background image

 Guy N. Smith 

 

Śmiertelny lot 

(Doomflight) 

 

Przełożył Daniel Jagodziński 

background image

Brianowi i Lynn Gandy dziękując za pomoc okazaną przy pisaniu tej książki. 

 

background image

PROLOG 

 
Dziewczyna  siedziała  w samochodzie,  wpatrując  się  bezmyślnie  w zachlapaną  deszczem 

szybę.  Drżała  ze  złości,  rozgoryczona.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  ręka  chłopca  dotyka  jej  uda 

w przepraszającym geście, ale udawała, że tego nie dostrzega. Chwyciła kierownicę, która lekko 
skrzypnęła. 

– Sue? 
Szczupły mężczyzna w drelichowym ubraniu włączył przycisk na tablicy rozdzielczej. Mdłe 

światło ukazywało jego niepokój. 

– Pewnie ja... 
– Nie, Frank... nie dotykaj mnie. 
–  Dobrze,  już  dobrze  –  cofnął  rękę.  –  Nie  dotknę  cię,  ale  chyba  należy  mi  się  jakieś 

wyjaśnienie. 

– Niekoniecznie. Jeśli nie wiesz, o co chodzi, nie mamy sobie nic do powiedzenia. 
–  Nie  mam  pojęcia,  do  cholery  –  warknął  twardo.  –  Nie  znam  innego  wyjaśnienia,  iż 

najlepszym sposobem na zerwanie z dziewczyną jest udzielenie jej lekcji jazdy samochodem. 

– To nie ma nic do rzeczy – powiedziała Sue, rzucając przelotne spojrzenie. 
Upierałeś się, że powinnam umieć prowadzić. Ja tego nie chcę. Nienawidzę samochodów. 
– Ale dlaczego dzisiejszy wieczór tak bardzo różni się od tych, które spędziliśmy razem? 
– Ponieważ... – przerwała, gdyż jej gniew osiągnął właśnie apogeum. Sue bała się, że straci 

opanowanie. – Włóczysz się z innymi dziewczynami. 

Minęło parę sekund. 
– To kłamstwo! – wrzasnął, lecz jego głos nie brzmiał zbyt pewnie. 
Sue spojrzała nienawistnie na twarz Franka. 
– Gdybyś tylko mógł, kłamałbyś do samego końca, ale nie zrobisz już ze mnie idiotki. Jesteś 

cholernym łgarzem. Od siedmiu tygodni nie pracujesz w Cashmore. 

Wywalili cię za jakieś kanty przy książkach. Wspaniale to ukrywałeś. Prawie tak samo jak tę 

małą  dziwkę.  Jak  tłumaczysz  jej  swoje  nocne  wypady  do  mnie?  Musi  wierzyć  w każde  twoje 
zakichane kłamstwo, tak jak ja. Niestety, Frank, to koniec. Może uda ci się kogoś oszukać, ale 
kłamstwo ma krótki żywot. 

– Mądrze to wymyśliłaś – zadrwił, szukając po kieszeniach papierosów i zapałek. 
Potrzebował trochę tytoniu, żeby się opanować. – Próbujesz coś na mnie znaleźć. 

Daruj to sobie. 
–  Jeszcze  nie  skończyłam  –  warknęła  twardo  Sue.  –  Boże,  jaka  byłam  głupia!  Nim  cię 

spotkałam, byłam dziewicą. 

– Kłamiesz! 

background image

Błysk zapałki raził ją w oczy, więc nie dostrzegła zawziętego wyrazu twarzy Franka. 
– To prawda! – krzyknęła histerycznie. 
– Osiemnastoletnia dziewica? – odrzekł ze śmiechem. – Łatwiej znaleźć szczątki dinozaura. 
Pięść dziewczyny wylądowała na jego szczęce. Cios był tak silny, że odrzucił głowę Franka 

do tyłu. Papieros wprost z jego ust spadł gdzieś na tylne siedzenie w chmurze iskier. 

– Ty dziwko! 
Chciał jej oddać, ale zdał sobie sprawę, że tylko pogorszy sytuację. Odwrócił się spokojnie 

i zaczął szukać niedopałka. 

– Mogłaś mi spalić samochód, idiotko. 
– Twój bezcenny samochód – odrzekła, wpatrując się weń beznamiętnie. – Pozwoliłeś mi go 

prowadzić? 

Westchnienie ulgi za plecami Sue oznaczało, że poszukiwania zakończyły się sukcesem. 
– Tak jak mówiłem... – zaczął Frank. 
– Nie masz racji – przerwała mu gwałtownie. – Byłam dziewicą, kiedy cię poznałam. Możesz 

wierzyć  lub  nie,  nie  ma  to  większego  znaczenia.  Jestem  trochę  staroświecka  i próbowałam 
zachować dziewictwo, nie dla małżeństwa, ale dla porządnego chłopaka. Jak widzisz, popełniłam 
największe  głupstwo  w życiu.  Jeśli  znajdę  drugiego,  będę  musiała  żyć  ze  świadomością,  że 
byłam dla ciebie darmową kurwą. 

– Jesteś małą, zarozumiałą snobką – powiedział Frank, zaciągając się spokojnie papierosem. 

– Jak myślisz, co robią inne dziewczyny sam na sam z chłopakami? 

Może tylko się przytulają, a co odważniejsze dają sobie pomacać cycki? 
– Nie dbam o to! Nie jestem jedną z wielu. Jestem sobą i to się liczy. 
– Tak ci się tylko wydaje. A przy okazji, to kto roznosi o mnie te wszystkie plotki? 
Głos Franka złagodniał. Powoli zbliżył twarz do głowy dziewczyny. 
– Słucham cię, kochanie. Mam cholerną ochotę oskarżyć kogoś o oszczerstwo. 
–  Nie  możesz  winić  ludzi  o to,  że  mówią  prawdę.  Sue  chciała  się  uśmiechnąć,  ale  wyraz 

twarzy jej chłopaka powstrzymał ją przed tym. 

–  Gadaj  –  nalegał  Frank.  –  Chcę  wiedzieć,  kto  mnie  obmawia.  Powiesz  mi  albo  będziemy 

siedzieli do rana. 

– Nie waż się mi grozić! 
Chciała, żeby jej słowa zabrzmiały groźnie, ale gniew, który przed chwilą napełniał jej serce, 

zamienił się w narastający strach. W jej głosie można było wyczuć niepewność. 

– Moja mama pracuje z kobietą, która podobno zna kogoś z twojej rodziny. 
–  Barlow  –  powiedział  spokojnie  Frank.  –  Powinienem  się  domyślić,  że  to  ta  intrygantka. 

Pieprzony babsztyl. Że jeszcze nikt nie dobrał się jej do skóry! To stare próchno chce koniecznie 
przeżyć  coś  przykrego.  Jak  tylko  wrócę  do  miasteczka,  będę  musiał  zobaczyć  się  z moim 

background image

adwokatem. 

– Frank, nie rób głupstw, proszę. Przecież wiesz, że to prawda. 
– Zamknij się! 
Ręka  chłopaka  dotknęła  ponownie  uda  dziewczyny,  ale  tym  razem  w ruchach  palców  nie 

było pociągającej delikatności. Chwycił nogę Sue tak mocno, że krzyknęła. 

– Przestań, to boli! 
– Zasługujesz na to, dziwko. 
Przeczuwała, co nastąpi i dlatego próbowała się bronić. Siedziała na miejscu kierowcy, więc 

wolno wysunęła rękę w kierunku stacyjki. 

– Nie uda ci się – wycharczał Frank, chwytając Sue za nadgarstek. 
Strach przybierał na sile. Na spoconych rękach pojawiły się nabrzmiałe żyły. 
– Teraz porozmawiamy na serio – wy sapał chłopak, przyciskając swój tors do ciała Sue. 
Chciała  coś  powiedzieć,  ale  nie  wykrztusiła  ani  słowa.  Była  sparaliżowana  ze  strachu. 

Dobierał się do niej nie młody mężczyzna, który każdej nocy pieścił i całował jej nagie ciało, ale 
dzikie  zwierzę.  Delikatne  pieszczoty,  będące  preludium  miłosnego  aktu,  ustąpiły  tej  nocy 
okrucieństwu dzikiej bestii. 

Sue  z trudem  odchyliła  głowę.  Nieprzeniknione  ciemności  zdawały  sieją  przywoływać. 

„Uciekaj! Uciekaj i ukryj się, zanim będzie za późno. O Boże!” 

Narastająca  przemoc  zniewalała  ją.  Artykuł  w gazecie.  Widziała  już  tytuł  wydrukowany 

drobną czcionką. „Na starym  lotnisku uduszono dziewczynę. Nieznany  mężczyzna powiadomił 
policję.”  Tak,  to  zdarza  się  bardzo  często.  Media  nazywają  to  zbrodnią  namiętności.  Morderca 

dostaje zwykle trzy lata. 

Sue  rozluźniła  mięśnie. Uścisk  prześladowcy  nieco  zelżał.  Zamknęła  oczy  i zmusiła  się  do 

myślenia. Jedno było pewne. Dzisiaj nie wróci do domu samochodem. 

Jeśli chce się wydostać z lotniska, musi zrobić to sama. 
– Teraz się zabawimy, Sue. 
Głos Franka dochodził jakby zza grubego muru. Powoli wyciągnęła rękę, chwytając lekko za 

klamkę. Nie wolno się śpieszyć, na wszystko przyjdzie czas. 

Najważniejsze,  żeby  nie  zorientował  się,  co  zamierza  zrobić.  Chłopak  czuł  się  zwycięzcą. 

Nie pałał już nienawiścią i jego ruchy były mniej gwałtowne. Pobaw się z nim, popieść go trochę. 
Masz tylko jedną szansę, a jeśli ją zmarnujesz, to... 

Sue działała z energią, która ją samą zdziwiła. Jednym  skoordynowanym  ruchem  nacisnęła 

klamkę, otworzyła drzwi i wyskoczyła na zewnątrz. Potknęła się o kamień, ale szybko odzyskała 
równowagę i zaczęła biec. 

– Cholera! 
Głos  prześladowcy  sprawił,  że  przyspieszyła.  Po  chwili  usłyszała,  że  Frank  próbuje 

background image

wygramolić się z samochodu. 

– Zabiję cię! – wrzeszczał rozwścieczony. 
Biec. Biec tak szybko, jak nigdy dotąd. 
Sue  nigdy  wcześniej  nie  rozglądała  się  po  lotnisku.  Nie  wiedziała,  że  otaczają  kilkanaście 

akrów popękanego betonu, tu i ówdzie porośniętego krzakami. Dookoła walały się zardzewiałe, 
pogięte  blachy  i pręty,  pozostałości  z czasów,  kiedy  plac  był  składowiskiem  złomu.  W oddali 
majaczyły  ruiny  murowanych  budynków  i starych  hangarów.  Kilka  lat  temu  zasieki  z drutu 
kolczastego  broniły  wejścia,  ale  nic  nie  może  powstrzymać  ludzkiej  ciekawości.  Obalono  je, 

a ludzie  przychodzili  tu  i odchodzili,  kiedy  tylko  mieli  ochotę.  Uczący  się  jazdy  potajemni 

kochankowie  i kłusownicy  tropiący  króliki  na  piaszczystych  obrzeżach  byli  tutaj  częstymi 
gośćmi. 

Sue zwolniła, kiedy mokra gałąź smagnęła ją po twarzy. Padający deszcz łagodził ból. Była 

cała mokra. 

„Biegnij. Nie zatrzymuj się”. 
Gdzieś z tyłu słyszała tupot butów Franka. 
– Sue, wracaj! Żeby cię szlag trafił! 
W  pobliżu  powinny  parkować  samochody,  w których  uprawiano  miłość  i tam  mogłaby 

szukać  pomocy.  Dookoła  panowała  jednak  nieprzenikniona  ciemność.  Żadnego  znaku  życia, 
żadnego dźwięku oprócz wycia wiatru. 

Zwykle  na  nocnym  niebie  odbijają  się  światła  miasta,  nawet  odległego  o trzy,  cztery 

kilometry, ale tej nocy nie było nawet nikłej pomarańczowej poświaty. 

Wszędzie  panowała  ciemność.  Sue  zmusiła  się,  żeby  zwolnić.  Zaczęła  iść,  próbując 

jednocześnie złapać oddech. Ogarnęła ją panika, którą musiała przezwyciężyć. 

Przetrwanie zależało tylko od zdolności logicznego myślenia. 
„Nie możesz już biec”. 
Coś  zagrodziło  jej  drogę.  Jakiś  stary  budynek.  Walający  się  na  ziemi  gruz  utrudniał 

utrzymanie  równowagi.  Sue  przypomniała  sobie,  że  gdzieś  tutaj  znajduje  się  wieża  kontrolna 

z czasów  wojny.  Wraz  z innymi  dziećmi  bawiła się  w niej  w słoneczne  soboty.  Powinna  tu  być 

nawet tabliczka ostrzegająca przed niebezpieczeństwem. 

Przestało padać. Sue opierała się o jakiś mur. Wszystko dookoła ociekało wodą. 
Stała nasłuchując, ale nie odebrała innych dźwięków oprócz kapania wody i bicia własnego 

serca.  Zastanawiała  się,  gdzie  może  być  Frank.  Prawdopodobnie  wrócił  do  samochodu, 
zniechęcony  poszukiwaniami.  Ta  myśl  przerażała  Sue.  Porzucona  wśród  ruin  na  peryferiach 
miasta była bezbronna, ale to lepsze niż wpaść ponownie w łapy byłego kochanka. 

Spróbowała pomyśleć. W tej sytuacji powinna zrobić to dużo wcześniej. Jedno było pewne. 

Musi wydostać się stąd. Wrócić do domu. Nie będzie to prosta sprawa, nawet gdyby wyrwała się 

background image

prześladowcy.  Coś  było  nie  tak,  jak  powinno.  Żadnych  świateł,  odgłosów  samochodów, 
kompletnie  nic.  Od  dłuższego  czasu  nikt  nie  pojawił  się  na  pasie  startowym,  co  zdarzało  się 
tylko, gdy zaspy śnieżne blokowały drogi. 

Sue zamarła, nasłuchując odgłosów, dzięki którym mogłaby odnaleźć drogę. 
Wiedziała tylko, że wieża kontrolna stoi naprzeciw... właśnie, naprzeciw czego? 
Nigdy się właściwie nad tym nie zastanawiała, bo nie miała powodu tego robić. 
Była tak skołowana, że zapomniała, gdzie Frank postawił samochód. 
Kiedy  zastanawiała  się  nad  sytuacją,  usłyszała  jakiś  dźwięk.  Przestraszona  rozejrzała  się 

dookoła.  Początkowo  nie  mogła  określić  natury  odgłosu  ani  kierunku,  z jakiego  dochodził. 
Frank? Jeśli to on zachowuje się tak cicho, w tych ciemnościach ma niewielką szansę ją znaleźć. 

Ktoś ciężko oddychał, charcząc i co chwila spluwając. Sue bezwiednie cofała się w kierunku 

muru. Po chwili zdała sobie sprawę, że ociera się plecami o ścianę. 

Nagle  mur  się  skończył.  Odwróciwszy  się  zrobiła  trzy  kroki  i zorientowała  się,  że  jest 

w wieży.  Rozejrzała  się  dookoła.  W morzu  ciemności  zauważyła  niewielką  szarą  plamę.  To 
prawdopodobnie  wyjście.  Na  zewnątrz  ktoś  stał.  Sue  ledwo  dostrzegała  zarysy  postaci.  Nie 
można  było  stwierdzić,  czy  jest  to  mężczyzna,  czy  kobieta,  nie  mówiąc  o rozpoznaniu  rysów 

twarzy. W głębi mózgu kołatało się pytanie: przyjaciel czy wróg? 

Słyszała  jedynie  ciężkie  dyszenie  osobnika  stojącego  przed  wieżą.  Kimkolwiek  był, 

najprawdopodobniej  widział  Sue.  Przerażona  dziewczyna  skuliła  się  i otworzyła  usta,  żeby  coś 
powiedzieć,  ale  głos  uwiązł  jej  w gardle.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  ucieczka  jest  niemożliwa. 
Była w pułapce. 

Nagle  srebrny  snop  światła  ukazał  stojącego  przed  nią  człowieka.  Łachmany  sięgające 

zabłoconych  stóp,  pomarszczone  dłonie  i nieproporcjonalnie  wielka  głowa.  Całość  była  tak 
okropna,  że  dziewczyna  krzyknęła  z przerażenia.  Przymrużone  oczy  oraz  haczykowaty  nos 

bardziej  przypominały  drapieżnika  niż  człowieka.  Światło  stawało  się  coraz  silniejsze  i Sue 
dostrzegła  więcej  szczegółów.  Twarz  była  zbyt  pomarszczona,  aby  mogła  należeć  do  żywego 
człowieka.  Torturowany  umysł  nie  był  w stanie  zaakceptować  tego,  co  widziały  oczy.  Postać 
obcego wywoływała odrazę. 

Kiedy ją dopadł, właśnie przestała krzyczeć. Jego kościste palce zacisnęły się na delikatnym 

nadgarstku.  Sue  nie  opierała  się,  kiedy  nieznajomy  zaciągnął  ją  do  wyjścia.  Na  dworze  już 
jaśniało. 

Nie potrafiła zrozumieć tego, co zobaczyła. Lotnisko gdzieś zniknęło. Otaczała ich otwarta 

przestrzeń.  Miękka,  sprężysta  trawa  uginała  się  pod  stopami.  Nagle  pojawili  się  ludzie.  Bosi, 

ubrani w takie same podarte łachmany. Stali gromadnie pośrodku ogromnego kamiennego kręgu, 
rozmawiając między sobą w skupieniu. 

Sue szła obok swojego zdobywcy, potykając się co krok. Śmiał się szyderczo. 

background image

Zauważyła,  że  grupa  szepczących  ludzi  ustawia  się  po  jednej  stronie  kamiennej  płyty, 

formując  półkole.  Prowadzący  ją  łysy  mężczyzna  popchnął  ją  tak  brutalnie,  że  upadła.  Leżąc 
wpatrywała się obojętnie w niebo, które błękitniało z minuty na minutę. 

Odziane w łachmany postacie zbliżały się powoli, wpatrując się w jej ciało. 
Zatrzymały  się  w pewnej  odległości  od  płyty  i śliniąc  się  z pożądania,  zaczęły  monotonnie 

śpiewać. Czekały. 

Pomarańczowe światło wschodzącego słońca rozpraszało szarość poranka, zmieniając barwę 

nieba.  Jeden  z mężczyzn  wyjął  nóż  i wręczył  go  swemu  przywódcy.  Ostrze  błyszczało  krwawo 

w promieniach słońca. Niczym znak tego, co miało niedługo nastąpić. 

Sue  już  dużo  wcześniej  wiedziała,  że  musi  umrzeć.  W tej  nierealnej  sytuacji  tkwił  jednak 

jakiś głęboki sens. Przecież po życiu zawsze przychodzi śmierć, która jest tylko odmienną formą 

bytu. 

Zdając  sobie  z tego  sprawę,  Sue  ze  spokojem  oczekiwała  końca.  Strach  odszedł  gdzieś 

w zapomnienie.  Z uśmiechem  przyglądała  się,  jak  stary  mężczyzna  zdziera  z niej  ubranie, 
obnażając  jędrne  piersi  ze  sterczącymi  sutkami.  Na  chwilę  wszyscy  zgromadzeni  zwrócili 
spojrzenia na wschód, podziwiając wynurzające się zza horyzontu słońce. Każdy był świadomy, 
co nastąpi. 

Wyciąg ze sprawozdania z dwunastodniowego procesu Franka E. Steele na podstawie gazety 

Mercury z dnia 12 kwietnia 19.. roku „W dniu dzisiejszym zakończył się dwunastodniowy proces 
Franka  E.  Steele  oskarżonego  o morderstwo.  Po  godzinnej  naradzie  sędzia  sądu  w Stafford 
Crown  wydał  wyrok  skazujący  na  dożywotnie  więzienie.  Argumentując  swoją  decyzję, 
stwierdził,  że  była  to  jedna  z najstraszniejszych  i najbardziej  zawikłanych  zbrodni  tego  wieku. 
Oskarżony Steele pojechał ze swoją dziewczyną na stare lotnisko, żeby udzielić jej lekcji jazdy. 
Następnego dnia rodzice zgłosili zaginięcie dziewczyny. Kilka godzin później, tego samego dnia 
odnaleziono  jej  zwłoki  na  pasie  startowym  tegoż  lotniska.  Broń  mordercy  nie  została  nigdy 
znaleziona, jednak obszerny materiał dowodowy pozwala przypuszczać, że zabójcą był Frank E. 

Steele. W czasie procesu przytoczył on swoją własną wersję wydarzeń, z których wynika, że on 

i panna Kemp pokłócili się w samochodzie zaparkowanym na lotnisku. Po ostrej wymianie zdań 
ofiara uciekła z samochodu. 

Oskarżony  twierdził,  że  jej  szukał  i natrafił  na  grupę  postaci  podobnych  do  kapłanów, 

odprawiających jakieś dziwne nabożeństwo przy kamiennym ołtarzu. 

Przestraszony  uciekł  i odjechał  z lotniska.  Następnego  dnia  o świcie  wrócił,  żeby  odszukać 

dziewczynę. Policja odnalazła go, gdy błąkał się po lotnisku, tłumacząc swoje zachowanie tym, 
że przeżył szok, gdy odnalazł pocięte zwłoki Susan. Sędzia Justice Sayer dodał, że społeczeństwo 
musi  być  chronione  przed  mordercami  pokroju  Steele’a.  Zabójstwo  Susan  Kemp  nosiło 
wszystkie  znamiona  składania  ofiary  przez  czcicieli  szatana.  Materiał  dowodowy  pokazuje,  że 

background image

była  to  brutalna  robota  mordercy-maniaka,  który  zabija,  bo  czerpie  sadystyczną  przyjemność 

z zarzynania bezbronnej dziewczyny”. 

Pierwszego  lipca,  po  śmierci  ostatniego  dzierżawcy,  teren  lotniska  we  Fradley  został 

wystawiony na sprzedaż. Oczekuje się ofert przekraczających milion funtów. 

background image

Część pierwsza  

STARE LOTNISKO  

 

background image

WIEŻA KONTROLNA  

 

Istniało  dziwne  podobieństwo  między  mężczyznami,  którzy  spożywali  lunch  w rogu 

ekskluzywnej restauracji. Przypadkowy obserwator mógł ich wziąć za braci. Obaj byli w średnim 

wieku  i mieli  szpakowate  włosy.  Jakaś  siła  sprawiała,  że  mrużyli  oczy,  zaciskając  jednocześnie 
usta.  Emanowali  pewnością  siebie,  która  w decydujących  chwilach  dawała  im  przewagę  nad 
zwykłymi  śmiertelnikami.  U Charlesa  White’a  przeistoczyła  się  ona  w skrajną  bezwzględność, 

w chęć zwycięstwa za wszelką cenę. 

Clive  Manning  posiadał  jeszcze,  ku  swojemu  zmartwieniu,  skrupuły.  Ukradkiem  rzucił 

spojrzenie na sąsiada, który wypijał kolejny kielich Blue Nun, jakby chciał wszystkim oznajmić, 
że ma dosyć tej dziury. Clive przyjrzał się twarzom ludzi znajdujących się na sali, obawiając się, 
że może jest wśród nich ktoś znajomy. Westchnął z ulgą, gdy stwierdził, że nikt go tu nie zna. 
Nie był jednak całkiem zadowolony i dawał temu wyraz, marszcząc brwi. Takie okazje powinny 
być celebrowane w innym otoczeniu. W Londynie, a nie na podupadłej prowincji. Clive spojrzał 

na towarzysza. 

–  Cieszę  się,  że  już  po  wszystkim  –  powiedział.  –  Nie  będę  udawał,  że  ta  sprawa  mnie 

bawiła. 

– Jesteś naszym oficerem sztabowym – zauważył Charles z uśmiechem. – Do ciebie zawsze 

należy ostatnie słowo, więc mów. 

–  To  nie  takie  proste.  Musiałem  przecież  popierać  decyzję  komitetu,  chociaż  nie  była  ona 

jednomyślna. Trzeba było przekonać tych ludzi, ale... delikatnie. 

–  Przecież  nie  robili  większych  przeszkód.  –  White  odkroił  kawał  melona  i trzymał  go  na 

widelcu. – Ostatecznie teren leżał odłogiem, od kiedy RAF zamknął lotnisko. 

– Tak, od 1943 roku. Dwa lata przed zakończeniem wojny. To miejsce ma przykrą historię. 
– To nieistotne. Moja firma nie zajmuje się przeszłością, a tylko tym, co nas czeka. Lotnisko 

we Fradley było wykorzystywane, a potem doprowadzone do ruiny. 

Składowano  tam  jakieś  odpadki.  Jest  tam  tylko  kilka  walących  się  hangarów,  zagraconych 

częściami silników. Resztę pozostawiono swojemu losowi. Pozostałości pasów startowych nadają 
się tylko  na miejsce do  nauki  jazdy, o ile ktoś  nie rozwali samochodu w dziurach zarośniętych 
przez  krzaki.  Na  szczęście  to  nie  moje  zmartwienie.  Najlepiej,  jak  teren  zostanie  uprzątnięty 

i wykorzystany. 

– Na przykład pod uprawę? Komitet dostał ofertę od miejscowych farmerów, którzy mogliby 

zrobić z tej ziemi dobry użytek. 

– Dlatego musieliśmy dać ćwierć miliona więcej. 
– Przekupstwo? 
–  Tego  słowa  nie  ma  w moim  słowniku  –  powiedział  Charles,  a jego  oczy  spoważniały.  – 

background image

W tym interesie tylko licytujący najwyżej mógł zapewnić sobie zwycięstwo. 

–  Jednak  nie  było  to  proste.  Od  tego  czasu  dręczą  mnie  zmory.  Patrzą  mi  na  ręce 

z samochodu. 

–  Daj  spokój.  –  Amerykanin  z irytacją  odkroił  następny  kawał  melona.  –  Przecież  już 

wcześniej robiłeś interesy. 

– Tak, ale nigdy na taką skalę, że nie wspomnę o konkurencji. 
–  Jakby  to  rzeczywiście  miało  jakiekolwiek  znaczenie.  Każdy  spotyka  przeciwników. 

Czegokolwiek nie próbowałbyś zrobić, zawsze znajdzie się ktoś, komu się to  nie spodoba. Nie 
możemy pozwolić, aby kilku wieśniaków hamowało postęp. Weź na przykład sprawę Concorde. 
Największe  osiągnięcie  w dziejach  lotnictwa  mogło  być  zniweczone,  gdyby  posłuchano  kilku 

idiotów, którzy mieli inne zdanie. 

– Wątpliwości stale będą istnieć. Niech pan nie łudzi się, panie White, że decyzja komitetu 

jest ostateczna. 

– Władze lotnictwa cywilnego wyraziły zgodę tydzień temu. Oczywiście zostały delikatnie 

przekonane,  ale  koniec  końców  wszyscy  są  zadowoleni.  Czegóż  więcej  można  oczekiwać? 
Fradley  zostanie  przekształcone  w lotnisko  niezależne  od  rządowych  dotacji.  Na  pewno  nie 

splajtuje,  póki  moja  firma  jest  w to  zaangażowana.  Musimy  jedynie  zastosować  się  do  zasad 
bezpieczeństwa.  Poza  tym  wszystko  jest  w naszych  rękach.  Nasze  loty  będą  jednymi 

z najbardziej  konkurencyjnych  na  świecie.  Dobre  zaplecze  i sprawna  załoga  zapewnią  ogromne 
zyski. Liczy się tylko podejście do sprawy. 

– Tak – powiedział Manning, pociągając obficie z kieliszka. Przypomniał sobie, jak walczył 

z samym sobą, żeby uwierzyć w powodzenie tego interesu. – Tak, chyba masz rację. 

–  Oczywiście.  Wciąż  nie  masz  pojęcia  o skali  tej  transakcji.  To  nie  będzie  Heathrow  ani 

Gatwick.  Wprawdzie  nie  od  razu  Rzym  zbudowano,  ale  na  zmartwienia  mamy  jeszcze  czas. 
Przed  końcem  roku  stare  lotnisko  zostanie  znacznie  powiększone.  Będzie  na  tyle  nowoczesne 

i wielkie,  żeby  przyjmować  samoloty  klasy  Concorde.  Terminal  i hotele  będą  budzić  podziw 

i zazdrość całego świata. 

– Coś jednak mnie martwi. Historia tego miejsca. 
– Nie dałbym za nią złamanego grosza. 
– Wiem, ale lepiej posłuchaj, co chcę ci powiedzieć. 
– No to wal. 
White  zaczął  kroić  stek.  Nudził  się.  Ale  marudny  facet!  Co  mu  się  stało?  Zaczął  być 

ostrożny?  Lepiej  niech  gada  i wyrzuci  z siebie  wszystko,  jakby  korzystał  z zaworu 
bezpieczeństwa. 

– Kilka lat temu – zaczął Manning, dziobiąc widelcem w talerz, jakby stracił apetyt. – Chyba 

przed  pięciu  laty  dwóch  młodych  ludzi  pewnego  wieczora  wybrało  się  poszaleć  samochodem. 

background image

Jeden z nich miał nowego morrisa i chciał się nim pochwalić. Pojechali na stare lotnisko. 

Była  gęsta  mgła  i bali  się  kogoś  potrącić.  Godzinę,  może  dłużej  szaleli  po  starych  pasach 

startowych. Kiedy mgła zgęstniała, postanowili wracać. Byli właśnie na drodze do najbliższego 
wyjścia,  kiedy  zauważyli,  że  w starej  wieży  kontrolnej  pali  się  światło.  Jakby  ktoś  używał 
zapalniczki albo łuczywka. 

Zatrzymali się i zaczęli je obserwować. Kilka razy zapalało się i gasło. 

Zaintrygowani zaparkowali samochód i poszli do wieży to sprawdzić. Mgła gęstniała z każdą 

chwilą. 

White  stłumił ziewnięcie  i stwierdził,  że  woli  amerykańskie  steki.  Angielskich  trzeba  zjeść 

większą ilość. Wyspiarze nie znają właściwych parametrów. 

– Chłopcy przeszukali wieżę – ciągnął Manning, wyczuwając brak zainteresowania, ale był 

zdecydowany opowiedzieć historię do końca. – Nikogo nie znaleźli. 

– Tego należało oczekiwać. 
–  Przypadkiem  znam  jednego  z tych  chłopców  i na  pewno  nie  jest  on  fantastą.  W każdym 

razie  rok  po  tym  wydarzeniu  rozmawiałem  z byłym  pilotem  RAF-u,  który  stacjonował  we 
Fradley podczas wojny. To, co usłyszałem, dało mi wiele do myślenia. 

White  przeglądał  menu,  otwarcie  okazując,  że  nie  słucha,  ale  Clive  nie  był  wcale 

zniechęcony. 

–  Jak  wiesz  –  powiedział,  odsuwając  talerz  –  Fradley  było  raczej  bazą  treningową  niż 

lotniskiem  bojowym.  Ludzie  przychodzili  i odchodzili.  Dzisiejsi  przyjaciele  następnego  dnia 
rozjeżdżali  się  na  zawsze,  a ich  drogi  nigdy  więcej  się  nie  spotkały.  Był  jednak  wśród  nich 
amerykański  pilot,  który  spędził  we  Fradley  dużo  czasu.  Nazywał  się  Wilson  i często  tu 
powracał.  Dwa  razy  był  zestrzelony  nad  terytorium  wroga,  ale  nie  mógł  wytrzymać  na  ziemi. 

Pewnego  dnia  mechanicy  mieli  kłopoty  z silnikiem  starego  mosqito  i Wilson  zgłosił  się  na 
ochotnika,  żeby  sprawdzić  samolot.  Słyszałem,  że  do  tego  dnia  był  bardzo  przygnębiony.  Od 
startu wszystko przebiegało pomyślnie, aż do ostatniej rundy. Wszystkim wydawało się, że silnik 
przestał pracować. Prawdopodobnie pilot miał możliwość ratunku, ale z niej nie skorzystał. Być 
może dostał ataku serca, ale nikt tego nie wie na pewno. W każdym razie jego maszyna rozbiła 
się i doszczętnie spłonęła niecałe dwadzieścia jardów od wieży kontrolnej. Kilka miejsc zostało 
poważnie  uszkodzonych.  Po  Wilsonie  i jego  mosqito  zostały  tylko  popioły.  Spłonął,  zanim 
ktokolwiek był w stanie się zbliżyć. 

–  To  bardzo  interesujące  –  powiedział  White.  –  Ale  co  to  ma  wspólnego  ze  mną  i moją 

firmą? 

–  Powróćmy  na  chwilę  do  tych  dwóch  młodych  ludzi  –  odrzekł  niczym  nie  zniechęcony 

Clive. – Na krótko przed ich nocną przejażdżką pewna firma robiła na lotnisku porządki. Znam 
osobiście  kierownika,  który  opowiedział  mi  o zdarzeniu,  jakie  wtedy  miało  miejsce.  Pewnego 

background image

dnia  pracowali  w ruinach  starej  wieży.  Jeden  z nich  znalazł  na  platformie,  za  kratą,  jakiś 

przedmiot w kształcie wrzeciona. 

Platforma  została  zbudowana  przez  RAF,  żeby  można  było  ustawić  niektóre  przyrządy 

zajmujące  dużo  miejsca.  Pochodząca  z czasów  wojny  krata  nie  była  od  tego  czasu  ruszana. 
Przedmiot ten wykonany był z błyszczącego metalu. Okazało się, że to duża zapalniczka, która 
dawała  silny  płomień.  Należała  z pewnością  do  jednego  z lotników,  gdyż  wyryto  na  niej 

nazwisko  –  Wilson.  Pamiętasz,  kto  pilotował  samolot,  który  rozbił  się  niedaleko  wieży? 
Oczywiście taki mały przedmiot mógł zostać wyrzucony siłą wybuchu, ale dziwne, że wylądował 
właśnie na platformie. Może Wilson podczas bezsennych nocy przychodził na wieżę towarzyszyć 
obsłudze  albo  używał  zapalniczki  do  grzania  wody  na  herbatę?  Czy  jednak  młodzi  ludzie 
wymyślili sobie jakieś światła, czy może w wieży ktoś był? 

Jeśli tak, to  kto? Jakiś  obcy, a może duch pilota, który  powrócił na miejsce przedwczesnej 

śmierci? 

– Bzdura – Charles White zaśmiał się grubiańsko. – Miałem o tobie lepsze zdanie, Manning, 

ale widzę, że wierzysz w duchy. 

– Jeszcze nie skończyłem – odrzekł Clive, a w jego głosie wyczuwało się nerwowe drżenie. 

Mogło  to  być  zakłopotanie  z powodu  kpin  albo...  strach.  –  Tragedia  Wilsona  była  tylko 

początkiem  całej  serii  zdarzeń,  które  stworzyły  złą  sławę  lotniska.  W tym  miejscu  zdarzył  się 
jeszcze  jeden  wypadek.  Młody  pilot  wystartował  do  pierwszego  samodzielnego  lotu.  Za 
dwadzieścia  minut  miał  siadać  na  pasie  startowym,  kiedy  ziemię  pokryła  gęsta,  jesienna  mgła. 
Chłopak próbował wylądować, ale nie zauważył świateł. Powinien uderzyć w wieżę, ale jakimś 
cudem minął ją o kilka stóp i roztrzaskał się mniej więcej w tym samym miejscu, co Wilson. Na 
lotnisku zdarzyło się więcej dziwnych wypadków. Wybuchł pożar w kantynie oficerskiej, ale na 
szczęście nikt nie spłonął. 

–  Bez  wątpienia  przyczyną  był  papieros  –  powiedział  Charles,  nie  kryjąc  sceptycyzmu.  – 

Słuchaj, przyjacielu. Zabrałem cię na lunch, żeby uczcić korzystną transakcję. Masz swój szmal, 

a co z nim zrobisz, twoja sprawa. Nie robię interesów na opowiadaniu bajek. 

– Ja... przepraszam. 
Clive  nie  mógł  powstrzymać  rumieńca.  Czuł  się  jak  niegrzeczny  uczeń,  który  opowiada 

nauczycielowi nieprawdopodobną historię, aby odwrócić jego uwagę od tematu lekcji. 

– Chciałem tylko, żebyś... żebyś wiedział. Masz prawo wiedzieć, co kupujesz. 
–  Od  kiedy  masz  wyrzuty  sumienia?  –  zapytał  ironicznie  White,  przyglądając  się  uważnie 

sąsiadowi.  –  Przewidujesz  kłopoty,  zniszczenie  nieruchomości,  które  kupiłem  przy  twojej 

pomocy? 

–  Nie,  skądże,  jednak  nigdy  nic  nie  wiadomo.  Do  tej  pory  nie  brałem  udziału  w takiej 

transakcji. 

background image

– Nie jest znowu taka wielka. A jak tam śledztwo w sprawie Canlos Building Company? 
– Niczego nie udowodniono. 
–  Nie  mogło  być  inaczej.  W przeciwnym  razie  nie  siedziałbyś  ze  mną.  Wybrałem 

odpowiedniego  człowieka.  Byliśmy  ciebie  pewni.  Gazety  bardzo  rzadko  rzeczywiście  coś 
odkryją. 

– OK, Charles. Postawiłeś na swoim, ale nie wolno ci lekceważyć Fradley. 
– Gdzie jest moja firma, nie ma miejsca dla zjaw. 
– To twój problem, ale na twoim miejscu nie podejmowałbym zbyt szybko decyzji. 
Doprowadziłem transakcję do końca i na tym skończyła się moja rola. Nie zapomnij, że na 

tym  lotnisku  popełniono  jedno  z najbrutalniejszych  morderstw  tego  wieku.  Młoda  dziewczyna 
została posiekana nożem kilka jardów od wieży. 

– Czytałem o tym w gazetach. 
Charles  White  rozglądał  się  za  kelnerem.  Wprawdzie  lubił  dobrze  zjeść,  ale  nie  chciał 

przedłużać spotkania, które przestało być zabawne. 

Kiedy wyszli z restauracji, Charlie był zlany potem. Clive odebrał mu całą odwagę, nie przez 

opowiadanie  o wypadkach  we  Fradley,  ale  przez  swój  głupi  strach.  Nie  był  twardym  typem. 
White’a  interesowało,  w jaki  sposób  wybrnął  ze  sprawy  Canlos  Building  Company.  Może 
rzeczywiście  sprawa  była  czysta,  ale  narobiła  wokół  jego  osoby  dużo  smrodu.  Charles  zdawał 
sobie sprawę, że interes z lotniskiem może jeszcze spalić na panewce. Jakieś małe dochodzenie 
lub  kontrola  i...  wolał  nie  myśleć,  co  by  było,  gdyby.  Jak  najszybciej  zadzwonić  do  braci 

Warboys.  Konsorcjum Flyways musi pilnować sprawy, gdyż w przeciwnym wypadku będzie to 
drogo kosztowało. 

Clive Manning przeszedł przez parking, gdzie zostawił swoją czerwoną granadę. 
Zirytował  go  mały,  biały  bilet,  przyczepiony  do  szyby  samochodu.  Przelewanie  dziesięciu 

pensów z prywatnego portfela do kas przedsiębiorstwa było absurdem. 

Strażnicy  byliby  pewno  bardzo  zadowoleni,  mogąc  przeprosić  samego  szefa,  ale  nie 

zamierzał robić im tej przyjemności. 

Kiedy  otwierał  drzwi,  poczuł  drżenie  palców.  Szybko  wsiadł  do  środka  i oblizał  spieczone 

usta. Był zdenerwowany. Nie znał tylko przyczyny tego stanu rzeczy. 

Wszystko  układało  się  zgodnie  z planem.  Doprowadził  transakcję  do  końca,  zarobił  duże 

pieniądze,  był  na  dobrym  obiedzie,  więc,  do  cholery,  co  tu  nie  gra?  White  to  kawał  drania, 
niebezpiecznego drania. Prawdopodobnie interes został już wcześniej szczegółowo opracowany 

i gdyby  coś  się  zawaliło,  cały  zespół  planowania  zostałby  wylany.  Oznaczało  to,  że  Clive 
musiałby przejąć całą odpowiedzialność. Taka gra nazywała się szukaniem kozła ofiarnego. 

Manning zapiął pasy i przez chwilę gapił się przed siebie. Powiedział zbyt dużo, ale musiał 

wszystko z siebie wyrzucić. Sprawa zaczęła się od telefonu Hartleya Lowe. Zwolniony z powodu 

background image

wieku  dyrektor  nadal  uważał  się  za  kogoś,  komu  dużo  wolno.  Ten  domorosły  archeolog 
powodował same kłopoty. 

„Wiesz, co dzieje się z tym lotniskiem, Manning? Ono przynosi nieszczęście. 
Umarło  tu  wielu  ludzi,  a umrze  jeszcze  więcej,  jeżeli  nowy  właściciel  je  odbuduje.  Nas  to 

oczywiście nie dotyczy. Ja mam petycję, a ty pieniądze. Czy wiesz jednak, co znaczy żyć obok 
Heathrow, Gatwick lub  Elmdon? Ja wiem.  Mój  brat  mieszkał  niedaleko  lotniska. Stracił słuch. 
Wszyscy  mieszkańcy  Fradley  mogą  skończyć  tak  jak  on,  dlatego  nie  chcemy  tego  lotniska. 
Wiesz, że pasy startowe  

leżą na miejscu starożytnego kręgu Druidów? Nie? 
Wcale mnie to nie dziwi, bo dopiero najnowsze badania potwierdziły tę teorię. 
Pamiętaj jednak o młodych dziewczynach, które pocięto nożem”. 
Ponure myśli dręczyły Clive’a. Cholerny, stary sukinsyn! Manning zapalił silnik. 
Liście  wysokich  kasztanowców,  stojących  przy  północnej  ścianie  parkingu,  pożółkły.  Za 

kilka dni będą brunatne. Znowu nadchodzi jesień. Dokładnie rok po morderstwie popełnionym na 
Sue Kemp. Gotyckie zakończenie katedralnej wieży wznosiło się ku niebu niczym wyciągnięty 
palec.  Jeszcze  jedna  religia.  Wszystkie  są  takie  same,  może  tylko  jedne  bardziej  brutalne  od 
drugich.  Pewnego  dnia,  może  za  tysiąc  lat,  ta  imponująca  budowla  zostanie  zniszczona 

i przykryta  warstwami  betonu  i asfaltu.  Dusze  pogrzebanych  tu  zmarłych  będą  domagały  się 
krwawej zemsty na tych, którzy uwięzili je w tym piekle. Clive czułby pewnie to samo i wcale 
nie dlatego, że od czasu do czasu chodził do kościoła. 

Opuścił parking i włączył się w strumień miejskiego ruchu. Próbował odpędzić nieprzyjemne 

myśli, ale nie potrafił. Zaczęła go boleć głowa. Miał nadzieję, że to nie migrena. 

Jechał  bardzo  wolno,  gdyż  światła  hamowały  ruch.  Dlaczego  opowiedział  Amerykaninowi 

historię  Fradley?  Chyba  pod  wpływem  Hartleya.  „Jeśli  nie  jesteś  tym  zainteresowany,  to,  do 
cholery, powinieneś się zmienić. To twoja spuścizna. 

Rytualne  mordy,  sadyzm  i okaleczone  ofiary  nie  są  powodem  do  dumy,  ale  trzeba  o tym 

wiedzieć.” 

Clive próbował nie myśleć o Fradley. Coś jednak nie pozwalało mu na to. 
Tragiczna historia Wilsona, światła widziane przez młodych ludzi i wreszcie morderstwo. Na 

tym lotnisku coś się działo. To coś miało jakiś związek z Susan. 

Clive czuł to przez skórę. 
Ból głowy nasilał się z minuty na minutę. Migrena. Widział coraz słabiej. 
Wjechał na krawężnik. Z tyłu zabrzmiały klaksony. Clive pojechał jeszcze kawałek i zgasił 

silnik. 

Cholerne dranie. Nie rozumieją, że każdy kierowca może się źle poczuć. 
Siedział  wygodnie  w fotelu.  Zamknął  oczy.  Z ulicy  dobiegały  odgłosy  mijających  go 

background image

samochodów. Nabrzmiałe skronie pulsowały tak, jakby głowa miała za chwilę eksplodować. Na 
oczy opadała czarna kurtyna. 

Nagle usłyszał czyjś głos. Jakby ktoś mówił do niego przez szybę. Clive był przytomny, ale 

nie mógł rozpoznać, czy to kobieta, czy mężczyzna. 

– Pozwól, że ci  pomogę. Musisz wysiąść z samochodu. Nie zważaj  na ruch, przeprowadzę 

cię bezpiecznie. 

Kiedy  zamykał  drzwi,  przez  głowę  przemknęła  myśl,  że  właściwie  powinien  wysiąść  od 

strony chodnika. Było jednak za późno. Drzwi samochodu zamknęły się z trzaskiem. 

– Bardzo dobrze. Teraz trzymaj się blisko mnie. 
– Kim... kim jesteś? 
– Zostałem przysłany, żeby panu pomóc – odpowiedział cicho głos. 
– Nic nie widzę – powiedział Manning, przełykając ślinę. – To migrena... ale minie... pomóż 

mi tylko dojść... gdziekolwiek, gdzie mógłbym się położyć i chwilę odpocząć. 

Clive wyciągnął rękę do nieznajomego, ale niczyje palce nie zacisnęły się na jego dłoni. 
– Idź prosto przed siebie. 
Manning zawahał się. Wyczuł jakąś zmianę w brzmieniu obcego głosu.  Nieznajomy mówił 

teraz  twardo  i szybko.  Clive  próbował  po  omacku  wrócić  do  samochodu,  ale  jego  ręce  trafiały 

w próżnię. 

– Szybciej, szybciej – poganiał go głos. 
Chwiejąc się na nogach, Clive zrobił jeszcze parę kroków. Był bliski paniki. 
Ruch na drodze wzmagał się z każdą chwilą. Pędzące samochody powodowały, że cały drżał. 
– Nie zatrzymuj się! Idź dalej! 
Pisk  hamulców.  Coś  uderzyło  go  z siłą  zdolną  połamać  kości.  Przeleciał  w powietrzu  parę 

metrów i uderzył o ziemię z łoskotem. Krzyknął z bólu. Hamulce zapiszczały ponownie. Rozległ 
się metaliczny dźwięk, jakby zderzyły się dwa samochody. 

Manning leżał na ziemi, wijąc się z bólu, który wzmagał się w przerażającym tempie. Miał 

połamane wszystkie kości. Usta wypełniał jakiś lepki, ciepły płyn o dziwnym smaku. Spróbował 
przełknąć ślinę, ale się zakrztusił. Dookoła krzyczeli ludzie, a on nie mógł wymówić ani słowa. 

W jego uszach brzmiał tylko ten głos. 

Szyderczy ton człowieka, który oferował pomoc, a przyniósł ból, rany... może śmierć. 
– Zdrajca! – zabrzmiało jadowicie. – Sprzedałeś nasze przeklęte dusze. Musisz umrzeć! 
– Nie! Nie chcę umierać. Błagam, pomóż mi. Ja nie chcę umierać! 
– Umrzesz! Umrzesz tak jak inni. Zbyt wielu straciło życie przez twoją głupotę. 
I dumę. 
Pełen nienawiści głos powoli cichł, aż wreszcie stał się nieuchwytny. 
Kiedy  nadjechał  ambulans,  przebiwszy  się  przez  uliczne  korki,  Clive  Manning  już  nie  żył. 

background image

Przez pół godziny, zanim ciało zostało zabrane, stojący na chodniku dum stworzył wiele teorii na 
temat  wypadku.  Wszystkie  one  zostały  spisane  przez  policjantów.  Podejrzewano  samobójstwo 
lub chorobę psychiczną ofiary. Jedno było pewne, mężczyzna szukał śmierci. 

Nie  minęła  godzina,  kiedy  wszystko  wróciło  do  normy.  Tylko  piasek,  który  pokrył  plamę 

krwi,  przypominał  o wypadku.  Miasto,  jedyny  świadek  rzezi,  szydziło  z ofiary  jak  kanibale 
podczas rytualnego obrzędu. Powoli wszystko odchodziło w niepamięć. Upiór też odszedł. 

background image

PAS STARTOWY 

 
Buldożery  pracowały  na  starym  pasie  startowym  przez  cały  tydzień.  Pozornie  rutynowe 

zadanie  zaczęło  sprawiać  kłopoty.  Nawet  po  czterdziestu  latach  beton  nie  poddawał  się  bez 
walki.  Popękany  i porośnięty  krzakami  zachowywał  nadal  solidną  konsystencję  do  głębokości 
dwóch  stóp.  Trzeciego  dnia  wywiercono  otwory,  żeby  zbadać  grunt  pod  betonem.  Roboty 

przerwano. 

– No, to mamy problem – powiedział inżynier, zapalając papierosa i marszcząc brwi. – To 

lotnisko było pewnie budowane w pośpiechu. 

–  Oczywiście.  –  Phil  Warboys  okazał  swoją  irytację.  –  Wtedy  była  wojna  i trzeba  było 

szybko szkolić pilotów, ale dlaczego wstrzymaliśmy roboty? 

Inżynier  spojrzał  ostrożnie  na  Phila.  Ten  żylasty  facet  to  dynamit,  choć  jest  niewysoki. 

Cholernie zarozumiały typ. Na wszystko  miał  odpowiedź i nie było  ważne, czy jest ona dobra, 
czy  zła.  Nie  można  go  było  niczym  przekonać.  Był  twardy,  bo  miał  w banku  parę  milionów 

dolarów. Jego brat Roger tak samo. 

Twardziele. Żaden z nich nie mógł pojąć, że tej przeszkody nie można pokonać z marszu. 
– W dziurze nie odkryliśmy betonu – powiedział wolno Drylake, obserwując reakcję braci. – 

To skały. Wielkie jak jasna cholera. Każda z nich waży kilka ton. 

– Więc je rozbijcie i wywieźcie. – Była to typowa odpowiedź Phila. – Nie marnuj czasu na 

gadanie. 

– OK. Niestety, to zajmie trochę czasu. Nie dotrzymamy terminu. 
– Jesteś na kontrakcie, stary. Musisz wykonać plan albo nie dostaniesz szmalu. 
Być może oskarżymy ciebie i twoją firmę o niedotrzymanie umowy. 
Drylake  zaciągnął  się  głęboko  papierosem  i strzepnął  popiół  z rękawa,  obserwując,  jak 

podmuch wiatru porywa szare drobiny. Ci  dranie dobrze wiedzą,  czego  mogą  wymagać.  Znają 

wszystkie  klauzule  kontraktu:  strajk  załogi,  wojna  i czynniki  niezależne  od  firmy.  Inżynier 
zacisnął usta i zaczął myśleć, jak usunąć przeszkody. 

– Nie możesz ich po prostu wysadzić? – zapytał Roger. 
–  Czemu  nie,  spróbujemy  –  odpowiedział  Drylake,  przygryzając  wargę  ze  wstydu,  że  sam 

o tym nie pomyślał. – Lepiej jednak usunąć je bez dynamitu. 

Phil Warboys spojrzał w kierunku dużej hałdy ziemi, na której stał wysoki, chudy mężczyzna 

w myśliwskim kapeluszu. 

– Kim jest ten facet? 
– To Hartley Lowe. Wczoraj był tutaj prawie cały dzień. 
– A kto to jest Hartley Lowe, do diabła? 
–  Mieszkaniec  wioski  –  powiedział  Drylake,  ocierając  usta  wierzchem  dłoni.  –  Był  kiedyś 

background image

dyrektorem tutejszej szkoły. Teraz jest na emeryturze. Zajmuje się archeologią. Pojawił się, gdy 
zaczęliśmy rozkopywać główny pas startowy. Pewnie szuka wykopalisk. 

– To intruz – warknął Phil. – Chyba na wszystkich wejściach są tabliczki ostrzegawcze? 
–  On  jest  w ogóle  nieszkodliwy  –  powiedział  inżynier,  tracąc  pewność  siebie.  –  Tylko 

obserwuje. 

– Pogadamy sobie z nim. 
Drylake  oblizał  usta  zdenerwowany.  Znowu  będą  kłopoty.  Dobrze  znał  ten  wyraz  twarzy 

braci Warboys. 

– Co pan tu, do diabła, robi? 
Twarz Phila poczerwieniała ze złości. 
–  Dzień  dobry  panom  –  odpowiedział  Hartley,  odwracając  się  do  dwóch  mężczyzn.  – 

Obserwuję, jak odkopujecie krąg. 

Lowe  nie  był  człowiekiem,  którego  łatwo  przestraszyć.  Lata  pracy  w szkole  wycisnęły  na 

nim  swoje  piętno.  Krzaczaste  brwi  nadawały  mu  srogi  wygląd,  a dystyngowane  zachowanie 
kryło tylko prawdziwą naturę tego człowieka. 

– Nic panu do tego. 
– Myli się pan. Wszystko, co ma związek z historią tego kraju,  dotyczy  każdego z nas. To 

jest nasza spuścizna. 

–  To  nasz  teren.  Niech  pan  zejdzie  z tego  wzgórza  i wynosi  się  do  wszystkich  diabłów. 

I nigdy nie wraca. 

Starszy  mężczyzna  zesztywniał,  żyły  zgrubiały  na  skroniach.  Odrzucił  kawałek  skały 

i spojrzał na Phila. 

–  To  dyskusyjne,  czy  jestem  intruzem.  Macie,  panowie,  prawo  chronić  teren,  który 

kupiliście,  ale  pewnych  miejsc  nie  wolno  ukrywać  przed  społeczeństwem.  To  właśnie  takie 

miejsce. 

– Przestań pan gadać bzdury. Myli się pan myśląc, że pozwolimy ludziom wchodzić w drogę 

buldożerom i będziemy narażać ich na niebezpieczeństwo. 

– Spójrzcie, panowie. – Hartley sięgnął do kieszeni marynarki i wyciągnął złożoną kartkę. – 

To jest... 

– Nie interesuje nas to. Chcemy tylko, żeby się pan wyniósł. 
–  Nalegam,  żeby  panowie  to  zobaczyli  –  powiedział  Hartley  z taką  determinacją,  że  nie 

sposób  było  odmówić.  –  To  –  powoli  rozkładał  papier  –  kopia  szesnastowiecznej  mapy. 
Gdybyście, panowie, chcieli zobaczyć oryginał, mam go w domu. Oczywiście, skala nie jest zbyt 
dokładna,  ale  oznaczenia  są  chyba  wystarczająco  jasne.  Proszę  bardzo,  kiedyś  droga  biegła 

w tym  samym  kierunku,  co  dzisiejsze  pasy  startowe.  Bez  wątpienia  została  zbudowana  przez 

Rzymian.  Na  lewo  stąd  znajduje  się  duże  koło.  Te  małe  krzyżyki  oznaczają  wielkie  okrąglaki 

background image

o takiej  wadze,  że  do  dzisiaj  nie  wiadomo,  w jaki  sposób  Druidowie  je  ustawili.  A jednak  tego 

dokonali. 

– Powtarzam, to nas nie interesuje – wycedził Phil. 
–  Nalegam,  żeby  panowie  mnie  wysłuchali.  Hartley  wcielił  się  ponownie  w rolę 

wychowawcy, który musi ciągle strofować niesfornych uczniów. 

–  Tu,  gdzie  stoimy,  przez  tysiąc  lat  naszej  historii  pogrzebano  wiele  ofiar.  Ta  ziemia  jest 

przesiąknięta  krwią  setek  istnień  ludzkich.  Sytuacja  ta  nie  zmieniła  się  z postępem  cywilizacji, 

ale o tym panowie wiedzą doskonale. To miejsce jest poświęcone złu. Kiedy Cromwell plugawił 
katedrę Lichefield, jego oddziały wyprowadziły z miasta tysiące ludzi, których zarżnięto... w tym 

miejscu. 

Dlaczego, mając do dyspozycji całą okolicę, uczyniono to właśnie tutaj? Czy zło przyciąga 

zło? Mapa pozwala przypuszczać, że przyczyną był kamienny krąg, który jeszcze wtedy nie był 
zasypany.  Zrobili  to  chyba  farmerzy,  którzy  stopniowo  pokrywali  ziemią  głazy.  Potem  grunt 
zapadł  się,  aż  wreszcie  zbudowano  betonową  drogę.  Podczas  wojny  trzeba  było  wybudować 

lotnisko  i historia została  zapomniana.  Miejscowe  towarzystwo  archeologiczne  od  roku  próbuje 
uzyskać zgodę na prace wykopaliskowe. 

– Zrobimy to dla was za darmo – zaszydził Roger Waboys. 
– Wszystko zniszczycie! – wrzasnął Hartley, czerwieniejąc na twarzy. 
– Niech się pan nie denerwuje. 
– Jak mam się nie denerwować, kiedy wasze buldożery będą rozwalały sakralne kamienie? 

Antyczna świątynia Druidów, bezcenny zabytek, za sprawą waszej firmy przestanie istnieć. Czy 
panowie zdają sobie sprawę, że ten krąg ma może ważniejsze znaczenie jak Stonehenge? Fradley 
jest  dużo,  dużo  większe.  Musicie  przestać  kopać.  Prace  muszą  być  prowadzone  z wielką 
ostrożnością, jeżeli nie chcemy czegoś zniszczyć. 

–  Pan  chyba  oszalał  –  powiedział  Phil,  zaciskając  pięści,  jakby  chciał  uderzyć  starszego 

człowieka.  –  Pan  nie  rozumie,  że  mamy  całkowite  prawo  do  tego  terenu  oraz  pozwolenie  na 
budowę? Musimy ponadto dotrzymać terminów. 

–  Lotnisko  nie  ma  historycznej  wartości  –  odrzekł  Hartley  z błyskiem  w oku.  –  Krąg 

Druidów  ma.  Będę  nalegał  w Ministerstwie  Ochrony  Środowiska,  żeby  wydało  zakaz  budowy. 
Kilka  kilometrów  stąd  jest  East  Midlands,  więc  lotnisko  jest  tutaj  zbyteczne.  Dobrze  wiem, 
czemu je budujecie. Chciwość, zwyczajna chciwość. 

Interesuje  was  tylko  napychanie  kieszeni  pieniędzmi.  Moja  petycja  została  już  wysłana 

i podpisana przez setki ludzi, którzy nie chcą każdego dnia być przez was ogłuszani. 

