background image

 

 

SHERRYL WOODS 

 

KLIENT PANI MECENAS 

background image

Rozdział 1 

Jeszcze  godzina  papierkowej  roboty,  pomyślała  Kate  Newton. 

Jeszcze  godzina  i  ten  straszny  tydzień  z  nie  kończącymi  się 

konfrontacjami  i  smutnymi,  pełnymi  goryczy  historiami  małżeńskich 

niepowodzeń wreszcie się skończy. 

W  piątkowe  popołudnia to, co  kiedyś  wydawało  się  pasjonujące, 

ostatnio  było  już  tylko  nużące.  Obawiała  się,  że  któregoś  dnia  po 

prostu  nie  wytrzyma  i  wyjdzie  z  biura  przed  końcem  pracy. 

Niepokoiło  ją  to  bardziej,  niż  gotowa  była  przyznać.  Mówi  się,  że 

wysoko  opłacani,  drapieżni  adwokaci  specjalizujący  się  w  sprawach 

rozwodowych  uwielbiają  pracę  do  późnej  nocy.  I  Kate  do  niedawna 

rzeczywiście rozkoszowała się każdą minutą swej działalności. 

Teraz jednak patrzyła z niechęcią na piętrzące się na biurku góry 

teczek  z  aktami  sądowymi  i  dokumentami.  Nagle  ogarnęła  ją  bardzo 

nieprofesjonalna,  lecz  niemal  nieodparta  chęć,  by  dobrze  potrząsnąć 

niektórymi  klientami  i  powiedzieć  im,  żeby  zmądrzeli,  wyrzucili  do 

kosza  wnioski  rozwodowe  i  zaczęli  walczyć  o  ratowanie  swych 

małżeństw.  Już  sam  pomysł  zrobienia  czegoś  tak  sprzecznego  z  jej 

charakterem wstrząsnął nią. Co się dzieje? 

Myśli te przerwało ciche brzęczenie telefonu. Była z tego niemal 

zadowolona,  chociaż  dźwięk  ten  w  piątek  o  tej  porze  z  pewnością 

należało uważać za zapowiedź katastrofy. 

 -  Tak,  Zeldo?  -  powiedziała  do  sekretarki,  której  matka  tak 

zafascynowana  była  książkami  Scotta  Fitzgeralda,  że  nadała  córce 

imię jego barwnej, zwariowanej żony. 

background image

Zelda Lane  wzięła sobie do serca całą mistykę Fitzgeralda i była 

równie  barwna  jak  jej  imienniczka.  Jednocześnie  wykazywała  też  -  i 

dzięki Bogu - niewiarygodną sprawność zawodową. 

 -  Jest  tu ktoś do  ciebie  -  oznajmiła Zelda,  po  czym  zniżyła  głos 

do szeptu i dodała: - Mówi, że jest kandydatem na klienta. 

Coś w jej tonie wzbudziło czujność Kate. 

 - Dobra, o co chodzi? - spytała z irytacją. - W moim kalendarzu 

nikt  nie  jest  zapisany.  Może  to  któryś  z  tych  aroganckich  łobuzów, 

którym się wydaje, że mogą wtargnąć bez uprzedzenia, a i tak zostaną 

potraktowani pierwsza klasa? 

Sekretarka  wydała  dźwięk,  który  mógłby  być  albo kaszlem,  albo 

tłumionym śmiechem. 

 - Nie sądzę, szefowo. Myślę jednak, że powinnaś go przyjąć. 

Kate westchnęła. Niestety, zwykle warto było posłuchać instynktu 

Zeldy. 

 - Czy ten kandydat na klienta jakoś się nazywa? 

 - David Allen Winthrop. 

Kate usłyszała przytłumioną rozmowę i Zelda dodała szybko: 

 - Trzeci. David Allen Winthrop III. 

Kate  dobrze  znała  takich  mężczyzn:  precyzyjnych,  myślących 

tylko  o  sobie  i  pełnych  wyobrażeń  o  swej  ważności.  Był  to  gatunek 

ludzi, których w toku prowadzonych przez siebie spraw rozwodowych 

zwykle przepuszczała przez wyżymaczkę. 

 - Wpuść go - powiedziała i zaczęła układać strategię przywołania 

tego  bohatera  do  porządku  za  pomocą  ostrego  wykładu  na  temat 

background image

ogromu  jej  zajęć  i  na  temat  dobrego  obyczaju,  który  nakazuje 

umawiać się na spotkania. 

Drzwi  jej  gabinetu  otworzyły  się  i  stanęła  w  nich  rudowłosa 

Zelda.  Na  jej  twarzy  malowało  się  coś  pośredniego  między 

rozbawieniem  a  radosnym  oczekiwaniem.  Przy  jej  bardzo 

specyficznym,  wręcz  błazeńskim  poczuciu  humoru  był  to  kolejny 

sygnał  ostrzegawczy.  Kate  domyśliła  się,  że  powinna  czym  prędzej 

zatrzasnąć  drzwi  przed  nosem  sekretarki  i  nadal  ukrytego  w 

sekretariacie  przyszłego  klienta,  wykraść  się  tylnym  wyjściem  i 

pojechać  na  długi  weekend  do  Malibu,  na  tak  jej  potrzebny 

wypoczynek. 

Tymczasem  patrzyła  wyczekująco  w  kierunku  drzwi,  mając 

wzrok  skierowany  tuż  ponad  ramieniem  Zeldy.  Niespodziewanie 

dostrzegła jakiś ruch na wysokości talii sekretarki; spojrzała w dół i ze 

zdumienia  otworzyła  szeroko  oczy.  Jej  przyszły  klient  liczył  około 

dziesięciu lat. 

Miał  włosy  koloru  piasku,  gładko  zaczesane  do  tyłu,  i 

wyszorowaną  do  czysta  twarz  z  konstelacją  piegów  na  nosie.  Szary 

blezer  i  marynarskie  spodnie  wyglądały  tak,  jakby  zdjęto  je  prosto  z 

wieszaka w młodzieżowym dziale domu mody. Ten elegancki wygląd 

uzupełniał doskonale zawiązany krawat i biała koszula. Chłopiec albo 

spędzał lato na obozie o surowych regułach dotyczących ubioru, albo 

przygotowywał się do kariery na giełdzie.  

background image

Sądząc  po  wyrazie  twarzy,  sprowadziła  go  tu  sprawa  ogromnie 

dla  niego  ważna.  Kate  wyciągnęła  rękę  i  przedstawiła  się  z 

zachowaniem całego rytuału: 

 - Jestem Kate Newton. Co mogę dla ciebie zrobić? 

Brązowe oczy spojrzały na nią z powagą. 

 - Chciałbym rozwodu. 

Powiedział  to  bez  emocji,  tonem,  jakim  mógłby  zamawiać  lody 

waniliowe,  podczas  gdy  wszyscy  wiedzą,  że  naprawdę  wolałby 

czekoladowe. 

Kate poczuła się zbita z tropu: 

 - Przepraszam? 

W jego poważnych oczach przez moment błysnęła niepewność. 

 -  Przecież  tym  się  pani  zajmuje,  prawda?  Przeprowadza  pani 

rozwody. 

Jego  głos  zaczął  po  trochu  odzyskiwać  poprzednią  pewność 

siebie. 

 -  Przeczytałem  w  gazecie  wszystko  o  pani  ostatniej  sprawie. 

Wydaje mi się, że jest pani dobra. Trochę ostro potraktowała pani tego 

męża, ale w sumie była pani zupełnie dobra. 

Kate  zaskoczyła  wnikliwość  analizy  dokonanej  przez  malca, 

który  powinien  raczej  zabawiać  się  grami  komputerowymi  pełnymi 

dźwięków w rodzaju „bah" i „bum". 

 -  Dziękuję,  ale  przyznam,  że  niezupełnie  rozumiem.  Nie 

wyglądasz... 

background image

Przez  chwilę  szukała  słowa,  które  nie  uraziłoby  jego  tak 

wyraźnego  poczucia  godności.  Zdecydowała  się  jednak  mówić 

wprost. 

 -  Widzisz,  ludzie  pragnący  się  rozwieść  są  na  ogół  starsi. 

Właściwie z kim chcesz się rozwieść? 

Pomyślała, że jeśli ten mały jest żonaty, to ona rzuci adwokaturę, 

przeniesie się na ranczo w stanie Montana i zajmie hodowlą owiec.  I 

nigdy więcej nie będzie miała do czynienia z rasą ludzką. 

 - Z ojcem - powiedział. 

W  jego  głosie  było  tyle  żalu,  że  w  głębi  duszy  Kate  coś  się 

poruszyło.  Obudził  się  w  niej  nagle  instynkt  macierzyński,  o  którego 

posiadanie nigdy się nie podejrzewała. 

 -  Lepiej  porozmawiajmy.  Proszę,  usiądź  tam  na  kanapie. 

Nawiasem mówiąc, jak tu dotarłeś? 

