background image

 

Philip Athans 

Wrota Baldura II: 

Cienie Amnu 

Baldur's Gate II: 

Shadows of Amn 

Przełożył Piotr Kucharski 

Wydanie oryginalne: 2000 

Wydanie polskie: 2000 

background image

Dla grupy: 

 

Gordona 

Laury 

Mike’a 

Andy’ego 

Erica 

Carla 

i Julie 

background image

Rozdział pierwszy 

Późnym  latem  Roku  Sztandaru  Abdel  Adrian,  syn  boga  mordu,  wrócił  do  Candlekeep 

jako bohater. 

Bramy, które zaledwie kilka tygodni temu przed nim zamknięto, tym razem były otwarte. 

Człowiek, którego znał przez całe życie, który oskarżył go o morderstwo, który zamknął go 

jak zwierzę, który wręcz przekazał go w szpony Żelaznego Tronu, objął go z uśmiechem ulgi 

oraz pewności siebie. 

–  Abdelu  –  powiedział  Tethtoril  ze  łzami  napływającymi  do  oczu.  –  Abdelu,  tak  się 

cieszę, że do nas wróciłeś. Mogę mieć jedynie nadzieję, że tym razem twój pobyt będzie długi 

i... 

–  Abdel!  –  rozległ  się  za  nim  cienki,  przenikliwy  głos.  Abdel  odwrócił  się,  by  ujrzeć 

twarz, której nie widział od... jak dawna? Roku? 

–  Imoen  –  wydyszał  Abdel,  idąc  na  spotkanie  gwałtownemu  uściskowi  dziewczyny.  – 

Imoen, wyrosła z ciebie... 

– Nie mów tego, Abdelu – przerwała, jej głos złagodził uśmiech. 

– Jesteś cudem dla oczu pełnych bólu – powiedział jej i znów się uścisnęli. 

Przytrzymała go i powiedziała – Przykro mi z powodu Goriona. Tak mi przykro. 

Abdelowi dech uwiązł w gardle i zmusił się do znużonego westchnienia. 

– Nie zginął na próżno – pocieszył Tethtoril. 

Abdel podniósł wzrok i zdumiał się, widząc, że Tethtoril wydaje się być jeszcze bardziej 

oddalony. Po niebie nad tajemniczą twierdzą Candlekeep przelewały się zielono-szare obłoki. 

Abdel mógł wyczuć błyskawicę, lecz jej nie widział. Był uradowany, mogąc wrócić do domu 

z wysoko uniesioną głową, powietrze było jednak ciężkie i kogoś brakowało – nie, więcej niż 

tylko  kogoś,  zbyt  wielu  osób.  Gdzie  była  Jaheira?  Przecież  miała  wrócić  z  nim  z  Wrót 

Baldura,  i  był  też  Xan,  ale  czy  nie  zagubił  się  gdzieś  po  drodze?  Abdel  pamiętał,  jak  Xan 

kłócił się z ghulem Korakiem, a potem coś się stało... 

–  Abel  –  wyszeptała  Imoen  i  mężczyzna  poczuł  na  nagiej  piersi  jej  chłodny  oddech. 

Abdel nie pamiętał, by zdejmował koszulę. Imoen zatrzęsła się z zimna, a on spojrzał na nią. 

background image

Był wyższy od dziewczyny o mniej więcej pół metra. Imoen zaczynała nabierać kształtów, jej 

dziecięce,  wydłużone  kończyny  nabierały  proporcji,  biodra  zaokrąglały  się,  a  żebra 

pokrywały  gładką,  białą  skórą.  Miała  długie  włosy,  które  powiewały  Abdelowi  w  twarz, 

kłując go w oczy. Zaśmiał się cicho i spróbował odsunąć ją delikatnie, ale nie chciała puścić. 

Jej  lekki  uścisk  na  jego  silnych  rękach  zacieśnił  się,  a  później  jeszcze  bardziej,  gdy 

wyszeptała – Co się ze mną dzieje? 

Znów wypowiedział jej imię, po czym skrzywił się, gdy jej paznokieć przebił mu skórę. Z 

rany wypłynęła krew, ściekając po czubku jej palca na nadgarstek. 

– Coś się  ze  mną dzieje – wyszeptała, a  jej głos  zniekształcił się w gardłowy,  nieludzki 

pomruk. Wręcz warknęła, spryskując Abdela zimną jak lód śliną. 

–  Imoen  –  powiedział,  a  gdy  nie  odpowiedziała,  odepchnął  ją  z  większą  siłą.  Mógł  być 

jedynym  człowiekiem  na  Wybrzeżu  Mieczy,  zdolnym  zmierzyć  się  z  jej  nagle  ponadludzką 

siłą,  nie  miał  jednak  czasu,  by  cieszyć  się  swym  fizycznym  męstwem.  Syknął  na  widok 

twarzy młodej dziewczyny. Jej subtelne rysy były wykrzywione i paskudne, usta zaś stawały 

się rozwartą, najeżoną kłami otchłanią. Wystrzelił z nich język, rozdwojony i długi jak u żmii, 

liżąc nagą pierś Abdela. Jego dotyk był tak mroźny, że ogromny najemnik zadrżał. 

Istota,  która  była  niegdyś  Imoen,  wydała  z  siebie  taki  odgłos,  że  Abdel  wrzasnął  z 

przerażenia.  Czerwieniejące  oczy  Imoen  wybałuszyły  się  do  wielkości  przekraczającej 

kilkakrotnie  ich  naturalny  rozmiar  i  w  równym  stopniu  było  w  nich  widać  przerażenie  i 

zakłopotanie,  co  głód  i  niegodziwość.  Z  jej  drżących  ust,  krwawiących  w  miejscach,  gdzie 

ostre jak brzytwy kły naciskały na purpurową masę warg, wylał się strumień przekleństw. 

Abdel  odepchnął  ją  dalej.  Jej  naga  skóra  była  lodowata  pod  dotykiem,  szorstka,  prawie 

jak łuski. Abdel sięgnął za siebie i znalazł rękojeść miecza. Miecz wydostał się ze zgrzytem 

metalu  o  metal,  który  harmonizował  z  przenikliwym  skowytem  Imoen-bestii.  Abdel  nie 

myślał  o  tym,  co  zamierza  zrobić  tej  dziewczynie,  którą  znał  od  dziecka,  która  przez  ich 

spędzone  w  odosobnieniu  Candlekeep  dzieciństwo  tolerowała  jego  posępne  nastroje,  a 

czasami okrutne wyszydzanie, dziecku, które chciało mu towarzyszyć w jego przygodach i za 

każdym razem było odtrącane. 

Abdel szybko  i  mocno skierował  miecz w dół. Odciął  jej głowę  i wrzasnął, opadając  na 

łamliwą,  brązową trawę Candlekeep,  i wciąż wrzeszczał, gdy  się obudził, w kolejnym, zbyt 

rzeczywistym koszmarze. 

 

* * * 

Abdel  mógł  być  bohaterem,  jednak  nie  wrócił  do  Candlekeep.  Najpierw  ujrzał  światło 

dochodzące  od  paleniska,  następnie  zamknął  oczy  i  poczuł  ciepło.  Miedziana  misa,  pełna 

rozpalonych do czerwoności węgli, była dla niego zbyt blisko. Próbował się od niej odsunąć. 

Jego  nagi  grzbiet  przesunął  się  o  centymetr,  zanim  natrafił  na  szorstką,  chłodną,  kamienną 

ścianę.  Abdel  wzdrygnął  się  i  znów  wyprostował.  Choć  w  tych  pierwszych  kilku  chwilach 

background image

pomiędzy  snem  a  rzeczywistością  starał  się  jak  mógł,  nie  mógł  odnaleźć  szczęśliwego 

środowiska, jakiego żądało jego ciało. 

Nie znające przebaczenia,  żelazne kajdany  ściskały  mu  nadgarstki, a odgłos  łańcuchów, 

kiedy  się  poruszał,  szydził  z  niego.  Abdel  warknął,  wydając  z  głębi  gardła  niski, zwierzęcy 

odgłos, i zacisnął pięści. 

Otworzył oczy i ujrzał, jak do celi wchodzi mężczyzna. Był niski i gruby, ze smrodliwym 

nadmiarem owłosienia na ciele, zlepionym potem ponad czarnym skórzanym pasem. Zwisały 

z niego na węższych paskach narzędzia, większości których Abdel nie rozpoznawał. Dziwny 

mężczyzna  napotkał  wzrok  Abdela  i  uśmiechnął  się,  odsłaniając  pojedynczy  żółty  ząb, 

wiszący z górnego dziąsła. Jego broda była nierówna, przedzielona blizną od oparzenia, która 

ani trochę nie dodawała atrakcyjności albo chociaż charakteru jego okrągłej twarzy. 

–  Obudziłeś  się  –  mężczyzna  powiedział  powoli,  wymawiając  ostrożnie  każde  słowo, 

jakby język był dla niego nowy, a przynajmniej bardzo trudny. 

– Klawisz... – zaczął mówić Abdel, po czym jego zaschnięte gardło zacisnęło się, a oczy 

zwilgotniały. Zassał powietrze i zaczął kaszleć od dymu z paleniska, odwodnienia oraz bólu z 

rany, której do tej pory nie pamiętał. 

–  Władca  lochów  –  mruknął  mężczyzna,  odwracając  wzrok  od  Abdela,  po  czym 

przystając,  jakby  po  raz  pierwszy  zobaczył  palenisko.  Sięgając  po  pogrzebacz  wiszący  na 

ścianie na prawo od Abdela powiedział – Władca lochów, nie klawisz. To nie jest więzienie, 

to loch. 

Abdel  westchnął,  starając  się  uchwycić  puste,  szkliste  spojrzenie  mężczyzny,  jednak 

bezskutecznie. Ten człowiek był idiotą. 

– Jak... – zaskrzeczał Abdel, gdy mężczyzna wsunął pogrzebacz między płonące węgle i 

przytrzymał go tam. – Jak się nazywasz, władco lochów? 

Mężczyzna uśmiechnął się, lecz nie spojrzał na Abdela. 

– Zgrywus – powiedział. – Nazywam się Zgrywus. 

– Gdzie jestem? – spytał Abdel, któremu zaczynał tak naprawdę wracać głos. – Jak się tu 

znalazłem? 

– U mojego szefa – wycedził Zgrywus, skrobiąc czubkiem żelaznego pogrzebacza o dno 

miedzianej misy. – Mój szef cię zabrał. Nie wiem, skąd cię zabrał. 

–  Kim  jest  twój  szef?  –  zapytał  Abdel,  zerkając  podejrzliwie  na  pogrzebacz.  Czuł,  jak 

gromadzi  się  gniew  i  choć  zaczynał  przypominać  sobie,  że  próbował  wyrwać  łańcuchy  ze 

ściany i nie udało mu się, starał się utrzymać głos tak spokojnym, jak tylko mógł. 

– Kim jest twój szef? – powtórzył Abdel, gdy Zgrywus wyciągnął pogrzebacz z gorących 

węgli i przeciągnął nim w poprzek klatki piersiowej Abdela. Wrzasnął, czując jak pali mu się 

skóra i włosy, czując każdy pojawiający się pęcherz i każdy spalony centymetr skóry, czując 

ból,  który  wydawał  się  niemal  żyjącą  istotą.  Jego  wrzask  zagłuszył  większość  odpowiedzi 

background image

Zgrywusa  na  jego  ostatnie  pytanie,  jednak  Abdel  był  pewien,  że  usłyszał,  jak  mężczyzna 

mówi Złodzieje Cienia. 

Nie był chyba w Amn, prawda? 

 

* * * 

Abdel  widział,  jak  Jaheira  została  zamordowana  przez  Sarevoka.  Kiedy  przeszedł  do 

rozlewania  niegodziwej krwi  swego przyrodniego brata, Jaheira została przywrócona światu 

żyjących poprzez modlitwy kapłanów Gonda na prośbę przyszłego wielkiego księcia Angelo 

z Wrót Baldura. Minął pełen dzień od śmierci Sarevoka, gdy Abdel znów ujrzał Jaheirę żywą. 

Płakała  w  jego  ramionach,  a  Abdel,  wysączony  ze  zdolności  odczuwania  czegokolwiek,  po 

prostu ją trzymał. Mało spali, jednak istniało uczucie ulgi. Tak wiele się skończyło, jednak też 

tak wiele zostało stracone. Zamiast spać, chodzili na długie spacery ciemnymi ulicami  Wrót 

Baldura.  Mieszkańcy,  kupcy  i  żołnierze  rozpoznawali  Abdela  i  kiwali  podbródkami, 

wyrażając  milczące  podziękowania.  Wieści  o  śmiercionośnych  planach  Sarevoka  rozniosły 

się szybko we Wrotach Baldura, mieście, które, tak jak wiele innych, opierało się na plotkach. 

Znów szli razem, tej ostatniej nocy żadne z nich się nie odzywało. Ręka Jaheiry zwisała 

bezwładnie  w  zagięciu  łokcia  Abdela.  Każde  jej  dwa  kroki  równały  się  jednemu  długiemu 

jego  i  choć  zmęczone  walką  kolana  bolały  go,  gdy  musiał  iść  tak  wolno,  był  szczęśliwy, 

będąc przy niej. Co jakiś czas spoglądał na nią, a ona tylko się uśmiechała. 

Ci  mężczyźni  wyłonili  się  z  cieni  niczym  zawodowi  porywacze.  Zanim  się  ukazali,  już 

otoczyli Abdela i Jaheirę. Abdelowi zajęło jedynie mgnienie oka uświadomienie sobie, co się 

dzieje, a nie więcej wyciągnięcie miecza. W tym samym czasie trzech porywaczy podeszło. 

Abdel zakręcił mieczem nad głową i został zaskoczony przez przenikliwy zgrzyt metalu o 

metal,  a  później  przez  mocne  szarpnięcie,  które  zdołało  wyrwać  mu  ostrze  z  rąk.  Jego  ręce 

wciąż posuwały się szybko i z impetem do przodu – jeszcze szybciej, bowiem nie obciążał już 

ich miecz – i niezbyt trudne było zmienienie kierunku tego zamachu w wystarczający sposób, 

by  wbić  ciężką  prawą  pięść  w  zamaskowaną  twarz  mężczyzny.  Rozległo  się  głośne 

chrupnięcie i Abdel poczuł, jak nos napastnika zapada się pod ciosem. 

Jaheira  jęknęła,  a  gdy  Abdel  spojrzał  na  nią,  zauważył,  że  zamaskowany  mężczyzna 

trzyma głowę półelfki w bolesnym chwycie pod ramieniem. 

– Złamię jej... – zaczął mówić mężczyzna, lecz dokończył na gwałtownym wydechu, gdy 

Jaheira  wbiła  mu  mocno  łokieć  w  żebra.  Jego  chwyt  został  dostatecznie  rozluźniony,  by 

mogła się wyrwać, a Abdel zerknął za siebie. 

Kolejny  zamaskowany  mężczyzna  odwijał  długi  łańcuch  z  czarnej  stali  z  ciężkiego 

miecza  Abdela.  Abdel pokonał dwa dzielące go od niego długie kroki, a  mężczyzna uchylił 

się  przed  pierwszym  kopnięciem  z  podziwu  godną  szybkością.  Ślizgając  się  na  mokrym 

bruku,  by  uniknąć  lewej  pięści  Abdela,  napastnik  przesunął  łańcuch  na  bok  i  zmrużył 

ostrzegawczo oczy. 

background image

Ogromny  najemnik  uśmiechnął  się  tylko  i  zamarkował  atak.  Zamaskowany  mężczyzna 

dał  się  oszukać  i  zamachnął  się  łańcuchem  wysoko,  w  poprzek  twarzy  Abdela,  jednak  nie 

wystarczająco daleko. Abdel ugodził go mocno w żebra lewą dłonią i z płuc zamaskowanego 

wyleciało całe powietrze. Złoczyńca padł na kolana. Abdel powalił go kopnięciem w głowę. 

Jaheira znów uderzyła łokciem, tym razem wyżej, w twarz przeciwnika. Ten mężczyzna 

również  padł  na  ziemię,  a  Jaheira  uśmiechnęła  się  do  Abdela  i  niemal  puściła  oko,  gdy 

kolejny zamaskowany napastnik złapał ją od tyłu. 

– Dość tego – z cieni zawołał głos z wyraźnym akcentem. – Po prostu ich schwytajcie. – 

Głos  był  władczy  i  niecierpliwy,  jednak  zamaskowani  mężczyźni  wydawali  się  w  ogóle  na 

niego nie reagować. 

Jaheira  została  pociągnięta  w  tył  i  podniesiona  przez  znacznie  większego  mężczyznę, 

który  uchwycił  ją  od  tyłu,  a  w  Abdelu  krew  zagotowała  się  na  ten  widok.  Ktoś  złapał  go 

szorstko z tyłu, a Abdel pochylił się szybko w przód, ciskając napastnika na ulicę z trzaskiem, 

przekleństwem oraz zgrzytem metalu o kamień, gdy sztylet odzianego na ciemno mężczyzny 

wyślizgnął mu się z garści. 

Abdel podniósł stopę, by przygnieść mężczyznę, wtem usłyszał – Pomiot Bhaala! 

Ciało Abdela obróciło się niemal tak szybko jak jego głowa i udało mu się stanąć przed 

człowiekiem, który ośmielił  się tak go nazwać po tym  wszystkim, co przeszedł,  by uwolnić 

Faerun od swego brata. 

Coś  suchego  i  zaskakująco  lekkiego  uderzyło  Abdela  w  pierś  i  w  powietrzu  przed  nim 

rozsypał się proszek, tak lekki, że niemal był dymem. Abdel wciągnął powietrze, by pozwolić 

sobie  na  odpowiednie  przekleństwo  i  w  jego  ustach  pojawił  się  ostry,  gorzki  smak,  a  oczy 

zacisnęły się mocno. 

– Abdel! – zawołała Jaheira. 

Abdel  warknął  i  odwrócił  głowę.  Przesunął  stopę  na  bok,  by  nie  odczuwać  tak  bardzo 

ogromnych wstrząsów lodzi, na której był – ale zaraz, on nie był przecież na żadnej łodzi... 

Rozległo  się  następne  lekkie  puknięcie  i  gdy  Abdel  rozsunął  oczy,  ujrzał,  że  Jaheira 

odgarnia sprzed twarzy podobną chmurę. Zdołała na niego spojrzeć, jednak jej oczy schowały 

się w głąb głowy i osunęła się w ramiona stojącego za nią mężczyzny. 

Abdel  próbował  znów  warknąć,  lecz  poczuł  jedynie  mdłości.  Czuł,  że  ktoś  dotyka  jego 

ręki i wiedział, że to nie Jaheira, próbował więc zwinąć pieść. Palce nie chciały mu się zgiąć i 

miał tylko jedną czystą myśl – To dziwne – zanim nie ugięły się pod nim kolana i nie stracił 

przytomności, zanim ujrzał, jak kamienie bruku ruszają mu na spotkanie. 

 

* * * 

Abdel  ryczał  z  wściekłości,  frustracji  i  żądzy  krwi,  jednak  nie  z  bólu,  nawet  wtedy  gdy 

Zgrywus zabrał się za drugi paznokieć swymi szczypcami o końcówkach cieniutkich jak igła. 

background image

–  To  też  będzie  bolało  –  mruknął  samozwańczy  władca  lochów,  po  czym  pociągnął 

mocno, odrywając paznokieć jednym szybkim, okrutnym ruchem. 

Abdel  zacisnął  mocno  zęby  i  przysiągł  większej  ilości  bogów  niż  sądził,  że  mogą  go 

słuchać, że zabije tego władcę lochów i zrobi to wkrótce. 

background image

Rozdział drugi 

Jaheira  zacisnęła  zęby  pod  ciasną,  metalową  opaską,  dzięki  której  musiała  trzymać 

zamknięte usta. Mogła oddychać i pić wodę, nie mogła jednak mówić, i choć z tego co jej się 

wydawało, byli tu przynajmniej od dwóch dni, nie była w stanie jeść. Przez zamaskowanych 

porywaczy została zidentyfikowana jako czarodziejka, nie była to jednak prawda. Jaheira była 

druidką w służbie pani lasu, Mielikki, i mogła przyzywać tę boską moc, by wywoływać małe 

cuda, zwane przez ludzi czarami, nie była jednak czarodziejką. Mimo to musiała przyznać, że 

mieli  rację  uniemożliwiając  jej  mówienie.  Mogłaby  wypaczyć  drewno  w  drzwiach,  które 

trzymały  ją  w  tej  ciemnej,  cuchnącej  komnacie,  przemówić  do  korzeni  oplatających  źle 

dopasowane kamienne bloki, z których składały się ściany, albo po prostu usunąć zgniliznę i 

zarazki  z  odstałej,  gorzkiej  wody,  którą  jej  dawano.  Musiałaby  mówić,  aby  zrobić  którąś  z 

tych rzeczy. 

Pamiętała,  jak  została  porwana,  gdy  spacerowała  z  Abdelem  we  Wrotach  Baldura,  i 

uznała,  że  została  zabrana  do  tego  samego  miejsca  co  on,  choć  nie  widziała  go,  odkąd 

odzyskała  przytomność  w  klatce.  Kiedy  się  obudziła,  poznała  dwóch  innych.  Każde  z  nich 

miało  własną  klatkę.  Mogli  się  widzieć,  a  tamci  mogli  mówić,  byli  jednak  trzymani 

oddzielnie. 

Jednym  z  pozostałych  był  dziwaczny,  krępy,  dobrze  zbudowany  mężczyzna  o  długich, 

rudych  włosach  i  kępkowatej,  pomarańczowej  brodzie.  Najwyraźniej  wziął  sobie  za 

towarzysza  jakiegoś  małego  szczura  albo  dużą  mysz.  Jaheira  spoglądała  na  bełkoczącego 

lunatyka  z  mieszaniną  strachu  i  litości.  Nie  obawiała  się,  że  mógłby  ją  zranić  albo 

wykorzystać – byli w końcu w oddzielnych klatkach. Nie, Jaheira bała się, że może skończyć 

tak jak on. Czy będzie tu trzymana, więziona, nie będzie się do niej mówić, aby jej umysł, jak 

tego biednego głupca, mógł się rozplątać? 

–  Wszystko  w  porządku,  Boo  –  rudowłosy  mruknął  do  swego  szczurzego  towarzysza. 

Zauważył,  że  Jaheira  na  niego  patrzy  i  zanim  zdała  sobie  sprawę,  że  on  czuje  się  z  tego 

powodu niezręcznie, pochylił głowę w dół  i  na  bok, odsłaniając poszarpaną  bliznę  biegnącą 

wzdłuż prawej strony głowy. 

background image

A więc myśli musiał mu zmącić ciężki cios, miała nadzieję Jaheira. Może nie przebywał 

tu długo. 

– Miłą grupkę tu mamy, prawda? – spytał ją drugi więzień, dostrzegając najwyraźniej jej 

zmieszanie w stosunku do rudowłosego. – Milczący gryzoń, szaleniec, ja i pani. 

Spojrzała  na  niego  bez  wyrazu,  nie  będąc  w  stanie  określić,  jakich  słów  po  niej 

oczekiwał,  nawet  gdyby  była  w  stanie  mówić.  Wyglądał  dziwnie,  jego  rysy  przypominały 

elfa,  ale  nie  całkiem.  Wcześniej  widziała  tylko  jedną  osobę  taką  jak  on:  kobietę  Tamoko, 

kochankę Sarevoka. Abdel powiedział jej, że Tamoko przybyła z Kozakury, po drugiej stronie 

świata, na wschód od nie kończących się ziem Hordy. Ten był oczywiście mężczyzną, jednak 

różnił się także od Tamoko w innych względach. Jego twarz była okrąglejsza, delikatniejsza, 

podobnie  jak  reszta  ciała.  Wydawał  się  być  dobrze  odżywiony,  ale  nie  gruby,  silny,  ale  nie 

muskularny. Miał na sobie prostą, czarną bluzę oraz luźne, czarne spodnie, uniform niewiele 

odbiegający  od tych,  które  nosili  jej  porywacze.  Jaheira  nie  ufała  mu  z  tego  powodu oraz  z 

innych, mniej konkretnych. 

–  Gdybym  nazywał  się  Boo  –  próbował  żartować  Kozakurczyk  –  byłbym  w  lepszej 

sytuacji, jak sądzę. 

Starała się uśmiechnąć, zdała sobie jednak sprawę, że wygląda to bardziej jak szydercze 

spojrzenie. Zresztą może w końcu właśnie tak chciała wyglądać. 

–  Chcę  się  stąd  wydostać,  Boo  –  rudowłosy  odezwał  się  do  swego  małego  przyjaciela. 

Gryzoń nie odpowiedział, jednak zrobił to Kozakurczyk. 

– Istotnie, Boo – rzekł zbyt głośno. – Wydostań nas z... 

Zamek  cofnął  się  gwałtownie  i  drzwi  zawibrowały,  wzbudzając  głośne,  niemal  bolesne 

fale  dźwiękowe  w  ciasnej  komnacie.  Drzwi  rozwarły  się  i  Jaheira  zamrugała  w  jaśniejszym 

świetle  dochodzącym  z  kapiącej  pochodni  w  wąskim  korytarzu.  Ten  sam  gruby,  nie 

podnoszący  głosu  półork  w  skórzanej  uprzęży,  który  od  czasu  do  czasu  przynosił  im  wodę, 

wczłapał się z czymś przewieszonym przez ramię. Wielki klawisz walczył wyraźnie z ciężkim 

brzemieniem i Jaheira szybko zdała sobie sprawę, że to Abdel. 

Chciała  wykrzyczeć  jego  imię,  mogła  jednak  tylko  jęknąć  pod  żelazną  opaską.  Klawisz 

zatrzymał się i przeniósł ciężar na jedną stopę, a oczy Jaheiry stały się szerokie, gdy ujrzała 

nagły wybuch aktywności. Tym co dostrzegła najpierw, były włosy Abdela. Długie, czarne i 

zlepione  czymś,  co  wyglądało  jak  krew  i  pot.  Jego  stanowcza,  zdeterminowana  twarz 

pojawiła  się  równie  szybko.  Klawisz  zaczął  upadać  w  tył,  gdy  spory  ciężar  Abdela 

przemieścił  się  nagle,  a  Abdel  podciągnął  barki,  oddalając  swą  pierś  od  włochatych  łopatek 

klawisza,  jednocześnie  kopiąc  stopą  w  przód.  W  efekcie  gruby  klawisz  przewrócił  się  na 

szeroki tyłek, a Abdel stanął pewnie w stercie kurzu, szczurzych odchodów i słomy. 

Dłonie  Abdela  były  związane  mocno  przed  nim,  jednak  Jaheira  była  świadoma,  że  nie 

spowolni  go  to  na  tyle,  by  uratować  klawiszowi  życie.  Jaheira  nie  dostrzegała  z  początku 

oparzeń i ran kwitnących na ciele Abdela. Mężczyzna cofnął prawą stopę w tył i przyklęknął 

background image

obok klawisza. Jaheira zdała sobie sprawę, jak bardzo Abdel był torturowany, i westchnęła, w 

równym  stopniu  na  tę  myśl,  jak  i  na  widok  podnoszących  się  dłoni  Abdela,  jego  łokcia 

przelatującego obok głowy klawisza  i dwóch wielkich  niczym u boga rąk, zaciskających  się 

wokół szyi wciąż oszołomionego półorka. 

Dlaczego  Jaheira  chciała,  żeby  Abdel  przestał?  Nie  wiedziała,  po  prostu  nie  chciała,  by 

zabijał, nie ze złości, nie gdy nie musiał. Czy musiał? 

Abdel  wydawał  się  dostrzec  Jaheirę  po  raz  pierwszy,  dopiero  gdy  zaczął  wykręcać 

klawiszowi  głowę.  Ich  spojrzenia  zetknęły  się  i  Jaheira  mogła  zobaczyć  ogień  –  dosłownie 

słaby  żółty  blask  –  rozgorzały  nagle  w  oczach  Abdela.  Zdała  sobie  sprawę,  że  zauważył 

żelazną opaskę na jej głowie. Nie miała pojęcia, przez co przeszedł, nie mogła więc wiedzieć, 

co  wyobrażał  sobie  na  temat  tego,  przez  co  ona  przeszła.  Rozszerzyła  oczy  i  próbowała 

wrzeszczeć do niego za pomocą umysłu. Chciała, żeby przestał. 

Nie  mógł  słyszeć  jej  myśli,  jednak  jej  twarz,  zmieniona  w  maskę,  była  wystarczająco 

wyrazista i Abdel przestał. Ścisnął mężczyźnie szyję, jednak nie wykręcił jej i klawisz obudził 

się akurat, by wziąć ostatni oddech, po czym znowu stracił przytomność. 

– Jaheiro – wyszeptał Abdel, napinając sznur, który utrzymywał jego nadgarstki razem. 

Zamknęła oczy i szarpnęła raz głową do tyłu w nadziei, że zrozumie. Przestał próbować 

uwolnić ręce i podszedł do niej. Oparzenia na jego piersi i udach były purpurowymi pręgami, 

a krew ciekła mu z ponad dwóch tuzinów drobnych ran. Zbliżył się do jej klatki i wyciągnął 

ręce.  Nie  myśląc,  przysunęła  się  bliżej  niego,  przyciskając  ciało  do  prętów.  Po  jej  policzku 

spłynęła łza i musiała zamknąć oczy, gdy nachylił się bliżej niej. Czuła, jak jego nagie ciało 

ociera  się  o  jej  ramię  i  słyszała  głośny  brzęk  metalu  o  metal,  gdy  grzebał  przy  zamku  jej 

maski, dziwnie ignorując fakt, że wciąż była w klatce. 

Zaklął i pociągnął, boleśnie wyciągając jej kark. Rozległo się skrzypienie, trzask, i opaska 

wokół  podbródka  spadła.  Wstał  szybko  i  przeszedł  do  masywnego  zamka  klatki.  Mięśnie 

nabrzmiały  na  masywnych  ramionach  i  drzwi  ustąpiły  po  jednym  mocnym  pociągnięciu.  O 

kamienną podłogę zadudniły kawałki metalu, po nich zaś rozległ się głośniejszy brzęk drzwi, 

które Abdel z łatwością odrzucił na bok. 

– Kyoutendouchi! – uradował się Kozakurczyk. – Teraz uwolnij resztę z nas! 

Abdel zignorował go, biorąc delikatnie podbródek Jaheiry w swoje związane dłonie. 

–  Czy  on...?  –  spytał  i  na  pół  uderzenia  serca  do  jego  wyrazistych  oczu  wróciło  żółte 

światło. 

Jaheira, choć szczęka mocno ją bolała, powiedziała – Nie, nie, po prostu zostawił mnie z 

tymi dwoma. Nie znam ich. 

Abdel spojrzał na pozostałych więźniów, po czym z powrotem na Jaheirę. 

– Weź klucze – Jaheira rzekła do Abdela. – Weź klucze od klawisza. 

Abdel uśmiechnął się i powiedział – Od władcy lochów – i wziął klucze. 

background image

Zabrał  się  do  otwierania  zamka  Kozakurczyka,  zatrzymał  się  jednak,  mijając  Jaheirę. 

Abdel zamierzał ją objąć, jednak odepchnęła go. 

Zamknęła  oczy  i  powiedziała  –  W  imieniu  pani  lasu,  wolą  najwyższej  tropicielki,  na 

dotyk córki Silvanusa. 

Abdel poczuł, jakby zaczęły go smagać zimne pokrzywy, a gdy dotknął swej piersi, ból z 

ran zniknął – zaleczyły się. 

– Nie wiedziałem, że potrafisz coś takiego – wyszeptał zszokowany. 

– Nie wołałam wystarczająco dużo do Mielikki – przyznała Jaheira, czerwieniąc się – ani 

nie słuchałam uważnie jej wezwań. 

–  To  bardzo  interesujące,  młoda  damo  –  powiedział  Kozakurczyk  –  jednak  ja  oraz  mój 

drogi  współwięzień  wciąż  mamy  nadzieję  dokończyć  to,  co  jak  na  razie  jedynie  w  moich 

domniemaniach jest bardzo pożądaną ucieczką. 

Abdel spojrzał na Jaheirę, która uśmiechnęła się, po czym otworzył klatkę Kozakurczyka. 

– Liczne oraz zróżnicowane dzięki, szanowny panie rzekł mężczyzna. – Jestem Yoshimo 

z Dalekiego Wschodu, a ty jesteś moim najnowszym przyjacielem. 

Abdel  jedynie  warknął  na  mężczyznę,  który  stał  na  zadziwiająco  stabilnych  nogach, 

sięgając wzrostem niemal sześćdziesiąt centymetrów niżej niż czubek głowy Abdela. 

– Jaheira – powiedziała druidka, stojąc i rozciągając obolałe, osłabione głodem mięśnie. – 

A to jest Abdel. 

Nie  trudziła  się  obserwowaniem  reakcji  na  swoje  imię  lub  Abdela.  Była  zbyt  zajęta 

oddychaniem, poruszaniem bolącą szczęką oraz rozciąganiem zasiedziałych nóg. 

–  Wszystko  w  porządku,  prawda  Boo?  –  rudowłosy  mruczał  raz  za  razem,  gdy  Abdel 

otwierał  jego  klatkę.  Wielki  najemnik  został  najwyraźniej  zbity  z  tropu  przez  szalone 

zachowanie więźnia. 

– Czy ktoś z was wie, jak się stąd wydostać? – spytał Abdel. 

Jaheira  musiała  wzruszyć  ramionami,  a  Yoshimo  spojrzał  na  rudowłosego,  jakby  będąc 

pewien, że otrzyma odpowiedź. 

Mężczyzna wzruszył ramionami, wskazał na jedyne drzwi i rzekł – Tędy? 

Jaheira  pozwoliła  sobie  na  śmiech  i  podążyła  za  wychodzącymi  Abdelem  oraz 

rudowłosym. 

 

* * * 

Weszli prosto w walkę. 

Czworo  zbiegłych  więźniów  podążało  za  odgłosami  bitwy,  bowiem  wydawały  się  one 

jedyną  rzeczą,  za  którą  można  było  podążać,  poprzez  zakręty  i  zakosy  w  wąskich  tunelach, 

które  wprawiały  w  obłęd  nawet  poczucie  kierunku  Jaheiry.  Rudowłosy  wydawał  się  nie 

zwracać uwagi na nic poza gryzoniem, którego trzymał w złączonych dłoniach. Pytał zwierzę, 

czy  słusznie  będzie  skręcić  za  ten  róg,  bezpiecznie  wejść  po  tamtych  schodach,  rozsądnie 

background image

przejść  przez  jakieś  drzwi.  Nikt  poza  nim  nie  słyszał  nigdy  odpowiedzi,  zawsze  jednak 

podążał za resztą zbiegów. 

Dotarli do szerokiej komnaty o niskim stropie, zdominowanej przez wielkie, podobne do 

róż  klomby  pomarańczowego  kryształu.  Odziani  na  czarno  mężczyźni  byli  zaangażowani  w 

walkę  z  innymi  odzianymi  na  czarno  mężczyznami  i  żadna  ze  stron  nie  wydawała  się 

wygrywać.  Z  początku  nikt  ich  nawet  nie  zauważył  i  choć  paru  w  końcu  zerknęło  w  ich 

stronę, wszyscy byli zbyt zajęci walką, by coś zrobić, bądź powiedzieć. 

– Nie wiem, czy to jest lepsze od tych klatek – powiedział sucho Kozakurczyk. 

– Tam! – wrzasnęła Jaheira, wskazując na drzwi po drugiej stronie komnaty. 

– Wszystko w porządku, Boo? – rudowłosy spytał gryzonia. 

– To jedyna droga na zewnątrz – rzekł Yoshimo, kładąc dłoń na ramieniu szaleńca. 

– Boo mówi, że w porządku – powiedział mężczyzna, po raz pierwszy zwracając się do 

któregoś z nich. 

Mężczyzna  w  czarnych  szatach  padł  z  wrzaskiem  na  ziemię  zaledwie  tuzin  kroków  od 

nich. Dwaj skrytobójcy, którzy go zabili, spojrzeli ostro na małą grupkę i rzucili się na nią z 

wyciągniętymi mieczami. 

Jaheira wezwała Mielikki, zamykając oczy zaraz po tym, jak ujrzała, że wciąż nagi Abdel 

rusza  naprzód,  by  zetrzeć  się  z  nadciągającymi  skrytobójcami.  Wzięła  mały  kawałek 

korzenia, który wyrwała ze ściany w komnacie z klatkami i schowała pod podartą, mokrą od 

potu bluzę. Korzeń urósł jej w dłoniach i uśmiechnęła się, czując go. Po czasie nie dłuższym 

niż  dwa  uderzenia  serca  stał  się  mieczem  z  wypolerowanego  drewna  o  lśniącej  klindze,  po 

której widać było, że jest ostra jak brzytwa. 

–  Z  boku!  –  rudowłosy  wrzasnął  akurat  na  czas  i  Jaheira  uchyliła  się  przed  młotem 

bojowym atakującym ją z lewej. 

Trzymał  go  odziany  na  czarno  skrytobójca  ze  zbyt  ludzkimi  oczyma  przepełnionymi 

paniką i żądzą krwi. Cofnęła się dwa kroki, co dało jej wystarczająco czasu, by się otrząsnąć, 

po  czym  podniosła  swój  drewniany  miecz  akurat  na  czas,  by  sparować  kolejny  silny  cios 

młotem.  Prześlizgnęła  swą  broń  nisko  i  przejechała  skrytobójcę  po  lewym  kolanie,  a 

następnie po prawym, i mężczyzna opadł niczym worek mokrego ryżu. 

– Poznasz cenę swojej porażki, ty... – chrapliwy męski głos wrzasnął ponad harmidrem, a 

reszta stwierdzenia zagubiła się w brzęku stali o stal. 

Jaheira  usłyszała,  że  ktoś  rzuca  czar,  akurat  gdy  inny  skrytobójca  nacierał  na  nią  z 

podniesioną  wysoko  pałką.  Rzuciła  w  niego  swym  mieczem  i  skupiła  na  nim  wzrok. 

Mężczyźnie  udało  się  uniknąć  lecącego  ostrza,  zdumiał  się  jednak,  kiedy  niezwykła  broń 

zatrzymała się i zmieniła kierunek, mierząc w jego gardło, jakby była trzymana przez jakiegoś 

niewidzialnego miecznika. 

– Poznasz naszą cenę! – przenikliwy męski głos krzyknął nad ogólnym zamieszaniem. – 

Daj nam naszą zapłatę, nekromanto! 

background image

Skrytobójca parował każde pchnięcie danego przez boginię miecza, wkrótce jednak został 

przyparty  do  ściany  z  kamiennych  bloków.  Jaheira  musiała  koncentrować  się  na  ostrzu, 

używając swej woli na odległość, tak jak robiłaby to, gdyby trzymała ostrze. 

Zastanawiała  się,  co  robią  Yoshimo  i  rudowłosy  mężczyzna,  co  się  dzieje  z  Abdelem  i 

czy te pojedyncze drzwi naprawdę są drogą na zewnątrz kiedy słowo – Zaśnij! – wykrzyczane 

skądś na prawo od niej, spowodowało, że to zrobiła. 

 

* * * 

Abdel  wiedział,  że  wbiegnięcie  w  zieloną  chmurę  będzie  złym  pomysłem,  ruszył  już 

jednak  w  jej  kierunku,  kiedy  pojawiła  się  nagle  przed  nim,  otaczając  dwóch  odzianych  na 

czarno  mężczyzn,  przed  którymi  próbował  się  bronić.  Obłok  był  najwyraźniej  przywołany 

przez  jakiegoś  maga, wymieszanego z  szeregami  skrytobójców. Odgłos  mruczących głosów 

przez cały  czas  był częścią ogólnej kakofonii.  Abdel  i dwaj skrytobójcy zostali przytłoczeni 

potężnym  odorem  śmierci  i  rozkładu.  Chcieli  pozabijać  się  nawzajem,  wszystkim,  co  mogli 

jednak zrobić, były wymioty. Gdyby Abdel miał coś w żołądku, wypróżniłby się na podłogę. 

Zamiast tego stał tam tylko i krztusił  się, dopóki  jakiś  mężczyzna  nie wpadł  na  jego plecy  i 

pociągnął... niemal wyniósł z obłoku. 

–  Zniszczę  was  wszystkich!  –  wrzasnął  dziwny  mężczyzna,  osobnik  którego  Abdel  nie 

mógł dostrzec. – Wasza krew posłuży mi lepiej, niż mogły wasze żałosne wysiłki! 

Abdel  spojrzał  zawilgoconymi  oczyma,  akurat  by  ujrzeć,  jak  Jaheira  pada  bezładnie  na 

podłogę, a Yoshimo stoi bezsilnie u jej boku, cofając się, gdy sięgają po nią dwaj odziani na 

czarno  mężczyźni.  Nagle  obok  Abdela  znalazł  się  mężczyzna  z  rudymi  włosami,  mający 

przyklejone do twarzy coś, co bardziej przytomny Abdel nazwałby zupełnie nie pasującym do 

sytuacji uśmieszkiem. 

– Abdel! – krzyknął do niego kobiecy głos, cienki i słaby. 

Był  bardziej  zdziwiony,  że  Jaheira  wydawała  się  zdumiona,  widząc  go,  niż  że  w  ogóle 

mogła krzyczeć, po czym uświadomił sobie, że to nie jest głos Jaheiry. 

– Imoen? – wysapał po kolejnych targających jego ciałem suchych wymiotach. Podniósł 

wzrok i ujrzał twarz, którą widział niedawno we śnie, jednak od wielu miesięcy nie na jawie. 

Nieprawdopodobność  jej obecności zalała  Abdela niczym chłodny deszcz  i  najemnik  był po 

prostu dość speszony. 

– Musimy iść! – rudowłosy wrzasnął niemal radosnym tonem. – Boo nalega. 

– Najpierw cię zabijemy, nekromanto – wrzasnął mężczyzna gdzieś ze środka bitwy. – Po 

czym  zabierzemy  to,  co  jesteś  nam  winien...  zabierzemy  syna...  –  głos  znów  zagubił  się  w 

hałasie walki. 

Wszystko zalała fala jasnej purpury i Abdel został rzucony na szorstką podłogę. W całej 

podziemnej  komnacie  ludzie  byli  porozrzucani.  Ze  stropu,  ścian,  podłogi  wyleciały  kawałki 

pomarańczowego kryształu, broń wysunęła się z rąk i przynajmniej jeden but został ściągnięty 

background image

ze stopy i trafił Abdela w twarz. Wszędzie latały niebezpieczne, ciężkie, ostre przedmioty, a 

ludzie dryfowali do góry nogami, uderzając o strop, ściany, podłogę i siebie nawzajem. 

– Jaheira! – zawołał Abdel. – Imoen! 

Co  tu  robiła  Imoen?  Kiedy  Abdel  widział  ostatnim  razem  tę  młodą  kobietę  –  małą 

dziewczynkę  –  znajdowała  się  za  chronionymi  murami  Candlekeep.  Była  irytującym 

dzieciakiem,  który  nigdy  nie  brał  Abdela  wystarczająco  poważnie,  wyrażała  otwarty  brak 

szacunku  oraz  złośliwość  i  należała  do  nielicznego  grona  przyjaciół,  jakich  Abdel  miał 

kiedykolwiek w ufortyfikowanym opactwie, w którym dorastał. Nie był w stanie zgłębić, co 

mogła robić w tym miejscu. Była więźniarką tych ludzi, którzy mogli być Złodziejami Cienia, 

ale jak, kiedy i dlaczego zabrali ją z Candlekeep? 

Grupka  walczących  skrytobójców  zapłonęła  w  wyniku  dziwacznej,  zrodzonej  z  magii 

eksplozji. Pojawił się gęsty odór dymu, spalonych włosów i krwi. Garstka ludzi podnosiła się 

na nogi. Niektórzy czołgali się, szukając broni. Inni już zaczęli zabijać się nawzajem. Widok 

na  większość  pomieszczenia  blokował  Abdelowi  powiększający  się  opar  dymu,  mimo  to 

ruszył tam. 

– Imoen! – zawołał ostro i był pewien, że usłyszał jej odpowiedź, choć teraz w komnacie 

znów  narastała  kakofonia  stali  brzęczącej  o  stal.  Spadł  przed  nim  fragment  stropu  i  musiał 

cofnąć  się  o  krok.  Ktoś  chwycił  go  szorstko  od  tyłu  i  Abdel  obrócił  się  z  uniesioną  prawą 

pięścią. 

Rudowłosy  mężczyzna warknął  i cofnął się szybko. Abdel  był wystarczająco zdumiony, 

by chybić w szaleńca. 

– Trzeba iść! – rzekł obłąkaniec. – Boo żąda tego! Boo żąda... 

Przerwał widząc, że Abdel znów podnosi pięść i wzdrygnął się, gdy wyglądało na to, że 

najemnik zamierzą go uderzyć. Zamiast tego wielki mężczyzna pchnął go w dół, ratując mu w 

ten  sposób  życie.  Połyskujące  stalowe  ostrze  zatoczyło  łuk  w  powietrzu  w  miejscu,  gdzie 

mgnienie  oka  temu  znajdowała  się  ruda  czupryna  szaleńca.  Abdel  sam  musiał  pochylić  się 

pięć czy dziesięć centymetrów w tył, by uchylić się przed świszczącym czubkiem. 

Abdel  poczekał,  pół  sekundy,  aby  ostrze  miecza  zakończyło  swój  łuk,  po  czym 

wymierzył  cios  lewą  pięścią  w  skróconym  ruchu.  Krwawiąc  z  paskudnie  rozciętej  wargi, 

mężczyzna  padł  na  ziemię,  mrugając  po  drodze.  Kiedy  przewracał  się,  Abdel  zwinnie 

wysunął mu miecz z ręki i kiedy żołnierz uderzył w brukowaną podłogę, Abdel podniósł już 

broń, by sparować niepewny atak kolejnego napastnika. 

Żołnierze  w  krótkich  płaszczach,  których  Abdel  rozpoznał  natychmiast  jako 

Amnijczyków,  wlewali  się  do  komnaty  przez  drzwi,  których  najemnik  nie  zauważył 

wcześniej.  W  dymie,  wrzaskach  i  zamieszaniu  Abdel  nie  mógł  odróżnić,  kto  jest  kto, 

podobnie jak żołnierze, którzy wchodząc atakowali po prostu każdego, kto był wewnątrz. 

– Trzeba iść! – powiedział rudowłosy mężczyzna, stając teraz przed Abdelem. 

background image

Abdel  sparował  następny  zamach  zdumionego  żołnierza,  który  spoglądał  na  nagie  ciało 

Abdela i czerwienił się. Syn Bhaala odtrącił miecz Amnijczyka i uderzył go pięścią w twarz 

wystarczająco mocno, by dołączył do swego przyjaciela na podłodze. 

– Imoen – rzekł Abdel. 

Nie  mógł zgłębić,  jak ci porywacze zdołali wydostać Imoen z Candlekeep. Była  sierotą, 

która wylądowała pod opieką Winthropa, dobrze znanego i lubianego właściciela gospody w 

Candlekeep. 

Winthrop  był  łatwiejszym  człowiekiem  niż  Gorion,  mniej  wymagającym,  i  frywolne 

zwyczaje oraz niedbałe zachowanie Imoen były łatwe do wytłumaczenia. 

Była dobrym dzieciakiem i nie zasługiwała na to, by być tutaj. 

–  Boo  –  powiedział  rudowłosy,  kopiąc  odzianego  w  czerń  skrytobójcę  w  pachwinę  i 

zabierając mu miecz, gdy się przewracał, tak jak zrobił to Abdel – mówi, że trzeba iść! 

background image

Rozdział trzeci 

Nawet pomniejszy wampir jest wystarczająco silny, by złamać człowiekowi kark. Zostało 

to  dowiedzione  trzykrotnie  w  przeciągu  jednej  minuty,  gdy  dwaj  słudzy  Bodhi  chronili  ją 

przed pospiesznym atakiem strażników. 

Bodhi  spojrzała  przez  wypełnioną  dymem  komnatę  i  westchnęła  w  głębokim 

rozczarowaniu.  Pojawili  się  Złodzieje  Cienia,  najwyraźniej  rozwścieczeni  załatwianiem 

sprawy tego Abdela i dziewczyny. Nigdy nawet nie widziała tego człowieka. Złodzieje Cienia 

poprosili Bodhi i Irenicusa o złapanie go, jednak Irenicus wydawał się równie zainteresowany 

nim oraz dziewczyną którą opisywał jako siostrę przyrodnią Abdela, jak Złodzieje Cienia. To 

właśnie dlatego trzymali więźniów dłużej, niż chcieli tego od nich Złodzieje. 

Odpowiedź ze strony skrytobójców była przejawem zarówno ich zniecierpliwienia, jak i 

stopnia  w  jakim  pragnęli  przynajmniej  dwojga  z  tych  więźniów.  Bodhi  miała  nadzieję,  że 

gildia skrytobójców, którą sama zebrała – na rozkaz Irenicusa – będzie równie oddana. 

Teraz pojawiła się milicja, choć Bodhi nie była pewna, co ją przyciągnęło. Może hałas  i 

trzęsienie  ziemi  były  czymś,  co  można  było  usłyszeć  lub  wyczuć  na  powierzchni.  Może, 

Bodhi pomyślała z paskudnym uśmiechem, sąsiedzi się skarżyli. 

Zacisnęła uchwyt na długich, delikatnych włosach dziewczyny i kopnęła przebiegającego 

żołnierza w pachwinę, posyłając go pół metra w górę i śmiejąc się, gdy spadł na podłogę ze 

łzami lejącymi się z oczu i krwią nasączającą powoli skórzany woreczek przy spodniach.  

– Imoen! – pewny, głęboki głos zawołał gdzieś ze środka zamieszania i Bodhi podniosła 

wzrok, by dostrzec jego źródło. 

Nieomal  pozwoliła  sobie  na  westchnienie  na  widok  wielkiego  mężczyzny,  nagiego  i 

opierającego  się  o  rudowłosego  człowieka,  który  próbował  wyciągnąć  go  z  pomieszczenia. 

Ten nagi  był piękny.  Wydawał  się niemal  błyszczeć. Bodhi poczuła coś, czego nie czuła od 

dawna, odkąd osiągnęła stan nieumarłej. Uczucie to spowodowało, że się uśmiechnęła. 

– Abdel! zaskamlała dziewczyna, którą trzymała za włosy. Teraz uśmiech Bodhi stał się 

jeszcze szerszy. 

background image

–  To  jest  Abdel?  –  wyszeptała  wampirzyca,  nie  dbając  o  to,  że  Imoen  nie  mogła  jej 

usłyszeć przez odgłosy bitwy. 

Żołnierz  zatrzymał  się  gwałtownie  przed  nią,  wycelował  kuszę  w  jej  twarz  i  wrzasnął 

przenikliwym głosem – Puść dziewczynę i odsuń... 

Głos urwał się, gdy wystąpił jeden z jej sług. 

Pomniejszy  wampir  obrócił  kuszę  w  stronę  gardła  żołnierza.  Stalowy  czubek  przebił 

skórę i żołnierz szarpnął się gwałtownie, naciskając spust i posyłając bełt we własne gardło z 

siłą wystarczającą niemal do tego, by pozbawić się głowy. Mężczyzna zakaszlał raz, a sługa 

otworzył usta, wyciągając je do szyi wyższego mężczyzny. Oczy żołnierza skierowały się na 

sługę  z  przerażeniem,  po  czym  mrugnęły,  gdy  strumień  krwi  zalał  mu  twarz.  Sługa  Bodhi 

żywił  się,  a  ona  mu  na  to  pozwalała.  Spojrzała  tam,  gdzie  mała  grupa  żołnierzy  walczyła  z 

parą lepiej wyszkolonych Złodziei Cienia. Bili się nad nieruchomą sylwetką młodej kobiety – 

tej, która została pojmana we Wrotach Baldura z Abdelem. 

– Ta też? – Bodhi spytała na głos. 

– Och, tak – głos Irenicusa odpowiedział jej w głowie – ta też

– Gdzie jesteś? – spytała go. 

– Odszedłem stąd – odparł – co sugerowałbym również tobie. Ci żołnierze są niezliczeni 

niczym krople deszczu i jeszcze bardziej irytujący. Całe dnie zajęłoby ci zabijanie ich jednego 

po drugim. 

–  Po  jednym  w  każdej  ręce  –  pomyślała  z  uśmiechem,  po  czym  powiedziała  na  głos  – 

Abdelu, kiedy znów się spotkamy... 

 

* * * 

Abdel wyszarpnął się z trzymających go rąk przyjaciela i odwrócił z powrotem w stronę 

spowitego  chaosem  pomieszczenia.  Dostrzegł  kolejny  przebłysk  twarzy  Imoen.  Ktoś,  kogo 

nie mógł zobaczyć, ciągnął ją za włosy. Abdel obrócił głowę. Co ona tu robiła? 

Warknął z wściekłością  i  frustracją, kiedy dwaj  żołnierze  naciągnęli strzały, wymierzyli 

je w niego i jeden z nich wrzasnął – Stój! Stój tam, gdzie jesteś! 

Abdel rzucił się w przód, starając się zbliżyć, zanim łucznicy zdołają zareagować, jednak 

pełzający  dym  utrudniał  określenie,  gdzie  był,  a  sama  obecność  Imoen  uderzyła  go  tak 

mocno, że wylądował w śmiertelnej pułapce. Usłyszał wibrowanie  cięciw  i w  mgnieniu oka 

poczuł  jeden,  a  zaraz  potem  następny  ból  w  piersi.  Wciągnął  głęboko  powietrze  i  próba  ta 

spowodowała,  że  wzdrygnął  się  i  kaszlnął,  co  wywołało  jeszcze  większy  ból.  Jego  stopa 

poślizgnęła się na kawałku połamanego kryształu. Usłyszał, jak jeden z żołnierzy śmieje się, 

po czym dołączył do niego drugi. Abdel przewrócił się, wykręcając sobie boleśnie kostkę. 

Głowa  Abdela  uderzyła  w  bruk  i  odgłosy  bitwy  zostały  zastąpione  wstydliwie  pustym 

łupnięciem. Wewnątrz głowy rozległ się ryk, a światło przygasło, po czym zmniejszyło się do 

background image

małej,  zamglonej  plamki  w  środku  pola  widzenia.  Abdel  próbował  zamrugać,  ale  bolały  go 

powieki. Stracił przytomność. 

 

* * * 

Następną rzeczą,  jakiej  Abdel  był  świadomy,  było słowo potrzeba, a drugą  ból.  W  jego 

głowie wciąż rozbrzmiewał ryk, a w ciele pojawiały się kolejne punkty bólu, gdy jego nerwy 

wydawały  się  powracać  do  życia,  centymetr  po  centymetrze.  Owe  punkty  nabierały 

intensywności i słabły w ogólnym tępym pulsowaniu. 

Z  wciąż  zamkniętymi  oczyma  Abdel  starał  się  przyłożyć  dłoń  do  skroni,  jednak 

poruszenie łokcia spowodowało, że głowa w jakiś sposób zabolała jeszcze bardziej, tak więc 

pozwolił po prostu ręce opaść, czując pod sobą szorstkie kamienie. 

– Wiem, Boo – powiedział obcy głos. – Wiem. 

–  Wstawaj,  mój  przyjacielu  –  zażądał  inny  głos.  Rozkaz  ten  wydał  się  Abdelowi 

całkowicie śmieszny. Mężczyzna zdecydowanie zamierzał pozostać tam, gdzie był, do końca 

swojego życia. 

– Boo! – Abdel przypomniał sobie rude włosy i silny dotyk, gdy ten mężczyzna wyciągał 

go skądś. 

– Wstawaj, no już! – drugi głos należał do Yo-cośtam. 

–  Yo...  sho...  yo...  –  mruknął  Abdel,  a  dźwięk  ten  przejechał  mu  po  wnętrzu  głowy 

niczym mały rydwan tępego bólu. 

– Tak, proszę pana, tak, to Yoshimo – odezwał się głos. 

To niemożliwe, pomyślał Abdel. Odciągali mnie od Jaheiry i... 

– Imoen – Abdel powiedział na głos i otworzył oczy na przyjemny pomarańczowy blask 

oraz  twarze  mężczyzn,  którzy  powstrzymali  go  przed  uratowaniem  życia  dwóch  kobiet,  o 

które  bardzo  mocno  się  troszczył.  Abdel  usiadł,  choć  było  to  nieprzyjemne,  i  zaczął 

pracowicie obmyślać śmierć dla tych dwóch mężczyzn. 

–  Jestem  Minsc  –  rzekł  rudowłosy,  uśmiechając  się  przez  krew,  która  sączyła  się  z 

poszarpanej rany na jego prawym policzku. – To przyjemność walczyć u twojego boku. Boo 

mówi mi, że nazywasz się Abdel. 

– Boo? – Abdel spytał, zanim tak naprawdę o tym pomyślał. 

Minsc  miał  na  sobie  prostą  znoszoną  tunikę,  którą  ściskał  lewą  dłonią  przy  piersi. 

Uśmiechnął się i rozsunął fałdy brudnego materiału, by ukazać malutkiego, brązowo-białego 

gryzonia  z  oczyma  niczym  czarne  guziczki.  Spiczasty  nosek  i  wąsy  poruszyły  się,  węsząc 

powietrze przed Abdelem. 

–  To  jest  Boo  –  oznajmił  Minsc  z  uśmiechem  zadowolonego  dzieciaka.  –  Chroni  mnie 

swoją inteligencją. 

Abdel  przebiegł  szybko  przez  kilka  możliwych  odpowiedzi,  zanim  zdecydował  się  na – 

To dobrze. 

background image

Wielki najemnik rozejrzał się, szukając Kozakurczyka, jednak on i Minsc byli teraz sami 

w pomieszczeniu. 

– Yoshimo! – zawołał, lecz nie było odpowiedzi. 

– Jeśli tak mówisz, Boo – wyszeptał Minsc, po czym powiedział do Abdela – Musiał już 

wyjść. To znaczy, Boo my... mówi, że już wyszedł. 

Abdel wzruszył ramionami i starł żwir oraz pył z ciała. Nagle uświadomił sobie, że wciąż 

jest nagi, nie trudził się jednak czerwienieniem w obecności szaleńca. 

– Boo mówi, że tędy – powiedział mu Minsc, po czym ruszył jednym z korytarzy. 

– To droga z powrotem? – spytał Abdel, zdeterminowany, by odnaleźć Jaheirę i Imoen. 

–  Obawiam  się,  że  nie,  mój  przyjacielu  –  z  ciemności  bocznego  korytarza  dobiegł  głos 

Yoshimo. 

–  Yoshimo?  –  zawołał  Abdel,  szykując  miecz.  Kozakurczyk  wyłonił  się  z  mroku, 

uśmiechając się pewnie. 

– Istotnie to ja, proszę pana – odparł Yoshimo. – Znalazłem drogę na zewnątrz. 

– Nie chcę wychodzić na zewnątrz – stwierdził beznamiętnie Abdel. – Muszę wrócić tam, 

gdzie zostawiliśmy Jaheirę. 

– Gdyby to było możliwe – rzekł Yoshimo – pochwaliłbym twoją odwagę i posłałbym cię 

w drogę. Niestety jednak, ten korytarz zawalił się, zaraz gdy przez niego przeszliśmy. 

– Boo mówi, że tędy – powtórzył Minsc. 

Yoshimo zignorował szaleńca i przyjrzał się Abdelowi od góry do dołu. 

–  Nie  jesteś  w  stanie  w  tej  chwili  jej  pomóc  –  rzekł  do  Abdela.  –  Powinniśmy  chyba 

wyjść stąd, przegrupować się i wrócić po twoją przyjaciółkę. Znam ją dopiero od niedawna, 

twierdzę jednak, że będzie w stanie zadbać o siebie przez tę chwilkę, prawda? 

Abdel zagryzł zęby, by powstrzymać gniewną odpowiedź. Niczego nienawidził bardziej, 

niż przyznać, że Kozakurczyk ma rację. Yoshimo skinął głową i skierował się z powrotem do 

bocznego korytarza. Abdel podniósł się i podążył za nim, nie mając lepszego pomysłu. 

 

* * * 

Było  możliwe, że wykształceni  ludzie, wśród których  Abdel dorastał w ufortyfikowanej 

bibliotece w Candlekeep, znali określenie na ten szczególny rodzaj rozpoznania, ale jeśli tak 

było, Abdel o tym nie wiedział. 

–  Na  balustradzie  na  końcu  rampy  wydrapany  jest  brudny  rysunek  –  powiedział  Abdel 

Minscowi i Yoshimo. Obydwaj spojrzeli na niego pytająco. 

Z  tuneli,  wspinając  się  po  zardzewiałych  żelaznych  drabinach,  weszli  do  zakurzonego, 

pustego  pomieszczenia,  równie  wielkiego  jak  stodoła.  Na  obydwu  krótszych  krańcach 

prostokątnego budynku znajdowały  się szerokie  wrota, a po jednej stronie zwyczajne drzwi. 

Małe  drzwi  były  bliżej  drewnianej  zapadni,  przez  którą  przeszli,  tak  więc  przedostali  się  tą 

drogą w zamglone światło wczesnego wieczora. 

background image

Za  drzwiami  znajdowała  się  prosta,  drewniana  platforma.  Otaczała  ją  niska  drewniana 

balustrada,  schodząca  wzdłuż  pomostu  z  wypaczonych  desek  na  twardy,  suchy  piach,  na 

którym stał magazyn. Wokół nich słychać było przytłumiony rozgardiasz miasta będącego już 

zdecydowanie w trakcie uspokajania się pod koniec dnia. 

Minsc, wzdychając ze zmęczenia, zszedł w dół rampy i spojrzał na miejsce, które pokazał 

opierający się o balustradę Abdel. 

Rudowłosy  mężczyzna  uśmiechnął  się,  pokazując  przechodzące  w  szarość  żółte  zęby  i 

powiedział – Skąd wiedziałeś? 

– Byłem tu wcześniej – rzekł Abdel, rozglądając się i będąc zmuszony do mrużenia oczu 

nawet  w  przyćmionym  świetle.  –  Strzegłem  kiedyś  tego  miejsca  z  mężczyzną  o  imieniu 

Kamon, którego później musiałem zabić. 

– Wiesz więc, gdzie jesteśmy? – spytał go Yoshimo. 

– Gdzie jesteśmy? – Minsc zapytał małego gryzonia, którego niósł. 

– W Athkatli – odpowiedział Abdel za zwierzę. – Jesteśmy w mieście Athkatla, w krainie 

Amn. 

Minsc podniósł wzrok, zachichotał i rzekł – Jesteś nagi. 

Spojrzał z powrotem na zwierzątko i powiedział ze śmiechem – On jest nagi, Boo. 

Abdel  westchnął  i  spojrzał  na  swoje  brudne,  posiniaczone  ciało.  Rany  po  strzałach  nie 

tylko  przestały  krwawić,  lecz  zaczęły  już  się  zamykać  i  nie  bolały.  Popatrzył  na  dwa 

oderwane  paznokcie  i  ujrzał,  z  niemałym  zdumieniem,  że  obydwa  zaczynały  odrastać. 

Dopiero teraz Abdel czuł, że ma chwilę czasu, by pomyśleć, i zdumiewała go nagła prędkość, 

z jaką wydawał się być zdolny zaleczać. 

– Musimy znaleźć dla ciebie  jakieś ubrania,  mój  przyjacielu, a  może też  jakąś pomoc – 

zaproponował Yoshimo. 

–  Pomoc?  –  spytał  z  roztargnieniem  Abdel,  po  czym  skierował  wzrok  na  miasto,  które 

zapamiętał  jako  szorstkie  i  nie  przebaczające,  lecz  wciąż  rządzone  przez  prawo.  –  Dobry 

pomysł. 

 

* * * 

Abdel  wypróbował  wielu  różnych  ustawień  dłoni,  różnych  sposobów  chodu  albo  też 

kombinacji obydwu, by postarać się ukryć fakt, że idzie ulicą zupełnie nagi, w końcu musiał 

się jednak pogodzić z tym, że niezależnie od tego, gdzie kładł ręce, szedł ulicą zupełnie nagi. 

Ulice  były  dość  puste  i  gdy  posuwali  się  dalej,  Abdel  zaczął  orientować  się  w  terenie. 

Odwiedzał to miasto nie raz. Byli na północ od rzeki Alandor, która przecinała środek miasta, 

płynąc  do  Morza  Mieczy  z  jakichś  gór  na  wschodzie.  Magazyn  ustawiony  był  na  szerokim 

obszarze, który  miejscowi nazywali – z typową dla  Amnu wyobraźnią – Dzielnicą Rzeczną. 

Większość  miejskiej  aktywności,  nawet  o  tej  porze  dnia,  koncentrowała  się  wokół 

spiętrzonego  targowiska  nazywanego  Promenadą  Waukeen.  Było  to  za  rzeką.  Abdel  chciał 

background image

znaleźć  jakieś  ubranie,  zanim  będzie  próbował  tam  dotrzeć.  Gdy  pomyślał  o  czasach,  kiedy 

strzegł magazynu, przypomniał sobie miejscowy szynk niedaleko stąd na wschód, po drodze 

do  mostu  spinającego  rzekę  pomiędzy  Dzielnicą  Rzeczną  na  północnym  brzegu  i 

odpowiednio nazwaną Dzielnicą Mostową na południu. 

– Niedaleko stąd jest tawerna – powiedział Yoshimo. 

– Miedziane coś? – spytał Abdel. 

– Miedziana Mitra – odparł Kozakurczyk. – Znasz ją? 

– Znam tawerny – przyznał Abdel. 

background image

Rozdział czwarty 

–  Dobrze  –  powiedziała  cicho  blada  kobieta,  ciągnąc  Jaheirę  i  drugą  dziewczynę  przez 

ulewną burzę. – On lubi długie włosy. 

Jaheira  walczyła  z  podobnym  imadłu  chwytem  kobiety,  jednak  udało  jej  się  jedynie 

wyrwać  sobie  trochę  włosów.  Potykała  się  i  jęczała  z  bólu,  gdy  szarpano  jej  głową,  jednak 

odzyskała równowagę. Trudno było uwierzyć, jak ta kobieta jest w stanie ciągnąć jedną, nie 

mówiąc  już  o  dwóch,  za  włosy  przez  tunel,  w  którym  nie  może  się  nawet  wyprostować, 

jednak owa obca właśnie to robiła. Jaheira przy nie jednej okazji starała się ją podciąć, jednak 

kobieta z łatwością unikała jej stóp, nawet nie wydając się zauważać tych prób. 

Drugą więźniarką była ładna, młoda kobieta, nie licząca chyba nawet dwudziestu lat. Jej 

twarz  była  poplamiona  kurzem  i  łzami,  a  oczy  miała  zapadnięte  i  wyczerpane.  Wisiała  na 

skraju przytomności,  jakby  lunatykowała. Podobnie  jak w przypadku  Jaheiry, dłonie drugiej 

porwanej były skrępowane na plecach szorstką, drapiącą liną. 

