background image

Edmund Cooper

Po drugiej stronie nieba

(A Far Sunset Hodder and Stoughton)

Przełożyła Alicja Skarbińska

background image
background image

Rozdział pierwszy

Statek   gwiezdny   unicestwił   się,   tak   jak   się   tego   wszyscy   trzej   spodziewali, 

trzydziestego piątego dnia od chwili, gdy uwięziono ich w lochach Baya Nor. Gdyby 
dzielili jedną celę, być może mogliby sobie pomóc, lecz od dnia, gdy ich schwytano, 
pozostawali rozdzieleni. Kontaktowali się jedynie z nojami, które z nimi mieszkały, i ze 
strażnikami, którzy przynosili jedzenie.

Eksplozja przypominała trzęsienie ziemi; Baya Nor zadrżała w posadach. Bóg-król 

zasięgnął opinii rady, rada zwróciła się do wyroczni, wyrocznia zbadała święte kości, 
dostała dreszczy, wpadła w chwilowy trans, po czym ogłosiła, iż był to sygnał od Oruri. 
Oruri przeznaczył Bayę Nor do wielkich rzeczy, a przybycie obcych stanowi dobry znak.

Jednakże   obcy   nic   o tym   wszystkim   nie   wiedzieli.   Mieli   pozostać   uwięzieni   ze 

swymi nojami, póki nie będą dość rozsądni, aby stanąć przed obliczem boga-króla – to 
znaczy, dopóki nie nauczą się języka.

Niestety   bogowi-królowi,   609   Ence   Ne   nie   było   dane   poznać   ich   wszystkich, 

ponieważ zniszczenie statku gwiezdnego było bolesnym doświadczeniem. Wszyscy obcy 
mieli elektroniczne zegarki, wszyscy mogli dokładnie śledzić upływ czasu. Każdy z nich 
wiedział   co  do   minuty,   kiedy   główny  komputer   zdecyduje,   że   załoga   albo   porzuciła 
statek, albo nie jest w stanie do niego powrócić. Na tę okoliczność główny komputer – 
z powodów   oczywistych   dla   ludzi,   którzy   zbudowali   statek   –   miał   przygotowany 
program   zniszczenia.   Co   oznaczało   po  prostu,   że   bezpiecznik   zostanie   odłączony  od 
atomowego generatora. Reszta miała dokonać się sama.

Każdy obcy w swojej celi rozpoczął własne odliczanie, mając jednocześnie nadzieję, 

że   ktoś   z pozostałych   dziewięciu   członków   załogi   powróci   na   czas.   Nie   wrócił   nikt. 
Statek gwiezdny zmienił się w chmurę w kształcie grzyba, w północnych lasach Baya 
Nor  wypaliło  się  ogniste  koło,  a dla  upamiętnienia  całego   wydarzenia  pozostał  tylko 
niewielki pokryty szkliwem krater.

Drugi inżynier postradał zmysły w lochach Baya Nor. Zwinął się ciasno w pozycję 

embrionalną,   lecz   ponieważ   nie   znajdował   się   w macicy   i nie   było   pępowiny,   która 
podtrzymywałaby go przy życiu, a noja – jego jedyna towarzyszka – nie miała pojęcia 
o odżywianiu kroplówką, w końcu zagłodził się na śmierć.

Główny nawigator zareagował gwałtem. Udusił swoją noję, po czym znalazł sposób, 

żeby się powiesić.

background image

Zastanawiające,   że   jedyną   osobą,   która   przeżyła   nie   wariując   przy   tym,   był 

pokładowy psychiatra. Ponieważ miał skłonności do pesymizmu, ostatnie dwa tygodnie 
odosobnienia spędził uwarunkowując się psychicznie.

Dlatego też – kiedy lochy zadrżały, kiedy jego noja trzęsła się ze strachu pod łóżkiem 

i kiedy   w wyobraźni   zobaczył   piękny   kształt   statku   zmieniający   się   w jednej   chwili 
w wielką ognistą kulę – powtarzał sobie jak zahipnotyzowany:

– Nazywam się Poul Mer Lo. Jestem obcy. Ale ta planeta stanie się moim domem. 

Tu będę żył i tu umrę. Tu muszę zostać...

Nazywam się Poul Mer Lo. Jestem obcy. Ale ta planeta stanie się moim domem. Tu 

będę żył i tu umrę. Tu muszę zostać...

Nieświadom łez spływających mu po policzkach Poul Mer Lo czuł się niezwykle 

spokojny. Spojrzał na swoja noję skuloną pod łóżkiem. Chociaż nie wszystkie słowa 
jeszcze dobrze rozumiał, zorientował się, że noja mruczała zaklęcia, aby odpędzić złe 
duchy.

Nagle poczuł dla niej niepojętą, wielką litość.
– Mylai Tui – zwrócił się do niej oficjalnie. – Nie trzeba się bać. To, co słyszałaś 

i odczułaś,   to  nie   gniew   Oruri.   To   coś,   co   ja   rozumiem,   chociaż   nie   umiem   ci   tego 
wytłumaczyć. To coś bardzo smutnego, lecz nie grozi niczym ani tobie, ani twojemu 
narodowi.

Mylai   Tui   wyszła   spod   łóżka.   Podczas   trzydziestu   pięciu   dni   i nocy   wiele 

dowiedziała  się  o Poulu Mer Lo.  Oddała  mu  swoje ciało  i swoje myśli,  nauczyła  go 
języka bajańskiego. Śmiała się z jego niezręczności i z jego głupoty. Zadziwiała ją jego 
czułość i jego przyjazne nastawienie. Nikt, ale to nikt nigdy nie okazywał zwykłej noi 
przyjaźni.

Nikt, oprócz tego obcego – Poula Mer Lo.
– Mój pan płacze – powiedziała niepewnie. – Nabieram śmiałości dzięki słowom 

Poula Mer Lo, lecz jego smutek jest moim smutkiem. Dlatego i ja muszę zapłakać.

Psychiatra spojrzał na nią, zastanawiając się, w jaki sposób wysłowić się w języku, 

który   zdawał   się   składać   zaledwie   z kilkuset   wyrazów.   Dotknął   twarzy   noi   i ze 
zdumieniem poczuł pod palcami łzy.

– Płaczę – powiedział spokojnie – nad śmiercią wielkiego i pięknego ptaka. Płaczę, 

ponieważ   jestem   daleko   od   mojego   kraju,   którego   nigdy   już   chyba   nie   zobaczę...   – 
Zawahał się. – Ale cieszę się, Mylai Tui, z tego, że poznałem ciebie. I cieszę się z tego, 
że odkryłem naród Baya Nor.

Dziewczyna spojrzała na niego.
– Mój pan ma dar wielkości – powiedziała po prostu. – Kiedy bóg-król na ciebie 

background image

spojrzy, na pewno wyda mądry wyrok.

background image

Rozdział drugi

Tej nocy, kiedy Poulowi Mer Lo wreszcie udało się zasnąć, męczyły go złe sny. 

Śniło   mu   się,   że   jest   zamknięty   w przezroczystej   rurze.   Śniło   mu   się,   że   całe   jego 
zamarznięte ciało pokryte jest grubą warstwą szronu, która leży nawet na oczach, zatyka 
mu nozdrza, zakleja sztywne, nieruchome usta. Śniło mu się także, że mu się śni.

I   w tym   śnie   wewnątrz   snu   były   falujące   pola   zboża,   sięgające   horyzontu,   oraz 

niebieskie niebo, na którym puszyste białe chmury dryfowały jak tłuste, dobroduszne 
zwierzęta, leniwie pasące się na błękitnych łąkach.

Był   też   dom   –   ze   ścianami   z pobielanej   gliny   i z krzywymi   belkami,   z dachem 

o zakopconym żółtym poszyciu. Nagle znalazł się wewnątrz domu. Zobaczył stół. Jego 
ramiona   były   na   wysokości   stołu.   Widział   pyszne   góry   jedzenia   –   wszystko   to,   co 
najbardziej lubił.

Były też zabawki. Jedną z nich był statek gwiezdny na polu startowym. Stawiało się 

statek na wyrzutni, odginało dźwignię jak najdalej do tyłu i naciskało przycisk. I statek 
wylatywał w powietrze jak srebrny ptak.

Dobry olbrzym, jego ojciec, powiedział:
– Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin, synu.
Wstrętna wiedźma, jego matka, powiedziała:
– Wszystkiego najlepszego, skarbie.
I nagle znalazł się z powrotem w przezroczystej rurze, ze szronem zatykającym mu 

usta, tak że nie mógł ani się śmiać, ani płakać.

Był strach i zimno, i samotność.
Wszechświat   był   jedynie   wielką   kulą   niczego,   podziurawioną   rozpalonymi 

koniuszkami   igieł,   przenikniętą   bezgranicznym   mirażem   ruchu   i bezruchu,   celu 
i bezcelowości.

Nigdy nie przypuszczał, że cisza może być tak zupełna, że ciemność może być tak 

głęboka, że światło gwiazd może być tak zimne.

Wszechświat znikł.
Było   miasto,   w mieście   restauracja,   w restauracji   owo   pionowe   dwunożne 

stworzenie, śmiejący się ssak. Miała włosy koloru zboża, które pamiętał z dzieciństwa. 
Miała oczy tak niebieskie, jak niebo z dzieciństwa. Miała piękne usta, a dźwięki, które się 
z nich   wydobywały,   nie   przypominały   mu   w niczym   dzieciństwa.   Przede   wszystkim 
emanowała ciepłem. Była bogactwem pełni lata, obietnicą wielkich, słodkich zbiorów.

Powiedziała:

background image

– Więc świat ci nie wystarcza?
To było pytanie, na które znała już odpowiedź.
Uśmiechnął się:
– Ty mi wystarczasz, ale świat jest za mały.
Obracała w dłoni kieliszek.
– Jeszcze jedno pytanie, klasyczne pytanie, a potem zapomnimy o wszystkim, oprócz 

tej nocy... Dlaczego naprawdę musisz wyruszyć w gwiazdy?

Wciąż się uśmiechał, ale uśmiech stał się mechaniczny. Nie wiedział.
– Istnieje klasyczna odpowiedź – rzekł. – Ponieważ gwiazdy istnieją.
– Jest księżyc. Są planety. Czy to mało?
– Ludzie byli na księżycu i na planetach przede mną – wyjaśnił cierpliwie – dlatego 

to mi nie wystarcza.

– Sądzę, że mogłabym dać ci szczęście – szepnęła.
Wziął ją za rękę:
– Wiem o tym.
– Moglibyśmy mieć dzieci. Nie chcesz mieć dzieci?
– Chciałbym mieć dzieci z tobą.
– Cóż więc stoi na przeszkodzie? Możesz je spłodzić.
– Kochanie... moja najdroższa... Cały kłopot w tym, że chcę czegoś więcej.
Nie mogła zrozumieć. Spojrzała na niego oszołomiona:
– Czego chcesz? Jaka to rzecz, która znaczy więcej niż miłość i szczęście, i dzieci?
Patrzył na nią zakłopotany. Jak znaleźć prawdę! Jak odnaleźć potrzebne słowa! I jak 

uwierzyć, że słowa mogą mieć cokolwiek wspólnego z prawdą.

– Chciałbym – powiedział z trudnością, szukając właściwego wyrażenia – chciałbym 

być jednym z tych, co robią pierwszy krok. Chcę zostawić ślad na dalekim brzegu. – 
Roześmiał się. – Chcę ukraść dla siebie maleńki fragment historii. Powiedz, że jestem 
paranoikiem; przyznam ci rację.

Wstała.
– Dostałam swoją odpowiedź i nic ci nie powiem, oprócz tego, że grają cesarskiego 

walca... Chcesz zatańczyć?

Chciał.
Tańczyli razem w zagubionej bańce czasu...
Chciał zapłakać. Ale jak można płakać zamarzniętymi ustami, zamarzniętymi oczami 

i zamarzniętym sercem. Jak można czuć, kiedy jest się zamkniętym w ponurym uścisku 
wieczności?

Obudził się z krzykiem.

background image

Lochy Baya  Nor nie zmieniły się. Czarnowłosa, wielkooka noja u jego boku nie 

zmieniła się. Zmienił się jedynie on sam, ponieważ uwarunkowanie – dzięki Bogu – nie 
przyjęło się. Ponieważ ludzie byli ludźmi, a nie robotami. Ponieważ żal w jego duszy był 
tak głęboki i tak beznadziejny, że on – który zawsze uważał się tylko za niebieskooki 
komputer – wreszcie zrozumiał, co to znaczy być przerażonym zwierzęciem.

Usiadł na łóżku, z wytrzeszczonymi oczyma i karkiem zesztywniałym ze strachu.
– Nazywam się Paul Marlowe – wybełkotał w języku, którego noja nie rozumiała. – 

Pochodzę   z Ziemi   i w ciągu   ostatnich   dwudziestu   lat   postarzałem   się   o cztery   lata. 
Zgrzeszyłem przeciwko prawom życia.

Objął rękami głowę, kołysząc się na wszystkie strony. – Boże! Ukarz mnie bólem, 

jaki mogę znieść. Wychłostaj mnie! Zedrzyj ciało z moich pleców. Tylko oddaj mi świat, 
który odrzuciłem!

Upadł z płaczem.
Noja przytuliła do piersi jego głowę.
– Mój pan ma wiele wizji – wyszeptała. – Wizje są trudne do zniesienia, lecz są 

darem Oruri i dlatego trzeba cierpieć. Niech Poul Mer Lo, mój pan, wie, że jego służka 
ulży mu w cierpieniach, jeśli takie są wyroki Oruri.

Poul Mer Lo podniósł głowę i spojrzał na noję. Powoli przychodził do siebie.
– Nie smuć się – powiedział dość poprawnie w języku bajańskim. – Miałem złe sny. 

Cierpię jedynie z powodu śmierci dziecka, dawno temu.

Mylai Tui zdziwiła się.
– Mój panie, najpierw to była śmierć wielkiego ptaka, a teraz śmierć dziecka. Czy nie 

za wiele jest śmierci w twoim sercu?

Poul Mer Lo uśmiechnął się:
– Masz rację. Za dużo jest śmierci. Chyba muszę się nauczyć na nowo żyć.

background image

Rozdział trzeci

Roku pańskiego 2012 (według czasu miejscowego) trzy statki gwiezdne opuściły 

planetę   Sol   Trzy,   bardziej   znaną   jej   mieszkańcom   jako   Ziemia.   Pierwszym   statkiem 
gwiezdnym,   który   odważył   się   zapuścić   w głęboką   czarną   nicość   był   –   naturalnie   – 
amerykański statek  Mayflower.  Była to (zgadzali się z tym nawet rosyjscy i europejscy 
inspektorzy)   najdoskonalsza,   największa   i chyba   najpiękniejsza   maszyna   zbudowana 
przez   człowieka.   Zmontowanie   jej   na   dwugodzinnej   orbicie   kosztowało   dziesięć   lat 
pracy, trzydzieści miliardów neodolarów oraz życie dziewięciuset czternastu ludzi. Statek 
był przeznaczony dla czterdziestu pięciu par ludzi, a jego celem był system Syriusza.

Drugim statkiem, który opuścił Sol Trzy był pojazd rosyjski Czerwony Październik.  

Chociaż nie tak duży jak amerykański, był on (tak stwierdzili amerykańscy i europejscy 
inspektorzy) trochę szybszy, ale tak samo drogi i piękny. Również kosztował życie wielu 
ludzi.   Rosjanie,   mimo   powszechnego   sceptycyzmu,   zdołali   go   zmontować   na 
trzygodzinnej   orbicie   w ciągu   zaledwie   sześciu   lat.   Statek   przeznaczony   był   dla 
dwudziestu siedmiu mężczyzn  i dwudziestu siedmiu kobiet (nie połączonych  w pary), 
a jego celem był Procjon.

Trzecim   statkiem   była  Gloria   Mundi.  Zbudowano   ją   tanim   kosztem,   na 

dziewięćdziesięciominutowej   orbicie   w nowych   Stanach   Zjednoczonych   Europy. 
Nazywał się Gloria Mundi, ponieważ Niemcy nie chcieli się zgodzić na nazwę angielską, 
Francuzi nie chcieli się zgodzić na niemiecką, Anglicy – na francuską, a Włosi nawet 
między sobą nie potrafili dojść do porozumienia. Dlatego wybrano słowa z martwego 
języka.   A ponieważ   statek   był   najmniejszy   ze   wszystkich,   jego   główny   projektant   – 
Anglik  z bardzo   angielskim  poczuciem   humoru  –  wymyślił   nazwę  „Chwała  Świata”. 
Statek przeznaczony był  dla sześciu par ludzi: jednej niemieckiej, jednej francuskiej, 
jednej brytyjskiej, jednej włoskiej, jednej szwedzkiej i jednej holenderskiej. Był mniejszy 
niż rosyjski i nie tak szybki, jak amerykański. Naturalnie jego gwiazda docelowa była 
położona dalej niż cel amerykański i rosyjski. Miał polecieć na Altair – oddalony o blisko 
szesnaście lat świetlnych lub prawie dwadzieścia jeden lat czasu pokładowego.

W dwudziestym pierwszym wieku brytyjskie poczucie przyzwoitości było nadal siłą, 

z którą należało się liczyć. Dlatego właśnie rankiem 3 kwietnia roku 2012 Paul Marlowe 
z czerwoną różą w klapie marynarki pojawił się punktualnie o 10.30 w urzędzie stanu 
cywilnego   Caxton   Hall.   O 10.35   przyszła   Ann   Victoria   Watkins.   O 10.50   zostali 
małżeństwem.   Szacowano,   iż   ceremonię   ślubu   oglądało   w Eurowizji   około   trzystu 
milionów ludzi.

background image

Paul   i Ann   ani   się   specjalnie   lubili,   ani   nie   lubili.   Jednakże   jako   brytyjska   para 

Gloria   Mundi  chętnie   przyjęli   na   siebie   obowiązek   małżeński.   Paul,   wyszkolony 
astronauta, psychiatra i pedagog, biegle władał francuskim i niemieckim. Posagiem Ann 
było wykształcenie medyczne; poza tym mogła się porozumieć po szwedzku i po włosku 
oraz – w razie pilnej potrzeby – po niderlandzku.

Po ślubie pojechali na dworzec Victoria, poduszkowcem na lotnisko Gatwick, rakietą 

stratosferyczną do Woomery, a następnie wahadłowcem na dziewięćdziesięciominutową 
orbitę. Swój miodowy miesiąc spędzili na przygotowaniach do startu na pokładzie Gloria 
Mundi.

Mimo   wielu   różnic   w wymiarach,   projekcie   i wygodach,   wszystkie   trzy   statki   – 

amerykański,   rosyjski   i europejski   –   miały   jedną   rzecz   wspólną:   wszystkie   posiadały 
komory   hibernacyjne   dla   załogi.   Żaden   ze   statków   nie   mógł   przekroczyć   prędkości 
światła – chociaż Rosjanie twierdzili, że w teoretycznie idealnych warunkach Czerwony 
Październik 
mógł tę barierę pokonać – więc załogi skazane były na wieloletnią podróż, 
podczas   której   ze   statystyczną   pewnością   niektórzy   musieli   umrzeć,   zwariować, 
zbuntować   się   lub   znaleźć   jeszcze   bardziej   pomysłowy   sposób,   aby   stać   się 
bezużytecznym. Chyba że mieli komory hibernacyjne.

Hibernację   wynaleziono   wiele   lat   wcześniej,   pod   koniec   dwudziestego   wieku. 

Początkowo   wykorzystywano   ją   w bardzo   ograniczonym   stopniu   przy   przeszczepach 
serca.   Później   ktoś   odkrył,   że   zamrożenie   nerwowo   chorego   na   okres   kilku   dni   lub 
tygodni – w zależności od zaawansowania choroby – może chorego wyleczyć  niemal 
całkowicie.   Następnie   ktoś   inny   wpadł   na   pomysł   hibernacji   osób   nienormalnych, 
nieuleczalnie   chorych   lub   umierających.   Twierdzono,   iż   tacy   ludzie   mogą   pozostać 
w uśpieniu przez wiele dziesiątek lat, dopóki nie znajdzie się lekarstwa na daną chorobę.

W początkach dwudziestego pierwszego wieku hibernacja stała się integralną częścią 

istnienia   każdego   cywilizowanego   społeczeństwa.   Usypiano   nie   tylko   śmiertelnie 
chorych   i całkowicie   szalonych.   Usypiano   kryminalistów,   których   wyroki   hibernacji 
wahały się od roku do pięćdziesięciu lat, zależnie od przestępstwa. A bogaci obywatele, 
którzy   przeżyli   większość   swojego   życia   i wyczerpali   wszelkie   możliwe   techniki 
odmładzania,   z własnej   woli   poddawali   się   procesowi   hibernacji,   licząc   na   to,   że 
pewnego   dnia   ktoś   odkryje   tajemnicę   nieśmiertelności.   Procesowi   temu   poddawano 
nawet zmarłych – ale tylko tych ważniejszych, jeśli można było do nich dotrzeć w chwili 
śmierci klinicznej – w myśl teorii, że następne dziesięciolecia przyniosą nowe osiągnięcia 
w dziedzinie wskrzeszania.

Jednakże niezależnie od wartości hibernacji dla tych, którzy mieli nadzieję oszukać 

śmierć, szpital dla wariatów, kata czy zwykłe prawa życia ludzkiego, była to z pewnością 

background image

idealna forma podróżowania dla tych, którzy udawali się w głęboki Kosmos.

Obliczono, że Gloria Mundi nie będzie w stanie dotrzeć do Altair wcześniej niż po 

dwudziestu latach czasu subiektywnego. Wobec tego opracowano dla załogi program 
rotacyjnej hibernacji. Przez pierwsze trzy miesiące podróży wszyscy członkowie załogi 
mieli być aktywni. Przez resztę podróży, z wyjątkiem trzech ostatnich miesięcy, każda 
para   po   kolei   miała   żyć   aktywnie   przez   jeden   miesiąc   (czasu   ziemskiego)   i być 
w uśpieniu   przez   pięć   miesięcy.   W nieprzewidzianych   przypadkach   wszystkie   pięć 
uśpionych par (lub tego astronautę, którego umiejętności byłyby potrzebne) można było 
przywrócić do życia w ciągu dziesięciu godzin.

Podczas   długiej   i jednostajnej   podróży   na   Altair   Paul   Marlowe   spędził   w sumie 

blisko cztery lata robocze w towarzystwie „żony”. Nigdy naprawdę jej nie poznał. Jako 
psychiatra skłonny był sądzić, że absolutna izolacja w długiej podróży w przestrzeni musi 
zbliżyć do siebie dwoje ludzi. A jednak nigdy jej dobrze nie poznał.

Miała   ciemne   włosy,   atrakcyjną   twarz,   i przyjemne   ciało.   Podczas   pracujących 

miesięcy często się kochali. Opowiadali sobie dowcipy, dyskutowali o książkach, razem 
oglądali stare filmy. Ale była za sumienna, zbyt odległa. I nigdy jej naprawdę nie poznał.

Być  może dlatego  nie płakał nad nią, nie odczuł osobistej straty,  kiedy wreszcie 

znikła na Altair Pięć.

background image

Rozdział czwarty

Poranne słońce wlewało się przez cztery z szesnastu nie oszklonych okienek lochu. 

Poul Mer Lo spał. Noja nie budziła go. Najwyraźniej znalazł się pod wpływem Oruri. 
Potrzebował snu.

Jak zwykle podziwiała wzrost i wygląd obcego. Był o połowę wyższy od Mylai Tui, 

którą jej ziomkowie uważali na nadzwyczaj wysoką – a przez to brzydką. Jego skóra była 
w interesujący sposób blada, jej zaś – brązowa: faktycznie prawie szara cenną czernią 
starożytnego pochodzenia Bajańczyków. Jego oczy miały jasnoniebieski kolor, podczas 
gdy wszyscy Bajańczycy mieli oczy brązowe lub brunatno-żółte. Mięśnie jego ramion 
i nóg przypominały mięśnie potężnego zwierzęcia. Co dziwniejsze: chociaż niewątpliwie 
barbarzyńca, odznaczał się pewną wrażliwością. Był również niewątpliwie mężczyzną; 
noja,   chociaż   jako   kapłanka   w Świątyni   Radości   poznała   wielu   pełnych   wigoru 
Bajańczyków,   ku   swemu   zaskoczeniu   przekonała   się,   że   z trudem   mogła   w sobie 
pomieścić jego tanu. Czasami wysiłek był bolesny, ale często przynosił radość większą 
nawet niż łaskawość Oruri.

Wzdrygnęła   się   na   tę   bluźnierczą   myśl,   czym   prędzej   odrzucając   ją   od   siebie. 

Niemniej jednak z przyjemnością wspomniała szaleństwa Poula Mer Lo. Oprócz tego, że 
miał dość ostry nos, a uszy zdawały się źle połączone z głową, jego jedyne poważne 
zniekształcenie polegało na tym, iż miał za dużo palców.

Poul Mer Lo poruszył się i ziewnął. Otworzył oczy.
–   Witam   cię,   panie   –   powiedziała   Mylai   Tui   uroczyście.   –   Oruri   obdarzył   nas 

błogosławieństwem jeszcze jednego dnia.

– Witaj, Mylai Tui. – Coraz lepiej poznawał zwyczaje i język. – Nie zasłużyliśmy na 

to błogosławieństwo.  – Odpowiedź  była  mechaniczna,  a wyraz  jego oczu pusty.  Lub 
bardzo, bardzo odległy...

–   Wkrótce   dostaniemy   jeść   i pić   –   kontynuowała,   z nadzieją   przywrócenia   go 

rzeczywistości. – Wkrótce będziemy spacerować po ogrodzie.

– Tak. – Poul Mer Lo nie poruszył się. Leżał na wznak, przygnębiony, wpatrując się 

w sufit.

–  Panie   –  powiedziała   Mylai  Tui   z rozpaczą  –  opowiedz   mi  jeszcze  raz   historię 

o srebrnym ptaku. To bardzo piękna historia.

–   Przecież   słyszałaś   już   opowieść   o srebrnym   ptaku.   –   Nie  spojrzał   na  nią,   lecz 

gorzko się zaśmiał. – Znasz ją chyba lepiej ode mnie.

– Ale chciałabym ją usłyszeć ponownie... Jeśli moje uszy są jej wciąż warte.

background image

Poul Mer Lo westchnął i uniósł się opierając na ramieniu, choć wciąż jeszcze na nie 

patrzył.

– Istnieje kraina poza niebem – zaczął. – Jest to kraina pełna ludzi, którzy potrafią 

pracować w metalu. Jest to kraina, gdzie ludzie nie znają praw Oruri. Jest to kraina, gdzie 
ludzie mogą ze sobą rozmawiać i oglądać się z dużych odległości. Jest to prawdziwie 
kraina cudów. Pośród ludzi zamieszkujących tę krainę są tacy, którzy są bardzo mądrzy, 
a także bardzo wykształceni i bardzo ambitni. Patrząc na nocne niebo, mówili sobie: „To 
prawda, że gwiazdy są od nas daleko, a jednak nas kuszą. Dlaczego nie mielibyśmy 
szukać dróg, aby do nich dotrzeć, po to żeby je poznać?”

Mylai Tui zadrżała i, jak zawsze przy tych słowach, przerwała:
– Tacy ludzie – stwierdziła – muszą być nie tylko dzielni i szaleni. Muszą także 

bardzo chcieć poznać uścisk Oruri.

– Nie znają praw Oruri – wyjaśnił cierpliwie Poul Mer Lo. – Chcą tylko wiedzy 

i potęgi... Tak więc wymarzyli sobie zbudowanie stada srebrnych ptaków, w których ich 
młodzi mężczyźni i kobiety mogliby wyruszyć do gwiazd.

– To starzy powinni wyruszyć w taką podróż, ponieważ ich kres jest bliski.
– Niemniej jednak wybrano młodych. Wiadomo było bowiem, że gwiazdy są bardzo 

daleko i że lot srebrnych ptaków potrwa wiele pór roku.

– Ale młodzi postarzeją się w czasie podróży.
– Nie. Młodzi nie postarzeli się. Mądrzy ludzie wynaleźli sposób, żeby można było 

przespać większość podróży.

– Panie – powiedziała Mylai Tui – ci, którzy za dużo śpią, giną z głodu.
– Ci nie zginęli z głodu – odrzekł Poul Mer Lo. – Ich sen był głębszy niż jakikolwiek 

żywy   sen   znany   w Baya   Nor...   Prosiłaś   o tę   opowieść,   nojo,   więc   pozwól   mi   ją 
opowiedzieć; inaczej żadne z nas nie będzie zadowolone.

Mylai Tui posmutniała. Zwracał się do niej per „noja” – wiedząc, iż to niepoprawnie 

– tylko wtedy, kiedy był zły.

– Poul Mer Lo mnie zganił – powiedziała z powagą. – To sprawiedliwe.
– Więc tak. Trzy srebrne ptaki zostawiły za sobą krainę poza niebem, a każdy z nich 

podążał w innym  kierunku.  Ja i jedenastu moich  towarzyszy zostaliśmy wybrani,  aby 
lecieć ostatnim i najmniejszym  ptakiem. Naszym  przeznaczeniem była  gwiazda, którą 
znasz jako słońce Baya Nor. Mądrzy ludzie powiedzieli nam, że lot potrwa dwadzieścia 
lub  więcej  pór  chłodnych...  Podróżowaliśmy,  większość  z nas spała,  ale   ktoś zawsze 
czuwał.  Kiedy  byliśmy   blisko  tej  gwiazdy,  zobaczyliśmy,  że  jasno świeci  na  piękny 
świat, świat Baya Nor. Dla nas, którzy podróżowaliśmy srebrnym ptakiem w ciemności 
przez tak wiele pór, kraina Baya Nor wydawała się bardzo piękna. Skierowaliśmy ptaka, 

background image

aby wylądował i żebyśmy mogli zobaczyć,  jakiego rodzaju lud tu żyje. Dziewięcioro 
z nas wyruszyło w wasze lasy i nie wróciło. Po wielu dniach, ci z nas, którzy zostali, 
postanowili   ich   szukać.   Nie   znaleźliśmy   ich.   Znaleźliśmy   tylko   strzałki   waszych 
myśliwych i lochy Baya Nor... Ponieważ nikt nie wrócił, aby skierować ptaka w podróż 
do domu, zniszczył się sam ogniem. – Poul Mer Lo spojrzał nagle na noję i uśmiechnął 
się.   –   I tak,   Mylai   Tui,   jestem   tutaj   i ty   tu   jesteś;   i razem   musimy   to   jak   najlepiej 
wykorzystać.

Noja głęboko westchnęła.
– To słodka i smutna historia – powiedziała po prostu. – I cieszę się, panie, że tu 

jesteś. Cieszę się, że cię poznałam.

Na  zewnątrz  usłyszeli   kroki. Wkrótce   zdjęto  belki  z drzwi.  Dwóch  niewolników, 

których pilnowali dwaj strażnicy, weszło do lochu z półmiskami i dzbanami z wodą.

Jednakże Poul Mer Lo nie był głodny.

background image

Rozdział piąty

Gloria   Mundi  weszła   na   tysiąckilometrową   orbitę   wokół   Altair   Pięć.   Dalej 

w przestrzeni   słonecznej   odkryto   inne   satelity,   lecz   one   obiegały   planetę   w czasie 
dłuższym   niż   ziemski   statek   i były   nie   zamieszkane;   wielkie   martwe   kawałki   skały, 
dziewięć   księżyców   Altair   Pięć,   które   być   może   kiedyś   stanowiły   jeden   księżyc. 
Widziane gołym okiem były wystarczająco duże, aby się objawiać jako grupa jasnych 
i widocznie ruchomych gwiazd.

Sama   planeta   była   cudem.   Ze   statystycznego   punktu   widzenia   była   to   główna 

wygrana, ponieważ nikt z załogi Gloria Mundi nie był w stanie uwierzyć, że w Kosmosie 
tak pustym, którego jednocześnie zawartość materialna była tak zróżnicowana, pozostałe 
statki mogły natknąć się na planetę ziemskiego typu. Jak zwięźle ujął to szwedzki fizyk – 
szanse były takie same, jak cztery razy kolor z ręki.

Altair Pięć była nie tylko planetą typu ziemskiego – była także dziwnie symetryczna 

i dla ludzi przygotowanych  na to, żeby nie oczekiwać  niczego  innego poza jałowym 
światem, a w najlepszym przypadku poza planetami zamieszkanymi przez formy życia 
stojące nisko w szeregu biologicznym – całkiem niebrzydka. Była odrobinę mniejsza niż 
Mars,   a dziewięć   dziesiątych   jej   powierzchni   zajmował   ocean,   upstrzony   tu   i ówdzie 
kilkoma   małymi   grupami   wysp.   Widać   było   jednak   całkiem   pokaźny   kontynent   na 
biegunie   północnym   i niemal   identyczny   na   południowym.   Jednakże   najbardziej 
interesująca   okazała   się   szeroka   podkowa   kontynentu   rozciągająca   się   wokół   rejonu 
równikowego, którego jeden kraniec oddzielało od drugiego kilkaset kilometrów wody.

Kontynenty biegunowe były w większości pokryte wiecznym śniegiem i lodem, lecz 

duży   ląd   równikowy   miał   prawie   wszystkie   te   cechy,   jakie   można   zaobserwować 
z podobnej wysokości na ziemskim kontynencie afrykańskim.

Były tam góry i pustynie, wielkie jeziora, krzewy i tropikalne puszcze. W palącym 

słońcu pustynie paliły się ognistymi, opalizującymi odcieniami żółci, oranżu i czerwieni; 
góry   były   brunatne,   nakrapiane   błękitem   i bielą;   krzewy   miały   barwę   wypalonego 
bursztynu,   a tropikalne   puszcze   zdawały   się   połyskiwać   subtelną   mieszaniną   zieleni 
i turkusu.

Planeta obracała się wokół własnej osi co dwadzieścia osiem godzin i siedemnaście 

minut czasu ziemskiego. Obliczenia wykazały, że jeden całkowity obrót wokół Altair – 
słońca planety – trwa czterysta dwa dni czasu miejscowego.

Życie na planecie wyraźnie oparte było na cyklu węglowym; a analiza jej atmosfery 

wykazała jedynie, że azot występuje w nieco większej ilości niż w atmosferze Sol Trzy.

background image

Gloria   Mundi  pozostała   na   tysiąckilometrowej   orbicie   przez   okres   czterystu 

dziesięciu obrotów lub mniej więcej dwudziestu ziemskich dni. W tym czasie wykonano 
fotografie   i telefotografie   planety   z każdego   punktu.   Jeden   wycinek   kontynentu 
równikowego   wykazywał   na   fotografiach   typowe   oznaki   występowania   istot 
inteligentnych:   kanały   nawadniające   lub,   co   też   nie   było   wykluczone,   kanały 
komunikacyjne.

Załoga  Gloria Mundi  przeżyła  coś zbliżonego do ekstazy.  Przetrwali zamknięcie, 

hibernację   i czarną,   znaczoną   gwiazdami   monotonię   podróży   w głębokim   Kosmosie; 
przebyli szesnaście lat świetlnych w ciągu szesnastu lat życia w uśpieniu i ponad cztery 
lata czuwania i starzenia się. I wreszcie ich niewygody i cierpliwość zostały nagrodzone 
najlepszym   z możliwych   odkryć:   światem   zamieszkanym   przez   ludzi.   Nie   miało 
znaczenia, czy byli to ludzie z czworgiem oczu i sześcioma nogami. Znaczenie miał fakt, 
iż byli oni inteligentni i twórczy. Z istotami takiego kalibru z pewnością można się było 
w sposób owocny porozumieć.

Gloria   Mundi  wylądowała   w odległości   dwudziestu   kilometrów   od   najbliższych 

kanałów. Przy takim dużym statku, a także biorąc pod uwagę, że niemiecki pilot posiadał 
doświadczenie   jedynie   w dziedzinie   symulowanych   manewrów   planetarnych,   był   to 
wyczyn   nie   lada.   Statek   wypalił   dziesięciokilometrowy   pas   w wybujałej   puszczy,   po 
czym   gładko   usiadł   na   ogonie,   gdy   tymczasem   podpory   stabilizacyjne   łagodnie,   po 
omacku szukały podłoża skalnego w tlącej się ziemi. Znalazły je na głębokości niecałych 
pięciu metrów.

Przez pierwsze trzy dni planetarne nikt nie opuścił statku. Przeprowadzono badania 

najbliższej   okolicy.   Po   trzech   dniach   otwarto   śluzę   powietrzną   i dwóch   uzbrojonych 
ochotników   zeszło   po   nylonowej   drabinie   w puszczę,   która   już   zaczynała   goić   swe 
wypalone rany. Ochotnicy przebywali na zewnątrz przez trzy godziny, zbierając próbki, 
lecz ani na chwilę nie odchodząc dalej niż na parę metrów od podstawy statku. Jeden 
z nich zastrzelił dużego gada przypominającego wyglądem ziemskiego węża boa.

Dziewiątego dnia od wylądowania na planecie wyruszył zespół badawczy składający 

się  z pary  szwedzkiej,   francuskiej   i holenderskiej.   Każdy  członek   zespołu  ubrany  był 
w długie  buty,  plastykowy pancerz  i lekką  plastykową  maskę.  Temperatura  była  zbyt 
wysoka,   żeby   mogli   włożyć   coś   więcej,   chyba   że   w pełni   opancerzone,   izolowane 
i bardzo ograniczające ruchy skafandry kosmiczne.

Kobiety miały miotacze automatyczne,  mężczyźni  byli  uzbrojeni w nitro-pistolety 

i miotacze   granatów   atomowych.   Każdy   miał   aparat   nadawczo-odbiorczy.   Wszyscy 
razem   dysponowali   taką   siłą   ognia,   że   mogli   zniszczyć   dwudziestowieczny   korpus 
pancerny.

background image

Ich   zadaniem   było   zatoczyć   półkole   na   wschód   planety,   o promieniu   pięciu 

kilometrów; utrzymywać łączność radiową co piętnaście ziemskich minut i wrócić do 
statku przed upływem trzech dni planetarnych.

Przez pierwszy dzień i noc czasu planetarnego wszystko było w porządku. Widzieli 

i przekazali wiadomość o wielu interesujących okazach zwierząt i ptaków, choć nigdzie 
nie   napotkali   śladu   istoty   inteligentnej.   W połowie   drugiego   dnia   zanikła   łączność 
radiowa. Pod koniec trzeciego dnia wyprawa nie wróciła.

Na pokładzie Gloria Mundi pozostało sześcioro zaniepokojonych ludzi. Po upływie 

piętnastu   dni   od   wylądowania   wyruszyła   wyprawa   ratunkowa   składająca   się   z trzech 
pozostałych kobiet. One również uzbrojone były w nitro-pistolety i miotacze granatów.

To, że na poszukiwania udały się kobiety, a nie mężczyźni, nie było przypadkowe. 

Z trzech mężczyzn, dwaj musieli zostać (jeżeli wyprawa ratunkowa by się nie powiodła), 
żeby statek mógł w ogóle wrócić na Ziemię; trzeci – Paul Marlowe – cierpiał na ostrą 
biegunkę.

Pożegnał się z Ann Victoria Marlowe, z domu Watkins, bez większej emocji. Był 

zbyt chory, aby się czymkolwiek przejmować; ona była zbyt chłodna, aby coś odczuwać. 
Po jej wyjściu Paul z powrotem położył się na łóżku, starając się zapomnieć o swych 
uciążliwych   symptomach   oraz   o Altair   Pięć,   zagłębiwszy   się   w mikrofilmie   jednej 
z powieści Charlesa Dickensa.

Wyprawa   ratunkowa   pozostawała   w kontakcie   radiowym   zaledwie   przez   siedem 

godzin. Później i ich radio zamilkło.

Po   czterech   dniach   Paul   Marlowe   zaczął   wracać   do   zdrowia;   zarówno   on,   jak 

i pozostali dwaj mężczyźni popadli w depresję.

Rozważali   możliwość   czekania   w nieskończoność   w twierdzy  Gloria   Mundi; 

rozważali   wycofanie   się   na   orbitę;   rozważali   nawet   możliwość   opuszczenia   systemu 
i powrotu na Sol Trzy. Najwyraźniej na Altair Pięć coś było nie tak.

W końcu nie zrobili żadnej z tych rzeczy. W końcu postanowili zostać drużyną pod 

wezwaniem: „śmierć lub zwycięstwo”.

Paul   Marlowe,   psychiatra,   wykoncypował   problem   logicznie.   Obsługa   statku 

wymagała obecności trzech osób. Dlatego nie miało sensu wysyłanie  jednej lub dwu 
osób, skoro mogły nie wrócić. Statek nie mógł wystartować. Wobec tego muszą albo 
wszyscy iść, albo wszyscy zostać. Gdyby pozostali na Gloria Mundi i w końcu wrócili na 
Ziemię, straciliby poczucie własnej godności, podobnie jak alpiniści, którzy są zmuszeni 
odciąć   linę.   Gdyby   zaś,   z drugiej   strony,   utworzyli   drugą   wyprawę   ratunkową   i nie 
odnieśli   sukcesu,   zawiedliby   zaufanie,   jakie   pokładają   w nich   wszyscy   mieszkańcy 

background image

Stanów Zjednoczonych Europy.

Jednakże   Stany   Zjednoczone   Europy   znajdowały   się   w odległości   szesnastu   lat 

świetlnych   i w obecnych   warunkach   ich   obowiązki   wobec   tak   odległego   pojęcia 
stanowiły   wielką   abstrakcję.   Bardziej   liczyli   się   ludzie,   z którymi   dzielili 
niebezpieczeństwo, monotonię i triumf – a teraz katastrofę.

Naprawdę nie mieli wyboru. Musieli iść.
Wyposażenie   zbrojowni   statku   było   teraz   znacznie   uszczuplone,   lecz   wciąż 

znajdowało się tam dość broni, żeby trzej mężczyźni mogli się godnie bronić, gdyby 
napotkali   na   widzialnego   wroga.   Dwudziestego   dnia   od   wylądowania   wyszli 
z bezpiecznego łona Gloria Mundi, żeby – jak to w wyobraźni widział Paul Marlowe – na 
nowo się narodzić w nieznanym, lecz całkowicie wrogim otoczeniu.

Projektanci  Gloria   Mundi  starali   się   przewidzieć   wszelkie   możliwe 

niebezpieczeństwa, łącznie ze śmiercią, zniknięciem, dezercją lub porażką całej załogi. 
Twierdzono,  że  gdyby   jakimś  cudem  tego  typu  katastrofa   wydarzyła  się  na  planecie 
zamieszkałej przez istoty wyższego rzędu, teoretycznie byłoby możliwe, żeby takie istoty 
przejęły statek, sprawdziły mapy gwiezdne, obliczyły kurs powrotny, zaprogramowały 
komputer   i –   zaprzeczając   wszystkim   prawom   prawdopodobieństwa,   lecz   w zgodzie 
z bardziej tępymi prawami absurdu – przybyły na pokładzie Gloria Mundi na Ziemię.

Działanie takie, samo w sobie, mogłoby być działaniem korzystnym i miłosiernym. 

Ale też, w zależności od natury, możliwości i intencji obcych, mogłoby się, przypadkiem, 
stać najgorszą rzeczą, jaka przydarzyłaby się rasie ludzkiej. Niezależnie od wyników tak 
wysoce teoretycznych spekulacji projektanci uważali, przy całkowitym poparciu swoich 
rządów, że nie należy ryzykować.

W   związku   z tym  Gloria   Mundi  została   zaprogramowana   na   samozniszczenie 

w trzydziestym piątym dniu od jej porzucenia, gdyby taki katastrofalny przypadek miał 
się wydarzyć. Twierdzono, że trzydzieści pięć dni to wystarczająco długi okres czasu, 
żeby załoga mogła przezwyciężyć każdy kryzys. Jeżeli trzydzieści pięć dni okazałoby się 
terminem za krótkim, wówczas należało statek Gloria Mundi i jej załogę spisać na straty.

Projektanci   byli   ludźmi   bardzo   logicznymi.   Niektórzy   proponowali   granicę 

dwudziestu   dni,   inni   –   dziewięćdziesięciu.   Zajęci   abstrakcyjnymi   rozważaniami   nie 
przejmowali się za bardzo czynnikiem ludzkim, a nikt z nich nie był w stanie przewidzieć 
sytuacji na Altair Pięć.

Do wieczora dwudziestego dnia od wylądowania trzej pozostali członkowie załogi 

przeszli   około   siedmiu   kilometrów   przedzierając   się   z trudem   przez   puszczę   i nie 
znajdując   śladu   po   swoich   towarzyszach.   Ustawili   właśnie   koło   z niewielkich,   lecz 

background image

silnych   lamp   elektrycznych   i wewnętrzny   obwód   z drutu   pod   napięciem,   za   którym 
zamierzali rozbić na noc biwak, kiedy Paul Marlowe poczuł ukłucie w kolano.

Odwrócił się, żeby coś powiedzieć do swych towarzyszy, lecz w tejże chwili upadł 

nieprzytomny na ziemię.

Później   obudził   się   w jednym   z lochów   Baya   Nor,  choć   nie   zdawał   sobie   z tego 

wówczas sprawy.

Znacznie później, faktycznie trzydzieści trzy dni później, Gloria Mundi zmieniła się 

w duży i przez chwilę przerażający grzyb płomieni i energii promienistej.

background image

Rozdział szósty

Było   przedpołudnie,   a Poul   Mer   Lo,   otoczony   małymi   tańczącymi   tęczami, 

przemoczony drobną wodną mgiełką, klęczał z rękami związanymi za plecami. Za nim 
stało dwóch wojowników bajańskich, każdy uzbrojony w krótki trójząb, a każdy trójząb, 
uniesiony nad jego szyją, gotowy był do zadania ostatecznego ciosu. Przed nim leżała 
smętna   kupka   jego   rzeczy   osobistych:   jeden   elektroniczny   zegarek   na   rękę,   jeden 
miniaturowy aparat nadawczo-odbiorczy, jeden podkoszulek, jedna koszula, jedna para 
szortów,   jedna   plastykowa   maska,   kompletny   pancerz,   para   butów   i automatyczny 
miotacz.

Poul Mer Lo był nagi. Mgiełka zmieniała się na jego ciele w orzeźwiające kropelki, 

które spadały mu po twarzy, po piersi i po plecach. Wojownicy bajańscy stali bez ruchu. 
Nie   było   nic   słychać,   oprócz   hipnotycznego   dźwięku   fontann.   Nie   pozostawało   nic 
innego do roboty, jak cierpliwie czekać na audiencję u boga-króla.

Poul Mer Lo spojrzał na miotacz i uśmiechnął się. To wspaniała broń. Z jej pomocą – 

a także   pod  warunkiem,   że   mógłby   wybrać   sobie   pole   walki   –   potrafiłby   unicestwić 
tysiąc   bajańskich   wojowników   uzbrojonych   w trójzęby.   Jednakże   nie   dane   mu   było 
wybrać sobie pola walki. I oto klęczał tu, zdany na łaskę dwóch małych, brunatnych 
mężczyzn, oczekujący na łaskawość boga-króla Baya Nor.

Chciało   mu   się   śmiać.   Bardzo   chciało   mu   się   śmiać.   Jednakże   stłumił   śmiech, 

ponieważ jego powód mógłby zostać źle zrozumiany. Nie można było się spodziewać, 
aby   dwaj   ponurzy   strażnicy   docenili   ironię   sytuacji.   Dla   nich   był   po   prostu   obcym, 
więźniem.   Fakt,   iż   mógł   być   emisariuszem   z technologicznej   cywilizacji   na   innym 
świecie, istniał całkowicie poza ich zdolnościami rozumienia.

W kraju ślepców, pomyślał Poul Mer Lo, przypominając sobie legendę należącą do 

innego czasu i przestrzeni, jednooki jest królem.

Ponownie   zachciało   mu   się   śmiać.   Ponieważ   –   tak   jak   w legendzie   –   ślepi   przy 

wszystkich swoich oczywistych ograniczeniach – okazali się potężniejsi niż jednooki.

–   Uśmiechasz   się   –   powiedział   dziwnie   młody   głos.   –   Niewielu   odważa   się 

uśmiechać w obecności. Niewielu też w ogóle nie zauważa obecności.

Poul Mer Lo zamrugał oczyma, żeby strząsnąć kropelki i spojrzał w górę. Najpierw 

pomyślał, że widzi wielkiego ptaka, pokrytego wspaniałym upierzeniem, z opalizującymi 
niebieskimi,   czerwonymi,   zielonymi   i złotymi   piórami;   z jaskrawo   żółtymi   oczyma 
i zakrzywionym  czarnym  dziobem.  Ale pióra okrywały  człowieka,  a głowa  wielkiego 
ptaka umieszczona była jak hełm nad możliwą do rozpoznania twarzą. Twarz Enki Ne, 

background image

boga-króla Baya Nor.

Była to twarz chłopca – lub bardzo młodego mężczyzny.
– Panie – powiedział Poul Mer Lo, walcząc teraz z językiem, który w rozmowach 

z noją wydawał się taki łatwy – proszę o wybaczenie. Moje myśli były daleko stąd.

– Może leciały na skrzydłach srebrnego ptaka – podsunął Enka Ne – do krainy poza 

niebem... Tak, rozmawiałem z noją. Opowiedziałeś jej dziwną historię... Czy to prawda?

– Tak, panie, to prawda.
Enka Ne uśmiechnął się.
– My tutaj opowiadamy o bestii nazywanej tlamyn. Ma to być bestia nocna, żyjąca 

w jaskiniach i ciemnych miejscach, nigdy nie ukazująca się za dnia. Mówią, że kiedyś, 
dawno temu, sześciu z naszych mędrców wprowadziło się do nory tlamyna, nie wiedząc 
o obecności ani nawet o istnieniu takiego stworzenia. Jeden z mędrców dotknął twarzy 
tlamyna.   Miała   kły   i była   twarda   i owłosiona   jak   dongoir,   na   którego   polujemy   dla 
sportu. Dlatego, dotykając jej w ciemności, człowiek ów pomyślał, że trafił na dongoira. 
Inny   mężczyzna   dotknął   miękkiego   podbrzusza.   Poczuł   dwie   wielkie   piersi.   Dlatego 
doszedł do wniosku, że trafił na wielką śpiącą kobietę. Trzeci dotknął nogi bestii. Miały 
łuski i pazury. Oczywiście pomyślał, że trafił na ptaka. Czwarty dotknął ogona tlamyna. 
Był długi, dobrze umięśniony i zimny. Dlatego uznał, że natrafił na dużego węża. Piąty 
znalazł parę miękkich uszu i wywnioskował, że miał szczęście i odkrył jeden z okazów 
domasi, którego mięso bardzo sobie cenimy. A szósty, czując zapach tlamyna, pomyślał, 
że musi być w Świątyni Radości. Każdy z tych mędrców podzielił się swoim odkryciem 
z towarzyszami.   Każdy   twierdził,   że   jego   interpretacja   jest   słuszna.   Ich   hałaśliwa 
dyskusja,   długa   i zażarta,   w końcu   obudziła   tlamyna.   A bestia,   będąc   bardzo   głodna, 
szybko   ich   wszystkich   zjadła...   Dodajmy,   że   żaden   z moich   ludzi   nigdy   nie   przeżył 
spotkania z tlamynem.

