background image

LILIANA FABISIŃSKA 

BURZA Z PIORUNAMI 

Bezsennik 

czyli 

O czym dziewczyny rozmawiają nocą 

background image

ROZDZIAŁ 1 

ZA KRÓTKIE RĘKAWY! 

Nogi  jak  z  waty,  serce  w  gardle,  a  w  gardle  z  kolei  sucho  jak  na  pustyni,  chociaż 

wypiłam dwie herbatki z melisy (mama twierdzi, że to bardzo uspokaja). Mówiłam sobie cały 

czas: Żaba, czym ty się przejmujesz? Żaba, wyluzuj! Przecież tam na pewno będą jacyś fajni 

ludzie.  Nie  ty  jedna  nie  znasz  nikogo.  Wszyscy  będziecie  tam  nowi...  Ale  niewiele  mi  to 

pomogło,  niestety.  Już  od  kilku  dni  byłam  na  siebie  zła.  Dlaczego  wybrałam  tę  szkołę??? 

Wszyscy z mojej klasy poszli do gimnazjum w naszej podstawówce. Po prostu zmienią im się 

legitymacje  szkolne.  Będą  mieli  napisane  na  pieczątce  „Gimnazjum  nr  1”,  zamiast  „Szkoła 

Podstawowa nr 3”. I tyle zmian. No dobra, jeszcze będą mieli kilku nowych nauczycieli. Ale 

budynek  ten  sam,  klasę  też  tę  samą.  Gośka  będzie  wciąż  siedziała  z  Magdą,  Iza  z  Beatą... 

Będą tam wszyscy, którzy skończyli szóstą klasę we wrześniu. Oprócz mnie i Aśki. 

Nagle  zrobiłam  się  strasznie  zła  na  Aśkę.  Nie  miała  co  zrobić,  tylko  wyjechać  z 

rodzicami  do  tych  Niemiec?  No  dobrze,  wiem,  nie  miała  innego  wyjścia  -  oni  postanowili 

wyjechać, więc ona też, to jasne. Trzynastolatki nie zostają same w domku jednorodzinnym... 

Ale  gdyby  nie  jej  wyjazd,  pewnie  poszłybyśmy  razem  do  tego  gimnazjum  w  naszej 

podstawówce, jak wszyscy. No, ale z drugiej strony, bez Aśki nic już nie byłoby takie samo. 

Siedzenie  bez  niej  w  ławce,  przerwy  bez  niej,  wracanie  do  domu  bez  niej...  Nie,  to  nie 

miałoby  sensu.  Przynajmniej  wtedy,  w  czerwcu,  wydawało  mi  się,  że  to  całkiem  wszystko 

jedno,  czy  pójdę  do  tego  gimnazjum,  czy  do  jakiegoś  zupełnie  innego...  Bo  bez  Aśki  i  tak 

wszystko będzie inne. Przez sześć lat miałam przyjaciółkę, byłyśmy jak papużki nierozłączki, 

a teraz jej nie ma... Pisze do mnie, dzwoni, SMS - uje... ale to nie to, co kiedyś. Wtedy gdy 

była u mnie przez całą noc i płakała, przerażona nową szkołą w Berlinie, powiedziałam jej, 

nie zastanawiając się dobrze: „To ja też pójdę do jakiejś innej szkoły, gdzie nikogo nie znam”. 

Ot  tak,  żeby  Aśce  było  raźniej.  Bardzo  się  wtedy  ucieszyła.  Ale  teraz  jej  nie  ma,  siedzi  w 

Berlinie, pewnie w jednej ławce z jakąś Helgą albo Bertą, i wszystko jej jedno, czy pójdę do 

nowej  szkoły,  czy  do  starej.  Ach,  jakie  życie  byłoby  proste,  gdybym  jej  wtedy  tego  nie 

obiecała! Gdybym  nie złożyła papierów do szkoły, o której  nic nie wiem, całe dwadzieścia 

kilometrów od mojego domu! 

Do starej szkoły mogłam chodzić piechotą, jest tuż za rogiem... A ta nowa? Co o niej 

wiem?  Że  jest  w  takim  ślicznym  starym  budynku.  Właściwie  dlatego  ją  wybrałam.  Że 

niedaleko jest przystanek, więc nawet kiedy tata nie będzie mógł mnie zawieźć, to jakoś tam 

background image

dotrę. No i że świetnie uczą języków. To moja cała wiedza o nowej szkole. Nikogo tam nie 

znam! Ani jednej osoby! 

- Mamo - jęknęłam przy śniadaniu. - Może jeszcze mogę się przenieść z powrotem do 

mojej szkoły? Do tej starej? 

- Za późno - powiedziała mama z pełnymi ustami, wkładając fartuch. 

I wybiegła z pokoju, bo ktoś nerwowo zadzwonił do furtki. Pewnie znowu jakiś piesek 

ma kolkę nerkową. Albo kotek nie chce siusiać do kuwety. Moja mama, dzielna pani doktor, 

na  pewno  znajdzie  sposób  na  te  problemy.  Zawsze  znajduje,  nawet  w  środku  nocy.  A  moje 

problemy? 

- Mamo! - zawołałam do szpary w drzwiach, zanim zatrzasnęły się na dobre. 

Mama  otworzyła  je  na  moment,  posłała  mi  spojrzenie,  które  miało  być  krzepiące, 

uśmiech, który miał chyba dodać mi otuchy, i powiedziała: 

- Nie bądź dzieckiem! Będzie super, zobaczysz. 

Ale ja byłam dzieckiem. Czytałam  przecież na  godzinie wychowawczej  konstytucję. 

Nie  jestem  pełnoletnia,  żaden  jej  punkt  o  tym  nie  mówi!  Jestem  dzieckiem!  Prawo  jest  po 

mojej  stronie!  Jestem  dzieckiem  i  potrzebuję  rodziców!  A  mama  ma  obowiązek,  w  świetle 

tego  prawa,  zajmować  się  mną  i  dodawać  mi  otuchy!  Potrzebuję  prawdziwej  matki,  a  nie 

doktora Dolittle w spódnicy! No ale co mam zrobić, skoro potrzebują jej też wszystkie psy i 

koty z okolicy? I świnki morskie, i kanarki, i gołębie... Przecież nie wyciągnę jej z gabinetu 

siłą! 

Podeszłam  zrezygnowana  do  szafy  i  wyjęłam  białą  bluzkę.  Czy  mi  się  wydaje,  czy 

rękawy są trochę za krótkie? 

- Za krótkie rękawy! - westchnął ciężko tata za moimi plecami. 

No  tak,  mama  była  już  w  gabinecie,  ale  tata  wystarczy  mi  dziś  za  pięć  mam.  To 

przecież  ojciec  idealny.  Pewnie  odprowadzi  mnie  do  klasy.  Może  nie  zauważył,  że  to  już 

gimnazjum, a nie podstawówka? A to, że idę do pierwszej klasy, nie oznacza, że znowu mam 

siedem lat. 

- Trzeba  było  przymierzyć  wczoraj!  -  lamentował.  -  Jak  ty  będziesz  w  tej  szkole 

wyglądać? Co oni sobie o tobie pomyślą? Że nikt się tobą w tym domu nie interesuje! 

- Trzeba było przymierzyć wczoraj! - no tak, do taty dołączyła babcia. 

Teraz już chyba w ogóle nie uda mi się wyjść z domu. Otworzymy tu salon mody i 

będziemy szyć mi nową bluzkę, a fakt, że mam rozpoczęcie roku, jak mawia babcia, po prostu 

zaniedbamy.  Moja  babcia,  hrabianka  z  TYCH  Łaniewskich,  nie  pozwoli,  by  jej  wnuczka  i 

jedyna dziedziczka poszła do szkoły w bluzce z przykrótkimi rękawami. 

background image

Podjęłam ostatni heroiczny wysiłek: 

- Jest ciepło... prawie upał... w końcu to jeszcze astronomiczne lato... Wezmę bluzkę z 

krótkimi rękawkami! 

I  nie  czekając,  co  powiedzą,  włożyłam  tę  z  krótkimi,  a  właściwie  bez  rękawków,  w 

biegu  spoglądając  na  termometr.  No  tak,  na  dworze  jest  jedenaście  stopni.  Istny  upał.  Ale 

może jeszcze się ociepli? W końcu to dopiero siódma trzydzieści, w zasadzie świt... 

Ściągnęłam  włosy  gumką,  zadowolona,  że  nareszcie  urosły  na  tyle,  żeby  je  bez 

problemu  związać,  złapałam  sweter  i  wybiegłam  z  domu,  zanim  tata  i  babcia  stwierdzą,  że 

znowu coś jest nie tak. 

- Kaśka! Śniadanie! - chór damsko - męski, złożony z babci i taty, rozległ się za moimi 

plecami. 

Zawróciłam  posłusznie  i  włożyłam  do  ust  pół  kanapki.  Natychmiast  stanęła  mi  w 

gardle. Nie dam rady, nie w takim dniu... 

- Wezmę  do  szkoły  -  westchnęłam  i  zawinęłam  drugą  kanapkę  w  folię.  Przecież  bez 

niej nie wypuszczą mnie z domu. 

- Ślicznie  wyglądasz  -  powiedział  tata,  otwierając  przede  mną  drzwi  do  naszej 

wysłużonej  skody.  Zupełnie  tak,  jakbym  naprawdę  była  dziedziczką  fortuny  TYCH 

Łaniewskich,  a  nie  jakąś  tam  Kaśką  Żabniak.  I  jakbym  wsiadała  do  karety,  a  nie  do 

siedemnastoletniego samochodu, który na pewno znowu nie będzie chciał zapalić. 

- Ślicznie wyglądasz! - powtórzyła jak echo babcia, pakując się na tylne siedzenie. 

- Ty też jedziesz? - zdziwiłam się. 

- Nigdy sobie nie daruję takiej chwili! - Babcia była wyraźnie w podniosłym nastroju. 

- Moja wnuczka gimnazjalistką! Muszę to zobaczyć! 

Nagle, zupełnie nieoczekiwanie, poczułam, że ta wielka metalowa kula, którą nosiłam 

w żołądku, gdzieś znikła. Taka rodzina, mimo wszystkich jej wad, to jednak fajna sprawa. 

- Bardzo  was  kocham,  wiecie?  -  powiedziałam,  zamykając  za  sobą  drzwi  i  błagając 

niebiosa, by nasza skoda zapaliła za pierwszym podejściem. 

- I ciebie, mamo, też - dodałam, patrząc w okno gabinetu naszej pani Dolittle. 

background image

ROZDZIAŁ 2 

MARTA MĄDRA 

Nie wchodźcie ze mną! - poprosiłam pod szkołą. 

Tam  naprawdę  nie  było  żadnych  rodziców.  No,  prawie  żadnych.  I  na  pewno  żadnej 

babci!  Kocham  swoją  rodzinę  i  wcale  się  tego  nie  wstydzę...  ale  iść  z  nimi  na  rozpoczęcie 

roku  jednak  chyba  bym  się  troszkę  wstydziła.  W  końcu  mam  trzynaście  lat.  I  chcę  sama 

spojrzeć przeznaczeniu w oczy. 

- Idź!  -  babcia  niespodziewanie  stanęła  po  mojej  stronie.  -  Ja  też,  jak  mnie  rodzice 

zawieźli na pensję, błagałam, żeby ze mną nie wchodzili. 

To  za  jej  czasów  były  pensje  dla  dobrze  urodzonych  panien?  A  ja  myślałam,  że 

zamknęli je w XIX wieku... No dobrze, nie będę się teraz tym zajmować. Najważniejsze, że 

babcia przekonała jakimś sposobem tatę, że poradzę sobie bez nich. Jestem wolna! Nie będę 

pierwszego dnia pośmiewiskiem całej klasy! Hurra! 

- A o której kończysz? - zainteresował się tata. 

- Nie  mam  pojęcia,  przecież  to  pierwszy  dzień...  Nie  znam  planu.  Zrobiło  mi  się 

zimno. Sama nie wiem, czy z powodu tych jedenastu stopni, czy dlatego że nagle coś sobie 

uświadomiłam: to pierwszy z wielu, wielu dni, które spędzę w tym budynku. 

- A może wejdę z tobą i się dowiem? - Tata naprawdę chciał dziś zdobyć medal ojca 

idealnego. 

- Sama  się  dowiem  i  zadzwonię  do  ciebie  do  pracy!  -  powiedziałam,  zanim 

uświadomiłam sobie, że nie będę miała z czego, bo przecież nie mam komórki i nawet SMS - 

y od Aśki odbieram na telefonie mamy. Ostatnia taka trzynastolatka na świecie! 

- Będziemy  musieli  kupić  ci  komórkę  -  powiedział  tata,  myśląc  najwyraźniej  o  tym 

samym, co ja. A przez jego twarz przemknął cień, jak zwykle, kiedy jest mowa o kupowaniu, 

czyli o pieniądzach. 

- Zadzwonię z automatu - powiedziałam, marząc, by tata się nie domyślił, że nie mam 

też karty telefonicznej i żadnego pojęcia o tym,  gdzie w okolicy może być automat. - Albo 

przyjdę do ciebie do pracy. Jakoś sobie poradzę. 

- Wiem,  że  sobie  poradzisz  -  głos  taty  zadrżał.  -  Jesteś  duża...  taka  duża...  i  ślicznie 

wyglądasz. Jestem z ciebie dumny. 

- I ja także! I twoja mama! Dziadek byłby szczęśliwy, gdyby dożył tej chwili! - Babcia 

wychylała się z samochodu i ocierała łzy. - Ty spełnisz nasze ambicje! To nic, że nazywasz 

background image

się Żabniak! Od razu widać, że jesteś stuprocentową Łaniewską. Z TYCH Łaniewskich! 

Ucałowałam  najpierw  ją,  a  potem  tatę  i  popędziłam  do  szkoły.  Z  wrażenia 

zapomniałam  nawet  na  moment,  że  się  tej  szkoły  bardzo  boję.  Bo  nie  myślałam  o  szkole, 

tylko o ambicjach babci. I prababci. 

I  praprababci.  I  dziadka,  i  pradziadka,  i  prapradziadka...  Wszystkich  Łaniewskich, 

żywych  i  martwych,  którzy  na  mnie  liczą.  Zrobiło  mi  się  gorąco  na  myśl  o  przodkach. 

Zawiodę  ich  tak  jak  mama.  Już  teraz  jestem  przekonana,  że  ich  zawiodę...  Ale  oni  jeszcze 

tego nie wiedzą. Babcia tak na mnie liczy... Wszystkim o tym opowiada. A tacie chyba nie 

jest zbyt miło, kiedy słyszy, jak babcia mówi do mnie: „To nic, że nazywasz się Żabniak”... 

- Co tak stoisz w drzwiach? - zapytał jakiś chłopak. Miał chyba ze dwa metry wzrostu. 

- No, mała, tarasujesz przejście. 

- Sorry  -  powróciłam  ze  świata  ambicji  moich  przodków  do  tego,  gdzie  mimo 

wszystko powinno być ciut łatwiej. 

- Pierwsza klasa? - domyślił się chłopak. - Mam odprowadzać takich jak ty na miejsca. 

- A  ty?  Nie  pierwsza?  -  Zrobiło  mi  się  troszkę  żal.  Całkiem  był  miły  i  przystojny. 

Przystojny nawet bardziej niż „całkiem”. Był diabelnie przystojny! 

- Trzecia,  niestety  -  rozciągnął  usta  jakoś  tak  zabawnie,  że  musiałam  się  roześmiać, 

chociaż  przed  chwilą  wcale  nie  było  mi  do  śmiechu.  -  Mój  ostatni  rok  w  tym  pięknym 

miejscu, żal serce ściska... 

Cały  czas  błaznował.  Prowadził  mnie  korytarzami,  ale  nawet  nie  usiłowałam 

zapamiętać drogi. Prawo, lewo, jeszcze raz lewo... A on cały czas się wygłupiał, podskakiwał, 

opowiadał coś o duchu woźnego, który mieszka w piwnicy, koło kotłowni... 

Szkoda,  że  nie  chodzi  ze  mną  do  klasy...  Miałabym  kumpla.  Trochę  szalonego,  ale 

lepszy taki niż żaden... 

No,  ale  on  był  z  III  b.  Pokazał  mi  więc  białe  drzwi  z  tabliczką  „Klasa  I  a”, 

zasalutował, strzelił obcasami jak ten pułkownik, który adorował babcię w młodości, i pobiegł 

przed siebie. 

Wzięłam  głęboki  oddech.  A  potem  drugi.  Nie  było  tu  babci  ani  jej  pułkownika,  ani 

rodziców, ani zabawnego dryblasa z III b. Byłam tylko ja i białe drzwi. Zrobiło mi się trochę 

słabo z wrażenia. I bardzo zimno. A sweter, niestety, został w samochodzie. Całkiem o nim 

zapomniałam, odjechał z tatą do pracy i już przepadło. Będę marzła w tej I a. I a... Moja nowa 

klasa. Jestem Żaba z I a. Kaśka z I a. Kaśka Żabniak z I a. W mojej starej szkole najpierw był 

apel, a dopiero potem szło się do klasy. Ale tutaj widocznie panują inne zwyczaje. Wszystko 

jest inne. Nowe. Bo to inna, nowa szkoła. Moja szkoła. 

background image

- No,  na  co  czekasz?  -  zapytała  jakaś  dziewczyna,  ubrana,  jak  ja,  w  bluzkę  bez 

rękawów. Pewnie też urosła od czerwca i miała aferę w domu. - Wchodź, jeśli jesteś z I a. 

- A  ty?  -  spytałam,  starając  się  przyjaźnie  uśmiechać.  Ale  ona  nie  odpowiedziała. 

Otworzyła drzwi i  weszła do środka, popychając mnie przed sobą. Wszyscy siedzieli  już w 

ławkach i patrzyli na nas w napięciu. Oczywiście nie znałam nikogo. Znowu zrobiło mi się 

słabo.  Kolejny  głęboki  wdech  nic  tu  nie  pomógł.  Dziewczyna  stanęła  na  środku  klasy, 

odrobinę speszona. Stanęłam obok niej. 

- No, siadaj - szepnęła i pokazała mi miejsce w pierwszej ławce. Oczywiście pustej, bo 

kto by chciał siedzieć zupełnie z przodu. Może ona usiądzie ze mną? Wsunęłam się na krzesło 

pod ścianą, robiąc miejsce obok. Ale dziewczyna nie usiadła. Wzięła głęboki oddech, zupeł-

nie jak ja przed chwilą, i powiedziała na cały głos: 

- Nazywam  się  Marta  Mądra.  Ale  czuję  się  dość  głupio.  W  tym  roku  skończyłam 

studia  i  będę  waszą  wychowawczynią.  Jesteście  moją  pierwszą  klasą.  Nigdy  nikogo  nie 

uczyłam, no, oczywiście oprócz praktyk, więc liczę na waszą wyrozumiałość. 

Jeśli  wcześniej  było  mi  słabo,  to  teraz...  sama  nie  wiem,  jak  określić  to,  co  czułam. 

Marzyłam,  żeby  podłoga  się  rozstąpiła,  żebym  wpadła  do  środka  w  jakąś  dziurę  bez  dna. 

Chciałam  zniknąć  z  powierzchni  ziemi,  już  na  zawsze.  Nauczycielka!  Wychowawczyni! 

Marta Mądra! Rany! A ja zapytałam, czy też chodzi do I a! Musiałam stracić nie tylko rozum, 

ale i wzrok! Czyżby moje nowe okulary były już za słabe? Jak mogłam nie odróżnić starej... 

no dobra, nie starej, ale dorosłej kobiety od trzynastolatki? Jak ja mogłam!? Spuściłam głowę 

i dotknęłam policzków. Strasznie paliły. Pewnie byłam cała czerwona. Rety, co ona pomyśli? 

Pewnie powie mi na przerwie, żebym uważała, jak się zwracam do nauczycieli. 

- Niektórzy  z  was  wzięli  mnie  za  koleżankę  z  klasy  -  powiedziała  Marta  Mądra, 

puszczając  do  mnie  oko.  -  Chłopiec  czekający  przy  wejściu  do  szkoły  na  nowych  uczniów 

nawet  chciał  mi wskazać drogę do klasy. Bardzo to  miłe... Ale, niestety, nie  mogę usiąść z 

wami w ławkach. Jestem tu, żeby was uczyć. I wychowywać, bo po to jest wychowawca. 

Mówiła coś dalej, ale nie mogłam się skupić. Myślałam tylko o tym, jak idiotycznie 

się  zachowałam.  I  wcale  nie  pocieszał  mnie  fakt,  że  sympatyczny  dryblas  przy  drzwiach 

zrobił to samo. Marta Mądra nie jest jego wychowawczynią. A moją jest! I coś teraz chyba 

mówi na ten temat... 

- Widzę, że większość z was nie zna tu nikogo, tak jak ja - uśmiechała się krzepiąco. - 

W końcu to jedno z nielicznych gimnazjów, które nie są połączone z podstawówką. A więc 

wszyscy  przyszliście  z  innych  szkól.  No,  to  musimy  się  jakoś  poznać,  a  nie  tak  siedzieć, 

każdy w innej ławce... 

background image

Obejrzałam  się  za  siebie.  Faktycznie,  większość  uczniów  siedziała  sama.  Wszystkie 

ławki zajęte, ale każdy osobno. Tylko w dwóch czy trzech siedziały po dwie osoby, ale też nie 

wyglądały  na  zaprzyjaźnione.  Dwadzieścia  kilka  obcych  sobie  osób  -  co  za  przygnębiający 

widok! Zatęskniłam za moją starą klasą. Pewnie wszyscy teraz opowiadają sobie o tym, jak 

było na wakacjach... Wychowawczyni musi ich przekrzykiwać... A tu taka cisza! 

- Nigdy  nie  można  zmusić  ludzi,  żeby  się  zaprzyjaźnili  -  mówiła  Marta  Mądra. 

Naprawdę miała dużo mądrych przemyśleń! - Postanowiłam jednak sprawić, że trochę lepiej 

się poznacie. Wiem, że nie brzmi to najlepiej, ale chciałabym, żebyście przygotowali referat o 

wybranym  kraju.  Po  cztery  osoby.  Podzielimy  się  według  listy  w  dzienniku.  Adamska, 

Andrzejak, Bonikowski i Borkowska to pierwsza czwórka. Druga zacznie się od Czarneckiej. 

I znowu cztery osoby... Macie wybrać kraj na literę, na którą zaczynają się wasze nazwiska. A 

więc pierwsza czwórka na A lub B, druga na C albo D, trzecia na E, F lub G... I tak dalej, do 

końca. Dowolny kraj na taką literę, czy to jasne? 

Cała  klasa  mruknęła,  że  jasne.  No  tak,  wyglądała  miło,  była  właściwie  nieśmiała, 

nigdy jeszcze nie uczyła... ale referat dla nas wymyśliła od ręki. 

- To  nie  musi  być  typowy  referat  -  uśmiechnęła  się,  wyczuwając  chyba  niechętny 

nastrój.  -  Nawet  lepiej,  jeśli  nie  będzie.  Przygotujcie  prezentację  na  temat  tego  kraju. 

Niezwykłą,  interesującą,  taką,  która  wszystkich  zafascynuje.  Od  was  zależy,  jak  będzie 

wyglądała. Tylko dobrze się zastanówcie, zanim wybierzecie kraj. Nie chcę na razie zdradzać 

wam  za  wiele,  zobaczymy,  jak  pójdzie z  referatem  czy  raczej  prezentacją...  ale  możliwe, że 

będziecie się danym krajem zajmować przez cały rok. Więc wybierzcie taki, który naprawdę 

was interesuje. 

- Ale tylko na A albo B? - upewnił się chłopak z przedostatniej ławki. 

- A jak się nazywasz? - uśmiechnęła się Marta Mądra. - Paweł Andrzejak? Czy Marek 

Bonikowski? 

- Krzysztof Więcek - powiedział chłopak, rozpromieniony, wywołując salwę śmiechu. 

Po raz pierwszy nasza klasa robiła coś razem. Nabijała się z Więcka. Zrobiło mi się go 

nawet ciut żal. Przeczuwałam, że jeszcze nieraz będziemy się z niego śmiali. 

Marta  Mądra  roześmiała  się  razem  z  nami,  ale  po  sekundzie  przypomniała  sobie 

chyba, że jest nauczycielką. Opanowała się, spoważniała i zaczęła mu spokojnie tłumaczyć, 

że na B to tylko ci, którzy są w pierwszej czwórce, a on na U albo W. Nagle jednak odezwał 

się następny chłopak. 

- A jak ja mam nazwisko na M, to z kim jestem w grupie? Z panią? 

Marta Mądra westchnęła głęboko. Chyba nie spodziewała się, że już pierwsze zadanie 

background image

w jej życiu wychowawczyni będzie takie trudne. 

- W  takim  razie,  żeby  uniknąć  wątpliwości,  podzielimy  was  od  razu  -  postanowiła.  - 

Pierwszą czwórkę już znamy, druga to Anna Czarnecka, Michał Czerski... 

Czekałam spokojnie. Z moim  nazwiskiem na Z miałam jeszcze sporo czasu. Pewnie 

będę na liście ostatnia... 

- A  w  ostatniej  grupie  będą  tylko  trzy  osoby  -  powiedziała  Marta  Mądra  ze 

zdziwieniem. - Zuzia Zawadzka... Zuzia, pokaż się! 

Z  miejsca  przy  oknie  wstała  nieduża  ciemnowłosa  dziewczyna.  Miała  okrągłe 

policzki, okrągłe oczy i cała była taka jakaś okrągła. Nie gruba, ale okrąglutka. Jak piłeczka. 

Nawet jej włosy, sięgające do połowy szyi i podkręcone w stronę policzków, też układały się 

w kolisty kształt. Wyglądała bardzo miło. Chciałam jej pomachać, ale przecież nie wiedziała 

jeszcze, że to ja będę jej partnerką do referatu. 

- Druga osoba to Katarzyna  Żabniak - nasza wychowawczyni powiodła wzrokiem po 

klasie. 

Wstałam, poprawiając okulary i rumieniąc się na wspomnienie tego, jak wzięłam ją za 

swoją rówieśnicę, a ona znów puściła do mnie oko. Chyba ta sytuacja rozbawiła ją, zamiast 

zezłościć. Miałam szczęście. 

- No a trzecia będzie Julia Ździebełko! - odczytała Marta Mądra. 

A więc na liście jest ktoś za mną! Nie jestem ostatnia! Hurra! Ale przecież Ż jest w 

alfabecie  za  Ź.  Dlaczego  więc  na  liście  w  dzienniku  jest  odwrotnie?  Czyżby  w  tej  szkole 

obowiązywał inny alfabet niż w całym kraju? 

Po  klasie  przeszedł  pomruk.  Wszyscy  śmiali  się  z  nazwiska  „Ździebełko”.  I  to  w 

dodatku  Julia...  Z  ławki  przy  szafie  podniosła  się  blondynka  z  włosami  prawie  do  pasa, 

bardzo szczupła, z błękitnymi oczami. Ubrana cała na biało. Brakowało jej tylko wianka na 

głowie. No tak, Julia, jak u Szekspira. Wyglądała faktycznie jak z książki.  Tylko  nazwisko 

jakoś nie pasowało do całości. W dodatku była wysoka, nie żadne tam ździebełko. Szczupła, 

ale wysoka, nawet bardzo. Cóż, pewnie nie będzie z niej przy tym referacie dużego pożytku. 

Będzie patrzeć w okno i gadać wierszem. Nie wyglądała zwyczajnie, ta jej biała szata sięgała 

do  ziemi,  teczkę  na  zeszyty  też  miała  białą,  haftowaną  w  jakieś  kwiatki...  -  No  to  mamy 

wszystkie  grupy  -  uśmiechnęła  się  Marta  Mądra  i  z  wyraźną  ulgą  zatrzasnęła  dziennik.  -  A 

teraz chodźmy na apel, pan dyrektor pewnie już czeka... 

background image

ROZDZIAŁ 3 

JAK ISADORA 

No i tym sposobem znalazłyśmy się w domu Zuzi. Sama to zaproponowała, zaraz po 

apelu. 

- Mieszkam  po  drugiej  stronie  ulicy,  minutę  od  szkoły  -  powiedziała.  -  Nie  ma  dziś 

lekcji, może posiedzimy przy herbacie i pomyślimy, co zrobić z tym referatem? 

Usiadłyśmy  więc  nad  wielkimi  żółtymi  kubkami  pełnymi  pachnącej  truskawkowej 

herbaty  w  jej  malutkim,  urządzonym  sosnowymi  meblami  pokoju.  Na  ścianach  wisiało 

mnóstwo  zdjęć,  nawet  do  lampy  spinaczami  przypięte  były  czarno  -  białe  fotografie.  Mia-

łyśmy rozmawiać o referacie, ale jakoś nam się do tego nie spieszyło. 

- Co  sobie  pomyślałyście,  jak  zobaczyłyście,  że  jesteście  ze  mną  w  jednej  grupie?  - 

zapytała Julka. 

Żadna  z  nas  nie  odpowiedziała.  Bo  co  miałyśmy  powiedzieć?  Pewnie  Zuzia  miała 

takie  skojarzenia  jak  ja.  Że  Szekspir,  wiersze,  oderwanie  od  świata.  Jak  można  coś  takiego 

powiedzieć komuś w oczy? Jak można powiedzieć, że się myśli, że nie będzie z niej pożytku 

przy pisaniu referatu i że w ogóle jest jakaś dziwna? 

- Może napiszemy,  co sobie pomyślałyśmy?  -  zaproponowała  Zuzia.  - O tych dwóch 

pozostałych. Teraz, póki jeszcze nic nie wiemy. Całkowita szczerość... 

- A do tego portret siebie samej - podsunęłam. - Żeby się jakoś przedstawić. Co wy na 

to? 

Okazało  się,  że  wszystkie  wolimy  pisać  niż  mówić.  Więc  napisałyśmy.  Referat 

poszedł w niepamięć, miałyśmy ciekawsze zajęcie. 

- Nie przeczytam tego na głos - powiedziała Zuzka, gdy skończyła pisać. - To głupie... 

I pewnie się na mnie obrazicie. 

- Ja też nie przeczytam - poparłam ją natychmiast, zerkając na kartkę. - Może każda z 

nas przeczyta sobie sama, po cichu, co napisały dwie pozostałe? 

- Nie  wygłupiajcie  się  -  powiedziała  Julka  zadziwiająco  stanowczym  tonem.  Nie 

spodziewałam się tego po niej. - W końcu to tylko nasze pierwsze wrażenia, warto wiedzieć, 

jak nas widzą ludzie, prawda? Ja chętnie się dowiem... No, kto czyta pierwszy? 

