Nie ma się tu gdzie ukryć. Nie zwiesił się też z krawędzi, sprawdziłem 

to.

- Jest jeszcze jedno miejsce, gdzie nie zajrzeliśmy.

background image

Czułem,  jak   ich   oczy   starają  się  przewiercić  na wylot  metal  zbiornika.   Serce 

znów zaczęło mi walić. Przywarłem do zardzewiałej blachy i czułem tylko rozpacz, gdy 

zbliżały się kroki.

- Nigdy by się tam nie dostał. Za wysoko. Nawet ja nie dosięgnąłbym pokrywy.

- Ty byś nawet nie dosięgnął swoich sznurowadeł, pochylając się nad nimi. Chodź 

tu,   podsadź   mnie.   Jeżeli   podeprzesz   mi   stopę,   dosięgnę   krawędzi   i   złapię   się   jej. 

Wystarczy, że rzucę okiem.

Miał absolutną rację. Po prostu rzut oka. I nic nie mogłem zrobić. Leżałem tam, 

przybity świadomością porażki, i wsłuchiwałem się w chrobot i przekleństwa, gdy tłuste 

cielsko gramoliło się dysząc. Chrobot przybliżył się i tuż obok mojej twarzy pojawiła się 

wielka łapa, szukająca oparcia.

Musiała to zrobić moja podświadomość, bo przysięgam, że nie było to dziełem 

zwykłego procesu myślowego. Moja dłoń wystrzeliła i popchnęła martwego ptaka do 

przodu, na samą krawędź, pod palce, które opadły i zacisnęły się na nim.

Wynik był w najwyższym stopniu zadowalający. Ptak znikł, podobnie jak ręka, 

rozległ się krzyk i wrzask, szamotanina i podwójny głuchy łomot.

- Co robisz bałwanie?

- Złapałem to, fuj! Cholera, złamałem kostkę.

- Zobacz, czy możesz na niej stanąć. Złap mnie za ramię, skacz na drugiej nodze, 

tedy...

Strażnicy przy klapie krzyczeli głośno, a ja z ulgą pogratulowałem sobie refleksu. 

Mogli tu wkrótce wrócić, była taka możliwość, ale na pewno wygrałem pierwszą rundę.

Gdy   powoli   upłynęły   kolejne   sekundy,   a   potem   minuty,   zrozumiałem,   że 

wygrałem też drugą.

Zrezygnowali z przeszukiwania dachu, przynajmniej na razie. Syreny zamilkły, a 

bieganina przeniosła się na niższe piętra. Słychać było krzyki, trzaskanie drzwiami i 

wycie silników, gdy samochody ruszały  w noc. Niedługo potem - cud nad cudami! - 

zaczęły gasnąć światła. Skończył się pierwszy etap poszukiwań. Zacząłem drzemać, ale 

zaraz gwałtownie się ocknąłem.

- Ty głupku, ciągle jeszcze jesteś w opałach! - wrzasnąłem na siebie. - Skończyli 

poszukiwania,   ale   teraz   nawet   mysz   się   stąd   nie   wyślizgnie.   I   możesz   założyć   się   o 

ostatniego dolara, że  od świtu będą przeczesywać wszystkie zakamarki. I za drugim 

razem przyjdą tu z drabiną. Więc weź to pod uwagę i rusz się.

Dobrze wiedziałem, dokąd się ruszyć. Było to ostatnie miejsce, w którym mogliby 

background image

szukać mnie tej nocy.

Kolejny raz przeszedłem  przez klapę i wzdłuż ciemnego korytarza. Niektórzy 

więźniowie ciągle jeszcze komentowali szeptem wydarzenia tej nocy, ale wszyscy chyba 

już   byli   w   łóżkach.   Cicho   ześlizgnąłem   się   po   schodach   i   doszedłem   do   celi   567B. 

Bezdźwięcznie  otworzyłem  drzwi i  tak  samo zamknąłem  je  za  sobą. Minąłem  swoją 

pryczę   i   podszedłem   do   drugiej,   na   której   mój   przyjaciel   Willy   spał   snem 

sprawiedliwego. Zatkałem mu usta ręką. Gdy otworzył szeroko oczy, z prymitywną i 

sadystyczną satysfakcją szepnąłem mu do ucha:

- Jesteś martwy, szczurze. Martwy! Zawołałeś strażników i teraz dostaniesz to, na 

co zasłużyłeś!

Sprężył się mocno, a po chwili odpadł bezwładnie. Miał zamknięte oczy. Czyżbym 

go zabił? Natychmiast pożałowałem tego głupiego dowcipu. Nie, nie był martwy, zemdlał 

tylko   ze   strachu.   Oddychał   słabo   i   powoli.   Poszedłem   po   ręcznik,   zmoczyłem   go   w 

zimnej wodzie i położyłem mu na czole.

Jego wrzask przeszedł w bełkot, gdy wepchnąłem mu ręcznik w usta.

- Jestem szlachetnym człowiekiem, Willy, więc masz szczęście. Nie zamierzam cię 

zabić - mój szept chyba go uspokoił, bo poczułem, że przestał drżeć. - Musisz mi pomóc. 

Jeśli to zrobisz, nic złego ci się nie stanie. Masz na to moje słowo. Zastanów się dobrze. 

Szepniesz tylko jedno słówko. Powiedz mi, jaki jest numer celi Stingera. Kiedy będziesz 

gotowy,   kiwnij   głową.   Dobrze.   Zabieram   ręcznik.   Jeżeli   wykręcisz   jakiś   numer   lub 

cokolwiek, cokolwiek innego, możesz się uważać za trupa. Mów.

- …231B...

To   samo   piętro.   Dobrze.   Z   powrotem   zakneblowałem   go   ręcznikiem.   Potem 

ucisnąłem mocno tętnicę za jego prawym uchem, tę, która prowadzi do mózgu. Ucisk 

przez   sześć   sekund   powoduje   utratę   przytomności,   a   przez   dziesięć   sekund   śmierć. 

Szarpnął się i znów opadł bezwładnie. Cofnąłem kciuk, gdy doliczyłem do siedmiu. Nie 

jestem pamiętliwy.

Wytarłem sobie twarz ręcznikiem, namacałem buty i włożyłem je. Także inną 

koszulę i marynarkę. Potem wydudliłem co najmniej litr wody i znów byłem gotowy do 

stawienia czoła światu. Zdjąłem z łóżek koce, wsunąłem je pod pachę i wyszedłem.

Najciszej   jak   mogłem,   ruszyłem   na   palcach   do   celi   Stingera.   Czułem   się 

bezpieczny   i   spokojny.   Zdawałem   sobie   sprawę   z   tego,   że   było   to   uczucie   głupie   i 

niebezpieczne, ale po przejściach tego wieczoru nie byłem w stanie czegokolwiek się bać. 

Drzwi   celi   otworzyły   się   bez   problemu.   Oczy   Stingera   otworzyły   się   także,   gdy 

background image

potrząsnąłem jego ramieniem.

- Ubieraj się - powiedziałem cicho. - Uciekamy. Muszę przyznać, że nie tracił 

czasu na zbędne pytania. Po prostu ubrał się, a ja ściągnąłem koce z jego pryczy.

- Będą potrzebne co najmniej jeszcze dwa - powiedziałem.

- Wezmę koce Eddiego.

- Obudzi się.

-  Dopilnuję,   żeby   zaraz   znowu  zasnął.  Zabrzmiał   szept,   a  potem   głuchy   cios. 

Eddie zasnął, a Stinger przyniósł jego koce.

- Oto, co zrobimy - powiedziałem. - Znalazłem drogę na dach. Pójdziemy tam i 

powiążemy te koce. Potem spuścimy się po nich i zwiejemy. W porządku?

Nigdy w życiu nie słyszałem głupszego planu. Ale Stinger nie przejął się tym.

- W porządku. Idziemy! - oznajmił.

I znów wspięliśmy się po schodach. Zaczynało się to robić męczące, zresztą w 

ogóle byłem już zmęczony. Wszedłem po szczeblach, otworzyłem klapę i rzuciłem na 

dach koce, kiedy mi je podał. Nie odezwał się ani słowem, dopóki znów nie zamknąłem 

wyjścia.

-   Co   się   stało?   Słyszałem,   że   uciekłeś   i   miałem   zamiar   cię   zabić,   gdyby 

kiedykolwiek... przyprowadzili cię z powrotem...

- To nie takie proste. Powiem ci, kiedy się stąd wydostaniemy. A teraz wiążmy 

koce. Po przekątnej, muszą być jak najdłuższe, węzłem płaskim. O, tak.

Wiązaliśmy jak szaleni, aż wszystkie koce zostały połączone, potem chwyciliśmy 

końce,   ciągnęliśmy   i   szarpnęliśmy.  Trzymały   mocno.   Przywiązałem   jeden   koniec   do 

solidnie wyglądającej rynny i zrzuciłem resztę na dół.

- Brakuje co najmniej sześciu metrów - stwierdził Stinger, spoglądając w dół. - 

Idź pierwszy, bo jesteś lżejszy. Jeżeli potem urwie się razem ze mną, przynajmniej ty 

będziesz miał szansę. Ruszaj.

Logika   tego   rozumowania   była   niezaprzeczalna.   Wszedłem   na   murek   i 

chwyciłem pierwszy koc. Stinger ścisnął moje ramię w nagłym przypływie emocji. Potem 

ruszyłem w dół.

Nie   było   to   łatwe.   Moim   zmęczonym   dłoniom   trudno   było   utrzymać   szorstki 

materiał koców. Schodziłem najszybciej jak mogłem, bo czułem, że opuszczają mnie siły.

Potem moje nogi zawisły w powietrzu. Dotarłem do końca liny. Twardy grunt był 

daleko.   Trudno   było   się   tam   dostać,   a   raczej   bardzo   łatwo.   Nie   mogłem   się   dłużej 

utrzymać. Palce rozwarły się i spadłem.

background image

Potłuczony i poturbowany siedziałem na ziemi, próbując złapać oddech. Udało 

się. Wysoko nade mną widziałem ciemny kształt Stingera opuszczającego się po linie, 

ręka za ręką. Po kilku sekundach i on był na ziemi. Spadł obok mnie lekko jak kot. 

Pomógł mi wstać i podtrzymywał mnie, gdy zataczając się ruszyłem do bramy.

Drżały mi ręce i nie mogłem otworzyć zamka. Widać nas było w tym świetle jak 

na dłoni i gdyby któryś strażnik wyjrzał przez okno, bylibyśmy skończeni.

Wziąłem głęboki, długi oddech i znów  wsadziłem wytrych. Powoli i ostrożnie, 

wyczuwając wszystkie nacięcia, pchałem go i kręciłem.

Zamek otworzył się w końcu i wypadliśmy na zewnątrz. Stinger zamknął cicho 

drzwi, potem odwrócił się i pobiegł w noc, a ja deptałem mu po piętach.

Byliśmy wolni!

background image

5

Poczekaj! - krzyknąłem za Stingerem, który już zbiegł na drogę. - Nie tędy. Mam 

lepszy   plan.   Wymyśliłem   go,   zanim   mnie   wsadzili.   Zwolnił,   przemyślał   to   i   podjął 

decyzję.

- Jak na razie wszystko, co wymyśliłeś, grało. To co mamy zrobić?

- Na początek... zostawić ślad, za którym pójdą roboty-tropiciele.

Zboczyliśmy z drogi, przecięliśmy trawnik i zeszliśmy nad pobliski strumyk. Był 

płytki, ale zimny i nie mogłem powstrzymać drżenia, gdy przez niego przechodziliśmy. 

Ruszyliśmy   w   kierunku   pobliskiej   autostrady,   kucając   nisko,   kiedy   przejechał   obok 

ciężki transporter. Poza nim nie było żadnego ruchu.

- Teraz! - krzyknąłem. - Prosto na drogę, a potem z powrotem, dokładnie po 

swoich śladach.

Stinger zrobił, co mu kazałem i zatoczywszy koło, wróciliśmy do lodowatej wody 

strumyka.

-   Sprytnie   -   powiedział.   -   Tropiciele   wykryją,   gdzie   weszliśmy   do   wody   i   w 

którym miejscu z niej wyszliśmy. Pójdą naszym śladem aż do drogi. A wtedy pomyślą, 

że zabrał nas jakiś samochód. A wiec co teraz?

-   Pójdziemy   wodą   w   górę   strumienia   do   najbliższej   farmy   hodowlanej 

świniozwierzy.

- Nie ma mowy! Nienawidzę tych bydlaków. Jeden  dziabnął  mnie, jak  byłem 

gnojkiem.

- Nie mamy innego wyjścia. Jeśli tam nie pójdziemy, gliny złapią  nas jeszcze 

przed  świtem. Sam nie przepadam za tymi świniozwierzami, ale wychowałem się na 

farmie i wiem, jak z nimi postępować. A teraz ruszajmy się, zanim nogi zamarzną mi na 

kość.

Była to długa i ciężka przeprawa i cały aż trząsłem się z zimna. Ale nie pozostało 

nam nic innego, jak iść dalej. Gdy doszliśmy do wijącego się między polami potoku, do 

którego wpadał nasz strumień, zęby szczękały mi jak kastaniety.

Gwiazdy zaczęły blednąc. Zbliżał się świt.

-   To   tutaj   -   powiedziałem   z   trudem.   -   Poznaję   to   miejsce   po   tym   martwym 

drzewie. Idź zaraz za mną, jesteśmy już bardzo blisko.

Sięgnąłem,   ułamałem   uschniętą   gałąź,   która   wisiała   nad   strumykiem,   i 

poprowadziłem   dalej.   Brodziliśmy   tak,   aż   doszliśmy   do   wysokiego,   przecinającego 

strumyk ogrodzenia pod napięciem. Można je było łatwo zobaczyć w świetle wstającego 

background image

dnia. Gałęzią uniosłem dół ogrodzenia, tak aby Stinger mógł się pod nim przeczołgać, po 

czym on zrobił to samo, abym ja mógł się przedostać. Gdy się podniosłem, z pobliskiego 

dębowego zagajnika dobiegł mnie znajomy szelest dużych kolców. Wielki, ciemny kształt 

oderwał się od drzew i pocwałował w naszą stronę.

Wyrwałem Stingerowi gałąź i miękko zawołałem:

- Taś, taś tutaj, świnko!

Zbliżający się świniozwierz wydał z siebie bulgotliwe chrumknięcie. Stojący za 

mną Stinger mruczał pod nosem na zmianę przekleństwa i modlitwy. Zawołałem jeszcze 

raz i wielki stwór podszedł bliżej. Prawdziwe cudo, co najmniej tona wagi, patrzyło 

teraz na mnie swymi małymi czerwonymi ślepiami. Zrobiłem krok do przodu i powoli 

uniosłem gałąź. Usłyszałem za sobą jęk Stingera. Świniak ani drgnął, kiedy wepchnąłem 

mu gałąź za ucho, rozgarnąłem długie kolce i zacząłem go pracowicie drapać.

- Co robisz? On nas zabije! - wyjęczał Stinger.

- Bzdura - odparłem, drapiąc mocniej. - Słyszysz? Świniozwierz aż zmrużył oczy 

z rozkoszy, pomrukując radośnie.

- Dobrze znam te bydlaki. Zalęgają im się pod kolcami robaki, do których nie 

mogą się dobrać. Uwielbiają porządne  drapanko. Jeszcze  drugie ucho, za uszami są 

najbardziej swędzące miejsca, i możemy iść.

Drapałem, świniak zamruczał z zadowoleniem, a nad nami jaśniał świt. W domu 

farmera   zapaliło   się   światło,   a   my   przyklękliśmy   za   świniozwierzem.   Ktoś   stanął   w 

progu, wylał miednicę wody i drzwi zamknęły się z powrotem.

- Chodźmy do stodoły - powiedziałem.

Świniak   zamruczał   niezadowolony,   gdy   przestałem   go   drapać,   a   potem,   gdy 

przekradaliśmy się przez podwórze, potruchtał za nami, w nadziei na coś więcej. Bardzo 

nam   tym   pomógł,   bo   nagle   pojawiło   się   wokół   mnóstwo   nastroszonych   świń,   które 

rozstąpiły się na widok swego króla. Razem z naszą eskortą dotarliśmy do stodoły.

- Do zobaczenia, koleś - powiedziałem, drapiąc go ostatni raz. - Miło cię było 

poznać.

Stinger otworzył drzwi do stodoły i wślizgnęliśmy się do środka. Zasunęliśmy 

rygiel,   a   ciężkie   wrota   aż   zadrżały,   gdy   nasz   kompan   z   nadwagą   naparł   na   nie 

parskając.

- Uratowałeś mi życie - wydyszał Stinger. - Nigdy ci tego nie zapomnę.

- To po prostu wprawa - odparłem skromnie. - Ty jesteś dobry w pięściach.

- A ty wspaniały ze świniami.

background image

- Nie ująłbym tego w ten sposób - mruknąłem zirytowany.

Wdrapaliśmy się na sąsiek z sianem, gdzie nikt nas nie mógł zobaczyć. Przed 

nami był długi dzień, a ja miałem zamiar przespać go najchętniej w całości. Zakopałem 

się   w   sianie,   dwa   razy   kichnąłem,   gdy   kurz   dostał   mi   się   do   nosa,   i   musiałem 

natychmiast usnąć.

Następną   rzeczą,   którą   pamiętam,   to   szarpiący   mnie   za   ramię   Stinger   i 

przedostające się między deskami światło słoneczne.

- Gliny tu są - wyszeptał.

Zamrugałem, strząsając z oczu resztki snu i spojrzałem przez szparę. Zielono-

biały grawilot policyjny unosił się tuż nad ziemią przed drzwiami domu farmera, a jeden 

z dwóch umundurowanych zbirów pokazywał gospodarzowi jakąś kartkę. Ten pokręcił 

głową i jego głos przebił się przez rozgardiasz panujący na podwórku.

- Nie. Nigdy żadnego z nich nie widziałem. Jeśli chcecie wiedzieć, to od tygodnia 

nie widziałem tu żywego ducha. Fajno chociaż z wami zamienić słówko, chłopaki. Ci 

kolesie faktycznie wyglądają paskudnie, mówicie, że przestępcy...

- Tatuśku, nie mamy czasu na pogawędki. Jeśli ich nie widziałeś, mogą się jeszcze 

ukrywać na twojej farmie. Może w stodole?

- Nie ma mowy, żeby tam wleźli. Toć wokół łażą Świniozwierze! Najwredniejsze 

stworzenia, jakie istnieją.

-   Jednak   musimy   tam   zajrzeć.   Mamy   rozkaz   sprawdzić   każdy   budynek   w 

sąsiedztwie. Policjanci  ruszyli  w naszą  stronę i zaraz rozległ  się pisk jakby zepsutej 

syreny i głuchy łomot racic. Zza rogu stodoły wyłonił się trzeszcząc wściekle kolcami 

nasz   przyjaciel   z   ubiegłej   nocy.   Zaszarżował,   a   policjanci   dali   nura   do   pojazdu. 

Rozsierdzony knur uderzył w niego z takim impetem, że maszyna znalazła się po drugiej 

stronie podwórza z pokaźną szczerbą na boku. Farmer z zadowoleniem pokiwał głową.

- A nie mówiłem, że nikogo nie ma w stodole? Mały Larry jest z tych, co to nie 

lubieją obcych. Ale zachodźcie, jak będziecie w pobliżu, chłopaki...!

Ostatnie   słowa   musiał   już   wykrzyczeć,   bo   goniony   przez   Małego   Larriego 

grawilot uniósł się w powietrze i skierował się już na zachód.

- To jest to, co lubię - powiedział Stinger wystraszonym głosem.

Przytaknąłem   milcząco.   Nawet   w   najnudniejszym   życiu   bywają   momenty 

prawdziwej chwały.

Ale dosyć zabawy; żując źdźbło trawy wyciągnąłem się w ciepłym sianie.

- Świniozwierze są całkiem przyjemne, gdy się je zna.

background image

- Policjanci są chyba innego zdania - powiedział Stinger.

-   Chyba   tak.   To   był   najlepszy   numer,   jaki   widziałem.   Nie   przepadam   za 

policjantami.

- A kto przepada? Za co cię wsadzili, Jimmy?

- Napad na bank. Robiłeś kiedyś bank? Gwizdnął z podziwem i pokręcił głową na 

„nie".

- Nie wiedziałbym od czego zacząć. Zapasy błotne, to moja działka. Od dziewięciu 

lat nikt ze mną nie wygrał.

- Jak się kręcisz tu i tam, to pewnie spotkałeś kupę ludzi. Natknąłeś się może na 

Smolly Sznucka - szybko zaimprowizowałem. - Zrobiliśmy razem parę banków w stanie 

Graham.

-   Nigdy   go   nie   spotkałem.   Nawet   o   nim   nie   słyszałem.   Jesteś   pierwszym 

„bankierem", jakiego spotkałem.

- Tak? Chyba w tych  czasach  w ogóle mało nas  jest. Ale pewnie znasz paru 

kasiarzy? Albo złodziei samochodów. Odpowiedzią był ponowny przeczący ruch głową.

-   Takich   gości   jak   ty   spotykam   tylko   w   więzieniu.   Znam   paru   szulerów, 

kręcących się przy zapasach błotnych. Ale to wszystko tandeciarze, pechowcy. Znałem 

raz jednego, co się zaklinał, że kiedyś, dawno temu znał Hetmana.

- Hetmana? - powtórzyłem, próbując przypomnieć sobie wszystko, co wiedziałem 

na   temat   starożytnej   hierarchii   wojskowej.   -   Nie   interesuję   się   zbytnio   historią 

wojskowości...

- Nie takiego hetmana. Mówię o Hetmanie, pryku, który kiedyś czyścił banki i 

inne takie. Myślałem, że o nim słyszałeś.

- Chyba działał, zanim ja wziąłem się za robotę.

- Zanim ktokolwiek wziął się za robotę. To było kupę lat temu. Słyszałem, że 

gliny nigdy go nie nakryły. Ten tandeciarz zaklinał się, że znał Hetmana, mówił, że stary 

wypadł już z interesu i gdzieś dogorywa. Pewnie łgał.

Stinger nic więcej nie wiedział i postanowiłem go dalej nie naciskać. Rozmowa 

zamarła   i   obaj   drzemaliśmy   aż   do   zmierzchu.   Chciało   nam   się   pić   i   jeść,   ale 

wiedzieliśmy, że musimy w ciągu dnia pozostać w ukryciu. Zamiast o dużych piwach i 

butelkach zimnej wody próbowałem myśleć o Hetmanie. To byk cienka nitka, ale jedyna 

jaką miałem. Zachód słońca powitałem wygłodniały, spragniony i pogrążony w depresji. 

Moja więzienna eskapada okazała się niebezpiecznym fiaskiem. Kicie są dla pechowców 

i to było mniej więcej wszystko, czego się tam nauczyłem. Żeby to odkryć, ryzykowałem 

background image

życie i zdrowie. Nigdy więcej. Dałem sobie milczącą przysięgę, że w przyszłości będę się 

trzymał z dala od więzień i wszelkich wymiarów sprawiedliwości. Dobrzy przestępcy nie 

dają się złapać. Jak Hetman, kimkolwiek by był.

Kiedy zniknęły resztki dziennego światła, otworzyliśmy drzwi stodoły. Doszło do 

naszych   uszu   parskanie   i   chrumkanie,   i   wielki   kształt   zablokował   wyjście.   Stingera 

zatkało ze strachu i ledwo zdołałem go przytrzymać.

- Weź badyl i zabieraj się do roboty - powiedziałem. - Nauczę cię nowego fachu.

I drapaliśmy Larry'ego pod kolcami jak szaleńcy, a świniak mruczał z rozkoszy. 

Gdy w końcu ruszyliśmy do bazy, potruchtał za nami.

-   Zdobyliśmy   dozgonnego   przyjaciela   -   powiedziałem   machając   naszemu 

świńskiemu kumplowi na pożegnanie.

- Mogę się świetnie obyć bez takich przyjaciół. Wymyśliłeś, co teraz zrobimy?

- Jasne. Wczesne planowanie to moje drugie imię. Tam dalej jest bocznica, na 

której przeładowuje się kontenery z liniowozów na ciężarówki. Będziemy trzymać się od 

niej z daleka, bo tam na pewno będą gliny. Ale wszystkie ciężarówki jadą tą samą drogą 

w kierunku autostrady, do punktu kontroli drogowej. Muszą się przy nim zatrzymać i 

stać, aż zarejestruje je komputer drogowy i da sygnał do odjazdu. Pójdziemy tam...

- I wleziemy na tył jakiejś ciężarówki!

- Uczysz się. Musimy tylko dostać się do takiej, która skręci w prawo, na zachód. 

W przeciwnym wypadku wylądujemy z powrotem w Pearly Gates, a zaraz potem w 

więzieniu, z którego się wydostaliśmy.

- Prowadź, Jim. Jesteś najsprytniejszym chłopakiem, jakiego spotkałem. Daleko 

zajdziesz.

Wyraził tym również moje życzenie, więc pokiwałem głową twierdząco. Przykro 

mi tylko było, że  on daleko nie zajedzie. Nie miałem ochoty żyć mając na sumieniu 

jakiegoś   nieznanego   kmiotka,   nawet   kapusia.   Nie   mogłem   być   wspólnikiem   w 

morderstwie.

Znaleźliśmy   drogę   i   czekaliśmy   w   pobliskich   krzakach.   Zaturkotały   dwie 

ciężarówki. Pozostaliśmy w ukryciu. Wytoczyła się jedna, potem druga. Skierowały się 

na   wschód.   Kiedy   pojawiła   się   trzecia,   zapalił   się   kierunkowskaz.   Na   zachód! 

Pobiegliśmy. Chciałem zająć się zamkiem, ale Stinger mnie odsunął. Zawisł na klamce i 

drzwi się otworzyły. Ciężarówka ruszyła, a Stinger wepchnął mnie do środka. Musiał 

podbiec,   kiedy   zaczęła   przyśpieszać,   ale   złapał   się   za   próg   i   podciągnął   do   środka 

jednym ruchem swych silnych ramion. Tak między nami, to te drzwi były normalnie 

background image

zamknięte.

- Udało się! - zakrzyknął triumfująco.

- Jasne, że tak. Ta ciężarówka jedzie w dobrym dla ciebie kierunku, ale ja muszę 

wrócić   do   Pearly   Gates,   gdy   tylko   trochę   się   uspokoi.   Gdzieś   za   godzinę   będziemy 

przejeżdżać przez Billville. Tam cię zostawię.

Była to szybka podróż. Wyskoczyłem, gdy zatrzymaliśmy się na światłach.

Uścisnął mi rękę.

- Powodzenia, chłopcze! - krzyknął, gdy ciężarówka ruszyła.

Nie mogłem mu życzyć tego samego. Gdy pojazd odjeżdżał, zapamiętałem jego 

rejestrację i wyciągnąłem z kieszeni dolara.

Ledwie   ciężarówka   zniknęła   z   oczu,   poszedłem   w   kierunku   światełka   budki 

telefonicznej. Wyciskając numer policji czułem się jak szczur.

Ale, uwierzcie, nie miałem wyboru.

background image

6

Ja, w przeciwieństwie do nieszczęsnego Stingera, miałem plan ucieczki dokładnie 

obmyślony. Jego częścią było wydanie mojego byłego partnera. Nie był taki głupi, więc 

pewnie wydedukowanie, kto go wsypał, nie zajmie mu dużo czasu. Jeśli zacznie gadać i 

powie policji, że wróciłem do miasteczka Pearly Gates, to bardzo dobrze się złoży. Nie 

miałem zamiaru wyjeżdżać z Billville, przynajmniej nie w najbliższym czasie.

Biuro   było   wynajęte   przez   agencję,   a   transakcje   przeprowadzane   przez 

komputer.   Byłem   w   nim   przed   tym   beznadziejnym   napadem   na   bank   i   zostawiłem 

wtedy parę potrzebnych rzeczy, które teraz mogły się przydać. Wszedłem do środka w 

pełni zautomatyzowanego budynku przez drzwi dla personelu po uprzednim wyłączeniu 

urządzeń   alarmowych   za   pomocą   ukrytego   przełącznika,   o   którego   zainstalowaniu 

wcześniej   pamiętałem.   Przełącznik   ten   posiadał   wbudowany   mechanizm   zegarowy, 

miałem   więc   długie   dziesięć   minut   na   dostanie   się   do   biura.   Ziewając   otworzyłem 

wytrychem zamek, dokładnie zatrzasnąłem za sobą drzwi i mozolnie wdrapałem się na 

trzecią kondygnację schodów. Szedłem przed bezmyślnymi oczami unieruchomionych 

kamer i przez niewidoczne i nieistniejące wiązki podczerwieni. Miałem jeszcze w zapasie 

dwie   minuty,   kiedy   otworzyłem   drzwi   biura.   Zasłoniłem   okna,   zapaliłem   światła   i 

skierowałem się do barku.

Jeszcze nigdy tak nie smakowało mi zimne piwo. Zawartość pierwszej butelki 

nawet   nie   dotknęła   mi   gardła.   Popijając   drugą,   wyrwałem   zawleczkę   pakietu 

obiadowego   z   pieczonych   na   rożnie   żeberek   świniozwierza.   Gdy   para   zaczęła 

wydostawać   się   ze   świstem   przez   zaworek   bezpieczeństwa,   rozerwałem   wieczko 

wydętego pojemniczka i wyciągnąłem z niego dymiącego żeberko. Pycha!

Wykąpany, ogolony, z trzecim piwkiem w ręku, poczułem się znacznie lepiej.

- Włączyć się - powiedziałem do komputera.

Moje instrukcje były proste: wszystkie notatki prasowe z całej planety z ostatnich 

pięćdziesięciu   lat,   dotyczące   przestępcy   o   imieniu   Hetman.   Nie   powtarzać   danych. 

Żadnych kopii. Drukować.

Zanim znowu zabrałem się do piwa, kartki już wyślizgiwały się z faksu. Pierwsza, 

najnowsza notka była sprzed dziesięciu lat. Pochodziła ze znajdującego się po drugiej 

stronie planety miasta Decalogg. Policja złapała w lichym barku starszego obywatela, 

który zaklinał się, że jest Hetmanem. Jednakże okazało się, że jest to przypadek obłędu 

starczego i podejrzany został z powrotem odwieziony do domu starców, z którego to 

właśnie uciekł. Wziąłem następną kartkę.

background image

Rano   byłem   już   zmęczony,   więc   położyłem   się   i   przespałem   cały   dzień   w 

wydobytym ze ściany łóżku. O zmierzchu, wzmocniony dużą kawą, zakończyłem pracę 

dokładając ostatnią kartkę do rozłożonej na podłodze kolekcji, oświetlonej teraz przez 

różowe promienie zachodzącego słońca. Wyłączyłem komputer i postukując długopisem 

o zęby przyglądałem się z namysłem mojemu nowemu dywanowi.

Interesujące.   Przestępca,   który   chełpił   się   swymi  przestępstwami.  Uciekając   z 

łupem, pozostawiał zawsze wizerunek szachowego hetmana. Prosty rysunek, łatwy do 

skopiowania,   co   też   uczyniłem.   Trzymałem   go   potem   na   wyciągnięcie   ręki   i   długo 

podziwiałem.

Pierwszy   hetman  został   znaleziony   w   pustej   kasie   zautomatyzowanego  sklepu 

alkoholowego   sześćdziesiąt   osiem   lat   temu.   Jeśli   Hetman   rozpoczął   swoją   karierę 

przestępczą jako nastolatek, tak jak ja, w tej chwili byłby po osiemdziesiątce. Całkiem 

niezły wiek, zważywszy, że przeciętna długość życia wynosiła półtora stulecia. Ale co się 

z nim stało, że tak długo nic o nim nie było słychać? Ponad piętnaście lat minęło od 

czasu, kiedy po raz ostatni zostawił swój znak rozpoznawczy. Na palcach wyliczyłem 

różne możliwości.

Numer jeden; to wariant, który zawsze trzeba brać pod uwagę, a mianowicie, że 

się skończył. W tym przypadku mogę dać sobie z nim spokój. Dwa; mógł opuścić planetę 

i wieść swoje przestępcze życie gdzieś między gwiazdami. Jeśli tak, to podobnie jak w 

pierwszym   przypadku  mogę zapomnieć  o  całej   sprawie.  Potrzebowałem   dużo   więcej 

dolarów i doświadczenia, zanim będę mógł zabrać się za inne światy. Trzy; wycofał się z 

interesu i wydaje swoje nieuczciwie zarobione pieniądze. Cztery; zmienił styl i przestał 

zostawiać swój znak.

Rozsiadłem   się   z   zadowoloną   miną   i   popijałem   kawę.   Jeśli   prawdziwa   była 

trzecia lub czwarta możliwość, miałem szansę go znaleźć. Przed tymi cichymi latami 

miał bogatą karierę,  z  uznaniem  przyjrzałem  się liście.  Kradzież  samolotu, kradzież 

samochodu,   obrobienie   banku.   Potem   następne   i   następne.   Wszystkie   możliwe 

przestępstwa związane z przemieszczaniem dolców z czyjejś kieszeni do własnej. Była 

też jakaś nieruchomość, szybko i za niezłą sumkę sprzedana na podstawie sfałszowanego 

aktu własności. I najlepsze z tego wszystkiego; nigdy go nie nakryli! Oto człowiek, który 

mógłby być moim mentorem, moim wychowawcą, moim uniwersytetem przestępstwa. 

Człowiek, który pewnego dnia wystawiłby mi dyplom zła, otwierający przede mną złote 

pola, o których marzyłem.

Ale jak mam go znaleźć, skoro zjednoczone siły policji całego świata przez całe 

background image

dziesięciolecia nie były w stanie nawet tknąć go palcem? Interesujące pytanie.

Tak   interesujące,   że   nie   mogłem   znaleźć   na   nie   odpowiedzi.   Postanowiłem 

pozwolić   mojej   podświadomości   popracować   trochę   nad   tym   problemem,   więc 

odłączyłem   synapsy   kory   mózgowej   i   pozwoliłem,   żeby   wszystko   spłynęło   prosto   do 

móżdżka. Położyłem się spać. Rankiem ulica za oknem zaczęła się wypełniać ludźmi, 

którzy szli na zakupy, i pomyślałem, że to całkiem niezły pomysł. Cała żywność, jaką tu 

miałem, była mrożona albo paczkowana i po szlamowatym więziennym jedzeniu miałem 

ochotę na coś kruchego i chrupiącego. Otworzyłem więc szafkę do charakteryzacji i 

zacząłem przygotowywać moje nowe oblicze.

Dorośli nie zdają sobie sprawy albo nie pamiętają, jak trudno być nastolatkiem. 

Zapominają,   że   to   poczekalnia   w   połowie   drogi   do   dojrzałości.   Niezmącone   radości 

dzieciństwa   są   już   za   tobą,   a   przywileje   dorosłości   ciągle   jeszcze   przed.   Oprócz 

gwałtownego napływu krwi do głowy oraz innych miejsc, gdy tylko pojawi się myśl o 

płci przeciwnej, są i inne poważne trudności. Uważa się, że nieszczęsny nastolatek ma 

zachowywać   się   jak   dorosły,   ale   nie   przysługują   mu   żadne   prawa   związane   z   tym 

stanem.

Ja   ze   swej   strony   uniknąłem   nudnej   mordęgi   wieku   lat   nastu,   po   prostu 

całkowicie go przeskakując. Gdy tylko przestałem z nonszalancką miną łazić po szkole i 

okłamywać  się   nawzajem   z   rówieśnikami,   stałem   się   dorosły.   A   ponieważ  byłem   od 

większości tych tak zwanych dorosłych znacznie  inteligentniejszy, pozostało mi tylko 

doścignąć ich pod względem fizycznym.

Najpierw   trochę   zmarszczkownika   dookoła   oczu   i   na   czole.   Gdy   tylko 

zaaplikowałem sobie ten bezbarwny płyn, pojawiły się zmarszczki i mój rocznik posunął 

się   o   dobrych   parę   lat.   Kilka   fałdek   pod   brodą   dobrze   grało   ze   zmarszczkami,   a 

wykończyłem   to   wszystko   paskudnym   małym   wąsikiem.   A   kiedy   ubrałem   się   w 

bezkształtną   marynarkę   podrzędnego   urzędnika,   własna   matka   nie   poznałaby   mnie, 

gdybyśmy mijali się na ulicy. Zresztą rzeczywiście miało to miejsce rok temu. Zapytałem 

ją o godzinę i nawet wtedy w jej krowich oczach nie pojawiła się iskierka rozpoznania.

Chociaż wcale nie zanosiło się na deszcz, wziąłem z szafy parasol, wyszedłem z 

biura i skierowałem się do najbliższego kompleksu sklepów.

Muszę powiedzieć, że moja podświadomość pracowała tego dnia szybko, co już 

wkrótce mogłem sprawdzić. Mimo wypicia kilku piw, ciągle jeszcze miałem pragnienie. 

To ten suchy pobyt w stodole dawał o sobie znać. Dlatego też przytomnie skręciłem pod 

platynowymi   łukami   MacSwineyów   i   podszedłem   do   wbudowanego   w   ladę   robota 

background image

obsługującego. Na jego plastikowej twarzy trwał wymalowany na stałe uśmiech od ucha 

do ucha.

- W czym mogę Panu lub Pani służyć? - zapytał słodziutko i seksownie.

„Mogli wydać parę dolców na program z rozpoznawaniem płci" - pomyślałem, 

przyglądając się umieszczonej na ścianie liście zimniuśkich, pyszniuśkich napoików.

- Podaj mi podwójny napój wiśniowy i dużo lodu.

- Już się robi, proszę Pana lub Pani. To będzie trzy dolary, proszę.

Wrzuciłem monety do pojemnika, na co otworzyła się klapa i pojawił się mój 

napój. Kiedy po niego sięgnąłem, wysłuchałem gadki reklamowej robota:

- MacSwineyowie cieszą się, że mogą cię dzisiaj obsłużyć. Do wybranego przez 

ciebie drinka z pewnością chciałbyś zjeść kotlet ze świniozwierza z rożna z pysznym 

egzotycznym sosem, garnirowany kandyzowanymi spamjamami...

Przestałem   to   słyszeć,   bo   właśnie   moja   podświadomość   znalazła   rozwiązanie 

mojego   małego   problemu.   Rozwiązanie   bardzo   proste   i   oczywiste,   wręcz   samo   się 

narzucało swoją jasnością, oczywistością i prostą.

- No co, kretynie!? Zamawiaj albo spływaj, nie będziesz tu chyba sterczał cały 

dzień! - zaskrzeczało mi nad uchem.

Wymamrotałem jakieś przeprosiny i powlokłem się do najbliższej wolnej kabiny 

konsumenckiej. Teraz już wiedziałem, co robić.

Po prostu postawić problem do góry nogami. Zamiast szukać Hetmana, muszę 

zrobić coś takiego, żeby to on mnie poszukał.

Piłem   mój   napój,   tak   zimny,   że   aż   rozbolały   mnie   zatoki,   i   patrzyłem 

niewidzącym wzrokiem przed siebie. Elementy planu wskakiwały na swoje miejsce. Nie 

było żadnej szansy, żebym sam dał radę znaleźć Hetmana. Głupotą byłoby nawet tracić 

czas na próby. A więc musiałem popełnić przestępstwo tak bezczelne i tak intratne, że 

będą o nim mówić w wiadomościach we wszystkich programach na całej planecie. Musi 

być tak nietypowe, że nie będzie człowieka, który potrafiąc czytać albo mając choćby 

jeden palec do włączenia telewizora, nie dowiedziałby się o tym. Cały świat usłyszy, co 

się   stało.   I   to   dowie   się,   że   zrobił   to   Hetman,   bo   na   miejscu   zostawię   jego   znak 

rozpoznawczy.

Gdy   resztki   mojego   napoju   zagulgotały   w   słomce,   spojrzałem   przytomniej   i 

powoli wróciłem do krzykliwej rzeczywistości MacSwineyów. Przed mymi oczami wisiał 

plakat.

Patrzyłem na niego, nie dostrzegając go, już od pewnego czasu. Teraz jego treść 

background image

do mnie dotarła. Zaśmiewające się klowny i rozwrzeszczane dzieci. Wszyscy upojeni 

radością   w   lekko   zdeformowanej,   trójwymiarowej   karykaturze.   Nad   ich   głowami 

rozbłyskiwały litery: 

ZACHOWAJCIE KUPONY! PAMIĘTAJCIE, BY JE

WZIĄĆ PRZY KAŻDYM ZAKUPIE.

DARMOWE WEJŚCIE DO LUNAPARKU.

Byłem   już   w   tym   ośrodku   plastikowych   uciech   kilka   ładnych   lat   temu,   jako 

dzieciak, i nawet wtedy nie podobało mi się tam. Przerażające przejażdżki, które mogły 

przerazić tylko prostaków. Jazdy w górę i w dół tylko dla tych z silnym żołądkiem; 

dookoła i wyrzut w górę. Paskudne jedzenie, przesłodzone cukierki, debilne klowny i 

inne   tego   typu   atrakcje,   aby   zadowolić   takich,   których   bardzo   łatwo   zadowolić. 

Codziennie   odwiedzały   Lunapark   tysiące   ludzi,   a   jeszcze   więcej   przypływało   tam   w 

porze weekendów, przynosząc ze sobą jeszcze więcej tysięcy dolarów.

Mnóstwo dolców! Musiałem tylko je zabrać w sposób na tyle interesujący, żeby 

mówili o nim jako o wydarzeniu numer jeden w wiadomościach na całej planecie.

Ale jak tego dokonać? Oczywiście idąc tam i dokładnie oglądając ich urządzenia 

zabezpieczające. Nadszedł czas, by wziąć sobie dzień wolny.

background image

7

Byłoby dobrze, gdybym w czasie tego rozpoznania wyglądał na swój wiek, albo 

nawet  młodziej.   Po   usunięciu   charakteryzacji   znów   stałem   się   siedemnastolatkiem   o 

miłej buzi. Uznałem, że powinienem lepiej opanować sztukę makijażu, w końcu drogo 

zapłaciłem   za   korespondencyjny   kurs   charakteryzacji   teatralnej.   Wkładki   pod 

policzkami sprawiły, że  wyglądałem jak  aniołek,  zwłaszcza  gdy jeszcze  musnąłem  je 

różem. Założyłem okulary przeciwsłoneczne ozdobione plastikowymi kwiatkami, które 

psikały   wodą,   gdy   przyciskało   się   gruszkę   schowaną   w   kieszeni.   Kupa   śmiechu!   W 

ostatnim czasie zmienił się styl ubierania, wyszły z mody pumpy dla chłopców, dzięki 

Bogu, ale powróciły krótkie spodenki. Obowiązywał karygodny trend zwany „długo-

krótkim", w którym jedna nogawka była obcięta nad kolanem, a druga pod. Nabyłem 

parę takich spodenek z ohydnego purpurowego sztruksu, gustownie przyozdobionego 

odblaskowymi różowymi plamami. Bałem  się przejrzeć w lustrze i nie śmiem opisać 

tego, co tam zobaczyłem. Wystarczy jeśli powiem, że na pewno nie przypominało to 

zbiegłego   przestępcy   poszukiwanego   za   napad   na   bank.   Na   szyi   zawiesiłem   sobie 

jednorazowy aparat fotograficzny, który nie był ani jednorazowym, ani nawet zwykłym 

aparatem.

Na stacji zgubiłem się w gromadzie ludzi wyglądających dokładnie tak jak ja i 

ruszyliśmy tłumnie do Luna-Cudu. Wrzaski, histeryczny śmiech i psikanie się nawzajem 

wodą   z   naszych   plastikowych   kwiatów   pomagały   zabić   czas...   lub   rozciągnąć   go   w 

nieskończoność, przynajmniej w jednym przypadku. Gdy w końcu otworzyły się drzwi, 

przepuściłem   szturmujący   wielobarwny   tłum   i   znudzony,   powoli   wszedłem   za   nim. 

Teraz do pracy.

Gdzie są pieniądze? Wspomnienia z mojego pierwszego pobytu tutaj były mgliste 

- dzięki Bogu - ale pamiętałem, że płaciło się za rozmaite przejażdżki i inne rozrywki 

wrzucając  plastikowe  żetony.  Mój  ojciec   niechętnie  dostarczył  mi kilku  sztuk,   które 

zużyłem  bardzo  szybko i oczywiście nie dostałem więcej. Tak więc moim pierwszym 

zadaniem było znalezienie źródła tych żetonów.

Przyszło mi to bez trudu, bo do tego miejsca kierowali się wszyscy klienci, którzy 

nie   osiągnęli   jeszcze   wieku   dojrzewania.   Była   to   stroma   budowla   przypominająca 

odwrócony wafel do lodów, ozdobiona flagami, mechanicznymi klownami i zwieńczona 

złotymi organami, z których  rozbrzmiewała ogłuszająca  muzyka. Dookoła, na ziemi, 

przymocowane do podstawy tej budowli stały plastikowe figurki klownów, które trzęsły 

się, śmiały i robiły miny. Były odrażające, ale spełniały ważną rolę - pozbawiały klientów 

background image

pieniędzy.   Młode   ręce   skwapliwie   wpychały   dolarowe   banknoty   w   łapczywe   dłonie 

plastikowych   poliszyneli.   Dłoń   zamykała   się,   pieniądze   znikały,   a   z   ust   clowna 

wysypywał  się   strumień   plastikowych   żetonów,   na   które   oczekiwał   odbiorca.   Bezna-

dziejne, ale z pewnością byłem jedynym, który tak myślał.

Pieniądze wędrowały do budynku. Musiałem odkryć, którędy z niego wychodziły. 

Obszedłem dookoła budynek i przekonałem się, że rzygające dystrybutory nie otaczały 

go   całkowicie.   Z   tyłu,   osłonięta   przez   drzewa   i   krzewy   znajdowała   się   mała 

przybudówka. Utorowałem sobie drogę wśród krzaków i nagle stanąłem twarzą w twarz 

z szeregowym policjantem trzymającym straż przy nie oznakowanych drzwiach.

- Spadaj, szczeniaku - powiedział słodko. - Tylko dla personelu.

Przemknąłem obok niego i naparłem na drzwi, w tym czasie udało mi się zrobić 

zdjęcie.

- Muszę siusiu - powiedziałem, ściskając nogi. - Powiedzieli mi, że ubikacja jest 

tutaj. Ciężka ręka odepchnęła mnie z powrotem w chaszcze.

- Nie tutaj. Zjeżdżaj tam, skąd przyszedłeś.

Odszedłem. To było zabawne. Żadnych alarmów elektronicznych, tylko zamek 

typu Glubb, solidny, ale stary. Zaczął mi się nawet podobać ten Lunapark.

Park zamykali dopiero po zmroku. Oczekiwanie było więc bardzo nużące. Żeby 

zabić   nudę,   wypróbowałem   Zjazd   Lodowcowy,  gdzie   pędzi   się   przez   sztuczne   groty 

lodowe, w których wszystko wokół było skute styropianowym lodem i od czasu do czasu 

jakaś kra wpadała na wagonik pełen piszczących pasażerów. Odrzutowa strzelnica była 

równie beznadziejna.  W imię dobrego smaku opuszczę  zasłonę milczenia  na uciechy 

Słodkiej Krainy i Potwora z Moczarów. Wystarczy powiedzieć, że wreszcie nadszedł mój 

czas. Dystrybutory żetonów zostały wyłączone na godzinę przed zamknięciem parku. Z 

pobliskiego   punktu   obserwacyjnego   chciwym   okiem   śledziłem   opancerzony   furgon, 

zabierający mnóstwo masywnych kontenerów. Razem z pieniędzmi odjeżdżała ochrona. 

Pewnie myśleli, że nikt przy zdrowych zmysłach nie włamie się, żeby kraść żetony.

Widocznie   nie   byłem   przy   zdrowych   zmysłach.   Kiedy   zapadła   ciemność, 

dołączyłem do wyczerpanych gości, którzy chwiejnym krokiem sunęli do wyjścia. Ale 

nie dotarłem tam. Zamknięte drzwi na tyłach Wzgórza Wampirów otworzyły się bez 

trudu,   z   moją   delikatną   pomocą.   Wślizgnąłem   się   w   ciemność.   Wysoko   nade   mną 

zabłysły białe kły, z których sączyła się sztuczna krew. Wciśnięty za trumnę wypełnioną 

ziemią   czułem   się   naprawdę   świetnie.   Przeczekałem   godzinę,   nie   więcej.   Wszyscy 

pracownicy   powinni   już   opuścić   teren,   ale   na   ulicach   wokół   parku   było   jeszcze 

background image

wystarczająco dużo rozbawionych małolatów, żeby mój paskudny strój nie rzucał się w 

oczy, kiedy już stąd wyjdę.

Na   terenie   byli   strażnicy,   ale   łatwo   mogłem   ich   uniknąć.   Tak   jak   się 

spodziewałem,   Glubb   otworzył   się   bez   trudu   i   szybko   wślizgnąłem   się   do   środka. 

Okazało   się,  że   pokój  nie  ma okien,  co mi odpowiadało,  bo  nikt  nie  mógł  zobaczyć 

światła mojej latarki. Zapaliłem ją i zacząłem podziwiać maszynerię.

Prosta   i   przejrzysta   konstrukga,   to   właśnie   cenię   w   maszynach.   Końcówki 

dystrybutorów  ustawione były pod ścianami dookoła pokoju. Nie funkcjonowały, ale 

zasada   ich   działania   była   oczywista.   Włożone   monety   i   banknoty   były   liczone   i 

przechodziły   dalej.   Urządzenie   w   górze   spuszczało   odliczone   żetony   do   rynienek 

wypustowych. Z boku wychodziły z podłogi rury prowadzące do pojemnika w górze. Bez 

wątpienia   były   zasilane   z   podziemnych   transporterów   i   zwracały   żetony   gotowe   do 

ponownego użycia. Dolary, nietknięte ludzką ręką, były przenoszone przez zaplombowa-

ne   przezroczyste   rękawy   do   punktu   zbiorczego,   w   którym   monety   wypadały   do 

zamkniętych pudełek. One mnie nie interesowały, bo były za ciężkie, ale banknoty były 

lżejsze i dużo więcej warte. Przechodziły przez rynny i z wdziękiem wpadały w otwór na 

szczycie sejfu. Były w ten sposób zabezpieczone przed pracownikami o lepkich palcach.

Wspaniale. Obejrzałem maszynerię, zastanowiłem się, a potem zrobiłem notatki. 

Dystrybutory   zostały   wyprodukowane   przez   firmę   „Ex-changers";   przerysowałem 

starannie znak firmowy. Sejf, chociaż solidny i pewnej marki, ustąpił łatwo. Oczywiście 

był   pusty,   ale   spodziewałem   się   tego.   Zanotowałem   kombinację   cyfr,   po   czym 

otwierałem go i zamykałem tyle razy, aż mogłem to zrobić z zamkniętymi oczami. W 

mojej głowie zaczął układać się plan, którego integralną częścią był ten sejf.

Gdy   skończyłem,   wyślizgnąłem   się   z   budynku   nie   zauważony   przez   nikogo   i 

ostrożnie   opuściłem   park,   by   przyłączyć   się   do   rozbawionego   tłumu.   W   drodze 

powrotnej byli już mniej hałaśliwi i tylko dwa razy musiałem użyć psikacza w moich 

okularach. Trudno opisać, jak wielką odczułem ulgę, gdy w końcu wtoczyłem się do 

biura, zdarłem  z siebie  strój półidioty  i wsadziłem  nos  do szklanki  z piwem. Potem 

zakasałem rękawy i wziąłem się za myślenie.

Następnie   kilka   tygodni   spędziłem   bardzo   aktywnie.   Pracując   nad   sprzętem 

potrzebnym   do   akcji,   pilnie   śledziłem   wiadomości   w   telewizji.   Jeden   ze   zbiegłych 

więźniów   został   ujęty   po   ciężkiej   walce.   Jego   towarzysza   nie   znaleziono,   mimo   że 

schwytany gotów był udzielić wszelkiej pomocy. Biedny Stinger, odebrano mu instynkt 

walki i jego życie nie będzie już takie jak dawniej. Ale będzie takie jak dawniej dla 

background image

człowieka, którego chciał zabić, nie było mi więc żal Stingera. Czekała na mnie praca. 

Dwie ściśle związane ze sobą sprawy; musiałem zaplanować napad i zastawić pułapkę na 

Hetmana. Z dumą przyznaję, że oba problemy rozwiązałem z dużą łatwością. Potem 

musiałem  tylko poczekać  na ciemną i burzliwą noc, by znowu odwiedzić  Lunapark. 

Byłem tam najkrócej, jak się dało, ale i tak trwało to kilka godzin, bo miałem mnóstwo 

rzeczy do zrobienia.

Potem musiałem już tylko czekać na odpowiednią chwilę. Najlepszym momentem 

był   koniec   tygodnia,   gdy   wszystkie   kasy   są   przepełnione.   W   ramach   przygotowań 

zupełnie   legalnie   wynająłem   garaż   i   dla   równowagi   bardzo   nielegalnie   ukradłem 

furgonetkę. Wykorzystałem czas oczekiwania, by ją przemalować - trzeba przyznać, że 

wyglądała   lepiej   niż   przedtem   -   przykręcić   nowe   numery   i   przyczepić   na   drzwiach 

plakietki   z   nazwą   firmy.   W   końcu   nadeszła   sobota.   Trudno   mi   było   opanować 

niecierpliwość. Aby zabić czas, przykleiłem sobie wąsy, przebrałem się i pojechałem na 

dobry,   beztroski   lunch,   bo   musiałem   jeszcze   poczekać   do   wieczora,   aż   napełnią   się 

skrzynie.   Przejażdżka   na   wieś   była   bardzo   przyjemna,   a   na   wyznaczone   miejsce 

dotarłem   zgodnie   z planem. Zatrzymałem   się obok  służbowego  wejścia  do parku. Z 

lekkim niepokojem włożyłem obcisłe, przezroczyste rękawiczki, ale uczucie radosnego 

oczekiwania było silniejsze. Z uśmiechem na ustach włączyłem aparat przymocowany 

pod błotnikiem.

Niewidzialny sygnał radiowy poleciał w przestrzeń i oczami duszy próbowałem 

dostrzec, co się dzieje. Sygnał szybki jak światło dobiegł do odbiornika i po przewodach 

do celu, którym był ładunek wybuchowy. Nic wielkiego, mała dokładnie odmierzona 

ilość plastyku, wystarczająca by zerwać zatrzask w jednym z dystrybutorów żetonów, 

bez uszkodzenia rękawa. Po zniszczeniu zatrzasku z maszyny popłynął z grzechotem 

jednostajny strumień kolorowych plastikowych krążków i wytrysnął z dystrybutora w 

nie   kończącym   się   potoku.   Ależ   byłem   dobroczyńcą!   Jakże   by   mnie   błogosławiły 

wszystkie dzieciaki, gdyby wiedziały, że to ja.

Ale na tym nie koniec. Bo co minutę z mojego nadajnika emitowany był sygnał 

radiowy, puszczał następny zatrzask i za każdym razem wylatywał następny strumień 

żetonów. I następny, i jeszcze następny... W odpowiednim momencie włączyłem silnik 

furgonetki   i   podjechałem   do   bramy   służbowej   Lunaparku,   otworzyłem   okno   i 

wychyliłem się przez nie tuż nad wymalowanym na drzwiach znakiem firmowym, który 

głosił: „Dystrybutory Ex-Changers".

-   Odebrałem   wiadomość   telefoniczną,   że   macie   tu   jakieś   problemy   - 

background image

powiedziałem do strażnika.

-   Żadnych   problemów   -   odpowiedział   tamten   otwierając   bramę.   -   Raczej 

zamieszki. Wiesz, gdzie to jest?

- Jasne. Już jadę na pomoc.

Kiedy na własne oczy zobaczyłem skutki mojej hojności, zdałem sobie sprawę, że 

to,   co   się   stało,   przeszło   moje   najśmielsze   oczekiwania.   Wrzeszczące   i   wiwatujące 

dzieciaki szalały obładowane żetonami, a inne walczyły o miejsce w pobliżu plujących 

dystrybutorów. Ich szczęśliwe okrzyki zagłuszały wszystko. Ani personel, ani strażnicy 

nie mogli zrobić nic, co powstrzymałoby tę falę obfitości. Droga służbowa była trochę 

mniej zatłoczona, ale i tamtędy musiałem jechać bardzo powoli, z ręką na klaksonie, 

torując   sobie   drogę   wśród   maruderów.   Kiedy   podjechałem,   dwóch   strażników 

odpychało dzieci w stronę krzaków.

- Jakieś kłopoty z dystrybutorami? - zapytałem słodko. Opryskliwa odpowiedź 

jednego z nich zginęła w pisku i krzyku dziecięcego zachwytu, i chyba dobrze się stało. 

Drugi strażnik otworzył drzwi i wepchnął mnie razem z moimi narzędziami do środka.

Było   tam   już   czterech   ludzi,   którzy   bezskutecznie   walczyli   z   maszynami.   Nie 

mogli   ich   unieruchomić,   bo   wcześniej   pozwoliłem   sobie   odłączyć   tablicę   rozdzielczą. 

Łysy mężczyzna próbował przeciąć kabel zasilający piłką do metalu.

-   To   samobójstwo   -   powstrzymałem   go.   -   Ten   przewód   jest   pod   napięciem 

czterystu volt.

- Masz jakiś lepszy pomysł, mądralo? - warknął. - To przecież twoje cholerne 

maszyny. Zabieraj się do roboty.

- Już się robi, popatrz tylko.

Otworzyłem wielką skrzynkę z narzędziami, zawierającą tylko lśniącą metalową 

rurkę którą wyjąłem.

-   To   wszystko   załatwi   -   powiedziałem   przekręcając   zawór   na   szczycie   i 

odrzucając rurę. Ostatnie, co zobaczyłem, to ich wytrzeszczone oczy, kiedy buchnęła z 

niej szara mgła, która wypełniła pokój, zupełnie uniemożliwiając widzenie.

Ja się tego spodziewałem, oni nie. Ze skrzynką w ręku odmierzyłem cztery kroki, 

aż dosięgnąłem ściany sejfu. Hałas, który robiłem, był zagłuszany przez ich krzyki i 

nawoływania   oraz   nieustanne   sapanie   dystrybutorów.   Z   łatwością   otworzyłem   sejf   i 

dopasowanym idealnie wiekiem skrzynki zablokowałem jego drzwi. Wsunąłem się do 

środka, zgarnąłem stertę banknotów i wsypałem je do podstawionego kontenera. Szybko 

się zapełnił, po czym zatrzasnąłem go. Teraz musiałem dopilnować, by odpowiedzialność 

background image

za to przestępstwo spadła na odpowiednią osobę. Przygotowana kartka była w mojej 

górnej kieszeni. Wyjąłem ją i włożyłem do sejfu, który ponownie zamknąłem, by mieć 

pewność,   że   moja   wiadomość   nie   zawieruszy   się   w   całym   tym   zamieszaniu.   Potem 

dźwignąłem   ciężką   skrzynkę   i   stanąłem   plecami   do   sejfu,   by   skierować   się   w 

odpowiednią stronę.

Wiedziałem,   że   wyjście   jest   tam,   w   ciemności,   tylko   dziewięć   kroków   stąd. 

Przemierzyłem pięć i wpadłem na kogoś. Pochwyciły mnie silne ręce, a szorstki głos 

krzyknął mi do ucha:

- Mam go. Pomocy!

