background image

Bente pedersen 

czarownica 

background image

- Nikt tu nie mieszka - odezwał się nieco zrezy­

gnowany głos. - To samo serce najdzikszego pustko­
wia. Nawet pardwa nie założyłaby tu gniazda. Jesteś 
na płaskowyżu, ojcze Petri. 

Po tych słowach rozległ się śmiech na kilka głosów. 

Przyjazny, lecz denerwujący. 

Ktoś inny odpowiedział powoli, niemal dostojnie: 
- Śmiejcie się, śmiejcie, ale to gdzieś tutaj widzia­

łem dym. Jestem pewien, że pochodził z ziemianki. 

W najbardziej na północ wysuniętej części kraju 

noce znowu stały się jasne. Raija z trudem przetrwa­
ła z dziećmi długą zimę. Od nowa nauczyła się żyć 
podobnie, jak żyła dawno temu, kiedy jeszcze była 
dzieckiem. Przydały się doświadczenia z lat, które 
spędziła z Lapończykami. 

Wtedy stanowiła część wspólnoty. Maleńką cząstkę 

wielkiej rodziny. Teraz wszystko zależało od niej sa­

mej. Rzecz jasna, obecne położenie różniło się od po­
przedniego, ale natura wydawała się niezmienna. Raija 

wiedziała, czego się może po niej spodziewać, znała za­

równo jej dobre, jak i złe strony. Oczywiście wiele jej 
i dzieciom brakowało. Często kładli się spać głodni. 

Silny ucisk w żołądku stał się czymś więcej niż tyl­

ko przykrym wspomnieniem z lat dzieciństwa. 

background image

Jednak mróz im zbytnio nie dokuczał. I byli razem. 

Raija prostowała plecy, kiedy o tym myślała. Jej sy­

tuacja nie wydawała się zatem całkiem beznadziejna. 

Sumienie wiele razy toczyło twardą walkę z roz­

sądkiem w ciągu miesięcy, które upłynęły od czasu, 
kiedy zeszła z dziećmi na ląd ze statku „Sankt Niko­

łaj" z Archangielska. 

Życie mogłoby się ułożyć zupełnie inaczej, gdyby 

się odważyła udać na wschód, choć Aleksiej już na 
nią nie czekał, gotów podać silne i pewne ramię. 

W najtrudniejszych chwilach wyrzucała sobie, że tu 
została. Nazywała siebie nieodpowiedzialną matką 

i płakała nad własną głupotą. W Rosji dzieci miałyby 
przynajmniej co włożyć do ust. Kiedy jednak zasy­
piały spokojne i zadowolone, Raiję również wypeł­
niało wielkie, błogie ciepło. 

Wtedy wiedziała, że Rosja to kraj nie dla niej. Że 

to tutaj, pośród tego jałowego i podszytego wiatrem 
krajobrazu, musi wyjść na spotkanie swemu losowi. 

Nie mogła od tego uciec. 
Ziemianka znajdowała się na zupełnym pustkowiu.-

Na początku Raija martwiła się z tego powodu. Bywa­
ły dni, kiedy wszystko w niej wołało o rozmowę z kimś 
dorosłym. Choć bardzo kochała swoje maluchy, mę­
czyło ją, że skazana jest wyłącznie na ich towarzystwo. 

Wszystkie myśli zachowywała dla siebie. Zmartwienia. 

Marzenia. Tęsknoty. Nie miała nikogo, z kim mogłaby 
się nimi podzielić. Nikogo, kto by potrafił zrozumieć. 

Niestety, wyrosła już z rozmów z nie istniejącymi 

postaciami. Wymyślony wierny przyjaciel, który za­

wsze znajdował się w pobliżu, w dzieciństwie stano-

background image

wił jakby klucz do zamykania się przed samotnością. 

Taki Mikkal w myślach. 
Raija skończyła dwadzieścia jeden lat. Nadal snu­

ła wiele marzeń, lecz one już nie były tak czyste jak 
w dzieciństwie. I nigdy się takie nie staną. 

Zbyt wiele w życiu widziała, zbyt wiele czuła, zbyt 

wiele wiedziała. Mikkal istniał naprawdę. Mikkal, 
którego chyba nawet dobrze nie znała, lecz którego 

darzyła tak gorącym uczuciem. 

Nie mógł w wyobraźni stać się kimś innym. 
Reijo zniknął. Nawet Reijo, który bardziej niż kto­

kolwiek inny wydawał się jej niewzruszoną opoką, 

wymknął się z jej życia. Nawet on nie mógł uskrzy­

dlić marzeń, które pozwoliłyby jej przetrwać. Tęsk­
nota stawała się nie do zniesienia. 

Głód zbijał się w małą grudkę. Tęsknota natomiast 

rozchodziła się po całym ciele, wymykając się ukrad­
kiem spod serca. Nie sposób było jej zamknąć w jakimś 
ograniczonym obszarze - wżerała się we wszystko. 

Mimo to Raija dostrzegała również dobre strony 

swego pobytu na odludziu. 

Samotna kobieta niewiele by mogła zdziałać, gdy­

by na jej drodze pojawili się źli ludzie. 

Tutaj przynajmniej czuła się bezpieczna. 
Wraz z wydłużającymi się dniami i coraz jaśniej­

szymi nocami zaczął ją jednak nawiedzać strach. 

Nie mogła przecież przewidzieć, kto następnego 

dnia przejdzie obok jej ziemianki. Nie mogła wie­
dzieć, czy będzie miał dobre, czy złe zamiary. Musia­
ła się liczyć z tym, że nie zdoła obronić siebie i dzie­
ci, gdyby ktoś chciał ich skrzywdzić. 

background image

Miała nóż. Nie była jednak pewna, czy potrafiłaby 

go użyć. Zawsze drżała jej dłoń, gdy tylko dotykała 
trzonka. Nawet wtedy, kiedy miała się posłużyć 

nożem w całkiem zwyczajnym, bezkrwawym celu. 

N ó ż budził w niej wstręt. 
Panującą wokół ciszę zakłóciły czyjeś głosy. Raija 

zorientowała się, że coraz bardziej się nasilają. Po­
twierdziły to, z czego od pewnej chwili zdawała so­

bie sprawę: wkrótce ktoś przejdzie obok. Ktoś zauwa­
ży ziemiankę. Z jakiegoś powodu nie napawało jej to 
jednak lękiem. Dopiero po pewnym czasie zrozumia­

ła, dlaczego przede wszystkim budziło jej ciekawość. 

Zbliżający się ludzie rozmawiali po fińsku. 
Po plecach Raiji przebiegł dreszcz radości. Przecze­

sała palcami włosy i poczuła, że policzki nabrały życia. 

Jej ojczysta mowa. 
Jej rodacy. 

Minęło nieskończenie wiele czasu, odkąd rozma­

wiała w swoim rodzimym języku. 

Nie pomyślała nawet o tym, że również Finowie 

dzielą się na dobrych i złych. 

Uznała, że skoro pochodzą z jej rodzinnych stron, 

to muszą być dobrymi ludźmi. 

Było ich czterech. Kiedy z wahaniem weszli do zie­

mianki, wydawało się, jakby wypełnili sobą po brze­
gi całe wnętrze. 

Silny, wysoki mężczyzna, odchrząknąwszy, rzucił 

niepewnie po norwesku: 

- Dzień dobry. - Po czym zaraz, na tym samym 

oddechu, wykrzyknął po fińsku: - Na Boga, chłopa­
ki, przecież to kobieta! 

background image

Raija mogłaby płakać z radości, tak bardzo ją ucie­

szył ich widok. Poczuła się jeszcze lepiej, kiedy mo­
gła się odezwać w ich mowie. 

- Dzień dobry. Siadajcie, proszę. Moja kobiecość nic 

chyba na tym nie straci! - powiedziała z uśmiechem. 

- Do licha, nie jesteś Norweżką - stwierdził jasno­

włosy chłopak. 

Usiadł tak, żeby płomień paleniska nie przesłaniał 

mu widoku dziewczyny. Raija zauważyła to i poczu­
ła, jak bardzo ją to cieszy. Była ogromnie spragniona 
czyjegoś zainteresowania. Nawet taki drobiazg spra­

wił jej wielką przyjemność. 

- Co, u diabła, robi kobieta na takim pustkowiu? 

- zdziwił się silny, ciemnowłosy mężczyzna. Również 
on usiadł, lecz zajął miejsce na wprost Raiji, tak że 
patrzyli na siebie poprzez złocisty blask płomieni. -
Chyba nie mieszkasz tu sama? - pytał dalej, zanim 
Raija zdążyła odpowiedzieć. 

- Dzieci. - Raija wskazała ręką na maluchy. 
Dwoje najmłodszych spało. Maja i Elise obudziły 

się na dźwięk głosów i wyglądało na to, że nie ma ta­
kiej siły, która zmusiłaby je do ponownego zaśnięcia. 
Chłonęły wszystko, co się wokół działo, skoro wresz­

cie coś się działo. 

- Uciekasz przed czymś? - spytał mężczyzna po­

dejrzliwie, a na jego czole pojawiła się sieć zmarszczek 

W głosie przybysza Raija wyczuła ojcowski ton 

i to ją rozzłościło. 

- A jeżeli tak? - spytała ostro. - Co cię to obcho­

dzi? A co ty tu robisz? Tak daleko od domu? 

Młodszy mężczyzna o rudoblond włosach roze-

background image

śmiał się. Jego śmiech był wesoły i zaraźliwy. Po krót­
kiej chwili wszyscy musieli się uśmiechnąć. 

- Petri znowu uderza - zażartował pod adresem 

ciemnowłosego towarzysza. 

Raiji spodobało się to imię. Pasowało do niego. 
Uśmiech na twarzy młodzieńca pozostał równie 

szeroki, kiedy ten wstał i wyciągnął ku Raiji niezbyt 

czystą dłoń. 

- Aleksanteri Kilpi. Dwadzieścia trzy lata. Wolny 

i z nikim nie związany. Na razie niezbyt bogaty, ale 
to nie ma żadnego znaczenia, dopóki jestem równie 
ubogi w troski. Nie z własnej woli podróżujący po 
tej kamienistej krainie. Należę do załogi tego nie­
okrzesanego starca... 

Połowy. 
Raija powinna była się tego domyślić. To właśnie 

o tej porze roku mężczyźni przygotowywali się do 
połowów w Finnmarku. Tak jak w Lyngen Finowie 
zmierzali na wybrzeże, by później po skończonych 
połowach, wrócić do swych domów. 

Móc znowu dotknąć dorosłego człowieka... Dłoń 

młodzieńca nie była duża, ale silna. Ciepła. Szorstka 
i stwardniała, ale ciepła. Raija szybko ją uścisnęła. 

- Raija - powiedziała. - Raija Alatalo... Kesaniemi. 
Dlaczego wymieniła nazwisko Reijo? To nie było 

konieczne. Reijo przecież odszedł. W ten sposób dał 
jej do zrozumienia, że jest wolna. Posiadała wpraw­
dzie świstek papieru stwierdzający, że nazywa się Ke­
saniemi, ale w sercu była i pozostała Raiją Alatalo. 

Aleksanteri nie puszczał jej ręki. Jego przymrużo­

ne oczy wyglądały jak dwa półksiężyce. 

background image

- Co się z nim stało? Z Kesaniemim? 
Raija uważała, że to nie ma znaczenia. Mogła rów­

nie dobrze powiedzieć, że Reijo nie żyje. 

- Wyjechał. 
Wąskie szczęki zacisnęły się nieznacznie. Aleksan-

teri uścisnął mocno rękę dziewczyny i cofnął dłoń. 
Na jego twarzy widniał uśmiech, lecz Raija dostrze­
gła, że jasne oczy pociemniały. W tym młodym, roz­
mownym mężczyźnie zyskała przyjaciela. 

Dwaj pozostali, dotąd tylko ciemne sylwetki zary­

sowane w cieniu, zwrócili na siebie uwagę, również 

wysuwając dłonie. 

Raija stwierdziła, że to jeszcze chłopcy, młodsi od 

niej. Przedstawili się jako bracia Tapio i Markku Ko­
ski. Także oni wskazali na mężczyznę, którego nie 
mogła wyraźnie zobaczyć zza płomieni. 

- Łowimy razem z wujkiem Petrim. 

Wreszcie wstał. Raija powstrzymała westchnienie. 

Odnosiła wrażenie, że wszyscy przybysze wypełniali 
sobą ziemiankę, lecz ten człowiek z powodzeniem 
sam by sobie z tym poradził. Podczas gdy tamci trzej 
byli stosunkowo niskiego wzrostu, ten wydawał się 
tak wysoki, że Raija pomyślała, iż złamałaby sobie 
kark, próbując spojrzeć mu w oczy. Jego ruchy były 
powolne. Sprawiał wrażenie jednego wielkiego spo­
koju. Drobna dłoń Raiji utonęła w jego silnej dłoni. 
Po całym ramieniu rozeszło się ciepło. 

- Petri Aalto - rzekł. Jego głos brzmiał naprawdę 

przyjemnie. Głęboko jak pieśń. - Nie chciałem być 
nieuprzejmy. Zdziwiło mnie tylko, że na tym pustko­

wiu spotykam kobietę. Myślałem, że jedynie te... nie-

background image

zupełnie porządne decydują się na życie w takich wa­
runkach... 

Raija uśmiechnęła się. 

Trudno się rozmawiało z tym człowiekiem, ale po­

za tym naprawdę miał w sobie coś szczególnego. 

Był starszy niż jego trzej towarzysze. O ile starszy, 

trudno teraz zgadnąć. Okaże się w świetle dnia. Raija 
dostrzegła delikatne zmarszczki wokół jego oczu. Wi­
dać dużo się uśmiechał. Miał zdecydowaną twarz, 
mocne szczęki. Ciemne oczy pod prostymi, czarnymi 
brwiami. Gęste, czarne włosy opadały nad lewą brwią. 
Raija oparła się pokusie, by mu je odgarnąć z czoła. 

Dostrzegła pod kurtką szerokie ramiona i chociaż ta 

sama kurtka skrywała dobrze ciało obcego, Raija mogła­
by się założyć, że Petri ma długie nogi i wąskie biodra. 

Kiedy wypuściła jego dłoń, nadal czuła ten uścisk. 

Petri wydawał się bardzo męski. 

To niesprawiedliwe, że po tylu miesiącach samot­

ności spotyka właśnie takiego człowieka. 

- Idziecie w stronę wybrzeża? - spytała. 
- Nasza łódź stoi niedaleko Vardo - wyjaśnił Petri-

z właściwym sobie spokojem. - Musimy tam dotrzeć, 
zanim wyłowią nam wszystkie ryby. 

- Petri zawsze widzi świat w niezwykle jasnych bar­

wach - zauważył wesoło Aleksanteri. 

Rozmawiali zniżonymi głosami, ponieważ wbrew 

wszelkim oczekiwaniom Maja i Elise zasnęły. Nie­

spodziewana wizyta nie wydawała się już zbyt pasjo­
nująca, bo wszyscy mówili po fińsku - w tym głupim 

języku, z którego tak niewiele rozumiały! 

- Od jak dawna tu mieszkasz? 

background image

Raija spojrzała na Petriego. 
- Od początku zimy. 
Mężczyzna uniósł brwi. Raija pomyślała, że chyba 

jej nie wierzy. 

- Z czworgiem małych dzieci? 
- Elise nie jest już taka mała - zaprotestowała Ra­

ija. - Wkrótce skończy osiem lat. Maja będzie miała 
pięć. Knut trzy. Ida ma rok. Jakoś udało się prze­
trwać. Mnie naprawdę trudno złamać. 

- Osiem lat? - zdziwił się Aleksanteri, mrużąc oczy. 
Sprawiał wrażenie absolutnie nieskrępowanego. 

Pewnego siebie. 

- To niemożliwe, żebyś była matką ośmiolatki! Nie 

jesteś aż tak stara! - zaprotestował. 

- Elise jest moją przybraną córką - uśmiechnęła się 

Raija. I aby rozdrażnić Aleksanteriego, dodała filuter­
nie: - Rzeczywiście, nie jestem aż tak stara, żeby być 
matką ośmiolatki, masz całkowitą rację. 

Zrozumiał, że się z nim droczy. Jego podłużna, 

szczupła twarz rozjaśniła się w chłopięcym uśmiechu. 

- Zachowałem się chyba równie delikatnie jak ten 

gbur, z którym razem wiosłuję - usprawiedliwił się. -
Ale naprawdę nie jestem taki najgorszy, jeśli tylko 
trochę poćwiczę. Długo już wędrujemy, więc nieco 
wypadłem z wprawy. Rozumiesz, na naszej drodze 
trudno o prawdziwe damy... 

Raija nie mogła się nie roześmiać. Wyraźnie z nią 

flirtował, to działało odświeżająco. Poprawiało nieco 
jej samopoczucie. I wydawało się dość niewinne. 

Zastanawiała się, czy Aleksanteri potrafi zachowy­

wać się poważnie, czy też traktuje życie jak żart. 

background image

- Skąd jesteście? - spytała. 
- Znad Zatoki Botnickiej, prawie z samego jej po­

łudniowego krańca. Można sobie zedrzeć pięty. W do­
datku padł nam koń. To dopiero podróż, prawda? Ale 

kiedy zarobimy na rybach, sprawimy sobie nowego. 
I nie będzie to jakaś stara, chorowita chabeta! 

Aleksanteri miał wyraźnie sprecyzowane plany. 

Mówił tak chętnie i tak szybko, że nie dopuszczał in­
nych do głosu. 

- Ja pochodzę z Tornedalen. To trochę bardziej na 

północ - odezwała się smutno Raija. - Ale opuściłam 
dom tak dawno temu. Całe życie. 

- Trudne lata? - spytał Petri. 
Raija skrzywiła się. 
- Po pierwszej jesieni, która nie dała plonów. 
- Po niej nastąpiła jeszcze jedna - zauważył Petri. 

- Twoi rodzice mądrze zrobili, że wyjechali. 

Ucisk w głowie stał się nie do zniesienia. W uszach 

zaszumiało. 

- Oni nie wyjechali - wykrztusiła. - Wysłali mnie 

samą. 

- A więc to prawda! - wybuchnął Aleksanteri. -

Myślałem, że to tylko plotki, że rodzice sprzedawali 
wtedy swoje dzieci... 

Zamilkł nagle, a jego policzki oblały się rumień­

cem. Spuścił wzrok. 

- Nie powinienem tego mówić. 
Raija wzruszyła ramionami. To już nie bolało. Na­

uczyła się z tym żyć - potrafiła zrozumieć. 

Oczywiście, że ją sprzedali, ale zrobili to z miłości. 

Mogłaby przysiąc z ręką na sercu, że ojciec uczynił 

background image

to w przekonaniu, że dziecku będzie tutaj lepiej. 

Ojciec nie był złym człowiekiem. 
- Niektórzy mówią zbyt wiele, chłopcze Santeri -

rzekł cicho Petri. Cień podejrzenia, jaki żywił wzglę­
dem Raiji, zniknął teraz zupełnie. - Być może mimo 

wszystko jest ci tu lepiej - stwierdził. - W Torneda-

len bywały raz lepsze, raz gorsze lata, moja droga. 

- W moim życiu również nastały teraz gorsze lata 

- uśmiechnęła się gorzko Raija. 

Oczy mężczyzn rozbłysły. 
- Nie możesz tutaj zostać - rzucił Aleksanteri zde­

cydowanie. - To nie jest życie dla ciebie. 

- Niewiele potrafię. - Raija westchnęła. - Ale to 

prawda, nie mogę też tu zostać. Chyba jednak skoń­
czy się na tym, że wyruszę na wybrzeże. 

Petri potrząsnął głową. Żył dłużej niż pozostali. 

Dostrzegł wyraźnie to, o czym Raija już od jakiegoś 
czasu wiedziała. Że nie miała specjalnego wyboru. Ale 
ten pomysł absolutnie mu się nie podobał. 

Samotna kobieta nie mogła liczyć na wiele. Oczy­

wiście mogłaby wyjść za mąż, lecz kto się z nią oże­

ni i przygarnie czwórkę dzieci? Dodatkowe cztery gę­
by do wykarmienia? 

- Gdzie przedtem mieszkałaś? - spytał. - Nie mo­

żesz tam wrócić? 

Raija potrząsnęła głową. 
- Nie mam do czego wracać. Poza tym, dlaczego 

miałabym się cenić bardziej niż inne? To też jest ja­
kieś życie, prawda? 

Aleksanteri zaczynał pojmować. 
- Myślisz o tym, żeby krążyć między barakami? -

background image

spytał z niedowierzaniem i odrazą w głosie. - Chcesz 
się ściskać z byle kim? Rozchorować się i szybko ze­
starzeć? Pić, żeby to wytrzymać? To wykluczone! 
Nie możesz! To nie jest życie, rozumiesz? To najgor­
szy sposób, by się stoczyć. 

- Nie potrafię nic robić. 
Przyglądał się jej uważnie. Jego oczy zwęziły się. Spoj­

rzał jej prosto w twarz. Raija nie odwróciła wzroku. 

Łatwiej było wytrzymać jego spojrzenie niż spojrze­

nie Petriego. W oczach tamtego było coś szczególnego... 

Aleksanteri nabrał powietrza. 

- Nasz barak jest duży. W tym roku nie będzie nas 

aż tylu, co zwykle. Petri gotuje, że pożal się Boże. Za 
to Markku i Tapio nie potrafią robić nic innego, jak 
tylko jeść. Ja w kuchni jestem równie dobry jak Petri... 

Petri nie odezwał się ani słowem. Pozostali rów­

nież nie zareagowali. 

- Zatrudnimy cię jako kucharkę. Zapewnimy tobie 

i dzieciom wyżywienie i dach nad głową. Chyba bę­
dziesz też mogła zostać w baraku, kiedy my wyjedzie­
my. Co ty na to, Petri? 

Raija i Aleksanteri spojrzeli na Petriego. Raija naj­

chętniej nie okazałaby tego, lecz czuła, że całą sobą 
zaklinała tego człowieka po drugiej stronie paleniska, 
żeby się zgodził. 

- Czy potrafisz gotować? - spytał głębokim głosem. 
Raija przytaknęła energicznie. 
- Przypuszczam, że będziesz mogła z nami zostać 

- stwierdził Petri. - A to oznacza, że będziemy mu­
sieli tu przenocować. Możemy się przespać na dwo­
rze, jeśli chcesz. 

background image

Raija potrząsnęła głową. 
- Jakoś sobie poradzimy - mruknęła. - Oczywiście 

możecie się położyć w chacie. Starczy miejsca dla 

wszystkich. Poza tym - dodała cierpko - nie jestem 

już niewinnym kwiatem. 

Zaproponowała gościom posiłek - jeżeli zadowolą się 

pardwami, to złapała ich sporo. Potrafiła zastawiać sidła. 

Przybysze skorzystali z propozycji, zaraz też wy­

jęli z sakwy razowy chleb i masło. 

Raiji wprost pociekła ślinka do ust. 

Skosztowała, lecz się zawstydziła. To nie w porząd­

ku, że sama spokojnie je, kiedy dzieci nic nie dostały. 

- Jest tego więcej - uspokoił ją Petri. - Powinno 

starczyć dla nas wszystkich do czasu, aż dotrzemy do 
wybrzeża. Polem wszystko będzie zależało od two­

ich zdolności kulinarnych. 

- To w każdym razie mi smakowało - odezwał się 

Tapio, starszy z braci Koski. 

Nikt z pozostałych również nie zgłaszał zastrzeżeń. 
Po kolacji wszyscy udali się na spoczynek. Dla 

gości zabrakło skór, skupili się więc blisko siebie, że­
by nie zmarznąć. 

Noce nadal były chłodne i takie rozwiązanie wy­

dawało się lepsze niż nocleg pod gołym niebem. 

Raija nie mogła zasnąć i nasłuchiwała. To niezwykłe, 

jak nagle może się wszystko zmienić. Przez wiele miesię­
cy żyła tu sama z dziećmi. Nie słyszała innych głosów. 

Teraz pod jednym dachem z nią spało czterech 

mężczyzn. Ich równe oddechy brzmiały w jej uszach 
jak muzyka. Jeden z nich chrapał, nie za głośno, ale 
to wystarczyło, by nie mogła zasnąć. 

background image

Może zresztą nie dlatego - Raija czuła się tak pod­

ekscytowana, że nie potrafiła się całkowicie odprężyć. 

Przypadek włączył tych ludzi do jej życia. Przerwał 

jednostajność dnia. 

Teraz stała się jedną z nich. 

Czy postąpiła źle? Nie dopuszczała takiej myśli. 

Uważała, że dobrze zna się na ludziach. 

Przybysze wyglądali na godnych zaufania. 
Tak, mogłaby znaleźć inne słowa, które bardziej by 

pasowały do nich wszystkich albo do jednego lub 

dwóch z nich, ale nie chciała. Wystarczyło, że moż­
na na nich polegać. 

Reijo, co ty byś o mnie pomyślał? Czy powiedział­

byś, że mieszam marzenia z rzeczywistością? 

Nieme wołanie Raiji prowadziło donikąd. Chciała 

wierzyć, że Reijo gdzieś tam jest i ją słyszy, ale nigdy 

nie miała z nim tak silnego kontaktu. 

Jej myśli nie splatały się z jego myślami w ten sposób. 

Pytanie o to samo drugiego z przyjaciół wydawa­

ło się niedorzeczne. 

Do niego mogła dotrzeć myślami. Nie wiedziała 

tylko, kiedy to się zdarzy. Nie potrafiła nad tym pa­
nować. Zresztą ta zdolność budziła w niej lęk. 

Mikkala nie musiała pytać. 
Dobrze wiedziała, co by o tym sądził. Mogła wręcz 

zobaczyć, jak ściąga brwi, jak jego oczy ciskają bły­
skawice, ciemnieją niby podczas mrocznego zachodu 
słońca spowitego mgłą. 

Mikkal nie był wolny. 

Sama zaś czuła się na tyle wolna, by tak postąpić. 

Reijo dał jej jednak tego rodzaju wolność, że nie mo-

background image

gła żyć jak porządny człowiek, że została napiętno­

wana jako kobieta drugiej kategorii. 

Ale również ludzie drugiej kategorii potrafią prze­

żyć. Również ludzie drugiej kategorii mogą pozwolić 
sobie na odrobinę bliskości. 

Raija obawiała się trochę tego, co ją czeka, nie po­

trafiła sobie wyobrazić swojej najbliższej przyszłości. 

Nigdy nie widziała baraków. Nie doświadczyła ta­

kiego natłoku mężczyzn przybywających ze wszyst­
kich regionów kraju na czas sezonowych połowów. 
To świat mężczyzn, do którego nigdy przedtem nie 

wstępowała. Mogła czuć lęk, ale była szczęśliwa. 

Niezależnie od tego, czego od niej oczekiwali, by­

ła szczęśliwa. Potrafiła sobie wyobrazić własne 
upodlenie, gdyby rzeczywiście musiała w barakach 

wystawiać na sprzedaż swe ciało wszystkim będą­

cym w stanie zapłacić.  N o w y m znajomym zawdzię­
czała wiele, niezależnie od tego, co się zdarzy. Mik-
kal nie miał powodu, by czynić jej wyrzuty. Reijo 

wyjechał z własnej woli. Raija nic nie mogła na to 

poradzić, lecz żywiła dziwne przeświadczenie, że 
Reijo by zrozumiał. 

Ogień już ledwie się tlił w palenisku. 
Raija uniosła się na łokciu, obserwowała śpiących. 

Nawet tacy silni mężczyźni wyglądali jak chłopcy, 
kiedy spali. Wyraz twarzy w czasie snu mógł powie­
dzieć o człowieku nieskończenie wiele. 

Czy Petri zdawał sobie sprawę, że sen ukazywał go 

jako małego chłopca, który utracił wszystko, co mia­
ło dla niego jakieś znaczenie? 

Raija mogła dostrzec zarówno rozczarowanie, jak 

background image

i cień strachu w tym obliczu, które niedawno spra­

wiało wrażenie tak silnego. 

Czy Aleksanteri podejrzewał, że we śnie wcale się 

nie uśmiechał? Jego wesoła twarz była poważna jak 
twarz pastora. Nawet błazen się zmieniał. 

Raija zastanawiała się, co inni mogli wyczytać w ta­

kiej chwili z jej twarzy. 

Nie widziała jednak powodu, by o to spytać. 
Sen ciągle nie nadchodził. 

Cicho - bardzo cicho - wyśliznęła się spod skóry. 

Szybko znalazła szal i przewiązała go na piersi. Sta­

nik sukni nie był nieprzyzwoicie skromny, a i koszu­
la zasłaniała wiele, lecz szal znaczył coś więcej niż 
część ubrania. Stał się w pewnym sensie przyjacielem. 

Podążyła wzdłuż krzywizny ściany ku wyjściu. 
Bezszelestnie. 
Raz omal nie nadepnęła na jednego z mężczyzn, 

ale jakoś udało jej się go ominąć. 

Noc wydawała się iskrząco jasna. Nigdy chyba 

przyroda nie była tak piękna, jak takiej późnowiosen-
nej nocy tuż przed nastaniem poranka. Barwy stawa­
ły się wtedy najbardziej intensywne. Powietrze było 
tak zimne, jak to tylko możliwe o tej porze roku. Pła­
skowyż kipiał zielenią. Niebo zdawało się zimnonie-
bieskie jak w mroźną zimę. A na wschodzie oślepia­

jąca czerwień wprost zapierała dech w piersiach. Ra­
ija znała już ten widok. 

W milczeniu oddalała się od ziemianki. Stąpała po 

tej ziemi, którą stopniowo poznawała coraz lepiej. 
Wiedziała, że ją opuści - lecz wcale nie będzie tęsknić. 

Zadrżała. 

background image

Na nagich przedramionach pojawiła się gęsia skór­

ka. Raija objęła się w obronie przed chłodnym poca­
łunkiem poranka. 

Z tyłu ledwie słyszalnie zachrzęściła gałązka wrzosu. 
Raija zatrzymała się, ale nie obejrzała za siebie. 
Wiedziała. Wiedziała, że jeden z przybyszów nie 

spał. Wiedziała, że jeden z nich podąży za nią. 

Chciała tego. 
To ją przerażało. Nagle poznała pragnienia, któ­

rych wcześniej nie starała się zgłębić. Wiedziała, że 
nie musi się oglądać, żeby się przekonać, kto to. 

Mógł nim być tylko jeden z mężczyzn. 
- Nie powinnaś tak tu marznąć. 
Ciepłą kurtką okrył jej ramiona. Raija pozwoliła, 

by tak się stało. Pozwoliła, by położył ręce na jej ta­
lii i odwrócił ją ku sobie. W rzeczywistości nie był 
tak powierzchowny, jak się wcześniej wydawało. Po­
trafił również zachować powagę. Raija odgadła to 
z jego twarzy, chociaż tylko udawał, że śpi. 

- Wiedziałaś, że przyjdę, prawda? 
Raija skinęła głową. Położyła dłonie na jego piersi. 

Znalazła się blisko niego. A jednocześnie zachowała 
dystans. 

Czuła, że jest bardzo wątły. Gdy się na niego pa­

trzyło, wydawał się szczupły. Teraz przekonała się, że 
jest po prostu chudy. Nie był też wiele wyższy od niej. 

- Petriemu drgnęła powieka, kiedy wychodziłem -

uśmiechnął się. - Myślę, że przejrzał moje zamiary. 

Raija uśmiechnęła się: 
- A czy to ma jakieś znaczenie? 

- Właściwie nie. Jestem już dużym chłopcem. -

background image

W oczach Aleksanteriego pojawił się diabelski błysk. 

Raija zauważyła, że są szare. - Możliwe, że mi zazdro­
ści. Widzisz, on jest taki powolny. Petri jest taki do­
kładny. Taki rozważny. 

Uśmiechnął się. Dwuznacznie. 
Zanim Raija zdążyła zareagować, musnął ustami 

jej wargi. Jak łagodny wiatr. 

- Robię to, co chcę - wyjaśnił. - Co mi się podoba. 
Dziewczyna doskonale to rozumiała. Czuła łasko­

tanie na wargach. 

- Wiesz, dlaczego za tobą wyszedłem? - spytał po­

ważnie. - Dręczyło mnie to pragnienie od momentu, 
kiedy cię ujrzałem. Wiesz o tym równie dobrze jak ja. 

- Nie przesadzaj - poprosiła cicho, choć w głębi 

duszy zdawała sobie sprawę, co miał na myśli. 

To wisiało w powietrzu. Dziwne napięcie. Pojawi­

ło się w chwili, kiedy usiadł obok niej. 

Nie uczyniła nic, żeby go powstrzymać. 
- Ty również o tym wiedziałaś - rzekł z przekona­

niem. 

Od szczupłych rąk promieniowało tyle ciepła. Nigdy 

by go o to nie podejrzewała. Już nie było jej zimno. 

- Czułam to - szepnęła. - Ale pamiętaj, że nie bę­

dę należeć do ciebie. 

- Nigdy nie chciałem niczego posiadać na własność. 
Ujął policzki dziewczyny i pocałował ją. 
Mocno i długo. 
Raija nie zastanawiała się, co by powiedzieli Mik-

kal i Reijo. 

Zastanawiała się, co powie Petri. 

background image

Petri nie powiedział nic szczególnego. Lecz Raija wie­

le razy czuła na sobie jego spojrzenia. Jego długie spoj­
rzenia. Kiedy się odwracała w jego stronę, przez kilka 
sekund patrzył jej w oczy, po czym odwracał wzrok. 

Miała wrażenie, że ją potępia. 
Czuła się żałośnie. 
A przecież nie miał jej za co winić. 
Aleksanteri otworzył przed nią ramiona. Widział, 

że Raija pragnie, by ją ktoś objął. Widział, że pragnie 
przytulić do kogoś swój policzek. 

Była zmarznięta, tak bardzo zmarznięta, a on wy­

szedł spod ciepłego okrycia i delikatnie jej dotknął. 

Jego spragnione usta sprawiły pocałunkiem, że krew 

z powrotem napłynęła do jej warg. Pokazał Raiji, że 
tęsknota nie musi być krzykiem bez odpowiedzi. 

Przesuwał pieszczotliwie wargami wzdłuż jej szyi, 

lecz zatrzymał się w miejscu, gdzie zaczyna się ramię. 
Zdecydowanymi ruchami szczelnie otulił ją szalem. 

- Na razie wystarczy! 
Uśmiechnął się, ściągając w dół kąciki ust. Przesunął 

na jej czoło kosmyk włosów, zwinął go tak, że lekko 
się zakręcił, i zadowolony obserwował swoje dzieło. 

- Nie możemy się nasycić za pierwszym razem, 

prawda, Raija? 

background image

Jakże był pewny siebie. Jak spokojny o własne po­

wodzenie. Czyżby przywykł do tego, że zawsze do­

staje to, czego chce? 

Rai ja nie wiedziała. 
Należał do tego typu mężczyzn, którym udawało 

się złapać dwie sroki za ogon. Którzy właściwie ni­
gdy się nie wysilali, ale mieli jakąś wrodzoną łatwość 

zdobywania, którym kobiety ulegały, choć wiedziały, 
że same się proszą o złamanie serca. 

Aleksanteri objął ramieniem Raiję, ona zaś ułożyła rę­

kę wokół jego szczupłej talii i tak przytuleni ruszyli z po­

wrotem do ziemianki po połyskującej porannej rosie. 

Wymienili tylko uśmiechy, kiedy wśliznęli się do 

środka, lecz Raija zdawała sobie sprawę, że Petri wie. 

Wtedy nie odważyła się na niego spojrzeć. Coś ją 

powstrzymywało, lecz była pewna, że nie spał. 

Jego spojrzenia w ciągu dnia przekonały ją o tym. 

Tak łatwo przyszło zerwać ze wszystkim. Tak ma­

ło było do zabrania. Znowu trochę za sobą zostawi­
ła. Wyruszyła w drogę niemal bez zastanowienia, tak 
samo, jak tu przybyła. 

Obecny marsz był łatwiejszy niż ten, który odbyła 

zeszłej jesieni, kiedy niosła dzieci po kolei, czując każ­
dego wieczoru, że chyba złamie się pod ich ciężarem. 

Idę niosła sama. Aleksanteri, nie pytając nikogo 

o zdanie, wsadził sobie Knuta na plecy. Maja z rów­
ną oczywistością obrała Petriego na swą podporę. 

Raiję trochę to przerażało - Maja przejawiała dziw­

ną skłonność zwracania się ku osobom, które najbar­
dziej przypominały Reijo. 

W Petrim było coś z Reijo. Coś niewzruszenie pew-

background image

nego i godnego zaufania. Z uśmiechem na ustach, co 
mu się rzadko zdarzało, wyciągnął ręce do Mai. 

Elise szła sama, lecz nie musiała niczego dźwigać. 

Zadbali o to dwaj bracia. 

Dzieci bez sprzeciwu zaakceptowały nowe twarze. 

Raija przyjęła to z ulgą, lecz jednocześnie nie mogła 
się pozbyć lekkiego kłucia w piersi. 

Maluchy przeszły już tak wiele, że zmiany przesta­

ły je dziwić. To nie taki dom zamierzała im stworzyć. 

Szli. Na wschód. 
Raija snuła marzenia o tym, że nagle ujrzy jurty 

nad płytką zatoką. Widziała siebie, jak lekko biegnie 

- niemal unosząc się nad wrzosowiskiem. Widziała, 
jak on biegnie ku niej... 

Nagle marzenie prysło. 
Rozsądek mówił jej, że tak się nie stanie. Szukała 

przecież, lecz nie znalazła znajomych postaci. 

Poza tym - czego mogła od niego oczekiwać? 
Nie miał prawa jej nic ofiarować. Ona nie miała 

prawa go o cokolwiek prosić. 

Jej życie było tutaj. Polegało na tym, by stawiać 

jedną nogę przed drugą i iść. 

Na noc rozbili obóz na terenie osłoniętym przez 

kilka ogromnych głazów, pokrytych mchem i poro­
stami. Natura wokół nie była szczodra. Nie mieli się 

gdzie skryć, lecz za to widok był rozległy i wspania­
ły. Tu i ówdzie leżały ogromne kamienne bloki, jak 
gdyby ręka olbrzyma kiedyś, dawno, dawno temu, 
rozrzuciła je po ziemi. 

Wysokie do kolan krzaczki, o liściach przypomi­

nających mysie uszy, posłużyły do rozpalenia ognia. 

background image

Nie znaleźli tu nic innego. 
Raija kochała to. To był jej świat, droższy ponad 

wszystko. Być może jałowy i ubogi, lecz właśnie ku tej 
ziemi kierowały się jej marzenia związane z przyszłością. 

Miejsce, które wybrali na nocleg, otaczały półko­

lem kamienne kolosy. W najbardziej zacisznym za­
kątku Raija rozpostarła skóry, żeby ułożyć dzieci. 
Miały za sobą długi dzień, niemal zasnęły nad kola­
cją. Chociaż spały pod gołym niebem, to przynaj­
mniej najadły się do syta. 

Raija czuła ogromne zmęczenie w całym ciele, lecz 

mimo to nie chciało jej się spać. Wieczór zdawał się 
taki jasny. Nic nie zachęcało do odpoczynku. Skupi­
li się jak najbliżej ogniska. Rozmawiali. Raija uświa­
domiła sobie, że opowiedziała nowym znajomym 
o rzeczach, o których właściwie wolałaby zapomnieć. 

O pięciu latach spędzonych wśród Lapończyków. 

O wszystkim - z wyjątkiem tego, ile dla niej znaczył 
Mikkal. O życiu w Lyngen. Tylko nie o Mikkalu. O wę­
drówce na północ. O beznadziejnych czasach w Alcie. 
O sklepie. Opowiedziała nawet o złocie Kallego. 
O Aleksieju. O Reijo - próbowała wyjaśnić, dlaczego 
odszedł, tłumaczyła, że nie chcieli wiązać się nawzajem. 
Lecz Finowie nie potrafili na to spojrzeć tak jak ona. 

Opowiedziała o rosyjskim statku i podróży wzdłuż 

wybrzeża - i o zimie spędzonej w ziemiance. 

O całym życiu. 
O wszystkim z wyjątkiem najważniejszego. 
Nie mogła im opowiedzieć o Mikkalu. 

W myślach mógł należeć tylko do niej. 
Kiedy wspomniała o złocie, braciom Koski przy-

background image

szło chyba do głowy, że być może istnieją także inne 
takie miejsca. Z młodzieńczym zapałem wyruszyli na 
poszukiwanie cennego kruszcu wokół obozowiska. 

Słuchając opowieści Raiji, Aleksanteri wyglądał na 

zatroskanego. Raija widywała już podobną troskę na 
twarzach mężczyzn, dla których, jak im się zdawało, 
coś znaczyła. 

- Ja niewiele mogę o sobie powiedzieć. Jestem tyl­

ko nędznym robotnikiem sezonowym bez dachu nad 
głową - Aleksanteri potrząsnął złocistorudą czupryną. 

Jego włosy dawno nie widziały nożyczek, lecz dłu­

gie loki dodawały mu łagodności i urody w sposób, 
którego Raija do końca nie potrafiła wytłumaczyć. 

Wydawał się jakby niegroźny. 

- Ja właściwie też nie mam dachu nad głową - ode­

zwała się cicho. 

Nie dlatego opowiedziała im swoją historię, by wy­

dać się kimś lepszym od nich, aby wydać się kimś in­

nym. Aleksanteri nie mógł jej chyba źle zrozumieć! 

- Lecz mimo wszystko jesteś młodsza ode mnie! - wy­

buchnął, ciągle jeszcze porażony jej opowieścią. - Na 
pewno! - dodał szybko. - Ile masz lat? Dziewiętnaście? 

Raija musiała przyznać sama przed sobą, że jego 

przypuszczenie sprawiło jej przyjemność. 

Była jak głodny kot, przed którym postawiono mi­

skę śmietanki. 

- Dwadzieścia jeden - odparła. 
Petri milczał. Stał się jakby bardziej nieprzystępny. 
Tego dnia Raija przekonała się, że nie był mężczy­

zną używającym wielu słów, lecz teraz jego milcze­
nie wydawało się zastanawiające. 

background image

- Przy twojej historii wszystko, co przeżyłem, wy­

daje się jakby szare i mało znaczące - odezwał się 
Aleksanteri, potrząsając głową. Podniósł wzrok na 
Raiję. Grzebał bezwiednie gałązką w ognisku. - Nie­
ustannie podróżuję, ale nigdy nie dotarłem tak dale­
ko. Przez kilka sezonów brałem udział w połowach. 
Nigdy jednak nie zdarzyło mi się nic szczególnego. 
Miałem nawet dziewczynę, którą zabierałem ze sobą 
na kolejne dzierżawione gospodarstwa, ale i o tym nie 

warto mówić. - Wzruszył ramionami. - Petri ma przy­

najmniej własny dom - zakończył smutno. 

- Na cudzej ziemi - dodał Petri z goryczą. - I upra­

wiam nie swoją rolę. 

- Co roku rusza na północ na ryby - mówił dalej 

Aleksanteri. Łatwiej mu chyba przychodziło mówić 

o kimś innym. - Nie wydaje na siebie ani grosza. Ha­
ruje i oszczędza. - Roześmiał się: - A mimo to myślę, 

że chce łowić. Za każdym razem. - Aleksanteri mru­
gnął porozumiewawczo. - Dobrze na trochę uciec od 
baby, rozumiesz. 

Raija natychmiast spojrzała na Petriego. Powinna 

była zgadnąć, że jest żonaty. Ojciec rodziny. 

- Masz dzieci? - spytała. Jej głos nie zabrzmiał tak 

naturalnie, jak by tego chciała. 

- Cztery córki. I syna. 
Czarne oczy przykuły jej spojrzenie. Ich nieprze­

nikniona głębia pociągała Raiję, lecz starała się nie 
ulec urokowi i spojrzała w innym kierunku. 

Nie powinien patrzeć na nią w ten sposób! 
Szybko zwróciła się w stronę Aleksanteriego. 
- A ty? - spytała z szerokim uśmiechem: - Ile ich masz? 

background image

Jego oczy zmieniły się w dwa cienkie łuki, gdy ro­

ześmiał się serdecznie. 

- Mam nadzieję, że ani jednego. 
- O ile ci wiadomo - dopowiedział sucho Petri, nie 

spuszczając wzroku z Raiji. - Ten utracjusz woli nie­
ustannie przenosić się z miejsca na miejsce, żeby pod­
bić jak najwięcej niewieścich serc, zamiast się ustat­
kować i żyć jak porządny człowiek. 

Wydawało się, że Aleksanteri nie potraktował tych 

słów zbyt poważnie. Uśmiechał się beztrosko, jak 
gdyby życie było jednym wielkim żartem. 

- Widzę tu przynajmniej jednego porządnego czło­

wieka, któremu również nie udało się ustatkować -

odgryzł się. - Żona Petriego starała się, jak umiała, go 

wychować. Choć właściwie nie jestem przekonany, 
czy jej się udało. Nie wiem zresztą, czy sam Petri jest 

tego pewien. 

- Ani słowa o Eiji! - ostrzegł Petri. 
Aleksanteri zamilkł. 
Raija domyśliła się, że Petri chciał ją ostrzec przed 

swoim młodszym kompanem. Uczynił swego rodza­
ju ojcowski gest, za który powinna mu być wdzięcz­
na. Znał tego lekkoducha o wiele lepiej niż ona. Lecz 
wszystko, co miało posmak opiekuńczości, zaczyna­
ło Raiji stopniowo coraz mniej odpowiadać. 

Widziała wyraźnie, jaki jest Aleksanteri. Miała 

przecież oczy. Przeżyła już co nieco. Nigdy zresztą 
nie była zbyt naiwna. 

Jeżeli Petri uważał ją za jakieś głupiutkie dziew-

czątko, potrzebujące jego ojcowskiej opieki, to gru­
bo się mylił. 

background image

Raija Alatalo mocno stała na własnych nogach! 

Wyciągnęła ręce ku ognisku, tak jakby chciała je 

ogrzać. Niby przypadkiem dotknęła dłoni Aleksante-
riego. Odpowiedziała na jego ciepły uśmiech serdecz­
niej, niż to było konieczne. 

Gdyby się teraz obejrzała, by sprawdzić, czy Petri 

zwrócił na to uwagę, wszystko by zniszczyła. Miała 

jednak nadzieję, że ich widział. Miała nadzieję, że po­
myślał o tym, o czym chciała, żeby pomyślał. 

Ostrożne natarcie nie leżało w naturze młodego 

Kilpi. Nieoczekiwane dotknięcie podziałało jak wy­
zwanie. Było kontynuacją tego, co zaszło o brzasku. 

Potwierdzeniem, że rozumiała muzykę, którą grał. 

Że chętnie zagrałaby razem z nim. 

Aleksanteri wytarł rękę w spodnie i objął nią Ra-

iję. Dziewczyna nawet nie mrugnęła. 

Pozwoliła, by to zrobił. Dopiero po jakimś czasie 

rzuciła krótkie spojrzenie w stronę Petriego. Żuł ta­
bakę, jakby nieobecny myślami. Jej dociekliwe, tro­
chę pytające spojrzenie zmusiło go, by uniósł jeden 
z kącików ust. Odrobinę. Z sarkazmem. 

Raija posunęła się jeszcze dalej. Wiedziała, że to 

dziecinne, ale Petri wyzwalał w niej najgorsze cechy. 
Zbyt wyraźnie okazywał, że nie podoba mu się jej za­
chowanie wobec Aleksanteriego, i tym samym zmu­

szał ją, by posunęła się dalej, niż zamierzała. 

Przekornie uniosła głowę i położyła rękę na udzie 

chłopaka. 

Petri podniósł całą swą ogromną postać. Raija mo­

głaby potem przysiąc, że przy tym westchnął. 

- Chyba pójdę uzupełnić zapas wody na jutro. 

background image

Zanim poszedł, rzucił im jeszcze jedno spojrzenie. 

Raija nie mogła się powstrzymać, by nie podążyć za 
nim wzrokiem. Mimo że był taki wysoki, niezwykle 
lekko się poruszał. Jego ruchy sprawiały wrażenie 
miękkich i płynnych, jak gdyby jego stopy znały każ­
dą nierówność ziemi, po której stąpał. Ubrana na brą­
zowo postać stopiła się w jedno z otoczeniem. Przez 
dłuższą chwilę Raija mogła obserwować tylko jego 
czarną czuprynę, zanim zniknął zupełnie za jakimś 
ogromnym głazem. Miała ochotę wstać, żeby móc go 
dalej śledzić, lecz się opanowała. 

- Petri usiłuje grać rolę taty, zauważyłaś? - Alek-

santeri potarł brodą jej ramię i zaśmiał się cicho. 

Raija skrzywiła się. 
- Wobec ciebie czy wobec mnie? 
Chłopak mocniej przytulił Raiję. Połaskotał ją, tak 

że musiała się roześmiać razem z nim, a potem prze­
wrócił na ziemię. Trzymał w swych dłoniach jej nad­
garstki. Miał dużo siły, chociaż wydawał się wątły. 
Przysunął twarz tak blisko, że ich oddechy się spo­
tkały. Nosy dotknęły jeden drugiego. 

Z szelmowskim uśmiechem potarł swoim nosem 

nos Raiji. Jego oczy błyszczały. W jednej chwili sta­
ły się bardziej zielone niż szare. Zmieniały kolor wraz 

ze zmianą jego nastroju. 

Raija czuła na swym policzku dotyk szorstkiego 

zarostu. Już tak dawno nie zaznała czegoś podobne­
go. Tak dawno, że tkwiło w tym coś podniecającego. 

- Co inni mówią o twoich ustach? - spytał nagle wła­

śnie w chwili, kiedy Raija spodziewała się pocałunku. 

- A co cię to obchodzi? - syknęła. 

background image

Aleksanteri cmoknął parę razy. 
- Aj, aj, ona gryzie! - Ułożył usta jak do pocałun­

ku, lecz nie dotknął jej warg. - Ja nie opowiadam ta­
kich rzeczy - wyjaśnił. - O kwiatach, słodyczy i ta­
kich tam. Myślę, że brzmi to dość głupio. Dla mnie 
usta to po prostu usta. Chciałbym zajrzeć do umysłu 
kogoś, kto twierdzi, że usta dziewczęce są jak czer­

wone kwiaty, lub wygłasza podobne bzdury. 

Raija nie mogła się nie roześmiać. 
- Nie musisz nic mówić o moich ustach, Aleksan­

teri. Nie musisz używać pięknych słów. Po prostu 
mnie pocałuj! 

- Tak już lepiej - mruknął z uznaniem. 
Powoli pochylił się nad nią. Uśmiechał się całą twa­

rzą. Jeden z kącików ust nieznacznie drgał. 

Raija uwolniła jedną rękę. Nawet nie próbował jej 

przeszkodzić. 

Zatopiła ją w jego długich włosach na karku. Wsu­

nęła pod skórzaną kamizelkę, pod koszulę, dotknęła 
ciepłej skóry. Wprawiła palce w ruch, rozkoszowała 
się bliskim kontaktem z drugim człowiekiem, z czło­

wiekiem odmiennej płci. 

Przyciągnęła go ku sobie. Zmniejszyła odstęp mię­

dzy nimi szybciej, niż zamierzał. Nie wytrzymała od­

wlekania w czasie. Nie była w stanie czekać. 

Ułożył ręce wokół niej - jedną pod głową, a drugą 

objął jej ramię. Na wpół leżał ponad nią. Czuła, jak 
jednym kolanem wciska się między jej nogi. Podcią­
gnął nim brzeg spódnicy. 

Żeby tylko Petri teraz nie wrócił! przemknęło Ra-

iji przez głowę. Ani żaden z braci. Nie można tego 

background image

zatrzymać! Nie można tego zatrzymać w tej chwili! 

Aleksanteri odnalazł ustami usta Raiji. Drżały rozgo­

rączkowane tuż przy jej na wpół otwartych wargach. Ję­
zyk wśliznął się między jej zęby. Ostrożnie się poruszał. 

Wtedy chłopak stał się bardziej zdecydowany. 

Raija wyszła mu na spotkanie z równą żarliwością. 

Jego ręce miały najwyraźniej już wcześniej do czy­

nienia z ubraniem dziewcząt, bo nie błądził wiele, by 
dostać się pod kurtkę i suknię. 

Zatrzymały go na chwilę wiązania po wewnętrznej 

stronie stanika sukni, lecz nie było takiej przeszko­
dy, która zdołałaby go zniechęcić. 

Zręczne palce wśliznęły się pod jej ubranie. Tak 

lekko przesuwały się po skórze, że Raiji wydawało 
się, iż mogłaby od tego umrzeć. 

Pieścił ręką rowek między piersiami, przesunął ją pod 

jedną z nich, objął całą dłonią, gładził czule, potem 
opuszkiem palca przesuwał wokół brodawki, tak lekko, 
że wydawało się to jak muśnięcia skrzydłem motyla. 

Przerwał pocałunek i spojrzał na Raiję pytająco. 

Pytająco i wesoło jednocześnie. 

- Dobrze? - spytał, lecz nie spodziewał się odpo­

wiedzi. 

Raija chwyciła go obiema rękami za włosy i przy­

ciągnęła mocno ku sobie. Całowała jego usta, całowa­
ła chude policzki, wysokie czoło pod grzywką, któ­
rej nigdy nie zaczesywał do tylu, całowała koniuszki 
uszu, szyję... 

Jego ciało było słone, pachniało potem, skórami 

i dymem. Lecz to nie miało żadnego znaczenia. 

Pobudził ją z powrotem do życia. Sprawił, że zno-

background image

wu zaczęła czuć. Tęsknota, która tkwiła w każdym 
zakamarku, zaczęła powoli mijać. 

Rozpiął jej bluzkę. Rozchylił. Obnażył skórę. 
Raija wstrzymała oddech, kiedy dotknął ustami jej 

piersi. Prawie zapomniała, jak to jest. Jej oczy zamgli­
ły się, choć tego nie chciała. Popłynęły łzy. 

Prawie zapomniała, jakie to cudowne uczucie! 