- Ciągnijmy  zapałki!  -  zaproponowała  Zuzia.  Ale  oczywiście  nie  mogła  znaleźć  w 

całym  domu  najmniejszego choćby pudełka z zapałkami.  Ciągnęłyśmy więc długopisy. Kto 

wyciągnie czarny, czyta pierwszy. Wypadło na Zuzię. 

background image

Wzięła  głęboki  oddech,  spuściła  wzrok  i  zaczęła  czytać  tak  cicho,  że  niemal  jej  nie 

słyszałyśmy: 

JULKA  wygląda,  jakby  unosiła  się  dwa  centymetry  nad  ziemią.  Taka  anielica  ze 

skrzydłami schowanymi pod sukienką. Śliczna. Ciągle zamyślona, patrzy przed siebie,  jakby 

wkoło  niej nikogo nie było.  Pewnie mieszka w starej  willi ze skrzypiącą podłogą  i  duchami 

unoszącymi się pod sufitem. Chyba jej rodzicom nie powodzi się zbyt dobrze, nawet buty ma 

takie dziwne, i torbę na zeszyty. Ani jednej markowej rzeczy. Wszystko wygląda, jakby sama 

sobie szyła, nawet te buty! Pewnie jej mama dorabia  wieczorami,  skręcając długopisy albo 

haftując  poduszki.  Jest  taka  szczupła,  zazdroszczę  jej...  Aż  trochę  za  szczupła.  Może  ma 

anoreksję? Albo nic nie je z biedy? Jej rodziców nie stać nawet na bułki z masłem? Nie, to 

chyba  niemożliwe...  Chciałabym  się  przyjaźnić  z  taką  dziewczyną,  widać  od  razu,  że  jest 

niezwykła. 

KAŚKA wygląda na kujonkę. Te okularki, włosy grzecznie związane w kucyk no i to, że 

przyszła do klasy razem z nauczycielką i usiadła w pierwszej ławce... Na pewno będzie miała 

same  piątki.  Wygląda  jednak  na  życzliwą,  może  pomoże,  jak  wpadnę  w  kłopoty  z  geografii 

albo  z  historii?  Właściwie  nie  wiem,  jakie  ma  pasje,  nic  po  niej  nie  widać.  Taki  typ,  który 

spędza  wieczory  z  książką,  nie  interesują  go  imprezy,  nie  wyjdzie  na  rower  ani  niepogoda 

dłużej przez telefon Pewnie jej rodzice pracują na uniwerku, zakopani w książkach po uszy. 

Obydwoje mają doktoraty... 

JA  czyli  ZUZA...  Cóż,  spójrzmy  prawdzie  w  oczy:  jestem  najmniej  udana  z  naszej 

trójki. Stanowczo za niska i stanowczo za gruba. Ale pracuję nad sobą! W przeciwieństwie do 

Julki nie jestem artystką. Niestety, nie odziedziczyłam talentu po tacie. W przeciwieństwie do 

Kaśki  nie  jestem  też  kujonem.  Co  to  to  nie!  I  mam  nadzieję,  że  nie  wyglądam  na  córkę 

nauczycielki.  I  że  mama  nie  będzie  uczyła  w  naszej  klasie.  Obiecała,  że  nie  będzie.  Bo  to 

największy  obciach  świata.  Uczyła  przez  rok  w  mojej  podstawówce,  więc  wiem,  co  mówię. 

Mam nadzieję, że nie będziecie miały okazji się przekonać, jaki to koszmar Oczywiście jestem 

dobra z chemii i fizyki, mama nie darowałaby mi, gdybym nie była. Chociaż mama twierdzi, 

że za mało przykładam się do nauki Może ma rację? A może po prostu nie jestem taka zdolna, 

jak ona sobie wyobraża? Tak naprawdę moją pasją nie jest jednak ani chemia, ani fizyka, ale 

fotografia. Nie rozstaję się z aparatem. Mama mówi, że to nie jest prawdziwy zawód, ale ja jej 

udowodnię, że się myli! 

Kiedy nam to czytała, była cała czerwona. Nawet bardziej niż ja, kiedy okazało się, że 

wzięłam Martę Mądrą za koleżankę z klasy. Nic dziwnego, w końcu Julka mogła się obrazić o 

to,  co  usłyszała  o  swojej  rodzinie.  Zwłaszcza  jeśli  faktycznie  jest  bardzo  biedna.  A  pewnie 

background image

jest, też to zauważyłam... 

Zrobiło  mi  się  trochę  przykro,  kiedy  Zuzia  przeczytała,  że  wyglądam  na  kujona. 

Ciekawe,  czy  Julka  też  tak  myśli?  Chciałam  im  wyjaśnić,  że  wcale  nie  przyszłam  

nauczycielką  do  klasy  dlatego,  że  chciałam,  tylko  dlatego,  że  tak  głupio  wyszło...  I  że 

usiadłam  w  pierwszej  ławce,  bo  wskazała  mi  ją  Marta  Mądra...  Chciałam  im  wszystko 

wytłumaczyć.  I  powiedzieć,  że  dom,  który  opisała  Zuzka  jako  dom  Julki,  ze  skrzypiącą 

podłogą i duchami buszującymi po poddaszu, to mój dom! Wypisz, wymaluj! Ale jakoś się 

nie  odezwałam.  To  znaczy  nie  na  ten  temat.  Bo  musiałam  przecież  przeczytać  to,  co 

napisałam,  losowanie  długopisów  wskazało,  że  moja  kolej.  Wiedziałam  już,  że  w  paru 

sprawach się pomyliłam, na przykład co do Zuzi. Ale nie mogłam już nic poprawić. Zaczęłam 

więc czytać: 

ZUZIA  robi  strasznie  sympatyczne  wrażenie.  Wydaje  się  ruchliwa  jak  piłeczka 

tenisowa.  Wszędzie  jej  pełno,  nie  chodzi  normalnie,  tylko  skacze  jak  pchełka.  Szybka, 

energiczna... Widać, że niczym się nie przejmuje, nie martwi się nawet tym, że ma trochę za 

dużo  centymetrów  w  biodrach,  totalny  luzak,  po  prostu  cieszy  się  życiem.  Zazdroszczę  jej! 

Właściwie nie umiem sobie wyobrazić, jaka jest, czym się interesuje. Ale chcę ją poznać. Bo 

wygląda na fajną i już. Ma takie roześmiane oczy... 

JULKA  to  na  pewno  poetka.  Raczej  nie  pomoże  nam  z  matmy  ani  z  fizyki,  ale  na 

pewno wniesie odrobinę magii w życie klasy. Pewnie ucieknie niebawem ze szkoły z pięknym 

latynoskim  narzeczonym.  Takie  dziewczyny  nie  są  stworzone  do  siedzenia  w  ławce  i 

obliczania słupków. Myślę, że mama Julki jest malarką albo projektantką mody, a tata poetą. 

Mogę sobie z łatwością wyobrazić tę rodzinę. Julka ma też pewnie długowłosego brata, który 

studiuje malarstwo we Florencji. A może sama też maluje obrazy, zamiast pisać wiersze? 

JA, to znaczy ŻABA, bo wolę być Żabą niż Kaśką... cóż, najtrudniej pisać o sobie. Dziś 

przez tę nową szkołę czuję się beznadziejnie i jestem mało zabawna, ale chyba na co dzień nie 

jest aż tak źle. Mam nadzieję, że się polubimy, wszystkie trzy... Chciałabym mieć w tej szkole 

kogoś,  z  kim  można  pogadać  od  serca.  Teraz  jednak  czuję  się  strasznie  głupio  i  nie  mam 

chyba na swój temat nic do powiedzenia. Czuję się taka nudna i mało ciekawa w porównaniu 

z wami. Co mam o sobie powiedzieć? Moją wielką pasją jest sport, konkretnie lekkoatletyka, 

to najważniejsza wiadomość na mój temat. Poza tym będę codziennie dojeżdżać do tej szkoły 

prawie dwadzieścia kilometrów. Tata mówi, że mogłabym biegać, trenując do maratonu... Ale 

mnie dziś nie śmieszą jego żarty. Strasznie się boję, jak będzie... 

Spuściłam  głowę.  Nie  brzmiało  to  zachęcająco,  wiem.  Właściwie  w  ogóle  nie 

powiedziałam, jaka jestem. Na pewno uznały mnie za idiotkę. I jeszcze przywaliłam Zuzi z 

background image

tymi centymetrami w biodrach, a przecież z tego, co napisała o sobie, widać od razu, że ma na 

tym punkcie kompleksy... I nie tylko na tym. No, ale cóż, przepadło. Teraz kolej Julki. Bardzo 

byłam ciekawa, jak opisała nas i siebie. I ja, i Zuzia uznałyśmy ją za artystkę. Jeśli się okaże, 

że jest zapaloną matematyczką, to chyba spadnę z krzesła! 

Julka  podniosła  się  z  fotela  jak  prawdziwa  poetka  na  jakimś  wieczorze  autorskim  i 

powoli wyciągnęła przed siebie dłoń z zeszycikiem w okładce w kwiatki. 

- Pisałaś w zeszycie? - zainteresowała się Zuzia. 

- To  nie  zwykły  zeszyt.  To  mój  Tobiaszek  -  powiedziała  Julka,  nie  wyjaśniając  nam 

zbyt wiele. I zaczęła czytać: 

KATARZYNA  niewątpliwie  tańczy  w  balecie  albo  w  zespole  tańca  nowoczesnego. 

Widać to po jej nogach. Wyrobione mięśnie, łydki jak z reklamy butów sportowych, doskonale 

wyrzeźbione. Nogi tancerki, niewątpliwie! No i weszła do klasy tak, jakby przyniósł ją pod-

much  wiatru.  Całości  dopełniła  bluzka  bez  rękawów  i  niedbale  związane  gumką  włosy.  Od 

razu  widać,  że  Katarzyna  nie  przejmuje  się  ani  modą,  ani  tym,  co  myślą  ludzie.  Jest 

prawdziwą artystką. Taniec to jedyny sens i cel jej życia... 

A ja tańczę, tańczę, 

trzymam w dłoniach pomarańcze. 

Ich zapach odurza widownię, 

tańczę jak Duncan, cudownie. 

Nad sceną płynę jak mgiełka, 

upaja mnie ta piosenka. 

Krok każdy to dla mnie natchnienie, 

taniec to moje spełnienie. 

ZUZANNA  to  osoba  zdyscyplinowana,  obowiązkowa,  dokładna.  Odda  się  z  radością 

studiom, spędzając dni i noce wśród książek, pewnie będzie robić doktorat, a potem pracować 

na  uczelni  Najchętniej  wiodłaby  spokojny  żywot  w  bibliotece,  u  boku  takiego  jak  ona  mola 

książkowego. 

Wśród regałów zakurzeni 

on i ona zadurzeni 

w sobie wzajem i w literaturze, 

kochankowie umysłów, koledzy po piórze. 

Ich żywioł to nauka, 

ich pożywieniem sztuka. 

Wpatrzeni w siebie i w tomy opasłe, 

background image

z sobą i z książkami zostaną na zawsze. 

JULIA nazwisko pominę milczeniem, 

choć widać ono mym jest przeznaczeniem. 

Wolałabym inne miano nosić, powagą tchnące, 

nazwisko jak serca bicie upojne i gorące. 

Poetką jestem, zgadłyście już z pewnością, 

mój los z literaturą złączony miłością. 

Pisanie mą pasją, mym wielkim szaleństwem, 

nauka, dom, praca zaś - losu przekleństwem. 

Rety!  Zatkało  nas  z  wrażenia:  i  mnie,  i  Zuzię!  Dobrze  odgadłam,  Marta  Mądra 

połączyła  nas  tym  referatem  z  prawdziwą  poetką!  I  to  jaką!  Poetką,  która  na  poczekaniu 

napisała  trzy  wiersze.  Po  raz  pierwszy  ktoś  napisał  o  mnie  wiersz.  Jejku!  Jak  to  było? 

„Tańczę, jak te pomarańcze”? Nie, jakoś inaczej! Muszę to sobie zapisać! W dodatku mówiła 

o  mnie  „Katarzyna”,  a  nie  „Kaśka”  ani  „Żaba”.  Nawet  mi  się  to  podobało,  brzmiało 

artystycznie i jakoś tak dorosło. Nikt jeszcze tak o mnie nie mówił. 

- Aleja, niestety, nie tańczę - westchnęłam, rozwiewając złudzenia Julki. - W ogóle nie 

mam w sobie nic z artystki. Łydki mam umięśnione od moich ukochanych biegów, a do klasy 

weszłam dziwnym krokiem, bo się spóźniłam i Marta Mądra mnie popchnęła przed siebie, a 

ja  chciałam  wyglądać  tak,  jakby  w  ogóle  mnie  nie  było.  Chciałam  się  schować...  i  pewnie 

drobiłam w miejscu jakieś idiotyczne kroczki, i tak to wyszło. Przypadkiem. 

- Niemożliwe  -  Julka  pokręciła  głową,  zupełnie  jakbym  usiłowała  z  premedytacją 

zrobić ją w konia, i odgarnęła z oczu długie jasne włosy. - Masz w sobie mnóstwo z artystki! 

Musisz zacząć tańczyć, jesteś do tego stworzona. Od razu zobaczyłam w tobie współczesną 

Isadorę Duncan. Świat czeka na kogoś takiego jak ty! 

Jak  ona  mówiła!  Nigdy  nie  znałam  nikogo  takiego!  Wstydziłam  się  jej przyznać,  że 

nie  mam  pojęcia,  kim  była  Isadora  Duncan.  Postanowiłam,  że  sprawdzę  to  w  encyklopedii 

natychmiast po powrocie do domu. 

- A kto to jest ta cała Duncan? - zapytała Zuzia. Na szczęście nie miała takich oporów 

jak ja. 

Julka wyglądała przez chwilę, jakby miała ochotę wyjść. Pewnie byłyśmy dla niej za 

głupie, za proste... Nie pisałyśmy wierszy, nie tańczyłyśmy w balecie, nie znałyśmy nazwiska, 

które najwidoczniej powinnyśmy znać... Beznadziejne koleżanki! 

Szybko  się  jednak  opanowała  i  zaczęła  nam  tłumaczyć,  zupełnie  jakby  odczytywała 

fragment z encyklopedii, bez jednego zająknięcia: 

background image

- Tancerka  amerykańska,  żyła  na  przełomie  XIX  i  XX  wieku.  Stworzyła  tak  zwany 

taniec  wyzwolony,  nową  szkołę  choreografii.  To  była  prawdziwa  rewolucja.  Nikt  przedtem 

nie  tańczył  tak  jak  ona.  Boso,  z  pasją,  w  powiewnej  tunice.  Do  muzyki  współczesnej  i  do 

Chopina...  Wielka  indywidualność!  Żona  poety  rosyjskiego,  Siergieja  Jesienina.  Cudowna! 

Zginęła  tragicznie,  zadusiła  się  własnym  powiewnym  szalem,  który  zaplątał  się  w  koło  jej 

samochodu. Taka wspaniała, romantyczna śmierć... 

Mogłabym jej słuchać godzinami. Nigdy nikt w moim wieku nie mówił przy mnie w 

taki sposób. Nie w moim wieku zresztą też nie. Nawet babcia tak nie mówi... Julka mogłaby 

prowadzić  wykłady,  jest  chyba  taki  kierunek  studiów:  wiedza  o  kulturze.  Ten  jej  język, 

szokujący  po  prostu.  „Nowa  szkoła  choreografii”!  ,.W  powiewnej  tunice”!  Czad  po  prostu! 

Jak o mnie mówiła, to znaczy czytała, to było tak samo. „Niewątpliwie”, „całości dopełniła”... 

Każde zdanie było jak wiersz. 

- Mogę skorzystać z łazienki? - zapytałam, czując, że przez chwilę muszę zostać sama. 

Zuzia pokazała mi drzwi  z szybką na końcu przedpokoju. Otworzyłam je, zapaliłam 

światło i popatrzyłam głęboko w oczy mojego odbicia w lustrze. Chciałam zobaczyć tam to, 

co zobaczyła we mnie Julka. Chciałam choć przez sekundę poczuć, że jestem niezwykła. Jak 

Isadora. 

background image

ROZDZIAŁ 4 

A MOŻE ZŁOTORYJA? 

Wypiłyśmy  kolejne  dwie  albo  trzy  herbaty,  rycząc  ze  śmiechu,  gdy  opowiadałam  o 

tym, jak wzięłam naszą wychowawczynię za koleżankę z klasy. I gdy zastanawiałyśmy się, 

dlaczego  Julka  jest  na  liście  za  mną,  a  nie  przede  mną.  Sprawdziłyśmy  nawet  w  słowniku, 

żeby  się  upewnić:  w  alfabecie  jest  Z,  Ź,  Ż,  a  nie  Z,  Ż,  Ż.  A  więc  Żabniak  powinno  być  w 

dzienniku po Ździebełko. Ale ktoś najwyraźniej tego nie wiedział. 

- Może Marta Mądra wcale nie jest taka mądra? - śmiała się Zuzia do rozpuku. 

- Na pewno nie uczy polskiego - przytakiwałyśmy jej z Julką, która nagle zrobiła się 

odrobinę mniej poetycka. Zwłaszcza gdy na stole pojawiła się szarlotka. 

- Mama  upiekła  dziś  rano.  Kurczę,  zupełnie  o  niej  zapomniałam!  -  Zuzia  wyjęła  z 

lodówki tortownicę z pachnącym rumianym ciastem. 

Julka od razu nałożyła sobie dwa kawałki. Może naprawdę jest tak biedna, że nie ma 

co  jeść?  Mogłybyśmy  jej  jakoś  pomóc,  tylko  jak  to  zaproponować,  żeby  jej  nie  urazić? 

Postanowiłam poczekać, aż poznamy się trochę lepiej. Była teraz taka roześmiana i beztroska, 

nie chciałam przypominać jej o rodzinnych kłopotach. Sama przecież wiem, jak to jest, kiedy 

rodzicom nie starcza do pierwszego. Na chleb, co prawda, nigdy nam nie zabrakło, ale telefon 

wyłączyli nam dwa razy z powodu niezapłaconych rachunków. Nic zabawnego... 

- Może zajmiemy się tym referatem? - westchnęłam, wyjadając okruszki z talerzyka. - 

W końcu po to tu siedzimy. Trzeba by wybrać jakiś kraj... 

- Gniecie  cię  poczucie  obowiązku?  -  roześmiała  się  Zuzia.  -  No  to  wybierzmy,  tylko 

jaki? Znacie jakiś kraj na Z w Europie? Albo choćby w Ameryce? 

- Bez sensu ta litera - przyznałam. - Chyba mamy do wyboru tylko Afrykę... Zambia, 

Zimbabwe... 

- Przeczuwałam  od  dawna,  że  nazwisko  Ździebełko  ześle  na  mnie  nieszczęście  - 

szepnęła  Julka.  -  Najgłupsze  nazwisko  świata.  Imię  w  porządku,  pasuje  do  poetki,  ale  to 

Ździebełko...  Co  za  zestawienie!  Równie  dobrze  mogłabym  się  nazywać  Samanta  Obora. 

Albo Dulcynea Kurnik. 

- Albo Eliza Violetta Katar - podsunęła Zuzia. 

- Albo Hermenegilda Grzyb - dołączyłam się do wymyślania głupkowatych połączeń. 

- Rozalia Bzdurka. Beatrycze Zsyp. Adrianna Wołek. 

- Zefiryna!  -  przypomniała  sobie  Zuzia.  -  Widziałam  kiedyś  w  kalendarzyku  imię 

background image

Zefiryna! To dopiero masakra tak się nazywać! 

Sięgnęłam  do  torby  i  wyjęłam  kalendarzyk,  który  podarowała  mi  babcia.  Nigdy  z 

niego nie korzystałam, no ale teraz okazało się, że jednak może się przydać. Wprost roiło się 

tam od głupich imion. Następny kwadrans spędziłyśmy, wyszukując najdziwniejsze i dodając 

do  nich  niefortunne  nazwiska.  Kordula  Miska,  Scholastyka  Pawian,  Agrypina  Buc,  Donata 

Stodoła, Zenobia Wisielec, Tekla Jędrna, Klotylda Amant. 

- Wolałabym  już  być  Klotylda  niż  Zuzanną  -  powiedziała  nagle  Zuzia  całkiem 

poważnie. 

Nie wiedziałyśmy, co jej na to odpowiedzieć. 

- Nie mówisz serio, prawda? - upewniłam się. 

- Ależ  mówię...  Nasza  sąsiadka  z  trzeciego  piętra,  starsza  elegancka  pani,  wciąż 

powtarza, że miała kiedyś służącą Zuzannę. I że to typowe imię dla plebsu. 

No cóż, wiem coś o tym, że są na świecie ludzie, którzy potrafią obrzydzić wszystko. 

Zwłaszcza  starsze  panie  z  wyższych  sfer.  Moja  babcia  też  nieźle  sobie  z  tym  radzi. 

Obrzydziła mi nawet na pól roku moje ukochane dżinsy, porównując je co rano do kalesonów 

koniuszego z jej rodzinnego majątku. 

- Olej  sąsiadkę!  -  powiedziałyśmy  z  Julką,  jak  na  trzy  cztery.  A  potem  Julka  dodała 

tym swoim rozmarzonym głosem: 

- Imię  Zuzanna  jest  niezwykle  poetyckie,  mogłoby  być  natchnieniem  dla  niejednego 

wieszcza.  Pochodzi  zresztą  z  Biblii,  oznacza,  jeśli  się  nie  mylę,  niewinność,  symbolem 

Zuzanny  jest  biała  lilia...  No  i  to  takie  międzynarodowe  imię,  Susana:  Susan...  Jest  znane 

chyba  na  każdym  kontynencie.  I  tyle  jest  pięknych  piosenek  o  Zuzannach.  Na  przykład 

Leonarda Cohena. Czysta poezja! 

- Co ty? - Zuzia chyba nie zamierzała jej tak od razu uwierzyć. - Ja czuję się przez to 

imię taka beznadziejnie zwyczajna. Zuzka Zawadzka. Naprawdę brzmi, jakbym była służącą. 

- Wolimy Zuźkę niż Klotyldę - oświadczyłam. 

- Definitywnie  -  potwierdziła  Julka,  znowu  wprawiając  nas  w  zdumienie.  Co  to  za 

słowo? Nawet moja babcia go nie używa. Przynajmniej nie w normalnych rozmowach! 

- Ty pewnie lubisz swoje imię i nazwisko, prawda? - spojrzała na mnie Zuzia uważnie. 

- Lubię? - zastanowiłam się głośno. - Chyba lubię, tak... przyzwyczaiłam się już. Ale 

w  przedszkolu  połowa  dziewczynek  w  mojej  grupie  miała  na  imię  Kasia.  Pani  nas 

numerowała,  żebyśmy  się  jej  nie  myliły.  W  podstawówce  też  było  siedem  Kasiek  w  mojej 

klasie.  Żadna  radość...  Zresztą  najczęściej  wołano  na  mnie  Żaba,  zaczęło  się  już  w 

przedszkolu. Teraz już to lubię, a nawet jestem trochę dumna z tego przezwiska... Chociaż w 

background image

przedszkolu  wiele  razy  przez  nie  płakałam.  Pewien  chłopiec  mówił  na  mnie  Ropucha.  Z 

początku  nie  wiedziałam,  co  to  znaczy,  ale  potem  mama  pokazała  mi  ropuchę  na  spacerze. 

Była  taka  duża  i  brzydka,  i  strasznie  się  jej  bałam...  A  później,  jak  byłam  na  wczasach  z 

babcią, wieczorem żaby rechotały ze wszystkich stron i wydawało mi się, że to zaczarowany 

królewicz  z  bajki  woła  o  pomoc...  Że  czarownica  zaklęła  go  w  żabę...  I  bałam  się  jeszcze 

bardziej, że zaczaruje i mnie z powodu tego nazwiska... 

Nigdy  nikomu  nie  opowiadałam  o  tamtych  przeżyciach  z  dzieciństwa.  Nawet  Aśce, 

mojej  jedynej  prawdziwej  przyjaciółce.  Ani  Michałowi,  mojej  wielkiej  pierwszej  miłości... 

Nieszczęśliwej i beznadziejnej. Z Julką i Zuzią było jednak inaczej. Czułam się tak, jakbyśmy 

znały się od lat, chociaż naprawdę jeszcze niewiele o sobie wiedziałyśmy. Może zbliżyło nas 

to, że żadna z nas nie była zachwycona swoim imieniem i nazwiskiem? Niby w porównaniu z 

tymi  z  kalendarzyka  nie  były  takie  złe...  Właściwie  były  całkiem  normalne...  Ale  nie 

czułyśmy  się  z  nimi  najlepiej.  Zwłaszcza  w  obliczu  tego  referatu  i  litery  Z...  Co  jednak 

mogłyśmy na to poradzić? 

- Może  poprosimy  Martę  Mądrą,  żeby  nam  pozwoliła  zmienić  literę?  - 

zaproponowałam. - Przecież na Z nie znajdziemy nic sensownego. A tym bardziej na Ż czy Ż. 

Przecież żadna z nas nie była w Zimbabwe. 

- Może  chociaż  na  W?  -  Zuzi  spodobał  się  mój  pomysł.  -  To  tylko  jedna  litera  do 

przodu,  a  ile  jest  krajów  do  wyboru.  Byłam  na  koloniach  we  Włoszech,  mogłabym  o  nich 

napisać tysiąc referatów! 

- A ja byłam z rodzicami na Węgrzech - przypomniałam sobie. - Mogłabym napisać... 

tysiąc to nie, ale ze trzy referaty na pewno. O Balatonie i wodach leczniczych, i o mostach w 

Budapeszcie... 

Julka  nie  odezwała  się  ani  słowem.  Najwyraźniej  nie  była  nigdy  w  żadnym  kraju  na 

W. Może w ogóle nigdy nie była za granicą? Ani nawet na wakacjach w Polsce? Pewnie jej 

rodziców nie stać na to,  żeby ją wysłać na wakacje. W końcu to żaden wstyd, moich też w 

zeszłym roku nie było stać, przesiedziałam całe lato w domu. No, ale jeśli Julka nie chciała o 

tym mówić, to nie zamierzałam jej zmuszać. 

- A  może  byśmy  poprosiły  Mądrą,  żeby  nam  zamieniła  kraj  na  miasto?  -  podsunęła 

Julka.  -  Jest  tyle  miast  na  Z...  Zagrzeb  na  przykład...  Złote  Piaski...  A  w  Polsce  Zamość, 

Zielona Góra, Zabrze albo Złotoryja. 

Skąd ona wytrzasnęła tę Złotoryję? Nigdy nie słyszałam o takim mieście! No ale i tak 

wolałabym Złotoryję niż Zambię albo Zimbabwe. Mogłybyśmy nawet pojechać na weekend 

do tej Złotoryi. 

background image

- Tam  są  co roku mistrzostwa Polski, a może i  Europy  w poławianiu  złota w rzece  - 

opowiadała  Julka.  -  Widziałam  w  telewizji.  Wszyscy  siedzą  po  pas  w  wodzie  z  takimi 

wielkimi sitkami jak do mycia warzyw... 

No  tak,  o  tym  można  by  napisać!  Pojechać  na  te  mistrzostwa,  zrobić  zdjęcia  albo 

wziąć nawet udział w zawodach. 

- To mógłby być świetny fotoreportaż! - Zuzia najwyraźniej pomyślała o tym samym. 

- Najlepszy referat w klasie! Już to widzę! 

Rozpromienione  wyobrażałyśmy  sobie  przez  moment  nasz  sukces.  Wszyscy  podają 

suche fakty z encyklopedii, a my prezentujemy porywający reportaż o tym, jak wygrałyśmy 

mistrzostwa poławiaczy złota! To byłoby coś! 

Z  marzeń  wyrwał  nas  dzwonek  telefonu.  Zanim  Zuzia  dobiegła  na  drugi  koniec 

mieszkania i podniosła słuchawkę, włączyła się automatyczna sekretarka. 

„Proszę  zostawić  wiadomość”,  powiedział  mężczyzna  zabawnym  głosem, 

najwyraźniej  parodiując  Bogusława  Lindę.  Pewnie  to  tata  Zuzi...  Nie  zdążyłam  jednak  o 

niego zapytać. Rozległ się sygnał, a potem usłyszałyśmy: „Dzień dobry, pani Wando, mówi 

Edwin Rożen”. 

- Dyrektor szkoły! - szepnęła Zuzia. 

Słuchałyśmy dalej, chociaż chyba nie powinnyśmy. 

„Mam już potwierdzenie z biura podróży”, mówił dyrektor, bardzo radosny. „Tak jak 

prosiliśmy,  zasponsorują  wyjazd  zagraniczny  w  nagrodę  za  najlepszy  zestaw  referatów. 

Proponuję jednak na razie utrzymać to w tajemnicy. Większość wychowawców zgodziła się 

ze  mną,  że  uczniowie  nie  powinni  pracować  dla  nagrody...  To  ma  być  niespodzianka  dla 

dzieciaków,  które  wypadną  najlepiej.  Porozmawiamy  jutro,  proszę  tylko  zachować 

dyskrecję”. 

Ciągły  piszczący  sygnał  wypełniający  całe  mieszkanie  oznaczał  najwyraźniej,  że 

dyrektor  się  rozłączył.  Na  telefonie  zaczęła  migać  czerwona  lampka.  Informacja  dla  mamy 

Zuzi, że powinna odsłuchać wiadomość. 

- Jak on się nazywa? - prychnęła Julka. 

- Rożen  -  powiedziała  Zuzia.  -  Edwin  Rożen.  Nie  powiedział  tego  na  apelu,  nie 

przedstawił się? 

- Chyba nie - zastanowiłam się. - I ja mu się nawet nie dziwię... 

Nasze problemy z imionami i nazwiskami były niczym wobec Edwina Rożna! A może 

Rożena? 

- Czy ja dobrze słyszałam? - Zuzia, córka nauczycielki z naszej szkoły, znała to imię i 

background image

nazwisko nie od dziś, nie zrobiło więc na niej wrażenia. 

- O  tym  biurze  podróży?  -  nagle  i  ja  zrozumiałam,  że  w  podsłuchanej  przez  nas 

wiadomości  było  coś znacznie ważniejszego niż niezwykle imię i  nazwisko dyrektora.  -  Że 

będzie nagroda? 