–  Kim  jesteś?  –  Jaheira  spytała  potężną  kobietę  po  raz  trzeci,  odkąd  odzyskała 

przytomność pod jej niezbyt czułą kuratelą. 

– Cisza – powiedziała kobieta. 

Jaheira  była  mgliście  świadoma,  że  ktoś  za  nimi  idzie,  nie  mogła  jednak  odwrócić 

wystarczająco głowy, by spojrzeć za siebie. 

– Dlaczego to robisz? – zapytała, ignorując rozkaz kobiety. 

Blada obca zaśmiała się – zadziwiająco, był to dość przyjemny odgłos – i powiedziała – 

Mogę wyrwać ci język z ust i nakarmić nim moje szczury, jeśli sobie życzysz. 

–  Tylko...  –  zaczęła  protestować  Jaheira,  przerwała  jednak,  kiedy  potężna  dłoń  kobiety 

odsunęła  się  z  jej  włosów  i  druidka  przewróciła  się  na  śliski,  wilgotny  kamień.  Kobieta 

uderzyła  ją  w  twarz  grzbietem  dłoni  i  Jaheira  padła  do  tyłu.  Jej  głowa  obróciła  się  i  była 

świadoma odrętwienia rozchodzącego się po jej twarzy oraz chłodnej wilgoci, wsączającej się 

w podartą koszulę. 

Ktoś o zimnych jak lód dłoniach chwycił Jaheirę szorstko od tyłu. Jego ręce odnalazły jej 

piersi i zesztywniała pod chłodem tego dotyku. Podniósł ją z ziemi, by spojrzała na patrzącą 

background image

na  nią  spode  łba  kobietę.  Jaheira  odwróciła  głowę,  starając  się  ujrzeć  mężczyznę,  który 

trzymał  ją  w  ten  sposób,  ten  przesunął  jednak  uchwyt,  popychając  ją  do  przodu.  Usłyszała 

chrzęst koło prawego ucha, niczym tarcie kością o kość. 

–  Nie!  –  odezwała  się  ostro  kobieta,  a  Jaheira  zdała  sobie  sprawę,  że  mówi  ona  do 

znajdującego się za nią mężczyzny. 

– Ale ona jest taka ciepła – rzekł mężczyzna niskim i syczącym głosem koło szyi Jaheiry. 

– Taka słodka. 

Jaheira  wciągnęła  gwałtownie  powietrze  i  spojrzała  na  kobietę,  która  popatrzyła  jej  w 

oczy i uśmiechnęła się w taki sposób, że Jaheira zaczerwieniła się. 

–  Jest  taka  –  powiedziała  kobieta  –  ale  potrzebuję  jej  dla  czegoś  więcej  niż  krwi...  na 

razie. 

– Dostanę ją później? – spytał ochoczo mężczyzna. 

– Nie – rzekła kobieta, pozwalając, by jej wzrok przebiegł w dół ciała Jaheiry. – Sądzę, że 

chcę ją dla siebie. 

W  głowie  Jaheiry  niczym  wybuch  pojawiło  się  słowo  wampir  i  zebrało  się  jej  na 

wymioty, gdy poczuła na sobie chłodny oddech tej istoty. 

– Gdzie  nas zabierasz? – Jaheira usłyszała  swoje pytanie. Nigdy  dotąd nie  czuła  się tak 

bezsilna, ale nie mogła się podporządkować. 

Kobieta uśmiechnęła się, wydając się niemal oczarowana uporem Jaheiry. 

– Obracasz się w bardzo wyjątkowym towarzystwie – powiedziała. – Przypuszczam, że o 

tym wiesz. 

Jaheira  spojrzała  na  kobietę,  wciąż  wiszącą  za  włosy  w  żelaznym  uchwycie  szczupłej 

wampirzycy, i rzekła – Nie znam jej. 

– Nie mówię o niej – odparła wampirzyca. 

Nietrudno  było  Jaheirze  zdać  sobie  sprawę,  że  mówiła  o  Abdelu.  W  związku  z  tym,  że 

był  synem  Bhaala,  zabójcą  Sarevoka  oraz  wrogiem  Żelaznego  Tronu,  Jaheira  nie  miała 

większych  problemów  z  uwierzeniem,  dlaczego  Abdel  miał  przeciwników,  o  których  nie 

wiedział, nie mogła jednak zgłębić, dlaczego ta wampirzyca, dlaczego Złodzieje Cienia. 

– Uciekł, prawda? – spytała Jaheira, odnajdując przebłysk nadziei. – Uciekł ci. 

Wampirzyca  wzięła  głęboki  oddech  i  Jaheira  zdumiała  się,  kiedy  jej  kształtna  pierś 

poruszyła  się,  zaskoczyło  ją,  że  ta  niemartwa  istota  naprawdę  nabrała  powietrza  albo  że  w 

ogóle potrzebowała oddychać. 

– Przyjdzie po ciebie? – spytała ją wampirzyca, choć po wyrazie jej oczu Jaheira mogła 

powiedzieć, że zna już odpowiedź. 

– Tak – odparła zwyczajnie Jaheira. 

–  A  jeśli  nie  po  ciebie  –  rzekła  wampirzyca,  zerkając  na  młodą  kobietę,  która  straciła 

przytomność na mokrych kamieniach u jej stóp – to po nią. 

background image

–  Kim  ona  jest?  –  zapytała  Jaheira,  po  czym  wciągnęła  gwałtownie  powietrze,  kiedy 

mężczyzna chwycił ją mocniej, wywołując ból, nachylając jej plecy ku sobie. 

Wampirzyca  uderzyła  ją  znów  grzbietem  dłoni,  a  odgłos  ciosu  rozbrzmiał  w  głowie 

Jaheiry  trzaskiem,  który  ostrzegł  o  złamanej  żuchwie.  Oczy  półelfki  zamgliły  się  i  poczuła, 

jakby opadała, choć zimny mężczyzna wciąż trzymał ją mocno. 

Tracąc znów przytomność, usłyszała, jak wampirzyca mówi – Wysączę cię powoli, suko. 

Mężczyzna z tyłu wzruszył ramionami, a wampirzyca powiedziała do niego – Wiesz co 

robić. Muszę się znaleźć w innym miejscu. 

 

* * * 

Nazywała  się  Miedziana  Mitra  i  wyglądała  oraz  pachniała  tak  źle,  jak  Abdel  ją 

zapamiętał.  Był  tu  kilkakrotnie,  jednak  nie  zaprzyjaźnił  się  z  nikim.  Nie  miał  ani  jednej 

monety, niczego co mógłby przehandlować, wiedział więc, że musi polegać na czymś, czego 

zawsze brakowało w miejscach takich jak to: na dobroczynności. 

– Oj – oznajmił pijany starzec siedzący przy drzwiach, kiedy Abdel wkroczył pewnie do 

tawerny, za nim zaś weszli Minsc i Yoshimo. – Kogo my tu mamy? 

–  Hej  tam  –  warknął  barman,  a  jego  wyjątkowo  paskudną  twarz  przeciął  wyraz 

stanowczej dezaprobaty. – Myślicie, że co to za miejsce? 

–  Zostaliśmy  zaskoczeni  –  powiedział  Abdel,  spoglądając  barmanowi  prosto  w  oczy.  – 

Ukradli wszystko. 

– Nauczyłeś się kiedykolwiek, jak używać tych mięśni? – spytał niedowierzająco starzec, 

po czym wykaszlał serię gardłowych chrząknięć, które miały być śmiechem. 

Abdel  zignorował  starego  pijaka,  lecz  szturchnął  Minsca,  kiedy  szaleniec  zaczął  znów 

mówić do swego zwierzaka. Rudowłosy wojownik podniósł wzrok, jednak z zaciekawieniem, 

nie wstydem. 

–  Niestety  –  wtrącił  się  Yoshimo,  mówiąc  najpierw  do  starca,  później  do  ciemnego, 

śniadego barmana – nasi wrogowie też mieli mięśnie oraz pomoc niejednego wujen

–  Potrzebuję  ubrania  –  rzekł  Abdel,  chrząkając  niezręcznie.  –  Potrzebuję  ubrania,  może 

coś do jedzenia oraz trochę wody  i  muszę porozmawiać  z kapitanem Belarsem Orhotekiem, 

zaraz gdy któryś z twoich chłopaków go tu sprowadzi. 

Barman  spoglądał  przez  długi  czas  pusto  na  najemnika.  Trwało  to  tak  długo,  że  Abdel 

zmrużył  oczy,  by  przyjrzeć  mu  się  i  sprawdzić,  czy  jeszcze  żyje,  czy  też  umarł,  patrząc  i 

stojąc. 

– Czy... – zaczął mówić Abdel, przerwał mu jednak donośny wybuch śmiechu barmana. 

Z  oczu  mężczyzny  polały  się  łzy,  szybko  stracił  rytm  oddechu  i  gwałtownie  wciągał 

powietrze pomiędzy targającymi ciałem porykiwaniami. Nie uczyniło to Abdela szczęśliwym, 

lecz  nie  licząc  uduszenia  lub  uderzenia  rękojeścią  miecza  karczmarza,  nie  miał  pojęcia,  co 

robić. 

background image

– W istocie – zaczął Yoshimo – to zabawne, ale... 

– Spokojnie, obcy – rzekł barman, zerkając od Yoshimo do Abdela. – Wieści podróżują w 

Athkatli szybciej niż wy, chłopcy, i trudno jest przeoczyć waszą trójkę. Nazywa się Imogen, 

prawda? 

Abdel otworzył usta i bez zastanowienia powiedział – Imoen. 

– A więc Imoen – rzekł barman. – A tak w ogóle wiem, gdzie ona jest i kto ją trzyma, ale 

informacje w Athkatli kosztują. 

We  krwi  Abdela  rozgorzał  ogień  i  zapulsował  mu  w  głowie.  Oczy  karczmarza  stały  się 

szerokie  i  odstąpił  o  krok,  nagle  nie  będąc  już  taki  pewien,  czy  kontuar  zapewni  mu 

bezpieczeństwo przed masywnym najemnikiem. 

–  Muszę  z  czegoś  żyć  –  powiedział  mężczyzna  –  a  twoja  znajoma  dama  zrobiła  sobie 

bardzo,  bardzo  potężnych  wrogów.  Jeśli  dowiedzieliby  się,  że  ich  sprzedałem,  byliby  ze 

mnie...  niezadowoleni,  jeśli  wiesz,  co  mam  na  myśli.  Może  będę  musiał  zebrać  interes, 

prawda? Zacząć od początku w innym mieście. 

– Skąd mógłbyś...? – zaczął Abdel. 

–  Nie  zasugerowałem  tego  miejsca  bez  powodu,  mój  przyjacielu  Abdelu  –  przerwał 

Yoshimo. – Ten mężczyzna to Gaelan Bayle i niewiele jest rzeczy, które mogłyby dziać się w 

mieście  –  lub  pod  nim  –  które  umknęłyby  jego  uwadze.  Żąda  sporej  ceny,  ponieważ  jego 

informacje są zawsze prawdziwe. 

Abdel zmierzył Yoshimo wzrokiem  i rzekł – Nie  jestem głupcem,  Kozakurczyku. Co tu 

się dzieje? 

– Yoshi przyprowadził cię tutaj, ponieważ wie, co ja wiem o tym, co się dzieje w okolicy, 

Abdelu  Adrianie,  synu  Bhaala,  zbawco  Wrót  Baldura,  przyjacielu  zaginionej  Imoen,  która 

została  zabrana  przez  Złodziei  Cienia,  niezbyt  zadowolonych  z  szerzenia  przez  twojego 

nieżywego brata przyrodniego ich nie najlepszego imienia po całych Wrotach... – powiedział. 

– Czy już sądzisz, że wiem, co... 

Abdel  przeskoczył  nad  barem  i  znalazł  się  przed  barmanem  w  krótszym  czasie,  niż 

Yoshimo  potrzebował  na  mrugnięcie.  Dłoń  Abdela  skierowała  się  ku  twarzy  zaskoczonego 

mężczyzny i zanim Gaelan zdołał się uchylić, Abdel zatrzymał w ostatniej chwili pięść. 

–  Powiesz  mi  teraz,  kim  jesteś  i  czego ode  mnie  chcesz  –  warknął  Abdel  –  albo  zrobię 

coś, przed czym ostatnio trochę się powstrzymywałem. 

Gaelan tylko przytaknął. 

–  Słuchaj  –  rzekł.  –  Jestem  po  prostu  facetem,  który  trzyma  uszy  otwarte  i  zna  ludzi, 

którzy  znają  ludzi,  którzy  znają  ludzi.  Mogę  powiedzieć  ci,  gdzie  ona  jest,  nie  dlatego,  że 

jestem  zarozumiały,  ale  dlatego,  że  zapłacisz  mi  za  tę  informację  dziesięć  sztabek 

handlowych – pięćdziesiąt tysięcy sztuk złota. 

Abdel  nie  mógł  powstrzymać  się  od  śmiechu,  ale  w  wyniku  tego  boląca  go  głowa 

zapiekła go jeszcze mocniej. 

background image

–  Spójrz  na  mnie  –  powiedział  –  i  zapytaj  sam  siebie,  czy  mam  do  dyspozycji  takie 

skarby, ty rynsztokowy śmieciu. 

–  Hej  –  rzekł  Gaelan,  uśmiechając  się  nerwowo  –  wydajesz  się  do  tego  zdolny.  Twoja 

mała dama żyje i będzie żyła wystarczająco długo, aby taki przedsiębiorczy młody człowiek 

jak ty, był w stanie wyskrobać pieniądze. 

– Ale pięćdziesiąt tysięcy... – zaczął Abdel. – Mógłbym kupić sobie za to statek. 

– Właśnie to miałem na myśli, prawdę mówiąc – przyznał Gaelan. 

– To rzeczywiście wydaje się trochę za dużo, mistrzu Bayle – zaoponował Yoshimo. 

– Ktoś cię pytał? – warknął Gaelan, po czym odwrócił się z powrotem do Abdela i rzekł – 

Zgódź się albo wyjdź, synu. 

– Święte węże i jaja! – wykrzyknął kobiecy głos. 

Zanim  Abdel  zdołał  na  nią  choć  zerknąć,  zaczerwienił  się  i  starał  się  odwrócić  oraz 

zasłonić.  Spowodowało  to,  że  barman  zaśmiał  się  jeszcze  bardziej,  a  czerwony  na  twarzy 

Abdel miał nadzieję, że mężczyzna się zakrztusi. 

–  Wydaje  mi  się,  że  widziała  wszystko,  Boo  –  mruknął  Minsc.  –  Nie  to,  żeby  było 

trudno... 

– Minsc! – ryknął Abdel. 

–  Co  wy  chłopcy...?  –  spytała  kobieta.  Abdel  słyszał  jej  zbliżające  się  miękkie  kroki. 

Wyłoniła się zza zasłony, która prowadziła do ciemnego magazynu na zapleczu baru. Śmiech 

barmana zaczął zamierać, a stary pijak był w trakcie tracenia przytomności. – Myślicie, że co 

to za miejsce? 

–  Chłopak  mówi,  że  został  obrabowany,  Bodhi  –  powiedział  barman,  przecierając 

różowe, załzawione oczy. 

– To było teraz? – zapytała Abdela. 

–  Tak  proszę  pani  –  odrzekł  szybko  Abdel.  –  Potrzebuję  ubrania,  jedzenia,  wody  oraz 

wysłać wiadomość do kapitana Orhoteka. Proszę. 

–  Dam  ci  jakieś  ubrania  Gaelana  –  powiedziała  kobieta,  ignorując  początki  protestu 

barmana. – Możesz zapracować sobie na jedzenie, ale wątpię, czy kapitan Orhotek przyjdzie 

ci osobiście na pomoc. Może potrzebujesz to po prostu odespać. 

– Muszę z kimś porozmawiać – nalegał Abdel. – W okolicy są Złodzieje Cienia. 

Barman Gaelan zachichotał i rzekł – Naprawdę, nie wygłupiasz się? 

– Zrób to, Gaelan – powiedziała Bodhi. – Przynieś mu jakieś ubranie. 

–  Podoba  ci  się,  co  dziewczyno?  –  mruknął  Gaelan,  przechodząc  przez  poplamioną 

tłuszczem zasłonę do pomieszczenia za barem. 

– Muszę iść – odezwał się nagle Yoshimo. Abdel spojrzał na niego, lecz Kozakurczyk nie 

odwzajemnił wzroku. – Znajdę cię,  jeśli  będziesz  mnie potrzebował,  mój przyjacielu. Życzę 

szczęścia. 

– Boo mówi, że ja też mógłbym tu popracować za jakieś jedzenie – rzekł Minsc. 

background image

– Minsc... – powiedział  Abdel,  lecz przerwał, gdyż  nie  był pewien,  jak zganić  szaleńca. 

Kiedy odwrócił się z powrotem, Kozakurczyka już nie było. 

– Co tam masz? – spytała kobieta, podchodząc do Minsca. Abdel uchwycił jej przebłysk, 

zanim  znów  odwrócił  się,  by  trzymać  się  do  niej  plecami.  Była  wysoką,  szczupłą,  młodą 

kobietą o poważnej twarzy, która kłóciła się z odsłaniającą wiele, niemal śmieszną suknią. Jej 

blada  twarz  i  płowe  włosy  były  czyste,  a  Abdel  nie  mógł  powstrzymać  się  przed 

pomyśleniem, że jest starsza niż próbuje wyglądać. 

– To jest Boo – powiedział jej Minsc. – Pomaga mi. 

– Robi to – rzekła czule, pochlebiając mu. – Jest myszą? 

– Boo jest chomikiem – odparł Minsc. 

Abdel westchnął, uzyskawszy odpowiedź choć na jedno pytanie. 

– Gdzie go znalazłeś? – spytała Bodhi. 

–  Och,  to  Boo  mnie  znalazł.  Prawda,  Boo?  –  odrzekł  Minsc.  –  Pochodzi  z  przestrzeni. 

Jego gatunek jest tak naprawdę dość duży, ale on jest mniejszy od większości. 

– Przestrzeni? – zapytała kobieta, najwyraźniej nie słysząc wcześniej tego słowa. 

–  Miejsca  pełnego  kryształowych  sfer  –  wyjaśnił  swobodnie  Minsc.  –  Wysoko  w 

powietrzu, za niebiosami. 

Bodhi  zaśmiała  się  delikatnie  i  rzekła  –  No  dobrze  Boo,  a  więc  jesteś  miniaturowym, 

gigantycznym, przestrzennym...? 

– Chomikiem – podpowiedział Minsc. 

–  Miniaturowym,  gigantycznym,  przestrzennym  chomikiem  –  rzekła.  –  A  na  dodatek 

miłym. 

–  Boo  cię  lubi  –  powiedział  ospale  Minsc.  –  Możemy  pracować  tu  za  jedzenie  i 

ekwipunek? 

–  Och,  za...  –  zaczął  mówić  Abdel,  lecz  przerwał,  aby  poświęcić  całą  energię  na 

odwrócenie się. 

Bodhi stanęła przed nim. Jej oczy skierowane były w dół, a jej wargi wykrzywił uśmiech. 

– No cóż... – wyszeptała. 

–  Przepraszam  –  powiedział  Gaelan.  Abdel  nie  słyszał,  aby  wracał  zza  baru.  Cisnął  mu 

jakieś brudne, obszarpane ubrania, które najemnik złapał z radością. 

– Mógłby wycierać stoły – rzekła Bodhi. 

–  Nie  mogę  tu  zostać  –  powiedział  jej  Abdel,  wdzierając  się  w  zbyt  ciasne  spodnie.  – 

Zostawiłem kogoś. Muszę... 

– Nie mówiłam do ciebie. 

Abdel popatrzył na nią, a ona wskazała głową Minsca. 

–  Och,  nie  żartuj,  Bodhi  –  sprzeciwił  się  Gaelan,  ale  przerwała  mu  szybko  pełnym 

dezaprobaty spojrzeniem. – No dobrze, niech zacznie od wyrzucenia kapitana. 

– Kapitana? – spytał Abdel, z jakiegoś powodu sądząc, że Gaelan ma na myśli jego. 

background image

Gaelan wskazał głową starego pijaka i powiedział – Kapitana Havariana. 

–  Jednego  z  najsławniejszych  piratów  Wybrzeża  Mieczy  –  powiedziała  Bodhi  ze 

śmiechem w głosie. 

Dwaj mężczyźni przeszli przez drzwi i przystanęli na widok rozciągającej się przed nimi 

sceny. Abdel był już odziany, jednak jego wygląd zdecydowanie nie należał do zwyczajnych. 

Minsc kołysał jedną dłonią Boo, drugą zaś sięgał po chrapiącego donośnie pirata. 

–  Dobry  wieczór,  dobrzy  panowie  –  powiedział  Gaelan  do  nowo  przybyłych.  – 

Wchodźcie. 

Mężczyźni  podeszli  do  baru,  a  Abdel  odwrócił  się,  by  obserwować,  jak  Minsc  próbuje 

ściągnąć jedną ręką oklapłego starca z jego krzesła. 

– Byłbyś lepszym wykidajłą – powiedziała Bodhi do Abdela. 

Najemnik spojrzał na nią, zmusił się do uśmiechu i rzekł – Ja nie jestem szalony. 

–  Wiem  –  powiedziała  mu,  a  on  jej  uwierzył,  co  go  zaskoczyło  i  zmartwiło.  Każda 

normalna osoba uznałaby go za wariata. 

 

* * * 

Irenicus  pozwolił,  by  uśmiech  opadł  z  jego  twarzy  i  przejechał  zimnym  jak  żelazo 

wzrokiem  po  stalowym  łańcuchu  wiążącym  go  z  więźniem  przed  nim.  Łańcuch  był 

przymocowany do ciężkich kajdan wokół jego lewej kostki. Podobne kajdany na jego prawej 

kostce  połączone  były  z  łańcuchem,  który  wił  się  w  tył  po  ziemi  niczym  wąż,  kończąc  się 

przy kostce kolejnego więźnia. Za nim znajdował się trzeci, później czwarty, piąty i szósty. 

Irenicus  człapał  wraz  z  resztą  i  zachowywał  ciszę.  Nie  dawał  strażnikom  żadnego 

powodu, by go uderzyli. Gdyby tak zrobił, a oni by go uderzyli, nie miałby powodu, musiałby 

zniszczyć ich blask potęgi i oburzenia, który ujawniłby go zbyt wcześnie i pokrzyżował jego 

plany, przynajmniej na jakiś czas. Mimo to jego część miała nadzieję, że tak się skończy, że 

będzie  mógł  po  prostu  zacząć  zabijać,  nie  przestając,  dopóki  wszyscy  nie  będą  martwi. 

Byłoby  to  w  pewnym  stopniu  satysfakcjonujące  –  w  stopniu  ważnym  dla  tego,  kim  był 

Irenicus – jednak oddaliłoby go jedynie bardziej od tego, do czego dążył. Irenicus nie zawsze 

pozostawał skupiony, jednak tym razem zmuszał się do tego. 

Pochód  więźniów  został  przeprowadzony  przez  wielkie  wrota  i  Irenicus  przyjrzał  się 

zardzewiałym,  żelaznym  szpikulcom,  tworzącym  spód  portyku,  pod  którym  przeszli.  Ktoś 

krzyknął  głośno  z  przodu,  z  długiego  i  szerokiego  korytarza,  a  inna  osoba  roześmiała  się 

głośno  w  odpowiedzi.  Głos  zawołał  wyraźnie  –  Zatrzymaj  mnie!  –  Każdą  niszę  wypełniał 

niski, jęczący dźwięk, czasami stający się melodyjnym buczeniem. Irenicus nie rozpoznawał 

melodii, zauważał ją jednak. 

Więzień za nim powiedział – Proszę – głosem tak żałosnym, że Irenicus chciał go zabić. 

Strażnicy  nie  odpowiedzieli  w  żaden  sposób,  choć  Irenicus  spodziewał  się,  że  przynajmniej 

jeden z nich choć westchnie. On by to zrobił. 

background image

Podróż  korytarzem  zajęła  dużo  czasu  i  choć  Irenicus  nie  odczuwał  z  jej  powodu 

przyjemności, wykorzystywał ją najlepiej jak mógł. Zauważył sposób, w jaki cegły są spojone 

ze  sobą,  żelazne  okucia  na  drzwiach,  które  wychodziły  czasami  z  głównego  korytarza. 

Dostrzegł słomę rozrzuconą na podłodze oraz plamy  na kamieniach, które mogły  być krwią 

lub  jedzeniem.  Ujrzał  pająka  w  swojej  sieci  w  rogu,  ignorującego  to,  co  działo  się  wokół 

niego, czekającego aż jego pajęczyna zadrży świeżą zdobyczą. 

Na  końcu  korytarza  policzył  stuknięcia,  gdy  strażnik  obracał  wielki,  żelazny  klucz  w 

zawiłym  zamku,  usłyszał,  jak  kolejny  zamek  otwiera  się  z  trzaśnięciem  po  drugiej  stronie 

drzwi,  zapamiętał  skrzypnięcie  starych  zawiasów,  spostrzegł  sposób  w  jaki  podwójne  wrota 

rozwierają  się  do  wewnątrz.  Owe  drzwi  miały  w  zamierzeniu  utrzymywać  ludzi  wewnątrz, 

nie na zewnątrz. Były krzepkie, lecz nie wystarczająco. Wiedział, że w końcu będzie musiał 

coś z tym zrobić. 

Jeden z więźniów za nim zawahał się, kiedy strażnicy przepychali ich przez drzwi i dotąd 

beznamiętny  wyraz  twarzy  Irenicusa  przeciął  błysk  gniewu.  Powstrzymał  pragnienie,  by 

powiedzieć  coś  lub  uderzyć,  jednak  jeden  z  wartowników  zauważył  jego  minę.  Spojrzał  na 

Irenicusa  z  zaciekawieniem,  a  jego  ciało  napięło  się  w  maskowanym  oczekiwaniu,  niczym 

wiewiórka schwytana na środku podwórka przez kota sąsiada. 

Irenicus uśmiechnął się i powiedział – Trzy wiadra gorącej wody, mamusiu. Trzy wiadra 

gorącej wody. – Tylko po to, by ten mężczyzna pomyślał, że jest idiotą. 

Podziałało.  Strażnik  odwrócił  wzrok,  popychając  mężczyznę  przed  Irenicusem 

zaokrąglonym końcem swej wąskiej, dębowej pałki. Gdy przeszli z pokrytego słomą bruku na 

obszar  wypolerowanego  marmuru,  jeden  z  więźniów  zaczął  otwarcie  łkać,  poddając  się 

szaleństwu  i desperacji. Odgłos ten spowodował  jednocześnie, że Irenicus się uśmiechnął, a 

włosy na jego karku stanęły dęba. 

– Witajcie, udręczone dusze – z wyćwiczonym spokojem w głosie powiedział mężczyzna 

stojący  na  środku  pustego  pomieszczenia.  –  Przez  bardzo  długi  czas  to  będzie  wasz  dom. 

Będziecie  dobrze  traktowani.  Nie  pozwolimy  wam  zranić  siebie  lub  innych.  Odpoczniecie, 

uspokoicie się, uleczycie... albo nie. 

Irenicus nie uśmiechnął się. Utrzymywał beznamiętną twarz i wpatrywał się stanowczo w 

mężczyznę, który nie wydawał się zauważać któregokolwiek z nich. 

–  Jestem  tu  koordynatorem  –  ciągnął  mężczyzna.  –  Będziecie  się  do  mnie  zwracać  po 

prostu proszę pana. Czy to jest zrozumiałe? 

Nie odpowiedział żaden z więźniów, poza jednym, który głosem pełnym oburzenia rzekł 

– To jest szaleństwo. 

Koordynator uśmiechnął się w protekcjonalny, ojcowski sposób. 

– W pewnym stopniu. 

Irenicus  wciąż  wpatrywał  się  w  koordynatora,  który  po  kolei  przyglądał  się  od  góry  do 

dołu każdemu obszarpanemu więźniowi. Kiedy doszedł do Irenicusa, ich spojrzenia w końcu 

background image

zetknęły się. Mężczyzna wydawał się zaskoczony przez Irenicusa, przez wyraz jego oczu, lub 

kolor, lub głębię, lub coś innego. Koordynator nie odwrócił wzroku. 

–  Jestem  bardzo  szczęśliwy,  że  tu  jestem  –  powiedział  Irenicus  powolnym  i  ostrożnym 

głosem. 

– Jestem... – zaczął koordynator. Wydawał się zakłopotany – był zakłopotany – wyrazem 

oczu  więźnia.  Irenicus  wiedział,  że  mężczyzna  szukał  tego,  co  zawsze  widział,  szaleństwa 

albo  strachu.  Irenicus  wiedział,  że  w  jego  oczach  koordynator  nie  widzi  ani  jednego  ani 

drugiego. 

– Chciałbym, żebyśmy porozmawiali – powiedział mu Irenicus. – My dwaj. 

Koordynator uśmiechnął się słabo i po jego wysokiej, łysej skroni zaczęła spływać powoli 

kropla  potu.  Był  niskim  mężczyzną  zaokrąglonym  od  wielu  lat  braku  aktywności.  Odziany 

był dobrze, lecz prosto, i nie miał żadnej broni poza tym, co najwyraźniej uważał za władczą 

wolę. 

–  Możemy  –  rzekł  koordynator,  dorównując  głosowi  Irenicusa  rytmem  i  tonem.  – 

Zrobimy to. 

–  Koordynatorze?  –  odezwał  się  jeden  ze  strażników.  Irenicus  zdumiał  się  jego 

spostrzegawczością i poczuł przemijające pragnienie, by go zabić. 

–  Wszystko  z  nim  w  porządku  –  powiedział  Irenicus,  nie  patrząc  na  strażnika,  lecz 

utrzymując wzrok na koordynatorze. – Prawda, proszę pana? 

– Wszystko w porządku – rzekł koordynator łamiącym się głosem. Kropla potu dotarła do 

jego  lekko  zaokrąglonej  żuchwy  i  zawisła  tam,  odbijając  blask  trzech  oświetlających 

pomieszczenie pochodni. 

Ktoś daleko wrzasnął trzykrotnie, za każdym razem w dokładnie ten sam sposób. 

Irenicus uśmiechnął się i rzekł – Wszystko tutaj będzie w jak najlepszym porządku. 

background image

Rozdział piąty 

Oczywiście, że zamierzał do nich wrócić. Co innego mógłby zrobić? 

Abdel znalazł w Miedzianej Mitrze litość – ubranie, jedzenie oraz miejsce, by pożegnać 

się  z  Minsciem.  Po  spożyciu  kurczaka  i  wypiciu  wody  poczuł,  jak  rozjaśnia  mu  się  umysł. 

Przyszedł  do  tawerny  wyczerpany,  wciąż  zataczając  się  po  długim  okresie  braku 

przytomności. Żądał widzenia z kapitanem Orhotekiem i choć w tamtej chwili wydawało się 

to  całkowicie  rozsądne,  teraz  musiał  przyznać  przed  sobą  samym,  że  nie  znał  tego 

mężczyzny, słyszał opowieści o nim, lecz nigdy go nie poznał. Abdel wyglądał na szalonego i 

głosił rzeczy, które były w najlepszym przypadku trudne do uwierzenia. Wiedział, że zostawił 

Jaheirę,  lecz  nie wiedział, czy żyje, czy też  jest martwa, jednak  nie  był  już taki pewien, czy 

była  tam  również  Imoen.  Tamta  kobieta  brzmiała  jak  ona,  wyglądała  jak  ona,  jednak  czy 

naprawdę nią była? 

Abdel złożył głowę w dłoniach i poczuł, jak pokrywający jego palce tłuszcz miesza się z 

wyschniętym  potem  i  brudem.  Głowa  mu  zwisła  i  niemal  zasnął.  Wiedząc,  że  nie  może 

zostawić Jaheiry Złodziejom Cienia – czy komukolwiek innemu, kim byli porywacze – na tak 

długo,  jak  by  spał, gdyby  sobie  na to pozwolił,  Abdel  walczył  ze  sobą,  by wstać. Zakręciło 

mu się w głowie. Kiedy jednak się podniósł, zaczął się czuć lepiej. Minsc podszedł, trzymając 

tacę  pełną  pustych  dzbanów  i  brudnych  naczyń.  Napotkał  wzrok  Abdela  i  uśmiechnął  się. 

Mały  chomik  wyjrzał  z  kieszonki  w  już  zabrudzonym  fartuchu  Minsca  i  spojrzał  na 

najemnika. 

Abdel  starał  się  odpowiedzieć  mu  uśmiechem,  lecz  nie  mógł.  Odwrócił  się  i  przeszedł 

przez drzwi w tylnej ścianie pomieszczenia barowego, przez które, jak widział, wyszło kilku 

klientów. Znalazł się w alejce, gdzie stały dwie beczki z wodą, otwarte na ciepłą noc. Abdel 

podszedł do jednej z baryłek i po chluśnięciu sobie w twarz garścią wody zdenerwował się  i 

po prostu włożył głowę do ciepławej wody. 

Potarł się w twarz i włosy, drapiąc swędzącą czaszkę, po czym ściągnął za ciasną koszulę, 

którą pożyczył od barmana, i upuścił na ziemię. Abdel mył się gwałtownymi ruchami, by się 

obudzić.  Nie  miał  planu  i  wciąż  nie  myślał  jeszcze  wystarczająco  dobrze,  by  móc  jakiś 

background image

sformułować.  Wszystkim  co  wiedział,  było  to,  że  nie  chciał  walczyć  za  pomocą  lekkiego, 

długiego  miecza,  który  zabrał  żołnierzowi.  Miał  jeden  z  mieczy,  podobnie  jak  Minsc. 

Rudowłosy  mężczyzna  wydawał  się  odnaleźć  miejsce,  w  którym  chciał  się  osiedlić,  więc 

Abdel uznał, że szaleniec nie będzie potrzebował swojej broni. Być może Abdelowi udałoby 

się przehandlować te dwie klingi za  jedną porządniejszą, wiedział  jednak, że  musi poczekać 

do poranka, jeśli chciał to zrobić. 

Z tego co wiedział, jego własna broń oraz zbroja mogły zostać we Wrotach Baldura, lecz 

równie  dobrze  mogły  znajdować  się  gdzieś  pod  tym  magazynem,  z  Jaheirą.  Zanim  zrobi 

cokolwiek innego, musiał tam wrócić. 

–  Powinieneś  spać  –  powiedział  głos  za  nim,  a  on  nie  trudził  się  gwałtownym 

obracaniem. Odwrócił się powoli i ujrzał stojącą w drzwiach Bodhi, opierającą się niedbale o 

framugę. 

– Muszę tam wrócić – rzekł do niej i skierował się z powrotem do beczki. 

– Żeby znaleźć swoją żonę? – spytała. 

Usłyszał jej zbliżające się od tyłu lekkie kroki. 

– Nie jest moją żoną – odparł Abdel. – Nie obchodzi mnie, czy mi wierzysz. 

Podeszła do niego i kącikiem oka ujrzał jej uśmiech. 

– O poranku mogę cię zaprowadzić do kogoś z milicji, a może nawet z rady. 

Wiedział,  że  stara  mu  się  przypodobać  i  jedynie  parsknął.  Uśmiechnęła  się  znów  i 

podeszła do baryłki.  Zanurzyła głowę w wodzie  i podniosła  ją szybko, pozwalając, by ciecz 

spłynęła jej po ramionach na lekki materiał sukni. 

–  To  przyjemne  –  powiedziała  cicho,  przejeżdżając  palcami  po  włosach  i  zamykając 

oczy. 

Mokra  suknia  zaczęła  do  niej  przylegać,  zarysowując  szczegóły  jej  ciała,  które 

przyciągały wzrok Abdela, jak robiłyby to z każdym mężczyzną. Zauważyła, że na nią patrzy 

i  opuściła  wzrok.  Abdel  był  zbyt  zmęczony  i  zbyt  martwił  się  o  Jaheirę,  jednak  przede 

wszystkim był zbyt rozczarowany sobą, by się zaczerwienić. 

– Możesz mnie dotknąć – powiedziała. – Chcę, żebyś to zrobił. 

Westchnął i odstąpił o krok. 

– Muszę iść. 

– O poranku – rzekła, podchodząc do niego i zatrzymując się o centymetr od jego nagiej 

piersi. – Proszę. 

– Kocham ją – powiedział jej. 

–  Może  być  martwa  –  rzekła  Bodhi  zbyt  bezceremonialnie,  a  Abdel  powstrzymał  się 

przed posłaniem jej uderzeniem na przeciwległą stronę alejki. 

– Dlatego muszę iść – powiedział zamiast tego. 

Bodhi  nie podążyła za  nim, kiedy odszedł od niej szybko o trzy kroki  i pochylił  się,  by 

podnieść koszulę. 

background image

– Musi być bardzo piękna – rzekła. 

Abdel nie czuł potrzeby, by odpowiedzieć. 

– Mogę ci pomóc. 

Spojrzał na nią, marszcząc brwi. 

– Potrzebujesz złota, nieprawdaż? – kontynuowała. – Gaelan wie, gdzie ona jest. On wie 

takie rzeczy, ale o złocie mówi poważnie. Możesz go zabić, jeśli chcesz, ale nic ci nie powie, 

jeżeli mu najpierw nie zapłacisz. Właśnie tak postępuje. 

– Co chcesz, żebym zrobił? – spytał ją. 

– Aran Linvail – powiedziała. – Słyszałeś o nim? 

– Nie. A powinienem? 

– Zasługuje, by umrzeć – rzekła. – Za jego głowę jest nagroda. 

– Jestem teraz skrytobójcą? 

Uśmiechnęła się, a Abdel odwrócił wzrok, aby nie musieć odwzajemniać uśmiechu. 

– Możesz być łowcą nagród. Linvail jest skrytobójcą, bardzo zasłużonym. 

Abdel uznał, że musi jej wierzyć na słowo. Koszula znów się rozerwała, gdy próbował ją 

założyć.  Była  dla  niego  za  mała,  a  teraz,  gdy  namokła,  nie  wyglądało  na  to,  żeby  dała  się 

założyć. Abdel słuchał kobiety jedynie jednym uchem. 

– Znam kogoś, kto zapłaci trzydzieści tysięcy sztuk złota za jego głowę – powiedziała. – 

Oni mają monety, Abdelu, i zapłacą nimi. 

Przerwał, dał sobie spokój z koszulą i spojrzał na nią stanowczo. 

– Chcesz, żebym zabijał dla złota? 

Uśmiechnęła się znów, a Abdela uderzyło, jak bardzo była piękna. Jej suknia wciąż była 

mokra i nie robiła nic, by się przed nim ukryć. 

Odwrócił  się  i  poszedł  do  drzwi,  gdy  powiedziała  –  Czy  możesz  sobie  pozwolić  na  to, 

żeby tego nie robić? Masz parę starych spodni mojego brata i skradziony miecz, Abdelu, i to 

wszystko.  Zgodnie  z  twoimi  własnymi  słowami  nawet  nie  jesteś  stąd.  Ja  cię  lubię,  ale  nie 

będzie tak ze wszystkimi. 

Westchnął i odwrócił się. Gdyby nie był taki zmęczony i miał dokąd pójść, może by ją w 

końcu uderzył. 

 

* * * 

Jaheira miała mgliste wspomnienie odgłosu wody i sądziła, iż jest na łodzi. Była teraz na 

zewnątrz – albo wcześniej – i była noc, choć nie mogła widzieć gwiazd. 

Trzy  razy  starała  się  odzyskać  przytomność.  Jej  powieki  otworzyły  się  z  ogromnym 

wysiłkiem, a bok twarzy pulsował tępym bólem. 

–  Żyje  –  powiedział  głos.  Należał  do  młodej  kobiety,  zmęczonej  i  pozbawionej 

entuzjazmu. 

background image

Jaheira  odwróciła  się  w  stronę  głosu  i  coś  zraniło  ją  w  szyję.  Skrzywiła  się,  w  wyniku 

czego  zabolała  ją  twarz.  Zamknęła  oczy,  które  wypełniły  się  łzami,  starała  się  jednak 

utrzymać miarowy oddech. 

– Gdzie jestem? – spytała Jaheira ochrypłym i niepewnym głosem. 

– W jaskini – odparł głos. 

Tym razem Jaheira otworzyła oczy i ujrzała dziewczynę, która była ciągnięta razem z nią 

przez  wampirzycę.  Dziewczyna  była  przykuta  łańcuchem  do  ściany  za  szeroki  skórzany 

kołnierz  zapięty  ciasno  wokół  szyi.  Ból  w  szyi  Jaheiry  pochodził  z  identycznej  opaski. 

Półelfka szarpnęła za więzy, jednak trzymały mocno, przymocowane solidnie do ściany. 

W  topornym  lichtarzu  ściennym  wisiała  pochodnia,  wydzielając  około  siedmiu  metrów 

nad  głową  Jaheiry  pomarańczowe  światło.  Podłoga,  na  której  siedziała,  była  gładkim 

kamieniem. Ponad nią wisiały stalaktyty w różnych odcieniach żółci, szarości i przyćmionego 

brązu.  Była  to  naturalna  jaskinia,  najprawdopodobniej  wyryta  przez  podziemny  strumień. 

Strop był wysoko, jednak po dwóch  stronach ściany  były  blisko siebie.  Z pozostałych  stron 

grota przechodziła w gęsty mrok, jakby były w tunelu lub naturalnym korytarzu. 

–  Nazywam  się  Jaheira  –  powiedziała  do  towarzyszki,  podnosząc  wzrok,  by  napotkać 

zdumiewająco stanowcze spojrzenie młodej kobiety. 

Dziewczyna  była  brudna,  potargana  i  zmęczona,  jednak  wciąż  niezaprzeczalnie  piękna. 

Długie  do  ramienia  kasztanowe  włosy  otaczały  twarz  o  gładkiej  skórze,  z  wysokim  czołem 

oraz pełnymi wargami. Jej ciemne oczy błyszczały inteligencją, nawet gdy tak jak teraz były 

przekrwione z wyczerpania. Sponiewierana bluza zakrywała skromne piersi  i wąskie  biodra. 

Było  w  niej  coś,  co  powodowało,  że  widać  było  po  niej  szybkość,  niczym  u  gazeli,  jednak 

było to coś bardziej niebezpiecznego. 

–  Imoen  –  odrzekła  dziewczyna.  –  To  miło,  że  wpadłaś.  Cieszę  się,  że  mam  z  kim 

porozmawiać. 

– Od jak dawna tu jesteśmy? – spytała Jaheira, zdecydowana ustalić pewne fakty na temat 

swojej  sytuacji,  aby  mogła  mieć  jakąś  szansę  ucieczki.  Pytanie  wydawało  się  zdenerwować 

Imoen. 

– Nie mam pojęcia – odpowiedziała. – Trudno to stwierdzić w jaskini. Sądzę, że zasnęłam 

na chwilę. Może kilka dni. 

– Od burzy? – zapytała Jaheira. 

– Burzy? 

–  Musimy  się  stąd  wydostać  –  rzekła  prosto  Jaheira,  nie  całkiem  zaskoczona,  że 

dziewczyna nie była świadoma części podróży. 

Imoen uśmiechnęła się przyjemnie i powiedziała – Kurczę, tak sądzisz? 

Ton dziewczyny spowodował, że włosy za delikatnie spiczastymi uszami Jaheiry stanęły 

dęba. 

 

background image

* * * 

–  Jestem  twoją  przyjaciółką  –  wyszeptała  głosem  tak  twardym  jak  skała.  –  Możemy 

pomóc sobie nawzajem. 

Abdel próbował myśleć o Jaheirze, jednak obecność tej kobiety była wszechogarniająca. 

Zamknął oczy i odwrócił głowę ostro na bok. Wydawała się być jednocześnie smutna i pewna 

siebie, pełna  nadziei  i przepełniona żalem. Chciał wyciągnąć do niej rękę,  lecz zamiast tego 

cofnął się o dwa kroki. 

Podeszła  dwa  kroki  do  niego,  utrzymując  stałą  odległość  pomiędzy  nimi.  Miała 

jasnoszare oczy, których Abdel nie był w stanie ignorować. 

–  Mogę  zdobyć  dla  ciebie  broń  –  powiedziała  cicho.  –  Może  też  zbroję,  ale  będziesz 

musiał go zabić. Po prostu nie masz wyboru. 

Abdel zmarszczył brwi. 

–  Zabijałeś  już  wcześniej  dla  złota,  Abdelu  –  rzekła,  teraz  jeszcze  ciszej.  –  Widzę  to  w 

twojej  twarzy,  w  konturach  twoich  ramion,  w  grzbietach  twoich  dłoni.  Możesz  to  zrobić. 

Możesz zdobyć złoto, którego potrzebujesz, by zapłacić Gaelanowi, aby powiedział ci, gdzie 

jest twoja... 

– Wystarczy – powiedział, odwracając się. 

Podeszła jeszcze bliżej i dotknęła jego ramienia. Miała zimne, lecz miękkie palce. Chciał 

wzdrygnąć się pod jej dotykiem, lecz nie zrobił tego. 

–  Jest  Złodziejem  Cienia  –  rzekła.  –  Aran  Linvail.  Jest  skrytobójcą  Złodziei  Cienia. 

Zabija dla złota każdego dnia. Czy nie powinien sam zginąć w ten sposób? 

– Nie robię już tego – powiedział Abdel, nie odwracając się. – Zmieniłem się. 

– Możesz to zmienić z powrotem – wyszeptała Bodhi. – Jeśli ją wystarczająco kochasz. 

Abdel wiedział, co powiedziałaby Jaheira, gdyby tu była. Przypomniałaby mu, jak daleko 

zaszedł od śmierci Goriona. Nie był już najemnym zbirem. Nie zabijał już ze złości. 

Jednak Jaheiry tu nie było. 

Była  trzymana  w  niewoli,  może  torturowana,  albo  coś  jeszcze  gorszego.  Abdel  nie 

wiedział,  co  się  z  nią  działo.  Jeśli  to  Złodzieje  Cienia  porwali  ich  z  Wrót  Baldura  –  a 

wydawało  się  to  dostatecznie  prawdopodobne  –  to  może  zabicie  tego  Arana  Linvaila  było 

jakąś formą sprawiedliwości. 

Abdel  wiedział, że się oszukuje,  jednak  nie  miał  wyboru. Mógł  wymusić  informacje od 

Gaelana Bayle’a, jednak czy byłoby to lepsze niż zabicie skrytobójcy Złodziei Cienia? Gdyby 

wiedział,  gdzie  jest  Jaheira,  czy  nie  zabiłby  z  ochotą  każdej  liczby  Złodziei  Cienia,  by  ją 

uratować? Tak więc Aran Linvail będzie jednym z nich. 

–  Potrzebuję  szerokiego  miecza  –  powiedział  cicho  do  Bodhi.  –  I  kolczugi,  ale  nic 

fantazyjnego. 

Uśmiechnęła się. 

background image

– Robisz dobrą rzecz, Abdelu – powiedziała krzepiąco. – Wydajesz się w to nie wierzyć, 

ale  kiedy  to  wszystko  się  skończy,  będziesz  wiedział,  że  zrobiłeś,  co  musiałeś,  aby  ją 

uratować, przy okazji czyniąc świat lepszym miejscem – bez Arana Linvaila. 

– Szeroki miecz – powtórzył. – Tak ciężki jak tylko znajdziesz. 

background image

Rozdział szósty 

Wiedziała  wszystko.  Miała  rację  we  wszystkim.  Każde  drzwi.  Odsuwający  się  panel  za 

łóżkiem w trzecim pomieszczeniu na lewo za schodami. Wiedziała gdzie za obluzowaną cegłą 

znajduje  się  klucz.  –  Czy  zawodowy  skrytobójca  mógłby  być  tak  głupio  naiwny? 

Najwyraźniej. Wiedziała dokładnie, jak go tam doprowadzić. 

Abdel był już wcześniej wrabiany. Jako najemnik spędził większość swego życia, będąc 

wrabiany w ten czy  inny sposób. Płacono mu, by wykonał mokrą robotę dla tego handlarza, 

tamtej  gildii  kupieckiej  czy  jakiegoś  innego  drobnego  książątka.  To  było  wrabianie, 

zabójstwo zabójcy Arana Linvaila, i Abdel wiedział o tym, nie miał jednak wyboru. 

Nie było już w jego ciele części, która by bolała. Minęło zaledwie kilka godzin, odkąd był 

torturowany,  bity,  przypalany,  szpikowany  strzałami,  lecz  czuł  się  już  dobrze,  jednak  był 

złamany.  Znajdował  się  w  środku  miasta,  które  za  cholerę  nie  troszczyło  się  o  nikogo, 

zwłaszcza o niego. Nie spał, nie licząc okresu, kiedy był nieprzytomny. Czuł, że jego głowa 

jest jednocześnie ciężka i ulotna. 

Wziął głęboki oddech i wypuścił go z szeptem – Jeszcze raz. 

Powietrze  w  szafie  pachniało  perfumami  i  naftaliną.  Nie  była  ona  tak  nieporządna  jak 

większość szaf. Ten Aran Linvail zarobił kupę pieniędzy, zabijając innych – więcej niż Abdel 

kiedykolwiek miał. Pełno tu było drogich jedwabi z Kara Tur, wełny z gór Kręgosłupa Świata 

i miękkiej bawełny z egzotycznej Maztiki. Wisiał tu również skórzany pancerz, który był tak 

idealny, tak doskonale wykonany i utrzymany, że musiał być magiczny. 

W  sypialni,  za  którą  stał  w  gotowości  Abdel,  Linvail  kochał  się  dość  frywolnie  z 

dziewczyną, która najwyraźniej nie była nowicjuszką we frywolnej miłości. 

Nazywała go „kochanie”, co powodowało, że Abdel krzywił się. Była nieszczera, jednak 

Linvaila  wydawało  się  to  nie  obchodzić.  Zabawa  ciągnęła  się  według  Abdela  przez  nie 

kończące się godziny. Chował się w szafie, ponieważ nie chciał zabijać dziewczyny. Chciał, 

by Aran Linvail był sam. 

Abdel przykucnął i starał się najmocniej jak mógł, rozciągnąć mięśnie. Próbował oczyścić 

umysł  i  zauważył,  że  może  to  zrobić  z  trochę  większą  łatwością,  niż  się  spodziewał.  Nie 

background image

chciał  być  tam,  gdzie  był,  nie  chciał  robić  tego,  co  zamierzał  zrobić,  ale  przynajmniej  coś 

robił. 

Jakiś czas później skończyli nareszcie i Abdel usłyszał, jak Linvail mówi – Idź już. 

Dziewczyna  powiedziała  coś,  czego  Abdel  nie  mógł  usłyszeć,  jednak  jej  głos  był 

opryskliwy  i  obraźliwy.  Jego  odpowiedzi  towarzyszył  głośny  trzask.  Pisnęła  i  rozległ  się 

odgłos upadającego czegoś ciężkiego oraz przytłumione skrzypnięcie mebli przesuwanych po 

drewnianej podłodze. Wszystkiego tego Abdel musiał wysłuchać. 

Drzwi  szafy  wypadły  z  zawiasów  i  Abdel  wyszedł  ze  środka,  unosząc  przed  sobą 

płynnym  ruchem  swój  szeroki  miecz.  Aran  Linvail  spojrzał  na  niego,  podobnie  jak 

dziewczyna.  Była  młoda  –  niezbyt  młoda,  jednak  wystarczająco  młoda.  Była  piękna.  Jej 

włosy  miały  kolor  przytłumionej  czerwieni,  a  skóra  na  całym  szczupłym  ciele  pokryta  była 

piegami. Trzymała się za lewą stronę twarzy, ale nie krwawiła. Wyglądała na zaskoczoną. 

Aran Linvail doświadczył przed laty straszliwych obrażeń. Jego twarz była pokryta masą 

okropnych  blizn.  Jedno  oko  było  zamknięte,  stracił  je  całkowicie.  Popatrzył  na  Abdela 

zdrowym okiem z miejsca, gdzie przykucnął nad dziewczyną. Miał na sobie luźne bryczesy i 

nic poza tym. Na jego piersi, brzuchu i bokach znajdowały się inne blizny. Abdel rzucił się na 

niego, dziewczyna pisnęła, a Aran Linvail odwrócił się i zaczął biec. 

Abdela  zbiło  to  z  tropu.  Skrytobójca  nie  tylko  wymknął  się  pierwszemu  atakowi,  lecz 

rzucił  się  do  ucieczki,  i  to  szybko.  Dziewczyna  była  zakłopotana.  Abdel  zerknął  na  nią 

przelotnie i z jakiegoś powodu, którego nie był w stanie określić, wzruszyła ramionami. 

Abdel podążył za Aranem Linvailem przez ozdobne, mahoniowe drzwi na korytarz. 

– Kim jesteś?! – wycofujący się zabójca zawołał przez ramię. 

Abdel nie odpowiedział. Linvail dotarł do szczytu schodów, wciąż będąc trzy lub cztery 

kroki przed czubkiem miecza Abdela. Zabójca nie tyle zbiegał, co rzucił się w dół schodów. 

Abdel ruszył za nim bardziej kontrolowanym krokiem. 

– Kto cię przysłał?! – znów krzyknął Linvail. 

Abdel  ponownie  go  zignorował  i  parł  dalej.  Linvail  dotknął  podłogi  na  końcu  długich, 

wąskich  schodów  i  obrócił  się,  trzymając  jedną  dłoń  na  gałce  poręczy.  Przedsionek  był  ze 

smakiem udekorowany, a Abdel warknął z frustracją. Frontowe drzwi znajdowały się jedynie 

kilka kroków dalej. Gdyby Linvail zdołał wydostać się  na zewnątrz, Abdel  musiałby cofnąć 

się  do  domu  i  wymknąć  drogą,  którą  przyszedł,  podczas  gdy  Aran  Linvail  podniósłby  na  z 

pewnością  zatłoczonej  o  poranku  ulicy  największy  rwetes  i  krzyk,  jaki  tylko  mógłby 

podnieść. 

Co dziwne, skrytobójca nie ruszył ku drzwiom. 

–  A  więc  zamierzasz  mnie  po  prostu  zabić?  –  Linvail  zawołał  przez  ramię,  biegnąc 

krótkim korytarzem równoległym do schodów. 

Abdel  ruszył  za  nim,  w  końcu  zbliżając  się  do  uciekającego  mężczyzny.  Linvail  minął 

drzwi  na końcu korytarza, a  Abdel wpadł tuż za  nim. Pomiędzy żebra  Abdela  wbił  się  nóż, 

background image

rozrywając skórę, mięśnie i trochę miękkiej tkanki, której wielki najemnik mógł potrzebować, 

by przeżyć. 

Linvail  dotarł  do  kuchni,  a  gdy  Abdel  pochylił  się,  nie  mógł  nie  docenić  szybkości 

Linvaila – nie tylko dostał się tutaj, lecz również chwycił duży nóż tak płynnym ruchem, że 

nie tracąc tempa  mógł pchnąć  nim w podążającego za nim  na ślepo najemnika. Skrytobójca 

był dobry. 

Abdel  był  jednak  przynajmniej  równie  szybki  co  Linvail.  Napiął  mięśnie  brzucha  i 

pochylił się w przód, wbijając sobie nóż jeszcze głębiej we wnętrzności, gdy wyciągał rączkę 

z dłoni Arana Linvaila. 

– Kim jesteś? – spytał znów skrytobójca. 

Abdel  stęknął z  bólu  i podniósł  miecz. Linvail uchylił się pod ciosem  i  Abdel wiedział, 

jak zdrowe oko zabójcy zauważa odwrócenie i przewiduje jego następny atak. 

Unikając  cięcia,  które  pozbawiłoby  go  głowy,  Linvail  pochylił  się  i  chwycił  nóż  wciąż 

wystający  z  brzucha  Abdela.  Ostrze  wyszło  z  niemałą  ilością  krwi  i  jeszcze  większą  ilością 

bólu. Abdel pozwolił sobie zakląć na głos, jednak skrytobójca nie był tak głupi, by tracić czas 

na  napawanie  się  sukcesem.  Próbował  zaraz  znowu  pchnąć  Abdela,  jednak  wielki  najemnik 

zdołał  opuścić  swój  nowy  miecz  wystarczająco  szybko,  by  odtrącić  ostrze.  Nóż  był  dobry  i 

nie złamał się, jednak Linvail jęknął, gdy siła obrony wywołała najwyraźniej bolesne wibracje 

w jego ręce. 

Z góry dziewczyna zawołała – Aran, Aran, wszystko dobrze? 

Linvail  gwałtownie  skierował  nóż  w  dół,  a  Abdel  odstąpił  krok  na  bok,  unikając  ciosu, 

gdy wykonywał silne,  niskie pchnięcie w zabójcę. Linvail  znów okazał się  jednak  szybszy  i 

nie  tylko  uchylił  się  przed  wielkim  mieczem,  lecz  zamachnął  jeszcze  raz  dużym  nożem, 

pozbawiając Abdela pierwszego palca lewej ręki z nieprzyjemnym trzaśnięciem. 

Abdel ryknął z bólu i wściekłości, tak naprawdę bardziej zawstydzony niż zraniony. Palec 

uderzył w drewnianą podłogę zagraconej kuchni z niemal niesłyszalnym plask! 

–  Nie  możesz  mnie  zabić,  wielki  człowieku  –  powiedział  kpiąco  zabójca,  ciesząc  się 

wyraźnie tym drobnym okaleczeniem. – Zabiłem więcej... 

Cokolwiek  zamierzał  powiedzieć,  zakończyło  się  krwawym  bulgotem.  Abdel  ciął  tak 

szybko i  mocno, że zdumiał  nawet siebie. Niemal przeciął zabójcę w pół. Postawił stopę na 

jego piersi i pchnął go w dół. Natychmiast wszędzie znalazła się krew. 

– To... – skrytobójca zdołał powiedzieć z ustami pełnymi krwi – to szkoda. 

Aran Linvail skonał na podłodze swojej własnej kuchni. 

– Aran? – zawołała znów dziewczyna. – Aran, wystraszyłam się. Kto to był? 

Abdel  znów  jęknął  i  rozejrzał  się  po  podłodze  w  poszukiwaniu  brakującego  palca. 

Nurzając  się  we  krwi  pochylił  się  i  podniósł  odcięty  fragment.  Widział  już  przy  wielu 

okazjach  w  swoim  życiu  amputowane  kończyny  i  znał  prostą  zasadę,  że  jeśli  coś  się  straci, 

pozostaje to stracone, chyba że ma się dużo pieniędzy i naprawdę dobrego kapłana. Abdel nie 

background image

był  tak  naprawdę  świadom  tego,  że  przyłożył  palec  z  powrotem  do  małego,  krwawiącego 

kikuta, lecz zrobił to. Zlał się niemal natychmiast z dłonią choć wciąż krwawił. Przytrzymał 

go w miejscu przez kilka długich oddechów, a gdy puścił, pozostał tam. 

– Bhaal – wysapał, znając aż za dobrze źródło swoich leczniczych właściwości. Uznał, że 

może w końcu jego przeklęta krew ma jakieś zalety. 

– Aran? – zawołała dziewczyna drżącym głosem. – Aran, to nie jest śmieszne. 

Abdel  niemal  rozważył  powrót  na  górę,  by  powiedzieć  dziewczynie,  co  się  stało, 

zapewnić ją, że lepiej jej będzie samej i wysłać ją w drogę z paroma sztukami złota. Nie miał 

oczywiście  żadnego  złota  i  naprawdę  nie  chciał,  by  zobaczyła  go  pokrytego  krwią  swego 

kochanka. 

Przyklęknął  we  wciąż  powiększającej  się  gwałtownie  kałuży  krwi,  obok  nieruchomej 

sylwetki Arana Linvaila. 

– Jeszcze raz – powiedział. – Ostatni. 

Odciął  skrytobójcy  głowę,  ponieważ  musiał  to  zrobić.  Była  ona  warta  królewskiego 

okupu  w  złocie,  a  przynajmniej  druidzkiego  okupu,  a  Abdel  wiedział,  że  Aran  Linvail  nie 

będzie  ostatnim  Złodziejem  Cieni,  którego  będzie  musiał  zabić,  by  wydostać  bezpiecznie 

Jaheirę oraz Imoen z miejsca, w którym się znajdowały, gdziekolwiek ono było. 

Z kuchni wychodziły wąskie drzwi prowadzące do komórki i Abdel przeszedł przez nie. 

W podłodze komórki znajdowała się zapadnia prowadząca do kanału, który z kolei prowadził 

do  alejki  mogącej  doprowadzić  go  do  względnie  bezpiecznego  miejsca  i  anonimowości  w 

Miedzianej Mitrze. Przynajmniej tak powiedziała mu Bodhi, a jak dotąd miała rację. 

– Aran? – dziewczyna zawołała z góry. – Aran, wystarczy. Schodzę na dół. 

background image

Rozdział siódmy 

W miarę jak zbliżał się świt, Bodhi stawała się coraz bardziej nerwowa, choć znajdowała 

się  głęboko  pod  ziemią  i  była  z  dala  od  niebezpieczeństwa  wystawienia  się  na  zabójcze 

promienie słońca. Mimo to musiała dostać się na powierzchnię, by wrócić do swego miejsca 

odpoczynku w głębi wyspiarskiego azylu Irenicusa. Mogła dość szybko przemieszczać się w 

postaci nietoperza, jednak powrót na wyspę wciąż zajmie jej trochę czasu. Nie miała pojęcia, 

co zajmuje tak długo Abdela. Czy mogło mu się nie powieść? Aran Linvail był wyćwiczonym 

zabójcą,  jednak  z  pewnością  nie  mógł  równać  się  z  tym  rzekomym  boskim  synem.  Czy 

Linvailowi  udało  się  przeciągnąć  go  na  swoją  stronę?  Czy  Abdel  pracował  już  dla  Złodziei 

Cienia? 

Jedynie sekundy dzieliły ją od ponownego skontaktowania się z Irenicusem, zdecydowała 

się  bowiem  wprowadzić  w  życie  plan  awaryjny  i  wrócić,  kiedy  do  pomieszczenia  wpadł 

Abdel,  sapiąc  i  trzęsąc  się  z  ledwo  skrywanej  wściekłości.  Usiadł  ciężko  na  podłodze, 

odrzucając niedbale miecz na bok. 

– No dobrze – powiedział. – Wróciłem. Nie tylko w ten sposób. 

Czując  ulgę,  że  go  widzi,  lecz  wciąż  przejmując  się  nadchodzącym  świtem,  Bodhi 

podeszła  do  niego.  Najemnik  potrząsnął  lekko  głową  i  podniósł  dłoń,  by  utrzymać  kobietę 

daleko, utrzymać ją w ciszy, lub jedno i drugie. 

– Abdelu – rzekła, pozwalając,  by prawdziwa ulga, odczuwana  na  jego widok, uczyniła 

jej rolę jeszcze bardziej przekonującą. – Co się stało? 

Abdel uśmiechnął się. 

– Jesteś mi winna trzydzieści tysięcy sztuk złota. 

Również  się  uśmiechnęła.  Widok  uśmiechu  na  jego  twarzy  zrobił  na  niej  wrażenie, 

którego nie doświadczyła od dobrych wielu dziesięcioleci. 

– Cieszę się, że cię widzę – powiedział Abdel szczerze. – Czy to dziwne? 

– A ja się cieszę, widząc ciebie – odparła, jedynie częściowo dlatego, że tak jej polecono. 

Pochyliła się i pocałowała go. 

background image

Z  początku  odsunął  się  gwałtownie  od  niej,  lecz  naciskała,  i  uległ.  Jego  wargi  były 

zaskakująco  miękkie, Bodhi  starała  się zbytnio  nie przytulać, wiedząc, że  Abdel  wyczuje  w 

rezultacie jedynie chłód. 

Kiedy odsunęła się, miał zamknięte oczy i był zakłopotany. 

– Jaheira... – rzekł. 

Bodhi  potrząsnęła  głową  i  jej  wzrok  zetknął  się  z  jego.  Skupiła  się  na  najczarniejszym 

punkcie jego źrenic i utrzymywała jego spojrzenie w uchwycie równie rzeczywistym i silnym 

jak imadło. Wypuściła z siebie powoli, miarowo powietrze i jej wola przepłynęła z jej oczu do 

jego.  Ujrzała  w  nich  krótki  błysk  żółtego  światła,  który  niemal  złamał  jej  koncentrację.  Nie 

pozwoliła sobie na luksus zastanawiania, czym było to światło. Nieważne, czy ten mężczyzna 

był półbogiem, czy nie, jej czary działały na niego jak na każdego innego i czuła, że wszelkie 

posiadane przez niego zasłony rozpłynęły się. 

–  Dobrze  się  spisałeś,  Abdelu  –  wyszeptała,  a  on  przytaknął  niemal  niedostrzegalnym 

poruszeniem podbródka. – Możesz teraz odpocząć... od wszystkiego. 

Abdel opuścił głowę, po czym wymusił uśmiech i spróbował wstać. Bodhi zakołysała się 

w biodrach i pomogła mu się podnieść, objąwszy go silnie za plecy. Pozwolił się przyciągnąć. 

Widziała,  że  chce  coś  powiedzieć.  Bodhi  nie  miała  czasu,  by  Abdel  udał  się  na  duchowe 

poszukiwania. Oczarowała go ciałem, ruchami ciała, i mężczyzna poddał się całkowicie. 

Nawet Bodhi nie była gotowa na reakcję, którą otrzymała. 

 

* * * 

Abdel nigdy nie podjął świadomej decyzji, by zdradzić Jaheirę i wziąć Bodhi – wciąż mu 

obcą – za kochankę. Podobnie jak wiele rzeczy w przeciągu ostatnich kilku dni, to po prostu 

się stało. 

Poczuł,  jak  napięcie  z  jego  dłoni  i  rąk  ustępuje,  zastąpione  przez  gładkość  jej  lnianej 

sukni  oraz  chłodną,  delikatną  skórę  pod  spodem.  Trzymała  go  w  ramionach  silniej  niż 

jakakolwiek  kobieta  wcześniej.  Usta  Bodhi  zamknęły  się  na  jego,  a  jej  oddech  smakował 

ziemią. Był to pierwotny zapach – bardziej odczucie niż woń. Jej wargi były chłodne, niemal 

zimne,  i  mróz  jaki  wywołały  na  grzbiecie  Abdela  spowodował,  że  czuł  się  niezwykle 

rozbudzony.  Jego  ciało  wybuchło  pełnią  życia.  Płynąca  przez  niego  krew  dawała  różne 

sygnały,  przepływała  do  różnych  miejsc,  jednak  kierowała  nim  ta  sama  ponadludzka 

namiętność, która prowadziła mu rękę w walce i dawała umiejętność zabijania bez wahania. 