Aleksanteri zauważył, że płacze, i się odsunął. Zdzi­

wiony uniósł lekko wygięte brwi, otworzył szeroko oczy. 

- Boli? - spytał. 

Potrząsnęła przecząco głową. Miała ochotę się cał­

kiem rozpłakać, kiedy delikatnymi palcami ocierał jej 
policzki. 

- Jestem taka głupia - szlochała Raija. - Ale nie za­

mierzam ci wyjaśniać, dlaczego. 

Aleksanteri nie nalegał. Spojrzał przez ramię i na­

gle zaczęło mu być bardzo pilno z zapinaniem tego, 

co rozpiął. 

- Dzięki ci za to, że jesteś głupia, maleńka! - roze­

śmiał się cicho i puścił do niej oczko. - Obawiam się, 
że niewiele brakowało, a dalibyśmy naszym młodym 
przyjaciołom niezłą lekcję w tym i owym, gdybyś nie 
zaczęła płakać. 

Raija zerknęła ponad jego ramieniem i zobaczyła 

siostrzeńców Petriego zbliżających się ku ognisku. 

Poderwała się z miejsca i pośpiesznie przeczesała 

palcami włosy. Otrzepała się z gałązek i gorączkowo 
zaczęła poprawiać ubranie. 

- To niepotrzebne, Raija - zauważył Aleksanteri, 

który sam prawie się nie ruszył. - Nie ma takich oczu 
na świecie, które by nie poznały po tobie, że właśnie 

background image

przed chwilą całowałaś mężczyznę, którego pragniesz. 

Raija zaczerwieniła się, a on zachichotał. 
- Poza tym możesz być pewna, że obserwowali nas 

dokładnie, a teraz są źli na samych siebie, że tak się 
zapalili i podeszli bliżej. Chcieli lepiej widzieć. 

Policzki Raiji nadal pulsowały. Ten młokos był de­

nerwujący. Bardziej dosadny niż Raija w chwilach 
największej złości. Wcześniej nie spotkała nikogo ta­
kiego jak on. Wydawał się taki inny, lecz działał dziw­
nie pobudzająco. 

- Nie zamierzaliśmy najadać się do syta - przypo­

mniała mu. 

Aleksanteri ułożył spokojnie ręce pod głową. Nie 

spuszczał z Raiji wzroku. 

- Wydaje mi się, że będę potwornie głodny dzisiej­

szej nocy. Kiedy wszyscy zasną. Założę się, że nakry­
to już dla nas w miejscu, gdzie niedawno zniknął Pe-
tri... 

Raija nie odpowiedziała, lecz czuła, że trudno jej 

będzie nie przystać na jego propozycję. 

Nie było wątpliwości, że zarówno Petri, jak i bra­

cia Koski byli świadkami części tego, co zaszło mię­
dzy nią i Aleksanterim. 

Markku i Tapio znacząco spoglądali na Raiję z uko­

sa, a spojrzenia Petriego świadczyły tylko o jednym: 
o rezygnacji. 

Aleksanteri udawał, że nic się nie stało. Jego ręka 

niby przypadkiem powędrowała co prawda kilka ra­
zy w stronę Raiji i rzeczywiście jego zachowanie 
zdradzało pewną intymność, ale to było wszystko. 

Wyraźnie jednak bawił się sytuacją. 

background image

I kiedy Raija odchodziła od ogniska, aby się trochę 

przespać, uśmiechał się do niej oczami. 

Życzył jej dobrej nocy, jak pozostali, ale mrugnął 

w sposób, który mówił wyraźnie, że zamierza jej jeszcze 

kilkakrotnie życzyć dobrej nocy przed nastaniem świtu. 

Ledwie Raija zdążyła się położyć, usłyszała głos 

jednego z braci Koski: 

- Nie marnujesz czasu, Santeri! 
Nie słyszała, co odpowiedział Aleksanteri, ale na­

wet z zamkniętymi oczami mogła go zobaczyć, jak 
wzrusza ramionami i znacząco się uśmiecha. 

Westchnęła - i zasnęła. 
Sądziła, że to już ranek, kiedy poczuła na ramieniu 

czyjąś dłoń. Otworzyła oczy zaskoczona, ujrzała noc­
ne niebo z leniwie płynącymi obłokami. 

- Idziesz ze mną po przygodę? - Aleksanteri przykuc­

nął tuż obok - Wszyscy śpią, a ja strasznie zgłodniałem... 

Przetarła oczy, przeganiając resztki snu. Pomyśla­

ła, że chłopak chyba postradał zmysły, lecz mimo to 
ogromnie go lubiła. 

Pośpiesznie rozejrzała się dokoła. 

Tak, pewnie miał rację. Chyba wszyscy spali. Dzie­

ci, Petri... Jakże był lekkomyślny! 

Aleksanteri podniósł się i wyciągnął rękę, by po­

móc jej wstać. Mogła się poczuć tak beztroska i wol­
na jak on. Przynajmniej przez chwilę. Chwyciła dłoń 
mężczyzny i pozwoliła, by przygarnął ją do siebie. By 

przywarł ustami do jej ust. 

Gdyby na chwilę się zapomniała, mogłaby oszukać 

samą siebie, że ma piętnaście lat. 

Że nic na świecie nie może jej wiązać czy powstrzy-

background image

mywać. Podążyła za Aleksanterim. Pobiegli, śmiejąc 
się, ręka w rękę, ku otwartej przestrzeni. Raija, któ­
ra nigdy nie czuła się młoda w ten sposób, odmłod-
niała na kilka godzin nocy. 

Nie znała Aleksanteriego. Niezbyt dobrze. 
Zdawała sobie sprawę, że dla niego to tylko zaba­

wa. Nawet przez moment nie wierzyła, że mogłaby 

go zdobyć. Zresztą nawet nie chciała. 

Był stworzony do wolności. Stworzony do tego, by 

się bawić, niczego nie obiecując. Dla niej taki intym­
ny związek łączył się zawsze z pewnego rodzaju mi­
łością, za każdym razem tak gorąco to przeżywała. 

A przynajmniej z przyjaźnią. Tylko w jednym przy­

padku w przeszłości to nienawiść wykrzesała iskrę. 

Nie kochała Aleksanteriego. Nie chciała oszuki­

wać samej siebie, by uwierzyć w coś podobnego. 

Krótki czas spędzony razem nie wystarczył również 
do zawarcia przyjaźni. 

To beztroska i brak odpowiedzialności - lecz mi­

mo wszystko tego pragnęła. Pragnęła z całej duszy. 

Nie chciała myśleć o tym, że szli śladami Petriego, 

że zatrzymali się mniej więcej w tym samym miejscu, 
skąd przyniósł wodę. Tuż przy bystrym strumieniu 
teren łagodnie się obniżał, wrzosy przygotowały dla 
nich miękkie legowisko, osłonięte przez trzy ogrom­
ne głazy pochylone ponad ziemią. 

- Cudownie! - zawołał Aleksanteri. - Sam Stwórca 

nad nami się zlitował. 

- Nie mieszaj do tego Stwórcy - rzuciła ostro Raija. 
- Nie, wcale nie zamierzam! - zgodził się. - To do­

tyczy wyłącznie nas samych. 

background image

Zrzucił z siebie kurtkę i rozłożył, przykrywając nie­

co wrzosy. Raija podała mu także swoją. Aleksanteri 
usiadł, opierając się o głaz, i pociągnął Raiję za sobą. 
Objęli się, tym razem już się nie spieszyli. Domyślali 
się, czego się mogą spodziewać po sobie nawzajem. 

Domyślali się, ale nie wiedzieli. 
- Nie sądziłem, że naprawdę zechcesz. - Aleksan­

teri spoważniał na chwilę. 

- Przez cały czas byłeś pewien! - Raija lekko po­

ciągnęła go za włosy. - Przez cały czas byłeś tak dia­
belnie pewien! 

Aleksanteri potrząsnął głową: 

- Musiałem trzymać fason, ale drżałem z niepew­

ności jak dzieciak. Nie wiedziałem, że mi się uda. 

- Czy zawsze dostajesz to, czego chcesz? - spytała. 
Ukazał zęby w uśmiechu. 
- Ttak... Przeważnie. Myślałem, że to będzie wyjątek. 
Wolno pokręciła głową. Przechyliła się i lekko go 

pocałowała. 

Aleksanteri spojrzał na nią zdumiony. 
- Może i tak będzie - mruknął. 
Położył Raiję na kurtce i błyskawicznie znalazł się 

nad nią. 

Szybko odpiął, co było do odpięcia. 
- Mniej więcej w tym miejscu się ostatnio zatrzyma­

liśmy - szepnął, tuląc wargi do jej nagiego ramienia. 

Raija potargała mu czuprynę, lecz on się tylko ro­

ześmiał. Na jego twarzy malowała się radość. 

- Wiedziałem, że tak to przyjmiesz! - zawołał 

z triumfem. 

- A co powiesz na to? - spytała przez zęby. Prze-

background image

sunęła ręce z jego nagich pleców i rozpięła spinkę pa­
ska. Zanim zdążył mrugnąć, wsunęła obie dłonie pod 
skórzane spodnie. 

Ścisnęła. 

Zdecydowanie. 
Odpowiedź przyszła momentalnie. 
Aleksanteri bez ceregieli podciągnął spódnicę Raiji 

i w dokładnie taki sam sposób potraktował jej pośladki. 

Oboje zaśmiewali się do łez. Przeturlali się spod 

kamieni i znaleźli pod otwartym, jasnym niebem. 

Dopiero kiedy ich śmiech ucichł, naprawdę dostrze­

gli siebie nawzajem. Dopiero wtedy zauważyli, jak są 
blisko siebie. Raija znalazła się nad Aleksanterim, czu­
ła mrowienie wzdłuż kręgosłupa, kiedy przesuwał rę­
ką w dół aż do kolan. Jęknęła, kiedy podążył palcami 
z powrotem w górę po wewnętrznej stronie ud. 

Dotknął jej łona, jego ręce lekko drżały. Chciwie 

przywarł ustami do jej ust. Spletli się ze sobą i wrócili 
na miejsce, które sobie przygotowali. Ręce Aleksanterie-
go błądziły pod ubraniem dziewczyny. Przez głowę ze­
rwał z niej bluzkę, żeby już nic nie dzieliło ich piersi. 

Raija przesuwała dłońmi wzdłuż jego ciała od 

brzucha ku ramionom. W rzeczywistości nie był aż 
tak bardzo chudy. Miał drobną budowę, ale kości nie 

wystawały mu spod skóry. 

Całował miejsca, do których tylko mógł dotrzeć. 

Szybkie spojrzenia, jakie rzucał za każdym razem, 
kiedy unosił usta znad drżącego ciała Raiji, mówiły 
jej, że uwielbia patrzeć, jaką jej sprawia przyjemność. 

Poczuła go na swoim udzie. Wiedziała, że jej pra­

gnie, i sama była już równie gotowa jak on. 

background image

Aleksanteri się nie spieszył. Każdą minutę tego ak­

tu wypełniał radością. 

W samym środku namiętności spletli palce i wy­

mienili drobne pocałunki. Lekko pobudzali się na­

wzajem wargami. 

Spódnica Raiji stanowiła jeden bezładny zwój wo­

kół talii. Spodnie Aleksanteriego już od dawna zsu­
nęły się nieprzyzwoicie, nie będąc w stanie niczego 
ukryć. Chłopak delikatnie pogładził brzuch Raiji. 

- To tutaj się wszystko zaczyna - szepnął, uśmie­

chając się. Raija odpowiedziała uśmiechem. 

Ich uśmiechy stopiły się ze sobą. 
Ręce powędrowały własnymi drogami. Przed oboj­

giem otwierał się niezbadany ląd. Oboje przysięgliby, 
że właśnie to drugie zrobiło pierwszy krok. Być mo­
że uczynili to jednocześnie. Odrzucili na bok ubra­

nia. Odnaleźli siebie z jednakową tęsknotą, z jedna­

kowym pragnieniem. Opletli się nawzajem. Pognali 
ku rankowi i słońcu. 

Dotarli tam z uśmiechem na ustach. 
Przytulili się nawzajem i pocałowali czule. Leżeli 

blisko siebie, aż nocne powietrze ostudziło ich ciała 
i osuszyło pot. 

- Było inaczej - powiedział, trzymając ją w swych ra­

mionach. W ciągu kilku sekund jego oczy spoważniały. 
Bardzo pociemniały. - Całkiem inaczej. Chciałbym, że­
byś to wiedziała, Raija Więcej nie będę o tym mówił. 

Pogłaskała go szybko po czole. 
- Dziękuję, Aleksanteri - rzekła tylko. - Pójdę 

pierwsza. Nie chcę wracać razem z tobą. 

Skinął głową. 

background image

Rozumiał. 
Pośpiesznie wspięła się na palce i pocałowała go 

w policzek. Potem pobiegła w stronę ogniska, które 

już prawie zgasło. 

Dopiero kiedy znalazła się blisko i zwolniła kro­

ku, by wyrównać oddech i przypadkiem nie obudzić 
pozostałych, zauważyła brunatną sylwetkę mężczy­
zny siedzącego przy dogasającym żarze. 

Skulił ramiona. Pochylił plecy, opierając łokcie na 

kolanach. Miał na sobie brązową kurtkę i spodnie 
z garbowanej skóry. Wygląda jak Lapończyk, prze­
mknęło przez głowę Raiji. Poczuła mdłości i zawro­
ty głowy. Dopiero kiedy kilka razy przełknęła ślinę, 
była w stanie iść dalej. Przejść obok niego. 

Wyprostował plecy, kiedy stanęła tuż przy nim. Silna 

dłoń zacisnęła się wokół jej nadgarstka. Zatrzymała ją. 

Raija musiała na niego spojrzeć. Zaczerwieniła się. 

Zastanawiała się, czy czuł ten zapach równie dobrze 
jak ona - zapach miłości, który jeszcze nie ulotnił się 
z jej skóry. 

Raija nie chciała zrozumieć, co kryło się w tych 

czarnych oczach. Był biały na twarzy. Mocno zaci­
snął szczęki. 

- Czy było warto? - spytał ostro. 
Wyswobodziła się i odskoczyła od niego. 
Wzburzona, zasnęła wreszcie odwrócona plecami 

zarówno do Aleksanteriego, jak i do Petriego. 

Ugasiła tęsknotę, która trawiła ją od zimy. Jednak 

czuła, że rodzi się w niej nowa, bardziej niebezpiecz­

na. Raija nie była w stanie temu przeszkodzić. 

background image

Warto było, lecz się już nie powtórzyło w czasie 

wędrówki na wschód do miejsca połowów. 

Aleksanteri czynił co prawda pewne starania, lecz 

szybko zrezygnował, kiedy zauważył, że jego wysiłki 
do niczego nie prowadzą. 

2 właściwym sobie poczuciem humoru stwierdził 

sucho, że lepiej czasami zachować wstrzemięźliwość. 

Raija nie miała nic przeciwko temu. Właściwie sa­

ma nie wiedziała, czego chciała. 

Aleksanteri potrzebował tylko jej ciała. Tej Raiji, 

która kryła się pod zewnętrzną powłoką, jaką była 

w głębi duszy, nie starał się nawet poznać. 

Zbierał śmietankę - i był zadowolony. 
A ona, Raija, również nie chciała o nim wiedzieć 

zbyt wiele. Gdyby odkryła, że jest w nim więcej po­

wagi, niż to okazuje, mogłaby coś zniszczyć. 

Liczył się jego urok. Po co drążyć dalej? 
Dotarli nad Morze Arktyczne. Ujrzeli skupisko 

baraków zbudowanych z drewnianych bali naniesio­
nych przez morze - nie było tu lasów, które dawały­
by drewno. Niektóre deski skradziono Rosjanom. 
Niektóre uczciwie kupiono. 

- Kto by tam kupował - mruknął Aleksanteri przez 

zęby, kiedy Raija stwierdziła, że rybacy na pewno 

background image

oszukali niejednego Rosjanina, żeby tylko mieć dach 
nad głową. 

- W naszych stronach jest mnóstwo drewna, jak 

tylko okiem sięgnąć - mówił dalej. - Gdyby tylko 
móc je donieść na północ! 

Szczerze się uśmiali. 
Raija pokręciła nosem na widok swojego nowego 

domu, wszędzie brud pokryty dodatkowo kurzem. 
Palenisko, na którym przygotowywano posiłki, 

straszliwie zaśmiecone i osmalone - z tego zapewne 
powodu również ściany wokół były czarne. 

Wzdłuż ścian znajdowały się piętrowe koje. Raija 

naliczyła ich osiem. 

- Kiedyś bywały lepsze czasy - wyjaśnił Petri, kie­

dy zwróciła na to uwagę. - Możemy przegrodzić po­
mieszczenie jakąś zasłoną lub parawanem. Na pew­
no uda ci się kupić coś odpowiedniego w Vardo. 

Wskazał na najgłębiej położoną część baraku, naj­

dalej od drzwi. Najcieplejszą. Poza tym najbardziej 
spokojną. 

- Ja i dzieci nie potrzebujemy aż czterech koi - za­

uważyła Raija. 

- Nie jestem taki pewien - rzucił Petri. -  N a m wy­

starczą właśnie cztery - dodał szybko. - Jeśli któraś 
zostanie wolna, możesz ją wykorzystać jako półkę. 

Raija zaczęła go w duchu nienawidzić. Wiedziała, 

co o niej sądzi. Nie musiał tego tak wyraźnie dawać 
do zrozumienia. 

Chłopcy rzucili swoje rzeczy na prycze i na pod­

łogę. Zdjęli buty, uważając widocznie, że wszystko 
jest w jak najlepszym porządku. 

background image

Wtedy ona, Rai ja Alatalo, wzięła się pod boki i wy­

prostowała plecy. Posłała każdemu z osobna surowe 
spojrzenie. 

- Wydaje się wam, że tak jest dobrze? 
Wszyscy czterej spojrzeli po sobie, a następnie na 

nią. Zupełnie nie rozumieli, o co chodzi. 

Raija popatrzyła wymownie na deski ścian. W każ­

dy brudny kąt. Petri zaoponował: 

- To jest naprawdę jeden z najlepszych baraków... 
Ponieważ nie kto inny, lecz właśnie on się odezwał, 

Raija wycedziła jeszcze bardziej wzburzona: 

- Tak, nie wątpię w to. Widziałam te walące się bu­

dy. Ale to nie znaczy, że mamy tu zarosnąć brudem. 

Zaczęli pojmować, do czego zmierza. Westchnie­

niom i jękom nie było końca. 

- Tę izbę trzeba wyszorować - oznajmiła stanow­

czo. - Każdy jej skrawek trzeba wyszorować gorącą 
wodą i piaskiem. Może wtedy uda się doprowadzić tę 
norę do czystości. 

- Proszę bardzo - mruknął Petri i rzucił się na swą 

koję. 

Runęła na niego niczym jastrząb. Zdarła okrycie, 

które na siebie naciągnął. Skóra spadła na podłogę. 

- A skóry trzeba przewietrzyć i wytrzepać, aż znik­

nie wszelkie robactwo - mówiła dalej niespodziewanie 

łagodnie, choć zachowywała się gwałtownie. Zaraz jed­
nak wyjaśniło się, czemu przybrała taki aksamitny ton. 
- Nie mam najmniejszego zamiaru robić tego sama! 
Wy też się tym zajmiecie! Posprzątamy wszyscy razem! 

Całą czwórką zaprotestowali. Aleksanteri aż zbladł. 
- Wykluczone! Ja uważam, że tu jest całkiem zno-

background image

śnie. Zawsze tak było. Nigdy nie narzekałem i teraz 
też nie myślę. Poza tym... - Wyciągnął swoją kartę 

atutową: - Zostałaś niejako do tego zatrudniona. 

- To babska robota - dodał Petri. - A my nie jeste­

śmy babami! 

Raija uśmiechnęła się krzywo: 

- O, tak, z pewnością! Gdybyście byli babami, to 

tak by tu nie wyglądało. 

Wiele było protestów i sprzeciwów, ale Raija rzad­

ko przegrywała, kiedy się uparła. 

- Jeżeli nie zrobicie tego, co do was należy, zabie­

ram swoje rzeczy i odchodzę - zagroziła. 

I chociaż zaperzyli się i zapewnili Raiję, że ma 

przed sobą wolną drogę i może iść, kiedy jej się tyl­
ko spodoba, wydaje się, że właśnie owa groźba skło­
niła ich do zabrania się do pracy. 

W domu poruszali się bardzo niechętnie. 

Na zewnątrz - szybko jak błyskawice. 
Baraki znajdowały się blisko jeden obok drugiego, 

a nie byli pierwszymi, którzy przybyli. Niewiele by­
ło trzeba, by w tym świecie mężczyzn całkiem stra­
cić twarz. 

Sprzątanie zajęło im resztę dnia. 

Ale rezultat zaskoczył nawet Petriego, który sam 

pracował przy budowie tego baraku. 

- Nie pamiętam, żeby te ściany kiedykolwiek były 

takie białe - zauważył z uznaniem w głosie. 

- Nigdy więcej - zapewnił Aleksanteri z przekona­

niem. 

Spojrzał na swoje pomarszczone od wody ręce, 

które przypomniały mu dłonie matki. Gdy o niej my-

background image

słał, nie pamiętał, by kiedyś dłużej miała suche dło­
nie - wiecznie coś myła, szorowała lub prała. Dom. 
Dzieci. Ubrania... Odgonił wspomnienia. 

- Nigdy więcej nie będę sprzątał żadnego domu. 

Nigdy więcej nie zabiorę się do babskiej roboty! 

Raija kładła spać dwie najstarsze córki. Z uśpie­

niem młodszych dzieci nie miała żadnych kłopotów. 
Podróż i świeże powietrze tak je zmęczyły, że same 
zasnęły jeszcze w czasie sprzątania. 

Aleksanteri i Petri dostali koje graniczące z tą czę­

ścią baraku, którą miała zająć Raija. Wiedziała, że Pe­

tri nieprzypadkowo tak zarządził. Zapewne chciał mieć 
oko na nią i Aleksanteriego. To nie było konieczne. 

Aleksanteri sięgnął głęboko do sakwy i wyciągnął 

z niej całkiem czystą bawełnianą koszulę i kolorową 
chustkę, którą zawiązał na szyi. Raija omal nie zwró­
ciła mu uwagi, żeby się umył, ale ugryzła się w język. 

Nie mogła ich przecież terroryzować. 

Chłopak ściągnął ubranie, które nosił podczas po­

dróży - wszystko, oprócz spodni - i z dumą oznajmił, 

w jaki sposób zamierza zakończyć tę niegodną robotę: 

- A teraz wychodzę! 
Usiadł na brzegu pryczy z koszulą w dłoniach. Raija 

zdawała sobie sprawę, że rzuca w jej stronę ukradkowe 
spojrzenia. Wiedziała, że to jej pokazuje swój nagi tors, 
lecz ani Aleksanteri, ani jego ciało nie było w stanie jej 
poruszyć, chociaż nie miała mu nic do zarzucenia. 

- Idę pogadać z mężczyznami. - Roześmiał się 

i wreszcie wciągnął koszulę przez głowę. - Wypić kie­

liszek wódki. Dwa kieliszki wódki. Wiele kieliszków 
wódki! I znaleźć jakąś chętną kobietę! 

background image

- Niech żaden się nie waży przyprowadzać tu kobiet! 

- rzucił ostrym tonem Petri. - Nie mieszam się do te­
go, ile ich macie, ale tutaj ich nie będziecie sprowadzać! 

- Nowe zasady? - spytał przeciągle Aleksanteri. 
Tapio i Markku spojrzeli badawczo na Petriego. 
- Co sprawiło, że stałeś się taki delikatny? - zdu­

miał się Aleksanteri. - Pamiętam, jak w zeszłym ro­
ku pewna osoba sama... 

Petri przerwał mu: 
- W zeszłym roku to było w zeszłym roku. Teraz 

są z nami dzieci. Nie chciałbym, żeby były świadka­
mi nieprzyzwoitych scen! 

Aleksanteri wzruszył ramionami. Lubił denerwo­

wać Petriego. Czasem docinał również Raiji. Trochę 

go bolało, że go odtrąciła. Nie wierzył, że jakaś ko­
bieta jest w stanie sprawić, by czuł się przez nią oszu­
kany, ba, zawiedziony - było przecież tyle innych. 

Lecz od kiedy poznał Raiję, wszystko się zmieniło. 
To bolało. 

Wiele go kosztowało, by pokazać twarz dawnego 

Aleksanteriego - tego, który się tylko śmiał i niczym 

nie przejmował, dopóki nie spotkał czarnowłosej, 

drobnej kobiety, mającej w sobie tyle ognia i serce 
z lodu. 

Lecz nikt nie może się o tym dowiedzieć. A już na 

pewno nie ona. 

- My, młodzi, idziemy odetchnąć morskim powie­

trzem - rzekł dziarsko, pewien, że bracia Koski podążą 
za nim. - Mniemam, że Petri zrobił się tak porządny, 
że nie weźmie udziału w niczym, co mogłoby zostać 
uznane za nieprzyzwoite. 

background image

Petri tylko wzruszył ramionami, nie dał się wypro­

wadzić z równowagi. 

Aleksanteri posłał Raiji znaczące spojrzenie. 

Dobry Boże, jakże silny ból ściskał go w piersi, kie­

dy tak po prostu od niej odchodził! Przecież tylko jej 
pragnął! 

- Ojciec Aalto liczy pewnie na to, że nie będzie mu­

siał szukać ani zbyt długo, ani zbyt daleko... 

- Wynoś się stąd do diabła! - zagrzmiał Petri i ro­

zejrzał się za czymś, czym mógłby rzucić w dowcipni­
sia. Niczego nie znalazł i Aleksanteri zdążył czmych­
nąć i zatrzasnąć drzwi, zanim Petri miał na języku no­

we przekleństwo. - Gówniarz jeden - mruknął tylko. 

- Nie musisz się mną przejmować - odezwała się 

Raija, nie patrząc na niego. Nie była w stanie spojrzeć 
mu w twarz po tym, co zasugerował Aleksanteri. 

- Tobą? 
Raija czuła jego karcący wzrok. 
- Dlaczego, u diabła, miałbym się tobą przejmo­

wać? O ile zdążyłem zauważyć, do tej pory potrafi­
łaś sama o siebie zadbać. 

Przerwa, zanim zaczął mówić dalej, wydawała się 

długa. 

- Jednak nie jesteś sprytna aż tak bardzo, jak są­

dziłem. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

Musiała spytać, musiała podnieść wzrok. Musiała 

napotkać jego badawcze, surowe spojrzenie. 

- Powinnaś pozwolić, by Aleksanteri sam zdecydo­

wał, kiedy to skończyć. Nie przywykł, by go pozba­
wiać czegoś, co ma już w garści. Teraz zatruje ci życie. 

background image

Raija wyprostowała się: 
- Niewiele mnie to obchodzi - odparła oschle. -

Poza tym nie można skończyć czegoś, co się nigdy 
nie zaczęło. 

Petri łagodnie potrząsnął głową. 
- Nie spałem tamtej nocy. Żyję już wystarczająco 

długo, by się domyślić, że ktoś taki jak Aleksanteri, męż­
czyzna, mimo pewnych cech dziecka, i taka kobieta jak 
ty, nie zrywają kwiatków, kiedy znikają na pół nocy. 

Raija poczuła taką złość, że nawet się nie zaczer­

wieniła. 

- A ja żyję już wystarczająco długo, by zdawać so­

bie sprawę z tego, co robię, Petri. 

Zauważyła, jak drgnął jeden z jego policzków, lecz 

nie miała pojęcia dlaczego. Petri odwrócił się, tak że 
nie mogła dojrzeć jego twarzy. 

- Mam piętnastoletnią córkę, Paivi, która mówiła 

tak samo - odezwał się w końcu. - O swym związku 
z Aleksanterim. Omal nie zostałem dziadkiem... 

Raija przełknęła ślinę. 
Oczywiście uwierzyła mu. Nie miał żadnego po­

wodu, by ją okłamywać. 

- Czy on o tym wie? 
Petri podniósł głowę. Napotkał pytający wzrok 

Raiji. Kobiety, która go rozumiała, ponieważ sama 
była matką. 

- Nie - wzruszył ramionami. - To byłoby bez sen­

su. I tak by się wyparł. No i - dodał sucho - Paivi raz 
na zawsze straciłaby dobrą opinię. Gdyby Aleksante­
ri się dowiedział, że dziewczyna zaszła w ciążę, lecz 

ją usunęła, opowiedziałby o tym dalej. 

background image

Raij a wiedziała, co znaczy dobra opinia. Nigdy jej 

nie miała. 

- I co się stało? - spytała, nie z czystej ciekawości, 

ale ponieważ mu współczuła. 

- Moja córka znalazła kobietę, która pomogła jej 

się tego pozbyć... 

Raiję przeszył dreszcz. Ten ogromny, silny męż­

czyzna pobladł na twarzy. 

- Paivi omal nie straciła przy tym życia. Eija wy­

rzucała mi, że to moja wina. Że to ja ściągnąłem Alek-
santeriego do naszego domu... 

- Dlaczego zgadzasz się, by nadal z tobą pływał? 
- Należy do rodziny. Bardzo dalekiej. A u nas 

wszyscy pomagają sobie nawzajem, niezależnie od 
okoliczności. Poza tym, kiedy przebywa ze mną, je­
stem pewny, że żadnej z drogich mi osób nic z jego 
strony nie grozi... 

Raija skrzywiła się. To mało przekonujące wytłu­

maczenie. 

- Ja naprawdę potrafię się sama pilnować - rzekła 

cicho. 

Petri spojrzał na śpiące dzieci. 
- Wygląda mi na to, że nie zawsze. Santeri jest 

w stanie pobłogosławić cię jeszcze jednym. Jeżeli mu 
na to pozwolisz. 

Dzięki tej rozmowie Petri wydał się Raij i bardziej 

przystępny. Wreszcie odważyła się na niego spojrzeć. 
Wstała i podeszła kilka kroków bliżej. Usiadła na 
brzegu jego koi. Nie odrywała od niego wzroku. 

Był w tym samym co wcześniej ubraniu, ale w od­

różnieniu od trzech pozostałych, umył się. Raija wy-

background image

korzystała tę sposobność, by przyjrzeć mu się spod 
przymkniętych powiek. 

Przyznała w duchu, że nie musiał się wstydzić swe­

go ciała. 

Po chwili wahania zdobyła się na szczerość. 
- Dlaczego robisz wszystko, by pokazać mi, że 

uważasz mnie za szmatę? - spytała. Nie krępowała się 
mówić o tym, o czym kiedyś nawet nie miała odwa­
gi pomyśleć. - Dlaczego chcesz, bym czuła się jak jed­
na z tych dziewcząt, których poszedł szukać Aleksan-
teri? Nie jestem taka, Petri. Mów, co chcesz, ale taka 
nie jestem. 

Nie odpowiedział. Starał się wyglądać na zaskoczo­

nego. Zdziwionego. Chciał, by uwierzyła, że nie ro­
zumie, do czego ona zmierza. Znowu dostrzegła, że 
jeden z jego policzków drgnął. Widziała, jak drży 
mięsień przy skroni. Bardziej czuła, niż słyszała, że 
jego oddech zmienił rytm. 

- To nie tylko z powodu twojej córki i Aleksante-

riego, prawda? 

Raija wiedziała, że się nie myli. Była tego tak pew­

na, że odważyła się zapytać. 

- Bo jesteś taki sam, Petri. - Przełknęła ciężko. -

Próbujesz mnie upokorzyć, ponieważ nie różnisz się 

wiele od niego. Ponieważ byłeś wtedy w stanie zro­

bić to samo... - Raija spuściła wzrok i zaczerpnęła po­

wietrza: - Ponieważ chciałeś być na jego miejscu tam­

tej nocy. 

Głos Petriego zaskrzypiał jak piasek na brudnych 

deskach: 

- Masz o sobie wysokie mniemanie. 

background image

Roześmiał się, ale jego śmiech nie zabrzmiał prze­

konywająco. 

- Dlaczego na mnie nie patrzysz? - ciągnęła dalej. 

- Dlaczego nie wymawiasz mego imienia? Czy są­
dzisz, że jest w nim jakaś magia? Boisz się tego? Dla­
czego się tego boisz, Petri? 

- Nie boję się... 
Nadal jednak na nią nie patrzył. 
- Petri... 
Wiedziała, że wyprowadziła go z równowagi, wy­

mawiając jego imię. To dlatego tak zdradziecko drżał 
mu policzek. 

Prawie go dotykała, jej kolano mogło w każdej 

chwili trącić jego kolana. Gdyby nieznacznie się po­
ruszyła, mogłaby uczynić pierwszy krok... 

- Nie dotykaj mnie! 
Czy potrafił również czytać w myślach? 
Nie przesunął się, trwał uparcie w tej samej pozy­

cji, jak gdyby zapuścił korzenie, lecz mimo to prze­
prowadził między sobą i Raiją wyraźną granicę. 
Utworzył przepaść między swoim i jej ciałem. 

- Dlaczego nie? 
Raija uniosła dłoń, chciała ją położyć na jego dło­

ni, lecz Petri gwałtownie wstał. 

Energicznie przeszedł między kojami. Zatopił za­

ciśnięte pięści w kieszeniach. Wyszarpnął jedną rękę 
i odgarnął grzywkę z czoła. W następnej chwili wło­
sy opadły z powrotem - zawisły pewnie nad brwia­
mi, tak jak zwykle. 

Pod cienkim materiałem koszuli rysowały się na­

pięte mięśnie. Rękawy, podwinięte do łokcia, ukazy-

background image

wały jeszcze wyraźniej mocno naprężone ścięgna. 

Wreszcie uniósł głowę. Odwrócił się do Raiji. Mo­

gło to zająć najwyżej kilka sekund, lecz jej wydawa­
ło się całą wiecznością. 

Widziała, jak się poddaje. Jak przestaje udawać. 

Ssanie, które czuła w żołądku, omal jej nie zabiło. 

- Dobrze - odezwał się cicho. Stał przed nią z pię­

ściami nadal ukrytymi w kieszeniach, ale już nie tak 
spięty. Jego ciało, drżąc, powoli się odprężało. - Alek-
santeri trafił. Swoją niewyparzoną gębą trafił tym ra­
zem wyjątkowo celnie. A i ty powiedziałaś prawdę. 
Nie mogę nic dodać. Nic więcej, chociaż to się może 

wydać idiotyczne. Dokładnie opisałaś to, co czuję. 

Tak czuję. Przyznaję to. I co? Co z tego masz? Czy 
daje ci to jakąś satysfakcję, że zmusiłaś mnie, żebym 
się do tego przyznał? 

Mężczyzna, który całymi dniami się do niej nie od­

zywał, teraz nie dopuszczał jej do głosu. 

- Gdybyś nie traktował mnie z taką wyższością, ni­

gdy bym nie zgadła - odparła cicho. 

Spojrzał na nią zrezygnowany. 
- Aleksanteri widział to - rzekł oschle i usiadł cięż­

ko obok Raiji, zachowując spory odstęp. - Zachowy­
wałem się jak idiota. Bardzo żałuję. - Uśmiechnął się 
blado: - Nigdy nie powinienem ci się do tego przy­
znać, prawda? 

Raija głęboko wciągnęła powietrze. 
- Słyszałeś, żebym się skarżyła? 
Petri przyjrzał się jej dokładniej. Patrzył na nią, że­

by się upewnić, że dobrze zrozumiał. 

- Chyba tak nie myślisz. 

background image

Raija skinęła głową. 
Tkwiło to w niej przez cały czas. Ukryte. Czeka­

jąc na odpowiedni moment. 

Od chwili, kiedy Petri wypełnił sobą ziemiankę na 

odludziu, czuła to. Jak słaby pomruk. Niespokojny. 

Jednak to zdusiła. Odsunęła od siebie. Nie chciała 

się do tego przyznać. 

Wykorzystała objęcia Aleksanteriego i z lekkim 

sercem je odrzuciła. 

Dlaczego? 

Potajemnie przyglądała się innemu. Obserwowała 

go ukradkiem. Gdyby zamknęła oczy, mogłaby sobie 
przypomnieć całe mnóstwo szczegółów dotyczących 
Petriego. 

Dlaczego? 
- Nie wolno ci tak mówić! - rzucił Petri zrozpa­

czony. - Nie wolno ci tak mówić, słyszysz? Nie chcę 
o tym wiedzieć... 

Zaczerpnął powietrza i z drżeniem je wypuścił. 
- Jestem taki stary. Tak bardzo stary, że mógłbym 

być twoim ojcem... 

- Niezupełnie. 
- Mam trzydzieści pięć lat... 
- To za mało - stwierdziła. 
- Jestem żonaty... 
Raija wzruszyła ramionami: 

- I co z tego? Ja też nie jestem wolna. Nie mówię, 

że chciałabym wyjść za ciebie, mówię... 

- Nic nie mówisz! - Zamilkł na dłuższą chwilę. -

Już nigdy tak nie pomyślę... 

Raija przytuliła dłoń do jego policzka. Wzruszony, 

background image

schwycił jej rękę i przycisnął jeszcze mocniej do twa­
rzy, a potem wiele razy pocałował. Obsypał żarliwy­
mi, gorącymi pocałunkami. 

Różnił się od Ałeksanteriego, jak tylko jeden czło­

wiek może się różnić od drugiego. 

Wolną ręką objął Raiję za talię. Przyciągnął ją do 

siebie i przycisnął do silnej, szerokiej piersi. 

Drugą ręką ściskał jej dłoń między bijącymi serca­

mi obojga. 

- Raija - rzekł z nabożeństwem w głosie. 
Do tej pory starał się nie wymawiać jej imienia, sta­

rannie tego unikał. Nie rozumiała dlaczego aż do 
chwili, kiedy Ałeksanteri naprowadził ją na trop. 

Uśmiechnęła się do pochylonej nad nią zdumionej 

twarzy. Tak blisko, tak cudownie blisko. 

- O nieba, Raija! 

Rozwarł jej usta swymi wargami. Był głodny i spra­

gniony i o wiele bardziej namiętny, niż by go o to po­
dejrzewała. Cofnął głowę. Nie za bardzo. Nadal po­
chylał twarz tak blisko, że Raija czuła na swoim po­
liczku ciepło jego oddechu. 

Dotknął swym czołem jej czoła. 
- Jesteś głupim, starym dziadem, Petri Aalto - rzekł 

ponuro sam do siebie. 

Raija pokręciła głową. 

Wtuliła twarz w jego szyję. Dotknęła policzkiem 

pulsującej tętnicy. Pocałowała ją lekko, aż jęknął ci­
cho. 

- Dlaczego Ałeksanteri? - spytał. - Dlaczego nie ja? 
- Ałeksanteri okazał zainteresowanie - odparła Ra­

ija. - A ty nie. 

background image

- Jakże bym mógł? 
- Nie myśl o Aleksanterim! - poprosiła. 

Petri ukrył twarz we włosach Raiji. 
- Łatwo powiedzieć. Sprawiasz, że czuję się taki 

głupi, znowu bardzo młody. Tak łatwo mnie zranić. 
Siedziałem wtedy przy ognisku całą noc, nie wiedzia­

łaś o tym, Raiju... 

Kiedy po raz pierwszy wymówił jej imię, przeła­

mał barierę. Teraz chciał je powtarzać jak najczęściej. 

- Wyobrażałem sobie was razem. Wszystkie te 

opowieści, którymi Aleksanteri się przechwalał przez 

wiele lat, ożyły. Zastanawiałem się, czy któreś z tych 

praktyk stosował wobec ciebie... - Westchnął ciężko. 

- Zadręczasz sam siebie - rzuciła Raija. - Nigdy ci 

nie opowiem, co zaszło między mną a Aleksanterim. 

Ani tobie, ani nikomu innemu. Nikogo nie powinno 

to obchodzić. 

- Myślę o tobie i innych mężczyznach - mówił da­

lej Petri. - O wszystkim, co opowiadałaś. O wszyst­
kich imionach, które nie mają dla mnie twarzy... 

- To już przeszłość - stwierdziła Raija. - Ja nie py­

tam o Eiję, prawda? Nie pytam cię, czy miałeś inne. 

Aleksanteri zresztą i o tym wspominał... 

- Kupowane i opłacane ciała się nie liczą - zapro­

testował. - Ja także czułem się tu samotny. Także 
marzłem. - Zamilkł. - Pozostałem zmarznięty i sa­
motny również wtedy, kiedy poszły... 

Niechętnie odsunął nieco Raiję od siebie, spojrzał 

na nią. 

- Czy ja także stanę się tylko jednym z imion 

z twojej przeszłości? Kimś, kogo wymienisz, opowia-

background image

dając o swym życiu: „Petri, ten ciemnowłosy, który 
był żonaty..."? 

- Nie wiem. Nie wydaje mi się jednak, bym cię ko­

chała - odparła. - Dla mnie słowo „kochać" jest słowem 
świętym. Nie mówię go każdemu. Jest wiele rodzajów 
miłości, ale nie sądzę, by łączyła nas choć jedna z nich. 
To jest jak iskra. Jak ogień, którego nie mogę ugasić. 

- Można go ugasić. 

Jego głos przypominał chrapliwy szept. Jego oczy 

tak dziwnie płonęły. Szukał wzrokiem jej ust. Unio­
sła je ku niemu, błagała w milczeniu, by ją pocałował 
- nie prosiła na próżno. Dzielił jej tęsknotę i namięt­
ność, pocałował ją, aż jej usta zapłonęły i zaczerwie­
niły się jak róże. 

N i e pytał o pozwolenie, kiedy podążył ustami 

wzdłuż linii, gdzie szyja łączyła się z ramieniem. 

Rozpiął bluzkę Raiji do ostatniego guzika pośrod­

ku piersi, zdecydowanie zsunął z ramion szelki suk­

ni. Całował każdy odsłonięty skrawek skóry. 

Raija nie mogła nie odpowiedzieć na ten przypływ 

namiętności. Rozbudził ją, a nie umiała tylko brać. 

Pod rozpiętym kołnierzykiem koszuli Petriego było 

jeszcze kilka guzików. Rozpięła je szarpnięciem, a na­
stępnie pokryła jego pierś pocałunkami. Lekkimi, drob­
nymi odciskami warg. Objęła mocno szerokie ramiona. 

Petri nie posunął się dalej. Jego usta ześliznęły się 

z miękkiej skóry Raiji. 

Niemal po ojcowsku zaciągnął szelki na miejsce. 

Raija czuła się niemal oszukana. 

- Przyznaję, że pragnę więcej - rzekł ochrypłym 

głosem. Jego oddech nadal był nierówny. 

background image

Odsunął jej ręce. 
- Nie utrudniaj mi jeszcze bardziej, Raiju! - poprosił. 
- Czy to także nazywasz nieprzyzwoitym? - Raija 

nie potrafiła ukryć rozczarowania. 

Petri zaprzeczył. 

- Oczywiście, że nie. Ale nie chcę, żeby chłopcy 

odnieśli wrażenie, że każdy może cię mieć. Na razie 
nie są pewni, czego się po tobie mogą spodziewać. 
Wiemy o tobie i Santerim. Gdyby nas teraz zobaczy­
li razem, kiedy wrócą... 

Petri nie dokończył. 

- Oni długo nie wrócą! - wybuchnęła Raija. 

Petri pozostał jednak stanowczy. 
- Nie tym razem - szepnął. Zaraz jednak wbrew 

własnym słowom przyciągnął Raiję ku sobie. - Pra­
wie nie mam odwagi cię tknąć - wyznał. 

- Zrób to! 
Raija sama rozwiązała górę sukni, po czym całkiem 

ją zdjęła. Pozwalała Petriemu się dotykać. Chciała, by 
zapamiętał ją dotykiem rąk. 

Wśliznęli się pod skórę na pryczy. 
Wszelkie postanowienia się rozwiały. 
Usta obojga nie chciały się rozstać, ręce znalazły 

tak wiele. 

- Jeżeli to nie jest miłość, to mam nadzieję, że nigdy 

nie będę kochał - jęknął Petri. - Umarłbym od tego. 

- Nie mów tyle. 
Raija jedną ręką obejmowała Petriego za szyję, 

drugą zaś niemal niepostrzeżenie rozluźniła pasek je­
go spodni. Petri zauważył to, ale nie znalazł żadnego 
powodu, by zaprotestować. 

background image

Było cudownie. Po prostu cudownie. 
Nie mógł się powstrzymać, by nie wsunąć ręki pod 

spódnicę. Napotkał ciepłą, nagą skórę. Zakręciło mu 
się w głowie, kiedy się zorientował, że pod spódnicą 
i koszulą Rai ja nic więcej nie ma. 

Nie zdążył okazać swego zdumienia. Ona nawet 

o tym nie pomyślała. 

Po prostu nie mogli się od siebie oderwać. Oboje 

poczuli iskrę, która rozpaliła szalejący ogień. Pożar. 

Dawno już byli gotowi, kiedy Petri ułożył się nad Ra-

iją i powoli w nią wszedł. Znaleźli wspólny rytm i po­
prowadzili się nawzajem w niepohamowanej namiętno­
ści ku apogeum, które przeżyli wspólnie. Razem. 

Nie wypuścił jej z objęć. 
Chciał ją przytulać. Bał się, że ją straci. Pragnął 

chłonąć wszystko, co przypominało Raiję i tę krótką 
podróż do niezwykłego i cudownego raju. 

- Czy to już koniec między nami? - spytał cicho. -

Tak jak z tobą i Aleksanterim? 

- Wiesz dobrze, że jesteś zupełnie inny niż on. Nie 

wiem, czy kiedykolwiek zdołam się od ciebie uwolnić. 

background image

Potem musieli udawać. Okazało się to trudne i bo­

lesne. Nikt nie mógł się dowiedzieć. Nikt nie mógł 
się niczego domyślić. 

Raija była jedyną kobietą w tym świecie mężczyzn 

- w świecie, w którym kobieta kojarzyła się tylko z jed­
nym, a nie było to ani gotowanie, ani koleżeństwo. 

Petri usłyszał wiele pieprznych komentarzy, kiedy 

wyszło na jaw, że ma gościa w baraku. 

- Petri robi, co może, żeby zadowolić swoją zało­

gę - uśmiechali się gruboskórni rybacy, pocierając 

w zamyśleniu brody. 

- Jak tam, czy wam się nie znudziła? Może daliby­

ście innym skosztować trochę jej jędrnego ciała dla 
odmiany od tych suchych dziwek, urzędujących tu co 
roku... 

- Raija nie jest taka, jak myślicie. - Oczy olbrzy­

ma znad Zatoki Botnickiej ciskały iskry. 

- Możemy myśleć to, co nam się podoba... 
Mężczyźni śmiali się, ani przez moment nie wie­

rząc w to, by Petri albo któryś z jego załogi nie tknął 
dziewczyny. Nie rozumieli tylko, dlaczego robią z te­
go taką tajemnicę. 

Baba pozostanie babą. Nie widzieli żadnego powo­

du, dla którego tamci mieliby się zapierać w żywe 

background image

oczy po to tylko, żeby oczyścić imię kobiety - kobie­
ty, która w dodatku przyszła razem z rybakami, 

Aleksanteri stał się podejrzliwy. 
Obserwował Raiję i Petriego kątem oka. Bezwstyd­

nie podsłuchiwał ich rozmowy, kiedy sądzili, że są sa­
mi. Wracał niespodziewanie, kiedy wszyscy byli pew­
ni, że wyszedł na dłużej. 

Ale niczego nie wskórał. 
Tej soboty połów się nie udał. 
Wypłynęli, kiedy jeszcze perliła się nocna rosa. 

Wcześnie, lecz nie byli pierwszymi na morzu. 

Złowione ryby rzucały się ciężko na dnie łodzi, się­

gały im ledwie do kostek. 

- Mało, żeby świętować - zauważył Petri. 
Zapadała już noc. Nie jedli cały dzień. 
Aleksanteri roześmiał się głucho: 
- Mówisz, świętować. Ty, który jako jedyny z nas 

się nie bawisz. Siedzisz tylko w baraku. Nie dowcipku­
jesz z innymi i nie chodzisz na tańce. Nie rozglądasz 
się za dziewczętami, a tym bardziej nie myślisz o czymś 

więcej. Nie rozmawiasz z innymi chłopakami. Nawet 

się nie napijesz. Jak tak dalej pójdzie, będziesz się mu­
siał wkrótce postarać o sutannę i koloratkę. 

Aleksanteri zamknął powieki i złożył dłonie -

przez chwilę przedrzeźniając towarzysza. Potem rzu­
cił się do wioseł, starając się rozładować napięcie. 

- Dobrze mi z tym - odparował Petri. 
- Właśnie to mnie dziwi: wydajesz się zadowolony, 

chociaż, o ile wiem, nie jesteś taki święty. Przyznaj 
się, że bawicie się cholernie dobrze... 

- Jesteś na fałszywym tropie, Aleksanteri! 

background image

- Nie wmawiaj mi, ojcze Petri, że i tobie nie ciek­

nie ślinka na jej widok. Dobrze cię znam, stary, 
i wiem, że zawsze miałeś oko na kobiety. 

- Dlaczego zawsze myślisz, że wszyscy są dokład­

nie tacy jak ty? - westchnął Petri. Zaraz jednak sobie 
uświadomił, że znalazł się na cienkim lodzie. Powi­
nien być ostrożny, bardzo ostrożny. 

- Jeżeli się do niej jeszcze nie dobrałeś - mówił da­

lej Aleksanteri poufałym tonem - to musisz na chwi­
lę zapomnieć o nieśmiałości. Jest naprawdę gorąca. 
I tobie powinno się to spodobać... 

- Okazałbyś jej więcej szacunku - rzekł twardo Pe­

tri. Kostki jego dłoni zbielały na rękojeści wiosła 
i Aleksanteri zastanawiał się, czy udało mu się trafić 

w czuły punkt towarzysza. 

- Więcej zainteresowania z twojej strony trafiłoby 

bardziej w jej gust - uśmiechnął się Aleksanteri z nie­
bezpiecznym błyskiem w oku. - Dziewczyna musi 

wprost usychać z tęsknoty. Wkoło roi się od męż­
czyzn, ale żaden z nich nie jest na tyle dojrzały, by 
zaproponować poważną grę. 

- Jest tyle innych, z którymi możesz się zabawiać -

rzucił lodowatym tonem Petri. - Trzymaj swoje łapy 
z dala od Raiji, bo inaczej pożegnasz się z naszą załogą. 

Aleksanteri zrozumiał, że nie są to czcze pogróżki. 
- Doprawdy nie wierzę, że nic cię z nią nie łączy -

rzekł. - Pewnego dnia będę mógł to udowodnić. 

- Nie sądzę - odparł Petri, lecz w głębi ducha nie 

czuł się wcale bezpieczny. 

background image

Dali początek czemuś, czego nie byli w stanie za­

trzymać. Żadne z nich nie wiedziało zresztą, czy te­
go chciało. 

Byli czujni jak nocni złodzieje. Musieli zachowy­

wać się tak cicho, żeby nie pobudzić dzieci. Działać 

tak szybko, żeby nikt ich nie zaskoczył. Ukradkowe 
spojrzenia. Pośpieszne pocałunki. Szybkie ruchy rąk. 
Nerwy w nieustannym napięciu, ciągła gotowość, że­
by usłyszeć każdy podejrzany dźwięk. Zdążyć odsko­
czyć od siebie na odgłos kroków na zewnątrz. A po­
tem odnaleźć siebie znowu. Rozmawiać cicho, nie dać 
się porwać na tyle, by osłabić czujność. Gdyby nie cu­
downa świadomość, że mają siebie, żadne z nich nie 
zniosłoby takiego życia. 

Takie poczucie jedności pomagało im w świecie, do 

którego żadne z nich w pełni nie pasowało. 

Pomagała im świadomość, że to, co trudne i bole­

sne, może znaleźć ujście. Że mogą dzielić tę odrobi­
nę radości i wspólnie cieszyć się pojedynczymi pro­
mykami słońca. 

- Dziś wieczorem na nabrzeżu są tańce - powie­

dział Aleksanteri do Petriego, kiedy po powrocie 
zmywali z siebie słoną wodę. 

Raija dostała swoją zasłonę, nie musiała się nawet 

wybierać po nią do Vardo. Petri się o to postarał. Ka­
wałek materiału, przewieszony w poprzek baraku, 

dawał odrobinę intymności. Raija mogła oddzielić 
dzieci od tego, czego nie powinny oglądać. Mogły jed­
nak nadal wszystko słyszeć, a Elise i Maja zaczynały 
już rozumieć większość fińskich słów i zwrotów. 

Również mężczyznom zasłona umożliwiała wiek-

background image

szą swobodę. Chociaż żaden z nich nie krępował się 
zdejmować koszuli na oczach Raiji, to jednak mycie 
się w obecności kobiety mężczyźnie nie przystało. 

- Zawsze dobrze tańczyłeś - dodał Aleksanteri. 

W jego głosie nie było kpiny, ale raczej odrobina za­
zdrości. - Sam mówiłeś, że wyruszasz na połowy rów­
nież po to, żeby znowu móc tańczyć. Odkąd Eija sta­
ła się taka religijna... 

- Zostaw Eiję w spokoju! 
Petri namydlił włosy ku wielkiej uciesze pozosta­

łej trójki. 

- O, Petri na pewno wybiera się na tańce - uśmiech­

nął się jeden z braci Koski. - Tak dokładnie nie mył 

się nawet na Boże Narodzenie. 

Petri nie odezwał się ani słowem. Wycierał się, 

drżąc z zimna, bo choć nieustannie podtrzymywali 
ogień w palenisku, wieczorami, kiedy wiało od mo­
rza, w baraku robiło się chłodno. Lodowaty oddech 
nie łagodniał aż do połowy lata, a do tego jeszcze bra­
kowało trochę czasu. 

Raija wyśliznęła się ze swego kąta. Starała się nie 

rzucać w oczy, lecz żaden z mężczyzn nie omieszkał 
zwrócić na nią uwagi. 