– Bardzo się rozczarują. 
–  Będą  więc  ponowne  apelacje.  Zapewniam  panów.  Bracia  spojrzeli  na  siebie,  kiwając 

głowami. 

background image

– To już pana problem, panie... 
– Lowe. Hartley Lowe. 
– OK, panie Lowe. Powiedział pan swoje – wycedził przez zęby Phil, widząc kątem oka, że 

Drylake podszedł do grupy czekających na instrukcje robotników. – Niech pan wraca do siebie 

i robi, co się panu podoba. Niech pan zbierze tysiące nowych podpisów i narysuje setki map, ale 

tu jest pan tylko intruzem. Zgodnie z prawem, właściciel może usunąć niepożądanego gościa siłą, 
jeśli wymaga tego sytuacja. 

Gdyby pan wrócił, tak się właśnie stanie. A ile siły na to trzeba, nikt nie wie. 
– Niech pan się nie waży mnie straszyć. 
– Właśnie to robimy i lepiej będzie, żeby pan trzymał się z dala od Fradley. 

Kapujesz pan? 
Hartley patrzył na nich, oblizując powoli spieczone usta. Wszystko w nim kipiało, ale jakoś 

opanował złość. Niepohamowana wściekłość wśród innych uczuć osiągnęła szczyt, ale na chwilę 
strach  chwycił  go  za  gardło.  Zawstydzony  przełknął  ślinę,  obrócił  się  na  pięcie  i ruszył 

w kierunku  bramy.  Szedł  wyprostowany,  z dumnie  podniesioną  głową.  Wiedział,  że  dwóch 
mężczyzn będzie śledzić go wzrokiem, póki nie zniknie w wąwozie za lotniskiem. Ich nieludzka 
bezwzględność go przerażała. 

Na twarzy Hartleya pojawił się nikły uśmiech. Bracia byli źli, ale złe było również lotnisko. 

Wcześniej  czy  później  zło  musi  się  zmierzyć  ze  złem.  Siły  ciemności  zostaną  wystawione  na 
próbę, w której zwyciężą, jeśli wierzyć legendom. 

– Czemu znowu stoicie, do cholery? 
Roger  Warboys  wysiadł  z mercedesa,  trzaskając  drzwiami.  Pod  jego  butami  zachlupotało 

błoto.  Pięćdziesiąt  jardów  dalej  stała  bezczynnie  grupa  około  dwudziestu  robotników.  Roger 
odszukał  wzrokiem  Drylake’a.  Inżynier  stał  nie  opodal,  patrząc  na  buldożer.  Warboys  zaklął. 
Było  już  popołudnie,  a prace  nie  posunęły  się  nawet  o krok.  Nadal  dookoła  było  wiele  gruzu 

i kamieni. 

– Znowu kłopoty – powiedział krzywiąc się Drylake. 
– Jakie? 
–  Dwa  buldożery  i spychacz  nie  działają.  Nie  znamy  na  razie  przyczyny.  Dziwny  zbieg 

okoliczności. 

– Sabotaż? 

Warboys  od  razu  pomyślał  o starym  nauczycielu.  Hartley  mógł  być  wkurzony,  ale  sabotaż 

nie był w jego stylu. Niemniej jednak wielu mieszkańców miasteczka sprzeciwiało się budowie 

portu  lotniczego.  Byliby  z pewnością  zachwyceni  tym,  co  się  stało,  a być  może  dopomogli 

sytuacji. 

– Z pewnością nie był to sabotaż – powiedział inżynier, kręcąc głową. 

background image

– Więc co? 
–  W tym  rzecz!  Gdybym  został  wezwany  jako  niezależny  mechanik,  powiedziałbym,  że 

maszyny wysiadły ze starości. Ale to nie ma sensu. Były całkiem nowe. Wczoraj wszystko było 

w porządku. To brzmi niewiarygodnie, ale po prostu zużyły się przez jedną noc. 

– Nie pieprz bzdur! 
– Nic nie poradzę, to prawda. Niech pan sam sprawdzi. Silniki nie pozwolą zepchnąć nawet 

kupki gruzu. 

– Jezu Chryste, zadzwońcie do dostawców! 
– Już to zrobiłem – westchnął Drylake. – Inżynier z Leeds jest już w drodze. 
Będzie za jakąś godzinę. 
– Nie możemy tracić czasu na pieprzenie się z instalacją, która wysiadła. Niech znajdą nam 

inne maszyny. 

–  Sugerowałem  im  to,  ale  nic  teraz  nie  mają.  Cały  ich  sprzęt  pracuje  na  autostradzie  i na 

jakiejś budowie. Nie mają nawet pieprzonego spychacza. 

Warboys  chrząknął.  Plan  oznacza  duże  pieniądze.  White  i jego  wspólnicy  wierzą,  że 

wszystko  będzie  gotowe  na  czas.  Pierwszy  lot  przez  Atlantyk  ma  uczcić  otwarcie  lotniska. 
Wydrukowano tyle reklam, było radio i telewizja. Małe opóźnienie mogło spowodować klapę na 
całej  linii.  Nie  można  ogłosić,  że  maszyny  zestarzały  się  w ciągu  kilku  godzin.  Ta  afera 
odcisnęłaby  swoje  piętno  na  całym  przedsięwzięciu.  Brak  pieniędzy,  gorsi  piloci,  itp.  A jeśli 
wszystko  będzie  gorsze  niż  u konkurencji,  pasażerowie  w obawie  o życie  wybiorą  inne  linie 

lotnicze. 

– Załatwcie maszyny gdzie indziej – warknął Roger. – A gdzie, to już wasza sprawa. 
– To niemożliwe. Dostawcy nie kupią maszyn gdzie indziej. Tu też panuje konkurencja. 
–  Słuchaj  –  wycedził  przez  zęby  Warboys,  chwytając  inżyniera  za  kurtkę.  –  Twoja  firma 

podpisała  kontrakt.  Żadnego  tłumaczenia.  Jeśli  nie  wykonacie  roboty,  nie  będzie  pieniędzy. 

Ostateczny termin znasz. 

–  Zabierz  łapy  –  powiedział  twardo  Drylake.  –  Dobrze  przeczytaj  warunki  kontraktu, 

cwaniaczku. Klauzula jedenasta. Wojny, strajk załogi i czynniki niezależne od firmy. I wbij sobie 
do łba, że to są właśnie czynniki niezależne. 

Dwóch mężczyzn wpatrywało się w siebie. Napięcie rosło. Drylake miał dosyć tego nadętego 

pawiana. Uniósł zaciśnięte pięści. 

Warboys ustąpił. 
– Zobaczę, co uda mi się zrobić. 
Powoli odszedł w kierunku samochodu. Nienawidził siebie za to ustępstwo. Było obce jego 

charakterowi,  ale  nie  mógł  zrobić  nic  innego.  Zastanawiał  się,  co  teraz  powinien  uczynić.  Nie 
było  sensu  dzwonić  do  White’a.  W końcu  Drylake  to  porządny  i pracowity  facet.  Niemniej 

background image

Warboys  czuł  się  okropnie.  Do  cholery,  ciężki  sprzęt  nie  wysiadł  sam  z siebie!  Po  plecach 
przeszedł mu dreszcz. Musi się cieplej ubierać, bo zima nadchodzi. 

Blisko  godzinę  pod  ratuszem  miasteczka  zbierał  się  dum.  Tu  i ówdzie  słychać  było 

podniesione głosy. Mieszkańcy żywo rozprawiali o tym nadzwyczajnym zebraniu. 

Młodzi,  którzy  zaniechali  codziennych  przejażdżek  na  motorach  dookoła  miasteczka, 

trzymali kilka transparentów: 

PRECZ Z LOTNISKIEM! 

NIE NISZCZCIE NASZEGO SPOKOJU! 

LOTNISKO W PRZYSZŁOŚCI TO GŁUCHOTA DLA LUDZI! 
Jakaś młoda para trzymała na barkach drewnianą trumienkę z napisem „Fradley”. 
– Proszę o ciszę! 
Na drewnianym podwyższeniu pojawił się Hartley Lowe. Jeszcze raz będzie przemawiał do 

swoich  uczniów.  Wyraz  twarzy  taki  jak  zawsze,  tak  samo  wyciągnięte  ręce.  Przemowa  powoli 
zmieniała się w szept, aż wreszcie stary nauczyciel umilkł. 

Przerwał, bacznie obserwując otoczenie. Po drugiej stronie ulicy zobaczył Wathesa. Gdyby 

nie  mundur,  nie  zostałby  zauważony.  Miejscowy  stróż  prawa  napotkał  wzrok  Hartleya,  który 
skinął głową Wathes lekko się uśmiechnął. Obaj wiedzieli, że objaśnianie prawa nie miało sensu. 

Demonstracja  zakończy  się  przed  główną  bramą  lotniska.  A rzeczywistym  prawem  w tym 
miasteczku była wola Hartleya Lowe. 

Większość obecnych na dzisiejszym zebraniu to jego byli uczniowie. Pozycja Hartleya w tej 

społeczności jest tak silna, że każdy mieszkaniec zrobi, czego on będzie chciał. 

– Jestem zachwycony, widząc tak liczną grupę. 
Lowe  spojrzał  na  zebranych.  Policzył  szybko  obecnych.  Nie  wszyscy  przyszli.  Nie 

skomentował tego faktu. Nie chciał popełniać błędu wikarego, który wyraził kiedyś swoją opinię 

o tych, którzy nie chodzą w niedzielę do kościoła. Na następnej mszy byli tylko nieliczni. 

–  Wszyscy  wiemy,  po  co  się  tutaj  zebraliśmy.  Dochodzące  z tyłu  głośne  uwagi  na  temat 

koncernu zagłuszyły słowa Hartleya. 

–  Potrzebujemy  pokojowej  demonstracji  –  zaczął  ponownie.  –  Wiem  z pewnych  źródeł,  że 

przed główną bramą będzie stał samochód telewizji. Musimy się zachować z powagą i godnością. 

Hałaśliwa frakcja ponownie przerwała mówcy. 
– Nie muszę chyba wyjaśniać, jakie będą następstwa wybudowania portu lotniczego. 

Nie  pozwólmy  zniszczyć  naszego  spokoju.  Wszystko  jest  w naszych  rękach  i dlatego 

powstrzymamy  budowę.  Wczoraj  wysłałem  petycję  do  Departamentu  Planowania.  Jako  prezes 
rady parafialnej, złożyłem również kilka petycji, które w najbliższym czasie zostaną rozpatrzone. 

– Kiedy już będzie za późno – rzucił ktoś z tłumu. 
–  Nie  wszystko  stracone  –  odpowiedział  były  dyrektor.  –  Myślę,  że  niewielu  z nas  wierzy 

background image

obecnemu planiście. 

– Skorumpowany skurwysyn! 
– Nie mamy podstaw, żeby... 
– A transakcja Canlos Building Company? Ten sukinsyn zrobił nam ten sam numer. 
– Panowie, proszę. Pozwólcie mi jeszcze raz przypomnieć, po co się zebraliśmy. 
Walka  ze  złem  leży  nie  tylko  w naszym  interesie.  Robimy  to  dla  następnych  pokoleń. 

Przyjmijcie to do wiadomości. 

Pośród  wiwatów  Hartley  zszedł  z mównicy  i dał  sygnał  do  wymarszu.  Ruszyli  na  północ, 

w kierunku drogi. Machano transparentami, toczono zażarte dyskusje, panował entuzjazm. 

Krew zawrzała ponownie w żyłach Hartleya. Atmosfera podniecenia udzieliła się mu i czuł 

się jak wielki wódz, gdyż wszystkie oczy skierowane były na niego. 

– Precz z Flyways! – krzyczano. 
Ludzie  zaczęli  śpiewać.  Lowe  nie  pochwalał  tego,  ale  się  nie  sprzeciwił.  Chciał  zachować 

powagę.  Żeby  nie  było  żadnych  kłopotów.  Czuł  przez  skórę,  że  przeprawa  z tymi  dwoma 
cwaniaczkami nie będzie należała do najprzyjemniejszych. Nigdy nie nienawidził nikogo z taką 
siłą. Nie wiedział, że może odczuwać jeszcze większą nienawiść. 

Ścieżka  zwężała  się.  Po  jednej  stronie  rosły  wysokie  krzaki  głogu.  Ich  liście  toczyły 

beznadziejną walkę o przetrwanie z nadchodzącą zimą. W przeciwieństwie do protestujących nie 
miały żadnej nadziei na zwycięstwo. 

Pochód  zwiększał  tempo.  Młodsi,  chciwi  konfrontacji  z wrogiem,  ciągle  przyspieszali. 

Hartley wyczuł to i trochę zwolnił. Wiedział, co czuli, lecz sukcesu nie osiąga się w pośpiechu. 
Demonstracja nie może przemienić się w burdę. Zachowanie powagi to połowa sukcesu. 

Nagle w powietrzu rozszedł się zapach dymu. Cierpki, kwaskowaty smród tężał z minuty na 

minutę. Lowe zakaszlał i instynktownie sięgnął do kieszeni po fajkę. 

Był  to  najlepszy  sposób,  by  stłumić  nieprzyjemną  woń.  Po  chwili  ludzie  zobaczyli  nad 

lotniskiem  czarny  dym.  Ogromne  słupy  biły  prosto  w niebo.  Paliły  się  opony  i stary  brezent, 
które  od  niepamiętnych  czasów  zalegały  na  pasach  startowych.  Hartley  próbował  kiedyś 
powstrzymać  palenie  śmieci,  ale  jego  petycja  nie  dała  efektu.  Władze  stwierdziły,  że  są  one 

niebezpieczne dla zdrowia, ale przebywanie w tej strefie zależy tylko od człowieka. 

Ludzie  zaczynali  kaszleć.  Niektórzy  powyciągali  chustki,  żeby  zasłonić  twarz  lub  otrzeć 

załzawione oczy. Dym szybko gęstniał, utrudniając widoczność. Pasące się na pobliskich łąkach 
bydło uciekało w popłochu, szukając mniej zadymionych miejsc. 

– Cholera, co tu się pali? – zapytał ktoś z tyłu, zanosząc się kaszlem. 
Hartley Lowe oddychał z trudnością. Nie można było iść dalej. Pewna myśl poraziła starego 

nauczyciela  jak  grom.  Przecież  to  rozmyślna  intryga,  żeby  zatrzymać  pochód.  Wiatr  wiał  we 
właściwym  kierunku,  więc  kilka  dużych  ognisk  wystarczyło,  żeby  rozpędzić  demonstrację. 

background image

Kolejna sztuczka tych cholernych cwaniaczków. Twarz Hartleya stężała, a w oczach pod gęstymi 
brwiami pojawiła się determinacja. 

– Naprzód! Musimy tego... dokonać – próbował krzyczeć do ludzi, ale z gardła wydobywał 

się tylko charkot. – Nie... 

Pierwszy wóz strażacki obwieścił swoje przybycie ogłuszającym rykiem syreny. 
Wielkie, czerwone monstrum przebiło się przez grubą zasłonę dymną, siejąc popłoch wśród 

demonstrantów.  Światła  samochodu  z trudem  przebijały  się  przez  czarny  dym.  Ludzie  zaczęli 
wdrapywać się na zbocza dolinki, uciekając spod kół. 

Nie zważając na kolce, chwytali się gałęzi głogu, które raniły im palce i rozrywały ubrania. 
– Cofnąć się... wszyscy – krzyczał Wathes, kaszląc i krztusząc się gęstym dymem. 
– Zostańcie, gdzie jesteście... jadą następne. 
Kolejne  dwa  wozy  podążyły  śladem  pierwszego,  ignorując  ludzi  walczących  o utrzymanie 

się  na  piaszczystych  stokach  wąwozu.  Syreny  grzmiały  ze  wszystkich  stron.  Część  pojazdów 
jechała główną drogą, nadrabiając dystans szybkością. 

– Co... teraz zrobimy? 
Hartley obrócił się do pytającego mężczyzny, wyczuwając w jego głosie strach. 
– Idziemy dalej. Nie możemy się teraz poddać. Oni właśnie tego chcą. 
Wiele  osób  zaczęło  uciekać.  Ludzie  biegli  potykając  się.  Pragnęli  tylko  wydostać  się 

z gęstych obłoków gryzącego dymu. Nigdzie nie było policjanta, który prawdopodobnie usłyszał 
sygnał do odwrotu. 

– Naprzód, ciągle naprzód! 
Hartley potknął się o kawałek betonu, ale ciągle szedł w kierunku lotniska. 
Otwierał  oczy  tylko  po  to,  aby  się  upewnić,  że  idzie  w dobrym  kierunku.  Słyszał  za  sobą 

jakieś głosy, ale nie oglądał się. Nie dbał już o to, czy jest sam, czy nie. 

Nagle  rozjaśniło  się.  Nauczyciel  zatrzymał  się  i rozejrzał  dookoła.  U wylotu  kotliny  wiatr 

rozwiewał dym na wszystkie strony. Przeszli najgorszy odcinek, ale z grupy została tylko mała 
garstka. Żałosna resztka tłumu, która nie tak dawno przejawiała taki zapał. 

Przed nimi leżało stare lotnisko RAF-u, posępne i brzydkie. Kratery i sterczące kopce gruzu 

były dowodem, że roboty posuwają się w szybkim tempie. Całość przedstawiała okropny widok. 
Wysokie  na  dziesięć  stóp  płomienie  obejmowały  obszar  około  dwóch  i pół  hektara.  Ogień 
pożerał  wszystko.  Stosy  rzuconych  na  kupę  krzaków,  kamienie,  stare  beczki  płonęły  niczym 

pochodnie.  Ar  ziemi  w samym  centrum  był  morzem  ognia.  Płonący  buldożer  stanowił  tylko 
małą, czarną plamkę na tle czerwonego morza. 

– Mój Boże! – wykrzyknął zdumiony Hartley. 

W  jednym  z okien  maszyny  nagle  coś  się  poruszyło.  Oszalały  z bólu  człowiek  machał 

rękoma, wzywając pomocy. Po chwili wszystko znikło za kurtyną płomieni. 

background image

–  Lotnisko  się  pali  –  powiedział  ktoś  bez  sensu.  Marsz  stracił  sens.  Nikt  by  teraz  nie 

wysłuchał demonstrantów. 

– Chyba... widziałem kogoś w tamtej maszynie – wydusił z siebie oniemiały nauczyciel. 
Stojący obok mężczyzna skinął głową. Stanęli twarzą w twarz ze śmiercią. 

Niewinna ofiara. Nikt z nich nie był zdolny wyrazić uczuć słowami. 
Sto jardów od linii ognia pojawiły się wozy strażackie. Armatki o dalekim zasięgu rozpylały 

na  płomienie  gaśniczą  pianę.  Syczący  ogień  okazywał  pogardę  ludzkim  wysiłkom.  Ćwierć  mili 
za  samochodami  oddziały  strażaków  polewały  poszycie  wodą  z nadzieją,  że  w ten  sposób 
powstrzymają żywioł. Bijący w niebo dym zasłaniał aktorów tego przedstawienia przed oczyma 

widzów. 

Hartley  ruszył  w kierunku  lotniska.  W wąwozie  było  tyle  dymu,  że  powrót  był  prawie 

niemożliwy.  Z demonstrantów  stali  się  przymusowymi  widzami  sztuki  tak  przerażającej,  że 
mogłaby  uchodzić  za  obraz  piekła.  Mogli  jedynie  udać  się  do  jednego  z tymczasowych  wyjść, 
które zawalone były wszelkiego rodzaju śmieciami. 

Pośrodku  tego  bałaganu  zaparkował  policyjny  samochód.  Konstabl  bez  munduru 

pokrzykiwał na grupkę przechodzących obok niego osób, rozkazując im wrócić do samochodów 

i odjechać. Niektórzy wykonali jego polecenie, ale inni cofnęli się, żeby po chwili wrócić. 

– Wynoście się stąd! – wrzeszczał rozzłoszczony policjant. 
Kilkanaście minut temu miał nadzieję, że akcja zakończy się w ciągu godziny, może dwóch. 

Teraz  zdawał  sobie  sprawę,  że  jeśli  wróci  do  domu  po  dwudziestu  godzinach,  będzie  mógł 
uważać się za szczęśliwca. 

Hartley  stał  w miejscu,  patrząc  beznamiętnie  w płomienie.  Był  przekonany,  że  śni.  Jego 

obsesje doszły do punktu kulminacyjnego. 

– Co tu się stało? – powiedział chrapliwym głosem. – Jak? 
– To ogień – odpowiedział oschle policjant. Jego cierpliwość już się kończyła. 
Chciał powiedzieć staremu, żeby spieprzał, ale to mogłoby mu zaszkodzić. 
– Nic tu po panu – dodał po chwili. 
Lowe  skinął  głową  i cofnął  się  kilka  kroków.  Grupa  strażaków  próbowała  desperacko 

wydostać  z wraku  buldożera  ciało  ofiary.  Wokół  syczały  płomienie.  Dym  zmieszany  z parą 
unosił  się  nad  poczerniałą  ziemią,  kryjąc  wszystko  szczelną  zasłoną.  Ktoś  był  w maszynie. 
Czyjeś doczesne szczątki. Żaden człowiek nie był w stanie przeżyć czegoś takiego. 

Żar  ognia  uniemożliwiał  obserwację.  Mimo  to  Hartley,  urzeczony  potęgą  płomieni, 

wpatrywał się weń jak zahipnotyzowany. 

– Niech się pan odsunie – powiedział znowu policjant. 
Nauczyciel  zrobił  kolejne  kroki  w tył.  Oddział  strażaków  wciąż  próbował  dostać  się  do 

buldożera. Otaczani ze wszystkich stron przez płomienie, zaczęli się wycofywać. 

background image

Potworny ryk eksplozji zagłuszył inne dźwięki. Oślepiający słup ognia zmusił nauczyciela do 

zasłonięcia oczu. Hartley jęknął cicho. Był świadkiem śmierci w jej najokrutniejszej odmianie. 

Kiedy spojrzał ponownie, strażacy uciekali, nie zważając na palące się żelastwo. 
W  popłochu  próbowali  odciągnąć  swoich  kolegów  w bezpieczne  miejsce.  Jeden  z nich 

płonął,  krzycząc  z przerażenia  i bólu.  W szaleńczym  obłąkaniu,  zamiast  uciekać,  zbliżał  się  do 
źródła ognia. Po chwili dym i płomienie pochłonęły jego drobną postać. 

Stare,  betonowe  lotnisko  było  kompletnie  zniszczone.  Części  różnego  rodzaju  sprzętów 

fruwały we wszystkich kierunkach, rozrzucane siłą wybuchu. Wokół słychać było syreny wozów 
strażackich.  W promieniu  pięćdziesięciu  kilometrów  od  Fradley  wszystkie  załogi  zostały 

postawione w stan gotowości. 

Hartley  Lowe  wracał  do  domu  powłócząc  nogami.  Co  chwila  się  zatrzymywał,  aby 

zaczerpnąć  trochę  powietrza.  Powietrze  było  nadal  przesiąknięte  wonią  palącego  się  brezentu. 
Ostry odór przypomniał mu czas wojny, kiedy jego oddział zniszczył na pustyni jeden z czołgów 
Lisa Pustyni. Maszyna paliła się ponad godzinę i dopiero potem mogli się do niej zbliżyć. Załoga 
była  uwięziona  w środku.  Po  czterdziestu  latach  miewał  sny,  w których  widział  płonących 
czołgistów Rommla. 

Czuł teraz swąd ich spalonych ciał, który przyprawiał go o mdłości. 
Dookoła nie było nikogo. Nikt z demonstrantów nie pozostał na lotnisku. Wszyscy wrócili do 

domów, zapominając o wielkim gniewie. Nie był to dobry czas na manifestacje. 

Drylake siedział wpatrzony w spaloną ziemię. W zapadającym mroku widać było żarzące się 

głownie.  Ręce  inżyniera  ujęły  mocno  kierownicę  samochodu,  jakby  chciał  wycisnąć  z pojazdu 
całą  energię.  Siedzący  z tyłu  bracia  Warboys  nie  odezwali  się  słowem  przez  ponad  godzinę. 
Wszystko zostało powiedziane. Nic nie mogło odwrócić biegu zdarzeń. 

O’Gaughan  nie  żył.  Kiedy  rozcięli  szczątki  buldożera,  znaleźli  jego  zwłoki,  a raczej  to,  co 

z nich  zostało.  Drylake  nie  mógł  zrozumieć,  dlaczego  ten  facet  nie  uciekł.  Ogień  wybuchł 

w pewnej  odległości  od  maszyny.  Kierowca  mógł  odjechać  w bezpieczne  miejsce. 
Prawdopodobnie  był  pijany.  Wszyscy  ostrzegali  go,  żeby  nie  pił  w pracy.  Nie  musiał  umierać 

w taki  sposób.  Znowu  będą  pytania,  sprawdzanie  zabezpieczeń,  a ostateczną  odpowiedzialność 
ponosi  inżynier  budowy.  Parę  drobiazgów  mogło  ujść  jego  uwadze,  ale  jeśli  znajdą  coś 
poważnego,  będzie  to  tylko  jego  wina.  Flyways  będą  potrzebowały  kozła  ofiarnego 

i prawdopodobnie będzie nim on. Drylake. 

– Pożar nie wyrządził zbyt wielu szkód – wymamrotał Phil, bawiąc się cygarem. 
Zastanawiał  się,  czy  jego  smak  może  zneutralizować  nieprzyjemny  zapach.  –  Nie  spłonęły 

żadne budynki, więc nie ma zniszczeń strukturalnych. 

Drylake oblizał spieczone usta. Ani słowa o zmarłym, o ofiarach wśród strażaków. 
Oni nie byli ważni, można było ich zastąpić jak ciężki sprzęt. Mówiące narzędzia. 

background image

– Nie pojmuję, jak to się stało – powiedział cicho Roger, kręcąc z niedowierzaniem głową. – 

Ziemia była wilgotna. Nawet w piekle nie można tego zrobić za pomocą papierosa. Może było to 

kilka galonów nafty? 

– Rozmyślne podpalenie? – zapytał niepewnie brat, zapalając cygaro. 
–  Dlaczego  nie?  W miasteczku  miała  być  demonstracja.  Doszli  do  wniosku,  że  lepiej 

postawić  nas  przed  faktem  dokonanym.  Zamiast  tłumu  spotkaliśmy  płomienie  ogarniające  całe 
lotnisko. Co może być bardziej spektakularne? Będą o tym mówili w telewizji, w radio. Trafimy 
na  łamy  gazet.  Nie  wiedzą,  że  oddali  nam  przysługę.  Oczyścili  teren,  a zniszczony  sprzęt  był 

ubezpieczony. 

– Zginął człowiek – wymamrotał Drylake. 
– Mogliśmy temu jakoś zaradzić? 
– Coś przeoczyliście. To opóźni plan o kilka tygodni. 
– Co takiego? 
– Straciliśmy sprzęt. Nie wymienimy go przez kilka dni. 
Nastała cisza. Dostawcy są wszędzie tacy sami. Rzadko dotrzymują terminów. 
Rodzaj  subtelnej  przepychanki.  Narzekają  na  dystrybutorów,  a ci  z kolei  na  producentów. 

Kombinacja  ta  w komunizmie  została  doprowadzona  do  perfekcji,  żeby  zniszczyć  prywatną 
przedsiębiorczość. Irytujący problem, którego nie można rozwiązać bez odpowiedzialnych ludzi. 
Na razie trzeba odłożyć prace ziemne. 

– Dobra. Nie ma na co czekać – powiedział Roger, otwierając drzwi samochodu. – Jak będą 

jakieś kłopoty, wiesz, gdzie nas szukać. 

Drylake skinął głową. Cieszył się, że odjeżdżają. Tych dwóch draniów napędziło mu stracha. 

Ich bogiem były pieniądze. Nic innego nie wchodziło w grę, nawet ludzkie życie, a szczególnie 
kiedy  chodziło  o ich  skórę.  Nie  znali  się  wcale  na  lotnictwie.  Liczyło  się  tylko  to,  ile  z tego 
wycisną  dla  siebie.  Zbijali  szmal  na  muzyce,  o której  także  nic  nie  wiedzieli.  Opłacali  ludzi, 
którzy  dla  nich  pracowali.  Można  było  u nich  wynająć  całą  dyskotekę.  Posiadali  sieć  nocnych 
klubów  na  południowym  wybrzeżu.  Ich  imperium  ciągle  rosło.  Pewnego  dnia  wszystko  trafił 
szlag.  Podjęli  się  czegoś,  czemu  nie  mogli  sprostać.  Tak  samo  będzie  z Fradley.  Ciekawe,  czy 
rzeczywiście  miejscowi  podpalili  lotnisko.  Trudno  to  będzie  udowodnić,  pomimo  że  zginął 
człowiek. Właściwie było to morderstwo. 

Powoli  zapadał  zmrok.  Gdzieniegdzie  pozostałości  po  pożarze  rozświetlały  nocne  niebo. 

Stojący  przy  wejściu  policyjny  fiat  panda  miał  zapalonego  „koguta”.  Blada  twarz  policjanta 
odbijała błyski zapalanej zapałki. W powietrzu rozszedł się zapach tytoniu. Kilka metrów dalej 
stał  ambulans.  Drylake  przypuszczał,  że  stał  tak,  od  kiedy  odkryli  zniknięcie  CTGaughama. 
Ciemne postacie strażaków biegały tam i z powrotem. Czeka ich pracowita noc. Ciągle jeszcze 
nie  mogli  podejść  do  dopalającego  się  drugiego  buldożera.  Kierowano  ich  głównie  tam,  gdzie 

background image

tliło się poszycie. Polewali je wodą tak, że wydobywały się kłęby pary i odgłos podobny do syku 
stada węży. Ogień nie dawał się tak łatwo opanować. Sięgał bardzo głęboko. 

Mógł minąć tydzień, zanim zostanie całkowicie ugaszony. 

Nagle nocne niebo rozbłysło pomarańczowym światłem. Ponowny wybuch ognia zaskoczył 

strażaków.  Coś  przykuło  wzrok  inżyniera.  Po  oceanie  chwilowo  uśpionego  ognia  ktoś  chodził. 
Drylake  zmrużył  oczy,  próbując  rozpoznać  sylwetki.  Na  pewno  nie  byli  to  strażacy.  Nie  mógł 
dojrzeć  szczegółów,  ponieważ  strzelające  w niebo  płomienie  znikły  tak  gwałtownie,  jak  się 
pokazały. W tych istotach było coś dziwnego. Poszukiwacze ognia? Samobójcy? 

Drylake trząsł się z zimna. Od kiedy wysiadł z samochodu, drgawki wstrząsały jego ciałem. 

Szedł właśnie w kierunku policyjnego radiowozu, kiedy zobaczył go konstabl. 

– Co oni tam robią? – zapytał inżynier, wskazując na środek pogorzeliska. 
– Kto? – odrzekł znudzony policjant. 
– No, tamci... 
Drylake  wytężył  wzrok.  Poszycie  znowu  zajęło  się  ogniem.  Płomienie  wyrzucały 

w powietrze  snopy  iskier.  W pobliżu  ognia  nie  było  szans  na  przeżycie.  Na  lotnisku  nie  było 

nikogo. 

– Pan coś widzi? – zapytał policjant, chcąc jak najszybciej pozbyć się nieproszonego gościa. 

– To wszystko przez to powietrze. Ma pan zmęczone oczy. 

Nie może być pan pewny tego, co widzi. To źle robi na nerwy. Na pana miejscu poszedłbym 

do domu i trochę się przespał. Nic pan nie może pomóc. 

– Chyba ma pan rację. 
Drylake skinął głową. Niczego nie osiągnie, jeśli będzie się upierał przy swoim. 
Tylko  on  wiedział,  że  tak  było.  Nie  miał  chorej  wyobraźni.  Kilka  minut  temu  ktoś 

spacerował po ogniu! 

Charles  White  poruszył  się  niespokojnie.  Pogrążony  w głębokim  śnie  nie  zważał  na  upływ 

czasu. Telefon dzwonił gwałtownie. Charlie podświadomie wyciągnął rękę, podniósł słuchawkę 

i wcisnął ją między swoje ucho a poduszkę. Głos Rogera Warboysa wyrwał go ze snu. 

– Mogłeś powiedzieć, że wyjeżdżasz do Nowego Jorku. 
– Co? – wymruczał White. 
–  Nie  rozumiem,  dlaczego  ukrywasz  się  w tym  mieście.  Straciłem  dużo  czasu,  żeby 

dowiedzieć się od twojej sekretarki, gdzie jesteś. 

Warboys opowiedział krótko o pożarze. 
–  Zbudziłeś  mnie  w środku  nocy  tylko  dlatego,  że  teren,  który  i tak  trzeba  było  sprzątnąć, 

spalił się? 

– Tak – odwarknął Roger, tracąc cierpliwość. – A cały nasz plan możemy wsadzić w... 
– Będą wyższe koszta? 

background image

– Za pieniądze nie kupisz straconego czasu. 
– Nie? – zapytał ironicznie Charles. 
– Nie, do cholery! Carver Plant Hire nie mają ani buldożerów, ani spychaczy. 
Wszystko zostało wynajęte. 
–  Zostaw  to  mnie  –  powiedział  pewnie  White.  –  Zorganizuj  tylko  spotkanie  w Elmdon. 

Jutro... dzisiaj o szóstej trzydzieści pięć. 

Zanim Warboys zdążył coś powiedzieć, rozmówca odłożył słuchawkę. 
Padał deszcz i było już ciemno, kiedy Charles White zjawił się w swoim hotelu w Midland. 

Pod  oczami  miał  ciemne  podkówki,  a zazwyczaj  ułożone  włosy  były  rozwichrzone.  Spojrzał 
groźnie na portiera i nie odezwał się ani słowem, dopóki razem z Rogerem nie wsiedli do windy. 

– Więc jak? – chrząknął. 
–  Cztery  buldożery  przybędą  o czternastej  trzydzieści.  Może  nawet  trochę  wcześniej,  jeśli 

transport nie będzie czekał w Derby na eskortę policji. Prace zaczniemy z samego rana. 

– Powinny się rozpocząć już dzisiaj, nawet bez sprzętu. Do zmroku pozostaje jeszcze kilka 

godzin. 

– Policja nie pozwoli. Coś tam badają. 
– I oczywiście nie wiedzą, jak się do tego zabrać. 
– Są przekonani, że to było podpalenie. Zdaje się, że pożar zaczął się w konkretnym miejscu. 

Ciągle zastanawiają się, jak taki słaby wiatr mógł rozprzestrzenić ogień. 

– A gdzie wybuchł pożar? 
– Pomiędzy głazami, z którymi mieliśmy tyle kłopotów. Jeden z nich był popękany od żaru 

i cały czarny, jakby ktoś próbował zapalić tam ognisko. 

White zacisnął wargi. 
– Nie możemy sobie pozwolić na więcej kłopotów – powiedział po chwili. – Zorganizowanie 

maszyn kosztowało mnie kupę szmalu. Stracone pieniądze, rozumiesz. 

–  Mieszkańcy  wioski  zamierzali  przeprowadzić  jakąś  demonstrację.  Może  to  oni  podłożyli 

ogień. Jeśli to prawda, nie poprzestaną na tym. Jeśli jednak posuną się... 

–  Twój  problem  polega  na  tym  –  odrzekł  Charlie  z uśmiechem  –  że  zbytnio  obawiasz  się 

posunięć przeciwnika. Większość angielskich rolników jest zbyt leniwa i będzie można ich łatwo 
przekonać. 

Warboys  nienawidził  tego  dobrotliwego  grubasa  i jego  sposobu  rozumowania.  White 

spoglądał  na  człowieka,  jakby  chciał  odkryć  jego  najgłębsze  myśli.  Roger  pomyślał,  że  byłby 
szczęśliwy, gdyby nic go nie łączyło z koncernem Flyways. 

Charles  przytłaczał  swoich  partnerów.  Był  praktycznie  niepokonany.  Nikt  nie  mógł  stanąć 

mu  na  drodze.  Nie  zawahałby  się  przed  morderstwem.  Chwilę  potem  mógłby  spokojnie  jeść 
świeże  mięso.  Dzięki  niemu  lotnisko  we  Fradley  będzie  otwarte  na  czas.  Warboys  był  o tym 

background image

przekonany. 

 

background image

STARA RELIGIA  

 
Ronald Hildegard dostrzegł wchodzącego do publicznej biblioteki Hartleya. 
Kierownik  tej szacownej instytucji  zostawiał drzwi lekko uchylone, żeby móc obserwować 

pracowników  i klientów.  Jego  autorytet  słabł.  Rzadko  brał  urlop,  a kiedy  to  zrobił,  zamartwiał 
się, że coś złego mogło się wydarzyć w bibliotece. 

Zdawał  sobie  sprawę,  że  pomimo  zakazu  ludzie  często  palą  papierosy  i dlatego  zawsze 

uważał  na  wchodzących.  Najgorszy  był  Harcombe,  stary  mieszkaniec  Stowe  Street.  Palił 
najbardziej śmierdzący tytoń, gorszy od tego, którego używał Lowe. 

Staruszek  siedział  zwykle  w czytelni  w czasie  lunchu,  czekając,  aż  Hildegard  wyjdzie  coś 

przekąsić.  Kiedy  bibliotekarz  wracał,  całe  pomieszczenie  śmierdziało.  Harcombe  siedział 
spokojnie, czytając gazetę robotniczą. Nigdzie nie było śladu fajki. To zwyczajne zuchwalstwo 
graniczące z bezczelnością. 

Dzisiaj też pewnie skorzysta ze sposobności, wiedząc dobrze, że łamie przepisy. 
Był  tak  bezczelny,  że  zaczynał  palić  tuż  po  wyjściu  bibliotekarza,  około  piętnastej 

trzydzieści.  Dlatego  Hildegard  otwierał  drzwi  gabinetu.  Musiał  obserwować  czytelnię,  gdzie 
siedział zuchwały staruszek. Regulamin był ustanowiony po to, żeby go przestrzegać. 

Ronald Hildegard zakaszlał delikatnie, dając do zrozumienia, że ciągle przebywa w pokoju. 

Wiedział, że pannie Palmer nie uda się pozbyć Hartleya, więc uprzedził bieg wydarzeń. Siadł na 
biurku, upewniając się, że jest uprzątnięte. Nie lubił bałaganu. Wziął głęboki oddech i czekał. 

– Przepraszam,  panie Hildegard, pan Hartley chciałby się z panem  zobaczyć  – powiedziała 

uprzejmie panna Palmer. 

– Oczywiście, proszę go wprowadzić... Witaj Hartley, stary przyjacielu. Jak się czujesz? 
Wstęp był  zawsze taki sam.  Zdrowie, pogoda, ogród i wreszcie krótka rozmowa na tematy 

polityczne,  o których  pisał  Times.  To  trwało  około  trzech  minut,  potem  następowała  przerwa. 
Następnie Hartley wyjawiał, z czym przyszedł. 

– Wiesz, że rozkopują krąg? – zapytał cicho Lowe, spoglądając za siebie, żeby upewnić się, 

czy panna Palmer zamknęła za sobą drzwi. 

– Wszyscy to wiedzą – odpowiedział Hildegard, mrugając oczyma zza grubych szkieł. – Ten 

temat był dyskutowany na ostatnim zebraniu Związku Archeologów w zeszły czwartek. Prentice 
zadzwonił dzisiaj rano. Nasza petycja została odrzucona. 

– Chyba żartujesz – odrzekł zdziwiony nauczyciel, opierając się łokciami o biurko. – Na tym 

świecie nie ma już nic świętego. 

– Najwidoczniej, nie. 
–  Musi  być  jakiś  sposób,  żeby  ich  powstrzymać.  Masowa  demonstracja,  zablokowanie 

buldożerów albo coś w tym stylu. 

background image

–  Taka  taktyka  jest  do  kitu.  Nawet  przebiegłość  i spryt  nic  nie  da.  Co  może  zrobić  kilku 

zwykłych mieszkańców? 

– Oni muszą ich powstrzymać. Rozumiesz, Rolandzie? 
– Oni? 
–  Cokolwiek  to  jest,  istnieje  na  starym  lotnisku.  Duchy,  Druidowie  czy  cokolwiek  innego. 

Muszą  obronić  swoją  posiadłość.  Swego  czasu  zmusili  RAF,  żeby  zamknął  Fradley  dwa  lata 
przed zakończeniem wojny. Ileż rzeczy się wydarzyło od tego czasu. To zabójstwo... ten chłopak, 
Steele. Przecież on nie zamordował dziewczyny. To była ofiara złożona starożytnym bogom. Tak 
samo  jak  ten  Irlandczyk,  który  zginął  w płomieniach  podczas  pożaru.  Siły  zła  wezwały  całą 
potęgę, żeby zemścić się na tych, którzy splugawili święte miejsce. 

Hildegard coraz szybciej mrugał oczyma. Dawał sygnał, że chce mówić. 
–  Gdybym  nie  uważał  ciebie  za  jednego  z najbardziej  racjonalnie  myślących  ludzi  – 

powiedział uśmiechając się – kazałbym pannie Palmer pokazać ci drogę do wyjścia. A zrobiłbym 

to  nawet  z tobą,  ale  mam  wiele  problemów  z odczytaniem  wszystkiego,  co  wiąże  się  ze  starą 
religią. 

– Dziękuję ci, Rolandzie. – Hartley zapragnął zapalić fajkę, ale nadużyłby gościnności tego 

miłego  człowieka.  –  Niestety,  nie  ma  zbyt  wiele  publikacji  na  ten  temat.  Był  to  zbyt  wczesny 

okres  w historii  świata,  żeby  mogło  zostać  dużo  ksiąg.  Druidowie  jako  dzieci  celtyckiego 
duchowieństwa  z południa  Anglii  i Brytanii  towarzyszyli  żołnierzom  w walce  i pracowali  jako 

lekarze.  Byli  tak  dobrzy  w swoim  fachu  jak  księża,  ponieważ  używali  magii.  Składali  ofiary 

z ludzi.  Większość  obrzędów  odbywała  się  pod  dębami  albo  w kamiennych  kręgach,  takich  jak 

we  Fradley.  W całym  kraju  było  ich  mnóstwo.  Były  groźnym  symbolem  tamtych  czasów. 
Zielone  Świątki  wywodzą  się  z ich  religii.  Jaskrawy  przykład  tego,  że  chrześcijaństwo  ma 
pogańskie  tradycje.  Prawdopodobnie  Druidowie  byli  uczniami  Logos.  Jest  to  część  duszy 
kontrolująca  instynkt.  Wierzyli,  że  kosmos  jest  niewidzialny,  a dusza  nieśmiertelna.  Gdyby 
Anglicy nie uważali ich za czcicieli szatana, zachowałoby się dużo więcej informacji. Pomimo to 
zgromadziłem wiele cennych wiadomości na podstawie wykopalisk. Teraz, Rolandzie, już wiesz 

tyle, co ja. 

–  Możliwe  –  powiedział  Hildegard,  mrugając  coraz  wolniej  –  Spędziłem  cały  tydzień, 

poszukując informacji o nich, ale nie znalazłem zbyt  wiele. Moja biblioteka jest dość pokaźna, 
ale  po  zejściu  do  podziemi  Druidowie  zatarli  po  sobie  wszystkie  ślady.  Zrobili  to  bardzo 

skutecznie, gdyż opierali się na czarnej magii. Tak czy inaczej nie przydadzą się. Fradley może 
być zniszczone w ciągu kilku tygodni, a za rok będzie tu funkcjonował nowoczesny port lotniczy. 
Obawiam się, że... 

przegraliśmy. 
– Tylko bitwę, ale nie całą wojnę – powiedział Hartley z ogromną determinacją w głosie. – 

background image

W tej chwili naciskam władze, żeby coś zrobiły. Nasz człowiek jest uczciwy pomimo lewackich 
poglądów. Zgodził się, że Midlands jest wystarczająco dużym lotniskiem. Budowanie drugiego 
nie  ma  żadnego  sensu.  Mamy  jeszcze  coś  do  zrobienia.  Pasy  startowe  przecinają  starą  drogę, 
więc  trzeba  wymóc  na  władzach,  by  wolno  było  przez  nie  przechodzić.  Farmerzy  muszą  mieć 
ścieżki wiodące przez pola. Ciągle mamy szansę. 

Hildegard spojrzał na zegarek. Lowe zaczął zbierać się do wyjścia. 
– Zobaczymy się w czwartek wieczorem – rzucił na odchodnym. 
– Tak. 
Bibliotekarz  podszedł  do  drzwi  i otworzył  je.  Na  sali  panował  spokój.  Panna  Palmer 

pracowała, a Harcombe siedział bez fajki. 

–  Walczymy  o zachowanie  historycznego  miejsca,  Hartleyu.  Twoi  przyjaciele  z wioski  nie 

zdają sobie sprawy, że jeśli port zostanie wybudowany, nie będą mieli chwili spokoju. Popełniają 
wielki błąd. Dwie siły walczące o jedną sprawę. 

Byłoby lepiej, gdybyśmy działali wspólnie, chyba że jest już za późno. 
Rozwiązanie leży w rękach bogów. 
– Właśnie – powiedział Hartley uśmiechając się. – Bogów starej religii. 
Większość dnia Darnien spędził na lotnisku. W wieku czternastu lat przechodził ciężki okres. 

Nie chciał zapomnieć dzieciństwa, ale jednocześnie pociągały go przyjemności dorosłego życia. 
Okres  dojrzewania  powodował  frustrację.  Postanowił  samotnie  spędzić  niedzielę.  Zwykle 
przywoził gazety panu Ransfordowi albo siedział w domu z rodzicami. Dzisiaj było inaczej. 

Jego szkolny przyjaciel, Anthony pojechał do Alrewas do swojej dziewczyny. 
Damien ją znał. Tłusta, piegowata baba nosząca zawsze szkolny mundurek. Nawet w czasie 

weekendu.  Była  zbyt  leniwa,  żeby  założyć  coś  innego  albo  jej  rodziców  nie  było  stać  na  inne 
ubrania.  Jakakolwiek  była  tego  przyczyna,  już  dawno  przestała  być  pociągająca  dla  Damiena, 
który odkrywał, czym jest seks. 

Gillian  zamierzała  zaprosić  w niedzielę  swoje  koleżanki  i dlatego  podniecony  Anthony 

nalegał,  żeby  Damien  z nim  pojechał.  Możliwość  psychicznego  i fizycznego  podobieństwa 
koleżanek  spowodowała,  że  zdecydował  się  pozostać  z rodzicami.  Nie  było  to  wprawdzie 
najlepsze rozwiązanie, ale nie miał innego wyjścia. Stosunki z rodzicami nie układały się dobrze. 
Jako  jedynak  był  wychowywany  w cieplarnianych  warunkach.  Nie  był  zepsuty,  polegał  na 
decyzjach  rodziców.  Wakacje  spędzał  w Blackpool  albo  w Weston-super-Mare.  Ojciec  nalegał, 
żeby  Damien  przygotowywał  się  do  egzaminu  CSE.  Tylko  piątki  miał  wolne  od  zajęć.  Mógł 
wtedy  pójść  do  klubu  pod  warunkiem,  że  wróci  przed  dwudziestą  pierwszą  trzydzieści.  Nagle 
schemat stał się nie do zniesienia. Kiedyś na urodziny dostał rower, którego nie używał, bo nie 
miał czasu. Dużo jednak o nim myślał. Większość kolegów spędzała dni wolne według własnego 
uznania. Dla nich było to normalne. Choć zdecydował się już na samotną wycieczkę, był trochę 

background image

zmartwiony.  Silne  rodzinne  więzy  mogły  zostać  zerwane  z tego  powodu.  Ale  tak  musi  być. 
Decyzja została podjęta i chłopiec pracowicie kompletował w kuchni rzeczy, które chciał ze sobą 
zabrać. 

Nerwowo zakomunikował rodzicom, że wybiera się na samotną rowerową wycieczkę. 
Cisza zaległa w całym domu. Pierwszy odezwał się ojciec. 
– Cóż, to zbyt samodzielna decyzja – powiedział, patrząc ze strachem na żonę. 
– Nie – wysapała Gladys. – Nie może jechać sam. 
– Oczywiście, że nie – przytaknął Bili, nerwowo splatając palce. – Nie w jego wieku. 
–  I tak  pojadę  –  odrzekł  nieustępliwie  chłopiec.  –  Jestem  już  wystarczająco  dorosły. 

Dwunastoletni  chłopcy  z mojej  szkoły  robią,  co  im  się  podoba.  Ja  mam  przecież  czternaście. 
Mam już dosyć siedzenia na tylnym siedzeniu samochodu. 

–  Nie  zamierzamy  nigdzie  jechać  –  powiedziała  matka  z nadzieją  w głosie.  –  Zostajemy 

w domu. Ojciec chce posprzątać ogród, zanim nadejdzie zima. Ja natomiast skończę sukienkę na 

coroczny bal w naszej firmie. Możesz pomóc ojcu sprzątnąć liście albo obejrzeć mecz. 

Znowu cisza. Damien był przybity. Przełknął ślinę, wstydząc się rumieńca na twarzy. Bardzo 

rzadko krzyczano na niego w domu i dlatego słuchał rodziców. W chłopcu walczyły ze sobą dwie 
osobowości. Tym razem musiał zwyciężyć mężczyzna. 

Damien wziął głęboki oddech i modląc się o odwagę, powiedział: 
– Dobrze, mamo, zostanę i pomogę ojcu w ogrodzie. 
Przez kilka sekund zmagał się ze sobą. Dziecko walczyło z młodzieńcem. Musi postawić na 

swoim bez względu na skutki. Przyszłość domagała się swoich praw. 

–  Chcę  jednak  pojechać  gdzieś  na  rowerze.  Sam.  Chłopiec  wypowiedział  słowa  bardzo 

wolno, ale dobitnie. Ich siła poraziła rodziców. 

– Nigdzie nie pojedziesz. Nie pozwolę ci – powiedział po chwili ojciec. 
– Nie powstrzymasz mnie! 
Rumieńce na twarzy Damiena zbladły. Przez jego ciało przeszedł dreszcz furii. 
– Nie jestem małym chłopczykiem w krótkich spodenkach. Chcę robić to, na co mam ochotę 

i będę to robił. Boże, chcę przecież wyjechać tylko na jednodniową wycieczkę za miasto. 

– To jest niebezpieczne – głos matki zabrzmiał jak grom. 
Matka już kiedyś mówiła w ten sposób. Powiedziała wtedy pani Barrow, żeby przestała się 

pieprzyć ze ścinaniem żywopłotu. 

– Słyszałeś, co się stało z Susan Kemp? – powiedziała po chwili. 
– Nie bądź śmieszna, mamo. Żyłaby jeszcze, gdyby nie jej chłopak. To ten maniak ją zabił. 
Argument  zadziałał.  Przez  chwilę  Damien  myślał,  że  ojciec  go  zleje  i był  gotowy  do 

ucieczki. Atak nie nastąpił. Rodzice zaczęli krzyczeć i przekonywać go, że nie powinien jechać. 
Chłopak wiedział swoje. 

background image

– I tak pojadę! – krzyknął i wyszedł na korytarz. Po chwili rozległo się trzaśniecie drzwiami. 
Kiedy był w swoim pokoju, rzucił się na łóżko i zaczął myśleć. Nasłuchiwał dochodzącego 

z dołu głosu rodziców, próbując jednocześnie dostosować się do nowej sytuacji. Rozmawiali zbyt 
cicho, żeby mógł uchwycić treść. I tak go to nie interesuje. Rodzice chcieli go tylko uzależnić od 

siebie i odizolować od świata. 

Pozbawić go przyjemności, których sami doznawali. Pocieszał się, że przynajmniej nie poszli 

za nim na górę, żeby kontynuować awanturę. 

Obudził się, kiedy światło słoneczne wpełzło do pokoju. Był ubrany? Po chwili przypomniał 

sobie wydarzenia wczorajszego dnia. Podszedł do okna i odsunął zasłonę. Świat był szary. Część 

miasta, w której mieszkał, wyglądała jak wymarła. 

Damien zszedł na dół, trzymając buty pod pachą. Pomimo to każdy krok wydawał mu się tak 

głośny,  że  w każdej  chwili  oczekiwał  przebudzenia  się  rodziców.  Nic  takiego  nie  nastąpiło. 

Zaspali albo byli przekonani, że syn nie śmie im się sprzeciwić. 

Przechodząc  przez  spiżarnię,  znalazł  duży,  plastykowy  pojemnik  i zapakował  do  niego 

kawałek ciasta, paczkę herbatników oraz torebkę solonych paluszków. 

Wyprowadził  rower  na  drogę.  Obejrzał  się  za  siebie,  a widząc  zasłony  w oknach  sypialni 

rodziców, ruszył w drogę. Pedałował z całych sił, żeby znaleźć się jak najdalej od domu. Czuł się 

wolny. 

Nie  zamierzał  pojechać  na  lotnisko.  Nie  było  to  wcale  ciekawe  miejsce.  Zbyt  mało 

przestrzeni, dużo pagórków, doły i wielkie kupy śmieci. Krajobraz, który mu się nie podobał. 

Ścieżka  prowadząca  do  drogi  A38  była  wąska  i kręta.  Dopiero  na  szosie  będzie  mógł 

wypróbować rower, poczuć smak wolności z dala od ograniczeń, jakie narzuciło miasto. Damien 
przyspieszył i po chwili ujrzał rozciągające się w dole lotnisko. Zwolnił. W tym wszystkim było 
coś, co go pociągało. 

Stara  droga  pozostawała  w tyle.  Szlak,  który  przemierzał,  znaczyły  zwały  popękanego 

betonu. Nic interesującego nie zwróciło jego uwagi. W centrum znajdował się wypalony obszar 
ziemi. Poskręcane drzewa wyglądały jak posępne, czarne szkielety na zapomnianym cmentarzu 
grozy.  Było  to  niesamowite.  Damien  stał,  rozglądając  się  dookoła.  Widok  zdawał  się  przeczyć 
prawom natury. Nigdzie nie było skrawka zieleni. Niszczycielska siła ognia strawiła wszystko. 

Nagle coś przyciągnęło jego wzrok. Na poczerniałej ziemi rosła jakaś roślina. 
Chłopak był bardzo zaintrygowany. Nie zważał, że znajduje się na cudzym terenie. 
Wmawiał  sobie,  że  jeśli  wpadnie  w tarapaty,  co  było  mało  prawdopodobne,  z lotniska  jest 

przecież kilka wyjść. 

Zsiadł  z roweru.  Dookoła  leżały  stosy  beczek,  starych,  nadpalonych  opon  i zwojów  drutu. 

Tabliczka z napisem „UWAGA! TEREN JEST  STRZEŻONY PRZEZ PSY” leżała zniszczona, 
tam gdzie dosięgła ją woda z sikawki strażackiej. 

background image

Damien wszedł kilka jardów w głąb, prowadząc rower. Rozglądał się nerwowo. 
Oprócz kilku koparek oraz buldożerów w zasięgu jego wzroku nie było nikogo. Obok stały 

drewniane baraki. Nigdzie nie było samochodów, więc rzeczywiście był sam na lotnisku. 

Damien  znów  ruszył.  Pod  jego  butami  trzaskały  zwęglone  gałęzie.  Ostry  zapach  spalonych 

roślin  drażnił  drogi  oddechowe.  Czuł,  że  musi  zbadać  to  dziwne  miejsce,  gdzie  pośród 
zwęglonych szczątków roślinnych coś rosło. 

To  nie  była  fatamorgana.  W miejscu,  z którego  koparki  i buldożery  powyrywały  beton, 

rzeczywiście znalazł roślinę. Dookoła znajdowały się ogromne głazy. 

Damien  nigdy  ich  nie  widział.  Maszyny  pracujące  na  lotnisku  były  zbyt  słabe,  żeby  je 

ustawić. Prawdopodobnie osuwająca się ziemia odsłoniła te wielkie kamienie. Nie wyjaśniało to 
jednak  pochodzenia  dziwnej  rośliny.  Była  wilgotna  i dotknięta  przekazywała  chłopcu  delikatne 
drżenie.  Wzdrygnął  się.  Ziemia  była  tak  nasiąknięta  wodą,  że  roślinność  skalna  mogła  się 
rozwijać. Był to wspaniały dowód niezniszczalności natury nawet przez taki żywioł jak ogień. 

Damien chciał jak najszybciej opuścić to straszne miejsce. Zobaczył coś, co nie mieściło mu 

się  w głowie.  Drżał  na  całym  ciele.  Podniósł  rower  i już  miał  odjechać,  kiedy  usłyszał  dźwięk 
pracującego silnika. Pojazd jechał w jego stronę. 

Usta  Damiena  były  suche,  kiedy  zgasł  silnik.  Po  chwili  rozległ  się  trzask  drzwi  i nastała 

cisza. Chłopiec odczekał kilka chwil, położył rower i poczołgał się do krawędzi dosyć stromego 
pagórka. Wysunął  głowę, aby ogarnąć wzrokiem całą okolicę.  Zobaczył  szary samochód przed 
pierwszym barakiem. Był to chyba land rover. Ktokolwiek był kierowcą, siedział teraz w baraku. 

Damien zsunął się z powrotem do wykopu, chwytając mocno kierownicę roweru. 
Dotknięcie  zimnego  metalu  przyniosło  mu  ulgę.  Chłopak  był  śmiertelnie  przestraszony. 

Szkoda, że nie posłuchał rodziców. Przez swoją lekkomyślność znajdował się teraz w kłopotach. 
Gdyby tylko mógł wrócić do domu. Wlazłby do łóżka i nie ruszał się, póki nie wstaliby rodzice. 
Zjadłby z nimi śniadanie, a nawet przeprosił za swoje zachowanie. 

Niestety,  było  inaczej.  Dół  był  pułapką.  Siedział  w samym  środku  kamiennego  kręgu  bez 

szans  na  ucieczkę.  Mieszkańcy  miasteczka  opowiadali,  że  facet,  który  kupił  lotnisko,  to 
bezwzględny  typ.  Każdy,  kto  wszedł  na  jego  teren,  mógł  być  poszczuty  psami.  Samo  miejsce 
miało również niezbyt ciekawą historię. 

Damien Shotton kucnął, trzęsąc się ze strachu. Mężczyzna go znajdzie, a on nie będzie miał 

żadnego  wytłumaczenia.  Z pewnością  dowie  się  o tym  dyrektor,  może  nawet  policja.  Paniczny 
strach narastał. 

Po  pewnym  czasie  wstało  słońce.  Bladopomarańczowa  piłka,  która  słabymi  promieniami 

rozświetlała niebo na wschodzie. Damien zastanawiał się, kiedy mężczyzna wróci do samochodu. 
Cokolwiek robił w baraku, zabierało mu to dużo czasu. 

Słońce już świeciło, a oczekiwany przez chłopca odgłos silnika nie nadchodził. 

background image

Damien  siadł  na  ziemi  i zaczął  jeść.  Rodzice  zauważyli  już  pewnie  jego  nieobecność. 