Była to mniej umiejętność, a bardziej potrzeba, niczym konieczność oddychania. 

Kiedy  ich  języki  spotkały  się,  dla  Abdela  nie  było  już  powrotu.  Jego  oczy  płonęły  i 

poddał  się  rytmowi  tej  dziwnej  kobiety  w  ten  sam  sposób,  jak  poddawał  się  brzękowi  stali 

przeciwnika. Obydwa przychodziły w tym samym pełnym wahania, badawczym tańcu dwóch 

wojowników, szukających słabości i luk. Jej suknia opadła niczym wytrącona tarcza wroga, a 

background image

on  pozbył  się  swoich  nielicznych  ubrań  w  ten  sam  sposób,  w  jaki  usuwał  wszelkie 

niewygodne okrycia, które mogłyby mu zakłócić ruchy ręki z mieczem. 

Podłoga była chłodna i szorstka, i Bodhi przyjęła ją jako pierwsza. Odsunęła się od niej – 

odsunęła  się  w  stronę  Abdela,  który  odpowiedział  na  tę  słabość,  przyciągając  ją  do  siebie. 

Poruszali się teraz całkowicie bez zastanowienia, udawania czy planu. Byli w pełni razem w 

tej  jednej,  kryształowej  chwili.  Była  to  chwila  z  rodzaju,  jakiego  Abdel  nigdy  dotąd  nie 

doświadczył,  nawet  w  najzacieklejszej  krwawej  furii  albo  w  najdzikszej,  zabójczej 

szermierce. Nie była to tawerniana dziwka i transakcja, której dokonali, sięgała do krwi, nie 

zaś jedynie do sakiewki. 

Było to na początku tego, co oboje z nich znali na cichym, akceptującym poziomie, który 

zakończył się, gdy  jej twarz prześlizgnęła  się do jego gardła. Jej  chłodny oddech otarł się o 

jego muskularną szyję. Abdel usłyszał głuche trzaśniecie, które nawet w tym półprzytomnym 

stanie poznał jako przemieszczanie się stawów. 

Na jego skórze pojawiła się ciepła wilgoć i wziął głęboki oddech, gdy Bodhi przycisnęła 

twarz  do  jego  szyi.  Jego  ciało  zadrgało  tak  gwałtownie,  że  niemal  rozdzielili  się.  Abdel 

trzymał ją mocno i jej plecy wydawały się podskakiwać w jego uchwycie. Oddychała szybko 

i  ciężko  przez  nos,  wydając  z  siebie  rytmiczne  syczenie,  a  z  jej  gardła  wydobywał  się 

warkotliwy,  zwierzęcy  odgłos.  Jej  piersi,  przyciśnięte  płasko  do  jego,  wibrowały  tym 

dźwiękiem. 

Jej ciało zadrżało serią spazmów, które wywoływały wrażenie, jakby każdy z mięśni w jej 

ciele  otrzymał  swoją  własną  wolę  i  każdy  walczył  o  ucieczkę  bądź  nadrzędną  władzę. 

Ucieczka  Abdela  nadeszła, gdy ta  namiętna  furia zaczęła zanikać  i twarz Bodhi oddaliła się 

od jego szyi. Wzrok Abdela zamglił się i zakręciło mu się w głowie. Przycisnęła mu do szyi 

dłoń o zimnych palcach i trzymała ją tam mocno, podczas gdy Abdel niemal zemdlał niczym 

wdowa na pogrzebie w lecie. 

 

* * * 

To nie był człowiek. 

Miał  rację,  pomyślała  Bodhi.  Na  najciemniejsze  czeluście  otchłani,  Irenicus  miał  rację. 

To nie był człowiek. Ani trochę. 

Obawiała  się,  słusznie,  że  Abdel  ją  zabije,  jeśli  zda  sobie  sprawę,  co  zrobiła. 

Zakosztowała  jedynie  trochę  –  cóż,  może  więcej  niż  to  trochę,  które  zamierzała.  Była 

ciekawa,  lecz  teraz  to  było  już  skończone,  zdawała  sobie  sprawę,  że  miała  nadzieję,  iż 

Irenicus nie mylił się co do Abdela. On się nie mylił. 

Karmiła  się  na  setkach,  może  tysiącach  mężczyzn  ze  wszelkich  ścieżek  życia. 

Zakosztowała  krwi  pasterzy  i  książąt,  generałów  i  pikinierów.  Żywiła  się  szlachetną  krwią 

elfów,  gorzkimi  płynami  orków  oraz  wszelkimi  rodzajami  prymitywnych,  czających  się  w 

cieniach  stworów  Podmroku.  Smak  krwi  stał  się  dla  niej  niczym  kuchnia  dla  żyjących. 

background image

Czasami  była  dobra  –  dobrze  przyrządzona  przez  bogate,  wygodne  życie  –  czasami 

pozostawiona sama sobie, by zatęchła  lub skrzepła w błotnistych żyłach szefa kuchni.  Krew 

Abdela nie była podobna do niczego, co próbowała wcześniej. 

Dla ośrodków czuciowych  jej  języka  Abdel  był  silnym,  młodym  mężczyzną,  na  jakiego 

wyglądał.  Kiedy  wydawało  jej  się,  że  głowa  eksploduje  jej  w  iskrach  rozszalałego  światła, 

zwyczajny  smak  przestał  być  ważny.  Kiedy  całe  jej  ciało  doświadczyło  tego  wszystkiego, 

rozkwitło,  rozświetliło  się,  wybuchało  czerwonymi,  wirującymi  piekłami  i  przestała  być 

drapieżcą, stając się kimś w rodzaju wyznawcy,  błagając o  łaskę  niestałego  lecz szczodrego 

boga. 

Tak  bardzo  chciała  to  powtórzyć,  że  zmusiła  się,  by  się  od  niego  odczołgać.  Żyła  od 

stuleci  i  właśnie  płynące  z  nich  doświadczenie  powstrzymywało  ją.  Zabrała  mu  już 

wystarczająco wiele krwi, by go oszołomić. Podziałało to na szczęście na jej korzyść. Abdel 

nie  mógłby  powiedzieć,  że  został  ugryziony.  Leżał  na  podłodze  i  pozwalał,  by  przepływały 

przez  niego  doznania.  Dobrze  się  postarała  przy  tamowaniu  krwawienia,  kiedy  jednak  jej 

wzrok  rozjaśnił  się  wystarczająco,  by  spojrzała  znów  na  niego  i  ujrzała  coś  więcej  niż 

świecące  jasno  bóstwo,  zobaczyła,  że  rana  już  się  zalecza.  Powinien  się  uleczyć,  lecz 

zdecydowanie nie tak szybko. 

Grzbietem  dłoni  otarła  krew  z  warg  i  podbródka,  po  czym  wygłodniale  zlizała  ją, 

odwrócona  nagimi  plecami  do  Abdela,  by  nie  mógł  jej  widzieć  w  tym  dzikim  momencie. 

Zaczął  oddychać  głęboko  i  regularnie,  wiedziała,  że  wkrótce  podniesie  się  i  na  nią  spojrzy, 

jeśli już tego nie robił. Zaczęła szukać sukienki, znalazła ją i wsunęła przez głowę, starając się 

jak mogła, by wygładzić ją na biodrach bez potrzeby wstawania. 

Nie sądziła, że byłaby zdolna wstać. 

 

* * * 

Abdel czuł  mrowienie na szyi, a gdy podrapał się tam, zabolało trochę, lecz nie zwrócił 

na to uwagi. Oparł się na łokciu i choć był pewien, że ujrzy Bodhi obok siebie, wcale jej nie 

zobaczył. Zza niego dobiegł szelest ubrania i odwrócił się powoli, z ciężką głową i oklapłym 

ciałem.  Była  tam,  wygładzając  pomarszczoną  suknię  z  czerwonego  lnu  na  delikatnych, 

kształtnych biodrach. Abdel nie mógł się nie uśmiechnąć, choć wiedział, że musi wyglądać na 

rażonego miłością głupca. 

Nie wiedział, co powiedzieć, więc wpatrywał się jedynie w nią, dopóki nie odwróciła ku 

niemu  policzka,  by  rzucić  nań  okiem.  Abdel  nie  był  pewien,  co  czuć  na  temat  jej wyraźnej 

niechęci, by na niego patrzeć. Poczuł się nagle bardzo nagi i sięgnął po spodnie, rzucone obok 

niego na podłogę. 

– Nie zraniłem cię – powiedział cicho, z nadzieją. 

– Nie – rzekła szybko na długim, świszczącym wydechu. 

background image

Założył spodnie, klnąc pod nosem na kłopoty, w jakie ich wciągał. Jego ręce były dziwnie 

słabe, trzęsły się lekko, a spodnie były lekko za ciasne. 

– Gdzie pójdziesz? – zapytała go, a jej głos – już głośniejszy – odbił się echem po pustej, 

kamiennej komnacie, piwnicy w Miedzianej Mitrze. 

Abdel nie odpowiadał przez czas, który wydawał się zbyt długi. Musiał określić, co miała 

na  myśli.  Sporo  się  zastanawiał,  wracając  po  zabiciu  Arana  Linvaila  i  doszedł  do  pewnych 

wniosków. 

– Wiesz, gdzie muszę iść – powiedział jej – czyż nie? 

– Zabiłeś go w domu? – spytała za ściśniętym gardłem. 

Wstał  powoli  z  zesztywniałymi  kolanami  i  przeszedł  do  schodów.  Spojrzał  na  nią  raz, 

oczyma  ciężkimi,  zamglonymi,  trochę  przyćmionymi,  po  czym  wszedł  na  górę  i  sięgnął  po 

płócienny worek nasączony krwią. Z góry schodów cisnął go Bodhi pod stopy. Kiedy odcięta 

głowa  Arana  Linvaila  wytoczyła  się  ze  środka,  Bodhi  wzięła  głęboki  oddech  i  próbowała 

zachować powagę. 

–  Nie  muszę  chyba  zabijać  kogoś  innego  za  następne  dwadzieścia  tysięcy,  prawda?  – 

zapytał. 

– Znasz dom wariatów? – spytała go. 

Abdel pochylił głowę na bok, niczym pies. To było dziwne pytanie. 

– Dom wariatów? – zapytał, schodząc po schodach, omijając krew, by stanąć przed nią. 

Odwróciła  się,  by  na  niego  spojrzeć,  i  w  gasnącym  świetle  uznał,  że  mogła  się 

zaczerwienić. 

–  Jest  tam  trzymana  –  powiedziała.  –  Obydwie  są  trzymane  w  Czarotwierdzy.  To  dom 

wariatów... azyl dla obłąkanych. 

Abdel  westchnął.  Zaczynało  mu  się  przeczyszczać  w  głowie  i  był  taki  zmęczony.  Jego 

umysł był mieszaniną miliona uczuć i myśli, które nie miały dla niego sensu. Wiedział, że ta 

kobieta  oraz  jej  przyjaciel  Gaelan  Bayle  nim  manipulują.  Wiedział,  że  stał  się  celem  dla 

Złodziei  Cienia  za  coś,  co  zrobił  Sarevok  –  to  było  śmieszne.  Wiedział  skądś,  że  młoda 

dziewczyna z  jego przeszłości – przeszłości, która wydawała  się równie odległa,  jakby  była 

zupełnie  innym  życiem  –  została  w  to  wszystko wmieszana.  Nie  dbał  już  o to,  kogo  będzie 

musiał zabić, kto chciał ile złota lub co musiało się wydarzyć. Jedyną rzeczą, jaka miała dla 

niego  sens,  było  odnalezienie  Jaheiry  oraz  Imoen  i  zapewnienie  im  znów  bezpieczeństwa. 

Były więc w domu wariatów, w więzieniu, lochu, nieważne. Wiedział, że do wszystkiego, co 

mówi  mu  Bodhi,  jest  przytwierdzonych  więcej  nitek,  jednak  będzie  musiał  je  obciąć,  gdy 

Jaheira i Imoen będą już bezpieczne. 

– Gdzie jest to miejsce? – spytał. 

– Jeden z moich braci tam jest – powiedziała. 

– Co to ma ze mną wspólnego? – zapytał. – Jego też mam zabić? 

– Nie – odparła Bodhi. – On jest po naszej stronie. Nazywa się Jon Irenicus. 

background image

–  Jest  szalony?  –  spytał  Abdel,  nie  trudząc  się  wzmianką,  że  nie  jest  pewien,  czy  on  i 

Bodhi znajdują się po tej samej stronie. 

Tym razem spojrzała na niego ostro i odwróciła się równie szybko, jednak Abdel ujrzał w 

jej oczach nie dający pomylić się z niczym innym błysk złości. 

– Przepraszam – powiedział szybko. Musiał wiedzieć, co ona wiedziała. 

Bodhi  opuściła  ramiona  i  rzekła  –  Został  fałszywie  oskarżony,  wmanipulowany  przez 

Złodziei  Cienia,  którzy  kontrolują  azyl.  Zabrali  go  tam,  by  usunąć  go  z  drogi,  by  go 

torturować i uczynić go świadkiem wielkiego zła, jakie zamierzają popełnić. 

Abdel przełknął ślinę zaschniętym nagle gardłem. 

–  Mają  tam  również  Jaheirę  i  Imoen  –  dodała  Bodhi.  –  Mogę  cię  tam  zaprowadzić  i 

pokazać drogę do środka. – Bodhi spojrzała na sufit. – Musi się zbliżać świt. 

Abdel również zerknął na strop i nie znalazł tam odpowiedzi. 

– Muszę iść – powiedziała. 

–  Jeśli  Jaheira  i  Imoen  są  trzymane  w  tym  domu  wariatów,  jak  mówisz –  rzekł  do  niej 

Abdel – nic nie powstrzyma mnie przed udaniem się tam. 

– I pomożesz mojemu bratu? – spytała. 

Abdel westchnął. Został wmanipulowany w to wszystko, ale... 

– Oczywiście – obiecał. 

– Muszę iść – wyszeptała, rysując coś w trocinach na podłodze. – Zobaczysz ten znak na 

ścianie  u  podstawy  najwyższej  wieży  na  wyspie.  Tak  szybko  jak  możesz,  powiedz  słowo 

nchasme, albo zostaniesz spalony na węgiel. Otworzy się dla ciebie droga. 

–  Poczekaj  –  powiedział,  a  w  jego  głosie  wciąż  siała  zamęt  nie  podobająca  mu  się 

stanowczość. – Zostań ze mną. To znaczy... chodź ze mną. 

Podeszła powoli do schodów i postawiła stopę na dolnym  stopniu. Zbliżył  się do niej o 

krok, lecz wiedziała, że nie podejdzie bliżej. 

– Nie mogę – odrzekła po prostu. – To niemal... 

– Bodhi – powiedział. 

– Kapitan może cię tam zaprowadzić – rzekła donośnym i wyraźnym głosem. – Jest tam 

tylko jeden dom wariatów. Jest na wyspie. Będziesz potrzebował łodzi. Błagam cię... błagam 

cię, żebyś tam poszedł. I pamiętaj słowo... 

–  Nchasme  –  powtórzył,  zerkając  na  trociny.  Narysowała  dwie  faliste,  równoległe  linie, 

niczym woda, z czymś, co mogło być okiem pomiędzy nimi, z prawej strony. 

Spojrzała na niego z zaczerwienionymi oczyma. Z  mizernym, wymuszonym uśmiechem 

weszła po schodach, otworzyła drzwi i szybko przez nie przeszła. 

background image

Rozdział ósmy 

Przybrawszy  postać nietoperza, Bodhi wzleciała  z całą  swą  wciąż  jeszcze sporą siłą,  by 

ścigać się z jaśniejącym niebem, ku poszarpanym, nie przebaczającym wieżom azylu. 

Osiadła  na  wysokim  minarecie  i  odwróciła  twarz  ku  wschodowi.  Niebo  miało  kolor 

granatu,  który  stał  się  jaśniejszy,  bardziej  niebieski,  gdy  znów  przeobraziła  się  w  kobietę. 

Wisząc  dwadzieścia  metrów  nad  ziemią  w  wąskim,  roztrzaskanym  oknie,  Bodhi  parsknęła, 

widząc plamkę na szaro-brązowym horyzoncie, która wkrótce eksploduje w światło, mogące 

spalić ją na popiół swymi pierwszymi, nieśmiałymi promieniami. Bodhi nienawidziła słońca, 

gardziła światłem. Każdy dzień kpił z niej, pokazywał jej, że tak długo jak będzie żyła – przez 

kolejne stulecia władczej nieśmiertelności – wciąż będzie miała słabość. 

Spojrzała  na  roztrzaskujące  się  w  dole  o  skały  fale  i  pomyślała  o  Abdelu.  Przepłynęła 

przez  nią  fala  potęgi,  popychana  boską  krwią  wciąż  jeszcze  krążącą  w  jej  żyłach. 

Uśmiechnęła się, pozwalając, by jej długie, zgrabne, drapieżne kły wysunęły się z ochronnych 

objęć dziąseł. Syknęła na słońce, gdy jego pierwszy promień wyłonił się zza horyzontu. 

Światło  dotknęło  jej  dłoni,  gdy,  wciąż  sycząc  w  bezsilnym  uporze,  zaczynała 

zatrzaskiwać za sobą okiennicę. Poczuła nieprzyjemne ciepło, zahaczające o skraj bólu. Bodhi 

domknęła  okiennicę  i  przytrzymała  oparzoną  dłoń.  Światło  słońca  ledwo  ją  dotknęło. 

Powinna się całkowicie spalić, lecz była jedynie pocałowana czerwienią. 

Uśmiechnęła  się  i  wciągnęła  powietrze,  niemal  zastanawiając  się,  czy  nie  otworzyć 

szeroko  okiennic,  by  rzucić  wyzwanie  znienawidzonemu  słońcu.  Zamiast  tego  podeszła  do 

drzwi prowadzących do schodów na dół, do małego, zamkniętego pomieszczenia, w którym 

znajdowała się stara, zniszczona trumna. 

Abdel, pomyślała. Syn Bhaala. 

 

* * * 

Odkąd Minsc zaczął pracować w Miedzianej Mitrze, miejsce to stało się czyste jak nigdy 

dotąd.  Po  całej  nocy  pracy  rudowłosy  szaleniec  zawsze  zostawał  przez  poranek,  by 

posprzątać, i nie szedł spać, dopóki miniaturowy, gigantyczny, przestrzenny chomik, którego 

background image

nosił, nie powiedział mu, że wszystko jest w porządku. Nikt nie cieszył się z tego bardziej niż 

Abdel,  który  wrócił  do  tawerny  wyczerpany,  wciąż  tkwiąc  w  pożyczonych  spodniach  i 

potrzebując łodzi. 

Kiedy  wielki  najemnik  wszedł  po  schodach  z  piwnicy,  Minsc  powitał  go  uśmiechem  i 

powiedział – Wielki człowiek, Boo. To jest wielki człowiek! 

– Minscu – rzekł Abdel. – Potrzebuję twojej pomocy. 

Minsc uśmiechnął się i spojrzał na małe zwierzątko siedzące wygodnie na jego ramieniu, 

przytaknął i powiedział – Cokolwiek zechcesz, jeśli pomożesz mi przenieść kapitana. 

Abdel wszedł do wspólnej sali, ciemnego pomieszczenia, które pachniało dużo lepiej niż 

ostatnim razem, gdy Abdel tu był. Nie było tu okien i choć na zewnątrz świeciło jasno słońce, 

Minsc pracował przy blasku jednej świecy. W wyjątkowo ciemnym rogu znajdował się siwy, 

stary mężczyzna, śpiący i chrapiący głośno. 

– Kapitan? – spytał Abdel, jak przez mgłę rozpoznając starego pijaka. 

Minsc przytaknął, wciąż się uśmiechając, i podszedł do mężczyzny. 

– Idziemy, kapitanie Havarian! Zamykamy! 

Abdel  uśmiechnął  się  po  raz  pierwszy  od  dawna  i  próbował  pomyśleć  o  bogu,  któremu 

mógłby podziękować. 

– Ten człowiek ma statek? – zapytał Minsca. 

Minsc wzruszył ramionami, lekko stukając starca w twarz. 

–  Podobno  jest  jakimś  wielkim  pirackim  kapitanem,  jednak  bywa  tu  samotnie  każdej 

nocy, odkąd ja tu jestem. 

– Muszę go obudzić – powiedział Abdel, rozglądając się, dopóki jego wzrok nie spoczął 

na wiadrze Minsca. – Potrzebuję statku. 

Abdel  podniósł  wiadro  i  wylał  całą  wodę  prosto  w  twarz  starca.  Havarian  wrócił 

gwałtownie do przytomności, rycząc słowa, które sprawiły, że nawet Abdel się zaczerwienił. 

W końcu warknął – Zatapiają nas, chłopaki, jesteśmy na mieliźnie! 

Minsc  roześmiał  się  głośno,  a  Abdel  położył  dłoń  na  ramieniu  bredzącego  pirata  w 

bezowocnej próbie uspokojenia go. 

–  Co  na  niebiesko-zielonego  Sekolaha...  –  wyjąkał  pirat,  po  czym  w  końcu  utkwił 

zamglone oczy w Abdelu. 

– Potrzebuję statku – powiedział najemnik, nachylając się blisko twarzy Havariana. 

Kapitan  roześmiał  się  –  grobowym,  niemal  krztuszącym  się  głosem  –  i  rzekł  –  Podróż 

kosztuje, chłopcze, ale mogę zabrać cię nawet do Luskan, jeśli trzeba. 

– Nie muszę udawać się tak daleko – odparł Abdel. 

– Dobrze – powiedział starzec – ale niezależnie gdzie jedziesz, będzie kosztować. 

–  Nie  mam  nic,  czym  mógłbym  ci  zapłacić,  starcze  –  przyznał  –  ale  może  moglibyśmy 

coś wymyślić... 

Stary mężczyzna kaszlnął ze śmiechem i zdołał podnieść się na nogi. 

background image

– Biedny sukin... – warknął Havarian. – Idę do domu. 

– Mogę pożyczyć ci trochę pieniędzy – powiedział Minsc. Abdel i kapitan odwrócili się 

gwałtownie  do  niego.  Obrót  spowodował,  że  stary  żeglarz  wylądował  ciężko  na  tyłku, 

wydając z siebie kolejne przekleństwa. – Ile potrzebujesz? 

Abdel  spojrzał  na  Havariana,  szukając  odpowiedzi.  Pocierając  posiniaczone  pośladki, 

stary pirat spytał – Ile masz? 

 

* * * 

–  Myślałem,  że  masz  statek  –  powiedział  Abdel,  marszcząc  brwi  na  wciąż  pijanego 

kapitana i z powodu bijącego od morza blasku słońca. 

Z  miejsca  w  którym  kapitan  Havarian  rozwalił  się  na  dziobie  małej  łodzi  wiosłowej, 

beknął donośnie i rzekł – Twojego przyjaciela z myszą nie byłoby stać na statek. Poza tym nie 

wziąłem od ciebie za ubranie. 

Abdel  stęknął  i  skończył  ten  temat.  Skoncentrował  się  na  wiosłowaniu,  trzymając  się 

kursu,  jaki  wyznaczył  dla  nich  kapitan.  Havarian  wydawał  się  wiedzieć  wszystko  o 

wyspiarskim  azylu,  choć  nie  podawał  Abdelowi  żadnych  szczegółów  na  jego  temat. 

Powtarzał wciąż tylko – To zły port, zły port. 

Kapitan dał  mu ubranie, które na  niego pasowało. Abdel  miał  na sobie prostą żeglarską 

bluzę oraz solidne choć za krótkie spodnie pod kolczą tuniką, którą zorganizowała dla niego 

Bodhi.  Na  zwyczajnej  pętli  z  rzemienia,  którą  zrobił,  czekając,  aż  Havarian  przyprowadzi 

łódź, wisiał miecz. Czuł się rozbudzony, czujny i po raz pierwszy od jakiegoś czasu gotów do 

walki.  Nie  spał,  ale  nie  było  to  ważne.  Jego  palec  oraz  inne  rany,  wliczając  w  to  paskudną 

dziurę w brzuchu, zaleczyły się całkowicie. 

Havarian  zaczął  szukać  czegoś  na  dnie  łodzi  i  uśmiechnął  się,  gdy  natrafił  na  glinianą 

butelkę zamkniętą korkiem.  Wyciągnął korek połamanymi, żółtymi  zębami  i przełknął duży 

łyk tego, co znajdowało się w środku. Kiedy odjął flaszkę od ust, jego oczy wybałuszyły się 

groźnie,  jakby  chciały  mu  wyskoczyć  z  głowy,  i  wydawał  się  albo  zaczerpywać  głęboki 

oddech, albo krzyczeć? 

– Havarian? – spytał Abdel, troszcząc się o niego przez chwilę. 

Stary pirat wykrztusił z siebie w końcu donośny, flegmowy kaszel. Ślina i śluz spływały 

mu z podbródka, a ciałem wstrząsała seria gwałtownych konwulsji. 

– Wszystko w porządku? – zapytał Abdel. 

Havarian zdobył się na śmiech i powiedział – Słabe... 

Abdel wzruszył ramionami i wrócił do wiosłowania. Nie mógł tam dotrzeć wystarczająco 

szybko. 

 

* * * 

background image

Abdel  nie  przyglądał  się  dokładnie  wyspiarskiemu  azylowi.  Mógł  z  łatwością  dostrzec 

najwyższą  wieżę  i  skierował  się  prosto  do  niej.  Budynek  wywoływał  jakieś  mgliste 

przeczucia  i  Abdel  starał  się  usilnie,  by  utrzymać  je  z  dala  od  swego  umysłu.  Nie  chciał 

myśleć  za  bardzo  o  tym,  co  robi.  Nie  chciał  myśleć,  że  świadomie  wdziera  się  do  miejsca, 

którego wnętrza nikt inny nie chciałby ujrzeć. 

Abdel potrząsnął głową i wiosłował szybciej. 

– Spokojnie, chłopcze – mruknął stary pirat. Havarian przyjrzał się wieżom oraz blankom 

podobnego do fortecy azylu i zbladł. – Jesteś pewien, że ci tak spieszno? 

– Muszę dostać się do tamtej ściany – powiedział Abdel, ignorując pytanie starca. – Pod 

najwyższą wieżę. 

Havarian  przyjrzał  się  skalistej  linii  brzegowej  i  wskazał  na  zbiorowisko  głazów,  które 

tworzyły  coś  na  kształt  miniaturowej  przystani.  Wszędzie  wokół  uderzały  fale,  jednak  nie 

więcej  niż  kilka  metrów  od  podstawy  wieży  istniało  małe  miejsce  względnego  spokoju. 

Gładka ceglana ściana wyrastała ze sterty głazów, tuż na skraju wyspy. 

– Mogę cię tam dość  łatwo dowieźć – rzekł Havarian, biorąc wiosła. – Ale  nie będę się 

kręcił wokół tej skały, chłopcze. Twoja podróż jest w jedną stronę, słyszysz? 

Abdel parsknął  i przytaknął  niecierpliwie. Havarian  skierował  łódź pod osłonę głazów  i 

skinął  głową  Abdelowi,  gdy  uznał,  że  jest  już  wystarczająco  płytko,  by  najemnik  mógł 

opuścić łódź. 

– Nie zgiń w tym miejscu, chłopcze – zawołał kapitan Havarian za Abdelem, który parł w 

stronę głazów u podstawy ściany. – To złe miejsce na gubienie duszy. 

Abdel znów przytaknął, zerkając na starca jedynie tak długo, ile potrzebował, by ujrzeć, 

że ten odpływa szybko od wyspy. 

Zaledwie paru minut potrzebował Abdel, by odnaleźć dziwny glif, który narysowała mu 

Bodhi. 

–  Nchasme  –  powiedział  głośnym,  pewnym  głosem  i  został  nagrodzony  odgłosem 

kamienia zgrzytającego o kamień. 

Kilka cegieł cofnęło się powoli w głąb ściany, rozsypując kurz. W ciemności otworzyły 

się drzwi wystarczająco duże, by Abdel mógł się przez nie przecisnąć. Abdel uznał, że gdzieś 

daleko  usłyszał  krzyk  i  spojrzał  znów  na  małą  przystań.  Nie  było  ani  śladu  po  kapitanie 

Havarianie. 

Abdel zmusił się do uśmiechu i wszedł w otwór. 

 

* * * 

Mężczyźnie brakowało obydwu nóg, jednak nie była to jego największa ułomność. Abdel 

wykonał  kolejny  kroczek  w  jego  stronę,  przygryzając  dolną  wargę  w  niezdecydowaniu. 

Beznogi  szaleniec  łkał  żałośnie,  czasami  wyrzucając  z  siebie  zduszone,  pełne  desperacji 

„Gdzie idziesz?”. 

background image

Niestety  robił  to  w otwartych  drzwiach,  które  były  jedynym  wyjściem  z  tego  zasłanego 

słomą  pomieszczenia.  Miejsce  to  cuchnęło  tak  mocno  uryną,  że  Abdel  musiał 

powstrzymywać  wymioty.  Mógł  po  prostu  odsunąć  mężczyznę  i  przejść,  jednak  w  pokrytej 

śluzem skórze, ocierającymi się o siebie startymi zębami, strzykającej plwocinie, pełzających 

wszach,  woni  oraz  szalonej,  nieprzewidywalnej  naturze  tego  mężczyzny  było  coś,  co 

wzbudzało w Abdelu więcej niż niechęć, by go dotknąć. 

Abdel  chrząknął,  jednak  szaleniec  nie  dał  znaku,  że  zauważył  najemnika,  albo  też 

któregokolwiek z garstki towarzyszy w pomieszczeniu. 

– Muszę przejść – Abdel powiedział wyraźnym, pewnym głosem, który mimo to brzmiał 

dość słabo. 

Szaleniec  nie  podniósł  wzroku,  lecz  pociągnął  głośno  nosem  i  zaskrzeczał  –  Wracaj, 

wracaj, wra... 

–  E,  on  się  nie  rusza,  gamoniu  –  wycedził  puszczając  oko  jeden  ze  współlokatorów, 

paskudnie śmierdzący mężczyzna w stroju marynarza. 

Abdel  spojrzał  na  żeglarza  i  westchnął.  Gdy  go  obserwował,  stało  się  dla  niego 

oczywiste, że to nie słoma na podłodze tak cuchnęła – to marynarz. 

– Nie przesunął się od... – rzekł żeglarz, najwyraźniej nie będąc pewien od jak dawna ten 

kulawy szaleniec zajmował swoje niewygodne stanowisko. 

– Muszę tędy przejść – Abdel powiedział marynarzowi, jakby to mogło pomóc. 

Marynarz  zaśmiał  się,  pokazując  więcej  pustych  miejsc  niż  zębów,  i  rzekł  –  Dlaczego 

wybrałeś tę drogę, gamoniu? Ona prowadzi do środka

– Do środka? – spytał Abdel. 

Żeglarz przytaknął, uśmiechając się szeroko. 

–  Muszę  wejść  dalej  do  środka  –  powiedział  Abdel.  –  Muszę  przejść  całą  drogę  do 

środka. 

– Więc jesteś szalony – rzekł żeglarz. 

–  Więc  przyszedłem  w  odpowiednie  miejsce  –  odparł  Abdel,  wyciągając  miecz  i 

wykonując trzy pewne kroki w kierunku mężczyzny w odrzwiach. 

–  Jemu  to  się  nie  spodoba  –  ostrzegł  marynarz.  –  Koordynatorowi.  On  nie  chce,  by  się 

zabijać. 

Abdel  przystanął  i  odwrócił  się,  zerkając  na  ostrze  i  zdając  sobie  sprawę,  że  i  tak  nie 

chciał zabić tego biednego nędzarza. 

– O czym ty mówisz? 

–  O  koordynatorze  – odrzekł  żeglarz  cichnącym  i  wystraszonym  głosem.  –  O  kapitanie 

tego domu dla czubków. Wielkim panu magu. On cię rozerwie na strzępy... widziałem już jak 

to robił. 

– Koordynator? – zapytał Abdel. 

– Ano. 

background image

– Zaprowadź mnie do niego. 

Marynarz uśmiechnął się i powiedział – Zwę się Mal Cheirar. 

Abdel  zmrużył  oczy.  Widział  już  tuziny  takich.  Piratów,  podrzynaczy  gardeł,  łobuzów. 

Jakkolwiek się ich nazywało, nie można było im ufać, a nawet ich tolerować. 

– Zaprowadź mnie do niego i to już. 

Mal  Cheirar  przestał  się  uśmiechać  i  przytaknął  szybko.  Przyjrzał  się  badawczo 

Abdelowi, po czym znów się uśmiechnął. 

– I tak będziesz go musiał przesunąć, koleś. 

Abdel odwrócił się do mężczyzny w drzwiach i podniósł wysoko miecz, trzymając go tak, 

jakby chciał pozbawić bredzącego lunatyka głowy. 

– Muszę przejść przez te drzwi – Abdel powiedział powoli. 

Tym razem mężczyzna podniósł wzrok, ukazując pobrużdżoną, ospowatą twarz. 

–  Wszystko...  –  zaskrzeczał  głosem  głębszym,  niż  mogły  sugerować  jego  wcześniejsze 

błagalne skamlania – ... co... musiałeś... zrobić... to... poprosić. 

Abdel westchnął, nie lubił bycia branym za głupca. 

– Rusz się – zażądał. 

Nagle  rozbudzony  mężczyzna  odczołgał  się  z  przejścia  i  Abdel  nie  tracił  czasu, 

przestępując  nad  jego  cofającą  się  powoli  sylwetką,  za  nim  zaś  podążał  z  wahaniem  Mal 

Cheirar. Wszedł do wąskiego korytarza, oświetlonego kapiącymi pochodniami, dzięki którym 

miejsce to pachniało dymem. Wiał lekki wietrzyk, który nie dopuszczał do tego, by dym stał 

się za gęsty, jednak mimo to powietrze było tu ciężkie i gorące. 

Abdel  spojrzał  na  pirata,  który  uśmiechając  się,  wskazał  w  jednym  kierunku.  Abdela 

kusiło,  by  ruszyć  w  przeciwną  stronę,  jednak  po  chwili  niezdecydowania  podążył  za 

mężczyzną.  Kiedy  pirat  go  mijał,  Abdel  musiał  wstrzymać  oddech,  a  gdy  szli  dalej 

korytarzem, celowo trzymał się z tyłu, w nadziei że trochę odległości zmniejszy odór. 

– Jesteś tego pewien? – spytał pirat, a jego głos odbił się echem w ciasnej, pozbawionej 

okien przestrzeni. – Jesteś pewien, że chcesz poznać koordynatora? 

– Jesteś pewien, że to dobra droga? – zapytał Abdel, ignorując pytanie marynarza. Starał 

się  oddychać  tylko  przez  usta.  Mal  Cheirar  zniknął  mu  na  moment  z  oczu,  gdy  korytarz 

skręcił ostro w prawo. Abdel wykorzystał to, by zaczerpnąć powietrza i przetrzeć oczy. 

– Ano – odparł żeglarz. – Ano, to jest droga... 

Abdel pokonał zakręt, zaraz gdy zdjął dłonie z oczu. 

–  ...  głębiej  do  mojego  azylu  –  rozległ  się  z  boku  oświetlonego  pochodniami  korytarza 

wyraźny, czysty głos. 

Abdel  spojrzał  na  drzwi  i  ujrzał  zadbanego,  przystojnego  mężczyznę,  który  samą  swoją 

czystością wydawał się być tutaj nie na miejscu. 

Cuchnący pirat wykonał gwałtowny, niepewny ukłon i wyjąkał – Ko... ko... koordynator. 

background image

Rozdział dziewiąty 

Przebudzenie nie było chyba odpowiednim określeniem na to, co zrobił Abdel. Czuł się w 

pewnym  sensie,  jakby  się  budził,  nie  istniało  jednak  tak  naprawdę  słowo,  które  mogłoby  to 

oddać.  Czuł  się  dziwnie.  W  głowie  odczuwał  odrętwienie,  nie  czuł  ciała,  a  pole  widzenia 

przypominało tunel – zamazany na krawędziach niebieskawą mgiełką. Nie mógł wszystkiego 

widzieć i miał nawet problemy z jasnym myśleniem. Coś było strasznie nie w porządku. 

Widział róg pomieszczenia, kamienną ścianę, brukowaną podłogę, jakieś pajęczyny – w 

polu widzenia pojawiało  się coraz więcej  szczegółów. Spojrzenie pomknęło  mu gwałtownie 

w bok, choć nie dążył do poruszenia oczyma, głową, szyją czy ciałem. Było to bardziej, jakby 

świat zawirował wokół niego. Ktoś leżał na podłodze. 

Był to wielki mężczyzna z potężnie umięśnionymi rękoma i nogami. Miał na sobie kolczą 

tunikę podobną do tej Abdela i, również jak Abdel, długie, ciemne – niemal czarne – włosy. 

Leżał twarzą do ziemi. 

Wzrok Abdela pomknął nagle w przód i w dół i zauważył, że mężczyzna na podłodze jest 

szorstko obracany przez parę dłoni, które nie mogły do niego należeć – były zbyt małe, zbyt 

brudne. 

Mężczyzna  na  podłodze  był  bezwładny  –  martwy.  W  polu  widzenia  pojawiła  się  jego 

twarz i rysy były równie rozpoznawalne jak ciało. Abdel spoglądał na siebie. 

A  więc  był  martwy.  Był  martwy  i  unosił  się  ponad  swoim  ciałem.  Słyszał  wcześniej  o 

czymś takim, słyszał, że takie rzeczy się działy. 

Był  zdumiony  tak  wieloma  rzeczami.  Nie  był  pewien,  w  jakim  porządku  powinien  je 

wszystkie ustawić. Był martwy i nic nie czuł w tej kwestii. Jak reaguje się na bycie martwym? 

Jeśli był czymś rozczarowany, to tym, że nie wydostał Jaheiry i Imoen. Nie miał szansy, by 

pożegnać się z Jaheirą i nigdy nie dowie się, dlaczego Imoen była tutaj – oraz tego, co chcieli 

od niej ci ludzie, nie mówiąc już o tym, kim w ogóle byli. 

A więc to był koniec? Cały ten syn Bhaala i zbawca Wrót Baldura unosił się nad swoim 

stygnącym  ciałem  w  jakimś  zapomnianym  przez  bogów  domu  wariatów  na  wyspie,  której 

nikt  nie  trudził  się  nawet  nazwać?  A  ludzie  –  mądrzy  ludzie,  jak  Gorion  czy  Jaheira  – 

background image

uważali, że jest mu przeznaczone coś wielkiego. Czuł się jak głupiec, lecz co gorsza, czuł, że 

zrobił z nich głupców. 

Jego  wspomnienia  zaczęły  się  przejaśniać,  gdy  obserwował  dalej,  jak  jego  ciało  jest 

ciągnięte  za  stopy  po  szorstkiej,  brukowanej  podłodze.  Pamiętał,  jak  ostatni  raz  widział 

Jaheirę – i Imoen. Imoen tam była. 

Cofnął  się  myślami  w  przeszłość  i  wydarzenia,  które  wydarzyły  się  do  tego  momentu, 

odegrały się w jego umyśle, jakby oglądał je po raz pierwszy... 

 

* * * 

Ktoś zaskoczył go od tyłu. Był to Mal Cheirar. Koordynator uśmiechnął się na ten widok 

i  Abdel  był  pewien,  że  potykając  się  do  przodu,  usłyszał  śmiech.  Cios  w  tył  jego  głowy 

zabiłby  każdego  normalnego  człowieka,  lecz  Abdel  nie  tylko  przeżył,  lecz  zdołał  utrzymać 

świadomość. 

–  Bardzo  dobrze  –  powiedział  koordynator  dość  radośnie.  W  tym  samym  czasie  Mal 

Cheirar zaklął bez związku. 

Abdel  obrócił  się,  a  Mal  Cheirar  znów  go  uderzył.  Najemnik  zdołał  odtoczyć  się  pod 

ciosem, który był zdecydowanie mniej bolesny. Trafił Mala Cheirara pięścią w środek twarzy, 

miażdżąc piratowi nos. Na przedramię Abdela wytrysnęła krew i pirat zatoczył się o krok do 

tyłu,  później  następny,  lecz  zdołał  utrzymać  się  na  nogach.  Zza  niego  Abdel  usłyszał,  jak 

koordynator coś mówi, lecz słowa nie miały sensu. Abdel miał czas jedynie, by uformować w 

myślach słowo czar, zanim poczuł, jak dwa palce dotykają go w krzyż. 

Palce  były zimne oraz suche  i  Abdel zastanawiał  się, jak  może czuć  je tak dobrze przez 

kolczugę, którą miał na sobie. Dotyk stawał się coraz zimniejszy, rozlewając się mroźną falą 

po plecach Abdela. Odwrócił się z powrotem i poczuł, jak pierś ogarnia paraliż. Zatrzęsły mu 

się  kolana,  a  szczęka  zacisnęła  się  boleśnie.  Prawe  kolano  niemal  się  poddało,  podszedł 

jednak o krok do koordynatora i uniósł miecz. 

Dziwny  mężczyzna  odstąpił  do  tyłu  i  uśmiechnął  się.  Chłód  wciąż  zaciskał  się  na 

mięśniach  Abdela  i wojownik uznał, że gdyby tylko udało  mu  się otworzyć usta, zaczęłyby 

mu  dzwonić  zęby.  Poniekąd  obawiał  się,  że  szczęka  złamie  mu  się,  jeśli  będzie  tak  mocno 

ściśnięta. 

Pomimo  sztywności  w  mięśniach  podniósł  miecz  i  opuścił  go  mocno  na  koordynatora. 

Pomimo zastygłych mięśni miecz opadł wystarczająco szybko, by rozciąć mężczyznę na pół. 

Zamiast tego odbił się od jakiejś przeszkody przed uśmiechniętym magiem. Miał wokół siebie 

jakąś  niewidzialną  tarczę  i  gdy  miecz  osuwał  się  po  jej  powierzchni,  Abdel  miał  uczucie, 

jakby  to  była  wydłużona  kopuła,  jakby  mężczyzna  był  zamknięty  w  szklanym  dzwonie 

równie solidnym jak ze stali. 

Chłód zniknął raptownie i usta Abdela otworzyły się, wypuszczając oddech. Ręce wciąż 

miał  zesztywniałe,  jednak  były  teraz  znacznie  szybsze.  Abdel  obrócił  miecz  rozluźnionymi 

background image

palcami  i  opuścił  go  z  powrotem  na  koordynatora  –  tym  razem  znacznie  mocniej. 

Niewidoczna bariera wytrzymała i miecz odbił się od niej. Abdel usłyszał za sobą stąpnięcie i 

nie  zdawał  sobie  sprawy  że  Mal  Cheirar  tak  bardzo  zbliżył  się  do  niego,  dopóki  miecz  nie 

przemknął obok jego głowy i nie ugodził żeglarza wprawę oko. 

Mal Cheirar wrzasnął, a Abdel wzruszył ramionami, szczęśliwy z tej odrobinki szczęścia 

w tym, co stawało się denerwującym bezmiarem pecha. Na wpół ślepy żeglarz zatoczył się do 

tyłu i wypuścił sztylet, który brzęknął o zakrwawione kamienie podłogi. 

Spowodowało to, że koordynator zaśmiał się jeszcze głośniej i wciąż to robił, gdy Abdel 

spróbował znów go uderzyć, wpadając we frustrację, gdy miecz po raz kolejny został odbity. 

– Niech to – warknął Abdel. – Kim jesteś? 

–  Jestem  koordynatorem  –  zaśmiał  się  mężczyzna,  wskazując  wyraźnie,  że  uważał  ten 

tytuł za śmieszny. 

Abdel znów uderzył i tym razem było coś innego w sposobie, w jaki miecz odbił się od 

bariery. Był pewien, że klinga dotarła trochę bliżej koordynatora. 

Ich  oczy  spotkały  się  na  króciutki  moment  i  koordynator  wręcz  puścił  do  niego  oko,  w 

paskudny, podstępny sposób. Rozzłościło to Abdela. 

Warknął  ponownie  –  powodowało  to,  że  czuł  się  lepiej  –  i  podszedł  bliżej  do 

koordynatora.  Ciął  w  barierę  na  poziomie  talii  maga  i  ostrze  dotarło  dobre  siedem 

centymetrów bliżej. Koordynator wzruszył ramionami i wykonał jeden, następnie drugi krok 

w  tył,  po  czym  obrócił  się,  przeszedł  szybkie  cztery  kroki  i  zniknął  w  drzwiach.  Abdel 

podążał tak blisko za nim, że ledwo miał miejsce, by wymachiwać mieczem w szybko walącą 

się magiczną barierę. 

Przeszli do wąskiego, słabo oświetlonego korytarza i Abdel przystanął na pół kroku, gdy 

koordynator  wszedł  do  kolejnego  pomieszczenia.  Abdel  potrzebował  więcej  miejsca,  by 

dobrze się zamachnąć i usunąć w końcu barierę. Potrzebował odpowiedniej ilości miejsca, by 

pozbawić tego zadowolonego z siebie drania głowy. 

To co Abdel ujrzał w pomieszczeniu, sprawiło, że zatrzymał się gwałtownie. 

– Nie jesteś zbyt sprytnym młodym człowiekiem, prawda? – spytał koordynator. 

Abdel wiedział, że będzie musiał zabić w końcu tego mężczyznę, dał więc sobie sekundę 

czy  dwie,  by  upewnić  się,  że  nie  ma  zwidów.  Znajdowali  się  w  komnacie  o  stropie  na 

wysokości  przynajmniej  przewyższającej  spory  wzrost  Abdela.  Wisiały  z  niego  ciężkie 

łańcuchy z czarnego żelaza. Zawieszone na nich były klatki nie większe od trumien. Żelazne 

dziewice,  Abdel  słyszał,  że  tak  je  nazywano.  Były  prostymi,  stalowymi  klatkami,  w  liczbie 

około pół tuzina. Dwie z nich były zajęte. 

– Abdel! – Imoen zawołała z jednej z nich. – Abdel... co ty tu robisz? 

– Co ja... ? – zaczął pytać Abdel, po czym spojrzał na drugą klatkę, w której stała Jaheira. 

Jej twarz była zakryta kolejną z tych strasznych stalowych masek, które powstrzymywały ją 

background image

przed  mówieniem  –  albo  rzucaniem  czarów.  Jej  oczy  powiedziały  Abdelowi  wystarczająco 

wiele: była szczęśliwa, widząc go, lecz wciąż wystraszona. 

– Przyszedłeś prosto do mnie, synu Bhaala – powiedział koordynator. – A one mówiły, że 

nie będzie tobą tak łatwo manipulować. 

Abdel westchnął i zważył w ręce miecz. Zerknął jeszcze raz na Jaheirę, po czym błysnął 

uśmiechem do Imoen. 

– Obetnij mu głowę, Abdelu – zachęcała go. 

Zawsze pokładała w nim tak wiele wiary. Koordynator znów się roześmiał i rzekł – Och 

tak, zdecydowanie, Abdelu. Obetnij mi głowę. 

Abdel podniósł miecz, ocenił wzrokiem nieuzbrojonego mężczyznę i wykonał zwód, aby 

wydawało  się,  że  zamierza  posłuchać  koordynatora  i  Imoen.  Każdy  –  nawet  wyszkolony 

wojownik – zareagowałby na taki zwód w pewien sposób. Właśnie z tego powodu Abdel go 

spróbował. Reakcja koordynatora na fałszywy atak powie Abdelowi, jak zareagowałby on na 

prawdziwy  i  będzie  można  ustalić  odpowiednią  taktykę.  Jedyną  rzeczą  której  Abdel  nie 

przewidział, było to, że mężczyzna nie okaże żadnej reakcji. 

Jestem tutaj – koordynator powiedział z sarkazmem. 

Niech więc tak będzie. Abdel odwzajemnił uśmiech dziwnego mężczyzny i ustawił swój 

ciężki miecz przed sobą. Podszedł w stronę przeciwnika, wykonując ostrzem szybkie ósemki. 

Oczy koordynatora obracały się w jego głowie, podążając za klingą, jednak nie podejmował 

działań,  by  rzucić  czar.  Z  mroźnego  dotyku  i  niewidzialnej  bariery  Abdel  wiedział 

wystarczająco dobrze, że ten mężczyzna był jakimś rodzajem maga. Był nieuzbrojony, to nie 

oznaczało  jednak,  że  nie  był  śmiercionośny.  Mimo  to,  polegając  na  swoim  sporym 

doświadczeniu,  Abdel  wiedział,  że  czary  są  zawsze  poprzedzone  przez  pewną  dozę 

mruczenia,  wymachiwania  rękoma  i  rozrzucania  dziwnych  kawałków  tego  czy  tamtego. 

Koordynator nie wykonywał żadnych takich ruchów. 

Uderzyło  Abdela,  że  choć  Imoen  i  Jaheira  były  zamknięte  w  górze,  w  żelaznych 

dziewicach, miał je obydwie tutaj. Ten mężczyzna nic już dla niego nie znaczył – nie żywy. 

Wszystkim  co  mógłby  ewentualnie  zrobić,  byłoby  wyjaśnienie,  dlaczego  kobiety  były  tutaj, 

dlaczego wmanipulował go, aby przyszedł im pomóc. Abdel czuł pewną dozę przekonania, że 

Jaheira  będzie  znała  odpowiedzi  na  przynajmniej  część  z  tych  pytań,  a  nawet  jeżeli  nie, 

Abdela  to  tak  naprawdę  nie  obchodziło.  Wystarczyło  założyć,  że  ten  koordynator  – 

kimkolwiek tak naprawdę był – był następnym w kolejce rozmaitych geniuszów zła, dążących 

do  dominacji  nad  światem,  którzy  z  jakiegoś  powodu  sądzili,  że  wyjątkowe  pochodzenie 

Abdela może im pomóc stać się cesarzami całego Faerunu. 

Rozważywszy to wszystko, Abdel uznał, że zabije po prostu tego mężczyznę i skończy z 

tym wszystkim. 

Abdel  zaatakował  szybko  i  trzymał  oczy  zamknięte  w  oczekiwaniu  na  nagły  strumień 

krwi.  Krew  nie  pojawiła  się  i  Abdel  poczuł,  jak  marszczą  mu  się  brwi.  Koordynator,  wciąż 

background image

uśmiechając  się,  odchylił  się  po  prostu  w  tył  przed  wirującym  czubkiem  ciężkiego  ostrza 

Abdela. W odpowiedzi Abdel zakręcił klingą szybciej, rozszerzając łuk do dołu. 

Wciąż  uśmiechając  się  koordynator  cofnął  się,  postawił  z  powrotem  stopę  i  niemal 

zatańczył  do  tyłu  na  gładkiej,  kamiennej  podłodze  wielkiego  pomieszczenia,  ciągle 

utrzymując  ciało  centymetr  od  ostrza.  Abdel  nigdy  nie  widział,  by  ktoś  poruszał  się  tak 

szybko. W polu widzenia Abdela błysnęło coś żółtego i samą siłą woli spowodował, że jego 

miecz zaczął poruszać się szybciej, dopóki nie znajdowała się przed nim jedynie niewyraźna, 

szara mgła. 

Na twarzy koordynatora pojawiło się wyraźne zatroskanie  i  Abdel  nabrał otuchy.  Wargi 

mężczyzny rozstąpiły się, wypowiedział tylko jedno słowo, proste słowo, i zniknął. 

– Za... – wrzasnęła Imoen. 

Abdel  obrócił  się  tak  szybko,  że  niemal  samemu  sobie  obciął  głowę.  Pozwolił,  by  jego 

ostrze  zwolniło  zaledwie  na  tyle,  by  mógł  wyraźniej  widzieć.  Na  przeciwległym  końcu 

wielkiej  komnaty  stał  koordynator,  niewiele  więcej  niż  tylko  zarys  w  falującym  świetle 

pochodni. 

– ... tobą! 

W  przeciągu  czasu  potrzebnego  by  mrugnąć,  Abdel  spojrzał  na  Jaheirę,  z  powrotem  na 

koordynatora  –  który  po  prostu  tam  stał  –  i  podjął  decyzję.  Zaczął  biec  do  koordynatora, 

wymachując  z  boku  mieczem  i  wywołując  delikatne,  przenikliwe  świszczenie  w  powietrzu. 

Zerknął  znów  na  Jaheirę  i  jej  oczy  zdradziły  zakłopotanie,  lecz  również  poziom  zaufania. 

Nagle zaczął mieć nadzieję, że będzie zdolny na nie zasłużyć. 

–  To  prawda  –  powiedział  koordynator,  a  jego  głos  odbił  się  echem  po  wielkim 

pomieszczeniu. – Chodź i weź mnie, zbirze. 

Abdel  podskoczył  raz,  później  następny,  a  koordynator  zmarszczył  brwi.  Najemnik 

wyskoczył  wysoko  w  powietrze  mniej  więcej  w  połowie  drogi  od  miejsca,  w  którym  stał 

koordynator. Dziwny mężczyzna wydał z siebie warkotliwy śmiech i zaczął biec do Abdela, 

najwyraźniej zamierzając spotkać się z nim gdzieś pośrodku. 

Abdel  trafił  w  dno  żelaznej  dziewicy  Jaheiry  wystarczająco  mocno,  by  ją  rozbujać. 

Jaheira obiła się o chłodne, żelazne pręty z siłą, która ją posiniaczyła, a Abdel wisiał na lewej 

ręce,  trzymając  swobodnie  miecz  w  prawej.  Koordynator  był  prawie  pod  nim,  gdy  zaczął 

mamrotać jakąś inkantację. 

Gotów na wszystko Abdel podniósł z powrotem rękę i przełożył miecz. Spojrzał w górę, 

skupił się w  myślach  na kołyszącej się kłódce klatki  i wszystko stało się czarne. Podciągnął 

się  tak  szybko,  że  mięśnie  na  barku  wykręciły  się  boleśnie.  Nie  widział  zamka  i  nie  mógł 

ryzykować uderzenia w niego na ślepo. Mógłby zranić, a nawet zabić Jaheirę. 

– To było proste – z dołu dobiegł kpiący głos koordynatora. 

Wiedząc,  że  znajduje  się  jedynie  niecałe  trzy  metry  nad  podłogą,  Abdel  puścił  się  po 

prostu i spadł. Dotknął posadzki  stopami  i trzymał  miecz przed twarzą, ostrzem równolegle 

background image

do  podłogi,  by  zablokować  wszelkie  próby  mające  na  celu  roztrzaskanie  mu  czaszki. 

Ciemność była absolutna. Nie mógł widzieć ostrza, które musiało znajdować się na szerokość 

dłoni od jego twarzy. Nie mógł widzieć swoich stóp, nie widział nawet czubka nosa. 

–  Abdel...!  –  wrzasnęła  Imoen.  Dźwięk  jej  głosu  –  wzburzonego,  niecierpliwego, 

niedojrzałego  –  wzbudził  w  nim  silną  nostalgię  za  prostszymi  czasami,  spędzanymi  w 

bezpiecznym Candlekeep. Co ona tu robiła? 

– Abdel, nie widzę cię! 

Z góry dobiegł przytłumiony dźwięk i Abdel uznał, że Jaheira stara się powiedzieć mu to 

samo.  Mogła  mu  mówić,  by  spróbował  zaryzykować,  nawet  raniąc  ją  jeśli  istniała  jakaś 

szansa, by ją wydostać. 

– Przybyłeś tu dokładnie wtedy, kiedy chciałem – powiedział koordynator, a jego głos za 

bardzo  odbijał  się  echem,  by  Abdel  mógł  z  jakąś  pewnością  określić  jego  pozycję  w 

absolutnej  ciemności.  –  Możesz  wymachiwać  swoim  mieczem  dookoła,  a  nawet  uwolnić 

panie z ich klatek, ale nie możesz mnie zabić i nie możesz się stąd wydostać. Posłużysz moim 

potrzebom,  nawet  jeśli  będziemy  musieli  chwilę  się  pobawić,  zanim  tak  się  stanie.  Mam 

trochę czasu. 

Było  to  trzy  lata  temu,  w  Ryczącym  Brzegu,  kiedy  to  Abdel  dołączył  do  karawany 

kupieckiej  zmierzającej  do  Kheldrivver.  Przydzielono  mu  zadanie  strzeżenia  wozu  pełnego 

wyśmienitego  wina.  Była  to  dość  łatwa  praca  –  kto  kradłby  wino  pomiędzy  Ryczącym 

Brzegiem  a  Kheldrivver.  Cóż,  nadzorca  karawany  zapomniał  wspomnieć  o  pewnej  grupie 

kapłanów Selune, z której świątyni zostało skradzione owo wino. Kapłani spadli na karawanę 

na wysokiej przełęczy w Trollowych Wzgórzach. Jeden z czarów, jakich użyli tamtego dnia, 

wydawał  się  teraz  znajomy  Abdelowi.  Na  wóz  opadła  kula  mroku.  Wtedy  Abdel  zdołał 

wyczołgać się ze sfery ciemności, która kończyła się – na szczęście dla Abdela – kilkanaście 

centymetrów  od  krawędzi  stromego  urwiska.  Zakładając,  że  ten  czar  był  podobny,  a  całe 

pomieszczenie nie było ciemne, Abdel wybrał kierunek i pobiegł. 

Przez  odgłos  własnych  kroków  Abdel  usłyszał  jak  koordynator  mówi  –  Chodź  więc  i 

zgiń. Nie jesteś jedyny. Wiem, że pytasz się dlaczego, dlaczego Imoen. 

Abdel potknął się, niemal zatrzymał, ale parł dalej. Nieco później wyłonił się z ciemności, 

a koordynator odsunął się dalej. 

Abdel stanął wtedy, poprawił chwyt na mieczu i spytał – Kolejne kłamstwa? 

Koordynator wzruszył ramionami, uśmiechnął się i wskazał na żelazną dziewicę, w której 

wciąż była uwięziona Imoen. 

– Co tu się dzieje, Abdelu? – dziewczyna zapytała niecierpliwie. 

Koordynator  roześmiał  się  i  rzekł  –  Nie  jesteś  jedyny,  chłopcze.  Ona  też  ma  krew.  Ma 

krew Bhaala i wszystkim, czego potrzebuję, jest jedno z was. Choć wolałbym oboje. 

–  To  kłamstwo  –  powiedział  Abdel.  Nie  mógł  powstrzymać  się  przed  spojrzeniem  na 

Imoen, która była po prostu zdumiona, zmęczona, brudna i wystraszona. 

background image

– Abdelu? – spytała cicho. 

Koordynator  powiedział  coś,  co  Abdel  uznał,  że  mogło  brzmieć  „poza  naczyniem”, 

cokolwiek to znaczyło, jednak reszta była niezrozumiała. Wiedząc, że mężczyzna rzuca jakiś 

czar, Abdel nie miał wyboru, musiał biec do niego w nadziei, że dotrze, zanim czar zostanie 

wypuszczony. 

Był blisko. 

 

* * * 

Ktokolwiek ciągnął ciało Abdela, wsadzał je do żelaznej dziewicy. 

Dźwięk  zaczął  stawać  się  wyraźniejszy  i  Abdel  mógł  usłyszeć  przytłumiony  głos,  który 

mógł należeć do Jaheiry – wciąż zamaskowanej. Zawiódł ją. Och, jakże ją zawiódł! 

Osoba,  która  pakowała  jego  ciało  do  klatki,  wydawała  się  stać  poza  punktem  w 

przestrzeni,  w  którym  unosiła  się  nieśmiertelna  dusza  Abdela.  Abdel  próbował  mówić,  nie 

mógł jednak znaleźć niczego, co odczuwałby jako usta. Ujrzał, jak krew kapie z tyłu na jego 

martwe ciało. 

Klatka z jego zwłokami została zamknięta i Abdel zastanawiał się, dlaczego ktoś miałby 

się  trudzić  zamykaniem  nieżywego  ciała  w  żelaznej  dziewicy.  Dłonie  nie  należały  do 

koordynatora. Były zbyt szorstkie i zbyt brudne. Pociekło jeszcze trochę krwi i Abdel uznał, 

że tą osobą musi być Mal Cheirar, wciąż krwawiący ze zranionego przez Abdela oka. 

Jeśli to był Mal Cheirar, Abdel uznał, że jego dusza musi unosić się gdzieś w okolicach 

piersi smrodliwego pirata. 

Dłonie  przesunęły  się  na  łańcuch  i  zaczęły  ciągnąć  go  powoli,  wyraźnie  walcząc  z 

ciężarem. Żelazna dziewica była podciągana. 

– Możesz mnie słyszeć, Abdelu rozbrzmiał głos koordynatora. Wydawał się przemawiać 

z dna studni – czy też to Abdel był na dnie studni? – Wkrótce umieszczę cię z powrotem w 

ciele, synu Bhaala. Musisz być cały, by mi służyć. Musisz czuć każde bezcenne ukłucie. 

background image

Rozdział dziesiąty 

Zwyczajne, zasadniczo szczęśliwe życie Imoen stało się przez ostatni dekadzień  lub coś 

około tego piekłem, które zmieniało swą naturę pomiędzy nudą, bólem a przerażeniem. W tej 

chwili w grę wchodziło to ostatnie. 

Abdel pojawił się raczej nagle i kiedy to zrobił, ulga, jaką poczuła, niemal dorównywała 

intensywnością  orgazmowi.  Z  pewnością  czekała  wystarczająco  długo,  by  ten  tak  zwany 

bohater  z  Wrót  Baldura  przyszedł  i  ją  uratował.  Jego  nowa  dziewczyna  na  niewiele  się 

przydawała,  stanowiła  jedynie  przykład,  jak  można  wyrosnąć  na  wyniosłą  i  nieskuteczną. 

Koordynator – nazywał  się Irenicus,  imieniem które najwyraźniej  sam  dla  siebie  stworzył – 

był  bełkoczącym  lunatykiem  ze  znośną  władzą  nad  magią,  jego  ego  wymykało  się  jednak 

zdecydowanie kontroli, a w zżartej przez robaki psychice były głęboko wyryte złudzenia, nic 

więc dziwnego, że nie był w stanie zdobyć się na więcej niż tylko powolne, urywane brednie. 

Żelazna  dziewica  wywoływała  ból,  podobnie  jak  skórzany  kołnierz,  łańcuchy,  liny, 

chwytanie  oraz  zimne  palce  jednego  wampira  za  drugim.  Rzadko  je  karmiono,  a  gdy  to  już 

nastąpiło,  dostawały  breję  przygotowaną  najwyraźniej  przez  kucharza  cierpiącego  na 

połączenie urazu głowy oraz poczucia humoru. 

Abdel zaatakował z jaśniejącym mieczem, ale udało mu się dać się zabić. Zrobił to kilka 

kroków po wyjściu z kręgu ciemności  i został zatrzymany przez inny czar. Imoen widywała 

już  wcześniej,  jak  paru  ludzi  umierało.  Reginald  o  Szerokiej  Talii,  mnich,  którego  znała 

przelotnie, umarł na atak serca w sekundy po tym, jak wpadł na nią, gdy się kąpała. Zawsze 

brała  to  osobiście.  Yorik  –  kolejny  mnich  –  spadł  z  czubka  kaplicy  Oghmy,  choć  nikt  nie 

wiedział,  po  co  on  tam  w  ogóle  wszedł.  Wszelkie  próby  przywrócenia  życia  do  jego 

połamanego  ciała  zawiodły,  prowadząc  wielu  z  Candlekeep  do  przekonania,  że  z  jakiegoś 

powodu Oghma chciał jego śmierci. To był spory bałagan. 

Śmierć Abdela zdecydowanie bardziej przypominała Reginalda niż Yorika. Jego ciało po 

prostu zostało opuszczone. 

Imoen pociągnęła nosem, gdy uświadomiła sobie, że on nie żyje. Od razu zaczęła po nim 

rozpaczać i jednocześnie na niego narzekać. To był potężny Abdel? Najemnik par excellence

background image

który pokonał Sarevoka, syna Bhaala i ocalił Wybrzeże Mieczy przed latami krwawej wojny? 

Irenicus  był wyraźnie  magiem,  a  mimo to Abdel  po prostu rzucił  się  na  niego, wymachując 

mieczem.  Imoen  musiała  przyznać,  przynajmniej  przed  sobą,  że  Irenicus  tak  naprawdę 

poszedł mu na rękę. To był wyraźnie jakiś czar śmierci. Czarodzieje mieli bardziej twórcze, 

dramatyczniejsze, boleśniejsze, dłuższe i bardziej upokarzające sposoby zabijania innych. 

Taa, miał szczęście. 

Później  Irenicus  powiedział  martwemu  ciału  Abdela,  że  tak  naprawdę  nie  jest  martwe  i 

jego cuchnący sługus zamknął Abdela w następnej żelaznej dziewicy. 

Dało to Imoen kolejny promyk nadziei, choć tym razem był on raczej mniej obiecujący. 

Został zamknięty niczym ona i Jaheira, jeśli jednak żył, przynajmniej będą mieć jakąś szansę. 

Widywała,  jak  wyginał  metal,  który  był  mocniejszy  i  grubszy  niż  pręty  wiszących  klatek. 

Nieważne  jak  potężne  były  jego  czary,  Irenicus  nie  będzie  miał  szans,  jeśli  Abdel  zdoła 

zbliżyć się do niego z pięścią lub klingą. 

Była też ta sprawa z byciem sekretną lub przyrodnią siostrą Abdela. Nie chodziło o to, że 

potrzebowała  dowodu,  iż  Irenicus  oszalał  dawno  temu,  jednak  była  to  ułuda,  która  w ogóle 

nie  miała  sensu.  Zawsze  wiedziała,  że  została  adoptowana,  że  miły,  stary  karczmarz, 

nazywający się Winthrop, nie był jej prawdziwym ojcem. W Candlekeep było wiele sierot – 

po prostu mnisi robili takie rzeczy. 

Słyszała,  że  Abdel  był  synem  jakiegoś  nieżywego  boga,  ale  czy  to  znaczyło,  że  każda 

sierota tak miała? To czyniłoby z Candlekeep zbiorowisko półbogów. 

Poza  tym,  gdyby  była  córką  jakiegoś  nieżywego  boga,  czy  nie  miałaby  jakichś  mocy? 

Powinna  być  przynajmniej  zdolna  uwodzić  kobiety  –  bogowie  to  robią,  czyż  nie?  Powinna 

być w stanie podnosić głazy, wytrzymać dech smoka (na szczęście nigdy nie miała okazji, by 

to  wypróbować),  a  przynajmniej  robić  jedną  rzecz,  która  wykraczałaby  poza  zwyczajne 

zdolności śmiertelnych ludzi. 

Imoen była śmiertelna. 

Dawno  temu  przestała  zadawać  pytania.  Irenicus  niemal  zawsze  nie  odpowiadał  ani 

słowa,  a  kiedy  to  robił,  było  to  zazwyczaj  jakieś  sarkastyczne  dziwactwo,  które  nic  jej  nie 

mówiło i wydawało się być przeznaczone albo by wzbudzić w niej większą ciekawość, albo 

by  jej  pogorszyć  samopoczucie.  Imoen  ani  nie  była  zaciekawiona,  ani  nie  miała  złego 

samopoczucia, tak więc te próby szybko stały się męczące. 

