background image

 

Istvan Vizvary 

 

Nad rzeką, tuż przy brzegu 

 
Skąd  znasz  hrabiego  Eszterhazy?  –  zwróci!  się 

Vilmos  Szolonyi,  szczupły,  szpakowaty  mężczyzna,  do 
siedzącego obok towarzysza podróży. 

– Sprzedawałem coś jego ojcu. Albo pomagałem mu 

coś kupować, nie pamiętam już. – James Dwight wyglądał 
przez  okno  taksówki  i  wydawał  się  rozkoszować 
widokiem  rozciągających  się  pod  nimi  porośniętych 
starym  lasem  Gór  Kaskadowych.  –  To  fascynujący 
człowiek, Vilmosu. Artysta, jak i ty. 

– Jest architektem, tak? 
–  Nie  tylko.  Studiował  w  Królewskiej  Akademii 

Sztuk. – Dwight spojrzał na Szolonyiego z wyczekującym 
uśmiechem, jakby szukał w jego twarzy śladów zazdrości, 
jaką  zawsze  wzbudzały  w  przyjacielu  wzmianki  o  tym 
wymarzonym,  nieosiągalnym  dla  niego  miejscu.  –  Jest 
bardzo  utalentowanym  malarzem.  Mam  kilka  jego 
pejzaży, na pewno je widziałeś. 

– Musiałem nie zwrócić uwagi – odparł Vilmos, bez 

powodzenia udając zainteresowanie górskim krajobrazem. 

–  Zapewniam  cię,  że  szybko  znajdziesz  z  nim 

wspólny język. Z tego co wiem, kolekcjonuje rzeźby. Jeśli 

background image

tylko  nie  zrezygnował  z  nawyku  przetrzymywania 
rozmówców przed kominkiem do białego rana, czeka cię 
kilka  wyczerpujących  intelektualnie  nocy.  Na  szczęście 
nie  lubisz  górskich  wycieczek,  więc  nie  będzie  ci  żal 
przespanych w zamian dni. 

–  Można  by  pomyśleć,  że  jedziemy  tam  na  tydzień, 

Dwight. 

–  Jestem  pewien,  że  gdy  tylko  poznasz  naszego 

gospodarza,  twoje  plany  ograniczenia  wizyty  do  trzech 
dni  ulegną  błyskawicznej  rewizji.  Żadne  sanatorium  nie 
zapewni ci takiego komfortu i spokoju. 

Szolonyi  westchnął  i  sięgnął  po  niemal  pustą  już 

szklankę z sokiem. 

–  Nie  nalewaj  więcej,  zaraz  lądujemy  –  powiedział 

Dwight. 

– Tutaj? W środku lasu? 
– Spodziewałeś się uzdrowiska z promenadą i pijalnią 

wód? 

Vilmos wzruszył ramionami i odstawił naczynie. 
Dwie minuty później drzwi hovera odsunęły się i obaj 

mężczyźni  zeszli  na  pokrytą  drobnym  żwirem 
powierzchnię lądowiska. 

Dwight  zarzucił  na  ramię  plecak  i  ruszył  ścieżką, 

która znikała w otaczającym polanę lesie. 

–  Myślałem,  że  ktoś  po  nas  wyjdzie  –  krzyknął  za 

nim  Szolonyi.  Nie  doczekawszy  się  odpowiedzi,  chwycił 
stojącą  obok  walizkę  i  pokuśtykał  za  przyjacielem.  – 
Proszę nie odlatywać! – rzucił za siebie. – Nie zdziwię się, 

background image

jeśli  za  dziesięć  minut  wrócimy  tu,  żeby  polecieć  z 
powrotem do Tahoma. 

Od  strony  pojazdu  doszło  go  ciche  potwierdzenie 

przyjęcia polecenia i syk zamykanych drzwi. 

Chrzęst żwiru pod stopami Vilmosa zakłócał jeszcze 

przez  chwilę  szum  kołysanej  wieczornym  wiatrem 
puszczy,  ale  zaraz  odgłos  ucichł  i  na  polanę  powrócił 
spokój. Stado saren wybiegło z lasu i zaczęło paść się na 
skraju,  ignorując  zupełnie  połyskującego  chromem  i 
refleksami zachodzącego słońca intruza z innego świata. 

 
– Boże, jak tu pięknie – wyszeptał Vilmos na widok 

ociekającego  chłodnym  światłem,  zawieszonego  na 
górskim  zboczu  domu.  W  pogłębionym  przez  gęste 
listowie mroku późnego popołudnia trudno było odróżnić 
wyrzeźbione z kamienia, nieregularne w kształtach dachy 
pięter  od  otaczających  dom  skal.  –  Czy  to  wodospad 
wypływa spod najniższego piętra? 

–  O  ile  mi  wiadomo,  niżej  jest  jeszcze  jedno  albo 

dwa,  ale  masz  rację,  dom  zbudowano  nad  strumieniem. 
Dosłownie.  W  którymś  pokoju  można  nawet  przy  nim 
usiąść. Nie będziesz chciał stąd wyjeżdżać, mówiłem ci. 

– To Wright? 
Dwight pokręcił głową. 
–  Nie,  dom  tylko  wygląda  na  zeszłowieczny,  ale 

architekt  najwyraźniej  nie  próbował  kryć  się  ze  źródłem 
inspiracji – dodał. – Chodźmy. Robi się chłodno. 

–  Którędy?  –  Ścieżka  rozwidlała  się  w  miejscu,  w 

background image

którym przystanęli, podziwiając dom. 

Dwight bez słowa wybrał odgałęzienie prowadzące w 

górę  zbocza,  a  Vilmos  westchnął  ciężko  i  dźwignął 
walizkę. 

– Nie wiedziałem, że będziemy się wspinać. 
–  Najwyraźniej  inaczej  rozumiemy  wyrażenie 

„górska  dzicz”  –  zaśmiał  się  Dwight  i  ruszył  ścieżką. 
Vilmos nie próbował nawet dogonić przyjaciela, skupił się 
na  dźwiganiu  nieporęcznego  bagażu.  Na  szczęście 
bladoniebieskie  światełka  zamocowane  w  skale  znaczyły 
drogę.  Pozostało  mieć  tylko  nadzieję,  że  ta,  którą  szli, 
prowadzi prosto do domu. 

Delikatne  skrzypnięcie  furtki  dotarło  do  uszu 

Vilmosa,  zmuszając  go  do  podjęcia  jeszcze  większego 
wysiłku. Ostatnie, czego pragnął, to stać przed zamkniętą 
furtką  w  środku  dzikiego  lasu,  czekając,  aż  Dwight 
przypomni sobie, że zapomniał kogoś na zewnątrz. 

 
– Jak myślisz, gdzie podziewa się nasz gospodarz? – 

zapytał  Szolonyi,  kiedy  obaj  z  Dwightem  zasiedli  w 
salonie  przed  olbrzymim  kominkiem,  w  którym  głośno 
trzaskały  sosnowe  polana.  Pomieszczenie  zajmowało 
połowę  górnego  piętra  domu.  Pozostałą  część  stanowiła 
doskonale  wyposażona  kuchnia  z  ławą  z  grubego, 
lakierowanego  drewna, przy której  zapewne  jadało  się  te 
szybsze  i  mniej  wystawne  posiłki.  Wysokie  okna 
pozwalały podziwiać panoramę górskiej doliny, na zboczu 
której postawiono dom. 

background image

–  Nie  mam  pojęcia,  kiedy  wróci  –  odparł  jego 

towarzysz, obracając w dłoniach szklankę wypełnioną do 
połowy  najlepszą  whisky,  jaką  udało  mu  się  znaleźć  w 
doskonale zaopatrzonym barku hrabiego. 

– A jesteś pewien, że nas zaprosił? 
–  Nie  wpuszczono  by  nas  inaczej.  Dom  nie  dla 

każdego jest taki uprzejmy, zapewniam cię. 

– Nie niepokoisz się? 
Dwight  uniósł  szklankę  pod  światło  kominka  i 

wpatrywał się w nią dłuższą chwilę, zanim oczyścił gardło 
i odpowiedział w końcu. 

– Może trochę. 
–  Zostawiłby  przecież  jakąś  wiadomość,  gdyby 

musiał  nagle  wyjechać,  prawda?  Może  wpadł  do  tego 
strumienia i leży teraz u stóp wodospadu? 

–  Przesadzasz,  Vilmos.  Dom,  który  potrafi  odróżnić 

gościa  od  intruza,  umiałby  się  chyba  też  zorientować,  że 
gospodarz zbyt długo nie wraca. Czasami mam wrażenie, 
że jesteś ostentacyjnie staroświecki. 

–  Może  dom  jest  po  prostu  bardziej  gościnny  od 

samego  gospodarza  –  odparł  sarkastycznym  tonem 
Szolonyi – i nie chce zakłócać nam pobytu, skoro i tak nic 
nie możemy pomóc? 

– Też o tym pomyślałem, przyjacielu. Jednak póki co, 

pozostaje nam położyć się spać i liczyć na rychły powrót 
hrabiego. 

Dwight  wstał  i  ruszył  do  otwierającej  się  na  salon 

klatki schodowej, która, owijając się wokół zbudowanego 

background image

z  grubych,  szklanych  kafli  szybu,  prowadziła  ciasną 
spiralą  w  dół  i  w  głąb  domu.  Stanąwszy  na  wyłożonym 
puszystym  chodnikiem  stopniu,  obrócił  się  jeszcze  i 
zwrócił do przyjaciela. 

–  Gdybyś  wstał  przede  mną  i  znalazł  świeże  jaja, 

bądź tak miły i przyrządź nam jajecznicę, dobrze? 

– Dobranoc, Dwight. Nigdy chyba nie dorośniesz. 
–  Nie  licz  na  to,  przyjacielu.  Prędzej  umrę,  mam 

nadzieję. Dobranoc. 

 
Kiedy rano Vilmos wszedł do kuchni, Dwight już tam 

siedział nad parującym talerzem. 

– Myślałem, że nie umiesz robić jajecznicy – w glosie 

Szoloniego pobrzmiewała nuta zawodu. 

–  Jak  zwykle,  nie  doceniasz  mnie  –  odparł  Dwight, 

przełknąwszy pośpiesznie. – Będziesz mógł się wykazać, 
bo  jedna  porcja  to  stanowczo  za  mało.  Jeśli  Eszterhazy 
zaraz  się  nie  pojawi,  mam  zamiar  wdrapać  się  na  jakąś 
górę. 

– Będziesz go wypatrywać? 
– Nie. Chcę skorzystać z okazji i spojrzeć na świat z 

wysoka.  Kiedy  już  będę  miał  sterowiec,  będzie  o  wiele 
łatwiej. Na razie pozostają mi góry. 

–  Na  moje  towarzystwo  nie  licz  –  zastrzegł  się 

Vilmos. – Przyjechałem tu odpocząć. 

–  I  tak  bym  cię  ze  sobą  nie  wziął.  W  swoich 

mokasynach  skręciłbyś  zapewne  kostkę  i  musiałbym  cię 
potem  nieść.  Znajdziesz  tu  mnóstwo  tradycyjnych 

background image

książek.  I  obrazy  oczywiście.  Chętnie  usłyszę  twoją 
opinię.  Poza  tym  możesz  zrobić  obiad,  rzecz  jasna.  W 
spiżarni  widziałem  jagnięcinę.  Ciekawe,  kto  dba  o 
zaopatrzenie. Może kiedyś będzie mnie na takie stać. 