- Wyjazd  zagraniczny!  -  zapiszczała  Julka  i  nagle  przestała  wyglądać  jak  anielska 

poetka. Była taką samą jak my szalenie przejętą trzynastolatką. - Wycieczka dla tych, którzy 

napiszą najlepszy referat! Nie, on nie powiedział „referat”, tylko „zestaw referatów”... 

- A więc to nie był pomysł Marty Mądrej - myślała na głos  Zuzia. - Wszystkie klasy 

piszą referaty! 

- A ci, którzy napiszą najlepszy, pojadą na wycieczkę - dokończyłam za nią. 

- Za granicę - dodała Julka, a na jej bladej twarzy pojawiły się po raz pierwszy lekkie 

rumieńce. 

- Ale żaden uczeń o tym nie wie - uświadomiła nam Zuzia. - Słyszałyście, to ma być 

niespodzianka... 

- Tylko że my wiemy - roześmiałam się. - Wiemy, całkiem przypadkiem... I już tego 

nie zmienimy. 

- Może  powinnyśmy  się  przyznać?  -  Zuzia  przygryzła  w  zamyśleniu  górną  wargę.  - 

Może to nieuczciwe? 

- Ale  co?  -  zdenerwowałam  się.  -  Co  jest  nieuczciwe?  Nie  dostałyśmy  żadnych 

dodatkowych  informacji  o  tym,  co  będzie  punktowane,  ani  żadnych  materiałów,  z  których 

mogłybyśmy skorzystać... Mamy najidiotyczniejsza literę na świecie! Będziemy pracować tak 

samo ciężko jak inni, tyle, że będziemy wiedziały, że warto się postarać. Ta wiedza to dla nas 

nagroda, zadośćuczynienie za literę Z... 

- I  tak  byśmy  się  starały  -  powiedziała  Zuzia.  -  Mama  zawsze  powtarza,  że 

najważniejsze to dobrze się pokazać na początku. Jeśli nauczyciele uwierzą, że jesteś pilna, 

potem możesz daleko zajechać na dobrej opinii. A ten referat to właśnie najlepsza szansa na 

wyrobienie sobie dobrej opinii. Musimy się więc starać bez względu na to, czy można wygrać 

wycieczkę, czy nie. 

- Czyli  Złotoryja  odpada  -  westchnęła  Julka.  -  I  wszystkie  inne  miasta  też.  Żadnych 

ułatwień. Musimy wybrać sobie jakiś kraj na Z. Z tych trzech czy czterech, które istnieją. 

Mądra  mówiła,  że  będziemy  się  tym  krajem  zajmować  przez  cały  rok...  - 

przypomniałam  sobie.  Pewnie  chodziło  właśnie  o  zestaw  referatów.  Będziemy  pisać  o  tym 

Zimbabwe co tydzień, aż do czerwca. Gdzie my znajdziemy tyle informacji?! 

background image

ROZDZIAŁ 5 

NA RATUNEK 

Gdy  usiadłyśmy  nad  encyklopedią,  by  poszukać  kraju  o  bogatej  historii  i  kulturze, 

który  zapewni  nam  opinię  wspaniałych,  pilnych  uczennic  i  pomoże  wygrać  wycieczkę, 

spojrzałam na zegarek. 

- Już  czwarta!  -  przeraziłam  się.  -  Tata  zaraz  wychodzi  z  pracy!  Miałam  się  z  nim 

zabrać do domu. Pewnie się denerwuje, nie wie, gdzie mnie szukać... 

- Zadzwoń do niego  -  zaproponowała  Zuzia. Podeszłam więc do telefonu,  na którym 

wciąż migała czerwona lampka, i zadzwoniłam. Nikt nie odbierał. Zdenerwowałam się. Może 

czeka na mnie pod szkołą? Może poszedł do sekretariatu, narobił mi obciachu... Albo zgłosił 

na policji moje zaginięcie? Babcia już raz zrobiła taki numer. Zostawiłam jej kartkę, że jestem 

u Aśki, ale wiatr zwiał kartkę ze stołu, no i babcia wpadła w panikę. Gdy wróciłam do domu, 

pod  furtką  stał  radiowóz.  Wolałabym  nie  zaczynać  mojej  kariery  w  gimnazjum  od  wizyty 

policji  w  szkole!  O  dobrej  opinii  mogłabym  wtedy  zapomnieć,  o  zagranicznej  wycieczce 

pewnie też... 

- Tato, kup sobie komórkę! I mi też! - jęknęłam, wybierając po raz kolejny numer jego 

biura. 

- Może jest w domu? - podsunęła Julka. 

- Może... - nie wydawało mi się to prawdopodobne, tata nigdy w życiu nie wyszedł z 

pracy przed szesnastą. No, ale i tak nie miałam innego pomysłu. Zadzwoniłam więc do domu. 

Natychmiast odezwała się babcia. Skąd ona się tam wzięła? Przecież rano była z tatą 

w samochodzie?! Czyżby wróciła autobusem? To do niej niepodobne. Babcia jako prawdziwa 

hrabianka nie znosi przecież komunikacji miejskiej... 

- Dziecko,  my  tu  włosy  rwiemy  z  rozpaczy!  Gdzie  ty  jesteś,  na  litość  boską?!  - 

zapytała, a ja po głosie poznałam, że jest na skraju histerii. 

- Jestem u koleżanki z klasy - wyjaśniłam. - A ty? Skąd się wzięłaś w domu? 

- Wróciliśmy  godzinę  temu,  i  ja,  i  twój  tata  -  tłumaczyła  mi  nerwowo.  -  Z  powodu 

burzy  wyłączyli  mu  w  pracy  prąd,  telefony  też  nie  działały,  więc  zdecydował  się  opuścić 

stanowisko pracy nieco wcześniej, choć sam uznał to za wysoce naganne. 

- Burzy?  -  spojrzałam  za  okno,  na  piękne  słońce  i  pierwsze  żółte  jesienne  liście, 

których nie poruszał najlżejszy nawet wiatr. 

- Kasieńko, dziecko, jak mogłaś nie zauważyć tej potwornej nawałnicy? - babcia miała 

background image

chyba przez moment wrażenie, że straciłam wzrok. 

- Tu nie było żadnej nawałnicy - wyjaśniłam, denerwując babcię jeszcze bardziej. 

- Dziecinko,  zaszło  koszmarne  nieporozumienie.  Ja  i  twój  ojciec  myśleliśmy,  że 

wróciłaś autobusem - tłumaczyła dalej. - Podjechaliśmy nawet pod szkołę, ale niestety była 

zamknięta na cztery spusty, nikogo  choć oko wykol.  A ty przecież zapomniałaś swetra, nie 

możesz tak wracać, zaziębisz się... 

A  więc  jednak!  Nie  myliłam  się!  Chcieli  narobić  mi  obciachu,  ale  na  szczęście  nie 

zdążyli. Nikogo już nie było w szkole. Uff... Moja rodzina jest jednak zdolna do wszystkiego! 

- Wrócę  autobusem,  pożyczę  sweter  od  koleżanki  -  powiedziałam,  żeby  skończyć  tę 

rozmowę i nie nabijać Zuzi rachunku. - Ale dopiero za godzinę albo dwie. Mamy sporo nauki. 

- Pierwszego dnia? - babcia była wyraźnie niezadowolona z moich odpowiedzi. 

- Piszemy referat. Opowiem wam wszystko przy kolacji. Pa! - odłożyłam słuchawkę, 

zanim babcia zdążyła zasypać mnie setką pytań: czy coś jadłam, piłam, czy nie jest mi zimno, 

czy mam pieniądze na bilet autobusowy... To był jej stały zestaw. 

- Ty też zadzwoń do domu - poradziłam Julce, ale ona wzruszyła ramionami. 

- U mnie w domu nikogo nie ma. Może wrócą o północy, może później. Nie będą się 

martwić. 

Zrobiło mi się jej żal. Nikt na nią nie czeka, nie denerwuje się, czy coś jadła i czy nie 

zmarzła... To już wolę moją nadopiekuńcza rodzinkę, gotową zaangażować w poszukiwanie 

mnie  całą  policję  z  naszego  województwa,  w  razie  gdybym  spóźniła  się  do  domu  o  pięć 

minut. I Komendę Główną, jeśli spóźnienie przekroczy godzinę. Rodzice Julki są zbyt zajęci, 

by  się  o  nią  martwić.  Wyobraźnia  podsunęła  mi  widok  ojca  zbierającego  złom  i  butelki,  a 

potem sprzedającego je w punkcie skupu. I matkę pracującą w jakiejś piwnicy... Nie umiałam 

sobie  wyobrazić,  co  by  miała  w  tej  piwnicy  robić,  ale  na  pewno  coś  strasznie  ciężkiego.  I 

marnie płatnego. Biedna Julką, nic dziwnego, że nie spieszy się do domu! 

- Szkoła  zamknięta,  a  twojej  mamy  nie  ma  w  domu  -  powiedziałam  do  Zuzi,  zanim 

zrozumiałam, że robię się nadopiekuńcza jak moja babcia. Zuzia jednak na szczęście wcale 

się nie zdenerwowała. 

- Mama poszła ze swoją klasą do pubu, wróci bardzo późno - wyjaśniła spokojnie. 

- Do  pubu?  -  myślałam,  że  się  przesłyszałam.  Przecież  jej  mama  pracuje  w  naszej 

szkole. Nawet jeśli  jest wychowawczynią trzeciej  klasy, to  jej uczniowie mają po piętnaście 

lat.  Piętnaście  i  pół.  Niektórzy  prawie  szesnaście.  Ale  i  tak  nie  wolno im  chodzić  do  pubu. 

Czyżby mama Zuzi była aż tak wywrotową nauczycielką, by łamać prawo i zabierać na piwo 

nieletnich? 

background image

- To  jej  była  klasa  -  roześmiała  się  Zuzia.  -  Mama  przed  reformą  uczyła  w  liceum, 

potem  przez  rok  w  podstawówce,  a  dopiero  potem  trafiła  tutaj.  Jest  w  pubie  z  klasą,  którą 

uczyła pięć czy sześć lat temu, w liceum właśnie. Od matury umawiają się zawsze pierwszego 

września. W kawiarni, w pubie, na lodach... Różnie. To taka tradycja. Opowiadają sobie, co u 

kogo słychać, kto studiuje, kto pracuje, kto się ożenił, komu się urodziło dziecko... 

Bardzo mi się spodobała ta tradycja. I od razu polubiłam mamę Zuzi, chociaż nigdy jej 

nie  widziałam.  Usiłowałam  sobie  przez  moment  wyobrazić  naszą  klasę  w  pubie  z  Martą 

Mądrą. Za pięć albo dziesięć lat. Ale jakoś mi nie wyszło. Właściwie nie pamiętałam żadnych 

twarzy, nawet twarzy naszej wychowawczyni... 

- To co z tą literą Z? - sprowadziła nas na ziemię Julka. - Znajdźmy jakiś fajny kraj. I 

wygrajmy tę wycieczkę. Bardzo bym chciała pojechać z wami za granicę. 

Przez  następną  godzinę  niestety  nie  posunęłyśmy  się  ani  trochę  do  przodu. 

Przewertowałyśmy encyklopedię trzy razy, ale do wyboru wciąż były tylko kraje, o których 

żadna z nas nie miała pojęcia. Do Zambii i Zimbabwe doszedł jeszcze Zair. Wszystkie trzy w 

czarnej Afryce. 

- Może obejrzymy mapę? - podsunęłam. - Może coś przegapiłyśmy? Jakiś miły, mały 

europejski kraj. Z pięknymi krajobrazami, bogatą historią, wspaniałymi mieszkańcami. 

- I  najlepiej,  żeby  graniczył  z  Polską  i  żebyśmy  mogły  tam  pojechać  na  weekend  i 

zrobić zdjęcia, tak? - roześmiała się Zuzia. - Marzycielko, taki kraj nie istnieje! Ale przyniosę 

ci globus, żeby nie było, że jestem nieżyczliwa. 

Wyszła  z  pokoju  i  w  tym  samym  momencie...  W  pierwszej  chwili  myślałyśmy,  że 

zgasło światło. Ale przecież nie włączałyśmy lampy, było jeszcze zupełnie jasno. To znaczy: 

było pięć minut temu. Bo nagle za oknem zrobiło  się ciemno jak w nocy, a całym blokiem 

wstrząsnął potężny huk. W drzwiach pokoju Zuzi zadrżała szyba. 

- Nawałnica  -  westchnęłam,  przypominając  sobie  słowa  babci.  A  więc  doszła  i  tutaj. 

Chyba szybko nie wrócę do domu... 

- Nawałnica  -  powtórzyła  jak  echo  Julka,  otworzyła  swój  zeszycik  w  okładce  w 

kwiatki  i  zaczęła  coś  szybko  notować.  Nie  ośmieliłam  się  zapytać,  co.  Ona  tak  jakoś 

śmiesznie  ten  zeszycik  nazywała...  Nadała  mu  jakieś  imię,  jakby  był  jej  synkiem,  a  nie 

notesem... Jakieś takie dziwne imię... Nie mogłam sobie przypomnieć! 

Zuzka wróciła do pokoju z globusem w jednej dłoni i zapełnioną drobnymi literkami 

kartką papieru w drugiej. 

- Lista  zakupów  -  powiedziała  grobowym  głosem.  -  Mama  zostawiła  mi  rano  długą 

listę zakupów. Wiedziałam, że tata wyjechał na trzy dni, a mama wróci bardzo późno. Kurczę, 

background image

obiecałam jej, że wszystko kupię. Powiedziałam, że może na mnie liczyć. 

- Lecimy!  -  postanowiłam.  -  Zdążymy  do  sklepu  przed  deszczem.  Już  grzmi, 

pospieszmy  się.  No  dalej,  odstawiaj  ten  globus  i  wkładaj  buty.  I  daj  nam  jakieś  kurtki,  bo 

zamarzniemy na tym wietrze. Julka, odłóż pamiętnik! Dokończysz później. 

- To nie pamiętnik, to Tobiaszek - wyjaśniła Julka. A ja znowu nie zdążyłam zapytać, 

co to znaczy. Bo gdy tylko zbiegłyśmy po schodach, ubrane w o wiele za duże kurtki mamy 

Zuzi,  natychmiast  zapomniałyśmy  o  wszystkich  pamiętnikach  i  Tobiaszkach  świata.  I  o  za-

kupach, które miałyśmy zrobić. 

Przy drzwiach na klatkę schodową pod małym daszkiem stała starsza pani i zanosiła 

się płaczem. 

- Co się stało? - zapytałam. - Źle się pani czuje? Możemy pani jakoś pomóc? 

- Pikuś! O Boże, Pikuś! - wyszlochała kobieta z trudem i znowu zalała się łzami. 

Przez  chwilę  miałam  wrażenie,  że  usiłuje  nam  wmówić,  że  nic  jej  nie  jest,  że  to 

wszystko to pikuś, czyli nic. Na szczęście Zuzia szybko zrozumiała, co się stało. 

- Pani jest siostrą pani Marii, tak? - zapytała. - Pamiętam, widziałam panią kilka razy 

na spacerze z Pikusiem. 

- Pikuś przestraszył się grzmotu! - łkała siwa, drobna kobieta. 

Zaczął  padać  deszcz,  wielkie  krople  leciały  jej  za  kołnierz,  ale  ona  kompletnie  nie 

zwracała  na  to  uwagi.  Wpatrywała  się  nieprzytomnym  wzrokiem  w  gęstniejący  mrok, 

trzymając  w  ręce  złożony  parasol.  Wyjęłam  go  delikatnie  z  jej  dłoni  i  otworzyłam.  Starsza 

pani lekko się uśmiechnęła. 

- Byłam  na  spacerze  z  Pikusiem  -  zaczęła  tłumaczyć.  -  Gdy  wychodziłam  z  domu, 

świeciło słońce, wzięłam parasol na wszelki wypadek... Prowadziłam go na smyczy... Pikusia, 

nie parasol - roześmiała się sama z tego, co powiedziała, tak jakoś rozpaczliwie. Aż przeszedł 

mnie dreszcz! 

- I Pikuś uciekł - powiedziała Zuzia to, co już wszystkie wiedziałyśmy. 

- Wyrwał  mi  się!  -  załkała  siwa  kobieta.  -  Taki  malutki  piesek,  sama  wiesz...  A  tak 

szarpnął,  jak  usłyszał  ten  grzmot...  Tak  strasznie  szarpnął,  nie  spodziewałam  się... 

wypuściłam smycz. A on pomknął jak strzała, prosto przed siebie. 

- To  znaczy  w  którą  stronę?  -  dopytywała  się  Zuzka.  Natychmiast  przyszło  mi  do 

głowy,  że  odziedziczyła  tę  precyzję  po  mamie.  Nauczycielka  chemii  i  fizyki  to  w  końcu 

umysł ścisły. No, ale nie o chemię i fizykę teraz chodziło, tylko o Pikusia. 

- O tam... tam... - plecami kobiety znów wstrząsnął szloch. Było mi jej strasznie żal. 

Doskonale ją rozumiałam. Nie wiem, co bym zrobiła, gdyby zginęła moja Etna. 

background image

- Moja siostra, Marysia, jutro wraca - mówiła starsza pani rwącym się, cichym głosem. 

-  Jeśli  zobaczy,  że  nie  ma  Pikusia,  umrze.  Na  pewno  umrze.  I  to  ja  ją  zabiję!  Bo  to  ja  nie 

dopilnowałam jej psa, ja pozwoliłam mu uciec. Ona na pewno umrze, gdy się o tym dowie. 

- To  prawda  -  pokiwała  głową  Zuzia,  strasznie  mnie  tym  denerwując.  Dlaczego  ktoś 

miałby  umrzeć  z  powodu  psa?  Nawet  najbardziej  ukochanego.  Widziałam  u  mamy  pod 

gabinetem różne sceny. Ludzie płakali, krzyczeli, tupali nogami. Pewna pani nawet zemdlała, 

kiedy dowiedziała się, że nie da się uratować jej  świnki morskiej, która wypadła z balkonu 

razem  z  klatką.  Ale  od  razu  umierać  to  chyba  przesada?  Mama  prowadzi  ten  gabinet  od 

piętnastu lat i właściciel żadnego z jej pacjentów jeszcze nie umarł w naszym przedpokoju. 

- Ja  wiem,  że  pani  Maria  mogłaby  tego  nie  przeżyć  -  przytakiwała  wciąż  Zuzia.  - 

Wiem... Ale niech się pani nie martwi. Niech pani idzie odpocząć, niech pani wypije ciepłą 

herbatę, bo jeszcze się pani od tego deszczu rozchoruje. A my poszukamy Pikusia. Proszę się 

o nic nie martwić. Znajdziemy go, obiecuję. 

- Ja  z  panią  zostanę  -  powiedziała  Julka.  -  Zrobię  pani  herbatę,  przygotuję  gorącą 

kąpiel... Pani nie powinna być teraz sama. Tylko się pani będzie zamartwiać. A to nie odmieni 

wyroków losu. 

No tak, z tym losem to jej wyjechała! Jak jakaś czarownica z domku na kurzej łapce! 

Wyrocznia za pięć groszy! Jeden rzut  oka na Zuzię wystarczył,  żeby zrozumieć, że ona też 

szczerze wątpi, czy Julka jest w stanie kogokolwiek pocieszyć. No, ale skoro woli zostać... 

- Przyprowadzimy Pikusia z powrotem!  -  oświadczyła  Zuzia z całą mocą.  - Obiecuję 

pani. 

background image

ROZDZIAŁ 6 

PIKUŚ 

Ona wcale nie przesadzała - wyjaśniła mi Zuzia, gdy starsza pani razem z Julką weszła 

na klatkę schodową, a my ruszyłyśmy w stronę krzaków, w których znikł piesek. - Jej siostra, 

pani Maria, ma chore serce. Trzy tygodnie temu zasłabła. Nie mogła się nawet doczołgać do 

telefonu. Pikuś od razu się zorientował, że dzieje się coś złego, i zaczął szczekać jak szalony, 

drapać w drzwi... 

- I  co,  ktoś  się  zainteresował?  -  zdziwiłam  się.  -  Przecież  psy  mają  to  do  siebie,  że 

szczekają... 

- Nie  Pikuś  -  pokręciła  głową,  całkiem  już  mokrą,  Zuzia.  -  To  bardzo  grzeczny  pies, 

wszyscy  sąsiedzi  to  wiedzą.  Pan  Malikowski,  który  mieszka  naprzeciwko,  natychmiast 

zrozumiał,  że  Pikuś  wzywa  pomocy.  Zaczął  pukać,  a  potem  zadzwonił  po  pogotowie. 

Wyważyli  drzwi,  lekarz  powiedział,  że  zdążyli  w  ostatniej  chwili.  Gdyby  nie  Pikuś,  pani 

Maria już by nie żyła. 

Poczułam, że po plecach przeszły mi ciarki. I to wcale nie z zimna, lecz z wrażenia. 

Co za mądre zwierzę! Nic dziwnego, że ta kobieta jest do niego przywiązana. 

- Pani  Maria  nie  ma  rodziny,  tylko  siostrę...  Rok  temu  umarł  jej  mąż.  To  właśnie  on 

dał  jej  na  urodziny  Pikusia,  tuż  przed  swoją  śmiercią.  Ona  wpadnie  w  rozpacz,  kiedy  się 

dowie, że piesek zginął. A jej serce może tego nie wytrzymać. 

No  tak,  wyglądało  na  to,  że  ani  starsza  pani,  ani  Zuzia  nie  przesadzały.  Serce  pani 

Marii było w poważnym niebezpieczeństwie. Musiałyśmy coś zrobić. Tylko co? 

- Jak my go znajdziemy? - westchnęłam. - Po ciemku, w taki deszcz... 

- Bez  Pikusia  nie  wracam  do  domu  -  oświadczyła  Zuzia  bardzo  poważnie.  - 

Obiecałam, że go znajdę. 

- No  to  szukajmy  -  powiedziałam,  starając  się,  żeby  w  moim  głosie  nie  było  słychać 

zwątpienia, i zaczęłam rozgarniać gałęzie. 

- Myślisz, że uwił tu gniazdo i złożył jajka? - Zuzka chyba nie była zachwycona moją 

metodą poszukiwań. - Po co miałby się chować w krzakach? Raczej poszukał sobie jakiegoś 

suchego, miłego miejsca. Jakiegoś daszku, piwnicy... 

- Chyba  nie  sądzisz,  że  przeszukamy  piwnice  we  wszystkich  blokach?  -  chciałam 

popukać  się  w  czoło,  ale  natychmiast  opuściłam  rękę.  Woda  zaczęła  lać  mi  się  do  rękawa, 

brr...  Dobrze,  że  wzięłam  chociaż  tę  kurtkę  Zuzi  mamy,  bez  niej  na  pewno  miałabym  już 

background image

zapalenie płuc! 

- Może  masz  rację,  Pikuś  to  nie  kot,  nie  chodzi  po  piwnicach  -  przytaknęła  Zuzia.  - 

Ale, kurczę, nie mam już żadnego pomysłu, gdzie go szukać. 

- Może  w  parku?  -  podsunęłam,  przecierając  zalane,  parujące  okulary.  -  Jest  tu  jakiś 

park? Jakieś miejsce, gdzie ta pani Maria zwykle z nim chodziła? 

- Jest  -  Zuzia  wskazała  dłonią  na  lewo.  W  całkowitą  ciemność.  Chyba  nie  miałyśmy 

wyboru, ruszyłyśmy w tamtą stronę. 

- A  jak  ten  pies  właściwie  wygląda?  -  zapytałam  w  połowie  drogi.  -  Duży,  mały? 

Czarny, biały? Opisz go jakoś! 

- Mały...  bardzo  mały...  -  Zuzia  z  trudem  łapała  oddech.  Chyba  nie  miała  takiej 

kondycji  jak  ja,  nie  biegała  codziennie  przez  czterdzieści  minut.  -  Malusieńki  -  dodała, 

dysząc, i pozbawiła mnie resztek nadziei. 

Żeby  to  chociaż  był  dog.  Owczarek.  Doberman.  Bernardyn.  Albo  jakikolwiek  inny 

pies  z  tej  planszy  zawieszonej  w  gabinecie  mamy,  zatytułowanej  „Rasy  duże”.  Niestety, 

najwyraźniej pies pani Marii był przedstawicielem zupełnie innej rasy. Może nawet którejś z 

tych  z  planszy  pod  tytułem  „Miniaturki”?  Jak  mamy  szukać  takiej  drobiny  wśród  wielkich 

drzew?!  I  jak  mogłam  choć  przez  chwilę  wierzyć,  że  imię  Pikuś  nadano  ogromnemu 

wodołazowi albo majestatycznemu chartowi afgańskiemu? 

- To  kundelek  -  powiedziała  Zuzia  w  bramie  oddzielającej  ulicę  od  parku.  -  Rudy, 

kudłaty,  z  zadartym  ogonkiem.  Najzwyklejszy  kundelek  na  świecie...  Tyle  że  z  wielkim 

sercem.  Po  tym,  jak  uratował  panią  Marię,  stał  się  ulubieńcem  całego  naszego  bloku.  To 

prawdziwy bohater. Żaden rasowy pies nie jest taki mądry jak on! 

Przecież ja się wcale nie upieram, żeby był rasowy. Wolałabym tylko, by był trochę 

większy. I żeby miał jakiś kontrastowy kolor sierści. Na przykład różowy, fluorescencyjny. .. 

Byłoby cudownie, gdyby świecił w ciemności! 

- A  może  on  szuka  swojej  pani  w  szpitalu?  -  powiedziałam  po  piętnastu  minutach 

spędzonych na bieganiu w strugach deszczu po parku i wołaniu na cały głos „Pikuś!”. - Mama 

opowiadała  mi  kiedyś  o  psie...  nie,  to  nie  był  pies,  tylko  koń...  Przeszedł  pięćdziesiąt 

kilometrów, żeby znaleźć swojego pana. Może ten Pikuś pobiegł do szpitala? 

- Czy  ja  wiem...  -  Zuzia  wyraźnie  miała  dość,  nie  chciała  już  biegać,  no  i  wcale  nie 

była  przekonana  do  mojego  pomysłu.  -  To  przecież  cztery  przystanki  stąd...  Nie  wiem  jak 

konie,  ale  psy  chyba  kierują  się  węchem?  Jak  miałby  coś  poczuć  po  trzech  tygodniach  od 

zabrania jego pani do szpitala? I to w takim deszczu? 

- Może  nie  poczuł  -  broniłam  swojego  pomysłu  nie  z  przekonania,  ale  po  prostu 

background image

dlatego,  że  żadna  z  nas  nie  miała  innego.  Nie  wiedziałyśmy,  w  którą  stronę  iść. 

Potrzebowałyśmy jakiegoś planu i starałam się go wymyślić. - Może po prostu bardzo za nią 

tęsknił i wyruszył na beznadziejne poszukiwania, nie wiedząc, co robić. A może pomogła mu 

intuicja. Mama opowiadała mi, że zwierzęta mają niesamowitą intuicję. Szczury i karaluchy 

wyczuwają, że będzie trzęsienie ziemi wcześniej niż najczulsza aparatura... 

- Tu  nie  chodzi  o  karalucha  tylko  o  psa  i  nie  o  trzęsienie  ziemi,  tylko  o  szpital  - 

ostudziła moje nadzieje Zuzia. 

- No  to  może  wyczuł,  że  jego  pani  wyjdzie  ze  szpitala?  -  nie  poddawałam  się.  -  Ta 

siostra  pani  Marii  sprzątała,  szorowała  podłogę,  a  on  się  domyślił,  co  to  znaczy,  i  wybiegł 

swojej właścicielce na spotkanie. 

- Przecież on nie uciekł z premedytacją  - przypomniała Zuzia mnie i  sobie. -  Uciekł, 

bo przestraszył się grzmotu. 

- Chciał uciec jak najdalej od tego grzmotu - powtarzałam zamyślona. - A skoro tak, to 

biegł przed siebie... 

Ruszyłyśmy  jeszcze  raz  w  stronę  krzaków,  które  wskazała  siostra  pani  Marii. 

Obejrzałyśmy je uważnie, niemal czołgając się między gałęziami. A potem poszłyśmy dalej. 

Tam,  gdzie  pobiegłby  Pikuś,  gdyby  pędził  cały  czas  prosto  przed  siebie.  Jak  strzała  -  jak 

powiedziała starsza pani. 

Minęłyśmy  przystanek  autobusowy,  potem  drugi.  Woda  chlupała  mi  w  butach, 

okulary  parowały  jak  wściekłe,  a  od  ciągłego  krzyczenia  „Pikuś!  Piiiiiikuuuuuś!”  zaczęło 

boleć mnie gardło. Zuzka dyszała jak zmęczony parowóz. Chyba powinnam trochę zwolnić 

swój długi lekkoatletyczny krok i dać jej odsapnąć... 

- Stój! - Zuzia złapała mnie za rękę. Zastygłyśmy bez ruchu, kilka metrów od przejścia 

dla pieszych. Zuzia miała rację! Teraz ja też wyraźnie słyszałam cichutkie popiskiwanie! - To 

on!  Pikuś!  -  Zuzia  dobiegła  pierwsza  do  psiaka  leżącego  na  chodniku  pod  rachitycznym 

drzewkiem. 

Wokół nie było widać żywej duszy, wszyscy pochowali się przed burzą w sklepach i 

pod daszkami. 

- Nie ruszaj go! - krzyknęłam. 

Pies wyglądał, jakby coś mu dolegało. Wyraźnie nie mógł się podnieść. Starałam się 

nie  oglądać  z  bliska  rannych  czworonogów,  którymi  zajmowała  się  mama.  Robiło  mi  się 

słabo na widok krwi... No ale coś jednak przez te trzynaście lat życia pod jednym dachem z 

doktor  Dolittle  udało  mi  się  zapamiętać.  W  takiej  sytuacji,  gdy  -  jak  to  mówiła  mama  - 

„zachodzi podejrzenie złamania”, lepiej psa nie dotykać. Tak jak i człowieka. Nie przekładać, 

background image

nie przenosić, poczekać na przyjazd pogotowia. Żeby nie poruszyć kości, nie... jak to nazywa 

mama? Żeby ich nie przemieścić. 

- Musimy  zadzwonić  po  lekarza  -  powiedziałam  i  w  tym  samym  momencie  zdałam 

sobie sprawę, jak absurdalnie brzmią moje słowa. Przecież nie mam komórki. Zuzia chyba też 

nie, nie widziałam  u niej  żadnego telefonu oprócz tego, na który nagrał  się dyrektor Edwin 

Rożen.  Przytwierdzonego  do  ściany  grubym  czarnym  kablem.  Zresztą  nawet  gdyby  Zuzia 

miała  komórkę  w  kieszeni,  na  pewno  już  by  nie  działała.  Zamokłaby  w  ciągu  pierwszych 

dziesięciu minut naszej wyprawy ratunkowej. 