Chłopiec zastanawiał się, czy ojciec zaczął go szukać, co i tak nie dałoby żadnego efektu, gdyż 
nikt  nie  mógł  przypuszczać,  że  Damien  siedzi  w dole  na  lotnisku.  Nie  mógł  uciec,  dopóki 
człowiek z samochodu przebywał w baraku, z którego było widać całą okolicę. Damien czuł się 

jak w obozach jenieckich, które widywał często na filmach. Ziemia była zbyt miękka. Terenowy 
samochód szybko by go dogonił. 

Słońce  zmierzało  ku  zachodowi.  Niebo  było  częściowo  pokryte  chmurami.  Zaczynało  się 

robić  zimno.  Damien  trząsł  się  tak  mocno,  że  ostatni  herbatnik  wypadł  mu  z ręki.  Ponownie 
wspiął  się  na  brzeg  krateru  i ostrożnie  rozejrzał.  Land  rover  ciągle  stał  w tym  samym  miejscu. 
Chłopiec stracił nadzieję, że samochód  

odjedzie.  Podejrzewał,  że  jego  właściciel  zostanie  do  zmroku,  gdyż  odrabia  zaległości 

w papierkowej robocie. 

Zapadły  ciemności.  Nareszcie  będzie  mógł  uciec.  Wzdrygnął  się.  Nocna  wędrówka  przez 

opuszczone  lotnisko  nie  była  zbyt  miłą  perspektywą.  Po  chwili  namysłu  wrócił  do  wykopu 

i czekał. 

Pojawiła się mgła, która zaczęła szybko gęstnieć. Chłopcu zdawało się, że gęste mleko omija 

dziurę między ogromnymi głazami. Tak jakby mgła zawisła nad wykopem. 

Przeraził  się  i zaczął  uciekać.  Gdzieś  biły  kościelne  dzwony.  Nagle  przypomniał  sobie,  że 

jest niedziela. Nie była to jednak zwykła niedziela, ale Dzień Pamięci. Ogarnął  go smutek. Jak 
mógł  o tym  zapomnieć?  Zeszłego  roku  pojechał  z rodzicami  na  paradę  wojskową,  a potem 
odwiedzili groby żołnierzy, składając kwiaty. 

Historia o nich nie zapomni. 
Damien  otrząsnął  się.  Przez  chwilę  wydawało  mu  się,  że  drzemie.  Długie  oczekiwanie 

i zimno sprawiły, że poczuł się senny.  Chłód był jedną z przyczyn śmierci odkrywców Arktyki. 
Mróz sprawiał, że zasypiali na śniegu. Chłopiec usiłował myśleć. Było już całkiem ciemno, więc 
mógł bezpiecznie odejść. Dzwony ciągle biły, ale trochę wolniej. Nie mogło być później niż wpół 

do siódmej. 

Dookoła panowała absolutna cisza. 
Damien bał się poruszyć. Przemógł jednak strach i po omacku wrócił po rower. 
Próbował  go  namacać,  ale  niczego  nie  mógł  znaleźć.  Nie  było  go,  chociaż  powinien  leżeć 

w pobliżu. Chłopiec zaczął się kręcić w kółko, rozkładając szeroko ramiona. 

Jego palce na coś natrafiły. Była to skała, ale inna niż otaczające go kamienie. 
Pionowa ściana. Ruszył wzdłuż niej, wodząc ręką po murze. Otaczała go wklęsła budowla. 

Przestraszony  przełknął  ślinę  i poszedł  dalej.  Co  chwila  patrzył  w górę,  ale  noc  była  bardzo 
ciemna. Nie mógł zobaczyć gwiazd. Czuł stęchły fetor przesycony wilgocią. Po chwili usłyszał 
odgłos trąbki. Był wyrazisty i silniejszy od kościelnych dzwonów. 

background image

Damien był śmiertelnie przerażony. Jego rower gdzieś zniknął, a pochyły stok przeobraził się 

w kamienny mur, który otaczał go ze wszystkich stron. Nie było żadnego wyjścia. Był w pułapce. 

Chłopiec  wpadł  w panikę.  Zaczął  drapać  mur  paznokciami.  Chciał  krzyczeć,  ale  strach 

ściskał  mu  gardło.  Bał  się,  że  ktoś  go  usłyszy.  Był  intruzem.  Nie  miał  prawa  przebywać  na 
lotnisku. Ktokolwiek by go znalazł, mógł straszliwie ukarać. 

Cicho płacząc, osunął się w dół. Coś było nie tak jak powinno. Pod jego nogami powinna się 

znajdować błotnista gleba, a stał na twardej, litej skale. 

Przypominała mu schron przeciwlotniczy, w którym był podczas wizyty u kuzyna. 
Miejsce, gdzie znajdował się teraz chłopak, było dużo większe, ale bardzo podobne. 
Dźwięki dochodzące z miasteczka cichły, aż wreszcie umilkły. 
– Historia o nich nie zapomni... 
To było niemożliwe. Przecież ucichł nawet głos dzwonów. Te słowa dochodziły z odległości 

nie większej niż dziesięć metrów. Rozdygotany chłopiec rzucił się na ziemię. 

W  powietrzu  rozległ  się  ciężki  łomot.  Odgłos  przypominał  pracę  silników  wielkich 

samolotów, najprawdopodobniej dużych bombowców. Nie były to jednak odrzutowce. 

Nad  lotnisko  nadlatywały  formacje  maszyn  z okresu  drugiej  wojny  światowej.  Były  coraz 

bliżej, tak blisko, że Damien zatkał uszy. W powietrzu działo się coś, czego nie mógł zrozumieć. 
Próbował opanować strach i logicznie pomyśleć. Fradley jest portem lotniczym, może odbywają 
się jakieś nocne ćwiczenia. Bez sensu. 

Lotnisko nie było jeszcze gotowe, a w pobliżu nie było żadnego pasa startowego. 
Może to pokaz z okazji Dnia Pamięci? Bzdura, w takich ciemnościach nic nie widać. 
Nagle rozległa się głucha eksplozja, a grunt zadrżał Damienowi pod nogami. 
Usłyszał kolejne wybuchy. Drugi, trzeci, czwarty. Nie był w stanie zliczyć. 
Wszystko  zlało  się  w jeden  głuchy  łomot.  W pobliżu  odezwały  się  karabiny  maszynowe. 

Mokry  od potu  chłopiec poczuł  zapach prochu.  Dygocząc z przerażenia, leżał  płasko na ziemi. 
Zakrywał głowę. Bał się spojrzeć w ciemność. 

Łomot powoli cichł. Samoloty odlatywały, a karabiny sporadycznie przerywały ciszę. Ostry 

zapach prochu został zastąpiony przez słodkawy fetor. 

– Historia o nich nie zapomni... – powtarzał głos. 
Damien szlochał. Strach był tak silny, że chłopiec nie byłby w stanie uciekać. 
Zapadła  cisza.  Nawet  głos  gdzieś  zniknął.  Świat  nagle  opustoszał,  a wszyscy  ludzie 

przepadli. 

W  pewnej  chwili  uświadomił  sobie,  że  obok  ktoś  się  porusza.  Cichy  odgłos  stąpania  nie 

powodował żadnego szelestu. Damien odwrócił głowę i spojrzał w bok. 

Ciemność. 
Młody  umysł  próbował  znaleźć  logiczne  wyjaśnienie,  ale  nie  mógł  wymyśleć  niczego 

background image

sensownego. Chłopiec zaczął histerycznie krzyczeć. W tym momencie chwyciły go jakieś dłonie. 
Zimne palce zacisnęły się na szyi i z ogromną siłą rzuciły go na ziemię. 

W pustce rozlegał się niesamowity szept. 
– Historia ich nie zapomni... 

background image

OFIARA  

 
Z okna chaty Drylake miał doskonały widok na teren policyjnych poszukiwań. 
Inżynier  musiał  przyznać,  że  prowadzone  były  wzorowo.  Psy  śledcze  przetrząsnęły  każdy 

kawałek  ziemi,  każdy  zakamarek,  ale  efektu  nie  było.  W pewnym  momencie  ludzie  i psy 
zgromadzili  się  w jednym  miejscu,  spoglądając  w dół.  Znaleźli  to,  czego  szukali.  Chłopak 
Shottonów nie żyje. 

W  czerwonym  land  roverze,  niedaleko  wjazdu  na  lotnisko,  siedzieli  bracia  Warboys.  Na 

tylnym  siedzeniu  rozparł  się  Charles  White.  Z tego  powodu  Drylake  nie  czuł  się  zbyt  dobrze. 
Miał  zbyt  wiele  zmartwień,  żeby  przejmować  się  obecnością  tego  człowieka.  Nad  Fradley 
zawisła atmosfera zbrodni, a przyjazd Amerykanina spotęgował nastrój grozy. 

Inżynier nadal obserwował policyjne poczynania. Ubrany na biało człowiek podszedł do nie 

oznakowanej  furgonetki  i krótko  z kimś  rozmawiał  przez  radiotelefon.  W tym  samym  czasie 
oficer  policji  stał  na  skraju  wykopu  i spoglądał  w dół.  Drylake  domyślił  się,  że  czekają  na 
specjalistyczną  ekipę,  która  zabezpieczy  ślady.  Krok  po  kroku  odkryją  tajemnicę  morderstwa, 
jeżeli to w ogóle możliwe. 

Inżynier był zadowolony, że trzech dyrektorów pozostało w samochodzie. Jeśli mówią o nim, 

robiąc  z niego  kozła  ofiarnego,  to  lepiej,  że  o tym  nie  wie.  Myślał  o porzuceniu  roboty. 
Zastanawiał się tylko, dlaczego ma ponosić winę za zbrodnie popełnione na terenie lotniska. Nie 
zamierzał  nikomu  ułatwiać  zadania.  Nie  mogli  go  tak  po  prostu  wylać,  bo  nie  był  przez  nich 
zatrudniony.  Pracował  dla  Carver  Construction.  Gdyby  próbowali  wywrzeć  na  nim  presję,  to 
zawsze  mógł  liczyć  na  poparcie  związku.  Dla  Flyways  strajk  oznaczałby  klapę.  Jak  by  nie 
patrzeć, lotnisko nie zostanie oddane w oznaczonym czasie. O tym wiedzieli wszyscy. 

Dwóch detektywów podeszło do chaty. Brodząc w błocie, brudzili sobie spodnie. Z każdym 

krokiem  przybywało  plam  na  nogawkach.  Posuwali  się  z trudnością,  grzęznąc  co  chwila 

w rozmiękłej glinie. Żołądek podszedł Drylake’owi do gardła. Zanosiło się na niezbyt przyjemną 
rozmowę. Mimo to inżynier był zadowolony, że policjanci przyszli do niego, a nie do szefów. 

–  Znaleźliśmy  dzieciaka  –  stwierdził  jeden  z nich,  trzaskając  drzwiami.  –  Ma  poderżnięte 

gardło.  Morderca  wrzucił  później  zwłoki  do  tego  dołu.  Ma  jakieś  dziesięć  stóp  głębokości. 
Chłopak żył jeszcze jakiś czas. 

– Dół? – zadziwiony Drylake wytrzeszczył oczy.  – Jaki dół? Jedyny, jaki tu jest, to bruzda 

pod fundamenty pasa startowego. 

– Wielka dziura między tymi kamieniami – odrzekł drugi policjant, drapiąc się za uchem. – 

Wielka jak jakaś grota. Prawdopodobnie koparki naruszyły grunt i ziemia zapadła się. W każdym 

razie to nie ma nic do rzeczy. Popełniono tutaj morderstwo, a my musimy znaleźć sprawcę. I to 
szybko.  Ten  typ,  pozostając  na  wolności,  stwarza  wielkie  zagrożenie  dla  innych  dzieci. 

background image

Przejdźmy do sedna sprawy. Damien Shotton opuścił dom, kiedy jego rodzice jeszcze spali. 

Przyjechał  tu  na  rowerze,  który  stoi  oparty  o duży  kamień  kilka  jardów  od  miejsca,  gdzie 

znaleźliśmy ciało. Gdzie pan wczoraj był, panie... panie Dryford? 

– Drylake – poprawił inżynier. – No cóż. Cały dzień spędziłem w tej chacie. 
Miałem  dużo  papierkowej  roboty.  Przyjechałem  około  dziewiątej,  a skończyłem  pracę 

późnym popołudniem. Robiło się już ciemno. Była piąta, może szósta. 

– Ktoś był z panem? 
–  Nie.  Cały  dzień  spędziłem  sam.  Drylake  przełknął  ślinę  zastanawiając  się,  dlaczego 

poświęca dla firmy prywatny czas. Wynikają z tego tylko kłopoty. Bał się, że jeśli roboty bardzo 
się opóźnią, bracia Warboys mogą zaskarżyć firmę o niedotrzymanie umowy. 

– Rozumiem. 
Trudno było zrozumieć, co powiedział wysoki, gburowaty policjant. Było faktem, że z jego 

ust wydobyły się jakieś słowa. 

– Nikogo pan nie widział? 
– Nie. 
– Chłopca zabito kilkanaście jardów od tej chaty, a pan twierdzi, że nie widział ani jego, ani 

mordercy. 

– Nie widziałem żywej duszy. 
Boże, pomóż mi. Do cholery, przecież nie mam się czym martwić. Dochodzenie pokaże, kto 

był prawdziwym sprawcą. 

– Od kiedy zaczęliśmy prace, mało kto tutaj przychodzi. Ziemia jest bardzo miękka. 
– Tym bardziej powinien pan wiedzieć, kto przyszedł. 
–  Byłem  bardzo  zajęty.  Do  tej  pory  nie  skończyłem  pracy.  Tego  rodzaju  roboty  nigdy  nie 

kończy się na czas. Mam do wypełnienia tyle formularzy, że modlę się, by nie popełnić żadnego 
błędu. 

– Rozumiem. 
Oficer nie pytał więcej, co widział Drylake. Patrzył znacząco na młodszego kolegę. 
–  Chciałbym  pana  prosić  o pozostanie.  Niech  pan  dokończy  swoją  papierkową  robotę  – 

powiedział sarkastycznie ten drugi. 

Drylake  patrzył,  jak  dwóch  policjantów  wychodzi  z baraku.  Czuł  się  jak  w domowym 

areszcie, torturowany przez własny strach. 

Na  lotnisko  przybyło  jeszcze  kilka  samochodów.  Kolejny  fover  z trzema  albo  czterema 

detektywami i samochód z grupą specjalistów. Wielka, włochata kula strachu dusiła inżyniera. 

Drylake  potrząsnął  głową,  próbując  logicznie  myśleć.  Wszyscy  policjanci  tłoczyli  się 

dookoła miejsca zbrodni. Nie było sposobu przewidzieć, co się będzie działo. 

Po chwili przybyły kolejne posiłki w biało-czerwonym samochodzie patrolowym. 

background image

Drylake znalazł kilka papierosów. Zapalił jednego. Mógł tylko czekać. 
–  Co  to  nas  obchodzi!  –  wykrzyknął  Roger  Warboys,  waląc  pięścią  w stół.  –  Wiele  mil 

otwartej przestrzeni, a jakiś maniakalny morderca sprawia nam kłopot. 

Inspektor spojrzał z pogardą na trzech mężczyzn, których przesłuchiwał. Nie zainteresowali 

się  zamordowanym  chłopcem.  Byli  niezadowoleni  nie  z powodu  tragedii,  ale  dlatego,  że  ich 
interes się walił. Sprawa Damiena Shottona krzyżowała im plany. 

–  To  wasz  teren  –  powiedział  chłodno  policjant.  –  Nie  zamierzam  panów  o nic  oskarżać. 

Zależy  mi  tylko  na  wyjaśnieniu  tej  sprawy.  Była  to  zbrodnia  na  tle  religijnym.  Rytualne 

zabójstwo popełnione najprawdopodobniej przez sektę czcicieli szatana. Obrażenia, jakie odniósł 
chłopiec, są podobne do tych, jakie odkryliśmy na ciele panny Kemp. 

–  Przecież  macie  mordercę  za  kratkami  –  powiedział  zdenerwowany  Roger.  Popiół 

z papierosa spadł mu na marynarkę. 

–  Tak  –  odrzekł  drugi  policjant.  –  Ale  jeśli  dzisiejsze  morderstwo  ma  jakiś  związek 

z pozostałymi, musimy liczyć się z tym, że Steele był jednym z wielu. 

Zabijają  w ten  sam  sposób.  Ostatnim  razem  mieliśmy  dowody,  że  Steele  był  na  lotnisku. 

Tym razem nie ma śladu ludzkiej obecności na pasie. 

– To jakaś bzdura! – powiedział White. 
– Tak. Ma pan rację. Zdaje się, ma pan jakąś teorię, więc słucham. W dole nie było innych 

śladów poza odciskami Damiena. Inżynier budowy mówił prawdę. Przyjechał rano i cały dzień 
spędził  w baraku  przy  pracy.  Dlaczego  nikogo  nie  widział?  Kiedy  przyjechał,  chłopak  był  już 

w dole.  Bał  się  i miał  nadzieję,  że  uda  mu  się  uciec,  kiedy  pan  Drylake  odjedzie.  Czekał  do 
zmroku. Nasi ludzie sprawdzili, że spędził tam cały dzień, morderstwo zostało więc popełnione 
po zachodzie słońca. Ktoś przyjechał, znalazł chłopca i go zamordował. W tej sprawie jest zbyt 
wiele  niejasności.  Dlaczego  na  przykład  ziemia  zapadła  się  dopiero,  gdy  robotnicy  zeszli 

z budowy?  Albo  te  porosty  na  skale.  Powinny  zginąć  w ogniu.  Pan  Drylake  nie  przypomina 
sobie, żeby je widział tydzień temu. Zakładając, że rzeczywiście ich nie było, dziwne, że wyrosły 
tak szybko. Mamy więc do czynienia z formami  żywymi, które rozmnażają się w zastraszająco 

szybkim tempie oraz z człowiekiem, który chodzi po błocie, nie zostawiając śladów. Może pan to 
jakoś wytłumaczyć? 

–  Niewątpliwie  wspaniała  policja  angielska  znajdzie  sensowne  rozwiązanie  –  wymamrotał 

Charles. – Musimy zająć się budową i wykonać plan. 

– Obawiam się, że nie będzie to na razie możliwe – powiedział spokojnie policjant. 
W  jego  oczach  pojawił  się  błysk  satysfakcji.  Cieszył  się,  że  może  zadać  cios  w szczękę 

żarłocznego  kapitalizmu.  Jego  rodzina  zaczynała  od  zera  i teraz  zalicza  się  tylko  do  klasy 
średniej. Nie mógł o tym zapomnieć. 

– Nie możemy pozwolić na żadne prace, dopóki nasi ludzie nie przeszukają każdego jarda tej 

background image

ziemi. Gdzieś znajduje się ślad, a my musimy go znaleźć. 

– Jak długo to potrwa? 
Charles odwalił kawał dobrej roboty, ukrywając swoje rozdrażnienie i pogardę dla  

oficera. 
– Któż to może wiedzieć? – zaśmiał się inspektor. – Oczywiście, chcemy dostać tego drania 

tak  szybko,  jak  to  możliwe,  ale  trudno  podać  panom  jakiś  konkretny  termin.  Będę  z panami 

w stałym kontakcie. 

Wstał i szybko wyszedł. 

Trzech dyrektorów Flyways w drodze powrotnej sklęło brytyjską policję. Ich wspaniały plan 

walił się. Sponsorzy nie będą czekać. Nie pomogą żadne tłumaczenia. 

Nieprzypadkowo komitet wioskowy zebrał się dzień po zniknięciu Damiena. Hartley Lowe 

nikomu się nie przyznał, że  to on zorganizował spotkanie. Był człowiekiem, dyrektorem, który 
nie poddawał się czasowi. 

Ratusz  był  zatłoczony.  Na  znak  żałoby  wielu  mężczyzn  nosiło  czarne  krawaty,  a kobiety 

ciemne kostiumy. Na zewnątrz szalała zadymka. Jesień odchodziła w zapomnienie. Zbliżała się 
zima. Drzwi ratusza jęczały pod każdym smagnięciem wiatru. 

– To dla mnie bardzo smutna chwila – powiedział Hartley, obserwując kredową twarz Billa 

Shottona,  który  stał  na  samym  końcu.  –  Walczymy  teraz  o przyszłość  naszych  dzieci.  Obecnie 

budowane lotnisko nie będzie skierowane ze wschodu na zachód, jak pierwotnie planowano, ale 

z północy na południe. Odkryłem to dzisiaj po rozmowie z architektami. Wiecie, co to oznacza? 

Zewsząd  dochodziły  pomruki  zdziwienia.  Jeżeli  ludzie  zdadzą  sobie  sprawę  ze  znaczenia 

słów Hartleya, posłuchają jego dramatycznego wezwania do czynu, które właśnie szykował. 

–  Oznacza  to  –  Lowe  zawiesił  głos  –  że  nad  głowami  waszych  dzieci  będą  latać  samoloty 

typu  DC-10  lub  Boeing  707.  Na  bardzo  niskich  wysokościach,  gdyż  będzie  to  albo  start,  albo 
lądowanie.  Sytuacja  jest  bardzo  groźna.  Nie  będę  wspominał  o głuchocie,  trudnościach 

z koncentracją. Coś stanowi dużo, dużo większe zagrożenie. 

Przerwał, spoglądając z satysfakcją na oszołomione twarze słuchaczy. 
–  Zła  widoczność  lub  awaria  silników  może  zakończyć  się  straszliwą  katastrofą,  która 

dotknie każdego z nas. 

Na sali wrzało. Zewsząd dobiegały okrzyki poparcia, głównie ze strony kobiet. 
Hartley  Lowe  pozwolił  sobie  na  ponury  uśmiech  satysfakcji.  Przeciągnął  wszystkich  na 

swoją stronę. 

– Dlatego – zaczął ponownie – proponuję przesłać w naszym imieniu listy do Departamentu 

Ochrony  Środowiska,  Urzędu  Państwa,  władz  lotnictwa  cywilnego  i do  Komitetu  Planowania 
Przestrzennego.  Jeśli  pozwolą  na  budowę  niepotrzebnego  lotniska,  nie  mają  szacunku  dla 
ludzkiego życia, a szczególnie dla życia dzieci. 

background image

Oklaski powitały jego ostatnie słowa. Miejscowy dziennikarz notował je skrupulatnie. Chciał 

uchwycić  wszystkie  szczegóły,  chociaż  wiedział,  że  wydawca  jest  znudzony  walką  między 

lotniskiem a mieszkańcami. Dlatego zostanie zamieszczona tylko krótka notka na temat zebrania. 
Jak stwierdził redaktor naczelny gazety, mieszkańcy prawdopodobnie nie wyślą żadnych petycji 

i firma  Flyways  odniesie  sukces.  Nikt  nie  powstrzyma  postępu,  a ludzie  z miasteczka  będą 
żałować,  że  byli  przeciwni  budowie.  Tylko  miejscowe  towarzystwo  archeologiczne  jest 
rzeczywiście zainteresowane powstrzymaniem budowy. 

Spotkanie  zakończyło  się,  lecz  po  wyjściu  z ratusza  ludzie  nadal  żywo  dyskutowali,  nie 

zważając na padający śnieg. Przekonywali siebie nawzajem, że uda się powstrzymać budowę. Co 
do tego nikt nie miał wątpliwości. 

Samotny  człowiek  powoli  zmierzał  do  domu.  Nisko  pochylił  głowę,  a ręce  wcisnął 

w kieszenie.  Dla  Billa  Shottona  wszystko  się  skończyło.  To,  czy  lotnisko  zostanie  zbudowane, 
czy nie, było mu obojętne. Nikt i nic nie zwróci mu syna. Chciał zemścić się na kimś, ale nie znał 
winowajcy. Nie miał pojęcia, w jaki sposób to zrobić. Życie straciło dla niego sens. 

Hartley  spoglądał  na  oddalającą  się  postać,  dopóki  nie  pochłonęła  jej  ciemność  i padający 

śnieg.  Biedny  człowiek  nic  nie  rozumiał.  Nikt  oprócz  Rolanda  nie  znał  prawdziwej  przyczyny 
śmierci  małego  Damiena.  To  nie  z powodu  samolotów  Lowe  zebrał  ludzi.  Do  Fradley  wróciła 
odwieczna siła, a razem z nią kapłani śmierci, mający teraz po tysiąc, może więcej, lat. 

Druidowie  walczyli  o prawo  do  istnienia.  Destrukcja  kamiennego  kręgu  rozpaliła  w nich 

gniew.  Musieli  teraz  złożyć  ofiary  bogom.  Jeśli  profanacja  nie  zostanie  powstrzymana,  będą 
następne ofiary. 

Hartley  doszedł  do  wniosku,  że  nie  postąpił  najlepiej.  Podanie  nie  było  poparte  mocnymi 

dowodami, ale musiało wystarczyć. Jeśli lotnisko powstanie, niech Bóg ma w opiece miasteczko 

i jego mieszkańców. 

Hartley otrzymał z Departamentu Ochrony Środowiska zawiadomienie o przyjęciu wniosku. 

Tak  samo  od  pozostałych  instytucji.  Trzydziestego  listopada  znalazł  w skrzynce  dużą  kopertę, 
zawierającą  pełną  odpowiedź.  List  był  podpisany  przez  osobistego  sekretarza  dyrektora 

departamentu. 

„Szanowny Panie. 
W odpowiedzi na Pański list z dnia 21 listopada w sprawie lotniska we Fradley. 
Przedstawiona  przez  Pana  sprawa  została  dokładnie  zbadana.  Jesteśmy  przekonani,  że  ze 

strony  lotniska  nie  istnieje  żadne  zagrożenie  dla  miasteczka.  Problem  hałasu  może  być 

rozpatrzony, kiedy lotnisko zostanie wybudowane. Oczekujemy, że przedstawi pan inne powody, 
które umożliwią ponowne zbadanie sprawy. 

Z poważaniem...” 
Hartley zgniótł list i wrzucił go do kosza. Ze złością wyciągnął go ponownie. 

background image

Pismo  muszą  zobaczyć  wszyscy.  List  musi  zostać  przypięty  do  tablicy  ogłoszeń 

w przedsionku  ratusza.  Był  to  ostateczny  dowód  klęski.  Apel  został  zlekceważony,  a uwagi 
dotyczące lotniska odrzucone. To koniec. 

Hartley  zagłębił  się  w skórzanym  fotelu,  spoglądając  bezmyślnie  w zakratowane  okno. 

Śnieg,  który  spadł  nocą,  już  dawno  stopniał.  Tylko  w niektórych  miejscach  leżała 
kilkunastocentymetrowa  warstwa.  Przez  kilka  następnych  godzin  zniknie  pewnie  całkowicie. 
Pogoda nadal była niepewna. 

Z oddali dochodził odgłos pracujących buldożerów. 
Śledztwo  umorzono  z braku  dowodów.  Sprawa  została  definitywnie  zamknięta.  Prace  na 

lotnisku ruszyły ze zdwojoną energią. Policja nie miała żadnych nadziei na rozwiązanie sprawy. 
Było to zresztą idiotyczne, bo mordercą był kapłan starożytnej religii. 

Lotnisko  zostanie  zbudowane.  Co  do  tego  nie  było  wątpliwości.  A wyznawcy  starej  religii 

będą  nadal  się  mścić.  Będą  to  robić  nawet  wtedy,  gdy  miejsce  odwiecznego  kultu  zostanie 
zniszczone. Żyli dzięki swej niezniszczalnej energii. 

background image

Część druga  

PORT LOTNICZY  

background image

STAN NAPIĘCIA  

 
Lance Evans mógł pójść do domu godzinę temu, po ostatnim locie treningowym. 
Kupił  jednak  piwo  i rozejrzał  się  za  ustronnym  miejscem.  Chciał  być  jak  najdalej  od 

wrzasków dobiegających z kantyny. 

Niski, jasnowłosy chłopak mógł uchodzić za nastolatka. Niektórzy starzy piloci nazywali go 

Dziecinną Buźką. Naturalnie za plecami Evansa. 

Lance  spoglądał  od  czasu  do  czasu  na  drzwi.  Sprawdzał,  która  godzina.  Była  szósta 

trzydzieści  dwie.  Musi  przestać  się  denerwować.  Loty  bardzo  często  się  opóźniają.  Mimo 
wszystko  nie  mógł  przezwyciężyć  niepokoju.  Każdy  lotnik  zdawał  sobie  sprawę 

z niebezpieczeństwa.  Wypadków  było  niewiele,  ale  jeśli  w górze  coś  się  stało,  szansa  na 
uratowanie życia była znikoma. Tylko wielcy szczęściarze wychodzili cało z wraków samolotów. 

Zawsze,  kiedy  startujesz,  modlisz  się,  żeby  nie  przyszła  twoja  kolej.  Egoizm.  Tak  to  właśnie 
wygląda.  Tego  ranka  Lance  modlił  się  dwa  razy.  Pierwszy  raz  za  siebie,  a drugi  za  Pamelę. 

W jego  przypadku  była  to  idiotyczna  nadzieja,  że  ten  wariat  Carmichael,  siedzący  za  sterami 

HS125,  nie  rozwali  samolotu  na  kawałki.  Pamela  była  stewardesą  na  pokładzie  Boeinga  707. 
Była bardziej bezpieczna, ponieważ pierwszym pilotem był Tom Hodghes. Wprawdzie Lance nie 
lubił Toma, gdyż ten był przyjacielem Mortonów, którzy szczerze nienawidzili młodego Evansa, 
ale ów znał swój zawód. 

Lance  włożył  rękę  do  kieszeni  w poszukiwaniu  papierosów,  kiedy  przypomniał  sobie,  że 

wypalił  właśnie  ostatniego.  A właśnie  papieros  był  mu  cholernie  potrzebny.  O Jezu!  Po  locie 

z Carmichaelem nie mógł się jeszcze uspokoić. 

Właściwie nic groźnego się nie stało, ale Lance nie rozumiał ludzi, którzy płacą trzydzieści 

funtów  za  lekcję,  a potem  próbują  wmówić  instruktorowi,  że  nie  zna  się  na  lataniu.  Było  ich 
kilku, ale Carmichael wydawał się największym idiotą. 

Zdenerwowany instruktor wstał i podszedł do stojącego automatu, a kiedy wrócił, ponownie 

sprawdził czas. Szósta czterdzieści pięć. Nie było sensu szarpać się przez następne pół godziny. 
Gdyby coś się stało, to już by o tym wiedział. 

Jednak nie ogłaszano, że lot numer 6132 jest opóźniony. To typowe dla Fradley. 

Niedbalstwo i opieszałość, które wszyscy starali się jakoś ukryć. Lance myślał o tym i kiedyś 

starał  się  temu  zaradzić.  Nie  był  w stanie  nic  zrobić.  Flyways  wykradło  najlepszych  pilotów 

i obsługę  naziemną  innym  firmom.  W całej  Anglii  nie  można  było  znaleźć  takich  ludzi. 
Organizacja  powinna  działać  perfekcyjnie,  ale  niestety  tak  nie  było.  Teoretycznie  Fradley  było 
ogromną, dobrze naoliwioną maszyną, obsługiwaną przez najlepszą załogę i skomputeryzowany 
sprzęt. Słabość człowieka łączy albo dzieli go od tego, co chce kontrolować. 

Lance Evans dawno chciał wrócić do East Midlands Airport. Tamtejsza szkoła pilotów dała 

background image

mu jakąś reputację. Gdyby pozostał, byłby już starszym intruktorem lotnictwa. Tylko jego młody 
wiek  stanowił  przeszkodę.  Flyways  to  wszystko  zniszczyło.  Ale  przenosząc  się  do  Fradley, 
poznał  Pamelę, która przyszła z Elmdon. Kiedyś była żoną Mortona,  ale ten porzucił ją i sześć 
miesięcy później wzięli rozwód. Między nimi  nie było  prawdziwej  miłości,  lecz pewien układ. 
Lance  nie  zamierzał  rozbijać  tego  związku,  ale  tak  jakoś  wyszło.  Dobre  stosunki  między  nim 

a Mortonem  zmieniły  się  całkowicie.  Teraz  toczyli  wojnę,  w którą  wciągnięci  byli  też  inni.  Na 
przykład  Tom  Hodges  „pracował”  nad  Pamelą,  wykorzystując  wszystkie  postoje  w innych 
krajach.  Kierownik  lotniska,  Reece  Lingen,  wysyłał  dziewczynę  na  wszystkie  loty  z Tomem, 

a przynajmniej tak to wyglądało. 

Evans  zaciągnął  się  papierosem.  Dlaczego,  do  cholery,  wszyscy  tak  współczują  temu 

dupkowi, Mortonowi? Nie rozumiał. Po chwili stwierdził jednak, że nie ma racji. Pamelą mogła 
mieć każdego mężczyznę. Wszyscy wymyślali niestworzone historie o tej dziewczynie, ale gdy 
widzieli ją z takimi młodzikami jak Lance, ich duma cierpiała. 

– Hej! 
Lance  poderwał  się,  upuszczając  prawie  papierosa.  Była  tu  i siedziała  z nim  przy  stole. 

Bordowy  uniform  pasował  do  niej,  jak  i długie  czarne  włosy.  Niebieskie,  figlarne  oczy  i ten 
beztroski wyraz twarzy. Mogłaby być cholernie dobrą aktorką. 

– Co z tobą, chłopie? – zapytała, pociągając z jego kufla. – Co za świństwo! To piwo jest tak 

samo beznadziejne jak całe lotnisko. 

– Przyniosę ci coś innego. 
– Nie wygłupiaj się. Pij, jeśli chcesz i wynosimy się. 
–  Martwiłem  się  o ciebie  –  powiedział  Lance,  szczerząc  zęby.  –  Wasz  samolot  spóźnił  się 

trzydzieści minut. Zły dzień? 

–  Tak  jakby  –  wymruczała  dziewczyna.  –  Nie  gorszy  niż  zwykle.  Drobne  problemy 

z silnikiem w Brukseli. Nic poważnego, ale Tom  nalegał,  żeby mechanicy wszystko  sprawdzili. 
Co by nie mówić, to jednak dobry pilot. Większość nawet by nie zauważyła, że coś się dzieje. 

Poczekaliby na powrót do bazy. Tylko nie Tom. 

– Próbował cię znowu podrywać? – zapytał zazdrośnie Lance, siląc się na uśmiech. 
– Tak – odrzekła roześmiana dziewczyna. – Postawił mi drinka w porcie. 
– Już trzeci tydzień latasz z jego załogą. Wszystko przez Lingena. 
– I co z tego? Jesteś zazdrosny? 
– Nie lubię tego. To jakaś cholerna zmowa. 
–  Być  może,  ale  i tak  prowadzi  donikąd.  Grajmy  więc  dalej,  aż  zniechęcimy  naszych 

wrogów.  Niestety,  znowu  będę  leciała  z Tomem.  Jest  chyba  najlepszym  pilotem.  Ale  dałabym 
wszystko, żeby powrócić do Elmdon. 

–  Wątpię,  czy  przyjęliby  kogoś,  kto  odszedł  do  Flyways.  Przecież  nasza  firma  podkrada 

background image

innym najlepszych ludzi. Wszyscy o tym wiedzą i głośno mówią, nawet prasa. 

– Wiesz, Lance, to dziwne – powiedziała dziewczyna, instynktownie ściszając głos. – Nie da 

się tego określić, ale gdzieś w pobliżu czai się zło. 

–  Wiem  –  odrzekł,  zdejmując  okulary.  –  Port  powstał  zbyt  szybko,  jak  grzyb  po  deszczu. 

Inne lotniska były rozbudowywane przez lata, a wraz z nimi rosła ich reputacja. Jeszcze wczoraj 
Fradley  było  opuszczonym  i zarośniętym  lotniskiem  RAF-u,  a dzisiaj  ten  moloch  rywalizuje 

z Heathrow.  Jak  tak  dalej  pójdzie,  za  dziesięć  lat  będzie  największym  portem  lotniczym  na 
świecie,  a przynajmniej  w Anglii.  Patrząc  na  to  z zewnątrz,  można  by  przypuszczać,  że  tak  się 

stanie. 

Tylko  my  wiemy,  że  to  wszystko  jest  zbyt  duże  i zbyt  szybko  powstało.  Hotel  do  dziś  nie 

może  pokryć  kosztów  swego  utrzymania.  Być  może  jest  to  sytuacja  przejściowa  i niedługo 

wszystko  powróci  do  normy.  Szefowie  wierzą,  że  do  tego  czasu  będą  już  mieli  stałą  klientelę. 
Nie  jestem  tego  pewny.  Gdyby  ktoś  zaproponował  mi  powrót  do  East  Midlands,  zrobiłbym  to 

natychmiast. 

– Nie tylko chodzi o sposób, w jaki powstało to lotnisko – wyszeptała Pamela. – Atmosfera, 

która tu panuje. Czuję, jakby ktoś... jakaś ukryta kamera śledziła każdy mój krok. 

– Mam takie samo odczucie. Wydaje mi się, że jestem intruzem. Wiele osób doświadcza tego 

samego,  nawet  jeśli  nie  zdają  sobie  z tego  sprawy.  Jakby  nasze  życie  toczyło  się  pod  czyimś 
czujnym  nadzorem,  presją.  Żyjemy  na  krawędzi,  bojąc  się  nawet  własnego  cienia.  Kilku 
chłopaków  mówiło,  że  Stapleford  przeszedł  nerwowe  załamanie.  Bardzo  mnie  to  martwi. 
Prawdopodobnie  skończył  się,  zanim  ktokolwiek  zdążył  się  zorientować.  Gdyby  latał  dalej, 
mógłby  spowodować  największą  katastrofę  w dziejach  ludzkości.  W Gatwick  wszystko  było 

w porządku. Był jednym z najlepszych. Sam nie wiem, skąd ta nagła zmiana. 

– Jak się sprawuje Carmichael? – zapytała Pamela, próbując zmienić temat rozmowy. Przez 

szklane drzwi widziała, że Tom i Rób z czegoś się śmiali. Poczuła się nieswojo. 

–  Idiota  –  odpowiedział  Lance,  gasząc  papierosa  w popielniczce.  –  Już  w East  Midlands 

miałem kilku takich, ale on jest najgorszy. Po ośmiu godzinach latania powinien wiedzieć dość 
dużo. To, co dzisiaj wyrabiał, przeszło moje najśmielsze oczekiwania. Byłem przerażony. 

– Nie będziesz już z nim latał? 

W kantynie Morton i Hodges o czymś dyskutowali. Prawdopodobnie o Pameli. 
– Nie, ale jeśli kogoś zabije, to będę miał go na sumieniu. 
– Daj spokój. Chodź. – Złapała go pod rękę i odchodząc zauważyła, że szef instruktorów stoi 

w kolejce z jasnowłosym pilotem. 

Na zewnątrz było parno. Zamglone słońce bezskutecznie usiłowało przebić się przez chmury. 

Nadciągała burza. Nawet żywioły trwały w bezustannym napięciu. 

Mała  pszczoła,  unoszona  lekkim  wiatrem,  kręciła  kółka.  Pamela  podziwiała,  w jaki  sposób 

background image

omija przeszkody. Żaden samolot nie zrobiłby czegoś podobnego. Pomimo techniki człowiek nie 
doścignie przyrody. 

Zmierzali  w kierunku  tabliczki  z napisem  „Obsługa  lotniska”,  która  wisiała  na  ogrodzeniu 

parkingu. Samochody błyszczały w słońcu. 

Lance Evans pobrzękiwał kluczykami. Nie zdawał sobie sprawy, ale wyrażał przez to chęć 

jak najszybszego opuszczenia Fradley. Otwierając niebieskiego morrisa, wzdrygnął się. 

– Cholera! 
– Co się stało? – zapytała przestraszona Pamela. 
– Spójrz. 
Dziewczyna  podążyła  wzrokiem  za  jego  wyciągniętym  palcem  i ujrzała  rozpłaszczoną  pod 

ciężarem samochodu oponę. To mogło się zdarzyć w każdej chwili, ale dlaczego właśnie dzisiaj, 
kiedy mieli jechać do Jane i Johna? 

Lance  nie  marnował  czasu.  Odkręcone  śruby  zgrzytały,  a lewarek  jęczał  straszliwie. 

Wszystko  szło  bardzo  sprawnie.  Podziw  dla  tego  chłopaka  zatarł  w pamięci  Pameli  niedawne 

niezadowolenie. W jego pracy nie było nic udawanego. 

Sposób,  w jaki  wykonywał  wszystkie  czynności,  zaimponował  dziewczynie.  Nie  minęła 

nawet minuta, gdy samochód był gotowy. 

–  To  wszystko  –  powiedział  zasapany  Lance,  wycierając  brudne  ręce  w szmatę.  –  Koniec 

kłopotów. Jedyna rzecz w tym samochodzie... 

Wtem usłyszeli syk powietrza. Opona na nowo założonym kole powoli flaczała. 
– Kurwa mać! 
Lance kopnął samochód, kiedy z koła wylatywały już resztki powietrza. 
– Cholerny szmelc! Jedna guma w ciągu osiemnastu miesięcy, a teraz dwie naraz. 
– Lance – wyszeptała pobladła Pamela. – Mówiłam ci. To wpływ tego miejsca. Tu czai się 

zło. Nie powinni budować lotniska w tym miejscu. Czuję, że ciągle coś stoi nam na drodze. 

Chłopak  nie  słuchał.  Zdjął  koło  i ruszył  w kierunku  warsztatu.  Pamelę  ogarnął  strach. 

Powietrze  było  ciężkie  i wilgotne.  Na  niebie  pojawiały  się  nowe  chmury,  które  całkowicie 
zasłoniły słońce. Dookoła panowało napięcie. Niebo stawało się czarne, chmury tworzyły dziwne 
kształty.  Po  chwili  rozległ  się  grzmot.  Jeszcze  daleko...  Pameli  wydawało  się,  że  gniewni 
bogowie przybywają wywrzeć na ludziach okrutną zemstę. 

Irytację,  że  musi  spędzić  noc  w hotelu  na  lotnisku,  łatwo  było  odczytać  z twarzy  Edgara 

Swaina. Wysoki, łysiejący mężczyzna, który dobiegał już sześćdziesiątki, przeżył swoje i na stare 
lata  chciał  zażyć  trochę  spokoju  i komfortu.  Karierę  zaczynał  w odlewni  metali  w Old  Hill, 
potem  pracował  w laboratorium  medycznym  na  farmie,  bo  miał  możliwość  leczyć  tam  płuca. 
Fortuna uśmiechnęła się do niego, gdy wygrał w bilard tyle, że mógł kupić farmę na własność. 
Dzięki niej stał się bogaczem. 

background image

Rolnictwo nie było jednak główną pasją Edgara i dlatego w czasie drugiej wojny światowej 

na  jego  ziemi  wybudowano  lotnisko  wojskowe.  Po  1945  roku  hangary  zamieniono  w składy. 
Edgar  zabezpieczył  swoje  prawa  do  ziemi  tak,  że  stał  się  jedynym  jej  posiadaczem.  Koło 
sześćdziesiątki czas przejść na emeryturę. 

Początkowo chciał wszystko sprzedać, by dostatnio spędzić ostatnie lata życia. 
Wizyta  Charlesa  White’a  wszystko  zmieniła.  Swain  zainwestował  część  gotówki  w port 

lotniczy. Jak dotąd zyski były satysfakcjonujące, co zresztą Amerykanin obiecywał. 

Edgar odpoczywał, siedząc w fotelu i popijając brandy. Przyglądał się badawczo luksusowo 

urządzonemu  pokojowi.  Własna  łazienka  z prysznicem,  telewizor,  lekko  przyćmione  światła 

i podwójne  łóżko  napełniały  jego  serce  radością.  Oczywiście,  nie  wszystkie  pokoje  były  tak 
urządzone. Ten kiedyś może służyć rodzinom królewskim za apartament. 

Jeszcze jedna brandy i niezadowolenie z ostatnich kilku dni utonęło w alkoholu. 
Powinien  zażądać  od  White’a  rozmowy  we  Fradley,  zamiast  podejmować  wyczerpującą 

podróż  do  Nowego  Jorku.  Jednak  co  się  stało,  to  się  nie  odstanie.  Konsorcjum  potrzebuje 
pieniędzy,  ale  nie  miał  pojęcia,  ile.  Amerykanin  był  bardzo  tajemniczy  i nic  nie  mówił.  Na 
poprzednim  spotkaniu  zreferował  tylko  w zarysie  plan  dalszego  rozwoju  i zrobił  to  doskonale. 

Przez  trzy  lata  z Fradley  powstał  jeden  z największych  portów  lotniczych.  Teraz  rozmowy 
dotyczyły kolejnych pasów startowych i dodatkowego terminalu. Edgar nie przewidział takiego 

obrotu sprawy. Z niezbyt jasnych przyczyn bilans roczny wykazał deficyt. 

– Oczywiście, w ciągu pierwszych lat będą straty – argumentował Charles, paląc papierosa, 

a popiół spadał mu na nową marynarkę. – Ale tylko na papierze. 

I  wtedy  Edgar  zmarszczył  brwi.  Wypływano  zbyt  daleko  w morze,  gdzie  można  stracić 

grunt. W zeszłym tygodniu wręczył czek na dziesięć tysięcy dolarów. 

Walczył ze swymi obliczeniami. Zainwestował już pięćdziesiąt tysięcy, a znowu chcą więcej. 
Był już po trzecim drinku, a nie miał pewności, czy kontynuować grę. Jeśli nie wyciągną rąk 

po  jego  pieniądze,  sam  się  nie  zaoferuje.  Interes  przypominał  wyrzucanie  pieniędzy  w błoto. 
Powinien twardo postawić sprawę. 

Edgar  podszedł  do  okna  i spojrzał  na  pas  startowy.  Do  lądowania  podchodził  Boeing  707. 

W ogłuszającym  ryku  jego  silników  Swain  poczuł  się  raźniej.  Był  przecież  integralną  częścią 
tego  hałaśliwego  luksusu.  Bez  jego  pomocy  nigdy  nie  byłoby  lotniska.  Nadal  stałyby  tutaj 
rozlatujące  się  hangary,  a ludzie  uczyliby  się  jeździć  na  starych  pasach  startowych.  Był 
człowiekiem,  który  zmienił  przeznaczenie,  przeobraził  krajobraz,  zapisał  swoje  imię  w księdze 

historii. 

Kiedy  stał  przy  oknie,  ogarnęło  go  niespotykane  ciepło.  Obserwował,  jak  słońce  wygrywa 

walkę  z resztkami  burzowych  chmur,  odbijając  się  tysiącem  iskier  w kałużach.  Dusza  Edgara 
napełniła  się  spokojem  i szczęściem.  Jego  obecną  pozycję  można  było  określić  tylko  słowem 

background image

„sukces”. 

Swain wyobrażał sobie, że hotel został wybudowany dla uczczenia jego tryumfu. Na jednym 

z kamieni węgielnych powinno wyryć się jego imię,” Edgar Swain, 1921”. 

Przed jego oczyma rozpościerała się potęga techniki i pieniądza. Mimo wszystko chyba lubił 

ten  hotel.  Uosabiał  on  przecież  to,  o co  tyle  lat  walczył.  Był  potwierdzeniem  jego  obecnej 

pozycji. 

Zadowolony  z siebie  Edgar  zaśmiał  się  dobrotliwie.  Jego  myśli  powróciły  do  budowli,  na 

miejscu  której  stanął  ten  okazały  hotel.  Ta  wieża  z krętymi  schodami  nie  została  zbudowana 
przez  RAF.  Dawno  temu  był  to  duży  młyn.  W czasie  wojny  dobudowano  kilka  pomieszczeń 

i taras.  Kiedy  kupował  posiadłość,  chciał  zachować  tę  budowlę.  Obserwował  tylko,  jak  wieża 
chyli  się  ku  upadkowi.  W dzisiejszych  czasach  taki  wiatrak  byłby  unikatem,  który  osiągnąłby 

z pewnością wysoką cenę.  

Jankesi mogli go kupić i przesłać do Nowego Jorku. Na te rozważania było teraz za późno. 

Nic nie mogło konkurować z ogromem hotelu. Kiedy Edgar będzie rozmawiać z Whitem, zażąda 

umieszczenia  w foyer  plakietki  z jego  imieniem  i nazwiskiem.  Jeśli  Charles  spełni  życzenie, 
będzie mógł liczyć na pieniądze. 

Edgar zastanawiał się nad rozbudową lotniska. Trzeba będzie kupić więcej ziemi. 
Dwa  albo  trzy  tysiące  dolarów  za  akr.  Taka  będzie  cena.  Nadawała  się  na  to  tylko  farma 

Teddy’ego  Williamsa.  Był  to  nieokrzesany  starzec,  a Edgar  nigdy  nie  był  z nim  w dobrych 
stosunkach. Płot graniczny zawsze był przyczyną sporów. Swain nie mógł zrozumieć, dlaczego 
przewody zawsze były pozrywane wtedy, kiedy najbardziej potrzebował prądu. Podejrzewał, że 
ten stary dureń przecina je, żeby ukraść trochę mocy, zanim ktokolwiek się zorientuje. 

Williams  był  jednym  z najgorętszych  przeciwników  budowy  lotniska,  ale  tylko  od  chwili, 

gdy  Flyways  nabyło  ziemię  wyłącznie  od  Edgara.  Nie  wyszło  to  Teddy’emu  na  dobre.  Jak 
wszyscy mieszkańcy miasteczka, musiał w końcu uznać swoją porażkę. 

Swain zastanawiał się, jak Teddy zareaguje na ofertę. Na początku może nawet odmówi, ale 

ponieważ pieniądz jest jego bogiem, ostatecznie sprzeda farmę. 

Przez  okno  hotelu  obserwował,  jak  zmierzch  przemienia  się  w czarną  noc.  Był 

zafascynowany  widokiem  wielkich  samolotów  podchodzących  do  lądowania  z rykiem  silników 
lub  odrywających  się  od  ziemi.  Wpadł  w euforię,  widząc  ogromny  pas  startowy  w świetle 
potężnych reflektorów. Po kilku minutach odszedł od okna i zaczął rozmyślać. Z dala dochodził 

jeszcze  odgłos  silników  odrzutowych.  Edgar  zastanawiał  się,  co  zamówić  na  kolację,  która 
powinna być podana za pół godziny. 

Menu leżało na stole. Podniósł je, przejrzał uważnie i zadecydował wziąć najpierw kąpiel. 
Nagie ciało zaróżowiło się pod strumieniem wody lecącej z prysznica. Swain zamknął oczy 

i pomyślał, że właściwie powinien wejść do wanny. 

background image

Na  początek  pieczona  kaczka.  Na  główne  danie  bażant  albo  kuropatwa  w zasmażce 

francuskiej, a na koniec... Cholera, znowu zapomnieli zostawić listę win. 

Niedbalstwo, którego nie zauważyłby zwykły gość, dla Edgara było niewybaczalne. 
Niechże dyrektor powywala wreszcie te ofermy. 
Głód dawał znać o sobie bolesnym ssaniem żołądka. Na myśl o bażancie Swainowi pociekła 

ślinka. Ponieważ kelner się spóźniał, postanowił wejść jednak do wanny. 

Spuszczał właśnie wodę, kiedy usłyszał odgłos kroków. Dochodził z jego pokoju. 
Wyskoczył  szybko  z wanny  i zaczął  nasłuchiwać.  Szuranie  nogami  i lekkie  chrząknięcie. 

Edgar sięgnął po ręcznik i zaczął się błyskawicznie wycierać. Może pokojówka przyszła zasłać 
łóżko?  Kelner  przyniósł  kolację?  Mógł  jednak  grasować  tu  złodziej. Wtargnął  do  apartamentu, 
sądząc, że mieszkaniec zszedł na kolację do restauracji. 

Swain drżał, zakładając spodnie i bluzę. Podszedł cicho do drzwi, lecz kiedy dotknął klamki, 

w pokoju zgasło światło. 

Znieruchomiał.  Po  chwili  zajrzał  do  ciemnego  pomieszczenia.  Gdzieś  w głębi  duszy  rodził 

się  strach.  Po  kilku  sekundach  jego  oczy  przyzwyczaiły  się  do  ciemności  rozpraszanej 
delikatnym,  pomarańczowym  odblaskiem  lamp  stojących  przy  pasie.  W porcie  nie  było 
praktycznie nocy. Potężne reflektory rozpraszały ciemności tak, że gdzieniegdzie było jaśniej niż 

za dnia. 

Edgar wolno otworzył drzwi. Słyszał bicie własnego serca. Przez chwilę pomyślał, że pokój 

jest pusty, a odgłosy dochodziły z sąsiednich pomieszczeń. Nagle zobaczył światło. Mały ognik 
na tle pomarańczowej poświaty. Przestraszony podniósł wzrok. W kącie ktoś stał. 

Usta Edgara otworzyły się samoczynnie, ale nie wydobył z siebie ani słowa. 
Strach był silniejszy. Nie było wątpliwości, stoi twarzą w twarz z włamywaczem. 
Profesjonalistą, który wyłączył światło, żeby dokonać grabieży. 
Był niewysoki, krępy; miał na sobie jakiś mundur, na głowie skórzaną pilotkę. 
Jej  odpięte  paski  opadały  na  ramiona.  Na  dłoniach  nosił  rękawice,  a ciężkie  buty  lśniły  od 

pasty. Swain dostrzegł te szczegóły. Twarz intruza ginęła w cieniu. 

W jednej ręce trzymał zapaloną zapalniczkę, którą skierował w stronę Edgara. 
Swain  chrząknął  i zasłonił  oczy  przed  blaskiem,  który  mimo  to  przenikał  przez  palce. 

Zdziwiony odwrócił głowę. 

– Hej! – warknął zachrypniętym głosem. – Na litość boską, zgaś to! 
Zapalniczka oddaliła się na kilka cali, ale nie zgasła. Oświetlała teraz postać Edgara niczym 

rzutnik do slajdów. Swain próbował dostrzec coś ponad płomieniem, ale twarz nadal pozostawała 
niewidoczna.  Strach  przemienił  się  w przerażenie.  W pokoju  było  zimno  i cicho.  Dziwne. 
Lotnisko nie zna ciszy. Ciągle startują samoloty, ludzie rozmawiają, coś się dzieje. 

Jednak  w pokoju  panowała  absolutna  cisza,  jakby  w jednej  chwili  świat  przestał  istnieć. 

background image

Oprócz Edgara i dziwnego intruza. 

Po chwili obcy przemówił, a przynajmniej tak się wydawało Swainowi, ponieważ docierały 

do  niego  jakieś  słowa.  Nie  mógł  tylko  ustalić,  skąd.  Wydawało  mu  się,  że  rozbrzmiewają  ze 

wszystkich stron. Ostry szept przypominał ludzką mowę, ale był pozbawiony emocji. Miał tylko 
przekazać informację. Tempo mówienia na przemian rosło i malało, jak stara płyta. 

Edgar stał jak skamieniały, wpatrując się w dziwną postać. Rozpoznał mundur. 

Nosili go podczas wojny amerykańscy piloci z USAF. Nie zna przypadkiem tego człowieka? 
– Oni wciąż tu są. Nigdy się ich nie pozbędziecie – przemówił nieznajomy. 
– Kogo? Na litość boską, kogo? 
– Starych kapłanów. Ujrzeć ich twarz znaczy, umrzeć. 
– Nie wierzę ci. Zmyślasz bzdury, bo złapałem cię w moim pokoju. 
– Nie kłamię. Muszę szukać, ale nie wiem, czego. Moja śmierć im nie wystarczyła. 
Odebrali mi spokój na wieczność. 
– Nie chcesz chyba powiedzieć, że jesteś duchem? Gdyby tak było, nie mógłbyś znajdować 

się w moim pokoju. 

Edgar trząsł się ze strachu. Jego głos zupełnie osłabł. Słowa dziwnego człowieka  
zdawały  się  dochodzić  zewsząd  i znikąd.  W jego  postaci  było  coś  nieokreślonego 

i znajomego  równocześnie.  Jak  melodia,  którą  słyszało  się  kilka  lat  temu.  Muzykę  można  było 
rozpoznać  w ciągu  kilku  minut,  ale  nie  tę  postać.  Edgar  próbował  skojarzyć  z kimś  tego 
człowieka. Pilot, Amerykanin. Boże, pozwól mi zobaczyć jego twarz! 

– Naprawdę tego chcesz? – wyszeptał nieznajomy. 
Edgar znieruchomiał. Ten człowiek czytał w jego myślach. Za wszelką cenę musi zobaczyć 

jego twarz. To pewno jakaś mistyfikacja, cholernie głupi żart mieszkańców miasteczka, zemsta 
za to, że nie udało im się powstrzymać budowy. 

– Cholerny gnoju! – ryknął Swain. 
Strach ustąpił miejsca wściekłości. Edgar wstydził się paru minut, kiedy zdawało mu się, że 

zagląda śmierci w oczy. Zwykle nie był bojaźliwy, ale teraz został po prostu zaskoczony. 

– Jesteś z wioski, śmieciarzu! Przysłał cię Hartley, żebyś mnie przestraszył. 
Podejdź,  niech  zobaczę  twoją  gębę!  Zresztą  i tak  cię  poznaję,  gnoju.  Zaraz  zadzwonię  na 

policję, a wtedy będziesz miał cholernie dużo czasu, żeby przemyśleć swój idiotyczny żart. 

– Jeśli zobaczysz moją twarz, umrzesz. Tak jak wszyscy, którzy widzieli kapłanów. Jestem 

jednym z nich. Przeklętych i skazanych na wieczne szukanie czegoś, czego nie znajdą. Takie jest 
też twoje przeznaczenie, ale wybieraj sam. 

– Przestań pieprzyć i podejdź tu. 
– Więc niech się stanie, co ma się stać. Będziesz mógł winić tylko siebie. 
Podniósł  rękę  tak,  że  płomień  zapalniczki  oświetlił  twarz.  Skóra  człowieka  była  równie 

background image

wysuszona i popękana jak pilotka. 

Edgar  osłupiał.  Pamięć  powoli  wracała.  Z przeszłości  wyłaniały  się  zamglone  obrazy. 

Wysokie  czoło,  rozwarte  oczy,  w których  ciągle  gościł  strach.  Miał  duży,  złamany  w dwóch 

miejscach  nos.  Kurczowo  zaciśnięte,  zbielałe  wargi  wyrażały  dziwną  nienawiść.  Wspomnienie 
przeszłości,  które  wyłaniało  się  z zakamarków  mózgu,  przerażało  wyrazistością.  Straszliwe 
przeznaczenie, które nigdy nie powinno się spełnić. 

– Wiesz już, kim jestem. Chyba przypomniałeś sobie nasze spotkanie na lotnisku? 
Swain cofnął się, próbując odwrócić wzrok, ale jakaś przemożna siła nie pozwalała mu na to. 

Czuł  się  jak  w transie.  W jego  umyśle  składał  się  obraz  zapomnianej  i odrzuconej  przeszłości, 
jakby rozpoznawała portret pamięciowy. 