Rzuciłem   skrzynkę  i   udzieliłem  mu  pomocy,  jakiej  potrzebował.  Przesunąłem 

ręce wzdłuż jego ciała, sięgnąłem do szyi i zrobiłem, co trzeba. Zacharczał i osunął się. 

Po omacku zacząłem szukać skrzynki i w chwili paniki nie mogłem jej znaleźć. Wreszcie 

namacałem ją, chwyciłem za rączkę, uniosłem do góry, wyprostowałem się i...

Zdałem sobie sprawę, że w czasie tej awantury straciłem orientację.

Ogarnęła mnie rozpacz czarna jak unosząca się wokół mgła. Zadrżałem i o mało 

nie   upuściłem   łupu.   Siedemnaście   lat,   samotność   i   cały   ten   osaczający   mnie   świat 

dorosłych. To już koniec.

Nie wiem, jak długo trwał kryzys, prawdopodobnie tylko kilka sekund, chociaż 

wydawało   mi   się   to   wiecznością.   W   końcu   wziąłem   się   w   garść   i   przywołałem   do 

porządku.

Chciałeś,   żeby   tak   było,   pamiętasz?   Zupełnie   sam,   ze   wszystkimi   dookoła 

przeciwko tobie. Więc poddaj się im albo zacznij myśleć. I to szybko!

Zacząłem myśleć. Hałasujący i krzyczący naokoło ludzie nie byli mi ani pomocni, 

ani nie stanowili zagrożenia. Miotali się tak samo zdezorientowani jak ja. Wystarczyło 

wyciągnąć   rękę   i   iść   naprzód   w   jakimkolwiek   kierunku.   Wtedy   będę   w   stanie 

zorientować się, gdzie jestem. Usłyszałem przed sobą dudnienie, to musiał być jeden z 

dystrybutorów. Za moment wpadłem na niego.

W tej samej chwili poczułem na twarzy powiew powietrza i znajomy głos odezwał 

się całkiem blisko.

- Co się tu dzieje?

To był strażnik. Otworzył drzwi. Jak to miło z jego strony. Poszedłem wzdłuż 

ściany, unikając go z łatwością, bo cały czas stał w ciemności i krzyczał. Pogłaskałem go 

po   szyi,   a   potem   przedarłem   się   przez   kłębiącą   mgłę   na   światło   dzienne.   Mrugając 

oślepiony jasnością, dostrzegłem innego strażnika, który wyrósł przede mną i chwycił 

background image

mnie.

- Zostań tu, gdzie jesteś. Nie ruszaj się.

Nie mógł zrobić  nic gorszego,  mam na myśli jego zachowanie w stosunku do 

Czarnego Pasa. Powaliłem go na ziemię tak, żeby nie zrobił sobie krzywdy przy upadku, 

wrzuciłem   skrzynkę   do   furgonetki   i   rozejrzałem   się,   aby   się   upewnić,   że   nie   byłem 

widziany. Zamknąłem drzwi, włączyłem silnik, po czym wolno i ostrożnie oddaliłem się 

od rozbawionego Lunaparku.

background image

8

Wszystko naprawione! - krzyknąłem do strażnika, który skinął głową i otworzył 

bramę.

Pojechałem  w  stronę miasta. Powoli pokonałem  pierwszy zakręt  i gwałtownie 

skręciłem w mniejszą i niebrukowaną drogę.

Moja   ucieczka   była  zaplanowana  równie  dokładnie   jak   sam   napad.   Kradzież 

pieniędzy   to   jedno,   a   zachowanie   ich   to   zupełnie   inna   sprawa.   W   epoce   łączności 

elektronicznej   rysopis   mój   i   furgonetki   w   przeciągu   ułamków   sekundy   zostanie 

wyświetlony   na   całej   planecie.   Każdy   wóz   policyjny   otrzyma   wydruk,   a   każdy 

patrolujący policjant - ustne ostrzeżenie. Ile więc miałem czasu? Gdy odjeżdżałem, obaj 

strażnicy   byli   nieprzytomni.   Ale   mogli   już  zostać   ocuceni   i   wszystko  opowiedzieć,   a 

wtedy jeden telefon wystarczyłby, żeby przekazać ostrzeżenie. Obliczyłem, że musiałoby 

to zająć co najmniej cztery minuty. Co mnie urządzało, bo potrzebowałem tylko trzech.

Droga wiła się pod górę między drzewami, potem zakręcała ostatni raz i kończyła 

się w  opuszczonym  kamieniołomie. Serce  biło mi mocno, bo ten  etap  akcji zawierał 

element ryzyka. Udało się, wynajęty samochód czekał tam, gdzie go wczoraj zostawiłem! 

Oczywiście usunąłem z silnika kilka niezbędnych części, ale jakiś uparty złodziej mógł 

go odholować. Na szczęście w okolicy był tylko jeden uparty złodziej.

Otworzyłem samochód, wyjąłem stamtąd pojemnik z prowiantem i zaniosłem go 

do furgonetki. Za chwilę jego boczna ścianka odskoczyła, ukazując coś bardzo inte-

resującego, a mianowicie puste wnętrze. Wystające z pojemnika torebki i pudełka były 

tylko posklejanymi ze sobą górnymi częściami torebek i pudełek. Bardzo pomysłowe, 

jeśli wolno mi wyrazić swoją opinię. Schowałem pieniądze do pudełka, zamknąłem je i 

włożyłem   do   samochodu.   Zdjąłem   ubranie   robocze   i   wrzucając   je   do   ciężarówki, 

zadygotałem   w   podmuchu   chłodnego   wiatru.   Wąsy   poleciały   w   ślad   za   ubraniem. 

Włożyłem   strój   sportowy,   ustawiłem   zegar   przy   ładunku   termitowym,   zamknąłem 

furgonetkę   i   wsiadłem   do   samochodu.   Odjechałem   bez   kłopotów.   Nikt   mnie   nie 

obserwował  i   wszystko  wskazywało  na   to,  że   uda  mi  się   wyjść  cało   z   tej  przygody. 

Zatrzymałem się na głównej drodze i poczekałem na kolumnę wozów policyjnych, która 

z   rykiem   przemknęła   obok   mnie,   kierując   się   do   Lunaparku.   O   rany,   ależ   im   się 

śpieszyło! Wyjechałem na drogę i wolno ruszyłem z powrotem do Billville.

W   tej   chwili   furgonetka   wesoło   płonęła,   topiąc   się   na   kupę   żużlu.   Żadnych 

śladów. Pojazd był ubezpieczony zgodnie z przepisami, zatem właściciel otrzyma zwrot 

kosztów. Ogień nie rozprzestrzeni się, nie w kamieniołomie, i nikt nie dozna żadnych 

background image

obrażeń. Wszystko poszło dobrze, nawet bardzo dobrze.

Kiedy wróciłem do biura, westchnąłem z ulgą, otworzyłem piwo i pociągnąłem 

duży łyk. Później wziąłem z barku butelkę whisky i nalałem sobie dawkę uderzeniową. 

Skosztowałem, wykrzywiłem się od okropnego smaku i wylałem resztę do zlewu. Co za 

świństwo! Myślę, że gdybym się postarał, mógłbym się w końcu do tego przyzwyczaić. 

Ale chyba nie było to warte zachodu.

Do tej pory upłynęło już chyba wystarczająco dużo czasu, by dziennikarze dotarli 

na miejsce przestępstwa.

- Włącz się! - zawołałem do komputera. - Daj mi wydruk ostatniego wydania 

gazet.

Faks zahuczał delikatnie i z otworu wysunęła się płachta papieru. Na pierwszej 

stronie,  w pełnej krasie, widniało zdjęcie  fontanny żetonów. Z dużym zadowoleniem 

przeczytałem sprawozdanie, odwróciłem stronę i zobaczyłem rysunek. Był tam, tak jak 

go znaleźli, gdy otworzyli sejf. Rysunek hetmana, a pod nim zapis szachowy:

1. W - S4 x H

Co znaczy: wieża na pole skoczek 4 bije hetmana.

Kiedy to przeczytałem, zadowolenie ustąpiło dreszczowi niepokoju. Czyżbym się 

zdemaskował przed policją? Czy rozpracują tę wskazówkę i będą na mnie czekać?

-   Nie!   -   krzyknąłem   głośno.   -   Policja   jest   leniwa   i   zadowala   się   małymi 

przestępstwami,   żeby   zachować   pozory   działania.   Być   może,   trochę   nad   tym 

pogłówkują, ale na pewno nie rozwiążą zagadki na czas. Ale Hetman powinien być w 

stanie   ją   rozgryźć.   Będzie   wiedział,   że   to   wiadomość   dla   niego   i   postara   się   ją 

rozpracować. Mam nadzieję.

Sączyłem   piwo   i   zamartwiałem   się.   Wiele   godzin   spędziłem   obmyślając   tę 

łamigłówkę.   Fakt,   że   Hetman   używał   hetmana   szachowego   jako   swojej   wizytówki, 

doprowadził mnie do podręczników gry w szachy. Zakładałem, że on albo ona - bo nie 

wierzę, by ktokolwiek był w stanie określić płeć Hetmana, chociaż przypuszczano, że 

przestępca   jest   mężczyzną   -   gra   w   szachy.   Jeżeli   potrzebowałby   dodatkowych 

informacji, mógł odwołać się do tej samej książki co ja. Bez szczególnego trudu można 

było odkryć, że w szachach są dwa różne sposoby zapisu ruchów. Najstarszy, czyli ten, 

którego użyłem, nazywa pola w kolumnach według figur umieszczanych na końcach 

kolumny   (jeśli   chcecie   wiedzieć   dokładnie,   rzędy   rozciągają   się   pomiędzy   bokami 

szachownicy, a kolumny pomiędzy graczami). Tak więc pole, na którym stoi biały król, 

oznacza   się   Król   1.   Król   2   to   pole   nad   nim,   albo   raczej   Biały   Król   2,   bo   jest   to 

background image

jednocześnie Czarny Król 7 z punktu widzenia drugiego gracza (jeśli uważacie, że to 

skomplikowane, nigdy nie grajcie w szachy, bo to jest najłatwiejsza część). Istnieje także 

inny zapis, zwany zapisem  algebraicznym, który przypisuje literę i cyfrę każdemu z 

sześćdziesięciu czterech pól szachownicy. Licząc od lewej do prawej, osiem rzędów od 

strony białych jest oznaczonych literami od a do h. Tak więc skoczek H może oznaczać 

b4, g4, b5 lub g5.

Skomplikowane? Mam nadzieję. Lepiej żeby policja nigdy nie domyśliła się, że to 

kod, i nie zechciała go rozgryźć. Bo jeśli zechce, to wtedy rozgryzie także mnie. Ten ruch 

szachowy zawierał datę mojego następnego przestępstwa, kiedy to zamierzałem znów 

„pobić hetmana", czyli ponownie posłużyć się wizytówką Hetmana.

Przed oczami miałem jasny scenariusz wydarzeń. Policja będzie się głowić nad 

tym ruchem, a potem da sobie spokój. Ale nie zrezygnuje Hetman w swojej luksusowej 

kryjówce.  Będzie   bardzo   zły.  Popełniono   przestępstwo,  o  które   on  został   obwiniony. 

Zabrano   pieniądze,   ale   nie   on   je   ma!   Mam   nadzieję,   potraktuje   ten   ruch   jako 

wskazówkę, przeanalizuje go i w końcu znajdzie rozwiązanie.

Załóżmy,  że   skoczek  skojarzy   mu  się  ze   skokiem.  „Skok   cztery",  co  to może 

znaczyć? Skok kiedy? Czwarta noc Festiwalu Muzyki Nowoczesnej w mieście Pearly 

Gates, ot co! I ta czwarta noc jest także dwudziestym czwartym dniem roku, który jest 

znany także  jako Skoczek  4. Dzieje  się tak, gdy b jest rozumiane jako druga litera 

alfabetu, więc b4 może być czytane jako 24. Jeżeli Hetman wszystko to sobie uzmysłowi, 

powinien być pewny, że czwartej nocy festiwalu zostanie popełnione jakieś przestępstwo. 

Oczywiście przestępstwo związane z pieniędzmi. Miałem nadzieję, że będzie wolał sam 

się mną zająć, niż uprzedzić policję o planowanym przestępstwie.

Chyba uderzyłem we właściwą strunę. Zagadka była zbyt złożona dla policji, ale 

w granicach możliwości Hetmana. Miał dokładnie tydzień czasu na rozwiązanie tego i 

przybycie na festiwal.

Znaczyło to także, że i ja mam tydzień, by się nacieszyć zwycięstwem, odzyskać 

równowagę   i   wyspać   się   porządnie,   by   móc   później   nie   dosypiać.   Tak   więc   przez 

następne dni w ramach rozrywki obmyślałem plany i przygotowywałem urządzenia do 

ataku na kieszenie festiwalowej publiczności.

Wyznaczonej   nocy   lało   jak   z   cebra,   co   bardzo   mi   odpowiadało.   Podniosłem 

kołnierz mojego czarnego płaszcza, wcisnąłem na głowę czarny kapelusz i chwyciłem 

czarny  futerał. Jego charakterystycznie  wybrzuszony  koniec sugerował, że  w środku 

znajduje   się   grzmotofon   albo   nawet   ultrabas.   Komunikacja   miejska   dowiozła   mnie 

background image

prawie pod  samo wejście  dla artystów. W strugach  deszczu  przebyłem  resztę  drogi, 

wtopiony   w   tłum   ubranych   na   czarno   i   niosących   instrumenty   muzyków.   Miałem 

przygotowaną przepustkę, ale portier nie sprawdził jej i tylko gestem kazał nam wejść 

do środka. Szansa, by ktokolwiek chciał sprawdzić moje dokumenty, była minimalna, bo 

było   nas   tam   w   sumie   dwieście   trzydzieści   jeden   osób.   Na   dzisiejszy   wieczór 

przewidziana była premiera wwiercającej się w mózg tak zwanej muzyki, zatytułowanej 

„Zderzenie galaktyk", rozpisanej na dwieście jeden instrumentów dętych i dwadzieścia 

dziewięć   perkusyjnych.   Delikatność   brzmienia   nie   była   specjalnością   kompozytorki, 

pani   Moi-Woofter   Ge-eyoh.   Już   samo   przeczytanie   partytury   mogło   człowieka 

przyprawić o ból głowy. Dlatego właśnie wybrałem tę noc. Garderoby były za małe, by 

pomieścić tłum muzyków, którzy kręcili się dookoła i sprawiali wrażenie zagubionych. 

Nikt   nie   zauważył,   gdy   wymknąłem   się   na   tylną   klatkę   schodową  i   wślizgnąłem   do 

schowka na szczotki. Personel wyszedł już wcześniej i jedyną rzeczą, która mogła mi 

przeszkadzać, była tylko muzyka. Mimo to, na wszelki wypadek zamknąłem drzwi od 

środka. Kiedy usłyszałem pierwsze dźwięki, wyjąłem mój egzemplarz partytury „Zde-

rzenia".

Zaczynało się dość cicho, bo przed zderzeniem wszystkie galaktyki musiały wejść 

na scenę. Przesuwałem palec po partyturze, aż doszedłem do czerwonego znaczka, który 

sam tam umieściłem. Partytura spoczęła bezpiecznie w mojej kieszeni, a ja ostrożnie 

otworzyłem drzwi i wyjrzałem na zewnątrz. Korytarz był pusty, tak jak oczekiwałem. 

Przemierzyłem go pewnym krokiem, choć podłoga zaczynała już drgać zapowiadając 

rychłą destrukcję Wszechświata.

Na   drzwiach   widniała   tabliczka   PRYWATNE.   WSTĘP   WZBRONIONY.   Z 

jednej kieszeni wyjąłem czarną maskę, zdjąłem kapelusz i wciągnąłem ją na głowę. Z 

drugiej kieszeni wyjąłem klucz. Nie chciałem tracić czasu na szarpanie się z wytrychem, 

więc   dorobiłem   sobie   klucz,   kiedy   przeprowadzałem   rozpoznanie   miejsca   akcji. 

Starałem się przekręcać go w zamku w takt muzyki. W chwili gdy zabrzmiał donośny 

trzask, otworzyłem drzwi i wszedłem do środka.

Mojego wejścia nikt, oczywiście, nie usłyszał, ale moje ruchy przyciągnęły wzrok 

starszego   mężczyzny.   Gapił   się   na   mnie,   a   z   jego   osłabłych   palców   wypadło   pióro. 

Podniósł   ręce   do   góry,   gdy   z   wewnętrznej   kieszeni   wyjąłem   imponujący,   choć 

nieprawdziwy pistolet. Nie udało mi się nim jednak przestraszyć drugiego, młodszego 

mężczyzny, który rzucił się do ataku. Za moment nieprzytomny wylądował na podłodze, 

łamiąc po drodze krzesło.

background image

Wszystko   to   odbyło   się   po   cichu.   Albo   inaczej:   narobiło   dużo   hałasu,   który 

jednak   skutecznie   zagłuszyła   muzyka,   wznosząca   się   teraz   gwałtownym   crescendo, 

wieszczącym koniec świata. Poruszałem się szybko, bo właśnie zbliżała się najgłośniejsza 

część.

Wyjąłem dwie pary kajdanków i przykułem starszego mężczyznę do biurka. W 

ten sam sposób zabezpieczyłem śpiącego rycerza. Już prawie czas. Z kolejnej kieszeni 

wyjąłem  porcję plastyku - tak, w tym ubiorze  było mnóstwo kieszeni  i to nie przez 

przypadek - i wsunąłem go w drzwi sejfu, dokładnie nad zamkiem zegarowym. Musieli 

się tu czuć bardzo pewnie z tymi wszystkimi zabezpieczeniami. Obfite wpływy kasowe z 

wieczornych przedstawień były zamykane w sejfie w obecności uzbrojonych strażników. 

Pozostawały   tam,   zamknięte   i   bezpieczne,   aż   do   rana,   gdy   w   obecności   innych 

uzbrojonych strażników otwierano sejf. Wepchnąłem zapalnik radiowy do plastyku i 

wycofałem się  pod  ścianę, gdzie  razem  z obydwoma strażnikami znalazłem  się poza 

zasięgiem wybuchu.

Wszystkie drobne przedmioty w pokoju podskakiwały w takt muzyki, a z sufitu 

sypał się tynk. To jednak ciągle jeszcze nie był właściwy moment. Wykorzystałem resztę 

czasu, by wyrwać z gniazdek  przewody telefoniczne.  Aż do końca koncertu nikt nie 

będzie rozmawiał przez telefon.

Nadeszła wreszcie ta chwila! Widziałem w wyobraźni partyturę i w momencie 

gdy nastąpiło zderzenie galaktyk, włączyłem przekaźnik radiowy.

Drzwi   sejfu   bezgłośnie   wyleciały   w   powietrze.   Nawet   tu   w   biurze   muzyczna 

katastrofa była porażająca.  Zastanowiłem  się, ilu  słuchaczy  ogłuchło właśnie w  imię 

sztuki. Te rozważania nie przeszkodziły mi zgarnąć wszystkich banknotów z sejfu do 

mojego futerału. Kiedy napełnił się, uchyliłem kapelusza przed moimi więźniami, tym z 

wytrzeszczonymi   oczami   i   tym   nieprzytomnym,   i   wyszedłem.   Czarna   maska 

powędrowała   z   powrotem   do   kieszeni.   Opuściłem   teatr   niestrzeżonym   wyjściem 

ewakuacyjnym.

Szybko przeszedłem wzdłuż dwóch bloków do przejścia podziemnego i stałem się 

jedną z wielu postaci śpieszących w strugach deszczu. Ruszyłem schodami w dół, po 

czym skręciłem w korytarz prowadzący do stacji. Wszystkie pociągi podmiejskie już 

odjechały   i   peron   był   pusty.   Wszedłem   do   budki   telefonicznej   i   zmieniłem   swoją 

powierzchowność   w   ciągu   dokładnie   dwudziestu   dwóch   sekund,   w   precyzyjnie 

wyćwiczonym   tempie.   Zdarłem   czarne   pokrycie   futerału,   spod   którego   ukazało   się 

drugie, białe. Charakterystyczny, wybrzuszony kształt czary głosowej znikł także - był 

background image

zrobiony z cienkiego plastiku, który zgniotłem i włożyłem do kieszeni razem z czarnym 

pokryciem.   Odwróciłem   kapelusz   na   drugą   stronę   i   on   również   stał   się   biały.   Moje 

czarne wąsy i broda zniknęły w odpowiedniej kieszeni. Zdjąłem palto i oczywiście je 

także   wywróciłem   na   białą   stronę.   Tak   przebrany   ruszyłem   na   stację   i   w   tłumie 

przyjeżdżających   wyszedłem   na   postój   taksówek.   Poczekałem   chwilę.   Nadjechała 

taksówka i otworzyły się drzwi. Usiadłem i uśmiechnąłem się z zadowoleniem na widok 

lśniącej czaszki szofera-robota.

-   Szofeh,   phoszę   bahdzo   zabhać   mnie   do   hotelu   Ah-bolast   -   powiedziałem, 

najlepiej   jak   mogłem   naśladując   akcent   turyngijski.   Ponieważ   pociąg,   który   przed 

chwilą przyjechał, przybył z Turyngii.

- Polecenie niejasne - zagdakała maszyna.

- Ho-tel Ah-bo-bo-last, ty blaszany głupku! - wykrzyknąłem! - Ah-bo-last!

- Zrozumiałem - powiedział robot i taksówka ruszyła.

Wspaniale. Wszystkie rozmowy prowadzone w taksówkach są zapisywane przez 

molekularny   magnetofon   i  przechowywane przez  miesiąc.  Gdyby  mnie  kiedykolwiek 

sprawdzano,   nagranie   odtworzy   tę   rozmowę,   a   moja   rezerwacja   hotelowa   została 

załatwiona na lotnisku w Turyngii. Być może, byłem zbyt ostrożny, ale moją dewizą jest, 

że tego nigdy za dużo. Mam na myśli ostrożność.

Hotel   był   bardzo   drogi.   Wszystkie   korytarze   i   pokoje   ze   smakiem   ozdobiono 

sztucznymi   arbolastami.  Zostałem   usłużnie   wprowadzony   do   swojego   apartamentu   - 

gdzie   arbolast   służył   jako   stojąca   lampa.   Bagażowy-robot   wymknął   się   służalczo,   z 

pięciodolarówką w szczelinie na napiwki.

Postawiłem torbę w sypialni, zdjąłem mokry płaszcz i wyjąłem z lodówki piwo. 

Rozległo się pukanie do drzwi.

Tak szybko! Jeżeli to był Hetman, świetnie umiał śledzić, bo nie zauważyłem, by 

ktoś za mną szedł. To nie mógł być nikt inny. Zawahałem się, ale zdałem sobie sprawę, 

że jest tylko jeden sposób, by się upewnić. Z uśmiechem na twarzy - na wypadek gdyby 

to był Hetman - otworzyłem drzwi. Uśmiech znikł natychmiast.

- Jesteś aresztowany - powiedział detektyw w cywilu, pokazując mi odznakę. Jego 

towarzysz wycelował we mnie ogromny pistolet na dowód, że dobrze ich zrozumiałem.

background image

9

Udało mi się tylko wydukać:

- Co... co... - lub coś w tym rodzaju. Na aresztującym mnie oficerze ta błyskotliwa 

kwestia nie zrobiła większego wrażenia.

- Włóż płaszcz, pójdziesz z nami.

Oszołomiony przeszedłem przez pokój i wykonałem jego polecenie. Wiedziałem, 

że  powinienem zostawić tu płaszcz,  ale nie chciałem  się sprzeciwiać. Kiedy go prze-

szukają,   znajdą   maskę,   klucz   i   w   ogóle   wszystko,   co   mnie   zdemaskuje.   A   co   z 

pieniędzmi? Nic nie powiedzieli o torbie.

Gdy   tylko   włożyłem   rękę   do   rękawa,   policjant   zatrzasnął   na   niej   kajdanki, 

których drugi koniec zamknął na swoim nadgarstku. Nigdzie nie mogłem się bez nich 

ruszyć. Nie mogłem zrobić nic lub prawie nic, bo trzy kroki za nami szedł właściciel 

pistoletu.

Wyszliśmy z pokoju, korytarzem do windy i do głównego holu. Detektyw był tak 

uprzejmy, że trzymał się blisko mnie, więc kajdanki nie rzucały się w oczy. Pośrodku 

strefy objętej zakazem parkowania czekał duży, czarny, złowieszczy wóz. Kierowca nie 

raczył nawet spojrzeć w naszą stronę. Ruszył, gdy tylko wsiedliśmy i zamknęły się za 

nami drzwi.

Nie   miałem   nic   do   powiedzenia,   a   i   moi   towarzysze   nie   byli   w   gadatliwym 

nastroju. W ciszy toczyliśmy się przez zalane deszczem ulice, minęliśmy kwaterę główną 

policji i ku memu osłupieniu zatrzymaliśmy się przed Gmachem Federalnym Rajskiego 

Zakątka. Federalka! Serce we mnie zamarło. Miałem rację przypuszczając, że złamanie 

szyfru   i   ujęcie   mnie   z   pewnością   przekracza   możliwości   miejscowej   policji,   ale   nie 

uwzględniłem ogólnoplanetarnej agencji śledczej. Ze spóźnionym refleksem - co nie jest 

powodem   do   dumy   -   dostrzegłem   swój   błąd.   Po   latach   nieobecności   Hetman   znów 

uderza. Dlaczego? I co znaczą te wygłupy z szachami? Niech się tym zajmą kryptolodzy. 

Ho,   ho,   jakieś   przechwałki,   wyjawia   miejsce   i   datę   następnego   przestępstwa.   Niech 

zajmie się tym Urząd Federalny i niech się w to nie wtrąca niekompetentna miejscowa 

policja.

Ogarnęła mnie czarna rozpacz, tak wielka, że z trudem mogłem iść. Zachwiałem 

się, gdy nasz mały orszak zatrzymał się przed ciężkimi drzwiami z wywieszką: FEDE-

RALNY   URZĄD   ŚLEDCZY.   Pod   spodem   małymi   złotymi   literami   napisane   było: 

„Dyrektor Flynn". Moi pogromcy zapukali  grzecznie,  zamek  w drzwiach  zahuczał  i 

otworzył się. Wmaszerowaliśmy do środka.

background image

- Oto on, proszę pana.

- Dobrze. Przymocujcie go do krzesła i od tej chwili ja przejmuję sprawę.

Mówca   siedział   za   masywnym   biurkiem.   Był   to   potężny   mężczyzna   z 

przylizanymi   czarnymi   włosami.   Wydawał   się   jeszcze   potężniejszy   dzięki   ogromnym 

zwałom obrastającego go tłuszczu. Jego podbródek, czy raczej podbródki zwieszały się 

na   nabrzmiałą   masę   klatki   piersiowej.   Siedział   odsunięty   od   biurka   ze   względu   na 

rozmiary brzucha, na którym, jak grube kiełbaski, spoczywały palce jego splecionych 

dłoni. Na moje chytre spojrzenie odpowiedział swoim, stalowym i zdecydowanym. Nie 

protestowałem,   kiedy   prowadzili   mnie   do   krzesła;   opadłem   na   nie   i   poczułem,   jak 

przypinają mnie do niego kajdankami. Potem usłyszałem oddalające się kroki i trzask 

zamykanych drzwi.

- Jesteś w poważnych kłopotach - rozpoczął.

- Nie wiem, o co panu chodzi - odparłem, ale mój drżący, piskliwy głos przeczył 

słowom.

-   Wiesz   doskonale,   o   co   mi   chodzi.   Dziś   wieczorem   popełniłeś   przestępstwo, 

okradając kieszeń publiczną, zaopatrywaną przez głuchych jak pień miłośników muzy-

ki. Ale to jeszcze najmniejsze z twoich szaleństw, młodzieńcze. Wnioskując z twojego 

wieku,   mogę   także   stwierdzić,   że   ukradłeś   dobre   imię   innego   człowieka.   Hetmana. 

Podszywasz się pod kogoś, kim nie jesteś. Uwaga, łap!

Ukradłem   dobre   imię?   O   czym   on,   do   diabła,   mówi?   Odruchowo   złapałem 

rzucone klucze. Wlepiłem w nie wzrok, a potem gapiąc się na mojego rozmówcę, drżącą 

ręką otworzyłem kajdanki.

- Pan nie jest... - wybełkotałem. - To znaczy, że areszt, to biuro, policja... Pan 

jest...

Spokojnie czekał na moje następne słowa z dobrodusznym uśmiechem na ustach.

- Pan jest... Hetmanem!

-   We   własnej   osobie.   Z   wiadomości,   ukrytej   pod   twoim   kiepskim   szyfrem, 

wywnioskowałem, że chcesz mnie spotkać. Dlaczego?

Chciałem   wstać,   ale   w   jego   dłoni   momentalnie   pojawił   się   ogromny   pistolet. 

Czarny wylot lufy zawisł na wprost nasady mego nosa. Z powrotem opadłem na krzesło. 

Z twarzy mężczyzny zniknął uśmiech, a z jego głosu ciepło.

- Nie lubię, jak się mnie naśladuje i igra ze mną. Jestem niezadowolony. Masz 

teraz   trzy   minuty,   żeby   wszystko   wyjaśnić,   a   potem   zabiję   cię,   pójdę   do   twojego 

apartamentu i odbiorę pieniądze, które ukradłeś dziś wieczorem. Ale najpierw powiesz 

background image

mi, gdzie ukryłeś resztę pieniędzy skradzionych w moim imieniu.

Przemówiłem, czy raczej spróbowałem, ale zdołałem tylko bezradnie zabełkotać. 

Otrzeźwiło mnie to. Mógł mnie zabić, ale nie mógł zrobić ze mnie roztrzęsionej galarety. 

Odkaszlnąłem, żeby oczyścić gardło i powiedziałem:

- Nie wydaje mi się, że się pan śpieszy, by mnie zabić i nie wierzę, że mam tylko 

trzy minuty. Jeżeli nie będzie mnie pan usiłował zastraszyć, spróbuję określić jasno i 

wyraźnie moje motywy. Zgoda?

Wypowiadając te słowa podjąłem przemyślane ryzyko. Założyłem, że Hetman też 

jest graczem. Teraz wiedziałem to na pewno. Wyraz jego twarzy nie zmienił się, ale 

nieznacznie skinął głową. Mogłem wykonać swój ruch.

- Dziękuję. Zawsze wiedziałem, że nie jest pan okrutny. Tak naprawdę, kiedy 

dowiedziałem się o pańskim istnieniu, stał się pan moim ideałem. To, co pan zrobił, 

czego dokonał, nie równa się z niczym w historii tego świata. Jeżeli obraziłem pana, 

kradnąc   w   pańskim   imieniu,   przepraszam.   Natychmiast   oddam   panu   wszystkie 

skradzione pieniądze. Ale jeśli się zastanowić, można zrozumieć, że nie miałem innego 

wyjścia.   Inaczej   nie   mógłbym   pana   odnaleźć.   Więc   musiałem   działać   tak,   aby   pan 

znalazł mnie. I tak się stało. Liczyłem na pańską ciekawość i na to, że nie wyda mnie pan 

policji, zanim sam mnie pozna.

Następne skinienie oznaczało zgodę na mój następny ruch. Jednak wycelowana 

we mnie lufa przypominała, że wciąż jestem w szachu.

- Jesteś jedynym żywym człowiekiem, który zna moją tożsamość - powiedział. - A 

teraz wyjaśnij mi, dlaczego nie miałbym cię zabić. Po co chciałeś się ze mną skontak-

tować?

-   Już   panu   powiedziałem.   Podziwiam   pana.   Zdecydowałem   się   na   życie 

przestępcy,   bo   jest   to   jedyny   zawód   dla   kogoś   z   moimi   zdolnościami.   Ale   jestem 

samoukiem i mam słabe punkty. Marzę o tym, żeby zostać pańskim pomocnikiem. Żeby 

uczyć się u pańskiego boku. Żeby wstąpić do złodziejskiej wyższej szkoły. Zapłacę za ten 

przywilej   każdą  cenę,   jaką  pan  wyznaczy,  ale   potrzebuję  jeszcze  trochę   czasu,  żeby 

zdobyć więcej pieniędzy, bo wszystko, co dotychczas  zyskałem, oddaję panu. Tak to 

wygląda. Oto, kim jestem. A jeśli będę dość ciężko pracował, może stanę się panem.

Spojrzał na mnie łagodniej. W zamyśleniu uniósł palce do brody, co znaczyło, że 

przez chwilę nie byłem w szachu. Ale partia nie była jeszcze wygrana i wcale tego nie 

chciałem. Chciałem tylko remisu.

- Dlaczego miałbym uwierzyć choć w jedno twoje słowo? - zapytał w końcu.

background image

- A dlaczego miałby pan w nie wątpić? Jaki mógłbym mieć inny powód?

- To nie twoje motywy mnie niepokoją. Myślę o tym, że mógłby istnieć jeszcze 

ktoś, kto z ramienia policji używa ciebie jako pionka, by mnie odszukać. Człowiek, który 

zaaresztuje Hetmana, wzniesie się na sam szczyt.

Przytaknąłem   i   zacząłem   nerwowo   myśleć.   Potem   uśmiechnąłem   się   i 

odprężyłem.

- Bardzo  słusznie.  Musiał pan o tym pomyśleć w pierwszej kolejności. To, że 

posiada   pan   biuro   w   tym   budynku,   oznacza,   że   albo   stoi   pan   wysoko   w   hierarchii 

stróżów prawa, tak wysoko, że mógłby pan bez trudu odkryć taki plan. Albo, a byłby to 

kolejny dowód pańskiego geniuszu, zna pan sposoby i środki, by kontrolować policję na 

każdym szczeblu, oszukać ją i posłużyć się nią, by mnie aresztować. Moje gratulacje, 

proszę pana! Wiedziałem, że jest pan geniuszem, ale żeby tego dokonać! Przecież to 

graniczy z cudem!

Powoli skinął głową, przyjmując tę zasłużoną pochwałę. Czyżby lufa pistoletu 

troszkę się obniżyła? Czyżby zanosiło się na remis? Spiesznie ciągnąłem:

- Nazywam się James Bolivar diGriz, urodziłem się nieco ponad siedemnaście lat 

temu w tym właśnie mieście, w szpitalu położniczym Matki Machree dla bezrobotnych 

pasterzy świniozwierzy. Przez terminal, który widzę tu, na pewno ma pan dostęp do 

wszelkich możliwych danych. Proszę więc sprawdzić moje i samemu przekonać się, czy 

nie jest prawdą to, co powiedziałem!

Usadowiłem się z powrotem na krześle, gdy wystukiwał na klawiaturze polecenia. 

Nie zrobiłem nic, by go rozproszyć lub odwrócić jego uwagę, kiedy czytał. Byłem ciągle 

zdenerwowany, ale starałem się to ukryć.

Wreszcie   skończył.   Przechylił   się   do   tyłu   i   spokojnie   popatrzył   na   mnie.   Nie 

widziałem, by ruszył ręką, ale pistolet znikł z pola widzenia. Remis! Ale na niewidzialnej 

planszy pomiędzy nami wciąż stały niematerialne pionki. Zaczynała się nowa partia.

- Wierzę ci, Jim, i dziękuję za miłe słowa. Ale ja pracuję sam i nie mam uczniów. 

Miałem zamiar cię zabić, by zachować sekret mojej tożsamości. Teraz wierzę, że nie jest 

to   konieczne.   Wystarczy   mi   twoje   słowo,   że   nie   będziesz   się   pode   mnie   podszywał, 

dokonując innych przestępstw.

- Obiecuję to panu. Stałem się Hetmanem tylko po to, by zwrócił pan na mnie 

uwagę. Ale proszę  rozważyć ponownie moją kandydaturę na członka wyższej szkoły 

zbrodni.

- Nie ma takiej instytucji - powiedział wstając z trudem. - Wstrzymano przyjęcia.

background image

-   Więc   proszę   mi  pozwolić   inaczej   sformułować   moją   prośbę   -   powiedziałem 

pośpiesznie, wiedząc, że pozostało mi już niewiele czasu. - Przepraszam z góry, jeśli będę 

niedyskretny i proszę wybaczyć, jeśli pana zdenerwuję. Jestem młody, nie mam nawet 

dwudziestu lat, a pan jest na tej planecie od ponad osiemdziesięciu. W tym zawodzie 

pracuję dopiero od kilku lat i w tak krótkim czasie odkryłem, że właściwie jestem sam. 

To, co robię, muszę robić sam i dla siebie. W zbrodni nie ma koleżeństwa, bo wszyscy 

kryminaliści, których spotkałem, byli niekompetentni. I dlatego działam sam. A jeżeli ja 

jestem samotny, nie śmiem nawet myśleć, jak samotne jest pańskie życie.

Stał bez ruchu, opierając się jedną ręką o biurko i wpatrując się przez pustą 

ścianę jak przez okno w coś, czego nie widziałem. Później westchnął i nagle osunął się na 

krzesło, jakby uszła z niego siła, która pomagała mu stać prosto.

- To prawda, mój chłopcze, szczera prawda. Nie chcę o tym mówić, ale trafiłeś w 

sedno.  Co  ma  być,  niech  będzie.   Jestem   zbyt  stary,  żeby  zejść   z  raz  obranej  drogi. 

Żegnam cię i dziękuję za bardzo interesujący tydzień. Przypomniały mi się dawne czasy.

- Proszę to jeszcze raz rozważyć.

- Nie mogę.

- Niech mi pan da chociaż swój numer konta, żebym mógł przesłać pieniądze.

- Zatrzymaj je, sam je zarobiłeś. Ale w przyszłości rób to pod innym nazwiskiem. 

Pozwól   Hetmanowi   cieszyć   się   emeryturą.   Dodam   tylko   jedno,   małą   radę.   Rozważ 

jeszcze raz swoje ambicje zawodowe. Rozwijaj swoje zdolności w sposób akceptowany 

przez społeczeństwo. Wtedy unikniesz ogromnej samotności, której już doświadczyłeś.

- Nigdy! - krzyknąłem głośno. - Nigdy! Wolałbym raczej gnić w więzieniu przez 

resztę   życia,   niż   przyjąć   jakakolwiek   funkcję   w   społeczeństwie,   które   całkowicie 

odrzucam.

- Być może, zmienisz zdanie.

- To niemożliwe - powiedziałem do ścian pustego pokoju. Drzwi zamknęły się za 

nim. Odszedł.

background image

10

Tak się to skończyło. Nie ma nic skuteczniejszego niż odmowa, by sprowadzić 

człowieka   na   ziemię   z   wyżyn   uniesienia.   Zrobiłem   przecież   dokładnie   to,   co   sobie 

postanowiłem. Mój złożony plan powiódł się. Wypłoszyłem Hetmana z jego kryjówki i 

złożyłem mu propozycję nie do odrzucenia.

Ale on ją odrzucił.  Nie pocieszyła mnie nawet satysfakcja z udanego napadu. 

Zdobyte   dolary   były   warte   dla   mnie   tyle   co   kupa   śmieci.   Siedziałem   w   pokoju 

hotelowym,   patrzyłem   w   przyszłość   i   widziałem   tylko   pustkę.   W   kółko   liczyłem 

pieniądze, aż ich wartość stała się nic nieznaczącą liczbą. W moim planie uwzględniłem 

wszystkie możliwości prócz jednej, tej, że Hetman mi odmówi. Trudno mi było pogodzić 

się z tym.

Gdy   następnego   dnia   wróciłem   do   Billville,   ogarnęła   mnie   czarna   rozpacz   i 

zacząłem użalać się nad sobą, czego normalnie nie znoszę. Tym razem też nie mogłem 

tego znieść. Spojrzałem w lustro, na posępną twarz z podkrążonymi oczami i pokazałem 

jej język.

- Ty babo - powiedziałem. - Ty maminsynku, ty bekso, przestań się nad sobą 

rozczulać - dodałem jeszcze inne obelgi, które akurat przyszły mi do głowy. Uspokoiłem 

się trochę, przygotowałem sobie kanapkę i dzbanek kawy - żadnego alkoholu, żeby zalać 

robaka! - i usiadłem, by zjeść, wypić i pomyśleć o przyszłości. Co dalej?

Nic.   Nie   przychodziło   mi   do   głowy   nic   konstruktywnego.   Moje   myśli   nie 

prowadziły   do   niczego,   nie   widziałem   żadnego   wyjścia.   Rozsiadłem   się   wygodnie   i 

włączyłem   3V.   Był   to   kanał   reklamowy   i   zanim   zmieniłem   program,   pojawiła   się 

spikerka,   wspaniała,   kolorowa   i   trójwymiarowa.   Nie   przełączyłem,   bo   dziewczyna 

ubrana była tylko w skąpy kostium kąpielowy.

-   Przyjeżdżajcie   tu,   gdzie   wieje   balsamiczna   bryza   -   namawiała   przymilnym 

głosem. - Dołączcie do mnie. Czekam wśród złotych piasków wspaniałej plaży Yaticano, 

gdzie słońce i fale odświeżą wasze dusze...

Wyłączyłem telewizor. Moja dusza była całkiem świeża, a świeżość spikerki nie 

zmniejszyła moich trosk. Najpierw przyszłość, dopiero potem miłość heteroseksualna. 

Ale reklama podsunęła mi przynajmniej pewien pomysł.

Wakacje. Może zrobić sobie przerwę? Dlaczego nie? Ostatnio tyrałem ciężej niż 

którykolwiek   z   pogardzanych   przeze   mnie   biznesmenów.   Zbrodnia   opłaciła   się   i   to 

nieźle, więc czemu nie miałbym wydać części ciężko zapracowanego łupu? Jasne, że nie 

był   to   sposób   na   ucieczkę   od   problemów.  Doświadczenie   nauczyło   mnie,   że   zmiana 

background image

miejsca pobytu nigdy nie jest rozwiązaniem. Kłopot jest towarzyszem wszechobecnym i 

dokuczliwym   jak   ból   zęba.   Ale   mogłem   zabrać   go   sobą   gdzieś,   gdzie   znalazłbym 

odpoczynek i mógłbym poszukać sposobu pozbycia się drania. Ale dokąd? Wyświetliłem 

na komputerze przewodnik turystyczny i przejrzałem go. Nie było w nim nic ciekawego. 

Plaża? Bardzo chętnie, ale pod warunkiem że spotkałbym tam dziewczynę z reklamy. To 

jednak wydawało się mało prawdopodobne. Szykowne hotele, drogie rejsy, wycieczki do 

muzeum. Wszystko to było równie interesujące jak weekend na farmie świniozwierzy. 

Ale może właśnie tego było mi trzeba? Łyku świeżego powietrza. Jako wiejski chłopiec 

widziałem już sporo wspaniałych plenerów, przeważnie znad sterty świniozwierzowego... 

wiecie   czego.   Napatrzywszy   się   na   takie   otoczenie,   powitałem   miasto   z   otwartymi 

ramionami i odtąd nie wychyliłem z niego nosa.

To było najlepsze wyjście. Nie jechać z powrotem na farmę, ale na łono przyrody. 

Uciec od ludzi i rzeczy, by spotkać się z matką Naturą. Im dłużej o tym myślałem, tym 

bardziej mi się to podobało. I dobrze wiedziałem, dokąd się udać. Marzyłem o tym już 

wtedy, gdy jeszcze nie sięgałem do kolan młodemu świniozwierzowi. Góry Katedralne! 

Te pokryte śniegiem  szczyty, strzeliste  jak  gigantyczne  wieże kościelne. Jakże  często 

wypełniały moje dziecięce sny! Więc czemu nie? Nadszedł czas, by spełniło się kilka 

marzeń.

Kupując plecak, śpiwór, namiot termiczny, menażkę, latarkę - cały potrzebny 

sprzęt - odczułem przedsmak oczekujących mnie przyjemności. Kiedy miałem już cały 

ekwipunek, by nie tracić czasu na podróż koleją, wsiadłem do samolotu do Rafael. Gdy 

lądowaliśmy, oszołomił mnie widok gór. Pstrykałem palcami i niecierpliwiłem się, czeka-

jąc na bagaż. Przestudiowałem już mapę i wiedziałem, że Szlak Katedralny przecina 

drogę na północ od lotniska. Powinienem pojechać autokarem kursowym razem z in-

nymi, zamiast zwracać na siebie uwagę, biorąc taksówkę. Ale za bardzo się śpieszyłem.

- To niebezpieczne, mały, chodzić samotnie po szlaku - starszy kierowca cmoknął 

z dezaprobatą i zaczął wyliczać czyhające nieszczęścia: - Można się łatwo zgubić. Mogą 

cię zjeść wilkobestie, może obsunąć się ziemia lub spaść lawina. Może...

-   Mam   spotkać   przyjaciół,   dwudziestu   chłopaków.   To   będzie   rajd   drużyny 

skautów. Zanosi się na świetną zabawę - wymyśliłem pośpiesznie.

-   Nie   widziałem   tu   ostatnio   żadnych   skautów   -   mruknął   ze   starczą 

podejrzliwością.

- I nie zobaczy pan - improwizowałem dalej, pochylając się na tylnym siedzeniu i 

szybko przeglądając mapę. - Przyjadę pociągiem do Boskona i wysiądę tam. Stacja jest 

background image

blisko miejsca, w którym szlak przecina tory. Będą tam na mnie czekać, drużynowy i 

cala reszta. Bałbym się chodzić sam po górach, proszę pana.

Burczał jeszcze przez chwilę, a burknął jeszcze głośniej, gdy zapomniałem dać 

mu napiwek. A potem zachichotał pod wąsem, odjeżdżając, bo w dziecinnej rozrzutności 

dałem   mu  za   dużo.   Oparłem   się   pokusie,   by   mu  wcisnąć   fałszywą  pięciodolarówkę. 

Hałas   silnika   zamarł   w   oddali.   Spojrzałem   na   dobrze   oznakowany   szlak,   który 

prowadził przez dolinę, i zdałem sobie sprawę, że to był naprawdę dobry pomysł.

Nie ma co się rozpływać nad urokami wspaniałych plenerów. To tak jak jazda na 

nartach - robi się to i sprawia to przyjemność, ale się o tym nie mówi. Dalej wszystko 

potoczyło się normalnie. Słońce opaliło mi nos, mrówki dobrały się do bekonu, nocą 

gwiazdy były niezwykle jasne i bliskie, a świeże powietrze dobrze zrobiło moim płucom. 

Maszerowałem i wspinałem się, myłem się w lodowatych strumieniach i udało mi się 

zapomnieć o wszystkich kłopotach. W tej pięknej okolicy wydały mi się one zupełnie nie 

na miejscu. Zmęczony i dużo szczuplejszy, ale szczęśliwy, opuściłem góry po dziesięciu 

dniach   i   ciężkim   krokiem   przekroczyłem   próg   zarezerwowanej   wcześniej   kwatery. 

Gorąca   kąpiel   była   błogosławieństwem,   podobnie   jak   zimne   piwo.   Włączyłem   3V   i 

zanurzony   w   wannie   słuchałem   jednym   uchem   końcówki   wiadomości,   zbyt 

rozleniwiony, by zmienić kanał.

-   ...donosi   o   wzroście   eksportu   szynki,   przekraczającym   dziesięcioprocentowy 

przyrost przewidziany na początku roku. Jednak rynek kolców świniozwierza załamuje 

się. Rząd stoi przed górą kolców, co już wywołuje krytykę.

-   Sprawy   wewnętrzne.   Jutro   odbędzie   się   proces   przestępcy   komputerowego, 

który   włamał   się   do   akt   federalnych.   Oskarżyciele   federalni   uważają   to   za   bardzo 

poważne przestępstwo i żądają przywrócenia dożywocia. Jednak...

Przestałem słuchać spikera, gdy z ekranu znikła jego przymilna twarz i zastąpił 

ją   przestępca   komputerowy   we   własnej   osobie,   wyprowadzany   przez   oddział 

policjantów.   Był   to   potężny   mężczyzna,   bardzo   gruby,   z   grzywą   siwych   włosów. 

Poczułem ucisk w piersiach. Inny kolor włosów, ale to kwestia peruki. Bez wątpienia to 

był on.

Hetman!

Wyskoczyłem z wanny i przebiegłem przez pokój, wpadając na klimatyzator. To 

cud, że nie poraził mnie prąd. Nie zdając sobie z tego sprawy, cofnąłem obraz i wyost-

rzyłem   wybrany   kadr.   Powiększyłem   wycinek,   na   którym   więzień   oglądał   się   przez 

ramię. To był on, na pewno. Spłukując mydliny i ubierając się, obmyśliłem ogólny zarys 

background image

planu. Muszę wrócić do miasta, dowiedzieć się, co się z nim stało i zobaczyć, czy mogę 

mu pomóc. Wyświetliłem rozkład lotów. Tuż po pomocy odlatywał samolot pocztowy. 

Zarezerwowałem miejsce, zjadłem posiłek i odpocząłem. Potem zapłaciłem rachunek i 

jako pierwszy wszedłem na pokład.

Zaczynało   już   świtać,   gdy   znalazłem   się   w   swoim   biurze   w   Billville.   Gdy 

komputer   drukował   informacje   dotyczące   aresztowania,   przygotowałem   kawę. 

Wysączyłem   ją,   przeczytałem   sprawozdanie   i   opadły   mi   ręce.   Rzeczywiście   był   to 

człowiek, którego znałem jako Hetmana, choć występował teraz pod nazwiskiem Bili 

Yathis. Został zatrzymany, gdy opuszczał gmach federalny, w którym założył podsłuch 

komputerowy, by mieć dostęp do ściśle tajnych akt. Wszystko to wydarzyło się dzień po 

tym, jak wyjechałem w góry.

Nagle zrozumiałem, co to oznacza. Ogarnęło mnie poczucie winy, gdy pojąłem, że 

to ja wtrąciłem go do więzienia. Gdyby nie moje szaleńcze poczynania, Hetman nigdy 

nie zajmowałby się aktami federalnymi. Zrobił to tylko po to, by się przekonać, czy moje 

kradzieże nie były częścią jakiejś policyjnej akcji.

-  Ja   posłałem   go  do  więzienia,   więc  ja   go  stamtąd   wydostanę!   -  krzyknąłem, 

zrywając się na równe nogi i wylewając kawę na podłogę. Wycierając ją, trochę ochło-

nąłem. Tak, chciałbym go wydostać. Ale czy jestem w stanie to zrobić? Dlaczego nie. 

Mam przecież pewne doświadczenie w uciekaniu z więzienia. Powinno być łatwiej dostać 

się   do   środka   z   zewnątrz   niż   odwrotnie.   Po   dalszych   rozmyślaniach   doszedłem   do 

wniosku, że być może, nie będę nawet musiał zbliżać się do więzienia. Niech zamiast 

mnie wyciągnie go stamtąd policja. Będą musieli przetransportować go do sądu.

Wkrótce odkryłem jednak, że nie będzie to takie proste. Po raz pierwszy od lat 

aresztowano   tak   poważnego   przestępcę   i   sprawa   ta   narobiła   dużego   zamieszania. 

Zamiast zabrać go do więzienia miejskiego lub stanowego, trzymano Hetmana w celi w 

samym Gmachu Federalnym. A tam nie mogłem się dostać. Podjęto także nadzwyczajne 

środki   ostrożności   przy   przewożeniu   Hetmana   do   sądu.   Opancerzone   transportery, 

strażnicy, motocykle, grawiloty policyjne i helikoptery. Atak na konwój nie wchodził w 

grę. Znalazłem się w kropce. Ciekawe, że w tej samej sytuacji była policja, ale z innych 

przyczyn...

Po   długim   śledztwie   odkryli,   że   prawdziwy   Bili   Yathis   opuścił   planetę 

dwadzieścia   lat   temu.   Wszystkie   zapisy   dotyczące   tego   faktu   znikneły   z   akt 

komputerowych i pozostał tylko odręczny list, napisany przez prawdziwego Yathisa do 

jakiegoś krewnego, potwierdzający jego odlot. A jeżeli więzień nie był Yathisem, to kim 

background image

był?

Podczas   przesłuchań   Hetman,   cytuję:   „odpowiadał   na   pytania   spokojnym, 

nieobecnym uśmiechem". Określano go teraz jako pana X. Nikt nie wiedział, kim jest 

naprawdę, a on zdecydował się tego nie wyjaśniać. Został ustalony termin procesu, za 

niecałe siedem dni. Stało się tak dlatego, że X ani nie przyznał się do winy, ani jej nie 

zaprzeczył,   nie   chciał   się   bronić   i   odrzucił   wyznaczonego   przez   sąd   adwokata. 

Oskarżyciel, pragnąc szybkiego skazania, oświadczył, że dowody są już skompletowane i 

poprosił o przyspieszenie procesu. Sędzia, równie żądny popularności, przychylił się do 

tej prośby i ustalono termin na nadchodzący tydzień.

A ja nic nie mogłem zrobić. Wróciłem do punktu wyjścia. Przyznałem się do 

porażki,   ale   tylko   chwilowo.   Postanowiłem   poczekać,   aż   skończy   się   proces.   Wtedy 

Hetman będzie po prostu jednym z wielu więźniów i w końcu będą musieli zabrać go z 

Gmachu Federalnego. Gdy będzie już w więzieniu, przygotuję jego ucieczkę. Ale muszę 

to zrobić, zanim przybędzie statek kosmiczny, który zabierze go na pranie mózgu. Użyją 

z   pewnością   wszystkich   cudów   nowoczesnej   nauki,   by   Hetmana   przekształcić   w 

uczciwego obywatela, a ja, znając tego człowieka, byłem pewny, że prędzej umrze, niż na 

to pozwoli. Musiałem działać.

Ale władze nie ułatwiały mi tego. Nie udało mi się dostać na salę sądową, więc 

razem z większością mieszkańców planety oglądałem proces w telewizji.

Skończył się podejrzanie szybko. Pierwszy poranek upłynął na wyliczaniu dobrze 

udokumentowanych wykroczeń oskarżonego. Brzmiało to poważnie. Uszkodzenie banku 

pamięci,   penetracja   Jednostki   Centralnej,   wprowadzenie   fałszywych   danych   do 

komputera,   kopiowanie   treści   tajnych   dokumentów.   Kolejni   świadkowie   składali 

zeznania, które były natychmiast akceptowane i wciągane do akt sprawy. Przez cały czas 

Hetman ani na nich nie patrzył, ani ich nie słuchał. Jego spojrzenie skierowane było w 

przestrzeń, jakby widział tam coś o wiele bardziej interesującego niż zwykła procedura 

sądowa. Gdy skończyły się zeznania, sędzia zastukał młotkiem i zarządził przerwę na 

lunch.

Przerwa była długa ze względu na bankiet z siedemnastu dań i tancerkami na 

deser. Gdy sąd zebrał się ponownie, sędzia był w jowialnym nastroju. Zwłaszcza po 

druzgocącej   przemowie   oskarżyciela,   któremu   cały   czas   potakiwał.   Potem   przybrał 

namaszczoną minę i przemówił dobitnie, świadom, że jego słowa były rejestrowane.

- Ta sprawa jest jasna jak słońce. Państwo wytoczyło tak obciążające zarzuty, że 

nie oparłaby się im żadna obrona. Fakt, że  żadnej obrony nie było, jest najlepszym 

background image

świadectwem prawdy. A prawda jest taka, że oskarżony działając świadomie, w złej woli 

i z premedytacją popełnił wszystkie przestępstwa, które mu się zarzuca. Nie ma co do 

tego żadnych wątpliwości. Postępowanie dowodowe zostało zamknięte. Mimo to, przez 

resztę   dnia   i   w   ciągu   nocy   będę   uważnie   rozważać   tę   sprawę.   Oskarżony   zostanie 

potraktowany   sprawiedliwie.   Nie   uznam   go   winnym   aż   do   jutrzejszego   ranka,   gdy 

ponownie   zbierze   się  sąd.  Wtedy   ogłoszę   wyrok.  Sprawiedliwości   stanie   się   zadość   i 

decyzja sądu wejdzie w życie.

-   Waszej   sprawiedliwości   -   wycedziłem   przez   zęby   i   wstałem,   by   wyłączyć 

telewizor. Ale sędzia jeszcze nie skończył.

-  Poinformowano mnie, że Liga Galaktyki jest żywo zainteresowana tą sprawą. 

Zostanie   wysłany  statek   kosmiczny,  który   przybędzie   tu  w  ciągu  dwóch   dni.   Wtedy 

więzień zostanie zabrany spod naszej kontroli, a my - proszę wybaczyć i spróbować 

zrozumieć moje uczucia - z ulgą się go pozbędziemy.

Szczęka mi opadła i głupkowato wpatrzyłem się w ekran. Wszystko skończone. 

Zostały tylko dwa dni. Co mogę zrobić w ciągu dwóch dni? Czy taki ma być koniec 

Hetmana i koniec mojej ledwie rozpoczętej kariery przestępcy?

background image

11

Nie   zamierzałem   się   jednak   poddać.   Musiałem   chociaż   spróbować,   nawet 

gdybym miał wpaść i zostać złapany. To przeze mnie znalazł się w tym położeniu. Jestem 

mu winien przynajmniej próbę ratunku. Ale co ja mogę zrobić? Nie zdołam zbliżyć się 

do Gmachu Federalnego ani dotrzeć do Hetmana, gdy będzie przewożony do sądu, ani 

nawet zobaczyć go tam.

Sąd. Sąd? Sąd. Sąd! Dlaczego nie opuszcza mnie myśl o sądzie? Dlaczego cały 

czas myślę o dostaniu się do środka?

Oczywiście! Hurra! - Przez następną chwilę cieszyłem się, biegałem w kółko i 

bulgotałem głośno, naśladując parzące się świniozwierze. Nawiasem mówiąc, był to mój 

popisowy numer na prywatkach.

- Co z tym sądem? - zapytałem sam siebie i natychmiast udzieliłem odpowiedzi: - 

Opowiem wam o sadzie. Jest to stary, zabytkowy budynek. Prawdopodobnie w piwnicy 

leżą  stare akta, a na strychu jest mnóstwo nietoperzy. W ciągu  dnia strzegą  go jak 

kopalni złota, ale nocą jest pusty!

Skoczyłem po sprzęt. Torba z narzędziami, wytrychy, latarki, kable, pluskwy - 

wszystko, czego mogłem potrzebować podczas akcji.

Teraz   przydałby   się   samochód,   a   raczej   furgonetka,   bo   jeśli   się   powiedzie, 

potrzebne   będzie   miejsce   dla   dwóch   osób.   Miałem   upatrzonych   kilka   punktów 

dostawczych i właśnie nadeszła chwila, by z jednego z nich skorzystać. Mimo że jeszcze 

było jasno, ciężarówki i furgonetki należące do piekarni „Okruszek" stały już w swoich 

garażach i szykowano je do porannej dostawy pieczywa. Kilka furgonetek zabrano do 

warsztatu, a jedną z nich nawet trochę dalej. Prosto na drogę wylotową i za miasto. O 

zmierzchu byłem na wiejskiej szosie, a tuż po zmroku dotarłem do Pearly Gates i chwilę 

potem wchodziłem tylnymi drzwiami do budynku sadu.

