background image

Cathie Linz

Zbyt samodzielna na 

żonę

Too Smart for Marriage

background image

PROLOG

- Uwielbiam wesela - powiedziała Hattie Goodie. Jej delikatne jak 

pajęczyna skrzydła drżały z przejęcia.

- No,  no,  trzeba  przyznać,  że  urządzili  niezłą  ucztę.  -  Betty, 

najstarsza  z  trojaczków  Goodie,  potoczyła  wzrokiem  po  stołach 
zastawionych  rozmaitymi  pysznościami,  od  zimnych  przystawek  z 
owoców  morza  po  truskawki  w  czekoladowej  polewie  i  fondue  z 
białej czekolady. Jej krótka zawadiacka fryzura pasowała jak ulał do 
krnąbrnego charakteru.

- Całe szczęście, że jako dobre wróżki nie musimy przejmować się 

kaloriami  -  rzuciła  Muriel,  najtrzeźwiej  z  całej  trójki  patrząca  na 
życie. Siedziała na stosie prezentów ułożonym na bocznym stole pod 
ścianą sali balowej.

Betty,  niczym  generał  na  polu  bitwy,  przechadzała  się  tam  i  z 

powrotem  wzdłuż  brzegu  stołu,  a  Hattie,  która  uwielbiała  górować 
nad wszystkimi, przysiadła na największym prezencie.

- Nie  pojmuję,  jak  mogłyście  się  ubrać  w  codzienne  stroje  na  tak 

uroczystą  okazję  -  narzekała,  wystrojona  w  lawendową  suknię  i 
kapelusz  z  szerokim  rondem.  Specjalnie  na  ten  wieczór 
przefarbowała pantofle i torebkę, żeby pasowały do reszty kreacji. -
Betty, bawełniany podkoszulek  naprawdę nie nadaje się na weselne 
przyjęcie.

- Nie  chciałam  przyćmić  panny  młodej  -  odparowała  Betty, 

wygładzając jeden ze swoich ulubionych T-shirtów.

- Przeczytaj to. - Wskazała palcem napis: „Dobre wróżki latają, bo 

lekki stosunek do siebie mają". - A poza tym, do stu petunii, przecież 
jesteśmy niewidzialne!

- Trzeba  jednak  zachowywać  pozory  -  powiedziała  Hattie 

afektowanym głosem.

Betty prychnęła głośno, w sposób, jaki nie przystoi ani damom, ani 

dobrym  wróżkom.  Hattie  zaś,  przeczuwając,  że  tej  potyczki  nie 
wygra, zwróciła swój gniew przeciwko Muriel.

- I  ty,  w  tej  swojej  kamizelce  fotograficznej.  Nigdy  nawet  nie 

trzymałaś w ręku aparatu.

- Po  prostu  lubię  mieć  dużo  kieszeni.  -  Muriel  wzruszyła 

ramionami.

background image

Przypomniawszy  sobie  ich  kłótnię  sprzed  kilku  tygodni,  Hattie 

postanowiła  nie  wywoływać  wilka  z  lasu  i  zostawić  w  spokoju 
beznadziejnie  niemodne  siostry,  skupiając  swoją  uwagę  na 
otoczeniu.

- Przynajmniej  sala  jest  pięknie  udekorowana,  w  przeciwieństwie 

do was - nie darowała sobie jednak złośliwości.

Rozświetlona  sala  bankietowa  „Karuzela",  ze  śnieżnobiałymi 

obrusami,  lawendowymi  serwetkami  i  morzem  kwiatów,  wyglądała 
doprawdy imponująco. W drugim jej końcu panna młoda, w sukni z 
atłasu  i  staromodnych  koronek,  karmiła  swojego  oblubieńca 
weselnym tortem.

- Tak się cieszę, że Jason i Heather w końcu się pobrali.
- Hattie otarła oczy haftowaną batystową  chusteczką. - Bałam się, 

że ten dzień nigdy nie nadejdzie.

- Ryan  i  Courtney  mądrze  zrobili,  że  wzięli  ślub  po  cichu -

pochwaliła Muriel swoich podopiecznych.

- Jason  sądził,  że  Ryan  jak  zwykle  żartuje  –  powiedziała Betty  -

kiedy oświadczył mu, że został przeniesiony do Chicago i wraca jako 
żonaty mężczyzna.

- Jason  wkurzył  się  po  prostu  na  Ryana,  że  go  wyprzedził -  nie 

omieszkała wyjaśnić Muriel.

- Już  nie  wygląda  na  wkurzonego  -  zauważyła  Betty. -  Jest 

szczęśliwy.

- Ryan też.
- Czyli zostaje nam ich siostra, Anastazja.
Jak  na  zawołanie,  wszystkie  trzy  dobre  wróżki  spojrzały  na 

ciemnowłosą  kobietę  w  lśniącej  lawendowej  sukni  druhny.  Zdążyła 
już zamienić wytworne szpilki na wygodne sportowe buty.

- No dobrze... - westchnęła Betty. - Tym razem zabierzemy się do 

tego  trochę  inaczej.  Z  Jasonem  i  Ryanem  działałyśmy  raczej  na 
wyczucie...

- Jakie  tam  raczej  -  przerwała  jej  Muriel.  -  Z  całą  pewnością 

działałyśmy na wyczucie.

Betty  zmarszczyła  gniewnie  czoło.  Nie  znosiła,  kiedy  ktoś  jej 

przerywał.

- Od  dnia,  w  którym  rozpoczęłyśmy  pracę  w  tym  fachu,  kiedy  w 

background image

czasie  chrztu  trojaczków  Knight  przez  nieuwagę  wysypałyśmy  na 
dzieci  zbyt  wiele  czarodziejskiego  pyłu,  ponosimy  konsekwencje 
tamtego  błędu.  Swatałyśmy  potem  wiele  innych  trojaczków  i  nie 
miałyśmy z nimi większych kłopotów. Ale ta trójka od początku jest 
wyjątkowa.  Prawdopodobnie  dlatego,  że  obdarzyłyśmy  Jasona 
nadmiernym rozsądkiem i seksapilem, a Ryana przesadnym uporem i 
poczuciem humoru.

- Nie zapominaj o Anastazji. Za dużo inteligencji i zbyt żywiołowy 

temperament.  Chociaż  dobrze  jej  z  tym,  prawda? -  powiedziała  z 
dumą w głosie Hattie.

- Jej ze wszystkim i we wszystkim jest dobrze - przyznała Muriel.
Siostry  zauważyły,  że  goście  zaczęli  tańczyć.  Ze  sprzętu 

nagłaśniającego  dostarczonego  przez  stację  radiową  WMAX,  w 
której pracowała Heather, popłynęła muzyka. Pierwszą piosenką była 
„The  One"  Eltona  Johna,  zajmująca  szczególne  miejsce  w  sercach 
Jasona  i  Heather.  Młoda  para  wyglądała  na  nieprzytomnie 
szczęśliwą. Tak samo jak Ryan i Courtney.

Anastazja  sprawiała  wrażenie  znacznie  mniej  zadowolonej. 

Tańczyła  z  krępym  mężczyzną,  który  był  już  bardziej  niż 
podchmielony. Kiedy facet nieopatrznie zsunął rękę na jej pośladek, 
z całej siły nadepnęła mu na nogę.

- No właśnie... - Betty pokręciła głową. – Nadmiar zapalczywości.
- Została ordynarnie sprowokowana. - Hattie natychmiast stanęła w 

obronie  swojej  podopiecznej.  -  Ten  pijany  łobuz  zachował  się  jak 
ostatni prostak!

- Będziemy miały z nią dużo kłopotów - powiedziała Muriel. - Czy 

wiemy już, kto jest jej przeznaczony?

- Oczywiście, że wiemy. Na tym polega nasza praca - oświadczyła 

z wyższością Betty.

- David  Sullivan,  trudny  typ,  taki,  który  nie  wierzy  w  marzenia  -

gorliwie wyjaśniła Hattie.

- Dlatego właśnie powinnyśmy opracować dla Anastazji  specjalny 

plan.

- Zawsze sobie mówimy, że mamy jakiś plan, a potem rzadko coś z 

niego wychodzi.

- Fakt, że zdarzają nam się wpadki...

background image

- Nie  da  się  ukryć  -  wtrąciła  się  Muriel  -  ale  czy  zauważyłaś,  że 

nam zdarzają się częściej niż innym?

- I dlatego musimy wezwać posiłki - oświadczyła Berty.
- Anioła stróża? - Hattie wymówiła te słowa z namaszczeniem.
- Nie, babcię.
- Babcię?
- Właśnie.  Żeby  wyswatać  tych  dwoje,  musimy  skorzystać  z 

ludzkiej pomocy. Kogoś, kto będzie trzymał rękę na pulsie. W końcu 
mamy też innych podopiecznych.

- A  co  ja  i  ty  mamy  z  tym  wspólnego?  -  spytała  Muriel.  -

Wydawało mi się, że to zadanie Hattie, a my jesteśmy tu tylko po to, 
żeby  służyć  jej  radą.  W  każdym  razie  tak  mi  powiedziałaś,  kiedy 
zajmowałam  się  Ryanem.  Przecież  to  zasługa  Hattie,  że  Anastazja 
wyrosła  na  kobietę  w  gorącej  wodzie  kąpaną  i  nieprzeciętnie 
inteligentną.

- Daj spokój - przerwała jej Berty. - Pamiętasz chyba naszą zasadę: 

jedna za wszystkie, wszystkie za jedną.

- To zawołanie Trzech Muszkieterów.
- No i dobrze, im się sprawdzało i sprawdza się nam. Na czym to ja 

skończyłam?

- Wspomniałaś,  że  masz  znaleźć  wśród  ludzi  kogoś  do  pomocy  -

przypomniała Hattie. - Jakąś babcię.

- Słusznie. Zwerbowałam babcię Davida Sullivana.
- Czy to jest dozwolone? - spytała niepewnie Hattie.
- Jeśli nie będziesz o tym trąbić... - Betty wzruszyła ramionami - to 

ja też nie.

- Dlaczego  David  i  Anastazja  nie  mogą  się  po  prostu  spotkać  i 

zakochać od pierwszego wejrzenia? - westchnęła Hattie.

- Bo to by było zbyt łatwe.
- A  widziałabyś  w  tym  coś  złego?  -  Muriel  najwyraźniej  nie 

widziała. - To dobrze, jeśli coś idzie jak z płatka.

- Być może, ale nie taka nasza dola. A zresztą co się z wami dzieje? 

Nie  lubicie  przygód?  Każde  trio  dobrych  wróżek  poradzi  sobie  z 
łatwą  sprawą.  Ale  żeby  stawić  czoło  prawdziwym  wyzwaniom, 
potrzeba odwagi i pomysłowości takich specjalistek jak my.

- A  co  jest  właściwie  naszą  specjalnością?  -  spytała  niewinnie 

background image

Hattie.

- Kłopoty - odparła bez zastanowienia Muriel.
- Stwarzamy je czy zaradzamy im?
- Jedno  i  drugie,  niestety.  Ale  wkrótce  przełamiemy  złą  passę. 

Claire  Sullivan  marzy  o  tym,  żeby  jej  jedyny  wnuczek  się 
ustatkował. Wychowywała go jak matka, odkąd jego rodzice zginęli
w wypadku. Miał wtedy dziesięć lat. David słucha rad swojej babci, 
więc jeśli będziemy mieć w niej oparcie, pójdzie nam z płatka.

Gdy tylko Betty dokończyła zdanie, wybuchła głośna utarczka przy 

stole  z  weselnym  tortem.  Anastazję  rozzłościły  w  końcu  na  dobre 
końskie zaloty przysadzistego partnera, który zachowywał się, jakby 
całkiem nie pojmował, dlaczego nadepnęła mu na nogę. Tym razem 
odepchnęła go z całej siły. Zbyt pijany, żeby utrzymać równowagę, 
zachwiał  się  i  zatoczył  do  tyłu,  następnie  wymachując  rękami, 
znieruchomiał  na  chwilę,  po  czym  runął  jak  kłoda  w  sam  środek 
tortu.

- Pójdzie nam jak z płatka - powiedziała z przekąsem Muriel. - Już 

to 

widzę.

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY

- Denton  dalej  pchał  się  z  tymi  łapami,  więc  w  końcu  go 

odepchnęłam, wcale nie tak mocno... - opowiadała Anastazja swojej 
przyjaciółce  Claire  Sullivan,  kiedy  jechały  prowadzącą  na  północ 
Chicago trasą  Lakę Shore. - Ale on był pijany, stracił równowagę i 
wylądował na torcie weselnym mojego brata.

Anastazja  siedziała  za  kierownicą  swojego  czerwonego  triumpha. 

Dach  kabrioletu  był  opuszczony,  związała  więc  włosy  w  koński 
ogon, żeby nie rozwiewał ich wiatr. Był gorący sierpniowy dzień, ale 
chłodna bryza od jeziora łagodziła upał.

Claire,  z  obawy  o  fryzurę,  wcisnęła  na  czoło  czapkę  baseballową 

drużyny  Chicago  Cubs.  Zupełnie  nie  wyglądała  na  swoje 
siedemdziesiąt lat z okładem, a w szafirowym dresie do uprawiania 
joggingu było jej szczególnie do twarzy.

- Coś  podobnego...  -  Spojrzała  na  Anastazję  z  troską  w  oczach.  -

Czy bardzo był zły?

- Kto?  Denton  czy  Jason?  -  Zanim  doczekała  się  odpowiedzi, 

wyprzedziła  z  wprawą  kilka  samochodów.  Anastazja  prowadziła 
auto tak, jak żyła: pewnie i z odrobiną szaleństwa.

- Denton dostał to, na co zasłużył. Miałam na myśli Jasona.
- Nie  wyglądał  na  rozbawionego,  ale  Heather  zachowała  się 

fantastycznie.  Najpierw  wszystkich  rozśmieszyła,  a  potem  zebrała 
nas wokół siebie, rzuciła w tłum ślubny bukiet, i było po sprawie.

- A kto go złapał?
- No  więc,  wyobraź  sobie,  druhną  Heather  była  producentka  jej 

audycji radiowej, Nita Weiskopf. Do nieśmiałych to ona nie należy. 
Stanęła w pierwszym rzędzie, gotowa na wszystko, byle pochwycić 
ten bukiet. Ja stałam z tyłu.

- Bo  ty  należysz  do  nieśmiałych...  -  Claire  uśmiechnęła  się 

przewrotnie.

- Jasne.  -  Anastazja  odwzajemniła  uśmiech.  -  Wszystko  można  o 

mnie  powiedzieć,  tylko  nie  to,  że  jestem  nieśmiała.  Stanęłam  jak 
najdalej, bo po prostu nie chciałam złapać tego bukietu. Zupełnie mi 
się nie marzyła rola następnej panny młodej.

- Masz coś przeciwko pannom młodym?
- Oczywiście, że nie. Dopóki nie jestem jedną z nich. Zbyt wysoko 

background image

cenię sobie wolność. W każdym razie Heather rzuciła bukiet prosto 
w Nitę. A potem zdarzyło się coś dziwnego... - Anastazja zamilkła na 
chwilę.  -  Mimo  moich  najszczerszych  wysiłków,  żeby  trzymać  się 
jak najdalej od tych przeklętych kwiatów, nagle bukiet skręcił, jakby 
zdalnie sterowany, i zaczął lądować tuż nade mną. Mogłam go albo 
chwycić, albo dostać nim po głowie.

- Miałaś szczęście!
- Nie nazwałabym tego  szczęściem. To, że poznałam w bibliotece 

ciebie  -  o,  to  było  prawdziwe  szczęście!  -  Anastazja  od  pierwszej 
chwili poczuła sympatię  do Claire,  a przez  cały  ostatni  rok stawały 
się sobie coraz bliższe.

- Dla mnie to też był wyjątkowy dzień. Tak jak dzisiejszy. Pomyśl 

tylko: ja - kobietą interesu. Wciąż jeszcze nie mogę w to uwierzyć.

- Będziesz wspaniała.
- Od dawna chciałam otworzyć własną cukierenkę z lodami, ale to 

było  tylko  marzenie  i  nigdy  nie  myślałam,  że  kiedykolwiek  się 
spełni.

- To był rzeczywiście łut szczęścia, że właściciele domu, w którym 

mieszkam,  zdecydowali  się  akurat  teraz  go  sprzedać.  A  sklep  na 
parterze  ma  tę  cudowną  marmurową  ladę,  w  sam  raz  dla  twojej 
cukierenki. To miejsce aż się prosiło o remont. Trudno uwierzyć, że 
od  zamknięcia  polskich  delikatesów  stało  puste.  -  Anastazja 
uśmiechnęła się do Claire. - Wiesz, że jestem dobrą lokatorką, więc 
kiedy wynajmiesz  mi  mieszkanie na drugim piętrze,  będziesz miała 
następne źródło regularnych dochodów.

- Wiem.  I  nie  mogę  się  doczekać  rozpoczęcia  remontu.  Mam 

nadzieję, że uda mi ruszyć z tym biznesem za półtora miesiąca.

Kwadrans  później  Anastazja  zaparkowała  przed  swoim  domem. 

Ledwie zgasł silnik, Claire wysiadła z samochodu i pędem ruszyła do 
drzwi wejściowych.

- Boże, jestem tak zdenerwowana, że nie potrafię poradzić sobie z 

zamkiem.  -  Starsza  kobieta  ścisnęła  dłoń  Anastazji.  - Jeszcze  raz 
dziękuję,  że  zechciałaś  pojechać  ze  mną  na  ten  przetarg.  Twoja 
obecność naprawdę dodawała mi otuchy.

- Po to ma się przyjaciół. - Anastazja przytuliła Claire.
- Miałam  nadzieję,  że  mój  wnuk  wróci  z  konferencji  w  Nowym 

background image

Jorku i będzie mi towarzyszył... ale widocznie coś go zatrzymało.

Anastazję korciło, żeby przemówić mu do rozumu. Nie znała tego 

faceta,  a  już  go  nie  lubiła.  Z  tego,  co  o  nim  słyszała,  musiał  być 
zwariowanym pracoholikiem,  któremu brakowało czasu na  to,  żeby 
w pełni docenić swoją babcię. A ona była tak niezwykłą kobietą.

Miała błękitne żywe oczy, a na jej kasztanowych włosach nie widać 

było  śladu  siwizny.  Zawdzięczała  to  swoim  rytualnym  wizytom  w 
salonie piękności „Paula's Powder Puff", którego, jak przyznała, była 
wierną  klientką  od  czasów  prezydentury  Eisenhowera  w  pierwszej 
połowie  lat  pięćdziesiątych.  Poza  tym  Claire  miała  wielkie  serce. 
Zasługiwała na coś lepszego niż na wnuka, który nie potrafi znaleźć 
dla niej czasu, gdy ona naprawdę go potrzebuje.

- Zapomnij  o  Davidzie.  Proszę...  -  Anastazja  przekręciła  klucz  w 

zamku  i  z  uroczystą  miną  otworzyła  drzwi.  -  Witamy  w... 
Wymyśliłaś już nazwę dla swojej lodziarni?

- Jeszcze nie. - Claire wpadła do opuszczonego sklepu. Stanęła na 

samym  środku  podłogi  z  kafelków  ułożonych  we  wzór  płatków 
śniegu, zakręciła  się w  tanecznym piruecie i  krzyknęła:  - Moje!  To 
wszystko moje!

Anastazja  roześmiała  się.  Podobnie  jak  Claire,  dostrzegła 

otwierające  się  przed  przyjaciółką  perspektywy,  choć  puste 
pomieszczenie  nie  wyglądało  teraz  najlepiej.  Poprzedni  właściciel 
budynku zmarł  w  zeszłym  roku,  a  jego spadkobiercy długo  spierali 
się  między  sobą,  aż  w  końcu  zdecydowali  się  sprzedać 
nieruchomość.

Sklep  wymagał  gruntownego  remontu,  ale  dwa  mieszkania  na 

górze  były  w  dobrym  stanie.  Wybudowany  w  latach  dwudziestych 
dom  z  czerwonej  cegły  znajdował  się  w  Evanston,  na  północnym 
przedmieściu  Chicago,  o  rzut  kamieniem od  granic  miasta. 
Lokalizacja u zbiegu dwóch ulic niemal gwarantowała popularność, 
a do tego łatwo było tu zaparkować samochód. Poza tym niedaleko 
mieścił  się  campus  Uniwersytetu  Northwestern,  można  więc  było 
liczyć na studentów.

Jednym  słowem,  było  to  znakomite  miejsce  na  urzeczywistnienie 

marzeń  Claire.  A  Anastazja  gotowa  była  zrobić  wszystko,  co  tylko 
możliwe, żeby jej w tym pomóc.

background image

- Co  tu,  u  diabła,  się  dzieje?  -  spytał wściekłym  tonem  stojący  w 

progu mężczyzna.  W  oczach  miał  dziką  furię,  co  nie  przeszkodziło 
Anastazji zauważyć, że jest wyjątkowo przystojny.

- Cofnij  się!  -  rozkazała  stanowczym,  ostrym  tonem,  tak  jak  ją 

uczył  instruktor  samoobrony.  Nie  odwracając  wzroku,  sięgnęła  do 
torebki  po  pojemnik  z  pieprzem  w  sprayu  i  wycelowała  go  w 
potencjalnego napastnika.  Wedle zasady „przezorny ubezpieczony". 
- Z drogi!

- Bo  co?  -  Intruz  rzucił  jej  kpiące  spojrzenie,  w  którym  nie  było 

nawet cienia strachu. - Udusisz mnie kremem do golenia?

- David,  co  za  niespodzianka!  -  krzyknęła  Claire  i  podeszła,  żeby 

go  uściskać.  -  Myślałam,  że  siedzisz  jeszcze  na  tej  konferencji  w 
Buffalo.

- Właśnie  wróciłem  i  odsłuchałem  na  sekretarce  twoją  dziwną 

wiadomość.  Niewiele  z  tego  zrozumiałem.  Coś  o  kupnie  domu,  o 
jakiejś cukierence z lodami...

- Zostawiłam  ci  adres,  ale  nie  sądziłam,  że  będziesz  jechał  taki 

kawał  drogi,  żeby  zobaczyć  to  miejsce  na  własne  oczy.  Kochany  z 
ciebie chłopiec.

Chłopiec? Anastazja nie wierzyła własnym uszom. Nie mogła się w 

nim  dopatrzyć  niczego  chłopięcego.  Wyglądał  bardzo  męsko  i 
pociągająco:  miał  czarne  włosy  i  brwi  oraz  niewiarygodnie 
niebieskie  oczy  w  oprawie  gęstych  rzęs.  Była  dopiero  trzecia  po 
południu, a jego kanciastą brodę pokrywał już cień świeżego zarostu. 
Widać było, że wrócił z bardzo uciążliwej podróży.

Ubrany był  w  znoszone  dżinsy i  płócienną  koszulę  uwydatniającą 

jego  szerokie  barki.  Podwinięte  rękawy  odsłaniały  opalone 
przedramiona. Był wysoki i dobrze zbudowany, ale szczupły. Typem 
muskulatury nie zaimponowałby nawet początkującemu kulturyście.

- Co tu się dzieje? - spytał ponownie.
- To...  -  Claire  zamaszystym  gestem  dłoni  zakreśliła  w  powietrzu 

półkole - … jest moja przyszłość.

- Nieprawda. Twoją przyszłością jest kapitał odłożony w banku.
- Już nie. Zainwestowałam go w to.
- Co zrobiłaś?! - David pobladł.
- Nie  musisz  krzyczeć,  kochanie  -  powiedziała  z  łagodną 

background image

reprymendą w  głosie.  -  Mam tę swoją  siedemdziesiątkę z  okładem, 
ale to nie znaczy, że jestem głucha.

- Nie  mogę  uwierzyć,  że  zrobiłaś  coś  takiego,  nie  prosząc  mnie 

nawet o radę.

- Byłeś  ostatnio  bardzo  zajęty,  więc  nie  chciałam  zawracać  ci 

głowy.

Anastazja zastanawiała się, czy to, co przemknęło przez jego twarz, 

było  cieniem  zażenowania,  czy  tylko  złudzeniem  optycznym.  Nie 
miała  pewności,  bo  teraz  jego  mina  wyrażała  niczym  niezmącony
gniew.

- Nie powinnaś była tego robić. Ale może powiesz mi wreszcie, co 

dokładnie zrobiłaś?

- Kupiłam  tę  kamienicę.  -  Claire  czule  poklepała  ścianę.  David 

sprawiał wrażenie, jakby dostał po głowie grubą deską.

- Kupiłaś - powtórzył ostrożnie. - To znaczy zapłaciłaś za nią?
- Tak. I obciążyłam jej hipotekę.
- Co cię, na miłość boską, opętało?
- Mam zamiar otworzyć cukierenkę z lodami.
- Lodziarnię.  Dopadł  cię  jakiś  wygadany  pośrednik  i  podstępem 

wyłudził pieniądze?

- Oczywiście, że nie. Moja lodziarnia będzie jak ze starych dobrych 

czasów,  kiedy  sprzedawano  lody  domowej  roboty  -  oświadczyła 
dumnie.

- Nie  wydaje  ci  się,  że  to  trochę  za  późno,  żeby  ruszać  z  takim 

pomysłem?  Dzisiaj  prowadzenie  własnego  interesu  przynosi  więcej 
kłopotów  niż  korzyści.  Na  emeryturze  powinnaś  korzystać  z  życia, 
cieszyć  się  wolnością  od  obowiązków,  a  nie  skazywać  na  ciężką 
całodzienną  harówkę.  -  David  przemawiał  do  swojej  babci  jak  do 
niesfornego dziecka, doprowadzając tym do furii Anastazję.

Ależ  ma  tupet  ten  wielki  gamoń!  Anastazja  była  zbyt  wściekła, 

żeby  się  odezwać.  Na  szczęście  Claire  zachowała  spokój,  ufna,  że 
zdoła przekonać Davida do swojej decyzji. Anastazja uważała to za 
stratę czasu. Ten facet miał zakuty łeb i klapki na oczach. Ba, żeby 
choć klapki! Bielmo byłoby właściwszym słowem.

- Dwa mieszkania na górze są w dobrym stanie - tłumaczyła Claire 

- ale sklep wymaga odrobiny pracy.

background image

- Odrobiny  pracy?  -  powtórzył  z  niedowierzaniem  David, 

rozglądając się dokoła. - Tu przydałby się cud!

- Miałam cichą nadzieję, że pomożesz nam w remoncie... Właśnie 

zaczynasz urlop, prawda?

- Tak, ale...
- Zaplanowałam uroczyste otwarcie na pierwszego października, za 

sześć tygodni.

- O ile wiem, do tego czasu skończy się sezon największego popytu 

na lody.

- Na  lody  zawsze  jest  popyt  -  odezwała  się  w  końcu  Anastazja.  -

Poza  tym  nieczęsto  się  zdarza  okazja  nabycia nieruchomości  w  tak 
dobrym punkcie, więc Claire nie mogła z tym czekać do następnego 
lata.

- A pani jest... - David spojrzał wściekle na Anastazję.
- Och,  wybaczcie  mi  złe  maniery...  -  Claire  przycisnęła  dłonie  do 

zarumienionych  policzków,  a  potem  skierowała  je  do  wnuczka.  -
Davidzie, to jest Anastazja Knight, moja przyjaciółka. Opowiadałam 
ci o niej, pamiętasz?

- Nie  opowiadałaś.  Podobnie  jak  nie  wspomniałaś  mi  o  tym 

miejscu.

- Na pewno mówiłam ci o Anastazji, nie mam przecież zbyt wielu 

przyjaciółek.

- Jedyna  przyjaciółka,  o  której  mi  opowiadałaś,  to  jakaś  szara 

myszka z biblioteki dla dzieci.

- Szara myszka? - Claire zmarszczyła brwi.
- Nie  pamiętam,  jak  dokładnie  ją  opisałaś  -  David  wzruszył 

arogancko ramionami - ale wszystkie bibliotekarki są takie same. W 
każdym razie to wspaniale, że znalazłaś jakąś starszą panią, z którą 
możesz sobie do woli plotkować... - Zamilkł wreszcie, gdy zdał sobie 
sprawę z wiszącego w powietrzu napięcia i wrogości. Może nie był 
najbardziej  złotoustym  facetem  w  okolicy,  a  i  poczucie  taktu  nie 
należało do  jego  najsilniejszych  stron.  Poza  tym  miał  za  sobą 
okropną  podróż  z  Buffalo.  Spróbował  odzyskać  stracony  teren.  -
Chciałem  powiedzieć,  że  to  wspaniale,  iż  poznałaś  starszą  panią, 
która... uff, zaprzyjaźniła się z tobą.

Jego łagodna z  natury babcia kręciła  głową, wyraźnie  zirytowana. 

background image

Czyżby obraziła się za to, że nazwał bibliotekarkę starszą kobietą? A 
jakie określenie byłoby tu politycznie poprawne?

- Dobrze, że znalazłaś kumpelkę w wieku przedemerytalnym - czy 

to brzmi lepiej? - spytał z nadzieją w głosie.

Dwie  pary  oczu  przeszywających  go  iskrzącym  wzrokiem 

uświadomiły Davidowi, że trafił jak kulą w płot.

- Nigdy nie mówiłam, że moja przyjaciółka jest stara, starsza czy w 

wieku przedemerytalnym - oświadczyła stanowczo Claire. - Ani też 
nigdy w rozmowie nie pojawiło się słowo „szara myszka".

Davida ogarnęło złe przeczucie.
- Pozwól, że zgadnę...
- To ja jestem tą szarą myszką z biblioteki - Anastazja potwierdziła 

jego najgorsze przypuszczenia.

background image

ROZDZIAŁ DRUGI

Z  całą  pewnością  nie  przypominała  żadnej  z  bibliotekarek,  które 

widział w swoim życiu David. Choć, prawdę mówiąc, niezbyt często 
zaglądał do bibliotek. Nigdy nie miał na to dość czasu ani chęci.

Przez kilka ostatnich lat praca inspektora analizującego przyczyny 

pożarów  pochłaniała  go  bez  reszty.  Badanie  kataklizmów,  które 
często  całe  rodziny  odzierały  z  ich  marzeń,  a  nawet  pozbawiały 
życia,  należało  do  takich  doświadczeń,  które  zmieniały  w  cynika 
każdego optymistę czy marzyciela. David zaś nigdy - a przynajmniej 
od  śmierci  rodziców  w  wypadku  samochodowym  -  optymistą  ani 
marzycielem nie był.

Marzycielami byli jego rodzice. Ojciec wycofał pieniądze z polisy 

ubezpieczeniowej na życie i zainwestował je w piramidę finansową, 
nie zostawiając po sobie niczego prócz długów. David zdawał sobie 
sprawę,  że  dziadkowie,  wychowując  go,  borykali  się  z  wieloma 
poważnymi  kłopotami,  a  jednak  nigdy  nie  dali  mu  do  zrozumienia, 
że jest dla nich ciężarem.

Od  dziecka  był  pracowity  i  trzeźwo  myślący.  Wyśmiewał 

górnolotne  marzenia  innych  dzieci,  które  chciały  być  gwiazdami 
koszykówki albo rocka. Kiedyś w szkole, w dniu prezentacji różnych 
zawodów, wysłuchał pogadanki dowódcy straży pożarnej i odtąd nie 
miał  już  wątpliwości,  kim  chciałby  zostać.  Po  college'u  rozpoczął 
pracę  jako  strażak,  wspinał  się  po  kolejnych  szczeblach  kariery,  aż 
przeniesiono do wydziału rozpoznawania przyczyn pożarów.

Z  każdym  rokiem  pracy  potęgowała  się  doza  cynizmu  w  jego 

spojrzeniu  na  świat.  Jaki  sens  mają  marzenia,  jeśli  w  każdej  chwili 
mogą pójść z  dymem?  Jeśli  potrafią człowieka zaślepić,  całkowicie 
przesłaniając realny świat, tak jak zaślepiły jego ojca, który zostawił 
rodzinę  z  niczym,  poza  spopielonymi  resztkami  swoich  złudzeń. 
Zbyt wiele złych rzeczy przydarzyło się dobrym ludziom na oczach 
Davida, żeby potrafił jeszcze w coś wierzyć.

Urlop  wziął  na  żądanie  szefa.  Miał  wykorzystać  wszystkie  wolne 

dni,  które  uzbierały  się  przez  ostatnie  osiem  lat,  żeby  spojrzeć  na 
sprawy z dystansu.

Problem  polegał  na  tym,  że  na  samą  myśl  o  bezczynności  miał

ochotę  gryźć  ścianę.  Nie  należał  do  ludzi,  którzy  potrafią  lenić  się 

background image

całymi  dniami,  kontemplując  własny  pępek  i  zastanawiając  się, 
dlaczego Cubsi nigdy nie wygrywają.

Postanowił  spędzić  trochę  czasu  z  babcią  i  sprawdzić,  czy  dobrze 

jej  się  wiedzie  na  emeryturze.  Była  jedyną  bliską  mu  osobą,  miał 
więc wyrzuty sumienia, że ostatnio tak rzadko się z nią widywał, ale 
teraz tu był i nie miał zamiaru pozwolić, żeby ktoś wykorzystywał jej 
życzliwe  do  granic  naiwności  usposobienie.  Instynkt  mu 
podpowiadał,  że  Anastazja  ma  fatalny  wpływ  na  jego  babcię  -
kobietę,  która  od  dziesięcioleci  nie  zmieniła  banku  ani  fryzjera. 
Kupienie  walącego  się  domu  i  obłędny  pomysł  otworzenia  w  nim 
lodziarni absolutnie nie były w jej stylu.

Ale  coś  podobnego  na  pewno  mogło  urodzić  się  w  głowie  tej 

szalonej kobiety, która groziła mu kremem do golenia.

Miał  więcej  niż  przeczucie,  że  to  ona  skłoniła  babcię do  wydania 

lekką ręką oszczędności całego życia.

Spojrzał  na  bibliotekarkę,  tym  razem  jak  mężczyzna  na  kobietę. 

Obnosiła  się  z  tą  swoją  pewnością  siebie  jak  z  pucharem 
mistrzowskim.  Tylko bardzo odważna kobieta mogłaby się ubrać w 
ten  sposób.  Jej  żółta  sukienka  bez  rękawów  była  tak  długa,  że 
opierała  się  na  pomarańczowych  trampkach,  ale  na  niej  wyglądała 
seksownie.  Nie  wiadomo  dlaczego,  ta  sukienka  przywiodła  mu  na 
myśl parne letnie noce, zimną lemoniadę i ukradkowe pocałunki.

Miała długie kasztanowe włosy związane w koński ogon i robiące 

niezwykłe wrażenie złote oczy. Była zdecydowanie wysoka, musiała 
mieć ponad metr siedemdziesiąt wzrostu, bo czubkiem głowy sięgała 
jego brody. Nie, nie miał ochoty sprawdzić tego dokładnie, nic z tych 
rzeczy. Była piękna, ale zdecydowanie nie w jego typie. A poza tym 
nie ufał jej.

- A  więc,  Anastazjo...  -  David  starał  się  mówić  jak  najmniej 

podejrzliwym tonem - ...jeśli dobrze zrozumiałem, przyjechałaś tu z 
moją  babcią,  żeby  pomóc  jej  doprowadzić  to  miejsce  do  stanu 
używalności.

- Mieszkam  tutaj.  Oczywiście  nie  w  sklepie,  tylko  w  jednym  z 

mieszkań na górze.

- Świetnie się składa - zauważył drwiąco. - Śmiem przypuszczać, że 

to ty poradziłaś mojej babci kupno tej... - chciał powiedzieć „rudery", 

background image

ale  na  wszelki  wypadek  zrezygnował  z  otwartego  ataku  -  ...tego 
starego domu.

- Kiedy  Anastazja  powiedziała,  że  znalazła  wspaniałe  miejsce  na 

moją lodziarnię, wprost nie mogłam w to uwierzyć - odpowiedziała 
za Anastazję Claire.

- Nie mam o to do ciebie pretensji - mruknął David, postanawiając 

sobie w duchu, że nie uwierzy w ani jedno słowo Anastazji, dopóki 
sam  wszystkiego  nie  sprawdzi.  Prawdopodobnie  ta  spryciara 
namówiła babcię na kupno domu, w którym sama mieszka, z bardzo 
prostego  powodu.  Wygodnie  jest  mieć  za  gospodarza  bliską 
przyjaciółkę,  kogoś,  kto  nie  będzie  miał  nic  przeciwko  temu,  jeśli 
spóźnimy się z uiszczeniem opłaty za czynsz, a nawet wcale go nie 
zapłacimy. - Co jeszcze zrobiłaś dla mojej babci, Anastazjo?