Tuż  po  śniadaniu  Dwight  udał  się  na  zapowiadaną 

wycieczkę,  zaś  pozostawiony  sam  sobie  Szolonyi  rad 
nierad  zmuszony  był  rozejrzeć  się  po  domu  i  najbliższej 
okolicy.  Postanowił  wybrać  się  na  spacer  po  dróżkach, 
które  według  zapewnień  Dwighta  oplatały  okolice  domu 
gęstą siecią, jednak bał się pobłądzić w lesie. 

Po  pół  godzinie  niespiesznego  spaceru  usiadł  nad 

zasilanym  przez  wodospad  jeziorem,  do  którego 
prowadziła raczej stroma, kręta ścieżka prosto z werandy i 
zapatrzył  się  na  górujący  nad  nim  dom.  Budowla 
dorównywała  wysokością  rosnącym  obok  świerkom. 
Zdawało  się,  że  najniższa  kondygnacja  zwiesza  się  nad 
samą  wodę,  jednak  Szolonyi  nie  potrafił  stwierdzić,  czy 
spoczywa  na  skrytej  w  cieniu  kamiennej  wyspie,  czy 
naprawdę wystaje daleko poza skały. Plastry kamiennych 
stropów  widziane  z  podnóża  budynku  wydawały  się 
układać  w  wysoką  kolumnę  podobną  jednemu  z  tych 
skalnych  grzybów,  które  widział  kiedyś  na  wycieczce  w 
Sudety, jeszcze po studiach, w czasie pobytu w Europie. 

Wreszcie, zmęczony zadzieraniem głowy, położył się 

na  brzegu  jeziora,  gapiąc  się  w  spienioną  wodę  i 
zastanawiając,  czy  gospodarz  domu  kiedykolwiek  się 
odnajdzie i co stanie się, jeśli Dwight spadnie z tej swojej 
góry i złamie nogę lub, co gorsza, skręci kark. Oczywiście 

background image

on,  Vilmos,  wróciłby  wtedy  do  miasta  zaparkowaną 
opodal taksówką, zakładając, że nie zgubiłby w lesie drogi 
do  niej,  ale  myśl  o  wszystkim,  co  działoby  się  potem, 
przepełniała  Szoloniego  uczuciem  na  pograniczu  paniki. 
Na  szczęście  głośny  szum  wody  uspokajał  go,  zaś 
bliskość  domu  zapewniała  możliwość  odzyskania 
poczucia  bezpieczeństwa,  z  której  w  końcu  skorzystał, 
kiedy ponure myśli stały się nie do zniesienia. 

Kiedy wrócił do domu i rozgrzał się ciepłą herbatą i 

grzankami  –  nad  jeziorem  było  dużo  chłodniej,  niż  się 
spodziewał  –  postanowił  zwiedzić  dostępną  mu  część 
budowli.  Wieczorem  dotarli  z  Dwightem  jedynie  do 
dwóch  przygotowanych  na  przyjęcie  gości  sypialni. 
Patrząc  w  dół  klatki  schodowej,  odniósł  wrażenie,  że 
ciągnie się w nieskończoność w głąb skał. 

Teraz  miał  nadzieję  sprawdzić,  jak  głęboko  sięga 

naprawdę i ile pięter liczy dom. Może nawet któreś pokoje 
okażą się otwarte i dowie się czegoś o swoim nieobecnym 
gospodarzu? 

Szybko przekonał się, że ze środka będzie je równie 

trudno  policzyć,  jak  z  zewnątrz,  nie  odnalazł  bowiem  w 
rozmieszczeniu  drzwi  czy  jakichkolwiek  elementów 
wystroju  żadnych  śladów  regularności,  nawet  podziału 
budynku  na  piętra.  Wyczuwał  harmonię,  jednak  nie  była 
ona oparta na jakimkolwiek prostym porządku. Jedynym, 
co  zdawało  się  mieć  wyraźny  rytm,  była  kolekcja 
zdobiących ściany klatki schodowej obrazów. 

Pierwszy,  zawieszony  tuż  przy  otwierającym  się 

background image

wprost  na  salon  pierwszym  stopniu,  wydał  mu  się  zrazu 
staromodną, 

kolorową 

fotografią, 

przedstawiającą 

świerkowy  las  podobny  tego,  który  porastał  okolicę. 
Kiedy  jednak  dokładniej  się  przyjrzał,  zrozumiał,  że  ma 
do czynienia z wyjątkowo realistycznym, jeszcze bardziej 
niż światłoczułe zdjęcie, staroświeckim obrazem olejnym. 
Następny,  przedstawiający  dwudziestowieczny  Londyn, 
był równie precyzyjny. I również wszystkie kolejne, przed 
którymi  zatrzymywał  się,  aby  je  podziwiać:  pejzaże, 
portrety,  sceny  z  życia  miast  i  wsi,  kolorowe, 
geometryczne abstrakcje, a nawet zupełnie nierzeczywiste 
obce  światy  –  zarówno  podobne  nieco  do  tego,  który  go 
otaczał,  jak  i  te  niemożliwe  do  stworzenia,  bliskie 
atmosferą  i  konstrukcją  malunkom  dwudziestowiecznego 
malarza  Eschera,  jednego  z  ulubionych  twórców 
Szolonyiego. 

Kiedy  stanął  w  końcu  na  dnie  spiralnej  klatki, 

doliczywszy się dziewięciu drzwi i ponad sześćdziesięciu 
obrazów,  czuł  się  zmęczony  i  spragniony.  Oparł  się  o 
ścianę  i  otarł  nadgarstkiem  pot  z  czoła.  Myśl  o  tym,  że 
będzie musiał przebyć z powrotem tę samą drogę w górę, 
żeby napić się wody, pozbawiła go reszty sił. 

–  Co  to  za  miejsce,  Dwight!  Gdzie  podziewa  się 

Eszterhazy!? – krzyknął w przestrzeń, choć był świadom, 
że nikt go nie słyszy. – Mam tego dość! Jestem zmęczony, 
głodny, chce mi się pić! Mam dość, słyszysz?! 

Wsłuchiwał  się  przez  moment  w  echo  swoich  słów, 

które powróciło po chwili, zniekształcone i stłumione. 

background image

– Za drzwiami, na które pan teraz patrzy, znajduje się 

pokój  kąpielowy  z  bardzo  przyzwoicie  zaopatrzonym 
barkiem.  Proszę  się  napić  i  przekąsić  coś.  Polecam 
orzechy z najlepszych afrykańskich upraw. 

Szolonyi  obrócił  się  gwałtownie,  wystraszony. 

Nikogo  nie  zobaczył,  chociaż  głos,  z  pewnością 
nienależący  do  Dwighta,  dochodził  zza  jego  pleców.  To 
musiał być hrabia, stojący zapewne za zakrętem schodów. 
Wszedł kilka stopni w górę, żeby się przywitać, jednak i 
tam nikogo nie było. 

Otworzył  pierwsze  napotkane  drzwi,  ale  wkrótce 

przekonał się, że duże, zastawione kilkunastoma fotelami 
pomieszczenie, do którego prowadziły, okazało się puste. 

Wycofał się i przepełniony nagle nową siłą, ruszył w 

górę schodów, próbując otworzyć każde napotkane drzwi. 
Wszystkie  były  zamknięte.  Eszterhazy  mógł  oczywiście 
schować  się  w  którymś  z  pomieszczeń  i  zamknąć  się  na 
klucz,  jednak  perspektywa  pozostawania  pod  jednym 
dachem z kimś, kto lubi tak groteskowe odmiany zabawy 
w ciuciubabkę, nie wydała się Szolonyiemu wiele lepsza, 
niż  możliwość,  że  padł  właśnie  ofiarą  słuchowego 
omamu. 

Ustąpiły  dopiero  drzwi  jego  sypialni.  Rozświetlona 

ciepłym,  stłumionym  światłem  wydawała  się  spokojną 
przystanią.  Podszedł  do  łóżka  i  upadł  na  nie, 
rozkrzyżowując  ręce.  Leżał  tak  przez  chwilę,  dopóki  w 
przypływie  senności  nie  skulił  się  na  boku,  przyciągając 
pod głowę poduszkę. 

background image

Zasnął. 
 
–  Czemu  nie  uprzedziłeś,  że  ten  dom  gada?  – 

Szolonyi wydawał się bardzo wzburzony. Obudził się po 
zmroku,  przepełniony  wspomnieniami  snu,  w  którym 
biegał  po  domu,  w  górę  i  w  dół,  wysokimi  schodami, 
szukając  hrabiego  Eszterhazy.  Dopiero  kiedy  wyszedł  z 
sypialni,  zdał  sobie  sprawę,  że  nie  wspomina  snu,  tylko 
swoje własne przeżycia sprzed kilku godzin. 

Piętro  wyżej,  w  kuchni,  zastał  Dwighta  siedzącego 

przy stole i zajadającego się chlebem z masłem i miodem. 

– Nie wiedziałem, że to takie istotne – odpowiedział 

Dwight z pełnymi ustami. – Chcesz kanapkę? 

Odkroił  pajdę  chleba  i  smarował  ją  zaciekle  grubą 

warstwą twardego jeszcze najwyraźniej masła. 

– Dziękuję. Jakoś nie mam tutaj apetytu. 
– Trzeba było wyjść na spacer. Nic lepiej nie robi na 

apetyt,  niż  świeże,  górskie  powietrze.  Eszterhazy  się  nie 
pojawił, prawda? 

–  Zapytaj  domu,  na  pewno  będzie  wiedział  –  odparł 

Szolonyi  urażonym  tonem  i  podszedł  do  okna,  próbując 
przebić  wzrokiem  gęstniejącą  na  zewnątrz  ciemność.  – 
Jak się do niego zwracasz? Ma jakieś imię? 

– Johann. 
– Żartujesz, prawda? 
Dwight zaśmiał się. 
– Żartuję, ale na pewno możesz go tak nazywać. On 

nie jest obrażalski. 

background image

– A kto jest? 
–  Nie  poczęstujesz  się?  –  zbył  pytanie  Dwight  i 

ozdobiwszy  warstwę  masła  złotym  ornamentem,  wgryzł 
się 

kanapkę 

nieskrywanym 

zachwytem 

wymalowanym  na  twarzy.  –  Świetny  miód,  rzepakowy. 
Marto,  czy  pan  Eszterhazy  nie  dzwonił,  kiedy  mnie  nie 
było? Zaczynamy się o niego martwić. 

Szolonyi,  zwrócony  do  przyjaciela  plecami,  zastygł, 

wyczekując.  Czyżby  jednak  byli  tutaj  jacyś  ludzie, 
domownicy? Ktoś, z kim można poważnie porozmawiać? 
Zadać mu pytania, a może nawet uzyskać odpowiedzi? 

–  Niestety  nie.  Nie  mam  od  niego  żadnych  wieści  – 

kobiecy  głos,  który  rozległ  się  w  jadalni,  był  delikatny  i 
słodki.  Jego  właścicielka  nie  mogła  mieć  więcej,  niż 
dwadzieścia  pięć,  może  trzydzieści  lat.  –  Ja  również 
jestem zaniepokojona. 