System   alarmowy   był   staroświecki.   Dobry   do   odstraszania   dzieci   i   umysłowo 

chorych, bo przecież w tym budynku nie było nic wartego kradzieży. Przynajmniej tak 

im   się wydawało! Wyposażony  w  zdjęcia   sali   sądowej, które  sam  zrobiłem   w  czasie 

procesu,   skierowałem   się   prosto   do   niej.   Sala   numer   sześć.   Stanąłem   w   drzwiach   i 

rozejrzałem się po mrocznym pomieszczeniu. Latarnie uliczne rzucały przez wysokie 

okna   pomarańczowe   smugi   światła.   Cicho   wszedłem   do   środka,   usiadłem   w   fotelu 

sędziowskim i spojrzałem na ławę oskarżonych. Dostrzegłem krzesło, na którym siedział 

Hetman podczas całego procesu i na którym będzie siedział jutro. Szybko przeniosłem 

się na jego miejsce. To tutaj będzie siedział, a tu będzie stał, gdy odczytają wyrok... Jego 

background image

wielkie ręce spoczną na tej poręczy. Właśnie tutaj!

Spojrzałem   na   drewnianą   podłogę   i   uśmiechnąłem   się   ponuro.   Potem 

uklęknąłem,   postukałem   w   nią   i   wyjąłem   wiertarkę.   Kawałki   mojego   planu   zaczęły 

przekształcać się w rzeczywistość.

To była bardzo pracowita noc. Usunąłem skrzynie z piwnicy pod salą sądową, 

piłowałem, kułem i pociłem się. Wyślizgnąłem się nawet z budynku sądu, by znaleźć 

sklep  sportowy i włamać się  do niego.  Przede  wszystkim  musiałem  opracować trasę 

ucieczki. Sama ucieczka nie musiała być błyskawiczna, ale za to skuteczna. Najlepszym 

wyjściem byłoby wykopanie tunelu. Ale nie miałem czasu. Zatem pracę fizyczną musiała 

zastąpić   pomysłowość.   Gdy   tak   rozmyślałem   odpoczywając,   zacząłem   drzemać.   Nie 

wolno! Wyszedłem z sądu jeszcze raz, znalazłem czynną przez całą dobę restaurację 

obsługiwaną przez roboty i wypiłem dwie duże kawy, wzmocnione kofeiną. Zadziałały 

natychmiast, wywołując natłok pomysłów oraz zgagę. Wyszedłem  i włamałem się do 

sklepu   odzieżowego.   Jednak   zanim   dotarłem   z   powrotem   do   budynku   sądu,   znów 

słaniałem się ze zmęczenia. Sztywnymi palcami zamknąłem wszystkie drzwi i usunąłem 

ślady mojej bytności. Kiedy świt rozjaśnił okna, byłem gotowy. Pogmerałem w zaniku, 

zamykając piwnicę od środka, po czym zataczając się przeszedłem przez pomieszczenie, 

usiadłem na kawałku brezentu, nastawiłem budzik i natychmiast zapadłem w sen.

Było   ciemno   choć   oko   wykol,   kiedy   irytujący   dźwięk   bzyczącego   jak   komar 

budzika wyrwał mnie ze snu. Na chwilę ogarnęła mnie panika, ale przypomniałem sobie, 

że   piwnica   nie   ma   okien.   Na   zewnątrz   powinien   być   już   jasny   dzień.   Zobaczymy. 

Zapaliłem latarkę i włączyłem miniaturowy monitor telewizyjny. Doskonale! Na ekranie 

pojawił   się   kolorowy   obraz   sali   sądowej,   transmitowany   z   mikro-kamery,   którą 

umieściłem  tam w nocy. Kilku  zgrzybiałych  sprzątaczy  odkurzało  meble i zamiatało 

podłogę. Rozprawa miała zacząć się za godzinę. Zostawiłem włączony odbiornik, a sam 

sprawdziłem efekty mojej nocnej pracy. Wszystko było, jak trzeba... Pozostało tylko 

oczekiwanie.

Czekałem   więc.   Sączyłem   zimną   kawę   i   przeżuwałem   czerstwą   kanapkę   z 

wczorajszych   zapasów.   Niepewność   ustąpiła,   gdy   otworzyły   się   drzwi   sali   sądowej. 

Weszła publiczność i dziennikarze. Widziałem ich dokładnie na moim ekranie, a nad 

głową słyszałem szuranie stóp. Z głośnika dobiegał mnie szmer rozmów, który uciszyło 

dopiero przybycie sędziego. Wszystkie oczy spoczęły na nim, wszystkie uszy nadstawiły 

się, kiedy odchrząknął i zaczął mówić.

Śmiertelnie zanudzał zebranych, wchodząc w detale rozprawy z poprzedniego 

background image

dnia, komentował też każde zeznanie i spostrzeżenie. Przestałem zwracać uwagę na jego 

monotonny   głos   i   spojrzałem   na   Hetmana,   wyostrzając   obraz   samej   twarzy.   Nie 

reagował. Jego oblicze było nieruchome, wyglądał na prawie znudzonego. Ale w oczach 

pojawiał się czasem błysk pogardy graniczącej z nienawiścią. Olbrzym osaczony przez 

mrówki! Po jego minie widać było, że uwięzili tylko jego ciało, dusza wciąż pozostawała 

wolna. Ale nie na długo, jeśli wierzyć słowom sędziego.

Nagle   coś   w   głosie   mówcy   przykuło   moją   uwagę.   Zakończył   przemowę, 

odchrząknął i wskazał na Hetmana.

- Oskarżony wstanie i wysłucha wyroku.

Wszystkie oczy zwróciły się w stronę więźnia. Siedział bez ruchu, obojętny. Na 

sali narastał szum. Sędzia spąsowiał i chwycił młotek.

- Moje polecenia mają być wypełniane! - zagrzmiał. - Oskarżony wstanie sam 

albo zostanie do tego zmuszony siłą. Czy oskarżony zrozumiał?

Oblał mnie pot. Gdybym tylko mógł powiedzieć Hetmanowi, żeby nie stwarzał 

żadnych   kłopotów.   Co   zrobię,   jeżeli   będzie   trzymało   go   kilku   policjantów?   Dwóch 

wstało na znak  sędziego i ruszyło w stronę więźnia. Wtedy Hetman powoli podniósł 

wzrok. Skierował na sędziego spojrzenie pełne miażdżącej pogardy. Był w nim błysk 

odrazy, zdolny zniszczyć niższe formy życia, lecz wysoki sąd w swej tępocie nie odczuł 

tego.

Ale wstał! Policjanci zatrzymali się, kiedy masywne dłonie uniosły się i chwyciły 

solidną poręcz. Ta zatrzeszczała pod ich naciskiem, a Hetman dźwignął swą potężną 

postać i wyprostował się. Uniósł wysoko głowę, a ręce opadły mu wzdłuż ciała.

Teraz! Wcisnąłem guzik. Wybuchy nie były groźne, ale dały efekt nad wyraz 

dramatyczny. Odsunęły dwa rygle podtrzymujące klapę w podłodze. Ta otworzyła się 

pod ogromnym ciężarem Hetmana, który poleciał w dół jak kłoda. Spadł obok mnie, a ja 

wspiąłem się szybko po drabinie, zerkając po raz ostatni na ekran.

Gdy   Hetman   zapadł   się   pod   ziemię,   na   sali   zaległa   głucha   cisza.   Sprężyny 

odstrzeliły klapę na miejsce, a ja zablokowałem ją stalowymi sztabami. Stało się to tak 

szybko,   że   kiedy   wróciłem   do   Hetmana,   on   ciągle   jeszcze   podskakiwał   leżąc   na 

trampolinie. W końcu usiadł, spojrzał na mnie otępiałym wzrokiem i powiedział:

- Jim, mój chłopcze. Jak to miło cię znowu zobaczyć.

Oparł się na moim ramieniu, gdy pomagałem mu wstać. Nad nami rozszalało się 

istne  piekło,  znad   podłogi  dobiegały   opętańcze  wrzaski.  Pozwoliłem  sobie  na  jeszcze 

jeden, triumfalny rzut oka na ekran. Zobaczyłem  sędziego stojącego z głupkowatym 

background image

uśmiechem i wytrzeszczonymi oczami oraz miotających się policjantów.

- To robi duże  wrażenie  Jim, bardzo  duże  - powiedział  Hetman, podziwiając 

scenę na ekranie.

- W porządku  - zarządziłem. - Ściągaj ubranie! Mamy mało czasu,  potem  ci 

wszystko wyjaśnię.

Nie   wahał   się   ani   sekundy,   zaczął   rozbierać   się,   zanim   skończyłem   mówić. 

Wkrótce   ujrzałem   potężny   gruszkowaty   kształt,   odziany   w   gustowną   purpurową 

bieliznę.   Na   moją   komendę   Hetman   uniósł   ręce   nad   głowę.   Wlazłem   na   drabinę   i 

zarzuciłem na niego ogromnych rozmiarów suknię.

- A tu masz płaszcz - powiedziałem. - Załóż go na siebie. Suknia jest do samej 

ziemi, wiec nie musisz zmieniać butów. Teraz wielki kapelusz, o tak, przejrzyj się w 

lustrze i pomaluj usta, a ja odrygluję drzwi.

Bez słowa zrobił to, co mu kazałem. Znikł Hetman, a na jego miejscu pojawiła się 

herod-baba.

-   Chodźmy!   -   zawołałem,   a   on   drobnymi   kobiecymi   kroczkami   przemierzył 

pokój. Otworzyłem drzwi dopiero, gdy się do mnie zbliżył, a przez ten czas udzielałem 

mu niezbędnych informacji:

-   Powinni   być   już   przy   drzwiach   do   piwnicy,   które   są   solidnie   zablokowane. 

Pójdziemy   inną   drogą.   -   Włożyłem   czapkę   policyjną,   uzupełniając   mundur,   który 

miałem na sobie. -Jesteś więźniem pod moją strażą. Ruszamy, już!

Wziąłem go za ramię i skręciliśmy w lewo, w zakurzony korytarz. Za nami, od 

strony zamkniętej klatki schodowej, rozległ się łomot i krzyki. Pośpiesznie ruszyliśmy 

naprzód, do kotłowni i dalej, po kilku stopniach, do ciężkich drzwi wyjściowych. Ich 

zawiasy   i   zamek   były   świeżo   naoliwione.   Otworzyły   się   lekko   i   ujrzeliśmy   boczną 

uliczkę.

Większą część tego widoku zasłaniały nam plecy stojącego na straży policjanta. 

Był sam.

Błyskawicznie   oceniłem   sytuację.   Wąski,   ślepy   zaułek   prowadził   prosto   do 

głównej ulicy. Policjant dzielił nas od chodnika pełnego przechodniów, wśród których 

bylibyśmy bezpieczni. Coś zgrzytnęło pod butami Hetmana. Policjant odwrócił się.

Szeroko   otworzył   oczy.   Nic   dziwnego,   w   końcu   kobieta   stojąca   obok   mnie 

przedstawiała imponujący widok. Korzystając z jego oszołomienia, skoczyłem do przodu 

i  złapałem  go  za  przekręconą   głowę skręcając  ją  jeszcze  mocniej w  tę  samą stronę. 

Chwycił mnie silnymi rękami, które za moment opadły bezwładnie, bo tongowski skręt 

background image

szyi powoduje natychmiastową utratę przytomności, gdy obróci się głowę o czterdzieści 

sześć stopni. Położyłem  go na ziemi i ruchem dłoni powstrzymałem Hetmana, który 

zaczął iść w kierunku ulicy.

- Nie tędy.

Drzwi budynku w głębi zaułka były zamknięte i opatrzone napisem: WEJŚCIE 

DLA PERSONELU. Otworzyłem je wytrychem. Gestem przywołałem mojego tęgiego 

towarzysza,   zerwałem   czapkę   i   rzuciłem   ją   obok   policjanta.   Zamknąłem   drzwi   od 

środka i rzuciłem na ziemię marynarkę munduru. To samo zrobiłem z krawatem, gdy 

szliśmy w stronę hali domu towarowego. Zostawiłem tylko spodnie i koszulę. Włożyłem 

wąsy   do   kieszeni   i   dołączyliśmy   do   kupujących.   Od   czasu   do   czasu   zerkaliśmy   na 

wystawy, ale nie zatrzymywaliśmy się, by nie tracić czasu. Mój towarzysz przyciągnął 

kilka rozbawionych spojrzeń. Był to jednak bardzo elegancki dom towarowy i nikt nie 

był   tak   niegrzeczny,   by   dłużej   się   przypatrywać.   Wyszedłem   na   chodnik   pierwszy, 

przytrzymując   drzwi,   i   ruszyłem   przodem,   aż   wtopiliśmy   się   w   tłum.   W   miarę   jak 

oddalaliśmy się, cichł za nami dźwięk syren policyjnych. Pozwoliłem sobie na skromny 

uśmiech. Obejrzałem się i zobaczyłem podobny uśmiech na twarzy mojej towarzyszki. 

Miała   nawet   czelność   puścić   do   mnie   oczko.   Odwróciłem   się   szybko.   Przecież   nie 

mogłem pozwolić jej na aż taką poufałość! Skręciliśmy za róg, gdzie czekała na nas 

ciężarówka z piekarni.

- Stój tutaj i patrz w lusterko - powiedziałem otwierając tylne drzwi. Zacząłem 

krzątać się wewnątrz. Za moment do środka wtoczyła się ogromna postać.

- Nikt nas nie obserwuje... - wysapał.

- Doskonale.

Wysiadłem,   zabezpieczyłem   tylne   drzwi,   przeszedłem   na   stronę   kierowcy   i 

włączyłem   silnik.   Furgonetka   ruszyła   naprzód.   Na   rogu   przystanąłem   i   poczekałem 

chwilę, by włączyć się do ruchu.

Rozważałem,   czy   nie   zawrócić   i   nie   przejechać   obok   sądu,   ale   byłaby   to 

niebezpieczna   fanfaronada.   Lepiej   się   zmyć.   Skręciłem   za   miasto.   Znałem   wszystkie 

boczne drogi, więc zanim zarządzą blokadę, będziemy już daleko.

Jeszcze  nie  byliśmy  bezpieczni,  ale  i  tak  byłem  z  siebie  zadowolony. Bo  niby 

czemu nie? Udało mi się! Zorganizowałem ucieczkę stulecia. Nic nie mogło nas teraz 

zatrzymać!

background image

12

Powoli   i   nie   zatrzymując   się   jechałem   aż   do   południa.   Unikałem   autostrad, 

korzystając   wyłącznie   z   podrzędnych   dróg.   Z   konieczności   nie   mogłem   utrzymać 

jednego kierunku, lecz jechałem mniej więcej na południe. W myśli podnosiłem swoje 

pozytywne emocje do kwadratu. Znacie to? Powinniście, bo jest to proste twierdzenie 

geometryczne,   które   wszyscy   dobrze   pamiętają.   Pole   koła   jest   równe   iloczynowi 

promienia do kwadratu  i  liczby  π. Tak  więc każdy  obrót kół furgonetki powiększał 

powierzchnię, która musiała zostać sprawdzona przy poszukiwaniach zbiegłego więźnia. 

Cztery godziny jazdy dały nam dużą przewagę nad policją. Uwzględniłem także fakt, że 

Hetman siedział przez cały czas zamknięty z tyłu samochodu i nic nie wiedział o moich 

planach na przyszłość. Nadszedł więc czas na wyjaśnienia i posiłek. Zacząłem odczuwać 

głód, a  mój towarzysz,   biorąc  pod  uwagę jego  rozmiary,  z pewnością czuł   to samo. 

Dlatego   też   skręciłem   do   najbliższego   zautomatyzowanego   centrum   handlowego   i 

zaparkowałem na końcu podjazdu, tak że tył samochodu prawie dotykał ściany. Hetman 

spojrzał na mnie z wdzięcznością, gdy otworzyłem tylne drzwi, wpuszczając do środka 

światło i świeże powietrze.

- Czas na lunch - powiedziałem. - Chciałbyś... Urwałem, gdy gestem nakazał mi 

milczenie.

- Pozwól, Jim, że najpierw coś ci powiem. Dziękuję. Z głębi serca dziękuję ci za 

to, co zrobiłeś. Zawdzięczam ci życie. Dziękuję.

Stałem   ze   spuszczonym   wzrokiem.   Przysięgam,   że   zarumieniłem   się   jak 

dziewczyna.   Zmieszany   grzebałem   w   ziemi   czubkiem   buta,   wreszcie   chrząknąłem   i 

odzyskałem głos.

- Zrobiłem to, co należało. Ale czy możemy porozmawiać o tym później?

Wyczuł moje zakłopotanie i skinął głową. Wskazałem gestem skrzynię, na której 

siedział.

- Tam są ubrania. Przebierz się, a ja przyniosę coś do jedzenia. Nie masz nic 

przeciwko ochłapom od Mac-Swineyów?

-   Ja?   Po   tych   odpadkach,   którymi   karmiono   mnie   w   więzieniu,   jeden   z 

pieczonych hamurgerów ze świniozwierza będzie rajską ucztą. I duża porcja smażonych 

w cukrze spamyamów, jeżeli można.

- Już się robi.

Z uczuciem ulgi zamknąłem drzwi furgonetki i podreptałem pod platynowymi 

łukami.   Zamiłowanie   Hetmana   do   szybkich   potraw   napełniało   mnie   otuchą,   której 

background image

przyczyny on jeszcze nie znał. Przepchnąłem się do lady przy wtórze dobiegającego ze 

wszystkich   stron   chrupania   i   ciumkania.   Jednym   tchem   wyliczyłem   zamówienie 

robotowi o  plastikowej  twarzy. Wepchnąłem  banknoty  do dystrybutora  i  chwyciłem 

torbę z jedzeniem i piciem, która wysunęła się przez klapę. Siedząc na skrzyniach w 

furgonetce, jedliśmy z zapałem. Uchyliłem drzwi, dzięki czemu mieliśmy dość światła. 

Podczas mojej nieobecności Hetman zdjął suknię i włożył męskie ubranie, największy 

rozmiar,   jaki   udało   mi   się   znaleźć.   Pożarł   jednym   kęsem   pół   kanapki,   zagryzł 

kawałkiem spamyama i uśmiechnął się do mnie.

-   Twój   plan   ucieczki   był   genialny,   chłopcze.   Gdy   tylko   znalazłem   się   w   sali 

sądowej, zauważyłem, że podłoga wygląda inaczej i długo się zastanawiałem, co to może 

znaczyć. Miałem nadzieję, że było to właśnie to, o czym myślałem i szczerze mówiąc, 

kiedy, że tak powiem, ziemia rozstąpiła mi się pod stopami, poczułem największą radość 

z   tych,   które   kiedykolwiek   doznałem.   Wspomnienie   znikającej   w   górze   odrażającej 

twarzy sędziego zawsze będzie mi drogie.

Uśmiechając się szeroko, skończył kanapkę, otarł usta i znów przemówił:

- Nie chciałbym znów wprawiać cię w zakłopotanie moimi pochlebstwami, więc 

zapytam po prostu, w jaki sposób zamierzasz ochronić mnie przed karzącym ramieniem 

sprawiedliwości.   Znam   cię   na   tyle,   by   mieć   pewność,   że   masz   już   opracowany 

szczegółowy plan.

Uznanie   samego   Hetmana   sprawiło   mi   ogromną   przyjemność,   więc 

rozkoszowałem się nim, zanim uporałem się ze świńską chrząstką, która utkwiła mi w 

zębie.

-  Rzeczywiście   mam,  dziękuję.  Ciężarówka  z   piekarni  będzie   dla  nas  świetną 

kryjówką, bo identyczne  pojazdy codziennie  przemierzają  autostrady i boczne  drogi 

całego

kraju.

Nagle zdałem sobie sprawę, że mówię jak sam Hetman.

- Nie opuścimy jej i przez cały czas będziemy się powoli zbliżać do celu.

- I oczywiście przypadkowe patrole policyjne nie będą się nam naprzykrzać, bo 

numery rejestracyjne są różne od tych, którymi był opatrzony ten pojazd, zanim stał się 

twoją własnością.

- Oczywiście. Kradzież zostanie zgłoszona miejscowej policji. Ale poszukiwania 

nie   rozciągną   się   daleko,   bo   ta   furgonetka   zostanie   jutro   znaleziona   blisko   bazy   w 

Billville.   Nowe   numery   są   namalowane   farbą   rozpuszczalną,   którą   zmyję 

background image

rozpuszczalnikiem, a także  cofnę drogomierz,  który wykaże, że  złodzieje  wybrali się 

tylko na krótką przejażdżkę. Jeżeli podobna furgonetka zostanie dostrzeżona i spisana 

gdzie indziej, nikt nie skojarzy ze sobą tych dwóch pojazdów. Ten ślad, podobnie jak 

wszystkie inne, nie doprowadzi ich donikąd.

Przełknął tę informację razem z ostatnim spamyamem i w zamyśleniu oblizał 

palce.

- To  kapitalne. Sam nie wymyśliłbym nic lepszego. A że dalsza podróż byłaby 

niebezpieczna, bo poszukiwania policyjne obejmą wkrótce cały kraj, domyślam się, że 

Billville jest celem naszej podróży.

- Tak. Tam jest moja siedziba. A także  bezpieczna  kryjówka dla ciebie.  Gdy 

pytałem   o   twoje   upodobania   kulinarne,   ją   właśnie   miałem   na   myśli.   Będziesz   się 

ukrywał w zautomatyzowanym barze MacSwineyów, dopóki nie skończy się nagonka.

Uniósł wysoko brwi i z powątpiewaniem popatrzył na rozrzucone opakowania po 

naszym posiłku, lecz był tak miły, że nie wyraził głośno swoich wątpliwości. Pośpiesznie 

go uspokoiłem.

- Sam się tam ukrywałem, więc nie martw się. Są pewne niewygody...

- Ale żadna z nich nie może się równać z więzieniem federalnym! Przepraszam za 

niestosowne wątpliwości. Nie chciałem cię urazić.

- I nie uraziłeś mnie. Kryjówkę tę odkryłem przypadkiem, pewnego wieczoru, 

gdy policja deptała mi po piętach. Sforsowałem zamek w drzwiach służbowych lokalu 

MacSwineyów, tego samego, który ty teraz odwiedzisz. I moi prześladowcy zgubili ślad. 

Czekając, aż odejdą, sprawdziłem teren. To ciekawe. Wokół mnie na pełnych obrotach 

działało   rozwiązanie   problemu   zakładów   szybkiego   żywienia,   a   mianowicie:   kosztu 

zatrudnienia   nawet   najgorzej   płatnych   i   niewykwalifikowanych   pracowników.  Istoty 

ludzkie są inteligentne i chciwe. Doskonalą się i żądają więcej pieniędzy za swoją pracę. 

Odpowiedzią na to jest całkowite zrezygnowanie z ich usług.

- Godne podziwu rozwiązanie. Jeśli już nie chcesz chrupek, chętnie skubnę jedną 

czy dwie, słuchając twoich fascynujących wywodów.

Podałem mu zatłuszczoną torebkę i ciągnąłem dalej:

-   Wszystko   jest   zmechanizowane.   Gdy   klient   wypowiada   zamówienie,   żądana 

porcja   jedzenia   jest   dostarczana   z   chłodni   i   w   parownikach   podgrzewana   do 

odpowiedniej   temperatury.   Są   to   piece   tak   wielkiej   mocy,   że   cały   zamrożony 

świniozwierz   może   być   rozłożony   na   parę   i   dwutlenek   węgla   w   ciągu   dwunastu 

mikrosekund.

background image

- To ciekawe.

- Napoje są sporządzane w równie oszałamiającym tempie. Gdy klient skończy 

mówić, cały posiłek czeka już na niego. Oczywiście za stalową klapą, dopóki nie zapłaci. 

Urządzenia są w pełni zautomatyzowane i niezawodne. Rzadko dotyka ich ludzka ręka. 

Zapasy   są   uzupełniane   co   tydzień,   ale   nie   wszystkie   jednego   dnia,   więc   pojazdy 

dostawcze nie przeszkadzają sobie nawzajem.

-   Jasne   jak   słońce!   -   wykrzyknął   Hetman.   -   Tak   więc   będę   mieszkać,   że   tak 

powiem, w mechanicznej komnacie. Gdy wyczerpią się zapasy w chłodni, zostanie ona 

ponownie   napełniona.   Dostęp   do   niej   jest   z   zewnątrz   budynku,   a   do   pokoju 

mieszkalnego nikt nie wejdzie. Z kolei w przypadku kontroli dystrybutorów, lokator 

odpoczywa sobie wygodnie w chłodni do czasu, gdy technicy odejdą. Przypuszczam, że 

łatwo jest znaleźć drzwi. Ach, tak! Chłodnia! To wyjaśnia, dlaczego znalazłem wśród 

moich ubrań duży, ciepły kombinezon. A gdyby nastąpiła awaria...

- Odzywa się sygnał w centrali remontowej i natychmiast wysyła się montera. 

Założyłem także alarm w pokoju, więc będzie mnóstwo czasu, by się wymknąć. Zabez-

pieczyłem cię też przed niespodziewaną wizytą obsługi technicznej. Po włożeniu klucza 

do zewnętrznego zamka rozlega się alarm, a zamek zacina się na dokładnie sześćdziesiąt 

sekund. Są jakieś pytania?

Roześmiał się i poklepał mnie po ramieniu.

- Pytania? Pomyślałeś o wszystkim. A co z lekturą i że tak powiem, urządzeniami 

sanitarnymi?

- Przenośna oglądarka i biblioteczka są w twoim składanym łóżku. Wszystkie 

potrzebne urządzenia są już zamontowane na użytek obsługi.

- O nic więcej nie proszę.

- Ale ja proszę... - spuściłem wzrok, potem spojrzałem na niego i zmusiłem się do 

mówienia. - Powiedziałeś mi kiedyś, że nie szukasz uczniów. Ośmielam się zapytać, czy 

przy tym obstajesz? Czy też mógłbyś rozważyć, dla zabicia czasu, możliwość udzielenia 

mi kilku lekcji fachu przestępczego? Tak tylko, żeby zabić nudę.

Tym razem on spuścił wzrok. Westchnął i powiedział:

- Miałem powody, by odrzucić twoją prośbę. Przynajmniej wtedy wydawało mi 

się, że je mam. Ale zmieniłem zdanie. Z wdzięczności za uratowanie mnie zapiszę cię do 

mojej   Szkoły   Alternatywnych   Stylów   Życia   na   jeden   lub   więcej   semestrów.   Ale   nie 

wierzę, że tylko dlatego mnie uwolniłeś. To do ciebie niepodobne, chyba że pomyliłem 

się, oceniając twój charakter. Nie wierzę, że ocaliłeś mnie tylko po to, by pozyskać moją 

background image

wdzięczność. Wiec niniejszym oznajmiam z całą szczerością, że niecierpliwie czekam, by 

przekazać ci tych kilka rzeczy, których przez te wszystkie lata się nauczyłem. Cieszę się 

też z góry na naszą dozgonną przyjaźń.

Przepełniała  mnie radość. Jednocześnie  wstaliśmy i podaliśmy sobie ręce. Nie 

przeszkadzał mi nawet jego stalowy uścisk. Ja pierwszy opamiętałem się i spojrzałem na 

zegarek.

-   Już   za   długo   tu   jesteśmy,   przecież   nie   możemy   zwracać   na   siebie   uwagi. 

Ruszajmy. Zatrzymamy się dopiero, gdy dotrzemy do celu. Kiedy dojedziemy, szybko 

wysiądziesz, natychmiast wejdziesz przez drzwi służbowe i zamkniesz je za sobą. Wrócę, 

gdy tylko odstawię samochód, więc to ja będę następną osobą, która otworzy drzwi.

- Według rozkazu, Jim. Ty wydajesz polecenia, a ja je wykonuję.

Podróż   była   monotonna   i   nic   nie   mogliśmy   na   to   poradzić.   Ale   ja   się   nie 

nudziłem, bo pochłonęły mnie myśli o przyszłości. Mijałem ulicę za ulicą. Zatrzymałem 

się tylko raz, by doładować akumulator w automatycznej stacji obsługi. I znów naprzód, 

skazani na włóczęgę po bocznych drogach Rajskiego Zakątka. Słońce chyliło się ku za-

chodowi.   W   końcu   skręciłem   na   pusty   o   tej   porze   podjazd   służbowy   do   Centrum 

Handlowego w Biłlville.

Nie   było   nikogo   w   zasięgu   wzroku.   Hetman   przemknął   obok   mnie   i   drzwi 

zatrzasnęły się. Wszystko ciągle szło dobrze i chciałem szybko skończyć tę akcję, ale 

wiedziałem, że nie mogę zbytnio się śpieszyć. Nikt nie widział, jak wniosłem do budynku 

skrzynie i sprzęt i wrzuciłem to wszystko do mojego biura. Było to ryzykowne, ale nie 

miałem   innego   wyjścia.   Mało   prawdopodobne,   by   ktoś   dostrzegł   i   zapamiętał 

furgonetkę.   Zanim   odjechałem,   spryskałem   wnętrze   wozu   antyśladem, 

rozpuszczalnikiem, który usuwa odciski palców i którego używają wszyscy przestępcy. 

Nawet złodzieje piekarnianych furgonetek.

I to wszystko. Nic więcej nie mogłem zrobić. Zaparkowałem samochód na końcu 

spokojnej podmiejskiej  uliczki   i piechotą  wróciłem   do miasta.  Noc  była  ciepła,  wiec 

spacer sprawił mi przyjemność. Mijając staw  w Parku Billvillskim  usłyszałem  senne 

nawoływanie   wodnego   ptaka.   Usiadłem   na   ławce   i   zapatrzyłem   się   na   spokojną 

powierzchnię stawu. Rozmyślałem o przyszłości i moim przeznaczeniu.

Czy   naprawdę   udało   mi   się   zerwać   z   dawnym   życiem?   I   czy   powiedzie   się 

wymarzona kariera przestępcy? Hetman obiecał mi pomóc, a był jedynym człowiekiem 

na tej planecie, który mógł to zrobić.

Pogwizdując,  ruszyłem   do  Centrum  Handlowego,  pełen  nadziei   na  wspaniałą, 

background image

podniecającą   przyszłość.   Byłem   tak   pogrążony   w   myślach,   że   nie   dostrzegłem 

samochodu, który mnie minął, i prawie nie zwróciłem uwagi, że za mną zatrzymał się 

drugi.

- Chwileczkę, chłopcze.

Bezmyślnie odwróciłem się. Byłem tak roztargniony, że nie zauważyłem na czas, 

iż stoję pod latarnią. W samochodzie siedział policjant i gapił się na mnie. Nigdy się nie 

dowiem,   dlaczego   stanął   i   o   czym   chciał   ze   mną   mówić,   bo   nagle   w   jego   oczach 

dostrzegłem charakterystyczny błysk. Rozpoznał mnie!

Byłem zajęty Hetmanem i całkiem zapomniałem, że sam jestem poszukiwanym 

zbiegłym przestępcą i że wszyscy policjanci mają moje zdjęcie i rysopis. Oto szedłem 

sobie po ulicy, bez żadnego przebrania, nie podjąwszy żadnych środków ostrożności. 

Wszystkie  te  myśli  przeleciały  przez   moją głowę  i  natychmiast  z  niej wyleciały. Nie 

miałem nawet czasu, żeby się w duchu zbesztać.

- Ty jesteś Jimmy diGriz!

Wydawał mi się równie zdziwiony jak ja. Ale nie dość zdziwiony, by opóźniło to 

jego   refleks.   Ja   dopiero   zacząłem   zbierać   się   do   ucieczki,   gdy   on   zadziałał.   Musiał 

codziennie ćwiczyć ten ruch przed lustrem, bo był szybki. Za szybki.

Gdy odwracałem się, by zacząć biec, w otwartym oknie ukazała się lufa jego 

bezodrzutowego 0,75.

- Mam cię! - powiedział. Na jego twarzy pojawił się podły, szeroki uśmiech złego 

stróża prawa.

background image

13

To pomyłka! - wydusiłem z siebie, jednocześnie jednak uniosłem ręce do góry. - 

Czy chcesz strzelać do bezbronnego dziecka tylko na podstawie podejrzeń?

Pistolet   nawet   nie   drgnął,   za   to   ja   tak.   Przesunąłem   się   bokiem   w   kierunku 

przodu pojazdu.

- Przestań i zaraz tu wracaj! - krzyknął, ale ja dalej się skradałem. Wątpiłem, czy 

też miałem nadzieję, że nie będzie do mnie strzelał z zimną krwią. Chciałem, żeby zaczął 

mnie gonić, bo żeby to zrobić, musiałby wyciągnąć pistolet z okna. Nie mógł przecież 

jednocześnie mierzyć we mnie i otwierać drzwi.

Pistolet   zniknął.   Ja   również.   W   momencie   gdy   go   opuścił,   odwróciłem   się   i 

zacząłem   biec,   opuszczając   głowę   i   przebierając   nogami   tak   szybko,   jak   tylko 

potrafiłem. Krzyknął za mną i strzelił. Pistolet wypalił jak armata, a kula otarła się o 

moje ucho i uderzyła w drzewo. Zatoczyłem się i stanąłem.

Ten gliniarz był szalony.

- Teraz  już lepiej! - krzyknął, opierając pistolet o drzwi i celując we mnie. - 

Celowo spudłowałem. Tylko raz. Następnym razem cię trafię. Dostałem złoty medal za 

strzelanie z tego gnata. A więc nie każ mi, żebym ci udowadniał, jaki jestem dobry.

- Jesteś nienormalny, wiesz? - powiedziałem, aż za dobrze zdając sobie sprawę z 

drżenia własnego głosu. - Nie możesz przecież zabijać ludzi na podstawie podejrzeń?

- Oczywiście, że mogę - odpowiedział, podchodząc do mnie z pistoletem nadal 

idealnie   we   mnie   wcelowanym.   -   To   nie   podejrzenie,   tylko   identyfikacja.   Po   prostu 

wiem,   kim   jesteś.   Poszukiwanym   przestępcą.   Wiesz,   co   powiem?   Powiem,   że   ten 

przestępca wyrwał mi pistolet, a on wypalił i go zastrzelił. Jak to brzmi? Chcesz mi 

wyrwać pistolet?

Facet był kompletnie zbzikowany i w dodatku był policjantem. Widziałem, że on 

naprawdę chciał, żebym tego spróbował i żeby on mógł mnie wtedy kropnąć. Nigdy się 

nie dowiem, jakim cudem przeszedł te wszystkie testy, które miały rzekomo trzymać 

takich świrów z dala od służb ochrony porządku publicznego. Ale z pewnością jemu się 

to udało. Miał prawo nosić broń i szukał okazji, żeby zrobić z niej użytek. Nie miałem 

zamiaru   dać   mu   tej   sposobności.   Powoli   wyciągnąłem   ręce   ze   złączonymi   pięściami 

przed siebie.

-   Nie   stawiam   oporu,   panie   władzo,   widzisz   pan!   Popełnia   pan   błąd,   ale   ja 

potulnie pana słucham. Proszę mi założyć kajdanki i zabrać mnie.

Był wyraźnie rozczarowany i spojrzał na mnie. Ale ja nawet się nie poruszyłem, 

background image

więc w końcu rzucił mi gniewne spojrzenie, wyciągnął kajdanki zza pasa i rzucił mi je. 

Pistolet nawet nie drgnął.

- Zakładaj!

Zamknąłem   obręcze   na   przegubach   bardzo   luźno,   tak   że   mogłem   wyślizgnąć 

dłonie. Robiąc to patrzyłem w dół i nie zauważyłem, żeby się poruszył, aż do momentu 

kiedy złapał mnie za oba przeguby i zacisnął kajdanki tak mocno, że wpiły mi się w 

nadgarstki. Wciskając metal w moją skórę, uśmiechnął się z sadystyczną radością.

- Mam cię, diGriz. Jesteś aresztowany.

Spojrzałem   na   niego;   był   o   głowę   wyższy   ode   mnie   i   ze   dwa   razy   cięższy. 

Wybuchnąłem śmiechem. Włożył pistolet z powrotem do kabury i rzucił się na mnie. 

Tak, to właśnie zrobił. Wielki facet rzucił się na małego dzieciaka. Nie mógł zrozumieć, z 

czego  się  śmieję  i  nie miałem  zamiaru   pomagać mu  zgadnąć.  Zrobiłem   najprostszą, 

najlepszą   i   najszybszą   rzecz,   jaką   mogłem   w   tych   okolicznościach   zrobić.   I 

najpaskudniejszą.

Walnąłem go kolanem z całej siły w jaja, a on puścił moje ręce i zgiął się wpół. 

Biedaczek   pewnie   bardzo   cierpiał,   więc   zrobiłem   mu   przysługę.   Kiedy   się   pochylił, 

walnąłem złączonymi pięściami w szyję. Zanim runął na chodnik, był już nieprzytomny. 

Uklęknąłem i zacząłem szukać mu po kieszeniach kluczyków do kajdanków.

- Co tam się dzieje?! - zawołał jakiś głos i drzwi najbliższego domu uchyliły się, 

wpuszczając smugę światła. Ten strzał zaalarmował całą ulicę. Potem pomyślę o kaj-

dankach. Teraz musiałem stąd zwiewać.

- Postrzelili kogoś! - krzyknąłem. - Biegnę po pomoc!

Ostatnie   słowa  wykrzyczałem   już   za   siebie,   pędząc   w   dół   ulicy   i   znikając   za 

rogiem.   W   drzwiach   pojawiła   się   jakaś   kobieta   i   coś   do   mnie   krzyknęła,   ale   nie 

zatrzymałem się, żeby jej słuchać. Musiałem uciec stąd, zanim zarządzą alarm i zaczną 

poszukiwania. Wszystko się skomplikowało.

Bolały   mnie   przeguby   rąk.   Spojrzałem   na   nie   mijając   najbliższą   latarnię   i 

zobaczyłem, że dłonie mam zupełnie białe. W dodatku zaczynały drętwieć. Kajdanki 

były tak ciasne, że tamowały krążenie krwi. Słabe poczucie winy, że załatwiłem faceta, 

zniknęło w mgnieniu oka. Musiałem zdjąć to świństwo z rąk i to szybko. Mogłem się z 

tym uporać tylko w moim biurze.

Doszedłem tam omijając główne ulice i trzymając się z dala od ludzi. Ale kiedy 

dotarłem do tylnych drzwi budynku, palce miałem już zdrętwiałe i sztywne. Zupełnie 

straciłem w nich czucie.

background image

Wyjęcie kluczy z kieszeni zajęło mi zbyt dużo czasu, a gdy w końcu mi się to 

udało,   natychmiast   je   upuściłem.   Potem   nie   byłem   w   stanie   ich   podnieść.   Mogłem 

jedynie powłóczyć nieczułymi dłońmi po kluczach.

Są ciężkie chwile w życiu, ale ta była najcięższa z tych, których kiedykolwiek 

doświadczyłem. Po prostu nie byłem w stanie zrobić tego, co musiałem zrobić. Byłem 

skończony, zbity i przegrany. Nie mogłem się dostać do budynku. Nie mogłem sam sobie 

pomóc. Nie trzeba mieć dyplomu lekarza medycyny, by się domyślić, że jeśli wkrótce nie 

zdejmę kajdanków, to przez resztę życia będę się posługiwać plastikowymi dłońmi. Tak 

to będzie.

- Tak nie będzie! - usłyszałem swój wściekły szept. - Wykop te drzwi, zrób coś, 

otwórz je palcami u nóg.

Nie, nie nogami! Niezdarnie, zmartwiałymi palcami grzebałem w kluczach, aż 

oddzieliłem   właściwy.  Wtedy   pochyliłem   się   nad   nim   i   dotknąłem   go   językiem,   wy-

czuwając jego położenie i nie zwracając uwagi na brud i kurz.

Jeśli kiedykolwiek kusiłoby cię, żeby otworzyć zamek mając klucz w zębach, a 

kajdanki na rękach, mam bardzo zwięzłą radę: nie rób tego. Trzeba wykrzywiać głowę 

na   wszystkie   strony,   żeby   wsadzić   klucz   do   dziurki.   Potem   przekręcać   ją,   żeby 

przekręcić klucz, a potem walnąć głową w drzwi, żeby się otworzyły...

W końcu mi się udało i wpadłem do środka, waląc twarzą w podłogę, z pełną 

świadomością, że muszę jeszcze powtórzyć to wszystko na górze. Fakt, że mi się to udało 

i w końcu wleciałem na pysk do biura, świadczy raczej o mojej odporności i zaciętości 

niż inteligenci. Byłem zbyt spanikowany, żeby myśleć. Mogłem tylko reagować. Łokciem 

zatrzasnąłem drzwi i potykając się dotarłem do mojego warsztatu. Zwaliłem pudło z 

narzędziami na podłogę i kopałem jego zawartość, aż znalazłem wibropiłę. Uniosłem ją 

zębami, po czym udało mi się umieścić ją w otwartej szufladzie biurka i utrzymać w 

miejscu, gdy łokciem zatrzasnąłem szufladę. Zatrzasnąłem ją jednocześnie na własnej 

wardze, co spowodowało niezły potok krwi. Nie zwróciłem na to uwagi. Przeguby rąk mi 

płonęły, ale same dłonie już nic nie czuły. Były białe i wyglądały jak martwe. Straciłem 

za   dużo   czasu.   Łokciem   przekręciłem   piłę,   potem   podsunąłem   kajdanki   pod   ostrze, 

rozsuwając ręce, żeby napiąć łańcuch. Ostrze zabzyczało przeraźliwie i łańcuch już był 

odcięty, a ręce rozchyliły się szeroko.

Teraz nadszedł czas na bardziej ekscytujące zajęcie, czyli rozcięcie kajdanków z 

jednoczesnym zachowaniem własnego ciała w całości. Za dużo naraz chciałem. Zanim 

skończyłem, biurko, ściana i podłoga ociekały krwią. Ale zdjąłem kajdanki i moje dłonie 

background image

zaróżowiły się, gdy wróciło krążenie.

Po tym wszystkim jedyne, na co miałem ochotę, to paść na krzesło i patrzeć na 

kapiącą krew. Siedziałem tak chyba z minutę, aż zaczęło ustępować odrętwienie i zaczął 

się ból. Z wysiłkiem wstałem i dowlokłem się do szafki z lekarstwami. Złapałem ją i całą 

zakrwawiłem, wytrząsając z niej pigułki przeciwbólowe, z których dwie udało mi się 

połknąć.

Skoro już tu byłem, wyciągnąłem także środki odkażające i bandaże i oczyściłem 

rany.   Były   paskudnie   poszarpane,   ale   nie   głębokie,   a   wiec   nie   niebezpieczne. 

Obandażowałem   je,   spojrzałem   w   lustro   i   aż   się   wzdrygnąłem.   Należało   coś   zrobić 

również z dolną wargą...

Na ulicy zawyła syrena policyjna i zdałem sobie sprawę, że najwyższy czas, żeby 

coś wreszcie wymyślić i zaplanować.

Byłem w kłopocie. Billville nie jest duże i do tej pory wszystkie drogi wylotowe z 

miasta są już na pewno zablokowane. Sam bym to zrobił, gdybym szukał zbiega. Na to 

wpadnie   nawet   najbardziej   tępy   policjant.   Na   wszystkich   drogach   blokady,   nad 

otwartymi przestrzeniami grawiloty, zaopatrzone  w noktowizory, policjanci na przy-

stankach   kolejki.   Wszystkie   dziury   zatkane.   Złapany   w   pułapkę,   jak   szczur.   Cóż 

jeszcze? Ulice także będą patrolowane. Jak się zrobi późno, na zewnątrz będzie jeszcze 

mniej ludzi i dużo bardziej niebezpiecznie będzie kręcić się po ulicach.

A rano, co potem? Wiedziałem co potem. Przeszukają każdy pokój, w każdym 

budynku, i w końcu mnie znajdą. Na tę myśl poczułem kropelki potu na czole. Czyżbym 

był w pułapce?

- Nie poddam się! - wykrzyknąłem na głos, zerwałem się i zacząłem chodzić w tę i 

z powrotem. - Jimmy diGriz, jesteś zbyt sprytny, żeby dać się złapać jakimś gruboskór-

nym   stróżom   miejscowego   prawa.   Patrz,   jak   wymknąłeś   się   temu   krwiożerczemu 

gliniarzowi. Sprytny Jim diGriz, taki właśnie jesteś. I znowu im się wymkniesz. Tylko 

jak?

No   właśnie,   jak?   Z   trzaskiem   otworzyłem   piwo,   pociągnąłem   dużego   łyka   i 

opadłem na krzesło. Spojrzałem na zegarek. Robiło się już zbyt późno, żeby ryzykować 

wychodzenie na ulicę. Restauracje już pustoszeją, śmierdzące kina wydalają widzów, a 

ulicami rozchodzą się do domów parki. Samotny osobnik natychmiast zwróciłby uwagę 

glin.

A   więc   musiałem   poczekać   do   rana.   Musiałem   spróbować   swego   szczęścia   w 

świetle dnia... albo w deszczu! Szybko włączyłem prognozę pogody i z powrotem opad-

background image

łem   na   krzesło.   Przewidywali   dziewięćdziesięciodziewięcioprocentowe 

prawdopodobieństwo  słonecznej   pogody.   Pół   biedy.  Przynajmniej   deszcz   nie   zapędzi 

ludzi do domów.

W pokoju panował straszny bałagan - wyglądał jak rzeźnia po wybuchu bomby. 

Musiałem to posprzątać...

- Nie, Jim, wcale nie musisz tu sprzątać  - powiedziałem na głos. - Bo policja 

wcześniej czy później tu trafi, raczej wcześniej niż później. Wszędzie są twoje odciski 

palców i znajdą twoją grupę krwi. Będą mieli niezłą zabawę próbując zgadnąć, co ci się 

stało.

Przynajmniej dam im do myślenia. A może także przysporzę kłopotu jednemu 

sadystycznemu gliniarzowi. Obróciłem krzesło do komputera i napisałem wiadomość. 

Drukarka zagwizdała i z otworu wysunęła się kartka papieru. Wspaniale!

DO     POLICJI:     ZOSTAŁEM     ŚMIERTELNIE     POSTRZELONY PRZEZ 

WASZEGO   KRWIOŻERCZEGO   OFICERA,   KTÓREGO   ZNALEŹLIŚCIE   NIE-

PRZYTOMNEGO.   DOSTAŁ   MNIE.   KRWAWIĘ I WKRÓTCE UMRĘ. ŻEGNAJ, 

OKRUTNY ŚWIECIE. IDĘ SIĘ RZUCIĆ DO RZEKI.

Szczerze wątpiłem, żeby dali się nabrać na ten fortel, ale przynajmniej mógł on 

przysporzyć kłopotu temu maniakowi i zająć resztę policjantów przeszukiwaniem rzeki. 

Na kartce z wiadomością rozmazałem trochę krwi, a potem położyłem ją na stole.

Ta   głupiutka   zagrywka   podniosła   mnie   na   duchu.   Usiadłem   i   kończąc   piwo 

zacząłem planować przyszłość. Czy zostawiam tu coś ważnego? Nie. Nie trzymałem tu 

żadnych   zapisków,   które   mogłyby   być   przydatne   w   przyszłości.   Znalazłem   klucz 

Ostateczności,   odblokowałem   nim   przycisk   niszczący   i   nacisnąłem   go.   Jeden   krótki 

trzask  był znakiem, że  cała pamięć mojego komputera właśnie zmieniła się w luźne 

elektrony. Wszystko inne, czyli narzędzia, sprzęt, maszyny, mogło być wymienione lub 

zastąpione nowymi, jeśli zajdzie taka potrzeba. Oczywiście nie zostawiałem pieniędzy.

To było męczące, ale nie mogłem pozwolić sobie na odpoczynek, dopóki wszystko 

nie   zostało   doprowadzone   do   końca.   Wciągnąłem   plastikowe   rękawiczki   na   za-

krwawione bandaże i zabrałem się do pracy. Pieniądze przechowywałem w sejfie, gdyż 

nie miałem zamiaru utrzymywać żadnego banku, otwierając konto w jednym z nich. 

Wrzuciłem pieniądze do eleganckiej aktówki. Zapełniła się do połowy, więc dołożyłem 

jeszcze kilka mikronarzędzi.

Teraz   przyszła   kolej   na   nowe   ubrania   i   charakteryzację.   Wyciągnąłem 

czteroczęściowy   czarny   garnitur   typowego   biznesmena,   uszyty   z   tkaniny   ozdobionej 

background image

dyskretnym   wzorem,   przedstawiającym   szeregi   maleńkich   banknotów   dolarowych. 

Pomarańczowa   koszula   -   typ   noszony   przez   wszystkich   młodych   biznesmenów   i 

najmodniejsze obecnie buty ze skóry świniozwierza na wysokich obcasach. Dodadzą mi 

trochę wzrostu, to pomoże. Kiedy będę już wychodził, będę miał do tego wąsy, a na nosie 

okulary w złotych oprawkach. Teraz zostało mi jeszcze przyciemnienie farbą włosów i 

poprawienie   wyblakłej   opalenizny.   Skończywszy   przygotowania,   otumaniony   piwem, 

zmęczeniem   i   środkami   przeciwbólowymi   otworzyłem   łóżko,   nastawiłem   budzik   i 

zapadłem w niebyt.

Nad   moją   głową   krążyły   ogromne   komary,   coraz   więcej   spragnionych   krwi 

komarów...

Otworzyłem oczy i mrugając, odpędziłem sen. Mój budzik, którego jeszcze nie 

wyłączyłem, zwiększył natężenie i brzęczał coraz głośniej, jakby cała eskadra komarów 

ruszyła do ataku. Nacisnąłem przycisk, mlasnąłem gumowymi ustami i potykając się 

poszedłem po szklankę wody. Na zewnątrz było już zupełnie widno i na ulicach pojawiły 

się właśnie pierwsze ranne ptaszki.

Wszystko   było   już   przygotowane,   więc   umyłem   się   i   ubrałem.   Szykowne 

pomarańczowe   rękawiczki,   pasujące   do   koszuli,   ukryły   moje   zabandażowane   ręce. 

Kiedy   na   ulicach   nastały   godziny   szczytu,   założyłem   na   ramię   torbę   i   starannie 

sprawdziłem, czy korytarz jest pusty. Wyszedłem i nie oglądając się zatrzasnąłem drzwi.

Tę część życia miałem już za sobą. Dzisiaj zaczynało się nowe życie.

Przynajmniej   taką   miałem   nadzieję.   Typowym   dla   biznesmena   krokiem   - 

przynajmniej tak mi się wydawało - podszedłem do schodów, zszedłem na dół do holu 

wejściowego i dalej, na ulicę.

I zaraz na progu zobaczyłem policjanta, który uważnie przyglądał się każdemu 

przechodniowi.

Nie   patrzyłem   na   niego   i   zwróciłem   wzrok   na   idącą   przede   mną   atrakcyjną 

dziewczynę z naprawdę zgrabnymi nogami. Patrzyłem, jak wdzięcznie nimi przebiera, 

mijając stojącego opodal stróża prawa. Zbliżałem się do niego, minąłem go i poszedłem 

dalej, mimowolnie oczekując okrzyku: „stój"!

Nie zabrzmiał. Może policjant też przypatrywał się dziewczynie? Jednego miałem 

z głowy, ale ilu jeszcze było przede mną?

To był najdłuższy spacer w moim życiu. Albo przynajmniej tak mi się wydawało. 

Nie za szybko, nie za wolno.

Starałem się być tylko cząstką tłumu, po prostu kolejnym niewolnikiem swych 

background image

zarobków   idącym   do   pracy   i   myślącym   jedynie   o   zysku,   stracie   i   obligacjach, 

czymkolwiek te obligacje by były. Jeszcze jedna ulica. Jak na razie bezpiecznie. Już jest 

róg. Uliczka  na tyłach centrum handlowego. To nie miejsce dla takiego  szykownego 

biznesmena jak ty! Więc sprawiaj wrażenie zdecydowanego i nie wlecz się. Za rogiem 

czeka bezpieczeństwo.

Bezpieczeństwo?   Zatoczyłem   się,   jakby   mnie   ktoś   uderzył.   Samochód   obsługi 

technicznej MacSwineyów stał przed drzwiami, przez które właśnie wchodził do środka 

zwalisty mechanik.

background image

14

Na wypadek gdyby ktoś mnie obserwował, spojrzałem na zegarek, lekceważąco 

strzeliłem palcami, po czym zawróciłem z uliczki dla pojazdów z zaopatrzeniem.

Sprężystym krokiem podszedłem do najbliższego podajnika. Żeby mi niczego nie 

brakowało do szczęścia, w pierwszej kabinie siedziało dwóch policjantów. I oczywiście 

patrzyli   na   mnie.   Przeszedłem   dalej,   z   oczami   wlepionymi  przed   siebie,   i   znalazłem 

najbardziej odległe od nich miejsce. Strasznie mnie swędziało między łopatkami, ale nie 

śmiałem się podrapać. Nie mogłem ich widzieć, ale wiedziałem, co robią. Patrzą na mnie, 

potem   coś   do   siebie   mówią   i   uznają,   że   nie   jestem   tym,   za   kogo   chcę   uchodzić. 

Przyglądają się dokładniej. Wstają, idą w moją stronę, zaglądają do mojej kabiny...

Kątem   oka   zobaczyłem   idące   ku   mnie   nogi   w   niebieskich   spodniach   i   serce 

natychmiast   zaczęło   mi   walić   tak   głośno,   że   z   pewnością   było   je   słychać   w   całej 

restauracji. Czekałem  na słowa oskarżenia.  Czekałem... pozwoliłem  oczom  unieść się 

ponad niebieskie spodnie...

I   zobaczyłem   umundurowanego   konduktora   kolejowego,   który   usiadł   po 

przeciwnej stronie stolika...

- Kawa - powiedział do mikrofonu, rozpostarł gazetę i zaczął czytać.

Serce   wróciło   do   prawie   normalnego   stanu   i   w   myślach   oskarżyłem   się   o 

przesadną podejrzliwość i tchórzostwo. A potem, najgłębszym basem, na jaki mogłem 

się zdobyć, powiedziałem do swojego mikrofonu:

- Czarna kawa i knedle korzenne.

- Proszę zdeponować sześć dolarów.

Wrzuciłem monety. W maszynie, przy moim prawym łokciu, zadudniło i na stół 

wysunęło się śniadanie. Powoli je zjadłem, spojrzałem na zegarek i wróciłem do kawy. 

Dobrze   pamiętałem   z   poprzednich   moich   przygód,   kiedy   to   ukrywałem   się   w   takiej 

chłodni, że mechanikowi Mac-Swineyów przegląd zajmował co najmniej pół godziny. 

Odczekałem czterdzieści minut i wyszedłem. Starałem się nie myśleć, co zastanę, kiedy 

dojdę   na   zaplecze   ciągu   barów   szybkiej   obsługi.   Zbyt   dobrze   pamiętałem   moje 

pożegnalne słowa, że będę następną osobą, która przejdzie przez te drzwi. Ha, ha. A 

następną osobą był mechanik. Czy złapał Hetmana? Aż się spociłem na tę myśl. Wkrótce 

się   przekonam.   Minąłem   kabinę,   w   której   siedzieli   policjanci.   Poszli   już,   miałem 

nadzieję, że szukać mnie w innej części miasta. Skierowałem się z powrotem w stronę 

centrum handlowego, gdzie powitał mnie widok wyjeżdżającej na drogę półciężarówki 

MacSwineyów.

background image

Zbliżając się do drzwi miałem już w ręku przygotowany klucz. Droga obok była 

pusta i nagle usłyszałem za sobą kroki! Policja? Do znudzenia powtarzając się, serce 

zaczęło   walić   jak   młot.   Podchodząc   do   drzwi   zwolniłem.   A   potem   się   zatrzymałem, 

przyklękając,   i   wsunąłem   klucz   z   palców   do   ręki,   jakbym   go   właśnie   podniósł. 

Przyglądałem mu się, gdy ktoś podszedł, a następnie mnie minął. Był to jakiś młody 

człowiek,   który   nie   zwrócił   na   mnie   najmniejszej   uwagi.   Poszedł   dalej   i   skręcił   do 

tylnego wejścia sklepu.

Spojrzałem przez ramie za siebie i skoczyłem do drzwi, zanim znowu miałoby się 

coś zdarzyć. Przekręciłem klucz i pchnąłem, a one... oczywiście wcale się nie otworzyły.

Mechanizm opóźniający, który sam zamontowałem, działał świetnie. Otworzy się 

za minutę. Sześćdziesiąt krótkich sekund.

Sześćdziesiąt   nieprawdopodobnie   wlokących   się   sekund.   Stałem   tam   w 

eleganckim   garniturku   biznesmena,   pasując   do   tego   miejsca   jak   wymię   do   knura 

świniozwierza, jak zwykli mawiać farmerzy. Stałem tam ociekając potem i czekając, aż 

pojawi się policja albo jacyś przechodnie. Czekałem i cierpiałem.

Aż wreszcie klucz się przekręcił, drzwi otworzyły się i wpadłem do środka.

Pusto! Na przeciwległej ścianie klekotała i warkotała automatyczna maszyneria. 

Saturator gulgotał, a pojemnik na porcję jedzenia przemknął z gwizdem i znikł. Za nim 

podążyła parująca masa mielonego. Tak to szło dzień i noc. Ale wśród tych ruchliwych 

maszyn nie było żadnej istoty ludzkiej. Złapali go, policja ma Hetmana. A teraz złapią 

mnie...

- Och, mój chłopcze, tak pomyślałem, że tym razem to już ty.

Z chłodni wyszedł Hetman, dwakroć potężniejszy w puchowym kombinezonie, z 

łóżkiem   na  plecach   i  torbą   wetkniętą  pod   pachę.   Zatrzasnął   za   sobą  drzwi,  a   mnie 

opuściły siły i z westchnieniem usiadłem waląc plecami o ścianę.

- Dobrze się czujesz? - zapytał z niepokojem w głosie. Słabo machnąłem ręką.

- Świetnie, świetnie, niech tylko złapię oddech. Bałem się, że cię złapali.

- Nie powinieneś był się martwić. Kiedy nie pojawiłeś się w rozsądnym czasie, 

wywnioskowałem, że coś ci wypadło. Więc podjąłem kroki ewakuacyjne na wypadek, 

gdyby pojawili się tu prawowici użytkownicy. No i się pojawili. Faktycznie, dosyć tam 

zimno. Nie byłem pewien, jak długo im tu zejdzie, ale byłem pewien, że zamontowałeś 

coś, co pozwoliłoby sprawdzić, kiedy wyjdą...

- Miałem zamiar ci o tym powiedzieć.

- Niepotrzebnie.   Znalazłem  ukryty  głośnik   i przycisk,  więc posłuchałem   sobie 

background image

kogoś, kto przy pracy mruczy sobie różne niecenzuralne słowa. Po pewnym czasie trzaś-

niecie drzwiami i cisza były miłą wiadomością. A teraz co z tobą? Miałeś jakieś kłopoty?

-   Kłopoty?   -   wybuchnąłem   śmiechem.   I   zaraz   przestałem   się   śmiać,   gdyż 

usłyszałem   w   swym   śmiechu   histeryczną   nutkę.   Opowiedziałem   mu   wszystko, 

opuszczając kilka bardziej makabrycznych szczegółów. Wydawał odpowiednie odgłosy 

w odpowiednich momentach i słuchał uważnie aż do gorzkiego końca.

- Jesteś dla siebie zbyt surowy, Jim. Jedno potkniecie po pełnym napięcia dniu 

każdemu może się zdarzyć.

