background image

ANNA ONICHIMOWSKA

NAJWYŻSZA GÓRA ŚWIATA

background image

DALEJ NIŻ NA WAKACJE

To się zdarzyło zimą. Byłam wtedy jeszcze małą dziewczynką i nosiłam wielkie kokardy 

przypięte  na czubku głowy.  Moja mama  pracowała jako pielęgniarka  w szpitalu, często miała 

dyżury i nie wracała na noc do domu. Dzwoniła wtedy do mnie wieczorem i mówiła mi coś miłego 

na dobranoc.

- Moja mała córeczka - ucieszyła się, kiedy odebrałam telefon. - Co robisz? - Zaczęłam się 

zastanawiać, co właściwie robię, nie mogłam sobie przypomnieć i trwało to widocznie dosyć długo, 

bo mamusia zniecierpliwiła się trochę i spytała: - No, dlaczego nic nie mówisz?

- Nie wiem - powiedziałam zgodnie z prawdą.

- Zostaję dzisiaj na dyżurze - westchnęła. - Ale wrócę jutro rano i pójdziemy na sanki. Co ty 

na to?

- Dobrze - zgodziłam się. - Na dużą górę? - wolałam się upewnić.

- Tak, tak - roześmiała się mama, a po chwili dodała spiesznie: - Muszę kończyć, Urszulko. 

Opiekuj się babcią - zażartowała na pożegnanie, cmoknęła w słuchawkę i już jej nie było.

Zwykle, kiedy rozmawiałam z mamusią, stała nade mną babcia i też chciała coś powiedzieć. 

Teraz   nie   przyszła,   pobiegłam   więc   do   jej   pokoju   i   zobaczyłam,   że   siedzi   w   fotelu,   a   na   jej 

kolanach leży robótka na drutach.

- Babciu - powiedziałam - dzwoniła mamusia. I wróci jutro rano. I pójdziemy wtedy na 

sanki, na dużą górę.

Babcia   uśmiechnęła   się   do   mnie   leciutko,   ale   nie   poruszyła   się   wcale   i   trochę   się 

przestraszyłam.

- Chodźmy, babciu, do kuchni - pociągnęłam ją za rękę. - Ugotujemy kakałko.

- Troszkę później - wyszeptała babcia. - Wiesz, nie najlepiej się czuję - przyznała po chwili.

- Będę się tobą opiekować - obiecałam, przypominając sobie słowa mamusi.

- To   dobrze   -   westchnęła   babcia   i   poprosiła   mnie:   -   Podaj   mi,   Ulu,   tę   miseczkę   z 

lekarstwami ze stolika. I przynieś mi z kuchni szklankę mleka.

Zrobiłam   wszystko,   tylko   trochę   mleka   wylałam   na   podłogę,   ale   wytarłam   zaraz,   żeby 

babcia nie widziała.

Babcia   łyknęła   kilka   różnych   tabletek   i   jakiś   płyn   z   buteleczki   i   powiedziała,   żebym 

pooglądała sobie telewizję. Było już po dobranocce i zawsze o tej porze leżałam w łóżku, więc 

pomyślałam sobie, że coś się babci pokręciło i znów trochę się przestraszyłam. Włączyłam nawet 

telewizję, ale tam dwóch panów o czymś rozmawiało i wcale nie było to ciekawe. Znów zajrzałam 

background image

do pokoju babci. Siedziała  wciąż na fotelu,  z przymkniętymi  oczami i głową opartą na małej 

poduszeczce.

- Babciu - szepnęłam.

- Baw się, baw - mruknęła, otwierając na chwilę oczy.

- Już późno - powiedziałam niepewnie. - Nie będziemy jeść kolacji?

Babcia nic nie odpowiedziała, zauważyłam tylko, że uśmiecha się jakby do siebie i nuci coś, 

czego słów nie udało mi się rozróżnić.

„Opiekuj się babcią” - przypomniały mi się znów słowa mamusi. Stanęłam przy oknie. 

Chciałam  zobaczyć,  czy  dużo  śniegu  napadało,  ale  nic   nie  było   widać,  bo  na  szybie   wyrosły 

wielkie, srebrne osty. Próbowałam wydłubać między nimi, a potem - wy - chuchać małą dziurkę, 

ale i tak nic nie było widać. Tylko to, że jest ciemno i pusto. Poczułam się nagle okropnie samotnie. 

Zadzwonię do mamusi, postanowiłam.

Obiecałam jej, że nie będę nigdy dzwonić, chyba że zdarzy się coś bardzo ważnego, bo 

mówiła, że przeszkadzam jej w pracy. Nie byłam pewna, czy to, że jest mi samotnie, jest bardzo 

ważne czy nie, ani czy jest bardzo ważne to, że babcia siedzi i sobie nuci, zamiast położyć mnie 

spać, ale wykręciłam numer mamusi i czekałam, aż ktoś odbierze telefon. Czekałam bardzo długo, 

chyba z siedem razy zadzwoniło, zanim podniosła słuchawkę jakaś pani. Powiedziałam swoje imię 

i nazwisko i że chcę rozmawiać z mamusią.

- Co się stało? - usłyszałam po chwili jej zaniepokojony głos. - Dlaczego jeszcze nie śpisz?

- Nie gniewaj się - powiedziałam na wszelki wypadek.

- Nie gniewam się - zdziwiła się mama. - Dlaczego nie śpisz? Gdzie jest babcia?

- Babcia siedzi w fotelu - szepnęłam.

- Nie słyszę. Mów głośniej - poprosiła mama.

- Babcia siedzi w fotelu - powtórzyłam. - Opiekowałam się nią.

- To dobrze - roześmiała się. - Poproś ją do telefonu.

- Nie mogę - poczułam w gardle nagły ucisk. - Ona nie wstaje.

- Jak to?!

- Siedzi i coś sobie śpiewa. Ale bardzo cicho. - Czułam się tak, jakbym powierzała mamie 

jakąś tajemnicę.

- Zaraz   przyjadę   -  powiedziała   mama.   -  Bądź  grzeczna.   Czekaj   na  mnie   i  nic   nie  rób, 

dobrze?

- Dobrze   -   zgodziłam   się.   -   Ale   mogę   się   opiekować   babcią?   -   spytałam   na   wszelki 

wypadek.

- Zaraz będę! - krzyknęła mama i odłożyła słuchawkę.

background image

Podeszłam na palcach do pokoju babci i zajrzałam przez szparę w drzwiach. Siedziała tak 

jak poprzednio, tylko oczy miała szeroko otwarte i wydawało się, że mi się przygląda.

- Jestem, babciu - powiedziałam wchodząc. - Dzwoniłam do mamusi. Przyjedzie do nas, 

wiesz?

- Mądra Ula - szepnęła babcia. - Ach, jaka mądra. Moja mądra, duża wnusia.

Usiadłam koło niej na dywanie i bawiłam się frędzlami jej chusty. Próbowałam pozaplatać 

je w warkoczyki, ale nie bardzo mi wychodziło. Zresztą nie miałam dużo czasu do próbowania, bo 

ledwie   zdążyłam   opowiedzieć   babci,   jakie   gęste   osty  wyrosły   na   szybach,   zazgrzytał   klucz   w 

zamku i do mieszkania wpadła mama z jakimś panem w białym fartuchu. Mama miała też pod 

kożuchem   biały   fartuch   i   wyglądała   zupełnie   inaczej   niż   zwykle.   Pocałowała   mnie   tak   jakoś 

nieuważnie i od razu pochyliła się nad babcią.

- Wyjdź, kochanie, z pokoju - poprosiła mnie i zamknęła drzwi.

Przyniosłam swój stołeczek, ustawiłam na wprost drzwi i czekałam.

- Połóż się do łóżka - powiedział obcy pan, wychodząc z pokoju. - Już bardzo późno - 

dodał, jakbym tego nie wiedziała i zaczął gdzieś dzwonić.

Zrozumiałam tylko, że podał nasz adres i że jeszcze ktoś miał do nas przyjechać.

- Kto przyjdzie? - spytałam.

- Babcia jest chora - przykucnął i poklepał mnie po dłoni. - Musi iść do szpitala. Trzeba jej 

zrobić różne badania. I trzeba ją tam zawieźć. Mój samochód się do tego nie nadaje. Przyjedzie 

inny, większy. Babci będzie w nim wygodnie. Będzie mogła sobie leżeć, rozumiesz?

- Tak - kiwnęłam głową. - Do szpitala mamusi? - spytałam jeszcze.

- Tak - przyznał pan w białym fartuchu. - Tylko że na inny oddział. No, wejdź na chwilę do 

babci, jeśli chcesz, i pożegnaj się.

- Babciu - przytuliłam się do niej, a ona głaskała mnie po głowie i znów coś sobie nuciła. 

Bardzo cichutko.

Poczułam, że nie jest mi już samotnie. Słyszałam - z coraz większego oddalenia - melodyjkę 

babci, tykanie dużego, stojącego w kącie zegara i kroki mamy po pokoju. Zasnęłam.

Jedne rzeczy pamięta się dokładniej, inne mniej. Czasem jakieś wydarzenie wydaje się tak 

świeże, jakby zdarzyło się wczoraj, z innego zostają tylko strzępy obrazów, pojedyncze słowa.

Tak samo z historią choroby mojej babci. Jedne dni mam przed oczyma tak blisko, że nawet 

nie muszę się starać, aby je przywołać, inne zatarły się z biegiem lat, zgubiły w tłumie innych dni, 

innych wspomnień.

Niedługo po odwiezieniu babci  do szpitala wrócił ojciec. Był mechanikiem  na statku  i 

ściągnęli go z morza. Szczęśliwie, pływał akurat po Bałtyku i było to możliwe. Pamiętam dzień, 

background image

kiedy wrócił.

Jeszcze spałam, gdy rozległ się dzwonek do drzwi. Zerwałam się zaraz, bo usłyszałam głos 

taty i pobiegłam na bosaka do przedpokoju. Całowali się akurat z mamusią, chociaż jego walizki 

stały wciąż za drzwiami, a do mieszkania wlatywało zimne powietrze. Kiedy tylko mnie zobaczył, 

chwycił na ręce i podniósł aż pod sufit.

- Moja druga kobieta - powiedział i przyjrzał mi się uważnie. - Urosłaś - postawił mnie na 

podłodze. - Słyszałem, jaką mam mądrą córkę - pochwalił mnie, ale zaraz zauważył moje bose 

stopy i kazał mi iść po kapcie.

Jak wróciłam, znów witali się z mamusią, tylko walizki były już w środku i drzwi były 

zamknięte.

- Zostaniesz z nami? - spytałam.

- Na   razie   tak   -   powiedział,   a   widząc   moją   minę,   roześmiał   się.   -   No   co,   nie   jesteś 

zadowolona?

- Bo powiedziałeś: „na razie”. - Spuściłam głowę, bo zrobiło mi się przykro.

- Wiesz, że pracuję głównie na statkach - rozłożył ręce tatuś, a ja kiwnęłam głową, że wiem. 

- Nie martw się. Teraz przez najbliższe dni będziemy się tu rządzić we dwójkę, ty i ja. Dobrze 

będzie?

- A mamusia? - spytałam z niepokojem.

- Mamusię wyślemy do pracy - roześmiał się tatuś. - Niech pozarabia trochę pieniążków.

Tutaj mamusia też się roześmiała, a potem zrobiła dla siebie i tatusia kawę, a dla mnie 

kakao, siedzieliśmy wszyscy razem na kanapie i przytulaliśmy się do siebie, a mama opowiadała o 

babci. Że już lepiej się czuje, niedługo pewnie wróci do domu, chociaż tak w ogóle, to - jak się 

wyraziła - rokowania nie są dobre.

- Co to znaczy? - zaniepokoiłam się, bo tatuś od razu posmutniał, jak tylko to usłyszał, i 

zapalił papierosa.

- To znaczy - zawahała się mamusia - że babcia nigdy już nie będzie zupełnie zdrowa.

- Będzie cały czas w fotelu - domyśliłam się.

- Nie - pokręciła głową mama. - Będzie chodziła. Ale niedużo.

- A na spacer? - chciałam wszystko wiedzieć.

- Zobaczymy - uśmiechnął się tatuś i puścił kółko z dymu. - Pójdziemy ją dzisiaj odwiedzić. 

Wszyscy razem. Można? - Spojrzał pytająco na mamusię.

- Nie bardzo. - Wykonała nieokreślony ruch ręką. - Chyba że na chwilkę - zmiękła, widząc 

moje błagalne spojrzenie.

Babcia   wcale   nie   wyglądała,   jakby   miała   chodzić   na   spacery.   Leżała   w   łóżku   i   była 

background image

podłączona do różnych rurek i słoików. Jak nas zobaczyła wszystkich razem, zaczęła płakać. Tatuś 

powiedział mi później, że to ze wzruszenia. Porozmawialiśmy trochę, ale nie bardzo długo, bo 

babcia szybko się męczyła i musiała mieć spokój.

- Nie martw się, babuniu - szepnęłam jej na pożegnanie wprost do ucha. - Oni mówili, że 

niedługo wrócisz do domu.

Mamusia chodziła do pracy czasem rano, czasem po południu. Starała się zawsze, żebyśmy 

mieli z tatusiem przygotowany obiad, bo on umiał tylko smażyć jajecznicę i ugotować ziemniaki, a 

nie chciało nam się jeść w kółko tego samego. Cały czas leżał puchaty śnieg i chodziliśmy na 

sanki. To znaczy ja zjeżdżałam na sankach, a tatuś na nartach. Nie jeździł bardzo dobrze, bo często 

się przewracał, ale mówił, że chce się nauczyć i że moja góra jest do tego w sam raz.

Mama codziennie opowiadała nam, co słychać u babci i tata też prawie codziennie tam 

biegał.   Kupowaliśmy   jej   różne   rzeczy,   które   lubiła:   czekoladę   i   pomarańcze,   soki   i   dużo 

kolorowych pism do czytania. Mama kupiła też nową granatową włóczkę i zamówiła sobie u babci 

sweter. Powiedziała nam, że to specjalnie, żeby babcia miała co robić i się nie nudziła.

Byłam jeszcze dwa razy u babci w szpitalu. Za pierwszym razem ucieszyłam się, że nie 

wystają już z niej te wszystkie dziwne rurki, za drugim - że podnosi się z łóżka. A potem babcia 

wróciła do domu.

Ale nie było już tak jak dawniej. Na babci łóżku stale leżała pościel, przykrywana tylko 

kocem, a do jej pokoju przybył malutki telewizor, który tatuś pożyczył od swojego kolegi.

- Będziesz musiała pójść, córeczko, do przedszkola - powiedziała mamusia. - Będziesz tam 

miała towarzystwo i nowe zabawki - zachęcała mnie. - Wszystkie twoje koleżanki z podwórka 

chodzą do przedszkola.

- Nie wszystkie - zaprzeczyłam. - Nie chodzi ani Ania, ani Ela...

- W przyszłym roku pójdziesz już do szkoły - przypomniała mi mama. - Będzie ci łatwiej, 

jeśli przyzwyczaisz się do przedszkola.

- Chcę być z babcią - powiedziałam stanowczo. - Będę się nią opiekować. Sama mnie 

kiedyś prosiłaś.

- Tak - poprawiła mi na głowie kokardę. - Pamiętam. Byłaś wtedy bardzo dzielna...

- No właśnie - przerwałam jej. - Przecież mamy telefon. I tatuś jest w domu. I ty często 

jesteś...

- Tatuś będzie musiał wrócić do pracy - westchnęła mama.

- Jutro? - zaniepokoiłam się.

- Nie - uśmiechnęła się mama. - Ale kiedyś będzie musiał.

- Pojedziesz ze mną na wakacje? - spytałam babcię, siadając na brzegu jej łóżka.

background image

Babcia leżała pod kołdrą i udawała, że ogląda telewizję. Wiedziałam, że nie patrzy, bo to 

był mecz piłki nożnej, a babcia nigdy nie interesowała się sportem.

- A chciałabyś? - spytała.

- No pewnie - zdziwiłam się. - Bez ciebie nie pojadę - powiedziałam stanowczo.

Na wakacje jeździliśmy zawsze do starego, drewnianego domu, który stał w środku lasu. 

Było tam bardzo mało ludzi. Pod sam próg przybiegały zające, a jeże przychodziły całą rodziną 

napić się mleka z wystawianych specjalnie dla nich miseczek.

- A co ja tam będę robić, Uleńko? - spytała babcia i zobaczyłam, że ma bardzo smutne oczy. 

- Jaki ze mnie pożytek? Ani wody nie przyniosę, ani do sklepu nie pójdę, z gotowaniem... różnie 

bywa, zależy, jak się czuję... Nawet na grzyby nie będę mogła iść...

- Postawimy ci łóżko pod drzewami - powiedziałam. - Będziesz sobie patrzeć na niebo i na 

drzewa. I na jeże - przypomniałam sobie. - Wiesz, zakupy to ja już sama umiem robić. Wczoraj 

kupiłam chleb, masło i cukier. Powiedz, babciu, że pojedziesz...

- Do lata daleko... - zamyśliła się babcia. - Kto wie, co jeszcze się zdarzy?

- No właśnie - klasnęłam w ręce. - Do lata to ty, babciu, będziesz już biegać!

- Biegać... - powtórzyła babcia i roześmiała się. Wtedy ja wyobraziłam sobie babcię - nie 

wiem dlaczego - z siatką na motyle, jak biegnie przez wysoką trawę, i też zaczęłam się śmiać. Tak 

śmiałyśmy się obie i śmiały, aż wszedł tatuś, popatrzył na nas ze zdumieniem i pokręcił głową.

- No, no - powiedział. - Co wam tak wesoło, babeczki?

To nas znowu okropnie rozśmieszyło. Kiedy już wyśmiałyśmy się, babcia spojrzała na mnie 

z czułością i powiedziała:

- Jesteś moim najjaśniejszym promyczkiem.

- Chodź, promyczku - zachęcił mnie tatuś. - Mama przygotowała dla babci coś pysznego. 

Będzie jej bardzo smakowało, jeśli to ty jej podasz.

Pamiętam, że właśnie po tej rozmowie zaroiło się w moich snach od motyli. Były różne. 

Małe   i   wielkie,   bardziej   i   mniej   kolorowe,   a   pojawiały   się   zawsze   w   towarzystwie   babci,   na 

wielkiej, zielonej łące.

To było w niedzielę. Pojechałam z mamusią w odwiedziny do cioci Ali, a tato został z 

babcią. Ciocia Ala ma dwie córki, które już chodzą do szkoły, psa, kota i mały domek z ogródkiem 

na   przedmieściu.   Najpierw   poszłyśmy   wszystkie   razem   na   spacer,   a   potem   mama   z   ciocią 

szykowały obiad, a my lepiłyśmy bałwana. Właśnie kiedy szukałam węgielka na jego drugie oko, 

zobaczyłam, jak mamusia biegnie do furtki.

- Mamusiu! - zawołałam, ale ona zamachała mi tylko ręką i pobiegła do autobusu.

Wróciłam do domu cioci, a razem ze mną wrócił pies. Narobiliśmy mnóstwo czarnych 

background image

śladów, ale ciocia chyba nawet tego nie zauważyła, mimo że normalnie rozdaje wszystkim szmaty 

pod obuwie i bardzo dba o czystość. Miała zaczerwienione oczy i mieszała coś w dużym garze.

- Gdzie poszła mamusia? - spytałam.

- Rozbierz się, Urszulko, zgrzejesz się - powiedziała ciocia, nie przerywając mieszania.

- Gdzie poszła mamusia? - powtórzyłam, nie ruszając się z miejsca.

Ciocia westchnęła, odłożyła łyżkę, pochyliła się nade mną i pocałowała mnie w czoło.

- Był telefon, wiesz? - spytała. Pokręciłam głową. - Dzwonili ze szpitala. - Ktoś tam nie 

zgłosił się na dyżur i mama musiała iść do pracy. Była tam potrzebna, rozumiesz?

- Dlaczego mi nie powiedziała?

- Bardzo się spieszyła. Nie miała czasu. - Ciocia odwróciła głowę.

- Kiedy przyjdzie? - Poczułam niepokój. Mama nigdy się tak nie zachowywała.

- Dzisiaj przenocujesz u nas. Dziewczynki mają teraz przerwę w szkole, będziecie mogły 

jutro się pobawić.

- Chcę do domu... - Zbierało mi się na płacz.

- No, co ty, Ula. - Ciocia zdejmowała mi kurtkę.

- Bo będzie mi przykro i pomyślę sobie, że wcale nas nie lubisz.

- Lubię - szepnęłam i wybiegłam z kuchni. Podeszłam do telefonu i wykręciłam numer 

mamusi do pracy. Odebrał jakiś pan. Poprosiłam mamusię.

- Ona dzisiaj nie pracuje - usłyszałam. - Pomyliło ci się. - A kiedy nic nie odpowiedziałam, 

spytał: - Czy coś się stało?

- Nie - odłożyłam słuchawkę, bo nade mną stała ciocia i przyglądała mi się z niepokojem.

- Gdzie dzwoniłaś? - spytała.

- Mamusia dzisiaj nie pracuje...

- Nie dojechała jeszcze do pracy, dlatego tak ci powiedzieli - zaczęła tłumaczyć ciocia, ale 

zaczerwieniła się przy tym i już wiedziałam, że kłamie. - Przecież wiesz, że to daleko - dodała 

niepewnie. - Zawołaj dziewczynki z ogródka. Obiad gotowy.

Po obiedzie znów chciałam zadzwonić, ale kiedy podniosłam słuchawkę, nie było żadnego 

sygnału.

- Zepsuł się telefon - powiedziałam.

- Trzeba będzie jutro wezwać jakiegoś magika - odezwał się wujek, który przyszedł tuż 

przed obiadem. - Chodźcie, dziewczyny. Nauczę was grać w pokera. Zrobimy tu jaskinię hazardu - 

zażartował.

Wujek był bardzo fajny. Dużo się śmiał i zawsze lubił się z nami bawić.

- Co ty opowiadasz - przestraszyła się ciocia.

background image

- Będziemy   grać   na   forsę   -   ciągnął   wujek   i   zrobił   taką   minę,   że   nie   mogłam   się   nie 

roześmiać. A potem dał każdej z nas po dwa złote i wytłumaczył zasady gry.

Kiedy skończyliśmy grać i wujek policzył moje pieniądze, miałam pięć złotych dwadzieścia 

groszy i wujek powiedział, że będzie ze mnie pokerzystka pierwszej klasy, a za te pieniądze mogę 

sobie zaszaleć. Znów się pośmieliśmy,  bo wiedziałam, że żartuje i że mogę sobie za to kupić 

najwyżej dużą czekoladę.

- Wujku   -   poprosiłam,   kiedy   zrobiło   się   już   późno   i   trzeba   było   iść   spać.   -   A   może 

zawieziesz mnie do domu? Tam jest tatuś i babcia...

- Nie mogę - pokręcił głową wujek. - Umówiliśmy  się z twoją  mamą,  że tu po ciebie 

przyjedzie.

- A umowa, to jest umowa, rozumiesz?

Nie bardzo rozumiałam, ale kiwnęłam głową na wszelki wypadek, bo nie chciało mi się już 

rozmawiać,   nawet  z  wujkiem.  A   potem   położyłam  się   do  łóżka.  Leżałam  w  obcej   pościeli  w 

niebieskie paski, w piżamce mojej kuzynki, a koło mnie, na poduszce, leżała nieznajoma małpa z 

różowego pluszu.

- Idź sobie - odsunęłam ją od siebie w sam kąt koło ściany, przykryłam głowę kołdrą i 

starałam się jak najszybciej zasnąć, żeby już było jutro i żebym mogła wrócić do domu.

W nocy znowu przyśniła mi się wielka polana, po której biegała babcia. Tylko że nie było 

na   niej  zielonej  trawy, lecz   głęboki  śnieg.   Koło   babci   wirował   ogromny,  czarny  motyl.   Dużo 

większy od wszystkich, które kiedykolwiek mi się śniły. Dużo większy od babci. Wydawało mi się, 

że babcia tańczy z nim jakiś dziwny taniec. Miała pogodną twarz, uśmiechała się do mnie i nuciła. 

Nie mogłam rozróżnić słów, chociaż wiedziałam, że skądś to znam. A potem wsiadła na motyla i 

wzbiła się w powietrze. Jeszcze przez chwilę tańczyły na wietrze frędzle jej chusty, a potem - kiedy 

zrobiło się zupełnie biało i cicho - otworzyłam oczy.

Wtedy, we śnie, ostatni raz tak wyraźnie widziałam babcię. Kiedy wróciłam do domu, już 

jej nie było. Mówili mi, że jest w szpitalu, ale nigdy nie chcieli zabrać mnie w odwiedziny. A 

potem - że wyjechała do sanatorium. Potem nie mówili już nic, a ja nie pytałam. Przez pierwsze dni 

jeszcze dwa razy nocowałam u cioci - miałam tam już nawet swoją piżamę i swojego misia, ale i 

tak   czułam   się   obco.   Z   pokoju   babci   zniknął   mały   telewizorek   i   pościel   z   tapczana,   a   kiedy 

zajrzałam do szafy, zobaczyłam, że wiszą w niej ubrania tatusia.

Było coraz cieplej. Drzewa zrobiły się zielone i można już było wychodzić na dwór w 

sandałkach.

- Pojedziemy dzisiaj na cmentarz - powiedział kiedyś tatuś i pocałował najpierw mnie, a 

potem mamusię.

background image

Po drodze kupiliśmy dużo tulipanów i żonkili, a przed cmentarzem - znicze.

Grób, przed którym zatrzymaliśmy się, był z gładkiego czarnego kamienia, a nad nim stał 

krzyż. Z krzyża patrzyła na mnie uśmiechnięta twarz babci.

Nie znałam tego zdjęcia, przemknęło mi przez głowę.

Do wazonów po obu stronach krzyża wstawiliśmy kwiaty, a tatuś poszedł po wodę.

- Nie pojedziesz już ze mną na wakacje - szepnęłam cichutko i zrobiło mi się smutno.

- Pojechałam dalej - wydało mi się, że słyszę szept babci.

Nad kwiatami wirowały już motyle.

- Wiem - uśmiechnęłam się do niej.

- Tu leży twoja babunia - szepnęła mama i przytuliła mnie do siebie.

Oni nic nie wiedzą, pomyślałam ze zdumieniem, patrząc w spokojne oczy babci.

background image

TAJEMNICA

Postanowiłem, że nikomu ich nie pokażę. Były bardzo ładne. Takie mięciutkie i bezbronne. 

Normalnie ślimaki mają skorupki, a one były zupełnie gołe. Duże i czarne, z długimi, chudymi 

rogami. Leżały na łopianowych liściach przy rowie i wyglądało na to, że się nudzą. Włożyłem pięć 

z nich do dużego słoja po ogórkach i dałem im kawał liścia do środka, żeby się czuły jak u siebie. 

A potem, gdy wróciliśmy z wycieczki do domu, wsadziłem słój pod łóżko.

W pokoju mieszka razem ze mną moja starsza siostra Iza. Chodzi już do szkoły, do trzeciej 

klasy. Nie lubię jej i ona chyba też mnie nie lubi. .

Poprzednio miałem świerszcze. To ciągle narzekała, że ćwierkają i że to jej działa na nerwy. 

I że męczę zwierzęta, tak jeszcze mówiła. Wyszedłem z nimi kiedyś na spacer i wtedy uciekły. 

Było mi okropnie przykro, ale babcia powiedziała, że i tak trzeba je było wypuścić, bo świerszcze 

nie mogą żyć w więzieniu. Mnie by wcale nie przeszkadzało, żeby skakały sobie po pokoju, ale Iza 

w ogóle nie chciała o tym słyszeć.

To   było   właśnie   najgorsze.   Nie   mogłem   mieć   żadnego   zwierzaka.   Ani   dużego,   ani 

średniego, ani zupełnie malutkiego. Miałem już psa i morską świnkę, i białe myszy, i patyczaki, i 

wszystko   musiałem   pooddawać   albo   powypuszczać   na   wolność.   Dlatego   schowałem   moje 

ślimaczki pod łóżko, żeby nikt się do nich nie wtrącał. *

Były takie grzeczne i cichutkie. Pomyślałem sobie, że nareszcie będę miał coś na dłużej. I 

że na spacer można będzie z nimi wychodzić, bo tak wolno łażą, że nie mogą uciec. Zresztą po co 

miałyby uciekać. Widziały chyba, jak bardzo je lubię.

Wsadzałem   im   właśnie   listek   sałaty   do   słoika,   kiedy   wróciła   Iza.   Ledwie   zdążyłem 

wepchnąć słoik pod łóżko, wpadła do pokoju.

- Dlaczego leżysz na podłodze? - spytała. '„'* - Tak sobie - odburknąłem.

- Wstawaj. - Szarpnęła mnie za nogę. - Babcia prosiła, żebyś przyszedł - powiedziała i 

wyciągnęła się na tapczanie.

Podniosłem się i poszedłem do kuchni.

- Masz okazję zrobić zakupy - uśmiechnęła się do mnie babcia. Wiedziała, że bardzo to 

lubię. Od pół roku kupowałem już różne rzeczy w budce warzywnej koło naszego domu. - Kup 

koperek i kalafior, zgoda? - spytała, wręczając mi siatkę z portmonetką.

Pobiegłem  w   podskokach.   W  kolejce   stało  kilka  osób,   ale   nie  nudziłem   się,  bo  akurat 

stuknęły się dwa samochody i było bardzo fajnie. Kierowcy się kłócili, czyja wina, i ludzie, którzy 

to widzieli, też, a potem przyjechała policja, wszystko oglądała i coś pisała w zeszycie.

background image

- Babciu! - zawołałem po wejściu do domu. - Fiat walnął poloneza, wiesz?

Ale babcia nic nie odpowiedziała, za to usłyszałem wrzaski Izy:

- Tu! Tu łazi! Babciu, zobacz!

Iza skakała po swoim tapczanie i krzyczała, a babcia chodziła na czworakach po pokoju. 

Kiedy stanąłem w drzwiach, obie spojrzały na mnie, a Iza syknęła:

- Znowu naznosiłeś jakichś glist do mieszkania...

- One są w słoiku - zacząłem się bronić. - Nikomu nie przeszkadzają.

- W słoiku! - wrzasnęła moja siostra. - Były, ale wylazły.

- Nie zamknąłeś słoika - powiedziała babcia, wstając. - Pokrywka leżała obok.

- Zapomniałem... - zmartwiłem się. - Ona tak szybko wleciała do pokoju, a ja akurat je 

karmiłem... Ale na pewno nie poszły daleko... One nie umieją szybko chodzić. To są ślimaki, a nie 

żadne glisty.

- Obrzydliwe! - krzyknęła Iza.

- Ja je zaraz znajdę - zacząłem się rozglądać. W słoiku koło babci były dwa ślimaki.

- Te wspinały się na twoje łóżko - powiedziała babcia.

- Boję się usiąść... - jęczała Iza.

- Ile ich było? - spytała babcia.

- Jeszcze trzy - wzruszyłem ramionami.

Tyle hałasu o parę małych zwierzątek. Zobaczyłem jedno z nich na parapecie i wziąłem 

ostrożnie do ręki. Przestraszony ślimak schował rogi.

- „Ślimak, ślimak, wystaw rogi, dam ci sera na pierogi” - zadeklamowałem uroczyście, ale 

babcia pogoniła mnie:

- Pospiesz   się,   Jasiu.   Wolałabym,   żeby   -   jak   wrócą   rodzice   -   nie   było   już   tutaj   tej 

menażerii...

- Ale, babciu - zacząłem ją prosić. - Ja będę zamykał słoik, naprawdę, pozwól mi.

- Nie zgadzam się!!! - darła się Iza. - To też mój pokój. Ja się będę bała! Ja nie chcę!

- Sam widzisz. - Rozłożyła ręce babcia. - Nie ma o czym mówić. A poza tym będzie im 

lepiej na wolności. Tak samo jak świerszczom. Tak lubisz zwierzęta, a więzisz je. To nie jest w 

porządku.

- Tam! - krzyknęła Iza. Czwarty ślimak sunął przy ścianie w kierunku drzwi.

Zazgrzytał klucz w zamku.

- Hej! - zawołał tatuś. - Co to za obyczaje! Nikt mnie nie wita. - A zaraz potem krzyknął: - 

Ojej! A co to?

Kiedy   przybiegłem   go   uściskać,   trzymał   w   dwóch   palcach   wyciągniętej   ręki   kapeć. 

background image

Zabrałem delikatnie ślimaka, leżącego na jego szarej flanelce, i zaniosłem do słoika.

- A teraz wiesz, Jasiu - powiedziała babcia - co masz zrobić?

- Nie mogę ich wypuścić byle gdzie - zaprotestowałem. - Tu na pewno nie będzie im się 

podobało. Nie ma żadnych gęstych krzaków ani nic. A zaraz za trawnikiem jest jezdnia. Mogłyby 

wpaść pod samochód. Sama wiesz, jak one się wloką. Nie mogą przed niczym uciec.

- Nie   martw   się   -   pocieszył   mnie   tatuś.   -   Po   obiedzie   przejdziemy   się   do   parku.   Tam 

poszukamy czegoś specjalnie dla nich. A skąd ty je właściwie przyciągnąłeś?

- Z wycieczki.

- Nieźle - roześmiał się. - To jest ten słój po ogórkach, którego mama szukała...

- Nie mów jej lepiej, co? - poprosiłem.

- Zgoda - powiedział tatuś. - Ale pod jednym warunkiem... Domyślasz się, jakim?

Pokręciłem głową, chociaż, tak naprawdę, wiedziałem, że chodzi im wciąż o to samo.

- Obiecaj, Jasiu - spojrzał na mnie tatuś, marszcząc brwi. - Żadnych mieszkańców więcej w 

naszym domu. Dogadaliśmy się?

- Tak - mruknąłem, chociaż nie bardzo mogłem to sobie wyobrazić.

- Chodźcie na obiad - zaprosiła nas babcia. - Ziemniaki wystygną.

- A mama? - spytała Iza.

- Powinna zaraz przyjść. Coś się spóźnia... - spojrzała na zegarek babcia.

- Może   jeszcze   chwilkę   poczekajmy   -   zaproponował   tatuś   i   właśnie   wtedy   zadzwonił 

dzwonek do drzwi, i byliśmy już w komplecie.

- Nie ma do mięsa żadnej jarzynki? Zdziwił się tatuś, kiedy babcia podała drugie danie.

- Oj, zapomniałam... - zmartwiła się babcia. - Trzeba przynieść z piwnicy żurawiny.

- Ja przyniosę - zaproponowałem.

- Nie   otworzysz   kłódki   -   powiedziała   mama   A   zresztą   skąd   będziesz   wiedział,   jak 

wyglądają?

- Wszystko wiem - oburzyłem się. - Prawda, babciu? Jak ostatnio byliśmy razem w piwnicy, 

to kto otwierał drzwi? No, powiedz?

- Dobrze   już,   dobrze...   -   Roześmiała   się   babcia.   -   Rzeczywiście,   Jaś   otwierał.   Niech 

spróbuje. Tylko szybko wracaj! Krzyknęła jeszcze, kiedy zbiegałem po schodach.

W   piwnicy   było   zupełnie   inaczej   niż   gdzie   indziej,   ciekawie   pachniało   i   przez   szpary 

między deskami można było zobaczyć, co kto ma u siebie pochowane. U nas stała stara szafka, a w 

niej   poustawiane   różne   słoiki.   Od   kiedy   mama   zrobiła   porządki,   dużo   mniej   lubiłem   tu 

przychodzić. Wziąłem słoik z półki, na której stały żurawiny i właśnie wtedy coś pisnęło. Najpierw 

troszkę się przestraszyłem, ale nie bardzo, a zaraz potem ujrzałem go. Był niesamowicie malutki, 

background image

rozczochrany, brązowy z niebieskimi oczami. Trząsł się', chyba ze strachu, a kiedy go podniosłem, 

wczepił mi się pazurkami w sweter i znów zapiszczał. Był bardzo chudy, po prostu nic nie ważył.