 - Wszyscy myślą, że jestem w kinie. Po seansie będzie czekać na 

mnie gosposia. 

Kate  poszła  za  nim  do  tej  części  swego  gabinetu,  w  której 

odbywała rozmowy z klientami, i siadła w fotelu naprzeciwko niego. 

 -  W  porządku.  Więc  dlaczego  chcesz  przerwać  swój  związek  z 

ojcem? 

Nie miała najmniejszego zamiaru używać słowa „rozwód". 

 -  Nie  dające  się  usunąć  różnice  charakteru  -  powiedział 

oficjalnym tonem, od którego Kate przebiegły mrówki po plecach. 

 - Rozumiem. 

background image

Pokiwała  mądrze  głową,  znowu  próbując  odzyskać  panowanie 

nad sobą. 

Nie  pomagała  jej  w  tym  mina  Zeldy,  z  trudem  zachowującej 

powagę. Kate spojrzała na sekretarkę ze złością i poleciła: 

 - Możesz nas zostawić samych. 

 -  Oczywiście,  szefowo.  Czy  mam  coś  przynieść?  Może  coś  do 

picia?  -  spytała  chłopca  z  takim  szacunkiem,  jakby  rozmawiała  z 

dziedzicem wielkiej fortuny. 

Zelda  miała  ogromne  doświadczenie  w  postępowaniu  z 

dziedzicami fortuny, ale - jeśli Kate się dobrze orientowała - żadnego 

w postępowaniu z dziećmi. 

 -  Poproszę  kawę  -  powiedział  i  dodał,  jakby  przyszło  mu  to  do 

głowy dopiero po chwili: - Ze śmietanką i trzema kostkami cukru. 

Kate,  która  piła  specjalnie  wybraną  kawę  kolumbijską  bez 

żadnych  dodatków,  by  lepiej  czuć  jej  smak  i  aromat,  skrzywiła  się. 

Nie  mogła  jednak  powstrzymać  się  od  podziwu  dla  tego  chłopca  tak 

zdecydowanego, by sprawiać wrażenie dorosłego. Jakie tam wrażenie, 

poprawiła się w myślach. Ten chłopak zachowywał się uprzejmiej niż 

połowa znanych jej mężczyzn. 

Siedział  na  kanapie  wyprostowany  jak  żołnierz,  chociaż  musiała 

to  być  pozycja  bardzo  niewygodna,  bo  jego  stopy  ledwie  sięgały 

podłogi. Nie dostrzegła jednak ani śladu owego nieustannego kręcenia 

się,  które  ją  irytowało  u  dzieci  siostry.  Chłopiec  tak  bardzo  panował 

nad sobą, że trochę to niepokoiło. 

background image

Kiedy Zelda przyniosła kawę, Kate przyjrzała się trzeźwo swemu 

kandydatowi na klienta. 

 - No dobra. Powiedz mi, o co w tym wszystkim chodzi. 

 -  Myślę,  że  sprawa  jest  dosyć  nieskomplikowana  -  powiedział, 

jakby  studiował  akta  sądowe,  by  zapewnić  sobie  właściwy  dobór 

słów. - Mój ojciec i ja nie zgadzamy się z sobą. 

 - Jak się to objawia? - zapytała, naprawdę zafascynowana i jego 

zachowaniem, i tym, co mówi. 

Co  mogła  skłonić  chłopca  do  pójścia  do  adwokata  zajmującego 

się  sprawami  rozwodowymi?  Niedostateczne  kieszonkowe?  Surowa 

dyscyplina?  Narkotyzowanie  się  rodziców?  Napastowanie  seksualne? 

Boże, byle nie to ostatnie! 

 - W ogóle się już nie widujemy. - Wargi chłopca niebezpiecznie 

zadrżały. - Jest tak od śmierci mamy. 

Kate  znowu  poczuła,  że  coś  ją  ściska  w  piersi.  Ludzie  mający  z 

nią  do  czynienia  byliby  zdumieni  tym  przejawem  wrażliwości,  Kate 

słynęła bowiem z gotowości do skakania przeciwnikowi do gardła bez 

względu na to, ile łez leje się na sali sądowej. 

 - Kiedy mama umarła? - zapytała łagodnie, gdy na tyle już doszła 

do siebie, że mogła mówić bez drżenia w głosie. 

 -  Sześć  miesięcy  temu.  Dla  taty  to  było  bardzo  ciężkie  - 

powiedział takim tonem, jakby słyszał już to zdanie miliony razy z ust 

dorosłych, starających się usprawiedliwić brak troski ze strony ojca. 

 - Tobie też musiało być ciężko. 

Jego ogromne oczy nagle napełniły się łzami. 

background image

 - Czasem - przyznał niemal szeptem i po jego policzku spłynęła 

łza. - Ale staram się być dzielny ze względu na tatusia. 

 - Czy ty i ojciec rozmawiacie o tym? Potrząsnął głową. 

 - To dla nas zbyt smutne. 

Kate  nagle  poczuła  chęć,  by  wyjść  z  biura,  udać  się  prosto  do 

Beverly Hills czy Bel Air, albo do jakiejś innej luksusowej dzielnicy, 

w  której  ten  człowiek  mieszka,  i  udusić  go.  Na  pewno  cierpi.  Nawet 

nie znając szczegółów dotyczących zgonu pani Winthrop mogła sobie 

wyobrazić,  jak  niszcząco  musiała  ta  śmierć  wpłynąć  na  pana 

Winthropa.  Zmarła  musiała  być  bardzo  młoda,  a  wtedy  nikomu  nie 

jest łatwo. 

Miał  jednak  syna  -  syna,  który  przy  wszystkich  tych  pretensjach 

do  dorosłości  był  wciąż  małym  chłopcem,  i  to  na  dodatek 

rozpaczliwie  cierpiącym.  Kate  znała  ten  ból.  Nie  miała  pojęcia,  jak 

należy  sobie  z  taką  sytuacją  radzić,  ale  jednego  była  pewna  -  nie  w 

sposób zastosowany przez pana Winthropa. 

 -  Co  zrobisz,  jeśli  uzyskasz  rozwód?  -  zapytała,  używając  tego 

słowa wbrew swemu postanowieniu. 

Dopiero  po  raz  drugi  od  Swego  niezapowiedzianego  przybycia 

okazał lekką nieśmiałość. 

 - Miałem nadzieję, że może mogłaby pani znaleźć kogoś, kto by 

mnie  adoptował.  Mogą  być  bracia  i  siostry,  mama  i  tata.  Wie  pani, 

taka prawdziwa rodzina. - W jego głosie zabrzmiała zazdrość. 

 -  Mogłaby  pani  znaleźć  kogoś  takiego?  Nie  sprawię  żadnego 

kłopotu. Przyrzekam. 

background image

 - Może do tego nie dojdzie - powiedziała Kate z namysłem. 

Poczuła, jak ogarnia ją wściekłość. David Allen Winthrop junior, 

czy drugi, czy jak tam nazywał się ten jego ojciec, dostanie z obu luf. 

Była naprawdę oburzona. Doprowadzi do tego, że będzie się czuł jak 

zbity pies. Choćby miała poświęcić setki godzili swego drogocennego 

czasu,  to  załatwi  sprawę  jego  nad  wiek  dojrzałego  syna.  Załatwi 

bezpłatnie.  Nie  jest  w  stanie  zapewnić  mu  matki,  braci  i  sióstr,  ale 

David odzyska ojca. Tak zdecydowała. 

Wyciągnęła rękę. 

 - Będę uszczęśliwiona mogąc cię reprezentować 

 - powiedziała, wymieniając z nim oficjalny uścisk dłoni. 

Myślała już o precedensowym rozstrzygnięciu pewnej sprawy na 

Florydzie,  które  mogło  dostarczyć  jej  niezbędnej  amunicji.  Teraz 

jednak, kiedy umowa została zawarta, David wyglądał jakoś nieswojo. 

 - Musi pani powiedzieć mi najpierw, ile wynosi pani honorarium 

-  oświadczył.  -  Wiem,  że  jest  ono  zapewne  wysokie,  ale  mam 

kieszonkowe.  Niewiele  z  niego  wydaję.  Odłożyłem  pięćdziesiąt 

dolarów. Czy to wystarczy? Przynajmniej na początek? 

Kiedy  wyciągał  pogniecione  banknoty,  parę  drobnych  monet 

upadło  na  podłogę.  Wyraźnie  były  to  oszczędności  wyjęte  ze 

skarbonki. 

Kate wyjęła z tej kupki banknotów jednego dolara. 

 -  To  wystarczy  jako  opłata  za  powierzenie  mi  sprawy  - 

oznajmiła. 

Nie chciała go urażać odmową opłaty w ogóle. 

background image

 - Zelda da ci do podpisania druk stwierdzający, że chcesz, żebym 

była  twoim  adwokatem.  W  ten  sposób  wszystko  będzie  załatwione 

formalnie. 

Spojrzał na nią z powątpiewaniem. 