Poul Mer Lo spojrzał na boga-króla, zdumiony jego inteligencją.
– To dobra opowieść, panie. W mojej krainie opowiada się podobną, o zwierzęciu 

nazywanym słoniem.

– W krainie po drugiej stronie nieba?
– W krainie po drugiej stronie nieba.
Enke Ne roześmiał się.
– Cóż to jest prawda? – zapytał. – Poza światem, w którym żyjemy, nie istnieje nic 

oprócz Oruri. I nawet ja jestem jedynie mglistym cieniem w jego wiecznych snach.

Poul Mer Lo postanowił zaryzykować.
– A przecież któż może stwierdzić, co należy, a co nie należy do snów Oruri? Czy 

Oruri nie może śnić o dziwnej krainie, w której są takie rzeczy jak srebrne ptaki?

background image

Enka Ne zamilkł. Założył ręce i w zadumie spoglądał w dół na swego więźnia. Pióra 

zaszeleściły. Pociekła z nich woda i utworzyła małe kałuże na kamiennej podłodze.

Wreszcie bóg-król przemówił:
– Wyrocznia powiedziała, że jesteś nauczycielem – wielkim nauczycielem. Czy to 

prawda?

– Panie, posiadam umiejętności, które ceniono sobie pośród moich ludzi. Znam część 

wiedzy mojego narodu. Nie wiem, czy jestem wielkim nauczycielem. Nie wiem jeszcze, 
czego mógłbym uczyć.

Odpowiedź spodobała się Ence Ne.
– Może mówisz prawdę... Dlaczego zginęli twoi towarzysze?
Do tej chwili Poul Mer Lo nie wiedział, że jest ostatnim pozostałym  przy życiu 

członkiem załogi. Poczuł ogromne osamotnienie. Poczuł samotność, która sprawiła, że 
krzyknął, jakby z bólu.

– Cierpisz? – spytał bóg-król. Był zaskoczony.
Poul Mer Lo przemówił z trudem.
– Nie wiedziałem, że moi towarzysze nie żyją.
Znów zapadła cisza. Enka Ne z niepokojem wpatrywał się w jasnego, klęczącego 

przed   nim   olbrzyma.   Poruszył   się   na   boki,   jak   gdyby   oglądał   zjawisko   pod   różnym 
kątem. Pióra zaszeleściły. Hałas fontann zabrzmiał głośniej, niczym grzmot.

Wreszcie bóg-król podjął decyzję:
– Co byś zrobił – spytał Enka Ne – gdybym zwrócił ci wolność?
– Musiałbym znaleźć sobie jakieś miejsce do mieszkania.
– A co byś wtedy zrobił?
–   Musiałbym   znaleźć   kogoś,   kto   by   mi   gotował.   Nie   wiem   nawet,   co   tu   mogę, 

a czego nie mogę jeść.

– A po znalezieniu domu i kobiety, co wtedy?
–   Wtedy,   panie,   musiałbym   się   zastanowić,   jak   mogę   się   odwdzięczyć   ludziom 

z Baya Nor za to wszystko.

Enka Ne wyciągnął rękę.
– Żyj – powiedział po prostu.
Poul Mer Lo poczuł mocne szarpnięcie. Jego ręce zostały rozwiązane. Dwaj milczący 

wojownicy   postawili   go   na   nogi.   Upadł,   ponieważ   po   tak   długim   klęczeniu   krew 
odpłynęła mu z nóg.

Znów go podnieśli i podtrzymali.
Enka Ne spoglądał na niego bez wyrazu. Potem odwrócił się i odszedł. Po trzech czy 

czterech krokach jeszcze raz się odwrócił.

background image

Spojrzał na Poula Mer Lo i przemówił do strażników:
– Ten człowiek ma za dużo palców. To obraża Oruri – powiedział. – Odetnijcie po 

jednym z każdej ręki.

background image

Rozdział siódmy

Poul Mer Lo otrzymał  mały dom z plecionki,  zbudowany na krótkich  palach,  na 

skraju świętego miasta; noję, która towarzyszyła mu w więzieniu, i sześćdziesiąt cztery 
miedziane   pierścienie.   Nie   znał   wartości   pierściennych   pieniędzy,   ale   Mylai   Tui 
obliczyła, że nawet bez dalszych darów od boga-króla może przeżyć prawie trzysta dni 
bez konieczności polowania lub pracy.

Pomyślał, że bóg-król okazał się bardzo szczodry, ponieważ dał obcemu dostateczną 

ilość   pieniędzy   na   tyle   czasu,   ile   sam   będzie   żył.   Prawdopodobnie   postąpił   bardzo 
mądrze,   bo   nie   chciał   wydać   się   za   hojny.   W ten   sposób   610   Enka   Ne   nie   będzie 
zakłopotany szczodrobliwością swego poprzednika.

Małe palce u obu rąk zostały umiejętnie obcięte, blizny zagoiły się i bolało tylko 

wtedy,   kiedy   maleńkie   kawałeczki   kości   wydobywały   się   powoli   na   powierzchnię. 
Czasami,   przy  brzydkiej  pogodzie,  Poul  Mer  Lo  odczuwał  rwanie.   Jednakże  ogólnie 
rzecz biorąc, dobrze zniósł utratę palców. Ze zdumieniem spostrzegł jak łatwo można 
dawać sobie radę tylko czterema palcami, wykonując coś, co przedtem wymagało użycia 
pięciu palców.

Przez wiele dni po doznaniu królewskiej łaski Poul Mer Lo nie robił nic, tylko się 

uczył.  Swobodnie wędrował po ulicach Baya  Nor i ze zdziwieniem przekonał się, że 
zwykli ludzie go ignorują. Kiedy rozpoczynał z nimi rozmowę, uprzejmie odpowiadali na 
pytania, lecz jego nikt o nic nie pytał. Los Pigmeja na ulicy w Londynie, pomyślał Poul 
Mer Lo, byłby na pewno trochę inny. Los nieziemca na ulicy jakiegokolwiek ziemskiego 
miasta byłby zdecydowanie odmienny. Policja musiałaby pilnować tłumu, a nawet – być 
może – rozpędzić bandę linczowników. Zrozumiał, że im więcej się uczy, tym więcej 
pozostaje mu do nauczenia.

Ludność   Baya   Nor,   miasta   zbudowanego   pośrodku   puszczy,   liczyła   niespełna 

dwadzieścia tysięcy osób. Prawie jedną trzecią stanowili rolnicy i rzemieślnicy, a ponad 
jedną   trzecią   –   myśliwi   i żołnierze.   Z pozostałych,   około   pięciu   tysięcy   kapłanów 
zajmowało się świątyniami i kanałami, a około tysiąca kapłanów-prawników-urzędników 
zarządzało miastem. Bóg-król Enka Ne rządził przy pomocy rady miejskiej i dziedzicznej 
żeńskiej wyroczni mając władzę absolutną przez jeden rok składający się z czterystu dni, 
po   upływie   którego   poświęcano   go   w ofierze   w Świątyni   Płaczącego   Słońca, 
jednocześnie z uroczystością wyświęcenia nowego boga-króla.

Baya  Nor składało się z wody i kamienia – jakby ktoś bez sensu wrzucił wielkie 

gotyckie Lido w środek dzikiej pustki, myślał Poul Mer Lo. Bajańczycy czcili wodę, 

background image

pewno   dlatego,   że   była   płynem   życia.   Wszędzie   znajdowały   się   zbiorniki,   baseny 
i fontanny.   Głównymi   drogami   były   szerokie   kanały   –   tak   szerokie,   że   z pewnością 
budowały   je   całe   pokolenia.   Z każdego   z czterech   głównych   zbiorników   mgliście 
wyrastały w błękitne niebo zza ściany fontann świątynie o dziwnym kształcie piramid. 
Również świątyń nie mógł zbudować dwudziestotysięczny naród w ciągu mniej niż stu 
lat. Wydawały się bardzo stare, wyglądało również na to, że przetrwają dłużej niż rasa, 
która je zbudowała.

W sensie zarówno dosłownym, jak i symbolicznym Baya Nor były to dwa miasta – 

jedno wewnątrz drugiego. Święte miasto zajmowało dużą wyspę na jeziorze nazywanym 
Zwierciadłem Oruri. Łączyły je z miastem wewnętrznym cztery wąskie groble, a po obu 
stronach każdej ustawiono identyczne rzeźby przedstawiające wszystkich bogów-królów 
od niepamiętnych czasów.

O   ile   Baya   Nor   nie   było   mocne   w nauce,   z pewnością   było   mocne   w sztuce   – 

pokolenia   rzeźbiarzy   i kamieniarzy,   którzy   rzeźbili   miasto   z ciemnego,   ciepłego 
piaskowca, zostawiły za sobą pomniki majestatu i klasycznych linii. Odrzucając język 
pisany artyści elokwentnie stworzyli wspólny testament w języku formy i kompozycji. 
Poślubili   wodę   z kamieniem   i stworzyli   żywą,   ruchomą   poezję   fontann,   światła 
słonecznego, cienia i piaskowca, która stanowiła pieśń radości ku czci Oruri.

Poul   Mer   Lo   niewiele   wiedział   o religii   Bajańczyków.   Jednakże   kiedy   ogarniał 

wzrokiem   jej   zewnętrzne   formy,   czuł,   że   znajduje   się   pod   jej   urokiem;   odczuwał 
tajemnicę   łączącą   naród   w niewątpliwej   świadomości,   że   ich   idee,   filozofia   i sposób 
życia jest najbardziej doskonałym wyrazem tajemnicy istnienia.

Czasami Poul Mer Lo bał się wiedząc, że jeżeli ma przeżyć i nie zwariować, musi do 

pewnego   stopnia   przyjąć   rolę   węża   w tym   wyrafinowanym,   a jednocześnie   dziwnie 
statycznym Edenie. Musi pozostać sobą – już nie człowiekiem z Ziemi, a zarazem nie 
człowiekiem   z Baya   Nor.   Człowiekiem   rozdartym   między   dwoma   światami. 
Człowiekiem   doświadczonym   przez   lata   świetlne,   biczowanym   wspomnieniami, 
nawiedzanym   wiedzą.   Człowiekiem   rzuconym   przez   okoliczności   na   odrobinę 
kosmicznego pyłu z innej odrobiny, którą kiedyś nazywał domem. Człowiekiem, który 
przede   wszystkim   musi   mówić,   spowiadać   się.   Człowiekiem   z dwojakim   celem   – 
tworzenia i niszczenia.

Czasami rozkoszował się swoim celem. Czasami odczuwał wstyd. Czasami również 

pamiętał   kogoś,   kto   kiedyś   nazywał   się   Paul   Marlowe.   Pamiętał   o uprzedzeniach, 
przekonaniach i przymusach, jakie ta obca postać odczuwała. Pamiętał swą wyniosłość 
i swą pewność siebie – swą palącą ambicję podróży do gwiazd.

Paul   Marlowe   spełnił   tę   ambicję,   lecz   spełniając   ją   zginął.   Nieszczęsny   Paul 

background image

Marlowe, który nigdy nie zdawał sobie sprawy, że za osobiste luksusy można zapłacić 
większą cenę niż śmierć albo ból.

Paul   Marlowe,   mieszkaniec   Ziemi,   osiągnął   więcej   niż   Eryk   Rudy,   Marco   Polo, 

Kolumb   czy   nawet   Darwin.   Jednakże   to   Poul   Mer   Lo,   ułaskawiony   i obdarzony 
względami poddany Enki Ne, zapłacił cenę tego osiągnięcia.

A ceną była absolutna samotność.

background image

Rozdział ósmy

Wychudzony młodzieniec, ubrany w podarte samu, który wspinał się po schodach, 

kiedy Poul Mer Lo obserwował go ze swojej werandy, kogoś mu przypominał. Jednakże, 
mimo, że na Baya Nor niewielu było żebraków, ich twarze zdawały się do siebie podobne 
– tak jak przysłowiowi  Chińczycy  zdawali się jednakowi ludziom po drugiej stronie 
świata, po drugiej stronie nieba...

–   Oruri   cię   pozdrawia   –   powiedział   młodzieniec,   zapominając   wyciągnąć   swą 

żebraczą miskę.

– Pozdrowienie jest błogosławieństwem – automatycznie odrzekł Poul Mer Lo. Po 

dwóch pięćdziesięciodniowych miesiącach spędzonych na Baya Nor rytualna rozmowa 
nie   sprawiała   mu   trudności.   Zgodnie   ze   zwyczajem   młodzieniec   powinien   teraz 
opowiedzieć o szlachetności swego dziadka, o męskości swego ojca, o bezinteresownym 
poświęceniu swojej matki i o nieszczęściu, jakie sprowadził na nich wszystkich Oruri, 
aby mogli osiągnąć radość poprzez skruchę.

Ale chłopiec nie rozpoczął wygłaszania oczekiwanych zwrotów. Powiedział:
– Błogosławieni są także ci, co poznali wiele cudów. Czy mogę z tobą porozmawiać?
Nagle   Poul   Mer   Lo,   który   siedział   ze   skrzyżowanymi   nogami   obok   Mylai   Tui 

i rozkoszował się lekkim wieczornym wiaterkiem, rozpoznał głos. Zerwał się na nogi.

– Panie, ja nie...
–   Nie   wolno   ci   mnie   rozpoznać!   –   Słowa   zabrzmiały   władczo.   Potem   chłopiec 

rozluźnił się i mówił dalej, niemal przepraszająco:

– Jestem Szah Szan, ostatnio przewoźnik. Czy mogę z tobą pomówić?
–   Tak,   Szah   Szanie,   możesz   ze   mną   mówić.   Jestem   Poul   Mer   Lo,   obcy   teraz 

i zawsze.

Chłopiec uśmiechnął się i wyciągnął żebraczą miskę.
– Oruri pobłogosławił mnie lekkim głodem. Być może przewidział nasze spotkanie.
W milczeniu Mylai Tui wstała, wzięła miskę i znikła wewnątrz domu. Poul Mer Lo 

obserwował ją z zainteresowaniem. Zdawała się w ogóle nie zauważać Szah Szana.

– Poul Mer Lo jest miłosierny – powiedział chłopiec. – Czy wolno usiąść?
– Wolno usiąść – odrzekł poważnie Poul Mer Lo.
Obaj usiedli ze skrzyżowanymi nogami na werandzie i zapanowała cisza. Wkrótce 

Mylai   Tui   wróciła   z miską.   Była   w niej   niewielka   ilość   kappy   –   zboża,   które   było 
podstawowym pożywieniem ubogich, a które ludzie zamożni jadali wyłącznie z mięsem 
i z jarzynami.

background image

Szah Szan łapczywie zjadł kappę palcami. Kiedy skończył, uprzejmie czknął.
– Mam przyjaciela – zaczął – którego umysł kłopoczą sny i dziwne myśli. Sądzę, że 

mógłbyś mu pomóc.

– Żal mi twojego przyjaciela. Nie wiem, czy potrafię mu pomóc, ale jeśli do mnie 

przyjdzie, spróbuję.

– Kappa jest jeszcze zielona – stwierdził Szah Szan.
Poul   Mer   Lo   na   tyle   znał   idiomatyczne   wyrażenia   języka   bajańskiego,   aby 

zrozumieć, że jeszcze nie nadszedł czas.

– Mój przyjaciel jest dość ważną osobą – kontynuował chłopiec. – Ma wiele zajęć. 

Niemniej jednak ma kłopoty... Spójrz, pokażę ci coś, co on mi pokazał.

Szah Szan wstał, zszedł w dół po schodach werandy i poszukał małego kijka. Zaczął 

rysować w kurzu.

Poul Mer Lo przyglądał mu się, zdumiony.
Szah Szan narysował kształt Gloria Mundi.
– Mój przyjaciel nazywa to srebrnym ptakiem – wyjaśnił. – Ale to nie wygląda jak 

ptak. Czy możesz to wytłumaczyć?

– To naprawdę srebrny ptak. To jest taki... taka... – Poul Mer Lo zaplątał się. Nie 

istniało słowo w języku bajańskim na określenie maszyny; przynajmniej on takiego nie 
znał. – Został wykonany przez ludzi z metalu – powiedział w końcu. – Tak jak rzeźbiarz 
robi coś z kamienia. Ta rzecz przyniosła mnie do waszego świata.

– Jest jeszcze coś – mówił dalej Szah Szan. – Mój przyjaciel widział jak srebrny ptak 

przemknął   szybko   wokół   wielkiej   kuli.   Kula   była   bardzo   dziwna.   Nie   była   to   kula 
z jarwu, taka jaką bawią się dzieci. To była kula z wody. I była tam ziemia, na której 
rosły lasy. A w lasach były kanały. I miasto z wieloma świątyniami i z czterema dużymi 
zbiornikami... Mój przyjaciel odczuł niepokój.

Poul Mer Lo był jeszcze bardziej zaskoczony.
– Twój przyjaciel nie musi się martwić – powiedział wreszcie. – Zobaczył to, co się 

rzeczywiście wydarzyło. Ta wielka kula to wasz świat. Zbiorniki należą do Baya Nor... 
Twój przyjaciel miał cudowny sen.

Szah Szan potrząsnął głową.
– Mój przyjaciel jest chory. Świat jest płaski – płaski jak powierzchnia wody, kiedy 

nie wieje wiatr. Wiadomo, że jeśli człowiek podróżuje daleko – jeśli jest dość szalony, 
żeby podróżować daleko – od Baya Nor, musi spaść z krawędzi świata. Może, jeśli jest 
tego wart, spadnie na łono Oruri. W przeciwnym wypadku będzie spadał bez końca.

Poul Mer Lo milczał przez chwilę. Później powiedział z wahaniem:
– Posłuchaj Szah Szanie, ja też mam przyjaciela, który jest mądry, mimo że jeszcze 

background image

bardzo młody. Opowiedział mi historię o sześciu mężczyznach, którzy znaleźli śpiącego 
tlamyna. Każdy z nich myślał, że to nie tlamyn, lecz coś innego. Kłócili się tak bardzo, że 
obudzili tlamyna, który ich zjadł.

– Słyszałem tę opowieść – rzekł Szah Szan poważnie. – Jest zabawna.
– Tlamyn  jest prawdą. Ludzie nie mogą zrozumieć całej prawdy.  Niezależnie od 

swojej mądrości wolno im jedynie zrozumieć odrobinę prawdy. Ale czyż niektórzy nie 
rozumieją więcej niż inni?

Szah Szan zmarszczył czoło.
– To możliwe – rzekł po chwili – że obcy w tej krainie może dostrzegać inne oblicze 

prawdy... Obcy, który podróżował daleko i był świadkiem wielu wydarzeń.

Poul Mer Lo poczuł się pewniej.
– Mądrze mówisz. Posłuchaj więc dziwnych myśli obcego. Czas jest podzielony na 

dzień i noc, prawda? I w ciągu dnia na niebie jest wielki ogień, dzięki któremu dojrzewa 
kappa, który budzi ze snu zwierzęta i który daje ludziom światło... Jak się nazywa ten 
wielki ogień?

– Nazywa się słońce.
– A jak się nazywa cały teren, na który świeci słońce?
– Nazywa się ziemia.
– Ale słońce nie świeci na ziemię w nocy. W nocy jest dużo maleńkich punktów 

światła, kiedy niebo jest czyste, lecz one nie dają ciepła. Jak się nazywają po bajańsku te 
zimne, jasne punkty światła?

– Gwiazdy.
– Słuchaj, Szah Szanie, podróżowałem między gwiazdami i przysięgam ci, że wydają 

się one zimne i małe tylko dlatego, że są bardzo daleko. W rzeczywistości są tak samo 
gorące, jasne i duże jak słońce, które świeci nad Baya  Nor. Wiele z nich świeci nad 
światami   takimi   jak   ten,   a jest   ich   więcej   niż   wszystkich   włosów   na   głowach   ludzi 
w Baya Nor... Mój własny dom znajduje się na świecie, który także nazywa się Ziemia. 
Ją także ogrzewa słońce. Ale jest ona tak daleko, że aby się na niej znaleźć, potrzebny 
jest srebrny ptak. A teraz, kiedy srebrny ptak, na którym tu przybyłem,  nie żyje, nie 
sądzę, żebym kiedykolwiek mógł tam powrócić.

Szah Szan przyglądał mu się uważnie.
– Czy na twojej ziemi są miasta takie jak Baya Nor?
– Są tam miasta większe niż Baya Nor. Miasta, w których ludzie tworzą wspaniałe 

rzeczy z metalu i z innych tworzyw.

– Czy w twoich miastach czci się Oruri?
– Wśród mojego narodu Oruri na wiele imion.

background image

– I macie bogów-króli?
– Tak, ale oni też nazywają się inaczej.
–   Słyszałem   –   powiedział   z uśmiechem   Szah   Szan   –   że   Enka   Ne   pozwolił   ci 

zachować wszystko, co przy tobie znaleziono. Rzeczy te były dla boga-króla interesujące, 
lecz   bez   praktycznej   wartości.   Czy   jest   pośród   nich   coś,   co   potwierdzałoby   cuda, 
o których mówisz?

Poul Mer Lo zawahał się. Miał wprawdzie atomowy miniaturowy aparat nadawczo-

odbiorczy,   lecz   w obecnych   warunkach   był   on   bezużyteczny.   Elektroniczny   zegarek, 
przyciągał oko, ale brak mu było dramatycznej mocy, która przekonałaby Szah Szana, że 
mówi prawdę.

Miał także miotacz. As atutowy, którego przysiągł sobie użyć jedynie w krańcowej 

sytuacji.

Czy można zaryzykować wyłożenie swojego asa? Spojrzał na Szah Szana, chłopca 

pełnego ciekawości i dziwnych nowych idei. Poul Mer Lo podjął decyzję.

– Poczekaj tu – powiedział. – Przyniosę coś, co jest i cudowne, i okropne.
Wszedł do domu, wziął miotacz z wnęki, którą specjalnie zrobił i wrócił na werandę.
– To jest broń – powiedział – która, jeśli jej odpowiednio użyć, może zabić połowę 

twojego narodu.

Szah Szan obojętnie spojrzał na mały przedmiot z metalu i plastyku.
– Patrz – powiedział Poul Mer Lo. Stanął na werandzie, uniósł miotacz do ramienia, 

nacisnął guzik zasilania i wycelował w podstawę dużego drzewa oddalonego o jakieś sto 
metrów. Nacisnął spust.

Rozległ się lekki jęk, a miotacz zadrżał niemal niedostrzegalnie. U podstawy drzewa 

zaczął się unosić pióropusz dymu. Potem drzewo przewróciło się.

– Patrz – powiedział Poul Mer Lo. Tym razem wycelował w odkryty fragment wody 

kanału, oddalony o jakieś 200 metrów. Nacisnął spust. Woda zaczęła się burzyć, potem 
gotować, wreszcie powstała miniaturowa trąba wodna.

–   Patrz   –   powiedział   Poul   Mer   Lo.   Wycelował   w ziemię,   niedaleko   werandy 

i wypalił mały krater, w którym lawa skwierczała i bulgotała jeszcze długo potem, jak 
odłożył miotacz.

Szah Szan wyciągnął rękę i ostrożnie dotknął broni.
– Prawdziwie, to dzieło bogów – powiedział w końcu. – Ilu ludzi nią zniszczyłeś?
Poul Mer Lo uśmiechnął się:
– Ani jednego. Nie było powodu.
– To będzie zapamiętane – rzekł Szah Szan. I też się uśmiechnął. – Ale nie uchroniła 

cię od strzał myśliwych, prawda?

background image

– Nie, nie uchroniła mnie od strzał myśliwych.
– O tym także musi się pamiętać – powiedział Szah Szan. Wstał. – Panie, dałeś mi 

miskę kappy, nakarmiłeś mego ducha, wykazałeś, że być może mój przyjaciel nie jest 
całkiem   szalony.   Oruri   jest   naszym   świadkiem...   Pójdę   już,   ponieważ   czas   biegnie 
szybciej   niż   woda.   I wiele   osób   musi   wiele   rzeczy   przemyśleć.   Zostań   w pokoju, 
przyjacielu mojego przyjaciela... Palce nie sprawiły ci dużo bólu?

– To skończona sprawa – powiedział krótko Poul Mer Lo. – Zapłaciłem niewielką 

cenę.

Szah Szan oficjalnie dotknął ust i oczu, odwrócił się i zszedł po schodach werandy.
Poul Mer Lo spoglądał za nim, jak szedł w stronę świętego miasta.
Mylai Tui wzięła bez słowa pustą miskę i miotacz, i zaniosła je do domu.

background image

Rozdział dziewiąty

Na   pokładzie  Gloria   Mundi  często   dyskutowano   nad   możliwościami, 

prawdopodobieństwem   i różnorodnością   życia   pozaziemskiego.   Podczas   pierwszych 
trzech   miesięcy,   nim   jeszcze   ktokolwiek   z dwunastoosobowej   załogi   został   uśpiony, 
rozmowy zazwyczaj  miały  miejsce  po obiedzie  w kantynie  lub w bibliotece.  Podczas 
ostatnich trzech miesięcy na ogół odbywały się w astrodomie. Jednakże podczas ponad 
dziewiętnastu   lat   lotu   gwiezdnego,   kiedy   pracowała   tylko   jedna   para,   ulubionym 
miejscem dyskusji był pokład nawigacyjny. Tam prowadzono na bieżąco dziennik statku. 
Tam pisywano  pamiętniki  i „wysyłano” listy do następnych  par, żeby całomiesięczne 
czuwanie nie było zbyt samotne.

Tam właśnie, w siedemnastym roku czasu gwiezdnego, Poul i Ann Marlowe kolacją 

składającą   się   z kurcząt   i szampana   uczcili   swe   zwycięstwo   nad   pierwszym   w całej 
podróży przebiciem powłoki kadłuba przez meteor. Nie był to bardzo duży meteor – miał 
nie   więcej   niż   cal   średnicy   –   ale   przeleciał   z melodyjnym   brzęknięciem   przez   całą 
ładownię  Gloria Mundi,  pozostawiając po obu stronach kadłuba dwie zgrabne dziury 
jakby po pocisku dużego kalibru.

Kiedy tylko ciśnienie powietrza spadło, rozległy się dzwonki alarmowe. Paul i Ann, 

pamiętając instrukcje ze szkolenia, natychmiast rzucili się do najbliższych skafandrów 
ciśnieniowych   i byli   w pełni   bezpieczni,   na   długo   nim   zaistniało   niebezpieczeństwo 
gwałtownej   dekompresji.   Odnalezienie   nieszczelnych   miejsc   zajęło   im   zaledwie   pięć 
minut,   a w ciągu   następnego   kwadransa   wytworzyli   łaty   samoizolacyjne   i wykonali 
chemiczną   spoinę.   Potem   Paul   zakrył   tymczasowe   zatyczki   dwiema   półcalowymi 
płytkami   z tytanu   i kryzys   został   zażegnany.   Nie   było   to   naprawdę   poważne 
niebezpieczeństwo, lecz dostarczyło pretekstu do otwarcia butelki szampana. Paul zrobił 
krótki zapis w dzienniku pokładowym i zostawił wiadomość dla pary francuskiej, która 
miała objąć następną wachtę. Wiadomość brzmiała tak: „Ponieważ ocaliliśmy was od 
losu gorszego nawet niż zamarznięcie, uważaliśmy, że mamy prawo do otwarcia butelki 
Moet et Chandon ‘11.  Moim zdaniem to znakomity rocznik... Nie zazdrośćcie nam za 
bardzo. Musieliśmy na to naprawdę zapracować. Paul”.

I tak się zdarzyło, że Paul i Ann siedzieli za stołem na pokładzie nawigacyjnym, 

Moet et Chandon w prowizorycznym kubełku z lodem i z widokiem Altaira za oknem 
z parapleksu,   oddalonym   o ponad   dwa   lata   świetlne   i przypominającym   z wyglądu 
ognisty kamyk.

– Przypuśćmy – powiedział Paul po drugim kieliszku – że natkniemy się na świat 

background image

składający   się   wyłącznie   z wody.   Nigdzie   ani   kawałeczka   lądu.   Ciekawe,   co   wtedy 
byśmy zrobili?

Ann   potrząsnęła   ciemnymi   włosami   i zachichotała.   Nigdy   nie   przepadała   za 

alkoholem i szampan uderzył jej do głowy. Głośno czknęła.

–   Nic   prostszego.   Schodzimy   na   niską   orbitę   i zrzucamy   paru   nurków 

z akwalungami, żeby poszukali inteligentnych gąbek.

Na chwilę zapadła cisza, po czym Paul nagle zmienił temat:
– To dziwne, ale nigdy nie byłem całkiem pewien, czy wierzę w Boga.
– Czym jest Bóg? – spytała Ann. – Czym jest Bóg, jeśli nie wyłącznie rozszerzeniem 

twojego ja – czymś w miejsce megalomanii?

Paul roześmiał się:
– Moja droga, nie wygrasz ze mną w dziedzinie żargonu psychologicznego. Jesteś 

tylko utalentowaną amatorką, a ja zahartowanym zawodowcem.

– No, dobrze, ale cóż do diabła, ma wspólnego Bóg z inteligentnymi gąbkami? – 

spytała Ann wojowniczo.

– Zupełnie nic... Oprócz tego, że jeśli Bóg istnieje, może mieć poczucie humoru 

o wiele subtelniejsze niż moglibyśmy się spodziewać. Mógł stworzyć inteligentne gąbki, 
niedorozwiniętych supermenów, partenogenetycznych pigmejów, nieśmiertelne leniwce 
lub wije zwariowane na punkcie seksu – wyłącznie dla żartu lub żeby się przekonać, co ci 
szaleni, pomyleni ludzie zrobią, kiedy ich spotkają.

Ann znów zachichotała.
– Jeśli jest jakiś bóg, w co ja osobiście nie wierzę, założę się, że ludzie są jego 

boskim  piece   de   resistance.  Są   tak   okropnie   skomplikowani,   że   Bóg   zaplątałby   się 
zupełnie, gdyby chciał wymyślić coś bardziej złożonego... W każdym razie, jeśli Altair 
ma   zamieszkane   planety,   ja   głosuję   za   wijami   zwariowanymi   na   punkcie   seksu... 
Przynajmniej   byłoby   to   zabawne.   Pomyśl   tylko,   co   mogłyby   robić   tymi   wszystkimi 
odnóżami.

Paul   ponownie   napełnił   szampanem   kieliszki   i tym   sposobem   opróżnił   butelkę. 

Przyjrzał jej się z żalem.

– Są dalsze komplikacje... Predestynacja. Kismet. Może nasza mała wyprawa nie jest 

szukaniem   po   omacku?   Może   to   wszystko   jest   z góry   zaprogramowane?   Może 
odsuwamy   za   siebie   kolejne   lata   świetlne,   żeby   zdążyć   na   wyznaczone   spotkanie 
w Samarze?

– Przelewasz tylko z pustego w próżne – powiedziała Ann. – Związek przyczynowy 

jest   miły   i przytulny   –   jeśli   się   nad   nim   panuje.   Nieskończenie   zróżnicowany 
wszechświat   musi   być   pełen   nieskończenie   zróżnicowanych   możliwości...   Ale   jeśli 

background image

chcesz znać moje zdanie, to uważam, że nie znajdziemy żadnych planet, najwyżej kupę 
cholernych   popiołów.   Jedyną   rzeczą,   której   nie   znajdziemy,   jest   życie   obdarzone 
intelektem.

– Dlaczego?
– Drugie prawo Finagle’a.
– A cóż to takiego?
Ann nie dowierzała własnym uszom:
– Chcesz powiedzieć, że nigdy nie słyszałeś o drugim prawie Finagle’a?
– Nie słyszałem nawet o pierwszym.
Ann czknęła.
– O, przepraszam. Właśnie o to chodzi. Nie ma pierwszego. Ani trzeciego. Tylko 

drugie.

– W porządku, kapuję. Nie będę nawet pytał, kim był Finagle. Ale co mówi jego 

drugie prawo?

–   Stwierdza,   że   jeżeli   w określonych   warunkach   cokolwiek   może   się   nie   udać, 

z pewnością się nie uda.

– Więc albo rozbijamy bank, albo całkowita klapa?
– Trzeba być na wszystko przygotowanym – powiedziała ponuro Ann. – Nikt zdrowy 

na umyśle nie będzie się wdawał w zawiłości Finagle’a. Dowcip polega na tym, żeby 
zawsze   być   przygotowanym   na   najgorsze.   I wtedy,   cokolwiek   się   wydarzy,   ma   się 
przyjemną niespodziankę.

Paul milczał przez chwilę. Potem powiedział:
– Chyba pójdę sobie od razu na krąg świetlny i zabawię się w jasnowidza.
Ann odwróciła się w stronę parapleksowego okna i ponuro wpatrywała się w Altair.
– Tu masz swoją kryształową kulę, mój Cyganie. I co widzisz?
Paul podążył za jej wzrokiem, uważnie przyglądając się Altairowi.
– Widzę wygraną. Znajdziemy planetę z warunkami do życia typu ziemskiego. Mogą 

nawet być na niej istoty inteligentne.

– Łatwo nie rezygnujesz, co?
– Pewno, że nie. Tak, jestem przekonany, że spotkamy istoty inteligentne... I sądzę, 

że chyba spotkamy się w Samarze.

Ann uśmiechnęła się.
– A cóż to znowu za Samara?
– Chcesz powiedzieć, że nigdy nie słyszałaś o spotkaniu w Samarze?
– Touche. Prosit. Grüss Gott... Ten szampan był znakomity.
– To wschodnia opowieść – zaczął Paul. – Służący pewnego bogacza z Bagdadu czy 

background image

Basry, czy czegoś takiego poszedł na zakupy. Ale na targu spotkał śmierć, która dziwnie 
na niego spojrzała... Sługa popędził do domu i mówi do swego pana: „Panie, na targu 
spotkałem   śmierć,   która   spojrzała   na   mnie   tak,   jakby   chciała   się   o mnie   upomnieć. 
Pożycz mi swego najszybszego konia, żebym mógł pojechać do Samary. Będę tam przed 
nocą i w ten sposób ucieknę śmierci”.

– Zupełnie słusznie – stwierdziła Ann. – Osiem punktów dla służącego za inicjatywę.
– A właśnie – powiedział Paul. – Służący przejawił zbyt wiele inicjatywy. Bogacz 

pożyczył   mu   konia   i służący   wyruszył   z dużą   prędkością   do   Samary.   Ale   kiedy   już 
pojechał, bogacz pomyślał: „To przesada. Mój służący jest świetnym służącym. Będzie 
mi go brak. Śmierć nie ma prawa go niepokoić. Chyba pójdę na targ i powiem jej, co 
o tym myślę”.

– Noblesse oblige – stwierdziła Ann. – To piękne uczucie.
– Bogacz poszedł na targ i przycisnął śmierć do muru. „Posłuchaj, no – powiedział, 

może   trochę   innymi   słowami.   –   Dlaczego   niepokoisz   mojego   służącego?”   Śmierć 
ubawiła się. „Panie – powiedziała – ja tylko spojrzałam na niego ze zdziwieniem”. „A to 
dlaczego? – spytał  bogacz. – To przecież  zwykły służący”.  „Spojrzałam na niego ze 
zdziwieniem – wyjaśniła śmierć – bo nie spodziewałam się go tu zobaczyć. Przecież 
mam się z nim spotkać dopiero dziś wieczorem – w Samarze”.

Ann przez chwilę milczała.
–   Szampan   działa   schizofrenicznie   –   powiedziała   wreszcie.   –   W jednej   chwili 

poprawia   ci   nastrój,   a zaraz   potem   wprawia   w przygnębienie...   A poza   tym   nie 
widzieliśmy śmierci na targu, prawda?

–   Nie   widzieliśmy?   –   zapytał   Paul.   –   Czyż   nie   widzieliśmy   śmierci,   kiedy 

wchodziliśmy   na   orbitę?   Czy   nie   widzieliśmy   śmierci,   kiedy   ostatecznie   odpaliliśmy 
człony? Czy nie czynimy nieprzystojnych gestów w jej kierunku za każdym razem, kiedy 
wracamy do hibernatora?

– Nie boję się śmierci – powiedziała Ann. – Boję się tylko bólu – i strachu.
– Moja ty biedna. Jestem jak upiór na przyjęciu. Niech to diabli, przed chwilą śmierć 

rzuciła w nas meteorem, który nic nam nie zrobił. To znaczy, że nie interesuje się nami 
za bardzo, prawda?

–   Zimno   mi   –   powiedziała   Ann.   –   A jednocześnie   odczuwam   lekkie   pożądanie. 

Chodźmy do łóżka.

Paul podniósł się z uśmiechem.
– Niech żyje pożądanie – powiedział. – Dzięki Bogu nie musimy sprzątać. To chyba 

jeszcze jakieś dziesięć dni, nim będziemy znów musieli zamknąć się w zamrażarce.

– Sama  myśl  o tym  sprawia, że robi mi  się zimno.  – Ann wzięła  go za rękę. – 

background image

Tymczasem chodź, ogrzej mnie.

Na Gloria Mundi była tylko jedna podwójna koja. Załoga nazywała ją apartamentem 

na miodowy miesiąc. Tam właśnie się udali.

Ale nawet wtedy, kiedy Paul zajęty był aktem miłości, nawet kiedy osiągał orgazm, 

myślał o spotkaniu w Samarze.

W jego ustach, i w ustach Ann wciąż pozostawał smak szampana.
Ale dla obojga był to smak cierpki.

background image

Rozdział dziesiąty

Obudził się i poczuł, że drży. Spojrzał na otaczające go przedmioty nie wiedząc, 

gdzie się znajduje, lecz chwila dezorientacji szybko minęła. W kącie pokoju dym falami 
unosił się do góry, znad małej mrugającej lampki oliwnej ustawionej na miniaturowym 
fallusie   Oruri.   Jakieś   muchy   bzyczały   leniwie.   Obok   niego   spokojnie   spała   naga 
ciemnoskóra dziewczyna, z ramieniem beztrosko przerzuconym przez jego brzuch.

Spojrzał na trzy serdelkowate palce i spłaszczony kciuk jej małej dłoni. Spojrzał na 

jej   twarz   –   gładką   i spokojną.   Dziwna   twarz,   ale   może   nie   wywołałaby   zdziwienia 
w Afryce Środkowej. Rozzłościł go jej spokój. Potrząsnął dziewczyną, żeby ją obudzić.

Mylai Tui usiadła, otwierając zamglone oczy.
– Co się stało, panie? Przecież dziewięć sióstr wciąż jeszcze lata?
– Powiedz! – zażądał. – Powiedz, jak się nazywam.
– Poul Mer Lo.
Znów nią potrząsnął.
– Nie Poul. Powiedz Paul.
– Poul.
– Nie. Paul.
– Po-el. – Mylai Tui uważnie wymówiła sylaby.
Uderzył ją.
– Po-el – przedrzeźniał. – Nie, nie Po-el. Powiedz Paul.
– Poel.
Znów ją uderzył.
– Paul! Paul! Paul! Powiedz tak!
– Pole – załkała Mylai Tui. – Pole... Panie, tak bardzo się staram.
– Widać nie starasz się dostatecznie – warknął brutalnie. – Po co się wysilam, żeby 

mówić twoim językiem, skoro nie potrafisz wymówić ani jednego porządnego dźwięku 
w moim? Powiedz Paul.

– Pöl.
– To już lepiej... Paul.
– Paul.
– Dobrze. Bardzo dobrze. Teraz spróbuj powiedzieć: Paul Marlowe.
– Pöl Mer Lo.
Znów ją uderzył.
– Słuchaj uważnie. Paul Marlowe.

background image

– Pöl Mah Lo.
– Paul Marlowe.
– Paul Mäh Lo.
– Paul Marlowe.
– Paul... Marlowe. – Mylai Tui nie bardzo już wiedziała, co mówi.
– Brawo!– zawołał. – Bardzo dobrze. Tak się nazywam. Masz do mnie mówić Paul. 

Rozumiesz?

– Tak, panie.
– Tak, Paul.
– Tak, Paul – powtórzyła posłusznie Mylai Tui. Otarła łzy z twarzy.
– To ważne, zrozum – paplał. – To bardzo ważne. Mężczyzna  musi trzymać  się 

własnego imienia, prawda?

– Tak, panie.
Uniósł rękę.
– Tak, Paul – poprawiła się szybko Mylai Tui i z wahaniem dodała: – Mój pan nie 

jest dotknięty złymi duchami?

Zaczął się śmiać, lecz śmiech zanikł. A potem łzy popłynęły mu po twarzy.
– Tak, Mylai Tui. Jestem dotknięty złymi duchami. I będę pewnie taki aż do śmierci.
Mylai Tui przycisnęła jego głowę do piersi, kołysząc się rytmicznie.
– Jest w tobie wielki smutek – powiedziała wreszcie. – Paul, panie, twój smutek 

syczy jak woda wylana na rozpalone kamienie. Zabij mnie lub odeślij, ale nie każ mi być 
świadkiem   takiego   bólu   u tego,   któremu   nie   mogę   przynieść   pierwszego   podarunku 
Oruri.

– Jaki jest pierwszy podarunek Oruri?
– Dziecko – powiedziała zwyczajnie Mylai Tui.
Usiadł jak dźgnięty ostrogą.
– Skąd wiesz, że nie dasz mi dziecka?
– Panie – Paul – kochałeś mnie tyle razy.
– No i co?
– Nie używam żiwa od czasu, kiedy opuściłam Świątynię Radości i zrezygnowałam 

ze   swych   obowiązków   noi.   Kochałeś   mnie   wiele   razy.   Gdybyś   był   zwykłym 
Bajańczykiem, byłabym już dawno brzemienna owocem miłości. Nie jestem brzemienna. 
Stąd   widać,   że   Oruri   zatrzymał   swój   pierwszy   podarunek...   Panie,   zgrzeszyłam.   Nie 
wiem, jak, ale zgrzeszyłam... Może lepiej ci będzie z inną noją.

Był   jak   porażony   gromem.   W krótkiej   chwili   jasności   zrozumiał,   że   Mylai   Tui 

posiada mądrość większą niż on sam kiedykolwiek posiądzie.

background image

–  To  prawda –  powiedział   spokojnie.  – Chcę  mieć   dziecko,   lecz  sam  o tym   nie 

wiedziałem... Jest tyle rzeczy, o których nie wiem... A jednak nie ma tu żadnego grzechu, 
Mylai Tui. Sądzę, że moja krew i twoja nie połączą się. Sądzę, że nigdy nie będę miał 
dziecka, chyba że z kimś z mojego narodu. I dlatego nie odeślę cię.

Mylai Tui westchnęła i uśmiechnęła się.
– Mój pan jest łaskaw dla mnie. Jeśli nie mogę urodzić syna temu, który przyleciał na 

srebrnym ptaku, nie chcę urodzić syna nikomu innemu.

Wziął jej dłonie i przez chwilę przyglądał jej się w milczeniu.
– Cóż to jest, co nas łączy? – spytał wreszcie.
Mylai Tui nie zrozumiała.
– Nic nas nie łączy, Paul – powiedziała – oprócz woli Oruri.

background image

Rozdział jedenasty

Trzy   pozłacane   barki,   każda   napędzana   siłą   ośmiu   mężczyzn   z żerdziami,   wolno 

płynęły Kanałem Życia pod wielkim zielonym parasolem puszczy. W pierwszej barce, 
strzeżony przez osiem muskularnych kapłanek, znajdował się mały osłonięty palankin 
z wyrocznią Baya Nor. W drugiej barce, strzeżony przez ośmiu wojowników, był bóg-
król  Enka   Ne,  a z nim  rada   trzech  i obcy  –  Poul  Mer  Lo.  W trzeciej  barce,  również 
strzeżonej   przez   ośmiu   wojowników,   były   trzy   małe   dziewczynki,   przeznaczone   na 
śmierć.

Poul Mer Lo, pokornie siedząc u stóp podium, na którym leżał bóg-król, słuchał słów 

swego pana.

– Życie i śmierć – mówił Enka Ne, głosem zaskakująco podobnym do głosu żebraka 

Szah Szana – są jedynie  dwoma  niewielkimi  aspektami  nieskończonej  chwały Oruri. 
Człowiek zrodzony z kobiety ma  do przeżycia  tylko  krótki okres czasu, a Oruri żyje 
zarówno na początku rzeki czasu, jak i na końcu. Oruri jest rzeką. Oruri jest również 
ludźmi na rzece, których jedyną wartością jest wypełnianie jego niezbadanego celu. Czyż 
nie jest to piękna myśl?

Jaskrawe upierzenie zaszeleściło, kiedy Enka Ne przyjął wygodniejszą pozycję. Poul 

Mer Lo – Paul Marlowe z Ziemi – z trudem mógł uwierzyć w to, że pod przykryciem 
z opalizujących piór i wspaniałą ptasią głową znajduje się ciało i krew chłopca.

–   Panie   –  powiedział   ostrożnie   –  wszystko,   w co   ludzie   wierzą   prawdziwie,   jest 

piękne. Sama boska cześć jest piękna, ponieważ daje znaczenie życiu... Jedynie ból jest 
brzydki, ponieważ ból zniekształca.

Enka Ne spojrzał na niego z dezaprobatą.
–   Ból   jest   darem   Oruri.   Oruri   lubi,   żeby   ludzie   znosili   ból   z zadowoleniem 

i zrozumieniem, wiedząc, iż ta próba zbliża ich do ostatecznego oblicza... Spójrz, tam leci 
gujanis! On również spełnia wolę Oruri, żyjąc krócej niż trwa jedna pora, nim spotka go 
nieskończona łaska śmierci.

Poul   Mer   Lo   przyglądał   się   gujanisowi   –   jaskrawo   kolorowemu   motylowi 

o rozpiętości   skrzydeł   dłuższej   niż   jego   przedramię   –   kiedy   ten   leniwie   i kapryśnie 
trzepotał   nimi   wzdłuż   Kanału   Życia,   tuż   przed   barką   zawierającą   wyrocznię.   Kiedy 
patrzył,  duży ptak ze skórzastymi  skrzydłami  opadł zwinnie z drzewiastej paproci na 
brzegu kanału i uderzył gujanisa uzębionym dziobem. Jedno z motylich skrzydeł odpadło 
i pofrunęło w dół, do wody; reszta stworzenia mocno tkwiła w długim czarnym dziobie. 
Ptak nawet nie zatrzymał się w locie.

background image

Enka Ne klasnął w dłonie.
– Bij! – rozkazał,  wskazując na ptaka.  Jeden z wojowników uniósł do ust swoją 

dmuchawkę. W powietrzu rozległ się lekki świst, kiedy strzałka wyleciała z dmuchawki. 
Następnie   ptak,   oddalony   o ponad   dwadzieścia   metrów,   jakby   się   zatrzymał   w locie. 
Przez chwilę wisiał w powietrzu, po czym z hałasem opadł do wody.

Enka Ne wskazał na wojownika, który zabił ptaka.
– Teraz umrzyj – powiedział łagodnie – i żyj na wieki.
Mężczyzna uśmiechnął się.
–   Panie   –   rzekł   –   nie   jestem   godzien.   –   Potem   wyciągnął   strzałkę   z ładownicy 

i spokojnie wepchnął ją sobie w gardło. Bez słowa wypadł z barki do Kanału Życia.

Enka Ne uważnie spojrzał na Poula Mer Lo.
– W ten sposób wypełnił się cel Oruri.
Poul   Mer   Lo   wpatrywał   się   w enigmatyczne   wody  kanału.   Ciało   wojownika   już 

zostało z tyłu. Teraz przepłynęło koło nich skrzydło motyla, a za nim wciąż drżące ciało 
ptaka z resztą gujanisa w dziobie.

Paul   Marlowe,  człowiek   z Ziemi,   walczył   przeciwko   sennemu  fatalizmowi,  który 

zmusił go do przyjęcia roli Poula Mer Lo w fatalistycznym, podobnym do snu świecie. 
Jednakże było to trudne, ponieważ pozostał jeszcze na tyle psychiatrą, żeby zdawać sobie 
sprawę, że w jednym ciele zamieszkiwało dwóch ludzi i ciało to było polem walki. Paul 
na   zawsze   zostanie   wyrzutkiem   –   człowiekiem   cywilizowanym,   z głową   pełną 
wyszukanych   i syntetycznych   wartości   odrzucających   nagie   i proste   wartości 
barbaryzmu.   Paul   był   tylko   człowiekiem,   który   rozpaczliwie   starał   się   należeć   – 
człowiekiem, który nie chciał niczego poza spokojem i może niewielkim spełnieniem 
w świecie, do którego został wrzucony.

Kto podróżował Kanałem Życia z Enka Ne – Paul czy Poul? Nie wiedział nawet 

tego. Wiedział tylko, że wielka zielona hipnoza puszczy, jaskrawo upierzona hipnoza 
boga-króla oraz znaczenie życia i śmierci były zbyt trudne do ogarnięcia dla niedoszłych 
bratobójców zamieszkujących tę samą zbolałą głowę.

Było ciężkie, duszne popołudnie. O zachodzie słońca jedna z dziewczynek z trzeciej 

barki zostanie złożona w ofierze przy fallusie Oruri w puszczańskiej świątyni Baya Sur. 
Poul był zafascynowany. Paul był zaszokowany. Żaden nie wiedział, co robić.

– Panie – spytał Poul albo Paul – co miało większą wartość: żywot gujanisa czy życie 

twego wojownika?

Enka Ne uśmiechnął się.
– Kto to może wiedzieć? Nikt oprócz Oruri. Czyż to nie Oruri poprzez moją osobę 

rozkazał wojownikowi zjednoczyć się z gujanisem?

background image

– Kto to może wiedzieć? – powtórzył człowiek z Ziemi. – Na pewno nie ja.
Doradcy   boga-króla,   przykucnięci,   słuchali   rozmowy   w milczeniu,   chociaż 

najwidoczniej  nie byli  uszczęśliwieni,  że obcy kwestionuje działania  Enki  Ne. Teraz 
jeden z nich przemówił:

– Panie – rzekł nieśmiało – może Poul Mer Lo, którego życie należy do ciebie, mówi 

nierozważnie? To schorzenie łatwo naprawić.

Enka Ne potrząsnął piórami i przeciągnął się. Potem spojrzał uroczyście na swego 

doradcę.

– Nie istnieje żadne schorzenie. Wiedz tylko, że obcy został dotknięty przez Oruri. 

Kto ośmieliłby się przeciwstawić celom  Oruri, niech teraz rozkaże, by Poul Mer Lo 
umarł.

Doradcy przycichli, mrucząc pod nosem. Poul Mer Lo pocił się z gorąca, lecz gdzieś 

w mrocznym wymiarze Paul Marlowe miał zimne dreszcze.

– Patrz – powiedział Enka Ne – pierwszy kamień Baya Sur. – Wskazał na obelisk 

wyłaniający  się  z gładkiej  wody kanału.   – Wkrótce   dokona  się chwała.   Niech  żaden 
człowiek nie przybywa do tego miejsca bez spokoju i miłości.