Odgarnęła włosy z twarzy i związała je na karku 

w węzeł. Choć starała się wyglądać skromniej niż 

zwykle, nieświadomie podkreśliła ładne rysy twarzy. 
Zazwyczaj zwracano uwagę na jej włosy, teraz każdy 
mógł zobaczyć jej piękne usta, nos, oczy. Nawet 
smutne codzienne ubranie nie mogło tego ukryć. Zi­
ma i tułaczka sprawiły, że zeszczuplała i nabrała siły, 
choć jeszcze niedawno obawiała się, iż będzie gruba 

background image

jak właścicielka kramiku. Teraz znowu była wiotka 
niczym dziewczynka - nie tak bardzo różniła się od 
tej, której nie mógł się oprzeć Mikkał owego lata, kie­
dy ich losy potoczyły się w odmiennych kierunkach. 

Petri zdawał się nie zauważać jej obecności. Usunął 

się tylko nieco w bok, żeby mogła przejść do garnka. 
Uczynił to jednak na tyle wolno, że trąciła go łokciem. 

Prawie niedostrzegalne, naturalne dotknięcie. 
Przypadkowe. 
Tak inni powinni to zrozumieć. 
Raija wykazała się sprytem - uśmiechnęła się tyl­

ko nieznacznie. Niby przepraszająco, tak jakby się 
uśmiechnęła do każdego. 

Nie zwrócił na nią uwagi. Pozostał niewzruszony, 

stanowczy i bardzo pewny siebie. 

Szybko włożył czystą koszulę. W rogu baraku pię­

trzyły się robocze ubrania. 

Raija wystawiła na zewnątrz balię, w której w koń­

cu powinny wylądować. Całe niedzielne przedpołu­
dnie zamierzała stać z rękami po łokcie w wodzie, 
ugniatając rzeczy do czysta. Mężczyźni twierdzili, że 
niepotrzebnie, ale dziewczyna upierała się przy swo­
im. Nawet robocze ubrania nie powinny tak zarosnąć 
brudem, żeby same stały. 

Petri wiedział, że Aleksanteri nieustannie ich ob­

serwuje. Nie miał do niego zaufania. 

Po pierwsze dlatego, że Santeri mógł o wszystkim 

powiedzieć Eiji. Lecz o wiele bardziej Petri obawiał 
się tego, że tamten mógł zaproponować Raiję jako ta­
nią rozrywkę całej flocie rybaków. 

Aleksanteri nie lubił być odtrącany. A do tego jesz-

background image

cze przegrać z kimś tak dobrze sobie znanym, jak Pe-
tri! Byłby zdolny uprzykrzyć Raiji życie. 

Petri zapiął skórzane spodnie. Lubił je. Były mięk­

kie, dobrze układały się wzdłuż ciała, nikt nie mógł 
poznać, czy są brudne, były niezniszczalne - a Raija 
powiedziała, że ładnie w nich wygląda. 

- Porządna sauna! - westchnął Aleksanteri. - Wie­

le bym dał za porządną saunę! 

Nawet Raiji zabłysły oczy.  O n a także rozumiała tę 

tęsknotę. 

Jedli z pośpiechem. Przełykali zupę ugotowaną 

z ryb i mąki. Wlewali ją w siebie, choć groziło to wy­
paleniem wnętrzności. 

- Trzeba nabrać sił, kiedy się chce świętować -

stwierdził Aleksanteri. - Co ty na to, Petri? Chyba nie 

po to cały ten szyk, żeby siedzieć w domu? A może jest 
ktoś, komu się chcesz pokazać z najlepszej strony? 

Raija przyzwyczaiła się już do tych przekomarzań, 

ale i ją one męczyły. 

Za wszelką cenę należało utrzymać związek z Pe-

trim w tajemnicy. Nic nie mogło się wydać. A to by­

ło bardzo trudne. 

Bardzo impulsywnej z natury Raiji tłumienie 

uczuć sprawiało prawdziwy ból. 

Nie mogła zapomnieć dla Petriego o Mikkalu, ale 

odnosiła wrażenie, że właśnie od Petriego mogła 
oczekiwać niemal tego, co tylko Mikkal byłby w sta­
nie jej dać. 

Gdyby mu na to pozwoliła, ten surowy, postawny 

mężczyzna mógłby stać się dla niej kimś o wiele wię­
cej niż Reijo. 

background image

To ją przerażało. 
Znali się tak krótko. 
Wszystko wydawało się takie nierealne. 
- Dziś wieczorem przedstawimy innym Raiję -

rzekł nagle Petri. 

Raija znieruchomiała. Co miał na myśli? 
Z kamienną twarzą spojrzał jej w oczy. Jakże po­

trafił być zimny! 

- Pójdziemy na nabrzeże wszyscy razem - mówił 

dalej Petri. - Każdy z was musi ją traktować z sza­
cunkiem. Ten, który postąpi inaczej, będzie miał póź­
niej ze mną do czynienia. 

Zapadła cisza. 
- Jeżeli jakiś z rybaków weźmie Raiję za kogoś in­

nego, naszym obowiązkiem będzie wyprowadzić go 
z błędu. Za wszelką cenę. 

Raiji to się nie podobało. 
- Nie chcę, byście mnie pokazywali. 
Petri westchnął. Z powagą położył swoją wielką dłoń 

na obu jej dłoniach. W tym całkiem naturalnym geście 
nikt nie mógł dopatrywać się niczego szczególnego! 

Raiję przeszył dreszcz. Dreszcz rozkoszy. Minęło 

wiele dni od czasu, kiedy jej dotykał. Brał ją w ramio­

na. Wczesnym rankiem lub późnym wieczorem. Te­
raz, po połowach, mężczyźni byli tak zmęczeni, że 

zasypiali, zanim zdążyli zdjąć buty. Mógł jej tylko 
przesłać spojrzenie. Szybkie spojrzenie, zanim kto­
kolwiek coś zauważył. 

Zapomniała, jak to jesc Ze jego ręka jest taka ciepła. 
Podniosła wzrok. Nie mogła inaczej. Pragnęła dać 

mu do zrozumienia, że jest przeciwna temu, co za-

background image

proponował. Nie wiedziała, czego się nasłuchał, co 
zmusiło go do takiej decyzji. Nie rozumiała tego. 

Wszystko się w niej buntowało. 

- Ja nie chcę! 
- Nie sprzeciwiaj się i nie zachowuj jak dziecko! 
Aleksanteri mrugnął do niej. Porozumiewawczo. 

Gdyby wiedział, co Raiję łączy z Petrim... 

- Prawie nie wychodzisz z domu, kiedy mężczyź­

ni są na lądzie - rzekł Petri. 

Ciemne oczy patrzyły prosto na nią. Raija sądziła, 

że potrafi w nich dojrzeć ciepło i czułość, lecz teraz 
nie była tego pewna. Być może starał się to ukryć. 
A może tylko to wymyśliła? 

- Mówią o tobie. Mówią więcej, niż potrafisz so­

bie wyobrazić, więcej niż wypada. W końcu któryś 
z nich okaże się tak ciekawski, że postanowi sam się 
przekonać, jak jest naprawdę. Nie chciałbym ryzyko­

wać spotkania z całą hordą mężczyzn przekonanych, 
że jesteś do ich usług jak inne kobiety, które tu wi­
dzą... które z tego żyją. 

- I chcesz temu zapobiec, zabierając mnie na zaba­

wę, która jest jednym wielkim pijaństwem? 

- Staniesz się mniej tajemnicza. Przestaną o tobie 

tyle gadać! 

Raija potrząsnęła głową. 
Petri wypuścił jej ręce. 
- Nie mogę zostawić dzieci. 
Petri westchnął. Zagrał kartą, której nie miał za­

miaru wykorzystać: 

- Robiłaś to już wcześniej, prawda? Aleksanteri 

może chyba to potwierdzić? 

background image

Zraniona i zła spojrzała na niego. Petri był nieustę­

pliwy. Jeden z jego policzków lekko drgał. Tak do­
brze znała ten tik. 

Aleksanteri zauważył to. Jego oczy zwęziły się, kie­

dy dostrzegł rozczarowanie Raiji. Na moment się za­
pomnieli. 

Czymś mi tu pachnie, pomyślał. Pachnie czymś 

więcej niż zepsutą rybą. 

- Nie bój się - zwrócił się do Raiji. - Wszyscy tam idą, 

żeby się rozerwać. Chyba że ty i Petri zamierzacie sie­
dzieć w domu i patrzeć na siebie przez kolejny wieczór. 

Żadne z nich nie spytało, co chciał przez to dać do 

zrozumienia. Aleksanteri uznał ich milczenie za błąd. 

Ale to jeszcze niczego nie dowodziło. 

- Raija włoży piękną suknię i pokaże, jak tańczy -

rzekł beztrosko. W jego oczach pojawił się diabelski 
błysk. Uśmiechnął się jeszcze szerzej: - Wciągniemy 
balię, żeby się mogła wykąpać. Nie poczuję się urażo­
ny. Nie będę ani trochę zakłopotany z tego powodu. 

Wzrok Raiji mógłby skruszyć głaz. 
Aleksanteri się roześmiał. Petri nieznacznie się 

uśmiechnął. 

Dziewczyna niechętnie dała się przekonać. 
Za zasłoną znalazła jedyną sukienkę, która ocalała 

w drodze na wschód. Została uszyta z lekkiego mate­

riału, drobne kwiatki o intensywnych barwach pod­
kreślały urodę Raiji. Przywoływała wyłącznie dobre 

wspomnienia, była to jedna z sukienek znalezionych 
w domu Cathariny. 

Jedna z najskromniejszych, lecz Raiji i mężczyznom 

na surowym wybrzeżu zdawała się wprost cudem. 

background image

Raija rozwiązała węzeł na karku, szybko przecze­

sała włosy kościanym grzebieniem. Przesunęła palca­
mi po bransoletce, którą dostała od Aleksie ja. O przy­
pięciu broszki nawet nie pomyślała. 

Nie powinna mieszać do tego Mikkala. Nie chcia­

ła we wspomnieniach łączyć Petriego z Mikkalem. 
I na odwrót. Obaj nigdy nie powinni się o sobie do­

wiedzieć. 

Obaj znaczyli dla niej zbyt wiele. Byli zbyt szcze­

gólni. Bransoletka również została na miejscu. 

Petri powiedział, że myśl o tych, którzy przed nim 

byli dla Raiji ważni, sprawia mu przykrość. 

Chociaż oboje nie stawiali sobie nawzajem żad­

nych żądań, był zazdrosny. 

Nie mogła dodatkowo przysparzać mu trosk. Za 

bardzo go lubiła. 

- Wyglądasz cudownie - szepnęła Elise z uznaniem 

ze swej koi. Przytulała do siebie Idę, którą miała się 
zaopiekować podczas nieobecności Raiji. - Musisz 

dziś być wesoła, mamo - mówiła dalej tonem doro­
słej osoby. - Już się prawie przestałaś uśmiechać. 

Nawet Maja musiała dotknąć materiału sukienki 

i objąć Raiję za szyję, zanim pozwoliła matce uści­
skać Knuta. 

Raija miała wyrzuty sumienia. Dobra matka nie 

opuszcza swoich dzieci. Tym bardziej nie z takiego 
powodu, jakim są tańce. Tym bardziej nie z takiego 
powodu, by w tańcu zarzucić ręce na szyję żonatemu 
mężczyźnie. Poczuć znowu jego ciało blisko swego 
i nie pragnąć niczego więcej. 

Porządne matki tak nie postępują. 

background image

Spodziewała się, że mężczyznom spodoba się to, 

że się ładnie ubrała. 

Ale nie sądziła, że zrobi na nich tak ogromne wra­

żenie. Nie pomyślała, że minęło wiele miesięcy od 
czasu, kiedy po raz ostatni widzieli kobietę, którą 
mogli traktować z pewnym szacunkiem. A już tym 
bardziej nie przywykli do tego, żeby kobiety tak się 
stroiły. Raija zapomniała już o tym, że kiedyś przez 
krótki czas była szanowaną żoną wójta, choć nie za­
znała wtedy wiele szacunku. 

Aleksanteri gwizdnął przeciągle i nie mógł się po­

wstrzymać, by nie zmierzyć jej wzrokiem od stóp do 

głów. 

- Brak mi słów - mruknął, zawiesiwszy wzrok 

u rozcięcia przy szyi. Raija zdawała sobie sprawę, że 
być może jest zbyt śmiałe, ale nigdy nie potrafiła do­
brze szyć, musiało więc takie pozostać. 

Bracia Koski tak wlepiali w nią oczy, że wydawa­

ło się, iż wyskoczą im z orbit. Obu zapłonęły policz­
ki, aż Raija poczuła się zakłopotana. 

Na Petriego nie śmiała spojrzeć. Bała się tego, co 

może zobaczyć na jego twarzy. Nie zniosłaby jego 
pogardy. Oby tylko nie pomyślał, że chce się upodob­
nić do tych kobiet, które zarabiały, sprzedając siebie! 
Pragnęła jedynie ładnie wyglądać. Przede wszystkim 
dla niego. Musiał to zrozumieć! 

- O dobry Boże! - szepnął Petri. Na kilka sekund 

zupełnie wypadł z roli. 

Aleksanteri poczuł, jak budzi się w nim myśliwy. 

Zapragnął ponownie zdobyć Raiję. Przekonać się, że 
jest w stanie tego dokonać również wtedy, gdy Raija 

background image

wygląda piękniej niż kiedykolwiek, kiedy jest bar­

dziej pociągająca niż którakolwiek ze spotkanych do 
tej pory kobiet. 

Petri poczuł, jak na krótką chwilę zamarło w nim 

serce. Potem wszystko w nim zapłonęło, a uczucia 
stały się tak intensywne, że nie był w stanie nad ni­
mi zapanować. Omal nie wyciągnął ramion i nie przy­
tulił dziewczyny do siebie. Spojrzał tylko raz na Ra-
iję w tym stroju i to wystarczyło, żeby zupełnie ode­

chciało mu się pokazywać ją komukolwiek. 

Zapragnął ukryć ją przed całym światem, a przede 

wszystkim przed tymi nieokrzesanymi rybakami, 
którzy przywitają ją docinkami. 

Nie chciał, by jakikolwiek inny mężczyzna ją oglą­

dał. To powinno być zarezerwowane dla niego i tyl­
ko dla niego. 

- Czy to mądry pomysł, żeby zabierać ją ze sobą? 

- spytał Aleksanteri, nie odrywając od Raiji wzroku. 
- Jeśli wolno mi coś powiedzieć, to stratują nas, Pe­
tri. A kobiety wydrapią jej oczy. Nigdy nie zostały 

wystawione na podobną próbę sił, a jest wśród nich 
kilka takich, które już nie raz przegrały. 

- Rai ja pójdzie z nami - rzekł Petri. Jego głos nie­

co drżał, mimo że robił wszystko, żeby nad nim za­
panować. Odczuwał taki sam lęk jak Aleksanteri, ale 
uważał, że już nie ma odwrotu. Chociaż najgorsze 
czekało właśnie Raiję. - Z nami będzie bezpieczna. 

Aleksanteri odchylił się do tyłu i skrzyżował ręce 

na karku. 

- Mogę cię zapewnić, Petri, że nie będzie bezpiecz­

na, jeżeli będę miał to szczęście, by znaleźć się z nią 

background image

sam na sam. Mam też pewne wątpliwości co do jej 
bezpieczeństwa, gdy znajdzie się sama z tobą. Dlate­
go też będę ją miał na oku. I ciebie... 

Raija uważała, że szal nie pasuje do reszty stroju. 

Miał zszarzały brązowy kolor, w dodatku był znisz­
czony i brzydki. Płaszcz, o który bardzo dbała, wy­
dawał się za to zbyt elegancki, chociaż też już nosił 
ślady długiego używania. Poza tym był ciepły, zimo­

wy, a mieli przecież środek lata. 

Petri rozwiązał kłopot w prosty sposób, zarzuca­

jąc Raiji na ramiona swą obszerną kurtkę z garbowa­
nej skóry. 

Dzięki temu dziewczyna nie rzucała się tak bardzo 

w oczy. Od razu też stawało się jasne, że nie jest Pe-

triemu zupełnie obojętna. 

Naprawdę sprytnie pomyślane, zauważył Aleksan-

teri, kiedy wychodzili razem z baraku. 

Raija szła o pół kroku za blisko Petriego, lecz tyl­

ko Aleksanteri zwrócił na to uwagę. Tylko on dopa­
trzył się w tym czegoś więcej. 

- Przypisałeś ją sobie, Petri. Nie przypuszczałem, 

że możesz być taki chytry. 

- Nie doszukuj się w tym niczego szczególnego! 
Raija zmusiła się, by prosto trzymać głowę. To by­

ło gorsze, niż sobie wyobrażała. 

Chciałaby się ukryć w bezpiecznych objęciach Pe­

triego, ale nie mogła. 

Jego kurtka dawała cień bezpieczeństwa, lecz nic po­

za tym. Chciał jej okazać, że się nią opiekuje, że się o nią 
troszczy, ona jednak o wiele bardziej chciałaby poczuć 
na swoich ramionach jego rękę niż tę nędzną kurtkę. 

background image

Z pewnością nie był jedynym żonatym mężczyzną, 

który miał tutaj inną. Mogłaby się założyć o cokol­
wiek, że zarówno kawalerowie, jak i żonaci przeży­
wali w czasach połowów przygody miłosne. 

Być może nie tak poważne jak ta, której Raija i Petri 

nie chcieli spojrzeć prosto w oczy, lecz Petri nie był je­
dynym, który zdradzał kobietę pozostawioną w domu. 

Nieopodal siedział jakiś człowiek z dziwnym instru­

mentem strunowym. Lewą ręką przebierał na długiej 
szyjce instrumentu, podczas gdy prawą wydobywał 
smutną melodię z dużego, okrągłego pudla, trzymane­
go na kolanach. Kolory przywiodły Raiji na myśl Jew­
gienija i jego żaglowiec, pomalowany - podobnie jak 
ten instrument - na najbardziej nieprawdopodobne 

kolory. I chociaż jeden odcień zabijał inny, całość spra­
wiała radosne wrażenie. 

- Co to takiego? - spytała Raija, skinąwszy głową. 

Nie chciała pokazywać ręką. 

Aleksanteri wzruszył ramionami: 
- Myślę, że to rosyjski instrument. Ten człowiek 

wygrał go chyba od jakiegoś marynarza. Całkiem ład­
nie brzmi. Ale kiedy się tańczy, to i tak nie słychać, 

co gra. Czuję się, jakbym był w domu. Prawie. 

Zaczynali zwracać na siebie uwagę. 
Przez tłum przeszedł szmer, wokół cichły rozmowy, 

aż nagle stało się zupełnie cicho. Słychać było jedynie 
śpiew fal uderzających o brzeg i delikatne dźwięki ob­
co brzmiącego instrumentu. Wkrótce i one ucichły. 

Raija jeszcze nigdy w życiu nie czuła się tak nie­

swojo. Dookoła skupiło się kilka tuzinów mężczyzn. 
Czuła na sobie ich spojrzenia kłujące niczym noże. 

background image

Wiedziała, że mierzono ją, oceniano. Czuła, jak ich 
pożądliwe oczy rozbierają ją. Nienawidziła tego - nie­
nawidziła z całej duszy! 

Jedna z rąk wysunęła się, ażeby zsunąć kurtkę z ra­

mion Raiji, lecz nie zdążyła jej dosięgnąć. 

Petri schwycił brutalnie mężczyznę za nadgarstek. 

Wykręcił mu rękę. Twarz miał jak z kamienia. 

-  O n a nie należy do tego rodzaju kobiet! 
Rozległ się śmiech. 

Petri puścił rękę mężczyzny i pchnął go w pierś, 

tak że tamten runął do tyłu, wpadając w tłum. 

Nikt nie odważył się wystąpić w pojedynkę. Petri 

był zbyt silny. 

- Finowie najwyraźniej nie lubią się dzielić - rzu­

cił ktoś z tyłu grupy. Trudno było odgadnąć, kto to 
powiedział. - Ale gdyby wam się znudziła... 

Śmiech nie budził wątpliwości. 

- Pieniądze załatwią wszystko. - Przez tłum prze­

cisnął się postawny mężczyzna. Stanął na szeroko 
rozstawionych nogach przed Petrim, zmierzył go 
spojrzeniem. Był mu niemal równy wzrostem. Wysu­
nął dłoń pełną monet. - To powinno chyba ukoić tę­
sknotę na jedną noc? - spytał wprost. 

Raija poczuła mdłości. 
Petri nawet nie mrugnął. Zamachnął się, uderzył 

zaciśniętą pięścią i mężczyzna upadł z hukiem. Lśnią­
ce monety potoczyły się po ziemi, a wszyscy rzucili 
się, żeby je zbierać. 

- Raija nie jest taka! - zagrzmiał Petri. - To porząd­

na dziewczyna! 

Kilka kobiet towarzyszących zwykle rybakom ro-

background image

ześmiało się. Również one dokładnie obejrzały Raiję, 
lecz im nie spodobało się to, co ujrzały. 

Najlepszym rozwiązaniem byłoby jakoś ją wyeli­

minować. Gdyby bowiem i ona sprzedawała się męż­
czyznom, tutejszym dziewczętom nie pozostałoby 
nic innego, jak się spakować. Lecz jako obiekt wes­
tchnień dla rybaków... Niech sobie na nią patrzą, to 
tylko zaostrzy ich apetyt na płatną miłość... 

- Każdy, kto zapomni, że jest nietykalna, będzie 

miał ze mną do czynienia - dodał Petri. 

- I ze mną! - Aleksanteri wysunął się krok naprzód. 

Stanął po drugiej stronie Raiji. Nie wiedział dokład­
nie, dlaczego to uczynił, ponieważ dobrze zdawał so­
bie sprawę, że nie ma czego szukać u jej boku. 

To za Petrim Rai ja niespokojnie wodziła oczami. 

Tapio i Markku poszli w ślady swych towarzyszy. 

Zrobili to niemal odruchowo. Niewielu mogłoby się 
wystraszyć ich w pojedynkę, lecz razem z Petrim 
i Aleksanterim tworzyli tak silną grupę, że zgroma­
dzeni wokół rybacy uznali, iż lepiej będzie skupić się 
na czymś łatwiejszym do zdobycia. Na kimś, kogo 
można nie tylko oglądać, lecz również wolno dotknąć. 

- Uderzyłeś Korneliusza z Senji - krzyknął ktoś 

z tłumu. - To żądny zemsty szatan, nie daruje niko­
mu, kiedy jest pijany. 

- Właśnie sobie popił i bardzo się rozjuszył - do­

rzucił ktoś inny. 

Petri spojrzał na Raiję. W jego oczach krył się nie­

pokój. 

Aleksanteri poklepał go po ramieniu. 
- Nie masz wyboru, stary. Bierz Raiję i ukryjcie się 

background image

gdzieś przynajmniej do jutra. Nie chcemy, żeby jakiś 
urażony drań zrobił ci coś złego, Petri. Albo na od­

wrót. - Skinął głową ku zachodowi: - Tam znajdzie­

cie kilka opustoszałych chat. To niedaleko stąd... 

- Skąd o tym wiesz? 
Aleksanteri uśmiechnął się dwuznacznie: 
- Musiałem kiedyś z nich skorzystać. Dobrze mieć 

w zanadrzu taką kryjówkę. 

- A co z dziećmi? 
Aleksanteri wzruszył ramionami: 
- Możemy to określić w ten sposób, że my we 

trzech zrezygnujemy z dzisiejszych rozrywek i wró­
cimy do domu. Nie sądzę, żeby miało się stać coś złe­
go, jeśli ten drań nie znajdzie ciebie lub Raiji. 

Petri walczył sam z sobą. 
Aleksanteri chyba nie wiedział, co im proponuje. 

A może jednak? 

Poza tym nie chciał okazać się tchórzem. Nie po­

winien uciekać przed jakimś pijakiem. 

- Korneliusz jest szalony, kiedy sobie wypije - rzu­

cił ktoś, kto znal tego awanturnika. - Tej zimy na Lo-
fotach omal nie zamordował pewnego człowieka. 

Raija schwyciła Petriego za rękę. Już nie myślała 

o zachowaniu pozorów. 

- Nie możemy tu zostać - powiedziała. - Nie chcę 

patrzeć, jak ktoś cię zabija, Petri! 

Jeżeli Aleksanteri miał do tej pory jakiekolwiek 

wątpliwości, to teraz był już pewien. Sposób, w jaki 
wypowiedziała to imię, mówił sam za siebie. 

Zabolało. Potwornie zabolało. Nigdy dotąd nie 

czuł niczego podobnego. 

background image

Nikt nigdy nie wymówił imienia Aleksanteriego 

w ten sposób. Nikt na niego tak nie patrzył. Poczuł 

się nagle straszliwie żałosny. 

To nie w porządku, że właśnie Petriemu tyle ofia­

rowała. Jemu, który miał dom i dzieci, Eiję. Aleksan-
teri dobrze wiedział, jaka była Eija, jakie nędzne było 
małżeństwo Petriego. Nie powinien więc zazdrościć 
mu ciepła. Zazdrościć mu tego uczucia... Ale to bolało. 

- Uciekajcie! - rzekł stanowczo. W jednej chwili 

stał się starszy niż Petri. - I niech was tu nie widzę, 
dopóki się nie upewnicie, że najbardziej pijany z pi­
janych dzisiejszej nocy nie wytrzeźwiał! - Uśmiech­
nął się: - I postarajcie się robić to, co ja bym zrobił! 

Raija złapała Petriego za rękę. Pociągnęła go za so­

bą, chociaż ten nadal nie był pewien, jak postąpić. 

Czuła się szczęśliwie nieodpowiedzialna - przynaj­

mniej tej jednej nocy. 

background image

Znaleźli chaty. Jedna wydawała się bardziej zrujno­

wana od drugiej, lecz chociaż obie przepuszczały 

ogromne ilości świeżego powietrza, to miały jednak 
cztery ściany i dach. 

Wybrali mniejszą, sprawiającą wrażenie, że wy­

trzyma podmuch wiatru, przynajmniej słaby. 

- A ja myślałem, że to pomoże nam zachować na­

szą tajemnicę! - Petri oparł się ciężko o drzwi. Nie 
puszczał rąk Raiji. - Teraz wszyscy wiedzą! 

- To nie ma znaczenia. 
- Nie chciałbym, żeby myśleli, że jesteś rozwiązła. 
- Nie obchodzi mnie, co myślą. 
Petri westchnął. Przyciągnął Raiję do siebie. Trzy­

mał ją w ramionach, jak tego pragnął od chwili, kie­
dy ją ujrzał w tej ślicznej sukience. 

- Jesteś najpiękniejszą kobietą, jaką w życiu wi­

działem - szepnął tuż przy jej policzku. 

Raija przymknęła oczy. Czuła się szczęśliwa. 

Wszystko inne wydawało się odległe, a Petri był tak 

rzeczywisty. 

- To, co się stało, ma też swoje dobre strony - po­

wiedziała i mocno się do niego przytuliła. - Po raz 
pierwszy zostaliśmy sami. Zupełnie sami. 

Roześmiał się cicho: 

background image

- Teraz, kiedy wszyscy wyobrażają sobie, co robi­

my, będę miał chyba duże trudności z robieniem wła­
śnie tego. 

- Zanim posuniemy się tak daleko, powinniśmy 

najpierw rozpalić ogień - zauważyła Raija rzeczowo. 

Petri połamał kilka zniszczonych krzeseł, czyniąc 

z nich pożywkę dla płomieni. 

- Po co nam krzesła? - spytał beztrosko. 
Kiedy w chacie zrobiło się jasno, ujrzeli całe jej wy­

posażenie: stół, który wyglądał, jakby się miał w każ­
dej chwili rozpaść, lawę, sprawiającą wrażenie nawet 
dość solidnej i piec. Wzdłuż jednej ze ścian piętrzyło 
się siano - widocznie ktoś wykorzystywał kiedyś to 
pomieszczenie jako stodołę. Kiedyś, to znaczy daw­

no, dawno temu, gdyż siano wyglądało na bardzo 
przesuszone. 

Petri rozsypał siano na podłodze. Rozsznurował 

buty, teraz wyglądał jak młody chłopak. 

Raija przywarła do stołu. Tak łatwo było posyłać 

ukradkowe spojrzenia. Tak przyjemnie. Zawsze mu­
sieli wykorzystywać każdą sekundę, jakby to była ich 
ostatnia. 

Teraz mieli przed sobą całą noc. Dlatego czuli się 

trochę niepewnie i obco. 

Uśmiechając się z zakłopotaniem, Petri wyjął z kie­

szeni kurtki butelkę owiniętą w skórę. Raija zmarsz­
czyła brwi - nie wyczuła w kurtce niczego takiego. 

- Koniak - wyjaśnił, wyciągając korek. 
Skrzywiła się. Wszystkie mocne alkohole były do 

siebie podobne, nie lubiła żadnego z nich. 

Ponieważ jednak czuła się równie niepewnie jak 

background image

Petri, równie nieporadna w takiej chwili, przełknęła 
mały łyk, kiedy podał jej butelkę. 

Zapiekło w gardle i w żołądku. Słodkawy smak na 

długo jeszcze pozostał w ustach, a słodycze właściwie 
lubiła. 

- Czy tego pragnęliśmy? - zdziwił się. 
Nawet się nie skrzywił, kiedy pił. 
Raija skinęła głową. 
- Chyba tak. 
Petri objął ją ramieniem. 
- Nie sądziliśmy tylko, że to będzie takie trudne. 
- Nierzeczywiste - dodała Raija. Pociągnęła jesz­

cze jeden łyk, który okazał się dla niej za duży. - Spo­
ro tego pijesz? - spytała, otrząsając się. 

Zaśmiał się, ogromną dłonią przeciągnął pośpiesz­

nie po jej włosach, a po chwili zakorkował butelkę 
i odstawił w siano. 

- Już nie. - Mówił poważnie. - Ale kiedyś tak. Pi­

łem wszystko, czym mogłem się upić. 

Grzywka opadła mu nisko, kiedy pochylił głowę. 
- To prawdziwy powód, dla którego pozwoliłem 

Aleksanteriemu zostać w swojej załodze - wyznał. -
Miałem kłopoty i za dużo piłem. To właściwie Alek-

santeri przywrócił mnie do życia. Tłukł moje butelki 
i niszczył beczułki. Dzięki niemu zrozumiałem, jak 
nisko się stoczyłem... 

Machinalnie gładził Raiję po włosach. 
- Nie chciałabyś dwa razy spojrzeć na człowieka, 

którym wtedy byłem, Raiju. Na niczym mi nie zale­
żało. Nic nie miało znaczenia. Dopóki Santeri nie po­
kazał mi, że mógłbym na powrót stać się człowie-

background image

kiem. Że moje życie mimo wszystko było coś warte. 

Płonęła z niecierpliwości, by zapytać, co doprowa­

dziło go do upadku. Pragnęła przeniknąć jego milcze­
nie i posiąść cząstkę człowieka, którym był, zanim się 
spotkali. Chciała ujrzeć mężczyznę, który poślubił 
Eiję i został ojcem pięciorga dzieci. 

Lecz Petri milczał, a ona nie śmiała spytać. 
Niezależnie od tego, ile go to kosztowało trudu, 

żył. Nie mogli od siebie niczego wymagać. Żadne nie 
mogło żądać więcej, niż to drugie chciało dać. 

Proste. 
I potwornie trudne. 
Raija wiedziała o tym. Petri o tym wiedział. 
Niebo czerwieniło się i barwiło morze swymi ła­

godnymi pastelami. Nad brzegiem na wschodzie, na 
północ od Vard0, ujrzeli twierdzę. 

Petri wstał i zamknął okiennice, kiedy zobaczył, że 

Raija powędrowała wzrokiem daleko stąd, daleko od te­
go, co przez krótką chwilę miało być ich całym światem. 

- Zrobiło mi się zimno na widok twierdzy - roze­

śmiała się niepewnie. - Jak gdyby ogarnęło mnie ja­
kieś złe przeczucie. A zbudowano ją przecież po to, 
by nas chronić, prawda? 

- Czasami zastanawiam się nad tym. - Petri poła­

mał jeszcze jedno krzesło. - Niektórzy z rybaków mó­

wią, że w ostatnich tygodniach zamknięto tam wiele 
kobiet. Że więziono je w lochach i torturowano. 

- Dlaczego? - Raija otworzyła szeroko oczy ze 

zdziwienia. Właściwie nie chciała słuchać. Nie chcia­
ła wiedzieć, musiała... 

- Czary - odparł krótko. Parsknął śmiechem: -

background image

Czary, dasz wiarę? Oskarżyli o nie kilka spokojnych 
staruszek i służących, które nawet dobrze nie wiedzą, 
co to słowo oznacza. Ludzie króla mają chyba za ma­
ło roboty. 

Raija zacisnęła oczy, ale nie udało jej się powścią­

gnąć wyobraźni. 

Wolałaby, żeby Petri o tym nie wspomniał. Rozu­

miała, że go to dręczyło, że musiał się z kimś podzie­
lić tymi myślami. Nie chciała jednak, by mówił na 
ten temat właśnie teraz. To było zbyt potworne. 

Lecz jeszcze zanim cokolwiek powiedział, ogarnę­

ło ją przeczucie czegoś złego. Sam widok murów przy­
prawił ją o zimny pot i mdłości. Raija zaczęła się bać. 

Czy to miało wrócić? Czy mogło powrócić? Owa 

przerażająca zdolność, która pozwalała opuszczać 

własne ciało i odczuwać więcej niż inni ludzie? Raija 

gotowa była dać wszystko, by tego uniknąć. Chciała 
pozostać zupełnie zwyczajna. Nic poza tym. 

- Nie mów o uwięzionych, Petri - prośba za­

brzmiała jak żałosny jęk. Stała się słabą kobietą, ta­
kiej jeszcze jej nie widział. 

Ramiona, które się ku niemu wyciągnęły, lekko 

drżały. Drżące usta błagały bez słów, by przytulił ją 
tak mocno i blisko, żeby cały ten straszny świat znik­
nął. A jeżeli to niemożliwe, to żeby znaleźli się od nie­
go daleko przynajmniej na tych kilka krótkich godzin. 

Petri upadł przed Raiją na kolana i objął ją. Splo­

tła ręce na jego szyi, omal go nie dusząc. W swym po­
całunku wyraziła desperacką tęsknotę i potrzebę bez­
pieczeństwa. 

Serce Petriego wypełniła czułość. Wreszcie znalazł 

background image

istotę, która potrzebowała go równie silnie, jak on jej 

potrzebował, mógł ją przytulić, otoczyć opieką, ochra­
niać, mógł się o nią troszczyć - kochać. 

Odpowiedział na jej gwałtowny pocałunek równie 

mocno i namiętnie. Gdy poczuł, że opuszcza ją sza­
leństwo, i on stał się bardziej czuły i łagodny. Teraz 
całował ją ostrożnie, prawie nieśmiało, jak gdyby ro­
bił to po raz pierwszy. 

Raija rozluźniła uścisk i objęła Petriego w inny 

sposób. Nie potrzebowała go po to, żeby przed nim 
rozpaczać z powodu niesprawiedliwości i niegodzi-

wości, jakich doświadczyła. 

Nie potrzebowała go po to, żeby ją pocieszał. 
Nie była zrozpaczoną małą dziewczynką, kurczo­

wo ściskającą go za szyję. Znów była kobietą. 

Piękną kobietą, mającą swoje tęsknoty i potrzeby. 

Kobietą, którą za bardzo polubił. 

Raija nie nazywała tego miłością. Nigdy nie zażą­

dałaby, żeby odszedł od Eiji z jej powodu. 

Nie potrzebowała czyjegoś męża. Potrzebowała 

Petriego tylko jako mężczyzny. 

Kiedy Raija się odprężyła, odważył się wypuścić ją 

z objęć. Usiadł wygodniej, opierając plecy o ścianę. 

Jedną ręką otoczył szczupłą talię Raiji. 

Nie mógł od niej oderwać oczu. 

- Uważam, że jesteś bardzo piękna - rzekł cicho, 

uśmiechając się niemal ze zdumieniem. Jakby chcąc to 
podkreślić, pokręcił głową. - Pewnie słyszałaś to już 
tyle razy, że nie ma to dla ciebie żadnego znaczenia? 

- Wszystko, co ty mówisz, Petri, ma dla mnie zna­

czenie. 

background image

Oparła głowę na jego szerokim ramieniu. Pochylił 

się, żeby nadal ją widzieć. Po prostu nie mógł się na 
nią napatrzeć. 

Wydawało mu się to dziwne - widzieć ją taką od­

prężoną, bez czujności w spojrzeniu i gotowej w każ­
dej chwili umknąć z jego ramion przy najmniejszym 
podejrzanym odgłosie. 

- Chciałbym ci opowiedzieć o twoich oczach. 

O twoich ustach. O tym, jak zmienia się twoja twarz, 
zmienia swój wyraz. I jak to na mnie działa... - Na­
gle urwał i zamilkł. 

- Dlaczego tego nie zrobisz? 
W jego oczach pojawił się cień smutku. 
- Boję się, że już to słyszałaś. Tak potwornie się bo­

ję, że inni mówili ci to już przede mną. Że moje sło­

wa staną się echem w twoich uszach, że przelecą 

przez nie jak piasek między palcami... 

- Nigdy bym się z ciebie nie śmiała, Petri. - Raija 

mówiła poważnie. Jak najbardziej uczciwie. 

Lekko pocałował ją w czoło. 
- A więc to rozumiesz - westchnął. 
Czuł się trochę speszony, że go przejrzała, lecz 

również mu ulżyło. 

Mówili tym samym językiem, on i Raija, pod wie­

loma względami czuli podobnie. 

- Nie chciałbym ci się wydać śmieszny, moja dro­

ga - szepnął. - Wszystko, tylko nie to. 

W jego słowach było tyle bólu, że Raija nabrała 

pewności, że kiedyś w przeszłości ktoś z niego za­
drwił. A to zraniło go do głębi, zagłuszyło jakąś jego 
część, sprawiło, że stał się milczący i nieprzystępny. 

background image

Aż do tej chwili. 

Raija uniosła się. Oparła się bokiem o ścianę tuż 

obok Petriego, obiema rękami ujęła jego głowę. 
Wzrokiem pieściła surową twarz, która zdradzała si­
łę i upór, lecz także wrażliwość duszy. 

Pod warunkiem, że ktoś zadał sobie tyle trudu, by 

szukać wystarczająco długo. Gdyby poświęcił trochę 
czasu i odważył się skruszyć zewnętrzne warstwy lodu. 
Gdyby się odważył wydobyć spod maski człowieka. 

Gdyby się odważył odkryć najpierw siebie samego. 
- Masz najpiękniejszy uśmiech, jaki znam, Petri. - Ra­

ija przesunęła palcem wzdłuż linii jego ust. Pozwolił, by 
to zrobiła, a potem schwycił nagle jej rękę i pocałował. 

Raija czekała, pragnęła, by okazał swe uczucia. 

Tym razem mieli na to czas. 

Tym razem mieli dość czasu, by oddać drugiemu 

całego siebie. By dusza spotkała duszę, a nie tylko cia­
ło spotkało się z ciałem. 

Ostrożnie odkrywała dłońmi każdą bruzdę na twa­

rzy tego gigantycznego mężczyzny, który tak na­
prawdę był równie łagodny jak ona. 

Odgarnęła mu z czoła grzywkę do tyłu, tak jak sam 

zawsze próbował to zrobić, lecz mu się nie udawało. 

- Masz mądre czoło. 
- Nie przesadzaj - roześmiał się, lecz Raija zdecy­

dowanie położyła mu palec na ustach. 

- Nic nie mów, mój Petri. Teraz ja mówię. A ja nie 

kłamię. Ranisz mnie, gdy mi przerywasz. Ja także czu­
ję. Ja także mam potrzebę powiedzenia czegoś dobre­
go. Mam potrzebę dawania, nie tylko brania. Pozwól 
mi powiedzieć, kim dla mnie jesteś! 

background image

Petri przełknął ślinę. Zrozumiał. 
Przy takich kobietach jak Raija mężczyźni tracili 

pewność siebie. Przywdziewali maski, by ukryć 
strach. Stawali się innymi, niż byli w istocie, i nie po­
zwalali się poznać. 

Słyszała już chyba z tysiąc hymnów pochwalnych 

na cześć swej urody. Nie wątpił, że wszyscy inni, któ­
rzy posiedli cząstkę jej przeszłości, tkali dla niej zło­

tą sieć pięknych słów. 

Lecz być może sama nie miała możliwości powie­

dzieć, co widzi, co czuje. 

To była całkiem nowa myśl. 
Tak zaskakująca, że na moment go oszołomiła. 

Kiedy ostrożnie, ostrożnie całowała jego powieki, 
uświadomił sobie, że jest pierwszą kobietą, którą da­
rzy uznaniem. Pożądał jej, podobała mu się, a teraz 
wzbudziła w nim uznanie. To było dla niego czymś 
zupełnie nieznanym. 

Raija położyła mu ręce na ramionach. Spoglądała 

na niego z ukosa. Uśmiechała się. Podobało jej się to, 
co zobaczyła, lecz mimo to trzymała Petriego na od­
ległość ramion. 

Jakie to dziwne mieć czas! 

- Nigdy bym nie zgadła, że już skończyłeś trzy­

dzieści lat - stwierdziła, co wywołało uśmiech na je­
go twarzy. 

- Zabrzmiało tak, jak gdyby wszyscy powyżej trzy­

dziestki znajdowali się już jedną nogą w grobie. 

Pocałowała go w czubek nosa. 

- Zabraniam ci wkładania własnych słów w moje 

usta, Petri Aalto - powiedziała surowo. - Jesteś silny 

background image

i jednocześnie miły. - Zmarszczyła czoło. - Myślę, że 
nieustannie tego szukałam, lecz nigdy nie znalazłam 
tych cech jednocześnie... - Raija potrząsnęła głową, 
Petri zaś zastanawiał się, o czym ona właściwie my­
śli. - To takie dziwne. Dajesz mi niezwykłe poczucie 
bezpieczeństwa, Petri. Nie boję się, kiedy jestem z to­
bą. Nie dosłownie. Mam cię tylko na trochę, ale nie 
martwię się o przyszłość. Czuję, jak gdybyśmy mieli 
pozostać ze sobą na zawsze. Znam cię tak krótko, 
lecz nie potrafię sobie wyobrazić dni bez ciebie. 
Troszczysz się o mnie, jak nikt jeszcze tego nie robił. 
Dopełniasz mnie w sposób, którego nie jestem w sta­
nie wyjaśnić. To niemożliwe. Po prostu niemożliwe... 

Uśmiechnął się smutno. W tym momencie mógłby 

się zdecydować, by nigdy nie wracać na południe. Że­
by wysłać wiadomość do domu, że nie żyje - utonął 

w Morzu Arktycznym i nikt nie odnalazł jego ciała. 
Mógłby tu na północy stworzyć nowe życie dla sie­

bie i Raiji. Mógłby zerwać wszelkie więzy... 

Gdyby był innego rodzaju mężczyzną. 
On jednak nie potrafił uciec od swoich obowiązków. 
- Czasami, kiedy mnie przytulasz - mówiła dalej 

Raija cichym głosem - nie jestem pewna, gdzie ja się 
kończę, a ty zaczynasz. To mnie przeraża. To jest 
piękne, ale również przerażające, ponieważ nie mam 
ochoty wiązać się tak bardzo z drugim człowiekiem. 

Taka zależność może prowadzić do ogromnego bó­
lu, Petri, a ja nie chcę cierpieć. Znowu. 

- Nie powinnaś się bać, kiedy jestem przy tobie - od­

parł. - Mógłbym oddać życie, żeby tylko zapewnić ci 
bezpieczeństwo. Dopóki jesteśmy razem, będę stał jak 

background image

tarcza przeciwko całemu światu, przeciwko wszystkie­
mu, czego się obawiasz, Raiju, skarbie. 

Raija zobaczyła własne odbicie w poważnych 

oczach Petriego. On zaś zdjął jej ręce ze swych ra­
mion, objął ją i dotknął ustami jej ust. 

Najpierw nic nie poczuła, zaraz jednak krew w niej 

zawrzała, zrobiło się jej gorąco i zimno jednocześnie. 

Wplotła palce w jego gęstą, ciemną czuprynę. Być 

może zareagowała zbyt gwałtownie i zbyt mocno po­
ciągnęła go za włosy, ale zdawał się nie zwracać na to 
uwagi. 

Nie chciała zamykać oczu. Wszystkie kobiety, któ­

re Petri całował, pewnie zamykały oczy. Raija otwo­
rzyła swoje szeroko, żeby niczego nie uronić. 

Każda zmiana na jego twarzy wydawała się jej waż­

na. Petri zauważył, że również on bardziej się podnie­
ca, witając jej rosnącą namiętność z otwartymi oczami. 

Widząc, jak płonie, czuł jeszcze silniejszą żądzę. 

Widząc, jak jej oczy ciemnieją bardziej niż adwento­
we noce, widząc, jak słaby rumieniec oblewa krągłe 

policzki, jak jej wargi stają się gorące i drżą, widząc, 
jak z jej twarzy bije tęsknota ku niemu... 

Serce biło mu bardzo szybko. Pulsowało w uszach, 

był pewien, że Raija to słyszy. 

Ogromne było jego zdumienie, kiedy chwyciła jed­

ną jego rękę i miękko położyła ją na swej piersi, 

w której jej serce waliło równie miarowo i mocno jak 
jego własne. 

- Poczuj, co ze mną robisz, Petri - szepnęła. 
Petri usłyszał własny szept: 
- Chcę poczuć więcej. 

background image

Podczas gdy usta nie mogły się rozstać, ręce odna­

lazły ciepłą skórę. 

Sądził, że zna jej ciało. Wydawało mu się, że doty­

kał go wiele razy. Przekonał się jednak, że ciągle jest 
dla niego nowe i nieznane. 

Taki i on był dla niej. 
Dotykali siebie nawzajem, ale zawsze po ciemku. 
Kochali się. Z zamkniętymi oczyma. 
Nigdy nie patrzyli. 
Nigdy nie spotykali się z otwartymi oczami. 
Nigdy nie mieli czasu. 

Teraz mieli całą noc. 
Ich usta rozdzieliły się, szybko spotkały znowu 

w lekkich, krótkich pocałunkach. Śmiali się, kiedy 
usta wreszcie przestały się muskać. Petri sam rozpiął 
koszulę. Nie miał cierpliwości czekać, aż Raija pora­
dzi sobie ze wszystkimi guzikami. 

Pośpiesznie zdjął koszulę i rzucił ją przez ramię. 

Nie odrywał od Raiji wzroku. Potem wstał, rozpiął 

pasek i spodnie. 

Mógł się poczuć zakłopotany, ponieważ Raija, klę­

cząc, uważnie go obserwowała. Patrzyła na niego tak, 

jak nie czyniła tego jeszcze żadna inna kobieta. Innej 
nigdy by na to nie pozwolił. Ryzykowałby wtedy 
zbyt wiele. Obawiał się, że zostanie zraniony. 

Obejmował kobiety w nieprzeniknionych ciemno­

ściach. Płodził dzieci podczas czarnych jak smoła zi­
mowych nocy. 

Jedynie jego matka widziała go nago - lecz to by­

ło nieskończenie dawno temu. 

Bał się własnej nagości. Teraz jej pragnął. 

background image

Czuł pod skórą przyjemne kłucie, kiedy zdejmo­

wał spodnie i stanął przed Raiją zupełnie nagi. 

Przekonał się, że w niczym jej nie rozczarował. Je­

go podniecenie rosło, ale nie wprawiło go to w zakło­
potanie. 

W migocącym świetle Raija mogła zobaczyć wszyst­

ko, ale właśnie tego chciał. Chciał, żeby widziała. 

Wiedziała, że jest dobrze zbudowany. Czuła jego 

ciało przy swoim. Czuła, jak jego mięśnie twardnie­
ją, pamiętała, że ramiona ma szerokie... 

Ale nigdy nie wydawał jej się tak przystojny jak teraz. 
- Naprawdę wiesz, jak zrobić wrażenie - odezwa­

ła się. Miała sucho w ustach. 

- To najłatwiejsza sztuka. 
Nie spuszczali z siebie wzroku. 
Raija uniosła ręce do szyi. Drżącymi palcami roz­

pinała guziki. Wiedziała, że Petri jej nie pomoże. Wie­
działa, że zamierza tylko patrzeć. Nawet Mikkal te­
go od niej nie wymagał... 

Przy nadgarstkach również miała guziki. Mocowa­

ła się z nimi, lecz Petri nawet nie drgnął. 

Powoli zsuwała sukienkę z ramion. Czuła, że do­

staje gęsiej skórki, choć w pomieszczeniu panowało 
ciepło. 

Nie widziała nic oprócz Petriego. W jego oczach 

płonęło pożądanie, lecz Raija pragnęła przede wszyst­
kim czułości. 

Odrzuciła głowę. Odgarnęła włosy, które spłynęły 

kaskadą w dół pleców. Petri zakłopotał się. Raija nie 
zrobiła tego celowo, ale zobaczyła, że ten gwałtowny 
ruch jeszcze bardziej go podniecił. Ręce wydawały się 

background image

zdrętwiałe. Na wargach pojawiło się znajome piecze­
nie. Słodki dreszcz wypełnił całe ciało. 

Pochyliła się, żeby zdjąć buty. Ujrzała Petriego od 

kolan w dół. 

Podobały jej się jego nogi. Nigdy wcześniej nie wi­

działa tak dokładnie męskich nóg. 

Pośpiesznie ściągnęła koszulę. Już nie patrzyła na 

Petriego. Skrzyżowała ramiona na piersiach. 

Powiedział, że dzięki niej czuje się młody i bez­

bronny. 

Gdyby wiedział, co z nią uczynił! 
- Jesteś śliczna - rzekł niskim głosem. - Więcej niż 

śliczna, Raiju. Nieskończenie więcej. Nie powinnaś 
się mnie bać. Nie wolno ci. 

Przełknęła. Zamrugała, by powstrzymać łzy. 
Gwałtownym ruchem zerwała z siebie długie do 

kolan reformy. Czuła się w nich śmieszniej niż bez 
nich. Łatwiej było stać przed Petrim zupełnie nago 
niż w bieliźnie. Raija nie potrafiła wytłumaczyć dla­
czego. 

Spojrzeli na siebie. 
Ich ręce się spotkały. Dłoń przywarła do dłoni, pa­

lec do palca. Spletli je. Spotkały się gładka skóra 
z bardziej szorstką. Kolistym ruchem Petri gładził 

plecy Raiji. Przesuwał dłonią po jedwabistej skórze 
tak nisko, jak tylko zdołał sięgnąć bez pochylania się, 
a następnie w górę, po same cebulki włosów. 

Raija wbijała koniuszki palców w jego ramiona. 

Zostawiała ślady, zadawała mu ból pomieszany z roz­
koszą. 

Razem osunęli się na złociste siano. Petri uśmiech-

background image

nął się, kiedy zobaczył, że źdźbła kłują ją w skórę. 
Ucałował Raiję lekko w oba policzki. 

- To minie, moja maleńka, to minie. Uwierz temu, 

który w stodole nauczył się kochać. 

Roześmiała się i pociągnęła go obiema rękami za 

gęste włosy. 

- Żadnych wykrętów, Petri - szepnęła, po czym 

wsunęła język pomiędzy jego wargi, szukając jedno­
cześnie rękoma poniżej pasa. 

Wprawiła go w takie zdumienie, że szeroko otwo­

rzył oczy. 

Czegoś podobnego nie robiła nigdy podczas wy­

kradanych wspólnych chwil. Roześmiała się perliście, 

widząc jego minę. 

- Ciągle potrafię zaskakiwać, Petri... 
Uśmiechnęła się kusząco, tak że nie mógł jej nie 

pocałować. Każdy inny gest byłby sprzeczny z natu­
rą. Odrętwienie powoli go opuszczało. Chwila, 

w której ogarnęła go zazdrość, minęła. 

Nie mógł się nadziwić, gdzie się tego nauczyła. Jed­

nocześnie sama czerpała z tego przyjemność. 

Żadna z jego dotychczasowych kobiet nie opano­

wała takiej sztuki. Nie śmiał nawet pomyśleć o czymś 
podobnym. Kobiety powinny z zamkniętymi oczami 
biernie przyjmować to, co się im daje. 

Znał taką, która, cierpiąc przy tym, zaciskała z ca­

łej siły powieki. Raija była kobietą jedną na tysiąc. 

Petri przesunął dłoń od jej ucha w dół szyi, gdzie 

wyczuł bijący szaleńczo puls. Lekko pogładził silnie 
drżącą tętnicę. Musnął ustami koniuszek ucha Raiji, 

podążył wargami śladem palców. Zatrzymał rękę na 

background image

zaokrągleniu ramienia. Przy swojej szczupłej budo­
wie Raija miała stosunkowo szerokie ramiona, co 

kłóciło się z jej kobiecością. Petri uwielbiał to. 

Dzięki temu wydawała się mniej idealna. A on po­

trzebował kobiety z krwi i kości, nie jakiejś niedo­
stępnej bogini. 

Dotknął palcami jej przedramienia. Oddychała 

ciężko tuż przy jego szyi. Petri uśmiechnął się. 

Raija odwróciła się na plecy, pozwoliła, by rozdzie­

lił jej kolana swoim. Odnalazł dłońmi jej miękkie, 
pełne piersi. Dotykał jej tak, jak tego pragnęła. 

Przygryzła lekko mięsień łączący jego kark z ra­

mieniem. 

Petri nigdy przedtem nie był tak podniecony. 
- Spróbuj to powstrzymać - szepnęła. Każdy jej od­

dech na jego rozpalonej skórze prowadził go coraz bli­
żej tego momentu, kiedy nie mógł się już kontrolować. 

Odchylił głowę, przykrył jej usta pocałunkiem, 

drżał uszczęśliwiony, kiedy pomagała mu dotrzeć 
tam, dokąd oboje zmierzali. 

Petri uświadomił sobie, że Raija miała rację - nie 

potrafił z całą pewnością stwierdzić, gdzie się kończy­
ło jego własne, a zaczynało jej ciało. Czuł jej uda cia­
sno oplatające jego biodra. Czuł, jak mocno trzyma 
go nogami. Jak z całej siły do niego przywiera. 