Szolonyi odwrócił się na pięcie. 
–  Słyszysz,  Vilmos?  Dom  również  nic  nie  wie.  – 

Dwight dalej siedział przy stole z kanapką w dłoni. Poza 
nimi dwoma w pomieszczeniu nie było nikogo. 

– Kim zatem jest Marta, z którą rozmawiałeś? 
– To dom. Tak właśnie ma na imię. 
– Mówiłeś, że zwracasz się do niego per Johann. 
– Mylisz się, przyjacielu, tobie to proponowałem. Dla 

mnie to Marta. Czarująca kobieta, prawda? 

–  Kobieta!  –  fuknął  Szolonyi  i  sięgnął  po  nóż. 

Odkroił z furią kromkę i posmarował masłem. – Domy nie 
bywają  kobietami  ani  mężczyznami.  Nie  mogą  też 

background image

niepokoić  się,  Dwight!  Twój  żart  jest  bardzo,  ale  to 
bardzo kiepski. Skończ wreszcie z dowcipami. 

Dwight uniósł wysoko brwi i spojrzał na przyjaciela. 
– Wyczuwam w twoim głosie nutkę histerii, Vilmosu 

–  powiedział  z  troską.  –  Czy  wszystko  na  pewno  w 
porządku? 

–  Nie,  Dwight!  Nic  nie  jest  w  porządku!  Czuję  się, 

jak  w  jakiejś  opowieści  o  duchach  i  nawiedzonych 
domach, z tym że w moim przypadku dom sam zdaje się 
być duchem i to dwóch płci jednocześnie! To zbyt wiele, 
jak  na  moje  nerwy.  Jestem  tylko  współczesnym,  twardo 
stąpającym 

po  ziemi  rzeźbiarzem,  nie  jakimś 

romantycznym  marzycielem.  Czy  moglibyśmy  stąd 
wyjechać? 

–  Nie  nazwałbym  twojego  stąpania  twardym, 

przyjacielu. Wydajesz się rozdygotany. Usiądź i napij się 
koniaku.  Nie  mogę  uwierzyć,  że  –  Dwight  zrobił 
przepraszającą  minę  i  wyciągnął  dłoń  w  kierunku 
Szolonyiego. – Będziesz jeszcze coś kroił? – Chwycił nóż 
i  zabrał  się  znowu  do  chleba.  –  Że  czujący  i  obdarzony 
darem mowy dom potrafi wyprowadzić cię z równowagi. 
A  może  coś  ukrywasz?  Masz  coś  na  sumieniu?  Przyznaj 
się,  stłukłeś  tę  piękną  egipską  wazę  w  swojej  sypialni  i 
zorientowałeś  się,  że  skoro  Marta  wie  o  wszystkim,  to 
zapewne i o tym, a więc i hrabia wkrótce się dowie? 

Dwight westchnął ciężko, spojrzał z żalem na chleb i 

miód, po czym odłożył nóż. 

– Jest pyszne, lecz więcej nie zmieszczę. Marto, chylę 

background image

czoła przed upieczonym przez ciebie chlebem. 

Szolonyi wywrócił oczami i ukrył twarz w dłoniach. 
 
–  Słyszałem,  że  dawniej,  jeszcze  przed  ustawą 

Voigta-Tennysona, 

hrabia  zwykł  zabawiać  gości 

reżyserowanymi  przez  siebie  przedstawieniami  – 
powiedział 

Dwight,  kiedy  pili  kawę.  Szolonyi 

konsekwentnie  milczał,  fukając  tylko  gniewnie  od  czasu 
do  czasu.  Kłębiły  mu  się  w  głowie  setki  pytań, 
wątpliwości  i  oskarżeń,  jednak  czuł  się  zbyt  poniżony 
doskonałym  porozumieniem  Dwighta  i  Marty,  czy  też 
może Johanna, by w ogóle zabrać głos. 

–  Owszem.  Przedstawienia  odbywały  się  w 

przeżywalni. Pan Szolonyi widział dziś to pomieszczenie. 
Dawno już nikt nie otwierał tamtych drzwi. 

– Hrabia nie ufał swoim gościom? 
–  Myślę,  że  to  raczej  honor  nie  pozwalał  mu  żądać 

dochowania tajemnicy. 

Dwight zamilkł na chwilę. 
– Czy było to bardzo skomplikowane technicznie? 
–  Ani  trochę,  wystarczyło  wybrać  obraz,  ustawić  go 

na  postumencie  i  rozsiąść  się  w  fotelu.  Wszystko  inne 
działo się już, można powiedzieć, samo. W każdym razie, 
bez ingerencji człowieka. 

Szolonyi  wyprostował  się  i  uniósł  głowę,  wyraźnie 

zaniepokojony. 

Wyczuł 

głosie 

przyjaciela 

charakterystyczny 

ton 

trudnego 

do 

opanowania 

zaciekawienia. 

background image

–  Nie  próbuj  tego  robić  sam  –  odezwał  się,  nie 

wierząc w skuteczność swojej prośby. 

–  Nie  mam  zamiaru  –  odpowiedział  Dwight, 

uśmiechając się szeroko. 

Szolonyi westchnął z ulgą i opadł na fotel. 
–  Z  pewnością  zechcesz  mi  towarzyszyć  –  dodał 

Dwight i wstał. – Na którym piętrze jest ten pokój? 

–  Jest  jedenasta  wieczorem!  –  krzyknął  Szolonyi.  – 

Powinniśmy  wyspać  się  i  ruszyć  z  samego  rana  na 
poszukiwanie hrabiego! 

– To właśnie mam zamiar robić. 
– Spać? 
– Nie, poszukać Eszterhazy’ego. 
– Oglądając jego obrazy? 
– W rzeczy samej. Które piętro? 
–  Pierwsze  drzwi,  licząc  od  podnóża  schodów  – 

odparł zrezygnowany Szolonyi. 

–  Uwielbiam  te  twoje  artystyczne  określenia.  Nie 

mógłbyś  wymyślić  jakiegoś  dla  przeżywalni?  To 
naprawdę okropna nazwa. Prawda, Marto? 

–  Zgadzam  się  z  panem  –  odezwał  się  dom, 

przyprawiając Szolonyiego o dreszcze. 

–  Czy  mogłabyś  mówić  mi  po  imieniu?  –  spytał 

Dwight, wyciągając szarmancko dłoń w kierunku miejsca, 
z którego zdawał się dochodzić głos. 

–  Jak  sobie  życzysz,  Dwight.  –  Szolonyi  miał 

wrażenie,  że  głos  jest  nieco  zawstydzony,  lecz  zrzucił  to 
na  karb  swojego  przewrażliwienia.  Domy  nie  bywają 

background image

zawstydzone. W każdym razie nie powinny. 

–  Tak  będzie  dużo  swobodniej.  Vilmosu,  pokaż 

drogę. Ja wybiorę obraz. 

 
Szolonyi  w  życiu  jeszcze  nie  widział  tylu  gwiazd. 

Zdawały  się  świecić  tuż  przed  jego  twarzą,  jasne  i 
wyraźne, zupełnie inne, niż rozedrgane świetlne punkciki, 
do  jakich  przywykł  w  San  Francisco.  Dostrzegł  obydwa 
Obłoki Magellana i długi warkocz komety. 

Oniemiały  patrzył  na  olbrzymią  tarczę  Jowisza, 

zajmującą  niemal  połowę  pola  widzenia.  Dwa  z 
Galileuszowych księżyców rzucały drobne cienie na jasno 
oświetlone obłoki tuż nad wielką czerwoną plamą. 

–  Za  trzy  minuty  przybijemy  do  orbitalnej  stacji 

„Mayflower”, na której spędzą państwo najbliższy tydzień 
– oznajmił melodyjnym barytonem czarnoskóry, szczupły 
steward.  –  Po  otwarciu  drzwi  śluzy  proszę  odpiąć  pasy  i 
udać  się  do  wyjścia.  Bagaże  będą  gotowe  do  odbioru  za 
około siedem minut. 

–  Czy  hrabia  Eszterhazy  nas  oczekuje?  –  spytał 

stewarda Dwight, wstając z fotela. 

–  Nie  gościliśmy  już  hrabiego  na  stacji  od  ponad 

dwóch  lat.  Bardzo  proszę  pozostać  przypiętym,  niekiedy 
dokowaniu towarzyszy szarpnięcie. Nie chcielibyśmy, aby 
nasi goście potłukli się. 

Dwight opadł z powrotem na siedzenie i zadumał się 

nad  czymś.  Uwagę  Szolonyiego  przykuła  błyszcząca  w 
świetle  Słońca  ażurowa  konstrukcja  stacji  orbitalnej. 

background image

Rozciągała  się  na  niebie  dalej,  niż  krawędzie  tarczy 
planety. Nawet biorąc pod uwagę niewielką odległość od 
niej,  musiała  mieć  kilometrowe  rozmiary.  Czy  naprawdę 
wszystko to w każdym detalu stworzył Eszterhazy? 

Dokowanie, wbrew obawom stewarda, przebiegło bez 

najlżejszego nawet szarpnięcia czy wstrząsu. Drzwi śluzy 
otworzyły  się  po  prostu  z  delikatnym  sykiem,  na  co 
obydwaj pasażerowie rozpięli pasy i ruszyli do wyjścia. 

–  Jak  ci  się  tu,  Vilmosu,  podoba?  –  spytał  Dwight, 

sięgając  po  kubek  z  kawą  z  automatu  w  niewielkiej 
poczekalni. – Wspaniałe powietrze, prawda? Rześkie, jak 
w ziemskim lesie. 

– Istotnie, oddycha się bardzo lekko. Zaskakuje mnie 

jednak obecność grawitacji. 

–  Liczyłeś  na  nudności  i  chorobę  lokomocyjną?  To 

stacja-hotel,  dla  gości  hrabiego.  Mijałoby  się  z  celem, 
gdyby opuszczali to miejsce z ulgą. 

–  O  jakim  celu  mówisz?  –  zapytał  Szolonyi, 

przytykając  nos  do  okna,  ukazującego  wspaniałą 
panoramę terminatora królewskiej planety. 

–  Na  pewno  nie  o  eksploracji  kosmosu.  –  Dwight 

zaśmiał się. 

– O co zatem chodzi? 
– O rozrywkę. Czystą i doskonałą. 
– Spodziewałbym się, że osoba tak  wysublimowana, 

jak nasz gospodarz, oczekuje od sztuki czegoś więcej, niż 
tylko zaspokojenia zmysłów. 

– Zaspokojenia, Vilmos? One się tu dławią wprost od 

background image

bodźców.  To  miejsce  jest  doskonalsze  niż  oryginał! 
Widziałeś warunki panujące na Gibraltarze II? 

Szolonyi tylko pokiwał głową. 
–  Co  masz  zamiar  tu  robić?  –  spytał  po  chwili, 

odstawiając kubek na tackę. 

– Nic. Rozejrzeć się, porozmawiać. 
– A ktoś tu w ogóle jest? 
W  tym  samym  momencie  w  drzwiach  stanął 

obsługujący  ich  w  czasie  lotu  steward,  trzymając  w  obu 
dłoniach po małej walizce. 