- Nie miało prawa się zdarzyć! Przez moją głupotę omal nas obu nie złapali. To 

się nigdy nie powtórzy.

- I tu się mylisz - powiedział,  kiwając grubym palcem. - Może  się zdarzyć  w 

każdej   chwili,   aż   się   należycie   nie   wytrenujesz.   A   będziesz   trenowany   długo   i 

skutecznie...

- Oczywiście!

-   ...aż   tego   typu   potknięcie   nie   będzie   możliwe.   Spisałeś   się   niewiarygodnie 

dobrze, jak na swoje doświadczenie. Teraz możesz być tylko coraz lepszy.

- A ty mnie nauczysz jak, jak być takim farciarskim oszustem jak ty!

Na moje słowa zmarszczył brwi i przybrał groźną minę. Czy powiedziałem coś 

nie tak? Zmartwiony przygryzłem bolącą wargę, a on w ciszy rozstawił swoje łóżko i 

usiadł na nim ze skrzyżowanymi nogami. Kiedy w końcu przemówił, wsłuchiwałem się w 

każde jego słowo.

-   Teraz   będzie   pierwsza   lekcja,   Jim.   Nie   jestem   oszustem.   Ty   też   nie   jesteś 

oszustem.   Nie   chcemy   być   przestępcami,   bo   przestępcami   są   te   wszystkie   głupie   i 

nieskuteczne   osobniki.   Jest   ważne,   aby   zrozumieć   i   docenić,   że   jesteśmy   poza 

społeczeństwem i postępujemy według naszych własnych, surowych praw, niektórych 

nawet   surowszych   niż   prawa   odrzuconego   przez   nas   społeczeństwa.   To   może   być 

samotne życie, ale to życie musisz wybrać sam, z pełną świadomością. A gdy już raz 

wybierzesz, musisz przy tym wyborze pozostać. Musisz być bardziej moralny niż oni, bo 

będziesz żył według surowszego kodeksu moralnego. A ten kodeks nie zawiera w sobie 

słowa „oszust". To jest ich nazwa i musisz ją odrzucić.

- Ale ja chcę być przestępcą...

- Porzuć tę myśl i tę nazwę. To jest, wybacz mi, że to mówię, ambicja podrostka. 

To tylko twoje emocjonalne uniezależnienie się od świata, którego nie lubisz, i jako takie 

nie może być uważane za rozsądną decyzję. Odrzuciłeś ich, ale jednocześnie przyjąłeś 

background image

ich określenie na to, kim jesteś. Oszust. Nie jesteś oszustem i ja nie jestem oszustem.

-   A   więc,   kim   jesteśmy?  -   zapytałem,  cały   rozpalony.   Hetman   złączył   czubki 

palców obu rąk i odpowiedział:

-   Jesteśmy   obywatelami   z   Zewnątrz.   Odrzuciliśmy   uproszczone,   nudne, 

zorganizowane,   biurokratyczne,   moralne   i   etyczne   zasady,   według   których   żyją   oni. 

Zastąpiliśmy je własnymi, nieporównanie doskonalszymi. Możemy fizycznie poruszać się 

wśród nich, ale nie należymy do nich. W czym oni są leniwi, w tym my jesteśmy wydajni. 

Gdzie oni są niemoralni, my jesteśmy moralni. Gdzie oni są kłamcami, my jesteśmy 

Prawdą.   Jesteśmy   największą   siłą   działającą   dla   dobra   społeczeństwa,   które 

odrzuciliśmy.

Na to zdanie zamrugałem gwałtownie, ale poczekałem cierpliwie, bo wiedziałem, 

że zaraz to wyjaśni. Co też zrobił.

- W jakiej galaktyce żyjemy? Rozejrzyj się. Obywatele tej planety i każdej innej 

planety w tej idiotycznej organizacji, znanej jako Liga Galaktyczna, są obywatelami 

tłustej i bogatej unii światów, które prawie zapomniały, jakie jest prawdziwe znaczenie 

słowa „przestępstwo". Byłeś w więzieniu, wiec widziałeś tych godnych litości wyrzutków, 

których   oni   uważają   za   przestępców.   I   to   ma   się   nazywać   półświatek?   Na   innych 

zasiedlonych planetach jest paru malkontentów i jeszcze mniej nieprzystosowanych do 

życia w społeczeństwie niż tutaj. Jest tam jeszcze garstka takich, którzy się rodzą mimo 

trwającej od wieków kontroli genetycznej, ale wcześnie ich wyłapują i ich odchylenia są 

szybko likwidowane. Tylko raz w życiu wybrałem się w podróż na inne planety, tylko na 

te najbliższe.  To było straszne!  Życie w tamtych światach ma kolor i urok kawałka 

mokrej   tektury.   Pognałem   z   powrotem   do   Rajskiego   Zakątka,   bo,   jakkolwiek   by 

czasami był obmierzły, to w porównaniu z innymi jest naprawdę rajskim zakątkiem.

- Kiedyś chciałbym zobaczyć te inne światy.

- I powinieneś, drogi chłopcze. Ambicja godna pochwały. Ale najpierw naucz się 

żyć tutaj. I ciesz się, że nie mają tu jeszcze całkowitej kontroli genetycznej albo maszyn 

do upośledzania umysłowo osobników wyrastających ponad to społeczeństwo. Na innych 

planetach wszystkie dzieci są takie same. Potulne i łagodne. Socjalnie przystosowane. 

Oczywiście   niektóre   nie   pokazują   swej   genetycznej   słabości,   czy   jak   my   byśmy 

powiedzieli:   siły,   przed   osiągnięciem   dorosłości.   To   są   ci   biedni   wykolejeńcy,   którzy 

próbują   się   sprawdzić   w   drobnych   przestępstwach;   włamaniach,   kradzieżach   w 

sklepach, kradzieżach zwierząt i tym podobnych. Może im się udawać przez tydzień czy 

dwa  lub  miesiąc czy  dwa, w  zależności  od  wrodzonej  inteligencji.   Ale  to pewne jak 

background image

opadanie liści jesienią i tak samo z góry przesadzone, że policja ich w końcu złapie i 

zamknie. Przetrawiłem tę wiadomość i zadałem oczywiste pytanie:

-   Ale   jeśli   tak   właśnie   wygląda   przestępstwo,   czy   też   jak   mówisz, 

przeciwstawianie się systemowi, to jak ty i ja się w tym mieścimy?

- Myślałem, że nigdy o to nie zapytasz. Te wyrzutki, o których mówiłem, a z 

którymi   ty   zaznajomiłeś   się   w   więzieniu,   popełniają   99,9%   przestępstw   w   naszym 

uporządkowanym  i  wymuskanym społeczeństwie.  A  pozostałe,   żywe 0,1%,  które  my 

reprezentujemy, ożywia bezwładną materię tego społeczeństwa. Bez nas zaczęłaby się 

śmierć  inteligencji  we  Wszechświecie.   Bez  nas   istnienie  w  tej  ogłupiałej  społeczności 

byłoby tak puste, że jedynym wyjściem byłoby masowe samobójstwo. Zamiast nas ścigać 

i wyzywać od kryminalistów, powinni nas czcić jako pierwszych spośród nich! - Iskierki 

błyskały mu w oczach, a głos aż grzmiał, gdy to mówił. Nie chciałem przerywać tej 

burzliwej przemowy, lecz musiałem zadać pytanie.

- Przepraszani bardzo, ale czy mógłbyś łaskawie wyjaśnić, dlaczego tak jest?

- Jest tak, bo dzięki nam policja ma co robić, ma kogo ścigać, ma powód, żeby 

pojeździć tu i tam w swoich drogich pojazdach. A naród, popatrz, z jakim zaciekawie-

niem oglądają wiadomości i słuchają najnowszych doniesień o naszych wyczynach, z 

jakim zapałem rozprawiają o tym między sobą, rozkoszując się każdym szczegółem. A 

jaka jest cena tych wszystkich rozrywek i dobra społecznego? Żadna. Nasze usługi są 

darmowe, mimo że ryzykujemy życie, zdrowie i wolność, aby je wyświadczyć. Cóż im 

odbieramy? Nic. Po prostu pieniądze, metalowe i papierowe symbole. Wszystko i tak 

jest ubezpieczone. Jeśli wyczyścimy bank, straty pokrywa firma ubezpieczeniowa, która 

pod koniec roku o mikroskopijną sumę zmniejszy roczne dywidendy. Każdy udziałowiec 

dostanie milionową część dolara mniej. W ogóle żadnych poświęceń! Dobroczyńcy, mój 

chłopcze, jesteśmy po prostu dobroczyńcami. Ale aby dostarczyć im tych dóbr, musimy 

działać   daleko   poza   ich   prawami.   Musimy   być   ukryci   jak   szczury   w   boazerii.   W 

dawnych   czasach   było   oczywiście   dużo   łatwiej.   Prawa   były   luźniejsze,   a   w 

społeczeństwie żyło więcej szczurów, tak jak w starym drewnianym domu, w którym jest 

więcej szczurów  niż w  budynku  z betononu. Ale w nowoczesnych budynkach też są 

szczury. Teraz, kiedy społeczeństwo jest z żelazobetonu i z nierdzewnej stali, miedzy 

złączami jest mniej szpar. Żeby je odnaleźć, trzeba naprawdę sprytnego szczura. Tylko 

szczur z nierdzewnej stali, niezwyciężony szczur może czuć się w tym środowisku jak w 

domu.

Zacząłem   klaskać   tak   mocno,   aż   rozbolały   mnie   ręce.   Hetman   przyjmując 

background image

należną cześć pokiwał głową.

- Oto kim jesteśmy! - krzyknąłem z entuzjazmem. - Niezwyciężonymi szczurami! 

To duma i zaszczyt być niezwyciężonym szczurem!

Potakująco pochylił głowę i powiedział:

- Zgadzam się. A teraz zaschło mi w gardle od mówienia i zastanawiam się, czy 

mógłbyś mi pomóc z tymi skomplikowanymi urządzeniami. Da się jakoś wydostać z tego 

podwójny napój wiśniowy?

Zwróciłem się w stronę wydającej głuche odgłosy i furkoczącej maszynerii.

- Da się, z przyjemnością pokażę ci, gdzie każda z tych maszyn ma przycisk do 

testowania. Jeśli przyjrzysz się bliżej, to jest ten na saturatorze. Najpierw musisz go 

przekręcić, a potem możesz włączyć saturator z drugiej strony. Na każdym jest nalepka 

i nazwa. Zobacz, tu jest napój wiśniowy. Po prostu dotykasz i... już jest.

Pojemnik z furkotem wypadł na podstawkę i Hetman go wziął. Zaczął pić. Nagle 

zamarł i kącikiem ust wyszeptał:

- Właśnie zauważyłem, że jest tu okno i jakaś młoda dama mi się przygląda...

- Nie ma się czego bać - zapewniłem go. - Okno jest zrobione z jednostronnego 

szkła. Ona po prostu podziwia swoją twarz. To okienko inspekcyjne, żeby można było 

obserwować klientów.

- Naprawdę? A tak, racja! Ależ to żarłoczny tłumek. Muszę przyznać, że gdy 

patrzę, jak przeżuwają, to czuję, jak burczy mi w brzuchu.

-   Nie   ma   sprawy.   Są   przecież   kontrolki   jedzenia.   Ta   najbliższa   jest   od 

MacKrólikburgerów, jeśli je lubisz.

- Po prostu ubóstwiam.

- A więc proszę.

Wyciągnąłem   parującą   paczkę,   charakterystycznie   ozdobioną   oczami   jak 

paciorki i puszystym ogonem i podałem mu. Aż przyjemnie było patrzeć, jak je. Ale 

zdążyłem oderwać się od tego widoku, zanim zapomniałem wrzucić monetę w otwór na 

tylnej ściance opancerzonego pojemnika na monety.

Hetman ze zdziwieniem podniósł wzrok. Gdy tylko przełknął, powiedział:

- Płacisz!? Myślałem, że jesteśmy bezpiecznie ukryci w tym degustacyjnym raju z 

darmowym jedzeniem i piciem na każde zawołanie, dzień i noc.

- Ależ jesteśmy - zapewniłem go. - Te pieniądze są skradzione i ja dla dobra 

ekonomii   po   prostu   z   powrotem   wprowadzani   je   do   obiegu.   Ale   w   działalności 

MacSwineyów nie ma zaniedbań. Każdy kawałeczek świńskiej tkanki, każdy odprysk 

background image

lodu jest liczony. Kiedy mechanik sprawdza maszyny, odpowiada za każdy dostarczony 

produkt. Komputer sklepowy śledzi każdą sprzedaż. Wszystkie pieniądze są codziennie 

zabierane z sejfu w zewnętrznej ścianie, który jest również automatyczny. Opancerzona 

furgonetka   podjeżdża   tyłem,   dokładnie   gdy   odblokowuje   się   zamek   czasowy.   Po 

wprowadzeniu  szyfru  otwierającego  wybiera  się   pieniądze.  Jeśli   więc  będziemy   brać 

wszystko za darmo, rachunki wykażą kradzież, a to pociągnie za sobą natychmiastowe 

śledztwo. Musimy płacić za to, co bierzemy, i to dokładnie należną sumę. Ale ponieważ 

tu już nie wrócimy, ukradniemy wszystko w dniu wyjazdu, kiedy będziemy to miejsce 

opuszczać.

-   W   porządku,   mój   chłopcze,   w   porządku.   Zmartwiłeś   mnie   na   moment   tą 

wymuszoną   uczciwością.   Skoro   jesteś   tak   blisko   dystrybutora,   proszę,   wyciągnij   mi 

jeszcze jeden pyszny kawałek Lepus Cuniculus, a ja zapłacę.

background image

15

Przypuszczam,   że   istnieją   dziwaczniejsze   miejsca   spełniające   funkcję   szkolnej 

klasy, chociaż żadne z nich nie przychodzi mi do głowy. Czasami trudno było się nam 

usłyszeć  wśród szczęku,  syku  i warkotu maszyn  wydających  jedzenie.  Najhałaśliwiej 

było w czasie lunchu i obiadu, ale szczyt następował, gdy kończyły się lekcje w szkołach. 

Wtedy my także jedliśmy, bo trudno było rozmawiać. Próbowaliśmy wszystkich potraw 

MacSwineyów. Przez nasze gardła przelatywały niezliczone ilości MacKrólikburgerów, 

a za nimi mnóstwo Mrożonych Trybul. Lubiłem Hot-Konie, aż zjadłem o jednego za 

dużo  i  wtedy przerzuciłem  się  na Świnozwierzonóżki   w  galarecie,   a potem  na kocie 

naleśniki. Hetman miał gusta wojskowe - smakowało mu wszystko z menu. Potem, kiedy 

przestawało być tłoczno, a my starliśmy z ust smak ostatniego sosu, rozwalaliśmy się 

wygodnie   i   wracaliśmy   do   mojej   nauki.   Kiedy   doszliśmy   do   przestępstw 

komputerowych,   dowiedziałem   się,   czym   przez   ostatnie   dziesięciolecie   się   zajmował 

Hetman.

- Daj mi komputer, a zawładnę światem - powiedział, a w jego głosie zabrzmiał 

taki autorytet, iż uwierzyłem, że naprawdę by mógł.

- Kiedy byłem młody, lubowałem się we wszelkiego rodzaju działaniach mających 

na celu zabawiane obywateli tej planety. To była radość; przechwycić w drodze dostawę 

gotówki i zastąpić paczki banknotów karteczką z moim znakiem. Nigdy nie odgadli, jak 

to robiłem...

- A jak to robiłeś?

- Mówiliśmy o komputerach.

- Choć ten jeden raz pozwól sobie na dygresję, błagam cię. Obiecuję, że zastosuję 

twoją technikę. A jeżeli mi pozwolisz, zostawię nawet jedną z twoich wizytówek.

- To wyśmienity pomysł; zabić obecnej generacji gliniarzy takiego ćwieka, jak ja 

ich poprzednikom. Przedstawię ci sytuację, a ty spróbuj odgadnąć, jak to zrobiłem. W 

Centralnej  Mennicy,  dobrze   strzeżonym  i   starym   budynku  z   dwumetrowej  grubości 

kamiennymi ścianami, znajdują się gigantyczne sejfy pełne miliardów dolców. Kiedy ma 

się   odbyć   przewóz,   strażnicy   i   urzędnicy   napełniają   metalowy   pojemnik,   który   jest 

następnie   w   obecności   wszystkich   zamykany   na   klucz   i   plombowany.   Na   zewnątrz 

budynku   czeka   konwój   gliniarzy   i   wszyscy   oni   pilnują   jednego   opancerzonego 

samochodu.   Na   podany   sygnał   samochód   parkuje   tyłem   do   pancernych   drzwi 

dostawczych.   W   środku   budynku   otwiera   się   wewnętrzne,   także   stalowe   drzwi   i 

umieszcza pojemnik w opancerzonym przedsionku. Trzeba zapieczętować wewnętrzne 

background image

drzwi, zanim będzie można otworzyć zewnętrzne. Potem pojemnik podróżuje w opan-

cerzonym   samochodzie   na   stację   kolejową   i   zostaje   umieszczony   w   opancerzonym 

wagonie.   Ten   ma   tylko   jedne   drzwi   zamykane   na   klucz,   zaplombowane   i   oplecione 

czujnikami niezliczonej ilości alarmów. W każdym wagonie jest specjalny przedział dla 

strażników i tak cały transport mknie do potrzebującego dolców miasta. Tam czeka już 

następny   opancerzony   samochód.   Wciąż   zaplombowany   pojemnik   jest   wyjmowany, 

umieszczany w samochodzie i zabierany do banku. Tam go otwierają i jak się okazuje... 

zawiera jedynie moją wizytówkę.

- Cudowne!

- Byłbyś łaskaw wyjaśnić, jak to zrobiłem?

- Byłeś jednym ze strażników w pociągu...

- Nie.

- Albo prowadziłeś opancerzony samochód...

- Nie.

Łamałem sobie tak głowę przez godzinę, aż wreszcie się zlitował i wyjaśnił:

- Wszystkie twoje sugestie mają swoje zalety, ale są niebezpieczne. Jesteś dużo 

bardziej „fizyczny", niż ja kiedykolwiek byłem. W swoich działaniach zawsze wolałem 

mózg   niż   muskuły.   Powodem,   dla   którego   wcale   nie   musiałem   się   włamywać   do 

pojemnika   i   wyciągać   z   niego   pieniędzy,   jest   to,   że   pojemnik   w   chwili   opuszczenia 

Mennicy   był   pusty.   A   raczej   był   obciążony   cegłami   i   moją   wizytówką.   Czy   teraz 

potrafisz zgadnąć, jak to zrobiłem?

- Pieniądze wcale nie opuściły budynku - zamruczałem, próbując zmusić swój 

mózg do myślenia. - Ale były załadowane do pojemnika, pojemnik wsadzony do ciężaró-

wki...

- Zapominasz o czymś...

Strzeliłem palcami i skoczyłem na równe nogi.

- Ściana, oczywiście, to musiała być ściana! Naprowadziłeś mnie na trop, a ja 

byłem taki tępy. Ściana, z kamienia, dwumetrowej grubości!

- Dokładnie tak. Dostanie się do niej zajęło mi cztery miesiące. Zużyłem przy tym 

trzy roboty, ale w końcu mi się udało. Najpierw kupiłem budynek po drugiej stronie 

ulicy, naprzeciw mennicy i zrobiliśmy pod nim tunel. Tylko kilofem i szpadlem. Bardzo 

wolno i bardzo cicho. Potem w górę przez fundamenty budynku i do wnętrza ściany, 

która, jak się okazało, składała się z warstwy zewnętrznej i wewnętrznej kamiennej, a w 

środku, zgodnie z budowlanym zwyczajem, była wypełniona gruzem. Mechanizm, który 

background image

tam  zainstalowałem, podmieniał  pojemniki w  ciągu  jednej i pięciu  setnych  sekundy. 

Wewnętrzne   drzwi musiały  być  zamknięte,   zanim  można  było  otworzyć zewnętrzne. 

Dawało to wystarczająco dużo czasu, prawie trzy sekundy, żeby podmiana się udała. 

Nigdy nie zgadli, jak to zrobiłem. Mechanizm ciągle tam jest. Ale ta operacja była źle 

zaplanowana. Mam na myśli podkop. Przestępstwa komputerowe to zupełnie coś innego. 

To głównie ćwiczenia intelektualne.

- Ale czy kradzież komputerowa jest obecnie możliwa przy szyfrach i blokadach?

- To, co można zaszyfrować i zablokować, można też odszyfrować i odblokować. 

Bez pozostawienia śladu. Dam ci kilka przykładów. Zacznijmy od banku. Oto, na czym 

rzecz   polega.   Powiedzmy,   że   masz   tam   osiem   tysięcy   dolców   na   rachunku 

oszczędnościowym,   oprocentowanym   na   8%   w   stosunku   rocznym.   Bank   co   tydzień 

bilansuje twoje konto. Co oznacza, że w końcu pierwszego tygodnia powiększa twoje 

saldo o 0,0015384% i dodaje tę sumę do twego salda. Saldo wzrosło o 12,3 dolca. Zgadza 

się? Sprawdź to na kalkulatorze.

Wystukałem zadanie na kalkulatorze i wyszedł mi ten sam wynik.

- Dokładnie 12 dolców i 30 centów zysku - odparłem dumnie.

-   Źle   -   powiedział   wzdychając.   -   Zysk   wynosił   12   przecinek   3072 

dziesięciotysięcznych, nieprawdaż?

- No, niby tak, ale nie można dodać do czyjegoś konta 72 setnych centa, prawda?

- Nie jest to łatwe, bo rachunki finansowe są prowadzone do dwóch miejsc po 

przecinku. Ale to właśnie w kwestii dokładności w rozliczeniach bank ma wybór. Może 

zaokrąglić wszystkie dziesiętne powyżej 0,005 w górę do centa, a poniżej 0,0049 w dół do 

zera.   Pod   koniec   dziennych   operacji   przeciętna   zaokrągleń   w   górę   i   w   dół   będzie 

zbliżona do zera, wiec bank na tym nie straci. Albo, co jest powszechnie praktykowane, 

bank może odrzucić wartości po pierwszych dwóch zerach po przecinku i w ten sposób 

uzyskiwać mały, ale stały profit. Mały w skali banku, ale bardzo duży dla jednostki. Jeśli 

ustawi się komputer banku tak, żeby wszystkie zaokrąglenia w dół składał na jedno 

konto,   to   pod   koniec   dnia   bilans   wykaże   poprawne   saldo   na   rachunku   banku   i   na 

rachunku klientów. I wszyscy będą zadowoleni.

Jak zwariowany wystukiwałem obliczenia na kalkulatorze i na widok wyników aż 

zarechotałem z radości.

- Dokładnie tak. Wszyscy są zadowoleni, włącznie z właścicielem konta, na które 

wpływają te zaokrąglenia. Bo nawet jeśli ściąga się tylko pół centa z dziesięciu tysięcy 

kont, zysk wynosi około pięćdziesięciu dolarów!

background image

- Dokładnie. Ale duży bank będzie miał sto razy więcej kont. Co daje, jak wiem 

ze szczęśliwego doświadczenia, pięć tysięcy dolców jako tygodniowy dochód temu, kto 

zmontuje ten szwindel.

- I to jest najmniejszy i najprostszy przykład twoich komputerowych kawałów - 

spytałem stłumionym głosem.

- Tak.  A  kiedy  dochodzi   się  do  dużych  systemów  bankowych, sumy stają się 

nieprawdopodobne. To przyjemność działać na tym poziomie. Bo gdy jest się ostrożnym 

i nie zostawia śladów, korporacje nie mają pojęcia, że zostały zrobione w konia. Nie chcą 

tego przyjąć do wiadomości, nie chcą nawet w to uwierzyć, dopóki nie staną twarzą w 

twarz   z   oczywistym   dowodem.   Bardzo   trudno   jest   udowodnić   przestępstwo 

komputerowe. To bardzo przyjemne hobby dla kogoś w moim, dojrzałym wieku. Dzięki 

temu mam cały czas co robić, no i jestem nieprzyzwoicie bogaty. Nigdy mnie nie złapali. 

No tak, poza tym jedynym razem... Westchnął ciężko, a ja się zawstydziłem.

- To moja wina! - krzyknąłem. - Jeślibym nie próbował się z tobą skontaktować, 

nigdy byś się nie wdał w te historie z Federalką.

- Nie wiń się za to, Jim. Źle oceniłem ich urządzenia zabezpieczające, które są o 

wiele bardziej wyrafinowane niż te, z którymi dotąd miałem do czynienia. To był mój 

błąd   i   z   pewnością   za   niego   zapłaciłem.   Ciągle   płacę.   Nie   pomniejszam   zalet 

bezpieczeństwa tej naszej kryjówki, ale to jedzenie może się po pewnym czasie trochę 

przejeść. A może tobie to nie przeszkadza?

- To jest normalne jedzenie mojego pokolenia.

-   Oczywiście.   Nie   pomyślałem   o   tym.   Konia   nigdy   nie   znudzi   trawa,   a 

świniozwierz przez wieki będzie chciwie chłeptał swoje pomyje.

- A ty na pewno mógłbyś przez najbliższe sto lat wcinać homary i pić szampan.

- Trafnie to ująłeś, mój chłopcze. Jak myślisz, jak długo jeszcze tu pozostaniemy? 

- odsunął od siebie nie dojedzoną porcję chrupek.

- Wydaje mi się, że jeszcze co najmniej dwa tygodnie. Wzdrygnął się.

- To dla mnie dobra okazja do zrzucenia wagi.

- Do tej pory obława osłabnie - ciągnąłem. - Chociaż jeszcze przez pewien czas 

będziemy musieli unikać publicznych środków transportu. Jednak przygotowałem już 

pewien środek transportu.

- Czy wolno mi spytać jaki?

- Łódkę, czy raczej kabinowy stateczek wycieczkowy na rzecze Sticks. Jakiś czas 

temu kupiłem go pod szyldem pewnej spółki. Znajduje się on teraz w porcie, tuż za 

background image

Billville.

- Doskonale! - z radością zatarł ręce i rozpromienił się. - Koniec lata, podróż na 

południe, wieczorami smażony zębacz, chłodzące się w prądzie rzeki butelki wina, steki 

w nadbrzeżnych restauracyjkach.

- A dla mnie zmiana płci.

Na to oświadczenie aż wytrzeszczył oczy i odetchnął z ulgą, gdy mu wyjaśniłem:

- Na pokładzie, gdy będę widoczny z brzegu, będę się ubierał jak dziewczyna, 

przynajmniej dopóki się stąd nie oddalimy.

- Świetnie. A ja powinienem zrzucić trochę wagi. Tutaj nie będzie mi trudno 

zacząć dietę. Zapuszczę wąsy, brodę i ufarbuję znów włosy na czarno. To jest coś, na co 

warto poczekać. Czy możemy zatem przeznaczyć na to nie dwa tygodnie, ale powiedzmy, 

miesiąc? Jeśli nie będę jadł, to mogę wytrwać tyle czasu uwięziony w tym kulinarnym 

getcie. Dzięki  tym dodatkowym tygodniom  będę miał lepszą  figurę i dłuższe  włosy i 

wąsy.

- Jeśli tak uważasz, ja też mogę to znieść.

-  A   więc  postanowione.   A   teraz   większość   czasu   będziemy   spędzać   na  twojej 

komputerowej edukacji, dobrze? Dziś zajmiemy się RAM, ROM i PROM.

Byłem tak zajęty nauką, że nie przeszkadzało mi nawet skwierczenie smażonych 

na   ruszcie   świniozwierzoburgerów.   A   poza   tym   ciągle   jeszcze   mogłem   je   jeść.   Im 

bardziej rosło moje zrozumienie różnych możliwości nielegalnej działalności w naszym 

społeczeństwie, tym bardziej  ubywało ciała  mojemu kompanowi. Chciałem  wyjechać 

wcześniej, ale Hetman nie dał się namówić na zmianę.

- Jeśli raz obmyśli się plan, należy się go trzymać do końca. Zmiany są wskazane 

tylko wtedy, gdy zmieniają się okoliczności zewnętrzne. Człowiek jest zwierzęciem rozu-

mującym, a żeby zostać rozumnym, potrzebuje trochę treningu. Zawsze można znaleźć 

powody, żeby zmienić plan działania.

Zadrżał, kiedy maszyny ruszyły z nagłym warkotem. Właśnie skończyły się lekcje 

w szkołach. Hetman sięgnął do kieszeni i skreślił kolejny dzień w swoim kalendarzyku.

- Dobrze zaplanowana akcja musi się udać, jeśli coś do niej wtrącisz, możesz 

wszystko zepsuć. Nasz plan jest dobry. I przy nim pozostaniemy - zakończył.

Kiedy w końcu nadszedł ostatni dzień, Hetman był dużo szczuplejszy i bardziej 

stanowczy. Przeszedł przez próbę kulinarnego piekła, co go zahartowało. Ja natomiast 

mocno   utyłem.   Wszystko   dobrze   zaplanowaliśmy,   spakowaliśmy   swoje   rzeczy, 

wyczyściliśmy   sejf   z   dolców   i   usunęliśmy   wszelkie   ślady   naszej   bytności.   Na   koniec 

background image

usiedliśmy, w milczeniu spoglądając na zegarki.

Zabrzmiał alarm i zerwaliśmy się na równe nogi, uśmiechając się radośnie.

Wyłączyłem   brzęczyk,   a   Hetman   otworzył   drzwi   chłodni.   Gdy   przekręcił   się 

klucz w zewnętrznym zamku, zamknęliśmy je za sobą. Stojąc i drżąc w zamrażarce 

MacSwineyów,   usłyszeliśmy,   jak   mechanik  wchodzi   do   opuszczonego   przez   nas 

pomieszczenia.

- Poznajesz? - szepnąłem. - Reguluje dystrybutor lodu na saturatorze z napojeni 

wiśniowym. Śmieszny dźwięk, nie?

-  Wolę  nie   dyskutować  o  zawartości   tej  galerii   obrzydlistw.  Czy   nie  czas  już 

wyjść?

- Czas -  otworzyłem zewnętrzne drzwi i aż zamrugałem oszołomiony tak długo 

niewidzianym światłem dziennym. Poza dostawczą furgonetką ulica była pusta.

- Idziemy.

Wymknęliśmy się i zatrzasnąłem drzwi. Powietrze było słodkie, świeże i wolne od 

kuchennych smrodów. To było coś niesamowitego! Kiedy Hetman zajął się furgonetką, 

ja   wsunąłem   dwa   kliny   w   drzwi   od   naszego   pokoiku   kulinarnych   horrorów.   Jeśli 

mechanik próbowałby wyjść z niego przed upływem odpowiedniego czasu, te drobiazgi 

skutecznie mu to utrudnią. Potrzebowaliśmy tylko piętnastu minut.

Gdy się odwróciłem, Hetman otworzył już drzwi furgonetki. Dał nura na tył, 

miedzy skrzynie z częściami zamiennymi, a ja zapaliłem silnik.

Reszta poszła równie łatwo. Zostawiłem Hetmana razem z naszymi rzeczami na 

ławce w pobliżu portu. Mój towarzysz usiadł i wystawił twarz do słońca. Porzucenie 

skradzionego samochodu na parkingu najbliższego sklepu alkoholowego było błahostką.

Następnie   spacerkiem,   bez   pośpiechu,   poszedłem   nad   rzekę   i   dołączyłem   do 

Hetmana.

- To ta biała łódź, tam - wskazałem, jednocześnie drugą ręką poprawiając wąsy. - 

Cały port jest w pełni zautomatyzowany. Wezmę ją i podpłynę tutaj.

- I zacznie się nasza wycieczka! - odpowiedział z radosną iskierką w oku.

Zostawiłem   go   siedzącego   w   słońcu,   a   sam   poszedłem   do   przystani,   żeby 

wprowadzić dokumenty łodzi do robota dyżurnego.

-   Dzień   dobry   -   zapiszczał   cieniutkim   głosikiem.   -   Życzysz   sobie   odebrać 

kabinową łódź wycieczkową „Fartowna Forsa". Baterie zostały naładowane na sumę 

dwunastu dolców. Koszty przechowania...

I dalej tak wymieniał, czytając na głos wszystkie opłaty, które były wyraźnie 

background image

wypisane na ekranie monitora, zapewne robił to dla klientów, którzy nie potrafią czytać. 

Nic nie mogłem na to poradzić. Stałem na jednej nodze, potem na drugiej, aż wreszcie 

skończył   i   mogłem   wrzucić   monety.   Maszyna   zagruchotała   i   wypluła   pokwitowanie. 

Nadal   spacerkiem   podszedłem   do   łodzi,   wrzuciłem   kwit   w   szczelinę   słupka 

cumowniczego i zaczekałem na wytęskniony trzask otwierającego się łańcucha. Kilka 

sekund później byłem już na rzece i kierowałem się ku samotnej postaci na brzegu.

Już   nie   samotnej!   Obok   siedziała   dziewczyna.   Pokręciłem   się   trochę   wzdłuż 

brzegu, a ona wciąż tam była. Hetman siedział pochylony i nie dawał mi żadnego znaku. 

Jeszcze raz zawróciłem, ale widok policyjnej motorówki patrolującej nabrzeże sprawił, 

że klnąc podpłynąłem do brzegu. Dziewczyna wstała, pomachała do mnie i krzyknęła:

- Jako żywo, to przecież mały Jimmy diGriz. Cóż za cudowna niespodzianka!

background image

16

Ostatnio   w   moim   życiu   było   stanowczo   zbyt   wiele   takich   chwil   jak   ta. 

Podpływając łodzią do brzegu, przyjrzałem się dziewczynie bliżej. Znała mnie, wiec i ja 

powinienem ją znać. Świetnie się prezentowała, jej kształty wspaniale wypełniały bluzkę. 

Te malinowe usta... To ona! - obiekt mych najgorętszych marzeń.

- Czy to ty, Beth? Beth Naratin?

- Jak to ślicznie z twojej strony, że mnie pamiętasz!

Miałem właśnie wyskoczyć na brzeg z liną cumowniczą, ale Beth wzięła ją ode 

mnie   i   przywiązała   do   pachołka.   Ponad   jej   ramieniem   zobaczyłem,   jak   motorówka 

policyjna   mija   nas   i   płynie   dalej.   Potem   spojrzałem   na   Hetmana,   który   po   prostu 

wzniósł oczy ku niebu, a Beth powiedziała:

- Powiedziałam sobie, Beth, to nie może być Jimmy diGriz, ten co wysiada z tej 

starej furgonetki MacSwineyów i ma takie słodkie, małe wąsiki. To nie Jimmy, o którym 

tak  często   ostatnio  mówili w   wiadomościach.  Ale  jeśli  to on,  czemóż  bym miała  nie 

polecieć za nim w imię naszej dawnej znajomości? A potem zobaczyłam, jak rozmawiasz 

tu z tym miłym dżentelmenem, zanim poszedłeś na przystań, więc zmieniłam zdanie i 

postanowiłam poczekać tu, aż wrócisz. Wybierasz się w podróż, prawda?

- Nie, nie w podróż, po prostu na małą, jednodniową wycieczkę w górę rzeki i z 

powrotem. Miło cię znowu widzieć, Beth.

To była jedyna miła strona tego wszystkiego. Mam na myśli patrzenie na nią. 

Obiekt mej dziecięcej czci. Opuściła szkołę wkrótce potem, jak ja do niej przyszedłem, 

ale   trudno   ją   było   zapomnieć.   Cztery   lata   starsza   ode   mnie,   prawdziwie   dojrzała 

kobieta. To by znaczyło, że teraz ma dwadzieścia jeden lat. Była gospodynią klasy i 

Królową Piękności Roku. Nie bez powodu. Teraz, mimo swego wieku, ciągle jeszcze była 

niekiepska. Moje wspomnienia przerwał jej głos:

-  Nie  wydaje  mi się,  żebyś  był  zbyt  prawdomówny, Jimmy. Założę  się,   że  ze 

wszystkimi   tymi   torbami   wybierasz   się   w   dłuższą   podróż.   Na   twoim   miejscu 

uważałabym dłuższą podróż za całkiem niezły pomysł.

Czyż przy ostatnich słowach zabrzmiał w jej głosie twardy ton? Czego ona chce? 

Nie   mogliśmy   tu   tkwić   zbyt   długo.   Jasno   przedstawiła   swe   zamiary   wskakując   na 

pokład.

- Zawsze się znajdzie  miejsce dla jednej osoby więcej! - krzyknęła radośnie i 

usiadła na dziobie. Zszedłem na brzeg i zabrałem torby. Szepnąłem do Hetmana:

- Ona mnie zna. Co robimy? Westchnął w odpowiedzi.

background image

- Niewiele możemy zrobić. Chwilowo mamy pasażerkę. Proponuję zastanowić się 

nad tym problemem w drodze. W końcu i tak nie mamy wyboru.

Niestety, to prawda. Podałem mu nasze rzeczy i wziąłem się za rozplątywanie 

straszliwego supła, który Beth zawiązała na pachołku. Wypchnąłem nogą „Fartowną 

Forsę", wskoczyłem na pokład i wziąłem w ręce kierownice. Hetman zniósł torby na dół, 

a   ja   włączyłem   silnik   i   skierowałem   łódź   w   dół   rzeki.   Oddaliliśmy   się   od   Billville   i 

MacSwineyów i Prawa.

Ale nie od Beth. Leżała rozciągnięta na pokładzie z podwiniętą spódnicą, abym 

mógł podziwiać cudowną długość jej nóg. Co też robiłem. Obróciła się i uśmiechnęła, 

wyraźnie   czytając   w   moich   myślach.   W   tym   momencie   zrezygnowałem   z   zamiaru 

przebrania się za dziewczynę. Wyobraziłem sobie, jakie kpiny towarzyszyłyby tej prze-

mianie, i zezłościło mnie to wszystko.

- Dobra, Beth, wyduś to z siebie wreszcie - powiedziałem, przenosząc wzrok z jej 

ciała na czyste wody rzeki.

- O co ci chodzi?

- Skończ z tymi gierkami. Oglądałaś wiadomości, sama mówiłaś. Więc wiesz o 

mnie.

- Oczywiście, że tak. Wiem, że obrabiałeś banki i uciekłeś z więzienia. Ale to mi 

nie przeszkadza. Sama miałam drobniutkie kłopoty, więc kiedy zobaczyłam ciebie, a 

potem tę łódź, domyśliłam się, że musisz mieć pieniądze. Być może, mnóstwo pieniędzy. 

Więc z radością wykorzystałam okazję, żeby zabrać się z tobą w tę podróż. Czyżby cię to 

nie cieszyło?

- Nie - udało mi się nie spojrzeć na jej nogi. - Mam trochę odłożonych pieniędzy. 

Jeślibym ci trochę dał i wysadził na brzeg...

- Pieniądze tak. Brzeg nie. Nie mam już zamiaru oglądać ani JEGO, ani Billville. 

Teraz chcę zobaczyć świat, a ty będziesz za to płacił.

Ułożyła   się   z   rękami   pod   głową,   z   uśmiechem   napawając   się   słońcem. 

Popatrzyłem na nią ponuro i pomyślałem o trzech czy czterech ciosach, które by złamały 

tę delikatną szyjkę...

Nie wolno nawet tak żartować! Ten problem można rozwiązać bez przemocy. Z 

warkotem   płynęliśmy  przed   siebie,   rozpruwając   wodę   dziobem.   Billville   było   już   za 

nami, a przed nami na brzegach rzeki rozpościerały się zielone pola. Hetman wyszedł na 

pokład   i   usiadł   obok   mnie.   W   towarzystwie   Beth   nie   mieliśmy   sobie   wiele   do 

powiedzenia.

background image

Płynęliśmy tak w milczeniu  przez  ponad  godzinę,  aż pojawiła się przed  nami 

przystań   przy   dużym   domu   towarowym.   Beth   poruszyła   się   i   usiadła,   przeczesując 

palcami swe wspaniałe blond włosy.

-   Wiecie,   jestem   głodna.   Założę   się,   że   wy   też.   Może   podpłyniecie   tam,   a   ja 

wyskoczę na brzeg i przyniosę nam coś do jedzenia i parę piw. Czyż to nie świetny 

pomysł?

-   Wspaniale!   -   przytaknąłem.   Ona   pójdzie   do   sklepu,   a   my   dodamy   gazu   i 

odpłyniemy.

- Jestem spłukana - uśmiechnęła się. - Bez grosza. Jeśli dacie parę dolców, kupię 

lunch. Myślę, że tysiąc wystarczy.

Uśmiech słodkiej, małej dziewczynki nie zniknął z jej twarzy, gdy to mówiła. 

Zastanowiłem   się,   jakiego   to   rodzaju   miała   kłopoty.   Może   wymuszanie   pieniędzy   i 

szantaż... Z pewnością miała do tego kwalifikacje. Sięgnąłem głęboko do portfela.

-   Ładnie   z   twojej   strony   -   powiedziała,   z   roziskrzonymi   oczami   przebierając 

palcami  zwitek   banknotów.  -  To   mi  nie   zajmie   dużo   czasu.   I   wiem,  że   tu   będziesz, 

Jimmy, razem ze swym przyjacielem. Czyż jego także nie widziałam w wiadomościach?

Patrzyłem  ponuro   na  ruchy  jej   ślicznego   zadka,  gdy  potruchtała  w   kierunku 

sklepu.

- Ale nas uziemiła - powiedział Hetman ponuro.

- Uziemiła, złupiła i dała w kość. Co teraz zrobimy?

- W tej chwili dokładnie to, co powiedziała. Poza zabiciem jej mamy bardzo mały 

wybór. Ale ja nie uznaję zabijania.

- Ani ja. Chociaż po raz pierwszy poczułem pokusę.

- Co o niej wiesz?

- Nic. Przecież ostatni raz widziałem ją w szkole. Mówi, że ma kłopoty, ale nie 

wiem, o co chodzi. Pokiwał głową w zamyśleniu.

- Sprawdzę ją, kiedy dostaniemy się do jakiegoś komputera. Jeśli jest notowana 

przez policję, mogę ją załatwić.

- Czy to nam pomoże?

-   Nie   mam   pojęcia,   drogi   chłopcze.   Możemy   jedynie   spróbować.   A   na   razie 

musimy   jak   najlepiej   wykorzystać   tę   sytuację.   Na   szczęście   jesteśmy   już   daleko   od 

pałacu wieprzowiny i od naszych prześladowców. Dopóki ta kreaturka bierze od nas 

pieniądze, jesteśmy bezpieczni. Na razie. I musisz przyznać, że jest dosyć dekoracyjna.

Na to nie miałem odpowiedzi. Mogłem jedynie siedzieć z posępną miną i czekać 

background image

na powrót naszej nieproszonej pasażerki.

Po lunchu ruszyliśmy w dalszą podróż w dół rzeki. Zmęczona poranną kąpielą 

Beth zeszła pod pokład, żeby uciąć sobie drzemkę. Hetman chciał mnie zmienić przy 

sterze, więc pokazałem mu podstawowe kontrolki i oznaczenia nawigacyjne. Mieliśmy 

sobie   niewiele   do   powiedzenia.   Ale   dużo   myśleliśmy.   Po   południu   obiekt   naszych 

zawziętych rozmyślań wyszedł na pokład.

- Jakiż to rozkoszny mały stateczek. - wyszczebiotała - Rozkoszniuteńki pokoik 

dla dziewczynki, malutka kucheneczka i w ogóle. Ale tylko dwa łóżeczka. Jakim cudem 

będziemy wszyscy spać?

- Na zmianę - warknąłem, rozdrażniony tonem jej głosiku.

- Zawsze byłeś dowcipny, Jimmy. Sądzę, że najlepiej będzie, jak ja będę spała w 

kabinie. Ty i twój przyjaciel możecie się jakoś tu urządzić.

- Jakoś się tu urządzić, młoda damo, jakoś się tu urządzić? Jak ktoś w moim 

wieku ma się urządzić na pokładzie, gdy opuści się nocna, zimna mgła?! - Hetman z 

trudem opanowywał wściekłość, ale Beth zdawała się tego nie zauważać.

-   Jestem   pewna,   że   dacie   sobie   radę   -   powiedziała.   -   A   teraz   chciałabym   się 

zatrzymać   w   najbliższym   miasteczku,   tym   tam.  Wyjechałam   w   takim   pośpiechu,   że 

zapomniałam wziąć swoich rzeczy. Ubrań, kosmetyków, rozumiecie.

-   Czyż   nie   potrzebujesz   pieniędzy,   żeby   to   kupić?   -   zapytałem   żartobliwie. 

Zignorowała moją cienką ironię i kiwnęła głową.

- Wystarczy jeszcze tysiąc.

- Idę na dół - oznajmił Hetman i nie wyszedł już, dopóki nie przycumowałem, a 

ona nie odeszła. Wtedy przyniósł dwa piwa, wziąłem jedno i pociągnąłem dużego łyka.

- Wykluczamy morderstwo - powiedział dobitnie.

-  Wykluczamy   -   przytaknąłem.  -   Ale   to  nie   znaczy,   że   mamy  odmówić  sobie 

radości myślenia o tym. Co robimy?

- Nie możemy tak po prostu zwinąć cumy i odpłynąć. Za kilka minut posłałaby za 

nami policję i zgarnęła nagrodę. Musimy to wziąć pod uwagę i zacząć myśleć szybciej 

niż ona. To, że z nami popłynęła, było impulsem, to oczywiste. Jest chciwa i musimy 

dalej dawać jej to, czego chce. Wcześniej czy później stwierdzi, że ma nas dosyć i wyda 

nas, żeby dostać nagrodę. Czy jest na pokładzie coś takiego jak mapa?

Trzeba   przyznać,   że   ten   wielki   mózg   zaczął   pracować.   Nie   zadając   żadnych 

pytań, jak najszybciej wygrzebałem mapę.

Zaczął wodzić po niej palcem.

background image

- Wydaje mi się, że jesteśmy tutaj, tak, dokładnie tutaj. A tutaj, w dół rzeki, jest 

kwitnące miasto Val's Halla. Kiedy tam dopłyniemy?

Przymrużyłem   oczy,   żeby   łatwiej   określić   skalę,   i   sprawdziłem   odległość 

kciukiem.

- Możemy być tam jutro po południu, jeśli wcześnie wyruszymy.

Uśmiechnął się jak głodny zębacz. Równie szeroko i paskudnie.

- Cudownie, po prostu cudownie. To będzie bardzo odpowiednie.

- Odpowiednie do czego?

-   Do   moich   planów.   Które  na   razie   zachowam   dla   siebie,   bo   muszę   jeszcze 

dopracować szczegóły. Kiedy ona wróci, jedyne, co musisz robić, to we wszystkim, co 

powiem,   zgadzać   się   ze   mną.   Teraz   następna   sprawa   do   uzgodnienia.   Gdzie   dzisiaj 

śpimy?

- Na brzegu rzeki - odpowiedziałem, schodząc pod pokład. - Nasza przyjaciółka 

wzięła wszystkie pieniądze, które miałem przy sobie, więc muszę sięgnąć do naszych 

zapasów.   Zaraz   kupię   namiot,   śpiwory   i   cały   sprzęt,   żebyśmy   mogli   wygodnie 

biwakować.

-   Doskonale.   Dołożę   wszelkich   wysiłków,   żeby   do   twojego   powrotu   plan   był 

gotowy.

Kupiłem także kilka steków i kolekcję luksusowych win. Należała nam się jakaś 

odmiana   po   kuchni   MacSwineyów.   Kiedy   słońce   zbliżyło   się   do   horyzontu, 

przywiązałem   łódkę   do   rosnących   na   zielonym   brzegu   drzew   i   rozbiliśmy   namiot. 

Hetman aż się oblizał na widok mięsa i oświadczył, że sam przygotuje obiad. Zaraz wziął 

się za gotowanie, a Beth zajęła się pielęgnacją swych paznokci, ja powbijałem paliki i 

przygotowałem   materace.   Kiedy   zabraliśmy   się   za   jedzenie,   słońce   było   już 

pomarańczową kulą na horyzoncie.

Obiad był wspaniały. Nikt nie odezwał się słowem, dopóki nie skończyliśmy. Gdy 

zniknął ostatni kąsek, Hetman westchnął, uniósł szklankę i łyknął wina, a potem aż 

sapnął z zachwytu.

- Mimo iż sam go przyrządziłem, muszę przyznać,  że  ten  posiłek  był pełnym 

sukcesem.

- Zupełnie usunął mi z ust smak świniozwierza - przyznałem.

- Nie smakowało mi to wino. Wstrętne.

W ciemności widoczny był mglisty cień Beth. Jej głos oraz słowa, pozbawione 

oprawy wspaniałej powierzchowności, pozostawiały wiele do życzenia. Ale w głębokim 

background image

basie Hetmana nie było złośliwości, gdy odezwał się powtórnie:

- Beth, mogę nazywać cię Beth, prawda? Dziękuję, Beth. Jutro powinniśmy być w 

mieście Val's Halla i będę tam musiał zejść na brzeg i wpaść do mojego banku. Zostało 

nam już niewiele pieniędzy. Nie chciałabyś, żeby nam ich zabrakło, prawda?

- Nie, nie chciałabym.

- Tak też myślałem. A chciałabyś, żebym poszedł do banku i przyniósł ci stamtąd 

sto tysięcy dolców w małych banknotach?

Usłyszałem, jak  sapnęła. A  potem  sięgnęła  do przełącznika i włączyła  światła 

nawigacyjne   nad   kokpitem.   Z   wściekłością   patrzyła   na   Hetmana   i   po   raz   pierwszy 

przestała nad sobą panować.

- Próbujesz sobie ze mnie żartować, staruszku?

-  Ależ   skąd,   młoda   damo.  Po   prostu   płacę   za   nasze   bezpieczeństwo.   Wiesz   o 

pewnych rzeczach, o których, powiedzmy, lepiej nie mówić na głos. Sądzę, że ta suma 

jest dość rozsądną zapłatą za stałe milczenie. A ty?

Zawahała się i wybuchnęła śmiechem.

- Oczywiście. Gdy będę miała te pieniądze w ręku, mogę nawet zastanowić się, 

czy nie pozwolić wam kontynuować tej podróży bez mojego skromnego towarzystwa.

- Jak sobie życzysz, kochanie, jak sobie tylko życzysz.

I więcej już na ten temat nie wspomniał. Wkrótce poszliśmy spać, bo był to dla 

nas   wszystkich   meczący   dzień.   Beth   zajęła   łódź,   a   my   namiot.   Kiedy   wróciłem   po 

zamontowaniu   alarmów   dla   pewności,   że   łódź   będzie   rano   w   tym   samym   miejscu. 

Hetman już chrapał. Tuż przed zaśnięciem uświadomiłem sobie, że niezależnie od tego, 

co   zaplanował,   mamy   przynajmniej   jeden   dzień   wolności   przed   sobą,   zanim   Beth 

zdecyduje się skontaktować z policją. Chrapka na te pieniądze zapewni jej milczenie. 

Zapadając   w  drzemkę   zdałem  sobie  sprawę,  że  Hetman   z  pewnością   właśnie   tak  to 

zaplanował.

Nie zważając na protesty dobiegające z kabiny, z warkotem wypłynęliśmy na 

rzekę na godzinę przed świtem. Beth pojawiła się na pokładzie kwadrans później. Złość 

szybko   jej   przeszła,   gdy   Hetman   zaczął   mówić,   jaki   zysk   mogą   przynieść   dobrze 

zainwestowane   dolce.   Kilkakrotnie   wspomniał   o   dobrach   konsumpcyjnych,   które 

wkrótce będzie mogła nabyć, i ogólnie czarował ją jak wąż królika. Nie miałem pojęcia, 

jakie miał zamiary, ale świetnie się bawiłem.

Po południu zacumowałem na przystani przy kanale przecinającym Val’s Halla. 

Byliśmy bliziutko centrum i Hetman przeczesawszy brodę i podkręciwszy wąsy, zgrab-

background image

nie przedzierzgnął się w biznesmena.

- To nie zajmie mi dużo czasu - powiedział i poszedł. Beth patrzyła za nim, cała w 

radosnym oczekiwaniu.

- On naprawdę jest tym gościem, którego nazywają Hetmanem? - zapytała, gdy 

już poszedł.

- Nic o tym nie wiem.

- Daj sobie spokój z tymi gadkami. Widziałam film na 3V, jak ktoś go odbił. Jakiś 

drobny facet z wąsami. To musiałeś być ty.

- Dużo jest wąsaczy na świecie.

- Nigdy bym nie pomyślała, gdy widziałam cię w szkole, że tak skończysz.

- Ja też nie podejrzewałem, że ty tak skończysz. Podziwiałem cię z daleka.

-   Jak   każdy   dojrzewający   chłopak   w   naszej   szkole.   Nie   myśl,   że   o   tym   nie 

wiedziałam. Śmieliśmy się z tego, on będąc nauczycielem i w ogóle...

Przerwała i spojrzała na mnie ponuro. Uśmiechnąłem się słodko i zszedłem na 

dół, żeby zmyć tak starannie przez nią zignorowane naczynia po obiedzie i śniadaniu. 

Właśnie kończyłem, gdy z brzegu doszedł mnie okrzyk:

- Ahoj na łodzi! Wolno wejść na pokład?

Na nadbrzeżu portu stał Hetman, olśniewający i wspaniały. Jego nowy garnitur 

musiał kosztować niezłą fortunkę. Walizka, którą uniósł do góry, wyglądała na zrobioną 

z prawdziwej skóry, a złote okucia błyszczały w słońcu. Oczy Beth przypominały spodki. 

Hetman wszedł na pokład i mrugnął do nas konspiracyjnie.

- Zejdźmy na dół, zanim wam pokażę, co jest w środku. Lepiej, żeby nikt tego nie 

widział.

Beth poszła pierwsza, a on przyciskał walizkę do piersi, dopóki nie zamknąłem 

drzwi na klucz. Potem zmiótł papiery ze stołu na podłogę, na środku położył walizkę. Z 

denerwującą dokładnością przekręcił klucz w zamku i otworzył...

Nawet na mnie zrobiło to wrażenie. Było tam dużo więcej niż sto tysięcy. Beth 

wpatrywała się w nie, a potem sięgnęła i rozerwała plik tysiącdolcowych banknotów.

- Prawdziwe? Czy są prawdziwe? - spytała.

- Z gwarancją prosto z mennicy. Osobiście tego dopilnowałem.

Gdy ona wpatrywała się w pieniądze jak urzeczona, Hetman rzekł do mnie:

-   A   teraz,   Jim,   czy   mógłbyś   wyświadczyć   mi   przysługę?   Poszukaj,   proszę, 

kawałka liny lub sznura. Z pewnością wiesz, co się do tego najbardziej nada! I proszę o 

absolutną ciszę, gdy będziesz wiązał tę dziewczynę tak, żeby nie mogła się poruszyć.

background image

Ja czegoś takiego oczekiwałem, ona nie. Właśnie otwierała usta do krzyku, gdy 

chwyciłem jej filigranową szyjkę i mocno ścisnąłem tuż pod uszami.

background image

17

Z dużą radością pociąłem koc na paski i związałem te delikatne przegubiki u rąk 

i nóg. Właśnie przykładałem jej do ust przylepiec, kiedy oprzytomniała i spróbowała 

krzyknąć. Zabrzmiało to jak stłumione kwilenie warchlaka świniozwierza.

- Czy może z tym normalnie oddychać? - zapytał Hetman.

-   Bez   problemu.   Widzisz   ten   błysk   w   jej   oku   i   wściekłe   falowanie   tych 

wspaniałych piersi? To znaczy, że oddycha przez nos. A teraz czy mógłbyś wyjaśnić, o co 

w tym wszystkim chodzi?

- Pozwól, proszę, na pokład.

Zaczekał, aż drzwi się zamknęły i dopiero wtedy odezwał się, zacierając ręce z 

radości:

- Już po naszych kłopotach, chłopcze. Wiedziałem o tym, gdy tylko spojrzałem na 

mapę. Dwie rzeczy dotyczące tego miłego miasta upewniły mnie o tym. Jedna to bank, 

oddział Trustu Galaktycznego, gdzie mam konto, dość, jak widziałeś, pokaźne. A druga 

interesująca nas rzecz to fakt, że jest tu port kosmiczny.

Przez   kilka   sekund   łamałem   sobie   nad   tym   głowę,   a   mój   ślimaczy   umysł   z 

mozołem dodawał dwa do dwóch. A potem tak mocno rozdziawiłem szczęki, że z trudem 

mogłem mówić.

- Masz na myśli, że my... opuszczamy tę planetę? Przytaknął i wyszczerzył w 

uśmiechu zęby.

- Dokładnie tak. Ten mały świat stał się dla nas zbyt ciepły. A będzie jeszcze 

cieplejszy, gdy ktoś uwolni naszą przyjaciółeczkę. Do tego czasu powinniśmy strzepnąć z 

butów pył Rajskiego Zakątka i znaleźć się o lata świetlne stąd. Czy nie mówiłeś mi, że 

chcesz podróżować?

- Mówiłem, oczywiście, ale czy nie ma kontroli, inspekcji, policji itp.?

- Są. Ale celników i kontrolujących paszporty można ominąć, jeśli się wie jak. A 

ja wiem. Przed podjęciem tego drastycznego kroku sprawdziłem, jakie są tu statki kos-

miczne. Kiedy stąd wychodziłem, nie wiedziałem, że już dziś wprowadzę plan w czyn. 

Miałem zamiar tylko podjąć pieniądze, żeby przywiązać do siebie dziewczynę. A przy 

okazji   sprawdzić   ruch   statków   kosmicznych.   Ale   szczęście   nam   sprzyja.   Jest   tu 

frachtowiec z Yenii, który bierze cargo i rusza we wczesnych godzinach  porannych. 

Czyż to nie cudowne?

- Jestem pewny, że tak. Ale czułbym się pewniej, gdybym wiedział jak.

- Jim, twoja edukacja została fatalnie zaniedbana. Myślałem, że każdy uczeń wie, 

background image

jak przekupni są Yenianie. Są utrapieniem Ligi. Nie do poprawienia. Mottem na Yenii 

jest: „La reglaj čiam šaiso liğas". Co w wolnym tłumaczeniu brzmi: „Nie ma Stałych 

Praw".   Ma   to   oznaczać,   że   są   prawa   dotyczące   wszystkiego,   ale   przekupstwo   może 

wszystko zmienić. Jeśli nie jest to świat przestępców, to z pewnością planeta krętaczy.

- Brzmi nieźle - przyznałem. - A więc co załatwiłeś?

- Jeszcze nic. Ale jestem przekonany, że w porcie kosmicznym nadarzy się okazja.

-  Tak,   z  pewnością  -   daleko   mi  było   do  entuzjazmu.   Ten   plan   miał   wszelkie 

znamiona improwizacji i trzymania kciuków, ale nie miałem wyboru.

- A co z dziewczyną?

- Przekażemy wiadomość policji pocztą elektroniczną, która będzie dostarczona 

po naszym wyjeździe. Wyjaśnimy im, gdzie można ją znaleźć.

- To nie może być tutaj, to zbyt publiczne miejsce. Tam dalej w dół rzeki jest 

automatyczna przystań. Mogę tam zacumować przy jednej z zewnętrznych kei.

- Doskonałe rozwiązanie. Jeśli powiesz mi, gdzie to jest, pośpieszę teraz do portu 

kosmicznego, żeby wszystko przygotować. Czy możemy się tam spotkać o 23.00?

- Nie mam nic przeciwko.