 - W sprawie, o której czytałem, dostała pani mnóstwo pieniędzy. 

 -  To  był  procent  od  tego,  co  wyprocesowałam.  Jeśli  chcesz, 

możemy też się tak umówić. 

 -  To  znaczy,  że  tata  będzie  musiał  pani  zapłacić,  jeśli  dostanę 

rozwód? 

 - Coś w tym rodzaju. 

 - Nie będzie tym zachwycony. 

 -  Żaden  z  moich  klientów  nie  był  czymś  takim  zachwycony  - 

przyznała Kate sucho. - Ale sąd już tego dopilnuje. 

Jeśli tylko będzie miała w tej sprawie coś do powiedzenia, to nie 

dojdzie  do  żadnej  rozprawy  sądowej  i  żadnych  rozstrzygnięć  tego 

typu.  Sądziła,  że  w  istocie  wystarczy  jedno  solidne  kazanie  i  jeden 

zdrowy  wybuch  gniewu.  Ojciec  tego  chłopca  z  pewnością  nie  był 

okrutny  wobec  niego  z  rozmysłu.  Zapewne  był  trochę  zagubiony,  a 

coś  takiego  daje  się  szybko  naprawić/Zazwyczaj  wystarcza  jeden 

zdecydowany i logiczny atak. 

 -  Dumna  jestem,  że  to  właśnie  mnie  wybrałeś  -  powiedziała.  - 

Będę z tobą w kontakcie. Przyrzekam. 

Wzięła wizytówkę i nagryzmoliła coś na odwrocie. 

 - Weź to. Jeśli będę ci potrzebna, to napisałam ci numer mojego 

telefonu domowego i telefonu w samochodzie. 

background image

Starannie  włożył  wizytówkę  do  kieszeni.  Jego  poważna  mina 

stała się jeszcze poważniejsza. 

 - Czy zabierze to pani dużo czasu? Zaraz zacznie się szkoła. Jeśli 

mam  chodzić  do  jakiejś  nowej,  to  chciałbym  zacząć  razem  ze 

wszystkimi. 

 -  Mam  nadzieję,  że  niedużo.  Zostaw  Zeldzie  adres  pracy  ojca  i 

numer waszego telefonu. Zacznę jeszcze dziś. 

W drzwiach się zawahał. 

 -  A  jeśli  się  rozgniewa  i  wyrzuci  mnie  z  domu,  zanim  znajdzie 

pani kogoś, kto mnie adoptuje? 

 - Nie musisz się o to martwić. 

 -  Ale  on  może  to  zrobić  -  powiedział,  jakby  ten  najwyraźniej 

uwielbiany przez niego człowiek mógł się nagle przeobrazić w tyrana. 

Kate ani przez chwilę w to nie wierzyła, ale widziała, że chłopiec 

jest  rzeczywiście  zmartwiony  taką  perspektywą.  Z  rzadko  jej  się 

zdarzającą impulsywnością powiedziała: 

 -  Jeśli  spróbuje  to  zrobić,  będziesz  mógł  mieszkać  ze  mną, 

dopóki sprawa nie zostanie załatwiona. 

Jego oczy po raz pierwszy pojaśniały. 

 - Ma pani dzieci? - spytał z nadzieją.  

 - Nie. 

Aż  do  tej  chwili  nigdy  tego  naprawdę  nie  żałowała,  teraz  jednak 

pragnęła z całego serca, by mogła skinąć jakąś czarodziejską laseczką 

i zapewnić temu chłopcu gotową rodzinę. 

 - Czy nie musi pani spytać męża? 

background image

To  niewinne  pytanie  sprawiło,  że  gdzieś  w  głębi  serca  Kate  się 

nastroszyła,  ale  nie  dała  tego  po  sobie  poznać.  Pokręciła  jedynie 

głową i powiedziała: 

 - Nie. 

 - No to myślę, że wszystko będzie w porządku. 

W  ciągu  ostatnich  paru  minut  odkryła,  że  dziecko  jej  marzeń, 

które  przetrwało  wszystkie  jakże  straszliwie  męczące  stadia  swego 

życia, wcale nie wygląda tak atrakcyjnie, jak sądziła. 

David  Winthrop  uosabiał  miniaturę  dorosłego,  a  przecież 

stwierdziła,  że  bardzo  chce  wyciągnąć  dłoń  i  zwichrzyć  mu  włosy 

oraz  rozluźnić  węzeł  krawata,  by  chłopiec  bardziej  przypominał 

beztroskie dziecko. Chciała, by się uśmiechnął, i chciała usłyszeć jego 

śmiech. Chciała go przytulić i zapewnić, że wszystko będzie dobrze. 

Pohamowała  się  jednak.  Czuła,  że  całe  to  opanowanie  Davida 

Allena  Winthropa  trzyma  się  na  włosku.  Nie  zrobi  nic,  co  mogłoby 

zranić  dumę  i  poczucie  godności,  za  którymi  ten  chłopiec  chowa  się 

jak za tarczą. 

Jedno  było  pewne  -  nigdy  nie  czuła  takiej  głębokiej  potrzeby 

szczęśliwego załatwienia czyjejś sprawy. 

 - Jedź do domu - powiedziała ostro Dorothy Paul, zwracając się 

do Davida Winthropa. 

Jej  pulchna,  z  natury  dobroduszna  twarz  złagodziła  efekt  tego 

warknięcia. 

 - Jest piątek wieczór - przypomniała mu. - Zaczyna się weekend. 

Ciesz się nim. Idź na plażę. Weź syna do Disneylandu albo na mecz. 

background image

 - Skończyłaś? 

David był zniecierpliwiony. Najwyraźniej pozwolił sekretarce na 

zbyt  wiele  swobody  i  w  końcu  uznała,  że  może  wtrącać  się  w  jego 

sprawy jak jakaś samozwańcza kwoka. 

 -  Nie,  nie  skończyłam  -  powiedziała,  ignorując  jego  rozpacz  i 

zirytowanie.  -  Pracujesz  zbyt  ciężko.  Robisz  to  cały  czas  od  śmierci 

Alicji. 

 - Tego już dosyć! - zawołał. 

Wystarczało,  by  ktoś  wymienił  imię  Alicji,  a  jego  natychmiast 

zalewała fala bolesnych wspomnień z ostatnich tygodni i dni przed jej 

śmiercią. Nie mógł wskrzesić tamtych czasów To dlatego źle sypiał - 

zwykle zresztą na kozetce w gabinecie. Jeśli pozwolił sobie na wejście 

do łóżka, które niegdyś dzielili, prześladowały go koszmarne sny o jej 

cierpieniu. 

Jego  sekretarka,  pełniąca  tę  funkcję  od  lat,  spojrzała  na  niego 

spokojnie. 

 -  Sam  widzisz.  Nigdy  byś  nie  mówił  do  mnie  takim  tonem, 

gdybyś nie był wyczerpany. 

 - Mówię takim tonem, bo już zaczynam tracić cierpliwość. 

Skonstatował z żalem, że spojrzenie, jakie mu rzuciła, pełne było 

litości, a nie strachu. 

 -  David  -  zaczęła  tym  łagodnym,  macierzyńskim  tonem,  który 

zawsze był u niej zapowiedzią kazania. 

 - Nie dziś, Dorothy! Proszę cię. Mam już wszystkiego dość. 

 - To jedź do domu! 

background image

 -  Nie  mogę.  Chcę  skończyć  ten  ostatni  szkic  do  „Skały 

przyszłości". 

 - Dlaczego myślisz, że wiesz, jak naprawdę wygląda Mars? 

Podeszła bliżej, by zajrzeć mu przez ramię. 

 -  Nie  wiem.  Przynajmniej  nie  z  osobistego  doświadczenia  - 

odparł. - Ale ty też nie wiesz, więc mój domysł jest równie dobry jak 

wszystkie inne. 

 -  Do  ilu  to  filmów  zaprojektowałeś  scenografię  w  ostatnich 

sześciu  miesiącach?  -  Nie  czekała  na  odpowiedź.  -  Powiem  ci.  Do 

czterech. To więcej niż przez ubiegłe dwa lata. 

 -  Zdobywam  dobrą  opinię.  Zaczynają  mnie  rozchwytywać. 

Powinnaś być zadowolona. Pozwala mi to płacić ci ogromną pensję za 

prowadzenie tego biura. 

 - Ukrywasz się. 

 - Dorothy! 

Ku  jego  ogromnemu  żalowi  zignorowała  ostrzegawczy  ton  tego 

okrzyku. 

 -  Nie  zamilknę.  Dostatecznie  długo  patrzę,  jak  się  tu  ukrywasz. 

Czas już znowu zacząć żyć. Jeśli nie ze względu na siebie, to pomyśl 

o Daveyu. 

David przeczesał palcami włosy. 

 - Słuchaj, wiem, że chcesz dobrze, ale muszę to załatwiać tak jak 

umiem. 