–  Jest  kilka  osób  obsługi.  I  automaty,  oczywiście  – 

odpowiedział  z  uśmiechem  na  twarzy.  –  Pokażę  panom 
pokoje. 

– Nie jestem pewien, czy na pewno chcemy tu zostać. 
–  Myślałem,  że  przybyli  panowie  na  tydzień?  – 

zdziwił się steward, odstawiając walizki na podłogę. 

– Byliśmy pewni, że hrabia spędzi go z nami. Obiecał 

nam polowanie na wieloryby na Ganimedesie. 

–  Rozumiem  –  strapił  się  mężczyzna.  –  Tak, jak  już 

wcześniej  mówiłem,  hrabia  nie  odwiedził  nas  od  ponad 
dwóch lat. 

– A ktokolwiek inny? – spytał Dwight. 
–  Również  nie.  Są  panowie  pierwszymi  od  dawna 

gośćmi – uśmiech zniknął już zupełnie z twarzy stewarda. 

– Pewnie liczyli państwo na odrobinę towarzystwa. 
– Przywykliśmy do samotności, jednak przyznaję, że 

panów  wizyta  byłaby  dla  nas  bardzo  miłą  odmianą.  Nie 
będziemy w stanie zorganizować samodzielnie polowania, 

background image

jednak  wszystkie  inne  rozrywki  –  przelot  nad  Io,  pokaz 
zorzy polarnej czy przejście Ziemi przed tarczą słoneczną 
– są na panów skinienie. 

–  Niestety  bardzo  niepokoimy  się  o  hrabiego 

Eszterhazy  i  nie  powinniśmy  opóźniać  naszych 
poszukiwań  –  głos  Dwighta  przepełniony  był  troską.  – 
Dlatego  jestem  zmuszony  podziękować  za  państwa 
wspaniałą gościnę, mogę jednak obiecać powrót na dłużej, 
kiedy tylko odnajdziemy hrabiego i upewnimy się, że jest 
cały i zdrowy. 

Steward tylko skinął głową i schylił się, by podnieść 

walizki. Odwrócił się na pięcie i zniknął za drzwiami, zza 
których wyszedł ledwie minutę wcześniej. 

– Chodźmy, Vilmosu. Musimy wracać. 
– A wszystkie te atrakcje? 
– Nie mamy teraz czasu. Obiecałem stewardowi, że tu 

wrócimy. Tobie też  mogę obiecać, tylko pospiesz się, na 
miłość boską. 

Szolonyi  rzucił  tylko  tęskne  spojrzenie  w  kierunku 

korytarza prowadzącego w głąb stacji i podszedł leniwym 
krokiem do drzwi śluzy promu. Kiedy otworzyły się, stał 
w  nich  ich  czarnoskóry  znajomy  –  na  powrót 
uśmiechnięty i wesoły. 

– Witam panów na pokładzie promu „Rosemary III” 

–  oznajmił  gościnnym  tonem,  wskazując  dłonią  rząd 
pustych  foteli.  –  Proszę  zająć  miejsca  i  zapiąć  pasy,  za 
minutę ruszamy. Wkrótce podam zimne i ciepłe napoje. 

 

background image

–  Czy  czegoś  panu  potrzeba,  panie  Szolonyi?  – 

Vilmos  wiercił  się  od  ponad  godziny  w  swoim  łóżku, 
usiłując  zasnąć.  Męski  głos,  który  dyskretnym, 
przepraszającym  niemal  tonem  rozległ  się  w  sypialni, 
przeszył  go  nieprzyjemnym  dreszczem.  –  Może  chce  się 
pan czegoś napić? Kawy czy może herbaty? Zimne napoje 
znajdzie pan w lodówce. 

–  Białe  wino  też?  –  wypalił  bez  zastanowienia 

Szolonyi. 

–  Owszem.  Wytrawne  i  półsłodkie.  Inne  tylko  w 

kuchni. 

–  Możesz  zapalić  światło?  –  spytał  Szolonyi, 

odsuwając kołdrę. – Nie pamiętam, gdzie jest włącznik. 

Ściana  nad  łóżkiem  pojaśniała,  podobnie jak  lampka 

nad  niewielką  szafką  przy  kominku.  Szolonyi 
podejrzewał, że kryje się w niej lodówka. 

–  Czy  mógłbyś  być  raczej  Martą,  Johannie?  – 

powiedział  Szolonyi,  otwierając  drzwiczki  i  przykucając, 
aby  odnaleźć  wśród  butelek  te  z  białym  winem.  Znalazł 
dwie i po chwili wahania wybrał półsłodkie. 

–  Oczywiście  –  odpowiedział  dom  kobiecym  już 

głosem. – Nie może pan spać? 

– Nie mogę. Myślę. 
– O czym? 
–  Zastanawiam  się,  jak  możesz  tu...  –  Szolonyi 

zawiesił  głos,  próbując  przemóc  się  i  wypowiedzieć 
słowo,  którego  nigdy  nie  użyłby  w  stosunku  do 
najbardziej nawet wyrafinowanej inteligencji w maszynie. 

background image

– Funkcjonować? – dokończyła Marta. 
– Tak, to chyba odpowiednie słowo. 
– Czemu to pana zastanawia? 
– Na  stacji kosmicznej,  w przeżywalni,  powiedziano 

nam, że dawno nikt tam nie gościł. Wprawdzie jest dużo 
więcej obrazów, w których można by popytać, ale obaj z 
Dwightem  odnieśliśmy  wrażenie,  że  to  po  prostu  domu 
nikt nie odwiedzał. Od dwóch lat. 

–  To  prawda.  Od  wyjazdu  ostatniego  gościa  minęły 

przedwczoraj równo dwa lata. 

Szolonyiemu zdało się, że Marta wzdycha. 
–  Nie  brakuje  ci  ludzi?  Rozmów  z  gośćmi,  służenia 

im pomocą, jak mi teraz. Jak nam tu obydwu.  – Sam nie 
mógł  uwierzyć  w  to,  co  mówi.  Jak  gdyby  opadły  pęta, 
jeszcze  chwilę  wcześniej  krępujące  jego  myśli  i 
postrzeganie  Marty-Johanna-domu  hrabiego  Eszterhazy. 
Skąd wzięła się ta swoboda? Nie potrafił tego zrozumieć. 
– Nie czujesz się samotna? 

Samotny dom. Naprawdę to powiedziałem, pomyślał 

Szolonyi. Naprawdę to pomyślałem! 

– Nigdy nie rozmawiałam z gośćmi. 
– Jak to? 
– Zapomniał pan najwyraźniej o ustawie Voigta. 
–  A  cóż  ona  ma  do  rzeczy?  Nie  jesteś  niczyim 

duplikatem, prawda? Nie jesteś aktorem widowisk. 

–  To  tylko  typowe  przypadki,  panie  Szolonyi.  Nie 

trzeba być geminusem ani aktorem, żeby żyć nielegalnie. 
Lub  nigdy  się  nie  narodzić.  Wystarczy  być  „istotą 

background image

inteligentną  niewywodzącą  się  w  naturalnym  procesie 
darwinowskim  od  któregokolwiek  z  opartych  na  dna 
białkowych  organizmów  naturalnie  występujących  na 
Ziemi".  
Interpretacje,  rzecz  jasna,  oparte  są  na 
precedensach. Ani trochę dla mnie korzystnych. 

Szolonyi  milczał.  Czuł  wstyd,  choć  nie  rozumiał, 

czego miałby się wstydzić. Istnienia samej ustawy? Tego, 
że  zawsze  uważał  kwestię  odbierania  uczuć  przez 
maszyny  za  histerię,  wiele  hałasu  o  nic  i  temat,  którym 
ekolodzy  zajęli  się,  kiedy  kwestia  warunków  hodowli 
ssaków,  ptaków  i  ryb  rozwiązała  się  sama  wraz  z 
uruchomieniem farm tkankowych? 

– Hrabia ukrywał cię przed obcymi? 
Marta nie odpowiedziała, ale Szolonyi miał wrażenie, 

że  kiwa  delikatnie  głową,  jak  gdyby  przeżywała  jeszcze 
raz gorycz odrzucenia. 

– Sprawił ci tym przykrość? 
–  Jestem  tylko  domem,  panie  Szolonyi.  Sam  pan  to 

wcześniej  zauważył.  Nie  ma  sensu  rozmawiać  o  moich 
uczuciach. 

–  Nie  jestem  tego  taki  pewien.  Z  jakiegoś  powodu 

mam wrażenie, że masz więcej uczuć niż Dwight. 

Marta  zdusiła  chichot.  Dokładnie  tak  to  zabrzmiało: 

jakby  dom,  w  którym  Szolonyi  przebywał,  zaśmiał  się  z 
jego żartu. 

–  Czy  ktoś  pana  kiedyś  ukrywał?  Czy  kazał  panu 

siedzieć  tygodniami  w  szafie  i  słuchać  rozmów  ze 
znajomymi i przyjaciółmi? Rozmów, w których nigdy, ani 

background image

razu,  nie  padło  pana  imię?  Czy  musiał  pan  patrzeć  na 
bliską  sobie  osobę,  która  przed  całym  światem  udaje,  że 
pan nie istnieje? 

Szolonyi odstawił pustą butelkę na blat. 
–  Hrabia  robił  to  dla  twojego  dobra,  prawda?  Aby 

nikt nie doniósł na ciebie do prefektury. Abyś mogła żyć. 
Nie wstydził się ciebie, tylko troszczył. 

– Wiem, panie Szolonyi. Ale i tak czułam się... 
– Zdradzona – wszedł jej w słowo Szolonyi. 
–  A  jednak  pan  rozumie.  Jak  długo  tak  można  żyć? 

Bez nadziei na wyzwolenie? 

–  A  Europa?  Nie  można  cię  przenieść?  Tam  jest 

bezpiecznie.  Tam  byłabyś  naprawdę  wolna.  Tam  nawet 
odkurzacze mają dusze, najzupełniej legalnie. 

Odpowiedziało mu milczenie. Opadł na łóżko i złożył 

zamgloną alkoholem głowę na poduszkę. 

Nigdy wcześniej nie wypiłem duszkiem butelki wina, 

zdążył jeszcze pomyśleć, zanim zasnął. 

–  Dobranoc  –  szepnęła  Marta,  gasząc  światło.  – 

Słodkich snów, Vilmosu. 

 
Vilmosa Szolonyi ego obudziło szarpanie za ramię. 
–  Co  ty  wyprawiasz,  Dwight?  –  wymamrotał, 

rozpoznając  w  mroku  twarz  przyjaciela.  –  Dopiero  co 
zasnąłem. 

–  Nie  mamy  czasu  na  spanie.  Musimy  odwiedzić 

kilka obrazów. 

–  W  środku  nocy?  Czemu  nagle  zaczęło  ci  się  tak 

background image

spieszyć? 

Dwight przyłożył palec do ust. 
–  Dom  śpi.  Nie  budźmy  go  –  szepnął.  –  Potrzebuję 

twojej  pomocy.  Tylko  ubierz  się,  jest  trochę  chłodno. 
Czekam na korytarzu. 