- Zawiozłam ją dziś rano do notariusza.
David  zaklął  pod  nosem.  A  więc  umowa  została  podpisana 

zaledwie  kilka  godzin  temu.  Niech  to  szlag!  Gdyby  z  powodu  złej 
pogody  nie  odwołano  lotu,  na  który  miał  zarezerwowany  bilet, 
zdążyłby odwieść babcię od tego strasznego głupstwa.

- Posłuchaj, babciu, prowadzenie własnego interesu może wydawać 

się  zabawne,  ale  w  rzeczywistości  to  ciężka  praca,  zatrudnianie 
pracowników,  księgi  rachunkowe,  podatki  i  mnóstwo  różnych 
kłopotów. To naprawdę nie jest rozsądny pomysł.

- Jest  bardzo  rozsądny.  Potrzeba  tylko  odrobiny  wyobraźni,  żeby 

spojrzeć na to z innej strony.

Te  gorące  słowa  wyrwały  się  oczywiście  nie  jego  babci,  lecz 

Anastazji.  Złoty  snop  światła  przedzierający  się  przez  okienne 
żaluzje  tworzył  aureolę  wokół  rozwichrzonych  kosmyków  jej 
włosów.  Ale  w  jej  wyglądzie  nie  było  nic  anielskiego.  Biła  z  niej 
pasja  i  jakaś  dziwna  energia.  Wyglądała  na  kobietę,  której  równie 
łatwo udaje się zburzyć spokój ducha mężczyzny, jak wbić do głowy 
starszej pani najgłupszy pomysł na świecie.

- Jak poznałaś moją babcię? - zapytał uprzejmie.
- Poznałyśmy  się  w  bibliotece,  w  której  pracuję  razem  z  innymi 

szarymi jak myszy starymi bibliotekarkami - dodała jednym tchem.

David  skrzywił  się.  Najwyraźniej  nie  miała  zamiaru  mu  darować. 

Tym  lepiej  dla  niego.  Ona  też  nie  wzbudziła  w  nim  szczególnej 

background image

sympatii.

- Twoja  babcia  wybawiła  mnie  z  opresji.  Oczywiście  doszedł  do 

wniosku, że babcia pożyczyła jej pieniądze. Może nie wiedział zbyt 
wiele o bibliotekarkach, ale słyszał przecież, że kiepsko im płacą.

- Proszę  cię,  moja  droga,  nie  opowiadaj  mu  tej  historii  -

zaprotestowała Claire.

Strzał w dziesiątkę, pomyślał David. Zależy im, żeby o czymś nie 

wiedział, jest więc coś, czego dowiedzieć się musi.

- Dlaczego nie, babciu? Z przyjemnością posłucham, jak wybawiłaś 

ją z opresji.

- Dobrze, ale to trochę krępujące. - Claire nerwowo zachichotała. -

Widzisz,  bibliotekarki  cienko  przędą,  zwłaszcza  po  ostatnich 
cięciach  w  budżecie.  Anastazja  często  żartuje,  że  zostać 
bibliotekarką, to jakby złożyć śluby ubóstwa.

Chyba  że  znajdzie  się  bogatą  starą  przyjaciółkę  i  namówi  ją 

podstępnie  na  kupno  walącego  się  domu,  w  którym  wynajmuje  się 
mieszkanie,  pomyślał  cynicznie  David.  Niewykluczone,  że  ta
oszustka  była  w  zmowie  z  poprzednimi  właścicielami.  I  na  pewno 
trzyma w zanadrzu kilka następnych pomysłów na wyprowadzenie w 
pole jego babci.

- No  więc  zgłosiłam  się  jako  wolontariuszka  do  opowiadania 

dzieciom  bajek  -  ciągnęła  Claire.  -  Wtedy  właśnie  spotkałyśmy  się 
po raz pierwszy.

- A w jaki sposób wybawiło cię to z opresji? - David zwrócił się do 

Anastazji.

-  Podejrzewam,  że  nigdy  nie  próbowałeś  czytać  bajek grupie 

dwudziestu pięciu przedszkolaków.

Na  samą  myśl  o  tym  Davida  przeszył  dreszcz.  Nie  miał  żadnego 

doświadczenia w  obcowaniu  z  małymi dziećmi.  Owszem,  pracował 
ze  starszymi,  dostatecznie  dużymi,  żeby  grać  w  małej  lidze 
baseballu, którą pomagał prowadzić.

- Miałam w grupie dwie pary wyjątkowo nieznośnych bliźniaków -

opowiadała  Anastazja  z  uśmiechem,  który  zdradzał  i  wesołość,  i 
trwogę. - Zachowywali się jak małe dzikusy, a ja bez dziesięciu par 
dodatkowych rąk nie miałam szansy panować nad sytuacją. Przedtem 
miałam asystentkę do pomocy, ale kiedy odeszła, nie przyjęli nikogo 

background image

na  jej  miejsce.  Nazywa  się  to  redukcją  etatów  -  albo  strategią  na 
wyczerpanie  przeciwnika.  Ja  to  nazywam  krótkowzroczną, 
piramidalną  głupotą,  ale  dajmy  temu  spokój.  Lepiej,  żebym  nie 
zaczęła rozprawiać o polityce podatkowej.

- Słusznie.  -  David  wątpił,  żeby  mogli  mieć  podobne  poglądy  na 

temat odpowiedzialności finansowej.

- W każdym razie twoja babcia, anioł nie człowiek, powstrzymała 

tego  małego  potwora  Terry'ego,  jednego  z  bliźniaków,  przed 
obcięciem mi włosów. Do dzisiaj nie wiem, jak on znalazł te nożyce. 
Claire ma genialne podejście do dzieci. I opowiada im najpiękniejsze 
bajki.

- Nie umywają się nawet do bajek Anastazji. - Claire uśmiechnęła 

się promiennie. - Czy wiesz, że ona je sama wymyśla?

Jasne, nie tylko bajki dla dzieci, pomyślał David.
- O trójce dobrych wróżek. Niektóre nawet ilustruje. Radziłam jej, 

żeby zgłosiła się z nimi do jakiegoś wydawcy, bo według mnie są tak 
dobre, że nadają się do publikacji.

- Naprawdę chcesz zostać pisarką, Anastazjo?
- Nie.  Tak  naprawdę  chciałabym  być  na  tyle  bogata,  żeby  móc 

sobie  pozwolić  na  bycie  pisarką  -  odpowiedziała  z  impertynenckim
uśmiechem.

Pewnie, że byś chciała. David już miał powiedzieć Anastazji, że ma 

szansę wzbogacić się kosztem jego babci, gdy Claire chwyciła go za 
rękę i zaciągnęła na drugą stronę sklepu.

- Davidzie, spójrz tylko na tę marmurową ladę... - przeciągnęła po 

niej dłonią - i na te kafelki  na podłodze, z wzorem płatków śniegu. 
Czyż nie są piękne? To miejsce można naprawdę wspaniale urządzić. 
Najpierw usuniemy te dziwaczne ścianki działowe, żeby było więcej 
przestrzeni. Z tyłu chciałabym urządzić kuchnię.

- Kuchnię? Po co ci kuchnia?
- Żeby robić w niej lody.
- Robić? Myślałem, że chcesz je sprzedawać.
- Przecież ci mówiłam, że moje lody będą domowej roboty. Pracuję 

właśnie  nad  kilkoma  specjalnymi  przepisami.  W  rzeczach  twojego 
dziadka  znalazłam  starą  książkę  o  prowadzeniu  sklepu  z  wodą 
sodową, lemoniadą i lodami. Jest w niej kilka klasycznych receptur.

background image

- Najbardziej  mi  smakowały  „Nastrojone  Delicje"  - wtrąciła  się 

Anastazja. - Lody w kształcie staromodnego radia. „Deser Trzeciego 
Stopnia" też jest ciekawy, ale bardziej wodnisty.

David  najchętniej  urządziłby  jej  przesłuchanie  trzeciego stopnia

1

żeby  dowiedzieć  się,  w  jaki  sposób  udało  jej  się  tak  skutecznie 
wkraść  w  łaski  jego  babci.  Zadała  sobie  trud,  żeby  przeczytać 
podręcznik zawodowy jego dziadka! A on nie miał nawet pojęcia, że 
taka książka jest w domu. Zdawał sobie co prawda sprawę, że babci 
bardzo brakuje męża, ale nigdy by się nie spodziewał, że samotność 
przywiedzie ją do popełnienia tak rozpaczliwych głupstw.

- Dlaczego nie porozmawiałaś ze mną o tym domu? - zapytał po raz 

kolejny. - Czy nie mogłaś trochę poczekać?

- Tłumaczyłam ci... - Claire poklepała go po dłoni. - Nie chciałam 

zawracać ci głowy, wiedziałam, że jesteś bardzo zajęty. Jak się udała 
konferencja?

- Konferencja jak konferencja, a ja nigdy nie jestem aż tak zajęty, 

żeby nie porozmawiać o czymś bardzo ważnym.

- David bada przyczyny pożarów.
- Wiem,  już  mi  to  mówiłaś.  -  W  przeciwieństwie  do  Davida, 

Anastazja  uważnie  słuchała  Claire,  co  wypomniała  mu  znaczącym 
spojrzeniem.

- Już samo kupno nieruchomości - David nie zamierzał odchodzić 

od  tematu  -  wiąże  się  z  wielkim  ryzykiem,  nie  mówiąc  o 
prowadzeniu interesu. Czy wiesz, ile firm upada w pierwszym roku 
działalności? Większość. I dlaczego akurat cukierenka z lodami?

- Dlatego,  że  w  takiej  cukierence  poznałam  twojego  dziadka.  Nie 

masz  pojęcia...  -  rysy  Claire  złagodniały  - z  jaką  gracją  potrafił 
wrzucić przez ramię kulkę lodów do miseczki, która stała na ladzie. 
Miał wspaniałe ruchy.

David  spoglądał  przez  ramię  na  ruchy  Anastazji,  która  szła  w  ich 

kierunku, łagodnie kołysząc biodrami.

- Każdy ma prawo do marzeń - powiedziała zaczepnie.
- Czyżby?  A  co  myślisz  o  odpowiedzialności,  bezpieczeństwie 

finansowym?

                                                          

1

third degree - wymuszenie zeznań za pomocą tortur (przyp. tłum.)

background image

- Twoja  babcia  opracowała  szczegółowy  plan  przedsięwzięcia, 

obliczyła,  ile  kapitału  musi  w  nie  zainwestować  i  tak  dalej.  Jest 
inteligentną  kobietą.  Czy  nie  rozumiesz,  że  robi  coś,  co  ją 
uszczęśliwia?  Coś,  co  ma  dla  niej  głębokie  osobiste  znaczenie,  bo 
przywołuje  wspomnienie  młodości,  pierwszych  dni  spędzonych  z 
dziadkiem? To jest właśnie marzenie Claire.

Davida boleśnie ukłuły słowa Anastazji, bo wynikało z nich, że zna 

jego babcię lepiej niż on.

- Ciekawe,  jak  wyglądałby  ten  świat,  gdyby  wszyscy  gonili  za 

każdym szalonym marzeniem.

- Lepiej  -  odpowiedziała  cierpko.  -  Pomyśl  o  tym,  a  ja  skoczę  na 

górę i przebiorę się w jakieś robocze ciuchy.

* * *

- No cóż, poszło zupełnie dobrze - stwierdziła Hattie, unosząc się w 

powietrzu.  W  całym  pomieszczeniu  nie  było  ani  jednego  czystego 
miejsca, na którym mogłaby przysiąść w swojej wytwornej sukni.

- Dobrze?  -  Muriel,  siedząca  na  zakurzonej  marmurowej  ladzie, 

wepchnęła  z  pasją  obie  ręce  do  głębokich  kieszeni  kamizelki.  -
Dobrze, bo nie polała się krew?

- Ty zawsze musisz się czepiać. Nudziara!
- I kto to mówi? Największa pleciuga w rodzinie.
- Dziewczyny! - Betty spojrzała na siostry wymownym wzrokiem. 

Przechadzała  się  po  ladzie  w  luźnym  podkoszulku z  napisem 
„Wrzeszczę, bo mam powód", co oznaczało, że nie jest w nastroju do 
wysłuchiwania bzdur. - Zdaje się, że mamy problem z Davidem. On 
nie  wierzy  w  marzenia,  a  poza  tym  jest  przekonany,  ze  Anastazja 
czyha na pieniądze jego babci.

- Wątpię,  żeby  wierzył  w  istnienie  dobrych  wróżek  - wtrąciła 

Muriel.

- To  dopiero  początek.  Wpadłyśmy  tu,  by  zobaczyć  ich  pierwsze 

spotkanie  i  upewnić  się,  czy Claire  jest  skłonna  zagrać rolę  swatki. 
Uważam, że nie ma powodu do obaw, wszystko ułoży się jak trzeba.

- Jesteś  pewna,  że  zwerbowanie  Claire  do  pomocy  jest  dobrym 

pomysłem? - spytała niepewnie Hattie.

- A czym to może grozić? - Betty wzruszyła ramionami.
- Tylko  zachwianiem  ogólnej  równowagi  w  kosmosie  -

background image

odpowiedziała ponuro Muriel.

* * *

- Musisz być dzielna. Musisz zebrać się na odwagę - przemawiała 

Anastazja  do  skulonej  pod  fotelem  himalajskiej  kotki.  -  Pamiętaj, 
kim  jesteś.  To  małe  zwierzątko  jest  słabsze  od  ciebie.  Dziś  rano 
włożyłam  kawałek  sera  do  humanitarnej  pułapki,  takiej,  która  nie 
zrobi  myszy  krzywdy.  Nie  bój  się,  jestem  pewna,  że  zaraz  złapie 
przynętę i przestanie cię dręczyć. Uspokój się, Xeno, ona tylko biega 
sobie w kółko, żeby ci dokuczyć. Naprawdę nie powinnaś pozwalać 
tak się traktować.

Anastazja  liczyła  na  to,  że  nadając  kotce  imię  wojowniczej 

księżniczki,  pomoże  jej  przezwyciężyć  słabości  charakteru,  ale  jak 
dotychczas bez powodzenia. Właścicielką tego zwierzęcia stała się z 
konieczności. Dał go jej - a właściwie podrzucił - Trevor, jeden z jej 
byłych  chłopaków,  mówiąc,  że  nie  ma  czasu  na  zajmowanie  się 
neurotycznymi kotkami. Dwa dni później Anastazja rzuciła Trevora, 
ale zatrzymała Xenę.

- Ta  mysz  nie  ma  prawa  cię  gnębić  -  tłumaczyła  cierpliwie.  -

Musisz w siebie uwierzyć, nie możesz przed nią uciekać.

To  samo  mogłaby  powiedzieć  o  Davidzie.  Ten  twardogłowy

pracoholik  nie  miał  prawa  zastraszać  Claire,  pozbawiać  jej  marzeń. 
Sam sobie był winien, że babcia nie wciągnęła go w swoje plany. Na 
pewno  zdawała  sobie  podświadomie  sprawę,  że  starałby  się  ją 
zniechęcić.  Ta  podejrzliwość  w  oczach....  Swoją  drogą 
niewiarygodnych, w kolorze czystego intensywnego błękitu. Szkoda, 
że marnują się u tak zatwardziałego frajera.

Skąd więc u niej ta nagła iskierka zainteresowania?
- Może  to  apetyt  seksualny,  a  nie  zainteresowanie  - mruknęła, 

zrzucając  buty  w  drodze  do  sypialni.  Potem  ściągnęła  przez  głowę 
sukienkę,  włożyła  pomarańczową  bluzkę  bez  rękawów  i  białe 
ogrodniczki. Lubiła kolorowe stroje. Lubiła też kolorowe otoczenie, 
dlatego w pokoju nie było niczego neutralnego, szarego ani białego. 
Ściany  były  żółte,  a  ręcznie  tkany  indiański  dywan  niebieski,  ze 
złotymi  gwiazdami  i  księżycami.  Równie  wyraźny  akcent 
kolorystyczny  stanowiła  witrażowa  lampa  na  komódce  oraz 
reprodukcja Van Gogha nad łóżkiem.

background image

Kiedy  nałożyła  na  ramiona  szelki  spodni,  do  jej  myśli  powrócił 

David.  Wyraźnie  mu  się  nie  spodobała  i  od  pierwszej  chwili  był 
podejrzliwy. Ten typ już taki jest. Po prostu nie potrafi uwierzyć w 
bezinteresowną  życzliwość.  Gdyby  na  przykład  jadący  przed  nim 
kierowca zapłacił za niego wjazd na autostradę, na wszelki wypadek 
pojechałby za nim, żeby zdemaskować ukryte motywy takiego gestu.

Co spowodowało, że jest w nim tyle nieufności? Praca polegająca 

na tropieniu podpalaczy? Czy może wczesna utrata rodziców?

Dlaczego ją to obchodzi?
Przez te jego przeklęte błękitne oczy. Gdyby choć nie szła z nimi w 

parze  ta  uroda  śniadego  Irlandczyka.  Zawsze  lgnęła  do  takich 
mężczyzn.

Ale prawie wszyscy faceci w jej życiu byli na luzie. Mieli wielkie 

marzenia  i  nie  dzielili  włosa  na  czworo,  zastanawiając  się,  czy 
kiedykolwiek  się  spełnią.  Zgoda,  byli  przez  to  trochę  niedojrzali  i 
nieodpowiedzialni, ale na tym, między innymi, polegał ich urok. Na 
początku.

Dorastanie  z  dwoma  despotycznymi  braćmi  skutecznie  ją 

zniechęciło  do  władczych,  trzeźwo  myślących  typów.  Takich  jak 
David.

Może nie będzie się tu za często kręcił. Może właśnie w tej chwili 

Claire przemawia mu do rozsądku.

* * *

- Tak  się  cieszę,  że  pomożesz  mi  w  tym  remoncie!  -  Claire 

promieniała ze szczęścia. - Nie mam pojęcia, czym się różnią ściany 
nośne od innych, sama niewiele bym tu zdziałała. Jesteś taki mądry, 
mój  drogi.  No,  ale  w  końcu  przepracowałeś  na  budowach  niejedne 
wakacje.

- Dawne czasy, babciu - przypomniał jej David.
- Ale  z  tym  jest  na  pewno  jak  z  jazdą  na  rowerze,  tego  się  nie 

zapomina. A teraz jesteś na urlopie, prawda? Jeśli dobrze pamiętam, 
sześciotygodniowym?

David skinął głową.
- Świetnie  się  składa.  Przez  te  sześć  tygodni  możemy  wiele 

zdziałać.

Wystarczy,  pomyślał,  żeby się  dowiedzieć,  o  co  naprawdę  chodzi 

background image

Anastazji.

- A  co  z  twoim  mieszkaniem?  Mówiłeś,  że  niedługo  będziesz 

musiał się przeprowadzić. Znalazłeś już coś? Jeśli nie, mieszkanie na 
drugim  piętrze  jest  puste,  możesz  z  niego  korzystać  tak  długo,  jak 
zechcesz.

- Kto wie?
- Och, byłoby wspaniale! Nie bałabym się zostawić sklepu na noc,

bo przecież wszystkiego byś dopilnował.

- No  tak,  krem  do  golenia  nie  jest  najskuteczniejszą  bronią 

przeciwko włamywaczom.

- Och,  przestań  dokuczać  Anastazji.  Ona  po  prostu  stara  mi  się 

pomóc.

- Dobrze wiem, co stara się zrobić.
Wiedział  też,  co  on  musi  zrobić,  żeby  pokrzyżować  jej  plany. 

Wprowadzić się tutaj i zadbać o interesy babci.

* * *

- Nie ma go? - spytała Anastazja, zastawszy Claire samą w sklepie.
- Na razie. Przepraszam cię za Davida, za tę szarą myszkę.
- Daj  spokój,  pamiętam  gorsze  przezwiska.  A  twój  wnuczek 

przekona się wkrótce, jak bardzo się pomylił. Co do wielu rzeczy.

- Kocham go nad życie, ale czasami jest taki...
- Despotyczny, twardogłowy, niemożliwy?
- Chciałam powiedzieć: strasznie poważny.
- To też miałam na końcu języka. - Anastazja uśmiechnęła się.
- On  potrzebuje  kogoś,  kto  by  go  trochę  rozluźnił,  pomógł 

zrozumieć,  że  ludzie  mają  prawo  do  marzeń.  Nawet  znam  kobietę, 
która  świetnie  by  się  do  tego  nadawała.  -  Claire  spojrzała  na 
Anastazję pełnym nadziei wzrokiem.

- Ja? O, nie, mylisz się...
- Na  pewno  potrafiłabyś  go  nauczyć  marzyć...  i  czerpać  z  życia 

trochę radości. Nigdy nie spotkałam nikogo, kto cieszyłby się życiem 
tak jak ty.

- A wiesz, dlaczego nie straciłam jeszcze tego daru? Bo unikam jak 

ognia takich ponurych facetów jak David, którzy odbierają życiu całą 
radość.  -  Na  widok  przygnębionej  miny  Claire  natychmiast  się 
zreflektowała.  -  Przepraszam,  wiem,  że  jest  twoim  wnukiem  i  że 

background image

bardzo go kochasz, ale...

- Pewnie  masz  rację,  moja  droga.  Zresztą  wątpię,  żeby 

komukolwiek, nawet tobie, udało się zmienić Davida. Jesteś zdolna, 
ale nie aż tak.

- Chwileczkę.  -  Anastazji  nie  spodobały  się  te  słowa.  - Z  całą 

pewnością  jestem  wystarczająco  zdolna.  Mogłabym  go  trochę 
natchnąć i...

- Stałby się trochę znośniejszy - Claire przerwała jej w pół zdania. -

Nie chcesz chyba, żeby przygadywał nam bez przerwy, kiedy będzie 
pomagał  urządzić  to  miejsce.  Czy  nie  byłoby  łatwiej,  gdybyś 
spróbowała go przekonać do naszego sposobu myślenia?

- Zaraz, zaraz, o co chodzi z tą jego pomocą?
- David  zgodził  się  wykonać  kilka  prac  remontowych,  żeby 

ograniczyć  moje  wydatki.  I  wprowadza  się  do  wolnego  mieszkania 
na drugim piętrze.

- A  więc  będzie  się  tu  plątał  przez  jakiś  czas...  W  takim  razie  w 

naszym  własnym  interesie  musimy  go  nawrócić  na nasz  sposób 
myślenia. Poza  tym, to  niezupełnie jest tak, że nie miałam żadnego 
doświadczenia  z  podobnymi  typami.  Mój  brat  Jason  był  butnym 
ważniakiem.  Znaczną  część  tej  buty  zdążyłam  mu  wybić  z  głowy. 
Ale  twój  wnuk  jest  o  wiele...  -  Nie  potrafiła  znaleźć  właściwego 
określenia.  Twardszy?  Mniej  ogładzony?  Jason  jest  bardzo 
przystojny.  Dostał  nawet  tytuł  Najbardziej  Seksownego  Kawalera 
Chicago. Ale David jest więcej niż przystojny. Bije z niego surowa, 
dzika męskość, tak jak z rozpalonego pieca bije żar.

- Jest o wiele co, moja droga?
- Jest  o  wiele  trudniejszy  -  znalazła  słowo  zastępcze.  - Ale  mnie 

pociągają  trudne  zadania.  Powiedz  mi,  co  David  robi  dla 
przyjemności, kiedy chce się rozerwać?

- Pracuje.
- Tego  się  właśnie  obawiałam  -  westchnęła  Anastazja. -  No  więc 

dobrze, umowa stoi. Postaram się przerobić Davida po twojej myśli.

* * *

Łubudu!  Przeraźliwy  łomot  wyrwał  Anastazję  z  głębokiego  snu. 

Usiadła na łóżku  i  zamglonym wzrokiem spojrzała na budzik.  Była 
druga nad ranem, a hałas zdawał się dochodzić tuż zza jej drzwi.

background image

Doszła  do  wniosku,  że  z  dwojga  złego  lepiej  bać  się  hałasu 

wiadomego  pochodzenia,  wyśliznęła  się  więc  z  łóżka,  podeszła  na 
palcach do drzwi wejściowych i zerknęła przez wizjer.

Zobaczyła  tylną  część  dżinsowych  spodni  -  na  bez  wątpienia 

męskich pośladkach. Wyjątkowo zgrabnych.

Po  chwili  jej  oczom  ukazała  się  reszta  mężczyzny,  kiedy 

wyprostował się i rzucił przez ramię spojrzenie na jej drzwi. To był 
David.

Od  dwóch  dni  zastanawiała  się,  kiedy  wreszcie  zacznie  znosić 

swoje graty. Podejrzewała nawet, że wycofał się z umowy z babcią, 
ale  oto  zjawił  się:  z  wielkim  hukiem  i  wiązanką  pomysłowych 
przekleństw na ustach.

Nie  mogąc  zaprzepaścić  takiej  okazji,  otworzyła  drzwi,  gestem 

filmowej amantki oparła dłoń o biodro i powiedziała przeciągle:

- Witamy w sąsiedztwie, ważniaku.

background image

ROZDZIAŁ TRZECI

David  zaklął  i  upuścił  pudło  ze  sprzętem  gimnastycznym,  o  mało 

nie przygniatając sobie nim stopy.

- Co jest, bawisz się w komitet powitalny? - warknął wściekle.
- Na to  wygląda  - odpowiedziała bez  cienia skruchy. - A tobie co 

odbiło, żeby zakradać się do domu w środku nocy?

- Wcale się nie zakradam.
- Nie?  -  Uniosła  z  niedowierzaniem  brwi.  -  W  takim  razie 

przyjmuję sprzeciw.

Anastazja stała w progu w prostej białej koszuli, która zakrywała ją 

od  szyi  po  same  kostki.  Ale  padające  z  tyłu  światło  przenikało 
kusząco  cienką  bawełnę,  odsłaniając  zarys  jej  figury.  David  nie 
należał do tych, którzy zaglądają darowanemu koniowi w zęby, stał 
więc w milczeniu i rozkoszował się widokiem.

- Chyba  zdajesz  sobie  sprawę,  która  jest  godzina?  -  zapytała 

sennym,  lekko  ochrypłym  głosem.  Chwilę  później  usunęła  się  z 
kręgu  niedyskretnego  światła,  podeszła  bliżej,  żeby  zerknąć  do 
otwartego pudła. - Hantle... - mruknęła. - Jakżeby inaczej.

- Co ma znaczyć ta dowcipna uwaga?
- Nic. Długo jeszcze będziesz tłukł się po tym korytarzu? Pytam, bo 

muszę wstać o siódmej.

Był  podniecony  jak  diabli  i  wcale  go  ta  zdradziecka  reakcja 

własnego  ciała  nie  ucieszyła.  Sprowadził  się  tutaj,  żeby  patrzeć 
Anastazji na ręce i chronić przed nią babcię, a nie gapić się na nią jak 
nastolatek. Swoją drogą, ona też zerkała na niego ukradkiem. Te jej 
bystre złote oczy prześlizgiwały się po nim jak ciepły miód.

- Już  prawie  skończyłem  -  odpowiedział  chropawym  głosem, 

schylając się po pudło.

- Co za ulga. Baw się więc dobrze. - Machnęła ręką na pożegnanie, 

ale na moment zatrzymała się w progu i pobłażliwie uśmiechnęła. -
Jeśli  będziesz  potrzebował  pomocy,  po  prostu  zagwiżdż.  Potrafisz 
gwizdać, prawda? Trzeba ściągnąć wargi i dmuchnąć.

Kiedy  patrzył,  jak  Anastazja  kołysze  biodrami,  wycofując  się  do 

mieszkania,  wargi  miał  już  tak  spierzchnięte,  że  cholernie  trudno 
byłoby  mu  przyzwoicie  zagwizdać.  Jednak  spoglądając  na  to  z 
jaśniejszej strony, przynajmniej nie dostał ślinotoku.

background image

Następnego  dnia  w  pracy  od  rozmyślania  o  Davidzie  uchroniła 

Anastazję niezliczona ilość spraw, które musiała załatwić. Najpierw 
oprowadzała  po  bibliotece  grupę  dzieci  z  ośrodka  opieki  dziennej, 
potem miała trzygodzinny dyżur w punkcie informacji, a pod koniec 
dnia zebranie personelu.

Przerwę  na  lunch  spędziła  w  świetlicy  dla  pracowników.  Zdążyła 

zjeść  połowę  sałatki,  kiedy  ktoś  zawołał  ją  do  telefonu.  Podniosła 
słuchawkę i z radością usłyszała głos mamy.

- Przepraszam,  że  przeszkadzam  ci  w  pracy,  kochanie,  ale  twój 

telefon w domu od rana jest bez przerwy zajęty.

- Xena  musiała  strącić  słuchawkę  w  łazience.  Myślałam  nawet  o 

tym, żeby kupić aparat do powieszenia na ścianie.

- Skoro już o tym mówimy, może postarałabyś się o lepszego kota. 

Takiego, który zarobi na swoje utrzymanie polowaniem na myszy.

- Mamo,  ale  ja  nie  chcę,  żeby  Xena  żywiła  się  myszami.  Nie 

zamierzam mieć na sumieniu ani jednej martwej myszki.

- Przecież ojciec mógłby do ciebie wpaść i...
- Nie, dziękuję, panuję nad sytuacją - przerwała szybko, doskonale 

wiedząc, co zrobiłby jej ojciec. Zawsze miał skłonność do przesady i 
pewnie  zdemolowałby  jej  mieszkanie,  byle  tylko  złapać  tę  mysz. 
Kiedyś  uparł  się,  że  zmieni  żarówkę  w  kuchni,  i  skończyło  się 
przepaleniem korków w całym budynku.

- Dobrze więc, dzwonię, żeby zaprosić cię na kolację w tę sobotę. 

Przyjechał syn pani Sanduski i pomyślałam, że powinnaś go poznać.

- Mamo, znowu chcesz mnie w coś wpakować? Pamiętasz, co stało 

się ostatnim razem?

- Skąd mogłam wiedzieć, że Denton tak się upije na weselu Jasona? 

Sprawiał wrażenie miłego młodego człowieka. Od trzech lat zajmuje 
się naszymi podatkami.

- Nie  mówmy  o  tym  -  powiedziała  stanowczym  tonem  Anastazja. 

Tylko  tak  mogła  sobie  poradzić  ze  swatającą  ją  mamą.  Czasami 
odnosiła wrażenie, że jest otoczona przez samych swatów i swatki. -
Wszystkie terminy towarzyskie mam już zajęte.

- Och? Poznałaś kogoś? - Pani Knight zadała to pytanie z nie tajoną 

nadzieją w głosie.

- Przez kilka najbliższych tygodni będę bardzo zajęta, bo pomagam 

background image

Claire urządzić cukierenkę.

- Dlaczego nie wynajęła fachowca?
- Zrobiła to, poza tym pomaga jej wnuk...
- Ile ma lat?
- Trzydzieści parę.
- Naprawdę? I jest kawalerem?
- Wolałabym, żebyś zostawiła moje życie miłosne w spokoju.
- Kochanie, ja po prostu nie chcę, żebyś była sama.
- Mówisz jak Claire.
- Próbuje cię swatać z wnukiem?
- Nie.
A  może  jednak?  Przecież  to  Claire  ją  prosiła,  żeby  pomogła 

Davidowi  rozluźnić  się,  żeby  nauczyła  go  cieszyć  się  życiem. 
Zaproponowała Davidowi  mieszkanie na drugim piętrze, namówiła, 
żeby zajął się remontem... Wprowadził się dopiero wczoraj, a już w 
całym domu czuje się jego obecność.

- Słuchaj, mamo, muszę wracać do pracy. Uściskaj ode mnie tatę, 

dobrze? I pamiętaj, koniec tego swatania!

* * *

- Hattie, czy ty wpłynęłaś jakoś na mamę Anastazji? Zachęcałaś ją 

do  wtrącania  się  w  miłosne  życie  córki?  -  spytała  Betty,  mierząc 
siostrę pełnym nagany wzrokiem i nie zwracając najmniejszej uwagi 
na kręcące się po bibliotece dzieci.

Hattie, która siedziała obok na półce, zaczęła dłubać nerwowo przy 

swoim misternie ozdobionym słomianym kapeluszu.

- Nie,  naprawdę  nie.  No,  może  trochę.  Ale  do  niczego  nie 

namawiałam Dentona. Nie mam nic wspólnego z jego zachowaniem 
na weselu. To był jego własny pomysł. Zresztą okropny.

- Bredzi - stwierdziła Muriel. - Najlepszy dowód, że narozrabiała.
- Tylko  trochę  -  broniła  się  Hattie.  -  Przecież  to  ty,  Betty, 

powiedziałaś, że potrzebujemy pomocy ludzi. Pomyślałam sobie, że 
jeśli babcia się nadaje, to mama będzie jeszcze lepsza.

- Błąd  -  powiedziała  krótko  Betty.  -  Anastazja  zaprze  się  obiema 

nogami, jeśli będzie miała na karku dwie kobiety poganiające ją do 
małżeństwa.

- Nawet nie użyłam do tego za wiele magii. Pani Knight chce, żeby 

background image

jej córka wyszła za mąż.  Nie musiałam jej specjalnie przekonywać. 
A  pamiętacie,  jak  źle  znosiła  randki  Anastazji  w  szkole  średniej? 
Wypytywała ją na wszystkie sposoby, zamęczała...

- Przy  niej  hiszpańska  inkwizycja  wydawała  się  fraszką  -

potwierdziła Betty.

- Więc  naprawdę  niewiele  tu  mogłam  narozrabiać.  Może  nawet 

moja magiczna różdżka nie miała na to wpływu. Wiecie przecież, że 
takie rzeczy się zdarzają.

- Już dobrze, tylko nie rób tego więcej - przykazała jej Betty. - Nie 

próbuj  działać  na  własną  rękę  i  niczego  sama  nie  wymyślaj.  Po 
prostu  trzymaj  się  planu  gry,  a  swoje  ciągoty  twórcze  ogranicz  do 
własnych kapeluszy.

- Ludzie wszystko komplikują - dodała Muriel.
- A my sobie poradzimy bez ich pomocy - zgodziła się Hattie.

* * *

Wróciwszy z biblioteki, Anastazja zauważyła przez szybę wystawy 

sklepowej,  że  Claire  przegląda  katalogi  tapet  ściennych.  Zamiast 
wejść na klatkę schodową prowadzącą do jej mieszkania, zatrzymała 
się i zastukała w okno.

- Właśnie ciebie potrzebowałam! - krzyknęła na powitanie Claire i 

pociągnęła  Anastazję  do  karcianego  stolika  ustawionego  na  środku 
pomieszczenia.

- O co chodzi?
- O tapety.
- Gdzie  jest  David?  - Rozejrzała  się wkoło. Jedynym  śladem  jego 

obecności  był  oparty  na  dwóch  kozłach  wielki  arkusz  sklejki,  a  na 
nim mnóstwo narzędzi.

- Zdziera starą tapetę na zapleczu.
- Naprawdę? Więc w czym mogę ci pomóc?
- W  wyborze  tapety.  Nie  mogę  się  zdecydować  między  tą...  -

pokazała jej próbkę w różowo-białe paski - ...a tą. - Wyjęła następną, 
której deseń tworzyły rożki z lodami.

- Jeśli  chodzi  o  tapetę  w  różowe  paski,  to  nie  potrafię  być 

obiektywna, od czasu kiedy piłam czekoladę z mlekiem, pomagając 
tacie tapetować moją sypialnię. Miałam wtedy dziesięć lat.

- Nie rozumiem, jaki to ma związek....

background image

- Mój  brat  Ryan  opowiedział  mi  fantastyczny  dowcip,  a  ja 

parsknęłam  śmiechem  i  wyplułam  napój  prosto  na  nową  tapetę. 
Widok  był  straszny.  Od  tamtej  pory  nie  przepadam  za  różowymi 
ścianami  ani  za  mlekiem  z  czekoladą.  Poza  tym  nie  piję  niczego, 
kiedy Ryan jest w zasięgu mojego wzroku.

- To ten, który pracuje w Urzędzie Szeryfa Federalnego?
- Tak.  Po  kilkuletnim  pobycie  w  Oregonie  przenieśli  go  z 

powrotem  do  Chicago.  Jak  to  on,  musiał  nas  czymś  zaskoczyć  i 
wrócił  jako  żonaty  mężczyzna.  Swoją  drogą,  zawsze  lubiłam 
Courtney.

- Czyli małżeństwo  jest dobrą rzeczą dla  twoich  braci, ale  nie dla 

ciebie?

- Moim  braciom  potrzebne  są  bystre  kobiety,  które  potrafią 

utrzymać ich w karbach - powiedziała wyniośle. - A ja nie potrzebuję 
nikogo, kto by mnie trzymał w karbach, dziękuję bardzo.