Sytuacja się jednak nagle zmieniła i po prostu nie mogła nic na to poradzić. 

– Kiedy zamierzasz przywrócić go do życia? – zażądała odpowiedzi. – Zrób to! 

Irenicus zatrzymał się i spojrzał na nią. Ich spojrzenia spotkały się, puścił oko i wrócił do 

swoich spraw. 

Mężczyźni, pomyślała Imoen. Dranie. 

 

* * * 

background image

Z  zaledwie  minimalnym  zainteresowaniem  Imoen  obserwowała  przygotowania  do 

rytuału. Ten dziwny mężczyzna zajmował się swoją dziwną pracą – pracą, która z pewnością 

zakończy  się  jej  śmiercią.  Zapamiętywanie  szczegółów  i  niuansów  nie  pomogłoby  jej  uciec 

ani  nie  utrzymałoby  jej  przy  życiu,  postanowiła  więc  spędzić  swą  ostatnią  godzinę,  lub  coś 

koło tego, starając się odnaleźć drogę wyjścia z wiszącej klatki. 

Pomieszczenie było oświetlone pochodniami, później zapalono świece, następnie jeszcze 

więcej świec, po czym piecyki z gorącymi węglami, które powodowały taki upał, że lał się z 

niej  pot.  Widziała  jak  druga  kobieta  –  kobieta  Abdela  –  również  szuka  słabych  punktów  w 

prętach lub podłodze swej klatki i żadnych nie znajduje. Ona też się pociła. Abdel, teraz nagi i 

odzyskujący  oraz  tracący  –  głównie  tracący  –  przytomność,  był  pokryty  potem.  Nawet  na 

chwilę  nie  otworzył  oczu,  a  gdy  ludzie  Irenicusa  przesuwali  go,  pozwolił  im  na  to, 

nieświadomy tego, co mieli dla niego w zanadrzu. 

Kiedy  zaczęły  się  śpiewy,  Imoen  była  bardziej  zirytowana  niż  wystraszona.  Nie  był  to 

zbyt przyjemny dźwięk. Wydawało się, że ciągnął się przez całe dnie, a z pewnością godziny. 

Poruszyli  jej klatkę  i wszystkim co  mogła robić, było wyginać  się,  jednocześnie  starając  się 

pozostać poza  ich zasięgiem  i utrzymywać klatkę w ruchu. Nie  była zbyt ciężka,  nie  mogła 

więc niczego utrzymać w ruchu. Mężczyźni którzy pomagali Irenicusowi, byli szaleni – co do 

jednego byli bełkoczącymi lunatykami – i paskudnie śmierdzieli. Niektórzy z nich spoglądali 

na nią z niewątpliwą żądzą w oczach i nie była w stanie nic poradzić na to, że sama na sobie 

sprawia wrażenie tym, że udaje jej się powstrzymywać wymioty. 

Przysunęli  ją  blisko  Abdela  –  wystarczająco  blisko,  by  wiedziała,  że  jeśli  się  obudzi, 

będzie  w  stanie  ocalić  ich  wszystkich.  Był  dźwięk  –  śpiew,  mamrotanie,  mruczenie  i 

bełkotanie – i światło, ciepło oraz rozdzierający, palący ból. Imoen pamiętała, jak słyszała, że 

krzyczy, następnie wybucha śmiechem, a później zalewa się łzami. 

Irenicus powiedział coś, co brzmiało jak – To się dzieje. To naprawdę się dzieje. 

Wzrok  Imoen  zamglił  się,  przeszedł  w  kolor  żółty,  po  czym  stał  się  czulszy.  Ujrzała 

szczegóły  w  kamieniach,  jednak  nie  mogła  zrozumieć,  co  widzi.  W  jednej  z  cegieł  w 

przeciwległym  końcu  pokoju  było  pęknięcie  albo  jakiś  ogromny  kanion  widziany  z 

kilometrów  na  niebie.  Irenicus  zaśmiał  się  i  jej  spojrzenie  znów  stało  się  żółte.  Usłyszała 

krzyk Abdela i jej ciało zarumieniło się, stało się ciepłe, mokre, po czym napięło się. 

Wszystkie  zmysły  zniknęły  w  tej  samej  chwili  i  była  świadoma  tylko  jednej  rzeczy. 

Chciała zabijać. Pragnęła tego. Śmierć, Mord. Ból. 

Chciała  odnaleźć  jedną  najcenniejszą  osobę,  najbardziej  ukochaną  przez  wszystkich,  i 

chciała ją zabić – zabić go – zabić ją. Chciała sprawić, by ktoś płakał. Chciała czuć, jak ciepłe 

mięso wykręca się w jej palcach, podczas gdy ofiara – jej ofiara – wrzeszczy i wije się w jej 

uchwycie. Chciała, by krew pryskała jej na twarz, do jej ust, na jej piersi i całe ciało. Chciała 

zanurzyć się we krwi i kąpać we wrzaskach. 

background image

Sama  wrzeszczała  w  nieprzeniknioną  ciemność  za  jej  oczyma.  Było  to  jedno  słowo, 

słowo, które nigdy nic dla niej nie znaczyło – Ojcze! 

Jej głos  był w  błędzie, całe  jej ciało  było w  błędzie. Słyszała obok siebie coś, co mogło 

być  lwem,  smokiem  albo  krzykiem  boga  mordu  pogrążonego  w  szale  i  bólu  i  dźwięk  ten 

dodał jej energii. Jej dłonie były większe – wszystko było teraz większe i klatka nie mogła jej 

pomieścić. Nawet nie pamiętała, że jest w klatce. 

Męski  głos  powiedział  ...za  dużo,  następnie  ...za szybko,  nie  mogę...  i  rozległa  się  seria 

stuknięć,  które  spowodowały,  że  Imoen  westchnęła  z  wypaczoną,  złą  przyjemnością  i 

wyrwała się ze swojej klatki z szybkością, o której myślała, że nie jest w stanie osiągnąć. 

Dotarł  do  niej  cienki  głosik,  niczym  dziecięce  wołanie  w  dziczy,  i  rozpoznała  go  jako 

swój własny. 

– Czym się stałam? – spytała siebie i istota, którą się stała, odrzuciła to pytanie na bok, by 

zamiast  tego  posmakować  głowy  mieszkańca  azylu.  Mózg  eksplodował  jej  w  ustach  i  był 

dobry. 

Przez  szaloną,  żółtą  mgłę  ujrzała  błysk  światła,  po  czym  usłyszała,  jak  ktoś  mówi  – 

Zostawił  nas!  Zostawił...  –  i  znów  się  pożywiała,  a  krew  była  gorąca  i  doskonała.  Chciała 

więcej, więcej, więcej! 

background image

Rozdział jedenasty 

Jaheira siedziała w rogu i próbowała przestać krzyczeć. Zajęło jej to niemal godzinę. 

Widywała już wcześniej takie rzeczy – subtelne wariacje czarów, które zmieniają kształt, 

istotę lub wygląd osób. Sama przechodziła przez podobne transformacje, przybierając postać 

zwierząt  w  toku  swego  druidycznego  szkolenia.  Czary  jej  nie  szokowały.  To,  co 

ponadnaturalne  niepokoiło  ją,  lecz  rzadko  zdumiewało.  Była  również  świadkiem  rytuałów, 

przeszła nauki na temat religii Faerunu i znała liczne sposoby, za pomocą których ludy czciły 

swych  bogów. Kiedy rytuał  zaczynał  się, wiedziała, czego  mogła oczekiwać – wszystkiego. 

Nie była jednak mimo wszystko przygotowana na to, co zobaczyła. 

Wokół  niej  bogowie  chodzili  po  jak  najbardziej  rzeczywistej  ziemi.  Sama  odwiedziła 

jedno  z  takich  miejsc.  Bogowie  byli  rzeczywiści.  Przy  wielu  okazjach  czuła,  jak  przepływa 

przez nią moc Mielikki i wiedziała, jak przyzywać wolę bogini, by czynić niezwykłe, piękne 

rzeczy. 

To,  czego  doświadczyła,  nie  było  ani  niezwykłe,  ani  piękne.  Było  po  prostu 

nieprawidłowe. 

Abdel i Imoen przemienili się w potwory. 

Jaheira  nie  lubiła  tego  słowa:  potwory.  Wyrażało  brak  szacunku.  Co  czyniło  jedno 

stworzenie  zwierzęciem,  a  inne  potworem?  Czy  potworami  były  zwierzęta  nowe, 

niebezpieczne,  zagrażające  ludziom?  Potwory  zachowywały  się  jak  zwierzęta,  czyż  nie? 

Kiedy były głodne, jadły. Nazywanie czegoś potworem czyniło to coś łatwiejszym do zabicia. 

Nienawidziła nazywać czegokolwiek potworem, jednak to właśnie Irenicus stworzył w swoim 

podziemnym piekle. Potwory. Te stwory wzbudzały odrazę, były nienaturalne. 

Irenicus  zrobił  to  celowo.  Rytuał  miał  na  celu  przekształcić  ich.  Zrobił  to  celowo,  ale 

Jaheira widziała – nawet obłąkani pomocnicy Irenicusa to widzieli – że posunął się za daleko. 

Stworzył te istoty z Abdela i Imoen, ale nie był w stanie ich kontrolować. 

Zwierzęta  zabijały  każdego  dnia,  by  się  żywić  lub  chronić  swoje  młode.  To  była  część 

łaski  Mielikki  –  naturalny  porządek  rzeczy.  Tu  było  inaczej.  Te  istoty  zabijały  z  powodu 

background image

zabawy,  jaką  im  to  dawało  –  złej  przyjemności,  której  nie  było  w  stanie  doświadczyć  nic 

naturalnego. 

Tak więc Irenicus stworzył te istoty i patrzył zaskoczony, jak uciekają ze swoich klatek, 

zabijając  jego  sługi.  Wymamrotał  szybki  czar  i  zniknął  na  sekundy  wcześniej,  nim  stwór, 

który był Abdelem, rozerwał go na strzępy. 

Zabili szaleńców, po czym zaczęli wracać do swoich normalnych postaci. Nie stało się to 

od razu. Zła siła oddawała kontrolę powoli i z wielkim oporem. Jaheira wiedziała, że przeżyła 

dzięki  czystemu  szczęściu.  Wiedziała,  że  Abdel  ją  kocha  i  nigdy  nie  chciałby  dobrowolnie 

ujrzeć, jak dzieje się jej jakaś krzywda, był jednak całkowicie przemieniony i owa miłość nie 

mogła jej chronić – to nie mogła być ona. To musiało być szczęście. 

Kiedy  wrócili  do  normalności  i  wydostali  ją  z  klatki,  pierwszą  rzeczą  jaką  zrobili,  było 

opuszczenie tego pomieszczenia. Znajdowali się w domu wariatów na wyspie przy wybrzeżu 

Athkatli – tyle powiedział  im  Abdel –  jednak  miejsce wydawało się  nieskończoną plątaniną 

korytarzy  i pomieszczeń, komnat  i tuneli,  i po chwili się zgubili. Było to najgorsze  miejsce, 

jakie Jaheira kiedykolwiek widziała, i nawet z przywróconym, normalnym choć zmęczonym i 

zakłopotanym Abdelem u boku bała się, co może się znajdować za każdym rogiem. 

Jedyną rzeczą o której mogła myśleć poza strachem, było proste pytanie: dlaczego nie ja? 

Irenicus przekształcił Abdela i Imoen, ale dlaczego nie ją? Być może była następna, a Irenicus 

przeraził się, zanim się do niej zabrał. Abdel i Imoen zostali jednak przemienieni tym samym 

rytuałem, dlaczego więc bez niej? Tylko dwoje naraz? Czy zaklęcie miało ograniczenia? Czy 

też  chodziło  o  coś  innego?  Abdel  miał  w  swoich  żyłach  krew  martwego  boga  mordu.  Dość 

łatwo  było  wysunąć  przypuszczenie,  że  miało  to  coś  wspólnego  z  tym  wszystkim,  ale  co  z 

Imoen?  Co  się  działo  i  dlaczego  ten  mężczyzna  to  robił?  Dlaczego  ktoś  miałby  tworzyć 

takiego potwora, zwłaszcza jeśli nie mógłby go kontrolować? Dlaczego? 

 

* * * 

– Miałem nadzieję, że będziesz wiedziała – odpowiedział Abdel. 

Jaheira niemal roześmiała się i odwróciła wzrok. 

–  Po  prostu  chcę  stąd  wyjść,  dobrze?  –  rzekła  Imoen,  trzymając  trzęsące  się  ręce  przy 

dygoczącym ciele. 

– Nawet nie chcę już wiedzieć, co tu się dzieje – przyznał Abdel. – Nie chcę wiedzieć, co 

on  chciał  uzyskać,  robiąc  nam  to,  co  zrobił.  Jeśli  go  znajdziemy,  sam  go  zabiję.  Jeśli  nie, 

wszystko będzie dla mnie w porządku, gdy tylko wydostaniemy się z tego domu wariatów i 

wrócimy do Wrót Baldura. Chcę w końcu wieść normalne życie, niech to. 

– Taa – mruknęła Imoen. – To możliwe. 

Abdel skrzywił się, lecz nic nie powiedział. 

background image

–  Ten  Irenicus  czegoś  chce  –  powiedziała  Jaheira,  gdy  okrążyli  kolejny  zakręt  w 

wydawałoby  się  nie  kończącym  się  łańcuchu  rogów  w  krętym  labiryncie  domu  wariatów. – 

Po prostu nie możemy mu pozwolić... 

Coś  uderzyło  ją  w  głowę  i  Abdel  ujrzał,  jak  obraca  się,  walczy  krótko  o  zachowanie 

przytomności,  po  czym  pada  na  podłogę  ciemnego  pomieszczenia.  Istota,  która  zraniła 

Jaheirę,  wyskoczyła  z  komnaty  na  korytarz  i  sięgnęła  po  Imoen.  Dziewczyna  uchyliła  się 

dzięki czystemu instynktowi, a Abdel był wystarczająco blisko, by chwycić stwora za ramię. 

Abdel ugodził istotę pięścią w twarz i trafił w płaski, świński nos. Czuł szorstką skórę i 

krawędź grubego kła. Minęło trochę czasu, odkąd Abdel miał okazję uderzyć orka w twarz i, 

zważywszy  na  wszystko,  czuł  się  z  tym  dobrze.  Stwór  przewrócił  się  i  z  jego  ręki  wypadł 

szeroki, prosty miecz, spadając z brzękiem na podłogę. Abdel podniósł go. 

Minotaur  zaatakował  go  w  chwili,  gdy  Abdel  przeszedł  przez  próg  słabo  oświetlonego, 

ciasnego  pomieszczenia.  Zaatakował  nisko,  celując  Abdelowi  w  brzuch,  jednak  wielki 

najemnik odbił z łatwością topór byczogłowego giganta za pomocą miecza orka. Zastawa ta 

zmusiła  Abdela  do  wejścia  dalej  niż  zamierzał,  i  minotaur  wykorzystał  to  z  zaskakującą 

szybkością, mierząc w szyję Abdela. Najemnik wypuścił gwałtownie i z sykiem powietrze, po 

czym  obrócił  się  w  tył  i  na  bok,  boleśnie  naciągając  sobie  zmęczony  mięsień  na  grzbiecie. 

Minotaur  próbował  pchnąć  go  w  serce  i  Abdel  musiał  sparować  z  większą  siłą,  niż  był 

przyzwyczajony.  Obracając  niewygodnie  łokieć,  poluźnił  uchwyt  na  mieczu  wystarczająco, 

by pozwolić minotaurowi złapać za rękojeść broni i wręcz wyciągnąć ją Abdelowi z dłoni. 

Choć Abdel nie mógł powstrzymać przeciwnika przed rozbrojeniem go, ugodził mocno i 

szybko  łokciem  w  podbródek  napastnika.  Cios  spowodował,  że  stwór  zachwiał  się  i  klinga 

wypadła również z jego ręki. Miecz brzęknął o podłogę. 

Abdel  ciągnął  dalej  ten  ruch,  pochylając  się  do  przodu  i  sięgając  po  leżącą  broń. 

Minotaur, sam nie będąc w stanie jej chwycić, kopnął ją wystarczająco szybko, by przejechała 

po  kamieniach  podłogi  z  przenikliwym  metalicznym  zgrzytem.  Zatrzymała  się  nieco  ponad 

centymetr od czubków palców Abdela. 

Najemnik  zaklął  i  musiał  porzucić  ostrze,  aby  uchylić  się  przed  skierowanym  w  dół 

cięciem  stwora.  Minotaur  znów  kopnął  i  miecz  wślizgnął  się  pod  płachtę,  która  zwisała  z 

jakiegoś podobnego do łóżka stołu. 

Abdel odsunął się gwałtownie, a wciąż częściowo oszołomiony minotaur pozwolił mu się 

oddalić.  Najemnik  przyjrzał  się  szybko  ciasnemu  pomieszczeniu  i  jego  zawartość  go  w 

równym stopniu zaniepokoiła, co zdumiała. 

W jednym z rogów znajdował się przywiązany do stołu nagi mężczyzna. Był przytomny, 

lecz  najwyraźniej  majaczył.  Wokół  jego  ust  była  zawiązana  ciasna,  skórzana  opaska.  Oczy 

miał  zamglone  i  nieobecne.  Nie  czynił  żadnych  prób  z  krępującymi  go  więzami.  Wokół 

skroni  i  czoła  miał  stalową  koronę,  z  której  biegła  szeroka,  przypominająca  wstążkę 

miedziana  listwa.  Szła  ona  przez  prawie  dwa  metry  do  dużego,  szklanego  pojemnika, 

background image

wypełnionego  zielonkawą  wodą,  która  pachniała  mocno  solanką.  Leniwymi,  powolnymi 

kręgami  pływały  w  niej  ciemne  kształty,  niczym  grube  węże,  co  jakiś  czas  muskając  bok 

pojemnika. 

– Co to za miejsce? – spytała Imoen. 

–  Kolejny  pokój  do  zabaw  Irenicusa,  jak  sądzę  –  odpowiedział  Abdel,  zerkając  na 

czającego  się  minotaura  i  starając  się  nie  patrzeć  na  płachtę,  pod  którą  wylądował  miecz. – 

Nie mam żadnego powodu, by z tobą walczyć, minotaurze. 

Minotaur  odetchnął  przez  nos,  wywołując  donośny,  syczący  dźwięk.  Zamknął  oczy, 

jakby  uchylając  się  przed  słowami  Abdela,  po  czym  podniósł  wysoko  miecz  i  rzucił  się 

szybko na Abdela, idąc na palcach. 

Nieuzbrojony  Abdel  nie  był  za  bardzo  przekonany,  że  przeżyje  ten  atak.  Poczekał  aż 

minotaur się zbliży, niemal na tyle blisko, by go zabić, po czym po prostu usiadł na kamiennej 

podłodze. Minotaur nie mógł się zatrzymać i nie mógł opuścić wystarczająco szybko topora, 

by  trafić  Abdela,  więc  parł  dalej.  Postawił  stopę  na  ramieniu  najemnika  i  wybił  się  w 

powietrze,  wchodząc  po  ścianie  za  wielkim  najemnikiem  i  stawiając  stopy  dalej  nad  jego 

głową. Stopy  minotaura dotknęły stropu gdy się  obracał  lądując  na podłodze o krok w lewo 

od  Abdela.  Abdel  mógł  być  jedynym  człowiekiem  na  Faerunie  wystarczająco  wielkim,  by 

pozwolić minotaurowi na taki manewr. 

W chwili gdy stopa minotaura opuścił jego bark, Abdel rzucił się do przodu i przejechał 

po podłodze w kierunku okrytego płachtą stołu. 

Zatrzymał  się  daleko  przed  nim  i  zaklął  głośno  tuż  przed  tym,  jak  minotaur  dźgnął  go 

silnie  w  lewą  łydkę.  Abdel  podniósł  się  na  kolana  i  rzucił  w  tył,  wiążąc  wciąż  wystające  z 

niego ostrze grubymi, napiętymi mięśniami dolnej nogi. Abdel wiedział, że miał szczęście, iż 

ostrze weszło pod tym kątem. Gdyby było obrócone w drugą stronę, szeroki topór z łatwością 

obciąłby  mu  nogę.  Znów  zaklął  głośno  i  bardziej  warknął,  niż  krzyknął  z  bólu.  Siła,  z  jaką 

Abdel  schwycił  ostrze,  wyrwała  je  z  ręki  minotaura.  Broń  wibrowała  w  nodze  najemnika  i 

posyłała przez niego falę odczuć, które skłaniały go do mdłości. 

Minotaur uderzył go mocno w twarz i Abdel potoczył się pod ciosem, zdoławszy jeszcze 

bardziej  oddalić  topór  od  stwora.  Obrócił  się,  z  powrotem  wykręcając  plecy  i  wyrywając 

topór z nogi. 

Minotaur dał sobie spokój z toporem i przetoczył na jednym ramieniu w kierunku stołu. 

Wyciągnął gwałtownie dłoń  i  jednym, płynnym ruchem podniósł  ją wraz z  mieczem.  Abdel 

zignorował  palący  ból  w  nodze,  utrzymał  równowagę  w  kałuży  krwi  wylewającej  się  na 

kamienną  podłogę  z  szerokiej,  głębokiej  rany  i  podniósł  się,  ustawiając  topór  bojowy 

wystarczająco  szybko  przed  sobą,  by  przyjąć  atak  minotaura.  Ze  stali  uderzającej  o  stal 

posypały się iskry. Siła zastawy Abdela wystarczyła, by zmusić minotaura do cofnięcia się o 

krok. Stwór zderzył się ze stołem i przypięty do niego mężczyzna wzdrygnął się. 

background image

Abdel  wykonał  zwód,  mając  nadzieję,  że  jeszcze  bardziej  odstraszy  minotaura,  jednak 

stwór obrócił ramię w stronę torsu najemnika i odepchnął się z obu stóp. 

Abdel pozwolił stworowi odtrącić się do tyłu, koncentrując się na toporze minotaura. 

Stwór złapał oburącz miecz i próbował pchnąć nim Abdela w pierś. Abdel upuścił topór i 

chwycił obiema dłońmi nadgarstki minotaura, padając w tył, by przerzucić stwora nad sobą. 

Najemnik  zapomniał  jednak  o  wielkim  zbiorniku  i  minotaur  nie  przeleciał  nad  nim  łukiem. 

Jego miecz zanurzył się w wodzie, a głowa stwora uderzyła w szkło z wystarczającą siłą, by 

w pomieszczeniu rozległo się dźwięczne echo. Miecz przebił jednego z pływających węgorzy 

i ciało minotaura zatrzęsło się gwałtownie, podobnie jak Abdela. Najemnik czuł się podobnie, 

gdy  sobowtórniak  wykorzystał  na  nim  moc  jakiegoś  zaklętego  pierścienia  w  piwnicy 

magazynu we Wrotach Baldura. 

Było to tak, jakby każdy mięsień w jego ciele napiął się i skurczył, wydając się ścieśniać 

z  siłą  przekraczającą  jego  normalną  wytrzymałość.  To  samo  działo  się  z  minotaurem,  a 

mężczyzna na stole wydał z siebie przez ciasny knebel zagadkowe jęknięcie. 

Abdel  obrócił  głowę,  a  dłonie  minotaura  zeszły  z  miecza,  który  z  donośnym  pluskiem 

wpadł  do  wody.  Minotaur  padł  do  tyłu  i  wpatrywał  się  w  Abdela  wybałuszonymi, 

zaczerwienionymi  oczyma.  Wzrok  Abdela  zamglił  się  i  mężczyzna  walczył  mocno,  by  nie 

stracić przytomności,  lecz  nie  był pewien, czy  mu się to uda. Słyszał kroki,  lecz widział, że 

minotaur siedzi na podłodze, trzęsąc się. 

Abdel  był  świadomy,  że  coś  weszło  do  pokoju,  nie  mógł  jednak  robić  nic  poza 

siedzeniem i obserwowaniem, jak wydarzenia toczą się przez czas wydający się wiecznością. 

Intruz był wielki, wyższy  niż  Abdel,  i pojawił się w pomieszczeniu niespodziewanie. Drzwi 

wpadły na najemnika i zablokowały mu widok na nowo przybyłego. 

Do  pokoju  wszedł  ktoś  inny  i  Abdel,  zdając  sobie  sprawę,  że  nie  był  sam,  gdy 

rozpoczynał walkę, powiedział – Imoen? 

–  Abdel!  –  zawołała  Imoen,  lecz  jej  głos  był  zbyt  odległy,  dochodzący  z  korytarza. 

Słyszał brzęk stali o stal i wiedział, że Imoen z kimś walczy. 

Abdel  spojrzał  na osobę, która weszła do komnaty.  Wielki  mężczyzna  miał co najmniej 

dwa  metry  czterdzieści  oraz  masę  przypominających  postronki  mięśni.  Czubek  jego  głowy 

był  dziwnie  płaski.  Poruszał  się  powoli,  lecz  ostrożnie,  bardziej  chodem  osiłka  niż 

wyćwiczonego wojownika. Wciąż oszołomiony Abdel uznał, że to musi był półogr. 

Z  korytarza  dobiegł  głos  Imoen  –  Oni  próbują  zabić  minotaura  –  powiedziała.  –  Orki 

próbują zabić minotaura! 

Minotaur  stanął  przed  półogrem  z  głupawym  uśmiechem.  Bykoczłowiek  dopiero  zaczął 

się wzdrygać –  nie  będąc w  stanie uchylić się  lub zablokować – gdy półogr wymierzył cios 

pięścią i trafił w jego twarz z plaśnięciem ciała o ciało. Minotaur przewrócił się, a zamknięte 

powieki podrygiwały mu gwałtownie. Sposób, w jaki padł na podłogę, mógł oznaczać, że jest 

martwy. 

background image

Abdel nie był pewien, dlaczego uznał, że musi bronić minotaura, który kilka chwil temu 

był tak bardzo chętny do zabicia jego, wstał jednak – głęboka rana w łydce już mniej bolała – 

z zaciśniętymi zębami i rzucił się z determinacją na półogra. Efekty uboczne tego, co zrobiły 

mu węgorze, szybko słabły, i gdy wstał, kącikiem oka zauważył błysk stali. 

Wyczuwając za  sobą ruch, półogr obrócił się gwałtownie do Abdela, zamachnąwszy  się 

pięścią  wielkości  szynki.  Abdel  przestał  posuwać  się  do  przodu  i  opadł  na  kolano,  by 

podnieść topór. Ruch ten posłużył za unik. Pięść półogra przeleciała tak blisko głowy Abdela, 

że musnęła długie, czarne włosy najemnika. 

Palce  Abdela  zacisnęły  się  wokół  rękojeści  topora  i  odtoczył  się,  by  uniknąć  wolnego, 

lecz silnego kopnięcia. Obrócił się przez ramię i był jedynie częściowo świadom, wybierając 

cel.  Przejechał  prostym  lecz  poręcznym  toporem  po  tylnej  stronie  kolana  półogra.  Kiedy 

ostrze przeszło, rozległ się wrzask i popłynęło sporo krwi. Kolano półogra nie wytrzymało  i 

przewrócił się. Abdel znów musiał się odtoczyć, by uchylić się przed upadającym osiłkiem. 

Nie  widział  mężczyzny,  który  wszedł,  jednak  kącikiem  oczu  dostrzegał  wystarczająco 

wiele,  by  odgadnąć  położenie  twarzy  drugiego  intruza.  Wyrzucił  szybko  i  mocno  łokieć  do 

tyłu. Poczuł szorstką, spoconą skórę oraz kontury kła pod dolną wargą. Trafiony przez niego 

ork wydał z siebie ciche chrząknięcie i upadł z łomotem na kamień. 

Abdel  spojrzał  w  dół,  zaciekawiony  kogo  właśnie  uderzył.  Nie  było  to  rozsądne 

posunięcie, z czego zdał sobie sprawę, gdy pięść o szorstkich knykciach, należąca do półogra, 

wbiła się mocno w jego podbródek, wywołując w jego polu widzenia strumienie kolorowych 

iskier. Zachował przytomność czystą siłą woli, cios spowodował jednak kierowany refleksem 

ruch w rodzaju za późno, wskutek którego Abdel upuścił topór. 

Potrząsnąwszy  głową,  by  rozjaśnić  myśli,  najemnik  uchylił  się  przed  drugim  ciosem 

wstającego  powoli  ogra  i  wymierzył  kopnięcie  prawą  stopą.  Trafił  palcami  w  uszkodzone 

kolano  półogra  i  wbił  je  w  ziejącą  ranę.  Półogr  wrzasnął  ze  wściekłości  i  bólu,  po  czym 

zatoczył się do tyłu. Cofnął się o krok, próbując złapać równowagę, skończyło się jednak na 

tym,  że  opóźnił  upadek  o  krok  czy  dwa.  Obrócił  się  upadając  i  padł  w  poprzek  klatki 

piersiowej przywiązanego do stołu mężczyzny. 

Abdel spojrzał  na ziemię  na topór i ujrzał  jak  minotaur, ze stanowczą i zdeterminowaną 

miną, sięga po broń. Zarówno najemnik, jak i stwór, westchnęli, gdy wydawałoby się znikąd, 

pojawił  się  długi  i  zardzewiały,  żelazny  łańcuch,  owijając  się  wokół  topora.  Broń  została 

wyszarpnięta,  zaraz  gdy  ledwo  musnęły  ją  opuszki  palców  minotaura.  Na  drugim  końcu 

łańcucha  znajdował  się  wychudzony,  zielonoskóry  ork,  mający  na  sobie  tylko  obcisłe 

bryczesy oraz różnobarwną chustkę owiniętą wokół głowy. Na twarzy orka była wytatuowana 

niezgrabnie syrena. Jest piratem, uznał Abdel. 

Orkowy  pirat  pociągnął  mocno  za  łańcuch,  przyciągając  topór.  Abdel,  odzyskawszy 

właśnie  równowagę,  rzucił  się  na  pirata.  Ruch  ten  zaskoczył  wytatuowanego  orka  i 

spowodował,  że  jego  łańcuch  zafurkotał  niekontrolowanie  w  powietrzu  za  jego  głową. 

background image

Wyglądało na to, że sam zamierzał chwycić topór. Zamiast tego broń wysunęła się z łańcucha 

i wpadła z pluskiem do pojemnika z węgorzami. 

Dwa  węgorze  poruszyły  się  gwałtownie  i  mężczyzna  przypięty  do  stołu  zareagował 

natychmiast. Jego pierś i grzbiet zadrgały tak raptownie i z taką siłą, że półogr – który musiał 

ważyć z osiemset kilo – odbił się od mężczyzny i spadł na podłogę. Ruch ten spowodował, że 

głowa  więźnia  znów  zadrgała.  Jeden  z  palców  półorka  zawadził  o  skórzaną  opaskę  i  gdy 

upadał, knebel został zerwany z twarzy mężczyzny. 

Abdel  skierował  się  do  pojemnika.  Choć  wciąż  nie  był  pewien,  jaką  moc  zawierały  w 

sobie te czarne węgorze, wiedział, że obydwie bronie, jakie miał do dyspozycji, leżą na dnie 

pojemnika  z  grubego  szkła.  Podniósł  dłoń,  śledząc  ruchy  węgorzy  i  wypatrując  kształtu 

miecza  w  mętnej,  zielonej  wodzie.  Jego  palce  już  niemal  dotykały  powierzchni,  kiedy 

usłyszał,  jak  coś  stuknęło  przed  nim  o  ścianę.  Mniej  niż  sekundę  później  został  trafiony  w 

prawe oko przez coś, co musiało być kamieniem. Było ciężkie oraz szorstkie i poruszało się 

szybko. Ból nie był jednak wszystkim. Towarzyszyły my obfite łzy. 

– Co do...? – było wszystkim, co zdołał powiedzieć. 

Abdel  spojrzał  przez  jedno  zamglone  oko  i  ujrzał,  jak  ciemna  sylwetka  rzuca  się  pod 

osłonę drzwi, po czym jego uwaga została przyciągnięta przez pirata z łańcuchem. Chudy ork 

wywijał  zardzewiałym  łańcuchem  szybkie  kręgi  nad  głową  i  zbliżał  się  do  mającego  się  na 

baczności minotaura. Stwór stał na palcach u nóg i pozwolił orkowi podejść zbyt blisko. Pirat 

opuścił łańcuch, jednak minotaur był w stanie odsunąć mu się z drogi. 

Abdel  odwrócił  się,  chwilowo  zapominając  o  broni  w  pojemniku.  Zakrywał  dłonią 

zranione oko i otrząsał łzy z drugiego, kiedy trafił w nie kolejny kamień. 

– Niech Bhaal cię przeklnie... – zaklął Abdel, teraz całkowicie oślepiony. 

– Mam ją – zawołała Imoen. 

Abdel zmusił się do otwarcia oczu i ujrzał, jak zamglona sylwetka Imoen odsuwa się od 

drzwi. Spojrzał przez ramię i uznał, że widzi, jak minotaur uchyla się przed drugim atakiem 

dzierżącego  łańcuch  orkowego  pirata.  Ork  zmienił  taktykę  i  zakręcił  nisko  łańcuchem. 

Minotaur  przeskoczył  nad  nim  i  wzbił  się  w  górę  na  tyle  wysoko,  że  gdy  wyprostował 

raptownie  prawą  nogę,  jej  stopa trafiła  mocno  w  wytatuowaną  twarz  marynarza.  Nos  pirata 

eksplodował czerwoną smugą, która musiała być krwią. Abdel znów zamknął oczy. Usłyszał, 

jak z nosa pirata odłamuje się kawałek kości i upada na kamienną podłogę. 

Najemnik  poczuł,  jak  minotaur  przemyka  obok  niego  i  otworzył  jedno  oko.  Bolało,  ale 

mógł  widzieć.  Przez  chwilę  ciekawiło  go,  dlaczego  nie  boli  go  bardziej,  gdy  minotaur 

zawadził o nogę, którą tak mocno zranił. 

Minotaur wskoczył na krawędź zbiornika i mały kamień uderzył go wystarczająco mocno 

w  kostkę,  by  zepchnąć  jego  stopę  z  niebezpiecznej  krawędzi.  Stwór  wpadł  do  wody  z 

donośnym pluskiem, który wydawał się zawierać w sobie dziwny syk. 

background image

Mężczyzna  na  stole  zadrżał,  wypuścił  z  ostrym  świstem  powietrze  i  powiedział  cicho  – 

Dobre było dopiero to. 

Abdel  spojrzał  z  powrotem  w  kierunku,  z  którego  przyleciał  kamień,  i  wyraźniej  ujrzał 

niską sylwetkę. Była to orkowa kobieta – ani trochę atrakcyjna, nawet jak na orki – mająca na 

sobie  prostą,  białą  koszulę.  Starannie  wkładała  mały  kamień  w  skórzaną  procę.  Stanowiła 

dziwny widok, jednak dobrze jej szło z wybraną przez nią bronią. 

Minotaur wyłonił się z wody i wrzasnął. Krzyk ten był pełen bólu i Abdel odwrócił się do 

niego.  Abdel  był  świadom  świstu  procy  i  obrócił  się  na  czas,  by  ujrzeć,  że  kamień  został 

wystrzelony,  lecz  nie,  by  się  przed  nim  uchylić.  Pocisk  ugodził  go  dokładnie  w  pachwinę  i 

całe  powietrze  opuściło  Abdela  w  nagłym  sapnięciu.  Chciał  upaść  na  jedno  kolano,  jednak 

wszystkim, co mógł zrobić, było postać w pozycji stojącej. 

Topór  świsnął  Abdelowi  nad  głową  i  upadł  przed  nim  z  brzękiem  na  podłogę.  Abdel 

spojrzał  na  niego, po czym z powrotem  na orczycę. Uśmiechnął  się. Orczyca odwzajemniła 

uśmiech, po czym odwróciła się i zaczęła szybko uciekać. 

Abdel  pochylił  się,  by  chwycić  topór,  i  przeszedł  kilka  kroków  do  drzwi.  Spojrzał  w 

obydwie strony, nie było jednak widać żadnego orka. 

– Pomóż mi – wydyszał za nim minotaur. 

Abdel odwrócił się i ujrzał, jak minotaur wytacza się z pojemnika oraz spada na podłogę 

z głuchym  łupnięciem. Trzymał  miecz, nie wykonywał  jednak żadnych zaczepnych ruchów. 

Jego sierść przybrała zagadkowy szaro-czarny odcień i trząsł się niekontrolowanie, łapczywie 

chwytając powietrze. Gdyby Abdel chciał go zabić, byłaby to odpowiednia chwila. 

– Abdel? – spytał delikatny głos za nim. – Abdel, wszystko w porządku? 

Najemnik  odwrócił  się  i  ujrzał  stojącą  w  drzwiach  Imoen,  trzymającą  dłoń  na  wielkim 

rozkwitającym  siniaku  na  policzku.  W  drugiej  ręce  wisiał  zwyczajny,  zardzewiały,  krótki 

miecz, który musiała zabrać orkowi. 

– Jaheira? – zapytał Abdel. Oczy wciąż miał zamglone i zbolałe. 

– Wszystko będzie  z  nią dobrze – powiedziała dziewczyna  niecierpliwie. –  Ze  mną też, 

dziękuję ci bardzo. 

– Proszę – rzekł inny głos. 

Abdel  odwrócił  się  do  mężczyzny  przypiętego  do  stołu.  Mocno  akcentowanym  głosem, 

zniekształconym z powodu nabrzmiałego języka, pacjent azylu powiedział – Wyciągnąć tego 

z mnie mógłby ktoś czy teraz a? 

background image

Rozdział dwunasty 

Jaheira  przycisnęła  dłonie  do  skroni  i  ściskała  je  mocno.  Wiedziała,  że  musi  w  końcu 

przestać  przyjmować  ciosy  na  głowę  albo  odniesie  jakieś  trwałe  uszkodzenia.  Abdel  był 

jednak przy niej i trzymał ją teraz w swych silnych ramionach, więc czuła się już lepiej. 

Spojrzała  na  minotaura  siedzącego  na  podłodze  w  małym  pomieszczeniu.  Po  plecach 

przebiegł  jej  dreszcz  i  w  równym  stopniu  jak  uważała,  że  ufa  rozmaitym  tworom  Mielikki, 

dopóki nie okażą się niegodne zaufania, bała się wielkiego stwora. 

–  Tracę  przytomność  na  dwie  minuty  –  wyszeptała  do  Abdela  –  a  ty  znajdujesz  sobie 

nowego przyjaciela. 

Najemnik uśmiechnął się i powiedział – W czasie burzy każdy port jest dobry. 

Imoen  pomagała  dziwnemu  nagiemu  mężczyźnie  na  stole  przejść  do  pozycji  siedzącej. 

Wydawał się oszołomiony i bardziej niż trochę obłąkany. 

– Musimy się stąd wydostać – powiedziała mu. 

–  Zrobimy  to  –  rzekł  Abdel,  patrząc  pomiędzy  mężczyznę  a  minotaura.  –  Nie  musimy 

walczyć, prawda? 

– Pana proszę, walki rozpocznę nie ja – powiedział szaleniec. 

Abdel spojrzał na niego ogłupiałym wzrokiem, a Jaheira wypuściła z siebie oddech, który 

mógł być zmęczonym śmiechem. Abdel pomógł jej wstać. Spojrzała na minotaura. 

– Koordynator – rzekła. – Mężczyzna o imieniu Irenicus. Znasz go? 

Minotaur przytaknął z wyraźną niechęcią. 

– Możesz mówić – powiedział Abdel do stwora. 

–  Szaleni  jesteśmy  że,  uważa  on  –  obłąkaniec  rzekł  do  Imoen  z  miłym  uśmiechem  na 

twarzy. – Wyrazić się mogę jeśli, szalony jest on to. 

– Mogę mówić – powiedział minotaur, ignorując szaleńca. Imoen wciągnęła gwałtownie 

powietrze na dźwięk chrapliwego głosu stwora. 

– O co tu chodzi? – zapytał po prostu Abdel. Minotaur chrząknął i wzruszył ramionami. 

–  Miałem  zamieszkiwać  to  miejsce.  Wasz  Irenicus  planował  zaludnić  leżący  poniżej 

labirynt zamąconymi z waszego rodzaju. 

background image

– Ale zniknął? – spytała Jaheira wielkiego bykoczłowieka. – Uciekł stąd? 

Minotaur przytaknął. 

– Wampirzycą swoją tą z Podmroku do poszedł – mruknął szaleniec, przytakując. 

– Wampirzycą? – spytała Imoen. – Czy powiedziałeś wampirzycą? 

– Poszedł do Podmroku z tą swoją wampirzycą – przetłumaczyła Jaheira. – Dlaczego? 

–  A  czy  to  ważne?  –  zapytał  Abdel,  nie  oczekując  odpowiedzi.  –  Baba  z  wozu  koniom 

lżej. Dobrze mu będzie tam na dole. 

–  Ma  plany  co  do  Suldanessellar  –  powiedział  minotaur  i  tym  razem  Jaheira  wciągnęła 

gwałtownie powietrze. 

–  Lżej  koniom  wozu  z  baba  że,  powiedział  bym  też  –  rzekł  szaleniec,  kładąc  się  z 

powrotem na stole. – Karmione być powinny jak tak węgorzy karmił nie nigdy. 

– Suldanessellar? – spytała Jaheira. 

Minotaur przytaknął, a ona powiedziała – To niemożliwe. 

– Suldanessellar? – zapytał Abdel. 

– Co to jest? – spytała Imoen. 

– Dbał nie wcale naprawdę tak nas o on – rzekł szaleniec. – Jedno wszystko zupełnie mi 

będzie, zabijecie i znajdziecie go jeśli. 

– Suldanessellar to miasto elfów – wyjaśniła Jaheira. – Nic dziwnego, że nigdy o nim nie 

słyszeliście. To jeden z największych sekretów Faerunu. Jest domem tej garstki elfów, które 

jeszcze nie odeszły do Evermeet. 

Minotaur przytaknął, a Abdel spytał – Co to może mieć wspólnego z nami? 

–  Nie  mam  pojęcia  –  odparł  minotaur.  –  Walczyłeś  przy  mnie  ze  świńskimi  pyskami  i 

jestem  ci  winien  na  tyle  dużo,  abyśmy  mogli  rozejść  się  w  pokoju.  Powiedziałem  wam 

wszystko, co miałem do powiedzenia. 

–  Moglibyśmy  wykorzystać  twoją  pomoc...  –  powiedziała  Jaheira  do  wielkiego 

bykoczłowieka. 

Minotaur przytaknął, lecz rzekł – Wasza droga nie jest moją. 

– Przynajmniej powiedz nam, jak ich odnaleźć – nalegała Jaheira. 

– A musimy? – spytała Imoen. Skierowała na Abdela pytające spojrzenie. 

Wielki najemnik wzruszył ramionami. 

– Wydaje mi się, że musimy. Nie możemy tego odpuścić. Zresztą jestem mu coś winien 

za ten rytuał oraz dziwne porwania tu i tam. 

–  Łatwa  jest  dół  na  droga  –  odezwał  się  szaleniec,  który  zajmował  się  zakładaniem  z 

powrotem  miedzianej  wstęgi  na  głowę.  –  Czaszka  wisi  których  na,  drzwi  do  dojdziecie  nie 

dopóki, rozwidleniu pierwszym na lewo w razy trzy skręćcie i prawo na korytarzem prostu po 

idźcie. 

– Rozumiesz to? – Abdel spytał Jaheirę. 

Druidka przytaknęła, wsłuchując się uważnie we wskazówki szaleńca. 

background image

–  Ich  chcecie  nie  –  ciągnął.  –  Nietoperz  martwy  jest  przybity  którymi  nad,  drzwi  przez 

przejdźcie i je omińcie. Rampy do was doprowadzą. 

– Wiecie co? – powiedziała Imoen. – To nie sprawia, że czuję się lepiej. 

–  Prawo  na  drzwi  trzecie  znajdźcie  i,  szła  będzie  jak,  daleko  tak  dół  na  nią  zejdźcie  – 

kontynuował szaleniec. – Dół na droga długa będzie dalej. 

– Mogę sobie wyobrazić – palnęła Imoen, a Abdel zmierzył ją stanowczym spojrzeniem, 

które zignorowała. 

– Podmroku do dotrzecie kiedy – dokończył szaleniec – wiedzieć tym o będziecie. 

–  Jedno  pytanie  –  rzekła  Imoen,  patrząc  bezpośrednio  na  Jaheirę.  –  Czy  to  całe 

Suldanesselar jest tego warte? 

– Spędziłam tam sporo czasu – powiedziała Jaheira. – Tam nauczyłam się być druidką. 

– Wezmę to za two... 

Imoen przerwało wycie szaleńca, który wydawał się podskoczyć na stole. 

–  Imoen!  –  wrzasnął  ostrzegawczo  Abdel,  jednak  dziewczyna  była  już  w  trakcie 

odskakiwania. 

Szaleniec nie podskoczył tak naprawdę na stole – został podniesiony. 

Ze  stropu  zwiesiły  się  podobne  do  lin,  pokryte  paskudnym  śluzem  macki  i  owinęły 

znieruchomiałego  nagle  i  zesztywniałego  obłąkańca.  Abdel,  Jaheira,  Imoen  oraz  minotaur 

spojrzeli  jednocześnie w górę i ujrzeli źródło tych macek. Minotaur zawarczał coś w swoim 

gardłowym języku. 

Z sufitu, nad stołem szaleńca, zwisała wielka, podobna do robala bestia, składająca się z 

cielistych, okrągłych worków. Jej głowa miała kształt cebuli i wyrastało z niej mrowie macek. 

– Co to, na dziewięć piekieł, jest? – spytała Imoen, cofając się szybko, by oddalić się od 

tej istoty. 

– Pełzacz gnilny – odrzekli jednocześnie Abdel, Jaheira i minotaur. 

Ze  wszystkich  rzeczy  Abdel  był  najbardziej  zdumiony  wysokością  stropu.  Przypomniał 

sobie,  że  minotaur  przeskoczył  nad  nim.  Stwór  miał  dwa  metry  czterdzieści,  a  Abdel  dwa 

metry  dziesięć,  więc  sufit  musiał  być  wysoko  nad  nimi.  W  pobliżu  rogu  posępnego  stropu 

widział  dziurę,  przez  którą  przelazła  najwyraźniej  gigantyczna  bestia.  Słyszał  o  takich 

istotach. Przemierzały one najgłębsze jaskinie i lochy, czyszcząc je z pozostałości martwych 

ciał oraz efektów ubocznych bitew. Ta najwyraźniej pomyliła szaleńca z rannym. 

– Mi – jęknął szaleniec – pomóżcie. 

Minotaur  wskoczył  na  stół  i  zamachnął  się  toporem,  wyciągając  wysoko  rękę.  Jedna  z 

macek  upadła  z  mokrym  plaskiem  na  stół,  a  minotaur  zręcznie  uniknął  spryskania  przez 

paraliżującą truciznę, która ją pokrywała. Pełzacz gnilny wydał z siebie syk i wycofał się do 

ciemnego otworu w pobliżu stropu, ciągnąć za sobą sparaliżowanego szaleńca. 

– Nie będzie mi potrzebna wasza pomoc – powiedział minotaur. – Idźcie swoją drogą. 

background image

Bykoczłowiek  nie czekał,  by  sprawdzić, czy  Abdel  i kobiety posłuchali go. Podskoczył, 

chwycił się jedną ręką krawędzi otworu i przeszedł przez niego, zanim jeszcze Abdel zdołał 

dojść do stołu. 

Kładąc mu rękę na ramieniu, Jaheira powstrzymała go przed pójściem dalej. 

– Suldanessellar – rzekła. – Irenicus. 

Abdel  spojrzał  na  nią  i  przytaknął,  po  czym  popatrzył  jeszcze  raz  na  ciemny  otwór  i 

spytał – Zrozumiałyście te opaczne wskazówki? 

– Ja nie – przyznała Imoen. 

– Tak sądzę – odparła Jaheira. 

– No to chodźmy – powiedział Abdel. 

background image

Rozdział trzynasty 

Stwory  zamierzały  zjeść  ich  żywcem,  co  do  tego  Abdel  był  pewien.  Nie  wiedział 

natomiast, czym dokładnie były i jak miał je zabić. 

– Co to za istoty?! – wrzasnęła Imoen. – I jak mamy je zabić?! 

Dziewczyna wspięła  się zwinnie  na  czubek gładkiego stalagmitu, zręcznie uchylając  się 

przed kłapiącą paszczą, ścigającej ją dziwacznej bestii. 

Abdel  zwracał  jedynie  marginalną  uwagę  na  tę  nie  najlepszą  sytuację  Imoen.  Sam  miał 

podobną. Jeden ze stworów rzucił się na niego i Abdel uchylił się na lewo, podnosząc szybko 

rękę i chwytając potwora pod kłapiącą żuchwą, po czym odtrącając go, zanim zdołał odgryźć 

mu twarz. 

Stwory  zaatakowały  ich  podczas  jednego  z  krótkich  i  nieczęstych  odpoczynków  na 

drodze przez, wydawać  by się  mogło,  nieskończony tunel  ciągnący  się głęboko pod ziemię. 

Istoty  wyglądały  jak  węże  lub  robaki  o  grubych  ciałach,  jednak  z  tego,  co  było  widać, 

składały  się  z  kamienia.  Ich  dziwna  skóra  była  twarda  –  szeroki  miecz  Abdela  zaledwie 

drasnął wroga przy tych kilku razach, kiedy to udało mu się pomyślnie zaatakować – i miała 

kolor  oraz  fakturę  otaczających  ich  skał.  Choć  poruszały  się  falistymi,  wężowymi  ruchami, 

większość  ich  mobilności  wydawała  się  pochodzić  z  dwóch  względnie  ludzkich  rąk, 

wyrastających z wężowych ciał tuż za guzełkowatymi głowami. Dwoje chłodnych, czarnych 

oczu  lśniło  w  świetle  naprędce  zrobionej  pochodni  Imoen.  Pod  oczyma  znajdowała  się 

proporcjonalnie  wielka  paszcza,  otoczona  trójkątnymi  zębami.  Po  sposobie,  w  jaki  światło 

odbijało się od tych kłów, Abdel mógł stwierdzić, że są ostre jak brzytwa. 

Głos Jaheiry odbił się głośnym echem po całej jaskini. Abdel rozumiał jedynie nieliczne 

słowa. Zerknął na nią, gdy obracał się, by odrzucić kamiennego robaka od siebie, i zobaczył, 

że druidka wciąż stoi spokojnie, z zamkniętymi oczyma, śpiewając coś, co musiało być jakąś 

modlitwą  do  jej  bogini.  Abdel  odwrócił  się,  akurat  w  porę,  by  ujrzeć,  jak  stwór  zatrzaskuje 

paszczę na jego piętach. Podskoczył wystarczająco szybko, by uniknąć ciosu, opadł jednak na 

zaokrągloną sylwetkę istoty. Poślizgnął się i rozrzucił ręce, by nie upaść. Potwór odsunął się, 

background image

gdy Abdel trafiał w kamienną podłogę. Zadzwoniło mu w uszach i nie był pewien, czy Jaheira 

skończyła się modlić, czy też ogłuchł. 

Podniósł  wzrok,  a  Jaheira  otworzyła  oczy.  Kolejny  z  potworów  rzucił  się  na  nią,  a  ona 

odsunęła  się  gwałtownie.  W  jej  ruchu  było  coś,  co  wydawało  się  Abdelowi  nieprawidłowe. 

Jaheira poruszała się trochę szybciej niż dotąd, a stwór wydawał się być wolniejszy od swoich 

towarzyszy.  Abdel  nie  miał  czasu,  by  przemyśleć  to  dziwne  odczucie.  Jego  potworny 

przeciwnik znów się na niego rzucał. 

Abdel odtoczył się na prawo, a istota przemknęła obok niego, jakby nagle oślepła. Abdel 

uśmiechnął  się  na  pokaz  słabości  stwora  i  uderzył  ją  mocno  w  czubek  głowy  rękojeścią 

miecza. Istota wydała z siebie przenikliwy świst, który Abdel instynktownie uznał za oznakę 

bólu. Wyciągnął z tego korzyści i wskoczył stworowi na grzbiet. Potwór był równie długi jak 

Abdel wysoki, a gdy najemnik owinął go silnym ramieniem, nie czuł ciepła. Istota naprawdę 

była zrobiona z żyjącego kamienia. 

Za  nim  rozległ  się  pełen  bólu,  zbyt  ludzki  krzyk,  który  wywołał  Abdelowi  na  grzbiecie 

dreszcze. Jedna z  jego towarzyszek padła.  Wrzask zahaczał o skraj paniki, którą Abdel  zbyt 

wyraźnie zauważał. Którakolwiek z nich to była, najemnik był pewien, że była martwa. 

– Imoen! – wrzasnęła Jaheira, po czym  jęknęła, kiedy robal, przed którym wciąż starała 

się uchylać, rzucił się na nią znów i niemal trafił. 

Abdel  przeciągnął  ostrzem  swego  miecza  po  oczach  kamiennego  robaka  i  uradował  się 

widząc,  jak  pękają,  wylewając  ciemnoszarą,  wodnistą,  ropną  ciecz.  W  tunelu  rozszedł  się 

ostry  zapach  i  istota  zadrżała  w  chwycie  Abdela.  Pozwolił  jej  się  z  siebie  zrzucić  i 

wykorzystał przyspieszenie, by się trochę od niej  oddalić. Trafił w ciepłe, mokre miejsce na 

podłodze i przejechał trochę dalej niż chciał, otrząsnął się jednak na czas, by ujrzeć, jak stwór 

rzuca się na niego. Abdel nakarmił potwora całą długością swego miecza i poczuł satysfakcję, 

jak do strumienia czarnej krwi dołączyły śmiertelne spazmy kamiennego robaka. 

– Abdel! – zawołała ostro Jaheira. – Mój! 

Najemnik  poderwał  się  na  nogi,  wyszarpując  miecz  z  gardzieli  martwego  stwora  i 

odwracając się w stronę głosu Jaheiry. Cofała się, zwinnie unikając ociężałych ataków robala. 

Abdel podbiegł do niej  i zamachnął  się na odlew, próbując odciąć  mu głowę. Robak wygiął 

się,  przewidując  atak,  jednak  nie  na  tyle  szybko,  by  go  uniknąć.  Modlitwa,  jaką  złożyła 

Jaheira, była najwyraźniej źródłem tej jakże korzystnej przewagi. 

Miecz  Abdela  wbił  się  w  skaliste  ciało  żuchwy  stwora.  On  również  wrzasnął  z  bólu,  a 

Abdel stęknął, uśmiechając się, gdy ciął grubą skórę. Żuchwa kamiennego robaka odpadła z 

trzaskiem w strumieniu szarej cieczy. 

Stwór cofnął głowę w tył i na bok, a Abdel, pochylony po ciosie, nie mógł odsunąć się jej 

z drogi. Krwawiąca głowa uderzyła w szeroką pierś Abdela, odtrącając go mocno do tyłu. 

Abdel,  oszołomiony,  podniósł  wzrok,  ale  nie  zobaczył  niczego  poza  żółtą  mgiełką.  Coś 

wydawało się uderzyć go w pierś i ciało zalała mu fala bólu. 

background image

– Imoen – powiedziała cicho Jaheira, a głos drżał jej od troski. 

Abdel  wstał,  gdy  zaczął  mu  wracać  wzrok  Przeszedł  nad  drgającym,  pozbawionym 

żuchwy kamiennym robakiem, gdy ten kończył dogorywać. Potykając się, pobiegł do Jaheiry, 

idącej wokół stalagmitu. Słyszał więcej robaków pełzających w mroku. 

Obok  podstawy  skalnej  kolumny  leżała  Imoen,  łapczywie  wciągając  powietrze,  jakby 

tonęła.  Jaheira  przyklęknęła  obok  niej  i  zaczęła  się  modlić.  W  jednej  dłoni  trzymała  mały 

kamień,  który  zawsze  miała  przy  sobie,  drugą  zaś  przejechała  ostrożnie  po  ranie, 

rozsmarowując pieniącą się, karmazynową krew po rozdartym torsie Imoen. 

– Na czarnych bogów – mruknął Abdel. – Ona została... do połowy... zjedzona. 

Oczy  Imoen  wpatrywały  się  w  rozciągającą  się  nad  nimi  ciemność  w  milczącej  i 

kurczącej  mięśnie agonii. Głos  Jaheiry  wzniósł  się w podobnej do pieśni  modlitwie  i  Abdel 

pomyślał, że widzi słaby, niebieskoszary blask wokół palców tej dłoni, którą przyciskała teraz 

mocno do rany. Kolejna fala bólu spowodowała, że zachwiał się do tyłu. Jaheira nie podniosła 

na  niego  spojrzenia.  Cofnął  się  o  krok,  po  czym  przewrócił  się  i  odtoczył  od  kobiet.  W 

ciemności, nie więcej niż kilka kroków od niego, zaczęły się zbierać kamienne robaki. 

 

* * * 

Jaheira  poderwała  nagle  dłoń  z  ostatnim  wykrzyczanym  słowem  i  jej  modlitwa 

zakończyła się. Imoen wciągnęła urywany, głęboki oddech i zdołała usiąść. Druidka, z dłonią 

pokrytą krwią dziewczyny, pchnęła ją delikatnie w dół. 

– Musisz odpocząć – powiedziała jej Jaheira. 

Imoen  położyła  głowę  na  gładkim  kamieniu  i  uśmiechnęła  się.  Jaheira  odwzajemniła 

uśmiech, po czym spojrzała na Abdela i rzekła – Musimy zostać tu przynajmniej kilka godzin, 

jednak, dzięki nie kończącej się nigdy łasce Mielikki, ona... Abdel? 

Obróciła  się  w  fali  obrzydliwego  przerażenia,  zdając  sobie  sprawę,  że  nie  widzi  go  w 

ciemności. 

– Abdel? – zawołała znów. 

Odpowiedział  jej  nieludzki ryk, który odbił się ogłuszającym echem od wnęk w  jaskini, 

powodując,  że  półelfka  przycisnęła  dłonie  do  delikatnie  zaostrzonych  uszu,  by  nie  pękły  jej 

bębenki. 

–  Abdel!  –  wrzasnęła  Jaheira,  a  jej  głos  zatonął  nie  tylko  w  dzwonieniu  w  uszach,  lecz 

również w grzechocie kamiennych robali – otaczających ją zewsząd – przemieszczających się 

szybko do zdobyczy. 

Usłyszała, jak Imoen szepcze – To znów się dzieje. 

 

* * * 

Wszystko co było istotą Abdela Adriana, zniknęło w szalejącym wirze wściekłości, żądzy 

krwi oraz dzikiej, zabójczej manii. Jego ciało wykrzywiało się – czuł to i bolało go to. Znów 

background image

się zmieniał. Nie wiedział dokładnie, co się z  nim dzieje, w  jaki  sposób to się z  nim dzieje, 

czy dlaczego to się z nim dzieje. Mógł to czuć i doświadczać jedynie przez pierwszych kilka 

chwil,  po  czym  wszelka  świadomość  została  zastąpiona  czysto  morderczymi  impulsami 

zrodzonego z Bhaala demona, którym się stał. 

Wcześniej wszystko przed nim było ciemnością, teraz mógł wyraźnie widzieć kamienne 

robaki. Jego perspektywa przesunęła się zdecydowanie w górę, choć nie miał możliwości, by 

zrozumieć dlaczego. Sięgnął po jednego ze stworów, zapomniawszy całkowicie o czymś tak 

mizernym i nieskutecznym jak miecz, i trzymał go z łatwością w wielkim, silnym uchwycie. 

Kiedy ścisnął, poczuł, jak podobna kamieniowi skóra pęka i zalewa go krew potwora. Ryknął 

w  zidiociałej  przyjemności  i  skierował  uwagę  ku  kolejnemu  robakowi,  a  później  ku 

następnemu. 

Rozrywał  ich  kamienne  ciała,  jakby  były  zrobione  z  bibuły.  Kiedy  niektóre  z  nich 

odwróciły się do ucieczki przed zdobyczą, która stała się drapieżcą,  Abdel ruszył szybko za 

nimi. Chwycił jednego za czubek ogona i cisnął nim w pozostałych. Kamienne robaki zaczęły 

go  gryźć,  jednak  ich  zęby  zaledwie  stukały  o  krawędzie  tego,  co  kiedyś  było  jego  łydkami, 

teraz wszak były bliżej kostek. 

Zabijał  je  z  czystej  radości  i  nie  pozwolił  ani  jednemu  kamiennemu  robakowi  uciec 

żywcem. 

Kiedy  ostatni  leżał,  wijąc  się  u  jego  przekształconych  stóp,  brocząc  ciemną  krwią  na 

chłodną podłogę jaskini, Abdel znów wrzasnął. 

Tym  razem  brzmiało  to  bardziej  jak  jego,  rzeczywisty  ludzki  głos,  a  ciało  zadrżało  w 

kurczącej całą jego sylwetkę konwulsji, powodującej, że wzrok znów mu się zaćmił i stał się 

żółty. Upadł na podłogę jaskini. Oczy rozjaśniły mu się na tyle, by mógł dostrzec swą dłoń i 

znów  zaczął  wyglądać  jak  człowiek.  Próbował  wołać  Jaheirę,  jednak  miał  ściśnięte  gardło. 

Powoli  przekształcało  się  ono  z  powrotem  w  ludzkie  struny  głosowe.  Wydobył  z  siebie 

urywany kaszel. 

– Abdel! – usłyszał wołanie Jaheiry, jej głos dochodził echem z dość daleka. 

Podniósł  wzrok  i  przez  zalewające  mu  twarz  łzy  ujrzał  przyćmiony  blask  pochodni 

Imoen.  Minęło  kilka  chwil,  zanim  wstał,  trzęsąc  się  na  uginających  się  nogach,  w  końcu 

jednak ruszył ku światłu. 

 

* * * 

Odrzuciwszy  na  bok  robaki  stworzone  z  kamienia,  gigantyczne  żuki  oraz  stwory 

wyglądające jak stalaktyty, które co jakiś czas próbowały spaść na nich ze stropu, Abdel nie 

mógł  sobie  wyobrazić,  w  jaki  sposób  jakakolwiek  myśląca  istota  była  w  stanie  żyć  w 

Podmroku. Nie było tu upływu czasu, nie licząc rytmicznego kapania wody lub osuwających 

się  czasami  kamyków.  Abdel  nie  miał  pojęcia,  od  jak  dawna  tu  są.  Zrobili  pochodnie  z 

twardych  nóżek  gigantycznych  grzybów  oraz  strzępów  własnych  szybko  kończących  się 

background image

ubrań. Zatrzymywali się na odpoczynek i czasami spali. Zaraz gdy któreś z nich budziło się, 

budziło pozostałych  i znów wyruszali. Była to ślepa egzystencja  i cena,  jaką przyszło  im  za 

nią zapłacić, była spora. 

Czcząca naturę Jaheira przez cały czas wydawała się zmęczona. Modliła się do Mielikki i 

otrzymywała  odpowiedzi,  choć  było  to  dość  niezwykłe  miejsce,  by  czuć  dotyk  pani  lasu. 

Mimo  to  Jaheira  była  równie  ponura  i  cicha  jak  Abdel  i  choć  szli  ramię  przy  ramieniu 

kilometr za kilometrem, rzadko odzywali się. 

Imoen czuła się pod ziemią równie źle, jak każdy mieszkaniec powierzchni. Jeszcze przed 

tym jak niemal została zabita przez kamiennego robaka, ciągle oglądała się przez ramię, czuła 

na każdy odgłos czy podmuch chłodnego podziemnego wiatru. 

Znów  odpoczywali,  a  Imoen,  która  była  w  stanie  iść  jedynie  z  pomocą  Abdela  lub 

Jaheiry, zapadła w głęboki sen. Jaheira zbierała grzyby. Jedynie ona miała jakieś pojęcie, co 

mogło  być  jadalne,  a  co  śmiertelną  trucizną.  Abdel  przeglądał  okolicę  w  poszukiwaniu 

śladów  kamiennych  robaków  lub  jakichkolwiek  innych  nieprzyjemnych  mieszkańców 

Podmroku.  Ujrzał  kilka  punkcikowatych  światełek  w  ciemności.  Wziął  je  za  oczy  wiecznie 

obecnych  szczurów,  które  zawsze  trzymały  się  poza  zasięgiem  blasku  pochodni.  Odczuł 

dziwną ulgę z obecności futrzastych gryzoni. Wiedział, jak postępować ze szczurami. 

Kiedy  wrócił  do  wielkiego  stalagmitu,  przy  którym  Jaheira  chciała  zatrzymać  Imoen 

przez  jakiś  czas,  zobaczył,  że  półelfka  zebrała  sporą  ilość  miejscowych  grzybów.  Abdel 

skrzywił  się  na  ich  widok  i  po  raz  setny  pomyślał,  czy  nie  spróbować  zabić  jednego  z tych 

wielkich szczurów. Jaheira podała mu grzyb ze zmęczonym, lecz rozumiejącym uśmiechem, 

a on odsunął go. 

– Nie mogę już żyć na tym cholerstwie – powiedział jej. 

Wzruszyła ramionami, ugryzła grzyb i przeżuła kęs z obojętną miną. 

–  Ten  nekromanta,  albo  kimkolwiek  jest,  zrobił  coś  ze  mną  –  rzekł  Abdel.  –  Byłbym 

szczęśliwy,  mogąc  pozwolić  mu  odejść  w  pokoju  tam,  gdzie  idzie,  przynajmniej  jeśli 

oznaczałoby to, że mogę raz na zawsze opuścić tę norę, ale on... 

– On ma plany co do ciebie – powiedziała mu z wyraźną pewnością Jaheira. – Musi mieć 

plany co do was obojga. Jeśli z jakiegoś powodu zamierza zaatakować Suldanessellar, może 

chce wykorzystać was jako jakąś broń. 

– Ale powiedziałaś, że nie może kontrolować mnie i Imoen – rzekł Abdel, kiwając głową 

w stronę śpiącej dziewczyny. – Co on chce zrobić... skłonić mnie, bym tam poszedł, a później 

mnie rozwścieczyć? Pozwolić mi spustoszyć to miejsce w postaci jakiegoś... czymkolwiek to 

jest? 

Jaheira wzruszyła ramionami, a jej twarz stała się mroczną maską strachu. 

–  To  mogłoby  wystarczyć.  –  Wzdrygnęła  się  w  widoczny  sposób  i  dodała  –  Nie 

uwierzyłbyś co... 

Abdel wymusił uśmiech i powiedział – Znów dziedzictwo mojego ojca, jak sądzę. 

background image

Jaheira przytaknęła. 

Abdel westchnął i ugryzł z wahaniem grzyb. 