Usłyszał swój własny głos wymawiający jej imię. 

Wykrzyczał je - i nie było nikogo innego, kto by to 
usłyszał - poza Raiją. 

Gryzła jego ramiona, wbijała paznokcie w skórę ple­

ców. Krzyknęła - był to drżący ton, który narastał i na­
rastał, aż Petri nie był już w stanie czegokolwiek słyszeć. 

background image

Wpatrywał się jedynie w jej szeroko otwarte oczy 

- mógł w nich dojrzeć siebie - mógł zobaczyć ją. To 
niezgłębione spojrzenie otworzyło się przed nim i po­

wiodło go z sobą ku tajemnicom, o których posiada­

niu sama nie wiedziała. Mógł wyczytać w jej twarzy 
każdą zmianę uczuć. Wiedział, że odkrywa przed nią 
równie wiele. Wiedział o tym - i chciał tego. 

Zwolniła, poruszała się pod nim łagodnie, by zwięk­

szyć rozkosz. Następnie mocno go objęła, pozwalając, 
by dopełnił aktu w gwałtownym tempie, które na kil­
ka krótkich chwil doprowadziło oboje aż do gwiazd. 

Potem mogli się tylko przytulać, obejmować na­

wzajem rękami i nogami. Przylgnąć czołem do czoła. 

Ciepłymi palcami Raija otarła z niego pot. Odgar­

nęła mu grzywkę, lecz zaraz zsunęła ją z powrotem. 

Petri pocałował ją. Pocałował ją z oddaniem, cie­

płem, wdzięcznością. Szczęśliwy. 

- Sprawiłaś, że czuję się w pełni człowiekiem - rzekł 

grubym głosem. - Sprawiłaś, że znowu nim jestem. 

Uniosła się na łokciu. Spojrzała na niego. 
- Co przez to rozumiesz? 
Petri położył dłoń po lewej stronie klatki piersiowej. 
- Nie sądziłem, że jestem do tego zdolny, że mo­

gę kochać jednocześnie ciałem i sercem. Wydawało 
mi się to niemożliwe. Aż do momentu, kiedy pojawi­
łaś się w moim życiu. Czuję, jakbym odzyskał rękę, 
którą straciłem. 

Raija ponownie ułożyła się na jego ramieniu. Wtu­

liła w jego ciało, wykradała mu ciepło. 

Nie mieli nic do okrycia, ale mieli siebie. Chłód nie 

mógł im zagrozić. 

background image

Petri ułożył jedną rękę pod głową, a drugą przytu­

lał Raiję do swego serca. 

- Dlaczego nie spotkałem cię wiele lat temu - wes­

tchnął. 

- Byłam wtedy dopiero dzieckiem. - Uśmiechnęła 

się, patrząc w sufit. Odegnała cień Mikkala. - Ale ro­
zumiem, co masz na myśli - mówiła dalej. - Powin­
niśmy się spotkać wcześniej, Petri. To mogłoby 

wszystko zmienić. 

Nie spytał, co chciała przez to powiedzieć, Raija 

zaś nie wyjaśniła nic więcej. 

Zasnęli, obejmując się nawzajem. 

Noc, którą mieli dla siebie, powoli stawała się 

dniem. 

background image

Raiję obudził chłód. Czuła, że bok, którym była zwró­

cona ku izbie, skostniał z zimna, drugiej stronie - która 
dotykała ciepłego ciała Petriego - nie mogło być lepiej. 

Skuliła się trochę. Chciałaby wydłużyć tę chwilę. 

Wydawało jej się to takie dziwne, że budzi się przy­
tulona do człowieka, którego w krótkim czasie zdą­
żyła tak bardzo polubić. 

Nie wiedziała, czy to wczesny ranek, czy południe. 

Czas nie miał znaczenia. 

To takie przyjemne - leżeć w milczeniu i tylko na 

niego patrzeć. Widzieć śpiącą twarz. Zmarszczki koło 
oczu - dowód na to, że często się uśmiecha. Bruzdy 
niedaleko kącików ust... Niektóre biegły ku dołowi, 
mówiąc jej, że jego życie również wypełniała gorycz. 

Nie wszystkie poranki były takie jak ten. 
Miał czternaście lat, kiedy się urodziła. 
Być może mieszkał zaledwie parę mil od niej. Ra-

ija wiedziała jednak, że gdyby pozostała w Torneda-
len, ich drogi pewnie nigdy by się nie przecięły. 

Kiedy miała sześć lat, został ojcem. 
Minął trzydziestkę, kiedy ona urodziła Maję. 
Żadne z nich nie przypuszczało, że staną się elemen­

tami wzoru, w którym ich nici wzajemnie się oplotą. 

Teraz nie mogli przewidzieć, jak długo to potrwa. 

background image

Gdyby Petri pojawił się przed Mikkalem... 
Raija nie chciała kończyć myśli. Zdrada wobec 

Mikkala wydawała się większa niż radość, którą znaj­
dowała w ramionach Petriego. 

Nie mogła wyrzucić z serca wszystkich uczuć. 

Czas był jej największym wrogiem. Zabierze jej Pe­
triego. Kiedy połowy się skończą, będzie musiał wy­
jechać. Ona być może odnajdzie Mikkala... 

Nie wiedziała już, ile to dla niej znaczy. Wiedzia­

ła tylko, że Petri stał się częścią jej samej. 

Podobnie Mikkal - rozstanie z nim jednak nie 

przeszkodziło jej żyć, choć przysporzyło wiele bólu. 

Być może związek z Petrim oznaczał początek 

jeszcze większego cierpienia. 

Lecz niezależnie od tego, co się zdarzy, nie chcia­

łaby, żeby obaj się kiedyś spotkali. Mikkal nigdy nie 
powinien się dowiedzieć o Petrim.  O n a nigdy nie 
opowie Petriemu o Mikkalu. 

Nagle otworzył oczy. Zamrugał figlarnie. 
- Leżę tak i czekam, aż mnie obudzisz - uśmiechnął 

się. - Ale to zabrało ci całą wieczność. Chciałaś mi po­
zwolić spać tak długo, aż stałbym się piękny i młody? 

Raija roześmiała się. Potargała mu czuprynę i wy­

jęła z włosów parę źdźbeł siana. 

- Jesteś młody i piękny, Petri - zapewniła. - Dla 

mnie zawsze będziesz taki. 

- Czyżbyś traciła wzrok? - spytał dobrotliwie 

i przytulił ją tak mocno, jak gdyby nigdy nie miał za­
miaru jej puścić. - Śniłaś mi się - dodał i delikatnie ją 
pocałował. - Wydawało mi się, że wszystko wokół to 
okruchy tego samego snu, dlatego nie miałem odwa-

background image

gi otworzyć oczu, kiedy się obudziłem. Bałem się, że 
znikniesz, jeśli to uczynię. 

- Jesteśmy jak najbardziej prawdziwi - roześmiała 

się, a Petri uścisnął ją tak mocno, że sprawił jej ból. 

Musieli się przekonać, że nie śnią. 
- Nigdy nie przeżyłem takiego ranka jak ten - rzekł 

Petri z powagą, kiedy jakiś czas później wkładał ko­
szulę w spodnie. 

Raija zapięła suknię pod szyją. Wydawała się Petrie-

mu jeszcze piękniejsza niż poprzedniego wieczoru. 

Splatała włosy, kiedy z zewnątrz dobiegł tupot 

nóg, a potem drzwi do ich zamkniętego, małego świa­
ta gwałtownie się otworzyły i czar prysnął. 

Od tej chwili zaczęła się rzeczywistość - która oka­

zała się okrutna. 

Do chaty wpadł Tapio. Z trudem łapał oddech, był 

śmiertelnie przerażony. Bladości jego twarzy nie ukrywa­
ły nawet zaczerwienione od szybkiego marszu policzki. 

Petri odgarnął grzywkę. 
- Co się stało? - spytał surowym głosem. 
Że coś się stało, to pewne. Nikt by im nie przeszka­

dzał z byle powodu. 

Młodzieniec opadł na jedyne ocalałe krzesło. Groź­

nie pod nim zaskrzypiało, ale wytrzymało. 

Raija chwyciła chłopaka drżącymi rękami za ramio­

na. Spojrzała prosto w jego szeroko otwarte, przera­
żone oczy. 

- Chyba nic nie grozi moim dzieciom? Powiedz, że 

nic im się nie stało! 

Tapio zdołał ją uspokoić, zanim jeszcze na tyle od­

zyskał oddech, że mógł mówić. 

background image

Potrząsnął głową i Raija odetchnęła z ulgą. 
- Aleksanteri... - wykrztusił wreszcie. - Chodzi 

o Ałeksanteriego. Powiedział, że mogę was tu znaleźć... 

- Mów wreszcie! - Głos Petriego brzmiał zdecydo­

wanie i ostro. - Co z Santerim? 

Tapio przełknął ślinę, zaschło mu w ustach. 
Raija zauważyła to i po chwili odnalazła w sianie 

butelkę, którą Petri ukrył tam poprzedniego wieczo­
ru. Bez słowa wyjęła korek i podała trunek Tapio. 

Pociągnął łyk, zakrztusił się i spojrzał na Raiję zdu­

miony, zanim odważył się na jeszcze jeden haust. 

Wyglądało na to, że koniak trochę go uspokoił. 
- Ten typ, którego wczoraj uderzyłeś... doszedł po 

jakimś czasie do siebie - wyjaśniał Tapio, zacinając 
się. - Okazał się tak porywczy, jak mówili ludzie. 
A właściwie nawet bardziej... - Twarz chłopaka wy­
krzywił grymas. - Zaczął cię szukać, Petri. Przybiegł 
do naszego baraku. Za wszelką cenę chciał cię dostać. 
Nie był całkiem trzeźwy. My zresztą też nie. Alek­
santeri nie pozwolił mu wejść do środka. Wtedy tam­
ten ugodził go nożem. 

Raija ukryła twarz w dłoniach. 
Czy nieszczęścia nigdy się nie skończą? 
Gdziekolwiek by się ruszyła, podążały za nią. Wy­

pływały na powierzchnię niczym brudny szlam. Spro­

wadzały cierpienie na innych, zamiast ugodzić w nią. 

- Co z Aleksanterim? - Petri miał kamienną twarz, 

a jego głos brzmiał matowo. 

- Skręcił kark temu osiłkowi. - Tapio skrzywił się, 

próbował się chyba uśmiechnąć. - Ale tamten omal nie 
zabrał go ze sobą. Pewnie nie uda mu się z tego wylizać... 

background image

Głos chłopca załamał się, Tapio wyraźnie walczył 

ze łzami. Raija rozpłakała się, nie próbując się nawet 
opanować. 

- Jeszcze zobaczymy. - Wydawało się, jakby Petri 

zamierzał osobiście zagrodzić śmierci drogę do Alek-

santeriego. - Czy bardzo krwawi? 

Tapio skinął głową. 
- W którym miejscu? 
Tapio wykonał ruch, zakreślając całą pierś i część 

brzucha. 

- Ma wiele ran. 
Petri zwrócił się ku Raiji. Położył jej dłonie na ra­

mionach, jakby chciał jej dodać sił. Sam potrzebował 
tego kontaktu, żeby się nie załamać. Teraz bardziej 
niż kiedykolwiek był niezbędny jako przywódca. 

- Znasz się trochę na roślinach? - spytał Raiję, bła­

gając wzrokiem, by nie zaprzeczyła. - Na ziołach, 
które potrafią leczyć i uzdrawiać? Powstrzymać 
krwawienie? 

Raija skinęła głową. Kilka razy usiłowała odpowie­

dzieć, zanim udało jej się wydobyć głos. 

- Mam trochę suszonych ziół. Potrafię zatamować 

krwotok... 

Petri westchnął z nieznaczną ulgą. 
- Na co więc czekamy? 
Razem ruszyli z powrotem ku plaży. Dwóch męż­

czyzn stawiających długie kroki i drobna kobieta, bie­
gnąca truchcikiem pomiędzy nimi, unosząc do góry 
brzeg spódnicy. Za nimi góry Domen wznosiły się ku 

niebu. 

Nie wiedzieli, że w tym samym momencie wyczer-

background image

pana torturami kobieta więziona w lochach twierdzy 
przyznała się do udziału w sabacie czarownic, który 
odbył się właśnie w górach Domen. 

Tym samym podpisała na siebie wyrok śmierci. 
Czekał ją stos. 
Tego lata miało zapłonąć wiele takich stosów. 

Aleksanteri wyglądał źle. Nie chciał leżeć, przyja­

ciele unieśli go nieco na pryczy, podparli go jak mo­
gli najlepiej. 

Santeri miał z natury jasną karnację, ale nigdy nie 

był tak blady jak teraz. Jego oczy zwęziły się z bólu, 
lecz gdy zobaczył Tapio z Petrim i Rai ją, na jego twa­
rzy pojawił się nikły uśmiech. 

Kiedy Petri pochylił się nad rannym, żeby spraw­

dzić, w jakim jest stanie, w jasnych oczach przemknął 
ledwie dostrzegalny błysk. 

- Mam nadzieję, że warto było, Petri. 
Petri przełknął ślinę. 
- Tak, warto było. 

Aleksanteri uniósł z wysiłkiem dłoń, którą przyci­

skał do brzucha. 

Była czerwona od krwi, świeżej krwi. 
Petri miał chęć się rozpłakać, lecz łzy nic by tu nie 

pomogły. Odkrył skóry. Ujrzał, że koszula i spodnie 
Aleksanteriego są nasiąknięte krwią. 

- Długo tak krwawisz? 
- Ten Korneliusz zjawił się wczesnym rankiem. Od 

razu wysłałem po ciebie Tapio... 

Zakasłał. Tylko trochę. Lecz sam odruch spowodo­

wał nasilenie krwawienia. 

Petri spojrzał przez ramię na Raiję. Dlaczego tak 

background image

się ociąga? Czy nie widzi, że Aleksanteri może się wy­
krwawić na śmierć? 

Raija dobrze zdawała sobie sprawę z tego, co się mo­

że stać. Musiała jednak najpierw uspokoić dzieci, które 
przytuliły się do niej przerażone. Czuła dławienie w gar­
dle, kiedy musiała je odsunąć, i patrzyła, jak ciasno sku­
piły się na pryczy Elise. Czwórka maluchów, które zbyt 
często mogły liczyć tylko na siebie nawzajem. 

Wyjęła zioła. Nastawiła wodę, wybierając następ­

nie rośliny, które według niej powinny pomóc. Wy­
mieszała niektóre z częścią wody. Czuła ucisk w skro­
niach, bała się. 

A jeśli to nie pomoże? 
To jej wina. Wyłącznie jej wina. To z jej powodu 

Aleksanteri balansował teraz między życiem a śmier­
cią, zanim jeszcze zdążył cokolwiek przeżyć. 

W głębi duszy tak bardzo chciała przywrócić go do 

zdrowia, ale nie wiedziała, czy będzie w stanie. Ni­
gdy nie była zbyt uważnym uczniem, kiedy Ravna 

wyjaśniała jej tajniki tej sztuki. Nauczyła się jedynie 

leczyć drobne dolegliwości, jak na przykład bóle lub 
lekkie zadraśnięcia. 

Jedynym naprawdę trudnym przypadkiem, z któ­

rym wcześniej miała do czynienia, było ramię Alek-
sieja, lecz rana Rosjanina zabliźniła się bardziej sama 
z siebie niż dzięki umiejętnościom Raiji. 

Nie wiedziała, czy ciało Aleksanteriego goi się rów­

nie łatwo. Lekko drżały jej ręce, kiedy chwiejnym 
krokiem zbliżała się z mieszanką ziół do koi ranne­
go, bezwładnie opartego o zwinięte skóry. 

- Połóżcie go - poprosiła, nie patrząc na młodzieńca. 

background image

Petri usłuchał, chociaż Aleksanteri chciał zaprote­

stować. 

- Rób to, co każe Raija - odezwał się Petri stanow­

czym tonem. - Być może masz pewne szanse, ale mu­
sisz jej pozwolić decydować. 

Aleksanteri rozłożył ramiona. Przez ułamek sekun­

dy uśmiechał się swoim dawnym uśmiechem. Poddał 
się. Wzrokiem poszukał Raiji. Na moment ich oczy 
się spotkały. 

- Nie wykończ mnie do reszty - szepnął ulegle 

zbielałymi wargami. 

Raija pogładziła go po mokrym od potu czole. Za­

trzymała rękę na chwilę. 

- Wydobrzejesz, Aleksanteri. Świat nie chce stracić 

kogoś takiego jak ty. Ja także nie chcę ciebie stracić. 

Zamknął oczy, lecz nadal się uśmiechał. 

Petri chciał rozciąć mu koszulę, lecz Raija powstrzy­

mała go. 

- Rozepnij ją. Jeszcze się przyda, kiedy ją wypie­

rzemy i zeszyjemy. 

Aleksanteri miał cztery rany. Dwie w boku na li­

nii pasa, jedną na piersi i jedną na ramieniu. 

Raija szybko je przemyła. Tej na ramieniu poświę­

ciła najmniej uwagi. Krwawiła mocno, ale nie wyda­
wała się zbyt głęboka. 

Gorzej natomiast było z trzema pozostałymi, 

a zwłaszcza z dwiema w boku. Wyglądało też na to, 

że przysparzają Aleksanteriemu najwięcej cierpienia. 

Chłopak wił się z bólu, kiedy Raija ich dotknęła. 

Petri i Markku musieli go przytrzymać, żeby mogła 
nałożyć zioła. 

background image

- Czasem pomaga spirytus - zauważył Petri. 
Raija wolała jednak z tym poczekać. 
- Zobaczmy najpierw, jak podziała moja mieszan­

ka - odparła stanowczo, drąc czysty fartuch na pasy, 
aby użyć ich jako bandaży. Nad każdą raną położy­
ła kilka kamieni i mocno je przywiązała. 

- Po co to robisz? - zdumiał się Petri. 

Wzruszyła ramionami. 
- Nie wiem. Może uda się w ten sposób powstrzy­

mać krwawienie. To zwykle tamuje krwotok. Jeżeli 
nie pomoże, będę musiała spróbować czegoś innego. 

- Czy znasz odpowiednie zaklęcia? - dziwił się Petri. 
Raija nie odpowiedziała. Spojrzała tylko na niego 

nieodgadnionym wzrokiem. W jednej chwili Ravna 

wydała się jej tak bardzo bliska. 

Dobra, miła Ravna, matka Mikkala, która nauczyła 

ją wszystkiego, co umiała w dziedzinie uzdrawiania. 

„Słowa odgrywają mniejszą rolę, moje dziecko -

mówiła, kiedy Raija płakała, nie mogąc zapamiętać 
formułek. - Dobrze jest je znać. Dla siebie samej. Ła­
twiej jest wytrwać przy tym, co masz zrobić, kiedy 
się możesz uchwycić słów. One pomogą ci zachować 
chłodny umysł, żebyś nie wpadła w panikę i nie znisz­
czyła wszystkiego, załamując się. Jednak powinnaś 
pamiętać rzeczy. Same słowa mają niewielką wartość. 
Znajomość słów na niewiele się przyda, kiedy nie 
wiesz, gdzie przyłożyć ręce. Słowa nie będą miały 
żadnej mocy, jeżeli zmieszasz niewłaściwe zioła..." 

W ten sposób Raija zrozumiała, że słowa to tylko 

słowa - po prostu. Jeżeli głowa i ręce - człowiek - za­

wiodą, słowa niczego nie naprawią. 

background image

Jednak ci, którzy sami niewiele wiedzieli, wierzyli w sło­

wa. W magię. Uważali, że to pewnego rodzaju czary. 

- Gdzie się tego nauczyłaś? - spytał Petri. - W Tor-

nedalen chłopi nie uczą swoich córek czegoś takiego. 
Tam myślą o tym, żeby je dobrze wydać. 

- Poprzestańmy na tym, że to potrafię - odparła Ra-

ija wymijająco. Nie była w stanie rozmawiać z Petrim 
o sprawach, które sprowadzały ją w pobliże Mikkala. 

Wiele razy w ciągu dnia zmieniała Aleksanteriemu 

bandaże i okłady. 

Tylko jedna z ran nadal krwawiła. Ta, która znaj­

dowała się najbliżej brzucha. 

Krew nie płynęła już tak jak na początku, lecz na­

dal sączyła się nieprzerwanie. 

- W każdym razie przedłużyłaś mi życie - uśmiech­

nął się Aleksanteri z wysiłkiem, kiedy Raija ponow­
nie zmieniła mu okład. Nie miała czasu się przebrać 
i chłopak bardzo był temu rad. Kiedy wstała, żeby 

wrzucić zużyte bandaże do paleniska, zatrzymał ją. 

- Obiecaj mi, że nie zmienisz sukienki - szepnął. -

Obiecaj mi to, Raiju! Jeżeli mam umrzeć, chciałbym 
cię taką oglądać, zanim na zawsze zamknę powieki. 

- Nie umrzesz, Aleksanteri. 
- Tss! Zrób to dla mnie, dobrze? Ze względu na to, 

co razem przeżyliśmy. 

Skinęła głową. 

Tak niewiele ją kosztowało spełnienie tej prośby. 
Tej niedzieli chodzili w baraku na paluszkach. Ści­

szyli głosy. Zamilkły śmiechy. 

background image

Potrafił nawet zażartować, zdecydowany zacho­

wać twarz aż do gorzkiego końca. 

Raija jednak przejrzała ten uśmiech. Bardziej wy­

czuwała niż dostrzegała strach za buńczucznym spoj­
rzeniem. 

Zmieniając opatrunki, znajdowała czas, by potrzy­

mać go za rękę. Wyglądało na to, że zioła, które zasto­
sowała na rany Aleksieja, i teraz okazały się skuteczne. 

Tę noc spędziła przy Aleksanterim. 
Chłopak upierał się, by następnego dnia Petri i bra­

cia Koski popłynęli bez niego. 

- Nie przedłuży mi życia to, że będziecie tu siedzieć 

i gapić się na mnie - jęknął. - Być może dłużej będę 
bronił się przed śmiercią, jeżeli wyruszycie. Z czystej 
ciekawości. 

Mruknęli coś w odpowiedzi, lecz zdecydowali się 

postąpić zgodnie z jego wolą. 

W gruncie rzeczy sami tego chcieli. Przygnębiał ich 

widok przyjaciela w tym stanie. Zwłaszcza że wszy­

scy czuli się w pewnej mierze temu winni. 

Najbardziej Petri. 
Nie przyznał wprawdzie tego na głos, ale wiele 

o tym myślał. Powinien był zostać i sam rozprawić 
się z tym łajdakiem. Nie ucierpiałby tak bardzo jak 
Aleksanteri. 

Petri wybaczył chłopakowi cały ból i krzywdy, ja­

kie ten sprowadził na niego samego i jego dom. 

Mężczyźni spali. 
Mówili wprawdzie, że na pewno nie zasną, kiedy 

umierający Santeri leży tuż obok, ale posnęli jak dzie­
ci, wszyscy jak jeden. 

background image

Tylko Aleksanteri i Raija nie zmrużyli oka. Związa­

ni ze sobą dzięki ranom, które otrzymał z jej powodu. 

- Weź mnie za rękę - szepnął. 
Raija ujęła jego dłoń w obie swoje. Jego palce by­

ły przeraźliwie zimne. Skostniałe. A przecież w bara­
ku było gorąco jak w piecu. 

Petri uznał, że trzeba dobrze nagrzać, skoro mają 

wśród siebie walczącego o życie. 

- Powinieneś mu kazać nas szukać - powiedziała 

Raija cicho z troską w głosie. - Nie znalazł Petriego. 
Nie znalazł też mnie. A ty niepotrzebnie zachowałeś 
się tak zaczepnie. 

- Nie pozbawiaj mnie jedynego mężnego czynu, ja­

kiego w życiu dokonałem - poprosił smutno. - Nigdy 
nie czułem się tak bardzo mężczyzną, jak właśnie 

wtedy. Stał przede mną ogromny niczym góra. O wie­

le potężniejszy ode mnie. Z pewnością dwa razy sil­
niejszy, ale go nie wpuściłem do środka. Zginął, za­
miast mnie wdeptać w ziemię. 

- Z łatwością mógł to zrobić - odezwała się cicho Ra­

ija. - Zdajesz sobie z tego sprawę, prawda, Aleksanteri? 

Na to pytanie nie odpowiedział. Poprosił tylko: 

- Nie wymawiaj w ten sposób mego imienia. To 

bardziej boli niż wszystkie rany razem wzięte. 

- Jestem ci wdzięczna, że nie dopuściłeś, żeby 

skrzywdził dzieci - przyznała Raija. 

- Też o tym pomyślałem - odparł. - Nie wiedziałem, 

czego chce ten szaleniec. Wreszcie mogłem zrobić coś 
dla ciebie i okazać się prawdziwym mężczyzną. 

- Nie powinieneś traktować mnie poważnie! To 

może się okazać dla ciebie niebezpieczne! 

background image

- Ty jesteś niebezpieczna, Raiju - poprawił Alek-

santeri. - Dla większości mężczyzn. Stałaś się bardzo 
niebezpieczna dla mnie, a teraz Petri poczuł to do­
kładnie w taki sam sposób. Tak jest tylko z tobą. 

- Nie mam odwagi niczego więcej traktować po­

ważnie - szepnęła. - Wszystko, o co proszę, to odro­

bina ciepła. Nic poza tym. Nie chcę, by traktowano 
mnie poważnie. Nie chcę, by ktoś wiązał ze mną ja­
kieś nadzieje. Nie potrafię ich spełnić. Bardziej się te­
go lękam, niż przypuszczasz. 

Szczupłe palce Aleksanteriego oplotły jej palce. 

- Gdybyś wiedziała, jak mnie to przeraża - przyznał. 

- Mogę to teraz powiedzieć: za bardzo cię polubiłem. 
Być może ludzie mają właśnie to na myśli, kiedy mówią, 
że kogoś kochają. Nigdy wcześniej tego nie doświadczy­
łem. Zycie było dla mnie zabawą. Nie wierzyłem, że coś 
takiego w ogóle istnieje. A teraz sam się z tym spotka­
łem. Śnię na jawie. Widzę najstraszniejsze diabły, jakie 
możesz sobie wyobrazić, i zżera mnie zazdrość. Pocę się 
i drżę, nie wiedząc, co robić, żeby to ukryć. Śmiertelnie 
się boję odmowy, tak bardzo, że robię wszystko, żeby 
zachować swoje uczucia w tajemnicy. Są czasem chwile 
nadziei i iskrzącego światła. A potem znowu nadchodzą 
momenty ciemne jak piekielne czeluście... Ja, który się 
zaklinałem, że nigdy nie skalam moich ust takimi bzdu­
rami, teraz mówię i mówię, bo boję się, że umrę i nie 
zdążę ci tego wszystkiego wyjawić. 

Raija trzymała jego dłoń. Pogładziła go po włosach 

i czole. Słuchała. 

- Moje życie zatrzymało się, kiedy cię spotkałem. 

Przegrodziła je zapora. Jak bariera stawiana na drodze. 

background image

Potem nie byłem już tym samym człowiekiem. Grałem 
swą rolę, której wszyscy ode mnie oczekiwali, lecz tyl­
ko udawałem. Wszystkie moje myśli krążyły wokół cie­
bie. Wszystko, co robiłem, robiłem po to, byś zwróciła 
na mnie uwagę. - Uśmiechnął się smutno. - Lecz ty wi­

działaś tylko Petriego. Zauważyłem to, zanim sama to 
sobie uświadomiłaś. Wiedziałem, że przepadł, tak samo 
jak ja, na długo przedtem, zanim on sam to zrozumiał. 
Nienawidziłem ciebie i nienawidziłem jego, i chciałem 

was przyłapać na gorącym uczynku. Chciałem wam 
udowodnić obłudę, ale nie potrafiłem... - Spojrzał pyta­
jąco na Raiję: - Petri opowiadał ci zapewne o Paivi? 

Raija potwierdziła skinieniem głowy. 

- Długo nienawidziłem go za to, że nie wymagał 

ode mnie odpowiedzialności za moje postępowanie. 
Do dziś myśli, że nie wiedziałem, iż jego córka spo­
dziewa się dziecka. Ale to do mnie Paivi najpierw 
przyszła. Płakała i nie miała odwagi przyznać się oj­

cu. Mogłem się przecież z nią ożenić, gdyby tego ode 
mnie zażądał. Ale Petri nic nie powiedział, a ja czu­
łem, jakbym był mu coś winien. 

- I spłaciłeś to dziś rano? 
Nie zdołał wzruszyć ramionami, jak to zwykł ro­

bić. Tylko blado się uśmiechnął. 

- Chyba tak. 
- Czy lepiej się czujesz? 
- N i e . 
Długo leżał w milczeniu. Po chwili ścisnął Raiję za 

rękę. 

- Czy sądzisz, że mam jakąś szansę? - spytał. 
Czuła, że jest spięty do granic wytrzymałości. Że 

background image

śmiertelnie się boi odpowiedzi, jaką mógł usłyszeć. 
Bardziej się jednak obawia, że mogłaby wcale nie od­
powiedzieć. 

- Dziś przed południem myślałam, że nie - przy­

znała powoli. - Rany w twoim boku wydawały się bar­
dzo głębokie. Bałam się, że uszkodził ci coś w środku. 

- I ? 
- Już tak nie myślę. Wtedy krwawiłbyś również 

przez usta, ale krew płynie tylko z twoich ran. 

- Czuję się strasznie słaby. 
- Byłoby bardzo dziwne, gdyby było inaczej. To nie­

zwykłe, że w ogóle zostało w tobie jeszcze trochę krwi. 

- A więc mówisz, że mam jakąś szansę? Choćby 

najmniejszą? Że być może nie umrę? 

- Mam nadzieję, że nie. 
Przesunął się trochę. Skrzywił z bólu. 
- Myślałem, że nie mam po co żyć - wyznał nagle. 

- Niczego nie posiadam. Nie mam nikogo. Nic by 
mnie nie kosztowało, gdybym opuścił ten świat. Ale 
bronię się ze wszystkich sił. Choć nie mam nic szcze­
gólnego do stracenia, chciałbym nadal żyć. 

- To prawidłowe nastawienie. Gdybyś zechciał się 

trochę przespać, z pewnością dobrze by ci to zrobiło. 

- Przespać tę jedyną chwilę, jaką mamy dla siebie? 

- Westchnął. - Wychodzę z założenia, że nie złożyła­
byś swego serca w ręce człowieka, który wymknął się 
z zimnych objęć śmierci? 

Raija musiała się uśmiechnąć, słysząc ten napuszo­

ny język. 

- Nie mogę prosić samej siebie, żebym czuła ina­

czej, jeżeli o to ci chodzi. 

background image

- A więc Petri? - spytał zrezygnowany. - Ten do­

bry, stary Petri odchodzi jako zwycięzca? 

- Chyba tak. 
- Eija nigdy nie puściłaby go na tę wyprawę - rzekł 

cicho Aleksanteri. - Nawet nie ma pojęcia, na jakie 
pokusy narażony jest jej biedny mąż. 

Raija nie odezwała się. Nie chciała rozmawiać o żo­

nie Petriego, tak samo zresztą, jak nie chciała więcej 
rozmawiać o swojej przeszłości. 

- Czy to ci nie przeszkadza, że jest żonaty? 
Raija zastanowiła się przez chwilę. Nie czuła, że­

by jej to przeszkadzało. Zdawała sobie sprawę tylko 

z tego, że Petri jest jej bardzo drogi. 

Potrafiła odróżnić jego oddech od innych. Czuła go 

na sobie, kiedy się odwracał. Sprawiał, że była szczę­
śliwa, i nie miała wrażenia, że komuś go odbiera. 

- Nie sądzę - odpowiedziała w końcu. - Czy uwa­

żasz, że wyglądam na skrzywdzoną? 

- Jak możesz? - odpowiedział pytaniem. 
Raija została przy Aleksanterim do chwili, gdy na­

prawdę zasnął z wyczerpania pomimo bólu z powo­
du ran. 

Dopiero wtedy poszła do łóżka. Jednak nie zdjęła 

sukni. 

Wyglądało na to, że stan Aleksanteriego się popra­

wia, ale nigdy nic nie wiadomo. 

Chciała dotrzymać złożonej mu obietnicy, gdyby 

mimo wszystko miało się zdarzyć najgorsze. 

background image

Raija obudziła się, zanim mężczyźni wypłynęli 

w morze. Petri prosił ją, żeby się przespała. Na kilka 
godzin przed wyruszeniem na połów zmienił ją przy 
Aleksanterim. 

Nie mogła jednak dłużej spać. 
-Śpi? 
Petri skinął głową. 
- Majaczył - uśmiechnął się, posyłając jej czułe, 

pieszczotliwe spojrzenie. - Nagle stałaś się dla niego 
bardzo ważna. Doskonale go rozumiem. 

Raija spuściła wzrok. 
- Wcale mnie to nie cieszy. 
Petri wziął ją swą silną dłonią pod brodę. Uniósł 

jej twarz, tak że musiała na niego spojrzeć. 

- Chyba w żaden sposób nie zachęcałaś go, by się 

w tobie zakochał, prawda? Teraz myśl o tobie powin­

na mu pomóc wyzdrowieć. Trzyma go przy życiu. 

Petri zdusił w sobie zazdrość. Starał się zrozumieć. 
- Myślisz, że dojdzie do siebie? 
Raija potarła ręce. Były lodowate. Tak zimne, że 

się wystraszyła. 

Taki sam chłód czuła, zanim straciła przytomność 

i znalazła się w dwóch miejscach naraz - nie będąc 

background image

właściwie w żadnym z nich. Teraz doznała tego sa­

mego nieprzyjemnego wrażenia. 

- Dojdzie do siebie. 

Jej głos brzmiał bezbarwnie. Jak gdyby nie należał 

do niej. Wydobył się jednak z jej ust. 

Widziała, że Petri zdziwiony przygląda się jej ba­

dawczo, jednak nic nie powiedział. Raija zmieszana 
odwróciła wzrok. Czuła, że zaraz się coś z nią stanie, 
a nie chciała do tego dopuścić. 

- Walczy - mówiła dalej, starając się, by jej słowa 

brzmiały przekonująco. Tym razem był to jej dawny 
glos. Tym razem nie dostrzegła pytania w spojrzeniu 
Petriego. - Jakże mógłby nie dać sobie rady? 

Petri pośpiesznie ją przytulił. 
- Twoja odwaga i wiara również mnie daje nadzie­

ję, droga Raiju. Chciałbym tak wierzyć! 

Raija uśmiechnęła się. 
Na nic by się nie zdało, gdyby mu powiedziała, że 

sama też wątpiła. Do niedawna wątpiła podobnie jak 
Petri. 

Teraz nie było już miejsca na zwątpienie. Uwierzy­

ła swojej intuicji. Ślepo jej ufała. 

Do tej pory żadne z przeczuć jej nie zawiodło. Wiele 

razy sprawiały wrażenie nierealnych, ale się sprawdzały. 

Wydawało się, że jej los został przesądzony z góry 

i że ona sama tylko w niewielkim stopniu miała wpływ 
na swoje życie. Myślała już, że owa obca siła ją opuści­
ła. Że zniknęła na zawsze po tym, jak w okrutny spo­
sób wykorzystała Raiję jako swe narzędzie, lecz najwi­
doczniej tak się nie stało. Teraz napływała z powrotem. 

Raija wiedziała, że Aleksanteri wyzdrowieje. 

background image

Jej zioła zrobiły swoje. I jeszcze jego niezwykła wo­

la życia. 

A coś, czego nie rozumiała, dokonało reszty. 
Jednocześnie Raija przeczuwała coś innego. Coś, co 

objawiało się lodowatym dreszczem wzdłuż kręgosłupa. 

Bardziej zgadywała, niż wiedziała, że słowa Petrie-

go o kobietach podejrzanych o czary poruszyły w jej 
duszy lawinę. 

Po tamtej rozmowie ujawniła się owa zdolność, 

o której Raija wolałaby zapomnieć. 

W takich chwilach zwykle to życie Mikkala poja­

wiało się wyraźnie w urywanych fragmentach. 

Teraz jednak czuła ogień. Czuła ogień i lód - lodo­

watą wodę. 

Wypełnił ją ból większy niż jakikolwiek z możli­

wych. Nie cielesny, lecz dręczący od środka. Wyda­
wało się, że cała jej dusza rozsypie się w proch. 

Wyczuwała źródło zła. 
Gorszego niż jakiekolwiek z dotychczas napotka­

nych. 

Raija nie rozumiała, co owe wrażenia mają z nią 

wspólnego. Nie chciała brać w tym udziału, lecz z rów­

ną pewnością jak to, że Aleksanteri wyzdrowieje, wie­
działa również, że złe przeczucia dotyczą właśnie jej. 

Raija została sama w baraku razem z dziećmi i ran­

nym Aleksanterim. 

Petri uściskał ją przed wyjściem. Trzymał ją w ob­

jęciach, chociaż wszyscy się temu przyglądali. Poca­
łował ją i pogładził po plecach. 

- Jesteś uparta, moja mała - szepnął jej do ucha. - Nie 

poddawaj się! Nie pozwól, by ktoś z nas się poddał! 

background image

Raija oparła się o drzwi i przymknęła oczy. Z ca­

łej siły starała się skoncentrować, by wyraźnie ujrzeć 
obrazy, które tylko niejasno przeczuwała. 

Pot się z niej lal, kiedy próbowała wydrzeć tajem­

nice, które szykowała przyszłość. 

Był tam ogień, ponieważ czuła dym. Czyżby to ja­

kaś wizja pożaru w rybackim obozie? 

Z całej duszy pragnęła wytłumaczyć sobie dziwne 

doznania jako coś naturalnego, lecz niepokój i strach 

wbiły w nią swe szpony. Nie puszczały tak łatwo. 

Dopiero kiedy otworzyła oczy, ogień zniknął. Do­

piero po dłuższej chwili odważyła się ponownie od­
dychać i zamknąć oczy. 

Zacisnęła pięści, aż zbielały kostki jej dłoni. Szczę­

kała zębami, była mokra od potu, choć dygotała 
z zimna. Nic nie zobaczyła. 

Nic, co mogłoby ją łączyć z wydarzeniami w twier­

dzy. 

Cały wysiłek poszedł na marne. 
Dręczyły ją jednak własne wyobrażenia. Odczucia 

wywoływane przez ludzi, mówiących przy niej 

o czarach. 

Przypomniała sobie opowieść Reijo o kobiecie, 

którą pokochał w mieście kupieckim. 

Nazwano ją czarownicą. 

Raija wiedziała, że w ubiegłych stuleciach wielu lu­

dzi straciło życie na stosie, bo podejrzewano ich 
o konszachty z diabłem. 

Ale to działo się dawno temu, zanim jeszcze się 

urodziła, zanim urodził się ktokolwiek z tych, któ­
rych znała. 

background image

Nie wierzyła, że nadal się praktykuje takie kary. 

W każdym razie nie tutaj. Finnmark to taka rozległa 
kraina. Nie było potrzeby zabijania kogokolwiek 
w ten sposób, nawet jeżeli uczynił coś złego. 

Palenie czarownic na stosach wydawało się jak po­

wiew grozy z dawnych czasów. Drwiący śmiech 

z tych, którzy wierzą, że czas idzie naprzód. 

Kim są oskarżyciele? Kim są oskarżone? 
Co uczyniły? 
Prawdziwe czary wywołałyby plotki, które jak po­

żar ogarnęłyby cały płaskowyż Finnmarku w ciągu 
paru tygodni. 

Lecz tu nie dotarły żadne takie pogłoski. Nikt nie 

staje się wiedźmą czy czarnoksiężnikiem w ciągu jed­
nej nocy. Raija nie wierzyła w to. 

Dwa dni później Aleksanteri ujrzał świat w dużo 

jaśniejszych barwach. Z pomocą przyjaciół udało mu 
się usiąść na koi. Widać było, że sprawia mu to ból, 
lecz on zagryzał zęby i mimo to się uśmiechał. To 
prawdziwy sukces. 

Skoro czuje ból, to znaczy, że żyje. Nie jest jakimś 

cherlakiem, który łatwo się poddaje. 

W całym boku czuł jakby cięcia nożem, ale za to 

mógł siedzieć. Biała niczym zimowy płaskowyż twarz 
nieco się zaróżowiła. W oczach tliły się iskierki nadziei. 

- Myślę, do licha, że wyjdę z tego - wykrztusił. -

Jesteś niesamowitą kobietą, Raija - dodał, pieszcząc 

ją bez skrępowania roziskrzonym spojrzeniem swych 
szarych oczu. 

Raija poczuła się odrobinę zakłopotana, lecz nie 

background image

potrafiła opanować wzruszenia z powodu jego rado­
ści, okazywanej tak jawnie, jak i jego oddania. 

Aleksanteri zauważył, że wywołał słaby rumieniec 

na jej policzkach. Raija jest taka piękna, kiedy się 
czerwieni. Wygląda wtedy niezwykle młodo, pomy­
ślał. Chciałby ją znać, kiedy była młodsza. Petri 
w tym czasie zakochał się właśnie w Eiji i nie wyobra­
żał sobie, by mógł spojrzeć na inną kobietę... 

Aleksanteri chciałby znać Raiję, zanim ktokolwiek 

inny ją zauważył... 

W jednej chwili poczuł dławienie w gardle. Ból 

z powodu ran jakby złagodniał. Mógłby z tym żyć. 
Teraz był pewien, że potrafi go znieść. 

Nie był jednak równie pewien, że to, co czuje w pier­

si - gdzie nie zadano mu żadnych ran, po których wid­
niałyby jakieś blizny - kiedykolwiek uda się ukoić. 

Ten ból wydawał się o wiele poważniejszy. O wie­

le bardziej dotkliwy. 

Raija nadal miała na sobie sukienkę. Tę samą pięk­

ną sukienkę, którą założyła na sobotnią zabawę. 

Obiecała mu to i dotrzymała słowa. 
- Możesz teraz się przebrać, Raiju - rzekł cicho zdła­

wionym głosem. - Jestem całkiem pewien, że wszyst­
ko będzie dobrze. 

Przez twarz Raiji przemknął uśmiech. Aleksanteri 

wiedział, że po wsze czasy zapamięta ją taką, jak w tej 
chwili. 

Raija pośpiesznie ścisnęła go za rękę. Ten uśmiech 

przeznaczony był tylko dla niego. Nie dla Petriego. 
Tylko dla Aleksanteriego. Ten uścisk dłoni mówił 
o pewnego rodzaju poufałości i wspólnej tajemnicy. 

background image

- Myślałam o tym przez chwilę - przyznała. - Czu­

łam, że już nie muszę jej mieć na sobie, ale chciałam, 
żebyś ty sam zdecydował, Aleksanteri. 

- Co znaczy ta rozmowa o sukniach? - spytał Pe-

tri, unosząc brwi. 

Raija mrugnęła do Aleksanteriego. 
- To sprawa między Aleksanterim a mną - odpar­

ła. - I tak zostanie, Petri. 

Wzruszył ramionami. Nie zadawał więcej pytań. 

Zorientował się, że Raija jest o wiele bardziej nieza­
leżna niż jakakolwiek kobieta, którą znał. Przekonał 
się, że nie może jej niczego dyktować. Że Raija jest 
bardziej wolna niż wiatr. Często również o wiele sil­
niejsza od niego. Zimowy sztorm przegrałby z nią 
w zawodach, Petri był tego pewien. Była najbardziej 
upartą kobietą na północ od Zatoki Botnickiej. Być 
może także na północ od Helsinek, o ile wiedział. 

Niech czart porwie każdego poczciwca, z którym 

miałaby skrzyżować swe ścieżki. 

Była jedyną, o której mógł myśleć. 
- Tak, Santeriego zawsze interesowały sukienki -

zauważył oschle. 

Aleksanteri patrzył na Raiję rozmarzonym wzro­

kiem. Potrafił być tak diabelnie czarujący, gdy tylko 
zechciał - a jeśli chodzi o Raiję, mógłby zdobyć się 
na wiele więcej niż kiedykolwiek. 

Co taki biedak bez grosza, w dodatku żonaty, miał­

by przeciwstawić chłopięcemu wdziękowi tego włó­
czykija? 

Gdyby Santeri pokazał się od najlepszej strony, 

mógłby się stać piekielnie trudnym rywalem. 

background image

Raija może mówić sobie, co chce - i rzeczywiście 

to zrobiła, kiedy Petri powiedział jej o swoich wąt­
pliwościach - jednak kiedy patrzyła na Aleksanterie-

go, w jej oczach pojawiał się osobliwy błysk. 

Młodzieniec wywoływał na jej twarzy uśmiech, ja­

kiego Petri nigdy nie otrzymał. Było coś odmiennego 

w sposobie, w jaki trzymała głowę, rozmawiając 

z Aleksanterim. Ściągała usta w dziwny sposób. 

Pojawiało się w niej coś... niemal sztucznego. Tak 

jakby chciała zrobić na Aleksanterim wrażenie. Poka­
zała mu się z tej strony, której nie starała się odsło­
nić przed Petrim. 

Przy Petrim się nie wysilała. Nie ukazywała całej 

swej kobiecości. 

Jemu objawiała się taka, jaka była na co dzień. Ale 

Petri chciałby ujrzeć owego egzotycznego ptaka 
z barwnymi piórami - poczuć, jak czyści dla niego 
swoje piórka, tak jak to czyni dla Aleksanteriego. 

Pragnął, by i między nimi czasem bywały święta, 

żeby nie zawsze zachowywała się tak zwyczajnie. 

Był zazdrosny. 
- Może Aleksanteri powinien trochę odpocząć? -

spytał od niechcenia. 

- Nie pracowałem na morzu cały dzień. 
Petri wzruszył ramionami: 
- Sam zresztą wiesz najlepiej. 

Jego ton powiedział Raiji, że coś jest nie w porząd­

ku, i natychmiast zrozumiała, co go gnębi. 

Petri był może dorosłym mężczyzną, ale również 

dorośli mężczyźni mogą się czasem czuć jak dzieci. 

Raija wstała z koi Aleksanteriego. Spojrzała na nie-

background image

go porozumiewawczo. Wtedy również on zrozumiał, 

w czym rzecz. Niezmiernie go to rozbawiło. Mrugnął 

do niej. Zrobił to tak otwarcie, że Petri nie mógł te­
go nie zauważyć. 

Raij a wiedziała, że uczynił to celowo. 
Wracał do zdrowia, to pewne. 
Stanęła przy Petrim. Oparła się o jego szerokie plecy, 

całkiem naturalnie. Próbowała mu pokazać, że nadal 
uważa, że do siebie należą, choćby cały świat mówił coś 
innego. Delikatnymi palcami gładziła szybko i pieszczo­
tliwie jego włosy na karku. Czuła, jak jego mięśnie się 
rozluźniają, lecz wiedziała, że wciąż jest czujny. 

Zdawała sobie sprawę, że dalej będą go dręczyły 

myśli tak głupie, że nie odważyłaby się ich głośno wy­
powiedzieć. 

- Aleksanteri, możesz już próbować siadać - odezwa­

ła się spokojnie - ale nie siedź za długo. Nie chcemy, 
żebyś się forsował. Nie wiem, czy uda mi się ponow­
nie postawić cię na nogi, jeżeli sam wszystko zepsujesz. 

Uśmiechnął się krzywo. W wąskich, szarych oczach 

Raija odczytała wyraźną informację. Wiedziała, że Pe­
tri również mógł to dostrzec. Wiedziała, że również 
zrozumiał. 

Aleksanteri miał świadomość, dlaczego Raija przy­

jęła taki ton. To go uspokoiło - niemal rozsadzała go 
pewność siebie, kiedy poczuł, że życie ma zamiar cof­
nąć swój bieg. Wierzył, że jest w stanie pobić Petrie-
go. Widział, że Petri myślał tak samo. 

Raija potarła głową o brodę Petriego. Jej usta wy­

szeptały słowa, które tylko on mógł usłyszeć. 

- Na dworze nadal jest ciepło. Wkrótce nadejdzie  n o c . 

background image

Nie myliła się. Wieczór był ciepły. Słońce już daw­

no temu zanurzyło swą rozpaloną tarczę w morzu, 

lecz to nie ostudziło zbytnio powietrza. 

W obozie panowała cisza. 
2 tego czy innego baraku dochodziły co prawda 

śmiech i rozmowy, ale na zewnątrz nikogo nie było. 

Oni jedyni wyszli w tę noc. W tę jasną noc, która 

wcale nie myślała ukryć ich przed resztą świata. Pe­
tri otoczył ramieniem szczupłe barki Raiji. Objął ją 
mocno - jak gdyby w obawie, że mu ucieknie. W oba­
wie, że zaraz zostanie oszukany - teraz, kiedy czuł się 
taki bezpieczny, przynajmniej tej nocy. 

Potrzebowali samotności. Owej kojącej ciszy, któ­

ra mogła wypełnić odległość między nimi. 

Szukali jej, lecz nie całkiem im się udało ją znaleźć. 

Coś wkradło się między ich dłonie. Splatające się ze so­
bą palce napotykały coś więcej niż skóra bliskiej osoby. 

Pośród skał rysowały się czarne kontury szop, w któ­

rych przechowywano kutry. Szopy były tak czarne, jak 
kiedy patrzy się na nie pod słońce. 

W świetle dziennym były po prostu zniszczone i zsza­

rzałe. 

Drzwi głośno zaskrzypiały, kiedy Petri je pchnął. 

Ich skarga zabrzmiała równie donośnie, kiedy je 
z trzaskiem zamykał. 

Rybacy z najbliższych baraków musieli usłyszeć 

ten odgłos. Być może ktoś dowcipkował teraz na ten 
temat. Wszyscy wiedzieli, co ten dźwięk nocą ozna­
cza. Nikt nie wierzył w czyjąś gorliwość i przygoto­

wywanie o tej porze sprzętu. Petri słyszał wręcz, jak 
mówią: „teraz inny sprzęt będzie w użyciu..." 

background image

Lecz ani Raija, ani Petri nie mówili o tym, że to, 

co istnieje między nimi, nie pasuje do brudnej szopy. 

Dość długo powstrzymywali się przed wykorzysta­

niem tej kryjówki. Kojarzyła się zbyt jednoznacznie. 

Szopy bardziej niż chętnie wykorzystywano do 

spotkań w celu, za którym nie kryły się żadne praw­
dziwe uczucia. 

Raija określała je mianem prymitywnych, widząc, 

jak para za parą prześlizguje się ukradkiem do środ­
ka, odprowadzana dźwiękami zdradzieckich drzwi. 

Teraz sama dziękowała za to schronienie. Nie ob­

chodziło ją, co inni sobie pomyślą. 

W baraku mieszkało zbyt wiele osób. 
Nie znosiła powstrzymywania oddechu. 
Nie znosiła ciągłego kontrolowania słów i gestów 

- nie znosiła panowania nad sobą. 

Nie znosiła świadomości, że inni nasłuchują. Świa­

domości, że mogą usłyszeć najdrobniejszy ruch, każ­
de gorące westchnienie. Nie mogłaby znieść tego, że 

Aleksanteri ją usłyszy. 

Nie wiedziała dokładnie, czy ze względu na niego 

- żeby mu tego oszczędzić - czy raczej ze względu na 
siebie samą. Nie wiedziała dobrze, co właściwie nią 
kierowało. 

Szopa była azylem. 
Pachniało w niej morzem i solą, co zwykle przypra­

wiało Raiję o mdłości z powodu strachu przed bezden­

ną głębiną. Tutaj jednak znajdowało się coś, co łączyło 
ją z ukochanym. Petri gwałtownie objął ją wpół i moc­
no przyciągnął do siebie. Jego usta drżały, a w oczach 
krył się strach, którego wcześniej Raija nie zauważyła. 

background image

Przycisnął ją do ściany. Uwięził między deskami 

a własnym ciałem. Spojrzał na nią. Wpatrywał się 
w jej twarz długo, z determinacją, a następnie przy­

warł ustami do jej ust. Całował ją z żarem, przypo­

minającym głód. Rozpacz. 

Bez tchu odsunął Raiję od siebie. Czuła, jak pieką 

zranione wargi. Krew szybko tętniła w jej żyłach 
i chociaż Petriemu udało się wyzwolić ten ogień, któ­
ry zawsze tlił się w nich obojgu i zapłonął teraz rów­

nie łakomie jak zwykle, wywołał także coś jeszcze. 
Coś, co oboje posiadali, lecz co do tej pory tkwiło 

w nich uśpione. 

Petri zamknął oczy. Jedną rękę oparł na ścianie po­

nad ramieniem Raiji, drugą przesuwał wzdłuż jej szyi. 

O Boże, jak jej potrzebował. Chciał ją mieć, bar­

dziej niż kiedykolwiek. 

Chciał ją posiąść. 
Wcześniej tego nie czuł. 
Zadowalał się tym, że dzielił z nią uczucie, które 

się w nich zrodziło, które spadło na nich tak niespo­
dziewanie. Brał to, co dawała teraźniejszość. 

Wdychał zapach Raiji i wiedział, że właśnie w takiej 

chwili naprawdę żyje. Był za to wdzięczny losowi. 

Do tej pory nie miał odwagi pragnąć więcej. 
Nawet nie przemknęło mu to przez myśl. 
Teraz jednak zazdrość o Aleksanteriego dała o so­

bie znać. Nie była szlachetna. Wyzwalała najgorsze 
myśli. Teraźniejszość to tylko okruchy. 

Czy miał zjadać same okruchy? 
Czy nie miał prawa najeść się do syta? 
Teraźniejszość okazała się niewystarczająca. Petri 

background image

chciał mieć wszystko. Przeszłość i przyszłość, i obec­
ną chwilę - i Raiję, tylko ją. 

Pragnął z nią porozmawiać, zapytać, co o tym sądzi. 

Ale Raija jest tak potwornie rozsądna. Zaraz powie 
o Eiji. O jego dzieciach. O tym, że sama w świetle pra­
wa jest mężatką. O swoich dzieciach. Zastanawiał się, co 
by zrobiła, gdyby Aleksanteri zaproponował jej to samo. 

Aleksanteri zasiał być może ziarno tu i tam na swo­

im szlaku, ale nie miał żony, która by go wiązała. Nie 
miał nawet swojego domu. 