- A ty nie chciałabyś trzymać w karbach jakiegoś mężczyzny?
- Mówiłam ci, że unikam jak zarazy sztywnych ważniaków. Faceci, 

z  którymi  się  zadaję,  są  na  tyle  wyluzowani,  że  nie  potrzebują 
nikogo, kto by ich ustawiał. Ale dość o mnie. Co z nazwą dla twojej 
lodziarni? Masz jakieś nowe pomysły?

- Zastanówmy się. - Claire sięgnęła po listę, którą zawsze miała pod 

ręką.  -  Na  razie  mamy  „Czarodziejski  Rożek"  i  „Ogród  Smaków", 
ale to brzmi jakoś pretensjonalnie.

- Musimy  jeszcze  pomyśleć.  Posłuchaj,  idziemy  dzisiaj  na  tę 

aukcję?

- Jasne.
- Jaką aukcję? - David wyłonił się z zaplecza, wycierając dłonie w 

ścierkę. Miał na sobie zakurzone dżinsy i biały podkoszulek.

Dlaczego  nawet  lśniący  pot  dobrze  na  nim  wygląda?  Anastazja 

starała się zachować zimną krew.

- Wybieramy  się  z  twoją  babcią  na  aukcję  antyków,  żeby  kupić 

jakieś meble do cukierenki.

- Na pewno nie beze mnie - oświadczył David.
- Cieszę  się  -  odpowiedziała  z  uśmiechem.  I  naprawdę  się 

ucieszyła.

Niestety, poszedł z nimi jak owca na rzeź, bezwolnie wlokąc się u 

background image

ich  boku.  Zmienił  robocze  ubranie  na  czarne  spodnie  i  niebieską 
koszulę.  Do  diabła,  nałożył  nawet  krawat,  no  i  siedział  teraz  jak 
manekin na składanym krześle obok babci i Anastazji, pośród tłumu 
artystycznej gawiedzi, gapiącej się nie  wiadomo  na co.  I pomyśleć, 
że stracił przez to mecz Cubsów.

- Jak długo to jeszcze potrwa? - szepnął Anastazji prosto do ucha, 

wdychając cytrusowy zapach jej perfum.

- Aż skończy się aukcja.
- A kiedy to będzie?
- Jeżeli  ci  się  nudzi,  to  bardzo  proszę,  możesz  złapać  taksówkę  i 

wracać do domu.

- I zostawić cię samą z babcią? - Rzucił jej kpiące spojrzenie. - Ani 

mi się śni.

- Pewnie, że nie. Ty przecież nie wierzysz w sny ani w marzenia, 

prawda? Ciekawe dlaczego.

- Bo jestem praktyczny. I powiem ci, że żaden praktyczny człowiek 

nie  zapłaciłby  takich  pieniędzy  za  graty,  które  można  kupić  na 
garażowej wyprzedaży.

- To nie są graty, tylko dzieła sztuki z najlepszych kolekcji.
- Jasne.  Te  zapleśniałe  kanapy,  stoły  i  lampy  to  dzieła  sztuki?  -

Wskazał palcem monstrualny stół z rzeźbionymi nogami w kształcie 
smoków.

- Z całą pewnością.
- A te rupiecie za szkłem?
- To jest wystawa porcelany i biżuterii, a nie rupiecie.
- Moim zdaniem, przynajmniej co minutę musi rodzić się głupiec.
- Najwidoczniej  -  odparowała  słodkim  głosem.  -  Właśnie  siedzę 

obok kogoś takiego.

- Moja babcia nie jest głupcem.
- Oczywiście, że nie. Ale jej wnuk owszem, przynajmniej wszystko 

na to wskazuje. Może gdybyś siedział tu z otwartą głową, to udałoby 
ci się czegoś nauczyć. Kto wie, może nawet dobrze byś się bawił.

- Bawię się zupełnie dobrze - mruknął.
Nie skłamał. Bawił go wściekły błysk w oczach Anastazji. W ogóle 

z  przyjemnością  na  nią  patrzył,  i  na  tym  koniec.  Reszta  tego cyrku 
nie bardzo go interesowała.

background image

Prowadzący  aukcję  przeszedł  do  następnej  licytacji,  a  mówił  tak 

szybko, jakby był pod wpływem o wiele za dużej dawki kofeiny.

- Dwa tysiące, dwa sto, dwa dwieście po raz pierwszy. Kto da dwa 

pięćset?  -  Wszystko  to  w  niecałe  pięć  sekund.  Człowiekowi 
zdrowemu  na  umyśle  nie  wytrzymałyby  płuca.  Rozległo  się  głośne 
uderzenie  młotka  i  jakieś  następne  bezwartościowe  starocie 
powędrowało na biurko licytującego. Wszystko zaczęło się od nowa.

David  skrzyżował  ręce  na  piersiach  i  odchylił  się  do  tyłu,  z 

półprzymkniętymi  oczami,  jak  zwykł  to  robić  na  zebraniach 
służbowych. Niewiele spał  ostatniej nocy. Nie mógł się uwolnić od 
widoku Anastazji w podświetlonej od tyłu nocnej koszuli. Ten obraz 
wciąż tkwił w jego pamięci. Teraz też go widział. Zmarszczył brwi i 
podniósł rękę, żeby podrapać się po nosie.

Usłyszał huknięcie młotka.
- Sprzedano za osiemdziesiąt dolarów panu w krawacie.
- Gratuluję  -  powiedziała  Anastazja  z  uśmiechem,  który  nie 

wzbudził w nim zaufania. - Przebiłeś resztę chętnych.

- O czym ty mówisz? Podrapałem się tylko po nosie.
- To niebezpieczne w czasie aukcji.
- Wiesz przynajmniej, co kupiłem?
- Erotyczną netsuke.
Zakrztusił  się.  Anastazja  uderzyła  go  w  plecy  z  przesadną 

gorliwością.

Odchylając się do tyłu, David spiorunował ją wzrokiem. Nie bardzo 

wiedział,  co  to  takiego  netsuke,  ale  z  definicją  erotyzmu  nie  miał 
najmniejszych kłopotów.

- To  przez  ciebie  wylicytowałem  jakiś  nieprzyzwoity  gadżet. 

Netsuke! Może mi powiesz, co to jest?

- Mała  orientalna  rzeźba.  Bardzo  poszukiwana  przez  ko-

lekcjonerów. Masz niezłe oko jak na kogoś, kto uważa dzieła sztuki 
za rupiecie - nie powstrzymała się od złośliwości.

David  nie  wyglądał  na  rozbawionego.  Gdyby  nie  obawiał  się,  że 

Anastazja  namówi  babcię  do  kupna  jakiegoś  obrzydlistwa,  w  ogóle 
by  tu  nie  przyszedł.  Ale  babcia  wylicytowała  tylko  stolik  z  kutego 
żelaza  z  parą krzeseł,  co  prowadzący  aukcję  opisał  jako  oryginalne 
wyposażenie bistra. Za to on kupił coś idiotycznego.

background image

- Czy  zacząłeś  się  już  dobrze  bawić?  -  spytała  Anastazja, 

trzepocząc niewinnie rzęsami.

- Nie.
- Więc pojedź ze mną w sobotę na piknik.
- Po co? - zapytał nieufnie.
- Żebym mogła włożyć  ci parę cementowych butów  i  wrzucić cię 

do  rzeki  -  odpowiedziała  zaciągającym  akcentem  gangstera  z  lat 
dwudziestych,  a  potem  wybuchnęła  śmiechem.  -  Jezu,  co  za 
podejrzliwość.  W  mojej  propozycji  nie  ma  żadnego  ryzyka.  Ani 
żadnych warunków. Chodzi o zwykłą zabawę.

- Fantastycznie.  A  więc  sobota.  Piknik.  -  Na  ostatnim  był  ze 

dwadzieścia lat temu, ale to przecież nic nadzwyczajnego. Bierze się 
kilka  hamburgerów  i  zjada  je  przy  składanym  stoliku.  Do  diabła, 
jego zwykły lunch w pracy też można by nazwać piknikiem... wtedy, 
gdy  wcina  hamburgera  na  dworze...  wśród  zgliszcz  wypalonych 
budynków.

Ale  pojedzie  na  ten  piknik.  Będzie  miał  okazję  odkryć,  o  co 

naprawdę chodzi tej nieznośnej kobiecie.

- Fajnie.  -  Uśmiechnęła  się  pogodnie.  -  Wszystko  przygotuję. 

Spotkajmy się u mnie o szóstej.

- Zgoda.  -  Nie  śmiał  skinąć  głową  z  obawy,  że  stanie  się  w  ten 

sposób właścicielem jeszcze jednego dzieła sztuki.

* * *

- Pierwszy  krok  zrobiony  -  orzekła  Betty  ze  szczytu  witryny 

osłaniającej  kolekcję  porcelany  ze  Staffordshire.  - Wszystko 
przebiega  według  planu.  Mówiłam  wam,  że  pomoc  Claire  ułatwi 
sprawę.

- Nie  do  wiary...  -  westchnęła  Hattie,  sadowiąc  się  na  gablocie  z 

biżuterią.  -  Widziałyście,  jak  sprytnie  wmanewrowała  Anastazję  w 
oswajanie tego sztywniaka Davida?

- To wcale nie znaczy, że on tak łatwo da się oswoić. Wciąż jej nie 

ufa.  -  Sceptyczna  jak  zwykle  Muriel  otrzepała  z  kurzu  kamizelkę  i 
wyjęła z kieszeni swój ulubiony baton z bakaliami.

- Nie  słuchaj  jej.  -  Betty  niecierpliwym  gestem  odsunęła  z  czoła 

grzywkę. - Tym razem wszystko potoczy się gładko.

- Może  powinnaś  odstukać  w  nie  malowane  -  zaproponowała 

background image

Hattie. - Tak na wszelki wypadek.

- Dobre wróżki nie powinny być przesądne - upomniała ją Muriel. -

Popatrz, tu jest to napisane czarno na białym.

-  Wyjęła  spod  pazuchy  grubą  księgę,  prawie  tak  wielką  jak  ona 

sama,  za  pomocą  magicznej  różdżki  przekartkowała  setki  bogato 
zdobionych stronic, aż wreszcie znalazła to, czego szukała. - Zasada 
1359.

- Już  kilka  zasad  z  tej  księgi  nagięłyśmy  dla  naszych  potrzeb  -

zauważyła Hattie.

- Nagięłyśmy?  -  zadrwiła  Betty.  -  Do  stu  petunii,  niektóre  z  nich 

powyginałyśmy tak bardzo, że przypominają precelki.

- Czy to dobrze? - zaniepokoiła się Hattie.
- Przecież ciągle tu jesteśmy, prawda?
- W  porządku.  -  Hattie  dotknęła  swoich  srebrnych  loków,  jakby 

upewniając się, czy siostra powiedziała prawdę.

-  A  skoro  już  tu  jesteśmy,  wypadałoby  się  przyjrzeć  z  bliska  tym 

wiktoriańskim szpilkom do kapeluszy. Zawsze o takiej marzyłam.

* * *

W soboty Anastazja lubiła wysypiać się do dziesiątej. Była to jedna 

z  jej  nielicznych  słabości  i  z  upodobaniem  sobie  na  ten  luksus 
pozwalała. Lecz tego ranka nieznośny huk obudził ją przed świtem.

Zmrużyła  oczy,  starając  się  odczytać  na  budziku  godzinę.  Piąta. 

Znowu to samo. Czy ten facet nigdy nie śpi? Co on tam może robić? 
A może nie jest sam?

Na  tę  myśl  opadła  z  powrotem  na  poduszkę.  Chyba  nie  powinna 

jednak  biec  od  razu  na  górę.  Niestety,  nie  miała numeru  jego 
telefonu.  Sięgnęła  po  słuchawkę  i  wybrała  numer  informacji.  Nic  z 
tego, nie było go w spisie, pewnie po to, żeby sąsiedzi nie suszyli mu 
głowy za te nocne hałasy.

Łup,  łup,  łup,  łubudu.  Przycisnęła  do  głowy  poduszkę.  Nie 

pomogło.  Musi  przecież  jeszcze  trochę  pospać.  To  nieludzkie.  To 
sadyzm. On to robi celowo. Łup, łup, łup, łubudu.

Wyskoczyła  z  łóżka,  nie  będąc  w  stanie  znieść  dłużej  hałasu. 

Włożyła  bluzę  i  pierwsze  z  brzegu  spodnie  od  dresów.  Nic  ją  nie 
obchodziło,  jak  wygląda.  Nie  wybierała  się  na  górę,  żeby  uwodzić 
Davida.  Zamierzała  go skutecznie  uciszyć.  Bo  nie  tylko  obudził  ją, 

background image

ale przestraszył też Xenę.

-  Nie  martw  się,  dziecinko  -  próbowała  uspokoić  kotkę,  która 

zanurkowała pod pościel. - Zaraz się tym zajmę.

Kilka minut później stała przed drzwiami Davida na drugim piętrze. 

W  pierwszej  chwili  nikt  nie  zareagował  na  jej  pukanie.  W  końcu 
usłyszała  odgłos  otwieranego  zamka.  Omal  nie  padła  z  wrażenia, 
kiedy  David  stanął  w  progu  z  przepraszającym  uśmiechem,  nie 
mając  na  sobie  niczego  oprócz  granatowych  gimnastycznych 
spodenek.

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY

- Obudziłem  cię?  -  spytał,  mrugając  swoimi  olśniewająco 

błękitnymi oczami.

- Jak  na  to  wpadłeś?  -  Za  wszelką  cenę  usiłowała  zachować 

dystans. - Podsunął ci tę myśl fakt, że mamy piątą rano? Bo taka jest 
naga prawda. - Słowo „naga" bardzo pasowało do sytuacji. Patrzyła 
na  jego  nagi,  rozbudowany  tors,  na  którym  połyskiwały  kropelki 
potu. - Narobiłeś tyle hałasu, że umarłego byś obudził.

- Ćwiczyłem.
- Sam?
- Tak, sam. Dlaczego pytasz?
- Miałam wrażenie, jakby galopowało stado koni. Co robiłeś?
- Żabki.
To  pewnie  nawyk  wyniesiony  ze  służby  strażackiej,  pomyślała. 

Żabki robią tylko mężczyźni w mundurach.

- Spróbuj tai chi. Będzie dużo ciszej.
- Tai co?
Tai  chi.  Starożytny  chiński  sposób  ćwiczenia  ducha  i  ciała.  -

Widząc  jego  głupią  minę,  machnęła  ręką.  -  Nieważne.  Bądź 
uprzejmy pamiętać, że śpię dokładnie pod tobą.

Poniewczasie  zdała  sobie  sprawę,  że  sformułowanie  było  nie 

najszczęśliwsze.  Dostrzegła  gwałtowną  zmianę  jego  rysów  twarzy, 
podejrzewając,  że  wyobraził  sobie  to  samo  - jak  śpi  pod  nim,  ich 
splątane  nogi,  jego  ciało  otulające  ją  niczym  kołdra.  Patrzył  na  nią 
wzrokiem,  który  zdawał  się  przenikać  jej  ubranie,  parzył  skórę  i 
przyprawiał ją o palpitację serca.

Zaskoczona,  cofnęła  się  o  krok,  omal  nie  potykając  się  o  zbyt 

długie  nogawki  dresów.  Podciągnęła  je,  co  może  nie  było 
najwytworniejszym gestem, ale pomogło wrócić do rzeczywistości.

- Koniec z tym skakaniem albo poskarżę się naszej gospodyni.
- Znam  dłużej  swoją  babcię  niż  ty.  Sądzisz,  że  co  mi  zrobi? 

Wyrzuci z mieszkania?

- Nie,  myślę,  że  spojrzy  na  ciebie  tym  swoim  wymownym 

wzrokiem, bez jednego słowa, i to ci wystarczy.

Ku jej zdumieniu, David uśmiechnął się. I wcale nie było mu z tym 

nie do twarzy. Tak naprawdę wyglądał cholernie dobrze. O wiele za 

background image

dobrze. Ale nie zawrócił jej tym uśmiechem w głowie, bez przesady, 
była za mądra, żeby sobie na to pozwolić.

- Hej, czy naprawdę widziałam  te dołeczki? - spytała  zaczepnie. -

Nie, to chyba jednak halucynacja.

W odpowiedzi wycelował w nią swoim białym ręcznikiem.
- Uważaj, chłopczyku! - Pogroziła mu palcem. - Jestem mistrzynią 

w  walce  na  ręczniki.  Chyba  nie  chcesz  się  ze  mną  mierzyć. 
Wychowałam się z dwoma braćmi i tata nauczył mnie, jak należy się 
bronić.

- Kremem do golenia i strzelaniem z ręcznika?
- Między  innymi.  -  Ziewnęła  mimowolnie,  co  przypomniało  jej  o 

celu  tej  niekonwencjonalnej  wizyty.  Miała  go  uciszyć,  a  nie 
podziwiać jego męski urok.

- Muszę się wyspać, więc zrób mi tę przyjemność i uprawiaj swoje 

męskie  ćwiczenia  w  stosownych  godzinach,  między  południem  a 
północą.  -  Ziewnęła  jeszcze  raz  i  warknęła  jak  Arnold 
Schwarzenegger: - Hasta la vista, baby.

Kiedy  schodziła  po  schodach,  David  nie  mógł  oderwać  od  niej 

oczu.  Nigdy  nie  spotkał  podobnej  kobiety.  Była  nieobliczalna. 
Zdawało mu  się, że  już ją rozgryzł i  przytarł rogów,  gdy ona  nagle 
odbija piłeczkę i to podkręconą.

Kumpel z policji sprawdził w kartotece jej konto. Cztery lata temu 

została  zatrzymana  razem  z  dwudziestoma  innymi  demonstrantami, 
którzy uniemożliwiali  rozbiórkę zabytkowej kamienicy.  Nic więcej, 
co  wcale  nie  dowodzi,  że  potem  była  uosobieniem  niewinności. 
Może po prostu jest zbyt sprytna, żeby dać się złapać. Do czasu.

David  zerknął  na  zegarek,  żeby  upewnić  się,  czy  jest  dokładnie 

szósta.  Była.  Podniósł  rękę,  żeby  zapukać  do  drzwi  Anastazji,  ale 
zanim ich dotknął, otworzyły się gwałtownie i na korytarz wybiegła 
ona sama. Z obłędem w oczach, omal go nie przewróciwszy, pognała 
schodami w dół.

- Hej!  -  Zaniepokojony,  ruszył  za  nią.  -  Nic  ci  nie  jest?  Stało  się 

coś?

Nie  odpowiedziała.  Dogonił  ją  dopiero  na  żwirowej  alejce  za 

domem,  przy  kępie  krzaków.  Zachowywała  się  więcej  niż  dziwnie. 
Kręciła  się  w  kółko,  chyba  najszybciej,  jak  mogła,  chwilami  tracąc 

background image

równowagę.

- To właśnie tai chi, o którym mówiłaś? Próbujesz przebłagać boga 

pikniku czy co?

- Próbuję oszołomić mysz - odpowiedziała, z trudem łapiąc oddech.
No jasne, ta kobieta jest obłąkana, pomyślał.
- Obserwuje cię z tych krzaków?
- Nie, jest tutaj.
Gdy  wyciągnęła  w  jego  kierunku  pułapkę  na  myszy,  cofnął  się 

odruchowo i skrzywił. W pracy wszyscy znali jego awersję do myszy 
i szczurów. Na sam ich widok ciarki przechodziły mu po plecach.

- Masz  w  domu  myszy?  -  spytał  ochrypłym  głosem,  chowając  za 

plecami wilgotne od potu ręce.

- Nie,  właśnie  próbuję  się  jej  pozbyć.  Kręcę  się  w  kółko,  żeby 

straciła  orientację,  bo  inaczej  od  razu  wróci  do  domu.  -  Zakręciła 
jeszcze  jeden  piruet  i  w  końcu  otworzyła  pułapkę,  pozwalając 
oszołomionej myszy wygramolić się na wolność.

- Dlaczego jej po prostu nie zabijesz?
- Mój  brat  Ryan  trzymał  w  domu  białą  myszkę,  więc  nie  potrafię 

zabić myszy, bo przypomina mi się Pescado.

- Pescado? Przecież to po hiszpańsku ryba, a nie mysz.
- Wiem, i Ryan też to wiedział, ale to w jego stylu. Jest przewrotny.
- Jeżeli  nie  potrafisz  zabić  myszy,  weź  sobie  kota  i  niech  on  się 

zajmie brudną robotą.

- Mam kota. Ma na imię Xena i boi się myszy.
- Co to za kot, który boi się myszy?
- Mój kot - powiedziała urażonym tonem.
- Pasuje do ciebie.
- Co chciałeś przez to powiedzieć?
- Niczego nie robisz normalnie.
- Normalnie robię mnóstwo rzeczy.
Teraz on się naburmuszył.  Nie bardzo mu  się podobało, że  odbija 

piłeczkę w gramatycznej grze słów.

- Wiesz, o co mi chodziło.
- Jeżeli  to  miał  być  komplement  doceniający  moją  niezwykłość, 

dziękuję bardzo - odpowiedziała z wyniosłą miną, która już po chwili 
rozpłynęła  się  w  zaczepnym  uśmiechu.  - A  jeśli  coś  innego,  to 

background image

ostrzegam, że wieczór może okazać się dla ciebie niezbyt przyjemny. 
Pamiętaj,  że  to  ja  mam przygotowywać  posiłki,  a  chyba  nie  chcesz 
denerwować kucharza.

- Ty gotujesz?
- Tak, gotuję. Przestań się krzywić. Nie rozumiem, co cię tak dziwi. 

Jestem  zupełnie  dobrą  kucharką.  -  Zerknęła  na  zegarek.  -
Powinniśmy się zbierać, nie chciałabym się spóźnić.

Spóźnić?  Na  piknik?  Nic  z  tego  nie  rozumiał.  Anastazja  pobiegła 

na górę, a on za nią. Nie miał szansy nie zauważyć, w jaki sposób jej 
kwiecista  sukienka  na  ramiączkach  przylega  do  ciała  w 
najwłaściwszych  miejscach.  Narzuciła  na  nią  białą  koszulę  i 
zawiązała ją w talii na węzeł.

Nie  była  przesadnie  szczupła,  kojarzyła  mu  się  raczej  z  Marilyn 

Monroe,  zwłaszcza  gdy  klosz  sukienki  owijał  się  wokół  jej 
wspaniałych nóg, kiedy z imponującą szybkością pokonywała zakręt 
na schodach.

Czekała  już  na  niego,  kiedy  przekraczał  próg  jej  mieszkania. 

Rozejrzał  się  dookoła,  ale  zdążył  tylko  zauważyć,  że  ma  niewiele 
mebli.  Dwa  krzesła  z  obiciem  w  kwiaty  zastępowały  kanapę,  a  na 
środku  stał  bardzo  dziwny  i  bardzo  kolorowy  stół.  Jego  uwagę 
przykuł stos rzeczy na podłodze.

- Co  to  jest?  -  spytał  podejrzliwie.  -  To  ma  być  piknik,  a  nie 

miesięczna wyprawa w dżunglę.

- Zaufaj  mi,  to  wszystko  nam  się  przyda.  -  Poklepała  go  po 

ramieniu, tak jak to często robiła Claire.

I  z  tym  był  kłopot.  Nie  potrafił  jej  zaufać,  a  jednocześnie  nie 

przestawał  o  niej  myśleć.  Słyszał  oczywiście,  że  najgenialniejsi 
naciągacze i oszuści roztaczają wokół siebie nieodparty urok. A co z 
seksualnym  powabem?  Tego  też  jej  nie  brakowało.  Do  czego  ona
zmierza?

- Dokąd się wybieramy? - spytał, podnosząc dwa składane krzesła i 

ogromną turystyczną lodówkę.

- Do  Ravinii.  -  Wepchnęła  mu  pod  pachę  długą,  wąską  torbę.  -

Byłeś tam kiedyś?

- Czy to nie tam grają muzykę albo coś w tym rodzaju?
- Coś  w  tym  rodzaju.  To  letnia  siedziba  Chicagowskiej  Orkiestry 

background image

Symfonicznej.

- To raczej nie ma co liczyć na koncert jakiegoś Davida Bowie?
- Odpręż się. - Jeszcze  raz go poklepała,  tym razem  po plecach. -

Będziemy się wspaniale bawili.

- Dlaczego tak się o mnie martwisz, kiedy wspominasz o zabawie?
- Bo uważam, że bawisz się zbyt rzadko. Możemy pojechać twoim 

blazerem? Więcej się w nim mieści niż w moim małym triumphie.

Więc to piękne sportowe auto należy do niej? Bibliotekarka jeździ 

takim  samochodem?  Zanim  ją  poznał,  sądził,  że  wszystkie 
bibliotekarki  używają  siatek  na  włosy,  noszą  buty  ortopedyczne  i 
prowadzą sedany. Patrząc  na jej seksowne  purpurowe sandały, zdał 
sobie  sprawę,  że  musi  się jeszcze  wiele  dowiedzieć  o 
bibliotekarkach, a o Anastazji w szczególności. Poczuł się jak rażony 
gromem, kiedy wreszcie dotarło do jego świadomości, że naprawdę 
mu na tym zależy.

Podróż  do  pobliskiego  przedmieścia  Highland  Park,  siedziby 

Festiwalu  Muzycznego  w  Ravinii,  okazała  się  krótka.  Davida 
zdumiało, że aż tylu ludzi zaparkowało swoje samochody przed nimi. 
Niektórzy  transportowali  do  parku  swój  bagaż  na  wózkach  albo  w 
dziecięcych pojazdach. Anastazja długo szukała dobrego miejsca, w 
końcu  wybrała  trawnik  pod  dębami,  wystarczająco  blisko  krytego 
pawilonu, żeby widzieć orkiestrę.

Davidowi  zdecydowanie  bardziej  zależało  na  tym,  żeby  zobaczyć 

przed  sobą  coś  do  jedzenia.  Umierał  z  głodu.  Anastazja  natomiast 
zupełnie  przestała  się  spieszyć.  Pomógł  jej  rozłożyć  plastikową 
płachtę,  a  na  niej  koc.  Potem  ustawiła  krzesła  i  wręczyła  mu  długą 
torbę.

- Co to jest?
- Stół.
- Przykro  mi,  ale  ktoś  musiał  go  zepsuć.  Ma  przykrótkie  nogi  -

odkrył po kilku minutach.

- Właśnie  takie  mają  być.  -  Rozłożyła  na  stole  kolorowy  obrus  i 

ustawiła na nim turkusowe świece w szklanych świecznikach.

- Trochę dziwny sposób urządzania pikniku - mruknął.
- Widzę, że jesteś też ekspertem od pikników.
- Mam  o  nich  wystarczająco  dobre  pojęcie.  -  Otworzył  lodówkę  i 

background image

zajrzał do środka. - Umieram z głodu. Gdzie jest smażony kurczak?

- Kurczak?  Czy  wiesz,  jak  smażone  mięso  działa  na  układ 

krążenia?

- Wiem,  jak  działa  na  moje  kubeczki  smakowe.  Lubię  smażone 

kurczaki.  A  jeśli  już  rozmawiamy  o  krążeniu,  to  lody  też  nie  są 
najzdrowsze.

- Wolę jednak lody od smażonych kurczaków.
- Co  to  za  piknik:  karłowaty  stół,  świeczki,  a  nie  ma  pieczonych 

kurczaków?

- Spokojnie. Mam mnóstwo pysznych rzeczy. Proszę,  na początek 

drobne zakąski.

Uporał się z nimi w kilka minut.
- Przepraszam,  że  jem  jak  świnka.  -  Uśmiechnął  się  do  niej 

przepraszająco,  oblizując  z  palca  resztkę  topionego  sera.  -  To 
dlatego, że przez cały dzień nie miałem nic w ustach.

- Masz,  tu  są  krakersy.  Jeszcze  minutka  i  skończę.  - Z  jednego  z 

plecaków  wyjęła  szklany  wazon,  nalała  do  niego  wody  z  butelki  i 
włożyła kilka świeżych kwiatów, które miała w oddzielnej torbie.

- Jak na piknik to chyba przesada.
- Tutaj, w Ravinii, jest taka tradycja.
David rozejrzał się wkoło i musiał przyznać jej rację.
- No  więc  tak, na  pierwsze  danie jest  chłodnik z  awokado, potem 

sałatka z kartofli i buraków, surówka z marchwi i... - Wyciągnęła z 
plecaka  termos.  - Voila!  Gorące  pieczone  kurczaki.  A  na  deser 
pistacjowe lody twojej babci.

Kiedy  o  ósmej  zaczynał  się  koncert,  David  był  już  w  znacznie 

pogodniejszym  nastroju.  Jedzenie  było  wspaniałe  -  istna  uczta  dla 
mężczyzny przywykłego przegryzać w biegu byle co.

Większość  przybyłych  zapaliła  świeczki.  Muzyka  była rzewna  i 

głośna, nie nadawała się do tańca, ale też nie grała mu na nerwach. 
Po jakimś czasie zaczął jej nawet słuchać z przyjemnością.

Zauważył, jak wygodnie poukładały się pary na sąsiednich kocach -

kobiety  oparły  głowy  na  ramionach  swoich  towarzyszy.  Chciał  już 
zaproponować Anastazji,  żeby przenieśli  się  na  koc,  kiedy stuknęła 
go w plecy i skinęła głową przez ramię.

Odwrócił  się  i  zobaczył  gasnącą  karmazynowa  poświatę 

background image

zachodzącego słońca. I setki świeczek migoczących aż po najdalsze 
krańce parku.

- Ładnie, co? - wyszeptała.
- Rzeczywiście, ładnie.
Anastazja  miała  nadzieję,  że  David  czuje  się  na  tyle  dobrze,  że 

przynajmniej  nie  będzie  żałował  spędzonego  z  nią  czasu.  Na 
początku miała wątpliwości, ale teraz wyglądał na zadowolonego.

Zwykle  o  tej  porze  wyciągała  się  na  kocu  i  owijała  nim,  gdy 

wieczorny chłód zaczynał zbytnio dokuczać. David jednak wyglądał 
na faceta, który używa na piknikach krzeseł i składanego stołu. Choć
z drugiej strony, dżinsy i płócienna koszula świadczyły chyba o tym, 
że dba o wygodę jak większość ludzi. Może źle go oceniała, sądząc, 
że nie potrafi się relaksować.

Bez  słowa  przeniosła  się  na  koc,  mile  zdziwiona,  gdy  David 

natychmiast  zrobił  to  samo.  Położył  się  tak  blisko,  że  wyczuwała 
ciepło jego ciała.

Nagle  poczuła  się  niezręcznie,  nie  wiedząc,  co  począć  z  rękoma. 

Musiała  się  jednak  uśmiechnąć,  gdy  mruknął  coś  w  rodzaju 
„przestań  się  wiercić"  i  przyciągnął  ją  bliżej.  Teraz jej  ciało 
przylegało  do  boku  Davida,  głowę  oparła  na  jego  ramieniu,  a  on 
objął ręką jej plecy. Ogarnęło ją oszałamiające uczucie błogości.

I  niemal  w  tej  samej  chwili  spadły  pierwsze  krople  deszczu. 

Chmury,  dzięki  którym  oglądali  tak  nadzwyczajny  zachód  słońca, 
płynęły  teraz  dokładnie  nad  ich  głowami.  Kilka  osób  spośród 
publiczności  pospiesznie  zebrało  swoje  rzeczy  i  uciekło,  ale 
większość po prostu wyjęła parasole.

Anastazja  zrobiłaby  to  samo,  gdyby  nie  zapomniała  zabrać  go  z 

domu.

- Nie przejmuj się - pocieszała Davida, wyciągając spod niego koc 

z  nieprzemakalną  płachtą.  -  Nie  jestem  tu  nowicjuszką.  Wiem,  co 
trzeba zrobić.

- Wracamy? - spytał z nadzieją w głosie.
- Nie. - Usiadła na składanym krześle i zaprosiła go na drugie. Gdy 

David usiadł, wręczyła mu jeden z rogów plastikowej płachty. - To 
stara  zasłona  z  prysznica.  -  Trzymając  nad  głową  prowizoryczny 
parasol,  drugą  ręką  rozpostarła  koc  na  kolanach.  -  Możemy  dalej 

background image

spokojnie  słuchać  muzyki.  Dobrze,  że  nie  padało  przed  przerwą. 
Uwielbiam 

następny 

kawałek. 

„Szeherezada" 

Rimskiego-

Korsakowa.  -  Zaczęła  czytać  z  programu:  -  Sułtan  Szahriar, 
przekonany o dwulicowości i niewierności wszystkich kobiet, męska 
szowinistyczna świnia...

- Tam jest tak napisane? - David rzucił okiem przez jej ramię.
- Nie,  fragment  ze  świnią  sama  dodałam.  W  każdym  razie 

ślubował,  że  zabije  każdą  ze  swoich  żon  po  spędzeniu  z  nią 
pierwszej  nocy.  Szeherezada  ocaliła  głowę,  opowiadając  sułtanowi 
cykl baśni - przez tysiąc i jedną noc. Trawiony ciekawością sułtan z 
dnia  na  dzień  odraczał  egzekucję,  żeby  usłyszeć  dalszy  ciąg 
opowieści,  wreszcie  darował  małżonce  życie. - David  nie  sądził, 
żeby  uwielbienie  Anastazji  dla  Szeherezady  było  tylko  zbiegiem 
okoliczności.  Dwie  bąjarki.  Nawet  jeśli  nie  miała  jeszcze  nic  złego 
na  sumieniu,  to  zaraziła  jego  babcię  marzycielskimi  wizjami, 
wystawiając  na  ryzyko  jej  zabezpieczenie  emerytalne.  To  przecież 
jasne,  że  gdyby  nie  wpływ  Anastazji,  babcia  nie  stałaby  się 
wielbicielką  Bruce'a  Springsteena  i  nie  podrygiwała  jak  nastolatka, 
słuchając  „Born  in  the  USA".  To  ta  szalona  kobieta  natchnęła  ją 
swoimi zwariowanymi pomysłami.

A  jego...  czym  natchnęła?  Jak  mógłby  nazwać  to  uczucie? 

Zainteresowanie?  Fizyczny  pociąg?  Irytacja?  Wolał  się  skupić  na 
ostatnim.

Dla tego pikniku  musiał  zrezygnować z  meczu  Cubsów.  I choć te 

kilka  minut,  kiedy  dotykał  bujnego  ciała  Anastazji,  było  warte 
takiego poświęcenia, wolałby jednak, żeby to  doświadczenie  trwało 
dłużej.

- A więc? - spytała radośnie. - Dobrze się bawisz?
- Jasne.
Czy mogło być dużo gorzej?
A jednak mogło. Zaczęło go swędzić, kiedy wracali do samochodu, 

stojącego  w  najdalszym  kącie  parkingu.  David  kilka  razy  musiał 
przystanąć, żeby podrapać się po ramionach i karku.

- Czy w tym parku rośnie trujący bluszcz? - zapytał.
- Nic mi o tym nie wiadomo.
- Może w jedzeniu coś było?

background image

- Nic podejrzanego.
- Jakieś krewetki?
- Rzeczywiście, w niektórych kanapkach były siekane krewetki.
- No to wszystko jasne. Dostaję po nich pokrzywki.
- Tak  mi  przykro!  Nie  mogłeś  mi  powiedzieć?  Czy  to  jakaś 

niebezpieczna  alergia?  Nie  powinieneś  wziąć  lekarstwa?  Może 
powinniśmy jechać do szpitala?

- Nie, muszę tylko zażyć antyhistaminę.
- Chciałam, żeby ten wieczór okazał się dla ciebie niezapomniany, 

ale nie to miałam na myśli - powiedziała skruszonym tonem.

- Mnie też nie o to chodziło.
- Więc może powinniśmy to niedługo powtórzyć, co?
- Może powinniśmy. Ale tym razem będzie to moja wersja dobrej 

zabawy.

- To znaczy?
- Baseball.
Tak  oto  już  następnego  popołudnia  Anastazja  znalazła  się  na 

stadionie Wrigley Field.

- Masz  szczęście,  że  w  ostatniej  chwili  udało  mi  się  kupić  dwa 

bilety.

- Jasne.  Mam  szczęście.  Ludzie  stoją  przecież  w  kolejkach,  żeby 

obejrzeć zespół, który nie zwyciężył w swojej lidze od 1908 roku.

- Mówiłaś, że nic nie wiesz o baseballu. - Podał jej rękę i pomógł 

zejść po betonowych schodach do właściwego sektora.