- Kiziulek... - szepnąłem, gładząc jego nastroszone futerko. - Nie bój się... Ja się nazywam 

Jasio, wiesz? I to jest moja piwnica. Możesz sobie tu mieszkać, jak długo chcesz... No, co się 

trzęsiesz? Pewnie jesteś głodny... Przyniosę ci zaraz coś do jedzenia. Zaraz. Tylko czekaj na mnie, 

dobra? Teraz muszę już lecieć, ale potem sobie pogadamy...

Z wora ze starymi ubraniami wyciągnąłem sukienkę Izy i zwinąłem ją w kącie. Położyłem 

na  niej  delikatnie  kotka i zamknąłem  drzwi  na kłódkę.  Przyłożyłem  jeszcze  oko do szpary w 

deskach, ale nic nie było widać.

- Nareszcie! - krzyknęła Iza, kiedy wróciłem.

- Dałeś sobie radę z kłódką? - spytała mama.

- Tak - kiwnąłem głową i przypomniałem sobie, że zostawiłem w piwnicy żurawiny.

- Ale widzę, że nic nie przyniosłeś - zdziwiła się babcia. - Zapomniałeś, gdzie stoją?

- Tak - skłamałem. - Ale już sobie przypomniałem i zaraz przyniosę.

- Głupi! - prychnęła Iza.

- Daj spokój - zgromił ją wzrokiem tato. - Siadaj szybko i jedz - powiedział do mnie. - 

Obejdziemy się bez żurawin.

Zjadłem   wszystko   błyskawicznie,   a   mama   cieszyła   się,   że   nareszcie   mam   apetyt.   Tym 

bardziej że zaraz potem poszedłem do kuchni i wziąłem kawałek kiełbasy.

- Zaraz wracam - powiedziałem i otworzyłem drzwi.

- Mamy iść do parku - przypomniał mi tatuś.

- Wiem - kiwnąłem głową.

- Gdzie idziesz? - spytała mama.

- Do piwnicy, po żurawiny.

- Już nie trzeba - roześmiała się.

- Będą na jutro - uparłem się i wyszedłem.

Kiedy zobaczyłem, że kotka nie ma na jego posłaniu, poczułem, jak serce podchodzi mi do 

gardła ze strachu.

- Kici, kici - zawołałem go niepewnie. - To ja, Jasio. Przyszedłem do ciebie. I przyniosłem 

ci kiełbasę. Nie mogłem szybciej, naprawdę.

Z kąta za szafą popatrzyły na mnie niebieskie guziczki oczu.

- Jesteś! - ucieszyłem się i wziąłem go na ręce. - Masz - podetkałem mu pod nos kiełbasę, 

ale odwrócił się i chwycił  do pyszczka mój sweter. Ssał go przez chwilę, a potem wypuścił i 

zapłakał.

background image

- Kiciuniu - pogłaskałem go, a on znowu zapiszczał. - Będziesz się nazywał Piotruś, chcesz? 

- wyszeptałem. - I będziesz tylko mój. Zupełnie mój, rozumiesz? Nikt nie będzie o tobie wiedział. 

Tylko ja. Wziąłbym cię do domu, ale nie mogę. Oni się nie zgodzą. Ale tutaj też będzie ci dobrze. 

Będę ci przynosił jedzenie i w ogóle wszystko co trzeba. I będę do ciebie często przychodził, i 

rozmawiał z tobą. Ale dlaczego nie chcesz tej kiełbasy? No, zobacz, jaka dobra...

- odgryzłem kęs, żeby go zachęcić. - No, jeden gryz ty, jeden ja... - Piotruś znów zapiszczał, 

a kiedy wypuściłem go na podłogę, zrobił siusiu.

- Będziesz musiał nauczyć się robić do tacki...

- Przypomniałem sobie, jak to jest u mojego kuzyna Krzyśka. - Do tacki z papierem. Jak 

tylko wrócę z parku, przyjdę do ciebie. I przyniosę ci tackę. I może jeszcze coś, co będzie ci 

bardziej smakowało od kiełbasy.

Nie byłem pewien, czy Piotruś słuchał uważnie, bo wygrzebał z jakiegoś kąta duży guzik i 

turlał go po podłodze, nie zwracając na mnie uwagi.

- Pa, na razie - pożegnałem go i pobiegłem na górę.

Dla ślimaków  znaleźliśmy  z tatusiem bardzo  fajny kąt,  ocieniony,  z dala  od głównych 

alejek,   pełen   różnych   chaszczy   i   wysokich   traw.   Tatuś   powiedział,   że   jest   to   wyjątkowo 

zapuszczone miejsce i że park nie powinien tak wyglądać, ale myślę, że ślimakom bardzo się 

podobało. Było mi trochę przykro, gdy straciłem je z oczu, ale nie bardzo, bo myślałem wciąż o 

Piotrusiu i o jego guziku, i jeszcze o tym, jak ssał mój sweter, i o kiełbasie, którą mu zostawiłem.

- Nie martw się - powiedział tatuś i poklepał mnie po plecach. - Masz ochotę na watę 

cukrową?

- Nie - pokręciłem głową. - Muszę wracać.

- Jak to? - zdziwił się tatuś. - Dlaczego?

- Nie mogę ci powiedzieć. - Poczułem, że się czerwienię.

- Tajemnica? - zażartował tatuś.

- Tak - kiwnąłem głową z powagą.

Jak ja z nim sobie poradzę? - zmartwiłem się nagle, przypominając sobie znów wzgardzoną 

kiełbasę i płacz Piotrusia.

- W   porządku   -   wzruszył   ramionami   tatuś.   -   Wracamy.   Może   kiedyś,   jak   dostaniemy 

wreszcie większe mieszkanie - odezwał się nagle - będziesz mógł mieć jakiegoś przyzwoitego 

zwierzaka.

- Przyzwoitego? - zdziwiłem się.

- No, to znaczy psa albo kota... Coś takiego, z czym można się zaprzyjaźnić. - Bo nie sądzę, 

żebyś mógł się zaprzyjaźnić ze ślimakami.

background image

To nie była prawda, ale nie powiedziałem tego głośno. Spytałem z nadzieją:

- Lubisz koty?

- Niespecjalnie - przyznał. - Mogę chyba powiedzieć, że są mi obojętne.

- Nawet takie zupełnie małe?

- Wszystkie - roześmiał się tatuś.

- A znasz się na kotach? - Pomyślałem, że mogę się czegoś dowiedzieć.

- Na rasach? - spytał.

- Nie - pokręciłem głową. - Tak w ogóle. Co jedzą, piją i takie tam różne.

- To wiem... mniej więcej - zawahał się tatuś. - Jedzą mięso i ryby. Myślę, że też jajka i ser. 

A piją mleko. No i wodę.

- A kiełbasę lubią? - spytałem.

- Owszem - przytaknął tatuś i roześmiał się. - Oj. Bo pomyślę, że masz teraz pod łóżkiem w 

słoiku jakiegoś kota.

- Oddałem   babci   słoik   -   powiedziałem   z   godnością.   To   wcale   nie   było   śmieszne. 

Wyobraziłem sobie Piotrusia w słoiku po ogórkach i aż wzdrygnąłem się ze strachu. - A takie 

zupełnie małe koty - upewniłem się jeszcze, bo wchodziliśmy właśnie na nasze podwórko - też 

jedzą kiełbasę?

- Wszystkie niemowlęta, kocie też - wytłumaczył mi tatuś - piją tylko mleko.

Tym razem, kiedy otworzyłem piwnicę, Piotruś leżał na posłaniu, które mu umościłem.

- Mądry Piotruś - ucieszyłem się i postawiłem przed nim spodek mleka. Kiełbasa leżała 

nietknięta w kącie. - Miałem kłopoty, żeby do ciebie przyjść.

Nie chcą mnie samego wypuszczać, wiesz? No, co nie pijesz? - przysunąłem mu spodek 

pod sam nos. Spojrzał bezradnie i zapiszczał cicho. Umoczyłem palec w mleku i dałem mu polizać. 

Ożywił się wyraźnie. Zlizał wszystko, i jeszcze, i jeszcze raz, a kiedy spode - czek był już pusty, 

zaczął mi ssać palec.

- Ty niemowlaczku - rozczuliłem się i wziąłem go na ręce.

Wsunął mi nos pod pachę i zaraz zasnął. Położyłem go w kącie i wyszedłem ostrożnie, na 

palcach, żeby go nie zbudzić.

W nocy źle spałem, bo ciągle wyobrażałem sobie Piotrusia samego w ciemnej piwnicy i 

martwiłem się o niego. Czy się nie boi i czy nie jest głodny.

Rano nie mogłem doczekać się, żeby Iza wreszcie poszła do szkoły.

- Babciu! - krzyknęła, kiedy tylko wstałem i zacząłem się ubierać. - Dlaczego Jasiek nie 

śpi?

Babcia stanęła w drzwiach pokoju i popatrzyła na mnie uważnie.

background image

- Umyj się najpierw - przypomniała mi. - A ty, Iza, pospiesz się, bo spóźnisz się do szkoły.

- Dlaczego on tak wcześnie wstaje? - wypytywała Iza babcię.

- Nie wiem - usłyszałem jeszcze. - Widocznie nie chce mu się spać.

Potem szum wody zagłuszył wszystko, a kiedy wychodziłem z łazienki, za Izą zamykały się 

właśnie drzwi.

- Nie ma mleka? - zaniepokoiłem się, zaglądając w kuchni do garnka.

- Jest kakao - powiedziała babcia, smarując mi bułkę miodem.

Nie byłem pewien, czy Piotruś lubi kakao tak jak ja, zajrzałem więc na wszelki wypadek do 

lodówki.

- Czego szukasz? - spytała.

- Mleka - spuściłem głowę.

- Masz ochotę na mleko?

Mruknąłem coś niewyraźnie w odpowiedzi, bo nie lubię kłamać, a nie mogłem przecież 

powiedzieć prawdy. Piotruś był moją tajemnicą i nikt, nawet babcia, nie mogła o nim wiedzieć.

- Możemy iść do sklepu zaraz po śniadaniu, jeśli chcesz - zaproponowała babcia.

Jadłem   bardzo   szybko,   żeby   już   było   po   śniadaniu   i   żebyśmy   mogli   kupić   mleko   dla 

Piotrusia.

- Czy wszystkie niemowlaki to takie ofermy? - spytałem, kiedy czekaliśmy w sklepie na 

koszyki.

- Dlaczego ofermy? - zdziwiła się babcia.

- No,   niczego   nie   umieją   same   robić...   Nawet   pić   same   nie   umieją   -   wyjaśniłem   z 

ociąganiem.

- Niemowlaki karmi się przez smoczek - uśmiechnęła się babcia i dodała: - Nie wiem, czy 

pamiętasz, że Iza ma taką malutką buteleczkę ze smoczkiem, dla lalek...

To był pomysł! Przytuliłem się do babci z wdzięcznością.

Jestem pewien, że gdyby Piotruś tylko  umiał  mówić, też chwaliłby moją babcię, a tak 

mruczał tylko z zadowolenia, a w buteleczce z każdą chwilą było mniej mleka.

- Ale z ciebie łakomczuch! - zaśmiałem się, a Piotruś pisnął potakująco.

Potem   pobawiliśmy   się   trochę,   a   kiedy   ułożył   się   na   swoim   posłaniu   i   zamknął   oczy, 

opowiadałem mu jeszcze różne rzeczy, takie, które można powiedzieć tylko na ucho najbliższemu 

przyjacielowi.

- Zabrałeś moją butelkę dla lalek! - krzyknęła Iza.

- Skąd wiesz? - spytałem.

- Bo nie ma - wzruszyła ramionami. - A nikt inny by nie wziął. Oddawaj!

background image

- Do czego ci ona? - spytałem z ociąganiem.

- A co cię to obchodzi? To moja butelka i ma stać na miejscu.

- Ale tobie nie jest potrzebna - próbowałem ją przekonać. - Nie masz przecież żadnego 

niemowlaka. Wszystkie twoje lalki są duże. A poza tym są na niby, a nie naprawdę.

- Sam jesteś na niby! - rozzłościła się moja siostra. - A ty gdzie masz niemowlaka, że 

potrzebna ci butelka ze smoczkiem?

- Gdzieś mam - mruknąłem i odwróciłem się do niej plecami.

- Oddaj - warknęła Iza - bo powiem babci.

- To powiedz - zgodziłem się z rezygnacją. Przecież Piotruś nie może być głodny tylko 

dlatego, że ona nic nie rozumie, pomyślałem.

- Babciu!!! - wrzasnęła Iza i wypadła z pokoju.

Siedziałem i czekałem, co będzie, nawet troszkę chciało mi się płakać, bo wyobraziłem 

sobie głodnego Piotrusia, którego nie ma czym nakarmić, ale nie działo się nic. Iza długo nie 

wracała,  a  kiedy wreszcie  weszła  do pokoju,  nie odezwała  się do mnie.  Miała  nadętą buzię  i 

udawała, że mnie nie widzi.

Po południu poszliśmy z rodzicami na spacer do parku. Chciałem przy okazji sprawdzić, jak 

się czują moje ślimaki, ale mama nie miała ochoty iść w tę stronę.

- Na sobotę i niedzielę jedziemy na wieś - oznajmił tatuś. - Zostaliśmy zaproszeni przez 

wujka Staszka. Cieszycie się?

Poczułem, że zrobiło mi się gorąco ze strachu.

- A mogłaby z nami pojechać Mariola? - spytała Iza. - Ja byłam z nimi nad jeziorem...

- Innym razem - pokręcił głową tatuś. - Przecież nie będzie miejsca w samochodzie. Nas 

czworo i babcia, akurat pięć osób, samochód nie jest z gumy.

- Zmieścicie się - powiedziałem szybko.

- Jak to? - zdziwiła się mama.

- Ja popilnuję domu - powiedziałem odważnie.

- Bo ja i tak nie mogę jechać.

- Oczywiście, żartujesz? - spytał tatuś.

- Nie   -   pokręciłem   głową.   -   Naprawdę.   Będę   bardzo   grzeczny   -   zacząłem   mówić   jak 

nakręcony. - Nie będę wcale wychodził na ulicę ani nikogo obcego nie wpuszczę do domu. Będę 

się mył i jadł, naprawdę. I nie wezmę do rąk zapałek, i...

- Uspokój się - przerwała mi mama stanowczo.

- Co ci w ogóle przyszło do głowy? Co to za pomysły?

Spuściłem głowę, wpatrując się w napięciu w czubki trampek.

background image

- On ma jakąś tajemnicę! - wypaliła Iza. - Wciąż kręci i coś ukrywa.

- Co ty na to, Jasiu? - spytał tatuś, a kiedy nic nie odpowiedziałem, oznajmił: - Wyjeżdżamy 

o ósmej rano, więc musicie się przygotować poprzedniego dnia. I nie chciałbym, Jasiu, mówić z 

tobą więcej na ten temat.

- Babciu - szepnąłem, kiedy przyszła mnie pocałować na dobranoc. Iza oglądała jeszcze coś 

w telewizji i nie było jej w pokoju. - Ja naprawdę nie mogę jechać... Powiedz im...

- Tak się składa, Jasiu - babcia pogłaskała mnie po głowie - że ja zostaję. Nigdy nie czułam 

się najlepiej na wsi... Więc nic się nie martw. Ja się nim zajmę.

- Tam nikogo nie ma - mruknąłem na wszelki wypadek.

- Gdzie? - spytała babcia z uśmiechem.

- Ty wiesz gdzie... Ale tam nikogo nie ma.

- Zupełnie nikogo? Jesteś pewien? - popatrzyła na mnie, a kiedy nic nie odpowiedziałem, 

szepnęła: - W porządku. Chciałam ci tylko powiedzieć, że gdyby tam nawet ktoś był, to przez dwa 

dni nie umrze z głodu. Nawet nie przez dwa dni, bo przecież nie będziecie jechać skoro świt ani 

wracać bardzo późno...

Poczułem wielką ulgę. Rzeczywiście, babcia ma rację... Pewnie, że wolałbym nie jechać, 

chociaż   są   tam   podobno   malutkie   cielaczki...   U   wujka   jest   pełno   zwierzaków...,   myślałem, 

zasypiając. A cielaki mają takie szorstkie języki, zupełnie jak koty...

- Nie zapomnijcie się dzisiaj spakować - upominał nas tatuś, przeglądając swoje pudełko z 

wędkarskimi przyborami.

- A ty nie zapomnij iść do piwnicy - powiedziała mama, a mnie aż ciarki przebiegły po 

plecach.

- Po co do piwnicy? - spytałem. - Ja wszystko przyniosę...

- Tym razem nie chodzi o przyniesienie - powiedziała mama. - W sąsiednim bloku okradli 

piwnicę, a u nas jest wybity lufcik...

- Ale u nas nie ma co kraść - powiedziałem trochę za głośno. - Nie ma żadnego roweru ani 

nic.

- A moje konfitury to pies? - oburzyła się mama i wszyscy zaczęli się śmiać.

Nawet ja się uśmiechnąłem, bo wyobraziłem sobie złodzieja uszmodruchanego konfiturami, 

ale zaraz przypomniał mi się Piotruś i tak strasznie zacząłem się o niego bać, że nie mogłem już 

tego dłużej wytrzymać i wybiegłem z pokoju.

- Nie martw się - pocieszyła mnie babcia, zaglądając na chwilę. - Pójdę razem z tatą. Mogę? 

- spytała po chwili.

Kiwnąłem głową i poprosiłem drżącym głosem:

background image

- Tylko   uważajcie   na   niego,   dobrze?   On   jest   jeszcze   bardzo   mały   i   pewnie   się   was 

przestraszy, bo on zna tylko mnie...

- Jeśli boisz się, możesz przecież iść z nami - zaproponowała babcia.

- Nie - szepnąłem. - Ja tam pójdę później i wszystko mu wytłumaczę. Ale chcę być z nim 

sam.

Kiedy tatuś z babcią wyszli, wysypałem na środek podłogi pudło puzzli i zacząłem układać 

polanę Smurfów, zaczynając od pantofelków Smurfetki. Udało mi się połączyć nie więcej niż pięć 

fragmentów, gdy usłyszałem znów ich głosy. Nie ruszyłem się jednak z podłogi i czekałem - sam 

nie wiem, na co - z bijącym sercem, szukając wśród kawałków łamigłówki czerwonego kwiatka z 

koniuszkiem   ogona   Klakiera.   Zupełnie   nie   mogłem   go   znaleźć,   choć   przewaliłem   wszystkie 

kawałeczki kilka razy. Wtedy wszedł tatuś, popatrzył na układankę i podał mi szukany element. 

Okazało się, że leży na samym wierzchu.

- Zaczyna się właśnie w telewizji film o pingwinach. Jeśli masz ochotę, chodź pooglądać - 

powiedział tylko i już go nie było.

Normalnie nigdy nie opuściłbym takiego filmu, ale teraz pomyślałem sobie, że pingwiny są 

daleko, a kilka pięter niżej siedzi samotnie jeden bardzo mały kot i pewnie zupełnie nie wie, co się 

stało. Może jest przestraszony, może myśli, że go wydałem...

- Zaraz przyjdę - powiedziałem, przechodząc przez pokój z telewizorem.

Wydawało   mi   się,   że   wszyscy   jakoś   dziwnie   na   mnie   patrzą,   chociaż   nikt   nic   nie 

powiedział. Może właśnie to było dziwne. Że nikt o nic nie zapytał. Nie było żadnych: „tylko 

szybko wracaj”, „gdzie idziesz”, nic, zupełnie nic. Nawet Iza wstrzymała się od głosu, udając, że 

ogląda film.

Piotruś siedział w kącie, na półce z ogórkami. Przyglądał mi się badawczo zza dużego słoja. 

Wydawał mi się jeszcze bardziej potargany niż zwykle.

- Nie denerwuj się - powiedziałem do niego bez przydługich wstępów. - Wszystko przez 

tych złodziei, sam rozumiesz. Mama boi się o swoje konfitury i dlatego tato z babcią musieli tu 

zejść na chwilę, żeby zmierzyć szybkę. Chyba wcale im tu nie przeszkadzasz, bo nic mi nie mówili. 

Tylko, wiesz, tak sobie myślę, że może ja im wszystko powiem.

Będziesz ciągle tajemnicą, tylko taką wspólną. Bo oni i tak będą tu przychodzić. To może 

lepiej, żebyś był tu zameldowany, jeśli wiesz, co mam na myśli... Spojrzałem na niego. Czyścił z 

zapałem swoje spiczaste uszka, zerkając na mnie od czasu do czasu.

- Jesteś ciągle mój. Będę do ciebie przychodził, tak jak zwykle. Tylko jutro i pojutrze będzie 

trochę inaczej, bo muszę jechać na wieś. Odwiedzę cię rano, a potem może wpadnie tu babcia. Ona 

jest fajna, naprawdę. Powiem im, jak masz na imię, żeby wiedzieli, jak do ciebie mówić, gdyby już 

background image

tu wpadli. No i warto się jeszcze zastanowić nad tym lufcikiem. Nie chciałbym cię więzić... Jak 

ślimaków... w słoiku...

Piotruś zeskoczył z półki i zwinął się w kłębek na moim kapciu.

- A może - rozmarzyłem się - jak cię poznają, to polubią i... - aż głos uwiązł mi w gardle ze 

wzruszenia   -   będę   mógł   zabrać   cię   do   siebie.   Bo   po   co   dla   takiego   malutkiego   kota   nowe 

mieszkanie.  Zmieściłbyś  się u nas bez kłopotu. Zobaczymy.  Nie wiadomo. Na razie  pójdę im 

powiedzieć, dobrze?

Piotruś miauknął potakująco i pobiegł baraszkować na swoje posłanie.

- On   się   nazywa   Piotruś   -   wykrztusiłem.   Po   odblaskowej   bieli   śniegu   maszerowały   na 

ekranie telewizora równym rządkiem pingwiny. - Piotruś - powtórzyłem niepewnie. - Nie ma wcale 

pcheł i troszkę już umie sam jeść. Jest bardzo czyściutki i zupełnie oswojony.

Opadłem wyczerpany na fotel i czekałem na wyrok. Pingwiny - jeden za drugim - zanurzały 

się w morzu.

background image

WALIZKA

Niedługo są twoje urodziny, bracie - powiedział dziadek i przyjrzał mi się uważnie. - Stań 

przy framudze - mruknął do mnie i pobiegł po centymetr, linijkę i długopis. A potem przyłożył mi 

linijkę do głowy. Wyprostowałem się tak bardzo, aż mi się pięty oderwały od podłogi, ale dziadek 

zaraz   to   zauważył,   powiedział,   że   szachruję   i   kazał   stanąć   normalnie.   I   zrobił   na   framudze 

kreseczkę. - Zobacz, jak urosłeś - ucieszył się i zaczął mierzyć odległość od poprzedniej kreski do 

dzisiejszej. - Sześć centymetrów! - I spojrzał na mnie z dumą.

- A ile to jest? - spytałem.

Dziadek pokazał na centymetrze malutki kawałek.

- E tam - wzruszyłem ramionami. - To wcale nie jest dużo.

- A ile byś chciał? Metr?

- A ile to jest? - spytałem znowu, a kiedy dziadek pokazał mi, kiwnąłem głową, że tak.

- Byłbyś wtedy dużo wyższy ode mnie - powiedział. - Sadzałbyś mnie na kolanach, gdybyś 

się chciał przytulić i brał mnie na ręce, gdybym czegoś nie mógł dosięgnąć. Fajnie by było, co?

Wyobraziłem sobie dziadka u siebie na kolanach i zacząłem się śmiać. Dziadek pewnie 

wyobrażał sobie to samo, bo też się śmiał, aż podskakiwał mu brzuszek. Wyglądało to tak, jakby w 

środku  ktoś  bardzo  szybko  podrzucał   sporą piłkę.   Teraz  też,   ledwie  piłka  uniosła   się w  górę, 

przestałem się śmiać i zacząłem cichutko liczyć, ile razy zostanie odbita. Doliczyłem do ośmiu. A 

potem powiedziałem:

- Fajnie by było. Ale to się chyba nie da zrobić, jak myślisz?

- Myślę, że się nie da - przyznał. - Ale możesz spróbować.

- Jak? - ożywiłem się.

- No, jeść szpinak i tak dalej... - Dziadek podrapał się po głowie.

- Jak dalej? - Chciałem wiedzieć wszystko dokładnie.

- No wiesz... - zaczął się zastanawiać. - Owsiankę, i w ogóle to, czego nie chcesz jeść...

- Jeżeli tego wszystkiego zjem dużo, to wtedy urosnę?

- Urośniesz na pewno.

- Ale od razu o metr? - spytałem,  a dziadek zaczął się wykręcać, że nie wie. Schował 

centymetr, linijkę i długopis, wziął dzbanek z wodą, żeby podlać kwiatki, ale zaraz go odstawił, 

odwrócił się do mnie i powiedział: - Lepiej się przyznaj, co chciałbyś dostać na urodziny.

- Walizkę - odrzekłem bez wahania.

- Jak to?

background image

- Normalnie - odpowiedziałem. - Tę twoją. Wielgachną. Z kolorowymi nalepkami. Ty i tak 

nigdzie się nie wybierasz.

- Skąd wiesz? - oburzył się dziadek.

- Nic mi nie mówiłeś...

- Nie mówię ci wszystkiego - burknął, ale zobaczył, że zrobiło mi się przykro, więc szybko 

dodał: - Trzeba odwiedzić wujka Miśka. Jak tylko śniegi stopnieją...

Odetchnąłem z ulgą. To nie była poważna podróż.

- Do wujka Miśka możesz wziąć tę mniejszą walizkę - zacząłem go przekonywać. - Nawet 

będzie ci wygodniej.

- Oj, Bogusiu - zniecierpliwił się trochę dziadek. - Zadałem ci poważne pytanie, a ty się 

wygłupiasz. Kupię ci nowe wagoniki do kolejki, chcesz? Albo wyścigówkę. I jeszcze książki. I... - 

zawahał się - mogę ci nawet kupić prawdziwą piłkę futbolową.

To była pokusa. O piłce marzyłem już chyba ze trzy tygodnie, ale dziadek był nieubłagany. 

Mówił, że jestem jeszcze za mały. Ale walizkę chciałem mieć po prostu zawsze.

- Ja poproszę walizkę - powiedziałem stanowczo i odwróciłem się do dziadka plecami.

- Ty też nie mówiłeś, że gdzieś się wybierasz. - Położył mi dłoń na ramieniu.

- Dziadku... - przytuliłem się do niego. - Proszę cię... Jak ta walizka będzie ci potrzebna, ja 

zawsze ci pożyczę. Słowo.

- Masz jeszcze cztery dni do namysłu - Dziadek przyjrzał mi się uważnie. - No, co masz 

taką minę?

- Bo jest mi przykro!

- To mnie jest przykro - powiedział dziadek i wyszedł z pokoju.

Dopiero   wtedy  naprawdę   zrobiło   mi   się   przykro   -   wcześniej   tylko   tak   powiedziałem   - 

poczułem nawet, że mam trochę mokro w oczach. Nie wiem, czy dziadek poczuł to samo, bo zaraz 

wrócił do mojego pokoju, usiadł koło mnie i znów zaczął mi się przyglądać.

- No to teraz przyznaj się, dokąd się wybierasz. I po co ci taki wielki bagaż? - spytał.

- Dzieci nigdzie same nie jeżdżą, dobrze o tym wiesz. Tylko tak mnie pytasz, żeby mi było 

przyjemnie. Dzieci nie mają swoich pieniędzy i wszystko robią tak, jak tego chcą dorośli. Tylko 

dorośli o nic dzieci nie pytają i to wcale nie jest w porządku - wyrzuciłem jednym tchem i zaraz 

przestraszyłem się, że dziadkowi znowu zrobi się nieprzyjemnie. Na wszelki wypadek wdrapałem 

mu się na kolana.

- O co  byś  chciał,  żebym  cię pytał?  - Dziadek wydawał  się być  zdziwiony. - Przecież 

zawsze pytam, na co masz apetyt i jaki sweter wolisz założyć i co chcesz dostać na urodziny. 

Prawda?

background image

Tak było. Dziadek był w porządku. Wiedziałem o tym dobrze i on też wiedział. Tylko że ja 

myślałem nie o nim. Powiedziałem mu to zaraz, ale dziadek zawsze lubił wyjaśnić wszystko do 

końca i teraz też koniecznie chciał się dowiedzieć, co miałem na myśli.

- Chodzi mi o tatę - szepnąłem mu do ucha, kiedy już za długo było cicho. - A po chwili 

dodałem: - I o mamę też.

Dziadek nie odzywał się, czekał, co powiem dalej.

- Wcale mnie nie pytali, czy się zgadzam na ich wyjazd. Ich i Agaty. I czy chcę zostać. Nikt 

ze mną nie rozmawiał.

- Już nie pamiętasz, bracie - powiedział dziadek. - Rozmawiałem z tobą. Nieraz.

- To pamiętam - oburzyłem się. - Ale nie oni.

I jak ty ze mną rozmawiałeś, to już wszystko było postanowione.

- To dlatego zamknąłeś się wtedy w pokoju i nie chciałeś się pożegnać ani pojechać na 

lotnisko? - spytał dziadek.

- Tak - mruknąłem.

- Nie martw się. - Pogłaskał mnie po głowie. - Przecież ciągle do ciebie piszą i przysyłają ci 

prezenty. Muszą się urządzić, a wtedy zaraz do nich pojedziesz.

Nie miałem ochoty rozmawiać na ten temat.

- Przepraszam cię, dziadku - powiedziałem nagle, zrywając się z jego kolan. - Przypomniało 

mi się, że muszę jeszcze na jutro pokolorować obrazek.

Popatrzył na mnie z uśmiechem, pokręcił głową i powiedział:

- W takim razie nie będę ci przeszkadzał. - I wyszedł.

Następnego   dnia   wcale   nie   rozmawialiśmy   na   ten   temat   i   jeszcze   następnego   też   nie, 

dopiero trzeciego dziadek zagadnął mnie, jakby nigdy nic:

- Już zaraz masz urodziny, bracie. Sześć lat to nie przelewki. Za rok do szkoły... - I wrzucił 

mi kolejnego kasztana do kubełka.

Byliśmy na terenie szpitala. Dookoła spacerowały postacie poowijane w szlafroki. Niektóre 

wcale nie wyglądały na chore - śmiały się, rozmawiały ze sobą, całkiem jak na ulicy.

Musiałem   przynieść   do   przedszkola   wiaderko   kasztanów.   Pewnie   dzieci   we  wszystkich 

przedszkolach w całym mieście miały zrobić to samo, bo w parkach można było znaleźć już tylko 

same kolczaste łupinki. Tutaj kasztany turlały się po lekko pochyłej jezdni, jakby na wyścigi z 

szeleszczącymi   liśćmi.   Po   chwili   kubełek   był   pełen   i   pożałowałem,   że   wziąłem   tylko   jeden. 

Zacząłem upychać kuleczki po kieszeniach.

- Ale jesteś pazerny - śmiał się wujek Olek.

Wujek  Olek  tak  naprawdę  nie  jest  moim   wujkiem,  ale  właściwie   to nie  mam   żadnego 

background image

prawdziwszego. Podobno jeden mieszka gdzieś nad morzem, ale widziałem go tylko ze dwa razy w 

życiu,   więc   myślę,   że   wujek   Olek,   który   przychodzi   do   nas   parę   razy   w   tygodniu   i   pomaga 

dziadkowi gotować, jest bardziej prawdziwy. Walczył w czasie wojny razem z moim dziadkiem i 

od tej pory bardzo się przyjaźnią i pomagają sobie wzajemnie. Wujek Olek jest zupełnie inny od 

dziadka. Jest bardzo wysportowany i mimo że jedną nogę ma troszkę krótszą i utyka, jeździ na 

nartach, pływa i gra w tenisa. A poza tym lubi gotować. Spędza razem z nami wszystkie święta, bo 

oprócz nas nie ma nikogo bliskiego.

- Może uda nam się jeszcze nazbierać żołędzi... - rozmarzyłem się.

- Tu dęby nie rosną - powiedział wujek Olek - ale jeśli chcecie, pojedziemy pojutrze do 

lasu.

- To zależy od Bogusia - uśmiechnął się do mnie dziadek. - To jego dzień. Będziesz chciał 

zaprosić jakichś gości? - spytał, przysiadając na ławce.

- W sobotę pojedziemy do lasu, a potem będziemy robić razem różne ludziki i zwierzęta, 

dobrze? - spytałem.

- Świetnie - zgodził się od razu dziadek. - A co z gośćmi?

- Może w niedzielę? - bąknąłem niepewnie. - Mogę zaprosić Jaśka, Frycka i Krysię.

- Upiekę   tort   -   obiecał   wujek   Olek.   -   A   może   nawet   dwa?   -   zaczął   się   zastanawiać.   - 

Przydałby się jeden na sobotę, drugi na niedzielę. Ale, Bogusiu, nie powiedziałeś mi jeszcze, jaki 

chcesz prezent. Chyba że wolisz niespodziankę...

Zaległa cisza. Przyglądaliśmy się sobie z dziadkiem kątem oka i żaden z nas nic nie mówił. 

Tuż koło mnie pacnął na ławkę kasztan i wysypały się z niego brązowe kulki.

- Prosto do kieszeni - roześmiał się wujek Olek. - To co z tym prezentem?

- Nie wiem - przyznałem wreszcie. - To zależy od dziadka.

- Coś czuję, że nie zmieniłeś zdania - westchnął dziadek. - Jesteś tak samo uparty jak twój 

ojciec.

- I jak ty! - wypaliłem i od razu zrobiło mi się nieprzyjemnie.

Ale dziadek nie obraził się na mnie, nawet parsknął śmiechem i powiedział:

- To u nas widocznie dziedziczne. - A po chwili dodał: - Zgoda. Ale pamiętaj - mruczał, 

usiłując wyzwolić się z moich objęć - będziesz mi ją pożyczał.

- Czy możecie mi powiedzieć, o co chodzi? - Wujek Olek przyglądał nam się z wyraźnym 

wyrzutem.

- Macie jakieś tajemnice.

- Nie mów nic, dziadku, nie mów - prosiłem. - Zobaczysz, wujku, w sobotę - powiedziałem 

z dumą.

background image

- A na urodziny poproszę piłkę futbolową.

- Ale z ciebie cwaniak - z podziwem pokręcił głową dziadek.

W sobotę rano usłyszałem, jak dziadek otwiera cichutko drzwi i na palcach skrada się do 

mnie. Zacisnąłem mocniej powieki, bo wiedziałem, że tak trzeba. Kiedy był już tak bliziutko, że 

poczułem zapach jego wody kolońskiej, poderwałem się z łóżka i zawisłem mu na szyi.

- Rośnij   duży   -   słyszałem,   jak   szepcze   mi   do   ucha   -   zdrowy   i   mądry.   Wszystkiego 

najlepszego, bracie. Niech ci mój prezent dobrze służy...

Walizka stała koło mojego stolika. Nareszcie była moja. Moja. Marzyłem o niej zawsze, od 

chwili, kiedy zobaczyłem ją po raz pierwszy. Na rączce miała zawiązaną dużą, czerwoną kokardę.

- Mogę ją otworzyć? - spytałem drżącym z przejęcia głosem.

- Przecież jest twoja - uśmiechnął się dziadek.

Zameczki odskoczyły z cichym szczęknięciem. Pogładziłem pociemniałą przez lata skórę i 

podniosłem wieko. Na złocistym,  lekko połyskliwym  materiale leżała para nowych  adidasów i 

książka z narysowanymi na okładce portretami różnych ludzi.