To, z czego Petri był kiedyś taki dumny, teraz go 

obezwładniało i czyniło z niego więźnia. 

Potępiał siebie za własne myśli. 
Rozzłościł się. 
Na siebie samego za to, że w ogóle może myśleć 

w ten sposób. 

Na nią za to, że tak nie myśli. Że jest zadowolona, 

żyjąc dniem dzisiejszym, biorąc to, co otrzymuje, 
i nie patrząc w przyszłość. Że może trzymać go w ob­
jęciach, nie płonąc z tęsknoty za czymś więcej niż tyl­
ko chwila. 

- Wiele czasu poświęcasz Santeriemu - rzekł, sły­

sząc, jak bardzo ochryple zabrzmiał jego własny głos. 

- Chcę, żeby wyzdrowiał. 

-Tak. 

Nie powiedział nic więcej. Lecz jego oczy pociem­

niały i Raija poczuła w sercu ukłucie goryczy. 

- Potrzebny mi twój czas, Raiju - odezwał się zno­

wu. - Ja także go potrzebuję. Ja także czuję się chory. 

Uśmiechnęła się słabo. 
- Tak? Jakże to? 

background image

Zręcznymi palcami rozpinała górne guziki jego ko­

szuli. 

- Czas mija tak szybko - rzekł zbolałym głosem. -

Tak diabelnie szybko. Pożera tygodnie. Z każdym mi­

jającym dniem czuję się coraz bardziej ubogi. - Spojrzał 
na nią szeroko otwartymi oczami. - Wkrótce muszę wy­
ruszyć w drogę. Muszę wrócić do domu. Nie mogę zo­
stać, Raiju. Nie mogę tu zostać. To mnie zabija, bo nie 
chcę od ciebie odejść. Mamy tak mało czasu. 

Obiema dłońmi objęła jego policzki. Zauważyła, że 

trochę schudł. Zdała sobie sprawę, że za mało je. 

- Oboje wiedzieliśmy o tym od samego początku 

- odparła cicho. - Mieliśmy tego świadomość. Ten 
dzień musi nadejść. 

- To dla ciebie nic nie znaczy? - spytał z wyrzu­

tem. Zimniej szym głosem, niż zamierzał. 

Chciał ją delikatnie przytulić i pokazać jej, jak głę­

bokim ją darzy uczuciem, lecz przez cały czas robił 

wszystko na opak. 

- Może w gruncie rzeczy wcale cię nie obchodzę? 

Po prostu wybrałaś tego z nas, który stał na czele? 

Raija spojrzała na niego - nie rozumiała tej złości, 

nie rozumiała tej nagłej zmiany nastroju. 

Petri rozumiał. Choć był dorosły i wielkoduszny, miał 

wielkie serce i wszedł w ten układ z równie otwartymi 

oczyma jak ona, teraz nie poznawał samego siebie. Ni­
gdy między nimi nie było takiej złości jak w tej chwili 

Przesunął Raiję bliżej ściany. Trzymał ją dłońmi 

twardymi jak kamienie. I równie zimnymi. 

Jego oczy płonęły, lecz zimnym ogniem. 

Policzki napięły się, sprawiając, że twarz stała się 

background image

» 

surowa. Jedną rękę podsunął pod plecy dziewczyny. 
Z całej siły przytwierdził ją wręcz do swego ciała. 

Drugą ręką podciągnął jej spódnicę. Bezlitośnie 

przesuwał palcami wzdłuż ud Raiji. 

Zostawiał czerwone ślady w miejscach, gdzie zwy­

kle wyzwalał ogień. 

Sprawiał ból tam, gdzie pieszczotami budził w niej 

rozkosz. 

Zaczepił brzeg spódnicy za pasek. Przywarł do Ra­

iji. Wolną ręką rozpiął spodnie. 

Poczuła, jak ją zmusił, by się przed nim otworzyła. 

Myślała, że będzie krzyczeć, kiedy uniósł ją nieco, żeby 

w nią wejść. Przyparł ją do ściany i brał, nie dając nic. 

Było mu zimno, choć dotarł do punktu kulmina­

cyjnego, który pozostawił tylko pustkę. 

Wyczerpany odsunął się od Raiji. Spuściła głowę, 

lecz zdążył zauważyć, że jej wargi krwawią. Odwró­
cił się do niej plecami i poprawił ubranie. 

O Boże, żeby tylko potrafiła zrozumieć. Żeby tyl­

ko zdołał ją przekonać, jak bardzo siebie za to niena­

widził. Że to przecież nie on - nie taki, jakim jest na­

prawdę. Że czegoś takiego ten Petri, który ją kochał, 
na pewno nie mógłby zrobić... 

Chciał usłyszeć, jak mu wybacza. Chciał usłyszeć, jak 

wypowiada zbawienne słowa, lecz jedynym dźwiękiem, 

jaki go dochodził, był jej urywany, drżący oddech. 

Po chwili zabrzmiał jej głos. Nie miękki i ciepły, 

jaki bywał głos Raiji. Nie pełen kobiety, którą kochał. 
Wydawał się równie zimny jak noc polarna. 

- Nigdy tego nie zapomnę, Petri. Jak mogłeś... 

Jęknęły drzwi. 

background image

Najpierw, kiedy je otwierała. 

Potem, kiedy je zamknęła. 
Uczyniła to chłodno i ze spokojem. 
Petri przeraził się tego bardziej niż bladej wściekło­

ści. Opanowana Raija była o wiele bardziej niebez­
pieczna niż ta, która przeklinała i biła. Chciał jej dać 
tyle ciepła. Chciał jej powiedzieć, ile dla niego znaczy. 

Jak niewiele warte i ubogie stanie się jego życie bez 

niej. Chciał doprowadzić siebie i ją do rozkoszy i ra­
zem z nią ochłonąć. Chciał obudzić w niej to, co kie­
dyś potrafił wydobyć na światło dzienne. 

A teraz odsunął ją od siebie w sposób bardziej bru­

talny, niż gdyby jej powiedział, że jej nienawidzi. 

Wszystko zniweczył. Jego złość wszystko przekre­

śliła. Złość i zazdrość. 

Nie wiedział, jak jej teraz spojrzy w oczy. 
Nie wiedział, co zrobić, by mu przebaczyła. Wie­

dział tylko, że musi uzyskać jej przebaczenie. W prze­
ciwnym razie wolałby umrzeć. 

Bez jej szacunku był nikim. 
Nie był nawet wart jej kochać. 
Petri uderzył pięścią w ścianę. 
Opadł na podłogę w jednym z kątów szopy. Cięż­

ko oparł się plecami o ścianę. Nie było dla niego wy­
tchnienia, żadnej nadziei. 

Raija położyła się na swym posłaniu w ubraniu. Za­

ciskała pięści. Wbijała paznokcie w skórę dłoni, lecz 
nie umiała powstrzymać płaczu. Broda jej drżała. 

- Co się stało, Raiju? - glos Aleksanteriego za­

brzmiał cicho jak tchnienie wiatru. - Co on ci zrobił? 

- Rozwiał marzenie - odparła. 

background image

Usłyszała, jak jęknął. Usłyszała, jak zaklął. 
- Nie mogę do ciebie przyjść - szepnął zaraz po 

chwili. Musiał robić krótkie przerwy między słowa­
mi. - Ale gdybym mógł, to bym cię przytulił, Raiju. 
Powinnaś się wypłakać na moim ramieniu. 

Przełknęła ślinę. Nie zdołała się nawet uśmiechnąć. 

Nie poprawiło jej to nastroju, chociaż Aleksanteri 
najwyraźniej mówił poważnie. Wręcz przeciwnie -
czuła się zrozpaczona, ponieważ nie był w stanie 
w żaden sposób jej pomóc. 

- Dobrze byłoby się przy tobie wypłakać, Aleksan­

teri - wyznała. - Ale ty jesteś o wiele słabszy ode 
mnie... Mimo wszystko dziękuję. 

- Zawsze będę twoim przyjacielem, Raiju. 
- Mogę potrzebować przyjaciół. 

Przyjaciół potrzebowała Anna Benet. Czuła, że za­

równo ręce, jak i nogi wydłużają się z każdym obrotem 
koła na ławie tortur. Leżała przytwierdzona do niej rze­
mieniami, nie wiedziała, po raz który. Nie była pewna, 
czy potrafi jeszcze liczyć. Wokół niej stało trzech ludzi. 

Jej oczy dostrzegały trzech. Może było ich więcej. 

Może mniej. Nie miała pewności, czy jeszcze widzi 

wyraźnie. 

Nikt nie wziął jej w obronę. Nikt nie powiedział 

o niej, że była dobrym człowiekiem i że nigdy nie 
miała zamiaru zrobić komuś krzywdy. Nikt nie po­

wiedział, że była pracowita i spokojna, że chętnie po­

magała innym, niewiele wymagając dla siebie. 

Ciążyło nad nią oskarżenie. 
Wiedźma. 

background image

Czarownica. 
Tylko dlatego, że wczesną wiosną padło bydło są­

siadów. Nikt nie potrafił wyjaśnić dlaczego. 

Do chwili, kiedy sąsiadowi przyszło do głowy, że 

stało się tak, ponieważ w zeszłym roku się nie zgo­
dził na krycie jej krów swoim bykiem. 

Rozesłał plotki, że Anna uprawia czary. 
Pewna kobieta, którą skazali i spalili na stosie, 

wskazała na nią. 

Teraz z niej wycisną więcej nazwisk. 
Czy to zrobiła? Czy rzeczywiście zrobiła to, o co 

ją posądzają i do czego powinna się przyznać? 

Anna Benet nie była już przekonana o swojej niewin­

ności. Ludzie ci twierdzili z całą pewnością, że znają jej 
myśli i wiedzą dokładnie, co robiła. Może to prawda? 

Ktoś ją widział - widział ją na górze Domen. 
Rozżarzone cęgi przykładane do jej skóry już nie 

piekły. Nie czuła już bólu. 

Widziała wszystko, lecz nic nie czuła. 

Stos nie wydawał się już tak przerażający. Ozna­

czał koniec. Koniec tego wszystkiego. 

- Zrobiłaś to, Anno Benet - zabrzmiał męski głos. 

Człowiek ten mógłby być jej synem, był taki młody. 
Tak młody, a tak potwornie zimny. - Zabiłaś jego zwie­
rzęta. Sprowadziłaś na niego złą pogodę. Czy karałaś 
też innych w ten sposób? W ostatnią noc świętojańską 
poleciałaś jako ptak na górę Domen. Tylko nie zaprze­
czaj. Wiele osób cię widziało. 

Jakże łagodnie i przekonująco brzmiał jego głos! 

Czy nadal ją przypiekali? 

Anna Benet uświadomiła sobie, że jest sposób, by ja-

background image

koś z tego wybrnąć. Zamknęła oczy. Zachowała przy­
tomność wystarczająco długo, żeby zdecydować, że nie 

wciągnie w ten koszmar więcej niewinnych osób. 

Da prześladowcom to, na co czekają, ale nie może 

pozwolić, by uwięzili kogoś niewinnego. 

- Byłam tam - wyszeptała spękanymi wargami. -

Byłam tam. Robiłam to, o czym mówicie. Robiłam to 

wszystko. Wywołałam burzę. Przeze mnie ginęły stat­

ki. Podobało mi się to. Lubiłam swą władzę. 

- Kto jeszcze? 
- Nie znam jej - odparła Anna Benet. - Jest młoda. 

Najpiękniejsza ze wszystkich kobiet, jakie znam. Sam 
diabeł się do niej uśmiechał. Potrafiła więcej niż kto­
kolwiek z nas. Potrafiła zabijać i z powrotem przy­

wracać do życia. Nikt z nas nie miał takiej mocy. 

- Jak się nazywa? - Głosy zgromadzonych wokół 

drżały z emocji. Ludzie ci nie wiedzieli, że stara się 

wyprowadzić ich w pole. 

Wkrótce to wszystko się skończy. Czeka ją stos, 

lecz dla niej jest on wyzwoleniem. Nie wiedzieli, że 
dają jej wolność. Że wykupiła się kłamstwem. 

- Nie wiem. Nie pochodziła stąd. Jej włosy były 

czarne jak sadza pod stopami samego diabła. Wyglą­
dała jak anioł, ale była najbardziej niebezpieczna 
z nas wszystkich. 

Anna straciła przytomność. Nie czuła, że rozwią­

zali rzemienie wokół jej rąk i nóg. Nie słyszała, jak 
ogłaszają wyrok śmierci. 

Nie słyszała głosu młodego kapitana. Nie widzia­

ła żaru w jego oczach. 

- Znajdę tę kobietę! I zaprowadzę na stos! 

background image

Petri spał tej nocy poza domem. Wrócił następne­

go dnia, lecz skutecznie unikał wzroku Raiji. 

Nie było to trudne. Również ona nie chciała na nie­

go patrzeć. Bolała ją świadomość, że tak bardzo się 
co do niego pomyliła. Że tak mu zaufała i dała mu ty­
le ciepła - ofiarowała tak wiele siebie człowiekowi, 
który tego nie docenił. 

Poznanie tej jego drugiej strony bolało bardziej, 

niż Petri mógł przypuszczać. 

Rai ja dałaby wszystko, by tego o nim nie wiedzieć. 
Wolałaby raczej, żeby odszedł, każąc jej żyć wspo­

mnieniami opartymi na kłamstwie. 

Teraz nawet marzenia nie dodadzą blasku rzeczy­

wistości. Trudno będzie pielęgnować spędzone wspól­

nie cudowne chwile - brudne plamy zbrukały wszyst­
ko, co przeżyli przedtem. 

To, co piękne, nabrało brudnego odcienia. 
Petri nie był już dla niej bohaterem. Przestał być 

mężczyzną z marzeń. 

Raija jednak zagryzła zęby i nadal robiła to, co do 

niej należało. 

W kontrakcie nie było mowy o ogrzewaniu w łóż­

ku kapitana, myślała z goryczą. Okazała się głupia, 
ale jeszcze nie jest za późno, żeby przejrzeć na oczy. 

background image

Nie odzywała się do Petriego. 
On z niczym nie zwracał się do niej. 

Jednak dzieciom nadal poświęcał sporo uwagi. To, co 

zaszło między nim a Raiją, nie przeszkadzało mu w tym. 

Początkowo Raija, żądna zemsty, zamierzała mu 

zabronić zbliżania się do nich. Chciała nakazać dzie­
ciom, żeby z nim nie rozmawiały. 

Widziała jednak, jak Petri bawi je i rozśmiesza. Wi­

działa, że stał się dla nich nowym Reijo, i nie potra­
fiła się zdobyć na to, żeby je tego pozbawić. 

Być może nie uczyniła tego również przez wzgląd na 

Petriego, widząc, że i jemu przekomarzanie się z dzieć­
mi sprawia ogromną radość. 

W takich chwilach stawał się niezwykle promien­

ny i beztroski, jego twarz się odprężała. 

Raija ukradkiem obserwowała go w czasie tych zabaw. 

Wtedy pragnęła, by mogła wymazać epizod z szopy. 

Jednak wdarł się między nich. Rzeczywisty. Przykry. 

Powodował lodowaty ucisk w żołądku, który sta­

le się wzmagał. 

Raija nie zdobyła się na to, żeby zapytać Petriego: 

dlaczego. Nie zdobyła się na to, by dać mu szansę. 

Przeżycie z ostatniej nocy wydawało się zbyt bo­

lesne. 

Petri zbyt głęboko ją upokorzył. 
Nie patrzyła na niego. Robiła, co mogła, żeby się 

do niego nie zbliżać. 

On także nie starał się z nią pojednać. 
To chyba było najgorsze. 
Mogłaby go wysłuchać. Może potrafiłaby wyba­

czyć. Może dałaby się przekonać i zapomniała. 

background image

Ale to Petri musiał uczynić pierwszy krok. 

Już dostatecznie ją upokorzył. 

Nie ma mowy, żeby jeszcze bardziej powalała się 

błotem i pierwsza się ugięła! 

To on ją poniżył! 
Petri jednak nie wyciągnął ręki na zgodę. Nigdy nie 

próbował jej zatrzymać choćby na chwilę. Nie próbo­
wał pochwycić jej wzroku. Jeżeli na nią patrzył, robił to 
z ukrycia. Raiji nie udało się nigdy go na tym przyłapać. 

Nie chciał przebaczenia. Nie chciał się przed nią 

ukorzyć. Nie chciał wszystkiego naprawić. 

Czy w tym, co zrobił, nie widział nic złego? 
Raija nie znosiła tych jego uników. Gdyby chociaż 

spróbował do niej dotrzeć! 

Mijały dni, a lody między nią i Petrim nie topniały. Za­

chowanie obojga tak rzucało się w oczy, że współmiesz­
kańcy szukali każdego wieczoru pretekstu do wyjścia 
z domu. Nie wytrzymywali tej ściany milczenia, która 
rosła coraz wyżej. Również Aleksanteriemu wydawało 
się to denerwujące, lecz on nie mógł jeszcze chodzić. 

Mijały właśnie dwa tygodnie od chwili, kiedy zdo­

łał usiąść samodzielnie. 

O w o zwycięstwo dodało mu więcej energii i zapa­

łu. Nie chciał niczyjej pomocy. 

Gdy nikt nie widział, próbował zejść z koi o włas­

nych siłach. 

Kiedy Raiji ani żadnego z przyjaciół nie było w ba­

raku, robił kilka chwiejnych kroków między prycza­
mi. Dzieciom wydawało się to bardzo ciekawe i chęt­
nie go obserwowały. Obiecały nikomu nie mówić 
o jego ćwiczeniach. 

background image

Znowu nadeszła sobota. Trzecia od owego feralne­

go dnia. Aleksanteri zdał sobie sprawę, że może cho­
dzić. Nie kręciło mu się w głowie, kiedy wstawał. Nie 
czuł już tak piekącego bólu. Był na dobrej drodze ku 
swemu dawnemu ja. 

Chciał im wszystkim pokazać, na co go stać. 
Lecz musiał obrać odpowiednią chwilę. 
Raija krzątała się zajęta swoimi sprawami i Alek­

santeri z przyjemnością śledził każdy jej najdrobniej­
szy ruch. 

Wszystko, co robiła, było piękne - ponieważ ona 

to robiła. Snuł marzenia o świecie, który mógłby dzie­
lić razem z nią. Gdyby mu tylko pozwoliła. 

Nadal nie wiedział, co zaszło między Raiją i Petrim. 
Nic nie powiedziała, a Petri zachowywał się rów­

nie milcząco. 

Nie był ślepy, żeby nie dostrzegać, jak oboje cier­

pią, ale również nie taki głupi, by próbować rozwią­
zać kłopot, który sami sobie stworzyli. 

Miłość nie zna żadnych reguł. 

Jeżeli Petri napytał sobie biedy, powinien zacho­

wać się jak mężczyzna i sam znaleźć sposób, by wy­
brnąć z trudnej sytuacji. 

Aleksanteri zamierzał jedynie wykorzystać okazję, 

jaka mu się nadarzała. Nic więcej. 

Usłyszał rybaków powracających z połowu. 

Doszły go odgłosy rozmów i śmiech. Czekał. 

Raija przygotowała posiłek. Dobrze napaliła, w izbie 

wydawało się gorąco jak w piecu. Wiedziała, że zmar­

znięci rybacy będą spragnieni ciepła po ciężkiej pracy 

i po długim dniu spędzonym w przemoczonych ubra-

background image

niach. Wiedziała, że choć na parę godzin zechcą strzą-
snąć z siebie cały tydzień znoju. 

Wygładziła fartuch. Pośpiesznie przeciągnęła ręką 

po włosach. Poprawiła jeden niesforny kosmyk, do­
dający jej zresztą wiele uroku. 

Aleksanteri widział, jak przełknęła ślinę. 
Z powodu Petriego. 
Zawsze z powodu Petriego. 

Lecz Petri nie powinien teraz skupiać jej uwagi. 

Nie zasługiwał na to. 

Aleksanteri odsunął skóry. Przerzucił nogi przez 

brzeg koi. Postawił stopy na podłodze. 

- Raija... 
Czy dosłyszała radość w jego głosie? Czy widzia­

ła, jaki jest z siebie dumny? Wstał. Stał, nie trzyma­

jąc się niczego. Nie uważał, żeby ból był aż tak silny, 

by musiał się skrzywić. Nawet gdyby tak było, Alek­
santeri zrobiłby wszystko, aby to przed nią ukryć. 

Niech zobaczy, że nie jestem jakimś dzieciakiem, 

pomyślał. Raija musi się dowiedzieć, że jestem męż­
czyzną. 

- Na Boga, Aleksanteri! 
Błyskawicznie znalazła się przy nim, zanim zdołał 

jej przeszkodzić. 

- Nie trzymaj mnie! - Odsunął ją od siebie. - Zo­

bacz! Znowu mogę chodzić! 

Ruszył ku niej. Chciał się pokazać Raiji od najlep­

szej strony. Uśmiechał się szeroko, jak tylko on to po­
trafił. Wiedział, że zrobi wrażenie na wszystkich, nie 
tylko na niej. Nie musiał się nawet zbytnio wysilać. 

- Powinieneś jeszcze odpocząć, Santeri! 

background image

- Nie mogę odpoczywać do końca życia. Zgniję 

w tej koi, jeśli dłużej w niej polezę. 

Raija zrezygnowana potrząsnęła głową. Chociaż 

usta jej prosiły, żeby na siebie uważał, nie potrafiła 
ukryć, że jest z niego dumna. Jego zwycięstwo było 
także jej zwycięstwem. 

Miała w nim swój mały udział, ponieważ pomogła 

mu wrócić do zdrowia. To dzięki jej ziołom rany się 
zrosły. Na największych widniały jeszcze strupy. 
Płytsze już się zabliźniły. 

Śmiał się do niej. Uśmiechał się całą twarzą, że aż 

czuła mrowienie w plecach. 

Pełen zapału wyrzucił do przodu ramiona. 
- Naprawdę stoję na własnych nogach, Raiju! 

Sam chyba nie mógł w to uwierzyć. 

- Już wędrowałem do piekła, ale ty sprawiłaś, że 

wróciłem. 

Nagle spoważniał. Uświadomił sobie, jak bardzo 

się do siebie zbliżyli. Ciałem i duszą. 

- Większości dokonała twoja własna wola, Alek-

santeri. 

Wyciągnęła dłoń i chciała go pogładzić po policzku, 

podobnie jak często to czyniła wobec swoich dzieci. 

Złapał jej rękę, zanim zdążyła go dotknąć. Nie 

chciał, by tak go traktowała. Nie był dzieckiem! 

Delikatnie otworzył i pocałował wewnętrzną stro­

nę jej dłoni. Jeden raz, lecz uczynił to z wielką na­
miętnością. 

Następnie powoli zamknął i wypuścił dłoń Raiji. 
Nie próbowała już go dotknąć. 
- Czułem taką ogromną wolę życia, ponieważ ty przy 

background image

mnie byłaś - rzekł cicho. - Tak bardzo pragnąłem wy­

zdrowieć, ponieważ nie chciałem, żebyś zniknęła. Nie 
mogłem umrzeć, prawda? Musiałem żyć, bo i ty żyjesz... 

- Nie gadaj bzdur, Aleksanteri. 
Odwróciła się od niego. Chwyciła za jeden ze 

wsporników koi Petriego. 

Aleksanteri pomyślał, że Raija nie zdaje sobie spra­

wy, czego się przytrzymuje. Położył obie dłonie na 
jej ramionach. Jego serce zamarło na chwilę, kiedy nie 
cofnęła się, kiedy go nie odsunęła. 

- Nie lubię milczeć o tym, co czuję - szepnął ochryple. 
W pewnym sensie chciał, żeby wracający z połowu 

towarzysze weszli właśnie w tej chwili. Z drugiej stro­
ny wolałby, żeby przez resztę życia trzymali się z da­
la od nich dwojga. 

- Wiesz, co czuję, Raiju... 
Ostrożnie odwrócił ją ku sobie. Jednym spojrze­

niem ocenił, że nie jest już taka nieugięta. 

To, co nią wstrząsnęło i zniszczyło jej związek z Pe-

trim, jemu mogło dać szansę. 

- Ty jedna trzymałaś mnie przy życiu - rzekł z na­

ciskiem. - To dla ciebie przeżyłem. Stale miałem przed 
sobą twój obraz. Twój głos. Zapach twoich włosów. 
Pragnąłbym móc ujrzeć ciebie, jak gotujesz obiad w do­
mu, który mógłbym nazwać moim. Naszym domem... 

Raija zacisnęła powieki. Nie chciała tego słuchać! 

Nie zniesie więcej cudzych marzeń! Dosyć ma swo­
ich własnych! 

- Jestem tylko chłopakiem bez charakteru, to 

prawda. Lecz nigdy nie spotkałem kogoś takiego, dla 
kogo warto by się starać. Dopóki nie spotkałem cie-

background image

bie... - Aleksanteri zaczerpnął powietrza. - Dla ciebie 
mógłbym... 

- Ukraść księżyc? - podsunęła. 
Potrząsnął głową. 
- Nie to. Ale mógłbym ryzykować dla ciebie ży­

cie. - Zamilkł, jakby poważnie zastanawiał się nad 
tym, co powiedział. Z pewnym zdumieniem powtó­

rzył: - Naprawdę myślę, że byłbym w stanie poświę­

cić dla ciebie życie. Nigdy przedtem nie czułem cze­
goś takiego... 

- Nie mów tak! 
Raiję uderzyła fala chłodu. Zatrzęsła się z zimna. 

Aleksanteri nie rozumiał tego. Nie mógł wiedzieć. 

- Moje życie tak niewiele znaczy w porównaniu 

z twoim - rzekł i objął ją. 

Ostrożnie, żeby nie urazić obolałego boku. Jego 

objęcia tak różniły się od tamtych, które dobrze pa­
miętała, że się nie broniła. 

Być może to zaplanował. A może to rzeczywiście 

przypadek... 

Gładził jej plecy. Raija wsunęła ręce w jego włosy. 

Jego usta rozchyliły się lekko, zanim ułożyły się drżą­

ce na jej na wpół otwartych wargach. 

Zamknęła oczy. Wiedziała, że to nie Petri. Wiedzia­

ła z całą pewnością, że to Aleksanteri, lecz mimo 

wszystko nie chciała tego wiedzieć. 

To było przyjemne - ale nic poza tym. 

Niebo nie zawaliło się jej na głowę. Nie poczuła 

w sobie ognia grożącego utratą rozsądku i poczucia 

rzeczywistości. 

Pocałunki Aleksanteriego niczego nie wywróciły 

background image

do góry nogami, były łagodne jak wiosenny deszcz, 

lecz ogrzewały. 

Pozwalała, by ją całował. Odpowiadała pocałunka­

mi. Nie żarliwymi, lecz równie ciepłymi. 

Zdawała sobie sprawę z tego, co robi. Nie było to 

chwilowe zapomnienie, chciała tego. 

Petri wpadł do środka gwałtownie jak zwykle. Ni­

czym burza nie znająca przeszkód. 

Tym razem się zatrzymał. 
Stanął jak wryty w drzwiach. Tapio i Markku mu­

sieli go wręcz odepchnąć na bok, żeby wejść. Petri nie 
spuszczał wzroku z czarnych włosów, które znalazły 
się zbyt blisko jasnorudej czupryny. 

Zagotowało się w nim na widok palców Raiji wsu­

niętych we włosy Aleksanteriego. 

Zaślepiła go wściekłość na widok dłoni Aleksante­

riego pieszczotliwie gładzących plecy dziewczyny. 

Aleksanteri również ją miał. Jego ręce dotykały jej 

miękkiej skóry. 

Przed nim. 

Aleksanteri zjawił się przy niej przed nim. 
Teraz znowu pozwalała się obejmować, całować 

i pieścić Aleksanteriemu. 

Byli tak zajęci sobą, że zabrało im całą wieczność, 

zanim od siebie odskoczyli. 

Żadne z nich się nie zawstydziło. 
Aleksanteri zatrzymał rękę na ramieniu Raiji. Uśmie­

chał się krzywo, zadowolony z siebie. Tak diabelnie za­
dowolony z siebie. 

Raija palcami zaczesała grzywkę do tyłu gestem tak 

dobrze znanym i tak drogim Petriemu, że aż ścisnęło mu 

background image

się serce. O Boże, jak wiele pamiętał takich drobiazgów 
z nią związanych! Czegoś podobnego się nie zapomina. 

Czy wszyscy się na niego uwzięli? 
- Aleksanteri wstał! - zawołała Raija, promieniejąc 

radością. 

- Tak, widzę, że robisz wszystko, żeby go wesprzeć 

- rzekł oschle Petri. 

To pierwsze słowa, jakie między sobą wymienili od 

nieszczęsnego zdarzenia w szopie. 

Ich oczy się spotkały. Na krótko ich twarze, bez­

radnie nagie, otworzyły się przed sobą nawzajem. 
Lecz chwila minęła, niemal zanim jeszcze się zaczęła. 

Oboje spuścili wzrok. 
I chociaż Raija zaraz potem wyśliznęła się z objęć 

Aleksanteriego, nie mogło to zmienić wrażenia, jakie 
Petri zdążył odnieść. 

Już nie wierzył. 

Nie miał nadziei. 
Musiał przyznać, że przegrał. 
Posunął się za daleko, a teraz nic mu nie pomoże, 

nawet gdyby poruszył niebo i ziemię, żeby odzyskać 
to, co stracił. 

Jego życie długo wydawało się pozbawione znaczenia. 

W ciągu kilku gorących dni nabrało sensu. Treści. 

Przekonał się, że również on może znaleźć bliźniaczą 

duszę... 

Na chwilę. 
Nic, co dobre, nie może trwać wiecznie. 
Ale powinno mieć godny koniec. 
Zostały mu tylko marzenia. Petri nie był pewien, 

czy są coś warte. 

background image

Wspomnienia na razie ukrywał. Będzie je ukrywał 

do chwili, gdy uda mu się zapomnieć ostatnią noc. 
Cudowne chwile nie powinny się zabarwić wstydem. 

Ociężale zdjął z siebie mokre ubranie. Nie dbał 

o to, że Raija może go zobaczyć. Przecież już nie raz 

widziała go nagiego. Nie była też niewinną lilią... 

Petri usiłował nie słuchać jednostajnej, nieprzerwa­

nej paplaniny Aleksanteriego. 

- To Raiji powinienem za wszystko dziękować -

mówił Santeri z przejęciem. 

Nikt nie zaprzeczył. 
- Winien jej jestem moje życie. - Aleksanteri zawsze 

miał łatwość wypowiadania się. I z równą łatwością 
przesadzał. - Opowiem całemu światu, że wyrwała 
mnie z objęć śmierci. Byłem już jedną nogą na tamtym 
świecie, kiedy mnie sprowadziła z powrotem. Dzięki 
niej zacząłem znowu żyć. 

- Możesz w każdym razie rozgłosić to w całym 

Vardo - zauważył Petri. 

Dobrze wiedział, że Raija go słucha. Udawała, że 

nie zrobiło to na niej żadnego wrażenia, ale jego nie 
oszuka. Dostrzegł, jak mięsień przy jej skroni drży 
z napięcia. 

- Nie czyń jednak z niej anioła, bo wtedy zostanie­

my tu stratowani - dodał. 

Nie mógł się powstrzymać. Musiał jej jakoś odpłacić. 

Musiał ją zranić, tak jak ona teraz rozdarła jego już 

zranione serce, pozwalając Aleksanteriemu na taką 
poufałość, z jaką nikt nie powinien jej traktować. 

Wiedział, że to on pierwszy ją zawiódł, pierwszy 

ją rozczarował, ale ponieważ nie dopuszczał do sie-

background image

bie myśli o tym, co się stało, jego własne postępowa­
nie wydawało mu się jakby nierzeczywiste. 

Jak najbardziej rzeczywiste było natomiast obecne 

zachowanie Raiji. 

Petri nie zdawał sobie sprawy, jak głęboko zranił 

Raiję, dopóki nie usłyszał jej ostrej repliki: 

- Nazwij mnie raczej czarownicą, Aleksanteri. 

W naszych czasach aż się od nich roi. Jedna mniej czy 
więcej, gdy na górze Domen odbywają się sabaty 
z diabłem, nie odgrywa żadnej roli. 

Aleksanteri i chłopcy roześmiali się. 

Petri pochylił głowę i odwrócił się od Raiji. Słowa 

przeprosin zamarły na końcu języka. Nie zdobył się 
na to, by je wypowiedzieć. 

Aleksanteri miał wreszcie dość chwalenia się. 

Usiadł, a Rai ja odsunęła się od niego. Na bezpieczną 
odległość. 

Była zła na samą siebie, że przejmowała się Petrim. 

Nie zasłużył na to. Jednak jego zdanie nadal miało 
dla niej znaczenie. 

Dezaprobata w jego oczach raniła jak noże. Raija 

chciała go nienawidzić, ale przychodziło jej to 
z ogromnym trudem. 

Pragnęła zobaczyć, jak topnieją lody między nią i Pe­

trim, lecz już przestała wierzyć, że to w ogóle możliwe. 

Nie zamierzała uczynić pierwszego kroku i stop­

niowo zaczynała rozumieć, że Petri również był na 
to zbyt dumny. 

Za zastygłą maską, którą jej pokazywał, dostrzega­

ła człowieka, którego poznała w ciągu kilku krótkich 

wypełnionych gorączką dni, człowieka, który wkradł 

background image

się w jej serce, choć żadne z nich tego nie chciało. 

Niechętnie ulegli, otworzyli się dla siebie nawza­

jem, znaleźli bratnią duszę tam, gdzie nie spodziewa­
li się jej znaleźć - a teraz równie niechętnie zrezygno­

wali z tego, czego nigdy nie posiadali. To bolało. 

Kiedy Aleksanteri już stanął na nogi, szybko do­

szedł do siebie. 

Jego zapał i wytrwałość zrobiły swoje. Pragnienie, 

by zaimponować Raiji, dodało mu niezwykłej siły. 

Musi okazać się kimś więcej niż tylko zwiędłym 

kwiatem. 

- Na Boga, jestem przecież mężczyzną! 
To, że Petri wydawał się całkiem przegrany, wypeł­

niło Aleksanteriego nadzieją. 

On, który zawsze wyśmiewał się z tych, którzy 

szukali w życiu bezpieczeństwa i domu, teraz sam za­
czął o tym marzyć. Zawsze drwił z mężczyzn, którzy 
postarali się o żonę i dzieci, pracę, wiążącą ich z jed­
nym miejscem... 

Dla niego życie oznaczało wędrówkę. Beztroskie 

wałęsanie się i branie od losu wszystkiego, co ma do 
zaoferowania. 

Nie myślał o jutrze. Przyszłość wydawała mu się 

czymś nieznanym, czymś zupełnie niegodnym zain­
teresowania. 

Była... 
Gdyby teraz zamknął oczy, mógłby zobaczyć 

w wyobraźni niewielki domek między wysokimi 

świerkami. Gładkie jak lustro jezioro odbijające sau­
nę. Mógł ujrzeć, jak powierzchnię wody w równych 
odstępach czasu przełamują pstrągi. Rozchodzące się 

background image

po wodzie kręgi. Plusk za pluskiem. Mógł zobaczyć 
chmury przesuwające się po czystym, niebieskim nie­
bie - i ogromną otwartą przestrzeń, żadnych skał, 

w których otoczeniu czułby się jak osaczony. 

Widok powinien być rozległy i urozmaicony. 

Aleksanteri marzył o posiadaniu takiego miejsca. 

I o własnej ziemi. I żeby do najbliższego sąsiada by­
ło na tyle daleko, by wybierając się do niego trzeba 
było zakładać płaszcz, ale nie dalej, tak by w razie po­
trzeby mieć z kim porozmawiać. 

Samotny w czterech ścianach odchodziłby od zdro­

wych zmysłów. Czułby się jak więzień i byłby bied­

niejszy, niż gdyby nie posiadał nic ponad to, co miał 
na sobie. 

Ale z Raiją stałby się bogatszy od samego króla. 
Tak wyglądały jego marzenia. Nie miał odwagi 

z kimkolwiek się nimi podzielić. Sam chciał się naj­
pierw nimi nacieszyć. Sięgać po nie i polerować, i za­
chwycać się ich oślepiającym blaskiem. Rozmyślać, 
jak by to było, szczegół po szczególe. Chciał wyobra­
żać sobie dźwięki, zapachy - nawet słowa. 

A Raija... 
Nie była stworzona do życia na wybrzeżu Finn-

marku. Ruija to nie miejsce dla niej, choć jej imię 
przypadkiem brzmiało podobnie do nazwy tej odlud­
nej, jałowej części kraju. 

Raija została stworzona, by słuchać szumu strzeli­

stych świerków. Jej plecy były równie wyprostowane 
jak one. 

Raija to córka Finlandii. Ruija nie była jej krajem, 

jej ojczyzną była Suomi. 

background image

Ałeksanteri myślał tylko o Raiji. A to, co wypełnia 

serce, musi zaraz wypłynąć przez usta. 

Sezon połowów miał się ku końcowi dla rybaków 

przybyłych z okolic północnych krańców Norwegii, 

a także dla tych, którzy mieszkali jeszcze dalej. 

Wkrótce nie będzie już czego łowić Zaczynali się 

przygotowywać do powrotu do domu. 

Ten rok można uznać za stosunkowo dobry. Być mo­

że nie uda im się wymazać wszystkich długów, ale wy­
starczy na jedzenie i obsianie niewielkich skrawków zie­
mi, żeby jakoś przetrzymać do następnych połowów. 

Gdzie nie spojrzeć, dało się zauważyć poruszenie 

w obozie, chociaż nadal wielu rybaków wypływało 
w morze wczesnym rankiem. Petri postępował po­
dobnie, żeby unikać Raiji. Wiedziała o tym. Widzia­
ła to w każdym jego geście. 

Ałeksanteri wyruszał z nim. Niechętnie. 

Dni ciągle ubywało. Ani Petri, ani Ałeksanteri nie 

mieli chęci wracać. 

Raija także nie chciała patrzeć, jak odchodzą -

a jednocześnie tęskniła do dnia, kiedy wszystko bę­
dzie jak dawniej. Jak wtedy, kiedy wcale nie wiedzia­
ła o istnieniu kogoś takiego jak Petri Aalto. 

Santeri starał się do niej zbliżyć. Nie w typowy dla 

siebie gwałtowny sposób, lecz ostrożnie, niemal z wa­
haniem. Usiłował odzyskać coś, czego nigdy nie po­
siadał. 

Raija nie musiała czuć wzroku Petriego na swoich 

plecach, żeby trzymać Aleksanteriego na dystans. 

Ałeksanteri był jak wiatr. Równie powierzchowny, 

równie zmienny - równie szybko znikał. 

background image

Kusiło go tylko to, co nieosiągalne. Zakochiwał się 

w cieniach z marzeń. Niewiele pozostawało w jego 

dłoniach. 

Raija dawno to zrozumiała, lecz Aleksanteri nadal 

wierzył w złocisty blask nierealnych rojeń. 

Nie zdawał sobie sprawy, jak niebezpieczne może 

się okazać sięganie do gwiazd, by zdobyć jedną z nich. 

Mieli wyruszyć w poniedziałek. Tak postanowio­

no na początku tego tygodnia. Nikt nie wspomniał, 
że to dlatego, by niepotrzebnie wydłużyć rozstanie. 

Sobota zatętnj życiem, w niedzielę dobrze odpocz­

ną, a potem już poniedziałek... 

Wszyscy wiedzieli, że chodzi o to, by ukryć praw­

dziwy powód. Nadchodziła noc. 

Piątek. 

Aleksanteri założył odświętne ubranie, ale nic nie 

wskazywało, żeby zamierzał wyjść. 

Petri nie przebrał się. Również on twardo siedział 

na miejscu. 

Bracia Koski niepewnie chodzili wkoło. Nie wie­

dzieli, czy powinni zrezygnować z licznych pokus 
czekających za drzwiami. Raija nie odezwała się. 

Ona także nie ubrała się inaczej niż zwykle. Pró­

bowała w ten sposób dać znak Aleksanteriemu, że je­
go wysiłki na nic się nie zdadzą. Że pożegnanie, na 
które miał nadzieję, nie dojdzie do skutku. 

Być może próbowała również to powiedzieć Pe-

triemu - że to, o co podejrzewa ją i Santeriego, nie 
istnieje. Nie w ten sposób, w jaki to sobie wyobrażał. 

Być może próbowała powiedzieć Petriemu, że jeżeli 

istnieje jakaś więź, to tylko między nim, Petrim, i nią... 

background image

W końcu to Petri wyszedł. Bez słowa. Nie patrząc 

na nikogo. Narzucił tylko na siebie kurtkę i już go 
nie było. Chłopcy, nie myśląc wiele, ruszyli za nim. 

- Czy to moja wina, że między wami się urwało? 

- spytał wprost Aleksanteri. - Między tobą i Petrim? 

- To nie ma nic wspólnego z tobą. - Raija spojrza­

ła na niego. - To niedorzeczne. Nie zajmujesz w mo­
im życiu na tyle ważnego miejsca. Nie znaczysz dla 
mnie tak wiele. 

- Jasne... 
Raija uświadomiła sobie, jak surowo go potrakto­

wała, ale uznała, że nie czas na delikatność. To nie 
w jej stylu. 

-  O t o cały ty, Aleksanteri. Układasz w duchu pięk­

ne historie, bo sądzisz, że uratowałam ci życie. To, co 
zrobiłam, to nic wielkiego. Mnóstwa dokonałeś sam. 
Pomogło ci pewnie jeszcze coś, czego nie rozumiemy. 

Nie jestem taka, jak sobie ubzdurałeś w swojej gło­

wie. Jestem zła. Potrafię naprawdę wyrządzać lu­

dziom krzywdę, bywam złośliwa, często wymagam 
od innych zbyt wiele, jestem uparta i dumna... 

- Lubię cię, Raiju... 
Opuścił ręce. Zrezygnowany. Zrozpaczony. Mówił 

prawdę. Czy ona nie potrafi zrozumieć, że szczerze 
tak czuje całą swoją duszą i umysłem? 

Omal nie powiedział, że ją kocha. Wiedziała już 

o tym. Musiała wiedzieć. Musiała więc go rozumieć... 

Jednak nie zdążył wymówić tych słów. 

Nagle otworzyły się drzwi. 
Było ich trzech. Nosili mundury. 
I broń. 

background image

Jeden z nich był oficerem. Miał młodą twarz, lecz 

jego oczy mogły żyć tysiące lat. Wyglądało na to, że 

nic nie jest w stanie go zdziwić. Raija poczuła roz­
chodzące się po całym ciele lodowate zimno. 

- To ona. 
Raija nigdy nie mogłaby zapomnieć tego uśmiechu. 

Młody kapitan miał mróz w kącikach ust. Jego głos 
brzmiał oschle, rozporządzał władzą inną niż ta, któ­
rą dawał mu mundur. 

Dwaj niżsi rangą chwycili Raiję, zanim Aleksante-

ri zdołał zareagować. Pociągnęli ją za sobą. 

- Co to ma znaczyć? - Aleksanteri rzucił się na ka­

pitana, nie bacząc na rany. Poczuł pieczenie w boku, 
który dopiero zaczął się goić. - Nie możecie chyba 
tak po prostu jej zabrać? 

- Czarownice zabieramy o każdej porze - odparł 

kapitan z lekkim grymasem. 

Odwrócił się na pięcie, nie miał zamiaru rozma­

wiać z nietutejszym rybakiem. 

- Nie mów nic dzieciom! - rzuciła w pośpiechu po fiń-

sku. - Poproś Petriego, by się nimi zajął. Poproś, by scho­

wał mój akt ślubu. Poproś, by odszukał... mego męża... 

Pociągnęli ją za sobą. 

Aleksanteri nie mógł nic zrobić. Nic poza złoże­

niem obietnicy: 

- Obiecuję. Uwolnimy cię. To jakieś potworne nie­

porozumienie. 

Przypomniał sobie płonący stos, który niedawno 

widzieli. 

Tego lata spalili na stosie czarownicę. 
Ale jego Raija nie może trafić na stos! 

background image

Raiję zaciągnięto do zacumowanej przy brzegu łodzi. 

Tam rzucono ją na ławeczkę, a jeden z żołnierzy na roz­
kaz kapitana dla bezpieczeństwa związał jej ręce. 

Zdążyła jedynie narzucić szal na lekką bluzkę, więc 

trzęsła się z zimna w chłodnym morskim powietrzu. 

Ale chociaż prawie zsiniała, nie budziła litości w trzech 

mężczyznach w mundurach. A bynajmniej nie w ka­
pitanie. Ledwie dostrzegał ją w trakcie całej drogi do 
twierdzy. A kiedy już na nią patrzył, za każdym razem 

wydawało się, jakby miał zamiar zmrozić Raiję spoj­

rzeniem swych zielononiebieskich oczu. 

Jego brwi były tak proste, jakby je ktoś wykreślił 

przy użyciu linijki. Ciemne i gęste, rysowały się pod 

wysokim, prostym czołem.  N o s miał równie prosty. 

Kształt twarzy został zaznaczony szybkimi, energicz­
nymi kreskami. Nad mocną brodą widniały szerokie 
i zdecydowane usta. Było coś surowego w tym czło­

wieku. Coś mrocznego i zimnego. Nawet wijąca się 
grzywka, kontrastująca z ostrością rysów twarzy, nie 

była w stanie złagodzić tego wrażenia. 

Wszystko wokół wydawało się Raiji nierzeczywiste. 

Niczym jakiś koszmarny sen, w który nagle zapadła 
i nie potrafiła się obudzić. Nierzeczywiste - a jednak 
miała świadomość, że się jej naprawdę przydarzyło. 

background image

Tu i teraz. 
Rozumiała nawet dlaczego. 
Aleksanteri rozpowiadał wszem i wobec, że urato­

wała go od śmierci i inne bzdury. 

Przesadnie ubarwiał opowieść, nie zastanawiając 

się nad tym, co robi. Kto by zresztą pomyślał o kon­
sekwencjach? Nawet jej by to nie przyszło do głowy. 

Nie mogła mieć pretensji do Aleksanteriego, cho­

ciaż to on bezpośrednio przyczynił się do jej pojma­
nia i oskarżenia o czary. 

Ci szaleńcy słyszeli, co mówił na jej temat. 
Może zbyt chłodno do tego podchodziła? 
Raija przyjrzała się otaczającym ją twarzom. Były po­

zbawione wyrazu. Dwaj żołnierze wydawali się bardzo 
młodzi, jeszcze niedojrzali. Nie byli starsi od niej samej. 

Czy naprawdę myśleli, że jest czarownicą? 
Oficer na pewno. 
Raija nie miała co do tego wątpliwości. Siedział na 

wprost nieporuszony, gotów w każdej chwili rzucić 

się na nią, gdyby próbowała jakichś sztuczek. 

Raija nie rozumiała jego nienawiści. 
Nie wykonywał swej pracy z obowiązku, widać to 

po nim wyraźnie. Powodowała nim nienawiść. 

Czy powinna krzyczeć? 
Czy powinna bić na oślep i wierzgać? Bronić się za 

wszelką cenę? Zaczynała nabierać przekonania, że swym 

spokojnym zachowaniem świadczy przeciwko sobie. 

Obserwowali ją. W milczeniu oceniali każdy jej 

najmniejszy gest. Już ją skazali. 

Raija nie liczyła na jakiekolwiek postępowanie są­

dowe. Rozprawią się z nią jak najszybciej. 

background image

Petriemu nigdy się nie uda odnaleźć Reijo, a gdy­

by nawet, to i tak nic nie wskórają. 

Czy mogą się przeciwstawić uzbrojonym po zęby 

żołnierzom? 

Obecne położenie wydawało się Raiji gorsze niż 

kiedykolwiek wcześniej. 

Jednak nie bała się. 

Każdą komórkę jej ciała wypełniał lodowaty spo­

kój. Nie czuła już chłodu, była równie zimna jak 

wiatr, który ją smagał. Sina i blada, siedziała nieru­
chomo między żołnierzami. 

Kapitan zapamiętał to. Później, kiedy został sam, 

napisał: „Kobieta wykazywała zadziwiający spokój. 
Uparcie nie pochylała głowy, pewna, że Szatan jej nie 
opuści". Uznał podejrzaną za winną, zanim jeszcze 
udowodnił jej winę. 

Żołnierze obeszli się z Rai ją brutalnie, wyciągając 

ją z łodzi na ląd. Żadnemu nawet przez myśl nie prze­
szło, że sprawiają jej ból. Ona natomiast zagryzła zę­
by. Nie będzie ich błagać. 

Może szła zbyt wolno. Może chcieli jeszcze bardziej 

ją upokorzyć; w pewnej chwili z całej siły pchnęli Ra-
iję w plecy, tak że upadła. Ponieważ miała ręce związa­
ne z tyłu, nie mogła się podeprzeć. Upadając, rozdarła 
spódnicę i poczuła pieczenie w jednym z policzków. 

Bolało, lecz nikt nie oczyścił świeżej rany z piasku, 

który się w nią wbił. 

Rai ja ujrzała natomiast nieznaczny uśmiech igrają­

cy w kącikach ust kapitana. Lodowaty wzrok jakby 
rozbłysnął. 

background image

- Przebieraj szybciej nogami, czarownico! - wypa­

lił jeden z żołnierzy. 

- Bardziej chyba przywykła do miotły - roześmiał 

się drugi, lecz jego śmiech urwał się nagle, kiedy żoł­
nierz napotkał karcący wzrok przełożonego. Wystar­
czyło jedno spojrzenie. Choć pewnie zgadzał się 
z chłopakiem, nie pozwalał na tego typu żarty. To 
oszczędziło Raiji drwin, lecz wcale nie czuła wdzięcz­
ności dla kapitana. Wolałaby, żeby splunął jej w twarz, 
niż żeby traktował ją z tak zimną pogardą. 

Zaprowadzili ją na dół do maleńkiej, niemal czar­

nej jak studnia piwnicy. Tak wąskiej, że Raija mogła 
dotknąć ścian po obu stronach celi, kiedy stanęła na 
środku z wyciągniętymi na boki ramionami. 

Jedyne okienko umieszczono w drzwiach. W lochu 

panowała ciemność, ciasnota, wilgoć i chłód. 

Cztery ściany, sufit, brudna podłoga i drzwi. 
- Wkrótce do ciebie wrócimy - rzekł kapitan zło­

wieszczo, kiedy odchodzili. 

Przystanął na chwilę w milczeniu, obserwując Ra-

iję w półmroku. Następnie zatrzasnął z hukiem drzwi 
i przekręcił klucz. 

Zabrzęczały łańcuchy. 
Została sama. 
Kroki coraz bardziej się oddalały, w końcu zniknę­

ły w bezdennej ciszy. 

Raija zacisnęła dłonie na ramionach. Potwornie tu 

zimno. Śmierdziało brudem, stęchlizną, wymiocinami... 

Cisza nie była absolutna. Pod ziemią wszystko na­

bierało głuchego i stłumionego brzmienia. Brzęczały 
jakieś kajdany. Z góry dochodził odgłos kroków. 

background image

Czyżby ktoś krzyknął, czy tylko jej się wydawało? 
Nie miała pewności. Nie chciała się nawet nad tym 

zastanawiać. 

- To najgorsza historia, w którą zostałaś wplątana, 

Raiju - powiedziała do siebie na głos. 

Głos zagrzmiał, jakby krzyknęła. Brzmiał obco. 

Niemal przerażająco. 

Dlaczego się nie bała? 
Lęk byłby naturalną reakcją. Powinna drżeć ze 

strachu jak liść osiki jesienią. A jednak czuła się sil­
na. Nie miała pojęcia, skąd bierze się ta moc i odwa­
ga. Ale wypełniała ją. Raija zastanawiała się też nad 
tym, że nie czuła zimna. W lochu panował dotkliwy 
chłód, lecz ona nie marzła. Dłonie miała chłodniejsze 
niż zwykle, ale nie dygotała z zimna. 

- O Boże, Mikkal! Chyba zaczynam wariować. 

Skończę na stosie, wszystko na to wskazuje. Lecz 

wcale się nie boję. Bóg jeden wie, co ze mną zrobią, 
zanim pochłonie mnie ogień, lecz tego się także nie 

boję. Czyżbym zaczynała całkiem tracić rozum? 

Gryzła dłonie z bezsilności, bardziej przerażona 

brakiem strachu niż tym, co się miało zdarzyć. 

W sposób całkiem naturalny zwróciła się znowu 

w myślach do tego, o którym na wiele tygodni zapo­

mniała. 

- Mikkal, nikt nie może teraz mi pomóc. Żaden 

z ludzi na świecie! Nawet ty. Tak to się chyba miało 
skończyć. Jakże się Elle pomyliła! Jak potwornie! A ja 
całymi latami wierzyłam jej słowom. Szczęście nie by­
ło nam sądzone, nigdy nie mieliśmy do siebie należeć. 

Jakże podły jest los, igrając bezlitośnie z nami! Tak 

background image

niewiele otrzymaliśmy w zamian za nasze marzenia 
i godziny tęsknoty... 

Upadła na kolana. Wilgoć podłogi zaczęła wsiąkać 

w ubranie, ale Raija nie zwróciła na to uwagi. 

Bardziej dokuczliwy wydawał się ból innego rodzaju. 
- Nigdy cię nie zobaczę, Mikkal. - Myśl o tym wy­

cisnęła łzy. - Nigdy cię nie obejmę. Nigdy więcej nie 
poczuję twoich ust na swoich... 

Śmierć to co innego. Raija nie potrafiła jej do koń­

ca pojąć - wydawała się taka niejasna i niezrozumiała 
i znajdowała się poza jej światem. Lecz świadomość, 
że śmierć miałaby ją rozdzielić z Mikkalem - na za­
wsze - raniła jak ostrze noża. Ściskała za serce. 

Dopiero wtedy Raija pochyliła głowę. 

- Walcz! 
Głos dochodził jakby z głębi duszy. 
- Nie zrobiłaś nic złego. Nie jesteś żadną czarowni­

cą. Znasz niektóre zioła i wyleczyłaś pewnego człowie­
ka, ale nic poza tym. Uzdrawianie ludzi nie może być 
niczym złym. Nie mogą ci nic zarzucić, Raiju. Nawet 
drobiazgu. Walcz! Pokaż im, że jesteś Raiją Alatalo! 