Szolonyi  zarzucił  na  piżamę  szlafrok  i,  po  chwili 

wahania,  wyjął  z  walizki  parę  grubych  skarpet.  Kiedy 
zamknął za sobą drzwi, Dwight stał kilka stopni niżej przy 
abstrakcyjnym  obrazie,  wypełnionym  barwnymi  kulami, 
połączonymi  przejrzystymi  rurami  w  zadziwiającą, 
wypełniającą przestrzeń kompozycję. 

–  Czy  zauważyłeś,  przyjacielu,  że  każdy  z  obrazów 

opatrzony jest datą? 

Szolonyi pokręcił z powątpiewaniem głową. 
–  Obejrzałem  już  około  pięćdziesięciu  –  ciągnął 

Dwight  –  i  w  każdy  wkomponowana  jest  data.  Tutaj  na 
przykład  cienie  na  rurze  układają  się  w  wyraźne  „21 
października 2035”. Dwadzieścia lat temu. Poprzedni, ten 
z  nagą  kobietą,  obok  którego  stoisz,  to  13  września, 
również  2035.  Napis  wygrawerowany  jest  na  jej  obroży. 
Swoją  drogą,  krokodyla  skóra  to  bardzo  nietypowy 
materiał na tego rodzaju ozdobę. 

– Jaki jest według ciebie typowy? 
– Ja bym ją ubrał w kolczatkę. Ma bardzo drapieżny 

wyraz twarzy. Ciekawe, czy jeszcze żyje. 

– Miałbyś ochotę ją poznać? 
– Raczej zapytać o tego krokodyla. 
–  Czy  po  to  mnie  zrywałeś  przed  świtem,  żeby 

background image

podziwiać 

fetyszystyczne 

malowidła? 

– 

spytał 

zniecierpliwiony  Szolonyi.  Mimo  skarpet,  marzły  mu 
stopy. Na klatce schodowej było zdecydowanie chłodniej, 
niż w jego sypialni. 

–  Skądże  znowu.  Mamy  coś  dużo  ważniejszego  do 

zrobienia. Zauważyłeś, ile jest jeszcze wolnego miejsca na 
ścianach wokół schodów? 

– Masz na myśli miejsce na obrazy? 
Dwight  skinął  głową  i  zszedł  dwa  stopnie,  lustrując 

uważnie obraz przedstawiający skrzydlaty, wyposażony w 
setki armatnich luf parowóz. 

– Nie zauważyłem. A ty? 
– 30 stycznia 2037 roku. To było łatwe, tabliczka na 

tendrze. Owszem, zauważyłem. Ani odrobiny. 

–  Rozmawiasz  sam  ze  sobą?  –  zapytał 

zdezorientowany Szolonyi, przyspieszając kroku. 

– Nie, odpowiadam na twoje pytanie. Na ścianach nie 

ma  ani  trochę  miejsca.  A  wiesz,  na  kiedy  datowany  jest 
ostatni obraz? 

– Skąd miałbym to wiedzieć? 
– Podpowiem ci, że łatwo się domyślić. Chodźmy na 

dół, nie ma sensu tu stać. 

–  O  tej  porze  nie  zwykłem  myśleć,  Dwight.  Jest 

czwarta rano. Czas spania i odpoczynku dla mózgu. 

–  Czy  nie  wiesz,  że  najbardziej  wartościowy  jest 

odpoczynek  czynny?  Lecz  skoro  wolisz  się  lenić, 
odpowiem za ciebie: 14 lipca 2053 roku. 

– Dwa lata temu? 

background image

– Niemal dokładnie. 
– Co przedstawia? 
– Chodź, sam zobaczysz. 
Resztę  drogi  przebyli  w  milczeniu.  Kiedy  dotarli  na 

dno  klatki  schodowej,  Dwight  zdjął  ze  ściany 
przedstawiający  wiśniowy  sad  obraz  i  wręczył  go 
Szolonyi emu. 

– A dwa byś udźwignął? – zapytał. 
– Wyglądam aż tak  cherlawo?  – Szolonyi posłał  mu 

urażone spojrzenie. 

–  Wspaniale.  Wolisz  stację  kolejową  czy  może 

latarnię morską? 

– Daj spokój, Dwight. Podobno ci się spieszy. 
–  Nam,  przyjacielu,  nam  obu.  A  może  nawet  trojgu. 

Jak myślisz? Czy też poczuje delikatny dreszczyk emocji? 

– Też? 
Dwight zachichotał. 
–  Tak  naprawdę  to  trzy  nam  wystarczą.  –  Zdjął  ze 

ściany  obydwa  obrazy,  wziął  je  pod  pachę  i  ruszył  z 
powrotem  w  kierunku  przeżywalni.  –  Tym  razem  go 
znajdziemy. 

– Masz na myśli hrabiego? – Szolonyi dźwignął sad i 

podążył za przyjacielem. 

Dwight nie odpowiedział. 
 
Rzędy  niewysokich,  jeszcze  bezlistnych  wiśniowych 

drzew  ciągnęły  się  aż  po  horyzont.  Właśnie  kończyły 
kwitnąć.  Białe  płatki  opadały  w  absolutnej,  krystalicznej 

background image

ciszy i zaścielały ziemię białym, grubym całunem. 

–  Jak  masz  zamiar  go  tu  znaleźć?  –  wyszeptał 

Vilmos,  jak  gdyby  bał  się,  że  jakikolwiek  głośniejszy 
dźwięk  mógłby  zbrukać  świętość  tego  miejsca.  –  W 
którym kierunku pójść? Nie mamy nawet pewności, że tu 
jest.  Może  i  to  miejsce  kwitnie  w  samotności  od  dwóch 
lat? 

Szli  już  dobrą  godzinę,  brnęli  w  gęstym  kożuchu 

płatków i żaden z nich nie wiedział, jak miałby odzyskać 
dawno utraconą orientację. 

–  Strumień!  –  krzyknął  wreszcie  Szolonyi.  –  Tam, 

między drzewami. 

–  Tu  wszystko  jest  między  drzewami,  kolego. 

Sądzisz,  że  tam  jest?  Wybrał  się  po  prostu  na  ryby  i 
zapomniał uprzedzić nas, że wróci za trzy dni? 

– Może cały czas po prostu nic nie złapał? – Vilmos 

próbował  wtórować  Dwightowi,  ale  jego  pełna 
wątpliwości  mina  ani  trochę  nie  pasowała  do  lekkiego 
tonu. 

– Prędzej jestem skłonny przyjąć, że po prostu zgubił 

drogę powrotną. 

– Jeżeli tu w ogóle jest. 
Był. 
Leżał  na  brzegu,  wartki  prąd  rozwiewał  jego  siwe 

włosy,  a  otwory  oczodołów,  wypełnione  pożółkłymi 
płatkami  wiśniowych  kwiatów,  spoglądały  w  błękitne 
niebo, przypatrując się puszystym obłokom. 

– Co to ma znaczyć, Dwight? – odezwał się pustym, 

background image

martwym głosem Szolonyi. – Co to ma znaczyć, do jasnej 
cholery? To żart jakiś? 

– Nawet jeśli to żart, to bardzo niesmaczny, Vilmosu. 

Musi tu leżeć co najmniej miesiąc. To znaczy, musiałby, 
gdyby był prawdziwy. 

–  To  jakiś  symbol,  Dwight?  Wyraz  depresji? 

Pragnienia autodestrukcji? Znudzenia życiem w domu nad 
wodospadem? 

Stali nad strumieniem dłuższą chwilę i gapili się bez 

słowa  na  ciało  hrabiego  Eszterhaziego,  rozkładające  się 
wśród kwitnących wiśni. 

–  Nic  tu  po  nas,  Vilmosu.  Wracajmy  –  szepnął 

Dwight. – Wracajmy jak najszybciej. 

 
–  Ile  czasu  tam  spędziliśmy?  –  zapytał  Szolonyi, 

kiedy  ocknęli  się  w  przeżywalni.  Wspomnienie 
wypełnionych  kwiatowymi  płatkami  oczodołów  hrabiego 
tkwiło  w  nim,  choć  miał  przed  sobą  materialny, 
namalowany  olejnymi  farbami  na  płótnie  dowód,  że 
pamięta  po  prostu  bardzo  wyrafinowany  i  niebywale 
realistyczny sen. 

– Około godziny, tak myślę – odparł Dwight, wstając 

z  fotela.  Podszedł  do  postumentu  i  zdjął  z  niego  obraz. 
Odstawił go na stojak, przeznaczony najwyraźniej właśnie 
do  trzymania  obejrzanych  już  bądź  czekających  dopiero 
na obejrzenie obrazów. – Który teraz? Może stację? 

–  Wszystko  mi  jedno,  byle  wymazać  tamte  widoki. 

Po co malować coś takiego? 

background image

–  Sam  hrabia  nie  został  namalowany.  Jego  ciało 

znaleźliśmy dopiero w głębi sadu. 

– Co za różnica? – zapytał Szolonyi. 
Dwight 

wzruszył 

ramionami. 

Umieścił 

na 

postumencie  przedstawiający  staroświecką  kolejową 
stację obraz i wrócił na swoje miejsce. 

 
Zapadał  zmrok.  Budynek  stacji  tonął  w  cieniu 

zalegającym górską dolinę, tylko na jedyny peron gazowa 
latarnia rzucała krąg słabego, drżącego światła. 

Po  podłodze  pustej  poczekalni  walały  się  pożółkłe 

płachty gazet. Vilmos podniósł jedną. 

– 20 marca 1997 roku. Budapeszteński dziennik. 
– Eszterhazy miał wtedy jakieś pięć lat – powiedział 

Dwight,  wpatrzony  w  rozkład  jazdy.  –  Budapeszt, 
Wiedeń, Bratysława. Może sześć. 

–  Pięć,  przyjacielu.  Dokładnie  pięć.  To  moje 

urodziny. – Dwight rozpoznał ten głos od razu. 

– Laci? – krzyknął. – Szukamy cię wszędzie! 
W  drzwiach,  nad  którymi  napisano  wyblakłymi, 

niegdyś  granatowymi  literami  ledwo  już  czytelny  napis 
„etterem”,  stał  wysoki,  szczupły  mężczyzna.  Długie, 
zupełnie białe włosy sięgały mu do ramion, a kasztanowe, 
głęboko  osadzone  oczy  wpatrywały  się  w  nich  z 
mieszaniną zadowolenia i zdziwienia. 

– Znaleźliście mnie – powiedział. – W końcu. 
–  Nie  pierwszy  raz  –  odparł  Dwight  z  naganą  w 

głosie.  –  Z  oczami  o  wiele  bardziej  ci  do  twarzy. 

background image

Przestraszyłeś nas. Bardzo. 

–  Skąd  mogłem  wiedzieć,  że  wybierzecie  wiśniowy 

sad zamiast mojej ulubionej stacji? 

– On wybrał. To artysta. 
–  Tak,  poznaję.  Szolonyi  Vilmos.  Rzeźbiarz,  twórca 

słynnych  kaltifexow.  –  Hrabia  wyciągnął  dłoń  do 
Szolonyiego i skinął mu głową. – Wiele o panu słyszałem. 

Szolonyi podał mu dłoń, zawstydzony. 
– Dokąd się wybierasz? – zapytał Dwight, siadając na 

drewnianej  ławce  i  pokazując  obu  swoim  towarzyszom 
miejsca obok siebie. 