- To są opowieści o słynnych podróżnikach i wynalazcach - wyjaśnił dziadek. - Poczytam ci 

wieczorem, jeśli będziesz miał ochotę.

- Och, dziadku - tylko jęknąłem z zachwytu, wkładając do jednego z butów bosą stopę.

- Dobre? - zaniepokoił się.

- Pewnie. - Były chyba jeszcze trochę za duże, ale cóż to miało za znaczenie.

- A teraz ubieraj się szybciutko, dostojny jubilacie - zażartował dziadek. - Zanim przyjdzie 

wujek Olek, powinniśmy być już po śniadaniu. Pociąg nie będzie na nas czekał. Jedziemy do lasu, 

na żołędzie. A może przy okazji znajdziemy jakiegoś grzyba?

Grzybów   znaleźliśmy   pół   kosza.   Tak   naprawdę,   to   znalazł   wujek   Olek,   bo   dziadek 

zapomniał okularów, a te grzyby bardzo trudno wypatrzyć. Nazywają się gąski, są zielonożółte i 

rosną  prawie  pod ziemią.  Często  widać  tylko   górkę piachu,   spękaną   na czubku.  Potem  ja  też 

nauczyłem się ich szukać i wujek bardzo mnie chwalił. Dziadek śmiał się z nas, że zachowujemy 

się jak dziki: interesują nas żołędzie, a w dodatku ryjemy w ziemi.

Po powrocie do domu i pysznym obiedzie zabraliśmy się do roboty; mieliśmy całe pudło 

kasztanów i żołędzi - zielonych i brązowych, łysych i w czapeczkach. Oprócz tego - zapałki i 

plastelinę. Dziadek zaciągnął zasłony, bo zrobiło się już szaro, zapalił lampę i włączył radio.

- Wiesz co? - powiedział wujek Olek, który zdążył już obejrzeć wszystkie moje prezenty. - 

Będziesz sobie mógł urządzić w walizce kasztanowe państwo.

Nie spodobał mi się ten pomysł.

- Och, nie, wujku. Ona nie jest do zabawy. Pójdę na chwilę do mojego pokoju, dobrze? - 

background image

spytałem, kończąc kolejnego ludzika. Był trochę podobny do mojego dziadka. Miał też okrągły 

brzuszek i cienkie nóżki.

Cicho zamknąłem za sobą drzwi. Nie zapalałem  światła. Przez zasłony wpadał poblask 

latarni ulicznych i czerwona smuga neonu. Wyjąłem z walizki buty i książkę, odwiązałem kokardę.

Nareszcie była taka jak trzeba. Tajemnicza i pusta. Pachnąca gorzko skórą i jeszcze czymś. 

Pewnie tymi wszystkimi miejscami, w których była. Przytuliłem się do niej i wąchałem ją uważnie, 

centymetr po centymetrze. W środku pachniała troszkę dziadkową wodą kolońską i tytoniem z 

fajki. Oderwałem nos od śliskiego materiału i zamknąłem wieko. Wodziłem ostrożnie palcami po 

wszystkich nalepkach, które stworzyły na niej niepowtarzalny wzór. Znałem je na pamięć. Nie 

musiałem zapalać światła, żeby wiedzieć, na której beduin jedzie na wielbłądzie, a na której po 

niebieskim morzu sunie żółty statek. Przepowiadałem je sobie - jedną po drugiej i jeszcze raz po 

kolei,   i   właśnie   kiedy   chciałem   zapalić   światło,   żeby   sprawdzić,   czy   wszystko   się   zgadza, 

usłyszałem terkotanie dzwonka, a zaraz potem kroki dziadka. Wysunąłem się z pokoju i usiadłem 

koło wujka Olka.

Dziadek rozmawiał z jakimś panem, a po chwili weszli razem do pokoju. Nieznajomy - 

młodszy od dziadka i wujka - ubrany był w dżinsowy kombinezon i białe buty. Na czubku głowy 

sterczała mu malutka kolorowa czapeczka.

- Jedziesz do Ameryki,  smyku  - powiedział na przywitanie. - Przywiozłem zaproszenie, 

bilet, zostawiam mój telefon, będę w Polsce jeszcze dwa miesiące... Jakby jakieś kłopoty, jestem do 

dyspozycji. Tatuś kupił nowy samochód - mówił jak nakręcony - dom urządzony, będziesz miał 

własny pokój, zobaczysz.

- Tu też mam własny pokój - przerwałem mu i przysunąłem się do dziadka.

- Jakie tam porównanie - roześmiał się hałaśliwie nieznajomy i machnął ręką. - No, to lecę - 

położył na stole kopertę i wstał.

- Chwileczkę - wyjąkał dziadek, zaglądając do środka. - Co to jest?

- Mówiłem już szanownemu panu, bilet, termin do ustalenia, zaproszenie i sto dolarów, 

gdyby małemu coś trzeba było... na drogę...

- A list? - spytał dziadek.

- Jaki list? - zdziwił się nieznajomy pan. - Prosili tylko, żeby to przekazać, no i powiedzieć, 

że u nich wszystko w porządku i że mogą już pana odciążyć...

- Dzisiaj są moje urodziny - wyrwało mi się ni z gruszki, ni z pietruszki.

- Wszystkiego najlepszego - powiedział nieznajomy i zaczął grzebać po kieszeniach. W 

końcu wyciągnął trochę pomiętą gumę do żucia i podał mi uroczyście.

- Dziękujemy panu serdecznie - powiedział dziadek pospiesznie, widząc moją minę.

background image

- Radzę zarezerwować miejsce już w poniedziałek - dorzucił nieznajomy, wychodząc. - Są 

duże kolejki.

Miąłem w  rękach gumę do żucia i patrzyłem  na wujka  Olka, bo na dziadka jakoś  nie 

mogłem. Ale wujek Olek zajęty był  słodzeniem herbaty,  sypał cukier do szklanki łyżeczka po 

łyżeczce - nigdy nie widziałem, żeby ktoś tyle słodził. Potem zaczął mieszać, uderzając łyżeczką o 

ściany szklanki, chociaż normalnie sam zwraca mi uwagę, że tak się nie robi. A jeszcze potem 

zrobiło się zupełnie cicho. Wtedy dziadek odkaszlnął i powiedział:

- No, widzisz, bracie, jaki dostałeś prezent na urodziny? Bilet do Ameryki! Ty to masz 

dobrze...   -   I   uśmiechnął   się   do   mnie.   -   Nawet   walizkę   już   masz.   Jak   na   zamówienie.   Tylko 

spakować się i jechać. No, chodź, niech cię uściskam. - I otworzył ramiona.

Spojrzałem na niego uważnie. Po raz pierwszy, od kiedy za tym w białych butach zamknęły 

się drzwi. Patrzyłem na niego i patrzyłem. Widziałem, jak się do mnie uśmiecha i jakie ma smutne 

oczy. Po chwili zaczął się jakby ode mnie oddalać. Oddzielała nas biała mgła. Kiedy zgęstniała tak, 

że poczułem szczypanie w oczach, wybiegłem z pokoju. Potknąłem się o coś i przewróciłem prosto 

na tapczan. Przykryłem głowę poduszką. Słyszałem, że mnie wołają. Zatkałem uszy i skuliłem się 

w zwierzątko. Tak mówiła kiedyś moja mama - „w zwierzątko”. Mignęła mi przed oczyma jej 

twarz, ale zaraz potem przypomniałem sobie smutne oczy dziadka. I znów zacząłem się w nie 

wpatrywać, jakby nie było tej mgły ani potknięcia się, ani tapczanu. Najpierw myślałem, że chcę 

być sam, ale kiedy tylko koło mnie usiadł, wiedziałem, że cały czas na niego czekałem.

- Dziadku - szepnąłem i wziąłem go za rękę.

- Wujek Olek zrobił dla ciebie smoka - powiedział dziadek. A po chwili dodał: - Prosił, 

żeby cię od niego pożegnać.

- Poszedł już? - spytałem z nadzieją. Bardzo lubię wujka Olka, ale chciałem być sam z 

dziadkiem.

- Tak - przytaknął i sięgnął do mojej lampki nocnej.

- Nie zapalaj - poprosiłem.

- Przecież mieliśmy czytać. I oglądać nalepki na walizce - zaprotestował dziadek.

- To było przedtem - mruknąłem.

- To co będziemy robić? - spytał i delikatnie zabrał mi poduszkę.

Poczułem,   że   cały   czas   ściskam   coś   w   ręku.   Otworzyłem   dłoń   i   -   mimo   ciemności   - 

dojrzałem malutki pakiecik. Zerwałem się z tapczana i przez otwarte okno wyrzuciłem gumę na 

ulicę.

- Co się stało? - przestraszył się dziadek. - Co to było? Jakiś owad? No, powiedz... Pająk?

Czułem, że cały dygoczę. Zrobiło mi się okropnie zimno.

background image

- Tak - wyjąkałem. - Pająk.

- No, już dobrze, nie bój się - przytulił mnie dziadek. - Wiesz przecież, że pająki na ogół nie 

są groźne. Jesienią często chronią się przed chłodami w domach.

- Dziadku... ja nie pojadę, dobrze?

Kiedy powiedziałem to głośno, wszystko od razu wydało mi się proste. Przecież wystarczy 

wyrzucić bilet. I już. Przecież ten w białych butach mógł go na przykład zgubić. Albo zapomnieć 

oddać. Albo mógł zostać porwany i nigdy do Polski nie przylecieć.

Te   i   inne   myśli   przelatywały   mi   pędem   przez   głowę   i   zaraz,   jak   to   sobie   wszystko 

pomyślałem, poczułem się dużo lepiej.

- Jak   to,   bracie,   co   ty   mówisz?   -   odsunął   się   ode   mnie   dziadek.   -   Przecież   tam   masz 

wszystkich... Mamę, tatę, siostrzyczkę. Oni za tobą tęsknią, czekają na ciebie. Tam są wszyscy twoi 

najbliżsi, bracie - zakasłał. - Nie masz wyboru.

- Nie   mów   tak   do   mnie!   -   krzyknąłem.   Znów   zobaczyłem   przed   oczyma   mgłę,   ale 

zamrugałem szybko powiekami i odpłynęła. - Nie chcę - powiedziałem dużo ciszej. - Nie chcę. Ty 

jesteś moi wszyscy. Ty i już. A w tej kopercie był tylko jeden bilet. Widziałem, jak go oglądałeś - 

mówiłem,  chodząc  po pokoju. Tak robił tatuś, kiedy był zdenerwowany, przypomniało  mi się 

mimo woli. - Dlaczego nie jedziesz ze mną? - spytałem i znów spróbowałem spojrzeć w oczy 

dziadka.

Ale tym razem nic nie zobaczyłem. Może dlatego, że było za ciemno, a może przez to, że 

założył okulary.

- Usiądź - poprosił, a kiedy przysiadłem na brzeżku krzesła, naprzeciwko niego, powiedział: 

- Chciałbyś, żeby wujek Olek był zupełnie sam? Żeby nie miał nawet do kogo przyjść na Wigilię? 

Pomyśl sobie, bracie, jakie to by było okropne. Nie mieć się z kim podzielić opłatkiem. A poza 

tym,   kto   by   pielęgnował   kwiatki   na   grobie   babci?   A   kot   Puszysław?   -   spytał,   wskazując   na 

wsuwający się bezszelestnie do pokoju cień na ścianie. - On jest bardzo stary... Nie nadaje się do 

dalekich podróży...

Dziadek mówił i mówił, a ja wciąż milczałem. Przypominały mi się różne rzeczy jeszcze z 

czasów, kiedy byłem zupełnie mały, potem wyjazd rodziców, a potem - jak w przyspieszonym 

filmie - przesuwały mi się przed oczyma różne sceny z naszego życia z dziadkiem. Usłyszałem 

nagle, jak mówi:

- Przecież będziemy się odwiedzać, prawda? Będziesz do mnie pisał. I przysyłał mi zdjęcia i 

widokówki z tych wszystkich miejsc, do których pojedziesz. To będzie trochę tak, jakbyśmy byli 

razem. Okropne podejrzenie przyszło mi do głowy.

- Dziadku, ty nie chcesz, żebym z tobą został...

background image

- powiedziałem przez ściśnięte gardło.

- Bardzo chcę - szepnął smutno dziadek. - Ale ja też nie mam wyboru. Tak jak ty.

- Jak   chcesz,   to   ja   zostanę,   dziadku   -   postanowiłem.   -   Chcemy   obydwaj,   a   to   jest 

najważniejsze, prawda?

- Tak być powinno - zgodził się. - Ale nie jest - dodał zaraz.

Znów zaczął mi mówić to wszystko, co poprzednio, tylko inaczej. Przytulał mnie przy tym i 

głaskał   po głowie,  czułem  zapach   jego  wody  kolońskiej  i  fajki.   Pachnie  walizką,  pomyślałem 

jeszcze, zanim słowa dziadka nie zlały się w jednostajny szum podobny do szmeru deszczu i zanim 

nie usnąłem.

Śnił mi się ocean. Ślizgałem się po nim na łyżwach. Gonił mnie - przekładanką do tyłu - 

znajomy mi skądś typ w białych butach. Dziwne było tylko to, że jeździł bez łyżew. Wymachiwał 

w moją stronę jakimś papierem, trochę podobnym do małej chorągiewki. Na szyi dyndała mu 

drewniana   skrzynia   -   taka,   w   jakiej   lodziarze   trzymają   lody.   W   pewnej   chwili   zatknął   sobie 

chorągiewkę za uchem, otworzył skrzynkę i zaczął z niej wyrzucać  balonową gumę do żucia. 

Każda paczuszka po zetknięciu z ziemią zamieniała się w kosmatego pająka.

Obudziłem się zlany potem. Na dworze było już jasno, chociaż nie było słońca i dzień 

zapowiadał  się raczej pochmurny.  Wychyliłem  się z łóżka  i  przyciągnąłem  do siebie  walizkę. 

Gładziłem   delikatnie   nalepki,   ale   tym   razem   nie   udało   mi   się   przywołać   żadnego   z   obrazów 

dalekich krajów, o których opowiadał mi dziadek. Nalepki były płaskie i przeraźliwie papierowe. 

Przypomniało mi się, jak kiedyś moja siostra Agata podarła mi widokówkę z wielbłądem. Dałem 

jej tę widokówkę do łóżeczka, żeby sobie pooglądała. Ona wtedy jeszcze nie chodziła, to znaczy 

właściwie tak trochę, na czworakach. Ale co to za chodzenie. Nudziła się przez to okropnie i 

chciałem ją jakoś rozerwać. Nawet pamiętam, że mama mnie prosiła, żebym się zajął siostrą. Jak 

Agata   podarła   pocztówkę,   od   razu   zaczęła   się   śmiać   i   klaskać   w   rączki.   Strasznie   mnie   to 

rozgniewało   i   dałem   jej   potężnego   klapa.   Akurat   wtedy   weszła   mama.   Czego   ja   się   nie 

nasłuchałem! Ciekawe, jak teraz wygląda Agata, przemknęło mi przez głowę, ale zaraz potem 

pomyślałem, że właściwie to co mnie ona obchodzi.

- O czym tak rozmyślasz? - spytał dziadek, wchodząc do mojego pokoju. - Dzień dobry, 

bracie.

- O wielbłądzie - odpowiedziałem wykrętnie. - Nie wiem, jaki ma ogon - palnąłem i zrobiło 

mi się przykro, że nie mówię dziadkowi prawdy. Chociaż właściwie naprawdę nie wiedziałem, jak 

to jest z tym ogonem.

- Jeśli masz ochotę, możemy się przejść do zoo i sprawdzić - zaproponował. - Gości masz 

dopiero po południu. Zdążymy.

background image

I poszliśmy do zoo. Kiedy już obejrzeliśmy ogon nie tylko wielbłąda, ale jeszcze chyba ze 

stu innych zwierzaków, dziadek kupił mi obwarzanki i wróciliśmy do domu. Rozmawialiśmy ze 

sobą tak jak zawsze, jakby wczoraj był zupełnie zwyczajny dzień i nic się nie wydarzyło.

Po obiedzie przyszli: Krysia, Frycek i Jasiek. Każde z nich przyprowadziła mamusia i nagle 

w przedpokoju zrobiło się okropnie ciasno, bo wszyscy byli punktualni. Ale zaraz mamy sobie 

poszły, zapowiadając, że zgłoszą się za cztery godziny.

- Cztery godziny - prychnął Frycek, jak tylko zostaliśmy sami. - Przez cztery godziny to 

nawet nie można wygrać na komputerze.

- A właśnie że można - sprzeciwił się Jasiek.

- Mój tatuś - powiedziała Krysia - przyniósł do domu komputer i tam jest taka fajna gra z 

kaczorem Donaldem. On wchodzi do różnych  miejsc i kupuje. A najpierw  idzie do banku po 

pieniądze...

- A potem do saloonu - uzupełnił Frycek. - I tam są kowboje. Zaczynają strzelać...

- Wcale nie! Tam nie ma żadnych kowbojów! - przerwała mu Krysia.

- A właśnie że są - zaczął się kłócić Frycek, kopiąc moją nową piłkę.

- Wszystkiego najlepszego z okazji urodzin - przypomniał sobie Jasiek i dał mi paczuszkę, 

zawiniętą w zielony papier.

Zaraz też dostałem paczuszki od Krysi i Frycka. W środku były flamastry i pistolet na 

wodę,   i   książka   z   bajkami.   Kiedy   już   obejrzałem   wszystko   i   powiedziałem,   że   bardzo   ładne, 

usiedliśmy na tapczanie i nie wiedzieliśmy, co dalej robić.

- Twój tata w Ameryce na pewno ma komputer - wrócił do tematu Frycek.

- Albo nawet dwa - dorzucił Jasiek.

- W Ameryce jest wszystko! - zaczęła się mądrzyć Krysia.

- Tam jest dużo Murzynów - wyrwał się nagle Jasiek.

- Coś ty - oburzył się Frycek. - To w Afryce jest dużo Murzynów.

- W   Ameryce   też   -   powiedział   stanowczo   Jasiek   i   zaczął   odkręcać   kółka   od   mojej 

wyścigówki. - Widziałem w telewizji. I Chińczycy są, tacy żółci, wiesz... No i Indianie, ale oni 

siedzą w rezerwatach.

- Nie tylko w rezerwatach - zaprotestowała Krysia. - Na jednym filmie Indianin wisiał na 

linie i mył okna. I to było w Nowym Jorku.

- Miał pióropusz? - spytał Frycek.

- Nie - pokręciła głową Krysia.

- To   musiała   być   jakaś   lipa   -   wzruszył   ramionami   Frycek.   -   Prawdziwy   Indianin   ma 

pióropusz i nigdzie się bez niego nie rusza.

background image

- Akurat - oburzył się Jasiek, odkładając odkręcone kółka na półkę z książkami. - A jakby 

chciał wsiąść do tramwaju, to co?

- Głupi   jesteś!   -   krzyknął   Frycek   i   rzucił   w   Jaśka   poduszką.   -   W   rezerwatach   nie   ma 

tramwajów!

Jasiek   uchylił   się   zręcznie.   Poduszka   walnęła   w   misiowy   kąt,   przewracając   wielkiego, 

różowego miśka.

- Cha, cha, cha - zaśmiewał się Jasiek. - Upolowałeś niedźwiedzia. Będziemy mieli pieczeń.

Posadziłem miśka z powrotem, bo nie mogłem patrzeć, jak tak leży z łapami do góry. 

Wyglądał rzeczywiście jak upolowany.

- Po co ci ta waliza? - spytał Frycek, kopiąc prosto w nalepkę z wielbłądem.

- Zostaw - powiedziałem i przesunąłem ją pod stół.

- On się pewnie spakował i jedzie do Ameryki - zaczął się śmiać Jasiek.

- Nie dokuczajcie mu - ujęła się za mną Krysia, a mnie to jakoś rozzłościło.

- Może i jadę - powiedziałem nagle. Wszyscy popatrzyli na mnie z niedowierzaniem.

- E tam - wzruszył ramionami Frycek.

- A masz bilet? - spytał Jasiek.

- Mam   -   powiedziałem,   a   kiedy   zobaczyłem,   że   mi   nie   wierzą,   dodałem   chełpliwie:   - 

Spytajcie dziadka, jak nie wierzycie.

- Jakim samolotem lecisz? Boeingiem? - spytał Frycek po chwili milczenia.

- Jeszcze nie wiem - przyznałem się i dodałem: - Tak naprawdę to wcale nie wiem, czy lecę. 

Nie chce mi się.

- Jak moja mama wyjeżdża tylko do babci na wieś, to ja zaraz bym chciała za nią pojechać - 

powiedziała Krysia. - I to nie do żadnej Ameryki, tylko do Gacków...

- On tylko tak udaje - prychnął Jasiek. - Nie jest taki głupi. Ale jak już tam będziesz - 

zwrócił się do mnie - nie zapomnij o nas. Możesz nas zaprosić na wakacje i przysłać nam bilety.

- Ale by było fajnie - ucieszył się Frycek. - Też byśmy się przelecieli samolotem.

- Dowiedz   się,   jak   jest   naprawdę   z   tymi   Indianami   -  mówił   właśnie   Jasiek,   gdy  drzwi 

otworzyły się i stanął w nich dziadek.

- Aż w kuchni słychać, jak wam burczy w brzuchach - powiedział i uśmiechnął się do nas. - 

Chodźcie do stołu.

- Proszę pana - spytał Jasiek. - Czy on naprawdę leci do Ameryki?

Dziadek odwrócił się do mnie i spojrzał mi prosto w oczy. Tylko przez chwilę udało mi się 

wytrzymać jego spojrzenie. Potem spuściłem głowę i obserwowałem z uwagą dziurę, która właśnie 

robiła mi się w lewym kapciu.

background image

- Naprawdę - usłyszałem głos dziadka.

Wieczorem, kiedy już leżałem w pościeli, przyszedł do mnie dziadek i usiadł na brzegu 

tapczana. A zaraz za nim wsunął się Puszysław i zaczął się mościć na jego kolanach.

- Wszyscy chcą, żebym jechał - poskarżyłem się.

- Co to znaczy „wszyscy”? - zdziwił się dziadek.

- No, nawet oni... - zająknąłem się. - Nawet Krysia, Frycek i Jasiek. Bo chcą do mnie 

przyjechać na wakacje.

- I kto jeszcze chce, żebyś jechał? No, przyznaj się, co tam kombinujesz - spytał dziadek, a 

Puszysław miauknął rozdzierająco.

- Nawet Puszysław mówi mi, że chce.

- A wiesz, że on rzeczywiście chciał ci teraz coś powiedzieć. - Dziadek podrapał kota za 

uszami. - Już ze dwa miesiące się nie odzywał. Koty są bardzo mądre... Ale ja myślę, że mu po 

prostu smutno, że jedziesz.

- A tobie, dziadku, smutno? - spytałem, całkiem nieoczekiwanie dla samego siebie. I zaraz, 

żeby jakoś wytłumaczyć to pytanie, dodałem: - Bo ten... ten pan... co przyniósł zaproszenie... on 

mówił, że to, żeby cię odciążyć. Tak powiedział. Pamiętam.

- No wiesz, Bogusiu - oburzył się dziadek. - Ludzie plotą różne głupstwa. Jak w ogóle 

możesz tak myśleć...

- Ja nie myślę. - Przytuliłem się do niego. - Tylko tak spytałem. Bo czasem, jak się nawet 

coś wie, chce się to usłyszeć głośno.

- Masz rację - uśmiechnął się dziadek. I po chwili dodał: - Musimy się zastanowić, co trzeba 

ci kupić. Masz taką pojemną walizkę, że możemy do niej zapakować nawet słonia.

Walizka stała pod stołem. Tam, gdzie ją schowałem przed Fryckiem. Połyskiwała leciutko 

wyświeconą skórą.

- Nie, dziadku, ja jej nie wezmę - powiedziałem nagle i usiadłem koło niej, na podłodze.

- Jak to? - zakasłał dziadek. Puszysław obrażony przeciągnął się i zeskoczył mu z kolan. - 

Przecież   tak   ci   się   podobała.   Tak   chciałeś   ją   mieć.   Dlaczego?   -   spytał,   a   kiedy   szukałem 

najlepszych słów, żeby mu wytłumaczyć, powiedział jeszcze: - Tak sobie teraz myślę, że miałeś 

rację. Po co mi taka walizka do wujka Miśka. Zupełnie co innego - do Ameryki.

- Dziadku - przerwałem mu spiesznie, aby nie uleciały słowa, których na próżno szukałem. - 

To właśnie dlatego. Bo ja bym  chciał, żebyś  do mnie często przyjeżdżał.  To w co się wtedy 

zapakujesz? Ja ci ją pożyczam - ciągnąłem. - Ona jest moja, ale twoja też jeszcze troszkę. I jak do 

mnie przyjedziesz, to mi ją wtedy oddasz. A jak będziesz chciał tu wrócić, to znów ci ją pożyczę - 

skończyłem, zadowolony, że tak wszystko, co chciałem, udało mi się powiedzieć.

background image

Dziadek wstał i bardzo wolno zbliżył się do mnie. Usiadł na krześle, które stało koło biurka. 

Może dlatego, że bał się, że nie będę słyszał tego, co chciał mi powiedzieć.

- Bracie - szepnął. - Jak ją weźmiesz, to - pomyśl sobie - trochę będzie tak, jakbym był z 

tobą. Wystarczy na nią spojrzeć - jestem po trochu w tych wszystkich miejscach, z których są 

nalepki. I sam mówiłeś, że pachnie moją fajką i wodą kolońską.

- Ale ty pachniesz jeszcze mocniej, dziadku - powiedziałem i aż się wzdrygnąłem na dźwięk 

swego głosu. - Jak do mnie przyjedziesz - szepnąłem - to kiedy będziesz wysiadał z samolotu, 

choćby z nie wiem jak daleka, poznam cię zaraz po walizce.

- Walizki oddaje się na bagaż - uśmiechnął się dziadek i puścił do mnie oko.

- Ale nie takie. Takich na pewno się nie oddaje - powiedziałem stanowczo i też puściłem 

oko. Udało mi się. Po raz pierwszy w życiu.

background image

WARKOCZYK

Koniec   zabawy   -  zarządziła   pani   i   rozdała   nam   kartony.   -  Niedługo   jest   Dzień   Ojca   - 

przypomniała nam. - Niech każde z was narysuje teraz swojego tatusia. A potem zrobimy pokaz.

Pokaz polegał na tym, że pani przez powiększalnik rzucała nasze rysunki na ścianę, a one 

wtedy robiły się kilka razy większe niż normalnie i wszyscy je mogli jednocześnie oglądać.

Tatuś na  moim rysunku  przepasany był  fartuchem  w niebieskie  pasy i trzymał  w ręku 

garnek.   Mój   tatuś   bardzo   lubi   gotować.   Szczególnie   w   niedzielę,   kiedy   ma   więcej   czasu. 

Przyrządza nam wtedy różne niezwykłe potrawy, a mamusia mówi, że jest żywym dowodem na to, 

że najlepszymi kucharzami są mężczyźni.

Jako pierwszy oglądaliśmy rysunek Jacka. Pani powiedziała, że jest to portret, bo jego tatuś 

miał na tym rysunku tylko głowę. Miał też długie czarne wąsy, a pod nimi szeroki uśmiech. Tatuś 

Michała, ubrany w duże czerwone kalosze, był bardzo gruby, a tatuś Małgosi - nosił okulary. W 

końcu pani pokazała mój rysunek i wtedy wszystkie dzieci zaczęły się śmiać. Pani również się 

śmiała i powiedziała, że coś mi się pomyliło i że miałem narysować tatusia, a nie mamusię.

- To jest mój tatuś - oburzyłem się.

- To dlaczego ma warkoczyk i kolczyk w uchu?

- spytała pani.

Nie bardzo wiedziałem, co na to odpowiedzieć. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem.

- Jedni tatusiowe mają wąsy, inni okulary, a jeszcze inni warkoczyki - tłumaczyłem, ale 

wszyscy znowu zaczęli się śmiać, a pani powiedziała, że to niezupełnie to samo i spytała, czy mój 

tatuś gra w jakimś zespole.

- Nie - pokręciłem głową. - Na niczym nie gra. Chodzi do pracy, a w domu siedzi przy 

biurku albo gotuje.

- Ty wcale nie masz tatusia, tylko dwie mamusie!

- wypalił Michał i znów wszystkim bardzo się to podobało.

- Mój tatuś też gotuje! - krzyknęła Agata. - A najlepiej to robi placki kartoflane!

Spojrzałem na nią z wdzięcznością. Ze ściany zniknęła podobizna mojego tatusia, a pojawił 

się tatuś Agaty. Przyglądałem mu się z uwagą i myślałem sobie, że gdybym go zobaczył na ulicy, 

nigdy nie przyszłoby mi do głowy, że umie smażyć placki kartoflane. I że są w dodatku dobre.

Przedszkole miałem blisko i nie musiałem przechodzić przez żadną ulicę, więc wracałem do 

domu sam. Nie chciało mi się z nikim rozmawiać, bo myślałem wciąż o moim tatusiu i o tym, że 

się z niego śmiali i było mi jakoś okropnie.

background image

Wtedy zobaczyłem  tego psa. Ludzie oglądali się za nim i pokazywali  go palcami.  Był 

wysoki i chudy, cały czarny, z białym jak mleko łbem i ogromnym, puszystym lisim ogonem. Nie 

zwracał na nikogo uwagi, szedł sobie wolno i spokojnie, jakby zamyślony, patrząc wprost przed 

siebie wielkimi, bursztynowymi ślepiami. Pomyślałem sobie, że gdybym go narysował, nikt by mi 

nie uwierzył, że naprawdę istnieje. Nie dlatego, że był taki piękny ani taki brzydki, tylko że był 

inny. Stanąłem z boku i obejrzałem się za nim. „Ciekawe, czy jest mu przykro, że się tak na niego 

gapią”  - pomyślałem  jeszcze,  a  potem  zacząłem   się  zastanawiać,  jak  powinien   wyglądać  jego 

właściciel. Kiedy zobaczyłem machającego mi z okna tatusia, już wiedziałem.

- Coś taki pochmurny? - zagadnął mnie, krzątając się po pokoju.

- Wiesz, widziałem psa... - zacząłem, chociaż właściwie chciałem powiedzieć coś zupełnie 

innego.

- Mama się nie zgodzi - uśmiechnął się tatuś. - Wiesz, że nie lubi zwierząt w domu.

To   była   prawda.  Mama   nigdy  nie   chciała   się   zgodzić   na   żadnego   psa,   kota   ani   nawet 

chomika, bo mówiła, że zwierzęta wnoszą brud i zarazki, gubią sierść, niszczą meble i w ogóle 

tylko z nimi dodatkowy kłopot.

- Nie, ja nie dlatego... - zająknąłem się.

- Opowiesz mi później, dobrze? - powiedział tatuś, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. - 

Teraz muszę popracować. Przyjdzie do mnie paru kolegów. Idź do ogródka. Jest tak ładnie i ciepło. 

Niedługo powinna wrócić mama - pocieszył mnie, wpuszczając pierwszego gościa. Znałem go już 

z widzenia. Miał mało włosów, był bardzo chudy i zawsze nosił krawat.

Wziąłem wszystkie  moje samoloty i poszedłem na dwór. Zrobiłem lotnisko, a na pasie 

startowym ustawiłem dużą maszynę amerykańskich linii Pan American. Miała lecieć do Meksyku. 

Tam, gdzie rosną kaktusy takie duże jak nasze jabłonie. Albo jeszcze większe. Na drugim pasie 

przygotowałem   do   odlotu   francuski   Concorde.   Był   podobny   do   dzikiego,   drapieżnego   ptaka. 

Próbowałem wymyślić, gdzie go wysłać, ale jakoś nie mogłem. Co chwila przychodził ktoś nowy, 

słyszałem, jak się wita i gwar głosów wzmagał się coraz bardziej. Wszedłem na ławkę i zajrzałem 

przez okno.

Wszyscy panowie oglądali jakieś plany na wielkich białych kartonach i chyba się kłócili. A 

może tylko głośno rozmawiali. Nie wiem, bo nie bardzo rozumiałem, o czym mówią. Przyglądałem 

się im uważnie, każdemu po kolei. Byli różni - młodzi i starsi, chudsi i grubsi, w okularach albo 

bez, z włosami albo bez włosów, ale żaden nie był podobny do tatusia. Nie wiedziałem, czy to 

dobrze czy źle i znów zrobiło mi się smutno. Kiedy złaziłem z ławki, było mi już wszystko jedno, 

dokąd ma polecieć mój Concorde, a przecież taki piękny samolot nie może lecieć byle gdzie. Tym 

bardziej, że jeszcze nie nabrał paliwa.

background image

- Cześć, Kubusiu - usłyszałem głos mamy i zanim zdążyłem się odwrócić, poczułem, jak 

mnie obejmuje.

- Nie słyszałem, kiedy weszłaś.

- Przyfrunęłam   -   roześmiała   się.   -   Razem   z   tymi   paczkami   -   machnęła   przede   mną 

trzymanymi w obydwu rękach pakunkami zawiniętymi w biały papier.

- A ja wiem, co to jest! - ucieszyłem się, wąchając smakowite zapachy.

- Chodź ze mną do kuchni, wybierzesz dwa dla siebie. Tam chyba jest niezły tłumek - 

powiedziała, wskazując pokój tatusia.

- To dla nich kupiłaś?

- Też - przytaknęła. - Chyba tylu ciastek nie zjedlibyśmy sami? - spytała, wyjmując je na 

talerz.

- Chyba nie - zgodziłem się, odkładając dla siebie pączka i ptysia.

Następnego dnia obudziło mnie ćwierkanie ptaków i apetyczny zapach smażonych jajek. 

Pobiegłem   do   kuchni.   Tatuś   -   przepasany   fartuchem   -   krzątał   się,   przygotowując   śniadanie. 

Przypomniałem sobie, że jest sobota i nie muszę iść do przedszkola. Mamusia już wyszła - zawsze 

rano jeździ na basen. Wspiąłem się na palce - najwyżej jak mogłem - i pociągnąłem tatusia za 

warkoczyk.

Śniadanie jedliśmy na werandzie. Było cieplutko, a kwiaty, mokre po nocnym deszczu, 

lśniły w słońcu wszystkimi kolorami.

- No i co? - przypomniał sobie tatuś. - Rozmawiałeś z mamą o tym psie?

- Nie - pokręciłem głową. - Ja nie dlatego ci o nim zacząłem mówić, żeby go mieć.

- A dlaczego?

Opowiedziałem, co zdarzyło się w przedszkolu, chociaż o psie nie było tam ani słowa.

- Nie wszyscy muszą być jednakowi - wzruszył ramionami tatuś, kiedy skończyłem. - A 

tobie też nie podoba się mój warkocz?

- Nie wiem - wyjąkałem. - Chyba mi się podoba - dodałem niepewnie. - Tylko że się za 

nami oglądają.

I czasem się śmieją. I teraz już wiem, dlaczego.

- Dlaczego?

- No bo panowie nie noszą warkoczy.

- Dlaczego? - powtórzył znów z uśmiechem tatuś.

- Bo warkocze noszą dziewczyny - wypaliłem.

- A ja bym nie chciał wyglądać jak dziewczyna.

- A uważasz, że ja wyglądam jak dziewczyna?

background image

Pogłaskałem go po warkoczyku i roześmiałem się. No, nie. Tego o moim tatusiu w żadnym 

wypadku nie dałoby się powiedzieć.

- To po co nosisz warkocz? - Nie dawałem jednak za wygraną. - I kolczyk w uchu?

- Bo to wydaje mi się zabawne - powiedział tatuś. - I jest modne.