Wpatrywała się szeroko otwartymi oczami w nie­

przeniknioną ciemność. Nie miała odwagi uwierzyć, 
że potrafi się obronić. 

Nie wiedziała, czy się odważy. 

To z pewnością jeszcze wszystko pogorszy. 
Dodatkowo przeciągnie w czasie cierpienie... 
No i co z tego? Czy nie chcesz żyć, Raiju? Czy nie 

chcesz trzymać się życia, choćby w skrajnym bólu? 
Prosiłaś Aleksanteriego, żeby walczył. Czy sama nie 
podejmiesz tej walki? 

background image

Czy była słabsza niż Santeri? Czyż nie miała dla 

kogo żyć? Co mogą jej zrobić? 

Prawda nasunęła się sama, śmiertelnie oczywista: 

Mogą ją spalić na stosie. 

Ale nie uczynią tego od razu. 

To potrwa. 
Im mężniej będzie walczyć, im bardziej będzie się 

przeciwstawiać, tym dłużej to potrwa. 

Czas pracował na jej korzyść. 
Może się ugiąć przed mężczyzną, który sądzi, że 

potrafi ją zmrozić samym spojrzeniem, albo też mo­
że wyprostować plecy i zmierzyć się z nieprzeniknio­
nym pancerzem, który nosił, wykorzystując swoją 

własną siłę. 

Raija Alatalo może zostać zdeptana na proch błysz­

czącymi oficerkami albo podnieść się i żyć. 

- Dziękuję, Mikkal! - szepnęła gorąco w ciemności. 

Ani przez moment nie miała wątpliwości, że jej te­

raz pomógł. To jego moc czuła. Jego dłoń na swym 
ramieniu. 

. - Coś niedobrego dzieje się z Raiją. 

Mikkala przez cały ranek dręczył niepokój. Reijo 

słyszał, że przyjaciel źle spał, lecz go nie budził. Bruz­
da między brwiami wydawała się głębsza niż kiedy­
kolwiek. Mikkal oparł się ciężko o reling, zwracając 

wzrok ku zachodowi. 

Nadal jak okiem sięgnąć widać było tylko morze. 

- Z Raiją dzieje się coś bardzo niedobrego - powtó­

rzył. 

- Nie możesz tego wiedzieć! - westchnął Reijo. Po-

background image

wtarzało się to, czego doświadczał, będąc z Rai ją. 

Przesadna wyobraźnia. 
Mikkal położył dłoń po lewej stronie piersi. 
- Czuję to - rzekł poważnie. - Czuję to tutaj. Ra-

ija mnie potrzebuje. 

Reijo uśmiechnął się. Blado. 
- Mówisz o mojej żonie - zauważył sucho. 
- Ty jej nie chcesz. A ja tak. 
Miał rację. W całej swej prostocie miał rację. Tak 

było. 

Ale ani Mikkal, ani Reijo nie domyślali się, gdzie 

mogła teraz być. 

Wyprawa na wschód okazała się druzgocącą poraż­

ką dla nich obu. Nie dotarli do Archangielska. Dużo 

wcześniej zatrzymali ich Rosjanie. Na nic się nie zda­

ły ich zapewnienia, że nie mają nic do sprzedania. 
Uznano ich za handlarzy, którzy chcą konkurować 
z miejscowymi kupcami. 

Nie pomogły też wyjaśnienia, że znają człowieka 

o imieniu Jewgienij, mieszkającego w Archangielsku. 
Informacja, że był kapitanem statku „Sankt Nikołaj", 
również nie przyniosła rezultatu. Kazano im zawró­
cić na zachód. Odpłynęli pod eskortą rosyjskich ło­
dzi, które miały za zadanie przypilnować, żeby się 
przypadkiem nie rozmyślili. 

Przeświadczenie Mikkala, że Raija potrzebuje po­

mocy, pogorszyło jeszcze sytuację. Niezależnie od te­
go, czy miało związek ze snem, czy z rzeczywistością. 

- Raija sobie poradzi - odparł rzeczowo Reijo. - Za­

wsze dawała sobie radę. Nie ośmieszaj się, mówiąc, że 
jest inaczej, Mikkal! Ułożyła sobie zupełnie nowe ży-

background image

cie po drugiej stronie granicy. Nie potrzebuje żadnego 
z nas. My natomiast potrzebujemy wody i żywności. 
Będę skakał z radości, kiedy wreszcie ujrzymy Vardo. 

Mikkal nie odpowiedział, jedynie wpatrywał się 

ponuro przed siebie. Ujrzał ją tak wyraźnie w swoim 
śnie. Przyszła do niego jak wtedy, kiedy nie rozumiał, 

co to znaczy. 

Wtedy Elle musiała mu to wyjaśnić, a on jej nie 

wierzył. 

Wiele wody w morzu upłynęło od tego czasu. Mik­

kal miał o parę lat więcej i więcej też widział. 

Bardziej tęsknił. 
Teraz zrozumiał swoją wizję. I uwierzył. Niech Re-

ijo myśli sobie, co chce. 

Raija go potrzebuje. Potrzebuje go tak bardzo, że 

zwróciła się do niego o pomoc. Dotarła do niego 

w niezwykły sposób, jak nikt inny tego nie potrafi. 

Czuł się taki zmęczony, kiedy się obudził. Tak bar­

dzo wyczerpany, chociaż miał za sobą długą noc. Re-
ijo wspominał, że niespokojnie spal. Że się rzucał 
i mówił przez sen. Mikkal wiedział, że nie to było po­
wodem osłabienia. 

Raija go potrzebowała. Potrzebowała jego siły. 

Przyszła do niego i wzięła, co mogła. 

Mikkal zacisnął pięści. To tak niewiele. I tak niejasne. 
Reijo był przekonany, że Raija jest w Rosji. 
Mikkal nie powiedział tego głośno, lecz miał pew­

ność, że przyjaciel się myli. 

Raija nie mogła być tak daleko. 
Powiedziałaby mu, gdyby płynęli w złą stronę. Po­

trzebowała go, a on nie chciał jej zawieść. Być może 

background image

nie był wiele wart ze sztywną nogą, ale nadal ją ko­
chał ponad własne życie, z radością więc poświęciłby 
dla niej wszystko, co miał. 

Musiał wierzyć, że los prowadzi go we właściwym 

kierunku. Gdyby nie wierzył, oszalałby... 

Przynieśli jej jedzenie. Raija nie wiedziała, ile mi­

nęło czasu, od chwili, gdy ją pojmano. W jej czarnym 

więzieniu dzień i noc były do siebie podobne. 

Chciało jej się pić. 
W ustach tak jej zaschło, że język przyklejał się do 

podniebienia. Wargi jej popękały i piekły. Przełyka­
nie nic nie pomagało. Nie miała już śliny, żeby zwil­
żyć gardło. 

Cała była przemoczona. Nie mogła spać na stoją­

co, a zimna podłoga była wilgotna i brudna. Wszyst­
ko wsiąkało w ubranie, które stało się ciężkie i lepkie. 
Brudne. Również jej włosy się zabrudziły. Nie dali jej 
nawet kubła. Musiała się załatwiać w kącie. 

To upokarzające. 

Smród przyprawiał ją o mdłości. Na myśl, że sa­

ma się do tego przyczynia, robiło się jej niedobrze. 

Jeżeli wymyślili to po to, żeby ją złamać, to w znacz­

nym stopniu im się udało. 

Czuła się nędznie. 

Wszystko wydawało się takie proste, kiedy po raz 

pierwszy obudziła się w tym lochu. Wypełniała ją 

wówczas odwaga i siła. 

Wtedy mogłaby się zmierzyć z kimkolwiek i wy­

trwać. Wtedy chciała tylko walczyć. 

Mikkal chciał, żeby walczyła. 

background image

Teraz nie wiedziała już, co myślał Mikkal. 
Znajdował się tak daleko. Nie pojawiał się już w jej 

snach. Już nie śniła. Nie tak prawdziwie. Marzyła tyl­
ko o wodzie... O krystalicznie przejrzystej, szemrzą­
cej źródlanej wodzie, tryskającej spomiędzy zielo­
nych kęp trawy. 

Mogłaby wtedy położyć się na brzuchu i zatopić 

twarz w zimnym, wartkim, świeżym strumieniu... 

Raija wyszarpnęła bluzkę ze spódnicy. Ręce jej 

drżały, kiedy wpychała skrawek materiału do ust. 
Z zamkniętymi oczami próbowała wyssać choć kro­
plę tej wilgoci, którą ubranie wchłonęło z podłogi. 

Uczyniła to samo z brzegiem spódnicy. Ssała mate­

riał jak oszalała. Usta nie wydawały się już takie suche. 

Pewnie, że nie było to smaczne - nie wiadomo dla­

czego smakowało trochę jak gnijąca ziemia - ale wargi 
trochę zmiękły, a język przestał rosnąć w ustach. Żołą­
dek nadal wydawał się niczym czeluść. Nie krzyczał 
już, ścisnął się. Lecz Raija nie mogła myśleć o jedzeniu. 

Musiała myśleć o tym, żeby przeżyć. 
Zycie wiele dla niej przygotowało. Na pewno! 

Chciała żyć. 

Hans Fredrik Feldt poprawił kołnierzyk. Wiedział, 

że dobrze się prezentuje. Odrobina próżności stano­

wiła jego jedyną wadę. Mężczyzna mógł sobie na to 

pozwolić, jeżeli poza tym był bez zarzutu. A taki był 
kapitan Feldt. 

Jego postępowanie oceniano jako nienaganne. Miał 

znakomitą opinię. Za kilka lat będzie mógł wrócić na 
południe. Być może odłoży trochę pieniędzy. Być mo-

background image

że zyska nazwisko, które będzie chętnie powtarzane 
w najlepszych kręgach. 

Taki wyznaczył sobie cel. 
I pragnął zemsty. 
Tegoroczne lato zadowalało go w tym względzie. 

Jak na razie. Uprzątnął trochę tej hołoty. Nie w ta­

kim stopniu, jak by tego pragnął, ale teraz dokonał 
wielkiego czynu. 

Anna Benet wreszcie się poddała. Wszystkie tak 

kończyły. Wystarczyło je trochę przycisnąć i musia­
ły się przyznać. Wtedy musiały się poddać, wszystkie 
zwolenniczki diabła. 

Na tej strasznej górze Domen aż się od nich roi. 
Zło nie musi szukać daleko, by werbować nowych 

służalców. Jeśli okazywały się nimi kobiety, Hans Fre-
drik szczególnie gorliwie starał się udowodnić im winę. 

Jeżeli w dodatku były młode i piękne, nigdy nie 

mogły zostać uwolnione. 

Ta, którą niedawno uwięził, nie ma żadnych szans. 
Ma te same zgubne oczy jak dziewczyna, przez 

którą znienawidził wszystkie kobiety. 

Umrze, ta czarnowłosa kocica, lecz Hans Fredrik 

nie odmówi sobie tej przyjemności, by przedtem ją 
poniżyć i rzucić na kolana - przed sobą. Dopiero wte­
dy pójdzie na stos. 

Przeciągnął palcami przez włosy. Zaklął cicho, po­

nieważ nigdy nie chciały się ułożyć, jak przystało 
mężczyźnie na jego stanowisku. Nie dlatego, żeby 
mu to przeszkadzało. Nie musiał się przecież stroić 
na przesłuchanie czarownicy. 

Mimo to starannie się uczesał, zanim założył czapkę. 

background image

Napotkał własne odbicie w niewielkim lustrze wiszą­
cym na ścianie jego ciasnego biura tuż przy drzwiach. 

Hans Fredrik Feldt nie uśmiechał się często, lecz 

uznał, że teraz musi się do siebie uśmiechnąć. 

Zabrał ze sobą dwóch podwładnych, którzy mieli 

mu asystować w pierwszym przesłuchaniu. 

Potrzebował świadków. Poza tym tortury nie mia­

ły sensu, gdy nikt poza nim tego nie widział. Nie mia­
ły żadnej wartości. Żołnierze byli młodzi i niedo-
świadczeni. Poznał po nich, że nie całkiem podobało 
im się to, w czym mieli uczestniczyć. 

Widział to wiele razy. Wszyscy na początku zacho­

wywali się tak samo. 

Zakłopotani, niepewni, przestraszeni... 
Z pewnością będą ich dręczyć wyrzuty sumienia. 
Dziewczyna jest taka młoda i naprawdę piękna. 
Ostatnie dwie doby spędzone w lochu pewnie 

zmieniły ten stan rzeczy - już Hans Fredrik Feldt się 
o to postarał - ale nigdy nic nie wiadomo... 

Jeśli rzeczywiście jest taka zdolna, jak mówiła An­

na Benet, trzeba ją odpowiednio potraktować. 

Do siebie samego i własnej odporności miał zaufa­

nie, lecz nigdy nie mógł być pewien tych młokosów. 

Piękna twarz mogła omamić niewinną duszę. 
- Pozwalam wam dziś uczestniczyć przy przesłu­

chaniu nie byle kogo - mówił, kiedy schodzili w dół 
ciemnym korytarzem. - To najbardziej niebezpiecz­
na wiedźma spośród tych, które pojmaliśmy tej wio­

sny. Być może najgroźniejsza ze wszystkich, jakie do 
tej pory więziliśmy. Słyszałem, że dopuściła się bar­

dzo poważnych wykroczeń... 

background image

Hans Fredrik uczynił wymowną przerwę. 
- Liczę, że nie dacie się oczarować. Że kiedy będzie 

trzeba, okażecie się mężczyznami i nie zachowacie się 
jak niewiasty lub inne słabe istoty. 

Obaj chłopcy skinęli niepewnie głowami. Prze­

łknęli ślinę. Starali się sprawiać wrażenie, że dobrze 

wiedzą, co ich czeka, lecz wcale tak nie było. 

- Nie ma obawy, kapitanie Feldt - zapewnił jeden 

z nich. - Jesteśmy żołnierzami. 

Kapitan zrobił zadowoloną minę. 
Zdawało mu się, że został dobrze zrozumiany. 
Zatrzymał się na szeroko rozstawionych nogach 

przed salą przesłuchań. Jego podwładni poszli nie­
pewnie za jego przykładem. 

Feldt nonszalancko rzucił pęk kluczy w stronę jed­

nego z nich. Chłopak był tak zdenerwowany, że 
w ostatniej chwili ledwie udało mu się je pochwycić. 

Kapitan skinął ku schodom prowadzącym jeszcze 

niżej. 

- Przyprowadźcie ją! - rozkazał. - W tej sali wyciśnie­

my z niej prawdę. Jeżeli nie w ten, to w inny sposób. 

Jego ton nie wróżył nic dobrego. 

Patrzył, jak młodzi znikają, po czym otworzył 

drzwi i wszedł do pomieszczenia, w którym się czuł 
najlepiej. 

Raija nie zamierzała tego zrobić, ale kiedy usłysza­

ła kroki i zgrzyt klucza w zamku, instynktownie po­
derwała się na nogi i stanęła przy drzwiach. 

Zła na samą siebie, cofnęła się, zanim otworzono 

drzwi. Zobaczyła, że to nie sam najważniejszy kapi­
tan o lodowatym spojrzeniu. Zamiast niego zjawiło 

background image

się dwóch młodzieńców o rozbieganych oczach. Po­
patrzyli na nią niepewnie. Wymienili spojrzenia. 

Rai ja podeszła do nich bardzo blisko. Poczuła przy­

jemność, widząc, jak się cofnęli. Brzydko pachniała. 

- Nie zabieracie mnie ze sobą? - spytała, wycho­

dząc za nimi na korytarz. 

Światło wabiło ją jak ćmę. Gęsta ciemność lochu 

groziła jej rozsadzeniem głowy. 

Spojrzała po sobie i musiała się roześmiać. Bluzka 

wisiała w nieładzie, wyjęta na wierzch na spódnicę. 
Całe ubranie było brudne i powalane, poplamione 

wszystkim, co zostało wdeptane w podłogę. 

Ręce miała czarne, nie wątpiła w to, że jej twarz 

wyglądała podobnie. Nie przedstawiała sobą ładnego 
widoku, do tego dochodził nieprzyjemny zapach. 

- Gdzie jest kapitan? - spytała z lekką drwiną, kie­

dy żołnierze popychali ją przed sobą w górę schodów. 
- Czy sam nie ma odwagi przyprowadzić tak strasz­

nej wiedźmy? 

Raija poczuła na plecach kolejne popchnięcie. 
- Kapitan Feldt czeka na ciebie. To on będzie cię 

przesłuchiwał. 

background image

10 

Reij o nie lubił zbyt zatłoczonych portów. Nie lu­

bił miejsc, w których mógłby na swoje nieszczęście 
spotkać przedstawicieli urzędu i władzy. 

Przybywał ze wschodu. Trudno powiedzieć, jakie 

wnioski mogliby z tego wyciągnąć wścibscy mężczyź­

ni w mundurach. 

Nie miał wcale zamiaru rozgłaszać wszem i wobec, 

że dotarł aż do Rosji w poszukiwaniu żony, która go 
opuściła. 

Nie miał ochoty przedstawiać się jako skończony 

idiota. 

Nie zawinęli do samego Vardo. Wyznaczyli kurs 

na zachód od miasta. Ku przekrzywionym od wiatru 
barakom, w których zatrzymywali się rybacy, przy­
bywający aż tu na północ na letnie połowy. Może ko­
goś jeszcze tam spotkają, choć właściwie sezon już się 
kończył. Kogoś, kto mógłby im odpowiedzieć na kil­
ka pytań, nie wdając się w dłuższe rozmowy. 

- Najlepiej trzymać się równych sobie - zwrócił się 

do Mikkala. - Bogacze nie gadają z takimi jak ty i ja, 
Mikkal. Pewnie nawet na ciebie nie spluną. Uważają, 
że są na to zbyt dobrze wychowani. 

Mikkal roześmiał się. 

background image

Opanował go dziwny spokój. Nadal czuł przejmu­

jący chłód, ale się uspokoił. 

Coś się stało Raiji. Nie wiedział, co takiego. Coś 

niedobrego, ale się nie bał. Nie tak bardzo. Miał wra­
żenie, że to coś przemijającego. 

Dziwne, ale ciągnęło go ku czemuś nieodwracalne­

mu, ku czemuś, co groziło zniszczeniem wszystkiego, 
co było mu drogie. Wydawało mu się, jak gdyby śmierć 
znalazła się bardzo blisko Raiji. Jak gdyby w całym 
swoim okrucieństwie i całej swej brzydocie właśnie ją 

wybrała sobie za cel, lecz uznała, że dziewczyna jednak 

nie załatwiła wszystkiego na tym świecie. Jeszcze nie. 
Mikkal wiedział, że Raija ma przed sobą jakąś przy­
szłość, ale nie miał pojęcia, jak długą. 

Wzbudzili ogólne zainteresowanie. Nie mogli się 

spodziewać niczego innego. O tej porze większość ry­
baków wyruszyła już do domu. Rzadko przypływały 
nowe łodzie. A tym bardziej ze wschodu. Reijo wy­
glądał tak, jak wyobrażali sobie rybaka, szypra. Miał 

proste ubranie, jak oni sami. Zarówno spodnie, jak 
i kurtka były połatane, mieszkańcy baraków mogli 
z zamkniętymi oczami powiedzieć, że cały jego strój 
dawno nie widział nic prócz słonej wody. 

Jednak Mikkal się wyróżniał. Przywykł co prawda 

do pracy na łodzi i robił to, co do niego należało, ale 
nie wymienił skórzanego ubrania na odzież Norwe­
gów lub Finów. 

Był Lapończykiem i czul z tego powodu dumę. Nie 

przeszkadzało mu to, że tak bardzo się wyróżniał, 
chciał, żeby wiedzieli, kim jest. 

Gorzej, że ludzie jeszcze bardziej wytrzeszczali 

background image

oczy, kiedy zobaczyli, jak chodzi. Musiał podpierać 

się laską i mocno utykał. Nie miało być lepiej - nigdy. 

- Powinienem się chyba przyzwyczaić, że się gapią 

- mruknął przez zaciśnięte zęby do Reijo. - Chłop ze 
sztywną nogą. Dużo czasu upłynie, zanim znowu zo­
baczą kogoś takiego jak ja. 

- Powinieneś przestać się tym przejmować. 
Reijo zrezygnowany wzruszył ramionami. Nie po­

trafił całkiem zrozumieć Mikkala. Najwyższy czas, 
do diabła, by przestał się nad sobą użalać. 

- Ciesz się, że w ogóle żyjesz, Mikkal. 
Mikkal nie odpowiedział. Zauważył, że dla Reijo 

bardziej zajmujące jest spotkanie z nieznajomymi, 
rozmowa z nimi, niż słuchanie przyjaciela. Cudze 
kłopoty stają się z czasem nudne. Mikkal nie myślał 
o tym wcześniej, zanim jemu samemu to się nie 
przytrafiło. 

Reijo wybiegł na ląd. Spieszno mu było z wyciąga­

niem ręki i zawieraniem nowych znajomości. Nie 
miał trudności z poznawaniem ludzi. Było coś w nim 
samym, że ludzie go lubili. Że polegali na nim, pra­
gnęli zyskać go sobie jako przyjaciela. 

Uznawali go za kogoś równie solidnego jak norwe­

skie skały. Zawsze niezawodnego. Nie grał. Nie uda­

wał. Nie starał się wydawać kimś więcej, niż był. Ale 

to wystarczyło. Nie spotkał nikogo, kto by pragnął 
go zmienić. 

Mikkalowi podobało się to w Reijo. Sam dobrze 

ukrywał swoje prawdziwe oblicze. Nie dopuszczał in­
nych zbyt blisko. Dbał starannie, by zawsze pozostał 
jakiś dystans. Pilnował, by nikt nie próbował go zajść 

background image

od tyłu. Wycofywał się, kiedy sytuacja stawała się zbyt 
trudna. Kiedy ludzie zanadto się do niego zbliżali. 

Tylko Rai ja przedostała się przez tę skorupę. Jed­

nak pośród szczęścia, które dzielili, doświadczyli 
również wiele bólu. Gdy za bardzo się do kogoś zbli­
żymy, zaraz pojawia się cierpienie. 

Posuwał się w ślad za Reijo. Potrząsał wyciągnię­

tymi dłońmi. Czuł, że nie witają go równie serdecz­
nie jak Reijo. Mikkal zdawał sobie sprawę, że tutaj to 
on był obcym ptakiem. 

Zamknął się w sobie. Tak, jak to robił przez całe 

życie. 

Nigdzie naprawdę nie czuł się jak u siebie. 

Wszędzie obcy, niezrozumiany. Zmuszony poko­

nywać chłód, z jakim wita się obcych. 

Sądził, że jest mu ciężko. Wyobrażał sobie, że Ra-

iji jest łatwiej. 

Tutaj, między rybakami, którzy posiadali niewiele 

więcej niż on, zrozumiał, co to znaczy się wyróżniać. 
Co to znaczy być jedyną osobą inną niż wszystkie. 

Zrozumiał, że Raija musiała być silniejsza, niż myślał. 
Poczuł się nieswojo. 
Ona zawsze była w takiej sytuacji, lecz zaciskała 

zęby i znosiła to. Udawało jej się nawet trzymać pod­
niesioną głowę, niezależnie od tego, gdzie się poja­

wiała. 

Doszli z Reijo do końca szpaleru rybaków. Jakiś 

człowiek - w wieku Reijo, jak się zdawało - uśmie­
chając się, wyciągnął dłoń. W łamanym norweskim 

powiedział, że rzadko o tej porze roku widuje się tu 
nowe twarze. 

background image

- Nie zostało dla was zbyt wiele ryb. 
Reijo potrząsnął dłonią, chwyciwszy ją w obie 

swoje. Uśmiech rozjaśnił również jego twarz. 

-Jesteś Finem, prawda? - spytał zachwycony w swym 

ojczystym języku. 

Tamten potwierdził to, unosząc brwi: 
- Aleksanteri Kilpi. 
- Reijo Kesaniemi. I mój przyjaciel, Mikkal Persen. 

Mikkal skrzywił się. Nie lubił norweskiej wersji 

swojego nazwiska. To nie był on. 

- Mikkal - rzekł krótko, kiedy wymieniali uściski 

dłoni. 

Fin o szczupłej twarzy pod rudoblond grzywką nie 

odrywał wzroku od Reijo. 

- A więc tak - rzekł powoli. - Więc to ty jesteś Re­

ijo Kesaniemi. 

Wydawało się, jakby znał Reijo. Jakby czekał na 

niego całe życie, nie mając od niego żadnych wieści. 

Aleksanteri położył rękę na ramieniu rodaka. 
- Musicie pójść ze mną - rzekł przyjaźnie. - Zwłasz­

cza ty, Reijo. Mój znajomy z pewnością miałby ocho­
tę się z tobą spotkać. 

Powiódł ich za sobą w stronę jednego z baraków, 

który wyglądał dokładnie tak samo jak inne. Szary 
i przekrzywiony od wiatru, stanowił jednak dom dla 
tych mężczyzn, zmuszonych zamieszkać z dala od 
swoich rodzin. 

Przed barakiem siedział mężczyzna. Obok niego 

dwoje dzieci, które z uwagą obserwowały coś na zie­
mi. Reijo nie mógł dojrzeć, co to takiego. 

Miła, domowa atmosfera. Reijo poczuł ukłucie 

background image

w sercu. On także siedział kiedyś w ten sposób - za­
nim wyjechał. Zanim Raija nie skorzystała z szansy, 
której nie potrafił jej odmówić. 

Dobry Boże, pomyślał ze smutkiem. Wiele by oddał, 

żeby móc jeszcze kiedyś tak siedzieć. Razem z Elise, ma­
leńkim Knutem, jego własną najmłodszą Idą i Mają... 

Maja...? 
O Boże! 
Reijo przystanął. Otworzył szeroko oczy. Odwró­

cił się do Mikkala i ujrzał jego bladą jak ściana twarz. 

Zrozumiał, że Mikkal zobaczył to samo. A więc nie 

oszalał. Nie widząc nic poza czarną jak węgiel głów­
ką, runął w jej stronę jak pijany. 

Jego serce z pewnością biło nadal, lecz na chwilę 

jakby zamarło. Wszystko dla niego ucichło. Nie ist­
niało nic innego. Fale przestały bić o brzeg, mewy nie 
skrzeczały, wiatr nie muskał chłodem odrętwiałych 
policzków... 

Maja... 
Wymówił chyba jej imię. Może zawołał... Nie był 

pewien. 

Jedyne, co dostrzegł, to że podniosła głowę. Zoba­

czył, jak przygląda mu się z niedowierzaniem, podob­
nie jak on sam przed chwilą patrzył. W ciągu kilku 
sekund poderwała się na nogi. 

Wyciągnęła ku niemu rączki. Podbiegła, szybko 

przebierając małymi stopkami. 

- Reijo! - krzyknęła, rzucając mu się w objęcia. 
Reijo porwał ją do góry i zakręcił wkoło. Maja ści­

skała go za szyję tak mocno, jakby już nigdy nie 
chciała puścić. 

background image

- Wróciłeś! - płakała przy mokrym policzku Reijo. 

- Naprawdę wróciłeś! Tylko ja wierzyłam, że przyj­
dziesz. Teraz znowu wszystko będzie dobrze. Musi 
być dobrze. Musisz przyprowadzić mamę. 

Mikkal odwrócił się. Wpatrywał się nieruchomo 

w przybrzeżne fale uderzające o skały. Morze było 

spokojne. 

Jego córka. 

Maja to przecież jego córka. 
Dziecko miłości jego i Raiji. Dowód na to, że do 

siebie należeli. Lecz nigdy nie będzie dla Mai ojcem. 
Maja była i będzie dziewczynką Reijo. 

Trudno to przełknąć. 

Jego serce krwawiło za każdym razem, kiedy mała 

z ufnym oddaniem pokazywała Reijo, że jest jej jedy­
nym prawdziwym oparciem w życiu. 

Reijo postawił Maję na ziemi, lecz ona nadal kur­

czowo trzymała go za rękę. Mężczyzna siedzący 
przed barakiem wstał, odsunął za siebie Knuta. Ru­
szył ku przybyszom długimi krokami. 

Reijo ujrzał wyrazistą twarz. Ciemne oczy, które 

chłodno go oceniały. Mężczyzna spojrzał ponad ra­
mieniem Reijo na Aleksanteriego. 

- Kto to jest? - spytał lodowatym tonem, nawet nie 

pytając, czy nieznajomi rozumieją po fińsku. 

Aleksanteri nabrał powietrza: 
- To jest... Reijo Kesaniemi. 

Powietrze zgęstniało. Reijo tego nie zauważył, lecz 

Mikkal poczuł wyraźnie. Ostrożnie się obejrzał. W po­

wietrzu wisiało coś, co mu się nie podobało. 

Niechęć. 

background image

Skierowana ku Reijo... 
Mężczyzna przed Reijo odetchnął przez nos. Spoj­

rzał na Maję. 

- Odsuń się trochę, dziecko! 
Maja postąpiła krok dalej od Reijo. Puściła jego 

dłoń, lecz wyraz jej twarzy świadczył o tym, że uczy­

niła to niechętnie. 

- Reijo Kesaniemi. - Mężczyzna powtórzył nazwi­

sko, z niechęcią i pogardą. - Od dawna chciałem cię 
spotkać - odezwał się ku zdumieniu Reijo i Mikkala. 
- I dać ci to. 

Zaciśnięta pięść wystrzeliła, zanim ktokolwiek 

zdążył zareagować. Reijo upadł. 

Mikkal ruszył mu na pomoc, lecz mężczyzna, któ­

ry uderzył, uprzedził go. 

Wyciągnął do Reijo silną dłoń i na powrót posta­

wił go na nogi. 

- Nazywam się Petri Aalto - rzekł. - A jeżeli wej­

dziecie, opowiem wam pewną historię. Powinienem 
pewnie żałować, że nie uderzyłem mocniej. Albo kil­
ka razy. Potrzebujemy jednak więcej mężczyzn. Po­
trzebujemy ludzi, którzy potrafią trzeźwo myśleć. 

Ani Reijo, ani Mikkal nie czuli się choć odrobinę mą­

drzejsi, kiedy przestąpili próg dość ciasnego, mroczne­
go baraku. 

Elise zareagowała podobnie jak Maja, lecz nieco 

bardziej powściągliwie. 

Nie podbiegła do Reijo, lecz zbliżyła się do niego 

małymi krokami. Nie rzuciła mu się na szyję, ale wspię­
ła ostrożnie na palce i uścisnęła. Nie było jednak wąt­
pliwości, że szczerze się ucieszyła. 

background image

- Teraz wszystko będzie dobrze - szepnęła. 

W następnej chwili cofnęła się, a jej twarz jakby 

pojaśniała. Zerknęła na podłogę między pryczami, 
gdzie bawiła się mała dziewczynka, zupełnie nie spe­
szona całym zamieszaniem. 

Reijo ścisnęło się gardło. Elise złapała go za rękę 

i pociągnęła w stronę dziecka. 

- Jeszcze nie widziałeś Idy, Reijo. Jest już taka du­

ża, a ty jej jeszcze nie widziałeś. 

Nie potrafił wydobyć z siebie słowa, tak wielka 

wydawała się ta chwila. 

Cicho przykucnął przed maleńką dziewczynką. 
Podniosła wzrok. Przywitała go na swój dziecięcy 

sposób, ufnie, nieco zdziwiona. 

Reijo spojrzał w swoje własne oczy. Swoje własne 

oczy z pewną domieszką ciemnego brązu Raiji. Zie­
lone, ale nie tak jasne jak jego - niewątpliwie miała 
jego spojrzenie. Jego twarz. Coś z Raiji w okolicach 
nozdrzy. A także w lekko wygiętych brwiach. Deli­
katną budowę również odziedziczyła po matce. 

Ale poza tym była córką swego ojca. 
Reijo nie potrafił sobie wytłumaczyć, skąd wzięły 

się u niej rude włosy, ale pasowały. Jego córeczka. 

Ida. 
Ku niemu wysunęła się maleńka rączka. 
Reijo przełknął ślinę i wyciągnął swoją ogromną 

dłoń. Złapała się za włosy i chociaż potrafiła już po­
ciągnąć z pewną siłą, nie poczuła bólu. 

To jego dziecko. 
Ostrożnie przyłożył policzek do jej buzi. Zdawał 

sobie sprawę, że dawno się nie mył i że jego zarost 

background image

może kłuć, aie musiał poczuć dotyk tej skóry. 

Nigdy nie dotykał czegoś bardziej miękkiego. 
Ida wydawała się taka ufna. 
Nie znała go. Była też zbyt mała, żeby wiedzieć, 

kim jest Reijo. Za mała, żeby to miało dla niej jakieś 
znaczenie w tej krótkiej chwili. 

Zarzuciła mu swe pulchne rączki na szyję. Przyci­

snęła swój mały, krągły policzek do jego policzka, 
mówiąc przy tym przeciągłe „aaa". 

Reijo prawie się rozpłakał. Ukrył twarz w ogniście 

rudych włosach, zanim odwrócił się do pozostałych. 

Jego głos drżał, kiedy spojrzał na Petriego i rzekł: 

- Miałeś nam coś opowiedzieć... 
Mikkal przerwał mu: 
- To dotyczy Raiji, prawda? Gdzie ona jest? 
- Kim jesteś... - spytał Petri. - Dla Raiji? Wiem, kim 

on jest - skinął głową na Reijo, nie patrząc w jego 
stronę - ale o tobie nic nie wiem. 

Szukał w pamięci. Raija opowiadała, że przez kil­

ka lat mieszkała z Lapończykami. Lecz nigdy nie wy­
mieniła z imienia żadnego z nich. Ten człowiek wy­
dawał się jednak również w jakiś sposób związany 
z jej życiem. Petri zaniepokoił się. 

Mikkal nie odpowiedział. W jego niezwykłych 

oczach nadal kryło się pytanie. 

- Mikkal jest ojcem Mai - wyjaśnił zamiast niego 

Reijo. 

Petri przeniósł wzrok z mężczyzny na dziecko. 

Dostrzegł podobieństwo, które powinien był zauwa­

żyć wcześniej. 

Wymienił spojrzenia z Aleksanterim. Obaj nazbyt 

background image

jasno zdali sobie sprawę, że Raija nieprzypadkowo 
milczała na temat tego Lapończyka. Musiał dla niej 
wiele znaczyć, skoro nawet o nim nie wspomniała. 

Patrzyli to na Reijo, to na Mikkala. Zauważyli, że 

nie ma między nimi wrogości, jedynie zrozumienie, 
przyjaźń. 

Nie do pomyślenia byłaby podobna więź, gdyby 

w grę wchodziła inna kobieta niż Raija. W jej przy­

padku wszystko wydawało się możliwe, nawet przy­
jaźń między mężem a kochankiem. 

Petri spojrzał wprost na Mikkala. 

- Pytałeś, gdzie jest... - Wciągnął powietrze, zanim 

zdołał wymówić słowa: - Jest w twierdzy w Vardo. 
Uwięzili ją. Jako czarownicę. 

Reijo i Mikkal spojrzeli na niego z niedowierza­

niem. 

- Czarownicę?! - zawołali jednocześnie. 
Mikkal odwrócił się i z całej siły ścisnął krawędź 

najbliższej koi. Kostki jego dłoni zbielały. Pochylił 
głowę. Nie płakał. 

Nagle zrozumiał wszystko, co czuł w ostatnich 

dniach. Wszystkie wrażenia, które niejasno odbierał. 

- Czy to się stało cztery dni temu? - spytał głucho. 

- Czy zabrali ją cztery dni temu? 

Petri zadrżał. Skąd ten człowiek mógł o tym wie­

dzieć? 

- Tak - odparł tylko. 
Reijo poderwał się wściekły: 
- Jak to możliwe? Do diabła, jak to możliwe? 

W Raiji nigdy nie było nic mistycznego. Potrafi cza­
rować tak samo jak ja. Kto jest temu winien? 

background image

Petri odpowiedział spokojnie: 
- Część winy ponosisz ty, ponieważ ją opuściłeś. 

Część winy ponoszę ja. Część Aleksanteri. Został ran­
ny, a Rai ja go wyleczyła... 

- I to wszystko? - Reijo nie mógł uwierzyć. - Nie 

oskarża się kogoś o czary za coś takiego. 

- Tutaj tak - odparł Petri z powagą. - Kapitan w for­

cie ma bzika na punkcie czarownic. Kilka już spalił na 
stosie tego roku. 

Mikkal zrozumiał, skąd pochodziło wrażenie 

ognia. 

Lecz śmierć jej nie dosięgła... 
Skąd w takim razie wrażenie lodu? Zimna? 

- Grozi jej stos? - spytał Reijo, siląc się na spokój. 

- Czy to właśnie chcecie powiedzieć? Może zostać 
spalona na stosie, chociaż jest niewinna? 

Petri skinął głową. Był śmiertelnie blady. 

- Nie można do tego dopuścić! - głos Reijo brzmiał 

zdecydowanie. - To nie może spotkać Raiji. Nie prze­
żyję tego po raz drugi! Nie mogę znowu stracić bli­
skiej osoby w ten sposób. 

Tylko Mikkal potrafił zrozumieć znaczenie słów 

przyjaciela. 

Reijo przerwał sam sobie i spojrzał na Petriego: 
- Tobie też była droga, prawda? Nie uderzyłbyś 

mnie, gdyby ci na niej nie zależało. 

Petri spuścił wzrok. Nie czuł wstydu. Tylko smu­

tek. I złość. 

- Tak - odparł po dłuższej chwili milczenia. - Chy­

ba rzeczywiście kimś dla niej byłem. I jestem na cie­
bie zły. Ponieważ ją opuściłeś. To by się nie zdarzyło, 

background image

gdybyś został... - Uśmiechnął się ponuro. - Wpraw­
dzie bym jej nie poznał, a moje życie byłoby uboższe. 

Ale to by jej nie spotkało. 

- Przyczyn mojej nieobecności jest więcej, niż ci 

się wydaje - rzekł Reijo cicho. - O wiele więcej... 

Oprócz tego nic nie powiedział. 
To Raiji był winien wyjaśnienia. Nikomu innemu. 
- Co zrobiliście, żeby jej pomóc? - rozległ się głos 

Mikkala. - Coś przecież musieliście zrobić? 

Aleksanteri usiadł, ciężko wzdychając. Reijo rów­

nież opadł na jedną z koi, trzymając w ramionach Idę. 
Maja wdrapała się na górę i usiadła tuż obok. Przy­
tuliła się do Reijo, dając tym samym do zrozumienia, 

że nie tylko Ida ma do niego prawo. 

Petri i Mikkal nadal stali. 

- Udało nam się nawiązać kontakt z kimś z fortu 

- odezwał się Aleksanteri. - Drogo nas to kosztowa­
ło i niewiele się dowiedzieliśmy, ale informator za­
wsze może się przydać. 

- Na samej górze? - spytał Reijo. 
Aleksanteri potrząsnął głową. 
- Nie stać nas było, żeby opłacić kogoś wysoko po­

stawionego. Ten jest żołnierzem zaciężnym. Był przy 
tym, jak Raiję po raz pierwszy przesłuchiwano. 

Aleksanteri spuścił wzrok, a usta Petriego wykrzy­

wił grymas. 

- Kapitan nie był z niego zbyt zadowolony. Teraz 

więc chłopak prawie nie ma z nią kontaktu. Ale wie 

niemal o wszystkim, co się dzieje w twierdzy. I tam 
nie można utrzymać nic w tajemnicy. 

- Co z nią robili? - Mikkal spojrzał na Aleksante-

background image

riego, jego nozdrza drżały. - Przypiekali ją? Rozża­

rzonymi cęgami? Poddawali chłoście? 

Aleksanteri nie mógł wydobyć słowa, tylko spoj­

rzał na Mikkala szeroko otwartymi oczami. Ciarki 
mu przeszły po plecach. 

- Skąd...? - spytał z wahaniem. To przechodziło je­

go pojęcie. 

Reijo westchnął. Również on zacisnął powieki, by 

zatrzeć obrazy, które malowała jego wyobraźnia. 

- Mikkal i Raija zawsze mieli ze sobą bardzo do­

bry... kontakt. 

Nie patrzył na nikogo, lecz czuł, że coś drżało 

w powietrzu. Napięcie. 

Dokładnie wiedział, co teraz myślą. Jak toczą wal­

kę między wiarą a niewiarą. 

- Ja także w to nie wierzyłem - wyjaśnił. - Nie my­

ślałem, że to możliwe, lecz coś jest między nimi. Ja­
kaś nić. Nie wiem, jak im się to udaje, ale za każdym 
razem ich przeczucia się sprawdzają. 

- Śmierć zostawiła Raiję w spokoju - powiedział 

Mikkal powoli. - Nie potrafię tego udowodnić, ale 
wiem, że życie zwyciężyło. Nie czuję strachu. Tylko 
spokój. I chłód. Jest tak dziwnie zimno... 

Aleksanteri i Petri nie wiedzieli, co o tym sądzić. 

Naturalnie Lapończycy mają swoje znaki i rytuały, 
ale to już pewna przesada. 

To istotnie pasowało do Raiji, ale leżało tak dale­

ko poza ich zdolnością rozumienia. 

- Co możemy zrobić? - spytał Reijo. 
- Czekać. - Petri wyglądał na bezsilnego. - Gdyby­

śmy mieli jakieś wpływy, moglibyśmy się za nią wsta-

background image

wić. Zaświadczyć, że jest dobrym, religijnym człowie­

kiem. To by pomogło... może. Nasz żołnierz uważa, 
że kapitan już uznał ją za winną i w tej sytuacji wła­
ściwie niewiele można jej pomóc. 

Aleksanteri dodał: 
- Poza tym nie powiedziała im, kim jest. Podała im 

jakieś imię, które sama wymyśliła. Nazwała się Ritvą. 
Więcej z niej nie wydusili. 

Mikkal uśmiechnął się słabo: 
- Raija zawsze była silna. Wydostaniemy ją stam­

tąd, nawet gdybym gołymi rękami miał ją wyciągnąć 
z płomieni. 

Reijo zbladł. 
- Boże, spraw, żeby do tego nie doszło! 

background image

11 

Była sama. Nie mogło być inaczej 

Wokół panowała nieprzenikniona ciemność. Mi­

mo to Rai ja czuła się obserwowana. 

Nie wiedziała, że może istnieć tak potworna sa­

motność. 

Czy minęło wiele dni? 
Nie miała pojęcia. 
Nikt jej nic nie mówił. 
To jej zadawano pytania. 
Od kogo nauczyła się czarów? 

Jak długo je uprawia? 
Jakie ciężkie grzechy popełniła? 

He osób uczyła? 
Co takiego podarował jej diabeł, żeby mu służyła? 

Jak często spotykała się z nim na górze Domen? 

Czy przyczyniała się do zatapiania statków? 
Czy zuchwale rozgłaszała, że może decydować 

o życiu i śmierci? 

Czy wiedziała, że to, co uprawia, jest bluźnier-

stwem wobec Boga? 

Czy wie, co robi się z bluźniercami i czarownica­

mi najgorszego rodzaju, jak ona? 

Zaczęli wznosić dla niej stos... 

background image

Nie wstawała. Nie była w stanie. Przy najmniejszym 

ruchu czuła ból w całym ciele. Pieczenie, gdzie świeże 
rany dotykały mokrego, szorstkiego materiału ubrania. 

Kiedy leżała spokojnie, popadała jakby w odrę­

twienie. Wtedy już nic nie czuła. 

Ciaśniej owinęła wokół siebie strzępy ubrania. 
Zdarli z niej rzeczy. Mimo całego swego upokorze­

nia Raija zauważyła, że sprawiło im to pewnego ro­
dzaju przyjemność. 

Pamiętała triumf, jaki rozbłysł w oczach kapitana. 
Nazywali go Feldt. 
Taki młody, a taki surowy. Taki nieludzki. 
Przyłożył jej do ciała rozżarzone do czerwoności 

żelazo. Słuchał syku, kiedy przypiekło skórę, a potem 
mięsień. Patrzył na nią szeroko otwartymi oczami, 
przyciskając cęgi jeszcze mocniej. Widział jej ból, cze­
kał na krzyk, ale przeliczył się... 

Raija przesunęła językiem po wargach. Zabolało. 

Były spuchnięte. 

Zagryzła usta tak mocno, że pociekła krew, ale po­

wstrzymała krzyk. 

Przywiązali ją za nadgarstki i kostki nóg i rozcią­

gnęli na tej okropnej machinie, którą nazywali kołem 
tortur. 

Czuła, jak jej ciało wydłuża się do granic wytrzy­

małości. 

Widzieli, co zrobili. Widzieli - i rozciągnęli ją jesz­

cze trochę. 

Oczy kapitana nadal promieniały. Te zimne po sa­

mo dno zielononiebieskie oczy błyszczały jak gwiaz­
dy na niebie w mroźną noc. Zerwali z niej ubranie. 

background image

Nie zamierzali się bawić w rozpinanie guzików. Po 

prostu zdarli z niej wszystko. 

Ich oczy obserwowały każdy skrawek jej skóry. Do­

strzegła w nich pożądanie. Było równie silne jak odra­
za. Strach zmieszany z silną żądzą. 

Gwałcili ją wzrokiem, a to wydawało się o wiele 

gorsze niż jakiekolwiek fizyczne poniżenie. 

Kapitan wydawał się okrutniejszy, podlejszy, bar­

dziej obłąkany niż pozostali. 

Rai ja zauważyła to. I kapitan zorientował się, że 

dziewczyna o tym wie. 

Stał się potem bardziej brutalny. O wiele bardziej 

szorstki. Bardziej bezduszny. Raija zrozumiała, że do­
strzegła coś, do czego się nie przyznawał. Karał ją 
również za to. 

Dysponował niezbędną ku temu władzą. 
Władzą decydowania o jej życiu. 

A Raija zagryzała wargi, wbijała paznokcie w dło­

nie, ale nie krzyczała. 

Nie za pierwszym razem. 
Wydawał się rozczarowany. 
Niezadowolony z niej. 
Brutalnie wrzucili ją z powrotem do tej czarnej no­

ry. Bez jedzenia. Bez picia. 

Kiedy znowu ją przyprowadzili na górę, pojawiło się 

dwóch nowych żołnierzy. Dwóch nowych pomocników. 

I pastor. 
Kapitan Feldt otrzymał dodatkową pomoc. Pastor 

odprawił nabożeństwo za jej czarną duszę i odmalo­
wał przed Raiją wizję miejsca, w którym skończy, je­
żeli się nie przyzna do winy. 

background image

Stary smoluch już na nią czeka z piekielnym ogniem. 

Ale jeśli powie wszystko, co wie, jeżeli zwróci się do 

Pana, wtedy być może Bóg okaże się litościwy. 

- Tak czy owak spłoniesz na stosie - rzekł kapitan, 

krzywo uśmiechając się jednym kącikiem ust. 

Rozkoszował się tym. 
Raija nie odezwała się ani słowem. 
Dopóki nie spytali o jej imię. 
Ogarnęła ją radość, kiedy sobie uświadomiła, że te­

go nie wiedzą. Mogła zatem mieć nadzieję, że dzieci 
są bezpieczne. 

Długo milczała. Wystarczająco długo, żeby wydało się 

to naturalne, a potem jakby się załamała i wyszeptała: 

- Ritva. Mam na imię Ritva. 
Więcej im nie powiedziała. 
Wytrwale namawiali, egzaminowali na wiele spo­

sobów. 

Karcili za pomocą miękkich jak jedwab zwrotów. 
Mamili podstępnymi sformułowaniami. Dwu­

znacznymi aluzjami. Tworzyli labirynty słów, żeby 
się w nich zagubiła, żeby się zdradziła - a może przy 
okazji jeszcze kogoś innego, nie uświadamiając sobie 
tego. 

Bili ją. 
Otwartą dłonią i pięścią. 
Związaną i bezbronną kopali twardymi butami. 
Był jeszcze chłopcem, Raija napotkała jego spoj­

rzenie, kiedy unosił nogę do kopniaka. Na gęstych 
rzęsach dostrzegła łzy. 

Ale wykonał rozkaz. 

Pojawiły się rozżarzone cęgi. 

background image

Kapitan wolał sam ich użyć. 
Uśmiechał się. Oblizywał usta, kiedy przypiekał jej 

piersi. 

Niezmierzone zło w jego spojrzeniu zmusiło Raiję 

do zamknięcia oczu. 

Coś więcej niż ból kazało jej krzyczeć. 

Już myśleli, że pancerz zaczyna pękać. Już byli 

pewni, że to wstęp do przyznania się. Cęgi niszczyły 
coraz więcej skóry. Zostawiały piekące rany. Rozsnu­

wały wokół swąd palonego ciała. 

Raija ze wszystkich sił starała się nie stracić przy­

tomności. 

Ból mówił jej przynajmniej, że jeszcze żyje. Mó­

wił, że jeszcze nad czymś panuje. Nie mogła zapobiec 

temu, co robili. Nadal jednak decydowała o własnych 
słowach. Nie wyciągną z niej więcej, niż sama zechce 
im powiedzieć. 

Cierpienie mówiło jej, że nadal jest od nich silniejsza. 
Związano ją i torturowano. Pozbawiono ludzkiej 

godności, lecz to ona nadal decydowała, do czego mo­
gą ją zmusić. Była silniejsza niż oni - silniejsza niż ka­
pitan Feldt. 

Rany od przypalania bolały niemiłosiernie i piekły, 

kiedy przenieśli ją na koło tortur. 

Nie zwracali na to uwagi. Dotykali szorstkimi rę­

kami zranionych miejsc. Raija wiedziała, że kapitan 
Feldt czyni to celowo. Co do młodych żołnierzy nie 
miała całkowitej pewności. 

Chciała wierzyć, że tylko wypełniali polecenia... 
Trudno jest jednak zachować wiarę w ludzi, kiedy 

zadają ból, nie dający się opisać słowami. 

background image

Pastor dostarczał Raiji duchowej pociechy. 
Raija nie była wcale pewna jego intencji. Wydawa­

ło się jej, że patrzył równie pożądliwie jak kapitan, 
kiedy ponownie zerwali z niej ubranie. 

Odniosła wrażenie, że jego głos stał się napięty 

oraz że brakło mu tchu, ale mogła się mylić. 

Zaszumiało jej w uszach. Obraz stał się zamglony. 
Kapitan powtarzał, że jest bardziej zhańbiona niż 

wszystkie zhańbione kobiety razem wzięte. 

Jest najbardziej podłą istotą, jaką spotkał, i że 

zniszczy ją, nawet gdyby mu to miało zająć całe ży­
cie. 

Powiedział, że ma czas. Może czekać, aż będzie go­

towa mówić. 

Jak długo to potrwa, zależy tylko od niej. To ona 

sama decyduje o tym, ile bólu jeszcze chce znosić. 

Z czasem skończy się również pomoc diabla. Niech 
jej się nie wydaje, że będzie mu jeszcze potrzebna. 
Czyżby nie zauważyła, że złe moce już jej nie służą? 

Oni przejęli nad nimi kontrolę. Powalili je na ko­

lana. Jej magia nic tu nie pomoże. 

Tutaj jest nikim. 
Rozciągnęli ją. 

Słowa modlitwy i przekleństwa nałożyły się na sie­

bie, kiedy zmaltretowanemu ciału Raiji zadano jesz­
cze więcej bólu. 

Mikkal, Mikkal! pomyślała. Krzyk myśli przeszył 

ciemność na niedostrzegalnych skrzydłach. 

Dotarł do jego duszy. 
Dodaj mi sił! Daj mi trochę swoich sił! Pomóż mi 

to wytrzymać! Umieram. Jestem pewna, że umieram. 

background image

Zawsze cię kochałam, Mikkal. Niezależnie od tego, 
co mnie spotykało, to zawsze ty... 

Ujrzała śmierć z jej bladym, martwym uśmiechem. 

Czuła, jakby ją ważono i mierzono. Czuła, jakby ja­
kieś ręce chwytały ją kurczowo i przesuwały się po 
niej. Czekała, aż śmierć wyciągnie w odpowiedniej 
chwili swe kościste dłonie i zabierze ją ze sobą... 

Przez mgnienie oka zatęskniła za tym, kiedy ból 

stał się tak nieludzki, że ogłuszał ją jej własny krzyk. 

Nie słyszała śmiechu zadowolenia. Nie widziała roz­

radowanej twarzy tego, który zadawał jej cierpienia. 

Śmierć... Czy można do niej zatęsknić? 
Raija chciała usiąść, lecz okazało się to niemożli­

we. Była przywiązana za ręce i nogi. Rozciągnęli ją 

bardziej, niż pozwalały na to stawy. 

Ból paraliżował ją. 
Siła pojawiła się znikąd. Jeszcze raz Raija pozwo­

liła, by krzyk odbił się echem od sufitu, którego nie 
mogła zobaczyć. Łzy całkiem ją oślepiły. 

Zdołała jeszcze zagryźć już krwawiące okaleczone 

wargi. Jeszcze raz udało jej się zachować milczenie. 

Przeciwstawić się. 

Mikkal. Mikkal. Dziękuję. 
Nie pamiętała chłosty. Nie pamiętała nowej serii 

przypiekania cęgami. 

Ani uderzeń... 

Nigdy się nie dowiedziała, że pastor modlił się za 

nią na kolanach. 

Ze to jemu mogła dziękować za swoje życie. 
Kapitan wprost szalał, kiedy Raiji udało się po raz 

kolejny stawić opór, choć jemu się zdawało, że już ją 

background image

pokonał. Rozwścieczony byłby ją zabił, gdyby pastor 
mu nie przeszkodził i nie przywołał do rozsądku. 

Gdyby kapitan ją zabił podczas przesłuchania, 

sprawy przyjęłyby dla niego zły obrót. 

Nie dowiedział się wszak niczego. 
Tortury nie były dozwolone. Ani nawet procesy 

o czary. 

Hans Fredrik Feldt wystarczająco dobrze znał prawo. 