Zuzia zrozumiała absurdalność mojej propozycji tak samo szybko jak ja. 

- Co twoja mama zrobiłaby w takiej sytuacji? - zapytała. 

Przymknęłam  oczy.  Siedziałam  kiedyś  w  samochodzie,  gdy  mama  ratowała  psa, 

którego potrącił chłopak na motorze. Starałam się nie patrzeć, ale coś jednak zapamiętałam. 

Na pewno coś zapamiętałam! 

- Coś twardego - powiedziałam w skupieniu, wciąż nie otwierając oczu. - Koniecznie 

musimy go położyć na czymś twardym. Bardzo delikatnie. 

Zuzia  pobiegła  do  sklepu  i  po  chwili  wróciła  z  dużym  kawałkiem  kartonu  i  foliową 

torbą. 

- Wsadzimy tekturę w worek, żeby nie rozmiękła na deszczu - zaimponowała mi córka 

nauczycielki  chemii.  Miała  zdecydowanie  ścisły,  precyzyjny  umysł.  Chociaż  wciąż 

powtarzała, że wolałaby być artystką... 

Psiak  był  naprawdę  mądry.  Od  razu  zrozumiał,  że  chcemy  mu  pomóc,  i  wcale  nie 

warczał  ani  nie  usiłował  nas  ugryźć.  Nie  to,  co  niektórzy  mali  pacjenci  mojej  mamy! 

Popiskiwał  tylko  cichutko,  kiedy  go  niosłyśmy.  Widać  było,  że  coś  go  boli.  Gdybym  tylko 

wiedziała co! Ach, mamo, dlaczego cię tu nie ma?! 

Przemoknięte  do  szpiku  kości  zapukałyśmy  do  drzwi  pani  Marii.  Otworzyła  nam 

Julka, blada i roztrzęsiona. 

- Boże, żebyście wy wiedziały... - zaczęła, ale nie dałyśmy jej dojść do słowa. 

- Opowiesz nam później - powiedziałam najbardziej stanowczym głosem, na jaki było 

mnie stać. Właściwie prawie krzyknęłam, aż zrobiło mi się głupio. Trochę jednak byłam na 

nią zła. Nie chciało jej się moknąć, nie chciała nam pomóc w poszukiwaniach, wolała siedzieć 

sobie w cieple... Więc niech teraz poczeka ze swoimi rewelacjami. - Teraz najważniejszy jest 

Pikuś. Jest ranny, musimy wezwać weterynarza - wyjaśniłam Julce już o wiele spokojniej. 

Zauważyłam  kątem  oka,  że  po  policzku  płynie  jej  łza.  Przecież  wcale  nie  chciałam 

zrobić jej przykrości! Po prostu były teraz rzeczy ważniejsze niż jej wiersze. 

background image

Siostra pani Marii pochrapywała miarowo. Nie obudził jej ani dzwonek do drzwi, ani 

nasza rozmowa, ani popiskiwanie Pikusia. 

- Kazałam  jej  połknąć  środki  uspokajające  -  powiedziała  Julka,  trochę  przerażona.  - 

Znalazłam je w apteczce w łazience. Może dałam jej za dużo? Na opakowaniu było napisane, 

że są ziołowe. Sprzedawane bez recepty. Czyli chyba niezbyt mocne? 

- Nic  jej  nie  będzie  -  nie  mogłam  się  teraz  przejmować  jeszcze  starszą  panią.  - 

Chrapie, a to znaczy, że po prostu śpi. Przyda jej się sen po tych stresach. Wszystko będzie 

dobrze. 

Przymknęłyśmy drzwi, żeby jej nie przeszkadzać w odpoczynku, i rzuciłyśmy się do 

telefonu. Na szczęście  w mieszkaniu  pani  Marii  wszystko było na swoim miejscu. Tabletki 

uspokajające w apteczce, apteczka w łazience, telefon w przedpokoju, a koło telefonu książka 

telefoniczna, białe karteczki do notowania i trzy długopisy. Otworzyłam opasłe żółte tomisko 

na stronie z telefonami weterynarzy i zaczęłam obdzwaniać tych, którzy mieszkali najbliżej. 

Pod pięcioma numerami nikt nie odbierał. Pod szóstym usłyszałam, że gabinet zlikwidowano 

dwa miesiące temu, a nowy lokator jest pilotem helikoptera i o psich problemach ma raczej 

marne pojęcie. 

- Całodobowa  klinika!  -  Julka  pokazała  mi  palcem  numer  na  samym  dole  strony.  - 

Dojazd do klienta! Dzwoń! 

Zadzwoniłam, oczywiście. I usłyszałam: 

- Mamy  awarię prądu, dziwne, że telefon jeszcze działa. To ta burza... Niestety, dziś 

musi pani poszukać pomocy gdzie indziej. 

Pani!  Ucieszyłam  się,  że  nie  brzmiałam  w  słuchawce  jak  mała,  wystraszona 

dziewczynka, którą się czułam. Ale jednocześnie zachciało mi się płakać. Czy naprawdę nikt 

nie pomoże Pikusiowi?! 

- A dlaczego nie chcesz zadzwonić do mamy? - zapytała Zuzia zdziwiona. 

- Nie chcę? - roześmiałam się z ulgą. - Ależ ja chcę! Tylko w ogóle nie przyszło mi to 

do głowy! Dzięki! 

Szybko  zadzwoniłam  do  domu.  Mama  chyba  czatowała  przy  telefonie,  bo  odebrała, 

jeszcze zanim przebrzmiał pierwszy sygnał. 

- Mamo...  jestem  u  koleżanki  z  klasy...  mówiłam  już  babci...  -  plątałam  się  w 

zeznaniach,  bo  chciałam  jak  najszybciej  przejść  do  najważniejszego,  czyli  do  tego,  jak 

wyleczyć Pikusia. Ale nijak nie mogłam tego zrobić bez wyjaśnienia, jakim cudem ratowałam 

psa w środku burzy, daleko od szkoły, od przystanku, z którego jechałabym do domu, a nawet 

od domu Zuzi. 

background image

- Lepiej zostań u tej koleżanki na noc - powiedziała mama. - Bo do domu się teraz nie 

dostaniesz. Burza zwaliła drzewo na rogu Kazimierza Wielkiego i Ogrodowej, autobus się nie 

przeciśnie, nie ma cudów. Tata też po ciebie nie dojedzie. 

- Tata  nie  dojedzie  -  powtórzyłam  po  niej,  a  nadzieja  uleciała  ze  mnie  jak  z 

przekłutego balonika. - A więc nie przywiezie cię tutaj... 

- A  po  co  miałby  mnie  przywozić?  -  zdziwiła  się  mama.  -  Wiesz,  ile  ja mam  pracy? 

Psy i koty wariują w taką pogodę, sąsiedzi przychodzą co pięć minut po środki uspokajające. 

Kot  pani  Uli  potłukł  się,  przerażony  błyskawicami.  Spadł  z  komody,  zupełnie  nie  jak  kot, 

tylko jak jakiś worek mąki. Bez żadnego wdzięku! 

- Ja tu mam rannego psa - zrezygnowałam z opowiadania mamie, jak do tego doszło. - 

Nie może wstać. Chyba ma coś z przednią łapą. Przyniosłam go z ulicy na twardej tekturze, 

żeby nie przemieścić mu kości. 

- Brawo! - mama była wyraźnie zaskoczona. - Brawo, brawo! Do tej pory mdlałaś na 

widok krwi, a tu, proszę, potrafisz się zmobilizować. Zawsze w to wierzyłam. Babcia będzie z 

ciebie dumna! 

- Mamo, co ja mam zrobić? - łamiącym się głosem opowiedziałam jej o telefonach do 

kolejnych weterynarzy. - Jego to boli... 

- Musisz mu unieruchomić łapę - postanowiła mama. - Będę ci mówiła, co masz robić, 

krok po kroku. Potrzebna ci będzie woda utleniona albo jodyna... 

cokolwiek  do  przemycia  rany,  co  tam  znajdziesz.  Bandaż  i  coś  twardego.  Jakieś 

listewki... To duży pies? 

- Malutki - uśmiechnęłam się, patrząc na rudą kupkę nieszczęścia leżącą na podłodze, 

wciąż na obciągniętej folią tekturze. 

- Na  pewno  znajdziesz  coś  do  usztywnienia  łapki,  nie  będziesz  miała  problemu  - 

mama  chyba  naprawdę  wierzyła,  że  sobie  poradzę.  Nie  wiedziała,  że  zakręciło  mi  się  w 

głowie na sam dźwięk słowa Jodyna”! 

Wzięłam się jednak w garść. W apteczce w łazience znalazłam na szczęście i bandaż, i 

wodę utlenioną, i termometr w płaskim plastikowym futerale. Zdecydowałam, że ten futerał 

doskonale spełni funkcję tymczasowego usztywnienia. Mama pochwaliła mój wybór. Lekki, 

płaski, miał odpowiedni rozmiar... 

- No to zaczynamy operację! - powiedziała moja domowa doktor Dolittle stanowczym 

głosem. 

A  ja  poczułam,  że  robi  mi  się  bardzo,  bardzo  słabo.  I  że  muszę  usiąść.  Słuchawka 

wysunęła mi się z ręki, ale nie mogłam już nic na to poradzić. 

background image

ROZDZIAŁ 7 

GDZIE JA JESTEM? 

Otworzyłam  oczy  i  w  pierwszej  chwili  zupełnie  nie  wiedziałam,  gdzie  jestem. 

Widziałam nad sobą cytrynowy sufit i lampę, której z całą pewnością nie znałam. Stopniowo 

zaczęłam  sobie  wszystko  przypominać.  Pierwszy  dzień  szkoły,  bluzka  bez  rękawów,  ten 

chłopak przy drzwiach, taki wysoki, oferuje, że mnie odprowadzi do klasy... Czy to możliwe, 

że wdałam się z nim w szalony romans?! Zrobiło mi się aż zimno ze strachu. Jestem u niego 

w domu i zupełnie nie pamiętam, co się stało. Pewnie uciekłam z nim ze szkoły, nie poznałam 

swojej klasy, nie byłam na apelu... Nie, to nie tak... Apel wyraźnie pamiętałam, mężczyznę z 

ogromną siwiejącą brodą stojącego pod biało - czerwona flagą też. Chyba więc nie uciekłam z 

dryblasem przed apelem. Więc może po? Ale chyba coś bym pamiętała? Choćby jego imię?! 

To  niemożliwe,  żebym  przeżywała  właśnie  ognisty  romans  z  chłopakiem  bez  imienia?!  I 

jakim  cudem  znalazłam  się  u  niego  w  domu?  Przecież  mam  żelazne  zasady:  nie  przyjmuję 

cukierków od obcych, przechodzę przez jezdnię tylko  na pasach, nie odkręcam  gazu, kiedy 

nie  ma  w  domu  dorosłych,  nie  otwieram  inkasentowi,  który  nie  ma  identyfikatora...  Babcia 

wpoiła  mi  te  reguły  jeszcze  w  przedszkolu.  O  ognistych  romansach  nic  tam  nie  było,  ale 

chłopak  bez  imienia  to  przecież  trochę  tak  jak  inkasent  bez  identyfikatora...  A  więc 

niemożliwe, żebym zakochała się po uszy w kimś, kto mi się nie przedstawił! 

- Nareszcie!  Śpiąca  królewno,  pora  wstawać!  Odwaliłyśmy  całą  brudną  robotę  za 

ciebie! - pojawiła się nade mną pyzata roześmiana twarz ciemnowłosej dziewczyny. 

Na pewno skądś ją znam... Chyba z tego apelu pod biało - czerwona flagą. Może jest 

siostrą dryblasa bez imienia, z którym mam romans? 

- Nie  boli  cię  głowa?  -  pojawiła  się  nade  mną  druga  twarz,  rym  razem  zatroskana, 

pociągła  i  blada,  okolona  długimi  jasnymi  włosami.  Co  to,  konkurs  na  najmniej  podobne 

dziewczyny świata? Na negatyw i pozytyw? Nie wiem tylko, która miałaby być negatywem. 

Bo negatyw to coś negatywnego, czyli złego, a one obie wyglądały tak sympatycznie... 

- Chyba  ją  boli  -  powiedziała  pierwsza,  okrąglutka.  Nagle  stała  się  nieco  mniej 

radosna i uśmiechnięta. - Pewnie się jednak mocno uderzyła. Wygląda, jakby w ogóle nas nie 

poznawała.  Kurczę,  to  wszystko  przeze  mnie,  to  ja  zapomniałam  o  tych  zakupach, 

wyprowadziłam  was  na  dwór,  na  deszcz...  To  przeze  mnie  zaplątałyśmy  się  w  tę  sprawę  z 

psem i przeze mnie Żaba zemdlała. 

- Nie gadaj głupot - odpowiedziała blondynka. - Przecież gdybyśmy nie wyszły, Pikuś 

background image

nigdy by się nie znalazł i pani Maria umarłaby ze zgryzoty. To było zrządzenie losu! Palec 

przeznaczenia! Byłyśmy rycerzami wysłanymi z odsieczą przez los, mówię ci! Szkoda tylko, 

że Żaba padła ofiarą tej odsieczy. Trzeba będzie wezwać medyków... 

„Medyków”? Nawet moja babcia nie powiedziałaby nigdy „medyk” zamiast „lekarz”! 

Nagle  wszystko  mi  się  przypomniało.  Moja  klasa,  referat,  państwo  na  literę  Z,  no  i  Julka 

Ździebełko! To musiała być ona! Najdziwniejsza osoba, jaką znałam! Dziewczyna w butach 

własnej roboty! 

- Nic mi nie jest - oświadczyłam stanowczo, poprawiłam okulary i podniosłam się na 

nogi. Chyba trochę za gwałtownie, bo znów zakręciło mi się w głowie. - Dlaczego tu leżę? 

- Bo zemdlałaś, królewno! - roześmiała się Zuzia. - Zemdlałaś, gdy tylko usłyszałaś o 

operacji! A my przeraziłyśmy się, że zaraz zemdleje też twoja mama, jak tylko usłyszy, co się 

stało. Ale ona zachowała idealnie zimną krew. Kazała nam tylko sprawdzić, czy oddychasz, i 

podłożyć  ci  poduszkę  pod  głowę.  Zabroniła  nam  histeryzować  i  powiedziała,  że  ciągle 

mdlejesz na widok krwi. I że na pewno sama się obudzisz, jak zawsze. Prosiła tylko, żebyśmy 

nigdy nie wspominały o tym wypadku twojej babci, jeśli ją poznamy. 

No tak... Babcię załamałaby wiadomość, że zemdlałam na samą myśl o usztywnieniu 

psiej łapy. Przecież pochodziłam z rodziny z tradycjami. Z lekarskimi tradycjami. I powinnam 

je kultywować... 

- Na szczęście twoja mama wszystko nam świetnie wytłumaczyła i Pikuś już czuje się 

lepiej,  Dałyśmy  mu  pół  tabletki  uspokajającej,  tak  jak  radziła,  i  teraz  Pikuś  odpoczywa.  - 

Zuzia,  wyraźnie  z  siebie  dumna,  wskazała  na  psiaka  leżącego  w  kącie  na  kocyku.  Miał 

fachowo  zabandażowaną  łapkę.  Zupełnie,  jakby  zawinęła  ją  moja  mama!  I  wyglądał  na 

znacznie bardziej zadowolonego z życia niż przed moim telefonem do domu. Przysięgłabym, 

że uśmiechał się przez sen! 

- Twoja  mama  jest  niebywała  -  powiedziała  Julka.  -  Tak  precyzyjnie  objaśniła  nam 

każdy  ruch,  kierowała  nami,  jakbyśmy  były  zdalnie  sterowanym  narzędziem  na  baterie. 

Precyzyjna  realizacja  planu,  nie  istniało  najdrobniejsze  choćby  ryzyko  pomyłki.  To  było 

niezapomniane  przeżycie,  jestem  jej  niewypowiedzianie  wdzięczna,  że  dała  mi  tego 

doświadczyć. 

Kurczę, jak ona mówiła! Znowu mnie to oszołomiło, ten jej język... 

- Nie opowiadajcie mi dokładnie, co robiłyście - poprosiłam. - Na pewno poradziłyście 

sobie świetnie... Ale nie chcę znać szczegółów. 

I  Julka,  i  Zuzia  roześmiały  się  jak  na  komendę.  Zupełnie  jakby  było  z  czego.  Nie 

każdy lubi widok krwi i chyba nie ma w tym nic dziwnego, prawda? Ja na pewno bym się z 

background image

nich nie śmiała, gdyby zemdlały... 

- Dziewczynki, wy tutaj? - z dużego pokoju wyszła siostra pani Marii, otulona kocem i 

wciąż jeszcze nieco nieprzytomna. - Wybaczcie, nie słyszałam, jak wróciłyście. Tak smacznie 

spałam...  Julia  zmusiła  mnie  do  wzięcia  dwóch  tabletek  i  chyba  miała  rację.  Nie  ma  sensu 

siedzieć  i  czekać  na  cud.  W  taką  pogodę  Pikusia  nie  znajdziemy,  niestety...  Może  jutro...  - 

głos jej się łamał, kiedy to mówiła. Jeszcze nie zauważyła leżącego cichutko pieska! 

- Pikuś  tu  jest!  -  powiedziałam,  sprawdzając  jednocześnie  ręką,  czy  nie  mam  guza. 

Dziewczyny mówiły chyba, że uderzyłam się w głowę, upadając? 

Zuzia  ostrożnie  podniosła  pieska  i  podała  siwej  kobiecie.  A  ona  rozpłakała  się  ze 

szczęścia. 

- Co mu jest? - zapytała, dotykając delikatnie zabandażowaną prawą łapkę. 

- Weterynarz twierdzi, że zaplątał się we własną smycz jak w sidła, kiedy przerażony 

biegł przed siebie - powiedziała Zuzia, robiąc mądrą minę. Na pewno taką samą ma jej mama, 

rozstawiając probówki i prezentując klasie nową fascynującą reakcję chemiczną! 

- Weterynarz?  -  siostra  pani  Marii  była  chyba  jeszcze  bardziej  wzruszona  niż  przed 

chwilą. - Moje kochane dziewczynki, zaniosłyście go do weterynarza, w taką pogodę! Zaraz 

wam oddam pieniążki, ile zapłaciłyście? 

- Nic...  weterynarz  udzielił  nam  porady  zaocznie...  zdalnie...  czyli  przez  telefon  - 

wyjaśniła  Julka.  A  potem  najwyraźniej  o  czymś  sobie  przypomniała,  bo  nagle  zbladła  i 

schowała twarz w dłoniach. 

- Boże... z tego wszystkiego całkiem zapomniałam o tym, co się stało! 

- Co się stało? - zapytałam, nic nie rozumiejąc. - Pikuś zginął, ale się znalazł. I, z tego, 

co widzę, z pomocą mojej mamy świetnie sobie poradziłyście. Będzie zdrowy. 

- Nie chodzi  o Pikusia... O Boże! -  Julka wyglądała, jakby teraz to  ona miała zamiar 

zemdleć. Nie byłam pewna, czy powinnyśmy traktować ją poważnie. W końcu poetki mają w 

naturze skłonność do przesady, inaczej nie mogłyby pisać pięknych wierszy. 

- Co się stało?  - powtórzyła moje pytanie starsza pani,  chyba też nie biorąc Julki tak 

całkiem  serio.  Nie  wydawała  się  zaniepokojona.  Raczej  rozbawiona.  Teraz,  kiedy  już 

odzyskała Pikusia i wiedziała, że jej siostra nie przeżyje szoku po powrocie ze szpitala, chyba 

niewiele rzeczy mogło ją zdenerwować. 

- Widziałam...  widziałam przestępstwo! Zbrodnię nawet! O  Boże, powinnam  od razu 

zadzwonić na policję, ale przez Pikusia całkiem  zapomniałam! Jak ja mogłam zapomnieć o 

czymś takim? - Julka ukryła twarz w dłoniach i zaczęła szlochać. 

Spojrzałyśmy  na  siebie  z  Zuzka  bezradnie.  Niby  gdzie  ta  zbrodnia?  I  kto  miałby  ją 

background image

popełnić? Nic nie rozumiałyśmy... 

background image

ROZDZIAŁ 8 

PRZYWIDZENIE 

Co ty opowiadasz, Julka, jaka zbrodnia? - chciało mi się śmiać. 

Byłam bardzo zmęczona, marzyłam tylko o tym, żeby wypić gorącą herbatę i położyć 

się do łóżka. Jeśli Zuzia zgodzi się, żebym u niej nocowała... No, ale nasza klasowa poetka 

nie zamierzała dać nam odpocząć. Trochę jednak tym  razem  przesadziła z wyobraźnią. Jest 

burza, wszyscy siedzą w domach... A ona, zamiast nam pomagać w poszukiwaniach Pikusia, 

wymyśla  jakieś  przestępstwa!  Nakręciła  się  jak  nie  wiem,  uwierzyła  w  to,  co  sobie 

wydumała...  Cała  się  trzęsła,  po  policzkach  leciały  jej  łzy.  Na  szczęście  siostra  pani  Marii 

wyszła przygotować Pikusiowi coś do jedzenia i nie była świadkiem tej sceny. Tylko by się 

niepotrzebnie zdenerwowała. 

- Wyglądałam  przez  okno,  martwiłam  się,  że  tak  długo  was  nie  ma  -  zaczęła 

opowiadać Julka drżącym głosem. - Deszcz padał coraz bardziej, nie wiedziałam, co z sobą 

zrobić, przychodziły mi do głowy dziwne myśli... Pisałam wiersze, ale były takie ponure, że 

aż się bałam... 

- No  i  wymyśliłaś  sobie  morderców  -  dokończyła  za  nią  Zuzia,  tak  samo  sceptyczna 

jak ja. 

- To nie byli mordercy... Chyba nie... – powiedziała Julka i znowu zaczęła płakać. 

Matko!  To  już  wolę  nie  być  artystką.  Przynajmniej  nie  wpadam  w  takie  dziwne 

nastroje jak ona, nie wyobrażam sobie nie wiadomo czego, nie boję się własnych wierszy... 

- No  więc  kto  to  był?  -  zapytała  Zuzia  głosem  pielęgniarki  z  domu  wariatów. 

Widziałam  taką  kiedyś  w  filmie,  mówiła  bardzo  powoli  i  spokojnie,  z  takim  przylepionym 

uśmiechem jak Zuzka właśnie. 

- To  byli...  chyba  włamywacze  -  szept  Julki  zrobił  się  świszczący  i  złowrogi.  - 

Zobaczyłam ich przez okno, wchodzili na palcach do tego bloku... Cali ubrani na czarno, na 

głowach mieli kominiarki... 

- Chyba żaden przestępca nie wkłada kominiarki, idąc na akcję - roześmiałam się. - To 

tylko  takie  filmowe  przebranie.  Przecież  natychmiast  zwróciliby  na  siebie  uwagę.  Wszyscy 

wiedzą, że ktoś w kominiarce i czarnym  golfie musi być przestępcą. To zupełnie tak, jakby 

sobie przypięli identyfikatory z wielkimi literami: „Uwaga, idziemy kraść”! 

Udało mi się na moment  rozbawić Julkę wizją tego identyfikatora. Ale  zaraz znowu 

zaczęły jej drżeć wargi, a oczy zrobiły się podejrzanie mokre. 

background image

- Mówcie, co chcecie, ale oni nie wyglądali normalnie. Tak się skradali... I cały czas 

się rozglądali... 

- Weszli  do  tego  bloku,  tak?  -  nasza  pielęgniarka  doskonała,  siostra  Zuzanna,  znów 

zrobiła  dobrotliwą  minę.  Chyba  nie  miałyśmy  innego  wyjścia,  trzeba  było  tego  cierpliwie 

wysłuchać. 

- Poszli  na  górę...  Wyglądałam  przez  wizjer.  Widziałam,  jak  wchodzą  na  pierwsze 

piętro, ale potem znikli mi z oczu. Chciałam nawet za nimi biec, ale... ale się bałam! - po jej 

policzkach  ciekły  nieprzerwane  stróżki  łez.  Z  wrażenia  przestała  nawet  mówić  tym  swoim 

niesamowitym językiem, brzmiała całkiem zwyczajnie, jak ja czy Zuzia. Może  powinnyśmy 

ją codziennie rano straszyć, żeby się nie wygłupiała z tymi artystycznymi przemówieniami? 

Nie, chyba nie... Właściwie to nawet całkiem mi się to dziwaczne mówienie podobało. Nigdy 

nie miałam takiej koleżanki. No, ale teraz nie chodziło o język, tylko o to, czy powinnyśmy 

jej  uwierzyć.  Gdyby  to  Zuzia  twierdziła,  że  widziała  coś  takiego,  nie  wahałabym  się  ani 

chwili. Gdyby to siostra pani Marii, kobieta o wciąż nieznanym mi imieniu, powiedziała, że 

za  oknem  przeszło  przed  chwilą  dwóch  zamaskowanych  mężczyzn,  też  bym  pobiegła  na 

poszukiwania  albo  zadzwoniła  na  policję.  Nawet  gdyby  Pikuś  zaczął  ujadać  jak  szalony, 

uwierzyłabym, że coś jest nie tak. Po tym, co słyszałam o jego mądrości i bohaterstwie, wcale 

bym się nie zdziwiła, gdyby ostrzegł nas przed złodziejami. Ale z drugiej strony... Czy to nie 

było zbyt krzywdzące dla Julki? Może nie stąpa zbyt twardo po ziemi, ale czy naprawdę nie 

zasłużyła na to, bym miała do niej przynajmniej tyle zaufania, co do rudego kundelka z zadar-

tym ogonkiem? 

- Chodźmy, i tak już czas na nas - podniosłam się z krzesła. - Pani... pani siostra pani 

Marii i Pikuś na pewno chcą iść spać. 

Pani siostra pani Marii! Jak to brzmiało! W dodatku osoba, o której mówiłam, akurat 

wróciła do pokoju i usłyszała moje ostatnie zdanie. 

- Mam na imię Zofia - uśmiechnęła się. - Przepraszam, że się wam nie przedstawiłam. 

No, dziewczynki, uciekajcie do domu. Powinnyście już dawno być w łóżku. 

Bardzo  wam  dziękuję  za  pomoc.  Gdyby  nie  wy,  już  nie  zobaczyłabym  Pikusia.  I 

miałabym na sumieniu siostrę... Oczy zaszkliły się jej nagle, więc uścisnęłyśmy ją wszystkie 

serdecznie  i  wybiegłyśmy  na  klatkę  schodową,  jak  najszybciej,  żeby  nie  zaczęła  znowu 

płakać. 

- Rozejrzyjmy się, może faktycznie weszły tu jakieś podejrzane typy? - powiedziałam 

bez  zbytniego  przekonania.  Czułam  jednak,  że  powinnam  to  zrobić  dla  Julki.  Że  powinnam 

jej zaufać mimo wszystko. Skoro zaufałabym nawet Pikusiowi... 

background image

- Ten blok ma pięć pięter, z parterem sześć, na każdym trzy mieszkania... - westchnęła 

Zuzia. - Chyba nie będziemy pukać do każdego? 

- Nie  będziemy  -  powiedziałam.  -  Tylko  zobaczymy,  czy  gdzieś  nie  ma  otwartych 

drzwi, nie słychać jakichś hałasów... Ot tak, dla świętego spokoju. 

- Może okradają moje mieszkanie? - zdenerwowała się nagle Zuzia. - Nawet nie wiem, 

czy  przekręciłam  klucz  w  zamku,  kiedy  wychodziłyśmy  po  te  zakupy.  O  rany,  zakupy! 

Zapomniałyśmy! 

Na sprawę zakupów nie mogłyśmy już nic poradzić. Miałam nadzieję, że mama Zuzi 

ma jednak w domu jakieś zapasy. Może chociaż ryż albo makaron? Uświadomiłam sobie, że 

nie  jadłam  od  rana  nic  poza  kawałkiem  szarlotki.  Miałam  co  prawda  kanapkę,  ale  chyba 

została  w  samochodzie  taty,  razem  ze  swetrem...  Wyobraziłam  sobie,  jak  ścianki  mojego 

pustego żołądka się zlepiają... Brr, co za wizja! 

- Z  zakupów  nici,  ale  majątek  możemy  uratować!  -  powiedziałam,  wypędzając  z 

wyobraźni sklejony z głodu żołądek. Rzuciłyśmy się przed siebie. 

Chyba ustanowiłyśmy rekord świata w biegu po dwa schodki na drugie piętro. Szkoda, 

że na olimpiadzie nie rozgrywa się takiej konkurencji. 

- Jednak  przekręciłam  klucz!  -  w  głosie  Zuzi,  gdy  złapała  za  klamkę,  brzmiała 

bezgraniczna ulga. - Nie pamiętam tego, ale przekręciłam! Uff! 

A  więc  na  szczęście  wszystko  było  w  porządku.  Otworzyłyśmy  drzwi,  przedpokój 

wyglądał zupełnie normalnie. Zostawiłyśmy na wieszaku mokre kurtki i poszłyśmy obejrzeć 

pozostałe piętra. 

- Już prawie dziesiąta - nie mogłam uwierzyć w to, co pokazywał mój zegarek. - Czy 

to możliwe, żeby... 

Zuzia  nie  dała  mi  dokończyć  zdania,  kładąc  palec  lewej  ręki  na  ustach,  a  prawą 

wskazując na otwarte okno na klatce schodowej, między trzecim a czwartym piętrem. 

- Otwarte  okno  -  powiedziałam,  na  wszelki  wypadek  szeptem.  Ale  w  gruncie  rzeczy 

nie  widziałam  w  tym  nic  dziwnego.  Kto  w  czasie  burzy  wychodziłby  z  mieszkania,  żeby 

sprawdzić,  czy  na  półpiętrze  okno  jest  zamknięte,  czy  otwarte?  Pewnie  ktoś  z  lokatorów 

otworzył je, gdy jeszcze świeciło słońce, i tak już zostało. 

- Nie  ma  ani  śladu  wody  na  podłodze  -  szepnęła  Zuzia,  zamykając  okno  wyjątkowo 

starannie. - To przecież niemożliwe. Gdyby było otwarte przez cały czas, na pewno byłoby tu 

mnóstwo deszczu. 