 - Zapracowując się na śmierć? I zaniedbując syna? 

background image

 -  Nie  potrafiłabym  tego  lepiej  sformułować.  Do  rozmowy 

wmieszał się nie znany im, pełen wzgardy głos. 

David  odwrócił  się  zaskoczony  i  zobaczył,  że  w  drzwiach  stoi 

szczupła  brunetka.  Jej  szeroko  rozstawione  oczy  pałały  gniewem. 

Usta,  które  specjaliści  od  reklamy  nazwaliby  zmysłowymi, 

wykrzywiała pogarda. 

Miała na sobie jeden z owych ciemnych kostiumów, które nadają 

noszącym je kobietom ogromnie rzeczowy wygląd. Blask intensywnie 

różowego  jedwabiu  pod  szyją  wywoływał  niezwykle  podniecający 

efekt.  Wątpił,  czy  kobieta  zdaje  sobie  z  tego  sprawę.  Zrobiła  na  nim 

wrażenie osoby, która odniosłaby się do czegoś takiego z dezaprobatą. 

Zakończył tę lustrację i uznał, że tych wszystkich ostrych kantów 

nie  łagodzi  żaden  najdrobniejszy  rys  bezbronności.  W  sumie  była 

kobietą  tego  właśnie  typu,  którego  zdecydowanie  nie  lubił  już  od 

pierwszego  rzutu  oka.  Stanowiła  dokładne  przeciwieństwo  Alicji, 

która była ciepła i łagodna, pełna miękkich zaokrągleń i kobiecości. 

 - Kim pani, u diabła, jest? - zapytał szorstko. - Już nie pracujemy. 

 -  To  trzeba  było  zamknąć  drzwi  -  odparowała  bez  namysłu, 

najwyraźniej 

wcale 

nie 

onieśmielona 

tym 

nieprzychylnym 

powitaniem. 

Ruszył ku drzwiom pracowni. 

 -  Dorothy,  zajmij  się  tym!  Będę  na  zapleczu  -  powiedział, 

wycofując  się  przed  tą  kobietą  i  niepokojącym  wrażeniem,  jakie  na 

nim wywarła. 

background image

Nieznajoma wyglądała tak, jakby chciała się rzucić jego śladem, a 

Dorothy - ta przeklęta Dorothy! 

 - właściwie biegła do drzwi wyjściowych. 

 - Cześć! - krzyknęła. - Tak jak powiedziałeś, już nie pracujemy. 

Jest weekend i wynoszę się stąd. 

 - Wyrzucam cię z pracy. Uśmiechnęła się do niego promiennie. 

 - W takim razie nie zapomnij przed wyjściem  wyrzucić fusów  z 

ekspresu. Nie znosisz, kiedy w poniedziałek są kompletnie skawalone. 

Zatrzymany  w  pół  skoku  David  wbił  wzrok  w  oddalającą  się, 

zdradziecką 

sekretarkę, 

potem 

spojrzał 

podejrzliwie 

na 

nieoczekiwanego gościa. 

 - Czy jest pani reporterką? 

Ostatnio  pojawiało  się  tu  mnóstwo  dziennikarzy.  Mieli  nadzieję, 

że  uda  im  się  podpatrzeć  coś  z  dekoracji  do  „Skały  przyszłości", 

filmu,  który  podobno  miał  być  najbardziej  ambitnym  dramatem 

fantastyczno - naukowym od czasu „Wojen gwiezdnych". 

 - Nie. 

 - Jeśli szuka pani pracy, to tu jej nie ma. Wszystkim zajmuje się 

Dorothy. 

 - To jej nie zazdroszczę - odparła ze współczuciem nieznajoma. 

David  nieraz  radził  sobie  z  takimi  wścibskimi  feministkami, 

kobietami,  które  musiały  sobie  zębami  i  pazurami  torować  drogę  do 

pełnego  uprzedzeń  wobec  nich  przemysłu  rozrywkowego.  Zwykle 

odpłacał pięknym za nadobne, ale dziś był po prostu zbyt znużony. 

background image

 -  Najwyraźniej  chce  pani  coś  załatwić  -  powiedział  zmęczonym 

głosem.  -  Proszę  wyrzucić  z  siebie,  o  co  chodzi,  i  zostawić  mnie  w 

spokoju. Mam jeszcze coś do zrobienia. 

 - Każdy ma coś do zrobienia - skontrowała. - Założę się, że moje 

zadanie jest o wiele mniej przyjemne od pańskiego. 

 -  Proponuję  więc,  żeby  je  pani  wykonała  i  będziemy  to  mieli 

oboje z głowy. 

Na  jej  twarzy  znowu  pojawił  się  ów  dziwny  wyraz  -  głównie 

złość,  ale  z  domieszką  smutku.  David  nagle  zaczął  się  zastanawiać, 

czy  kiedy  usłyszy  wszystko,  co  ta  kobieta  ma do powiedzenia,  łatwo 

odzyska  spokój.  Niepokoiło  go  niejasne  wspomnienie  słów,  które 

wypowiedziała  przychodząc.  Słowa  te  sugerowały,  że  wie  o  nim 

więcej, niż powinien wiedzieć obcy. Czy dotyczyły Daveya? 

 -  Reprezentuję  pańskiego  syna  -  oświadczyła,  jakby  czytając  w 

jego myślach. 

Deklaracja  ta  potwierdziła,  że  dobrze  sobie  przypominał,  ale 

wprowadzała do całej sprawy zaskakujący element. 

 - Mojego syna? - powtórzył słabym głosem, a potem pospiesznie 

zapytał:  -  Czy  nic  mu  się  nie  stało?  Co,  u  diabła,  ma  znaczyć  to 

„reprezentuję"? 

Zignorowała  jego  ton  i  wyjęła  powoli  arkusz  papieru, 

wyglądający niewątpliwie na dokument prawniczy, i wyciągnęła go w 

jego stronę. Serce biło mu jak szalone, kiedy niemal wyrwał jej papier 

z  ręki.  Przeczytawszy  go,  spojrzał  na  nią  ze  zdumieniem,  po  czym 

zalała go fala oburzenia. Pomachał papierem przed jej oczami. 

background image

 -  Tu  jest  napisane,  że  mój  syn  wynajął  panią  jako  swojego 

adwokata. 

 - Świetnie. Umie pan czytać. To bardzo ułatwi nam sprawę. 

Puścił  tę  ciętą  wypowiedź  mimo  uszu,  próbując  się  skupić  na 

znaczeniu  dokumentu.  Wreszcie  znowu  podniósł  na  nią  wzrok. 

Oburzenie walczyło w nim o lepsze ze szczerym zdumieniem. 

 -  Na  miłość  boską,  ten  chłopiec  ma  dziesięć  lat!  Po  co  mu 

adwokat? 

 -  Ponieważ  pana  syn  chciałby  wystąpić  o  rozwód.  -  Odczekała 

chwilę, by ta niewiarygodna informacja do niego dotarła, i dodała: - O 

rozwód z panem. 

 

Rozdział 2 

David nie byłby bardziej zaskoczony, gdyby ktoś mu powiedział, 

że  jego  dekoracje  -  owoc  jego  żywej  wyobraźni  -  są  dokładnym 

odzwierciedleniem  odległych  planet,  w  którym  zgadza  się  wszystko, 

łącznie  z  wizerunkiem  pozaziemskich  istot  i  najdrobniejszymi 

szczegółami pustynnego krajobrazu. 

Ogarnęło  go  też  głębokie  uczucie  bezradności,  a  jednocześnie 

gniewu,  że  ktoś  absolutnie  obcy  lepiej  niż  on  wie,  co  dzieje  się  w 

głowie jego syna. 

Dlaczego, u Boga Ojca, nie zauważył, że szykuje się coś takiego? 

Oczywiście,  pocieszał  się,  jest  zupełnie  możliwe,  że  ta  kobieta 

wszystko  wymyśliła.  Uchwycił  się  kurczowo  tej  myśli,  ponieważ 

mógł dzięki niej odpowiedzieć z sarkazmem: 

background image

 -  Słyszałem,  że  w  pani  zawodzie  są  ludzie  goniący  karetki 

pogotowia,  ale  żeby  wykorzystywać  dziesięcioletnie  dzieci?  To  już 

przechodzi wszelkie granice! Mógłbym pani wytoczyć proces. 

Nawet  nie  mrugnęła!  Musiał  przyznać,  że  mu  to  zaimponowało, 

ale i go zmartwiło. 

 -  Proces?  O  co?  -  zapytała  z  kamiennym  spokojem.  -  Pilnuję 

interesów  mojego  klienta.  Słyszałam,  że  właśnie  za  to  płaci  się 

adwokatom. 

 - Płaci? A więc wreszcie dotarliśmy do sedna - powiedział. 

Było mu niemal przykro, że ta kobieta okazała się zgodnie z jego 

przewidywaniami takim sępem. 