Wiedział także, że wszyscy spojrzą przez palce na 

jego metody, dzięki którym osiągał dobre rezultaty, 
jeżeli zdoła udowodnić, że ta kobieta jest czarowni­
cą. Jedną z najgroźniejszych, jakie więzili w twierdzy 
w celi czarownic. 

Król życzył sobie, by oczyścić jego królestwo z osób 

uprawiających czary. Hans Fredrik Feldt chciał służyć 
swemu królowi najlepiej, jak potrafił. 

Zamierzał piąć się w życiu w górę i iść do przodu. 
Musi pozwolić wiedźmie dojść do siebie. Wtedy 

znowu będzie mógł uderzyć. Prędzej czy później ta 
kobieta się podda. Jak wszystkie inne. 

Stanowiła cięższy orzech do zgryzienia niż więk­

szość z nich, lecz to tylko przekonało go, że w jej 
przypadku się nie pomylił. Jest gorsza niż inne. 

Piękniejsza niż inne. Młodsza. Bardziej pociągają­

ca... 

Tak, pociągała go. 
Na początku. 
Podczas pierwszego przesłuchania. 

Pożądał jej. 

Tak wielka była zatem jej siła. 
Zdarzyło się to po raz pierwszy - od czasu Lisbeth. 

background image

Lisbeth również była młoda i nadzwyczaj piękna. Jed­
nak zdradziła go. 

W końcu wybrała jego brata. 

Nadal słyszał jej śmiech, kiedy oznajmiła mu jego 

porażkę. Dźwięczny śmiech przypominający szklane 
kule toczące się w dół schodów. 

Od tamtej pory nie widział Lisbeth. 
To już pięć lat. 
Pięć lat - i w tym czasie żadnej kobiety. 
Miał na nią ochotę. Na tę czarownicę. Na tę wiedź­

mę. Ritvę. 

To imię do niej nie pasowało. Miało obce brzmienie. 

Powszechnie jednak wiadomo, że Lapończycy i Fino­

wie mają większe zdolności do czarów niż inni ludzie. 

Ritva... 
Była taka piękna. Tak kusząco, niebezpiecznie pięk­

na. Czuł, że musi zdusić to piękno. Ze względu na tych 
młodych żołnierzy. Ponosił za nich odpowiedzialność. 
Nie mógł dopuścić, by wpadli w sieć czarownicy. 

Również ze względu na siebie samego. 
Marzył o niej po nocach. Na jawie. Mógł bez tru­

du sprowadzić ją do swojej kwatery. 

Zaspokoić te potrzeby, które narosły przez lata. 

Nie był nikim więcej niż mężczyzną. 

Ona była czarownicą. 
Mogłaby przełamać o wiele więcej niż siły obron­

ne najpotężniejszego mężczyzny. To byłoby takie 
proste, poddać się. 

Ale jednak okazał się silny. Oparł się pokusie. Noc­

ne fantazje odsunął głęboko, były potworne i grzeszne. 

Zniszczył ów piękny obraz, jakim była dla świata. 

background image

Teraz nie wydawała się już taka zachwycająca - za­
krwawiona, pobita, okaleczona, z ziemią, błotem i za­
krzepłą krwią we włosach. Z opuchniętymi wargami, 

które zagryzała do krwi. 

Jej uroda została dobrze ukryta. 

Nikogo nie zdobędzie dzięki swojemu wyglądowi. 
Hans Fredrik Feldt był z siebie bardzo zadowolony. 

Teraz zamierzał zostawić ją w spokoju przez kilka dni. 

Pozwolić, by siedziała w ciemności, by nikt nie 

przerwał tej monotonii i samotności. Została całkiem 
odizolowana od wszystkiego i wszystkich. Tak wła­
śnie miało być. 

To zdoła złamać każdą. 
Odosobnienie i bezczynność dawały czas na my­

ślenie. Na zastanowienie się nad tym, co jej propono­

wano. 

Czas na dokładne przyjrzenie się swojej czarnej 

duszy. Czas na gruntowne przemyślenie popełnio­

nych grzechów. 

A wtedy on przeprowadzi nową serię przesłuchań. 

Ponownie ją przepyta. 

Być może w oddzielnym pokoju - żeby nikt nie mógł 

mu przeszkodzić w stosowaniu wymyślnych metod. 

Ona musi mieć jakiś słaby punkt, a jego zadaniem 

jest jego znalezienie. Jeżeli ból jej nie złamał, to mu­
si istnieć coś innego. 

Każdy ma jakiś słaby punkt. 
Prędzej czy później ją złamie. I roześmieje się, kie­

dy pochłonie ją ogień na stosie. Zobaczy, jak gaśnie 
płomień w tych głębokich brązowych oczach, i bę­
dzie się rozkoszował każdą minutą. 

background image

Ritva. 
On się przed nią nie ugnie. 

Czuła zimno. Wszystko było potwornie zimne. 

A na zewnątrz panowało lato. Raija próbowała sobie 
wyobrazić, jak to jest. 

Słońce między leniwymi obłokami. Łagodne wia­

try bawiące się jak małe dzieci. 

Biegać boso po nie kończącym się płaskowyżu. Po­

czuć, jak wrzosy klują podeszwy stóp, które przez ca­
łą zimę pozostawały uwięzione w kumagach. 

Więzienie... 

Raija wróciła do rzeczywistości. Musiała użyć ca­

łej swojej siły, by zmusić się do powrotu do świata 
fantazji. 

Małe górskie kwiatki. Zapach obozowego ogniska. 

Zapach lata. 

Lato. Ciepło... 

Wszystko to wydawało się takie odległe. 

Siedziała w próżni i nie mogła się z niej wydostać. 
Czuła gorycz i bezsens. Śmierć jej nie chciała. Mik-

kal też jej nie chciał. Lecz to zdarzyło się dawno te­
mu. Czy wiedział, że jest zła? 

Czy wszyscy o tym wiedzieli poza nią samą? Czy 

jest w niej coś... coś złego? 

Czy jest taka, jak mówią? 
Nie, Raija, nie! 
Nie może uwierzyć w ich kłamstwa! Nie wolno jej! 

Przez cały czas musi pamiętać, kim jest. 

Rai ją Alatalo. 
Musi być pewna, że nie uczyniła żadnej z tych rze-

background image

czy, o które ją pytają. Nie mogła przecież zrobić ni­
czego podobnego. 

Chcą ją zmusić, żeby się przyznała do czegoś, co 

sami wymyślili. Dlatego wykorzystują wszelkie moż­
liwe środki. Nie wolno jej o tym zapomnieć. 

To on jest zły - kapitan Feldt o oczach zimnych 

jak lód. Nie wiedziała, dlaczego ten człowiek płonie 
tak silną nienawiścią, lecz to niebezpieczne dać się 
opanować podobnym uczuciom. 

Nie jest czarownicą. 
Mogą ją spalić na stosie, lecz nigdy się do niczego 

nie przyzna. 

Musi zachować odwagę. Starać się myśleć o rze­

czach, które sprawiają jej radość. Które dodadzą jej 
sił. 

Dzieci... 
Nie, nie o nich. Na myśl o nich tylko się rozpła­

cze. Bóg jeden wie, czy kiedykolwiek jeszcze je zo­
baczy. 

To zbyt bolesne. 

Jak zawsze wróciła do niego - do tego jedynego. 

Mikkal... Mikkal... gdybym tylko mogła jakoś do 

ciebie dotrzeć... 

Lecz nie mogę przekazać ci żadnej informacji. 
Potrzebuję twojej siły, ale ty nawet się nie do­

wiesz, że jestem tak bardzo głęboko pod ziemią. Po­

niżona i zupełnie niepodobna do tej Raiji, którą 

znasz i kochasz. Twoja Raija chce żyć - i potrzebu­
je twojej siły. 

background image

Mężczyźni rozmawiali o tym, co mogą zrobić. 

I żaden z nich nie zaproponował rozsądnego rozwią­
zania. 

Mikkal wstał i wyszedł. 

Już od dość dawna doznawał tego coraz lepiej mu 

znanego uczucia. 

Usiadł przed barakiem, usiłując skupić myśli wo­

kół Raiji. Próbował dać jej to, czego potrzebowała, 
lecz ani razu nie wiedział dokładnie, co to takiego. 
Wyszeptał cicho jej imię. Tak cicho, że tylko wiatr je 

usłyszał. 

background image

12 

Spała, kiedy przyszli. Obudzili ją kopniakiem i wy­

ciągnęli na słabo oświetlony korytarz, zanim zdążyła 
porządnie otworzyć oczy. 

Przełom w rutynie. 
Przynajmniej wydostała się z wszechogarniającej 

ciemności i wilgoci, od której w ciągu dłuższego cza­
su i kamień zacząłby gnić. 

Wyobraziła to sobie - jak gnije w tej czarnej norze 

i nikt nic nie może dla niej zrobić. 

Samotna, zapomniana... 

Żołnierze wepchnęli ją do pomieszczenia, w któ­

rym odbywały się przesłuchania. Do sali tortur, jak 
to nazywała. 

Zostali na zewnątrz. 

Nie weszli. 
Raija zwróciła na to uwagę. Powoli. Wszystkie pro­

cesy w jej głowie zachodziły bardzo wolno. 

Bała się, że uszkodzili coś w jej mózgu. Nie chcia­

ła skończyć w szpitalu dla umysłowo chorych. Rów­
nie dobrze mogliby ją od razu zabić. 

To coś nowego, została sama z kapitanem. 
Tylko jeden przeciwnik. 
Przełknęła, lecz nie udało jej się zwilżyć gardła. 
W jednej chwili zaczęła się bać. Bała się obecnej sy-

background image

tuacji bardziej, niż gdyby stojący na zewnątrz weszli 
do środka. 

Tamci wykonywali tylko rozkazy. Nie mieli na ty­

le wyobraźni, by wypróbowywać nowe sposoby zmu­

szenia jej do mówienia. 

Ten człowiek za to miał dość wyobraźni - i był zły. 

Płonął z nienawiści. 

- A więc, Ritva. Zostaliśmy tylko we dwoje... 
Ten jego dźwięczny głos. Dlaczego nazywał ją Ritvą? 

Raija już otwierała usta, żeby go wyprowadzić z błędu. 

Dopiero wtedy sobie przypomniała. Sama wymy­

śliła to imię. Żeby ich przechytrzyć. Dali się na to zła­
pać. Więcej jej nie pytali, kim jest. Być może nie uzna­
li tego za wystarczająco ważne, skoro jest Finką - lub 
jak to oni określali, a co jako obraźliwe nigdy nie po­

jawiłoby się w ustach Finów - Kwenką. 

- Zechcesz dziś mówić, Ritva? 
Milczała. 
Wydawał się bardzo zdenerwowany. Szczupłymi 

palcami odpiął od pasa pejcz. 

Raija zmusiła się, by stać nieruchomo. Chciał zo­

baczyć jej strach. Czuła to. Chciał zobaczyć, jak się 
czołga, a potem usłyszeć, jak się przyznaje. 

Ale nie miała do czego się przyznawać! 
- Co by tu wymyślić, żeby rozwiązać ci język? 
Raija miała ochotę powiedzieć mu, że nie wątpi 

w jego pomysłowość w tym względzie, ale się po­
wstrzymała. 

Rozmowa z nim nie przyniosłaby jej pożytku. Na­

wet jedno słowo. Był wystarczająco pomysłowy. Nie 

odmówi sobie metod bardziej szorstkich i brutalnych 

background image

teraz, kiedy został z nią sam na sam. Nie miał świad­
ków, a jej słów się nie bał. 

Uderzenia pejcza wreszcie powaliły ją na kolana. Ra-

ija poczuła, że plecy jej krwawią, lecz udało jej się zaci­
snąć zęby, by z ust nie wydobył się nawet jeden dźwięk. 

W ten sposób dłużej to potrwa, ale nie miała zamia­

ru podporządkować się temu człowiekowi bez walki. 

- Ani słowa o twoich konszachtach z diabłem? 
Mówił w kulturalny sposób, lecz Rai ja wiedziała, ja­

ki jest naprawdę. Zmusiła się, by oddychać spokojnie. 

Starała się dojść do siebie. Nie wiedziała, co będzie da­
lej. Po kapitanie mogła się spodziewać wszystkiego. 

- Ani słowa o tym, jak ratujesz życie, Ritva? Albo 

jak pozbawiasz życia? 

Raija usłyszała jego zbliżające się kroki. Wiedziała, że 

wystarczy spojrzeć kątem oka, a zobaczy czubki jego 

butów. Na pewno były starannie wypolerowane. Były 
takie za każdym razem. Raija zwróciła na to uwagę. 

Pamiętała oficerki, które ją kopały. Zapamięta je 

do końca życia. 

To być może już nie tak długo, przemknęło jej 

przez myśl. 

- Nie chcesz mi powiedzieć, w jaki sposób kusiłaś 

mężczyzn, używając czarodziejskich sztuczek? To 
mogłoby być interesujące... 

Złapał ją za włosy i pociągnął tak, że musiała na 

niego spojrzeć. 

- Jestem tu po to, żeby cię wysłuchać, Ritva - rzekł 

jedwabiście łagodnym głosem. - Im szybciej zaczniesz 
mówić, tym lepiej dla nas obojga. Nic nie zyskasz swo­
im milczeniem. Nikt tu nie wierzy w twoją niewinność. 

background image

Postawmy sprawę jasno. Niezależnie od wszystkiego, 
i tak skończysz na stosie. Ale mogłabyś chociaż pomy­
śleć o swojej nieśmiertelnej duszy. Jeżeli zabierzesz ta­
jemnice do grobu, po wieki będziesz się smażyć w pie­
kielnym ogniu. Wtedy sam diabeł ci nie pomoże. Nie 
będzie miał z ciebie żadnego pożytku. Jednak jeżeli się 
przyznasz, możesz uzyskać zbawienie... Nie tutaj, 

w doczesnym życiu, lecz na wieki. Zastanów się nad 
tym, Ritva. Twoje obecne życie to tylko życie śmiertel­

nika. To, które nadejdzie potem, jest wieczne. 

Z każdym zdaniem pociągał ją za włosy coraz bar­

dziej do tyłu. Kiedy wreszcie zamilkł, Raiji wydawa­
ło się, że zaraz złamie jej kark. 

Napotkała jego spojrzenie. Przywodziło na myśl mo­

rze. I działało na nią równie odpychająco jak morze. 

Mógłby wydawać się przystojny, lecz chłód spoj­

rzenia niweczył wszystko, co można by w nim na­
zwać pięknym. 

Ściągnął usta. Przez mgnienie oka przemknęła jej 

szalona myśl, że ją pocałuje, ale tylko się uśmiechnął. 
Z okrucieństwem w kącikach ust. 

- Nie chcesz? 
Wytrzymała jego spojrzenie. Nawet nie drgnęła jej 

powieka. Nigdy mu się nie podporządkuje. 

- Dobrze... 

Puścił jej włosy, lecz Raija nadal czuła rwanie w ce­

bulkach. 

Odszedł od niej. Poruszał żelaznymi cęgami w ża­

rzących się węglach. 

Raija zebrała siły. Nazbyt dobrze wiedziała, co to 

oznacza. Nie zmienił za bardzo swego repertuaru. 

background image

- Musimy chyba znowu użyć narzędzi, co? Może 

one pomogą. Rozbieraj się, wiedźmo! 

Zrobiła, jak kazał. Ale tak powoli, jak to możliwe. 

Żeby możliwie najbardziej wydłużyć czas, zanim 
przystąpi z cęgami - i żeby nadal móc nazwać te 
szmaty ubraniem. Bała się, że z jej rzeczy już nic nie 
zostanie, kiedy kapitan jeszcze raz je z niej zerwie. 
A przecież nie dadzą jej nowych. 

Stanęła wyprostowana i czekała. Podobało mu się 

to. Raija była tego pewna. On natomiast wiedział, że 
przypiekanie działało na nią najsilniej. 

Koło tortur było potworne. Chłosta i systematyczne 

bicie również. Lecz przypiekanie było niewątpliwie naj­
gorsze spośród wszystkich cierpień, jakie jej zadawali. 

Nie znosiła syku wydawanego przez cęgi przykła­

dane do skóry. Bardziej dźwięku niż bólu. 

Ból wydawał się nie do opisania, ale dźwięk był 

jeszcze gorszy. Potem rozchodził się swąd przypala­
nego ciała. Potęgował cierpienie bardziej niż odczu­
wany ból. 

Kapitan odwrócił się. 
Przebiegł wzrokiem jej postać. Znał już to ciało. 
Było kiedyś pociągające. 
Uśmiechnął się na tę myśl.  O w o wspomnienie 

sprawiło mu przyjemność. Zdarzało się, że przywo­
ływał w pamięci ten obraz. Teraz jej ciało nie stano­

wiło już zagrożenia. Teraz nie była już dla niego nie­

bezpieczna jako kobieta. 

Nie mogła już wykorzystać przeciw niemu jego 

męskiej słabości, która odeszła w przeszłość. Ta 

wiedźma nie budziła już w nim pożądania. 

background image

Schudła. Biodra straciły dawną krągłość. Trwało to 

przecież już nieco ponad tydzień... 

Jej włosy trudno nawet opisać. Najlepiej byłoby je 

całkiem obciąć. 

Ostrzyc. 
Zapewne to zrobi. Coś podpowiadało mu, że wło­

sy stanowiły jej powód do dumy. 

Rysy twarzy trudno nawet rozróżnić. Jedno oko 

otaczał siniak. Niedługo zmieni swą barwę na żółtą. 
Lecz upłynie wiele dni, zanim znowu będzie wyglą­
dać normalnie. Usta wydawały się ogromne. Na war­
gach widniała zakrzepła krew, rany przez cały czas 

pękały. To musiało piec... 

Poza tym była niesamowicie brudna. 
Przez pierwsze dni usiłowała utrzymać higienę. 

Przecierała twarz ubraniem. Przecierała ręce. Śmiał 
się z niej w duchu. 

Przestała to robić. 
Całe ciało pokrywały teraz niebieskie i żółte pla­

my. Stopniowo stawała się bardziej fioletowa niż nie­
bieska, stwierdził rzeczowo. 

Piersi szpeciły liczne poparzenia. Z niektórych ran 

sączyła się żółta ciecz. Pomyślał, że skoro tyle potra­
fi, mogłaby przynajmniej spróbować się leczyć... 

Uparcie jednak trwała w milczeniu. Widocznie są­

dziła, że to dowód niewinności. 

Ale niech nie myśli, że ma do czynienia z byle kim. 

Już wcześniej widział podobne jej czarownice. 

I widział, jak padają na kolana. 
Słyszał, jak się przyznają. 
Powoli podszedł do niej. Stała wciąż wyprostowana. 

background image

Spojrzał jej w oczy, lecz nic nie zdołał z nich wyczytać. 

Sądził, że będzie próbowała się osłonić, ukryć swą 

nagość. 

Lecz ona trwała nieporuszenie. Czekała. Wiedzia­

ła, na co. 

Żelazo ostygnie, jeżeli będzie zwlekał zbyt długo, 

ale musi przeciągnąć trochę ten moment. Musi zna­
leźć choćby niewielki ślad strachu przed tym, z cze­
go nieuchronności zdawała sobie sprawę. 

Czyżby jej puls zaczął bić zbyt szybko...? 
Nie była jednak taka nieustraszona, jak chciała mu 

wmówić. Nie była taka twarda. 

Kilka razy zwątpił w to, że ta dziewczyna w ogó­

le czuje ból. Zaczął się zastanawiać, czy przypadkiem 
nie używa swoich nadprzyrodzonych sił, by złago­
dzić cierpienie. Że niczego nie uda mu się osiągnąć 
zwykłymi torturami. 

- Gdzie by tu dziś najlepiej przyłożyć żelazo? -

spytał od niechcenia. 

Pomachał cęgami w powietrzu tuż przed jej twarzą. Po­

zwolił, by zobaczyła rozżarzony do czerwoności metal. 

- Wolałabyś pewnie, bym użył wobec ciebie inne­

go narzędzia. 

Roześmiał się ochryple. 
- Lecz ty mnie nie pociągasz, kobieto! Nie wiem, 

co mogli w tobie widzieć inni mężczyźni. Po prostu 

nie wzbudzasz we mnie pożądania. Ani trochę. Uwa­
żam, że jesteś wręcz odrażająca... 

Uczynił w powietrzu łuk rozpalonymi cęgami, po 

czym dotknął nimi jej uda od tyłu, tuż pod pośladkiem. 

Upłynie wiele czasu, zanim dziewczyna o tym za-

background image

pomni. Będzie przecież musiała siadać. Rana długo się 
nie zabliźni. 

Hans Fredrik Feldt nie wiedział, ile jej jeszcze zo­

stało czasu. 

- Tę pieszczotę na długo zapamiętasz, co? 
Raija zachwiała się. Zdołała utrzymać się na no­

gach, zawdzięczała to silnej woli. 

Starannie rozgrzewał żelazo na nowo. Trzymał je 

w płomieniu długo, wreszcie stało się tak rozżarzo­
ne, że można było niemal przez nie patrzeć. 

- Może teraz po drugiej stronie? - Cały czas zwracał 

się do niej w tonie beztroskiej pogawędki. - Mogę prze­
stać w każdej chwili, Ritva, ale czekam, aż usłyszę praw­
dę. Jeżeli jednak nie masz nic innego do powiedzenia 

oprócz kłamstw, równie dobrze możesz milczeć. Kłam­
stwami nie jestem zainteresowany. To tylko marnowa­
nie czasu. Żadne z nas tego nie chce, prawda? - Spoważ­
niał. - I zapamiętaj sobie, że nie uwierzę w pierwszą 

lepszą bajeczkę. Spodziewam się, co mi powiesz. 
W ogólnych zarysach. Odstępstwo od tego zostanie 
ukarane. Nie muszę ci chyba wyjaśniać, w jaki sposób... 

Raija milczała. Nie miała nic do powiedzenia. Nie 

mogła mu dać tego, czego oczekiwał, ponieważ była 
niewinna. 

Musiała tylko wytrzymać. 
Ponownie przed nią przystanął. Tym razem bliżej. Ze 

wzrokiem bardziej natarczywym niż poprzednio. Poło­
żył wolną rękę na jej brzuchu. Uczynił kolisty ruch. 

- Pomocnicy diabła nie powinni mieć tak jedwabiście 

miękkiej skóry - rzekł nieprzyjemnym tonem. - Taką 
jedwabiście miękką skórę trzeba specjalnie oznaczyć. 

background image

Pozwolił, by rozpalone cęgi zrobiły swoje. 
Raija skuliła się z bólu. Z jej ust wydobył się jęk. 

Kapitan Feldt odsunął narzędzie tortur. 

- Czyżby czarownicy nie pociągał zapach siarki? -

spytał drwiąco. - Musisz się liczyć z tym, moja dro­
ga, że tam, dokąd idziesz, będzie dużo więcej siarki. 

Jeżeli się nie przyznasz i nie wykorzystasz szansy, by 

zbawić swoją potępioną duszę. 

Długo ją obserwował, zanim ponownie zaczął roz­

grzewać cęgi. Wszystko było na dobrej drodze. 

Pokazała, że czuje ból. Zaczynała mięknąć. Jeszcze 

dwa razy przykładał jej do ciała rozpalone żelazo. Na 
drugim udzie - po wewnętrznej stronie, tak żeby so­
bie o tym przypominała za każdym razem, kiedy zro­
bi krok, i ponownie na jednej z piersi. 

Torturował ją z lodowatą precyzją i dokładnością. 

Czas, jaki poświęcał na przygotowania, wydawał się 
długim jak noc koszmarem. Wiedział o tym. 

Był w tym ekspertem. 
Nikt nie potrafiłby nauczyć go czegoś nowego 

w tej dziedzinie. 

Przesłuchania zawsze należały do jego specjalno­

ści, lecz w młodości stracił niestety zbyt wielu z tych, 
którym zadawał pytania. Z czasem nauczył się cier­
pliwości i opanowania. 

Dopóki zachowywał chłodny umysł, dopóty wie­

dział, kiedy przestać. 

Raija drżała jak liść, kiedy po raz czwarty przykła­

dał do jej ciała rozpalone żelazo. 

Feldt obserwował ją badawczo spod przymrużo­

nych oczu. Wydawało mu się, że wiedźma ma dość. 

background image

Mógłby ją przycisnąć jeszcze bardziej, lecz wtedy 

pewnie by zemdlała. Nie wydusiłby z niej ani słowa. 

A następnym razem od nowa musiałby pokonywać 

jej niechęć. I równie silny upór. 

A może... 
- Ubieraj się! - rozkazał ostrym tonem. 

Jej zmysły zareagowały bardzo wolno. Podniosła 

wzrok i popatrzyła na niego. Pytająco. Zamglonymi 
oczyma. 

- Ubieraj się! - powtórzył. Tym razem jeszcze ostrzej. 

Odwrócił się do niej plecami. - Albo zaraz przyślę tu 
tych chłopaków, którzy czekają za drzwiami. Mają wol­
ne ręce. Myślę, że ostatnią rzeczą, jaka im przyjdzie do 

głowy, będzie pomóc ci przy ubieraniu się... 

Raija powoli wkładała ubranie. 
Nie rozumiała, dlaczego przerwał już teraz. Wła­

śnie miał możliwość coś z niej wydusić. Gdyby kon­
tynuował tortury, być może przyznałaby się do cze­
go chciał - tylko po to, by uniknąć cęgów. 

Ale on nagle urwał przesłuchanie. 
To do niego niepodobne. To ją zaskoczyło. Zanie­

pokoiło. Raija sądziła, że posiada dar właściwego oce­
niania ludzi. Teraz zaczynała w to wątpić. 

Okazał niemal... litość. 
A może zachowywał się jak kot? 
Czyżby zamierzał się bawić swą ofiarą możliwie 

jak najdłużej? 

Do lochu zaprowadzono ją równie brutalnie, jak 

ją stamtąd wyprowadzono. 

To nie łaskę jej okazał. To tylko odroczenie tortur. 
Rzucono ją na twardą, zimną podłogę. Raija czuła 

background image

teraz już tylko chłód. Przerastał nawet ból oparzeń. 

Hans Fredrik Feldt uśmiechał się do siebie. Nie za­

mierzał jej dawać wiele czasu, by doszła do siebie. 

Spodziewała się pewnie podobnego uderzenia z je­

go strony. Więcej ognia. Ale on przygotował dla niej 
coś wręcz przeciwnego. 

Teraz przywita ją lodowatym zimnem. 
Władczym tonem wydał niezbędne polecenia. 
Wiedźma niczego się nie dowie. Dopiero w ostat­

niej chwili. 

Nie musi o niczym wcześniej wiedzieć. 

Czekanie w niepewności staje się nie do zniesienia. 

Również w baraku na przedmieściach Vardo z wido­
kiem na twierdzę, która ponuro przypominała o lo­
sie Raiji, czekanie działało wszystkim na nerwy. 

Mężczyźni zaczynali powarkiwać na siebie nawzajem. 
Żeby sprawić wrażenie, że cokolwiek robią, Petri 

postanowił wysłać Aleksanteriego do miasta. Miał się 
rozejrzeć w sytuacji. Być może nawiązać kontakt 
z żołnierzem, od którego kupowali informacje. 

Aleksanteri rozłożył bezradnie ręce. 
- Co mogę zrobić? - pytał zrezygnowany. - Nie 

pójdę przecież do twierdzy. Nawet ślepy strażnik po­
zna, że nie jestem jednym z nich. W dodatku musiał­
by być głuchy. 

- Zawsze warto posłuchać, co mówią ludzie - upierał 

się Petri. - Założę się o co chcesz, że Vardo aż trzęsie się 
od plotek Chciałbym je usłyszeć. Nawet w najbardziej 
niesamowitych opowieściach tkwi zawsze ziarno praw­
dy. Trzeba tylko wiedzieć, na co zwrócić uwagę. 

background image

Mikkal był zrozpaczony. 
Stracił kontakt. 
Stało się coś, co zerwało delikatną nić, która za­

wsze łączyła go z Raiją. 

To go martwiło. 
Prawie przerażało. 
Bezczynne siedzenie między Reijo, który na prze­

mian to bał się o Raiję, to znowu upajał swym ojcow­
skim szczęściem, a Petrim, który aż nazbyt wyraźnie 
okazywał swą miłość do Raiji, przyprawiało Mikka-
la o mdłości. Zżerało od środka. 

Najchętniej zacisnąłby palce na szyi tego chłopa 

znad Zatoki Botnickiej i wydusił z niego każdy szcze­
gół dotyczący jego związku z Raiją. 

Chciał wiedzieć o wszystkim, co robili. O wszyst­

kim, co mówili. Chciał usłyszeć opis każdego uśmie­
chu, jaki mu podarowała. Ale tego się nie robi. 

- Czy mogę iść z tobą? - spytał Aleksanteriego. 
Chłopak również wydawał się zmartwiony, lecz Mik­

kal w jego zachowaniu nie zauważył do tej pory nicze­
go, co by świadczyło o tym, że i jego z Raiją coś łączyło. 

- Wiem, że przeze mnie będziesz musiał iść wol­

niej, ale chciałbym ci towarzyszyć. 

Aleksanteri wzruszył ramionami. 
- Dlaczego nie? Nic nie szkodzi, że zajmie nam to 

więcej czasu. Wygląda na to, że czas to jedyne, czego 

nam nie brakuje. Nie wiem tylko, ile go ma Raija... 

- No to już nie jesteśmy zupełnie bezczynni - ode­

zwał się Petri. 

Wydawał się niewzruszony jak skała, choć bał się 

nie mniej niż inni. 

background image

Do tej pory najlepiej to ukrywał. 
Aleksanteri i Mikkal popłynęli do miasta. Wiosłowa­

li na zmianę. Mikkal zachował dawną siłę w ramionach. 
Potrafił obchodzić się z wiosłami i sprawą honoru dla 
niego stało się pokazać, że też może się na coś przydać. 

- Nie sądziłem, że Lapończycy tak dobrze znają 

morze - rzekł Aleksanteri. 

Mikkal pokazał w uśmiechu białe zęby. 
- Niektórzy z nas potrafią czasem zadziwić - od­

parł. - Jesteśmy przydatni w wielu sprawach. 

- Co się stało z twoją nogą? - Aleksanteri usiłował 

podtrzymać rozmowę. 

- Niedźwiedź - odparł krótko Mikkal. - Chciał się 

rzucić na mojego syna. 

- Nie wiedziałem, że Raija ma aż tak wiele dzieci! 

- wyrwało się Aleksanteriemu, zanim zdołał się zasta­
nowić. 

Twarz Mikkała ściągnęła się. 
- Mój syn nie jest dzieckiem Raiji - rzekł tylko. 
Aleksanteri uznał, że w czasie tej podróży nie na­

gadają się zbyt wiele. 

Podróż okazała się krótka. 
Wrócili, zanim ci, którzy zostali na miejscu, za­

uważyli ich nieobecność. 

Zarówno Mikkal, jak i Aleksanteri byli wyraźnie 

bladzi, a o wszystkim, o czym rozmawiali lub o czym 
nie udało im się zamienić słowa w czasie swej wypra­

wy, teraz zapomnieli. 

- Coś się stało - stwierdził Petri. - Dowiedzieliście 

się czegoś ważnego. Wasza podróż nie była więc cał­
kiem daremna, Aleksanteri? 

background image

- N i e . 
Aleksanteri uczynił ruch głową. Dał znak, by za 

nim poszli. Ostrzegawcze spojrzenie w stronę dzieci 
pozwoliło zgadnąć, dlaczego. 

Reijo i Petri podążyli za Mikkalem i Aleksanterim, 

którzy powrócili z wycieczki do miasta. 

- Miałeś rację, ojcze Petri, w Vardo aż roi się od plo­

tek. - Aleksanteri wydawał się bardzo blady. - Musimy 
działać błyskawicznie, jeżeli chcemy uratować Raiję. 

- Przejdź do rzeczy. 
Mikkal nieruchomo wpatrywał się w morze. 

Aleksanteri przełknął parę razy ślinę, zanim był 

w stanie mówić dalej. 

- Ten szatan w forcie jest bardziej przebiegły od 

samego''Lucyfera... - Zamilkł. Po chwili wykrztusił 

wreszcie ową straszną wiadomość: - Mają zamiar 

poddać ją próbie wody. 

- Raija pływa jak ryba - rzekł Mikkal bezbarwnie. 

- To potwierdzi jej winę. 

- Bzdura - odezwał się Reijo. W jego głosie brzmia­

ła nadzieja. 

- Kiedy? 
- Jutro. 
- Wiecie gdzie? Trafimy tam? 
- Mówili, że za każdym razem odbywa to się 

w tym samym miejscu - rzekł Aleksanteri. 

Reijo zatarł ręce. 
- Dobrze. - Spoglądał to na jednego, to na drugie­

go z mężczyzn. - Mamy szansę ją uratować. Rozu­
miecie to? Być może naszą jedyną szansę. 

background image

13 

Tym razem po Raiję przyszedł kapitan we własnej 

osobie. Już sam ten fakt sprawił, że Raija poczuła, 
jakby jakaś lodowata dłoń ścisnęła ją za serce. Robi­
ła jednak co mogła, by tego nie okazać. 

Trudno było zachować się arogancko wobec czło­

wieka, który sam doskonale posiadł tę umiejętność, 
lecz Raija udawała przynajmniej, że go nie dostrzega. 

Wydawało się, że go to bawi. 
- Wymyśliłem dziś dla ciebie coś szczególnego, Ri-

tva. Coś, co z pewnością cię ucieszy. Po cęgach 
i ogniu, myślę... 

Przeszli obok sali przesłuchań. Dalej w górę. 
Raija nie rozumiała, co się dzieje. 
Cały czas pod górę. 

Chyba nie prowadzi jej już na stos? Serce w niej 

zamarło. 

Nie może być aż tak zły! Nawet kapitan Feldt nie 

może być taki bezduszny! 

Najpierw przysłaliby do niej pastora. Daliby jej 

ostatnią szansę na wyrażenie skruchy, przyznanie się, 
żeby mogła zostać zbawiona. 

Nie, tu na pewno nie chodzi o stos. 
Lecz prowadził ją wyżej i wyżej. Na powietrze. Ku 

światłu. Co, na Boga, zamierzał z nią zrobić? 

background image

Słońce poraziło oczy Raiji. Przywykła do głębo­

kich ciemności panujących w lochu, do którego nie 
docierała nawet smuga światła dziennego. 

Raija musiała na kilka sekund przystanąć i zamru­

gać, by przyzwyczaić wzrok. 

Pozwolili jej na tych kilka sekund. Ale nie na wię­

cej. Kiedy już była w stanie rozejrzeć się wokół, po­
pchnęli ją do przodu. Dalej. Ku plaży. Ku łodziom. 

Kapitan uśmiechnął się do niej promiennie. Wyglą­

dał niemal przyjaźnie. 

- Dla odmiany przygotowaliśmy dla ciebie małą 

kąpiel, Ritva. Zostaniesz poddana próbie wody. 

Raija zrozumiała. 
To właśnie ten chłód wyczuwała. Dlatego tak bar­

dzo ostatnio marzła. 

To już koniec, odezwało się coś w jej duszy. Nie­

zależnie od tego, co się stanie, nadszedł twój koniec, 
Raiju Alatalo. 

Powinna zdołać utrzymać się na powierzchni. Po­

trafiła jako tako pływać. Co prawda to było dawno 
temu... Nauczyła się pływać w przejrzystych jak 
szkło jeziorach i rzekach płaskowyżu. Do morza ni­

gdy by się nie odważyła wskoczyć. 

Mogła wybierać. 
Lecz i tak uznaliby ją winną - czy przyznałaby się, 

czy nie. 

Mogła się poddać i utonąć. Tylko opadać coraz głę­

biej i głębiej, aż już nic nie będzie czuć. 

Mogła uniknąć kolejnych przesłuchań, ciemnego 

lochu, do którego wrzuciliby ją z powrotem, gdyby 
jakoś udało jej się uratować. 

background image

Mogła uniknąć nowych metod tortur kapitana 

Feldta... 

Nigdy więcej nie zobaczy dzieci... 

Nigdy więcej ich nie przytuli... 
Nigdy więcej nie zazna uczucia wolności... 
Nigdy więcej nie poczuje, jak wiatr rozwiewa jej 

włosy, nie wyrzuci w bok ramion, by niemal odlecieć 

jak ptak... 

Nigdy więcej nie ujrzy Mikkala... 
Czy mogłaby? 
Czy mogłaby zrezygnować z walki? Czy mogłaby 

się tak po prostu poddać? Oczy przyzwyczaiły się już 
z powrotem do światła dnia. Nie łzawiły, gdy próbo­

wała się rozejrzeć. 

Dzień był taki piękny. Nie pamiętała, by słońce 

kiedykolwiek świeciło tak mocno. Nie pamiętała, by 
obłoki mogły wyglądać jak puszyste kłębuszki wełny. 
By morze mogło tak błyszczeć... 

Czy dlatego dostrzegała tyle piękna, że na tak dłu­

go została od niego odizolowana? Chciała widzieć 
tylko to, co znajdowało się dookoła. Nie chciała pa­
trzeć na siebie samą. W półmrocznych korytarzach 
twierdzy napatrzyła się dość na swoje ręce i ubranie. 

Nie chciała oglądać siebie w świetle dziennym. 
- Czy widzisz, ilu masz widzów? - To znowu ka­

pitan. W jego głosie brzmiał ten sam podły triumf, co 
podczas przesłuchań. - Ludzie przyszli tu, żeby zo­
baczyć prawdziwą czarownicę. Wyszliśmy jak najda­
lej, by mogli dobrze widzieć... 

Teraz dopiero zwróciła uwagę na łodzie kołyszące 

się na falach. Większość z nich pełna była ludzi. 

background image

Raiję zemdliło. 
Nie mogła dokładnie ich zobaczyć. Twarze stano­

wiły tylko białe plamy. 

Potrafiła jednak sobie wyobrazić, jak wyglądali. Mo­

gła wyczuć ich oczekiwanie. Okrutne oczekiwanie. 

Podejrzewała, jakie plotki o niej rozgłaszano. 
Teraz wszyscy mieli się przekonać, do czego była 

zdolna czarownica. A jeśli jej się nie uda - cóż, nie 
zaszkodzi popatrzeć na tonącą kobietę. 

Raiję przeniesiono na pokład lekkiej łódki. Czyjeś 

silne ręce związały jej nogi w kostkach. Następnie 
mocno przymocowały do kostek nadgarstki. 

Leżała bezbronna pośród brutalnych mężczyzn, 

z których żaden nawet by nie kiwnął palcem, żeby ją 
ratować. 

Nigdy jeszcze nie czuła się tak opuszczona. 
Mężczyźni chwycili za wiosła. 
Odpływali trochę dalej w morze. 
Raija leżała na dnie łodzi, czując kołysanie fal. 

Z boku na bok. Tam i z powrotem... 

Gdyby zamknęła oczy, byłoby to nawet przyjemne. 

Nagle zorientowała się, że ktoś chwyta ją pod ręce. 

Ktoś inny za nogi. Że ją podnoszą. Z całej siły zacisnę­
ła powieki. Nie chciała patrzeć. Nie chciała krzyczeć. 

Nie sprawi im takiej radości! 
Rozhuśtali ją kilka razy, śmiejąc się przy tym wul­

garnie. Kapitan coś powiedział, lecz Raija nie dosły­
szała jego słów. 

Szumiało jej w uszach. Szumiało za każdym razem, 

kiedy ją kołysali. 

Zamachnęli się mocno jeszcze jeden raz. 

background image

Puścili. « 

Zahuczało jej w głowie, kiedy uderzyła o powierzch­

nię wody. Wydawało się, jakby przebiła szybę. Miała 

wrażenie, że jej ciało rozpada się na kawałki. 

Naturalną reakcją w podobnej sytuacji byłoby wy­

machiwanie rękami i nogami, lecz również tej możli­

wości ją pozbawiono. 

Nabierz powietrza, Raija! Na litość boską, nabierz 

powietrza! zdążyła jeszcze pomyśleć, zanim się zanu­

rzyła. 

Otworzyła usta i łapczywie złapała jak najwięcej 

powietrza, po czym powierzchnia wody szczelnie się 
nad nią zamknęła, a fale zatarły miejsce, w którym 
zniknęła. 

Cały świat zniknął, nie miała odwagi uczynić nic 

innego, jak wyjść na spotkanie tej przejrzystej, zie­
lonkawej rzeczywistości z otwartymi oczami. Znik­
nęły też wszystkie dźwięki. Cisza nigdy przedtem nie 
była tak absolutna jak teraz. 

Wszelkie ruchy stały się powolne i leniwe. 

Raija musiała za wszelką cenę zachować jasność 

umysłu, wiedziała, że w przeciwnym razie utonie. Pa­
nika oznaczałaby pewną zgubę. 

Czy zresztą może coś zrobić, skoro tak mocno ją 

związali? 

Rzemienie namokły i napięły się. Niemożliwością 

było się z nich wyswobodzić. Węzły stały się w wo­
dzie jeszcze mocniejsze. Nie mogło być mowy o ich 
rozsupłaniu. Tylko w marzeniach ostre kamienie po­
jawiały się tak sprytnie, że można by za ich pomocą 
przeciąć wiązania. 

background image

Raija opadała na dno. 
Zaczynała czuć ból w płucach. Zapas powietrza 

wyczerpywał się. Próbowała je racjonować, lecz nie 

mogła w nieskończoność przebywać pod wodą bez 
oddychania. 

Ciszę wypełnił potworny szum w głowie. Ból w pier­

si narastał. 

Raija zagryzła zęby. Czuła, jak rozsadza jej płuca. 

Czuła, jak zaciska się gardło, a żołądek kurczy. 

Czuła, jakby zaraz miało ją rozerwać na kawałki, 

jeśli choć nieznacznie nie otworzy ust i nie nabierze 
choć ociupinę... 

Ale pod wodą nie ma powietrza... 

Nie wolno jej teraz oddychać. To byłaby pewna 

śmierć. 

Troszeczkę, tylko trochę... 
Ujrzała niewyraźnie zbliżające się dno. 
Nie było tu więc tak głęboko, jak sądziła. Wyda­

wało się jej, że spada w nieskończoność, ale nie mo­

gło upłynąć wiele czasu. 

Przestała już rozsądnie myśleć. 
Reagowała instynktownie, tak jak uczyniłaby każ­

da istota, żeby ratować życie. 

Palcami stóp dotknęła piaszczystego dna. Resztę 

ciała woda utrzymywała w górze. 

Jak najmocniej wyciągnęła stopy do dna, by móc 

się odbić w odpowiednim momencie. 

Uniosła się. 
Powoli, straszliwie powoli. 

Walczyła z pragnieniem, żeby nabrać do ust wody. 

Teraz musi wytrzymać. Do powierzchni nie może 

background image

być daleko. Wtedy będzie mogła zaczerpnąć powie­
trza. Wtedy będzie mogła spróbować uniknąć losu, 
jaki jej przeznaczono. 

Ostrożnie poruszała dłońmi i stopami. Zagarniała 

wodę. Pomogło. 

Unosiła się nie tylko ku górze. Przesuwała się rów­

nież na ukos, by nie wypłynąć w tym samym miej­
scu, w którym ją wrzucono. 

Tam była nadzieja. 

Również wśród mężczyzn w baraku zapaliła się 

iskierka nadziei. Pomysł Reijo wszyscy uznali za sza­
lony, lecz żaden z nich nie mógł wymyślić nic lep­
szego. 

Kiedy dokonali drobnych poprawek, plan wydał 

im się nawet realny. Zaczynali wierzyć, że uda się go 
przeprowadzić. 

Istniało jednak wiele „jeżeli". Wiele wątpliwości. 
Wszystko zależało od tego, czy uda im się nawią­

zać kontakt z Rai ją. 

Bez jej współpracy nic się nie powiedzie. 

- Nie wiadomo, czy zdołamy się wymknąć. - Re­

ijo wyraźnie zdawał sobie sprawę z tego, co się mo­
że zdarzyć. - Ciekawe, jak bardzo tym z twierdzy za­
leży na tym, by dostać Raiję w swoje ręce. 

- Musimy przyjąć, że będą wyjątkowo gorliwi -

uważał Aleksanteri. 

Słyszał, co gadali w mieście. Krążyły pogłoski, że 

Raija nie jest jakąś zwykłą wiedźmą... 

- Na pewno w pogoń za Raiją wyślą łódź - rzekł 

Petri. - Ale to zajmie im trochę czasu. Musimy zalo-

background image

żyć, że w ogóle nie przyjdzie im do głowy coś takie­
go, jak jej ucieczka. 

- Możemy się ukryć wśród rybaków, którzy jutro 

wyruszają do domów - zaproponował Rei jo. - Obie­

cali, że będą trochę zwlekać, zanim do nich nie dołą­
czymy. Lecz to oczywiście nie stanowi na dłuższą me­

tę żadnego rozwiązania. W końcu możemy zbytnio 
zwracać na siebie uwagę. 

Twarz Mikkala wydawała się jak wyciosana z ka­

mienia. 

- Musimy zaryzykować, prawda? - rzekł spokojnie. 

- To jedyna możliwość. Raija także ma tylko tę jedną 
szansę. Jeżeli trafi na stos, nie uda nam się jej uratować. 

Wszyscy zdawali sobie sprawę, że jeżeli im się nie 

powiedzie, to Raiji już nic nie pomoże. 

Przygotowania nie trwały długo. 

Wszystko z baraku przewieźli łodzią na statek ża­

glowy. Rzeczy będące własnością Finów. Skromny 
majątek Raiji. Resztki żywności. 

Petri starał się wytłumaczyć swoim siostrzeńcom, 

że lepiej będzie, jeżeli zostaną w obozie. 

- To może być niebezpieczne - rzekł poważnie do 

braci. - Może się zdarzyć, że wszyscy wylądujemy 

w więzieniu. Nie chciałbym, żebyście się niepotrzeb­

nie narażali. Macie dość czasu, by wyruszyć pieszo 
drogą, którą przyszliśmy. Potem się spotkamy... 

Tapio i Markku tymczasem już dawno podjęli wła­

sną decyzję. Dobrze wiedzieli, że gra jest niebezpiecz­
na, lecz ich życie nie było wystarczająco ciekawe, by od­
mówili sobie okazji do przeżycia czegoś naprawdę nie­
samowitego. Czegoś, co nawet dla nich samych może 

background image

się okazać groźne. Mieliby o czym opowiadać w domu.' 

Nikt ich nie przekona. 
Poza tym znali przecież Raiję. Wiedzieli, że nie 

zrobiła tego, o co ją oskarżano, i bardzo chcieli jakoś 
jej pomóc. 

Nie ma mowy, żeby nie wzięli w tym udziału! 
- Mogą czekać na naszym statku - zaproponował Re­

ijo. - Potrzebuję ludzi, którzy zajmą się żaglami. Musi­
my być gotowi, by uciec stamtąd jak najszybciej. W naj­
gorszym przypadku będziemy musieli wiosłować. 

Odwieźli dzieci i zostawili na żaglowcu. Nawet 

Maja nie protestowała. Dopóki Reijo decydował, 
wszystko było w porządku. Ślepo mu ufała. 

- Tutaj będą bezpieczniejsze - rzekł Reijo ponuro 

do Mikkala. 

Ten spojrzał mu w oczy poważnie, ze zrozumieniem. 
- Czy mamy jakieś inne wyjście? 

Reijo odezwał się, nie patrząc na towarzysza: 
- Mam nadzieję, że zdajesz sobie sprawę z tego, co 

nas potem czeka? Co się stanie, jeżeli nam się uda? 

- Będą jej poszukiwać - odparł Mikkal spokojnie. 

- Raija musi unikać miejsc, gdzie może jej dosięgnąć 
prawo. 

- Właściwie już o tym rozmawialiśmy - zauważył 

Reijo. - Kiedyś, tak bardzo dawno temu, że niemal 
o tym zapomniałem. 

Mikkal skinął głową i uśmiechnął się smutno. 
- Chyba tak. Lecz nie tak to sobie wyobrażałem. 
- Nie może zabrać z sobą dzieci. 
Mikkal również o tym pomyślał. 
- Będzie jej bardzo ciężko się z tym pogodzić -

background image

przyznał - lecz naturalnie masz rację. To naraziłoby 
je na jeszcze większe niebezpieczeństwo. 

- Mogę im stworzyć dom - oznajmił Reijo stanowczo. 

- Co prawda nie mam już domu w osadzie, lecz to jest 
bez znaczenia. Sam nie wiem, czy chciałbym tam wrócić. 

- W takim razie dokąd? 
Reijo wpatrywał się w horyzont. 
- Może do Lyngen - rzekł w końcu. - Z powrotem 

do punktu wyjścia. Nigdy nie było mi tam źle. To Ra-
ija czuła się tam jak obcy ptak. Chętnie wrócę nad 

fiord. Dzieciom mogę powiedzieć, że Raija nie żyje. 
Na pewno uwierzą. 

- Wcześniej czy później pewnie zapomną - rzekł 

Mikkal z nadzieją. 

- Raija może je zabrać, jeżeli uzna, że niebezpieczeń­

stwo minęło - stwierdził Reijo. - To zależy tylko od 
niej. - Zamilkł na moment. Uchwycił wzrok Mikkala: 
- Spakuję jej rzeczy razem z twoimi. Zostawię wam 
nasz akt małżeński. Niech Raija zrobi z nim, co chce. 

Mikkal nic nie odpowiedział. Zarówno on, jak i Re­

ijo dobrze wiedzieli, że taki gest nic nie znaczy dla 
kościoła czy urzędu. Raija nadal pozostanie żoną Re­
ijo, nawet jeżeli zniszczy akt ślubu. 

Ale dla nich był symbolem wolności, którą Reijo 

pragnął ofiarować żonie. Jeżeli Raija podrze doku­
ment, w oczach Reijo będzie to oznaczać rozwód. 

Żaden z nich się nie domyślał, jak Raija zareaguje, 

lecz to było wszystko, co Reijo mógł jej ofiarować. 

Jej i Mikkalowi. 

- Miejmy nadzieję, że uda nam się ją uratować. 
Reijo chciał dodać, że powinni się pomodlić, ale nie 

background image

był pewien, czy jeszcze potrafi. Nie wiedział też, czy 
Mikkal pozostał przy dawnej wierze w lapońskich bo­
gów, czy może nawrócił się na chrześcijaństwo. 

Wyruszyli dużo wcześniej, żeby nikt inny nie za­

jął miejsca, które sobie upatrzyli. 

Żaglowiec zakotwiczyli w pewnej odległości, poza 

polem widzenia załogi kapitana, lecz na tyle blisko, 
żeby zdążyli do niego podpłynąć łodzią bez obawy, 
że zostaną złapani. 

Petri miał czekać na statku. Znał tego typu żaglow­

ce, a właśnie był tam potrzebny ktoś z doświadcze­
niem. Razem z nim zostali Tapio i Markku. 

Reijo rozliczył się ze swoją dotychczasową załogą. 

Uznał, że nie może narażać swych ludzi na więzienie 
lub nawet na śmierć. 

Reijo, Aleksanteri i Mikkal wsiedli do lekkiej ło­

dzi. Reijo udzielał jeszcze ostatnich napomnień, za­
nim chwycili za wiosła: 

- Pamiętajcie, żeby podnieść kotwicę i żagle, jak 

tylko zobaczycie nas przy cyplu. 

. Petri skinął głową. Już to słyszał. Pamiętał, co ma 

robić. 

- Wiemy, co do nas należy, Reijo. Teraz wszystko 

w waszych rękach. Powodzenia! 

Zajęli upatrzone miejsce na morzu. Mieli stąd do­

bry widok na twierdzę. Znajdowali się tak blisko, że 
przy odrobinie wysiłku mogli rozróżnić rysy twarzy 
osób w pobliżu fortu. 

Wszyscy trzej czekali, drżąc z napięcia. Każdy 

z nich próbował sobie wyobrazić Raiję po dniach spę­
dzonych w lochu. 

background image

Zdawali sobie sprawę, że z pewnością nie będzie 

dobrze wyglądała, że może być... zaniedbana. 

Słyszeli o tym, co oznaczało przesłuchanie. I cho­

ciaż to tylko plotki, nie sądzili, by były mocno prze­
sadzone. 

Kiedy otwarto bramę, napięcie zostało rozładowane. 
- Dobry Boże! To przecież nie ona! - Rei jo prze­

chylił się przez burtę, żeby lepiej widzieć. 

Łódź lekko się przechyliła. 
Mikkal złapał przyjaciela mocno za ramię i przy­

ciągnął z powrotem. 

- To ona - rzekł spokojnie. - To Rai ja. - W jego 

głosie brzmiał smutek. 

- Co oni z nią zrobili? - jęknął Reijo. - Co oni, do 

diabła, z nią zrobili? 

Zacisnął pięść i uderzył nią z całej siły w ławkę, aż 

zatrzeszczała. 

- Boże, mógłbym ich pozabijać! Mógłbym ich 

wszystkich pozabijać gołymi rękami! 

Aleksanteri i Mikkal rozumieli, go aż nazbyt do­

brze. Sami czuli podobnie. 

Chciało im się płakać na widok tej drobnej, żało­

snej postaci, popychanej przez wyprostowanych 

mężczyzn w mundurach. Cierpieli razem z nią, kie­
dy uniosła twarz ku słońcu, usiłując przyzwyczaić 

wzrok do światła. 

A potem brutalnie popędzono ją do przodu. Wy­

glądało na to, że chodzenie sprawia jej ból. 

Kiedy podeszła bliżej brzegu i łodzi, ujrzeli ją wy­

raźniej. 

Twarz Mikkala się ściągnęła. 

background image

- Bito ją - odezwał się ostrym, obcym głosem. - Spójrz 

na jej twarz, Reijo! 

Zobaczyli. Zobaczyli jej włosy potargane i poskle­

jane w strąki. Zobaczyli postrzępione ubranie. Gdzie­
niegdzie pomiędzy łachmanami dostrzegli jej ciało. 

Nie białe, jak kiedyś. 
Zobaczyli krew. 
- Byli bardzo gorliwi. - Aleksanteri nie wiedział, co 

powiedzieć. 