- Ale   ty   przecież   nawet   nie   grasz   na   gitarze.   Ani   na   bębnie.   Ani   na   niczym   innym   - 

przypomniały mi się zarzuty pani w przedszkolu. Co ty właściwie robisz, tatusiu? - zaciekawiłem 

się.

- Jestem architektem - wyjaśnił, ale nic mi to nie powiedziało. Widząc moją minę, dodał: - 

Projektuję domy. To znaczy wymyślam je i potem rysuję.

- Pokażesz mi swoje rysunki? - spytałem.

- Dobrze - zgodził się i poszliśmy do pokoju. Tam wyjął z pełnej rulonów szafy duży blok i 

położył na biurku.

Oglądałem jeden rysunek po drugim, ale żaden z nich nie przypominał żadnego domu - 

pełno było na nich jakichś linii, strzałek i cyferek - czarnych i nudnych.

- Widzę, że jesteś rozczarowany - roześmiał się tatuś. - Chyba rzeczywiście twoje domy są 

ładniejsze. Tylko  że ja muszę rysować  tak, żeby ci, co je będą budować, wszystko  wiedzieli. 

Bardzo dokładnie. Rozumiesz?

- Chyba tak - kiwnąłem głową.

- Posprzątam teraz po śniadaniu - zaproponował - a ty przez ten czas zbuduj jakiś dom z 

klocków LEGO, zgoda? A potem przejdziemy się trochę.

Mój dom był taki wysoki i chudy, że przypominał wieżę. Był cały ciemnoniebieski, miał 

żółte okna i żółty dach.

- Zbudowałeś   całkiem   niezły   biurowiec   -   pochwalił   mnie   tatuś,   a   kiedy   nic   nie 

odpowiedziałem, usiadł koło mnie na dywanie. - Słuchaj, Kuba - powiedział poważnie. - Nigdy się 

nad tym nie zastanawiałem, że możesz mieć przeze mnie kłopoty.

Bardzo to poważnie zabrzmiało i poczułem się całkiem dorosły.

- E tam, nie przejmuj się - pocieszyłem go.

- Jeśli ci na tym zależy, zetnę włosy i zlikwiduję ten kolczyk - dodał jakby nigdy nic, a mnie 

aż zatkało. - Chciałbyś? - spytał jeszcze po chwili.

Wzruszyłem ramionami i powiedziałem niepewnie:

- Nie, chyba nie. - A potem przypomniały mi się chichoty chłopaków w przedszkolu i to, co 

mówiła pani, i to, że się za nami oglądają. - Nie wiem - szepnąłem.

Nie jestem pewiem, czy tatuś to usłyszał, bo nic nie powiedział, tylko popatrzył na mnie 

bardzo uważnie, a potem kazał mi założyć buty i poszliśmy na spacer.

background image

Z tatusiem spacer wcale nie jest nudny, bo nie zwraca mi co chwila uwagi, pozwala biegać i 

rozmawia ze mną zupełnie jak z kimś dorosłym.

- Chciałbym zobaczyć tego psa - zwierzyłem się, kiedy tylko zamknęliśmy za sobą furtkę.

- W końcu nawet nie opisałeś, jak wyglądał - powiedział tatuś. - Zacząłeś o nim mówić, a 

potem zapomniałeś.

- Wcale   nie   zapomniałem,   tylko   do   ciebie   przyszli   koledzy.   O   takim   psie   nie   można 

zapomnieć - dodałem. - On był, wiesz, taki, że wszyscy się za nim oglądali.

- Ty też?

Zawstydziłem się, nie wiadomo dlaczego, i kiwnąłem głową.

- Tak, ale nie dlatego... - zająknąłem się. - Obejrzałem się, bo on był taki niezwykły, że 

chciałem go zapamiętać.

- Był na smyczy?

- Nie - oburzyłem się. Jakoś zupełnie nie potrafiłem wyobrazić go sobie na smyczy.

- Czy to znaczy, że był sam? - zainteresował się tatuś.

- Tak.

Szliśmy w stronę placu, na który przyjeżdża czasem wesołe miasteczko. Rosną tam stare 

drzewa,   a   w   pobliżu   jest   sadzawka,   po   której   pływają   dzikie   kaczki.   Uświadomiłem   sobie   z 

przykrością, że zapomniałem wziąć dla nich chleb.

Próbowałem   tatusiowi   opowiedzieć,   jak   wyglądał   pies,   ale   wiedziałem,   że   trzeba   go 

zobaczyć samemu.

Nie spotkaliśmy go jednak na żadnej z sąsiednich  uliczek. Widzieliśmy kilka pięknych 

psów, dużo ładnych i parę zwyczajnych, ale tego jednego - wyjątkowego i niepowtarzalnego - nie 

było nigdzie. W końcu tatuś kupił nam na pocieszenie po lodzie czekoladowo - truskawkowym i 

usiedliśmy na ławce, oglądając taplające się w wodzie kaczki.

Przyszedł, kiedy zbieraliśmy się już do domu. Usiadł koło naszej ławki, jakby nigdy nic, 

pomerdał ogonem i uśmiechnął się do tatusia. A tatuś uśmiechnął się do niego.

- Jesteś wreszcie - ucieszył się.

- Skąd wiesz, że to on? - Czułem, jak serce bije mi mocno.

- To przecież widać - uśmiechnął się tatuś. Pies patrzył na nas wyczekująco.

- Tatusiu, proszę cię - powiedziałem przez ściśnięte gardło. - Weźmiemy go, dobrze?

- Zobaczymy - powiedział tatuś i wstał. Pies wstał również.

Szedł za nami krok w krok, jak dobrze ułożony, wyprowadzany właśnie na spacer piesek, a 

towarzyszyły nam rozbawione spojrzenia mijanych ludzi.

- On nas sobie wybrał - szepnąłem. - Nie możemy go zostawić.

background image

Otworzyliśmy furtkę. Pies wszedł pierwszy.

- Może mama jeszcze nie wróciła - powiedziałem niepewnie.

Ale mama stanęła właśnie w drzwiach domu i przyglądała nam się bez słowa.

- Co   to   jest?   -   spytała   wreszcie,   pokazując   psa.   Stał   spokojnie,   wpatrując   się   w   nią 

wyczekująco swoimi miodowymi ślepiami.

- Pies - wyjaśnił tato i parsknął śmiechem. - Tylko nie mów, że niepodobny.

Mama uśmiechnęła się leciutko i już wiedziałem, że nie jest tak źle.

- Trzeba   dać   ogłoszenie   -   powiedziała.   -   Napiszecie   jeszcze   dzisiaj   i   rozwiesicie   na 

drzewach wszystkich pobliskich ulic. A jeśli nikt się nie zgłosi, damy w poniedziałek do gazety.

- Jakie ogłoszenie? - spytałem.

- Że pies poszukuje właściciela - wyjaśniła mama. - Pewnie się zgubił.

- Coś ty, mamo - sprzeciwiłem się. - On nie ma obróżki i wczoraj... - umilkłem na widok 

ostrzegawczej miny taty.

- Co wczoraj? - dopytywała się mama.

- Nic - wybąkałem niepewnie. - Wydawało mi się tylko, że go widziałem. Jak wracałem z 

przedszkola.

Pies rozciągnął się w słońcu na ganku i przestał zwracać na nas uwagę.

Do jednego starego garnka odlała mama trochę ciepłego krupniku, do drugiego wody i 

postawiła przed psem. Zjadł spokojnie, nie łapczywie i znów ułożył się w słońcu.

- Nie był bardzo głodny - stwierdziła mama. - Piszcie ogłoszenie. Na pewno ktoś go szuka.

Napisaliśmy tak: „Jestem niepodobny do innych psów. Mam białą głowę, lisi ogon i złote 

oczy. Nie wiem, jak się nazywam. Czekam na swojego pana”. A potem był nasz adres i numer 

telefonu.

Kiedy rozwieszaliśmy ogłoszenia, pies nie opuszczał nas ani na krok. A potem, w domu, 

odbieraliśmy   telefony.   Dużo   było   głupich   dowcipów,   nikt   jednak   nie   zgłaszał   się   naprawdę. 

Okropnie bałem się, że zadzwoni jakiś właściciel i zabierze nam psa.

W poniedziałek rano tatuś powiedział, że da ogłoszenie do gazety.

- Pociągnij mnie za warkoczyk na pożegnanie - zaproponował nagle, gdy wychodziłem do 

przedszkola.

W przedszkolu nie mogłem  się doczekać, kiedy będę mógł nareszcie  wrócić do domu. 

Myślałem ciągle o psie i co to będzie, jeśli naprawdę ktoś się po niego zgłosi. Pani zwróciła mi 

uwagę, że jestem roztargniony i nie słucham, co się do mnie mówi.

Kiedy   otwierałem   furtkę   do   domu,   zaraz   go   zobaczyłem   i   odetchnąłem   z   ulgą.   Był. 

Podszedł do mnie jakby z ociąganiem i popatrzył na mnie uważnie. Miał smutne oczy. Rzuciłem 

background image

mu patyk, ale udał, że tego nie widzi.

- Tatusiu! - zawołałem, zamykając za sobą drzwi. - Gdzie jesteś?

Pies stał koło mnie z przekrzywionym łbem, jakby czegoś nasłuchiwał.

- Tutaj - powiedział tatuś, stając w drzwiach swojego pokoju. - No co, podobam ci się?

Poczułem,   że   coś   dławi   mnie   w   gardle.   Próbowałem   mu   powiedzieć,   że   przecież   tak 

naprawdę, to ja nie chciałem niczego zmieniać, że bardzo lubiłem jego warkoczyk i że teraz wcale 

nie jest do siebie podobny, i nie mogłem. Bałem się, że zaraz się poryczę. I nie wiem dlaczego, ale 

jak go takiego zobaczyłem, wiedziałem, że to się zaraz musi stać. Popatrzyłem na psa. On też 

wiedział. Usiadłem w kącie i czekałem. Pies czekał razem ze mną. Tatuś mówił coś do mnie, ale 

nie wiem co. Nasłuchiwałem tylko, kiedy szczęknie furtka.

To nawet nie trwało długo. Rozległ się dzwonek do drzwi i stanęła w nich dziwna staruszka. 

Malutka, uśmiechnięta, ubrana jak traperzy na Dzikim Zachodzie.

- Chodź, piesku - powiedziała tylko i poszli.

- Tatusiu, tatusiu, tatusiu - powtarzałem w kółko obejmując go i mocząc mu koszulę łzami. - 

Przecież nie wszyscy muszą być jednakowi. Jak długo one rosną?

- Przecież chciałeś, żebym to zrobił.

- Nie - pokręciłem głową. - Jak długo, powiedz?

- Może dwa lata, nie wiem - uśmiechnął się.

- Za dwa lata będę już w szkole - powiedziałem. - Ale tam pewnie też będziemy rysować 

tatusiów... - zamyśliłem się i przestałem płakać. - Chciałbym, żebyś wtedy miał już warkoczyk. 

Może kiedyś odwiedzi nas pies...

background image

MAŁGOSIA

Chciałabym być taka jak moja mamusia. Mieć kręcone włosy, czerwone usta i paznokcie i 

zawsze nosić różne kolczyki.

Zwinęłam się na fotelu w kłębek, a na mnie zaraz zwinęła się Żyta. Patrzyłyśmy obydwie, 

jak mamusia maluje sobie oczy. Na przymkniętą powiekę nakładała pędzelkiem srebrny puder, a 

potem innym pędzelkiem, takim cieniutkim, robiła kreseczki - nad i pod okiem. Kiedy rozdzielała 

rzęsy,   żeby   nie   były   sklejone   tuszem,   trzasnęły   drzwi   u   naszych   sąsiadów   i   Żyta   pobiegła   z 

głośnym szczekaniem do przedpokoju.

- Paskudny   kundel!   -   krzyknęła   mamusia   i   rzuciła   w   Zytę   kapciem.   -   Zabierz   ją   stąd 

natychmiast! O mało nie wsadziłam sobie przez nią szpilki do oka!

Przestraszona Żyta z podwiniętym ogonem schowała się pod mój fotel. Położyłam się przy 

niej na podłodze.

- Nie bój się - szepnęłam. - Oni zaraz sobie pójdą. Zawsze tak jest, jak się gdzieś spieszą, 

przecież wiesz. No, chodź... - wyciągnęłam ją spod fotela i pocałowałam w nos.

- Coś obrzydliwego! - krzyknęła znów mamusia. - Co ty wyprawiasz! Dostaniesz jeszcze 

jakichś parchów!

- Nie dostanę - powiedziałam odważnie i przytuliłam Zytę.

- Jesteś już gotowa? - Uwagę mamusi odwrócił Wojtek, wychodząc ze swojego pokoju.

- Jak mogę być gotowa w tych warunkach?! - spytała dramatycznym głosem mamusia. - 

Cały   dzień   dom   i   dzieciak   na   głowie,   nie   mówiąc   o   tym   kundlu,   którego   nie   wiem   po   co 

przyprowadziłeś, a wieczorem chcesz, żebym w pięć minut tak wyglądała, jakbym tylko kąpała się 

w szampanie.

„Dzieciak” to byłam ja, a „kundel” to Żyta. Mamusia nigdy o niej inaczej nie mówiła, 

chociaż Żyta była rasową jamniczką ostrowłosą, a jej mama zdobyła nawet podobno jakiś medal na 

wystawie.

- Idziemy na kolację - powiedział Wojtek, siadając obok nas na krześle. - Napisałem numer 

telefonu, pod którym będziemy, i położyłem na notesiku. Jakbyś czegoś potrzebowała, koniecznie 

zadzwoń.

Kiwnęłam głową, że wiem. Zawsze zostawiał mi numer i mówił, dokąd idą.

- Jeszcze nigdy nie zadzwoniłaś - uśmiechnął się do mnie. - Jesteś bardzo samodzielna.

- Nie przesadzaj - wtrąciła mamusia, przypinając sobie przed lustrem broszkę. - Co jest 

samodzielnego w tym, że dziecko samo kładzie się spać? Chodź, jestem już gotowa. Bądź grzeczna 

background image

- rzuciła w moim kierunku. - Pościeliłam  ci łóżko. Gdyby  ci się chciało pić, w  termosie jest 

herbata, jak zwykle. Nie otwieraj nikomu drzwi!

Wojtek pocałował mnie pospiesznie i potarmosił uszy Zyty. A potem pobiegł podać mamie 

palto. Żyta poszła za nim. Myślała pewnie, że może jeszcze raz wyjdzie wieczorem na spacer.

- Nic z tego, Żyta - powiedział Wojtek. - Idź i pilnuj swojej pani.

Kiedy poszli, włączyłam telewizor, ale chyba się popsuł: szumiał i przez ekran przelatywały 

różnokolorowe paseczki. W radio najpierw jakaś pani bardzo ładnie śpiewała, ale potem zaczęli 

mówić o tym śpiewie i to już wcale nie było ciekawe.

Usiadłam przed lustrem i zaczęłam robić miny.  Ale nawet z najbardziej okropną wciąż 

byłam do siebie podobna. Otworzyłam szufladkę w toaletce i wyjęłam różne ołówki, szminki i 

pudełeczka.

- Wydajemy dzisiaj, skarbie, przyjęcie! - powiedziałam, naśladując mamusię. - Taka jestem 

podniecona... Zaraz zrobię się na bóstwo. - I pomalowałam sobie usta bordową szminką. Zrobiłam 

sobie czerwone placki na policzkach i czarne brwi, a pod brwiami nałożyłam warstwę zielonego 

cienia. Żyta zawarczała z niepokojem.

- Nie   podobam   ci   się?   -   spytałam   z   wyrzutem,   zawiązując   sobie   pod   szyją   kokardę   z 

szyfonowej apaszki. - To dlatego, że przez cały dzień musiałam się użerać z tym dzieciakiem! - 

wskazałam na wielkiego żółtego miśka. - Zawsze, kiedy się spieszę, ma do mnie różne sprawy - 

tłumaczyłam Życie. - Mówię ci, jak na złość! - Wydawało mi się, że misiek patrzy na mnie z 

wyrzutem. - Czy stół już nakryty? - spytałam, wkraczając do mojego pokoju.

Przy malutkim czerwonym stoliku siedziały na krzesłach Laguna z Zosią.

- Jak zwykle nic nie zrobione! - rozzłościłam się. - Wszystko na mojej głowie, a tu zaraz 

goście przyjdą.  Trzeba wyjąć serwis - tłumaczyłam, wyjmując  plastikowe lalczyne  kubeczki w 

kwiatki.   -   Mogłabyś   się   ubrać   z   takiej   okazji!   -   upomniałam   Lagunę,   która   -   goła   i   czarna   - 

siedziała nieruchomo, wytrzeszczając na mnie brązowe oczy. - Jak sądzisz, kochanie - spytałam 

Zytę - czy podawać jakieś przystawki, czy wystarczy danie gorące? - Żyta szczeknęła krótko. - Też 

tak uważam - westchnęłam z ulgą. - Bez przesady.

Zadźwięczał dzwonek.

- Mam nadzieję, że nikt nie odwołuje wizyty - powiedziałam głośno, odbierając telefon.

- Słucham? - usłyszałam cienki głosik po drugiej stronie.

- To ja słucham - zdziwiłam się. Przez chwilę panowała cisza. - Kto mówi? - spytałam.

- Małgosia - powiedziała jakaś dziewczynka. - Chciałam mówić z moją mamą.

- Tu nie ma twojej mamy - wyjaśniłam i zaraz, nie wiem dlaczego, dodałam: - Mojej zresztą 

też nie.

background image

- A gdzie jest twoja mama? - spytała Małgosia.

- Na kolacji - wyjaśniłam. - A twoja?

- U koleżanki. Uczy się do egzaminu.

- To ona jeszcze chodzi do szkoły? - zdziwiłam się.

- Tak - przytaknęła Małgosia.

Przez chwilę nic nie mówiłyśmy. Zastanawiałam się, czy odłożyć słuchawkę, ale słyszałam 

po drugiej stronie oddech Małgosi i zamiast skończyć rozmowę, spytałam:

- Jesteś sama w domu?

- Tak - przyznała Małgosia. - A ty?

- Ze mną jest Żyta.

- To twoja siostra?

Roześmiałam się, gładząc Zytę, która znów wpakowała mi się na kolana.

- Czego się śmiejesz?

- Tak sobie. - Znów parsknęłam śmiechem. - Ona siedzi mi na kolanach. Powiedz coś do 

pani - zachęciłam Zytę, łaskocząc ją pod brodą. Zapiszczała z zadowolenia. - Słyszałaś? - spytałam 

do słuchawki.

- Mhm - mruknęła dziewczynka. - To pies czy kot?

- Jamniczka ostrowłosa. A ty nie masz żadnego stworzenia?

- Mam - powiedziała Małgosia. - Akwarium. Mam neonki i gupiki, i mieczyki, i ślimaki. 

Fajne, mówię ci.

- Aha - przytaknęłam bez przekonania. - A twój tatuś też chodzi do szkoły? - spytałam i 

znów zachciało mi się śmiać. Wyobraziłam sobie tatusia Małgosi z tornistrem na plecach i w 

krótkich spodenkach.

- Nie wiem - przyznała Małgosia niepewnie.

- Jak to? - zdziwiłam się. - Nie wiesz, co on robi?

- Ja nie mam tatusia - ucięła Małgosia.

- A ja mam dwóch - pochwaliłam się.

- Nie można mieć dwóch.

- A   właśnie   że   można!   -   krzyknęłam,   aż   Żyta   zawarczała   niespokojnie.   -   Jeden,   ten 

prawdziwy, mieszka gdzie indziej - tłumaczyłam, już ciszej, bo Małgosia przestała się odzywać. 

Słyszałam, że jest, tylko nic nie mówi. - Czasem go widuję. On ma teraz jeszcze jedną córkę, taką 

małą, że nie można się z nią dogadać. I ta córka ma na imię tak jak ty.

- A ten drugi? - usłyszałam głos Małgosi.

- Co, drugi? - zdziwiłam się.

background image

- No, drugi tatuś - zniecierpliwiła się Małgosia.

- To jest Wojtek. Mąż mojej mamusi. Przyniósł mi Zytę - pochwaliłam się.

- Lubisz go?

- Przyniósł mi Zytę - powtórzyłam. - Zawsze mi mówi, gdzie wychodzą, i zostawia numer 

telefonu. Kupuje mi różne rzeczy. Nie krzyczy na mnie.

- A ty... - spytała Małgosia z wahaniem - jak wyglądasz?

Z  lustra  po drugiej   stronie  przedpokoju  spoglądała   na mnie   dziewczynka   w  piżamie,   z 

wielką kokardą pod szyją i twarzą smutnego pajaca.

- Szkoda, że nie możesz mnie zobaczyć - zachichotałam.

- Chociaż opowiedz - poprosiła Małgosia.

- Nie.

- To dobranoc - powiedziała po chwili.

- Poczekaj! - krzyknęłam. - Jestem umalowana, wiesz?

- Jak to? - zdziwiła się Małgosia. - Farbami?

- Nie, coś ty - oburzyłam się. - Umalowałam się jak mamusia.

- A ona nie będzie się gniewać? Przestraszyłam się.

- Zadzwonię do ciebie później - rzuciłam spiesznie i odłożyłam słuchawkę.

Wiedziałam,  czym  mamusia  zmywa   makijaż.   Lubiłam  przyglądać   się,  jak  jeździ   watką 

zwilżoną zielonym płynem po oczach i policzkach, na watce zostają kolejno różne kolory, a w 

końcu pojawia się obca i rzadko widywana, naga twarz.

Zużyłam  chyba z pół paczki waty i pół buteleczki płynu, zanim byłam znów do siebie 

podobna.

- Mam   nadzieję,   że   dobrze   bawiłyście   się   beze   mnie?   -   spytałam   Lagunę,   rozwiązując 

szyfonową kokardę. - Przyjęcie skończone. Posprzątaj tu ładnie - pouczyłam Zytę - a ja tymczasem 

zadzwonię do Małgosi.

Usiadłam przy telefonie i właśnie wtedy, kiedy uświadomiłam sobie, że nie spytałam jej o 

numer, zadźwięczał dzwonek.

- Dobry wieczór - usłyszałam głos Małgosi. - Chciałabym mówić z moją mamą.

- No coś ty - zdziwiłam się. - Przecież już ci mówiłam, że twojej mamy tu nie ma.

- A jaki masz numer? - spytała po dłuższej chwili milczenia Małgosia.

- 45 15 85 - powiedziałam. - A ty?

- Wykręcałam 86.

- Fajnie,   że   źle   łączy   -   ucieszyłam   się.   -   Inaczej   nigdy   już   byśmy   nie   rozmawiały.   - 

Usłyszałam, że jedzie winda. Żyta zeskoczyła z moich kolan i machając ogonem, pognała do drzwi. 

background image

- Muszę kończyć. Mama wraca. Zadzwoń jutro. - Odłożyłam słuchawkę i popędziłam do łóżka. 

Ledwo   zdążyłam   nakryć   się   kołdrą,   zazgrzytał   klucz   w   zamku.   Przypomniałam   sobie,   że   nie 

wyrzuciłam brudnych wacików, ale było już za późno. Słyszałam, jak Żyta piszczy i tańczy przy 

drzwiach.

- Wyjdę z nią na chwilę - powiedział Wojtek. Zaraz potem zadzwonił telefon.

- Halo? - spytała mamusia. I dodała po chwili: - To pomyłka.

Wyobraziłam sobie Małgosię, jak siedzi sama w pustym mieszkaniu przy telefonie, a koło 

niej w akwarium krążą wśród wodnych paprotek gupiki i zrobiło mi się smutno. „Nie mam nawet 

jej numeru telefonu, pomyślałam. Ale ona na pewno do mnie zadzwoni” - pocieszyłam się, chociaż 

wcale nie byłam tego pewna.

Zaraz potem, jak wrócił Wojtek z Zytą, poczułam w nogach znajome ciepełko.

- Wiesz, co ten dzieciak zrobił?! - słyszałam zagniewany głos mamy. - Sam zobacz!

- Bawiła się w dorosłą - powiedział Wojtek.

- Wychlapała mi pół tonicu Maxa Factora. Masz pojęcie, ile to kosztuje?! Ja już nie mam do 

niej siły. Chyba oddam ją na jakiś czas do mamy. Mnie się też coś od życia należy.

- Daj spokój - uciszał ją Wojtek.

- A niby dlaczego mam dać spokój?!

- Jeszcze ją obudzisz. Chodź lepiej spać - poprosił.

Owinęłam głowę kołdrą i zacisnęłam powieki, ale długo jeszcze nie mogłam usnąć.

Otworzyłam   oczy,   gdy   było   już   widno.   Koło   mojego   łóżka   stała   Żyta   i   poszczekując 

wesoło, próbowała ściągnąć ze mnie kołdrę.

- No, co ty - szepnęłam ze strachem. - Cicho bądź. Obudzisz mamusię. Będzie się na nas 

gniewać od rana. - Przypomniałam sobie wczorajszy wieczór i poczułam skurcz strachu w żołądku.

- Zrób coś z tym kundlem! - krzyknęła mamusia. - Nawet w sobotę nie można sobie pospać!

- Chodź - szepnęłam Życie na ucho. - Pójdziemy na podwórko.

Ubrałam się, zjadłam bułkę z miodem, bo byłam głodna, i dałam Życie kawałek kiełbasy. 

Najpierw nie mogłam otworzyć zasuwy, ale w końcu udało mi się i poszłyśmy. Rzucałam Życie 

różne patyki, a ona biegała za nimi i przynosiła mi z powrotem. Było bardzo fajnie, dopóki nie 

wyszedł z sąsiedniej klatki starszy pan z wielkim bokserem. Bokser zawsze zaczepia Zytę, a ona 

się go boi i szczeka. Pan miał do mnie pretensje, że wyprowadzam psa bez smyczy, więc zabrałam 

Zytę i wróciłam do domu. Nie miałam kluczy, musiałam zadzwonić.

- To ty? - zdziwił się Wojtek, otwierając drzwi. - Wcale nie słyszałem, że wychodziłyście. 

Co taki ranny ptaszek z ciebie?

Spojrzałam na wiszący na ścianie zegar. Było wpół do dziewiątej.

background image

- Chyba nie warto się już kłaść - zdecydował Wojtek. - Wezmę prysznic, a potem zrobimy 

śniadanie, chcesz?

- Ja już jadłam - powiedziałam. - Ale chcę - dodałam spiesznie.

- Co ty tam jadłaś - machnął ręką. - Zrobimy sobie jajecznicę.

- Ze szczypiorkiem?

- Jeśli jest, to czemu nie - zgodził się od razu. Siedząc w swoim pokoju, słyszałam szum 

wody w łazience i pogwizdywanie Wojtka.

- Idę dzisiaj do tatusia - powiedziałam Życie. - Zostaniesz sama. - Spojrzała na mnie ze 

smutkiem. - Ale nie martw się. Zaraz po obiedzie wrócę. Tak jak zwykle, w sobotę, przecież wiesz. 

- Żyta szczeknęła krótko, że wie. - Mądry piesek - ucieszyłam się i podrapałam ją za uszami, tak 

jak lubi.

Gdy zadzwonił telefon, pomyślałam od razu, że to na pewno Małgosia i pobiegłam odebrać.

- Cześć, córka - usłyszałam zamiast tego głos tatusia. - Bardzo mi przykro, ale nie możemy 

się dzisiaj zobaczyć. Wiesz, Małgosia jest chora i muszę z nią posiedzieć, Iza musi gdzieś wyjść. - 

Iza to była nowa żona tatusia.

- To może ja posiedzę razem z tobą - zaproponowałam.

- Zarazisz się... A jak tam u ciebie? Wszystko w porządku?

- Tak - odpowiedziałam.

- Z kim rozmawiasz? - spytał Wojtek, wychodząc już ubrany z łazienki.

- Z tatusiem - szepnęłam, zasłaniając słuchawkę. - Nie może się ze mną zobaczyć.

- Mówiłaś coś? - spytał tatuś.

- Nie.

- Może poproś na chwilę mamę... - zawahał się.

- Ona śpi.

- Wcale nie - zaprzeczyła mamusia, stając w drzwiach. Była jeszcze potargana i w szlafroku 

i właśnie przypalała sobie papierosa.

- Nie pal na czczo - upomniał ją Wojtek, ale ona tylko wzruszyła ramionami i zabrała mi 

słuchawkę.

- Ojciec? - spytała mnie, a kiedy kiwnęłam głową, rzuciła do słuchawki: - Domyślam się, że 

znowu się migasz. To chyba przesada, nie sądzisz?

Nie wiem, co tatuś powiedział, ale mamusia roześmiała się na to kpiąco:

- Bujać to my, ale nie nas. Mnie nie nabierzesz, za dobrze cię znam. - I znów po chwili: - W 

końcu to też twój dzieciak. Też musisz mieć jakieś obowiązki...

- Chodź - wziął mnie za rękę Wojtek. - Pomożesz mi pokroić szczypiorek.

background image

- Jest? - spytałam automatycznie, chociaż nic mnie to nie obchodziło. Nie czułam się głodna 

i nie miałam w ogóle na nic ochoty. Nawet Żyta, która ocierała mi się o nogi, przestała mnie 

cieszyć.

- Nie martw się - powiedział Wojtek. - Pojedziesz z nami na basen, chcesz?

Kiwnęłam   głową,   chociaż   nic   mi   się   nie   chciało.   Usłyszałam,   jak   mamusia   odkłada 

słuchawkę i włącza telewizor.

- Co   się   stało?   -   spytała   po   chwili,   wchodząc   do   kuchni.   -   Majstrowałaś   wczoraj   przy 

telewizorze?

- Chciałam tylko pooglądać... - zaczęłam, ale mamusia przerwała mi wpół zdania:

- Nie   dość,   że   wypaprałaś   mi   kosmetyki,   to   jeszcze   zepsułaś   telewizor.   Jak   na   jeden 

wieczór, to chyba za dużo, nie sądzisz?

- Siadaj - wziął mnie za rękę Wojtek. - Jajecznica stygnie.

- Ty jej nie zagaduj - oburzyła się mama. - Za karę będziesz dzisiaj siedziała w domu.

- Powiedziałem przed chwilą - sprzeciwił się Wojtek - że pójdzie z nami na basen.

- A ja mówię po chwili, że nigdzie nie pójdzie - powiedziała z naciskiem mamusia. - To w 

końcu mój dzieciak, nie zapominaj o tym.

Spuściłam głowę, dłubiąc łyżeczką w jajecznicy. Była trochę przesolona i już chłodna.

- Jeśli   myślisz,   że   się   na   tobie   wyżywam   -   mamusia   stanęła   koło   mnie   tak   blisko,   aż 

poczułam zapach jej perfum - to się mylisz. - Wzięła mnie pod brodę i spojrzała mi prosto w oczy. 

- Chcę tylko, żebyś wyrosła na ludzi, nic więcej, rozumiesz?

Kiwnęłam głową, chociaż nie rozumiałam, a potem powlokłam się do pokoju. Położyłyśmy 

się z Zytą na tapczanie i oglądałyśmy różne książki z obrazkami. Przed wyjściem mamusia weszła 

do mojego pokoju. Ślicznie wyglądała, była już umalowana, miała długie, srebrne kolczyki i klapki 

na wysokiej szpilce.

- Jesteś bardzo ładna - powiedziałam, a ona uśmiechnęła się i musnęła ustami moje włosy.

- Jak będziesz  grzeczna - powiedziała - wyjdziemy  razem po obiedzie. Pochodzimy po 

sklepach. Może kupię ci coś ładnego.

Kiedy już sobie poszli, wzięłam kalkę  i zaczęłam przekalkowywać  śliczny obrazek, na 

którym była dziewczynka w niebieskiej sukience z mamusią i tatusiem. Siedziała z nimi na ławce 

przed   domem,   dookoła   biegało   dużo   różnych   zwierząt,   a   zza   płotu   wyglądał   wielki,   złoty 

słonecznik.

Zajmowałam się właśnie odrysowywaniem płatków słonecznika, kiedy zadzwonił telefon. 

Podniosłam słuchawkę chyba dopiero po pięciu dzwonkach.

- Już myślałam, że nikogo nie ma - usłyszałam głos Małgosi. - Czy to ty?

background image

- Ja - przyznałam.

- Bałam się, że odbierze ktoś inny i wtedy nie będę wiedziała, co powiedzieć - przyznała się 

Małgosia. - Zapomniałaś mi powiedzieć, jak się nazywasz. Wiem, jak ma na imię twoja jamniczka, 

a nie wiem, jak ty.

- Irka - powiedziałam.

- Nie znam żadnej Irki - ucieszyła  się Małgosia. - Wiesz, opowiadałam mamie,  jak się 

poznałyśmy. Bardzo się śmiała.

- Długo jeszcze na nią czekałaś? - Na kolana wskoczyła mi Żyta. Nie lubiła ani przez chwilę 

być sama.

- Nie. Jeszcze raz zadzwoniłam i znów była pomyłka, a potem zaraz mama wróciła. Długo 

czekała na autobus. - Przez chwilę milczałyśmy, a potem Małgosia spytała: - Co teraz robisz?

- Rozmawiam z tobą - uśmiechnęłam się.

- Ale tak w ogóle... Bo wiesz, jedziemy z mamą na łąkę. I ona powiedziała, że mogłybyśmy 

się poznać i mogłaby również wziąć ciebie, gdyby...

- Nie mogę - przerwałam. - Siedzę sama w domu i nie mogę wyjść. Mama pogniewała się 

na mnie. Za te szminki...

- Ojej, szkoda... - zmartwiła się Małgosia.

- To może jutro?

- Jutro to my się pakujemy - wyjaśniła.

- Jedziecie gdzieś? - poczułam, że robi mi się smutno.

- Tak - przyznała Małgosia.

- Na długo? - spytałam z niepokojem.

- Chyba na zawsze - powiedziała dziewczynka.

Przez dłuższą chwilę żadna z nas nic nie mówiła.

- Nawet nie wiem, jak wyglądasz - poskarżyła się Małgosia.

- Możesz dać mi adres i przyślę ci zdjęcie - zaproponowałam. - I napiszę do ciebie list.

- Naprawdę? - ucieszyła się. - Naprawdę napiszesz?

- Naprawdę - przyznałam. - A daleko jedziesz? - spytałam jeszcze.

- Do Torunia. Będziemy tam miały własne mieszkanie. Toruń to takie miasto, gdzie robią 

pierniki, wiesz? Nie tylko takie do jedzenia, ale też różne ozdobne. Serca i ludzi, zwierzęta, ptaki i 

domki... Widziałaś kiedyś?

- Nie...

- I mieszka się też w takich domkach jak z piernika. Oglądałam na pocztówce.

Znów chwilkę poleżałyśmy, a potem Małgosia spytała:

background image

- Ile masz lat?

- Osiem. A ty?

- Ojej! Ja też! - ucieszyła się Małgosia. Rozmawiałyśmy jeszcze przez chwilę, ale niedługo, 

bo mama Małgosi chciała już jechać na łąkę i słyszałam, jak jej mówi, że szkoda słońca. Zapisałam 

adres do Torunia i obiecałam, że przyślę jej zdjęcie, i ona mi obiecała to samo. Powiedziała, że 

jeszcze do mnie jutro zadzwoni, ale pożegnałyśmy się na wszelki wypadek.

Kiedy odłożyłam  słuchawkę, przypomniałam  sobie, że ciągle nie spytałam  o jej numer 

telefonu. „A, co tam, i tak zaraz wyjeżdża” - pomyślałam z rezygnacją. Kończąc odrysowywać 

słonecznik myślałam wciąż o łące i Małgosi, o jej mamie, co jeszcze chodzi do szkoły, i o Toruniu, 

gdzie robią pierniki.