- No to może ktoś otworzył je przed chwilą? - wciąż nie dostrzegałam w całej sprawie 

niczego zagadkowego. - Może uznał, że jest duszno? 

background image

- Może...  -  Zuzia  nie  wydawała  się  przekonana.  Nagle  jednak  wydarzyło  się  coś,  co 

sprawiło, że natychmiast zapomniałyśmy o otwartym oknie na półpiętrze. Z samej góry bloku 

rozległ się straszny huk, a potem jakiś mężczyzna syknął: „Niech to szlag”. Chyba starał się 

mówić  szeptem,  ale  i  tak  go  usłyszałyśmy.  Przez  chwilę  po  tym  łomocie  było  całkowicie 

cicho, ale potem ktoś zaczął ciągnąć po podłodze jakiś ciężki przedmiot. 

- Miałaś  rację,  okradają  jakieś  mieszkanie  -  Zuzia  spojrzała  z  podziwem  na  Julkę.  - 

Przepraszam, że ci nie uwierzyłam od razu. 

- Nie ma sprawy - Julka była bardzo, bardzo blada, znacznie bardziej niż normalnie... 

Chociaż właściwie przez cały czas jej skóra była niemal biała. Teraz jednak z białej zmieniła 

się  w  przezroczystą.  Czyżby  miała  zemdleć  jako  druga?  Ciekawe,  kiedy  przyjdzie  kolej  na 

Zuzię? Zupełnie nie mogłam sobie wyobrazić rumianej, racjonalnej Zuzi osuwającej się nagle 

na ziemię! 

Na palcach, starając się nie oddychać, weszłyśmy na czwarte piętro. Nie działo się tam 

nic podejrzanego. A więc trzeba iść dalej. Na ostatnie, piąte piętro. Strych właściwie... 

Ostatnie schodki pokonałyśmy niemal na czworakach. Żeby tylko przestępcy nas nie 

zobaczyli.  Wczołgałyśmy  się  jeszcze  kawałek  i  dostrzegłyśmy  ich  buty.  A  właściwie 

jednego...  No  tak,  jasne,  Julka  wszystko  przekręciła.  Wcale  nie  byli  ubrani  na  czarno!  Ten 

facet miał na nogach żółte trampki i postrzępione dżinsy. Bardzo jasne, błękitne... Wcale nie 

wyglądał  na  złowrogiego  bandytę.  No,  ale  chyba  jednak  nim  był.  Wynosił  z  mieszkania 

wielką  pakę,  widziałam  jego  dłonie  i  kawałek  tego  kartonu,  wypełnionego  po  brzegi...  Nie 

miał na sobie czarnej kurtki, lecz flanelową koszulę w kratę. Ach, ta niesamowita wyobraźnia 

Julki! 

Chciałam  zobaczyć  jego  twarz.  Byłam  pewna,  że  nie  zakrywa  jej  żadna  czarna 

kominiarka.  Podniosłam  się  odrobinkę,  wspięłam  na  kolejny  schodek  i  nagle...  Zobaczyłam 

jego twarz, a on zobaczył moją. 

- Uciekajcie! - pisnęłam  do dziewczyn czających się za moimi plecami. - Uciekajcie, 

jesteśmy zdemaskowane! 

- Co  to,  bawicie  się  w  podchody?  Nie  jesteście  na  to  trochę  za  duże?  -  mężczyzna 

odłożył  paczkę  i  zbliżył  się  do  nas  z  takim  dziwnym  uśmiechem.  Pewnie  nas  tu  wszystkie 

zadusi...  A  rodzice  nawet  nie  wiedzą,  gdzie  mnie  szukać.  Nie  podałam  im  przecież  adresu 

Zuzi, powiedziałam tylko, że mieszka niedaleko szkoły! 

Facet jednak, zamiast nas zamordować, roześmiał się serdecznie. 

- A ty jesteś Zuzia, córka pani profesor Zawadzkiej, prawda? - zapytał. 

- Twoja mama jest profesorem? - zapytałam, chociaż w tej sytuacji naprawdę powinno 

background image

mi to być całkiem obojętne. 

- W liceum tak się mówi do wszystkich nauczycieli - wyjaśnił młody mężczyzna. - A 

ona  uczyła  mnie  w  liceum...  Osiem  lat  temu.  Byłaś  wtedy  w  przedszkolu,  kilka  razy  cię 

widziałem.  Miałaś  taką  samą  fryzurę  jak  teraz  i  te  same  okrągłe  oczy.  Ostatnio  spotkałem 

panią  profesor  na  klatce  schodowej,  więc  wiem,  że  tu  mieszka...  Od  razu  mi  się  z  nią 

skojarzyłaś. 

- Pan tu mieszka? - zapytałam, nie dowierzając własnym uszom. Powiedział przecież, 

że już tu był, że widział się z mamą Zuzi na klatce schodowej... 

- Jeszcze  nie  -  roześmiał  się  nasz  domniemany  przestępca.  -  Dopiero  udało  mi  się 

kupić to mieszkanie na poddaszu. Ostatnie dokumenty podpisałem kilka dni temu. Strasznie 

tu  dużo  rupieci,  nikt  tu  nie  mieszkał  chyba  przez  trzy  lata.  Postanowiłem  więc  trochę 

posprzątać. Żona wyjechała na tydzień do swoich rodziców, wraca jutro... Chciałem jej zrobić 

niespodziankę.  Wszystko  wypucować...  Chciałem,  żeby  była  zachwycona,  choćbym  miał  tu 

spędzić całą noc. 

- Więc pan nie jest złodziejem? - zapytałam, chociaż znałam już odpowiedź. 

- Pytasz o zawód, czy o  nazwisko?  -  młody mężczyzna był  w naprawdę  doskonałym 

humorze.  -  Z  zawodu  jestem  ekonomistą,  a  nie  złodziejem.  I  nie  nazywam  się  Złodziej,  ale 

Wilk. Robert Wilk. Brzmi dość antypatycznie, ale chyba trochę lepiej niż Złodziej. 

Ach,  więc  był  następnym  człowiekiem  niezadowolonym  ze  swojego  nazwiska. 

Witamy w klubie! 

- Przepraszamy - powiedziała Zuzia, wyraźnie speszona. - Coś nam się wydawało... 

- Nic  wam  się  nie  wydawało  -  roześmiał  się  Robert  Wilk.  -  Przesuwałem  paki,  coś 

wynosiłem, szurałem. .. To musiało brzmieć tak, jakbym kogoś okradał. A ja tylko sprzątałem 

własne mieszkanie! Zagadka wyjaśniona, możecie już iść spać. 

- Na pewno pójdziemy  -  uśmiechnęłam się, bo  w mej  głowie pojawiła się niezwykle 

kusząca wizja czystej, ciepłej pościeli. 

- Do  widzenia,  przepraszamy  -  powiedziała  Zuzia,  czerwona  jak  burak  i  zaczęła  się 

wycofywać tyłem. 

- Żona  niewątpliwie  będzie  do  głębi  poruszona  i  zachwycona  pańskimi  wysiłkami  - 

szepnęła jeszcze Julka, kiedy byłyśmy na półpiętrze. A potem, gdy Robert Wilk zamknął za 

sobą  drzwi  do  mieszkania,  powiedziała  łamiącym  się  głosem:  -  To  nie  on!  To  nie  jego 

widziałam! Jest za niski, za gruby, za... W ogóle nie taki! Tamci faceci byli bardzo zwinni, 

szczupli, no i ubrani na czarno. 

- Julka...  -  teraz  to  ja  zaczęłam  przemawiać  głosem  pielęgniarki  ze  szpitala 

background image

psychiatrycznego. - Było ciemno, szyba była cała mokra, nie mogłaś widzieć dokładnie... 

- Widziałam!  Widziałam,  że  byli  ubrani  na  czarno  i  mieli  kominiarki!  Wszystko 

widziałam!  -  Julka  podniosła  głos,  zaczęła  niemal  krzyczeć.  Bałam  się,  że  zaraz  wyjrzą 

sąsiedzi i Zuzia będzie miała kłopoty. Na pewno jej mama nie byłaby zadowolona, widząc, co 

wyprawiamy. 

- Uspokój  się  -  poprosiłam,  kładąc  Julce  rękę  na  ramieniu.  Strąciła  ją  jednak  i 

krzyknęła: 

- Macie  mnie  za  wariatkę!  Powinnam  od  razu  zadzwonić  na  policję!  Widziałam 

złodziei... To nie było przywidzenie! 

I w tym momencie gdzieś pod naszymi stopami rozległ się dźwięk, którego nie sposób 

pomylić z żadnym innym. Dźwięk tłukącego się szkła. 

background image

ROZDZIAŁ 9 

PANIE WILKU! 

Okno! - wszystkie trzy powiedziałyśmy to jednocześnie, zbiegając w dół. 

Okno  na  klatce  schodowej  było  rozbite.  To  nie  mógł  być  przeciąg,  bo  Zuzia  je 

zamknęła,  wszystkie  przy  tym  byłyśmy...  Poza  tym  klameczka  wciąż  była  przekręcona.  .. 

Okno  było  zamknięte,  ale  brakowało  sporej  części  szyby.  A  na  podłodze  obok  odłamków 

szkła leżała... 

- Co to jest? - zastanowiłam się, podnosząc przedmiot. - Cukierniczka? 

- Chyba  raczej  pudełko  na  drobiazgi  -  podsunęła  Zuzia.  -  Na  pierścionki  albo  na 

guziki. Moja mama ma podobne, trzyma w nim nici. 

Podeszłam do okna i otworzyłam je zdecydowanym ruchem. Nie chciałam wystawiać 

głowy  przez  rozbitą  szybę,  pełno  tam  było  ostrych  krawędzi...  Dopiero  po  chwili  zaczęłam 

odróżniać  kształty  w  ciemności.  W  ścianie  obok,  prostopadłej  do  tej,  w  której  było  okno 

klatki schodowej, zobaczyłam malutkie okienka. To na czwartym piętrze było zamknięte, a na 

trzecim... odrobinę uchylone. Wyraźnie słychać było za nim jakieś szuranie. 

- Co to za okienka? - zapytałam Zuzię szeptem, chociaż chyba nie miało to sensu. Po 

tych krzykach Julki na całą klatkę schodową i po wybijaniu szyby... 

Jeszcze tylko brakowało, żeby sąsiedzi uznali, że to my ją roztrzaskałyśmy! 

- Okienka  kuchenne  -  odpowiedziała  Zuzia  bez  zastanowienia,  też  szeptem.  -  W 

naszym mieszkaniu jest takie samo, tylko z drugiej strony bloku. 

- Ktoś  wietrzy,  może  przypalił  jajecznicę  -  starałam  się  nie  poddawać  emocjom.  - 

Tylko dlaczego tak szura? 

- Może sprząta, jak ten Wilk z góry? - szepnęła Zuzia. - Może burza tak nastraja ludzi, 

że zaczynają nagle sprzątać, zamiast iść spać? 

- Tylko  dlaczego  wyrzucił  cukierniczkę?  -  zastanawiałam  się.  -  Nie  pasowała  mu  do 

wystroju  wnętrz  i  nagle  to  zauważył,  o  dziesiątej  wieczorem?  No  tak,  to  może  mieć  coś 

wspólnego z opętańczym sprzątaniem po burzy... 

Nagle jednak okazało się, że to nie była przypalona kolacja ani nagły atak pedanterii. 

Okienko otworzyło się szerzej i czyjaś ręka wyrzuciła z niego gruby sznurek... linę właściwie, 

w naszym kierunku. Chyba na jej końcu przyczepiono coś ciężkiego, bo szybko przeleciała 

nam przed nosem i zsunęła się po ścianie na podwórko. 

- Cholera! - zaklął ktoś z głębi mieszkania, najwyraźniej bardzo niezadowolony. - I jak 

background image

my teraz wyjdziemy? 

Przykucnęłyśmy na klatce schodowej, bojąc się oddychać. Spojrzałam Julce w oczy, 

starając się powiedzieć jej wzrokiem: „Przepraszam”. Uznałyśmy ją za wariatkę, a przecież 

miała  rację.  To  byli  przestępcy.  Tym  razem  już  na  pewno!  Nikt  uczciwy  nie  uważałby 

malusieńkiego kuchennego okna za jedyną drogę wyjścia z mieszkania. Nie używałby też do 

tego grubej liny. 

- Panie  Robercie!  -  krzyknęłam,  zapominając  o  tym,  że  dawno  minęła  dziesiąta,  że 

trwa  cisza  nocna  i  że  sąsiedzi  na  pewno  doniosą  rano  mamie  Zuzi,  jak  skandalicznie  się 

zachowywałyśmy. Może mama każe jej zerwać z nami znajomość? Byłoby to dość trudne, w 

końcu chodzimy razem do klasy i wspólnie piszemy ten nieszczęsny referat. No właśnie, to 

wszystko przez referat o tym okropnym, nieistniejącym państwie na literę Z! Gdyby nie on, 

nie byłoby poszukiwań Pikusia, operacji, robienia z siebie idiotek przed facetem sprzątającym 

poddasze...  no  i  siedzenia  w  kucki  pod  oknem  na  klatce  schodowej  ze  strachu  przed  prze-

stępcami! 

- Panie  Robercie!  Panie  Wilku!  -  zawołałam  jeszcze  raz  o  wiele  głośniej,  doskonale 

wiedząc,  że  powinnam  krzyczeć  „Panie  Wilk”  a  nie  „Panie  Wilku”.  Ale  było  mi  wszystko 

jedno... - Na pomoc!!! 

Byłyśmy rekordzistkami świata w biegu z parteru na drugie piętro. Ale rekord w biegu 

z  piątego  piętra  na  półpiętro  między  trzecim  a  czwartym  niewątpliwie  należał  do  Roberta 

Wilka. 

- Co  się  dzieje?  -  zapytał,  nie  mogąc  się  chyba  zdecydować,  czy  jesteśmy  w 

niebezpieczeństwie, czy też znowu coś sobie ubzdurałyśmy. - Wydawało mi się, że słyszałem 

brzęk szkła... 

Pokazałyśmy palcem na okno i szybko, jak najszybciej opowiedziałyśmy mu o tym, co 

widziałyśmy.  O  wyrzucaniu  liny  z  obciążnikiem,  która  miała  chyba  wylądować  na  klatce 

schodowej,  ale  minęła  cel  i  spadła  na  chodnik.  I  o  tym,  jak  ktoś  się  zdenerwował,  że  nie 

będzie miał jak wyjść. I jeszcze o tym, że okno na półpiętrze było najpierw otwarte, potem 

zamknięte,  a  na  końcu  rozbite.  Podałam  mu  cukierniczkę,  która  mogła  być  równie  dobrze 

pudełkiem na guziki. 

- Jest  tam  kto?!  -  zawołał  były  uczeń  pani  Zawadzkiej  w  stronę  małego  okienka.  - 

Pokażcie się albo natychmiast wezwę policję! 

Przez otwarte okno słychać było nerwową rozmowę prowadzoną szeptem. W końcu w 

kuchni  mieszkania  numer  11  zapaliło  się  światło,  a  w  okienku  pokazała  się  przestraszona, 

pryszczata twarz chłopaka, niewiele chyba starszego od nas. 

background image

- Niech  pan  nie  dzwoni  po  policję  -  powiedział  łamiącym  się  głosem.  -  Wszystko 

oddamy. Możemy się z panem podzielić... Mamy tu złoto, spodoba się panu... 

- Mówiłem  ci,  że  nas  nakryją!  -  zza  jego  pleców  zakwiczał  drugi  chłopak, 

przechodzący  chyba  właśnie  mutację.  -  Mówiłem  ci,  że  się  nie  uda!  A  ty  się  uparłeś. 

Powiedziałeś, że jeden skok i będziemy bogaci! Trzeba było uciec od razu, jak się okazało, że 

nie da się otworzyć drzwi od środka. Ale nie, ty się uparłeś... 

- Skąd miałem wiedzieć, że ci ludzie mają taki głupi zamek w drzwiach?! - krzyczał za 

siebie  ten,  którego  twarz  już  znaliśmy.  -  Jakiś  skarbiec  czy  co?  Nie  da  się  otworzyć  bez 

klucza nawet od strony mieszkania... 

- Trzeba było wiać, a nie iść do samochodu po worki i znowu tu wracać! - ten z tyłu 

był  wyraźnie  rozgoryczony.  -  Co  my  jesteśmy,  jakieś  małpy,  żeby  tak  miotać  się  w  tę  i  z 

powrotem między oknami? Wiedziałem, że tak będzie! Najpierw ktoś zamknie okno, a potem 

stracimy linę i będziemy w pułapce! 

- Dzwonię po policję - zdecydował Robert Wilk i wyciągnął z kieszeni komórkę. 

Pięć  minut  później  na  klatce  schodowej  pojawili  się  policjanci.  Bez  problemu 

poradzili  sobie  z  drzwiami,  których  nie  udało  się  sforsować  pryszczatym  przestępcom,  i 

zakuli  ich  w  kajdanki.  Zajrzałyśmy  do  środka.  W  przedpokoju  stały  worki  wypełnione  po 

brzegi.  Czego  tam  nie  było!  Zimowy  kożuch,  sztućce,  chyba  nawet  nie  srebrne,  telefon, 

magnetowid, suszarka do włosów... To zdecydowanie nie byli profesjonaliści. 

Po następnych pięciu minutach do domu wrócili właściciele. 

- Gdzie moja biżuteria? - zdenerwowała się ruda kobieta w długiej zielonej pelerynie 

przeciwdeszczowej. Złapała za ramię jednego z zakutych w kajdanki chłopaków. 

- Lewa kieszeń w kurtce - powiedział cicho, spuszczając głowę. 

Chyba  nie  powinnyśmy  tam  dłużej  stać  i  na  to  patrzeć.  Właściwie  było  mi  nawet 

trochę  żal  tych  chłopaków.  Bawili  się  w  przestępców,  włożyli  kominiarki  jak  w  filmach. 

Pewnie to ich pierwsza kradzież. Chodzili jeszcze do szkoły... może nawet do naszej? Co im 

odbiło? Czy to ta burza? 

- Myśleliśmy, że w czasie burzy nikt nie będzie zwracał uwagi na niedomknięte okno - 

wyjaśnił jeden z nich cicho. - Myśleliśmy, że jeśli kiedyś może nam się udać, to właśnie w 

taką pogodę jak ta... 

- I udałoby się, gdyby nie pewna młoda dama, która patrzyła przez okno na parterze, 

co się dzieje na podwórku - uśmiechnął się policjant i szarmancko ucałował Julkę w rękę. - 

Bardzo bystra młoda dama... 

- No,  no,  jesteś  nawet  większą  bohaterką  niż  kundelek  Pikuś!  -  powiedziała  Zuzia  z 

background image

nutką zazdrości w głosie. 

- Wszystkie  trzy  jesteście  bohaterkami  -  uzupełnił  policjant  i  złożył  pocałunek 

najpierw  na  dłoni  Zuzi,  potem  na  mojej.  -  Policja  jest  wam  bardzo  wdzięczna.  Czy  mamy 

wysłać do szkoły pismo z podziękowaniem? 

- Nieeee!  -  ryknęłyśmy  zgodnie.  Nie  tak  wyobrażałyśmy  sobie  pracowanie  na  dobrą 

opinię. Marta Mądra na pewno zaraz by się zainteresowała, co robiłyśmy na klatce schodowej 

o  takiej  porze,  dlaczego  nie  nocowałyśmy  każda  we  własnym  łóżku...  I  z  bohaterek 

zmieniłybyśmy się w podejrzane. 

- Skoro  nie  chcecie...  Ale  na  pewno  zamieszczono  by  wasze  zdjęcia  w  gazetce 

szkolnej, nauczyciele uwielbiają takie historie - powiedział policjant, uśmiechnął się i zszedł 

na parter, prowadzać przed sobą przerażonych chłopaków w kajdankach. 

- Jesteście  bardzo  dzielne  -  powiedział  właściciel  mieszkania.  -  Dziękuję  w  imieniu 

swoim  i  żony.  Nie  chodzi  nawet  o  wideo,  kożuch...  to  wszystko  można  odkupić.  Ale  dwa 

złote pierścionki, które te dzieciaki chciały ukraść, to jedyna pamiątka rodzinna, jaką ma moja 

żona...  Jeszcze  po  prababci...  Bardzo  wam  dziękuję.  Gdybyście  kiedykolwiek  czegoś 

potrzebowały... 

- To drobiazg - uśmiechnęła się Zuzia i zbiegła na dół, a my za nią. Wszystkie trzy już 

ledwo widziałyśmy na oczy. 

- Do widzenia! Dobranoc! - zawołał do naszych pleców Robert Wilk. 

Nie miałam siły mu odpowiedzieć. Pomachałam tylko ręką. Byłam pewna, że się nie 

obrazi. Sam na pewno miał już dość tego długiego, wyczerpującego dnia. 

background image

ROZDZIAŁ 10 

ZOSTAŃ MOIM TOBIASZKIEM 

Mogę u ciebie spać? - zapytała Julka Zuzię. - Nie mam czym dojechać do domu o tej 

porze... 

- Nie tylko możesz, ale musisz. Obydwie musicie - uśmiechnęła się Zuzia, otwierając 

drzwi do mieszkania. 

- O  niczym  innym  nie  marzę,  tylko  o  chwili  spokojnego  snu  -  jęknęłam,  zdejmując 

buty. 

- Kładźcie  się  -  powiedziała  Julka.  -  Ja  muszę  jeszcze  chwilę  posiedzieć.  Popisać. 

Takie rzeczy trzeba zapisywać na gorąco. Kiedy jeszcze buzują w sercu emocje. 

No  tak,  przestała  się  bać  i  znów  wróciła  do  swojego  ulubionego  języka.  „Buzują  w 

sercu emocje”! Chyba jednak byłyśmy jej coś z Zuzią winne. 

- Przepraszam, że ci nie całkiem wierzyłyśmy - powiedziałam. 

- Sorry,  Julka  -  dołączyła  się  do  moich  przeprosin  Zuzia.  -  Gdyby  nie  ty,  policja  na 

pewno nie złapałaby tych chłopaków. Jesteś bohaterką! 

- Wiecie...  to  nie  jest  takie  jednoznaczne  moralnie  -  Julka  najwyraźniej  nie  czuła  się 

dobrze  z  tym,  co  się  stało.  -  Oni  są  tacy  młodzi...  prawie  jak  my...  Może  nie  powinno  się 

wcale dzwonić na policję? 

- Co ty wygadujesz? - nie wytrzymałam. - Gdybyśmy nie zadzwoniły... to znaczy nie 

my, tylko Robert Wilk, no ale przez nas... Gdyby nie to, oni mogliby już nie żyć. Próbowaliby 

wyjść przez to okienko. 

- Już raz wyszli, po torby do samochodu - przypomniała sobie Zuzia. 

- Ale  wtedy  mieli  linę  -  nie  dałam  się  zbić  z  tropu.  -  I  otwarte  okno  na  klatce 

schodowej,  a  nie  taką  małą  dziurę  wybitą  w  szybie,  z  ostrymi  krawędziami.  No  i  nie  byli 

zdenerwowani. A potem, kiedy wiedzieli już, że my wiemy, że oni tam są... Byli roztrzęsieni, 

mogli się poślizgnąć na mokrym parapecie, spaść, zabić się. Uratowałyśmy im życie! 

- Wiesz...  ja  też  miałam  wątpliwości  -  powiedziała  Zuzia,  skubiąc  w  zamyśleniu 

koniuszek  ucha.  -  Że  może  ta  policja  niepotrzebna,  że  złamiemy  im  życie...  I  chyba  Robert 

Wilk też miał wątpliwości, nie zadzwonił przecież od razu. Ale kiedy zaproponowali mu, że 

się z nim podzielą łupem po połowie, wtedy przestało mi być ich żal. I Wilkowi chyba też. Bo 

jeśli  ktoś  nie  przeprasza  za  to,  co  zrobił,  nie  czuje  się  z  tym  głupio,  tylko  chce  przekupić, 

zapłacić, uciec, to nie jest dobrze. Oni by nie zrozumieli, że daliśmy im szansę. Uznaliby nas 

background image

za  frajerów.  Śmialiby  się  z  nas.  I  zrobiliby  to  samo  jeszcze  raz.  Bo  byliby  pewni,  że  są 

świetnymi  włamywaczami.  I  że  mają  szczęście,  bo  trafiają  na  takich  głupków  jak  my.  Ja  o 

tym myślałam przez cały czas... I już wiem, że dobrze zrobiłyśmy. 

- Muszę  to  przemyśleć  -  powiedziała  Julka,  zadumana.  -  A  najlepiej  mi  się  myśli, 

kiedy rozmawiam z Tobiaszkiem. To znaczy, kiedy piszę... Notuję... Mogę posiedzieć jeszcze 

chwilę? Dosłownie dziesięć minut... 

- Tobiaszek? - nareszcie miałam okazję zadać jej to pytanie! - Co to znaczy?! Nadałaś 

imię swojemu pamiętnikowi?! 

- Tobiaszek to mój przyjaciel od serca, taki, któremu można wszystko powiedzieć, bo 

on nigdy nie przekaże tego dalej. Najlepszy przyjaciel, jakiego mam. Jedyny właściwie... Zna 

wszystkie moje sekrety. 

- Ale przecież czytałaś nam to, co zapisałaś w Tobiaszku - przypomniałam sobie. - To, 

co napisałaś o nas. Te wiersze i to, co sobie o nas pomyślałaś, jak nas zobaczyłaś w szkole. 

To już nie jest sekret. My to wiemy. 

- Bo czasami... czasami, bardzo rzadko, można znaleźć kogoś, komu się zaufa - Julka 

spuściła  wzrok.  -  Kogoś,  kto  będzie  bliskim  przyjacielem...  I  wtedy  można  mu  dać  do 

przeczytania  Tobiaszka.  Całego...  Nigdy  nie  miałam  takiego  przyjaciela...  przyjaciółki.  W 

podstawówce wszyscy myśleli, że jestem dziwna. Nigdy nie miałam też rodzeństwa, chociaż 

całe  życie  marzyłam  o  siostrze  albo  bracie.  Zawsze  miałam  tylko  Tobiaszka,  tylko  z  nim 

rozmawiałam,  tak  od  serca.  Ale  teraz,  kiedy  poznałam  was,  pomyślałam,  że  spróbuję. 

Pierwszy  raz.  Że  może  będziecie  moimi  przyjaciółkami.  Lepszymi  niż  Tobiaszek.  Takimi, 

które nie tylko słuchają, ale i mówią. Postanowiłam zaryzykować, od razu, pierwszego dnia. 

Myślicie, że się pomyliłam? 

- No co ty! - objęłam ją ramieniem, niepewna, co powinnam powiedzieć. 

Nie umiałam mówić tak ładnie jak ona, zwłaszcza o uczuciach. Nawet rodzicom chyba 

nigdy  tak  wprost  nie  powiedziałam,  że  ich  kocham.  To  znaczy  powiedziałam  rano, 

wychodząc do szkoły, ale oni tego nie słyszeli... Powiedziałam to do okna gabinetu mamy i 

do taty, który otwierał bramę dziesięć metrów ode mnie. Więc takie wyznanie chyba się nie 

liczy?  W  twarz  nie  umiałabym  im  powiedzieć,  że  są  dla  mnie  bardzo  ważni  i  że  mam 

najwspanialszą rodzinę na świecie. Nawet bym chciała, ale nie potrafię... No, ale Julce bardzo 

chciałam  powiedzieć  teraz  coś  fajnego.  Coś,  żeby  uwierzyła,  że  chcę  być  jej  przyjaciółką. 

Prawie siostrą. Ja też zawsze marzyłam o rodzeństwie... 

- Będziemy  twoimi  nowymi  Tobiaszkami!  -  powiedziała  Zuzia,  zanim  zdążyłam  się 

zastanowić, jakich słów użyć. - Będziemy lepsze niż najlepszy zeszyt w kwiatki. Obiecuję! 

background image

- Ja też - dołączyłam do niej, bo to było najlepsze, co mogłam zrobić. 

- A  ty  będziesz  naszym  Tobiaszkiem  -  mówiła  dalej  Zuzia.  -  Naszą  przyjaciółką, 

której powierzymy wszystkie sekrety... Jak to nazywali w starych książkach? 

- Powiernicą  -  podpowiedziała  jej  Julka,  której  wyraźnie  ulżyło.  Na  jej  policzkach 

pojawiły  się  nawet  rumieńce.  -  Marzyłam  o  tym,  żeby  mieć  prawdziwe  przyjaciółki.  Tak 

bardzo chciałam znaleźć w gimnazjum jakąś bratnią duszę. Tak się o to modliłam... Było mi 

nawet  trochę  głupio.  Ludzie  modlą  się  o  zdrowie,  o  przebaczenie,  o  pracę,  o  odnalezienie 

kogoś, kto zaginął na wojnie... A ja nic, tylko o przyjaciółkę od serca. Ale, jak widać, i takie 

prośby zostają czasami wysłuchane! 

Przymknęłam  oczy  i  wyobraziłam  sobie  scenę  jak  z  przedwojennego  filmu.  Pusty 

drewniany  kościółek,  na  środku  klęczy  długowłosa  dziewczyna  w  bieli...  Gdy  myślałam  o 

Julce, nawet kiedy siedziała tuż obok, natychmiast miałam takie wizje. Ona po prostu nie była 

stworzona do współczesności. Znacznie lepiej pasowałaby do innych czasów... Mogłaby być 

na przykład przyjaciółką Marii Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej... Jej powiernicą... 

- Jesteśmy Sekretnym  Siostrzanym  Bractwem  Zet!  -  roześmiała się  Zuzia.  -  Żadnych 

tajemnic! I najlepszy referat w szkole! O państwie na literę Z... 

- Jesteście kochane - powiedziała Julka i złapała się za brzuch. - Ale zgłodniałam! Na 

to  nic  nie  pomoże  najwspanialszy  Tobiaszek  świata.  Do  tego  potrzebna  jest  prawdziwa 

kuchnia.  I  dwie  pozostałe  członkinie  Sekretnego  Siostrzanego  Bractwa  Zet!  Idziemy  robić 

kanapki? 

- Pewnie,  że  idziemy  -  poczułam,  że  mnie  też  przeraźliwie  burczy  w  brzuchu.  I  że 

bardzo, bardzo chce mi się pić. 

- Nie  mamy  chleba  -  powiedziała  ponurym  głosem  Zuzia.  -  Ani  wędliny.  Nie 

zrobiłyśmy  przecież  zakupów.  Czeka  nas  głodówka.  Przynajmniej  do  szóstej  rano,  kiedy 

otworzą sklepy. 

background image

ROZDZIAŁ 11 

ZAPIEKANKA 

Nie  jadam  wędliny  -  powiedziała  Julka,  ponownie  wprawiając  nas  w  zdumienie.  - 

Jestem wegetarianką. Od trzech lat. 