 -  Ile  więc  trzeba,  żeby  zsiadła  pani  z  tego  wysokiego  konia  i 

wyniosła się z mojego życia? Niech pani poda tę cenę. 

To pełne pogardy pytanie zapaliło ogniki w jej niewiarygodnych, 

żywych  oczach  o  barwie  whisky  oglądanej  pod  światło.  Wydawało 

się, że nie jest w stanie oderwać od niej wzroku. Był zafascynowany - 

wbrew  sobie  -  jej  natychmiastową  pełną  pasji  reakcją,  widoczną 

zanim jeszcze zdążyła wymówić słowo. 

 -  Jak  pan  śmie!  -  rzuciła,  podchodząc  bliżej.  Stała  naprzeciwko 

niego  w  butach  na  wysokich  obcasach  i  głową  uniesioną  wysoko  do 

góry,  co  sprawiło,  że  jej  oczy  znalazły  się  niemal  na  wysokości  jego 

oczu. 

 -  Nie  mówimy  o  pieniądzach  -  oznajmiła  powoli  i  z  naciskiem, 

jakby  niezupełnie  pewna,  czy  David  Winthrop  potrafi  zrozumieć 

najprostsze słowa. - Ja nikogo nie wykorzystuję. Mówimy o relacjach 

background image

małego  chłopca  z  jego  ojcem  i  teraz  wreszcie  zaczynam  rozumieć, 

dlaczego chce od pana odejść. 

Były  to  podniosłe  słowa,  wypowiedziane  z  głębokim 

przekonaniem.  W  istocie  zostały  rzucone  mu  w  twarz.  David 

rozpoznał tę technikę. Kobieta próbuje wejść na jego pole, zastraszyć 

go.  Z  podziwem  -  zaskakującym  jego  samego  -  pomyślał,  że  na  sali 

sądowej  musi  być  prawdziwą  diablicą.  Może  zresztą  gdzie  indziej 

także.  Analizując  swą  nieoczekiwaną  reakcję  na  jej  zachowanie,  nie 

przysłuchiwał 

się 

zbyt 

dokładnie 

wygłaszanym 

przez 

nią 

oskarżeniom, aż jedno z nich zwróciło jego uwagę. 

 - ... i zaniedbanie. Zaniedbanie?  

Wlepił w nią oczy. 

 -  Nie  zaniedbuję  mojego  syna  -  powiedział  z  furią.  -  Jest 

nakarmiony i ubrany. Ma wszystkie zabawki, wszystkie możliwości, o 

jakich  chłopiec  w  jego  wieku  może  tylko  zamarzyć.  Ma  więcej  gier 

komputerowych  niż  szef  IBM.  Gra  w  baseball,  piłkę  nożną  i  futbol 

amerykański.  Ma  w  ogrodzie  basen  o  wymiarach  olimpijskich.  Jeśli 

czymkolwiek  się  zainteresuje,  natychmiast  organizuję  mu  lekcje. 

Nasza gospodyni więcej czasu poświęca wożeniu go samochodem niż 

troszczeniu  się  o  dom.  Chodzi  do  najlepszej  prywatnej  szkoły  w 

naszym mieście. 

 -  To  wspaniale,  że  ma  pan  tak  obowiązkową  gospodynię.  Ale 

szczerze  mówiąc,  sądząc  po  tym,  jak  niewiele  uwagi  mu  pan 

poświęca,  jestem  zaskoczona,  że  nie  wysłał  go  pan  do  jakiegoś 

internatu. 

background image

Najwyraźniej to, co powiedział, nie zrobiło na niej najmniejszego 

wrażenia. 

Skulił się w sobie. Rzeczywiście podczas choroby Alicji myślał w 

pewnej  chwili  o  posłaniu  chłopca  do  jakiegoś  internatu,  ale  Alicja 

gwałtownie zaprotestowała i wymogła na nim obietnicę, że nigdy nie 

wyśle Daveya z domu. 

Obrzucił tę kobietę - według dokumentu, jaki mu dała, nazywała 

się  Kate  Newton  -  takim  spojrzeniem,  jakby  była  czarownicą  i  tylko 

dzięki  temu  trafiła  w  jego  najsłabszy  punkt.  W  pragnienie,  by  radzić 

sobie  z  bólem  w  wybranym  przez  siebie  samego  czasie  i  w  wybrany 

przez  siebie  samego  sposób  -  w  samotności.  W  gorące  życzenie,  by 

oszczędzić synowi konieczności borykania się choćby przez moment z 

głęboką depresją, z jaką borykał się on sam. 

 -  Myślę,  że  lepiej  będzie,  jeśli  pani  już  sobie  stąd  pójdzie  - 

oświadczył wreszcie spokojnym i zdecydowanym tonem. 

Z trudem opierał się pragnieniu, by wykrzyczeć to tak głośno, jak 

tylko pozwolą płuca. 

Czuł  ogromną  pokusę  wyładowania  tłumionej  miesiącami 

frustracji i rozpaczy w krzyku na tę kobietę, która otworzyła wszystkie 

jego rany jeszcze nie zaleczone przez czas. Wskazał na drzwi. 

 - Jestem pewien, że sama pani trafi do wyjścia. 

 - Jeszcze nie skończyliśmy - ucięła, nie ruszając się z miejsca. 

Cichy,  z  natury  rozkazujący  ton  jej  głosu  sprawił,  że  David 

Winthrop przystanął. 

Powoli odwrócił się twarzą do niej. 

background image

 - Myślę, że jednak tak. Wysłuchałem już dostatecznie dużo pani 

zdumiewających  oskarżeń.  Ta  cała  mowa  o  reprezentowaniu 

dziesięcioletniego  chłopca  w  procedurze  rozwodowej  skierowanej 

przeciwko jego własnemu ojcu jest nonsensem. Każdy sąd w naszym 

kraju panią wyśmieje. 

 -  Przykro  mi,  ale  ubiegłej  jesieni  w  Orlando  dziecko  wygrało 

podobną  sprawę.  Dziwi  mnie,  że  pan  o  tym  nie  czytał.  Pisała  o  tym 

cała prasa. 

Rozejrzała  się  wokół,  najwyraźniej  po  raz  pierwszy  dostrzegając 

porozpinane  na  ścianach,  starannie  opracowane  szkice  widoków 

futurystycznych. 

 -  No  cóż,  może  nie  żyje  pan  w  tym  samym  realnym  świecie,  w 

którym żyjemy my wszyscy. 

 - A więc o to chodzi! 

Nareszcie  zaczynał  rozumieć,  jaka  to  siła  skłoniła  tę  kobietę  do 

wtargnięcia do jego gabinetu w charakterze anioła mściciela. Jeśli nie 

chodzi o pieniądze, to musi to być chęć zdobycia rozgłosu. Na dalszą 

metę  relacja  dobrze  umieszczona  w  którymś  z  dzienników  Los 

Angeles  i  podchwycona  przez  telewizję  miałaby  taką  samą  wartość 

jak gotówka w banku. 

Z niesmakiem potrząsnął głową. 

 -  Bóg  jeden  wie,  jak  trafiła  pani  na  Daveya,  ale  widocznie 

przyssała się pani do jakiejś jego niewinnej uwagi, ponieważ wie pani, 

że  taka  sprawa  nabrałaby  ogromnego  rozgłosu.  Czy  tak  rozpaczliwie 

potrzebne jest pani coś, co ruszyłoby z miejsca pani karierę? 

background image

Oczekiwał, że rzuci się na niego z furią, ona tymczasem tylko się 

roześmiała.  Ku  jego  zaskoczeniu,  jej  rozbawienie  wyglądało  na 

szczere.  A  dźwięk  tego  śmiechu  wpłynął  w  zdumiewający  sposób na 

jego puls, znacznie silniej niż wszystkie te wcześniejsze krzyki. 

 -  Panie  Winthrop  -  odparła  ostro,  kiedy  jej  śmiech  już 

przebrzmiał  -  mnie  rozgłos  nie  jest  potrzebny.  Mam  go  aż  za  dużo. 

Właśnie dlatego pana syn wybrał mnie. Przeczytał w gazecie o mojej 

ostatniej  sprawie.  Co  się  zaś  tyczy  ważności  mojej  umowy  z 

Daveyem,  to  ma  pan  podpisane  przez  niego  zlecenie.  Myślę,  że  w 

istniejącej sytuacji sąd uzna, że to wystarczy. 

Wzruszyła ramionami i dodała: 

 -  Jeśli  jednak  nie  wystarczy  to  panu,  proszę  wrócić  do  domu  i 

spytać  Daveya,  czego  chce;  dlaczego  w  ogóle  uważał  za  potrzebne 

wynająć  adwokata.  Przynajmniej  siądziecie  dzięki  temu  razem  i 

odbędziecie rozmowę, którą powinniście byli odbyć już dawno. 