W drewnianym pudełku znalazłam swoją fotografię z zeszłych wakacji. Stałyśmy w niej 

obydwie z mamusią, trzymając się za ręce. Miałyśmy sukienki z takiego samego materiału, a mama 

miała na głowie duży biały kapelusz. Lubiła wychodzić tak ze mną na spacer, bo wszyscy się za 

nami oglądali i nas podziwiali. Schowałam zdjęcie do książki, żeby je zaraz wysłać, jak tylko 

Małgosia wyjedzie.

- Szkoda, że ciebie nie ma na tym zdjęciu - powiedziałam do Zyty, a ona zamachała ogonem 

w odpowiedzi.

Nie   rozmawiałam   więcej   z   Małgosią.   Nie   wiem   nawet,   czy   do   mnie   dzwoniła,   bo   w 

niedzielę pojechaliśmy wszyscy razem do znajomych Wojtka.

W czwartek wysłałam do Małgosi list ze zdjęciem, a w piątek uciekłam z domu. Ale kiedy 

pisałam i zaklejałam list, nie wiedziałam jeszcze, że to zrobię. Napisałam:

„Kochana Małgosiu! Na zdjęciu, które ci wysyłam, jestem razem z moją mamą. Ona jest 

bardzo ładna, ale, jak mówi Wojtek, ma ciężki charakter. I chyba dlatego często na mnie krzyczy. 

Napisz, czy twoja mama też ma ciężki charakter. Smutno mi, że już do mnie nie dzwonisz. Przyślij 

mi swoje zdjęcie,  bo bardzo chcę wiedzieć, jak wyglądasz.  Jak poproszę Wojtka, to mi zrobi 

zdjęcie Zyty i też ci wyślę. Pytałaś, czy go lubię i ja wtedy nie odpowiedziałam, ale teraz przyznam 

ci się, że lubię go najbardziej ze wszystkich. Tylko że nie jestem jego dzieciakiem i mama zawsze 

mówi, że on nic nie ma do gadania. Całuję cię. Irka”.

Od razu, jak wrzuciłam list do skrzynki,  zaczęłam  czekać na odpowiedź.  Wyobraziłam 

sobie, że Małgosia jest nieduża i szczuplutka, że ma krótko obcięte, prawie białe włosy i okulary. 

Nie wiem, dlaczego wyobrażałam ją sobie w okularach, ale tak mi jakoś pasowało. Cały czas o tym 

myślałam i jeszcze martwiłam się, jak sobie poradzili z przewiezieniem akwarium do Torunia. 

Może właśnie wtedy stłukłam ten dzbanek. Wymsknął mi się z ręki i spadł na podłogę w kuchni. 

Dobrze, że Zyty nie było w pobliżu. Dookoła mnie leżały jeszcze skorupy i czereśnie z kompotu, 

background image

kiedy   wpadła   do   kuchni   mama.   Dała   mi   kilka   razy   ścierką   po   głowie,   nazwała   paskudnym 

bachorem i powiedziała, że jutro odda mnie na tydzień do babci. I że babcia się zgodziła na to 

pewnie tylko dlatego, że nie wie, co ją czeka.

- A Żyta? - spytałam.

- Zostanie   tutaj   -   wzruszyła   ramionami   mama,   aż   zadźwięczały   jej   kolczyki.   -   Pod 

warunkiem, że będzie grzeczna - dodała groźnie.

Bałam się spytać, co się stanie, jeśli nie będzie grzeczna i wolałam sobie tego nawet nie 

wyobrażać. Ale nie mogłam i zaraz, jak weszłam do swojego pokoju, pomyślałam, że nie mam 

innego wyjścia.

- Będę mieszkać w domku z piernika - zwierzyłam się Lagunie i posadziłam ją sobie na 

kolanach. - Wy zostaniecie tutaj. Jesteście grzeczne i was na pewno mamusia nie wygoni. Wezmę 

ze sobą do Małgosi tylko Zytę, bo ona może za mną tęsknić i wtedy będzie piszczeć i płakać i nie 

wiadomo,   co   się   stanie.   Lubisz,   Żyta,   pierniki?   -   spytałam.   Przekrzywiła   łebek   i   popatrzyła 

pytająco. - Rozumiem, nie jadłaś. - Pogłaskałam jej szorstką sierść, a ona polizała mnie po ręku.

Pakując do torby świnkę - skarbonkę, zastanawiałam się, co będzie, jeśli mamusia Małgosi 

też ma ciężki charakter. Zastanawiałam się nad tym również następnego dnia, taszcząc torbę do 

tramwaju. Wyszłyśmy z Zytą, kiedy Wojtek pobiegł już do pracy, a mamusia jeszcze spała.

background image

MAM WSZYSTKO

Basia była dziewczynką, która miała wszystko. Miała rodziców i babcię, i własny pokój. A 

w pokoju pełno zabawek. Najładniejszych.

Wyszła   Basia   po   obiedzie   z   babcią   na   podwórko.   Była   ubrana   w   różową   sukienkę   z 

falbankami, białe rajstopy i białe buciki. Babcia niosła pod pachą wózek, a w nim najnowszą lalkę 

Basi - Weronikę.

- Zostaw, babciu - poprosiła Basia. - Ja sama.

- Usiądę sobie na ławce - powiedziała babcia, stawiając wózek. - O, tu, na słońcu.

- A ja pójdę z Weroniką na spacer. - Basia poprawiła fałdy lalczynej spódnicy.

- Tylko nie odchodź za daleko - upomniała ją babcia i pochyliła się nad robótką na drutach.

Rozejrzała   się   Basia   po   podwórku.   Nie   było   dużo   dzieci.   Większość   chodziła   do 

przedszkola, a te jeszcze nie wróciły. W piaskownicy siedziały siostry Ala i Ola i patrzyły na nią. 

Trzy inne dziewczynki grały w gumę. Było jeszcze kilku chłopców, ale na nich nie zwracała Basia 

uwagi. Skierowała się wolno w stronę piaskownicy. Ala szepnęła coś do siostry, a ta uśmiechnęła 

się do Basi i pomachała ręką.

- Chodź do nas! - zawołała. - Bawimy się w sklep! Ala ma piekarnię - tłumaczyła, kiedy 

Basia podeszła już blisko. - A ja bym chciała mieć sklep z jarzynami. Mogłabyś u nas kupować.

- Mam nową lalkę - pochwaliła się Basia.

- Ładna - przyznała Ola.

- Jak się nazywa? - spytała Ala.

- Weronika - powiedziała Basia. - Tak jak moja babcia.

- Chodź do nas - zachęciła Ola.

- Nie mogę - pokręciła głową Basia i wzięła lalkę na ręce.

- Dlaczego?

- Bo ja mam ładną sukienkę. - Basia włożyła Weronikę na powrót do wózka, poprawiając 

poduszkę.

- Ja też mam ładną - oburzyła się Ala, otrzepując się z piachu.

- Ale brudną - powiedziała pogardliwie Basia i zasłoniła Weronikę parasolką. - Żeby nie 

miała piegów...

- Piegi wcale nie są brzydkie - zaczęła się bronić Ala, marszcząc piegowaty nosek. - A 

sukienkę się wypierze.

- Idę - Basia odwróciła się i już miała pchnąć wózek, gdy zatrzymał ją głos Oli.

background image

- Przecież   możesz   się   z   nami   bawić,   nie   wchodząc   do   piaskownicy.   Tu   będzie   lada.   - 

Zdmuchnęła   piach   z   drewnianej   barierki.   -   Może   jabłuszko   dla   Weroniki?!   -   krzyknęła   nagle 

zmienionym głosem. - Śliczne, czerwone jabłuszko! - zachwalała, lepiąc pigułę z piachu.

Ale Basi już przy piaskownicy nie było. Szła, pchając przed sobą wózek w stronę dużego 

kasztana,   pod   którym   grały   w   gumę   trzy   dziewczynki.   Nie   przerwały   gry,   kiedy   stanęła, 

przyglądając się ich poobijanym kolanom.

- Mam nową lalkę - powiedziała.

- Poczekaj, zaraz kończymy - wysapała jedna, wyplątując się z gumy.

Druga ciekawie pochyliła się nad wózkiem.

- Mówi coś? - spytała.

- Pewnie - Basia wyjęła Weronikę z wózka, przechyliła, a ta zaczęła powtarzać śpiewnie: 

„mama, mama”.

- Twoja   kolej   -   wtrąciła   się   trzecia,   odrywając   koleżankę   od   lalki.   -   Daj   potrzymać   - 

wyciągnęła ręce w kierunku Basi, która cofnęła się gwałtownie, a potem, bez słowa włożyła lalkę 

do wózka i ruszyła w kierunku babci.

- Chytrus! - krzyknęła za nią dziewczynka, ale Basia nawet się nie obejrzała.

Usiadła na ławce, i patrzyła, jak migają szybko babcine druty.

- Co to będzie? - spytała.

- O, już jesteś? - zdziwiła się babcia. - Nie chcesz pobawić się z koleżankami?

- One   nie   mają   żadnych   zabawek   -   wzruszyła   ramionami   Basia.   -   Co   to   będzie?   - 

powtórzyła.

- Taki komplet: czapka i szalik.

- Dla mnie?

- Nie, dla twojej mamy.

- A dlaczego nie dla mnie? - nadąsała się dziewczynka.

- Bo ty już masz - roześmiała się babcia.

- A   mama   nie   ma?   -   Basia   była   w   dalszym   ciągu   niezadowolona.   Siedząc   na   ławce, 

obserwowała, jak podwórko się zapełnia. Dzieci wracały z przedszkola.

- O wilku mowa - powiedziała babcia, chowając robótkę. W ich kierunku szła szybkim 

krokiem   mama   Basi,   dźwigając   siatkę   z   zakupami.   -   Nic   nie   mów   mamie   o   tym   szaliku.   To 

niespodzianka dla niej. Na urodziny.

- Mamo! Kiedy są twoje urodziny? - wołała Basia, biegnąc ku niej.

Mama roześmiała się i odgarnęła z czoła kosmyk jasnych włosów.

- Za miesiąc. A dlaczego pytasz?

background image

- Bo babcia... - zaczęła Basia, ale poczuła nagle, że ktoś pociągnął ją z tyłu za sukienkę. 

Odwróciła się i spojrzała w zagniewane oczy babci.

- Aleś się nadźwigała - westchnęła babcia współczująco, nie patrząc więcej na wnuczkę.

- Idziemy  szybko  do domu - zarządziła  mama.  - Mamy  dzisiaj gości. Ty też - dodała, 

patrząc na Basie.

O   godzinie   wpół   do   szóstej   zadźwięczał   dzwonek.   Basia   przytknęła   oko   do   szpary   w 

drzwiach   swego   pokoju.   Zobaczyła   pulchną   panią   o   wesołej   twarzy   i   dziewczynkę   w   długiej 

spódnicy w kwiatki.  Dziewczynka  trzymała  w ręku  owiniętą  w  czerwoną bibułkę  paczuszkę  i 

rozglądała się ciekawie.

- Basiu! - zwołała mama. - To jest Gosia - przedstawiła dziewczynkę.

Tłusta pani pochyliła się nad Basią i cmoknęła ją w policzek.

- Ale do ciebie podobna - powiedziała do mamy. - Jak dwie krople wody.

To było o niej, o Basi i wcale jej się nie spodobało. Wszyscy tak ciągle mówili. Że mama 

jest podobna do babci, a ona do mamy. To znaczyłoby, że Basia jest też podobna do babci, a to 

było po prostu niemożliwe. Spojrzała więc na panią niechętnie i odsunęła się od niej.

- Idźcie, dziewczynki, do waszego pokoju - powiedziała mama i Basia znów żachnęła się. 

Na to „waszego”. Pokój był jej i niczyj inny. - Przynieść wam podwieczorek, czy zjecie z nami?

- Przynieść - pisnęła Gosia. Miała bardzo cienki głosik.

Ale się szarogęsi, pomyślała Basia ze złością.

- Co masz w tej paczce? - spytała, kiedy zostały już same.

- Oj, zapomniałam - zachichotała Gosia. - To dla ciebie. - Podała jej pakunek. Był owiązany 

niebieską wstążeczką.

- Ale to nie są moje urodziny - zaprotestowała Basia, rozwiązując kokardkę.

- Nie   szkodzi   -   zachichotała   znów   Gosia.   -   Jestem   u   ciebie   pierwszy   raz.   I   mamusia 

powiedziała, że tak wypada.

Basia niecierpliwym ruchem rozdarła papier. Była w nim tekturka, a do niej przyczepiona 

sukienka dla lalki - biała, z mnóstwem koronek, kapelusik i buciki.

- Masz dużo lalek, prawda? - Gosia rozglądała się po pełnych zabawek półkach. - Powinno 

na którąś być dobre. Możemy zaraz poprzymierzać, chcesz?

- Możemy - bąknęła Basia bez entuzjazmu. Chciała, nawet bardzo, ale po co ta chichotliwa 

dziewczyna ma o tym wiedzieć.

- Podobają ci się? - Gosia rozpinała i zapinała malutkie, lalczyne buciczki.

- Zostaw.   Jeszcze   się   guzik   oberwie.   -   Basia   zdecydowanym   ruchem   wyjęła   jej   z   rąk 

ubranka i odłożyła na bok.

background image

Gosia, swoim zwyczajem, roześmiała się cieniutko.

- Nie bój się. Nie zepsuję - powiedziała. - Mam w domu kilka takich różnych kompletów. I 

w kółko przebieram moje lalki. A ostatnio nawet sama im trochę szyję. To wcale nie takie trudne. 

Mogę cię trochę nauczyć, chcesz?

- Po   co?   -   mruknęła   niechętnie   Basia.   -   Można   kupić.   A   takie   kupione   są   na   pewno 

ładniejsze.

- Ale nie na wszystkie lalki pasują! - wykrzyknęła  Gosia. - O, zobacz, na tego dużego 

Murzyna, o, tego, z drugiej półki, nie mogłabyś nic kupić. Nie ma takich rozmiarów.

- To jest Murzynka - oburzyła się Basia. - Nazywa się Linda.

- A to murzyńskie imię?

- Nie wiem. Ale mi się podoba.

Gosia stanęła na tapczanie i sięgnęła po Linde.

- Zostaw! - krzyknęła Basia, aż podskoczyły ze strachu mysie ogonki Gosi. - Nie ruszaj.

- Dlaczego? - Oczy Gosi przypominały teraz dwa małe, niebieskie guziczki. - Siedzi tam 

taka goła. Mogłybyśmy dla niej wymyślić jakiś strój. Masz jakieś stare gałganki?

- Nie zbieram gałganków - wzruszyła ramionami Basia. - A starego, to w ogóle nic nie 

mam. Wszystko nowe. A najnowsza to jest Weronika. - Wyjęła lalkę delikatnie z wózka i posadziła 

sobie na kolanach.

- Śliczna - przyznała Gosia i pogłaskała delikatnie jej brązowe włosy. - Jak chcesz, to jej 

przymierzymy tę białą sukienkę.

- Nie - zaprotestowała Basia. - A Linda dlatego jest goła, że jest Murzynką. A w Afryce 

wszyscy chodzą na golasa.

Gosia zanosiła się znów od śmiechu.

- Coś ty - piszczała. - Coś ty. Wcale nie. Tylko w dżungli tak chodzą, różni dzicy. A i to nie 

wszyscy. Bo nawet oni mają spódniczki z trawy i paciorki...

- A co? Byłaś tam? - Nie podobała się Basi ta koleżanka. Cieszyła się nie wiadomo z czego 

i udawała, że wszystko wie i umie. I że wszystko ma. Stare gałganki, też coś, patrzyła na Gosię ze 

złością.

- Ja nie byłam. - Gosia zdawała się nie zauważać miny gospodyni. - Ale był mój tatuś. Bo 

wiesz, on dużo jeździ. I potem nam opowiada, jak tam jest, gdzie był. I przywozi zdjęcia, i slajdy, 

mówię ci, jakie fajne. Na jednym to nawet siedzi na wielbłądzie! I ma na głowie taki zawój, jaki 

noszą Arabowie, i...

No nie, tego już za wiele! Co ona sobie właściwie wyobraża!

- Ja też  mam slajdy - przerwała  Gosi.  - I swój rzutnik  do slajdów.  Angielski.  I aparat 

background image

fotograficzny. Swój własny.

- Umiesz robić zdjęcia? - zaciekawiła się Gosia.

- Nie umiem, ale mam aparat! - krzyknęła ze złością Basia. - Jak mi się będzie podobało, to 

się nauczę! A ty masz aparat?

- Nie,   ale   parę   razy   pstrykałam   zdjęcia.   Wiesz,   tatuś   mi   wszystko   ustawił,   a   ja   tylko 

patrzyłam przez takie okienko i pstrykałam.

- Ja mam automatyczny. Nie trzeba niczego ustawiać. Wszystko ustawia się samo. I mam 

jeszcze rower. Składak. I łyżwy do jazdy figurowej.

- A na jakie lodowisko chodzisz?

- Na Torwar - skłamała Basia. Tak naprawdę, to tylko raz była na łyżwach, przewróciła się, 

a potem już nigdy nie chciała spróbować. Wydawało jej się, że wszyscy wytykają ją palcami.

- Nigdy cię nie widziałam - zdziwiła się Gosia. - Ale tam jest taki tłok - wytłumaczyła 

koleżankę, zanim ta zdążyła wymyślić jakąś odpowiedź. - Ja chodzę z Marysią. Ona jeździ trochę 

lepiej ode mnie. Nawet jaskółkę robi, wiesz? To jest moja przyjaciółka. A jak się nazywa twoja 

przyjaciółka?

- Ciągle   mnie   pytasz   i   pytasz   -   rozgniewała   się   znowu   Basia.   Nie   mogła   jej   przecież 

powiedzieć, że nie ma przyjaciółki. Nie ma nawet koleżanki. Dziewczynki na podwórku miały albo 

jakieś stare, brzydkie zabawki, albo brudne, albo takie, które nic Basie nie obchodziły. A nie lubiła, 

kiedy ktoś dotykał jej rzeczy. I w ogóle nikt jej nie był potrzebny. Miała przecież tyle wspaniałych 

rzeczy. Najpiękniejszych. Ciekawe, czy ona też ma tyle, pomyślała złośliwie i powiedziała:

- To teraz ja ciebie popytam, dobrze?

- Dobrze - zgodziła się chętnie Gosia. - To będzie jakaś zabawa?

- Jak to zabawa?

- No, zabawa w pytanie - zachichotała dziewczynka.

Basia wzruszyła ramionami.

- Masz klaser?

- Nie, ja zbieram widokówki, ale jak ty zbierasz znaczki, to ja ci mogę dawać, bo wiesz, jak 

mój tatuś wyjeżdża...

- Nie przerywaj mi ciągle - zdenerwowała się Basia. - Miałam cię pytać. - Gosia umilkła. - 

A domino masz?

- Mam. Jeśli też masz, to możemy zagrać - ucieszyła się Gosia.

- Ja nie chcę grać - zaprotestowała Basia.

- To po co pytasz?

- Tak sobie. Żeby wiedzieć.

background image

- O,   zobacz,   ktoś   jest   za   drzwiami   i   próbuje   wejść!   -   krzyknęła   Gosia,   zeskakując   z 

tapczana'   i   otwierając   drzwi.   Na   progu   stała   mama   Basi   z   tacą   pełną   różnych   przysmaków. 

Postawiła ją na stoliczku.

- Myjcie   ręce,   dziewczynki,   i   siadajcie   do   podwieczorku.   Dobrze,   że   mi   otworzyłaś   - 

uśmiechnęła się do Gosi i pociągnęła ją przyjaźnie za mysi ogonek.

- My zjemy razem z wami - zaprotestowała Basia.

- Wydawało mi się, że chcecie tutaj... - zdziwiła się mama.

- Tak - pisnęła Gosia. - Ja wolę...

- No, Basiu, jeśli gość woli, powinnaś... - Mama przygarnęła córkę do siebie.

- Chcę z tobą. - Basia wtuliła nos w fałdy maminej sukni.

Mama roześmiała się i przytuliła z drugiej strony Gosię.

- No i co będzie, gościu? - spytała.

Basia poczuła ukłucie zazdrości. Wyrwała się z objęć matki i pobiegła do pokoju, gdzie 

przy stole gawędziły przyjaźnie matka Gosi i babcia.

W trakcie podwieczorku siedziała nadąsana. Nawet ptysie z bitą śmietaną wydawały się jej 

nie takie pyszne jak zwykle.

- Basia wstała dzisiaj lewą nogą - tłumaczyła ją żartobliwie mama, ale kiedy goście sobie 

poszli, powiedziała: - Byłaś niegrzeczna. Jest mi za ciebie wstyd. - I odwróciła się od niej.

- Wcale nie! - krzyknęła Basia. - To ona była niegrzeczna. Ciągle tylko czegoś ode mnie 

chciała i chwaliła się, i wypytywała mnie i się szarogęsiła, i...

- Dosyć - przerwała jej mama. - To miła i wesoła dziewczynka. I była twoim gościem. Za 

tydzień ty będziesz jej gościem. Mam nadzieję, że będziesz milsza niż dzisiaj.

- Wcale tam nie chcę iść - sprzeciwiła się Basia. - I ona nic nie mówiła, żebym przyszła.

- Umówiłam się już z jej mamą - powiedziała mama Basi i wyszła z pokoju.

- Babciu... - poskarżyła się płaczliwym tonem Basia, ale babcia sprzątała akurat ze stołu i 

nie miała ochoty na rozmowę z wnuczką.

Za tydzień, punktualnie o godzinie piątej, stanęła Basia z mamą przed furtką małego domku 

z ogródkiem. Przez sztachety widać było różnokolorowe astry i pasiaste, żółto - zielone tykwy.

- Ale tu ładnie! - zachwyciła się mama, naciskając klamkę.

Zza   domu   z   radosnym   szczekaniem   wypadł   czarny   psiak.   Był   nieduży,   ale   skakał   tak 

wysoko, że zdołał liznąć mamę po nosie. Spadając, zawadził pazurami o sukienkę Basi.

- Idź   sobie,   idź!   -   opędzała   się   przed   nim   dziewczynka,   wymachując   mu   przed   nosem 

paczką. Po chwili psiak skakał wesoło po trawniku, z paczką w zębach, a Basia gnała za nim, 

powiewając oderwaną falbaną sukienki.

background image

- Ojej, ojej! - chichotała Gosia, a wtórowała jej stojąca obok wysoka, chuda, ubrana w 

spodnie dziewczynka, podobna trochę do chłopaka. - A to heca!

Na ganku pojawiła się okrągła postać gospodyni domu. Na widok Basi uganiającej się za 

psiakiem roześmiała się najpierw, ale zaraz potem spoważniała i krzyknęła:

- Mek, do nogi! - Piesek na chwilę znieruchomiał i to wystarczyło, by Basia zdołała mu 

wydrzeć   swój   pakunek.   -   Marysiu,   dlaczego   go   nie   zawołałaś?   -   mama   Gosi   zwróciła   się   do 

chłopakowatej dziewczynki z pretensją w głosie. - Dzień dobry, przepraszam was bardzo za Męka, 

ale to jeszcze szczeniak - ściskała mamę i gładziła po głowie Basie, która stała, zipiąc ciężko, z 

kłębem porwanego papieru pod pachą.

- To jest  Marycha  - wtrąciła  się Gosia,  wskazując  koleżankę.  - Mama pozwoliła  mi  ją 

zaprosić. Z Mekiem - dodała i zachichotała cieniutko.

- Ale miałyście Męka pilnować - upomniała je mama Gosi. - Widzicie, co narobił?

- Masz, to dla ciebie - powiedziała nagle Basia i rzuciła ze złością paczkę w stronę Gosi.

Mek   był   szybszy.   Po   chwili   biegły   już   za   nim   rządkiem:   Gosia,   Marysia   i   na   końcu, 

wykrzykując co chwila „Mek! Mek!”, mama Gosi.

- Basiu!   -   Ton   mamy   nie   wróżył   nic   dobrego.   -   Dlaczego   to   zrobiłaś?   Przecież   cię 

prosiłam...

- Ja? - Basia nie posiadała się z oburzenia. - Zobacz - chlipnęła - mam podartą sukienkę.

- Nie   jest   podarta   -   zlekceważyła   sprawę   mama   -   tylko   falbana   jest   nadpruta.   To   nic 

wielkiego. Nic się nie stało.

Potem mama Gosi kazała się Basi rozebrać, usiadła przy maszynie i po dwóch minutach 

falbana była na swoim miejscu. A jeszcze potem panie poszły do „dorosłego” pokoju.

- W co chcesz się bawić? - zapytała Gosia. Jej chuda przyjaciółka stała koło niej bez słowa i 

przyglądała się Basi z zaciekawieniem. Basia wzruszyła ramionami.

- Wszystko mi jedno - powiedziała.

- To może wyjdziemy do ogródka? - zaproponowała Marysia. Miała ładny, spokojny głos. Z 

lekką chrypką.

- Och, nie! - wyrwało się Basi. Wyobraziła sobie szalejącego Męka. - Nie. Wolę w domu - 

dodała spokojniej.

- Dobrze - powiedziała Gosia. - Możemy pograć w tę grę, którą od ciebie dostałyśmy.

- Dostałaś - poprawiła ją Basia. - Ona jest dla ciebie.

Gosia roześmiała się piskliwie, aż jej chudziutkie kitki zatańczyły nad uszami.

- Co   za   różnica.   My   mamy   wszystko   wspólne,   co   nie,   Marycha?   -   I   przytuliła   się   do 

chłopakowatej dziewczynki.

background image

- Pewnie - uśmiechnęła się Marysia i zaczęła rozkładać na stole planszę gry. - Wiesz, jak w 

to się gra? Bo nam wytłumaczyła już twoja mama, kiedy przyszywano ci falbanę.

- Wiem - kiwnęła głową Basia. - Mam taką samą w domu.

- Jakie chcesz pionki? - spytała Gosia.

- Czerwone - odpowiedziała Basia, ustawiając je na przeznaczonych dla nich polach.

Basia wyrzucała same szóstki, omijała zręcznie przeszkody i szybko zbliżała się do mety. 

„Wygram,   wygram”   -   cieszyła   się   w   duchu,   gdy   niespodziewanie   zielony   pionek   Marysi   zbił 

czerwonego. Gosia zaczęła chichotać. Jeszcze im pokażę, pomyślała Basia ze złością i w następnej 

kolejce zbiła zielonego pionka.

- Pomyliłaś  się - powiedziała  spokojnie  Marysia  i postawiła  na powrót swój pionek na 

miejsce.

- Właśnie że nie! - krzyknęła Basia i zwaliła go z planszy. - Nie oszukuj!

- To ty oszukujesz! - oburzyła się Gosia. - Policz jeszcze raz!

- Nie będę liczyć!!! - krzyknęła Basia jeszcze głośniej i zerwała się od stołu. - I w ogóle to 

same sobie grajcie! - Podeszła do okna, odwracając się do dziewczynek plecami. W ogródku - tak 

jak poprzednio - szalał Mek. Podrzucał jakiś trudny do ustalenia przedmiot, doskakiwał do niego i 

odskakiwał, poszczekując radośnie. Basia słyszała, jak Gosia z Marysią szepczą coś do siebie, ale 

nie rozróżniała słów. Namawiają się na mnie, pomyślała. Wtedy usłyszała lekko zachrypnięty głos 

Marysi:

- Nie miałabyś ochoty porysować?

Spojrzała na nie ze zdumieniem. Wcale się nie obraziły, przemknęło jej przez głowę. Gra 

była już schowana, a na stole porozkładane kartony i świecowe kredki.

- Ja   mam   w   domu   takie   kredki,   które   mają   trzydzieści   kolorów   -   Basia   nie   mogła   się 

powstrzymać, aby się nie pochwalić. - A farby, to mają jeszcze więcej. Są w takich malutkich 

tubeczkach. Masz takie?

- Nie - pokręciła głową Gosia. - Mam zwykłe. Ale mi wystarczają.

- A co mamy rysować? - spytała Basia.

- Co kto chce - wzruszyła ramionami Gosia i pochyliła się nad kartonem.

- Ja narysuję Męka - zdecydowała Marysia i wzięła do ręki pomarańczową kredkę.

- Przecież on jest czarny - oburzyła się Basia. - Zobacz, Gośka, co ona robi!

- A co? - spytała Gosia, nie odrywając się od pracy.

- Rysuje Męka pomarańczową kredką. A przecież nie ma pomarańczowych psów. Nigdzie.

- A właśnie że są - sprzeciwiła się swoim spokojnym głosem Marysia.

- Nie ma! - krzyknęła Basia.

background image

- A właśnie że są.

- Głupia jesteś! - Basia aż tupała nogami ze złości. - Gdzie są?

- Na moich rysunkach - uśmiechnęła się Marysia.

- A na moich są niebieskie - pisnęła, popierając przyjaciółkę, Gosia.

- Ale to miał być Mek, a nie jakiś wymyślony, nieprawdziwy pies!

- Bo to jest Mek, który wpadł do kubła z pomarańczową farbą - wytłumaczyła Marysia, a 

Gosia rozchichotała się po swojemu.

- A on naprawdę kiedyś wpadł? - zaciekawiła się Basia.

- Jeszcze nie, ale zawsze może wpaść - powiedziała Marysia. - Wyobraź sobie: przychodzą 

malarze, żeby przemalować moje mieszkanie na pomarańczowo. Przynoszą kubły z farbą. Mek na 

pewno chciałby sprawdzić, co w nich jest.

- Ale ona jest fajna, co? - pisnęła Gosia, odkładając kredki i przytulając się do przyjaciółki. 

- Moja Marycha kochana!

- Ojej! Udusisz mnie! Mek, na pomoc! - zaczęła śmiać się Marysia.

- Nie wołaj go! - przestraszyła się Basia.

- On jest w ogródku, nie przyjdzie - zaczęła ją uspokajać Gosia, tuląc się wciąż do Marysi.

Gdzieś w środku, bardzo głęboko, poczuła Basia ukłucie zazdrości. Nie o Marysię ani o 

Gosię,   skąd.   Co   mnie   one   obchodzą,   powtarzała   sobie.   Tylko   że   o   niej   nikt   nigdy   tak   nie 

powiedział i jeszcze nigdy żadna dziewczynka się do niej nie przytuliła. Przyglądała się przez 

chwilę Marysi z niechęcią. Idę sobie, postanowiła i bez słowa zbliżyła się do drzwi.

- Gdzie idziesz? - zdziwiła się Gosia.

- Do   mamy   -   powiedziała   Basia   i   wyszła.   Dziewczynki   popatrzyły   na   siebie   i   zaczęły 

chichotać.

- Ale   ona   jest...   -   dziwiła   się   Marysia.   -   Nie   ma   pomarańczowych   psów   -   zaczęła 

przedrzeźniać Basie.

- Moje   kredki   mają   trzydzieści   kolorów   -   włączyła   się   do   zabawy   Gosia,   a   po   chwili 

dorzuciła: - A ty wiesz, ile ona ma zabawek? Okropnie dużo!

- Ale kto się z nią bawi? - zaczęła się zastanawiać Marysia.

- Nie wiem - wzruszyła ramionami Gosia. - Może nikt. Nie wiem.

To był naprawdę śliczny poranek. Na niebieskim niebie wisiała samotna, różowa chmurka, 

jesienne  liście złociły się w słońcu i Basia zauważyła  przez okno, że dziewczynki  biegają po 

podwórku bez sweterków.

- Babciu,   lato   wróciło!  -  ucieszyła  się,   biegnąc  do  kuchni.  -  Założę   dzisiaj  moją   nową 

sukienkę, dobrze? I białe buciki. Nie będzie mi za zimno.

background image

- Zgoda. - Babcia pogłaskała Basie po czuprynce. - Szykuj się szybko,  a ja przygotuję 

śniadanie. Pójdziemy do parku.

- Weźmiemy Weronikę? - upewniła się Basia.

- Jeśli chcesz, oczywiście - przytaknęła babcia, krojąc pomidory na sałatkę.

Nie minęła godzina, gdy - najedzone i w dobrych humorach - jechały tramwajem w stronę 

parku.

- Tylko pamiętaj, Basiu - mówiła babcia, siedząc naprzeciwko wnuczki - żebym nie musiała 

się za ciebie wstydzić. Jeśli ktoś będzie się chciał pobawić Weroniką...

- A kupisz mi, babciu, loda? - przerwała Basia.

- Jeśli będą - westchnęła babcia. - Szykuj się, wysiadamy na następnym.

W parku, kiedy już znalazły ławkę w zacisznym i pełnym słońca miejscu, babcia - jak 

zwykle - wyjęła robótkę. Ciągle jeszcze nie udało jej się skończyć czapki na urodziny córki.

- Zobacz - zwróciła uwagę Basi na stojącą nie opodal ławkę. - Tamta dziewczynka też jest 

sama. Tak jak ty.

- Ja jestem z tobą...

- Ona też jest z jakąś panią - uśmiechnęła się babcia. - Ale też nie ma z kim się bawić. I też 

ma wózek...

- Brzydki - wzruszyła ramionami Basia. Babcia spojrzała na nią z niechęcią.

- Podejdź do niej i pozwól się pobawić Weroniką - powiedziała. A po chwili, widząc że 

Basia udaje, że nie słyszy, dodała z naciskiem: - Zrób, o co cię proszę.

- Ale dlaczego? - próbowała jeszcze droczyć się dziewczynka, lecz napotkawszy twardy 

wzrok babci, skierowała się wolnym krokiem w stronę nieznajomej.

- Nazywam się Basia, a ty? - przedstawiła się, zerkając spod oka w kierunku babci.

- A ja Agnieszka - powiedziała dziewczynka. Miała cichy, trochę nieśmiały głos i długą, 

wpadającą do oczu, ciemną grzywkę.

- O, jak dobrze - ucieszyła  się mama Agnieszki. - Myślę, że mogę skoczyć po zakupy. 

Pobawicie   się   grzecznie,   prawda?   Mam   prośbę   -   powiedziała,   podchodząc   do   babci.   -   Wrócę 

najdalej za pół godziny. Czy nie zechciałaby pani zwrócić również uwagi na moją córkę?

- Oczywiście - zgodziła się babcia. - Dziewczynki przez ten czas się pobawią. Są chyba w 

równym wieku...

- Agnieszka za miesiąc skończy sześć lat - wyjaśniła pani.

- Basia jest pół roku starsza - powiedziała babcia i spojrzała na wnuczkę. - Ale są równego 

wzrostu...

Basia przyglądała się uważnie nowej koleżance, a potem zajrzała do jej wózka. Mało co 

background image

było widać. Twarz lalki ocieniała wiklinowa buda, a poza tym była przykryta aż po czubek nosa 

kołderką w kwiatki.

- Ona nazywa się Magda - wyjaśniła Agnieszka.

- A moja Weronika. Jak chcesz, możesz ją wziąć na chwilę na ręce - odpowiedziała Basia. 

Ciekawe,   czy   babcia   to   słyszała,   przemknęło   jej   przez   głowę,   ale   babcia   spokojnie   robiła   na 

drutach, tylko od czasu do czasu zerkając w stronę dziewczynek. - No, dlaczego nie bierzesz? - 

dodała, na wszelki wypadek trochę głośniej.

- Nie, dziękuję - pokręciła głową Agnieszka, pochylając się nad swoim wózkiem.

Basia wyciągnęła Weronikę z wózka i podstawiła Agnieszce pod sam nos.

- Zobacz, jaka piękna. I jaką ma suknię. Posłuchaj, jak mówi - chwaliła lalkę, przechylając 

ją rytmicznie  w tył i w przód. Przy każdym  pochyleniu  lalka powtarzała melodyjnie:  „mama, 

mama”. - No, masz - wyciągnęła w stronę dziewczynki ręce trzymające Weronikę.

- Moja Magda jest chora - powiedziała Agnieszka, nie zwracając uwagi na Weronikę. - Nie 

powinna wychodzić spod kołdry. Ona miała wypadek.