- Od  trzech  lat?  -  nie  mogłam  w  to  uwierzyć.  -  Twoi  rodzice  zgodzili  się,  żeby 

dziesięciolatka nie jadła mięsa? U mnie w domu byłaby o to nieustanna koszmarna awantura. 

Pewnie trwałaby przez trzy lata, aż do dziś, gdybym nie zrezygnowała ze swoich planów. I od 

dziś do końca świata, gdybym się nadal upierała przy swoim. Babcia wezwałaby wszystkich 

lekarzy z rodziny, bliskiej i dalekiej, żeby mi zrobili pogadankę na temat tego, jak ważne jest 

białko zwierzęce w codziennej diecie. Miałam próbkę, gdy nie chciałam kiedyś jeść wątróbki. 

- U  mnie  w  domu  też  byłaby  masakra!  -  pokręciła  głową  Zuzia.  -  Nawet  dziś,  a  co 

dopiero trzy lata temu. Mama byłaby pewna, że zaraz umrę z wycieńczenia. Chyba płakałaby 

od rana do nocy. 

- Moi rodzice nie zwracają uwagi na to, co jem - powiedziała Julka całkiem spokojnie. 

Jak  to:  nie  zwracają  uwagi?!  Nie  mogłam  sobie  tego  wyobrazić.  Nieważne,  czy  są 

ubodzy,  czy  nie...  W  końcu  mieszkają  wszyscy  pod  jednym  dachem,  jak  mogą  się  nie 

przejmować tym, co ich córka ma na talerzu? 

- Właściwie to oni chyba nawet nie wiedzą, że jestem wegetarianką - dodała Julka po 

chwili  zastanowienia,  wprawiając  nas  w  kompletne  osłupienie.  Tak  kompletne,  że  już  nie 

pytałyśmy, jak to możliwe. 

Przez moment przyszło mi nawet do głowy, że może państwo Ździebełko... czy raczej 

Ździebełkowie? Chyba  Ździebełkowie, według tego, czego uczono mnie w podstawówce. .. 

Ale to tak głupio brzmi! A więc pozostanę przy formie niepoprawnej, ale znacznie milszej dla 

ucha: państwo Ździebełko są nie tylko ubodzy, ale też niewidomi. Ale nie, to byłoby za mało. 

Musieliby  być  też  całkowicie  głusi  i  stracić  węch.  I  jeszcze  zmysł  dotyku.  Tylko  wówczas 

mogliby  przez  trzy  lata  nie  zauważyć,  że  ich  córka  nie  jada  mięsa!  Ale  przy  takim  stopniu 

niepełnosprawności nie wychodziliby chyba zbyt często z domu bez opieki? A Julka mówiła 

wyraźnie,  że  wracają  bardzo  późno,  nawet  po  północy...  Nie,  to  wszystko  nie  trzymało  się 

kupy. A ja nie wiedziałam nawet, jakie zadać pytanie, żeby się dowiedzieć czegoś, co rozjaśni 

mi obraz państwa Ździebełko. 

- I tak nie mamy w domu żadnego mięsa ani wędliny - powiedziała Zuzia. - W ogóle 

prawie nic nie mamy... 

background image

- Zobaczmy  -  postanowiłam  się  nie  poddawać.  Skoro  jej  mama  piekła  taką  pyszną 

szarlotkę, a Zuzia wyglądała tak, jak wyglądała, to znaczy nie była chudzielcem, to chyba w 

tym domu ceniono dobre jedzenie? Mogło zabraknąć chleba, masła, wędliny, ale niemożliwe, 

żeby w lodówce i szafkach było całkiem pusto! 

- Masz rację, Żaba, trzeba poszukać - Zuzia chyba też przemyślała sprawę i uznała, że 

warto byłoby jednak coś zjeść. 

Stanęła  na  środku  kuchni,  idealnie  wyprostowana,  i  w  skupieniu  rozejrzała  się 

dookoła.  Wyglądała  jak  druhna  zastępowa.  Nigdy  nie  należałam  do  harcerstwa  i  właściwie 

nie miałam pojęcia, jak wygląda druhna zastępowa... ale gdybym miała ją sobie wyobrazić, to 

byłaby  właśnie  taka  jak  Zuzia  Zawadzka.  Racjonalna,  niepoddająca  się  panice,  z  łatwością 

kierująca innymi... 

- Dwa jajka! - podniosła je do góry triumfującym gestem, odłożyła na biały kuchenny 

blat i ponownie włożyła głowę do lodówki. 

Ja w tym czasie rozejrzałam się po półkach. 

- Cebula! - ucieszyłam się, zaglądając do koszyczka stojącego pod oknem. - A nawet 

dwie. I pięć ziemniaków. 

- Miseczka makaronu - Zuzia zatrzasnęła za sobą lodówkę. - Została od wczoraj. Była 

zupa pomidorowa, mama ugotowała trochę za dużo. Makaronu, nie zupy, niestety. 

- Pomidor! - do poszukiwań włączyła się Julka. - I trzy pieczarki! Jakie dorodne! 

Oczywiście, nie po prostu „duże”, lecz „dorodne”! Kiedy ja się przestanę dziwić? 

- Nie ma w lodówce nic więcej? - zapytałam. 

- Cztery  plasterki  żółtego  sera,  koperek,  mleko  -  wyliczyła  Zuzia.  -  Wróciłam  z 

wakacji  dopiero  wczoraj,  tata  wyjechał  służbowo,  mama  była  przez  cały  sierpień  na  diecie 

jogurtowej...  Bez  skutku  zresztą.  Ale  został  w  lodówce,  z  tej  jej  diety,  jeszcze  jeden  jogurt. 

Truskawkowy. Poza tym pusto. Z tego, co miała, upiekła rano szarlotkę. Też taką płaską, bo 

nie  było  proszku  do  pieczenia...  Miałam  po  szkole  zrobić  pierwsze  porządne  powakacyjne 

zakupy! 

- Jogurt chyba nam się nie przyda - pokręciłam głową. - Ale reszta... 

Usiłowałam sobie wyobrazić jakieś danie, które można by zrobić z jednego pomidora, 

pięciu ziemniaków, pęczka koperku i litra mleka. Ale jakoś mi to nie wychodziło. Na pewno 

moja  babcia  nigdy  nie  gotowała  niczego  takiego...  Może  gdybym  nie  miała  babci,  moje 

pojęcie  o  gotowaniu  byłoby  większe?  Ale  mieszkając  z  nią,  przyzwyczaiłam  się  do 

najróżniejszych i najpyszniejszych dań świata, powstających kompletnie bez mojego udziału. 

Babcia gotowała jak dobra wróżka... I czasami nawet podejrzewaliśmy z tatą, że nią jest. Bo 

background image

jeśli  faktycznie  używa  garnków,  patelni  i  noży,  a  nie  czarodziejskiej  różdżki,  to  dlaczego 

nigdy nie pozwala nam wejść do kuchni? Mówi, że mistrzowie tworzą w samotności. Może to 

i  racja?  Nie  próbowaliśmy  się  z  nią  spierać.  Dopóki  karmiła  nas  tymi  wszystkimi 

pysznościami... 

- Nie umiem gotować - westchnęła Zuzia żałośnie. A więc nasza druhna zastępowa nie 

zdobyła sprawności  kuchcika? No cóż, w takim razie żadna z nas nie wymyśli sensownego 

dania na kolację. Bo na Julkę na pewno nie mamy co liczyć. Sądząc po jej wyglądzie, w ogóle 

nie interesuje jej to, co je. Pewnie wystarcza jej jabłko albo płatki z mlekiem... 

- Zrobimy  zapiekankę!  -  powiedziała  Julka,  podrywając  się  z  krzesła.  -  Mamy 

wszystko,  czego  potrzeba.  Musimy  ugotować  ziemniaki,  najlepiej  w  mundurkach,  czyli  w 

łupince, bo to łatwiejsze i szybsze. Pokroić pomidora, koperek, cebulę, pieczarki... I już. 

Nie widziałam tu żadnego „i już”. To, co mówiła, nie wyglądało na żaden sensowny 

przepis. Co ona może wiedzieć o gotowaniu? 

- Zawsze sobie sama robię jedzenie - powiedziała, chyba widząc nasze zaniepokojenie. 

A potem umyła ziemniaki, włożyła je do wody, posoliła i postawiła garnek na kuchence. 

- Co  mam  robić?  Coś  myć,  kroić,  siekać?  -  zapytała  Zuzia,  stając  na  baczność  przed 

naszą  niespodziewaną  wybawczynią.  Któż  by  się  spodziewał,  że  to  właśnie  Julka  będzie 

kierować  pracami  w  kuchni?  Poetka  krojąca  ziemniaki?  Jakoś  sobie  tego  nie  mogłam  wy-

obrazić!  Ale  nie  było  innego  wyjścia.  Mogłam  iść  spać  głodna  albo  jej  zaufać.  Wybrałam 

drugie rozwiązanie. 

Okazało się, że Julka nie tylko nie obcięła sobie palców ostrym nożem, ale naprawdę 

poradziła  sobie  z  kuchennymi  zadaniami  bez  najmniejszego  problemu.  Kiedy  ziemniaki 

gotowały się na małym  gazie, kazała mi pokroić pomidora, obierając go najpierw ze skórki. 

Nie miałam pojęcia, że trzeba go polać wrzątkiem, żeby skórka sama odeszła od miąższu. Nie 

miałam  też  pojęcia,  że  można  gotować  ziemniaki  bez  obierania  i  dopiero  potem  szybko 

wyciągnąć je z tych, jak to nazywała Julka, mundurków. A już najbardziej ze wszystkiego nie 

miałam  pojęcia,  do  czego  w  tej  zapiekance  ma  służyć  mleko.  Zuzia  zresztą  też  była  dość 

zaskoczona. 

- Jadłam w życiu kilka zapiekanek - szepnęła mi, kiedy Julka poszła do łazienki. - Ale 

nigdy w życiu takiej, w której byłoby mleko! 

Mleko  jednak  świetnie  pasowało  do  planu  Julki.  Trzeba  było  po  prostu  wbić  do 

miseczki  jajka,  pomieszać  je  przez  chwilę  widelcem,  żeby  białka  i  żółtka  połączyły  się  w 

jedną gęstą masę, a potem dolać kilka łyżek mleka i mieszać dalej. 

- Masz naczynie żaroodporne? Albo jakąś brytfankę? - zapytała Julka. Okazało się, że 

background image

Zuzia  ma  i  jedno,  i  drugie.  Julka  zdecydowała,  że  naczynie  żaroodporne  będzie  lepsze. 

Zażądała  masła,  posmarowała  nim  ścianki  szklanej  prostokątnej  miski...  czyli  dolnej  części 

tego naczynia, a potem zaczęła układać tam ciasno, jeden koło drugiego, ziemniaki. Już bez 

skórki,  pokrojone  w  plasterki  i  posypane  pieprzem  i  papryką.  Na  nich  cebulę,  pieczarki,  a 

potem warstwę makaronu. 

- Makaron i ziemniaki razem? - nie wytrzymała Zuzia. - Przecież tego nie da się zjeść! 

Nikt nie je makaronu z ziemniakami. 

- Włosi jedzą -  odpowiedziała Julka, zaskakując mnie po raz kolejny. Przecież kiedy 

Zuzia  opowiadała  o  koloniach,  na  których  była  we  Włoszech,  Julka  nie  odezwała  się  ani 

słowem. Uznałyśmy więc, że tam nie była. I że w ogóle nie była za granicą, bo nie podzieliła 

się  z  nami  żadnymi  wspomnieniami.  Ożywiła  się  dopiero  przy  wymienianiu  miast  na  Z. 

Polskich  miast.  A  teraz  opowiada  tu  o  jakiejś  specjalnej  regionalnej  potrawie  jedzonej  w 

Lombardii, czyli w Mediolanie i okolicach! 

- Nazywa  się  pizzoccheri  -  mówiła,  nie  odrywając  się  od  siekania  na  drobniutkie 

kawałeczki  koperku. - Makaron jest  co prawda razowy, a nie biały, ale smakuje prawie tak 

samo. I ziemniaki pasują do tego makaronu znakomicie. 

Nie  odpowiedziałyśmy  na  to  ani  słowem.  No  bo  co  można  było  powiedzieć?  Nie 

miałyśmy pojęcia, co jedzą ludzie w Mediolanie. Nawet Zuzia, która spędziła we Włoszech 

trzy tygodnie. 

- Byłam tylko nad morzem, koło Rimini - powiedziała. - I jadłam codziennie pizzę... 

Julka obejrzała z niezadowoleniem cztery cieniutkie plasterki sera. 

- Lepszy byłby ser w kawałku, można by go zetrzeć na tarce - westchnęła. - Ale skoro 

nie mamy nic do starcia, to poradzimy sobie inaczej... 

Nie  zdążyłyśmy  nawet  zapytać,  jak  zamierza  sobie  poradzić,  bo  natychmiast 

zobaczyłyśmy odpowiedź. Julka złapała ser i pocięła go na kawałki prawie tak małe jak przed 

chwilą koperek. A potem wymieszała pomidory, ser, no i koperek właśnie. Zalała ziemniaki z 

pieczarkami, cebulą i makaronem tymi jajkami z mlekiem, na wierzch położyła pomidory z 

serem  i  koperkiem,  posypała  wszystko  pieprzem  i  solą  i  wstawiła  szklane  naczynie  do 

gorącego piekarnika. 

- Rób, Zuzia, herbatę, zaraz będziemy jeść! 

No i faktycznie. Po kwadransie na stole stały trzy talerze wypełnione po brzegi. 

- Jak to ładnie pachnie - powiedziała Zuzia, sięgając po widelec. - A jak smakuje! O 

kurczę! 

- Kurczęcia  tam  nie  ma  -  przypomniała  jej  wojująca  wegetarianka,  wyraźnie 

background image

zadowolona z pochwały. 

Ja też spróbowałam, odrobinkę, z samego brzegu. A potem jeszcze odrobinkę, żeby się 

upewnić,  że  nic  mi  się  nie  wydawało.  I  jeszcze  troszkę...  Nawet  nie  zauważyłam,  kiedy  w 

moich ustach znikł ostatni kawałek ziemniaka. 

- Ależ  to  było  pyszne!  -  powiedziałam,  powstrzymując  się  z  trudem,  by  nie  wylizać 

talerza. 

- Super! Po prostu boskie! W życiu nie jadłam niczego takiego! Sorry, Julka, że ci nie 

dowierzałam. Makaron i ziemniaki świetnie do siebie pasują! - westchnęła Zuzia, przełknęła 

ostatni kęs i bez zastanowienia podniosła talerz, po czym starannie go wylizała. 

Jeśli  ona  może...  W  końcu  mojej  babci  tu  nie  ma  i  nigdy  się  nie  dowie,  że  ja, 

spadkobierczyni  tradycji  Łaniewskich,  zrobiłam  coś  takiego...  Trudno,  niech  się  dzieje,  co 

chce! Podniosłam talerz tak jak Zuzia i  wylizałam  sos. Wiem, że to strasznie niekulturalne, 

okropne,  naganne...  Ale  skoro  gospodyni  zrobiła  to  pierwsza...  Babcia  kiedyś  mówiła,  że 

dobre  wychowanie  wymaga,  by  dostosować  się  do  gospodarzy.  Więc  się  dostosowałam, 

chociaż było mi z tym trochę głupio. 

- Wylizujecie talerze? - zapytała Julka z niedowierzaniem. - Myślałam, że tylko ja to 

robię, że jestem  najbardziej niewychowaną trzynastolatką na świecie...  Zawsze strasznie się 

wstydziłam... 

- Ja też się wstydzę, ale to takie mile! - roześmiała się Zuzia. 

- A jak ja się wstydzę... - dołączyłam do niej w wyjaśnieniach. - Moja babcia chyba by 

zemdlała, gdyby zobaczyła, co zrobiłam, i to przy ludziach. 

- My  nie  jesteśmy  ludźmi!  Jesteśmy  twoimi  powiernicami  z  Siostrzanego  Bractwa 

Zet!  -  przypomniała  mi  Julka  i  podniosła  swój  talerz.  W  końcu  w  towarzystwie  samych 

powiernic mogła chyba go wylizać? Jeśli nie przy nas, to przy kim miałaby to zrobić? I kiedy, 

jeśli nie teraz, mając trzynaście lat? 

- Nie opuszczajcie talerzy! Koniecznie muszę to sfotografować! - Zuzia poderwała się 

od  stołu  i  wróciła  po  chwili  z  aparatem  z  długim  obiektywem  i  wielką  lampą  błyskową. 

Zuzkazaświeciła nam trzy razy prosto w oczy. No tak, teraz już nie ukryję przed babcią swo-

jego grzechu... Zobaczy te zdjęcia i dowie się, że wylizuję talerze przy ludziach. I będzie mi 

ciągle powtarzać, że damy tak się nie zachowują. Ale ja przecież wcale nie zamierzam  być 

damą. Dlaczego więc miałabym się tym martwić? 

background image

ROZDZIAŁ 12 

DWUNASTA CZTERDZIEŚCI SIEDEM 

Wiecie, która jest godzina? - powiedziałam, patrząc na zegarek. Może on się spieszy? 

To przecież niemożliwe... 

- Mniej więcej czterdzieści siedem minut temu minęła północ - uśmiechnęła się Zuzia, 

zerkając na ścianę. 

Faktycznie,  wisiał  tam  wielki  zielony  zegar.  I  wskazywał  tę  samą  godzinę,  którą 

widziałam  na swoim małym  starym zegarku.  Dostałam  go od babci  na pierwszą komunię... 

Właściwie  nawet  bym  się  nie  zdziwiła,  gdyby  się  zepsuł.  Nawet  chyba  trochę  bym  się 

ucieszyła. Może wtedy rodzice kupiliby mi tego swatcha, którego oglądałam na wystawie w 

centrum handlowym zawsze, gdy jechaliśmy na zakupy? Albo zegarek dla sportowców, który 

mierzy  tętno  w  czasie  biegu?  No,  ale  na  razie  nie  miałam  szans  ani  na  zegarek  dla  spor-

towców, ani na zwykłego kolorowego swatcha. Zegarek od babci wciąż chodził bez zarzutu. 

Dwunasta czterdzieści siedem… 

- No to za długo nie pośpimy! - westchnęła Julka. - Mogę iść się myć pierwsza? Marzę 

o gorącym prysznicu... Albo wannie... 

- Dwunasta  czterdzieści  siedem!  -  przeraziła  się  nagle  Zuzia,  nie  odpowiadając  Julce 

ani słowem. Chyba w ogóle nie słysząc jej pytania. Natychmiast zrozumiałam, o czym myśli. 

- Twoja mama, tak? - szepnęłam. - Powinna już być w domu? 

- Pewnie, że powinna być, i to ze dwie  godziny temu! Albo i trzy! - po raz pierwszy 

Zuzia  wyglądała  na  naprawdę  zdenerwowaną.  Nawet  na  klatce  schodowej,  kiedy  stałyśmy 

oko w oko z włamywaczami, nie straciła zimnej krwi. A teraz wyraźnie trzęsły się jej ręce. 

- Nie ma komórki? - zapytała Julka. - Nie możesz do niej zadzwonić? 

- Nie ma  -  dłonie  Zuzi  drżały  coraz bardziej. Zaczynały też się trząść jej  kąciki ust  i 

broda. A więc jednak się myliłam: Zuzia Zawadzka nie jest ze stali i też może stracić głowę. 

Pewnie nawet zemdleć... 

- A tata? - nie rezygnowała Julka. 

- Tata ma komórkę, nawet  dwie... bo pracuje dla dwóch firm...  - Zuzia nie uspokoiła 

się ani odrobinkę. - Ale co to ma za znaczenie? Ja przecież wiem, gdzie jest tata! Wyjechał 

służbowo! Nie martwię się o niego, tylko o mamę! 

Nagle dotarło do mnie, co miała na myśli Julka. 

- Może twoja mama dzwoniła do taty? - powiedziałam. - Znalazła budkę telefoniczną 

background image

albo wzięła od kogoś komórkę i zadzwoniła do domu, ale cię nie zastała i wtedy zadzwoniła 

do taty. Bo wiedziała, że ty się z nim w razie czego skontaktujesz... 

- Może? - na twarzy Zuzi pojawiła się leciutka, niepewna nadzieja. A potem zgasła tak 

szybko, jak się pojawiła. - Ale przecież ja nie mogę do niego dzwonić o pierwszej w nocy! 

Jeśli mama nie zostawiła mu dla mnie żadnej wiadomości, to tylko go niepotrzebnie obudzę i 

zdenerwuję.  I  nie  zaśnie  do  rana,  a  jutro,  to  znaczy  dzisiaj,  wstaje  o  szóstej,  ma  ważne 

spotkania, od nich może zależeć jego przyszłość... Przyszłość naszej rodziny... 

- A kim jest twój tata? - zapytałam, trochę dlatego, że mnie te ważne spotkania bardzo 

zaintrygowały... Moi rodzice nigdy nie mieli spotkań, od których by zależała przyszłość całej 

naszej  rodziny...  Bardziej  jednak  niż  z  ciekawości  zapytałam  po  to,  żeby  odwrócić  uwagę 

Zuzi od nieobecności mamy. Nie miałam naprawdę żadnego pomysłu, gdzie jej szukać. Skoro 

Zuzka nie chciała zadzwonić do taty... 

- Tata jest aktorem - powiedziała, wprawiając i mnie, i Julkę w absolutne zdumienie. 

Racjonalna  Zuzia,  siła  spokoju,  umysł  ścisły,  nasza  druhna  zastępowa...  Ona  jest  córką 

aktora?!  No  tak,  ale  przecież  wspomniała,  opowiadając  nam  o  sobie,  że  nie  odziedziczyła 

talentu po tacie. A my to przegapiłyśmy, nie zapytałyśmy, jaki to talent... 

- Ma  jutro  jakiś  casting?  -  zapytała  Julka,  a  na  jej  policzkach  pojawiły  się  lekkie 

wypieki. - O szóstej rano? 

- Tata jest aktorem, ale nie pracuje jako aktor - wyjaśniła Zuzia, gmatwając wszystko, 

co  wydawało  mi  się  w  miarę  jasne.  -  Pracuje  jako  agent  ubezpieczeniowy.  Musi  wstać 

wcześnie, żeby się dobrze przygotować do spotkań, które go czekają. 

Nie  miałam  pojęcia,  jakie  spotkania  decydują  o  przyszłości  całej  rodziny  agenta 

ubezpieczeniowego.  I  jak  należy  się  do  nich  przygotować.  Może  spotyka  się  z 

Rockefellerem?  Jeśli  on  jeszcze  żyje?  A  jak  nie  żyje,  to  z  jego  spadkobiercami...  Gdyby 

ubezpiecza}  ich  majątek  i  miałby  procent  od  wartości  tego  ubezpieczenia...  czyli  wartości 

majątku... no tak, to mogłoby odmienić los jego rodziny! Pewnie wyprowadziliby się z bloku 

koło szkoły do jakiejś rezydencji z fontanną... 

- Boję  się  o  mamę  -  powiedziała  Zuzia,  a  jej  głos  stał  się  nagle  bardzo  delikatny, 

zupełnie jakby to ona była poetką, a nie Julka. - Mama nigdy tak późno nie wraca. Tata też 

nie,  chyba  że  wyjeżdża  służbowo.  Mamy  taką  umowę,  że  zawsze  wracamy  do  domu  o 

dziewiątej i jemy razem kolację. To mój pierwszy dzień w tej szkole, mama obiecała, że nie 

będzie długo siedziała w pubie. Wróciłam dopiero wczoraj z wakacji, jeszcze nic mamie nie 

opowiedziałam, miałyśmy dziś sobie pogadać... 

Chciałam zapytać, gdzie była na tych wakacjach, ale czułam, że to nie jest odpowiedni 

background image

moment. Ona przecież cała się trzęsie z niepokoju, nie będę jej teraz wypytywać o wakacyjne 

wyjazdy.  Zwłaszcza  że  mogłabym  też  urazić  Julkę.  Ona  pewnie  nigdzie  nie  wyjeżdżała, 

byłoby jej przykro... 

- Może  zadzwonię  na  pogotowie?  -  powiedziała  Zuzia.  -  W  czasie  burzy  mogło  się 

stać coś złego... Jakiś wypadek autobusu... Drzewo zwalone na tramwaj... Wielki pożar pubu 

z powodu pioruna... 

- Już  lepiej  zadzwoń,  zamiast  wymyślać,  co  jeszcze  mogło  się  stać!  -  prawie 

krzyknęłam. Stanowczo nie zgadzałam się na to, żeby rozsądna, zrównoważona Zuzia wpadła 

w panikę. Życzyłam sobie, żeby cały czas była opanowana. Nawet wtedy, kiedy ja i Julka nie 

jesteśmy. Miała być naszą ostoją! 

Zuzia posłusznie wstała z krzesła i podeszła do telefonu. Na telefonie szybko migała 

czerwona lampka. 

- Automatyczna  sekretarka!  -  powiedziałyśmy  wszystkie  trzy  jak  na  komendę.  Jak 

mogłyśmy o niej zapomnieć? Ja i Julka to rozumiem, w końcu to nie nasz dom... Ale Zuzia? 

Czy nigdy mama nie zostawiała jej wiadomości na sekretarce?! 

Zuzia nacisnęła jakiś przycisk. Taśma w małej kieszonce telefonu zaczęła się szybko 

przewijać.  Rozległy  się  trzaski,  piski,  a  potem  głos  dyrektora:  „Dzień  dobry,  pani  Wando, 

mówi  Edwin  Rożen.  Mam  już  potwierdzenie  z  biura  podróży”...  Cierpliwie  wysłuchałyśmy 

całej  jego  opowieści  o  referatach,  to  znaczy  zestawach  referatów,  i  prośby  o  zachowanie 

dyskrecji. Gdy skończył, usłyszałyśmy trzy długie sygnały. 

- To  już  koniec?  -  spytała  Julka.  -  Jedyne  nagranie?  W  tym  momencie  rozległ  się 

jeszcze jeden sygnał, wyjątkowo głośny i piskliwy, a potem wysoki kobiecy głos: „Zuzanko, 

nie  wrócę  dziś  do  domu.  Nie  denerwuj  się,  to  przez  tę  burzę.  Musiałabym  iść  godzinę 

piechotą,  wszędzie  pełno  przewróconych  drzew,  autobusy  nie  jeżdżą...  Przenocuję  u  cioci 

Magdy, na szczęście byłam z moją klasą dwie przecznice od jej domu. Mam nadzieję, że nic 

ci się nie stało. Dlaczego nie odbierasz telefonu? Chyba nigdzie nie poszłaś w tę pogodę? U 

cioci nie ma prądu, komórka jej się rozładowuje, więc pewnie nie będę już mogła zadzwonić i 

ty też się tu nie dodzwonisz, ale niczym się nie martw. Połóż się spać i niczego się nie bój. 

Jutro sobie pogadamy, dzióbeczku! Całuję w nosek, pa, pa”. 

Zuzia  wyraźnie  się  zaczerwieniła.  Pewnie  trochę  z  ulgi,  a  trochę  z  powodu  tego 

dzióbeczka i całusków w nosek. Ja też bym wolała, żeby moje koleżanki nie słyszały takich 

wyznań mojej mamy. Jeśli znalazłaby czas, by zrobić cokolwiek poza posłaniem mi buziaka 

zza drzwi gabinetu... By powiedzieć do mnie „dzióbeczku”... 

- Jesteśmy twoimi powiernicami! - powiedziałam Zuzi to, co przy wylizywaniu talerzy 

background image

powiedziała mi Julka. - Nie zapominaj, że Sekretne Siostrzane Bractwo Zet nie ma przed sobą 

tajemnic! 

Zuzia uśmiechnęła się do mnie promiennie. Widać było, że kamień spadł jej z serca. 

Jej mama była bezpieczna. No i Zuzia miała nas... 

- Ta  burza  chyba  wszędzie  dookoła  była  znacznie  okropniejsza  niż  tutaj,  u  nas  - 

powiedziała zamyślona. - Twoja mama mówiła coś o zwalonym drzewie w pobliżu waszego 

domu,  moja też, o całej masie drzew. A u nas tylko  lał deszcz i kilka razy zagrzmiało.  Ale 

mamy prąd i gaz i nawet już nie pada. 

- Może  to  znak,  że  czas  położyć  się  do  łóżka,  chociaż  na  pięć  godzin?  -  ziewnęła 

Julką. - To był naprawdę bardzo długi dzień... 

background image

ROZDZIAŁ 13 

W CIEMNOŚCI 

Zuzia  wróciła  do  swojej  ulubionej  roli:  była  szefową  całego  naszego  sekretnego 

bractwa. Biegała po mieszkaniu bardzo przejęta i wydawała nam polecenia. Żaba - pompować 

materac,  Julka  -  powlekać  poduszkę,  Żaba  -  przesuwać  biurko,  tylko  odrobinkę,  tak  żeby 

materac się zmieścił na podłodze... 

- Chyba  że  wolicie  spać  w  pokoju  moich  rodziców?  -  zapytała  nagle,  zastygając  z 

kołdrą  w  rękach.  -  Żadne  z  nich  do  rana  nie  wróci,  tam  jest  wygodne  łóżko.  To  znaczy 

wersalka, rozkładana, ale bardzo duża... 

- Wolimy  z  tobą!  -  powiedziałam,  a  Julka  energicznie  pokiwała  głową  na  znak,  że 

myśli tak samo. Nie po to przecież założyłyśmy Sekretne Siostrzane Bractwo Zet, żeby teraz 

nocować w sypialni państwa Zawadzkich, zostawiając Zuzię samą. 

- A może ty wolisz spać tu sama, potrzebujesz momentu samotności, skupienia, chcesz 

rozważyć wydarzenia dzisiejszego dnia... - Julka znów wpadła w swój ulubiony ton. 

- Nie  chcę  nic  rozważać,  chcę  iść  spać!  -  roześmiała  się  Zuzia.  -  A  prawdę  mówiąc, 

strasznie się boję spać sama. Zawsze zostawiam otwarte drzwi do przedpokoju, żeby słyszeć 

rodziców... I żeby oni mnie słyszeli, gdyby coś się stało... 

A więc nasza racjonalna Zuzia też miała swoje lęki! Na przykład przed ciemnością... 