- Jestem bibliotekarką. Zdobywanie informacji to moja specjalność.
Natomiast specjalnością Davida zaczęło być wprawianie jej serca w 

łomot. Polubiła też jego głos, jedyny w swoim rodzaju, aksamitny i 
szorstki  zarazem.  Szkoda,  że  nie  spodobało  jej  się  to,  co  mówił  w 
czasie  jazdy.  Uraczył  ją  wykładem  o  przewadze  odpowiedzialności 
nad lekkomyślnym marzycielstwem.

- Co,  tak  naprawdę,  masz  przeciwko  marzeniom?  -  spytała, 

posuwając się za nim wąskim przejściem.

- Skąd to pytanie?
- To dalszy ciąg naszej rozmowy w samochodzie. No, powiedz mi 

wreszcie.

- Marzenia  to  zwykła  strata  czasu.  A  niektóre  bywają  po  prostu 

background image

niebezpieczne. 

Potrafią 

człowieka 

zaślepić, 

oderwać 

od 

rzeczywistości i narazić na niepewną przyszłość.

- Chodzi  ci  o  twoją  babcię? Wiem,  że  martwisz  się  o  jej  sytuację 

finansową, ale...

- Mówię  o  swoich  rodzicach.  Mój  ojciec  postawił  wszystko  na 

jedną kartę, żeby się szybko wzbogacić. To nie marzyciele płacą za 
swoje marzenia, płaci reszta ich rodziny - powiedział z ponurą miną, 
a potem wzruszył ramionami.

-  Powiedzmy,  że  jestem  praktycznym  facetem.  Nie  wierzę  w 

wielkanocne  zajączki  ani  w  garnek  złota  na  końcu  tęczy.  I  możesz 
mnie za to potępiać.

- A w co ty wierzysz?
- W  ciężką pracę i  w baseball.  Jak  to  się stało, że  wychowywałaś 

się z dwoma braćmi i nigdy nie byłaś na meczu baseballowym?

- Miałam  szczęście.  Więc  to  z  powodu  taty  uważasz  marzenia  za 

niebezpieczne?

- I dlatego, że zbyt często widziałem, jak marzenia idą z dymem. W 

moim zawodzie nie znalazłabyś wielu marzycieli.

- To  mogę  zrozumieć.  -  Dostrzegła  ostrzegawczy  błysk  w  jego 

oczach i wolała nie naciskać dalej. - A jeśli chodzi o twoje pytanie, 
dlaczego  nie  chodziłam  na  mecze,  to  mój  tata  jest  wprawdzie 
kibicem  Cubsów,  ale  ogląda  ich  w  telewizji,  a  moi  bracia  wolą 
koszykówkę i Bullsów.

- A ty co wolisz?
- Balet.  -  Zajęła  miejsce  i  wciągnęła  nosem  powietrze.  Dzień  był 

słoneczny,  a  rześka  bryza  od  jeziora  przypominała,  że  zbliża  się 
wrzesień.  -  A  wiesz,  myślałam,  że  mecz  baseballowy  pachnie 
inaczej.

- Co? - Spojrzał na nią jak na osobę, która postradała rozum.
- Wyobrażałam sobie mniej świeżego powietrza, a więcej zapachu 

hot dogów i musztardy.

- Ten  zapach  znajdziesz  przy  kioskach.  Poza  tym  tutejsi 

sprzedawcy hot dogów nie zawracają sobie głowy żadną musztardą. 
Ich hot dogi są zawsze zimne, a piwo ciepłe.

- Mniam - skrzywiła się ze wstrętem.
- Mam torebkę ziemnych orzeszków. Chcesz trochę? - Nasypał jej 

background image

orzeszków na dłoń.

Uniosła  wzrok  i  ich  spojrzenia  się  spotkały.  Podobało  jej  się,  że 

nosi czapkę baseballową na odwrót, bo daszek nie zasłaniał mu oczu. 
Powinna przywyknąć już do ich niesamowitego koloru, ale ciągle ją 
fascynowały. Nie mogła oderwać od nich wzroku.

Dopiero  hasło  do  odśpiewania  hymnu  wyrwało  ją  z  odurzenia. 

Westchnęła z ulgą. Od tego momentu wszystko potoczyło się bardzo 
szybko,  choć  może  powinna  raczej  powiedzieć: powoli.  Straszliwie 
powoli. Nudziła się beznadziejnie.

Za to David nie okazywał żadnych objawów znudzenia.
- Ten facet rzuca podkręcane piłki. - Pochylił się ku Anastazji mniej 

więcej godzinę później.

- Który facet?
- Rzucający.
- Ten, który stoi na małej górce, tak?
- To się nazywa pole rzucającego.
Nagle  przysadzisty  mężczyzna  siedzący  obok  skoczył  na  równe 

nogi, wytrącając z dłoni Anastazji orzeszki. Wylądowały na głowach 
ludzi siedzących dwa rzędy niżej. Obsypana gradem złych spojrzeń, 
Anastazja  skuliła  się  na  ławce,  ale  wcale  nie  poczuła  się  lepiej. 
Leżenie na trawie w Ravinii było o wiele przyjemniejsze.

- Masz. - David wręczył jej całą torbę orzeszków. - Będziesz miała 

co robić podczas przerw w grze.

- Z tego, co widzę, ta gra polega głównie na przerwach.
- To dopiero czwarta rozgrywka. Jeszcze nic nie widziałaś.
- Mów tak do mnie.
Znowu  wszyscy  podskoczyli  do  góry.  Wszyscy  oprócz  Anastazji 

obarczonej  orzeszkami.  Gdy  odłożyła  je  na  bok,  kibicujący  tłum 
zdążył  usiąść  z  powrotem.  Następnym  razem  była  lepiej 
przygotowana,  a  przy  siódmej  rozgrywce  wpadła  już  we  właściwy 
rytm.

- Wiesz, co jest najlepsze w tej grze? - zapytała Davida.
- To, że przegrywamy tylko o parę.
- Jaką parę?
- Wynik jest dwa do czterech.
- Wiem.  Ale  najbardziej  mi  się  podoba,  jak  w  siedemnastej 

background image

rozgrywce śpiewają  „Weź  mnie  na  mecz  baseballu". Och,  i  jeszcze 
to, że w czasie gry można sobie pokrzyczeć, co tylko ślina na język 
przyniesie.

- Nie rozumiem.
- Można  wstać  i  powiedzieć  cokolwiek,  a  i  tak  nikt  tego  nie 

usłyszy. Zobacz... - Wstała z resztą widowni i zaczęła wrzeszczeć: -
Rzepy to durne jarzyny!

- Przestań! - Szarpnął ją, ściągając z powrotem na ławkę.
- Dlaczego?  Nikt  na  to  nie  zwraca  uwagi.  Następnym  razem, 

zrywając się do góry, wrzasnęła:

- Pieprzony fiskus!
- Fiskus  to  ich  gracz  między  drugą  a  trzecią  bazą,  tak?  -  zapytał 

łysy gość z górnego rzędu, kiedy usiadła.

- Teraz  naprawdę  dobrze  się  bawię!  -  stwierdziła  Anastazja, 

uśmiechając się do Davida.

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY

- Myślisz, że zdążymy na czas z uroczystym otwarciem? - spytała 

Claire, kiedy David zrobił sobie krótką przerwę. W połowie drugiego 
tygodnia  remontu  w  całym  pomieszczeniu  panował  nieopisany 
rozgardiasz.  Zapach  sklejki  i  smarów  hydraulicznych  mieszał  się  z 
aromatem kawy i świeżych pączków.

- Sądzę,  że  tak.  Hydraulicy  i  elektrycy  pracują  według  planu. 

Powinni  skończyć  na  początku  przyszłego  tygodnia,  potem  wejdą 
ludzie od ogrzewania.

- Jest tu teraz dużo przestronniej, prawda?
David  skinął  tylko  głową,  zajęty  odkryciem,  którego  dokonał, 

usuwając  ściany  działowe.  Coś  tu  nie  grało.  Występując  o 
pozwolenie na remont, dostał plany budynku, wiedział więc, gdzie te 
ściany powinny stać. Problem polegał na tym, że między wymiarami 
piwnicy a resztą budynku istniała metrowa niezgodność.

Sprawdził  też  historię  hipoteki  nieruchomości,  żeby  upewnić  się, 

czy  transakcja  została  przeprowadzona  uczciwie.  Okazało  się,  że 
jednym  z  poprzednich  właścicieli  był  Chester  „Chesty"  Ferguson, 
prowadzący  w  czasach  prohibicji  wiele  nielegalnych,  doskonale 
prosperujących szynków.

David od dziecka interesował się tą barwną erą w historii Chicago, 

z  wypiekami  na  twarzy  śledził  przygody  Elliota Nessa  w 
„Niedotykalnych".  Gdyby  nie  to,  może  uznałby  tę  różnicę  między 
planami  a  rzeczywistą  powierzchnią  piwnicy  za  błąd  kreślarza.  Ale 
to  miejsce  było  kiedyś  nielegalną  knajpą  gangstera,  nie  mógł  więc 
powstrzymać  się  od  podejrzeń,  że  gdzieś  na  dole  znajdował  się 
ukryty magazyn.

Na  razie,  z  braku  czasu,  tylko  pobieżnie  obejrzał  piwnicę.  Było 

mnóstwo  pracy,  a  babci  bardzo  zależało,  żeby  pierwszego 
października odbyło się uroczyste otwarcie cukierenki.

- Nie  żałujesz,  że  zgodziłeś  mi  się  pomóc?  -  spytała  z  troską  w 

głosie Claire.  - Nie wiem,  czy do końca  zdawałeś  sobie sprawę, co 
cię czeka.

- Dobrze wiedziałem, do czego się zabieram.  I niczego nie żałuję, 

choć było mi przykro, że kupiłaś ten dom w tajemnicy przede mną.

- Byłam pewna, że się nie zgodzisz, że nie spojrzysz na to miejsce 

background image

moimi oczami. Ale chyba powoli się przekonujesz, prawda?

David  wymruczał  jakąś  wymijającą  odpowiedź.  Chociaż  musiał 

przyznać,  że  sklep  zaczynał  wyglądać  obiecująco.  Usunął  warstwa 
po  warstwie  starą  farbę  i  nagle  dębowa  boazeria  ujawniła  swoje 
naturalne  piękno.  Marmurowa  lada  była  przykryta  grubą  narzutą,  a 
babcia dwa razy dziennie sprawdzała, czy nie stało jej się nic złego. 
Spędzała w sklepie całe popołudnia, żeby nad wszystkim czuwać.

- Zdecydowałaś już, jak nazwiesz to miejsce?
- Jeszcze nie. A przy okazji... bardzo się cieszę, że dogadaliście się 

z Anastazją. Chyba nawet lubicie być razem.

- Zabrzmiało to tak, jakbyśmy byli parą dwunastolatków bawiących 

się na podwórku.

- Nonsens,  mój  drogi. -  Babcia  poklepała  go  po  ramieniu.  -

Zapewniam cię, że znakomicie sobie zdaję sprawę, że oboje jesteście 
dorośli i że czas szybko płynie naprzód.

On  też  zdawał  sobie  sprawę  z  upływu  czasu.  Minęło  pięć  dni, 

odkąd zabrał Anastazję na mecz. Potem widywał ją tylko przelotnie, 
gdy  wpadała  po  pracy  doradzać  babci  -  we  wszystkim,  od  wzoru 
tapet  po  wybór  szklanek  do  wody  sodowej.  Niechętnie,  ale  musiał 
przyznać się w duchu, że coraz bardziej mu jej brakowało.

Ledwie o tym pomyślał, usłyszał za plecami głos Anastazji.
- Sullivan, znowu bujasz w obłokach w czasie pracy? - zażartowała.
- Jak  ci  się  udaje  tak  cicho  podkradać  w  ciężkich  wojskowych 

butach?

- Co,  nie  podoba  ci  się  moje  obuwie?  -  Podniosła  prawą  stopę  i 

obróciła nią, żeby mógł się dobrze przyjrzeć. - Nie miałam pojęcia, 
że jesteś takim niewolnikiem mody - dodała kpiąco, zerkając na jego 
znoszone dżinsy i zakurzony biały podkoszulek.

- Jasne. - Mimowolny uśmiech rozjaśnił mu twarz.
- Znowu próbujesz mnie rozpraszać tymi seksownymi dołeczkami, 

ale  nic  z  tego.  Przyszłam  powiedzieć  Claire,  że  znalazłam 
rzemieślnika,  który  robi  na  zamówienie  lady  chłodnicze  z 
pojemnikami  do  lodów  i  saturatorami.  -  Odwróciła  się  do  Claire.  -
Jego dane były w książce o historii lodów, zrobiłam ci kserokopię tej 
strony.

- Historia lodów? - powtórzył David.

background image

- Owszem.  Jeżeli  będziesz  grzeczny,  któregoś  dnia  opowiem  ci  o 

tym.

- Nie mogę się doczekać.
Anastazja doskonale rozpoznawała tę ironiczną nutę w jego głosie. 

Równie dobrze zdawała sobie sprawę, że wciąż jej do końca nie ufa. 
Musiała mu jednak przyznać, że stara się być miły. Nie wypominał 
jej  krewetek  w  Ravinii  ani  wygłupów  na  meczu  baseballowym.  I 
choć nie przestał marudzić o tym, jak nierozsądne jest porywanie się 
na  tak  niepewny  interes  jak  cukierenka  z  lodami,  jego opór  zdawał 
się tracić na sile. Gdyby tylko udało jej się przekonać tego sceptyka i 
malkontenta,  że  życie  bez  marzeń  nie  ma  sensu,  jej  misja  byłaby 
spełniona.

* * *

- Jakim cudem chcesz doprowadzić tych dwoje do ołtarza, jeżeli do 

dziś  nawet  się  nie  pocałowali?  -  Betty  maszerowała  tam  i  z 
powrotem po zakurzonej marmurowej ladzie.

- Budują nastrój - odpowiedziała jej Hattie spod sufitu, trzepocząc z 

gracją delikatnymi jak sieć pajęcza skrzydełkami.

- Zgadzam się z Betty. - Muriel potrząsnęła głową. Niesforny kogut 

na  jej  głowie  wydawał  się  bardziej  sterczący niż  zwykle.  -  Na  tym 
etapie Jason i Ryan już dawno byli po pierwszym pocałunku.

- Anastazja  działa  we  własnym  tempie,  powinnyście  o  tym 

wiedzieć. - Hattie zrobiła urażoną minę.

- Myślałam, że pomoc Claire przyspieszy bieg wydarzeń.
- Nie  przypominam  sobie,  żeby  Betty  mówiła  o  przyspieszaniu 

czegokolwiek.  Twierdziła,  jeśli  dobrze  pamiętam,  że  zwerbowanie 
Claire pozwoli nam poświęcić więcej czasu innym podopiecznym, a 
z tą parą pójdzie nam jak z płatka.

Oczywiście  gdy  tylko  to  powiedziała,  Anastazja  wepchnęła  tego 

nieokrzesanego dzikusa w tort weselny.

- I  to  powinno  mnie  ostrzec,  że  nie  pójdzie  wcale  tak  łatwo...  -

mruknęła pod nosem Betty.

- Nigdy nie idzie łatwo. Powiedziałaś, że im trudniej, tym większą 

potem mamy satysfakcję.

- Kłamałam.
- Daj  spokój!  -  uniosła  się  Hattie.  -  Moim  zdaniem,  obie 

background image

niepotrzebnie  się  martwicie.  Wszystko  idzie  jak  trzeba.  David  jest 
coraz  mniej  podejrzliwy.  Może  czuje  się  zakłopotany  tym,  że 
Anastazja  mu  się  podoba,  ale  zachowuje  się  przyzwoicie.  A  i 
Anastazja  zaczyna  wierzyć,  że  uda  jej  się  coś  wskórać.  David  ją 
najzwyczajniej  w  świecie  pociąga.  Zauważyłyście,  jak  go 
kokietowała, proponując, że opowie mu historię lodów?

- Jak  można  flirtować,  rozmawiając  o  historii  lodów?  - Muriel 

wzruszyła  ramionami.  -  Wszyscy  wiedzą,  że  lody  wymyśliły  dobre 
wróżki, dawno temu.

- Ale  ludzie  w  swoich  historycznych  książkach  piszą,  że 

pochodzenie lodów spowite jest głęboką tajemnicą.

- Właśnie  w  ten  sposób  sugerują,  że  stworzyły  je  dobre  wróżki  -

wyjaśniła Muriel.

- Może to chce powiedzieć Davidowi Anastazja?
- Jasne - zadrwiła Betty. - Jeśli naprawdę w to wierzysz, mam pod 

ręką most do sprzedania.

- Nie,  dziękuję  -  odparła  wyniośle  Hattie.  -  Nie  interesują  mnie 

mosty.

Ostatnie słowo jak zwykle należało do Muriel.
- O mostach wiem tylko tyle, że lepiej ich za sobą nie palić.

* * *

- Jesteś pewna, że chcesz to robić? - spytał David Anastazję tydzień 

później.

- Absolutnie. Daj mi w końcu ten wałek. - Wyrwała mu go z ręki. -

Mamy do pomalowania mnóstwo ścian.

- Na pewno chcesz w ten sposób spędzić wolny dzień?
- Na pewno. - Poprawiła szelki swojego roboczego kombinezonu. -

Boisz się, że okażę się lepszym malarzem od ciebie?

- Umieram ze strachu.
- Dobrze, panie majster. Łap swój wałek i bierz się do roboty.
Kiedy skończyła  pokrywać farbą ścianę, chwyciła za  pędzel, żeby 

pomalować  krawędzie  i  zakamarki.  Z  magnetofonu  Davida  płynęła 
głośna  muzyka  -  przeboje  lat  osiemdziesiątych  Kenny  Logginsa, 
Davida Bowie, Cyndii Lauper. Podrygując przy jednym ze skoczniej 
szych  kawałków,  Anastazja,  całkiem  niechcący,  prysnęła  farbą  ze 
swojego pędzla. Prosto w kierunku Davida.

background image

- O p... - Zakryła dłonią usta.
- Op nie załatwia sprawy - warknął z udawaną złością. - To był mój 

ostatni czysty podkoszulek. Zaraz pokażę ci op. - Podszedł do niej z 
miną nie wróżącą niczego dobrego.

- Spokojnie...  Zastanów  się,  zanim  zrobisz  coś,  czego  będziesz 

żałował.

- Nie wydaje mi się, żebym mógł czegoś żałować. Ale ty na pewno.
- Zrobiłam  to  niechcący,  przysięgam.  -  Położyła  dłoń  na  piersi.  -

Gdybym  naprawdę  chciała  cię  ochlapać  farbą,  zrobiłabym  to 
znacznie lepiej.

- Tak  czy  jeszcze  lepiej?  -  Odchylił  karczek  jej  kombinezonu  i 

chlapnął farbą na pomarańczową koszulkę.

- Hej, kolego, jak się bawić, to we dwoje! - Tym razem on rzucił się 

do ucieczki.

- Zdaje się, że jesteśmy kwita.
- To  tobie  się  tak  zdaje.  -  Posłużyła  się  pędzlem  jak  rapierem,  a 

lewą rękę wyrzuciła w powietrze. - Broń się!

Tak go rozśmieszyła, że nie zdołał uniknąć ciosu w nagie ramię.
- Doigrałaś się.
Chwycił  ją  w  ramiona,  zanim  zdążyła  pomyśleć  o  odwrocie. 

Śmiech  zamarł  jej  w  krtani,  gdy  próbując  się  uwolnić,  musnęła 
wargami jego policzek.

David  pochylił  się  i  zamknął  jej  usta  długim,  żarliwym 

pocałunkiem.

Namiętność,  jaką  w  niej  rozpalił,  oszołomiła  ją.  Przeraziła.  Czy 

domyślał się tego? Czy z nim działo się to samo?

Tak,  pod  dłonią  wyczuwała  łomot  jego  serca,  ale  ich  pocałunek 

skończył się równie gwałtownie, jak zaczął. Zaczęła się zastanawiać, 
dlaczego  tak  niespodziewanie  odepchnął  ją  od  siebie,  kiedy  zdała 
sobie  sprawę,  że  nie  są  sami.  Fachowcy  od  ogrzewania  skończyli 
właśnie  przerwę  na  lunch  i  przez  drzwi  na  zapleczu  zeszli  do 
piwnicy.

Starając  się  zachować  choćby  pozory  opanowania,  Anastazja 

spojrzała na Davida z czarującym uśmiechem.

- Miły  sposób  na  rozpraszanie  mnie,  ale  i  tak  jestem  lepszym 

malarzem.

background image

- Całujesz też nieźle.
- Dzięki - odpowiedziała drżącym głosem. Ten pocałunek sprawił, 

że  zobaczyła  w  nim  innego  mężczyznę.  I  osłabił jej  kontrolę  nad 
sytuacją. Zakłopotana, podniosła pędzel i wróciła do malowania, nie 
powstrzymując się  jednak  od  nonszalanckiej  riposty:  -  Pochlebstwa 
zaprowadzą cię donikąd.

Czuła, że ma nogi jak z waty. A to oznaczało, że David może być 

dla niej wielkim kłopotem. Wiedziała to. I obawiała się, że teraz i on 
zdaje sobie z tego sprawę.

Nie  miał  pojęcia,  co  go  podkusiło,  żeby  wpaść  do  biblioteki,  w 

której pracowała  Anastazja.  Ale przez  cały  dzień  miał  wrażenie, że 
nie jest sobą. Wczorajszy pocałunek kompletnie go zaskoczył. Skąd 
mógł przypuszczać, że ona potrafi tak całować? I czy w ten sposób 
zamierza zawrócić mu na tyle w głowie, żeby nie dowiedział się, o 
co naprawdę jej chodzi?

A  jeśli  o  nic  nie  chodzi?  Jeśli  nie  ma  żadnych  złych  zamiarów? 

Może  ta  kobieta  jest  po  prostu  naiwna,  zwariowana  i  nierozsądna? 
Może wcale nie nabiera jego babci? Ale i to nie oznaczałoby, że jest 
kobietą dla niego. Stop. Skąd takie myśli lęgną mu się w głowie? On 
i Anastazja? Zbyt wiele ich różni.

Bez kłopotów odnalazł ją w sekcji dziecięcej biblioteki publicznej. 

Siedziała  otoczona  grupą  dwudziestu  pięciu  przedszkolaków,  z
włosami  związanymi  w  jeden  gruby  warkocz.  Czytała  dzieciom 
zabawną książkę o żabie, która pocałowana przez  księcia zamieniła 
się w piękną bibliotekarkę.

Oczywiście natychmiast przypomniało mu to o ich pocałunku, więc 

przez  dobre  pięć  minut  z  trudem  powracał  na  ziemię.  Tymczasem 
Anastazja  przeszła  do  następnej  opowieści.  Trzymała  w  dłoniach 
cykl  laminowanych  rysunków  ilustrujących  historyjkę  o  trzech 
dobrych wróżkach, które marzyły o większych skrzydłach.

- Henrietta, Betina i Maria uwielbiały się śmiać. A wy potraficie się 

śmiać? - spytała dzieciaki.

Roześmiały się wszystkie, choć z nierównym entuzjazmem.
- One  przepadały  też  za  lodami.  A  wy  lubicie  lody?  Większość 

wrzasnęła,  że  tak,  z  wyjątkiem  jednej  małej  dziewczynki,  która 
powiedziała przejętym głosem, że lody tuczą.

background image

- Dobrym wróżkom to nie grozi, Mitsy. Ale dziś dobre wróżki mają 

coś ważnego do zrobienia. Muszą pomóc księżniczce Sarze odnaleźć 
jej zagubionego kotka. Znajdziecie kotka na tym obrazku?

Kilkoro dzieci pokazało go od razu.
- Kociaki drapią ludzi i kanapy - znowu odezwała się Mitsy.
- Ponieważ  dobre  wróżki  potrafią  latać  -  ciągnęła  Anastazja  -

przeszukały  najpierw  czubki  drzew.  Może  kociak  wspiął  się  na 
drzewo. Potraficie pokazać drzewo na tym obrazku?

- W  drzewach  jest  dużo  robaków  -  zabrzmiał  po  raz  kolejny  głos 

Mitsy.

Davida korciło, żeby rozweselić jakoś dziewczynkę, ale Anastazja 

zdawała się przyzwyczajona do jej ponurych komentarzy.

- Dobre wróżki zaczęły się martwić. Jak wyglądacie, kiedy jesteście 

zmartwione?

Cała  grupa  zaczęła  stroić  miny,  marszczyć  czoła  i  nosy.  Mała 

maruda  nie  musiała  niczego  udawać,  jej  zwykła  mina  była 
dostatecznie skrzywiona.

Kiedy  Anastazja  uśmiechnęła  się  do  jakiegoś  dziecka,  David 

przylgnął  wzrokiem  do  jej  warg,  znowu  przypominając  sobie  o  ich 
pocałunku.  Gdzie  ona  się  nauczyła  tak  całować?  Na  pewno  nie 
wyczytała  instrukcji  w  żadnej  z  książek.  A  to  znaczy...?  Że  ma 
bardzo duże doświadczenie? A może po prostu wrodzony talent?

Starał się skoncentrować na jej słowach i zapomnieć o ustach.
- Potem  użyły  swych  magicznych  różdżek,  by  kilkoma 

podmuchami wiatru rozwiać liście i odsłonić konary drzew.

- Liście tylko śmiecą - prychnęła Mitsy.
- I wiecie co? Na najwyższym drzewie ukryta wśród liści siedziała 

kotka  Psotka,  która  bała  się  zejść  z  drzewa.  Domyślacie  się,  co 
zrobiły dobre wróżki?

- Strzeliły  do  niej?  -  zapytał  z  morderczym  błyskiem  w  oku 

rudowłosy chłopczyk.

- Nie, oczywiście, że nie! - Anastazja spojrzała na niego ze zgrozą. 

-  Mogłyby  zranić  kotkę,  a  przecież  nie  wolno  ranić  kotków  ani  do 
niczego strzelać.

- Użyły  czarów  -  podpowiedział  chłopczyk,  który  przez  cały  czas 

trzymał kciuk w ustach.

background image

- Racja, Bobby! Użyły czarodziejskich różdżek, żeby zdjąć kotkę z 

drzewa i oddać ją księżniczce Sarze. Dobre wróżki, które tak głupio 
się  czuły  ze  swoimi  maleńkimi  skrzydełkami,  teraz  mogły  być 
dumne. A księżniczka z wdzięczności obdarowała je... wiecie czym?

- Kupą forsy?
- Dała im dzień urlopu - podpowiedział David, wyłaniając się zza 

regału.

Anastazja  spojrzała  na  niego  zdumiona,  ale  nie  przerwała 

opowieści.

- Ofiarowała im dar śmiechu i pewności siebie.
- Jeżeli  śmiała  się  tak  jak  ty,  to  nie  był  zły  prezent  - oświadczył 

tubalnym głosem David.

- O rany, zaraz się będą całować! - krzyknął rudzielec.
- Nie,  nie  będziemy  -  zaprzeczyła  Anastazja  rzeczowym  tonem.  -

Za  minutę  będę  wolna,  Davidzie.  -  Zakończyła  swoją  bajkę  z 
pomocą  kukiełki  o  imieniu  Panna  Myszka,  a  gdy  przedszkolaki 
wróciły do swoich rodziców, zajęła się Davidem.

- Skąd się tu wziąłeś?
- Wpadłem  zobaczyć,  jak  zarabiasz  na  życie.  A  więc  śpiewasz  i 

opowiadasz bajki. Niezły fach.

- Fach  jest  dobry,  ale  zajmuję  się  nie  tylko  tym.  Mam  dyżury  w 

punkcie  informacyjnym,  gdzie  polecam  dzieciom  lektury, 
odpowiadam  na  najróżniejsze  pytania  -  na  przykład  jakie  zwierzęta 
żyją  w  Ameryce  Południowej.  Do  tego  praca  administracyjna, 
opracowuję też nowe programy edukacyjne i konkretne projekty. W 
tej pracy trzeba naprawdę lubić dzieci - skończyła smętnym tonem -
a tego nie można się nauczyć.

Zaczął  się  zastanawiać,  jaką  byłaby  matką.  Przestań  natychmiast, 

ostrzegł  go  wewnętrzny  głos  zatwardziałego  kawalera.  To 
niebezpieczny teren.

- Więc jakie zwierzęta żyją w Ameryce Południowej?
- Kapucynki, wyjce i inne małpy, wigonie i węże anakonda. Wiem, 

bo wczoraj dostałam siedem pytań z rzędu na ten temat. Dopadł mnie 
też  czwartoklasista,  który  zażyczył  sobie  fotografii  dinozaura  i  był 
bardzo zły, kiedy mu wytłumaczyłam, że to niemożliwe.

- Trzeba go było skontaktować ze Spielbergiem.

background image

- Dobry  pomysł.  -  Wyrównała  stos  rysunków  w  formacie  plakatu 

ulicznego.

- Z jakiej to książki?
- Sama robiłam te ilustracje.
- Niezłe - stwierdził zaskoczony. - Ale nie jestem ekspertem w tej 

dziedzinie.

- Wielkie dzięki.
Chwilę  później  Anastazja  musiała  pomóc  jakiejś  matce,  która 

szukała dobrej książki dla syna. Dopiero kiedy wróciła i usiadła przy 
komputerze,  zdumienie  Davida  dosięgło  zenitu.  Czasami  używał 
komputera, ale daleko mu było do jej szybkości i wprawy.

Tutaj,  w  bibliotece,  wcale  nie  sprawiała  wrażenia  szalonej  ani 

ekscentrycznej,  ani  razu  nie  wyprowadziła  go  z  równowagi  tym 
swoim  kuszącym  uśmieszkiem  albo  zaraźliwym  śmiechem. 
Wyglądała na mądrą, ambitną kobietę. A on kobiet tego typu unikał 
kiedyś jak ognia.

Skłonny  był  przyznać,  że  podejrzewając  Anastazję  o  niecne 

zamiary wobec babci, trafił jak kulą w płot. Nie zmieniało to jednak 
faktu,  że  ona  była  bibliotekarką  z  klasą,  a  on  wypalonym 
wewnętrznie  analitykiem  pożarów,  przechodzącym  ciężki  kryzys 
tożsamości.

- Zauważyłaś,  jak  niewiele  mamy  ze  sobą  wspólnego?  -  zapytał, 

kiedy oderwała się od pracy.

- Skąd to pytanie? - Wyglądała na zaskoczoną.
- Ty jesteś bibliotekarką z klasą, miłośniczką muzyki symfonicznej 

i  baletu,  a  ja  sztywnym  pedantem  z  zasadami,  który  lubi  baseball  i 
seriale komiczne w stylu „Trzech Fagasów".

- Wolisz Shempa czy Curliego?
- Curliego.
- Mowwa  -  powiedziała,  naśladując  akcent  komika.  - A  powiedz, 

ilu tak naprawdę komików występuje w „Trzech Fagasach"?

- Sześciu. A jak ma na nazwisko Larry?
- Fine. Larry Fine.
- Zgadza się. - Spojrzał na nią z szacunkiem. - Dobra jesteś.
- Właśnie  to,  nie  od  dzisiaj,  próbuję  ci  włożyć  do  głowy  -

odparowała z zawadiackim uśmiechem.

background image

- Nigdy nie spotkałem kobiety, która lubiłaby „Trzech Fagasów".
- To znaczy, że nigdy nie spotkałeś kobiety podobnej do mnie.
- Chyba masz rację.
- Ja zawsze mam rację.
- Anastazjo, mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko temu, żeby 

David  poszedł  z  nami  na  pchli  targ?  -  spytała  Claire  następnego 
popołudnia.

- Oczywiście, że nie.
- Miło mi to słyszeć. Czy zauważyłaś, jak on się zmienił? Przestał 

być  taki  poważny,  zachowuje  się  całkiem  normalnie!  To  twoja 
zasługa.

Anastazja  skinęła  głową.  Zauważyła  u  Davida  wiele  rzeczy. 

Choćby to, że wspaniale rozumie się z babcią. I nigdy nie rzuca słów 
na wiatr. Jeżeli powie, że coś zrobi, zrobi na pewno.

Faceci,  z  którymi  się  zadawała,  byli  zabawni,  na  luzie,  ale

nieodpowiedzialni.  Może  jednak  jest  coś,  co  przemawia  za 
mężczyzną, który zawsze dotrzymuje danego słowa, całuje, jakby nie 
istniało jutro, a oczy majak błękitne niebo.

Pchli targ odbywał się na terenach targowych Kane County. Przed 

bramami wejściowymi farmerzy z Wisconsin i Michigan sprzedawali 
świeżo zebrane jabłka i cydr. Wewnątrz można było kupić dosłownie 
wszystko,  od  pochodzących  prosto  z  fabryki  kołder  po  witrażowe 
okna.

Stoiska  zadaszone falistą blachą miały stare  tabliczki,  na przykład 

„Owce  1965"  albo  „Świnie  1960",  ponieważ  umieszczono  je  w 
dawnych boksach dla zwierząt. Teraz sprzedawano w nich porcelanę, 
bele  materiału,  bożonarodzeniową  galanterię.  Jeszcze  inni  kupcy 
oferowali starą biżuterię i bogaty asortyment mebli.

- Słyszałam,  że  jest  tu  gdzieś  handlarz,  u  którego  można  dostać 

półki  barowe  z  lustrzaną  ścianą.  -  Anastazja  pełniła  rolę 
przewodniczki. - Coś takiego świetnie by pasowało do marmurowej 
lady.

Po  drodze  często  się  zatrzymywali. Anastazja  nie  potrafiła  oprzeć 

się  pokusie  zjedzenia  placka  prosto  z  gorącej  blachy,  posypanego 
cukrem  pudrem.  David  patrzył  na  nią  głodnym  wzrokiem, 
wyobrażając  sobie  smak  tego  cukru  na  jej  ustach.  Zadowolił  się 

background image

jednak kupnem plakatu z „Trzema Fagasami".

- Większość kobiet kompletnie nie chwyta ich dowcipów.
- Przemawia  przez  ciebie  męski  szowinizm.  Mój  brat  Ryan 

przekonał  mnie  do  „Fagasów",  kiedy  jeszcze  byliśmy  dziećmi,  ale 
Jason nic z tego nie łapał. Dziś też nie łapie.

- Jest od ciebie starszy?
- Tylko o kilka minut, ale od dziecka udawał ważniaka i próbował 

nami  rządzić.  Wszyscy  troje  urodziliśmy  się  w  tym  samym  roku  i 
tego samego dnia.

- To znaczy, że...
- Jesteśmy trojaczkami.
- Trojaczkami?  -  powtórzył,  jakby  nie  rozumiał  znaczenia  tego 

słowa.

Sprawdzając  kartotekę  Anastazji,  David  doszukał  się  oczywiście 

dwóch  braci,  nie  zwrócił  jednak  uwagi  na  daty  ich  urodzenia. 
Dowiedział się, że jeden pracuje w biurze prokuratora okręgowego w 
Chicago,  a  drugi  jest  zastępcą  szeryfa  federalnego,  co  pozwalało 
sądzić,  że  oszustwa  finansowe  nie  są  specjalnością  rodziny 
Knightów.  Przestał  też  podejrzewać  Anastazję.  Była  zbyt 
bezpośrednia  i  bezceremonialna,  żeby  kogokolwiek  oszukać.  Co 
wcale nie oznaczało, że ma dobry wpływ na jego babcię.

Była marzycielką, a on na własnej skórze przekonał się, czym może 

grozić  bujanie  w  obłokach.  I  nie  miał  pojęcia,  z  jakim  następnym 
szalonym pomysłem wyskoczy lada chwila.

Kiedy znaleźli budkę, której szukali, David zauważył, że Anastazja 

czeka, aż babcia sama zdecyduje się na ten bar z lustrami, czy jak mu 
tam.  Był  ogromny,  mógł  nie  zmieścić  się  do  jego  samochodu,  ale 
sprzedawca zaoferował dostawę na miejsce.

David  przyjrzał  się  wiktoriańskiemu  meblowi  i  doszedł  do 

wniosku,  że  istotnie  będzie  bardzo  pasował  do  ściany  za 
marmurowym kontuarem. A robota była mistrzowska. Nikt już teraz 
nie  robi  takich  rzeczy.  Potem  utargował  dobrą  cenę,  w  której 
mieściła się darmowa dostawa.

Dopiero  gdy  sprzedawca  podpisał  zamówienie,  David  zauważył 

zdziwione miny Claire i Anastazji.

- No  co?  Jeżeli  chcecie  brać się  do  interesów,  nauczcie  się  liczyć 

background image

każdy grosz. Pieniądze nie rosną na drzewach, to chyba wiecie?