Nerwy  były  napięte  do  granic  wytrzymałości,  każda  część  organizmu  krzyczała, 

uświadamiając sobie prawdę. 

To koniec. 
Zapalniczka  ciągle  oświetlała  bladą  twarz,  podkreślając  zastygłą  w jej  rysach  wrogość. 

Piętno zła było aż nadto widoczne. Zostało wyciśnięte przez kogoś, kto posiadł ciało i duszę tego 
człowieka, drwiąc z boskich praw natury. 

– Znam cię – wyszeptał Edgar zbielałymi wargami. – Nazywali cię Szalony Mullach. 
Bezkrwiste  usta  postaci  skurczyły  się  w nikłym  uśmiechu.  Trwał  kilka  sekund,  a potem  na 

twarzy  pojawił  się  wyraz  smutku  człowieka  zmuszonego  zająć  miejsce  w plutonie 
egzekucyjnym. Pilot wiedział, że nie ma odwrotu. 

– Prosiłeś, żebym pokazał ci twarz. Wiesz, kim jestem. Nazywani się Wilson! 
Przed  oczyma  Edgara  obraz  tracił  wyrazistość,  ginąc  w jasnych  płomieniach.  Po  chwili 

Swain poczuł gryzący zapach dymu. Twarz Wilsona zniknęła, a zamiast niej pojawiła się wizja 

starego  lotniska.  Betonowy  pas  startowy  i wieża  kontrolna  jaśniały  w płomieniach  płonącego 
samolotu. Dookoła stał bezradnie tłum ludzi. 

Człowiek próbował wydostać się z kabiny, przeraźliwie wzywając pomocy. Na chwilę jego 

twarz  ukazała  się  w dymie,  żeby  ponownie  zniknąć.  Nikt  go  nie  słyszał  i prawdopodobnie 
niezbyt wiele osób zauważyło. Widział go Edgar Swain. To Wilson. 

Coś wykrzykiwał, ale jego głos ginął w szurnie pożaru. 
– Nie patrz na mnie! Na litość boską, niee! – krzyczał przerażony Edgar. 
Czuł,  że  zapada  się  w przepaść.  Powoli  ogarniała  go  ciemność.  Po  raz  ostatni  spojrzał  na 

wykrzywioną w straszliwym bólu twarz pilota. 

– Widziałeś mnie. Za późno – powiedział Wilson. 
Swain  powoli  tracił  przytomność.  Ostatnią  rzeczą,  jaką  poczuł,  był  swąd  spalonego 

ludzkiego mięsa. 

Nastała nieprzenikniona ciemność. 

background image

PRÓBA OGNIA 

 
W  apartamencie  na  czterdziestym  trzecim  piętrze  wieżowca  panowała  napięta  atmosfera. 

Klimatyzacja walczyła z upałem, a w dole ruch zdawał się być wolniejszy niż zwykle. 

W pokoju czterech mężczyzn siedziało przy stole. Podwinięte rękawy i odpięte kołnierzyki 

świadczyły o tym,  że panowie niezbyt  dobrze znoszą wysoką temperaturę. Na stole stały  puste 
puszki po piwie. Nawet Charles White zdradził swoją brandy dla czegoś zimniejszego. 

– Cholera! Nie mogło się to wydarzyć w gorszym momencie – jęknął Charlie. 
Zamknął  oczy  i przez  chwilę  zdawało  się,  że  zasłabł.  –  Swain  miał  zainwestować  trochę 

grosza i dostał ataku serca. Gdyby pożył jeszcze czterdzieści osiem godzin! 

– Fradley nie jest zależne od jednego człowieka – przerwał Phil Warboys. – Pieprzyć go. Był 

tylko płotką. Użyteczną, ale do zastąpienia. 

– Wywalisz następne sto tysięcy dolarów? – zapytał White, spoglądając ze złością na Phila. 
–  Nie  mogę.  Bank  odrzucił  moje  podanie  o pożyczkę,  a jesień  nigdy  nie  była  udana  dla 

nocnych klubów. Za kilka tygodni biznes odżyje. 

– Tak – przytaknął Roger, wycierając pot z czoła. – Nasze dochody zawsze się zmniejszają 

w listopadzie. Musimy to przeczekać. 

–  Nie  mamy  czasu  –  odrzekł  Charlie,  przeżuwając  wypalone  cygaro.  –  Tylko  za  gotówkę 

możemy kupić czas. Bank of New York wyznaczył nam limit kredytu, a akcjonariusze domagają 
się wypłat z zysku. Oczywiście, możemy dać im dywidendy, ale zahamuje to realizację naszych 

planów. 

– Rzeczywiście potrzebujemy teraz rozbudowy? 
Czwarty  mężczyzna,  który  do  tej  pory  siedział  cicho,  odezwał  się  ze  specyficznym 

londyńskim akcentem. Około czterdziestoletni Anglik był lekko otyły. Proste włosy opadały mu 
na czoło, a małe świdrujące oczka rozglądały się we wszystkich kierunkach. Frank Weston był 

jednym z filarów konsorcjum. 

– Mogliśmy poczekać na rozwój sytuacji. 
–  Nie,  Frank  –  odrzekł  White,  zgniatając  mokre  resztki  cygara  w dużej  popielniczce.  – 

Obecnie stanowimy dla innych lotnisk największą konkurencję. 

Heathrow i Gatwick mają ogromne kłopoty, pomimo to ogłosiły już plany rozbudowy. 
Jeśli nie wykonamy żadnego ruchu, wyprzedzą nas jak na wyścigach. Nie możemy biec za 

przeciwnikiem,  musimy  go  pokonać.  Zaskoczymy  ich  jak  firma  Laker  w latach 
siedemdziesiątych. Rzuciliśmy wyzwanie i nie możemy się wycofać, bo zginiemy. Wszyscy nasi 
przeciwnicy rozbudowują się sądząc, że nie damy rady. To nasza szansa. Zaskoczenie. Jeśli tego 
nie uczynimy, na zawsze pozostaniemy drugorzędnym lotniskiem, które stara się za wszelką cenę 
związać  koniec  z końcem,  podczas  gdy  inni  biorą  główną  wygraną.  Stracimy  nowych 

background image

inwestorów. Teraz wszyscy czekają. 

– A inne konta? 
– Finansujemy z nich koszta bieżące – odrzekł White, gryząc długopis. 
– Skoro rozbudowa oznacza wzrost kosztów, musimy wziąć pożyczkę. 
– Tak by to wyglądało. Sprawdziłem dzisiaj stawkę Libor. Osiemnaście punktów. 
Banki komercyjne biorą o dwa więcej. Dwadzieścia procent może nas zniszczyć. 
– Mam propozycję – powiedział spokojnie Weston, lekko się uśmiechając. 
–  Tak?  –  zaciekawił  się  Charlie.  Mięśnie  jego  ciała  były  napięte,  jakby  szykował  się  do 

skoku. – Słucham. Kramik z pomysłami jest na razie pusty. 

– Dobrze – powiedział Frank, spoglądając na wszystkich. 
–  Nie  będę  owijał  w bawełnę.  Sprzedaj  mi  hotel  i pozwól  mojej  firmie  zająć  się 

zarządzaniem.  Nikt  się nie  dowie,  że  hotel  zmienił  właściciela.  Dostaniesz  gotówkę,  której  tak 

potrzebujesz. 

– A ty włączysz nowe ogniwo do łańcucha swoich hoteli? Co ty knujesz, Frank? 
– Nic. To zwykły interes. Moja oferta jest czysta. Chcę tego hotelu. 
– W przeciwnym razie nie zainwestujesz? 
–  Nie.  Jestem  biznesmenem  tak  jak  ty,  Charlie.  Nie  masz  nic  do  stracenia,  a wszystko  do 

zyskania. 

– Rozumiem – odrzekł White i spojrzał na braci Warboys. 
– Jesteśmy tutaj wszyscy, więc głosujmy. Co o tym myślicie? 
– To dobry pomysł – skinął głową Phil. – Oczywiście, w założeniach. 
– Pod warunkiem, że cena będzie odpowiednia – dodał Roger. 
–  To  oczywiste  –  powiedział  ze  śmiechem  White,  mając  nadzieję,  że  nikt  nie  zauważy 

drżenia jego rąk. – W przeciwnym razie nic nie sprzedamy. Myślę, że ubiliśmy dobry interes. 

Nikt  nie  wspominał  o Edgarze.  Jego  użyteczność  umarła  razem  z nim.  Pieniądze  i ziemia 

przeszły na własność Flyways. To właśnie White namówił dobrotliwego grubasa, by wprowadził 
taką klauzulę. 

Phil  Warboys  był  bardzo  niespokojny,  kiedy  znalazł  się  w swoim  pokoju.  Brat  został 

u Charliego, a on zdecydował się wynająć apartament w hotelu. Tłumaczył się, że musi złapać lot 

do Fradley, a tak naprawdę, chciał być sam. Musiał przemyśleć kilka spraw. Dyskusja z bratem 
nie miała sensu. Zbyt entuzjastycznie podchodził do sprzedaży hotelu. Dla niego wszystko było 

proste. 

Phil nie ufał Frankowi. Nie podobała mu się oferta Westona. 
Był zły na siebie, że dał się ponieść emocjom i głosował za przyjęciem projektu. 
Powinien się sprzeciwić, a przynajmniej wstrzymać z decyzją. Nie był lepszy od zamiatacza, 

który  robi,  co  mu  się  każe.  Nie  mógł  sobie  wybaczyć,  że  pochwalił  transakcję.  Ale  dostaną 

background image

gotówkę. 

Nastała głęboka noc. Phil nalał sobie szklankę whisky i sącząc napój, usiadł na skraju łóżka. 

Zaczął rozmyślać. Nigdy nie lubił Franka. Znał tego faceta od kilku lat. Obserwował jego karierę 

od  domu  wypoczynkowego  w Southand  do  wielkiej  sieci  pięciogwiazdkowych  hoteli,  które 
przyniosły  mu  pierwszy  milion  dolarów.  Z pewnością  hotelarstwo  nie  było  jedynym  źródłem 
dochodów  Franka.  Musiał  robić  coś  jeszcze.  Był  to  jakiś  brudny  interes,  prostytucja  albo 

narkotyki. W każdym razie Weston robił to tak dobrze, że nikt się o tym nie dowiedział. Phil nie 
mógł zrozumieć, po co milionerowi jeszcze jeden hotel i to w dodatku deficytowy. 

Przecież będzie prowadzony pod szyldem Flyways. To nie trzymało się kupy. 
Phil miał zdolność przewidywania, chociaż nie bardzo zdawał sobie z tego sprawę. 
Wiadomość  o śmierci  Swaina  nie  była  dobrym  początkiem  dnia.  Prawdopodobnie  nikt  się 

nad  tym  nie  zastanowił.  Wszyscy  stwierdzili  tylko,  że  ten  mały  kłopot  trzeba  jak  najszybciej 
rozwiązać. Phil nie mógł powiedzieć nic złego o Edgarze. 

Sposób, w jaki zmarł pozostawił jakiś niesmak. Co, u licha, robił w hotelu oddalonym kilka 

mil  od  domu?  Pycha,  snobizm,  a może  noc  poświęcona  na  uczczenie  sukcesu?  Możliwe.  Ale 
może jakieś siły zwabiły go tam, żeby zabić? 

Phil przełknął ślinę, rozglądając się niepewnie. Łyknął sporo whisky i spojrzał na trzęsące się 

ręce. Ten interes źle wpływa na jego samopoczucie. Nawet White był rozstrojony. Jeśli szybko 
nie wyjdą z kłopotów, będzie źle. Wszyscy są na krawędzi wytrzymałości. 

Wysuszył  szklankę, przeszedł  przez pokój  i napełnił  ją ponownie. Wrócił na miejsce i parę 

razy  głębiej  pociągnął.  Był  niespokojny.  Właściwie  nie  ma  się  czym  martwić,  ale  nigdy  nie 
wiadomo... Przecież we Fradley grasuje jakiś maniak. 

Zabił chłopaka, a policja jeszcze go nie odnalazła. Minęły już lata. 
Prawdopodobnie wyniósł się. Policja uważała, że morderstwo popełniono na tle religijnym. 

Cholera,  codziennie  giną  ludzie,  bo  innym  nie  podobają  się  ich  poglądy.  A Edgar?  Dobrze,  że 
chociaż on nie został złożony w ofierze. Naturalna śmierć. Chyba gliniarze nie wszczęli śledztwa. 
Stary drań umarłby byle gdzie. Na pewno? 

Phil spojrzał na zegarek. Była pierwsza dwadzieścia w nocy. Czas uciekał jąkną skrzydłach. 

Mimo  wypitej  whisky  usta  Warboysa  były  suche  i spieczone.  Alkohol  nie  dawał  ukojenia, 
przeciwnie,  jeszcze  bardziej  rozdrażniał.  Phil  zaczął  rozpinać  guziki  i nagle  przestał.  Nic  nie 
zatrzymywało go tutaj oprócz... Jezu, dlaczego pozwolił im...? Właściwie, na co im pozwolił? To 
tylko przemęczenie. 

Trzeba wziąć się w garść. 
Z wysiłkiem skończył pić whisky. Długi sen będzie najlepszym lekarstwem. Na twarzy Phila 

pojawił się grymas. Coś nie dawało mu spokoju. Był jednak tak zmęczony, że nie myślał więcej. 
Położył się w ubraniu na brzegu łóżka. Lenistwo było jednym z jego problemów. Nie chciało mu 

background image

się  nawet  rozebrać.  Zastanawiał  się,  czy  zostawić  na  noc  światło.  Nie  jest  małym  dzieckiem, 
które  zostawia  zapaloną  lampkę,  żeby  odpędzić  straszydła.  Ze  złością  podniósł  się  i nacisnął 
wyłącznik  na  ścianie.  Pokój  pogrążył  się  w ciemnościach  rozświetlanych  neonami  wielkiego 

miasta. 

Phil poczuł, że coś długiego oplata mu szyję i ramiona. Wąż! Szybkim ruchem chwycił go 

i cisnął  o ścianę.  Biały  myśliwy  obronił  się  przed  straszliwym  niebezpieczeństwem.  Czarna 

mamba przegrała, zanim zdążyła ukąsić. 

Warboys  leżał  przerażony,  ciężko  oddychając.  Pokój  nagrzał  się  w czasie  dnia  i Ciągle 

utrzymywał  ciepło.  Phil  wstał  i otworzył  okno.  Strach  niczym  igła  wbił  się  w mózg.  Czuł  się 

wyczerpany. 

Przez dłuższy czas wpatrywał się w pomarańczową kulę księżyca. Cienkie zasłony nie były 

w stanie  odizolować  pokoju  od  dochodzących  z zewnątrz  świateł.  Tak  naprawdę,  w Nowym 
Jorku noc nigdy nie zapada. Bojący się ciemności czuli się tu dobrze. W gruncie rzeczy chodzi 

o to,  co  się  w niej  kryje.  Na  to  nie  było  odpowiedzi.  Dziecinne  strachy  istnieją  tylko 

w wyobraźni. Teraz ożyły w umyśle Phila. 

Sen,  który  wydawał  się  nieosiągalny,  wreszcie  nawiedził  ciało  i umysł  zmęczonego 

mężczyzny. Pomarańczowe światło powoli gasło. Pojawiła się kolejna ciemność. 

Phil  zamknął  oczy.  Oddech  wracał  do  normy.  Był  zrelaksowany  i śpiący.  O niczym  nie 

myślał. Odpoczywał. 

Noc. Na pewno nie w Nowym Jorku. Tak, to Fradley. Hotel, terminal, wieża kontroli lotów. 

Całość przypomina lotnisko dwudziestego pierwszego wieku. 

Ogromny pas startowy, dużo większy od obecnego. Właśnie lądowała dakota. 
Szaleństwo. Sukces przesłania wszystko. Flyways może być najlepsze na całym świecie. 
Warboys  starał  się  rozpoznać,  gdzie  się  znajdował.  Stał  niedaleko  budynku  kontroli  lotów, 

może trzeciego terminalu. Nieważne. Dookoła zbierał się tłum. 

Chyba jakieś kłopoty. Obok samolotu coś się działo. Barierki, ambulanse, kordony policji. 

Porwanie! 
Czasami zdarza się coś takiego. Przemoc stała się integralną częścią tego świata. Morderca 

czy porywacz spotyka cię, kiedy się tego nie spodziewasz. 

Phil był przerażony. Bezradny obserwator, jeden z tłumu, który policja starała się oddalić od 

samolotu. Jakiś cudzoziemiec rozmawiał z rzecznikiem policji. 

Obaj rozkładali ręce w geście rozpaczy. Impas. Taka sytuacja może trwać bardzo długo. 
Policja  utrzymuje  tłum  z dala  od  samolotu.  Ciemnoskórzy  mężczyźni  w dakocie  żądają  od 

pilota,  żeby  gdzieś  ich  zawiózł.  Z pewnością  mają  bombę.  Grożą  wysadzeniem  samolotu 

i pasażerów, jeśli ich żądania nie zostaną spełnione. 

Mija czas. Narady trwają. Pertraktacje z porywaczami ciągną się w nieskończoność. Policja 

background image

usiłuje usunąć ludzi z lotniska. Następuje szereg nieprzewidzianych wypadków. 

Eksplozja.  W niebo  strzelają  oślepiające  słupy  płomieni.  Resztki  samolotu  spadają  na  pasy 

startowe.  Pożar  gwałtownie  się  rozszerza.  Strażacy  i karetki  pogotowia  wycofują  się.  Masowa 

histeria. Tylko Phil Warboys stoi nieruchomo. 

Chciałby  się  ruszyć,  ale  nie  może.  Ciało  sparaliżował  strach.  Biegnący  ludzie  mijają  jego 

nieruchomą postać. Chwilę później dociera żar. Oczy zaczynają łzawić, a wizja gdzieś znika. 

Nagle  port  opustoszał.  Nie  ma  strażaków,  ludzi,  nikogo.  Phil  próbuje  krzyczeć,  ale  ze 

spieczonych  ust  nie  wydobywa  się  żaden  dźwięk.  Nikt  nie  wie,  że  ktoś  pozostał  na  lotnisku. 
Zostawili  go  na  pastwę  płomieni.  Piekło,  którym  straszono  go  w dzieciństwie,  jest  niczym 

w porównaniu z teraźniejszością. 

Ruch.  Jacyś  ludzie  biegną  w stronę  zapadających  ciemności.  Błysk  nadziei.  Phil  chciał 

krzyczeć, ale wciąż nie mógł wykrztusić ani słowa. Kilka osób zatrzymało się obok niego. Patrzą. 

„Jestem tutaj! Pomóżcie mi, na Boga!” 
Zna  słowa,  ale  usta  nie  mogą  ich  wypowiedzieć.  Mijają  kolejne  sekundy.  Powraca 

desperacja.  Nie  zauważyli  go  albo  zignorowali.  Phil  spróbował  poruszyć  głową,  ale  mięśnie 
odmówiły posłuszeństwa. Mógł tylko kątem oka obserwować poruszające się postacie. 

Nagle  zorientował  się,  że  coś  jest  nie  w porządku.  Spodziewał  się  zobaczyć  policję 

i strażaków. Zamiast tego ujrzał ubranych w płaszcze ludzi. Ich głowy kryły się pod obszernymi 
kapturami.  Można  było  jednak  zauważyć  stare,  pomarszczone  twarze,  które  trudno  uznać  za 

ludzkie. 

Szok. Strach przeszywający serce. Warboys myślał, że umiera, ale agonia minęła tak szybko, 

jak  się  pojawiła.  Nogi  ugięły  się  pod  ciężarem  ciała.  Kierowany  instynktem,  chciał  zamknąć 
oczy, ale jakaś przemożna siła nakazywała mu patrzeć. 

Gdzie  ludzie?  Kim  są  te  zakapturzone  postacie?  Pytania  pozostawały  bez  odpowiedzi. 

Tymczasem  zjawy  zbliżały  się  do  Warboysa.  Powoli  otaczały  go,  zbijając  się  w gromadę. 
Odwrócił  oczy.  Nie  chciał  widzieć  tych  strasznych  twarzy,  przysłoniętych  przez  kaptury. 
Wewnętrzny głos kazał mu uciekać. 

Uciekaj, zanim będzie za późno! 
Nie mogę! 
Możesz, do cholery! Uciekaj! 
Phil poczuł, że jego stopy poruszyły się, ciągnąc całe ciało za sobą. Bał się spoglądać do tyłu. 

Armia  zjaw  była  tuż  za  jego  plecami.  Czuł,  że wyciągnięte  starcze  palce  próbują  go  złapać  za 
ubranie. Usta zjaw wykrzykiwały jakieś słowa, które ginęły w odgłosach z płonącego samolotu. 

Żar nasilał się. Skóra paliła żywym ogniem. Phil zdał sobie sprawę, że biegnie w kierunku 

ognia.  Nie  mógł  posuwać  się  dalej.  Zwolnił  i po  chwili  stanął.  Obejrzał  się  do  tyłu,  lecz 
odrażające postacie ciągle zbliżały się do niego. Chciały go złapać. 

background image

Nie było odwrotu. Lepiej zginąć w płomieniach niż wpaść w łapy tych wampirów, diabłów 

z piekła  rodem.  Tak,  to  było  piekło.  Nie  mogło  istnieć  nic  gorszego.  Przed  nim  płomienie,  za 

plecami okrutna banda duchów. 

Boże, co mnie czeka? 
Żar  narastał  z każdą  minutą.  Ubranie  zaczęło  się  tlić.  Z oczu  leciały  strumienie  łez. 

Brakowało tchu. Kościste palce muskały jego marynarkę. 

Phil  rzucił  się  do  przodu,  krzycząc  z przerażenia.  Słyszał  nieludzki  skrzek  prześladowców. 

Potknął się i upadł. Ubranie zaczęło się palić. Powinien zginąć, ale ciągle żył. Był na samym dnie 

Hadesu. 

Phil  leżał  na  ziemi,  płacząc  jak  dziecko.  Tak  będzie  już  zawsze.  Okrutny  żar  i coś,  co 

szydziło z jego cierpienia. Jednak coś trzymało go przy życiu i nie pozwalało umrzeć. Zamknął 
oczy, chroniąc je przed ogniem. Skręcał się z bólu. 

Spieczone gardło klęło cały ten cholerny świat. 
Powoli robiło się chłodniej. Phil był spocony jak mysz i to najlepiej świadczyło, że czuje się 

lepiej. 

Minęło trochę czasu, zanim ocknął się i rozejrzał dookoła. Oddychając ciężko, rozpoznawał, 

gdzie się znajdował. Był znowu w Nowym Jorku. Delikatne światło jak przedtem przenikało do 
pokoju przez zasłony. Powietrze nadal było ciężkie i duszne. 

Phil zwlókł się z łóżka i zapalił światło. Pokój wypełnił się jasną poświatą. 
Kiedy  podszedł  do  okna  i je  otworzył,  trząsł  się  cały.  Znalazł  puszkę  piwa,  którą  szybko 

otworzył i wlał zawartość w spieczone usta. 

Chryste! To było okropne. 
Ze  strachem  pomyślał  o swoim  widzeniu.  Jeszcze  teraz  czuł  żar  ognia.  Starał  się  wyrzucić 

z pamięci ohydne stwory, które nawiedziły go we śnie. Coś takiego nie powinno w ogóle żyć na 
tej ziemi. Powinien czuć się dobrze, bo koszmar minął. 

Tak jednak nie było. Bolały go głowa i brzuch. Sprawdził czas. Trzecia dwadzieścia. 
Nie chciał ryzykować, że ponownie zaśnie. Znalazł papierosy i zapalił jednego, siadając na 

brzegu łóżka. Czekał na świt. 

Dakota podchodziła do lądowania. Warboys zorientował się, że dzieje się coś złego. Ale co? 

Umysł pracował na granicy możliwości. Ależ tak, to hotel! Nagle pojawiły się wozy strażackie. 
Wybuchła  panika.  Chciał  uciekać,  zanim  zacznie  się  tragedia.  Niestety.  Nawet  jako  dyrektor 
Fradley  musiał  czekać  na  swoją  kolej.  Ta  formalność  mogła  decydować  o życiu  lub  śmierci. 
Mógł tylko zachować pozorny spokój. 

Poszedł bezpośrednio do biura Reece’a Lingena. Odnalazł go rozmawiającego z kimś przez 

telefon. Cenne sekundy mijały. 

– Słucham, panie Warboys – rzekł Reece po kilku minutach. 

background image

– Co się stało? Wozy strażackie i... 
–  Bardzo  pana  przepraszam,  mieliśmy  małe  kłopoty.  Na  trzecim  piętrze  hotelu  wybuchł 

pożar.  Na  szczęście  strażacy  szybko  znaleźli  źródło  ognia.  Teraz  już  wszystko  w porządku. 
Prawdopodobnie  jakieś  uszkodzenie  przewodów.  Nie  dowiemy  się  jednak  niczego,  zanim  nie 
sprawdzą. Obawiam się, że jest ofiara śmiertelna. 

Kobieta  z pokoju  dziewięćdziesiąt  cztery  wpadła  w pułapkę.  Nikt  nie  mógł  się  do  niej 

zbliżyć. Wyskoczyła przez okno. Cała płonęła. Zwykły przypadek. Dzięki Bogu, nie widziałem 

tego. 

Warboys  podszedł  do  okna.  Miał  doskonały  widok  na  hotel.  Z wyjątkiem  poczerniałych 

okien na trzecim piętrze nic nie wskazywało, że stało się coś nieprzewidzianego. W ciągu kilku 
dni  piętro  zostanie  odnowione  i wszystko  powróci  do  normy,  jeśli  w ogóle  Fradley  może 
zwyczajnie funkcjonować. 

Lingen  coś  mówił,  ale  Phil  nie  zwracał  na  niego  uwagi.  Wiedział,  co  czuła  kobieta.  On 

przeżył  to  samo  kilka  godzin  wcześniej.  Żar,  ból  i przerażenie,  wreszcie  śmierć.  Mieszkanka 
pokoju  dziewięćdziesiąt  cztery  wyskoczyła  w nadziei,  że  uratuje  życie.  Może  prosiła  o szybką 
śmierć. 

Strażacy zwijają węże. Dla nich był to kolejny dzień pracy. Żyli z dnia na dzień, nie wiedząc, 

kiedy po raz kolejny ruszą do akcji. Phil uśmiechnął się do siebie. Dobrze, że wczoraj głosował 
za  sprzedażą  hotelu.  Nie  mieliby  chwili  spokoju,  gdyby  trzeba  było  wszystkiego  pilnować. 
Fradley było siedliskiem zła. 

Prędzej  czy  później  zostaną  pokonani,  bo  są  zbyt  słabi,  żeby  walczyć  z czymś,  czego  nie 

można nawet dotknąć. 

background image

NIEWIDZIALNE SIŁY  

 
– Prasa podaje, że Fradley zostało nazwane „Pechowym lotniskiem”. 
Pamela przebiegła wzrokiem artykuły na pierwszej stronie. Było dopiero wpół do dziewiątej 

i dziewczyna  nie  kwapiła  się  do  rozmowy.  Nie  czuła  jednak  niechęci  do  Lance’a.  Zaczynał  się 
dzień, a tego bardzo nie lubiła. Wszystko wracało do normy, kiedy rozpoczynali pracę. 

– Carmichael ma dzisiaj pierwszy samodzielny lot – myślał głośno Evans, ale po chwili tego 

pożałował. 

Twarz Pam wyrażała cierpienie. Powróciło wspomnienie wczorajszego pożaru. 
Wybuchł  w najmniej  odpowiednim  momencie.  Szli  właśnie  na  parking,  kiedy  przez  okno 

hotelu wyskoczyła kobieta. Widzieli ją. Spadała jak płonąca lalka. Słyszeli krzyk, a potem odgłos 
upadającego ciała. 

– Nie możesz go powstrzymać? 
– Nie. Po dziesięciu godzinach lotów treningowych ma prawo pilotować sam. Na dodatek ten 

skurwiel mnie nie lubi. Kiedyś mi powiedział, że nie umiem prowadzić samolotu. 

– Cholerny drań! 
–  Mam  związane  ręce.  Gdybym  próbował  go  powstrzymać,  poskarży  się  Mortonowi  albo 

komuś wyżej. Będzie miał swój cholerny lot. Nie będę mógł nic zrobić, jeśli przypadkiem skręci 

sobie kark. W Bogu nadzieja, że nikt inny nie ucierpi. 

– Na przykład szkoła? 
–  Właśnie.  Jest  wystarczająco  stuknięty,  żeby  wylądować  na  szkolnym  boisku  i pokazać 

wszystkim, jaki jest ważny i wielki. 

–  Lance  – powiedziała zakłopotana dziewczyna.  Jej  palce miażdżyły  plastikową torebkę.  – 

Pamiętasz świętego Krzysztofa, którego mi kupiłeś... kiedy byliśmy razem. 

– Pewnie. 
Dwudziestokaratowy złoty medalion Pam nosiła zawsze na szyi. Później stał się jej obsesją. 

Nigdy go nie zdejmowała. 

– Dlaczego pytasz? 
–  Nie  mogę  go  znaleźć  –  powiedziała  ze  łzami  w oczach.  –  Nie  wiem,  co  się  z nim  stało. 

Miałam go zawsze na szyi, a wczoraj nawet w nim spałam. Nie zauważyłam, jak zniknął. Kiedy 
dzisiaj wstałam, to... 

– Na pewno jest w samochodzie. 
– Już sprawdzałam. 
– Sprawdźmy jeszcze raz. 
– Nie kłopocz się – powiedziała zirytowana. – Tam go nie ma. Wiem o tym. Pewnie zniknął, 

kiedy... no, wiesz, pożar, kobieta. 

background image

–  Weź  się  w garść  –  odrzekł  Lance,  podchodząc  do  dziewczyny.  –  Za  ciężko  pracujesz. 

Jesteś przemęczona. Wracaj do łóżka, powiem Hodgesowi, że zachorowałaś. 

– Nie! – krzyknęła zdenerwowana. – Będę dzisiaj pracować. 
–  Nie  możesz  już  wytrzymać  dnia  bez  Toma  i Roba?  –  warknął  Lance,  a jego  palce  silnie 

zacisnęły się na nadgarstku Pameli. – Może chcesz do niego wrócić? 

– Jak śmiesz? 
Pam wyrwała rękę z jego uścisku i zamachnęła się. Chłopak był szybszy. 
– Nie pozwolę ci dzisiaj lecieć – wycedził przez zaciśnięte zęby. – Nie nadajesz się do pracy. 

Zamierzam  położyć cię  do łóżka i zadzwonię na lotnisko, że oboje jesteśmy chorzy. Będziemy 
mieli wystarczająco dużo czasu, żeby ułożyć nasze sprawy. 

– Między nami nie trzeba niczego układać, nie jestem chora i nie pozwolę traktować się jak 

dziecko. A teraz puść mnie i przygotuj się do pracy. 

Lance zawahał się. Nigdy o nic nie podejrzewał Pameli, ale w jego umyśle zagnieździła się 

teraz dziwna myśl. 

Morton i Hodges to dranie zdolni do wszystkiego. Będą dalej prowadzić podstępną grę. Rób 

zachęcał  Toma  do  działania.  To  chyba  koniec.  W ciągu  ostatnich  paru  tygodni  wydarzyło  się 

kilka  z pozoru  mało  ważnych  spraw,  które  spowodowały  dzisiejszą  kłótnię.  Pam  zbyt  często 
latała  z Tomem.  Niby  wszystkiemu  winna  była  administracja.  Reece  Lingen  pomagał  rozwijać 
się  znajomości  między  pilotem  a stewardesą,  ale  intrygę  uknuł  Hodges.  Rób  powiedział,  że 
Pamela  jest  najlepsza  na  całym  lotnisku  i dobrze  ją  mieć  na  pokładzie,  kiedy  dzieje  się  coś 
niedobrego.  Lingen  był  zbyt  głupi,  żeby  zrozumieć  aluzje  Roba.  Niczego  nie  podejrzewając, 
nadal  wysyłał  Pamelę  z Tomem.  Jej  nocne  rejsy  bardzo  niepokoiły  Lance’a.  Miał  tylko  słowo 
dziewczyny, że śpi sama. Narastał w nim gniew. W swoim czasie Pamela sypiała z każdym i nie 
robiła  z tego  tajemnicy.  Jej  szczere  wyznania  przyjmował  bez  słowa.  Dziś  było  inaczej. 
Powróciły  wspomnienia.  Lance  przypomniał  sobie,  jak  on,  Indianin  ze  wschodu,  uwiódł  ją  na 
przyjęciu u Ransforda. Pracowała wtedy w Elmdon. Na imprezę przyszła z Mortonem, ale ten był 
zbyt pijany, żeby ją upilnować. Mała dziwka była zdolna pieprzyć się z każdym. 

Nigdy nie miała dosyć. Jeden facet nie jest przecież gorszy od drugiego. 
– Kurwa mać! – warknął Lance. 
Ślepa  zazdrość  zwyciężyła.  Już  jej  nie  kochał.  Ich  miłość  to  jedno  wielkie  oszustwo.  Był 

zwykłym frajerem. Dowcip roku. Koń by się uśmiał. 

Idź  i pieprz  się  z Dziecinną  Buźką.  Rób  to,  ale  informuj  nas  o wszystkim.  Pokaż  mu  kilka 

sztuczek, a potem zrób z niego durnia. 

Lance rozluźnił uchwyt, zaciskając pięści. Napięte mięśnie drżały pod koszulą. 
Chciał zmasakrować jej twarz, rozbić nos, a potem zedrzeć mundur i zerżnąć jak dziwkę. 
Niech wie, co dla niego znaczy. Potem może wrócić do Hodgesa albo Mortona. 

background image

Wspomnienie  o nim  będzie  ją  dręczyło  podczas  każdego  stosunku  z mężczyzną.  O Boże! 

Chciał się zemścić na tej głupiej dziwce. 

Podniósł pięść i już miał ją uderzyć, kiedy coś go powstrzymało. Nie wyrzut sumienia, ale 

jakiś wewnętrzny nakaz. 

– Przepraszam – powiedział Lance, odwracając głowę. – Coś mnie napadło. 
Pamela poprawiła mundur, masując jednocześnie nadgarstek. Chciał ją uderzyć. 
Widziała w jego oczach wściekłość. 
–  Ja  też  przepraszam  –  wyszeptała.  –  Postąpiłam  bardzo  głupio.  Lance,  mój  kochany.  Coś 

nami steruje. Nigdy nie było aż tak źle. 

–  Nie  –  westchnął  chłopak.  –  Nie  o to  chodzi.  Fradley  jest  cholernie  przygnębiającym 

miejscem. Ten nastrój na nas wpływa. Dzień przerwy dobrze nam zrobi. Zadzwonię na lotnisko 

i zostawię wiadomość Hodgesowi. Może nam wierzyć lub nie. Nie dbam o to. Moglibyśmy wziąć 
nawet kilka dni urlopu. Pieprzyć Fradley, Roba, Toma i Bruce’a Carmichaela. 

Lance  poszedł  do  sąsiedniego  pokoju  i zaczął  wykręcać  numer.  W słuchawce  rozległ  się 

wysoki, przerywany ton. Chłopak zaklął. Słuchawka z trzaskiem opadła na widełki. 

– Słyszałam – wyszeptała Pamela. – Pewnie jest zepsuty. Wszystko zaczyna wariować. 
–  Mamy  dwie  możliwości  –  powiedział  Lance,  uśmiechając  się  niepewnie.  –  Możemy 

przespacerować się ćwierć mili albo zostać tutaj i mieć wszystko w... 

–  Powinniśmy  ich  powiadomić  –  odrzekła  Pamela,  mrugając  oczyma.  –  Zrób  kawę,  a ja 

pójdę. Wezmę samochód i przy okazji poszukam mojego medalika. 

– Ale przecież... 
–  Nie,  nie  jestem  chora.  Dobrze  mi  to  zrobi.  Dziewczyna  chciała  zaproponować  wspólny 

spacer, ale w ostatniej chwili zmieniła zdanie. 

–  Niech  tak  będzie  –  powiedział  Lance  zrezygnowanym  głosem.  –  Ja  tymczasem  nastawię 

wodę. Tylko się pospiesz. 

Pamela  wyszła  z pokoju  i szybko  zbiegła  po  schodach.  Jej  kroki  rozbrzmiewały  głośnym 

echem. Wychodząc poczuła powracający niepokój. Tym razem dużo silniejszy. Czegoś takiego 
nie  doświadczyła  od  dzieciństwa.  Wtedy  obawiała  się,  że  zaśpi,  spóźni  się  na  szkolny  autobus 

i nie  zdąży  na  lekcje.  Nie  była  to  obawa  przed  karą,  ale  głębokie  poczucie  obowiązku. 
Wewnętrzny  głos  mówił  jej,  że  powinna  być  w szkole  przed  dzwonkiem.  A dzisiaj  coś  ją 
wzywało do Fradley. 

Przez  kilka  chwil  nie  mogła  otworzyć  drzwi.  Kluczyki  leciały  jej  z rąk.  Wreszcie  wsiadła. 

Kolejne  sekundy  stracone  na  zapalenie  silnika.  Wkładała  kluczyk  do  góry  nogami.  Panika. 
Pełnym  strachu  spojrzeniem  obrzuciła  okna  budynku.  Lance  mógł  ją  obserwować,  ale  na 
szczęście tego nie zrobił. Ale i tak nie miało to większego znaczenia. 

Samochód  zapalił.  Uczucie  ulgi  stłumił  nieznośny  strach,  który  paraliżował  mięśnie 

background image

dziewczyny. Szybciej, szybciej! Za pół godziny musi być na lotnisku. 

Jechała szybko, kurczowo ściskając kierownicę. Patrzyła tylko przed siebie. 
Kiedy  zmieniała  pasy,  dookoła  brzmiały  klaksony.  Miała  tylko  jeden  cel  –  Fradley.  Gaz, 

hamulec,  gaz,  hamulec.  W pewnej  chwili  o mało  nie  wjechała  komuś  na  tył  wozu,  kiedy  zbyt 
gwałtownie  wystartowała  spod  świateł.  Czekając  na  światłach,  grzała  silnik  na  wysokich 

obrotach. Czas z niej kpi. Ósma czterdzieści pięć. Mały samochód wystrzelił do przodu z piskiem 

opon.  Inne  wozy  zostały  z tyłu.  Ktoś  mignął  ostrzegawczo  światłami,  ale  Pamela  tego  nie 
zauważyła. 

Kiedy tak walczyła z korkami ulicznymi, Lance martwił się o nią, ale potem wpadł w złość. 

Zatelefonował do Fradley. Stracił dużo czasu, zanim dodzwonił się na lotnisko, a kiedy uzyskał 
połączenie, dowiedział się, że Pameli nie widziano, lecz samolot jest gotowy do startu. 

Zaparkowała samochód i wysiadając trzasnęła tylko drzwiami. Nie zadała sobie nawet trudu, 

żeby  zamknąć  wóz  na  zamek.  Prawdopodobnie  już  nigdy  nie  będzie  nim  jeździła.  Między  nią 

a Lance’em wszystko skończone. Bez żadnej przyczyny. Choć może Tom... 

Wysoki pilot odetchnął z ulgą, kiedy zobaczył Pamelę. 
– Cześć, dziecino. 
Rób rozbierał ją wzrokiem. 
–  Martwiłem  się  o ciebie.  Już  chciałem  prosić  o zastępstwo.  Cieszę  się,  że  nie  muszę  tego 

robić. 

– Ja też się cieszę. 
Na  twarzy  dziewczyny  pojawił  się  szeroki  uśmiech,  a oczy  jaśniały,  jakby  chciały  coś 

powiedzieć. 

– Genewa – wyszeptała matowo. 
Mówiło to samo za siebie. Nocny postój i przyrzeczenie, które dała Tomowi. 
Poczuła się odprężona. Niczego nie żałowała. Lance Evans już się nie liczy. 
Koniec. Tego chciała od wielu tygodni. Szkoda tylko, że stało się to tak nagle. 
Ale skoro nie było odwrotu... 
Dzisiejszej nocy będzie ją miał Tom Hodges. Może być całkiem fajnie. Tyle czasu straciła na 

młodego Evansa! 

Bruce Carmichael był w swoim żywiole. Ogarnęło go poczucie siły, prawie euforia. 
W ten sposób próbował stłumić strach. Wmawiał sobie, że niczym się nie przejmuje. To jego 

wielki  dzień.  Pierwszy  samodzielny  lot.  Poprzedniego  dnia  miał  przywidzenia.  Awaria  silnika 

i jego HS-125 nurkuje jak kamień w kierunku jakichś zabudowań. Modlił się, żeby to wszystko 
się skończyło. Naciskał stery bez skutku. Serce waliło jak młot. Już miał śmierć przed oczyma, 

kiedy wizja znikła. Leżał w ciemnościach w swoim pokoju i modlił się, dziękując Bogu, że żyje. 

Do rana już nie zasnął. Koszmar mógłby się powtórzyć. Mniej więcej tydzień temu czytał, że 

background image

czterdziestka to bardzo niebezpieczny wiek, szczególnie dla mężczyzn. 

Rewelacje prasowe niepokoiły. Już tylko trzy miesiące dzieliły go od czterdziestych urodzin, 

a myśl  o tym  nie była zbyt przyjemna. Wielbiące go tłumy  przekonywały, że życie zaczyna się 
po czterdziestce. To przeświadczenie miało go wkrótce drogo kosztować. 

Świt nie rozproszył jego obaw. Tętno uspokoiło się, ale pojawił się ból głowy. 
Bruce  miał  nadzieję,  że  nie  będzie  to  migrena.  Pobladł  na  myśl  o tym,  że  samolot  mógłby 

rozbić się gdzieś między Fradley a Elmdon. 

Carmichael  zjadł  śniadanie  bardzo  wcześnie.  Wypił  aż  trzy  filiżanki  kawy  i wziął  trzy 

aspiryny.  Potem  zapalił  papierosa,  pierwszego  z serii,  która  skończy  się,  kiedy  wsiądzie  do 

samolotu na Fradley. 

Ból  trochę  osłabł.  Nim  Bruce  wyszedł,  stanął  przed  lustrem,  przypatrując  się  swojemu 

odbiciu. Był z siebie zadowolony. Lekko natarł wąsy kremem i zakończył toaletę. Dopiął swego. 
Zdobył licencję pilota. 

Kiedy zapalał silnik samochodu, powtarzał sobie, że wcale nie wygląda na czterdzieści lat. 

Uważał się za dojrzałego trzydziestolatka w całkiem niezłej formie. Nigdy nie miał najmniejszej 

nadwagi. Lekarz RAF-u był chyba wariatem, gdy nie przepuścił go na badaniach. W ten sposób 
przepadła mu praca w ministerstwie. Próbował sobie przypomnieć, kto wtedy rządził, ale to było 

tak dawno i teraz nie miało znaczenia. 

Bruce głęboko odetchnął, gasząc silnik samochodu na parkingu lotniska. 
Westchnienie przyniosło ulgę. Nie potrafił jednak całkiem się odprężyć. Obawiał się każdej 

minuty lotu, każdego metra ziemi, na którym mógłby stracić życie. 

Ból  głowy minął  bez śladu. Bruce wyrzucił niedopałek papierosa i przydeptał go obcasem. 

Rozglądał się dookoła, podziwiając otoczenie. Nim kupił samolot, to miejsce było jego Mekką. 
Wspaniałe. Tylko jeden element zakłócał harmonię lotniska. Lance Evans. 

Carmichael ruszył wolno w kierunku szkoły pilotów. Jak taki gówniarz wmówił ludziom, że 

potrafi latać? Jeszcze uczy latania! Po chwili zobaczył Mortona, który patrzył w jego kierunku. 

Jeden z porządniejszych facetów na Fradley. 

– Chciałbym cię mieć u siebie – powiedział kiedyś Rób. – Ale wiesz, jak jest. 
Administracja  wie  swoje.  Nie  mogę  nawet  uczyć  własnych  klientów.  Przykro  mi,  że 

wylądowałeś u młodego Evansa, ale taki facet jak ty jest w stanie nauczyć się latania bez niczyjej 

pomocy. 

Już  wkrótce  uniezależni  się  od  tego  żółtodzioba.  Dzisiaj  jest  jego  samodzielny  lot  i jeśli 

Lance będzie za dużo gadał, zostanie po prostu wyłączony. Przecież łączność czasami się psuje. 

Carmichael  nie  lubił  Elmdon.  Wielki  plac,  na  którym  właściwie  nic  nie  ma.  Na  dodatek 

lotnisko  było  dużo  mniejsze  od  Fradley.  A zresztą  nikt  przy  zdrowych  zmysłach  nie  jeździ  do 
Birmingham.  Kilka  tygodni  temu  omal  nie  wylądowali  na  złym  pasie.  Zawinił  Evans,  który 

background image

oskarżał o to kontrolę lotów. Bruce domyślał się, że po powrocie porządnie Lance’a opieprzą. 

– Mam dla ciebie dobre wiadomości – powiedział Morton z głupim uśmiechem, kiedy Bruce 

wszedł do budynku. 

–  Pozwól,  że  zgadnę  –  odpowiedział  Carmichael.  Marszcząc  czoło,  udawał  zamyślenie.  – 

Blondas coś spieprzył i wylądował na złym pasie. 

Mężczyźni zanieśli się śmiechem. 
– Nie będzie go dzisiaj – wykrztusił po chwili Rób. – Dzwonił, że jest chory. Nie był zbyt 

przekonujący. 

– Boi się śmierci? 
– Być może. Żyje w nerwach. Będę cię dzisiaj obserwował, więc niczym się nie martw. 
Bruce poczuł dziwny ucisk w żołądku. Niedługo znajdzie się sam w przestworzach, a kontakt 

z ziemią będzie miał tylko przez radio. Ten fakt trochę go przerażał. 

Na wysokości dziesięciu tysięcy metrów uczucie strachu gdzieś znikło. 
Podniecenie rosło. Przestrzeń należała do niego. Był wolny jak ptak. Czuł się tak pewnie, jak 

nigdy dotąd. Każdy idiota może kierować samolotem. Nic nadzwyczajnego. 

Niebo  było  czyste,  a widoczność  niczym  nie  ograniczona.  Widział  leżące  w dole 

Birmingham, a tuż obok Elmdon. Kilka minut później otrzymał zgodę na lądowanie. 

Bez obawy. Kiedy wylądował, był z siebie dumny. Zrobił to lepiej niż ten dureń Lance.  
Dwadzieścia minut później był znowu w powietrzu. Czas mijał szybko, nawet zbyt szybko. 

Bruce chciał zaoszczędzić każdą sekundę lotu. Pogoda była wspaniała. 

Morton tylko  raz nawiązał  kontakt, żeby wymienić parę mało istotnych uwag i dowiedzieć 

się, czy wszystko w porządku. 

Po  kilku  minutach  lotu  Bruce  ponownie  zobaczył  Fradley.  Poprosił  o pozwolenie  na 

lądowanie  i natychmiast  je  dostał.  Wydawało  mu  się,  że  nad  ziemią  unosi  się  dziwna  gorąca 
mgła. 

Sprawdził  przyrządy  i jeszcze  raz  skontaktował  się  z ziemią.  Wieża  wzywała  go  do 

lądowania. Pas startowy był wolny i czekał na niego. 

Mgła była bardzo gęsta. Cały port falował. Radio trzeszczało. Bruce próbował je ustawić, ale 

łączność  została  zerwana  na  dobre.  Było  to  i tak  bez  znaczenia,  gdyż  za  kilka  minut  dotknie 
kołami ziemi i będzie bezpieczny. 

Widok  był  niewyraźny.  Carmichael  zaczął  się  niepokoić.  Strach  narastał.  Pas  startowy 

wyglądał jak wijąca się żmija. 

Kiedy podwozie samolotu  dotykało  podłoża, Bruce wiedział, że nie wylądował  na lotnisku. 

Otaczało  go  coś  miękkiego  i oślizłego.  Po  chwili  kadłub  w coś  uderzył  i samolot  gwałtownie 
zwolnił.  Mgła  opadła.  Pilot  osłupiał.  Znajdował  się  na  jakimś  polu.  Dookoła  rosły  krzaki. 

Naprzeciw  dziobu  stał  ogromny  dąb.  Jego  gałęzie  poruszały  się  groźnie,  jakby  chciały  coś 

background image

powiedzieć. 

Bruce  napiął  mięśnie  i zamknął  oczy,  oczekując  końca.  Uszkodzony  samolot  posuwał  się 

coraz wolniej i wolniej, aż wreszcie stanął. Towarzyszył temu przeraźliwy zgrzyt. Wstrząs rzucił 
do przodu ciało mężczyzny. Zapadła ciemność. 

Kamizelka  ratunkowa  krępowała  Bruce’owi  ręce.  Próbował  się  uwolnić  i opuścić  samolot, 

ale  powstrzymał  go  atak  bólu.  Głowa  pękała  w skroniach.  Sprężył  się  i spróbował  jeszcze  raz. 
Sukces. Szedł po miękkim gruncie, ale nic nie widział. 

Jacyś ludzie chcieli go zatrzymać, ale Bruce nie rozumiał pomieszanych głosów. 
–  Wynoście  się!  –  wrzasnął,  uderzając  pięścią  w coś  twardego.  –  Zostawcie  mnie,  do 

cholery! 

Otaczał go tłum ludzi. Trzymali go za ramiona. Zewsząd dobiegały jakieś głosy. 
– Panie Carmichael! 
– To moje nazwisko. Czego ode mnie chcecie? 
–  Bruce...  Bruce,  musisz  pójść  z nami.  Niski,  tubalny  głos.  Tak,  to  Morton.  Mózg  powoli 

wybierał informacje pozwalające zidentyfikować mówiącą osobę. 

– Gdzie jestem? 
Bruce mówił słabym głosem. Ogarnęła go rezygnacja. Gniew gdzieś zniknął. 
– Rozbiłeś samolot, przyjacielu. Minąłeś pas o dobrą milę. Jesteś na polu przylegającym do 

lotniska. 

Niedawna przeszłość powróciła. Zamazany pas startowy, awaria radia, mgła... 
– Szczęście, że żyje – powiedział jakiś człowiek. – Nie wygląda na mocno poturbowanego. 
Carmichael ponownie wpadł w odrętwienie. Z trudem przypominał sobie szczegóły. 
Ten wielki dąb i sposób, w jaki poruszał gałęziami. Jakaś złowroga siła. 
Bruce ciągle żył. To niewiarygodne. Przypadek? Szczęście? A może ręka opatrzności, która 

nad nim czuwa. 

Idąc  na  ślepo,  potknął  się.  Podtrzymały  go  czyjeś  ręce.  Głosy  słabły.  Jeśli  prowadzący  go 

ludzie nie utrzymają ciężaru jego ciała, upadnie. Ogarniała go straszliwa niemoc. 

Bruce przysiągł sobie w duchu, że nigdy już nie siądzie za sterami samolotu. 
Brakowało mu odwagi. Ciągle się zastanawiał, w jaki sposób udało mu się przeżyć. 
Trzymał kurczowo czyjąś rękę. Powoli  opadał  z sił. Słyszał  jakieś  głosy, ale to  nie mówili 

idący obok ludzie. Raczej  szept  wiatru. Słaby śmiech, który dochodził do jego uszu. Po chwili 
zemdlał. 

Za  grupą  ludzi  niosących  do  ambulansu  nieprzytomnego  człowieka  unosił  się  gęsty  dym. 

Roztrzaskany HS-125 płonął, a razem z nim duże połacie wyschniętego poszycia. Stos ustawiony 
dla bogów płonął, ale nie było na nim ofiary. 

Kilka  sekund  później  ze  straszliwym  hukiem  eksplodowały  zbiorniki  paliwa.  Złe  moce 

background image

gniewały się, że odmówiono im ofiary. Gęsty słup dymu przesłaniał niebo. 

Było to kolejne ostrzeżenie dla tych, którzy bezcześcili uświęconą ziemię. 
Będzie wisiało długie godziny nad głowami zbrodniarzy, zanim rozwieje je wiatr. 

background image

LUDZIE CIEMNOŚCI  

 
Pamela Bridges wtuliła twarz w poduszkę. Miała nadzieję, że jej szloch nie obudzi śpiącego 

obok  mężczyzny.  Nagim  ciałem  wstrząsały  dreszcze.  Życie  w jednej  chwili  przemieniło  się 

w koszmar. 

Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Powoli odchodziła od zmysłów. Każda czynność przeczyła 

przyzwyczajeniom. 

Lance.  O Boże,  gdybyś  tylko  był  ze  mną!  Chciała  z nim  porozmawiać,  ale  nie  było  to 

możliwe.  Żeby  tylko  zrozumiał  i wybaczył.  Słodka  zemsta,  ten  dziwny  rodzaj  satysfakcji,  nie 
opuszczała jej do momentu, gdy Boeing 707 wylądował w Genewie. 

Tu wszystko się zmieniło. 
Od momentu zejścia z pokładu była rozdrażniona. Nastroju nie zmienił fakt, że Tom zaprosił 

ją  do  wspaniałej  restauracji  nad  brzegiem  jeziora.  Wieczorne  słońce  odbijało  się  w okularach 
dziewczyny,  maskując  zły  humor.  Spojrzała  na  swego  towarzysza.  Nie  była  pewna,  czy  go 
naprawdę chce. W pamięci ciągle tkwił Lance, a niezadowolenie nie ustępowało. 

Tom  wpatrywał  się  w dziewczynę  z pożądaniem.  Lekki  uśmiech  zniewalał.  Ich  spojrzenia 

spotkały się. Pamela była jednak zamyślona i nie zwracała większej  uwagi  na siedzącego obok 
mężczyznę. 

– Pens za twoje myśli – powiedział Hodges uśmiechając się. 
–  Inflacja  jest  galopująca  –  odparła  dziewczyna,  siląc  się  na  pogodny  wyraz  twarzy.  – 

Piętnaście procent, jak podawało radio. 

– Więc podwyższę cenę – szepnął, pochylając się nad Pam. 
Co  za  skurwysyn!  Zarozumiały  zboczeniec,  erotoman.  Dziewczyna  dziękowała  Bogu,  że 

wszystko  wyjaśniło  się  na  samym  początku.  Nie  będzie  dzisiaj  z nim  spać.  Najwyższy  czas 
wycofać się z tej gry. Jeśli myślał, że pójdzie z nim do łóżka, bardzo się rozczaruje. Już chciała 
wygarnąć wszystko temu wieprzowi, ale się powstrzymała. Lance miał specjalne określenie dla 
takich, co najpierw kokietują, a potem mają skrupuły. 

Godząc się na kolację, powinna zrewanżować się stawiającemu. Jednak sumienie nie dawało 

za wygraną. Była to niemal prostytucja. Chyba trzeba będzie to jakoś przecierpieć. Ale czy nie 
posunęła się zbyt daleko? Powinna sama spędzić noc. To wina Fradley. Wpływ tego przeklętego 
miejsca  jest  aż  nazbyt  widoczny.  Człowiek,  który  ma  styczność  z tym  lotniskiem,  reaguje 
nieprawidłowo. Miłość i nienawiść mieszają się w złych proporcjach. 

– Naprawdę? – zapytała ironicznie Pam. 
Ręka  Toma  dotknęła  palców  dziewczyny.  Pamela  Bridges  rozluźniła  się.  Wpływ  lotniska 

przestał działać. Organizm powracał do normy. Zło traciło siłę. Rozum podpowiadał jednak, że 
sprawy zaszły za daleko i trzeba kontynuować grę. 

background image

– Więc jak? – zagadnął Tom. – Czy twoje głębokie myśli dotyczą inflacji? 
– Myślałam o Fradley – odpowiedziała szczerze dziewczyna. 
– Dlaczego o tym nie zapomnisz? 
– A można w ogóle zapomnieć o tym miejscu? To część systemu, w którym żyjemy. 
–  Chyba  rozumiem.  We  Fradley  jest  coś...  coś  związane  z...  nie  potrafię  tego  wyrazić. 

W każdym  razie  wywiera  niekorzystny  wpływ.  Człowiek  czuje  się  tam  niepewnie.  Nerwy  są 
rozstrojone. To przeklęte lotnisko, a przynajmniej tak piszą w gazetach. Jeśli jednak mocno mnie 
poprosisz,  znajdę  egzorcystę,  który  pomoże  ci  uspokoić  nerwy.  A jak  było  z tą  roztrzaskaną 
dakotą?  Prasa  obawiała  się,  czy  piloci  będą  dalej  latać  tymi  samolotami.  Wszystkim  się 
wydawało,  że  nasze  nerwy  zawsze  są  napięte  do  granic  wytrzymałości.  Katastrofa  w Nowej 
Zelandii przeważyła szalę. Okazało się, że piloci z Fradley nie są bardziej znerwicowani niż inni. 
Potem ten dziwny pożar. Mass media nazwały nasze lotnisko przeklętym lub nawiedzonym, jak 

kto woli. 

–  To  coś  więcej  niż  zwykły  zbieg  okoliczności  –  powiedziała  Pam,  próbując  uwolnić  rękę 

z uścisku. – Coś jest nie tak, jak być powinno. 

– Przestańmy rozmawiać o Fradley – odrzekł z uśmiechem. – Mówmy o nas. 
Pamela  była  lekko  zaniepokojona.  Tom  dawał  do  zrozumienia,  że  chce  przejść  do  sedna 

sprawy.  Każda  żyła  na  czole  dziewczyny  pulsowała.  Coś  instynktownie  odpychało  ją  od  tego 
człowieka.  Był  bardzo  uprzejmy  i nawet  czarujący,  ale  pod  tą  przykrywką  czaiło  się  dzikie 
zwierzę, spragniony seksu potwór, który ignorował inne odczucia. Taki był Tom Hodges, kapitan 
lotu  do  Genewy.  Wiele  dziewczyn  zazdrościłoby  Pameli  pozycji.  Walczyłyby  o przywilej 

dzielenia z nim łóżka, kiedy tylko zapragnie. Wiele z nich rozczarowało się, ale nie miały odwagi 
powiedzieć prawdy z obawy przed utratą pozycji towarzyskiej. Większość plotek była niezgodna 

z rzeczywistością. Mówiły o miłości, a powinny mówić o zwierzęcej żądzy. 

Pamela  zadrżała  na  myśl,  że  prawdopodobnie  spędzi  noc  z tą  bestią  w ludzkiej  skórze. 

Powróciła myślami do Lancet, a jej niebieskie oczy zaszły łzami. 

Poczucie winy spowodowało, że na bladych policzkach pojawiły się wypieki. Ten skurwysyn 

nie był świadomy, co się z nią działo, a jeśli rozumiał ją, to nie dał tego po sobie poznać. Może 
był pod wrażeniem jej onieśmielenia. 