Bardzo się ucieszyłam, że nie jestem jedyną taką osobą na świecie. Babcia bardzo się złości, 

że boję się zasypiać bez zapalonej lampki. I bez mojego pluszowego pieska Feliksa. Dostałam 

go pierwszego dnia przedszkola. Podobno bardzo płakałam i tata kupił mi go na pocieszenie... 

Od  tamtej  pory  zawsze  przytulałam  się  przed  snem  do  jego  wytartego  brzuszka.  Nawet  na 

wakacje zawsze jeździłam z Feliksem. To chyba będzie moja pierwsza noc bez niego, mniej 

więcej od dziesięciu lat. A nawet dokładnie dziesięciu. Przecież rok przedszkolny zaczyna się, 

podobnie  jak  szkolny,  pierwszego  września.  A  skoro  teraz  mam  trzynaście  lat,  to  do 

przedszkola szłam dziesięć lat temu, jako trzylatka. Kawał życia spędziłam z tym Feliksem! 

Czy ja w ogóle bez niego usnę? 

- No  to  śpimy  tutaj,  wszystkie  trzy!  -  uśmiechnęła  się  Zuzia.  -  We  trzy  damy  sobie 

radę z każdą burzą, gdyby zechciała wrócić... 

Chyba powiedziała to  w złą godzinę! W tym  samym  momencie  całym  mieszkaniem 

wstrząsnął potężny huk, a światło zamrugało, przygasło na chwilę, potem rozbłysło tak, jakby 

w  każdej  lampie  były  dwie  dodatkowe  żarówki,  a  potem...  Potem  zapanowała  całkowita 

background image

ciemność. 

- Kurczę blade! - syknęła Zuzia, wpadając na biurko, które przesunęłam pod ścianę, i 

uderzając się z całej siły w biodro o kant blatu. 

Przeciągnęłyśmy biurko z powrotem na jego dawne miejsce i rzuciłyśmy się do okna. 

W  żadnym  mieszkaniu  nie  paliło  się  światło.  Zgasły  wszystkie  latarnie.  Ulicę  rozświetliły 

tylko  na  ułamek  sekundy  dwie  ogromne  błyskawice.  Rozległ  się  jeszcze  jeden  huk,  chyba 

nawet  potworniejszy  od  tego  pierwszego,  po  którym  wyłączono  prąd.  A  potem  zrobiło  się 

całkiem cicho i ciemno. 

- No  to  mamy  nawałnicę  -  westchnęłam.  -  Trochę  za  wcześnie  się  ucieszyłyśmy,  że 

nas prawie ominęła. A babcia przecież zawsze mi powtarza, że burza chodzi dookoła przez 

wiele godzin, że nie wolno jej ufać, bo odchodzi i wraca... jak niezdecydowana narzeczona. 

Nagle  bardzo  zatęskniłam  za  babcią,  rodzicami,  za  moim  pokojem  i  Etną,  która  na 

pewno przybiegłaby do mnie przy pierwszej błyskawicy i wskoczyłaby mi pod kołdrę. Żaden 

pies  nie  boi  się  burzy  tak  jak  ona!  Miałam  tylko  nadzieję,  że  mama  dała  jej  tabletkę  uspo-

kajającą. Skoro dała kotu pani Uli, to chyba nie zapomniała o własnym psie? 

Szkoda, że nie pojechałam do domu od razu po szkole. Z Zuzią i Julką jeszcze zdążę 

się zaprzyjaźnić... A w taką pogodę lepiej jednak być w domu niż w jakimś obcym bloku, bez 

dorosłych... Nawet nie znam adresu tego domu. Gdyby przyszło dzwonić po pomoc, to nawet 

nie umiałabym powiedzieć, gdzie jestem! 

- Poszukam  latarki  -  Zuzia,  co  było  do  przewidzenia,  uspokoiła  się  pierwsza.  - 

Umyjemy się szybko i pójdziemy spać. W końcu jak się śpi, to wszystko jedno, czy jest prąd, 

czy nie ma, prawda? 

Musiałyśmy  przyznać  jej  rację.  Żelazna  logika  ścisłego  umysłu.  Wyraźnie 

odziedziczyła więcej  cech po mamie fizyczce niż po tacie aktorze. Chociaż on przecież tak 

chyba do końca nie był  aktorem, Zuzia mówiła, że nie pracuje w zawodzie, tylko sprzedaje 

ubezpieczenia. To raczej mało artystyczne zajęcie... 

Obeszłyśmy całe mieszkanie, trzymając się za ręce. Zaglądałyśmy do szafek w kuchni, 

komody  w  dużym  pokoju,  szafy  z  ubraniami,  apteczki,  a  na  końcu  nawet  do  wersalki 

rodziców.  Ale  tam  oczywiście  była  tylko  pościel.  Bo  co  innego  ludzie  mieliby  trzymać  w 

skrzyni na pościel w kanapie? Przecież nie latarkę! 

- Nie  mam  już  żadnego  pomysłu.  Nie  wiem,  gdzie  jeszcze  mogłybyśmy  szukać  - 

przyznała Zuzia, trochę przygnębiona. - Nigdy do tej pory nie potrzebowałam latarki, nigdy 

nie zapytałam  rodziców, gdzie ją trzymają. Nie jestem  nawet  pewna, czy w ogóle mamy  w 

domu latarkę... 

background image

- Ale świeczki chyba macie? - zapytała Julka. 

- Świeczki!  No  jasne!  -  ucieszyła  się  Zuzia.  Na  telewizorze  w  dużym  pokoju  stał 

świecznik,  a  w  nim  pięć  drugich  czerwonych  świec.  Starczy  nam  na  całą  noc!  Jesteśmy 

wybawione! 

- Będzie bardzo romantycznie - rozmarzyła się Julka. 

- Teraz  jeszcze  tylko  potrzebujemy  zapałek  -  powiedziała  Zuzia,  a  mnie  przeszedł 

dreszcz.  Bo  przypomniałam  sobie  początek  naszej  wizyty  w  tym  mieszkaniu.  Całe  lata 

świetlne temu... W czasach, gdy było jasno i wcale się nie bałyśmy. To znaczy bałyśmy się, 

ale  nie  burzy,  ciemności,  grzmotów  i  przestępców,  lecz  głośnego  czytania  tego,  co 

pomyślałyśmy  o  sobie  nawzajem.  Doskonale  pamiętałam,  że  żadna  nie  chciała  czytać 

pierwsza,  postanowiłyśmy  więc  ciągnąć  zapałki  i  Zuzia  szukała  ich  po  całym  domu.  Bez 

skutku!  A  przecież  wtedy  był  środek  dnia,  świeciło  słońce...  Skoro  nie  znalazła  ich  wtedy, 

gdy widziała każdy szczegół, każdy kolor, kształt, każdy najmniejszy drobiazg, jakim cudem 

miałaby  dotrzeć  do  zapałek  teraz,  gdy  musiała  polegać  tylko  na  pamięci  i  dotyku?  Czy 

naprawdę miała jakąkolwiek szansę, przetrząsając po omacku szafki i szuflady? 

- Piecyk gazowy w łazience - powiedziała nagle Julka, po raz kolejny kompletnie nas 

zaskakując. - Widziałam tam piecyk gazowy z takim małym płomyczkiem w środku. Czy od 

tego nie da się zapalić świeczki? Jak odkręciłam ciepłą wodę, to ten płomyczek zamienił się 

w ogromny płomień... 

- Jesteś genialna! - szepnęła Zuzia i ruszyła w stronę łazienki. - Jak mogłam na to nie 

wpaść? Mama nie byłaby ze mnie zadowolona. Powiedziałaby, że całkiem straciłam głowę. 

- W  tej  sytuacji  to  chyba  naturalne  -  starałam  się  ją  pocieszyć.  Nie  byłam  jednak 

pewna, czy mi to wyszło. 

Już po chwili siedziałyśmy w pokoju  Zuzi  w blasku pięciu  długich świec. Może dla 

Julki  wyglądało  to  bardzo  romantycznie,  ale  mnie  ciarki  chodziły  po  plecach.  W  tym 

przytłumionym świetle wszystko było jakieś nierzeczywiste. Świece rzucały długie cienie, ich 

płomyki  drżały,  nasze  twarze  wykrzywiały  się,  wydłużały.  Meble  skąpane  w  mroku 

wyglądały jak ponure rzeźby. Zupełnie jakby chciały nam coś przekazać... Aż przeszedł mnie 

zimny dreszcz, od głowy do stóp... 

- O  której  wschodzi  słońce?  -  zapytałam.  Zuzia  i  Julka  roześmiały  się  niepewnie. 

Chyba chciały mi dodać otuchy, ale nie wiedziały, jak to zrobić... W głębi duszy one przecież 

też czekały na świt. 

- Pójdę  się  umyć  -  postanowiła  Julka.  -  Przynajmniej  zęby...  Nie  usnę  bez  mycia 

zębów. 

background image

- Ale ja nie mam zapasowej szczoteczki - przeraziła się Zuzia. 

- Umyję zęby palcem, nałożę trochę pasty... Nieraz już tak robiłam - powiedziała Julka 

i wstała z materaca ze świeczką w dłoni. 

- Odprowadzimy cię - zdecydowałyśmy z Zuzią. Żadna z nas nie miała ochoty zostać 

sama.  Nie  byłam  pewna,  czy  w  ogóle  pójdę  się  myć.  Sama,  w  łazience,  z  jedną,  jedyną 

świeczką i tym piecykiem... Nie znałam się na piecykach gazowych, ale kiedyś widziałam w 

telewizji wiadomość o wybuchu gazu w bloku.  Były tam piecyki... Julka, o dziwo, nie bała 

się.  Chyba  nie  oglądała  tamtego  dnia  telewizji. A  może  miała  w  domu  taki  sam  piecyk  jak 

Zuzia? Wciąż nie mogłam sobie wyobrazić ani  jej rodziców, ani  mieszkania. Widać jednak 

było, że Julka często siedziała w ciemności. Była do niej przyzwyczajona, bała się znacznie 

mniej niż ja i Zuzia, chodziła też jakoś pewniej niż my, zupełnie jak kot, który widzi w nocy... 

Mama kiedyś mi tłumaczyła, jak to jest z tym widzeniem. Zwierzęta podobno widzą w 

ogóle inaczej niż ludzie... Ale teraz z wrażenia nic nie pamiętałam. Tylko to, że nasza Etna, 

sprytna mądra sunia, rozbijała się o meble, biegnąc do drzwi po ciemku, a Lawa, kicia babci, 

skakała  w  środku  nocy  po  szafkach  i  półkach  równie  miękko  i  precyzyjnie  jak  w  dzień.  A 

więc na pewno koty radziły sobie w ciemności lepiej niż psy. A Julka radziła sobie lepiej niż 

ja i Zuzia. 

- Dam  ci  koszulę  nocną  -  powiedziała  Zuzia,  sięgając  do  szafy.  -  Dam  koszule  wam 

obu... I ręczniki... 

Przez  chwilę  bałam  się,  że  zaglądając  ze  świeczką  do  szafy,  spali  cały  dom.  Na 

szczęście  jednak  świetnie  sobie  poradziła  -  jedną  ręką  trzymała  świecę  z  dala  od  półek,  a 

drugą  wyciągała  białe  mięciutkie  ręczniki.  A  potem  koszule  nocne.  Dla  mnie  krótką,  z 

wzorkiem w pluszowe pieski. Czyżby intuicja podpowiedziała jej, że tęsknię za Feliksem? I 

za Etną? Ona też jest prawie pluszowa, taka miękka i kochana... 

- Niestety,  nie  mam  koszuli  w  żaby  -  uśmiechnęła  się  Zuzia,  próbując  dodać  nam 

odwagi. A potem podała Julce koszulę z bufkami wykończonymi koronką. 

- Najdłuższa, jaką mam - wyjaśniła. - Jesteś taka wysoka, pewnie i tak będzie ci sięgać 

do pępka... No a poza tym jest najbardziej romantyczna. Może ją sobie weźmiesz? Do mnie te 

delikatne koronki zupełnie nie pasują... 

Julka przytuliła ją, sprawnie manewrując świeczką i odsuwając ją od włosów Zuzi. A 

potem ruszyła w stronę łazienki. 

Kochana  Julka,  pomyślałam.  Dobrze,  że  nie  powiedziała  Zuzi,  że  koszula  będzie  na 

nią nie tylko za krótka, ale i stanowczo za szeroka. Julka jest przecież taka szczupła. A Zuzia 

raczej nie... Ale w żadnym wypadku nie należy przypominać jej o tym w taką noc jak ta! 

background image

ROZDZIAŁ 14 

JEDWABNA BLUZKA 

Nie  wypadało  stać  pod  drzwiami  łazienki  i  nasłuchiwać,  jak  sobie  radzi  Julka. Ja  na 

pewno nie chciałabym, żeby ktoś słuchał, jak myję zęby, siusiam, śpiewam pod prysznicem... 

Chociaż,  prawdę  mówiąc,  niewiele  było  słychać.  Deszcz  walił  w  szyby  tak,  że  nawet  roz-

mawiając, musiałyśmy niemal krzyczeć. 

- Wracamy do pokoju? - zapytała Zuzia. Pokiwałam głową. Może uda mi się zamienić 

z  nią  kilka  słów  z  dala  od  Julki,  porozmawiać  o  tym,  jak  jej  pomóc...  Żadna  z  nas  nie  jest 

przecież  bogata,  ale  rodzina  Julki  wyraźnie  radzi  sobie  najgorzej  z  nas  wszystkich.  Co  ona 

powiedziała?  Że  często  myje  zęby  palcem,  bez  szczoteczki?  Stanowczo  powinnyśmy  coś 

zrobić! Skoro nam ufa, skoro założyła z nami Sekretne Siostrzane Bractwo Zet... Nie udało 

mi się jednak powiedzieć ani słowa. Zanim doszłyśmy do pokoju Zuzi, na moment zrobiło się 

całkiem  jasno.  Potężna  błyskawica  przeszyła  niebo,  a  sekundę  później  mieszkaniem 

wstrząsnął kolejny huk. 

- Czy  to  się  nigdy  nie  skończy?  -  jęknęłam,  czując  się  jak  mała  dziewczynka.  Tak 

chciałam  być  w  domu,  z  rodzicami!  Pogłaskać  Etnę,  schować  się  pod  kołdrę,  przytulić 

pluszowego Feliksa... 

Zuzia nie zdążyła odpowiedzieć. Nagle bowiem drzwi do dużego pokoju otworzyły się 

z impetem, a nasze nogi owionął lodowaty wiatr. 

- Okno! - krzyknęła Zuzia. - Otworzyło się okno! Kurczę, pewnie go nie domknęłam 

rano, gdy wyszłam na balkon sprawdzić, czy jest ciepło... 

Wiatr szalał po całym mieszkaniu. Roznosił jakieś papiery, zrzucił książkę ze stolika... 

i  to  było  ostatnie  zdarzenie,  które  widziałyśmy.  Bo  zaraz  potem  zdmuchnął  nam  świeczki. 

Wokół znów zapanowała całkowita ciemność. 

- Idziemy je zapalić do łazienki? - zapytałam. 

- Nie  ma  sensu  -  pokręciła  głową  Zuzia.  -  Julka  pewnie  zamknęła  się  na  haczyk  i 

siedzi  w  wannie.  Poczekamy,  aż  wyjdzie.  Na  razie  musimy  dotrzeć  do  tego  okna  i  jak 

najszybciej je zamknąć. 

Ruszyłyśmy więc, trzymając się mebli, do dużego pokoju państwa Zawadzkich. Po raz 

pierwszy w życiu zdarzyło mi się marzyć, żeby niebo przeszyła kolejna błyskawica. Dziwne 

marzenie, ale jednak... Wystarczyłoby pół sekundy. Żeby oświetliła całe mieszkanie, żebyśmy 

zdążyły ominąć półkę z kaktusami, telewizor i druciany gazetnik. Nie chciałabym się nadziać 

background image

na jego kłujące metalowe uchwyty! 

Burza jednak, jak na złość, odrobinkę przycichła. I żadne pioruny ani na sekundę nie 

rozjaśniały naszej drogi. 

- Na  pewno  zalało  już  cały  parkiet  -  westchnęła  Zuzia.  Po  głosie  poznałam,  że  jest 

prawe  tak  zdenerwowana  jak  wtedy,  gdy  nie  wiedziała,  co  stało  się  z  jej  mamą.  I  gdy 

wyobrażała sobie jakieś straszliwe wypadki z jej udziałem. 

- To  tylko  podłoga,  nie  denerwuj  się!  -  powiedziałam,  ale  Zuzia  zdenerwowała  się 

jeszcze bardziej. 

- To  ukochany  parkiet  mojej  mamy  -  zaczęła  mówić  jak  katarynka.  -  Nie  mamy 

żadnych  cennych  mebli,  dywanów,  nic...  Żyjemy  trochę  jak  harcerze,  ale  na  punkcie  tego 

parkietu mama ma lekką obsesję. Marzyła o nim chyba od dzieciństwa. Chciała, żeby był taki 

jak  w  domu  jej  ukochanej  ciotki,  który  pamięta  jak  przez  mgłę.  Ciotka  umarła,  dom 

sprzedano... A mama wciąż wspominała zapach pastowanej podłogi. W końcu trzy lata temu, 

na dwudziestą rocznicę ślubu, tata kupił jej ten parkiet. Nie pozwoliła go polakierować. Jest 

woskowany, a mama co drugi dzień go pastuje. Obsesja, mówię ci. Raz moja siostra wylała 

szklankę wody. Awantury były przez tydzień. 

- Siostra? - zastygłam w bezruchu, zapominając na moment o burzy. - Masz siostrę?! 

Nie  widziałam  przecież  żadnych  ubrań  tej  siostry,  w  łazience  były  tylko  trzy 

szczoteczki do zębów. Nie było też żadnego łóżka, na którym by ta siostra sypiała. Chyba nie 

śpi z Zuzią na wąskim sosnowym tapczaniku? Albo z rodzicami na ich wersalce? A może to 

bardzo  mała  siostra?  Niemowlak?  Niemowlaki  nie  potrzebują  szczoteczek  do  zębów,  a 

łóżeczko mogą mieć składane... No ale w takim razie gdzie jest ten niemowlak? Z mamą w 

pubie? Czy z tatą na wyjeździe służbowym, który ma odmienić życie całej rodziny? 

- Mam siostrę, oczywiście, nie mówiłam wam? - zdziwiła się Zuzia. - Agatę. Całkiem 

dorosłą. Przynajmniej ona tak o sobie myśli. W świetle prawa jest pełnoletnia, niestety. Ale 

czasami mam wrażenie, że jest znacznie młodsza ode mnie... 

Chętnie usłyszałabym o tej Agacie coś więcej. 

O pełnoletniej, nieodpowiedzialnej Agacie. Co robi, gdzie mieszka, ile ma lat... No ale 

to nie był odpowiedni moment. Wiatr hulał po całym mieszkaniu, rzucił mi w twarz gazetę... 

Nigdy nie myślałam, że przejście kilku metrów, z jednego pokoju do drugiego, może być tak 

trudne! 

- Dlaczego  dorośli  zostawiają  dzieci  same  w  takich  chwilach?  -  westchnęłam,  trochę 

zła na rodziców Zuzi. 

I  jej  siostrę.  Skoro  jest  pełnoletnia,  to  mogłaby  się  chyba  zainteresować 

background image

niepełnoletnim rodzeństwem. 

- Ze  wszystkim  sobie  poradzimy!  -  powiedziała  Zuzia.  Taką  ją  najbardziej  lubiłam. 

Optymistyczną, stanowczą. - Nie damy tej głupiej burzy zniszczyć parkietu mamy! 

Rzuciłyśmy się zdecydowanie do przodu. Pokonałyśmy drzwi, weszłyśmy do pokoju... 

Woda  chlupała  nam  pod  nogami.  Ten  parkiet  chyba  jednak  trochę  się  zniszczy.  Widziałam 

kiedyś w telewizji program o powodzi. W jednym z domów, które pokazywali, była czarna, 

powykrzywiana  podłoga.  I  jakaś  kobieta  płakała,  że  przez  wodę  cała  klepka  jej  spuchła.  Na 

pewno nie o takim parkiecie marzyła mama Zuzi przez całe życie... 

- Popchnij  od  dołu!  -  Zuzia  szarpała  się  z  ogromnym  balkonowym  oknem.  Na  razie 

było 1:0 dla okna. A właściwie dla wiatru. Ale wiatr nie wiedział o wszystkim. Nie wiedział, 

że Zuzia nie jest sama! 

Podeszłam do niej. Nogi już miałam całe mokre i było mi strasznie zimno. No dobrze, 

będę się nad sobą użalać za chwilę. Teraz trzeba wygrać z oknem. Złapałam za ramę i z całej 

siły popchnęłam ją do przodu. I jeszcze raz... 

- Hurra! Zamknęłyśmy! - Zuzia pocałowała mnie w policzek lodowatymi ustami. 

No  dobra,  ale  co  teraz?  Przecież  zamknięcie  okna  to  dopiero  początek.  Trzeba  coś 

zrobić z tą wodą, jakoś uratować parkiet... To, co się jeszcze da uratować... 

Domem wstrząsnął kolejny grzmot, a błyskawica na moment oświetliła cały pokój. No 

tak, rychło w czas! Prosiłam o światło przedtem, kiedy się obijałyśmy o meble... 

- Jak  to  strasznie  wygląda!  -  westchnęła  Zuzia.  Dzielna  druhna  zastępowa  znowu 

gdzieś znikła? - Boże, co my zrobimy? Jak to posprzątać? Od czego zacząć? 

- Od wody - powiedziałam stanowczo. - Najpierw trzeba zetrzeć wodę... 

Zuzia bezradnie zaczęła podnosić z podłogi drobiazgi pozrzucane przez wiatr z półek i 

stolika.  Książkę,  kilka  gazet,  długopis,  nożyczki,  doniczkę  z  jakimś  kwiatkiem,  paprotką 

chyba, szklankę z resztką kawy, drewniany wazonik... Wszystko oczywiście było kompletnie 

mokre. Rozłożyłam na wersalce książkę i gazety. Może dzięki temu szybciej wyschną? 

- Masz jakieś szmaty? - zapytałam. - Musimy czymś pozbierać tę wodę... 

- Mama  ma,  ale  nie  wiem  gdzie  -  Zuzia  trzęsła  się  jeszcze  bardziej  niż  wtedy,  przy 

telefonie,  gdy  myślała,  że  mamę  przywaliło  drzewo.  Sama  już  nie  wiedziałam,  czy  drży  z 

zimna, czy z nerwów. - Chyba w łazience, ale tam przecież siedzi Julka. 

- Coś strasznie długo tam siedzi - powiedziałam. Ale przecież wcale nie zamierzałam 

jeszcze  bardziej  denerwować  Zuzi!  Szybko  więc  dodałam:  -  Mówiła,  że  marzy  o  gorącej 

kąpieli, pewnie leży w wannie i pisze wiersze... Potem się nią zajmiemy, teraz musimy wy-

trzeć podłogę. Do sucha. Żeby parkiet nie spuchł! 

background image

- Parkiet!  -  Zuzia  zareagowała  na  to  słowo  jak  posłuszny  żołnierz  na  komendę 

dowódcy. Rzuciła się do szafy i zaczęła wyciągać z niej ubrania. 

- Będziesz  wycierać  podłogę  spodniami?  -  wyczułam  dłonią  twarde  płaskie  szwy  na 

wąskich nogawkach. Dżinsy, na pewno! 

- Wszystko mi jedno - Zuzia wyrwała mi spodnie z rąk i zaczęła nimi zbierać wodę. - 

Gdzie ja mam to wycisnąć? Kurczę, miska też jest w łazience. Julka, wychodź! 

- Przyniosę  garnek  -  postanowiłam  i  ruszyłam  po  omacku  w  stronę  kuchni. 

Wiedziałam, że dojście tam zajmie mi z dziesięć minut, ale co innego mogłam zrobić? Zanim 

włączą  prąd  albo  zacznie  wschodzić  słońce,  parkiet  nasiąkłby  wodą  i  nic  już  by  go  nie 

uratowało. Trzeba było działać natychmiast. 

Wycierałyśmy  podłogę,  czym  popadnie,  wyciskając  ubrania  do  dwóch  wielkich 

garnków. 

- To  chyba  jedwab  -  powiedziałam,  dotykając  kolejnej  „ścierki”  podanej  mi  przez 

Zuzię. 

- Kurczę, bluzka mamy - Zuzia rzuciła ją za siebie, na wersalkę, i sięgnęła po następne 

ubrania. - To chyba podkoszulek, upierze się bez problemu. Dobrze, że zauważyłaś, to znaczy 

wyczułaś,  że  tamto  to  był  jedwab!  Bo  inaczej  byłaby  masakra  i  wielki  płacz,  może  nawet 

większy niż o tę podłogę... Mama chodzi zwykle w dżinsach, sama zobaczysz. Ale tata miał 

w lipcu wielki bal ubezpieczycieli. Było ze trzech ministrów, wielka gala, kawior i homary... 

No i mama za prawie pół pensji kupiła sobie tę bluzkę. Nie spała z nerwów przez dwie noce, 

ale uznała, że ma do niej moralne prawo, że jej się należy, raz w życiu... Nawet ślub brała w 

sukience  z  bawełny,  dosłownie  za  pięć  złotych.  Więc  wtedy  postanowiła  zaszaleć.  No  a  ja 

wytarłabym tą bluzką podłogę... 

Wstałam z kolan i starannie złożyłam bluzkę, którą Zuzia rzuciła na kanapę. Skoro to 

najważniejsza i najdroższa bluzka pani Zawadzkiej... 

background image

ROZDZIAŁ 15 

UWIĘZIONA 

Sucha! Nareszcie! - Zuzka wyprostowała się z trudem, przeciągnęła i jak długa padła 

na wyszorowaną podłogę. - Chyba mam już dość. Co za dzień... to znaczy noc! 

- Nie  zapomnimy  jej  do  końca  życia  -  roześmiałam  się  i  położyłam  obok  niej  na 

twardym  parkiecie.  Bolało  mnie  wszystko:  ręce  od  wyżymania  ubrań,  kolana  od  klęczenia, 

kręgosłup od schylania się... A przede wszystkim głowa, chyba z braku snu. 

- Idziemy spać? - zapytałam Zuzię. 

- Pójdę jeszcze umyć zęby - odpowiedziała i nagle poderwała się na równe nogi. 

- Julka! - odgadłam i też wstałam, zapominając o bólu rąk, kolan, pleców. - Jak długo 

ona siedzi w tej łazience? Coś musiało się stać! 

- Spokojnie  -  Zuzia  chciała  mnie  pocieszyć,  ale  jej  głos  nie  brzmiał  zbyt  pewnie. 

Przesuwałyśmy się po omacku w stronę łazienki, zastanawiając się, czy istnie - je jakikolwiek 

niestraszny normalny powód tego, że Julka jeszcze nie wyszła. 

- Może usnęła w wannie? - podsunęłam. 

- Może  pisze  wiersz?  -  powiedziała  Zuzia.  -  Albo  raczej  cały  poemat.  Coś  bardzo 

długiego, jak „Pan Tadeusz”. Poeta, kiedy pisze, zapomina przecież o całym świecie. 

- Myślisz,  że  nie  zauważyła,  że  siedzi  w  lodowatej  wodzie?  -  pokręciłam  głową, 

chociaż Zuzia i tak nie mogła tego zobaczyć. - Przecież ta kąpiel musiała jej już całkowicie 

wystygnąć! 

- Może wyszła z wanny, wytarła się, ubrała w koszulę i nagle dopadło ją natchnienie? 

-  Zuzia  za  wszelką  cenę  poszukiwała  racjonalnego  wyjaśnienia.  -  Usiadła  na  brzegu  wanny 

albo na klapie od sedesu i pisze. 

- Po  ciemku?  -  spytałam.  Nagle  po  plecach  przebiegł  mi  znajomy  zimny  dreszcz. 

Który to już tej nocy? - Miała świeczkę... A teraz w okienku łazienki jest zupełnie ciemno. 

Żadnego, najmniejszego choćby blasku. Nic! 

- Kurczę...  -  optymizm  Zuzi  wyraźnie  się  wyczerpał.  -  Zgasiła  tę  świeczkę.  Ale 

dlaczego? 

Nagle przypomniałam sobie znowu ten straszny program, który oglądałam niedawno 

w  telewizji.  Ten  o  wybuchu  gazu  w  domu,  w  którym  były  piecyki,  ł  inny,  chyba  jeszcze 

straszniejszy,  o  chłopczyku,  który  zaczadził  się  w  łazience.  Bo  gaz  ulatniał  się  z  piecyka. 

Skoro  te  piecyki  są  takie  niebezpieczne,  to  stanowczo  powinni  przestać  je  produkować!  A 

background image

może  już  przestali?  Może  tamte,  które  były  takie  groźne,  już  zastąpiono  jakimś  nowym 

typem, całkowicie bezpiecznym, z którego nic się nie ulatnia i nic nie wybucha? Może... Ale 

ten piecyk u Zuzi w domu nie wyglądał, niestety, na zbyt nowoczesne urządzenie. Z drugiej 

strony  jednak,  nawet  gdyby  Julka  zaczadziała,  to  dlaczego  miałaby  przedtem,  w  ostatnim 

przebłysku świadomości, zgasić świeczkę?! 

- Julka! Julka! Żyjesz?! - krzyknęłam w stronę łazienki. 

- Julka, odezwij się! - krzyknęła Zuzia. 

- Żyję - z łazienki dobiegł cichy głos. Nie brzmiał zbyt dzielnie. Chyba jednak coś jej 

się  stało...  Może  leży  na  podłodze,  już  prawie  zaczadzona,  półprzytomna...  Może  odezwała 

się do nas resztką sił, w ostatnim przebłysku świadomości właśnie... 

- Julka, co ci jest? - Zuzia też się zorientowała, że głos z łazienki nie brzmi normalnie. 

- Jestem uwięziona... Moje kolano... Moje kolano... - jęczała Julka. 

- A co ze świeczką? - zapytała Zuzia, oczywiście już spokojnie i konkretnie. 

- Nie mogę się ruszyć... - z łazienki wciąż dobiegał cichy jęk Julki. 

- Ale co ze świeczką? - dopytywała się Zuzia. 

- Zgasła,  chyba  zrobiłam  niezłego  wiatru,  gdy  się  poślizgnęłam...  -  w  głosie  Julki 

zabrzmiało coś jakby uśmiech. A więc nie było tak źle. 