- Jak to? - zainteresowała się Basia, wkładając na powrót Weronikę do wózka.

- Napadł na nią Pucek.

- A kto to jest? - spytała Basia.

- Mój pies - westchnęła smutno dziewczynka.

- To po co go masz? - zdziwiła się Basia. - Żeby ci psuł zabawki? Ja nie lubię psów. Jeden 

to   prawie   podarł   mi   sukienkę.   Pokaż,   co   jej   jest?   -   Pochyliła   się   nad   wiklinowym   wózkiem, 

ściągając gwałtownie kwiecistą kołderkę.

- Oj, nie odsłaniaj, nie! - Agnieszka próbowała zabrać Basi kołderkę.

- Ale okropna lalka! - śmiała się Basia. - Okropna! Bez nóg! Wyrzuć ją na śmietnik! Po co 

ci taka? Nie masz innej? Jak nie masz, to ja ci mogę dać. Jest już stara i nigdy jej nie lubiłam, ale 

ma wszystko: ręce i nogi, i nawet włosy.

W okrągłych oczach Agnieszki zakręciły się łzy.

- Sama   jesteś   okropna   -   szepnęła.   -   I   twoja   Weronika   też   jest   okropna   -   powiedziała 

łamiącym się głosem i zanim Basia zdążyła drgnąć, chwyciła Weronikę za falbaniastą sukienkę i 

pacnęła nią o ziemię.

- Ojej! Ojej! Ojej! - krzyczała Basia. - Weronika! Coś ty zrobiła! Popatrz! Coś ty zrobiła! - 

krzyczała   wciąż,   oglądając   lalkę.   -   Jedno   oko   jej   się   teraz   nie   zamyka   i...   -   bezskutecznie 

przechylała Weronikę - no tak, przestała mówić! Ja ci pokażę! - wrzasnęła, chwytając koleżankę za 

grzywkę.

- Dziewczynki! Dziewczynki! - wołała babcia, biegnąc w ich kierunku. Za nią toczył się na 

background image

coraz dłuższej nitce przyczepiony do robótki kłębek.

- A tego twojego potwora... - ciągnęła Basia i nie zwracając uwagi na babcię, chwyciła za 

głowę kaleką lalkę.

- Nie ruszaj jej! - zaczęła płakać Agnieszka.

- Co się tu dzieje? - Trzęsącymi się rękoma babcia rozdzielała dziewczynki. - Uspokójcie 

się, no, uspokójcie... - Upuściła robótkę, trzymając z jednej strony Basie, z drugiej Agnieszkę.

- Ona zniszczyła moją lalkę! - krzyczała Basia.

- Zobacz, babciu, zobacz - pokazywała Weronikę.

- I oko, i nie mówi. I sukienka, zobacz, naddarta... Babciu!

- Dlaczego płaczesz? - spytała babcia, pochylając się nad łkającą wciąż Agnieszką.

- Moja lalka miała wypadek... - zaczęła, pochlipując, Agnieszka - bo Pucek zjadł jej nogi... 

To ona powiedziała, żebym ją, Magdę, na śmietnik... Żeby wyrzucić... - Przez chwilę milczała, 

zmagając   się   z   dławiącymi   ją   łzami.   -   A   potem   jeszcze...   że   to   potwór...   Proszę   pani,   ja   nie 

chciałam tej jej lalce niczego zrobić, ale... - I znów się rozpłakała.

- Basiu, masz ją natychmiast przeprosić. - Głos babci trząsł się ze zdenerwowania.

- Ja?! To przecież ona zepsuła moją lalkę. Moją najładniejszą lalkę. Najnowszą! Teraz mi 

musicie kupić nową. - Spojrzała w pociemniałe od gniewu oczy babci i dodała: - A może mówiłam 

nieprawdę, co? Może to nie jest straszydło? No, zobacz do jej wózka! Tylko zobacz!

- Czy ty naprawdę nic nie rozumiesz? - spytała babcia. Głos miała cichy i bardzo smutny. - 

Nic nie czujesz? Dla niej ta lalka jest najpiękniejsza na świecie. I nie zamieniłaby jej na żadną inną. 

Prawda? - popatrzyła w ciągle mokre od łez oczy Agnieszki. Dziewczynka pokiwała głową.

- Ja nawet jej mówiłam, że jej dam swoją, taką, co już jej nie lubię... - wzruszyła ramionami 

Basia.

- Nic dziwnego, że jesteś sama. - Babcia zbierała z ziemi porozrzucaną, wytytłaną w piachu 

robótkę.   -   Że   nie   możesz   się   z   nikim  zaprzyjaźnić.   A   wiesz   dlaczego?   -  podniosła   wzrok   na 

wnuczkę. - Bo ty nikogo nie lubisz. Tylko siebie.

- A właśnie że nie! - oburzyła się Basia. - Lubię moje zabawki. Ale... jak są nowe. Czyste i 

ładne.

A nikogo nie potrzebuję. Żadnych koleżanek. Mam wszystko, co chcę. I już.

W głębi alei ukazała się mama Agnieszki. Babcia spojrzała na dziewczynkę z niepokojem. 

Na buzi obeschły jej już ślady łez, otulała troskliwie w wózku Magdę, patrząc na nią z czułością.

- Agnieszko...   -   Babcia   dotknęła   jej   ręki.   -   Wszystko   w   porządku?   -   Dziewczynka 

uśmiechnęła się smutno. - Wraca twoja mama. Biegnij do niej. Na nas już czas... - Ukłoniła się z 

daleka mamie Agnieszki i pomachała dziewczynce na pożegnanie.

background image

W drodze do domu nie odzywały się do siebie. Basia chciała przypomnieć, że miała dostać 

loda, ale twarz babci była zimna i oschła.

- Nawet jej nie przeprosiłaś - powiedziała z żalem, kiedy już znalazły się w domu. - Tylko 

ci się wydaje, że masz wszystko. Jesteś okropnie biedna. Okropnie.

- Dlaczego? - spytała Basia, wyjmując z wózka wytrzeszczającą nieruchome oko Weronikę.

- Bo nikogo nie kochasz. Ani niczego. Nie rozumiesz, że wszystko bardziej cieszy, jeśli się 

można tym podzielić. Ciężko być samemu... - babcia westchnęła smutno i popatrzyła uważnie na 

wnuczkę.

Basia spuściła oczy i miętosiła w dłoniach falbanę sukienki.

- Pójdę się pobawić - powiedziała cicho i poszła do swojego pokoju.

Z   szafek   wywaliła   wszystkie   lalki,   misie   i   małpy,   klocki   i   układanki,   gry   i   książki. 

Otworzyła pierwszą z nich. Na obrazku grupa dzieci biegła przez las. Odwróciła stronę z niechęcią. 

Tu   dwie   dziewczynki   szeptały   coś   do   siebie,   siedząc   na   ławce.   Zaczęła   wertować   książkę 

niecierpliwie, by zatrzymać się na samotnej dziewczynce ze smutnymi oczami.

- Jak się nazywasz?  - szepnęła, ale papierowa dziewczynka  patrzyła  wciąż przed siebie 

papierowym wzrokiem.

Przerzuciła   kartkę.   Tu   dziewczynka   nie   była   już   smutna.   Uśmiechała   się   do   małego, 

stawiającego w piaskownicy babki, chłopczyka. Basia cisnęła książkę do kąta i wyjrzała przez 

okno. Dziewczynki, jak zwykle, grały w gumę. Że też im się nie znudzi, pomyślała. Myszka Miki 

gra w guziki, przypomniał jej się recytowany podczas gry wierszyk. - Myszka Miki gra w guziki, 

powtarzała bezmyślnie, aż odwróciła się od okna ze złością i rozejrzała po zasłanym zabawkami 

pokoju.

- Mam wszystko - powiedziała głośno. - Mam wszystko? - wyszeptała niepewnie, tuląc 

najładniejszą na całym podwórku lalkę, Weronikę.

background image

BĘDĘ DZIELNA

Wczoraj odeszła od nas mamusia.

Ode mnie i od taty.

To   był   okropny   dzień.   Płakaliśmy   całe   popołudnie.   Wszyscy   troje.   Najpierw   płakała 

mamusia. Wyjmowała z szafy różne swoje ubrania i wpychała do toreb. Wcale nie patrzyła, co 

bierze. Zawsze, jak gdzieś wyjeżdżała, wybierała długo - według kolorów - i robiła komplety, żeby 

wszystko do wszystkiego pasowało. I jeszcze czasami przymierzała to przed lustrem i pytała mnie, 

czy ładnie wygląda. I nuciła przy tym, a czasem podskakiwała, zupełnie jak ja, tak się cieszyła, że 

wyjeżdża.

A teraz pakowała walizki i płakała. I jak już zamknęła torby, zobaczyłam, że nie wzięła 

swojej najładniejszej sukienki i butów do kostiumu, którego rąbek wystawał jeszcze z walizki. 

Więc przyniosłam jej to, a ona jeszcze bardziej się rozpłakała i przytuliła mnie mocno. Wtedy mi 

też zrobiło się mokro pod oczami i zaczęłam siąpać nosem, chociaż przyrzekłam tatusiowi, że będę 

dzielna.

I kiedy stałyśmy tak z mamusią i przytulałyśmy się do siebie, wszedł tatuś. Popatrzył na nas 

i   wyszedł.   Pobiegłam   za   nim   -   chciałam   mu   powiedzieć,   że   jestem   dzielna,   ale   nic   nie 

powiedziałam. Tatuś stał przy oknie z nosem przytkniętym do szyby, po której spływała wolniutko 

kropelka. Stanęłam obok niego, ale tak było niedobrze, bo nie mogłam dosięgnąć szyby,  więc 

pobiegłam po stołeczek. I też przytknęłam nos do okna, chociaż trochę niżej. I teraz spływające z 

góry kropelki doganiały moje, łączyły się z nimi i razem, zgodnie skąpy wały na parapet. Kiedy 

kałuża na parapecie była już taka jak pięć złotych, trzasnęły drzwi. Wtedy tata wziął mnie na ręce i 

odeszliśmy od okna.

Potem porządkowaliśmy mieszkanie, to znaczy przekładaliśmy różne rzeczy z miejsca na 

miejsce, a jeszcze potem tatuś powiedział:

- Takie porządki to małe piwo. Musimy uporządkować sobie życie. Już od jutra. A może od 

dziś, jak myślisz?

- Od jutra - poprosiłam.

Następnego dnia rano obudził mnie tatuś. Był już ubrany i ogolony, i ładnie pachniał wodą 

kolońską.

- Wstawaj, czas do przedszkola - powiedział i uśmiechnął się do mnie.

- Dzisiaj ty mnie odprowadzisz, prawda? - spytałam, chociaż dobrze wiedziałam, że tak. 

Normalnie odprowadzała mnie mama.

background image

- Prawda. Pośpiesz się, bo mleko stygnie. - Tato zerkał co chwila na zegarek.

- A nie ma kakałka?

- Nie wiem - stropił się tato. - Ale może dzisiaj wypijesz mleko, zgoda?

Zgodziłam   się,   chociaż   nie   bardzo   lubię   mleko,   szczególnie   takie,   po   którym   pływają 

kożuchy.

Poszłam się myć, zupełnie sama, i chociaż nikt mnie nie pilnował, umyłam nawet zęby. A 

potem chciałam się sama ubrać, ale na moim stołeczku leżała wciąż wczorajsza sukienka.

- Tatusiu! - zawołałam. - Co mam założyć?

- Przecież tu leży twoje ubranie - zdziwił się tato, a ja zdziwiłam się jeszcze bardziej, że 

każe mi zakładać brudne. Powiedziałam mu to zaraz, a tata pobiegł do telefonu i słyszałam, że 

dzwoni do pracy i mówi, że się spóźni. A potem przyniósł mi zielone spodnie, różowy sweterek i 

niebieskie   skarpetki.   Najpierw   chciałam   się   popłakać,   ale   szybko   się   rozmyśliłam,   jak   sobie 

przypomniałam,   że   mam   być   dzielna.   Zamieniłam   różowy   sweterek   na   biały,   tylko   białych 

skarpetek nie mogłam znaleźć i właśnie kiedy ich szukałam, wszedł tato i zaczął się na mnie 

gniewać. Nawet powiedział, że da mi klapa, chociaż to już było zupełnie niesprawiedliwe. Zrobiło 

mi się bardzo przykro, ale tata zaraz to zauważył, przytulił mnie i powiedział, że musimy starać się 

siebie zrozumieć i pomagać sobie, bo inaczej będzie źle. A ja mu wytłumaczyłam, że nie mogę się 

nagle zacząć okropnie ubierać, bo przecież wszystko ma być tak jak dawniej. I tatuś sam szukał mi 

białych skarpetek, a ja piłam zimne już mleko z kożuchami, które łykałam tak szybko, żeby ich 

wcale nie poczuć.

Po drodze do przedszkola patrzyłam, ile dzieci idzie z mamą, a ile z tatą. Nigdy się nad tym 

nie zastanawiałam. A teraz nawet zaczęłam liczyć, ale szybko przestałam, bo umiem liczyć tylko 

do dziesięciu, a dzieci było dużo więcej.

Myślałam sobie też po drodze, co robi teraz moja mamusia, ale nic mi nie przychodziło do 

głowy. Bo ciągle ją widziałam u nas w domu i wcale nie mogłam sobie wyobrazić żadnego obcego 

mieszkania.   Tak   jakbym   znała   tylko   nasze.   Tatuś   zapytał,   nad   czym   tak   myślę,   ale   się   nie 

przyznałam.

Zobaczyłam właśnie moją koleżankę Monikę z mamusią. Pokazałam ją tacie, a on od razu 

poleciał w ich kierunku. Przywitał się z mamą Moniki i poprosił, żeby doprowadziła mnie do 

przedszkola. A potem szybko pobiegł w odwrotną stronę.

Do przedszkola było już bardzo blisko. Monika nic nie mówiła, tylko ściskała pod pachą 

dużą lalkę. Nigdy jej u niej nie widziałam.

- Masz nową lalkę? - spytałam.

- Dzisiaj są moje urodziny - pochwaliła się.

background image

- Wszystkiego najlepszego - powiedziałam, bo wiem, że tak się mówi przy takich okazjach.

Mama Moniki roześmiała się, jakbym powiedziała coś śmiesznego, a potem zaprosiła mnie 

na sobotę do nich do domu.

- Monika w sobotę urządza urodziny - wyjaśniła. - Spytaj rodziców, czy możesz przyjść. - 

Zresztą - dodała - byłoby mi miło, gdyby twoja mama przyszła z tobą. Ale co się stało, że cię 

dzisiaj nie odprowadza? Chora?

Właśnie wchodziłyśmy do przedszkola. Krzyknęłam, że się spytam i szybko pobiegłam do 

szafki. Nie wiedziałam, co mam powiedzieć.

W przedszkolu cały czas się bałam, że tatuś zapomni po mnie przyjść albo że mu wypadnie 

jakaś ważna narada i się spóźni, a ja będę na niego czekać jak Krysia zawsze na swoją mamę. Przez 

Krysię to nawet nasza pani musi być dłużej w pracy. Słyszałam, jak jej to kiedyś powiedziała, a 

Krysia potem była smutna i nie chciała się z nikim bawić.

Ale tatuś na mnie czekał i nawet już zrobił zakupy i dźwigał siatki, zupełnie jak mama. 

Dlatego nie mogliśmy nigdzie iść, tylko od razu zanieśliśmy je do domu, a potem tato założył 

fartuch mamy i powiedział, że będziemy gotować obiad. Najpierw, jak go zobaczyłam  w tym 

fartuchu, okropnie się śmiałam, ale potem zaczęło mi się robić coraz bardziej smutno i smutno, a w 

końcu się popłakałam i poszłam do swojego pokoju. Myślałam, że tatuś zaraz do mnie przyjdzie, 

chociaż wcale tego nie chciałam, bo przecież obiecywałam mu, że będę dzielna. Ale tatuś nie 

przyszedł, tylko zawołał mnie na obiad.

Wypłakałam się już trochę do tej pory, ale kiedy jadłam krupnik z proszku, jeszcze kilka łez 

wpadło mi do zupy, a tato zażartował, żebym przestała, bo będzie za słona.

Na drugie były ziemniaki i jajecznica. To znaczy miało być mięso, ale było takie twarde, że 

nie dawało się ugryźć.  Wtedy pomyślałam,  że muszę tacie pomóc w  gotowaniu i poprosiłam, 

żebyśmy   sobie   dzisiaj   poczytali   nie   żadne   bajki   tylko   książkę   kucharską,   a   już   najlepiej   ten 

kawałek, w którym jest o mięsie. I tato zaczął czytać różne przepisy i zastanawialiśmy się, co 

możemy zrobić, ale ciągle nam czegoś brakowało. Albo jakichś produktów, albo przypraw. Może 

zresztą były, ale tato niczego nie mógł znaleźć. W końcu postanowiliśmy ugotować z mięsa rosół, 

bo to było łatwe, no i mieliśmy marchewkę, pietruszkę i w ogóle wszystko, co jest potrzebne. 

Nawet makaron.

Kiedy mięso było już miękkie, a rosół smakował jak rosół, było już po dobranocce, więc 

zjedliśmy po kanapce z serem i poszłam spać. Ale byliśmy z siebie dumni, bo mieliśmy obiad na 

następny dzień, a może nawet na następny i jeszcze następny, bo rosołu był wielki gar.

Nie   powiedziałam   nic   tacie   o   urodzinach   Moniki   i   musiałam   udawać,   że   o   tym 

zapomniałam, kiedy znów je spotkaliśmy w drodze do przedszkola. Mama Moniki spytała go, czy 

background image

pozwala mi iść i zaprosiła moją mamę.

- Żona wyjechała na jakiś czas - powiedział tato. - Ale mogę przyprowadzić Ewę. Jeśli ma 

ochotę, naturalnie.

Chciałam. Byłam zadowolona, że tatuś skłamał, chociaż normalnie tego nie robi i gniewa 

się, kiedy ja zmyślam.

W domu zjedliśmy rosół z makaronem i zaczęliśmy się zastanawiać, w co mam się ubrać do 

Moniki. Tatuś był bardzo przejęty. Kazał mi przymierzać różne sukienki, a potem poszliśmy do 

miasta i kupił mi nową spódniczkę i buty. Kupiliśmy jeszcze prezent dla Moniki - grę, w którą 

można się bawić w sześć osób. Później tato powiedział, że grzywka wchodzi mi już do oczu i 

zaprowadził mnie do fryzjera.

U fryzjera byłam pierwszy raz w życiu - zwykle mama obcinała mi włosy. Nie było dużo 

ludzi. Siedziała tylko jakaś starsza pani z dziwnie pozwijanymi siatką włosami i jeszcze jedna pani, 

która nie wiadomo co miała na głowie, bo to było schowane pod suszarką.

Pani fryzjerka żartowała sobie ze mnie, mówiła tak, jakbym była zupełnie dorosła. Pytała, 

czy chcę przefarbować włosy i na jaki kolor, czy życzę sobie trwałą ondulację, czy używam lakieru 

do włosów. I cały czas się śmiała, że jestem taka poważna, a mnie było przykro, bo nie lubię, jak 

dorośli tak ze mną rozmawiają. I jeszcze dlatego, że znowu zaczęłam myśleć o mamie i o tym, 

kiedy ostatnio obcinała mi grzywkę.

To było  nad morzem. Siedziałam przed domkiem,  na drewnianych  schodkach, a mama 

klęczała   przede   mną   na   piasku   z   nożyczkami   w   rękach   i   wyrównywała   mi,   i   wyrównywała 

grzywkę,   bo   wciąż   była   krzywa,   aż   zrobiła   się   taka   króciuteńka,   że   już   nie   było   czego 

wyrównywać. I pamiętam, że wtedy wylazło moje białe, zupełnie nie opalone czoło i to bardzo 

dziwnie wyglądało.

- No, nie martw się tak. Już skończyłyśmy. Podoba ci się? - usłyszałam głos fryzjerki.

Popatrzyłam   w   lustro.   Podobało   mi   się.   Nawet   bardzo.   Powiedziałam   „dziękuję”   i 

uśmiechnęłam się do niej, a ona psiknęła mnie na pożegnanie wodą kolońską.

Zaraz jak wróciliśmy do domu, zadzwonił telefon.

- Odbierz - poprosił tatuś.

- Halo - powiedziałam do słuchawki.

- Ewuniu - usłyszałam głos mojej mamy. - Ewuniu... - I nic.

- Halo - powtórzyłam jeszcze raz, bo nic nie przychodziło mi do głowy.

- No, powiedz, jak żyjecie? - spytała mama.

- Dobrze - powiedziałam. - Byłam u fryzjera - dodałam po chwili.

- Ojej - zdziwiła się mama. - No i jak wyglądasz?

background image

- Kto dzwoni? - spytał tato.

- Mamusia...

- Co mówiłaś? - zdziwiła się mama po drugiej stronie słuchawki.

- Nic - powiedziałam. - Tatuś pytał mnie, kto dzwoni.

- Jak sobie radzicie? - spytała po chwili.

- Dobrze. Ugotowaliśmy rosół - pochwaliłam się. - Możesz do nas przyjść na obiad, bo 

mamy bardzo dużo. Pełen garnek.

- Jutro?

- Jutro będzie babcia, ale rosołu jest dużo i...

- To lepiej pojutrze - przerwała mi. - I przyniosę coś na drugie. Powtórz tatusiowi.

- Jutro idę do Moniki. Na urodziny - powiedziałam jeszcze, bo okropnie nie chciałam, żeby 

mama odłożyła słuchawkę. Ale ona i tak powiedziała, że musi już kończyć, że nas całuje i że 

będzie   pojutrze.   Powtórzyłam   wszystko   tatusiowi,   a   on   wcale   się   nie   odezwał,   tylko   włączył 

telewizor na „dobranockę”, a sam poszedł parzyć herbatę.

Babcia była mamą taty. Drugiej babci nie miałam. Widziałam tylko jej zdjęcia, ale kiedy się 

urodziłam, już jej nie było.

Babcia była duża i gruba, głośno mówiła, paliła dużo papierosów i zawsze nosiła spodnie.

- Moje biedne dziecko! - krzyknęła od progu i ścisnęła mnie tak mocno, aż wydawało mi 

się, że coś chrupnęło. - Henryku, weź ode mnie te siatki! - zawołała, usiłując jedną ręką ściągnąć 

kurtkę.

Tatuś prasował akurat moją nową spódniczkę. Miałam ją założyć do Moniki.

- Weź to ode mnie, a ja poprasuję! - krzyknęła znowu babcia, widząc tatę w otwartych 

drzwiach łazienki. - To nie zajęcie dla mężczyzny - tłumaczyła, wciskając tacie pakunki.

- A   co   to   jest?   -   zdziwił   się   tato,   zaglądając   do   siatek.   W   środku   kłębiły   się   szare 

zatłuszczone papiery.

- Przecież musicie coś jeść - oburzyła się babcia. - A kto się tym zajmie? Chyba nie to 

dziecko! - wskazała mnie palcem, jakby dookoła było jeszcze parę innych dzieci. - No, wszystko 

po kolei - komenderowała, krocząc do łazienki. - Najpierw prasowanie...

- Mamo, już wyprasowane. To była tylko spódniczka Ewy. Ona idzie dzisiaj na urodziny 

koleżanki i musi być elegancka. - Tatuś mrugnął do mnie porozumiewawczo.

- Mój  Boże - zdziwiła  się babcia. - Chyba  nie  zamierzacie  mnie  przekonywać,  że  to - 

wskazała moją sztruksową spódniczkę - jest eleganckie.

- Mamo... - jęknął tatuś.

- Już   dobrze,   dobrze,   przecież   nic   nie   mówię.   -   Babcia   wzruszyła   ramionami   i 

background image

pomaszerowała do kuchni. Po chwili stół i wszystkie blaty pokryty się różnej wielkości słoiczkami 

i paczuszkami.

- Mamo... - jęknął znowu tatuś.

- A co ty tak w kółko: mamo i mamo. Przecież ktoś teraz musi o was zadbać. A kto wam 

został, jak nie ja. W ogóle zastanawiam się - babcia rozsiadła się na taborecie i zapaliła papierosa - 

czy się do was nie przeprowadzić. Chociaż na jakiś czas - dodała pospiesznie, widząc minę tatusia. 

- No co, Ewuniu - przyciągnęła  mnie  do siebie,  strzepując drugą ręką popiół do spodeczka z 

resztkami miodu. - Chcesz, żeby babcia z wami pomieszkała?

Nie chciałam. Ale mamusia mówiła, że jeśli prawda sprawi komuś wielką przykrość, to 

lepiej jest skłamać. Szczególnie w sprawach drobnych.

Nie wiedziałam, czy to jest sprawa drobna czy nie, ale babcia czekała, żebym powiedziała 

„tak” i żebym ją pocałowała, i było mi okropnie przykro. W końcu tylko się do niej przytuliłam, a 

ona rozpromieniła się cała, zapaliła następnego papierosa i powiedziała, że w takim razie jutro się 

do nas przeprowadzi.

- Porozmawiamy później - powiedział wtedy tatuś, a ja zrozumiałam, że nie chce, żebym 

słyszała, co będzie mówił babci. Zawsze, jak dorośli mają porozmawiać o czymś  ważnym, nie 

lubią, żeby dzieci przy tym były. - No, Ewuniu, nakrywaj do stołu - zarządził tatuś i zapalił gaz pod 

garnkiem z rosołem. - Zaraz babcia się przekona, jacy z nas znakomici kucharze.

Rozkładając serwetę, słyszałam, jak babcia mówiła, że nigdy nie miała zaufania do „tej 

kobiety”. I pytała, kiedy będzie rozwód. Tatuś odpowiedział, że „żadnego rozwodu nie będzie” i 

dodał po chwili „przynajmniej na razie”. Wiedziałam, że muszę tatusia zapytać, co to znaczy, ale 

nie chciałam przy babci. Rozwód, rozwód, powtarzałam  w  myślach,  żeby nie  zapomnieć  tego 

słowa.

Potem jedliśmy rosół i - na drugie - gołąbki, które przyniosła w słoiku babcia. Babcia ciągle 

mi się przyglądała i co chwila wzdychała ciężko, jakby była bardzo zmęczona albo jakby coś ją 

bolało. Po obiedzie poszła zmywać, ja się przebierałam, a tatuś zawijał mi prezent w kolorowy 

papier.

Kiedy byłam gotowa, przyjrzał mi się uważnie i powiedział „bomba”. Okropnie mnie to 

rozbawiło   i   tatusia   chyba   też,   bo   zaśmiewaliśmy   się,   zakładając   buty   i   płaszcze   i   wcale   nie 

mogliśmy przestać.

Tatuś   odprowadził   mnie   pod   same   drzwi   i   nawet   nacisnął   dzwonek.   Mama   Moniki 

zapraszała go do środka, ale podziękował i spytał, czy nie będzie za późno, jak przyjdzie po mnie o 

siódmej. W końcu umówili się na ósmą i tatuś poszedł.

Jeszcze raz powiedziałam Monice „wszystkiego najlepszego”, chociaż już jej składałam 

background image

życzenia w dniu urodzin. Ale teraz dawałam prezent, więc to było bardziej uroczyście.

W jednym pokoju siedziała mama Moniki z mamą Zosi i piły kawę, a w drugim my z 

Moniką, Zosią i Te - reską coca - colę.

Oglądałyśmy lalki Moniki, a ona nam mówiła, jak się która nazywa. Najbardziej podobała 

mi się Lilka, chociaż nie zamykały jej się oczy i miała podartą sukienkę.

- Ona jest trochę podobna do lalki, którą dostałam na imieniny od mamusi - powiedziałam. - 

Tylko że moja ma ciemne włosy.

- Twoja mamusia ma chłopa - powiedziała na to Zosia, a Monika zaczęła chichotać.

- Sama masz chłopa - odgryzłam się, a one wybuchnęły śmiechem. - Co się śmiejecie? - 

zezłościłam się. - Same macie chłopa - powtórzyłam jeszcze raz, ale mniej pewnie.

- Ona nie wie, co to znaczy - ucieszyła się Zosia.

- A co to znaczy? - spytała Tereska.

- No... - zaczęła się zastanawiać Zosia. - Tak mówiła moja mamusia. Do twojej - zwróciła 

się do Moniki. - Bo twoja powiedziała, że mama Ewy wyjechała, a wtedy moja, że to nieprawda, 

bo ona już z nimi nie mieszka i ma chłopa.

- Aha - kiwnęła głową Monika.

- Jak to, chłopa? - zdziwiła się Tereska.

- No, normalnie - zdenerwowała się Monika, ale nie powiedziała nic więcej, bo właśnie 

weszła jej mama i zaprosiła nas na podwieczorek. Wcale nie chciało mi się jeść, chociaż były 

ptysie z bitą śmietaną i lody z truskawkami. Na nic nie miałam ochoty, tylko wciąż myślałam o tym 

chłopie i o mamie.

Mama Moniki nałożyła mi na talerzyk podwójną porcję lodów i powtarzała w kółko, żebym 

się nie martwiła. Wiszący zegar wskazywał dopiero godzinę szóstą. Wrócę sama, postanowiłam. 

To nie było bardzo daleko i do przejścia była tylko jedna ulica, w dodatku ze światłami. Wstałam 

od stołu.

- Gdzie idziesz? - spytała mama Moniki.

- Do ubikacji - powiedziałam, a ona również wstała i pokazała mi, gdzie to jest.

Drzwi WC były w przedpokoju, tuż obok wieszaka na ubranie. Wyszłam cichutko, wzięłam 

płaszcz i otworzyłam drzwi na schody.

Biegłam, oglądając się wciąż za siebie - bałam się, że będą mnie gonić. Zatrzymałam się 

dopiero przed jezdnią. Było czerwone światło. Założyłam płaszczyk, bo cały czas trzymałam go 

pod pachą, i nagle przypomniało mi się, że w domu jest babcia.

Obejrzałam trzy razy wystawę spożywczego, dwa razy warzywnego, a kiedy oglądałam 

wystawę piekarni, zobaczyłam w szybie odbicie tatusia. Wziął mnie za rękę i spytał:

background image

- Co się stało? Dlaczego uciekłaś?

- Skąd wiesz? - zdziwiłam się.

- Dzwoniła mama Moniki. Bardzo się zdenerwowała. Tak się nie robi.

- Babcia już poszła?

- Przed chwilą - westchnął tatuś. - Ale nie odpowiedziałaś mi na pytanie. Co się stało?

- Nic - powiedziałam zgodnie z prawdą. Coraz bardziej chciało mi się płakać i wcale nie 

mogłam mówić, cały czas powstrzymywałam łzy, a w końcu nie wytrzymałam i pobeczałam się. 

Beczałam coraz głośniej, tatuś nie mógł znaleźć chusteczki, więc wycierałam nos i łzy w rękaw, 

całe szczęście, że byliśmy tuż obok domu.

- Co to jest „rozwód”?  - spytałam  tatusia wieczorem,  kiedy już leżałam  w łóżku, a on 

siedział obok mnie i czytał jakieś pismo.

- O? - zdziwił się tatuś i odłożył gazetę. - A gdzie to słyszałaś?

- Słyszałam, jak babcia mówiła. - Czułam, że się czerwienię. - Wcale nie podsłuchiwałam - 

zaczęłam się tłumaczyć na wszelki wypadek.

Tatuś najpierw nic nie mówił, tylko podszedł do okna i zaczął wyglądać, chociaż było już 

szaro, zaczął padać deszcz i pewnie nic nie było widać. A potem odwrócił się do mnie i powiedział:

- Rozwód jest wtedy, kiedy małżeństwo decyduje się żyć osobno.

- To wy go macie... no, ten rozwód, ty i mama? - spytałam. - Bo ty mówiłeś babci, że 

rozwodu nie będzie, a on już jest.

- Nie, nie ma. Żeby być małżeństwem, nie wystarczy mieszkać ze sobą, trzeba jeszcze iść 

do   urzędu   i   to   potwierdzić.   Że   się   chce   być   razem.   I   mieć   razem   dzieci.   I   pomagać   sobie 

wzajemnie. Tak samo, kiedy już nie chce się być ze sobą, nie wystarczy przestać ze sobą mieszkać, 

żeby był rozwód. Znów trzeba iść do urzędu.

- Do tego samego?

- Nie, do innego. - Tatuś usiadł na brzegu łóżka.

- I wy jeszcze nie byliście? - Przysunęłam się bliżej niego.

- Nie.

- A kiedy pójdziecie? Jutro?

Wolałam wiedzieć wszystko od razu. Jutro mamusia przychodzi do nas na obiad. Może po 

obiedzie pójdą z tatusiem do urzędu. Chociaż nie wiem, czy w niedzielę jest otwarty.

- Tak pytasz, jakbyś chciała, żebyśmy poszli - zdziwił się tatuś. - Nie chcesz, żebyśmy już 

mieszkali razem?

- Chcę, ale przecież nie mieszkacie - teraz z kolei ja się zdziwiłam.

- Dopiero trzy dni. Ale nie powiedziałaś mi jeszcze, co się stało u Moniki?

background image

- Nic   -   mruknęłam.   Nie   chciałam   z   tatą   o   tym   mówić.   Jutro   przyjdzie   mama   i   mi 

wytłumaczy - postanowiłam. - A ty nie powiedziałeś - przypomniało mi się nagle - czy babcia się 

do nas przeprowadzi?

- Nie - uśmiechnął się tatuś. - Poradzimy sobie jakoś sami, nie uważasz?

Uważałam.   Ale   nie   odpowiedziałam   mu,   bo   byłam   coraz   bardziej   i   bardziej   śpiąca,   i 

ostatnie słowa docierały do mnie jakbym miała głowę pod kołdrą. A potem nie słyszałam już nic.

Śniło mi się, że chłop siedział u mamy w mieszkaniu na fotelu i nic nie robił. To było trochę 

takie mieszkanie jak nasze, ale niezupełnie. Bo było też podobne do mieszkania Moniki, a na stole 

stał wazon z plastykowymi różami, jak w pokoju babci. A chłop był taki sam jak ten, do którego 

jeździliśmy kupować jabłka, ziemniaki i cebulę na zimę. Miał watowaną kurtkę, ogromne ubłocone 

buty, a na głowie czapkę z daszkiem. Siedział w fotelu nieruchomo jak wielka lalka i wpatrywał się 

w stojący na dywanie gar dymiącego rosołu. Moja mama krzątała się po pokoju ze szmatką do 

odkurzania: wycierała poręcze krzeseł, półki, szybki w kredensie, a potem podeszła do chłopa i też 

go odkurzyła, a on nawet nie drgnął.

- On ci tylko zajmuje niepotrzebnie fotel - powiedziałam mamie. - Po co ci on?

- Mam go, to niech już sobie będzie - wzruszyła ramionami mama i strzepnęła szmatkę 

przez okno.

Od rana szykowaliśmy się na przyjście mamy. Wcale o tym nie mówiliśmy, ale tak było. 

Tato   posprzątał   mieszkanie   i   założył   swój   najładniejszy   sweter,   a   ja   poukładałam   wszystkie 

zabawki i książki, a potem podlałam roślinki w doniczkach. Kiedy już wszystko zrobiliśmy,  a 

mamy jeszcze nie było, tatuś wziął książeczkę z opowiadaniami o zwierzętach i zaczął mi czytać. 

Ale zdążył tylko zacząć historię o morskiej śwince, kiedy usłyszeliśmy zgrzyt klucza w zamku.

- Mamusia! - krzyknęłam i pobiegłam do drzwi, a potem długo się do siebie przytulałyśmy.

- Ślicznie ci w tej fryzurce - powiedziała mamusia. - Twój tatuś ma dobre pomysły. O, i 

masz nową spódniczkę. Wcale się nie chwaliłaś. Hej, Henryku - powiedziała do taty i cmoknęła go 

w policzek. - Przywiozłam wam pierogi z kapustą i grzybami - pochwaliła się, wyciągając z torby 

plastykowy pojemnik.