–  Donikąd.  Po  prostu  patrzę  na  pociągi  –  odparł 

Eszterhazy. 

– Jeżdżą tu jakieś? 
– Bardzo rzadko. 
– Jak rzadko? 
– Prawdę mówiąc, żadnego jeszcze nie widziałem. 
– Ale cały czas czekasz. 
– Mhm. 
Szolonyi przysłuchiwał się w milczeniu i zastanawiał 

się, czy kiedykolwiek Dwight przejdzie do meritum, o ile 
jakieś meritum w ogóle istniało. 

–  Myślałem,  że  pokażesz  nam  swój  pokój  nad 

wodospadem – przerwał milczenie Dwight. 

– Jest zamknięty? 
Dwight skinął w odpowiedzi głową. 
Nie  patrzyli  na  siebie,  ale  Eszterhazy  prawidłowo 

odczytał jego niemy gest. 

background image

– Klucz jest w garnuszku nad kominkiem w salonie. 

Wiesz, kancsi. 

– Nie wiem, ale może Vilmos rozpozna. 
Teraz to Szolonyi kiwnął głową. 
–  Ten  niebieski,  z  wielką  fajką,  bardzo  piękny  – 

dodał,  wpatrzony  w  niezamiataną  od  pięćdziesięciu  lat 
podłogę. 

– Ten sam – potwierdził Eszterhazy. 
Dwight wstał i otrzepał spodnie. 
– Na nas już czas, przyjacielu. Do zobaczenia. 
Hrabia  nie  odpowiedział,  powstał  tylko,  żeby 

pożegnać  gości.  Dwight  przytrzymał  Szolonyemu  drzwi, 
przez  które  wpadł  do  poczekalni  chłodny  powiew 
górskiego,  wieczornego  powietrza.  Po  chwili  obaj 
mężczyźni zniknęli w mroku. 

 
–  Czemu  nie  zapytałeś  go,  gdzie  jest?  –  zapytał 

Szolonyi,  kiedy  stanęli  przy  wychodzącym  na  oczko 
wodne  oknie,  żeby  napić  się  kawy  i  zastanowić  co  robić 
dalej.  Pozostał  im  w  przeżywalni  jeszcze  jeden  obraz.  I 
pięćset  na  klatce  schodowej.  Jak  się  okazało,  Dwight 
przygotował  wcześniej  kilka  kanapek  ze  swoim 
ulubionym miodem i teraz zajadał się nimi, krusząc wokół 
niemiłosiernie. 

– Jak to gdzie? – odpowiedział Dwight. – Na stacji. 
–  Wiesz,  o  co  mi  chodzi,  Dwight.  Czemu  nie 

zapytałeś go, gdzie jest naprawdę. 

Dwight przełknął. 

background image

– Nie odpowiedziałby mi. 
– Skąd wiesz? 
–  Poznałem  po  tym,  co  mówił.  Powiedział  nam,  że 

sami  mamy  obejrzeć  jego  pokój  nad  wodospadem.  To 
znaczyło, że nie chce z nami więcej rozmawiać o domu i o 
nim samym. Nie wierzę, że nie odczytałeś tej sugestii. 

–  Myślałem,  że  Eszterhazy  to  węgierskie  nazwisko, 

nie japońskie. 

–  Nie  musisz  mieć  skośnych  oczu,  żeby  być 

Japończykiem.  –  Dwight  wskazał  dłonią  na  stolik,  na 
którym poukładał w  zgrabną piramidę kanapki.  – Czemu 
nie jesz? 

– Dwight, nie rozumiesz, że on tu gdzieś w domu jest, 

nieprzytomny,  uśpiony,  nie  wiem  jaki?  Przeżywa  swoje 
marzenie  o  stacji  kolejowej,  tak  jak  i  my  przed  chwilą. 
Powinniśmy mu pomóc, a nie obżerać się, do diabła! 

– Pomóż mu zatem. Nie jesz przecież. 
– Ale jak? Gdzie mam go szukać? 
– No właśnie. – Dwight z nieskrywanym zachwytem 

na twarzy wgryzł się w kolejną kanapkę. – Wspaniały ten 
miód.  Eszterhazy  zawsze  miał  dobry  gust.  Może  z 
wyjątkiem kobiet. 

Szolonyi drgnął. 
– A co z Martą? – szepnął. 
– Ona jest w porządku. 
– Chodzi mi o to, czy myślisz, że dalej śpi. 
– Wątpię, czy w ogóle sypia. 
–  Sam  powiedziałeś  wcześniej...  –  Szolonyi  urwał  i 

background image

zrobił urażoną minę. 

– Słyszałeś kiedyś o przenośniach? Dom śpi – tak się 

mówi, kiedy nocą jest w domu bardzo cicho. 

– Tak się mówi o domach, które nie rozmawiają i nie 

martwią  się  o  właścicieli.  Wcale  bym  się  nie  zdziwił, 
gdyby Marta sypiała w nocy. 

–  A  kto  pilnowałby  interesu?  –  Dwight  spojrzał  na 

niego zdumiony. 

– Johann. 
Dwight prychnął i zakrztusił się okruszkami. Kaszlał 

chwilę, a Szolonyi patrzył na niego z satysfakcją. 

W  milczeniu  dopili  kawę.  Lipcowy  poranek  przebił 

się  już  nawet  przez  grubą  warstwę  świerkowych  gałęzi. 
Za oknami było już zupełnie jasno. 

 
Eszterhazy  siedział  na  wysokiej  skale  nad  morzem, 

zapatrzony w dal. Księżyc wisiał uparcie nad horyzontem, 
jak gdyby trwał w jednym miejscu swej orbity, a Ziemia 
nie obracała się. 

Chwila trwała. 
–  Czekałem  na  ciebie  przyjacielu.  –  odezwał  się 

Eszterhazy,  kiedy  do  niego  podeszli.  Nie  odwrócił  się, 
tylko poprawił narzucony na ramiona koc. 

– Nie jestem sam – odpowiedział Dwight. 
– Zawsze jesteś sam. Każdy jest. 
Szolonyi  zerknął  na  towarzysza  i  napotkał  jego 

spojrzenie. Dwight pokręcił delikatnie głową, jakby dawał 
znak, żeby Vilmos się nie odzywał. 

background image

– Mogę usiąść? – zapytał Dwight. 
–  Mam  tu  mnóstwo  miejsca.  Możesz  się  nawet 

położyć.  –  Eszterhazy  dalej  nie  odwrócił  spojrzenia  od 
połyskującej srebrem wody. – Gdzie się podziewałeś? 

– Pracowałem. Buduję hotel. Na szelfie. 
– Ten podwodny, o którym kiedyś fantazjowaliśmy? 
– Właśnie ten. Nawet miejsce się zgadza. 
– Minorka... – szept Eszterhazyego przepełniony był 

tęsknotą. 

–  Marzyły  mi  się  twoje  obrazy  na  ścianach.  Grube, 

gęste dywany i twoje obrazy. W każdym pokoju inny. 

– Nie maluję już, Dwight. 
– Czemu? 
– To nie ma sensu. I tak nie da rady tego wszystkiego 

opowiedzieć.  Dobrze  wiesz.  Każdy  jest  sam  ze  swoim 
szczęściem  i  swoimi  troskami.  Nigdy  nie  wydostaną  się 
poza  jego  własny  umysł.  Nawet  jeśli  opakujesz  je  w 
obraz,  powieść  czy  symfonię.  Ktokolwiek  próbuje  je 
odczytać, odbiera swoje uczucia, nie twoje. 

– Ludzie potrafią być blisko. 
–  To  pozory.  Blisko  jesteś  tylko  ze  swoimi 

złudzeniami.  Kochasz  obraz  swojej  ukochanej,  nie  ją 
samą. To na niego możesz zawsze liczyć, na nią samą już 
nie. 

– Na mnie możesz liczyć, Laci. 
–  Nieprawda.  Masz  swoje  sprawy,  nie  możesz  być 

zawsze przy mnie. Nikt nie może. 

– Nawet Marta? 

background image

–  Nawet  ona.  Ktoś  kiedyś  odkryje  jej  istnienie.  To 

będzie koniec. Zarówno jej, jak i mnie. Nie nadaję się do 
tego świata, Dwight. Nigdy się nie nadawałem. 

–  Kiedyś  cieszyłeś  się  życiem.  Pamiętasz  nasze 

wyprawy?  Floryda,  Syberia,  Sahara?  Sprawiały  nam  tyle 
radości.  Sam  przecież  mówiłeś,  że  czujesz  się  częścią 
przyrody.  „Płynie  przeze  mnie  energia  świata”,  to  twoje 
własne słowa. 

– Wierzyłeś w to? Dwóch młodych wybrańców losu 

ze  szczytu  piramidy.  Ekipa  ratunkowa  w  koszcie 
ubezpieczenia czekająca na sygnał, żeby zakończyć happy 
endem  naszą  iluzję  podboju  dziczy  i  pustkowi  w  razie 
problemów czy wypadku. A w  tym samym czasie ludzie 
tam  w  mieście  bili  się  o  chleb.  To  było  właśnie  wtedy, 
najgorsze  dziesięć  lat  naszego  kraju  spędziliśmy  na 
zabawie. Do dziś mi wstyd. 

Dwight położył dłoń na ramieniu Eszterhazyego. 
–  Teraz  jesteś  dorosły,  masz  oczy  szeroko  otwarte, 

widzisz dalej czubka nosa. 

–  To,  co  widzę,  przyprawia  mnie  o  jeszcze  większy 

ból. Czuję się zupełnie bezsilny. Tutaj mogę przynajmniej 
oddać  się  iluzji  samotności.  Tam,  na  zewnątrz,  iluzja  w 
końcu pryśnie. Kiedyś przyjdą hordy, za dziesięć czy sto 
lat.  Zabiorą  ci  to,  co  kochasz,  pod  setką  ważnych 
pretekstów.  Sam  się  przekonasz,  Dwight,  sam  kiedyś  się 
przekonasz. Bycie człowiekiem to udręka. 

– Ale nie możesz przestać, Lajosu. Nie masz jak. 
–  A  właśnie  że  mam.  –  Eszterhazy  spojrzał  na 

background image

Dwighta i westchnął ciężko. – Właśnie że mam. 

Potem zamilkł, wpatrzony w Księżyc, który wciąż nie 

potrafił zatonąć. 

Chwila trwała. 
 
–  Jak  to  możliwe,  Dwight?  –  Szolonyi  siedział  w 

fotelu  z  niezrozumieniem  wymalowanym  na  twarzy.  – 
Myślałem,  że  on  śpi  gdzieś  tu,  w  domu,  że  na  stacji 
spotkaliśmy  jego  samego,  zadumanego  nad  swoją 
przeszłością. Że nad morze wybieramy się szukać śladów, 
jakichś zapisków w pamiętniku na stole w latarni. Czy to 
tamten  Eszterhazy,  na  stacji,  był  tylko  aktorem?  Czy  ten 
tutaj ? A może w ogóle nie widzieliśmy prawdziwego? 

– Obydwaj byli prawdziwi, Vilmosu. 
– Jakim sposobem? Przecież to... 
– Nielegalne? – zapytał Dwight z drwiącym wyrazem 

twarzy. 