- Całe  szczęście,  przynajmniej  nie  grozi  nam  pożar  -  odetchnęła  z  ulgą  Zuzia.  - 

Wyobraziłam sobie, że leżysz na podłodze, na tobie ręczniki, szlafroki... A w środku płonąca 

świeczka.  Na  razie  nie  widać  płomienia,  ale  ten  stos  pali  się  od  środka...  Aż  mnie  dreszcz 

przeszedł! No, ale na szczęście wszystko jest w porządku. 

- Nic  nie  jest  w  porządku!  -  ryknęła  Julka  ze  środka  niespodziewanie  potężnym 

głosem. - Nie mogę wstać i otworzyć drzwi, nie mogę się ruszyć, chyba mam kolano złamane 

w pięciu miejscach! 

W pięciu miejscach? Miałam nadzieję, że przesadza, jak zwykle. Choć z przestępcami 

wcale nie przesadziła... 

- A jak to się stało? - zainteresowałam się. 

- Poślizgnęłam  się  i  upadając,  uderzyłam  kolanem  o  wannę  -  głos  dochodzący  z 

łazienki znowu był słaby i jęczący. - To wcale nie jest przenośnia, człowiek naprawdę widzi 

w takiej chwili setki małych złotych gwiazdek. Jak w filmach animowanych... 

- Nie otworzysz tego haczyka? Na pewno? - dopytywała się Zuzia. 

- Nie otworzę! - zdenerwowała się Julka. - Nic innego nie próbuję zrobić, od kiedy się 

tu doczołgałam. Próbowałam ze sto razy. Nie dam rady! Jestem uwięziona, ten haczyk jest za 

wysoko, nie mam się na czym oprzeć, zresztą łokieć też sobie stłukłam... 

background image

- Leź  spokojnie,  żeby  ci  się  kości  nie  przemieściły  -  przypomniałam  sobie  historię  z 

Pikusiem.  Nie  powinna  ruszać  nogą!  Ani  łokciem!  Ona  przecież  w  ogóle  nie  ma  mięśni  i 

tłuszczu, sama skóra i kości. Nawet lekko się uderzając, mogła coś sobie złamać... Nie ma w 

ogóle,  jak  mówi  tata,  amortyzacji.  Zupełnie  jakby  się  uderzyła  prosto  w  kość,  bez  żadnej 

ochrony. 

- Nie ruszaj się! Żaba ma rację! - krzyknęła Zuzia. - Zaraz cię wyciągniemy. 

- Jak? - szepnęłam jej do ucha. - Przecież nie damy rady wyważyć tych drzwi. 

- Wybijemy okienko - powiedziała Zuzia, a mnie zrobiło się wstyd, że sama na to nie 

wpadłam. Jasne, okienko! Jest malutkie, ale wystarczy, żeby włożyć rękę i otworzyć haczyk. 

- Będziemy czymś rzucać? - spytałam, przypominając sobie cukierniczkę lub pudełko 

na guziki. 

- Uderzymy czymś ciężkim. Nie będziemy rzucać, musimy to trzymać w ręku. Bo jak 

upadnie w dół, to może zabić Julkę. Musimy tylko uderzyć... Lekko, żeby nie było za dużo 

odłamków  -  Zuzia  w  skupieniu  przesuwała  dłońmi  po  szafce  w  przedpokoju,  szukając 

odpowiedniego przedmiotu. 

- Widziałam  w  filmach,  że  zawija  się  to  w  szmatę  -  powiedziałam.  -  Ale  nie  jestem 

pewna, po co się to robi. Może właśnie po to, żeby nie rozbiło się w drobny mak? 

- A  może  po  to,  żeby  było  cicho?  Bez  brzęku?  -  zastanawiała  się  Zuzia.  -  Zresztą 

nieważne po co, po prostu to zrobimy. Na wszelki wypadek... 

Zuzia zdjęła z półki przy drzwiach jakieś ubranie. Chyba kurtkę. 

- Za  duża  -  pokręciłam  głową  w  ciemności.  A  potem,  w  chwili  nagłego  olśnienia, 

włożyłam  rękę  do  kieszeni  tej  kurtki.  Coś  tam  było.  Szalik?  Apaszka?  W  sam  raz,  żeby 

owinąć to coś, co w końcu znajdzie Zuzia. Jeśli znajdzie. 

- Klucze taty - powiedziała, podając mi ciężki skórzany futerał. 

- Tyle kluczy? - zdziwiłam się. 

- Do  domu,  do  piwnicy,  na  działkę,  do  samochodu,  do  garażu,  do  windy  u  babci  i 

dziadka w bloku i do ich mieszkania, do biura... - wyliczała. - Najlepsze, co znalazłam. Ten 

futerał  ma  taki  uchwyt,  chyba  do  przyczepienia  do  paska  od  spodni.  Będziemy  za  niego 

trzymać, żeby nie uderzyć Julki. 

- Owijamy w szalik? - upewniłam się. 

- Owijamy! - przytaknęła Zuzia i nagle o czymś sobie przypomniała. - Julka, odsuń się 

od drzwi jak najdalej. I przykryj się czymś. Jakimś ręcznikiem, szlafrokiem, czymkolwiek się 

da, bo będziemy wybijać szybę. 

Z łazienki dobiegały pojękiwania. Julka przesuwała się z wyraźnym wysiłkiem. 

background image

- Możecie zaczynać!  -  zawołała po chwili.  Zuzia wyjęła mi z  ręki  futerał z kluczami 

owinięty w szalik i mocno zacisnęła na nim dłoń. A więc to ona będzie rozbijać szybę, nie ja? 

Całe szczęście! Wolałabym nie zranić Julki. A byłam zbyt zdenerwowana, by mieć pewność, 

że nie wypuszczę tych kluczy z ręki. Bardzo ciężkich kluczy... 

Zamknęłam  oczy,  chociaż  w  ciemności  i  tak  niewiele  mogłabym  zobaczyć.  Ale  na 

wszelki wypadek... Usłyszałam cichy brzęk. 

- Julka, żyjesz? - zawołałam. 

- Żyję,  wszystko  jest  w  porządku  -  powiedziała.  -  Oprócz  tego,  że  nie  mogę  się 

podnieść... 

Zuzia wyciągnęła rękę, by przełożyć ją przez wybite okno. 

- Stój!  -  krzyknęłam.  -  Chyba  coś  mi  się  pomyliło.  W  tych  filmach  to  nie  to,  czym 

walili,  owijali  szmatą,  ale  rękę,  potem,  żeby  się  nie  pokaleczyć,  wsadzając  ją  przez  wybitą 

szybę. To znaczy, może ten przedmiot,  którym  ją rozbijali, też owijali... Nie jestem  pewna. 

Ale rękę owijali na pewno! 

- Dobra,  owinę  -  powiedziała  Zuzia  spokojnie.  -  Tylko  chyba  już  nie  mam  czym. 

Szalik wpadł mi przez okno do środka, do łazienki. Kurtka jest za gruba, a do szafy w pokoju 

nie będę już szła. Minie pół godziny, zanim wrócę, Julka nam się wykrwawi. 

- Ja nie krwawię! - dobiegł nas głos z łazienki. - Chyba nie... 

- Wszystko  jedno,  nie  będę  szła  do  szafy  -  postanowiła  Zuzia.  -  Jeszcze  sama  się 

gdzieś przewrócę i Żaba będzie miała nas dwie do ratowania. Sama może sobie nie dać rady. 

- Na pewno sobie nie dam  rady  -  powiedziałam,  dziękując niebiosom za zimną krew 

Zuzi. A potem, niewiele myśląc, zdjęłam białą bluzkę bez rękawów. I tak jest już troszkę za 

krótka, a lato właściwie się kończy... Do wiosny na pewno całkiem z niej wyrosnę. Mogę ją 

więc odżałować, nawet jeśli miałaby się rozerwać, poszarpać o to szkło. W końcu chodzi o 

nogę  Julki.  A może  nawet  o  jej życie? Przecież wcale  nie  jest  pewna,  czy  nie  krwawi.  Nie 

może tego stwierdzić w ciemności... 

Na myśl o krwi zrobiło mi się odrobinkę słabo. Szybko więc odgoniłam od siebie tę 

wizję, wzięłam głęboki oddech i podałam Zuzi bluzkę. 

- Twoja bluzka? - zdziwiła się Zuzia. 

- I tak jest ciemno - wyjaśniłam. - Zaraz włożę koszulę nocną, a rano... Rano pożyczę 

coś od ciebie. 

- Jasne - Zuzia zacisnęła dłoń na moim ramieniu, a drugą rękę wsunęła ostrożnie przez 

wybite okienko. 

Po  chwili  drzwi  były  otwarte.  Wzięłyśmy  Julkę  pod  ręce  i  pomogłyśmy  jej 

background image

wykuśtykać z łazienki na lewej nodze. Na prawej stanowczo nie zamierzała stanąć. 

- Mam  pogruchotane  kolano,  na  pewno  będę  musiała  leżeć  bez  ruchu,  z  nogą  na 

wyciągu,  przez  wiele  miesięcy,  w  jakiś  okropnym  szpitalu  -  upierała  się.  Miałam  jednak 

nadzieję, że tym razem przesadza. 

background image

ROZDZIAŁ 16 

I ZNÓW JEDWABNA BLUZKA! 

Siedziałyśmy  wszystkie  trzy  w  kuchni,  ubrane  w  koszule  nocne.  Wyjęłyśmy  z 

lodówki, odciętej od dwóch czy trzech godzin od prądu, kostki lodu, trochę już rozpuszczone. 

Zuzia upierała się, że Julce koniecznie należy zrobić zimny okład: jeden na kolano, drugi na 

łokieć. Oparłyśmy jej nogę na stole, żeby miała ją jak najwyżej. Mama nie postępowała tak 

chyba ze swoimi pacjentami, żaden pies ani kot nie wysiedziałby bez ruchu z uniesioną nogą 

całymi godzinami. Ale widziałam kiedyś film, bardzo romantyczny, w którym panna młoda 

zwichnęła  nogę  w  przededniu  ślubu.  Siedziała  całą  noc  ze  stopą  na  pięciu  poduchach.  I 

następnego dnia mogła ją normalnie włożyć w biały but. I przetańczyć całą noc. 

- Boli? - zapytałam po kwadransie. 

- Trochę mniej - przyznała nasza poetka. - Kiedy jestem z wami, wszystko wydaje się 

lepsze. Nawet ból łatwiej mi znieść niż tam, w zamknięciu, w samotni. 

W samotni! No tak, przy wycieraniu podłogi zupełnie zapomniałam o tym jej języku! 

- My też czujemy się lepiej, kiedy jesteś z nami - zapewniła ją Zuzia. Ona zawsze wie, 

co powiedzieć! 

- Zaraz będzie czwarta - spojrzałam na zegarek w świetle świeczki, znowu odpalonej 

od łazienkowego piecyka. - Chyba niedługo zacznie świtać, jak myślicie? 

- Już  jest  chyba  odrobinkę  jaśniej  -  uśmiechnęła  się  Zuzia,  patrząc  na  małe  okienko 

nad  lodówką,  a  jej  twarz  rozciągnęła  się  w  blasku  świec  w  jakiś  dziwaczny  kształt.  Jak  w 

pałacu  śmiechu,  w  którym  byłam  kiedyś  z  tatą.  W  wesołym  miasteczku,  jeszcze  w 

przedszkolu...  Były  tam  różne  lustra,  w  jednych  byłam  malutka  jak  krasnoludek,  w  innych 

długa i chuda jak jakiś patyk. A w jeszcze innych wyglądałam, jakby złożono mnie z kilku 

części. Byłam dosłownie przecięta w pasie, nogi miałam pół metra dalej niż korpus... Twarz 

Zuzi  w  tym  świetle  wyglądała  właśnie  tak,  jakby  złożono  ją  z  kilku  części,  które  wcale  do 

siebie nie pasują. 

- Może  pójdziemy  spać?  -  zapytała  Julka.  -  Chociaż  na  godzinkę.  Jestem  taka 

zmęczona. 

- Może  masz  wstrząs  mózgu?  -  zdenerwowałam  się.  -  Mama  mówiła  mi  kiedyś,  że 

osoby  ze  wstrząsem  mózgu  są  bardzo  senne.  To  znaczy,  mówiła  o  zwierzętach,  chyba  o 

psach... Ale z ludźmi musi być tak samo, prawda? 

- Senność o czwartej rano wydaje ci się dziwna? - Zuzia popukała się w głowę i nagle 

background image

wszystkie się roześmiałyśmy. 

Wyglądało na to, że najgorsze już za nami. Julka chyba nie miała połamanych kości, 

burza odeszła, zaraz zrobi się jasno... Tak, ta noc wcale nie była taka zła. Właściwie wolałam 

być  tutaj  mimo  tych  wszystkich  okropnych  przygód  z  przestępcami,  otwartym  oknem  i  w 

ogóle, niż siedzieć w domu z rodzicami i babcią. Mama pewnie od zmierzchu do świtu leczy 

zestresowane burzą zwierzęta, tata chrapie i  niczym się nie przejmuje, Etna biega po całym 

domu  z  podkulonym  ogonem,  a  babcia  stoi  w  oknie  i  wsłuchuje  się  w  kolejne  uderzenia 

piorunów. I modli się, żebyśmy wszyscy przeżyli do rana. Gdy była mała, w dom jej sąsiadów 

uderzył piorun. Nikt nie zginął, ale babcia od tamtej pory strasznie boi się burzy. I nie wierzy 

w  żadne  piorunochrony.  Mama,  żeby  ją  uspokoić,  kupiła  na  kredyt  najdroższy  model 

instalacji  odgromowej  na  świecie.  Spłacamy  ją  do  dzisiaj,  ale  babcia  i  tak  jej  nie  ufa. 

Musiałabym do rana stać z nią w tym oknie i modlić się o cudowne ocalenie. 

- Moja  mama  i  ciocia  Magda  pewnie  przegadały  całą  noc  -  powiedziała  Zuzia.  - 

Zupełnie jak my... 

Nie byłam pewna, czy to, co robiłyśmy tej nocy, można było nazwać gadaniem. Ale 

na pewno spędziłyśmy ją bardzo ciekawie... 

- To  co,  idziemy  spać?  -  przyłączyłam  się  do  Julki,  -  Skoro  już  wyjęłyśmy  materac, 

powlekłyśmy pościel i mamy na sobie koszule nocne... 

Ułożyłyśmy się w pokoju Zuzi. Julka, z nogą na poduszkach, leżała na tapczanie. Ja i 

Zuzia  zajęłyśmy  materac.  Szeroki  i  wygodny.  Za  oknem  powoli  robiło  się  szaro.  Niedługo 

trzeba będzie wstać i iść do szkoły. Bez śniadania, bo w lodówce został już tylko jogurt. Za 

mało, żeby najadła się choćby jedna z nas... 

Po  chwili,  gdy  jeszcze  myślałam  o  tym  jogurcie,  usłyszałam  pochrapywanie  Julki  i 

miarowy,  spokojny  oddech  Zuzi,  tuż  obok  mnie.  Obie  natychmiast  usnęły!  No  jasne, 

wszystkie  byłyśmy  bardzo  zmęczone.  Ale  do  mnie  sen  jakoś  wcale  nie  nadchodził.  Może 

byłam zbyt  zmęczona, by  usnąć? Za wiele  rzeczy  się wydarzyło? Może, jak to  powiedziała 

Julka,  powinnam  sobie  w  samotności,  w  skupieniu  rozważyć  to,  co  się  stało?  Ale  co  się 

właściwie  stało?  Chyba  nic...  Wszystko  zakończyło  się  happy  endem.  Przestępcy  w 

więzieniu, pies uratowany, noga Julki też, no i parkiet pani Zawadzkiej. A jednak nie mogłam 

spać. Rozglądałam się po pokoju, zastanawiając się, jak ludzie kiedyś radzili sobie bez prądu. 

Nie  mieli  telewizorów,  lodówek,  lampek  nocnych...  Nie  mogli  czytać  wieczorami,  zimą 

pewnie chodzili spać o czwartej po południu. Nie mogli słuchać płyt... Odrabiali lekcje przy 

świecach... 

Spojrzałam  na  biurko  Zuzi.  Nie  było  tam  świec,  tylko  mała  lampka.  Wyobraziłam 

background image

sobie,  że  będzie  odrabiać  przy  tym  biurku  lekcje  przez  cały  rok...  Przez  całe  trzy  lata 

gimnazjum.  Pewnie  często  będziemy  tu  przychodzić,  uczyć  się  razem,  gadać  do  rana...  Nie 

spodziewałam  się,  że  znajdę  takie  fantastyczne  koleżanki  już  pierwszego  dnia!  I  że 

przenocuję u jednej z nich. I założymy Sekretne Siostrzane Bractwo Zet... 

Nawet  nie  zauważyłam,  kiedy  zasnęłam.  Gdy  się  obudziłam,  w  pokoju  było  już 

całkiem jasno. Spojrzałam na zegarek. Za dwadzieścia pięć ósma! Spóźnimy się do szkoły! 

- Wstawajcie.' - krzyknęłam. 

- Zuzanko,  wstawaj!  -  zawołała  w  tym  momencie  jakaś  kobieta.  Na  pewno  pani 

Zawadzka... Miała taki sam wysoki miły głos jak na nagraniu na automatycznej sekretarce. I 

nosiła dżinsy, tak jak mówiła jej córka. - O, nie jesteś sama? - zdziwiła się, widząc rozłożony 

materac. 

- Jestem Kaśka... Kaśka Żabniak - przedstawiłam się, obciągając koszulkę w pluszowe 

pieski.  -  A  ta  blondynka  z  nogą  na  poduchach  to  Julka  Ździebełko.  Chodzimy  z  Zuzią  do 

klasy. 

- Urządziłyście  sobie  nocowankę,  tak?  -  uśmiechnęła  się  mama  Zuzi,  strasznie 

sympatycznie.  -  Czytałam  o  rym  z  moją  klasą  na  godzinie  wychowawczej  w  amerykańskiej 

gazecie.  To  podobno  jest  w  Stanach  bardzo  popularne.  Dziewczynki  nocują  u  siebie 

wzajemnie,  rozmawiają  całą  noc...  Sprzedaje  się  nawet  specjalne  zestawy:  szczoteczki  do 

zębów, ręczniki, nocne koszule... Wszystko na takie jednodniowe wypady. Ale chyba lepiej to 

robić w weekend niż na początku tygodnia. Będziecie dziś nieprzytomne. 

- My tego nie planowałyśmy - zaczerwieniłam się. - To ta burza... 

- No  jasne,  burza  -  mama  Zuzki  popukała  się  w  czoło  gestem,  który  widziałam  już 

przedtem u jej córki. Tak śmiesznie, kciukiem, a nie palcem wskazującym jak inni ludzie. - 

Sama  musiałam  przez  nią  nocować  u  mojej  siostry  ciotecznej,  przed  sekundą  przyszłam  do 

domu. Podobno prąd włączą dopiero po południu, drzewo spadło na jakiś słup trakcyjny... 

- Wiele się wydarzyło - powiedziałam, chcąc jakoś ją przygotować na to, co zobaczy 

w mieszkaniu. I co usłyszy od sąsiadów. - Na klatce schodowej było włamanie... Pewnej pani 

z dołu zginął pies... 

- Ale  wy  chyba  nie  miałyście  z  tym  nic  wspólnego?  -  spojrzała  na  mnie  uważnie.  - 

Miałyście? No cóż, Zuzanka opowie mi o wszystkim po południu. Teraz muszę biec do pracy. 

Nawet nie zdążę się przebrać. Na szczęście Magda pożyczyła mi czystą bluzkę... Wy też już 

wstawajcie. Za dwadzieścia minut macie pierwsza lekcje. A musicie jeszcze zjeść śniadanie. 

Wychodzenie bez śniadania wykluczone. 

- Ale  my...  -  chciałam  powiedzieć  jej  o  zakupach,  których  nie  zrobiłyśmy.  Jakoś 

background image

wytłumaczyć, że to nie była wina Zuzi. 

- Macie zjeść i już - pogroziła mi palcem pani Zawadzka. - Przyniosłam od Magdy, to 

znaczy od mojej siostry ciotecznej, kanapki. Robiłyśmy je po ciemku, więc są trochę krzywe. 

Ale za to z pysznym wiejskim serem. 

To dobrze, że z serem, uśmiechnęłam się. Julka jest przecież wegetarianką... 

Gdy za mamą Zuzi zatrzasnęły się drzwi, zerwałam kołdrę najpierw z Julki, a potem z 

pochrapującej Zuzki. Opowiedziałam im o rozmowie z panią Zawadzką, o kanapkach, które 

czekają na nas w kuchni. I o tym, że za piętnaście minut musimy wyjść do szkoły. 

- Dam  wam  jakieś  ubrania  -  powiedziała  Zuzia,  sięgając  do  swojej  szafy.  -  O,  ta 

spódnica na gumce... 

I tak jest krótka, na ciebie Julka będzie jak mini. 

- Nie noszę mini - zaprotestowała Julka, stając ostrożnie na obolałej nodze. A potem, 

widząc  nasz  wzrok,  dodała  szybko:  -  W  zasadzie  nie  noszę.  Ale  dziś  włożę.  Mogę  iść  do 

szkoły nawet w szlafroku, jeśli tylko wy pójdziecie ze mną. 

Po  tej  deklaracji  każdej  z  nas  było  już  wszystko  jedno,  co  włoży.  Chichocząc, 

wciągnęłam na siebie bluzę Zuzi, zieloną w żółte pszczółki, z rękawami kończącymi się pięć 

centymetrów  wyżej,  niż  powinny.  I  spodnie,  które  wyglądały  na  mnie  zupełnie  jak  pumpy 

klauna. 

Julka  do  spódniczki  mini,  oczywiście  stanowczo  za  szerokiej,  wykończonej 

romantyczną koronką, i obandażowanej nogi włożyła bluzkę w pingwinki. Także o wiele za 

krótką i za szeroką. Czy ta Zuzia nie miała żadnych normalnych ubrań? Tylko w zwierzaczki, 

jak przedszkolak? 

- To wszystko prezenty od babci i dziadka. Wciąż traktują mnie jak małą dziewczynkę 

- wyjaśniła Zuzka, widząc mój zdumiony wzrok. A potem odłożyła czarny golfik, który miała 

włożyć, i ubrała bluzkę w kurczaczki. Nie wyglądałyśmy już jak Sekretne Siostrzane Bractwo 

Zet, ale jak trzy wyrośnięte uciekinierki ze żłobka. Czy w ogóle wpuszczą nas w tych strojach 

do poważnego gimnazjum? Miałam nadzieję, że przy drzwiach nie będzie dziś dyżurował ten 

przystojny dryblas z III b... 

- Poczekajcie,  muszę  zrobić  zdjęcie!  -  Zuzia  zatrzymała  nas  przy  szafie.  -  Gdzie  ja 

mam  statyw?  O  jest...  Jeszcze  sekundkę,  ustawię  samowyzwalacz...  Trzy  wariatki  w 

bluzeczkach  w  misiaczki,  w  dodatku  jedna  ranna  w  boju...  To  koniecznie  trzeba  utrwalić! 

Uśmiech! Trzy, dwa, jeden... Gotowe! 

Błyskawicznie  zjadłyśmy  kanapki  przyniesione  przez  panią  Zawadzką  od  kuzynki  i 

rzuciłyśmy się do drzwi. 

background image

- Mamy  pięć  minut,  powieszę  jeszcze  te  mokre  ubrania,  którymi  wycierałyśmy 

podłogę - powiedziała Zuzia i cofnęła się do dużego pokoju. A my, oczywiście, za nią. Parkiet 

faktycznie wyglądał jak nowy. Ani jednej ciemnej plamy! Był trochę matowy, ale na pewno 

wystarczy go wypastować. 

W jednym z garnków leżało mnóstwo mokrych, wygniecionych ciuchów. Dwie pary 

dżinsów,  jakaś  zielona  bluzka,  chyba  z  pięć  podkoszulków...  Jeden  miał  nawet  pęknięty 

rękaw. 

- Dobrze,  że  przynajmniej  tę  jedwabną  bluzkę  twojej  mamy  oszczędziłyśmy  - 

powiedziałam  i  spojrzałam  na  wersalkę.  Jedwabna  bluzka?  Za  pół  pensji?  W  wielkie, 

uśmiechnięte księżyce?! 

- Kurczę...  o  kurczę...  -  Zuzia  zauważyła  ją  w  tym  samym  momencie.  -  To  bluza  od 

piżamy mojego taty. Dostał ją od babci i nigdy nie nosił. Mówił, że atłas szeleści, a on tego 

nie lubi. 

- To atłas, a nie jedwab - szepnęłam, chociaż nie bardzo wiedziałam, na czym polega 

różnica. Oba materiały były gładkie i śliskie... 

- Gdzie jest bluzka mamy? - zdenerwowana Zuzia zaczęła wyrzucać wszystkie mokre 

ubrania z garnka na podłogę. 

Bluzka oczywiście leżała na dnie. I była bardzo, bardzo ładna. Brązowa, w delikatny 

rudy wzorek. Śliczna! I bardzo pognieciona. Z plamą na rękawie. Pewnie zrobiło ją coś, co 

wiatr zrzucił ze stołu albo półki. Długopis? Resztka kawy? Ziemia z paprotki? 

- Zaniosę ją do pralni, nie będzie śladu po plamie - powiedziała Julka. 

- Sama zaniosę - Zuzia wyrwała jej bluzkę, niezbyt delikatnie. Zaczęły jej drżeć kąciki 

ust.  -  Parkiet!  Kurczę!  Przez  tę  bluzkę  rzuciłam  wszystkie  mokre  ubrania  z  garnka  na 

podłogę! Znów trzeba wycierać! I to szybko! 

Na pierwszą lekcję wpadłyśmy mocno spóźnione. O zgrozo, okazało się, że to godzina 

wychowawcza. 

- O,  widzę,  że  się  już  zaprzyjaźniłyście  -  powiedziała  Marta  Mądra.  -  I  założyłyście 

jakieś  stowarzyszenie  miłośniczek  przyrody?  Na  jednej  bluzeczce  pszczółki,  na  drugiej 

kurczaczki, na trzeciej pingwinki... 

A na czwartej, pomyślałam, małe rude listki. Na tej najważniejszej... Puściłam oko do 

Julki,  która  siedziała  pod  oknem.  Upierała  się,  że  chętnie  usiądzie  sama,  żeby  notować 

spokojnie  w  Tobiaszku.  Nie  mogła  tak  nagle  go  porzucić  tylko  dlatego,  że  spotkała  nas.  A 

potem  spojrzałam  na  Zuzię,  która  siedziała  w  ławce  obok  mnie.  Nasze  stowarzyszenie  nie 

miało  nic  wspólnego  z  przyrodą.  I  nie  było  to  stowarzyszenie,  lecz  bractwo.  Ale  poza  tym 

background image

wszystko się zgadzało. Bardzo się zaprzyjaźniłyśmy... I przeżyłyśmy najdłuższe dwadzieścia 

cztery  godziny  w  naszym  życiu.  Czy  to  możliwe,  że  wczoraj  o  tej  porze  jeszcze  się  nie 

znałyśmy?! 

background image

Możesz zrobić to, co bractwo Zet... 

tylko jeszcze lepiej! 

ZAPIEKANKA JULKI 

Dla trzech osób przygotuj: 

6 dużych (lub 8 mniejszych) ziemniaków 

3 pomidory 

1 cebulę 

6 dużych (lub 8 mniejszych) pieczarek 

pęczek koperku 

1 jajko 

pół szklanki mleka 

mały kawałek żółtego sera (około 10 dag) 

łyżkę masła roślinnego 

sól, pieprz, mieloną paprykę 

1. Umyj ziemniaki, lecz ich nie obieraj.  Włóż je do  garnka i  zalej zimną wodą, aby 

były całkowicie zakryte. Gotuj je na małym ogniu - od chwili, gdy woda zacznie wrzeć, przez 

około 10 - 12 minut. 

2. W tym czasie zagotuj trochę wody w czajniku i sparz pomidory, polewając je lub 

zanurzając  na  moment  w  miseczce  z  wrzątkiem.  Dzięki  temu  skórka  bardzo  łatwo  od  nich 

odchodzi! Obierz je, wykrój twardą część przy ogonku i pokrój pomidory w grube plastry. 

3.  Obierz  cebulę  (przy  otwartym  oknie,  będziesz  wtedy  mniej  płakać!)  i  pokrój  w 

cienkie plasterki. 

4. Umyj pieczarki, dokładnie szorując szczoteczką, i też pokrój w plasterki. 

5. Umyj i drobno posiekaj koperek. 

6.  Odcedź  ugotowane  ziemniaki  i  odstaw  na  chwilę,  by  wystygły.  Obierz  nożem 

skórkę i pokrój je w grube plastry. 

7.  Wysmaruj  masłem  roślinnym  naczynie  żaroodporne  lub  brytfankę.  Na  dnie  ułóż 

warstwę złożoną z połowy ziemniaków. Posól ją, posyp połową koperku, papryką i pieprzem. 

Potem  ułóż  wszystkie  pomidory,  cebulę,  pieczarki  i  drugą  warstwę  z  reszty  ziemniaków. 

Dodaj odrobinę przypraw i resztę koperku. 

8. Do szklanki lub małej miseczki wbij jajko, pomieszaj je przez chwilę widelcem, aby 

białko  i  żółtko  się  połączyły,  a  potem  dolej  mleko,  dokładnie  wymieszaj,  posól  i 

równomiernie zalej tym „sosem” zapiekankę. 

9. Zetrzyj na tarce żółty ser i posyp nim zapiekankę. 

background image

10. Rozgrzej  piekarnik do temperatury 200°C, wstaw zapiekankę na około  20 minut. 

Gdy z wierzchu będzie już rumiana, wyjmij ją, pokrój... No i jedzcie, póki gorące. Najlepiej z 

herbatą z cytryną! 

11. A potem koniecznie wyliżcie talerze, jak dziewczyny z bractwa Zet! Bo nie ma nic 

przyjemniejszego niż wylizywanie talerzy pokrytych pysznym sosem. 

PS. Do zapiekanki pasuje niemal wszystko. Jeśli masz w lodówce ugotowany makaron, 

możesz  go  wykorzystać,  podobnie  jak  zrobiła  to  Julka.  Jeżeli  lubisz  cukinię,  paprykę  albo 

bakłażan, też możesz je dodać. Jeśli żadna z twoich koleżanek nie jest wegetarianką, możesz 

dołożyć pokrojoną w plasterki parówkę lub drobno posiekaną szynkę. 

Zapiekanka  musi  być  niepowtarzalna,  taka,  jak  najbardziej  lubisz  -  czyli  po  prostu 

TWOJA!