- Wiem  -  przyznała  mu  rację  Anastazja,  z  uśmiechem  i  nutą 

szacunku  w  głosie.  -  Nie  przypuszczałam  po  prostu,  że  możesz  się 
tak ożywić na widok antycznego wyposażenia cukierenki z lodami.

- Nie obiecuj sobie po tym zbyt wiele - burknął pod nosem.

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY

Nie  obiecuj  sobie  po  tym  zbyt  wiele.  Słowa  Davida  tłukły  się 

echem w  jej  głowie  z  ogłuszającą  siłą.  Problem  polegał  na  tym,  że 
już  sobie  zaczęła  obiecywać.  Przyzwyczaiła  się  do  jego  obecności, 
do przekomarzania się z nim, do całowania go. To wszystko daleko 
wybiegało  poza  przyjacielskie  lekcje,  jakich  miała  mu  udzielać  na 
prośbę  Claire.  Jak  mogła  do  tego  dopuścić?  Czuła,  że  ogarnia  ją 
panika.

- Nic  ci  nie  jest?  -  spytał  David,  gdy  zatrzymała  się  nagle  w 

miejscu. - Wyglądasz zabawnie.

- Wszystko w porządku - skłamała, wachlując się dłonią. - Strasznie 

tu gorąco. Wyjdę złapać trochę świeżego powietrza. Może napiję się 
zimnej lemoniady...

Niepotrzebnie na niego patrzyła, bo zrobiło jej się jeszcze bardziej 

gorąco. Miał na sobie tę samą płócienną koszulę, w której zjawił się 
tu  po  raz  pierwszy.  I tak  jak  wtedy  podciągnął  rękawy, odsłaniając 
opalone  przedramiona.  Fizyczna  praca  przy  remoncie  sklepu 
sprawiła, że zarys mięśni stał się nieco bardziej wyrazisty, ale tylko 
bystre oko mogło to zauważyć.

We wszystkim, co dotyczyło Davida, Anastazja miała bystre oko, i 

to  ją  martwiło.  Miała  nauczyć  go  dystansu  do  życia,  pokazać,  jak 
można się bawić, przekonać do marzeń. I chociaż ich wycieczka do 
Ravinii  nie  odbyła  się  po  jej myśli,  zdawało  się,  że  David 
rozchmurzył się trochę i zaczął coś rozumieć. Nie uskarżał się już na 
głupotę  swojej  babci,  która  kupiła  ruinę,  nie  dom,  nie  truł  o 
statystyce bankructw ani o podobnych bzdurach.

I  z  pewnością  nie  całował  jak  facet,  który  jest  nieuleczalnym 

tępakiem!

- Jesteś  taka  rozpalona  -  zauważyła  z  niepokojem  Claire.  -  Mam 

nadzieję, że nie rozłoży cię jakieś choróbsko.

- Też  mam  taką  nadzieję.  -  Miała  nadzieję,  że  znajdzie  w  sobie

odporność na urok Davida, choćby dlatego, że ten facet wciąż jej do 
końca nie akceptował ani jej nie ufał.

- Słabo ci? - Objął ją w talii, jakby obawiał się, że zemdleje.
- Potrzebuję tylko zimnej lemoniady.
- A nie lodów? - spytał z żartobliwym błyskiem w oku.

background image

- Gdzie tym wszystkim lodom do lodów Claire. Ona mnie całkiem 

rozpuściła.

- To jej specjalność.
Spojrzała  mu  w  oczy.  Miało  to  być  przelotne  zerknięcie,  ale 

przerodziło  się  w  coś  niebezpiecznego.  Jego  tęczówki  mieniły  się 
różnymi odcieniami błękitu. Spojrzenie było również pełne znaczeń -
najpierw  iskierka  humoru,  potem  zamyślenie  i  jeszcze...  czyżby  to 
było pożądanie?

Anastazja nie miała pojęcia, jak długo  gapili się  tak na siebie, jak 

dwoje  chorych  z  miłości  głupców.  A  kiedy  głos  Claire  sprowadził
ich na ziemię,  modliła  się, żeby to  była tylko sekunda  albo dwie, a 
nie dziesięć minut.

- Patrzcie, idzie ten przemiły pan Rozenkrantz. Może zechciałby się 

z nami napić lemoniady?

- Kto to  jest Rozenkrantz? - spytał David, kiedy babcia popędziła 

alejką za starszym mężczyzną.

- To  właściciel  antykwariatu  z  sąsiedniego  domu.  Na  pewno  go 

zauważyłeś. Ma szyld „Jaskinia Starożytności".

- Nie zauważyłem. Co ta babcia wyprawia?
- Rzeczywiście,  trudno  się  domyślić  -  zakpiła  Anastazja.  -

Rozmawia z panem Rozenkrantzem.

- To nie jest zwykła rozmowa. Zobacz, jak się wdzięczy. Ona... ona 

z nim flirtuje! - David był oburzony.

Anastazja wybuchnęła nieopanowanym śmiechem.
- I co w tym takiego śmiesznego?
- Ty...  -  nie  zdążyła  wyjaśnić,  bo  przyłączyła  się  do  nich  Claire, 

ciągnąc za sobą uśmiechniętego pana Rozenkrantza.

- Ira, chciałabym ci przedstawić mojego wnuka, Davida. A to moja 

przyjaciółka, Anastazja.

- Znam Anastazję, wpada czasami do mojego antykwariatu. Jak się 

spisuje  ten  ręcznie  tkany  dywan?  -  spytał  Ira  swoim  tubalnym 
głosem. - Davidzie... - Ira wyciągnął do niego dłoń - bardzo mi miło. 
Twoja babcia zawsze wychwala cię po niebiosa.

- W jakich okolicznościach?
- Kiedy wpada do mnie do sklepu na popołudniową herbatkę.
- Od dawna? - David był coraz bardziej naburmuszony.

background image

- Patrz... - Anastazja musiała wkroczyć do akcji. - W tamtej budce 

wisi  siodło  na  wielbłąda.  Zawsze  o  takim  marzyłam.  -  Chwyciła 
Davida pod ramię. - Chodź, pomożesz mi utargować najlepszą cenę. 
-  Ciągnęła  go  za  sobą  tak  długo,  aż  znaleźli  się  poza  zasięgiem 
słuchu babci i jej przyjaciela.

- Po diabła ci siodło na wielbłąda?
- Nie  potrzebuję  żadnego  siodła,  choć  byłby  z  niego  wygodny 

podnóżek. Nie chciałam, żebyś dalej robił z siebie głupca.

- Ja?!
- Jakbym  słyszała wściekłego  strażnika  z  powieści  Jane  Austen.  -

Spojrzała na niego spode łba i zaczęła przedrzeźniać. - Od dawna? W 
jakich okolicznościach? Daj spokój, twoja babcia jest dorosła. Może 
chodzić na herbatkę do przyjaciela, kiedy ma na to ochotę.

- To twoja robota, prawda?
- Jej przyjaźń z Irą? Jasne, a dlaczego by nie?
- Dlatego, że ona jest moją babcią. Właśnie dlatego.
- I z tego powodu ma nie mieć prywatnego życia?
- Ona dawno skończyła siedemdziesiąt lat.
- Ira też. I co z tego?
- Ciekawe,  o  co  mu  chodzi.  -  David  nie  spuszczał  wzroku  z  Iry 

Rozenkrantza.

- Dlaczego  podejrzewasz,  że  o  coś  mu  chodzi?  -  David  zaczął 

doprowadzać ją do szału.

- Wszystkim o coś chodzi.
- Więc o co chodzi tobie?
- Staram się chronić babcię.
- Przed czym albo przed kim?
- Przed każdym, kto mógłby ją zranić. I wykorzystać.
- O mnie też pomyślałeś, że chcę ją wykorzystać?
- Wątpię, czy masz na nią dobry wpływ.
- A ty masz?
- Oczywiście,  że  tak  -  odpowiedział  dopiero  po  chwili,  wyraźnie 

zbity z tropu pytaniem Anastazji. - Chcę dla niej jak najlepiej.

- Pod  warunkiem,  że  ty  decydujesz,  co  jest  dla  niej  najlepsze.  -

Miała wrażenie, że wrócili do punktu wyjścia. David był tym samym 
tępym  facetem,  którego  poznała  kilka  tygodni  temu.  -  Gdyby  to 

background image

zależało od ciebie, ona musiałaby zapomnieć o swoich marzeniach.

- Nie  poświęciłaby  dla  marzeń  zabezpieczenia  finansowego  na 

resztę życia.

- Czy naprawdę  tak słabo znasz swoją babcię?  To przecież mądra 

kobieta. Dobrze wie, co robi.

- O,  tak,  na  przykład  teraz  flirtuje  z  tym  facetem  z  antykwariatu. 

Spójrz tylko, wziął ją pod rękę.

- A to rozpustnik!
- To wcale nie jest śmieszne!
- Oczywiście, że jest.
- Bo masz spaczone poczucie humoru.
- To  lepsze  niż  nie  mieć  go  w  ogóle.  -  Uśmiechnęła  się  z 

wyższością.

- Nie będę się z tobą kłócić - odburknął ze złością.
- Oczywiście, że nie będziesz. Ale tylko dlatego, że do kłótni trzeba 

dwojga. A to ja nie mam zamiaru ciągnąć tego rodzaju dyskusji.

- Jakiej dyskusji?
- Takiej, w której byś przegrał. - Odwróciła się na pięcie i dołączyła 

z  powrotem  do  Iry  i  Claire,  zostawiając  Davida  z  jego 
zmartwieniami.

- Ira, jak długo prowadzisz ten interes? - zapytał znienacka David, 

przyłączywszy się do nich w kolejce po lemoniadę. - O co chodzi? -
zwrócił się do wyraźnie oburzonej babci i sztyletującej go wzrokiem 
Anastazji.

- Pozwoliłbyś  chociaż  człowiekowi  usiąść  i  wypić  lemoniadę, 

zanim  zaczniesz  swoje  przesłuchanie  -  pouczyła  go  Anastazja  i 
pobłażliwym  tonem  wyjaśniła  Irze:  -  David  jest  inspektorem 
dochodzeniowym  straży  pożarnej,  bada  przyczyny  pożarów  i  tropi 
podpalaczy.  Wścibstwo  i  podejrzliwość  leży  w  jego  naturze,  nie 
bierz więc tego do siebie.

- Nie biorę - zapewnił ją Ira, a w jego piwnych oczach pojawił się 

błysk  rozbawienia.  Mimo  mocno  już  przerzedzonych  siwych 
włosów, nadal był uwodzicielsko przystojny. - Biznesem zajmuję się 
od dwóch lat, Davidzie.

- Niezbyt długo. Zawsze pracowałeś w branży antykwarycznej?
- Nie, imałem się w życiu przeróżnych zajęć.

background image

- Tak myślałem.
Claire  rzuciła  Davidowi  piorunujące  spojrzenie  i  szybko  zmieniła 

temat.

- Wyobraź sobie, Ira, kupiłam tu przepiękny bar, z lustrem na tylnej 

ścianie  i  witrażowymi  lampami...  Już  widzę,  jak  będą  wyglądać  na 
półkach  moje  kielichy  w  kształcie  tulipanów...  To  prawdziwy 
klejnot.

- Tak jak ty - szepnął Ira z galanterią.
- Byłeś  kiedyś  żonaty?  -  zapytał  David  z  delikatnością  słonia  w 

składzie porcelany.

- Parę razy.
Wspaniale. Więc ten facet to zwykły kobieciarz. David czuł przez 

skórę, że jest w nim coś podejrzanego.

- Może powinieneś zdjąć Irze odciski palców i mieć to z głowy? -

zaproponowała Anastazja.

David  spojrzał  na  nią  okrągłymi  oczami.  Czy  ona  jest  ślepa?  Nie 

widzi, że ten Ira to jakiś ciemny typ?

- Podtrzymuję tylko rozmowę, nic więcej.
- Jasne - mruknęła z zaciętą miną.
David  szybko  się  zorientował,  że  w  obecności  Claire  i  Anastazji 

niczego  więcej  od  Iry  nie  wyciągnie.  Postanowił  poczekać  na 
właściwy  moment.  Przysłuchiwał  się,  jak  babcia  gawędzi  z 
przyjacielem o modelach łyżek do lodów, o wystroju cukierenki, i o 
tysiącu  innych  spraw.  Udawał,  że  nie  zwraca  na  nich  uwagi,  ale 
kiedy chwilę później podsłuchał, że wybierają się razem na kolację, 
już wiedział, co musi zrobić.

Anastazja  spojrzała  w  lustro  po  raz  piąty  w  ciągu  pięciu  minut. 

Wyglądała  nieźle.  Zdecydowała  się  na  czarną  sukienkę  z  lat 
czterdziestych, z atłasową górą i bolerkiem z siatki. Natrafiła na nią 
w  sklepie  z  używanymi  rzeczami  i  wprost  nie  mogła  uwierzyć  we 
własne  szczęście.  Zawsze,  kiedy  ją  miała  na  sobie,  czuła  się  jak 
Lauren Bacall.

Jaskrawoczerwona  szminka  również  pasowała  do  stylu  lat 

czterdziestych. Podobnie  jak kolczyki i  bransolety z  gagatów, które 
wyszperała po południu na pchlim targu.

Kiedy  David  zaprosił  ją  na  kolację,  w  pierwszej  chwili  chciała 

background image

odmówić, bo zachował się wobec Iry jak natrętny nudziarz. Ale gdy 
spojrzał na nią przepraszająco, tymi swoimi czarodziejskimi oczami, 
jej  początkowy  opór  rozmył  się  niczym  zamek  z  piasku  oblany 
morską falą.

Stanął w progu dokładnie o umówionej porze. Z obezwładniającym 

uśmiechem na twarzy wręczył jej czerwoną różę.

- Wyglądasz  olśniewająco.  Myślałem,  że  przejdziemy  się  na 

piechotę,  jest  piękna  pogoda.  To  niedaleko...  -  Spojrzał  na  jej 
pantofle na wysokich obcasach.

- Dobrze  wyglądają,  ale  to  nie  znaczy,  że  są  niewygodne  -

odpowiedziała,  kiedy  wreszcie  odzyskała  oddech.  Miał  na  sobie 
czarny garnitur, niebiesko-czarną koszulę i świetnie dobrany krawat. 
- Z przyjemnością się przespaceruję.

Przeszli  trzy  przecznice  do  restauracji  „Pod  Różą",  którą  wybrał 

David. Anastazja dobrzeją znała, słynęła z najlepszej włoskiej kuchni 
w  okolicy.  Czy  wiedział,  ze  to  jedno  z  jej  ulubionych  miejsc?  Na 
myśl  o  tym,  że  zależało  mu,  żeby  ten  wieczór  był  specjalny, 
zawirowało  jej  w  głowie.  Przyniósł  różę.  Wybrał  restaurację,  którą 
lubiła. Kiedy jednak weszli do środka, natychmiast spadła na ziemię.

Jedno  spojrzenie  na  Irę  i  Claire,  którzy  rozkoszowali  się 

romantyczną kolacją we dwoje, wystarczyło, żeby domyślić się, o co 
tu naprawdę chodzi. Wpadła w furię.

- Ty podły szpiegu! Nie zostanę tu w roli twojej wspólniczki! Było 

jednak za późno. Claire i Ira już ich zauważyli.

- Hej, siadajcie z nami - zawołał Ira.
- Nie możemy... - Anastazja potrząsnęła głową.
- To  się  nazywa  szczęście...  -  przerwał  jej  David.  -  Co  za 

przypadek.

- Co  za  farsa -  wycedziła przez  zęby Anastazja.  Mogła wyjść,  ale 

nie chciała denerwować  Claire. Poza  tym zdecydowana była bronić 
jej przyjaciela przed jej wrednym wnukiem. Usiadła więc, gotując się 
w środku ze złości.

Kelner przyniósł dwa dodatkowe krzesła i nakrycia. Podnieśli karty 

z menu.

- Co zamówisz?
- Poradę adwokata - odpowiedziała z pasją.

background image

- Nie widzę tego w menu - David odparł jej atak z ostrzegawczym 

błyskiem w oku.

- Kłócicie się? - spytała zmartwiona Claire.
- Jeszcze nie - odpowiedziała Anastazja. - Ale w każdej chwili...
- Co ty zrobiłeś? - Claire surowym wzrokiem spojrzała na Davida.
- Ja? Dlaczego podejrzewasz, że coś zrobiłem?
- Bo dobrze cię zna - odpowiedziała za nią Anastazja.
- Tak, tak, dobrze cię znam. - Claire poklepała Davida po dłoni, a 

Anastazji  zdawało  się,  że  przez  jego  twarz  przemknął  grymas 
gniewu. - A teraz, mój drogi, zachowuj się.

Anastazja uśmiechnęła się. Claire, Panie, chwała jej za to, pokazała 

Davidowi, gdzie jest jego miejsce. Wątpliwe, żeby taki tuman wziął 
sobie  to  na  dłużej  do  serca,  ale  sprawy  nie  potoczyły  się  po  jego 
myśli. Mogła z przyjemnością zabrać się do jedzenia.

* * *

- Cóż  ta  Claire  wyrabia?  -  Osowiała  Hattie  przysiadła  na  łopatce 

jednego z wentylatorów w restauracji „Pod Różą". - Miała zająć się 
swataniem Anastazji i Davida, a ona umawia się na randki. Po co ona 
to robi?

- Bo jest człowiekiem, a ty nie.
- Jasne, a ty ciągle musisz mi to przypominać.
- Przestań  marudzić.  -  Muriel  rzuciła  w  nią  grzanką.  Nie  trafiła 

tylko  dlatego,  że  Hattie  w  ostatniej  chwili  zdążyła  przykucnąć. 
Poprawiła  kapelusz  przyozdobiony  kwiatami  moreli  i  przejrzała  się 
w maleńkim lusterku zatkniętym na czubku czarodziejskiej różdżki.

- Chciałam  tylko  powiedzieć,  że  na  pchlim  targu  wszystko 

przebiegało  wspaniale,  dopóki  nie  zjawił  się  ten  Ira i  Claire  nie 
zaczęła  z  nim  flirtować.  Teraz  David  martwi  się  o  babcię,  a 
Anastazja jest na niego wściekła.

- A  więc  na  autostradzie  życia  doszło  do  małej  stłuczki.  -  Muriel 

wzruszyła tylko ramionami.

- Znowu  buszowałaś  w  Internecie,  co?  -  Betty  zmierzyła  siostrę 

karcącym  wzrokiem.  -  Ostrzegałam  cię  przed  wizytami  w  tym 
gnieździe plotkarzy.

- Używam  go  tylko  dla  pogłębienia  swojej  wiedzy.  O  ludzkim 

zachowaniu i tym podobnych sprawach.

background image

- Hm, hm... - Hattie głośno chrząknęła. - Może byśmy wróciły do 

Anastazji i Davida. Co teraz zrobimy?

- Gdybym  była  tobą,  zeszłabym  z  tego  śmigła  -  odpowiedziała 

Betty.

- Niby dlaczego?
- Bo właśnie ktoś włączył wentylator.
Ułamek  sekundy  później  wirujące  śmigło  wyrzuciło  Hattie  w 

powietrze.  Wylądowała  w  drugim  końcu  sali,  na  półce  za  barem 
obok butelki Jacka Danielsa. Kapelusz zakrył jej pół twarzy, a suknia 
owinęła się wokół talii, odsłaniając kolorowe majtki.  Siła uderzenia 
przewróciła  otwartą  butelkę  gazowanej  wody,  która  polała  się 
ciurkiem na zadarty nos Hattie.

- Pierwsza zasada działania dobrych wróżek - zacytowała Muriel. -

Nigdy nie pokazuj po sobie, że się pocisz.

* * *

- No  więc  dobrze  -  zaczął  David  pojednawczym  tonem,  kiedy 

znaleźli  się  przed  domem.  -  Przyznaję,  że  wplątywanie  cię  w  mój 
plan było nie fair...

Anastazja,  idąc  dziesięć  kroków  przed  nim,  odwróciła  się  i  przez 

chwilę milczała, patrząc na niego z pogardą i ogniem w oczach.

- Mogę ci powiedzieć, co jest nie fair. To, że ty... Uff! - Bezradnym 

gestem  wyrzuciła  w  górę  ręce.  -  Jestem  zbyt  wściekła,  żeby z  tobą 
rozmawiać.

- To  znaczy,  że  nie  dostanę  buzi  na  dobranoc?  -  spytał  z  kwaśną 

miną.

- Och, Davidzie, Davidzie... - Ku jego zdumieniu nie rozzłościła się 

jeszcze bardziej, tylko pokręciła głową. - Jak mało mnie znasz.

Sam nie był pewien, czy spodobało mu się to, co usłyszał.
- Nie  tylko  cię  nie  pocałuję,  tak  jak  teraz...  -  przyciągnęła  go  do 

siebie i na samym środku chodnika uraczyła ognistym pocałunkiem -
ale  w  dodatku  sprawię,  że  będziesz  za  tym  tęsknił.  -  Przy  drugim 
pocałunku  przylgnęła  do  niego  tak  namiętnie,  że  odruchowo 
wyciągnął ręce, żeby ją objąć. Ale jej już nie było. Przebiegła kilka 
kroków do drzwi, a potem z hukiem je zatrzasnęła.

Popijał u siebie w mieszkaniu drugie piwo, kiedy usłyszał pukanie 

do drzwi. Otworzył ostrożnie, z cichą nadzieją, że to Anastazja.

background image

- Zdaje się,  że  spodziewałeś  się  kogoś innego?  - Claire  właściwie 

odczytała jego minę.

- Przepraszam,  babciu,  wejdź,  proszę.  Pewnie  przyszłaś  mnie 

zbesztać. - Umościł się z powrotem na wielkiej skórzanej kanapie.

- Oczywiście,  że  nie.  -  Usiadła  obok,  poklepała  go  po  dłoni,  a 

potem  sięgnęła  po  puszkę  piwa  i  otworzyła  ją  z  taką  wprawą,  że 
David ze zdumienia otworzył usta. Nigdy przedtem nie widział babci 
pijącej piwo.

- Podać ci szklankę?
- Nie,  dziękuję.  Wiem,  że  troszczysz  się  o  mnie  i  stąd  to twoje 

zachowanie w restauracji. Doceniam twoją troskę, ale naprawdę nie 
masz się o co martwić. Nigdy nie marzyłam, żeby powtórnie wyjść 
za mąż.

Uspokojony, wypił następny łyk piwa.
- Jeśli się ma stałą rentę, o wiele rozsądniej jest po prostu mieszkać 

we  dwoje  -  powiedziała  wesoło.  -  Z  finansowego  punktu  widzenia 
formalne małżeństwo jest niekorzystne w naszej sytuacji.

David tak się zakrztusił, że Claire musiała uderzyć go w plecy.
- Och, mój drogi, widzę, że cię zaszokowałam.
- Żebyś wiedziała! - warknął wściekle.
- Trudno,  po  prostu  będziesz  musiał  się  z  tym  pogodzić  -

powiedziała  bez  cienia  skruchy.  -  I  przestań  się  o  mnie  martwić. 
Raczej zajmij się Anastazją. To twoja przyszłość.

Raczej mój upadek, to bardziej prawdopodobne, pomyślał ponuro.

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY

- To musi być gdzieś tutaj - mruknął do siebie David, wpatrując się 

w  plany  budynku.  Oświetlenie  w  piwnicy  nie  było  najlepsze,  ale 
wystarczyło,  żeby  odnaleźć  znaki  na  ścianach.  Sprawdził  już,  z 
czego są zbudowane, a najtrudniejsze zostawił na koniec. Wschodnia 
ściana była zasłonięta przez urządzenia ogrzewcze i klimatyzacyjne.

Jeżeli  rzeczywiście  na  dole  znajdowało  się  jakieś  ukryte 

pomieszczenie,  to  Chester  dobrze  je  zakamuflował.  A  jeśli  tak,  to 
nielegalny szynk był równie dobrze zamaskowany i pewnie nigdy nie 
stał  się  obiektem  policyjnego  nalotu.  David  przewertował  kilka
książek o prohibicji w Chicago i znalazł w nich trochę informacji o 
„Chesty" Fergusonie, ale  były to najwyżej  dwuzdaniowe wzmianki, 
pozostające  w  cieniu  opowieści  o  najsławniejszym  gangsterze 
tamtych czasów, Alu Capone.

Jeszcze  raz  pochylił  się  nad  planami,  kiedy  usłyszał  nad  sobą 

przeraźliwy  hałas,  jakby  do  cukierenki  na  parterze  wpadła  banda 
ludzi. Była niedziela i nie spodziewał się żadnych robotników.

Na  górze  zastał  kompletny  chaos.  A  w  jego  centrum  Anastazję, 

wydającą rozkazy swoim żołnierzom.

- Okay, Ryan i  Jason  pomalują sufit.  Courtney i  Heather przyłożą 

tapety  do  ściany.  Musimy  w  końcu  wybrać  jedną z  tych  dwóch  i 
zacząć  je  przyklejać.  Mama  i  tata  pójdą  ze  mną  do  kuchni  pomóc 
Claire.

Wylewając z siebie nieprzerwany potok słów, Anastazja cofała się 

powoli, aż w końcu wpadła prosto na Davida.

- Przepraszam...  -  Spojrzała  na  niego  przez  ramię,  wyraźnie 

zaskoczona.  -  Nie  wiedziałam,  że  dzisiaj  tu  przyjdziesz. 
Wspominałeś coś o wolnym dniu.

O co jej chodzi, co ona knuje? Ma minę, jakby czuła się winna. A 

może  to  zwykła  konsternacja?  Przez  ostatni  tydzień  celowo  go 
unikała. Tęsknił za nią. I to bardzo.

- Co tu się dzieje? - zapytał w końcu.
- Nic, czym musiałbyś się martwić. Wracaj do piwnicy i rób swoje. 

Na nas w ogóle nie zwracaj uwagi.

- Nie ma mowy - zapewnił ją skwaszonym tonem.
- Nie  zamierzasz  nas  przedstawić?  -  zapytała  przytomnie  Shirley 

background image

Knight, matka Anastazji.

- Oczywiście.  Mamo,  to  jest  David  Sullivan,  wnuk  Claire,  ale  nie 

może  teraz  z  nami  porozmawiać,  bo  ma  coś  bardzo  ważnego  do 
zrobienia na dole - wyrzuciła z siebie jednym tchem.

- Czy  jest  żonaty?  -  spytała  Shirley,  która  nie  zwykła  niczego 

owijać w bawełnę.

- Mamo!
Davidowi  spodobało  się  zakłopotanie  Anastazji.  Wyczytała  to  z 

jego  uśmiechu  i  poczuła,  że  się  czerwieni.  Nienawidziła  tego.  Do 
diabła,  była  przecież  dorosła.  Już  dawno  powinna  przywyknąć  do 
zagrywek mamy. Problem w tym, że nie przywykła do Davida, i do 
tego, jak na nią działa.

- Nie jestem żonaty - odpowiedział uprzejmie.
- Jak to miło. - Shirley rozpromieniła się.
Anastazja odetchnęła z ulgą, kiedy przyłączył się do nich tata, choć 

ograniczył się do jednej kpiącej rady:

- A  teraz  biegnij,  synu,  póki  jeszcze  masz  szansę.  Jestem  ojcem 

Anastazji. Bob Knight.

Jego  ostatnie  słowa  zagłuszyły  dźwięki  „Everybody  Loves 

Somebody" Deana Martina.

- Tato, prosiłem cię, żebyś zostawił swoje płyty w domu! - krzyknął 

Jason.

- I zostawiłem. To jest kaseta. - Bob wskazał nie bez dumy głośnik 

magnetofonu, po czym pogrążył się w dyskusji z synami, z których 
żaden nie podzielał jego miłości do Deana.

- Kochanie  -  upomniała  go  żona  -  nie  bądź  taki  irytujący,  wiesz 

przecież, jak to wszystkich drażni.

Na szczęście oddaliła się tuż za nim.
- Chyba  powinnam  cię  wcześniej  ostrzec,  że  przyjdzie  moja 

rodzina, żeby pomóc Claire, ale pomyślałam, że to będzie dla ciebie 
niełatwe przeżycie.

- Dlaczego tak pomyślałaś?
- Nikt  zdrowy  na  umyśle  nie  zniesie  łatwo  spotkania  z  całą  moją 

rodziną. Mówiąc oględnie, potrafimy być kłopotliwi.

- Sądzisz, że nie umiem sobie radzić w trudnych sytuacjach?
Zauważyła w jego oczach szatańskie błyski i trochę ją to poruszyło. 

background image

Czyżby flirtował z nią? Na oczach jej rodziny?

Kiedy  się  znienacka  pojawił,  serce  podeszło  jej  do  gardła.  Tylko 

dlatego,  że  dobrze  znała  swoją  mamę  i  wiedziała,  jak  zareaguje. 
Zawsze tak się zachowywała, kiedy widziała  swoją  jedyną córkę w 
towarzystwie  mężczyzny  przed  sześćdziesiatką.  No,  może  nie 
zawsze.  Zaczęło  się,  tak  naprawdę,  kiedy  Jason  i  Ryan  szczęśliwie 
się pożenili. Przedtem była całkiem zrównoważona.

Owszem,  zdarzył  się  jeden  wyskok,  kiedy  miała  dość  ojca  i 

wyrzuciła  go  na  kilka  dni  do  Jasona.  Ale  potem  państwo  Knight 
znowu  byli  parą  zakochanych  gołąbków,  może  nawet  bardziej  niż 
kiedykolwiek.  Dramat  zaczął  się  po  ślubie  Jasona  w  zeszłym 
miesiącu. Mama zwariowała na punkcie Anastazji i jej stabilizacji.

Widząc,  co  się  dzieje,  jej  bracia  z  miejsca  zaczęli  wtrącać  swoje 

trzy  grosze,  świetnie  się  przy  tym  bawiąc.  Właśnie  dlatego 
postanowiła chronić Davida przed wyskokami swojej rodziny.

Znając jego przewrotność, nie powinna się jednak dziwić, że czując 

pismo nosem, tym bardziej uparł się zostać.

- Proszę bardzo, zostań tu, jeśli chcesz. Tylko mi potem nie mów, 

że cię nie ostrzegałam.

- Obiecuję.
Jakby  na  potwierdzenie  tego,  co  myślała  o  swoich  braciach, 

przyłączył się do nich Jason.

- Jeżeli wyprowadzisz z równowagi moją siostrę, natychmiast jesteś 

moim przyjacielem. Jason Knight.

- Brat ważniak - nie omieszkała dodać Anastazja.
- A ja jestem jego żoną, Heather Grayson-Knight - przedstawiła się 

kobieta, która stanęła u boku Jasona.

- Gwiazda  radiowa,  prowadzi  „Miłość  w  opałach"  -  uzupełniła 

Anastazja.

- Nieczęsto słucham radia - przyznał ze skruchą David.
- David  jest  absolwentem  Wydziału  Tępienia  Zabawy.  W 

przeciwieństwie do mojego brata Ryana, który ma ogromne poczucie 
humoru. Uważaj, nie pij przy nim czekolady z mlekiem.

- Lepiej  nie  pytaj  -  poradził  Jason,  widząc  skonsternowaną  minę 

Davida.

- Hej, wszystko słyszałem. - Podszedł do nich Ryan. -Ten wypadek 

background image

z tapetą przydarzył się wieki temu.

- Pewnych  rzeczy  nigdy  się  nie  zapomina  -  stwierdziła  poważnie 

Anastazja.

- I niektórych ludzi. - Ryan spojrzał czule na kobietę, która objęła 

go w pasie.

- Ryan  ma  na  myśli  swoją  żonę.  Był  tak  głupi,  że  pozwolił  jej 

kiedyś odejść. Ale teraz, starszy i mądrzejszy, naprawił swój błąd.

- Ryan nigdy nie przyznaje się do błędów. Cześć, jestem Courtney, 

jego lepsza połowa.

- I tu masz rację - zgodził się Ryan.
- Anastazjo,  moim  zdaniem  to  genialny  pomysł  z  tą  cukierenką  z 

lodami - powiedziała Heather. - Powiem coś o tym w swojej audycji.

- Już  wiesz,  dlaczego te  dwie  dziewczyny  tak  się  lubią  -  oświecił 

Davida Jason.

- Ja też uważam, że to dobry pomysł - wtrąciła się Courtney.
- Słusznie, nie dwie, tylko trzy - poprawił się Jason. - Dobrały się 

jak w korcu maku.

David  zauważył,  jak  bardzo  te  trzy  kobiety  różnią  się  urodą. 

Wysoka  i  szczupła  Courtney  była  jasną  blondynką,  niższa  od  niej 
Heather miała kasztanoworude włosy do ramion. Anastazja miała w 
sobie  coś  wyjątkowego,  jakąś  niezwykłą  energię,  jakby  była 
samoistnym  żywiołem  natury.  Jej złote  oczy  hipnotyzowały  go,  a 
bujne  kasztanowe  włosy  budziły  pokusę,  żeby  zanurzyć  w  nich 
palce.

- Dosyć  tego  -  upomniała  braci.  -  Nie  zaprosiłam  was  tutaj  na 

pogaduszki.

- Wcale  nas  nie  zapraszałaś  -  zaprotestował  Ryan.  -  Ty  nam 

rozkazałaś tu przyjść, o ile mnie pamięć nie myli.

- Jesteście moimi braćmi. Moją rolą jest trzymać was w karbach.
- Myślałem,  że  po  to  mamy  żony.  Au!  -  Dostał  kuksańca  od 

Courtney. - Co ja takiego powiedziałem? Lepiej już sobie pójdę.

- Dlaczego  zagoniłaś  swoją  rodzinę  do  roboty?  -  spytał  David, 

kiedy został sam na sam z Anastazją.

- Nie  słuchaj  Ryana,  oni  naprawdę  chcieli  pomóc.  Doszłam  do 

wniosku,  że  przydadzą  nam  się  dodatkowe  ręce  do  pracy.  Do 
otwarcia zostały tylko dwa tygodnie, a my jesteśmy w lesie. Mimo że 

background image

urabiasz sobie ręce po łokcie.

Prawda  była  taka,  że  ten  remont  sprawiał  Davidowi  ogromną 

satysfakcję.  Każdego  dnia  rano  ledwie  otworzył  oko,  zrywał  się  z 
łóżka. Przypomniał sobie po wielu latach, jaką przyjemnością może 
być fizyczna praca.

- Jesteś zły, że poprosiłam ich o pomoc?
- Nie,  oczywiście,  że  nie.  Miałaś  rację,  przydadzą  nam  się 

dodatkowe ręce do pracy.

Uraczyła  go  jednym  ze  swoich  profesjonalnych  uśmiechów 

bibliotekarki  i  niemal  w  tym  samym  momencie  jęknęła  na  dźwięk 
„Welcome to my World" Deana Martina.

- Tato! Nie tak głośno!
- Może  powinnaś  namówić  moją  babcię,  żeby  włączyła  taśmę  z 

Bruce'em Springsteenem?

- Ooo? Zauważyłeś...?
- Trudno było nie zauważyć, skoro jej muzyczne gusty ograniczały 

się  dotąd  do  piosenek  z  lat  pięćdziesiątych  -  odpowiedział  z 
przekąsem.

- Puściłam kiedyś kasetę z Bruce'em w samochodzie, i to wszystko. 

Spodobała jej się.

- Powiedziała mi to. Powiedziała też, żebym pilnował swoich spraw 

i odczepił się od niej i od Iry.

- Ja też ci to mówiłam.
- Tak, ale jej posłuchałem.
- Dobra, punkt dla ciebie.
- Więc nie jesteś już na mnie wściekła?
- Czy  ty  nie  próbujesz  przypadkiem  przeciągnąć  mnie  na  swoją 

stronę?  Po  to,  żeby  skutecznie  zaatakować  Claire?  -  Patrzyła  na 
niego podejrzliwie.

- Klnę  się  na  życie,  że  nic  takiego  nie  przyszło  mi  do  głowy  -

przysiągł najzupełniej poważnie.

Przypomniała  sobie,  że  kiedyś  już  tak  na  nią  patrzył  - uwodząc 

męskim czarem i wyrzutami sumienia. Tym razem jednak przysięgał 
tak żarliwie, że postanowiła mu zaufać.

- Dajmy temu spokój, ale jeśli jeszcze raz nabruździsz, masz u mnie 

przechlapane.

background image

- Jak na bibliotekarkę, ciekawie dobierasz słowa.
- To skutek oglądania „Trzech Fagasów".
- Anastazjo  -  zawołała  Claire  -  mam  zamiar  wykorzystać  twoich 

rodziców do pomocy w kuchni.