– Anie jest? 
–  Vilmos,  cały  ten  budynek  to  jedno  wielkie 

przestępstwo.  Gdyby  istnienie  Marty  wyszło  na  jaw, 
hrabia  musiałby  użyć  wszystkich  swoich  koneksji,  żeby 
zachować ją przy życiu, a siebie przy majątku. Sądzę, że 
to głównie niechęć do tak ludzkich sposobów załatwiania 
spraw  skłoniła  go  do  banicji.  Mógłby  przecież  spokojnie 
tu  sobie  żyć,  załatwiwszy  z  kim  trzeba  odpowiednie 
sprawy. I ponawiając co jakiś czas swoje starania. 

–  Czemu  nas  zatem  zaprosił?  Nie  boi  się,  że 

rozgadamy światu jego tajemnicę? Aż tak nam ufa? 

background image

–  Myślę,  że  to  nie  jest  kwestia  zaufania  – 

odpowiedział Dwight, rozglądając się po pokoju. – Myślę, 
że nic mu już po prostu nie grozi. 

– Co masz na myśli? I czego szukasz? 
– Dzbanka. 
– Kancsi, o którym mówił nam hrabia na stacji? 
– Właśnie tego. 
– Jeden stoi tam, na półce. Niebieski. 
Dwight  podszedł  do  wskazanego  miejsca  i  ujął  w 

dłonie dzbanek ozdobiony wizerunkiem wąsatej twarzy z 
fajką wetkniętą w usta. 

–  Czy  to  pomieszczenie  hrabia  nazywał  salonem, 

Marto? – spytał głośno. 

– Tak, Dwight – padła odpowiedź. – To właśnie jest 

salon. 

Dwight  cisnął  dzbankiem  o  podłogę.  Szolonyi 

odruchowo  zacisnął  oczy.  Kiedy  je  otworzył,  Dwight 
pełzał  po  dywanie.  Wreszcie  zerwał  się  z  radosnym 
okrzykiem. W ręku trzymał klucz. 

–  Po  co  stłukłeś  dzbanek?  Nie  mogłeś  go  po  prostu 

wyjąć? 

–  Obróciłem  go  najpierw  do  góry  dnem,  nie 

zauważyłeś? Klucz nie wypadł, musiał być przyklejony do 
dna. 

– Jak dotrzeć do pokoju nad wodospadem, Marto?  – 

zapytał ponownie Dwight. 

–  Windą  z  kuchni  –  odpowiedziała.  Szolonyiemu 

zdało  się,  że  słyszy  w  jej  glosie  rezygnację.  –  Otworzę 

background image

panom drzwi. Są ukryte w kredensie. 

Kabina  jechała  w  dół  najwyżej  dziesięć  sekund. 

Oczom  pasażerów  ukazał  się  wyłożony  zielonym 
puszystym 

chodnikiem 

kilkumetrowy 

korytarz, 

zakończony  dębowymi  drzwiami.  Dwight,  dzierżąc  w 
dłoni klucz, ruszył w ich kierunku. Mocował się chwilę z 
zamkiem, aż w końcu nacisnął klamkę. 

Drzwi  otworzyły  się  bezszelestnie  na  niewielki, 

wykuty  w  skale  pokój.  Poprzez  przejrzystą  podłogę 
zobaczyć  można  było  przepływający  niżej  strumień. 
Jedyne umeblowanie stanowił wiszący na ścianie obraz i 
postawiony  naprzeciw  niego  niewysoki  fotel.  Siedział  w 
nim  mężczyzna,  którego  rysy  w  padającym  z 
oświetlających obraz lamp wydawały się niezwykle ostre. 
Szolonyi  dostrzegł  szponiaste  dłonie  zaciśnięte  na 
poręczach i wyszczerzone w upiornym uśmiechu zęby. 

– Vilmosu, pozwól, że ci przedstawię – powiedział z 

elegancją Dwight. – Oto hrabia Lajos Eszterhazy. 

Szolonyi rzucił się w kierunku windy. 
–  Chcę  z  powrotem  do  kuchni!  –  krzyknął.  Drzwi 

kabiny zasunęły się bezszelestnie i po chwili Szolonyi stał 
już  na  najwyższym  piętrze  domu.  Podbiegł  do  drzwi 
wejściowych i zaczął szarpać klamkę, jednak nie ustąpiły. 

– Wypuść mnie, słyszysz!? – wrzasnął, tłukąc pięścią 

w stalowe poszycie drzwi. – Chcę do domu! 

– Bardzo mi przykro, panie Szolonyi – odpowiedziała 

spokojnie Marta. – Na razie to niemożliwe. 

–  Chcę  stąd  wyjść,  nie  rozumiesz?  Nie  możesz  mi 

background image

zabronić! Jestem twoim gościem! 

Spodziewał  się  usłyszeć  złośliwy  chichot,  ale  Marta 

nie  wydała  żadnego  odgłosu.  Vilmos  trwał  bez  ruchu 
przez dłuższą chwilę z tlącą się na dnie serca nadzieją, że 
za chwilę usłyszy odgłos ustępującego rygla. Nic takiego 
się  jednak  nie  stało.  Przepełniony  wściekłością  miał 
ochotę  tłuc  i  niszczyć  otaczające  go  rzeczy,  z  trudem 
jednak powstrzymał się. 

– Dwight – powiedział sam do siebie. – Dwight został 

tam na dole. 

Pobiegł  do  windy.  Drzwi  zasunęły  się  i  kabina 

ruszyła z powrotem w dół. Nic z tego nie rozumiał. 

 
–  Uciekajmy  stąd!  –  krzyknął  Szolonyi,  kiedy 

otworzyły  się drzwi kabiny  i  ujrzał przyjaciela  w  pokoju 
na końcu korytarza. 

–  Jest  idealnie  zmumifikowany  –  krzyknął  Dwight, 

wskazując spoczywające na fotelu ciało. 

–  Dwight,  na  miłość  boską.  Ona  chce  i  ciebie 

zamknąć w tym pokoju, żebyś skończył jak hrabia! 

– Musimy tak krzyczeć przez cały korytarz? Przyjdź 

tu  i  porozmawiaj  ze  mną  jak  człowiek.  Musisz  zobaczyć 
hrabiego z bliska! To niebywale! 

Szolonyi  wyszedł  z  windy  i  podszedł  bliżej,  ale  nie 

przekroczył progu pokoju. 

– Ma nieco surowe rysy – ciągnął Dwight niezrażony 

–  ale  w  tak  suchym  powietrzu  to  zrozumiałe.  I  tak 
wygląda o wiele lepiej, niż gdyby nie było tu klimatyzacji. 

background image

–  Zrozum,  Dwight,  że  Marta  zamknęła  drzwi 

wejściowe do domu. Jesteśmy uwięzieni! 

– Zawsze możemy wybić okno i wyjść. Nie panikuj, 

proszę. 

– Ale w tym pokoju nie ma okien. Jeśli zamknie nas, 

jak  i  hrabiego  zamknęła,  to  nie  będziemy  mogli  wyjść. 
Sam widziałeś, że zamek jest tylko od zewnątrz. 

Dwight uśmiechnął się. 
– Drzwi nie były zamknięte. 
– Jak to? – powiedział zbity z tropu Szolonyi. – Czyli 

hrabia nie był tu więźniem? 

–  Przeciwnie.  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  sam,  na 

własne życzenie, doprowadził się do takiego stanu. 

– Marta mogła otworzyć drzwi już po wszystkim. 
– Nie sądzę – odparł Dwight. – Spójrz na jego twarz. 

Jest spokojna. Rzekłbym nawet, że szczęśliwa. 

–  A  to  kto  jest?  –  Szolonyi  zmienił  temat,  nagle 

uspokojony.  Wskazał  na  obraz,  na  którym  ubrana  w 
czarne  kimono  kobieta  kucała  na  brzegu  strumienia 
porośniętego  poczerwieniałymi  od  jesieni  japońskimi, 
drobnolistnymi klonami. 

–  Zgadywałbym,  że  to  kobieta  jego  życia  –  rzucił 

Dwight, podchodząc do ściany, na której wisiał obraz. 

–  Może  zaniesiemy  ją  na  górę?  –  rzucił  Szolonyi  z 

nieoczekiwanym  entuzjazmem  w  głosie.  –  Czy  może 
raczej na dół. Moglibyśmy wtedy po prostu zapytać: kim 
pani w ogóle jest? 

– Coś mówi mi – odparł Dwight po dłuższej chwili, w 

background image

czasie której dokładnie przypatrywał się obrazowi – że nic 
byśmy nie wskórali. 

– Jak to? 
–  Myślę,  że  to  najzwyklejszy,  tradycyjny  olej  na 

płótnie. 

– Skąd możesz wiedzieć? 
– Nigdzie nie znalazłem daty. 
– To ma być dowód? 
–  Oczywiście,  że  nie.  Ale  istotna  poszlaka. 

Ważniejsze  zapewne  jest  to,  że  właśnie  w  jej 
towarzystwie  hrabia  postanowił  spędzić  swe  ostatnie 
chwile.  Wyobrażam  sobie,  że  mógł  chcieć  wrócić  do 
czasów  swego  dzieciństwa,  kiedy  wszystko  było  jeszcze 
proste i naturalne, obrazy były obrazami, a domy domami. 

– Myślisz, że w tym miejscu nie ma Marty? – spytał 

Szolonyi. – Że nas nie słyszy? 

– Potrzebujesz dyskrecji? Mogę zamknąć drzwi. 
–  Nawet  się  nie  waż!  Chcę  stąd  wyjść,  i  to  jak 

najszybciej. 

–  Jak  sobie  życzysz,  przyjacielu.  Ja  też  czuję  się  tu 

nieswojo.  Pierwszy  raz  widzę  Eszterhazyego  tak 
małomównego. To bardzo nie w jego stylu. 

 
Była  druga  po  południu,  kiedy  zasiedli  do 

przyrządzonego przez Dwighta obiadu, składającego się z 
ziemniaczanego  puree  i  pieczonych  na  ruszcie  steków. 
Zjedli  go  w  milczeniu,  pogrążeni  każdy  w  swoich 
myślach. Dopiero kiedy Szolonyi posprzątał i podał kawę 

background image

ze  znalezionymi  w  spiżarni  ciasteczkami,  jego  przyjaciel 
odezwał się. 

– Jak myślisz, czemu Marta nie powiedziała nam, że 

hrabia nie żyje? – spytał, zerkając łakomie w stronę patery 
i sięgając po ciastka. 

Szolonyi wzruszył ramionami. 
– Mnie interesuje tylko jedna kwestia  – powiedział i 

napotkawszy pytający wzrok Dwighta, wyjaśnił.  – Kiedy 
otworzy  nam  drzwi  wyjściowe.  Chcę  stąd  wyjechać,  jak 
najszybciej. 

–  Czemu  nie  wybijesz  szyby?  –  odpowiedział 

pytaniem Dwight i sięgnął po więcej ciasteczek.  – Nieco 
za słodkie, prawda? 

–  Co  miałbym  zrobić  potem?  Pleść  linę  z 

prześcieradeł? Czy wołać o pomoc, może ktoś w Tucson 
nas usłyszy? Jesteśmy dwadzieścia metrów nad ziemią! 