– Dlaczego Imoen? – spytał. – I jak? Jeśli ta... istota, ta siła, czymkolwiek jest, znajduje 

się już we mnie, sądzę, że muszę ją zrozumieć i uwierzyć w nią, wiedząc o sobie to, co wiem, 

ale Imoen? 

– Możesz musieć zaakceptować, że Imoen dzieli z tobą krew, Abdelu – powiedziała cicho 

Jaheira. 

Abdel  westchnął.  Byłaby  to  dość  łatwa  więź.  Jeśli  mnisi  z  Candlekeep  wprowadzili 

pomiędzy siebie  jedno z pomiotu Bhaala, by  je obserwować, dlaczego nie drugie? Dlaczego 

nie córkę? Winthrop nie był bardziej ojcem dla Imoen niż Gorion dla Abdela. 

– Nie mówiłeś mi, jak nas znalazłeś – rzekła Jaheira. – Skąd wiedziałeś, że masz przyjść 

do tego domu wariatów? 

– To była Bodhi... – Abdel zaczerwienił się i odwrócił wzrok. Nie zastanawiał się... ale to 

był  tylko  sen,  czyż  nie?  Nie  został  tak  naprawdę  dotknięty  w  ten  sposób  przez  Bodhi, 

dotknięty przez... 

Jaheira  wyglądała,  jakby  zamierzała  coś  powiedzieć,  ale  Abdel  spojrzał  na  nią  w  taki 

sposób,  że  zachowała  milczenie.  Widziała,  że  Abdel  o  czymś  myśli.  Widział,  jak  ona  to 

dostrzega  i  jej  twarz  się  zmieniła,  złagodniała  jakby  nawet  mimo  tego,  że  ściągnęła  w  dół 

kąciki ust. 

–  Wampiry  mają  pewne  moce,  Abdelu  –  powiedziała.  Potrząsnął  w  odpowiedzi  głową, 

ale ona ciągnęła dalej – Niekoniecznie byłeś... 

– Przestań – rzekł zbyt głośno. – Proszę. 

– Powinniśmy wykorzystać, że Imoen potrzebuje odpocząć – powiedziała, nie patrząc na 

niego – i sami zrobić to samo. 

Abdel przytaknął, lecz ani on, ani Jaheira, nie poruszali się przez długi czas. 

background image

Rozdział czternasty 

–  Twoja  skóra  –  powiedziała  Bodhi,  a  jej  oczy  prześlizgiwały  się  powoli  wzdłuż 

szczupłego ciała drowki. – Jest taka... Mogę cię dotknąć? 

Drowka  uśmiechnęła  się  i  wzruszyła  ramionami.  Bodhi  musnęła  palcem  jej  policzek,  a 

kobieta  wychyliła  się  w  stronę  dotyku,  uśmiechając  się.  Bodhi  rozpoznała  podtekst  tego 

uśmiechu. Sama oferowała go w przeszłości, zazwyczaj tuż przed tym, jak uczyniła z kogoś 

wampirzego sługę. 

– Zadowolona? – spytała wesoło drowka Phaere. 

– Nie – odparła Bodhi, zabierając rękę – ale tej nocy są inne... priorytety. 

– Jest noc? – spytała Phaere, jednak ze zrozumieniem, że w każdej chwili  może stać się 

coś strasznego. 

– Siła przyzwyczajenia – przyznała Bodhi. – Przepraszam. 

Drowka przeszła przez słabo oświetloną komnatę, jej obute w pantofelki stopy szemrały 

na  chodniku  z  pajęczego  jedwabiu.  Odkorkowała  karafkę  z  winem,  podniosła  kielich  i 

wysunęła go do Bodhi, która potrząsnęła jedynie głową. 

– Nie boisz się mnie – rzekła Bodhi. 

– A powinnam? 

– Jestem wampirzycą – powiedziała bezpośrednio Bodhi. – To niepokoi innych. 

Phaere zaśmiała się, a dźwięk ten połaskotał uszy Bodhi w sposób, który był jednocześnie 

przyjemny i niepokojący. 

– Nie jestem „innymi”, Bodhi. Jestem drowką. 

– Mówisz tak, jakbyś była jedyną drowką. 

– A ty mówisz tak, jakbyś była jedyną wampirzycą. 

Bodhi  przytaknęła  pojednawczo  i  usiadła  w  głębokim  fotelu,  obitym  dziwną,  miękką 

skórą.  Dotknęła  obicia  w  ten  sam  sposób,  w  jaki  wcześniej  dotknęła  atramentowoczarnej 

twarzy drowki. 

– Z halflinga – wyjaśniła drowka. – Bardzo droga. 

background image

Bodhi wiedziała, że nie odsunąwszy się od obicia, zdała właśnie kolejny niezbyt subtelny 

test. 

– Macie części lampionu – powiedziała Phaere, zmieniając temat. 

Bodhi  przytaknęła  i  rzekła  –  Mój  brat  dotrzyma  swojej  części  umowy,  jeśli  tylko  ty  to 

zrobisz. 

–  Jestem  drowką  –  powiedziała  Phaere.  –  U  nas  wszystko  to  umowy.  Jestem  przynętą, 

czyż nie? 

Bodhi roześmiała się i przytaknęła. 

– I dzięki temu otrzymasz to, czego chcesz, Phaere. 

Drowka uśmiechnęła się, a jej fioletowe oczy rozbłysły. 

– Podoba  mi się tu – rzekła Bodhi, a  jej oczy prześlizgiwały się po bogato urządzonym 

pokoju,  zatrzymując  się  na  wysokim  oknie  wychodzącym  na  podziemne  miasto.  –  Słońce 

nigdy tu nie świeci. 

– Raj dla wampirów – mruknęła Phaere. 

– Raj dla drowów – odparła Bodhi. 

Phaere spojrzała na nią ostro i rzekła – Nie zawsze byliśmy tu na dole. 

Bodhi odwzajemniła wzrok drowki. 

– Dostaniesz to, co ci obiecano, jeśli zrobisz to, co sama obiecałaś. 

– Mythal – rzekła Phaere. 

– Moc – zgodziła się Bodhi. – Wystarczającą, by zniszczyć twoją matkę, prawda? 

Phaere uśmiechnęła się i odwróciła. 

– Nie oczekuję, że zrozumiesz subtelności tej sprawy. To nie tylko matkobójstwo. 

– Oczywiście, że nie – powiedziała Bodhi, choć wiedziała, że dokładnie o to chodziło. 

 

* * * 

Zaczęło się od mgły. 

Znajdowali się pod ziemią od niemierzalnej  ilości czasu  i popadli  w pewną rutynę, cała 

trójka.  Podmrok  miał  w  sobie  kilka  niespodzianek,  jednak  można  było  mieć  z  nimi  do 

czynienia  po  kolei.  Przeżywali  i  parli  dalej.  W  dziwnych  odstępach  znajdywali  ślady 

Irenicusa i kogoś innego – wystarczająco często by wiedzieć, że są na dobrym tropie. 

Mgła była z początku jedynie kolejnym dziwactwem na ich drodze przez Podmrok. Była 

chłodna, niezbyt gęsta i nawet nie wydawała się nienaturalna. Niezbyt trudno było Abdelowi 

uwierzyć, że nawet Podmrok ma swoje zmiany pogody. 

Parli dalej,  może z trochę większą ostrożnością. Wszyscy troje starali się trzymać  bliżej 

siebie, by nie zgubić się we mgle. 

– Trudno mi w to uwierzyć – powiedziała Imoen – że to jest przypadkowe. 

Wydobrzała  z  niemal  śmiertelnej  rany,  lecz  nie  całkowicie.  Jej  twarz  była  wysączona  z 

kolorów,  może  trochę  zmizerniała.  Niemal  przez  cały  czas  wydawała  się  szara  i  zmęczona. 

background image

Jaheira  modliła  się  nad  nią  i  pomagało  trochę,  jednak  nie  na  tyle,  by  można  to  nazwać 

lekarstwem. 

– Muszę przyznać – odparła  Jaheira –  że to wychodzi trochę poza  moje doświadczenie, 

nie sądzę jednak, żebyśmy musieli panikować. 

Abdel wyciągnął swój szeroki miecz i uśmiechnął się. 

– Postaram się nie panikować, jednak jeśli coś wykorzystuje mgłę jako osłonę... 

– Tu może być niebezpiecznie – nieznajomy głos odbił się echem we mgle. 

Abdel  zatrzymał  się,  ustawiając  wygodnie  stopy,  gotowy  na  wszystko,  nawet  pomimo 

tego, że głos należał najwyraźniej do młodej kobiety i nie brzmiał groźnie. 

– Tam – powiedziała Imoen, wskazując na wirujące serce mgły. 

Była  to  dziewczyna  nie  dobiegająca  jeszcze  dwudziestu  lat.  Była  piękną  blondynką,  o 

rysach  tak  doskonałych,  że  wyglądała  niczym  jakaś  netherilska  rzeźba  –  życzliwi  ludzie 

mówili, że to niewolnicy upiększeni przez magię, a następnie na zawsze obróceni w kamień. 

Była odziana w zwyczajną, białą togę, a w niemal białe włosy wpleciony był cieniutki srebrny 

łańcuszek. Jej oczy były kryształowobłękitne i błyszczały w słabym świetle pochodni. 

– Nie musicie się mnie bać – rzekła. – Nazywam się Adalon. 

–  Nie  boję  się  ciebie  –  powiedział  jej  Abdel.  –  Ale  trudno  jest  mi  uwierzyć,  że  taka 

dziewczyna jak ty po prostu spaceruje sobie tutaj, otoczona mgłą, niedbale przechadzając się 

po Podmroku niczym... 

Przerwała mu śmiechem, który wskazywał na mądrość większą, niż mógłby zdradzać jej 

wiek. 

–  Niewiele  umyka  twojej  uwadze,  prawda  Abdelu  Adrianie,  synu  Bhaala,  zbawco  Wrót 

Baldura? 

– Dlaczego ciągle jestem tak nazywany? – spytał Abdel. 

Był to jego sposób na zapytanie się, skąd mogła o nim wiedzieć. 

– Pracujesz z Irenicusem – założyła na głos Imoen. 

Na  pół  uderzenia  serca  piękne  rysy  Adalon  przecięło  zniecierpliwienie,  po  czym 

uśmiechnęła się i rzekła – Nie za milion lat, Imoen. 

– Ale znasz nas – powiedziała Jaheira. – Czekasz tu na nas. Powiedz nam, czego chcesz. 

– Chcę wam pomóc – rzekła. 

Abdel westchnął i podszedł bliżej do niej, wciąż trzymając miecz w ręku. Nie wydawała 

się ani trochę wystraszona. 

–  Sami  nie  jesteśmy  pewni,  jak  możemy  sobie  pomóc  –  powiedział.  –  Kim  lub  czym 

jesteś i co chcesz z nami zrobić? Co Irenicus chce z nami zrobić? 

Przed  jego oczyma  przebiegł  żółty  błysk  i  dziewczyna  wydawała  się  w  jakiś  sposób  go 

dostrzec. 

background image

– Uspokój się, Abdelu – rzekła Adalon. – On cię zmienił. Wyciągnął na zewnątrz to, co 

było  wewnątrz  ciebie  –  co  ty,  z  pomocą  Jaheiry,  zdołałeś  utrzymać  głęboko  w  sobie.  Krew 

twojego ojca napędza jego awatara i jeśli na to pozwolisz, zatracisz się na jego rzecz. 

– Dlaczego? – spytała Jaheira. 

– O to musicie spytać Irenicusa – powiedziała dziewczyna. – Jestem pewna, że wkrótce 

będziecie mieć po temu okazję, przynajmniej Abdel. Irenicus ma plany wobec Suldanessellar, 

a  ja  od  dawna  jestem  przyjaciółką  tego  miasta.  Nie  chcę,  by  jego  mieszkańców  spotkała 

krzywda. Mogę pomóc wam im pomóc, pomóc wam pomóc sobie i pomóc wam dostać się do 

Irenicusa. Jeśli otrzyma on to, czego chce, Abdel straci swą duszę, Imoen stanie się nicością, 

Suldanessellar legnie w ruinach, a Irenicus będzie nieśmiertelny. Nie jest to świat, w którym 

chciałabym żyć. 

– Czym jesteś? – spytała Imoen. 

– Gdybym powiedziała ci, że jestem smoczycą – rzekła dziewczyna, zwracając się lekkim 

skinieniem głową do Imoen – uwierzyłabyś mi? 

Imoen wypuściła powietrze, jednak nie odwracała wzroku. 

– Jakiś czas temu przestałam wybierać, w co wierzę, dziękuję bardzo. 

– Czego chcesz w zamian? – wtrącił się Abel. 

Jeśli  w  jego  kontaktach  z  innymi,  nieważne  czy  ludźmi,  elfami,  smokami,  synami 

martwych bogów, istniał jakiś stały element, było to coś, co Gorion zwykł nazywać quid pro 

quo

– Drowy z Ust Natha ukradły moje jaja – powiedziała Adalon. – Chcę je z powrotem. 

Abdel westchnął i cofnął się o krok od niej. 

– To szaleństwo. To wszystko jest szaleństwem – rzekł. 

– Jaja? – spytała Jaheira. – Masz... jaja? 

–  Powiedziałam  ci,  że  jestem  smoczycą,  a  ty  mi  nie  wierzysz,  druidko?  –  zapytała 

Adalon, a w kącikach jej ust igrał przebiegły uśmiech. – Chodźcie tą drogą, będzie tam więcej 

miejsca. 

Z  tymi  słowy  dziewczyna  odwróciła  się  i  wślizgnęła  za  skalne  wypiętrzenie,  znikając  z 

pola  widzenia.  Jaheira  zamierzała  za  nią  podążyć,  jednak  Abdel  podniósł  dłoń,  by  ją 

zatrzymać. 

– Powiedz  mi proszę, że z nią  nie pójdziesz – powiedział. – Jeśli to nie  jest pułapka, to 

jestem... 

–  Daj  spokój,  Abdelu  –  rzekła  zmęczonym  głosem  Imoen,  mijając  ich  oboje  i  idąc  za 

tajemniczą dziewczyną. 

Jaheira rzuciła  Abdelowi  zrezygnowany uśmiech  i prześlizgnęła  się obok  jego ręki.  Zza 

zakrętu dobiegał odgłos, jakby ktoś pocierał skórą o kamień, jednak na tyle głośny, że mógł 

być całą armią odzianych w skóry żołnierzy, czołgających się po podłodze. 

background image

– Zamierzasz wejść do legowiska smoka – Abdel powiedział do oddalającej się Jaheiry. – 

W najlepszym przypadku. 

– Gdybym chciała cię zabić, synu Bhaala – zza rogu zagrzmiał głos Adalon – już byłbyś 

martwy. – Jej głos był głośniejszy, głębszy – ten sam, ale w jakiś sposób większy. 

Abdel podążył za Imoen i Jaheirą. Gdy wyszedł zza wypiętrzenia, niemal wpadł na plecy 

Jaheiry.  Zanim  zdołał  coś  powiedzieć,  zobaczył  powód,  dla  którego  półelfka  zatrzymała  się 

tak gwałtownie. 

Powiedzieć, że smoczyca była największą żyjącą istotą, jaką kiedykolwiek widział Abdel, 

nie byłoby żadną przesadą. 

Jej  ciało  po  tysiąckroć  odbijało  światło  pochodni  Imoen.  Miała  srebrną  skórę, 

wypolerowaną  do  wysokiego  połysku,  falującą  mięśniami  i  ciasno  splecionymi  łuskami. 

Namacalne uczucie potęgi, które wypływało z tej  istoty, skutecznie paraliżowało całą trójkę 

niewielkich osób, które stały przed nią. Adalon była stworzeniem o boskim pięknie. 

–  Ocalicie  Suldanessellar  –  jej  głos  rozlał  się  po  jaskini  z  gardła  ośmiokrotnie 

przewyższającego długością wzrost Abdela. – Pokażę wam drogę do Ust Natha. Odnajdziecie 

moje  jaja  i  przyniesiecie  mi  je.  Pokrzyżujecie  tam  plany  Irenicusa  i  powstrzymacie  armię 

drowów przed najechaniem  na doliny Tethir.  Wrócicie do  mnie, a  ja wyprowadzę was z tej 

zapomnianej  przez  bogów  nory  w  ziemi.  Stawisz  czoła  Irenicusowi  i  odzyskasz  od  niego 

swoją  duszę,  nawet  jeśli  to  zaprowadzi  cię  do  piekła.  Wiesz,  że  nie  masz  żadnego  wyboru, 

Abdelu Adrianie, synu Bhaala, marionetko zła, narzędzie dobra. 

– Wiem – wyszeptał Abdel. – Wiem. 

Smok podniósł się na tylnych łapach, a wszyscy troje instynktownie cofnęli się do tyłu. 

– Nie wejdziecie do Ust Natha, wyglądając w ten sposób – rzekła smoczyca. 

Masywne  stworzenie  zaintonowało  strumień  niezrozumiałych  sylab  i  ramiona  Abdela 

napięły  się  pragnieniem  zaatakowania  smoczycy,  zanim  rzucany  przez  nią  czar  spali  go  na 

popiół. Wypowiedziawszy tajemne słowa, smoczyca zamachała nad ich głową wielką łapą o 

srebrnych pazurach i Abdel poczuł, jak jego skóra pełza. Uczucie to było bardziej niż trochę 

niepokojące. 

Spojrzał w dół, spodziewając się pokrywających go insektów, jednak to, co ujrzał, jeszcze 

bardziej  wyprowadziło  go  z  równowagi.  Jego  skóra  nabrała  koloru  obsydianu.  Poparzył  na 

Jaheirę, która oglądała swoje ręce. Ona również stała się czarna, a jej uszy, niegdyś delikatnie 

spiczaste,  teraz  były  na  końcach  zaostrzone  niczym  igły.  Włosy  zmieniły  kolor  na  białe,  a 

oczy stały się fioletowe. Imoen parzyła na swą koszulę, marszcząc czarne jak noc czoło. 

– To... – powiedziała Imoen. – To po prostu... 

– Wyglądacie jak drowy, brzmicie jak drowy, jesteście w stanie rozumieć język drowów 

–  rzekła  z  przekonaniem  smoczyca  (wszystko  mówiła  z  przekonaniem).  –  Będziecie  mieć 

dostęp do miasta... jednak tylko na krótko. Czar wyczerpie się po... 

background image

–  To  jest  takie  złe  –  powiedział  Abdel.  –  To  jest  szalone.  Wszyscy  powinniśmy  się 

znaleźć z powrotem w tym domu wariatów. 

– Abdelu... – rzekła Jaheira, a w jej glosie zabrzmiało ostrzeżenie. 

Abdel  westchnął  i  przez  chwilę  zastanawiał  się,  czy  nie  zachować  milczenia,  czy  nie 

pogodzić się z tym wszystkim, czego najwyraźniej pragnęła od niego Jaheira. 

– Nie – powiedział, odwracając się plecami do smoczycy. – To jest śmieszne. Dlaczego to 

w ogóle robimy? Zamierzamy wmaszerować po prostu do miasta drowów... miasta drowów... 

ponieważ mieliśmy szczęście natknąć się na smoczycę, która mówi nam, że tak powinniśmy 

zrobić,  abyśmy  mogli  pokonać  plany  kogoś,  kto  jeśli  chodzi  o  nas,  już  został  pokonany. 

Jesteśmy razem. Mam, czego chciałem. A więc ten Irenicus zamierza zaatakować jakieś elfie 

miasto, w którym i tak nie byłbym mile widziany. Brzmi to bardziej na ich problem niż mój. 

–  Abdelu  –  rzekła  Jaheira,  zniecierpliwionym  lecz  uprzejmym  głosem.  –  Wiem,  że  tak 

naprawdę w to nie wierzysz. Nie możesz pozwolić, aby Irenicus robił co chce z niewinnymi. 

– A co z tą całą sprawą Bhaala? – spytała Imoen. – Myślisz, że to dobrze, abyśmy sobie 

od czasu do czasu zmieniali się w bezmyślne, mordujące potwory? 

– Jest bardzo mało czasu na... – zaczęła smoczyca. 

–  Więc  myślisz,  że  on  to  odwróci,  jeśli  go  znajdziemy?  –  zapytał  Abdel.  –  Nawet 

gdybyśmy  jakoś  przekonali  go  do  tego,  pewnie  nie  wiedziałby,  jak  to  zrobić.  Nie  jestem 

nawet  przekonany,  czy  to  była  jego  robota.  Moja  krew  zdradziła  mnie  na  wiele  więcej 

sposobów przy bardzo niewielkiej pomocy z zewnątrz. 

Abdel  odwrócił  się  do  Jaheiry  i  powiedział  –  Chciałaś,  żebym  się  zmienił,  więc  się 

zmieniłem.  Teraz  chcesz,  żebym  poszedł  się  zemścić.  Pójdziemy  za  Irenicusem  do  tego 

elfiego miasta, a co potem? Zabijemy go? Poprosimy go, żeby odwrócił ten rytuał? Będziemy 

go o to błagać? 

–  Będę  więcej  niż  szczęśliwa,  mogąc  go  zabić  –  zaproponowała  Imoen  –  jeśli  ty  nie 

chcesz. 

Abdel przykucnął i złożył głowę w dłoniach. 

– To go zabijmy, ale czy musimy... 

Nie  widział,  jak  smoczyca  wciąga  głęboki,  pełny  oddech,  przestał  jednak  mówić,  gdy 

podmuch  lodowatego  powietrza  wręcz  go  uniósł.  Głębiej  w  jaskini  rozległa  się  seria 

wrzasków.  Abdel  przetoczył  się,  a  kawałki  szronu  opadały  z  niego  niczym  płatki  śniegu. 

Odwrócił się w kierunku krzyków i ujrzał tuzin sylwetek dosłownie zamarzniętych w miejscu. 

Za  nimi  kolejny  tuzin  rozproszył  się  pomiędzy  stalaktytami.  Światło  pochodni  było  słabe, 

jednak Abdel nie potrzebował więcej niż sekundy, by uświadomić sobie, że owe sylwetki są 

drowami. 

background image

Rozdział piętnasty 

Abdel  widział  setki  osób  zabijanych  na  setki  różnych  sposobów,  jednak  obserwowanie 

jak srebrna smoczyca Adalon szaleje wśród drowów, przechodziło wszystko, co mógłby sobie 

wyobrazić. 

Ogromne  stworzenie  posuwało  się  do  przodu  równie  szybko,  jak  jaszczur  o  wielkości 

stanowiącej  jego  jedną  tysięczną.  Po  drodze  roztrzaskało  sześciu  zamarzniętych  drowów,  a 

Abdel mógł jedynie odskoczyć na bok. 

W  jaskini  odbił  się  echem  odgłos  wystrzeliwanych  kusz  i  Abdel  uznał,  że  widział,  jak 

przynajmniej  jeden  mały  bełt  odbija  się  od  lśniących,  srebrnych  łusek  Adalon,  jednak 

smoczyca  nawet się  nie wzdrygnęła. Usłyszał  wiele wyciąganych  mieczy  i to przypomniało 

mu, by wyjąć własny. Kiedy ujrzał swoją dłoń, czarną dłoń, przystanął na moment. 

Adalon  podniosła  jednego  drowa  wojownika  –  mężczyznę  w  lśniącej  kolczudze  –  i 

ścisnęła  go  tak  mocno,  że  oczy  wybałuszyły  mu  się,  zanim  zginął  jako  krwawy  strzęp  z 

pogruchotanymi kośćmi. Adalon cisnęła go na podłogę jaskini w krwawej stercie, przed którą 

musiał uskoczyć jeden z jego towarzyszy. 

W pobliżu smoczej głowy eksplodowało coś niczym kula ognista lub jakiś inny wyraźnie 

magiczny ogień,  jednak ona się tylko podrapała  i odrzuciła  na  bok drowa, który rzucił czar. 

Nieskuteczny  mag  trafił  w  ścianę  jaskini  wystarczająco  mocno,  by  głowa  pękła  mu  niczym 

jajko. 

Abdel  spojrzał  na  gromadę  rozpraszających  się  szybko  drowów  i  zobaczył,  jak  jeden  z 

nich  odwraca  się  od  smoczycy.  Drow  nawiązał  kontakt  wzrokowy  z  Abdelem  i  najemnik 

skierował się do mijającej go stopy wielkiego jaszczura, jakby zamierzał ją zaatakować. Coś 

mówiło Abdelowi, że i tak nie przeciąłby srebrnych łusek stworzenia, ale iluzja wydawała się 

działać. Kiedy znów zerknął na drowa, kiwał głową, odwracając się do ucieczki. 

Grupka  drowów  wojowników  zamierzała  uciec  wraz  z  nim,  jednak  pchnął  ich  z 

powrotem do smoczycy i rzucił się za skalne wypiętrzenie. Mrożący dech smoczycy opadł na 

wojowników falami lśniącego szronu i zamroził obydwu w pół krzyku. Stali się tak zimni, że 

background image

gdy  smoczyca  zamachnęła  się  w  ich  stronę  ogonem,  roztrzaskała  ich,  jakby  byli  zrobieni  z 

dmuchanego szkła. 

Idźcie! – w głowie Abdela zagrzmiał głos należący do Adalon. – Wasza trójka musi iść – 

nie  macie  za  dużo  czasu.  Znajdźcie  tego  drowa,  przywódcę,  i  wróćcie  z  nim  do  Ust  Natha. 

Idźcie! 

Jaheira chwyciła Abdela za ramię i choć wiedział, że to ona, mimo to był zaskoczony jej 

wyglądem. Była teraz mrocznym elfem w każdym calu, podobnie jak on i Imoen. 

 

* * * 

– Byliśmy oddziałem zwiadowczym – powiedział Abdel, zakładając, że nawet jeśli to nie 

podziała, wciąż będzie najprawdopodobniej w stanie zabić samotnego drowa. 

Mroczny  elf  skinął  głową  i  westchnął,  siedząc  na  nierównej,  kamiennej  podłodze  w 

ciemnej  jaskini  niczym  opróżniony  do  połowy  worek  ziarna.  Abdel  popatrzył  na  Jaheirę, 

która spoglądała na niego z ledwo ukrywanym zdumieniem. Wiedział, że nigdy nie zdobyłby 

się na to, by powiedzieć jej, że podstęp był sporym ryzykiem. 

Drow  skulił  nogi  do  pozycji,  która  Abdelowi  wydawała  się  bolesna.  Spomiędzy  warg 

mrocznego elfa wydostało się westchnienie – bardziej powolny, miarowy wydech. Jego oczy 

były zamknięte i było oczywiste, że nie tylko stara się uspokoić, lecz że mu się to udaje. 

– Kto dowodzi? – spytał mroczny elf, otwierając oczy i patrząc bezpośrednio na Jaheirę. 

Druidka  zerknęła  na  Abdela,  a  drow  podążył  za  jej  spojrzeniem.  Zmarszczył  brwi  i 

wydawał  się  zakłopotany.  Abdel  miał  zamiar  ogłosić  swoje  przywództwo  nad  drużyną, 

uświadomił sobie jednak, że z jakiegoś powodu drow uważa to za niezwykłe. Abdel spojrzał 

na Imoen i kiwnął leciutko głową. Znali się wystarczająco długo i Abdel wiedział, że uda jej 

się zrozumieć, co dzieje się pomiędzy nimi a ich pełnym rezerwy nowym przyjacielem. 

– Ja – powiedziała Imoen, w nowej skórze jej głos zabrzmiał dostojnie. 

Drow skinął głową i rzekł – Jestem Solausein, drugi po Phaere. 

Imoen nie miała pojęcia co odpowiedzieć, więc tylko kiwnęła głową. 

– Zostałem wysłany, żeby zabić smoka – oznajmił Solausein. 

Imoen  zerknęła  na  Abdela,  po  czym  powiedziała  –  My  zostaliśmy  wysłani,  by 

zaoferować mu jeszcze jeden układ. 

Abdel nie mógł nie poczuć iskry dumy. Imoen naprawdę potrafiła sprostać sytuacji. 

–  Cóż  –  rzekł  drow  –  z  całym  należnym  szacunkiem,  ale  wygląda  na  to,  że  Phaere 

założyła, iż wam się nie powiedzie. 

– Czy założyła, że wam również? – powiedziała Imoen, podniósłszy jedną brew. 

Drow spojrzał na nią ostro, lecz szybko odwrócił wzrok. Wstał jednym płynnym ruchem. 

Abdel musiał mocno się starać, by powstrzymać się przed wyciągnięciem miecza. Solausein 

nie zaatakował jednak. Jego wzrok pozostał utkwiony w ziemi. 

– Powinniśmy wrócić do Ust Natha – powiedział, nie patrząc na nich. 

background image

Imoen uśmiechnęła się do Abdela i odezwała się do drowa – Ty obejmij szpicę. 

 

* * * 

– Wszystko to dla taktyki dywersyjnej – powiedziała Phaere, wpatrując się w wysoki łuk 

dokończonej bramy. – Powiem jedną rzecz na rzecz ludzi: myślicie w wielkiej skali. 

Bodhi  spojrzała  na  nią  chłodno  i  rzekła  –  Nie  byłam  człowiekiem  od  bardzo  dawna, 

młoda opiekunko. 

Phaere odwróciła się do wampirzycy i uśmiechnęła, pozwalając, by jej wzrok przesuwał 

się powoli w górę wzdłuż szczupłego, odzianego w skórę ciała Bodhi. 

– Pozostaję poprawiona – powiedziała. 

Bodhi pozwoliła drowce spojrzeć na siebie. Wampirzyca skierowała jej uwagę na bramę. 

Była wielka – zdecydowanie wystarczająco, by mogła przejść przez nią cała armia. Teraz była 

jedynie  łukiem  z  gładkiego  kamienia,  wciąż  jednak  dawała  poczucie  potęgi,  magicznej 

energii, którą Bodhi mogła czuć z oddali. Kiedy zostanie zaktywowana przez tuzin stojących 

obok drowów magów, otworzy zaklęte przejście przez przestrzeń i czas na powierzchnię, do 

miejsca,  do  którego  Bodhi  nigdy  nie  mogłaby  wejść,  nie  mówiąc  już  o  regimencie 

uderzeniowym drowów. 

– I to zadziała – rzekła Bodhi, upewniając się, że brzmi to bardziej jak ostrzeżenie niż jak 

pytanie. 

Phaere wciąż wpatrywała się w Bodhi, gdy powiedziała – Zadziała. 

Drowka odwróciła się ostatecznie i wykrzyczała imię. 

Czułe  uszy  Bodhi  wychwyciły  syczące  szepty  tuzina  magów  i  coś  powiedziało  jej,  by 

odwróciła  się  od  bramy.  Nastąpił  błysk  światła,  które  byłoby  bolesne  dla  jej 

przyzwyczajonych  do  ciemności  oczu.  Phaere  zakrywała  swoje  oczy  dłonią.  Kiedy  Bodhi 

obróciła  się  z  powrotem  do  bramy,  było  to  niczym  spoglądanie  w  pomarszczoną  sadzawkę, 

która  w  jakiś  sposób  stała  prostopadle  do  ziemi.  Tam  gdzie  wcześniej  mogła  widzieć  przez 

łuk zaokrąglone dachy i czubki wież Ust Natha, miasta drowów, teraz znajdowało się jedynie 

niebiesko-fioletowe migotanie. Rejestrowała również słyszalne brzęczenie. 

– Mówiłaś, że chcesz zobaczyć, jak działa – rzekła Phaere. 

Bodhi uśmiechnęła się do niej. 

–  Twoja  armia  jest  dobrze  przygotowana  –  powiedziała  wampirzyca,  znów  bardziej  jak 

ostrzeżenie niż jak pytanie. 

– Jest przygotowana w takim stopniu, jakiego wymagamy, to prawda – odparła Phaere. – 

To wasze miasto elfów jest bardziej jak wioska. Moi odlegli kuzyni – wypowiedziała słowo 

„kuzyni”  z  niemałym  zadowoleniem  –  uciekli  w  większej  części  do  swego  bezcennego 

Evermeet. Nie powinno być zbyt trudno ich pokonać. W końcu nie jest to coś, czego mogliby 

oczekiwać. Nie posyłamy armii na powierzchnię. Nigdy. 

background image

–  Istotnie  –  rzekła  Bodhi,  wciąż  przyglądając  się  ścianie  magii  przed  sobą.  –  To  jest 

dokładnie to, na co liczyłam. Muszą zostać zaskoczeni i... zajęci, abyśmy mogli zrobić to, co 

mamy zrobić. 

– Nie będę się trudzić pytaniem, co to dokładnie ma być – powiedziała Phaere. – Zresztą 

nie obchodzi  mnie to tak naprawdę?  Jeśli  zdobędę  mythal,  możecie zrobić z Suldanessellar, 

co będziecie chcieli. 

Bodhi przytaknęła i rzekła – Dostaniesz swój mythal. 

Drowka  szukała  magicznego  mechanizmu  elfów  –  nazywanego  mythalem.  Bodhi  nie 

rozumiała dokładnie, czym on był. Wszystkim, co potrzebowała wiedzieć, było to, że Phaere 

potrzebowała go tak bardzo, że poprowadzi regiment drowów wojowników do lasu Tethir, by 

go zdobyć. Fakt, że w Suldanessellar nie było mythalu i Irenicus nie miał zamiaru zdobywać 

go dla niej,  był czymś, o czym Phaere będzie  musiała się sama dowiedzieć. Do czasu kiedy 

tak  się  stanie,  Irenicus  skończy  z  tym,  co  sam  musiał  zrobić,  i  już  dawno  znikną, 

pozostawiając elfy oraz drowy, by same załatwiły resztę – pozostawiając je, by pozabijały się 

nawzajem. 

– Osoby, które podążały za  nami, wkrótce tu będą – powiedziała Bodhi. –  Widziały  się 

już ze smoczycą. 

–  Zdumiewające  –  sapnęła  Phaere  –  sposoby...  Straciłam  wojowników,  zdobywając  te 

jaja. 

–  Cóż  –  rzekła  Bodhi,  podchodząc  o  krok  bliżej  do  brzęczącej  bramy  –  to  dobrze  dla 

ciebie.  Kiedy  ich  trójka  tu  dotrze,  będą  musieli  sądzić,  że  udało  im  się  odzyskać  jaja.  Będą 

chcieli  uciec  z  miasta  i  zanieść  jaja  smoczycy,  o  której  będą  myśleć,  że  pośle  ich  do 

Suldanessellar.  Mam  tu  kogoś,  kogo  będą  uważać  za  przyjaciela,  a  kto  skieruje  ich  w 

odpowiednim kierunku – przez bramę. 

– Poślesz ich z powrotem do smoczycy? 

Bodhi uśmiechnęła się. 

– Brama nie prowadzi do smoczycy, Phaere. Zaniesie ich tam, gdzie ja będę chciała, aby 

trafili. 

– Ludzie w Ust Natha – powiedziała Phaere. – To nie jest odpowiednie. 

Bodhi zignorowała mroczną elfkę i rzekła – Oto i on. 

Brzęczenie  bramy  zmieniło  na  króciutką  chwilkę  tembr  i  kolor  oddalił  się  od  fioletu 

zbliżając  się  bardziej  do  błękitu.  Na  marmurowe  płyty  placu  w  Ust  Natha  wyszedł  niski 

mężczyzna o okrągłej twarzy, z rysami elfa, lecz uszami człowieka. 

– Yoshimo – powiedziała Bodhi. 

Kozakurczyk  rozejrzał  się  dookoła,  otworzył  w  zachwycie  usta  i  poświęcił  chwilę  na 

odnalezienie Bodhi. 

Uśmiechnął się słabo i rzekł – Bodhi, masz jak najbardziej niezwykłych przyjaciół. 

– To samo mówi się o tobie – odparła. – Jestem pewna. 

background image

Bodhi wystąpiła o krok, a Yoshimo wzdrygnął się, cofając. Spowodowało to, że Phaere 

zaśmiała się, a Yoshimo zaczerwienił. 

Bodhi spojrzała na Phaere i powiedziała – Zajmij się nim dla mnie, dobrze? 

Phaere uśmiechnęła się kwaśno i przytaknęła. Bodhi przeszła przez bramę i zniknęła. 

background image

Rozdział szesnasty 

– Adalon zgodziła się na twoje żądania... mamo – powiedziała Imoen, a jej głos odbił się 

echem od wysoko sklepionej komnaty obcymi tonami języka drowów. 

Przeszli  długą  drogę  przez  Podmrok,  zagłębiali  się  coraz  bardziej,  podążając  za 

Solauseinem,  choć  starali  się,  aby  wyglądało  to  tak,  jakby  wiedzieli,  gdzie  idą.  Czysta 

obcesowość  wystarczała,  by  ogłupić  i  tak  już  wyczerpanego  drowa.  Porażka  w  kwestii 

smoczycy  i  tak  już  go  zawstydziła  i  nim  wstrząsnęła,  i  ostatnią  rzeczą,  jakiej  mógłby  się 

spodziewać,  byłaby  grupa  ludzkich  poszukiwaczy  przygód  przebranych  za  drowy.  Dla 

Solauseina naprawdę byli oddziałem zwiadowczym. 

Po  drodze  dowiedzieli  się  wiele  od  Solauseina,  choć  było  im  trudno,  gdyż  nie  byli  w 

stanie  zadawać  bezpośrednich  pytań.  Gdyby  ujawnili  swą  niewiedzę  w  zakresie  zwyczajów 

drowów  lub  misji  Solauseina,  ich  osłona  osłabiłaby  się,  a  może  nawet  całkowicie  spadła. 

Tym, co wiedzieli, gdy dotarli do Ust Natha, było to, że Solausein pracował dla córki drowiej 

opiekunki 

(szczególnie 

Imoen 

była 

zachwycona 

najwyraźniej 

matriarchalnym 

społeczeństwem drowów), która gwałtownie zdobywała potęgę wmieście. Ona była tą, która 

zabrała smocze jaja, choć nie wiedział tak naprawdę dlaczego. 

Wciąż  nie  będąc  w  stanie  w  jakiś  godny  zaufania  sposób  mierzyć  upływu  czasu,  Abdel 

nie miał pojęcia, ile zajęło im dotarcie do miasta, kiedy się już jednak tam znaleźli, wrażenie 

było przytłaczające. Nie było największym miastem, jakie kiedykolwiek widzieli, jednak fakt, 

iż zawierało się w jednej ogromnej grocie, czynił je w pewnym sensie dużym we wszystkich 

proporcjach. 

Ze  swojej  strony  powiedzieli  Solauseinowi,  że  jego  młoda  opiekunka  nie  zna  ich,  że 

zostali  wyznaczeni  przez  kogoś  z  jej  podwładnych.  Solausein  nie  naciskał  ich  w  żaden 

sposób,  by  dowiedzieć  się,  co  to  mogła  być  za  osoba.  Wydawał  się  przyzwyczajony  do 

kłamstw,  przyzwyczajony  by  wiedzieć  jedynie  małą  część  czegokolwiek,  w  co  był 

zaangażowany. 

Ich  drowi  przewodnik  przeprowadził  ich  przez  wspaniałe  miasto  prosto  do  kompleksu, 

który  służył  za  rezydencję  jego  opiekunki.  Szybko  zostali  wprowadzeni  do  tej  sklepionej 

background image

wysoko komnaty z łukowatymi oknami wychodzącymi na panoramę Ust Natha. Abdel musiał 

całą swoją siłą woli powstrzymywać się przed drżeniem. Jego nerwy cały czas były napięte, 

gdyż  wiedział,  że  w  każdej  chwili  może  zostać  zmuszony  do  bronienia  się  przed  całym 

miastem pełnym wyszkolonych wojowników, magów i kapłanek. Nigdy nie znajdował się w 

sytuacji,  w  której  byłby  tak  całkowicie  zagubiony.  Wzrok  przesłoniła  mu  niewyraźna,  żółta 

mgiełka i musiał po prostu udawać, że go tu nie ma. 

Solausein  dokonał  prezentacji  –  z  czystej  ostrożności  podali  mu  naprędce  wymyślone 

pseudonimy –  i  było oczywiste, że  młoda drowka była zainteresowana  jedynie Imoen, która 

wydawała się cieszyć  swoją pozycją tymczasowej władzy, podobnie  jak atramentowoczarną 

skórą. 

Solausein  najwyraźniej  założył,  że  drowka,  którą  przedstawił  jako  Phaere,  zna  ich 

wszystkich – w końcu byli oddziałem zwiadowczym – nie wchodził więc w szczegóły. Phaere 

nie wydawała się zbytnio zaintrygowana, kto jest kim, i chciała jedynie znać wynik wyprawy 

na smoczycę. 

–  Jestem  zdumiona  –  powiedziała  Phaere,  spoglądając  od  góry  do  dołu  na  Imoen 

zaskoczonym,  lecz  przychylnym  okiem.  –  Niemal  sądziłam,  że  pozwoli,  by  jej  jaja  zostały 

zniszczone. 

– Najwyraźniej... ehm... – zaczęła Imoen. 

– Jej partner nie żyje – rzekła Jaheira, idąc Imoen na pomoc. – Te jaja są jej jedyną szansą 

na potomstwo. 

Abdel  kierował  po  prostu  spojrzenie  w  dół,  czekając  aż  sytuacja  zmusi  go,  by 

poprowadził  odwrót.  Wiedział,  że  jest  on  nieunikniony.  Jakże  mogłoby  im  się  udać  to 

szaleństwo? 

–  Cóż  więc  –  powiedziała  Phaere,  wciąż  kierując  swą  uwagę  na  Imoen  –  to  wyjaśnia 

sporo rzeczy. 

Drowka odwróciła się do Solauseina, który nie odpowiedział jej spojrzeniem. 

– Czy to wszyscy? – spytała go. 

– Pani Phaere – rzekł. – Ja... 

– Wyszedłeś z dwudziestoma wojownikami – naciskała Phaere. 

– Smoczyca ich pokonała – powiedziała Imoen. 

Jej  głos  był  na  tyle  zimny,  by  wywołać  na  grzbiecie  Abdela  dreszcze.  Czy  jej  się  to  za 

bardzo nie podobało? W ogóle lubienie tego stanowiło zbyt wiele. 

Phaere uśmiechnęła się szeroko do Imoen i rzekła – No to pokonała. 

– Pani, ja... 

–  Zamknę  swoją  głupią,  nieskuteczną  gębę  –  dokończyła  za  niego  Phaere.  Solausein 

cofnął się o krok i wciąż kierował spojrzenie w podłogę. 

– Jaenro – powiedziała Phaere, używając pseudonimu Imoen i zwracając się bezpośrednio 

do niej. – Wydaję mi się, że zaczynam cię sobie przypominać. 

background image

Imoen  ukłoniła  się  lekko  i  uśmiechnęła  krzywo.  Phaere  podeszła  bliżej  niej  –  bardzo 

blisko – i rzekła – Zastąpisz nieskutecznego Solauseina we wszystkich jego obowiązkach. 

– Tak, pani – odparła Imoen. 

– Wszystkich jego obowiązkach – podkreśliła drowka. 

–  Tak  –  odpowiedziała  Imoen,  tym  razem  wolniej,  spoglądając  drowce  bezpośrednio  w 

oczy – pani Phaere. 

 

* * * 

–  Ona  potrafi  być...  trudna  –  rzekła  Jaheira,  dobrze  się  starając,  by  zabrzmieć  na 

spoufaloną z drowką. 

Solausein pociągnął głęboki łyk dziwnego napitku, który według Abdela pachniał trochę 

jak piwo, i zmusił się do uśmiechu. 

– Trzeba się było tego spodziewać – powiedział. 

Abdel  wziął  trzeci  niepewny  łyk  swojego  trunku  i  znów  rozejrzał  się  po  tawernie. 

Karczmy  drowów,  jeśli  la  należała  do  typowych,  były  cichymi,  poważnymi  miejscami, 

pełnymi  cichych,  poważnych  osób  o  skórze  w  kolorze  najciemniejszego  mahoniu.  Ta  była 

ciemna, słabo oświetlona świecami, a menu składało się z rzeczy, do których zjedzenia Abdel 

nigdy by się nie zmusił. Żywe pająki... szybciej umarłby z głodu. 

Jaheira  szybko  podchwyciła  parę  skuteczniejszych  kłamstw  Imoen  i  Abdel  był  szczerze 

zadowolony, że nie była w tym ani trochę tak dobra jak Imoen. Solausein starał się zachować 

stoicką  postawę  wobec  tak  wyraźnie  ogromnej  porażki,  poważnej  degradacji,  z  której  może 

się  nigdy  nie  otrząsnąć.  Towarzystwo  kobiety,  która  wydawała  się  posiadać  choć  odrobinę 

zrozumienia,  wydawało  się  sprawiać,  że  czuł  się  lepiej,  a  Jaheira  rozgrywała  to  wszystko 

bardzo ostrożnie. 

– Oczywiście – rzekła – nie możesz być zbytnio zaskoczony, że była rozczarowana. 

Solausein przytaknął i powiedział – Zawiodłem moją panią. 

– Ale upokorzyć cię w taki sposób – odezwał się Abdel. – Ja bym... 

– Tzvin! – warknęła Jaheira, używając drowiego pseudonimu Abdela. 

Abdel starał się wyglądać na złajanego i odwrócił wzrok. 

– Być może – Jaheira zwróciła się do Solauseina – tym, czego potrzebujesz, jest zmiana. 

Istnieją inne domy, którym można służyć, czyż nie? 

Na  szczęście,  uznał  Abdel,  Solausein  nie  zdawał  sobie  sprawy,  że  to  nie  jest  pytanie 

retoryczne. 

Solausein spojrzał na Jaheirę – tak naprawdę dopiero pierwszy raz. 

– Inni mają ambicje – powiedziała, wpatrując się drowowi prosto w oczy wzrokiem, który 

wzbudził w Abdelu natychmiastową i intensywną zazdrość. 

– Ja... – zaczął mówić, przerwał jednak, zanim wypowiedział jej prawdziwe imię. Starał 

się, lecz nagle nie mógł sobie przypomnieć jej pseudonimu, więc nic nie powiedział. 

background image

Jaheira udała ganiące spojrzenie, a Abdel odwrócił wzrok. 

Solausein  nie  przegapił  tej  wymiany.  Spojrzał  na  Abdela  i  rzekł  –  To  po  to  są  tutaj 

mężczyźni, mój przyjacielu. To naturalny porządek rzeczy. 

– Tak jest – powiedziała Jaheira. 

Solausein wziął kolejny łyk trunku i to samo zrobił Abdel. 

– Mów – zachęciła Jaheira. 

– Jaja – rzekł Solausein. – Chcecie jaja. 

 

* * * 

Sypialnia Phaere różniła się raczej od wszystkiego, czego Imoen  mogła  się spodziewać. 

Oczywiście  odkąd  była  zaledwie  małą  dziewczynką,  słyszała  opowieści  oraz  legendy  o 

drowach. Zawsze znajdowały się w  nich pająki  i  potwory oraz okrutne tortury. Drowy  były 

zawsze opisywane  jako okropna, a nawet zdeformowana rasa, która trzymała  niewolników  i 

pławiła  się  w  nie  kończących  się  rozlewach  krwi  oraz  odczuwała  dreszcz  emocji  przy 

zabijaniu. 

Jej rzeczywiste doświadczenia z mrocznymi elfami dość się różniły. 

Przede  wszystkim  były  dalekie  od  okropności  i  w  najmniejszym  nawet  stopniu  nie 

zdeformowane. Tak  naprawdę Imoen uważała Phaere za całkiem pociągającą. Skóra drowki 

nie lśniła – wręcz przeciwnie. Jej czerń wydawała się przyciągać do siebie światło, nigdy go 

nie  wypuszczając.  Twarz  Phaere  była  pociągła  i  dostojna,  z  wyraźnie  zarysowanym 

podbródkiem  oraz  kośćmi  policzkowymi.  Nos  miała  mały  i  delikatnie  zadarty.  Oczy  były 

duże, w kształcie migdałów, i w kolorze jaśniejącego fioletu. Imoen nie mogła przestać się w 

nie wpatrywać. Jej białe włosy pachniały – nawet z oddali – i opadały w dół długiej szyi, na 

wąskie ramiona, i dalej wzdłuż jej szczupłych pleców, prawie do talii. 

Ciało  były  krzepkie  od  długich  godzin  codziennych  ćwiczeń.  Phaere  była  przynajmniej 

pięć  centymetrów  niższa  od  Imoen,  jednak  dziewczyna  wiedziała,  że  drowka  mogłaby  ją 

zabić gołymi rękoma. Uwagę Imoen zwracały również jej uszy. Miały idealne kształty, były 

symetryczne i spiczaste, o czubkach wystających spod włosów. Dłonie Phaere były wąskie  i 

gładkie.  W  całej  jej  sylwetce  nie  było  śladu  skazy  czy  niedoskonałości,  a  nisko  wycięta, 

pozbawiona pleców szata ukazywała wystarczająco dużo ciała, by uczynić wszystko jeszcze 

bardziej imponującym. 

Imoen spojrzała na własną dłoń i zadziwiła się jej głęboką czernią. 

– Szykuję dla ciebie kąpiel – powiedziała Phaere. Jej głos był teraz niski i poufały. 

Za nią młody, szczupły drow krzątał się z wielką amforą ciepłej, pachnącej wody. 

– Dziękuję ci, pani – rzekła Imoen. 

Phaere  uśmiechnęła  się  i  skinęła  głową  w  stronę  oddzielonego  zasłoną  pomieszczenia, 

zaraz gdy ostatni z niosących amfory chłopców wyłonił się z niego i pospieszył do leżącego 

dalej korytarza. 

background image

– Proszę... – powiedziała uprzejmie Phaere. – Kąp się i porozmawiajmy. 

Imoen  kiwnęła  głową  i  przeszła  lekko  po  marmurowych  kafelkach  ku  złożonej  z 

paciorków  zasłonie.  Przeszła  przez  nią  do  komnaty  przynajmniej  tak  dużej,  jak  większość 

domów,  w  których  kiedykolwiek  była.  Środek  pomieszczenia  zajęty  był  wielką  i  okrągła 

wanną,  wyłożoną  marmurowymi  kafelkami.  Z  wody  unosiły  się  w  chłodne,  podziemne 

powietrze  delikatne  macki  pary.  Kąpiel  wydawała  się  Imoen  bardzo  przyjemna  po 

niezliczonych dniach podróży oraz spania na ziemi i myśl o spłukaniu potu, krwi oraz płynów 

ustrojowych tego stwora czy tamtego potwora brzmiała bardzo kusząco. 

Podobał  jej  się  cały  ten  podstęp  i  nawet  przez  chwilę  nie  miałaby  problemów  z 

przyznaniem,  że  uważa  drowkę  za  atrakcyjną  –  nawet  siebie  uważała  za  atrakcyjną  jako 

drowkę  jednak  wciąż  była  dość  nerwowa  w  pobliżu  Phaere.  Teraz  wszakże  wszystkim,  o 

czym  mogła  myśleć,  była  kąpiel.  Dość  szybko  pozbyła  się  swych  podartych  ubrań,  nie 

zastanawiając  się  nawet  nad  spróbowaniem  wytłumaczenia  ich  stanu  Phaere.  To  nie  były 

ubrania drowów. 

Phaere usiadła na niskiej, marmurowej ławie, wyłożonej miękkimi poduszkami. Siadając, 

wyciągnęła  z  ukrytej  w  swej  szacie  kieszeni  długą,  wąską  różdżkę,  która  wydawała  się  być 

zrobiona ze skruszonych klejnotów. 

– Sporo czasu minęło? – spytała Phaere. 

Imoen otworzyła oczy i zobaczyła, że Phaere kręci różdżką pomiędzy palcami. 

– Co to jest? – zapytała Imoen. 

– Uważasz, że chcę cię zabić za jej pomocą? – spytała Phaere, nie patrząc na nią. 

Imoen nie była pewna, co odpowiedzieć, więc się w ogóle nie odezwała. Ciepła, idealna 

woda była dla jej skóry niczym atłas i szybko wzbudzała w niej senność. 

–  To  różdżka  –  powiedziała  niemal  znudzonym  głosem  Phaere.  –  Na  mój  rozkaz 

wystrzeliwuje z niej błyskawica. 

– Robi wrażenie – rzekła Imoen jeszcze niższym głosem. 

Phaere spojrzała na nią, a Imoen zamknęła oczy. 

– Jutro będzie proroczy dzień – powiedziała drowka. 

–  Naprawdę?  –  zapytała  Imoen,  nie  będąc  nawet  pewna,  czy  musiała  podtrzymywać  tę 

rozmowę. 

Phaere wstała powoli i podeszła do wanny. 

– Jutro naprawdę rozpocznę  moje wejście do góry – powiedziała. – Zamierzam zastąpić 

moją matkę. 

Imoen nic nie odrzekła, nie będąc nawet pewna, o co chodziło Phaere. 

–  Informacja  ta  byłaby  dla  niej  sporo  warta  –  powiedziała  Phaere.  –  Gdybyś  jednak 

sprzedała ją jej, musiałabym cię zabić, proszę więc, abyś tego nie robiła. 

Imoen otworzyła oczy i przyjrzała się chłodno Phaere. 

– Wiem, kim są moi przyjaciele – rzekła. 

background image

– To dobrze – odparła Phaere i pozwoliła swej szacie opaść na podłogę. Imoen wciągnęła 

powietrze i otworzyła usta, by się odezwać, lecz nie dobiegł z nich żaden dźwięk. 

Phaere, wciąż trzymając wzrok na Imoen, weszła do wanny i opuściła się do wody równie 

powoli, jak zrobiła to Imoen. Wanna była na tyle duża, że obydwie kobiety oddzielało dobre 

pół tuzina metrów ciepłej wody. 

– Wiesz, czym jest mythal? – spytała Phaere. 

Imoen potrząsnęła głową, a jej ciało napięło się nagle. 

–  Za  kilka  dni  będę  miała  go  do  swojej  dyspozycji  i  wszystko,  co  muszę  zrobić,  to 

przemaszerować z paroma setkami zbyt cennych  żołnierzy  mojej  matki przez bramę do lasu 

jakichś elfów powierzchni. Od jak dawna się tego spodziewają? Ci zarozumiali głupcy myślą 

tak  naprawdę,  że  siedzimy  tu  na  dole  i  nie  mamy  nic  bardziej  interesującego,  by  zajmować 

nasze umysły, niż plany ich nic nie znaczącego upadku. 

Imoen  znów  zamknęła  oczy,  relaksując  się  i  rzekła  –  Więc  dlaczego  spełniać  ich 

życzenie? 

–  Musiałam  mieć  chyba  z  sześć  lat,  gdy  moja  matka  powiedziała  mi  po  raz  pierwszy, 

abym nigdy nie robiła interesów z wampirami – odpowiedziała Phaere zagadkowo. 

Słowo  „wampiry”  wzbudziło  u  Imoen  dreszcze  i  jej  dłoń  podniosła  się  na  tyle,  by 

wzburzyć otaczającą ją wodę. 

– Tak – powiedziała Phaere,  mylnie  interpretując  jej gest. – Nie tak  łatwo to przełknąć, 

zapewniam cię, ale stoję na lepszym końcu tej umowy. Mają jakąś sekretną broń – jakichś nie 

podejrzewających niczego ludzi, którzy niosą jakąś klątwę, która ma im rzekomo pomóc. To 

typowa  krótkowzroczność  niezdarnych  ludzi  –  jakże  oni  są  przejrzyści  i  pozbawieni 

motywacji.  Wampirzyca przysłała  nawet  jakiegoś pyzatego małego człowieczka,  by pomógł 

zwabić tych ludzi albo z jakiegoś powodu posłał ich przez bramę. Jakże ten mały człowieczek 

nie zdaje sobie sprawy, że jego pani zamierza go zaraz natychmiast zabić. Z pewnością tego 

nie  rozumiem.  Nie  to,  żeby  wampirzyca  była  choć  trochę  sprytniejsza.  Jestem  pewna,  że  ta 

krwiożercza suka nie wie nawet, czym jest mythal – nie ma pojęcia, co oddaje za dywersję. 

– Dywersję? 

Phaere przysunęła się bliżej Imoen, wzbudzając ciepłe fale, które odbiły się od miękkiego 

spodu podbródka Imoen. 

–  Mają  jakiś  zatarg  z  jednym  z  elfów  z  powierzchni  –  powiedziała  Phaere,  stając  się 

wyraźnie znudzona tą rozmową. – Sprawię, że ów elf pomyśli, iż wielka inwazja drowów w 

końcu nadeszła, a w całym towarzyszącym temu chaosie Bodhi i Irenicus zrobią to, co sobie 

zaplanowali.  W  zamian  zdobędę  wystarczająco  mocy,  by  wznieść  się  na  najwyższe 

stanowisko w Ust Natha. 

– Dobry układ rzekła Imoen. 

Kiedy  Phaere  wspomniała  po  imieniu  Bodhi  oraz  Irenicusa,  po  jej  grzbiecie  przebiegł 

kolejny dreszcz. Kiedy Phaere jej dotknęła, nastąpiło odczucie zupełnie innej natury. 

background image

 

* * * 

Abdel martwił się o Imoen. Była zdumiewająco dobra w udawaniu kogoś, kim nie była, 

lecz  Abdel  zdawał  sobie  sprawę,  że  każda  sekunda  spędzona  przez  nich  w  Ust  Natha 

przybliża szansę dekonspiracji. Nie wspominając  już o  fakcie,  iż smoczyca ostrzegła  ich, że 

nie mają dużo czasu. Jeśli czar się rozproszy i okaże się, że są ludźmi, nie potrafiącymi nagle 

nawet mówić językiem drowów, znajdą się w poważnych – bardzo poważnych – kłopotach. 

Jaheira  stawała  się  coraz  lepsza  w  udawaniu,  lecz  nie  była  tak  dobra  jak  Imoen.  Abdel 

obserwował  ją  bacznie  i  nabrał  pewnej  pociechy  z  faktu,  iż  Solausein  bierze  jego  dziwne 

zachowanie  za  zwyczajną  zazdrość.  Drow  sądził,  że  Jaheira  robi  z  Abdelem  to  samo,  co 

Phaere  z  nim  zaledwie  kilka  godzin  temu.  Niech  myśli  sobie,  co  chce,  uznał  Abdel,  jeśli 

zaprowadzi ich to do celu. 

Przedostanie  się obok strażników było dość  łatwe. Solausein  był  ich kapitanem  i tak się 

do  niego  zwracali,  nie  ośmielając  się  wypytywać,  dlaczego  tu  jest  ani  kim  są  jego  nieznani 

towarzysze.  Abdel  wystarczająco  wiele  razy  wykonywał  taką  robotę,  by  rozumieć  punkt 

widzenia  żołnierzy.  Nie  chodziło  tak  bardzo o to,  że  obawiali  się  zapytać,  lecz  że  ich  to  po 

prostu nie obchodziło. 

– Doskonale – powiedziała Jaheira, stając przed rządkiem ogromnych jajek. 

Solausein,  chyba  trochę  pijany,  zważywszy  na  jego  chwiejny  krok,  uśmiechnął  się 

otwarcie na reakcję jego nowej pani. 

– Jak obiecałem. 

– Fortuna – odezwał się Abdel, wciąż z wahaniem odgrywając swą rolę. 

–  Wystarczy  by  założyć  mój  własny...  –  rzekła  Jaheira,  przerywając,  gdy  uświadomiła 

sobie, że strażnicy mogą podsłuchać. 

Solausein  podchwycił  to  szybko  i  warknął  –  Hej,  wy  tam,  załadujcie  to  na  wóz  i  to 

szybko, ale ostrożnie. Pani chce, żeby jaja były gdzie indziej. 

Dość  łatwo  usatysfakcjonowani  rozkazem  strażnicy  zabrali  się  do  pracy.  Potrzeba  było 

dwóch  z  nich,  by  przenieść  każde  jajo,  a  Jaheira,  Abdel  i  Solausein  stali  w  milczeniu, 

obserwując, dopóki zadanie nie zostało wykonane. 

Kiedy strażnicy skończyli, Solausein rzekł – Zostawcie nas. Nie ma tu nic do pilnowania. 

Strażnicy skinęli głowami i w pełni wykorzystali okazję, by przestać sterczeć obok sterty 

smoczych jaj, praktycznie wpadając na siebie przy wyjściu. 

Właśnie tego Abdel nie mógł zrobić – podążyć za nimi. Na zewnątrz stał wóz Solauseina, 

przyczepiony do jaszczura trzykrotnie przekraczającego długością konia. Wydawał się on być 

zwierzęciem pociągowym. Poruszał się pewnie po terenie jaskini i był wystarczająco silny, by 

ciągnąć  duże  ładunki.  Abdel  ocenił,  że  jest  równie  silny  jak  zaprzęg  trzech,  może  czterech 

wierzchowców. 

– Powinniśmy iść, pani – nalegał Abdel. 

background image

Jaheira odwróciła się i powiedziała – Istotnie, musimy... 

–  Są  przenoszone?  –  w  pustym  pomieszczeniu  rozległ  się  zbyt  znajomy  głos.  Abdel, 

Jaheira  i  Solausein  odwrócili  się  jednocześnie  i  Abdel  pokręcił  głową  na  widok  Yoshimo, 

otoczonego  przez  dwóch  nie  wyglądających  na  zadowolonych  drowich  strażników, 

wchodzących niedbale do środka. – Miałem nadzieję sam zająć się tymi wielkimi, smoczymi 

jajami. 

– Uch... – powiedziała Jaheira i odwróciła się. 

Abdel próbował zrobić to samo, nie rzucając się w oczy. 

– Co ta... istota tu robi? – spytał Solausein strażników. 

– To człowiek, proszę pana – doniósł beznamiętnie jeden z nich. – Wykonuje zadanie dla 

pani. 

Abdel  uchwycił  minę  na  twarzy  Yoshimo  i  zdał  sobie  sprawę,  że  Kozakurczyk  nie 

rozumie, co zostało powiedziane. 

Myśli Abdela zawirowały. Co Yoshimo mógł tu robić? 

A  więc  był  po  stronie  Irenicusa...  To  wszystko  zaczynało  mieć  sens.  Abdel  uświadomił 

sobie,  iż  naprawdę ważnym  jest, aby Yoshimo nie rozpoznał  jego albo Jaheiry. Jak  na razie 

wyglądało na to, że nie rozpoznał. 

–  Ten  mężczyzna  jest  nam  znany  –  powiedziała  Jaheira  do  Solauseina,  a  Abdel  poczuł, 

jak zalewa go fala paniki. Jaheira poznała Yoshimo w więzieniu Irenicusa, lecz nie wiedziała 

reszty.  Nie  wiedziała  tego,  co  Abdel.  –  Przyda  mi  się  –  kontynuowała  Jaheira.  –  Odeślij 

strażników. 

Odwróciła  się  tyłem  do  Yoshimo,  a  Solausein  odezwał  się  bez  wahania  –  Słyszeliście 

panią. Zabierzemy to stąd. 

Ci strażnicy mieli trochę większe opory przed zwolnieniem z obowiązków, jednak mimo 

to  ukłonili  się  Solauseinowi  i  opuścili  pomieszczenie.  Yoshimo  przykleił  do  twarzy 

bezmyślny  uśmiech.  Był  zaskoczony  przebiegiem  wypadków  i  nawet  bez  spoglądania  zbyt 

bezpośrednio na niego Abdel mógł stwierdzić, że jest zdenerwowany. 

– Nie zamierzałem się wtrącać – rzekł Yoshimo. 

Abdel  nie  chciał  na  niego  patrzeć  –  nie  chciał  w  żaden  sposób  okazać,  że  rozumie,  co 

mówi Kozakurczyk. 

– Nie rozumiem tego człowieka – powiedział Solausein. 

–  Muszę  poprosić  o  wybaczenie,  moi  czarnoskórzy  przyjaciele  –  rzekł  Yoshimo  –  ale 

jestem nie obznajomiony z mową waszego podziemnego miasta. 

Abdel poczuł mrowienie na całym ciele i był zaskoczony – a nawet trochę rozczarowany 

– swoją nerwowością. 

– Abdel? – spytał Yoshimo, cicho i z wahaniem. 

Solausein powiedział coś, czego Abdel nie zrozumiał, i najemnik uświadomił sobie nagle, 

że to uczucie nie było nerwowością. Nie był już mrocznym elfem. 

background image

 

* * * 

Imoen  zadrżała  lekko  ze  zmęczenia,  gdy  kroczyła  lekko,  na  boso,  po  chłodnych, 

marmurowych kafelkach ciemnej sypialni Phaere. 

Wanna  była  już  opróżniona,  a  jej  zniszczone  ubrania  zostały  zabrane.  Miała  na  sobie 

szykowną  szatę  z  pajęczego  jedwabiu,  pożyczoną  z  bogatej  garderoby  Phaere,  i  choć  była 

wystraszona, czuła się lepiej niż w przeciągu ostatnich dni. Może nawet dekadni? Była czysta 

Zjadły, wypoczęły i przeszły na stopień intymności, jakiego Imoen nigdy nie doświadczyła w 

opactwie-fortecy  Candlekeep.  Jej  umysł  był  wirem  sprzecznych  uczuć,  była  jednak 

wystarczająco  realistyczna,  by  wiedzieć,  co  musi  zrobić.  Nie  mogła  zostać  na  zawsze 

mroczną elfką, choć było to kuszące. 

Z  łatwością  znalazła  różdżkę  tam,  gdzie  Phaere  ją  zostawiła,  i  wsunęła  ją  między  fałdy 

swojej szaty. Zaczęła się obracać, lecz zatrzymała się, gdy Phaere przemówiła. 

–  Kolejna  kąpiel?  –  głos  drowki  odbił  się  echem  od  cichych,  wyłożonych  marmurem 

ścian pokoju. 

Imoen wciągnęła oddech i powiedziała – Zaskoczyłaś mnie. 

– Czy polecić chłopcom, żeby przygotowali ci kolejną kąpiel? – nalegała Phaere. 

–  Nie  –  odparła  Imoen.  –  Nie,  dziękuję  ci.  Ja  tylko...  tylko...  –  wykonała  jedną  dłonią 

bezradny gest, podczas gdy drugą zaciskała szatę i zabezpieczała różdżkę. 

–  Cóż  –  powiedziała  Phaere,  najwyraźniej  rozumiejąc,  co  chciała  przekazać  Imoen.  – 

Zostawię cię z tym. 

Imoen  skinęła  głową,  a  mroczna  elfka  przystanęła  na  chwilę,  utrzymując  długi, 

przyjemny  kontakt  wzrokowy,  którego  Imoen  nie  chciała  puścić.  Phaere  odwróciła  się  w 

końcu i wślizgnęła z powrotem w mrok sypialni. 

Skóra  Imoen  zaczęła  pełzać  i  była  zdumiona  oraz  zawstydzona  tym  uczuciem...  dopóki 

nie zdała sobie sprawy, że nie ma już na sobie pięknej, czarnej skóry. 