- Śmiało!  -  odpowiedziała  ze  śmiechem,  a  potem  wyjaśniła 

Davidowi:  -  Mama  będzie  ubijała  lody,  a  tata  ma  je  degustować. 
Twoja babcia ciągle eksperymentuje, szuka oryginalnych smaków.

- Wiem, wiem - zaśmiał się rozbawiony. - Unikaj brzoskwiniowo-

miętowo-orzechowych.

- To jeszcze  nic.  W  dawnych czasach robili  lody o smaku zupy z 

ostryg  albo  szparagów.  Delmonico  z  Nowego  Jorku  miał  w  swoim 
repertuarze pumpemiklowe z ryżowego ciasta!

- Moim zdaniem, ważniejsza od nowych smaków jest dobra nazwa 

dla tej cukierenki.

- Wszystko słyszałam! - Claire pojawiła się z łyżką lodów. - Masz, 

spróbuj.

- Co to jest? - David przyglądał się im nieufnie.
- Lody.
- Jaki smaa... - nie zdążył skończyć, bo babcia wepchnęła mu łyżkę 

do ust.

- Rozpływają  się  w  ustach.  Bob  uważa,  że  są  smaczne,  prawda, 

Bob? - zapytała, odwracając się przez ramię do ojca Anastazji.

- Pyszne.  Chyba  będę  musiał  popuścić  trochę  pasa,  zanim  stąd 

wyjdę.

- Rzeczywiście, ciekawe - przyznał David. - Co to za smak?
- Żurawiny.
- Nie lubię żurawin - skrzywił się jak kapryśne dziecko.
- A jak nazywa się twoja cukierenka? - Bob zwrócił się do Claire.
- Nie ma jeszcze nazwy.
- Co  byście  powiedzieli  na  „MacRożek"?  -  Ryan  oderwał  się  na 

chwilę od malowania i rzucił swój pomysł.

- A  „Cafe  Ambrozja"?  -  zaproponowała  Heather  znad  stołu,  przy 

którym rozwijały z Courtney rolki tapet.

- Albo „Retro pod Sułtańskim Pucharkiem" - dorzucił swoje Jason.
- To jest to! - krzyknęła z entuzjazmem Claire, wymachując rękami. 

-  To  jest  nazwa,  o  jaką  mi  chodziło.  Retro...  wspaniale,  sprawa 

background image

załatwiona.

- Najwyższa  pora  -  zauważył  David.  -  Do  uroczystego  otwarcia 

pozostały dwa tygodnie.

- Zaraz  zadzwonię  do  szyldziarza.  „Retro  pod  Sułtańskim 

Pucharkiem" - powtórzyła. - Tak, to brzmi dobrze.

Kiedy rodzina Anastazji wychodziła, było już prawie ciemno.
- Doprawdy nie znajduję słów, żeby podziękować wam za pomoc -

rozpływała się w uprzejmościach Claire.

- Po to ma się rodzinę i przyjaciół.
- Nie  mam  lepszych  przyjaciół  od  ciebie.  -  Uścisnęła  mocno 

Anastazję. - Dzięki rodzinie Knightow „Retro" ma już nazwę i tapety 
na ścianach. - A gdzie jest David?

- Jakąś  godzinę  temu  poszedł  na  dół  -  odpowiedziała  Anastazja, 

przypominając  sobie  z  ulgą,  że  czmychnął  nie  zauważony  przed 
drugą rundą inkwizycyjnych pytań mamy.

- Ten biedny chłopak nigdy nie odpoczywa.
- Kiedy któregoś dnia zapytałam go, w co wierzy, odpowiedział, że 

w  ciężką  pracę  i  w  baseball.  Nie  w  marzenia.  Mówił,  że  jego  tata 
zaryzykował  wszystko  dla  jakiegoś  głupiego  pomysłu,  a  reszta 
rodziny musiała za to płacić.

- Coś  takiego! - Wstrząśnięta  Claire przyłożyła dłoń  do ust.  - Nie 

miałam pojęcia, że patrzy na to w ten sposób. To prawda, że mój syn 
był  marzycielem  i  niezbyt  dobrze  planował  swoje  finansowe 
poczynania,  ale  przecież  w  żaden  sposób  nie  mógł  przewidzieć,  że 
zginie razem z żoną w czołowym zderzeniu. To nie on spowodował 
ten wypadek.

- Czy David wie o tym?
- Tak, wiele razy mu to powtarzałam, ale on potrafi być potwornie 

uparty, jeśli wbije sobie coś do głowy.

- To  nie  to...  -  mruknęła  posępnie  Anastazja.  -  Powiedział  mi,  że 

wśród analityków pożarów nie ma zbyt wielu marzycieli. Sądzę, że 
to praca tak na niego działa.

- Może masz rację. Mam nadzieję, że ten urlop dobrze mu zrobi, że 

trochę odetchnie, ale przecież nie odpoczął za bardzo, pracując tutaj 
całymi dniami. A teraz jeszcze zszedł do piwnicy.

- Jakieś poprawki?

background image

- Nie, coś tam sobie dłubie dla zabawy.
- Nigdy  nie  widziałam,  żeby  się  bawił...  Chyba  musiał  tam  coś 

odkryć,  coś,  co  go  zainteresowało.  -  Sama  nie  pozbawiona 
wyobraźni, zaczęła się zastanawiać, co to może być. - Chodźmy tam.

Znalazły go w odległym kącie piwnicy. Obstukiwał jedną ze ścian i 

w  ogóle  zachowywał  się  podejrzanie.  Miał  rozpalony  wzrok  i  nie 
zauważał  ich  obecności.  To  nie  był  człowiek  zajęty  poprawkami 
remontowymi, to  był facet  z  misją - a misje nie tak wiele dzieli  od 
marzeń.

- Czy właśnie w ten sposób się bawisz? - spytała wesoło Anastazja. 

- A jeśli tak, to czy możemy się przyłączyć?

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY

David aż podskoczył. Potem powoli się do nich odwrócił.
- Ho, ho - przekomarzała się Anastazja. - Spójrz tylko na ten wyraz 

winy  w  jego  oczach,  Claire.  Chyba  przyłapałyśmy  go  na 
poszukiwaniu skarbów.

- Kiedy był małym chłopcem, uwielbiał ich szukać - powiedziała z 

czułością w głosie Claire.

- Naprawdę? Nigdy bym nie pomyślała. A jakiego skarbu szukasz 

w tej piwnicy, Davidzie? - Anastazja podeszła do planów.

- Nie szukam skarbu.
- A  powinieneś  -  stwierdziła  Claire.  -  Ten  dom  ma  pasjonującą 

historię.

- Słyszałaś o tym? - Zdziwiony spojrzał na babcię.
- Krążą  plotki,  że  w  tej  kamienicy  mieścił  się  kiedyś  nielegalny 

szynk.

- Nie żartujcie! -  wykrzyknęła Anastazja. - Dlaczego  żadne z  was 

nic mi nie powiedziało?

- Babcia  nie  życzyła  sobie,  żebyś  obstukiwała  każdą  ścianę  w 

poszukiwaniu ukrytych pomieszczeń - wyjaśnił z przekąsem David.

- Dlaczego miałabym to robić?
- A więc tym się zajmujesz się w piwnicy... - Claire westchnęła z 

ulgą.

- Co  miałaś  na  myśli?  -  Anastazja  zerkała  to  na  Claire,  to  na 

Davida.

- David coś odkrył - odpowiedziała Claire. – Powiedz jej.
- Nic  specjalnego.  Odkryłem  tylko  metrową  różnicę  między 

wymiarami  na  planach  a  rzeczywistym  obrysem  piwnicy. 
Prawdopodobnie to zwykła pomyłka.

- I dlatego opukujesz ściany? - spytała Anastazja.
- Szuka tajnego magazynu. - Claire broniła Davida.
- A może sprawdzam, czy nie ma tu termitów.
- To  dom  z  cegły,  a  kontrola  sanitarna  wykluczyła  jakiekolwiek 

robactwo.

- No więc dobrze, szukam tajnego magazynu.
- Nie  musisz  o  tym  opowiadać,  jakbyś  popełnił  jakąś  zbrodnię  -

powiedziała łagodnie Anastazja. - To jest w porządku. To jest bardzo 

background image

podniecające. To...

- Prawdopodobnie  wielkie  nic.  -  Postanowił  sprowadzić  ją  na 

ziemię.  -  Przypomnij  sobie,  jaka  wpadka  przydarzyła  się  Geraldo 
Rerze, kiedy w telewizyjnym programie na żywo  otworzył sejf Ala 
Capone. W środku nie znalazł niczego interesującego.

Nawet wtedy, gdy David to mówił, Anastazja widziała błysk w jego 

oczach i wiedziała - nieważne, czy chciał się do tego przyznać, czy 
nie  -  że  porwało  go coś,  co  nie  było  niczym  innym  niż  marzeniem 
poszukiwacza skarbów.

Nie potrafiła się powstrzymać. Podeszła i uścisnęła go.
- Jestem  z  ciebie  dumna  -  szepnęła  mu  do  ucha.  Spojrzał  na  nią 

zakłopotany, a potem dodał z typową dla siebie ostrożnością:

- Nie ma sensu, żebyś robiła sobie zbyt wielką nadzieję.
- Chłodny rozsądek nigdy nie był moją specjalnością.
- Uśmiechnęła się zalotnie.
Nie  miała  stuprocentowej  pewności,  ale  mogłaby  przysiąc,  że 

mruknął do siebie: „I dzięki Bogu".

* * *

- Zaczyna się łamać. - Betty dosłownie cmoknęła z zadowolenia. -

Mówiłam  wam,  że  pokusa  tajemnego  magazynu  przywróci  w  nim 
wiarę w marzenia.

- Ciągle  nie  mogę  dopatrzyć  się  związku...  -  wyznała  Hattie  ze 

szczytu zawile rzeźbionej kolumienki baru.

- On szuka skarbu - wyjaśniła Betty. - Dokładnie tak, jak robił to w 

dzieciństwie.

- Przecież  nasze  zadanie  polega  na  połączeniu  Anastazji  z 

przeznaczonym  jej  mężczyzną,  a  nie  na  skłonieniu  Davida,  żeby 
uwierzył w marzenia - upierała się Hattie.

- Żeby udało się to pierwsze, musimy dokonać drugiego.
- To  zaczyna być  strasznie  skomplikowane.  -  Hattie  potarła  czoło 

magiczną  różdżką.  -  Wiecie,  co  myślę  o  komplikacjach.  Nie  lubię 
ich.

- Nie lubisz też koloru khaki - przypomniała jej Muriel - ale to nie 

zmienia  ogólnej  postaci  rzeczy.  Prawda  jest  taka,  że  David  musi 
uwierzyć w marzenia, zanim połączy się z Anastazją w szczęśliwym 
życiu aż do grobowej deski.

background image

- Założę się, że aniołowie stróże nie muszą wplątywać się w takie 

sytuacje.  Na  pewno  mają  od  nas  lżejsze  życie.  Bez  porównania...  -
westchnęła rozmarzona. - Z tymi pięknymi, eleganckimi skrzydłami. 
Nie takimi, jak nasze małe skrzydełka, krótkie i niezgrabne.

- Mówiłam  ci,  że  nasze  skrzydła  są  równie  aerodynamiczne  jak 

skrzydła anielskie - tłumaczyła jej Muriel. – Poza tym nie masz na co 
narzekać. Nie tylko ty chorujesz na uszy i przez to masz trudności z 
lataniem. Ja też bez przerwy tracę równowagę.

- Założę  się  -  Hattie  wymachiwała  różdżką,  uradowana  z  myśli, 

która  właśnie  wpadła  jej  do  głowy  -  że  dokładnie  z  tego  powodu 
wysypałam  na  Anastazję  zbyt  wiele  pyłu  odpowiedzialnego  za 
inteligencję i żywiołowy charakter. Musiałam chorować na zapalenie 
ucha!

- Zręczna  wymówka,  ale  wysypałaś  ten  pył,  bo,  jak  zwykle, 

popisywałaś się jak na scenie. Paradowałaś z tą śmieszną aksamitną 
poduszką, która...

- Ona wcale nie jest śmieszna! - zaprotestowała Hattie. - To aksamit 

w kolorze królewskiej purpury, z falbaną z przezroczystego szyfonu, 
przetykanego  złotymi  i  purpurowymi  nitkami....  A  na  środku 
przepiękne złocone naczynie z cherubinami.

- Właśnie  -  zakpiła  Muriel.  -  Dokładnie  tak,  jak  mówiłam. 

Śmieszna  ostentacja.  To  nie  twój  brak  równowagi  zawinił,  tylko  ta 
poduszka.  Oczywiście  na  koniec  występu  rzuciłaś  w  naszą  stronę 
triumfalne  spojrzenia,  jakże  by  inaczej,  i  ta  krótka  chwila 
dekoncentracji wystarczyła, żeby poduszka z naczyniem przechyliła 
się...

- Co za bzdury! - krzyknęła Hattie. - Tak, jakbyś mogła pamiętać to 

wszystko,  z  najdrobniejszymi  szczegółami,  po  trzydziestu  trzech 
latach.

- Dla dobrych wróżek to jak mgnienie oka.
- Hej,  dość  tego!  -  warknęła  Betty.  -  Może  byśmy  wróciły  do 

Anastazji i Davida? Tak jak przypuszczałam, jego babcia okazała się 
niezwykle przydatna. Widziałyście, jak złagodniała twarz Anastazji, 
gdy Claire wspomniała, że jej wnuk szukał w dzieciństwie skarbów?

Hattie i Muriel zgodnie skinęły głowami.
- To  dobrze.  A  więc  trzymamy  się  naszego  planu,  pamiętając,  że 

background image

zgranie w czasie jest wszystkim.  Jeżeli  David odkryje ten magazyn 
za  wcześnie  albo  za  późno,  nie  osiągniemy  tego,  co  chcemy. 
Zrozumiano?

- Hm,  a  skąd  będziemy  wiedziały,  kiedy  nastąpi  ta  właściwa 

chwila? - spytała Hattie.

- Twoim zadaniem jest to wiedzieć.
- Czyli moje zadanie polega na robieniu rzeczy, których nie potrafię 

robić.

- Kiedy nadejdzie ta chwila, rozjarzy się twoja magiczna różdżka -

pocieszyła ją Betty.

- Zakładasz, że ona to zauważy - zadrwiła Muriel. - Pamiętaj, że to 

ona nie włożyła okularów i dlatego poprowadziła nas przez niebo złą 
drogą.

- A ty byś potrafiła zrobić to lepiej - oburzyła się Hattie. - Myślałby 

kto!

- Potrafiłabym.
- A  jednak  też  ci  się  nie  udało,  więc  może  byś  się  zamknęła!  -

Hattie  sfrunęła  do  Muriel  na  marmurową  ladę  i  podwinęła  rękawy 
swojej  złotej  szyfonowej  sukni.  -  Mam  już  dość  wałkowania  tego 
tematu! Wara ode mnie!

Ku zdumieniu Hattie, Muriel uśmiechnęła się i czule ją przytuliła.
- To mi się podoba! Wreszcie nauczyłaś się bronić swojego zdania i 

walczyć jak przystało  dobrej wróżce. Moje  gratulacje! Teraz  wiem, 
że jesteś moją siostrą.

- I moją. - Betty przyłączyła się do wzajemnych uścisków.
- Uważajcie  na  mój  kapelusz!  Jeśli  macie  taki  dobry  nastrój,  to 

pozwólcie mi zmienić wystrój tego wnętrza. Tylko trochę. Spójrzcie, 
wszystko jest czerwone, białe albo niebieskie. Czuję się jak na planie 
filmowym 

„Przeklętych 

Jankesów".  Tu 

potrzeba 

więcej 

lawendowego i różowego.

Jednym  machnięciem  czarodziejskiej  różdżki  Hattie  podarowała 

ścianom lawendowo-różowe pasy.

- Daj spokój - powiedziała Betty, przywracając poprzednie kolory. -

Do  stu  petunii,  jesteś  dobrą  wróżką,  a  nie  zwariowaną  malarką. 
Oszczędzaj magię na poważniejsze sprawy.

* * *

background image

- Wiesz  przynajmniej,  skąd  wracam?  -  Anastazja  siedziała  na 

swoim  najwygodniejszym  krześle,  z  kotem  zwiniętym  na  kolanach, 
wlepiającym w nią niebieskie oczy. - Wcale nie bronię myszy, która 
cię dręczy. Po prostu mój brat miał kiedyś w domu myszkę, więc nie 
mogę  jej  tak  zwyczajnie  zabić.  -  Przerwała,  żeby  podrapać  uszy 
Xeny,  co  kotka  uznawała  za  najczulszą  pieszczotę.  -  Nie  zrozum 
mnie  źle,  denerwuje  mnie  ta  mysz  tak  samo  jak  ciebie.  Aż  trudno 
uwierzyć, że miała czelność znowu się tu pokazać. Kiedy następnym 
razem wpadnie do pułapki, wywiozę ją gdzieś daleko. No, może nie 
za  daleko,  bo  kiedy  jest  uwięziona,  dostaje  szału,  a  nie  chcę,  żeby 
zrobiła sobie coś złego.

Kotka zamruczała, Anastazja mówiła więc dalej.
- Nie  myśl  sobie,  że  tylko  ty jesteś  tu  rozstrojona.  Wejdź  w moją 

skórę.  David  doprowadza  mnie  do  obłędu.  Najpierw  myślałam,  że 
jest  niemożliwy,  potem,  że  budzi  jakieś  nadzieje,  a  w  końcu 
dochodzę do wniosku, że jest czarujący i  seksowny. Co  się ze  mną 
dzieje?

Anastazja rozglądała się po pokoju, jakby szukała odpowiedzi na to 

pytanie  w  jakimś  kącie.  Celowo  zostawiła  w  salonie  dużo  wolnej 
przestrzeni,  żeby  te  nieliczne  meble  mówiły  same  za  siebie. 
Kolorowy marokański stół powinien gryźć się z obitymi kwiecistym 
perkalem  krzesłami,  ale  się  nie  gryzł.  Podobnie  jak  „Milczenie  jest 
złotem",  drewniana  rzeźba  Balinese'a  przedstawiająca  maskę  z 
palcem przytkniętym do ust, współgrała z plakatami i reprodukcjami 
ilustracji z jej ulubionych książek dla dzieci.

Niestety nie znalazła  odpowiedzi  nigdzie w pokoju,  podsumowała 

więc swój monolog.

- Wiesz,  że  David  mnie  pocałował,  a  potem  pozostawił  w 

zawieszeniu. No tak, tego wieczora, kiedy zabrał mnie do restauracji, 
to  ja  go  pocałowałam  i  pozostawiłam  w  zawieszeniu.  Czyli  wyszło 
na  remis.  Coś  mi  jednak  mówi,  że  to  do  mnie  należy  następne 
posunięcie.  Powinnam  coś  zrobić,  prawda?  A  nie  siedzieć  tu  i 
marudzić. No dobrze, dzwonię do niego.

- Jesteś  zajęty?  -  spytała,  ledwie  dając  mu  szansę  na  powiedzenie 

„halo".

- To zależy, dlaczego pytasz? - odpowiedział ostrożnie.

background image

- Spotkaj się ze mną za pół godziny w cukierence, to się dowiesz. -

Jej niski głos zdawał się wiele obiecywać.

Zderzyła  się  z  nim  na  schodach  prowadzących  do  piwnicy.  Przed 

wyjściem z  domu  przebrała się w wygodną sukienkę ze  sztucznego 
jedwabiu  w  bursztynowym  kolorze.  Jej  miękkie  sandały  skrzypiały 
cichutko,  gdy  balansowała  na  stopniu,  starając  się  odzyskać 
równowagę.

David  objął  ją  ramionami,  żeby  nie  upadła,  ale  zaraz  potem 

usłyszała jego wyniosły głos.

- Za szybko chodzisz.
- Zauważyłeś,  że  masz  zadatki  na  despotę?  -  Cofnęła  się  o  krok, 

żeby  otworzyć  drzwi  do  „Retro"  kluczem,  który  dostała  od  Claire. 
David też miał klucz, ale ona była przy drzwiach pierwsza.

- Ja?  -  zdziwił  się  David,  wchodząc  za  nią  do  środka.  - A  co 

powiesz o sobie? To ty lubisz wszystkim rozkazywać.

- Nieprawda.
- Pamiętasz, jak ustawiałaś swoich braci?
- Bracia się nie liczą. - Włączyła witrażowe lampy za barem, które 

rozproszyły  mrok  ciepłym  światłem.  -  W  dzieciństwie  to  oni  bez 
przerwy  mi  rozkazywali.  Szczególnie  Jason.  Właśnie  dlatego 
przyrzekłam  sobie,  że  kiedy  dorosnę,  nikt  nie  będzie  mi  mówił,  co 
mam robić. Nie wyobrażasz  sobie, co to znaczy wychowywać się z 
przemądrzałymi braćmi.

- Rzeczywiście, nie wyobrażam sobie.
- Przepraszam,  twoje  dzieciństwo  bardzo  różniło  się  od  mojego.  -

Anastazja  uświadomiła  sobie,  że  David  dorastał  nie  tylko  bez 
żadnego rodzeństwa, ale i bez rodziców.

- Miałem  szczęście,  że  dziadek  i  babcia  byli  tacy  wspaniali. 

Dziadek  zmarł  na  zawał  parę  dni  po  tym,  jak  skończyłem  college. 
Nie miałem najmniejszego pojęcia, że był kiedyś sprzedawcą lodów i 
wody  sodowej,  i  że  poznali  się  z  babcią  w  cukierence  z  lodami. 
Dowiedziałaś się o tym wcześniej niż ja.

Zrozumiała,  że  trafiła  na  jego  czuły  punkt,  i  postanowiła  go 

rozweselić.

- Tak, czasami bywam trochę wścibska.
- Umiesz słuchać.

background image

- Mogę  cię  tego  nauczyć.  Zaczniemy  dziś  wieczorem.  Potrzebne 

będą  lody  i  wyobraźnia.  Ale  stawiam  jeden  warunek  -  że  będziesz 
trzymał  ręce  przy sobie.  Uważasz,  że  ci  się  uda?  To  będzie  test  na 
silną wolę.

- Jestem znany z silnej woli.
- Tak  też  myślałam.  Więc  coś  takiego...  -  uraczyła  go  serią 

delikatnych pocałunków w brodę - wcale cię nie bierze, prawda?

- Nie.  -  Jego  głęboki  głos  wydał  jej  się  bardziej  ochrypły  niż 

zazwyczaj. I jeszcze bardziej podniecający.

Anastazja uśmiechnęła się tajemniczo. Właśnie na to czekała. Mógł 

sobie  mówić  na  schodach,  że  jest  za  szybka,  ale  nie  przewidywała, 
żeby dziś wieczorem uskarżał się na jej śmiałość.

- Więc  na  czym  ma  polegać  ta  wielka  niespodzianka?  -  zapytał 

David.

- Stań za ladą, to zobaczysz. No, może nie do końca zobaczysz, bo 

muszę zasłonić ci oczy.

- Czy  w  planie  jest  też  jedwabna  pościel  i  kajdanki?  - spytał  z 

nadzieją w głosie.

- Nie. A liczyłeś na to?
- Może...
- Niedobrze.  Musisz  wytężyć  wyobraźnię.  -  Nachyliła  się  i 

przewiązała  mu  oczy  jedwabną  chustką,  którą  zdjęła  z  szyi.  -  Nie 
podglądaj!

- Nie  masz  chyba  zamiaru  robić  niczego,  czego  nie  powinny 

oglądać  niepowołane  oczy?  -  zapytał  niespokojnie,  ale  i  z  tonem 
nadziei w głosie.

- Na przykład rozbierać się, to miałeś na myśli?
- Tak, coś w tym rodzaju...
- Oczywiście, że nie.
- Szkoda.
- Dobrze, zaczniemy od krótkiej lekcji biologii - zaśmiała się.
- Brzmi obiecująco.
- Czy  wiesz,  że  na  twoim  języku  znajduje  się  dziewięć  tysięcy 

kubeczków  smakowych,  a  każdy  z  tych  maleńkich  kubeczków 
zawiera  od  dziesięciu  do  piętnastu  receptorów,  które  mówią 
mózgowi, czy coś jest słone, kwaśne czy słodkie?

background image

Zaprzeczył  ruchem  głowy.  Wiedział  tylko,  że  rozmowa  o  języku 

budzi w nim szczególny rodzaj głodu. Wyobraził sobie, jak zlizuje z 
jej  nagiego  ciała  roztapiające  się  lody.  I  na  tym  prawdopodobnie 
polega  jej  plan.  Chce  doprowadzić  go  do  szaleństwa.  Dobrze,  we 
dwoje można w to grać.

Wyciągnął  po  omacku  ręce.  Miał  szczęście,  chwycił  jej  dłoń. 

Podniósł ją do ust i polizał między palcami.

- Mmm, słodkie i słonawe. Wszystkie dziewięć tysięcy kubeczków 

smakowych mówi mi to samo.

Rozłożył jej palce i dotarł do wewnętrznej strony dłoni. Prześliznął 

się językiem po całej powierzchni, licząc na to, że Anastazji zmiękną 
kolana.

Musiała  odetchnąć  kilka  razy,  zanim  zdołała  cokolwiek 

powiedzieć.

- Jesteś gotowy, żeby spróbować tych smakołyków?
- Bardziej niż gotowy - zachrypiał.
- Otwórz usta.
Rozchylił wargi, gotów przyjąć jej usta w gorącym pocałunku. Ale 

ona wsunęła mu do ust małą plastikową łyżeczkę z czymś zimnym i 
smacznym.

- Nikt  na  świecie  nie  ma  stuprocentowej  pewności,  gdzie  i  kiedy 

ukręcono pierwsze lody - opowiadała - ale istnieje wiele ciekawych 
historii o ich pochodzeniu. Mówi się, że w pierwszym wieku naszej 
ery  cesarz  Neron tak  za  nimi  przepadał,  że  kazał sobie  sprowadzać 
śnieg z Alp.

David zaczynał rozumieć, na czym polega uzależnienie. Stawał się 

coraz  bardziej  uzależniony  od  jej  głosu.  Ta  baśniowa  Szeherezada 
musiała mieć głos podobny do głosu Anastazji.

- Cały miesiąc trwał transport śniegu do Rzymu. Neron jadał go z 

sokami  owocowymi  i  z  miodem.  To,  czego  teraz  próbujesz,  to 
wiśniowy sorbet.

Smak wiśni i wyobraźnia kazały mu myśleć o jej wargach i o tym, 

jak by smakowały po zimnym sorbecie. Nim zdążył pogrążyć się w 
erotycznych fantazjach, włożyła mu do ust następną porcję.

- Legenda  głosi,  że  Marco  Polo  powrócił  z  Chin  z  przepisem  na 

mrożoną śmietanę. Stała się znana jako gelati, czyli lody. To, czego 

background image

teraz próbujesz, to aromatyczna francuska wanilia. Kiedy Katarzyna 
Medycejska przyjechała do Francji, żeby poślubić króla, przywiozła 
ze  sobą  własnego  szefa  kuchni,  który  potrafił  przyrządzić  gelati,  i 
odtąd Francuzi mogli raczyć się tymi pysznościami.

David  przysiągłby,  że  celowo  użyła  tych  słów.  Raczyć  się. 

Pyszności. Był cały rozpalony. Dręczyły go myśli o ciele Anastazji, a 
nie o przeklętych lodach.

- Słuchasz  mnie?  -  spytała. -  To  miało  być  ćwiczenie  na 

koncentrację.

- Och, jestem skoncentrowany - wychrypiał, ale nie powiedział, na 

czym.

- W XVII wieku król Anglii Karol I ściągnął na dwór francuskiego 

szefa  kuchni,  który  przywiózł  ze  sobą  przepis  na  lody.  Król  zalecił 
kucharzowi,  żeby  przepis  pozostał  królewską  tajemnicą,  ale  gdy 
króla ścięto, tajemnica wyrobu lodów rozprzestrzeniła się po całym 
świecie.  Zajadał  się  nimi  George  Washington,  latem  wydawał  na 
lody dwieście dolarów. W tamtych czasach to była mała fortuna. Ale 
któż potrafi oprzeć się smakowi grzesznej rozkoszy? - Wsunęła mu 
do ust kolejną porcję smakołyku.

Grzeszna,  z  całą  pewnością.  Lody  były  dobre,  myślał  udręczony, 

ale ona jeszcze lepsza. Prowadzi rozmowę w sposób, w jaki rozpala 
się  ognisko.  Zawsze  pozostawia  wystarczającą  ilość  żaru,  żeby 
podtrzymać płomienie.

- Amerykanie wymyślili rożki lodowe i lody z wodą sodową, potem 

jeszcze  lody  z  bitą  śmietaną,  sokiem  owocowym  i  orzechami. 
Mniam.... Niewiarygodna kombinacja.

- Znam  jeszcze  lepsze  kombinacje  -  warknął,  gdy  jego  siła  woli 

spopieliła się do reszty. Chwycił dłoń, która go karmiła, i przyciągnął 
Anastazję  do  siebie.  Instynkt  i  pragnienie  pokierowały jego  ustami. 
Całował ją gwałtownie, żarliwie, czule.

Kiedy  jego  wargi  pochłaniały  jej  usta,  Anastazja  doszła  do 

wniosku, że smakują lepiej niż jakiekolwiek lody na tej planecie.

Zsunęła  Davidowi  przepaskę  z  oczu.  Ich  wyraz  przyprawił  ją  o 

dreszcze. Potem zacisnęła powieki, żeby skoncentrować się tylko na 
tym,  co  czuje.  David  drażnił  jej  wargi  językiem,  kusząc,  by  je 
rozchyliła, a potem wynagrodził ją stokrotnie.

background image

Czuła  smak  czekolady  i  tę  niewiarygodną  esencję,  która  była 

samym Davidem.

Pocałunek  łączył  się  z  następnym  pocałunkiem,  aż  płomień 

namiętności  wymknął  się  spod  ich  kontroli.  Jakimś  cudem  znaleźli 
się na wyściełanej ławce przy zapleczu cukierenki.

David  drżącymi  palcami  obrysował  dekolt  jej  sukienki.  Anastazja 

wyprężyła  się  i  z  cichym  pomrukiem  zadowolenia  położyła  jego 
dłonie  na  swoich  piersiach.  Nie  chciał  się  spieszyć.  Rozpinał  jeden 
guzik,  powracał  do  jej  rozpalonych  ust,  a  potem  rozpoczął  nowy 
szlak pocałunków, żeby rozpiąć następny.

Dopiero  po  dłuższej  chwili,  odzyskawszy  na  moment  jasność 

umysłu, Anastazja odwzajemniła się, rozpinając guziki jego koszuli. 
Kiedy  położyła  rękę  na  nagim  torsie  Davida,  zastygła  nieruchomo, 
rozkoszując się możliwością dotykania go.

Chciała  więcej.  Chciała  pozbyć  się  ubrania,  być  całkiem  naga  i 

kochać  się  z  nim.  Teraz.  On  chciał  tego  samego.  Mówiły  to  jego 
zachłanne dłonie zamknięte na jej piersiach, każdy pocałunek, każdy 
ruch jego bioder. Właśnie miał ściągnąć jej z ramion sukienkę, kiedy 
zalało ich ostre światło.

- Co,  do  diabła?...  -  David  usiadł  raptownie,  zasłaniając  sobą 

Anastazję.

- Coś takiego! - zdołała krzyknąć Claire, nim zamieniła się w słup 

soli.

background image

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

- Nie miałam zamiaru przeszkadzać... - tłumaczyła się zakłopotana 

Claire.  -  Nie  wiedziałam,  że  ktoś  tu  będzie  tak  późno.  Zobaczyłam 
zapalone  światło  i  pomyślałam,  że  zapomniałam  je  zgasić...  choć 
zdawało  mi  się,  że  jednak  zgasiłam.  ..  Więc  może  powinnam  była 
domyślić  się,  że  to  wy,  ale  przecież  skąd  miałam  wiedzieć,  to 
znaczy... to nie mój interes... Co ja tu bełkoczę...

- Nic się nie stało - Anastazja gorliwie zapewniła Claire, kiedy już 

zapięła sukienkę. Jej serce biło  jak oszalałe.  - To twój  lokal i  masz 
prawo  do  niego  wchodzić,  kiedy  tylko  ci  się  podoba,  a  poza  tym, 
skąd mogłaś wiedzieć... Teraz to ja bełkoczę. David, powiedz coś... -
poprosiła zdenerwowana.

- Dlaczego  ja?  -  spytał  rozbawionym  głosem.  -  Zbyt  dobrze  się 

bawię, słuchając, jak się obie jąkacie. Swoją drogą, ja nie umiem tak 
bełkotać.

- Ty  mu  przyłożysz,  Claire,  czy  ja  mam  to  zrobić?  -  spytała 

Anastazja.

- Słucham? A co ja takiego powiedziałem?
- Mój drogi, zdarza ci się pleść coś bez sensu. Ale i tak cię kocham. 

- Claire poklepała go po ramieniu.

- Skąd się tu wzięłaś o tej porze? - zapytał David. - Myślałem, że 

jesteś zmęczona i położysz się wcześnie spać.

- Próbowałam  zasnąć,  ale  obudził  mnie  przedziwny  sen o  dobrej 

wróżce,  która  uwielbiała  szalone  kapelusze. -  Zmieszana  Claire 
pokręciła z niedowierzaniem głową. - Potem zaczęłam się martwić o 
uroczyste  otwarcie  lodziarni  i  postanowiłam  wpaść  tutaj,  żeby 
sprawdzić  parę  rzeczy  w  kuchni.  Do  głowy  mi  nie  przyszło,  że 
wpadnę na was dwoje...

Anastazja czuła, jak pąsowieje jej twarz, po raz drugi w tym roku -

i po raz drugi z powodu Davida. Musi się stąd wynieść, zanim zrobi 
z siebie idiotkę, a raczej kompletną idiotkę.

Bo  w  końcu  wyszło  jednak  na  to,  że  zakochała  się  w  Davidzie,  a 

przecież długo się przed tym broniła. Żarty i dobra zabawa to jedno. 
Ale  zdawała  sobie  sprawę,  że  zakochanie  się  w  kimś  takim  jak  on, 
zupełnie  niepodobnym  do  facetów,  z  którymi  się  zadawała  do  tej 
pory, może okazać się bardzo ryzykowne. Pora się opanować.

background image

- Lepiej wrócę do siebie na górę - postanowiła znienacka. - David 

niech  zostanie  i  pomoże  ci...  w  tym,  co  powinnaś  jeszcze  zrobić 
przed  otwarciem.  Jutro  muszę  iść  do  pracy.  Na  cały  dzień.  Muszę 
poćwiczyć  nową  palcówkę,  potem  prowadzę  zajęcia  z 
pierwszoklasistami,  a  po  południu  mam  jakieś  spotkanie...  Znowu 
zaczynam bełkotać. A przecież nigdy mi się to nie zdarza. Lecę.

- Nie ma potrzeby, moja  droga - zaczęła Claire,  ale Anastazja  już 

uciekła.

* * *

- Po co ci pager, jeśli nigdy nie odpowiadasz na wezwania? - Betty 

skarciła Hattie, która  spóźniła  się dziesięć sekund na nadzwyczajne 
spotkanie w mieszkaniu Anastazji.

- Ach,  to  dlatego  moja  magiczna  różdżka  tak  migocze!  Najpierw 

pomyślałam, że nadszedł czas, żeby David odkrył tajemny magazyn 
w  piwnicy,  potem  przypomniałam  sobie,  że  mówiłaś,  iż  różdżka 
powinna  jarzyć  się,  a  nie  migotać.  Więc  zaczęłam  się  zastanawiać, 
czy przypadkiem nie trzeba wymienić baterii.

- Różdżki  nie  potrzebują  baterii,  wystarczy  im  energia  słoneczna, 

powinnaś  o  tym  wiedzieć  -  wtrąciła  się  Muriel,  ale  uwagę  Hattie 
przykuł  właśnie  stos  ilustracji,  nad  którymi  pracowała  ostatnio 
Anastazja.

- Pamiętacie,  kiedy  Anastazja  była  małą  dziewczynką,  wydawało 

się,  że  naprawdę  nas  widzi  i  słyszy?  -  spytała  ciepłym,  czułym 
głosem.

- Właśnie  dlatego  opowiada  takie  cudowne  historie  o  dobrych 

wróżkach - dodała Betty.

- Ale ja jestem o wiele ładniejsza niż na rysunku Anastazji. Do tego 

ubrała mnie  na  zielono.  -  Hattie  z  żalem  kręciła  głową.  -  Nie  lubię 
tego koloru, wyglądam w nim, jakbym chorowała na żółtaczkę.