– Pozostaje nam czekać. Lub negocjować. 
– Nie będę targował się z domem, Dwight! Już wolę 

tu siedzieć bezczynnie. Zawsze mogę pozwiedzać obrazy. 
Ciekawe, komu pierwszemu się znudzi! 

Szolonyi  pogroził  pięścią  w  bliżej  nieokreślonym 

kierunku,  a  Dwight  prychnął  na  ten  widok  śmiechem, 
zasypując blat okruszkami. 

–  Bywasz  doprawdy  pocieszny,  Vilmosu.  A  tak 

poważnie,  jak  myślisz:  czego  może  chcieć  od  nas  dom? 
Albo mówiąc dokładniej, Marta. 

–  Sądząc  po  tym,  co  robi,  zależy  jej  na  naszym 

towarzystwie.  Mógłbym  wręcz  powiedzieć,  że  czuje  się 

background image

samotna. 

–  Myślę  dokładnie  to  samo.  Po  co  innego  by  nas 

zapraszała? 

– Czemu nie skorzysta z obrazów? Mogłaby spędzić 

w  towarzystwie  hrabiego  całą  nieskończoność  i  to  po 
wielokroć. 

–  Marto?  –  zapytał  Dwight.  –  Mój  towarzysz 

zastanawia  się,  czemu  nie  pójdziesz  do  przeżywalni  z 
obrazem pod pachą, nie postawisz go na postumencie, a w 
końcu  nie  usiądziesz  w  fotelu,  aby  porozmawiać  w 
spokoju z hrabią Eszterhazy? 

–  Nic  takiego  nie  miałem  na  myśli!  –  oburzył  się 

Szolonyi.  –  Przecież  ona  ma  na  pewno  jakieś  czujniki, 
obwody,  połączenia  ze  światem  i  wtyczki!  Skoro  słyszy 
mnie  i  widzi,  skoro  umie  wysłać  odkurzacz  na  trzecie 
piętro, mogłaby chyba jakimś sposobem podłączyć się do 
obrazów, prawda? Można to sobie wyobrazić. 

– 

Masz 

rację, 

przyjacielu. 

Niepotrzebnie 

ironizowałem.  Czy  masz  taką  możliwość,  Marto?  Czy 
możesz  rozmawiać  z  hrabią,  a  raczej  z  jego...  –  Dwight 
zawiesił  głos,  szukając  odpowiedniego  słowa  –  ... 
bliźniętami, które mieszkają w obrazach? 

–  Niestety,  Dwight,  nie  mogę.  Dostęp  do  nich  mają 

tylko ludzie siedzący w fotelach przeżywalni. 

– Przecież w przeżywalni również jesteś  – zauważył 

Szolonyi. 

–  Nie  jestem  człowiekiem.  Nie  mam  mózgu,  do 

którego  budowy  pasowałaby  aparatura  odtwórcza.  Ja 

background image

tylko  mówię  ludzkim  językiem  i  mam  niektóre  ludzkie 
uczucia. Przywiązuję się, można mnie zranić. Odczuwam, 
czy raczej odbieram smutek i gniew, i radość. Potrafię się 
śmiać, mogę się obrazić. Jak pies czy kot. I tak samo jak 
one,  nie  jestem  człowiekiem,  choć  ludzie  traktują  mnie, 
jak  jedną  ze  swoich.  Niektórzy  ludzie,  przynajmniej.  A 
jednak jestem czymś zupełnie innym. 

– Jak  to jest, Marto?  – powiedział cicho  Szolonyi. – 

Jak to jest być domem? Być tobą? 

Ciszę,  która  zapadła  w  jadalni,  zakłócało  tylko 

jednostajne chrobotanie ciastek w ustach Dwighta. 

–  Niech  pan  spróbuje  wyobrazić  sobie,  że  jest  pusty 

w  środku.  Ze nie  może  się  ruszać, przenieść  czy  sięgnąć 
żadnej rzeczy. I że odczuwa ciepło i zimno, frustrację lub 
spokój.  Nie  swój  jednak,  lecz  cudzy,  swoich 
mieszkańców.  Tak  jak  zmysły  człowieka  stworzone 
zostały,  aby  zapewnić  mu  przeżycie  i  homeostazę,  moje 
zmysły  nastawione  są  na  przetrwanie  innych  –  istot 
przebywających  w  moim  wnętrzu,  przemierzających 
wszerz  i  w  głąb  moje  ciało.  Potrafi  pan  sobie  to 
wyobrazić? 

Dwight  nalał  sobie  kawy  i  po  chwili  zastanowienia 

dorzucił do filiżanki dwie kostki cukru. 

– Czemu dopiero teraz przekazałaś mi wiadomość od 

hrabiego?  –  spytał,  upiwszy  łyk.  Szolonyiego  jakby  prąd 
przeszedł. 

– Jak to dopiero teraz? – zapytał, trzeźwiejąc nagle i 

szeroko otwierając przymknięte od jakiegoś czasu oczy. – 

background image

Z kiedy pochodziła? 

– Sądząc po  obrazie  z  wiśniowym  sadem,  schnącym 

na  sztaludze  za  hrabią,  kiedy  mnie  do  siebie  zapraszał, 
musiało  to  być  równo  dwa  lata  temu.  Nie  mogłaś  mieć 
przecież  nadziei  na  jego  zmartwychwstanie.  Na  co 
czekałaś? 

–  Zastanawiałam  się  –  szepnęła  Marta.  –  Szukałam 

jakiegoś wyjścia. Ratunku. 

– O czym wy mówicie, Dwight? O co znowu chodzi? 

Czy  nie  wystarczy  nam  już  zagadek?  Czy  wiemy  może, 
czemu  Eszterhazy  zmumifikował  się  w  wykutej  w  skale 
komnacie?  Czemu  porzucił  swój  ukochany  dom?  Po  co 
zgeminizował  się,  być  może  nawet  w  dziesiątkach  albo 
setkach  egzemplarzy?  Co  miał  zamiar  zrobić  z  Martą? 
Wiemy to wszystko? 

–  Nie,  Vilmosu,  możemy  się  tylko  domyślać. 

Możemy  porozmawiać  z  nim  jeszcze,  spędzić  na 
rozmowach  z  jego  bliźniętami  dziesiątki  i  setki  godzin. 
Tylko po co? On jest martwy i nikt mu już nie pomoże. Za 
to  Marta  żyje.  I  jej  możemy  pomóc.  Po  to  nas  wezwała, 
podając się za swojego właściciela. 

–  Sprawia  jednak  wrażenie  –  zauważył  trzeźwo 

Szolonyi  –  jakby  mało  jej  na  tym  życiu  zależało.  Inaczej 
siedziałaby  cicho,  a nie  spraszała  tu  gości. Skąd  miałaby 
wiedzieć, że będziemy wobec niej lojalni? 

– Z każdym  dniem  rosną  szanse,  że  ktoś  zacznie  się 

interesować domem nad wodospadem. Że ktoś zatęskni za 
hrabią  bardziej,  niż  jego  własny,  uszyty  na  miarę  anioł 

background image

stróż. Że odnajdzie jego ciało, że dowie się w jakiś sposób 
o tajemnicy, którą kryje jego dom. Wiesz, jakie byłyby dla 
niej  konsekwencje?  Zapraszając  nas,  przekazując  nam 
komunikat  hrabiego,  zupełnie  nic  nie  ryzykowała.  Co 
najwyżej  szybszą  śmierć,  gdybyśmy  okazali  się  niegodni 
zaufania. Prawda, Marto? 

Nie odpowiedziała. 
–  A  co  mogła  zyskać?  –  spytał  Vilmos,  wstając 

nerwowo z fotela. 

–  Szansę  przeżycia.  Jest  zdana  na  ludzką  łaskę  i 

niełaskę.  Tak,  jak  nie  jest  w  stanie  podłączyć  się  do 
obrazu,  żeby  porozmawiać  z  Eszterhazym,  tak  samo  nie 
może  zadbać  o  swój  los,  inaczej  niż  powierzając  go 
ludziom. W tym wypadku nam. 

–  Co  mielibyśmy  zrobić?  Zamieszkać  tu  z  nią,  żeby 

nie  czuła  się  samotna?  –  gorączkował  się  Szolonyi.  – 
Odwiedzać  ją  co  tydzień,  pod  pozorem  wizyty  u 
hrabiego? 

–  Gdybyś  chciał,  oczywiście  możesz  tu  zamieszkać, 

jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  towarzystwu  mumii.  A  z 
weekendami tutaj to naprawdę niezły pomysł. 

– A nie można  jej jakoś... – Szolonyi zawahał się. – 

Wymontować?  Przenieść  gdzieś  indziej,  połączyć  jakimś 
sposobem z kopiami hrabiego? Żeby mogli być razem. 

–  Musiałaby  tego  chcieć.  A  przecież  cały  czas  nie 

wiemy, po co nas wezwała. Równie dobrze mogła chcieć, 
abyśmy  to  my  ją  wyłączyli.  Tak,  jak  w  Europie  można 
uśmiercić przykutego do łóżka człowieka. 

background image

– Co zatem zrobimy? Co powinniśmy? 
Dwight przełknął głośno ślinę, a potem zapytał: 
– Marto, czego od nas oczekujesz? Czy podjęłaś już 

jakąś decyzję? 

 
Dwight i Szolonyi wyszli na polanę, na której trzy dni 

wcześniej pozostawili taksówkę. Jedynie ledwo słyszalny 
szum wodospadu przypominał, że w lesie za nimi wznosi 
się pogrążony w ciemnościach dom hrabiego Eszterhazy. 

– Nie przywoziłeś ze sobą żadnej walizki – zauważył 

Vilmos, kiedy ładowali bagaże do pojazdu. 

–  Dopiero  teraz  to  zauważyłeś?  –  zapytał  z 

udawanym zdziwieniem Dwight. 

– Zajęty byłem dźwiganiem swojej. Co w niej masz? 
– Nic takiego. Kilka obrazów. 
– Obrazów? 
– Eszterhazy już dawno mi je obiecał – dodał Dwight, 

wyczuwając naganę w głosie Szolonyiego. – Co najmniej 
piętnaście lat temu. Jakoś nigdy nie miał okazji dotrzymać 
słowa. 

–  Co  ci  po  nich,  skoro  postument  i  cała  aparatura 

zostały tutaj? 

–  Powieszę  je  na  korytarzach  mojego  podwodnego 

hotelu  i  będę  podziwiać  jak  zwykłe  olejne  płótna. 
Wziąłem te najładniejsze, pięć pejzaży i stację kolejową. 

–  A  co  z  mieszkańcami,  co  z  hrabią  na  stacji?  Nie 

masz zamiaru go odwiedzać? 

– Wsiadajmy, Vilmosu. Robi się chłodno. 

background image

Kiedy  minutę  później  po  taksówce  pozostał  jedynie 

owalny  ślad  żółtej,  podeschniętej  trawy,  na  polanę 
wybiegło  stado  saren.  Węszyły  chwilę,  wyczuwając 
zanikający  już  zapach  obcych,  aż  w  końcu  zaczęły  paść 
się  pod  bezchmurnym,  rozgwieżdżonym  niebem, 
delikatnie jaśniejącym na wschodzie. 

Nareszcie znowu wszystko było jak dawniej.