- Wszyscy dowożą nam jedzenie - roześmiał się tatuś. - Zupełnie, jakbyśmy mieszkali w 

latarni morskiej.

- Dlaczego w latarni? - zaciekawiłam się.

I mama mi wytłumaczyła, że latarnie są często na bezludnych wyspach. Ktoś musi w nich 

mieszkać, żeby pilnować światła potrzebnego statkom. I ci ludzie czekają tylko na zrzuty jedzenia z 

helikopterów, bo przecież nie mogą sami sobie kupić, bo nie mają gdzie.

- Może gdzieś pójdziemy - zaproponowała mama. - Jest tak ładnie, że szkoda siedzieć w 

background image

domu. - A na obiad jeszcze za wcześnie. Chyba że jesteście głodni.

Nie byliśmy. Ale ja chciałam porozmawiać sobie z mamusią sama i nie wiedziałam, jak to 

zrobić, żeby tatuś został w domu. Ale tatuś sam z siebie powiedział:

- To idźcie teraz na trochę. Ja muszę na jutro coś przeczytać. Jak będzie wam się jeszcze 

chciało, po obiedzie pójdziemy wszyscy razem.

- Do urzędu? - zaniepokoiłam się znowu.

- Nie - pokręcił głową tatuś. - Na lody.

- O   jakim   urzędzie   mówiłaś?   -   spytała   mamusia,   kiedy   siedziałyśmy   w   parku   na 

osłonecznionej ławce.

- Takim od rozwodów - powiedziałam, bo nie chciałam niczego przed mamusią ukrywać. I 

ponieważ była ciekawa, skąd mi to przyszło do głowy, opowiedziałam jej wszystko po kolei. A 

potem spytałam: - Ty masz chłopa?

Mamusia okropnie się zdziwiła, a może nawet przestraszyła.

- Nigdy tak nie mów - zdenerwowała się. - To jest bardzo, bardzo, no... wulgarnie. Tak się 

nie mówi.

- Tak powiedziała mama Zosi - broniłam się.

- Czasem dorośli też mówią nie tak jak trzeba. - Mama była coraz bardziej zdenerwowana, 

nawet żałowałam, że jej o tym mówiłam. - A czy ty chociaż wiesz, co to znaczy? - Spojrzała na 

mnie uważnie.

Opowiedziałam jej wtedy mój sen. Śmiałyśmy się trochę, ale nie bardzo.

- Zależy mi tylko na was. Na tobie i na tatusiu. To jest najważniejsze - powiedziała mama 

bardzo poważnie.

- To dlaczego sobie poszłaś? - spytałam, wtulając się w jej rękaw.

- Bo jest jeszcze ktoś - przyznała po chwili. - I bez niego jestem nieszczęśliwa.

- Chłop? - spytałam.

- Mężczyzna - poprawiła mnie mamusia.

- Podobny do tatusia? - szepnęłam, bo nagle zaczęło mi się wydawać, że coś rozumiem.

Ale to było coś takiego, co można powiedzieć tylko szeptem. I najlepiej w ciemnym pokoju. 

A to był park. I siedziałyśmy na ławce, koło której ciągle przechodzili jacyś ludzie. To nie było 

dobre miejsce. Ale wiedziałam, że wieczorem już jej ze mną nie będzie. I że teraz trzeba sobie 

wszystko powiedzieć.

- Chyba tak. - Kiwnęła głową mama. - Bardzo was kocham - szepnęła mi do ucha. - Ciebie i 

tatusia.

- A mężczyznę też kochasz? - spytałam.

background image

- Tak.

- Bardziej niż nas? - Czułam, że zaczynam się denerwować.

- Nie,   nie   -   zaprzeczyła   gwałtownie.   -   Inaczej   -   dodała   po   chwili   i   wstała.   -   Chodź, 

wracamy. Zaczyna się chmurzyć, a ja nie mam parasolki.

W domu było już nakryte do obiadu. Podczas zupy zaczęły bębnić o parapet grube krople 

deszczu. Zrobiło się ciemno jak wieczorem. Gwizdnął wiatr, wydymając firankę. Wyglądało to tak, 

jakby do pokoju wpływał biały żaglowiec.

Kiedy tatuś zatrzasnął okno, huknął pierwszy grzmot, a mamusia zwinęła się w kłębek na 

tapczanie i przykryła głowę kocem.

- Nie bój się - roześmiał się tatuś i zajrzał pod koc. Dalej nie wiem, co mówili, bo obydwoje 

mieli schowane głowy.

Trochę  poczekałam,  aż zrobiło  mi  się bardzo samotnie  i zaczęłam  sobie nucić.  Ale co 

chwila waliły grzmoty, a poza tym pod kocem na pewno słabo było słychać, więc śpiewałam coraz 

głośniej i głośniej, żeby przypomnieć, że ja też tu jestem. I też boję się burzy, nie tak bardzo jak 

mamusia, ale jednak troszkę. W końcu tatuś podniósł się i powiedział:

- Teraz twoja kolej - wpychając mnie pod koc do mamy.

- Mamusiu,   mamusiu,   mamusiu   -   powtarzałam   w   kółko,   przytulając   się   do   niej,   a   ona 

mówiła:

- Ewuniu, Ewuniu, Ewuniu...

Gdzieś poza nami, nad kocem, był  inny świat. Był tatuś, był nakryty  do obiadu stół z 

czerwonymi kwiatami w wazonie, były tajemnicze żaglowce, wpływające nieproszone do naszego 

pokoju, były błyskawice,  rozświetlające niebo na biało. Wszystko to zaczęło mi się mieszać i 

nakładać na siebie, było mi ciepło i sennie, mamusia była obok i gładziła mnie po włosach.

- Wróć   do  nas   -  mruknęłam.   Przytknęłam   policzek   do   jej   policzka   i   poczułam,   że   jest 

mokry.   -   Nie   płacz   -   przestraszyłam   się.   -   Nie   płacz   -   powtarzałam   w   kółko,   a   mamusia 

powiedziała:

- Nie mogę. - I po chwili, ocierając łzy: - Nie mogę do was wrócić. Przynajmniej na razie.

- Ale nie chodźcie do urzędu, co? - poprosiłam mamusię, a ona obiecała mi, że nie pójdą.

- Hej, dziewczyny! - usłyszałyśmy głos tatusia. - Nudzi mi się samemu. Jak wyjdziecie spod 

tego   koca,   coś   wam   opowiem   -   zachęcał   nas,   i   kiedy   wystawiłyśmy   nosy,   zaczął   wspominać 

wszystkie ciekawe burze, jakie przeżył albo o jakich słyszał.

Ja też pamiętam jedną wielką burzę, chociaż byłam wtedy podobno bardzo malutka.

To było lato. Siedziałam w ogrodzie pod drzewem i przyglądałam się, jak mama zrywa 

czereśnie. Stała na drabinie. Widziałam tylko jej nogi w białych sandałkach, rąbek różowej sukni i 

background image

spód koszyka. Nagle zrobiło się ciemno. Niebo przecięła błyskawica, rozległ się huk i zobaczyłam, 

jak pali się samotne drzewo, stojące na polu. Zaczęłam krzyczeć. Po chwili mama chwyciła mnie 

na   ręce.   Potknęła   się.   Posypały   się   w   mokrą   już   trawę   czereśnie.   W   strumieniach   deszczu 

dopadłyśmy drzwi domu. Dotąd pamiętam, jak skrzypiały.

Potem mama rozebrała mnie, wytarła do sucha i położyła do łóżka. Sama siedziała obok, 

trzymała mnie za rękę, bo nie chciałam jej puścić, a z jej włosów skapywały mi na dłoń kropelki 

wody.  Pamiętam,  że też  stały na stole  czerwone kwiaty. Jak dzisiaj. Tylko  jeszcze  wtedy nie 

widziałam, że ona boi się burzy.

Zrobiło   się   trochę   jaśniej,   burza   ucichła,   ale   wciąż   padał   deszcz.   Nie   taki   wielki   jak 

poprzednio - drobniutki i rzadki. Zasłoniliśmy okna i oglądaliśmy stare slajdy z wakacji.

- Gdzie pojedziemy w tym roku? - spytałam, bo na chwilę zapomniałam o wszystkim, ale 

mamusia powiedziała jakby nigdy nic:

- Dawno nie byliśmy latem w górach. Może w Pieniny, co, Henryku?

- Czemu nie? - uśmiechnął się tato, odsłaniając zasłony. Właśnie przestał siąpić deszcz i 

niebo przecinała różowo - żółto - zielona tęcza.

- Ojej - powiedzieliśmy wszyscy razem. A potem mama i tatuś: - Raz, dwa, trzy, moje 

szczęście.

background image

NAJWYŻSZA GÓRA ŚWIATA

Ależ ta lekcja się dłuży,  pomyślała  Kasia, spoglądając tęsknie za okno. Jak dobrze, że 

niedługo wakacje.

Znów tego roku pojadą nad jezioro. Będą mieszkać w tym samym domku ze skrzypiącą 

studnią w ogrodzie i malwami przy płocie. Z furtki wychodzi się wprost na piaszczystą ścieżkę, 

która prowadzi przez mały, sosnowy lasek ku zmurszałemu drewnianemu pomostowi.

Ciekawe, czy będą łabędzie, Kasia uśmiechnęła się do siebie. Wspomniała rozłożysty dąb, 

na który wspinała się tak wysoko, że z wierzchołka mogła już dojrzeć wąziutką, niebieską wstążkę 

jeziora.

- Kasiu - ostry głos Bulwy przerwał jej marzenia. - Z czego się śmiejesz?

- Ja się nie śmieję - wyjąkała, czując, że się czerwieni. - Coś mi się przypomniało...

- Nie uważałaś. I nie będziesz umiała odrobić w domu lekcji.

- Auu! - pisnęła Kasia, czując z tyłu, na plecach, bolesne ukłucie.

- Co ci jest? - zaniepokoiła się Bulwa.

Za Kasią rozległy się z trudem tłumione chichoty Sławka i Marcina. Dziewczynka obejrzała 

się i zobaczyła, że wszyscy trącają się łokciami, pokazują na nią, coś szepczą i śmieją się.

- Co   was   dzisiaj   napadło?!   -   rozzłościła   się   nauczycielka,   ale   odpowiedział   jej   tylko 

dzwonek.

- Patrzcie! - Kasia usłyszała za sobą śmiech Moniki. - Słonina!

- Powinno być:  słonica - poprawił prymus  Marek. - Samica słonia, czyli  słonica, a nie 

słonina.

- Zoolog się znalazł - wzruszył ramionami Sławek.

- Nie znasz się - poparł go Grzesiek. - Słonina jest lepsza. I bardziej do Kaśki pasuje. Co 

nie, Kaśka? - popatrzył na nią mrużąc oczy. - Wolisz być słonica czy słonina?

Kasia zarzuciła na plecy tornister i wypadła z klasy. Wyjechać stąd nareszcie, wyjechać, 

myślała.   Dlaczego   się   tak   do   mnie   przyczepili.   Akurat   do   mnie,   zadawała   sobie   to   pytanie 

codziennie, wciąż od nowa, ale jak dotąd nie znalazła odpowiedzi. Przecież Wanda jest jeszcze 

grubsza, a nikt jej nie przezywa. I Magda, co najmniej taka sama jak ja.

Przystanęła zdyszana. Z pobliskiej cukierni poczuła apetyczny zapach. Zdjęła tornister i 

wyjęła z bocznej kieszonki portmonetkę.

W   cukierni   podziwiała   piętrzące   się   za   szklanymi   szybkami   stosy   różnych   ciastek   -   z 

kremem i bez, z galaretką, z lukrem...

background image

- Proszę - usłyszała za sobą kobiecy głos i poczuła, że ktoś jej kładzie rękę na ramieniu. 

Ujrzała sympatyczną starszą panią podającą jej jakąś kartkę. - Miałaś to przyczepione do pleców.

Na kartce wyrwanej z zeszytu w kratkę widniał namalowany długopisem koślawy słoń, a 

pod spodem - dużymi literami - było napisane „słonina”. Końcówka „ina” była dopisana innym 

długopisem. Pewnie to rysował Marcin, a ze słonia zrobił słoninę Sławek, domyśliła się Kasia. I to 

na pewno on przyczepił mi do pleców. Zmięła kartkę i wyrzuciła do kosza.

- Co dla ciebie? - wyrwał ją z zamyślenia głos sprzedawczyni.

- Pączek - mruknęła i z ciastkiem w ręku wyszła szybko z cukierni.

Był jeszcze ciepły. Cztery kęsy i po wszystkim. Szkoda, że nie miałam więcej pieniędzy, 

pomyślała z żalem, zbliżając się do domu.

Na srebrnym ekranie trzy postacie, walcząc z zawieją i śnieżycą, mozolnie pną się w górę. 

Przed   nimi   -   pionowa   skała,   pod   nimi   -   przepaść.   Nie   dadzą   rady,   Kasia   zacisnęła   palce   na 

poręczach fotela.

- Wyjdź   na   powietrze,   córko   -   powiedziała   mama.   -   Taka   piękna   pogoda,   a   ty   przed 

telewizorem. Dobrze, że wkrótce wyjeżdżamy.

- Oj, dobrze - westchnęła  Kasia, nie odrywając wzroku od ekranu. - Boję  się o nich - 

szepnęła po chwili, pokazując przepasane sznurami postacie.

- Ta wyprawa jest już w Polsce - wyjaśniła mama.

- Zdobyli ten szczyt. Wszyscy wrócili szczęśliwie. To jest tylko migawka z ich wspinaczki. 

Nie wiedziałaś o tym?

- Nie. - Kasia wytarła nos. - Ale zobacz, mamusiu, jak to wygląda. Im się udaje coś, co jest 

niemożliwe.

- Na tym to polega. Za pięć minut, kiedy skończy się ten reportaż, chcę cię widzieć na 

dworze, zgoda?

- powiedziała mama.

- Dobrze - mruknęła Kasia niechętnie. - A gdzie Krzysiek?

- Kopie na boisku piłkę. Tak pytasz, jakbyś nie znała swojego brata.

Nigdy nie lubiła bawić się lalkami i wózkami, jak inne dziewczynki. Kiedyś bawiła się z 

chłopcami. Ale od kiedy przeprowadzili się do tego bloku i zaczęła chodzić do szkoły, wszystko się 

zmieniło. Tu była nowa i obca. „Gruba” przezwali ją i chyba mało kto wiedział, jak naprawdę 

miała na imię.

Koło Kasi zatrzymała się na rowerze Danka.

- Spadł mi łańcuch - wyjaśniła, kucając obok dziewczynki.

- Może ci pomóc? - zaproponowała Kasia.

background image

- Możesz przytrzymać rower, jeśli chcesz - zgodziła się Danka.

- Dasz się przejechać?

- Nie pożyczam roweru - odpowiedziała Danka wykrętnie.

- Właśnie że pożyczasz. Sama widziałam - oburzyła się Kasia. - Wczoraj. Mirce.

- To co innego - wzruszyła ramionami Danka.

- Dlaczego? Przecież wiesz, że umiem jeździć. Nie moja wina, że ukradli mi rower.

- Nie twoja - zgodziła się Danka i wsiadła na siodełko. - Mirce pożyczałam, bo jest chuda - 

wyjaśniła przed odjazdem. - A ty... jeszcze coś mi powyginasz...

Od kiedy Kasi zginął rower, wychodzenie na podwórko stało się gorsze niż kiedykolwiek. 

Powiszę   na   trzepaku,   postanowiła   nagle,   widząc,   że   w   pobliżu   nie   ma   nikogo.   „Dla   alpinisty 

sprawność  fizyczna  i  wytrzymałość   jest  najważniejsza”  -  przypomniała   sobie  słowa  jednego  z 

członków   ekspedycji,   wykonując   na   metalowym   drągu   rozmaite   wygibasy.   Zajęta   swoimi 

ćwiczeniami nawet nie dostrzegła wracających z boiska chłopców.

- O, nie mogę, zobaczcie, jaki cyrk! Akrobatka się znalazła - usłyszała nagle koło siebie.

- Zaraz jej portki trzasną - powiedział któryś.

- Prosiak na rożnie - dorzucił trzeci głos, wzbudzając ogólną wesołość.

- Prosiak, prosiak - ucieszyła się piskliwie Agnieszka.

Kasia zeskoczyła na ziemię i spojrzała na dziewczynkę. Była wyższa od Kasi i potężniejsza. 

Ubrana   zwykle   w   falbaniaste   spódnice   sprawiała   wrażenie   sporo   starszej,   niż   była   w 

rzeczywistości. Ze wszystkich dziewczynek na podwórku właśnie ona dokuczała Kasi najboleśniej.

- Odczep się - syknęła Kasia i pobiegła do domu.

- Prosiak, prosiaczek! - słyszała za sobą wesołe pokrzykiwania.

- Dlaczego im nie powiedziałeś?.* - rzuciła się w domu na Krzyśka.

- Co im miałem powiedzieć? - Krzysiek odsunął ją niechętnie od siebie.

- Taki z ciebie brat! - rozżaliła się Kasia. - Przezywają mnie, dokuczają i w ogóle, a ciebie 

to nic nie obchodzi!

- Skąd wiesz, że tam byłem? - spytał Krzysiek, rozsupłując trampki.

- Grałeś z nimi w piłkę. - Kasia poczuła, że głos jej się łamie. - I wracaliście razem. Na 

pewno. A potem ty zwiałeś do domu. Żeby się nie wtrącać.

- Mądrala - rzucił Krzysiek przez zęby. - Nie wtrącam się w nie swoje sprawy.

- Taki z ciebie brat - powtórzyła Kasia i zamknęła się w łazience, gdzie w samotności mogła 

się nareszcie spokojnie wypłakać.

Tu zrobię postój przed dalszą wspinaczką, postanowiła, rozluźniając opasający ją sznur i 

rozwijając paczuszkę z kanapkami. Trzeba się posilić. Odgryzła potężny kęs. Szkoda, że nie mam 

background image

czekolady,   zmartwiła   się.   Słyszała,   że   w   skład   suchego   prowiantu   wchodzi   obowiązkowo 

czekolada. A mama nie chce mi kupować, pomyślała z żalem, bo mówi, że nie powinnam jeść tylu 

słodyczy.

Błogą   ciszę   wysokogórskiej   samotności   zakłóciło   gwałtowne   otwarcie   drzwi   i   wołanie 

Krzyśka:

- Mamo, chodź tutaj szybko! Kaśka znowu siedzi na szafie! I żre kanapkę! I zabrała twój 

sznur od bielizny!

Kaśka popatrzyła na brata z nienawiścią.

- Katarzyno! - W pokoju stała już mama. - Czy po to, żeby zjeść drugie śniadanie, musisz 

koniecznie wchodzić na szafę? Jesteś pewna, że ci tam wygodnie?

- Oj, mamo... - Kasia czuła, że robi jej się przykro. - Przecież wiesz, że to nie szafa.

- A jakie to tym razem góry? - uśmiechnęła się mama.

- Himalaje - powiedziała Kasia z dumą. - Od dawna już Himalaje. Na niższe nie warto się 

wspinać. Za łatwo.

- No,   nie   przesadzaj   -   roześmiała   się   mama.   -   W   przyszłym   roku   musimy   pojechać 

koniecznie w Tatry, to się przekonasz, jakie tam bywają trudne trasy.

- A może pojedziemy w tym roku, co, mamusiu...

- rozmarzyła się Kasia. - Już tak dawno nie byliśmy...

- Przecież cieszyłaś się, że jedziemy nad jezioro - zdziwiła się mama.

- Ciągle się cieszę. - Ale sama wiesz...

- Wiem - przytaknęła mama. - A jaki szczyt teraz zdobywasz? - spytała, siadając na kanapie.

- On się jeszcze nie nazywa - zawahała się Kasia. - Bo do tej pory nikt się na niego nie 

wdrapał. I ja będę pierwsza. I jak się już tam dostanę, to będzie się nazywał tak jak ja.

Krzysiek, który do tej pory demonstracyjnie udawał, że czyta, parsknął śmiechem i odłożył 

książkę.

- To może na Grubą Kaśkę na Wiśle też ty pierwsza się wdrapałaś, co? Dlatego tak się 

nazywa. Na Wiśle, to jeszcze Gruba Kaśka obleci, ale w Himalajach? Szczyt Gruba Kaśka, oj, nie 

wytrzymam! - Rzucił się na dywan, waląc piętami po podłodze z radości.

- Wstawaj  natychmiast  -  powiedziała   surowo   mama.  -  Zachowujesz  się  jak  pięcioletnie 

dziecko,   a   niedługo   kończysz   jedenaście   lat.   Trzy   lata   różnicy   między   wami,   a   zupełnie   nie 

możecie się dogadać. Inaczej to sobie kiedyś wyobrażałam - powiedziała ze smutkiem. - Zamiast 

się nią trochę zaopiekować, pobawić się, tylko ją przezywasz i latasz na skargę.

- Łatwo ci mówić - wzruszył ramionami Krzysiek, podnosząc się z podłogi. - Jak można się 

opiekować kimś, kto biega w kółko po mieszkaniu ze sznurem od bielizny albo siedzi na szafie? A 

background image

może ona jest kopnięta?

Kasia zauważyła, że mama rozgniewała się na dobre. Taką minę robi tylko wtedy, kiedy coś 

naprawdę wyprowadzi ją z równowagi. Nie zdążyła jednak nic powiedzieć, bo rozległ się telefon.

- Sam jesteś kopnięty - syknęła Kasia, zeskakując zwinnie z szafy. - Nie jestem może chuda, 

ale Maryśka, za którą ciągle łazisz, jest ode mnie jeszcze grubsza. A kochasz się w niej!

- Ja się kocham! - oburzył się Krzysiek, oblewając się rumieńcem, aż po nasadę włosów. - 

Ale wymyśliła! A poza tym, zapamiętaj sobie, zakuta pało, że ona nie jest gruba, tylko dobrze 

zbudowana. A to jest różnica!

- Bardzo dobrze zbudowana! - zaśmiała się Kasia, zwijając sznur w kłębek. - A ty za to 

masz uszy jak patelnie. W czapce ci się nie mieszczą. Nawet Maryśka mówiła o tobie Kłapouch, 

sama słyszałam.

- Kłamiesz! - Krzysiek  rzucił w Kasię książką, ale  dziewczynka  uchyliła  się zręcznie i 

usiadła przy stoliku, nie zwracając na brata uwagi.

- Kaśka... - usłyszała po chwili, ale nie odwróciła głowy. - Kaśka... - Głos Krzyśka aż drżał 

z niepokoju. - Powiedz, że to nieprawda. Nie mogła na mnie mówić Kłapouchy, to niemożliwe. - 

Zasłonił ręką czytany przez dziewczynkę komiks.

- Nie Kłapouchy, tylko Kłapouch - powiedziała mściwie.

- Wszystko jedno - westchnął zrezygnowany.

- No, a teraz powiedz - spojrzała na niego Kasia. - Nie jest ode mnie grubsza?

- Wszystko jedno - powtórzył Krzysiek i wyciągnął się na tapczanie.

- Wcale   nie   wszystko   jedno   -   oburzyła   się   Kasia.   -   Bo   ona   chodzi   na   łyżwy   i   jeździ 

figurowo, prawda? A jak ona jeździ figurowo, to ja mogę być alpinistką.

- Daj mi spokój z tą swoją alpinistyką - zdenerwował się Krzysiek. - Już nie mogę o tym 

słuchać. Inne małe dziewczyny - grube czy chude, wszystko jedno - chodzą sobie z wózkami albo 

grają w klasy, a ty nic, tylko jak jakaś wariatka wspinasz się i wspinasz, na co się da. Dlaczego?!

Jak mu to powiedzieć?, zamyśliła się Kasia. Jak mu wytłumaczyć,  co czuła siedząc na 

konarze dębu, na który żadne ze znajomych dzieci nie weszło? Myśleli, że ona się nie boi... Dotąd 

pamięta ścisk strachu w gardle i to, jak bardzo starała się nie patrzeć w dół, żeby nie kręciło jej się 

w głowie, i jak powtarzała sobie w kółko, że to jest przecież bardzo nisko, a taternicy chodzą nawet 

po zupełnie pionowych ścianach.

- Jestem za gruba - powiedziała wreszcie. - To jest mi trochę trudniej niż innym. Ale jak już 

się gdzieś wdrapię, to nie jest ważne, czy jestem gruba czy nie. Nawet nikt tego nie widzi.

- Może... - mruknął Krzysiek, przyglądając się siostrze uważnie.

Coś   nowego   musiało   się   pojawić   w   jego   wzroku,   bo   Kasia   -   po   chwili   milczenia   - 

background image

powiedziała ugodowo:

- Tylko żebyś mnie więcej nie przezywał. O Maryśce to ja tak sobie zmyśliłam.

- Naprawdę? - ożywił się Krzysiek. - Ona tak nie mówiła?

- Mówiła - uśmiechnęła się Kasia. - Ale nie o tobie. O panu dozorcy.

- Hurra! - wyrwało się Krzyśkowi. Zerwał się z tapczana i wyjrzał przez okno.

- Przecież ona już wyjechała - zdziwiła się Kasia.

- Dużo wiesz. - Krzysiek spojrzał na nią uważnie. - Nie dlatego wyglądam. Coś mi przyszło 

do głowy. Coś specjalnie dla ciebie. Widzisz to drzewo na środku podwórka? - ciągnął podniecony. 

- Ten kasztan.

- Trudno go nie zauważyć, taki jest wielki. - zdziwiła się Kasia.

- No właśnie - ucieszył się Krzysiek. - Ogromny. Niektórzy się na niego wspinają, ale tylko 

do drugiego konara. Wyżej nikt nie dał rady. Może byś spróbowała, co? Jak myślisz? Tak na moje 

oko, ten twój dąb był trudniejszy. A jakby ci się udało, to... to... - aż zająknął się na samą myśl o 

tym. - Nikt by cię już nigdy nie przezywał, wiesz? Stałabyś się zupełnie kimś innym dla nich, niż 

jesteś.

- A jakby mi się nie udało?

- To trudno. Nic takiego. Nikomu się nie udało. Żadnemu chłopakowi. A i tak zobaczą, że 

jesteś dobra. To co, idziemy?

„Prosiak na rożnie, prosiaczek” - zadźwięczały Kasi w uszach okrzyki dzieciaków. „Nie 

pożyczam roweru - przypomniała sobie minę Danki. - Jeszcze mi coś powyginasz”. I znowu to 

„prosiak, prosiak, jeszcze jej portki trzasną”. Zerknęła za okno. Poczuła lęk. Na podwórku było 

pełno. No pewnie. Kto w taką pogodę siedzi w domu. Żeby ich nie było, rozmarzyła się. Tylko ona 

i drzewo. I niebo. Coraz bliżej. No, najwyżej Krzysiek...

- Co jest? - wyrwał ją z zamyślenia ponaglający głos brata. - Kładź trampki i lecimy.

- Nie - spuściła głowę Kasia.

- Co nie? - zniecierpliwił się Krzysiek. - Nie wdrapiesz się?

- Nie.

Krzysiek zmierzył siostrę pogardliwym wzrokiem.

- Ale ja jestem głupi. - Popukał się w czoło. - Dałem się nabrać na to twoje gadanie o 

alpinistyce.   Nawet   mi   się   spodobało.   I   pomyślałem   sobie,   że   wcale   cię   nie   znałem.   A   ty   to 

wszystko sobie wymyśliłaś. Tylko zmyślać umiesz i opychać się. Grubas! - wrzasnął i wypadł z 

pokoju.

Siedział w przedpokoju na skrzyni i zapinał sandały, kiedy usiadła koło niego i dotknęła 

nieśmiało rękawa jego koszuli.

background image

- Krzysiek - wyszeptała. - Pięć minut. Poczekaj. Pięć minut. No, proszę cię - poczuła, że łzy 

płyną jej po policzkach.

- Co   pięć   minut?!   -   krzyknął   Krzysiek,   zrywając   się   z   miejsca.   -   Co   pięć   minut?!   - 

powtórzył, otwierając gwałtownie drzwi na klatkę schodową. - Daj mi święty spokój, ty tchórzu! - 

Trzasnął drzwiami.

Kasia słyszała jak zbiega po schodach - hałaśliwie i szybko, po dwa stopnie.

- Co się tu znowu dzieje? - usłyszała głos mamy. - Chciałam chwilę spokojnie popracować, 

ale w tym domu to zdaje się nie jest możliwe. Córeczko, co się stało? - przestraszyła się. - Znowu 

się pokłóciliście...

- Porozmawiaj ze mną, co? - poprosiła Kasia.

Krzysiek nie mógł siebie znaleźć miejsca na podwórku. Nic mu się nie chciało. Popatrzył z 

daleka,  jak   chłopaki  kopią   piłkę,   ale  nawet   nie   miał  ochoty  pokibicować.  Pod  drzewem   dwie 

dziewczynki   bawiły   się   w   dom.   Usiadł   na   ławce   i   przyglądał   się   konarom.   Przestraszyła   się, 

pomyślał i poczuł coś w rodzaju współczucia. Złość mijała. Ja też bym się nie wspiął, przemknęło 

mu przez głowę, ale zaraz potem powiedział sobie, że przecież to nie on chce być alpinistą.

- Tylko gadać potrafi - mruknął pod nosem i znów poczuł falę niechęci do siostry. Pięć 

minut, przedrzeźniał ją w duchu. Pięć minut... Spojrzał machinalnie na miejsce, gdzie powinien być 

zegarek. Bielała tam odcinająca się od opalenizny ręki skóra. Zostawiłem na regale, przypomniał 

sobie.

- Co tak siedzisz? - usłyszał koło siebie zasapany głos Sławka. - Czekasz na kogoś?

- Na przykład na ciebie.

- Nie wygłupiaj się - żachnął się Sławek. - Chodź, brakuje nam obrońcy.

- Nie   chce   mi   się   -   wzruszył   ramionami   Krzysiek.   -   Zresztą   jestem   w   sandałach.   - 

Wyciągnął przed siebie gołe, podrapane nogi. - Co żujesz? - zapytał na widok poruszających się 

miarowo szczęk kolegi.

- Krówkę - przyznał Sławek i pogrzebał w kieszeni. - Masz - podał mu wymięty cukierek.

- Nie, dziękuję - pokręcił głową Krzysiek.

- A co, odchudzasz się? - zainteresował się Sławek. - To by się przydało raczej twojej 

siostruni. Ona na pewno nigdy nie odmawia.

- Odczep się od niej.

- Hej,   co   z   wami?!   -   usłyszeli   wołanie   od   strony  boiska.   W   ich   kierunku   zbliżała   się, 

odbijając wciąż piłkę, grupka chłopców.

- Nie ma co z nim dziś gadać - powiedział Sławek. - Obrażony królewicz.

- O, zobaczcie! - zwrócił uwagę któryś z chłopaków. - Idzie też królewna.

background image

Krzysiek drgnął i obejrzał się. W ich kierunku szła bardzo wolno Kaśka. Przebrała się w 

dresy,   zauważył,   i   ma   na   nogach   trampki.   Serce   zabiło   mu   mocniej.   Czyżby?   Nie,   to   chyba 

niemożliwe. Kaśka była coraz bliżej. Już na odległość głosu. Jaka ona jest blada, pomyślał i nagle 

przestraszył się swojego pomysłu.

- Królewna Margaryna! - palnął Sławek.

- Margaryna Pierwsza! - Aż zapiszczał z radości Wojtek.

- Dziewczyny! - krzyknął któryś. - Ukłońcie się ładnie królewnie.

- Ale wymyślili! - zachichotała jedna. Krzysiek wstał z ławki i stanął obok drzewa. Kaśka 

patrzyła tylko na niego. Uśmiechnął się do niej zachęcająco i puścił oko. Nie zareagowała.

Widząc, że  dzieje się coś niezwykłego,  umilkli  na chwilę,  a ona  wspięła  się na  palce, 

chwytając   rękoma  pierwszy  konar.  Zanim  ktokolwiek  zdążył  zareagować,  podciągnęła   się  nad 

podziw lekko, usiadła na nim i zaczęła przyglądać się ginącemu gdzieś wysoko nad nią drzewu.

- Chłopaki, na pomoc! - krzyknął Sławek. - Trzeba ściągnąć królewnę na ziemię!

- Kasztan nam połamie - poparł go Wojtek.

- Daj spokój - bąknął Adam.

- A ty co? - oburzył się Sławek. - Narzeczony się znalazł! - I podskoczył, próbując złapać 

Kaśkę za nogę. Stała właśnie na gałęzi, szukając podpórek do dalszej wspinaczki.

- Zostaw ją! - Rzucił się na niego Krzysiek, odpychając go od drzewa.

- Krzysiu - zaśmiał się Sławek - przecież to dla jej dobra. Zaraz spadnie i się potłucze.

- Królewna Margaryna Potłuczona Pierwsza! - wygłosił uroczyście Wojtek, ale nikt się nie 

roześmiał. Wszyscy wpatrzeni byli w górę, gdzie Kasia - ostrożnie, ale systematycznie - posuwała 

się jak przylepiona do pnia coraz wyżej i wyżej.

- Zobaczcie - powiedział ze zdziwieniem Sławek - łazi jak mucha po ścianie.

- Ładna mucha! - roześmiał się Wojtek. - Sto kilo żywej wagi!

- E tam - wzruszył ramionami Adam. - Ona wcale nie jest taka gruba.

- Coś ty! - oburzył się Wojtek.

- Znam grubsze - zgodził się z Adamem Krzysiek.

- Krzysiek - pisnęła jedna z dziewczynek - powiedz jej, żeby zeszła.

- Bo co? - spytał Krzysiek i usiadł z powrotem na ławce. Nie mógł zapanować nad drżeniem 

nóg, było mu jednocześnie zimno i gorąco. Zamknął na chwilę oczy.

- Dobra jest! - usłyszał po chwili. - Jest na drugim konarze!

- Zaraz zlezie - powiedział, sadowiąc się koło niego, Wojtek.

- Dlaczego miałaby zejść? - spytał Krzysiek.

- A co? - roześmiał się Sławek. - Może uwije gniazdo, a jesienią odleci do ciepłych krajów?

background image

- Nikt wyżej nie wszedł... - powiedział niepewnie Adam.

- Może jej się uda - odrzekł cicho Krzysiek, zaciskając pięści z emocji.

- Królewna Margaryna na drzewie! - zawołała Agnieszka, ale Sławek, wykrzywiając się do 

niej szpetnie, uciął krótko:

- Skończcie z tą królewną, bo to nudne.

- Sam to wymyśliłeś - obraziła się Agnieszka.

- Co było, a nie jest, nie pisze się w rejestr - odciął się nie bardzo mądrze Sławek i spojrzał 

w górę.

- Nie mogę - szepnął. - Lezie wyżej, Krzysiek... - złapał Krzyśka za rękaw. - Powiedz... 

myślisz, że ona... na sam czubek... powiedz...

Z dołu było już tylko czasem widać fragmenty czerwonego dresu Kasi.

- Trzeba odejść trochę dalej - zdecydował Krzysiek.

- Mój tato ma lornetkę - zaproponował Adam.

- Mogę pożyczyć.

- Nie - pokręcił głową Krzysiek. Czuł, jak koszula lepi mu się do pleców. Dobrze, że mama 

tego   nie   widzi,   pomyślał,   zerkając   w   kierunku   okien.   Wydało   mu   się,   że   za   firanką   majaczy 

znajoma sylwetka. To niemożliwe, odpędził od siebie nagłe przypuszczenie. - Stąd nieźle widać - 

powiedział, stając pod płotem boiska.

- Kaśka!!! - wrzasnął Wojtek. - Złaź!!!