Ta zatruta sarkazmem strzała najwyraźniej trafiła w cel - zgodnie 

z  zamierzeniem  Kate.  Poczuł,  jak  nagle  przepełnia  go  rozpacz, 

ponieważ  zdał  sobie  sprawę,  że  to  wszystko  samo  nie  zniknie,  że  ta 

kobieta  naprawdę  jest  przekonana  o  swej  słuszności.  Poczuł,  że 

stopniowo opuszcza go wola walki. 

 -  Naprawdę  traktuje  pani  to  wszystko  poważnie?  -  spytał 

znużonym głosem.  

 -  Oczywiście.  Nie  lubię,  gdy  mały  chłopiec  mówi  mi  w  moim 

gabinecie,  że  między  nim  i  jego  ojcem  są,  cytuję:  „nie  dające  się 

usunąć różnice". Koniec cytatu. 

background image

David opadł na fotel i spojrzał na nią żałośnie. 

 - Tak powiedział? 

 -  Tak.  Powiedział  też  wiele  innych  rzeczy  -  odparła  bez  cienia 

sympatii.  -  Wiem  z  doświadczenia  -  a  Bóg  mi  świadkiem,  że 

prowadziłam  dostatecznie  dużo  procesów  o  opiekę  nad  dziećmi  -  że 

dzieci  nie  wymyślają  sobie  takich  rzeczy.  Mimo  wszystko  jednak 

gotowa  jestem  tłumaczyć  wątpliwości  na  pana  korzyść.  Czy  w  jego 

słowach jest jakaś doza prawdy? Czy zaniedbuje go pan? Odsuwa od 

siebie? Walczył z sobą, by odpowiedzieć na te pytania. 

 -  Myślę,  że  on  może  to  wszystko  tak  odbierać  -  przyznał  w 

końcu,  choć  nie  podobało  mu  się,  że  ta  odpowiedź  stawia  jego 

ojcostwo w nie najlepszym świetle. 

Rozpaczliwie  chciał  wierzyć,  że  teraz  nie  jest  potrzebny 

Daveyowi,  ponieważ  wcale  nie  był  pewny,  czy  może  mu  cokolwiek 

ofiarować. 

 -  Czy  jest  jakiś  inny  sposób  widzenia  tego?  Jak  to  wygląda  z 

perspektywy pana? 

 - Moja żona... 

Nie potrafił się zmusić do dokończenia głośno tego zdania. 

 - Davey powiedział mi, że umarła - skończyła za niego. 

W  jej  głosie,  po  raz  pierwszy  od  chwili,  gdy  wtargnęła  do  tego 

gabinetu, zabrzmiała łagodniejsza nuta. 

Spojrzał na nią ze zdumieniem. 

 - Naprawdę to pani powiedział? 

 - Czy to pana dziwi? 

background image

Skinął głową: 

 - Nigdy o tym nie mówi. 

 - Powiedział, że to dla was obu zbyt smutne. 

Myśl, że Davey zdaje sobie sprawę z jego rozpaczy i że podzielił 

się tym z tą kobietą, pokonała wszystkie bariery, jakie wzniósł sam na 

wiele  miesięcy  przed  śmiercią  Alicji.  Ku  swemu  zdumieniu usłyszał, 

że  mówi  tej  kobiecie  więcej,  niż  przez  te  długie  tygodnie  powiedział 

komukolwiek. Gniewne, nabrzmiałe cierpieniem słowa wylewały się z 

niego, zanim był w stanie je ocenzurować. 

 - Moja żona umierała bardzo długo i bardzo cierpiała - mówił. - 

Patrzenie  na  to  było  czymś  strasznym.  Dla  nikogo  z  nas  nie  było  to 

łatwe. Starałem się chronić Daveya przed najgorszym. To samo robiła 

Alicja.  Przez  końcowe  tygodnie  nie  chciała  zostać  w  domu.  Wolała 

być w szpitalu. Daveyowi pozwalaliśmy się z nią widzieć tylko wtedy, 

gdy czuła się - trochę lepiej. Zdarzało się to coraz rzadziej. 

 - Tak więc jeszcze przed jej śmiercią Davey czuł się odsunięty od 

matki. 

Sformułowanie to zabrzmiało jak oskarżenie. 

 -  Oboje  uważaliśmy,  że  tak  będzie  dla  niego  lepiej  -  wyjaśnił 

sztywno. 

 - Jak można obronić dziecko przed tym, że jego matka umiera? - 

zapytała  spokojnie.  -  Do  dziś  myślę  o  ostatnich dniach  życia  mojego 

ojca,  mimo  że  od  jego  śmierci  minęły  już  lata.  Kiedy  się  to  stało, 

byłam  już  dorosłą,  ale  wciąż  pamiętam  jego  chorobę,  to,  jak  bardzo 

byłam  przerażona  perspektywą  jego  utraty.  Nie  mogę  zablokować 

background image

tych myśli dlatego, że mogą sprawić mi ból. Wiem, że w końcu dobre 

wspomnienia  zaczną  przesłaniać  całą  resztę.  Dlaczego  Davey  nie 

miałby odczuwać tych spraw tak samo? 

Przerwała,  by  odetchnąć,  i  przez  chwilę  uważnie  mu  się 

przyglądała. 

 - Dlaczego pan nie miałby tego tak odczuwać? 

David  zignorował  pytanie,  bo  nie  potrafił  na  nie  odpowiedzieć. 

Bardziej  fascynowało  go  to,  co  przed  chwilą  Kate  powiedziała  o 

swych  własnych  uczuciach.  Czuł,  że  było  to  więcej,  niż  normalnie 

mówiła  innym.  Podejrzewał,  że  ona  -  tak  jak  on  sam  -  starała  się 

panować  nad  wyniszczającymi  uczuciami.  Tym  bardziej  dziwiło  go, 

że z taką pasją stanęła po stronie Daveya. 

Jego  opinia  o  Kate  Newton  nieco  się  zmieniła.  Być  może 

rzeczywiście  obchodzi  ją,  co  się  dzieje  z  Daveyem.  Być  może  jest 

bardziej zdolna do współczucia, niż sądził. 

Ale  z  drugiej  strony  może  jednak,  wbrew  swym  zaprzeczeniom, 

wtrąca się w to wszystko, by zdobyć rozgłos, jaki sprawa, w której to 

on  byłby  centralną  postacią,  musiałaby  zyskać.  Może  jego  nazwisko 

nie  było  powszechnie  znane,  ale  filmy,  nad  którymi  pracował,  były 

równie popularne jak filmy Stevena Spielberga czy Walta Disneya. 

 - Doceniam, że przyszła pani tutaj i powiedziała mi to wszystko o 

Daveyu. - Zdając sobie sprawę, że robi to z opóźnieniem, podjął próbę 

zaprezentowania  gotowości  do  współpracy.  -  Porozmawiam  z  nim. 

Uporządkujemy to wszystko. A panią proszę o przysłanie rachunku za 

czas, jaki pani temu poświęciła. 

background image

Potrząsnęła przecząco głową. 

 - Nie da się tego tak załatwić. Wynajął mnie Davey. To on musi 

mnie zwolnić. 

David  poczuł,  że  znowu  wzbiera  w  nim  złość.  Czy  nie  ma 

sposobu  pozbycia  się  tej  nieznośnej  baby,  nawet  kiedy  już  przyznał, 

że dopięła swego? 

 - Żaden dokument podpisany przez dziecko w tym wieku nie ma 

mocy prawnej. Niech pani da sobie z tym spokój. Zrobiła pani swoje. 

 - Nie mówię o stronie prawnej - oświadczyła z uporem. - Mówię 

o zobowiązaniach moralnych. Podjęłam się sprawy, więc doprowadzę 

ją do końca. 

Zaczął protestować, ale przerwała mu: 

 -  Jestem  pewna,  że  chce  pan  jak  najlepiej,  ja  mam  jednak 

obowiązki  wobec  swoich  klientów.  Mam  nadzieję,  że  pomówi  pan  z 

Daveyem  i  uporządkuje  wszystko,  ale  dopóki  to  on  mi  nie  powie,  że 

sprawa  jest  zamknięta  i  że  nie  chce  się  już  z  panem  rozwodzić,  nie 

odczepię się. 

Skierowała  się  ku  drzwiom.  David  już  miał  wydać  westchnienie 

ulgi,  kiedy  odwróciła  się  znów  ku  niemu  i  spojrzała  wymownie  na 

zegarek. 

 -  Jest  już  prawie  ósma  wieczór,  piątek.  Jeśli  ma  pan  zamiar 

zrobić to, o czym pan mówił, to czy nie powinien pan pojechać już do 

domu, do syna? 

Kate  uznała,  że  rozmowa  przebiegła  dosyć  dobrze.  Zastosowała 

podczas  niej  niezłą  kombinację  gróźb  i  obwinień.  Jeśli  ma  odrobinę 

background image

szczęścia,  to  David  Allen  Winthrop  porządnie  się  sobie  przyjrzy  i 

zmieni  postępowanie.  Nie  ulega  wątpliwości,  że  gdy  zdał  sobie 

sprawę,  iż  ona  nie  odejdzie  bez  walki  i  że  poważnie  traktuje 

wypowiedzi jego syna, wyglądał na wstrząśniętego. 