Patrzyłem,   jak   jego   imponująca   figura   niknie   w   zapadającym   mroku.   Potem 

włączyłem silnik i wolno zakręciłem na kanale. Zanim dotarłem do przystani, było już 

zupełnie ciemno. Ale port był jasno oświetlony, a kanały dobrze oznakowane. Większość 

łodzi była zacumowana blisko brzegu, co mi bardzo odpowiadało. Wybrałem miejsce 

najbardziej wysunięte i oddalone od pozostałych. A potem zszedłem na dół, włączyłem 

światła i ujrzałem parę rozjarzonych nienawiścią pięknych oczu. Zamknąłem za sobą 

drzwi kabiny na klucz i usiadłem na koi, naprzeciwko Beth...

- Chcę z tobą porozmawiać. Obiecujesz, że nie zaczniesz krzyczeć, gdy zdejmę ci 

z ust przylepiec? I tak jesteśmy daleko od miasta i nie ma tu nikogo, kto mógłby cię 

usłyszeć. A więc zgoda?

Ciągle   jeszcze   pełna   nienawiści,   niechętnie   przytaknęła.   Oderwałem   plaster   i 

odsunąłem palce, akurat na czas, żeby umknąć jej ślicznym ząbkom.

- Mogłabym cię zabić, zamordować, zarżnąć, zmasakrować...

- Dosyć - odpowiedziałem. - To ja mógłbym to wszystko teraz zrobić, a nie ty, 

więc zamknij się.

Zamknęła   się.   Być   może,   wreszcie   uświadomiła   sobie   swoje   położenie.   W   jej 

oczach było teraz więcej strachu niż wściekłości. Nie chciałem terroryzować bezbronnej 

dziewczyny, ale w końcu ta gadka o mordowaniu to był jej pomysł. Uznałem, że jest już 

background image

gotowa, by słuchać.

- Będzie ci tak niewygodnie. Więc leż spokojnie, to cię rozwiążę.

Poczekała, aż oswobodzę jej ręce, i kiedy rozwiązywałem jej nogi, zabrała się za 

wydrapywanie   mi   oczu.   Oczekiwałem   tego,   więc   skończyła   na   koi   z   poważnymi 

trudnościami z oddychaniem.

- Zachowuj się rozsądnie - powiedziałem. - Równie łatwo mogę cię z powrotem 

związać i zakneblować. I nie zapominaj, proszę, że sama do tego doprowadziłaś.

- Jesteś kryminalistą, złodziejem. Poczekaj, już policja położy na tobie łapę...

- A ty jesteś szantażystką. Możemy już skończyć z tymi wyzwiskami i gierkami? 

Posłuchaj, co się teraz stanie. Mamy zamiar zostawić cię tu, na tej łódce, a gdy będziemy 

już daleko, powiadomimy policję, gdzie można cię znaleźć. Jestem pewien, że opowiesz 

im jakąś ciekawą historyjkę. Odchodzą stąd ekspresowe pociągi, są też autostrady. Ani 

ty nas już nigdy nie zobaczysz, ani policja.

Małe wprowadzenie w błąd nie zaszkodzi.

- Chce mi się pić.

- Coś ci przyniosę.

Oczywiście próbowała skoczyć do drzwi, gdy tylko się odwróciłem, a zaraz potem 

znów chciała wydłubać mi oczy. Rozumiałem jej uczucia, ale wolałem, żeby tego nie 

robiła.

Potem  czas  wlókł się straszliwie. Nie miała do powiedzenia nic takiego, co ja 

chciałbym usłyszeć i oczywiście wzajemnie.

Mijały   tak   godziny,   aż   wreszcie   łódka   zakołysała   się   pod   czyimś   ciężarem. 

Skoczyłem w kierunku koi. Tym razem Beth udało się raz krzyknąć, zanim zdążyłem ją 

uciszyć. Gałka u drzwi zaklekotała i przekręciła się.

- Kto tam?! - krzyknąłem, gotów do walki.

- Zapewniam cię, że nikt obcy - odpowiedział znajomy głos.

Z dużą ulgą przekręciłem klucz i otworzyłem drzwi.

- Czy ona mnie słyszy? - zapytał patrząc na milczący kształt na koi.

- Może słyszeć. Pozwól, że znowu ją „zabezpieczę" i wyjdziemy na pokład.

Poszedł przede mną. Gdy zamykałem drzwi, nagły płomień rozbłysł na nocnym 

niebie, a potem ognistym łukiem wspiął się ku zenitowi.

-   Dobry   omen   -   powiedział   Hetman.   -   To   kosmolot   głębokiej   przestrzeni. 

Wszystko już załatwione. Mamy mało czasu, więc proponuję, żebyśmy zabrali rzeczy i 

natychmiast ruszyli.

background image

- Czym jedziemy?

- Wynajętym samochodem.

- Czy można wyśledzić jego trasę?

-   Mam   nadzieję.   Punkt   zwrotu   samochodów   mieści   się   przy   stacji   kolejowej. 

Kupiłem bilety dla nas obu, co powinno cię ucieszyć.

- Wspomniałem naszej przyjaciółce o kolei.

-   Dwa   wielkie   mózgi,   które   pracują   jak   jeden.   Myślę,   że   gdy   będziemy   się 

pakować, uda mi się niechcący upuścić te bilety tak, żeby je zobaczyła.

Załatwiliśmy to szybko. Miałem uciechę widząc, jak na chwilę upadły na koc dwa 

charakterystyczne, niebieskie bilety na pociąg. Wypadły Hetmanowi z kieszeni, gdy miał 

ręce   zajęte   czymś   innym.   Majstersztyk!   Zamykając   drzwi,   nie   mogłem   oprzeć   się 

pokusie,   żeby   posłać   Beth   pożegnalny   pocałunek.   W   zamian   posłała   mi   wściekłe 

spojrzenie i przytłumione warknięcie, na które zresztą w pełni zasługiwałem. Zostało jej 

jednak jeszcze kilka naszych tysięcy, więc nie powinna narzekać.

Gdy oddaliśmy samochód, podjechaliśmy pociągiem do następnej stacji i stamtąd 

ruszyliśmy   do   portu   kosmicznego.   Aż   do   tego   momentu   wszystko   odbywało   się   w 

pośpiechu i pozostawało właściwie w sferze marzeń. Z ich realności zdałem sobie sprawę 

dopiero   wtedy,   gdy   zobaczyłem   skąpany   w   niebieskim   świetle   kadłub 

głębokoprzestrzennego kosmolotu.

Wyjeżdżałem poza planetę! Co innego oglądać spaceopery, a co innego samemu 

spróbować swych sił w kosmosie. Poczułem, że moje dłonie zrobiły się lodowate, a włosy 

zjeżyły mi się na karku. To nowe życie zapowiadało się świetnie!

- Do baru! - zarządził Hetman. - Nasz człowiek już tam jest.

Drobny   człowieczek,   ubrany   w   zatłuszczony   kombinezon   kosmiczny,   właśnie 

wychodził, ale na widok Hetmana cofnął się do kabiny.

- Vi estas malfrna! - powiedział ze złością.

-   Vere,   sed   ma   haras   la   manon   -   odpowiedział   Hetman,   migając   wielkim 

pakietem banknotów, co natychmiast uciszyło tamtego.

Pieniądze zamieniły właściciela i po chwili rozmowy następny plik banknotów 

podążył za pierwszym. Zaspokoiwszy swą chciwość, kosmonauta poprowadził nas do 

furgonetki dla obsługi. Drzwi się zatrzasnęły i szybko ruszyliśmy w ciemność.

Cóż za przygoda! Minęły nas niewidoczne pojazdy, potem pojawiły się i zniknęły 

jakieś dziwne odgłosy, jakby ktoś walił młotem. Potem rozległ  się głośny syk, jakby 

gigantycznego węża. Niebawem zatrzymaliśmy się i nasz przewodnik wyszedł i otworzył 

background image

tylne drzwi. Wysiadłem pierwszy i znalazłem się u stóp rampy, prowadzącej do czegoś, 

co mogło być jedynie pokiereszowanym kadłubem kosmolotu. Uzbrojony strażnik stał 

obok rampy i patrzył na mnie.

To już koniec. Przygoda skończyła się, zanim się rozpoczęła. Cóż mogłem zrobić? 

Uciekać? Nie, nie mogłem przecież  zostawić Hetmana. Z chaosem w głowie szedłem 

niepewnie w kierunku strażnika. Hetman minął mnie i...

Podał mu plik banknotów.

Strażnik jeszcze przeliczał, gdy my objuczeni bagażami wchodziliśmy na rampę.

- Emiru! Rapide! - rozkazał astronauta, otwierając drzwi kabiny. Wepchnęliśmy 

się do środka w ciemność i drzwi za nami zamknęły się na klucz.

- Bezpieczna przystań! - Hetman odetchnął z ulgą i pomacał ścianę, aż znalazł 

włącznik i zapalił światło. Znajdowaliśmy się w małej, ciasnej kabinie. Były tu tylko dwa 

wąskie łóżka, a za nimi jeszcze węższa łazienka. Wyglądało to dosyć ponuro.

- Dom, słodki dom! - oznajmił Hetman, rozglądając się z życzliwym uśmiechem. - 

Będziemy musieli tu spędzić co najmniej dwa dni, wiec lepiej uprzątnijmy nasze rzeczy z 

widoku.   W   przeciwnym   wypadku   kapitan   zagrozi,   że   zawróci   i   będziemy   musieli 

zwiększyć łapówkę.

- Nie jestem pewien, czy wszystko rozumiem. Jeszcze im nie zapłaciłeś?

- Tylko pierwsze raty. Łapówek nigdy i z nikim się nie dzieli, niech to będzie 

pierwsza   twoja   lekcja   ze   sztuki   przekupywania.   Kosmonauta   został   przekupiony   za 

przeszmuglowanie   nas   na   pokład   i   zaaranżowanie,   żeby   na   miejscu   był   uprzejmy 

strażnik, który weźmie swoją dolę. Te sprawy to już przeszłość. O naszej obecności na 

pokładzie nie wiedzą oficerowie, a zwłaszcza kapitan, który zażąda, naprawdę niezłej 

sumki. Sam zobaczysz.

- Z pewnością. Przekupstwo to rzeczywiście ekscytująca dziedzina sztuki.

- O tak...

- Dobrze, że znasz ich język i możesz z nimi robić interesy.

Na te słowa uniósł wysoko brwi i aż przysunął się do mnie.

- To ty tego nie zrozumiałeś? - zapytał.

- W szkole nie uczyli nas języków obcych.

- Obcych! - wyglądał na zaszokowanego. - Z jakiej to prowincjonalnej części tej 

świniozwierzowej planety pochodzisz?! To nie był obcy język, mój drogi chłopcze. To 

było esperanto, język galaktyczny, prosty, drugi język, którego każdy wcześnie się uczy i 

posługuje  nim  jak  ojczystym. Twoja  edukacja   jest  fatalnie  zaniedbana,  ale   to  łatwo 

background image

naprawić. Zanim znowu wylądujemy na jakiejś planecie, ty też będziesz go znał. Na 

początek   zapamiętaj,   że   wszystkie   czasowniki   w   czasie   teraźniejszym   we  wszystkich 

osobach kończą się na „as". Sama łatwizna...

Zamilkł,   gdy   poruszyła   się   klamka   u   drzwi   kabiny.   Przyłożył   palec   do   ust   i 

wskazał łazienkę. Skoczyłem w tamtą stronę i zapaliłem światło w chwili, gdy Hetman 

zgasił to w kabinie. Pośpiesznie wszedł do łazienki, a ja wyłączyłem światło. Udało nam 

się zamknąć w chwili, gdy otworzyły się drzwi na korytarz.

Czyjeś kroki zadudniły w kabinie i dobiegł nas odgłos cichego pogwizdywania. 

Rutynowa inspekcja, nie zobaczywszy nic ciekawego, zaraz sobie stąd pójdzie...

I wtedy otworzyły się drzwi łazienki i rozbłysło światło. Przepasany złotą szarfą 

oficer   spojrzał   na   upchniętego   pod   ciasnym   prysznicem   Hetmana   i   na   mnie, 

przycupniętego pod umywalką. Na twarzy przybysza pojawił się wyjątkowo paskudny 

uśmiech.

- Tak mi się wydawało, że coś tu dziś za dużo ruchu. Gapowicze! - w jego ręku 

pojawił się mały pistolet. - Wyłazić! Wy obaj schodzicie z pokładu, a ja dzwonię na 

policję.

background image

18

Pochyliłem się, przenosząc ciężar ciała na nogi, i napiąłem mięśnie. Byłem gotowy 

do natychmiastowego ataku, gdy tylko Hetman odwróci uwagę oficera. Naprawdę nie 

miałem ochoty z gołymi rękami stawać do walki przeciwko uzbrojonemu człowiekowi, 

ale   miałem   jeszcze   mniejszą   ochotę   iść   do   więzienia.   Hetman   z   pewnością   był   tego 

świadom. Pohamował mnie.

-   Nie   bądź   popędliwy,   James.   Odpręż   się,   a   ja   porozmawiam   z   tym   miłym 

oficerem.

Ciągle   na   muszce   pistoletu,   sięgnął   ręką   do   kieszeni   i   wyjął   cienki   zwitek 

banknotów.

- To jest zadatek za małą przysługę - powiedział wręczając pieniądze oficerowi, 

który chwycił je obiema rękami. Zrobił to bez trudu, bo pistolet znikł równie szybko, jak 

się pojawił. Liczył, a Hetman mówił dalej:

-   Przysługa,   o   którą   pokornie   prosimy,  polega   na   tym,  że   nie   znajdziesz   nas 

jeszcze przez dwa dni. Jutro dostaniesz taką samą sumę. Podobnie pojutrze, kiedy to 

odkryjesz nas i zaprowadzisz do kapitana.

Pieniądze znikły i znów pojawił się pistolet. Zrobił to niepostrzeżenie. Był tak 

dobry, że mógłby występować na scenie.

- Nie sądzę - powiedział. - Sądzę natomiast, że zabiorę wam wszystkie pieniądze, 

które macie przy sobie i w waszych torbach. Wezmę je i natychmiast odstawię was do 

kapitana.

- To niemądre - powiedział Hetman surowo. - Powiem kapitanowi, ile wziąłeś, a 

on ci to wszystko odbierze. Powiem mu także, kto z załogi został przekupiony. Zabierze 

im pieniądze, a to nie przysporzy ci sympatii na tym statku. Mam rację?

-   Coś   w   tym   jest   -   zadumał   się,   potarł   w   zamyśleniu   brodę,   pistolet   znikł 

ponownie. - Jeżeli podniesiesz stawkę, być może...

- Dziesięć procent, nie więcej - powiedział Hetman i umowa została zawarta. - Do 

zobaczenia jutro. Proszę, zamknij za sobą drzwi.

-   Oczywiście.   Życzę   przyjemnej   podróży.   Odszedł,   a   ja   zszedłem   z   sedesu   i 

podałem rękę Hetmanowi.

-   Moje   gratulacje,   sir.   To   był   wspaniały   pokaz   sztuki   przekupstwa,   o   której 

prawie nic nie wiem.

- Dziękuję, chłopcze. Dobrze jest znać reguły gry. On wcale nie miał zamiaru 

wyrzucić nas ze statku. To była po prostu zagrywka. Wszedłem do gry, on podniósł 

background image

stawkę,   ja   przyjąłem   i   skończyłem.   Wiedział,   że   nie   wyciśnie   nic   więcej,   bo   muszę 

zachować odpowiednio wysoką sumę dla kapitana. Jest samo przez się zrozumiałe, że 

kapitan nie dowie się o tym układzie. Wszystko zgodnie z zasadami...

Jego   słowa   przerwał   głośny   dźwięk   syreny,   dobiegający   z   korytarza,   a   nad 

drzwiami zaczęło gwałtownie migać czerwone światło.

- Coś nie w porządku?! - krzyknąłem przerażony.

- Wszystko w jak największym porządku. Jesteśmy gotowi do startu. Proponuję 

położyć się w kojach, bo ci idioci startują tak, że powstaje duże przeciążenie. Za kilka 

sekund otrząśniemy z butów kurz Rajskiego Zakątka. Oby na zawsze. Ta planeta to 

więzienie, po prostu straszne, a jedzenie...

Narastający   warkot   zagłuszył   jego   słowa,   a   koje   zaczęły   się   trząść.   Siła 

przyśpieszenia była tak wielka, że poczułem ucisk w piersiach. Zupełnie jak w filmach, 

tylko że w rzeczywistości było to o wiele bardziej ekscytujące. To było to! Jak najdalej 

od Rajskiego Zakątka! A przed nami wspaniałe perspektywy.

Niestety do tych perspektyw było jeszcze dość daleko. Na razie miałem problemy. 

Materac był cienki i kręgosłup rozbolał mnie od zbyt wielkiego nacisku. Potem przez 

jakiś   czas   grawitacja   była   bliska   zerowej,   zanim   dokładnie   ustawili   sztuczne 

przyciąganie.   Czy   raczej   prawie   dokładnie,   bo   co   jakiś   czas   statek   dostawał 

grawitacyjnej czkawki. Podobnie jak mój żołądek. Działo się to tak często, że w ciągu 

następnego dnia nawet nie myślałem o jedzeniu. Mieliśmy za to pod dostatkiem mdłej, 

rdzawej wody do picia. Oficer przyszedł po łapówkę, ja leżałem w koi i żeby zapomnieć 

o   moich   niedolach,   poświeciłem   się   lekcjom   esperanto.   Po   dwóch   dniach   grawitacja 

wreszcie się ustabilizowała i odzyskałem apetyt. Niecierpliwie czekałem na uwolnienie, 

kolejne przekupstwo i jedzenie.

- Pasażerowie na gapę! - powiedział oficer, otworzywszy drzwi. Wszedł i złapał 

się   za   serce,   udając   zaskoczenie   przed   towarzyszącą   mu   dziewczyną   z   załogi.   -To 

straszne, niesłychane! Wstawać, chodźcie obaj za mną. Kapitan Garth chętnie się o tym 

dowie.

Przedstawienie   było   udane,   ale   zepsuł   je   trochę,   wyciągając   chciwą   łapę   po 

pieniądze,   gdy   dziewczyna   się   odwróciła.   Wydawała   się   tym   wszystkim   znudzona, 

zresztą sama pewnie dostała swój udział. Ruszyliśmy korytarzem i trzy piętra w dół po 

metalowych schodach na mostek. Kapitan przeżył prawdziwy szok, gdy nas zobaczył. 

Był chyba jedyną osobą, która nie wiedziała, że tu jesteśmy.

- Cholera, a skąd oni się tu wzięli?

background image

- Z jednej z pustych kabin na pokładzie C.

- Przecież miałeś sprawdzić te kabiny.

- Zrobiłem to, kapitanie. Zapisałem to nawet w dzienniku okrętowym, godzinę 

przed startem. Potem byłem tutaj, na mostku. Właśnie wtedy musieli wejść na pokład.

- Kogo  przekupiliście?   - zapytał  kapitan  Garth,  stary, siny  wilk  kosmiczny   o 

podstępnym spojrzeniu.

-   Nikogo,   kapitanie   -   odparł   Hetman   z   niezachwianą   szczerością   w   głosie.   - 

Dobrze   znam   te   przedpotopowe   frachtowce.   Tuż   przed   startem   strażnik   pilnujący 

rampy   wszedł   do   środka.   Wślizgnęliśmy   się   za   nim,   przez   nikogo   nie   dostrzeżeni   i 

ukryliśmy się w kabinie. To wszystko.

- Nie  wierzę   ani  jednemu twojemu  słowu. Powiecie,  kogo  przekupiliście,  albo 

zamknę was w ładowni i dopiero wtedy będziecie w dużych kłopotach.

- Drogi kapitanie, uczciwi członkowie twojej załogi nigdy nie wzięliby łapówki! - 

kapitan chrząknął z powątpiewaniem, a Hetman ciągnął dalej: -Mam dowody. Cały mój 

niewielki majątek spoczywa nienaruszony w mojej kieszeni...

- Wynoście się! - rozkazał kapitan wszystkim obecnym. - Wszyscy. Sam się tym 

zajmę. Chcę ich przesłuchać.

Oficer i reszta załogi wyszli z ociąganiem. Kapitan zamknął drzwi i odwrócił się 

do nas.

- Co my tu mamy - mruknął, gdy Hetman wręczył mu sporą sumkę. Kapitan 

przeliczył ją i pokręcił głową. - Za mało.

-   Oczywiście   -   zgodził   się   Hetman.   -   To   tylko   zaliczka.   Resztę   dostaniesz   po 

wylądowaniu na jakiejś przyjemnej planecie, na której będą dyskretni celnicy.

-   Masz   duże   wymagania.   Nie   chcę   zadzierać   z   władzami   planetarnymi, 

przemycając nielegalnych imigrantów. Łatwiej będzie po prostu zabrać wam pieniądze i 

jakoś się was pozbyć.

- To niemożliwe. Dostaniesz ostateczną  wypłatę w formie imiennego czeku  na 

dwieście   tysięcy   kredytów,   płatnych   w   Galaktycznym   Towarzystwie   Kredytowo-

Walutowym. Jednak nie będziesz mógł go zrealizować, jeśli go nie podpiszę. A ja nie 

zrobię tego, nawet gdybyś mnie torturował. Dopóki nie staniemy na twardym gruncie.

Kapitan znacząco wzruszył ramionami i odwrócił się w stronę przyrządów, coś 

przekręcił i znów spojrzał na nas.

- Jest jeszcze kwestia opłaty za przelot - powiedział spokojnie. - Żadna instytucja 

dobroczynna nie płaci mi za paliwo.

background image

- Jasne. Ustalmy stawki.

Wyglądało   na   to,   że   wszystko   jest   załatwione,   ale   gdy   szliśmy   korytarzem, 

Hetman ostrzegł mnie szeptem:

- Nasza kabina jest już na podsłuchu. Na pewno przeszukali też bagaż. Mam przy 

sobie   wszystkie   nasze   pieniądze.   Trzymaj   się   blisko   mnie,   żeby   nie   było   żadnych 

niespodzianek. Ten oficer, na przykład, wygląda na zawodowego kieszonkowca. A teraz 

co   byś   powiedział   na   małą   przekąskę?   Zapłaciliśmy,   więc   możemy   zakończyć   ten 

przymusowy post wspaniałą ucztą.

Mój   żołądek   przyjął   tę   propozycję   aprobującym   skurczem   i   ruszyliśmy   do 

kuchni. Jako że nie było pasażerów, tłusty i zarośnięty kucharz serwował tylko wiejskie 

potrawy   z   Yenii.   Dobre   może   dla   tubylców.   My   musielibyśmy   się   do   nich   długo 

przyzwyczajać. Czy próbowaliście kiedyś jeść, zatykając nos palcami? Nie zapytałem 

kucharza, co jedliśmy, bo bałem się, że mi powie. Hetman westchnął głęboko i zaczął 

pałaszować swoją porcję tego świństwa.

- Zapomniałem, co się jada na Yenii - powiedział ponuro. - To wina pamięci 

selektywnej. Kto chciałby kiedykolwiek wspominać taką ucztę?

Nie   odpowiedziałem,   bo   właśnie  spłukiwałem   letnią   wodą  ohydny   posmak  tej 

brei.

- Jedyną pociechą jest to, że ta woda nie jest tak wstrętna jak lura w naszej 

kabinie. Hetman westchnął ponownie.

- To kawa.

Zabawny to ten rejs nie był. Obaj schudliśmy, bo lepiej było unikać posiłków, niż 

je   jeść.   Kontynuowałem   naukę,   przyswajając   sobie   zawiłości   defraudacji,   sztukę 

zatajania   dochodów   oraz   zasady   prowadzenia   podwójnych   i   potrójnych   ksiąg 

rachunkowych. Oczywiście wszystko w esperanto, dopóki nie opanowałem tego pięknego 

języka, tak jakbym mówił nim od dziecka.

Podczas pierwszego lądowania nie opuściliśmy statku, bo żołnierze i celnicy roili 

się wszędzie jak wszy.

- Nie tutaj - powiedział kapitan, obserwując wraz z nami kosmodrom widoczny 

na   ekranie.   -   To   bardzo   bogata   planeta,   ale   nie   lubią   tu   obcych.   Spodoba   się   wam 

następna   w   tym   systemie.   To   świat   rolniczy,   słabo   zaludniony,   więc   przyjmują   tam 

imigrantów, nie ma nawet kontroli celnej.

- Jak się nazywa? - zapytał Hetman.

- Amphisbionia.

background image

- Nigdy o niej nie słyszałem.

- Nic w tym dziwnego. To przecież jedna z trzydziestu tysięcy skolonizowanych 

planet.

- To prawda, ale mimo to...

Hetman   wydawał   się   niespokojny,   a   ja   nie   rozumiałem   dlaczego.   Jeśli   nie 

spodoba się nam ta planeta, to stać nas było, aby ją opuścić. Lecz jakieś przeczucie nie 

dawało   mu   spokoju.   W   końcu   przekupił   oficera,   by   uzyskać   dostęp   do   komputera 

pokładowego. Gdy modliliśmy się nad kolejnym obiadem, powiedział:

-   W   tej   sprawie   coś   cuchnie.   Gorzej   niż   to   jedzenie!   W   przewodniku 

galaktycznym   nie   ma   wzmianki   o   planecie   Amphisbionia.   A   przewodnik   jest 

automatycznie aktualizowany za każdym razem, gdy lądujemy gdzieś i podłączamy się 

do planetarnej sieci komunikacyjnej. W dodatku nasz następny port jest wśród tajnych 

danych. Tylko kapitan zna do nich kod.

- Co możemy zrobić?

- Nic, dopóki nie wylądujemy. Wtedy dowiemy się, co on knuje.

- Nie możesz przekupić któregoś z oficerów?

- Już to zrobiłem, w ten sposób dowiedziałem się, że tylko kapitan wie, dokąd 

lecimy. Oczywiście powiedział mi o tym dopiero, gdy dałem mu pieniądze. Podła sztuka. 

Ale sam bym tak postąpił.

Bezskutecznie próbowałem go rozweselić. Chyba to jedzenie tak obniżyło jego 

morale. Dobrze by było, gdybyśmy już wylądowali na tej planecie, czymkolwiek by ona 

była. Z pewnością dobry złodziej wyżyje w każdym społeczeństwie i jedno było pewne; 

jedzenie musi być tam lepsze niż te pomyje!

Leżeliśmy w kojach, dopóki statek nie wylądował i nie zapaliło się zielone światło. 

Nasz szczupły dobytek był już spakowany. Zanieśliśmy go do śluzy. Sam kapitan stał 

przy   ryglach.   Pomrukiwał   do   siebie,   gdy   automatyczny   analizator   powietrza 

przeprowadzał test. Wewnętrzne drzwi nie mogą się otworzyć, dopóki analiza nie da 

zadowalających rezultatów. W końcu urządzenie zabrzęczało i wyświetliło jakiś wynik, a 

kapitan szybko je wyłączył. Wielka klapa powoli odsunęła się, wpuszczając do środka 

ciepłe, orzeźwiające powietrze. Wdychaliśmy je z przyjemnością.

- Masz stylograf? - zapytał kapitan Garth.

Hetman uśmiechnął się w odpowiedzi.

Kapitan poszedł przodem. Podążaliśmy za nim, niosąc bagaże. Była noc, blado 

świeciły  gwiazdy, a od  strony ciemnej ściany  drzew  dobiegały  krzyki  niewidocznych 

background image

stworzeń. Jedynym jasnym miejscem było oświetlenie wnętrza śluzy.

-   To   dobra   planeta   -   powiedział   kapitan,   stając   na   końcu   rampy.   Hetman 

pokręcił głową, wskazując na metalową pochylnię.

- Ciągle jeszcze jesteśmy na statku. Chodźmy na ląd, jeśli łaska.

Zgodzili się w końcu na skrawek ziemi blisko rampy, ale dostatecznie daleko od 

statku, by uniemożliwić jakąkolwiek próbę uwięzienia nas. Hetman wyjął czek, wziął 

stylograf   i   starannie   podpisał.   Kapitan   podejrzliwie   porównał   podpis   ze   wzorem   na 

czeku i w końcu skinął głową. Szybko poszedł ku rampie, a gdy podnosiliśmy torby, 

nagle odwrócił się i zawołał:

- Teraz są wasi!

Rampa zaczęła się unosić, a w ciemności rozbłysły potężne reflektory zalewając 

nas oślepiającym blaskiem. Ruszyli ku nam uzbrojeni mężczyźni. To była pułapka!

- Wiedziałem, że coś jest nie tak - powiedział Hetman. Upuścił torbę i twardo 

spojrzał na biegnących mężczyzn.

background image

19

Z   ciemności   wynurzyła   się   zdumiewająca   postać   w   czerwonym   mundurze,   z 

mieczem u boku, i stanęła przed nami podkręcając wielkie, eleganckie wąsy. Wyglądał 

jak bohater z filmu historycznego.

- Oddajcie wszystko, co macie. Wszystko. Szybko!

Dwaj   umundurowani   mężczyźni   zbliżyli   się,   aby   dopilnować,   że   spełnimy 

polecenie. Mieli dziwne pistolety z wielkimi lufami na drewnianych łożach.  Za nami 

usłyszałem zgrzyt opuszczającej się znów pochylni, na której skraju stał kapitan Garth. 

Schyliłem się, by podnieść torby i...

Z półobrotu rzuciłem się na kapitana i mocno go chwyciłem.

Rozległ  się  głośny  brzęk   i  coś  odbiło  się  od   kadłuba  statku. Kapitan   zaklął  i 

zamierzył się do ciosu. Doskonale! Uchyliłem się, chwyciłem go za ramię i wykręciłem je 

do tyłu. Zawył z bólu.

-   Puść   go!   -   powiedział   jakiś   głos.   Spojrzałem   nad   ramieniem   kapitana   i 

zobaczyłem, że  Hetman leży  na ziemi, a oficer  trzyma stopę na jego piersi. Czubek 

miecza był przyciśnięty do gardła Hetmana.

To był pechowy dzień. Zanim wykonałem polecenie, wolną dłonią ścisnąłem szyję 

kapitana.   Osunął   się   nieprzytomny,   a   jego   głowa   dźwięcznie   odbiła   się   od   rampy. 

Odsunąłem się, a Hetman wstał niepewnie i otrzepując  się z kurzu, zapytał naszego 

pogromcę:

- Przepraszam, szanowny panie. Czy mógłbym pokornie zapytać, jak nazywa się 

planeta, na której się znajdujemy?

- Spiovente - mruknął tamten.

-   Dziękuję.   Jeśli   pozwolisz,   pomogę   wstać   mojemu   przyjacielowi,   kapitanowi 

Garthowi,   gdyż   pragnę   przeprosić   go   za   porywcze   zachowanie   mojego   młodego 

towarzysza.

Nikt   go   nie   zatrzymał,   wiec   podszedł   do   kapitana,   który   właśnie   odzyskał 

przytomność.

I natychmiast znów ją stracił, bo Hetman kopnął go w skroń.

-   Zwykle   nie   jestem   mściwy   -   powiedział,   odsuwając   się   i   wyjmując   portfel. 

Wręczył go oficerowi i dodał: - Lecz tym razem chciałem dać wyraz moim uczuciom, 

zanim odzyskam zwykły mi spokój. Rozumiesz oczywiście, dlaczego to zrobiłem?

- Sam zrobiłbym to samo - odparł oficer licząc pieniądze. - Ale koniec zabawy. 

Nie ważcie się więcej do mnie odzywać, bo zginiecie.

background image

Odszedł,   a   z   ciemności   wynurzył   się   inny   mężczyzna   trzymający   dwa  czarne 

metalowe   pierścienie.   Hetman   stał   nieruchomo   i   nie   opierał   się,   gdy   jeden   z   nich 

zatrzaśnięto   mu   na   kostce.   Nie   wiedziałem,   co   to   jest,   ale   nie   podobało   mi   się   to. 

Postanowiłem, że nie dam sobie tak łatwo tego założyć.

Jednak dałem. Lufa pistoletu znacząco dźgnęła mnie w plecy i nie protestowałem, 

gdy także moja kostka została uwięziona. Człowiek, który założył pierścień, podniósł się 

i spojrzał mi w oczy. Stał tak blisko, że owiał mnie jego zgniły oddech. Był brzydki jak 

noc, a pomarszczona, przecinająca twarz blizna nie dodawała mu urody. Dźgnął mnie 

palcem w pierś i powiedział:

- Jestem Tars Tukas, służę naszemu potężnemu lordowi Capo Docci. Nie wolno 

wam jednak zwracać się do mnie po imieniu, macie nazywać mnie „panem".

Zwróciłem   się   do   niego,   używając   słów   znacznie   stosowniejszych   niż   „pan". 

Wtedy nacisnął guzik na metalowym pudełku, które wisiało mu u pasa.

Nagły   ból   zamroczył   mnie.   Ocknąłem   się   na   ziemi.   Spojrzałem   w   bok   i 

zobaczyłem Hetmana, który leżał obok mnie jęcząc cicho. Pomogłem mu wstać. Tars 

Tukas   nie   powinien   był   tego   robić.   Hetman   przecież   miał   już   swoje   lata.   Tars 

uśmiechnął się krzywo.

- Jak się nazywam? - zapytał.

Oparłem się pokusie, ze względu na Hetmana.

- Pan.

- Więc zapamiętaj to sobie i nie próbuj uciekać. W całym kraju są rozmieszczone 

przekaźniki nerwowe. Jeśli włączę to na dość długo, porażą twoje nerwy. Na zawsze. 

Zrozumiałeś?

- Zrozumiałem, panie.

- Oddaj mi wszystko, co masz przy sobie.

Zrobiłem   to.   Pieniądze,   dokumenty,   monety,   klucze,   zegarek   i   całą   resztę. 

Przeszukał mnie brutalnie i na razie wydawał się zadowolony.

- Idziemy.

Szybko nadszedł  tropikalny świt i wyłączono reflektory. Poszliśmy za naszym 

nowym panem, nie oglądając się za siebie. Hetman poruszał się z trudem i musiałem mu 

pomagać. Dotarliśmy w końcu do sfatygowanej drewnianej furmanki. Tukas skinieniem 

rozkazał   nam   wejść   na   tył.   Usiedliśmy   na   gołych   deskach   i   obserwowaliśmy,   jak   z 

ładowni statku kosmicznego wyładowują jakieś paki.

- Nieźle przykopałeś kapitanowi - powiedziałem. - Wygląda na to, że wiesz o tej 

background image

planecie coś, czego ja nie wiem. Jak ona się nazywa?

- Spiovente - zabrzmiało to jak przekleństwo. - Kamień u szyi Ligi. Kapitan z 

zemsty wpuścił nas w niezły kanał. A swoją drogą, on jest przemytnikiem. Ten cuchnący 

świat jest objęty całkowitym embargiem. Dotyczy to zwłaszcza broni, która na pewno 

jest w tych pakach. Spiovente!

Wiele się nie dowiedziałem. Prócz tego, że byliśmy w opałach, a to i tak było 

jasne.

- A czy mógłbyś powiedzieć coś więcej o tym kamieniu u szyi?

- To moja wina, że zostałeś w to wszystko zamieszany. Ale Garth jeszcze zapłaci 

mi za to. Cokolwiek by się stało, Jim, musimy go oddać w ręce sprawiedliwości. Trzeba 

jakoś skontaktować się z Ligą.

To „jakoś" przygnębiło go. Zmęczonym gestem ukrył twarz w dłoniach. Milcząc 

czekałem, aż znów przemówi. Nie chciałem go ponaglać. W końcu wyprostował się i 

zobaczyłem, że znów rozbłysły mu oczy.

- Nie łam się, Jim. Nie daj się tym bydlakom. Tym razem wpadliśmy w niezłe 

bagno. Liga po raz pierwszy skontaktowała się ze Spiovente ponad dziesięć lat temu. 

Planeta została odizolowana jeszcze w czasie pierwszego Przełomu i miała tysiąc lat na 

to, żeby zejść na psy. To jest miejsce, które wystawia zbrodni złe świadectwo, ponieważ 

rządzą tu przestępcy. Domy wariatów przejęli wariaci. Panuje tu anarchia - nie, to nie 

tak   -   przy   Spiovente   anarchia   wygląda   jak   piknik   drużyny   harcerskiej.   Prze-

studiowałem   system   rządów   na   tej   planecie,   kiedy   pracowałem   nad   trudniejszymi 

kawałkami mojej życiowej filozofii. Ten moment rozwoju należy do dawno minionych 

ciemnych wieków historii ludzkości. Wszystko to jest pod każdym względem odrażające, 

ale   Liga   nie   może   nic  na   to  poradzić   bez   rozpoczęcia   inwazji,   która  z   kolei   byłaby 

sprzeczna z jej etyką. Siła Ligi jest jednocześnie jej słabością. Żadna planeta nie może 

zaatakować innej. A gdyby to zrobiła, natychmiast stanęłaby przed groźbą zniszczenia 

przez resztę, ponieważ wojna jest obecnie zabroniona. Liga może jedynie wspierać nowo 

odkryte   planety   oraz   służyć   im   radą   i   pomocą.   Krążą   pogłoski,   że   istnieją   tajne 

organizacje Ligi, zwalczające tak podłe społeczeństwa jak to, ale oczywiście nie mówi się 

o tym publicznie. To, co się tu dzieje, jest straszne. Spiovente jest wypaczonym obrazem 

cywilizowanych   światów.  Nie   panuje   tu   żadne   prawo,   tylko   siła.   Rządzą   przywódcy 

gangów kryminalnych, zwani Capo. Docci jest jednym z nich. Każdy Capo stara się 

podporządkować   sobie   tę   planetę.   Kiedy   tylko   znajdę   szczeliny   w   tej   strukturze 

społecznej,   znów   staniemy   się   szczurami.   Ale   obawiam   się,   że   nie   stalowymi,   ale 

background image

zwykłymi futerkowymi gryzoniami sprzed wieków.

- Każdy szczur jest dobry. Wybrniemy z tego!

Musieliśmy   przesunąć   się,   bo   właśnie   na   tył   wozu   wepchnięto   pierwszą 

poobijaną,   trzeszczącą   w   szwach   pakę.   Kiedy   ostatnia   skrzynia   została   załadowana, 

wdrapali się tragarze. To dobrze, że było prawie ciemno. Naprawdę nie miałem ochoty 

oglądać   ich   z   bliska.   Byli   to   trzej   parszywi,  brudni,   zarośnięci   mężczyźni   ubrani   w 

łachmany. I niedomyci, o czym poinformował mnie mój zdegustowany nos. Na koniec 

wgramolił się czwarty mężczyzna, większy i bardziej obrzydliwy od pozostałych, choć 

jego strój był w trochę lepszym stanie. Spojrzał na nas z góry i oprócz smrodu wyczułem 

kłopoty.

- Wiecie, kim jestem? Jestem Muskuł. To jest moja furmanka i macie robić, co 

wam powiem. Pierwszą rzeczą, jaką powiem, będzie to, że ty, stary, masz zdjąć kurtkę. 

Będzie wyglądać lepiej na mnie niż na tobie.

- Dziękuję za propozycję, proszę pana, ale myślę, że swoje ubranie zatrzymam na 

sobie - odpowiedział Hetman z anielską słodyczą w głosie.

Wiedziałem, co zamierza zrobić i miałem nadzieję, że dobrze to sobie przemyślał. 

Mieliśmy bardzo mało miejsca, a ten zbir był dwa razy większy ode mnie. Miałem czas 

na tylko jeden cios, który musiał być skuteczny.

Osiłek   zaryczał   z   gniewu   i   zaczął   się   przedzierać   przez   paki.   Przerażeni 

niewolnicy odczołgiwali mu się z drogi. Ja także się odczołgałem, więc nie zwrócił na 

mnie uwagi. Doskonale. Dopadł już Hetmana, gdy oburącz uderzyłem go w kark. Upadł 

z głośnym łoskotem na stertę pak.

Odwróciłem się do niewolników, którzy w milczeniu  obserwowali nas szeroko 

otwartymi oczami.

-   Teraz   ja   jestem   Muskuł   -   powiedziałem,   a   oni   skwapliwie   skinęli   głowami. 

Wskazałem najbliższego. - Jak się nazywam?

- Muskuł - odparł bez wahania i dodał: - Nie odwracaj się plecami do tamtego, 

kiedy się ocknie.

- Pomożesz mi?

W uśmiechu pokazał szczerniałe, połamane zęby.

- Nie pomogę walczyć. Ale ty nas nie bić jak on.

- Nie będzie bicia. Wszyscy pomożecie? Skinęli głowami.

-   Dobrze.   Więc   waszym   pierwszym   zadaniem   będzie   wywalenie   stąd   byłego 

Muskuła. Nie chcę być za blisko, kiedy się ocknie.

background image

Wykonali polecenie z entuzjazmem, z własnej inicjatywy dodając osiłkowi kilka 

kopniaków.

- Dziękuję, James, jestem ci wdzięczny za interwencję - powiedział Hetman. - 

Pomyślałem sobie, że prędzej czy później będziesz musiał zmierzyć się z nim. Lepiej 

prędzej,   więc   odwróciłem   jego   uwagę.   Rozpoczął   się   nasz   awans   społeczny,   bo   już 

przekroczyłeś najniższą kategorię niewolników. A co to jest, do stu par satelitów?!

Spojrzałem w kierunku, który wskazywał, i wytrzeszczyłem oczy tak samo jak 

on. Była to jakaś maszyna, to oczywiste. Powoli zbliżała się do nas, brzęcząc, klekocząc i 

buchając dymem. Maszynista ustawił ją tyłem do furmanki, a jego pomocnik zeskoczył i 

połączył oba pojazdy. Poczuliśmy szarpnięcie i powoli ruszyliśmy.

-   Patrz   uważnie,   Jim,   i   pamiętaj   -   powiedział   Hetman.   -   Oto   przykład 

prymitywnej   techniki,   dawno   już   zapomnianej   i   zagubionej   w   otchłani   czasu.   Ten 

wehikuł jest napędzany parą. To jest, jako żywo, pojazd parowy. Mam wrażenie, że 

będzie mi się to podobać.

Nie   podzielałem   jego   entuzjazmu   dla   tej   neolitycznej   maszyny.   Myślałem   o 

zdetronizowanym zbirze i o tym, co się stanie, gdy mnie dorwie. Uznałem, że muszę 

lepiej poznać obowiązujące tu zasady. Przedostałem się do pozostałych niewolników, ale 

zanim   rozpocząłem   rozmowę,   przetoczyliśmy  się   po   moście   i   przez   wielką   bramę  w 

wysokim murze. Kierowca naszego wozu parowego zahamował i zawołał:

- Rozładować to!

W moim nowym wcieleniu, jako Muskuł, nadzorowałem tylko wyładunek, prawie 

nie pomagając innym. Właśnie zleciała na ziemię ostatnia paka, gdy jeden z niewolników 

szepnął:

- Idzie przez bramę, za tobą!

Szybko   odwróciłem   się.   Miał   rację.   Szedł   tam   były   Muskuł,   podrapany   i 

zakrwawiony, z siną od gniewu twarzą. Z rykiem ruszył do ataku.

background image

20

A ja zacząłem od tego, że rzuciłem się do ucieczki. Mój prześladowca ruszył za 

mną w szaleńczym pościgu. Nie zrobiłem tego ze strachu, ale żeby mieć wystarczająco 

dużo   miejsca.   Gdy   tylko   oddaliłem   się   od   furmanki,   odwróciłem   się   i   podstawiłem 

zbirowi nogę, a on jak długi rozciągnął się na ziemi.

To wzbudziło głośny śmiech widzów. Gdy się podnosił, rozejrzałem się prędko. 

Wokół nas stali uzbrojeni strażnicy, niewolnicy oraz odziany na czerwono sam Capo 

Docci. Zaczął świtać mi pewien pomysł, ale zanim ukształtował się ostatecznie, musiałem 

zacząć działać, żeby ocalić życie.

Zbir szybko się uczył. Tym razem nie rzucił się na mnie jak wściekły. Podchodził 

powoli z szeroko rozpostartymi ramionami i rozcapierzonymi palcami. Gdyby zdołał 

mnie chwycić, nie wydostałbym się żywy z jego czułego uścisku. Cofałem się powoli, 

odwróciłem   się,   by   stanąć   twarzą   do   Capo   Docci,   po   czym   odsunąłem   się   i   szybko 

postąpiłem do przodu. Oburącz złapałem wyciągniętą rękę napastnika, pociągnąłem i 

jednocześnie upadłem do tyłu. Byłem wystarczająco ciężki, by przerzucić go nad sobą i 

znów rozłożyć na ziemi.

Poderwałem się na nogi mając już gotowy plan. Zrobię pokaz!

-   To   była   prawa   ręka!   -   zawołałem   głośno.   Potykając   się,   Muskuł   znów 

zaatakował, więc zaryzykowałem i zapowiedziałem następny strzał:

- Prawe kolano.

Kopnąłem   z   doskoku   i   trafiłem   go   w   rzepkę.   To   jest   bolesne,   więc   upadł   z 

wrzaskiem. Tym razem wstawał wolniej, ale ciągle jeszcze rozjuszony. Nie przestanie, 

dopóki nie straci przytomności. Ale to dobrze.

- Lewa ręka.

Chwyciłem ją, wykręciłem do tyłu i przytrzymałem, mocno popychając. Muskuł 

był silny i wciąż walczył, próbując chwycić mnie prawą ręką lub podciąć. Ale ja byłem 

szybszy.

- Lewa noga! - zawołałem.

Kopnąłem go mocno w łydkę i znów się przewrócił. Odstąpiłem i spojrzałem na 

Capo Docci. Cała jego uwaga skupiona była na mnie.

- Czy równie łatwo zabijasz, jak tańczysz? - zapytał.

- Mogę, ale wolę tego nie robić - zdawałem sobie  sprawę, że  mój przeciwnik 

podniósł się i stał teraz na chwiejnych nogach. Odwróciłem się tak, aby móc go widzieć 

kątem oka. - Wolę pozbawić go przytomności. W ten sposób wygram walkę, a ty nie 

background image

stracisz niewolnika.

Zbir   zacisnął   ręce   na   mojej   szyi   i   zabulgotał   ze   złości.   Popisywałem   się,   ale 

robiłem   to   świadomie.   Musiałem   zapewnić   moim   widzom   dobry   pokaz.   Więc   nie 

oglądając się, wymierzyłem zgiętą ręką cios do tyłu. Z całej siły wpakowałem łokieć w 

brzuch   Muskuła,   dokładnie   pośrodku,   tuż   pod   mostkiem.   Prosto   w   zwój   nerwowy, 

znany jako splot słoneczny. Ręce zbira opadły, a ja zrobiłem krok do przodu słysząc, jak 

głucho walnął o ziemię. Znieruchomiałem z kamienną twarzą.

Capo Docci przywołał mnie gestem, a kiedy się zbliżyłem, powiedział:

- To nowy sposób walki, przybyszu. Nasze zabijaki walczą na pięści. Biją się tak 

długo, aż jeden z nich wypadnie z gry. My zakładamy się, kto zwycięży.

- Taka walka jest marnotrawstwem. Cała sztuka polega na tym, żeby wiedzieć, 

gdzie i jak uderzyć.

-   Twoja   sztuka   jest   bezradna   wobec   ostrej   stali   -   powiedział,   wyciągając   do 

połowy miecz. Musiałem teraz postępować ostrożnie. Mógł mnie posiekać tylko po to, 

żeby udowodnić mi, że nie dam mu rady.

-   Nie   mogę  walczyć   gołymi   rękami   przeciwko   takiemu   szermierzowi   jak   ty   - 

stwierdziłem pokornie. Z tego, co wiedziałem, Docci używał miecza tylko do krojenia 

pieczystego, ale pochlebstwo nigdy nie zaszkodzi. - Ta sztuka jest przydatna tylko w 

starciu z człowiekiem niedoświadczonym w walce na miecze albo noże.

Przetrawił to i zawołał najbliższego strażnika:

- Hej ty, wyjdź na niego z nożem!

Nie tak to sobie zaplanowałem, ale nie było teraz sposobu, by uniknąć pojedynku. 

Strażnik  uśmiechnął  się,  wyrwał z  pochwy  lśniący   sztylet  i ruszył  ku  mnie pewnym 

krokiem. Odpowiedziałem uśmiechem. Uniósł broń przygotowując się do pchnięcia, ale 

nie   skierował   ostrza   dokładnie   na   wprost,   jak   zrobiłby   to   doświadczony   nożownik. 

Pozwoliłem mu podejść blisko i stałem nieruchomo, dopóki nie uderzył.

Typowa obrona. Zrobiłem krok do przodu i zablokowałem uderzenie. Chwyciłem 

go za rękę i wykręciłem ją. Wszystko odbyło się bardzo szybko. Nóż poleciał w jedną 

stronę, napastnik w drugą. Musiałem prędko zakończyć ten pokaz, żeby nie przyszło mi 

zmierzyć się z pałkami albo pistoletem. Zbliżyłem się do Capo Docci i powiedziałem 

spokojnie:

- Te sposoby obrony i zabijania, stosowane w innych światach, są nieznane na 

Spiovente. Nie chciałbym ich wszystkich teraz wyjawiać. Jestem pewien, że nie życzysz 

sobie,   by   niewolnicy   poznali   tak   niebezpieczne   ciosy.   Pozwól,   że   inne   umiejętności 

background image

zaprezentuję   ci   bez   udziału   tej   publiczności.   Mogę   nauczyć   tego   wszystkiego   twoją 

ochronę, bo wielu tutaj na pewno chciałoby cię zabić. Pomyśl o swoim bezpieczeństwie. - 

Brzmiało   to   jak   wykład   o   przepisach   drogowych,   ale   chyba   go   przekonało.   Nie   do 

końca...

- Nie lubię żadnych nowych pomysłów - warknął. - Lubię, jak wszystko jest po 

staremu.

Czyli on na szczycie, a reszta na dole, w łańcuchach. Odezwałem się szybko:

- To, co robię, nie jest nowe, jest stare jak ludzkość. Sekrety przekazywane są 

potajemnie od zarania dziejów. Możesz je teraz poznać. Nadchodzą zmiany, wiesz o tym, 

a wiedza jest siłą. Gdy inni chcą ci odebrać to, co posiadasz, dobra jest każda broń, 

którą można ich pobić. - Wszystko to wydawało mi się idiotyzmem, ale miałem nadzieję, 

że   do   niego   przemówi.   Z   tego,   co   Hetman   mówił   mi   o   tym   fajansiarskim   świecie, 

wynikało, że tylko siła zapewnia bezpieczeństwo - czysta paranoja, ale Docci musiał to 

teraz przemyśleć. Trochę się tego obawiałem, gdyż biorąc pod uwagę jego niskie czółko, 

myślenie mogło go boleć. Odwrócił się na pięcie i odszedł.

Uprzejmość,   podobnie   jak   mydło,   była   towarem   nieznanym   na   tej   planecie. 

Żadnego tam „Do zobaczenia" albo „Pomyślę o tym". Dopiero po chwili zrozumiałem, 

że   posłuchanie   się   skończyło.   Rozbrojony   strażnik   gapił   się   na   mnie   rozcierając 

nadgarstek,   ale   schował   sztylet.   Rozmawiałem   z   Capo   Docci,   zatem   nie   mógł   mnie 

zadźgać bez powodu. Pozostał mi więc tylko mój pierwszy przeciwnik - były Muskuł. 

Wciąż siedział oszołomiony. Zbliżyłem się do niego. Spojrzał na mnie, mrugając oczami. 

Zrobiłem najbardziej wredną minę, na jaką było mnie stać, i powiedziałem:

- Już dwa razy naraziłeś mi się. Nie zrobisz tego po raz trzeci, bo wypadniesz z 

gry. Zabiję cię.

W   jego   oczach   wciąż   była   nienawiść,   ale   oprócz   niej   pojawił   się   strach. 

Postąpiłem krok naprzód, a on przypadł do ziemi. Nieźle. Byle tylko zbyt często nie 

odwracać się do niego plecami. Jednak teraz odwróciłem się i dumnie odmaszerowałem.

Ruszył   za   mną,   powłócząc   nogami   i   tak   dołączyliśmy   do   oczekujących 

niewolników. Chyba pogodził się ze swoją degradacją, podobnie jak reszta. Kilku byłych 

podwładnych popatrzyło na niego ponuro, ale wszyscy zachowali spokój. Bardzo mi to 

odpowiadało. Ćwiczyć w sali gimnastycznej to jedno, a zmierzyć się z tymi osiłkami, 

którzy   naprawdę   chcieli   mnie   zabić,   to   drugie.   Rozpromieniony   Hetman   zaczął   mi 

gratulować.

- Dobra robota, Jim, bardzo dobra robota.

background image

- I bardzo męcząca. Co teraz?

- Z tego, co mi wiadomo, ta grupka ma, że tak powiem, wolne, bo pracowała 

przez całą noc.

- Więc teraz kolej na odpoczynek i jedzenie. Prowadź.

Zastanawiałem   się,   dlaczego   nazywano   to   coś   jedzeniem.   Jedyną   zaletą   tego 

czegoś   był   fakt,   że   nie   było   to   aż   tak   wstrętne   jak   potrawy   kuchni   veniańskiej 

serwowane   na   statku   kosmicznym.   Za   budynkiem   bulgotał   na   ogniu   ogromny   i 

nieprawdopodobnie   brudny   gar.   Mistrz   kuchni   -   było   świętokradztwem   używać   tak 

szlachetnego tytułu w stosunku do tego odrażającego typa, równie brudnego jak jego 

garnek - mieszał zawartość wielką drewnianą warząchwią. Każdy z niewolników brał ze 

sterty na stole obok drewnianą miskę, którą napełniał kucharz. Nikt nie obawiał się, że 

zgubi lub połamie sztućce, bo takowych w ogóle nie było. Wszyscy jedli rękami, więc ja 

robiłem to samo. Była to jakaś papka warzywna, zupełnie bez smaku, ale zapychająca. 

Hetman   usiadł   na   ziemi   obok   mnie,   oparł   się   o   ścianę   i   powoli   jadł   swoją   porcję. 

Skończyłem pierwszy i bez trudu powstrzymałem chęć, by poprosić o dokładkę.

- Jak długo pozostaniemy niewolnikami? - zapytałem.

-   Dopóki   nie   dowiem   się   czegoś   więcej   o   tutejszym   systemie.   Ty   spędziłeś 

dotychczasowe życie na jednej planecie, więc świadomie i podświadomie przyjmujesz 

znane   ci  społeczeństwo jako  jedyne  możliwe.  W  rzeczywistości   jest  zupełnie   inaczej. 

Kultura   jest   wynalazkiem   ludzkości,   tak   jak   komputer   czy   widelec.   Ale   jest   pewna 

różnica. Gdybyśmy chcieli zmienić komputery lub sztućce, członkowie danej kultury nie 

znieśliby tego. Wierzą, że tylko ich sposób życia jest jedyny i słuszny, a wszystko inne to 

aberracja.

- Brzmi to głupio.

- Bo jest głupie. Ale jeśli ty zdajesz sobie z tego sprawę, a oni nie, to możesz wyjść 

poza   utarte   zasady   albo   nagiąć   je   do   swoich   potrzeb.   Teraz   właśnie   usiłuję   się 

dowiedzieć, jakie są te zasady na Spiovente.

- Spróbuj zrobić to jak najszybciej.

-   Postaram   się,   bo   sam   nie   czuję   się   tu   najlepiej.   Muszę   ustalić,   czy   istnieje 

zmienność pionowa, a jeżeli tak, to jak jest zorganizowana. Jeżeli nie ma zmienności 

pionowej, będziemy musieli ją wymyślić.

- Zgubiłem się. Pionowe co?

-   Zmienność.   W   kategoriach   klasy   i   kultury.   Weźmy   na   przykład   tych 

niewolników i strażników. Czy niewolnik ma szansę zostania strażnikiem? Jeżeli tak, 

background image

jest to zmienność pionowa. Jeżeli  nie, jest to społeczeństwo klasowe i wszystkim, co 

można osiągnąć, jest zmienność pozioma.

- To znaczy, zostać naczelnym niewolnikiem i pomiatać całą resztą niewolników?

- Właśnie tak, Jim - skinął głową. - Pozostaniemy niewolnikami tak długo, aż 

moje badania wykażą, jak to wszystko jest możliwe. Ale najpierw potrzebujemy trochę 

odpoczynku. Wszyscy są teraz pogrążeni we śnie. Proponuję pójść w ich ślady.

- Zgoda...

- Hej, ty, chodź tu!

Był to Tars Tukas. Wskazywał oczywiście na mnie. Miałem wrażenie, że będzie to 

bardzo długi dzień.

Przynajmniej   mogłem   zwiedzić   okolicę.   Przecięliśmy   podwórze   -   scenę   moich 

triumfów - i weszliśmy na górę po kamiennych schodach. Przed drzwiami pociągu stał 

uzbrojony strażnik, a dwóch innych rozpierało się obok na drewnianej ławie. Wnętrze 

urządzone   było   luksusowo   według   tutejszych   pojęć;   plecione   maty   na   podłogach, 

krzesła,   stoły   oraz   kilka   koszmarnych   portretów   na   ścianach,   niektóre   z   grubsza 

przypominały Capo Docci. Zostałem wepchnięty prosto do kolejnego dużego pokoju, z 

którego okien widać było pola, drzewa i prawie nic poza tym. Był tu Capo Docci z małą 

paczką swoich ludzi. Wszyscy popijali coś z metalowych kubków. Byli dobrze ubrani, 

jeżeli gustujecie w wielobarwnych skórzanych spodniach, luźnych koszulach i długich 

mieczach.

Capo Docci skinął na mnie.

-   Ty   tam,   podejdź   bliżej,   niech   ci   się   przyjrzymy.   Pozostali   odwrócili   się   z 

zainteresowaniem i przyglądali mi się jak zwierzęciu na targu.

- I on  naprawdę powalił tamtego bez użycia pięści? - zapytał jeden z nich. - 

Przecież on jest taki słaby i cherlawy, a w dodatku brzydki.

Są takie chwile, kiedy powinno się otwierać usta tylko po to, żeby jeść. To była 

jedna z nich. Ale ja byłem zmęczony, miałem tego wszystkiego dość i w ogóle byłem w 

podłym nastroju. Coś we mnie pękło.

- Nie tak słaby, cherlawy i brzydki jak ty, świński cycku.

To całkiem skutecznie zmieniło jego nastrój. Ryknął z wściekłości, spąsowiał, a 

potem wydobył długi miecz i rzucił się na mnie.

Miałem mało czasu na myślenie, a jeszcze mniej na działanie. Jeden z pozostałych 

gogusiów   stał   tuż   obok,   niedbale   trzymając   metalowy   kubek.   Wyrwałem   mu   go   i 

chlusnąłem jego zawartość w twarz atakującemu mężczyźnie.

background image

Większość płynu poleciała na podłogę, ale wystarczająco dużo dostało mu się do 

oczu, by go jeszcze bardziej rozsierdzić. Zadał cios mieczem. Przyjąłem ostrze na kubek, 

którym   następnie   przejechałem   wzdłuż   klingi   aż   do   palców,   po   czym   wykręciłem 

napastnikowi rękę.

Zawył   melodyjnie,   a   miecz   brzęknął   o   podłogę.   Wtedy   przechyliłem   go   i 

przygotowałem się do wymierzenia mu efektownego kopniaka w tyłek.