- Cicho bądź! - syknął Krzysiek. - Ona musi się skoncentrować, rozumiesz?

- Jak ona się wspina, to wcale nie widać, żeby była gruba. Tak jakoś zwinnie. Jakby była 

lekka - dziwił się Sławek, wpatrzony w drzewo.

- Przecież wam mówiłem, że ona nie jest gruba - powiedział z triumfem Adam.

- Cienka nie jest - mruknął Sławek.

- A czy to nie wszystko jedno? - spytał Krzysiek.

- Niby tak... - przyznał Wojtek niepewnie.

- Zagracie z nami w zbijaka? - spytała Danka.

- Odsłoń - zdenerwował się Adam.

- No, nie słyszałaś? - poparł go Sławek.

Krzysiek uśmiechnął się do siebie. Udało się, powtarzał w myślach bez przerwy. Teraz 

będzie już dobrze. Musi być.

- Ona chce być alpinistką - powiedział cicho. - I ciągle ćwiczy.

Chłopcy popatrzyli na niego z mieszaniną zdziwienia i podziwu.

- Nie widziałem jeszcze, żeby jakaś dziewczyna tak się wspinała - przyznał Adam.

background image

- A chłopak?

- Znałem kiedyś jednego... - przypomniał sobie Wojtek. - Na koloniach. On też, tak samo. 

Jakby wcale się nie bał. Jak myślisz, Krzysiek, ona się nie boi?

Sam chciałbym wiedzieć, pomyślał Krzysiek, patrząc na malutką jak lalka sylwetkę siostry. 

Bo przecież bała się wyjść z domu. Na pewno się bała, przypomniał sobie zapłakaną twarz Kasi. 

Muszę ją koniecznie o to zapytać. Dlaczego wtedy płakała. To ważne.

background image

ŚLUB

Był tak nagrzany, aż parzył dłonie. Leżałam na kocu między mamą a tatą i wyciągniętą nad 

głową   ręką   szukałam   kamyków.   Oglądałam   je   potem   i   segregowałam   leniwie:   jedną   kupkę 

stanowiły zupełnie czarne, błyszczące, tak gładkie, że nie czuło się najmniejszych  nierówności 

powierzchni, drugą białe, okrągłe, przezroczyste, trzecią rozmaite kolorowe, a jeszcze osobną takie, 

które   mogły   być   odłamkami   bursztynów.   Właśnie   te   -   najcenniejsze   -   układałam   mamie   w 

zagłębieniu pleców - jeden za drugim, w równym rządku.

- Łaskocze - mruknęła mama, nie odrywając głowy od koca.

- Załóż kapelusz - upomniał ją tato. - Zsunął ci się. Będzie cię bolała głowa.

- Mhm - mruknęła znów mama, nasuwając wolno słomiane sombrero na czoło. - Co ja mam 

na plecach?

- Piegi - powiedział tato.

- Nie, ale naprawdę. - Mama podniosła głowę i moje bursztyny zsunęły się jeden po drugim.

- Zobacz  -  zebrałam  je  w  garstkę  i  podsunęłam  jej   pod łuszczący  się  od słońca  nos.   - 

Bursztyny.

- Tak - kiwnęła obojętnie głową i znów opadła na koc.

- Zobacz, tato - podrapałam go w łokieć. - Bursztyny.

Tato spojrzał znad ilustrowanego pisma, które właśnie czytał.

- Fajne - przyznał i znów zagłębił się w lekturze.

Westchnęłam ciężko, zebrałam kamyki w jedną kupkę i wsypałam do swojej tenisówki. 

Usiadłam i popatrzyłam przed siebie.

Morze było gładkie jak jezioro, tylko przy samym brzegu rozbijały się maleńkie falki. Na 

niebieskim niebie wisiał jeden jedyny biały obłoczek. Było sennie i nieruchomo.

- Pójdę na brzeg.

- Tylko nie wchodź sama do wody - poprosił tato.

- Najwyżej po kolana - obiecałam. Podniosłam się z koca i poczułam leciutką bryzę.

Kiedy stanęłam w wodzie, wydała mi się w pierwszej chwili zimna. Ochlapałam się trochę, 

a   potem   uklękłam   na   suchym   piasku   i   zaczęłam   kopać   małe   dołki.   Łapałam   do   nich   wodę   i 

zasypywałam ją piachem. Leżące w wodzie kamyki lśniły różnymi kolorami - wyjęte na brzeg 

szybko szarzały, jakby uchodziło z nich życie. Przyglądałam się właśnie, jak szary cień pożera 

zielonosrebrny kamień w kształcie serca, kiedy usłyszałam głos:

- Budujesz zamek?

background image

Przede   mną,   tuż   przy   brzegu,   kołysał   się   na   dmuchanym,   czerwonym   materacu   jakiś 

chłopak. Był bardzo ciemny - miał czarne, kręcone włosy i brązową skórę.

- Jesteś Murzynem? - odpowiedziałam pytaniem na pytanie.

- Pewnie - roześmiał się. - To przecież widać.

- Ale naprawdę? - Nie rozmawiałam nigdy z żadnym Murzynem i wydało mi się to bardzo 

niezwykłe.

Chłopak śmiał się, rozgarniając dłońmi wodę.

- Dlaczego się nie kąpiesz? - spytał.

- Czekam na tatę. Samej mi nie wolno.

- Jak chcesz, mogę cię przewieźć materacem - zaproponował.

- Nie mogę odchodzić od brzegu - pokręciłam głową.

- Ale jesteś grzeczna - znowu się roześmiał. Miał duże, białe zęby.

- Jak masz na imię?

- Zgadnij - zaproponował. - Możesz zgadywać do dwudziestu.

- Nie znam murzyńskich imion - wzruszyłam ramionami.

- Mam dwa imiona - powiedział szybko chłopak. - Jedno murzyńskie, a drugie polskie. 

Zgadnij to polskie.

- Jasiek, Grzesiek, Adam, Wojtek - wyliczałam, a on tylko kręcił głową. - A co dostanę w 

nagrodę, jak zgadnę? - spytałam.

Zastanowił się przez chwilę.

- Dam ci poleżeć na materacu - powiedział. - Gdzie będziesz chciała: w wodzie albo na 

brzegu.

- A jak nie zgadnę?

- Zobaczysz! - powiedział groźnie i śmiesznie zmarszczył nos.

- Michał!  - usłyszałam  wołanie.  Do chłopca zbliżała  się,  brodząc po kolana  w  wodzie, 

wysoka szczupła blondynka w niebieskim bikini.

- Już wiem - roześmiałam się. - To twoja mama?

- Tak - kiwnął głową. - Jesteśmy tu na wczasach i zaraz jest obiad. Długo tu będziesz?

- Jeszcze tydzień.

- Ale nie - machnął ręką Michał, aż materac za - kołysał się gwałtownie. - Dzisiaj, na plaży.

- Co udajesz, że nie słyszysz? - spytała blondynka, stając nad chłopcem. - Chodź szybko, za 

godzinę tu wrócimy.

- Mamo, czy możemy jej zostawić materac? - poprosił Michał, wstając. Był też wysoki i 

szczupły, dopiero teraz to zauważyłam. - Po co mamy nosić?

background image

Pani spojrzała na mnie i zawahała się.

- Gdzie są twoi rodzice? - spytała. Pokazałam jej nasz koc, a ona podeszła tam i przez 

chwilę z nimi rozmawiała.

- W porządku. Tylko pilnuj, żeby ci nie odpłynął. - Uśmiech miała zupełnie taki sam jak 

Michał. - Będziemy tu zaraz po obiedzie.

Zawlokłam mokry materac do koca rodziców.

- Chodź - zaproponował tato. - Dojrzałem do kąpieli. Może pójdziesz z nami? - połaskotał 

mamę w szyję.

- Nie chce mi się - szepnęła i przewróciła się na plecy. Była czerwona jak burak. - Zresztą 

ktoś musi pilnować rzeczy.

- Będziemy pilnować na odległość - przekonywał ją tato. - Nie leń się, bo za bardzo się 

spieczesz.

Z ciężkim westchnieniem mama podniosła się i wszyscy razem - ciągnąc z powrotem do 

morza materac - weszliśmy do wody. Tato zaraz nas ochlapał, a my piszczałyśmy wniebogłosy. 

Wpakowałyśmy się z mamą na materac, tato nas ciągnął, a mama spadła z materaca i przytopiła 

jakiegoś nurka.

Jeszcze nie zdążyłam wyschnąć po kąpieli, kiedy wrócił Michał.

- Popływamy? - spytał.

- Może za chwilę - zaprotestowała mama. - Dopiero wyszliśmy z wody. Posiedźcie trochę 

na brzegu.

- Nie wiem, jak się nazywasz - powiedział Michał.

Wykopaliśmy na brzegu duży basen i wrzucaliśmy do niego różne wyschnięte na słońcu 

muszle i kamienie. Patrzyliśmy, jak się zmieniają.

- Brygida   -   bąknęłam.   Czułam,   że   się   czerwienię,   jak   zawsze,   kiedy   musiałam   się 

przedstawić.

Michał popatrzył na mnie ze współczuciem.

- A jak naprawdę do ciebie mówią? - spytał.

- Bisia   -   wzruszyłam   ramionami.   -   Zobacz   -   ucieszyłam   się,   wyjmując   z   wody 

miodowoszary, kostropaty kamień. - To bursztyn.

- Możemy sprawdzić - zaproponował. - Wiesz, jak to się robi?

Pokręciłam głową.

- Masz tu jakiś sweter?

- Na plaży? - zdziwiłam się. Roześmieliśmy się obydwoje.

- Bisia - powiedział chłopiec i dotknął mojej ręki. Cofnęłam ją w popłochu. - Nie bój się - 

background image

roześmiał się znowu. Trzymał w otwartej dłoni dużą, płaską muszlę. - Chcesz?

- Tak. Miałeś mi powiedzieć jak to jest z bursztynami - przypomniałam sobie.

- Pociera się o coś wełnianego, a potem zbliża do kawałeczka papieru. Jeśli papier przyczepi 

się do kamienia, znaczy, że to bursztyn.

Poczułam nagły podmuch wiatru. Gdzieś, daleko, odezwał się grzmot.

- Bisiu! - usłyszałam wołanie mamy. - Wracamy!

- Gdzie mieszkasz? - spytał chłopiec.

- W Łodzi.

Mama biegła już w naszym kierunku. Podmuchy wiatru wzmagały się, niebo pociemniało.

- Ale tutaj. Gdzie cię szukać?

- We wsi - zdążyłam jeszcze powiedzieć. Mama złapała mnie za rękę i ciągnęła w stronę 

naszych rzeczy. Koc - już złożony - leżał obok koszyka. - Taki mały dom z zieloną werandą, koło 

lasu! - krzyknęłam. - Na płocie suszą się sieci!

Przesypałam do koszyka kamyki z tenisówki i muszlę od Michała. Kiedy oddalaliśmy się w 

pośpiechu, obejrzałam się jeszcze. Stał - chudy i bardzo murzyński - i patrzył za nami. Pomachałam 

mu - odmachał, odwrócił się i odszedł, ciągnąc za sobą czerwony materac.

Kiedy   dopadliśmy   do   naszej   werandy,   jej   dach   wydawał   się   uginać   od   kłębiących   się 

chmur. Pierwsze krople deszczu - duże i ciężkie - zadźwięczały o blachę.

- Koniec pogody - westchnęła smutno mama.

- Nie kracz - oburzył się tato. - Burza szybko przejdzie, powietrze się oczyści, zobaczysz, 

jak wszystko będzie pachniało.

- Może będą grzyby  - rozmarzyła  się mama.  - Ojej, jak się spiekłam. Wcale nie mogę 

usiąść.

Mama   położyła   się,   a   tato   smarował   ją   zsiadłym   mlekiem,   bo   to   podobno   pomaga   na 

spieczoną od słońca skórę. Zrobiło się tak ciemno, że chcieliśmy zapalić światło, ale okazało się, że 

nie ma, zapaliliśmy więc tylko świeczkę i tak siedzieliśmy, trochę się bojąc a trochę patrząc w 

deszcz.

- Opowiedzcie mi, jak byłam mała i wsadziłam głowę między pręty... - poprosiłam.

- Słyszałaś to już tyle razy... - zdziwiła się mama, ale kiedy odezwał się grzmot gdzieś 

bliziutko, zaczęła: - Miałaś ze cztery latka. Mieszkaliśmy wtedy w małym mieszkanku z dużym 

balkonem.

- I ten balkon miał pręty... - sapnęłam z przejęcia.

- No właśnie. I kiedyś siedziałaś na balkonie i wołałaś do bawiących się dzieci. A one nie 

nie zwracały na ciebie uwagi. To ty krzyczałaś jeszcze głośniej. A potem, pewnie żeby być bliżej 

background image

nich, przepchnęłaś głowę przez pręty i znów je wołałaś. I wtedy któreś z nich cię zauważyło.

- Chodź do mnie się pobawić, tak zawołałam...

- Dokładnie tak. I wtedy jedna z dziewczynek wbiegła na schody i zadzwoniła do naszych 

drzwi. Nie wiedziałam co się dzieje, bo akurat coś szyłam, i maszyna terkotała głośno, i siedziałam 

w pokoju od strony ulicy.

- A razem z tą dziewczynką ja przyszedłem - przypomniał nam tato.

- I wszyscy razem wpadliście na balkon, a ja płakałam, bo nie mogłam wyciągnąć głowy, a 

dzieci patrzyły na mnie z dołu i śmiały się.

- Wypiłowałem pręt... - szepnął tato. - Nie pamiętam, żebym z czymś tak się spieszył, jak z 

tym prętem...

Zapukano   do  drzwi.  Schowałam   się  na  wszelki   wypadek   za  tatusia,   ale  to   tylko  nasza 

gospodyni przyniosła nam obiad: pomidorową, kurczaka z majerankiem i mizerię.

Kiedy zjedliśmy, burza zaczęła oddalać się od nas wielkimi krokami - już tylko gdzieś z 

bardzo daleka odzywały się jej gniewne zwierzęce pomruki.

Deszcz   padał   równo.   Nawet   do   drewnianego   domku   z   serduszkiem   nie   można   było 

wyskoczyć bez peleryny i gumiaków.

- Diabli nas wezmą, jak tak dalej potrwa - narzekała mama.

- Pada dopiero drugi dzień - pocieszył ją tato i zagłębił się w książce.

Włożyłam moje kamienie i muszelki do miednicy z deszczówką i wyobrażałam sobie, że to 

jest   dno   morskie.   Ciekawe,   skąd   się   to   wszystko   wzięło,   myślałam,   gładząc   ich   zimną 

powierzchnię. Nagle zapragnęłam zobaczyć morze.

- Chodźmy na spacer...

Tato popatrzył na mnie ze zdumieniem.

- Moknąć? Po co?

- Nigdy nie widziałam morza w czasie deszczu.

- Możemy iść - zgodziła się mama.

- Beze mnie - mruknął tato, przewracając kartkę.

Założyłyśmy   ciepłe   spodnie,   grube   swetry,   peleryny   i   kalosze   i   ruszyłyśmy   w   drogę. 

Pachniało glonami, żywicą i deszczem.

Szłyśmy, nie odzywając się do siebie. Słuchałyśmy świstu wiatru i coraz głośniejszego huku 

fal. Kiedy zobaczyłam widoczną już z daleka przerwę między wydmami, zaczęłam biec. Deszcz 

przestał padać. Oblizałam wargi - były słone. Grzęznąc w piachu pięłam się pod górę, aby po 

chwili  - z bijącym  mocno  sercem - stanąć  na grzbiecie  wydmy.  Zakręciło  mi się  w głowie  - 

wydawało mi się, że fale pędzą prosto na mnie. Były silne i ogromne. Niemożliwe, że to to samo 

background image

morze, w którym jeszcze przedwczoraj pływałam na materacu, pomyślałam. Rozejrzałam się po 

plaży. Była usłana wodorostami i korzeniami. Z prawej strony zbliżały się wolno dwie postacie. 

Przy mnie stanęła mama. Zrzuciła kaptur - jej włosy tańczyły na wietrze.

- Świetnie, co? - krzyknęła.

Kiwnęłam głową, wzięłam ją za rękę i poszłyśmy. Morze pochłonęło połowę plaży, a i po 

tym   kawałku,   który   jeszcze   został,   pełzały   z   sykiem   białe   jęzory   fal.   Lizały   nas   łakomie   po 

gumiakach, próbując jakby wciągnąć w ryczącą kipiel.

- Cześć! - usłyszałam. - Z daleka wcale cię nie poznałem.

Koło   mnie   stał   Michał.   Trzymał   pod   pachą   dziwacznie   powyginany   kij.   Za   chwilę 

zatrzymała się przy nas jego mama.

- Dzień dobry! W którą stronę idziecie?! - przekrzykiwała fale.

Mama machnęła tylko ręką, pokazując kierunek i ruszyliśmy.

- Mam   dla   ciebie   dwa   bursztyny!   -   krzyknął   mi   do   ucha   Michał,   wyjmując   z   kieszeni 

wiatrówki   matowożółte,   kostropate   kamyki.   -   Są   prawdziwe!   -   pochwalił   się,   trąc   je   w 

zapamiętaniu   o   sweter.   Kawałek   biletu   tramwajowego   trzymał   się   przez   chwilę   kurczowo   ich 

powierzchni, mimo wiatru.

- Dziękuję - powiedziałam.

Potem bardzo mało mówiliśmy. Znów zaczął siąpić drobny deszcz. Szliśmy obok siebie, 

zbierając powyrzucane przez morze kamienie i muszle. W niektórych tkwiły jeszcze żywe małże. 

Te wyrzucaliśmy jak najdalej w morze.

Dopiero idąc przez las w kierunku wioski, słyszeliśmy naprawdę swoje głosy. Szum morza 

oddalał się, wiatr ucichł, tylko drobny deszczyk szemrał wśród gałęzi.

- Zobaczę, gdzie mieszkasz - cieszył się Michał.

- Fajnie, że twojej mamie chce się nas odprowadzić - powiedziałam, oglądając się.

Dwie   panie,   idąc   obok   siebie,   rozmawiały   o   czymś   z   ożywieniem,   od   czasu   do   czasu 

wybuchając śmiechem.

- Powiedz mi swoje murzyńskie imię - poprosiłam po chwili.

- Bambo - wypalił Michał.

- Wygłupiasz się.

- Pewnie - roześmiał się. - Skąd ci przyszło do głowy, że jestem Murzynem?

- Bo... - zająknęłam się - bo jesteś taki czarny. No i sam się przyznałeś...

- Mała dziewczynka - znów się roześmiał i zaczął wymachiwać korzeniem, który cały czas 

wlókł za sobą.

- Po co ci to?

background image

- Dla taty. On robi z korzeni różne rzeczy. Lampy, świeczniki, rzeźby.

- Ładne?

- Nie znam się na tym.

- A na czym się znasz?

- Na kamieniach - powiedział poważnie Michał.

- Podoba mi się, że też je zbierasz. W ogóle mi się podobasz - przyznał po chwili.

Staliśmy już przed naszym domkiem.

- Może wejdziecie na herbatę? - zaproponowała mama. - No, Krysiu...

Są już po imieniu..., zdziwiłam się.

- Dziękujemy - pokręciła głową mama Michała.

- Niedługo mamy kolację, a powinniśmy się jeszcze przebrać.

- Jeśli nie macie na jutro żadnych planów... - zaczęła mama.

- Ja muszę popisać - przerwała jej pani Krysia.

- Wiesz, ten artykuł, o którym ci mówiłam... Ale jeśli Michał ma ochotę... Gdyby ci nie 

przeszkadzał...

- Pójdziemy z Bisią na spacer - wtrącił Michał.

- Będę się nią opiekował.

- No, no - pokręciła tylko głową pani Krysia. Wieczorem grałam z rodzicami w makao, ale 

często się myliłam, bo myślałam o Michale i o tym, że mnie lubi i że mnie weźmie jutro na spacer. 

Nawet w nocy trochę o tym myślałam, bo obudziłam się, słuchałam szelestu wody w rynnie i nie 

mogłam zasnąć. Pod poduszkę schowałam dwa prawdziwe bursztyny.

- Bisia ma absztyfikanta - śmiała się mama przy śniadaniu.

- Co to znaczy? - spytałam.

- Narzeczonego - wyjaśnił tato.

Zaczerwieniłam się okropnie, co ich znów rozśmieszyło, a potem wylałam kubek mleka na 

kanapki. To podobało się znacznie mniej, ale nie krzyczeli na mnie. Może dlatego, że byli w 

świetnych  humorach.  Znów świeciło słońce i mimo  że było  chłodno, świat wyglądał  zupełnie 

inaczej   -   wszystko   lśniło   po   deszczu,   a   w   wielkich   kałużach   przepływały   pospiesznie,   gnane 

wiatrem małe białe obłoczki.

Mama   wiązała   mi   właśnie   na   głowie   kokardę,   kiedy   zauważyłam,   że   Michał   stoi   przy 

werandzie i nam się przygląda. Mama zauważyła go chyba w tym samym momencie, bo kiwnęła 

mu ręką, żeby wszedł.

- Weźmiecie nas ze sobą? - spytał tato.

- Ale my nie idziemy nad morze - powiedział Michał.

background image

Popatrzyłam na niego ze zdumieniem.

- A jakie macie plany? - uśmiechnęła się mama. - Może zostańcie po prostu w ogrodzie?

- Nie. Pochodzimy sobie po wsi. Dobrze? - Popatrzył na mnie.

Kiwnęłam głową, chociaż wolałabym iść nad morze. We wsi nie było nic ciekawego do 

zbierania, a wszystkie domki były do siebie podobne.

- Po wsi? - zdziwił się tato. - W takim razie odprowadzimy was tylko do spółdzielni. Trzeba 

kupić to i owo - powiedział, zawiązując adidasy.

Przed   sklepem   wiła   się   kolejka,   bo   akurat   przywieźli   gorący   chleb.   Tato   ustawił   się   z 

książką w kolejce, a mama powiedziała, że wraca do domu.

- Tylko nie chodźcie sami nad morze - upomniała nas.

- Nie pójdziemy - obiecał Michał. - Niech się pani nie martwi - dodał. - Ja wiem, że Bisia 

jest mała. Będę się nią opiekował.

- Masz zegarek? - spytała z uśmiechem.

- Mam - odsłonił rękaw swetra. - Elektroniczny.

- Bądźcie nie później niż o wpół do pierwszej, zgoda?

- Tak - kiwnął głową Michał. - Na pewno.

- Nie jestem mała - oburzyłam się, kiedy skręciliśmy w uliczkę z ogromnymi kałużami, 

prowadzącą w głąb wsi.

- Jesteś - uparł się Michał, włażąc w sam środek kałuży. Była tak głęboka, że o mało nie 

nalało mu się do kaloszy.

Przed nami kroczyło, kolebiąc się leniwie, stadko brudnych gęsi.

„La   cucaracha,   la   cucaracha”   -   usłyszałam   wygrywany   tuż   za   mną   fragment   znanej 

melodyjki. Obejrzeliśmy się.

W ciasnej uliczce, prawie ocierając o płoty i miażdżąc wybujałe pokrzywy, sunęła ogromna 

czarna limuzyna. Do anteny przyczepione były kolorowe baloniki. Na środku maski chwiała się, 

przywiązana kokardami, wielka, ubrana na różowo lalka.

- Chodź! - krzyknął Michał i chwycił mnie za rękę.

Biegliśmy przed limuzyną, gnając przed sobą stado gęgających i trzepocących skrzydłami 

gęsi. „La cucaracha, la cucaracha” - śpiewał klakson. Wypadliśmy na porośnięty trawą placyk ze 

studnią pośrodku. Szeroka, osłonięta z obu stron topolami droga pięła się łagodnie w górę, ku 

spoczywającemu  na wzniesieniu kościołowi. Stanęliśmy przy płocie, a gęsi zbiły się w stadko 

dookoła studni. Gdy limuzyna przepływała koło nas, zobaczyłam siedzącą na tylnym  siedzeniu 

panią   całą   w   białych   koronkach   i   uśmiechniętego   mężczyznę   w   czarnym   garniturze.   Pani 

zamachała do nas - nawet dłonie miała ukryte w koronkowych rękawiczkach.

background image

- Ale   pięknie   -   westchnęłam.   Od   strony   topoli   odpowiedziało   mi   „La   cucaracha,   la 

cucaracha”.   Z   ciasnej   uliczki   wyjechało   jeszcze   kilka   samochodów   i   wszystkie   zniknęły   w 

topolowej alei.

- Ślub - powiedział Michał. Cały czas trzymał mnie mocno za rękę. - Obejrzymy sobie?

Po chwili biegliśmy obok świeżych kolein po weselnych pojazdach.

W kościele było mrocznie i chłodno. Młoda para klęczała przed ołtarzem. Wzdrygnęłam się 

i owinęłam ciaśniej swetrem.

- Chodź, pójdziemy na słońce - szepnął Michał. - Ciekawie zrobi się dopiero, jak będą 

wychodzić.

Obeszliśmy   kościół   dookoła.   Z   tyłu   był   mały   cmentarz   i   jeszcze   jedna   droga,   która 

prowadziła w stronę lasu. Czubki wysokich sosen chwiały się na wietrze.

- Zobacz - Michał ścisnął mnie za rękę. - Tam, między drzewami, widzisz?

- Morze?  - Słońce raziło mnie w oczy.  Linia oddzielająca  niebo od morza  była  prawie 

niewidoczna.

- Tak - kiwnął głową i zaraz potem spojrzał na zegarek.

- Musimy wracać?

- Jeszcze nie. Szkoda, że nie mamy ryżu - dodał tajemniczo.

- Jesteś głodny? - spytałam ze zdumieniem.

- Mała Bisia - roześmiał się. - Ryżem obsypuje się młodą parę. Jest taki zwyczaj. Ale nie 

bój się - dodał spiesznie, widząc moją minę - nie gotowanym, tylko takim suchym, z torebki.

- Znowu mnie nabierasz - obraziłam się.

- Nie, naprawdę - walnął się w piersi, aż zadudniło. - I jeszcze rzuca się drobne pieniążki. 

Widziałem, jak byłem na ślubie mojego wujka.

- Też miał taki samochód?

- Nie. Jechał  niebieskim fiatem.  I to wcale  nie było  w kościele,  ten ślub - powiedział, 

rysując na namokniętej ziemi patykiem jakieś znaki.

- Jak nie w kościele, to się nie liczy - wzruszyłam ramionami.

- Nie wiem, jak to jest. - Michał odrzucił patyk i wyprostował się. Był taki wysoki, że 

musiałam zadzierać głowę, żeby na niego popatrzeć. - Ale chyba się liczy, bo ona jest teraz jego 

żoną.

- Spytam mamę... Rozległy się dźwięki organów.

- Idziemy! - krzyknął Michał. - Zaraz będą wychodzić. To jest marsz weselny.

- Skąd wiesz?

- Wiem.

background image

Przed   kościołem   stała   teraz   duża   grupa   odświętnie   ubranych   ludzi.   Trzymali   bukiety 

kwiatów, szeptali między sobą i śmiali się. Gdy młoda para stanęła w drzwiach, rozległy się oklaski 

i wszyscy ruszyli w ich stronę. Ustawiła się kolejka. Każdy dawał kwiaty i coś mówił.

- Chodź, też złożymy życzenia - popchnął mnie Michał.

- Nie - cofnęłam się. - Nie mamy kwiatów - zaczerwieniłam się - i w ogóle... nie znamy 

nikogo.

- Nie szkodzi. - Ciągnął mnie już w ich stronę. - No, nie wstydź się...

- Która godzina?

Michał spojrzał na zegarek, potem na ciągnącą się przed nami kolejkę, westchnął ciężko i 

powiedział:

- No, upiekło ci się. Musimy wracać...

U wylotu topolowej alei obejrzałam się jeszcze. Zza tłumu wznosił się ku niebu, wirując na 

wietrze, welon panny młodej.

Wracaliśmy marszem, każde pogrążone we własnych myślach. Przed spółdzielnią nie było 

już nikogo, tylko na kamiennych schodkach wygrzewał się w słońcu rudy pies.

- Ożenię się z tobą - zdecydował nagle Michał, nie patrząc w moją stronę. - Będziemy 

razem zbierać  kamienie.  Będziemy  razem  mieszkać  i  wyjeżdżać  nad morze.  Dlaczego  nic  nie 

mówisz? - spytał po chwili.

- Nie wiem - powiedziałam. - Chciałabym mieć taką suknię - zaczerwieniłam się.

- Żeby mieć taką suknię, trzeba wziąć ślub - wyjaśnił.

- Nie wiem, czy mi mama kupi - zastanowiłam się. Zbliżaliśmy się już do zielonej werandy 

mojego domu. - Kiedy się ze mną ożenisz?

- Jak będę dorosły - odrzekł Michał, a popatrzywszy na mnie, dodał: - A tak na razie to 

możemy jutro.

- Jutro nie - odmówiłam zdecydowanie.

- Dlaczego?

- Bo nie - ucięłam, wchodząc do ogródka. Na skrzyp furtki stanęła w drzwiach moja mama.

- W takim razie pojutrze - rzucił Michał, a ja kiwnęłam głową.

- Co pojutrze? - spytała mama. - Słyszę, że macie jakieś odległe plany.

- Ja już pójdę - zdecydował Michał. - Mam zaraz obiad.

- Po południu nas nie będzie - powiedziała mama. Spojrzałam na nią ze zdumieniem. - 

Jedziemy do miasteczka - objęła mnie i przygarnęła do siebie. - Pójdziemy na ciacha z kremem, 

chcesz? - A kiedy kiwnęłam głową, zaproponowała Michałowi: - Powiedz mamie, żeby - jeśli 

będzie miała ochotę - wpadła do nas po kolacji. Tak koło siódmej. Możemy pograć w karty.

background image

Wieczorem Michał miał na sobie sweter w paski i spodnie z dużymi kieszeniami. Podobał 

mi się w tym  ubraniu jeszcze  bardziej niż zwykle,  ale starałam się na niego bez przerwy nie 

patrzeć, bo wtedy on też mi się przyglądał, a ja robiłam się czerwona.

Ciekawe jak ubierze się na nasz ślub.

W końcu nie graliśmy w karty, tylko w Scrabble. To znaczy ja siedziałam razem z tatą, bo 

w tej grze trzeba dobrze wiedzieć, jak się pisze różne słowa, a mnie się jeszcze myli. No i nie 

można grać w pięć osób, a grały z nami nasze mamy.

Wygrał Michał.

Poczułam że puchnę z dumy i uśmiechnęłam się do niego, a on zrobił to samo. A potem, 

kiedy nikt na nas nie patrzył, pogładził mnie po ręku.

Wymyśliłam sobie, że nazbieram dużo kwiatów, a mama pomoże mi upleść wianek. Taki, 

jaki miała na welonie panna młoda, cieszyłam się. Żeby tylko jutro było słońce, patrzyłam na niebo 

zasnute pajęczyną białych, wietrznych chmur.

- Czy ślub trzeba brać w kościele? - spytałam mamę. Maszerowałyśmy leśną ścieżynką, 

rozglądając się za grzybami.

- A co, wybierasz się za mąż? - zaciekawił się idący za nami tato.

- Tak - powiedziałam. Mama roześmiała się i wyjaśniła:

- To zależy, czy ktoś jest wierzący.

- A ja jestem?

- Nie wiesz? - zdziwiła się mama.

Nie bardzo wiedziałam, ale nie chciałam więcej pytać.

Siedzieliśmy   na   werandzie,   kończąc   wyjadać   z   miseczek   jagody   ze   śmietaną,   kiedy 

zobaczyłam Michała z mamą. Byli starannie ubrani, ale inaczej niż wczoraj wieczorem, zupełnie 

jak na jakąś uroczystość. Przecież to miało być jutro, przemknęło mi przez głowę i zaczerwieniłam 

się aż po czubki włosów. Zastanawiałam się, czy nie uciec, było już jednak za późno.

- Przyszliśmy namówić was na pożegnalny spacer - powiedziała pani Krysia. - Musimy 

wracać.

- Co się stało?! - wykrzyknęła mama.

- Mąż miał wypadek samochodowy i jest w szpitalu, dziś rano otrzymaliśmy wiadomość. 

Na szczęście nic poważnego, chciałabym jednak być przy nim - wyjaśniła mama Michała, strącając 

z żakietu niewidzialne pyłki.

Michał   stał   oparty   o   słupek   werandy.   Nie   patrzył   na   mnie   i   nic   nie   mówił.   Pewnie 

zapomniał o tym, co miało być jutro, pomyślałam i zachciało mi się płakać.

- Jesteśmy już spakowani - dodała pani Krysia. - Chcemy tylko jeszcze pożegnać się z 

background image

morzem. No i z wami - uśmiechnęła się. - To już zresztą, prawdę mówiąc, zasługa Michała. Ja nie 

miałam   głowy,   żeby   o   tym   pomyśleć,   on   jednak   uparł   się   i   powiedział,   że   musi   koniecznie 

zobaczyć się z Bisią. - Pod wpływem jej spojrzenia wbiłam wzrok w spodeczek, na dnie którego 

leżała wzgardzona samotna, niedojrzała jagódka.

- Idziemy   -   zdecydowała   mama,   sprzątając   szybko   ze   stołu.   -  Weź,   Bisiu,   kurtkę.   Nad 

morzem będzie pewnie wiatr.

Aż do wydm szliśmy nie odzywając się do siebie.

- Spójrz - dotknął mojej ręki Michał, gdy ujrzeliśmy wreszcie morze. Na jego powierzchni, 

poprzecinanej kreseczkami fal, chwiał się piękny biały żaglowiec. - Po ślubie zabiorę cię w daleką 

podróż - powiedział. Wstrzymałam oddech. - Popłyniemy do ciepłych krajów. Będziemy kąpać się 

w gorącym morzu, zbierać kolorowe muszle i kamienie.

- Dzisiaj wyjeżdżasz - powiedziałam tak cicho, że prawie do siebie. Ale usłyszał.

- To ty nie chciałaś dzisiaj - powiedział z pretensją. - Dlaczego? No, powiedz.

- Nie wiem - szepnęłam. - Chyba dlatego - dodałam po chwili - że chciałam na łące wybrać 

kwiaty. Na wianek... - Czułam, że znów się czerwienię.

- Bisiu... - uśmiechnął się chłopiec i pociągnął mnie za włosy. - Wrócę tu w przyszłym roku. 

I   jeszcze   w   przyszłym.   A   potem   znów   za   rok.   Będę   przyjeżdżał   dotąd,   aż   weźmiemy   ślub. 

Zgadzasz się?

Wykonałam  nieokreślony ruch głową i pobiegłam do morza. Skradałam  się do samego 

brzegu i uciekałam przed ścigającymi mnie falami.

- Bisiu! - wołał tato. - Zmoczysz trampki!

- Nie zmoczę! - krzyknęłam wesoło w momencie, kiedy poczułam, że jedną skarpetkę mam 

już wilgotną.

- Zobacz,   co   znalazłem   -   powiedział   Michał.   -   To   dla   ciebie.   -   I   wsunął   mi   do   ręki 

zielonosrebrny kamień w kształcie serca. Patrzyłam, jak szybko pożera go szary cień i wydało mi 

się, że już to kiedyś widziałam.

- To było wtedy - przypomniałam sobie głośno - kiedy do mnie podpłynąłeś. Trzymałam go 

właśnie w ręku.

- O czym mówisz? - zdziwił się Michał.

- Popłyniemy takim żaglowcem jak ten - zdecydowałam, pokazując niknący już w oddali, 

smukły kontur.

background image

SPIS TREŚCI

Dalej niż na wakacje

Tajemnica

Walizka

Warkoczyk

Małgosia

Mam wszystko

Będę dzielna

Najwyższa góra świata

Ślub


Document Outline