- Och,  daj  sobie  spokój!  -  krzyknęła  Muriel.  -  Mamy  o  wiele 

poważniejsze problemy niż twoja uroda.

- Jakie problemy? Gdzie jest Anastazja?
- Śpi w drugim pokoju.
- Więc w czym problem? Po co to nagłe spotkanie? Moim zdaniem 

idzie  im  zupełnie  dobrze.  A  to,  że  Claire  wkroczyła  w  najbardziej 
niestosownym momencie, to wina Betty.

background image

- Skąd ci to przyszło do głowy? - spytała zaskoczona Betty.
- To ty wpadłaś na pomysł, żeby zwerbować pomocników spośród 

ludzi.

- Wrzuciłam  tylko  do  głowy  Claire  pomysł,  że  David  i  Anastazja 

mogliby stać się parą - broniła się Betty.

- No to powinnaś w ten sam sposób zatrzymać ją w domu - upierała 

się Hattie.

- Każdemu  może  się  zdarzyć  drobna  wpadka.  -  Betty  była  coraz 

bardziej  zirytowana.  -  A  co  z  tym  snem  Claire  o  dobrej  wróżce  w 
szalonych kapeluszach? Maczałaś w tym palce, Hattie?

- Oczywiście,  że  nie  -  odpowiedziała  wyniośle.  -  Nie  mam  ani 

jednego szalonego kapelusza. Z czego się śmiejecie?

Betty i  Muriel jednocześnie pokazały palcem  okazały egzemplarz, 

który  Hattie  miała  na  głowie,  z  płaskim  rondem  udekorowanym 
mnóstwem  pomarańczowych  i  żółtych  chryzantem,  wśród  których 
świergotała żółta papużka.

- Sądzicie,  że  ta  kokarda  to  przesada?  -  spytała,  miętosząc  w 

palcach zawiązaną na szyi złotą wstążkę.

Jej pytanie wywołało następny wybuch śmiechu, aż w końcu siostry 

nie wytrzymały i zaczęły wykręcać zwariowane salta w powietrzu.

Hattie tupnęła nogą w obite perkalem krzesło, omal nie gubiąc przy 

okazji pozłacanego pantofelka.

- Nie  mam  najmniejszego  zamiaru  sterczeć  tutaj  i  pozwalać, 

żebyście się ze mnie wyśmiewały! Anastazja jest moją podopieczną i 
powtarzam wam, że radzi sobie znakomicie.

- Więc  ona  mówi,  że  nie  ma  żadnych  szalonych  kapeluszy  -

zwróciła się kwaśnym tonem Muriel do Betty, gdy Hattie zniknęła w 
purpurowym obłoczku  świętego oburzenia. -  I jak  tu  polegać na jej 
zdaniu?

- No tak, przed nami jeszcze wiele trudności - westchnęła Betty. -

Ile dni zostało nam do przejścia w stan spoczynku?

- Zbyt wiele - ponuro odpowiedziała jej Muriel.

* * *

W  poniedziałek  Anastazja miała  w  pracy takie  urwanie  głowy, że 

nie  znalazła  ani  chwili  na  to,  żeby  martwić  się  Davidem.  Dopiero 
kiedy  późnym  popołudniem  wsiadała  do  samochodu,  znowu 

background image

zawładnął jej myślami. Zamiast uciekać przed faktem, że jest w nim 
zakochana, postanowiła tym razem stawić czoło rzeczywistości.

I  cóż  w  tym  złego,  że  go  kocha?  Fakt,  że  David  jest  trudny  i  ma 

skłonność do kontrolowania  wszystkiego  dookoła, nie wspominając 
o jego okropnej podejrzliwości. Właściwie łączy ich tylko miłość do 
Claire i upodobanie do humoru „Trzech Fagasów".

A teraz plusy. To, jak na nią działa. To, jak się do niej uśmiecha. I 

jak dba o nią i o Claire, nawet jeśli przesadza ze swoim poczuciem 
odpowiedzialności.  Zabrał  się  do  szukania  skarbu,  co  świadczy 
chyba  o  tym,  że  mimo  całej  tej  czczej  gadaniny  o  wyższości 
zdrowego rozsądku  nad  marzeniami  jest  wrażliwym  człowiekiem.  I 
prawdopodobnie,  tak  jak  ona,  nie  umie  sobie  poradzić  z  rodzącym 
się między nimi uczuciem.

Kiedy  przekroczyła  próg  swojego  mieszkania,  zmartwienia 

związane  z  Davidem  musiały  zejść  na  dalszy  plan,  bo  na  pierwszy 
powróciła uwięziona w pułapce mysz. Polowała na nią od wielu dni i 
wreszcie przynęta z masła orzechowego okazała się skuteczna.

Anastazja  trzymała  w  jednej  dłoni  kluczyki  do  samochodu,  na 

drugą  włożyła  grubą  kuchenną  rękawicę  z  jednym  palcem,  żeby 
chwycić  pułapkę.  Zbiegła  ze  schodów  i  rzuciła  się  do  samochodu. 
Już  miała  ruszać,  gdy  z  „Retro  pod  Suł-tańskim  Pucharkiem" 
niespodziewanie wyłonił się David.

- Musimy porozmawiać - powiedział rzeczowym tonem.
- Wsiadaj.  -  Nie  miała  czasu  na  wyjaśnienia.  Musiała  jak 

najszybciej wywieźć mysz do parku, żeby zwierzątko nie doznało w 
czasie drogi jakiegoś wstrząsu. Przykryła pułapkę rękawicą, sądząc, 
że będzie lepiej dla myszy, jeśli nie będzie widziała, co się dzieje.

- Twoja  kuchenna  rękawica  się  porusza  -  zauważył  David,  gdy 

zjeżdżali z krawężnika.

- W środku jest mysz.
W tej samej chwili z jego ust wydobył się zduszony okrzyk.
- Spokojnie. - Zdjęła rękę z kierownicy i poklepała go po udzie. -

Mysz jest w pułapce.

David położył jej dłoń z powrotem na kierownicy. Nie wiedział, co 

przeraziło go bardziej - mysz czy szalona jazda Anastazji.

- Z jakiej okazji zafundowałaś tej myszy przejażdżkę? - Próbował 

background image

ukryć  zmieszanie  pod  maską  sarkazmu.  -  Znudziło  ją  nasze 
sąsiedztwo czy co?

- Ciągle do mnie wraca.
- Skąd wiesz, że to ta sama mysz?
- Po  prostu  wiem  -  odpowiedziała,  zatrzymując  się  przed 

czerwonym światłem.

- A może w twoim mieszkaniu buszują całe tabuny myszy?
- Jeśli miałabym w domu całe tabuny myszy, to Xena w ogóle by 

nie spała. I nie dała spać mnie. Nie, to na pewno ta sama mysz. Ona z 
nas się zwyczajnie naigrawa, ze mnie i z Xeny.

- Więc zabij ją w końcu.
- Nie mogę tego zrobić...
- Z  powodu  Pescado.  Rozumiem.  Więc  dokąd  zabierasz  pana 

myszkę?

- Do parku przy uniwersytecie.
- I będzie teraz terroryzowała jakąś śliczną studentkę z akademika?
Anastazja skrzywiła się. To akurat nie przyszło jej do głowy.
- Masz jakiś lepszy pomysł? Oprócz egzekucji, oczywiście?
- Nie mam.
- W takim razie niech śliczne studentki same dbają o siebie. Zostaje 

park i już.

- Zakładając,  że  dożyjemy...  -  Chwycił  się  klamki  u  drzwi,  gdy 

Anastazja  z  piskiem  opon  omijała  samochód  nieprzepisowo 
zaparkowany na zakręcie.

- Spokojnie, jestem dobrym kierowcą. O czym chciałeś rozmawiać?
David  nie  przewidział,  że  będzie  prowadził  tę  rozmowę  w 

towarzystwie myszy uwięzionej w pułapce.

- O tym, co zdarzyło się ubiegłej nocy.
- Tak?
- Nie planowałem tego.
- Wiem. Ja też nie. Kiedy zapraszałam cię na dół, chodziło mi o to, 

żebyśmy się trochę zbliżyli, ale nie miałam pojęcia, że... że wszystko 
potoczy się tak szybko i że wymknie nam się z rąk. Nie chciałam cię 
prowokować,  nic  w  tym  stylu...  -  Wrzuciła  niższy  bieg  przed 
następnym zakrętem i zerknęła ukradkiem na Davida.

Czy  jedno  spojrzenie  jego  błękitnych  oczu  mogło  teraz  o 

background image

wszystkim  zdecydować?  Czy  mogło  zepchnąć  ją  z  krawędzi 
przepaści i  przypieczętować jej miłość?  Na szczęście David  patrzył 
na uwięzioną mysz. Ale i tak poczuła dziwny ucisk w sercu. Doznała 
magicznego  olśnienia,  czegoś,  co  zdarza  się  w  baśniach,  które 
opowiada się dzieciom, a nie w realnym życia.

Przyspieszyła, żeby zająć ostatnie wolne miejsce parkingowe przed 

wejściem  do  parku.  Kiedy  zgasiła  wreszcie  silnik,  usłyszała,  jak 
David oddycha z ulgą.

Za  wcześnie.  Mało  brakowało,  a  szarpiąca  się  w  pułapce  mysz 

wylądowałaby na jego kolanach. Podskoczył jak oparzony i wysiadł 
z samochodu szybciej, niż pozwalała na to męska godność.

- Chyba rzeczywiście nie lubisz myszy?
- Poza tobą nie znam wielu ludzi, którzy je lubią.
- Powtarzałam to już Xenie, że wcale nie lubię myszy, po prostu...
- Nie chcesz ich zabijać. Wiem, wiem... - David wepchnął dłonie do 

tylnych  kieszeni  dżinsów,  jakby  chciał  trzymać  je  jak  najdalej  od 
gryzonia.  -  Wypuść  ją  wreszcie.  Bo  jeszcze  okaże  się,  że  jakieś 
miejskie zarządzenie zabrania wypuszczać myszy w parku.

- Mam nadzieję, że nie. Na pewno nie.
Kiedy  wyjęła  już  pułapkę  z  samochodu,  nie  mogła  nie  dostrzec 

piękna  parku  położonego  nad  jeziorem  Michigan.  Niebo  było 
zachmurzone, jakby nie mogło się zdecydować, czy lunąć deszczem, 
czy  nie.  Na  kilku  drzewach  liście  przybrały  już  jesienne  kolory. 
Wyobraziła  sobie,  jak  cudownie  będą  wyglądały  klony  i  dęby  w 
październiku.

Teraz jednak musiała skoncentrować się na myszy, która nie bardzo 

chciała wyjść z pułapki, choć Anastazja dawno ją uwolniła.

- Po  prostu  wytrząśnij  ją  stamtąd.  -  David  był  coraz  bardziej 

zniecierpliwiony.

Kiedy znaleźli się w samym środku parku, zrobiła to, ale może zbyt 

energicznie.  Mysz  poleciała  wysoko  w  powietrze  i  omal  nie 
wylądowała  na  ramieniu  Davida.  Uratował  go  szybki  unik.  Ale  nie 
uratował Anastazji,  bo przerażony David wpadł  na nią i  powalił  na 
ziemię.  W  ostatniej  chwili  zdążył  jeszcze  wsunąć  się  pod  nią, 
chroniąc ją przed bolesnym upadkiem.

Wszystko  stało  się  tak  szybko,  że  Anastazja  nie  mogła  wprost 

background image

uwierzyć,  że  leży  jak  kłoda  na  piersi  jęczącego  Davida. 
Przypomniała  sobie,  że  przytyła  kilka  kilogramów,  odkąd  zaczęła 
degustować przysmaki Claire, i natychmiast sturlała się na ziemię.

- Nic ci nie jest? - spytała, przyciskając ucho do jego piersi. Zrobiła 

to dla czystej przyjemności, a nie z obawy o jego zdrowie.

Skinął  brodą,  ale  ona  nie  mogła  tego  widzieć.  Uniósł  więc  jej 

głowę, wplatając palce we włosy. Były jak jedwab. A ona pachniała 
niewiarygodnie.

Przycisnął  ją  mocniej  do  siebie  i  pocałował.  Jej  rozchylone  wargi 

smakowały jak szlachetne wino. Może nie był wielkim znawcą win, 
ale,  do  licha,  Anastazja  podniecała  go  do  szaleństwa  i  żadne 
porównanie nie oddałoby tego, co czuł.

To  była  jego  ostatnia  myśl,  a  potem  zatracił  się  w  namiętnym 

pocałunku.

- Hej, wy tam! - wrzasnął jakiś męski głos. - Nie obściskiwać się w 

parku!

David  skrzywił  się  mimowolnie,  kiedy  Anastazja  oderwała  się  od 

jego  zbolałego  z  podniecenia  ciała.  Cholera,  ona  go  wpędzi  go  do 
grobu!

- To policjant - szepnęła ze zgrozą w oczach.
- Słyszeliście? Róbcie to sobie gdzieś indziej. - Policjant podszedł 

bliżej.  -  Dorośli  ludzie  żeby  się  tak  zachowywali...  -  Przy  ostatnim 
słowie zawiesił głos. - Hej, Sullivan, to ty?

David  jęknął.  Ze  wszystkich  policjantów  pracujących  na 

przedmieściach musiał trafić akurat na Abe'a Cravera.

- Słyszałem, że wziąłeś urlop, ale w życiu bym nie przypuszczał, że 

stać cię na takie numery. - Abe walnął Davida w plecy z przesadnym 
męskim  wigorem,  typowym  dla  glin  i  sportowców.  -  Musisz  mieć 
ciężkie życie.

- Pewnie - odpowiedział David z fałszywym uśmiechem na ustach. 

- Właśnie mieliśmy wracać.

- Muszę  ci powiedzieć,  że  zanim  cię poznałam,  nigdy nie miałam 

powodu,  żeby  czerwienić  się  ze  wstydu  -  zwierzyła  mu  się 
Anastazja, kiedy wsiedli do samochodu.

- Ty? A co powiesz o mnie?
- Zaczerwieniłeś  się?  -  Przyjrzała  mu  się  uważnie,  jakby  szukała 

background image

śladu rumieńca.

- Nie  należę  do  facetów,  których  przyłapuje  się  na  obściskiwaniu 

kobiet w miejscach publicznych - odpowiedział wyniośle.

- Chcesz powiedzieć, że ja... ? Słuchaj... - Odwróciła się i dźgnęła 

go  wskazującym  palcem  w  pierś.  -  Może  bywam  niezbyt 
konwencjonalna,  ale...  Lubię  twoje  pocałunki.  -  Położyła  dłoń  na 
ustach,  jakby  chciała  cofnąć  ostatnie  słowa,  ale  było  za  późno, 
dodała więc zmieszana: - Wyrwało mi się. Zapomnij o tym.

Tak,  jakby  mógł  zapomnieć  cokolwiek,  co  dotyczy  Anastazji. 

Szczerze w to wątpił.

Kilka  dni,  które  pozostało  do  uroczystego  otwarcia  cukierenki, 

spędzili  na  gorączkowych  przygotowaniach.  W  kulminacyjnym 
momencie  przecięcia  wstęgi  Ira  wręczył  Claire  trzy  tuziny  żółtych 
róż  i  pocałował  ją.  „Retro  pod  Sułtańskim  Pucharkiem"  zostało 
oficjalnie otwarte. Czterodniowe uroczystości okazały się opłacalne, 
częściowo  dzięki  Heather,  która  wspomniała  o  „Retro"  w  swojej 
audycji.  Wielu  pierwszych  klientów  było  fanami  „Miłości  w 
opałach".

Z  wdzięczności  Claire  przemianowała  lody  „Leśna  polana"  na 

„Miłość w opałach". W godzinę zostały wyprzedane.

W sobotę panował taki ruch, że David musiał stanąć za ladą. Zaczął 

od sprzątania stolików, ale Anastazja postawiła go za marmurowym 
kontuarem w miejsce Barry'ego, studenta, którego w ostatniej chwili 
wynajęła Claire.

- Dlaczego  ja,  a  nie  Barry?  -  protestował  David,  kiedy  Anastazja 

zaciągnęła go za ladę.

- Bo Claire jeszcze go nie wyszkoliła.
- Mnie też nie wyszkoliła.
- Zafundowałam ci przecież szybki kurs historii lodów.
- Zapewniam cię, że doceniam twoje niezapomniane lekcje. - David 

uśmiechnął się czarująco i przyjął zamówienie od następnego klienta.

Mimo że przepracował całą sobotę, zszedł jednak do piwnicy, żeby 

zająć  się  tym,  co  babcia  z  Anastazją  nazywały  poszukiwaniem 
skarbów. Może dałby już za wygraną, ale do przeszukania został już 
tylko kawałek jednej ściany.

- David, jesteś na dole? - krzyknęła ze schodów Anastazja.

background image

Przerwał  na  chwilę  poszukiwania  i  z  radością  zauważył, że 

przebrała  się  w  tę  samą  sukienkę,  którą  miała  na  sobie  podczas 
pamiętnej lekcji historii lodów.

- Jakieś sukcesy?
- Poddaję się. Tutaj nic nie ma - mruknął bardziej do siebie niż do 

niej.

- Na  pewno  jest,  czuję  to.  -  Anastazja  podeszła  bliżej  i 

pocieszającym gestem ścisnęła go za ramię.

- Więc pokaż mi, gdzie.
- Bardzo bym chciała, ale niestety nie jestem różdżkarką. - Zerknęła 

na  plan  i  po  chwili  coś  wyszukała.  -  Spójrz  tutaj,  ten  kąt  w 
rzeczywistości wygląda zupełnie inaczej, prawda? Na szkicu jest kąt 
prosty,  a  tu  mamy  rozwarty.  Dzięki  temu  w  piwnicy  jest  więcej 
miejsca.

- I właśnie dlatego tak zbudowali te ściany.
- Ale  w  ten  sposób  można  było  ukryć  właśnie  w  tym  kącie  tajny 

magazyn.

- Chyba trafiłaś w sedno... - David jeszcze raz spojrzał na projekt i 

dokładnie  przebadał  podejrzany  kąt.  -  Nie,  sprawdzałem  już  to 
miejsce. Mówię ci, tam naprawdę nic nie ma. - Uderzył w betonową 
ścianę  piwnicy,  żeby  dowieść  swojej  racji.  I  nagle,  ku  zdumieniu 
obojga, tynk ustąpił, wpadając gdzieś do środka.

Anastazja  uśmiechnęła  się  na  widok  osłupiałej  miny  Davida  i 

powiedziała tylko jedno słowo:

- Bingo!

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY

- Co tam jest? - spytała drżącym z podniecenia głosem.
- Widzisz coś?
- Oczywiście, że nie, świecisz mi latarką prosto w oczy.
- Przepraszam. - Anastazja skierowała snop światła w otwór. - Tak 

lepiej?  Tam  na  pewno  jest  pełno  kurzu.  -  Ledwie  zdążyła  to 
powiedzieć,  głośno  kichnęła.  -  Kto  by  pomyślał,  że  Chesty  był  na 
tyle  sprytny,  żeby  wbudować  w  ścianę  ukryte  drzwi.  Wiesz,  to  mi 
wygląda na miniaturową piwnicę na wino.

- Nie rozumiem - mruczał David. - Sprawdzałem wcześniej każdy 

centymetr tej ściany i niczego nie znalazłem.

- Więc co tam jest? - spytała z zapartym tchem.
- Półki są puste. Mówiłem ci, że może być tak samo, jak z pustym 

sejfem Ala Capone, który odkrył Geraldo Rivera.

- Zgoda,  ale  w  tamtym  przypadku  za  plecami  Geraldo  stał  urząd 

podatkowy,  gotowy  skonfiskować  dosłownie  wszystko  na  poczet 
tych  setek  tysięcy  dolarów,  z  jakimi  zalegał  Al  Capone,  nie  płacąc 
podatków.

- Tak,  a  morał  jest  taki,  że  poza  śmiercią  i  podatkami  nie  ma 

niczego pewnego.

- Zaraz... Chyba widzę coś na najwyższej półce, zobacz.
- Anastazja skierowała tam światło latarki.
- Rzeczywiście.  -  W  głosie  Davida  odżył  entuzjazm.  - Nie  mogę 

dosięgnąć. Muszę przynieść taboret.

Zamiast taboretu posłużył się drewnianą skrzynką.
- Chyba  mam...  -  jęknął  podniecony,  wspinając  się  na  palce...  i 

spadł  z  chybotliwej  skrzynki  prosto  w  ramiona  Anastazji.  Oboje 
wylądowali na  podłodze.  - Nic  ci nie jest? - Wcale nie spieszył  się 
wstawać.

A ona nie wiedziała, co powiedzieć. Przytulona do niego, z dłońmi 

opartymi na jego podkoszulku, z udami wciśniętymi pomiędzy jego 
nogi, czuła, jak topnieje z pożądania.

- Powinniśmy  unikać  takich  bliskich  spotkań.  Ostatnim  razem 

przyłapała nas policja.

- Pamiętam.
Tak łatwo byłoby nie ruszać się z miejsca i po prostu wtulić się w 

background image

niego  mocniej.  I  przestać  myśleć.  Postanowiła  jednak  powściągnąć 
pokusę i zachować się jak dojrzała osoba.

- Sądzę, że następnym razem powinieneś posłużyć się taboretem.
- Pierwszy raz odezwałaś się do mnie tonem bibliotekarki. I wiesz 

co? Podoba mi się.

Anastazja  lubiła  jego  uśmiech  i  to,  że  ostatnio  często  mogła  go 

oglądać.  Kiedy  przypominała  sobie  tego  ponurego  mężczyznę, 
którego  spotkała  sześć  tygodni  temu,  zmiana,  jaka  w  nim  zaszła, 
napawała ją i radością, i lękiem.

Urlop  Davida  dobiegał  końca  i  zastanawiała  się,  jak  wpłynie  na 

niego powrót do pracy. Nigdy o niej nie opowiadał.

- Dlaczego  tak  się  na  mnie  gapisz?  -  zapytał.  -  O  co  chodzi? 

Pobrudziłem sobie twarz czy co?

- Czy co... - szepnęła łagodnie.
Ich oczy się spotkały i natychmiast zaczęła działać znajoma magia. 

Anastazja  rozpoznawała  kolejne  stadia  -  oczekiwanie,  czysta 
przyjemność  i  poczucie  wdzięczności.  Mogłaby  się  wpatrywać  w 
jego  zamglone  błękitne  oczy  bez  końca.  A  on  chyba  nie  miał  nic 
przeciwko temu. Nie odwracał wzroku. Widziała, jak powoli w tych 
oczach pojawiają się wesołe iskierki, a w kącikach wynurzają się na 
powierzchnię delikatne zmarszczki.

- Zdajesz sobie sprawę, że ciągle jeszcze nie wiemy, co jest w tym 

zamaskowanym  magazynie?  -  zapytał  miękkim,  lekko  drżącym 
głosem. Z rozbawienia czy z pożądania? Czy on jej pragnie?

Przecież tylko ty tu jesteś, powtarzała sobie w myślach. W pobliżu 

nie widać żadnej innej kobiety.

- Ukryty magazyn. No właśnie - powiedziała energicznym tonem. -

Wracamy do pracy.

David wstał bez słowa i przyniósł taboret.
- Aha!  Coś  znalazłem.  -  Chwycił  przedmiot  stojący  na  półce  i 

wyciągnął go na zewnątrz. - To jest... zakurzona butelka wina. - Na 
jego twarzy pojawiło się rozczarowanie.

- Może  być  coś  warta.  Czytałam  gdzieś  o  bardzo  drogich  starych 

winach.

- Wątpię, żeby trzymali takie wina w nielegalnym szynku Chestera. 

Może dodawał wina do kąpieli.

background image

- Do tego używał dżinu. - Odebrała mu butelkę i ostrożnie starła z 

niej trochę kurzu. - Mało wiem o winach, ale zdaje się, że to jeden z 
najlepszych francuskich roczników. Chodź. - Chwyciła go za rękę.

- Dokąd idziemy?
- Do  mnie  -  odpowiedziała,  ciągnąc  go  za  sobą  po  schodach  z 

zakurzoną butelką w dłoni.

- Po co?
- Żeby poszperać w Internecie, może znajdziemy coś w światowej 

sieci.

Nie  na  taką  odpowiedź  liczył  David.  Kiedy  chwilę  wcześniej 

trzymał Anastazję w ramionach, miał ochotę zerwać z niej ubranie i 
kochać się z nią, choćby przy piwnicznej ścianie.

Kiedy  wbiegała  po  schodach  dwa  kroki  przed  nim,  nie  odrywał 

wzroku od jej bursztynowej sukienki, która tak prowokująco opinała 
zgrabne  pośladki.  O  mało  nie  wyciągnął  ręki,  żeby  ich  dotknąć, 
kiedy  nagle  Anastazja  odwróciła  się  i  rzuciła  mu  przez  ramię 
impertynenckie spojrzenie.

- Wiem, o czym myślisz.
- Mam szczerą nadzieję - wychrypiał przed progiem jej mieszkania.
- Zastanawiasz  się,  co  światowa  sieć  Internetu  może  mieć 

wspólnego z winami.

- Pudło.
- Odpowiedź brzmi: Internet jest źródłem wszelkich informacji.
- A ja myślałem, że to światowa sieć porno gawędziarzy.
- I  na  to  można  się  natknąć,  ale  przy  ponad  ośmiu  milionach 

adresów  w  sieci  masz  duży  wybór.  A  teraz  spróbuję  znaleźć  coś 
ciekawego o markowych winach..

- Znowu ten ton bibliotekarki. - David usiadł na wolnym krześle i 

postawił przed sobą podłodze butelkę wina.

- Hm,  lista  obejmuje  dwieście  siedemnaście  tysięcy  adresów 

zawierających  słowo  „wino".  Chyba  będę  musiała  zadać  bardziej 
szczegółowe  pytanie...  -  Palce  Anastazji  biegały  po  klawiaturze 
laptopa.  -  Hm,  tak,  dobrze...  -  mruczała  pod  nosem.  -  Poślę  list  e-
mailem,  tu...  i  jeszcze  tam.  Gotowe.  -  Zamaszystym  kliknięciem 
wyłączyła zasilanie laptopa. - Rano powinnam dostać odpowiedź.

- Teraz chyba należałoby wznieść toast.

background image

- Zapomnij o tym. - Anastazja wyrwała Davidowi z dłoni butelkę i 

znalazła  dla  niej  bezpieczne  schronienie  w  kuchni.  Wracając  do 
pokoju,  włączyła  stereo,  które  automatycznie  zaczęło  odtwarzać 
płytę  z  baśniami  Szeherezady.  Potem  stanęła  przed  krzesłem,  na 
którym  wyciągnął  się  David.  -  Mówię  ci,  to  wino  może  być  coś 
warte.

- To  ja  ci  powiem,  co  tu  jest  więcej  warte.  -  Ty!  Błyskawicznym 

ruchem  posadził  ją  na  kolanach.  Potem zamknął  swoje  usta  na  jej 
rozchylonych  ze  zdumienia  wargach.  Przyjęła  zaproszenie, 
odpowiadając pieszczotą na pieszczotę. David przesunął kciukiem po 
jej  policzku,  i  to  wystarczyło.  Ten  jeden  dotyk  rozpalił  w  niej 
pożądanie, przed którym nie chciała się bronić.

Owinęła ręce wokół ramion Davida i przytuliła się. Mimo warstwy 

ubrań czuła bijące od niego ciepło. Ale chciała być jeszcze bliżej.

David  znaczył  pocałunkami  szlak  od  jej  ust  do  dekoltu,  jego 

zręczne  palce  rozpinały  guzik  za  guzikiem,  tak  jak  poprzednim 
razem.  Teraz  był  bardziej  niecierpliwy.  Sukienka  w  mgnieniu  oka 
osunęła  się  z  jej  ramion.  Kiedy  Anastazja  zdarła  z  niego  podko-
szulek, pochylił się i skubnął zębami koronkowy brzeg jej halki.

Wpiła  palce  w  jego  nagie  ramiona,  kiedy  wsunął  dłoń  pod 

jedwabną  tkaninę,  a  gdy  musnął  kciukiem  napięty  koniuszek  jej 
piersi, zdrętwiała z rozkoszy.

Przywarła  do  niego,  chciała  być  jak  najbliżej  -  i  nagle  jej 

namiętność rozwiała się jak dym na wietrze, kiedy David chwycił się 
za łokieć, którym uderzył w sam róg stołu.

- Co my wyprawiamy? - spytała roztrzęsionym głosem, zeskakując 

jak oparzona z jego kolan.

David jęknął. Nie teraz. Chyba nie zamierza teraz zrezygnować. On 

nie przeżyje tego. Pragnie jej tak bardzo, że odchodzi od zmysłów.

Był  tak  pochłonięty  swoimi  myślami  i  rozpalony  pożądaniem,  że 

dopiero  po  dwóch  czy  trzech  sekundach  zaczęły  docierać  do  niego 
jej następne słowa.

- Powinniśmy to  robić  w sypialni - wymruczała  z  uwodzicielskim 

uśmiechem na ustach.

- Amen. - Usłyszała jego ciężki, długo wstrzymywany oddech.
Sypialnia Anastazji była tak kolorowa jak ona sama, ale Davida nie 

background image

zainteresowały jej dekoratorskie umiejętności. Zanim położyli się na 
łóżku, zdjął z niej sukienkę, a ona rozpięła suwak jego dżinsów.

Musiał zwolnić tempo. Przeczesując palcami jej włosy, wpatrywał 

się  w  nią  głodnym,  stęsknionym  wzrokiem,  jak  gdyby  byli  parą 
kochanków, którzy spotkali się po latach rozstania.

- Pamiętasz, jak przyłapała nas babcia?
- Jak mogłabym zapomnieć? Zarumieniłam się wtedy po raz drugi 

w tym roku.

- Powiedziałaś,  że  musisz  ćwiczyć  nową  palcówkę.  Co  miałaś  na

myśli?

- Idzie rak nieborak, takie tam wierszyki. Dlaczego pytasz?
- Bo dręczyły mnie seksualne fantazje na temat twoich palcówek.
Przesunął palcami po jej udzie, wyżej, coraz wyżej, w sam środek 

wilgotnego żaru.

- Wiesz,  jak  lubię  szukać  skarbów...  Nie  wyobrażam  sobie 

większego skarbu niż to...

Wyprężyła  się  jak  struna  i  wyszeptała  jego  imię  jak  magiczne 

zaklęcie.  Ręce  Davida  tak  dokładnie  wszystko  wiedziały. 
Wystarczyło kilka ruchów, kilka dotknięć, i poczuła, jak przelewa się 
przez nią fala rozkoszy.

Anastazja  leżała  oszołomiona  i  bezbronna,  a  tymczasem  David 

odszedł na chwilę, bo przypomniał sobie o zabezpieczeniu. Kiedy do 
niej wrócił, muzyka w salonie potężniała w ogłuszającym crescendo. 
Anastazja  przyciągnęła  go  do  siebie  i  poprowadziła  do  celu. 
Powitanie było wspaniałe.

David  poruszał  się  miarowym,  niezachwianym  rytmem,  jak 

niewolnik  żądzy,  każdym  pchnięciem  przybliżając  ją  do  szczytu.  I 
nagle  dopełniło  się.  Gdy  Anastazja  zamarła  w  ekstazie,  on  też  się 
poddał, wykrzykując jej imię.

background image

ROZDZIAŁ JEDENASTY

- Mm,  niewiarygodne!  -  mruknęła  Anastazja,  siedząc  pośród 

skotłowanej pościeli z Davidem u boku.

- Chodzi ci o nasze miłosne igraszki, czy o ten puchar orzechowych 

lodów z syropem klonowym?

- O  jedno  i  o  drugie  -  odpowiedziała,  wylizując  łyżeczkę  do 

ostatniej kropli. - Twoje już się roztopiły.

- Pracuję nad nowym przepisem, potrzebuję jednak twojej pomocy.
- Chcesz, żebym spróbowała, jak skończysz?
- Nie, to ja będę próbował. Ty tylko wygodnie się połóż...
- Wyjął jej z dłoni pusty pucharek, postawił go na nocnym stoliku i 

poczekał,  aż  Anastazja  wyciągnie  się  na  łóżku.  -  Dobrze,  o  to 
właśnie chodziło. Mam już nazwę dla tego przepisu

- „Anastazja z sokiem owocowym i bitą śmietaną". - Uśmiechał się 

diabelsko,  rozpinając  jej  szlafrok.  -  Zaczynamy  od  roztopionych 
lodów,  czekoladowe  z  czekoladą  będą  zupełnie  dobre.  -  Skropił 
swoimi lodami jej nagie piersi.

- Zimne! - wrzasnęła zaskoczona.
- Nic się nie martw. Zaraz coś z tym zrobię. - Pochylił się i zaczął 

zlizywać lody z  jej  skóry.  Zimny płyn skurczył  jej  sutki,  ale David 
zamknął na nich gorące usta. Anastazja wyprężyła się jak kotka.

- To pieg czy okruszek czekolady? - pytał, nie odrywając warg od 

jej skóry. - Mm, pycha.

- Nie  sądziłam,  że  jesteś  tak  pomysłowy...  -  szeptała  czule, 

przeczesując palcami jego czarne, jedwabiste włosy.

- Bierzesz ze  mnie wszystko,  co najlepsze. - Wylał  na nią resztkę 

roztopionych lodów.

Drżała,  gdy  zimny  płyn  rozlewał  się  po  jej  skórze,  i  jęczała  z 

rozkoszy, kiedy usta i język Davida rozpalały w niej ogień.

David nie wiedział do tej pory, że lubi, jak ktoś mu liże duży palec 

u nogi. Przekonał się o tym dopiero następnego ranka. Minęło kilka 
sekund, nim zdał sobie sprawę, że to kot Anastazji.

Cofnął szybko stopę, ale kot skoczył za nią, jak za myszą. I wtedy 

przypomniał sobie, że to kotka, która boi się myszy.

W  ostatniej  chwili  usunął  stopę.  Xena  zeskoczyła  z  łóżka, 

obrzuciwszy  go  pełnym  wyrzutu  spojrzeniem  swoich  niebieskich 

background image

oczu.

- Przepraszam  -  usłyszał  własny  szept,  kiedy  wyciągnął  rękę  na 

zgodę.  Ku  zdumieniu  Davida,  kotka  wróciła  i  zaczęła  obwąchiwać 
jego  palce.  Potem  otarła  się  o  wyciągniętą  dłoń,  zapraszając  do 
pieszczot.

Zawsze lubił zwierzęta, oczywiście z wyjątkiem myszy i szczurów. 

W  dzieciństwie  miał  i  psa,  i  kota.  Babcia  do  dziś  chowała  parę 
kotów,  potomków  Kłębuszka,  pomarańczowej  kotki,  która  była 
towarzyszką jego chłopięcych lat.

Przez całe lata nie wspominał tego kota. Od kiedy zaczął służbę w 

straży  pożarnej,  niemal  wszystkie  swoje  myśli  poświęcał 
obowiązkom zawodowym. Poza baseballem nie miał żadnych innych 
zainteresowań.  Jego  tożsamość  kształtowała  praca  i  tylko  ona 
naprawdę się liczyła.

Leżąc  w  kolorowym,  ciepłym  łóżku  Anastazji,  doszedł  nagle  do 

wniosku, że pora przyjrzeć się własnemu życiu. Zmienił się, od kiedy 
poznał tę niezwykłą kobietę i zdecydował się pomóc babci spełnić jej 
marzenia.  Świadomość  tej  zmiany  nie  spadła  na  niego  jak  grom  z 
jasnego  nieba,  już  od  jakiegoś  czasu  podświadomie  przesiąkała  do 
jego umysłu. A odkrycie zamaskowanego pomieszczenia w piwnicy 
przypomniało  mu  o  przyjemności,  jaką  może  sprawiać  posiadanie 
marzeń - nawet, jeśli jedynym łupem poszukiwań okazuje się butelka 
starego wina.

Wrócił  myślami  do  Anastazji.  Spędzona  z  nią  noc  była  czymś,  o 

czym nie ośmieliłby się nawet marzyć.

- Bardzo się zamyśliłeś - powiedziała sennym głosem.
- Zastanawiałem się, czy nie zastrzec sobie wyłączności przepisu na 

lody „Anastazja".

- Mądra decyzja. - Położyła głowę na jego torsie, wędrując palcami 

po płaskim brzuchu.

Chwycił jej dłoń i podniósł do ust.
- Pierwszy raz przyznałaś, że powiedziałem coś mądrego.
- Bo  może  po  raz  pierwszy  ci  się  to  zdarzyło.  -  Rzuciła  mu 

zuchwałe spojrzenie i pocałowała w czubek brody.