Lecz w tej samej chwili ktoś podciął mnie od tyłu i rozciągnąłem się jak długi.

background image

21

Musiało   im   się   to   wydać   bardzo   zabawne,   gdyż   zgodnie   ryknęli   śmiechem. 

Zacząłem gramolić się, by chwycić leżący obok miecz, ale ktoś kopnął go dalej. Sprawy 

układały się źle. Nie mogłem ich wszystkich pobić. Musiałem się stąd wydostać.

Ale   było   już   za   późno.   Dwóch   z   nich   przygniotło   mnie   do   ziemi,   a   trzeci 

przykopał mi w bok. Za moment mój pierwszy przeciwnik ukląkł przy mnie i wyciągnął 

sztylet o lśniącym ostrzu.

- Co to za typek, Capo Docci?! - zawołał, jedną ręką trzymając mnie za brodę, a 

drugą przykładając mi sztylet do gardła.

- Jakiś z innej planety - odparł Docci. - Wyrzucili go ze statku.

- A jest cokolwiek wart?

- Nie wiem - powiedział Capo Docci, gapiąc się na mnie tępo. - Może, ale nie 

podobają mi się te jego cwane sztuczki. Nie chcemy ich tutaj. Zabij go i skończmy z tym.

Ani   drgnąłem   podczas   tego   zajmującego   dialogu,   bo   z   oczywistych   przyczyn 

interesował mnie jego wynik. Teraz zmieniłem taktykę.

Mój   napastnik   wrzasnął,   gdy   wykręciłem   mu   rękę   -   mam   nadzieję,   że   ją 

złamałem   -   i   chwyciłem   sztylet,   który   wypadł   z   bezwładnej   dłoni.   Złapałem   swego 

niedoszłego   zabójcę   za   koszulę,   po   czym   popchnąłem   go   tak,   że   roztrącił   swoich 

towarzyszy.   Poderwałem   się   na   nogi.   Ruszyli   ku   mnie,   ale   zatrzymali   się,   gdy 

machnąłem   na   odlew   sztyletem.   Korzystając   z   tego   rzuciłem   się   do   ucieczki,   zanim 

zdążyli dobyć broni. Pobiegłem co sił w nogach.

W jedynym znanym mi kierunku; z powrotem w dół po schodach. Po drodze 

wpadłem na Tars Tukasa, pozbawiając go przytomności.

Rozbrzmiały za mną gniewne okrzyki, więc nie marnowałem czasu na oglądanie 

się za siebie. Zbiegłem po trzy stopnie naraz. Strażnicy przy wejściu zaczęli wstawać, 

gdy   wbiłem   się   między   nich,   i   wszyscy   przewróciliśmy   się   na   ziemię.   Jednemu 

przydeptałem tchawicę i chwyciłem jego pistolet. Drugi szamotał się, by wycelować we 

mnie ze swojej broni, ale byłem szybszy i uderzyłem go w skroń.

Tupot ścigających zbliżył się, gdy runąłem przez drzwi prosto na zaskoczonego 

trzeciego strażnika. Wyciągnął miecz, ale zanim zdążył go użyć, stracił przytomność. 

Odrzuciłem sztylet, chwyciłem długie ostrze strażnika i ruszyłem dalej. Przede mną była 

brama, przez którą przyjechaliśmy. Otwarta na oścież.

I dobrze strzeżona przez uzbrojonych mężczyzn, którzy właśnie unosili pistolety. 

W chwili gdy wystrzelili, skręciłem gwałtownie w stronę domu niewolników. Nie wiem, 

background image

którędy przeszły kule, ale gdy wypadłem za róg, byłem wciąż żywy.

Jeden miecz, jeden pistolet, jeden bardzo zmęczony Jimmy diGriz, który wciąż 

nie odważył się zatrzymać ani nawet zwolnić. Przede mną wyrósł zewnętrzny mur, a na 

nim rusztowanie i drabina oparta blisko miejsca, gdzie murarze dokonywali napraw. 

Wrzasnąłem i groźnie potrząsnąłem bronią, a robotnicy rozpierzchli się na wszystkie 

strony. Zacząłem wspinać się po drabinie najszybciej, jak mogłem. Wokół mnie kule 

oderzały o mur, odłupując kawałki kamieni.

W końcu stanąłem na szczycie, usiłując zaczerpnąć powietrza. I po raz pierwszy 

odważyłem się obejrzeć za siebie.

Natychmiast rzuciłem się plackiem na krawędź muru, bo strzelcy zebrani na dole 

oddali salwę, która rozdarła powietrze tuż nad moją głową. Capo Docci i jego orszak 

pozostawili pościg strażnikom i stali teraz z tyłu, przeklinając i wymachując bronią. Cóż 

za manifestacja odwagi! Cofnąłem głowę, gdy zabrzmiała następna salwa.

Inni   strażnicy   wspinali   się   do   mnie,   co   nieco   zmniejszało   szansę   ucieczki. 

Wyjrzałem za mur i zobaczyłem, że u jego podnóża rozciąga się brunatna powierzchnia 

wody. To jest szansa!

-   Jim,   musisz   nauczyć   się   trzymać   gębę   na   kłódkę   -   powiedziałem,   wziąłem 

głęboki oddech i skoczyłem.

Rozległ   się   głośny   plusk   i   utknąłem.  Woda  sięgała   mi  do  szyi,   ale   po   kolana 

tkwiłem  w miękkim  mule. Z mozołem wyciągnąłem jedną nogę, potem  drugą. I tak 

brnąłem   do   dalekiego   brzegu.   Nie   było   jeszcze   widać   pogoni,   ale   na   pewno   już   się 

zbliżała. Nie mogłem się teraz zatrzymać! Wypełzłem w końcu na trawiasty brzeg, wciąż 

ściskając skradzioną broń, i chwiejnym krokiem dotarłem pod osłonę drzew. Wciąż ani 

śladu strażników.

Powinni byli już przejść przez  most i dogonić mnie! Nie mogłem uwierzyć w 

swoje szczęście...

Dopóki nie upadłem jak długi, wrzeszcząc wniebogłosy, gdy ogarnęła mnie fala 

bólu. Niewiarygodnego bólu, zamazującego wzrok, słuch i wszelkie czucie.

W   końcu   ustał.   Otarłem   łzy.   Pętla   bólu!   Zupełnie   o   niej   zapomniałem.   Tars 

Tukas musiał odzyskać przytomność i nacisnął teraz guzik. Co on powiedział? Gdy się to 

włączy na dość długo, blokuje wszystkie nerwy i zabija. Chwyciłem but, by wyciągnąć 

wytrych i znów nadszedł ból. Gdy tym razem ustał, byłem tak słaby, że ledwo mogłem 

ruszyć palcami. Niezdarnie manipulując wytrychem zrozumiałem, że to są sadyści i że 

powinienem   być   im   za   to   wdzięczny.   Gdyby   dłużej   przytrzymali   guzik,   byłbym   już 

background image

martwy. Ale ktoś, prawdopodobnie Capo Docci, chciał, żebym cierpiał i zrozumiał, że 

nie ma ucieczki. Włożyłem wytrych do zamka i ogarnęła mnie nowa fala bólu.

Gdy wreszcie ustała, leżałem na boku bezwładny jak kłoda.

Ale musiałem się ruszyć. Jeszcze jedno uderzenie i będzie po mnie! Będę leżeć w 

tym lesie, dopóki nie umrę. Zacisnąłem drżące palce. Wytrych zbliżył się do zamka, 

wszedł do środka, lekko się przekręcił...

Długo   trwało,   zanim   sprzed   moich   oczu   odpłynęła   czerwona   mgła,   a   ciało 

wynurzyło się z męki. Nie mogłem drgnąć i miałem wrażenie, że nigdy więcej się nie 

poruszę.   Gdy   odzyskałem   wzrok,   musiałem   zamrugać,   żeby   rozproszyć   łzy.   I 

zobaczyłem najpiękniejszy widok na świecie.

Na spleśniałych liściach leżała otwarta pętla bólu. Życie ocalił mi fakt, że moi 

prześladowcy byli przekonani, że to urządzenie wywołuje pewną śmierć. Przeszukujący 

las strażnicy nie śpieszyli się. Szli ku mnie powoli i rozmawiali:

- ...gdzieś tutaj. Dlaczego po prostu go nie zostawią?

- Zostawić dobry miecz i pistolet? Nic z tego! Poza tym Capo Docci chce, żeby 

jego ciało wisiało na dziedzińcu, dopóki nie zgnije. Jeszcze nigdy nie widziałem, żeby był 

tak wściekły.

Do   mojego   sparaliżowanego   ciała   powoli   powracało   życie.   Zsunąłem   się   ze 

zwierzęcej ścieżki, którą dotąd szedłem, wpełzłem w niskie krzaki i wyprostowałem za 

sobą trawę. W samą porę.

- Popatrz, tu wyszedł z wody. Poszedł tą dróżką.

Ciężkie kroki zbliżyły się i minęły mnie. Jedyne, co mi teraz pozostało, to położyć 

się i spokojnie czekać, aż powrócą mi siły. Na wszelki wypadek nie wypuściłem broni z 

ręki.

Muszę przyznać, że był to jeden z trudniejszych momentów w moim życiu. Byłem 

bez przyjaciół, sam, wyczerpany, spragniony i ścigali mnie uzbrojeni ludzie, którzy z 

rozkoszą by mnie zabili. Trochę się tego nazbierało. Właściwie brakowało tylko, żeby 

zaczęło padać...

I zaczął padać deszcz.

Czasami uczucia mogą osiągnąć punkt tak wysoki albo tak niski, że nie można go 

już przekroczyć. Na przykład można kochać kogoś tak bardzo, że nie sposób kochać go 

jeszcze   bardziej.   Tak   mi   się   przynajmniej   wydawało,   bo   nie   mam   w   tej   dziedzinie 

żadnego doświadczenia. Miałem natomiast mnóstwo doświadczenia, jeśli chodzi o bycie 

na   dnie.   Tak   jak   teraz.   Nie   mogłem   się   już   bardziej   pogrążyć.   Sprawił   to   deszcz. 

background image

Zacząłem  chichotać i musiałem złapać  się za usta, by nie roześmiać się na głos. Nie 

powinno   się   traktować   w   ten   sposób   złego   stalowego   szczura,   bo   mógł   od   tego 

zardzewieć! Potem poczułem wściekłość.

Poruszyłem nogami i musiałem stłumić jęk. Wciąż czułem ból, ale silniejszy był 

gniew. Schowałem pistolet, wbiłem miecz w ziemię i wstałem, przytrzymując się gałęzi. 

Oparłem się na mieczu, zachwiałem, ale nie upadłem. W końcu zmusiłem się, by krok po 

kroku oddalić się od poszukiwaczy i kryminalnego państewka Capo Docci.

To   był   bardzo   duży   las.   Długo   przemierzałem   zwierzęce   ścieżki,   dopóki   nie 

nabrałem pewności, że pogoń została daleko w tyle. Gdy wreszcie las się przerzedził, 

usiadłem   pod  drzewem,  by   odpocząć.   Zobaczyłem   przed   sobą  zaorane   pole.  Był  już 

najwyższy czas, by dotrzeć do ludzkich siedzib. Gdzie są pługi, tam są oracze, nie będzie 

trudno ich znaleźć. Gdy tylko odzyskałem nieco siły, ruszyłem wzdłuż skraju lasu, gotów 

ukryć   się   wśród   drzew,   gdyby   znów   pojawiła   się   pogoń.   Na   szczęście   najpierw 

zobaczyłem chałupę. Była bardzo niska, kryta strzechą i nie miała okien, przynajmniej z 

tej strony. Miała natomiast komin, z którego unosiła się smużka dymu. W tym łagodnym 

klimacie nie ogrzewa się domów, więc musiał to być ogień pod kuchnią. Jedzenie.

Na tę  myśl mój zaniedbany  żołądek  zaczął  burczeć  i narzekać.  Doskonale  go 

rozumiałem. Przede wszystkim potrzebował jedzenia i picia. A gdzie mogłem je znaleźć, 

jeśli nie na tej samotnej farmie? Pytanie było jednocześnie odpowiedzią. Przebrnąłem 

przez pole i obszedłem dom dookoła. Nie było tu nikogo. Tylko przez otwarte drzwi 

dobiegały głosy, śmiech, płacz dziecka i zapach jedzenia. Mniam! Przelazłem przez próg 

i wszedłem do środka.

- Patrzcie, ludziska! Zobaczcie, kto przyszedł!

Wokół   drewnianego   stołu   siedziało   pół   tuzina   ludzi,   starzy   i   młodzi,   grubi   i 

chudzi.  Wszyscy  mieli ten  sam wyraz twarzy - gapili się na mnie z rozdziawionymi 

ustami.   Nawet   dziecko   przestało   płakać,   bo   naśladowało   dorosłych.   W   końcu   stary 

mężczyzna przerwał ciszę, podrywając się na nogi w takim pośpiechu, że przewrócił 

swój trójnożny stołek.

- Witaj nam, dostojny panie, witaj - i ukłonił się, by okazać, jak wielką radość 

sprawiło mu moje przybycie. - Czym możemy ci służyć, dostojny panie?

- Jeżeli macie cokolwiek do zjedzenia...

- Ależ prosimy, usiądź, wieczerzaj. Chętnie podzielimy się z tobą naszym ubogim 

wiktem. Proszę bardzo - postawił stołek na miejsce i gestem zaprosił mnie, żebym usiadł. 

Inni szybko odsunęli się od stołu, by mi nie przeszkadzać. Ich gorliwość mogła mieć dwie 

background image

przyczyny:   albo   dobrze   znali   ludzką   naturę   i   od   razu   zorientowali   się,   że   jestem 

porządnym gościem, albo zobaczyli miecz i pistolet. Postawiono przede mną drewniany 

talerz,   napełniony   z   garnka   wiszącego   nad   ogniem.   Poziom   życia   był   tu   o   szczebel 

wyższy niż w zagrodzie dla niewolników, bo dostałem także drewnianą łyżkę. Z rozkoszą 

zajadałem gulasz warzywny, w którym od czasu do czasu pojawiał się kawałek mięsa - 

wszystko świeżutkie i pyszne. Dostałem także gliniany kubek pełen zimnej wody i już nic 

więcej nie było mi trzeba do szczęścia. Jadłem z apetytem, a chłopi zebrani w drugim 

końcu izby o czymś między sobą szeptali. Nie sadziłem, by chcieli mi zrobić krzywdę, ale 

mimo to nie spuszczałem z nich oka. Mój miecz leżał na stole pod ręką.

Gdy   skończyłem   jeść   i   głośno   beknąłem,   co   zostało   przyjęte   z   dużym 

zadowoleniem, stary wystąpił naprzód. Popychał przed sobą kudłatego wyrostka, który 

wyglądał na mojego rówieśnika.

-   Dostojny   panie,   czy   mogę   z   tobą   pomówić?   Skinąłem   twierdząco   i   znów 

beknąłem. Stary przyjął to z uśmiechem.

- To bardzo miłe z twojej strony, że tak pochlebiasz kucharce. Na pewno jesteś 

człowiekiem   wesołym   i   mądrym,   a   także   znanym   wojownikiem.   Pozwól   więc,   że 

przedłożę ci pewną drobną prośbę.

Znów przytaknąłem. Czegóż nie zdoła sprawić pochlebstwo.

-   Oto   mój   trzeci   syn,   Dreng.   Jest   silny,   posłuszny   i   pracowity,   ale   nasze 

gospodarstwo jest małe, a mamy dużo gąb do wyżywienia i musimy oddawać połowę 

naszych zbiorów wielmożnemu Capo Docci, który nas ochrania.

Mówił   to   wszystko   ze   spuszczoną   głową,   ale   w   jego   głosie   zabrzmiały 

jednocześnie   uległość   i   nienawiść.   Z   pewnością   Capo   Docci   chronił   ich   tylko   przed 

samym sobą. Stary popchnął Drenga i ścisnął jego biceps.

-   Jest   twardy   jak   kamień,   panie.   On   jest   bardzo   silny.   Zawsze   chciał   zostać 

najemnikiem, takim jak ty, dostojny panie. Wojownik ma broń, jest bezpieczny i może 

sprzedawać swoje usługi wielmożom. To szlachetne rzemiosło, które pozwoli mu także 

zarobić kilka dukatów.

- Nie jestem werbownikiem.

-   Oczywiście,   dostojny   panie.   Gdyby   Dreng   zaciągnął   się   jako   żołnierz   Capo 

Docci, nie przyniosłoby mu to pieniędzy ani zaszczytów, a tylko rychłą śmierć.

- To prawda - potwierdziłem, chociaż nie wiedziałem, że tak właśnie sprawy się 

mają. Stary trochę się rozgadał i dzięki temu dowiedziałem się czegoś więcej o życiu na 

Spiovente, które zdecydowanie nie należało do przyjemności. Napiłem się jeszcze wody i 

background image

znów  spróbowałem beknąć, by  sprawić przyjemność kucharce,  ale  nie udało  mi się. 

Stary ciągle nawijał:

- Każdy wojownik, taki jak ty, powinien mieć giermka, który będzie mu służył. 

Ośmielam   się   zapytać   -   bo   widzieliśmy,   że   przybyłeś   sam   -   co   stało   się   z   twoim 

giermkiem?

- Poległ w bitwie - wymyśliłem na poczekaniu. Ta informacja oszołomiła go, więc 

domyśliłem się, że giermkowie nie biorą udziału w walce. - Gdy wróg zaatakował nasz 

obóz. - Widocznie to zabrzmiało lepiej, bo skinął głową ze zrozumieniem. - Oczywiście 

zabiłem tego łajdaka, który zaszlachtował biednego Smelly'ego. Tak to bywa na wojnie. 

To twarde rzemiosło.

Moi   słuchacze   mruknęli   ze   zrozumieniem,   co   oznaczało,   że   do   tej   pory   nie 

zrobiłem fałszywego kroku. Przywołałem chłopaka.

- Chodź tu, Dreng, i odpowiedz na moje pytania. Ile masz lat?

Popatrzył na mnie spod grzywy potarganych włosów i wyjąkał:

- W następne Święto Uczty Robakowej skończę cztery.

Nie ciekawiły mnie informacje o tym odrażającym święcie. Chłopak z pewnością 

albo nie umie liczyć, albo na tej planecie  rok trwa bardzo długo. Skinąłem głową i 

powiedziałem:

- To dobry wiek dla giermka. Teraz powiedz mi, czy znasz swoje obowiązki?

Dobrze   by   było,   gdyby   je   znał,   bo   ja   nie   miałem   o   nich   bladego   pojęcia.   Z 

zapałem odpowiedział na moje pytanie:

- O tak, panie, znam je. Stary Kvetchy był kiedyś żołnierzem i wiele razy mi o 

tym opowiadał. Trzeba czyścić miecz i pistolet, przynosić jedzenie z kuchni, napełniać 

manierkę wodą, gnieść wszy między kamieniami...

- Świetnie. Widzę, że znasz się na tym, aż do ostatniego ohydnego szczegółu. A w 

zamian za twoje usługi mam cię nauczyć wojennego rzemiosła....

Skwapliwie przytaknął.

Wszyscy w milczeniu czekali, aż podejmę decyzję.

- Niech więc tak będzie.

Okrzyki radości wzniosły się aż pod strzechę, a stary wyciągnął gar samogonu. 

Moja sytuacja się poprawiała, nieznacznie, ale z całą pewnością się poprawiała.

background image

22

Nowy  zawód   Drenga  był   dla  rodziny   powodem   do  zakończenia   pracy   na  ten 

dzień. Samogon smakował paskudnie, ale z pewnością zawierał duży procent alkoholu, 

co   w   tych   okolicznościach   było   nawet   nie   najgorszym   pomysłem.   Wypiłem 

wystarczająco dużo, żeby uśmierzyć ból, a potem przystopowałem, żeby nie skończyć 

tak jak pozostali, czyli nie zwalić się na podłogę. Poczekałem, aż tatusiek gruntownie się 

ulula i wtedy przycisnąłem go, żeby wydobyć parę informacji.

- Przybyłem tu z daleka i nic nie wiem o miejscowych układach - powiedziałem 

mu. -Ale słyszałem, że ten miejscowy zbir, Capo Docci, jest trochę brutalny.

- Brutalny? - warknął i siorbnął jeszcze łyk swojego rozpuszczalnika do farb. - 

Jadowite węże uciekają w panice, gdy się zbliża, a wszyscy wiedzą, że spojrzenie jego 

oczu zabija dzieci.

Dalej   opowiadał   takie   głupoty,   że   wyłączyłem   uwagę.   Za   długo   zwlekałem   z 

wyciągnięciem od niego informacji.

Rozejrzałem się w poszukiwaniu Drenga i znalazłem go przypiętego do garnka z 

samogonem. Wytrąciłem   mu  go  z  ręki  i   trząsłem   nim,  aż  wreszcie   zwrócił   na  mnie 

uwagę.

- Chodźmy. Już ruszamy.

- Ruszamy...? - szybko zamrugał i spróbował skupić na mnie spojrzenie.  Bez 

większych rezultatów.

- My. Idziemy. Idziemm!

- Aaa, idziem. Wezmę koc - chwiejnie wstał i znowu zamrugał próbując na mnie 

popatrzeć. - A gdzie jest twój koc? Co to ja mam go nieść?

-   Wróg   mi   go   zabrał   razem   ze   wszystkim,   co   posiadałem,   poza   mieczem   i 

pistoletem, które zawsze mam przy sobie, póki serce mi bije.

- Serce bije... Tak. Wezmę koc. Wezmę koc dla ciebie. - Poszedł gdzieś na tył 

domu i wrócił z dwoma puszystymi kocami, nie zwracając uwagi na lamenty kobiet 

uskarżających   się  na  mroźną  zimę.  Podstawowe dobra  nie  przychodziły  wieśniakom 

łatwo. Uznałem, że na koniec będę musiał odstąpić mu parę groszy.

Wkrótce   Dreng   pojawił   się   znowu   z   przewieszonymi   przez   ramię   kocami, 

skórzaną torbą, grubym kijem w ręku i paskudnie wyglądającym nożem w drewnianej 

pochwie   u   pasa.   Poczekałem   na   zewnątrz,   żeby   uniknąć   łzawej,   tradycyjnej   sceny 

rozstania. Gdy wyszedł, był jakby trochę trzeźwiejszy i chwiejąc się stanął u mego boku.

- Prowadź, panie.

background image

- To ty pokażesz mi drogę. Chcę odwiedzić twierdzę Capo Docci.

- Nie! Czy to może być, żebyś dla niego walczył?!

- To ostatnia rzecz, jaką bym zrobił. Tak naprawdę to walczyłbym przeciw niemu 

nawet za drewnianego dukata. Chodzi o to, że Capo schwytał mojego przyjaciela. Chcę 

mu przesłać wiadomość.

- Nawet zbliżenie się do twierdzy Capo Docci to wielkie niebezpieczeństwo!

- Jestem o tym przekonany, ale się nie boję. I muszę się skontaktować z moim 

przyjacielem. Prowadź lasami, jeśli łaska. Nie chcę, żeby mnie zobaczył Capo Docci ani 

żaden z jego ludzi.

Dreng z pewnością również nie miał na to ochoty. Wytrzeźwiał prowadząc mnie 

na drugą stronę lasu zacienionymi ścieżkami i ukrytymi dróżkami.

Uważnie popatrzyłem na drogę prowadzącą do twierdzy.

- Jak podejdziemy bliżej, to nas zobaczą - wyszeptał Dreng.

Spojrzałem na późne, popołudniowe słońce i przytakująco kiwnąłem głową.

- To był ciężki dzień. Prześpimy się w lesie i ruszymy tam z rana.

-   Nie   iść   tam.   To   śmierć!   -   mimo   ciepłego   popołudnia   zaszczekał   zębami. 

Pośpiesznie poprowadził mnie w głąb lasu do pokrytej trawą i przeciętej strumykiem 

dolinki. Wydobył z torby gliniany kubek, napełnił go wodą i przyniósł mi. Pociągnąłem 

łyk i pomyślałem, że posiadanie giermka to nie taki głupi pomysł. Potem Dreng rozłożył 

na trawie koce, położył się na swoim i natychmiast zasnął. Usiadłem opierając  się o 

drzewo. Wreszcie miałem możliwość obejrzeć dokładnie zdobyczny pistolet. Był lśniący, 

nowy   i   zupełnie   nie   pasował   do   tej   zacofanej   planety.   To   jasne,   że   pochodził   z 

veniańskiego statku. Hetman mówił, że szmuglowali broń. I właśnie jeden egzemplarz 

miałem teraz w ręku. Przyjrzałem mu się bliżej.

Żadnego znaku rozpoznawczego, numeru seryjnego. Nic, co mogłoby wskazywać, 

gdzie został wyprodukowany. I zupełnie jasne dlaczego. Gdyby agentom Ligi udało się 

taki egzemplarz dorwać, nie byliby w stanie ustalić, z jakiej planety pochodzi. Pistolet 

był spory - coś pośredniego pomiędzy karabinem a pistoletem. Znałem się na broni. 

Byłem honorowym członkiem Klubu Strzeleckiego w Pearl Gates i Bractwa Rożnowego. 

Strzelałem   dobrze   i   parę   razy   pomagałem   im   wygrać   zawody.   Nigdy   jednak   czegoś 

podobnego nie widziałem. Zajrzałem w wylot lufy. Pistolet był chyba kalibru 0,30 i co 

nietypowe, miał gładką lufę. Miał też otwarty celownik, spust z bezpiecznikiem i jakąś 

dźwignię na łożysku. Pociągnąłem ją i pistolet rozpadł się na dwie części, a na ziemię 

posypały  się  naboje. Przyjrzawszy  się bliżej  jednemu z nich, zacząłem  rozumieć,  na 

background image

jakiej zasadzie działał ten pistolet.

Sprytnie. Żadnych gwintów, więc nie trzeba się było martwić o czyszczenie lufy. 

Zamiast rotacji, pociski stabilizowały w locie stateczniki,  które również, brrr, mogły 

paskudnie poharatać wnętrzności. Naboje nie miały łusek. Pocisk otaczał sprasowany 

ładunek wybuchowy. Załatwiało to sprawę wyrzucania mosiądzu w błoto. Zajrzałem do 

komory. Cały mechanizm był wydajny i niezawodny. Naboje ładowało się we wcięcie 

łożyska.   Po   napełnieniu   magazynka   ostatni   dodatkowy   nabój   włożyłem   do   komory. 

Zamknąłem   i   zaryglowałem.   Było   tu   małe   ogniwo   słoneczne   do   ciągłego   ładowania 

baterii. Gdy naciska się spust, żarnik w komorze zapala ładunek. Rozprężający się gaz 

wystrzeliwuje   kulę,   a   jego   część   powoduje   wprowadzenie   następnego   pocisku   do 

komory. Była to broń prawie niezawodna, tania w produkcji i śmiercionośna...

Zmęczony, odłożyłem pistolet, przysunąłem miecz, żeby mieć go w zasięgu ręki, i 

poszedłem za przykładem Drenga.

O świcie obudziliśmy się wyspani i z lekkim kacem. Dreng przyniósł mi wodę i 

podał pasek czegoś, co wyglądało jak wędzony rzemień. Sobie wziął podobny i zaczął go 

pracowicie   żuć.   Śniadanie   w   łóżku.   Wspaniale!   Ugryzłem   swój   kawałek   i   omal   nie 

złamałem zęba. Nie tylko wyglądało to jak wędzony rzemień, ale też chyba nim było!

Kiedy w twierdzy Capo Docci opuszczono most zwodzony, leżeliśmy w zagajniku 

na pobliskim wzgórzu - najbliższym osłoniętym miejscu, jakie mogliśmy znaleźć. Teren 

przy samej bramie został, z oczywistych przyczyn, oczyszczony z drzew i zarośli. Nie 

byliśmy tak blisko, jakbym pragnął, ale musieliśmy jakoś sobie poradzić. Ta odległość 

była jednak stanowczo zbyt mała dla Drenga - czułem, jak cały się trzęsie. W bramie 

pojawił się uzbrojony mężczyzna, za którym szło czterech niewolników wlokących wóz.

- Co się dzieje? - spytałem.

- Zbieranie podatku. Odbierają swoją część zbiorów.

- Czy jacyś wasi rolnicy wchodzą tam kiedykolwiek?

- Nigdy!

- A jak im sprzedajecie jedzenie?

- Sami nam zabierają, co chcą.

- Sprzedajecie im drewno na opał?

- Kradną, co im potrzeba.

Mają   dość   jednostronną   ekonomię,   pomyślałem   ponuro.   Ale   musiałem   coś 

wymyślić. Nie mogłem przecież zostawić tak Hetmana w charakterze niewolnika w tym 

parszywym miejscu. Moje rozmyślania przerwał zgiełk w bramie, z której, uprzedzając 

background image

moje myśli, wyskoczyła jakaś postać i wepchnąwszy do fosy stojącego tam strażnika, 

zaczęła uciekać.

Hetman!

Biegł szybko, ale pozostali strażnicy byli tuż za nim.

- Bierz to i za mną! - krzyknąłem, wciskając Drengowi miecz. Sam, najszybciej 

jak mogłem, zbiegłem  ze  zbocza  krzycząc,  aby zwrócić  na siebie uwagę ścigających. 

Jednak nie spostrzegli mnie, dopóki nie strzeliłem nad ich głowami.

Potem wszystko działo się bardzo szybko. Strażnicy zwolnili, a któryś nawet padł 

na ziemię osłaniając rękami głowę. Hetman gnał dalej, lecz żołnierz będący tuż za nim 

rzucił   długą   dzidą.   Trafiła   Hetmana   w   plecy.   Padł.   Biegnąc,   znowu   wystrzeliłem, 

przeskoczyłem nad Hetmanem i kolbą pistoletu ogłuszyłem pikiniera.

- Na wzgórze! - krzyknąłem widząc, że Hetman, z zalanymi krwią plecami, z 

wysiłkiem staje na nogi. Wypaliłem jeszcze dwa razy i odwróciłem się, żeby mu pomóc. I 

przy   okazji   zobaczyłem,   że   Dreng   kurczowo   ściskając   miecz   wciąż   leży   na   szczycie 

wzgórza.

- Złaź tutaj i pomóż mu albo sam cię zabiję! - wrzasnąłem odwracając się znów i 

strzelając. Nikogo nie trafiłem, ale przynajmniej byłem pewien, że się nie ruszą. Hetman 

potykając się próbował iść, a Dreng pobiegł nam wreszcie na pomoc. Albo obudziła się w 

nim przyzwoitość, albo przestraszył się, że go ukatrupię. Chyba słusznie. Wokół nas 

zaświstały kule, więc odwróciłem się i odwzajemniłem ogień.

Dotarliśmy na szczyt niższego wzgórza, a stamtąd do lasu. Dreng i ja na wpół 

wlekliśmy potykającego się i zataczającego Hetmana. Spojrzałem na jego plecy i ochło-

nąłem.  Rana  była powierzchowna,  nic poważnego.  Kiedy   znaleźliśmy  się  pod  osłoną 

drzew, pościgu jeszcze nie było widać.

- Dreng, wyprowadź nas stąd. Nie mogą nas złapać!

I   co   najdziwniejsze,   nie   złapali.   Nasz   wieśniak   musiał   przez   całe   dzieciństwo 

bawić się w tych lasach, bo znał tu każdą ścieżkę i każdy patyk. Zaprowadził nas do 

podnóża całkiem sporej góry. Potykając się, z trudem wspięliśmy się na urwiste, porosłe 

trawą zbocze, z kilkoma mizernymi krzaczkami w połowie drogi. Dreng rozchylił  te 

krzaczki i ukazało się wejście do płytkiej jaskini.

- Ścigałem tu kiedyś futrzaka. Nikt nie wie o tym miejscu. Wejście było niskie i 

mieliśmy sporo roboty, żeby przepchnąć przez nie Hetmana. Ale w środku jaskinia była 

większa i mieliśmy mnóstwo miejsca do siedzenia, nie można było tylko stać. Rozłożyłem 

jeden z kocy i wtoczyłem na niego Hetmana tak, żeby leżał na boku. Jęknął. Spojrzałem 

background image

na jego twarz; była brudna i posiniaczona. Trochę ostatnio przeszedł. Spojrzał na mnie i 

uśmiechnął się.

- Dziękuję ci, mój chłopcze. Wiedziałem, że tam będziesz.

- Wiedziałeś? To ciekawe, bo ja nie wiedziałem.

- Nonsens. Ale proszę cię, szybko, to...

Wykrzywił się z jękiem, a jego ciało ogarnięte bólem aż wygięło się w hak.

Pętla bólu! Znowu zapomniałem o niej. Teraz emitowała stały, prowadzący do 

pewnej śmierci sygnał.

Gdy się człowiek śpieszy, to się diabeł cieszy. Opanowując panikę, wolno zdjąłem 

prawy but, otworzyłem przegródkę i wyjąłem wytrych. Przyklęknąłem, wepchnąłem go 

w zamek i pętla się otworzyła. Gdy ją odrzucałem, rękę przeszył mi ostry ból.

Hetman   był   nieprzytomny   i   ciężko   oddychał.   Nie   mogłem   już   nic   zrobić. 

Pozostało siedzieć i czekać.

- Twój miecz - odezwał się Dreng, podając mi broń.

- Na razie ty się  nim  zajmij. Jeśli uważasz, że potrafisz. Spuścił wzrok i znowu 

zadrżał.

- Chcę być wojownikiem, ale tak strasznie się boję. Nie mogłem się ruszyć, żeby ci 

przyjść z pomocą.

- Ale w końcu się ruszyłeś. Pamiętaj o tym. Nie ma takiego człowieka, który by się 

nigdy nie bał. Odwaga polega na tym, że czujesz strach, a mimo to idziesz naprzód.

- To szlachetna myśl młodzieńcze - powiedział głęboki głos. - I powinieneś ją 

zapamiętać na zawsze. Hetman odzyskał świadomość i uśmiechnął się lekko.

-   A   więc,   Jim,   jak   mówiłem   zanim   włączyli   tę   maszynkę,   byłem   pewien,   że 

będziesz tam dziś rano. Wiedziałem, że nie pozostawisz mnie w tym paskudnym miejscu. 

Po twojej ucieczce było mnóstwo zamieszania, wszyscy biegali w tę i z powrotem, aż do 

zamknięcia bramy na noc. Było oczywiste, że wtedy nie mógłbyś przybyć. Ale o świcie 

bramę otwierano i nie miałem najmniejszej wątpliwości, że będziesz w pobliżu, próbując 

znaleźć sposób, żeby do mnie dotrzeć. Prosta logika. Więc uprościłem przedsięwzięcie 

wychodząc do ciebie.

- Bardzo proste! Prawie dałeś się zabić!

- Ale żyję. I obaj jesteśmy bezpieczni. A w dodatku, jak widzę, udało ci się zdobyć 

sprzymierzeńca. Dobra robota, jak na jeden dzień. Ale teraz mam niedyskretne pytanie. 

Co robimy dalej?

Faktycznie, co?

background image

23

Co   do  naszych   dalszych   poczynań   odpowiedź  jest   oczywista...   -  powiedziałem 

myśląc intensywnie. - Zostaniemy tutaj, aż zrezygnują z pościgu. Powinno to nastąpić 

szybko, bo martwy niewolnik nie ma dużej wartości rynkowej.

- Ale ja się czuję świetnie.

-   Zapominasz,   że   stałe   działanie   pętli   bólu   prowadzi   do   śmierci.   Więc   gdy 

będziemy już mieć wolną drogę, udamy się do najbliższych  zabudowań i opatrzymy 

twoją ranę.

- Krwawi, ale to tylko zadrapanie.

- Posocznica i infekcja - uciąłem dyskusję. - Musimy najpierw zająć się raną. - 

Odwróciłem się do Drenga. - Znasz jakichś farmerów, którzy mieszkają niedaleko stąd?

- Nie, ale wdowa Apfeltra mieszka tu, po drugiej stronie wzgórza, za uschniętym 

drzewem, na skraju moczarów...

- Świetnie! Pokażesz nam drogę. Spojrzałem na Hetmana.

- A kiedy już opatrzymy ci plecy, co dalej?

- Potem, Jim, wstąpimy do wojska. To najwłaściwsze, co można zrobić, skoro 

jesteś teraz najemnym żołnierzem. Wojsko stacjonuje w twierdzy, w której na pewno 

jest jakiś zamknięty pokój, gdzie przechowywane są dukaty. Gdy ty będziesz uprawiał 

żołnierską profesję, ja, jak to się mówi, trochę tam posprzątam. Mam na myśli pewną 

konkretną armię. Tę, która służy Capo Dimonte.

- Nie Capo Dimonte! - zaczął lamentować Dreng, chwytając się obiema rękami za 

głowę. - Jego zło nie ma granic, codziennie je na śniadanie dziecko, wszystkie meble ma 

obite ludzką skórą i pije z czaszki swej pierwszej żony...

-   Dość!   -   rozkazał   Hetman,   a   Dreng   natychmiast   umilkł.   -   To   oczywiste,   że 

Dimonte nie jest w tej okolicy popularny. A to dlatego, że jest zagorzałym wrogiem Capo 

Docci i co jakiś czas wypowiada mu wojnę. Jestem pewien, że nie jest on ani gorszy, ani 

lepszy niż jakikolwiek inny Capo. Ale ma jedną zaletę: jest wrogiem naszego wroga.

- A więc miejmy nadzieję, że naszym przyjacielem. Racja! Jestem coś winien 

staremu Docci i z przyjemnością wyrównam z nim rachunki.

-   Nie   powinieneś   trzymać   w   sercu   urazy,   Jim.   To   zaciemnia   właściwy   obraz 

rzeczywistości i przeszkadza w twoim zawodzie,  którym powinna być teraz kradzież 

dukatów, a nie szukanie zemsty.

Przytakując potrząsnąłem głową.

-   Oczywiście.   Ale   kiedy   ty   planujesz   skok,   nie   ma   powodu,   dla   którego   ja 

background image

miałbym odmawiać sobie malutkiej zemsty.

Widziałem,   że   nie   pochwala   moich   emocji,   ale   nie   potrafiłem   osiągnąć   jego 

olimpijskiego spokoju. Być może, to słabość młodości. Zmieniłem temat.

- A kiedy już opróżnimy skarbiec, co dalej?

- Dowiemy się, jak miejscowi kontaktują się ze szmuglerami   spoza planety,   z 

takimi jak Venianie.  Naszym oczywistym  celem  będzie  opuszczenie  tego  zacofanego i 

świata tak szybko, jak to możliwe. Aby nam się to udało, być może, będziemy musieli 

przejść na tutejszą wiarę. Zachichotał na widok wyrazu mojej twarzy.

-   Tak   jak   ty,   chłopcze,   jestem   naukowcem   humanistą   i   nie   mam   potrzeby 

obcowania z czymś ponadnaturalnym. Ale tu, na Spiovente, cała istniejąca technologia 

jest w rękach zakonu zwanego Czarnymi Mnichami.

-   Nie,   trzymajcie   się   od   nich   z   daleka!   -   zajęczał   Dreng.   Był   bez   wątpienia 

źródłem złych wiadomości. - Oni znają rzeczy, które czynią z człowieka wariata. Z ich 

warsztatów wychodzą wszelkie rodzaje przeciwnych naturze urządzeń. Maszyny, które 

krzyczą  i  chroboczą,   które  mówią przez  niebiosa,  pętle  bólu  też.  Błagam  cię,   panie, 

unikaj ich!

- To, co tak ponuro przedstawiał nam nasz przyjaciel, jest prawdą - powiedział 

Hetman.   -   Pomijając   strach,   rzecz   jasna.   Dzięki   jakiemuś   mało   dla   nas   istotnemu 

procesowi historycznemu  cała tutejsza  technologia została  skoncentrowana w rękach 

tego zakonu. Nie mam pojęcia, jaka jest ich przynależność religijna, jeśli w ogóle ją 

mają, ale z pewnością dostarczają i naprawiają maszyny, które tu widzieliśmy. To daje 

im pewną ochronę, bo jeśli jeden Capo chciałby ich zaatakować, inni pośpieszyliby ich 

bronić, aby zabezpieczyć sobie stały dostęp do wytworów techniki. I być może, właśnie 

do Czarnych Mnichów będziemy musieli zwrócić się z prośbą o zbawienie i exodus.

- Popieram i wniosek przechodzi przez aklamację. Wstąpić do wojska, ukraść ile 

się da dukatów, skontaktować się ze szmuglerami i kupić odlot stąd - podsumowałem.

Dreng   z   wytrzeszczonymi   oczami   wsłuchiwał   się   we   wszystkie   te   słowa. 

Najwyraźniej niewiele z tego zrozumiał.

Działanie odpowiadało mu bardziej. Po cichu wyszedł na zwiady i jeszcze ciszej 

wślizgnął się z powrotem. Nikogo w pobliżu nie było.

Hetman mógł iść z naszą niewielką pomocą, a do domu wdowy nie było daleko. 

Mimo uspokajających zapewnień Drenga aż zadrżała ze strachu na nasz widok.

- Pistolet macie, morderstwo i śmierć. Jestem zgubiona, zgubiona!

Nie   przerywając   mruczenia,   urozmaiconego   glamaniem   bezzębnych   dziąseł, 

background image

zrobiła, co jej kazałem, i postawiła garnek z wodą na ogniu.

Wyciąłem z brzegu koca pasek materiału, wygotowałem go, potem przemyłem 

nim ranę Hetmana. Była płytka, ale długa. Z trudem wytłumaczyliśmy wdowie, że musi 

rozstać się ze swoim zapasem przemyconego alkoholu. Hetmanem aż zatrzęsło, ale nie 

krzyknął,   gdy   polałem   wódką   jego   otwartą   ranę.   Miałem   nadzieję,   że   zawartość 

alkoholu   była   wystarczająca,   żeby   zadziałać   jako   antyseptyk.   Wygotowałem   jeszcze 

kawałek koca i posłużyłem się nim jako bandażem. I to właściwie było wszystko, co 

mogłem zrobić.

-   Doskonale,   James,   doskonale   -   powiedział   z   ożywieniem,   wciągając   pociętą 

kurtkę na ramiona. - Widzę, że nie straciłeś czasu w szkółce skautów. Podziękujmy teraz 

dobrej wdowie i odejdźmy stąd, bo najwyraźniej nie jest zachwycona naszą obecnością.

Więc podążyliśmy dalej pełną kolein drogą, a każdy krok coraz bardziej oddalał 

nas od Capo Docci.

Dreng   był   dobrym   zaopatrzeniowcem;   zbaczał   do   sadów   po   owoce,   wyrywał 

jadalne   bulwy   z   mijanych   pól,   a   nawet   wykopywał   je   pod   nosem   prawowitych 

właścicieli, którzy jedynie chwytali się za głowy na widok mojej broni. To był paskudny 

świat, który respektował tylko prawo pięści. Po raz pierwszy zacząłem doceniać zalety 

planet Ligi.

Późnym popołudniem wyłoniły się przed nami mury twierdzy. Była trochę mniej 

stylowa niż twierdza Docci, a przynajmniej tak wydawało się z tej odległości. Fortecę 

Capo Dimonte zbudowano na wyspie na jeziorze. Ze stałym lądem łączyła ją grobla z 

mostem   zwodzonym.   Dreng   znowu   zaczął   się   trząść   ze   strachu   i   był   bardziej   niż 

szczęśliwy,   gdy   kazałem   mu   zostać   na   brzegu   z   Hetmanem.   Żołnierskim   krokiem 

pomaszerowałem po kamiennej grobli, a potem wszedłem na most. Dwóch strażników 

zmierzyło mnie podejrzliwymi spojrzeniami.

- Dzień dobry, bracie! - zawołałem przyjaźnie. Pistolet miałem za pasem, miecz w 

dłoni, brzuch wciągnięty, a pierś wypiętą. - Czy to siedziba Capo Dimonte, znanego jak 

kraj długi i szeroki ze swojego osoblistego uroku i silnego ramienia?

- A kto chce to wiedzieć?

-   Ja.   Silny   i   uzbrojony   najemnik,   który   chce   zaciągnąć   się   w   jego   szacowne 

szeregi.

-   Twoja   sprawa,   bracie,   twoja   sprawa   -   odpowiedział   strażnik   z   wyraźnym 

przygnębieniem w głosie. - Przez bramę, w poprzek dziedzińca, trzecie drzwi z prawej, 

pytaj o Sire Sranka.

background image

Przesunął się bliżej i wyszeptał:

- Za trzy dukaty dam ci dobrą radę.

- Załatwione!

- Wiec zapłać!

- Ciężko. Jestem teraz trochę spłukany.

- Musisz być, skoro chcesz się sprzedać do tej bandy. Dobra, w takim razie pięć, 

za pięć dni. Kiwnąłem głową na zgodę.

- Zaoferuje ci bardzo mało, ale nie zgódź się na mniej niż dwa dukaty dziennie.

- Dzięki za kredyt, wrócę do ciebie. Śmiało przeszedłem przez bramę i znalazłem 

właściwe drzwi. Były otwarte, a w środku siedział gruby, łysy facet i grzebał w jakichś 

papierach. Gdy mój cień padł na stół, podniósł na mnie wzrok.

- Wynoś się stąd! - krzyknął, drapiąc się po głowie tak mocno, że aż chmura 

łupieżu zamigotała w ostatnich promieniach słońca. - Mówiłem wam już: żadnych duka-

tów wcześniej niż pojutrze rano!

- Jeszcze się nie zaciągnąłem. I chyba się nie zaciągnę, jeśli w ten sposób płacicie 

swoim oddziałom.

-   Wybacz,   miły   przybyszu,   słońce   mych   oczu.   Wejdź,   wejdź.   Chcesz   się 

zaciągnąć? Oczywiście. Pistolet, miecz, amunicja?

- Trochę.

- Cudownie - zatarł ręce, aż zachrzęściły. - Jedzenie dla ciebie i twego giermka 

oraz dukat dziennie.

- Dwa dukaty dziennie i uzupełnienie zużytej amunicji. Łypnął na mnie wilkiem, 

po czym wzruszywszy ramionami wypełnił jeden z formularzy i pchnął go do mnie.

- Zaciąg na rok, weryfikacja żołdu na koniec kontraktu. Ponieważ nie potrafisz 

ani pisać, ani czytać, mam nadzieję, że przynajmniej dasz radę wyskrobać tu chociaż 

krzyżyk.

- Umiem czytać wystarczająco dobrze, żeby zobaczyć, że wpisałeś tu: „kontrakt 

czteroletni", co mam zamiar poprawić, zanim podpiszę.

Uczyniłem to podpisując się nazwiskiem Jedge'a Nixona. I tak miałem zamiar 

wyjechać na długo przed wygaśnięciem kontraktu.

-   Pójdę   po   mojego   giermka,   który   czeka   na   zewnątrz   razem   z   moim   starym 

ojcem.

-   Żadnego   dodatkowego   jedzenia   dla   biednych   krewnych   -   warknął 

szczodrobliwie werbownik. - Podziel się swoim.

background image

-   Zgoda   -   odparłem.   -   Jakiś   ty   wspaniałomyślny.   Wróciłem   do   bramy   i 

pomachałem do moich kompanów.

- Zapłacę ci, kiedy ta zołzowata ropucha mi zapłaci - powiedziałem strażnikowi. 

Mruknął na zgodę i dodał:

- Jeśli myślisz, że on jest wredny, to poczekaj, aż spotkasz Capo Dimonte. Nie 

siedziałbym w tym zgniłym śmietniku, gdyby nie premia od łupu.

Nadchodzili powoli, Hetman prawie ciągnął opierającego się Drenga.

- Premia od łupu? Szybko wypłacają?

- Zaraz po walce. Jutro wymarsz.

- Przeciwko Capo Docci?

- Nie ma tak dobrze. Mówią, że ma pełno klejnotów, złotych dukatów i innych 

bogactw. Nieźle byłoby podzielić się taką zdobyczą. Ale nie tym razem. Powiedzieli nam 

tylko, że wyruszamy na północ. Pewnie ma to być niespodziewany atak na któregoś z 

zaprzyjaźnionych Capo i szef nie chce żadnych przecieków. Dobrze kombinuje. Jak się 

kogoś zaskoczy przy spuszczonym moście, to pół bitwy mamy z głowy.

Przemyślałem tę cząstkę mądrości wojennej prowadząc Hetmana i Drenga we 

wskazanym kierunku. Kwatery żołnierzy, chociaż nie nadawały się na okładkę broszury 

reklamowej dla turystów, były z pewnością dużym krokiem naprzód w porównaniu z 

kwaterami niewolników. Drewniana prycza z materacem z trawy dla wojownika, a dla 

giermka trochę słomy obok łóżka. Musiałem jeszcze wykombinować coś dla Hetmana i 

uznałem, że gotówka na pewno załatwi sprawę. Usiedliśmy razem na łóżku, a Dreng 

poszedł poszukać kuchni.

- Jak tam plecy? - zapytałem.

-   Bolą,   ale   to   drobiazg.   Odpocznę   chwilę,   a   potem   wezmę   się   za   zwiedzanie 

twierdzy.

- Rano będzie na to dość czasu. To były męczące dni.

- Zgoda, a oto i twój giermek z jedzeniem!

Był to gorący  gulasz,  w którym pływały kawałki bliżej  nieokreślonego  ptaka. 

Musiał być to ptak, ponieważ załączone były pióra. Podzieliliśmy gulasz na trzy równe 

części i łapczywie je wtrząchnęliśmy. Świeże powietrze i wędrówka dobrze wpłynęły na 

nasz apetyt i rozgotowane pierze nie mogło zniweczyć tego faktu. Dostaliśmy też rację 

kwaśnego wina, którego ani ja, ani Hetman nie mogliśmy przełknąć. Dreng natomiast 

wysiorbał   je   bez   zmrużenia   oka,   a   potem   stoczył   się   pod   pryczę   i   zaczął   ochryple 

chrapać.

background image

- Pójdę się rozejrzeć - powiedziałem. - Ty tymczasem prześpij się, aż...

Przerwał mi ogłuszający ryk trąby. Podniosłem wzrok i zobaczyłem stojącego w 

drzwiach   muzyka,   który   równie   dobrze   mógłby   być   katem.   Za   moment   z   jego 

instrumentu   wydobył   się   kolejny   ryk.   Byłem   już   gotów   wepchnąć   mu   ten   puzon   w 

gardło, gdyby zrobił to raz trzeci, ale on zszedł na bok i skłonił się. Jego miejsce zajęła 

drobna postać w niebieskim mundurze. Wszyscy żołnierze widząc to skłonili głowy lub 

zasalutowali bronią, więc zrobiłem to samo. To musiał być nie kto inny, tylko Capo 

Dimonte we własnej osobie. Był tak chudy, że wyglądał, jakby brzuch przyrósł mu do 

kręgosłupa.   Albo   miał   kłopoty   z   krążeniem,   albo   był   siny   z   natury.   Przesunął 

niebieskimi   palcami   po   fioletowej   szczęce,   a   jego   niebieskie   oczka   niespokojnie 

zawierciły się w głębi sinych oczodołów. Rozejrzał się podejrzliwie, po czym przemówił. 

Jak na takie wychudzenie głos miał całkiem mocny.

- Moi żołnierze! Mam dla was dobre wieści. Przygotujcie się i swoją broń, bo o 

północy wyruszamy. Będzie to forsowny marsz. Przed świtem musimy dotrzeć do lasów 

Pinetta. Wyruszą tylko wojownicy i to z lekkim sprzętem. Giermkowie pozostaną tutaj, 

aby   pilnować   waszych   rzeczy.   Przeczekamy   w   lasach   cały   jutrzejszy   dzień,   a   o 

zmierzchu   znów   wyruszymy.   W   nocy   spotkamy   się   z   naszymi   sojusznikami   i 

połączywszy siły, zaatakujemy wroga o świcie.

-   Jedno   pytanie,   Capo!   -   krzyknął   jeden   z   żołnierzy.   Był   cały   w   bliznach, 

zapewnię weteran wielu wojen.

- Na kogo wyruszamy?

-   Dowiecie   się   przed   atakiem.   Możemy   osiągnąć   zwycięstwo   tylko   przez 

zaskoczenie.

Ze wszystkich stron rozległy się pomruki, gdy weteran krzyknął znowu:

-   Nasz   wróg   jest   tajemnicą,   zgoda,   ale   powiedz   nam   chociaż,   kim   są   nasi 

sprzymierzeńcy?!

Capo   Dimonte   nie   był   zadowolony   z   tego   pytania.   Podrapał   się   w   brodę   i 

bezmyślnie bawił się rękojeścią miecza, gdy tymczasem jego widownia czekała. W końcu 

powiedział:

- Będzie wam z pewnością miło usłyszeć, że mamy wielkich sojuszników. Mają 

oni machiny wojenne, które mogą zgruchotać najgrubsze mury. Z ich pomocą możemy 

zdobyć każdą twierdzę, pobić każdą armię. Mamy szczęście walczyć u boku... - zacisnął 

usta nie chcąc dalej mówić, ale zdał  sobie sprawę, że  musi. - Nasze  zwycięstwo jest 

pewne,   gdyż   naszym   sprzymierzeńcem   jest   nie   kto   inny,   tylko...   zakon   Czarnych 

background image

Mnichów.

Na długą chwilę zapadła głucha cisza, którą wkrótce zastąpiła wściekła wrzawa.

Nie   wiedziałem,   o   co   w   tym   wszystkim   chodzi.   Zrozumiałem   jedynie,   że   nie 

pachnie to zbyt dobrze.

background image

24

Capo   Dimonte   powiedziawszy   to,   wyszedł   i   zatrzasnął   za   sobą   drzwi.   Ze 

wszystkich stron rozbrzmiewały krzyki, a jeden z mężczyzn ryczał najgłośniej. Był to ten 

pokryty bliznami weteran. Wdrapał się na stół i wrzasnął, żeby wszyscy się uciszyli.

- Znacie mnie, starego Dzika, wszyscy. Ścinałem głowy, kiedy większość z was nie 

mogła jeszcze unieść miecza. Wiec teraz ja będę mówił, a wy będziecie słuchać. Dopiero 

jak skończę, będziecie mogli coś powiedzieć. Ktoś ma coś przeciwko?

Zacisnął swą ogromną pięść, wyciągnął ją przed  siebie omiatając izbę  dzikim 

spojrzeniem. Dało się słyszeć kilka wściekłych pomruków, ale żaden z nich nie był na 

tyle głośny, aby mógł być uznany za otwarty sprzeciw.

-   Dobrze.   A   więc   słuchajcie.   Znam   tych   pedryli   w   czarnych   habitach   już   od 

dawna i nie ufam im. Myślą tylko o własnej skórze. Jeśli chcą, żebyście dla nich walczyli, 

to tylko dlatego, że spodziewają się jakichś poważnych kłopotów i wolą, żebyśmy to my 

zginęli zamiast nich. Nie podoba mi się to.

- Mnie też się to nie podoba! - wykrzyknął inny mężczyzna. - Ale jaki mamy 

wybór?

- Żadnego - wściekle warknął Dzik. - I o tym właśnie chciałem teraz powiedzieć. 

Myślę, że mają nas w garści - wyciągnął miecz i machnął nim wściekle. - Każda broń, 

jaką mamy, poza tymi nowymi pistoletami, pochodzi od Czarnych Mnichów. Bez ich 

dostaw nie mielibyśmy czym walczyć, a bez broni nie mamy nic do roboty i możemy 

głodować albo wrócić na farmy. A to nie dla mnie. I myślę, że dla was też nie. Bo razem 

w tym siedzimy. Walczymy wszyscy albo nie walczy żaden. A jeśli walczymy, a któryś z 

was   przed   rozpoczęciem   akcji   będzie   chciał   się   wymknąć,   to   znajdzie   mój   miecz   w 

swoich bebechach.

Machnął znów połyskliwym ostrzem, a wszyscy patrzyli w milczeniu.

- Mocny argument - szepnął Hetman - i logika nie do odparcia. Ty i twoi kompani 

nie macie wyboru. Musicie się zgodzić.

Hetman miał rację. Było jeszcze trochę pokrzykiwań i kłótni, ale w końcu musieli 

się na coś zdecydować. Postanowili wyruszyć u boku Czarnych Mnichów. Nikt, ze mną 

włącznie, nie był tym planem zachwycony. Mogli tam stać i się kłócić do północy, ale ja 

byłem już zmęczony i chciałem zaliczyć chociaż parę godzin snu. Hetman poszedł szukać 

potrzebnych  mu informacji, a ja zwinąłem  się na pryczy  i zapadłem  w  niespokojną 

drzemkę.

Obudziły mnie okrzyki rozkazów  i poczułem się bardziej zmęczony niż przed 

background image

pójściem spać. Nikt nie wyglądał na uszczęśliwionego perspektywą nocnego marszu i 

naszymi   sprzymierzeńcami.   Wszyscy   spoglądali   spode   łba   i   klęli.   Było   nawet   kilka 

przekleństw, których nigdy wcześniej nie słyszałem - parę naprawdę ładnych kawałków. 

Postanowiłem zapamiętać je na przyszłość. Wyszedłem do prowizorycznej umywalni i 

ochlapałem twarz zimną wodą. Trochę pomogło. Kiedy wróciłem, na pryczy siedział 

Hetman. Na mój widok wstał i wyciągnął swą wielką rękę.

- Musisz na siebie uważać, Jim. To okrutny świat, gdzie wszyscy są przeciwko 

tobie.

- Sam sobie wybrałem taki styl życia, więc nie martw się o mnie.

-   Jednak   się   martwię   -   westchnął   ciężko.   -   Czuję   pogardę   dla   przesądów, 

astrologów   chiromantów   i   temu   podobnych,   więc   tym   bardziej   jestem   sobą 

zdegustowany, że pozwoliłem, żeby ogarnęła mnie czarna depresja. Ale w przyszłości 

widzę jedynie ciemność i pustkę. Byliśmy towarzyszami przez zbyt krótki okres i nie 

chciałbym, żeby ten czas się skończył. Przykro mi to mówić, wybacz mi, ale przeczuwam 

jakieś niebezpieczeństwa i rozpacz, której nie można uniknąć.

-   Masz   ku   temu   powody!   -   zawołałem,   próbując   włożyć   w   te   słowe   trochę 

entuzjazmu. - Zostać wyrwany ze stanu prawie bezpiecznego życia przypominającego 

emeryturę,   ty   sam   to   tak   nazwałeś.   Potem   byłeś   więziony,   uwolniony,   uciekałeś, 

ukrywałeś   się,   głodowałeś,   znowu   uciekałeś,   przekupywałeś,   oszukiwano   cię,   bito, 

traktowano jak niewolnika, zraniono i dziwisz się swej depresji?

Moja przemowa przywołała na jego twarz słaby uśmiech i znowu uścisnął mi 

rękę

- Oczywiście, masz rację, Jim. To rzeczywiście toksyny w krwiobiegu i depresja w 

korze mózgowej. Uważaj na siebie i wracaj bezpiecznie. A do tego czasu ja opracuję 

plan, jak uwolnić Capo od jego dukatów.

Wyglądał   teraz,   po   raz   pierwszy,   odkąd   się   poznaliśmy,   na   swoje   lata.   Gdy 

wychodziłem, widziałem, jak znużony wyciągnął się na pryczy. Powinien czuć się lepiej, 

gdy   wrócę.   Dreng   będzie   przynosił   mu   jedzenie   i   opiekował   się   nim.   Ja   natomiast 

musiałem skoncentrować się na pozostaniu przy życiu, żebym mógł tu powrócić.