Zmierzch nadszedł szybko. Wszystko poszarzało. Potem nastały ciemności. Słońce skryło się 

za górskimi szczytami. Goście, którzy spędzali czas nad wodą, powoli wracali. 

Wieczorne powietrze było chłodne. Od wody wiała lekka bryza. 
– Chcesz dokończyć brandy, czy...? 

Głos Toma był ochrypły. Rozbierał Pam wzrokiem. 
– Czy co? 
Chciała,  żeby  odpowiedź  zabrzmiała  groźnie,  ale  jej  ton  przypominał  pytanie 

background image

niedoświadczonej  nastolatki,  która  nie  wie,  dlaczego  nowy  chłopak  na  pierwszej  randce 
zatrzymuje samochód gdzieś w lesie. 

– Nie ma pośpiechu – powiedział Tom i odwrócił się, żeby zawołać kelnera. – Je desire... 
Pamela zastanawiała się, czy nie za późno wycofać się. Wpadła w panikę. Dobrze wiedziała, 

co  w takiej  sytuacji  powiedziałby  Lance.  Powie  Tomowi,  że  to  wielka  pomyłka.  Poprosi 
pokojówkę, by przeniosła jej rzeczy do innego pokoju. 

Wyobrażała sobie minę recepcjonisty, który będzie wydawał jej klucz. Tom zameldował ich 

jako  małżeństwo.  Nie,  to  byłoby  głupie.  Ponadto  znalezienie  wolnego  pokoju  nie  będzie  łatwe 

w pełni sezonu. Musi przespać się gdzie indziej. 

Noce nie są takie zimne, więc może na trawie. To również nie był dobry pomysł. W ostatnim 

miesiącu  zamordowano  młode  małżeństwo  śpiące  w samochodzie.  Nie  miała  wyjścia.  Musi 
spędzić  noc  z Tomem.  To  nie  jego  wina.  Prawdę  mówiąc  sama  zbliżyła  się  do  niego  i wpadła 

w jego łapy. 

– Chyba nie myślisz znowu o Fradley? – zapytał ironicznie Tom. 
– Nie. O której wracamy? 
– Zapomnij o dniu jutrzejszym – powiedział cicho, chwytając Pam za rękę. – Żyj dzisiejszą 

nocą. 

Winda  jechała  całą  wieczność.  Kiedy  wysiadali,  Tom  przycisnął  dziewczynę  do  siebie. 

Wydawało się, że ją popędza. Rzeczywiście. Próbowała zwolnić kroku, ale jej wysiłki spełzły na 
niczym. Im szybciej się to skończy, tym lepiej. 

A może historie opowiadane o Tomie były prawdziwe? Kilka z nich pamiętała. 
Wynikało z nich, że wcale nie jest taki zły. Pamela zwilżyła usta językiem. 
Obawiała się tej nocy. 
Kiedy  weszli  do  pokoju,  Tom  przejął  inicjatywę.  Nalał  jeszcze  jednego  drinka  i siadł 

z dziewczyną  na  brzegu  łóżka.  Po  chwili  objął  ją  ramieniem  i przyciągnął  do  siebie.  Rozchylił 
usta, zbliżając się do Pameli. Nie stawiała oporu. Przed nią była długa noc. 

Zanim zdjęła ubranie, zdecydowała, że będzie to robić serio. Chciała dobrze odwalić robotę. 

Zapomniała  o uczuciach.  Przeistoczyła  się  w zwykłą  dziwkę  i chciała  nią  pozostać  przez  całą 

noc. 

Tom był zaskoczony, kiedy naga dziewczyna rzuciła się na niego niczym kocica. 
Nie był jeszcze gotowy. W tym czasie Pam pogrążyła się w pseudoseksualnej pasji. 
Drapała jego nagą pierś, drugą ręką pieszcząc naprężony członek. Nienawidziła siebie za to, 

ale  nie  miała  wyjścia.  Jej  pożądanie  osiągnęło  szczyt.  Tom  wiedział  o tym  i wykorzystywał 
sytuację. Pamela musiała się na kimś wyładować, a on był pod ręką. 

Po chwili leżeli całkiem wyczerpani. Dziewczyna chciała odtrącić jego palce, które pieściły 

jej sutki, ale nie miała odwagi. Odwróciła się do ściany. 

background image

– Dlaczego nie gasimy światła? – zapytała po chwili. 
– To robi się dziesięć lat po ślubie – odpowiedział, wpatrując się w sufit. 
– Po ciemku jest seksowniej. Następny numer zrobimy przy zgaszonym świetle. 
Tom  podniósł  się  gwałtownie  i nacisnął  wyłącznik.  Pokój  pogrążył  się  w ciemnościach. 

Prawie natychmiast Pamela pożałowała tej decyzji. Drżała na całym ciele. Wydawało się jej, że 
obok leży jakiś obcy facet. Ze strachem wsłuchiwała się w jego oddech. Był miarowy i dokładnie 
wyregulowany. Pomimo intensywnego trybu życia Tom był bardzo sprawny. Co noc miał inną 
kobietę, ale zawsze był gotów do pracy. Od startu do lądowania. 

– Nie mogę cię zrozumieć, Pamelo. 
Jego palce przesuwały się po jej udach coraz wyżej. 
– A czy ja ciebie rozumiem, Tom? 
– Myślałem, że wolisz dojrzałych mężczyzn. Takich jak Evans – powiedział ironicznie. 
– Jest wystarczająco dojrzały – wysapała podniecana palcami pilota. – Wygląda młodo jak na 

swój wiek. Ma szczęście. 

– Chyba go teraz zdradzasz? 
Pytanie  wprawiło  Pamelę  w zadumę.  Zwlekała  z odpowiedzią.  Tom  poruszył  problem, 

którego nie chciała rozważać. Pragnęła tylko wrócić jutro do Anglii. 

– Nie wiem, naprawdę, nie wiem. 
– Nie jesteś pewna, co łączy cię z tym chłopczykiem? W przeciwnym razie nie byłabyś tu ze 

mną. 

–  Chyba  masz  rację.  Sama  nie  wiem,  czy  pragnę  stałego  związku  z mężczyzną.  To  nasza 

jedyna noc. Chcę zapomnieć wiele zdarzeń z mojego życia. Może wtedy dojdę do siebie. Dzisiaj 
jest nasza noc. Będę tak dobra, jak tylko potrafię. 

– Może zrobimy w przyszły piątek małą wycieczkę do Aten? 
Pamela  zesztywniała.  Miała  nadzieję,  że  Tom  odbierze  to  jako  objaw  seksualnego 

podniecenia.  Nie  miała  zamiaru  jechać  do  żadnej  Grecji.  Po  powrocie  zachoruje,  a powinna  to 
zrobić już dzisiaj, jak jej radził Lance. 

Ciemność była przerażająca, nawet tutaj, setki mil od Fradley. Był to jej własny, irracjonalny 

strach. Sumienie. 

Hodges zwalił się na nią, wgniatając jej ciało w łóżko swoimi silnymi mięśniami. 
Zmusiła się do uległości, odchylając głowę do tyłu. Szorstki język Toma zaczął penetrować 

najbardziej intymne zakamarki nagiego ciała dziewczyny. 

Tym razem było o wiele trudniej. Pamela musiała symulować orgazm. Nie próbowała nawet 

powstrzymać łez, co zostało przez mężczyznę odebrane zupełnie normalnie. 

Wiele kobiet płacze, osiągając szczyt. Prawdziwą rozpacz ukryła głęboko. Słabość objawiła 

się silnym bólem głowy. Zastanawiała się, czy uda jej się dotrzeć do łazienki, nie budząc Toma. 

background image

Koniecznie chciała napić się wody. Po namyśle zrezygnowała. Była zbyt wyczerpana. Może to 
zrobi  później.  Osiągnęła  punkt,  kiedy  przyjemność  zmienia  się  w mękę. Nie  mogła  zasnąć,  ale 
bała się otworzyć oczy, gdyż nie wiedziała, czy w ciemnościach nie czyha na nią jakiś potwór. 

Zaczęła myśleć o Lance’u. Co teraz robi? Przewraca się z boku na bok w swoim łóżku, czy 

wyszedł do miasta poderwać jakąś dziwkę i zemścić się w ten sposób? 

Strach  zżerał  ją  niczym  nowotwór.  Jego  wilgotne  palce  niczym  igły  wbijały  się  w każdy 

zakamarek ciała. Pamięć doprowadzała do szaleństwa. Ten chłopak, Steele, był przecież całkiem 
normalny,  póki  nie  pojechał  z dziewczyną  na  lotnisko.  Coś  musiało  na  niego  wpłynąć,  że  ją 
zamordował. 

– Lance, o Boże – szeptała dziewczyna, prosząc niebiosa o pomoc. 
To  był  dla  Evansa  bardzo  trudny  dzień.  Czuł  przez  skórę,  że  coś  złego  przydarzyło  się 

Pameli.  Był  bardzo  spięty  i poirytowany.  Z dnia  na  dzień  samopoczucie  pogarszało  się.  Znał 
przyczyny  takiego  stanu  rzeczy,  ale  nie  potrafił  tego  sobie  wytłumaczyć.  Lotnisko  rozsiewało 
jakąś  chorobę,  która  objawiała  się  na  różne  sposoby.  Każdy  reagował  inaczej.  Fakt  ten 
najbardziej go martwił. 

Lance powinien być w pracy. Gdyby wiedział, gdzie jest Pamela, niezwłocznie podążyłby za 

nią. Niestety, dowiedział się tylko, że gdzieś pojechała. 

Wracał do domu, do pustego pokoju. Otworzył drzwi, przerywając grobową ciszę. 
Odruchowo podszedł do telefonu i podniósł słuchawkę. Rozległ się sygnał świadczący o tym, 

że aparat jest sprawny. Dlaczego wtedy nie działał? Lance próbował siebie przekonać, że był to 
zbieg okoliczności. 

Kiedy  szedł  do  kuchni  nastawić  wodę  na  kawę,  usłyszał  ryk  przelatującego  samolotu. 

Podbiegł szybko do okna. Odnalazł go na niebie. DC-10. Leci do Genewy. 

Na jego pokładzie jest Pamela. Nie miał co do tego najmniejszych wątpliwości. 
Po chwili usłyszał sygnał, że woda się już zagotowała. Automatyczny czajnik wyłączył się, 

ale Evans nie podniósł się z kanapy. Cały dzień stracił dla niego sens. Pozostało tylko rozważyć 
jedną kwestię. Pozostać w domu, czekając na powrót i modlić się, żeby nic jej się nie stało, czy 
uciekać prosto przed siebie. 

Nie  reagował  na  upał,  chłód  wieczoru  i zapadające  nocne  ciemności.  Lance  wpatrywał  się 

przed siebie, zapominając nawet o papierosach. Choroba i jego dostała w swoje szpony. Pierwszy 
objaw to poczucie beznadziejności. Nawet nie chciał myśleć o następnych stadiach. Przypomniał 
sobie, kiedy po raz ostatni płakał. Miał chyba piętnaście lat. Dyrektor szkoły wywołał go z lekcji 

i powiedział, że ojciec nagle zmarł na serce. Potem Lance już tego nie robił. Nie pomagało mu to, 
bo  nie  potrafił  płakać.  Trzeba  wyrzucić  z siebie  wszystko  wraz  ze  łzami.  Lance  już  tego  nie 
umiał. I nagle odczuł, że znowu to potrafi. 

Paul Whittaker przez cały dzień nie czuł się dobrze. Początek grypy. Mało prawdopodobne, 

background image

ale  jednak.  Jeszcze  wczoraj  wszystko  było  w porządku.  Wieczorem  stał  się  ospały  i miał  silne 
dreszcze.  Niski,  krępy  Whittaker  darzył  mieszanymi  uczuciami  nocną  pracę  we  Fradley.  Żona 

i dzieci  namówiły  go.  Dodatkowe  pieniądze  były  bardzo  potrzebne,  szczególnie  teraz,  kiedy 
nastąpiła wysoka inflacja i recesja w gospodarce. Żeby zarobić trochę grosza, trzeba było ciężko 
pracować. Wielu przyjaciół Paula zostało zwolnionych z pracy. Wszyscy myśleli, że jego życie 

jest proste. Ma przecież pracę. Nie brali pod uwagę nudy, zimna i tego, że był sam na ogromnym 

lotnisku. 

Powracają  wtedy  wszystkie  koszmary  z dzieciństwa.  Widzi  się  rzeczy,  które  są  wytworem 

umysłu. 

Paul  przypomniał  sobie  słowa  piosenki  z płyty,  którą  dostał  od  ciotki  na  siódme  urodziny. 

Ciągle je pamiętał, choć minęło czterdzieści lat. 

„Cicho-sza, cicho-sza, nadchodzi straszydło. 
Nie bój się go, bo i tak cię złapie, Jeśli będzie chciało”. 
To mogło przestraszyć każde dziecko. 
„Powiedz mu, że masz w łóżku żołnierzy, A ono nigdy nie zgadnie, że są tylko ołowiani”. 
Słowa piosenki powróciły do Paula. Nie potrafił ich zapomnieć. Jakiś idiota napisał to tylko 

dlatego,  żeby  cieszyć  się  z cudzego  strachu.  Lęk  głęboko  zakorzenił  się  w świadomości 
Whittakera. Całe życie to ukrywał. Powoli stało się to obsesją, uczyniło z niego tchórza. 

„Cicho-sza, cicho-sza, nadchodzi straszydło...” 
Trochę zdenerwowany wstąpił do kantyny. Zamówił herbatę i kupił pudełko aspiryny. Miał 

gorączkę. Pocił się w obcisłym mundurze. Czuł się jak w środku pieca. 

– Jak leci, Paul? – zapytał przechodzący mężczyzna, klepiąc go po ramieniu. 
– W porządku, Joe – odpowiedział. 
Wiedział,  że  nikogo  nie  obchodziło,  jak  naprawdę  się  czuł.  Jeśli  był  chory,  mógł  iść  na 

zwolnienie lekarskie. Nie zrobił tego, bo w świadomości miał zakodowane poczucie obowiązku. 
Przez dwadzieścia lat pracy w Longbridge nie był w pracy jedynie podczas strajku. Nienawidził 
marnować czasu. Od kiedy zaczął pracować we Fradley, to jest od sześciu miesięcy, ani razu nie 
wyszedł wcześniej. Nie zamierzał tego robić i teraz. 

Paul wstał, lekko się zataczając. Musiał utrzymać równowagę, żeby nikt nie pomyślał, że jest 

pijany.  Na  szczęście  wszyscy  byli  zajęci  swoimi  sprawami.  Czuł  się  coraz  gorzej.  Przetrzyma 
jeszcze tę noc i w domu porządnie się wyśpi. 

Następnego wieczora wszystko będzie w porządku. To tylko chwilowa niedyspozycja. 
Whittaker  wyszedł  na  zewnątrz,  czując,  jak  zimne  powietrze  chłodzi  rozgrzane  ciało. 

Niewiarygodne, żeby po upalnym dniu nastała tak zimna noc. Skrzywił się oślepiony światłami 

pozycyjnymi pasa startowego. Okropny ból poprzez oczy docierał do mózgu. 

Nagle rozległ się ogłuszający ryk. Rozdygotany Paul ukrył głowę w dłoniach. 

background image

Ogromny Boeing 707 lądował. Mężczyzna poczuł, że coś rozsadza mu czaszkę. Ryk stawał 

się coraz silniejszy. Chryste! Powinien rzucić tę robotę w diabły i pójść  do domu  przespać się. 

Jeszcze chwila, a nie wytrzyma. Ten huk go zabije. 

Ostatnio dużo medytował o śmierci. 
Paul próbował nie myśleć, ile godzin jeszcze przed nim. Rozejrzał się dookoła. 

Za pasami startowymi rozpościerał się mrok. Tam nikt go nie znajdzie. Położy się w jakimś 

zakamarku  obok  hangarów  i trochę  się  zdrzemnie.  Kiedy  doszedł  do  upragnionego  miejsca, 
sprawdził  jeszcze  ogrodzenie  i upewnił  się,  że  nikt  nie  zamierza  wtargnąć  na  teren  lotniska. 

Potrzeba odpoczynku zwalczyła strach przed ciemnością. Paul rozejrzał się po raz ostatni i ruszył 

w kierunku terminalu. 

Zebrali się tam jacyś ludzie, ale nie zwracał na to uwagi. Świat pogrążył się w ciemnościach. 

Działały  kojąco.  Whittaker  podążył  wzdłuż  hangarów.  Prawie  biegł  w kierunku  upatrzonego 
miejsca. Zdawało mu się, że gonią go światła. Uciekał ciężko sapiąc, aż wreszcie zmęczony oparł 
się  o ścianę.  Kolana  ugięły  się  pod  nim,  odmawiając  posłuszeństwa.  Zwalił  się  na  ziemię, 
wsuwając czapkę pod głowę. Poczuł się znacznie lepiej. 

Czas mijał. Paul na przemian otwierał oczy i zamykał, sen przychodził i umykał. 
Whittaker  stracił  poczucie  czasu.  Postanowił  wrócić  do  kantyny  i wypić  kubek  gorącej 

herbaty. Weźmie jeszcze jedną aspirynę i może wtedy uda mu się zasnąć. 

Chciał wstać, ale był zbyt wyczerpany. Może za parę minut. Jeszcze chwilę poleży. 
Ból  głowy  narastał.  Chory  zaczął  się  trząść.  O Jezu!  Przecież  to  może  być  zapalenie  płuc. 

Trzeba jak najszybciej wracać. Odbije kartę i wróci do domu. Nie ma innego wyjścia. 

Whittaker próbował się podnieść. Zabawne. Stojący przed nim mur zdawał się odchylać od 

pionu.  Jakby  zwężał  się  ku  górze.  Paul  zrobił  nadludzki  wysiłek  i wyprostował  się.  Wstał. 

W jakiś sposób udawało mu się utrzymać na nogach. Dysząc ze zmęczenia, ruszył do przodu. 

Kilka  rzeczy  do  siebie  nie  pasowało.  Dookoła  było  zbyt  ciemno.  Na  niebie  odbijały  się 

światła  lotniska,  ale  w pobliżu  nie  było  żadnej  latarni.  Zbyt  cicho.  Żadnego  dźwięku,  odgłosu 

silników  ani  nawet  ludzkiej  rozmowy.  W świetle  księżyca  ujrzał  jedynie  okrągłą  budowlę 

w niczym nie przypominającą zabudowań lotniska. 

Było  chłodno.  Dmuchał  lekki  wiatr.  Po  chwili  Paul  dostał  gęsiej  skórki.  Spojrzał  przed 

siebie.  Na  tle  nieba  rysowały  się  jakieś  sylwetki.  Wokół  zarośla,  kilka  wielkich  drzew  i... 
Wszędzie  było  szaro.  Tam,  gdzie  powinny  stać  budynki,  rosły  krzaki.  To  jakaś  paranoja. 
Niemożliwe! Na miejscu budynków stały ogromne głazy. 

Nie można było ich nie zauważyć. 
Whittaker  zaczął  się  w nie  wpatrywać.  Kiedy  wreszcie  objął  całość  wzrokiem,  stwierdził 

z niedowierzaniem, że znajduje się na brzegu wielkiego, kamiennego kręgu. 

Jego umysł nie chciał przyjąć do wiadomości tego, co widziały oczy. Był chory i mógł mieć 

background image

majaki. Nie znajdzie logicznego rozwiązania, dopóki nie wyzdrowieje. 

Paul potrząsnął głową, odwrócił się i ruszył dalej. Po kilku krokach przystanął. 
Przecież  właściwie  nie  wie,  dokąd  iść.  Ani  gdzie  się  teraz  znajduje.  Gdzie  to  cholerne 

lotnisko... jeśli gdzieś w ogóle jest. Dookoła panowała absolutna cisza. 

Kiedy  tak  stał  pogrążony  w zadumie,  dostrzegł  poruszające  się  kształty.  Nie  był  jednak 

pewny, czy rzeczywiście je widzi, czy są tylko wytworem chorej wyobraźni. 

Jednak  dziwne  postacie,  które  zmaterializowały  się  w ciemnościach,  przypominały  ludzi. 

Może  pomogą  mu  wrócić  na  lotnisko.  Ta  niesamowita  grupa  odzianych  w łachmany, 
zakapturzonych ludzi posuwała się do przodu, głośno szurając stopami. 

Przestraszony  Whittaker  cofnął  się  w kierunku  głazu.  Z ogromnym  wysiłkiem,  gdyż  jakaś 

przemożna siła nakazywała mu zostać. Strach był silniejszy. Drżąc z przerażenia, Paul  gotował 
się  do  ucieczki.  Nie  mógł  się  poderwać.  Ta  sama  siła  kazała  mu  obserwować  przedstawienie. 
Tym razem strach osłabł. 

Grupa  ludzi  zgromadziła  się  pośrodku  kamiennego  kręgu.  Whittaker  widział  ich  teraz 

wyraźnie.  Przypominali  zakonników.  Spotkał  już  kiedyś  podobne  postacie  w klasztorze. 

Duchowni mieli jednak kaptury i długie sutanny z dobrego materiału. 

Poza  tym  istotom  tu  zgromadzonym  brakowało  pokory.  Zachowywały  się  arogancko.  To 

kapłani szatana. 

Po chwili ich dziwna pieśń uniosła się w powietrze. Pomimo silnego wiatru brzmiała bardzo 

wyraziście.  Chmury  powoli  odkryły  niebo.  Srebrzystobiały  księżyc  oświetlił  upiorne 

zgromadzenie. 

Paul  Whittaker  cofnął  się,  a jego  palce  natrafiły  na  gładki  kamień.  Odwrócił  głowę,  ale 

zesztywniał mu kark i musiał ponownie spojrzeć na dziwne postacie. 

Zobaczył pomiędzy nimi jakąś dziewczynę. Była naga. Miała związane nogi i ręce. 
Jej  długie  włosy  prawie  dotykały  ziemi.  Zabarwiono  je  czymś,  co  przypominało  rzeczny 

szlam, ale równie dobrze mogła to być krew. 

Dziewczyna wpatrywała się w niego. Paul zdawał sobie sprawę, że go zauważyła. 
Wytrzeszczyła szeroko oczy, jakby chciała prosić o ratunek. Za chwilę będzie za późno. 
„Nie mogę! Jestem bezsilny. Nie wiem nawet, czy to dzieje się naprawdę!” 
Niestety tak było. Dziewczyna zacisnęła usta. W jej oczach jaśniała pogarda dla wszystkich 

i wszystkiego. Gdzie lotnisko? Gdzie ludzie? Przecież nie mogli tak po prostu zniknąć. Może był 
tak  nieprzytomny,  że  wyszedł  poza  teren  lotniska  i błąkając  się  dotarł  aż  tutaj.  Wszystko  było 

zbyt trudne i skomplikowane. 

Usiłował znaleźć jakieś rozwiązanie. Nic nie przychodziło mu do głowy. Nie mogły istnieć 

logiczne rozwiązania absurdalnej sytuacji. Z pewnością zachorował, ale wszystko, czego dotykał, 
było realne. Nocny wiatr chłodził rozognioną twarz. 

background image

Kamień był twardy i zimny. Co się dzieje, do cholery? 
Paul chciał uciekać, ale zatrzymała go jakaś siła. Był zmuszony obserwować to makabryczne 

zgromadzenie. To oczywiste, że mężczyźni byli kapłanami. Klęczeli i modlili się do nieznanego 

pogańskiego bóstwa. Whittaker nie rozumiał ich języka. 

Dziewczyna leżała spokojnie, wpatrując się w gwiazdy. Nie prosiła już o pomoc. 
Pogodziła się z losem. 
Chciał coś powiedzieć, ale słowa zabrzmiały tylko w jego myślach. 
„Pozwólcie jej odejść, maniacy! Ona wam nic nie zrobiła. Boże, ocal ją!” 
Nastała  cisza.  Wiatr  uspokoił  się,  jednak  nie  na  tyle,  żeby  liście  znieruchomiały.  Kapłani 

klęczeli wokół dziewczyny. Tylko jeden z nich stał. Cały świat czekał. Ale na co? 

Czas mijał. Strażnik zastanawiał się, czy jeniec śpi, czy się budzi. 
Prawdopodobnie dziewczyna cały czas spała. W przeciwieństwie do niej, Whittaker nie mógł 

zmrużyć oka. Bał się, że inne nocne mary będą jeszcze gorsze. 

Gwiazdy  zaczęły  blednąc.  Księżyc  zmierzał  w kierunku  linii  horyzontu.  Czerń  nieba 

zmieniała się w szarość ogarniającą cały świat. 

Świt. Whittaker przypuszczał, że kapłani go widzieli, ale nie dawał znaku życia. 
Nie chciał zwracać na siebie uwagi.  Tylko  patrzył. Oczy dziewczyny był  zamknięte, jakby 

słodko spała. Drobne piersi rytmicznie podnosiły się i opadały. 

Z  nadejściem  dnia  Paul  dokładnie  przyjrzał  się  otoczeniu.  Znajdował  się  na  dużym 

wrzosowisku,  gdzieniegdzie  rosły  krzaki.  W pobliżu  stały  ogromne  dęby.  Wraz  z kamieniami 
tworzyły  krąg.  Dookoła  ani  śladu  człowieka.  Krakało  tylko  kilka  kruków  szukających 
pożywienia. Najprawdopodobniej padliny pozostawionej przez innych łowców. 

Cisza,  która  nastała  chwilę  później,  przeraziła  Whittakera.  Gdzieś  musi  być  jakaś  droga. 

Samoloty  z Fradley  powinno  być  słychać  w promieniu  wielu  mil.  A jednak  w powietrzu  nie 
rozbrzmiewał żaden dźwięk. Tylko krakanie. Gdzie, do licha, wszyscy się podziali? 

Kapłani odeszli na wschód. Czerwone światło wschodzącego słońca zaczęło zalewać niebo. 

Za kilka minut ukaże się w całej okazałości. Będzie świecić ponad koronami wielkich dębów. 

Nagle Paul zdał sobie sprawę, co zamierzali zrobić wyznawcy dziwnego boga. 
Chcieli złożyć ludzką ofiarę, rozpoczynając jakiś obrządek. Niewinna krew miała uspokoić 

bóstwo. Zwyczajne morderstwo. Musi to być banda współczesnych czcicieli szatana. 

Ich  pseudokultura  rozprzestrzeniała  się  wszędzie.  Dewastowali  kościoły  i cmentarze. 

Wykopywane  przez  nich  zwłoki  służyły  do  obrzydliwych  i lubieżnych  obrządków.  Paula 
ogarnęło  zniechęcenie.  Na  tym  barbarzyńskim  terenie  nie  było  żadnego  posterunku  policji. 
Istniały tylko starożytne prawa życia i śmierci. 

Ponownie spojrzał na dziewczynę. Kogoś mu przypominała. Widywał ją od czasu do czasu. 

Szukając  w pamięci,  doznał  olśnienia.  To  ta  młoda  stewardesa.  Takie  same  włosy,  pociągła 

background image

twarz. Często latała z pilotem Hodgesem. Nie znał jej imienia, ale to na pewno ona. 

Słońce!  Przyszło  niespodziewanie.  Oślepiająco  jasna  kula  rozwiała  ostatnie  cienie  nocy. 

Rozpoczął się nowy, ciepły dzień. Kapłani leżeli twarzami do ziemi. 

Tylko jeden z nich stał obok płaskiego kamienia, na którym leżała dziewczyna. 
Podniesioną ręką oddawał cześć słońcu. Drugą dłoń trzymał schowaną pod ubraniem. 
Nagle coś błysnęło. Nagie ostrze noża przecięło powietrze. Leżące na ziemi postacie zaczęły 

mamrotać.  Ich  dziwny  śpiew  narastał,  aż  przemienił  się  w ekstazę.  Ognisty  promień  światła 
niczym meteoryt opadł na krąg. 

Whittaker na chwilę oślepł. Musiał zamknąć oczy. Po kilku sekundach ujrzał, jak ostrze noża 

rozcina  pierś  ofiary.  Purpurowa  krew  trysnęła  z tętnic.  Klęczące  postacie  pochyliły  głowy. 
Ponownie rozległ się śpiew. Pieśń zamieniła się w lament. 

Niesamowite  odgłosy  obezwładniły  Paula.  Dźwięk  torturował  jego  mózg.  Przed  oczyma 

pojawiły się dziwne wizje w kolorach purpurowym i jasnoczerwonym. 

„Cicho-sza, cicho-sza, nadchodzi straszydło. 
Nie bój się, bo i tak cię złapie, Jeśli będzie chciało”. 
Przerażenie wyzwoliło go z obsesji. W jakiś sposób pokonał kamienie, które zagradzały mu 

drogę. Nogi z trudem usłuchały wykrzyczanej przez mózg komendy. 

Paul biegł, potykając się o korzenie. Nie mógł oddychać, dusił się. 
Kapłani byli tuż za nim. Spragnieni krwi, próbowali złapać kolejną ofiarę. 
Rozsadzała ich furia, jakiej do tej pory nie widział. 
Uciekać! Gdziekolwiek, byle daleko od nich. 
Człowiek przemienił się w ścigane zwierzę. Upadł ponownie. Uderzył głową o coś twardego. 

Na chwilę odzyskał jasność umysłu, ale poczuł, że traci przytomność. 

Modlił się, żeby zabili go szybko. 
„Nie bój się, bo i tak cię złapie, jeśli będzie chciało”. 
Minęło kilka godzin, może dni. Whittaker wciąż żył. Leżał dokładnie tam, gdzie upadł. Było 

ciepło, nawet gorąco. Lejący się z nieba żar przygniatał go do ziemi. Paul ciągle jeszcze żył. 

Hałas.  Whittaker  skurczył  się  ze  strachu.  Nad  jego  głową  przeleciał  ogromny  Boeing  707. 

Paul wracał do normalnego życia. Słodki odgłos silników odstraszył nocne zjawy, przywracając 
poczucie rzeczywistości. Chciał otworzyć oczy, ale oślepiło go światło słoneczne. 

A  jednak  go  nie  złapali.  Jak  uciekł  nadchodzącej  śmierci?  Leżał  teraz  na  ziemi 

w promieniach słońca. Ci kapłani z pewnością nie... 

Żar  nagle  zniknął.  Paul  rozejrzał  się  dookoła.  Otaczały  go  typowe  dwudziestowieczne 

zabudowania.  Budynek  kontroli  lotów,  magazyn,  terminal.  Z wysiłkiem  stanął  na  nogi. 
Znajdował  się  w rowie  pomiędzy  budynkami.  Często  tu  przychodził  na  papierosa.  Nie  potrafił 
wyjaśnić, jak tu się znalazł. Nie wiedział, czy dziewczyna zamordowana przez bandę szaleńców 

background image

istniała naprawdę, czy była wytworem jego wyobraźni. 

Szedł zataczając się. Opierał o ścianę, żeby nie upaść. Ponownie ogarnęła go ciemność. Czuł, 

że traci przytomność. Odpływa w nieskończoność. W ostatniej chwili pomyślał, że za chwilę się 

przewróci. 

background image

„NIE BÓJ SIĘ GO, I TAK CIĘ ZŁAPIE, JEŚLI ZECHCE”. 

 
Wydawało  się,  że  kiedy  Southern  Hotels  Ltd.  przejęło  hotel,  nie  zmieniło  się  zbyt  wiele. 

Pasażerowie  nawet  nie  znali  nowego  właściciela.  Wśród  personelu  zapanował  niepokój 

o przyszłość.  Dosyć  wysoka  wydajność  zaczęła  spadać.  Wkrótce  zauważyli  to  goście.  Hotel 
podupadał. Były to główne powody przyjazdu Franka Westona do Fradley. Ostatnia inwestycja 

sprawiała  najwięcej  kłopotów.  Początkiem  łańcucha  niefortunnych  zdarzeń  były  pożar  i śmierć 
kobiety. Wypadek ten pogorszył  jeszcze niezbyt dobrą atmosferę. Wszyscy bali się następnego 
pożaru, bo przecież mogli stać się ofiarami. Było to mało prawdopodobne, gdyż hotel miał dobre 
zabezpieczenie.  Mimo  wszystko  zaufanie  gwałtownie  spadło.  Frank  musiał  je  odbudować,  ale 
nadal nie wiedział, jak to zrobić. 

Siedział zamyślony w zatłoczonym barze, paląc cygaro i popijając brandy. 
Historia  Druidów  była  czystym  absurdem.  Wymyślił  ją  Hartley  Lowe,  żeby  wzniecić 

niepokój. Właściwie nikt w nią nie wierzył, ale w związku z wydarzeniami ostatniego tygodnia, 

legendy  o starożytnej  religii  mogły  trafić  na  podatny  grunt.  Ponadto  istniał  problem  hałasu.  Do 
Departamentu  Ochrony  Środowiska  wpłynęła  kolejna  petycja  podpisana  przez  ludność 
zamieszkałą w promieniu trzech mil od lotniska. Nie wróżyło to nic dobrego. Zamieszanie może 
trwać wiele lat. 

Zawsze znajdzie się ktoś, kto ma coś nowego do powiedzenia. 
Myśli Franka powróciły do Charlesa White’a. Twardy sukinsyn, ale nie aż tak, jakby mogło 

się wydawać. Można go złamać, tak jak zrobił to Frank. Zadowolony z siebie zaśmiał się cicho. 
Na  razie  tylko  hotel  należał  do  Southern  Hotels  Ltd.,  ale  koncern  przejmie  całą  firmę.  Spółka 
szykowała właśnie następną ofertę. White nawet się nie spodziewał, co wkrótce nastąpi. Choćby 
odkrył  jego  plany,  i tak  nie  miało  to  najmniejszego  znaczenia.  Nie  był  w stanie  niczemu 
zapobiec.  Weston  chciał  zachować  tajemnicę  jak  najdłużej,  żeby  tym  bardziej  osłabić 

przeciwnika. 

Jego postępowanie nie miało pobudek natury osobistej, był to zwykły biznes. 
Chciał koniecznie pokonać White’a. 
Na  razie  wszystko  układało  się  po  myśli  Franka.  Przyszły  właściciel  Flyways  był 

zdecydowany.  Duchy  nikogo  nie  interesowały,  chyba  że  podważałyby  zaufanie  do  firmy. 

I dlatego  Frank  był  we  Fradley.  Trzeba  przekonać  Charlesa,  że  wszystko  jest  w jak  najlepszym 
porządku. Zarządzanie musi się poprawić, morale załogi również. 

Weston  zwrócił  uwagę  na  barmana,  który  poszedł  na  zaplecze  i po  kilku  minutach  wrócił 

z butelką  Cinzano.  Niby  wszystko  w porządku.  A jednak  to  nie  może  mieć  miejsca.  Zapasy 
powinny  być  uzupełniane  na  bieżąco.  Klient  nie  może  czekać.  Była  to  drobnostka,  ale  z nich 

powstaje reputacja hotelu. 

background image

Po chwili Frank skierował wzrok na klientów. Widok nie różnił się od obrazu innych hoteli 

w Wielkiej  Brytanii.  Z małymi  wyjątkami.  Coś  było  nie  tak,  jak  powinno.  Mógł  to  zauważyć 

bystry obserwator. 

Niedociągnięcia  zawsze  najtrudniej  dostrzec,  mimo  że  są  oczywiste.  Ludzie  na  sali 

rozmawiali,  jednak  była  to  zwykła  paplanina.  Nikt  nie  wybuchał  rubasznym  śmiechem,  czego 
można  było  się  spodziewać  po  ludziach  spędzających  całe  wakacje  w luksusowych  kurortach. 
Wspomnienie  pożaru  było  wciąż  żywe.  Panujące  napięcie  przywoływało  na  myśl  sprawę 

Steele’a, zamordowanie chłopaka Shottonów i wreszcie tajemniczą śmierć Swaina. To wszystko 
było plamą na honorze brytyjskiego prawa. 

Jeśli  morderca  Susan  Kemp  jest  nadal  na  wolności,  na  dożywocie  skazano  niewinnego 

człowieka,  jeszcze  chłopca.  Mass  media  ciągle  rozdmuchiwały  tę  sensację,  co  niekorzystnie 
odbijało się na reputacji Fradley. Te sępy zawsze muszą babrać się w cudzych brudach. 

Nikt  oczywiście  nie  zwracał  uwagi  na  szaleńca,  nocnego  strażnika  nazwiskiem  Whittaker, 

który waląc głową w ścianę twierdził, że był świadkiem złożenia przez nieznanych ludzi ofiary 

z młodej  dziewczyny.  Rozpowiadał,  że  na  jakiś czas  lotnisko zniknęło,  żeby  potem  pojawić  się 

z powrotem.  Jego  umysłem  zawładnęła  legenda  o Druidach,  a ostatnie  wydarzenia  całkowicie 
przewróciły  mu  w głowie.  Na  szczęście  gazety  uznały  tę  sprawę  za  skończoną.  Opublikowano 
tylko jeden artykuł jakiegoś mało znanego dziennikarza, który opisywał nieznane siły działające 
we  Fradley.  Kompletna  bzdura.  Frank  nawet  tego  nie  przeczytał.  Pomimo  to  wokół  lotniska 
wrzało. 

Frank  zamówił  następna  brandy  i postanowił  zabrać  ją  do  swojego  pokoju.  Bawiło  go,  że 

musiał kupować własne drinki. Z drugiej strony było to irytujące, bo wszystko, co znajdowało się 

w piwnicach  hotelu,  należało  do  niego.  Płacił  więc  podwójnie.  Zachowanie  tajemnicy  było 
najważniejsze, gdyż w przeciwnym razie misja mogła się nie udać. 

Okna  jego  pokoju  wychodziły  na  główny  terminal.  Przez  dwadzieścia  minut  stał 

i obserwował  oświetlony  reflektorami  port.  Startujące  i lądujące  odrzutowce,  poruszający  się 
tłum  i dość  sprawna  obsługa  były  integralnymi  częściami  koncernu  Flyways,  który  wkrótce 
zmieni  właściciela.  Powinien  całkowicie  przejąć  hotel  i włączyć  go  do  sieci  w ciągu  trzech 
najbliższych miesięcy.  Wszystkie inwestycje  Franka były tylko  arkuszami papieru, którymi nie 
można było zarządzać ani kierować. Taki jest ten świat i żeby nie zwariować z nudów, trzeba coś 
robić. 

Frank  miał  wystarczająco  dużo  pieniędzy,  żeby  nic  nie  robić,  ale  nie  bawiło  go  siedzenie 

w domu i wydawanie milionów na bzdury. Nie chciał także popaść w rutynę. Miał wystarczająco 
duże konta, żeby znaleźć sobie coś interesującego. 

Noc była wyjątkowo głośna. Na lotnisku we Fradtey nie mogło być inaczej. 

Podwójne  szyby  i specjalne  ściany  pochłaniały  wprawdzie  hałas,  ale  nie  latem,  kiedy  okna 

background image

musiały być otwarte. Klimatyzacja nie działała zbyt sprawnie. 

Weston  leżał  na  łóżku.  Było  zbyt  duszno,  żeby  się  czymś  przykrywać.  Zamknął  oczy 

i skrzywił się, kiedy nad budynkiem przeleciał Boeing 707. Posiadanie hotelu na lotnisku bawiło 

go, dopóki sam w nim nie zamieszkał. White i bracia Warboys myśleli, że Frank pragnął hotelu 
jeszcze  przed  sfinalizowaniem  interesu.  Taka  transakcja  nie  była  dla  niego  nowością.  Dużo 
wcześniej Kaner wspominał  o przejęciu  całości.  Weston  był  niezłym  cwaniakiem.  Zainkasował 
kilkanaście milionów za to, że na paru dokumentach widniało jego nazwisko. Za kilka miesięcy 
będą mogli ten piekielny hotel wsadzić w... 

Sen  nie  przychodził.  Chyba  z powodu  hałasu  i zaduchu.  Panujące  dookoła  napięcie  nie 

pozwalało zmrużyć oka. Żyły na skroniach dudniły jak silnik wysokoprężny. 

Frank miał  zbyt  dużo spraw, żeby się tym  przejmować. Mieszkańcy miasteczka ze swoimi 

głupimi  petycjami,  polowanie  na  duchy  urządzane  przez  gazety,  a wszystko  po  to,  żeby 
przeszkodzić  i tak  nie  najlepiej  funkcjonującemu  lotnisku.  Wszystko  łączyło  się  w gigantyczny 
łańcuch przyczyn i skutków, a on musiał go przerwać. 

Nadal nie wiedział, jak to zrobić. 
Przez jakiś czas rozważał swoje problemy. Nagle nad jego głową przeleciał kolejny samolot. 

Cały wieczór nasłuchiwał odgłosów silników, ale ten był jakiś inny. Dużo wolniejszy i bardziej 
basowy. Frank przypomniał sobie obrazy z dzieciństwa. Wojna. Nie bardzo wtedy rozumiał, o co 
chodzi,  ale  był  wystarczająco  duży,  żeby  się  bać  śmierci,  wszechobecnej  na  ulicach  płonącego 
dzień i noc Londynu. 

Pamiętał  walące  się  budynki  i walczących  z ogniem  strażaków.  Sanitariusze  próbowali 

ratować  żywych  wśród  martwych.  Anglię  ogarnął  chaos,  którego  nie  sposób  opisać.  Holocaust 
odciskał  piętno  na  psychice  każdego  człowieka.  Dziś  było  to  nieprawdopodobne,  ale  Frank 
wyraźnie wyczuwał zapach śmierci. 

Nagle  w powietrzu  rozległ  się  terkot  karabinów  maszynowych.  Frank  oczekiwał,  że  zanim 

spadną  bomby,  nastąpi  odpowiedź  obrony  przeciwlotniczej.  Był  całkowicie  zaskoczony 

i przerażony. Odgłosy walki narastały z minuty na minutę. Ściany trzęsły się w takt wybuchów. 
Wszędzie krzyczeli ludzie. 

Odpadając  z sufitu,  rozbity  o podłogę  tynk  wypełnił  pokój  gęstym  pyłem.  Frank  otworzył 

oczy i natychmiast je zamknął. Poprzez zasłony zobaczył oślepiające światło. Nie dochodziło ono 
jednak od latarni oświetlających płytę lotniska. 

Płomienie. Na zewnątrz szalało piekło. 
Frank poczuł dym i zaczął kaszleć. Powietrze było bardzo gęste. Oddychał z trudem. Co tam 

na zewnątrz się, do cholery, dzieje? Przecież wojna się skończyła i... 

Straszliwe  przeczucie  wstrząsnęło  osobowością  Westona.  Miecz  Damoklesa,  który  przez 

trzydzieści lat wisiał nad światem, spadł ze świstem. Ostateczna zagłada ludzkości zaczęła się na 

background image

lotnisku  we  Fradley.  Świat  na  nowo  uwikłał  się  w wojnę,  która  oznacza  rychły  koniec 
cywilizacji.  Totalne  zniszczenie.  Niespodziewany  atak  zmieni  historię.  Wszystko  przepadło. 
Świat zostanie starty w proch w ciągu kilku minut. O Jezu! 

Frank  zwlókł  się  z łóżka  i padł  na  kolana.  Przez  chwilę  się  modlił,  ale  przestał.  Po  co  to 

wszystko? Kiedy ktoś przez całe życie zaniedbuje Boga, po co teraz próbuje go przebłagać? Nikt 
przecież nie wysłucha grzesznika. 

Wstał. Duży płat tynku uderzył go w ramię, rozbijając się na drobne kawałki. 
Weston  zasłonił  głowę,  oczekując, że zawali się sufit.  Stał tak kilka sekund, aż zagrożenie 

minęło. Podszedł do okna. 

Patrzył  przez  zgruchotane  szyby,  próbując  się  skoncentrować.  Drażnione  przez  pył  i dym 

oczy łzawiły. Trzymając się kurczowo ramy, kaszlał konwulsyjnie. Cały czas obawiał się żaru, 
który  powinien  nadejść  z płomieniami.  Dosięgnie  go  jak  podmuch  wiatru  wpadający  przez 

otwarte okno. 

Frank przetarł oczy. Co właściwie dzieje się na lotnisku? Wszystko płonęło. Z prawej strony 

hotelu stały samoloty. Języki ognia łapczywie pochłaniały zniszczone maszyny. W nocne niebo 
strzelały snopy iskier. Huk wybuchów przerywały odgłosy syren. 

Dlaczego  nikt  nie  gasi  ognia?  Wszyscy  stoją  z boku,  przypatrując  się  straszliwemu 

przedstawieniu. Tłum zbielałych z przerażenia twarzy. Czemu nikt nic nie robi? 

Frank odwrócił się do wnętrza pokoju. Spadający odłamek szkła rozciął mu rękę. 
Ból. Poczuł coś wilgotnego i lepkiego. Krew. Nie zwrócił na to uwagi. Jego umysł zaprzątała 

ważniejsza sprawa. Trzeba się stąd wydostać. 

Po  omacku  odnalazł  drzwi.  Oślepiony  dymem  namacał  klamkę.  Pchnął.  Drzwi  były 

zamknięte. Zaczął je szarpać, ale wysiłki spełzły na niczym. Nie mógł wyjść. 

Czuł, że ogarnia go panika. Próbował się opanować, ale strach był silniejszy. 
Jego umysł został sparaliżowany przerażeniem silniejszym od lęku, który przeżywał podczas 

nalotów na Londyn. Trwało bombardowanie. Absurd! Cóż, Frank wiedział, że się nie myli. 

Jego organizm przestał normalnie funkcjonować. Miał jeden cel – uciekać. 
Gdziekolwiek, byle dalej od tego piekła. Ukryć się. Wpełznąć do jakiejś jamy i przeczekać. 

Poczuł się jak osaczone zwierzę. 

Wściekle kopnął w drzwi, lecz po chwili zwijał się z bólu. Złamał palec u nogi. 
Próbował stanąć na niej, kopiąc w drzwi drugą. Zachwiał się i upadł. Potłuczone ciało bolało 

dotkliwie.  Podłoga  falowała.  Drżąc  z przerażenia,  przycisnął  twarz  do  dywanu  i zaczął  się 
modlić.  Niewyraźne  mamrotanie,  które  przemieniło  się  w histeryczny  śmiech,  nagle  ucichło. 
Stracił przytomność. 

Minęło  kilka  godzin,  tak  przynajmniej  sądził  Frank.  Za  kilka  minut  budynek  zamieni  się 

w dymiącą  kupę  gruzów.  Płomienie  były  coraz  bliżej,  żar  zapierał  dech  w piersiach.  Sąsiedni 

background image

pokój prawdopodobnie się już palił. 

Eksplozje  wstrząsały  ścianami.  Z sufitu  odpadły  kolejne  płaty  tynku.  Na  nowo  rozległ  się 

ogień karabinów maszynowych, który przypominał beczenie kozła. 

Gryzący dym przesłonił pomarańczowe płomienie, a pokój wypełniła zamglona poświata. 
Weston  podniósł  się  ostrożnie  z podłogi.  Oddychając  z trudem,  rozejrzał  się  dookoła.  To 

koniec.  Wiedział  o tym  wcześniej,  ale  ciągle  miał  nadzieję.  Dziwne,  że  kiedy  uświadomił  to 
sobie, przestał się bać śmierci. Roześmiał się. Chwilę później krztusił się dymem. Wszystko było 
śmieszne  i bez  sensu.  Przez,  całe  życie  lękał  się  śmierci,  a kiedy  wreszcie  nadchodziła, 

przyjmował  ją  ze  stoickim  spokojem.  Wiele  pytań  pozostało  bez  odpowiedzi.  Ciągle  nie  mógł 
zrozumieć, co właściwie się stało. 

Leżał odprężony na dywanie i nasłuchiwał. Nalot się skończył. Samoloty odleciały, a ogień 

karabinów  rozlegał  się  sporadycznie.  Frank  domyślał  się,  że  niespodziewany  atak  dokonał 
ogromnych zniszczeń. We Fradley tylko on sam pozostał przy życiu. Jego czas również zbliżał 
się  ku  końcowi.  Zginie  pod  gruzami  hotelu  albo  się  udusi.  Nie  miało  to  większego  znaczenia, 
chodziło tylko o czas. 

Frank powoli tracił przytomność. Pogrążał się w bezkresnej otchłani zapomnienia. 
Nadchodził nieuchronny koniec jego ziemskiej wędrówki. 
Nagle coś go wyrwało z odrętwienia. Za drzwiami ktoś stał. Nie był całkowicie pewny, gdyż 

mógł  słyszeć  szczury  szukające  wyjścia.  Po  chwili  zobaczył,  że  klamka  opada  w dół.  Coś 
ciężkiego uderzyło w drzwi, naruszając zamek i zawiasy. 

–  Pomocy!  –  wycharczał  Frank.  Jego  głos  nie  przypominał  ludzkiej  mowy.  Wziął  głęboki 

oddech i czołgając się w kierunku drzwi, spróbował jeszcze raz. – Nie... 

zostawiaj mnie. 
Drzwi były otwarte. Frank zbadał to przez dotyk, gdyż prawie nic nie widział. 
Powiew świeżego powietrza rozproszył dym. Obok ktoś stał. Weston usłyszał szuranie nóg, 

które równie dobrze mogło być wytworem jego wyobraźni. Czekał. 

Miał nadzieję, że za chwilę czyjeś ręce zwrócą mu wolność. Nic takiego się jednak nie stało. 
Otworzył zapuchnięte oczy, próbując przeniknąć wzrokiem dym. Zdawało mu się, że ogląda 

stary film. Obraz powoli nabierał kształtów. Oczy paliły żywym ogniem, ale nie  poddawał się. 
Widział... jakiś niewyraźny kształt, przypominający ludzką istotę. Jakaś postać stała obok niego. 

– Pomóż mi... Żadnej odpowiedzi. 
– Jezu, przecież tu jestem. Nie widzisz mnie? 
Frank próbował podnieść się, ale mięśnie odmawiały posłuszeństwa. W końcu udało mu się 

klęknąć. Jego pozycja przypominała modlącego się grzesznika. 

W powietrzu zabrzmiały jakieś słowa. Zanim zdążył uchwycić ich znaczenie, ucichły. Czuł 

się,  jakby  ciało  i umysł  zostały  podzielone  na  dwie  nieskoordynowane,  niezależne  części. 

background image

Powinien  był  zginąć  w szalejących  płomieniach,  ale  cudem  ocalał.  Wytężył  wszystkie  siły 

i wstał, nie bacząc na złamany palec. 

Kaszląc i wymiotując, zmierzał do wyjścia. Nadludzkim wysiłkiem, chwiejąc się na nogach, 

podążył  za  milczącym  wybawcą.  Postępował  wbrew  nakazom  rozumu,  bo  nie  był  zdolny  do 
logicznej analizy sytuacji. Strach ponownie sparaliżował nerwy. 

Zszedł na dół i wybiegł na zewnątrz. Powietrze było na tyle czyste, że mógł bez problemów 

oddychać. Z trudem otworzył oczy. Zobaczył całkowicie wypalony teren. 

Po chwili rozpoznał pas startowy, na którym stały szkielety spalonych samolotów. 
Rozejrzał  się  dookoła. Na  tle  zadymionego  nieba  rysowały  się  ruiny  wieży  kontroli  lotów. 

Było  ciemno.  Prawdopodobnie  zasilanie  zostało  przerwane  przez  szalejące  płomienie.  Cały 
obszar wyglądał jak wielki, wyludniony moloch. 

W głównym terminalu nie było nawet policji i strażaków. Boże, przecież chyba ktoś jeszcze 

ocalał? 

Weston nie miał pojęcia, dokąd prowadzi go tajemnicza postać. Pomimo że ów człowiek był 

oświetlony przez, płomienie, Frank nie mógł dostrzec rysów jego twarzy. Dziwny osobnik. Nie 
miał  również  towarzyszy.  Tak  czy  inaczej,  Frank  musiał  trzymać  się  swego  wybawcy. 
Nieznajomy  był  dziwnie  ubrany.  Jego  postać  krył  postrzępiony  płaszcz  z wielkim  kapturem 
koloru zgniłych ziemniaków. 

Nie było można określić, jak długo szli, ile kilometrów przemierzyli. Posuwali się naprzód 

z wielkim wysiłkiem, gdyż ziemię pokrywały kamienie oraz szczątki samolotów i innego sprzętu. 
Kilka razy Frank upadł, kalecząc sobie dotkliwie kolana, ale natychmiast podnosił się i podążał 
za  nieznajomym.  Bał  się  zostać  sam  na  tym  pustkowiu.  Przerażenie  ponownie  ogarnęło  jego 
umysł. Zadał kilka pytań, ale nie otrzymał odpowiedzi. Opuchnięty język dławił niczym wielka 
kluska,  blokując  drogę  słowom.  Do  uszu  Franka  dochodził  niezrozumiały  szept.  Nie  wiedział, 
czy wydobywa się on z jego ust, czy jest to szum wiatru. Zrezygnował więc z mówienia, sądząc, 
że nieznajomy też go nie rozumie. 

Grunt był coraz bardziej rozmiękły. Błoto wdzierało się do  butów. W niektórych miejscach 

Frank  zapadał  się  po  kostki  i musiał  z wysiłkiem  wyciągać  nogi.  Chwytał  się  wtedy  czego 
popadło z nadzieją, że bagno go nie wciągnie. Wnet jego palce oblepiły się lepką mazią. 

Strach przed samotnością był silniejszy niż cokolwiek innego i dlatego  Frank starał  się nie 

zostawać w tyle. Wolał nie myśleć, co by się stało, gdyby został sam. 

Znajdowali się na bagnach. Szli po gąbczastej trawie uginającej się pod ich ciężarem. Coraz 

głębiej zapadali się w błoto. Miejscami woda sięgała kolan. 

Frank  wpadł  w panikę.  Nagle  poczuł,  że  tonie.  Wytężając  mięśnie,  szukał  oparcia 

w otaczającym go bagnie. 

– Zatrzymaj się. Na litość boską, stań! 

background image

Coś wyrzuciło go w górę. Przeleciał kilka metrów i ponownie wpadł do wody. 
Wynurzył  się,  lecz  poczuł,  że  ktoś  wpycha  go  pod  wodę,  nie  pozwalając  zaczerpnąć 

powietrza. Ów człowiek miałby uratować go z płomieni, żeby teraz utopić? Bez sensu. 

Frank  prawie  biegł,  żeby  dotrzymać  kroku  przewodnikowi.  Nadwyrężone  płuca,  osłabione 

ponadto  długim przebywaniem pod wodą, z trudem  pracowały. Gdzieś w środku rodził się ból, 
który wkrótce miał rozprzestrzenić się na całe ciało. 

Weston nie był w stanie iść dalej. 
Podłoże stwardniało. Woda opadła do kostek, a warstwa błota była dużo cieńsza. 
Płuca  Franka  nie  były  zdolne  do  żadnej  pracy.  Chciał  położyć  się  na  ziemi  i czekać  na 

śmierć. 

Teren znów był podmokły. Weston mógł wreszcie stwierdzić, gdzie się znajduje. 
Otaczała go szara poświata, zwiastująca nadejście dnia. 
Znajdowali  się  na  małej  wysepce.  Miała  akr  powierzchni,  może  trochę  więcej.  Na 

piaszczystej  plaży  stali  ludzie.  Biała  mgła  pojawiała  się  i znikała,  a wraz  z nią  ich  zamazane 
kształty.  Frank  nie  mógł  zorientować  się,  o co  chodzi.  Po  chwili  zobaczył  ogromne  drzewa. 
Wysmukłe  dęby  ociekały  wodą.  U podnóża  były  porośnięte  krzakami  jemioły.  Powietrze 
nasiąkło fetorem bagiennych wyziewów. Woń ta przypominała odór rozkładających się ciał. 

W pewnej chwili Frank stracił kontakt z przewodnikiem, który gdzieś znikł. Po kilku krokach 

nogi ugięły się pod ciężarem ciała. Upadek został złagodzony przez gęstą trawę. Weston zamknął 
oczy.  Nareszcie  może  odpocząć.  Wywołane  przez  ogień  zjawy  odeszły.  Na  pewno  leży 

w szpitalnym łóżku. 

Otworzył oczy. Nadal znajdował się na małej wysepce. Mgła powoli gęstniała. 
Wszystko tonęło w białym mleku. Drzewa znikły z pola widzenia. 
Frank rozejrzał się dookoła, szukając wzrokiem mężczyzny, który go przyprowadził. Bał się, 

że z początkiem dnia ujrzy jego tajemnicze oblicze. 

Wokół nie było nikogo. Gdzieś w oddali majaczyły jakieś kształty, prawdopodobnie krzaki. 

Mimo  wszystko,  wyglądało  to  trochę  niesamowicie.  Promienie  słoneczne  rzucały  wyzwanie 
ziemskim  ciemnościom.  Wyczerpany  umysł  Franka  starał  się  znaleźć  sens  tych  zdarzeń.  Jedna 
tylko myśl przenikała wszystkie zakamarki mózgu. Stojący pod drzewami ludzie na coś czekali. 
Na jego śmierć? 

We  mgle  rysy  ich  twarzy  były  niewidoczne.  Kaptury  dodatkowo  utrudniały  obserwację. 

Gęsta jak mleko mgła wchłaniała stojące postacie, jakby chroniła je przed wzrokiem zwykłego 
śmiertelnika. Frank głęboko odetchnął. Czuł zapach czegoś starego i złego zarazem. 

Skulił  się  na  ziemi,  dygocząc  ze  strachu.  Wroga  niechęć  promieniowała  od  każdej 

z dziwnych  postaci.  Łudził  się,  że  jest  sam  na  wyspie,  ale  instynkt  podpowiadał,  że  się  myli. 
Otaczająca go mgła doskonale chroniła zło. Zjawisko to wykraczało poza zdolności analityczne 

background image

ludzkiego umysłu. Wrogowie czaili się w ciemnościach, obserwując każdy ruch Franka. 

Po chwili zdał sobie sprawę, że jest na procesie zorganizowanym przez trybunał starszy niż 

jakikolwiek inny na tej ziemi. Werdykt został uzgodniony na długo przed jego przybyciem. Był 
winny, chociaż nie wiedział, o co go oskarżano. Nie mógł się obronić ani odwołać od wyroku. 
Tylko  śmierć.  Nie  miał  wątpliwości,  że  mimo  swego  pochodzenia  podlega  panującemu  na 

wyspie prawu. Prawu Druidów. 

Powiał  wiatr.  Mgła  zaczęła  ustępować.  Pierwsze  promienie  słońca  dotarły  do  ziemi,  chcąc 

odkryć wszystkie tajemnice nocy. Były dla Franka zwiastunami śmierci. 

Grupa  postaci  ruszyła  w kierunku  leżącego  człowieka.  Jakby  ktoś  dał  im  znak,  że  mają 

wykonać zadanie. Kaptury szczelnie zakrywały twarze. Weston nie mógł niczego dostrzec. Miał 
umrzeć  nie  wiedząc,  kim  są  jego  oprawcy.  Nie  było  czasu  do  stracenia.  Promienie  słoneczne 
coraz  szybciej  rozpraszały  mgłę.  Trzeba  przebłagać  rozgniewanych  bogów.  Można  to  zrobić 
tylko za pomocą ofiary krwi. 