W  ciągu  ostatnich  dziesięciu  lat  Kate  nauczyła  się  szybko 

dostrzegać słabe i silne punkty przeciwnika. David Winthrop - mimo 

iż skłonna była z góry go nie lubić - zrobił na niej wrażenie człowieka 

o dużej sile wewnętrznej. I człowieka zbolałego. 

Nigdy jeszcze nie spotkała nikogo, kto kochałby tak głęboko i kto 

miałby  tak  wyraźnie  wypisaną  rozpacz  w  głębi  ciemnych,  niemal 

czarnych  jak  noc  oczu.  Żywiła  nadzieję,  że  zmusiła  go  do 

zastanowienia  się  nad  ceną,  jaką  za  to  wszystko  płaci  jego  syn, 

podczas gdy on sam boryka się z własnym cierpieniem. 

Ale  to,  co  powiedziała,  powiedziała  na  serio:  nie  odczepi  się  od 

niego, dopóki nie będzie pewna, że jej klient odzyskał ojca. 

Zdumiało  ją,  z  jakim  podnieceniem  rozważa  tę  perspektywę. 

Kiedyż  to  po  raz  ostatni  w  ogóle  spojrzała  z  zainteresowaniem  na 

jakiegoś  mężczyznę?  Miesiące  temu?  Parę  lat?  Sądziła,  że  dosyć 

skutecznie  zakopała  swe  libido  pod  górą  zajęć,  która  przytłoczyłaby 

nawet  dobrze  wytrenowanego  sportowca.  Wręcz  ją  zdumiało,  że  - 

choćby  tylko  marginalnie  -  zauważyła  jednak  rzeźbione  rysy  jego 

przystojnej twarzy i zwróciła uwagę, jak dopasowane miał dżinsy. 

Wciąż  jeszcze  o  tym  myślała,  kiedy  tuż  potem,  gdy  wjechała  na 

autostradę  prowadzącą  do  Malibu,  zadzwonił  jej  samochodowy 

telefon. 

background image

 - Pani Newton? Mówi Davey. No wie pani, Davey Winthrop. 

 - Cześć, Davey, co tam u ciebie? - zapytała, usiłując nie okazać, 

że dosłyszała w jego głosie nutkę strachu. - Wszystko dobrze? 

 - Tak sądzę - powiedział zgaszonym głosem. 

 - Davey, coś nie tak? 

 - Właśnie myślałem o sprawie i o tym wszystkim i doszedłem do 

wniosku, że mój ojciec będzie naprawdę, ale to naprawdę bardzo zły, 

kiedy  się  o  tym  dowie.  Może  byłoby  dobrze,  gdybym  od  razu  się  do 

pani przeniósł? 

Odetchnęła z ulgą. Ach, więc tylko o to chodzi. 

Wyrzuty sumienia. Nie spotkała jeszcze nikogo, kto starałby się o 

rozwód  i  nie  musiał  borykać  się  z  rozterką,  kiedy  tylko  uczynił 

pierwszy  krok.  Telefony  takie  były  tak  częste,  że  nawet  Zelda 

nauczyła się rozpraszać wątpliwości tego rodzaju. 

 -  Kochanie,  właśnie  widziałam  się  z  twoim  ojcem.  Wcale  nie 

myślę,  żeby  się  gniewał.  -  No,  może  na  mnie,  pomyślała.  Pewno 

powinna  była  trzymać  kciuki,  bo  odważnie  kłamała:  -  Właściwie  to 

myślę, że pewno będzie za chwilę w domu i wszystko zacznie wracać 

do poprzedniego stanu. 

 -  Naprawdę?  -  Głos  Daveya  nagle  stał  się  pełen  podniecenia.  - 

Mówi to pani serio? 

 - Nie mogę przysiąc, że tak będzie - zastrzegła się - ale myślę, że 

chyba  mam  rację.  Może  pogadamy  o  weekendzie  w  poniedziałek? 

Dobrze? 

background image

 -  Fajnie!  -  Znowu  sprawiał  wrażenie  chłopca  pełnego 

entuzjazmu.  -  Chyba  właśnie  słyszę  jego  samochód.  Cześć,  pani 

Newton! Och, dzięki! 

Telefon  zamilkł.  Kate  modliła  się,  by  się  nie  okazało,  że 

wzbudziła  w  nim  zbyt  wielką  nadzieję.  Jeśli  David  Winthrop  znowu 

sprawi ból temu miłemu, mądremu dziecku, to odpowie jej za to! 

Kiedy David wysiadał ze swego kombi z napędem na cztery koła, 

który  zdaniem  Alicji  był  konieczny,  by  wozić  Daveya  i  jego 

przyjaciół,  z  domu  wypadł  pędem  jego  syn.  Ogromny,  stary  dom  w 

stylu  Bel  Air  należał  niegdyś  do  gwiazdy  filmu  niemego  -  tak 

przynajmniej twierdził agent handlu nieruchomościami.  

Zapewne  doliczył  z  tego  tytułu  do  ceny  jakieś  pół  miliona 

dolarów. Dom miał wyraźnie zawyżoną cenę, ale David, dostrzegłszy 

w  oczach  Alicji  błysk  zadowolenia  z  powodu  owych  związków  z 

wspaniałą przeszłością Hollywood, bez namysłu podpisał papierki. 

Wprowadzili się na sześć miesięcy przed wykryciem jej choroby. 

Przez  te  pół  roku  żona  Davida  była  szaleńczo  szczęśliwa,  urządzając 

dom i wyciskając swe piętno na wystroju wnętrz w każdym pokoju. 

David przyglądał się swemu synowi i przez chwilę wydawało mu 

się, że  wizyta Kate Newton była tylko złym snem. Davey był równie 

zdrowy,  pełen  życia  i  energii  jak  każdy  inny  dziesięciolatek.  Nagle 

dostrzegł  pod  jego  oczami  cienie...  Zrozumiał,  że  w  tym,  co  mu 

powiedziała ta adwokatka, jest jakaś część prawdy, i poczuł ukłucie w 

sercu. 

background image

 - Cześć, tato! Jadłeś już? Pani Larsen robi pieczeń. Mówi, że jest 

już prawie  gotowa.  -  Nagła  troska  zmarszczyła  mu brwi:  -  Bardzo  to 

lubisz,  prawda?  Jak  jej  powiedziałem.  Mówiła,  że  może  nie  zdążysz 

wrócić dziś przed kolacją i wszystko się zmarnuje, ale w każdym razie 

ją zrobiła. 

 - Pewnie, że lubię pieczeń. 

David  zamrugał  powiekami,  by  ukryć  łzy,  które  zawsze 

napływały  mu  do  oczu,  kiedy  dostrzegał  w  swym  synu  tyle  cech 

przypominających  mu  Alicję.  Te  same  lekko  rudawe  blond  włosy,  te 

same szatańsko brązowe oczy, ta sama konstelacja piegów w poprzek 

nosa  i  ten  sam  nieco  kpiący  uśmiech  z  towarzyszącymi  mu 

dołeczkami  w  policzkach.  Teraz,  kiedy  już  wiedział  o  zmartwieniach 

Daveya, ten uśmiech niemal złamał mu serce. 

 - Jak ci przeszedł dzień? Uśmiech chłopca nieco zbladł. 

 - Myślę, że w porządku - powiedział głosem, w którym brzmiało 

poczucie winy. - Widziałem się z tą panią. Myślę, że już wiesz. Co? 

 -  Panią  Newton  -  powiedział  David  starając  się,  by  jego  głos 

zabrzmiał spokojnie. 

Jak mógłby mieć za złe Daveyowi tak rozpaczliwy krok? Sam był 

winien temu, że jego syn poszedł do adwokata. 

 -  Tak.  Mówiła  mi,  że  rozmawialiście.  Davey  spojrzał  na  niego 

zmartwiony. 

 - Nie gniewasz się, tato? Musiałem do niej pójść, naprawdę. 

David przykucnął i ich oczy znalazły się na tym samym poziomie. 

background image

 - Czy naprawdę jest ci ze mną tak źle, że chcesz odejść z domu i 

znaleźć inną rodzinę? - spytał. 

Nawet  przed  samym  sobą  nie  chciał  się  przyznać,  jak bardzo  go 

to zabolało. 

 - Chyba tak. 

Davey, wyraźnie zmieszany, przystępował z nogi na nogę. 

 - Dlaczego? 

Na twarzy Daveya pojawił się nagle wyraz buntu. 

 -  I  tak  cię  tu  nigdy  nie  ma.  Pewno  nawet  nie  obchodzi  cię,  co 

robię. 

David westchnął. 

 - Och, Davey - powiedział z żalem. - Obchodzi mnie, i to bardzo. 

Zawsze  mnie  to  będzie  obchodziło.  Jesteś  najcenniejszą  częścią 

mojego życia. 