To był ponury i wyczerpujący marsz. Po gorącym dniu nadeszła taka sama noc. 

Sunęliśmy do przodu ociekając potem i zabijając insekty, które chmarami wylatywały z 

ciemności. Wyboista droga dręczyła stopy, a nozdrza miałem pełne kurzu. Szliśmy tak i 

szliśmy za brzęczącym i syczącym wehikułem turlającym się na czele naszego pochodu. 

Ciągnik   parowy  holował  karetę,   w   której   podróżował   Capo  Dimonte.   Razem   z   nim 

background image

jechali jego oficerowie; wszyscy pili i ogólnie nieźle się bawili. A my maszerowaliśmy i 

coraz   mniej   słychać   było   przekleństw.   Kiedy   dotarliśmy   wreszcie   do   lasu   Pinetta, 

padliśmy pokotem pod drzewami. Byliśmy zbyt zmęczeni, by narzekać. Zrobiłem to co 

większość - walnąłem się pod drzewem na posłanie z igliwia i aż jęknąłem z rozkoszy. 

Zdołałem   jeszcze   zdobyć   się   na   podziw   dla   bardziej   zaciętych   żołnierzy,   ze   starym 

Dzikiem   na   czele,   którzy   domagali   się   racji   kwaśnego   wina   przed   odpoczynkiem. 

Zamknąłem oczy, jeszcze raz jęknąłem, a potem zasnąłem.

Odpoczywaliśmy   cały   dzień.   Około   południa   wydano   racje   jedzenia.   Ciepłą, 

cuchnącą   wodą   spłukaliśmy   kilka   kawałków   skały,   która   przed   milionami   lat   była 

chlebem. Po posiłku udało mi się złapać trochę snu, zanim  zaczął się kolejny nocny 

marsz.

Po kilku godzinach doszliśmy do skrzyżowania dróg i skręciliśmy w prawo. Przez 

oddziały przeszedł na to pomruk wydany przez tych, którzy znali te okolice.

-   Co   oni   mówią?   -   zapytałem   maszerującego   obok   mnie,   milczącego   dotąd 

żołnierza.

- Capo Dinobli. To na niego idziemy. Nie może to być nikt inny. Nie ma innej 

twierdzy w tym kierunku, aż o dzień marszu stąd.

- Coś o nim słyszałeś?

Chrząknął i zamilkł, ale odezwał się człowiek, który szedł za nami.

- Służyłem pod nim dawno temu. Już wtedy był stary, więc teraz musi być z niego 

zupełny antyk. Po prostu jeszcze jeden Capo.

Potem,  otumanieni   zmęczeniem,   ciągnęliśmy  się   noga  za   nogą.  Znałem   lepsze 

sposoby na zarabianie na życie. Postanowiłem, że będzie to moja pierwsza i ostatnia 

kampania wojenna. Gdy tylko wrócimy, wyczyścimy z Hetmanem skarbiec i ulotnimy 

się   z   tyloma   dukatami,   ile   zdołamy   unieść.   Cudowna   myśl.   Zachęcony   nią   prawie 

wpadłem   na   idącego   przede   mną   i   stanąłem   akurat   na   czas.   Zatrzymaliśmy   się   w 

miejscu, gdzie droga przechodziła blisko lasu. Na tle ciemnych drzew rysowały się jakieś 

jeszcze  ciemniejsze  bryły. Próbowałem wypatrzeć,  co to jest, kiedy jeden  z oficerów 

podszedł do szeregów.

- Potrzebuję kilku ochotników - wyszeptał - ty, ty, ty i ty.

Dotknął mojego ramienia i stałem się jednym z ochotników. W sumie było nas 

około dwudziestu. Całą grupą ruszyliśmy w kierunku lasu. Rozchmurzyło się i gwiazdy 

dawały   dosyć   światła,   żeby   zobaczyć,   że   te   czarne   kształty   to   jakieś   urządzenia   na 

kołach. Usłyszałem syk ulatniającej się pary. Z cienia wysunęła się ciemna postać.

background image

- Słuchajcie, powiem wam, co macie zrobić - oznajmiła.

W   najbliższej   machinie   otworzyły   się   metalowe   drzwi   i   ktoś   zaczął   wrzucać 

drewno   do   paleniska.   Płomienie   na   moment   wyraźnie   oświetliły   mówiącego.   Był   to 

mężczyzna ubrany w czarną suknię, a głowę przykrywał mu kaptur zasłaniający twarz. 

Mnich wskazał na machiny.

- Musicie je  przepchnąć przez las i to w absolutnej ciszy. Włożę nóż pod żebro 

każdemu, który wyda najmniejszy dźwięk. W dzień wycięto szlak, więc powinno być 

łatwo. Weźcie liny i róbcie, co wam każę.

Inne postacie w ciemnych habitach podały nam sznury i popychając, ustawiły w 

rzędzie. Na wyszeptany sygnał zaczęliśmy ciągnąć.

Maszyna   toczyła   się   rzeczywiście   bez   problemów.   Ciągnęliśmy   ją   w   równym 

tempie.   Wszystkie   polecenia   były   wydawane   szeptem.   Dotarliśmy   do   skraju   lasu   i 

zatrzymaliśmy się. Potem jeszcze pocąc się, pchaliśmy wielką masę po trochu w tę i z 

powrotem, aż nasi przewodnicy zostali wreszcie usatysfakcjonowani.

Mnisi szeptali  coś o wyrównywaniu i zasięgu. Zastanawiałem się, o co w tym 

wszystkich   chodzi.   Na   chwilę   zapomnieli   o   nas,   wiec   najciszej   jak   potrafiłem, 

przeszedłem przed machiny i zza krzaków wyjrzałem na rozciągający się widok. Bardzo 

ciekawe.   Łagodne,   pokryte   krzewami   zbocze   opadało   aż   do   twierdzy,   której   ciemne 

wieże były wyraźnie widoczne na tle nieba. U jej stóp migotały, odbijając gwiazdy, wody 

bagien, chroniących warownię przed atakiem.

Zostałem w tych krzakach, aż wstał szary świt. Wtedy wróciłem, żeby dokładnie 

przyjrzeć się obiektowi naszych wysiłków. Jego kształt rysował się teraz wyraźnie, ale 

nadal nie miałem zielonego pojęcia, co to jest. Gdzieś z boku uchodziła biała strużka 

pary. Na górze umieszczona była długa belka. Jeden z mnichów zaczął teraz robić coś 

przy regulatorach. Para zasyczała głośniej, a długie ramię przechyliło się tak, że jego 

koniec oparł się o ziemię. Podszedłem, żeby przyjrzeć się zamontowanej na jego końcu 

dużej   metalowej   łyżce   i   moja   ciekawość   została   nagrodzona...   Zaciągnęli   mnie   do 

pomocy   przy   przesuwaniu   ogromnego   kamienia.   We   trzech   wytoczyliśmy   go   z 

pobliskiego zwaliska, ale trzeba było czterech, żeby z największym wysiłkiem umieścić 

go na łyżce. Tajemnica za tajemnicą. Dołączyłem do pozostałych, akurat w chwili gdy 

pojawił się Capo Dimonte w towarzystwie wysokiego człowieka w habicie.

- Czy to będzie strzelać, bracie Farvel? - zapytał Dimonte. - Zupełnie się nie znam 

na takich urządzeniach.

- Ale ja się znam, Capo, zobaczysz. Kiedy opuści się most, moja maszyna go 

background image

zniszczy.

- Oby tak się stało. Te ściany są wysokie i takie będą nasze straty, jeśli będziemy 

musieli szturmować twierdzę bez możliwości dostania się przez bramę.

Brat Farel odwrócił się do niego plecami i zaczął wydawać operatorom maszyny 

szybkie   polecenia.   Wrzucili   więcej   drewna   do   jej   wnętrzności   i   syk   stał   się   jeszcze 

głośniejszy. Było już zupełnie widno. Pole przed nami było puste, w twierdzy nic się nie 

działo. Lecz za nami w lesie czyhała w ukryciu mała armia i machiny wojenne. Było 

oczywiste, że bitwa rozpocznie się, kiedy tylko zostanie spuszczony i zniszczony most 

zwodzony.

Gdy się rozwidniło, dostaliśmy rozkaz ukryć się. Pół godziny później zrobiło się 

zupełnie widno. Słońce stało już nad horyzontem i nadal nic się nie działo. Podczołgałem 

się bliżej zakapturzonego operatora machiny.

- Nie opuszcza się! - wykrzyknął nagle brat Farvel. - Jest już po czasie! O tej 

porze zawsze był spuszczany. Coś się stało!

- Czyżby wiedzieli, że tu jesteśmy? - zapytał Capo Dimonte.

-   Tak!   -   nieprawdopodobnie   donośny   głos   zabrzmiał   z   drzew   nad   naszymi 

głowami. - Wiemy, że tu jesteście! Wasz szturm jest z góry przegrany, a wy zgubieni. 

Przygotujcie się na pewną śmierć!

background image

25

Ryczący głos w ciszy lasu był czymś zupełnie niespodziewanym i szokującym. 

Poderwałem się przerażony. Nie tylko zresztą  ja. Mnich  przy  regulatorach  maszyny 

przestraszył   się   jeszcze   bardziej.   Jego   ręka   mimowolnie   pchnęła   lewar   i   rozległ   się 

potężny, syczący ryk. Długie ramię na szczycie urządzenia pomknęło do góry zakreślając 

wysoki łuk i uderzyło w ukryty bufor. Cała maszyna zadygotała gwałtownie. Ramię 

zatrzymało się, ale kamień w łyżce na jego końcu pomknął dalej. Szybko podbiegłem do 

przodu   i   zobaczyłem,   jak   wzbijając   fontanny   błota   wpada   do   bagna   tuż   przed 

zamkniętym mostem zwodzonym. Dobry strzał, gdyby most był spuszczony, z pewnością 

by go rozwalił.

Wszystko nagle zaczęło dziać się bardzo szybko. Brat Farvel zwalił na ziemię 

zajmującego się regulatorami mnicha i teraz kopał go, rycząc z wściekłości. Żołnierze 

biegali w tę i z powrotem wymachując mieczami, a niektórzy strzelali w korony drzew. 

Capo Dimonte wykrzykiwał rozkazy, których nikt nie słuchał. A ja przywarłem plecami 

do najbliższego pnia i z przygotowanym do strzału pistoletem czekałem na atak.

Ale nie było żadnego ataku. Za to znowu odezwał się tubalny głos:

- Odejdź stąd. Wracaj tam, skąd przyszedłeś, a zostaniesz ocalony. Mówię do 

ciebie,   Capo   Dimonte.   Popełniasz   błąd.   Czarni   Mnisi   wykorzystują   cię.   Przez   nich 

zostaniesz zniszczony. Wracaj do swej twierdzy, bo tu czeka cię jedynie śmierć.

- To jest tam! Widzę to! - krzyknął brat Farvel, wskazując do góry. Odwrócił się, 

zobaczył mnie i chwycił mocno moje ramię. Znowu pokazał na drzewo.

- Tam, na tej gałęzi, przyrząd szatana. Zniszcz to!

Czemuż   by   nie?   Teraz   to   zobaczyłem,   a   nawet   rozpoznałem.   Był   to   głośnik. 

Pistolet wystrzelił, a jego odrzut mocno szarpnął moim barkiem. Strzeliłem jeszcze raz. 

Głośnik rozpadł się i na dół poleciały kawałki plastiku i metalu.

-   To   tylko   maszyna!   -   wykrzyknął   brat   Farvel,   wdeptując   w   ziemię   szczątki 

głośnika. - Rozpoczynaj atak! - zawołał do Capo Dimonte. - Każ ludziom iść naprzód. 

Moje miotacze śmierci będą cię wspierać. Zburzę dla ciebie te mury.

Capo nie miał wyboru. Zagryzł wargę i przywołał trębacza. Rozległy się trzy 

ostre dźwięki, na które odpowiedzieli trębacze znajdujący się na naszych tyłach i obu 

skrzydłach.   Kiedy   pierwsze   oddziały   wyszły   spod   drzew,   Dimonte   wydobył   miecz   i 

rozkazał, abyśmy szli za nim. Z ogromną niechęcią pobiegłem naprzód.

Nie było to coś, co można by nazwać błyskawicznym atakiem. Porównałbym to 

raczej do spaceru. Zeszliśmy ze wzgórza przez pole, a potem zatrzymaliśmy się, aby 

background image

zaczekać, aż pozostałe miotacze śmierci znajdą się na swoich pozycjach. Pojazdy parowe 

ustawiły   je   w   szereg   i   rozpoczął   się   ostrzał.   Nad   naszymi   głowami   przelatywały   ze 

świstem głazy, które albo odbijały się od murów twierdzy, albo znikały w jej wnętrzu.

-   Naprzód!   -   krzyknął   Capo   i   znowu   machnął   mieczem.   Wtedy   zaczął   się 

kontratak.

Zza murów fortecy wyskoczyły srebrne kule. Poleciały wysoko w górę i pomknęły 

ku nami rysując srebrzyste parabole. Za chwilę uderzyły o ziemię pękając z trzaskiem. 

Jedna z nich spadła blisko mnie. Zobaczyłem, że jest to cienki zbiorniczek wypełniony 

dymiącym płynem, który błyskawicznie parował. Trucizna! Rzuciłem się biegiem jak 

najdalej od niej, próbując wstrzymać oddech. Ale obok rozpryskiwało się coraz więcej 

kuł i powietrze pełne było gazu. Biegłem, aż rozbolały mnie piersi. Musiałem odetchnąć, 

nie dałem rady powstrzymać się.

Kiedy powietrze dotarło do moich płuc, ogarnęła mnie ciemność i runąłem na 

ziemię.

Leżałem  na plecach, to wiedziałem, ale poza tym niewiele do mnie docierało. 

Straszliwie bolała mnie głowa. Miałem wrażenie, jakby na skroniach zaciskała mi się 

rozżarzona obręcz, a gdy spróbowałem otworzyć oko, czerwona błyskawica przeszyła mi 

mózg. Jęknąłem i usłyszałem rozlegające się ze wszystkich stron jęki innych. Ból głowy 

pokonał nas wszystkich. Był wielki jak planeta. Był to ból głowy wszechczasów, przed 

którym bledną wszystkie inne bóle głowy. Pomyślałem o bólach głowy, których dotych-

czas doświadczałem, i prawie uśmiechnąłem się na ich wspomnienie.

Żałosne migrenki... Ten - to było coś! Ktoś obok jęknął, a inni mu odjęknęli ze 

współczuciem.

Ból po trochu ustępował. Po jakimś czasie zdołałem delikatnie otworzyć jedno 

oko,   a   potem   drugie.   Nade   mną   rozciągało   się   czyste   błękitne   niebo,   a   w   zbożu,   w 

którym leżałem, szeleścił wiatr. Niepewnie uniosłem się na łokciu i spojrzałem wkoło na 

pokonaną armię.

Pole było usłane ciałami żołnierzy.  Niektórzy  właśnie siadali  trzymając się za 

głowy, a kilku silniejszych, czy może głupszych, chwiejnie próbowało stanąć na nogi. 

Wszędzie   leżały   srebrzyste   szczątki   pocisków   gazowych,   wyglądające   teraz   całkiem 

niewinnie. W skroniach mi tętniło, ale nie zwracałem na to uwagi. Żyliśmy. Gaz nikogo 

nie uśmiercił - najwyraźniej miał nas jedynie obezwładnić. Silne świństwo. Nie chcąc 

jeszcze ryzykować patrzenia na słońce, spojrzałem na własny cień; był bardzo krótki. A 

więc zbliżało się południe. Spaliśmy przez wiele godzin.

background image

W takim razie dlaczego jeszcze żyjemy? Dlaczego ludzie Capo Dinobli nie rzucili 

się na nas i nie poderżnęli nam gardeł? Albo przynajmniej nie zabrali nam broni? Mój 

pistolet ciągle leżał przy mnie, przełamałem go i zobaczyłem, że jest naładowany. Same 

zagadki. Wstałem... i natychmiast tego pożałowałem, czując potężne dudnienie w głowie. 

Wtem rozległ się ochrypły wrzask. Rozejrzałem się.

Hm... To brat Farvel we własnej osobie krzyczał, klął i wyrywał sobie garściami 

włosy z głowy. Nigdy nie widziałem czegoś podobnego. Ciekawe, co powiedziałby na to 

psychiatra? Powoli poszedłem w stronę brata Farvela, żeby zobaczyć, co doprowadziło 

go do takiego stanu. Po chwili zrozumiałem jego uczucia.

Stał  koło  jednego  ze  swych   miotaczy   śmierci,   który   podczas  naszej  duchowej 

nieobecności zamienił się w plątaninę poskręcanych rur i popękanego metalu. Długie 

ramię zostało zgrabnie pocięte na trzy części, a koła oderwane od reszty maszyny. Była 

to po prostu kupa nienadającego się do niczego złomu. Brat Fravel pobiegł gdzieś wyjąc 

ochryple, a za nim fruwały powyrywane włosy.

Inni mnisi też zaczęli żałobnie zawodzić. Brat Farvel dopadł próbującego usiąść 

Capo Dimonte.

-   Wszystkie   zniszczone,   wszystkie!   -   ryknął   Czarny   Mnich,   a   Capo   Dimonte 

zakrył sobie uszy dłońmi. - Praca lat na nic! Zmiażdżone, rozwalone! Wszystkie moje 

miotacze śmierci, taran parowy, wszystko zniszczone! To on to zrobił, Capo Dinobli, to 

on! Zbierz swych ludzi, zaatakuj twierdzę, on musi zapłacić za tę potworną zbrodnię.

Capo odwrócił się, żeby spojrzeć na twierdzę. Wyglądała tak samo jak o świcie, 

spokojna i nienaruszona, z ciągle podniesionym mostem, jakby zupełnie nic się dotąd nie 

wydarzyło. Dimonte odwrócił się od brata Farvela z groźną i ściągniętą twarzą.

- Nie. Nie będę prowadził moich ludzi na te mury. To samobójstwo, a na to się nie 

umawialiśmy. To twoja wojna, nie moja. Zgodziłem się pomóc ci w zdobyciu twierdzy. 

Ty miałeś swymi urządzeniami rozwalić bramę, a ja zaatakować. Teraz nasza umowa 

wygasła.

- Nie możesz nie dotrzymać danego słowa...

- Nie mam takiego zamiaru. Zburz mury, a ja zaatakuję. To przecież obiecałeś. A 

więc zrób to teraz.

Brat Farvel poczerwieniał ze złości i uniósł pięści. Capo tylko wydobył miecz.

- Przyjrzyj się temu - powiedział. - Ciągle jeszcze jestem uzbrojony i wszyscy moi 

ludzie są uzbrojeni. To znak i ja ten znak dobrze zrozumiałem. Gdy tu leżeliśmy, ludzie 

Dinobli mogli wam zabrać broń i poderżnąć gardła. Ale tego nie zrobili. Oni nie walczą 

background image

ze mną. A więc ja nie będę walczyć przeciw nim. To ty z nimi walczysz, to twoja bitwa. - 

Potrącił czubkiem buta leżącego obok trębacza. - Daj sygnał zbiórki.

Z   radością   pozostawiliśmy   Czarnych   Mnichów,   którzy   oglądali   wraki   swoich 

machin.   Wiadomość   o   zerwaniu   przymierza   szybko   rozeszła   się   między   oddziałami. 

Bolesne grymasy zastąpiły uśmiechy, a ból głowy - ulga. Nie będzie bitwy ani strat w 

ludziach. Czarni Mnisi nawarzyli piwa i teraz muszą sami je wypić. Ja uśmiechałem się 

szerzej niż pozostali, bo miałem świetne nowiny dla Hetmana.

Wiedziałem, jak możemy wydostać się z tej parszywej planety.

Wreszcie   zrozumiałem,   co   stało   się   ubiegłej   nocy.   W   ciemności   uważnie 

obserwowano   zbliżanie   się   naszych   oddziałów.   Dzięki   jakiejś   wyższej   technice 

oczywiście. Ukryci obserwatorzy musieli również widzieć budowę drogi dla miotaczy 

śmierci i zrozumieli cel tej operacji. Głośnik został umieszczony na drzewie dokładnie 

nad obozem, a potem włączony za pomocą radia. Gaz, który nas powalił, był bardzo 

wymyślny i został zrzucony z centymetrową dokładnością. Wszystko to przekraczało 

możliwości techniczne tej zacofanej planety i mogło oznaczać tylko jedno. W twierdzy 

Capo Dinobli byli ludzie z innej planety. Było ich tam dużo i mieli w tym jakiś cel. 

Cokolwiek by to było, rozbudziło taki gniew Czarnych Mnichów, że zaplanowali ten 

nieudany   atak.   Dobrze.   Jeszcze   jeden   wróg   mojego   wroga.   Mnisi   mieli   w   swych 

szponach całą technologię, jaka istniała na Spiovente, i z tego, co widziałem, technika ta 

służyła   całkowicie   do   celów   wojskowych.   Głowiłem   się   próbując   przypomnieć   sobie 

długie wykłady Hetmana na temat geopolityki i ekonomii. Zaczął mi świtać w głowie 

sposób na rozwiązanie naszych kłopotów, kiedy na przodzie kolumny rozległy się jakieś 

dzikie wrzaski.

Razem   z  innymi   ruszyłem,   żeby   zobaczyć,   co   się   stało.   Ujrzałem,   jak 

półprzytomny ze zmęczenia kurier pada na trawę przy drodze. Capo Dimonte odwrócił 

się od niego, z wściekłości wymachując pięściami.

- Atak na moją twierdzę! To ten gadzi pomiot Docci, to on. Ruszamy natychmiast 

szybkim marszem. Do szeregów!

Nigdy nie chciałbym powtórzyć tego marszu. Odpoczywaliśmy tylko wtedy, gdy 

ze zmęczenia po prostu padaliśmy na ziemię. Wówczas jedliśmy, piliśmy wodę, znów 

stawaliśmy na nogi i ruszaliśmy dalej. Nie było potrzeby nas bić albo zachęcać, bo teraz 

był to interes nas wszystkich. Rodzina Capo, jego dobra, wszystko pozostało w twierdzy, 

strzeżone   jedynie   przez   kilku   żołnierzy.   Zostało   tam   też   wszystko,   co   posiadaliśmy. 

Pilnowali tego nasi giermkowie. Dreng, którego ledwie znałem, ale za którego czułem się 

background image

odpowiedzialny.   I   Hetman.   Jeśli   wzięto   twierdzę,   co   się   z   nim   stało?   Nic,   był 

nieszkodliwym staruszkiem, nie był ich wrogiem.

Choć   próbowałem   przekonać   siebie   samego,   że   tak   jest,   wiedziałem,   że   to 

kłamstwo. Hetman był zbiegłym niewolnikiem. A wiedziałem już, co na Spiovente robi 

się ze zbiegłymi niewolnikami.

Znowu trochę wody i jedzenia o zachodzie słońca i dalej w drogę przez całą noc. 

O świcie zobaczyłem, że  nasze  kolumny porozciągały  się, gdyż na czoło  wysforowali 

najsilniejsi.   Byłem   młody,   sprawny   i   zdenerwowany,   więc   znalazłem   się   na   samym 

przedzie. Mogłem się teraz zatrzymać, żeby chwilę odpocząć i złapać oddech. Na drodze 

przed   nami   zobaczyłem   dwóch   ludzi,   którzy   wyskoczyli   zza   krzaków   i   zniknęli   za 

wzgórzem.

-   Tam!  -   krzyknąłem.  -   Zwiadowcy,  widzieli   nas!   Capo   wyskoczył   z   karety   i 

podbiegł do mnie.

- Dwóch ludzi. Byli tam ukryci. Pobiegli w kierunku twierdzy. Zazgrzytał zębami 

w bezsilnej złości.

- Nie zdołamy ich złapać. Docci zostanie ostrzeżony i ucieknie.

Spojrzał do tyłu na rozsypane oddziały i przywołał oficerów.

- Ty, Barkus, zostań tutaj, daj im odpocząć, a potem idźcie za mną. Ja ruszam 

teraz ze wszystkimi, którzy jeszcze są zdolni do walki. Mogą jechać na mojej karecie. 

Ruszamy.

Wdrapałem się na dach pojazdu, pozostali biegli obok niego trzymając się, czego 

się dało. Ciągnik parowy sapał i wypuszczał wielkie kłęby dymu, kiedy wtaczaliśmy się 

na wzgórze. Potem pomknęliśmy w dół zbocza.

Z tej odległości widać już było wieżę twierdzy, obok której kłębił się dym. Kiedy 

wtoczyliśmy   się   za   następny   zakręt,   natknęliśmy   się   na   tyralierę   żołnierzy   Docci 

zagradzających nam drogę do twierdzy. Zaczęli strzelać.

Nie zwolniliśmy. Ciągnik parowy zagwizdał głośno, a my zawyliśmy z wściekłości.

Wróg   pierzchnął.   Nie   wytrzymali   nerwowo.   Widzieliśmy,   jak   dołączają   do 

pozostałych napastników, którzy strumieniem wylewali się z grobli. Zniknęli w lesie, 

zanim   ich   dopadliśmy.   Za   groblą   widać   było   rozwaloną,   dymiącą   bramę   twierdzy. 

Byłem tuż za Capo, gdy potykając się wchodziliśmy na dziedziniec. Zza ruin baszty przy 

bramie wyszedł żołnierz i uniósł miecz w słabym pozdrowieniu.

- Nie wpuściliśmy ich, Capo - powiedział i osunął się, opierając się o roztrzaskaną 

na drzazgi  belkę.  -  Przedarli   się  na  dziedziniec,   ale  nie  wpuściliśmy ich   do wieży, i 

background image

wysadzili zewnętrzne wrota, gdy odchodzili.

- Co z Lady Dimonte, z dziećmi...?

-  Wszyscy   bezpieczni,   skarbiec   nie   naruszony.   Ale   kwatery   żołnierzy   były   na 

dziedzińcu, nie w wieży. Popędziłem tam razem z innymi.

Leżały   tu   ciała,   dużo   ciał.   Bezbronni   giermkowie   wyrżnięci   w   pień.   Obrońcy 

wychodzili   teraz   z   wieży.   Wśród   nich   był   Dreng.   Szedł   wolno.   Niósł   zakrwawioną 

siekierę. Ubranie też miał poplamione krwią, ale wyglądał na zdrowego. Spojrzałem mu 

w twarz i wyczytałem w niej smutek. Nie musiał nic mówić, wiedziałem. Jego słowa 

dobiegły do mnie z daleka.

- Przykro mi. Nie mogłem im przeszkodzić. Staruszek umarł. Umarł.

background image

26

Leżał na pryczy z zamkniętymi oczami, jakby spał. Ale to nie był sen. Dreng 

przykrył go kocem aż po brodę, uczesał i umył mu twarz.

- Nie dałem rady go przenieść, kiedy nastąpił atak - powiedział Dreng. - Był zbyt 

ciężki i zbyt chory. Rana na plecach była paskudna, czarna, a skóra gorąca. Powiedział, 

żebym go zostawił, że i tak umrze. Powiedział, że jeśli go nie zabiją, to zrobi to infekcja. 

Ale nie musieli go przecież zadźgać...

Mój przyjaciel i nauczyciel. Zamordowany przez te zwierzęta. Był wart więcej niż 

cały   plugawy   motłoch   tej   planety   razem   wzięty.   Dreng   ujął   mnie   za   ramię,   ale 

odepchnąłem go ze złością.

- Ukradłem dla niego kawałek papieru  - powiedział wtedy. - Chciał do ciebie 

napisać. Ukradłem to.

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Odpakowałem zawiniątko i na podłogę upadł 

rzeźbiony w drewnie klucz. Podniosłem go i spojrzałem na kartkę. Narysowany był na 

niej plan twierdzy. Strzałka przy słowie „skarbiec" wskazywała jedno pomieszczenie. 

Pod planem była wiadomość napisana silną i pewną ręką: „Niezbyt dobrze się czuję, 

więc być może, nie będę mógł dać ci tego osobiście. Zrób metalową kopię tego klucza, 

otwiera on drzwi skarbca. Życzę powodzenia. Miło było cię poznać Jim, bądź dobrym 

«szczurem»”.

Niżej  widniał starannie wykaligrafowany podpis. Przeczytałem  nazwisko i nie 

mogąc   uwierzyć   własnym   oczom   przeczytałem   je   jeszcze   raz.   Nie   podpisał   się 

pseudonimem.   Pozostawił   mi   w   spadku   zaufanie.   Chyba   wiedział,   że   jestem   jedyną 

osobą   we   Wszechświecie,   która   to   zaufanie   doceni.   Wyjawił   mi   swoje   prawdziwe 

nazwisko.

Wyszedłem i usiadłem na zewnątrz, na słońcu i poczułem się nagle bardzo słaby. 

Dreng przyniósł mi kubek wody. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, jak bardzo byłem 

spragniony. Wypiłem wszystko do ostatniej kropli i wysłałem go po więcej.

No i po wszystkim, koniec.  Przeczuwał nadejście ciemności, ale martwił się o 

mnie. Myślał o mnie, kiedy to właśnie jemu śmierć zaglądała w oczy.

Co dalej? Co teraz mam robić?

Ogarnęło mnie znużenie, ból i wyrzuty sumienia. Nie zdając sobie sprawy z tego, 

co się dzieje, osunąłem się na bok i zasnąłem. Kiedy się obudziłem, było już późno po 

południu. Pod głową miałem zwinięty koc Drenga. Mój giermek usiadł obok mnie.

Nie mieliśmy sobie nic do powiedzenia. Włożyliśmy ciało Hetmana na jeden z 

background image

małych wozów i zaciągnęliśmy go przez groblę na brzeg. Nie byliśmy jedynymi, którym 

przyszło to robić. Obok drogi było małe, zarośnięte trawą wzgórze, z którego rozciągał 

się ładny widok na wodę i twierdzę. Tam go pochowaliśmy, mocno ubiliśmy ziemię i nie 

zostawiliśmy żadnego znaku. Nie na tej obrzydliwej planecie. Ten świat miał jego ciało - 

to wystarczy. Pomnik, który mu wystawię, będzie się znajdował całe lata świetlne stąd. 

Kiedyś, gdy nadejdzie czas, zajmę się tym.

- A teraz, Dreng, zajmiemy się Capo Docci i jego zbirami. Mój drogi przyjaciel 

nie pochwalał zemsty, więc ja też nie będę się mścił. Nazwiemy to sprawiedliwością. 

Trzeba tych kryminalistów trochę ukrócić. Tylko jak to zrobić?

- Ja pomogę, panie. Teraz już mogę walczyć. Bałem się, a potem się wściekłem i 

walczyłem siekierą. Jestem gotów być wojownikiem, tak jak ty.

Pokręciłem przecząco głową. Zaczynałem już jaśniej myśleć.

-   To   nie   robota   dla   farmera   z   przyszłością.   Ale   musisz   zawsze   pamiętać,   że 

przezwyciężyłeś swój strach. To ci pomoże w życiu. Ale Jim diGriz zawsze spłaca swoje 

długi, więc wracasz na farmę. Ile taka farma kosztuje?

Rozdziawił usta, szukając w pamięci.

- Nigdy nie kupowałem farmy.

- Nie wątpię. Ale pewnie słyszałeś o kimś, kto kupował?

- Stary Kretchy kiedyś wrócił z wojen i dał wdowie Roskwi dwieście dwanaście 

dukatów za jej część farmy.

- Świetnie! Biorąc poprawkę na inflację, pięćset powinno ci wystarczyć. Trzymaj 

się   mnie,   chłopie,   a   będziesz   nosił   lemiesz.   A   teraz   idź   do   kuchni   i   zapakuj   trochę 

jedzenia. Ja tymczasem puszczę w ruch pierwszą część planu.

To   było   jak   partyjka   szachów,   którą   rozgrywasz   sobie   w   głowie.   Jasno   i 

dokładnie widziałem pierwsze swoje ruchy. Jeśli rozegram je dobrze, środek i koniec gry 

będą nieuniknionym zwycięstwem! Zrobiłem więc pierwszy ruch.

Capo   Dimonte   siedział   oklapnięty   na   tronie,   zmęczony   jak   my   wszyscy,   z 

dzbanem wina w ręku. Przepchnąłem się przez oficerów i stanąłem przed nim. Łypnął 

na mnie ponurym wzrokiem i machnął ręką.

- Odejdź, żołnierzu. Dostaniesz nagrodę. Dobrze się dziś spisałeś, widziałem. Ale 

zostaw nas teraz, musimy obmyślić plan...

-   Dlatego   tu   jestem,   Capo.   Żeby   ci   powiedzieć,   jak   zniszczyć   Capo   Docci. 

Służyłem u niego i znam jego tajemnice.

- Mów!

background image

- Na osobności. Odeślij wszystkich.

Zastanowił   się   przez   chwilę   i   machnął   ręką.   Wyszli   pomrukując,   a   on 

flegmatycznie popijał wino, aż zamknęły się za nimi drzwi.

- Mów, co wiesz! -  rozkazał despotycznie. - Mów szybko, bo jestem w fatalnym 

humorze.

-   Tak   jak   i   my   wszyscy.   To,   co   chcę   ci   powiedzieć,   nie   dotyczy   Docci,   nie 

bezpośrednio. Zaatakujesz go, tego jestem pewien. Ale żeby być pewnym sukcesu, chcę 

przeciągnąć   Capo   Dinobli   i   jego   tajemnice   na   twoją   stronę.   Czyż   nie   byłoby   lepiej, 

gdyby ludzie Docci spali, kiedy będziemy przechodzić przez mur?

-   Dinobli   nie   wie   o   tych   sprawach   więcej   niż   ja,   wiec   nie   opowiadaj   głupot. 

Niedomaga, a przez ostatni rok nie opuszczał łoża.

- Domyślałem się tego, ale ci, którzy dla swoich celów korzystają z jego twierdzy i 

którzy   doprowadzili  do  tego, że  Czarni  Mnisi  chcieli  wypowiedzieli  im  wojnę, to  są 

ludzie, którzy ci pomogą.

Na te słowa wyprostował się, a oczy aż mu rozbłysły na myśl o nowej intrydze.

- A więc idź do nich. Obiecaj im udział w łupach, ty zresztą też swój dostaniesz, 

jeśli uda ci się wykonać to, co wymyśliłeś. Idź i obiecaj im w moim imieniu to, co chcesz. 

Przed końcem miesiąca głowa Docci będzie się piekła na rożnie w moim kominku, ale 

zanim   do   tego   dojdzie,   jego   ciało   będzie   rozrywane   rozgrzanymi   do   czerwoności 

hakami...

Dalej mówił w podobnym stylu, ale nie interesowało mnie to zbytnio. Był to tylko 

otwierający ruch pionka. Teraz musiałem poprowadzić do ataku główne figury.

Kłaniając się uniżenie  wyszedłem, pozostawiając go siedzącego  na tronie. Coś 

pomrukiwał i wymachując rękami rozlewał dookoła wino. Tym ludziom szybko zmieniał 

się nastrój.

Dreng spakował nasze nieliczne rzeczy i natychmiast wyruszyliśmy. Odeszliśmy 

daleko od   twierdzy   i skręciliśmy  w  kierunku  płynącej  w  pobliżu   rzeczki.   Jej brzegi 

porośnięte były trawą.

-   Zostaniemy   tu   do   rana   -   oznajmiłem.   -   Muszę   obmyślić   plan,   a   poza   tym 

potrzebujemy   wypoczynku.   Chcę   mieć   jasny   umysł,   gdy   jutro   zapukam   do   drzwi 

starego Dinobli.

Po długim, odświeżającym śnie, sytuacja wydała się całkiem jasna.

- Dreng - powiedziałem. - To będzie akcja jednoosobowa. Nie wiem, jak zostanę 

przyjęty i być może będę potem zbyt zajęty martwieniem się o własną skórę, żeby mieć 

background image

jeszcze czas na troszczenie się o ciebie. Wracaj do twierdzy Capo Dimonte i czekaj tam 

na mnie.

W rzeczywistości nie było żadnych drzwi, do których mógłbym zapukać. Zamiast 

tego przy bramie stało dwóch ciężko uzbrojonych strażników. Przeszedłem przez pole, 

minąłem wraki machin, które pokryły już czerwone plamy rdzy, i wszedłem na most 

zwodzony. Zanim zbliżyłem się do  strażników, przystanąłem,  powoli wyjąłem  pistolet i 

chwyciłem go za lufę.

- Mam ważną wiadomość dla tego, który tu dowodzi.

- Odwróć się i szybko odmaszeruj - powiedział wyższy strażnik, wycelowując we 

mnie pistolet. - Capo Dinobli nikogo nie przyjmuje.

- Wcale nie chodzi mi o Capo - odparłem, zerkając na widoczny za jego plecami 

dziedziniec.

Przechodził   tam   właśnie   wysoki   człowiek   w   obszarpanym   ubraniu,   ale   pod 

obdartymi mankietami jego spodni dostrzegłem odbłysk plastikowych butów.

- Capo życzę jedynie dobrego zdrowia! - krzyknąłem głośno. - I mam nadzieję, że 

ma dobrego gerontologa, który regularnie aplikuje mu synapsostymulaty.

Strażnik mruknął coś zmieszany, ale moje słowa nie były skierowane do niego. 

Człowiek na dziedzińcu nagle się zatrzymał, a potem odwrócił się wolno. Zobaczyłem 

podłużną twarz i przenikliwe, skierowane na mnie w milczeniu niebieskie oczy.

Podszedł i wciąż na mnie patrząc, zaczął rozmawiać ze strażnikiem.

- W czym problem?

- Nic, nic, szanowny panie. Odprawiałem właśnie tego tutaj.

- Pozwól mu wejść. Chcę go przesłuchać.

Strażnik opuścił pistolet i przeszedłem przez bramę.

Kiedy   znaleźliśmy   się   za   zasięgiem   słuchu   strażników,   wysoki   mężczyzna 

odwrócił się do mnie i zmierzył mnie od stóp do głów zaciekawionym spojrzeniem.

- Idź za mną - powiedział. - Chcę z tobą pomówić na osobności.

Nie odezwał się już, aż weszliśmy do jakiegoś pokoju i zamknęły się za nami 

drzwi.

- Kim jesteś? - zapytał.

-   Wiesz,   że   właściwie   miałem   ci   zadać   to   samo  pytanie.   Czy   Liga   wie,  co   tu 

robicie?

- Oczywiście, że wie. To oficjalna... - ugryzł się w język i uśmiechnął się. - To 

background image

przynajmniej dowodzi, że jesteś spoza planety. Nikt tu nie potrafi tak szybko myśleć ani 

nie wie tyle co ty. Siadaj i powiedz, kim jesteś. Potem ocenię, ile mogę ci powiedzieć o 

naszej pracy tutaj.

-   W   porządku   -   odpowiedziałem   opadając   na   krzesło   i   kładąc   pistolet   na 

podłodze. - Nazywam się Jim. Byłem członkiem załogi veniańskiego frachtowca, dopóki 

nie zadarłem z kapitanem. Wyrzucił mnie na tej planecie. To wszystko.

Wyciągnął notes i zaczaj zapisywać.

- Nazywasz się Jim. A nazwisko? Milczałem. Popatrzył na mnie spode łba.

- Dobrze, obejdziemy się na razie bez tego. Jak się nazywa kapitan?

- Sądzę, że zachowam tę informację na później. Może teraz ty powiesz mi, kim 

jesteś? Odsunął notes i usiadł wygodnie.

- To mi nie wystarcza. Nie znając twojej tożsamości nie mogę ci nic powiedzieć. 

Skąd pochodzisz z Yenii? Jak się nazywa stolica twojej planety? Kto jest Prezesem Rady 

Świata?

- To było dawno, zapomniałem.

-   Kłamiesz.   Jesteś   takim   samym   Yeniańczykiem   jak   ja.   Zanim   dowiem   się 

więcej...

-   Co   dokładnie   musisz   wiedzieć?   Jestem   obywatelem   Ligi,   nie   jednym   z 

miejscowych opryszków. Oglądałem trójwymiarową telewizję, jadałem u MacSwineyów 

znanych na każdym świecie, czterdzieści dwa miliardy utargu. Studiowałem elektronikę 

molekularną i mam czarny pas w judo. Czy to ci wystarczy?

-   Być   może.   Ale   powiedziałeś   mi,   że   zostałeś   tu   wyrzucony   z   veniańskiego 

frachtowca, a to nie może być prawdą. Zabroniono jakichkolwiek niezatwierdzonych 

kontraktów ze Spiovente.

- Mój kontrakt nie był zatwierdzony. Statek szmuglował tu broń, taką jak ta.

To wreszcie przyciągnęło jego uwagę. Sięgnął po notes.

- Kapitan nazywa się...? Pokręciłem głową w milczącym „nie".

- Dostaniesz tę informację tylko wtedy, gdy załatwisz mi wydostanie się z tej 

planety. Możesz to zrobić, bo z tego, co mi powiedziałeś, jesteś tu za zgodą Ligi. A więc 

może zrobimy mały interesik. Ty załatwisz mi bilet - mam mnóstwo srebrnych dukatów, 

żeby za niego zapłacić, czy też będę miał, a to na jedno wychodzi. Poza tym pomożesz mi 

troszeczkę w lokalnej sprawie. A wtedy ja podam ci nazwisko kapitana.

Nie spodobało mu się to. Myślał intensywnie, przeżuwał haczyk, ale nie mógł go 

przełknąć.

background image

- Przez ten czas, kiedy się zastanawiasz - odezwałem się - mógłbyś mi powiedzieć, 

kim jesteś i co tu robisz?

- Najpierw musisz obiecać, że nie zdradzisz naszej tożsamości krajowcom. Nasza 

obecność jest znana poza tą planetą, ale tutaj możemy odnieść sukcesy tylko wtedy, gdy 

cała operacja pozostanie tajemnicą.

- Obiecuję, obiecuję. Nie jestem nic winien żadnemu z krajowców.

Ułożył palce w piramidkę i odchylił się do tyłu jakby zaczynając wykład. Dobrze 

zgadłem, potwierdziły to jego pierwsze słowa.

- Jestem profesor Lustig z Uniwersytetu Ellenbogen, gdzie pracuję na katedrze 

socjoekonomii stosowanej. Jestem kierownikiem departamentu i muszę powiedzieć, że to 

ja założyłem ten departament, gdyż socjoekonomia stosowana jest stosunkowo młodą 

dyscypliną, będącą, rzecz jasna, odgałęzieniem socjoekonomii teoretycznej...

Mrugnąłem szybko, aby nie popaść w otępienie i zmusiłem się do słuchania. To 

właśnie przez takich nauczycieli jak Lustig uciekłem ze szkoły!

-   ...lata   korespondencji   i   pracy,   aby   zrealizować   naszą   największą   ambicję. 

Praktyczne   zastosowanie   naszych   teorii...   Najtrudniej   było  przekonać   biurokratów   z 

Ligi ze względu na nieinterwencyjną politykę Ligi. W końcu udało się ich namówić, żeby 

z odpowiednimi zabezpieczeniami pozwolili nam poprowadzić pierwszy doświadczamy 

program   tu,   na   Spiovente.   I   jak   powiedział   ktoś   z   czarnym   humorem,   gorzej   nie 

mogliśmy trafić.

- A co dokładnie próbujecie tu zrobić? - zapytałem. Wytrzeszczył oczy.

- To powinno być oczywiste. Cały czas tylko o tym mówiłem.

- Pan myślał o teorii, profesorze. Czy byłby pan łaskaw po ludzku wyjaśnić, co 

chcecie osiągnąć?

-   Jeśli   nalegasz,   w   kategoriach   Laymana   oczywiście,   próbujemy   ni   mniej,   ni 

więcej tylko zmienić strukturę tego społeczeństwa. Zamierzamy wyprowadzić tę planetę 

z   Ciemnego   Średniowiecza,   nawet   gdyby   miała   kopać   i   wrzeszczeć.   Po   Przełomie 

Spiovente wpadła w dość odpychającą formę feudalizmu. A raczej wojnoizmu. Zwykle 

w wieku dezintegracji hierarchia feudalna jest bardzo przydatna. Podtrzymuje ogólną 

strukturę państwa, podczas gdy różne jednostki administracyjne troszczą się i dbają o 

siebie.

- Nie widziałem tu zbyt wiele troski czy opieki.

- Zgadza się. Dlatego też ci wojownicy będą musieli odejść.

- Mogę pomóc paru wystrzelać.

background image

-   My   NIE   posługujemy   się   przemocą!   Jest   to   nie   tylko   obrzydliwe,   ale   też 

zakazane przez Ligę. Naszym celem  jest stworzenie rządu  niezależnego  od instytucji 

Capo. Aby to zrobić, wspomagamy społeczny awans klasy specjalistów. To spowoduje 

zintensyfikowanie obiegu  pieniądza  i koniec  handlu wymiennego. Wraz ze  wzrostem 

funduszów rząd będzie mógł ustanowić podatki na stworzenie działu usług społecznych. 

Potrzebne   będzie   do   tego   stworzenie   sądownictwa.   To   z   kolei   spowoduje   rozwój 

komunikacji, centralizacji i rozbudzenie idei zjednoczeniowych.

Brzmiało   to   nieźle,   chociaż   nie   szalałem   z   radości   na   myśl   o   podatkach   czy 

sądownictwie. Wszystko było jednak lepsze niż Capo.

- To brzmi nieźle w teorii - powiedziałem. - Lecz jak zamierza pan wprowadzić to 

w czyn?

- Poprzez oferowanie lepszych usług za niższą cenę. Dlatego też Czarni Mnisi 

próbowali nas zaatakować. Mój kapelusz jest bardziej religijny niż oni. Zakon jest po 

prostu przykrywką dla ich monopolu technologicznego. My przełamujemy ten monopol, 

a to im się nie podoba.

- Świetnie. Pana plan jest pierwszorzędny i życzę powodzenia. Ale mam tu jeszcze 

parę   spraw   do   załatwienia,   zanim   się   wydostanę   z   tego   bagna.   Aby   pomóc   wam   w 

przełamywaniu monopolu technologicznego, chciałbym nabyć trochę gazu usypiającego.

- To niemożliwe. Tak naprawdę to w ogóle nie możemy ci pomóc. Nie możesz też 

tu zostać. Przywołałem już strażników. Zostaniesz zatrzymany aż do przybycia statku 

Ligi. Wiesz zbyt dużo, żebyśmy mogli pozwolić ci pozostać na wolności.

background image

27

Jeszcze mój mózg nie pojął do końca tej niemożliwej do przyjęcia informacji, a 

moje   ciało   już   przeskoczyło   biurko.   Profesor   powinien   był   pamiętać,   co   mówiłem   o 

czarnym pasie. Wbiłem mu kciuki głęboko w szyję. Jeszcze zanim jego głowa opadła na 

biurko, ja już biegłem do drzwi. I to akurat na czas, bo gdy tylko zasunąłem rygiel, ktoś 

zaczął naciskać znajdującą się nad nim klamkę.

- Ruszaj się, Jim - poradziłem sam sobie - zanim podniosą alarm. Ale najpierw 

zobacz, co pożytecznego ten dwulicowy naukowiec tu ma...

Na biurku leżały kartoteki, dokumenty i książki. Nic co mogłoby mieć dla mnie 

jakąś wartość. Właśnie zrzucałem to wszystko na podłogę, kiedy rozległo się walenie do 

drzwi.   Nie   miałem   dużo   czasu.   Teraz   profesorek.   Rozchyliłem   jego   płaszcz   i 

przeszukałem  kieszenie.  Tam też  nie było nic ciekawego, poza  pękiem  kluczy,  które 

wrzuciłem sobie do kieszeni. Musiałem zadowolić się takim łupem. Podniosłem pistolet i 

skoczyłem do okna, akurat w chwili gdy coś ciężkiego z łomotem uderzyło w drzwi. 

Byłem   na   wysokości   drugiego   piętra,   a   znajdujący   się   pod   oknem   dziedziniec 

wybrukowany był kocimi łbami. Wyglądało to mało zachęcająco. Gdybym skoczył, poła-

małbym sobie nogi.

Wyciągnąłem rękę wzdłuż muru i z wdzięcznością pomyślałem o brakoróbstwie 

miejscowych kamieniarzy. W murze zewnętrznym między kamieniami wyczułem duże 

szpary.   Wsunąłem   pistolet   za   pas   na   plecach.   Drzwi   rozwarły   się   w   chwili,   gdy 

schodziłem po murze.

Było to łatwe. Na koniec zeskoczyłem, przeturlałem się przez ramię, dzięki czemu 

pistolet wbił mi się boleśnie w kręgosłup. Przesunąłem broń i potykając się dotarłem za 

róg budynku, zanim ktokolwiek pojawił się w oknie. Byłem wolny!

Czy rzeczywiście? Zaraz ogarnęło mnie przygnębienie. Wolny w środku twierdzy 

wroga, mając wszystkich przeciw sobie. Niezła wolność.

- Tak, wolny! - arogancko zacisnąłem zęby, wyprostowałem ramiona i ruszyłem 

śmiałym, swobodnym krokiem. Tak wolny, jak tylko Stalowy Szczur może być! Pośpiesz 

się Jim, sprawdź, czy da się znaleźć jakieś zamki, do których pasowałyby twoje nowe 

klucze.

Najlepsze  rady otrzymuję zawsze  od siebie samego. Przeszedłem  przez  bramę 

prowadzącą   na  duży   dziedziniec.   Kręcili   się   tam   uzbrojeni   ludzie.   Kompletnie   mnie 

zignorowali.   To   nie   potrwa  długo.   Gdy   tylko   zacznie   się   alarm,   wszyscy   będą   mnie 

szukać. Patrząc śmiało przed siebie, poszedłem w stronę masywnego budynku, stojącego 

background image

na   drugim   końcu   dziedzińca.   Do   wnętrza   prowadziły   do   niego   wielkie   wrota,   obok 

których   znajdowały   się   mniejsze.   Gdy   się   zbliżyłem,   zobaczyłem,   że   w   obydwu 

zamontowano bardzo nowoczesne zamki. Ciekawe, co tam zostało zamknięte? Pozostało 

mi jedynie znaleźć właściwy klucz.

Udając, że moja obecność tutaj jest zupełnie naturalna, zatrzymałem się przed 

mniejszymi drzwiami i zacząłem przerzucać klucze. Było ich chyba ze dwadzieścia. Ale 

to był zamek typu Bolger, co dla mojego wprawnego oka było oczywiste, więc szukałem 

znajomego rombowego kształtu.

- Hej ty, co tam robisz!?

To był potężny zbir, brudny, nie ogolony i miał czerwone oczy. Miał też wsadzony 

za pas długi sztylet, którego rękojeść właśnie pieścił palcami.

- Otwieram drzwi, to chyba jasne - odpowiedziałem pewnie. - To ciebie przysłali 

mi tu do pomocy? Masz, potrzymaj.

Podałem   mu   pistolet.   To   dało   mi   kilka   sekund,   podczas   których   on   tępo 

wpatrywał się w broń. Miałem wystarczająco dużo czasu, żeby wsadzić klucz do zamka. 

Nie przekręcił się.

-   Nikt   mnie   nie   przysyłał   -   rzekł,   oglądając   dokładnie   pistolet,   co   go 

zaabsorbowało na kolejne kilka sekund.

Nie   mogłem   robić   nic   złego,   jeśli   dałem   mu   broń,   nieprawdaż?   Mozolnie   to 

przemyśliwał,   poruszając   przy   tym   wargami.   W   końcu   przerwałem   mu   ten 

bombastyczny potok myśli.

- No dobra, skoro już tu jesteś, to mógłbyś mi pomóc...

Uff, kolejny klucz zrobił to, co do niego należało, czyli ślicznie się obrócił. Drzwi 

się otworzyły, a ja obróciłem się równie ślicznie jak klucz i dźgnąłem zbira palcami w 

szyję. Kiedy padał, zdążyłem złapać pistolet.

- Hej, ty, stój!

Zignorowałem   ten   grubiański   rozkaz,   bo   nie   miałem   najmniejszej   ochoty 

sprawdzać, kto go wykrzyknął. Wślizgnąłem się do środka i zatrzasnąłem za sobą drzwi. 

Odwróciłem się, rozejrzałem  dookoła i przeszyła  mnie szpada rozpaczy.  Nie miałem 

żadnych   szans!   Był   to   ogromny,   źle   oświetlony   przez   wysoko  w   murze   umieszczone 

szczeliny garaż dla ciągników parowych. Stało ich tu z pięć w zgrabnym szeregu.

Fajnie byłoby uciec w jednym z nich, naprawdę cudownie. Widziałem je w akcji. 

Najpierw trzeba rozpalić ogień, potem wpychać drewno, żeby wytworzyła się para. To 

zwykle   trwa   co   najmniej   godzinę.   Zakładając   nawet,   że   nikt   mi   nie   przeszkodzi, 

background image

musiałbym   jeszcze   otworzyć   drzwi,   po   czym   ze   zgrzytem   i   szczękiem,   w   dostojnym 

tempie karawanu wyjechać na wolność...

- Nie da rady.

A może jednak da? Gdy wzrok przyzwyczaił mi się do półmroku, spostrzegłem, 

że   stojące   tu   pojazdy   różnią   się   od   tych,   które   dotąd   widywałem.   Tamte   miały 

drewniane koła  z  żelaznymi obręczami,  te  tutaj  miały  gumowe opony. Czyżby   jakiś 

postęp techniczny? Czyżby była to ta technologia spoza planety, zakamuflowana pod 

postacią tych starych wraków?

Podszedłem do najbliższego pojazdu i usiadłem za kierownicą. Były tu znajome 

dźwignie i koła, ale także niewidoczne z zewnątrz miękkie siedzenia i równie znajome 

kontrolki pojazdu naziemnego. To mi się podoba!

Wrzuciłem   pistolet   pod   siedzenie.   Z   boku   wisiał   pas   bezpieczeństwa,   co   było 

może mądrym zabezpieczeniem, ale w tej chwili raczej mało przydatnym. Odsunąłem 

pas   na   bok   i   pochyliłem   się,   żeby   obejrzeć   kontrolki.   Stacyjka,   selektor   biegów, 

prędkościomierz   i   kilka   nie   znanych   mi  tarcz   i   wskaźników.  Usłyszałem   walenie   do 

drzwi   i   pomyślałem,   że   może   dokładniejsze   oględziny   zostawię   sobie   na   później. 

Włączyłem silnik i nic się nie stało...

A raczej stało się coś zupełnie nieprzewidzianego. Silnik  milczał, natomiast w 

uszach zabrzmiał mi dziewczęcy głosik:

„Nie uruchamiaj pojazdu przed zapięciem pasów bezpieczeństwa".

- No tak, pasy. Dziękuję.

Zapiałem   pas   i   znów   przekręciłem   kluczyk.   „Silnik   zaczyna   pracować   tylko 

wtedy, gdy selektor biegów jest na luzie".

Walenie do drzwi nasilało się. Zakląłem cicho i przesunąłem selektor, próbując 

znaleźć właściwe położenie. Drzwi rozpryskiwały się w drzazgi. No, teraz kluczyk. Silnik 

zaczął  pracować. Wrzuciłem  bieg. I znów  odezwał się głos: „Nie ruszaj na hamulcu 

ręcznym". Teraz już kląłem głośno. Małe drzwi wyleciały z zawiasów. W bryzgach wody 

i syku pary tłoki wreszcie ruszyły. Ktoś zaczął krzyczeć i ludzie stłoczeni w drzwiach 

ruszyli   w   moją   stronę.   Pojazd   zatrząsł   się   i   ruszył   z   turkotem.   Cały   był   pokryty 

stalowymi   płytami,   więc   musiał   być   bardzo   ciężki.   Postanowiłem   to   sprawdzić. 

Nacisnąłem gaz do dechy, skręciłem kierownicę i pognałem prosto na duże wrota.

To było piękne. Gdy dodałem gazu, maszyna aż zaryczała. Trzasnąłem w środek 

bramy z takim hukiem, że aż zadzwoniło mi w uszach. Ale mój wspaniały rumak nawet 

nie zwolnił. Drewniane wrota rozprysły się w drobny mak, a ja przejechałem w chmurze 

background image

fruwających   wiórów   i   drzazg.   Zdążyłem   tylko   zobaczyć   pierzchających   na   boki 

przechodniów i zaraz sam musiałem szybko cofnąć wystającą głowę, żeby nie stracić jej 

za sprawą belki, która uderzyła w kabinę i odskoczyła na bok.

Wyprostowałem   się   i   uśmiechnąłem   z   rozkoszą.   Cóż   za   cudowny   widok! 

Żołnierze   rozbiegali   się   we   wszystkich   kierunkach,   szukając   schronienia.   Skręciłem 

kierownicę i zrobiłem  rundę honorową dookoła dziedzińca, rozglądając się za drogą 

wyjazdową.   O   stalowy   pancerz   uderzyła   kula   i   odbiła   się   jak   od   skały.   Wreszcie 

zobaczyłem   bramę,   była   strasznie   daleko.   Nacisnąłem   gaz   do   dechy   i   namacałem 

sznurek do gwizdka. Z jazgotem i wizgiem nabierałem szybkości.

Najwyższy czas. Ktoś nie stracił głowy i właśnie próbował podnieść most. Dwóch 

ludzi z całej siły kręciło korbami prymitywnego kołowrotu. Zadźwięczały naciągane łań-

cuchy. Ze świszczącym gwizdkiem jechałem prosto w środek bramy. W stal dookoła 

mnie zaczęły łomotać kule. Nie zdejmowałem nogi z gazu. To była moja jedyna szansa.

Most   zaczął   się   unosić,   powoli,   ale   systematycznie,   odcinając   jedyną   drogę 

ucieczki. Rósł mi przed oczami. Był już uniesiony o 10 stopni, 20..., 30..."Nie uda mi się!

Uderzyłem z takim impetem, że gdyby nie pasy bezpieczeństwa, to zostawiłbym 

zęby w desce rozdzielczej. Przednie koła wjechały na most i podjeżdżały coraz wyżej i 

wyżej, a przód samochodu niebezpiecznie uniósł się do góry. Jeszcze kawałek wyżej, a 

wywrócę się na dach!

Musiałem   spróbować,   silnik   aż   ryczał   z   wysiłku.   Wtem   mój  cudowny  środek 

transportu   szarpnął.   Usłyszałem   pisk   i   trzask,   a   potem   cały   most  runął   do   przodu. 

Kołowroty, na które nawijano łańcuchy, pod ciężarem mojego pojazdu zostały wyrwane 

z posad. Przód mostu opadł i uderzył z takim hukiem, że prawie ogłuchłem.

Ale nogę ciągle miałem na pedale gazu, a koła dalej się obracały. Pojazd skoczył 

do przodu. Prosto w wodę! Skręciłem ostro kierownicę i skierowałem samochód w od-

powiednią stronę, po czym zjechałem z mostu na drogę. Bez trudu pokonałem wzgórze, 

zakręt i gnałem dalej, aż na drodze pojawiły się głębokie koleiny. Wtedy przyhamowa-

łem. Byłem już daleko i bezpieczny.

- Jim - dałem sobie radę, jednocześnie starając się złapać oddech.- W przyszłości 

staraj się czegoś takiego unikać, jeśli to możliwe.