Bóstwo czekało. 
Zanim strażacy zbliżyli się do dopalających się szczątków rozbitego samolotu, nadszedł świt. 

Pożar  we  wschodniej  części  hotelu  spowodowało  skrzydło  spadającej  dakoty,  które  zawadziło 

o ścianę  wieżowca.  Część  budynku  zawaliła  się,  ale  ratownicy  szukali  nadal,  mając  nadzieję 
odnaleźć  kogoś  żywego.  W pobliżu  trzy  ambulanse  czekały  gotowe  do  natychmiastowego 

odjazdu. 

Oddziały  ratownicze  czekały  w gotowości  kilka  minut  po  tym,  jak  kapitan  samolotu 

przekazał  informację  o awarii.  Mimo  podejrzenia,  że  skrzydło  jest  uszkodzone,  nikt  nie 
oczekiwał tak tragicznego zakończenia. 

Plan, który przewidywał lądowanie w Bostonie, został anulowany. Pasy startowe na tamtym 

lotnisku były zbyt krótkie. Kapitanowi kazano kierować się bezpośrednio do Fradley. Lądowanie 
przebiegało pod kontrolą doświadczonych pilotów i ludzi z obsługi naziemnej. 

Kontroler  nie  był  zbytnio  zdenerwowany.  Uważał,  że  jest  to  zwykła  awaria,  jaka  często 

zdarza  się  takim  maszynom.  Ponadto  podjęto  nadzwyczajne  środki  ostrożności.  Przesunięto 

nawet lot z Genewy, tak że Tom Hodges klął na czym świat stoi. 

Wszystko  działo  się  zgodnie  z planem,  aż  do  momentu,  gdy  zostało  zerwane  połączenie. 

Głos kapitana umilkł w pół zdania. Awaria była poważniejsza, niż przypuszczano. 

Dakota  z czterdziestoma  pasażerami  na  pokładzie  i piętnastoosobową  załogą  nadlatywała 

dwadzieścia mil na godzinę szybciej niż powinna. Śmignęła tylko nad pasem startowym, kierując 
się w stronę hotelu. Kapitan próbował coś robić, ale nie mógł opanować maszyny. 

Oślepiająca  eksplozja  rozświetliła  niebo  nad  Fradley.  Kilka  sekund  wcześniej  skrzydło 

zawadziło o hotel. Płomienie zmusiły strażaków do wycofania się. 

Zdawali sobie sprawę, że nie uda się podejść do samolotu, więc skierowali się do płonącego 

background image

hotelu. Tu i tu uwięzieni byli ludzie, ale goście hotelowi mieli szansę na ratunek. Życie stało się 
wielką ruletką. Kiedy wrak dakoty wypalił się doszczętnie, można było rozpocząć poszukiwania. 
Strażacy znali swoją pracę, ale świadomość tego, co znajdą, napawała ich strachem. Ktoś musiał 
jednak wykonać tę robotę. 

Szczątki ludzkie liczono ponad godzinę. Znaleziono sześćdziesiąt pięć ofiar. 
Przez następną godzinę szukano czarnej skrzynki. Nigdzie jej nie było. 
Zdenerwowani  ratownicy  rozpoczęli  poszukiwania  na  całym  lotnisku.  Pomimo  że  były 

prowadzone bardzo skrupulatnie, niczego nie znaleziono. Krótko po trzeciej jeden ze strażaków 
wdarł  się  do  hotelu.  Jakież  było  jego  zdziwienie,  kiedy  w jednym  z pokojów  znalazł  czarną 
skrzynkę, która została katapultowana na krótko przed zderzeniem. 

Podczas  badania  okazało  się,  że  przyrządy  nie  zostały  uszkodzone.  Zdziwienie  sięgnęło 

zenitu, kiedy odkryto, że taśmy niczego nie zarejestrowały. Były czyste! 

Podczas gdy Lance Evans szalał przy aparacie, próbując się połączyć z East Midlands, żeby 

uzyskać  wieści  o Pam,  w ratuszu  Hartley  Lowe  przemawiał  do  grupki  dwudziestu  osób. 
Nauczyciel niezbyt często publicznie okazywał emocje, ale dzisiaj była ku temu okazja. Obawy 
ukrył pod gniewną maską, a jego oracja nie była adresowana do słuchaczy, ale do nieobecnych na 
zebraniu.  Przejawiane  wcześniej  niezadowolenie  z powodu  budowy  lotniska  rozeszło  się  po 
kościach.  Szum  wokół  Flyways  ucichł,  niektórzy  oponenci  wyjechali,  a reszta  zwyczajnie 
stchórzyła. 

–  Mówię  wam  –  grzmiał  Hartley,  ściągając  brwi.  –  To  zdarzenie  jest  dokładną  kopią 

wypadku z czasów wojny. Wtedy pilot też nie zauważył świateł mesy oficerskiej, która stała na 

miejscu hotelu. 

Przerwał, pozwalając słuchaczom przetrawić jego słowa. Przygotowywał się do ostatecznego 

uderzenia. 

– Powtarzam jeszcze raz. Hotel został zbudowany tam, gdzie kiedyś stała wieża, w niej była 

mesa. To nie przypadek, ale... 

Przerwał ponownie. Reakcja ludzi rozczarowała go i zdenerwowała. Nikt nie rozumiał, o co 

mu chodzi. Złość osiągnęła szczyt. 

– Lotnisko zbudowano na starożytnym kamiennym kręgu Druidów. Ci ludzie rozbudzili stare 

zło. Zemsta bogów dosięgnie ich i...nas! 

Zdziwieni  słuchacze  spoglądali  na  siebie.  Byli  wyraźnie  zakłopotani.  Ich  odczucia 

przypominały to, co czuje się na jakiejś trzeciorzędnej komedii. 

Człowiek zmusza się do śmiechu, gdyż inni patrzą. 
Kilku mężczyzn spojrzało na siebie znacząco. Zrobili to dosyć dyskretnie, ale powinni się już 

nauczyć, że Hartley był świetnym obserwatorem. Jego nauczycielska mentalność nie zmieniła się 

nawet po przejściu na emeryturę. 

background image

Stary  dyrektor  zachowywał  się  bardzo  spokojnie.  Tylko  pulsujące  na  skroniach  żyły 

świadczyły  o tym,  że  jest  wściekły.  Chciał  krzyczeć,  ale  tym  niczego  nie  zmieni.  Zszedł 

z mównicy  i ze  spuszczoną  głową  opuścił  ratusz.  Ludzie  nie  chcieli  go  słuchać.  Byli  tacy  sami 

jak  w dzieciństwie.  Nie  to  było  jednak  najważniejsze.  Hartley  zdał  sobie  sprawę,  że  nie  potrafi 
nauczyć walki z siłami ciemności. Była to bardzo smutna i przerażająca prawda. Poniósł klęskę 
na całej linii. Przegrał wojnę. 

background image

Część trzecia  
ANTYCZNY KRĄG  

background image

PRZEKLĘTE FRADLEY  

 
– Przepraszam – powiedziała Pamela. 
Wykrztusić  to  słowo  było  tak  trudno.  Straciła  aż  dwadzieścia  cztery  godziny,  żeby  je 

wymyślić.  Było  proste,  a wyrażało  tak  skomplikowane  uczucia.  Oczekiwała  teraz  na  reakcję 
Lance’a. 

Przez  całą  drogę  z Midlands  do  Fradley  nie  odezwał  się  ani  słowem.  Pamela  próbowała 

odgadnąć,  co czuje. W samochodzie panowała  cisza, zakłócał  ją tylko  miarowy warkot silnika. 
Równie  dobrze  mogła  być  zwykłą  autostopowiczką.  Czuła  się  jednak  bezimiennym 
przedmiotem, do którego nie czuje się nawet nienawiści. Z pewnością byłoby lepiej, gdyby na nią 
krzyczał,  nawet  gdyby  powiedział, że jest dziwką. Milczenie było  najgorsze. Jeśli zamierzał  ją 
złamać, to lepiej, żeby ją odwiózł z powrotem na lotnisko. 

Pamela  weszła  za  Evansem  do  mieszkania,  zamykając  drzwi.  Pierwsze  minuty  były 

najgorsze. Każde z nich oczekiwało, że drugie przerwie milczenie. Dziewczyna poszła do kuchni 

i wstawiła wodę na herbatę. W chwilę później wróciła do pokoju i stanęła przy oknie. 

– Przepraszam. 
Teraz  przyszła  jego  kolej.  Pam  czekała,  żeby  zbliżył  się  i przytulił  ją.  A jednak  spokojnie 

przeszedł obok niej i stanął przy drugim oknie. 

– Jak podróż? – zapytał. 
Dziewczyna bezskutecznie starała się znaleźć w jego głosie chociaż ślad ironii. 
Zadał jej pytanie, którego obawiała się najbardziej. 
– Niezbyt dobra – odrzekła, zgrzytając zębami. – Nawet bardzo zła. Najgorsza ze wszystkich. 

Boże, jakbym chciała, żeby to się nigdy nie stało. 

– Miałaś po temu znakomitą okazję. 
– Wiem, Lance, ale... 
Pamela podeszła do niego i zarzuciła mu ręce na szyję. 
–  Naprawdę  nie  wiem,  co  mnie  napadło.  To  wina  lotniska.  Jakby  początek  depresji,  która 

narasta, aż wreszcie... znienawidziłam wszystko i wszystkich. Zraniłam cię, ale nie mogłam nad 
sobą zapanować. Kiedy  leciałam do Genewy, nienawiść gdzieś wyparowała. Czułam się podle. 
Chciałam się ukryć przed światem, uciec daleko stąd. Jeszcze raz ci mówię, to wina Fradley. Tu 
nie  zdawałam  sobie  z tego  sprawy,  ale  moc  zła  nie  dociera  wszędzie  i w Genewie  czułam  się 

normalnie. 

Lance spoglądał na Pamelę, jakby chciał ją zapytać, czy spała z Tomem. 
–  Spałam  z Tomem  Hodgesem  –  powiedziała  dziewczyna,  spuszczając  wzrok.  Czuła,  że 

Evans  zaraz  wybuchnie.  –  Przed  lądowaniem  nie  mogłam  się  tego  doczekać,  ale  kiedy 
znaleźliśmy się w pokoju, chciałam wracać do domu pierwszym samolotem. Musiałam przez to 

background image

przejść. Pójdę się teraz wykąpać, zmyć z siebie ten cały brud. 

–  Mam  nadzieję,  że  byłaś  dobra  –  powiedział  ze  śmiechem  Lance.  –  Nie  chciałbym,  żeby 

rozniosło się po lotnisku, że Pamela Bridges się nie stara. 

– Tak, było dobrze – wykrztusiła ze łzami w oczach, czując, że za chwilę się załamie. – Ale 

tylko jemu. A co ty robiłeś zeszłej nocy? 

– Nic, zupełnie nic. – odpowiedział Lance. – Martwiłem się. O ciebie i o nas. 
Jego słowa nie brzmiały przekonująco. 
– Myślałam, że Susan Strange zadzwoniła do ciebie. Prawdę mówiąc, nie zdziwiłoby mnie 

to, a ponadto nie miałabym prawa się sprzeciwiać, nieprawdaż? 

–  Nie,  nie  zadzwoniła  –  warknął  chłopak.  –  Nie  rozumiem,  do  cholery,  dlaczego  ludzie 

myślą, że jestem choć trochę zainteresowany tą babą. 

– Przez wiele tygodni po lotnisku krążyły plotki, jeszcze przed jej zerwaniem z Robem. 
– Nie lubię być obgadywany. 
– A co ja mam powiedzieć? 
– Chyba jednak czuję to samo. Sue i ja mamy wiele wspólnego. Kiedyś obie spałyśmy, z kim 

popadło. 

– Na litość boską, zamknij się! – krzyknął Lance, wyrywając się z objęć dziewczyny. – Jeśli 

chcesz  odejść,  proszę  bardzo.  Nie  będę  cię  zatrzymywał.  I nie  próbuj  znaleźć  kogoś  na  swoje 

miejsce. Sam to zrobię. 

– Lance – powiedziała łagodnie Pamela. – Przestań. Zostawmy to i wyjedźmy, zanim będzie 

za późno. To przeklęte Fradley jest przyczyną wszystkich naszych kłopotów. Oddziałuje na nas 

i na  wszystkich  pracowników  lotniska.  Drobne  kłótnie,  odejście  zaopatrzeniowców  i napięta 

atmosfera. Nie zapominaj o katastrofie DC-10. Trzeba zamknąć to lotnisko, bo wydarzy się coś 

potwornego. 

Ludzie muszą opuścić ten teren. 
– Nie da rady – odrzekł spokojnie Lance, stopniowo zniżając głos. – Amerykanie utopili tu 

zbyt dużo szmalu. Możemy tylko mieć nadzieję, że opuści nas pech. Wóz albo przewóz. 

– W takim razie wyjedźmy. Ty i ja. 
–  Świetny  pomysł,  ale  co  zrobimy,  kiedy  zabraknie  nam  forsy?  Piloci  z Fradley  w całym 

kraju są na czarnej liście. Spaliliśmy za sobą wszystkie mosty, odchodząc z innych lotnisk. Nie 
zechcą nas z powrotem nawet jako zamiataczy. 

– No to zrezygnujmy z latania. 
–  Nie  –  odrzekł  twardo  Lance  i skrzywił  się.  –  Nie  będę  chodził  po  prośbie.  Nie  chcę  też 

pracować  w fabryce.  Mogłabyś  przez  cały  dzień  siedzieć  w supermarkecie  przy  kasie 

i obsługiwać stare baby? 

– Nie byłoby to łatwe – powiedziała Pam i poszła do kuchni wyłączyć wodę. – Ale z drugiej 

background image

strony to przyjemna, spokojna i bezpieczna praca. Szansa, że pod koniec dnia będę żyła, jest dużo 
większa  niż  tu.  Prawdopodobnie  moja  psychika  byłaby  także  w lepszym  stanie.  Tu  codziennie 
ryzykujemy życiem. 

–  Innymi  słowy  –  odrzekł  Lance,  wsypując  granulki  herbaty  –  nasze  życie  jest  związane 

z tym  lotniskiem,  czy  tego  chcemy,  czy  nie.  Na  razie  musimy  zostać  i zobaczymy,  co  będzie 

dalej. 

– W końcu znowu jesteśmy razem – powiedziała Pamela ze łzami w oczach. – Trzymamy się 

bez względu na to, co zrobi Fradley, żeby nas rozdzielić. 

Lance przytulił dziewczynę, kiedy po jej policzkach poleciały strumienie łez. 
– Chyba miałeś dobrą podróż, kolego. 
Tom Hodges podniósł wzrok znad kieliszka i ujrzał szczupłą sylwetkę Susan Strange, której 

ciągłą świeżość zawsze podziwiał. Żadna ze stewardes z wyjątkiem Pameli Bridges nie mogła się 
tak prezentować w godzinę po wyczerpującym locie. 

–  Chyba  nie.  –  Podsunął  jej  stołek.  –  Skierowano  nas  do  Midlands,  co  mnie  ostatecznie 

dobiło. 

–  Przespałeś  się  chociaż  z nową  przyjaciółką?  Dziewczyna  zachowywała  się  jak  zwykła 

dziwka, czym niewiele różniła się od Pameli. 

– Tak – odpowiedział ze śmiechem. – Pieprzyliśmy się prawie całą noc. 
Obserwował reakcję Sue, ale niczego nie mógł odczytać z jej kamiennej twarzy. 
Tak  jak  mówił  Rób  Morton.  Poznali  się  z Susan  podczas  małej  orgietki.  Okazało  się,  że 

pracują  w jednej  firmie.  Nic  dziwnego,  że  ludzie  poznają  się  przez  stosunki  seksualne.  Szef 
instruktorów  mógł  ją  mieć  w łóżku  na  zawołanie,  ale  wszystko  spieprzył,  bo  robił  to  samo 

z Pamela. Hodges pomyślał, że powinien zachować się podobnie. Byłaby to świetna zemsta na tej 

dziwce, która trzyma teraz z młodym Evansem. 

– Wiesz, że się pogodzili? – spytała Sue. – Lance zabrał ją z lotniska. 
– Wiem. 
– Była to tylko jedna noc? 
– Można tak powiedzieć. Nie oczekiwałem niczego więcej. A przy okazji, Rób pytał o ciebie. 
–  Niech  idzie  do  diabła.  Jeśli  miał  coś  do  mnie,  mógł  sam  przyjść.  Odjechał  kilka  minut 

przed moim przylotem. 

Tom domyślał się, że dziewczyna czekała na Roba gdzieś w budynku, licząc na przypadek. 

Zapalił dwa papierosy i jednego podał Susan. Przypatrywał się, jak przez małe dziurki jej nosa 

wylatują kłęby siwego dymu. 

– Lecę z tobą do Paryża – powiedziała, cedząc każde słowo. – Pam Bridges także. 
Doprawdy  nie  wiem,  jak  można  pracować  z bydłem.  Żeby  być  dobrą  stewardesą,  trzeba 

umieć  grać.  Czasami  mani  ochotę  wyrzucić  tę  bandę  pasażerów  na  ziemię  z wysokości  kilku 

background image

tysięcy stóp. 

Cholerna  dziwka!  Tom  strząsnął  popiół  do  popielniczki.  Rób  już  z nią  zerwał.  To  sztuka 

dobra  na  jedną  noc,  ale  i tak  jest  zbyt  nachalna.  Hodges  nie  chciał  jej  w Paryżu.  Nie  będzie 
wiązał się z nikim. 

– Tylko nie zaczynaj kłótni na pokładzie – ostrzegł poważnie. – Nawet jeśli nie lubisz Pam, 

zachowuj się, jakby była twoją siostrą. Albo kochanką. 

–  Och!  Nie  musisz  się  martwić  –  westchnęła  z grymasem  na  twarzy.  –  Nie  mam  zamiaru 

niczego zaczynać, przynajmniej podczas pracy. 

–  Paryż  jest  okropny  –  powiedział  Tom,  starając  nadać  słowom  kategoryczny  ton.  – 

Moglibyśmy coś zorganizować. Pomyślę i dam ci znać. 

– Zrób to koniecznie – ziewnęła. – Słyszałeś, że odnaleźli czarną skrzynkę? 
Podobno wszystkie taśmy są puste. 
– Słyszałem, ale to niemożliwe. Nie obie naraz. Nasi szefowie chcą coś ukryć. 
– Co na przykład? 
– Nie mam pojęcia. Coś, co zaszkodziłoby reputacji naszej firmy i samolotów DC10, gdyby 

zostało  opublikowane.  Chyba  wiesz,  co  mówiono  o tych  maszynach.  Nie  martw  się.  Lecimy 
siedemset siódemką. 

–  Wcale  się  nie  martwię  –  powiedziała,  co  nie  miało  znaczenia,  bo  gdyby  się  bała,  i tak 

nikomu by o tym nie pisnęła. – Mimo wszystko to miejsce działa przygnębiająco. Policja ciągle 
poszukuje faceta, który zaginaj podczas pożaru. 

Tego Higginsa, czy jak mu tam. Znaleźli wszystkie pozostałe ciała. 
–  Ma  pewnie  wysokie  ubezpieczenie  na  życie  i chce  wyłudzić  pieniądze.  To  nie  nasze 

zmartwienie.  –  Spojrzał  na  zegarek.  –  Lepiej  już  chodźmy.  Do  zobaczenia  w poniedziałek, 

kochanie. 

Sue obserwowała, jak odchodził. Przeszedł przez wahadłowe drzwi i po chwili zniknął z pola 

widzenia. Była rozczarowana. Oczekiwała czegoś więcej. To spotkanie miało być całkiem inne, 
skoro Pamela wypadła z gry. Ale Sue miała jeszcze duże szansę. Trzeba tylko trochę popracować 

nad Tomem. 

Pomyślała o Evansie. To dzieciak. Pamela nie nadaje się dla niego. Nie wytrzyma tego, co 

wyprawia ta suka. Nikt by tego nie wytrzymał. Pam całkowicie nie zrezygnuje z Toma. Prędzej 
czy  później,  Lance  będzie  miał  dosyć,  a kiedy  to  się  stanie,  Sue  będzie  niedaleko.  Tego  dnia 

Morton i Hodges mogą pójść do diabła. 

Pamela i Susan starały się siebie unikać. Od startu do lądowania. Dwukrotnie, kiedy mijały 

się  na  pokładzie,  spełniając  prośby  pasażerów,  uśmiechnęły  się  lodowato.  Ich  oczy  płonęły 
nienawiścią. 

Pam czuła się bardzo źle. Coś ją dręczyło. Niepokój opanował ją po przyjeździe do Fradley. 

background image

Kiedy  Lance  zaparkował  samochód,  napięta  atmosfera  miejsca  uderzyła  ją  jak  młot. 
Niewidzialna siła działała tak przemożnie, że w ciągu kilku minut dziewczynę rozbolała głowa. 
Ból  rozprzestrzeniał  się  po  całym  ciele.  Pamela  próbowała  zrzucić  winę  na  niewygodny 
samochód, ale oszukiwała samą siebie. 

Padał deszcz. Drobna mżawka kojarzyła się Pam z niezbyt gęstą, jesienną mgłą. 

Dodatkowy  element  pogarszający  samopoczucie.  Zimno  przenika  ciało,  dochodząc  do 

samych kości jak dotyk palców nieboszczyka. Przeszedł ją dreszcz. 

Z  mgły  albo  może  z deszczu  wyłaniał  się  gmach  hotelu.  Najbliższą  pasom  startowym, 

poczerniałą  od  ognia  część,  wyburzono,  żeby  nie  zagrażała  ludzkiemu  życiu.  Władały  nią  złe 
moce.  Nonsens.  Za  tydzień  lub  dwa  zostanie  odbudowana  i zapełni  się  tłumem  gości.  Będzie 
wyglądała jak nowa. 

Na lotnisku ani śladu po rozbitej dakocie. Główny pas startowy oczyszczono, samoloty mogą 

znowu swobodnie startować. 

Pamela  odczuwała  wszelkie  możliwe  rodzaje  strachu.  Wiedziała,  że  nie  była  to  zwykła 

katastrofa.  Dakota  miała  kilka  usterek,  co  zostało  wydobyte  na  światło  dzienne  dopiero  przez 

dziennikarzy.  Dzisiejszego  dnia  jedna  z gazet  opublikowała  tuzin  zdjęć  z różnych  wypadków, 
które  zdarzyły  się  ostatnio.  Sprawa  czarnej  skrzynki  wywoływała  największe  kontrowersje. 
Mogło  się  zdarzyć,  że  niektóre  mechanizmy  zawiodły,  ale  żeby  obie  taśmy  były  czyste?  To 
więcej niż przypadek. 

Sabotaż? Bardzo możliwe. Sposoby działania terrorystów wszyscy dobrze znali. 
Nikt  jednak  nie  domyślał  się  prawdy.  Prawdziwy  wróg  był  bardziej  podstępny,  a ponadto 

niewidzialny. Kiedy uderzał, na obronę było za późno. 

Pamela  pomyślała,  że  praca  w supermarkecie  jest  znacznie  spokojniejsza,  choć  nudna. 

Jednak ma się więcej  szans na przetrwanie. Każdy dzień we Fradley był grą w ruletkę o życie. 
Drobne  sprawy  układały  się  na  pozór  dobrze,  ale  zagrożenie  narastało.  Wyszło  na  jaw,  że 
zaginiony mężczyzna o nazwisku Higgins był posiadaczem dużej ilości akcji Flyways. I dopiero 
co kupił hotel we Fradley. 

Gazety, które to ujawniły, pisały również, że pod nazwiskiem Higgins ukrywał się ktoś inny. 

Mógł zostać porwany i w każdej chwili oczekiwano żądania okupu. Nie! 

Za kilka dni ciało pana Higginsa zostanie znalezione. Pamela czuła zapach śmierci. 
Lot  do  Paryża  przebiegał  zgodnie  z planem.  Nie  zdarzyło  się  nic  nieprzewidzianego.  Pam 

porównywała go z podróżą do Genewy. Różniły się zasadniczo. Wtedy, oddalając się od Fradley, 
czuła się lepiej, teraz na odwrót. 

Ból  głowy  ciągle  się  nasilał.  Nerwy  były  napięte  do  granic  wytrzymałości,  jakby  chciały 

przed czymś ostrzec. 

Kiedy  wylądowali, Pamela postanowiła  wziąć się w garść. Spieczone usta i mokry od potu 

background image

uniform zapowiadały chorobę. Starała się nie okazywać zdenerwowania, za to jej płacono. Nawet 

gdyby  samolot  z urwanymi  skrzydłami  spadał  jak  kamień  na  ziemię,  oczekiwano,  że  ciągle 
będzie  zapewniała  pasażerów  o prawidłowym  przebiegu  lotu.  „Proszę  zapiąć  pasy  i nie  palić”. 
Typowe polecenia, typowe kłamstwa. Oszustwo stało się integralną częścią życia i śmierci. 

Kiedy samolot dotykał kołami pasa startowego, przeczuwała, że coś się stanie. 
Myliła się. Lądowanie przebiegło sprawnie i po chwili maszyna już kołowała. Pam omal nie 

zemdlała.  Ledwo  trzymała  się  na  nogach.  Ból  głowy  przemienił  się  w przeraźliwy  łomot  pod 
czaszką. 

Z  nadludzkim  wysiłkiem  wypełniła  obowiązki.  Pragnęła  tylko  położyć  się  w ciemnym 

pokoju  i odpocząć.  Wiedziała,  że  nie  zaśnie.  Dwadzieścia  cztery  godziny  względnego  spokoju 
były cenniejsze niż wszystko. Nawet nie myślała o powrotnym locie. 

Taksówki już czekały na załogę samolotu. Dziewczyna wczołgała się do samochodu i opadła 

na tylne siedzenie. Zauważyła, że Susan Strange siedzi w tym samym aucie. 

Do diabła z nią, żeby tylko dojechać do hotelu. 
Podróż ciągnęła się w nieskończoność. Ciągłe hamowanie na światłach działało jak wbijanie 

igły  w głowę.  Pamela  zamknęła  oczy.  Wyobrażała  sobie,  że  swobodnie  leży  na  łóżku 

i odpoczywa. W hotelu poprosiła recepcjonistę, żeby ją rano obudził. 

– Quand le de jeuner est-il servi? 

[O której godzinie jest śniadanie?] 

– pytał znajomy głos. 

Tom Hodges. Na myśl o jedzeniu prawie zwymiotowała. To nie był zwykły ból głowy. 
Fizyczny  kryzys.  Miała  nadzieję,  że  do  rana  jej  przejdzie.  Wprawdzie  powinna  ją  zastąpić 

inna  stewardesa,  ale  Pamela  na  to  nie  liczyła.  We  Fradley  wymogi  bezpieczeństwa  łamano  na 
każdym kroku. Na początku było inaczej, ale gdy rdza i kredyty zaczęły zżerać firmę, trzeba było 
oszczędzać  na  wszystkim.  Jeśli  to  się  nie  zmieni,  Flyways  zbankrutuje  w ciągu  kilkunastu 
najbliższych miesięcy. 

Winda gładko jechała do góry. Pamela zamknęła oczy i oparła się o ścianę. 
Zaczęła odczuwać dziwne sensacje, jakby dostała choroby morskiej. Nigdy dotąd na nią nie 

cierpiała. 

Winda  zatrzymała  się  łagodnie,  a drzwi  otworzyły  się  z cichym  szumem.  Pam  otworzyła 

oczy i zobaczyła, że Susan się w nią wpatruje. 

– Jestem wykończona – wymamrotała. To głupie. Nie musiała się nikomu tłumaczyć. 
Jej cierpienie można było rozpoznać na pierwszy rzut oka. 
Wysiadły na tym samym piętrze. Pamela zataczała się jak pijana. Wydawało się, że za chwilę 

upadnie. Numery na drzwiach wydawały się być zamazane. Próbowała się skoncentrować. Przed 
oczyma przesuwały się kolejne liczby: 94, 95... 

Nacisnęła  klamkę  pokoju  numer  dziewięćdziesiąt  dziewięć.  Weszła  do  małego 

pomieszczenia, zamykając za sobą drzwi. Była sama. Straciła samokontrolę i bezwładnie opadła 

background image

na  łóżko.  Sprężyny  ugięły  się  pod  ciężarem  ciała,  jakby  chciały  wyrzucić  dziewczynę 

w powietrze.  Poczuła,  że  żołądek  podchodzi  jej  do  gardła.  Otworzyła  oczy.  Pokój  wirował  jak 

karuzel a. 

Po pewnym czasie wszystko się uspokoiło. Pam zaczęła miarowo oddychać, a tętno zwolniło. 

Coś  takiego  przydarzyło  się  jej  pierwszy  raz  w dorosłym  życiu.  Kiedy  miała  dziesięć  lat 

i chorowała, lekarz dał jej valium. Był to psychologiczny trik. Teraz tamte objawy powróciły ze 
zdwojoną siłą. Winowajca był znany. 

Pracownicy Fradley mieli pewne prawo znaleźć się w domu wariatów. Wykańczali się tam 

najwięksi twardziele. Nie było żadnej szansy na ucieczkę. 

Pamela  zapadła  w niespokojną  drzemkę.  Wprawdzie  ból  głowy  przeszedł,  ale  tylko  na 

chwilę.  Powoli  rosła  gorączka.  Twarz  paliła  żywym  ogniem.  Światło  jarzeniówek  wbijało  się 

w udręczony mózg niczym strzały. 

Musiała zasnąć, bo kiedy się obudziła, na zewnątrz panowały już ciemności. 
Próbowała  usiąść,  ale  była  jak  sparaliżowana.  Mięśnie  nie  reagowały  na  polecenia.  Była 

mokra  od  potu.  W pokoju  było  duszno  i skóra  nie  miała  czym  oddychać.  Wyschnięte  gardło 
domagało się wody. Pamela spojrzała w kierunku umywalki. Na ścianie wisiała obleśna tabliczka 

z napisem „Woda niezdatna do picia”. 

Dziewczyna  wcisnęła  twarz  w poduszkę.  Drżała  na  całym  ciele.  Ze  strachem  myślała 

o powrocie. Bała się, że nie wytrzyma do jutra. Była tak daleko od Fradley, a jednak... 

Dwóch  chłopców  szło  łąką  w kierunku  leniwej,  czarnej  rzeki.  Teren  łagodnie  opadał  ku 

wodzie.  Szli  wolno  z rękami  w kieszeniach.  Mieli  dużo  czasu.  Wyższy  obchodził  właśnie 
piętnaste urodziny. Rude, rozczochrane włosy opadały swobodnie na białą koszulkę nie pierwszej 
czystości. Drobne wargi wyrażały niezadowolenie z życia i potworne znudzenie teraźniejszością. 
Drugi chłopak był jakieś dwa lata młodszy, niższy i dużo tęższy. 

Podczas wspinaczki na most milczeli, choć nie byli pokłóceni. Zwyczajnie nie mieli sobie nic 

do powiedzenia. Wagarowanie jest z zasady podniecające, ale po dwóch godzinach bezczynności 
też może znudzić. Szkoła nie była jednak pociągającą alternatywą. Generalnie życie było nudne, 

chorobliwie nudne. 

Początkowo mieli zamiar spędzić dzień na terenie przylegającym do lotniska. 
Przelatujące samoloty wydawały się być interesującym obiektem obserwacji. 
– Trochę szczęścia – powiedział rudowłosy Carlton – i zobaczymy rozbijającą się dakotę. 
– Eeee – żachnął się Mark, spoglądając na znudzonego kolegę. – Lepiej niech do  

tego nie dojdzie. Widziałem zdjęcia z kilku katastrof. Były okropne. 
–  Co  ty  gadasz!  Takie  rzeczy  dodają  życiu  trochę  smaku.  –  Wyszczerzył  zęby 

w sadystycznym uśmiechu. – Rzeczywiście lubię oglądać... 

Przelatująca  dakota  zagłuszyła  słowa  chłopca.  Mark  nawet  nie  chciał  słuchać  Carltona. 

background image

Starszy kolega uwielbiał przemoc i okrucieństwo. Dwa dni temu złapał konika polnego, któremu 
powyrywał  nogi.  Potem  wsadził  go  do  pudełka,  pokazywał  innym  i śmiał  się  z przerażenia 
wywołanego tym widokiem. 

Kiedy ucichł ryk silników, Carlton już nie pamiętał, co chciał powiedzieć. Szedł przed siebie, 

kopiąc co chwila mniszki lekarskie, a wiatr rozdmuchiwał ich nasiona na wszystkie strony. 

Niszczenie leżało w naturze chłopca i dawało mu poczucie siły. Dzięki temu miał przewagę 

nad rodzicami i nauczycielami. Wszyscy próbowali w jakiś sposób go karać, ale Carlton w końcu 
wygrywał. Nie można zranić człowieka, który nawet w myślach nie dopuszcza takiej możliwości. 
Ból przemija, więc nie trzeba się go bać. 

Prawdę mówiąc, Mark chciał wracać do szkoły. Wprawdzie nie lubił się uczyć, ale wysiłek 

fizyczny  uważał  za  coś  najgorszego.  Gimnastykę,  a szczególnie  wspinanie,  odczuwał  jako 
katorgę. Na wysokości powyżej sześciu stóp dostawał zawrotów głowy. Nauczyciel gimnastyki, 
pan  Pyke,  początkowo  nie  chciał  w to  wierzyć,  ale  kiedy  Mark  spadł  z drążka,  gorąco  go 
przepraszał. Wspomnienie tego incydentu wywoływało u chłopaka zawroty głowy. 

Najgorszy  był  wtorek.  Po  południu  nie  było  wprawdzie  żadnej  lekcji,  ale  zawsze  szli  na 

basen.  Oprócz  wspinaczki  właśnie  pływanie  Mark  porównywał  z piekłem.  Nie  lubił  się  nawet 
kąpać. Kiedyś wolno im było pluskać się przez cały czas, ale kiedyś pan Pyke poczuł powołanie 
do nauczania pływania. Pięć minut w szatni, a potem do wody. Umiejący pływać mieli względny 

spokój, ale pozostałym nauczyciel zafundował intensywne lekcje. 

–  Nie  bójcie  się,  chłopcy  –  mówił  –  nikt  się  nie  utopi.  Chodź  tu,  Garret,  i właź  do  wody. 

Zobaczymy, co potrafisz. 

Od pewnego czasu Mark zastanawiał się, dlaczego większość czasu spędza w towarzystwie 

Carltona.  Bał  się  go,  ale  jeszcze  bardziej  tego,  że  mógłby  się  mu  sprzeciwić.  Była  to  dziwna 
kombinacja  spowodowanej  własną  słabością  udręki  i podziwu  dla  wysokiego  kolegi.  Carlton 
robił  z siebie  twardziela.  Nikt  nie  śmiał  mu  się  sprzeciwić,  a jeśli  ktokolwiek  próbował  być 
lepszy  od  niego,  szybko  tego  żałował.  Kiedyś  pan  Pyke  przyłapał  Carltona,  gdy  ten  starał  się 
podtopić  jakiegoś  chłopaka,  trzymając  jego  głowę  pod  woda.  Następnego  dnia  pocięto  opony 

samochodu  nauczyciela,  a tydzień  później  ktoś  zaprószył  ogień  w pokoju  nauczycielskim.  Nikt 
wprawdzie  nie  ucierpiał,  ale  wybuchła  panika  i trochę  sprzętu  uległo  zniszczeniu.  Chłopcu, 
którego  topił  Carlton,  zginął  tornister.  Sprawcy  nigdy  nie  znaleziono.  Rudzielec  twierdził,  że 
były to trzy przypadki i jeśli ktoś powiąże jego nazwisko z tą sprawą, będzie musiał spotkać się 

z adwokatem.  Nikt  jednak  niczego  nie  sugerował,  co  dowodziło  wielkości  Carltona  i jeszcze 
bardziej umacniało jego poczucie siły. 

Mark uciekł ze szkoły, bo kolega tego chciał. Tego strasznego związku młody Garret nigdy 

by nie zawarł ponownie. Łatwiej stać z boku. Za kilka dni koledzy zaczną się bać i jego. Będą go 
omijać. Pewnego dnia jeden z młodszych chłopców o mało nie wpadł pod ciężarówkę, kiedy na 

background image

ulicy chciał wyminąć Marka. Wtedy po raz pierwszy Garret zaczął się bać. Zdarzenia wymykały 
się spod jego kontroli. 

Przyjaźń z Carltonem wymagała dużej odwagi, ale trzeba było być prawie bohaterem, żeby 

z nim zerwać. Mark nie był tak odważny. Grał dalej i tylko miał nadzieję, że coś samo się zmieni. 
Damien Shotton był dobrym przyjacielem Marka, ale został zamordowany na lotnisku. Już wtedy 
Garret kolegował się z Carltonem. 

Sposób  zamordowania  Damiena  podniecał  rudowłosego  sadystę.  Chłopaka  na  basenie  też 

mógł zabić, ale nie dbał o to. Najważniejsze, że dobrze się bawił. 

Mimo upału Marka przeszedł dreszcz. Na widok lotniska zawsze dostawał gęsiej skórki. Nie 

lubił tu przebywać, choćby można było wejść bez żadnych problemów. 

Czuł, że... coś niewidzialnego czai się w każdym zakamarku lotniska. Kiedy opuszczali łąkę 

przylegającą do pasów startowych, poczuł ulgę. Nic już nie było takie jak dawniej, nawet rzeka. 

Cisza  i spokój  z czasów,  kiedy  chodził  z ojcem  na  ryby,  w ciągu  czterech  lat  odeszły 

w niepamięć. Lotnisko odebrało cały urok okolicom Fradley. Hartley Lowe miał rację. Ale stary 
dyrektor  utrudniał  budowę  nie  dlatego,  że  uważał  port  lotniczy  za  zagrożenie.  Lubił 
przeszkadzać. Nie zmienił się od niepamiętnych czasów. Sprawianie kłopotów zawsze go bawiło. 

– Fajnie, że już sierpień – powiedział niespodziewanie Carlton. 
– Dlaczego? 
– Jak to? Piłka nożna. Niedługo będziemy mogli pojechać na pierwszy mecz Aston Villi. 
– Tak – odparł Mark, przełykając ślinę.– Pewnie, że możemy. 
„Może  we  Fradley  jesteś  ważniakiem,  ale  tam  dostaniesz  kopa  w dupę  i tyle.  Jeśli  pojadę 

z tobą, zrobią ze mną to samo”. 

Chłopcy  poszli  w kierunku  rzeki.  Już  w odległości  pięćdziesięciu  metrów  od  wody  odczuli 

przykry zapach Tamę. Przyprawiał ich o mdłości odór chemikaliów, który tłumił jeszcze gorszy 
smród  ścieków  fabrycznych.  Od  początku  istnienia  lotniska  fetor  nasilił  się.  Można  było 

z łatwością zauważyć tłuste plamy olejów i smarów. 

– Spójrz tam! – krzyknął Carlton, pokazując coś palcem. 
Mark  zobaczył,  że  kolega  podnosi  coś  przypominającego  sflaczały  balon,  wypełniony  do 

połowy wodą. Stłumił wstyd, kiedy rozpoznał ów przedmiot. 

Psychicznie  nie  był  jeszcze  na  tyle  dojrzały,  żeby  bawiły  go  opowiadane  przez  kolegów 

kawały  o prezerwatywach.  Jeszcze  dwa  lata  dzieliły  go  od  wejścia  w okres  dojrzewania. 

W rozmowach o seksie czuł się niezbyt pewnie. Nie wiedział dostatecznie wiele o tych sprawach 

i bał się, że starsi koledzy zrobią z niego idiotę. 

–  Nie  zgrywaj  kochanego  synusia  –  zaśmiał  się  nieprzyjemnie  Carlton.  –  Najwyższy  czas, 

żebyś  zrobił  użytek  ze  swojej  kuśki.  Powiem  ci  coś.  Pójdziemy  zaraz  do  miasta  i poszukamy 
jakiejś mewy dla ciebie. 

background image

– Dobrze – odpowiedział niepewnie. – Pójdę z tobą. 
– Nie ze mną – odrzekł Carlton, wybuchając śmiechem. – Pójdziesz z nią, kolego, z nią. 
Mark zachichotał. Śmiech był najlepszą bronią, kiedy nie rozumiało się kawałów. 
Zastanawiał się tylko, czy ten idiota Carlton spał kiedyś z dziewczyną. 

Prawdopodobnie nie. 
Podążyli  dalej  na  wschód  brzegiem  rzeki.  Kilkaset  jardów  dalej  nad  rzekami  Tamę  i Trent 

rozpościerał  się masywny  wiadukt.  Okropna betonowa konstrukcja nad  wielkimi śmierdzącymi 
ściekami. Pod mostem od kilku ładnych lat nie było ryb. 

Żadna dzika kaczka nie zbudowała w pobliżu gniazda, nawet nie zatrzymywała się podczas 

wędrówek. Nie było niczego interesującego. Za szkody w dużej mierze ponosiło winę lotnisko. 
Druga strona postępu. 

Mark  Garret  chciał  koniecznie  znaleźć  wymówkę,  żeby  pójść  do  domu.  Może  mógłby 

udawać  chorego?  Natychmiast  odrzucił  ten  pomysł.  Carltori  lekceważył  każdą  słabość.  Coś 
takiego dla niego nie istniało. 

Szli dalej. Po chwili zobaczyli wyspę. Na pierwszy rzut oka wydawało się, że to  
półwysep. Baczny obserwator mógł jednak zauważyć wąski kanał dzielący wyspę od stałego 

lądu. Silny prąd powodował erozję gleby, odcinając ten podłużny kawałek ziemi. Wysepka była 
niedostępna z wyjątkiem okresów, kiedy poziom wody opadając odsłaniał duże głazy, po których 
można było przejść. 

– Byłem tam kiedyś – mruknął Carlton. – Kiedy byliśmy dzieciakami, często urządzaliśmy 

tam zabawy. Po drugiej stronie jest grota, duża dziura w skarpie. 

Zobaczymy to? 
Mark  jak  zwykle  skinął  pojednawczo  głową,  mając  nadzieję,  że  grota  nie  będzie  zbyt 

przerażająca. 

– Woda jest nisko – powiedział rudzielec i zaczął schodzić w dół, rozstawiając szeroko nogi, 

żeby dosięgnąć wystających kamieni. – Masz schody! 

Za  trzy  minuty  chłopcy  byli  na  wyspie.  Kiedy  weszli  na  wzgórek,  odczuli  potrzebę 

uwiecznienia swojej obecności. Nie miała to być flaga Union Jack, której i tak nie mieli, ale coś 

nowoczesnego. 

– Fajnie jest, nie? 
Po chwili Carlton myszkował w otaczających zaroślach. W oddali widniały słupy wysokiego 

napięcia,  ciągnące  się  aż  do  zabudowań  Fradley.  Kilka  sekund  później  zobaczyli  startujący 

samolot. 

– Wielki, nie? 
Carlton badał swoje nowe królestwo, obejmując je w posiadanie. 
– Nie czujesz się wielki? 

background image

– Tak – wymamrotał Mark, zatykając nos, kiedy letni wiatr przywiał zapach znad rzeki. 
Rozległ się łomot. Na most wjeżdżał pociąg. 
– Chodź, odnajdziemy grotę – powiedział rudzielec, oddalając się w kierunku przeciwległego 

brzegu. 

Szli przez zarośla po nierównym terenie. Mark ostrożnie stawiał nogi, żeby nie pośliznąć się 

i nie upaść na ostre kamienie. 

–  Kiedyś  było  tu  trzęsawisko  –  powiedział,  chcąc  przerwać  milczenie,  które  zapadło,  gdy 

samolot znikł w oddali. – Jedno wielkie bagno. 

– O tak – przytaknął Carlton, odwracając się do Marka. – Kto ci o tym powiedział? 
– Pan King, nasz nauczyciel geografii – odparł chłopiec, tracąc pewność siebie. 
– Mówił, że... 
– Gówno mnie to obchodzi. Jest takim samym draniem jak to całe stado bydła. 
Gadają byle gadać, a i tak wszyscy im wierzą. 
– Ciekawe, czy wyspa istniała, kiedy rozpościerały się tutaj te wielkie bagna – myślał głośno 

Mark. 

Lubił historię. Tylko ten przedmiot rzeczywiście go interesował. 
– Założę się, że tak. Kawałek ziemi w wielkim morzu błota... 
–  Zamknij  się,  gówniarzu!  –  wrzasnął  Carlton  Smith.  Po  tej  stronie  nurt  był  spokojny. 

Podobno woda ma tu dwadzieścia stóp głębokości. Rudzielec oparł się o skarpę. 

– To tu. Podajmy sobie ręce, bo skarpa jest dosyć stroma. 
Mark  Garret  spocił  się  ze  strachu.  Zmęczony  uginał  się  pod  ciężarem  kolegi,  którego 

asekurował. Starał się nie oddychać zbyt ciężko, żeby nie dać Carltonowi powodu do docinków. 

–  Wszystko  w porządku  –  powiedział  Smith.  Jego  stopy  znalazły  oparcie.  –  Możesz 

schodzić. Pomogę ci. 

Jaskinia  była  płytka.  Zwykły  otwór  po  kamieniu,  który,  podmyty  przez  rzekę,  obsunął  się 

i teraz leżał prawdopodobnie na dnie. Była na tyle obszerna, że... 

Carlton Smith wrzasnął. Kiedy wszedł do jamy, poczuł na barkach dotyk zimnych palców. 

Stanął  twarzą w twarz z kimś zwisającym  ze ściany. Matowe oczy, z których nawet  śmierć nie 
była  w stanie  usunąć  strachu,  wpatrywały  się  w chłopaka.  Otwarte  usta  i zwisający  siny  język 
tworzyły przerażający obraz. 

Ubranie  tego  człowieka  było  porwane  i popalone.  Pod  strzępami  materiału  było  widać 

głębokie rany, a na całym ciele czerwone strużki zastygłej krwi. 

Przez kilka sekund Carlton wpatrywał się w doczesne szczątki Franka Westona. 
Krzyczał  przeraźliwie,  aż  wreszcie  rzucił  się  do  ucieczki.  Biegł  w kierunku  rzeki,  nie 

zważając na ostre skały, które raniły mu skórę. Czarna śmierdząca woda przyjęła ciało chłopca 

z radosnym pluśnięciem. Carlton próbował krzyczeć, ale lepka ciecz wdzierała mu się do gardła. 

background image

Zrozpaczony  machał  rękoma,  starając  się  dopłynąć  do  brzegu.  Na  próżno.  Rzeka  wciągała 
szamoczące się ciało. Nie miała w zwyczaju oddawać tego, co do niej należało. Czarna toń nie 
puszczała ofiary, która wpadła w jej sidła. Na powierzchni wody pozostały tylko bąbelki. 

Oniemiały Mark Garret zaczął uciekać. Panicznie rozglądał się za kimś, kto mógłby pomóc 

jego  koledze.  Po  raz  ostatni  spojrzał  na  Carltona.  Jego  ciało  zostało  porwane  przez  prąd. 
Wytrzeszczone oczy na próżno wypatrywały pomocy. 

Krzyk  przerażenia  został  zduszony  przez  bezlitosną  wodę.  Ten  widok  pozostał  na  zawsze 

w pamięci Garreta. 

Mark zdawał sobie sprawę, że szoku Carltona nie wywołał upadek do rzeki. 
Prawdziwa  przyczyna  tkwiła  w grocie.  Jakieś  niewypowiedziane  przerażenie  czaiło  się 

w dziurze. 

Mark  biegł  tak  szybko,  jak  nigdy  dotąd.  Nie  szukał  już  pomocy,  która  i tak  była 

niepotrzebna. Pragnął znaleźć się jak najdalej od śmierdzącej rzeki i wyspy, na której czaiło się 
nieznane  zło.  Nie  miał  odwagi  spojrzeć  za  siebie.  Czuł  czyjąś  obecność.  To  coś  było  potężne 

i ciągle szeptało, żeby uciekał. Kiedyś przeżył coś podobnego na lotnisku. 

background image

SZCZELINA  

 
– To niemożliwe – szepnął Charles White. – Absolutnie niemożliwe. Przecież to nie mogło 

się wydarzyć w ciągu tygodnia. Jednego tygodnia. 

Bracia  Warboys  spoglądali  na  siebie,  szukając  odpowiedzi,  dlaczego  znaleźli  się 

w luksusowym pokoju hotelu „Angel Croft” na spotkaniu z tym dziwnym facetem. 

Mógł  to  być  oczywiście  sen,  nocny  koszmar  spowodowany  nadchodzącym  bankructwem, 

znany jedynie kapitalistom, którzy pewnego pięknego dnia stracili wszystko. 

Jednak fakty były przerażająco realne. 
–  Dwa  DC-10  zostały  skreślone  –  powiedział  grobowym  głosem  White,  wyciągając  palec 

w kierunku  braci,  jakby  obarczał  ich  winą.  –  Sto  czterdzieści  siedem  ofiar.  Połowa  hotelu 

zniszczona, a Frank zamordowany. Nie mamy nic do gadania w naszym hotelu. Jezu Chryste, co 
się dzieje? Ciało Westona znaleziono na małej wysepce trzy mile stąd. Policja twierdzi, że było 

to znowu rytualne zabójstwo. 

Jakiś  psychopata  morduje  od  czasu  rozpoczęcia  budowy.  Do  tej  pory  nikt  nie  potrafi  go 

złapać. I teraz jeszcze... 

– Ta pieprzona szczelina na pasie startowym – powiedział Phil Warboys i spuścił głowę. – 

Mogła powstać wskutek ruchów skorupy ziemskiej. 

–  Zdaniem  ekspertów  coś  takiego  spowodowałoby  trzęsienie  ziemi.  Mielibyśmy  rów 

długości co najmniej piętnastu mil – powiedział Roger, oblizując spieczone usta. 

– Przecież nikt nic nie słyszał i nie czuł. To cholernie dziwne, bo hotel i terminal są oddalone 

zaledwie kilkaset metrów od pasa startowego. Zupełne szaleństwo. Możemy używać tylko dwóch 
małych pasów. 

–  Prace  mogą  potrwać  ze  dwa  miesiące.  Firma  remontowa  jest  w kiepskiej  sytuacji 

finansowej,  a towarzystwo  ubezpieczeniowe  nie  wypłaci  odszkodowania,  dopóki  nie  zbierze 
wystarczających  informacji  w tej  sprawie.  A czy  ktoś  wie,  ile  to  może  potrwać?  W tym  czasie 
prasa  zrobi  swoje.  Ilość  pasażerów  już  zmniejszyła  się  o pięćdziesiąt  procent  pod  wpływem 
bredni,  że  nasze  lotnisko  leży  na  starożytnym  kręgu  Druidów.  Musimy  teraz  zrezygnować 

z najważniejszych lotów. Nie mamy szans na znalezienie nowych inwestorów. 

–  W twoich  ustach,  Charlie,  brzmi  to  jak  zapowiedź  końca  –  powiedział  Roger,  próbując 

mimo wszystko zachować pogodną twarz. – Musimy przedsięwziąć drastyczne środki. 

– Co masz na myśli? – zapytał Phil. 
– Trzeba coś dzisiaj ustalić. 
– Potrzebujemy czegoś spektakularnego – wyszeptał Phil. – Co przywróci zaufanie do naszej 

firmy. Na przykład obniżka cen na trasie do Stanów Zjednoczonych. 

– Za późno. Nie damy rady utrzymać niskich stawek. Nawet przez krótki okres. 

background image

– Może jakiś pokaz – Phil przygryzł wargi. – Ludzie zapomną o naszych niepowodzeniach. 

Zorganizujemy powietrzny show. Zaangażujemy Red Arrows. To naprawdę świetni piloci. 

–  Dobry  pomysł  –  powiedział  zadumany  Charles,  zapalając  papierosa.  –  Niestety,  Red 

Arrows  odpada.  Nie  wystąpią  u nas.  Ale  sam  pomysł  jest  interesujący.  Masz  głowę  na  karku, 
Phil. Najważniejsze, żeby pokaz był utożsamiany z naszą firmą. 

Mamy  przecież  dobrych  pilotów,  a samoloty  można  wypożyczyć.  Zrobimy  pokaz  walk 

z okresu  drugiej  wojny.  Kilka  bombowców,  grupa  myśliwców  nurkujących  z nieba.  To  zrobi 

wrażenie. Doskonały pomysł. Trzeba go tylko wprowadzić w życie. 

Spotkanie  dobiegło  końca.  White  wiedział,  że  to  finałowa  rozgrywka.  Musiał  zagrać  kartą 

atutową, bo w przeciwnym razie lotnisko nie doczeka końca roku. 

Kiedy bracia wyszli, usiadł w fotelu i nalał sobie kieliszek koniaku. Bez względu na koszta, 

teoria dotycząca nieczystych sił musiała być obalona, a przynajmniej zapomniana. 

Pomimo swego zdecydowania, Charlie gdzieś w głębi duszy obawiał się. To wszystko było 

cholernie  nielogiczne.  Chociażby  sprawa  Franka.  Nawet  gdyby  zwariował  i podpalił  pokój  we 
własnym hotelu, ktoś jednak pociął jego zwłoki. Po jaką cholerę Weston uciekał na wyspę? Przed 
kim?  Zbyt  dużo  znaków  zapytania.  Wielu  ludzi  straciło  życie  w dziwnych  okolicznościach. 

Katastrofy lotnicze zdarzają się na całym świecie. Ale dwa tragiczne wypadki maszyn z Fradley 
nie wskazywały na zwyczajny zbieg okoliczności, zwłaszcza że wydarzyły się w ciągu tygodnia. 

Może był  to  sabotaż, terroryści? Ale nikt przecież nie jest w stanie tak dokładnie wyliczyć 

kursu, żeby maszyna uderzyła w hotel. 

White  nie  potrafił  tego  zaakceptować,  ale  wydarzenia  wskazywały  na  ingerencję  sił 

nadprzyrodzonych. 

Charlie  odciął  końcówkę  hawańskiego  cygara  i zapalił  je.  Po  chwili  pokój  wypełnił  się 

przyjemnym zapachem dymu. 

–  Bombowce  i Spitfire’y?  Co  w tym  niezwykłego?  Każdy  przecież  może  pojechać  do 

Hendon i zobaczyć show, kiedy tylko ma na to ochotę – powiedział Lance. 

–  To  przyciągnie  tłumy  –  odparła  Pamela.  –  Ludzie  przyjdą  na  pewno.  Szefowie  nie  będą 

mieli  odwagi  prosić,  żebyś  brał  w tym  udział.  Tego  nie  ma  w twoim  kontrakcie.  Możesz 
spokojnie odmówić. 

– Ale ja tego chcę – powiedział dobitnie Lance. 
– Chyba zwariowałeś!? 
– Być może. Najważniejsze, że żyjesz. Gdybyś nie zachorowała, twoje ciało leżałoby na dnie 

kanału z załogą i pasażerami. 

–  Wiem  –  powiedziała  Pamela  ze  strachem,  który  powracał  na  myśl  o wypadku.  –  Ale 

przecież  ci  ludzie  muszą  sobie  wreszcie  zdać  sprawę,  że  Fradley  jest  nawiedzone.  Personel 
wypowiedział się w zeszłym tygodniu. Lance, wynośmy się stąd, zanim nie będzie za późno. 

background image

– Po pokazie. 
– Wiedziałam, że to powiesz – westchnęła Pamela. – Ten cholerny pokaz... Lance, boję się. 

Wydarzy się coś strasznego, czuję to. 

– Nic mi się nie stanie. 
– Niby masz rację, ale... dlaczego nie chcesz zrezygnować? Przecież wiesz, że... 
Debbie  Lowe  dobiegała  trzydziestki.  Była  atrakcyjną  kobietą,  chociaż  mogła  się  bardziej 

starać. Mężczyźni nie interesowali się nią zbytnio. Była chyba za stara. Wybrała taki styl życia, 
żeby sama sobie być szefem. Mężczyźni oferowali tylko seks. Chcieli dominować, czego ona nie 
akceptowała. Tylko wuj Hartley był inny. W szkole potrafił utrzymać dyscyplinę, ale w domu był 

spokojny i wyrozumiały. Później zmienił się pod wpływem lotniska we Fradley. Denerwował się, 
że co kilka minut startują samoloty, które zagłuszają wszystko. W końcu stało się to jego obsesją. 
Nie  tylko  Hartley  cierpiał  z powodu  lotniska,  wszyscy  mieszkający  w promieniu  pięciu  mil  od 

Fradley chcieli tylko spokoju. 

Debbie  uśmiechnęła  się  do  siebie,  idąc  piaszczystą  ścieżką  w kierunku  żółtego  datsuna 

zaparkowanego  obok  ulicznej  latarni.  Zdecydowała  się  opuścić  miasteczko  właśnie  z powodu 
lotniska. Jej nowa praca była wyzwaniem, czymś na co długo czekała. Nie miała zbyt wielkich 
szans na oszałamiającą karierę, chyba żeby pracowała na lotnisku. We Fradley było dużo roboty. 
Lokalne  dzienniki  były  przepełnione  ogłoszeniami,  ale  żadna  oferta  nie  wydawała  się 
wystarczająco atrakcyjna. Ze względu na lotnisko i ostatnie katastrofy. Ludzie dostawali nerwicy 

i wynosili  się  stąd  jak  najszybciej.  Atmosferę  zagrożenia  potęgowały  jeszcze  tajemnicze 

morderstwa. W takiej okolicy praca była niemożliwa. 

Debbie  zdecydowała,  że  wyjeżdża,  zanim  wsiadła  do  samochodu.  Nazajutrz  znajdzie  się 

daleko od tego wszystkiego. Nie myślała o powrocie. Przynajmniej w najbliższym  czasie. Jutro 
będzie w swoim domu, w Londynie i wróci do pracy. 

Żałowała,  że  spędziła  tak  mało  czasu  z wujem,  u którego  mieszkał  teraz  pan  Kaufmann, 

dziwny  człowiek  o zamglonym  spojrzeniu.  Wydawało  się,  że  ciągle  jest  nieobecny  i zatopiony 

w swoich myślach. Debbie nie wiedziała, gdzie pracuje. 

Jakiś  śledczy,  detektyw?  W każdym  razie  musiał  dobrze  zarabiać.  Niestary,  około 

czterdziestki,  nie  mógł  być  jeszcze  na  emeryturze.  Prawdopodobnie  miał  dodatkowe  dochody, 
skoro mógł pracować na pół etatu. Pozwalały mu one prowadzić ekscentryczny tryb życia. 