Baya Sur, w przeciwieństwie do Baya Nor, składała się zaledwie z jednej kamiennej 

świątyni zbudowanej w puszczy i chronionej przed nią wysokim kamiennym murem. Na 
miejscu   lądowania  około  czterdziestu  ludzi  –  czyli  wszyscy   mieszkańcy  Baya   Sur  – 
czekało, aby powitać barki. Pierwsza wylądowała barka z wyrocznią. Kapłanki ostrożnie 
przeniosły   palankin   na   brzeg   i zaniosły   do   świątyni.   Następnie   na   znak   Enki   Ne   do 
brzegu   przybiła   jego   barka.   Wyszedł   z łodzi   z wielkim   szumem   piór   oraz   z całą 
wyniosłością, blaskiem i tajemniczością boga. Za nim wyszli doradcy, a za nimi – obcy, 
Poul   Mer   Lo.   Nikt   nie   czekał,   żeby   powitać   trzy   dziewczynki.   Poul   Mer   Lo,   idąc 
wybrukowaną ścieżką wiodącą do stopni świątyni, obejrzał się za siebie i zobaczył, jak 
wychodzą na brzeg i poważnie kroczą za nim, jak małe nakręcane laleczki.

Przed uroczystością złożenia ofiary miał się odbyć rytualny posiłek, w wielkim hallu 

fallusa,   gdzie   jedynym   źródłem   naturalnego   światła   był   otwór   symbolicznej   pochwy 
zbudowany   w dachu.   Jednakże   w nagich   ścianach   znajdowały   się   wnęki,   a w nich 
kopcące lampki oliwne.

Palankin ustawiono blisko kamiennego fallusa. Tuż przed fallusem była duża miska 

kappy i kilkanaście małych, pustych miseczek. Trzy dziewczynki, milczące i nieruchome, 
usiadły ze skrzyżowanymi nogami, twarzami w kierunku fallusa. Za nimi siadło trzech 
kapłanów, każdy uzbrojony w krótki nóż. Za kapłanami siedzieli doradcy, a za doradcami 
– Poul Mer Lo.

Nagle rozległ się dziki, pełen żalu okrzyk ptaka. Enka Ne dumnie wkroczył do sali 

background image

w taki sposób, że – przez chwilę – Poul Mer Lo znów musiał przypomnieć sobie, iż pod 
okryciem z piór i pod jaskrawą, miotającą się ptasią głową jest tylko młody chłopiec. 
Bóg-król   dziobał   i drapał.   Potem   raz   jeszcze   wydał   z siebie   rozżalony   ptasi   okrzyk 
i pomaszerował do miski z kappą.

Oddał   mocz   do   miski   i jeszcze   raz   przeraźliwie   krzyknął.   Następnie   przykucnął 

nieruchomo naprzeciwko palankinu. Zza ciemnej zasłony odpowiedział mu okrzyk ptaka.

Jeden z kapłanów zaczął nakładać niewielkie garstki kappy do miseczek. Pozostali 

dwaj kapłani rozdawali je siedzącym – najpierw dziewczynkom, które natychmiast zjadły 
swoje porcje z wielkim apetytem, potem doradcom, na końcu Poulowi Mer Lo.

Paul Marlowe chciał zwymiotować, ale Poul Mer Lo zmusił go do jedzenia. Skromny 

posiłek   zakończył   się   po   chwili.   Zapadł   zmierzch   i salę   wypełniły   migocące   cienie 
rzucane przez lampki oliwne.

Bóg-król wstał, podszedł do fallusa Oruri i objął go skrzydłami. Potem obrócił się 

gwałtownie i wskazał na jedną z dziewczynek.

– Chodź!
Wstała posłusznie i podeszła do przodu. Obróciła się i oparła o fallus, obejmując go 

wyciągniętymi rękami. Bóg-król nagle położył się u jej stóp. Na jej twarzy widniał wyraz 
ogromnego szczęścia.

Jeden   z kapłanów   wcisnął   jej   ramię   pod   brodę,   zmuszając   do   odchylenia   głowy. 

Drugi uklęknął, przyciskając jej brzuch, tak że plecami dotykała fallusa. Trzeci podszedł 
z nożem w wyciągniętej ręce, z drugą ręką gotową jakby do złapania czegoś.

Enka Ne znów wydał z siebie ptasi krzyk. Z zamkniętego palankinu odpowiedział 

mu podobny. Nóż uderzył raz, uniósł się i uderzył drugi raz. Panowała cisza.

Ręka zanurzyła się w otwartej piersi dziewczynki i wyciągnęła bijące jeszcze serce.
Z otwartej rany krew wylewała się na leżące ciało boga-króla.
Rozbrzmiały jeszcze dwa ptasie okrzyki – przenikliwe, żałosne, triumfalne.
Poul Mer Lo zemdlał.

background image

Rozdział dwunasty

Wyprawa  religijna   zbliżała  się  do końca.  Trwała   na razie   osiem  dni  i miała  być 

zakończona dziewiątego dnia, kiedy wyrocznia i bóg-król powracali do Baya Nor. Trzy 
dziewczynki   bezpiecznie   spoczywały   w objęciach   Oruri.   Drugą   złożono   w ofierze 
w identyczny sposób jak pierwszą w świątyni Baya Ver, a trzecią w świątyni Baya Lys.

Poul Mer Lo nauczył  się nie mdleć na widok bijącego serca wyrywanego z ciała 

dziecka. Powiedziano mu, że jest to co najmniej nieuprzejme. W najgorszym przypadku 
mogło być poczytane za zły omen.

Obecnie,   ósmego   wieczoru,   wkrótce   po   uroczystych   obchodach   życia   poprzez 

śmierć, leżał niespokojnie na łóżku w jednej z celi gościnnych Baya Lys. Zastanawiał się, 
dlaczego   Enka   Ne   dał   mu   zaproszenie-rozkaz   udziału   w podróży.   Towarzyszenie 
wyroczni   i bogowi-królowi   w wyprawie   religijnej   było   przywilejem   zazwyczaj 
zarezerwowanym jedynie dla tych, którzy wyróżnili się w znaczący sposób na wojnie 
albo w oddawaniu boskiej czci.

Nagle poczuł, że w celi jest ktoś jeszcze. Szybko usiadł na łóżku i w świetle małej 

oliwnej   lampki   zobaczył  wychudzonego   młodzieńca   w poszarpanym  samu,  cierpliwie 
przykucniętego na podłodze. Obok niego leżał jakiś pakunek.

– Oruri cię pozdrawia – powiedział Szah Szan, wstając.
– Pozdrowienie jest błogosławieństwem – machinalnie odrzekł Poul Mer Lo.
– Ubolewam, jeżeli przerwałem twoje rozmyślania.
Poul Mer Lo uśmiechnął się.
– Moje rozmyślania były takie, że witam każdego, kto je przerywa.
Szah Szan wskazał na pakunek u swych stóp.
–   Mój   przyjaciel,   o którym,   jak   sądzę,   słyszałeś,   polecił   mi,   żebym   przyniósł   ci 

pewne rzeczy znalezione w puszczy. Uważał, że będą miały dla ciebie jakieś znaczenie. – 
Rozwinął kawałek materiału i pokazał zawartość pakunku.

Była   tam   jedna   plastykowa   maska,   dwa   granaty   atomowe   i zniszczony   aparat 

nadawczo-odbiorczy.

Poul   Mer   Lo   natychmiast   zmienił   się   w Paula   Marlowe,   który   patrząc   na   ten 

dziwaczny zbiór poczuł piekącą mgiełkę w oczach.

– Kto to znalazł? – spytał wreszcie z trudem.
– Kapłani Baya Lys.
– Nic innego nie znaleźli?
–   Nic...   Oprócz...   –   Szah  Szan   zawahał   się.  –   Mój   przyjaciel   powiedział   mi,   że 

background image

doniesiono, iż w puszczy, gdzie uprzednio były tylko drzewa i trawa, znajduje się wielka 
czarna   dziura.   Te   przedmioty   są   rzeczywiście   bardzo   interesujące.   Czy   mają   jakieś 
znaczenie?

– Należały do tych, co podróżowali ze mną srebrnym ptakiem. – Paul Marlowe wziął 

do ręki jeden z atomowych granatów. – To, na przykład, jest straszliwą bronią siejącą 
zniszczenie. Gdybym przesunął te bolce w określony sposób – pokazał na dwa maleńkie 
schowane w zagłębieniu dźwignie – całą Baya Lys pochłonąłby ogień.

Szah Szan pozostał niewzruszony.
–   Należy   mieć   nadzieję   –   zauważył   –   że   dzięki   przewodnictwu   Oruri   nie 

spowodujesz niczego takiego.

Paul uśmiechnął się.
–   Bądź   spokojny,   niczego   takiego   nie   spowoduję,   Szah   Szanie,   ponieważ 

oznaczałoby to także moją własną śmierć.

Chłopiec milczał przez chwilę.
–   Kraina   Baya   Nor   rozciąga   się   na   północ   na   odległość   jednego   dnia   marszu   – 

powiedział wreszcie. – Dalej są tereny zamieszkałe przez barbarzyńców. Możliwe, że 
twoi przyjaciele zaprzyjaźnili się z tymi ludźmi... A może zostali zabici, albo zabłądzili 
i zginęli w puszczy... Ile osób z tobą podróżowało?

– Było nas razem dwanaścioro.
– A troje przybyło do Baya Nor.
– Troje zostało ujętych przez ludzi Baya Nor.
Chłopiec wzruszył ramionami:
– Nie ma znaczenia jakich słów użyjemy. Dziewięć osób wciąż okrywa tajemnica.
– Ci ludzie z puszczy – jak się nazywają?
– Nazywają siebie Lokh. My nazywamy ich Lokhali. Mówią dziwnym językiem.
– Czy można się z nimi spotkać i porozmawiać?
Szah Szan uśmiechnął się:
– Można, ale to niewskazane. Przypuszczalnie rozmowa byłaby bardzo krótka. Życie 

tych ludzi polega na wojnie.

– Gdyby Enka Ne posłał podarunki i spytał o wiadomości...
Szah Szan zesztywniał.
–   Enka   Ne   nie   pertraktuje   z Lokhali.   Tak   było   zawsze.   Tak   będzie   zawsze. 

Niewątpliwie w końcu Oruri ześle na nich jakieś straszne nieszczęście... Poulu Mer Lo, 
mój przyjaciel jest zaintrygowany. Wyrocznia orzekła, że jesteś wielkim nauczycielem 
i z twojego powodu Baya Nor zyska wielkość.

– Nie wiem, czy jestem wielkim nauczycielem. Do tej pory moje nauki były bardzo 

background image

skromne.

– Musisz więc, panie, uczynić je wielkimi – powiedział zwyczajnie Szah Szan. – 

Wyrocznia mówi tylko prawdę... Mój przyjaciel zasobny jest w chwałę, ale nie w czas. 
Chciałby zobaczyć owoce twego nauczania, nim odpowie na wezwanie.

–   Szah   Szanie,   twój   przyjaciel   nie   może   oczekiwać   za   wiele.   Istotą   nauki   jest 

najpierw się nauczyć, a potem uczyć innych.

– Pozwól mi zauważyć, Poulu Mer Lo, że istota nauki będzie zrozumiana... Wiele dni 

minęło, nim nauczyłeś się języka bajańskiego, prawda?

– Rzeczywiście tak było.
– Wobec tego jakim językiem rozmawiałbyś z ludźmi twojego rodzaju?
– Język ten nazywa się „angielski”.
– Chcę nauczyć się tego anglis. Wtedy być może lepiej zrozumiem myśli Poula Mer 

Lo.

– Po cóż ci to, Szah Szanie? Nikt oprócz mnie nie mówi tym językiem.
– Może właśnie dlatego chcę się go nauczyć... Jestem biednym i nic nie znaczącym 

człowiekiem,   nie   mam   ci   nic   do   zaofiarowania.   Ale   mój   przyjaciel   byłby   bardzo 
zadowolony.”

Paul Marlowe uśmiechnął się.
– Będzie tak, jak sobie życzysz, Szah Szanie. Twój przyjaciel jest albo bardzo mądry, 

albo bardzo prosty.

Szah Szan spojrzał na niego ze zdziwieniem:
– Nie wiesz, jaki jest? – spytał. – Dlaczego nie miałby być i bardzo mądry, i bardzo 

prosty?

background image

Rozdział trzynasty

Paul Marlowe mocno uderzył bańką o stopień werandy, na której siedział. Mylai Tui 

w milczeniu dolała do niej alkoholu z kappy.

Pociągnął długi łyk i z gorzką satysfakcją poczuł, jak ognisty płyn rozpala mu gardło 

i żołądek. Był coraz bardziej pijany i zupełnie się tym nie przejmował.

– Piersiasta brązowa suka – mruknął po angielsku.
– Słucham, panie? – spytała niepewnie Mylai Tui.
– Powiedz Paul, cholera! – Znów po angielsku.
– Paul? – powtórzyła szybko Mylai Tui. Było to jedyne słowo, które zrozumiała.
– Dziękuję – warknął po bajańsku. – Teraz milcz. Czasami mężczyzna musi stać się 

głupcem. Właśnie jest taki czas.

Mylai Tui skłoniła głowę i usiadła ze skrzyżowanymi nogami, trzymając na podołku 

dzbanek z alkoholem z kappy, pamiętając o dalszych potrzebach Poula Mer Lo.

Zapadał zmierzch i dziewięć księżyców Altair Pięć ścigało się po niebie jak... Jak co? 

myślał Paul Marlowe... Jak przerażone ptaki... Dziewięć kosmicznych kawałków żużla 
w locie...

–   Nie   żyję   –   powiedział   po   angielsku.   –   Jestem   trupem   obdarzonym   pamięcią... 

Ciekawe   co,   u diabła,   dzieje   się   dziś   na   Piccadilly   Circus?   Kto   wygrał   mecz   i jakie 
sensacyjne skandale zamieści jutrzejsza niedzielna prasa? Bo przecież dziś jest na pewno 
sobota. Więc niech się wszyscy cieszą.

Opróżnił bańkę, zadygotał i znów uderzył nią o stopień werandy. W milczeniu Mylai 

Tui ponownie ją napełniła.

Chciałby   posłuchać   Beethovena,   wszystko   jedno   co,   jakikolwiek   utwór.   Ale 

najbliższy odtwarzacz stereo znajdował się w odległości wielu lat świetlnych. Cholera!

–   Będę   deklamował   –   oznajmił   Paul   Marlowe,   nie   zwracając   się   do   nikogo 

konkretnego. – Dlaczego miałbym nie deklamować? Było to w innym kraju, a poza tym 
ulicznica nie żyje.

– Paul? – powiedziała niepewnie Mylai Tui.
– Zamknij się! Żyd Maltański – dzięki uprzejmemu zezwoleniu przeklętego przodka.
– Paul?
– Zamknij się, albo cię z zapałem zabiję, ty dziwko z brązowym brzuchem. – Zaczął 

się   śmiać   z aliteracji,   ale   śmiech   przeszedł   w napad   kaszlu.   Chrząknął,   po   czym 
powiedział:

background image

Mówiąc jedynie językami ludzi
cóż mogę zrobić z rozbitego obrazu,
jednego błysku światła,
białej gwiazdy zimą nad bagnami,
kiedy szorstkie krzyki nocnych ptaków
unoszą się nad głuchymi głosami, a rzeka
w mglisty poranek tryska kaskadą śmiechu?
 

[Przełożył Jan Zieliński]

– Paul? – powtórzyła Mylai Tui z wielką śmiałością.
–   Milcz,   ty   przeklęta,   głupia   suko!   Mówię   słowami   jakiegoś   cholernego 

dwudziestowiecznego   poety,   którego   nazwisko   chwilowo   uciekło   mi   z pamięci... 
Dlaczego mówię słowami tegoż poety? Powiem ci, ty bajański flejtuchu. Ponieważ we 
mnie jest dziura. Dziura, słyszysz? Wielka dziura, szeroka na jedno serce i głęboka na 
dwadzieścia   lat   świetlnych...   Nie   żyję,   Horacjuszu...   Gdzie,   do   diabła,   jest   reszta   tej 
parszywej gorzały?

Mylai Tui siedziała w milczeniu. Jeżeli jej panu sprawiało przyjemność mówienia 

głosem diabła, nie miała nic do powiedzenia. Ani do zrobienia.

– Gdzie, do diabła, jest reszta tej parszywej gorzały? – powtórzył swe żądanie Paul 

Marlowe znów po angielsku.

Mylai Tui nie poruszyła się.
Wstał,   niepewnie   przeszedł   kilka   kroków   do   przodu   i kopnięciem   wytrącił   jej 

dzbanek   z rąk.   Alkohol   z kappy   rozlał   się   po   całej   werandzie.   Jego   słodki   zapach 
przyprawiał o mdłości.

Paul Marlowe padł na twarz i dostał torsji.
Mylai Tui umyła go i z trudem wciągnęła do domu. Usiłowała położyć go na łóżku, 

ale nie miała dość siły.

Leżał na podłodze i głośno chrapał.

background image

Rozdział czternasty

Diabelska   maszyna   była   skończona.   Stała   przed   małym   pokrytym   strzechą 

budynkiem,   który   był   domem   Poula   Mer   Lo.   Dwaj   robotnicy,   jeden   cieśla,   a drugi 
kamieniarz, którzy zbudowali ją pod kierunkiem obcego, stali patrząc na swe osiągnięcie, 
śmiejąc się i mamrocząc jak para uszczęśliwionych małp. Poul Mer Lo wynajął ich do tej 
roboty   płacąc   każdemu   jeden   miedziany   pierścień.   Zdaniem   Mylai   Tui   szalenie 
przepłacił, lecz on uważał, że hojność – jeżeli faktycznie była to hojność – należała się 
im. Nie często człowiek obdarzony był przywilejem wykonania czegoś, co miało zmienić 
model całej cywilizacji.

Mylai   Tui   przykucnęła   na   werandzie   i z niewzruszoną   twarzą   przyglądała   się 

maszynie.  Ani nie rozumiała, ani nie obchodził  jej fakt, że jest świadkiem rewolucji 
technicznej na Baya Nor. Jeśli zbudowanie urządzenia sprawiło przyjemność Poulowi 
Mer Lo, cieszyła się przez wzgląd na niego. Niemniej jednak była trochę rozczarowana, 
że   człowiek,   który   był   najwyraźniej   przeznaczony   do   wielkich   celów   i którego   tanu 
doprowadzał ją do stanu ekstazy, trwonił swego ducha na konstruowanie niepotrzebnych 
zabawek.

– Co o tym myślisz? – spytał Poul Mer Lo.
Mylai Tui uśmiechnęła się.
– To bardzo pomysłowe, panie. Kto wie, może jest także piękne. Nie potrafię ocenić 

celu tej rzeczy, którą mój pan miał przyjemność stworzyć.

– Na imię mam Paul.
– Tak, Paul. Przepraszam. Po prostu jestem szczęśliwa, kiedy mogę do ciebie mówić: 

mój panie.

– Więc zapamiętaj sobie, Mylai Tui, że ja jestem szczęśliwy, kiedy mówisz do mnie 

Paul.

– Tak, Paul. To wiem i muszę zapamiętać.
– Czy wiesz, na co patrzysz?
– Nie, Paul.
– Patrzysz  na coś, co nie ma nazwy w twoim języku. Muszę to nazwać słowem 

z mojego języka. Ta rzecz nazywa się wózek.

– Wóe-zuek.
– Nie, wózek.
– Wóezek.
– Już lepiej. Spróbuj jeszcze raz – wózek.

background image

– Wóezek.
– Ten wózek porusza się na kołach. Wiesz, co to są koła?
– Nie, Paul.
– Powiedz to słowo – koła.
– Koa.
– Dobrze. Koła, Mylai Tui, to coś, co pomaga ludziom pozbyć się ciężaru z pleców.
– Tak, Paul.
– Widziałaś biednych ludzi ciągnących pnie drzewa, noszących wodę i uginających 

się pod ciężarem kappy i mięsa.

– Tak, Paul.
– Wózek – powiedział Poul Mer Lo – sprawi, że ta harówka nie będzie już potrzebna. 

Za pomocą wózka jeden człowiek będzie mógł unieść ciężar wielu ludzi i z tego powodu 
wielu ludzi będzie mogło zająć się bardziej pożyteczną pracą. Czyż to nie wspaniałe?

– To naprawdę wspaniałe – odrzekła posłusznie Mylai Tui.
– Panie – spytał jeden z robotników – teraz, kiedy zbudowaliśmy wóezek, jakie jest 

twoje życzenie?

– Moim  życzeniem  jest odwiedzić  Enkę  Ne – powiedział  Poul Mer Lo. – Chcę 

podarować   moje   urządzenie   bogowi-królowi,   który   w swej   mądrości   rozkaże,   żeby 
zbudowano wiele wózków i w ten sposób ułatwi pracę ludzi w Baya Nor.

Nagle uśmiech znikł z twarzy małego Bajańczyka.
–   Panie,   budowa   wóezka   to   jedna   sprawa   –   faktycznie   bardzo   zabawna   –   ale 

dostarczenie go Ence Ne to zupełnie co innego.

– Boisz się?
– Należy się bać, panie. Należy się obawiać chwały Enki Ne.
– Należy również – stwierdził Poul Mer Lo – czynić  podarunki bogowi-królowi. 

Jestem   obcy   na   tej   ziemi   i wózek   jest   moim   podarunkiem.   Chodźmy...   Spójrzcie,   ja 
wsiądę do wózka, a wy będziecie ciągnąć za dyszle. Może Enka Ne będzie potrzebował 
ludzi, którzy potrafią umocować koło na osi. Chodźmy.

Poul Mer Lo usadowił się na małym wózku i cierpliwie czekał. Dwaj Bajańczycy 

zamruczeli coś do siebie i oddali mocz w miejscu, gdzie stali. Wiele razy był świadkiem 
takiego   rytuału.   W ten   sposób   Bajańczycy   z niskich   kast   przewidywali   popełnienie 
grzechu, z góry się z niego rozgrzeszając.

Wreszcie   dotknąwszy   rytualnie   rąk   i ramion   dwaj   mężczyźni   chwycili   za   dyszle 

i zaczęli wolno ciągnąć wózek wzdłuż Drogi Wielkiego Trudu w kierunku Trzeciej Alei 
Bogów. Poul Mer Lo wesoło pozdrowił ręką Mylai Tui.

– Niech Oruri będzie z tobą – zawołała – tak na końcu, jak na początku.

background image

–   Niech   Oruri   będzie   z tobą   zawsze   –   odpowiedział   Poul   Mer   Lo.   I dodał,   już 

całkiem nieoficjalnie:

– Niech dziś wieczorem ozdobią cię barwy tańca. Przyjemność nawiedzi nas oboje.
Był piękny poranek. Powietrze było czyste i ciepłe, lecz nie duszne. Kiedy Poul Mer 

Lo siedział na swym  wózku, słuchając piszczącego protestu drewnianych  kół trących 
o kamienne osie wozu, czuł się pogodzony z całym światem.

Od strony puszczy wiał lekki wiatr. Niósł ze sobą zapachy, które wciąż były dla 

niego dziwne i upajające. Niósł ze sobą zapach tajemnicy,  subtelny amalgamat  woni, 
które   sprawiały,   że   czasami   czuł   się   prawie   tak,   jak   najszczęśliwszy   człowiek   we 
wszechświecie. Tu rzeczywiście znajdował się dalszy brzeg. I były na nim ślady jego 
stóp.

Niebawem   wózek   dogonił   grupę   porannych   myśliwych   wracających   do   miasta 

z upolowaną zdobyczą. Gapili się ze zdumieniem na pojazd. Poul Mer Lo radośnie się do 
nich uśmiechnął.

– Oruri was pozdrawia – powiedział.
– Pozdrowienie jest błogosławieństwem – odrzekli.
– Panie – spytał jeden z nich – co to za rzecz, na której siedzisz, a którą ludzie tak 

łatwo przesuwają?

– To wózek. Porusza się na kołach. Za zezwoleniem Enki Ne wkrótce będziecie 

wozić upolowane mięso do Baya Nor na wózkach. Wkrótce ludzie z Baya Nor nauczą się 
jeździć na kołach.

– Panie – powiedział zakłopotany myśliwy – to naprawdę cudowna rzecz. Modlę się 

tylko, żeby została pobłogosławiona znakiem.

– Jakim znakiem?
– Panie, istnieje jedynie znak Oruri.
Wózek dojechał już do końca Drogi Wielkiego Trudu i szeroka polna droga przeszła 

w szerszą i wybrukowaną kamieniami Trzecią Aleję Bogów. Koła turkotały hałaśliwie po 
brukowcach.   Było   tu   więcej   ludzi   –   ludzi   miejskich,   doświadczonych   Bajańczyków, 
z niższych i wyższych warstw, którzy przyglądali się Poulowi Mer Lo z mieszaniną – 
jego zdaniem – zabawy i strachu.

Byłby   bliższy   prawdy,   gdyby   interpretował   uśmiechnięte   spojrzenia   jako   wyraz 

antagonizmu i obawy. Jednakże nie zdawał sobie sprawy z antagonizmu, dopóki nie było 
za późno.

Wózek był już w połowie drogi na grobli wiodącej do świętego miasta. Otaczało go 

ponad pięćdziesięciu Bajańczyków. To, samo w sobie, nie było jeszcze nieszczęściem.

Nieszczęściem było to, że Poul Mer Lo musiał spotkać na swej drodze jednego z nie 

background image

widzących czarnych kapłanów i że wózek przejechał mu po gołych palcach.

Kapłan krzyknął i zdarł kaptur z twarzy.
Jego oczy, nie przyzwyczajone do dziennego światła, zmrużyły się boleśnie; dopiero 

po dłuższym czasie był w stanie skoncentrować wzrok na Poulu Mer Lo.

– Oruri zniszczy! – wykrzyknął głośno. – Ta rzecz to nieszczęście dla wybranych. 

Oruri zniszczy!

Zapadła   przerażająca   cisza.   Poul   Mer   Lo,   nic   nie   rozumiejąc,   wpatrywał   się 

w kapłana z odkrytą twarzą.

Wówczas ktoś rzucił pierwszy kamień. Nie czyniąc  szkody,  kamień  odbił się od 

wózka. Ale był to sygnał.

Nadleciały   dalsze   kamienie.   Tłum   zaczął   huczeć.   Część   drogi   na   grobli   została 

rozdrapana na amunicję.

– Oruri przemawia! – wykrzyknął kapłan.
I kamienie sypnęły się jak grad.
– Przestańcie! – zawołał Poul Mer Lo. – Przestańcie! Wózek jest podarunkiem dla 

Enki Ne.

Ale   cieśla,   trzymający   jeden   z dyszlów,   już   został   uderzony   w krzyż   ostrym 

kawałkiem skały. Upadł krwawiąc. Kamieniarz porzucił swój dyszel i chciał uciec. Tłum 
dopadł go.

– Przestańcie! – wołał Poul Mer Lo. – W imię Enki Ne ja...
Nigdy   nie   skończył   zdania.   Dziwnie   ciężki   okrągły   kamyk,   po   mistrzowsku 

wycelowany przez dziecko na skraju tłumu, uderzył  go w czoło. Upadł, z ogromnym 
hukiem rozdzierającym mu uszy.

background image

Rozdział piętnasty

Poul Mer Lo odczuwał intensywny pulsujący ból. Otworzył  oczy.  Znajdował się 

w pomieszczeniu, które zdawało się nie mieć okien. Tu i ówdzie kopcące oliwne lampki 
paliły się we wnękach kamiennych ścian.

Poczuł chłód.
Chciał się poruszyć i nie mógł.
Był przykuty do kamiennej płyty.
Bajańczyk z twarzą zakrytą białym kapturem pochylił się nad płytą i przyjrzał mu się 

przez wąskie otwory na oczy.

– Duch powrócił – oznajmił komuś, kto znajdował się poza polem widzenia Poula 

Mer Lo. – Teraz obcy przemówi.

– Kim – kim jesteś? Co ja tu robię? Co się stało?
– Jestem Indrui Sa, generał Zakonu Ślepych. Ty jesteś Poul Mer Lo, obcy na tej 

ziemi, przypuszczalnie narzędzie chaosu.

– Gdzie są dwaj mężczyźni, którzy byli ze mną?
– Nie żyją.
– Co się z nimi stało?
– Oruri zgniótł ich o swą pierś. Stali się ofiarami chaosu. Nie mów o nich więcej. Ich 

imion   nie   ma.   Ich   ojcowie   nie   mieli   synów.   Ich   synowie   nie   mieli   ojców.   Nic   nie 
znaczą... Ale ciebie, obcy przybyszu, ciebie Oruri nie zabrał. Oruri spojrzał na ciebie, 
lecz cię nie zabrał. To musimy zrozumieć.

–   Jechałem   do   Enki   Ne   w świętym   mieście.   Wiozłem   mu   wózek,   który   kazał 

zbudować.

– Enka Ne cię wzywał?
– Nie – odpowiedział Poul Mer Lo.
– Pomóż mu – powiedział zakapturzony Bajańczyk.
Z ciemności wyłoniła się druga ciemna postać.
Poul Mer Lo poczuł nagle dotknięcie zimnego metalu na brzuchu. Potem krzyknął.
Patrzył przerażony, na kleszcze zaciśnięte na dużym kawałku jego ciała.
– Boleję nad tobą – powiedział Indrui Sa. – Bóg-król przyjmuje tylko tych, których 

wezwał... Pomóż mu!

Kleszcze zacisnęły się i przekręciły. Poul Mer Lo znów krzyknął.
– W ten sposób może Oruri usłyszy twój żal – rzekł Indrui Sa. – Być może twoja 

ignorancja i arogancja wzbudzą jego łaskę... Obcy człowieku, jechałeś nie na zwierzęciu, 

background image

lecz na tej rzeczy zbudowanej ręką człowieka. Jak ją nazywasz?

– To wózek.
– Pomóż mu!
Kleszcze znów się zacisnęły i przekręciły. Poul Mer Lo znów krzyknął.
–   Wóezka   już   nie   ma.   Oruri   uważał   za   słuszne,   żeby   go   zniszczyć.   Co   miałeś 

nadzieję osiągnąć tym wóezkiem?

–   To   był   podarunek   –   załkał   Poul   Mer   Lo.   –   To   był   podarunek   dla   Enki   Ne. 

Myślałem – myślałem, że jeśli bóg-król zobaczy, jak taki wózek można wykorzystać, 
sprawi, aby wiele takich zbudowano. W ten sposób ułatwiono by pracę ludzi.

– Ludzki trud jest podarunkiem Oruri – powiedział Indrui Sa. – Żaden człowiek nie 

może umniejszać jego podarunku... Pomóż mu.

Kleszcze jeszcze raz zacisnęły się i przekręciły.  Poul Mer Lo krzyknął i zemdlał. 

Kiedy odzyskał przytomność, Indrui Sa wciąż mówił, chyba już od dłuższego czasu.

–   I dlatego   –   ciągnął   Indrui   Sa   –   to   jasne,   prawda,   że   byłeś   nieświadomym 

narzędziem   chaosu.   Dwóch   ludzi   zostało   zniszczonych,   wóezek   został   zniszczony, 
a stopa kapłana wymaga poważnego odpoczynku. Żałuj, Poulu Mer Lo, swej ignorancji. 
Żałuj także swej arogancji. Podziękuj Oruri za błogosławieństwo rychłej śmierci, która – 
biorąc pod uwagę, ile chaosu spowodowałeś, jest więcej niż...

Nagle rozległ się dziki, żałosny ptasi krzyk.
W tej sekundzie Indrui Sa przestał mówić i upadł na twarz.
Poul   Mer   Lo   usłyszał   szelest   piór   i zobaczył   jaskrawą   kiwającą   się   głowę   ptaka 

i błyszczące upierzenie, świecące nawet w świetle lamp.

– Kto mówi o śmierci? – spytał wysoki, piskliwy głos.
Cisza.
Bóg-król jeszcze raz wydał swój przenikliwy krzyk.
– Kto mówi o śmierci?
Indrui Sa podniósł się.
– Panie, obcy przynosi chaos.
– Ale kto mówi o śmierci?
– Panie, chaos jest wytworem niebytu, dlatego niebyt jest nagrodą chaosu.
– Oruri cię słyszy, Indrui Sa, najbardziej cnotliwy mężu i podporo prawa. Oruri cię 

słyszy i pragnie twego towarzystwa.

Indrui Sa zesztywniał i znieruchomiał.
Poul Mer Lo jak przez mgłę widział innych wkraczających do sali.
Enka Ne jeszcze raz wydał swój ptasi okrzyk.
– Uderz! – rozkazał.

background image

Wystąpił naprzód wojownik, który zatopił krótki trójząb w gardle Indrui Sa. Rozległ 

się przelotny świszczący dźwięk i kapłan upadł.

– Uwolnić narzędzie chaosu – nakazał Enka Ne. Potem, nie czekając, aż jego rozkaz 

zostanie wykonany, odwrócił się i wyszedł z sali.

Wkrótce   Poul Mer  Lo,  potykając   się, wchodził   po wąskich  kręconych  schodach, 

wchodził w jaskrawe i bolesne światło słoneczne.

background image

Rozdział szesnasty

– Bardzo dziwna – stwierdził Szah Szan, mówiąc doskonałym angielskim – jest ta 

przyjaźń, jaka istnieje między nami. Jesteśmy ludźmi z dwóch różnych światów, Paul. To 
dziwne, że Oruri skierował cię przez wielką ciemność przestrzeni, żebyś rzucił trochę 
światła na mój ciemny umysł. – Roześmiał się. – Aż kusi, żeby poszukać wzoru.

– Szah Szanie, masz wielki talent do nauki – powiedział Paul Marlowe. – W ciągu 

dwustu dni, czterech miesięcy waszego czasu, nauczyłeś się mówić moim językiem lepiej 
niż wielu ludzi z mojego świata, którzy studiują go latami.

– To dlatego, że chciałbym wejrzeć w twoje myśli.
– Na Ziemi na pewno nazwalibyśmy cię geniuszem.
Szah Szan roześmiał się.
– Nie sądzę. Z tego co mi powiedziałeś, widzę, że twoja planeta zamieszkana jest 

przez wielu bardziej utalentowanych ode mnie.

– Według naszego sposobu liczenia masz dziewiętnaście lat – powiedział Paul. – 

Jesteś jeszcze chłopcem. A jednak mądrze rządzisz królestwem i w ciągu kilku miesięcy 
przyswoiłeś   sobie   więcej   informacji   niż   nasi   najbardziej   uzdolnieni   młodzieńcy 
zdobywają w ciągu wielu lat.

Szah Szan wzruszył ramionami.
– Proszę, Paul, bądź dla mnie wyrozumiały. Trudno mi się pozbyć starego sposobu 

myślenia.  Enka Ne rządzi w Baya  Nor. Szah Szan jest tylko  jego cieniem,  zwykłym 
przewoźnikiem.

Paul roześmiał się:
– Rytualna schizofrenia.
– Słucham?
– Przepraszam. Mam na myśli to, że w pewnym sensie masz dwa doskonałe umysły, 

oba zdolne do absolutnej kontroli nad tym samym ciałem.

– Oruri mówi przez Enkę Ne – odrzekł Szah Szan. Potem się uśmiechnął. – Ale Szah 

Szan jest na tyle nieistotny, że może mówić sam za siebie.

– Paul – odezwała się Mylai Tui po angielsku, z okropnym akcentem – czy napujesz 

sia trocha bardziej kappalkohol?

– Kochanie, spytaj najpierw naszego gościa.
– Przepraszam. Szah Szanie, proszą napujesz sia?
Szah Szan wyciągnął swoją bańkę:
– Proszą napujem sia – powiedział poważnie.

background image

Wszyscy   troje   zażywali   odpoczynku   na   werandzie   małego   domku   Paula.   Minął 

gorący dzień, lecz choć wieczór nadal był ciepły, zachmurzone niebo rozpogodziło się 
i widać było  jasny,  odległy pył  gwiezdny.  Nad głowami  dziewięć  małych  księżyców 
Altair Pięć leciało nierównym kursem na zachód, jak jaskrawe przelotne ptaki.

Paul Marlowe wpatrywał  się w księżyc  i w gwiazdy,  nie widząc ani jednych,  ani 

drugich. Myślał o ostatnich kilku miesiącach, od kiedy Szah Szan zaczął go regularnie 
odwiedzać, żeby nauczyć się angielskiego. Zdawał sobie sprawę, że Enka Ne nie ma za 
wiele czasu na Szah Szana i nie potrafił  zrozumieć,  dlaczego  chłopiec  poświęca tyle 
cennej energii i koncentracji na naukę języka, którym będzie mógł rozmawiać najwyżej 
z jedną osobą.

Później zrozumiał, że Szah Szanowi nie tyle zależało na nauczeniu się języka, co na 

nauczeniu się wszystkiego, czego mógł, o świecie, który istniał po drugiej stronie nieba. 
Wiedziony   instynktem   rozumiał,   że   język   bajański   jest   zbyt   ograniczony,   że   jego 
skromny   zasób   rzeczowników,   czasowników   i przydawek   może   stworzyć   jedynie 
okropnie zniekształcony obraz świata, należącego kiedyś do Paula Marlowe.

Dlatego   Szah   Szan,   z typowym   fanatyzmem   geniusza,   poświęcał   się   nie   tylko 

nowemu   językowi,   lecz   także   postawie   i filozofii   jedynego   człowieka,   który   tym 
językiem mówił. Wykorzystywał Paula jako encyklopedię i w ciągu czterech bajańskich 
miesięcy po mistrzowsku opanował nie tylko język, lecz również znaczną ilość wiedzy, 
jaką dysponował człowiek mówiący tym językiem.

– Wiesz oczywiście – powiedział Szah Szan – że za dwadzieścia trzy dni Enka Ne 

wróci na łono Oruri?

– Tak, wiem – westchnął Paul – ale czy to naprawdę konieczne?
– Tak było zawsze. Bóg-król rządzi przez jeden rok. Później Oruri uważa za słuszne, 

żeby odnowić formę.

– Ale czy to konieczne?
Szah Szan przyjrzał mu się uważnie. I Paulowi Marlowe zdawało się, że w oczach 

chłopca jest mądrość, przekraczająca możliwość zrozumienia.

– To jest konieczne – rzekł łagodnie Szah Szan. – Oblicza cywilizacji nie można 

zmienić w ciągu życia jednego człowieka, Paul. Powinieneś o tym wiedzieć. Gdyby Enka 
Ne   nie   ofiarowywał   swego   życia   z zadowoleniem   i z wielką   radością,   Baya   Nor 
przestałaby istnieć. Powstałyby frakcje. Przypuszczalnie wybuchłaby wojna domowa... 
Nie. Oświecenie musi nadejść po cichu i spokojnie. Ty, narzędzie chaosu, jesteś również 
narzędziem postępu. Musisz zasiać ziarno i mieć nadzieję, że inni zbiorą plon.

– Szah Szanie, jesteś pierwszym człowiekiem, który sprawia, że łzy napływają mi do 

background image

oczu.

– Miejmy nadzieję, że także i ostatnim. Nie wiem nic o nowym bogu-królu. Już go 

znaleziono, już go kształcą. Ale nic o nim nie wiem. Możliwe, że będzie bardziej – no, 
jak to się mówi?

– Ortodoksyjny? – podpowiedział Paul.
–   Tak,   bardziej   ortodoksyjny.   Może   będzie   kładł   nacisk   przede   wszystkim   na 

tradycję. Musisz być ostrożny. – Szah Szan roześmiał się. – Pamiętasz, co się stało, kiedy 
pokazałeś nam koło?

– Zginęło trzech ludzi – odparł Paul. – Ale teraz twoi obywatele używają wózków, 

taczek, riksz.

Szah Szan pociągnął duży łyk alkoholu z kappy.
– Nie, Paul, źle liczysz. Nie mówiłem ci tego wcześniej, ale Enka Ne był zmuszony 

zabić stu siedemnastu  kapłanów, przede wszystkim z Zakonu Ślepych,  żeby uchronić 
twoje życie i pozwolić na budowanie wózków. To wysoka cena, prawda?

Paul Marlowe spojrzał na niego przerażony.

background image

Rozdział siedemnasty

Był szary, chłodny poranek. Od strony puszczy wiały kapryśne, niespokojne wiatry, 

napełniając   miasto   Baya   Nor   dziwnymi   zapachami   –   piżmowymi   oznakami 
śmiertelności.

Paul Marlowe bardzo często myślał o śmierci. Perspektywa śmierci, a może także 

niedawny nawał angielskich  lekcji, spowodowały powrót do początku.  Poul Mer Lo, 
pseudo-Bajańczyk,   ustąpił   miejsca   Paulowi   Marlowe,   Anglikowi   z dwudziestego 
pierwszego wieku na Ziemi. Człowiekowi przygnębionemu i oburzonemu tym, że jedyny 
przyjaciel w tym obcym świecie za sześć dni z radością pójdzie na śmierć.

Pokochał   Szah   Szana.   Miłość   na   Ziemi,   rozmyślał   gorzko   Paul,   była   uczuciem 

podejrzanym,   przestarzałym.   A miłość   do   mężczyzny   była   czymś   więcej   niż 
przestarzałym uczuciem – była zboczeniem. Lecz tutaj, na innym pyłku po drugiej stronie 
nieba,   do   miłości   można   się   było   przyznać.   Niepotrzebne   były   usprawiedliwienia, 
poczucie winy, poczucie wstydu.

Dlaczego pokochał Szah Szana? Czy dlatego, że jako Enka Ne zachował go przy 

życiu, kiedy bezpieczniej i o wiele łatwiej było skazać go na śmierć? Czy dlatego, że tam, 
na innej wypalonej cząsteczce ognia Paul nigdy nie miał brata? Ani syna?...

Niezależnie od przyczyn, fakt pozostawał faktem. Szah Szan miał umrzeć. Czy też 

raczej Enka Ne, bóg-król, zbliżał się coraz bardziej do łona Oruri. I najbardziej światły 
umysł   w całej   Baya   Nor   miał   być   poświęcony   na   rzecz   bezsensownej   tradycji 
i przesądów głupiego małego plemienia, które nie zmieniło się od setek lat.

Jakie było to bajańskie przysłowie? Ten, który żyje, nie może umrzeć. Paul Marlowe 

roześmiał się. Niech nas Bóg broni przed Oruri! I znów się roześmiał, kiedy zdał sobie 
sprawę, że wzywa jednego boga przeciwko drugiemu.

Był   smutny   i szukał   samotności.   Opuścił   niewielki   domek   i Mylai   Tui,   i wolno 

wędrował brzegiem Kanału Życia, aż doszedł do miejsca, gdzie pola kappy sięgały do 
ciężkiego zielonego skraju puszczy. Siedział teraz na małym pagórku, przyglądając się 
kobietom pracującym na błotnistym polu przy nowych zbiorach.

Kobiety śpiewały. Słowa ledwie go dobiegały, przerywane powiewami wiatru...

Trochę kappy, trochę miłości.
Oruri słucha na wysokości.
Trochę kappy, trochę jasności.
Oruri daje nam ciemności.

background image

Trochę kappy, trochę pień,
Długa jest noc, krótki dzień.

Tak,   pomyślał   Paul   z wściekłością,   niech   nas   Bóg   broni   przed   Oruri!   Oruri   jest 

kamieniem   młyńskim   u szyi   tych   ludzi,   ideą,   która   sprawia,   że   tkwią   w statycznym, 
średniowiecznym   społeczeństwie,   ze   średniowieczną   technologią   i średniowiecznym 
podejściem do świata, cofającymi ich w rozwoju o tysiąc lat.

Niech nas Bóg broni przed Oruri!
Nagle jego bezgłośny monolog, rozdrażnione myśli  przerwał przeciągły,  piskliwy 

okrzyk. Nigdy przedtem nie słyszał czegoś podobnego. Nie wiedział, czy był to krzyk 
ludzki, czy zwierzęcy; czy dochodził z bliska, czy z daleka.

Krzyk zabrzmiał ponownie, tym razem zakończony sapnięciem. Rozległ się blisko, 

tak blisko, że przez chwilę kusiła go myśl, iż to on sam krzyknął.

Dobiegł gdzieś z drugiej strony pagórka.
Zrobił te kilka kroków, które dzieliły go od szczytu  wzniesienia i spojrzał w dół. 

U podnóża z drugiej strony mała kobieta kucała nad dziurą w ziemi. Wyglądało na to, że 
sama palcami wygrzebała tę dziurę w żyznej, miękkiej glebie, ponieważ ziemia leżała po 
obu stronach zagłębienia w równych kupkach. Jej ręce tkwiły w świeżej, wilgotnej ziemi, 
przypuszczalnie dla podtrzymania się w kucającej pozycji.

Nie widziała go. Jej  spojrzenie  było  utkwione w ziemi.  Kiedy się jej przyglądał, 

krzyk rozległ się znowu.

Nie był to okrzyk bólu, ani okrzyk strachu. Bez żadnego powodu przyszło Paulowi 

do głowy słowo „lament”. Nigdy nie słyszał prawdziwego pierwotnego lamentu, ale tak 
chyba musiał brzmieć.

Nie wiadomo dlaczego poczuł, że podgląda coś niesłychanie osobistego. A jednak 

pożerany ciekawością, chciał nadal tam być i obserwować, co się dzieje. Położył się na 
szczycie wzniesienia starając się jak najmniej rzucać się w oczy. Kobieta wyprostowała 
się na chwilę, uniosła głowę ku niebu i brudną od ziemi ręką odgarnęła z twarzy długie 
włosy. Później znów przyjęła pozycję kucną i jeszcze raz dziwnie krzyknęła.

Zobaczył, że jest brzemienna.
I zrozumiał, iż – z przyczyn znanych tylko jej – przyszła w to ustronne miejsce, aby 

urodzić dziecko.

Był świadkiem całej operacji. Nie trwała długo. Kobieta zaczęła dyszeć i rytmicznie 

przeć. Wkrótce czubek głowy noworodka przepchnął się przez wargi pochwy. Niebawem 
maleńkie ciałko wyślizgnęło się jak rybka wprost w przygotowaną dla niego jamę.

Kobieta   odpoczywała   chwilkę,   stale   w tej   samej   pozycji.   Następnie   w sposób, 

background image

jakiego nie potrafiłaby naśladować żadna Europejka, ani przypuszczalnie żadna ziemska 
kobieta, zgrabnie się pochyliła, z głową i ramionami nisko między kolanami, i odgryzła 
pępowinę.

Związała resztę pępowiny na brzuchu dziecka i podniosła je z jamy,  układając na 

jednej   z kupek   miękkiej   ziemi,   gdzie   niemowlę   wydało   krzyk   zdrowego   dziecka. 
Niedługo potem pojawiło się łożysko. Kobieta krzyknęła jeszcze raz, ciszej tym razem, 
wstała i przeciągnęła się. Wiatr nadlatujący z puszczy porwał jej długie włosy i zafalował 
nimi. Przez moment wyglądała jak mały czarny posążek, wyrzeźbiony w żywej skale, 
odważnie przeciwstawiający się czasowi i przyrodzie.

I wszystko się skończyło. Praktycznym gestem wzięła w dłonie dziecko, a stopami 

zgarnęła  ziemię,   przykrywając   parujące  łożysko.  Zaborczo   przyciskając  niemowlę  do 
piersi,   udeptała   równo   ziemię,   po   czym   usiadła   ze   skrzyżowanymi   nogami,   żeby 
przyjrzeć się swemu dziecku.

Paul Marlowe wpatrywał się w nią. Nie dawała mu spokoju myśl, że całe wydarzenie 

było częścią jakiegoś niesamowitego snu.

Nagle   zaczęła   znów  lamentować.  Tym   razem   dźwięk  był   ostry  i żałosny.   Był  to 

krzyk duszy, krzyk bólu. I Paul wiedział, że to nie sen lecz rzeczywistość.

Wstał. Kobieta spostrzegła go. Krzyk zamarł jej w gardle. Lękliwie przycisnęła do 

siebie niemowlę, jakby starając się ukryć jego istnienie. Po raz pierwszy na jej twarzy 
pojawił się strach.

Paul zszedł na dół.
– Oruri cię pozdrawia – powiedział łagodnie.
– Pozdrowienie jest błogosławieństwem – szepnęła. Jednakże w jej głosie słychać 

było łkanie, którego nie udało jej się całkowicie stłumić.

–   Wybacz,   ale   byłem   po   drugiej   stronie   wzgórza.   Usłyszałem   twój   krzyk 

i przyszedłem zobaczyć, co się dzieje. I wszystko widziałem.

– Panie, nie ma nic do wybaczenia. – Łzy spływały jej po twarzy. – Naprawdę, panie, 

nie ma nic do wybaczenia, oprócz tego, że... – Nie mogła się dłużej powstrzymać. Łkanie 
wstrząsnęło jej drobnym ciałem, a niemowlę przy piersi ucichło, być może w obliczu 
tragedii.

– Cóż to, moja córko? – Paul podświadomie zaczął mówić miejscowym narzeczem.
– Och, mój ojcze, to – w obliczu Oruri, którego kocham nade wszystko, jest mój 

trzeci śmiertelny grzech. Płaczę, ponieważ ostrze Enki Ne musi teraz przebić moje łono 
i owoc mojego łona. Chyba że... Chyba że...

– Chyba że co? – spytał zakłopotany Paul.
– Chyba że mój ojciec łaskawie zapomni o tym, co teraz zobaczył. Chyba że wyższy 

background image

cel Oruri może się tylko wypełnić przez odejście moje i tego biednego fragmentu mojego 
ciała.

– Moja córko, co się stało? Dziecko żyje i ty żyjesz. Czyż można prosić o więcej?
Kobieta trochę się opanowała.
– Tak, panie – powiedziała buntowniczo – można prosić o więcej. Można prosić 

o wiele więcej. Zauważ trzeci grzech. – Wyciągnęła do niego niemowlę.

Paul Marlowe patrzył na nie, nic nie rozumiejąc.
– Moja córko, masz wspaniałego, silnego syna. Gorsze rzeczy zdarzając się w życiu 

niż narodziny takiego dziecka.

– Zauważ! – rzekła kobieta, prawie rozkazująco. Wyciągnęła lewą dłoń dziecka.
Paul   Marlowe   spostrzegł   cztery   maleńkie   palce,   spazmatycznie   otwierające 

i zaciskające. Natychmiast poczuł lekkie mrowienie w miejscu, gdzie na rozkaz Enki Ne, 
kilka miesięcy przedtem, odcięto mu z każdej dłoni mały palec.

– Twoje dziecko jest żwawe – udało mu się powiedzieć.
– Zauważ! – powtórzyła tępo kobieta. Wyciągnęła prawą rękę dziecka. Tutaj pięć 

palców otwierało się i zaciskało spazmatycznie.

Paul Marlowe oniemiał. Pięć palców!
– Teraz, ojcze, rozumiesz, dlaczego muszę odejść z tego miejsca i nie ukazać więcej 

siebie ani tego śmiertelnego grzechu w Baya Nor.