To najstraszniejsza chwila w jego życiu. Raija by­

ła przecież jak piękny kwiat. 

W twierdzy nie tylko go złamano. Również pode­

ptano. 

Czy to możliwe, żeby po takim potraktowaniu wy­

krzesać jeszcze z człowieka odrobinę życia? Czy ta­
ki kwiat zdoła jeszcze zawiązać pąk, jeżeli brutalnie 
został wdeptany w błoto? 

Widzieli, jak ją wiązano. 
- Utopi się - mruknął Reijo przez zęby. - Raija za­

wsze panicznie bała się morza. Strach ją paraliżował. 

Na pewno utonie. Bóg jeden wie, czy Raija w ogóle 
jest w stanie jasno myśleć. Nigdy nie uda nam się na­

wiązać z nią kontaktu. Musimy podpłynąć bliżej. 

- Nie możemy zwracać na siebie uwagi! - rzekł 

Aleksanteri. 

Zobaczyli, jak od strony twierdzy rusza łódź. 
- Jest tam tylko trzech ludzi - rzucił Mikkal. - Czy 

zauważyliście najważniejsze? - Zamilkł na chwilę, za­
nim dodał: - Nie są uzbrojeni. 

Ani Reijo, ani Aleksanteri się nie odezwał. 
Zobaczyli, jak łódź się zatrzymuje. Jak mężczyźni 

background image

składają wiosła. Jak wstają i podnoszą Raiję. Zobaczy­
li, jak rozbujali ją w powietrzu. Słyszeli ich śmiech. 

Widzieli, jak kapitan wydaje rozkaz. Wszyscy trzej 

wstrzymali oddech. Nie wydała z siebie ani jednego 

dźwięku. 

Wpadła w wodę. 

- Nie żyje - mruknął Reijo. 
- Raija jest dumna - sprostował Mikkal. Siedział 

z przygotowanymi wiosłami, podobnie jak Aleksanteri. 

- Czy nie powinniśmy podpłynąć choć trochę bli­

żej? - zastanawiał się Reijo, wpatrując się nieprzerwa­
nie w miejsce, gdzie zniknęła Raija. Bał się nawet 
mrugnąć ze strachu, że straci je z oczu. Musi być 
pierwszym, który ją zauważy. 

Musi zwrócić na siebie jej uwagę. 
Mikkal nieznacznie poruszył wiosłami. To nie wy­

dawało się niebezpieczne. Nikt na nich nie patrzył. 

Wszyscy wpatrywali się równie intensywnie w nie­

zbadaną powierzchnię wody. Reijo z całej siły ściskał 
harpun. Zbielały mu kostki, palce zabolały. 

Zrobili drzewce dłuższe niż trzeba. Miał nadzieję, 

że wystarczająco długie. 

- Utopiła się - mruknął, kiedy wydawało mu się, 

że Raija pozostaje pod wodą całą wieczność. 

Wiara Mikkal a okazała się niezłomna: 
- Jest silna. 
Reijo pragnął, by jego wiara była równie nieza­

chwiana. Zaczynał już myśleć, że ją utracili. 

Wtedy Mikkal złapał go za ramię. Szepnął: 
- Tam! Widzisz, Reijo? Wypływa na prawo od nas. 
Reijo spojrzał. Zobaczył lekkie zmarszczki na po-

background image

wierzchni wody, nie wywołane przez fałę lub pod­
wodny prąd. 

Aleksanteri wykonał kilka bezgłośnych ruchów 

wiosłem. Niezauważalnie przybliżał łódź do tego 

miejsca, zanim ktokolwiek z gapiów mógł się zorien­
tować w ich zamiarach. 

Dudniło jej w uszach. Zdawało się, że oczy zaraz 

wyskoczą jej z orbit. 

W płucach nie pozostało już ani odrobiny powie­

trza. Pierś zdawała się jedną bolesną wydrążoną jamą. 
Zaraz napije się słonej wody i umrze, zanim zdąży 

wypłynąć na powierzchnię. 

Wszystkie wysiłki okazały się daremne! 

Zaraz znowu pójdzie prosto na dno! 
Nie, do diabła! 
Złość okazała się pomocna. 
Dodała jej sił na jeszcze jeden ruch mocno związa­

nymi rękami i nogami. 

Poszło szybciej. 
Zrobiło się jaśniej. 
Mogła zobaczyć blask słońca na falach. I jakiś 

ciemny kontur po lewej stronie. Czy nie udało się jej 

ani trochę oddalić od łodzi prześladowców? 

Przecięła powierzchnię wody, łapczywie złapała 

powietrze, próbowała odwrócić się na plecy. Starała 
się powoli kołysać na falach, żeby się znowu nie za­
nurzyć. Łykała życiodajne powietrze. Napełniała 
obolałe płuca, aż ból przestał być tak dotkliwy. 

Wtedy posłyszała głos. 
- Rai ja - mówił. - Raija! Tutaj! 

background image

Całą wieczność zajęło jej odwrócenie się w stronę, 

skąd dobiegał. Kochany znajomy głos. 

Reijo. To naprawdę Reijo. 
Nie widziała nikogo oprócz niego, gdyż wychylał 

się daleko poza burtę, wyciągając w jej stronę harpun. 
Zrozumiała. 

Walczyła z falami, żeby podpłynąć jeszcze trochę. 

Zobaczyła zbliżający się cień łodzi, a potem coś otar­
ło się o jej nogę. W następnym okamgnieniu zorien­
towała się, że Reijo dosięgną! jej, poczuła, że ciągnie 
ją w swoją stronę. 

Silne ręce poderwały ją do góry. Przeniosły na pokład. 
Reijo obejmował ją ramieniem. Raija płakała, nie 

mogąc wydobyć słowa. 

Dopiero po chwili rozejrzała się. 
Spojrzała prosto w miodowożólte oczy, które roz­

poznałaby wszędzie. 

- Już jesteś bezpieczna - usłyszała głos Mikkala. 
Wtedy straciła przytomność. 

background image

14 

Mikkal przesadził, mówiąc, że są bezpieczni. Dale­

ko było im do tego. Uratowanie Raiji wzbudziło 
ogólne poruszenie. Żołnierze na rozkaz kapitana rzu­
cili się do wioseł i zanim Reijo zdołał wyciągnąć Ra-
iję, łódź z twierdzy podpłynęła niebezpiecznie blisko. 

Reijo dziękował Stwórcy, że tamci nie mieli broni. 

W przeciwnym razie bez trudu rozprawiliby się nie 

tylko z Raiją, lecz również z nimi wszystkimi. 

Usłyszał głos kapitana, nakazujący im oddanie Raiji. 
- W imieniu króla żądam wypuszczenia czarowni­

cy! - wołał. 

Aleksanteri odpowiedział przekleństwami po fińsku. 

I tak nie zasłużyliby sobie na łaskę w oczach ludzi 

króla. 

Raija nadal leżała jak martwa w ramionach Reijo. 

Rzucił harpun na dno, gdy tylko ją wydostał z wody. 
Teraz wolną ręką przecinał rzemienie krępujące jej 
ręce i nogi. Kaleczył się, ale nie zwracał na to uwagi. 

Raija musi mieć swobodę ruchów, kiedy odzyska 

przytomność. 

Okrążyli cypel. 
Petri zrobił tak, jak miał przykazane. Podniósł już 

część żagli i właśnie mocował się z kotwicą. 

Wiał przychylny wiatr ze wschodu. Oby tylko zdąży-

background image

ł 

li wejść na pokład, wtedy uda im się zdobyć przewagę. 

Kapitan Feldt również zdał sobie z tego sprawę, kie­

dy zobaczył statek, czekający z rozwiniętymi żaglami. 

Ochrypłym głosem wydał rozkaz do powrotu. 
- 2 powrotem do twierdzy! - krzyknął. - W ten 

sposób ich nie dogonimy. Musimy przesiąść się na ża­
glowiec. 

- Jak na razie wygrywamy - rzucił Mikkal. Pierw­

szy zauważył, że łódź kapitana zawraca. 

- Ale nie możemy sobie pozwolić na odpoczynek -

uznał Aleksanteri i z większą energią chwycił za wiosła. 

Mikkal poszedł za jego przykładem. 
Kiedy podpłynęli do statku, Petri rzucił im linę. 

Mikkal złapał ją i wspólnymi siłami razem z Petrim 
wciągnęli łódkę do góry. 

Reijo wstał. Usiłując utrzymać równowagę, ostroż­

nie wziął Raiję na ręce. Była lekka jak piórko. 

Petri zbladł, kiedy zobaczył, w jakim jest stanie. 
- Co oni z nią zrobili? - spytał zbolałym głosem. 

Zabrał Raiję z rąk Reijo i położył ją delikatnie na po­
kładzie statku. 

Na szczęście dzieci posnęły znużone kołysaniem 

i długim oczekiwaniem. 

W ciągu dnia nie miały nic szczególnego do robo­

ty. Nie rozumiały, dlaczego muszą czekać, skoro Re­
ijo obiecał, że wkrótce znowu wyjeżdżają. 

Mikkal wdrapał się na pokład i uklęknął obok Raiji. 

Nie widział ani nie słyszał niczego, co się wkoło działo. 
Nie dostrzegał gorączkowych przygotowań do uciecz­
ki. Nie zauważył tego, dopóki nie ujrzał, jak krajobraz 
na brzegu zaczyna się przesuwać. Coraz szybciej. 

background image

- Płyniemy na zachód - rzekł Reijo. - Wygląda na 

to, że nam się udało, stary. 

Mikkal wziął Raiję pod jej szczupłe ramiona, 

uniósł ją i przytulił do piersi, oparł jej głowę na swo­
im ramieniu. 

Czułymi palcami odgarnął jej z twarzy potargane 

włosy. 

- Mały Kruku - szepnął tak cicho, że tylko ona mo­

gła go usłyszeć. - Mój Mały Kruku, teraz jesteś bez­
pieczna. Już nigdy nie będziesz musiała się bać. Do­
trzymam obietnicy, którą dałem sobie tak dawno te­
mu: Teraz będę cię pilnował, kochana. Moja najdroż­
sza Raiju... 

Obudziła się i w pierwszej chwili pomyślała, że nie 

żyje. Tak cudownie kołysało. Tuliły ją czułe ramiona. 
Słyszała łagodny głos, szepczący słowa, które należa­
ły do innego świata. 

Na pewno umarła. 
Kapitan wreszcie osiągnął to, czego chciał. Załama­

ła się. 

Umarła. 
Ale czy nie miało ją pochłonąć piekło i wieczny 

ogień? Czy nie to przepowiadali jej kapitan i pastor? 
Z taką pewnością ostrzegali ją, że skończy w piekiel­
nych płomieniach. Że zostanie skazana na wieczne 
cierpienie, jeżeli się nie przyzna. 

Chyba się nie przyznała? 
Czyżby? 
Nie, poddali ją próbie wody. Utopiła się. Wrzuci­

li ją do morza i utonęła. 

background image

A może...? 

Skąd się nagle wziął Reijo? Czy to nie Reijo ją wy­

łowił? Czy to nie twarz Mikkala ujrzała przed sobą 
tak wyraźnie? Czy Mikkal nie zapewniał jej, że jest 

bezpieczna...? 

Mikkal...? 
Głos brzmiał tak łagodnie. Mówił w języku, który 

pamiętała ze szczęśliwych, odległych lat. 

Słowa stały się wyraźne, nabrały sensu. Poznała ów 

głos. 

- Maleńka Raiju, moja kochana. Nikt więcej nie 

zrobi ci nic złego. Zabiję tego, kto spróbuje wyrzą­
dzić ci krzywdę, moja najdroższa przyjaciółko. 

Ktoś pogładził ją po policzku, pieścił, gdzie tamci 

bili. 

Ktoś gorącymi ustami pocałował ją w czoło, odgar­

nął kosmyki włosów... 

Kochane słowa nie milkły. 
Raija powoli odzyskiwała świadomość. Nie umar­

ła. Nie znajdowała się w niebie. Przecież na nie nie 
zasłużyła. 

Lecz to wydawało się czymś jeszcze lepszym. Ży­

ła. Naprawdę żyła, a w tych ramionach mogłaby na­
wet umrzeć. 

Teraz jednak chciała tylko żyć. 
Otworzyła oczy. Zmrużyła je przed światłem. Zo­

baczyła ukochaną twarz. 

Uśmiechnął się. 

- Budzisz się - szepnął. - Witamy z powrotem, mo­

je dziecko. 

- Mikkal... 

background image

Wargi miała zdrętwiałe. Mówienie sprawiało ból, 

lecz musiała wymówić jego imię. 

W najbardziej czarnych i beznadziejnych momen­

tach w lochu twierdzy Vardo nie wierzyła, że kiedy­
kolwiek znowu zwróci się do Mikkala w ten sposób. 

- Mikkal, naprawdę tu jesteś! 
Podniosła dłoń, zauważyła, że drży, ale musiała go 

dotknąć, dotknąć jego twarzy. 

Ostrożnie, niemal zdumiona, pogładziła go po czo­

le i policzku. Musnęła dłonią brwi i wargi, poprowa­
dziła palce lekko ponad powiekami, przesunęła po 
niesfornej grzywce. 

Potem zamknęła oczy i oparła się na jego piersi. Jej 

szczupłymi ramionami wstrząsnął płacz. Łkała cicho 
przytulona do mężczyzny, dla którego jej serce biło 
najgoręcej. 

Petri przyglądał się tej scenie. Zobaczył, jak rozbły­

sły jej oczy. Dla niego nigdy tak nie lśniły. Zobaczył, 
jak ten silny mężczyzna siedzi ze łzami w oczach, 
obejmując Raiję, jak gdyby była z najbardziej kruchej 
porcelany. Petri odwrócił się i popatrzył na nieskoń­
czone, bezbrzeżne morze. Zamrugał, by powstrzy­
mać łzy, próbował pogodzić się z losem. Zawsze prze­
cież wiedział, że Raija nie jest jemu przeznaczona. Że 
nie mieli przed sobą przyszłości. 

Ale na to, co ujrzał, nie był przygotowany. Nigdy 

nie był świadkiem takiej miłości, tak zmysłowej i nie­
mal nieziemskiej jednocześnie. 

Petri zrozumiał, dlaczego Raija ani słowem nie 

wspomniała nigdy o Mikkalu. 

On nie odejdzie dla niej w przeszłość. Zawsze pozo-

background image

stanie przy niej. Raija nigdy się nie uwolni od tej miło­
ści. Takie uczucie nigdy nie zblednie. Nigdy nie umrze. 

- Myślałam, że tego nie przeżyję, Mikkal - szepnę­

ła Raija. 

Słowa były urywane. Mówienie sprawiało ból, lecz 

musiała mu to wyznać. Musiała się z kimś podzielić 
dręczącymi myślami. 

- To było straszne. Chciałam umrzeć. Wydawało 

mi się, że to jedyne wyjście... 

- Wiem, moje dziecko - odpowiedział. - Wiem 

o tym. 

Gładził delikatnie jej ramiona. Prawie jej nie doty­

kał. Kiedy ją podnosił, by do siebie przytulić, do­
strzegł ślady chłosty. 

- Tylko myśl o tobie trzymała mnie przy życiu. 

Wyobraziłam sobie, że dodajesz mi sił. 

Mikkal nie odezwał się ani słowem. Może powie 

jej o tym później. Powie jej, że być może czerpała od 
niego siły nie tylko w swej wyobraźni. 

Teraz niech ona mówi. Niech wyrzuci z siebie 

wszystko, co jej leży na sercu. 

- W jaki sposób, Mikkal? - zdziwiła się. - W jaki 

sposób się tu znalazłeś? Widziałam Reijo... Czy to Re-
ijo wyciągnął mnie z morza? 

Spojrzała na niego dużymi brązowymi oczami. 

Nie była w stanie się odwrócić, żeby zobaczyć pozo­
stałą część statku. 

Mikkal skinął głową na potwierdzenie. 
- Jest nas wielu - rzekł spokojnie. - Reijo, ja... Pe-

tri i Aleksanteri... 

Raija otworzyła szeroko oczy ze zdumienia, kiedy 

background image

wymienił dwa ostatnie imiona. Zobaczył, jak jej cia­

ło nieznacznie się napięło. W jej wzroku pojawiło się 
pytanie. 

Spojrzeniem pytała, czy wiedział... 

- Wszystko, co robiłaś lub czego nie robiłaś, nie 

ma teraz żadnego znaczenia - rzekł cicho. 

Jego słowa nie były całkiem zgodne z myślami, któ­

re dopadały go w najbardziej ponurych chwilach, lecz 
tu i teraz był skłonny wszystko jej wybaczyć. 

Raija uspokoiła się. Zamknęła oczy. 
Mikkal przekonywał sam siebie, że Aleksanteri i Pe-

tri nic dla niej nie znaczą. Nikt inny tak naprawdę dla 
niej się nie liczy. Podobnie jak w jego przypadku. 

Zawsze do niego wracała - tak, jak on zawsze do 

niej wracał. 

Nic na tej ziemi nie jest w stanie zagrozić ich mi­

łości, pomyślał. Nikt oprócz nich samych. 

Nie wolno mu nigdy okazać zazdrości. 
- Twoje dzieci tu są - odezwał się cicho. 
- Nie mogą mnie zobaczyć w tym stanie! Mikkal, 

nie mogą mnie takiej zobaczyć! 

Ostrożnie wypuścił ją z objęć, równie ostrożnie, 

jak ją trzymał. 

- Zajmiemy się tobą, Mały Kruku - rzekł. - Zmyje­

my z ciebie brud i ubierzemy w czyste rzeczy. Bądź spo­
kojna, dzieci cię nie zobaczą, zanim tego nie zrobimy. 

Nie miał pewności, czy może jej to obiecać. Żaglo­

wiec był małym światem. Od dziobu do rufy nie by­

ło daleko. Jeżeli dzieci się obudzą, trudno będzie 
utrzymać je z dala od matki. Oczy Raiji mówiły jed­
nak, że liczy na niego. Nie mógł zawieść jej zaufania. 

background image

Zanim odszedł, pogłaskał Raiję pośpiesznie po po­

liczku. Potem, utykając, poszedł porozmawiać z Reijo. 

Raija popatrzyła za nim zdumiona. 
Co mu się stało? Co Mikkal sobie zrobił w nogę? 
Reijo spojrzał przez ramię Mikkala. Myślał, że się 

rozpłacze. Raija nie powinna tak siedzieć - sponiewie­
rana, skruszona, zbita... 

Powinna czuć się dumna i wolna, i wyjść na spo­

tkanie światu z diabelskim błyskiem w oczach. 

- Pomyślałem o tym - rzekł bardziej beztroskim to­

nem, niż wskazywałby na to jego nastrój. - Mam tro­
chę słodkiej wody. Jest zimna, ale chyba równie dobra. 

- Chodź ze mną - poprosił Mikkal. Głęboko wciągnął 

powietrze. - Nie jestem pewien, czy sam dam radę... 

Reijo przeniósł wzrok z Raiji na Mikkala. Napo­

tkał spojrzenie przyjaciela. Ujrzał w nim niemy smu­
tek i zdał sobie sprawę, że Mikkalowi również zbie­
ra się na płacz, gdy patrzy na Raiję w tym stanie. 

Przekazał ster Petriemu. Serce tamtego krwawiło. 

Nie przypominał sobie, kiedy czuł się równie niepo­
trzebny. W życiu Raiji nie było dla niego miejsca. 

Pragnął, by mógł dla niej zrobić to, co Mikkal i Re­

ijo robili z taką oczywistością. Nie był jej jednak wy­
starczająco bliski. 

Jedyne, co mu pozostawało, to trzymać kurs. Na­

dal nie byli całkiem bezpieczni. 

Choćby to zadanie wydawało mu się błahe, to jed­

nak mogło od niego zależeć życie ich wszystkich. 

A Petri nie chciał zawieść Raiji. 

Reijo ukucnął przed Raiją. Próbował się uśmiech­

nąć, lecz nie za bardzo mu się udało. 

background image

- Dziękuję - szepnęła. - Dziękuję, Reijo! 
- Nie powinniśmy byli pozwolić, by cię spotkał ta­

ki los - uśmiechnął się Reijo. - Musimy ściągnąć z cie­
bie te szmaty i zmyć brud, aniele. Nie chcemy, żeby 
dzieci się wystraszyły. 

Raija spuściła głowę. 
- Obawiam się, że nie przedstawiam pięknego wi­

doku - szepnęła. 

Reijo z trudem powstrzymał łzy. Mikkal, widząc 

to, również ciężko przełknął dławienie w gardle. 

- To nie ma znaczenia - odezwał się cicho. - I tak 

nam się podobasz, Mały Kruku. Dla nas zawsze jesteś 
piękna. Nic na świecie nie jest w stanie tego zmienić. 

Namoczył ścierkę i przetarł jej policzki. 
Spod brudu wyłoniła się okaleczona twarz. Mikkal 

musiał zacisnąć zęby, żeby móc dalej ją myć. 

Zastanawiał się, jak te miejsca musiały wyglądać 

wcześniej, skoro systematycznie ją tak bito. 

Jej twarz przedstawiała chyba lepszy widok przed 

zmyciem brudu. 

Raija mogła odczytać z jego oczu, o czym myśli. 
- Brzydko wygląda? 
Reijo odpowiedział zamiast niego. 
- Diabelnie brzydko - rzekł. - Wyglądasz diabelnie 

brzydko, aniele. Najchętniej zabiłbym tego, który ci 
to zrobił. 

- Ja też - syknęła. 
Reijo objął Raiję delikatnie. Pocałował ją w czoło. 
- Czuję wiosnę, Raiju - odezwał się. - Obawiałem się, 

że zabili twoją wolę walki i całkiem złamali twój cha­
rakter. Ale teraz poznaję tę Raiję, którą znam i lubię! 

background image

- Nikt nie złamie Raiji Alatalo - powiedziała bla­

do, lecz się uśmiechnęła. Potem dodała: - Ale kapitan 
zawzięcie próbował... 

Reijo i Mikkal lepiej zrozumieli, co miała na my­

śli, kiedy zdjęli z niej to, co kiedyś było koszulą 

i spódnicą. 

Całe plecy wzdłuż i wszerz pokrywały rany. Świe­

że rany, które opuchły wokół przeciętej skóry. 

Po uderzeniach pejczem. 
- Dobry Boże - jęknął Reijo w rozpaczy. Musiał 

odwrócić wzrok. - Jak to wytrzymujesz? - spytał. -

Jak, do licha, to wszystko zniosłaś? 

Brązowe oczy napotkały spojrzenie jego zielonych. 

- Nie wiem - odparła po prostu. - Nie wiem, Reijo. 
Mikkal płakał, kiedy odsłonili ślady po oparze­

niach. Ręce mu drżały, z trudem trzymał ścierkę. Re­
ijo musiał go zastąpić. 

I jemu zrobiło się słabo, ale zacisnął zęby i starał 

się przynajmniej pozornie zachować spokój. 

Dzieci nie mogą tego zobaczyć, pomyślał. W żad­

nym wypadku nie mogą tego zobaczyć. 

- Co za drań...? - dopytywał się Mikkal głosem 

drżącym ze złości i rozpaczy. - Co za drań ci to zro­
bił, Mały Kruku? 

- Sam kapitan. 
Wargi Raiji zbielały, kiedy to mówiła. 
Oczy nabrały chłodnego wyrazu, kiedy wymieniła 

jego nazwisko: 

- Hans Fredrik Feldt. 

Reijo i Mikkal zapamiętali je sobie. 

- Oby jego czarna dusza smażyła się długo i powo-

background image

li w gorącym piekle! - wyraził swe pobożne życzenie 
Reijo. 

- Na pewno tak się stanie - dodał z przekonaniem 

Mikkal. 

O b u wydawało się, że najgorsze już zobaczyli. Jed­

nak kiedy Raija odsłoniła brzuch i nogi, ukazując naj­
głębsze poparzenia, doznali szoku. W rany na udach 

wdało się zakażenie. 

Reijo musiał się siłą powstrzymać, żeby nie zwy­

miotować. To było zbyt okropne. 

- On musi być całkiem obłąkany! 
Mikkal spuścił głowę. Ręce mu drżały, kiedy prze­

szukiwał rzeczy Raiji, w końcu znalazł odrobinę su­
szonych ziół. 

Zrobił z nich papkę, którą nałożył na wąski pasek 

materiału i przewiązał najgorsze rany. 

Jego usta utworzyły cienką linię. 

- To powinno pomóc - odezwała się Raija, żeby 

trochę uspokoić przyjaciół. - W każdym razie nic mi 
nie może już zaszkodzić. 

- On chyba strasznie nienawidzi kobiet - wycedził 

Mikkal przez zęby. - Nikt nie mógłby zrobić czegoś 
podobnego kobiecie, nie czując nienawiści. Nie będąc 
szaleńcem. 

Kąciki ust Raiji drżały. Sama doszła do tego same­

go wniosku. 

Skończyli ją myć. Zimna woda podziałała trochę 

kojąco. Nieznacznie złagodziła ból. A okłady zrobio­
ne przez Mikkala powoli zaczynały pomagać, rany 
już tak bardzo nie piekły... 

Starając się zachować ostrożność, ubrali Raiję 

background image

w czyste i nie zniszczone ubranie. Łachmany bez 

zmrużenia oka wyrzucili za burtę. Raija będzie nosi­
ła dosyć blizn, przypominających jej o koszmarnych 
dniach i nocach spędzonych w twierdzy. Nie potrze­
bowała więcej pamiątek. 

- Co zrobimy z włosami? - Mikkal spojrzał zagu­

biony na Reijo. 

Kończyła się słodka woda, a słona będzie szczypa­

ła w rany. 

- Obetnijcie je! - zdecydowała Raija. 
Obaj spojrzeli na nią w osłupieniu. 
Raija powtórzyła stanowczym tonem: 
- Obetnijcie! I tak nie uda się ich domyć i rozcze­

sać, a przecież wkrótce odrosną. 

Mikkal westchnął i sięgnął za pasek po nóż. Wyjął 

go powoli. 

Błysnęło szerokie ostrze. 
- Nie wiem, czy jestem w stanie - rzekł zduszo­

nym głosem. 

- Na pewno. - Głos Raiji nawet nie drgnął. - Ob­

ciąłeś mi kiedyś jeden kosmyk, pamiętasz, Mikkal? 

Zatopił się w tym brązowym spojrzeniu. 
Oczywiście, że pamięta. 

Nadal nosił ten kosmyk na szyi. Raija miała wte­

dy trzynaście lat. Już wtedy kochał ją szaleńczą mi­
łością, lecz nie miał odwagi tego okazać. 

Raija była tylko dzieckiem, a on dorosłym męż­

czyzną. 

- Zrób to jeszcze raz! - poprosiła. - Zrób to teraz, 

Mikkal. Ale postaraj się, żeby było ładnie! 

Mikkal uśmiechnął się, rozpoznając ślady jej daw-

background image

nej próżności. Zaczęła przypominać jego ukochaną, 
jego Małego Kruka. 

- Będziesz najpiękniejszym krótkowłosym Małym 

Krukiem na płaskowyżu - obiecał i zaczął obcinać 
czarne jak sadza skołtunione kosmyki. Wkrótce wo­
kół pięknie ukształtowanej twarzy pozostała już tyl­
ko krótka, gęsta grzywa. Resztką wody delikatnie 
umyli Raiji głowę. 

- Wyglądasz inaczej - zauważył Mikkal. - Ale cał­

kiem niebrzydko. Poza tym włosy znowu odrosną. 

- Trudniej też będzie cię rozpoznać - dodał Reijo. 
Raija spoważniała. 
- Będą mnie szukać, prawda? Jestem ścigana? 
Obaj spuścili w zakłopotaniu głowy. 
- Co się dzieje? 
- Rozmawialiśmy z Reijo. - Mikkal mówił zdławio­

nym głosem. - Pozostaje tylko jedno rozwiązanie, 
mój skarbie. Musisz wyruszyć ze mną. Płaskowyż jest 
zbyt rozległy, aby mogli dokładnie go przeczesać i cię 
znaleźć. 

- A co z dziećmi? - zaniepokoiła się Raija. 
- Pójdą ze mną - odparł Reijo i uciekł wzrokiem. 

Raija z drżeniem wciągnęła powietrze. Oddychała 

powoli przez nos. 

- Elle powiedziała kiedyś, że będę musiała poświę­

cić jedno z dzieci - rzekła z płaczem w głosie. - My­
liła się. Muszę poświęcić czworo... 

background image

15 

- Najlepiej, gdyby mnie wcale nie widziały. - Raija 

powiedziała to łamiącym głosem i ze łzami w oczach. 

Reijo rozumiał jej obawy. 
- Ale czy potrafiłabyś, Raiju? Czy byłabyś w sta­

nie to wytrzymać? 

Potrząsnęła głową. 

- Ale proszę cię, nie mów mi, dokąd zamierzasz się 

udać - rzekła. - To bez znaczenia. Dzieci nie powin­
ny się dowiedzieć, dlaczego nie mogę z wami jechać. 

A pewnego dnia znowu będziemy razem... 

Ani Mikkal, ani Reijo nie mieli odwagi spytać, ko­

go miała na myśli, mówiąc „my". 

Ułożyła się na tobołku, który zawierał cały jej do­

bytek i złoto. 

- Spróbuję zasnąć - powiedziała. - Obudźcie mnie, 

kiedy dzieci wstaną. Chciałabym pobyć z nimi jak 
najdłużej. 

Mikkal wolałby przy niej posiedzieć, ale Reijo go 

zawołał. 

- Jej stan zmusza nas do drobnej zmiany planów -

rzekł przyjaciel po chwili namysłu. 

- Czy mamy zejść na ląd później, niż to ustaliliśmy? 
Reijo potrząsnął głową. 
- Nie chciałbym tego ryzykować. Powinniśmy la-

background image

da moment dołączyć do pozostałych rybaków. Naj­
później do zapadnięcia zmroku. Jednak ścigają nas lu­
dzie króla. Jeżeli znajdą tu Raiję, koniec z nami 
wszystkimi. Nie będą zważać na to, że na pokładzie 

są dzieci. Dla królewskich żołnierzy to tylko potom­
stwo diabła... 

- A więc wcześniej... 
Mikkal wpatrywał się nieruchomo w ląd. 
- Raija nie może jeszcze zbyt dobrze chodzić, Re-

ijo. Widziałeś jej rany. A ja nie znam nikogo w tych 
stronach. Do terenów, gdzie mam znajomych, zosta­
ło sporo drogi. Gdybym tylko zdobył dla niej rena... 

- Sam nie dasz sobie z rady z Raiją - stwierdził Re-

ijo. Jego oczy mówiły coś, czego Mikkal nie chciał 
zrozumieć. - Musicie zejść na ląd razem z Petrim i je­
go chłopcami. 

Mikkal znieruchomiał. 
Nigdy w życiu, chciał krzyknąć. On, który obiecał 

sobie nie okazać zazdrości o Raiję. To chyba niemoż­
liwe, żeby miał spędzić dni, może tygodnie, w towa­
rzystwie mężczyzny, który nazbyt wyraźnie był dla 
Raiji kimś więcej niż tylko przyjacielem. 

- Dobrze - zabrzmiał jego głos. 
Wygrał rozsądek i Mikkal zaakceptował propono­

wane rozwiązanie. 

Dla Raiji musi wytrzymać. 
Maja obudziła się nie zauważona przez nikogo z do­

rosłych. To dziecko, które zwykle starało się zwracać 
na siebie uwagę, potrafiło również stać się prawie nie­

widzialne, kiedy tego chciało. 

Statek był interesujący. Interesujący w inny sposób 

background image

niż rosyjski. Tam żadnego z dzieci nie miało być sły­
chać ani widać. Tutaj zaś rządził Reijo. 

Reijo pozwalał jej na wszystko. Nie zabroniłby jej 

rozejrzeć się po pokładzie. 

Dopóki będzie ostrożna, nic jej nie grozi. 

Wiedziała, że musi uważać, żeby się zbytnio nie 

zbliżać do burty. Chociaż właściwie to bardzo pod­

niecające wychylić się i patrzeć w dół na wodę. Ale 
nie wolno tego robić, kiedy jest sama. To chyba jedy­
na rzecz, na którą Reijo by nie pozwolił. Zresztą i tak 

nie dosięgała do krawędzi.  N o , może gdyby stanęła 
na palcach. Ale nawet wtedy nie widziała morza. 

Maja posuwała się do przodu pomiędzy zwojami 

lin i skrzynkami z narzędziami. Miała trochę wyrzu­
tów sumienia, że nie obudziła Elise. 

Z pewnością też by chciała tak się przemykać nie­

postrzeżenie - sprawdzić, jak długo dorośli nic nie za­
uważą. Kiedy dorośli nie pilnują, można wiele zoba­
czyć. Elise nie odważyłaby się na to sama. Być może 
dlatego Maja wolała zwiedzać statek bez niej. 

Elise była większa i starsza. Przyjemnie jest robić 

na własną rękę coś, na co Elise by się nie odważyła. 

Maja poczłapała dalej. 
Ktoś leżał na sakwie i spał. 
Maja zatrzymała się. Zmarszczyła gęste brwi. Sta­

ła się w tym momencie wiernym odbiciem Mikkala. 
Nie zdawała sobie jednak z tego sprawy. 

Rozejrzała się niepewnie. Nikt jej nie zauważył. 
Krótkie włosy? To się nie zgadza. 

Ale tylko to się nie zgadza. 
Krótkie włosy... lecz to jest... to musi być... 

background image

Maja nie martwiła się dłużej tym, czy ktoś ją za­

uważy, czy nie. Jej serce zabiło w piersi mocno, bar­
dzo mocno. Rzuciła się przed siebie. Opadła na kola­

na przed śpiącą kobietą. 

Jej głos zabrzmiał cienko: 

- Mama...? 
Po chwili przerodził się w niepohamowaną radość: 
- Mamo, to ty, mamo! 
Raija przebudziła się, czując na twarzy dotyk mięk­

kiego policzka. Dwie pulchne rączki ściskały ją moc­
no za szyję. Dziecko przytuliło się do niej z całych sił, 
aż poczuła ból, lecz zdołała się uśmiechnąć, z trudem 
siadając. 

- Maju, moja kochana! 
Ucałowała ją w oba policzki. Przytuliła. Maja sa­

ma do niej przyszła. Dziecko jej bólu. Jej najdroższe 
dziecko. 

Dla Raiji znaczyło to więcej, niż Maja była w sta­

nie zrozumieć. Dziewczynka wiedziała tylko, że ma­
ma wróciła po długim, długim czasie. Wiedziała, że 
mama trzyma ją w ramionach. 

Nie zdawała sobie sprawy, że wkrótce mama bę­

dzie musiała znowu opuścić ją i rodzeństwo i że upły­
nie wiele czasu, zanim ponownie się zobaczą. 

Maja nie podejrzewała nawet, że rozstaną się na 

tak długo, że nie będzie w stanie przypomnieć sobie 
matczynej twarzy. 

Teraz mama była tutaj naprawdę. Dziwnie pach­

niała i dziwnie wyglądała, lecz to nie miało znacze­
nia, bo była przecież jej mamą. I to ona, Maja, pierw­
sza ją zauważyła. Przed wszystkimi innymi. 

background image

Rai ja spędziła dzień i wieczór z dziećmi. Prawie się 

pobiły między sobą, żeby móc posiedzieć na jej kola­
nach, żeby móc ją przytulić, żeby ją uściskać. 

Rany Raiji otworzyły się. Poczuła tak silny ból, że 

pociemniało jej przed oczami, lecz nie dała tego po 
sobie poznać. 

Dzieci powinny zapamiętać mamę radosną. Ten 

dzień powinien być dobrym wspomnieniem. 

Kiedy Raija kołysała w ramionach śpiącą Idę, przy­

szedł Reijo. Nie rozmawiali dotąd o córeczce. Lecz 
Raija zauważyła, że jej mąż się domyślił... 

- Jest śliczna - rzekł grubym głosem i ostrożnie od­

garnął ognisty kosmyk z dziecięcego czoła. 

Raija skinęła głową. 
- Nie chciałaś mnie powstrzymać? - Reijo spojrzał 

na nią pytająco. - Myślałaś, że nie odejdę, jeżeli do­

wiem się o dziecku? 

Odpowiedziała pytaniem: 
- A odszedłbyś? 
Reijo potrząsnął głową. 
- Później byś żałował - odezwała się Raija. - Nie 

chciałam ci odbierać tego roku. Dlaczego nie wróci­
łeś, tak jak się umówiliśmy? 

- Wiele się wydarzyło - odparł Reijo. - Mikkal 

omal nie stracił życia... 

Opowiedział Raiji, co się zdarzyło od chwili, kiedy 

niedźwiedź zaatakował Ailo, aż do momentu, kiedy po­
chował Aslaka. O swej powrotnej podróży do osady 
i o poszukiwaniach Mikkala. O wyprawie na wschód. 

- Chyba tak miało się stać - rzekł w końcu. - W prze­

ciwnym razie nie znaleźlibyśmy się tu z Mikkalem do-

background image

kładnie w chwili, kiedy najbardziej nas potrzebowałaś. 

To, co miał jej teraz powiedzieć, zdawało się naj­

trudniejsze. Lecz był jej to winien. 

Obiecali sobie szczerość. Że zawsze będą wobec 

siebie uczciwi. 

- Rozmawiałem z Mikkalem - zaczął. - Wiele. 
- O mnie? 
- O nas. O tobie. O mnie. O Mikkalu... 
- Cały czas podążamy wzajemnie po swoich śla­

dach, my troje... 

Raija uśmiechnęła się smutno. Oparła policzek 

o delikatną główkę Idy. 

- Zanim to... - Reijo gestykulował, czuł się nie­

zręcznie. - Zanim to się stało, znaleźliśmy pewne roz­

wiązanie. Sigga nie żyje. Już nie stoi między wami. 

Nic nie stoi między wami... 

- Zapominasz, że się pobraliśmy, Reijo - powie­

działa łagodnie. 

- Wiesz, że cię nie kocham, Raiju - rzekł z brutal­

ną szczerością. - Zawsze będę cię lubił. Na zawsze po­
zostaniesz moim najlepszym przyjacielem, ale cię nie 
kocham. Nie można tego zmienić. A ty i Mikkal od 
początku się kochaliście. Myśleliście o sobie nawza­
jem. Nie chcę wam stać na drodze. Pragnę, abyś by­
ła szczęśliwa, Raiju. Ze mną nie zaznasz szczęścia, na 
jakie zasługujesz. 

- Chciałeś mi to powiedzieć, gdyby mnie nie oskar­

żono o czary? 

Skinął poważnie głową. 
- Dzieci miały zostać przy tobie - mówił dalej. -

Tak wspaniale to obmyśliliśmy, Mikkal i ja. Obiecał 

background image

mi, że od czasu do czasu będę mógł widywać Maję. 
Wtedy nie wiedziałem jeszcze o Idzie... 

Raija uniosła jeden z kącików ust. 
- A teraz wszystko układa się na odwrót. Ty mu­

sisz zająć się dziećmi. Zycie w swobodzie, o którym 
marzyłeś, pozostanie tylko w sferze fantazji. 

- To nie ma znaczenia - zapewnił. - Przynajmniej 

mam po co żyć. 

- I nadal proponujesz mi... wolność? 
- Całkowitą. 
- Jesteś wspaniałomyślny - stwierdziła. - Powinie­

neś znaleźć kogoś, kto potrafiłby to docenić, Reijo. 
Życzę ci z całej duszy, żebyś poznał kogoś takiego, 
przy kim mógłbyś żyć pełnią życia. 

Reijo spuścił wzrok. Spojrzał na Idę. 
- Myślę, że to maleństwo nada sens mojemu istnie­

niu - rzeki z czułością w głosie. 

Raija napotkała jego spojrzenie. Jak dobrze rozu­

mieli się nawzajem! 

- Wiesz, że nie to miałam na myśli - powiedziała 

spokojnie. Nabrała powietrza i spytała: - Kiedy mu­
szę wyruszyć? 

- Dziś w nocy. 
Pożegnanie nie zabrało wiele czasu. Nie dogonili 

jeszcze flotylli łodzi rybackich, zdążających na połu­
dnie. Wydawało im się, że z tylu na horyzoncie za­
majaczył żagiel. 

To mogło oznaczać tylko jedno. 

Raija nie miała nawet odwagi pogładzić dzieci po 

policzkach. Wolała nie ryzykować w obawie, że się 
przebudzą. Nie mogą się o niczym dowiedzieć. Mia-

background image

ła zniknąć tak, jak się pojawiła - niczym we śnie. Lecz 
niezmiernie trudno było odchodzić od nich, nie uści­
skawszy ich. Trudno opuszczać je, nie wiedząc, kie­
dy się znowu zobaczą. Czy się w ogóle zobaczą... 

Miała Mikkala, lecz poza tym straciła wszystko. 
Nie tak wyobrażała sobie szczęście. Jeżeli tak wyglą­

da szczęście, to jest bardziej żałosne, niż przypuszczała. 

Widocznie zawsze miało jej czegoś brakować. Za­

wsze musiała coś poświęcić, żeby zdobyć coś innego. 

I płacić za to potwornie drogo. 

Dobrze, że mogła przytulić Reijo. Uścisnęła go, 

czuła, że jest taki rzeczywisty. 

To on musiał Raiję od siebie odsunąć. 
- Marnujecie drogocenny czas, mój aniele - rzekł. 

Nie potrafił ukryć, jak bolesne jest dla niego to roz­
stanie. Wiedział, że takie jest dla wszystkich. - Musi­
cie już iść, Raiju. Musicie. Spróbuj być choć trochę 
szczęśliwa. Spróbuj korzystać z życia, dziewczyno! 
Nie chcę ujrzeć jakiegoś wychudzonego szkieletu 

w dniu, kiedy się znowu spotkamy. Wiesz, że uczy­
nię wszystko, żeby dzieciom niczego nie zabrakło. Ty 

natomiast zadbaj o to, żeby niczego nie zabrakło to­
bie i Mikkalowi. Będziemy o was pamiętać, skarbie, 

wiemy, że nie upłynie ani jeden dzień, w którym byś 

o nas nie myślała. Nie płacz, moja przyjaciółko! 

Otarł kciukiem jej łzy. Uśmiechnął się do niej, sta­

rając się być dzielny. Tak dzielny, jak dzielna była Ra-
ija. Potem lekko pocałował ją w usta i odwrócił 

w stronę Mikkala. 

Nie musiał chyba wątpić w to, że Raija spełni je­

go życzenie. 

background image

Stali we czworo, patrząc za żaglowcem oddalają­

cym się ku zachodowi. Mikkal obejmujący Raiję, Pe-
tri i Aleksanteri. 

Tapio i Markku zdecydowali się popłynąć dalej 

z Reijo. Potrzebował załogi, a chłopcy bez trudu znaj­
dą później trasy prowadzące na południe ku domo­
wi. Mogli też zostać, znajdując zarobek w tym czy in­
nym miejscu na wybrzeżu. 

Nie mieli żadnych szczególnych planów. Byli młodzi 

i możliwości same ścieliły się u ich stóp, jak mówili. 

Kiedy już będą wiedzieli coś na pewno, wtedy prze­

ślą wiadomość. Jeżeli rodzina nie otrzyma żadnych wie­
ści, to znaczy, że z pewnością dobrze im się wiedzie. 

Byli młodzi i beztroscy - i znaleźli się w Ruiji, kra­

inie mlekiem i miodem płynącej. 

A w każdym razie obfitującej w ryby. 
W tłuste lata. 

Nastały trudne dni. Atmosfera była napięta, lecz 

nawet Mikkal, któremu obecna sytuacja podobała się 
najmniej, musiał przyznać, że bez towarzyszących im 
Finów by sobie nie poradzili. Rai ja nie była w stanie 

zbyt długo iść o własnych siłach. On sam nie mógł 
jej nieść. 

Bez Petriego i Aleksanteriego nie uszliby daleko. 

Z wyrzuconego przez morze drewna i wierzbo­

wych witek zrobili coś w rodzaju noszy, na których 
nieśli dziewczynę. 

Do tego potrzeba było dwóch ludzi. 
Mikkal, który gotów był umrzeć dla Raiji, nie 

mógłby jej uratować w pojedynkę. 

background image

Potrzebował tego mężczyzny, który był jej kochan­

kiem. 

W najgorszych chwilach zastanawiał się, czy może 

obaj, Petri i Aleksanteri, nimi byli. Dostrzegał to 
i owo w jej spojrzeniach, które wymieniała z Alek-
santerim. Tamten zaś patrzył na nią czasem tak, jak 
pies patrzy na swojego pana - z takim samym ufnym, 
ofiarnym oddaniem. 

Zastanawiał się, czy jej to nie przeszkadza. Nigdy 

tego nie okazała, lecz mógł się zastanawiać. 

Sytuacja zmusiła ich do pozostawania razem przez 

ponad dwa tygodnie. Po tym czasie Raija mogła wresz­
cie się poruszać o własnych siłach, rany się zrosły. Mik-
kal był zdania, że wkrótce dotrą do któregoś z jego 
krewnych. 

Tam otrzymają pomoc. Żywność, jurtę - rena, że­

by mogli wędrować dalej. 

Nie powiedział tego wprost, lecz dał wyraźnie Pe-

triemu i Aleksanteriemu do zrozumienia, że już nie 
potrzebuje ich pomocy. 

Petri w lot zrozumiał jego intencje. 
Tego wieczoru przy ognisku wyciągnął nogi ku 

ogniowi i powiedział, że chyba już czas zmienić to­
warzystwo. 

Nikt się nie sprzeciwił. 
Raija widziała, jak zbliża się ten moment. Wycze­

kiwała go, a jednocześnie się bała. 

W ciągu ostatnich tygodni wyczuwała niemal na 

odległość zazdrość Mikkala. 

Bała się, że będzie zadawał pytania. Nie była pew­

na, czy na nie odpowie. 

background image

Zbyt dobrze wiedziała, jak by zareagował, gdyby 

wyznała mu prawdę. 

Teraz czuła się od niego całkiem zależna. 
Mogłoby im być razem tak dobrze. 
Ale mogli też zniszczyć się nawzajem. 
Zawsze tak się między nimi działo - niebo albo pie­

kło. 

Nie spieszyło im się, lecz pożegnanie z Petrim 

i Aleksanterim nie trwało dłużej niż to na statku. 

Aleksanteri popatrzył smutno na Raiję. Był blady na 

twarzy. Wyglądało na to, jak gdyby dusił w sobie coś, co 
oczywiście nie powinno zostać powiedziane. W końcu 
zdecydował się zatrzymać to dla siebie i tylko zdawko­

wo się pożegnał. Podziękował za czas spędzony razem. 

Zażartował, że jej jedzenie nie było takie najgorsze. 

Mikkal obserwował oboje z uwagą, przysłuchiwał 

się każdemu słowu. Lecz nie padło nic, co mogłoby 
zostać dwuznacznie zrozumiane. 

Rai ja czuła za to wdzięczność dla Aleksanteriego. 
Gorzej poszło z Petrim. 
On znaczył o wiele więcej. Z Aleksanterim łączył 

ją raczej flirt. To, co przeżyła z Petrim, było znacz­
nie poważniejsze. 

Bardzo go lubiła. 
W innym czasie, w innym świecie, w którym Mikkal 

był dla niej tylko bratem, Petri mógłby zostać jej mężem. 

Wiedziała o tym. Petri też o tym wiedział. Mikkal 

zapewne się domyślał. Nie musiała się bać pożegna­
nia z Petrim. Wierzyła, że nigdy nie uczyniłby nicze­
go, co postawiłoby ją w trudnej sytuacji. 

Rozumiał... Ją... Mikkala. Najlepiej rozumiał Mikka-

background image

la, a świadomość, że ten człowiek żywi dla niego tyle 
niechęci, sprawiała mu ból. Chciałby go lepiej poznać... 

Pragnął objąć Raiję i mocno, mocno ją przytulić 

jeszcze jeden jedyny raz. 

Chciałby odnaleźć jej usta i wykraść jeszcze ten 

ostatni pocałunek... 

Lecz to byłoby nie w porządku. Czułby się jak zło­

dziej. 

Musi zadowolić się wspomnieniami. 
Nigdy nie sądził, że rozstaną się w taki sposób. 
Zamiast ją objąć, zamiast ją pocałować i zatopić 

twarz w jej włosach, uścisnął tylko jej dłoń. Lekko. 
Nie za długo. Nie za krótko. 

Pożegnał się niemal chłodno. 
- Miło było cię poznać - rzekł. 
Na jedną krótką sekundę spotkały się ich spojrze­

nia. Wyczytał w jej oczach, że jest mu wdzięczna, że 
tak się zachował. 

To Petriemu wystarczyło. 
- Być może nasze drogi skrzyżują się kiedyś w przy­

szłości? - Uczynił gest ręką: - Ruija nie jest przecież 
taka wielka. 

Raija roześmiała się. 
Razem z Mikkalem patrzyła, jak odchodzą. Dalej 

na południe. Wątpiła w to, by ich drogi kiedykolwiek 
się zeszły. 

Ruija wydawała się wystarczająco rozległa. 

- Będziesz za nimi tęsknić? 
- Może - odparła tajemniczo. - Bardzo mi pomo­

gli, kiedy znalazłam się w trudnej sytuacji. 

Mikkal nie zadawał więcej pytań. Zmusił się, by się 

background image

od tego powstrzymać. Tym razem niczego nie znisz­
czy. Tym razem nikt nie stanie między nimi. 

Po prostu postanowił usunąć z pamięci obu Finów. 

Jak tylko znikną mu z oczu, zapomni o nich. Ani sło­

wem nie wspomni o nich Raiji. 

- Czeka nas dalszy ciąg - rzeki do Raiji, kiedy wieczo­

rem siedzieli we dwoje przy ognisku. - Nie tego dnia, 
kiedy widzieliśmy się po raz ostatni, lecz dalszy ciąg tej 
chwili, kiedy przed wielu, wielu laty musiałaś odejść... 

- A czy lata, które od tego czasu upłynęły, się nie li­

czą? 

Mikkal wpatrywał się w tańczące płomienie. 
- Liczą się - westchnął wreszcie. - Nie możemy po 

prostu udawać, że ich nie było. Zbyt wiele się zdarzyło... 

- Rzeczy, o których nie sposób zapomnieć - do­

kończyła za niego Raija. - Spotkaliśmy ludzi, których 
nie możemy wymazać z pamięci. O których nie po­

winniśmy zapomnieć. Którzy nas ukształtowali, spra­
wili, że jesteśmy dziś tacy, a nie inni, Mikkal. 

Spojrzała na niego poważnie. Nie było to dziecię­

ce spojrzenie. Raija dorosła. 

Stała się kobietą. 

Jego kobietą. 

- Czy Reijo z tobą rozmawiał? - spytał Mikkal, nie 

patrząc na nią. 

- Tak. Mówił, że wiele dyskutowaliście, obaj. 
- I...? 
- W mojej sytuacji nie mam nawet wyboru - od­

parła zamyślona. 

- Ale gdybyś mogła? 
Raija podniosła wzrok i napotkała jego spojrzenie. 

background image

Dobry Boże, jakiż on przystojny! Nie znała chyba 

nikogo, kto byłby równie pociągający. 

Przybyło mu zmarszczek od czasu, kiedy się 

ostatnio spotkali. Być może inni nie przyznaliby jej 
racji co do jego urody, lecz dla Raiji nie miało to 
znaczenia. 

Patrzyła na niego kochającymi oczyma. Dlatego 

nie miał sobie równych. 

- Gdybym mogła wybierać - powiedziała powoli -

gdybym mogła wybierać i gdybym wiedziała, że ni­
kogo moja decyzja nie zrani... - Raija*uśmiechnęła się 
smutno i wciągnęła powietrze: - Wiesz dobrze, co 
bym powiedziała, Mikkal. Wiesz, że nic na świecie by 
mnie z tobą nie rozdzieliło. 

Uśmiechnął się słabo. Ale jej nie dotknął. 
- A teraz? - spytał. - Jak będzie teraz, moja Raiju? 

Nie wiemy, jak długo pozostaniemy razem. Nie zde­
cydowaliśmy o tym sami, lecz uczynił to za nas los. 
Co teraz zrobimy? 

- Wiesz, że nie potrafię zapomnieć o tych, których 

wysłałam z Reijo. 

Skinął poważnie głową. 

- Myślisz, że ja potrafię? - spytał. - Pamiętaj, że jest 

wśród nich moja córka. 

Raija spuściła wzrok. 
- Nie możemy codziennie płakać - odparła spokoj­

nie. - Niezależnie od tego, co nas spotyka, musimy 

żyć, Mikkal. I będziemy potrzebować siebie nawzajem. 

Długo patrzyła mu w oczy. 
- Bez ciebie jestem niczym. 
- Zawsze chyba zdawałem sobie z tego sprawę -

background image

odparł cicho. Chwycił jej szczupłe dłonie. Uścisnął je 
czule. 

- Gdy ktoś kogoś bardzo lubi, to lubi go również 

w trudnych chwilach - rzekł tonem człowieka o ży­

ciowym doświadczeniu, którego chłopak sprzed lat 
nie posiadał. - Musimy się trzymać razem i próbować 
nawzajem wspierać, by móc wspólnie wyjść na spo­

tkanie dobrych dni. 

Mikkal pochylił się i ucałował dłonie Raiji. Naj­

pierw jedną, potem drugą. 

- Kocham cię, Mały Kruku - rzekł ochrypłym gło­

sem. - Zawsze cię kochałem i zawsze będę cię kochał. 
Myślę, że właśnie w tym tkwi nasza siła. W tym, że 
darzymy się takim wielkim uczuciem. 

Rai ja spojrzała Mikkalowi w oczy. Zamrugała, po­

wstrzymując zdradzieckie łzy. 

- Masz rację - przyznała. - I ja ciebie kocham, Mik­

kal. Wszystko przemija, lecz to jedno jest trwałe. 

Wpatrywali się w ognisko. 
Ich niezachwiana miłość miała im pomóc w przy­

szłości, w którą oboje bali się spojrzeć. 

Byli razem. 
Kochali. 
I kiedyś być może uda im się zbudować coś, co 

można by nazwać szczęściem.