- A  jak  oceniasz  moją  propozycję,  żeby  na  uroczyste  otwarcie 

przygotować  lody  z  likierem  jajecznym,  zamiast  bakaliowych?  -

background image

zapytał,  bawiąc  się  jej  palcami.  -  To  też  było  mądre  posunięcie. 
Sprzedaliśmy wszystko.

- I to mówi facet, którego ulubionym deserem były lody waniliowe. 

- Uśmiechnęła się kpiąco.

- Skąd wiesz? Nigdy ci tego nie mówiłem.
- Nie musiałeś. Po prostu należysz do typu facetów, którzy kochają 

lody waniliowe.

- Czyżby? A jacy są poza tym, że lubią smak wanilii?
- Konserwatywni, nudni, odpowiedzialni, despotyczni, rozsądni do 

szaleństwa...

- Pochlebstwa zaprowadzą cię donikąd.
- Ty  nie  potrzebujesz  żadnych  pochlebstw.  Masz  wystarczająco 

dobre mniemanie o sobie.

- Jak na całkiem wypalonego analityka przyczyn pożarów...
- O  czym  ty  mówisz?  -  Anastazja  spoważniała,  wyraźnie 

zaskoczona jego słowami.

- Właśnie dlatego wziąłem długi urlop. Żeby spojrzeć na sprawy z 

dystansu.

Dostrzegła  ponury  cień  w  jego  błękitnych  oczach.  Wcale  nie 

żartował. Naprawdę mówił serio.

- Jest aż tak źle...?
- A jak sądzisz, dlaczego jestem na urlopie?
- Claire  uwierzyła,  że  chciałeś  wykorzystać  wszystkie  wolne  dni, 

które uzbierały ci się przez lata.

- To właśnie jej powiedziałem.
- I nic więcej?
- A  o  czym  miałem  opowiadać?  Że  jestem  strażakiem,  który  ma 

dosyć swojej roboty?

- Zauważyłam,  że  nigdy  nie  wspominałeś  o  pracy...  Co  w 

przypadku takiego pracoholika, jak ty, rzeczywiście powinno budzić 
podejrzenia, że coś jest nie tak.

- Jestem  byłym  pracoholikiem.  Przez  ostatnie  kilka  tygodni 

poprzestawiałem sobie trochę w głowie.

- Więc teraz na pierwszym miejscu jest baseball?
- Nie, ty jesteś na pierwszym miejscu. - To wyznanie przyszło mu 

łatwiej,  niż  się  spodziewał.  A  kiedy  już  zaczął  mówić,  nie  mógł 

background image

przestać.  W  końcu  oświadczył  ze  zwykłą  dla  siebie 
bezceremonialnością: - Kocham cię i chciałbym się z tobą ożenić.

Jej  mina  wyrażała  raczej  zdumienie  niż  zachwyt.  Bez  słowa 

sięgnęła po szlafrok i wyskoczyła z łóżka.

Nie sądził, żeby wróżyło to coś dobrego. Może nie oświadczał się 

zbyt wielu kobietom, miał jednak świadomość, że normalne w takiej 
sytuacji  byłyby  jakieś  oznaki  podniecenia  z  jej  strony  -  powinna 
ucieszyć się, wzruszyć, krzyknąć: tak, tak, tak! Coś w tym rodzaju.

No  dobrze,  Anastazja  nigdy  nie  robiła  niczego  normalnie,  zawsze 

reagowała w nietypowy sposób. Ale wyskoczyć bez słowa z łóżka?

- Czy  słusznie  odnoszę  wrażenie,  że  nie  jesteś  szczególnie 

poruszona?

- Po prostu... nigdy nie marzyłam, że mi się kiedyś oświadczysz.
Odpowiedź Anastazji nie zadowoliła go. Poza tym był w wyraźnie 

niekorzystnym  położeniu,  leżąc  nago  w  jej  łóżku,  podczas  gdy ona 
miotała się po pokoju w szlafroku. Chwycił dżinsy i wciągnął je na 
siebie jednym ruchem.

- Dlaczego  nie?  Jestem  wystarczająco  dobry,  żeby  się  ze  mną 

przespać, ale nie żeby wyjść za mnie za mąż?

- To  nie  tak.  -  Patrzyła  mu  prosto  w  oczy.  -  Nie  przyszło  mi  do 

głowy, że  możesz  mi  się oświadczyć, bo  zdawało  mi  się, że  cenisz 
sobie niezależność, tak samo jak ja.

- Chcesz powiedzieć, że mnie nie kochasz?
- Nie,  nic  podobnego.  Kocham  cię.  Od  chwili  gdy  tak nerwowo 

przyglądałeś  się  myszy  w  moim  samochodzie.  No  dobrze. 
Zakochałam się w tobie wcześniej, ale dotarło to  do mnie kilka dni 
temu,  wtedy  w  samochodzie.  -  Przesunęła  dłonią  po  swoich 
zmierzwionych  długich  włosach.  -  Problem  polega  na  tym,  że  nie 
wyobrażam  sobie  męża,  który  mówiłby  mi  bez  przerwy,  co  mam 
robić. W ciągu trzydziestu  trzech lat zdążyłam przyzwyczaić się do 
swobody. David nie wierzył własnym uszom.

- Myślałem, że wszystkie kobiety marzą o zamążpójściu.
- Trudno o większą bzdurę! - syknęła Anastazja z błyskiem złości 

w oczach.

- To nie jest większa bzdura niż opowiadanie, że nie życzysz sobie 

męża, który będzie ci mówił, co masz robić.

background image

- To nie żadna bzdura - zaperzyła się Anastazja - ale byłam idiotką, 

wierząc, że kiedykolwiek zrozumiesz, co czuję!

* * *

- Powiem wam, co tu jest idiotyczne! - wrzeszczała Hattie. - To, że 

tak  się  napracowałam,  żeby  ich  połączyć,  żeby  skłonić  Davida  do 
oświadczyn, a ona mówi: nie! Nie do wiary!

- Fakt,  że  w  ogóle  nie  brałyśmy  pod  uwagę  takiej  możliwości  -

przyznała Muriel.

- Nie żartuj sobie. - Hattie przeszyła ją nieufnym wzrokiem.
- Skupiłyśmy się na tym, żeby David uświadomił sobie, jak bardzo 

kocha  Anastazję,  i  żeby  Anastazja  zdała  sobie  sprawę,  jak  bardzo 
kocha  jego  -  dodała  Betty.  -  Któż  by  przypuszczał,  że  Anastazję 
trzeba przekonywać nie tylko do miłości, ale i do małżeństwa?

- Jesteś  najstarsza  i  to  ty  powinnaś  znać  się  najlepiej  na  tych 

sprawach.  -  Retoryczne  pytanie  siostry  wzburzyło  Hattie  jeszcze 
bardziej.

- Hej,  to  jest  właściwie  twoje  zadanie  -  warknęła  Berty.  -  Ja  już 

poradziłam sobie z Jasonem i Heather, Anastazja to twoje dziecię.

- Gdyby była moim dzieckiem, wzięłabym ją na kolana i porządnie 

sprała.

- Jasne  -  zakpiła  Muriel.  -  I  mówi  to  dobra  wróżka,  która  nie 

skrzywdziłaby nawet muchy.

- Ale ona go kocha! - jęczała Hattie. - Przecież to powiedziała.
- Powinnyśmy  były  przewidzieć,  że  nerwowo  zareaguje  na 

propozycję  dzielenia  z  kimś  życia.  Jest  przeczulona  na  punkcie 
własnej  wolności.  Ona  jest  tak  samodzielna  i  żywiołowa,  że  inni 
często  usiłują  powściągać  jej  temperament  i  ograniczać  działania  -
stwierdziła Muriel z grobową miną.

Na  Hattie  nie  zrobiło  to  wrażenia.  Coraz  bardziej  wzburzona 

wędrowała  po  krawędzi  klosza  stojącej  w  sypialni  lampy.  Jej 
lawendowy  kapelusz,  ten  sam,  który  włożyła  na  wesele  Jasona, 
przechylił się na bok, gdy z niedowierzaniem kręciła głową.

- Nie,  to  wprost  niemożliwe...  -  mruczała  pod  nosem,  tak  mocno 

obracając  w  dłoni  różdżkę,  że  ta  najpierw  zapłonęła  ognistą 
czerwienią, a potem buchnęła oślepiającym płomieniem.

- Pali  się!  -  wrzasnęli  jednym  głosem wszyscy obecni  w  sypialni, 

background image

dobre wróżki i ludzie.

background image

ROZDZIAŁ DWUNASTY

Sypialnię  wypełniły  kłęby  dymu.  Anastazja  zdążyła  zauważyć  w 

kącie  pokoju  mały  ognisty  punkt,  przypominający  erupcję 
miniaturowego wulkanu, potem jej oczy zaczęły obficie łzawić.

- Musimy się stąd wynosić. - David objął ją wpół i podprowadził ją 

do drzwi wyjściowych. - Gdzie trzymasz gaśnicę?

- Pod zlewozmywakiem.
Kiedy wybiegł do kuchni, serce podeszło jej do gardła, ale chwilę 

później usłyszała syk gaśnicy i wołanie Davida.

- W  porządku.  Nie  musisz  dzwonić  po  straż  pożarną.  To  było 

pewnie  krótkie  spięcie  w  twojej  lampie.  Dużo  dymu,  ale  nie 
zauważyłem większych szkód.

- Dzięki  Bogu.  -  Te  kilka  sekund,  kiedy  David  był  sam  w 

wypełnionej dymem sypialni, wydało jej się wiecznością. Zatrzymała 
się  w  progu,  jakby  bojąc  się  widoku  zniszczeń,  których  mógł 
dokonać ogień. Niesamowite - nie było prawie żadnych szkód.

- To najdziwniejszy pożar, jaki widziałem w życiu. Było tyle dymu, 

a  nic  się  nadpaliło,  z  wyjątkiem  szczytu  tej  lampy.  Kiedy  się 
upewniłem, że ogień jest ugaszony, i otworzyłem okno, cały ten dym 
błyskawicznie przez nie uleciał.

* * *

- Nieźle! - powiedziała Betty, gromiąc wzrokiem okopconą Hattie, 

która uczepiła się kurczowo wezgłowia łóżka.

- Nie zrobiłam tego celowo... - Uniosła znad oczu przypalone rondo 

kapelusza. - To był przypadek. Byłam okropnie zła.

- Myślisz,  że  my  nie  byłyśmy?  Ale  przecież  z  tego  powodu  nie 

wywołujemy pożaru!

- Skąd mogłam wiedzieć, że pocieranie różdżki może spowodować 

pożar? Powinnaś była mnie o tym uprzedzić.

- Tylko  nie  próbuj  zwalać  winy  na  mnie.  Spójrz  tylko,  co  przez 

ciebie  stało  się  z  moim  podkoszulkiem.  -  Pokazała  palcem  czarne 
plamy na napisie: „Na co się gapisz".

- Zaraz  to  naprawię.  -  Hattie  jednym  machnięciem  różdżki 

wyczarowała nowy podkoszulek,  tym razem  w pastelowym kolorze 
lila.  Widząc  jednak  furię  w  oczach  Betty,  śmignęła  jeszcze  raz 

background image

różdżką i przywróciła koszulce biały kolor.

- Jeżeli  sądzisz,  że  to  załatwia  sprawę,  grubo  się  mylisz.  -  Betty 

wcale nie wyglądała na udobruchaną.

- Dobrze,  że  przynajmniej  moja  magiczna  różdżka  nie  przestała 

działać. - Hattie z wdzięcznością przytuliła ją do siebie.

- Po  tym wszystkim,  co  dla nas zrobiła...  -  Betty  oparła dłonie na 

swoich rozłożystych biodrach i spojrzała z naganą na obie siostry. -
Słuchajcie, czasami mogę być pobłażliwa, ale to już naprawdę szczyt 
wszystkiego!

Hattie podniosła rondo kapelusza i spojrzała jej odważnie w oczy.
- To ty powtarzałaś, że moje zadanie to kaszka z mleczkiem.
- Uspokójcie  się  wreszcie  -  rozkazała  im  Muriel.  -  Anastazja  i 

David zaczęli rozmawiać.

* * *

- Muszę ci powiedzieć, że nie tak wyobrażałem  sobie ten ranek. -

David odłożył gaśnicę. - Słyszałem, że w sypialni sprawy przybierają 
czasami gorący obrót, ale to jest po prostu śmieszne.

- Tym  razem  masz  rację.  -  Anastazja  krztusiła  się  nerwowym 

chichotem.  Ręce  wciąż  jej  drżały,  włożyła  je  więc  do  kieszeni 
swojego  błękitnego  szlafroka,  natrafiając  na  zabawkę  Xeny.  -  Kot! 
Widziałeś gdzieś Xenę? - Ogarnęła ją panika.

- Widziałem,  jak  nurkowała  pod  ten  dziwaczny  stół.  Anastazja 

rzuciła się do salonu, uklękła i zajrzała pod stół.

Niebieskie oczy Xeny patrzyły na nią z wyrzutem.
- Przepraszam  -  mruczała  Anastazja.  -  Wiem,  że  nienawidzisz 

katastrof. Ja też. O mało nie zemdlałam.

- Prawdopodobnie  dlatego,  że  cała  krew  odpłynęła  ci  do  mózgu, 

kiedy wypięłaś pupę. Nie zrozum mnie źle, wcale nie uważam, że nie 
jest ładna. - David przykucnął obok Anastazji. - Siadaj. - Przytrzymał 
ją delikatnie, gdy zachwiała się, prostując plecy, w końcu oparła się 
na  jego  piersi.  -  Muszę  ci  się  przyznać,  że  te  oświadczyny  nie 
wypadły  tak,  jak  chciałem.  Nie  mam  w  takich  sprawach  wielkiego 
doświadczenia.  Pożary  to  co  innego,  na  tym  się  znam.  Potrafię 
przebadać  pogorzelisko,  znaleźć  cenne  ślady  wśród  zwęglonych 
resztek, zanalizować informacje. Ale, zdaje się, że ciebie nie potrafię 
rozgryźć.

background image

- Często  słyszę  zarzut,  że  jestem  skomplikowana  -  przyznała 

Anastazja cichym głosem, wtulając się w jego objęcia.

- To akurat rozumiem.
- Ty też nie jesteś jakimś prostym kretynem.
- Zakładam, że to komplement... chociaż nie jestem pewien.
- Wiesz, co mam na myśli.
- Aż  boję  się  powiedzieć:  tak.  Ale  tak,  wiem,  co  masz  na  myśli. 

Może  nie  zawsze  jestem  w  stanie  cię  zrozumieć,  ale  przez  ostatnie 
kilka tygodni nauczyłem się pojmować, o co ci chodzi. - Oparł brodę 
na czubku jej  głowy. - Powiedziałaś, że cenisz  sobie niezależność i 
jesteś pewna, że ja również. No więc masz rację. Bardzo sobie cenię 
niezależność.  Możesz  mi  wierzyć  na  słowo,  że  nie  oświadczam  się 
każdej kobiecie, z którą idę do łóżka.

- To pocieszające - odpowiedziała cierpko.
- Twoja ognista natura jest jedną z rzeczy, które w tobie kocham -

powiedział z uśmiechem.

- Inni faceci też mi to mówili, ale tylko po to, żeby chwilę później 

próbować mnie przerobić na skromną, bojaźliwą panienkę.

- Wątpię,  żeby  nawet  któraś  z  tych  dobrych  wróżek,  które  tak 

chętnie  rysujesz,  była  zdolna  zmienić  cię  w  skromną,  bojaźliwą 
panienkę. To się nie uda nikomu.

- Z całą pewnością.
- Widzisz,  co  do  tego  się  zgadzamy.  -  Pogładził  czule  jej  długie 

włosy. - Z przykrością muszę ci jednak uświadomić, że moja babcia 
nie  pogodzi  się  z  sytuacją,  w  której  będę  żył  z  tobą  w  grzechu. 
Mogłaby  ci  zagrozić  strzelbą  albo  jakąś  wielką  łychą  na  lody  i 
zażądać, żebyś zrobiła ze mnie uczciwego człowieka. Ostrzegam cię 
lojalnie, dla twojego własnego bezpieczeństwa.

Dopiero  po  kilku  sekundach  Anastazja  uświadomiła  sobie,  że 

David wcale nie jest zły na nią ani nie próbuje jej niczego narzucać, 
po prostu się z nią droczy.

- A  więc  oświadczyłeś  mi  się  ze  strachu  przed  twoją  babcią, 

uzbrojoną w wielką łychę do lodów, tak? - Anastazja podjęła grę.

- Głównie  dlatego.  -  Uśmiech  rozpalił  wesołe  iskierki  w  jego 

zamglonych  błękitnych  oczach.  -  Gdybym  miał  wybór,  byłbym 
bardzo szczęśliwy, mogąc uprawiać z tobą dzikie miłosne harce, nie 

background image

oglądając  się  na  konwenanse.  Muszę  jednak  liczyć  się  z  babcią. 
Ale... jeśli jest prawdą to, co mi powiedziała - że nie wyjdzie za mąż, 
a  po  prostu  będzie  żyła  z  tym  facetem  na  kocią  łapę,  bo  tak  jest 
korzystniej dla emerytów - wtedy wytrąci mi z ręki i ten argument.

Anastazja  nigdy  nie  kochała  go mocniej,  niż  w  tej  chwili.  I  nagle 

zdała  sobie  sprawę,  że  ślub  z  Davidem  wcale  nie  musi  oznaczać 
rezygnacji z własnej niezależności.

- Tak - powiedziała, biorąc głęboki oddech.
- Tak... Co tak?
- Chcę wyjść za ciebie.
- Uff...  Dosyć  długo  to  trwało  -  wysapał  jak  po  ciężkiej  pracy,  a 

potem  ją  pocałował.  -  Zaraz...  -  Odsunął  się  po  chwili.  -  Właśnie 
sobie przypomniałem, że przewróciłem wszystko do góry nogami.

- Mnie się to podoba.
- Chodzi  mi  o  moje  oświadczyny.  Nie  powiedziałem  ci,  co 

zdecydowałem  w  sprawie  pracy,  to  znaczy  powrotu  do  niej. 
Wspomniałem  ci  tylko,  że  gdy  cię  spotkałem,  byłem  kompletnie 
wypalony.  Ale  to  już  nieaktualne.  Teraz  znowu  pamiętam,  co  na 
samym  początku  tak  bardzo  podobało  mi się  w  mojej  pracy  -
szukanie  śladów,  jak  ukrytych  skarbów.  I  to  naładowało  mnie 
energią.

- Powiedziałeś też, że byłeś pracoholikiem.
- Tak  było,  zanim  się  pojawiłaś,  doprowadzając  mnie  do 

szaleństwa...

- Chcesz powiedzieć, że doprowadzam cię do szaleństwa?
- Nikt  nie  nadaje  się  do  tego  lepiej  niż  ty.  -  Wziął  ją  pod  rękę.  -

Chodź.

- Dokąd  idziemy?  -  Anastazja  naprawdę  była  zmieszana.  -

Sypialnia jest z drugiej strony.

- Po to wino, które znalazłem. Powinniśmy wznieść toast za nasze 

zaręczyny. - Wszedł z nią do kuchni i sięgnął po omszałą butelkę.

- Poczekaj!  Zanim  ją  otworzymy,  pozwól  mi  sprawdzić,  czy  w 

mojej  poczcie  elektronicznej  nie  ma  jakiejś  odpowiedzi  na  listy, 
które wysłałam wczoraj wieczorem.

- Przecież to tylko stara butelka sfermentowanego soku z winogron.
Anastazja wróciła do pokoju i rzuciła się do laptopa.

background image

- Uhm... - mruczała nieprzytomnie, przeglądając pocztę. - Zdaje się, 

że  ta  stara  butelka  sfermentowanego  soku  z  winogron,  jak  ją 
nazwałeś, jest warta jakieś pięćdziesiąt tysięcy dolarów.

- Jasne, nie może być inaczej, bardzo zabawne - zaśmiał się David.
- Wcale  nie  żartuję -  zapewniła  go  Anastazja.  -  Sam  zobacz. 

Dostałam  kilka  wiadomości  o  tym  winie.  Należy  do  najrzadszych 
francuskich roczników. Dwóch dealerów złożyło mi ofertę kupna za 
pięćdziesiąt tysięcy dolarów.

David  o  mało  nie  wypuścił  butelki  z  dłoni.  Oboje  rzucili  się 

jednocześnie,  żeby  ją  ratować.  Potem  ustawili  cenną  zdobycz  na 
przenośnym stoliku i wpatrywali się w nią z podziwem.

- Wygląda  na  to,  że  Chesty  ukrywał  jednak  jakieś  skarby  -

szepnęła.

Przerwało  im  ten  seans  pukanie  do  drzwi.  To  była  Claire.  W 

luźnych  spodniach  koloru  khaki  i  w  bluzce  z  napisem  „Retro  pod 
Sułtańskim Pucharkiem" wyglądała ładnie i całkiem młodo.

- Szukam  Davida,  nie  wiesz...  Ach,  tu  jesteś  -  powiedziała 

swobodnie, jakby widok  rozebranego do pasa  wnuka  w mieszkaniu 
Anastazji wcale jej nie zdziwił. - Zeszłam do piwnicy i natknęłam się 
na te dziwne drzwi do ukrytego magazynu. Znalazłeś jakiś skarb?

David wzruszył ramionami i celowo zniżył głos.
- Znaleźliśmy butelkę wina.
- Och... - westchnęła rozczarowana Claire.
- Wartą pięćdziesiąt tysięcy dolarów - dodał z uśmiechem.
- Och, moi kochani! - krzyknęła z zapartym tchem, chwytając się za 

serce.

- Pieniądze są twoje - oznajmił David.
- Nonsens.  To  ty  znalazłeś  ukryty  magazyn  i  to  wino.  Pieniądze 

należą do ciebie.

- Nie ma mowy, to twój dom. Są twoje.
- Może powinniście się nimi podzielić - zaproponowała Anastazja.
- Świetna myśl - zgodziła się Claire. - Od początku ci powtarzałam, 

Davidzie, że Anastazja to bystra dziewczyna.

- Nie wątpiłem w to ani przez chwilę.
- Ale  może  nie  jest  bystra  na  tyle,  żeby wiedzieć,  co  jest  dla  niej 

dobre, jeśli w grę wchodzi małżeństwo.

background image

- Zanim  zaczniesz  mnie  gonić  z  wielką  łychą  do  lodów, 

oświadczam,  że  planuję  uczynić  z  twojego  wnuka  uczciwego 
mężczyznę  i  wyjść  za  niego  za  mąż  -  zapewniła  przyjaciółkę 
Anastazja, uśmiechając się przekornie.

- On  zawsze  był  uczciwym  mężczyzną  -  odpowiedziała  z  dumą 

Claire,  ocierając  łzy  z  policzków.  -  Ale  ty  go  uczynisz  mężczyzną 
szczęśliwym.

- Mówiłam  ci,  że  znajdę  na  niego  sposób  -  szepnęła  Anastazja  z 

czarującym uśmiechem - a ja zawsze dotrzymuję obietnic.

background image

EPILOG

Rok później
- To  wielka  odpowiedzialność  -  oznajmiła  poważnym  tonem 

Muriel, a jej głos niósł się echem po niebotycznie wysokich nawach 
kościoła.

- Zgadzam  się  -  skinęła  głową  Betty,  szarpiąc  za  rąbek 

bawełnianego podkoszulka z napisem „Nie jęczeć".

- Czy ten  kapelusz  pasuje  do  sukienki?  -  Hattie poprawiała  swoją 

turkusową  kreację,  wygładzając  wytworne  fałdy  sukni,  a  chwilę 
potem  wychyliła  się  przez  barierkę  kościelnego  chóru.  -  Czy  nie 
powinni już zaczynać?

- Trzymaj  nerwy  na  wodzy  -  poradziła  jej  Betty.  -  I  nie  rób  tu 

przypadkiem żadnych przedstawień.  Kapelusz, który wyczarowałaś, 
jest dostatecznie teatralny.

- Tak  się  cieszę,  że  ci  się  podoba.  -  Hattie  dumnie  wypięła  pierś, 

podobnie jak biały gołąbek na jej kapeluszu.

- Pasuje do ciebie - wycedziła Betty.
- Dziękuję, ale jestem tak zdenerwowana, że nie potrafię usiedzieć 

w  miejscu.  -  Zatrzepotała  skrzydełkami  i  pofrunęła  w  górę  tak 
szybko, że uderzyła w głowę pozłacanego anioła wiszącego wysoko, 
tuż pod sklepieniem kościoła. - Och, znowu wpadłam na anioła.

- Wychodzi  z  ciebie  wrogość  do  aniołów  stróżów,  bo zazdrościsz 

im pięknych skrzydeł - stwierdziła Muriel. Okulary do czytania na jej 
wydatnym nosie upodabniały ją do Zygmunta Freuda.

- Co to za bzdury - żachnęła się Hattie. - Jestem po prostu bardzo 

zdenerwowana - powtórzyła.

- Przyznam, że ja też  - wyznała Betty. - Któż by przypuszczał, że 

Anastazja okaże się najbardziej konserwatywna z trojga Knightów i 
zażyczy sobie  rocznego  narzeczeństwa,  a potem  okazałego ślubu  w 
kościele, w którym została ochrzczona?

- Wszystko zaczęło się właśnie tutaj... - Wzruszona Hattie otarła łzy 

koronkową chusteczką.

- I kto  by  pomyślał,  że  tym  wrzeszczącym  trojaczkom  tak  dobrze 

się powiedzie - ciągnęła tubalnym głosem Betty.

- Anastazja i David jeszcze się nie pobrali - ostrzegła Muriel.

background image

* * *

- Jak  możesz  być  tak  spokojna?  -  pytała  Heather  Anastazję,  która 

usiadła  swobodnie  w  kościelnej  poczekalni  dla  nowożeńców.  -  Ja 
przed ślubem z Jasonem byłam kłębkiem nerwów.

- Wcale się nie dziwię - uśmiechnęła się Anastazja. - Mój brat miał 

podejrzaną  reputację.  Nie  dość,  że  zadzierał  nosa,  to  jeszcze  się 
obnosił  z  tym  wątpliwej  sławy  tytułem  Najseksowniejszego 
Kawalera Chicago. Dopóki go nie dopadłaś.

- W rzeczywistości to on mnie dopadł - wyjaśniła Heather. - Albo 

może zarzuciliśmy sieci jednocześnie...

- Wyglądasz  cudownie  w  tej  ślubnej  sukni,  Anastazjo.  Prawie 

zaczynam  żałować,  że  wzięłam  cichy  ślub.  -  Courtney  po  raz 
pierwszy włączyła się do rozmowy.

- Od  początku  powtarzałam  Davidowi,  że  wezmę  ślub w 

czerwonych  aksamitnych  dresach  i  jaskraworóżowym  podkoszulku, 
a na nogi włożę lakierowane pomarańczowe pantofle albo wojskowe 
buciory.  Nic  nie  wie  o  tej  sukni.  Naprawdę uważacie,  że  dobrze  w 
niej wyglądam? - Jeszcze raz spojrzała w lustro.

Biała ślubna suknia z welonem odsłaniała ramiona, a głęboki dekolt 

wieńczył  wysadzany  perłami  koronkowy  stanik.  Wcięta  talia 
przechodziła w szeroką atłasową spódnicę z romantycznym trenem.

- Suknia  jest  wspaniała,  ty  także.  -  Claire  dołączyła  do  nich  z 

najnowszym raportem. - Wszyscy goście już są, pora zaczynać.

- Jak trzyma się Ira?
- Ciągle  marudzi,  że  jeszcze  nigdy  nie  był  drużbą,  a  ja  mu 

powtarzam, że dla mnie na zawsze pozostanie najlepszym druhem -
odpowiedziała Claire z czułością w głosie.

- Kto  by  pomyślał,  że  tak  dobrze  dogadają  się  z  Davidem?  -

Anastazję  niezmiernie  cieszyło  szczęście  Claire  i  Iry.  -  Albo  że 
David  weźmie  na  drużbów  moich  braci.  Swoją  drogą,  nie  jestem 
przekonana, czy to mądre posunięcie. - Anastazja kręciła niepewnie 
głową. - Jeszcze nie zapomniałam, jak próbowali odwieść Davida od 
małżeństwa ze mną.

- Jeszcze  nie  jest  za  późno  -  powtarzał  Jason  Davidowi  w  innym 

kościelnym pomieszczeniu. - Ciągle możesz uciec.

- Jakoś cię wytłumaczymy - dodał Ryan. - Powiemy na przykład, że 

background image

porwali cię kosmici.

- Podobni do striptizerki, która zrzucała z siebie ten kosmiczny strój 

na  moim  wieczorze  kawalerskim?  -  spytał  David.  -  To  był 
oczywiście twój pomysł. A mówiłem ci, że nie mam ochoty na żadne 
rozbieranki. - David poprawił muszkę. Nigdy przedtem nie wkładał 
smokingu  i  dobrze  wiedział,  dlaczego. Ale  Anastazja  uparła  się,  że 
ma  być  smoking,  a  nie  żaden  normalny  garnitur.  Niech  jej  będzie. 
Modlił  się  tylko,  żeby  nie  pokazała  się  w  jakimś  odlotowym, 
komicznym  stroju.  Tak  naprawdę  modlił  się,  żeby  w  ogóle  się 
pokazała. Wiedział, że jest już w kościele. Jej tata wpadł na chwilę, 
żeby mu to powiedzieć, ale nie chciał zdradzić, jak się ubrała.

- Myśleliśmy,  że  żartujesz,  kiedy  powiedziałeś,  że  nie  życzysz 

sobie  striptizerki  -  tłumaczył  się  Ryan,  któremu  w  smokingu  było 
równie niewygodnie jak Davidowi. Tylko Jason i Ira czuli się w tym 
stroju jak we własnej skórze.

- Przez tę waszą striptizerkę moi przyjaciele wynajęli striptizera na 

przyjęcie  Anastazji.  -  Uśmiechnął  się,  widząc,  jak  jego  przyszłym 
szwagrom opadają szczęki. - Wyglądacie na zdziwionych.

- Nie zrobili tego! - Jason i Ryan krzyknęli jednym głosem.
- Oczywiście, że  tak. Powiem  wam więcej. Anastazja  świetnie się 

bawiła,  opowiadając  mi  ze  szczegółami,  jak  facet  przebrany  za 
wielkiego,  złego  glinę  pozbywa  się  wszystkiego.  No,  może  prawie 
wszystkiego.

Jason i Ryan skrzywili się jak na komendę.
- Obaj  powinniście  wiedzieć,  co  może  wkurzyć  waszą  siostrę  -

upomniał ich ojciec. - Niech to będzie dla was dobrą lekcją.

- Tak - odburknął Ryan. - Po tej lekcji wiem, że ani na chwilę nie 

wolno  zostawiać  Anastazji,  Heather  i  Courtney  samych  w  jednym 
pokoju.

- Właśnie  teraz  są  razem.  -  David  spojrzał  na  nich  z  kpiącym 

błyskiem w oczach.

- Tak, ale jest z nimi twoja babcia - niepewnym głosem powiedział 

Jason.

- Jeszcze lepiej...
- Co masz na myśli? - spytał Ira, po raz pierwszy włączając się do 

rozmowy.

background image

- Moja babcia jest właśnie tą osobą, która zamówiła męski striptiz.
- Dobrze się tam prowadzicie, dziewczyny? - spytał Ira przez drzwi. 

- David ma prezent dla panny młodej.

- Nie może jej zobaczyć, póki nie zejdzie do nawy - odpowiedziała 

mu  Claire,  uchylając  tylko  odrobinę  drzwi.  -  Nie  ma  go  tutaj, 
prawda?

- Nie, prosił, żebym jej to przekazał. Wyglądasz cudownie, Claire... 

-  Ukłonił  się  z  galanterią,  gdy  otworzyła  szerzej  drzwi.  -  Ty  też, 
Anastazjo.

- Tylko nie mów, w co jest ubrana. Chce mu zrobić niespodziankę -

uprzedziła Claire.

- Już  zapieczętowałem  usta.  Muszę  przyznać,  że  wiktoriańska 

broszka z granatem i perłowy naszyjnik, które David wybrał w moim 
sklepie, wyglądają przy tej sukni przepięknie.

Tymczasem  Anastazja  niecierpliwie  zrywała  elegancki  papier  z 

opakowania. Heather i Courtney wisiały jej na ramieniu, ciekawe, co 
podarował jej David.

- To biżuteria. Założę się, że to znowu biżuteria - rzuciła Heather.
- To książka dla dzieci. - W głosie Courtney wyraźnie było słychać 

zakłopotanie.

Na wewnętrznej stronie okładki David napisał dedykację:
Dla mojej księżniczki zamienionej w żabę. Zakochałem się w Tobie, 

kiedy pierwszy raz słyszałem, jak czytasz tę baśń dzieciom. Myślę, 
że przyszedł czas, żebyś miała własny egzemplarz, po to, byśmy mogli 
kochać się zawsze. To dzięki tobie uwierzyłem, że czasami marzenia 
stają się rzeczywistością. 
Twój przyszły mąż, David

- Płaczesz nad książką dla dzieci?! - krzyknęła zdumiona Heather.
- To nie jest byle jaka książka dla dzieci. To „Zaklęta księżniczka", 

moja ulubiona. O żabie, która zamienia się w piękną młodą kobietę, 
która...

- Jest księżniczką  -  jednym głosem dopowiedziały  i Heather  z 

Courtney.

- Nie,  bibliotekarką.  -  Przytulając  książkę  do  piersi,  wytarła  łzy  i 

odwróciła się do Iry z promiennym uśmiechem.

- Powiedz  Davidowi,  że  go  kocham  i  że  chyba  powinniśmy  już 

zacząć to przedstawienie.

background image

- Jeszcze  wciąż  nie jest za  późno,  żeby zagrać „Everybody  Loves 

Somebody"  -  szepnął  ojciec  Anastazji,  biorąc  ją  pod  rękę,  żeby 
poprowadzić do ołtarza.

- Nic z  tego - odszepnęła mu  Anastazja. - Czy nie  masz  dla mnie 

żadnej rady, tatusiu?

- Nie  nazwałaś  mnie  tak,  odkąd  skończyłaś  dwanaście  lat.  A  jeśli 

chodzi  o  rady,  to  wcale  ich  nie  potrzebujesz.  Jesteś  bystrą 
dziewczynką,  po  prostu  pamiętaj,  że  dla  mnie  zawsze pozostaniesz 
małą córeczką. Uff, zaczyna się.

Kiedy  Anastazja  szła  do  ołtarza  oparta  na  ramieniu  ojca,  miała 

cudowną świadomość właściwego wyboru. Bała się, że po tylu latach 
unikania małżeństwa w ostatniej chwili może ogarnąć ją panika. Ale 
trwające cały rok, na jej prośbę, narzeczeństwo przekonało ją, że to 
właśnie  David  jest  tym  jedynym  mężczyzną,  jej  drugą  połową, 
człowiekiem,  który  naprawdę  ją  rozumie.  A  w  tych  rzadkich 
przypadkach,  kiedy  nie  rozumie,  potrafi  słuchać,  kiedy  ona  mu 
tłumaczy.

Czekał  na  nią  przy  ołtarzu.  Wyglądał  seksownie,  na  tyle,  na  ile 

pozwalał  ciemny  smoking.  Widziała,  jak  na  widok  jej  prawdziwej 
ślubnej  sukni  zaokrąglają  mu  się  błękitne  oczy.  Czuła  w  tym 
spojrzeniu jego miłość. A potem stała u jego boku, z dłonią w jego 
dłoni.

Przebieg  ceremonii  zatarł  się  jej  w  pamięci,  aż  do  momentu,  w 

którym ksiądz zadał to najważniejsze pytanie:

- Anastazjo,  czy  chcesz  wziąć  tego  mężczyznę,  Davida,  za 

prawowitego małżonka,  żeby  kochać  go, szanować  i  opiekować się 
nim?

Przez  krótką  chwilę  wszyscy  w  kościele  wstrzymali  oddech. 

Wychyliwszy  się  za  galerię  chóru,  trzy  dobre  wróżki  wrzasnęły  z 
całej siły:

- Chce! Chce!
Anastazja  odwróciła  głowę  i  spojrzała  w  ich  kierunku,  jakby 

naprawdę je słyszała.

A  potem,  z  uśmiechem  na  ustach,  odwróciła  się  do  księdza,  tego 

samego, którego tak niestosownie uderzyła w nos w czasie chrztu, i 
odpowiedziała, odwracając się do Davida:

background image

- Chcę! Oczywiście, że chcę!