Patrzył na nią bezmyślnie.
Nagle upadła na kolana i przycisnęła głowę do jego nóg.
– Panie, jesteś obcy i dlatego może Oruri obdarzył cię większą mądrością. Powiedz 

tylko,   że   zapomnisz,   co   widziałeś.   Powiedz   tylko,   że   mogę   w spokoju   odejść   z tego 
miejsca. Nie proszę o więcej.

– Moja córko, wiele z tego nie rozumiem.
– Panie, wiele z tego nikt nie rozumie, oprócz Oruri i Enki Ne. Powiedz tylko, że 

mogę odejść. Powiedz tylko, że zapomnisz o tym, co widziałeś. – Objęła go kurczowo, 
błagająco. Czuł sól łez z jej oczu na swoim ciele.

– Z mojej strony nie musisz się niczego obawiać – powiedział miękko. – Naprawdę 

zapomnę o tym, co widziałem... Ale córko, dokąd pójdziesz?

Wskazała na zielony brzeg puszczy.
– Tam, ojcze, nie ma grzechu i nie ma kary. Tam będziemy żyć lub umrzemy – moje 

dziecko i ja.

– Mam nadzieję, że będziecie żyć – wyrzekł z trudem.
Kobieta wstała i uśmiechnęła się.
– Módl się za mnie – powiedziała zwyczajnie. – Bardzo tego potrzebuję. – Odwróciła 

background image

się, żeby odejść.

Jakby   w transie,   Paul   Marlowe   patrzył,   jak   zdecydowanym   krokiem   odchodzi 

w stronę   drzew   i krzewów   kołyszących   się   w chłodnych   powiewach   wiatru   jak 
szmaragdowe morze.

Z daleka, z pola kappy, dobiegały go słowa pieśni.

Długa jest noc, krótki dzień.

background image

Rozdział osiemnasty

Po długim dniu, który spędził na rozciąganiu i suszeniu największych, jakie udało mu 

się znaleźć, liści kappy, tak żeby stały się sztywne i trwałe jak pergamin, Paul Marlowe – 
czując się raczej Poulem Mer Lo – zajął swoje ulubione miejsce na stopniu werandy 
własnego domu. W środku Mylai Tui chłodziła alkohol z kappy, cierpliwie zanurzając 
gliniany garnuszek w dużym dzbanie z wodą i czekając, aż woda na garnuszku wyparuje. 
Wkrótce przyniesie mu pełną bańkę. Wkrótce będzie się mógł upić.

Minęło siedemnaście dni, od kiedy 609 Enka Ne wrócił na łono Oruri. Kiedy słońce 

nisko zawisło nad horyzontem, Paul Marlowe pozwolił, aby jego spojrzenie błądziło po 
łagodnej   powierzchni   wody   zwanej   Zwierciadłem   Oruri   w kierunku   świętego   miasta 
i wyniosłej Świątyni Płaczącego Słońca.

Nie brał udziału w uroczystości. Do tego rodzaju wydarzeń dopuszczeni byli jedynie 

najwyżsi   dostojnicy.   Ale   Szah   Szan   opisał   mu   cały   rytuał   podczas   swojej   ostatniej 
wizyty,   trzy   dni   przed   tym   wydarzeniem.   Odbywało   się   ono   z wielką   pompą 
i ceremoniałem   właściwym   starożytnym   ziemskim   koronacjom,   choć   było   znacznie 
okrutniejsze.

Koronacja na opak. Ponieważ w chwili kiedy Enka Ne zbliżył się do kamiennego 

fallusa,   o który   miał   się   z radością   opierać,   gdy   wyrywano   mu   z piersi   bijące   serce, 
jednocześnie zrywano mu wszystkie regalia i na łono Oruri wysyłano tylko Szah Szana, 
przewoźnika bajańskiego o znakomitym umyśle i świetnej znajomości angielskiego.

Po   uderzeniu   nożem   i usunięciu   bijącego   serca   –   do   wtóru   okrzyków   radości 

wszystkich  obecnych  – ciało upadnie na ziemię  obok kamiennego fallusa. I rozbrzmi 
okrzyk  odpowiedzi – pojedynczy,  samotny krzyk  ptaka, a zza fallusa wyłoni  się 610 
Enka   Ne,   ptak   okryty   jaskrawym   upierzeniem,   z opalizującymi   piórami,   niebieskimi, 
czerwonymi,   zielonymi   i złotymi,   z błyszczącymi   żółtymi   oczyma   i zakrzywionym 
czarnym dziobem.

Król umarł. Niech żyje król!
Tak oto potwierdza się wieczna chwała Oruri.
Paul   Marlowe   wpatrywał   się   poprzez   wodę   w Świątynię   Płaczącego   Słońca.   Po 

policzkach płynęły mu Izy, na które nie zwracał uwagi.

Mylai Tui przyniosła bańkę, pełną oziębionej wódki.
– Dziękuję ci, kochanie – powiedział Paul po angielsku.
– Nie ma za co – odpowiedziała z szacunkiem Mylai Tui. Tego zwrotu uczyła się 

nadzwyczaj starannie. Siedziała cierpliwie, oczekując dalszych rozkazów swego pana.

background image

Paul pociągnął duży łyk  kappy.  Żyły  rozpaliły się, lecz głowa pozostała chłodna 

i pusta.

Myślał o tym, co Szah Szan powiedział podczas ich ostatniego spotkania.
– Nie wolno ci się smucić,  Paul – rzekł. – Jeszcze nie  rozumiesz  życia  mojego 

narodu. Ale nie wolno ci się smucić. Być może Enka Ne pomyśli o tobie, kiedy zostanie 
wezwany.   Być   może   zechce   ci   przekazać   jakąś   skromną   pamiątkę   za   uprzejmość 
i cierpliwość, jaką okazałeś zwykłemu przewoźnikowi.

I tak się stało. W dniu ofiary czarny Bajańczyk  z przybocznej gwardii boga-króla 

przyniósł mu sto dwadzieścia osiem miedzianych pierścieni i jedno długie zielone pióro 
z upierzenia  Enki  Ne. Paul miał  go właśnie zapytać,  czy Enka Ne nie  kazał mu  nic 
powtórzyć, kiedy wspaniały okrzyk towarzyszący rytuałowi dobiegł go ponad wodą ze 
Świątyni Płaczącego Słońca. Twarz niewielkiego wojownika rozjaśniła się ogromnym 
szczęściem. Bez słowa odwrócił swój krótki trójząb i gwałtownym pchnięciem zatopił go 
we   własnym   gardle.   Śmierć   była   spektakularna   i krwawa,   lecz   także   prawie 
natychmiastowa.

Paul Marlowe wypił następny tyk i spojrzał na Mylai Tui.
–   Czy   pamiętasz   zdolnego   młodzieńca   imieniem   Szah   Szan   –   spytał   ochrypłym 

głosem   –   młodzieńca,   którego   oczy   pełne   były   ognia,   a rozum   wypełniony   9   999 
tysiącami znaków zapytania?

–   Nie   rozumiem   cię,   panie   –   odrzekła   Mylai   Tui   w języku   bajańskim. 

Przyzwyczajona   była   do   tego,   że   coraz   częściej   używał   dziwnego   języka,   lecz   nie 
przyzwyczaiła się do jego sposobu myślenia.

– Powiedz „Paul”, do cholery.
– Przepraszam, Paul – powiedziała po angielsku. – Mówisz zbyt szybko.
Przeszedł na język bajański.
– Czy pamiętasz Szah Szana; ten pierwszy raz, gdy przyszedł do tego domu?
– Tak, panie – odrzekła w tym samym języku. – Pamiętam pierwszą wizytę Szah 

Szana. Był bardzo chudy, bardzo głodny.

Paul znów się napił.
– Miał jasne, przenikliwe oczy. Miał dar wielkości... Smutno mi, że już więcej nie 

przyjdzie.

– Panie – powiedziała Mylai Tui z prostotą – cieszę się, że widziałam wizerunek 

boga na twarzy człowieka.

– Ten bóg nie żyje – stwierdził ponuro Paul.
– Nie, panie, nie żyje człowiek. Bóg żyje. Tak było zawsze. I tak zawsze będzie.
– Świat bez końca – stwierdził ironicznie Paul, podnosząc do ust bańkę. Od jakiegoś 

background image

czasu ich wzajemny stosunek był nienaturalny. Zastanawiając się nad tym, doszedł do 
wniosku, iż stan ten zaczął się, gdy Szah Szan zaczął regularnie przychodzić na lekcje 
angielskiego. Do tego czasu Paul Marlowe, przybysz z Ziemi, starał się jak mógł – mimo 
różnych   niepowodzeń   –   stać   się  Poulem   Mer   Lo   z Baya   Nor.   W dużym   stopniu   był 
zależny od Mylai Tui i starał się być z nią blisko, aby zrozumieć jej sposób spoglądania 
na świat.

Ale   Szah   Szan,   z bystrym   umysłem   i naturalną   ciekawością   stał   się   dla   niego 

równorzędnym partnerem i ucząc się nie tylko języka, lecz także sposobu życia w krainie 
po drugiej stronie nieba, tym bardziej zachęcił Paula do pamiętania z dumą o tym, że jest 
Europejczykiem z dwudziestego pierwszego wieku. Szah Szan nauczył się angielskiego 
daleko prędzej i płynniej niż Mylai Tui. Zręcznie stymulując swego nauczyciela, zmusił 
go do podróży z powrotem przez przestrzeń i czas do jego własnego świata. Szah Szan 
miał smykałkę do intuicyjnego pojmowania. Za pomocą zadziwiająco niewielu słów Paul 
mógł stworzyć dla niego scenę, która była zarówno żywa, jak i bezpośrednia, niezależnie 
od tego czy dotyczyła ulicy londyńskiej, wyrzutni rakietowej czy fermy we wschodniej 
Anglii.   Zjednoczeni   wspólnym   czarem   percepcji   mogli   razem   podróżować   w odległe 
miejsca i na nowo przeżywać pewne rzeczy, gdy tymczasem Mylai Tui w beznadziejny 
sposób   pozostawała   w tyle,   zagubiona   w zamęcie   złożonych   i pozbawionych   dla   niej 
znaczenia słów.

Wtedy   właśnie   Paul   odkrył,   iż   mimo   jej   dyscypliny   i treningu   noi   w Świątyni 

Radości, miała skłonności do zazdrości i zaborczości. Chciała mieć przybysza dla siebie. 
Na początku jej zaborczość go bawiła. Później zaczęło go to drażnić.

Ponadto dziwnym trafem Mylai Tui zdradziła jeszcze jeden aspekt swego dziwnego 

charakteru, po raz pierwszy na kilka dni przedtem, nim Enka Ne – czy Szah Szan – miał 
umrzeć.   Było   to   spowodowane   wypadkiem,   który   Paul   widział   tego   poranka,   gdy 
przeszedł wzdłuż Kanału Życia, a potem usiadł i bezmyślnie przyglądał się robotnikom 
na polu kappy.

Wprawdzie obiecał tej kobiecie, która urodziła dziecko po drugiej stronie pagórka, że 

„zapomni o tym, co widział”, lecz potraktował swoją obietnicę dosłownie tylko w tym 
sensie,   że   nikomu   nie   wspomniał   o miejscu   i czasie,   w którym   ją   spotkał.   Nie   miał 
zamiaru   zdradzać   jej   sekretu,   lecz   nie   miał   także   zamiaru   w dosłownym   tego   słowa 
znaczeniu   zapomnieć   o tym,   co   widział.   Przypuszczalnie   było   to   jego   najważniejsze 
odkrycie na Baya Nor.

Mylai Tui miała po cztery palce u obu dłoni. Każdy kogo spotkał miał cztery palce 

u obu dłoni. I jemu samemu, z rozkazu Enki Ne, odjęto małe palce u obu rąk.

W   związku   z tym   założył,   że   cztery   palce   były   rzeczą   normalną   biologicznie 

background image

normalną. Ale jeżeli nie było całkiem tak? Kobieta po drugiej stronie pagórka urodziła 
dziecko, które miało cztery palce u jednej ręki i pięć u drugiej. Ile jeszcze kobiet na Baya 
Nor urodziło dziecko z pięcioma palcami u jednej ręki? I – kontynuując tę myśl – ile 
jeszcze kobiet urodziło dziecko z pięcioma palcami u obu rąk?

Tamtego dnia, po powrocie do domu, poprosił Mylai Tui, żeby pokazała mu swoje 

dłonie. Dopiero wtedy zdał sobie sprawę, że nigdy przedtem nie widział jej dłoni z bliska 
– naprawdę z bliska. Przyjrzał się dokładnie, przeklinając w duchu swą zbyt pobieżną 
znajomość anatomii i żałując, że nie ma szkła powiększającego.

Odkrył, że wyrostek kości z boku jej lewej dłoni był chyba troszkę dłuższy i bardziej 

nieregularny niż wyrostek u prawej dłoni. Ponownie ujął jej lewą dłoń, wpatrując się 
intensywnie. Przecież widział chyba bardzo niewyraźną bliznę?

– Mylai Tui, czy miałaś kiedyś pięć palców u tej dłoni? – spytał znienacka.
Wyrwała   dłoń,   jakby   ją   śmiertelnie   obraził.   I stała   przed   nim,   drżąc,   trzęsąc   się 

i wpatrując w niego oczyma pełnymi przerażenia.

Najpierw pomyślał, że go nie zrozumiała.
– Spytałem tylko, czy kiedykolwiek miałaś pięć palców u tej dłoni – powtórzył.
– Plugawca! – krzyknęła. – Barbarzyńca! Bestia! Dzikus!
Wybiegła z domu.
Był   kompletnie   zaskoczony.   Minął   jakiś   czas,   nadeszła   noc   i pomyślał,   że   może 

odeszła od niego na zawsze. Wróciła dopiero przed świtem następnego dnia. Wróciła 
i w stanowczy sposób go obudziła. Trzymała w rękach długi cienki korszl – Bicz Kary 
stosowany na pomniejszych przestępców.

– Oruri zgodził się pokierować mną – powiedziała bezbarwnym głosem. – Obraziłam 

cię, panie. Obraza nie może pozostać bez kary. Ułaskaw mnie uderzeniem korszla za 
każdy palec moich dłoni.

Był całkowicie osłupiały.
– Ależ, Mylai Tui, nie mogę tego zrobić.
– To moja kara – powiedziała – zgodnie z wolą Oruri. Osiem uderzeń od mojego 

pana – albo muszę opuścić na zawsze ten dom, gdzie zostałam upokorzona.

Przekonał się, że noja mówi serio. Nie chciał jej stracić. Wciąż nic nie rozumiejąc 

wziął korszl z jej rąk.

– Bij mocno, panie – rzekła Mylai Tui, nadstawiając pleców. – Oruri gniewa się za 

lekką karę.

Uderzył, lecz widocznie za lekko. Za tę dobroć, na którą nie zasłużyła, stwierdziła 

Mylai Tui, Oruri łaskawie pozwala na dwa ponadplanowe uderzenia.

Wczesnym rankiem, wciąż na wpół śpiąc, Paul Marlowe pomyślał, że uczestniczy 

background image

w jakimś koszmarze. Najwyraźniej Mylai Tui nie zostanie usatysfakcjonowana, dopóki 
krew nie poleje się z jej pleców. Wreszcie, zdenerwowany, faktycznie uderzył ją do krwi. 
Jej widok, kapiącej i spływającej małymi strumykami po nogach, zdawał się przynosić 
Mylai Tui dostateczną satysfakcję.

Kiedy nakazana kara dobiegła końca, Mylai Tui zemdlała. Od tej pory nie odważył 

się ponownie wspomnieć o jej palcach.

Teraz, kiedy siedział na stopniach werandy popijając wódkę z kappy, nagle ogarnął 

go wielki i bezosobowy smutek – nie tylko ze względu na siebie samego, Szah Szana 
i Mylai   Tui,   lecz   także   ze   względu   na   wszystkie   żyjące   stworzenia   na   wszystkich 
możliwych   światach   rozrzuconych   na   czarnym,   oświetlonym   gwiazdami   firmamencie 
przestrzeni.   Był   smutny   z powodu   samej   kategorii   życia.   Ponieważ   każde   żywe 
stworzenie – takie jak gujanis, jaskrawy motyl, którego zabił na jego oczach ptak, kiedy 
Paul podróżował z Enką Ne Kanałem Życia – było skazane na podróż z jednej ciemności 
w drugą, jedynie z przelotnym wybuchem światła słonecznego i bólu pomiędzy dwoma 
długimi  aspektami  wieczności. Gujanis zginął, potem ptak, który go schwytał,  został 
zabity przez wojownika, później sam wojownik zginął na rozkaz Enki Ne. Teraz Enka Ne 
nie żyje, a jego miejsce zajął inny Enka Ne. I niewątpliwie wiele motyli gujanis zostało 
rozerwanych   na   strzępy   uzębionymi   dziobami.   I niewątpliwie   wielu   wojowników 
przeniosło się na łono Oruri.

Pomnożyć   to   wszystko   przez   miliard   miliardów,   podnieść   wynik   do   kwadratu 

i jeszcze raz do kwadratu. Otrzymany wynik i tak będzie mniejszy od liczby wszystkich, 
mniejszych i większych tragedii, rozgrywających się we wszechświecie w czasie jednej 
miliardowej części sekundy.

Tak, myślał Paul, życie było naprawdę smutnym stanem – zaledwie odrobinę mniej 

smutnym niż śmierć...

Słońce zaszło i dziewięć księżyców Altair Pięć wyroiło się w ciszy na niebie. Nie 

były   dostatecznie   jasne,   żeby   dawać   wyraźny   cień.   Ledwie   przykryły   smutek   świata 
wytartą powłoką srebra.

Nagle Paul upuścił naczynie i zesztywniał. Zakurzoną ścieżką prowadzącą do jego 

domu nadchodził młodzieniec ubrany w wyświechtane samu, niosący żebraczą miskę. 
W jego   krokach,   w wymizerowanych   rysach   twarzy   oświetlonych   srebrnym   światłem 
księżyców było coś znajomego... Paul Marlowe zdał sobie sprawę, że cały drży.

– Oruri cię pozdrawia – powiedział chłopiec.
– Pozdrowienie jest błogosławieństwem – odrzekł odruchowo Paul.
– Błogosławieni są również ci, którzy widzieli wiele cudów. – Chłopiec uśmiechnął 

się. – Jestem Zu Szan, brat Szah Szana. Jestem także podarunkiem od Enki Ne.

background image

Rozdział dziewiętnasty

Był   środek   nocy.   Mylai   Tui   spala.   Paul  nie   mógł   zasnąć.   Na  zewnątrz   na  wpół 

uśpiony   Zu   Szan   leżał   razem   z trzema   innymi   chłopcami   na   stercie   pościeli   pośród 
rusztowań szkoły, którą pomagał budować dla Poula Mer Lo – nauczyciela.

Od   chwili,   kiedy   610   Enka   Ne   przyjął   swą   duchową   i tymczasową   rolę,   minęło 

prawie pięć bajańskich miesięcy.  Przez cały ten czas konsekwentnie ignorował Poula 
Mer Lo. Jego stanowisko podzielała rada, administracja i zakony religijne. Tak jakby ci, 
którzy nadzorują los Baya Nor, postanowili zapomnieć o tym, co widzieli.

Paul uważał, iż to wszystko jest bardzo dziwne. Mimo iż celowo unikał nowego 

boga-króla, nadal kontynuował swoje innowacje. Szkoła była jedną z nich.

Wszystko   zaczęło   się   od   Zu   Szana,   który   był   pierwszym   oficjalnym   uczniem. 

Następnie, gdy pewnego dnia Paul wędrował bez celu po mieście, natknął się na żebraka 
– niewielkiego, pięcio – czy sześcioletniego chłopca – który nawet według kryteriów 
bajańskich wydawał się niesłychanie tępy. Nie znał nawet swojego imienia. Przyglądając 
się mu, widząc wystające żebra i napięte ciało otaczające kości wykrzywionych nóg, Paul 
poczuł coś więcej niż zwykłe  wzruszenie. Był  przyzwyczajony do widoku żebraków 
w Baya  Nor, ponieważ miejscowa gospodarka nie była zbyt  rozwinięta, a organizacja 
pracy – skandaliczna.

Jednakże ten mały chłopiec – choć przecież wielu było takich jak on – zdawał się 

mieć   niemą   elokwencję.   Nie   mówił   ustami;   prawdziwe   porozumienie   odbywało   się 
początkowo za pomocą oczu. Same oczy jakby opowiadały całą jego historię – taką jak 
inne.   Urodził   się   w rodzinie   wielodzietnej,   był   za   mały   i za   słaby,   żeby   wykonywać 
pożyteczną pracę, więc zrozpaczeni rodzice nauczyli go żebraniny i powierzyli opiece 
Oruri.

Potem oczy powiedziały: „Weź mnie na ręce, zanieś do domu. Weź mnie na ręce, 

zanieś do domu”. Powodowany impulsem Paul wziął na ręce ów tobołek kości i przyniósł 
do   Mylai   Tui.   Chłopiec   nigdy   już   nie   miał   dobrze   chodzić,   ponieważ   jego   rodzice, 
praktycznie podchodząc do jego żebraczej kariery, połamali mu w wielu miejscach kości 
obydwu nóg. Złamania zrosły się w sposób przypadkowy i groteskowy.

Paul nazwał chłopca Nemo. Nemo nigdy nie czuł potrzeby nadmiernego mówienia. 

Dopiero później okazało się, że chłopiec jest naturalnym telepatą.

Po Zu Szanie i Nemo przybył Bai Lut, jednoręki młodzieniec, którego pozbawiono 

prawej   ręki   za   powtarzające   się   kradzieże.   A po   Bai   Lucie   przyszedł   Tsong   Tsong, 
którego wyłowiono ze Zwierciadła Oruri, bardziej martwego niż żywego, i który nie był 

background image

w stanie albo nie chciał przypomnieć sobie niczego ze swej przeszłości, chociaż w wieku 
– na oko – jedenastu lat zbyt długiej przeszłości nie mógł mieć za sobą.

I   to   był   właśnie   cały   skład   Pozaziemskiej   Akademii   dla   Młodych   Mężczyzn 

założonej przez Paula Marlowe’a.

Chodząc po pokoju, w świetle małej  nocnej lampki  wypuszczającej co jakiś czas 

cienkie spirale dymu, Paul rozmyślał o swojej szkole i jej osiągnięciach – lub ich braku. 
Myślał o wielu godzinach spędzonych wyłącznie na tym, aby wytłumaczyć, że ziemia 
jest okrągła, a nie płaska. Myślał o nieskończonej ilości suchych liści kappy pokrytych 
przez niego zrobionymi węglem napisami, kiedy starał się udowodnić, że można notować 
słowa w postaci pisma. Zmodyfikował pewne konwencjonalne dźwięki liter w alfabecie 
łacińskim,   żeby   przystosować   je   do   języka   bajańskiego   i trzymał   się   mniej   więcej 
fonetycznej formy zapisu.

Jednakże z wyjątkiem  małego  Nemo, który potrafił jako tako napisać imię  swoje 

i swoich   kolegów,   nikt   nie   był   w stanie   zrozumieć,   że   można   przypisać   logiczną 
sekwencję znaczeń kilku znakom na suchych liściach kappy. Lub, że jeśli nawet jest to 
możliwe, cała operacja ma jakieś znaczenie oprócz satysfakcji dla Poula Mer Lo.

Jednakże na szczeblu bardziej praktycznym i zabawnym sukcesy były większe. Zu 

Szan wykazał się zdolnościami do budowy małych szybowców, Bai Lut świetnie robił 
latawce, a Tsong Tsong – z niewielką pomocą – stworzył udany model wiatraka, którego 
– co się może wydać osobliwe – używał do poruszania wentylatora.

Chłopcy zdawali się być zafascynowani pomysłem okiełznania wiatru. Było to coś, 

co   potrafili   zrozumieć.   Być   może   w końcu,   myślał   Paul,   zdobędę   krótkotrwałą 
nieśmiertelność   dzięki   wprowadzeniu   koła   i wykorzystania   siły   wiatru   pośród 
mieszkańców Baya Nor.

Ale cóż innego mógł zrobić? Co był w stanie zrobić?
Nie wiedział. Nie wiedział też, czy nowy bóg-król rzeczywiście go ignoruje, czy 

tylko czeka, żeby obcy, który cieszył się względami jego poprzednika, popełnił jakieś 
wykroczenie dające pretekst do pozbycia się go na zawsze.

Niepewność   sama   z siebie   zbytnio   go   nie   martwiła.   Martwiło   go   natomiast   jego 

własne   poczucie   nienadawania   się,   wzrastający   nastrój   bezskuteczności   i przede 
wszystkim  – odosobnienie. Coraz częściej  myślał  o Ziemi.  Zaczął  w coraz większym 
stopniu żyć przeszłością. Nocami śnił o Ziemi, we dnie marzył o Ziemi, chciał znaleźć 
się z powrotem na Ziemi.

Jeśli   nie   zdoła   rozwinąć   w sobie   jakiejś   dyscypliny   umysłowej   i zamknąć   myśli 

o Ziemi   w małym   przedziale   swego   umysłu,   wkrótce   zupełnie   zwariuje.   A to   byłoby 
najsmutniejszym  żartem  ze  wszystkich:  zwariowany psychiatra   jedynym  człowiekiem 

background image

z całej wyprawy na Altair Pięć, który przeżył.

Mylai Tui jęknęła przez sen. Paul przestał chodzić tam i z powrotem i postanowił iść 

spać.   Spojrzał   na   Mylai   Tui   w przyćmionym   świetle   i mgliście   skonstatował,   że   jest 
coraz grubsza. Potem położył się obok niej i zamknął oczy.

Wciąż nie mógł zasnąć. Obrazy z Ziemi przepływały mu przed oczami. Starał się 

skoncentrować na szkole i obliczyć, jak długo potrwa jej budowa przy pomocy czterech 
chłopców, z których dwóch jest kalekami.

Przypuszczalnie dostatecznie długo, żeby doczekać się pory, gdy 610 Enka Ne stanie 

przy   kamieniu   ofiarnym.   Lub   doprowadzić   Poula   Mer   Lo   do   stanu   melancholijnego 
zamknięcia w sobie, z którego nie będzie powrotu.

Lekko objął ramieniem Mylai Tui, czując jak jej miękkie ciepłe piersi rytmicznie się 

wznoszą i opadają. Nie przyniosło mu to ukojenia. Wciąż jeszcze tępo wpatrywał się 
w sufit z pokrytej gliną plecionki, kiedy nadszedł świt.

background image

Rozdział dwudziesty

Dwaj   robotnicy   przywieźli   właśnie   ładunek   z grubo   ociosanego   drewna   dla 

wzmocnienia   szkieletu   szkoły.   Poul   Mer   Lo   zauważył   z satysfakcją,   że   drewno 
przywieziono   na   czterokołowym   wózku   ciągniętym   przez   dwóch   ludzi.   Z jeszcze 
większą   satysfakcją   odnotował   fakt,   iż   mali   Bajańczycy   uważali   wózek   za   coś 
oczywistego.   Zupełnie   jakby   używali   tego   rodzaju   wehikułu   od   lat,   a nie   od   kilku 
miesięcy. Poul Mer Lo – a był to jeden z tych dni, kiedy nie miał nic przeciwko temu, 
żeby   być   Poulem   Mer   Lo,   nauczycielem   –   ciekaw   był,   ile   czasu   upłynie,   nim   jakiś 
bajański   geniusz   dojdzie   do   wniosku,   że   przednia   para   kół   z osią   umocowaną   do 
kierującego   dyszla   byłaby   lepiej   wykorzystana,   gdyby   koła   mogły   się   obracać   na 
pionowym trzpieniu.

Być  może jednak pionowy trzpień i mechanizm  kierujący dla przedniej osi wozu 

były jeszcze koncepcją zbyt rewolucyjną – tak rewolucyjną jak mechanizm różnicowy 
dla   osiemnastowiecznego   budowniczego   powozów   w Europie.   Być   może   potrzeba 
jeszcze kilku pokoleń, żeby Bajańczycy sami z siebie dodali ulepszenia do nowej metody 
transportu   wprowadzonej   przez   obcego.   Poul   Mer   Lo   postanowił,   iż   na   pewno   nie 
podsunie   im   tego   wynalazku.   Byłoby   błędem   pozbawienie   Bajańczyków   prawa   do 
robienia własnych odkryć.

Był   ciepły   słoneczny   poranek.   Robotnicy   po   wyładowaniu   drewna   odpoczywali 

przez   chwilę,   ocierając   pot   z czoła   i z wyraźnym   rozbawieniem   przyglądając   się 
dziwacznemu budynkowi wznoszonemu przez dwóch chłopców i dwie kaleki. Poul Mer 
Lo   dał   im   obiecany   wcześniej   miedziany   pierścień,   po   czym   nastąpiła   wymiana 
uprzejmości.

Następnie jeden z robotników zapytał nieśmiało:
– Panie, co to takiego, co wznoszą dla ciebie ci straceńcy? Czy ma to być może 

świątynia dla bogów z twojego kraju?

–   To   nie   ma   być   świątynia   –  wyjaśnił   Poul   Mer  Lo   –   lecz   szkoła.   –   W języku 

bajańskim nie istniało słowo „szkoła”, więc po prostu użył słowa angielskiego.

– Szkuoła?
– Tak jest – stwierdził Poul Mer Lo poważnie. – Szkoła.
– A w jakim celu, panie ta szkuoła ma być wybudowana?
– Będzie to miejsce, gdzie dzieci przyjdą, aby się uczyć nowych umiejętności.
Bajańczyk podrapał się po głowie i głęboko zamyślił.
–   Panie,   czyż   syn   myśliwego   nie   uczy   się   polować,   a syn   snycerza   –   wycinać 

background image

w drewnie?

– Tak właśnie jest.
– Nie potrzebujesz więc, panie tej szkuoły – powiedział Bajańczyk  z triumfem – 

ponieważ młodzi uczą się przez obserwowanie starszych. Taka jest kolej rzeczy.

– To prawda – odrzekł Poul Mer Lo. – Jednak rozważ taką sprawę. Te dzieci są 

obecnie   bez   ojców.   Ponadto   umiejętności,   jakich   się   nauczą,   będą   takimi 
umiejętnościami, jakich ich ojcowie nie znali.

Bajańczyk był zaskoczony.
–   Wiadomo,   że   zagubionych   miłuje   Oruri,   od   którego   otrzymują   to,   co   jest   im 

przeznaczone... Poza tym, panie, czy te nowe umiejętności nie będą niebezpieczne?

– Nowe umiejętności mogą faktycznie być niebezpieczne – przyznał Poul Mer Lo – 

ale   to   samo   dotyczy   starych   umiejętności.   Szkoła   jest   tym   miejscem,   gdzie   – 
z błogosławieństwem Oruri – ci zagubieni znajdą może odrobinę mądrości.

Bajańczyk był zbity z tropu, ale powiedział grzecznie:
– Dobrze jest znać mądrość, panie, ale czyż Enka Ne nie jest źródłem mądrości?
–   Niewątpliwie   Enka   Ne   jest   największym   źródłem   mądrości   w Baya   Nor   – 

odpowiedział ostrożnie Poul Mer Lo – lecz słusznym jest – nieprawdaż – aby istoty 
pomniejsze starały się osiągnąć mądrość?

Bajańczyk oddał mocz na miejscu.
– Panie, są to sprawy zbyt wielkie, aby biedni ludzie mogli je rozważać... Niech 

Oruri będzie z tobą. – Dał znak swemu towarzyszowi i podnieśli uprząż wozu.

– Niech Oruri będzie z tobą zawsze – odrzekł Poul Mer Lo – na końcu, tak jak na 

początku.

Patrzył za nimi, jak ciągnęli wózek z powrotem Drogą Wielkiego Trudu w kierunku 

Trzeciej Alei Bogów.

Przez   chwilę   nadzorował   składanie   drzewa.   Później,   ponieważ   dzień   był   gorący, 

usiadł,   aby   odpocząć   w cieniu   małego   kawałka   dachu,   już   ułożonego   na   szkolnym 
budynku.

Niebawem   przykuśtykał   do   niego   Nemo   –   bokiem,   na   poskręcanych   nogach 

i podpierając się rękami, niczym  żałosne skrzyżowanie kraba i pawiana. Jego drobna, 
pomarszczona twarz wyrażała zdumienie.

– Panie, mogę z tobą mówić? – spytał chłopiec oficjalnie.
– Tak, Nemo, możesz ze mną mówić.
Chłopiec zakręcił się w kurzu, nadaremnie starając się znaleźć wygodną pozycję.
– Panie, ostatniej nocy moją głowę wypełniały dziwne stworzenia i dziwne głosy. 

Jestem niespokojny. Mówi się, że ci, którzy słuchają nocnych ludzi, wariują.

background image

Poul Mer Lo spojrzał na niego z zainteresowaniem.
– Opowiedz mi najpierw o tych stworzeniach.
– Nie wiem, czy były to zwierzęta czy ludzie, panie – zaczął Nemo. – Byli pokryci 

dziwną substancją, która chwytała światło słońca i rozbłyskiwała tak jak czasem robi się 
z wodą, kiedy człowiek siedzi nad Zwierciadłem Oruri. Były wysokie, te stworzenia, 
i chodziły   na   dwóch   nogach.   Skóra   ich   głów   była   gładka   i twarda   jak   pieniężne 
pierścienie.   W rękach   trzymali   broń   lub   narzędzia.   Naprawdę,   nie   mogłem   na   nich 
patrzeć. I ich bóg też był z nimi.

– Ich bóg? – powtórzył tępo Poul Mer Lo.
– Tak, panie, ponieważ coś takiego mogło być jedynie bogiem.
– Opisz więc tego boga.
– Był  o wiele większy niż ludzie, panie. Przyszedł z nieba, idąc po słupie ognia, 

który spalił białą ziemię zmieniając ją w wielkie chmury pary i strumień wody. Później, 
kiedy para opadła i nie było już wody, bóg otworzył brzuch i wypuścił wiele wysokich 
dzieci – tych właśnie, których skóra była jak ogień w słońcu.

Poul Mer Lo drżał; także obficie się pocił. Drżąc i pocąc się, potrafił sobie wyobrazić 

tę scenę prawie tak wyraźnie jak Nemo.

– Powiedz mi coś więcej – zażądał chrapliwym głosem. – Powiedz mi coś więcej 

o tej wizji, która przyszła do ciebie w nocy.

– Panie, nie mam już nic do dodania. Zobaczyłem i przestraszyłem się.
– A co z głosami?
Nemo zmarszczył czoło w skupieniu.
– Głosy nie pochodziły chyba od tych stworzeń, panie. Pochodziły od boga.
– Przypomnij sobie, Nemo, co mówiły. To ważne.
Chłopiec uśmiechnął się:
–   One   mnie   przynajmniej   nie   nastraszyły,   panie,   ponieważ   mówiły   głównie 

zagadkami.

Poul Mer Lo otarł pot z czoła i zmusił się do spokoju. Jeśli go nie zachowa, nigdy nie 

wydobędzie   reszty   opowieści   z Nemo.   A ważne   było   to,   żeby   dowiedział   się 
o wszystkim, co wie chłopiec. Było to ważniejsze niż wszystko inne w jego życiu.

– Powiedz mi te zagadki, Nemo. Być może je zrozumiem.
Nemo spojrzał na niego dziwnie.
– Panie, jesteś chory czy zmęczony? Nie powinienem męczyć cię moimi nieważnymi 

myślami, jeśli nie czujesz się dobrze.

Poul Mer Lo uczynił wielki wysiłek, żeby się opanować.
– Nic się nie stało, Nemo. Jestem zdrów. Twoja opowieść mnie interesuje... Jakie to 

background image

były zagadki?

Nemo roześmiał się:
– Wszyscy ludzie są braćmi – powiedział. – To przecież znakomita zagadka, panie, 

prawda?

– Tak, Nemo, to bardzo dobra zagadka. Co jeszcze?
– Są krainy za niebem, gdzie nasienie człowieka zapuściło korzenie... To także jest 

bardzo śmieszne.

– To jest naprawdę śmieszne... To wszystko?
– Nie, panie. Jest jeszcze jedna zagadka, najzabawniejsza. Mówi o tym, że pewnego 

dnia bóg z ognistym ogonem zjednoczy wszystkie dzieci ze wszystkich krain za niebem 
w rodzinę, która będzie niezliczona, tak jak niezliczone są krople wody w Zwierciadle 
Oruri.

– To, o czym śniłeś, Nemo – powiedział Poul Mer Lo cicho – jest najcudowniejszym 

snem. Nie potrafię zrozumieć, skąd się o tym wszystkim dowiedziałeś. Jednakże wierzę, 
że wiele jest prawdy w tym, co widziałeś i słyszałeś. Mam nadzieję, że będziesz jeszcze 
miał takie sny. Jeżeli tak się zdarzy – jeżeli znów doznasz łaski Oruri – mam nadzieję, że 
też opowiesz mi wszystko, co zapamiętasz.

Nemo wydawał się uspokojony.
– Więc te nieszczęścia nie spowodują szaleństwa?
Poul Mer Lo roześmiał się bezskutecznie usiłując opanować nutę histerii w głosie.
– Nie, nie spowodują szaleństwa, Nemo. Ani też nie są nieszczęściem. Są darem 

Oruri.

W   tym   momencie   Mylai   Tui   wyszła   z domu   z naczyniem   i dzbankiem 

rozwodnionego   spirytusu   z kappy.   Na   jej   widok   Nemo   uciekł.   On   i Mylai   Tui 
nienawidzili się wzajemnie. Ich nienawiść była skutkiem zazdrości.

– Paul – odezwała się wesoło Mylai Tui po angielsku – chciałabym, żebyś się napił. 

Chciałabym, żebyś się napił tak jak i ja piję, aby radość była wspólna.

Nalała trochę rozwodnionego spirytusu do bańki, podniosła do ust, a potem wręczyła 

jemu. Wydawała się szczęśliwsza niż była przez wiele ostatnich dni.

– O jakiej radości mówisz? – spytał niepewnie po bajańsku. Kręciło mu się w głowie.
– Oruri na nas wejrzał – wyjaśniła Mylai Tui.
– Nadal nie rozumiem.
Mylai Tui roześmiała się:
– Panie, jesteś bardzo mądry, ale niezbyt spostrzegawczy. – Zakręciła się wokół. – 

Gdy tymczasem ja – kontynuowała – jestem niewątpliwie przy nadziei.

background image

Rozdział dwudziesty pierwszy

Siódmego miesiąca panowania 610 Enki Ne plemię leśne znane w Baya Nor pod 

nazwą Lokhali zaatakowało świątynię w Baya Lys. Mimo iż Baya Lys znajdowała się 
w odległości trzech dni drogi lądem do Baya Nor, podróż Kanałem Życia trwała tylko 
jeden   cały   dzień.   Oprócz   hańby   spowodowanej   zbezczeszczeniem   świątyni 
i zamordowaniem   na   wiele   różnych   przerażających   sposobów   jej   użytkowników, 
Bajańczycy uznali, że wojownicze plemię stanowczo za bardzo zbliża się do świętego 
miasta.

Wobec tego Enka Ne wypowiedział wojnę. Regularna armia bajańska pęczniała od 

ochotników i kiedy wyrocznia ogłosiła, że pora i warunki sprzyjają zwycięstwu, ponad 
dwa tysiące mężczyzn wyruszyło w puszczę drogą lądową.

Poul   Mer   Lo   poprosił,   aby   mógł   pójść   z wojskiem,   nie   dlatego,   że   chciał 

uczestniczyć  w krwawej zemście,  której  spodziewali  się Bajańczycy,  lecz  dlatego, że 
pamiętał ostatni wieczór wyprawy religijnej, w czasie której pozwolono mu towarzyszyć 
609 Ence Ne.

Gdy spędzał bezsenną noc w jednej z cel gościnnych w Baya Lys, przyszedł do niego 

Szah Szan przynosząc  tobołek,  który zawierał  jedną plastykową  maskę,  dwa granaty 
i zniszczony aparat nadawczo-odbiorczy. Szah Szan powiedział, że znaleźli je kapłani 
z Baya Lys blisko poczerniałej dziury w lesie – na terenach położonych niedaleko ziemi 
zajmowanej przez Lokhali.

Kiedy   Poul   Mer   Lo   zaproponował,   żeby   Enka   Ne   pertraktował   z Lokhali,   aby 

uzyskać   wiadomość   o jakichkolwiek   pozostałych   przy   życiu   przybyszach   z Gloria 
Mundi, 
Szah Szan natychmiast odrzucił ten pomysł. Wyjaśnił, że Lokhali żyją wyłącznie 
po   to,   aby   walczyć.   Nie   tylko   nie   można   było   utrzymywać   z nimi   pokojowych 
stosunków, lecz  także  urażało  to godność wyższego  i cywilizowanego  narodu z Baya 
Nor.

I   na   tym   sprawa   się   zakończyła.   Poul   Mer   Lo   nie   ponawiał   swojej   propozycji, 

wiedząc, iż w sprawach tego rodzaju nawet Enka Ne, alias Szah Szan, miał ustalone 
poglądy.

Lecz oto teraz Lokhali zerwali nietrwały stan pokoju – czy raczej, dokładnie mówiąc, 

nie-wojny – jaki istniał pomiędzy nimi a Bajańczykami. Była to wspaniała okazja, żeby 
wyruszyć z wojskiem i spróbować odkryć, czy ktokolwiek z plemienia Lokhali natknął 
się na kogokolwiek z Gloria Mundi. Statkiem gwiezdnym podróżowało dwunastu ludzi. 
Wiadomo,   co   stało   się   z trzema   z nich,   lecz   o pozostałych   dziewięciorgu   nie   było 

background image

żadnych wiadomości. Mogli zginąć w lasach. Lub z rąk mieszkańców lasów. Nie istniał 
żaden ślad oprócz resztek, jakie Szah Szan przyniósł do celi gościnnej w Baya Lys.

Prośba Poula Mer Lo została odrzucona. Została odrzucona osobiście przez Enkę Ne 

w Świątyni Płaczącego Słońca.

Był to pierwszy i ostatni raz, kiedy Poul Mer Lo został przyjęty przez 610 Enkę Ne. 

W przeciwieństwie do swego poprzednika był to stary, bardzo stary człowiek. Uroczyste 
upierzenie kiepsko na nim leżało. Jego ptasi okrzyk brzmiał cienko i piskliwie. Stąpał 
smutno,   jak   ktoś   przywalony   ciężarem   trosk   i odpowiedzialności   –   co   zapewne   było 
prawdą.

– Podobno jesteś nauczycielem, Poulu Mer Lo – powiedział.
– Tak, panie, to prawda.
– Zadaniem nauczyciela jest uczyć, czyż nie?
– Tak, panie.
– Nauczaj więc, Poulu Mer Lo, i pozostaw ważniejsze sprawy tym, którzy wiedzą, 

jak najlepiej się nimi zajmować. Myśliwy powinien pozostać przy swoich strzałkach, 
wojownik   przy   swym   trójzębie,   a nauczyciel   przy   swojej   –   jakie   to   było   słowo?   – 
szkuole.

Następnie Enka Ne wydał swój samotny ptasi okrzyk, wskazując w ten sposób, że 

audiencja   jest   skończona.   Kiedy   Poul   Mer   Lo   wychodził,   usłyszał   jak   bóg-król 
bezskutecznie stara się stłumić napad kaszlu.

Wyprawa przeciwko plemieniu Lokhali była krótka i uwieńczona powodzeniem. Po 

jedenastu dniach zwycięska armia – pomniejszona o jakieś czterysta pięćdziesiąt ofiar – 
powróciła do Baya Nor z prawie setką jeńców.

W świętym mieście Enka Ne wygłosił do pojmanych długą przemowę, nie zważając 

na fakt, że nie rozumieli z tego ani słowa. Następnie zarządził, że co ósmy jeniec zostanie 
uwolniony i – bez żywności oraz broni – będzie mógł wrócić (jeśli mu się uda) na tereny 
zamieszkałe przez plemię Lokhali, aby zdać sprawę z łaskawości i wszechmocy Enki Ne. 
Reszta jeńców miała być ukrzyżowana przy Czwartej Alei Bogów, żeby zademonstrować 
zemstę Oruri i nieopłacalność ataków na bajańskie świątynie.

W dzień ukrzyżowania, który został obwołany dniem radości i uroczystości, Poul 

Mer Lo wraz z tysiącami Bajańczyków szedł Czwartą Aleją Bogów.

Pomijając   fakt,   że   prawie   dziewięćdziesięciu   mężczyzn   umierało   powoli 

i w strasznych   męczarniach,   cała   scena   z lekka   przypominała   ziemski   jarmark   lub 
karnawał.   Uliczni   handlarze   oferowali   rozmaite   przysmaki   i nowości,   rikszarze   – 
używając dwukołowych wózków wynalezionych przez obcego, Poula Mer Lo – zarabiali 
krocie   na   powolnych   przejażdżkach   między   rzędami   drewnianych   krzyży,   a dzieci 

background image

wyładowywały nadmiar energii obrzucając umierających Lokhali kamieniami, śmieciami 
i małymi aromatycznymi pociskami ugniecionymi z ekskrementów.

Poul   Mer   Lo,   usiłując   uodpornić   się   na   cierpienia,   przechodził   od   jednego 

umierającego do drugiego i starał się patrzeć na nich z uczoną obojętnością.

Nie udało mu się. Odór, ból, i okrzyki były ponad jego siły. Nie spostrzegł nawet, że 

wszyscy Lokhali byli  wyżsi  niż Bajańczycy  i że większość z nich miała pięć palców 
u każdej dłoni.

Jednakże kiedy przechodził obok jednego, który najwyraźniej był w agonii, usłyszał 

kilka słów – wypowiedzianych na wpół szeptem, na wpół jękiem – które sprawiły, iż 
zatrzymał się, i przywołały obraz świata, którego miał już nigdy nie ujrzeć.

– Grüss Gott – łkał umierający – Grüss Gott! Dziękuję... Dziękuję... Chantez de faire 

votre   connaissance...  Mężczyzna...   Kobieta...   Dzień   dobry...   Dobranoc...   Halo!   Halo! 
Halo!

– Gdzie oni są? – zapytał Poul Mer Lo po bajańsku,
Nie było odpowiedzi.
– Gdzie oni są – ci obcy? – powtórzył po angielsku.
Znów brak odpowiedzi.
– Où est les étrangers?
Nagle głowa umierającego gwałtownie drgnęła. Krzyknął głośno i bezwładnie zwisł 

na drewnianym krzyżu.

Powodowany wściekłą bezsilnością Poul Mer Lo zaczął potrząsać ciałem.
Lecz tu nie było cudu zmartwychwstania.

background image

Rozdział dwudziesty drugi

Paul Marlowe nie był już taki niezadowolony ze swej „Akademii Pozaziemskiej”. 

W ciągu   ostatnich   kilku   miesięcy   zarówno   Zu   Szan   jak   i Nemo   poczynili   znaczne 
postępy.   Od   chwili,   kiedy   Paulowi   udało   się   ich   przekonać,   że   jest   to   i przywilej 
i przyjemność   dla   każdego   myślącego   człowieka   odkrywać   jak   najwięcej   o świecie, 
w którym   się   żyje,   i że   wiedza   daje   moc   do   osiągnięcia   tego,   czego   w przeciwnym 
przypadku   nie   udałoby   się   uzyskać,   chłopiec   i kalekie   dziecko   zaczęli   być   ogromnie 
wszystkiego ciekawi.

Było to tak, jakby coś wybuchło w ich umysłach, odrzucając wszelkie zahamowania, 

prymitywne   wierzenia   i zwietrzałe   tradycje   wiekowej   bajańskiej   kultury.   Wyposażeni 
w wiedzę dzicy stali się prymitywnymi uczonymi. Nie przyjmowali już bezkrytycznie 
tego,   co   im   się   mówiło.   Sprzeciwiali   się,   wysuwali   krytyczne   argumenty,   zadawali 
niełatwe pytania. Według kryteriów ziemskich Zu Szan miał około piętnastu lat – trzy 
czy cztery lata mniej niż jego zmarły brat – a Nemo nie mógł mieć więcej niż sześć. Ale 
bieda i cierpienia obdarzyły ich przedwczesną dojrzałością. Kiedy więc pojęli wreszcie 
wagę nauki, zaczęli się uczyć bardzo szybko.

Tego   samego   nie   można   było   powiedzieć   o jednorękim   Bai   Lucie,   ani   o Tsong 

Tsongu. Brak im było iskry. Ich umysły nigdy nie osiągnęłyby najwyższych obrotów. Ze 
swoimi charakterami nadawali się do ciosania drewna i nabierania wody. Brakowało im 
wyobraźni   i tej   osobliwej   zdolności   do   zrobienia   intuicyjnego   kroku   w nieznane. 
Zadowalali   się   zabawkami,   gdy   tymczasem   Zu   Szan   i Nemo   –   choć   zabawkami   nie 
gardzili – chcieli również gry w koncepcję.

Zu Szan, zdając sobie być może sprawę, że mógłby więcej skorzystać gdyby nie 

przeszkody   językowe,   zaczął   się   uczyć   angielskiego.   Nemo,   nie   chcąc   być   gorszy, 
również zaczął się uczyć tego, praktycznie rzecz biorąc, „martwego języka”.

Umiejętność   posługiwania   się   angielskim,   oprócz   środka   do   wyrażania   nowych 

pojęć, dała im poczucie pewnego odmiennego statusu: mogli rozmawiać z Paulem w jego 
własnym języku. Dało im to również poczucie bliskości i bardziej związało wszystkich 
trzech.

Zu Szan nigdy nie osiągnął takiej płynności w angielskim jak jego brat, ale wkrótce 

nauczył się tyle, że mógł wyrazić wszystko, czego potrzebował – jeśli poświęcił na to 
dość   czasu.  Nemo,  choć   młodszy,  miał   pewną  przewagę.   Odkrył   już,  że   w pewnych 
okazjach mógł osiągnąć dostateczny kontakt psychiczny, aby czytać w myślach.

Jednego wieczoru wszyscy trzej siedzieli na stopniach werandy, a Paul popijał wódkę 

background image

z kappy.  Miniony dzień  był  ciężki,  ale  przyjemny:  ukończyli  szkolny budynek.  Były 
w nim krzesła i stoły, koło garncarskie, mały piec do wypalania naczyń, kilka rysunków 
sporządzonych na suchych liściach kappy i rozmaite narzędzia wymyślone przez samych 
chłopców. Oraz cztery posłania. Była to pierwsza w Baya Nor szkoła z internatem.

– Spoglądasz w dal, Paul – powiedział Zu Szan. – O czym myślisz?
Nemo uśmiechnął się:
–   Myśli   o wielu   różnych   sprawach   –   stwierdził   ważnym   głosem.   –   Myśli 

o gwiazdach, o słowach umierającego z plemienia Lokhali, o statku gwiezdnym, którym 
przybył na Altair Pięć, i o białoskórej kobiecie. Dosiadam jego myśli, ale są tak różne, że 
wciąż spadam.