Spojrzałem do tyłu; nikt mnie nie ścigał. Ale wkrótce będą i to bynajmniej nie 

pieszo. Znowu położyłem stopę na pedale gazu i zacisnąłem  szczęki, żeby nie kłapać 

zębami przy każdej muldzie.

Podjazd pod następne wzgórze znowu zwolnił tempo jazdy. Mimo dociśniętego 

background image

do   podłogi   pedału   gazu,   ciężar   tego   potwora   sprawił,   że   raczej   się   toczyliśmy,   niż 

jechaliśmy. Korzystając z okazji sprawdziłem akumulatory. Były pełne. Całe szczęście, 

bo nie miałem ich jak naładować. Ponad stukotem i dudnieniem samochodu usłyszałem 

cienki odległy gwizd. Szybko się odwróciłem. To oni. Ścigali mnie dwoma pojazdami.

Nie   ma   mowy,   żeby   mnie   złapali.   Te   pojazdy,   gdy   zjadą   z   drogi,   stają   się 

bezużyteczne, bo ugrzęzną w bagnie, a do twierdzy Capo Dimonte prowadzi tylko jedna 

droga. Właśnie nią teraz jechałem i nie miałem zamiaru dać im się dogonić.

Tylko że jeśli ich tam za sobą przyprowadzę, to będą wiedzieli, kto ukradł ich 

pojazd   i   wkrótce   wrócą   z   bombami   z   gazem.   Niedobrze.   Spojrzałem   za   siebie   i 

zobaczyłem, że są bliżej, ale gdy dotarli do stóp pagórka, zwolnili do mojej szybkości. 

Przejechałem szczyt i znowu nabrałem szybkości. Wraz z nią wzmogły się też wstrząsy. 

Miałem nadzieję, że zbudowno ten pojazd tak, żeby to wytrzymał. Przede mną wyłoniło 

się   skrzyżowanie   dróg.   Do   Capo   Dimonte   musiałbym   skręcić   w   lewo.   Skręciłem   w 

prawo. Nie miałem pojęcia, co to za droga, więc pozostało mi jedynie jechać dalej i 

trzymać kciuki.

Musiałem   coś   wymyślić   i   to   szybko.   Nawet   jeśli   uda   mi   się   przez   cały   dzień 

trzymać ich daleko za  sobą, to w końcu wyczerpią mi się baterie i będzie  po mnie. 

Pomyśl, Jim, wysil psiakrew te swoje szare komórki!

Sposobność   nadarzyła   się   przy   następnym   zakręcie.   Odchodziła   stamtąd 

podmokła   polna   droga   prowadząca   do   strumyka.   I   wtedy   wpadł   mi   do   głowy   ten 

pomysł, który jak wszystkie genialne pomysły pojawił się przed moimi oczami od razu w 

najdrobniejszych szczegółach.

Bez   wahania   skręciłem   kierownicę   i   stoczyłem   się   na   łąkę.   Czując   jak   koła 

grzęzną w miękkiej ziemi, zwolniłem. Jeśli tu ugrzęznę to koniec. Albo przynajmniej 

koniec mojego prawa własności do tego rzęcha, które to prawo bardzo chciałem jeszcze 

przez jakiś czas utrzymać. Dawaj dalej, Jim, ale ostrożnie.

Toczyłem   się   do   przodu   jak   najwolniej,   na   najniższym   biegu,   aż   przednimi 

kołami wjechałem do strumyka. Gdy tylko się zatrzymałem, zaczęły zapadać się w błoto. 

Ostrożnie wycofałem się, patrząc przez ramię do tyłu i starając się jechać po koleinach, 

które zrobiłem wjeżdżając tu. Wycofywałem się w ten sposób, aż znowu wjechałem na 

ubitą drogę. Przekładając biegi pozwoliłem sobie na szybki rzut oka na efekt moich 

zabiegów. Doskonały! Koleiny prowadziły prosto w kierunku wody i ginęły w strumyku.

Na drodze za sobą usłyszałem niezbyt odległy gwizd. Przyśpieszyłem na zakręcie i 

już   byłem   ukryty   za   drzewami.   Wtedy   zdjąłem   nogę   z   gazu,   wyłączyłem   silnik, 

background image

zaciągnąłem hamulec i zeskoczyłem na ziemię.

Teraz   następna   część   rozgrywki.   Musiałem   ich   przekonać,   żeby   pojechali   po 

zostawionych przeze mnie śladach. Jeśli nie uwierzą, to marny mój los, ale trzeba było 

podjąć to ryzyko.

Biegnąc zdjąłem kurtkę, przekręciłem ją na drugą stronę i zarzuciłem luźno na 

ramiona.   Rękawy   związałem   z   przodu   i   przykucnąłem,   żeby   podwinąć   nogawki. 

Nieszczególny to kamuflaż, ale musiał wystarczyć. Miałem  nadzieję,  że  kierowcy nie 

przyjrzeli mi się dokładnie, jeśli w ogóle mnie widzieli.

Stanąłem koło miejsca, gdzie przedtem skręciłem w pole, i zostało mi akurat tyle 

czasu, że gdy na zakręcie pojawił się pierwszy pseudoparowiec, zdążyłem ubrudzić sobie 

twarz ziemią. Widząc, jak wychodzę na drogę, wskazując ręką kierunek, zwolnili.

- Tam pojechał! - krzyknąłem.

Kierowca   i   strzelec   spojrzeli   na   pole   i   pozostawione   przeze   mnie   ślady. 

Zatrzymali się.

- Wjechał prosto w wodę i pojechał dali, bez pola. To wasz kumpel?

Nadeszła rozstrzygająca chwila. Rozciągała się w nieskończoność, kiedy powoli 

nadjechał   drugi   pojazd,   zwolnił   i   zatrzymał   się.   Co   będzie,   jeśli   zaczną   mnie 

przesłuchiwać albo dokładnie mi się przyjrzą? Chciałem uciec, ale gdybym się ruszył, 

straciłbym wszystko.

- Za nim! - krzyknął któryś z nich i kierowca pierwszego wozu skręcił na pole. 

Drugi podążył za nim.

Przemknąłem   szybko   pod   ukrycie   drzew   i   oglądałem   wszystko   z   dużym 

zainteresowaniem. To było piękne. Tak, byłem z siebie dumny, nie wstydzę się do tego 

przyznać. Gdy malarz stworzy prawdziwe arcydzieło i zdaje sobie z tego sprawę, to nie 

próbuje zmniejszyć wagi tego faktu przez fałszywą skromność.

A   to   było   arcydzieło.   Pierwszy   samochód   z   klekotem   wtoczył   się   na   pole, 

podskakując w górę i w dół na kępach sitowia, i z pluskiem wpadł do wody. Jechał tak 

szybko, że zanim zdążył zwolnić, tylne koła wpadły już do strumyka. I zaczął powoli 

tonąć w miękkim mule. Zanim się zatrzymał, koła zapadły się już do połowy.

Rozległy   się   krzyki   i   przekleństwa,   a   co   najlepsze,   ktoś   wyciągnął   łańcuch   i 

połączył nim oba samochody. Cudownie. Koła drugiego pojazdu  zaczęły  buksować i 

grzęznąć   w   podmokłym   polu,   aż   ten   zapadł   się   po   osie.   Z   uznaniem   zaklaskałem   i 

ruszyłem z powrotem do mojego samochodu.

Wiem, że nie powinienem był tego zrobić, ale są takie chwile, że człowiek nie 

background image

może oprzeć się chęci popisania się.

Usiadłem za kierownicą, zapiąłem pas, włączyłem silnik i ostrożnie zawróciłem. 

Dodałem gazu i z powrotem wjechałem na drogę.

Mijając rozjazd, z całej siły pociągnąłem sznur gwizdka.

Rozlej się głośny świst i wszyscy zwrócili głowy w moim kierunku. Pomachałem 

im i uśmiechnąłem się. Za chwilę przy drodze ukazały się drzewa i ten cudowny widok 

zniknął mi z oczu.

background image

28

To była jazda zwycięstwa. Śmiałem się głośno, śpiewałem i z radością ciągałem za 

gwizdek.   Kiedy   pierwszy   entuzjazm   minął,   przesunąłem   królową   na   szachownicy   w 

mojej wyobraźni i zastanowiłem się, jaki będzie mój kolejny ruch. Syk pary i klekot 

maszyny   rozpraszały   mnie,   wiec   przyjrzałem   się   kontrolkom   i   znalazłem   pokrętło 

wyłączające efekty specjalne. Woda gotowała się na zawołanie, a pozostałe dźwięki były 

po   prostu   nagrane.   Powyłączałem   wszystko   i   w   ciszy   pojechałem   do   twierdzy   Capo 

Dimonte.   Gdy   tam   dotarłem,   było   już   późno   po   południu   i   do   tego   czasu   miałem 

obmyślony cały plan.

Kiedy   pokonałem   ostatni   zakręt   i   wjeżdżałem   na   groblę,   znowu   włączyłem 

wszystkie efekty. Toczyłem się powoli, dobrze widoczny dla strażników. Na długo zanim 

dojechałem,   unieśli   już   częściowo   zreperowany   most   i   gdy   stanąłem   przed   nim, 

przyglądali mi się podejrzliwie.

-  Nie  strzelać!  Jestem  przyjacielem!  -  krzyknąłem. -  Człowiek  waszej  armii  i 

bliski   współpracownik   Capo   Dimonte.   Wysłać   po   niego   szybko,   bo   wiem,   że   chce 

zobaczyć swój nowy pojazd parowy.

I rzeczywiście chciał. Gdy tylko opuszczono most, szybko przez niego przeszedł i 

spojrzał na mnie.

- Skąd to masz? - zapytał.

- Ukradłem. Wsiadaj, to pokażę ci kilka ciekawych rzeczy.

- Gdzie gaz usypiający? - zapytał wdrapując się po szczeblach.

- Odpuściłem go sobie. Mając ten pojazd obmyśliłem jeszcze lepszy i pewniejszy 

plan. To nie jest zwykły pojazd parowy, jak pewnie zauważyłeś. To nowy i ulepszony 

model z kilkoma interesującymi dodatkami, które na pewno cię zainteresują.

-   Ty   idioto!   O   czym   ty   mówisz?   -   złapał   za   rękojeść   miecza.   Ależ   miał 

temperamencik!

- Pokażę ci, Wasza Capowska Mość, bo jeden pokaz mówi więcej niż tysiąc słów. 

Proponowałbym   też,   żebyś   tu   usiadł   i   zapiął   ten   pas   jak   ja.   Gwarantuję,   że   to,   co 

zobaczysz, zrobi na tobie wrażenie.

Jeśli jeszcze nie do końca połknął haczyk, to był co najmniej ciekawy. Zapiął pas 

i tyłem zjechaliśmy z grobli na brzeg. Toczyliśmy się wolno, wydając dostojne brzęczenie 

i sapanie. Zatrzymałem samochód i zwróciłem się do Capo.

- Co myślisz o prędkości tego pojazdu?

- Prędkości? Masz na myśli, jak szybko może to jechać? Świetny dowcip, masz 

background image

jeszcze lepsze poczucie humoru niż ja.

- Nic jeszcze nie widziałeś, Capo. Na początek zwróć uwagę na to.

Wyłączyłem odgłosy i parę, na co on pokiwał głową ze zrozumieniem.

- Dołożyłeś do ognia, więc teraz odpoczywa i się nie porusza.

- Przeciwnie. Po prostu go wyciszyłem tak, żeby nie było słychać, jak jedzie. Jest 

gotowy do jazdy i zaraz ruszy. Gdy tylko odpowiesz mi na jedno pytanie. Gdyby wróg 

miał taki pojazd i przyjechał tu, czy twoi żołnierze daliby radę unieść most, zanim by do 

nich dotarł?

Prychnał drwiąco.

- Jakim według ciebie jestem głupcem, że zadajesz mi takie pytania? Zanim ten 

pojazd zdążyłby się tam dotoczyć, most mógłby być uniesiony i opuszczony kilka razy.

- Naprawdę? Więc trzymaj się mocno i zobacz, co to cudeńko potrafi.

Nacisnąłem  gaz do dechy i samochód skoczył  do przodu, nie wydając prawie 

żadnego odgłosu. Słychać było jedynie pomruk silnika i szum toczących się po gładkich 

kamieniach opon. Gnaliśmy coraz szybciej w kierunku bramy, która rosła przed nami z 

zastraszającą prędkością. Stojący przy niej strażnicy zdążyli odskoczyć na czas, zanim z 

trzaskiem   uderzyliśmy   w   nierówne   deski   prowizorycznego   mostu   i   z   impetem 

przejechaliśmy przez bramę.

Z piskiem opon zatrzymaliśmy się na terenie twierdzy. Capo siedział z okrągłymi 

z   przerażenia   oczami   i   próbował   złapać   powietrze,   a   kiedy   mu   się   to   udało,   zaczął 

wyszarpywać miecz z pochwy.

- Zamachowiec! Nie udała ci się próba zabicia mnie...

- Słuchaj, Capo, to był tylko pokaz tego, w jaki sposób mam zamiar przewieźć 

ciebie i twoich żołnierzy przez bramę twierdzy Capo Docci. Prosto przez otwartą bramę 

na dziedziniec,  gdzie  będziesz mógł zabijać,  łupić, mordować, torturować, kaleczyć i 

niszczyć.

To przyciągnęło jego uwagę. Miecz wyładował z powrotem w pochwie, a oczy 

rozmarzyły pod wpływem wizji, którą przed nim roztoczyłem.

- Dobrze  - powiedział i zamrugał szybko, wracając do rzeczywistości. - Masz 

całkiem niezły pomysł, żołnierzu, i chciałbym usłyszeć o nim coś więcej. Przy garncu 

wina, bo coś takiego jak ta jazda jeszcze mi się nie zdarzyło.

- Jestem posłuszny. Ale pozwól, że najpierw ukryję ten pojazd gdzieś, żeby nikt 

go nie zobaczył. Atak uda się tylko przy zupełnym zaskoczeniu.

- Masz rację. Wprowadź go do stodoły, a ja wystawię strażników.

background image

Wino, którym mnie poczęstował, było o niebo lepsze  niż żołnierski  kwaśniak. 

Popijałem je z przyjemnością, ale w niezbyt dużych ilościach, bo jeśli chciałem, żeby 

wszystko szło zgodnie z planem, musiałem mieć jasny umysł. Należało wymyślić powody 

przekonujące   Capo,   żeby   zacząć   tę   wojnę   natychmiast.   Bo   jeśli   nie   będziemy   dość 

szybcy, profesor Lustig załatwi nas swoimi bombami z gazem. Jestem pewien, że był 

bardzo niezadowolony, że zabrałem mu jego wózek. A w pobliżu nie było zbyt wielu 

twierdz,   gdzie   można   by   go   ukryć.   Nadszedł   czas   działania.   Ruszyłem   na   mojej 

szachownicy wieżę i powiedziałem:

- Twierdza tego głupka, Capo Docci, jest nie więcej niż o pięć godzin drogi stąd, 

zgadza się?

- Pięć godzin, albo cztery forsownym marszem.

- Dobrze. Więc rozważ to, co teraz powiem. Zaatakował cię, gdy byłeś z większą 

częścią armii daleko stąd. Jego ludzie uszkodzili most i część twierdzy. Zanim będziesz 

znów mógł wyruszyć, żeby go zaatakować, musisz najpierw dokonać napraw i być może, 

wynająć więcej żołnierzy, żeby coś podobnego nie mogło się powtórzyć. Zgadza się?

Siorbnął łyk wina i spojrzał na mnie znad garnca.

-  Tak, niech cię diabli wezmą, masz chyba rację. Roztropność. Moi oficerowie 

zawsze   mi   ją   doradzają,   kiedy   chcę   ściąć   łeb   tej   kreaturze,   rozerwać   mu   bebechy, 

obedrzeć go żywcem ze skóry...

-   I   powinieneś   to   zrobić,   oczywiście,   piękna   przyszłość   przed   tobą.   A   ja,   w 

przeciwieństwie do twych doradców, nie zalecałbym ci ostrożności. Myślę, że ta bestia w 

ludzkiej skórze powinna zostać zaatakowana i to natychmiast.

To do niego przemówiło i ze skupioną uwagą słuchał, gdy wyjaśniałem mu mój 

plan.

- Zostaw twierdzę w takim stanie, w jakim jest i zabierz wszystkich ludzi. Jeśli 

nam się to uda, to twoje oddziały będą tu z powrotem, zanim ktokolwiek dowie się, że 

ich  nie było. Ruszymy o północy cicho jak  duchy zemsty, żeby  o świcie dotrzeć  jak 

najbliżej twierdzy Capo Docci. Znam takie miejsce. Kiedy o świcie spuszczą most, za 

pomocą   tej   nowej   maszyny   dopilnuję,   żeby   go   już   nie   podnieśli.   Twoje   oddziały 

zaatakują i z zaskoczenia wezmą twierdzę. Gdy tylko ją opanujesz, możesz z powrotem 

odesłać tu duże siły.

- Mogłoby tak być. Ale jak chcesz ich powstrzymać od podniesienia mostu?

Kiedy to powiedziałem, na twarz wpełzł mu złośliwy uśmieszek i aż podskoczył z 

radości.

background image

- Zrób to! - krzyknął. - A uczynię cię bogatym! Dzięki dukatom Docci, oczywiście, 

gdy tylko złupię jego skarbiec.

- Jesteś zbyt wspaniałomyślny dla swego uniżonego sługi. Czy mogę w takim razie 

zaproponować, żeby wszyscy w twierdzy wypoczęli, bo czeka ich długa noc?

- Tak, niech tak będzie. Wydam rozkazy.

Zaraz   potem   wyszedłem.   Poza   humanitarną   troską   o   umęczone   ciała   mych 

towarzyszy miałem jeszcze inne powody, żeby chcieć, aby położyli się do swych łóżek. 

Miałem do zrobienia kilka ważnych rzeczy, zanim sam będę mógł odpocząć.

- Narzędzia - powiedziałem do Drenga, gdy go znalazłem. - Pilniki, młotki, coś z 

tych rzeczy. Gdzie mogę je tutaj znaleźć?

Wsadził   palec   w   swoje   skołtunione   włosy   i   myśląc,   mocno   się   drapał. 

Opanowałem chęć, żeby nim potrząsnąć i zamiast tego czekałem, aż zakończy się ten 

powolny proces. Może drapiące czaszkę paznokcie pobudziały jego niemrawe synapsy? 

Najlepiej było nie przeszkadzać mu w tej bioautostymulacji. W końcu przemówił:

- Ja nie mam żadnych narzędzi!

- Wiem, drogi chłopcze.

Usłyszałem, jak zgrzytają mi zęby i zmusiłem się do opanowania.

- Ty nie masz narzędzi, ale ktoś tutaj musi mieć. Któż to może być?

- Kowal - odparł dumnie. - Kowale zawsze mają narzędzia.

- Zuch z ciebie. A teraz, czy byłbyś łaskaw zaprowadzić mnie do tego kowala?

Wspomniany osobnik był owłosiony, usmarowany sadzą, wściekły i śmierdziało 

od niego kwaśnym winem.

- Spływaj, karle! Nikt nie ma prawa dotknąć narzędzi Grundge, nikt.

Karle! Nie musiałem zmuszać się do tego, aby wściekle warknąć:

- Słuchaj, ty plugawy flaku, to są narzędzia Capo, a nie twoje. I Capo mnie po nie 

przysłał. Więc albo ja je teraz wezmę, albo mój giermek pójdzie i przyprowadzi tu Capo. 

Czy mam go wysłać?

Zacisnął pięści i warknął, ale się zawahał. Tak jak wszyscy widział, jak wjeżdżam 

z Capo do twierdzy i wiedział, że jestem jego zaufanym. Wolał nie wchodzić swemu 

panu   w   drogę.   Przemyślawszy   to   zaczął   podskakiwać,   kłaniać   się   i   stroić   miny   jak 

małpa.

-   Oczywiście,   panie,   Grundge   zna   swoje   miejsce.   Narzędzia,   oczywiście,   weź 

narzędzia. Co tylko chcesz. Odepchnąłem jego śmierdzące potem ciało i zabrałem się za 

przegląd   nędznej   kolekcji   prymitywnych   narzędzi.   Kustosz   Muzeum   Techniki 

background image

rozpłakałby się z zachwytu...!

Grzebałem w skrzyni, aż znalazłem piłę, młotek i bezkształtne skrawki metalu. 

Ten złom musiał mi wystarczyć.

- Weź to - powiedziałem do Drenga. - A ty, Grundge, możesz przyjść rano do 

stodoły i je sobie zabrać.

Dreng poszedł za mną i z otwartymi ustami wpatrywał się w pojazd parowy.

- Zamknij usta, zanim wpadnie ci mucha - poradziałem układając narzędzia. - 

Teraz będę potrzebował mocnej torby albo jakiegoś worka mniej więcej tej wielkości - 

pokazałem mu rozkładając ręce. - Skombinuj coś takiego i przynieś mi. A potem idź 

spać, bo w nocy sobie nie pośpisz.

Z tymi narzędziami nie byłem w stanie zrobić idealnej kopii. Jednak coś czułem, 

że nie muszę być przesadnie dokładny i jeśli tylko w przybliżeniu skopiuję model, to już 

wystarczy.   Metalowa   obudowa   przy   siedzeniu   kierowcy   nie   była   dokładnie   takiej 

grubości   jak   drewniany   klucz.   Wyciąłem   jeden   kawałek,   przepiłowałem   go   i 

przykroiłem według wzoru. Musiało wystarczyć.

Dreng i, jak miałem nadzieję, wszyscy pozostali, spał i mogłem teraz rozpocząć 

operację Wielki Dukat. Z kluczem w kieszeni i przytwierdzoną do pasa torbą, cicho jak 

cień udałem się w głąb twierdzy. Nauczyłem się na pamięć planu Hetmana i chyba jego 

duch  musiał nade mną czuwać, bo nie zauważony  przez  nikogo znalazłem  skarbiec. 

Wsunąłem klucz w zamek, skrzyżowałem palce wolnej ręki i przekręciłem go.

Otworzył   się   z   metalicznym   szczękiem.   Stałem   tam   jak   wrośnięty,   a   serce 

odstawiało swoje rutynowe dudnienie. Ktoś musiał usłyszeć ten hałas.

Ale   nie   usłyszał.   Drzwi   zaskrzypiały   lekko   i   już   byłem   w   środku   krypty   i 

zamykałem je za sobą.

To   było   piękne.   Wysokie   okratowane   okna   wpuszczały   dosyć   światła   gwiazd, 

żebym mógł zobaczyć duże skrzynie stojące przy przeciwległej ścianie. Przeprowadziłem 

już dokładne badania tutejszego systemu monetarnego, więc wiedziałem, czego szukać.

Pierwszą   skrzynię   wypełniały   miedziaki,   w   ciemności   dobrze   wyczuwałem 

palcami ich grubość. Na logikę w następnej powinny być srebrne, więc nabrałem ich pół 

torby.   Gdy   to   zrobiłem,   zobaczyłem   z   tyłu   mniejszą   skrzynkę.   Uśmiechnąłem   się 

macając obłe kształty. Złote dukaty, mnóstwo złotych dukatów! To będzie niezły łupik! 

Kiedy torba zrobiła się zbyt ciężka, przestałem ładować. Strzeż się chciwości, Jim. Po 

udzieleniu sobie tej dobrej rady zarzuciłem torbę na ramię i wydostałem się tak, jak 

wszedłem.

background image

Na dziedzińcu stali strażnicy, ale nie spostrzegli mnie, gdy wślizgnąłem się do 

stodoły.   Włączyłem   tablicę   rozdzielczą   w   samochodzie   -   dawała   aż   za   dużo   światła. 

Otworzyłem zamek schowka i włożyłem tam torbę. Gdy go zamknąłem, ogarnęło mnie 

uczucie wielkiej ulgi. Oczami wyobraźni przesunąłem następną wieżę. Partyjka szachów 

szła zgodnie z planem i wyraźnie widać było zbliżającego się mata.

- Teraz, Jim - poradziłem sobie - połóż się i chwilę prześpij. Czeka cię wyjątkowo 

męczący dzień.

background image

29

Mruczałem, młóciłem rękami i odwracałem się, ale szturchanie nie ustępowało. 

W końcu otworzyłem zalepione oczy i warknąłem wściekle na Drenga, który usiłował 

mnie dobudzić. Przestraszony odsunął się krok do tyłu.

- Nie bij mnie, panie, ja tylko robię to, co mi kazałeś. Czas wstawać, bo oddziały 

już zbierają się na dziedzińcu.

Warknąłem   coś   bezsensownego   i   szybko   zakasłałem.   Zaraz   potem   zjawił   się 

przede mną kubek zimnej wody. Pociągnąłem dużego łyka i z powrotem opadłem na 

pryczę. Nie po raz pierwszy poczułem uznanie dla instytucji giermka. Byłem jednak 

rozbity,   skołowany   i   zmęczony.   Przeciwności   losu   mogą   nadwerężyć   nawet   wigor 

młodości. Potrząsnąłem mocno głową i podrapałem się w pierś zły na siebie za tę chwilę 

rozczulania się nad sobą.

- Idź, mój dobry Drengu - rozkazałem. - I przynieś coś do picia, bo alkohol to 

chyba jedyny środek pobudzający, jaki tu mają.

Wyszedłem na dziedziniec i sapiąc oraz prychając wylałem sobie kubeł zimnej 

wody na głowę. Wycierając twarz, w jasnym świetle gwiazd zobaczyłem, jak żołnierze 

ustawiają się w kolejce po amunicję. Zaczynała się wielka przygoda. Kiedy wróciłem, 

Dreng już na mnie czekał. Usiadłem na pryczy i zjadłem odrażające śniadanko złożone 

ze smażonej fasoli pastewnej i parszywego wina. Tym razem postanowiłem je wypić. 

Między   jednym   a   drugim   kęsem   mówiłem,  bo   była   to   ostatnia   sposobność,   żeby   na 

osobności porozmawiać z moim giermkiem.

- Dreng, twoja kariera wojskowa dobiega końca.

- Nie zabijaj mnie, panie!

- Kariera wojskowa, a nie twoje życie, idioto. Dzisiaj w nocy będziesz mi służył po 

raz ostatni, a rano będziesz już w domu ze swoją zapłatą.... Gdzie twój stary chowa 

pieniądze?

- Jesteśmy zbyt biedni, żeby mieć jakieś dukaty.

- Nie mam co do tego wątpliwości. Ale gdzie by je schował, gdyby je miał?

To było skomplikowane pytanie i rozmyślał nad nim, podczas gdy ja połykałem 

śniadanie usiłując na nie nie patrzeć. W końcu mój giermek przemówił:

- Zakopałby je pod paleniskiem. Pamiętam, że raz tak zrobił. Każdy zakopuje 

pieniądze pod paleniskiem. Jak się tak zrobi, to nikt ich nie znajdzie.

- Świetnie. Jak się tak zrobi, to z całą pewnością każdy je znajdzie. Musisz ze 

swoją fortuną zrobić coś lepszego.

background image

- Dreng nie ma fortuny.

- Dreng będzie ją miał przed wschodem słońca. Zapłacę ci, idź do domu i znajdź 

koło   niego   dwa   drzewa.   Rozciągnij   miedzy   nimi   sznurek.   A   potem   wykop   dziurę 

dokładnie   tam,  gdzie   będzie   połowa  sznurka.   Zakop   w   tej   dziurze   pieniądze,   w   ten 

sposób będziesz mógł je znaleźć, gdy ich będziesz potrzebował. I wyjmuj tylko po kilka 

monet. Zrozumiałeś?

Z entuzjazmem pokiwał głową.

- Dwa drzewa, w pół drogi. W życiu czegoś takiego nie słyszałem.

- Tak, to rzeczywiście rewolucyjny pomysł - westchnąłem ciężko. Z pewnością 

było dużo rzeczy, o których Dreng nigdy nie słyszał.

- Chodźmy. Chcę, żebyś był palaczem na moim rydwanie ognia.

Wstałem i poszliśmy do stodoły. Oddziały stały już gotowe w szeregach i w końcu 

pojawili się ziewający oficerowie, na których czele szedł Capo. Nie miałem zbyt dużo 

czasu. Dreng wdrapał się na siedzenie obok i aż pisnął ze strachu, gdy włączyłem światła 

kontrolek.

- Szatańska poświata! Światła duchów! Znak śmierci! Chwycił się z całej siły za 

piersi i wyglądał na przygotowanego na śmierć. Porządnie nim potrząsnąłem.

- To baterie! - krzyknąłem. - Dar nauki, który dotarł na tę głupią planetę. A teraz 

przestań się trząść i otwórz swoją torbę.

Myśl   o   śmierci   opuściła   go   na   widok   srebrnych   i   złotych   dukatów,   które 

wrzucałem do jego torby. Za to oczy wyszły mu z orbit. To była fortuna, która miała 

całkowicie odmienić mu życie, tak więc udało mi się spełnić choć jeden dobry uczynek...

- Co tam robisz?

Capo Dimonte stał w progu stodoły i gapił się podejrzliwie.

- Uruchamiam silnik, ekscelencjo.

-   Wyrzuć   stamtąd   giermka,   wchodzę   do   kabiny!   Machnąłem   na   ciągle 

zbaraniałego Drenga, żeby przeszedł na tył, a na jego miejsce wdrapał się Capo.

- Twoja obecność to dla mnie zaszczyt, Capo Dimonte.

- Cholerna racja. Będę jechał, a oddziały będą szły. A teraz rusz to.

Zwiadowcy   wyszli,   zanim   przetoczyliśmy   się   przez   most   i   groblę.   Główne 

oddziały  ruszyły  za  nami i mimo wczesnej  godziny  w ich  marszu  widać było zapał. 

Wszyscy, nawet giermkowie stracili w czasie napadu to, co mieli. Wszyscy płonęli więc 

chęcią zemsty i łupienia.

- Capo Docci musi być wzięty żywy - odezwał się nagle Capo Dimonte.

background image

Już miałem mu przytaknąć, kiedy uświadomiłem sobie, że mówi do siebie.

- Związanego zabierze się do twierdzy! I najpierw troszkę poobdzieramy go ze 

skóry, tak, troszeczkę skórki, na opaskę do kapelusza... A potem oślepianko. Nie, nie tak 

od razu, tylko jedno oko, przecież musi widzieć, co się z nim robi...

Mówił   tak   jeszcze   przez   dłuższy   czas,   ale   się   wyłączyłem.   Miałem   własne 

przemyślenia, a kilku rzeczy nawet żałowałem. Kiedy zabito Hetmana, złość odebrała mi 

zdolność rozsądnego myślenia, na które powinienem był się zdobyć. Teraz nie miałem 

dla siebie żadnego usprawiedliwienia. Ruszyłem na tę wyprawę z czystej chęci zemsty. I 

nie   mogłem   sobie   wmawiać,   że   robię   to   przez   pamięć   dla   Hetmana,   bo   on   byłby 

przeciwny przemocy. Ale było za późno, żeby się wycofać. Wyprawa już wyruszyła.

- Zatrzymaj to! - rozkazał nagle Capo i nacisnąłem hamulec.

Na drodze przed nami stała grupka ludzi - nasi przedni zwiadowcy. Capo zlazł na 

ziemię, a ja wychyliłem się, żeby zobaczyć, co się dzieje. Prowadzili jakiegoś człowieka ze 

związanymi z tyłu rękami.

- Co się stało? - zapytał Capo.

- Obserwował drogę, panie. Złapaliśmy go, zanim zdążył zwiać.

- Kim jest?

-   Żołnierzem,   nazywa   się   Palec.   Znam   go,   służyliśmy   razem   w   kampanii 

południowej.

Capo podszedł do więźnia i warknął:

- Mam cię, Palec. Związanego i bezbronnego.

- Ta.

- Jesteś człowiekiem Capo Docci?

- Ta, służę pod nim. Wziołem od niego dukaty.

- Już dawno wydałeś je na wino i dziwki. Będziesz mi służył i brał dukaty ode 

mnie!

- Ta.

- Rozwiązać go. Barkus, srebrny talar dla tego człowieka!

Ci najemnicy dobrze walczyli, ale też łatwo przechodzili na drugą stronę. Czemuż 

by nie? Nie mieli żadnego interesu w kłótniach między Capo. Gdy tylko Palec wziął 

monetę, oddali mu broń.

- Mów, Palec - rozkazał Capo. - Jesteś teraz moim lojalnym sługą, który wziął 

ode mnie dukata, ale kiedyś służyłeś Capo Docci. Powiedz, co on knuje?

- Ta, nie ma tajemnicy. Wie, że twoja armia nie ucierpiała i najedziesz na niego, 

background image

gdy tylko będziesz  mógł. Wysłał nas kilka, abyśmy obserwowali drogi, ale myśli, że 

zanim zaatakujesz, jeszcze trochę wody w rzekach upłynie. Jest ciągle pijany, a to znak, 

że niczego się nie spodziewa.

- Wsadzę mu miecz w brzuch  i wypuszczę  z niego wino i bebechy! - Capo z 

trudem oderwał się od marzeń i zmusił do powrotu do rzeczywistości. - A co z jego 

ludźmi? Czy będą walczyć?

- Ta, właśnie była wypłata. Ale nie przepadają za nim i przejdą na naszą stronę, 

gdy tylko przegrają bitwę.

- Coraz lepiej. Dołącz do szeregu. Zwiadowcy naprzód. Zapalaj maszynę!

Ostatnie zdanie było skierowanie do mnie. Kiedy tylko Capo opadł na siedzenie, 

włączyłem   silnik   i   znowu   ruszyliśmy.   Nic   już   nie   przerywało   marszu   i   z   krótkimi 

przerwami na odpoczynek po każdej godzinie posuwaliśmy się sprawnie w kierunku 

twierdzy   wroga.   Dobrze   przed   świtem   dotarliśmy   do   czekających   przy   drodze 

zwiadowców.   To   było   wyznaczone   przeze   mnie   miejsce.   Twierdza   Capo   Docci 

znajdowała się za następnym zakrętem.

- Wystawię teraz obserwatorów - powiedział Capo wychodząc z kabiny.

- Zgoda. Mój giermek pokaże żołnierzom miejsce, gdzie mogą się ukryć i mieć na 

widoku bramę.

Poczekałem, aż Capo odjedzie poza zasięg słuchu i szepnąłem do Drenga:

- Zabierz swoją torbę i wszystko co masz, bo już tu nie wrócisz.

- Nie rozumiem, panie...

- Zrozumiesz,  jak się zamkniesz i zamiast gadać będziesz słuchał. Zaprowadź 

żołnierzy w te krzaki, gdzie się ukryliśmy, kiedy przygotowywaliśmy się do ratowania 

Hetmana. Pamiętasz to miejsce?

- To za spalonym drzewem, za krzakami...

-   Świetnie,   świetnie,   ale   nie   musisz   tego   mówić   mnie.   Tak   więc   zaprowadź 

żołnierzy, pokaż im, gdzie się mają schować, a potem połóż się blisko nich. Wkrótce po 

wschodzie słońca zacznie się tu niezłe zamieszanie. Wtedy masz nic nie robić, rozumiesz? 

Nie mów nic, tylko kiwnij głową.

Kiwnął.

- Dobrze. Gdy żołnierze pobiegną, ty masz tam zostać. Jak tylko wszyscy pójdą 

sobie i nikt nie będzie na ciebie patrzył, zwiewaj stąd. Idź do lasu, a potem wróć do 

domu i ukryj się, aż wszystko się uspokoi. Potem policz swoje dukaty i żyj szczęśliwie do 

końca swoich dni.

background image

- To ja nie będę już twoim giermkiem, panie?

- Zgadza się. Jesteś honorowo zwolniony z wojska. Padł na kolana i złapał mnie 

za rękę, ale zanim zdążył coś powiedzieć, przyłożyłem palec do jego ust.

- Byłeś dobrym giermkiem. A teraz bądź dobrym farmerem. Ruszaj!

Patrzyłem, jak odchodzi, aż zniknął w ciemności. Głupi, ale lojalny. I był moim 

jedynym   przyjacielem   na   tej   popieprzonej   planecie.   Jedynym,   którego   miałem,   gdy 

Hetman...

Ten niezdrowy tok myśli przerwał mi gramolący się do kabiny Capo. Za nim 

zaczęli   wdrapywać   się   tu   uzbrojeni   żołnierze.   Wchodzili   tak   długo,   aż   całą   wolną 

przestrzeń zapełnili jak sardynki w puszce. Capo rzucił okiem na niebo.

- Dnieje - mruknął. - Wkrótce nadejdzie świt, a wtedy się zacznie...

Pozostało nam tylko czekać.  W powietrzu  było takie napięcie,  że trudno było 

oddychać. Z wolna z ciemności zaczęły wyłaniać się twarze. Wszystkie z tym samym 

zaciętym wyrazem.

Skoncentrowałem się na tym, co działo się za zakrętem, przypominając sobie, jak 

to   było,   gdy   leżeliśmy   tam   z   Drengiem   czekając   i   obserwując...   Zamknięta   brama 

twierdzy,   podniesiony   most,   wszystko   to   rysujące   się   coraz   wyraźniej   w   blasku 

wschodzącego   słońca.   Dym   z   palenisk   unoszący   się   zza   grubych   murów.   A   potem 

krzątanina żołnierzy na murach, zmiana straży. W końcu otwarcie bramy i spuszczenie 

mostu. A co potem? Czy  będą robić to co zwykle? Jeśli nie, to wkrótce zostaniemy 

wykryci.

- Sygnał! - krzyknął Capo mocno wbijając mi łokieć w żebra.

Nie  musiał.  Zobaczyłem   machającego  żołnierza   w   momencie,   gdy  się   pojawił. 

Wcisnąłem nogę w pedał gazu i błyskawicznie nabraliśmy szybkości. Minęliśmy zakręt, 

trzęsąc się i podskakując na koleinach, a potem mknęliśmy prosto w bramę twierdzy.

Strażnicy podnieśli głowy i z otwartymi ustami patrzyli, jak na nich pędzimy. 

Także niewolnicy, którzy pchali wóz, stanęli jak wryci.

A potem rozległy się krzyki. Most zatrzeszczał, gdy próbowali go podnieść, ale 

ciągle był na nim wóz i niewolnicy. Słychać było razy i wykrzykiwane rozkazy, a każda 

stracona   przez   nich   sekunda   pozwalała   nam   zyskać   kilkadziesiąt   metrów.  W   końcu 

niewolnicy zaczęli wciągać wóz z powrotem, ale było już za późno.

Dopadliśmy   ich.   Przednie   koła   uderzyły   w   most   i   podskoczyliśmy   w   górę   z 

łomotem i trzaskiem. Stanąłem na pedale hamulca, gdy uderzyliśmy w wóz. Niewolnicy i 

strażnicy, aby uniknąć śmierci, dali nura do fosy, a my w poślizgu, z zablokowanymi 

background image

kołami, wpadliśmy prosto w środek bramy.

- Za Capo Dimonte, dukaty i Boga! - zakrzyknął Capo wyskakując z pojazdu.

Skuliłem się za kierownicą, a pozostali ruszyli za nim depcząc mi po plecach

Rozległy   się   krzyki,   wrzaski   i   huk   pistoletów.   Za   plecami   słyszałem   bojowy 

wrzask   pozostałej   części   atakującego   wojska.   Zobaczyłem,   jak   Capo   i   jego   ludzie 

zdobywają bramę i odpędzają od kołowrotu żołnierzy, którzy próbowali podnieść most. 

Uniesienie go było oczywiście niemożliwe z powodu ciężaru samochodu, który na nim 

stał. To była cudowna prostota mojego planu. Gdy już wjechałem na most, musiał on 

pozostać tam, gdzie był. Dopiero teraz przetoczyłem się przez bramę, żeby zejść z drogi 

pozostałym oddziałom.

Bitwa o twierdzę Capo Docci rozpoczęła się.

background image

30

Ten niespodziewany atak był naprawdę niespodziewany. Nasze wojsko wlewało 

się przez most na dziedziniec, kiedy żołnierze Capo Docci dopiero wychodzili ze swoich 

kwater. Strażnicy na murze walczyli zajadle, ale mieliśmy nad nimi przewagę liczebną.

Żeby zrobić jeszcze więcej zamieszania, włączyłem efekty dźwiękowe i uwiesiłem 

się na sznurze od gwizdka, szarżując na obrońców, którzy próbowali zgrupować się w 

jednym miejscu. Kilka razy do mnie strzelili, po czym uskoczyli i rozbiegli się na boki. 

Zagwizdałem i zobaczyłem, że bitwa rozstrzygała się korzystnie dla nas.

Obrońcy na murach podnosili ręce i poddawali się. Od początku mieliśmy nad 

nimi   przewagę   liczebną,   a   poza   tym,   jak   nam   wcześniej   powiedziano,   nie   mieli 

szczególnych   powodów,   by   walczyć   za   Capo   Docci,   więc   chcieli   ocalić   życie.   Grupa 

oficerów przy wewnętrznej bramie wykazała więcej ducha bojowego i trwała tam teraz 

zacięta walka. Obrońcy byli jednak systematycznie zabijani i w końcu zostali zmuszeni 

do poddania się. Dwóch próbowało uciec do budynku, ale pocałowali klamkę ciężkich 

drzwi, które zatrzaśnięto im przed nosem.

- Przynieść pochodnie! - krzyknął Capo Dimonte. - Wykurzymy tych pedryli!

Bitwa skończyła się tak szybko, jak się zaczęła. Brama, mury i dziedziniec były 

już   w   naszych   rękach.   Obrońcom   pozostał   tylko   główny   budynek.   Capo   Dimonte 

świetnie wiedział, jak sobie z tym poradzić. Zamachał nad głową płonącą żagwią i głośno 

krzyknął:

-   Dobra,   Docci,   ty   tłusta   ropucho!   To   już   twój   koniec.   Wyłaź   i   walcz   jak 

mężczyzna,   albo   cię,   pluskwo,   spalę.   I   spalę   żywcem   każdego   mężczyznę   kobietę, 

dziecko,   psa,   szczura   i   gołębia,   wszystko   co   tam   z   tobą   zostanie.   Wyłaź   i   walcz,   ty 

parszywa glisto, albo zostań i zrobimy z ciebie pieczeń!

Z   budynku   wystrzelono   i   kula   zrykoszetowała   u   stóp   Capo   Dimonte.   Ten 

machnął zakrwawionym mieczem i zagrzmiał huk setek strzałów. Kule uderzały o mury, 

waliły w zamknięte drzwi i wpadały przez okna. Kiedy ogień ustał, z wnętrza budynku 

rozległy się przenikliwe wrzaski.

- To było ostrzeżenie! - krzyknął Capo Dimonte. - Nie walczę z kobietami ani 

dobrymi żołnierzami, którzy się poddadzą. Złóżcie broń, to będziecie wolni. Będziecie 

stawiać opór, to spalę was żywcem. Ja chcę tylko jednego, tę świnię Docci. Słuchaj Docci, 

ty prostaku, łachmyto, pluskwo...

I ciągnął tak dalej, coraz bardziej się rozkręcając. Pochodnia trzaskała i dymiła, 

a z budynku rozległy się odgłosy stłumionych krzyków i bójki.

background image

A potem rozwarły się drzwi i wyleciał z nich głową do przodu Capo Docci. Był 

bosy, na wpół rozebrany, ale w ręku dzierżył miecz. Za moment potknął się o stopień i 

rozciągnął jak długi na dziedzińcu.

Na   widok   swego   ulubionego   wroga   Capo   Dimonte   stracił   nędzne   resztki 

opanowania. Zawył wściekle i ruszył do przodu. Docci z zakrwawioną twarzą stanął na 

nogi i uniósł miecz.

To widowisko warte było obejrzenia, więc wszyscy patrzyli. Na czas walki obu 

wodzów   nastąpiło   nieformalne   zawieszenie   broni.   Żołnierze   opuścili   broń,   a   we 

wszystkich   oknach   pojawiły   się   zaciekawione   twarze.   Wyszedłem   zza   kierownicy   i 

stanąłem przy samochodzie, skąd miałem idealny widok na walczących.

Pod względem wściekłości i możliwości dobrze do siebie pasowali. Miecz Dimonte 

uderzył o wzniesione ostrze Docci. Ten zgrabnie odparował cios, a następnie pchnął, ale 

Dimonte uskoczył w tył. Potem słychać było uderzenia stali o stal, którym towarzyszyły 

namiętne przekleństwa.

Posuwali się tak do przodu i w tył, wymachując mieczami jak cepami. Była to 

prymitywna   szermierka,   ale   z   całą   pewnością   energiczna.   Podniósł   się   krzyk,   gdy 

Dimonte pierwszy raz trafił. Zranił Docci w bok. Koszula zabarwiła się na czerwono.

To   był   początek   końca.   Dimonte   był   silniejszy,   bardziej   wściekły   i   bliższy 

zwycięstwa. Jeśli Docci rzeczywiście pił tak dużo, jak mówią, to musiał walczyć nie tylko 

z   wrogiem,   ale   i   z   kacem.   Dimonte   zaczął   napierać   coraz   mocniej,   siekąc   bez 

opamiętania i spychając przeciwnika przez cały dziedziniec. Wreszcie Docci oparł się 

plecami o ścianę budynku i nie mógł się już dalej wycofywać. Dimonte zbił jego gardę, 

zdzielił go rękojeścią miecza w szczękę, a następnie rozbroił szybkim uderzeniem.

W porywie wściekłości zapomniał o szczególnych planach sadystycznych tortur. 

Zamachnął się i ciął.

Nie był to przyjemny widok, gdy ostra stal rozpłatała gardło Docci. Zrobiło mi się 

niedobrze i odwróciłem się. Właśnie wtedy słońce przysłonił cień.

Najpierw   jedna   osoba   spojrzała   w   górę,   potem   reszta   i   wszyscy   wstrzymali 

oddech. Ja także spojrzałem. Tylko że ja, w przeciwieństwie do wszystkich pozostałych, 

wiedziałem, na co patrzę.

Oślepił   nas   potworny   blask   kosmolotu   klasy   D,   wyposażonego   w   silnik   G. 

Ogromna masa statku unosiła się nad dziedzińcem lekko jak piórko, a potem zawisła 

nad naszymi głowami w milczącej groźbie.

Odwróciłem się i dałem nura do kabiny. Nie było możliwości ucieczki.

background image

Dogrzebałem się do schowka, kiedy ze statku wyleciały pierwsze srebrzyste kule. 

Spojrzałem na nie z przerażeniem, a potem wziąłem głęboki oddech i wstrzymując go, 

pociągnąłem za drzwiczki do schowka, po czym wsadziłem rękę do środka. Siadając na 

miejscu kierowcy, równocześnie wyciągnąłem skórzaną torbę.

Dookoła padały kule i rozpryskiwały się uwalniając ładunki gazu. Kiedy kładłem 

torbę na kolana, zaczęli padać pierwsi żołnierze. Niezdarnie gmerałem palcami przy 

pasie próbując go wydłużyć, gdy Capo Dimonte zachwiał się i runął na ciało swojego 

martwego wroga.

Zaczęło mnie kręcić w nosie. Zapiałem klamrę pasa na torbie, przymocowując ją 

do siebie.

I to było wszystko, co mogłem zrobić.

Zaczęły mnie już boleć płuca, więc po raz ostatni rozejrzałem się po dziedzińcu. 

Miałem mocne przeczucie, że jest to również ostatni rzut oka na miłą planetę Spiovente.

-   Z   Bogiem!   -   krzyknąłem   wypuszczając   powietrze   z   płuc.   Potem   zrobiłem 

wdech...

Wiedziałem, że jestem przytomny. Pod plecami czułem coś miękkiego i coś lekko 

piekło mnie w zamknięte powieki. Bałem się je otworzyć. Pamiętałem jeszcze ból głowy 

towarzyszący poprzedniemu zagazowaniu.  Z tą myślą skuliłem się i poruszyłem głową.

I   nic   nie  poczułem.   Zachęcony   tym   małym   eksperymencikiem   leciutko 

otworzyłem   jedno   oko.   Ciągle   nic.   Zamrugałem   w   ostrym   świetle,   ale   nie   poczułem 

żadnego bólu.

- Jakiś inny gaz, serdecznie dziękuję - powiedziałem głośno, szeroko otwierając 

oczy.

Byłem w małym pokoiku z zaokrąglonymi metalowymi ścianami i leżałem  na 

wąskim łóżku. Nawet gdyby unoszący się kosmolot nie był moim ostatnim widokiem, i 

tak bym odgadł, że wzięto mnie na pokład. Ale gdzie były moje dukaty? Rozejrzałem się 

szybko   dookoła,   lecz   z   pewnością   nie   było   ich   w   zasięgu   wzroku.   Gwałtowny   ruch 

spowodował silny zawrót głowy. Z powrotem opadłem na łóżko i jęknąłem z żalu nad 

sobą.

- Wypij. To wyeliminuje objawy zatrucia gazem.

Otworzyłem znowu oczy i spojrzałem na wielkiego faceta, który właśnie zamknął 

za sobą drzwi. Był w jakimś mundurze ze złotymi guzikami, paskami i odznakami, coś w 

stylu choinki, do jakiej zwykli upodabniać się wojskowi. Podał mi plastikowy kubek. 

Wziąłem go ostrożnie i powąchałem.

background image

- Kiedy byłeś nieprzytomny, mieliśmy mnóstwo czasu, żeby cię otruć albo zabić - 

zauważył.

Argument  nie  do zbicia.  Wysączyłem   gorzki   płyn  i  natychmiast poczułem  się 

lepiej.

- Ukradłeś mi pieniądze - odezwałem się, gdy miał zamiar coś powiedzieć.

- Twoje pieniądze są bezpieczne...

- Bezpieczne to one będą dopiero przy moim pasie. Tak jak wtedy, gdy mnie 

znalazłeś. Ten, kto je wziął, jest złodziejem.

- Już ty mi nie mów nic o złodziejstwie - warknął. - Sam żeś je pewnie ukradł.

-   Dowiedź   tego!   Mówię   ci,   że   ciężko   na   te   pieniądze   pracowałem   i   nie   mam 

zamiaru pozwolić, aby je ukradziono na jakieś renty dla wdów i sierot po zabitych na 

wojnach gwiezdnych...

-   Dosyć!   Nie   przyszedłem   tu,   żeby   rozmawiać   o   twoich   nędznych   dukatach. 

Zostaną zdeponowane w banku galaktycznym... .

- Na jaki procent? W co będą zainwestowane? Teraz był już wściekły, chociaż nie 

stracił opanowania.

- Dość! Jesteś w niezłych  tarapatach i musisz wiele rzeczy  wyjaśnić. Profesor 

Lustig mówi, że nazywasz się Jim. Jak brzmi twoje nazwisko i skąd pochodzisz?

- Nazywam się Jim Nikon i jestem z Venii.

- Nigdzie nie zajdziemy, jeśli nie przestaniesz kłamać. Nazywasz się James diGriz 

i jesteś zbiegłym więźniem z Rajskiego Zakątka.

Na tę informację, jak można sobie wyobrazić, wytrzeszczyłem oczy. Kimkolwiek 

ten facet był, miał do dyspozycji niezły wywiad. Uświadomiłem sobie, że nie gram już z 

amatorską   drużyną   profesorków.   Rzucił   mi   tę   podkręconą   piłkę,   żeby   mnie 

wyprowadzić z równowagi i rozwiązać mi język. Tylko że takie numery to nie ze mną. 

Zmieniłem przerzutkę w moim mózgu, usiadłem na łóżku tak, że mogłem mu patrzeć 

prosto w oczy i spokojnie powiedziałem:

- Nie byliśmy sobie przedstawieni.

Złość już mu przeszła i był tak samo opanowany jak ja. Odwrócił się, nacisnął 

przycisk w ścianie, który wysunął metalowe krzesło. Usiadł na nim i założył nogę na 

nogę.

-   Kapitan   Warod   z   Marynarki   Ligi.   Specjalizuję   się   w   planetarnej 

wykończeniówce. Czy jesteś gotowy odpowiadać na pytania?

- Tak, jeśli zgodzisz się na wymianę jedno za jedno. Gdzie jesteśmy?

background image

- Około trzynastu lat świetlnych od Spioyente, co cię zapewne ucieszy.

- Ucieszyło mnie.

- Teraz moja kolej. Jak się dostałeś na tę planetę?

- Na pokładzie veniańskiego frachtowca szmuglującego broń dla teraz już świętej 

pamięci Capo Docci.

To przyciągnęło jego uwagę. Zaciekawiony przysunął się i zapytał:

- Kim był kapitan tego frachtowca?

- To nie twoja kolejka. Co macie zamiar ze mną zrobić?

-   Jesteś   zbiegłym   więźniem   i   zostaniesz   odwieziony   na   Rajski   Zakątek,   gdzie 

odsiedzisz swój wyrok.

-   Naprawdę?   -   uśmiechnąłem   się   nieszczerze.   -   Z   przyjemnością 

odpowiedziałbym na twoje pytanie, tylko że kompletnie wyleciało mi z głowy nazwisko 

tego kapitana. Czy masz ochotę poinformować mnie, kto to jest?

- Bez takich zagrywek,  Jim. Jesteś  w tarapatach. Współpracuj ze mną, a zrobię 

dla ciebie co w mojej mocy.

-   Dobrze.  Przypomnę   sobie   to   nazwisko,   a   ty   wysadzisz   mnie   na   neutralnej 

planecie i jesteśmy kwita.

- To niemożliwe. Istnieją zapisy, a ja jestem przedstawicielem prawa. Muszę cię 

odwieźć na Rajski Zakątek.

- Dzięki. Właśnie dostałem pourazowej amnezji, rozumiesz, gaz, stresy i kiepskie 

jedzenie... Zanim wyjdziesz, czy mógłbyś mi powiedzieć, co stanie się ze Spiovente?

Rozsiadł się na krześle, najwyraźniej nie mając wcale zamiaru wychodzić.

- Najpierw zakończymy ten nieszczęsny eksperyment Lustiga. Zostaliśmy do tego 

zmuszeni przez Międzygalaktyczny Związek  Socjoekonomii Stosowanej. Udało im się 

uzyskać   wystarczające   fundusze,   żeby   wprowadzić   w   życie   niektóre   ze   swoich 

poronionych teorii. Finansowało ich wiele planet i łatwiej było pozwolić im zrobić  z 

siebie idiotów, niż próbować ich powstrzymać.

- A zrobili z siebie idiotów?

-   Dokładnie.   Już   wszyscy   zostali   wywiezieni   i   byli   z   tego   powodu   bardzo 

zadowoleni. Jedna rzecz to wypracować teorie polityczne i ekonomiczne, ale próba ich 

zastosowania w trudnej rzeczywistości może się okazać ciężkim przeżyciem. Już tego w 

przeszłości  próbowano i zawsze kończyło się to tragicznie. Nie znamy teraz żadnych 

szczegółów,   które   zgubiły   się   w   zamęcie   czasu,   ale   istniała   kiedyś   szalona   doktryna 

zwana monetaryzmem, która podobno zniszczyła całe kultury i planety. A teraz kolejny 

background image

eksperyment   okazał   się   fiaskiem,   więc   sprawą   zajmą   się   specjaliści,   którzy   zrobią 

wreszcie to, co powinno być zrobione już dawno.

- Inwazja?

-   Za   dużo   się   naoglądałeś   telewizji   trójwymiarowej.   Powinieneś   wiedzieć,   że 

wojny są zakazane i nawet o czymś takim nie myśl. Mamy ludzi, którzy będą pracowali 

wewnątrz istniejącej społeczności Spiovente. Prawdopodobnie przy Capo Dimonte, bo 

właśnie powiększył swoje posiadłości w dwójnasób. Pomogą mu i zachęcą, żeby rósł w 

siłę i zagarniał nowe terytoria.

- I zabijał coraz więcej ludzi?!

- Nie. Dopilnujemy tego. Wkrótce nie będzie w stanie rządzić bez pomocy, a nasi 

biurokraci tylko czekają, żeby mu pomóc. Zcentralizowany rząd...

-   Powstanie   sądownictwa,   podatków,   znowu   te  metody.   Mówisz   to   samo   co 

Lustig.

-   Niezupełnie.   Nasze   techniki   są   sprawdzone   i   działają.   W   ciągu   jednej,   a 

najwyżej dwóch generacji Spiovente zostanie przyjęta do grona cywilizowanych planet.

- Gratuluję. A teraz proszę, wyjdź, żebym mógł usiąść i pomyśleć o czekającej 

mnie odsiadce.

-   Ciągle   nie   chcesz   mi   wyjawić   nazwiska   tego   przemytnika?   On   może   dalej 

szmuglować, ale to ty będziesz odpowiedzialny za dalsze zbrodnie.

Fakt,   będę.   Ale   czy   nie   byłem   też   odpowiedzialny   za   zabitych   na   dziedzińcu 

twierdzy? Ten atak to był mój pomysł. Ale Dimonte i tak by zaatakował i byłoby jeszcze 

więcej zabitych. Niełatwo było przyjąć taką odpowiedzialność.

Kapitan Warod musiał czytać w moich myślach.

- Czy  ty  masz w ogóle  poczucie  odpowiedzialności?  - zapytał. Dobre pytanie. 

Cwany z niego lis.

- Tak, mam. Wierzę w życie i w jego świętość i nie wierzę w zabijanie. Każdy z 

nas ma tylko jedno życie i nie chcę być odpowiedzialny za skracanie czyjegokolwiek. 

Myślę, że popełniłem  kilka błędów i trochę się dzięki nim nauczyłem. Ten szmugler 

nazywa się kapitan Ga...

-   Garth   -   powiedział.   -   Obserwowaliśmy   go.   To   była   jego   ostatnia   podróż. 

Zakręciło mi się w głowie.

- Więc po co mnie pytałeś, jeśli wiedziałeś od początku?

- W twoim interesie, Jim, tylko dlatego. Mówiłem ci, że najważniejsza jest dla 

ciebie współpraca. Podjąłeś ważną decyzję i wierzę, że dzięki temu będziesz lepszym 

background image

człowiekiem. Życzę ci szczęścia w przyszłości - wstał i zamierzał wyjść.

-   Wielkie   dzięki.   Będę   wspominał   sobie   twoje   słowa   przetaczając   głazy   w 

kamieniołomach.

Stanął w otwartych drzwiach i uśmiechnął się do mnie.

- Zajmuję się sprawiedliwością tylko na dużą skalę. I prawdę mówiąc, nie wierzę 

w   sens   zamykania   kogoś   za   nieudany   napad   na   bank.   Jesteś   stworzony   do   czegoś 

lepszego. Dlatego też odwożę cię do więzienia. Zostaniesz przeniesiony na inny statek, na 

inną planetę, gdzie zamkną cię zaraz po przybyciu.

W drzwiach obrócił się jeszcze na krótką chwilę.

- Biorąc pod uwagę to, co mi powiedziałeś, zapominam, że ciągle masz wytrych w 

podeszwie buta.

A   potem   już   wyszedł   na   dobre.   Spojrzałem   na   zamknięte   drzwi   i   nagle 

wybuchłem śmiechem. Koniec końców, to chyba był dobry Wszechświat, wypełniony 

dobrymi rzeczami, które są przeznaczone tylko dla tych, którzy znają swoją wartość. Ja 

swoją znałem.

Dzięki   ci,   Hetmanie,   dzięki   za   wszystko.   Dokonałeś   tego.   Prowadziłeś   mnie   i 

uczyłeś. Dzięki Tobie narodził się Stalowy Szczur.

KONIEC