Kiedyś Debbie przypadkowo otworzyła drzwi gabinetu wuja i zobaczyła, że pan Kaufmann, 

całkowicie nieświadomy jej obecności, stoi oparty o kuchenkę gazową. 

–  Z pewnością  są  tam  jakieś  siły  oddziałujące  na  psychikę  człowieka  –  mówił  z głębokim, 

południowym  akcentem.  –  Musisz  zatrzymać  się  tam,  gdzie  wyczujesz  strumień  życia.  A teraz 
pytam, dlaczego ten teren jest całkowicie przesiąknięty starożytnym złem? 

– Powiedz mi – odparł Hartley, dając dyskretny znak Debbie, żeby usiadła i nie przerywała 

background image

gościowi. 

– To dwa przyciągające się bieguny. Zło przyciąga zło  – powiedział Kaufmann z błyskiem 

w oczach.  –  Ale  współczesne  zło  nie  może  być  zastąpione  przez  starożytne.  Obie  siły  będą  ze 
sobą  walczyły,  aż  któraś  przegra.  Weź  na  przykład  port  lotniczy  New  Phoenix  na  pustyni 

w Arizonie.  Najbardziej  nieodpowiednie  miejsce  na  lotnisko.  Góry  i pustynia.  Kiedyś  nikt  tam 
nie  mieszkał  oprócz  Apaczów,  którzy  z głodu  schronili  się  potem  w rezerwacie.  Pół  wieku 
później  powstało  tam  miasteczko,  które  bardzo  szybko  się  rozbudowywało.  Osadnicy  chcieli 
szybko  się  wzbogacić.  Niektórzy  osiągnęli  to  kosztem  innych.  Był  tam  kiedyś  cmentarz 

Apaczów,  a ludzie  nazwozili  różnego  sprzętu  i zaczęli  kopać.  Zbezcześcili  uświęcone  miejsce. 

Budowniczowie  lotniska  dobrze  o tym  wiedzieli,  ale  mieli  wszystko  gdzieś.  Ignorowali 
ostrzeżenia. Teraz wszyscy płacą za ich głupotę. 

– Powiedz, co się stało – omal nie krzyknął zaciekawiony Hartley, pochylając się nad stołem. 

Twarz miał bladą, wpatrywał się w gościa. 

–  Wielu  ludzi  ogłuchło  –  odrzekł  ze  śmiechem  Kaufmann.  –  Mniej  więcej  sześćdziesiąt 

procent  mieszkańców  New  Phoenix  nie  słyszy.  Ale  nie  myśl,  że  wyciągnęli  z tego  wnioski 

i opuścili  miasto.  Żyją  dalej  w przeświadczeniu,  że  wszystkiemu  winien  jest  hałas.  Wkrótce 
miasto będzie należało do głuchych i do duchów Apaczów. 

– To samo może się wydarzyć we Fradley? – zapytał przestraszony Hartley. 
– Trudno ocenić, jaką formę przyjmie to oddziaływanie – odparł Kaufmann, obracając się do 

Debbie. – Chyba śmierć nie jest w stanie zaspokoić kapłanów starożytnej religii. Żądają więcej. 
Będą chcieli dusz tych, którzy zbezcześcili ich święte miejsce. 

– Bert, to  moja kuzynka, Debbie  – powiedział po chwili Hartley, oblizując spieczone usta. 

Był zadowolony, że może zmienić temat rozmowy. 

–  Miło  mi  –  Kaufmann  wrócił  do  rzeczywistości.  –  Mam  nadzieję,  że  nie  pracujesz  we 

Fradley. 

– Nie, w żadnym razie – odparła z uśmiechem dziewczyna. – Jutro wracam do Londynu, do 

mojej pracy. 

– Musisz być rozsądną kobietą. W dzisiejszych czasach nawet wieśniacy nie są bezpieczni. 

Fradley jest tego najlepszym przykładem. Większość tutejszych mieszkańców jest nieświadoma 
losu,  jaki  szykują  im  kapłani  starożytnej  religii.  Wkrótce  będzie  za  późno  na  jakiekolwiek 
działanie. To samo stało się w New Phoenix. 

– Nic nie da się zrobić? – zapytał błagalnym tonem Hartley. 
–  Lotnisko  powinno  zostać  zamknięte.  Tego  chcą  duchy.  Jak  dotąd,  ich  żądania  były 

lekceważone. 

– To jedyna rzecz, której nie osiągniemy. Próbowałem już wszystkiego. Bez skutku. 
–  W takim  razie  nie  ma  nadziei  dla  tych,  którzy  tu  pozostaną  –  powiedział  poważnie 

background image

Kaufmann.  –  Pojadę  jeszcze  raz  do  New  Phoenix,  chociaż  obawiam  się,  że  marnuję  czas.  Nie 
spocznę,  dopóki  nie  będę  całkowicie  przekonany,  że  nie  uda  się  ocalić  tych  ludzi.  Wtedy 

pozostanie tylko modlitwa do Wszechmogącego, żeby zbawił ich dusze. Nic jednak nie ocali im 
życia. 

– Przepraszam, że przeszkadzam – powiedziała Debbie, podnosząc się z krzesła i zakładając 

kurtkę.  –  Macie  jeszcze  dużo  spraw,  a ja  muszę  się  pakować.  Spotkamy  się,  wuju,  na  Boże 

Narodzenie. 

Podeszła  do  Hartleya  i pocałowała  go  w policzek.  Potem  odwróciła  się  do  Kaufmanna 

i wyciągnęła rękę. 

–  Do  widzenia  panu.  Mam  nadzieję,  że  wszystko  zakończy  się  szczęśliwie,  tu  i w New 

Phoenix. 

– Prawdę mówiąc, wątpię – odpowiedział, delikatnie ściskając dłoń Debbie. – Nie ma żadnej 

szansy.  Lotnisko  nie  zostanie  zamknięte.  Muszę  jednak  spróbować,  zanim  wrócę  do  New 

Phoenix. 

Pomimo  swego  dziwactwa,  Kaufmann  był  sympatycznym  człowiekiem.  Debbie  myślała 

o nim, jadąc w kierunku lotniska. Kilka mil dalej ujrzała światła pasa startowego, odbijające się 
na nocnym niebie. Zadrżała, przypominając sobie słowa Kaufmanna. 

Bardziej niż życia pragną ich dusz. 
Wioska  pozostała  daleko  w tyle.  Debbie  wjechała  w roślinny  labirynt.  Wysoki,  bujny 

żywopłot tworzył nad drogą ciemny tunel. Mogła liczyć tylko na reflektory datsuna. 

Nagle zobaczyła człowieka z podniesionym kciukiem. Odruchowo nacisnęła hamulec. 
Zazwyczaj nie woziła autostopowiczów, ale tym razem coś ją zatrzymało. Nie zdawała sobie 

z tego  sprawy.  Do  samochodu  podszedł  mężczyzna  i nacisnął  na  klamkę.  Debbie  pochyliła  się 
nad kierownicą i zwolniła blokadę drzwi. 

– Ledwo pana zauważyłam – wydusiła z siebie, siląc się na uśmiech. 
Nie  powinna  się  zatrzymywać.  Miała  jeszcze  czas  nacisnąć  gaz  i uciec.  Byłaby  to 

najrozsądniejsza decyzja, ale nie zrobiła tego. 

Mężczyzna siedział już w środku. Drzwi zamknęły się z metalicznym trzaskiem. 
– Dziękuję – powiedział po chwili nieznajomy. 
Patrzył  ciągle  przed  siebie,  tak  że  Debbie  widziała  tylko  jego  profil.  Wysoki  kołnierz 

ciemnego płaszcza zakrywał połowę twarzy. Dziewczyna zastanawiała się, dlaczego ten człowiek 
nosi ciężki płaszcz w parną, letnią noc. Trudno było określić jego wiek, nie był ani zbyt młody, 
ani  stary.  Na  oko  miał  czterdziestkę.  Wiek  był  bez  znaczenia.  Debbie  wrzuciła  bieg  i powoli 
ruszyła. 

Jechali  w milczeniu.  Z wielu  powodów  nie  rozpoczęła  rozmowy.  Chciała  się  czegoś  o nim 

dowiedzieć,  ale  bała  się  pytać.  Kim  jesteś?  Skąd  pochodzisz?  Dokąd  jedziesz?  Pytania  same 

background image

cisnęły się do ust, ale nie chciała być wścibska. 

Milczenie zaczęło męczyć. Debbie czuła, że musi coś powiedzieć. Obcy mężczyzna  
nie  ułatwiał  jej  zadania.  Chyba  nie  pochodził  z wioski,  bo  wtedy  nie  zatrzymywałby 

samochodu  na  odludziu.  Ciągle  myślała  o wiosce,  ale  przecież  było  to  już  małe  miasteczko. 
Nieznajomy  jechał  prawdopodobnie  na  lotnisko.  Od  kiedy  we  Fradley  powstał  port  lotniczy, 
wydawało się, że każdy tam zmierza. 

Nagle  Debbie  zdała  sobie  sprawę,  że  coś  nie  gra.  Było  zbyt  ciemno.  Znajdowała  się 

niedaleko lotniska, a nie widziała jego świateł. Co się tam stało? 

– Lotnisko – wyszeptała, zwalniając do dziesięciu mil na godzinę. – Nie... nie widzę go. 
Nieznajomy uporczywie wpatrywał się przed siebie. 
– Chyba powinniśmy wysiąść i rozejrzeć się – powiedział monotonnym głosem. 
Już  chciała  odpowiedzieć,  gdy  nagle  zauważyła,  że  droga  niespodziewanie  się  kończy. 

Nawierzchnia była porozbijana, jakby robotnicy drogowi roztrzaskali ją młotem pneumatycznym. 
To było jeszcze do przyjęcia, ale rosnące w dziurach krzaki całkowicie ją zaskoczyły. 

–  Chyba...  źle  skręciliśmy  –  powiedziała  niezbyt  pewnie,  starając  się  znaleźć  logiczne 

rozwiązanie przygody. 

Siedzący obok mężczyzna milczał. Nie wykonał żadnego ruchu. Usta Debbie wyschły, prawa 

ręka trzymała kierownicę, a lewa wrzuciła wsteczny bieg. 

Samochód ruszył do tyłu. Było zbyt ciemno, żeby mogła coś dojrzeć i dlatego co chwila auto 

ocierało się o żywopłot. Wstrząs. Bok wozu uderzył w coś twardego. W panice Debbie wyłączyła 
silnik. Otworzyła drzwi i tylko refleks uratował ją przed upadkiem. 

Tylne  koła  samochodu  wpadły  do  jakiegoś  rowu  i wisiały  w powietrzu.  Było  oczywiste,  że 

sami nie wyciągną auta. Potrzebny był traktor albo silny samochód. 

Była  bezradna.  Chciała  okładać  pięściami  dach  datsuna,  kopać  jego  drzwi,  krzyczeć, 

przeklinać, wreszcie upić się do nieprzytomności. Byłoby to najgłupsze rozwiązanie, a poza tym 
nie miała żadnego alkoholu. Wzięła głęboki oddech i zamknęła oczy. Modliła się, żeby otworzyć 

je i zobaczyć światła lotniska. 

Niestety. Oprócz reflektorów samochodu nic nie rozpraszało mroków nocy. 
Ogarniała ją bezkresna ciemność. Boże, gdzie to cholerne lotnisko!? 
Przypomniała  sobie  o milczącym  towarzyszu  podróży.  Siedział  w samochodzie  oświetlony 

światłem  tablicy  rozdzielczej.  Wpadła  w złość.  Nie  dość,  że  nie  raczył  wyjść  na  zewnątrz,  to 

jeszcze siedzi w pasach bezpieczeństwa. 

–  Utknęliśmy  na  dobre  –  powiedziała,  nie  kryjąc  rozdrażnienia.  –  Samochód  opiera  się  na 

podwoziu, więc niech pan łaskawie wysiądzie. 

Niezgrabnie przesunął się na drugie siedzenie i wygramolił się przez otwór w dachu. Nie był 

zbyt wysoki, jakieś pięć stóp i pięć cali. Jego płaszcz był kilka numerów za duży. Gapił się na 

background image

Debbie i mamrotał coś pod nosem. 

– Musimy wezwać pomoc. Należę do AA, więc potrzebuję tylko budki telefonicznej. 
Nie wiem, dokąd iść, bo jest cholernie ciemno. Nawet lotnisko nie jest oświetlone. Może pan 

wie, gdzie jesteśmy? 

–  Chodź  ze  mną  –  powiedział  nieznajomy  i wyciągnął  rękę.  –  Trzymaj  się  blisko  mnie 

i stąpaj ostrożnie. Ziemia jest zdradliwa. 

Jego  dłoń  była  zimna.  W pierwszym  odruchu  chciała  się  wyrwać  i uciec,  ale  poszła  za 

dziwnym mężczyzną. 

Czuła  do  niego  nieokreślony  wstręt,  ale  gdyby  nie  on,  zostałaby  sama  w przerażającej 

ciemności i ciszy. Chciała iść za nim w pewnej odległości, ale przyciągnął ją bliżej. Jego ubranie 
czuć było stęchlizną, jakby przez dłuższy czas wisiało gdzieś bez dostępu powietrza. 

Dookoła panowała absolutna cisza. Tylko kroki rozbrzmiewały w ciemnościach. 
Wszędzie leżały kamienie i nic nie wskazywało na to, że kiedyś wyjdą na drogę. 
Zastanawiała się, czy jej towarzysz jest tego świadomy. 
Światła samochodu znikły. Wtedy Debbie przypomniała sobie, że zapomniała je wyłączyć. 

Zanim nadejdzie pomoc, akumulator całkowicie się rozładuje. Wóz stoi daleko od miejsca, gdzie 
mogłaby uzyskać pomoc. Potrzebowała tylko telefonu. 

Szli  już  około  dwudziestu  minut.  Ciemność  nie  ustępowała.  Obcy  dwa  razy  podtrzymał 

Debbie,  kiedy  się  potknęła,  ale  również  pchnął  mocno,  kiedy  nie  chciała  iść.  Pomyślała,  że 

dobrze zna teren. Nocny potwór. 

Zatrzymał  się  tak  gwałtownie,  że  dziewczyna  wpadła  na  niego.  Złapała  go  za  ramię.  Lęk 

przerodził się w przerażenie. 

– Gdzie jesteśmy? Na litość boską, gdzie jesteśmy? 
– Na miejscu przeznaczenia – odpowiedział grobowym głosem. 
Debbie  odebrała  to  jak  pozbawione  emocji  twierdzenie.  Nieznajomy  nie  reagował  na  jej 

strach. 

– Nie. To nieprawda! – wrzasnęła. – Nie ma tu żadnej budki telefonicznej, żadnych świateł. 

Ciągle tkwimy w próżni. 

– Jesteś tu, gdzie miałem cię przyprowadzić – odparł twardo mężczyzna. – Kiedyś to miejsce 

poświęcono  wszystkim  mieszkańcom  tego  kraju.  Potem  przyszli  wrogowie,  którzy  zniszczyli 
nasze świętości w imię własnych bluźnierczych celów. Po raz pierwszy dokonali tego najeźdźcy 
zza  morza.  Zajęli  i splądrowali  nasz  kraj.  Było  to  wiele  wieków  temu.  Dzisiaj  historia  się 
powtórzyła.  Prosiliśmy  bogów,  żeby  dali  znak,  czy  nadal  nam  sprzyjają.  Dzisiejszej  nocy 
otrzymaliśmy odpowiedź. 

Rozdarli  ziemię,  pozostawiając  szeroką  otchłań.  Chcieli,  żeby  zobaczyli  to  nasi  wrogowie. 

Na dnie przepaści leżą ciała najeźdźców, ale zemsta nie została spełniona. Bogowie zażądali od 

background image

nas, kapłanów, złożenia w ofierze dziewicy. Na chwałę starej religii. 

– Jesteś chyba szalony, ale ja też. W przeciwnym razie byłabym na lotnisku. 
– Bogowie chcą dziewicy. Kiedyś żądali tego samego i została rzucona w otchłań. 
Leżała  pomiędzy  ciałami  wrogów  i męczyła  ich  widokiem  nieskalanego  ciała.  Rano  kruki 

przyleciały na ucztę. Z tobą będzie podobnie. 

– Nie! – jęknęła, próbując uwolnić się z jego uścisku. – Jak śmiesz! Pozwól mi odejść. 
Debbie  zaczęła  go  kopać  po  nogach,  ale  bez  skutku.  Mężczyzna  zdawał  się  nie  odczuwać 

bólu. 

–  Jeszcze  raz  poprosiliśmy  bogów  o pomoc,  a oni  znów  rozwarli  ziemię.  Szczelina  jest 

wprawdzie  mniejsza,  ale  powstrzymała  profanację  świętego  miejsca.  Musimy  podziękować 
bogom...i dać im jeszcze jedną dziewicę. 

Debbie  zaczęła  walczyć.  Gryzła,  kopała,  ale  nie  była  w stanie  obronić  się  przed  lodowato 

zimnymi  palcami.  Po  chwili  zerwano  z niej  ubranie.  Poczuła  chłód  letniej  nocy.  Jej  nagie  ciało 
drżało. Ze skrępowanymi rękoma popychano ją do przodu. 

Próbowała cofnąć się kilka kroków, ale już przy pierwszym, jej stopa zawisła w powietrzu. 

Nie miała wątpliwości, że stoi nad brzegiem przepaści, w którą ma być zepchnięta. 

– Nieee! – krzyknęła. 
– Woli bogów nie można odrzucić – zabrzmiał niski głos. – Chcą dziewicy i dostaną ją. 
– Nie jestem dziewicą! 
Kłamstwo  było  ostatnią  deską  ratunku.  W tym  tragicznym  położeniu  przypomniała  sobie 

Judasza. Poczuła wstyd i poniżenie. Wpojono jej moralność chrześcijańską. 

Kłamstwo było grzechem. 
– Kłamiesz! – syknął nieznajomy. – Jesteś ciągle panną, a to wystarczy. 
Spadała. Płynęła. Już nie krzyczała. Starała się modlić, ale przychodziło to z trudem. Mijała 

w głowie  okropny  zamęt.  Przed  oczyma  pojawiła  się  śmierć.  Umysł  przestał  pracować.  Debbie 
zapadała się w ciemność. 

Przedstawiciele  towarzystwa  ubezpieczeniowego  i Reece  Lingen  spoglądali  przerażeni 

w głąb szczeliny. Na dnie leżało ciało kobiety. Nie było na nim śladów przemocy. Jej głowa była 

zwrócona  w ich  stronę.  Wykrzywione  usta  przypominały  uśmiech.  Tylko  w oczach  zastygł 

strach. 

Starzy  bogowie  zostali  zaspokojeni.  Przyjęli  ofiarę.  Debbie  zapłaciła  najwyższą  cenę  za 

swoje dziewictwo. 

background image

POWIETRZNY ATAK  

 
Dzień otwarcia, trzydziestego września. 
Słońce świeciło mocno, ale nie było zbyt gorąco. Błękitne niebo tylko na zachodzie pokryło 

się  chmurami.  Lekka  bryza  zwiastowała  zmianę  pogody,  ale  zanim  zacznie  padać  deszcz, 
impreza się skończy. 

Już  od  dziesiątej  terminal  zaczął  wypełniać  się  widzami.  Od  płyty  lotniska  odgradzały  ich 

biało-czerwone  barierki.  Wszyscy  wytężali  wzrok  bądź  patrzyli  przez  lornetki,  żeby  zobaczyć, 
gdzie  rozbiła  się  dakota.  Jednak  służby  porządkowe  bezbłędnie  wykonały  robotę.  Teren  był 
całkowicie uprzątnięty. Mimo to gazety ciągle trąbiły o wypadku. 

Na początku pokazu dwa odrzutowce HS-125 wykonały krótki lot. Nic specjalnego, zwykła 

reklama szkoły pilotów. 

Potem  na  trzecim  pasie  startowym  pojawił  się  stary  samolot.  Był  to  przemalowany 

i gruntownie przebadany mosqito. Jakby przed chwilą opuścił taśmę fabryczną. 

Skonstruowany  z balsy  oraz  brzozy  pokrytej  impregnowanym  płótnem  był  uważany  za  cud 

techniki  podczas  drugiej  wojny  światowej.  Lekki  i bardzo  zwrotny  mógł  być  używany  do 
różnorakich zadań. Był samolotem myśliwskim, bombowym i zwiadowczym. 

W 1942 roku RAF posiadał tylko kilkanaście takich maszyn, ale wkrótce wiele batalionów 

lotniczych wyposażono w te samoloty. 

Nie była to  jedyna atrakcja dnia. Po  chwili na pas wytoczono inne samoloty, a wśród nich 

pięć  spitfire’ów.  Ubrani  w kombinezony  i ciężkie  buty  mechanicy  dokonywali  ostatnich 

poprawek. Nastrój wojny został doskonale zrekonstruowany. 

Lance Evans i Rób Morton wysiedli z treningowych HS-125 i udali się do kantyny. 
Już na pierwszy rzut oka można było zauważyć, że nie idą razem. Trzymali się w odległości 

piętnastu jardów od siebie. 

W  spektaklu  grali  podobne  role.  Na  początku  dwudziestominutowy  lot  odrzutowymi 

samolotami treningowymi, a po piętnastu minutach przerwy, spitfire’ami. Mieli wystartować jako 

eskadra i pokazać swoje umiejętności w pilotażu prymitywnych maszyn. Dyrekcja chciała, żeby 

wykonali  pozorowany  atak  na  formację  stojących  na  ziemi  bombowców,  ale  piloci  odrzucili 
pomysł, uznając go za zbyt ryzykowny. 

Mieli tylko pokazać publiczności stare samoloty w locie. Nic więcej. 
Pamela  Bridges  siedziała  na  drugim  piętrze  wieży  kontrolnej,  skąd  obserwowała  lotnisko. 

Biuro Stapleforda było,  tuż obok. Dziewczyna nie wiedziała, czy ktoś tam jest. Przez kilka dni 
była chora i jeszcze nie upewniła się, czy wieści o jego szaleństwie były prawdziwe. Gdyby to 
była prawda, Pamela nie okazałaby zdziwienia. Tutaj wszyscy mieli prawo zwariować. 

Zaczęła  żuć  gumę  w obronie  przed  frustracją,  która  zżerała  ją  jak  nowotwór.  Po  chwili 

background image

pojawił się Evans. Maleńki punkcik po przeciwnej stronie pasa startowego. 

Chciała  go  ostrzec,  ale  nie  wiedziała  przed  czym.  Mówienie  o sprawach  tak  ulotnych  nie 

miało sensu. 

Pamela żywiła znikomą nadzieję, że już niedługo stąd wyjadą. W piątek definitywnie kończą 

z Fradley.  Na  zawsze.  Wczoraj  oboje  napisali  podania  o zwolnienie  z pracy.  Nie  oni  jedni. 
Godzinę temu dziewczyna zaniosła wnioski do kadr. Pamela modliła się, żeby nie było za późno. 
Wprawdzie Reece Lingen nie mógł prośby odrzucić, ale... 

Fradley  było  obecnie  obsługiwane  przez  szkielet  załogi.  Jeśli  proces  redukcji  będzie 

postępował w takim tempie, pod koniec października zabraknie personelu. 

Władze  będą  zmuszone  jakoś  temu  zaradzić.  Zanosiło  się  na  zamknięcie  lotniska  ze 

względów bezpieczeństwa. A jeśli to się stanie, Druidowie wygrają. 

Lance  pogrążył  się  w myślach.  Same  rozterki.  Nie  mógł  żyć  bez  latania.  A jednak  Pamela 

zmusiła go do odejścia. Zrobił to tylko dla niej. Nie wyobrażał sobie życia bez niej. Nie miał też 
dokąd pójść. 

Pamela także rozmyślała. Bała się, że po udanym show jej chłopak wycofa podanie. 
Jeśli to zrobi, ona postąpi  tak samo.  Nie mogą się rozstać. Jeżeli tak musi  być, niech będą 

przeklęci, na wieki uwięzieni we Fradley. 

W pewnej chwili dziewczyna stwierdziła, że zaczyna myśleć katastroficznie. 
Postanowiła  wziąć  się  w garść.  Nie  mogła  pozwolić,  żeby  atmosfera  tego  miejsca 

doprowadziła ją do rozstroju nerwowego. Spojrzała na lotnisko. Rób Morton prowadził właśnie 
pilotów  do  maszyn.  Wypatrywała  Evansa.  Był  tam,  gdzie  spodziewała  się  go  zobaczyć,  na 
samym  końcu.  Nawet  dzisiaj  potraktowali  go  jak  dzieciaka.  Pamela  pocieszała  się,  że  po  raz 

ostatni. 

Wsiadają! Samoloty różniły się tylko numerami na skrzydłach, ale w powietrzu i ta różnica 

przestanie istnieć. Samoloty będą samolotami, a ich piloci robotami bez twarzy. 

Nastała  chwilowa  cisza.  Mechanicy  dokonywali  ostatnich  poprawek,  wymieniając  uwagi 

z pilotami.  Wydawało  się,  że  ci  ostatni  chcą  jak  najdłużej  pozostać  na  ziemi.  Strach  ogarniał 

wszystkich.  Po  kilku  minutach  w głośnikach  rozległ  się  niewyraźny  głos.  Pamela  zamarła. 
Dźwięk wydobywający się z wielkich tub przypominał ogień karabinów maszynowych. Coś się 
działo ze sprzętem. 

– Lance, nieee...! – krzyknęła Pamela. 
Za  późno.  Samoloty  poderwały  się  do  lotu.  Po  chwili  były  w powietrzu.  Morton  na  czele, 

a za  nim  cztery  maszyny  wyglądające  jak  złe  osy,  które  ktoś  odegnał  od  jedzenia.  Powietrze 
wypełniał jazgot silników, a smugi dymu znaczyły drogę. 

Pamela  obserwowała  widowisko,  nerwowo  zaciskając  palce.  Starała  się  rozpoznać  pięć 

niewielkich punktów na niebie, ale było to niemożliwe. Spojrzała na zegarek. Za piętnaście minut 

background image

będzie po wszystkim. Pozostanie kilka dni rutynowej pracy. A w piątek już koniec. Na szczęście. 

Dziewczyna zamknęła oczy, życząc sobie otworzyć je dopiero tego dnia. 
Lance Evans prowadził swoją maszynę jak po sznurku. Starał się odprężyć i zrelaksować, ale 

nie  było  to  możliwe  w tak  prymitywnym  samolocie.  Brak  skomplikowanej,  lecz  potrzebnej 
aparatury,  która  zapewniała  bezpieczeństwo  i informowała  o wszystkim  z wyjątkiem  prognoz 
wyborczych, działał stresujące. 

Jeśli coś się zepsuje, pilot  jest bez szans. Bohaterowie ostatniej  wojny  rzeczywiście ciężko 

pracowali na swoje odznaczenia. 

Procedura lotu była mocno zakodowana w jego umyśle. Oczekiwano, że uczestnicy pokazu 

dokładnie wykonają plan. Za Mortonem podążał Jim Connors. Ta dwójka nadawała tempo. Mieli 
zrobić  trójkąt  nad  pobliskimi  miasteczkami,  lecąc  przez  Andersen  i Leghorn.  Trzecim 
wierzchołkiem było Fradley. Na samym końcu powinni rozdzielić się i wykonać kilka akrobacji. 
Wszystko wydawało się dziecinnie proste. Nie mogło się nie udać. 

Nagle  coś  dziwnego  zwróciło  uwagę  Lance’a.  Morton  zwolnił  i zaczął  schodzić  w dół. 

Chłopak był bezradny. Plan zakładał, że będą wykonywać to, co dowódca. Ten stary dureń chyba 
wszystko zapomniał, chociaż pokaz zbliżał się do końca. 

Lance poczuł się dziwnie. To nawet zabawne mieć świadomość, że na tobie spoczywa wzrok 

tłumów  i grubych  ryb.  White  i bracia  Warboys  nie  wybaczyliby,  gdyby  coś  spieprzył.  Na 
szczęście leci ostatni raz. Chciał nawalić, ale to odbiłoby się na jego reputacji. 

Rób Morton niespodziewanie zaczął się zbliżać do Evansa. Był coraz bliżej, niebezpiecznie 

blisko. Cholerny idiota leciał prosto na niego. Za chwilę nastąpi zderzenie. 

Nagle Lance zrozumiał, że Morton z pełną świadomością szuka śmierci. 
Zadziałał  instynktownie.  Każdy  nerw  jego  ciała  przekazywał  do  mózgu  informację 

o zagrożeniu.  Paraliżował  go  strach.  Z trudem  panował  nad  maszyną,  modląc  się  jednocześnie, 
żeby Connors zrozumiał go i wyminął. 

Spitfire  Mortona  spadał  jak  sęp  na  ofiarę.  Lance  spojrzał  do  tyłu.  Rób  leciał  prostopadle 

w dół, kierując się na niego. Jezu Chryste, wariat! 

Evans  wykonał  jedyny  manewr,  który  dawał  nadzieję  na  ratunek.  Gwałtownie  poderwał 

samolot  w górę. Jego koledzy  rozproszyli się, nie bardzo wiedząc, co się dzieje. Wydawało  mu 
się, że słyszy staccato karabinów maszynowych. 

Potrząsnął głową. Jego życie zależało tylko od tego, czy będzie jasno myślał. 
Trzy pozostałe samoloty zataczały kręgi, obserwując powietrzną walkę. Piloci nie wiedzieli, 

co począć. Zamki karabinów były puste, ale nawet gdyby było inaczej, nie mieli prawa strzelać. 

Lance obmyślał strategię, ale nie było to łatwe zadanie. Podczas wojny piloci byli uzbrojeni. 

On znajdował się w dużo gorszej sytuacji. Nie mógł czekać, aż Mortonowi skończy się paliwo, 
bo  ten  wariat  chciał  go  po  prostu  staranować.  Jego  jedyną  bronią  był  bezpośredni  kontakt 

background image

z celem, a to oznaczało śmierć obu pilotów. Typowy japoński kamikadze. 

Lance liczył tylko na to, że jakoś uda mu się wylądować. Musiał to zrobić niespodzianie, bo 

inaczej Rób przetnie mu drogę. Na razie uciekł w chmury, chcąc go zgubić. Nawet jeśli nie uda 
się tego zrobić, nabierze wysokości i mając większą prędkość, ucieknie temu samobójcy. 

Kilka sekund później zdał sobie sprawę, że może liczyć tylko na siebie. Żaden z kolegów nie 

pomoże  mu  zgubić  Mortona,  bo  nikt  nie  wie,  co  się  dzieje.  Piloci  obserwowali  tylko  ten 

dziwaczny pojedynek i czekali na lądowanie. 

W  pewnej  chwili  przerażające  zimno  przeszyło  ciało  Lance’a.  Strach.  Wiedział  teraz,  co 

czuli angielscy lotnicy ścigani przez Niemców i Japończyków. 

Podświadomość mówiła, że to koniec, że trzeba czekać, aż samolot zacznie spadać na ziemię, 

znacząc swój śmiertelny kurs smugą dymu. 

Evans był zrezygnowany. Chciał, żeby wszystko się skończyło. Nagła myśl przeleciała przez 

głowę.  Pamela!  To  było  to.  Potrzebował  pretekstu,  żeby  wyzwolić  się  z marazmu  i zacząć 
działać. Wyrównał lot. Był gotowy. Ponownie wydało mu się, że słyszy karabiny maszynowe. 

Rób Morton skrzywił Się oślepiony słońcem. Policzył atakujące go samoloty. 
Cztery. Nie mógł dojrzeć swastyk, ale wiedział, że to Niemcy. Trzy maszyny utrzymywały 

dystans. Były gotowe do szybkiej ucieczki. Wrogowie także nie mieli amunicji. Przy odrobinie 
szczęścia mógł zmusić jednego do lądowania na polu. 

Rób  przetarł  gogle  rękawicą.  Nie  widział  zbyt  wyraźnie,  ale  mimo  to  czuł  się  doskonale. 

Gorączka bitwy porwała go. Trzeba ją szybko zakończyć. 

Przygotował  się do długiego nurkowania. Przez chwilę starał  się przypomnieć sobie,  gdzie 

jest,  ale  zaniechał  tego.  Musi  dopaść  ten  pieprzony  samolot,  zanim  koledzy  zdecydują  się  mu 
pomóc. Oszuka ich. Znał tylko jeden sposób. W dół! 

Lance  Evans  zobaczył  Mortona  dokładnie  nad  głową.  Wiedział,  że  ten  wariat  zaraz  położy 

maszynę w skręt i zacznie nurkować. 

Chciał go dopaść, a Lance wciąż nie wiedział, dlaczego. Rozluźnił się tylko i czekał. 
Najpierw  uderzył  go  cień  samolotu.  Wyglądał  niczym  sęp  spadający  na  upatrzoną  ofiarę. 

Lance pchnął drążek z całej siły. Po chwili spadali jak dwa kamienie. 

Zdesperowany chłopak próbował za wszelką cenę kontrolować lot, ale kiedy chciał wykonać 

manewr, usłyszał jakieś zgrzyty. Bał się cokolwiek robić. Leciał prosto na wieżę kontroli lotów. 
Przed nim rozpościerał się pas startowy. Dwójka, może trójka. To nie było istotne. Śmignął kilka 
stóp nad dachem budynku. Schodził coraz niżej, zwalniał. 

W tym momencie poczuł, że goniący go samolot wbija się w kadłub jego spitfire’a. 
Przez  chwilę  maszyny  leciały  złączone  w śmiertelnym  uścisku.  Ziemia  zbliżała  się 

w zastraszającym  tempie.  Lance’owi  zdawało  się,  że  widzi  szczelinę,  ale  pewnie  był  to  tylko 
cień. 

background image

Kiedy samoloty dotykały ziemi, Evans niczego nie czuł. Stracił przytomność. Jego organizm 

nie chciał walczyć, miał dość. 

Wozy  strażackie  i ambulanse  ruszyły  natychmiast  w kierunku  stosu  pogiętych  blach,  które 

zaczynały się palić. Nadchodziła pomoc, ale ofiary nie były tego świadome. 

background image

PTAK ŚMIERCI  

 
Pamela  zasłabła.  Dwadzieścia  tysięcy  widzów  zamarło  z okrzykiem  przerażenia  na  ustach. 

Masowa  histeria  niczym  przypływ  morza  ogarnęła  widzów.  Hałas  zagłuszył  syreny  karetek 

pogotowia. 

A jednak stało się. Dziewczyna wiedziała, że tak będzie. Kilka sekund osłupienia i wybuch 

płaczu. Nic nie widząc, Pamela ruszyła w kierunku wyjścia. Wszędzie były tłumy ludzi. Chciała 
wsiąść  do  windy,  ale  została  powstrzymana  przez  żywą  masę.  Każdy  robił  co  innego.  Jedni 
krzyczeli, drudzy płakali, a wszyscy pchali się do wyjścia. Nie miało to żadnego sensu. 

Kiedy minął szok, Pamelę porwał potok ludzkich ciał. Została wchłonięta przez panikujący 

tłum.  Wszyscy  chcieli  w jednej  chwili  wydostać  się  na  zewnątrz.  Nie  ze  strachu,  ale  czując 
dziwną żądzę, by ujrzeć rozgruchotane szczątki, zanim zostaną strawione przez ogień. 

Pamela rozpychała się jak mogła. Kopnęła jakiegoś Murzyna, który trzymał ją kurczowo za 

ramię. Nienawidziła tych ludzi. Nikt nie interesował się losem pilotów, tłum był jedynie żądny 
sensacji.  Dziewczyna  była  pewna,  że  jednym  z nich  był  Lance.  Pragnęła  dostać  się  do  niego 

i zobaczyć,  czy  żyje.  Niestety,  na  drodze  stanęły  kordony  policji.  Tłum  nadal  napierał.  Pamela 
pomyślała, że jeśli nie wydostaną Lance’a z płomieni, jakoś się przedrze i spłonie razem z nim. 

Chciała umrzeć na pasie startowym numer jeden. 
Wyciągnęli go. Pameli wydawało się, że trwało to całą wieczność. Tłum zepchnął ją do tyłu. 

Nie dlatego, żeby ktoś o nią się martwił, ale żeby nie stracić fascynującego widowiska. 

Dziewczyna walczyła o każdą stopę ziemi. Desperacja dodawała sił. W pewnej chwili Pameli 

udało  się  przebić  przez  falujący  tłum  i z trudem  dotarła  do  barierki.  Dalej  iść  nie  mogła. 

Policjanci  i ochrona  uformowali  kordon,  którego  nie  sposób  było  rozerwać.  Byli  zdecydowani 
użyć pałek, gdyby zaszła taka potrzeba. 

– Muszę się tam dostać! – krzyczała zdesperowana Pamela. – Przepuście mnie! 
Na jej barkach zacisnęły się silne dłonie. Dwóch mężczyzn odciągało ją do tyłu. 
– Głupia dziwko! – wrzeszczał jeden. – Gdzie się pchasz! 
Drugi wykręcił jej nadgarstki. Zawyła z bólu. Osaczona dziewczyna straciła ochotę do walki. 

Zdała sobie sprawę, że wysiłek jest daremny. Prawdopodobnie Lance nie przeżył. Nikt nie mógł 
ocaleć w kupie płonącego żelastwa. 

Nagle  zauważyła,  że  dwóch  umundurowanych  mężczyzn  niesie  nosze  w kierunku 

ambulansu. Pod białym prześcieradłem ktoś leżał. Dziewczyna widziała wszystko, ale nadal nie 
mogła  zrozumieć,  co  się  dzieje.  Umysł  nie  pracował  tak,  jak  chciała.  Stojący  obok  ludzie 

rozmawiali cicho. 

– Mają jednego z nich...mają jednego z nich...jednego z nich. 

Mózg przyjął informację, ale przetworzenie jej zajęło trochę czasu. 

background image

Mają jednego z nich, więc ktoś przeżył to piekło. 
Pamela  wyrwała  się  z rąk  mężczyzn  i gwałtownie  zaczęła  się  przepychać  w kierunku 

barierki.  Wpatrywała  się  w zalany  słońcem  pas,  próbując  rozpoznać  ludzi  w dymie  płonących 
szczątków. Widziała, jak ładowano nosze do samochodu, który chwilę później ruszył z piskiem 
opon. Dym przesłonił widoczność. 

„Boże, pozwól mi wiedzieć. Muszę wiedzieć, kto to”. 

Niestety, tego nie wiedzieli nawet ci, którzy stali najbliżej. Trzeba było czekać. 
Nazwiska zostaną ujawnione najbliższej rodzinie. Cholerny, oficjalny żargon. 

Jezu Chryste! 
Każdy mięsień był napięty do ostatnich granic. Łzawiące oczy piekły niemiłosiernie. Pamela 

chciała przedrzeć się przez kordon policji  i zobaczyć, kto  leży  pod prześcieradłem,  ale było za 
późno. Ambulans odjechał. 

W drodze do szpitala zmarł. 
Nieee! To niemożliwe. On musi żyć. Przecież go mają. Tak, ale to nie oznacza, że żyje. 
Minęło trochę czasu, zanim Pamela uspokoiła się i zaczęła logicznie myśleć. Nie może mieć 

nadziei, że Lance ocaleje. Bezdenna depresja przyjdzie później. 

Opóźniony szok, jak nazywali to lekarze. Do tego czasu trzeba działać. 
Dziewczyna wolno szła w kierunku parkingu. Już miała wsiadać do samochodu, ale zmieniła 

zdanie. Nie było sensu wracać do domu. Było to ostatnie miejsce, gdzie chciałaby się znajdować. 
Zawróciła. Modliła się, żeby Reece Lingen był w biurze. 

Chciała z nim porozmawiać. 
Lance  Evans  poruszył  się.  Był  sparaliżowany,  tylko  mózg  funkcjonował.  Spróbował 

otworzyć  oczy.  Uchylił  lekko  powieki,  ale  natychmiast  je  zamknął,  gdyż  poraziło  go  ostre 
światło.  Mógł  logicznie  myśleć.  Powoli  wracały  wspomnienia.  Powietrzne  przedstawienie. 
Spitfire’y. Szalony Morton. Czy Rób jeszcze żyje? Próbował przewidzieć, jak  długo wytrzyma. 
Dziwne, ale nie czuł bólu połamanych nóg. 

– Nie nadajesz się do niczego, mięczaku – powtarzał jakiś głos. 
To  gorsze  od  śmierci.  Świadomość  własnej  słabości  była  przygnębiająca.  Lance  próbował 

zgiąć  palce,  ale  mięśnie  odmówiły  posłuszeństwa.  Potwierdziło  to  jego  przypuszczenia.  Był 
sparaliżowany i dalsze życie będzie tylko  wegetacją.  Boże, dlaczego nie pozwolili  mu  umrzeć! 
Człowiek  jest  człowiekiem,  gdy  może  robić  to,  co  inni.  Paraliż  był  równoważny  ze  śmiercią. 
Gdyby  na  jego  miejscu  znalazło  się  jakieś  zwierzę,  z pewnością  zostałoby  dobite.  Człowiek 
musiał  cierpieć.  Lance  chciał  umrzeć.  Właściwie  o śmierci  nie  myśli  się,  zanim  nie  zapuka  do 

drzwi, a wtedy za późno rozporządzać własnym życiem. Pałeczkę przejmują lekarze, których nie 
można nawet prosić o skrócenie cierpień. Będą utrzymywali pacjenta przy życiu za wszelką cenę. 

Evans zauważył,  że dookoła chodzą jacyś ludzie. Coś mówili,  ale nie mógł  ich zrozumieć. 

background image

Poczuł ostry, nieprzyjemny zapach. Lance zmusił się do myślenia. 

Przypominał sobie. Podobną woń czuł, gdy w jego domu prowadzono dezynsekcję. 
Chwilę później rozpoznał inne zapachy. Zrozumiał, że jest na sali operacyjnej. 
Najbardziej przerażające było to, że nie wiedział, co chcą z nim zrobić. Pacjent  
miał specyficzne prawa. Mógł tylko odmówić. Nie mógł poprosić o nic, co byłoby sprzeczne 

ze zdaniem lekarza. Trzeba było brać to, co dawali. 

Lance  zastanawiał  się,  czy  może  mówić.  Chciał  coś  z siebie  wykrztusić,  ale  próba 

zakończyła  się  niepowodzeniem.  Jeszcze  raz  powoli  rozchylił  powieki,  ale  nie  zdążył  niczego 
zauważyć, bo ostre światło poraziło go niczym strzała. Jak słońce świecące prosto w twarz. 

Nawet  gdyby  mógł  patrzeć,  pole  widzenia  byłoby  ograniczone.  Nie  mógł  się  ruszać 

i zobaczyłby  tylko  przestrzeń  nad  głową.  Nie  wiedział,  czy  obok  stali  mężczyźni,  czy  kobiety. 

Fartuchy i maski zakrywały postacie. 

Zimne, okrutne oczy wpatrywały się w jego twarz. Lance bardziej czuł to, niż widział. Po raz 

trzeci próbował otworzyć oczy i tym razem odniósł sukces. 

Światło trochę osłabło, choć nadal utrudniało patrzenie. Usłyszał szept. Męski twardy głos. 

Treść pozostała nieznana. 

Chłopak  próbował  rozpoznać  otoczenie,  ale  kolory  w jasnym  świetle  zbladły  i ciągle 

migotały. Początkowo myślał, że lekarze są ubrani na biało, ale po chwili stwierdził, że musi to 
być  delikatny  brąz.  Natomiast  pomieszczenie  było  białe.  Po  chwili  zwątpił  nawet  w to.  Obraz 
przypominał  fotografię,  której  środek  został  zbyt  mocno  naświetlony,  a reszta  zamazana.  Nad 
nim  stało  czterech  albo  pięciu  lekarzy.  Nie  był  pewny  tej  liczby,  bo  znajdowali  się  poza 
zasięgiem  wzroku.  Słyszał  tylko  ich  głosy,  a przynajmniej  tak  mu  się  wydawało.  Były 
przytłumione, jakby dochodziły z daleka, z jakiegoś tunelu. 

Ponownie zamknął oczy. Nie był już pewny niczego. Słodkawy zapach gdzieś zniknął. Może 

Lance przyzwyczaił się do niego? Jedna rzecz była bezdyskusyjna. 

Wszystko wokół było cholernie dziwne i przerażające. 
Lance  Evans  próbował  odtworzyć  przebieg  dnia.  Na  pewno  miał  ciężki  wypadek,  więc 

musiał  znajdować  się  w szpitalu.  Leżał  na  czymś  twardym.  Logicznym  wnioskiem  byłoby 
twierdzenie, że jest to stół operacyjny, ale dlaczego jest nierówny jak skała? Gdyby Lance nie był 
tak  odrętwiały,  odczułby  z pewnością,  jak  drobne  kamyczki  wbijają  się  w jego  ciało.  Był 
całkowicie  zdezorientowany.  Łatwiej  przekonywać  samego  siebie,  że  ma  się  do  czynienia 

z czymś nierealnym, niż walczyć z logiką. 

Stwierdził, że oślepiający blask nie pochodzi ze świetlówek. Nie był tak blady. 
Przypominał światło słoneczne. Ale przecież w sali operacyjnej nie ma słońca. 
Jeśli był w szpitalu, dlaczego leżał na skale? Wszystko to nie miało sensu. 
Po  raz  kolejny  otworzył  oczy,  ale  nie  zobaczył  niczego,  co  potwierdzałoby  jedną  z jego 

background image

teorii. 

– On nadchodzi... – rozległ się szept. 
Lance  usłyszał  to  dziwne  zdanie  i wzdrygnął  się.  Głos,  który  je  wypowiedział,  był 

nieprzyjemnym  połączeniem  nienawiści  i okrucieństwa.  Zamknął  oczy,  sądząc,  że  jest  nadal 
nieprzytomny. Może jak je ponownie otworzy, coś się zmieni. 

Obraz  był  taki  sam  jak  przedtem.  Grupa  mężczyzn,  nieznane  otoczenie.  Wszystko  było 

spowite lekką mgłą, która ustępowała pod naporem promieni słonecznych. 

Stojące postacie kontynuowały przyciszoną rozmowę. Teraz było ich więcej. 
Żałował,  że  nie  może  zapytać,  co  się  dzieje.  Miał  wielką  ochotę  zbluzgać  całe  to 

towarzystwo. 

Lance zauważył, że dwóch mężczyzn coś trzyma. Spojrzał. Widok go oszołomił. Nie mógł 

uwierzyć. Myślał, że ma halucynacje, ale nie mylił się. 

Klatka  był  duża,  niekształtna.  Do  drewnianych  prętów  ciągle  jeszcze  przylegały  kawałki 

kory.  W środku  znajdował  się  ogromny  ptak.  Balansował  niepewnie  na  grubym  drążku,  do 
którego był przykuty. Łańcuch pobrzękiwał, kiedy stwór poruszał się, strosząc pióra. 

Lance  próbował  zidentyfikować  gatunek.  Nie  był  ornitologiem,  ale  posiadał  pewną  wiedzę 

przyrodniczą. Ten okaz nie pasował do żadnych opisów. Był trochę podobny do myszołowa, ale 
prawie  dwa  razy  większy.  Przerastał  nawet  orła  królewskiego,  ale  nie  był  tak  majestatyczny. 
Ciemnobrązowe pióra ptaka miały gdzieniegdzie jasne plamy, na czarnym ogonie też widać było 
jaśniejsze  miejsca.  Grube,  mięsiste  nogi  uderzały  jadowitą  żółcią.  Potężny,  zakrzywiony  dziób 
coś  przeżuwał.  Ale  najstraszniejsze  były  oczy  tego  stwora.  Oczy  inteligentnej  istoty,  z których 
biła  taka  siła,  że  Lance  mimo  woli  wstrzymywał  oddech.  Przypominały  trochę  ślepia  sowy. 

Patrzyły ciągle w jeden punkt. 

Ptak  nie  tylko  widział,  ale  także  rozumiał.  Spoglądał  z taką  nienawiścią,  że  Evansa 

przechodziły ciarki. 

Wygląd  stwora  był  straszliwie  ponury.  Nakrapiane,  liniejące  skrzydła  mogły  przerazić 

najtwardszego.  Najbardziej  niesamowita  krzyżówka  ptaków  drapieżnych,  jaką  widziało  ludzkie 

oko. 

Ptak  niecierpliwił  się.  Wiercił  się  na  swoim  drążku,  pobrzękując  łańcuchem,  jakby  na  coś 

czekał. Na ludzkie mięso, które będzie mógł rozrywać, nurzając zakrzywiony dziób we krwi. 

Był to Ptak Śmierci! 
Na  samą  myśl  o czymś  takim  Lance  zesztywniał.  Próbował  odwrócić  głowę,  ale  nie  mógł. 

Siła bijąca z oczu potwora obezwładniała. Zupełna hipnoza. 

Nie miał już wątpliwości. To nie był szpital. Nie leżał na sali operacyjnej, ale na bagnistej 

wysepce. Promienie słoneczne rozpraszały ostatnie strzępki mgły. 

Wyspa  słońca  pośród  niezmierzonych  bagien.  Wcześniej  myślał,  że  dziwny  zapach 

background image

wydzielały środki dezynfekujące, ale to były opary. Zmysły spłatały mu figla, okrutnego figla. 

Otaczała go grupa dziwnych ludzi. Ubrani w łachmany, wyglądali bardzo staro, ale dostojnie. 

Jeden  z nich  stanął  za  klatką  i odczepił  łańcuch  od  drążka.  Lance  był  całkowicie  przytłoczony 
tym  widokiem.  Drżał  ze  strachu  i obrzydzenia,  kiedy  jeniec  zeskoczył  z drążka.  Drzwi  klatki 
otworzyły  się.  Ptak  postąpił  kilka  kroków  do  przodu.  Stojący  z tyłu  mężczyzna  pociągnął  za 
łańcuch, zatrzymując stwora. Rozdrażniony ptak groźnie zasyczał. 

Lance  zauważył,  że  strażnicy  odnosili  się  z ogromnym  szacunkiem  do  krzywodziobego 

potwora.  Po  chwili  jeden  z nich  uwolnił  go.  Łańcuch  z brzękiem  opadł  na  ziemię.  Ptak  zrobił 

jeszcze kilka kroków i zatrzymawszy się, spoglądał na Evansa. 

Mężczyźni  cofnęli  się.  Pochłonęła  ich  powracająca  mgła.  W powietrzu  zabrzmiał  śmiech, 

a raczej  przeraźliwe  rechotanie.  Umysł  leżącego  człowieka  był  sparaliżowany  strachem. 
Wszystko  stało  się  jasne.  Drapieżnik  za  chwilę  zaatakuje,  a z młodego  pilota  pozostanie  tylko 
krwawy strzęp. Padlina! 

Lance  chciał  krzyczeć.  Jego  usta  poruszały  się,  ale  żaden  dźwięk  nie  przeszedł  mu  przez 

gardło.  Dawno  temu  Rzymianie  posyłali  chrześcijan  na  arenę,  żeby  rozszarpały  ich  dzikie 
zwierzęta. Krwawe spektakle organizowano dla okrutnej publiczności. Teraz będzie podobnie. Ci 
ludzie będą obserwowali, jak ptak rozszarpuje ciało człowieka. Później rozlegnie się nieziemski 

rechot. 

Jezu, dlaczego? 
Lance  dokładnie  wiedział,  że  czciciele  starej  religii  stali  w zasięgu  jego  wzroku.  Kryła  ich 

wprawdzie mgła,  ale zarysy  postaci  były widoczne.  Znajdowali się we  Fradley,  wiele setek lat 
temu,  kiedy  ludzkość  była  młodą  rasą.  Otaczające  ich  bagna  były  nasycone  krwią  ofiar,  które 
Druidowie składali swoim bogom. 

Lance pomyślał, że nie żyje. Gdyby było inaczej, nie znajdowałby się tutaj. 
Pomimo  tragizmu  sytuacji  zaśmiał  się  w duchu.  Była  to  tylko  przykrywka  dla  przerażenia, 

które  trawiło  jego  duszę.  Dziwne,  że  po  śmierci  ciało  nie  zostaje  od  niej  oddzielone.  Ale  jeśli 
człowiek  nie  żyje,  nie  będzie  czuł  bólu,  kiedy  jego  ciało  zostanie  rozerwane  na  strzępy  przez 
ptaka. Lance’a nawiedziła dziwna myśl. Śmierć niczego nie wyzwala. Następuje tylko przejście 

w odmienny stan świadomości, bez żadnych nadziei, że to kiedykolwiek się skończy. Ptak będzie 
go  rozszarpywał,  a on  będzie  musiał  na  to  patrzeć.  Nie  mógł  zamknąć  oczu,  nawet  odwrócić 
głowy. Był już gotowy na... Właśnie, na co? Śmierć jest końcem życia, a czym ona się kończy? 
Nie mógł zginąć, bo przecież już był martwy. To było niezrozumiałe, tak jak niezrozumiały był 
wszechświat. Istnienie nie miało końca i dlatego tak przerażało. 

Lance  obserwował  ptaka.  Była  to  jedyna  rzecz,  jaką  mógł  i musiał  robić.  Bestia  zrobiła 

jeszcze  jeden  krok,  przekrzywiając  dziób,  tak  jakby  chciała  się  przyjrzeć  ofierze.  Ta  kreatura 
przetrwała tyle wieków dzięki ludziom, którymi się żywiła. 

background image

Nastroszyła pióra w oczekiwaniu na świeżą krew. To ptak rządził ukrytymi we mgle ludźmi. 

Domagał się ofiar, a oni posłusznie spełniali jego żądania. Robili to zresztą z przyjemnością. 

Ptak nadal stał nad Evansem. Chłopak podniósł wzrok i poczuł, że coś zimnego kapie na jego 

pierś. Wstrząsnęło nim obrzydzenie. To był przetrawiony pokarm. 

Lance  chciał  zwymiotować,  ale  nie  mógł.  Był  przecież  martwy,  a trup  nie  może 

wymiotować. 

Ptak beznamiętnie spoglądał  na człowieka. Rozpoznawał  w jego oczach lęk i to  go bawiło. 

Czekał, aż bezbronna kreatura ze strachu poprosi o śmierć. Ale nie będzie mogła umrzeć, bo już 
nie żyje. 

Lance czekał na atak. Za chwilę ostry pazur wyszarpie mięso z jego policzka. 
Możliwe, że ptak wydziobie mu oczy. Nie, tego nie zrobi. Chce, żeby człowiek widział swoją 

gehennę, żeby się bał. Sługa ciemności, zabijając wiele ofiar, doprowadził tę sztukę do perfekcji. 
Stała się ona obrzędem. 

Czas mijał, a człowiek i ptak ciągle patrzyli na siebie. 
Lance  zaczął  się  domyślać,  że  potwór  nie  zamierza  go  rozszarpać.  Nie  wiedział  dlaczego. 

Czuł, że gra w filmie lub przedstawieniu, którego akcja nie posuwa się do przodu. 

Ale dlaczego? 
Na  to  pytanie  nie  było  odpowiedzi.  Ptak  i człowiek  nadal  wpatrywali  się  w siebie,  trwając 

w bezruchu. Słońce powoli zachodziło. Mgła ogarnęła polankę. 

Nagle monstrualny sęp odwrócił się i wszedł do klatki. Po chwili opadły drzwi. 
Ptak  siedział  na  swoim  drążku.  Z gęstniejącej  mgły  wyszli  Druidowie.  Podeszli  do  Evansa 

niczym  łowcy,  którzy  próbują  pomóc  mordercy.  Otoczyli  go,  spoglądając  uważnie  na  ptaka. 
Lance zauważył, że każdy z nich trzyma ogromny, lśniący nóż. 

Nie miał już wątpliwości, co będzie dalej. Przyszli go zabić, gdyż ptak nie chciał tego zrobić. 
Stojący  nad  nim  ludzie  zaczęli  rozmawiać.  Nie  słowami,  ale  w jakiś  tajemniczy  sposób. 

Nagle  poczuł,  że  coś  przekazują  do  jego  umysłu.  Informacja  wdzierała  się  w najbardziej  tajne 
zakątki mózgu. 

„Ptak  Śmierci  zniszczy  was  wszystkich...zniszczy  was  wszystkich,  zniszczy 

was...zniszczy...zniszczy...” 

Zmieszanie. Strach. Lance kulił się, patrząc na pomarszczone twarze. Czuł wokół nienawiść. 

Chciał zamknąć oczy i wyrzucić wszystko z pamięci, ale nie mógł tego zrobić. Nie pozwalali mu 

na to. 

Cofnęli  się.  Nie  był  jednak  tego  pewien.  Wydawało  się,  że  twarze  stają  się  coraz  bardziej 

niewyraźne i zamazane. Pochłaniała je mgła. Wygrywała teraz walkę ze słońcem. Powoli zapadał 
zmrok. Szept nadal drążył umysł pilota. 

„Ptak Śmierci...zniszczy was...zniszczy...” 

background image

Po  chwili  wszystko  ucichło.  Świat  pogrążył  się  w ciemnościach.  Lance  ciągle  leżał, 

świadomy obecności kapłanów. 

„Zabijcie mnie, na litość, zabijcie mnie! Chcę umrzeć!” 
Był żywym trupem. Ten stan mógł trwać w nieskończoność. Lance stał się cząstką ciemności 

na ziemi, na którą już nie miał powrotu. 

Pamela  uparła  się  pozostać  w szpitalnej  poczekalni.  Powrót  do  domu  napawał  ją 

przerażeniem.  Musi  tu  siedzieć,  aż  wszystko  się  wyjaśni.  Jej  nadzieje  zostaną  spełnione  albo 
rozwieją się. Stan psychiczny dziewczyny był jeszcze gorszy niż na lotnisku. Tam pogodziła się 
ze  śmiercią  ukochanego,  teraz  powrócił  koszmar  niepewności.  Była  wykończona.  Połączony 

z fizycznym wyczerpaniem stres straszliwie wpływał na jej samopoczucie. Nie wiedziała, czego 
się spodziewać. 

Właściwie pogodziła się już z losem, ale... był jeszcze promyk nadziei. Zdawała sobie jednak 

sprawę, że w każdej chwili może nadejść czarna rozpacz. 

Nie miała pojęcia, jak się zachować. Trzymać się cienkiej nitki nadziei, która w każdej chwili 

mogła się zerwać, czy uznać, że Lance nie ma szans na przeżycie. 

Rozczarowanie mogło mieć tragiczne następstwa. 
Pamela była sama w poczekalni. Żałowała, że nie ma tu ojca, który był zawsze taki troskliwy 

i tak martwił się o nią, od kiedy przyszła na świat. Z nikim nie mogła podzielić się obawami. 

Białe  ściany  ciągle  się  zbliżały.  Pokój  stawał  się  coraz  mniejszy.  Pojedyncza,  świecąca 

mocnym  światłem  żarówka,  potęgowała  to  odczucie.  Pamela  zastanawiała  się,  jak  długo 

wytrzyma. 