Ulubionym   wyrażeniem   Nemo   określającym   jego   telepatyczne   ćwiczenia   było 

„dosiadanie myśli”. Dla niego było to bardzo dokładne określenie, ponieważ odkrył, że 
ludzie nie myślą w sposób uporządkowany i że ich procesy myślowe są często oderwane 
– stąd niemożność odbierania przekazów przez dłuższy czas bez „spadania”.

Paul roześmiał się, gdy mały kaleki Bajańczyk wyrecytował swój katalog jego myśli.
– Pewnego dnia wpadniesz w kłopoty, Nemo – zauważył. – Dosiądziesz mojej myśli, 

która ci powie że mam zamiar wrzucić cię do Kanału Życia.

– Wtedy będę się starał uniknąć nieszczęścia – odparł Nemo spokojnie.
– Czy miałeś ostatnio jakieś nowe sny o bogu, który wyprowadza z brzucha dziwne 

dzieci?

– Nie, tylko ten sam stary sen. Często go miewam. Już się do niego przyzwyczaiłem.
Paul westchnął.
– Szkoda, że nie możesz zaplanować swoich snów bardziej szczegółowo. Szkoda też, 

że nie wiem, skąd masz ten sen. Przypuszczam, że znalazłeś go w moich snach.

Nemo wywrócił swe dziwnie stare oczy.
– Panie – powiedział po bajańsku – nie śmiałbym nachodzić ciebie w podróżach snu.
Nagle Zu Szan usiadł prosto.
– Właśnie przypomniało mi się coś, co może tłumaczyć sen Nemo – rzekł. – Paul, 

czy znasz legendę o nadejściu?

– Nie. Opowiedz mi.
– Jest to opowieść, którą matki opowiadają swoim dzieciom – zaczął. – Musi być 

bardzo, bardzo stara... Wiesz, oczywiście, że Oruri może przyjmować różne kształty?

– Wiem.
– Opowieść mówi o tym, że bardzo dawno temu w krainie Baya Nor – mam na myśli 

Altair Pięć – nie było wcale ludzi, a Oruri spojrzał z góry na ten świat i stwierdził, że jest 
dobry.   Więc   zszedł   na   dół,   stanął   na   białej   górze   i rozejrzał   się   po   ziemi.   A z jego 

background image

wielkiego szczęścia urodziło się wielu ludzi, którzy zeszli z góry, żeby bawić się jak 
dzieci w nowym  świecie,  który znalazł  Oruri. Legenda mówi, że Oruri stoi na białej 
górze i czeka. Czeka aż ludzie zmęczą się swoją zabawą. Wtedy wrócą do niego, a on 
odejdzie wraz z nimi do świata, z którego przybył.

– To ciekawa legenda – przyznał Paul, pociągając łyk wódki z kappy. – Intryga się 

wikła, prawda?

– Co masz na myśli, Paul?
– Tyle, że Oruri widzi mi się jako statek gwiezdny... Za dużo ostatnio rozmyślam 

o statkach   gwiezdnych...   A jednak...   A jednak   Nemo   śni   o stworzeniach   w dziwnych 
metalicznych ubiorach. I jego bóg zstępuje na słupie ognia, tak jak statek gwiezdny. I bóg 
otwiera swój brzuch...

– Paul?
– Słucham, Zu Szanie.
– Jeśli można wierzyć myśliwym, istnieje taka góra, na północy, wiele dni podróży 

stąd. Nazywają ją Świątynią Białej Ciemności. Mówią, że bronią jej dziwne głosy i że 
człowiek może tam podejść, ale głosy albo zawrócą go z drogi, albo doprowadzą do 
szaleństwa.   Mówią,   że   jeśli   człowiek   jest   tak   odważny,   że   zbliży   się   do   góry, 
zesztywnieje tylko na miejscu i umrze.

Paul Marlowe pociągnął następny łyk.
– Nie dziwi mnie to, Zu Szanie, zupełnie mnie to nie dziwi... Nigdy nie widziałeś 

śniegu, prawda?

– Nie, ale opowiadałeś nam o tym. Nie sądzę, żeby w Baya Nor żył ktokolwiek, kto 

widziałby śnieg.

Paul poczuł się nagle szczęśliwy. Może spowodował to alkohol. A może...
–   Wiecie   co   –   powiedział   po   krótkiej   chwili   milczenia   –   myślę,   że   wy   dwaj 

przejdziecie do historii. Myślę, że zobaczycie śnieg. – Czknął. – Cholera, ciekaw jestem, 
ilu miedzianych pierścieni potrzebowałbym, żeby kupić usługi sześciu naprawdę dobrych 
myśliwych?

– Paul – odezwał się Zu Szan – przypuszczam, że w całej Baya Nor nie ma tylu 

pierścieni, żeby namówić sześciu myśliwych do pójścia przez krainę Lokhali do Świątyni 
Ciemności.

– Mam coś lepszego niż pierścienie – odrzekł Paull. – Nadszedł czas, żebym pokazał 

wam mój miotacz. Twój brat, Zu Szanie, który pozwolił mi go zatrzymać, był jedynym 
Bajańczykiem znającym jego moc.

background image

Rozdział dwudziesty trzeci

Jednoręki   Bai   Lut,   młodzieniec   niezbyt   inteligentny   i pozbawiony   inicjatywy, 

niechcący zmienił kurs historii, nie tylko na Altair Pięć, lecz na wielu światach, o których 
nigdy nie miał  się dowiedzieć.  Zmienił kurs historii budując latawiec.  Był  to piękny 
latawiec, skonstruowany z drzazg sprężystego drewniany i pracowicie utkany z trzciny 
musa, która, podzielona na włókna, używana jest do tkania musa loul, tkaniny znanej 
Bajańczykom.

Bai Lut budował swój latawiec przez wiele dni. Miał on kształt olbrzymiego motyla 

gujanis. Bai Lut od dawna marzył o zbudowaniu takiego latawca. Ponieważ miał tylko 
jedną rękę, musiał ciężko pracować zarówno palcami jednej dłoni, jak i palcami u nóg. 
Kiedy skończył,  spojrzał na swe dzieło z podziwem.  Było  naprawdę piękne. Mógłby 
teraz z radością umrzeć, no, może dopiero wtedy, kiedy ujrzy latawiec w locie, gdyż nie 
wydawało mu się możliwe stworzenie czegoś wspanialszego.

Modlił   się   o spokojny,   jednolity   wiatr.   Jego   modlitwy   zostały   wysłuchane.   Za 

pomocą   dwustu   metrów   „sznurka”   zrobionego   ze   splecionych   włosów   –   którego 
wykonanie   trwało   dłużej   niż   budowa   latawca   –   wypuścił   w powietrze   gujanisa   ze 
skrzydłami   z musy  i radośnie   obserwował   jego  lot   nad   Kanałem   Życia,   wysoko,   nad 
Zwierciadłem Oruri, w stronę świętego miasta.

Być   może   Bai   Lut   modlił   się   do   Oruri   zbyt   gorliwie.   Kiedy   cały   zwój   sznurka 

rozciągnął się, a latawiec wzleciał tak wysoko, jak to było możliwe, gwałtowny powiew 
wiatru zerwał sznurek.

Dzięki   umiejętnościom   Bai   Luta   i jego   intuicyjnemu   pojmowaniu   aerodynamiki 

latawiec nie spadł natychmiast w Zwierciadło Oruri. Łagodnymi zakolami, tracąc powoli 
wysokość, jakby celowo leciał w stronę miasta. Wkrótce był jedynie wolno opadającym 
punkcikiem na niebie. Wreszcie znikł z oczu.

A później wiatr, ustał i latawiec opadł na ziemię. Jednakże Bai Lut nie wiedział, 

gdzie   go   szukać.   Był   przekonany,   że   nigdy   go   już   nie   zobaczy.   I w tym   miał   rację. 
Latawiec upadł w Świątyni Płaczącego Słońca i – choć tego na szczęście Bai Lut nie 
wiedział – upadł na kamienny fallus ofiarny.

Następnego dnia Poul Mer Lo uczył swoich czterech uczniów podstaw mechaniki, 

przede wszystkim wykorzystania dźwigni. Pokazał im, jak można używać dźwigni do 
wykonywania pracy, której sam człowiek nie podołałby, i miał właśnie zamiar przejść do 
teorii obliczania siły, kiedy przerwał mu Nemo.

– Panie  – mały  kaleka  zwrócił  się oficjalnie  po bajańsku – wojownicy Enki Ne 

background image

nadchodzą Drogą Wielkiego Trudu.

Poul Mer Lo spojrzał na chłopca ze zdumieniem. Był zdziwiony nie tylko tym, że 

Nemo się odezwał, lecz również faktem, że uczynił to w sposób oficjalny.

– Wojownicy Enki Ne często przechodzą Drogą Wielkiego Trudu, Nemo. Cóż to ma 

wspólnego z tym, czym się obecnie zajmujemy?

– Panie – odrzekł zdenerwowany Nemo – dosiadłem myśli kapitana. Wojownicy idą 

tutaj. Spieszą się. Myślę, że zaraz tu będą.

Poul Mer Lo starał się nie zdradzić swego niepokoju.
–   W takim   razie   tymczasem   zajmiemy   się   rozważaniem,   w jaki   sposób   można 

wykorzystać instrument, który wam pokazałem, żeby ułatwić pracę człowiekowi.

–   Paul   –   powiedział   zdesperowany  Nemo,   przechodząc   na   angielski   –   w umyśle 

kapitana  jest coś dziwnego. Myśli  o motylu  gujanis i o Świątyni  Płaczącego  Słońca... 
Teraz... Teraz jest bardzo blisko... Ciągle – ciągle spadam.

– Nie bój się, Nemo – powiedział Paul łagodnie. – Nikt z nas nie zrobił niczego, 

czego można by się obawiać.

Ale w tym wypadku się mylił.
Wojownik   bajański,   uzbrojony   w uroczysty   trójząb,   stanął   w drzwiach.   Obrzucił 

spojrzeniem dzieci, a potem zatrzymał wzrok na Paulu.

– Oruri cię pozdrawia – powiedział agresywnie.
– Pozdrowienie jest błogosławieństwem – odpowiedział Paul.
–   Panie,   jestem   głosem   i dłonią   Enki   Ne.   Który   z twoich   straceńców   zbudował 

gujanisa, co nie jest gujanisem?

– Nie wiem, o co... – zaczął Paull.
Lecz Bai Lut z poczuciem ważności zerwał się na nogi.
– Ja jestem twórcą gujanisa – oznajmił. – To potężna rzecz. Czy może Enka Ne 

zaobserwował...

– Enka Ne obserwuje wszystko, co warte jest obserwacji – przerwał mu wojownik. – 

Lot gujanisa nie był dobrą wróżbą... Zgiń teraz – i żyj wiecznie. – Zręcznie rzucił swym 
krótkim trójzębem. Zęby wbiły się głęboko w gardło Bai Luta. Upadł do tyłu, zacharczał 
i znieruchomiał.

Przez chwilę Paul był oszołomiony. Spojrzał bezradnie na troje przerażonych dzieci, 

a później na Bajańczyka. W tym czasie następni wojownicy wpadli do szkoły.

– Panie – rzekł kapitan – jest wolą Enki Ne, żebyś ty i ci straceńcy natychmiast się 

stąd wynieśli.

– Ale przecież nie ma żadnych...
– Panie – powiedział Bajańczyk surowo – Enka Ne przemówił. Niech nie ginie nikt 

background image

więcej, niż zażądał Enka Ne.

Paull   spojrzał   bezradnie   na   Zu   Szana,   Nemo   i Tsong   Tsonga,   potem   na   smutny 

krwawy   kopczyk,   który   jeszcze   niedawno   był   Bai   Lutem,   wreszcie   na   kilkunastu 
wojowników, stojących cierpliwie za plecami kapitana.

– Chodźcie – udało mu się powiedzieć nadzwyczaj spokojnym głosem – kiedy Enka 

Ne żąda, należy go słuchać.

Poprowadził   chłopców   między   rzędami   wojowników   bajańskich.   Zatrzymali   się 

o jakieś   dwadzieścia   kroków   od   szkoły,   słuchając   i patrząc,   jak   wojownicy   Enki   Ne 
demolują stoły, krzesła i całe, starannie zbudowane wyposażenie.

Wkrótce usłyszeli rozkaz.
– Podpalić to!
Niebawem wojownicy wycofali się ze szkolnego budynku, gdy ostrzegawcze spirale 

dymu zaczęły się wydobywać z podstrzesza.

Suche drewno paliło się szybko, gwałtownie i hałaśliwie. Wszyscy cofnęli się przed 

żarem, lecz wojownicy nie odeszli, dopóki stos pogrzebowy Bai Luta nie zmienił się 
w stertę rozpalonego popiołu.

Kapitan obrócił się do Poula Mer Lo.
– Taka jest wola Enki Ne – rzekł.
Gdyby Bai Lut nie zbudował swego latawca, gdyby wiatr nie zerwał włosianego 

sznurka,   gdyby   chłopiec   nie   został   tak   nieoczekiwanie   zabity   i szkoła   spalona,   Paul 
Marlowe przypuszczalnie nie zdecydowałby się ostatecznie podjąć wyprawy do Świątyni 
Białej Ciemności.

A ta właśnie podróż i jej usytuowanie w czasie spowodowały zmianę biegu historii.

background image

Rozdział dwudziesty czwarty

Mylai   Tui,   wiedząc,   że   jest   w ciąży,   była   szczęśliwa,   a jej   szczęście   rosło 

proporcjonalnie   do   powiększającego   się   brzucha.   Nawet   śmierć   Bai   Luta   i spalenie 
szkoły nie mogły w znacznym stopniu umniejszyć jej szczęścia – były to sprawy, którymi 
się przejmowała jedynie dlatego, że przejmował się nimi Paul Marlowe.

Była   szczęśliwa   nie   tylko   z powodu   zwykłej   kobiecej   satysfakcji   biologicznego 

spełnienia. Była szczęśliwa wyjątkowością urodzenia syna – a miał to być oczywiście 
syn,   bo   dziewczynka   nie   kopałaby   tak   mocno   –   temu,   który   przybył   na   skrzydłach 
srebrnego ptaka z krainy po drugiej stronie nieba. Szczęśliwa była ta, którą wybrał Oruri, 
aby stała się naczyniem nasienia tego, co posiadł dar wielkości.

Patrzyła na Paula z dumą. Choć wyższy niż jakikolwiek Bajańczyk i choć jego skóra 

– mimo ciągłego wystawiania na słońce – miała wciąż kolor smutno jasny i daleki od 
pożądanej   czerni   Bajańczyków   starożytnego   pochodzenia,   był   na   pewno   mężczyzną: 
dowodziły tego zarówno jego tanu, jak i krzepkie mięśnie. Taki mężczyzna z pewnością 
spłodzi syna podług siebie. A wtedy Mylai Tui stanie się kobietą, której wszystkie inne 
mogą jedynie zazdrościć.

Jej szczęście i marzenia nie trwały długo. Skończyły się w dniu, kiedy wieczorem 

Paull   powiedział   jej   o swym   postanowieniu   udania   się   w podróż   do   Świątyni   Białej 
Ciemności.

– Paull – błagała kiepską angielszczyzną – nie możesz tego zrobić. Czyż jesteś taki 

smutny, że tylko śmierć może ten smutek zakończyć?

– To nie ma nic wspólnego ze smutkiem – tłumaczył cierpliwie. – Istnieją tajemnice, 

które muszę spróbować rozwikłać. I zdaje się, że ta góra może dostarczyć przynajmniej 
jednej dodatkowej poszlaki... Wybiorę się, jak tylko znajdę myśliwych, którzy zechcą ze 
mną pójść.

– Nikogo nie znajdziesz – powiedziała, przechodząc na bajański. – Nikt w Baya Nor 

nie jest taki głupi, żeby samemu dążyć do udania się na łono Oruri, nim nadejdzie jego 
pora.

Paull roześmiał się i powiedział, także po bajańsku:
–   Męstwo,   duma   i chciwość   –   one   dostarczą   mi   myśliwych.   Podróż   będzie 

wyzwaniem dla ich męstwa. Ich duma zostanie pobudzona wyzwaniem, że oto ja, obcy, 
nie   boję   się   tam   wyruszyć.   A dwadzieścia   miedzianych   pierścieni,   które   zaoferuję 
każdemu myśliwemu, wystarczy, żeby pokonać wahania ich męstwa... Poza tym mam 
broń,   którą   pozwolił   mi   zatrzymać   Enka   Ne.   Leży   zawinięta   w musaloul,   zakopana 

background image

w pudełku   z mocnego   drewna.   Kiedy   pokażę   myśliwym   jej   moc,   nie   będą   mieli 
wątpliwości.

–   Panie,   będziesz   musiał   przejść   przez   tereny   Lokhali.   Bajańczycy   nie   boją   się 

plemienia Lokhali, ale też nie zapuszczają się na ich tereny, chyba że całą armią.

– Tak, będziemy musieli przejść przez ziemie plemienia Lokhali, lecz posiadając tę 

broń, którą przywiozłem z drugiej strony nieba, będziemy jak cała armia.

– Panie, ta broń nie uchroniła cię przed lochami Baya Nor.
– To prawda. – Znów się roześmiał. – Ale kto śmiałby poddawać w wątpliwość cele 

Oruri?

Mylai Tui milczała przez chwilę. Później powiedziała:
– Nigdy nie powrócił nikt z tych, którzy ośmielili się szukać tej góry.
– Są tacy, co widzieli górę i powrócili.
Spojrzała na niego ze smutną rezygnacją:
– Panie, wiem, że jest w tobie wiele rzeczy, których nie potrafię zrozumieć i wiele 

takich,   których   nigdy   nie   zrozumiem.   Jestem   dumna,   że   dzieliłam   z tobą   łoże   i że 
wreszcie otrzymałam  dar twoich lędźwi. Jeśli mój  pan chce szukać Oruri, nim Oruri 
zacznie  sam   szukać,  spróbuję  się   z tym  pogodzić...  Ale   zostań,  panie,   na  jakiś  czas, 
zostań tak dług6, żebyś mógł spojrzeć w twarz twego syna.

Wziął jej ręce w swoje dłonie.
– Posłuchaj, Mylai Tui. Wiem, że trudno ci to zrozumieć, ale moją głowę trapią 

liczne wątpliwości. Ta sprawa nie będzie czekać. Muszę wyruszyć, jak tylko będę mógł, 
i muszę  zobaczyć  to, co  można  zobaczyć.  Ale wrócę. Wrócę,  ponieważ  bardzo chcę 
dzielić  z tobą łoże,  tak  jak to  zrobię  dzisiejszej  nocy.  Wrócę,  ponieważ  bardzo chcę 
spojrzeć na żniwo wynikłe z połączenia naszych ciał... I na tym koniec. Postanowiłem. 
Zu Szan poszuka myśliwych i nie wątpię, że ich znajdzie.

Nagle jej twarz się rozjaśniła.
– Możliwe, że Enka Ne dowie się o tym szaleństwie i zapobiegnie mu, prawda?
Obrzucił ją przenikliwym spojrzeniem.
–   Szanuję   potęgę   Enka   Ne.   Niech   bóg-król   uszanuje   moją.   W przeciwnym   razie 

wielu Bajańczyków będzie miało powód do rozpaczy.

Trzy   dni   później,   wczesnym   wieczorem,   kiedy   dziewięć   księżyców   toczyło   się 

wysoko i szybko po bezchmurnym niebie, Zu Szan przyprowadził do domu Poula Mer 
Lo   czterech   myśliwych.   Wymieniono   zwyczajowe   pozdrowienia   i mężczyźni   kucnęli 
w półkolu na werandzie, a Mylai Tui przyniosła im alkohol z kappy.

– Poul – odezwał się Zu Szan po angielsku, tak żeby Bajańczycy nie zrozumieli – to 

są ludzie, których powinniśmy zabrać. Byli jeszcze inni, których zachęciły pieniądze, ale 

background image

ci są najlepsi. Dwóch z nich znałem wcześniej, a pozostali są przez nich poleceni. Są to 
jedni z najlepszych myśliwych na Baya Nor. A przede wszystkim bardzo wierzą w Poula 
Mer Lo, nauczyciela. Jeden z nich – Szon Hu – widział nawet górę. Polował bardzo 
daleko i mówi, że zna drogę.

– Czy się boją?
Zu Szan uśmiechnął się półgębkiem:
– Tak, Poul, boją się, tak samo jak ja.
– To dobrze. Ludzie, którzy się boją, żyją dłużej. Świetnie się spisałeś, Zu Szanie, 

lepiej niż się spodziewałem.

Zwrócił się do Bajańczyków, grzecznie popijających trunek, i zachowujących się tak, 

jakby nikt nic nie mówił.

– Myśliwi – rzekł Poul Mer Lo po bajańsku – wybieram się w daleką podróż. Może 

się zdarzyć,  że  będzie  to niebezpieczna  podróż,  gdyż  słyszałem,  że Świątynia  Białej 
Ciemności   nie   jest   miejscem,   do   którego   udają   się   ci,   co   chcieliby   doczekać   wielu 
wnuków.

Myśliwi roześmieli się, z pewnym skrępowaniem.
– Myślę jednak – kontynuował Poul Mer Lo – że my wrócimy. Często się zdarza, że 

człowiek, który usilnie czegoś pragnie, osiąga to. Ponadto będziemy mieli straszną broń, 
którą przywiozłem ze sobą w tym celu z krainy po drugiej stronie nieba.

– Panie – odezwał się myśliwy, którego Zu Szan nazywał Szon Hu – podróż to jedna 

sprawa, a Lokhali – druga.

Poul Mer Lo wstał, wszedł do domu i powrócił ze swoim miotaczem.
– Wasze strzałki i dmuchawki, trójzęby i maczugi są świetną bronią, ale ilu Lokhali 

możecie przy ich pomocy powstrzymać, kiedy nas zaatakują?

Szon Hu spojrzał na swych towarzyszy.
– Panie, jesteśmy tylko ludźmi, pewno niezłymi, ale tylko ludźmi. Być może, za 

pozwoleniem Oruri, moglibyśmy zabrać ze sobą na jego łono trzy razy tylu Lokhali, ilu 
nas będzie.

Poul Mer Lo przycisnął guzik ładowania swojej atomowej strzelby. Jakieś dwieście 

metrów od nich majaczyła w świetle grupa drzew.

–   Patrzcie!   –   powiedział   Poul   Mer   Lo.   Wycelował,   nacisnął   na   spust   i zmiótł 

wierzchołki drzew. Po dwóch czy trzech strzałach pojawił się dym. Po pięciu – drzewa 
stanęły w ogniu, zmieniając się w hałaśliwe, trzeszczące ognisko.

– Panie – powiedział Szon Hu w końcu – pokazałeś nam przerażającą rzecz.
–  Owszem  –  przyznał  Poul  Mer Lo  –  jest  to rzecz   bardzo  przerażająca.   Twoim 

zadaniem, Szon Hu, będzie osłanianie mnie. Moim zadaniem będzie używanie tej broni. 

background image

Jeżeli   zaatakują   nas   Lokhali,   wielu   z nich   będzie   musiało   wyjaśnić   Oruri,   dlaczego 
chcieli przeszkodzić w podróży Poula Mer Lo i jego towarzyszy... – Rozejrzał się wokół. 
– Tym niemniej wiem, że nasza podróż jest trudna i niebezpieczna. Jeśli któryś z was 
uważa, że zgodził się zbyt pochopnie, niech wstanie i odejdzie. My, którzy zostaniemy, 
będziemy się modlić o szczęście jego dzieci i dzieci jego dzieci.

Nikt się nie poruszył.
Cicho i ze smutkiem Mylai Tui przyniosła następną porcję alkoholu.

background image

Rozdział dwudziesty piąty

Po długich targach Szon Hu zakupił barkę za bardzo przystępną cenę dziewięciu 

pierścieni. Poul Mer Lo, zniecierpliwiony czekaniem na rozpoczęcie podróży skoro już 
podjął decyzję, zapłaciłby i szesnaście pierścieni, jakich początkowo żądał szkutnik, lecz 
– jak wyjaśnił Szon Hu – zapłacenie takiej ceny bez targów wywołałoby niepotrzebne 
zainteresowanie. Szkutnik chwaliłby się swoim sukcesem, zaczęto by się wywiadywać 
o Szon Hu, nominalnego kupca, i okazałoby się, że pieniądze pochodzą od Poula Mer Lo. 
Samo to wystarczyłoby, żeby całą transakcją zainteresował się jeden z oficerów boga-
króla i możliwe, że wyprawa w ogóle nie doszłaby do skutku. Po spaleniu szkoły bowiem 
stało się oczywiste, że Enka Ne nie jest taki obojętny na działania obcego, jak to Poul 
Mer Lo wcześniej przypuszczał.

Musiał więc czekać dwa pełne dni, nim Szon Hu za pomocą niesamowitej ilości 

wódki zredukował cenę do dziewięciu pierścieni.

Jednakże   czas   ten   nie   był   całkiem   stracony,   ponieważ   należało   poczynić   wiele 

przygotowań. W skórzanych pojemnikach trzeba było zgromadzić zapasy świeżej wody, 
a także alkoholu z kappy i pasków wędzonego mięsa. Mimo że w wyprawie miało brać 
udział czterech myśliwych, Poul Mer Lo nie zamierzał tracić wiele czasu na zdobywanie 
pożywienia.  Ze swego osobistego dobytku  Poul Mer Lo chciał zabrać jedynie  aparat 
nadawczo-odbiorczy   i miotacz.   Granaty   atomowe,   które   podarował   mu   Szah   Szan 
w świątyni Baya Lys, nie nadawały się do walki z bliska – jeśli rzeczywiście zaistniałaby 
potrzeba takiej walki. Poza tym nie można było ich właściwie uważać za broń, gdyż 
przydawały się o wiele bardziej inżynierom niż żołnierzom – być może z wyjątkiem tych 
przypadków, kiedy z zastosowaniem bardzo długiego lontu mogłyby się przydać podczas 
wycofywania się lub też po wyrzuceniu na wielką odległość.

Poul Mer Lo właściwie nie pojmował, dlaczego zabiera ze sobą aparat nadawczo-

odbiorczy. Urządzenie było w świetnym stanie, a jego miniaturowa bateryjka atomowa 
mogła jeszcze bardzo długo pracować. Lecz dobrze wiedział, że na Altair Pięć nie było 
żadnego innego czynnego nadajnika. Podczas ostatnich kilku miesięcy, często w środku 
nocy,   nastawiał   aparat   na   pełną   moc   i starannie   przeszukiwał   średnie   i krótkie   fale. 
Słyszał jedynie zwykłe trzaski.

Miotacz   nieco   go   niepokoił.   Wskaźnik   optyczny,   pokazujący   poziom   ładunku, 

znajdował się grubo poniżej połowy, co oznaczało, że broni można było użyć nie więcej 
niż do sześciu pełnych wyładowań. Był jakiś przeciek, a ponieważ Poul Mer Lo nie miał 
licznika   Geigera,   nie   mógł   stwierdzić,   czy   mikrostos   jest   nienaruszony.   Całkiem 

background image

możliwe,   myślał   Poul   Mer   Lo,   że   zarówno   on,   jak   i strzelba   mogą   być   bardzo 
radioaktywne i stanowić zagrożenie dla wszystkich wokół. Jednakże nic się na to nie 
poradzi. Jeśli taka jest wola Oruri... Rozbawił sam siebie tym, że zwrot ten odruchowo 
przyszedł mu do głowy.

Szon Hu stwierdził, że będą mogli podróżować barką przez dwa i pół dnia: jeden 

dzień Kanałem Życia i półtora dnia w górę dużej rzeki znanej pod malowniczą nazwą 
Wodopoju Oruri. Później spędzą jakieś trzy dni w lasach i następny dzień, może dwa, 
w górach.   Szon  Hu  wyrażał  się  niejasno  o tym  ostatnim   etapie  podróży.  Był   pewien 
jednego: kiedy wyjdą z lasów, wyraźnie zobaczą Świątynię Białej Ciemności. Problem, 
jak do niej podejść, zostanie z pewnością rozwiązany przez Oruri, kiedy przyjdzie pora.

Wyprawa miała wyruszyć z Baya Nor z pierwszym brzaskiem, tak żeby można było 

przepłynąć daleko, nim słońce znajdzie się wysoko na niebie. Ponadto o tej porze nie 
zwróci   uwagi   nikogo   oprócz   myśliwych,   ponieważ   Bajańczycy   na   ogół   nie   lubią 
wychodzić z domu o wczesnej porze.

Barka   była   gotowa,   załadowana   pożywieniem,   wodą,   dmuchawkami,   strzałkami 

i trójzębami myśliwych, miotaczem i aparatem nadawczo-odbiorczym oraz stosem skór, 
które miały służyć za posłanie, a później, po opuszczeniu ciepłych lasów, za ubranie. 
Oprócz  czterech  myśliwych  Poul Mer Lo zabierał  ze  sobą  Zu Szana i Nemo.  Tsong 
Tsong miał zostać i dotrzymywać towarzystwa Mylai Tui, której Poul Mer Lo zostawił 
wystarczającą ilość pieniędzy, żeby mogła wynająć służącą do pomocy w domu, gdyby 
dziecko urodziło się przed jego powrotem ze Świątyni Białej Ciemności.

Prawdziwym   problemem   był   Nemo.   Nie   mógł   przecież   chodzić   na   swych 

groteskowo zniekształconych nogach. Jednakże Poul Mer Lo nie chciał go zostawić – nie 
tylko dlatego, że ten osobliwie mądry chłopiec koniecznie chciał brać udział w wyprawie, 
lecz także dlatego, iż jego telepatyczne zdolności mogły się bardzo przydać. To właśnie 
Nemo ze swą wizją boga wypuszczającego dzieci z brzucha sprowokował całą wyprawę. 
Coś może być na zboczach białej góry i Nemo może wyczuć, co to jest i gdzie. Tak, 
Nemo musi być z nimi. Przygotowano specjalne szelki, za pomocą których myśliwi – po 
kolei – mieli nieść chłopca na plecach.

Noc   przed   wyruszeniem   myśliwi,   Nemo   i Zu   Szan   spędzili   śpiąc   na   skórach   na 

płaskim dnie barki. Poul Mer Lo nie spał. Mylai Tui także nie spała. Leżeli blisko siebie 
i daleko od siebie w małej chacie, która w ciągu ostatnich miesięcy zaczęła dla Poula Mer 
Lo nabierać subtelnego słodkiego zapachu domu.

Mylai Tui była pewna, że po raz ostatni trzymają się w objęciach.
– Panie – powiedziała po bajańsku – teraz jestem gruba i nie mogę już udawać, że 

jestem ładna. Nie przystoi kobiecie tak mówić, ale bardzo bym chciała, żebyś się ze mną 

background image

położył i postarał się sobie przypomnieć, jak to było kiedyś.

Pocałował ją i pieścił.
–   Mylai   Tui   –   odrzekł,   także   w uroczystym   języku   bajańskim,   który   wolała   – 

oczekiwanie dziecka nie pomniejsza urody, jedynie zmienia jej kształt. Będę pamiętał, 
jak kiedyś było. Ale to, jak jest teraz, również jest mi drogie. I to również będę pamiętał.

Kochali się z wielką czułością, choć bez wielkiej namiętności. Kiedy skończyli, Poul 

Mer Lo  pomyślał,  że  było  w tym  coś  dziwnego,  bardziej   zbliżonego   do uroczystego 
rytuału, przydającego godności lub celebrującego jakieś wyjątkowe wydarzenie, które się 
nie zdarzyło nigdy przedtem i więcej nie zdarzy. Był zaskoczony i – po raz pierwszy – 
przestraszony.

– Panie – powiedziała Mylai Tui zwyczajnie – płomień się zapala, rozpala i gaśnie. 

Więcej się nie spotkamy. Chcę ci pokornie podziękować za całą radość, jaką mi dałeś... 
Nie mam daru śmigłych myśli, jak Szah Szan, którego moim zdaniem kochałeś, i jak 
inni,   których   także   kochasz,   choć   w mniejszym   stopniu.   Ale   choć   moje   myśli   nie 
potrafiły śmigać, panie, moje ciało biło radością. Teraz jestem smutna, że to się więcej 
nie zdarzy.

Objął ją bardzo mocno.
– Wrócę ze Świątyni Białej Ciemności – szepnął. -. Przysięgam.
– Jeśli taka będzie wola Oruri – odrzekła apatycznie Mylai Tui. – Mój pan ma dar 

wielkości i wiele może osiągnąć.

– Wrócę – powtórzył gwałtownie.
Mylai Tui westchnęła.
– Ale nigdy nie będziemy już razem. To wiem. Jest zapisane na wodzie. Jest zapisane 

na wietrze... Połóż rękę na moim brzuchu, panie.

Zrobił to i został nagrodzony kopnięciem.
– Czyż twój syn nie jest żwawy i silny jak ten, co dał nasienie?
– Z pewnością będzie wspaniałym dzieckiem.
– Więc idź już, bo widać pierwsze światło. I pamiętaj, panie – dałam ci wszystko, co 

mogłam. Z dumą będę pamiętać, że noszę dziecko tego, co przybył na srebrnym ptaku, 
lecz teraz już idź, bo wody pieką w moich oczach i nie chcę, żebyś mnie taką pamiętał... 
Niech Oruri będzie z tobą – tak samo na końcu, jak i na początku.

– Niech Oruri będzie z tobą zawsze – odpowiedział Poul Mer Lo. Dotknął wargami 

jej czoła. Potem wstał i szybko wyszedł z domu.

W świetle przed wschodem słońca świat zdawał się bardzo spokojny i samotny. Poul 

Mer Lo raźnym krokiem poszedł nad Kanał Życia nie oglądając się za siebie i starając się 
w ogóle nie myśleć. Ale na wargach czuł smak soli i dziwił się, że nie istniejące łzy mogą 

background image

tak boleć.

background image

Rozdział dwudziesty szósty

Zapowiadał   się   gorący   dzień.   Kanał   Życia   był   spokojny,   parował   lekką   mgiełką 

zawieszoną   tuż   nad   powierzchnią   wody,   leniwie   poruszającą   się   i wirującą 
w nieruchomym powietrzu. Głos niósł się daleko. Z dużej odległości Poul Mer Lo słyszał 
ciche szepty myśliwych i chłopców, którzy przygotowywali się do podróży.

Atmosferę  przepełniało  podniecenie.  Poul Mer Lo czuł, że może  wyciągnąć  ręce 

i prawie wyczuć je dotykiem,  kiedy wszedł na prymitywną, choć mocną barkę, która 
miała   unieść   ich   w drogę.   Odepchnął   od   siebie   żal   i wątpliwości.   Swoje   ostatnie 
wspomnienie   o Mylai   Tui   –   sam   wiedząc   teraz   dobrze,   że   miało   to   być   ostatnie 
wspomnienie   –   zamknął   głęboko   w umyśle,   gdzie   miało   bezpiecznie   przeczekać,   aż 
znowu zechce je wydobyć i rozpamiętywać.

– Panie – powiedział Szon Hu – zjedliśmy śniadanie i jesteśmy gotowi. Czekamy na 

twój rozkaz.

Poul   Mer   Lo   rozejrzał   się   i zobaczył   sześć   twarzy   wpatrujących   się   w niego 

z oczekiwaniem.

– Gdy zaczynamy tę podróż – powiedział oficjalnie – niezależnie od tego, czy będzie 

długa czy krótka, łatwa czy bardzo trudna, niech wszyscy pamiętają, że są jak bracia, że 
mają sobie pomagać w trudnościach oraz razem radować się i cierpieć zgodnie z wolą 
Oruri... Ruszajmy.

Myśliwi podeszli do brzegów barki i oddali mocz do Kanału Życia. Potem wzięli 

żerdzie i odepchnęli się od brzegu. Wkrótce barka mknęła gładko po spokojnej, pokrytej 
mgiełką wodzie i kiedy słońce wzeszło nad skrajem puszczy oświetlając nowe kształty 
i formy i uwydatniając barwy, Poul Mer Lo – po raz pierwszy od czasu przybycia na 
Altair   Pięć   –   poczuł   dziwną   lekkość   w sercu.   Do   tej   pory,   pomyślał,   był   głównie 
obserwatorem,   mimo   tego,   że   wprowadził   do   bajańskiej   kultury   koło   i mimo 
sporadycznych wysiłków w celu spełnienia przepowiedni wyroczni, że będzie wielkim 
nauczycielem. Teraz jednak czuł, że naprawdę coś robi.

Nie miało znaczenia, czy wyniknie coś z legendy nadejścia i snów Nemo. Nie miało 

znaczenia, czy w Świątyni Białej Ciemności dokonają jakichś odkryć. Ważne było tylko 
to, że udało mu się przełamać wielowiekową zaściankowość Bajańczyków. Przez bardzo 
długi   okres   czasu   kultywowali   niechęć   do   wiedzy.   Zadowalali   się   swym   maleńkim 
statycznym społeczeństwem w małym kąciku puszczy na Altair Pięć.

Teraz   wszystko   się   zmieniło   i niezależnie   od   tego,   co   się   stanie,   nie   będzie   już 

powrotu do dawnego status quo. Wiedział, że myśliwi nie wyruszyli razem z nim tylko 

background image

dla pieniędzy, ani też z powodu ślepej wiary w Poula Mer Lo. Brali udział w wyprawie 
przede wszystkim  dlatego, że została  poruszona ich ciekawość – ponieważ oni także 
chcieli   się   dowiedzieć,   co   kryje   się   w następnej   dolinie   lub   za   następnym   górskim 
grzbietem.

Nie   zdawali   sobie   z tego   sprawy,   ale   byli   pierwszymi   od   wieków   prawdziwymi 

bajańskimi   odkrywcami...   To   co   ja   zrobiłem,   pomyślał   Poul   Mer   Lo,   i być   może 
najważniejsza   rzecz,   którą   zrobiłem,   to   pomoc   w stworzeniu   tego   rodzaju   stanu 
umysłowego.

To z kolei zwróciło jego myśli ku Ence Ne. Przez setki lat bogowie-królowie Baya 

Nor – świadomie  lub nie – utrzymywali  swój absolutny autorytet  i absolutną władzę 
zabraniając ciekawości. Zdawał sobie z tego sprawę Szah Szan. Był na tyle mądry, żeby 
sprowokować   Poula   Mer   Lo,   którego   doradcy   i kapłani   Zakonu   Ślepych   uważali   za 
narzędzie chaosu, ponieważ zadawał pytania wcześniej nie znane i robił rzeczy wcześniej 
nie wykonywane.

Jednakże   Enka   Ne,   który   przyszedł   po   Szah   Szanie,   miał   całkiem   odmienne 

usposobienie. Po pierwsze był  stary.  Być  może w młodości również był  ciekaw. Ale 
jeżeli tak było, jego ciekawość została złamana przez starszych i przez bajański rytualny 
stosunek   do   życia.   Teraz   kiedy   się   zestarzał,   jasno   i wyraźnie   był   orędownikiem 
ortodoksji.

Kiedy barka minęła pola kappy i przypływała pod wielką zieloną umbrą lasów, Poul 

Mer Lo zastanawiał się leniwie, czy Enka Ne wie o jego wyprawie. Było to wysoce 
prawdopodobne, ponieważ Zu Szan – choć bardzo ostrożny w rekrutowaniu myśliwych – 
rozmawiał   z wieloma,   którzy   odmówili.   Oni   z kolei   na   pewno   rozmawiali   z innymi 
i można było być pewnym, że upiększony opis wyprawy dotarł już do uszu boga-króla.

Teraz   jednak,   pomyślał   Poul   Mer   Lo   z zadowoleniem,   jest   już   za   późno,   aby 

zapobiec ich podróży; poza tym, jeżeli bóg-król – mimo swych ortodoksyjnych poglądów 
–  jest  tak   mądry,   jak   podejrzewał   Poul   Mer  Lo,   nie   będzie   chciał   im   przeszkadzać. 
Powinien być zadowolony, że obcy postanowił poszukać drogi na łono Oruri z daleka od 
Baya Nor.

Wkrótce barka minęła bez przeszkód leśną świątynię  Baya  Sur. Przy miejscu do 

lądowania nie było nikogo, kto mógłby ich zobaczyć, nikt bowiem nie wiedział, że mieli 
tędy   przepływać.   Łódź   pomknęła   głęboko   w puszczę,   gdzie   Kanał   Życia   łączył   się 
z Wodopojem Oruri.

Słońce   minęło   zenit,   kiedy   myśliwi   odłożyli   żerdzie,   aby   posilić   się   i odpocząć. 

Podpłynęli   do   brzegu   kanału,   gdzie   była   mała   polanka,   i wyrzucili   za   burtę   kamień 
kotwiczny.

background image

Poul Mer Lo chętnie skorzystał z okazji, żeby rozprostować nogi. Proponował już 

wcześniej,  że  będzie  na   zmianę  z nimi   odpychał   łódź,  tak   jak  Zu   Szan,  ale   myśliwi 
bardzo   uprzejmie   odrzucili   jego   ofertę.   Był   Poulem   Mer   Lo,   obcym,   nie 
przyzwyczajonym   do   rytmu   pracy   wioślarzy.   Był   także   ich   pracodawcą   i kapitanem, 
dlatego   nie   do   pomyślenia   było,   aby  wykonywał   taką   służebną   rolę   bez   szczególnej 
potrzeby.

Kiedy zjedli, Poul Mer Lo, Zu Szan i dwaj myśliwi ucięli sobie drzemkę. Nemo 

i dwaj   pozostali   myśliwi   zostali   na   straży,   w obawie   przed   dzikimi   zwierzętami; 
w puszczy bowiem pełno było mięsożernych bestii, które polowały na zdobycz dniem 
i nocą.

We śnie Poul Mer Lo znów zmienił się w Paula Marlowe z okresu, kiedy żył, spał 

i trwał w stanie hibernacji na pokładzie Gloria Mundi. Znów pełnił służbę razem z Ann 
i właśnie uratował załogę statku przed śmiercią spowodowaną gwałtowną dekompresją, 
gdy powłoka statku została przebita małymi meteorami. Ponownie wypił łyk szampana – 
Moet et Chandon ‘11, świetny rocznik. Później była jakaś dyskusja o naturze Boga...

Sen rozpadł się, kiedy potrząsnął nim Nemo. Przez jedną straszną chwilę Paull nie 

wiedział, gdzie jest, ani nie mógł rozpoznać pomarszczonej twarzy dziecka.

– Panie – zwrócił się do niego Nemo po bajańsku – płynie za nami jakaś łódź. Myślę, 

że jest jakieś dziesięć lotów strzałki stąd. Dosiadam myśli wioślarza. Szukają nas. Mają 
dostać wiele pierścieni, jeśli nas dogonią. Enka Ne wysłał żołnierzy. Panie, chyba nie uda 
nam się uciec.

Paul   Marlowe   szybko   przyszedł   do   siebie.   Wstał   i spojrzał   na   barkę.   Nie   było 

sposobu, żeby ją na czas ukryć. Nie chciał jednak przyjąć do wiadomości porażki, nic nie 
robiąc. Jedyną nadzieją była jak najszybsza ucieczka.

–   Zbierajmy   się,   prędko   –   powiedział   do   myśliwych,   którzy   patrzyli   na   niego 

z przejęciem. – Mówią, że ten, kto czeka na kłopoty, spotka je najłatwiej.

W ciągu kilku sekund wciągnięto kamienną kotwicę, barka znalazła się na środku 

kanału i wszyscy – łącznie z Paulem – odpychali się od dna ze wszystkich sił. Nawet 
Nemo, przycupnięty na tyle barki, miał krótką żerdź, którą mógł co nieco pomóc.

Niestety,   Kanał   Życia   nie   miał   wielu   zakosów.   Niedługo   ścigający   dostrzegli 

ściganych. Oglądając się przez ramię Paul zobaczył, że płynąca za nimi duża łódź miała 
szesnastu wioślarzy i przynajmniej dwa razy tylu wojowników. Zbliżała się szybko. Za 
niecałą minutę znajdzie się w odległości zaledwie jednego lotu strzałki. A jeżeli strzałki 
zaczną fruwać, będzie to oznaczało koniec całej wyprawy.

– Zatrzymać się! – zakomenderował i wziął do ręki miotacz.
–   Panie   –   powiedział   Szon   Hu   –   wygląda   na   to,   że   Oruri   nie   darzy 

background image

błogosławieństwem naszego przedsięwzięcia. Ale wydaj rozkaz i będziemy walczyć, jeśli 
trzeba.

– Nie będzie żadnej walki – stwierdził kategorycznie Paul. – Nie obawiaj się, Szon 

Hu, Oruri tylko nas wypróbowuje.

Ścigający, widząc, że ludzie przed nimi przestali wiosłować, unieśli w górę własne 

żerdzie i pozwolili, żeby dwie barki wolno podpłynęły do siebie.

Paul poznał wojownika bajańskiego, stojącego na dziobie ścigającej ich łodzi. Był to 

ten sam kapitan, którego posłano, żeby wykonał wyrok na Bai Lucie i spalił szkołę.

– Oruri was pozdrawia! – krzyknął kapitan.
– Pozdrowienie jest błogosławieństwem – odkrzyknął Paul.
– Jestem głosem i dłonią Enki Ne. Bóg-król żąda, żebyście wrócili do Baya  Nor 

i wytłumaczyli się z tej podróży.

– Smutek mnie ogarnia, że bóg-król żąda mojej obecności, ponieważ nasza podróż 

jest bardzo nagła i nie może czekać.

Kapitan wydawał się ubawiony.
– Panie, mam polecenie, żeby wymusić wykonanie rozkazu Enki Ne, i uczynię to 

bardzo chętnie.

Paul   obojętnym   ruchem   oparł   miotacz   o biodro,   trzymając   palec   na   spuście. 

Wcześniej przesunął przycisk ładowania na pełną moc.

–   Kapitanie,   posłuchaj   mnie   przez   chwilę.   Chciałbym,   żebyś   wrócił   do  Enki   Ne 

i przekazał moje pokorne pozdrowienie, oraz powiedział, że wróciłbym, gdybym mógł, 
i wypełnił   jego   rozkaz,   ale   ta   sprawa   wymaga   natychmiastowego   działania.   Jeżeli 
zawrócisz i zachowasz spokój, gniew Oruri zostanie powstrzymany. Skończyłem.

Kapitan roześmiał się, roześmieli się jego wojownicy.  Nawet wioślarze pozwolili 

sobie na uśmiech.

– Dzielne słowa, mój panie. Ale gdzież siła za męstwem? Was jest kilku, nas – wielu. 

Ponieważ nie chcesz wrócić, musimy cię pojmać.

– Niech się więc stanie – powiedział Paul. Nacisnął spust. Miotacz jęknął, wibrując 

nieuchwytnie. Woda tuż przed barką z żołnierzami, dryfującą powoli do przodu, zaczęła 
syczeć i bulgotać. Wzburzyła się, wypuszczając wielkie kłęby pary i nagle wytworzył się 
ogromny   wodny   lej.   Barka   pełna   skamieniałych   żołnierzy   i wioślarzy   nieuchronnie 
dryfowała w stronę leja. Drewniany dziób zapalił się, a ciśnienie wody i pary wywróciło 
ciężką, wyładowaną łódź do góry dnem.

Z okrzykami przerażenia wioślarze i żołnierze brnęli po wodzie Kanału Życia. Paul 

zwolnił   spust,   jak   tylko   barka   zajęła   się   ogniem,   lecz   woda   wokół   wciąż   syczała 
i bulgotała przez kilka chwil. Jeden nieszczęśnik przysunął się zbyt blisko i ciężko się 

background image

poparzył.

– I tak – powiedział Paul, spoglądając na kapitana szamoczącego się w wodzie – 

uspokaja się gniew Oruri. Wróćcie teraz do Enki Ne i opowiedzcie mu o wszystkim, 
przekazując moje słowa. – Odwrócił się do swoich wioślarzy. – Ruszajmy. Sądzę, że 
wojownicy boga-króla nie będą nam przeszkadzać.

Machinalnie,   z wyrazem   grozy   na   twarzach,   myśliwi   wzięli   żerdzie   i odepchnęli 

łódź.

Szon Hu otarł pot z czoła i spojrzał na miotacz.
– Panie, posiadając taką moc w dłoniach, człowiek może stać się bogiem.
Paul uśmiechnął się:
– Nie, Szon Hu. Posiadając taką moc w dłoniach człowiek może jedynie stać się 

mocniejszym człowiekiem.

background image

Rozdział dwudziesty siódmy

Puszcza była stara, przytłaczająca i ciężka w swój potężnej zielonej bujności. Pośród 

hałaśliwego skrzeczenia dzikich stworzeń, które ją zamieszkiwały, leżały dziwne plamy 
ciszy, gdzie – jak zdawało się Paulowi Marlowe, nigdy nie będącemu znawcą lasu, nawet 
na Ziemi – czaiło się coś nieuchwytnego, przyczajonego i groźnego.

Być może była to Siła Życia, jeżeli bowiem Siła Życia w ogóle istnieje, z pewnością 

las – pełen poruszających się żywych stworzeń – musi być jej domem. Paul nie widział 
zbyt   wielu   dużych   dzikich   bestii,   lecz   z tego,   co   widział,   mógł   wywnioskować,   że 
w sensie ewolucyjnym Altair Pięć jest o co najmniej milion lat w tyle za Ziemią.

Tu   i ówdzie,   na   brzegach   widocznych   z daleka   z Kanału   Życiu,   znajdowały   się 

kolonie wielkich, podobnych do iguany zwierząt – najeżonych kolcami, łuskami, dwa 
razy tak dużych jak człowiek i – jak twierdzili myśliwi – właściwie niegroźnych. Żywiły 
się roślinnością. Krótka pora parzenia była jedynym okresem, kiedy stwory te okazywały 
okrucieństwo, i to tylko wobec innych przedstawicieli swojego gatunku. Z drugiej strony, 
żyły tam małe, delikatne, podobne do krabów stworzenia, jaskrawo czerwone i bardzo 
ładne, nie większe niż pięść człowieka. Myśliwi twierdzili z szacunkiem, że są to jedne 
z najbardziej krwiożerczych zwierząt żyjących w puszczy.

Tylko raz widział Paul we dnie naprawdę olbrzymie zwierzę. Stworzenie to myśliwi 

nazywali ontolynem. Budziło strach – porośnięte futrem, z olbrzymimi przednimi łapami 
zakończonymi pazurami i z przepastną paszczęką. Paul widział, jak ontolyn wyciąga się 
na tylnych łapach, żeby delikatnie zerwać jakiś owoc, rosnący na szczycie wysokiego 
drzewa. Zwierzę wydało dziwny dźwięk, ni to ryk, ni to trąbienie, a potem usiadło na 
zadzie   i zaczęło   jeść   owoc.   Dźwięk,   który   odbił   się   echem   po   lesie,   wyrażał   –   jak 
twierdzili myśliwi – jedynie zadowolenie. Mówili, że ontolyn jest tak powolny, iż zwinny 
człowiek może do niego podbiec, wspiąć się po porośniętym sierścią boku, wykręcić mu 
nos i zejść z powrotem na dół, nim zwierzę zorientuje się, co się dzieje.