 

* * * 

Abdel  uderzył  Solauseina  w  twarz  tak  mocno,  że  nos  drowa  roztrzaskał  się,  pryskając 

krwią. Szybko przewrócił się z łoskotem. 

–  To  naprawdę  ty!  –  krzyknął  Yoshimo.  Wydawał  się  słusznie  uradowany,  widząc 

Abdela i Jaheirę. – Moi przyjaciele, jestem szczęśliwy, że was znalazłem. 

– Oszczędź sobie, Yoshimo – powiedziała Jaheira, zdumiewając  Abdela, który rozcierał 

starte knykcie. Solausein nie poruszył się. – Co robisz akurat tutaj? 

– Szukam was, oczywiście – odparł Kozakurczyk. 

Abdel wyciągnął miecz i przystawił go do gardła Yoshimo, zanim ten zdążył powiedzieć 

cokolwiek więcej. 

– O co tu, na dziewięć piekieł, chodzi? 

background image

– Mogę wszystko wyjaśnić – rzekł Yoshimo, spoglądając na klingę Abdela z mieszaniną 

strachu i wyniosłej obrazy. – Sądzę jednak, że najpierw powinniśmy opuścić to miasto elfów 

drowów, prawda? 

– Łatwiej powiedzieć, niż zrobić – warknął Abdel. Odwrócił się do Jaheiry i powiedział – 

Straciliśmy zbyt wiele czasu. 

– Znam drogę na zewnątrz – rzekł Yoshimo – ale zaprowadzenie was tam zajmie chwilę. 

– Mamy wóz – powiedziała Jaheira. Zauważyła zaniepokojony wzrok Abdela i rzekła do 

niego  –  Musimy  się  stąd  wydostać.  Jeśli  może  zaprowadzić  nas  do  smoka, to  naprawdę  nie 

obchodzi mnie, dlaczego to robi. 

– On pracuje dla Irenicusa – powiedział Abdel. – Powinienem go teraz wypatroszyć. 

– Och, moi dobrzy przyjaciele, nie mam pojęcia o czym mówicie – rzekł słabo Yoshimo. 

– Przyszedłem, aby pomóc, to moje jedyne pragnienie. 

Solausein jęknął, wciąż nieprzytomny, i przetoczył się lekko na bok. 

– Budzi się – ostrzegła Jaheira. – Musimy się stąd wydostać. 

–  Mogę  zaprowadzić  was  prosto  na  powierzchnię  przez  robiącą  ogromne  wrażenie 

magiczną bramę. 

–  Nie  idziemy  na  powierzchnię  –  powiedział  Abdel,  zerkając  na  Jaheirę  spojrzeniem 

pełnym zrezygnowania. 

– Musimy najpierw oddać smoczycy jaja – rzekła Jaheira. 

– Po tym jak znajdziemy Imoen – sprostował Abdel. 

– Imoen? – spytał Yoshimo. 

– Przyszliśmy z inną kobietą, ludzką, przebraną za mroczną elfkę – powiedział Abdel. 

– Ach... – rzekł Yoshimo. – Ona jest z Phaere. 

– Jeszcze? – spytała Jaheira, choć nie spodziewała się odpowiedzi. 

– Ta brama zabierze was do smoczycy – zaproponował Kozakurczyk. 

– Jak to? – zapytał Abdel, popychając już Yoshimo do drzwi. 

– Zostało mi wyjaśnione, że obmyślasz sobie tylko cel i udajesz się tam. 

–  Nie  przychodzi  mi  do  głowy  nic  lepszego,  Abdelu  –  powiedziała  szybko  Jaheira  –  i 

musimy się stąd natychmiast wydostać. 

Abdel uśmiechnął się, spojrzał na Yoshimo i rzekł – Prowadź. 

background image

Rozdział siedemnasty 

Phaere była bardziej niż trochę niezadowolona. Młoda kobieta Jaenra zniknęła w którymś 

punkcie nocy i Phaere uważała to za brak szacunku. Otworzyła siebie oraz swój dom szybciej 

i pełniej na Jaenrę, niż zrobiła to kiedykolwiek wcześniej  i  choć była dość gruboskórna, nie 

mogła nic poradzić na to, że wzięła to do siebie... i wyładowała na kimś. 

Uderzyła  maga  w  twarz  twardym,  wyćwiczonym  ciosem  na  odlew,  pod  którym 

mężczyzna  upadł.  Czarodziej  przewrócił  się  na  marmurowe  płyty  placu,  a  sakwa  z 

komponentami do czarów, jaką miał przy pasie, otworzyła się, rozrzucając wszędzie dookoła 

kawałki  sznurka, kryształy, pióra  i żywe pająki.  Spojrzał z przerażeniem  na Phaere, w pełni 

spodziewając się, że zostanie zabity. 

–  Gotowy!  –  Phaere  wrzasnęła  na  mężczyznę.  –  Naszykowany!  Przygotowany!  Nic  dla 

ciebie nie znaczą te słowa? 

–  Brama  jest  gotowa,  pani  –  mag  powiedział  szybko  drżącym  głosem.  –  Masz  moje 

słowo. Ja... 

Kopnęła go mocno między nogi i mężczyzna zgiął się z bólu wpół. 

– Nie pytałam cię o twoje słowo, ty mały... 

Przerwał  jej  ryk  jaszczura  pędzącego  przez  plac.  Odwróciła  się  i  ujrzała  coś,  w  wyniku 

czego musiała zamrugać kilkakrotnie, zanim w to uwierzyła. 

Jaszczur  ciągnął  otwarty  wóz,  na  którym  złożono  smocze  jaja.  Kierowali  nim  ludzie, 

których blada skóra lśniła w rozproszonym świetle bramy. Jeden z nich wyglądał znajomo – 

ten  duży,  jednak  dlaczego?  Była  tam  też  półelfka  –  Phaere  nigdy  wcześniej  nie  widziała 

półelfki. Była przytłoczona. 

To była grupa  Bodhi,  choć Phaere  sądziła, że  miało  ich  być troje. Doliczyła  się dwojga 

plus  człowiek  o  okrągłej  twarzy,  którego  Bodhi  wywołała  z  bramy,  by...  cóż,  najwyraźniej 

właśnie to robił w tej chwili. Wóz kierował się do bramy. 

Phaere  wykonała  ręką  sygnał  w  powietrzu,  który  spowodował,  że  strażnicy  odstąpili  od 

bramy.  W  wóz  wycelowano  kusze,  jednak  wartownicy  byli  na  tyle  posłuszni,  by  postąpić 

zgodnie z rozkazem i nie strzelać. 

background image

Phaere uśmiechnęła się, choć wciąż była rozczarowana. Zaczęło się. 

 

* * * 

Abdel  przestał  starać  się  liczyć  oczywiste  ukartowane  zjawiska,  które  ostatnio  go 

otaczały,  a teraz pojawiały  się tak szybko  i regularnie.  Widział,  jak drowia pani Phaere stoi 

nad jakimś skulonym drowem na skraju placu w centrum Ust Natha. Podniosła rękę w górę i 

wykonała jakiś gest. Abdel nie rozumiał mowy znaków drowów – nie wiedział nawet, że coś 

takiego w ogóle istnieje – widział jednak, jak otaczający plac strażnicy wycofują się. Wszyscy 

oni zerknęli na Phaere i choć podnieśli kusze do strzału, nie atakowali. Abdel powoził szybko 

wąskimi  uliczkami  i  otwarta  konstrukcja  pojazdu  nie  dawała  im  osłony.  Polegał  na  tym,  że 

przez  bramę  przeprowadzi  ich  głupie  szczęście,  jednak  dzięki  Phaere  nie  potrzebował  go. 

Wyglądało na to, że ich oczekiwała – a to nie mogło wróżyć niczego dobrego. Powiedział to 

do Jaheiry i Yoshimo. 

–  Nie  mamy  wyboru!  –  wrzasnęła  Jaheira  przez  stukot  kół  wozu  na  marmurowych 

płytach. – To jedyna droga wyjścia! 

– To pułapka! – powtórzył Abdel. 

– A co nią nie jest? – dobiegła zagadkowa odpowiedź Yoshimo. – Zaufaj mi teraz. 

Abdel  otworzył  usta,  zamierzając  uraczyć  Yoshimo  pełną  listą  powodów,  dla  których 

nigdy by mu nie zaufał, kiedy na wóz za nim wskoczyło szczupłe, blade ciało. 

– Imoen! – wydyszała Jaheira. 

–  Nie  jedź  przez  tą  bramę!  –  wrzasnęła  Imoen  do  Abdela,  ściskając  jego  ramię,  by 

zachować równowagę na podskakującym wozie. 

To było wszystko, co Abdel musiał usłyszeć. Pociągnął mocno za lejce i jaszczur zwolnił 

gwałtownie.  Wszystko  i  wszyscy  na  wozie  przesunęli  się  szybko  do  przodu  i  Abdel  niemal 

wpadł  na  grzbiet  gigantycznego  jaszczura.  Imoen  oraz  Jaheira  wpadły  na  Abdela  z  tyłu  i 

obydwie  jęknęły  jednocześnie.  Yoshimo  przewrócił  się  o  oparcie  ławki  Abdela, 

rozkrwawiając sobie nos. 

– Zniszcz to! – sapnęła Imoen, jeszcze gdy wóz się poruszał. – Musimy to zniszczyć. Oni 

chcą przeprowadzić przez to armię. 

– Wspaniale – powiedział Abdel, ciągnąc lejce w lewo i zmuszając ogromnego jaszczura, 

by  skręcił.  Na  placu  strażnicy  podeszli  do  przodu,  lecz  wciąż  wstrzymywali  ogień.  Abdel 

wiedział, że wystarczy jeden gest Phaere, by zrobić z nich poduszeczki do igieł. 

– Jak mamy zniszczyć to coś? – Jaheira spytała Imoen. – Nie możesz po prostu... 

–  Tym!  –  krzyknęła  Imoen,  wyciągając  zza  swej  lśniącej  szaty  z  pajęczego  jedwabiu 

kryształową różdżkę. 

–  Nie  rób  tego  –  rzekł  Yoshimo  urywanym  i  zdesperowanym  głosem.  –  W  imieniu 

wszystkich naszych przodków, błagam cię. To nasza jedyna droga wyjścia stąd. Musicie... 

background image

Abdel  cofnął  gwałtownie  łokieć  i  trafił  Yoshimo  mocno  w  skroń.  Kozakurczyk 

przewrócił  się  na  jedno  z  jaj,  przesuwając  je,  lecz  nie  rozbijając.  Przez  sekundę  próbował 

wstać, po czym padł nieprzytomny, rozłożony na srebrnych, smoczych jajach. 

– Zrób to – powiedział Abdel do Imoen. – To równie dobry dzień na umieranie jak każdy 

inny. 

 

* * * 

Phaere straciła otuchę i przeklęła się w milczeniu, gdy ujrzała kolejną osobę biegnącą po 

dachu  spichlerza  na  skraju  placu  i  wskakującą  do  pędzącego  wozu.  Była  to  Jaenra,  blada 

niczym człowiek. Ona naprawdę była człowiekiem. 

Matka Phaere miała listę krytycznych uwag pod jej adresem. Na jej szczycie znajdowała 

się  jej  słabość  wobec  określonego  rodzaju  kobiet,  która  powodowała,  że  dokonywała 

szybkich,  pochopnych  decyzji,  opartych  bardziej  na  namiętności  niż  przebiegłości.  Phaere 

zawsze lubiła sądzić, że namiętność jest równie dobrą motywacją jak przebiegłość. Oparła na 

niej wiele ze swoich najlepszych decyzji, jednak... 

... jednak to nie  była  jedna  z  nich. Phaere  skrzywiła się, uświadamiając  sobie wszystko, 

co  powiedziała  tej  kobiecie  w  kąpieli,  w  łóżku,  co  wyszeptała  do  jej  uszu.  Na  niegodziwe 

zęby Lolth, powiedziała temu człowiekowi wszystko

Phaere wyciągnęła własną kuszę i nałożyła na nią zatruty bełt, gdy wóz niemal wywracał 

się,  zatrzymując  przed  niebiesko-fioletową  bramą.  Jaenra,  jeśli  naprawdę  tak  się  nazywała, 

wyciągnęła spod swej szaty – jednej z szat Phaere – długą, cienką, lśniącą... 

– Och bogowie, nie – mruknęła Phaere. To była różdżka. Czy naprawdę to zrobiła? Czy 

wyszeptała hasło do ucha Jaenry? Zrobiła to. 

Phaere wycelowała kuszę w Jaenrę i coś zamgliło jej wzrok. Czy to była łza? Czy do tego 

doszła? W tej chwili Phaere była świadoma jedynie dwóch rzeczy: nie mogła zabić tej młodej 

kobiety  i  wszystko  co  zaplanowała,  wszystko  na  co  tak  ciężko  pracowała,  padało  na  jej 

oczach w gruzy. Wszystko było skończone. Nie strzeliła. 

Dziewczyna  wydawała  się  jej  nie  widzieć,  nie  wiedziała,  że  Phaere  pozwoliła  jej  żyć, 

karała się, umożliwiając tej ludzkiej kobiecie – która zdołała ją tak dobrze zmanipulować, że 

mimo wszystko mogłaby być drowką – zniszczenie bramy. 

Phaere  nie  słyszała,  jak  Jaenra  wymawia  hasło,  jednak  z  koniuszka  różdżki  wyskoczył 

błękitno-biały  łuk  błyskawicy  i  zetknął  się  z  wirującą  magią  bramy.  Niebiesko-fioletowa 

energia  zmarszczyła  się  w  miejscu,  w  które  trafiła  błyskawica  i  zmieniła  się  w  kipiącą 

burzową chmurę. 

Phaere  zobaczyła,  jak  ludzie  wyskakują  z  wozu,  porzucając  jaja  w  desperackiej  próbie 

uniknięcia czegoś, co wszyscy – nawet powściągliwi strażnicy – wiedzieli, że nadchodzi. 

Brama eksplodowała mglistymi podmuchami oraz kulami niebiesko-fioletowej energii, a 

po  całym  placu  rozbiegły  się  białe  błyskawice.  Phaere  zasłoniła  oczy  ręką,  gdy  wóz 

background image

rozbłysnął  czerwonym  światłem,  stanowiącym  kontrast  dla  chłodniejszych  kolorów 

pożerającej się żywcem bramy. 

Wóz zniknął w jednej chwili, zabierając ze sobą ludzi oraz jaja. 

Na  jedno  uderzenie  serca  na  placu  zapanowała  cisza  i  ciemność,  po  czym  brama  znów 

wybuchła. 

background image

Rozdział osiemnasty 

Upadli z około metra na zimną, szorstką, kamienną podłogę jaskini. Gdy Abdel uderzył o 

ziemię,  powietrze  zostało  wypchnięte  z  jego  płuc,  a  za  powiekami  rozbłysły  purpurowe  i 

czerwone  wybuchy.  Natychmiast  próbował  podnieść  się  i  przetoczyć,  jednak  wszystkim  co 

mu się udało, było jedno szybkie, zamglone spojrzenie. Ujrzał jedną z ogromnych łap srebrnej 

smoczycy  Adalon  i  usłyszał,  jak  dudniący  głos  mówi  –  Są  bezpieczne  –  po  czym  stracił 

przytomność. 

Obudziło  go  potrząsanie  Jaheiry.  Usiadł  i  przez  kilka  sekund  kręciło  mu  się  w  głowie, 

zanim rozjaśniły mu się myśli. 

– Jak długo? – spytał druidkę. 

Jaheira  wzruszyła  ramionami  i  wstała,  odwracając  się  w  stronę  smoczycy  górującej  nad 

ich  głowami  niczym  żywa  katedra  z  płynnego  srebra.  Smoczyca  płakała.  Abdelowi 

nabrzmiało  serce,  gdy  to  usłyszał,  i  wiedział  już,  wszystko  nagle  i  wszystko  jednocześnie, 

wiedział. Nieważne, czy było to ukartowane, czy nie, manipulacja czy nie, oszustwo czy nie, 

nadszedł  czas,  by  zrobić  coś  odpowiedniego.  Nadszedł  czas,  by  odcierpieć  małe  zła  tych, 

którzy weszli do jego życia i wyszli z niego, i nadszedł czas, by położyć temu wszystkiemu 

kres – nie tylko na chwilę czy dwie, lecz na całe życie. Chciał uratować Imoen oraz Jaheirę i 

zrobił  to,  lecz  było  jeszcze  więcej  do  zrobienia.  Był  Irenicus  i  choć  nie  rozumiał  zła,  do 

jakiego  dążył  ten  mężczyzna,  wiedział,  że  do  niego  należy,  w  ten  czy  inny  sposób, 

powstrzymanie go. 

Spojrzał  na  bok  i  zobaczył  Imoen,  zaciskającą  ręce  wokół  siebie  i  siedzącą  pod 

stalagmitem,  płakała.  Jaheira  usiadła  tam,  gdzie  stała,  spoglądając  na  masywną  łapę 

smoczycy, wiszącą nad wozem, wiszącą nad jej potomstwem. Pazur równie wielki jak dwóch 

mężczyzn  opuścił  się  powoli  i  pogładził  jedno  z  jaj  tak  delikatnie,  że  Abdel  nie  mógłby 

uwierzyć,  iż  człowiek  byłby  do  tego  zdolny,  nie  mówiąc  już  o  czymś  rozmiaru  sporej 

twierdzy. 

Abdel odwrócił wzrok i ujrzał Yoshimo. 

background image

Kozakurczyk sztyletował najemnika wzrokiem ani trochę nie będąc poruszonym – ledwo 

będąc w ogóle świadomym – widokiem nadludzkiej radości smoczycy. 

– To było głupie – powiedział Yoshimo do Abdela szorstkim i niskim głosem. – Głupio 

było to zrobić... i co z tego macie? 

Jaheira odwróciła się, by spojrzeć na Yoshimo, a Abdel wstał powoli, sięgając po miecz. 

Yoshimo wyciągnął własną klingę i stanął przed synem Bhaala. 

– Na łaskę Mielikki, ty idioto! – wrzasnęła Jaheira do Yoshimo. – Czy masz jakiekolwiek 

zrozumienie, gdzie jesteś i co zostało zatrzymane? 

–  Co  zostało  zatrzymane?  –  zakpił  Yoshimo.  –  Czy  masz  jakieś  pojęcie,  druidko,  co 

reprezentowała ta brama? Jaką moc to coś... Nie mieliście być tak... aktywni. 

– Mieliśmy  być dobrymi,  małymi  marionetkami,  czy tak? – spytał  Abdel, zdumiony  jak 

mało gniewu żywił wobec Kozakurczyka. 

Yoshimo westchnął, zaszczycił smoczycę szybkim spojrzeniem i schował miecz. 

– To się jeszcze nie skończyło. 

–  Ona  zamierzała  cię  zabić  –  powiedziała  nagle  Imoen  głosem  pełnym  bólu.  – 

Wampirzyca zamierzała cię zabić w tej samej chwili, w której zostalibyśmy wysłani w drogę. 

–  W  jakim  celu?  –  zapytał  ją  Yoshimo,  jego  oczy  zdradzały  akceptację  tego,  co 

powiedziała. 

–  A  w  jakim  celu  miałaby  trzymać  cię  przy  życiu?  –  odparła  za  Imoen  Jaheira.  –  Z 

dobroci serca? Z wdzięczności? Ona zjada takich jak ty... a przynajmniej zjada ich krew. 

Twarz Yoshimo przeciął będący zupełnie nie na miejscu uśmiech. 

– Nie uczynię żadnej smutnej próby, by się kłócić, młoda druidko. 

Abdel  schował  miecz  i  podniósł  wzrok,  by  zobaczyć,  jak  smoczyca  podnosi  ostrożnie 

swoje jaja z roztrzaskanego wozu. 

– Yoshimo – powiedział Abdel. – W każdych innych okolicznościach zabiłbym cię teraz i 

miałbym  z tym spokój, ale... zastanawiałem się. Możesz pójść z nami. Możesz  mieć szansę, 

aby... 

– Odkupić się – zaproponowała z uśmiechem Jaheira. 

Abdel przytaknął i rzekł – Albo cię zabiję. Uwierz mi, że cię zabiję. 

Yoshimo ukłonił się nisko i rzekł – Zaufam synowi boga mordu, gdy daje mi swoje słowo 

w  tej  kwestii,  moi  przyjaciele,  jednak  jestem  najmniejszym  z  twoich  wciąż  sporych 

zmartwień. Nie znajdziesz się tam, gdzie spodziewa się ciebie Irenicus, jednak jesteś daleko 

od  bezpieczeństwa.  Suldanessellar  jest  daleko  od  bezpieczeństwa.  Zapominasz  o  rytuale. 

Zapominasz, co krąży w żyłach twoich oraz twojej siostry przyrodniej. Następnym razem owa 

piękna druidka może nie mieć tyle szczęścia ze strony istot, którymi oboje się stajecie. 

Abdel  pozwolił,  by  przez  jego  nos  przeszedł  długi  oddech,  po  czym  powiedział  –  Tak, 

muszę o tym porozmawiać z panem Irenicusem. 

– Ja również – wyszeptała Imoen. 

background image

–  Obydwoje  będziecie  mieć  na  to  szansę  –  rzekła  smoczyca  głosem  donośnym  lecz 

delikatnym  w  odbijającej  echo  jaskini.  –  Wskażę  wam  ścieżkę,  która  prowadzi  w  górę,  na 

skraj  lasu  Tethir.  Odnajdźcie  elfa  o  imieniu  Elhan  i  przekażcie  mu  swoją  opowieść.  Macie 

przed  sobą  dwie  bitwy:  jedną  o  Suldanessellar  i  jedną  o  wasze  dusze.  Wątpię,  czy  możecie 

wygrać jedną z nich, nie wygrywając drugiej. 

 

* * * 

Światło było oślepiające, a nie wyszli nawet jeszcze z tunelu. Abdel zamrugał i spojrzał 

na  Jaheirę.  Jej  oczy  były  czerwone,  a  łzy  ryły  ślady  na  zakurzonych  policzkach.  Abdel 

przyjął,  że  łzy  pochodzą  od  płynącego  z  zewnątrz  światła,  wiedział  jednak,  że  może  ona 

płakać z ulgi, że wyszła w końcu na świeże powietrze. Abdel sam czuł się, jakby miał płakać. 

– Smoczyca dotrzymała słowa – powiedział Yoshimo. 

Abdel został niemal zaskoczony dźwiękiem głosu skrytobójcy. Wszyscy byli tak cisi, od 

momentu  kiedy  ujrzeli  wyjście  z  tunelu  i  odczuwali  taką  ulgę,  widząc  koniec  ogłupiającej 

podziemnej wędrówki. Abdela nie obchodziło nawet, gdzie byli. 

 

* * * 

– Sprowadź swoich ludzi do Suldanessellar – Jon Irenicus powiedział w umyśle Bodhi – 

bądź przygotowana, by ich wszystkich zabić

Właśnie  miała  zamiar  odpowiedzieć,  kiedy  bełt  z  kuszy  przebił  się  przez  giętkie,  blade 

ciało  jej  torsu  i  wyleciał  gwałtownie  z  drugiej  strony.  Wampirzyca,  nie  odniósłszy  szkód 

pomimo  chwilowego  nieporządku,  podniosła  wzrok  i  ujrzała,  jak  grupa  Złodziei  Cienia 

wyłania  się  z  ciemności  za  wielkim  marmurowym  mauzoleum.  W  otoczonej  murami 

Dzielnicy Grobowej Athkatli noc była zachmurzona i ciemna, jednak niemartwy wzrok Bodhi 

dostrzegł  dostatecznie  wyraźnie  pięciu  skrytobójców.  Jednym  z  nich  była  starsza  kobieta,  o 

której  słyszała,  jak  rozmawiali  niektórzy  z  jej  własnych  ludzi.  Była  kapłanką  Xvima  i 

nazywała się Neela. 

Słyszała,  że  ta  Neela  jest  martwa,  jednak  Bodhi  sama  była  kiedyś  martwa  przez  krótki 

czas. Kapłanka sprowadziła ze sobą jedynie czworo innych, kobietę oraz trzech mężczyzn w 

nazbyt znajomych czarnych szatach Złodziei Cienia. Bodhi pozwoliła sobie na uśmiech. Jakże 

głupio, a mimo to odpowiednio wyglądali tutaj, na cmentarzu w nocy. 

–  Sheeta...  –  powiedziała  Bodhi,  kiwając  głową  w  kierunku  skrytobójcy  naciągającego 

szaleńczo  kuszę,  gdy  zbliżali  się  jego  towarzysze.  Odgłos  wyciągania  przez  Bodhi  bełtu  z 

pleców niemal zagubił się w świście procy małej orczycy. 

Po  prostu  weźcie  ich  wszystkich  –  wysyczała  kapłanka,  jej  cichy  głos  poniósł  się 

wyraźnie przez nieruchome nocne powietrze. 

Kamień  opuścił  procę  Sheety  i  zanim  skrytobójcy  mogli  zbliżyć  się  bardziej  niż  na  pół 

kroku,  odbił  się  mocno  od  czubka  niemal  naciągniętej  kuszy.  Cięciwa  brzęknęła,  posyłając 

background image

pocisk nieszkodliwie w suchą trawę. Skrytobójca szarpnął ręką w tył i syknął z bólu, po czym 

jego oczy wybałuszyły się, gdy obserwował, jak kusza rozpada się powoli na części na ziemi 

pod jego nogami. Bodhi uśmiechnęła się, wiedząc, że Sheeta nie trafiła kuszy tak mocno, po 

prostu wiedziała, gdzie uderzyć. Bodhi ją lubiła. 

Kapłanka cofnęła się, lecz troje pozostałych skrytobójców parło do przodu. Jeden z nich 

wyciągnął spod swej czarnej tuniki krótki, gruby, zaostrzony przedmiot. Kobieta wyjęła dwa 

wąskie noże do rzucania, a drugi mężczyzna pozwolił, by jego sejmitar zaskrzypiał dla efektu 

i wysunął go powoli z pochwy. 

– Goram – powiedziała Bodhi – Nevilla, Naris i Kelvan, dołączcie do nas, proszę. 

Kapłanka była jedyną ze Złodziei Cienia, która nie wyglądała na zaskoczoną, gdy czworo 

pozostałych  wyszło  zza  krypt  oraz  dużych  nagrobków  za  Bodhi.  Naris,  niegdyś  członek 

Złodziei  Cienia,  zakręcił  lśniącym,  ostrym  jak  brzytwa  berdyszem  i  zachichotał.  Kelvan, 

również były członek gildii, wyciągnął dwa krótkie miecze. Goram i Nevilla, wampirze sługi 

Bodhi,  zasyczeli  z  wyciągniętymi  kłami  na  zbliżających  się  skrytobójców  i  cała  ich  trójka 

zawahała się bardziej, niż powinien dopuszczać ich trening. 

–  Jesteście  Złodziejami  Cienia  –  kapłanka  przypomniała  swoim  ludziom.  Dwoje  z  nich 

zerknęło na nią, lecz cała trójka ruszyła szybciej. 

Ten  najbliżej  Bodhi  posiadał  grubą,  zaostrzoną  broń,  którą  wampirzyca  szybko 

rozpoznała jako ociosany, drewniany kołek. A więc byli na nią przygotowani. Skrytobójca był 

szybki  jak  na  człowieka,  Bodhi  musiała  mu  to  przyznać,  i  nawet  z  drewnianym  kołkiem 

trzeba było nie lada nerwów, by zaszarżować na wampira. Gdyby Nevilla nie pojawiła się tak 

szybko  u  boku  Bodhi,  mogłaby  znaleźć  się  w  niebezpieczeństwie  z  powodu  kołka.  Zamiast 

tego  chwyciła  Nevillę  szorstko  za  ramię  i  pociągnęła  sługę  przed  siebie,  akurat  gdy 

skrytobójca  wykonywał  pchnięcie  kołkiem.  Nevilla  najwyraźniej  zdała  sobie  sprawę,  co  się 

stanie, wydała bowiem z siebie przerażony wrzask, kiedy zabójca skorygował rękę w połowie 

ciosu  i  zamiast  Bodhi  ugodził  właśnie  ją.  Musiał  uznać,  że  jedna  wampirzyca  jest  równie 

dobra jak inna. 

Kołek  wbił  się  w  pierś  Nevilli  z  głośnym  trzaskiem  i  słabsza  wampirzyca  obwisła 

bezwładnie. 

Skrytobójca uśmiechnął  się, robiąc  minę, która okazała się  jego ostatnią. Kelvan znalazł 

się za nim i skrzyżował swe ostre, krótkie miecze na przedzie szyi skrytobójcy, zaciskając je 

niczym  nożyczki.  Głowa  ofiary  odpadła  w  fontannie  krwi,  przed  którą  Bodhi  uchyliła  się, 

ciskając  bezwładną  sylwetkę  Nevilli  na  upadające  ciało  pozbawionego  głowy  mężczyzny  i 

odpychając oboje od siebie. 

Bodhi  skierowała  do  Kelvana  zadowolony  uśmiech,  uśmiech  który  mężczyzna 

odwzajemnił  wilczym  wyszczerzeniem,  zanim  odwrócił  się  na  spotkanie  pozostałych 

skrytobójców. Miała szczęście, że na niego trafiła, i pomyślała o uczynieniu go sługą. Teraz 

kiedy  Nevilla  nie  żyła,  wpadła  na  pomysł,  aby  przyspieszyć  ten  proces.  Kelvan  i  Naris 

background image

najbardziej  spodobali  jej  się spośród skrytobójców, których wywabiła ze Złodziei  Cienia  na 

rozkaz  Irenicusa.  Rada  Cienia,  która  biurokratycznie  rządziła  ich  małym  skrytobójczym 

królestwem, założyła po prostu, że przez ostatnie półtora miesiąca Irenicus formował własną, 

rywalizującą  gildię.  Do  pewnego  stopnia  była  to  prawda,  jednak  ci  skrytobójcy  nie  będą 

wysyłani,  by zabijać grubych kupców za sakiewkę złotych  monet. Owi  mężczyźni  i kobiety 

przysłużą  się  wyższym  celom  Irenicusa,  planom,  których  Rada  Cieni  nie  byłaby  sobie  w 

stanie  wyobrazić,  nieważne  jakby  się  starała.  A  więcej  niż  trochę  zdumiewało  Bodhi  i 

rozczarowywało  to,  kiedy  na  to  pozwoliła,  że  ta  jej  gildia  naprawdę  była  dobra  –  każdego 

dnia  robiła  się  lepsza  –  i  stawała  się  szybko  rzeczywistym  rywalem  dla  Złodziei  Cienia. 

Zaczęło się to jako kolejna w długim szeregu przysług, jakie wykonała dla najbardziej przez 

siebie uwielbianego mężczyzny, jednak zaczęła myśleć o... możliwościach. 

–  Sprowadzenie  tych  moich  wszystkich  cudownych,  małych  skrytobójców  do  jakiegoś 

elfiego miasta tylko po to, żeby ich zabić – pomyślała, kierując te słowa do odległego umysłu 

Jona Irenicusa – wydaje się stratą

– Och nie – odparł szybko – ani jedna kropla ich krwi nie zostanie zmarnowana. Te twoje 

zabaweczki pomogą mi wyzwolić z tego dziecka Bhaala taką moc... Sprowadzę Zabójcę. 

– Wszystko to, żeby zabić jedną elfkę? 

–  Jedną  elfkę,  tak  –  odrzekł  Irenicus.  –  Jedną  elfkę,  której  śmierć  znów  uczyni  mnie 

nieśmiertelnym. 

 

* * * 

– To piętnaście dni – powiedział Abdel. – Byliśmy tam na dole przez piętnaście dni? 

Jaheira i Imoen spojrzały na niego zdumione. 

–  Nie  jestem  pewna  –  rzekła  powoli  Imoen  –  czy  to  wydaje  się  większą,  czy  mniejszą 

ilością czasu niż naprawdę. 

–  I  powiedziano  wam,  żebyście  nas  oczekiwali?  –  spytała  Jaheira  szczupłego  elfa  o 

stanowczej twarzy, który był najwyraźniej przywódcą patrolu. 

– Można tak powiedzieć, druidko – elf odparł w mocno akcentowanym wspólnym. 

– Kto nas oczekuje? – spytał podejrzliwie Yoshimo. 

Elf  spojrzał  pusto  na  Yoshimo,  najwyraźniej  nie  chcąc  odpowiadać  na  to  pytanie. 

Odwrócił  się  do  Jaheiry  i  wypowiedział  zdanie  czy  dwa  w  śpiewnym  elfim,  które 

spowodowały,  że  Jaheira  zaczerwieniła  się.  Abdel  poczuł,  jak  włosy  podnoszą  mu  się  na 

karku  wskutek  tego,  że  nie  był  dopuszczony  do  całej  rozmowy.  Imoen  zerknęła  na  niego  i 

skrzywiła się. 

– Musimy iść z nimi do ich obozu – rzekła Jaheira. 

– Kolejne kilka dni... na piechotę – dowódca patrolu elfów powiedział spokojnie,  jakby 

opisywał poranny spacer. 

Abdel westchnął. Szedł już dłużej. 

background image

Dowódca patrolu ściągnął  swój  farbowany  na zielono płaszcz  i podał go Jaheirze, która 

wzięła go  i podziękowała skinieniem głowy. Noc była chłodna  i pomiędzy drzewami syczał 

mroźny wietrzyk. Ciemny las był ożywiany odgłosami zwierząt wszelkiej wielkości i rodzaju, 

żegnających  ostatnie  ślady  indygo  na  czarnym  już  niebie  i  witających  rozsiane  na  nim 

gwiazdy, zaglądające przez gruby baldachim. 

Poważny elf spojrzał na Abdela i rzekł – To nie jest zwyczajne. 

–  Nic  co  jest  z  tym  związane,  nie  jest  zwyczajne,  proszę  pana  –  stwierdziła  Imoen, 

pozwalając, by na jej słowa padł sarkazm. 

–  Królowa  jest  w  niebezpieczeństwie  –  powiedział  elf.  –  Należy  robić  wyjątki,  nawet 

wpuszczać ludzi do lasu. 

–  Królowa...  –  stwierdziła  Jaheira,  rzucając  na  elfa  stanowcze,  zdumione  spojrzenie.  – 

Ellesime. 

Przywódca  patrolu  przyglądał  się  jej  przez  dłuższy  czas,  nic  nie  mówiąc,  po  czym 

uśmiechnął się ze  zniecierpliwieniem  i rzekł –  Były  już  wyjątki. Powiedziano  nam, abyśmy 

uznali to za jeden z nich. 

Patrol odwrócił się, a Abdel, Jaheira, Imoen oraz Yoshimo podążyli za nim głębiej w las 

Tethir, miejsce, które niewielu ludzi kiedykolwiek widziało. 

– Dotrzemy do bramy przed pierwszym  światłem – powiedział elf, zerkając  niedbale do 

tyłu. 

– Bramy? – spytał Abdel. 

Jaheira  uśmiechnęła  się  i  westchnęła,  w  równym  stopniu  ze  zmęczenia,  jak  i 

wdzięczności. 

– Będziemy w obozie jutro o tej porze – rzekł elf. 

 

* * * 

Skrytobójca z kuszą po prostu odwrócił się w końcu i uciekł. 

Goram  i  Naris  puścili  go,  koncentrując  wzrok  na  kapłance.  Za  nimi  Sheeta  wsunęła 

kamień w procę, a Bodhi przyglądała się scenerii z jedynie niezbędnym zainteresowaniem. 

Kapłanka wymruczała szereg wydawałoby się pozbawionych znaczenia słów i wykonała 

szereg mających jeszcze mniejsze znaczenie gestów. Podniosła w dłoni coś, co zniknęło, gdy 

wycharczała ostatnie  słowo modlitwy. Goram przeszedł w  bok, choć Bodhi  nie  była pewna, 

czego stara się on uniknąć. Naris wyskoczył do przodu, wyciągając prosto przed siebie ostrze 

swego berdysza, lecz nie zdążył dopaść kapłanki, zanim nie skończyła czaru. 

Naris  cofnął  prawą  rękę,  by  ustawić  odpowiednio  broń,  i  zastygł  w  tej  pozycji.  Bodhi 

usłyszała jak kamień z procy Sheety upada na twardą ziemię i wampirzyca odwróciła się, by 

na nią spojrzeć. Niska orczyca również zamarła w bezruchu. Jej małe brwi były zmarszczone, 

a  oczy  jaśniały,  lecz  nie  mogła  poruszyć  nawet  jednym  mięśniem.  Goram  i  Kelvan  byli 

nietknięci i szybko ruszyli z odpowiedzią. 

background image

Złodziej Cienia z sejmitarem wyszedł na spotkanie Kelvanowi i obydwaj uśmiechnęli się 

paskudnie na brzęk stali o stal. 

–  Spraw,  aby  tej  suce  było  bardzo,  bardzo  przykro,  Goram  –  powiedziała  beznamiętnie 

Bodhi i wampir bez najmniejszego wahania pobiegł do kapłanki Neeli. 

– Kiedy? – Bodhi spytała Irenicusa przez dzielące ich kilometry. 

– Gdy Imoen i Abdel dotrą tutaj – odpowiedział. – Wkrótce. 

Neela  wyciągnęła  coś,  co  najwyraźniej  było  zaklętym  buzdyganem.  Podniosła  go  na 

zbliżającego  się  raptownie  Gorama.  Kelvan  był  zaangażowany  w  walkę  ze  skrytobójcą 

dzierżącym  sejmitar,  zaś  Sheeta  oraz  Naris  zostali  magicznie  unieruchomieni.  Bodhi  zdała 

sobie sprawę, że nadszedł czas, aby wkroczyć do akcji. 

Złodziej  Cienia  zdołał  odepchnąć  Kelvana  do  tyłu  i  Bodhi  zaryzykowała  zerknięcie,  by 

sprawdzić  postępy  swego  człowieka.  Dwa  krótkie  miecze  Kelvana  świszczały  w  nocy, 

krzesząc  iskry  o  sejmitar  skrytobójcy.  Bodhi  odwróciła  wzrok,  gdy  ujrzała,  że  Kelvan 

przypadkowo wypatroszył nieruchomą sylwetkę Narisa. 

–  Cholera!  –  stęknął  Kelvan.  Złodziej  Cienia  roześmiał  się,  zadowolony  ze  szczęśliwej 

przerwy. 

Goram  nie  dotarł  do  kapłanki,  zanim  nie  został  zasypany  salwą  ciśniętych  noży.  Bodhi 

nie  martwiła  się  o  niego  –  ostrza  ze  zwyczajnej  stali  nie  stanowiły  dla  niego  większego 

niebezpieczeństwa niż dla niej – była jednak pod wrażeniem celności Złodziejki Cienia. 

– Nie strać ich, Selarro – powiedziała kapłanka swojej podwładnej. – Weź kołek. 

Młoda  kobieta  rozejrzała  się  po  ciemnej  ziemi  w  poszukiwaniu  kołka  i  zauważyła,  że 

wciąż wystaje z nieruchomej piersi Nevilli. Bodhi uśmiechnęła się i cofnęła o krok. Widziała, 

że Selarra zdaje sobie sprawę, że Bodhi jest pomiędzy nią a martwą służką. 

Kelvan odnalazł w końcu lukę w nieprzerwanych atakach Złodzieja Cienia i wykorzystał 

rosnącą  pewność  siebie  skrytobójcy.  Złodziej  Cienia  śmiał  się  jeszcze,  gdy  Kelvan  go 

patroszył,  w  końcu  uświadomił  sobie,  że  przegrał,  gdy  drugie  ostrze  Kelvana  przebiło  się 

przez jego gardło. 

Kuszące  parcie  Bodhi  w  bok  doprowadziło  ją  na  wyciągnięcie  ręki  od  kapłanki  i 

wampirzyca  wykorzystała  pierwszy  atak  Gorama  za  pomocą  swoich  silnych,  podobnych 

szponom  paznokci,  i  rozorała  własnymi  pazurami  twarz  Neeli.  Goram  uchylił  się  przed 

szybkim  ciosem  zaklętego  buzdyganu  i  musiał  się  niemal  rzucić  na  ziemię,  by  uniknąć 

szaleńczego  ataku.  Kapłanka  wrzasnęła  ze  złością,  gdy  Bodhi  pozbawiła  ją  oka  mocnym 

szarpnięciem ostrych pazurów. Buzdygan wypadł Neeli z garści. 

– Mogłam zabrać ich wszystkich, suko – powiedziała Bodhi kapłance Złodziei Cienia. – 

Mogłam mieć wszystkich twoich skrytobójców, całą gildię. 

Wampirzyca odwróciła się do Selarry, lecz przemówiła do swego sługi. 

– Ty weź kapłankę – rzekła. – Ja chcę tą z nożami. 

background image

Rozdział dziewiętnasty 

Jaheira  wydawała  się  wyjątkowo  rozmarzona,  idąc  przez  las,  który  dowódca  patrolu 

elfów nazywał Wealdath, a nie Tethir. Wydawała się jednocześnie szczęśliwa i smutna, jakby 

pobyt tam poruszał tę jej część, która mogłaby nazwać to miejsce domem. 

Yoshimo  szedł  z  dłonią  na  rękojeści  miecza,  a  Abdel  widział,  że  jest  on  gotów,  by  w 

każdej chwili zniknąć w ciemnym lesie. Dlaczego te elfy – lub ktokolwiek – miałyby zaufać 

skrytobójcy Złodziei Cienia. 

Bezpośrednio  od  bramy  zostali  przeprowadzeni  przez  dowódcę  patrolu  do  ogromnego 

drzewa.  Choć  wszyscy  byli  zmęczeni,  pragnęli  ostrzec  królową  o  niebezpiecznych  siłach 

wciąż  spiskujących  przeciwko  niej.  Byli  prowadzeni  przejściami  pomiędzy  drzewami,  które 

mogłyby być naturalnymi żyłami w drewnie, jednak ich rozmiaru. Pokonawszy paciorkowatą 

zasłonę, wyłonili się w zaskakująco dużej, wysoko sklepionej komnacie, oświetlonej plamami 

chłodnego, wyraźnie magicznego światła. 

Meble  były  spartańskie,  lecz  dobrze  wykonane  z  drewna  i  splecionych  pnączy. 

Zakrzywiona  ściana  półkolistego  pomieszczenia  była  wycięta  w  delikatne  kształty  liści 

wyrastających  z  kręcących  się  winorośli.  Za  tą  kurtyną  stał  szczupły  elf  w  prostych 

podróżnych skórach. U  jego pasa wisiał  miecz, na którego widok najemnicza  natura Abdela 

prawie  zaczęła  się  ślinić.  Jedynie  o  nich  słyszał,  był  jednak  pewien,  że  ta  broń  była 

księżycową klingą. 

Elf uśmiechnął się  i wskazał  im  siedzenia  na środku pokoju. Jaheira ukłoniła się  nisko  i 

powiedziała  coś  w  elfim.  Nie  spoglądała  bezpośrednio  na  elfa,  który  odwzajemnił  jej  ukłon 

skinieniem głowy. 

– Powinniśmy używać wspólnego – powiedział elf z silnym akcentem – aby nie obrażać 

naszych gości. 

– Jak sobie życzysz, panie – rzekła Jaheira. 

Cała  piątka  usiadła  na  głębokich  fotelach  ustawionych  w  stronę  zwyczajnego, 

drewnianego  stołu.  Elf,  pomny  długiego  ostrza  u  swego  boku,  przysiadł  na  stołku  i  uniósł 

brew. 

background image

– Królowa jest w niebezpieczeństwie – zaczęła po prostu Jaheira. 

Elf uśmiechnął się i powiedział – Jestem Elhan. A wy...? 

Podenerwowana Jaheira rzekła – Jaheira... druidka w służbie Mielikki. 

– Oraz Harfiarzy, oczywiście – dodał za nią Elhan. 

Jaheira zaczerwieniła się i powiedziała – Nie jestem tu w ich imieniu. – Nie pytała, skąd 

ten elf wiedział o  jej powiązaniach z Harfiarzami. Elfi książęta najwyraźniej wiedzieli takie 

rzeczy. 

– Jestem Yoshimo – rzekł  Kozakurczyk, wypełniając w ten sposób niezręczną pustkę. – 

Jestem do twoich usług... panie. 

– Jestem Imoen – powiedziała słabo dziewczyna. 

Podróż przez Podmrok oraz las wydawała się zebrać na niej ogromne żniwo. Wyglądała 

na osłabioną i zmęczoną. 

– Nazywam się Abdel – rzekł najemnik. 

Elhan odwrócił się do niego i skinął głową. 

– O tobie słyszałem. Co sprowadza syna Bhaala do Wealdath? 

Abdel  obrócił  się  do  Elhana  i  powiedział  –  Suldanessellar  jest  w  niebezpieczeństwie. 

Potężny  nekromanta,  człowiek  o  imieniu  Jon  Irenicus,  dąży  do  przeprowadzenia  pewnego 

rytuału... 

–  Istotnie  –  przerwał  Elhan.  –  Irenicus  jest  nam  znany.  On...  moja  siostra,  Ellesime, 

miała...  związek  z  tym  człowiekiem  przez  pewien  czas.  Są  połączeni  w  sposób,  którego 

szczerze  mówiąc,  nie  do  końca  rozumiem.  Sama  Ellesime  wyczuwa  od  Irenicusa  jedynie 

apatię,  jeśli  tylko  jest  w  stanie  poczuć  go  przez  tę  więź.  Nie  chce  uwierzyć,  że  dąży  on  do 

wyrządzenia  jej  krzywdy  ani  nawet  że  jest  odpowiedzialny  za  zapieczętowanie 

Suldanessellar. 

– Co masz na myśli mówiąc „zapieczętowanie”? – spytała Jaheira. 

– Mam na myśli to, co mówię – odparł wzruszając ramionami Elhan. – Nie jesteśmy już 

w  stanie  dotrzeć  do  Łabędziej  Doliny.  Irenicus  w  jakiś  sposób  odgrodził  nas  od  naszego 

domu. 

– Co tu jest do zrobienia? – spytał Yoshimo. – Wyobrażam sobie, że musimy pomóc wam 

wrócić do waszego miasta, abyście mogli uratować życie swojej królowej. 

– Zrobimy to – rzekła Jaheira, krzywiąc się na Kozakurczyka. 

– Ellesime nie można zabić – powiedział po prostu Elhan. – Wybaczcie, że nie wyjaśnię 

wam,  dlaczego  tak  jest.  Nie  obawiam  się  o  jej  śmierć,  jednak  jeśli  Irenicus  również  jest 

nieśmiertelny,  może  dręczyć  moją  siostrę  przez  długi  czas  –  stulecia  lub  więcej  –  i 

spowodować jedynie bogowie wiedzą jakie szkody dla miasta oraz całego Wealdath. 

–  Nie  jesteśmy  do  końca  pewni,  dlaczego  tu  jesteśmy,  panie  –  przyznał  Abdel.  – 

Wszystkim co wiemy, jest to, że wasz i nasz los – skinął na Imoen – są ze sobą połączone w 

jakiś sposób, który powiązany jest z Irenicusem. 

background image

Elhan  uniósł  z  zaciekawieniem  brew,  a  Abdel  rzekł  –  Pochodzę  od  boga  mordu  i  nie 

jestem jedyny. Mam siostrę, siostrę przyrodnią, która dzieli tę samą krew. Irenicus zamierza 

wykorzystać  ową  krew,  by  powołać  do  istnienia  jakąś  potęgę  –  jeśli  nie  samego  Bhaala,  to 

jakąś esencję, jakiegoś jego awatara. To właśnie tej boskiej siły Irenicus wydaje się z jakiegoś 

nieznanego powodu pożądać. 

Elhan uśmiechnął się i przytaknął. 

–  Sądzę,  że  możemy  rzucić  dla  ciebie  na  to  wszystko  trochę  światła,  Abdelu  Adrianie. 

Uważam,  że  w  końcu  nasze  losy  są  ze  sobą  powiązane.  Cieszę  się,  że  tu  dotarliście.  Tak 

bardzo się cieszę. 

 

* * * 

Bodhi obudziła się wcześnie, jak często robiła, i pozostała w swojej trumnie, wiedząc, że 

słońce  jeszcze  całkowicie  nie  zaszło.  Jak  zawsze  w  przeciągu  ostatniego  tuzina  lub  może 

więcej  dni,  obudziła  się,  myśląc  o  Abdelu.  Dotyk  jego  dłoni  na  jej  ciele,  jego  języka  w  jej 

ustach, ich jakże intymnego uścisku, pozostawał w niej w jak najwspanialszy sposób. Nigdy 

nie  użyłaby  słowa  miłość,  a  nawet  pragnienie,  jednak  być  może,  w  tym  co  zostało  z  jej 

ludzkiej części, odczuwała te obydwie emocje. 

Było tak wiele rzeczy, o których Abdel nie wiedział, jednak z drugiej strony było w nim 

tak wiele rzeczy, które musiała dopiero odkryć. Miała nadzieję, że będzie na to okazja. 

Przeciągnęła się i jej łokieć otarł się o kilka luźnych kawałków zimnego metalu. Irenicus 

powiedział  jej,  żeby  trzymała  te  połamane  części  jakiegoś  antyku  blisko  siebie.  Mogła 

wyczuć w nich magię i wiedziała, że mają coś wspólnego z rytuałem. Irenicus przekazał jej, 

że  istniała  spora  szansa  na  to,  aby  Abdel  przyszedł  do  niej,  szukając  tego.  Była  szczęśliwa, 

trzymając to na taką ewentualność. 

Wyszeptała  jego  imię  tylko  po  to,  by  je  usłyszeć.  Ów  syk  nie  odbił  się  echem  w 

zamkniętej  przestrzeni.  Powietrze,  pachnące  ziemią  z  jej  dawno  zapomnianego  domu,  było 

zbyt martwe, żeby pozwolić na coś tak wdzięcznego jak echo. 

–  Miłość  –  powiedziała  na  głos  do  martwego  powietrza  swojej  trumny.  Dźwięk  tego 

słowa spowodował, że się uśmiechnęła. 

Dotknęła  się  i  zamknęła  oczy,  wiedząc,  że  tej  nocy  zabije  wszystkich  skrytobójców  w 

mieniu Irenicusa. Nie dbała już o to, że raczkująca gildia już nigdy jej nie posłuży – w ten czy 

inny sposób zamiast nich rolę tę spełni syn Bhaala. 

 

* * * 

– Irenicus był odpowiedzialny – Irenicus i Bodhi razem – za największą katastrofę, jaka 

spadła kiedykolwiek na miasto Suldanessellar – wyjaśnił Elhan. 

Abdel rozsiadł  się w swoim  fotelu, zadowolony,  że uzyskał w końcu  jakieś  fakty, które 

może  wykorzystać,  by  cały  ten  bałagan  zaczął  mieć  sens,  zadowolony,  że  czuje  się 

background image

spokojniejszy.  Drzewna  komnata  była  przez  elfy  opisywana  jako  „obóz”,  na  dodatek 

„tymczasowy”,  jednak  dla  Abdela  wyglądała  na  wystarczająco  trwałą.  Te  elfy  niosły  swoją 

tradycję wszędzie ze sobą. 

– Nie wiedzieliśmy, co próbują zrobić. Nikt z nas nigdy  nie byłby sobie w stanie  nawet 

wyobrazić,  że  mogliby  być  tak...  nie  wiem.  Nie  podejrzewaliśmy  –  ciągnął  Elhan.  –  Wielu 

starszych,  słabszych  obywateli  zginęło  w  początkowych  falach  potęgi,  która  przeszła  przez 

miasto. Drzewo Życia... oni zaatakowali Drzewo Życia. 

Jaheira wypuściła gwałtownie powietrze, a Elhan skinął w jej stronę. 

–  Ellesime  –  moja  siostra,  nasza  królowa  –  kontynuował  –  również  niemal  zginęła. 

Wystawić ją na niebezpieczeństwo, wystawić na nie nas wszystkich, Drzewo. To było więcej 

niż  my,  ktokolwiek  z  nas,  mógłby  zrozumieć.  Całe  miasto  zniknęło,  elfy  zbierające  wiedzę 

tysiącleci zostały zdmuchnięte... dla jakichś błahych zysków... jakichś osobistych zysków. 

– I uszło im to bezkarnie? – spytała Jaheira z otwartymi szeroko oczyma. 

Elhan uśmiechnął się i wzruszył ramionami. 

–  Nie  sądziliśmy,  że  im  się  uda.  Zostali  ukarani  zgodnie  z  życzeniami  Ellesime. 

Otrzymali  przeciwieństwo  tego,  czego  pożądali.  Wielka  magia  –  wysoka  magia  –  została 

użyta,  by  uczynić  ich  ludźmi.  Zostali  odarci  ze  swej  elfiej  natury  i  odesłani.  Nie  tylko 

otrzymali  śmiertelność,  lecz...  wybaczcie  mi –  powiedział,  skinąwszy  po  kolei  głową  trojgu 

ludzi  –  lecz  również  mieli  mieć  jeszcze  zaledwie  kilka  lat,  by  zastanawiać  się  nad  swoimi 

przewinieniami, zanim czas nie wykona egzekucji za nas. 

– Czym było to, czego szukał? – zapytał Abdel. 

– Nieśmiertelność – wyszeptała Jaheira. 

Elhan  pociągnął  długi  łyk  z  wysokiego  kielicha  słodkiego,  elfiego  wina  i  rzekł  – 

Nieśmiertelność. Najprostszy,  najgłupszy cel osób o ograniczonym  umyśle. Żyć wiecznie w 

czystej arogancji wobec władcy, wobec czasu. 

– Ale mu się nie udało – powiedział Abdel. 

–  Dotarł  blisko  –  powiedział  im  Elhan.  –  Badał  czary  oraz  rytuały,  które  zostały 

odrzucone przez mój lud dawniej niż przed jednym z naszych bardzo długich pokoleń. 

– Ale Bodhi... – rzekła Jaheira – jej się udało, czyż nie? 

Elhan znów wzruszył ramionami i powiedział – W pewnym sensie. Bodhi jest nieumarła. 

Nie  jest  nieśmiertelna.  Są  to  dwie  zupełnie  odmienne  rzeczy,  które  powierzchownie  mogą 

wydawać  się  podobne.  Będąc  człowiekiem,  Bodhi  starała  się  usilnie  odnaleźć  szybszą, 

łatwiejszą  odpowiedź.  Jej  natura  zawsze  była  taka.  Podczas  gdy  Irenicus  dokonywał  badań, 

ona  działała.  Bodhi  stała  się  wampirzycą,  lecz  pozostała  z  mężczyzną,  którego  nazywała 

swym bratem, w nadziei, że ciągłe badania Irenicusa przysłużą się również jej. 

– Nie  jestem pewien, czy rozumiem – rzekł  Abdel. – Irenicus chce z powrotem  stać się 

elfem? 

background image

–  Więcej  –  powiedział  Elhan.  –  Był  elfem,  a  my  rzeczywiście  żyjemy  długo  – 

wystarczająco długo, że rozumiem, iż niektórzy z waszego ludu sądzą, że naprawdę jesteśmy 

nieśmiertelni – jednak czas w końcu nas dopada. Irenicus był  jednym z najlepszych spośród 

nas.  Zanim  zstąpił  w  szaloną  nekromancję,  był  chyba  najpotężniejszym  magiem  w  całym 

Faerunie,  a  przynajmniej  jednym  z  najpotężniejszych.  Co  więcej,  był  małżonkiem  mojej 

siostry, był bliżej tronu, niż ktokolwiek mógłby dotrzeć. Kochała go i być może, dawno temu, 

on również ją kochał. 

– Cóż więc go zmieniło? – spytała Jaheira. – Co mogło sprawić, że ją zdradził? 

–  Bodhi  –  rzekł  beznamiętnie  Elhan.  –  Choć  niechętnie  składam  na  nią  całą 

odpowiedzialność. Mimo to podczas gdy moja siostra i ja wierzymy, że Irenicus miał niegdyś 

jakieś czyste intencje, wątpię, czy miała je kiedykolwiek Bodhi. Jest w niej coś, co czyni ją... 

nie wiem i być może nie chcę wiedzieć. Zadowolę się wiarą, że jest ona po prostu dewiantką. 

Abdel  poczuł  nagle  potrzebę,  by  wstać,  i  zrobił  to.  Zaskoczyło  to  Jaheirę,  lecz  nic  nie 

powiedziała. Elhan obserwował w milczeniu, jak Abdel podchodzi do okna i wpatruje się w 

leśny baldachim. 

Wyczuwając bezruch w pomieszczeniu, Abdel powiedział – Mów dalej. 

Bodhi zawsze była najbardziej zaufaną doradczynią Irenicusa – rzekł Elhan. – Studiowała 

wraz  z  nim  przez  jakiś  czas,  pomagała  mu,  zajmowała  się  nim.  Naprawdę  byli  jak  brat  i 

siostra. Ellesime robiła wszystko, by przygarnąć  Bodhi, powiększyć przyjaźń,  jednak Bodhi 

zawsze utrzymywała ją na odległość. 

– Czasami sądzę, że to jedynie pobożne życzenia mojej siostry winią Bodhi bardziej niż 

Irenicusa... że to Bodhi kierowała jego dłonią i wciągnęła go w rytuał. Obydwoje chcieli tego 

samego, żyć wiecznie. Bodhi przekonała Irenicusa, albo on przekonał ją, albo też przekonali 

się nawzajem, by odprawić tak niegodziwy rytuał... 

– Drzewo Życia? – spytała Jaheira, a jej głos ociekał niedowierzaniem. – Zarozumiałość... 

– Słuchałem z wielkim zainteresowaniem – powiedział Yoshimo – i muszę zapytać: czym 

jest to Drzewo Życia? 

–  To  duchowe  serce  Suldanessellar  –  rzekła  Jaheira.  –  To  siła  starsza  chyba  niż  sami 

bogowie.  Cieszy  się  szacunkiem  wszystkich  bogów.  Niektórzy  mówią,  że  to  źródło 

wszelkiego życia. 

– Druidzi dobrze cię nauczyli, Jaheiro – powiedział z uśmiechem Elhan. – Irenicus chciał 

wysączyć  energię  życiową  prosto  z  Drzewa,  nie  mógłbym  wyobrazić  sobie  czegoś  bardziej 

odrażającego, bardziej godnego potępienia. 

Abdel westchnął i odwrócił się z powrotem do komnaty. 

– A więc co z tym zrobimy? – zapytał. – Zamierzają znowu spróbować, czyż nie? 

Elhan przytaknął. 

–  Obawiam  się,  że  tym  razem  ty  i  twoja  siostra  macie  z  tym  coś  wspólnego,  Abdelu 

Adrianie. 

background image

–  Cóż  –  rzekł  Abdel.  –  Byłem  już  wcześniej  ośrodkiem  jednego  czy  dwóch  tajemnych 

rytuałów, panie. Nie zamierzam mieć nic wspólnego z tym. 

–  To  dobrze  –  rzekł  szczerze  elfi  książę.  –  Jest  więc  coś,  co  musisz  zrobić  dla  nas 

wszystkich. 

– Powiedz co. 

– Wróć do Athkatli – polecił Elhan, wpatrując się w Abdela gorejącymi oczyma. – Znajdź 

Bodhi, zabij ją i przynieś z powrotem części Lampionu Rynn. 

Serce Abdela zgubiło jedno uderzenie i na skraj jego pola widzenia zaczęła wpełzać żółta 

mgiełka. Przytrzymał oczy mocno zamknięte i uspokoił się. 

– Lampion Rynn? – spytał Yoshimo. – Małe kawałki z brązu, które mogą razem stanowić 

całość? 

Elhan przytaknął. 

– Widziałem to w posiadaniu wampirzycy – powiedział Kozakurczyk. – Irenicus dał jej to 

ze względów bezpieczeństwa. 

– Co robi ten przedmiot? – zapytała Jaheira. 

– Mówiąc  szczerze, doprowadzi wasze dusze z powrotem do porządku – rzekł Elhan. – 

Powstrzyma w tobie awatara, Abdelu, a Imoen uratuje życie. 

Abdel spojrzał na Imoen i po raz pierwszy zauważył, że dziewczyna zasnęła albo straciła 

przytomność. Jej oddech był spokojny i regularny, lecz wydawała się blada, miała zapadnięte 

oczy i szare wargi. 

–  A  więc  wyruszam  do  Athkatli  –  powiedział  cicho  Abdel,  nie  spuszczając  wzroku  z 

Imoen. 

– My wszyscy idziemy – rzekła Jaheira. 

– Nie – powiedział szybko Abdel. – To muszę zrobić sam. 

Abdel popatrzył na Jaheirę, a ona przytaknęła i po jej policzku spłynęła powoli łza. 

background image

Rozdział dwudziesty 

Choć  trudno  mu  było  w  to  uwierzyć,  Abdel  zaczął  się  już  przyzwyczajać  do 

teleportowania. 

Nigdy  dotąd  nie  myślał  o  sobie  jako  o  lubiącym  teleportowanie.  Coś  takiego  robili 

magowie,  Phaerimmowie,  demony  i  bogowie.  Był  człowiekiem,  któremu  płacono,  by 

pilnował  magazynów  lub  szedł  obok  karawan  z  wielkim  mieczem  w  dłoni.  Podróżował  w 

starym stylu. Szedł. Czasami jechał na koniu lub jakimś wozem, a raz czy dwa był na statku. 

Natychmiastowe  przemieszczanie  się  setki  kilometrów  w  mniej  niż  sekundę  w  błysku 

magicznego światła powodowało u niego zawroty głowy i naprawdę czuł się, jakby nie miał 

nad sobą kontroli, co martwiło go bardziej niż cokolwiek innego. 

Wszelako nie miał kontroli nad niczym w swoim życiu już od długiego czasu, więc może 

właśnie o to chodziło. Teleportowanie przez  jednego z  magów Elhana  było  najmniejszym z 

jego problemów. 

Otrząsnął  się  z  zawrotów  głowy  po  teleportacji  i  rozejrzał,  by  upewnić  się,  czy  jest  we 

właściwym miejscu. Strop był nisko, wręcz muskał go czubkiem głowy. Powietrze pachniało 

sfermentowanym  miodem  i  śmieciami.  Było  ciemno,  lecz  widział  kontury  worków  z  mąką 

oraz  butelek  z  winem.  Słyszał  kroki  przemierzające  podłogę  nad  jego  głową  oraz  odgłos 

przeciąganego przez nią krzesła. Stłumiony głos powiedział – Wszystko w porządku, Boo – i 

Abdel wiedział już, że jest w odpowiednim miejscu. 

Stał  dokładnie  tam,  gdzie  kochał  się  z  Bodhi.  Zahipnotyzowała  go,  powtórzył  to  sobie 

jeszcze raz, choć w to nie wierzył. Zapach oraz odgłosy tego miejsca rozjaśniły mu pamięć na 

tyle,  że  nie  mógł  już  tak  dobrze  udawać.  Podszedł  do  schodów  i  jego  wzrok  przykuła  mała 

plama  cienia  na  podłodze,  zaledwie  krok  czy  dwa  na  lewo  od  niego.  Jego  oczy  szybko 

przyzwyczajały  się  do  ciemności  i  kiedy  podszedł  trochę  bliżej  do  cienia,  dostrzegł,  że  to 

klapa. 

Doszło  do  niego,  że  szuka  wampirzycy.  Była  noc,  lecz  wczesna.  Bodhi  musiała 

znajdować  się  w  jakimś  miejscu  tak  bardzo  oddalonym  od  słońca,  jak  to  tylko  możliwe. 

background image

Piwnica  pod  piwnicą  –  co  to  było?  Nie  piwnica  na  wino,  nie  w  tym  miejscu  –  w  każdym 

razie, miał sporą szansę, że znajdzie tam wampirzycę. 

Mag  Elhana  wydawał  się  dość  pewny,  że  Bodhi  jest  tutaj.  Miał  jakiś  sposób,  by  ją 

wyczuwać czy coś takiego. Kolejna nieprawdopodobna siła, której Abdel musiał zaufać. 

Abdel  przyklęknął  obok  klapy  i  chwycił  zimny,  żelazny  pierścień,  służący  za  rączkę. 

Niemal podniósł ją, lecz się powstrzymał. Wyciągnął miecz, zważył go w dłoni, pozwolił, by 

skrzypienie kroków Minsca go uspokoiło  i zdał sobie sprawę, że nie chce zabić Bodhi. Elfy 

powiedziały mu, jak bardzo jest zła, poza tym była wampirzycą i tak dalej, coś jednak w tym 

było. Powód, by jej przynajmniej nie zabijać. Spojrzał w ciemności na ostrze swego miecza i 

uświadomił sobie, że i tak by jej nie zabił. 

Wsunął  miecz  z  powrotem  za  plecy  i  prawą  dłonią  odnalazł  zatknięty  zapas  rzeźbiony 

drewniany kołek. Dały mu go elfy. Został zrobiony z konaru drzewa powyginanego wskutek 

wiatrów,  z  gałęzi  drzewa  z  lasu  Tethir,  ze  skraju  zapieczętowanego,  skazanego  na  zagładę 

miasta  Suldanessellar.  Dali  mu  go,  aby  zabił  Bodhi,  bowiem  jeśli  mieli  przetrwać,  ona 

musiała  zginąć,  poza  tym  potrzebowali  artefaktu,  którego  z  pewnością  nie  oddałaby,  gdyby 

żyła. 

Ścisnął drewniany kołek i podniósł klapę. 

Obszar  poniżej  oświetlony  był  trzema  świecami  migoczącymi  w  bardzo  starym 

kandelabrze przeznaczonym dla sześciu. Strop był zbyt nisko, by Abdel mógł stać, i nie było 

schodów  ani  drabiny.  Opuścił  się  z  krawędzi  i  opadł  na  brudną  podłogę.  Miejsce  to 

śmierdziało pleśnią i odchodami szczurów, a jedyną rzeczą poza świecznikiem oraz Abdelem 

była pusta trumna. 

Fakt, że była pusta, napełnił Abdela nieodpowiednią do sytuacji ulgą. 

 

* * * 

Imoen  znów  spała,  leżąc  pod  zdumiewająco  solidnym  zadaszeniem,  jakie  elfy  splotły  z 

winorośli,  patyków  i  liści.  Jaheira  siedziała  obok  niej,  jedną  dłonią  trzymając  swój  święty 

symbol,  drugą  zaś  czoło  Imoen.  Modlitwa  dobiegła  końca,  tam  jednak  gdzie  powinien 

wystąpić przypływ leczniczej mocy, nie było nic. 

Imoen  traciła  szybko  siły.  Jej  skóra  była  blada  oraz  chłodna,  dziewczyna  spała  przez 

większość  czasu.  Była  to  trzecia  lecznicza  modlitwa,  jakiej  próbowała  Jaheira,  i  nic  nie 

pomagało. Zło w żyłach Imoen wydawało się wysączać jej duszę, dzięki rytuałowi Irenicusa. 