– Zrobiliśmy, co było w naszej mocy – powiedział lekarz, który spotkał ją na korytarzu, gdy 

zjawiła się w szpitalu. – Niech pani nie robi sobie wielkich nadziei. Jest naprawdę w bardzo złym 

stanie. Wiele powikłanych złamań. Miejmy nadzieję, że mózg nie został uszkodzony. 

O Boże, żeby ten lekarz chciał przyjść jeszcze raz i powiedzieć to samo. Wtedy wiedziała, że 

Lance żyje, ale było to dwie godziny temu. 

– Może pani pójdzie do domu – powiedziała uprzejmie pielęgniarka w rejestracji. 
– Proszę zostawić numer telefonu, a poinformujemy panią, jeśli... 
Jeśli... jeśli... jeśli. Siostra nie dopowiedziała „jeśli umrze”. Czegoś takiego nie można było 

powiedzieć w obecnej sytuacji. Jeśli umrze. Dlaczego nikt nie chce powiedzieć, że Lance nie ma 
żadnych szans? 

Pamela  wstała.  Chciała  biec,  ukryć  się  i umrzeć.  Ściany  przybliżyły  się  o następnych  kilka 

cali. Zakręciło jej się w głowie. 

– Wszystko w porządku, panno Bridges? 
Wzdrygnęła  się,  słysząc  ten  głos.  Odwróciła  się  i zobaczyła  człowieka  w białym  fartuchu. 

Maska chirurgiczna zwisała. Pamela patrzyła z napięciem. 

background image

– Tak, wszystko w porządku. Chciałam... rozprostować nogi. 
Ściany cofnęły się, a więc była to zwykła halucynacja. 
Pamela zaciskając wargi patrzyła na lekarza. Przyszedł coś jej powiedzieć. Bała się. Chciała 

zatkać uszy, poderwać się i wybiec, żeby nie usłyszeć ani słowa. 

„On nie żyje. Pani o tym wie, panno Bridges. Zrobiliśmy wszystko, co było w naszej mocy, 

ale ostrzegałem...” 

– Nie! – krzyknęła Pamela, zasłaniając dłońmi usta. – O Boże, nie! 
– Proszę się uspokoić. 
Ciepły  głos  docierał  do  udręczonego  mózgu,  działając  jak  balsam.  Mężczyzna  podszedł 

i delikatnie chwycił ją za ramiona. 

– Proszę się nie martwić – powtórzył. – Lance jest teraz na oddziale. Ciągle nieprzytomny, 

ale żyje i ma szansę wyjść z tego. Może go pani zobaczyć, jeśli pani chce. Proszę nie próbować 

z nim rozmawiać. Zaprowadzę panią. 

Kiedy weszli na oddział, siostra uśmiechnęła się uspokajająco i odsunęła zasłony, żeby mogli 

podejść  do  stojącego  w kącie  łóżka.  Nerwy  dziewczyny  były  napięte  jak  struny.  Spojrzała. 
Spowita bandażami postać. Mógł to być manekin. 

Tylko usta i nos odsłonięte. Oddychał, a więc żył. Każda sekunda była na wagę złota. 
– Był straszliwie poparzony – szepnął lekarz. – Operacja plastyczna będzie konieczna, ale to 

późniejsza  sprawa.  Niech  najpierw  odzyska  przytomność  i powróci  do  zdrowia.  Może  tu  pani 
zostać, jak długo pani chce. Z wszystkim proszę zwracać się do siostry. 

Napięcie znikło. Pamelę ogarnęło potworne zmęczenie. Powieki same opadały. 
Próbowała  zwalczyć  senność,  ale  była  zbyt  słaba.  Organizm  natarczywie  domagał  się 

odpoczynku. 

Już zasypiała, kiedy usłyszała głos Lance’a. W pierwszej chwili pomyślała, że przed chwilą 

słyszała senne majaczenie. Minęło trochę  czasu, zanim uświadomiła sobie, że nie śni. Nadzieje 
odżyły. 

Pamela  otrząsnęła  się  ze  snu  i spojrzała  na  zabandażowaną  głowę  chłopaka.  Jego  usta 

poruszały  się,  ale  mówił  zbyt  cicho,  żeby  można  było  zrozumieć.  Może  powinna  zawołać 
pielęgniarkę? 

– Ptak... – wycharczał Lance. 
Dziewczyna wychwyciła pojedyncze słowo, ale pomyślała, że chłopak majaczy. Nie mogła 

jednak zbadać temperatury ciała pod grubymi bandażami. 

– Jestem tutaj, Lance – powiedziała Pamela, całując go delikatnie w usta. – To ja. 
Nie wiedziała, czy cokolwiek słyszał, czy rozumiał sens słów. Z jej oczu  
popłynęły łzy. 
– Słuchaj... – wyszeptał z trudem. Usta starały się wydobyć jakikolwiek dźwięk. 

background image

– Druidowie... 
– Nic nie mów – odrzekła ze łzami w oczach. – Odpoczywaj. Jestem przy tobie i zostanę do 

końca. 

– Mgła... 
Głos był trochę silniejszy, ale Pamela nadal nie mogła nic zrozumieć. 
–  Druidowie...  trzymaj  się  z dala  od...  od  Fradley...  Ptak  Śmierci,  oni...  oni  wyślą  Ptaka 

Śmierci. 

Pamela zadrżała. Jeśli to mówi umierający człowiek, coś w tym jest. To nie było majaczenie. 

W tych słowach kryło się ostrzeżenie ponurych sił. 

Lance już nie mówił. Westchnął cicho, jakby zadowolony, że przestroga została przekazana. 

Pamela ją sobie przypomniała. 

„Oni wyślą... Ptaka Śmierci.” 
Olśnienie. Teraz była niemal pewna, że Lance przekazał prawdę. Druidowie zdecydowali się 

użyć  go  jako  posłańca.  Niedługo  wydarzy  się  coś,  co  przyćmi  dotychczasowe  tragedie. 
Ostateczny atak sił ciemności. 

background image

NADLUDZKI CZYNNIK  

 
– Lance – powiedziała Pamela, podchodząc do okna. – Chciałabym cię o coś zapytać. 
Chłopak  rozłożył  się  wygodnie  w fotelu.  Spojrzał  na  dziewczynę.  Jego  twarz  nadał  była 

poorana bliznami. Można było odgadnąć, gdzie chirurg uzupełniał ubytki i naciągał skórę. Obok 
stały kule. Według lekarzy za kilka tygodni Lance będzie mógł normalnie chodzić. Po wyjściu ze 
szpitala nie wierzył w to, ale jego sceptyczne nastawienie zmieniło się. Mięśnie zaczęły pracować 

normalnie i stawały się coraz silniejsze. 

– O co chodzi, kochanie? Co byś chciała wiedzieć? 
– Co powiedziałeś w szpitalu po operacji, kiedy do ciebie przyszłam? 
– Byłem trzy dni nieprzytomny. 
– Jednak przebudziłeś się na chwilę i coś powiedziałeś. Strasznie się wysilałeś. 
– Co takiego? – zapytał Lance, marszcząc czoło. – Słucham. 
– Powiedziałeś... 

Pamela przerwała, gdyż musiało to zabrzmieć trochę niedorzecznie. 
–  Powiedziałeś,  że  Druidowie  wyślą  Ptaka  Śmierci.  Lance  zaśmiał  się,  ale  nie  było  w tym 

śmiechu wesołości. 

– Musiałem bredzić. Nie pamiętam, żebym cokolwiek mówił, a już na pewno nie o Druidach. 
– Wierzę ci – powiedziała dziewczyna, zaciskając nerwowo pięści.  – Po twoim wyjściu ze 

szpitala myślałam, że coś przede mną ukrywasz. Myliłam się, ale to mnie bardziej martwi. 

– Nie możesz na to pozwolić, Pamelo. Fradley nie może nam już nic zrobić. 
Skończyliśmy  z nim.  Da  Bóg,  a nigdy  nie  usłyszymy  o tym  lotnisku.  Niech  nam  tylko 

zapłacą i do widzenia. Jak tylko dostanę odszkodowanie za wypadek, zapomnimy o tym. Będzie 
nam ciężko, ale jakoś sobie poradzimy. Weźmiesz zasiłek dla bezrobotnych, a ja spróbuję trochę  

wyciągnąć z odszkodowań. 
– Muszą ci zapłacić – powiedziała oschle Pamela. – Dla nich to pestka, a wszystko zwalają 

na towarzystwa ubezpieczeniowe. Przecież to oni zawinili. 

Przez jakiś Czas siedzieli w milczeniu. Każde rozmyślało o swoich problemach. 
–  Nie  chciałabym  do  tego  wracać,  ale  jedno  muszę  wiedzieć.  Co  oni  mieli  na  myśli, 

przekazując ci informację o Ptaku Śmierci? Czy było to ostateczne ostrzeżenie? Tak czy inaczej, 
wszystko jest ze sobą powiązane. 

–  Trudno  powiedzieć.  Jedno  wiem  na  pewno.  Nikt  mnie  nie  wrobi  w odpowiedzialność  za 

wypadek. Morton oszalał nie z mojej winy. Ci idioci ciągle powtarzają: „Czy nie byłoby lepiej, 
panie Evans, gdyby pan od razu wylądował i nie wyczyniał tych podniebnych akrobacji?” Gdy 
słyszę  takie  gówniane  gadanie,  krew  mnie  zalewa.  Te  staruchy  z komisji  nie  mają  pojęcia 

o lataniu. Kiedy ktoś ma na ogonie samolot, nie myśli o niczym prócz ucieczki. Zejście w dół to 

background image

śmierć. 

Gołąb i jastrząb. Ten z tyłu ma przewagę szybkości. Tak właśnie dopadł mnie Rób. 
Nie mogłem wytrzymać napięcia na górze. O Jezu, co tego wariata napadło? Wiemy, że był 

mściwym  skurwysynem,  ale  popełnił  czyste  szaleństwo.  Kamikadze.  Prawdziwy  japoński 
samobójca. Oni nigdy nie uciekali. Po prostu starali się staranować przeciwnika, nawet za cenę 
własnego życia. 

–  To  przez  Druidów.  Oni  –  powiedziała  blada  Pamela,  próbując  opanować  drżenie  rąk  – 

dostali go w swoje ręce, tak jak mogą zrobić z każdym z nas. To samo było ze mną i z tobą. Nie 
jesteśmy bezpieczni. Mieszkamy zbyt blisko Fradley, zbyt blisko ich potęgi. Ciągle mają wpływ 
na nasze myśli i działania. 

–  Słuchaj  –  powiedział  twardo  Lance.  –  Stajesz  się  neurotyczką.  To  wszystko  zbyt  mocno 

odbiło się na twojej psychice. Jeśli się nie opanujesz, źle skończysz. Fantazjujesz. Możliwe, że 
coś powiedziałem, kiedy byłem nieprzytomny, ale, do cholery, nie bierz tego na serio. Przecież 
byłem jedną nogą na tamtym świecie. Przyjdzie czas, a wszystko się skończy. Zresztą odeszliśmy 

z lotniska. 

Czego jeszcze chcesz? 
–  Wyjechać  z Fradley,  teraz,  zaraz!  –  krzyknęła  histerycznie  dziewczyna.  –  Jak  najdalej. 

Nawet na koniec świata. 

– Dobrze. 
Lance czuł, że Pamela jest skrajnie wyczerpana. Musiał być bardzo ostrożny. 
– Posłuchaj, ja też nie chcę tu zostać, ale w tej chwili nie możemy wyjechać. 
Nie  mamy  pieniędzy.  Kiedy  dostanę  odszkodowanie,  udamy  się,  dokąd  będziesz  chciała. 

Więcej nie mogę obiecać. 

– Masz rację. Przepraszam. 
Pamela zapadła się w fotel obok Lance’a. 
– Musimy być cierpliwi – powiedziała po chwili. – Ale każda godzina, którą tu spędzamy, 

stanowi dla nas ogromne zagrożenie. Niedługo wydarzy się coś okropnego. 

Na lotnisku coś się dzieje... coś złego. 
– Tak. 
Lance opuścił wzrok. Poczuł się zmieszany, jak wtedy, kiedy odkrył, że Święty Mikołaj nie 

istnieje. Nie miał odwagi powiedzieć tego rodzicom, bo bardzo się starali. Nie chciał ich zranić. 
Teraz było podobnie. Czy wierzysz w Druidów? 

Tak, oczywiście. Zbyt dużo widział, żeby nie wierzyć. Nie było to normalne, że rozbijają się 

samoloty, ale nie wyjaśnione przypadki nie znaczą, że maszyny są przeklęte. Po prostu zdarzają 
się wypadki bez przyczyn. 

– To nie brzmi zbyt przekonująco – powiedziała po chwili Pamela, obserwując zachowanie 

background image

Lance’a. 

– Nie wracajmy do tego. Znam fakty. Wiesz, co się wydarzyło we Fradley. 
Obiecuję, że jak tylko wzmocnimy się finansowo, natychmiast wyjedziemy. 
Zapadła  cisza.  Pamelę  ogarnęła  depresja.  Cierpiała.  Przeczucie  katastrofy  było  potwornie 

silne. Napięcie, strach i bezsilność. Dziewczynę rozbolała głowa. 

Czuła się jak mucha złapana w pajęczą sieć, która oczekuje nadejścia oprawcy. 
Wszyscy związani z lotniskiem we Fradley tkwili w takiej sieci. 
Ptak  Śmierci  nie  oszczędzi  nikogo.  Spadnie  niczym  piorun  z nieba  na  bezbronne  ludzkie 

siedziby. 

Charles  White  pocił  się.  Miał  nadzieję,  że  nikt  tego  nie  zauważy.  Bracia  Warboys  także 

trzęśli  portkami,  wystarczyło  na  nich  spojrzeć.  Napięcie  uczyniło  ich  niezdolnymi  nawet  do 
słuchania.  Nie  umieli  stwarzać  pozorów.  Jak  robić  dobrą  minę  do  złej  gry?  Było  to  niestety 
konieczne, kiedy składało się wyjaśnienie przed władzami lotnictwa. Wystarczyło okazać strach, 

a wszyscy wiedzieli, że ma się coś do ukrycia. Oznaczało to cholerne kłopoty. 

Pomimo panującego na sali zaduchu, Charlie zapalił papierosa. Wyrzucił spaloną zapałkę do 

popielniczki i usiadł na krześle. Starał się okazywać pogardę. 

– Nie musimy chyba wyliczać wszystkich wypadków, jakie miały miejsce w ostatnim czasie 

– powiedział wysoki mężczyzna w okularach, ubrany w niebieski garnitur. 

Czytał leżącą przed nim kartkę. 
„Jezu, ci idioci zaczynają od początku – pomyślał White. – To nie ma sensu. 

Totalne marnotrawstwo czasu”. 
–  ...z  wyjątkiem  najważniejszych.  Ominiemy  zderzenia  ze  stadami  ptaków,  gdyż  te  awarie 

nie zawierają niejasności. Skoncentruję się tylko na niezbyt jasnych przypadkach. 

Trzeciego marca 1974 roku ginie trzystu sześćdziesięciu czterech pasażerów wraz z załogą. 

DC-10  Turkish  Airlines  spadł  z wysokości  dwunastu  tysięcy  stóp  tuż  po  starcie  w Paryżu. 
Podobna  katastrofa  miała  miejsce  w tym  samym  rejonie,  ale  wypadkowi  uległ  samolot  linii 

Flyways. W obu przypadkach przyczyną było otwarcie się drzwi ładowni i dekompresja kabiny, 
co  spowodowało  rozerwanie  podłogi.  W marcu  1978  roku  spłonęło  dwóch  pasażerów.  Pożar 
został spowodowany  przez zablokowanie się koła podczas lądowania.  Zdarzenie miało  miejsce 

w Los Angeles. 

To  samo  wydarzyło  się  we  Fradley,  ale  tam  wystąpił  błąd  nawigacyjny.  Samolot  zahaczył 

skrzydłem o hotel. Było oczywiście znacznie więcej ofiar. Twierdzimy niniejszym, że wszędzie 
zawinił  człowiek.  Puste  taśmy  w czarnej  skrzynce  są  najlepszym  dowodem.  Prawdopodobnie 

instrumenty  nie  zostały  skontrolowane  przed  odlotem  i były  niesprawne.  Wina  człowieka  nie 
ulega wątpliwości. Katastrofa  

maszyny Western Airlines była spowodowana tylko przez ludzi, gdyż samolot wylądował na 

background image

złym  pasie  lotniska  w Mexico  City.  Pas  był  w remoncie  i samolot  uderzył  w ciężarówkę.  Jeśli 

chodzi o zderzenie dwóch spitfire’ów, możemy tylko przypuszczać, że zmarły pilot, Rób Morton 
cierpiał na zaburzenia psychiczne, które spowodowały skandaliczny pojedynek z drugim pilotem. 

Z przytoczonych  tutaj  powodów  twierdzimy,  że  tak  zwany  czynnik  ludzki  jest  jedynym 

powodem omawianych katastrof. Producenci samolotów DC-10 pod żadnym względem nie mogą 
być  o nic  obwiniani.  Nie  chcę  wspominać  skandalicznego  przypadku,  kiedy  podczas  lotu  do 
Paryża chora stewardesa nie została zastąpiona przez... 

White  jęknął  w duchu.  Cholerne  gnoje!  Zamierzają  całą  odpowiedzialność  zwalić  na 

Flyways, wytykając drobne uchybienia. – Na tym zakończylibyśmy nasze posiedzenie. 

W twarzy mówcy było coś z sadystycznego zadowolenia. 
– Oczywiście, ostateczny werdykt wyda Departament Lotnictwa Cywilnego. 
White  opuścił  przesłuchanie,  nie  czekając  na  Phila  i Rogera.  Ruszył  ostro  w kierunku 

Fradley. Jechał bardzo szybko. Flyways znów będzie kozłem ofiarnym. 

Tylko raz wszystko poszło zgodnie z planem. Ci na samej górze kopią w dupę znajdujących 

się  niżej.  Oni  z kolei  robią  to  samo.  Tak  powstaje  łańcuch.  White  zamierzał  wykonać  kolejny 

ruch. 

Reece Lingen siedział za biurkiem, kiedy Charles White otworzył drzwi kopniakiem. 
– Pan White? – powiedział zdziwiony dyrektor, podnosząc się z krzesła. Wyczytał w twarzy 

Charliego wściekłość i z przerażenia wypuścił z ręki plik papierów. 

– Jadę prosto z przesłuchania – zaczął White, nie bawiąc się w konwenanse. – Osiągnęli swój 

cel.  Klapa  na  całej  linii,  rozumiesz,  Lingen?  Zwalili  winę  na  nas.  Nazwali  to  „czynnikiem 
ludzkim”. Innymi słowy niedbalstwo. To wina całej załogi, poczynając od ciebie. 

– Ale ja... – wyszeptał Reece i cofnął się. 
– Mam w dupie twoje tłumaczenie – syknął White, siadając na krześle. Zasapał się. – Zbyt 

długo  ukrywałeś  prawdę,  Lingen.  Nie  myśl,  że  nie  zdawałem  sobie  sprawy  z cholernego 
niedbalstwa. Wysłałem tu Franka, który tak jak inni spierdolił sprawę, a w dodatku dał się zabić. 

Nie mów mi tylko o Druidach, którzy podobno są odpowiedzialni za wszystko, co się tu dzieje. 
Jesteś szefem i płacimy ci niezły szmal. Niedługo nasze lotnisko zostanie zamknięte. Na zawsze. 

– Wątpię, żeby...  – powiedział Reece, odzyskując zimną krew.  – Wątpię, żeby coś takiego 

zrobili, przynajmniej nie w najbliższej przyszłości. 

– Może mi powiesz, dlaczego? 
White walnął pięścią w stół. Żałował, że nie może uderzyć rozmówcy w twarz. 
Pokusa była coraz silniejsza. 
– Ponieważ – zaczął Lingen, starając się spojrzeć Charliemu w oczy – w przyszłym miesiącu 

będą  nas  potrzebować.  Trzydziestego  kwietnia  będzie  nasz  dzień.  Główny  pas  lotniska  East 
Midlands będzie w remoncie. Koliduje to z rozkładem lotów, ale terminu nie można przełożyć. 

background image

Wszystkie  loty  skierowano  do  nas.  Teraz  powiem  coś,  co  pana  zainteresuje.  Trzydziestego 

kwietnia na naszym lotnisku wyląduje concorde. – Concorde!? 

– Tak, concorde. Wszystkie lotniska starały się  nas od tego odsunąć z powodu wypadków. 

Jednak mimo wszystko nie można zaprzeczyć, że nasz tragicznie zakończony pokaz zgromadził 
dwadzieścia  tysięcy  widzów.  Jestem  przekonany,  że  gdy  ludzie  dowiedzą  się,  że  na  naszym 
lotnisku można zobaczyć ten cud techniki, liczba widzów podwoi się. Będzie nam trudno pokryć 

koszta,  ale  reklama  w prasie  i telewizji  je zrekompensuje.  Fradley  znajdzie  się  u szczytu  sławy, 

a ludzie zapomną o wypadkach. 

–  Jezu  Chryste  –  wymamrotał  Charles,  zapominając,  że  kilka  minut  temu  chciał  sprać 

Lingena po twarzy. 

– To będzie nasz sąd ostateczny – powiedział Reece, ale po chwili zdał sobie sprawę, że nie 

najlepiej  dobrane  słowa.  Amerykanin  był  bardzo  dokładny  i nigdy  nie  zapominał,  z czym 
przyszedł. 

– Mam nadzieję, że nie jest to  czcza gadanina  – odparł White, zapalając kolejne cygaro.  – 

Concorde mógłby wylądować w Elmdon albo Derby. Jeśli na to wpadną, zostaniemy na lodzie. 

– Nie – powiedział z przekonaniem Lingen. – Mogę na to postawić moją pensję. 
– Dlaczego? 
–  Nie  znam  szczegółów  i prawdopodobnie  nigdy  ich  nie  poznam,  chyba  że  przed  samym 

lądowaniem,  ale  na  pokładzie  samolotu  będzie  ktoś  ważny.  Gdzieś  w okolicy  jest  cel  jego 
podróży i wszyscy  chcieli, żeby ze względu na bezpieczeństwo jak najdłużej  leciał samolotem. 
Fradley leży najbliżej tego punktu. Kiedy East Midlands jest w remoncie, nie ma innego wyjścia. 

Charles White powinien wpaść w euforię. Te wiadomości uradowałyby każdego. 
Charlie był jednak zimny i opanowany. Zaczął rozmyślać, co może nawalić. 
To szaleństwo. Przy takim samolocie nie trzeba nic robić oprócz zwykłego naprowadzenia. 

To  nie  DC-10.  Concorde,  najnowocześniejsza  latająca  maszyna  wszechczasów,  przebój 
lotnictwa. Nie może się nic wydarzyć. 

White wiedział, że jednego człowieka na świecie nie może oszukać. Charlesa White’a. 
Hartley  Lowe miał  tylko jedno wyjście.  Zdecydował  się na to  w niedzielę. Musi to  zrobić. 

Wielebny  Barnstead  czekał  na  stopniach  kościoła.  Uścisnął  mu  dłoń.  Usta  krzywił  w swym 
zwykłym  uśmiechu.  Hartley  zastanawiał  się  często,  czy  pod  koniec  dnia  nie  bolą  go  szczęki. 
Ksiądz musiał przyzwyczaić się do głupawego uśmiechu. 

–  Wyglądasz  dużo  lepiej,  przyjacielu  –  powiedział  Barnstead.  –  Czas  jest  najlepszym 

lekarzem. 

Hartley  patrzył  na  księdza,  modląc  się  w duchu,  żeby  jak  najszybciej  odszedł  do  swoich 

zajęć. Wcale nie czuł się lepiej. Było mu coraz gorzej. Przygnębienie zżerało zapas sił witalnych. 
Czas  nie  był  dobrym  lekarzem.  Rany  nie  goiły  się  z upływem  dni,  lecz  zaogniały  się  niczym 

background image

wulkany, które w każdej chwili mogły wybuchnąć, ponownie zalewając serce falami goryczy. Na 
szczęście już niedługo nadejdzie ostatni dzień. 

–  Ta  biedna  dziewczyna  teraz  odpoczywa  –  powiedział  szeptem  Barnstead,  chcąc  sprawić 

ulgę staremu nauczycielowi. 

Wspomnienia  powróciły  niczym  tornado.  Psychiczny  szok.  Debbie  nigdy  nie  zazna 

wiecznego spokoju, bo jest jedną z nich. Nikt nie mógł tego zmienić. Bóg przeciwko Złu. Bitwa 
mogła  mieć  tylko  jedno  zakończenie.  Zło  wygra,  bo  jest  silniejsze,  lecz  to  nie  daje  wygranej 
wojny. Dla Hartleya było to bez znaczenia. 

Druidowie dopadli Debbie. Jej dusza będzie przeklęta na wieki, nigdy nie zazna spokoju, do 

którego ma prawo każdy odchodzący z tego świata. Oni je złamali. 

Hartley Lowe rozluźnił zaciśnięte pięści i wsadził ręce do kieszeni płaszcza. 
Poruszył ustami, wypowiadając jakąś uprzejmość. Nie miał pojęcia, co powiedział, ale to nie 

miało żadnego znaczenia. 

– Spotkamy się w Evensong? 
Pytanie dotarło do mózgu. Nastąpiła mechaniczna odpowiedź, która była nieistotna, więc nie 

została zapamiętana. Prawdopodobnie potwierdził. Było to jego ostatnie kłamstwo. 

Zanim  dzwony  zaczęły  wzywać  wiernych  na  mszę,  w duszy  Hartleya  ścierały  się  uczucia. 

Minęło  wiele  czasu,  zanim  przyszedł  do  siebie  i zorientował  się,  że  jest  sam.  Ruszył  w dół 
miasteczka krętą dróżką, prowadzącą na zarośnięty cmentarz. Kościelny  od dawna nie  robił na 
nim porządków. W czerwcu niewiele grobowców było widocznych spoza zarośli. Ale czy miało 

to  znaczenie?  Ci  spod  ziemi  nawet  o tym  nie  wiedzieli,  a już  na  pewno  nie  martwili  się  tym. 
Hartley uważał ich za szczęściarzy. To wielka przyjemność do nich dołączyć i zapaść w wieczny 

sen. 

Potrząsnął głową, odpędzając ponure myśli. Właśnie mijał cmentarną bramę. 
Zastanawiał się, czy zrobił wszystko, żeby zapobiec budowie lotniska. Chyba tak. 
Nigdy zresztą nie uznał swojej porażki. Prawda była okrutna. Przegrał! Ten fakt rozbijał go 

całkowicie. Hartley był strzępem człowieka. Druidowie ukarali go, bo nie mogli pokonać. 

Nie  miał  już  sił  przeciwstawić  się  im  następnej  nocy.  Za  dnia  był  bezpieczny,  ale  kiedy 

zapadał zmrok, odczuwał ich niezmierzoną siłę. Przez cały tydzień spał przy zapalonym świetle. 
Nie  miało  to  sensu,  gdyż  siły  ciemności  były  niezniszczalne.  Czaiły  się  w ciemnościach,  kpiły 

i obserwowały  ofiarę,  prowadząc  podstępną  grę.  Nie  spieszyły  się,  chcąc  by  każdy  dokładnie 
poznał strach. 

Dzisiaj  jutro,  w przyszłym  tygodniu  czy  miesiącu  mógł  panować  spokój.  Ofiara  czuła  się 

pewniej  i wtedy  następował  niespodziewany  atak.  Druidowie  odnosili zwycięstwo,  bo  człowiek 
trafiał do szpitala dla umysłowo chorych albo stawał się jednym z nich. 

Uczucie smutku owładnęło sercem Hartleya. Dla niego nie było jutra. Smutna, ale prawdziwa 

background image

rzeczywistość. Tylko tak mógł ocalić swoją duszę. 

Spojrzał  na  zegarek.  Była  dwunasta  piętnaście.  Jack  Swinson  mógł  zostać  królem 

Williamem, a nic by to nie zmieniło. Lowe nie wahał się. Nadeszła jego godzina. 

Gęsta glina oblepiała buty Hartleya. Mijał zniszczone stajnie. Z dachów domostw odpadały 

dachówki. Wszędzie drzwi zabite były deskami. Ludzie uciekali, dokąd tylko mogli. 

Doszedł  do  chlewa.  W środku  były  świnie.  Brudne,  pozostawione  sobie,  żyjące  dniem 

dzisiejszym. Jeść i pić dopóki można. Nastawienie sprzeczne z ideałami Hartleya. Jednak kiedy 
nadchodził  koniec,  wszystko  straciło  sens.  Zastanawiał  się  tylko,  czy  wybrał  najlepszy  sposób 

i miejsce.  Może  powinien  to  zrobić  gdzieś,  gdzie  było  czyściej.  Nie,  śmierć  była  plugawa  jak 

chlew. 

W ciągu ostatnich miesięcy Debbie trzykrotnie przychodziła do niego w snach. 
Przeklęci kapłani zaczęli opanowywać ludzkie sny, żeby tylko zasiać strach. 
Pierwszy raz widział ją w oknie. Była uśmiechnięta, ale nie był to jej naturalny uśmiech. 
Zauważył więcej pożądliwości. Coś mówiła, ale kiedy chciał otworzyć okno, uciekła. Hartley 

stwierdził, że halucynacje były wyrazem jego myśli i tęsknot. 

Smutek powracał w ludzkiej postaci, żeby drwić. 
Drugim  razem  stała  na  piętrze.  Szedł  sprawdzić,  jakie  hałasy  rozlegają  się  na  górze 

i zobaczył  ją.  Chciał  podejść,  zarzucić  jej  ręce  na  szyję,  ale  podniesiona  do  góry  biała  dłoń 
mówiła: nie. Debbie miała na sobie ten sam dwuczęściowy kostium, w którym widział ją po raz 
ostatni.  Chciała  coś  powiedzieć,  ale  choć  dzieliło  ich  najwyżej  dziesięć  stóp,  Hartley  nie  mógł 
wyłowić nawet szeptu. 

Próbował  czytać  z ruchu  warg,  ale  umysł  nie  był  jeszcze  w pełni  sprawny.  W końcu 

stwierdził, że... leży w łóżku. Nie wiedział jednak, jak się tam znalazł. 

Ostatniej nocy Debbie pokazała się w świetle księżyca. Ubrana tak jak poprzednio. Z twarzy 

znikł uśmiech. Spieszyła się. Gestykulowała i mówiła jednocześnie. Potok słów był zbyt szybki, 
żeby można było coś zrozumieć. Dopiero później Hartley odtworzył niektóre zdania. 

„...niewiele  czasu...wszyscy  umrą...ratuj  się,  wujku...przyłącz  się  do  nas...do 

innych...śmierci...jedna droga...umrzesz...ocal duszę...nie czekaj...Ptak Śmierci...” 

Hartley ciągle powtarzał sobie te słowa. Debbie przychodziła jeszcze kilka razy, ale już nic 

nie  usłyszał.  Nie  mógł  sobie  wyobrazić  Ptaka  Śmierci.  Zdecydował  się  jednak  popełnić 

samobójstwo.  Było  to  wprawdzie  sprzeczne  z tym,  czego  od  młodości  uczyli  go  księża,  ale  nie 
znał innego sposobu na ocalenie duszy. Nie połączy się z siostrzenicą, nawet tego nie chce. Nie 
chce być z nimi. I tak zbliżyli się do niego, używając Debbie jako przynęty. Chcieli go wciągnąć 

w dolinę  cieni.  Rzucili  mu  wyzwanie,  nie  wierząc,  że  chrześcijanin  będzie  zdolny  popełnić 
samobójstwo. Chcieli, żeby oszalał, żeby nie miał sił się bronić. Stary nauczyciel był przebiegły. 
Umrze, ale wygra. Modlił się teraz do Stwórcy, żeby wybaczył mu haniebny postępek i zapewnił 

background image

wieczny spokój z dala od Druidów. 

Hartley rozejrzał się dookoła. Chwycił klamkę drzwi do chlewa. W zasięgu wzroku nie było 

nikogo. Bardzo dobrze. Wszedł. Był mokry od potu, nogi uginały się pod ciężarem ciała. Z kąta 
przyglądało mu się pięć par oczu. Świnie chrząkały i kwiczały, obrzucając intruza spojrzeniami. 
Nie  obawiały  się  go,  lecz  były  ciekawe.  Może  coś  podejrzewały.  Widział  je  już  wcześniej. 
Największy warchlak nazywał się Nero. Gruby cesarz, rządzący małym, śmierdzącym państwem 

uwalanym odchodami. Wielki, spasiony i zdeprawowany. 

Swinson kilka razy pokazywał Hartleyowi chlew. Był z niego dumny. Latem zawsze otwierał 

go  i czekał  na  ludzi,  żeby  porozmawiać.  Najczęściej  w niedzielę.  To  skutek  samotności. 
Prawdopodobnie Hartley postępowałby tak samo, gdyby tak żył. 

Starał się unikać farmera, bo wiedział, że niechybnie go zaczepi. 
– To najlepsze zwierzęta pod słońcem – mawiał Swinson. – Polubią każdego, jeśli da im się 

szansę.  Tylko  Nero  nie  cierpi  nikogo,  ale  jest  warty  góry  złota.  Randy  też.  Te  dwa  wieprze 
zamówiła  u mnie  pani  Powkes.  Muszę  o nie  dbać.  Jeśli  chcesz,  jeden  z nich  może  być  twój. 
Bardzo łatwo się je karmi. Jedzą wszystko. Pamiętasz kobietę, która niedawno zaginęła? Nikt nie 
mógł jej znaleźć. Na pewno rzucili ją świniom na pożarcie. Nie trzeba nawet ciąć zwłok. Świnie 
rozerwą ciało na kawałki. 

Hartley  Lowe  musiał  powstrzymywać  wymioty.  Od  tej  pory  nie  tknął  wieprzowiny.  Na 

szczęście wizyta nie skończyła się na gadaniu o świniach. Farmer sięgnął na półkę nad drzwiami 

i wyjął zardzewiały pistolet. 

– Nic mnie bardziej nie bawi niż odrobina sportu. To stara broń. Nie rozpowiadaj, że ci ją 

pokazałem. To nielegalne. 

Broń  palna!  Idioci,  to  przecież  tylko  mała  zabawka.  Strzelam  do  szczurów.  To  bardzo 

interesujące stworzenia. Trochę podobne do świń. Też jedzą wszystko. 

Kobieta, o której mówiłem, mogła zostać zjedzona przez szczury. 
Swinson odłożył pistolet na szafkę. 
– Zawsze go tu trzymam. Naładowany. Nie wiadomo, kiedy pojawią się szczury. 

Hartley Lowe bez problemów znalazł pistolet, ale otwarcie ładownicy sprawiło mu kłopoty. 

Swinson mówił prawdę, pistolet był nabity. Nauczyciel zatrzasnął broń. 

Nero  podchodził  coraz  bliżej.  Inne  świnie  schowały  się  za  nim.  Widocznie  czuły  się 

bezpieczniej.  Wielki  warchlak  uważnie  spoglądał  na  Hartleya.  Zdawał  się  rozumieć  człowieka, 
chociaż było to niemożliwe. Przecież świnie nie dostrzegają niczego prócz brudu, żarcia i seksu. 

Przez chwilę nauczyciel zastanawiał się, w jaki sposób oddać strzał. Z bronią nie miał zbyt 

wiele do czynienia, może z wyjątkiem służby wojskowej. Były to jednak odległe czasy. 

Hartley przyłożył broń do skroni. Była przerażająco zimna. Rozmyślił się. To nie był dobry 

sposób.  Pamięć  przywoływała  odległe  obrazy.  Film,  w którym  stary  człowiek  chciał  się 

background image

zastrzelić. 

Włożył broń do ust. Kiedy zimny metal dotknął języka, Hartley zadrżał. 
Przypomniał  sobie  wizytę  u lekarza.  Był  wtedy  małym  chłopcem.  Doktor  badał  mu  gardło 

metalowym wziernikiem. 

Poczuł w ustach ziarenka rdzy. Nieprzyjemny, metaliczny smak oleju. Po chwili przypomniał 

sobie, że nie odbezpieczył broni. Wyjął pistolet i dociągnął kurki. 

Chciał użyć dwóch luf, żeby mieć pewność. 
Hartley  Lowe  był  oszołomiony.  Strach  ogarniał  serce  i umysł.  Poczuł,  że  coś  ociera  się 

o jego spodnie. Kopnął. Palce nóg napotkały coś twardego. Nero! 

Nauczyciel zamknął oczy. Powoli naciskał spust. Myślał o Debbie. Jaka kiedyś była. 
„Boże, dokończ to za mnie!” 
Wspomnienie  powstrzymało  palec.  Kaufmann.  On  także  udał  się  do  New  Phoenix  na 

spotkanie przeznaczenia. Może kiedyś spotkają się w... 

Siła  eksplozji  rzuciła  ciało  o ścianę.  Pistolet  wypadł  Hartleyowi  z ust  i potoczył  się  na 

ziemię. Martwe palce zacisnęły się po raz ostatni. Nauczyciel osunął się na podłogę chlewu. 

Nero  już  czekał.  Potężne  kły  ociekały  śliną.  Inne  świnie  nie  czekały  na  znak  przywódcy. 

Pożywienie było ich władcą. Trzeba zająć jak najlepsze miejsce. 

background image

CONCORDE! 

 

Lance  i Pamela  wpatrywali  się  w błękitne  niebo  nad  Fradley.  Port  lotniczy  był  zatłoczony. 

Miejscowe  gazety  oceniały  tłum  na  około  czterdzieści  tysięcy  widzów,  chcących  ujrzeć 
lądowanie  concorde’a.  Nawet  na  dziesięć  minut  przed  przylotem  ciągle  napływali  ludzie. 
Wszyscy zajmowali miejsca na ogrodzonym placu wzdłuż głównego pasa startowego. 

–  Będzie  ponad  pięćdziesiąt  tysięcy  ludzi.  –  powiedział  Lance,  opierając  się  na  kulach.  Za 

kilka dni zacznie chodzić. – Może nawet więcej. 

– Nie powinniśmy tu przychodzić – mruknęła Pamela. – Zwyczajna głupota. 
Widzieliśmy  ten  cud  techniki  na  Heathrow.  Jest  wspaniały  i nie  można  go  do  niczego 

porównać, ale... 

– Uspokój się, kochanie – wszedł jej w słowo Lance. – Za pół godziny będzie po wszystkim. 
Tak,  po  wszystkim.  Pamela  skrzywiła  się  z niesmakiem.  Wystarczy  drobna  awaria,  jak 

w dakocie,  która  uderzyła  w hotel.  Tym  razem  samolot  może  spaść  na  ludzi,  na  publiczność. 
Masowa  zagłada,  tysiące  trupów  w jednej  sekundzie,  krwawa  miazga.  O Boże,  coś  tu  nie  gra! 
Każdy nerw ciała dziewczyny wykrzykiwał ostrzeżenie. 

„Uciekaj, nim będzie za późno!” 
– Powiem ci coś – szepnął Lance, obejmując ją ramieniem. – Jutro pojedziemy na majówkę. 
– Co takiego? 
Umysł ciągle walczył z przeczuciami. 
– Tak. Widziałem plakat. Muzeum organizuje w ogrodzie May Day. 
– May Day? 
Pamela  spojrzała  na  chłopaka  zdziwiona.  Do  cholery,  co  to  ma  wspólnego  z wezwaniem 

o pomoc? Zżerały ją nerwy. 

–  Ależ  ze  mnie  głupiec!  Większość  miast  pierwszego  maja  organizuje  różnego  rodzaju 

festyny. Jedziemy na jeden z nich. 

– Jutro jest pierwszy maja? – zapytała Pam, cedząc słowa. – To jaki jest dzisiaj dzień? 
– Twój matematyczny mózg powinien pracować jak komputer. Dodając do tego wiedzę... 
–  Lance!  –  Dziewczyna  przerwała  jego  wywód.  –  Jeśli  jutro  jest  pierwszy  maja,  to  dzisiaj 

mamy...?! 

– Wiem, kochanie. Trzydziestego kwietnia. 
– No właśnie. O Boże, wiedziałam, że nie powinniśmy przychodzić! 
– Znowu zaczynasz? – warknął chłopak. – Nie mam zamiaru do końca życia zastanawiać się, 

co dzisiejsza data ma wspólnego z tą imprezą. 

– Zrozum, Lance – powiedziała Pamela, czując w gardle włochatą kulę strachu. – Dzisiejszej 

nocy Druidowie obchodzą święto. Tego dnia składano zawsze najwięcej ofiar! Noc Walpurgii! 

background image

Zdziwiony Lance spojrzał na dziewczynę. 
– Zaczynasz gadać bzdury. 
– Lance, proszę cię – szeptała Pamela, czując narastający strach. – Wyjedźmy, bo będzie za 

późno. 

– Jeśli chcesz, to idź – odparł chłopak wzruszając ramionami. – Ja zostaję. 
Instynkt kazał jej uciekać jak najdalej. Wszyscy zginą, a ona nic nie mogła na to poradzić. 

Zatrzymywała ją tylko jedna rzecz. Dla Evansa walczyła z własną wolą. Prośby nie miały sensu. 
Podjęła  decyzję.  Zostanie  z nim  i za  kilkanaście  minut  zginie  w sześćdziesięciotysięcznym 
tłumie. To największa ofiara złożona przez czcicieli starej religii w dniu Walpurgii. 

Ludzie  zauważyli  samolot  wcześniej,  niż  rozległ  się  ryk  jego  silników.  Ostatnia  nowość 

przemysłu lotniczego, wysmukła sylwetka drapieżnego ptaka, błyszczała w promieniach słońca. 

Dreszcz strachu przeszył ciało Pameli. Przerażenie paraliżowało mięśnie. Lance coś mówił, 

ale  ryk  silników  zagłuszał  słowa.  Concorde  obniżał  lot.  Ludzie  wiwatowali,  jakby  w meczu 

o mistrzostwo świata ich drużyna zdobyła pierwszą bramkę. 

Kilka minut później samolot dotykał kołami pasa startowego numer jeden. Wiwaty i okrzyki 

nie milkły. Nawet umarły wiedziałby, że ląduje concorde. Nie musiałby słyszeć silników. Ludzie 
zdawali  się  składać  hołd  bóstwu,  które  błyszczało  niczym  góra  srebra.  Tłum  ogarnęła  masowa 

euforia. 

Pamela nie mogła oderwać wzroku od samolotu. Przyciągał jej uwagę, hipnotyzował. 
Chciał przekazać jakąś wiadomość. 
Kiedy  silniki  umilkły,  zapadła  grobowa  cisza.  Wspaniała  sylwetka  oddziaływała  na  ludzi 

niczym huragan. Piękny, groźny i nakazujący posłuch. Tłum zamarł w bezruchu. 

Za Pamela rozległy się jakieś szepty. Te słowa działały jak smagnięcie batem w twarz. 
– Przypomina drapieżnego ptaka, nieprawdaż? 
W tym  momencie była już pewna swojej  teorii.  Instynkt  nie kłamał.  Lance mówił prawdę, 

kiedy  leżał  nieprzytomny  i walczył  ze  śmiercią.  Przekazał  ostrzeżenie  przed  straszliwym 
niebezpieczeństwem. 

„Jak drapieżny ptak, nieprawdaż?” 
Słowa  obcego  mężczyzny  brzmiały  w mózgu  dziewczyny  niczym  memento.  Ostrzeżenie 

przyszło zbyt późno. 

Zwrot  doskonale  pasował  do  ogromnego  samolotu.  Kształty  stojącej  na  pasie  maszyny 

przypominały majestatycznego drapieżnika. Jastrząb lub orzeł. 

Przerażający Ptak Śmierci. Jego oczy zdawały się błyszczeć w oczekiwaniu zdobyczy. 
Za późno! Za późno! 
Pamela wyrwała rękę z uścisku Lance’a tak gwałtownie, że wpadła na stojących za nią ludzi. 

Słowa z trudem przedostawały się przez zaciśnięte zęby. 

background image

– Lance. On... on tam jest! 
– Oczywiście – odpowiedział, obracając się. – Do diabła, co się z tobą dzieje? 

To tylko concorde. 
–  To  on  –  powiedziała  dziewczyna,  napinając  wszystkie  mięśnie.  –  Concorde  to  Ptak 

Śmierci! 

– Nie bądź idiotką. Jesteś neurotyczką? Masz majaki czy co? 
– Nie, Lance. Musimy się stąd wydostać, zanim wydarzy się coś strasznego. 
Chłopak  chwycił  ją  za  rękę,  ale  odepchnęła  go.  Obróciła  się  szybko  i ruszyła  do  przodu, 

przepychając się przez tłum. 

„Puśćcie mnie! Uciekajcie albo zostańcie, żeby umrzeć!” 
Ludzie  rozstępowali  się,  chcąc  zająć  lepsze  miejsce.  Pamela  próbowała  biec,  ale  tłum  był 

zbyt  gęsty.  Co  chwila  oglądała  się,  sprawdzając,  czy  Lance  za  nią  podąża.  Przystanęła,  wzięła 
głęboki  oddech  i ruszyła  dalej.  Napotkała  jego  wściekły  wzrok.  Próbował  ją  dogonić.  Bardzo 
dobrze. Dziewczyna widziała, że Evans za nią biegnie i to było najważniejsze. 

Przebiegła przez terminal, obrzucana przez ludzi zdziwionymi spojrzeniami. 
Chwilę później była na podjeździe. Biegła coraz szybciej, zdając sobie sprawę, że Lance ją 

dogoni. Wściekłość dodawała mu sił. Oddech Pameli był nierówny, ból w płucach stał się nie do 
zniesienia. Biegła. Strach był silniejszy. 

Kiedy na parkingu zobaczyła skąpanego w słońcu austina, odczuła ulgę. 
– Pam... zatrzymaj się! 
Lance  był  dwadzieścia  jardów  za  nią.  Biegł  bez  kul.  Pamela  znalazła  kluczyk  i otworzyła 

drzwi. Opadła na siedzenie, zatrzaskując drzwi. Lance zaczął walić pięściami w dach i w szyby, 
ale nie zwracała na niego uwagi. Chciała zapalić silnik. Jedna próba, druga, wreszcie zaskoczył. 
Pamela  wyjechała  przed  bramę  parkingu,  wrzuciła  bieg  i otworzyła  drzwi,  gotowa  do 

natychmiastowego startu. 

– Pieprzona idiotko! Co się z tobą dzieje, do cholery? 
Lance opadł  na siedzenie, ciężko dysząc.  Kiedy  zatrzasnął drzwi, Pamela puściła sprzęgło, 

a samochód z piskiem opon wystrzelił do przodu. Wcisnęła gaz do oporu. 

Wiedziała, że Evans będzie bał się ją zatrzymać przy takiej szybkości. To była ich ostatnia 

szansa. 

Jechali z prędkością ponad pięćdziesiąt mil na godzinę. Wóz przeleciał przez bramę niczym 

rakieta.  Pamela  nie  zwolniła,  choć  wjechali  na  krętą  drogę.  To  była  gra  o życie.  Największy 
hazard. Życie dla zwycięzców, śmierć dla pokonanych. 

Karty zostały rozdane. Z każdą sekundą szansę na przeżycie rosły. 
– Możecie państwo odpiąć pasy. 
Pasażerowie usłuchali. Na zewnątrz mogli zobaczyć morze ludzi. Tysiące widzów. 

background image

Pasażerowie samolotu poczuli się dumni. Byli głównymi aktorami przedstawienia. 
Tłumy  zebrały  się  tylko  po  to,  żeby  zobaczyć  grupkę  uprzywilejowanych,  którzy  mogli 

lecieć takim cudem. Spoglądano na nich z zawiścią. 

– Proszę pozostać na miejscach. 

Oczy pasażerów były skierowane na wysokiego mężczyznę, który palił fajkę, wydmuchując 

kłęby dymu. Reprezentował wszystkie cechy partii, którą kierował. 

Poruszał  ustami,  wypowiadając  bezgłośnie  tekst  przemówienia,  które  wygłosi  za  kilka 

godzin.  Był  u progu  sukcesu.  Ojciec  zmian,  które  miały  wstrząsnąć  krajem,  jeśli  wygra 
nadchodzące  wybory.  Był  niemal  pewien  wygranej.  Władza  będzie  należała  do  tych,  których 
przez długi czas odsuwano od wszystkiego. 

Obok  niego  kręcili  się  mężczyźni  w jasnych  garniturach.  Goryle.  Zamachowiec  nie  miał 

szans.  Znali  doskonale  swój  fach  i wiedzieli,  że  nie  przebywają  gdzieś  w Afryce,  ale  w Anglii, 
gdzie trzeba działać szybko i dyskretnie. 

Samolot zjeżdżał z pasa startowego, kierując się w stronę głównego terminalu. 
Wszyscy  pasażerowie  czuli  niepokój.  Niewidzialne  siły  rozsiewały  dookoła  dziwną  żądzę 

czynu. 

Nikt  nie  spoglądał  na  małego,  zasuszonego  człowieczka,  który  kończył  odpinać  pasy.  Nie 

sposób było ocenić, ile ma lat. Pięćdziesiąt? Sześćdziesiąt? 

Siedemdziesiąt? Nikt nie wiedział, jakiej jest narodowości... 
Cienkie  włosy  czesane  z przedziałkiem,  tu  i ówdzie  przyprószone  siwizną.  Sucha  skóra 

obciągająca kości twarzy uwydatniała azjatyckie rysy. Palce o długich, ostrych jak u drapieżnika 
paznokciach  Bawiły  się  rączką  aktówki  leżącej  na  kolanach.  Gdyby  ktoś  przyjrzał  mu  się 
uważniej, odkryłby na twarzy niepokój. 

Wąskie  jak  szparki  oczy  rozglądały  się  nerwowo,  a ostry  język  co  chwila  oblizywał 

popękane wargi. Sprawiał wrażenie, że chce odrzucić aktówkę i jak najszybciej uciec. 

–  Panie  i panowie,  witamy  we  Fradley.  Według  planu  mamy  czterdzieści  minut  przerwy. 

Mogą  państwo  wyjść  z samolotu  i odświeżyć  się.  Proszę  być  na  pokładzie  około  jedenastej 
trzydzieści dwie. 

Ludzie wstali i ruszyli do wyjścia. Oprócz jednego. Drobny człowieczek wykonał tylko jeden 

ruch. Popchnął palcami małą, mosiężną dźwignię znajdującą się pod rączką aktówki. 

– A nie mówiłem? 
W  głosie  Reece’a  Lingena  zabrzmiała  satysfakcja,  kiedy  podszedł  do  Charlesa  White’a 

i braci Warboys stojących w jego biurze przy oknie. Dwieście jardów dalej pięć osób wysiadało 
właśnie z samolotu. 

–  Wspaniały  –  zaśmiał  się  Charlie.  –  Żeby  go  zepsuć,  trzeba  by  wysadzić  w powietrze 

lotnisko. 

background image

– To prawda – dodał Lingen. – Wszystko się ułoży. Za kilkanaście minut nasze cudo odleci, 

ale ludzie będą pamiętać, że widzieli concorde’a we Fradley. 

–  Może  –  chrząknął  White.  –  Może  facet,  który  tu  przyleciał,  zrujnuje  nas  za  kilkanaście 

miesięcy.  Zaszczepi  w szeregi  partii,  która  najprawdopodobniej  wygra  wybory,  trochę 

marksizmu.  Nacjonalizacja  lotnictwa,  banków,  towarzystw  ubezpieczeniowych  na  początek. 
Marzy mu się dyktatura. 

– Do tego nie dojdzie – powiedział Reece, starając się zmienić temat rozmowy. – Ludzie nie 

pozwolą. Niech pan posłucha tych gwizdów. 

Odgłos gniewu przypominał narastający grzmot. 
– Właśnie to miałem na myśli – dodał po chwili dyrektor, nie wiedząc, że wszyscy patrzą na 

co innego. 

Hałas  nagle  ucichł  jak  odległe  echo.  Idący  w kierunku  terminalu  ludzie  zatrzymali  się 

i skierowali spojrzenia na samolot. 

– Cholera, co tam się dzieje? – wykrzyknął White, wspinając się na palce. 
Na pokładzie concorde’a toczyła się walka. 
– Wygląda na... 
Charles  White  nigdy  nie  dokończył  zdania.  Został  oślepiony  potężnym  strumieniem  ognia 

wydobywającym  się  z samolotu.  Wydawało  się,  że  żywioł  pełznie  w kierunku  wieży, 
przedzierając się przez tłum. Pod naporem ogromnej siły szyby rozsypały się w proch. Tornado, 
które wyrwało się z piekła, dopadło tych, których chciało, siejąc po drodze śmierć i zniszczenie. 

– Jezu Chryste! 

Lance  i Pamela  przytulili  się  do  siebie.  Kiedy  odjechali  półtorej  mili  od  lotniska,  usłyszeli 

potworny  grzmot.  Kilka  sekund  później  powiał  wiatr.  Potężne  uderzenie  mas  powietrza 
poderwało  stojący  bokiem  samochód,  obracając  nim  kilkakrotnie  dookoła  osi.  W końcu  austin 
wylądował parę metrów dalej, grzęznąc kołami w żywopłocie. Ustawił się tak, że Pamela i Lance 
byli zmuszeni oglądać potworny obraz. 

Właściwie widzieli tylko concorde’a. W jakiś sposób wszystkie zabudowania lotniska zostały 

usunięte. Chyba uległy zniszczeniu. 

Płomienie  były  wszędzie.  Unoszący  się  dym  zaczął  powoli  zamazywać  obraz,  kryjąc 

wszystko z wyjątkiem samolotu. Dlaczego ciągle był nie tknięty, nie mieli pojęcia. Widzieli już 
tylko  jego przód. Wyglądał  niczym  wygięty, ziejący ogniem dziób. Jak paszcza smoka z bajki, 
ale to nie była bajka. 

W końcu zniknął. Został pokonany, zniszczony, pożarty przez płomienie. Znikło wszystko. 

Lance  i Pamela  powinni  wypchnąć  samochód  i czym  prędzej  odjechać,  ale  jakaś  siła 

zmuszała ich do obserwowania widowiska. Siedzieli więc i spoglądali przerażeni, a jednocześnie 
zafascynowani.  Słup  dymu  sięgał  coraz  wyżej,  aż  wreszcie  zaczął  rozpływać  się  na  boki. 

background image

Przypominał grzyb jądrowy. 

Nie  widzieli  nic  prócz  dymu,  niczego  nie  słyszeli.  Żadnych  syren.  Nie  minął  ich  żaden 

ambulans ani wóz strażacki. Świat umarł. 

Od czasu do czasu jedno coś mówiło, ale drugie nic nie mogło usłyszeć. Widząc tylko ruchy 

warg, zrozumieli, że ogłuchli. Nie był to szok, ale przystosowanie do nowej sytuacji. Zapłacili za 
to, że nie brali udziału w masowej zagładzie i kremacji tysięcy ludzi. 

Pamela nie myślała nawet, żeby gdzieś odjechać. Lance odczuwał to samo. Żadne z nich nie 

modliło się. Siedzieli tylko i wpatrywali się w dym z nadzieją, że wkrótce się przejaśni. Robiło 
się  jednak  coraz  ciemniej.  Prawdopodobnie  nadeszła  noc.  Stracili  poczucie  czasu.  Gęste 
powietrze było przesycone spalenizną. 

Po pewnym czasie zaczęło się przejaśniać. Nie widzieli, czy nadchodzi dzień, czy może dym 

zaczął opadać. Czy to sen? Wysiedli z samochodu i ruszyli do przodu. Po chwili znaleźli miejsce, 

z którego  rozciągał  się  widok  na  całą  okolicę.  Nic  nie  mówili,  zresztą,  nie  miałoby  to  sensu. 
Potężny grzyb ciągle widniał na niebie. 

Był teraz dużo większy, jakby rozrzedzony. Ciągle wisiał nad terenem, gdzie jeszcze przed 

chwilą było lotnisko. 

Ten  widok  podziałał  jak  uderzenie  młotem  w głowę.  Umysł  nie  chciał  pojąć  tego,  co 

widziały oczy. Stanęli w obliczu totalnego zniszczenia, które dokonało się w ciągu kilku godzin. 

Lance zapalił dwa papierosy i jednego podał dziewczynie. Zaciągali się głęboko dymem, nie 

czując ich smaku. 

Dookoła panowała cisza. Żadnego znaku życia. Nic, kompletnie nic. Pod nimi rozciągały się 

tylko wzgórza i dymiące kratery. Lotnisko Fradley przestało istnieć i nie wiadomo, czy nie było 
tylko  snem.  Po  betonowym  pomniku  ludzkości  nie  zostało  ani  śladu.  Zostały  tylko  ogromne, 

rozpalone kamienie. 

Pamela  z trudem  opanowała  drżenie  rąk.  Wyciągnięty  palec  pokazywał  ogromne  skalne 

bloki. Kamienny krąg! 

Dookoła  ciągle  się  paliło.  Dopiero  kiedy  ogień  pochłonie  wszystko,  jego  głód  zostanie 

nasycony.  Fradley  zostało  zmiecione  z powierzchni  ziemi.  Pozostały  tylko  kamienie,  kiedyś 
ułożone  tu  przez  wyznawców  starej  religii.  Teraz  wyłonili  się  z mgły  czasów.  Niezniszczalni, 
niepokonani. Nawet natura uznała ich wyższość. 

Lance i Pamela wrócili do samochodu. Byli wstrząśnięci. Chcieli krzyczeć. Po co? 
Ich  krzyk  nigdy  nie  zostanie  usłyszany.  Cisza  osaczała  niczym  mgła  i wdzierała  się  do 

każdego zakątka umysłu i duszy. Otaczał ich pusty, wypalony świat. 

Na  niebie  nie  było  chmur,  wiatr  szarpał  ogromnym  obłokiem  wiszącym  nad  ich  głowami. 

Przybierał kształty przekraczające granicę ludzkiej wyobraźni. 

Lance i Pamela próbowali biec. Chcieli uciec z tego strasznego miejsca, ale gorące powietrze 

background image

wdzierało się do płuc, uniemożliwiając oddychanie. Wrócili więc do samochodu. Lance opadł na 
siedzenie za kierownicą. Rzucił okiem na dziewczynę. Wyglądała okropnie. Nie chciał widzieć 

jej w takim stanie. 

Silnik zapalił od razu. Z trudnością wyjechali na drogę. Jechali bardzo wolno. 
Nie  mieli  dokąd  się  spieszyć.  Ptak  Śmierci  przyszedł  i odszedł,  na  swojej  drodze  zostawił 

śmierć i zniszczenie. Mało prawdopodobne, że jeszcze ktoś przeżył.