W   miarę,   jak   barka   oddalała   się   od   Baya   Nor   płynąc   Kanałem   Życia,   Paulowi 

zdawało   się,   że   wraz   z towarzyszami   odbywa   podróż   wstecz   w czasie.   Kępy 
gigantycznych paproci, jaskrawe kwiaty niby-storczyków, włókniste liany rozciągnięte 
nad   głową,   z jednego   brzegu   kanału   na   drugi,   wysokie,   smutne   i absolutnie 
śmiercionośne   Płaczące   Drzewa,   z pniami   pokrytymi   gęstym,   szybko   schnącym 
i trującym   sokiem   będącym   pułapką   i trucizną   dla   małych   zwierząt,   których   ciała 
następnie się rozkładały i służyły jako pożywienie dla odsłoniętych korzeni – wszystko to 
sprawiało, że czuł się jakby podróżował zielonym tunelem w czasy prehistoryczne.

background image

I w gruncie rzeczy płynęli teraz zielonym tunelem, ponieważ brzegi kanału znacznie 

zbliżyły się do siebie. Listowie zamknęło się nad ich głowami, a światło słoneczne było 
widoczne   jedynie   jako   oślepiający   labirynt   cienkich   złotych   krat,   przez   które   barka 
przemykała się z cudowną i hipnotyczną łatwością.

Kiedy   światło   zgasło,   a zielony   mrok   zgęstniał,   Szon   Hu   zaczął   badać   brzegi, 

poszukując odpowiedniego miejsca na nocny wypoczynek.

– Panie – zwrócił się do Paula – przejechaliśmy długą drogę. Jesteśmy bardzo blisko 

Wodopoju Oruri.

– Czy nie byłoby lepiej wypłynąć na wielką rzekę, kiedy jeszcze coś widać?
Szon Hu wzruszył ramionami:
– Być  może, panie. Jednakże moi towarzysze chcą zobaczyć,  gdzie mogą złożyć 

swoje żerdzie.

– Dobrze, Szon Hu. Wobec tego odpoczywajmy.
Znaleźli   niewielki   skrawek   ziemi   w pobliżu   grupy   Płaczących   Drzew.   Szon   Hu 

wyjaśnił, że większość zwierząt wyczuwa zapach tych drzew, zwłaszcza w nocy, i stara 
się ich za wszelką cenę uniknąć. Dlatego właśnie wybrał takie miejsce. Niemniej jednak 
uważał, że wszyscy powinni spać w barce.

Pierwsza noc minęła bez żadnych kłopotów. Po wieczornym posiłku myśliwi zaczęli 

opowiadać sobie różne historie, tak jak to było w ich zwyczaju. Paul słuchał sennie przez 
chwilę,   na   wpół   oszołomiony   intensywnymi   nocnymi   zapachami   puszczy   i oparami 
unoszącymi się znad wody. Ocknął się, kiedy było już jasno i uśmiechnięty Zu Szan kusił 
go garścią kappy i paskiem wędzonego mięsa, które smakowało jak przypalona guma.

– Dobrze spałeś, Paul. Nie sądziliśmy, że tak łatwo przyzwyczaisz się do puszczy. 

Jak się mają twoje kości? – Zu Szan mówił po angielsku, dumny, iż wyróżniało go to 
spośród myśliwych.

Paul   jęknął   i spróbował   się   przeciągnąć.   Znów   jęknął   –   tym   razem   bardziej 

przekonująco.

– Czuję się jak starzec – stwierdził z niezadowoleniem. – Czuję się tak, jakby sok 

z Płaczących Drzew przedostał się do moich stawów.

– To opary wodne z Kanału Życia – wyjaśnił Zu Szan. – Powodują ból kości, który 

jednak   mija   przy   energicznym   poruszaniu.   Myślę,   że   biedny   Nemo   odczuwa   to 
najmocniej, gdyż jego kości nie mają swego naturalnego kształtu.

Mały   Nemo   płakał   jak   niemowlę.   Paul   wziął   go   na   ręce   i zaczął   delikatnie 

rozmasowywać wykrzywione członki.

– Panie – szepnął Nemo po bajańsku – zawstydzasz mnie. Błagam cię, puść mnie.
Paul z uczuciem rozwichrzył mu włosy i posadził go na rufie łodzi.

background image

– Będzie tak, jak sobie życzy mój syn – powiedział poważnie – ponieważ stwierdzam 

teraz, w obecności wszystkich, że jesteś naprawdę moim synem.

– Panie – odezwał się Szon Hu – mamy długą drogę przed nami. Wydaj rozkaz.
Paul podniósł wzrok na parujący,  zielony dach w górze. Sądząc po już dusznym 

powietrzu, zapowiadał się następny gorący i osłabiający dzień.

– Ruszajmy więc – rzekł po bajańsku – z błogosławieństwem Oruri.

background image

Rozdział dwudziesty ósmy

Drugiej nocy przyszło nieszczęście.
Wodopój Oruri był szeroką, rozleniwioną rzeką, dość płytką, lecz łatwą do płynięcia. 

Gdyby nie lekki prąd, wioślarzom łatwiej byłoby płynąć tutaj w górę rzeki niż Kanałem 
Życia.

Paulowi zdawało się, że dziwna podróż pod prąd czasu nie ma końca, przynajmniej 

dopóki   nie   przypłyną   do   samego   początku   stworzenia.   Baya   Nor   została   za   nimi, 
oddalona o dwa dni drogi, a już należała do innego świata – świata, który w dziwaczny 
sposób miał jakby dopiero zacząć istnieć po upływie wielu tysiącleci.

To poczucie podróżowania wstecz w czasie było bardzo dziwne. Doznał podobnego 

wrażenia   w lochach   Baya   Nor   i w świątyni,   kiedy   Enka   Ne   darował   mu   życie,   lecz 
rozkazał obciąć małe palce u rąk.

W pewnym sensie, odbył być może podróż w czasie do tyłu, pozostawił bowiem na 

Ziemi   dwudziesty   pierwszy   wiek,   żeby   po   upływie   wielu   lat   świetlnych   znaleźć   się 
w średniowiecznej społeczności „po drugiej stronie nieba”. Teraz jednak, gdy on i jego 
towarzysze posuwali się wzdłuż wielkiej, pachnącej piżmem rzeki, ogrodzonej wysokimi 
zielonymi  ścianami  przytłaczającej  roślinności,  nawet Baya  Nor zdawała  się szalenie 
nowoczesna.

Świat,   w którym   się  obecnie  znalazł,   zdawał   się  wciąż   czekać   na  pojawienie   się 

człowieka.   Podróżnicy   w swej   kruchej   łodzi   nie   byli   niczym   więcej   niż   nieistotnymi 
marzeniami z przyszłości, przemykającymi się niczym wiotkie cienie przez długi poranek 
prehistorii.

Nocą   obozowali   w pobliżu   pokrytego   mchem   kawałka   ziemi,   który   był   równie 

bezsensowny, co odświeżająco spokojny w otaczającej masie zieleni.

Życie   w puszczy,   przez   którą   przepływał   Wodopój   Oruri,   toczyło   się   na   tak 

prymitywnym i szaleńczym poziomie, że Paulowi wydawało się, iż faktycznie widzi, jak 
rosną  rośliny.  Dziwnym  trafem,  mimo  że  drzewa i drzewiaste  paprocie  były  tu dużo 
wyższe niż w puszczy po obu stronach Kanału Życia, mrok nie był tak absolutny. Tu 
i ówdzie szerokie pasma zamierającego słonecznego światła przebijały się przez wielki 
zielony   dach   z listowia,   tworząc   dziwne   wrażenie   iluminacji   –   niby   z witraży 
w bezkresnej zielonej katedrze.

Kiedy   leniwie   spoglądał   na   brzeg   rzeki,   drobne   kwiaty   zamykały   swe   kielichy 

i prawie chowały się w ziemi, jakby nie chciały być świadkami mrocznych wydarzeń 
długiej leśnej nocy.

background image

Także tym razem wszyscy spali w łodzi. Podobnie jak poprzedniej nocy, myśliwi 

opowiadali swe historie, które – zdaniem Paula – miały wiele wspólnego z tradycyjnymi 
anegdotami   ziemskich   wędkarzy.   Nie   był   tym   razem   tak   bardzo   śpiący   i dotrwał   do 
chwili, gdy jeden z myśliwych objął straż jako pierwszy. Później, z miotaczem pod ręką, 
rozkosznie   pożeglował   w ciemne   wymiary   snów,   które   w osobliwy   sposób 
harmonizowały ze światem prehistorii.

Kiedy   zdarzyło   się   nieszczęście,   potrzebował   kilkunastu   cennych   sekund,   żeby 

wrócić do przytomności. Na początku krzyki, wycie i odór zdawały się być częścią snu, 
ale   w pewnym   momencie  barką   wstrząsnęło  potężne  uderzenie   i łódź   gwałtownie   się 
przechyliła.   Paul   przewrócił   się   i zrozumiał,   że   nie   śni   i że   pandemonium   jest 
rzeczywistością.

Rozpaczliwie macał ręką w poszukiwaniu miotacza. Do lufy przymocowania była 

mała   atomowa   latarka   o wąskim   promieniu,   ustawiona   równolegle   do   przyrządów 
celowniczych. Było to jego jedyne źródło światła. Dopóki jej nie znajdzie i nie włączy, 
nie będzie mógł w żaden sposób stwierdzić, co się dzieje. Smród był potworny, a krzyki 
nie do opisania.

Jak oszalały szukał broni. Zdawało się, że wiek cały minął, nim ją wreszcie znalazł. 

Wyczuł palcem przycisk latarki i nacisnął, kierując miotacz w kierunku, skąd dochodziły 
krzyki.

Cienki  promień  intensywnego   światła  nie  oświetlał  dużej  przestrzeni,  lecz  to,   co 

zobaczył, wprawiło go w najwyższe przerażenie.

Na brzegu rzeki stało największe i najstraszliwsze stworzenie, jakie kiedykolwiek 

widział. Chyba tak duże, jak ziemski prehistoryczny  Tyrannosaurus rex,  i z pewnością 
tak samo przerażające.

Skierował promień latarki w górę, na masywną i koszmarną głowę, i – przerażony – 

o mało  co nie  upuścił  miotacza.  Z wielkiej  gęby wystawała  głowa  i ramiona  jednego 
z myśliwych.

Paul natychmiast opuścił broń w dół, w stronę wielkiego zakrzywionego grzbietu, 

gdzie, jak przypuszczał,  znajdował  się żołądek  stwora. Nacisnął  na spust. Niebieskie 
światło wystrzeliło w ciemność, równolegle do białego światła latarki.

Oprócz okropnego zapachu samego zwierzęcia, rozszedł się teraz odór palącego się 

ciała. Fantastyczny stwór zdawał się być bardziej zdziwiony niż zraniony. Niedbałym 
i dziwnie   delikatnym   gestem   uniósł   wielkie   ramię   i wyciągnął   myśliwego   z paszczy, 
odrzucając ciało daleko w nurty Wodopoju Oruri.

Następnie,   z niemal   komicznym   spokojem,   zaczął   przyglądać   się   niezwykłemu 

zjawisku niebieskich i białych promieni światła. Jego brzuch już się palił, z trzaskiem 

background image

i syczeniem   ciała.   Krople   rozpalonego   tłuszczu   spadały   na   ziemię,   a dymiące   żółte 
płomienie pełzały po wysokim, łuskowatym grzbiecie.

Ta bestia jest martwa, pomyślał histerycznie Paul, tylko po prostu nie wie, kiedy ma 

się przewrócić. Stała, obserwując, jak jest powoli pożerana przez atomowy ogień, jakby 
całe   wydarzenie   było   interesujące,   lecz   nie   niepokojące.   Przecież   ogień   musiał   już 
przeniknąć do krwi w jego mózgu!

Cała   scena   odbywała   się   w straszliwym,   zwolnionym   tempie.   Paul,   jak 

zahipnotyzowany, nie mógł oderwać oczu od zwierzęcia, żeby zobaczyć, co robią jego 
towarzysze. W dalszym ciągu wysyłał fantastyczne ilości energii w skórę potwora, który 
zjawił się chyba z czasów początków życia.

W końcu straszliwy stwór, przepalony niemal na dwie połowy, zrozumiał, że ginie. 

Zadrżał, a razem z nim zadrżała ziemia, wydał przeraźliwy krzyk – dosłownie zionąc 
ogniem,   gdy   płonące   ciało   i powietrze   wydostało   się   z jego   płuc   –   i przewrócił   się, 
pociągając za sobą drzewo. Łomot  padającego ciała  zatrząsł  brzegiem,  łodzią, nawet 
rzeką. Musiał być martwy, nim uderzył o ziemię.

Paul opanował się na tyle, żeby zdjąć palec ze spustu miotacza. Jednakże ciemność 

nie wróciła, gdyż ciało zwierzęcia stało się rozpalonym piekłem. Zapach i dźwięki były 
nie do zniesienia.

Szon Hu wypowiedział pierwsze, zrozumiałe słowa:
– Panie – wyjąkał z trudem – wybacz. Będę wymiotował.
Przechylił   się   przez   burtę,   a po   kilku   sekundach   dołączyli   do   niego   wszyscy 

pozostali, oprócz Nemo, który leżał nieprzytomny, ciasno zwinięty w pozycji płodowej.

– Kto zginął? – wyszeptał Paul, kiedy zdołał się odezwać.
– Mien Sze, panie. Stał na warcie. Być może bestia zobaczyła, że się poruszył.
–   Dlaczego   on   nie   widział   bestii?   I nie   słyszał?   Takie   stworzenie   nie   mogło   się 

poruszać bezszelestnie.

– Nie wiem, panie. Mien Sze nie żyje. Nie kwestionujmy jego czuwania, ponieważ 

wiele wycierpiał i jego duch może być smutny, że zwątpiliśmy w niego.

Paul jeszcze raz spojrzał na palące się ciało i natychmiast znów ogarnęły go mdłości. 

Kiedy poczuł się lepiej, zapytał:

– Jak nazywacie tego okropnego stwora?
– On nie ma nazwy, panie – odpowiedział Szon Hu. – Nigdy nie widzieliśmy czegoś 

takiego i nie chcielibyśmy nigdy zobaczyć.

– Odpłyńmy stąd jak najprędzej – powiedział Paul, wymiotując – nim wyplujemy 

wnętrzności.   Na   przyszłość   dwóch   ludzi   będzie   zawsze   stało   na   warcie,   ponieważ 
okazuje się, że jeden może się zdrzemnąć. Ruszajmy.

background image

– Panie, jest ciemno i nie znamy biegu rzeki.
– Mimo to płyniemy. – Pokazał na wciąż płonące ciało zwierzęcia. – Zbyt tu jasno 

i w ogóle. Płyńmy. Ja wezmę żerdź Mien Sze.

background image

Rozdział dwudziesty dziewiąty

Nie było najlżejszego powiewu wiatru. Puszcza stała nadzwyczaj spokojna. Gdyby 

nie  ciemne,   zielone  zapachy  nocy,  można  by pomyśleć,  że   las  przestał   istnieć.  Żyła 
jedynie rzeka, szemrząc sennie, jakby ona również chciała przejść w stan niebytu.

Miniony dzień był trudny i posępny. Trudny – ponieważ Wodopój Oruri zwęził się, 

przez co prąd był szybszy, a posępny – gdyż wszyscy wciąż myśleli o śmierci Mien Sze.

Najbardziej wstrząśnięty był Nemo – nie tylko dlatego, że był dzieckiem, lecz także 

dlatego, że telepatycznie  doświadczył  krótkiej lecz gwałtownej agonii Mien Sze. Nie 
chciał nic jeść, ani pić. Łagodnymi perswazjami udało się Paulowi namówić go jedynie 
do przełknięcia kilku łyków wody w porze wieczornego posiłku.

Podczas   wypoczynku   po   ciężkim   dniu   popychania   łodzi   myśliwi   tym   razem   nie 

wymieniali swych opowieści. Kiedy się odzywali – jeżeli się odzywali – ich wypowiedzi, 
składające się wyłącznie z pojedynczych słów, padały tylko dlatego, że trzeba się było 
porozumieć.

Paul i Szon Hu pierwsi objęli wartę. Oni też odbywali teraz ostatnią wartę tej nocy. 

Wkrótce szare pasma światła ukażą się między wysokimi drzewami. Dziś mieli zostawić 
łódź. Znajdowali się już na terenach zamieszkałych przez Lokhali i groziło im podwójne 
niebezpieczeństwo.   Jednakże   Paul   pomyślał,   że   po   okropieństwach   poprzedniej   nocy 
każda potyczka z ludźmi z plemienia Lokhali wyda się tylko lekkim wytchnieniem.

Siedząc plecami do Szon Hu Paul zdał sobie sprawę, że w związku z Lokhali coś 

starało się wypłynąć na powierzchnię w jego umyśle. Coś ważnego... Coś, co widział, 
lecz nie skojarzył...

Jego   jedyne   do   tej   pory   spotkanie   z przedstawicielami   leśnego   plemienia   miało 

miejsce podczas masowego ukrzyżowania na Czwartej Alei Bogów. Wrócił myślą do 
tamtego dnia, ponownie widząc i słysząc umierającego, który w chwili agonii wyszeptał 
pozbawione   sensu   –   i w tych   warunkach   dziwaczne   –   słowa   niemieckie,   francuskie 
i angielskie.

Nagle Paul uświadomił sobie, co widział, a czego nie zarejestrował. Pięć palców! 

Ludzie z plemienia Lokhali byli nie tylko wyżsi niż Bajańczycy, lecz także poprawniej 
ukształtowani. Pięć palców! Wrócił myślą do kobiety, która urodziła dziecko w pobliżu 
pola kappy, a później do Mylai Tui, która wpadła w gniew z powodu jego pytań, po czym 
zażądała chłosty za okazanie tego gniewu.

A teraz siedział pośrodku odwiecznej puszczy, podróżując w poszukiwaniu legendy, 

z głową pełną pytań  bez odpowiedzi. Miał ochotę głośno się roześmiać. Miał ochotę 

background image

śmiać się z tego kompletnego absurdu, z bezsensowności tego wszystkiego.

I faktycznie się roześmiał.
Szon Hu drgnął.
– Jesteś rozbawiony, panie? – spytał z wyrzutem.
– Nie, Szon Hu. Przepraszam, że cię przestraszyłem. Myślałem właśnie o pewnych 

sprawach, które Poulowi Mer Lo, nauczycielowi, trudno zrozumieć.

– Jakiego rodzaju to sprawy, panie?
Pamiętając o reakcji Mylai Tui, Paul starannie ważył słowa:
– Słuchaj, Szon Hu – zaczął – znamy się krótko, ale łączy nas ta wyprawa. Jesteś 

moim przyjacielem i bratem.

– Jestem dumny mogąc się uważać za przyjaciela Poula Mer Lo. Być twoim bratem – 

to za duży dla mnie zaszczyt.

– Niemniej jednak, mój przyjacielu i bracie, tak właśnie jest. Nie chciałbym cię więc 

obrazić.

Szon Hu był zdziwiony:
–   Jak   możesz   mnie   obrazić,   panie,   ty,   który   wyniosłeś   mnie   w moich   własnych 

oczach?

– Zadając pytania, Szon Hu. Po prostu zadając pytania.
– Widzę, że masz ochotę mówić, panie. Nie ma obrazy, jeśli nie jest zamierzona.
– Pytania związane są z ilością palców, którą powinien mieć człowiek.
Paul natychmiast wyczuł, że myśliwy zesztywniał.
– Panie – odpowiedział wreszcie Szon Hu – czyż  w twoim kraju nie ma rzeczy, 

o których wstyd mówić?

Paul zastanowił się przez chwilę.
– Myślę, przyjacielu, że są takie rzeczy.
– I tak samo jest u nas, Bajańczyków. Mówię ci to, panie, żebyś zrozumiał, iż nie jest 

mi   łatwo   rozmawiać   o liczbie   palców,   jaką   powinien   mieć   człowiek.   Mamy   takie 
powiedzenie: jest to rzecz, którą można raz usłyszeć i raz powtórzyć... Pamiętaj o tym, 
panie. A teraz pytaj.

– Czy ty, Szon Hu, urodziłeś się z pięcioma palcami czy z czterema?
Myśliwy uniósł dłoń:
– Spójrz, panie. – Miał cztery palce.
Paul uniósł własną dłoń.
– Nie odpowiedziałeś na moje pytanie. Spójrz... Choć ja urodziłem się z pięcioma 

palcami. A ty?

– Ja... Ja nie wiem – stwierdził rozpaczliwie Szon Hu.

background image

– Jesteś pewien? Jesteś pewien, że nie wiesz?
Szon Hu przełknął ślinę.
– Mój ojciec, panie, kiedy umierał, powiedział mi, że lewa dłoń była... pokalana... 

Ale   to   był   taki   mały   palec,   panie,   i hańbę   łatwo   było   zmazać...   Nie   wie   o tym   nikt 
z żywych, oprócz ciebie.

Paul uśmiechnął się:
–   Bądź   spokojny,   przyjacielu.   Nikt   z żywych,   oprócz   mnie,   nigdy   się   o tym   nie 

dowie... Ciekaw jestem, ilu Bajańczyków urodziło się z taką wadą?

–   Nie   wiem.   Chyba   niewielu.   Kapłani   zabierają   tych,   których   odkryją.   Nikt   ich 

więcej nie widzi.

– Dlaczego to takie straszne mieć pięć palców?
– Ponieważ ci, panie, co mają pięć palców, są opuszczeni przez Oruri. Nie darzy ich 

łaską.

– Wierzysz w to?
– Panie – powiedział myśliwy zdenerwowanym głosem – muszę wierzyć. Taka jest 

prawda.

– Ale dlaczego taka jest prawda? – dopytywał się nieubłaganie Paul.
– Panie, mogę ci powiedzieć tylko to, co sam wiem... Mówią, że bardzo dawno temu, 

nim   na   Baya   Nor   zapanował   bóg-król,   Bajańczycy   nie   byli   jednakowym   narodem. 
Niektórzy spośród nich byli wyżsi, mieli jaśniejszą skórę i po pięć palców u każdej dłoni. 
Było   ich   jednak   mniej   niż   prawdziwych   Bajańczyków,   mniejszych,   sprytniejszych 
i szybszych, z czterema palcami u rąk... Dużo krwi przelano, panie. Zawsze było dużo 
przelanej krwi. Wysocy z dziesięcioma palcami uważali się za lepszych od tych niższych, 
z ośmioma palcami. Napastowali kobiety ośmiopalcowców, a ci odpłacali im tym samym 
i wykorzystywali   kobiety   dziesięciopalcowców.   Wkrótce   pojawił   się   trzeci   odłam   – 
pewna ilość wyrzutków z czterema palcami u jednej ręki i pięcioma u drugiej. Nawet oni 
walczyli  między sobą, ponieważ ci z pięcioma palcami u prawej dłoni uważali się za 
lepszych   od   tych   z pięcioma   palcami   u lewej   dłoni.   I stąd   przelanej   krwi   było   coraz 
więcej, a walki coraz okrutniejsze, w miarę jak każda grupa twierdziła, że oni właśnie są 
czystej krwi i dlatego powinni rządzić całym narodem.

– Przyjacielu – rzekł Paul – to nic nowego pod słońcem. W historii mojego narodu 

było wiele niepotrzebnych i bezsensownych walk.

– Więc wojna palców sięgnęła aż drugiej strony nieba? – spytał zdumiony Szon Hu.
– Nie – odparł Paul. – Ludzie z mojej rasy, na szczęście, mają wszyscy tę samą ilość 

palców. Ale znaleźli inne powody, żeby się zabijać i postępować wobec siebie okrutnie. 
Walczyli, gdyż niektórzy twierdzili, że jeden konkretny bóg jest większy niż wszyscy 

background image

inni, lub że jeden konkretny sposób życia jest lepszy niż wszystkie inne, lub że biała 
skóra jest lepsza niż ciemna skóra.

Szon Hu roześmiał się.
– Twój naród, choć posiada wiele dziwnych umiejętności, musi być bardzo prosty.
– Chyba nie mniej prosty niż Bajańczycy – odrzekł poważnie Paul. – Opowiadaj 

dalej.

Myśliwy był teraz spokojniejszy.
–   Panie,   stało   się   tak,   że   między   Bajańczykami   więcej   było   złości   niż   miłości. 

Ponadto zapanował strach. Nikt nie doglądał upraw, bo ludzie bali się iść sami w pole. 
Myśliwi znaleźli bardziej dochodowe zajęcie polując na ludzi. Kobiety modliły się o brak 
potomstwa,   gdyż   bały   się   liczenia   palców   u rąk   dzieci.   Niewielu   ludzi   umierało   ze 
starości, wielu natomiast umierało gwałtownie. I po pewnym czasie liczba Bajańczyków 
zmniejszyła  się, ponieważ więcej umierało niż się rodziło. Widać było, że Oruri jest 
niezadowolony i że jeżeli ludzie nie sprawią, żeby się znowu uśmiechnął, naród bajański 
przestanie istnieć.

Paul westchnął.
– I wszystko z powodu ilości palców.
– I wszystko to – powtórzył Szon Hu – z powodu ilości palców. Jednakże znaleziono 

rozwiązanie. Znalazła ją pierwsza wyrocznia, która pościła i niemal nie umarła z głodu, 
a potem przemówiła głosem Oruri. A głos rzekł: „Znajdzie się między wami człowiek, 
który na razie nie ma władzy, a którego władza będzie absolutna. Ponieważ zaś żaden 
człowiek nie może sprawować takiej władzy, ten człowiek będzie jako król. A ponieważ 
nikt nie żyje wiecznie, król będzie jako bóg. Każdego roku król musi umrzeć, żeby bóg 
się odrodził”. To usłyszeli  kapłani  Oruri i słowa te im się podobały.  Rzekli więc do 
wyroczni:   „To   jest   z pewnością   nasze   wybawienie.   Jak   rozpoznamy   tego,   który 
przybierze postać boga?” Na to wyrocznia odpowiedziała: „Nie zobaczycie jego twarzy, 
lecz   ujrzycie   jego   dziób.   Nie   zobaczycie   jego   rąk,   lecz   ujrzycie   jego   upierzenie. 
I usłyszycie tylko krzyk ptaka, który nigdy nie fruwał”.

Historia zafascynowała Paula Marlowe, nie tylko dlatego, że wiele wyjaśniała, lecz 

również z powodu swojego dziwnego miejscami podobieństwa do niektórych dawnych 
wierzeń na Ziemi.

– Jak poznano pierwszego boga-króla? – spytał cicho.
– Kapłani nie zrozumieli wyroczni, która więcej nie przemówiła. Ale po wielu dniach 

cała   sprawa   się   wyjaśniła.   Kapłan   z Zakonu   Ślepych   –   którzy   wówczas   nie   nosili 
kapturów, bo nie oglądali jeszcze twarzy boga-króla – wychodził właśnie na pole kappy, 
kiedy zobaczył dużego ptaka pokrytego jaskrawym upierzeniem. Ptak wydawał z siebie 

background image

okrzyk zbiórki ptaków milanyl, które, choć drapieżne, są także bardzo smaczne... Ale ten 
ptak, panie, miał ludzkie nogi. Był to biedny myśliwy, Enka Ne, który – zbyt słaby, żeby 
polować jako człowiek – postanowił w ten sposób zwabiać ofiary.

– I to był właśnie bóg-król?
– Tak, panie. Enka Ne był prawdziwie bogiem-królem. Posiadł mądrość Oruri. Tego 

dnia, kiedy wystąpił przed ludźmi, zgromadził wokół siebie wielu myśliwych. Później 
zdjął swe upierzenie na oczach wszystkich, po raz pierwszy i ostatni. Wyciągnął ręce. 
I ludzie zobaczyli, że u jednej dłoni miał cztery palce, a u drugiej – pięć. Następnie Enka 
Ne rzekł głośno: „Musimy zakończyć zniszczenie między nami. Musi być także tak, żeby 
dłonie każdego człowieka były jednakowe. Jednakże człowiek nie potrafi dodać sobie 
palców. Cieszmy się więc, że potrafi je odjąć”. Wyciągnął prawą rękę i rozkazał, żeby 
jeden z myśliwych odciął mu mały palec. A potem powiedział: „Niech wszyscy, którzy 
pozostaną na tej ziemi, mają tyle palców, ile ja mam. Szczęśliwi ci, którzy już ich tyle 
mają. Jeszcze szczęśliwsi ci, którzy mogą uczynić dar dla Oruri ze swego ciała. Przeklęci 
będą ci, co nie dają, kiedy Oruri czeka na ofiarę. Niech odejdą z tej ziemi, ponieważ nie 
będzie między nami zgody”. Kiedy Enka Ne skończył, wielu ludzi wyciągnęło ręce do 
myśliwych. Ale rozgorzały również walki. Wreszcie ci, którzy odmówili ofiary, zostali 
zabici albo wypędzeni.

Ponad wierzchołkami drzew widać było plamy światła. Zakończyła się ostatnia warta 

tej nocy. Paul wstał i przeciągnął się. Poczuł nagle, że jest z siebie zadowolony, ponieważ 
znalazł brakujący kawałek układanki.

– To piękna opowieść, Szon Hu – powiedział po chwili.
– Jest to również straszna opowieść, panie – odrzekł Szon Hu. – Opowiadałem ją 

jeden raz. Nie wolno mi jej powtórzyć. Jak się przekonałeś, cień palców wciąż wisi nad 
Baya   Nor,   i wciąż,   po   tylu   latach,   przelewa   się   krew.   Bogowie-królowie   nigdy   nie 
kochali tych,  którzy za wiele wiedzieli. I nie kochają tych, którzy – wbrew życzeniu 
Oruri – rodzą się ze zbyt dużą ilością palców. – Szon Hu także wstał i się przeciągnął.

– Rozumiem... Jestem ci wdzięczny, Szon Hu, że opowiedziałeś mi o tym wszystkim. 

Pomówmy teraz o plemieniu Lokhali.

– Największa chyba wioska Lokhali – odrzekł myśliwy – położona blisko brzegu 

rzeki, znajduje się stąd zaledwie o kilka godzin podróży barką. Na szczęście możemy 
opuścić Wodopój Oruri i ruszyć w puszczę, nim do niej dopłyniemy.

– Czy ludzie z plemienia Lokhali mają łodzie?
– Tak,  panie,  ale  ich barki  są kiepskie i bardzo małe.  Korzystają  z rzeki  jedynie 

w przypadku ważnej potrzeby. Bardzo się boją wody.

– Wobec tego bezpieczniej  jest przepłynąć  obok ich wioski niż przejść koło niej 

background image

przez puszczę?

– Być może, panie. Ale nie lubimy zanadto zbliżać się do nich.
– Tym niemniej miniemy wioskę... Myślę, że wiem, dlaczego Bajańczycy i ludzie 

z plemienia  Lokhali   nienawidzą   się  od  wielu   lat   i obawiają  siebie  wzajemnie.   Słowo 
„Lokhali” znaczy przeklęty, zgubiony, wyrzutek, prawda?

– Tak jest, panie.
– A Lokhali – ciągnął nieustępliwie Paul – nie uważają pięciu palców u rąk za coś 

niewłaściwego... Wydaje mi się, Szon Hu, że Lokhali i Bajańczycy byli kiedyś braćmi.

background image

Rozdział trzydziesty

W porównaniu z miastem Baya Nor wioska plemienia Lokhali wyglądała żałośnie. 

Znajdowała   się   tam   tylko   jedna   wielka   hala,   może   świątynia,   z kamienia.   Reszta 
budynków,   choć   wiele   z nich   dość   dużych,   zbudowana   była   z błotnych   cegieł, 
drewnianych   ram   i ze   słomy.   Odpryski   krzemienia   ozdabiały   wiele   cegieł, 
przypuszczalnie wciśnięte, gdy cegły były jeszcze mokre.

Wszystko   to   Paul   spostrzegł,   kiedy   barka   przepływała   obok   wioski   Lokhali 

trzymając się drugiej strony Wodopoju Oruri, poza zasięgiem włóczni i strzał.

W gruncie rzeczy, biorąc pod uwagę jej rozmiar, wioska wyglądała na miasto; mimo 

że domy były prymitywne, stało ich bardzo dużo, rozmieszczonych dość symetrycznie.

Był późny ranek, wszędzie kręcili się mieszkańcy wioski, nad brzegiem rzeki zaś 

kilkadziesiąt kobiet prało, kąpało się, myło produkty spożywcze, naczynia, dzieci. Te, 
które znajdowały się w wodzie, prędko wspięły się na brzeg, widząc nadpływającą barkę. 
Ich   okrzyki   sprowadziły   następnych   ludzi   z wioski,   a także   grupę   wojowników,   czy 
myśliwych.   Któryś   z nich   ryknął   i srogo   potrząsnął   bronią,   ale   nikt   nie   miał   ochoty 
wsiadać do małych, chwiejnych czółen, które leżały na brzegu.

Paul   zdawał   sobie   sprawę   z beznadziejności   poszukiwania   kogokolwiek   z reszty 

załogi  Gloria   Mundi.  Z odległości,   w jakiej   przepływali,   niepodobna   było   odróżnić 
Europejczyka od Lokhali, chyba żeby Europejczycy nosili własne ubrania. A podobnie, 
jak on sam z konieczności od dawna już nosił strój bajański, tak samo można było się 
spodziewać, że jeśli ktoś z jego towarzyszy przeżył, musiał również ubierać się tak, jak 
mieszkańcy plemienia Lokhali.

Dręczyło go, iż jest tak blisko możliwego źródła informacji, a nic nie może uczynić. 

Ale czy naprawdę nic się nie da zrobić? Zastanowił się chwilę. Potem podniósł miotacz 
i wycelował w wodę, jakieś dwadzieścia metrów od ludzi na brzegu. Nacisnął spust.

Miotacz   zadrżał,   wydając   swój   cichy   pisk,   a następnie   woda   zaczęła   syczeć 

i bulgotać,   aż   utworzył   się   potężny   lej.   Z brzegu   dobiegły   okrzyki   przestrachu 
i konsternacji.  Niektórzy  ludzie  na  brzegu  odsunęli  się,  lub  wręcz   uciekli,   większość 
jednak stała jak zahipnotyzowana.

Działanie   to   spełniło   podwójny   cel,   pomyślał   Paul   z satysfakcją.   Po   pierwsze 

zniechęciło   Lokhali   do   pogoni   za   barką   wzdłuż   lądu,   jednocześnie   zaś  demonstracja 
takiej potęgi – lub wiadomość o czymś takim – powiadamiała jakichkolwiek żyjących 
jeszcze Europejczyków, że ktoś, oprócz nich, także przeżył.

Odłożył strzelbę, osłonił usta dłońmi i krzyknął głośno w stronę brzegu:

background image

– Wrócę tu jeszcze... Je reviens... Ich komm wieder...
Wkrótce  barka minęła  wioskę. Paul nadal wpatrywał  się za siebie, dopóki domy 

wioski nie zniknęły za zakrętem rzeki.

Na krótko przedtem, nim słońce stanęło w zenicie, Szon Hu wybrał odpowiednie 

miejsce na brzegu i skierował łódź w tę stronę.

– Musimy teraz podróżować lasem, panie – powiedział. – Dalsza podróż Wodopojem 

Oruri tylko wydłużyłaby drogę.

– Zjedzmy wobec tego i odpocznijmy – rzekł Paul. – Później podzielimy bagaże na 

pakunki, które może unieść człowiek.

Kiedy zjedli i odpoczęli, wyjęli z łodzi bukłaki, suszoną kappę, wędzone paski mięsa, 

skóry, które zabrali jako ochronę przed zimnem w górach, i szelki do noszenia Nemo. 
Później zatopili łódź i obciążoną kamieniami umieścili na dnie rzeki. Było i tak mało 
prawdopodobne, żeby Lokhali ją znaleźli, lecz schowanie jej pod wodę jeszcze te szansę 
zmniejszało. Jedynym problemem, pomyślał ponuro Paul, będzie to, żeby sami potrafili 
ją znaleźć, kiedy wrócą ze Świątyni Białej Ciemności. Można wprawdzie dostać się do 
Baya   Nor   bez   łodzi,   taka   podróż   byłaby   jednak   znacznie   trudniejsza   i bardziej 
niebezpieczna.

Kiedy  popołudniowe   cienie   wydłużyły   się,   grupa   pod  przewodnictwem   Szon  Hu 

ruszyła w drogę. Tuż za Szon Hu szedł Paul, a za nim Zu Szan, który niósł na plecach 
Nemo. Na końcu szli dwaj pozostali myśliwi.

Na szczęście Nemo prawie całkowicie otrząsnął się po śmierci Mien Sze. Jednakże 

Paul spostrzegł, że chłopiec przez cały czas trzyma się blisko Zu Szana. Ci dwaj coraz 
bardziej wzajemnie na sobie polegali. Choć Zu Szan był już na wpół mężczyzną, był 
również jeszcze na wpół chłopcem. W zasadzie bardziej lubił rozmawiać z Nemo niż 
z Paulem lub myśliwymi.

Obydwaj   lubili   demonstrować   swoją   odmienną   wyższość   nad   Bajańczykami, 

paplając ze sobą po angielsku, od czasu do czasu wtrącając do rozmowy bajańskie słowa 
i zwroty.  Wynikła  mieszanina  była  dziwaczna  i czasami  bardzo zabawna. Dzięki  tym 
rozmowom chłopcy szalenie zbliżyli się do siebie. Początkowo planowano, że każdy po 
kolei będzie niósł Nemo. Jednakże żaden z chłopców nie chciał się teraz na to zgodzić. 
Na szczęście Nemo, kupka skóry i kości, nie był cięższy, a przypuszczalnie nawet lżejszy 
niż bagaże, które niósł każdy z nich, łącznie z Paulem.

Mimo tego, że musieli się posuwać wolno i trochę hałaśliwie – tak przynajmniej 

można było przypuszczać ze skrzywionej twarzy Szon Hu – po obwodzie terenów, które 
Bajańczycy uważali za tereny plemienia Lokhali, nigdy nie natknęli się na krwiożerczych 
leśnych wojowników. Ani też, co dziwniejsze, nie widzieli wielu dzikich zwierząt. Być 

background image

może,   jak   twierdził   Szon   Hu,   hałas,   jaki   wznosili,   wystarczył,   aby   wszystkie   dzikie 
zwierzęta, oprócz groźnych mięsożerców, omijały ich z daleka.

Niezależnie od przyczyny spędzili w puszczy dwie noce i prawie całe trzy dni bez 

żadnych przygód. Jedyny groźniejszy wypadek przydarzył się Paulowi, na którego spadł 
wąż drzewny, ale przerażenie budzące stworzenie było chyba tak samo zaszokowane jak 
człowiek i pośpiesznie znikło.

Puszcza nie kończyła się gwałtownie, po prostu zaczęła rzednąć, tak że liście drzew 

nie tworzyły już splecionego dachu, przez który nie widać było nieba. Paul zauważył, że 
ziemia stała się twardsza i mniej wilgotna. Powietrze było chłodniejsze, a ziemia przed 
nimi najwyraźniej zaczynała się wznosić. Wkrótce spostrzegli duże plamy błękitu między 
szczytami drzew. Paul zrozumiał, jak bardzo mu brakowało otwartej przestrzeni.

Puszcza ustąpiła miejsca sawannie, bogato porośniętej trawą, z rzadka przetykanej 

drzewami, które często nie były wyższe od trawy sięgającej małym  Bajańczykom do 
ramion. Daleko przed nimi widać było pogórze. Za nim, widoczny od czasu do czasu 
w mgiełce późnego popołudnia, ukazywał się łańcuch gór z białymi wierzchołkami. Czy 
było   to   tylko   złudzenie,   czy   też   jedna   z nich   wydawała   się   znacznie   wyższa   od 
pozostałych? Intuicyjnie przeczuwał, że jest to Świątynia Białej Ciemności.

Wkrótce przed zachodem słońca rozłożyli się obozem pośrodku sawanny. Teraz, gdy 

puszcza została za nimi, śmierć Mien Sze zdawała się czymś bardzo odległym, i gdy 
myśliwi widzieli znów gwiazdy i dziewięć sióstr – dziewięć księżyców Altair Pięć – ich 
nastrój znów się polepszył. Po wieczornym posiłku owinęli się w skóry chroniące przed 
zimnym powietrzem i tak jak na początku, opowiadali swoje historie.

Paul miał nadzieję, że będzie można rozpalić ognisko. Jednakże ognisko w środku 

sawanny byłoby naprawdę niebezpieczne, ponadto trudno byłoby znaleźć nań materiał. 
Zadowolił się więc wygodną pozycją na skórach i ciepło opatulony nieuważnie słuchał 
rozmów Bajańczyków.

Patrzył   leniwie   w gwiazdy   i rozmyślał.   Podczas   wędrówki   przez   puszczę   – 

ponadczasowej podróży przez czas – najwyraźniej odrzucił osobowość i odruchy Poula 
Mer Lo. Z przyczyn,  których  nie mógł  pojąć, w sposób, którego nie mógł pojąć, raz 
jeszcze w pełni świadomie, stał się Paulem Marlowe, pochodzącym z Ziemi.

Najdziwniejsze, że już go to nie bolało. Był rozbitkiem daleko od domu, bez nadziei 

na powrót. A jednak to już nie bolało...

Zaskoczyło go to odkrycie.
Niebawem myśliwi przestali rozmawiać i ułożyli  się do snu. Zu Szan i Nemo już 

spali, zmęczeni całodzienną podróżą. Wkrótce Paul i Szon Hu objęli pierwszą wartę.

Nie   rozmawiali.   Szon   Hu,   choć   zadowolony   z przebytej   odległości   i uspokojony, 

background image

kiedy już puszcza została za nimi, nie miał ochoty na rozmowy. Odpowiadało to Paulowi, 
który   dla   odmiany   mógł   z przyjemnością   oddać   się   kontemplacjom   nocnego   nieba 
i puścić swe myśli między gwiazdy.

Kiedy nadszedł czas, żeby obudzić pozostałych dwóch myśliwych na ich wartę, Paul 

był bardziej ożywiony niż zmęczony. Może był to skutek chłodniejszego, orzeźwiającego 
powietrza, a może zbliżającego się końca podróży.

Niemniej jednak, gdy wreszcie się położył, prędko usnął.

background image

Rozdział trzydziesty pierwszy

Uświadomił   sobie,   że   w głowie   słyszy   głośne   i natarczywe   słowa.   Nieprzytomny 

i zaspany starał się ich pozbyć jako części snu, o którym nie wiedział, że mu się śni. 
Jednakże słowa nie dawały się odrzucić. Nie pomagało ani spanie, ani siła woli. Słowa 
nie pozwalały się zignorować. Były coraz głośniejsze, coraz bardziej naglące.

Wtedy usiadł gwałtownie przebudzony, słuchając z uczuciem przestrachu, którego 

nie sposób było zwalczyć. W świetle gwiazd niewyraźnie widział pozostałych, również 
przebudzonych.   Wszyscy   słuchali,   bez   ruchu,   jakby   dźwięki   nie   będące   dźwiękami 
zmroziły   ich   ciała.   Słychać   też   było   inny   dźwięk,   prawdziwy,   dobiegający   gdzieś 
z bardzo daleka. Paul z trudem skupił się na nim. Z jeszcze większym trudem udało mu 
się dźwięk ten zidentyfikować – był to płacz Nemo. Następnie jego myśli opanowało 
nagle głośne, natarczywe i przekazane całkowicie bezdźwięcznie posłanie:

Słuchajcie teraz głosu Aru Re!
Jeśli chcecie dożyć wieku dojrzałego, zawróćcie!
Jeśli chcecie pracować w polu,
Jeśli chcecie polować w lesie,
Jeśli chcecie odpoczywać wieczorem, zawróćcie.
Jeśli chcecie patrzeć na kobiety i płodzić dzieci,
Jeśli chcecie rozmawiać z braćmi i z ojcami,
Jeśli chcecie zebrać żniwo żywota,
Jeśli chcecie przeżyć wasze dni w zadowoleniu,
Po wysłuchaniu głosu Aru Re,
Zawróćcie! Zawróćcie! Zawróćcie!
Nieme słowa umilkły. Nikt się nie poruszył. Pierwszy odezwał się Szon Hu:
– Panie – powiedział drżącym głosem – usłyszeliśmy głos Oruri i jeszcze żyjemy. Ta 

podróż nie jest błogosławiona. Teraz musimy wrócić.

Paul rozpaczliwie starał się uporządkować rozbiegane myśli.
– Czy głos mówił do ciebie po bajańsku, Szon Hu?
– Bardzo wyraźnie, panie.
– A jednak do mnie mówił po angielsku – w języku mego kraju.
– Niezbadane są tajemnice Oruri.
– Nie Oruri – stwierdził zdecydowanie Paul – lecz Aru Re.
– Paul – odezwał się Zu Szan – do mnie głos mówił zarówno po angielsku, jak i po 

bajańsku.

background image

Paul milczał przez chwilę, potem powiedział po angielsku:
– Sądzę, że dlatego, iż teraz potrafisz myśleć w obu językach... A ty, Nemo? Jak się 

czujesz?

Nemo przestał płakać.
– Bardzo się boję – wyznał cienkim, wysokim głosem. – Nie... nie pamiętam, jaki 

język słyszałem.

Paul próbował się roześmiać i rozładować napięcie:
– Nie tylko ty, Nemo. Wszyscy bardzo się boimy.
– Więc wrócimy do Baya Nor? – Głos dziecka był błagalny.
Paul   zastanawiał   się   przez   moment,   nie   wiedząc,   czy   ma   prawo   żądać,   aby 

towarzyszyli mu w dalszej podróży. Ale jakie to dręczące, jakie rozdzierające być tak 
blisko i musieć wracać.

Wreszcie powiedział po bajańsku:
– Już i tak żądałem od was, moich przyjaciół i braci, za wiele. Byliśmy w obliczu 

niebezpieczeństwa,   jeden   z nas   zginął   i niewątpliwie   czekają   nas   dalsze 
niebezpieczeństwa.   Nie   mogę   żądać   więcej   od   was,   którzy   wykazaliście   już   wielką 
odwagę...   Każdy   kto   zechce   teraz   zawrócić,   usłyszawszy   to,   co   usłyszał,   wróci 
prowadzony moimi myślami i modlitwami. Szon Hu spełnił to, o co prosiłem. Pokazał mi 
drogę. Na pewno dojdę do Świątyni Białej Ciemności, jeżeli życzy sobie tego Oruri. 
Skończyłem.

– Panie – odezwał się Szon Hu – jesteś naprawdę wielki.  Człowiek  nie mógłby 

umrzeć w lepszym towarzystwie. Być może Oruri weźmie to pod uwagę, kiedy nadejdzie 
czas. Idę z tobą.

Zapadła   krótka   chwila   ciszy,   później   przemówił   jeden   z dwóch   pozostałych 

myśliwych:

–   Jesteśmy   zawstydzeni   w obecności   Poula   Mer   Lo   i Szon   Hu.   Kiedyś   byliśmy 

dzielnymi  ludźmi.   Wybacz  nam,  panie...   Niektórzy,  jak widać,  mają   niekończącą  się 
odwagę. Dla innych koniec nadchodzi szybko.

– Bracia – odrzekł Paul – odwaga ma wiele twarzy. Miałem szczęście, że byliście ze 

mną tak długo... Idźcie, kiedy nadejdzie światło i będzie widać drogę. Weźcie ze sobą Zu 
Szana i Nemo, ponieważ jestem spokojny, iż bezpiecznie zaprowadzicie ich z powrotem 
do Baya Nor.

– Panie – rzekł Zu Szan po bajańsku – dar od Enki Ne pozostaje z tym, któremu był 

podarowany... Myślę, że mały również chce z nami zostać.

Nemo przyszedł do siebie.
– Mały chciałby dużo – powiedział, też po bajańsku – ale pozostanie w cieniu Poula 

background image

Mer Lo.

Szon Hu roześmiał się ponuro:
– Jesteśmy więc w doborowym towarzystwie.
–   W takim   towarzystwie   –   stwierdził   enigmatycznie   Paul   –   człowiek   może 

przesuwać góry... Posłuchajcie teraz moich myśli. Głos mówił do każdego z nas inaczej. 
Do mnie mówił w moim ojczystym języku, nazywając siebie Aru Re. Do ciebie, Szon 
Hu, mówił w twoim języku. A do Zu Szana mieszaniną mojego i jego języka. Jednakże 
myślę, że przesłanie było takie samo dla nas wszystkich... Zu Szanie, jakie ono było, 
twoim zdaniem?

– Że nie powinniśmy iść dalej, bo umrzemy.
–   Aha!   –   stwierdził   Paul   z triumfem   –   tego   głos   wcale   nie   mówił.   Radził   nam, 

żebyśmy   zawrócili,   jeśli   pożądamy   pewnych   rzeczy.   Radził   nam,   Zu   Szanie,   nie 
nakazywał.   Radził   nam,   żebyśmy   wrócili   drogą,   którą   przyszliśmy,   jeżeli   pożądamy 
bezpieczeństwa, długiego życia, zadowolenia, spokoju ducha. Ale głos nie poradził nam, 
co mamy robić, jeśli pożądamy wiedzy, prawda?

Zapadła cisza. W końcu Szon Hu powiedział:
– W twoich słowach, panie jest wielka tajemnica. Nie rozumiem, dokąd wiodą twoje 

myśli, lecz podjąłem decyzję i nie odstąpię od niej.

– Chodzi mi o to – tłumaczył cierpliwie Paul – iż moim zdaniem głos radził nam 

zawrócić   jedynie   w takim   przypadku,   jeśli   nie   jesteśmy   dość   zdecydowani   i ciekawi, 
żeby iść dalej.

–   Gdy   mówi   Oruri   –   stwierdził   zrezygnowany   Szon   Hu   –   któż   odważa   się 

kwestionować znaczenie?

– Kiedy jednak Aru Re mówił po angielsku – powiedział Paul, akcentując każde 

słowo – znaczenia trzeba szukać bardzo dokładnie.

– Panie – powiedział jeden z myśliwych wracających do Baya Nor – nie weźmiemy 

łodzi. Zostawimy ją w nadziei, że Poul Mer Lo, który sprawił wiele cudów, będzie jej 
jeszcze potrzebował.

background image

Rozdział trzydziesty drugi

Nie było więcej głosów w ciemności. Ani też Oruri, czy Aru Re, nie wypowiedział 

swych bezdźwięcznych słów podczas dnia. Po niecałym dniu podróży Paul spostrzegł, że 
wysokie trawy sawanny stają się coraz niższe. Niebawem sięgały mu zaledwie do kolan. 
Później tylko do kostek. W miarę, jak wchodzili coraz wyżej, robiło się coraz zimniej.

A przed nimi, bliżej niż pół dnia marszu, leżał łańcuch górski, którego centralny 

szczyt zwał się Świątynią Białej Ciemności. Między nimi a górami znajdował się jedynie 
pas zarośli, przechodzący we wrzosowisko, z niewielkimi kępami iglastych drzew.