Mielikki  odmawiała  swojej  łaski.  Nie  wydawało  się  to  uczciwe,  lecz  Jaheira  starała  się 

zrozumieć. 

– Phaere... – Imoen wymamrotała przez sen. 

– Ona umiera – powiedział z tyłu Yoshimo, zaskakując Jaheirę. 

– Tak – rzekła Jaheira, nie patrząc na niego. 

Yoshimo podszedł bliżej, przy kucając tuż za Jaheirą. 

background image

– Co niektórzy mogą zrobić – zamyślił się Kozakurczyk. 

– Dla nieśmiertelności? – spytała Jaheira, mocząc szmatę i wykręcając ją. 

– Dla nieśmiertelności – powiedział Yoshimo – dla monet, dla lojalności, dla korony, dla 

sztandaru lub dla czegoś innego. 

Jaheira położyła  mokrą szmatę  na  czole Imoen – wiedząc, że to głupi,  bezowocny gest, 

czując jednak, że mimo wszystko musi to zrobić – i rzekła – A czy zabiją? 

Yoshimo roześmiał się na jej wyraźną potwarz. 

– Tam, skąd pochodzę – powiedział – skrytobójca jest szanowaną profesją. 

– To morderstwo – rzekła beznamiętnie Jaheira – niezależnie skąd pochodzisz. 

– Różnica poglądów – powiedział Kozakurczyk. – Zabija się za mniej, prawda? 

Jaheira delikatnie zdjęła szmatę z głowy Imoen. 

–  Abdel  ją  uratuje?  –  spytał  Yoshimo.  Wydawał  się  dość  szczęśliwy,  mogąc  zmienić 

temat. 

– Abdel? – Imoen mruknęła przez sen. 

Jaheira delikatnie dotknęła jej ramienia i oczy Imoen otworzyły się. 

– Abdel! – powiedziała głosem rozchodzącym się głośno w ciszy elfiego obozu. 

– Będzie tutaj – powiedziała jej Jaheira. – Będzie... 

–  Cisza!  –  warknęła  Imoen,  teraz  jej  głos  był  głębszy  i  bardziej  chrapliwy.  Jej  oczy 

błysnęły  żółcią  i  Jaheira  wciągnęła  gwałtownie  powietrze.  Imoen  usiadła  w  porywie 

aktywności i Jaheira poczuła, jak chwyta ją za dłoń i ciągnie w tył. Szczęki Imoen zatrzasnęły 

się tuż przed twarzą druidki, jakby dziewczyna chciała ją ugryźć. 

– Imoen... – rzekła Jaheira. 

– Ona nie jest sobą – wyszeptał Yoshimo. 

Imoen zaśmiała się i nie był to jej zwyczajny, przyjemny chichot. 

– Kim jestem, Kozakurczyku? 

– Bhaalem... – odparła za niego Jaheira. 

Jakby w odpowiedzi, Imoen padła z powrotem na swoje łóżko z liści i zasnęła. 

 

* * * 

Abdel cofnął cios, jaki wymierzył w brzuch Gaelana Bayle’a, co było jedynym powodem, 

dla którego Bayle przeżył. 

– Bardzo chciałbym cię zabić – powiedział mu Abdel. 

Jedyną odpowiedzią Bayle’a była seria donośnych kaszlnięć. 

– Och – wydyszał Minsc. – Jestem pewien, że to bolało, Boo. 

Abdel spojrzał na rudowłosego szaleńca i rzekł – Powinieneś pójść na spacer czy coś w 

tym rodzaju, Minsc. Miedziana Mitra jest zamknięta na tę noc. 

Minsc popatrzył  na Bayle’a, następnie z powrotem  na Abdela, uśmiechnął  się  i wyszedł 

szybko, szepcząc – Wygląda na to, że wkrótce będziemy potrzebować nowej pracy, Boo. 

background image

– Gdzie ona  jest? – spytał  Abdel po raz trzeci. – I pamiętaj,  co ci powiedziałem, że  się 

stanie, jeśli będę musiał zapytać cię po raz czwarty. 

Bayle podniósł wzrok i wymusił otoczony śliną uśmiech. 

– Dobrze – wysapał – dobrze... dwa tysiące... sztuk złota. To moja... to moja ostateczna... 

moja ostateczna propozycja. 

Abdel odwzajemnił uśmiech i cofnął rękę. Bayle zamknął oczy, próbując przygotować się 

na cios, który nadchodził i który najprawdopodobniej go zabije. 

–  Wiedziałam,  że  przyjdziesz  –  powiedziała  Bodhi,  wysuwając  się  zza  zasłony 

prowadzącej na zaplecze. – Możesz go puścić. 

Abdel odwrócił się z powrotem do Bayle’a, który uśmiechnął się i puścił oko. Abdel wbił 

pięść w twarz Bayle’a i upuścił karczmarza niczym szmatę. 

Abdel  nie  trudził  się  obserwowaniem,  jak  Bayle  uderza  o  podłogę.  Spojrzał  na  Bodhi  i 

ogarnął  ją  całą  na  raz.  Była  ubrana  w  obcisłą,  jedwabną  suknię,  która  lśniła  wzorami 

winorośli  i  pająków.  Włosy  otaczały  bladą  twarz  i  podkreślały  szare  oczy.  Twarz  była 

dostojna i idealna i Abdel wiedział, że kiedyś mogła być elfką. Nie miała biżuterii ani butów. 

Podeszła bliżej do niego i rzekła – Przyszedłeś, by mnie zabić. 

Abdel  dostrzegł,  że  zerknęła  na  drewniany  kołek  u  jego  pasa  i  napotkał  jej  szare  oczy. 

Wydawały  się  spokojne  i  pewne.  Abdel  wiedział,  że  była  przekonana,  iż  nie  zamierza  jej 

zabić, lecz oczywiście było inaczej. 

– Wszyscy cię okłamali, Abdelu – powiedziała Bodhi głosem szczerszym niż jakikolwiek 

kiedykolwiek  słyszał  Abdel.  –  Ja  cię  okłamywałam...  ciągle...  ale  nie  jestem  jedyną.  Co  ci 

powiedzieli? 

– Kto? – spytał Abdel. 

–  Elfy  –  rzekła,  podchodząc  jeszcze  bliżej.  Dłoń  Abdela  podążyła  do  kołka,  jednak  nie 

wyciągnął go. – Powiedzieli ci, prawda? Że kiedyś byłam elfką? Że zrobiłam coś strasznego 

im albo ich uświęconemu temu czy tamtemu? 

– Powiedzieli mi... 

– Sporą ilość bzdur... 

– Dość! – ryknął Abdel, wyszarpując kołek zza pasa lecz odstępując o krok. 

– Abdelu... – powiedziała i znów spojrzał jej w oczy. – Przepraszam. Musiałam robić to 

wszystko. Nie miałam wyboru, podobnie jak ty. 

– Ja nie... 

–  Nie  miałeś  wyboru  –  powtórzyła.  –  Podaj  mi  jedną  rzecz,  jaką  zrobiłeś  w  ostatnim 

miesiącu z własnej woli. 

Abdel westchnął, a oczy Bodhi złagodniały. Jej źrenice wydawały się poszerzyć, a Abdel 

poczuł,  jak  jego  szczęka  przestaje  się  zaciskać,  jak  jego  uchwyt  na  kołku  łagodnieje,  a 

następnie wzrok przesłoniła mu żółta mgła. 

– Abdelu – wyszeptała Bodhi. – Bądź ze mną... 

background image

 

* * * 

Irenicus  ostrzegł  ją,  że  to  się  może  stać,  a  Bodhi  bardzo  niedbale  machnęła  na  to  ręką, 

mówiąc,  że  widywała  już  wcześniej  potwory.  Na  więcej  niż  jeden  sposób  sama  była 

potworem, czyż nie? 

Kiedy jednak zobaczyła, w co zmienia się Abdel, naprawdę nie była na to przygotowana. 

Najpierw kołek  w  jego dłoni pękł  na pół,  następnie, w  jednej  chwili, pękła  więź,  jaką z 

nim nawiązała, a jego ciało wykręciło się i zaczęło przekształcać. 

Bodhi  była  szybka,  wystarczająco  szybka,  by  utrzymać  się  z  dala  od  tej  istoty  – 

rozszalałej,  morderczej  bestii.  Potwór  roztrzaskał  kontuar  w  drzazgi  i  posłał  stołki  oraz 

krzesła w powietrze tak szybko  i  mocno, że trafiając w ściany  łupały gips.  Wszędzie unosił 

się biały pył i pomieszczenie było pełne ogłuszających odgłosów – kroków czegoś cięższego 

niż  słoń,  pękającego  szkła,  rozszczepianego  drewna,  miażdżonych  cegieł  i  rozłupywanego 

gipsu. 

Z początku ta istota niszczyła po prostu, miażdżąc wszystko, co było w jej zasięgu. Bodhi 

nie  była  do  końca  pewna,  co  robić.  To  coś  było  bliżej  awatara  martwego  boga  mordu  niż 

ktokolwiek żyjący i przyznawała, że było to zdecydowanie za wiele jak na jej możliwości. 

Wiedziała, że nie może odwrócić się i uciec... a może mogła? 

Nie  miała  szansy  zdecydować,  bo  istota,  która  kiedyś  była  Abdelem,  odwróciła  się  i 

skupiła na niej swoje gorejące żółte oczy. 

background image

Rozdział dwudziesty pierwszy 

Jaheira wręcz wzdychała, a dłoń Yoshimo wciąż znajdowała się na jej ramieniu na długo 

po tym, jak Imoen zapadła z powrotem w głęboki, lecz niespokojny sen. 

– Może zabić nas wszystkich, zanim zginie – powiedział Yoshimo. 

Jaheira wyrwała się z jego uścisku i warknęła – Dość! 

Kozakurczyk pochylił głowę, skupiając wzrok na Jaheirze, po czym ostrożnie cofnął się o 

krok. 

– Jest opętana – rzekł wymownie. 

Jaheira  zamknęła  oczy,  uspokoiła  się  trochę  i  powiedziała  –  Chciałabym,  żeby  to  było 

takie proste, Yoshimo. 

Otworzyła  oczy  i  ujrzała,  że  Yoshimo  spogląda  na  Imoen,  a  jego  prawa  dłoń  spoczywa 

niespokojnie  na  rękojeści  miecza.  Musiała  zabrać  Kozakurczyka  od  Imoen,  zanim  spróbuje 

zrobić albo coś tchórzliwego, albo heroicznego. Podeszła do niego i położyła pewnie dłoń na 

jego piersi. 

– Dajmy jej odpocząć – rzekła. 

Yoshimo  zerknął  na  nią,  następnie  z  powrotem  na  Imoen,  i  powiedział  –  Czy  to  nie 

byłoby najbezpieczniejsze? 

– Jej dusza jest odciągana od niej do tej części jej krwi, która nosi w sobie esencję boga 

mordu  –  wyjaśniła  Jaheira.  –  Nie  widziałeś,  do  czego  ona  jest  zdolna.  Napad  złości  i 

niepokojąca zmiana tonu w jej głosie... nie masz pojęcia, Yoshimo. 

–  Jeszcze  poważniejszy  powód  –  rzekł,  patrząc  Jaheirze  w  oczy.  –  Może  nie  być 

następnej okazji. 

Jaheira odepchnęła go delikatnie i powiedziała – Porozmawiajmy o tym na zewnątrz. 

Yoshimo opuścił wzrok i przytaknął z wahaniem. 

– Masz parę chwil, jednak jeśli znów się poruszy... 

Jaheira  westchnęła,  szczęśliwa  że  Yoshimo  cofnął  się,  a  jeszcze  szczęśliwsza,  gdy 

odwrócił się i wyszedł spod zadaszenia. 

– Jeśli będę musiała – rzekła – sama ją zabiję. 

background image

Wyszła  za  nim  na  zewnątrz,  po  czym  przeszli  krótki  kawałek  w  milczeniu,  zanim 

Yoshimo odwrócił się do niej i zapytał – Co przekona cię, że musisz? 

– Gdy stracę wszelką nadzieję – odparła beznamiętnie. 

– Mówisz jak prawdziwa kapłanka – brzmiała jego krótka odpowiedź. 

– Druidka, tak naprawdę – zażartowała, choć jej serce nie było w nastroju do śmiechu. 

– Istnieje szansa, że Abdelowi już się nie powiodło – powiedział Yoshimo. – Rozumiem 

pewność,  jaką  w  nim  pokładasz,  ale  Bodhi  nie  jest  zwykłą  kobietą  i  przewyższa  twojego 

silnego przyjaciela, niezależnie od jego boskiej krwi. 

– Muszę znów ci powiedzieć, że nie mam pojęcia, co ta boska krew może zrobić. 

 

* * * 

Całe ciało Bodhi eksplodowało bólem – rodzajem palącej agonii, jakiej nie doświadczyła, 

odkąd została wampirem. Różne przedmioty przekłuwały jej już wcześniej skórę, jednak broń 

ze stali  lub pazury  nigdy  jej  nie raniły.  Klinga  musiała  być zaklęta, by utoczyć z  niej krew. 

Żadna pięść nie mogła jej posiniaczyć, a żaden szpon podrapać, była jednak tutaj, rozrywana 

gołymi rękoma tej istoty. 

Próbowała do niego mówić, zahipnotyzować go, uciec od niego, lecz nic nie działało. Z 

Miedzianej Mitry  został zdarty dach, odsłaniając  ciemne,  bezksiężycowe niebo. Istota, która 

była niegdyś Abdelem Adrianem, zniszczyła tawernę, po czym skierowała całą swą uwagę na 

Bodhi.  Starała  się  nawet  powiedzieć  mu,  gdzie  są  kawałki  Lampionu  Rynn.  Próbowała 

przyznać się do wszystkich swoich kłamstw i manipulacji. Powiedziała nawet, że przeprasza. 

Oderwał jej nogę i ból był wręcz oślepiający. Wyrwał jej rękę i niemal zemdlała. Czuła, 

jak cała zalewa ją chłodna krew. 

Stwór wgryzł się jej w tors i czuła, jak wybucha jej serce i wszędzie pojawia się jeszcze 

więcej krwi. Jedna z jej piersi znalazła się w jego paszczy i wrzasnęła. Dźwięk ten był równie 

obcy dla jej uszu jak dla gardła. 

–  Abdel!  –  wrzasnęła,  a  krew  wypełniająca  jej  gardło  wylała  się  fontanną  wraz  z  jego 

imieniem. – Kocham cię... kochałam cię, Abdelu. 

Nieludzkie,  dzikie  oczy,  palące  się  gorącą  żółcią,  zamrugały,  a  wielka,  zniekształcona 

głowa przechyliła się na bok. 

– Abdelu – powiedziała Bodhi i po raz pierwszy od lat zaczęła płakać. 

Natychmiast  zaczął  wracać  i  obserwowanie  jego  transformacji  oddaliło  myśli  Bodhi  od 

faktu, że była poszarpana na części. Istniało niewiele sposobów na zabicie wampira, jednak to 

był jeden z nich. Jej głowa wciąż była jednak przytwierdzona do ramion i przynajmniej jakaś 

część  serca  wciąż  była  w  piersi.  Bodhi  doszła  do  koszmarnego  wniosku,  że  może  tak  żyć 

przez godziny, nie, dni, lata, nawet stulecia dokładnie w ten sposób – w agonii. 

– Bodhi – powiedział głosem, który brzmiał niemal jak Abdela. 

– Abdel, proszę... 

background image

Jego dłoń wróciła do normalności do czasu, jak sięgnął po drewniany kołek. Żółć znikła z 

jego oczu. 

– Gdzie? – spytał, cała jego zbyt ludzka twarz była pokryta kapiącą krwią. 

Wykaszlała  kolejną  fontannę  zimnej,  czerwonej  krwi  i  rzekła  –  Moja  trumna...  pod 

ziemią. W prochu. 

Łza popłynęła Abdelowi z oka, a Bodhi miała nadzieję, że spadnie na nią. Mogło tak być, 

lecz nie zobaczyła tego ani nie poczuła. 

– Ostrożnie – wyszeptała, podnosząc swe zalane krwią ramiona, by obrócić się do niego 

otwartą  piersią.  Ruch  ten  wywołał  w  niej  fale  palącego  bólu,  jednak  musiała  to  zrobić.  To 

będzie wystarczająco trudne. 

Abdel umieścił czubek kołka nad ostatnim pozostałym kawałkiem serca Bodhi. 

– Przepraszam – wyszeptał. 

Poczuła,  jak  kołek  wchodzi,  usłyszała  coś,  co  mogło  być  suchymi  liśćmi  pędzonymi 

wiatrem po kamieniach, i nie było już nic. 

W końcu. 

 

* * * 

Jaheira  miała  zamiar  obrócić  się  i  wrócić  pod  zadaszenie,  kiedy  podmuch  gorącego 

powietrza porwał ją nad ziemię. 

Zatrzymała się na stercie suchych liści i spoczęła oparta o leżącą sylwetkę Yoshimo. 

– Na dawno odeszłych – krzyknął Kozakurczyk – ona wybuchła! 

Jaheira poderwała się  na  nogi,  ignorując trzęsące  się kolana,  i podeszła o krok w stronę 

zadaszenia, zanim podniosła wzrok. Kiedy to zrobiła, ujrzała, co ją zatrzymało. 

Osłona  znikła  –  najwyraźniej  pochłonięta  przez  coś,  co  wyglądało  jak  wir  szarego, 

czarnego  i  srebrnego  dymu.  Stał  on  na  czubku,  prostopadle  do  ziemi.  Z  wirującego  wichru 

wciąż wylewającego się z bramy wyszedł mężczyzna, jakby wchodził właśnie do tawerny na 

noc pełną zabawy. Zobaczył Jaheirę i uśmiechnął się. 

– Irenicus! – rzuciła kpiąco Jaheira. 

Nekromanta  nie  odpowiedział,  pochylił  się  tylko,  jego  stopy  wciąż  były  zakryte 

wirującymi  magicznymi obłokami.  Wstał  z czymś w dłoniach –  chudą  i  bladą ręką.  Byłą to 

ręka Imoen. 

Jaheirze przyszedł na myśl czar i zaczęła modlitwę, przebiegając przez słowa tak szybko 

jak mogła, lecz zauważyła, że wpadają w swój własny rytm, nie dając się przyspieszyć. 

Irenicus  rzucił  w  jej  stronę  nieprzejęte  spojrzenie,  zanim  podniósł  resztę  bezwładnej 

sylwetki Imoen. 

Czar Jaheiry zbliżył  się do zakończenia dokładnie w momencie, w którym Irenicus oraz 

Imoen  zniknęli  z  pola  widzenia.  Błyskawica,  przynajmniej  o  takim  obwodzie  jak  wzrost 

background image

Jaheiry,  wpadła  w  magiczną  bramę,  a  Jaheira  zamknęła  oczy  przed  oślepiającym  blaskiem. 

Włosy stanęły jej dęba, a skóra zaczęła mrowieć. 

Yoshimo  powiedział  coś  w  języku,  którego  Jaheira  nie  zrozumiała,  po  czym  otworzył 

oczy. 

Wir zniknął, podobnie jak Irenicus oraz Imoen. 

– Więcej niż jeden problem rozwiązany – mruknął Yoshimo. – Można powiedzieć. 

Jaheira przewróciła się i uderzyła pięścią w nie dbającą o to ziemię. 

 

* * * 

Abdel bardziej wyczuwał schody do piwnicy, niż je widział. Był pokryty krzepnącą krwią 

i  niemal  oślepiony  ogromnym  brzmieniem  winy  oraz  wstrętu  do  samego  siebie.  Znalazł 

beczkę wody i rozerwał ją gołymi rękoma. Wylał jej zawartość na siebie. Starł krew ze skóry 

najlepiej jak potrafił. Potrzeba oczyszczenia się z krwi Bodhi dalece przewyższała odzyskanie 

kawałków Lampionu Rynn. 

Powiedziała  mu,  gdzie  to  jest,  a  on  ją  zabił  –  misja  wykonana.  Abdel  wiedział,  że  w 

Tethirze, jeśli się dowiedzą, będą się radować, cieszyć szansą na pokonanie Irenicusa. Abdel 

wciąż  chciał  się  tym  przejmować,  jednak  właśnie  w  tej  chwili  i  właśnie  w  tym  miejscu  po 

prostu nie mógł. Wszystkim co chciał teraz zrobić, było wrócić – poczołgać się, jeśli będzie 

musiał  –  do  Candlekeep  i  ukryć  się.  Zostało  tu  przelane  jeszcze  więcej  krwi,  ponieważ  był 

synem  Bhaala.  Więcej  i  więcej  krwi.  Mógł  po  prostu  zostać  w  Candlekeep,  za  murami,  w 

opactwie. Jakież było lepsze miejsce? Któż lepiej niż mnisi mógłby znaleźć jakiś sposób, by 

wyrwać z niego tę klątwę lub zabić go, próbując to zrobić? 

Spojrzał  na  siebie  i  wciąż  było  jeszcze  na  nim  tak  wiele  krwi.  Zobaczył,  jak  woda  z 

beczki  płynie  do  klapy  w  podłodze  i  wlewa  się  przez  nią.  Była  tam  trumna  oraz  artefakt, 

którego elfy tak bardzo potrzebowały – którego on tak  bardzo potrzebował  i którego Imoen 

tak bardzo potrzebowała. 

Imoen. 

Mogliby razem wrócić do Candlekeep. 

Abdel  wstał  i  podszedł  do  klapy.  Otworzył  ją  bez  wahania.  Lampion  rozwiąże  dwa 

problemy. Jeden szybciej niż drugi. 

Wysypał ziemię z trumny Bodhi i usłyszał brzęknięcie metalu o kamień, gdy poszarpane 

części  wylatywały  na  brudną  podłogę.  Abdel  podniósł  je  wielkimi,  skąpanymi  we  krwi 

dłońmi  i,  dokładnie  tak  jak  obiecali  mu  magowie  Elhana,  kawałki  uaktywniły  teleport  i 

piwnica zniknęła w błysku błękitnego światła. 

background image

Rozdział dwudziesty drugi 

– Chcę iść... – wyszeptała Imoen, a jej umysł był wzburzoną mgłą nadciągającego piekła 

– do... domu. 

Była  rozciągnięta,  magicznie  uspokojona,  na  wielkiej,  popękanej  płycie  z  przetykanego 

zielonymi żyłkami marmuru o poszarpanych brzegach w środku miasta, które dawno zmarłe 

elfy  nazywały  niegdyś  Myth  Rhynn.  Wszędzie  dookoła  znajdowały  się  wielkie  pozostałości 

wielkiego  elfiego  miasta, teraz  we  władaniu  dziczy  oraz  błąkających  się  stworzeń,  zarówno 

łagodnych, jak i zrodzonych w piekle. Marmurowa płyta była przechylona pod ostrym kątem. 

Imoen  leżała rozłożona na  niej, pozbawiona  swych zniszczonych ubrań, a  jej  blade, pokryte 

gęsią skórką ciało znaczyło sto powykręcanych pieczęci. 

Płytę  otaczał  pierścień  elfich  rzeźb,  dwa  razy  wyższych  niż  prawdziwy  elf.  Teren  ten 

mógł  niegdyś  być  ogrodem  lub  cmentarzem.  Starte  wiatrem  twarze  marmurowych  elfów 

spoglądały  w  dół  na  Imoen  oraz  Jona  Irenicusa  z  obojętnym  spokojem,  którego  żadna 

prawdziwa osoba nie byłaby w stanie wykrzesać z siebie w tym miejscu i czasie. 

Sam  Irenicus  zakrztusił  się  własną  żółcią  i  cofnął  o  krok.  Stracił  głos  w  wyniku  szoku, 

mdłości  i  wypaczonej,  szalonej  przyjemności  na  widok  jego  ostatnich  desperackich  nadziei 

dających owoce. Zaśpiewał ochryple i jego błaganie, pełne bogów, których imion już nikt nie 

wymawiał – do wszelkich potęg, które mogły słuchać – zostało usłyszane. 

– Tak – wyszeptał, jego głos był zaledwie bolesnym piskiem. – Tak. Zmiana! 

Imoen  wrzasnęła  i  był  to  ostatni  dźwięk,  jaki  wydała  z  siebie  jako  człowiek.  Najpierw 

zmieniła się jej twarz. 

Rozległ  się  głośny  odgłos,  jakby  dartego  materiału,  i  skóra  z  pięknej,  młodej,  gładkiej 

twarzy Imoen odpadła w poszarpanych, skrwawionych wstęgach. Pod nią jej czaszka nabrała 

barwy  starego  wapienia  i  z  każdą  mijającą  sekundą  nabierała  kształtu.  Jej  zęby  urosły  i 

zwęziły  w  podobne  do  igieł  kły,  po  czym  znów  urosły,  gdy  jej  żuchwa  rozszerzyła  się  i 

opuściła. Wylał się płyn, krew i jakaś na wpół ciecz, której Irenicus udawał, że nie zauważa, i 

zaczęła  spływać,  a  następnie  wyciekać  z  setki,  a  następnie  tysiąca  małych  ranek  na  całym 

targanym  spazmami  ciele  Imoen.  Dziewczyna  trzęsła  się  w  niekontrolowany  sposób,  a 

background image

wstrząsy  były  akcentowane  przez  głośne  pęknięcia,  które  otwierały  nowe,  większe  i 

ociekające śluzem rany. Jej skóra popękała, po czym stopiła się, i nowa ręka wyrosła z tego, 

co niegdyś było brzuchem dziewczyny. Była ona wielka, liczyła przynajmniej cztery metry  i 

zakończona była cieknącą bulwą, która lśniła w rozjaśniającym się świetle. 

Istota,  którą  była  Imoen,  urosła  –  w  jednym  nagłym,  falującym  ruchu  –  w  bladoszarą 

potworność, z której grzbietu tak szybko i nagle wyrosły podobne cierniom kolce, że niemal 

zsunęła się z marmurowej płyty. 

– Bhaal... – wyszeptał Irenicus, jego twarz była mieszaniną szoku i triumfu. – To ty... To 

ty... 

Bulwa  na  końcu  drżącej  ręki  otworzyła  się,  jeszcze  gdy  drugie  ramię  wyrastało  z 

powiększającej  się  bestii.  Dłoń,  którą  uformowała  owa  bulwa,  miała  więcej  palców  niż 

Irenicus  mógł  z  łatwością  policzyć.  Były  one  osadzone  na  długiej,  prostokątnej  dłoni  pod 

kątami  i  ze  stawami  umieszczonymi  tak,  że  dłoń  nie  przypominała  żadnej  innej  widzianej 

kiedykolwiek  w  Faerunie.  Z  palców  wyrosły  długie,  zakrzywione  szpony,  które  lśniły  w 

świetle poranka w sposób, który ujawniał ich ostre jak brzytwa krawędzie. 

– Niszczyciel – wydyszał Irenicus. – Niszczyciel się budzi. 

Kolejna  ręka  eksplodowała  z  wijącej  się  masy,  następnie  czwarta,  a  bulwy  pękły,  by 

ukazać  trzy  kolejne  wielopalczaste  dłonie  o  ostrych  pazurach.  Niszczyciel  wrzasnął  z  bólu 

narodzin, a Irenicus padł na żwir, odepchnięty samą siłą wstrząsającego skowytu istoty. Nogi, 

które niegdyś należały do Imoen, wybuchły na zewnątrz i z głośnymi, paskudnymi trzaskami 

wygięły się do tyłu, po czym znów do przodu, gdy formowały się nowe stawy. 

Pasma  błotnistego  brązu  pojawiły  się  na  garbatym  grzbiecie  stwora,  stanowiąc  ostry 

kontrast  z  jego  bladą  szarością.  Otworzył  oczy,  wpatrując  się  z  początku  ślepo  w  niebo  o 

barwie  indygo,  kiedy  w  ich  jamach  rozpalało  się  czerwone  światło.  Kiedy  osiągnęło  ono 

największą  jasność, potwór wzdrygnął  się w ostatnim ostrym spazmie, po czym krew  i  śluz 

zostały wciągnięte w twardniejącą, chitynową skórę niczym woda w gąbkę. 

Wydał  z  siebie  urywany  warkot,  po  czym  ze  świstem  wciągnął  głęboki  oddech.  Jego 

oddychanie szybko się wyrównało i odwrócił swą ogromną jaszczurzą głowę do Irenicusa. 

Kolana nekromanty zaczęły się trząść, jednak zdołał wstać. 

– Podporządkuj mi się – wyszeptał. 

Potwór  wstał  natychmiast  i  zagórował  nad  Irenicusem.  Jego  garbate  barki  wznosiły  się 

przynajmniej dziesięć  metrów nad żwir dziedzińca z rzeźbami.  Wyciągnął  jedną dłoń,  jakby 

chciał  złapać  równowagę  i  zacisnął  podobne  do  wachlarza  palce  na  jednej  z  pradawnych 

rzeźb. Ścisnął zaledwie trochę i kamienna rzeźba eksplodowała w obłoku pyłu i kamyków, z 

których największy nie przekraczał dłoni Irenicusa. 

– Podporządkuj  mi  się! – warknął do stwora Irenicus  i  nieludzkie oczy wpatrzyły się w 

maga. Nie pozostało nic z Imoen – zupełnie nic ludzkiego. 

– Suldanessellar! – wrzasnął Irenicus. – Ellesime! Drzewo! 

background image

Niszczyciel zaryczał w  martwe poranne powietrze Myth Rhynn, wściekł  się na wstające 

słońce,  po  czym  odwrócił  w  kierunku  Suldanessellar  i  wykonał  pierwszy  krok.  Ziemia 

zadrżała, a Irenicus przyłożył dłoń do żołądka, by go uspokoić. 

Czuł  i  obserwował,  jak  idzie  do Suldanessellar,  jak  idzie  do Ellesime,  jak  idzie  do  jego 

własnej nieśmiertelności. Jon Irenicus zaczął płakać. 

 

* * * 

Abdel wpadł do lasu Tethir w błękitnym rozbłysku i po prostu pozwolił sobie przewrócić 

się na ziemię. Kawałki artefaktu wysypały mu się z dłoni i nie uczynił żadnego wysiłku, by je 

przytrzymać czy podnieść. 

Usłyszał, jak Jaheira woła jego imię i przyłożył jedną dłoń do ziemi, zamierzając unieść 

się i spojrzeć na nią. Usłyszał, jak biegnie do niego i zatrzymuje się gwałtownie tuż przy nim, 

na stercie liści. 

– Lampion Rynn – powiedział skądś niedaleko i nad nim Elhan. – Zrobił to. 

– Zrobiłem to – wyszeptał Abdel ściśniętym i zbolałym gardłem. 

Dotknęły  go  ciepłe,  delikatne  dłonie  Jaheiry  i  przetoczył  się,  by  na  nią  spojrzeć,  nie 

czując wstydu z powodu płynących po jego twarzy łez. Mieszały się one ze śladami po krwi 

Bodhi. 

– Och – wydyszała Jaheira. – Na panią... 

–  Podnieść  je!  –  krzyknął  Elhan,  po  czym  warknął  szereg  rozkazów  w  języku,  którego 

Abdel nie rozumiał – bez wątpienia w elfim. 

Odczołgał  się  dalej,  a  Jaheira  trzymała  go,  gdy  tuzin  par  rąk  szybko  i  starannie 

przeszukiwało martwe liście, wyszukując poszarpane kawałki metalu, które były warte życie 

Bodhi. 

–  Candlekeep  –  powiedział  Abdel,  odwracając  twarz  do  Jaheiry.  –  Zabieram  Imoen  z 

powrotem do Candlekeep. 

Jaheira pociągnęła nosem. 

– Gdzie ona jest? – spytał Abdel. 

 

* * * 

Elhan  stał  na  skraju  Łabędziej  Doliny,  a  przed  nim  rozciągały  się  wysokie  drzewa 

Suldanessellar. 

– Zróbcie to – powiedział magom w elfim. – Otwórzcie to. 

Elhan  był  otoczony  przez  najpotężniejszych  magów  Tethiru  i  kilku  słabszych.  Elfy  tak 

młode jak dwadzieścia lat stały ramię w ramię z tymi, które widziały już dwa tysiące wiosen. 

Choć  niektórzy  dzierżyli  moce,  których  inni  nie  mogliby  sobie  nawet  wyobrazić,  wszyscy 

byli  teraz  równi,  zarówno  w  sile,  jak  i  w  celu.  Musieli  jedynie  trzymać  –  każdy  z  nich  po 

jednym – fragmenty osławionego Lampionu Rynn. 

background image

– Suldanessellar musi zostać dla nas z powrotem otwarte – rzekł Elhan. 

Spojrzał  na  puste  zazwyczaj  poranne  niebo  i  ujrzał,  jak  czarne  obłoki  przelewają  się  na 

sinym  tle.  Irenicus  odciął  ich  od  Suldanessellar,  przygotowując  nowy  szturm  na  Drzewo 

Życia,  jednak  w  końcu  –  dzięki  zdecydowanie  niezwykłemu  sojusznikowi  –  zebrali 

wystarczająco  fragmentów  Lampionu  Rynn,  by  przełamać  zaklęcie  Irenicusa  i  wrócić  z 

powrotem do miasta, które tak długo było trzymane w niewoli. 

Elhan przyjrzał się szeregom otaczających go magów. Śpiewając słowa, które były stare, 

zanim pierwsi ludzie wyłonili się z jaskiń, by w ogłupiałej fascynacji spoglądać na gwiazdy, 

magowie łączyli fragmenty ze sobą. 

Elfi  książę  wyciągnął  swoją  księżycową  klingę  i  wyszedł  do  przodu.  Wyciągnął  rękę  i 

dotknął  mrowiącej,  chłodnej  bariery.  Była  namacalna, choć  niewidoczna, a  jej  dotyk,  nawet 

teraz, zaledwie na parę chwil przed zniszczeniem, wywoływał w nim fale nienawiści. 

– Opuśćcie to, lojalni – powiedział Elhan. – Opuśćcie! 

Fragmenty połączyły się w praworządnych dłoniach elfich magów i dudniące wibrowanie 

zmarszczyło  ziemię  u  stóp  Elhana.  Niektórzy  magowie  upadli,  paru  z  nich  nawet  upuściło 

swoje części lampionu, jednak nie miało to znaczenia. 

Z góry zadął wicher  i Elhan  musiał zamknąć oczy przed  jego siłą.  Został zmuszony,  by 

uklęknąć. 

– Wkrótce to się skończy, siostro – pomyślał, pozwalając by jego umysł dotknął Ellesime. 

Jeden z magów wrzasnął – Lampion! 

Elhan otworzył oczy i ujrzał, że części artefaktu połączyły się ze sobą i stopiły we wciąż 

niekompletną całość. Jeden z magów wyciągnął rękę, by go dotknąć, i z przedmiotu wyleciała 

zielona  błyskawica,  pokonując  trzy  kroki  pomiędzy  nim  a  dłonią  czarodzieja.  Mag  został 

odrzucony  w  tył  w  deszczu  iskier  i  rozległo  się  głośniejsze,  silniejsze  dudnienie,  które 

powaliło Elhana na ziemię. 

– Otwarte – w jego głowie zabrzmiał głos Ellesime – ale nie skończone. 

 

* * * 

Abdel  czuł  pod  stopami  wibracje,  czuł  otępiające  efekty  teleportacji,  czuł,  jak  jego 

przyjaciele  padają  daleko  za  nim,  czuł,  jak  wzrasta  w  nim  stary  gniew,  czuł  tę  żółtą  mgłę, 

która zawsze pojawiała się przed tym, jak przelał czyjąś krew, jednak żadna z tych rzeczy nie 

zdołała  przekraść  się  do  jego  świadomych  myśli.  Biegł,  aby  dotrzeć  do  Imoen.  Tym  razem 

zabierze ją do Candlekeep i dopilnuje, aby krew Bhaala została wysączona z niej tak samo jak 

z niego, w ten czy inny sposób. 

Irenicus  był  do  niego  odwrócony  tyłem,  jednak  Abdel  nie  starał  się  uciszyć  swoich 

dudniących kroków i zasapanego, zmęczonego oddechu. Nekromanta obrócił się, kierując w 

stronę  Abdela  dzikie  spojrzenie.  Irenicus  uśmiechnął  się  i  rozłożył  szeroko  ręce,  jakby 

background image

zamierzał objąć nacierającego najemnika. Abdel niemal po nim przebiegł, jednak Jon Irenicus 

pojawił się kilka metrów z boku. Nekromanta był na tyle bezczelny, by się z niego zaśmiać. 

Abdel upadł na twarz i przejechał po szorstkim żwirze, zatrzymując się pod przechyloną 

marmurową  płytą.  Wstał  szybko,  ignorując  krwawiące  otarcia  na  czole.  Obrócił  się  do 

Irenicusa, który przestał się śmiać i wydał z siebie zniecierpliwiony warkot. 

– Ona umiera! – wrzasnął nekromanta. – Znów będę elfem. Wygram. Poślę ją do piekła, 

zanim  ty  sam  do  niej  dołączysz  i  spalicie  się  tam  razem.  Krew  twojego  ojca  nie  może  tego 

powstrzymać, twoi żałośni przyjaciele nie mogą tego powstrzymać, wszystkie elfy z Tethiru 

nie mogą tego powstrzymać! 

– Gdzie ona jest?! – wrzasnął Abdel niskim, twardym i władczym głosem. – Co zrobiłeś z 

Imoen? 

– Twoja siostra – zaśmiał się Irenicus – osiągnęła prawdziwy cel. Przemierza Faerun jako 

awatar waszego ojca. Bhaal jest martwy, lecz jego krew żyje dalej, jego moc żyje dalej, a ja 

wypaczyłem  ją,  nagiąłem  do  mojej  woli,  aby  zabić  Ellesime  z  Suldanessellar  i  wyrwać  to 

cholerne drzewo, którego potrzebuję, żeby żyć wiecznie. 

Abdel, z mieczem w dłoni, kontynuował natarcie na Irenicusa. 

Nekromanta  podniósł  rękę  i  powiedział  –  Nie  chcesz  zobaczyć?  Nie  chcesz  tego 

zobaczyć? – Jego głos przeszedł w niezrozumiały bełkot. 

Abdel cofnął miecz do zamachu, zdecydowany zobaczyć, czy nekromanta potrafi żyć bez 

głowy, kiedy coś uderzyło go w pierś. Było to tak, jakby wbiegł  na kamienną ścianę, a ona 

oddała  mu  kopnięcie.  Abdel  poleciał  do  tyłu  jakiś  niemierzalny  odcinek.  Wiatr  zaświstał 

najemnikowi w uszach, a następnie rozległ się głos Irenicusa – Nie chcesz zobaczyć twarzy 

swego ojca? 

Abdel  uderzył  mocno  o  ziemię,  trzymał  jednak  miecz.  Poczuł,  jak  coś  w  dolnej  części 

pleców poddaje się, usłyszał trzask i zdrętwiały mu nogi. Przez myśli przemknęło mu słowo 

nie!  Nekromanta  złamał  mu  kręgosłup.  Abdel  leżał  rozłożony  na  żwirze,  spoglądając  w 

przechyloną w dół i pełną dezaprobaty twarz marmurowego elfa. 

Zdołał  oprzeć  się  na  łokciach  i  zobaczyć,  że  dobre  pięćdziesiąt  metrów  dalej  stoi  Jon 

Irenicus, wymachujący pięściami w powietrze i biegnący do Abdela. 

– A więc zginiesz, zanim to zobaczysz! – zaskowyczał nekromanta. – Zobaczymy się w 

piekle, gdzie zabiorę ci duszę, zmieszam ją z esencją drzewa i stanę się bogiem! 

Abdel wrzasnął ze wściekłością w jaśniejące poranne powietrze, a Irenicus odpowiedział 

kolejnym strumieniem chropawych, gardłowych, śpiewnych słów. Najemnik znów spojrzał na 

nekromantę,  który  zatrzymał  się  trochę  bliżej  niż  w  połowie  odległości,  z  której  zaczął,  i 

wskazał na Abdela długim, kościstym, trzęsącym się palcem. Z kącika jego bełkoczących ust 

spływała ślina. 

background image

Abdel  poczuł  falę  wszechogarniających  mdłości.  Na  wzrok  padła  mu  szara  mgła  i 

zakręciło  mu  się  w  głowie.  Odwrócił  się  w  bok  i  zwymiotował,  lecz  nic  się  z  niego  nie 

wylało. Poczuł jak wzdłuż kręgosłupa biegnie mu mróz i zaczęło mu dzwonić w uszach. 

– Giń! – wrzasnął Irenicus urywanym i przenikliwym głosem. – Giń, niech bogowie cię 

przeklną, giń! 

Abdel nie zginął, jednak minęło sporo czasu, zanim przeszły mu mdłości. 

–  Ssynu  Bbhaala  –  wyjąkał  Irenicus.  –  Jesteś  synem  Bhaala.  Zabiłem  tysiąc  mężczyzn 

tym czarem... tysiąc  śmiertelników. – Nekromanta zarechotał, padając  na kolano. Jego oczy 

były czerwone, wciąż wybałuszone  i wyglądające na zbolałe,  jakby  miały wybuchnąć. – To 

powinno  cię  zabić.  Nigdy  mnie  nie  zawiodło...  poza  Ellesime.  Och,  będziesz  mi  służył  i  to 

dobrze. 

Coś zaskoczyło w kręgosłupie Abdela i wraz z falą kłującego ognia powróciło mu czucie 

w nogach. Wstał, zacisnął chwyt na mieczu i skierował wściekłe spojrzenie na Irenicusa. 

– Zabawiłeś się ze mną tak, jak ja zamierzam z tobą, nekromanto – warknął Abdel. 

– Abdel! – gdzieś daleko krzyknęła Jaheira. 

Zaraz potem zabrzmiał głos Yoshimo i znów Jaheiry. 

– Gdzie ona jest? – spytał Abdel Irenicusa. 

– Nie możesz już dla niej nic zrobić, Abdelu – Irenicus powiedział dziwnie złagodzonym 

głosem. – To już skończone. Wygrałem. 

Abdel, warcząc niczym ogłupiałe, rozwścieczone zwierzę, wystrzelił do przodu. Irenicus 

wypowiedział trzy obce słowa i zniknął, zanim Abdel zdążył pozbawić go głowy. 

background image

Rozdział dwudziesty trzeci 

Suldanessellar było już w gruzach. 

Wszędzie  był  dym  i  Abdel  niemal  zaczął  się  krztusić  gęstym  odorem  palącego  się 

drewna,  tlących  włosów  i  zwęglających  się  ciał.  Poranne  powietrze  przenikały  wrzaski 

strachu, szoku, żalu i bólu. Dookoła szalał ogień, elfy biegały, drzewa paliły się, a elfie miasto 

na drzewach ginęło wewnętrzną śmiercią. 

Biegnąc  Abdel  pozbył  się  efektów teleportacji,  która  sprowadziła  ich  z  Myth  Rhynn  na 

tył  Niszczyciela.  Bestia  musiała  przelecieć,  biec  szybciej  niż  cokolwiek  na  Faerunie  lub 

przeteleportować się, aby być tam przed nimi. Jaheira oraz Yoshimo znajdowali się za nim. 

Na  Abdela  opadła  mgła  żółtego  szału  i  wbiegł  przez  falę  uciekających  elfów  do 

chaotycznego  piekła  Łabędziej  Doliny.  Jego  oczy  płonęły  jaskrawą  żółcią,  a  wszelkie ślady 

otrzymanych  obrażeń  wniknęły  w  twarde,  przygotowane  mięśnie  oraz  żądną  mordu 

adrenalinę. Dotarł do ściany gęstego dymu i kiedy ujrzał Niszczyciela, żółta mgła ulotniła się. 

Musiał  stanąć  z  zachwytu  nad  istotą,  która  poraziła  go  całego.  Imoen.  Ta  bestia  była 

Imoen. Składała się z krwi, która płynęła w  jego żyłach. Ta  istota mogła  być  nim. On  mógł 

być tą istotą – był tą istotą. Było to coś podobnego do tego, co rozszarpało Bodhi na strzępy. 

Imię jego ojca przemknęło bezszelestnie przez jego wargi. Po raz pierwszy opadła na niego w 

pełni świadomość tego kim i czym jest i przytłoczyło go to. 

Za nim Jaheira wzniosła głos do przenikliwego zaśpiewu. 

Niszczyciel  wisiał  z  boku  jednego  z  ogromnych  drzew.  Jego  długie,  opazurzone  stopy 

wbiły  się  głęboko  w  pradawną  korę  i  wszystkie  cztery  ręce  miał  wolne.  Jedną  z  potężnych 

kończyn stwór wybił dziurę w świętym drzewie i odsłonił schludny dom elfiej rodziny, która 

nie  zrobiła  nic,  by  sobie  na  to  zasłużyć.  Elfka  wrzasnęła  i  cisnęła  płaczące  niemowlę  do 

kołyski w rogu pokoju. Niszczyciel podniósł kobietę, jakby nic nie ważyła i ścisnął. Szpony 

były  równie  długie  jak  ręce  elfki  i  przebiły  ją  czterokrotnie  z  czterech  różnych  stron.  Nie 

wrzasnęła po raz drugi, lecz udało jej się załkać, zanim umarła. Elfi wojownik odpowiedział z 

dołu okrzykiem bojowym, który pobudził serce Abdela z powrotem do działania. 

background image

Niszczyciel  usłyszał  krzyk  i  odchylił  się  do  tyłu,  wciąż  trzymając  się  nogami  drzewa, 

wciąż  trzymając  dłonią  elfkę.  Wojownik  wyszedł  do  przodu  z  szerokim  półtoraręcznym 

mieczem, który jedynie musnął niemal niezniszczalną chitynę Niszczyciela. Bestia pozwoliła 

elfowi  sądzić,  że  uniknęła  zamachu  opazurzoną  łapą,  po  czym  opadła  na  niego  z  otwartą 

paszczą. Abdel, w paraliżującym otępieniu, zarejestrował fakt, że pierwszy raz w życiu widzi, 

aby ktokolwiek, człowiek czy elf, został gładko przegryziony na pół. 

– Imoen – wyszeptał Abdel – nie... 

Gorąco  i  odgłos  kuli  ognia  doprowadziły  Abdela  jeszcze  o  krok  bliżej  do  aktualnej 

sytuacji, nie odwrócił się jednak, by odnaleźć ich źródło. Elfi mag wyszedł kilka kroków zza 

czegoś, co wyglądało jak głaz z rozpalonej do żółtości lawy. Rodzina elfów przebiegała przez 

drogę  ognistej  kuli.  Mag  okazał  kontrolę,  jaką  miał  nad  swym  gorejącym  zaklęciem, 

sprawiając,  że  ominęło  ich  tak  szybko  oraz  daleko,  iż  elfy  wydawały  się  go  w  ogóle  nie 

zauważyć. Kula leciała w stronę drzewa, w stronę Niszczyciela, a Abdel zdał sobie sprawę, że 

za pożary muszą odpowiadać tuziny takich czarów. 

Kolejny  elfi  wojownik  zginął  w  straszny  sposób,  próbując  choć  wyszczerbić  podobną 

zbroi  skórę  Niszczyciela.  Abdel  podszedł  krok  do  przodu  i  spojrzał  na  trzymany  w  ręku 

miecz. Nie pamiętał nawet, skąd go zdobył. To nie  był  jego miecz. Był za  lekki  jak  na gust 

Abdela, nawet gdyby walczył jedynie z ludźmi. Przeciwko Niszczycielowi nie będzie lepszy 

niż igła. Był kiepsko wykonany oraz tani i z pewnością nie mieściło się w nim żadne zaklęcie. 

A  czy  potrzebował  w  ogóle  zabijać  tę  istotę?  Oczywiście,  że  musiał.  Setki  osób  oddało 

już przez nią życie, a piękne miejsce, które na coś takiego nie zasługiwało, było rozrywane na 

strzępy,  jednak to była Imoen. Gdzieś w tym potworze wciąż  była Imoen. I była tu Jaheira. 

Co sobie ona pomyśli,  jeśli  zabije Imoen? Tak  bardzo próbowała odwrócić go od krwi  jego 

ojca. Każda śmierć z jego rąk była tego zdradą. Czyż nie? 

Płonąca kula doleciała do podstawy drzewa i wzniosła się w górę. Niszczyciel ześlizgnął 

się z pnia  i  niemal dobrowolnie przeleciał przez czar ognia. Magiczne płomienie zdusiły się 

wokół stwora, który nie zwrócił na nie uwagi. 

Za  Abdelem  Jaheira  zaklęła  i  usłyszał,  jak  woła  do  Mielikki,  prosząc  ją  o  łaskę,  zanim 

znów przeszła na ten tajemny język. 

– Imoen – powtórzył Abdel ustawiwszy mocno stopy. 

–  Abdelu,  mój  przyjacielu  –  powiedział  Yoshimo,  wślizgując  się  za  niego.  Kaszlał  z 

powodu  dymu.  –  Co  możemy  tu  zrobić?  Co  ty  możesz  zrobić  temu...  czemuś,  jakieś 

czterdzieści metrów stąd? Mamy to zaatakować? Jak można powstrzymać takie... takie... 

Rozległ się ryk, pojawił się purpurowo-czarny błysk i na polance przed Abdelem pojawił 

się tygrys, jakiego nigdy sobie nie wyobrażał, nie mówiąc już o oglądaniu. 

– Wiecie, co robić, moje dziewczynki – rzekła Jaheira tak miarowym i pewnym głosem, 

na jaki mogła się zdobyć. 

background image

Abdel odwrócił się i spojrzał na nią, i zanim ujrzał Jaheirę, naliczył sześć wielkich kotów. 

Przed nią stały dwa kolejne. Z ust tych tygrysów wyrastały kły podobne do ostrzy sejmitarów. 

Kilka kotów rzuciło  na  Abdela przelotne  spojrzenie, po czym wyskoczyły z determinacją w 

stronę Niszczyciela, dwa z nich otaczały go z prawej, dwa z lewej, a cztery pędziły środkiem, 

prosto na niego. 

– Przyszedłem tu, żeby... – Yoshimo powiedział do Abdela. – Nie przyszedłem tu po to. 

Nadszedł czas, żebym... odszedł. 

Pierwszy tygrys ugryzł  mocno Niszczyciela,  a podobne  sztyletom pazury próbowały  się 

w  niego  wbić,  przytrzymać,  a  następnie  szarpać.  Potwór  zareagował  na  ciężar  zwierzęcia 

raczej  irytacją  niż  bólem  czy  strachem.  Chwycił  je,  jakby  było  miauczącym  kociątkiem  i 

zmiażdżył  jednym  zaciśnięciem  masywnej  dłoni.  Drugi  kot  został  schwytany  w  pół  skoku 

przez kolejną opazurzoną łapę Niszczyciela. Jedno zamachnięcie na odlew pozbawiło tygrysa 

głowy.  Pozostałe  koty  zatrzymały  się,  szybko  przegrupowując  w  obliczu  przeciwnika,  na 

którego nie były przygotowane. 

Niszczyciel  przedarł  się  przez  zakłopotane  tygrysy,  wyrywając  w  boku  jednego  z  nich 

długą,  poszarpaną  ranę.  Wnętrzności  potężnego  zwierzęcia  wylały  się  na  ziemię  i  tygrys 

zginął u stóp Niszczyciela. Pozostałe koty popatrzyły na Jaheirę. Po policzku druidki spłynęła 

łza,  lecz  skinęła  głową  zwierzętom.  Jedno  z  nich  rzuciło  się  na  nogę  potwora,  z  głośnym 

chrzęstem zatapiając wielkie kły w jego twardym egzoszkielecie. Niszczyciel zadrżał, po raz 

pierwszy  zraniony.  Chwycił  tygrysa  i  uderzył  go  tak  szybko  i  mocno,  że  od  głowy,  wciąż 

zaciskającej  się  mocno  na  nodze  stwora,  oderwał  resztę  ciała.  Cisnął  bezgłowego  tygrysa 

daleko i sięgnął po następnego, który zwinnie wymknął mu się z zasięgu. 

– Nie mogę... – powiedziała Jaheira. – Uwalniam was. Idźcie! 

Cztery  pozostałe  przy  życiu  tygrysy  nie  zawahały  się  przed  wykonaniem  zalecenia 

Jaheiry i wycofały się. Rozbiegły się w różnych kierunkach, po czym po prostu rozpłynęły w 

powietrzu przed dotarciem  na  skraj polanki. Odcięta głowa zniknęła z  nogi  Niszczyciela  i z 

rany wysączyła się gęsta zielona ciecz. 

– Można to zranić – powiedział Abdel, a Yoshimo przytaknął. 

Nastąpił  jaskrawy  błysk  niebiesko-białego  światła  –  pojedyncza,  potężna  błyskawica  – 

który przebiegł równolegle do ziemi i był najwyraźniej robotą młodego elfa, stojącego butnie 

u podstawy jednego z wielkich drzew. 

Niszczyciel  otrząsnął  się  z  niewielkiego  efektu,  jaki  wywarła  na  niego  błyskawica,  i 

obrócił się w stronę elfiego maga. 

– Ten elf zginie szybko – rzekł ponuro Yoshimo. 

Niszczyciel  wykonał  dwa  wielkie,  trzęsące  ziemią  kroki  w  stronę  maga,  który  był  dość 

rozsądny,  by  odwrócić  się  i  uciec.  Elf  zdołał  zniknąć  w  drzwiach,  których  Abdel  nigdy  nie 

dostrzegłby u podstawy drzewa. Niszczyciel wrzasnął ze wściekłości i Abdelowi zadzwoniło 

w uszach. 

background image

Obecny  w  nim  najemnik  dostrzegł  wahanie  w  krokach  potwora.  Tygrys  zranił  go 

bardziej, niż Abdel uznał z początku. 

– Yoshimo – powiedział Abdel. – Musimy to unieruchomić. 

– Unieruchomić? – spytał Kozakurczyk. 

– Sprawić... – złościł się Abdel. – Sprawić, aby ta istota nie mogła się poruszać. Sprawić, 

żeby przewróciła się i nie mogła wstać... 

– Rozumiem już – przerwał Yoshimo – dziękuję ci. A więc zabieramy się za nogi? 

– Tak sądzę – odparł Abdel – unikając ramion. Jeśli sprawimy, że się zatrzyma, może uda 

mi się z tym porozmawiać. 

– Abdel... – zaczęła Jaheira, która podeszła do nich. 

– To Imoen – powiedział jej Abdel. – Gdzieś tam jest Imoen. 

– Abdel... – zaczęła mówić. 

– Nie, Jaheiro – rzekł. – To ty to zaczęłaś. Zanim cię poznałem, nie zawahałbym się – nie 

tylko teraz, lecz setki razy wcześniej. Yoshimo byłby już martwy, podobnie jak Gaelan Bayle 

– ale żyją dzięki tobie, dzięki temu, że nauczyłaś  mnie walczyć  sercem –  ludzkim sercem – 

nie moją splamioną krwią. Ta istota to Imoen. Nie mogę jej zabić. Zabiłem Sarevoka, ale jej 

nie mogę. 

Jaheira uśmiechnęła się smutno, po czym jej uwaga została gwałtownie odciągnięta przez 

śmiertelne wrzaski kolejnego elfa. 

– Yoshimo? – spytał Abdel. 

Yoshimo przytaknął, lecz spojrzał na Abdela, aby ten uczynił pierwszy krok. 

– Spróbuję, przyjacielu – powiedział  Kozakurczyk – ale odejdę,  jeśli poczuję, że  muszę 

odejść. 

Tym razem to Abdel przytaknął. Wykonał pierwszy krok i obydwaj rzucili się do ataku. 

Większą  część  ich  szarży  zasłoniła  fala  uciekających  elfów,  zresztą  Niszczyciel  wciąż 

starał się odnaleźć maga, który posłał w jego stronę błyskawicę. Abdel dotarł do nogi stwora i 

zdołał zamachnąć się w otwartą już ranę. Miecz odbił się od opancerzonej nogi centymetr od 

zranienia. Niszczyciel nie zauważył go. 

Yoshimo zaszedł z drugiej strony. Kozakurczyk poruszał się, powodując jedynie szmer, i 

choć wyglądał tak, jakby chciał wydać z siebie jakiś okrzyk bojowy, trzymał język za zębami. 

Miecz  wbił  się  głęboko  w  nogę  Niszczyciela,  a  siła  ciosu  wzmocniona  była  tym,  że 

Kozakurczyk biegł. 

Potwór wyrzucił głowę w tył na garbatej szyi i syknął w powietrze. Yoshimo, zaciskając 

mocno  zęby,  zaczął  kręcić  mieczem  w  tę  i  z  powrotem  w  nodze  stwora.  Abdel  nie  mógł 

stwierdzić,  czy  chce  on  wyciągnąć  ostrze,  czy  wbić  je  głębiej.  Wszędzie  pryskała  zielona 

krew i Yoshimo szybko został nią pokryty. 

– Zaklęte! – zawołał Yoshimo. – To znaczy ostrze! 

background image

Niszczyciel  wyciągnął  rękę  do  Yoshimo,  a  Abdel,  nie  będąc  pewien,  co  innego  może 

zrobić,  wrzasnął.  Rozproszyło  to  uwagę  potwora  na  zaledwie  pół  sekundy,  wystarczyło 

jednak, aby Yoshimo uchylił się przed wielopalczastą łapą. 

Niszczyciel zmienił kierunek ręki i uderzył Yoshimo. Zaklęty miecz wydostał się z nogi 

stwora,  uwalniając  drugi  strumień  zielonej  krwi,  a  Yoshimo  został  odrzucony  kilka  kroków 

dalej. 

– Imoen! – wrzasnął Abdel. – Nie! 

Niszczyciel zaryczał i pochylił głowę ku Yoshimo. Oszołomiony Kozakurczyk potrząsnął 

głową i próbował wstać. 

–  Yoshimo!  –  wrzasnęła  Jaheira.  –  Uciekaj  stamtąd!  –  Jakby  Kozakurczyk  miał  zamiar 

zrobić coś innego. 

Niszczyciel  opuścił  swą  potężną  głowę  i  przebił  Kozakurczykowi  plecy  jednym  z 

podobnych  do  kosy  rogów  z  boku  swej  twarzy.  Abdel  obserwował  to  i  słyszał,  jak  awatar 

wącha  leżącego Złodzieja Cienia  niczym pies  smakujący  posiłek. Yoshimo próbował wstać, 

lecz  potwór  przyszpilił  go  do  ziemi.  Przez  ciało  Kozakurczyka  przebiegła  fala  dreszczy  i 

zakrztusił  się  krwią,  która  wypełnia  mu  szybko  usta.  Niszczyciel  niemal  wydawał  się 

uśmiechnąć na ten widok. 

–  Harasu  –  powiedział  Yoshimo  łamiącym  się  głosem,  a  jego  prawa  dłoń  na  próżno 

grzebała w ziemi w poszukiwaniu miecza. – Harasu... 

Niszczyciel  powoli  opuścił  łapę  na  Yoshimo,  wyciągnął  róg  i  rozszarpał  Kozakurczyka 

na krwawe strzępy. 

Abdel  wrzasnął  i  wycofał  rękę,  zapominając  o  próżności  klepania  dziesięciometrowego 

potwora swoim zwyczajnym, stalowym  mieczem. Niszczyciel obrócił głowę w  jego stronę  i 

wciągnął  głęboki  oddech  przez  nozdrza  wielkości  dłoni.  Stwór  pochylił  głowę,  drugi  raz 

przypominając  Abdelowi  psa.  Niemal  wydawał  się  go  rozpoznawać.  Abdel  pozwolił  swej 

ręce opaść. 

– Imoen – powiedział. – To ja. 

Niszczyciel  ryknął  i  Abdel  wyrzucił  do  góry  dłonie,  by  osłonić  uszy,  upuszczając  tym 

samym swoje nieskuteczne ostrze. Zabolało go w dzwoniących dotąd uszach i wzdrygnął się 

na podmuch smrodu, jaki ryk posłał w jego stronę. 

– Abdel! – wrzasnęła Jaheira. Ledwo ją słyszał. – Miecz! 

Miecz! 

Abdel  zanurkował  po  klingę  Yoshimo,  rzucając  się  dalej  w  powietrze,  niż  był  sobie  w 

stanie wyobrazić, że jest zdolny. Opadł z dłonią na rękojeści miecza i natychmiast poczuł, jak 

w lewym ramieniu eksploduje mu palący ból. Niszczyciel przyszpilił go do ziemi w ten sam 

sposób  co  Yoshimo.  Abdel  czuł  jego  gorący  oddech  i  jego  smród  mdlił  go.  Ból  wywołany 

rogiem  szerokości  nadgarstka, przebijającym kość  i ciało, spowodował, że w głowie  Abdela 

background image

zawirowały kolorowe światła,  i doprowadził go na skraj przytomności. Żółta  mgła wróciła  i 

tym razem to Abdel ryknął, z wściekłości i frustracji. 

Abdel  przekręcił  się  na  bok,  pozwalając,  by  róg  rozerwał  drętwiejące  już  ciało. 

Zamachnął  się  mieczem  tak  mocno,  że  każdy  mięsień  w  jego  ręku  napiął  się  do  granic 

zerwania.  Ostrze  przecięło  róg  i  dzięki  pomocy  ruchu  obrotowego  odpadł  on  z  twarzy 

Niszczyciela niczym gałąź wyrwana z drzewa. 

Potwór  wzdrygnął  się,  a  Abdel,  ogarnięty  teraz  pragnieniem  zabijania  – 

wszechogarniającą  żądzą  krwi  przewyższającą  wszystko,  co  kiedykolwiek  odczuwał  – 

odwrócił ostrze i zamachnął się nim na krokodylą żuchwę Niszczyciela. Cała żuchwa odpadła 

i  wyciągniętego  najemnika  zmoczył  zielony  śluz.  Abdel  zamrugał,  zaszedł  już  jednak  za 

daleko,  by  dać  się  przez  to  powstrzymać.  Znów  ciął  w  głowę  stwora,  ignorując  głębokie 

szramy, jakie na jego prawym boku wyryła jedna z opazurzonych łap. 

Róg  wypadł  z  krwistej  rany  na  ramieniu  Abdela  i  bez  zastanowienia  chwycił  go  w 

powietrzu,  zanim  jeszcze  dotknął  ziemi.  Bez  wahania  wbił  go  w  zakrwawione  gardło 

potwora. Niszczyciel znów zaryczał, w ogóle pozbawiając Abdela zdolności słyszenia. 

Całe  ciało  Abdela  wzdrygnęło  się,  następnie  napięło,  i  głęboka  rana  w  jego  boku 

zamknęła się natychmiast, znikając. Żółta mgła w polu widzenia pogłębiła się i wszystkim co 

widział wyraźnie, był Niszczyciel – jego przeciwnik stał się całym światem. 

Najemnik znów ugodził stwora, następnie jeszcze raz i kolejny. Nie zatrzymał się, dopóki 

wielka,  zrodzona  w  piekle  bestia  nie  przewróciła  się  z  hukiem  niczym  trzęsienie  ziemi,  z 

odgłosem, który jedynie Abdel mógł usłyszeć. 

background image

Rozdział dwudziesty czwarty 

Spokój. 

Nie  cisza,  były  dźwięki:  odgłosy  biegnących  stóp,  palącego  się  drzewa,  płaczących 

dzieci,  nawołujących  głosów,  pytających  w  elfim  czy  wszystko  w  porządku,  czy  ktoś  nie 

widział mojego męża, czy ktoś wie, co stało się z moją rodziną... 

Abdel  słyszał to wszystko, jednak  jako  jedno przytłumione, podobne do  fali  brzęczenie. 

Czuł  jak krew cieknie  mu z uszu. Bolały go oczy, podobnie  jak głowa. Czuł się źle. Kolcza 

tunika oraz spodnie, które przyjął od Bodhi, zlane były krwią, która pachniała ostro żelazem i 

potęgą. 

Widział, jednak jego wzrok był zamglony, na swój sposób niemal tak odrętwiały jak bark 

i  bok.  Jaheira  pochyliła  się  nad  nim  i  choć  dostrzegał,  jak  jej  wargi  formułują  jego  imię, 

dźwięk  jej  głosu  zatonął  pod  naciskiem  tępego  ryku.  Był  tam  również  Elhan,  a  później 

obydwoje ciągnęli go po nierównej, zarośniętej mchem i zlanej krwią ziemi. Doprowadzili go 

pod jedno z drzew i Abdel jęknął z bólu, który palił górną część jego ciała, gdy posadzili go 

delikatnie pod pniem pradawnego drzewa. 

–  Zabiłem  ją  –  powiedział,  jego  własny  głos  odbił  mu  się  w  głowie  echem  w  pełnym 

dysonansu  kontraście  wobec  stłumionych  odgłosów  otaczającego  go  pola  bitwy.  –  Zabiłem 

ją... zabiłem ją... zabiłem... 

Ziemia zatrzęsła się i z bagniska stłumionych dźwięków wyrwał się syk. Abdel próbował 

spojrzeć  w  kierunku  źródła  tego  odgłosu,  choć  wiedział,  że  to  nie  może  być  Niszczyciel. 

Zamknął oczy. 

– Zabiłem ją – powtórzył. 

– To Niszczyciel – rzekł Elhan. 

Abdel był zdumiony dźwiękiem głosu elfa. Tępe brzęczenie przechodziło w przenikliwe 

dzwonienie, zaczynał jednak słyszeć przez nie głosy. 

– Wciąż podryguje – dodał Elhan. 

Abdel chciał się uśmiechnąć, lecz jego twarz nie odpowiadała. 

background image

–  Rany  Abdela  już  się  goją  –  powiedziała  Jaheira,  ignorując  agonalne  spazmy 

Niszczyciela.  –  To  niemożliwe.  Przestał  krwawić,  ale  mogę  bez  problemu  spojrzeć  przez 

dziurę w jego ramieniu. 

Abdel  chciał  powiedzieć  „Zabiłem  ją”,  jednak  wszystkim  co  był  w  stanie  zrobić,  było 

bezwładne opuszczenie żuchwy. 

–  Nigdy  nie  widziałem  czegoś  takiego  –  przyznał  Elhan.  –  Był  jak  szaleniec.  Teraz  ta 

regeneracja... To nie... człowiek. 

Jaheira potrząsnęła głową, a rysy jej twarzy były rozluźnione przez coś, co wyglądało dla 

Abdela jak zachwyt. 

–  On  teraz  jest  jak  awatar.  Jest  jak  Niszczyciel,  tylko  silniejszy.  Nie  jest  człowiekiem. 

Sądzę, że nigdy nim nie był... nie całkowicie. Powinnam była wiedzieć, że nie będzie w stanie 

wiecznie zaprzeczać temu, czym jest. 

Jaheira  dotykała  go.  Dotyk  jej  dłoni  na  skórze  był  ciepły,  miękki  i  uspokajający. 

Odrętwienie  ustępowało  miejsca  temu  odczuciu  i  palącemu,  parzącemu  mrowieniu.  Jaheira 

wyszeptała  czar  i  Abdel  poczuł,  jak  łaska  Leśnej  Królowej  wlewa  się  w  niego,  mieszając  z 

krwią boga, któremu Mielikki nigdy nie okazałaby miłosierdzia. 

Abdel zdołał otworzyć oczy i uśmiechnął się do niej. W uśmiechu, którym odpowiedziała 

Jaheira, była ulga, lecz zmieszana ze smutkiem. 

– Musiałeś, Abdelu – powiedziała mu cicho. – Ona odeszła, zanim... 

Druidce  przerwał  rozszczepiający  uszy  trzask,  po  którym  nastąpiły  zaskoczone  krzyki 

tuzina elfów. 

– To pęka! – zawołał Elhan. 

Upadł  na  pośladki  obok  Abdela,  który  mógł  jedynie  pozwolić,  by  jego  głowa  zwisła 

bezwładnie w kierunku leżącego potwora. 

Opazurzona  łapa  –  nie  tak  wielka  jak  Niszczyciela  –  wyrwała  się  z  powiększającej  się 

szczeliny w poza tym nieruchomej piersi potwora. 

– Mielikki, pomóż nam – wydyszała Jaheira. – Następny. 

Istota, która wydostała się ze zwłok Niszczyciela, niczym kurczak wyłaniający się z jajka, 

nie  była  wyższa  od  Abdela.  Jej  kształty  były  zasadniczo  ludzkie,  jednak  ciało  było  pokryte 

szeregami podobnych do ostrzy kolców. Głowa była wypaczoną parodią chrząszcza – ujmą na 

honorze  dla  świata  insektów.  Stworzenie  miało  jedynie  dwie  długie,  żylaste  ręce,  które 

kończyły  się  trochę  bardziej  ludzkimi  dłońmi.  Pod  owymi  ramionami  znajdowały  się  dwie 

mniejsze, niemal szczątkowe kończyny z jednym, podobnym do łokcia stawem. Kończyły się 

one kościanymi, podobnymi do mieczy ostrzami. 

Abdel  wciągnął  głęboki,  drżący  oddech  i  istota  nawiązała  z  nim  kontakt  wzrokowy. 

Abdel  czuł  od  Elhana  z  lewej  strony  i  Jaheiry  z  prawej,  praktycznie  zalewające  go  fale 

paraliżującej paniki. 

background image

Oczy  stworzenia  błysnęły  do  Abdela  fioletowym  światłem  i  coś  w  tym  spojrzeniu 

spowodowało, że ranny najemnik powiedział – Imoen. 

Istota  przytaknęła.  Wydała  z  siebie  odgłos,  na  który  wszyscy  zaczęli  się  modlić  do 

wyznawanych przez siebie bogów w nadziei, że to nie śmiech, i wyczołgała się całkowicie z 

wypełnionej  śluzem  klatki  piersiowej  martwego  Niszczyciela.  Stworzenie  stało  na 

przykucniętych, wygiętych do tyłu nogach. 

Abdel  poszukał  dłonią  miecza  Kozakurczyka,  lecz  odnalazł  jedynie  atak  bólu  z 

rozdartego ramienia. Stwór wydawał się znów skinąć głową do Abdela, po czym wyskoczył 

w powietrze, wzbijając się prosto w niebiosa niczym bełt wystrzelony z kuszy. 

W mniej niż sekundę stał się jedynie punkcikiem, a później całkowicie zniknął na jasnym 

błękitnym niebie. 

– Będę żyć – zdołał wycharczeć  najemnik.  Wysiłek ten posłał  ból wzdłuż  jego suchego 

gardła. 

Jaheira  przyłożyła  mu  do  ust  ciepły,  delikatny  palec  i  rzekła  –  Nie  mów  nic.  Zaleczasz 

się, dzięki tej twojej krwi, ale potrzebujesz czasu. 

Abdel wymusił uśmiech, wiedząc doskonale, że czas był właśnie tym, czego nie mają w 

nadmiarze. 

Elhan nie mógł oderwać wzroku od poszarpanych resztek Niszczyciela, nie był w stanie 

nawet  spojrzeć  na  dymiące  ruiny,  do  których  zostało  zredukowane  dumne  drzewne  miasto 

Suldanessellar. 

– Gdzie Ellesime? – spytała w końcu Jaheira. 

Elhan  obrócił  się  do  niej  z  rozszalałym  wzrokiem.  Uspokoił  się  szybko,  biorąc  głęboki 

oddech, po czym powiedział – Królowa jest bezpieczna. Ellesime jest w Myth Rhynn. 

Abdel i Jaheira wymienili przeciągłe, zbolałe i wyczerpane spojrzenia, po czym najemnik 

rozpoczął bolesny proces wstawania. 

 

* * * 

Ellesime  znów  krzyknęła,  a  strażnicy  obok  niej  wzdrygnęli  się  na  dźwięk  czystego, 

pełnego desperacji strachu we wrzasku ich królowej. 

Więź, jaką dzieliła od niezliczonych stuleci z Irenicusem, nigdy nie polegała na słowach 

albo chociaż na namacalnych myślach. Obydwoje byli po prostu świadomi siebie nawzajem. 

Teraz  powiedzieć,  że  coś  się  zmieniło,  byłoby  niewiarygodnym  niedopowiedzeniem. 

Mężczyzna  na  drugim  końcu  tej  więzi  dusz  był  jednocześnie  w  śmiertelnej  agonii  i  na 

wyżynach samozadowolenia oraz triumfu. Koszmar, jakim stał się Irenicus oraz odczucie jego 

duszy rozplątującej się obok Ellesime były powodem, dla którego krzyczała. 

Ze  swojej  strony,  elfy,  które  towarzyszyły  jej  do  Myth  Rhynn,  nie  byłyby  w  stanie 

wyobrazić  sobie,  przez  co  przechodziła.  Strażnicy  byli  zajęci  fortyfikowaniem  rozpadającej 

background image

się  budowli,  którą  jeden  z  magów  określił  jako  skrzydło  pradawnej  biblioteki  Myth  Rhynn. 

Żołnierze wiedzieli jedynie, że ściany były pełne dziur i nie było stropu. 

Słyszeli  jedynie  strzępy  z  magicznej  komunikacji  między  umysłami  z  ukochanymi 

pozostawionymi w Suldanessellar, że stwór zginął, jednak nadchodził następny. Ten wzbił się 

w  powietrze  i  strażnicy  spoglądali  teraz  na  niebo  nad  pierścieniem  pradawnych  murów  z 

przerażeniem  i  świadomością,  że  nie  będą  w  stanie  powstrzymać  tej  istoty,  zginą  więc, 

walcząc z nią. 

Wszystkie  elfy  czuły  się  źle  w  zazwyczaj  zakazanych  granicach  zrujnowanego 

mitycznego  miasta, jednak podwójnie odczuwała  to garstka  magów, których  wzięli ze  sobą. 

Elfi  czarodzieje  byli  zajęci  studiowaniem  długich,  zniszczonych  przez  czas  zwojów  i 

zbieraniem dziwnych kupek różności tam, gdzie będą pod ręką. 

Nagłe  pojawienie  się  Abdela,  Jaheiry  oraz  Elhana  w  środku  rozpadającej  się  budowli 

spowodowało,  że  niejeden  elf  upadł  na  ziemię.  Jeden  czarodziej  niemal  zakończył  czar, 

jednak rozproszył go, mrucząc ze zniecierpliwieniem – Jeden mniej przeciwko bestii. 

Elhan,  otępiały  po  teleportacji,  zatoczył  się  do  boku  Ellesime  i  powiedział  coś  do  niej 

krótko w elfim. 

– Czuję, jak on się rozpada – rzekła słabo królowa. – Nie może tego kontrolować. 

Abdel  z  niemal  kompletnie  zaleczonym  ramieniem,  ścisnął  rękojeść  zaklętego  miecza. 

Musiał wybrać pomiędzy tą kobietą, tą elfią królową, będącą obrazem takiego piękna, jakiego 

Abdel  nigdy  nie  uznałby  za  możliwe,  a  życiem  młodej  dziewczyny,  z  którą  bawił  się  w 

piwnicy na wino Winthropa. 

– Jak mamy to za... powstrzymać? – Abdel spytał królową. – Ta istota była kiedyś... była 

kiedyś młodą, żywiołową dziewczyną, która na nic takiego sobie nie zasłużyła. 

Ellesime przytaknęła, po czym skrzywiła się w niewidocznym bólu. 

–  Spotkałam  się  z  nim  tutaj  –  powiedziała  słabym  głosem.  –  Było  to  w  tej  bibliotece. 

Chciałam, żeby tu do mnie przyszedł, z tym swoim awatarem. Jeśli znów mnie tu ujrzy, tyle 

czasu później, może... może... Przynajmniej jest daleko od Drzewa Życia. 

– Na włosku wisi inne życie, wasza wysokość – odezwała się Jaheira, jadąc jak pozostali 

na adrenalinie, zniecierpliwieniu i czystym przerażeniu. 

– Twoja  siostra – powiedziała Ellesime, po raz pierwszy  zwracając się  bezpośrednio do 

Abdela – nie jest taka jak ty. 

Abdel  wciągnął  oddech  i  wystąpił  krok  do  przodu,  co  spowodowało,  że  elfi  wojownicy 

wyszli w jego kierunku. Wycofał się na tyle, by dać im poznać, że jeśli zechce przejść obok 

nich, nie będą w stanie go powstrzymać. 

– Ona jest wystarczająco taka jak ja – wysyczał Abdel – aby twój stary kochanek mógł ją 

zmienić w to... to... 

– Byłaby awatarem – rzekła Ellesime – gdyby Bhaal żył.  Zamiast tego jest tylko... dość 

blisko. Może mnie zabić, ten nowy, ten Zabójca.  Krew twojej siostry  była uśpiona, podczas 

background image

gdy  twoja  otrzymała  szansę,  by  się  pokazać.  Jaką  profesją  pozwolił  ci  się  zajmować  twój 

przybrany ojciec? Najemnika? 

Abdel przytaknął. 

– A Imoen? – spytała królowa. 

–  Jej  przybranym  ojcem  był  Winthrop  –  powiedział  Abdel  –  karczmarz.  Nie  był  tak 

poważnym  mężczyzną  jak  Gorion.  Imoen  była  radosną,  przedwcześnie  rozwiniętą 

dziewczyną. 

– I nie było niczego, co mogłoby z niej wyciągnąć Bhaala – dodała Jaheira, rozumiejąc. 

– Co to wszystko teraz znaczy? – zapytał  Abdel  marszcząc ze złością  brew. – Muszę  ją 

zabić.  Sprowadziłaś  nas  tutaj  i  teraz  to  jedyny  sposób,  by  to  wszystko  powstrzymać.  Aby 

powstrzymać  Zabójcę  Irenicusa  przed  zabiciem  ciebie  –  przed  zabiciem  nas  wszystkich  – 

muszę zabić Imoen. 

– Nie – powiedziała Ellesime. – Jest szansa... 

background image

Rozdział dwudziesty piąty 

Irenicus  pojawił  się  w  środku  Suldanessellar  w  przebraniu  elfa.  Każdy  z  magów 

biegających  wokół  w  panice,  by  pomóc  ocalałym,  zidentyfikowałby  go  za  pomocą 

machnięcia  jednym  czy  dwoma  palcami.  Panujące  pandemonium  było  równie  dobre  jak 

iluzja. Bez przeszkód stanął u podstawy Drzewa Życia. 

Uśmiechnął  się  do  niego  i  zamknął  oczy.  Czuł,  jak  jego  moc  przepływa  przez  niego 

niczym drugie bicie serca. Drzewo było życiem, a dla Irenicusa będzie życiem wiecznym. 

Upadł  na  kolana  i  dotknął  czołem  świętej  ziemi.  Wyglądając  jak  setki  elfich  wiernych, 

którzy  każdego  dnia  przychodzili  komunikować  się  z  drzewem,  Irenicus  zaczął  powtarzać 

słowa rytuału. 

Wyciągnął lewą dłoń i czubkami palców musnął ciepłą korę Drzewa Życia. 

Ręka zadrżała mu od mocy, pulsującej w nim i przepływającej mu do serca. 

– Na zawsze – powiedział Irenicus. – Na zawsze. Zawsze. Zawsze. 

 

* * * 

Odgłos,  jaki  wydała  z  siebie  Ellesime,  był  gorszy  niż  jakikolwiek  wrzask,  który  Abdel 

kiedykolwiek  słyszał.  Był  jak  wypływający  z  udręki  skowyt,  jaki  mógł  wydobyć  z  siebie 

jedynie ktoś, kto żył wystarczająco długo, by zrozumieć prawdziwe znaczenie tego, co działo 

się wokół niego. 

– Drzewo – wycharczała. – Irenicus... jest przy Drzewie Życia. 

– Ellesime – rzekł Elhan, po jej imieniu wymawiając kojący strumień elfich słów, których 

Abdel nie zrozumiał. 

Ciało królowej wygięło się, zwinęło z bólu. 

– Imoen! – wrzasnęła. 

Abdel poczuł ciarki. 

– To zabójca – wydyszała Ellesime. – Mogę... go... wyczuć... – Jej twarz wykrzywiła się 

w masce odrazy tak wielkiej, że Abdel musiał odwrócić wzrok. 

– Mielikki, ocal nas wszystkich – powiedziała Jaheira, opadając na kolano. 

background image

Abdel ujrzał,  jak przez twarz Jaheiry przemyka wyraz rezygnacji  i zrozumiał to. Jaheira 

obserwowała tę kobietę, którą znała przez całe życie,  jak wszystkie elfy,  jako nieśmiertelny 

symbol swego ludu. Elfka ta była bardziej pomnikiem niż kobietą. Nic nie mogło jej dotknąć, 

nie czas, nawet nie śmierć. Teraz  była tutaj, zwijając się z  bólu, chwiejąc  się pod pomyłką, 

jaką  uczyniła,  zanim  stała  się  tym  solidnym  jądrem  Suldanessellar,  kiedy  wciąż  była 

dziewczyną, uwiedzioną przez elfa, który marzył o nieśmiertelności. 

Abdel  podszedł  do  Ellesime  i  chwycił  jej  twarz  w  swoje  wielkie,  szorstkie  dłonie.  Jej 

oczy obróciły się do wewnątrz, a Abdel poczuł, jak silna dłoń chwyta go za ramię. 

– Co robisz? – zażądał odpowiedzi Elhan. – Ona cierpi. Puść ją! 

Abdel odepchnął go i powiedział szorstko – Ellesime! Ellesime, spójrz na mnie! 

Królowa załkała i zamknęła oczy, starając się wyrwać głowę z dłoni Abdela. 

– Teraz będzie żył wiecznie. Będzie taki jak ty. 

– Ellesime! – ryknął Abdel. 

Elhan cofnął się i wyciągnął swą księżycową klingę. 

– Puść... 

– Nie – rzekła Ellesime, a  jej oczy otworzyły  się, by  skoncentrować na Abdelu. – Więź 

została nawiązana. Irenicus karmi się z Drzewa Życia. 

– Rozumiem – powiedział Abdel, choć w istocie wciąż zmagał się z niemożliwością tego 

wszystkiego. – Czy widzisz Imoen, Zabójcę? Wiesz, gdzie ona jest? 

– Zbliża się – wyszeptała królowa, już się nie wyrywając. Łzy spłynęły jej po policzkach. 

– Jak mamy ją zabić? – spytał ją. 

Jej oczy złagodniały i pojawił się w nich wyraz ulgi. 

– Możecie mieć szansę. 

– Mów. 

– Lampion Rynn... – rzekła, jej głos był ledwo słyszalnym piskiem, w którym ból oraz żal 

mieszały się z nadzieją. 

– Lampion zabije Zabójcę? – zapytała Jaheira, wstając. 

–  Złamie  więź  z  Irenicusem  i  drzewo  uczyni  go  śmiertelnym.  Nie  zabije  go,  lecz 

umożliwi jego zabicie – odpowiedziała Ellesime. 

Abdel opuścił dłonie z jej twarzy, po czym odwrócił wzrok, patrząc w dół. 

– Magowie przygotują Lampion – warknął Elhan. – Naszykujcie się. – Zaczął powtarzać 

rozkaz w elfim, lecz Abdel podniósł rękę, powstrzymując go. 

– Nie mogę tego zabić – rzekł Abdel, spoglądając gorejącymi oczyma na Ellesime. – To 

jest... to była Imoen. Nie zasługuje na to, by zginąć za twoje pomyłki, królowo Ellesime. 

Elfia  królowa  obróciła  się,  by  na  niego  spojrzeć  i  przez  króciutki  moment  jej  brwi 

zmarszczył wyraz wyniosłego niezadowolenia, zanim nie uświadomiła sobie, że on ma rację. 

– Czym byś zaryzykował, aby ją ocalić? – spytała go. 

background image

– Niczym – odpowiedział za niego Elhan. – Nie zaryzykujemy już żadnymi żywotami dla 

tej dziewczyny. 

–  Nie  –  przerwała  Jaheira,  zanim  Abdel  odwrócił  się  do  elfów.  –  Abdel  ma  rację.  Jest 

jedyna, ale to wystarczy. 

Abdel uśmiechnął się i odwrócił do Ellesime. 

– Jak? – zapytał. 

–  Więź,  jaką  dzieliłam  z  Irenicusem,  została  przeniesiona  z  niego  na  Zabójcę  w  chwili, 

gdy nawiązał kontakt z Drzewem Życia. Jest teraz z nim połączony  i posłał Zabójcę wzdłuż 

tej więzi, by mnie odnalazł – powiedziała królowa. – Więź ta... może zostać przeniesiona ze 

mnie... na ciebie. 

– Ellesime, nie... – rzekła Jaheira. 

– Co to da? – spytał Abdel, ignorując druidkę. 

– Dzielisz z Imoen coś, co wykracza poza... cóż, coś... 

– Mów dalej – zachęcił Abdel. 

–  Jeśli  więź  pomiędzy  jej  duszą  a  twoją  jest  wystarczająco  silna  –  rzekła  królowa  – 

możliwe,  że  mógłbyś  zniszczyć  awatara,  lecz  zakotwiczyć  Imoen  do  tego  planu.  Awatar 

wróci do piekła, w którym został zrodzony, a Imoen będzie wolna. 

– Albo? – zapytał Abdel. 

– Albo – westchnęła królowa – to zabije was oboje. 

– Abdel... – zaczęła mówić Jaheira. 

– Jest szansa – powiedział krótko Abdel. 

Królowa przytaknęła w odpowiedzi, a Abdel obrócił się do Elhana. 

– Potrzebujemy tego artefaktu. 

Książę skinął głową i powiedział – W każdym razie Zabójca zostanie zniszczony. 

– Na to wygląda – odparł Abdel. 

– Więc chodźmy. 

– Abdelu – rzekła ściśniętym głosem Jaheira. – Nie mogę ci pozwolić tak ryzykować. Z 

całym szacunkiem, wasza wysokość – powiedziała do Ellesime – nie jesteś pewna

Królowa zwinęła się w wyraźnym bólu, po czym potrząsnęła przecząco głową. 

– Jeśli pozwolę Imoen umrzeć – Abdel spytał Jaheirę – pozwolę, by jej dusza podążyła za 

tym potworem do Gehenny, tam, skąd pochodzę? 

Jaheira  nie  mogła odpowiedzieć.  Wiedziała,  że  nie  ma sposobu,  by go powstrzymać, że 

nie powinna nawet próbować. 

Wyciągnął rękę i dotknął jej policzka. 

– Może byłem zahipnotyzowany – powiedział jej cicho. – Musiałbym być. 

Uśmiechnęła się i pozwoliła sobie na płacz. 

– Jaheiro – rzekł Elhan – będą cię potrzebować w Suldanessellar. Idź do drzewa, lecz nie 

atakuj Irenicusa. 

background image

– Idę z tobą – powiedziała Jaheira do Abdela. 

Abdel  spojrzał  jej  w  oczy  i  potrząsnął  głową.  Odwróciła  wzrok,  wiedząc,  że  znów  ma 

rację. Jedynie Abdel mógł zrobić to, co musiało zostać zrobione. 

Elhan  pomógł  Jaheirze  wstać.  Abdel,  z  oczyma  wciąż  skupionymi  na  druidce,  podszedł 

do nich, i zniknęli w błysku purpurowego światła. 

 

* * * 

Ellesime  umieściła  ją  na  szorstkiej  ziemi  w  środku  pierścienia  stojących  kamieni,  które 

mogły  być  kolumnami  niegdysiejszej  świątyni,  teraz  startymi  przez  lata  smagających 

wichrów  do  kikutów  swej  dawnej  chwały.  Elfi  magowie  zasiedli  w  szerokim  kręgu  wokół 

Lampionu, krzyżując  nogi w  sposób, który  zadziwiał  Abdela. Ellesime wciąż słabła,  była w 

stanie poruszać się tylko wtedy, gdy  niósł  ją  jej  brat. Wskazała Elhanowi,  by posadził  ją  na 

ziemi obok jednego krańca artefaktu. 

Magowie rozpoczęli przeciągły zaśpiew. Wszyscy zamknęli oczy i Abdel widział, jak ich 

ramiona zgodnie się uginają. Wyglądało to tak, jakby przelewali każdą szczyptę energii z ciał 

do umysłów i dalej na zewnątrz poprzez te tajemne słowa. 

–  Usiądź  naprzeciwko  mnie  –  Ellesime  powiedziała  Abdelowi  cichym  i  zmęczonym 

głosem.  Z  ogromnym  wysiłkiem  wyciągnęła  rękę  i  położyła  prawą  dłoń  na  jednym  końcu 

lampionu. Skinieniem głowy przekazała mu, aby zrobił to samo. 

Abdel  z  czcią  położył  obok  siebie  zaklęty  miecz  i  położył  wielką,  zgrubiałą  dłoń  na 

lampionie. 

– Co teraz? – spytał. 

Ellesime  nie  odpowiedziała.  Zamknęła  oczy  i  jej  szyja  zadrżała,  gdy  próbowała 

potrząsnąć głową. 

– Ona umiera – rzekł Elhan. Stał za kręgiem, z twarzą poszarzałą z wyczerpania i strachu. 

Abdel  popatrzył  na  niego  i  musiał  odwrócić  wzrok.  Elhan  błąkał  się  wokół  pierścienia 

magów,  starając  się  patrzeć  wszędzie,  lecz  ani  na  chwilę  nie  spuszczał  oczu  ze  swej 

umierającej siostry. 

Zabójca opadł z nieba pięć kroków przed Elhanem i ruch ten zaskoczył go. Dłoń Elhana 

podążyła instynktownie do wiszącej u jego pasa księżycowej klingi i pradawny miecz opuścił 

swą pochwę, zalewając krąg błękitnym blaskiem. Zabójca podniósł ręce. Dwa wyrzeźbione z 

kości sztylety wydały się pojawić w jego dłoniach prosto z powietrza. 

Elhan  nie  czekał,  aż  istota  zaatakuje.  Natarł  na  nią  z  całą  odwagą  zrodzoną  ze 

świadomości,  że  nie  było  tu  nikogo  innego,  kto  mógłby  utrzymać  stwora  z  dala  od 

śpiewających magów. 

Abdel wzdrygnął się, a Ellesime syknęła – Nie! 

Najemnik spojrzał na nią. Jej oczy były półprzymknięte. 

– Nie możesz złamać więzi – powiedziała mu. – Tylko troszkę dłużej. Czuję... to. 

background image

Elhan był wyćwiczonym oraz doświadczonym wojownikiem i choć Zabójca był szybszy, 

elf  zdołał  zamachnąć  się  pod  jego  dwoma  sztyletami  i  wykonać  silne  cięcie  w  poprzek 

pokrytej szpikulcami piersi. Księżycowa klinga, najpotężniejsza broń, jaka kiedykolwiek była 

znana człowiekowi lub elfowi w Faerunie, odbiła się od stwora, nie zostawiając nawet rysy. 

Elhan  gwałtownie  wciągnął  powietrze,  nigdy  wcześniej  nie  widząc,  by  broń  jego 

przodków zawiodła. Zabójca roześmiał się. Odgłos ten sprawił, że każdy włos na ciele Abdela 

stanął na baczność. Dźwięk był niesamowicie znajomy, jakby zawierał się w jego krwi. Był to 

śmiech  jego ojca. Oczy  Abdela zaczęły gorzeć żółcią. Nie  był to teraz chwilowy  błysk,  lecz 

stałe, płonące światło. 

–  Wszyscy  tutaj  –  powiedziała  zła  istota.  –  Wasze  dusze  zostaną  pożarte  przez  legiony 

Gehenny. 

Awatar rzucił się szybko na Elhana, jednak elf był w stanie uchylić się w tył, zejść z drogi 

kościanych  sztyletów.  Podniósł  w  górę  księżycową  klingę  i  odtrącił  jeden  ze  sztyletów  na 

bok, odcinając od niego kawałek kości. 

Abdel niemal znów podniósł dłoń z artefaktu. Elhan był dobry, lecz najemnik widział, że 

nie dość dobry. 

– Proszę – rzekła Ellesime, jej głos stał się nagle silniejszy. – Nie pomagaj mu. 

Abdel  zacisnął  zęby,  lecz  trzymał  dłoń  na  lampionie.  Miała  rację.  Rytuał  musiał  być 

dokończony.  Musiał  przejąć  od  niej  tę  duchową  więź  albo  Imoen  umrze.  Co  jednak  z 

księciem Elhanem z Suldanessellar? 

Elfi  książę  parował  kolejny  atak  Zabójcy,  odtrącając  jedno  z  ostrzy-ramion  stwora. 

Zastawa odsłoniła jednak lewy bok Elhana i Zabójca w pełni to wykorzystał. Poruszając się z 

tak  nienaturalną  ciszą,  iż  wydawało  się,  że  w  ogóle  go  tam  nie  ma,  awatar  wykonał  cięcie 

drugim ostrzem-ramieniem i otworzył w poprzek brzucha Elhana ranę tak szeroką i głęboką, 

że wnętrzności księcia wypadły na martwą ziemię Myth Rhynn. 

Ellesime zamknęła oczy i wypuściła długi, drżący oddech. 

Kiedy Zabójca roześmiał się, ciało Elhana upadło bez życia na ziemię, Abdel usłyszał to 

w uszach, lecz również poczuł w piersi. Mięśnie, których sam użyłby do śmiechu, zadrgały  i 

naciągnęły się, a gardło schwyciło powietrze. Czuł to! 

–  Jeszcze  nie  –  ostrzegła  go  Ellesime.  Łzy  spływały  jej  po  policzkach,  gdy  płakała  w 

nieświadomej stracie. 

Abdel  poczuł  nieznajome  szarpnięcie  mięśni  i  spojrzał  na  Zabójcę.  W  powietrzu  przed 

nim  obracało  się  sześć  kolejnych  paskudnie  wyglądających  kościanych  szkieletów.  Zabójca 

cofnął  się  trochę,  jakby  był  ciekawy  zobaczyć,  co  stanie  się  dalej.  Elfi  mag  obwisł  tak  jak 

siedział,  oczy  miał  zamknięte,  a  umysł  tkwił  w  nieprzerwanej  pętli  dającej  moc  pieśni.  Nie 

miał  pojęcia,  co  zbliża  się  szybko  zza  niego,  a  Abdel  wiedział,  że  nie  może  zdjąć  dłoni  z 

lampionu, choć mógł chociaż go ostrzec. Jak ten elf miał na imię? 

– Elfie! – wrzasnął Abdel. – Magu! 

background image

Elfi  mag  nie  okazał  w  żaden  sposób,  że  go  usłyszał.  Pierwszy  sztylet  wbił  mu  się  w 

kręgosłup  po  wyrzeźbioną  rękojeść,  po  czym  przedarł  na  bok  przez  ciało  i  kość.  Pozostałe 

pięć  sztyletów  uderzyło  i  cięło  po  kolei.  Elfi  czarodziej  opadł  w  stercie  pociętej  skóry  i 

sączącej się krwi. Abdel zaklął pod nosem, walcząc ze sobą, by pozostać tam, gdzie był. 

Ciało  elfiego  maga  zadrgało  gwałtownie,  po  czym  eksplodowało  deszczem  krwi  oraz 

skrawków  mięsa.  Wszystkie  jego  kości  wzbiły  się  w  powietrze  i  wybuchły  jeszcze  raz 

obłokiem  ostrych  drzazg.  Fragmenty  zrosły  się,  dołączyły  do  tańca  sześciu  sztyletów  i 

ustawiły  przed  Zabójcą.  Awatar  stał  teraz  za  tarczą  wirujących,  ostrych  jak  brzytwa 

kawałków kości. Każdy, kto podszedłby za blisko do stwora, zostałby rozdarty. 

I  Abdel  to  czuł.  Czuł  chłodną  potęgę  i  mógł  śledzić  każdy  fragment  po  jego  szalonej 

orbicie. Czuł to. 

– Idź! – wrzasnęła Ellesime, a Abdel wyskoczył w powietrze, trzymając miecz Yoshimo 

w prawej dłoni, zanim jeszcze to jedno słowo przebrzmiało. 

Zakończywszy  śpiew,  wszyscy  wyszli  z  niego  jednocześnie  i  odsunęli  się  szybko  od 

Zabójcy  oraz  jego  bariery  poszarpanych  kości.  Będąc  w  stanie  czuć  każdy  fragment,  Abdel 

zaczął w nie uderzać koniuszkiem miecza Yoshimo. Jeden po drugim kawałki kości wypadały 

z obłoku, spadając nieszkodliwie na ziemię. Abdel nic nie mówił, ledwo poruszał stopami, a 

jego  oddech  stał  się  płytki  i  miarowy.  Zabójca,  jeśli  w  ogóle  był  zdolny  do  wyrażania 

czegokolwiek  za  pomocą  twarzy,  obserwował  tę  scenę  z  mieszaniną  zirytowanego 

zakłopotania i zaskoczonego podziwu. 

Wyczerpana sylwetka Ellesime opadła na ziemię, na lampion. Królowa chwyciła głęboki, 

urywany  oddech  i  niemal  zdołała  otworzyć  oczy.  Jeden  z  magów  chwycił  ją  w  ramiona  i, 

skinąwszy  do  innego  czarodzieja,  by  zabrał  lampion,  wyniósł  Ellesime  z  kręgu,  ustawiając 

jeden z kamieni pomiędzy nią a Zabójcą. 

Abdel  nie  liczył  kości,  które  wytrącił  z  bariery.  Na  ziemię  musiało  spaść  około  setki, 

zanim  bariera  nie  załamała  się  i  nie  zasypała  obszaru  pomiędzy  synem  a  awatarem  Bhaala 

kawałkami kości. 

Abdel wystąpił szybko do przodu, lecz Zabójca, czekający za przerzedzającą się barierą, 

był  szybszy. Stwór wyrył  jednym  ze  swych ostrzy-ramion głęboką szramę w poprzek piersi 

najemnika.  Abdel  syknął  z  bólu,  lecz  zignorował  go,  opuszczając  miecz,  by  sparować  atak 

drugiego ostrza-ramienia. 

– Pożrę twą duszę na surowo, synu Bhaala! – wrzasnęła do niego istota. A Abdel udał, że 

nie rozpoznaje w jego odbijającym się echem brzmieniu głosu Imoen. 

Abdel  cofnął  się,  pozwalając  Zabójcy  zbliżyć  się  do  siebie,  po  czym  ciął  mocno  do 

wewnątrz i w dół. Miecz odciął jedno z ostrzy-ramion w stawie łokciowym i stwór wzdrygnął 

się w szoku. 

Można więc było go zranić. Był śmiertelny. 

background image

Natchnięty  otuchą  dzięki  wiedzy,  że  przynajmniej  część  rytuału  zadziałała,  Abdel 

zaatakował mocno, zamachując się w dół mieczem w próbie pozbawienia awatara kolejnego 

ramienia.  Stwór  był  jednak  tym  razem  przygotowany  i  wciąż  jeszcze  szybszy  od  Abdela. 

Dłonią  przypominającą  imadło  Zabójca  uchwycił  rękę  z  mieczem  Abdela  i  powstrzymał  jej 

opadanie  tak  gwałtownie,  że  Abdel  nie  mógł  utrzymać  broni.  Ostrze  błysnęło  w 

późnopopołudniowym słońcu, gdy wypadało z dłoni najemnika. 

Awatar  wykręcił  Abdelowi  ramię  z  siłą  tysiąca  koni  pociągowych.  Jego  prawa  ręka 

odpadła  od  barku  z  odgłosem  rozrywanej  skóry  oraz  pękających  stawów  i  w  gorącym 

strumieniu krwi. Jeden z elfich magów wrzasnął, a inny obrócił się i zwymiotował. 

Przez Abdela przepłynął rozgrzany do czerwoności ból, lecz zamiast go osłabić, napełnił 

jego ciało potęgą, jakiej sobie nigdy nie wyobrażał. 

Abdel, nie myśląc już o stworze jako o manifestacji mocy boga mordu, lecz po prostu jak 

o  przeciwniku,  warknął  ze  złością  i  chwycił  lewą  dłonią  drugi  łokieć  Zabójcy.  Istota  była 

silna, silniejsza niż jakikolwiek człowiek w Faerunie, lecz Abdel również nie był ułomkiem. 

Zabójca puścił prawe ramię Abdela, pozwalając, by spadło na ziemię z mokrym plaskiem. 

Awatar zamachnął się na Abdela, przejeżdżając zimnymi, ostrymi pazurami po zranionej już 

piersi najemnika. Abdel nie czuł już żadnego bólu. 

Pociągnął  mocno  za  rękę  Zabójcy,  szarpiąc  ją  do  siebie.  Abdel  upadł,  zauważył 

zdumioną,  urażoną  minę  Zabójcy,  i  przerzucił  awatara  nad  sobą.  Stwór  rozłożył  się  na 

nierównym terenie, podnosząc się spiesznie. 

Abdel  chwycił  wciąż  podrygującą  rękę,  która  krwawiła  na  ziemię  Myth  Rhynn,  i  z 

radością  poczuł  jej  ciepło.  Przycisnął  urwany  koniec  do  poszarpanego  kikuta  ramienia. 

Przepłynęła przez niego fala przyjemnego mrowienia i ręka przyrosła z powrotem. W chwili 

gdy Zabójca wstał i znów ruszał na niego, Abdel mógł korzystać z prawej ręki, jakby nigdy 

nie została oderwana od ciała. 

Przeszukał  ziemię  w  poszukiwaniu  miecza,  jednak  Zabójca  zbliżał  się  zbyt  szybko.  Nie 

zastanowiwszy  się  nawet  wcześniej  nad  tym,  co  robi,  wbił  dłoń  w  szeroką,  pokrytą 

szpikulcami  pierś  bestii.  Ręka  Abdela  zanurzyła  się  w  ciele  Zabójcy  aż  do  łokcia  i  stwór 

wrzasnął ze wściekłości. 

Abdel  wiedział  na  jakimś  poziomie,  który  był  albo  za,  albo  jeszcze  nie  na  granicy 

świadomości,  że  jeśli  obróci  lekko  nadgarstek...  właśnie  tam!  Zacisnął  dłoń  wokół  czegoś 

ciepłego oraz miękkiego i pociągnął. 

Zabójca  znów  wrzasnął,  gdy  ręka  Abdela  wyszarpnęła  się  z  jego  piersi.  Abdel  trzymał 

kawałek różowego ciała. Na  jego końcu znajdowała  się dłoń. Dłoń z pięcioma palcami,  bez 

pazurów,  bez  szpikulców,  bez  chityny.  Za  ręką  Abdela  wyleciała  zielona  krew.  Trzymał 

ludzką rękę. 

– Ona jest moja! – wrzasnął Zabójca. 

background image

Abdel  puścił  rękę  i  zignorował  jej  poruszające  się  po  omacku  palce.  Chwycił  oburącz 

Zabójcę za boki głowy i przekręcił. 

–  Ona  jest  niczyja!  –  warknął  prosto  w  wybałuszone,  niedowierzające  oczy  Zabójcy.  – 

Ona wychodzi! 

– Nie! – wrzasnął stwór, po czym starał się znów krzyknąć, lecz dźwięk został przerwany 

przez zamknięte gardło. 

Abdel napinał się z całą swą znaczną siłą, by obrócić głowę istoty w dół i na bok. Zabójca 

odpowiedział, chwytając głowę Abdela wielką, zniekształconą dłonią. Uścisk był miażdżący i 

szczęki Abdela zacisnęły się tak mocno, że zaczęły mu pękać zęby – każdy łamał się po kolei 

z iskrą bólu gorszego niż przy amputacji. Krew sączyła mu się ze skóry na głowie. Czaszka 

pękła ostro na skroni i wzrok zabarwiły mu błyski niebiesko-fioletowego światła. 

Rozległ się głośny, zgrzytliwy trzask i Abdel pomyślał, że nie żyje, jednak to Zabójca stał 

się  bezwładny.  Nagły  ciężar  pociągnął  Abdela  ku  ziemi,  na  niego.  Ludzka  ręka  wciąż 

wystawała  mu  z  piersi,  na  ślepo  szukając  czegokolwiek.  Dłoń  odnalazła  zmoczoną  we  krwi 

kolczugę Abdela i trzymała się jej. 

Najemnik nie robił nic, by wydostać się z uścisku tej ludzkiej ręki. Zaczął rozszarpywać 

pozbawioną  życia  głowę  Zabójcy  i  kolejny  elfi  mag  musiał  się  odwrócić  i  zwymiotować  z 

powodu  rozlegającego  się  przy  tym  odgłosu.  Rozerwał  stworowi  głowę  jakby  obierał 

pomarańczę.  Pod  chityną,  śluzem,  krwią  i  drgającym  ciałem  awatara  znajdowała  się  ludzka 

twarz, twarz dziewczyny. 

Wciągnęła wypełniający całe płuca oddech. 

– Imoen – powiedział Abdel z oczyma pełnymi łez. 

– Abdel – wydyszała Imoen. Jej oczy nie były w stanie się skupić, rozpoznała jednak jego 

głos. – Abdelu... gdzie jesteśmy? 

Abdel  uśmiechnął  się  słabo  i  zamierzał  odpowiedzieć,  kiedy  Ellesime  wrzasnęła  – 

Drzewo! 

Abdel odwrócił się, lecz nie widział jej. Wzrok wypełniło mu gorące żółte światło, palące 

mu oczy. Jęknął i coś napięło mu się w piersi, a głowa eksplodowała bólem. 

– Och nie, Abdelu! – wrzasnęła Imoen. – Nie! 

Abdel  poczuł,  jak  coś  ciągnie  go  do  dołu,  lecz  nie  był  w  stanie  stwierdzić,  gdzie  go 

trzyma. Nie była to jego noga – to mogło złapać go wokół pasa. Osunął się na ziemię i poczuł 

pył  wypełniający  mu  nozdrza.  Ramiona  napięły  mu  się  i  poczuł  jak  rosną.  Fala  szału 

zdmuchnęła jego umysł. 

background image

Rozdział dwudziesty szósty 

Jaheira  obudziła  się,  łapiąc  gwałtownie  oddech,  odrzucając  głowę  do  tyłu  i  otwierając 

szeroko usta, by chłonąć  nietypowo chłodne powietrze Suldanessellar. Jej  ciało, zawieszone 

w  masie  podobnych  do  pajęczyny  pasm,  zatrzęsło  się  i  zakołysało  do  przodu,  następnie  do 

tyłu, po czym zatrzymało się, wibrując przez długą, bolesną minutę. 

Jej  powieki  wciąż  były  czymś  zlepione  i  kiedy  w  końcu  zdołała  jedną  otworzyć,  zdała 

sobie sprawę, że ta druga po prostu nie chce współpracować. Straszny ból przeszył całą lewą 

stronę jej ciała. Prawa stopa była wykręcona boleśnie w sieci i kobieta czuła, jak puchnie. 

Jej oko było zamglone, widziała jednak Irenicusa klęczącego przed Drzewem Życia. Nie 

była w stanie stwierdzić czy to figiel jej niewyraźnego wzroku, czy rzeczywisty fenomen, lecz 

była  pewna,  że  widzi  szkielet  Irenicusa  otoczony  jaskrawym  światłem,  które  czyniło  jego 

skórę i mięśnie przejrzystymi. 

Drzewo Życia płonęło. 

Myśl  ta  z  początku  nie  załamała  jej.  Trwało  to  przez  okres  dwóch  uderzeń  serca,  kiedy 

jednak  dotarło  do  niej,  co  widzi,  oraz  powaga  katastrofy,  jaką  oznaczało  to  nie  tylko  dla 

mieszkańców  Suldanessellar  i  elfów  z  lasu  Tethir,  lecz  dla  wszystkich  i  wszystkiego  w 

Faerunie, na całym Abeir-torilu... 

Jaheira wrzasnęła. 

Usłyszała,  jak  dźwięk  odbija  się  echem  od  płonących  ruin  Suldanessellar.  Irenicus  nie 

zareagował w żaden sposób. Klęczał tam tylko, śpiewając. 

Wrzasnęła ponownie, po czym zaczęła szarpać się w sieci, co zaowocowało jedynie tym, 

że została w niej solidniej uwięziona. 

– Abdel! – krzyknęła pomiędzy dwoma wstrząsającymi ciałem spazmami. 

To spowodowało, że Irenicus się odwrócił. Jego twarz była równie przejrzysta jak reszta 

ciała  i  widziała  jego  uśmiechającą  się  dziko,  szaloną  czaszkę.  Jego  oczy  gorzały  jaskrawą 

żółcią, z którą była aż za dobrze obeznana. 

– Abdel – powiedział Irenicus głosem niczym wicher przemykający przez Shaar – głosem 

boga. – Tak... Abdel. 

background image

Jaheira  wrzasnęła  znów  i  próbowała  odwrócić  wzrok,  lecz  jej  głowa  była  przyklejona  i 

nie mogła. 

Irenicus  błysnął  zębatym,  złym  uśmiechem,  po  czym  zapadł  się  w  ziemię.  Jego  ciało 

wpadło  po  prostu  w  dziurę,  której  tam  tak  naprawdę  nie  było.  Drzewo  Życia  wybuchło 

pomarańczowymi płomieniami wysokimi na dziesiątki metrów, które oparzyły Jaheirze twarz. 

Kobieta  wrzasnęła  kolejny  raz.  Sieci  zaczęły  rozplątywać  się  od  gorąca  i  stopa  Jaheiry 

przesunęła je boleśnie, po czym jej głowa opadła na bok. 

– Abdel, gdzie jesteś? – krzyknęła i wypadła bezwładnie z sieci na ziemię. 

 

* * * 

Abdela uderzyło gorąco, które doprowadziło go z powrotem do świadomości.  Fizycznie 

nie  mógł  stwierdzić,  czy  jest  człowiekiem,  czy  potworem,  jednak  jego  umysł  powrócił. 

Niestety akurat na czas, aby został spalony. 

Choć  nie  był  pewien,  czy  to  naprawdę  dobry  pomysł,  zaczął  iść  do  przodu  i  otworzył 

oczy pomimo obawy, że zostaną wypalone. Co dziwne, nie zostały. 

Z  początku  wszystkim  co  rejestrowały,  była  masa  powoli  falującego  pomarańczu  i 

Abdelowi wydało się, że jest pogrążony w płynnej lawie, jakże to jednak mogło być? 

Cienie zrosły się w pomarańczu i stały się sylwetkami, po czym owe sylwetki przeszły w 

większe, solidniejsze masy. Cienie były półkami skalnymi i wzniesieniami. 

Abdel  wciągnął  ostro  powietrze  i  poczuł,  jak  otwierają  mu  się  usta.  Rozwarły  się 

nieprawidłowo,  na  boki,  jak  u  potwora,  którym  wcześniej  była  Imoen.  Pomimo  wszelkich 

przeciwności  ocalił  jej  życie.  Abdel  pamiętał  to wyraźnie.  Stało  się  to  minutę  czy  coś  koło 

tego, zanim nie został wciągnięty do piekła. 

A więc to było to. Był w piekle i znajdował się w ciele – albo jego ciało stało się ciałem – 

strasznego, demonicznego potwora. Abdel przypuszczał, że czyni go to odpowiednio... 

Potrząsnął  swą  gigantyczną,  potworną  głową,  nie  wierząc,  że  może  dryfować  w  rzece 

lawy w jakimś żywym piekle, tak niedbale myśląc o... 

Czy więc wrócił do domu? 

Zadał sobie to pytanie. 

Czy wróciłem do domu? 

Czy to jest miejsce, w którym powinienem być przez cały czas? 

Czy władam tu więc, jak władał mój ojciec? 

Czy to właśnie miałem robić? 

Czy  Irenicus,  w  swojej  namiętnej,  ślepej  chciwości  popchnął  mnie  w  stronę 

przeznaczenia, które należało do mnie, przez całe życie przepływało przez moje żyły? 

Czy jestem chociaż Abdelem? 

Czy jestem Bhaalem? 

Czy jestem czymkolwiek? Tylko pragnieniem mordu oraz śmierci i złych... 

background image

Czy jestem w domu? 

Czy to jest dom? 

Abdel otworzył usta, wciągnął gorące, zalatujące siarką powietrze i zawołał – Ojcze! 

– Bhaalu! 

Abdel przymknął oczy i czekał na odpowiedź. 

 

* * * 

Jaheira  wiedziała,  że  musi  po  prostu  tam  leżeć  i  pooddychać  przez  chwilę.  Wiedziała 

również, że musi coś zrobić. Drzewo wciąż płonęło. 

Pozwoliła, by jej łzy zmoczyły szczeciniastą trawę i odczołgała się od ognia, a pot zmył 

resztę pajęczyny. 

Przybyła  do  Suldanessellar,  aby  obserwować  Irenicusa,  i  znalazła  go  szybciej  oraz 

łatwiej,  niż  była  sobie  w  stanie  wyobrazić.  Był  tam,  klęcząc  przed  Drzewem  Życia.  Jaheira 

pamiętała  uczucie  wdzięczności,  że  nie  jest  w  stanie  zrozumieć  słów,  jakie  śpiewał. 

Oczywiście, że nie znała tego ohydnego rytuału, przeznaczonego by  zniszczyć wszystko, co 

było dla niej święte. 

–  Mielikki  –  powiedziała,  nie  dbając  o  to,  że  jej  głos  łamał  się  od  gorąca, od  płaczu. – 

Mielikki, słodka pani lasu, proszę... 

Położyła obydwie dłonie na suchej trawie i podniosła się, przetaczając na lewy bok. Ból 

spowodował, że wciągnęła gwałtownie powietrze, następnie poczuła mdłości i wstała. Złapała 

się  za  lewy  bok  i  poczuła  wilgoć,  która  mogła  być  krwią  albo  potem.  Nie  chciała  odrywać 

ręki na tak długo, by to sprawdzić. 

Spojrzała na niego i nie zobaczyła nic poza kłębami czarnego dymu. Ujrzała jak z Drzewa 

Życia wzbija się w powietrze jeden pyłek sadzy po drugim. 

Jaheira czuła się tak, jakby cały świat był wciągany przez niebo. 

– Mielikki – wyszeptała i łza potoczyła się jej do ust. – Droga bogini, powiedz mi tylko, 

gdzie on jest. Gdzie on jest? 

Dłonie  Jaheiry  wystrzeliły  w  górę,  by  chronić  jej  twarz  i  padła  do  tyłu,  nie  rejestrując 

nawet  bólu  w  boku.  Instynktownie  strzegła  twarz  przed  wizją,  która  błysnęła  jej  przed 

oczyma. 

Pomarańczowe płomienie. 

Kipiące morza. 

Wijące się ciała. 

Potępione dusze. 

Był w piekle. 

Abdel był w piekle. 

Jaheira znów wrzasnęła, tak głośno, że zadzwoniło jej w uszach. 

 

background image

* * * 

Abdel trzymał oczy zamknięte, wiedząc, że widoki wokół niego tylko rozpraszałyby mu 

uwagę.  Chyba  po  raz  pierwszy  w  życiu  zamierzał  zatrzymać  się,  pozwalając  po  prostu,  by 

świat  toczył  się  dalej,  i  zażądać  pewnych  odpowiedzi  od  wszechświata.  Miał  zamiar 

poczekać,  aż  jego  ojciec  coś  powie.  Oczyma  wyobraźni  wyrysował  wokół  siebie  okrąg  i 

głosem wyobraźni powiedział – Przemów do mnie. 

Powiedz mi. 

Gdzie jesteś? 

Czego ode mnie chcesz? 

Co robię? 

Czy stałem się tobą? Czy cię zastępuję? Czy ci służę? 

Pozwolę  spalić  się  temu  drzewu,  spalić  się  elfiemu  miastu,  spalić  się  Candlekeep.  Nie 

obchodzi mnie to. Chcę wiedzieć. 

Będę wiedzieć. 

Wrócisz do mnie, gdziekolwiek byś nie był i porozmawiasz ze mną. 

Porozmawiasz ze mną, ty draniu. 

Porozmawiasz ze mną. 

Bhaalu. 

Boże mordu. 

Ojcze. 

Porozmawiaj ze mną. 

Abdel  pozwolił  sobie  dryfować  na  lawie  piekła  i  czekał,  aż  głos  jego  ojca  powie  mu 

wszystko, powie mu, co ma zrobić. Czekał przez długi czas w otchłaniach potępienia, jednak 

jego ojciec nie przemówił do niego. 

– Jesteś martwy – powiedział Abdel i otworzył oczy. 

 

* * * 

– Wracaj – rzekła Jaheira, jej głos był dzikim warkotem, brzmiącym nieprawidłowo w jej 

uszach. – Wracaj do mnie. 

Przetoczyła  się  na  brzuch  i  zatrzymała,  by  pozwolić  przepłynąć  bólowi.  Czekała  tak 

cierpliwie, jak tylko mogła i gdy najgorsze się skończyło, zmusiła się, by wstać. 

Irenicus  niemal  ją zabił, gdy starła  się z nim przy Drzewie  Życia. Wszędzie wokół  nich 

Suldanessellar płonęło, a on właśnie zaczął bombardować ją czarami. Opierała się własnymi 

zaklęciami,  a  elfy  przyszły  jej  na  pomoc,  jednak  jego  zapasy  bolesnej,  wykręcającej  ciało 

magii  wydawały  się  nieprzebrane.  Uderzał  ją  błyskawicą,  parzył  ogniem,  ciął  ostrzami, 

szkłem oraz cierniami i śmiał się drań przez cały czas. Kiedy w końcu upadła, zawiesił ją w 

sieci, by obserwowała. I obserwowała. 

background image

Obserwowała, jak wysysa energię życiową z największego jej źródła na świecie, jeśli nie 

w całym wszechświecie. 

Wysączył  Drzewo  Życia,  pozostawiając  je  tak  suchym,  że  rozpaliło  je  gorąco 

Suldanessellar i stało się ogromnym infernem, palącym więcej niż tylko liście, korę i gałęzie. 

Te  płomienie  paliły  życie.  Paliły  historię.  Paliły  tradycję,  nadzieję  oraz  kruchą  godność 

umierającej rasy. 

Następnie Irenicus dobrowolnie udał się do jakiegoś piekła, w którym czekał Abdel – na 

co? Abdel z pewnością nie poszedł tam z własnej woli. Nie obejmą  się tam  bratersko. Będą 

walczyć i nawet, choć tak bardzo kochała syna Bhaala, ufała mu i podziwiała go, nie mogła 

sądzić, że wygra. Jakże by mógł? 

Jakże ktokolwiek mógłby stanąć przeciwko mężczyźnie już wcześniej potężnemu, a teraz 

jeszcze nasączonemu esencją Drzewa Życia? 

–  Abdelu  –  powiedziała  do  otaczającej  ją  ziemi.  –  Po  prostu  uciekaj.  Wydostań  się 

stamtąd, Abdelu. Wróć do mnie. Pozwól mu żyć. Pozwól mu żyć wiecznie w piekle. Wróć do 

mnie. 

Zdała sobie sprawę, że patrzy na miejsce, w które wtopił się Irenicus. Wykonała krok w 

tamtą  stronę  i  gdy  jej  stopa  dotknęła  leśnego  poszycia,  załamało  jej  się  kolano.  Padła  na 

ziemię i zignorowała ból. Próbowała wstać, ale nie mogła, więc czołgała się. 

– Idę, Abdelu – rzekła. 

background image

Rozdział dwudziesty siódmy 

– On nie żyje, ty idioto – rzucił Irenicus kpiąco skądś w ryczących płomieniach piekła. – 

Twój ojciec nie żyje i nie otrzymasz od niego odpowiedzi. 

Abdel  poddał  się  szałowi  i  sięgnął  ku  źródłu  głosu  Irenicusa.  Odnalazł  coś,  co 

przypominało w dotyku ciało i szarpnął to pazurami. Rozległo się jęknięcie i popłynęła krew, 

po czym rozbrzmiał śmiech. 

Dłoń chwyciła Abdela za gardło i ścisnęła. Abdel wyciągnął paskudnie opazurzoną stopę 

i rozerwał Irenicusowi brzuch. Irenicus ścisnął i głowa Abdela odpadła z karku. Wzrok mu się 

zatrząsł  oraz  zmącił  i  Abdel  zdał  sobie  sprawę,  że  to  nie  mogłoby  się  naprawdę  zdarzyć  – 

nawet w piekle. 

Wrócił do swego ciała i było to jego ciało, ludzkie i całe, nie potwór, nie demon. 

–  Głupie  ludzkie  dziecko  –  powiedział  Irenicus.  –  Czekające  na  rozkazy,  czekające  na 

odpowiedzi.  Nie  otrzymujesz  żadnych  odpowiedzi,  dziecko,  w  tej  drobinie  życia,  jaką  się 

cieszysz.  Nie  chcesz  wiedzieć.  Nie  otrzymujesz  niczego  poza  odrobiną  błąkania  się  przed 

bolesną,  pustą,  bezlitosną  śmiercią.  Służysz  mi  teraz,  jak  służyłeś  przez  cały  czas. 

Przywołałem  Niszczyciela  w  tobie  i  w  tej  małej  suce,  jednak  to  ty  sprowadziłeś  Zabójcę. 

Tylko  ty  –  pomiot  Bhaala  –  mogłeś  zniszczyć  Niszczyciela  i  tylko  wtedy,  gdy  Niszczyciel 

został zniszczony, Zabójca mógł zająć jego miejsce. 

– Dlaczego? – spytał Abdel, odrywając kawałek duszy Irenicusa. 

Nekromanta roześmiał się, a Abdel poczuł, jak ów fragment przelewa mu się przez palce. 

– Dlaczego? – zapytał Irenicus. – Głupie dorosłe dziecko. Ludzka plama. Tylko Zabójca 

mógł zabić Ellesime. Poddając się krwi boga mordu i zabijając tę dziewczynę, którą uważasz 

za tak ważną dla siebie, dałeś mi broń, której potrzebowałem. Teraz Ellesime nie żyje. Teraz 

oddaj mi swą duszę, a ja wykorzystam ją oraz moc tego wstrętnego drzewa, aby uczynić się 

nieśmiertelnym. Dostaję. Biorę. Mam. Ty znikasz. 

Abdel  znów  sięgnął  i  poczuł  coś,  na  czego  opisanie  nie  miał  słów.  Chwycił  duszę 

Irenicusa. 

– Ach – wydyszał nekromanta. – Tam jesteś. 

background image

– Ellesime żyje – powiedział Abdel, a jego słowa płynęły nie przez powietrze, ogień czy 

lawę, lecz za pomocą nieśmiertelnych dusz. 

Nastąpiła cisza wypełniona rykiem przelewającej się lawy. 

– Zostajesz tu, Irenicusie – rzekł Abdel. 

– Żaden z nas tu nie zostaje, Abdelu Adrianie – odparł Irenicus. – Nie ma tak naprawdę 

takiego  miejsca.  Wracam  do  Faerunu  jako  nieśmiertelny,  niezależnie  od  tego  czy  Ellesime 

żyje, czy nie. Ty idziesz w nicość. Idziesz w zapomnienie. 

 

* * * 

Paznokieć  na  środkowym  palcu  Jaheiry  zerwał  się,  lecz  nie  zauważyła  bólu.  Kopała, 

zagłębiając  się  w  nieustępliwą  ziemię  pod  palącym  się  drzewem,  gdzie  Irenicus  udał  się  do 

piekła. Jaheira wyrzucała garście ziemi i wykopała może ze trzydzieści centymetrów, ale nie 

było oczywiście widać śladu piekła. 

– Mielikki – powiedziała. – Mielikki, pomóż mi. 

Kopała jeszcze trochę, choć przytłaczał ją prosty fakt, iż gołymi rękoma mogłaby grzebać 

wiecznie  i  nie  dotrzeć tam,  gdzie  się  udawała.  Abdel  nie  znajdował  się  nigdzie  pod  ziemią. 

Nie  był  na  tym  planie  egzystencji.  Był  w  miejscu  tak  innym  od  tego  świata,  iż  Jaheira 

wiedziała, że  nie  ma pomiędzy  nimi rzeczywistej więzi. Irenicus  w  jakiś  sposób połączył te 

dwa  miejsca  –  Jaheira  wiedziała  o  przynajmniej  jednej  metodzie  na  osiągnięcie  tego  –  i 

zaciągnął tam Abdela, po czym sam za nim podążył. To połączenie nie było fizyczne. 

– Mielikki! – krzyknęła – Pomóż mi... powiedz mi... 

Przestała  kopać  i  płakała  na  suchą  ziemię,  oddając  się  swojej  bogini  jako  mała,  słaba, 

zdesperowana istota. 

– Pomóż mi – błagała. 

Rozległy się słowa – niesione wiatrem – a Jaheira załkała. 

– Zawołaj go. 

– Mielikki – krzyknęła Jaheira. – Pani, dziękuję ci. 

Wepchnęła  twarz  w  wykopaną  przez  siebie  dziurę  i  wciągnęła  głęboko  pachnące  glebą 

powietrze. 

– Abdel! – krzyknęła w ziemię. – Abdel! 

Znów odetchnęła, ignorując ból w gardle, i wrzasnęła 

– Abdel! 

 

* * * 

Irenicus wygrywał. 

Abdel  czuł,  jak  jego  ciało  zamienia  się  z  powrotem  w  potworną  istotę  –  nazywaną 

Niszczycielem. 

– To właśnie to – powiedział Irenicus, niemal cedząc słowa. – To właśnie to. 

background image

Abdel  poczuł,  jak  kawałek  jego  duszy  zostaje  odgryziony  i  pozwolił  mu  odpaść.  Nie 

obchodziło go to już. Wołał do swego ojca – swego ojca. Pomysł ten był po prostu śmieszny. 

Wołał  do  Bhaala  i  nie  otrzymał  odpowiedzi.  Irenicus  dostarczył  mu  jedynej  rzeczy,  która 

wydawała się prawdą, po tym jak już wszystko zostało powiedziane i wykonane. 

– Dobrze ją wykorzystam, Abdelu – Irenicus wyszeptał prosto do rozpadającej się duszy 

Abdela. 

Abdel poczuł, jak nogi pękają mu i wyginają się do tyłu, choć tak naprawdę nie sądził, by 

miał jeszcze ciało. 

–  ...del...  –  kobiecy  głos  odbił  się  echem  z  tak  daleka,  iż  był  pewien,  że  to  jego 

wyobraźnia. Ugodził go fakt, że był w piekle i pomyślał, że coś tak zwyczajnego jak odgłos 

Jaheiry wołającej jego imię był wyobraź... 

Jaheira. 

– Abdel... – dobiegł znów głos, tym razem trochę głośniej . 

Abdel próbował zmusić swe wykrzywione, dziwaczne, potworne usta, by uformowały jej 

imię. Nie mógł. 

– To już koniec, Abdelu – powiedział Irenicus. – Ona jest przeszłością. I tak nie mogłaby 

być  twoja,  czyż  nie?  Druidka  Harfiarka  oraz  syn  Bhaala?  Cóż  mogłoby  wyjść  z...  ach, 

nieważne. Teraz to nic nie znaczy, dziecko. 

Abdel poczuł, że przytakuje, po czym rozległ się znów głos Jaheiry. 

– Abdel – zawołała – proszę... 

To  ostatnie  słowo  przedarło  się  przez  poszarpane  resztki  duszy  Abdela  niczym 

błyskawica  i  czuł  ją.  Irenicus  zerwał  z  niego  tak  wiele  –  pożarł  to  w  bardzo  rzeczywistym 

sensie – ale pozostawił  jedną część. Pozostawił część zamieszkaną przez Jaheirę. Być  może 

każda część jego duszy była w pewnym sensie jej domem. 

Abdel znów poczuł się człowiekiem i to ludzkie usta wykrzyczały – Jaheira! 

 

* * * 

Za  każdym  razem  gdy  krzyczała  jego  imię,  mała  część  ognia,  który  pochłaniał  Drzewo 

Życia, gasła. 

– Abdel! 

Wszędzie  wokół  niej  był  dym,  płynący  zza  jej  głowy  i  wślizgujący  się  w  dziurę,  by 

drapać ją w gardło. 

– Abdel, proszę! 

Pojawił  się  błysk  światła,  lecz  Jaheira  nie  trudziła  się  rozpoznawaniem  go.  Nie  był  to 

Abdel  –  wiedziała  to  na  pierwotnym  poziomie  –  więc  czymkolwiek  to  było,  nie  miało 

znaczenia. Liczył się tylko Abdel. 

– Abdel! 

– Jaheira! – zawołała zza niej Imoen. 

background image

– Ona go woła – powiedziała królowa Ellesime do Imoen. 

Jaheira bardziej wyczuła zbliżające się kroki, niż je usłyszała. 

– Abdel! – wrzasnęła znów druidka, nie zdając sobie sprawy, że nie zostało jej już wiele 

głosu. 

– Pomóż jej – rzekła bez tchu Ellesime. – Musimy jej pomóc. 

Imoen  rzuciła  się  bez  wahania  na  ziemię  obok  Jaheiry.  Łzy  popłynęły  na  nowo  z 

gorejących oczu druidki. 

– Abdel! – wrzasnęła młoda dziewczyna, głosem donośniejszym niż Jaheira. 

– Abdel! – wrzasnęła Ellesime. 

– Abdel! – wrzasnęła Jaheira. 

Ellesime i Imoen razem wrzasnęły – Abdel! 

– Abdel! – znów Jaheira. – Abdel! 

 

* * * 

– Abdel! – wrzasnęła Imoen, a Abdel w odpowiedzi zebrał wokół siebie swą duszę. 

– Abdel! – dobiegł kolejny głos, Ellesime. To była Ellesime, a następnie znów Jaheira, po 

czym kombinacja Imoen, Ellesime i Jaheiry. Posłał części swojej duszy w górę, w ich stronę. 

Czy to było w górze? Musiało być. 

– Jestem tu na dole, Abdelu Adrianie – warknął Irenicus. – Podobnie jak ty. Nie wracasz. 

Nie ma powrotu. 

Abdel skupił się na głosie Jaheiry, a także Imoen i Ellesime. Posłał swą duszę do góry, a 

za  nią  podążyły  jego  ludzkie  dłonie.  Ludzkie  oczy  obróciły  się  do  góry,  wyłaniając  z 

pomarańczu ku skałom powyżej. 

– Nie! – wrzasnął ostro Irenicus i krzyk ten zabrał ze sobą część duszy Abdela, jednak był 

to mały fragment. 

– Patrz na mnie! – zawył Irenicus. – Walcz ze mną! 

Abdel czuł, jak przez Irenicusa płynie desperacja. Przypływ tak szybko się zmienił. Abdel 

miał dokąd iść. Miał rzeczywistą przyszłość, nie iluzję chwalebnej nieśmiertelności Irenicusa 

jako  pana  jednej  wampirzycy  oraz  domu  wariatów  na  wyspie,  której  nazwaniem  nikt  się 

nawet nie trudził. 

Jeśli wszystkim ku czemu Abdel mógł spoglądać do przodu, były jedynie noce z Jaheirą 

w ramionach, Irenicus musiał patrzeć na nieskończoną ilość tysiącleci. 

–  Abdel,  jestem  tutaj  –  powiedział  głos  Jaheiry  i  Abdel  czuł  go,  jakby  znajdował  się  w 

jakimś miejscu przestrzeni nad nim. Sięgnął tam, jednak był za daleko. 

– Patrz na mnie! – Irenicus praktycznie błagał. – Walcz! 

Było to wszystko, co nekromancie pozostało. Polegał jedynie na chęci Abdela do walki, 

na fakcie, że było to wszystko, co Abdel mógł zrobić: walczyć. 

background image

Zamiast  tego  Abdel  wszedł  na  Irenicusa  –  w  przenośni,  nie  dosłownie.  Abdel  czuł  się, 

jakby miał stopy, jednak czy naprawdę? Mógł znajdować się w miejscu, w którym stopy były 

obojętne. Mimo to wszedł na Irenicusa i to posłało nekromantę w niespójną tyradę. 

Wykrzykując  obsceniczności  oraz  groźby,  Irenicus  ześlizgnął  się  głębiej  w  otchłań,  a 

Abdela w żadnym razie to nie obchodziło. Wydostawał się. Zaczynał życie – bez odpowiedzi, 

jednak któż je miał? 

Abdel  sięgnął  i  poczuł,  jak  dotyka  go  dłoń.  Skóra  była  gładka,  ciepła  i  znajoma. 

Bełkotanie  Irenicusa  przechodziło  echem  w  ciszę  i  przestrzeń  Abdela  wypełniła  się  ziemią. 

Była w jego oczach, nosie, uszach i w ustach. 

Zakrztusił  się  i  poczuł,  jak  jego  głowa  wraca  do  jakiejś  solidnej  rzeczywistości.  Znów 

czuł  swoje  ciało.  Znów  mógł  się  poruszać.  Znów  był  rzeczywisty  i  żywy,  a  gdy  jego  twarz 

wyłoniła się z ziemi, wykaszlał ją, wytrząsnął ją z oczu i wciągnął głęboki, drżący oddech. 

– Abdel... – głos Jaheiry  był ostry, chropawy,  jednak  bliższy  i  bardziej rzeczywisty,  nie 

odległe echo z Faerunu do piekła. 

– Jaheira – powiedział prosto w twarz znajdującą się zaledwie centymetry od niego. 

Jaheira  dotknęła  go.  Płakała,  lecz  była  szczęśliwa.  Była  tam  Imoen,  gdziekolwiek  było 

owo tam, podobnie jak Ellesime. Rozejrzał się i ujrzał drzewo większe niż jakiekolwiek, które 

byłby  sobie  w  stanie  wyobrazić.  Było  czarne,  lecz  owa  czerń  odpadała  płatami,  odsłaniając 

pod spodem zdrową korę. Rosły jasnozielone liście i Drzewo Życia wracało do życia. Abdel 

był pewien, że słyszy wrzask Jona Irenicusa. 

– Abdelu – powiedziała Jaheira – ty żyjesz. 

Spojrzał na nią, uśmiechnął się i rzekł – Chcę iść do domu. 

Zerknął na Imoen. 

– Do Candlekeep.