Nagle   Paula   ogarnęła   depresja.   W czystym   rozrzedzonym   powietrzu   widział 

dokładnie postrzępione skały góry, okrytej czapami i pasmami wiecznego śniegu. Wokół 
podnóża góry przesuwał się wielki lodowiec  – szeroka rzeka lodu, płynąca  zapewne 
z prędkością kilku metrów na rok.

Kiedy   rozłożyli   ostatni   obóz,   przed   podejściem   do   góry,   słychać   było   odległe 

przytłumione   grzmoty,   jakby   góra   wiedziała   o ich   obecności   i niechętna   była   ich 
podejściu.   Trzej   Bajańczycy   –   dorosły,   młodzieniec   i dziecko   –   nigdy   przedtem   nie 
słyszeli odgłosów lawiny.

Paul usilnie starał się wytłumaczyć im to zjawisko, w końcu jednak zrezygnował, 

widząc,   że   nie   są   w stanie   zrozumieć.   Dla   nich   odgłosy   te   były   jedynie   kolejnym 
przejawem niezadowolenia Oruri.

Z rozpaczą wpatrywał się w Świątynię Białej Ciemności, zastanawiając się, w jaki 

sposób   rozpocząć   poszukiwania.   Nie   był   alpinistą,   nie   posiadał   odpowiedniego 
wyposażenia.   Zwykłym   okrucieństwem   byłoby   żądanie,   aby   poszli   za   nim   jego 
towarzysze – dzieci puszczy – przez niebezpieczne stoki lodu i śniegu. Jakie to okropne – 
być   tak   blisko   i w takiej   beznadziejnej   sytuacji.   Po   raz   pierwszy   był   gotów   uznać 
możliwość porażki.

Nadszedł zachód słońca, a wraz z nim – znak. Paul Marlowe rzadko oddawał się 

modlitwie,   tym   razem   jednak   modlitwa   była   nie   tylko   jedyną   rzeczą,   jaką   mógł 
zaofiarować, ale czymś właściwym i nawet koniecznym.

Wysoko   ponad   wrzosowiskiem   i pierścieniami   iglastych   drzew,   w zachodzącym 

słońcu, ujrzał przelotnie duży, zakrzywiony słup ognia.

Widział   coś   podobnego   wiele,   wiele   lat   wcześniej,   w świecie   po   drugiej   stronie 

nieba. Kiedy się przyglądał i słońce zaszło, a słup ognia znikł, przypomniał sobie, jak to 
było, gdy po raz pierwszy zobaczył światło słoneczne odbite w wypolerowanym kadłubie 
Gloria Mundi.

background image

Rozdział trzydziesty trzeci

Paul  Marlowe  był   sam.  Zostawił   swoich  towarzyszy  po  drugiej  stronie  lodowca. 

Szon   Hu   cierpiał   na   śnieżną   ślepotę,   Zu   Szonowi   leciała   krew   z nosa   z powodu 
wysokości, a mały Nemo, okutany w skóry, tak że wyglądał jak futrzana piłka, uskarżał 
się na ciągły ból w kościach.

Paul   zostawił   ich   więc   po   drugiej   stronie   lodowca   i wyruszył   samotnie,   tuż   po 

wschodzie słońca. Powiedział im, że jeśli nie wróci do południa, mają się sami wycofać. 
I tak nie byliby w stanie przetrzymać kolejnej nocy na nagich, niższych zboczach góry.

Lodowiec   z daleka   wyglądał   potężniej   niż   w rzeczywistości.   Stopy  i kostki   Paula 

mocno bolały od wysiłku utrzymywania się na dużych, kołyszących się płatach lodu, 
a jego palce u nóg piekły tak, jakby ostre kawałki lodu przecięły chroniące je skóry. 
Ogólnie rzecz biorąc jednak, oprócz siniaków od licznych drobnych potknięć, czuł, że 
jest w niezłej formie.

I   oto   był   tu,   blisko   podstawy   jednej   z trzech   potężnych   metalowych   łap 

podtrzymujących  zaskakująco cienkie nogi wielkiego statku gwiezdnego. Łapy tkwiły 
mocno na szerokiej płaskiej skale po zawietrznej stronie góry, skryte chyba na trzy metry 
w wiecznym lodzie. Same nogi miały co najmniej ze dwadzieścia metrów, a masywny 
kadłub statku wznosił się ponad nimi na dwieście metrów w górę, jak wieża. Jak wieża 
ogromnej, pogrzebanej świątyni.

Paul   wpatrywał   się   w fantastyczny   kształt,   osłaniając   oczy   przed   blaskiem   jego 

wypolerowanej powierzchni i nie wierzył własnym oczom.

Wówczas głos, który nie był głosem, odezwał się w jego głowie.
– Prawda, że jestem piękny?
Tyle już się wydarzyło, że Paula nic nie mogło zaskoczyć.
Odpowiedział spokojnie:
– Tak, jesteś piękny.
– Jestem Aru Re – w twoim języku Ptak Marsa. Czekam tu od ponad pięćdziesięciu 

tysięcy planetarnych lat. Być może będę musiał czekać następne dziesięć tysięcy lat, nim 
moje dzieci osiągną wiek zrozumienia. Jestem bowiem strażnikiem pamięci ich rasy.

Nagle umysł Paula odmówił mu posłuszeństwa. Stał tu oto, człowiek z Ziemi, po 

odbyciu ryzykownej podróży na obcą planetę, przejściu przez odwieczną puszczę, przez 
sawannę, w góry i przez lodowiec, żeby natknąć się na telepatyczny statek gwiezdny. 
Statek gwiezdny, który mówi po angielsku, nazywa siebie Ptakiem Marsa i twierdzi, że 
istnieje od przeszło pięćdziesięciu tysięcy lat. Chciało mu się śmiać, płakać, spokojnie 

background image

i z premedytacją zwariować. Ale nie było takiej potrzeby. Najwyraźniej już zwariował. 
Najwyraźniej lodowiec go pokonał i teraz Paul – a raczej to, co z niego zostało – leży 
w jakiejś   płytkiej   szczelinie,   zanurzony   w świat   fantazji,   czekając,   aż   mróz   opuści 
ostatecznie zasłonę na jego psychiczny dramat.

– Nie, nie jesteś szalony – powiedział milczący głos. – Ani też nie jesteś ranny i nie 

umierasz. Jesteś Paulem Marlowe z Ziemi i jesteś pierwszym człowiekiem, który był na 
tyle zdecydowany, aby poznać prawdę. Otwórz przede mną całkowicie swój umysł, a ja 
ci pokażę wiele, co było do tej pory ukryte. Ja jestem Aru Re, Ptak Marsa... Prawda jest 
również piękna.

–   Tylko   maszyna!   –   krzyknął   Paul,   buntując   się   przeciwko   niemożliwej 

rzeczywistości.   –   Jesteś   tylko   maszyną   –   niebotyczną   bryłą   ze   stali,   owiniętą   wokół 
komputera z wbudowaną paranoją. – Starał się opanować, lecz nie mógł powstrzymać 
łkania. – Oszust! Szarlatan! Kurewski kawałek blachy!

– Owszem, jestem maszyną – uporczywie powracał w jego głowie głos Aru Re – lecz 

jestem   czymś   więcej   niż   suma   moich   części.   Jestem   maszyną,   która   żyje.   Ponieważ 
jestem   strażnikiem   i nosicielem   nasienia,   jestem   nieśmiertelny.   Jestem   większy   niż 
ludzie, którzy mnie stworzyli, choć oni, także, byli wielcy.

– Maszyna! – mamrotał rozpaczliwie Paul. – Bezużyteczna, cholerna maszyna!
Glos nie dawał mu spokoju:
– A Paul Marlowe, podróżnik z Gloria Mundi, tolerowany obywatel Baya Nor Poul 

Mer   Lo   –   nauczyciel?   Czyż   nie   jest   maszyną   –   maszyną   zbudowaną   z kości,   ciała 
i marzeń?

– Daj mi spokój! – płakał Paul. – Daj mi spokój!
– Nie mogę zostawić cię w spokoju – mówił Aru Re – ponieważ ty postanowiłeś, że 

nie zostawisz mnie w spokoju. Postanowiłeś się dowiedzieć. Ostrzegałem cię, radziłem, 
żebyś zawrócił, ale nie słuchałeś. Dlatego, zgodnie z planem, musisz wiedzieć. Otwórz 
umysł całkowicie.

Jak przez mgłę, Paul zdawał sobie sprawę, że w jego głowie toczy się walka. Nie 

chciał jej przegrać. Wiedział bowiem intuicyjnie, że jeśli przegra, nigdy nie będzie tym 
samym człowiekiem.

– Otwórz umysł – powtórzył statek gwiezdny.
Z całej siły Paul walczył przeciwko głosowi i przemożnej potędze, która wtargnęła 

w jego umysł.

– Zamknij więc oczy i zapomnij – wyszeptał Aru Re z naciskiem.
– To była długa podróż. Zamknij oczy i zapomnij.
Zmiana podejścia całkowicie zaskoczyła Paula. Na chwilę zamknął oczy i na ułamek 

background image

sekundy pozwolił osłabnąć napięciu.

To wystarczyło statkowi gwiezdnemu. Gdy wokół Paula zawirowały potężne spirale 

czerni, zrozumiał, że dostał się w niewolę.

Nie miał poczucia ruchu, ale nie stał już na górze Białej Ciemności. Był w czarnej 

próżni – najcieplejszej, najprzyjemniejszej, najwygodniejszej próżni we wszechświecie.

Nagle zrobiło się jasno.
Spoglądał   w górę   (w   dół?   wokół?)   na   najpiękniejsze   miasto,   jakie   kiedykolwiek 

widział. Wyrastało – kwitło raczej – na pustyni. Pustynia nie była  pustynią ziemską, 
a miasto nie było miastem ziemskim, mężczyźni zaś i kobiety, którzy w nim mieszkali – 
brązowi, piękni przypominający ludzi – nie byli z Ziemi.

– To miasto Marsa – powiedział Aru Re – rosło, zestarzało się i umarło, nim ludzie 

pojawili się na Sol Trzy lub Altair Pięć. To miasto, na czwartej planecie twojego słońca, 
było   domem   dla   dwudziestu   milionów   ludzi   i istniało   dłużej   niż   cała   cywilizacja   na 
ziemi.   Według   twoich   pojęć   było   czymś   trwałym,   prawie   nieśmiertelnym.   Ale   i ono 
umarło. Umarło tak jak cały Mars, podczas Wojen Wielkich Miast, które trwały dwieście 
czterdzieści  marsjańskich lat, niszcząc  w końcu nie tylko  całą cywilizację, lecz także 
życie planety, która ją zrodziła.

Obraz raptownie się zmienił. Paul Marlowe przyglądał się, jak miasto rozciągało się 

i kurczyło,   niby   jakiś   fantastyczny   organizm,   wciągający   i wypuszczający   powietrze, 
pulsujący życiem – i śmiercią. W przyspieszonym pokazie marsjańskiej historii, którego 
był świadkiem, budynki i konstrukcje o wysokości ponad dwóch kilometrów zjawiały się 
i mknęły w ułamku sekundy. Ludzi nie było już widać, nawet w zarysie. Czas ich trwania 
był za krótki. A co parę sekund pustynia i miasto wybuchały jaskrawymi, oślepiającymi 
kształtami, które Paul rozpoznawał z dawno temu widzianych obrazów – przeraźliwym 
blaskiem przemijających grzybów atomowego ognia.

– I w ten sposób – rzeczowo kontynuował głos Aru Re – cywilizacja marsjańska 

popełniła   samobójstwo...   Pomyśl   o kulturze   i technologii,   Paulu   Marlowe,   tak 
wyprzedzającej twoją, jak twoja wyprzedza bajańską. Pomyśl o tym i wiedz, że i taka 
kultura jest podatna na zniszczenie, tak jak i ludzie są zawsze na nie podatni... Ale byli 
i tacy   –   ludzie   i maszyny   –   którzy   przewidzieli   koniec.   Wiedzieli,   że   marsjańska 
cywilizacja, inherentnie niestabilna, zginie. Wiedzieli jednak także, że dzięki posiadanym 
przez nich możliwościom, trzysta milionów lat marsjańskiej ewolucji nie musi pójść na 
marne.

Scena zmieniła się, pociemniała. Nie wiedząc, skąd to wie, Paul zrozumiał, że patrzy 

teraz na ogromną podziemną jaskinię, wiele kilometrów pod marsjańską ponurą pustynią. 
Z podstawy żywej skały wyrastały inne konstrukcje, niczym dziwne i piękne stalagmity. 

background image

Wokół nich krzątali się, jak mrówki, ludzie i maszyny. Panowało poczucie pośpiechu, 
celowości i prędkości.

– I tak zbudowano statki gwiezdne – skarbnice nasion, które miały być wystrzelone 

przez umierającą planetę, aby przenieść ziarno jej osiągnięć do jeszcze nie spustoszonej 
gleby odległych światów... To jest podstawa skały, gdzie stworzono mnie i sześć innych 
identycznych statków. Względnie łatwo byłoby zbudować statki gwiezdne, które byłyby 
jedynie statkami gwiezdnymi.  Jednakże my zostaliśmy stworzeni jako opiekunowie – 
żywi   opiekunowie,   stworzeni   z materiałów   niemal   niewrażliwych   na   warunki 
zewnętrzne, i czas jako taki. Naszym zadaniem było nie tylko przetransportowanie, lecz 
także wyhodowanie i przygotowanie nasienia; a kiedy nasienie już wzejdzie, kiedy kwiat 
cywilizacji   na   nowo   zakwitnie,   naszym   zadaniem   będzie   przywrócenie   przeszłości 
i wyjaśnienie   pochodzenia   tego,   co   dopiero   teraz   może   osiągnąć   dojrzałość   na   obcej 
glebie.   Wielu   zginęło,   aby   nas   zaprogramować   do   życia.   Wielu   pozostało,   żebyśmy 
mogli unieść kilku – tych kilku, którzy mieli być jak dzieci, z umysłami uwolnionymi od 
wszelkiej   wiedzy   i wspomnień   osobistych,   żeby   mogli   na   nowo   odkryć   utraconą 
niewinność ucząc się ponownie przez długie stulecia przebudzenia istoty swej ludzkiej 
kategorii.

Scena   znów   nabrała   prędkości.   Statki   gwiezdne   wyrosły   aż   po   dach   jaskini. 

W niemym wybuchu dach został zniszczony przez niewidoczną siłę. Dwa statki szybko 
i bezdźwięcznie załamały się, by opaść poskręcanymi paskami blachy na dno wielkiego 
skalistego zagłębienia, otwartego teraz ku niebu. Mały, cienki, niewyraźny wężyk – Paul 
Marlowe wiedział teraz, że jest to potok ludzi – sunął do podstawy pozostałych statków. 
I został przez nie pochłonięty. Następnie, kolejno, każdy ze srebrnych statków otoczyły 
błękitne, zstępujące aureole światła. Skaliste podłoże przemieniło się w jaskrawy, płynny 
ogień, podczas gdy statki gwiezdne wdzięcznie  unosiły się w górę i szybko podążały 
w czarne przestrzenie nieba.

– Tak oto odbył się exodus – kontynuował Aru Re. – Tak oto skarbnice nasienia 

przeniosły nasienie. Z pięciu statków, które odleciały z Marsa, jeden podążył na Syriusza 
Cztery, gdzie dojrzewa obecnie wspaniała cywilizacja; drugi poleciał na Alfa Centauri 
Jeden,   gdzie   nasienie   zginęło,   nim   zdołało   zapuścić   korzenie;   trzeci   wylądował   na 
Procjonie Dwa, gdzie nasienie wciąż pozostaje nasieniem, i gdzie – jak na razie – nie ma 
wielkiej różnicy między ludźmi a zwierzętami; czwarty statek – to znaczy ja – wylądował 
tu, na Altair Pięć, gdzie, jak sądzę, kwiat może jeszcze zakwitnąć; wreszcie ostatni statek 
odbył najkrótszą podróż na Sol Trzy, planetę, którą nazywasz Ziemią. Ziarno przeżyło 
i rozkwitło,   chociaż   statek   został   zniszczony   lądując   na   terenie   z wielkim   uskokiem 
geologicznym. Minęło już ponad dziewięć tysiącleci, od czasu, kiedy wyspa, na której 

background image

wylądował statek, zatonęła w wodach znanych ci pod nazwą Oceanu Atlantyckiego.

Umysł   Paula   był   oszołomiony   rewelacjami,   porażony   wiedzą,   wstrząśnięty 

niewiarygodnymi  możliwościami.  Obraz   Marsa  znikł  i teraz  zapanowała   pustka.   Paul 
pływał sennie i rozkosznie w morzu ciemności, w stanie intelektualnej nicości, w którym 
zakładać   „normalność”   można   było   jedynie   naprawdę   wierząc,   że   te   wszystkie 
fantastyczne wydarzenia zostały mu przekazane przez telepatyczny statek gwiezdny.

– Twoje ciało staje się zimne – powiedział Aru Re niezrozumiale – i zostało mi mało 

czasu, żeby odpowiedzieć  na pytania  rozsadzające twój umysł.  Wkrótce będę musiał 
pozwolić ci na powrót. Ale masz oto kilka odpowiedzi, których się domagasz. Prawdą 
jest,   że   mój   umysł   jest   połączeniem   urządzeń,   które   ty  nazywasz   komputerami,   lecz 
zawiera w sobie również zaprogramowane modele umysłów ludzi, którzy od dawna nie 
żyją. Nie ma to większego związku z tym, co rozumiesz jako „komputer”, niż twój statek 
Gloria   Mundi  miał   wspólnego   ze   swoim   poprzednikiem,   pociskiem   sterowanym. 
Chciałbyś wiedzieć, jak potrafię mówić twoim językiem i mówić o znanych ci rzeczach. 
Potrafię mówić językiem jakiejkolwiek inteligentnej istoty, badając jej umysł i korelując 
symbole oraz obrazy. Chciałbyś też wiedzieć, czy wciąż jeszcze mogę się komunikować 
z pozostałymi statkami gwiezdnymi, opiekunami oczekującymi tak jak ja na dojrzewanie 
nasienia. Porozumiewamy się nie za pomocą transmisji fal, tak jak ty ją rozumiesz, lecz 
drogą   przemyślnych   modeli   empatycznych,   które   nie   podlegają   ograniczeniom 
przestrzeni i czasu.

Paulowi   zdawało   się,   że   w czarnej   ciszy   jego   umysłu   rozbrzmiewa   gigantyczny 

śmiech.

– Czy to takie dziwne, mała istoto – powiedział Aru Re, cicho i ironicznie – że nawet 

maszyna może poczuć się samotna? Ponadto potrzebujemy podzielić się naszą wiedzą, 
kiedy   pierwsze   nasienie   da   prawdziwie   dojrzały   owoc.   Ponieważ   wówczas   nie   ma 
wątpliwości, że zasiew nie był na próżno... Odpowiem jeszcze na jedno pytanie, a potem 
musisz wracać, jeżeli masz przeżyć. Jesteś zaskoczony zróżnicowaną liczbą palców rasy, 
którą   odkryłeś.   Podczas   przelotu   nastąpiła   niewielka   awaria   genetyczna,   powodująca 
drobne mutacje. Zróżnicowanie to nie ma żadnego znaczenia wobec historii. – Znów 
potężny śmiech. – W końcu, mój mały,  mimo sztywnego obecnie tabu małego palca, 
dalecy potomkowie Bajańczyków będą tacy, jak ich marsjańscy przodkowie. Być może 
jednak przetrwają impuls samozagłady... A teraz żegnaj, Paulu Marlowe. Twój umysł 
drży, a ciało staje się zimne... Otwórz oczy!

Ciemność znikła i powróciło uczucie – bólu, wyczerpania i szalonego zimna.
Paul otworzył oczy. Stał przy podstawie jednej z metalowych łap statku gwiezdnego. 

Czy w ogóle od niej odchodził? Nie wiedział. Pewno nigdy się nie dowie. Rozejrzał się 

background image

wokół   siebie,   oszołomiony,   niczym   w transie,   starając   się   ponownie   zaakceptować 
rzeczywistość realnego świata.

Ból w członkach pomógł mu skupić się na sprawach praktycznych. Jego ciało było 

sztywne i obolałe – jakby przez długi czas było nieruchome, albo jakby właśnie wyszedł 
ze stanu hibernacji.

Osłaniając   oczy   spojrzał   w górę   na   wypolerowaną   powłokę   wielkiego   statku 

gwiezdnego, a później w dół, na jego metalowe łapy, zanurzone w wiecznym lodzie. To 
przynajmniej było prawdziwe. Stał przez jakiś czas, zatopiony w myślach.

Potem powiedział cicho:
– Tak, naprawdę jesteś piękny.
Wcześniej powiedział Szon Hu i reszcie, żeby nie czekali na niego dłużej niż do 

południa. Słońce było już dość wysoko na niebie. Czuł się osłabiony i roztrzęsiony, ale 
nie miał czasu do stracenia, jeśli miał ponownie przejść przez lodowiec, nim wyruszą 
w powrotną drogę do Baya Nor.

I nagle poczuł dziwne falowanie w członkach – ogień, ciepło, jakby płynna energia 

napływała do jego żył. Czuł się mocniejszy niż kiedykolwiek przedtem. Nie mógł ustać 
na miejscu.

Bez żadnej konkretnej przyczyny, pod działaniem jakiegoś impulsu, wyciągnął rękę 

w stronę wysokiego, oświetlonego słońcem metalowego posągu Aru Re – w osobliwym 
geście ni to wdzięczności, ni to pożegnania.

Później odwrócił się i ruszył w powrotną podróż przez lodowiec.
Zu Szan zobaczył go z daleka.
Szon Hu, chory na śnieżną ślepotę, nie widział prawie nic.
Nemo  nie  potrzebował   widzieć.  Na  jego  twarzy  malował  się  wyraz   oczarowania 

pomieszany z czymś zbliżonym do ekstazy.

– Panie – powiedział Nemo po bajańsku, gdy Paul był w odległości kilku kroków – 

starałem się dosiadać twoich myśli. Nigdy nie miałem takiej dziwnej jazdy. Spadałem, 
i spadałem, i spadałem.

– Ja także spadałem – odrzekł Paul. – Może nawet bardziej niż ty.
– Dobrze się czujesz, Paul? – spytał zdenerwowany Zu Szan, po angielsku.
– Już dawno nie czułem się tak znakomicie – odpowiedział szczerze Paul.
– Panie – odezwał się Szon Hu – nie mogę zobaczyć twojej twarzy, lecz słyszę twój 

głos, który mówi mi o wyrazie twojej twarzy... Jestem szczęśliwy, że znalazłeś, to co 
znalazłeś... Ten mały opowiedział nam o wielu dziwnych rzeczach, które przekraczają 
umysły ludzi takich, jak ja... Czy to prawda, że rozmawiałeś z Oruri?

– Tak, Szon Hu. Rozmawiałem z Oruri. A teraz wracajmy z ziemi bogów na ziemię 

background image

ludzi.

background image

Rozdział trzydziesty czwarty

Teraz mieli tylko dwóch doświadczonych wioślarzy do kierowania barką. Jednakże 

Paul opanował pewne sztuczki i rytm  odpychania,  i był  w stanie na dość długi okres 
czasu zastępować Szon Hu i Zu Szana. Tymczasem Nemo wciąż kurował swe obolałe 
kości na rufie łodzi. Na szczęście nawigacja nie sprawiała trudności, gdyż płynęli teraz 
w dół   strumienia.   Odpychanie   było   konieczne   na   tyle,   żeby   kierować   barką   i ją 
przyspieszać.

Podróż   od   Świątyni   Białej   Ciemności   do   brzegu   rzeki   była   łatwiejsza,   niż   Paul 

oczekiwał. Być może była łatwiejsza z psychologicznego punktu widzenia, ponieważ się 
odprężyli po osiągnięciu góry bez żadnych dalszych nieszczęść, a teraz wracali do domu. 
Być może było tak dlatego, że znali już drogę, a tajemniczy zmysł kierunku Szon Hu 
zaprowadził ich nad Wodopój Oruri w odległości zaledwie kilometra od miejsca, gdzie 
zatopili łódź.

Szon Hu całkowicie wyzdrowiał ze śnieżnej ślepoty, kiedy doszli do sawanny. Gdy 

tylko weszli na nizinne tereny, rozbili obóz i odpoczywali przez cały dzień i noc, nim 
weszli   z powrotem   w puszczę.   Nie   słyszeli   więcej   głosu   Aru   Re,   chociaż   Paul 
wykorzystał   całą   swoją   umysłową   koncentrację,   starając   się   skontaktować   z nim 
telepatycznie. Wyglądało na to, że statek gwiezdny pozbył się ich całkowicie ze swych 
podniosłych kontemplacji.

Mimo że znaleźli barkę bez specjalnych trudności, wszyscy trzej spędzili prawie całe 

popołudnie   oczyszczając   ją   z kamieni   i z osadu,   żeby   na   nowo   przygotować   ją   do 
podróży. Byli już bardzo tym zmęczeni i chociaż mieli dostatecznie dużo czasu, żeby 
minąć wioskę Lokhali przed zapadnięciem zmroku, Szon Hu uważał, że bezpieczniej 
będzie poczekać do następnego ranka. Do tego czasu łódź wyschnie i żeglując cały dzień 
będą mogli rozbić obóz na noc daleko od plemienia Lokhali.

I   tak,   wkrótce   po  wschodzie   słońca,   barka   minęła   lekki   łuk   na  Wodopoju  Oruri 

i wioska Lokhali znalazła się w zasięgu ich wzroku. Tym razem zobaczyli niewiele osób 
– przypuszczalnie większość wciąż jeszcze jadła śniadanie. Było tam zaledwie trzech czy 
czterech mężczyzn, zajmujących się wytwarzaniem drzewc włóczni z prostych, gładkich 
kawałków drewna. Kilka kobiet kąpało się i myło. A jedna stała z daleka od innych, i ani 
się nie kąpała, ani nie myła, tylko patrzyła.

Paul oddał swoją żerdź Zu Szanowi i wziął do ręki miotacz. Z odległości jakichś stu 

metrów dostrzegł coś dziwnego w postaci samotnej kobiety. Była prawie naga, tak jak 
wszyscy Lokhali, i z tej odległości jej skóra wydawała się tak ciemna, jak u pozostałych. 

background image

Jednakże miała białe włosy. Oprócz niej wszyscy mieli czarne włosy. Ta tylko kobieta 
miała białe włosy.

Paul   rozpaczliwie   starał   się   przypomnieć   sobie   swych   współtowarzyszy   z Gloria 

Mundi.  Nikt z nich nie miał jasnych włosów. Oprócz Szwedki, która oczywiście była 
blondynką, wszystkie inne były raczej ciemne. A Ann – Ann miała czarne włosy.

Jednakże było coś osobliwego w postaci samotnej kobiety na brzegu, teraz odległej 

o zaledwie sześćdziesiąt czy siedemdziesiąt metrów...

Paul od dawna już miał opracowany plan działania, gdyby w wiosce Lokhali żyli 

jacyś ludzie z Gloria Mundi, mogący się swobodnie poruszać. Był to bardzo prosty plan, 
lecz  możliwości  Paula  wykluczały  cokolwiek  tak skomplikowanego  jak bezpośrednia 
napaść. Atomowy ładunek w miotaczu był bowiem szalenie niski.

Jednakże   trzy   czynniki   były   po   jego   stronie:   mógł   ich   zaskoczyć,   miał   dziwną 

i potężną broń, wiedział, że Lokhali nie lubią wody.

Szon  Hu  i Zu  Szan  wiedzieli  już,  że  muszą   utrzymać  barkę   w stanie  pogotowia. 

Teraz, jeżeli tylko...

Lokhali  zauważyli  łódź. Jednakże mimo, że kobiety wyszły z wody,  a mężczyźni 

wzięli do rąk włócznie, wyglądało na to, iż nikt nie ma ochoty na jakiekolwiek działania. 
Stali   i patrzyli   –   posępnie   i uważnie.   Kobieta   o białych   włosach   zdawała   się 
koncentrować uwagę jedynie na Paulu i miotaczu, który trzymał w ręku.

Kiedy barka znajdowała się nieco ponad czterdzieści metrów od brzegu, Paul doszedł 

do wniosku, że teraz – albo nigdy – musi działać. Przypuszczalnie nie było tu żadnych 
Europejczyków.   A nawet   jeśli   byli,   szansa   na   kontakt   z nimi,   nie   mówiąc   już   o ich 
ratowaniu, była bardzo niewielka.

A   jednak...   A jednak...   A jednak   kobieta   z białymi   włosami   jakby   patrzyła   mu 

w oczy. Lekkie poruszenie ramieniem – czyżby miał to być dyskretny sygnał?

– Gloria Mundi! – krzyknął. – Gloria Mundi! – Uniósł strzelbę i machał nią. – Do 

wody, szybko! Venez ici! Kommen Sie hier! Osłonię cię ogniem!

Nagle  kobieta   z białymi  włosami  wbiegła   do wody,  rozchlapując   ją  i starając  się 

dotrzeć   na   głębokość   pływania.   Paulowi   zdawało   się,   że   porusza   się   w okropnie 
zwolnionym tempie. Ale nikt nie starał się jej zatrzymać. Nagle jakaś kobieta krzyknęła 
i bezruch ożył. Wysoki mężczyzna uniósł włócznię, po nim drugi. Trzeci zaczął biec za 
kobietą z białymi włosami. Woda nie sięgała jej jeszcze do pasa, żeby mogła swobodnie 
płynąć.

– Pospiesz się, do diabła! – krzyczał Paul. – Pospiesz się!
Dokładnie   wycelował   strzelbę   ponad   jej   głową,   mierząc   w wodę   między   nią 

a brzegiem. Nacisnął spust.

background image

Strzelba   zajęczała   lekko,   bardzo   cicho.   Woda   zaczęła   syczeć   i parować.   Ów 

mężczyzna,  który  chciał   ścigać  kobietę,   przystanął.  Dwaj   z włóczniami   biegli  w jego 
kierunku.   Kobieta   mogła   już   płynąć,   a bulgocąca   woda   zmieniła   się   za   nią   w lej   – 
skutecznie zatrzymując pogoń i po części osłaniając ją przed mężczyznami na brzegu.

I   wtedy   miotacz   odmówił   posłuszeństwa.   Jego   atomowy   ładunek   osiągnął   stan 

zerowy.

Woda uspokoiła się. Jedynie, co mogło powstrzymać Lokhali to pasmo gorącej wody 

– szybko odpływającej z prądem – i gęsta chmura pary.

Jeden z mężczyzn rzucił włócznią. Upadła równo pośrodku między kobietą a barką. 

W tym momencie brakowało jej jeszcze jakichś dwudziestu metrów, żeby znaleźć się 
w łodzi, lecz posuwała się bardzo powoli i zdawała się dziwnie zmęczona.

Gdyby   wtedy   Paul   przez   chwilę   się   zastanowił,   przypuszczalnie   można   by   było 

uniknąć tragedii. Dopiero znacznie później przyszło mu do głowy, że być może włócznia 
wymierzona była w łódź, a nie w kobietę.

Teraz jednak, nie zastanawiając się, odrzucił bezużyteczny miotacz i wskoczył do 

wody, aby odwrócić uwagę Lokhali. Popełnił błąd. Nim jeszcze dotknął wody, Lokhali 
na brzegu odzyskali głos. Kiedy wynurzył się na powierzchnię, z wioski nadbiegali już 
następni wojownicy.

Kolejna włócznia uderzyła  w wodę, blisko niego, później jeszcze jedna. Kilkoma 

mocnymi ruchami zbliżył się do kobiety. Nie było teraz czasu, żeby dowiadywać się, kim 
jest.

– Przewróć się na wznak! – krzyknął. – Będę cię holował.
Posłusznie   odwróciła   się   na   plecy.   Złapał   ją   pod   pachy   i prędkimi,   nerwowymi 

ruchami   nóg   pchnął   ich   oboje   z powrotem   w stronę   barki.   Nagle   poczuł   uderzenie, 
a kobieta zadrżała, wydając głębokie westchnienie. Nie zwrócił na to uwagi, koncentrując 
się jedynie na tym, żeby jak najszybciej znaleźć się we względnie bezpiecznej barce.

Wreszcie jakoś się udało.
Kiedy Szon Hu wciągał ją do łodzi, Paul zobaczył zatopioną w jej brzuchu krótką 

włócznię i ciemny strumyczek krwi pulsujący na jej brązowym ciele.

Następnie sam wdrapał się do łodzi i ukląkł, dysząc ze zmęczenia i wpatrując się 

w zmienioną, lecz wciąż rozpoznawalną twarz Ann.

– Wyciągnij to! – syknęła. – Wyciągnij, na litość Boską!
I zemdlała.

background image

Rozdział trzydziesty piąty

To Szon Hu wyciągnął włócznię. Paul drżał, płakał i do niczego się nie nadawał. 

A Zu Szan i Nemo, wspólnie, jakoś zdołali utrzymać barkę na stałym kursie i opuścić 
bezpiecznie tereny, gdzie narażeni byli na włócznie Lokhali.

Paul opanował się, nim Ann otworzyła oczy.
– Miałeś rację, mimo wszystko – szepnęła. – To było spotkanie w Samarze, prawda?
Przez moment nie wiedział, o co jej chodzi. A potem wszystko sobie przypomniał. 

Gloria   Mundi.  Szampan   na   pokładzie   nawigacyjnym   po   tym,   jak   zatkali   dziury   po 
meteorach.   Filozofowanie   i rozmowy   o tym,   co   czeka   ich   na   Altairze.   Później   Ann 
opowiedziała mu o drugim prawie Finagle’a. A on jej legendę o spotkaniu w Samarze.

– Ann, kochana... Moja kochana. – Patrzył  na nią bezradnie.  – Wszystko  będzie 

dobrze.

Z wysiłkiem uniosła się nieco znad małej poduszki ze skór, którą Szon Hu wsunął jej 

pod   głowę.   Paul   podtrzymywał   ją,   gdy   z zawodowym   zainteresowaniem   badała   ranę 
w brzuchu.

– Teraz już nie bardzo boli – stwierdziła spokojnie. – To nie jest dobry znak. Trochę 

krwi z żył, ale nie z tętnicy... To lepiej... Jednakże obawiam się, że umrę... To pewno 
potrwa... Będziesz musiał mi pomóc, Paul. Na pewno bardzo będzie mi się chciało pić... 
Zazwyczaj nie zalecałabym dużo płynu, lecz w tym przypadku to nie ma znaczenia... 
Oczywiście,  gdybyś  potrafił  to  jakoś zatamować,  nie sprawiając mi  zbyt  wiele  bólu, 
opóźniłbyś utratę krwi.

Wyczerpana, oparła się o niego. Delikatnie ułożył ją na poduszce.
– To może być byle co – jęknęła – kawałek materiału, kawałek skóry, cokolwiek.
Oderwał kawałek musy loul, zwinął w opatrunek i próbował wcisnąć w otwartą ranę.
Ann krzyknęła.
Szon Hu dał znak Zu Szanowi i wciągnął swoją żerdź do łodzi.
Podszedł i ukucnął obok Ann, przypatrując się jej badawczo. Później zwrócił się do 

Paula:

– Panie, czego potrzebuje ta kobieta?
– Muszę wcisnąć to w ranę – wyjaśnił Paul. – Ale... ale to ją bardzo boli.
– Można to zrobić, panie. Rób, co masz robić, kiedy dam ci znak.
Szon   Hu   fachowo   położył   dłonie   na   skroniach   Ann   i nacisnął,   łagodnie   lecz 

stanowczo.   Przez   chwilkę   opierała   się   żałośnie,   nie   wiedząc,   co   się   dzieje.   Nagle 
zamknęła oczy i jej ciało zwiotczało.

background image

Szon Hu kiwnął głową i odjął dłonie. Paul zdecydowanym ruchem wcisnął opatrunek 

w ranę. Wkrótce Ann otworzyła oczy.

– Sądziłam, że musiałeś wrócić do domu, na Ziemię – szepnęła cicho. – Była to moja 

jedyna satysfakcja... Każdego wieczoru mówiłam sobie: przynajmniej Paul się uratował. 
Jest w drodze do domu... Co się stało z Gloria Mundi?

–   Wybuchła,   zgodnie   z programem   samozniszczenia   po   tym,   jak   my   trzej 

opuściliśmy statek, żeby was szukać.

Ann zakaszlała  i mocno  ścisnęła dłoń Paula, przytulając  ją do piersi. Kiedy atak 

minął, powiedziała:

– Więc cała podróż była absolutnym fiaskiem... Co za strata, co za wielka strata.
– Nie, Ann – odrzekł Paul, a kiedy spojrzał na jej wykrzywioną bólem twarz, zdał 

sobie sprawę z idiotyzmu swojej odpowiedzi. Czule zaczął głaskać jej białe włosy.

–   Wybacz   mi,   jestem   głupcem.   Ale   Ann,   odkryłem   coś   tak   niewiarygodnie 

cudownego,   że   –   że   każda   tragedia   jest   tego   warta...   To   głupie,   co   mówię,   lecz 
prawdziwe.

Spróbowała się uśmiechnąć.
–   Musisz   mi   opowiedzieć   o twoim   cudownym   odkryciu...   Bardzo   bym   chciała 

wierzyć, że wszystko to miało jakiś sens.

– Powinnaś odpocząć. Postaraj się zasnąć... Nie wolno ci mówić.
– Niedługo będę na pewno spała – odpowiedziała ponuro. – Poza tym to ty będziesz 

mówił... Opowiedz mi.

W skrócie opowiedział jej o tym, jak został schwytany przez Bajańczyków i o swojej 

przyjaźni z Enką Ne, inaczej – Szah Szanem. Opowiedział jej o Oruri, najwyższym bogu 
Bajańczyków. Następnie, pomijając wiele z tego, co zdarzyło się po śmierci Szah Szana, 
opowiedział o snach Nemo, legendzie przyjścia, i o tym, jak udało mu się dotrzeć do 
Świątyni   Białej   Ciemności.   Wreszcie  opowiedział  jej   o swoim  odkryciu  i o spotkaniu 
z Aru Re.

Czasami, kiedy opowiadał, Ann zamykała oczy i zdawała się tracić przytomność. Nie 

był   pewien,   ile   faktycznie   usłyszała   z jego   opowieści   i czy   wiele   z tego   wszystkiego 
zrozumiała,   lecz   nie   przestawał   mówić,   gdyż   jeżeli   tylko   drzemała,   mógł   jej   być 
potrzebny dźwięk jego głosu.

W miarę jak mówił, wszystko zaczęło mu się zdawać całkowicie nierealne. Nigdy nie 

odszukał Aru Re. Nawet jego samego tu nie było, w łodzi dryfującej ciemną rzeką przez 
odwieczną   puszczę,   w towarzystwie   umierającej   kobiety.   To   wszystko   mu   się   śni. 
Prawdopodobnie wciąż jeszcze jest w stanie uśpienia na pokładzie Gloria Mundi, a jego 
umysł   buntuje   się,   tworząc   sobie   własny   świat   fantazji   jako   sprzeciw   wobec 

background image

nienaturalnego   stanu,   który   nie   ma   nic   wspólnego   ani   z życiem,   ani   ze   śmiercią. 
Niebawem zostanie odmrożony. I wtedy znów w pełni ożyje.

Nagle zdał sobie sprawę, że przestał mówić i że Ann otworzyła  oczy i patrzy na 

niego.

– Sądzę, że masz rację – powiedziała słabym głosem. – To miało swój sens... Nie... 

nie   jestem   pewna,   czy   wszystko   jasno   zrozumiałam,   mój   umysł   nie   pracuje   zbyt 
sprawnie. Ale jeśli historia o Aru Re oznacza to, co myślę, dokonałeś najwspanialszego 
odkrycia wszechczasów... Och, Paul... Jestem tak – tak... – Umilkła.

Łzy spływały mu po twarzy.
– Ale nie ma nikogo, komu mógłbym to opowiedzieć – wykrzyknął z rozpaczą – 

nikogo, oprócz... – przerwał.

– Nikogo oprócz umierającej kobiety? – Ann uśmiechnęła się. – Musisz przeżyć, 

Paul. Po prostu musisz żyć... Obawiam się, że twoje zadanie jest trudniejsze.

Pochylił się i pocałował ją w czoło. Pokrywały je grube krople potu. Lecz ciało było 

zimne.

– Chciałbym... Boże, jakbym chciał wiedzieć, co się stało z innymi!
Jeżeli Ann przeżyła – przynajmniej do czasu jego głupiego bohaterskiego działania – 

dlaczego inni mieliby nie przeżyć? Gdyby mógł ich odnaleźć, niezależnie od tego, co 
stałoby się później, miałby przynajmniej jakieś ludzkie towarzystwo. Nie! To idiotyczny 
sposób   myślenia.   Ma   przecież   Zu   Szana,   Nemo,   Szon   Hu.   Dobre,   bardzo   dobre 
towarzystwo ludzi. Ale jednak obce. Ludzkie, ale obce. Obcy na dalekim brzegu...

– Wiesz o trzech osobach – powiedziała Ann słabym głosem. – Przykro mi... Bardzo 

przykro, Paul. Mogę ci powiedzieć o reszcie... Zdarzyło się to pierwszego wieczora po 
tym, jak opuściliśmy Gloria Mundi. – Roześmiała się cicho, lecz śmiech przeszedł w atak 
kaszlu, bardzo bolesny. Minęło sporo czasu, nim mogła kontynuować.

–   Pamiętasz,   że   wyszłyśmy,   żeby   szukać   pary   szwedzkiej,   francuskiej 

i holenderskiej... Dopiero po długim czasie dowiedziałam się, co się z nimi stało, ale 
zaraz   ci   o tym   powiem...   Boże,   Paul!   Byłyśmy   takie   pewne   siebie   –   takie   mądre! 
Byłyśmy naukowcami. Miałyśmy broń. Byłyśmy inteligentne. Jedyną rzeczą, której nie 
miałyśmy, była wiedza o puszczy, to co było nam najbardziej potrzebne... Byłyśmy takie 
pewne siebie – łatwa zdobycz... We trzy weszłyśmy wprost na myśliwych z tego leśnego 
plemienia – nazywają siebie Lokh. Nie oddałyśmy nawet jednego strzału. Odebrali nam 
wszystko – całe nasze wspaniałe wyposażenie odrzucone przez dzikusów – i pochwycili 
jak kaczki w ciągu kilku sekund... Włoszka nie przestawała wrzeszczeć, więc ją zabili... 
Nie byli brutalni. Tylko w ten sposób chronili siebie. Nie chcieli, żeby ktoś usłyszał, nie 
chcieli, żeby nadciągnęły jakieś dzikie zwierzęta... Lisa – pamiętasz Lisę? – była bardzo 

background image

spokojna. Gdyby nie ona, przypuszczalnie skończyłabym tak samo jak Franca. Zmusiła 
mnie, żebym siedziała nieruchomo i cicho – bez względu na to, co nam robili... Nie byli 
okrutni, tylko ciekawi... Byłyśmy dla nich prawdziwą zagadką... Zabrali nas do swojej 
wioski   i przez   jakiś   czas   więzili.   Potem   zaczęłyśmy   trochę   rozumieć   ich   język. 
Próbowałyśmy im wytłumaczyć, w jaki sposób przybyłyśmy na Altair Pięć. Ale to nic 
nie dało. Nie chcieli uwierzyć... Po pewnym czasie byłyśmy w miarę wolne. W końcu nie 
było   dokąd   uciec.   Nie   miałyśmy   siły,   ani   możliwości...   Biedna   Lisa.   Otruła   się... 
Chodziła i zjadała każdy owoc, kwiat czy korzeń, aż wreszcie znalazła to, co chciała. 
Lokhowie nie wiedzieli, o co jej chodziło. Myśleli, że to bardzo zabawne. Cała wioska 
się z niej śmiała... A ja – to teraz śmieszne – ale dla mnie życie było cenne. Starałam się 
być użyteczną... Zaczęłam bawić się w lekarza – opatrywać rany, składać kości, tego typu 
sprawy... Myślę, że mnie na swój sposób polubili... I tak było, dopóki się nie zjawiłeś. 
Dni   biegły   jeden   za   drugim.   I nie   było   przeszłości,   i nie   było   przyszłości.   Kiedyś 
myślałam, że wariuję... Ale nie zwariowałam... To wszystko... I teraz tak to się kończy. – 
Uśmiechnęła się. – Drugie prawo Finagle’a, pamiętasz?

Paul podniósł jej dłoń i pocałował.
– Kochanie, moje biedne kochanie.
– Prawda, miałam ci opowiedzieć o reszcie. Pokonała ich epoka kamienia. Czyż to 

nie zabawne?  Mieli  tyle  broni, że  mogli  zniszczyć  całą  armię,  a pokonała  ich epoka 
kamienna.

Spojrzał na nią, zaskoczony.
–   Przepraszam   –   szepnęła   Ann   –   mówię   zagadkami...   W puszczy   żyją   okropne 

stworzenia   i Lokhowie   bronią   się   przed   nimi,   otaczając   wioskę   pierścieniem 
zakamuflowanych dołów. Kamuflaż jest doskonały. Sama o mało co nie wpadłam w te 
przeklęte doły... Kopią je w różnych partiach puszczy i wtykają w nie pale. Co jakiś czas 
idą i sprawdzają, co się złapało... Pewnego dnia zabrali mnie do jednego dołu. Były tam 
plastykowe pancerze, miotacze, aparaty nadawczo-odbiorcze i sześć szkieletów na dnie... 
Dwudziesty pierwszy wiek pokonany przez epokę kamienną... Lokhowie uważali, że to 
bardzo   uprzejmie   z ich   strony,   że   pokazują  mi,   co  się   stało   z moimi   towarzyszami... 
Wtedy właśnie myślałam, że zwariuję.

– Ann – odezwał się, delikatnie wycierając jej pot z czoła i znów czując okropne 

zimno – jestem głupcem, kompletnym głupcem. Nie powinienem był pozwolić ci mówić. 
Proszę cię, proszę, odpocznij.

– Prędzej, niż myślisz – szepnęła – o wiele... Prędzej niż myślisz... Nie wiń siebie, 

kochany. – Oczy miała na wpół przymknięte, lekki uśmiech na wargach. – Cieszę się, że 
cię jeszcze zobaczyłam... mojego męża... znowu... Caxton Hall, dziesiąta trzydzieści... 

background image

Czerwona róża... Wyglądałeś słodko – i lekko przerażony.

Zaczęła kaszleć i tym razem kaszlała krwią. Atak wyczerpał ją, ale chyba już nie 

cierpiała.

– To już niedługo – powiedziała ochryple. – Nie myślałam, że to się tak szybko 

spełni... Krew... Przytul mnie, Paul. Przytul mnie... Człowiek jest taki samotny... Później, 
rzeka... To cudownie pomyśleć, że wszystko spłynie... Do czysta...

Podniósł ją i przytulił do siebie, automatycznie gładząc jej włosy – miękkie białe 

włosy – podczas gdy łzy spływały mu po twarzy i mieszały się z jej zimnym potem.

– Kochana, mój skarbie – płakał rozpaczliwie – nie umrzesz. Nie pozwolę ci... Nie 

pozwolę ci... Nie pozwolę... Muszę pomyśleć... Boże, muszę się zastanowić... Opatrunek, 
prawda. Dobry opatrunek. Kiedy przypłyniemy do Baya Nor... – przerwał.

Nie było dźwięku, westchnienia. Nie było niczego. Po prostu leżała mu bezwładnie 

w ramionach. Mówił do martwej kobiety.

Przez jakiś czas siedział bez ruchu, trzymając ją. Nie myśląc. Nie widząc.
Później poczuł dotyk Szon Hu na ramieniu.
– Panie – powiedział łagodnie Bajańczyk – ona odchodzi na łono Oruri. Niech idzie 

w spokoju.

Zrobili dla niej całun ze skór i obciążyli go kamieniami.
Niebawem,  tak   jak  sobie  tego  życzyła,  Ann  Victoria  Marlowe,  z domu  Watkins, 

urodzona na Ziemi, zanurzyła  się w ciemnej i oczyszczającej rzece po drugiej stronie 
nieba.

background image

Rozdział trzydziesty szósty

Paul Marlowe wpatrywał się w popiół tego, co było kiedyś jego domem, i nie czuł 

nic   oprócz   wielkiej   pustki   wewnątrz.   Jakby   zimna   czarna   próżnia   rozrosła   się 
zadziwiająco,   nie   wywierając   ani   nacisku,   ani   bólu.   Przypuszczał,   że   zbyt   wiele   się 
wydarzyło   w ciągu   ostatnich   kilku   dni,   żeby   mógł   teraz   cokolwiek   odczuwać. 
Niewątpliwie   później   otępienie   przejdzie   i będzie   mógł   pojąć   tę   ostateczną   tragedię. 
Zastanawiał   się,   badawczo   i spokojnie,   czy   odczucie   będzie   dość   głębokie,   żeby 
sprowokować łzy.

Powrotna podróż Wodopojem Oruri, a później Kanałem Życia, minęła bezpiecznie 

bez żadnych zakłóceń ze strony ludzi czy zwierząt; przynajmniej tak mu się zdawało, 
ponieważ po śmierci Ann był zbyt otępiały, aby zwracać uwagę na to, co się dzieje. 
Spokojnie siedział w łodzi, wpatrując się w nieprzenikliwe zielone ściany puszczy, gdy 
dzień zmieniał się w noc, a noc w dzień. Szon Hu objął dowództwo, decydując, kiedy 
należy odpoczywać, i gdzie rozkładać obóz, a Paul był posłuszny i grzeczny jak dziecko.

Kiedy   jednak   barka   zbliżyła   się   do   Baya   Nor,   szok   zaczął   ustępować.   Powoli 

wynurzał się ze śmiertelnego letargu, który go opanował. Zaczął znów myśleć, zdając 
sobie sprawę, że pomimo strat i tragedii podróż zakończyła się pomyślnie, że dokonał 
najważniejszego   odkrycia   w historii   rodzaju   ludzkiego,   że   jest   w drodze   do   domu. 
Poczucie   powrotu   do   domu   na   chwilę   odebrało   mu   równowagę.   Dom   jako   taki   był 
przecież gdzieś na Ziemi, nie mógł sobie dokładnie przypomnieć gdzie. Teraz dom był na 
Altair Pięć i Paul potrafił jasno sobie wyobrazić, gdzie i jak to było.

Dom to budynek pokryty strzechą, na niewysokich palach. Dom to mała, ciemna 

kobieta szalenie dumna z zalążka życia w jej brzuchu... Dom to dzbanek ochłodzonego 
spirytusu   z kappy,   wieczorem,   na   stopniach   werandy...   Dom   to   odgłos   bosych   stóp, 
zapach potraw, spokojne ruchy małego obcego ciała...

Łódź   była   już   bardzo   blisko   Baya   Nor,   kiedy   Paul   opanował   się   na   tyle,   żeby 

pomyśleć o Ence Ne. Wyruszając w podróż do Świątyni Białej Ciemności nie tylko rzucił 
wyzwanie  autorytetowi  boga-króla,  lecz  także  go poniżył.  Poniżył  Enkę  Ne niszcząc 
ścigającą ich barkę i wywracając wojowników w wodę Kanału Życia.

Przypuszczalnie,  ze względu  na swój  prestiż,  Enka Ne potraktuje  to wydarzenie, 

jakby się w ogóle nie zdarzyło. Jednakże było to mało prawdopodobne. O wiele bardziej 
prawdopodobne było to, że Enka Ne, jak tylko będzie mógł, nałoży na niego karę, albo 
go poniży.

Dlatego Paul nie pozwolił Szon Hu i Zu Szanowi wpłynąć łodzią do miasta. Kazał im 

background image

zostać w Kanale Życia, w odległości jakiejś godziny marszu od miasta, podczas gdy on 
sam wyruszył, żeby się wszystkiego dowiedzieć – jeśli będzie mógł – o swojej sytuacji. 
Gdyby nie wrócił tego samego dnia, kazał im cofnąć się do puszczy na jakiś czas, mając 
nadzieję,   że   z czasem   bóg-król   zapomni   o swoim   niezadowoleniu   i że   on   sam,   Paul, 
będzie mógł wziąć na siebie całkowitą odpowiedzialność za swoje wykroczenie.

W nocy padało, ale dzień był bardzo ciepły i ziemia parowała. I oto był tu, wpatrując 

się w rozrzucony wilgotny popiół, cierpliwie obserwowany przez Tsong Tsonga, który 
został, żeby dotrzymać towarzystwa Mylai Tui.

Tsong Tsong był tak samo mokry i biedny jak popiół. Nigdy nie grzeszył specjalną 

mądrością ani inteligencją, a teraz przedstawiał sobą postać jeszcze bardziej żałosną, na 
wpół zagłodzoną. Życzeniem jego mistrza, Poula Mer Lo, było żeby Tsong Tsong został 
w domu.   Dziecko   przyjęło   rozkaz   dosłownie   i nawet   po   spaleniu   domu   i po   śmierci 
Mylai Tui tkwiło na warcie, cierpliwie oczekując powrotu Poula Mer Lo.

Paul zrozumiał, że nawet gdyby nigdy nie wrócił, Tsong Tsong czekałby tu aż do 

śmierci głodowej.

Pogłaskał chłopca po głowie, spojrzał z żalem na tępą twarz, ciemne bezrozumne 

oczy i cierpliwie wypytywał o to, co się stało.

– Panie – mówił Tsong Tsong, bardzo kiepsko po bajańsku – to było może tego 

ranka,   kiedy   wyruszyłeś   w wielką   podróż...   Albo   może   następnego   ranka...   Jestem 
głodny,  panie, i nie pamiętam dokładnie... Przyszło  wielu wojowników... Przysłał ich 
bóg-król... To był dobry dzień bo zjadłem dużo mięsa, którego ta kobieta, Mylai Tui, nie 
mogła jeść... Była dobrą kucharką, panie, chociaż płakała, kiedy gotowała. Może zapach 
posiłku szkodził jej na oczy... Ale mięso było bardzo smaczne.

– Tsong Tsongu – powiedział łagodnie Paul – mówiłeś o wojownikach.
–   Tak,   panie...   Przyszli   wojownicy...   Kazali   kobiecie   wyjść   z domu...   Była   zła 

i głośno krzyczała... Ja – ja się odsunąłem, panie, bo wiadomo, że wojownicy Enki Ne są 
niecierpliwi. Ponieważ nie zwracali na mnie uwagi, a ja się bardzo bałem, wycofałem 
się... Rozumiesz, panie, że nie powinienem był zostać?

– Rozumiem. Powiedz mi, co się stało.
– Wojownicy powiedzieli, że muszą spalić dom i tego nie mogłem zrozumieć, bo 

wiadomo, że Poul Mer Lo jest ważnym człowiekiem... To było bardzo dziwne, panie. 
Kiedy ta kobieta, Mylai Tui, zobaczyła, że podkładają ogień, stała się jakby dotknięta 
przez   Oruri.   Drżała   i krzyczała   głośno,   i płakała...   Próbowała   wbiec   do   palącego   się 
domu krzycząc słowa, jakich nie rozumiałem. Ale jeden wojownik ją powstrzymał. To 
było przerażające, panie... Dom palił się bardzo głośno. A potem ona chwyciła trójząb 
i zraniła mężczyznę, który ją trzymał. A potem – a potem umarła.

background image

Paul był zdumiony, że nie czuje łez, bólu.
Ukląkł i położył rękę na ramieniu chłopca.
– W jaki sposób zginęła, Tsong Tsongu? – zapytał spokojnie.
Chłopiec jakby się zdziwił tym pytaniem.
– Uderzył ją wojownik.
– Umarła... umarła szybko?
– Wiesz, panie, że wojownicy Enki Ne nie muszą uderzać dwa razy... Od tej pory 

byłem bardzo głodny.  Znalazłem trochę kappy, ale była całkiem czarna i miała smak 
ognia.   Mój   brzuch   był   bardzo   nieszczęśliwy...   Wybacz,   panie,   ale   czy   masz   coś   do 
jedzenia?

Paul rozmyślał przez chwilę. Potem powiedział:
– Posłuchaj uważnie, Tsong Tsongu. Musisz coś najpierw zrobić, a potem dostaniesz 

dużo jedzenia... Jak myślisz, czy zdołasz pójść w jedno miejsce?

– Tak, panie, choć chodzenie niezbyt mi się uśmiecha.
–   Przykro   mi,   Tsong   Tsongu.   Musisz   pójść,   żeby   dostać   jedzenie.   Zostawiłem 

myśliwego Szon Hu i twoich przyjaciół, Zu Szana i Nemo, w barce, w pewnej odległości 
stąd, nad Kanałem Życia. Musisz do nich pójść. Powiedz im to, o czym mnie mówiłeś. 
Powiedz im także, że Poul Mer Lo życzy sobie, aby oni i ty razem z nimi pozostali 
w puszczy przez tyle dni, ile jest palców u obu rąk. Zapamiętasz?

– Tak, panie... Czy oni mają dużo jedzenia?
– Wystarczy, żebyś się najadł; Szon Hu jest dobrym myśliwym. Nie będziesz głodny. 

Teraz idź już i powiedz im również, że kiedy wyjdą z puszczy, muszą ostrożnie powrócić 
do Baya Nor i uważać, w jaki sposób będą o mnie pytać.

Chłopiec przeciągnął się i głęboko westchnął.
– Zapamiętam, panie... Nie jesteś na mnie zły?
– Nie, Tsong Tsongu, nie jestem zły. Idź już i wkrótce się najesz.
Patrzył, jak chłopiec niepewnie maszeruje do Kanału Życia i wzdłuż jego brzegu. 

Później obrócił się i jeszcze raz spojrzał na parujący popiół.

Pomyślał o Mylai Tui, dumnej z syna, którego nigdy nie urodziła, a potem o Ann, 

cierpliwie czekającej w sercu puszczy, aż nadszedł czas jej spotkania w Samarze, i o Aru 
Re,   Ptaku   Marsa,   stojącym   w lodowatej   pustce   od   wielu   tysiącleci:   dumnym 
enigmatycznym wartowniku oczekującym na dojrzałość nasienia.

Tyle się wydarzyło, że był jak pijany od poczucia straty, smutku i zdumienia. Słońce 

nie doszło jeszcze do zenitu, a Paul już odczuwał potworne zmęczenie.

Usiadł na małym,  względnie suchym  kawałku ziemi, który opuścił Tsong Tsong. 

Przez jakiś czas wpatrywał się tępo w popiół, jakby oczekując, że Mylai Tui – jak feniks 

background image

– powstanie. Jednakże otaczała go cisza i bezruch.

Niebawem   zamknął   oczy   i natychmiast   –   na   siedząco   –   usnął.   Po   chwili   się 

przewrócił, ale nie obudził.

Zbudził się dopiero przed zachodem słońca. Był zesztywniały, samotny i wciąż pełen 

wielkiej pustki.

Rozejrzał się wokół i zamrugał. Nagle usiadł, nie zwracając uwagi na ból głowy.
Otaczał   go   pierścień   trójzębów   i pierścień   tępych   czarnych   twarzy   wojowników 

z gwardii królewskiej.

Nie ruszając się próbował przez chwilę pozbierać myśli. Najwidoczniej wojownicy 

nie   zamierzali   go   zabić,   łatwo   bowiem   mogli   byli   spełnić   to   zadanie,   kiedy   spał. 
Wyglądali dziwnie, jakby na coś czekali.

Zastanawiał się właśnie, co powiedzieć, kiedy w zapadającym zmroku dojrzał jakiś 

pojazd   nadjeżdżający   Drogą   Wielkiego   Trudu.   Najpierw   pomyślał,   że   to   wózek,   ale 
wkrótce   przekonał   się,   iż   jest   to   palankin   niesiony   przez   osiem   silnych,   młodych 
dziewcząt. Skręciły z Drogi Wielkiego Trudu i szły wprost ku wojownikom.

Paul   wstał,   przyglądając   się   im   w zdumieniu.   Przypomniało   mu   się,   jak   po   raz 

pierwszy widział osłonięty palankin, który zawierał wyrocznię Baya Nor. Było to w łodzi 
na Kanale Życia, gdy Enka Ne, inaczej Szah Szan, zabierał go do świątyni Baya Sur, 
gdzie miał być świadkiem pierwszej z trzech ofiar z małych dziewczynek.

Jakby na sygnał dziewczęta niosące palankin zatrzymały się i delikatnie postawiły go 

na ziemi. Osłaniające go firanki nie poruszyły się, lecz ze środka dobiegł okrzyk dzikiego 
ptaka.

Następnie spomiędzy zasłon wysunęła się chuda i pomarszczona ręka, wskazująca 

wprost na Paula, a niewiarygodnie stary, choć mocny głos rzekł wyraźnie:

– Oto on!
Wciąż  oszołomiony i wyczerpany Paul posłyszał  w uszach  ogromny hałas. Kiedy 

padał, czuł, że podtrzymują go ręce bajańskich wojowników.

background image

Rozdział trzydziesty siódmy

Znajdował   się   w ciemnym   pokoju,   oświetlonym   jedynie   kilkoma   migoczącymi 

lampkami oliwnymi. Mężczyzna z twarzą zasłoniętą białym kapturem przyglądał mu się 
przez wąskie otwory na oczy.

– Kim jesteś? – Słowa zabrzmiały jak wystrzał.
– Jestem Poul Mer Lo – zdołał wypowiedzieć Paul – obcy, teraz i zawsze.
Mężczyzna w białym kapturze wpatrywał się w niego uważnie.
– Wypij to. – Podał mu małe naczynie.
Paul posłusznie wziął naczynie i podniósł do ust. Płyn był jak ogień – ogień, który 

pali raczej, niż parzy.

Coś   wybuchło   mu   w głowie,   a potem   poczuł,   jakby   wciągał   go   w wir.   A potem 

poczuł, jakby swobodnie unosił się w przestrzeni.

Kiedy znów odzyskał przytomność, mgliście zdał sobie sprawę, że podtrzymuje go 

dwóch wartowników.

– Kim jesteś? – krzyknął mężczyzna w białym kapturze.
Paul czuł iście olimpijski spokój. Sytuacja była dziwna, ale zabawna. Mimo całej 

swej agresywności mężczyzna w białym kapturze był niewątpliwie przygłupi.

– Jestem Poul Mer Lo – powtórzył Paul wyraźnie, choć z niejaką trudnością – obcy, 

teraz i zawsze.

– Wypij to – rozkazał inkwizytor. Podał mu naczynie.
Paul ponownie wziął naczynie i podniósł do ust. Ogień ogarnął jego ciało, hucząc 

i pochłaniając   wszystko.   Myśli   Paula   zamieniły   się   w płomienie.   Kurtyna   z ognia 
tańczyła   i przepływała   mu   przed   oczyma,   powoli   odsłaniając   wielkiego   ptaka 
i jaskrawym   upierzeniu   opalizujących   piór   –   niebieskich,   czerwonych,   zielonych 
i złotych.

Ptak się nie ruszał. Nie miał głowy.
Ponownie   wir   wciągnął   Paula.   Ponownie   poczuł,   że   swobodnie   unosi   się 

w przestrzeni. Tym razem widział gwiazdy. Obracały się wokół niego, jakby był stałą 
osią obracającego się wszechświata. Gwiazdy szeptały coś, a było to coś ważnego, lecz 
nie   mógł   rozróżnić   słów.   Mógł   jedynie   obserwować   coraz   szybsze   obroty,   piękną 
kosmiczną karuzelę, aż sam czas zatonął w wielkim czarnym oceanie wieczności...

Aż nagle ponownie znalazł się w ciemnym pokoju z kilkoma migocącymi lampkami. 

I z mężczyzną w białym kapturze na twarzy.

Bezgłowy ptak znikł. A jednak... a jednak wciąż odczuwał jego obecność.

background image

– Kim jesteś? – Słowa płynęły jak fale, jak grzmot.
Nie   wiedział,   co   powiedzieć,   co  zrobić,   co  myśleć,   co  czuć.   Nie  wiedział,   w co 

wierzyć, ponieważ stracił tożsamość i zdawało mu się, że nie jest niczym więcej, jedynie 
najlżejszym cieniem myśli.

– Kim jesteś? Fale uderzyły o daleki brzeg. Grzmot przetoczył się nad daleką krainą.
I wtedy nadszedł grzmot odpowiedzi.
I głos z daleka, z bardzo daleka powiedział:
–   Znajdzie   się   między   wami   człowiek,   który  na   razie   nie   ma   władzy,   a którego 

władza   będzie   absolutna.   Ponieważ   zaś   żaden   człowiek   nie   może   sprawować   takiej 
władzy, ten człowiek będzie jako król. A ponieważ nikt nie żyje wiecznie, król będzie 
jako bóg. Każdego roku król musi umrzeć, żeby bóg się odrodził... Wysłuchajcie teraz 
głosu ptaka, który nigdy nie fruwał... Oto jest żywy bóg, którego imię brzmi Enka Ne!

Słuchał głosu w zdumieniu czując, jak słowa uderzają go niczym młot. Słuchał słów 

i uległ głosowi – wiedząc w końcu, iż jest on jego głosem. Poruszył się i usłyszał dziwny 
szelest. Spojrzał na niebieskie i złote pióra pokrywające jego ramiona.

Skądś inny głos, stary, wysoki i cienki, wydał ptasi krzyk:
– Oto on!
Wtedy mężczyzna w białym kapturze krzyknął:
– Oto jest żywy bóg! – I upadł, aby się ukorzyć u stóp tego, który kiedyś znany był 

pod imieniem Poula Mer Lo.

background image

Rozdział trzydziesty ósmy

Później odpoczywał przez jakiś czas w apartamencie Świątyni Płaczącego Słońca, 

strzeżony przez tylko jednego wojownika. Zabrano uroczyste upierzenie i teraz bóg-król 
miał na sobie proste samu, takie jakie nosiły tysiące jego poddanych.

Apartament   –   którego   ściany   lśniły   niczym   bogaty   marmur,   z pasami   błękitu, 

czerwieni,   zieleni   i złota   –   nie   miał   luksusowego   wyposażenia,   lecz   w porównaniu 
z prostymi   sprzętami   krytego   strzechą   domu,   stojącego   niegdyś   nad   Kanałem   Życia, 
wyposażenie to było iście pałacowe.

Obudowa   kanapy,   na   której   teraz   spoczywał,   zrobiona   była   z czarnego   drewna 

inkrustowanego   miedzią.   Materac   składał   się   z różnokolorowych   piór   milanyla 
zatkniętych   w delikatnej   włosianej   siatce.   Duże   półprzeźroczyste   kryształy   zwisały 
z sufitu,   obracając   się   wolno   w lekkich   powiewach   wiatru,   zmieniając   światło   lamp 
emanujące z licznych nisz w delikatny, ruchomy wzór.

Bóg-król ziewnął i przeciągnął się, rozglądając się wokół siebie. Był głodny, ale miał 

na głowie sprawy ważniejsze niż jedzenie.

Kazał posłać po Yurui Sa, generała Zakonu Ślepych. Mężczyznę w białym kapturze.
Wojownik stojący na straży wysłuchał polecenia boga-króla, nie patrząc na niego ani 

się nie odzywając.

Niebawem Yurui Sa wszedł do pokoju. Stał sztywno, w oczekiwaniu. Jego wzrok, 

podobnie jak wzrok wojownika, skierowany był na sufit.

– Oruri cię pozdrawia, Yurui Sa.
– Pozdrowienie jest błogosławieństwem, panie.
–   Usiądź   i bądź   ze   mną   tak   jak   z przyjacielem,   ponieważ   mam   ci   wiele   do 

powiedzenia.

– Panie – powiedział mężczyzna prosząco – zlituj się... Mnie... Mnie nie wolno na 

ciebie patrzeć!

– To z pewnością wymaga wyjaśnienia.
– Tak było  zawsze. I tak musi  być  zawsze. Kiedy bóg-król zdejmuje  upierzenie, 

zwykli ludzie nie mogą go oglądać.

– Być  może  tak było  zawsze. Jednakże nic nie trwa wiecznie.  Kiedy odłoży się 

upierzenie,   bóg   zasypia,   ale   król   wciąż   czuwa.   Możesz   patrzeć   na   króla,   Yurui   Sa. 
Powiedziałem.

– Panie, nie jestem godzien.
–   Niemniej   jednak   –   stwierdził   królewski   głos,   głos   Enki   Ne   –   takie   jest   moje 

background image

życzenie.

Powoli Yurui Sa spuścił wzrok. Enka Ne uśmiechnął się do niego, lecz twarz kapłana 

wyrażała strach.

– Zajdą pewne zmiany – powiedział Enka Ne.
Yurui Sa głęboko westchnął:
– Tak, panie, zajdą pewne zmiany.
– Teraz usiądź obok mnie i powiedz, jak to się stało, że ten, który był kiedyś Poulem 

Mer Lo, jest obecnie bogiem-królem Bajańczyków, chociaż nie był to jeszcze czas na 
ponowne narodziny.

Yurui Sa z trudem przełknął  ślinę. Następnie usiadł  na brzegu kanapy,  jakby się 

obawiając, że za chwilę spotka go coś strasznego.

Nic się wszakże nie stało. Podniesiony na duchu zaczął tłumaczyć Paulowi Marlowe, 

pochodzącemu z Ziemi, jak to się stało, iż przeznaczenie włożyło mu na głowę boską 
koronę na Altair Pięć.

–   Panie,   zdarzyło   się   wiele   cudownych   rzeczy,   które   jasno   i bez   wątpliwości 

wyrażały wolę Oruri... Wiele dni temu ten, który dziś nie ma imienia, dowiedział się, że 
obcy, Poul Mer Lo, zamierza udać się w wielką podróż. Wiadomość ta została przyjęta 
niechętnie. Dlatego posłano wielu wojowników, żeby zakończyć podróż, nim się jeszcze 
zaczęła. – Yurui Sa pozwolił sobie na cień uśmiechu. – Mój pan wie, być może, co się 
wtedy zdarzyło. Wojownicy nie spełnili rozkazu, a tacy wojownicy rzadko nie spełniają 
rozkazu. Ich kapitan, nim wysłał się własnoręcznie na łono Oruri, przekazał po powrocie 
słowa Poula Mer Lo. Tego samego dnia ten, który dziś nie ma imienia, poczuł wielki ból 
w piersiach i strasznie kaszlał, nie mogąc przez pewien czas mówić. To był pierwszy 
znak Oruri dla tego, który być może źle zrozumiał jego wolę.

– Mówisz, że bardzo kaszlał?
– Tak, panie, aż łzy płynęły mu z oczu.
Paul   wrócił   myślą   do   swej   jedynej   audiencji   u 610   Enki   Ne.   Przypomniał   sobie 

starego człowieka – starego uginającego się pod ciężarem kłopotów i odpowiedzialności. 
Starego człowieka, który kaszlał...

– Mów dalej...
–   Już   wtedy   w świętym   mieście   byli   tacy,   których   nachodziły   dziwne   myśli. 

Niektórzy z nich – i ja między nimi – długo medytowali nad tym, co zaszło. Później, 
kiedy   posłano   wojowników,   aby   zniszczyli   dom   Poula   Mer   Lo,   nasze   medytacje 
przyniosły oświecenie. Ponadto Oruri znów objawił swą wolę.

– W jaki sposób?
–   Kiedy   dom   się   palił,   panie,   ten,   który   nie   ma   imienia,   dostał   ponownie   ataku 

background image

kaszlu. Gdy zamarły płomienie,  umarł  ten, który nie ma  imienia.  To był  drugi znak 
Oruri... Później przemówiła wyrocznia, przepowiadając, że z popiołu zrodzi się ogień... 
i tak, panie zostałeś objawiony twojemu narodowi.

Paul Marlowe, znany kiedyś jako Poul Mer Lo, obecnie 611 Enka Ne, przez chwilę 

milczał.   Czuł   się   bardzo   znużony,   niewymownie   znużony.   Zdarzyło   się   tyle   rzeczy, 
których nie potrafił przyjąć – przynajmniej na razie. Uśmiechnął się ponuro do siebie. 
Ale nadejdzie czas. Na pewno nadejdzie czas...

I nagle przypomniał sobie o Szon Hu i o łodzi.
– Kiedy Poul Mer Lo wrócił z puszczy, zostawił w łodzi na Kanale Życia pewnych 

towarzyszy. Żądam, aby ci ludzie, oraz chłopiec, który później do nich dotarł, zostali 
przyprowadzeni cali i zdrowi do Baya Nor.

– Wybacz mi, panie. Tak się już stało. Wojownicy mieli rozkaz oczekiwać przyjazdu 

Poula Mer Lo. Znaleźli barkę, ludzi na niej i chłopca, który został do nich wysłany.

– Nikomu nic się nie stało?
– Byli przesłuchiwani, panie, ale nikomu nic się nie stało.
– To bardzo dobrze, Yurui Sa, ponieważ są to skromni ludzie, ale mają przyjaciela 

o wysokiej pozycji.

Generał Zakonu Ślepych poruszył się niespokojnie.
–   Panie,   myśliwy   Szon   Hu   powiedział,   że   Poul   Mer   Lo   rozmawiał   z Oruri   i że 

widział formę... Wybacz, panie, że pytam, ale czyż mogło tak być?

– Jest to prawda.
– Moje serce przepełnia  radość, rozmawiam  bowiem z wielkim,  który rozmawiał 

z jeszcze większym... Pozwól mi się oddalić, panie, żebym mógł rozmyślać nad tymi 
cudami.

–  Twoje  życzenie,   Yurui Sa,  jest  spełnione.  Teraz   przyślij  do  mnie  tych,  którzy 

podróżowali   z Poulem   Mer   Lo.   Przyślij   też   dużo   jedzenia,   ponieważ   moi   goście   są 
głodni... I pamiętaj. Zajdą pewne zmiany.

Generał Zakonu Ślepych wstał. Znów głęboko westchnął.
– Twoje życzenie zostanie spełnione. I zapamiętam, panie, że zajdą pewne zmiany.
Enka Ne ułożył się wygodnie na kanapie.
Wojownik na warcie nadal wpatrywał się w sufit.

background image

Rozdział trzydziesty dziewiąty

Był ciepły, jasny wieczór. Paul Marlowe, ubrany jedynie w znoszone samu, siedział 

na brzegu Kanału Życia, niedaleko Drogi Wielkiego Trudu; niedaleko również kawałka 
ziemi, gdzie zielona trawa znów porosła spopieloną ziemię. Teoretycznie miał przed sobą 
trzydzieści siedem dni życia.

Ostatnio rzadko się zdarzało, aby miał czas pozostawiać na boku osobowość Enki 

Ne.   Było   tyle   do   zrobienia,   tyle   do   zaplanowania.   Od   czasu,   kiedy   obdarzono   go 
wielkością,   stał   się   jednoosobowym   odrodzeniem.   Postanowił   wyprowadzić 
Bajańczyków   z ich   statycznego,   średniowiecznego   społeczeństwa   i pobudzić   ich   do 
twórczego myślenia. Do życia, któremu jeśli uda się rozkwitnąć, pewnego dnia przeniesie 
Bajańczyków   w złoty   wiek,   kiedy   wiedza,   technologia,   tradycja   i sztuka   połączą   się 
w harmonijny i rozwijający się sposób życia.

Zadanie   było   wielkie   –   za   wielkie   dla   jednego   człowieka,   który   miał   absolutną 

władzę jedynie przez rok. Jednakże, niezależnie od tego, co zdarzy się później, czy tego, 
kto przyjdzie po nim – trzeba zrobić początek. A znajomość historii rodzaju ludzkiego, 
jaką posiadał Paul Marlowe, sprawiała, iż mógł on czerpać pociechę z faktu, że jeżeli 
przekształcanie się zacznie, trudno będzie je zatrzymać.

A początek z pewnością nastąpił. Nie było co do tego wątpliwości.
Założono szkoły.  Musiał najpierw uczyć  nauczycieli, zadanie jednak nie było tak 

trudne,   jak   się   spodziewał,   ponieważ   posiadał   absolutną   władzę   i niekwestionowane 
usługi najinteligentniejszych ludzi, jakich mógł znaleźć. Chcieli się uczyć i przekazywać 
to, czego się sami nauczyli – nie z powodu palącej ciekawości i chęci poszerzenia swoich 
horyzontów,   lecz   po   prostu   dlatego,   że   takie   było   życzenie   Enki   Ne.   Być   może, 
ciekawość, inicjatywa i entuzjazm przyjdą później, myślał Paul. Jednakże niezależnie od 
tego,  czy  tak  się   stanie,   czy  też   nie,  w obecnym  pokoleniu,  fakt   pozostawał  faktem: 
założono szkoły. Po raz pierwszy w historii narodu bajańskiego dzieci uczyły się czytać 
i pisać.

Niezadowolony z dużych liści kappy, których kiedyś używał zamiast papieru, Paul 

eksperymentował z musą loul i z pergaminem pochodzenia zwierzęcego. Założył  małą 
„fabryczkę”   produkującą   papier,   różnego   rodzaju   atrament,   pędzle   i gęsie   pióra. 
Jednocześnie nakazał niektórym kapłanom, którzy nauczyli się tej nowej dziwnej sztuki 
pisania, żeby notowali wszystko, co wiedzą o historii Baya Nor, o jej bogach-królach, 
zwyczajach, pieśniach i legendach, o jej prawach. Wkrótce powstanie niewielki  zasób 
literatury,   na   którym   dzieci,   obecnie   uczące   się   czytać,   będą   mogły   ćwiczyć   świeżo 

background image

zdobyte umiejętności.

Bardzo   dużo   osiągnięto   w dziedzinie   technologii.   Bajańczycy   byli   zręcznymi 

rzemieślnikami   i kiedy   pojęli   jakąś   nową   zasadę,   szybko   wcielali   ją   w życie   – 
i usprawniali.   Paul   pokazał   im,   jak   można   zmniejszyć   tarcie   przez   wprowadzenie 
opływowych kształtów w łodziach, które teraz przecinały wodę, zamiast się przez nią 
przepychać.   Później   pokazał,   jak   można   skuteczniej   używać   wioseł   niż   żerdzi   i jak 
można zastosować żagle, żeby zmniejszyć pracę wioślarzy.

Obecnie wiele łodzi poruszających się po bajańskich kanałach płynęło na wiosłach 

lub na żaglach, dwa razy szybciej przy zmniejszonym o połowę wysiłku.

Jednakże   chyba   największym   jego   osiągnięciem   było   wprowadzenie   małych 

wiatraków   połączonych   z kołami   wodnymi   dla   nawadniania   dużych   pól   kappy. 
Wynalazek ten zaoszczędził tyle siły roboczej – głównie kobiet – że Bajańczycy mogli 
teraz uprawiać więcej ziemi, więcej zbierać i podnieść swój poziom życia.

Przypuszczalnie   najdziwniejszym   efektem   wysiłków   Paula   było   stworzenie 

narodowej pasji puszczania latawców. Stało się ono bardzo prędko najpopularniejszym 
sportem w Baya Nor. Puszczaniem latawców zajmowali się wszyscy – od najmłodszych 
do najstarszych.

Kiedy Bajańczycy zrozumieli już zasadę, okazali się absolutnie genialni. Budowali 

latawce znacznie lepsze od tych, jakie potrafiłby zbudować Paul. Niektóre latawce były 
tak   duże   i tak   zręcznie   zbudowane,   że   przy  dobrych   warunkach   wietrznych   potrafiły 
unieść w górę małego Bajańczyka. Faktycznie, kilku zagorzałych entuzjastów skąpało się 
już w Zwierciadle Oruri.

Bajańczycy   zdawali   się   mieć   wrodzoną   umiejętność   ujarzmiania   wiatru   i wody. 

Kilku   bardziej   żądnych   przygód   i eksperymentów   budowało   małe   szybowce.   Byłoby 
dziwne,   choć   niezupełnie   zaskakujące,   myślał   Paul,   gdyby   zbudowali   cięższe   od 
powietrza mechanizmy sto czy dwieście lat wcześniej, nim wymyślą silnik.

Były   także   inne,   subtelniejsze   zmiany,   które   wprowadził   i z których   był   bardzo 

zadowolony. Zniósł karę śmierci za wszelkie przewinienia oprócz morderstwa i ciężkich 
zbrodni. Zniósł także całkowicie tortury. Dla wykroczeń „cywilnych” i mniej ważnych 
przestępstw, takich jak kradzieże, wprowadził sądy z ławą przysięgłych. Poważniejsze 
przestępstwa nadal osądzał sam bóg-król.

Nie czuł się na tyle mocny, żeby znieść tradycyjną bajańską ofiarę z ludzi – coś, na 

czym zależało mu najbardziej. Sam miał wkrótce oddać w niej życie.

Większość najstarszych zwyczajów i tradycji bajańskich została zmodyfikowana lub 

zniesiona. Ogólnie rzecz biorąc, Bajańczycy przyjęli te zmiany nadzwyczaj dobrze, choć 
Paul   doskonale   zdawał   sobie   sprawę   z istnienia   grupy   „konserwatystów”   przeciwnej 

background image

bardzo mocno wszelkim zmianom tylko dlatego, że rzeczy zawsze tak się miały. Na razie 
niezadowoleni  jeszcze  się nie  zorganizowali.  Szeptali  między sobą, lecz wciąż  ściśle 
podporządkowywali się zasadzie absolutnej lojalności wobec absolutnego władcy.

Gdyby jednak sprawy zaszły za daleko – na przykład w wypadku zniesienia ofiary 

ludzkiej,   której   pojęcie   miało   dla   nich   zasadnicze   znaczenie   religijne   –  niewątpliwie 
zjednoczyliby się jako grupa „polityczna”. Jedyną rzeczą, której Paul chciał za wszelką 
cenę uniknąć, było niebezpieczeństwo rebelii lub wojny domowej. Osiągnięty do tej pory 
postęp zostałby całkowicie zaprzepaszczony. Mogłoby to nawet doprowadzić do „palenia 
książek”, zanim jeszcze książki miałyby szansę udowodnić swoją faktyczną wartość.

Jedno było pewne – z powodu obcego, który osiągnął absolutną władzę, cywilizacja 

w Baya Nor nigdy już nie będzie statyczna. Musi pójść naprzód – albo się cofnąć.

Dlatego   też,   aby   zapewnić   zadekretowanemu   przez   siebie   odrodzeniu   szansę 

rozwoju, Paul czuł, że musi pozostawić tradycję ludzkiej ofiary. W końcu dotyczyła ona 
zaledwie dwudziestu osób rocznie, głównie młodych dziewcząt, a ofiary nie tylko chciały 
się poświęcić, lecz nawet się o to starały.  Było to wielkie wyróżnienie. W końcu ich 
najbardziej kochał Oruri.

Była oczywiście jedna potencjalna ofiara, która nie podchodziła do tego w sposób tak 

spokojnie   filozoficzny.   I był   to   sam   Paul.   Zastanawiał   się,   jak   się   będzie   czuł   za 
trzydzieści siedem dni. Miał nadzieję – wielką nadzieję – że potrafi zaakceptować swoje 
przeznaczenie tak spokojnie jak Szah Szan. Filozofia bajańska wymagała bowiem, żeby 
ten, który wie, jak żyć, wiedział również, jak umrzeć.

Siedząc na brzegu Kanału Życia i myśląc o wydarzeniach z ostatnich kilku miesięcy, 

Paul   Marlowe,   odczuwał   głęboką   satysfakcję.   Początek   został   zrobiony.   Bajańczycy 
rozpoczynali   swoją   daleką   i trudną   drogę   od   mrocznego   świata   średniowiecznej 
ortodoksji w kierunku intelektualnego i, emocjonalnego wschodu słońca. Życie jednego 
człowieka   nie   było   w końcu   zbyt   wysoką   ceną   za   ukształtowanie   nowego 
społeczeństwa...

Paul długo siedział  nad Kanałem Życia.  W takie wieczory jak ten, gdy dziewięć 

małych księżyców Altair Pięć przemykało wesoło po niebie, odczuwał chęć, aby usiąść 
na stopniach werandy pijąc chłodny alkohol z kappy i filozofując w słowach, których 
Mylai Tui nie mogła pojąć.

Myślał o niej teraz z łagodnym smutkiem, przypominając sobie dziwne, niemal psie 

przywiązanie   tej   drobnej   kobiety,   która   niegdyś   była   prostytutką   ze   świątyni,   która 
nauczyła go języka bajańskiego i która w rzeczywistości stała się jego żoną. Myślał o niej 
i żałował, że nie doczekała chwili urodzenia dziecka, z którego poczęcia była tak dumna. 
Żałował, że nie wiedziała, iż Poul Mer Lo, jej pan, miał zostać bogiem-królem. Biedna 

background image

Mylai Tui, nie wytrzymałaby takiej ważności – i miłości...

Później  pomyślał  o Ann, która  znów stawała  się jedynie  cieniem  w jego umyśle. 

Droga, daleka, nieuchwytna Ann – która była kiedyś kimś znajomym a obcym. Również 
jego żoną... Minęło prawie ćwierć wieku, odkąd razem opuścili Ziemię na pokładzie 
Gloria Mundi... Zapewne fizycznie nie postarzał się w tym czasie więcej niż jakieś sześć 
lat. Ale czuł się już stary i bardzo zmęczony. Chyba nie można jednak oszukać natury 
i istnieje   jakiś   opóźniony   wtórny   skutek   wszystkich   tych   lat   spędzonych   w stanie 
hibernacji. A może  jest prostsze wyjaśnienie.  Może po prostu podróżował za daleko, 
widział zbyt wiele, był za długo samotny.

Wieczór nagle wypełnił się duchami. Ann... Mylai  Tui... Nienarodzone dziecko... 

Szah Szan... i kobieta, z którą kiedyś tańczył cesarskiego walca po drugiej stronie nieba...

Spojrzał teraz w to obce niebo, którego konstelacje stały mu się bliższe niż te sprzed 

wielu lat.

Spojrzał w górę i przyglądał się dziewięciu księżycom Altair Pięć, tańczącym na tle 

rozsypanych gwiazd.

I serce zaczęło bić mu w piersi jak oszalałe.
Uważnie policzył księżyce, gdy tymczasem serce waliło, ręce drżały, a oczy piekły 

od łez.

Głęboko odetchnął i znów policzył.
Teraz było dziesięć księżyców, nie dziewięć. To mogło oznaczać tylko jedno...
Oszołomiony i roztrzęsiony zaczął biec do świętego miasta – z powrotem do swojego 

pokoju, gdzie wciąż przechowywał zniszczony, i – jak do tej pory – bezużyteczny aparat 
nadawczo-odbiorczy.

background image

Rozdział czterdziesty

Stał   na   małym,   wysokim   balkonie   Świątyni   Płaczącego   Słońca.   Wpatrywał   się 

w skupisko księżyców zbliżających się do horyzontu. Wciąż było ich dziesięć.

W ręku trzymał aparat z wyciągniętą anteną teleskopową.
Nadal drżał i spocone palce ześlizgiwały się z maleńkich przycisków aparatu, gdy 

nastawiał go na nadawanie w zakresie pięciuset metrów na fali średniej. Jeżeli dziesiąty 
księżyc  był  rzeczywiście statkiem gwiezdnym  – cóż za nieprawdopodobne „jeżeli”  – 
okrążającym planetę, z pewnością utrzymuje automatyczny stały nasłuch na wszystkich 
falach.   Ale   jeżeli   jest   to   statek   gwiezdny,   jak   u diabła   może   to   być   statek   z Ziemi? 
Przybywałby na Altair Pięć niecałe trzy lata po  Gloria Mundi.  Przecież w momencie, 
kiedy  Gloria   Mundi  opuszczała   Ziemię,   oprócz   statku   amerykańskiego   i rosyjskiego, 
żaden   inny   pojazd   kosmiczny,   o ile   Paul   się   orientował,   nie   opuścił   nawet   deski 
kreślarskiej. Z drugiej strony, jeżeli nie był to statek z Ziemi, to cóż innego mogło by to 
być? Wielki meteor, który zabłądził z głębokiego Kosmosu i znalazł drogę na orbitę? 
Statek gwiezdny z całkiem innego systemu?

W   umyśle   Paula   wirowały   możliwości,   niemożliwości   i zwykła   zwariowana 

nadzieja.

– Proszę cię, Boże, spraw, aby to był statek z Ziemi – modlił się, naciskając przycisk 

nadawania.   –   Proszę   cię,   Boże,   niech   to   będzie   statek   z Ziemi   i niech   ta   przeklęta 
maszynka zadziała!

Potem powiedział głosem na tyle spokojnym, na ile mu się to udało:
– Altair Pięć wzywa pojazd na orbicie. Altair Pięć wzywa pojazd na orbicie. Odezwij 

się na pięciuset metrach. Odezwij się na pięciuset metrach. Odbiór... Odbiór...

Przycisnął odbiór i czekał, hipnotyzując wzrokiem dziesięć małych księżyców. Nie 

było   nic   –   nic   oprócz   odgłosu   lekkiego   powiewu   na   Zwierciadle   Oruri.   Nic   oprócz 
głupiego, przyspieszonego bicia jego serca.

Znów włączył nadawanie.
– Altair Pięć wzywa pojazd na orbicie. Altair Pięć wzywa pojazd na orbicie. Odezwij 

się na pięciuset metrach. Odezwij się na pięciuset metrach. Odbiór.

Cisza. Wkrótce księżyce znajdą się za horyzontem i wszystko się skończy. Może już 

są poza zasięgiem małego aparatu. Może ten cholerny aparat w ogóle nie działa. Może to 
jest   statek   pozaziemski   i jego   załoga   wcale   nie   słucha   radia,   ponieważ   składa   się 
z małych zielonych ludzików z wbudowanymi telepatycznymi antenami. Może to zwykły 
kawał skały – zimny, martwy kawał kosmicznego śmiecia... Może... Może...

background image

Przynajmniej obwody odbiorcze pracują. Słyszał gwizdy i trzaski zakłóceń – puste 

przesłanie świadczące jedynie o burzy elektrycznej gdzieś w atmosferze.

– Powiedz coś, do diabła! – szalał. – Nie przelatuj wesoło koło mnie, uczepiony stada 

księżyców... Jestem samotny, słyszysz? Samotny... Samotny pośród wielkiej przeklętej 
rodziny dzieci i nie mam z kim porozmawiać... Powiedz coś, ty głupi, okrutny bękarcie!

I wtedy się stało.
Cud.
Głos człowieka mówiącego do człowieka poprzez czarną barierę przestrzeni.
–  Cristobal Colon  wzywa Altrair Pięć. – Zakłócenia były coraz większe. Jednakże 

słowa – błogosławione, piękne słowa – rozlegały się wyraźnie: – Cristobal Colon wzywa 
Altair Pięć... Pozdrowienia z Ziemi... Kim jesteś? Odbiór.

Przez krótką okropną chwilę nie mógł się odezwać. Czuł ucisk na klatkę piersiową, 

a serce miało chyba lada chwila wybuchnąć. Otworzył usta i na początku wydobył się 
z nich   tylko   chrapliwy   bulgot.   Natychmiast   –   nie   wiadomo   czemu   –   poczuł   wstyd. 
Zacisnął pięść, aż wbił w dłonie paznokcie i zmusił się do mówienia:

– Nazywam się Paul Marlowe, Jedyny, który przeżył – głos mu się załamał i musiał 

zacząć   jeszcze   raz:   –   Jedyny,   który   przeżył   z załogi  Gloria   Mundi...  Kiedy   –   kiedy 
opuściliście Ziemię?

Nie   było   odpowiedzi.   Klnąc   zrozumiał,   że   zapomniał   przycisnąć   guzik   odbioru. 

Mocno walnął w przycisk i usłyszał inny głos:

– ...się Konrad Jürgens, jestem dowódcą Cristobala Colona – powiedział wolno po 

angielsku głos z obcym akcentem. – Wystartowaliśmy z Ziemi z napędem nadświetlnym 
w roku 2029, cztery subiektywne lata temu... Cieszymy  się, że żyjesz  – ty,  jeden ze 
sławnych   pionierów   lotów   gwiezdnych.   Co   się   stało   z Gloria   Mundi  i z twoimi 
towarzyszami?   Widzieliśmy   kanały,   ale   nie   robiliśmy   jeszcze   szczegółowych   badań. 
Jakie stworzenia tutaj żyją? Czy są wrogo nastawione? Jak cię znajdziemy?

Paul obserwował księżyce, znajdujące się już bardzo nisko nad horyzontem. Udało 

mu się zachować spokój.

– Przepraszam, ale nie mam czasu na wyjaśnienia – odpowiedział pośpiesznie. – 

Wkrótce  opuścicie   mój  horyzont  i chyba   stracimy  łączność.   Koncentruję  się więc  na 
istotnych informacjach. Jeśli zrobicie szczegółowy telefotograficzny szkic terenu wokół 
kanałów,   zobaczycie,   gdzie   wylądowała  Gloria   Mundi...  Wypaliliśmy   pas   puszczy   – 
długości około dziesięciu kilometrów. Z niskiej orbity przypuszczalnie widać go nawet 
gołym  okiem... Zobaczycie  także krater, gdzie  Gloria Mundi  zaprogramowała własne 
zniszczenie, po tym jak została porzucona. Postarajcie się wylądować jak najbliżej tego 
miejsca.   Wyślę   ludzi   na   wasze   spotkanie   –   łatwo   ich   rozpoznacie.   Ale   w żadnym 

background image

wypadku   –   powtarzam:   w żadnym   wypadku   –   nie   opuszczajcie   statku   przed   ich 
przyjściem.   Żyją   tu   także   ludzie,   którzy   nie   są   zbyt   pokojowo   nastawieni...   Wyślę 
komitet powitalny, który przyjmie was za dwa dni od teraz... Tutejsi mieszkańcy są mali, 
ciemni i całkiem podobni do nas. – Roześmiał się, myśląc o tym, czego dowiedział się od 
Aru Re. – W gruncie rzeczy sądzę, że będziecie zdumieni, jak bardzo podobni. Odbiór.

–   Zrozumiałem.   Postąpimy   zgodnie   z twoimi   instrukcjami.   Czy   jesteś   zdrów? 

Odbiór.

Paul pijany z podniecenia, roześmiał się trochę histerycznie i powiedział:
– Nigdy w życiu nie czułem się tak dobrze.
Zapadła krótka chwila ciszy. Później usłyszał:
–  Cristobal   Colon  do   Paula   Marlowe.   Zrozumieliśmy   cię   i postąpimy   zgodnie 

z twoimi instrukcjami. Czy jesteś zdrów? Odbiór.

Paul   zobaczył,   jak   dziesięć   księżyców,   jeden   po   drugim,   znika   za   horyzontem. 

Próbował   bezskutecznie   połączyć   się   jeszcze   raz   z Cristobalem   Colonem.  Wrócił   na 
odbiór.

– Cristobal Colon do Paula Marlowe. Postąpimy zgodnie z twoimi instrukcjami. Nie 

słyszymy cię. Postąpimy zgodnie z twoimi instrukcjami. Nie słyszymy cię...  Cristobal 
Colon 
do Paula Marlowe. Postąpimy...

Wyłączył aparat i głęboko westchnął.
Rzecz   niemożliwa   wydawała   się   teraz   dziwnie   nieuchronna   –   po   tym,   jak   się 

zdarzyła.

Stał przez długi czas na balkonie Świątyni Płaczącego Słońca, starając się nie poddać 

wirom myśli i uczuć, które go opanowały.

Szybciej   niż   napęd   świetlny...   Tak   powiedzieli...   Szybciej   niż   światło...   Cztery 

subiektywne   lata   lotu   gwiezdnego...  Cristobal   Colon  musiał   wyruszyć   z Ziemi 
siedemnaście lat po Gloria Mundi... A teraz był tu, okrążając Altair Pięć trzy lata po tym, 
jak wylądowała Gloria Mundi... Pewno połowa załogi nowego statku chodziła jeszcze do 
szkoły,   gdy   on   spędzał   lata   całe   w hibernacji   podczas   długiego   skoku 
międzygwiezdnego...   Nic   dziwnego,   że   uważają   go   za   jednego   z pionierów   lotów 
gwiezdnych...  Cristobal Colon  – niezła nazwa dla statku, który tak samo jak Kolumb 
otworzył   nowy   szlak   dla   ludzkich   podróży...   Wkrótce,   wkrótce   będzie   rozmawiał 
z ludźmi, którzy dokładnie pamiętają, jak wygląda wiosna w Londynie, w Paryżu  czy 
w Rzymie. Z ludźmi, którzy pamiętają jeszcze smak piwa, pieczeni wołowej czy frutti di 
mare.  
Z mężczyznami,   może   i z kobietami,   których   wygląd   i sposób   mówienia 
przypomną   mu   o tym   wszystkim,   co   zostawił   za   sobą   po   drugiej   stronie   nieba, 
o wszystkim, za czym tęsknił...

background image

Nagle tumult w jego głowie sam ucichł. Był  rozpaczliwie zmęczony,  wyczerpany 

nadzieją i podnieceniem. Chciał tylko spać.

background image

Epilog

Enka Ne siedział zamyślony na swej kanapie. Bajański wartownik przez cały czas 

wpatrywał   się   w sufit.  Cristobal   Colon  pomyślnie   wylądował   i jego   załogę   powitał 
oddział osobistej eskorty boga-króla. Oprócz trójzębów nieśli transparenty z napisami: 
Bienvenu,   Wilkommen,   Benvenuto,   Welcome!”.  Grupie   przewodzili:   myśliwy, 
młodzieniec i kaleki chłopiec. Musiała to być niezła szopka, pomyślał król-bóg... A teraz 
ludzie z Ziemi znajdowali się w Baya Nor...

Yurui Sa, Generał Zakonu Ślepych, wszedł do pokoju i spojrzał na jego wysokość, 

chociaż bóg-król miał na sobie tylko samu.

–   Panie,   stało   się   tak,   jak   rozkazałeś.   Obcy   czekają   w miejscu   wielu   fontann... 

Wszyscy są wysocy i potężni, wyżsi nawet od... – Yurui Sa przerwał.

– Wyżsi nawet niż ten – powiedział bóg-król z lekkim uśmiechem – który czekał 

w miejscu wielu fontann dawno, dawno temu.

Podczas minionych miesięcy między Yurui Sa i bogiem-królem rozwinęło się coś na 

kształt przyjaźni, lecz jedynie na osobności, kiedy Enka Ne zdejmował upierzenie. Byli 
ludźmi z dwóch światów, którzy nauczyli się wzajemnego szacunku.

– Panie – kontynuował Yurui Sa – widziałem srebrnego ptaka. Jest to naprawdę 

cudowna rzecz, i bardzo piękna.

– Nie wątpię, że jest bardzo piękny.
Zapadła chwila ciszy. Yurui Sa przesunął wzrok przez korytarz na balkon i otwarte 

niebo. Niebawem zrobi się ciemno i zapadnie wieczór.

–   Myślę   –   powiedział   z wahaniem   Yurui   Sa  –   że   byłoby   wspaniale   podróżować 

srebrnym  ptakiem do ziemi po drugiej stronie nieba... Zwłaszcza, jeśli zna się już tę 
ziemię, a serce zaznało wiele bólu.

– Wygląda na to, Yurui Sa – powiedział bóg-król – że zadajesz mi pytanie.
– Wybacz mi, panie – odrzekł Yurui Sa pokornie. – Rzeczywiście zadaję ci pytanie, 

chociaż bóg-król znajduje się poza osądem ludzi.

Bóg-król westchnął. Yurui Sa pytał Enkę Ne o to, o co do tej pory nie odważył się 

spytać samego siebie Paul Marlowe.

Wstał   i wyszedł   przez   korytarz   na   mały   balkon.   Słońce,   nisko   na   niebie,   było 

ogromne i czerwone. Nie różniło się zbytnio od słońca wschodzącego i zachodzącego 
nad  angielskim   krajobrazem  o szesnaście  świetlnych  lat   stąd... A jednak...  A jednak... 
Było inne. Też piękne. Ale inne.

Myślał o wielu rzeczach. O niebieskim niebie, puszystych białych chmurach i polach 

background image

zboża. O małej farmie, głosach, które wciąż słyszał, i o twarzach, których nie mógł już 
sobie przypomnieć. Myślał o urodzinowym torcie i o rakiecie-zabawce, którą można było 
wyrzucić w powietrze, kręcąc małą korbką i naciskając guzik „Start”.

A potem myślał o Ann Marlowe, umierającej na małej drewnianej barce. O Mylai 

Tui,   dumnej,   ponieważ   spodziewała   się   dziecka.   O Bai   Lucie,   który   skonstruował 
latawiec i stał się przyczyną własnej śmierci, zniszczenia szkoły i podróży, prowadzącej 
do ironicznie zaskakującego odkrycia, że wszyscy ludzie naprawdę są braćmi. I myślał 
o Szah Szanie z inteligentnymi oczami, spokojnym w swej wiedzy, że jego życie należy 
do jego narodu...

Słońce zaczęło ginąć za horyzontem. Został na balkonie i przyglądał się, jak znika. 

Potem wrócił do małego pokoju.

Bóg-król spojrzał na Yurui Sa i uśmiechnął się.
– Kiedyś – powiedział miękko – znałem obcego, Poula Mer Lo, który podróżował 

srebrnym   ptakiem.   Niewątpliwie,   on   bardzo   by  chciał   powrócić   na   swoją   ziemię   po 
drugiej stronie nieba... Ale – ale nie znam już tego człowieka, ponieważ jestem zbyt 
zajęty sprawami mojego narodu.

– Panie – rzekł Yurui Sa, z dziwnie błyszczącymi  oczyma  – wiedziałem, że taka 

będzie twoja odpowiedź.

– Odejdź teraz – powiedział Enka Ne – muszę bowiem wkrótce powitać moich gości.
Lekki powiew zawitał w pokoju, szepcząc miękko w fałdach stroju, który wisiał na 

drewnianej ramie. Opalizujące pióra drżały przez chwilę, a potem znieruchomiały.