 - To dlaczego nigdy nie masz dla mnie czasu? 

W  tym  jednym,  pełnym  potępienia  pytaniu  zogniskowały  się 

najwidoczniej  całe  miesiące  bólu.  David,  zanim  zdał  sobie  z  tego 

sprawę, zareagował gwałtownie, jakby był w oblężonej twierdzy. 

 - Poświęcam ci czas - odparł przesadnie ostrym tonem; 

Davey potrząsnął głową. 

 -  Nie  tak  jak  kiedyś.  Stale  jesteś  zajęty.  Przez  całe  lato  nie 

poszedłeś ani razu na mecz. Większość czasu przesiadujesz w biurze, 

a  kiedy  jesteś  w  domu,  zachowujesz  się,  jakbyś  mnie  nie  widział. 

Zawsze mi tylko mówisz: „uspokój się i bądź cicho". 

background image

 - Bo pracuję. Muszę zarabiać na życie. Zdawał sobie sprawę, że 

mówi to defensywnym 

tonem,  ale  nie  mógł  nad  tym  zapanować.  Kate  Newton 

wykrzesała w nim iskrę poczucia winy. Davey dmuchał na tę iskrę, aż 

rozgorzała płomieniem. 

 - Tak, rozumiem. 

W  głosie  Daveya  zabrzmiało  poczucie  przegranej.  Odwrócił  się 

ku schodom. 

 -  Dokąd  idziesz?  Wydawało  mi  się,  że  powiedziałeś,  że  kolacja 

jest prawie gotowa. 

Jego wzrok natrafił na twarde spojrzenie syna. Po chwili usłyszał: 

 -  Myślę,  że  już  nie  jestem  bardzo  głodny.  David  patrzył 

oniemiały  na  syna,  który  wlókł  się  po  schodach,  jakby  dźwigał  na 

swych wątłych barkach ciężar całego świata. 

 

Rozdział 3 

 -  No  i  jak,  szefowo?  Co  słychać  u  naszego  nowego  klienta?  - 

spytała  Zelda  w  poniedziałek  po  południu,  kiedy  Kate  po  długich, 

frustrujących  godzinach  w  sądzie  dotarła  wreszcie  do  biura.  -  Czy 

wypełnił  już  pozew  rozwodowy?  -  dociekała,  mrużąc  oko  z 

rozbawionym uśmiechem. 

Kate  była  już  od  pewnego  czasu  zirytowana  i  żartobliwy  ton 

Zeldy  bynajmniej  jej  nie  ubawił.  Odsunęła  na  bok  stertę  listów 

zalegających  biurko  i  szukając  teczki  ze  sprawą  Daveya  Winthropa, 

sarknęła: 

background image

 -  To  nie  są  żarty,  Zeldo.  Nie  dla  mnie  i  z  pewnością  nie  dla 

Daveya. 

Zelda  najwyraźniej  uznała,  że  reprymenda  jest  nie  zasłużona,  bo 

zareagowała z wyrzutem: 

 -  Wiem.  Ale  musisz  przyznać,  że  sprawa  jest  dość  niezwykła. 

Chyba  jednak nie  przeprowadzisz  jej  przez  sąd?  Przecież  to  dziecko. 

Ta sprawa z Orlando może stworzyła precedens, ale wątpię, żeby sądy 

zaczęły orzekać o rozwodach na wniosek niezadowolonych dzieci, tak 

jak orzekają o rozwodach ludzi dorosłych. 

 - W niektórych wypadkach mogłoby to być uzasadnione. 

Kate  pomyślała  o  tym,  jak  David  Winthrop  z  rozmysłem  oddalił 

się  od  swego  syna.  Wcale  nie  była  przekonana,  że  David  zdoła 

naprawić  sytuację,  nawet  gdyby  rzeczywiście  tego  chciał.  Nigdy  nie 

wierzyła  też,  by  groźba  wytoczenia  sprawy  sądowej  spowodowała 

zmianę  czyjegoś  postępowania,  a  jeśli  już,  to  takie  zmiany  rzadko 

utrzymywały się dłużej niż do terminu ostatniej rozprawy, 

 -  Nie  bardzo  podoba  ci  się  ojciec  Daveya,  prawda?  -  domyśliła 

się Zelda. 

Kate  nie  traciła  czasu  na  wyjaśnianie,  że  to  nie  ona  ma  lubić 

Davida  Winthropa.  Facet  jest  ojcem  Daveya  i  chłopiec  w  oczywisty 

sposób go kocha, jej zaś reakcje są nieco bardziej złożone. 

 - Mówisz, jakby cię to dziwiło. 

 -  Po  prostu  czytałam  o  tym  jego  ojcu.  Zdaje  się,  że  to  facet  w 

porządku. Jest jakąś szychą w filmie. Myślę, że nawet dostał Oscara. 

background image

Kate  podniosła  wzrok  znad  notatek,  jakie  zrobiła  po  swej 

rozmowie z Davidem Winthropem. 

 - Za co? 

Zelda pokiwała ze smutkiem głową. 

 -  Żeby  kobieta  urodzona  i  wychowana  w  Hollywood  nie  miała 

pojęcia, co dzieje się w kinematografii! 

 - Kto ma czas na filmy? Opowiedz mi. Co robi David Winthrop? 

 -  Scenografię.  Czasem  do  tych  fotografowanych  komiksów,  ale 

głównie  do  dużych  filmów  fantastycznonaukowych.  O  jego 

najnowszym  filmie  mówi  całe  miasto.  Chyba  nazywa  się  „Skała 

przyszłości".  Wszyscy  dziennikarze  marzą  tylko  o  tym,  żeby  choć 

rzucić okiem na szkice Winthropa. 

Kate  przypomniała  sobie  rysunki  rozwieszone  na  ścianach  jego 

gabinetu. 

 - Och, myślę, że właśnie nad tym pracował, kiedy byłam u niego 

w piątek. 

Turkusowe oczy Zeldy zrobiły się zupełnie okrągłe. 

 - Byłaś w jego pracowni?! Widziałaś rysunki?! 

 - Tak mi się wydaje. 

Kate  nie  potrafiła  wykrzesać  w  sobie  takiej  ekscytacji  z  powodu 

rysunków, która choć w przybliżeniu dorównywałaby uczuciom, jakie 

wzbudziły  w  niej  niezwykle  ciemne  i  tajemnicze  oczy  tego 

mężczyzny.  W  każdym  jednak  razie  odnotowała  w  myśli  zawód 

Davida Winthropa. Tworzony przez  niego świat fantazji z pewnością 

background image

zafascynowałby dziesięcioletniego chłopca. Może to właśnie mogłoby 

stać się mostem między Davidem a jego synem? 

 - I jak wyglądają? 

Zelda  przysiadła  na  brzegu  biurka  Kate.  Jej  twarz  płonęła 

ciekawością. 

Kate wzruszyła ramionami. 

 - Nie zwróciłam uwagi. Zelda jęknęła. 

 -  Masz  pojęcie,  jak  by  wzrosła  moja  pozycja  towarzyska, 

gdybym mogła powiedzieć, że znam kogoś, kto widział te rysunki? 

Kate zaśmiała się. 

 - To prawda. 

 -  Pewnie!  Ale  kto  mi  uwierzy,  jeśli  nie  będę  mogła  żadnego 

opisać? No, szefowo! Na pewno pamiętasz choćby jakiś szczegół. 

 - Przykro mi. 

Na  twarzy  sekretarki  odmalowało  się  rozczarowanie.  W  końcu 

spytała: 

 - A jaki on jest? To znaczy, naprawdę. Bądź obiektywna. 

Kate znowu podniosła wzrok. 

 - Obiektywna w jakiej sprawie? 

 - Davida Winthropa - powiedziała Zelda ze zniecierpliwieniem. 

 - Jest... 

Przez  chwilę  szukała  określenia,  które  zaspokoiłoby  ciekawość 

Zeldy, nie pobudzając jednocześnie nadmiernie jej wyobraźni. 

Nie  ośmieliła  się  niczego  powiedzieć  o  tym,  jak  oceniła  nastrój 

tego człowieka. Nie mogła przecież mówić, że zaintrygował ją smutek 

background image

w jego oczach. W końcu zdecydowała się na określenie „przyjemny". 

Uczciwie  mówiąc  określeniu  temu  daleko  było  do  precyzji,  ale  było 

dostatecznie nic nie mówiące, by mogło służyć jej celom. 

 -  Przyjemny?  -  powtórzyła  Zelda  z  niedowierzeniem.  -  Co  to 

znaczy?  Wieczór  jest  przyjemny.  Taki  sobie  film  jest  przyjemny. 

Mężczyźni są albo fascynujący, albo nudni, albo budzą wstręt. 

Kate zaśmiała się. 

 - Tylko tyle mam do wyboru? 

 - Tak wynika z moich doświadczeń. 

Zelda  miała  ogromne  doświadczenie  i  bardzo  chętnie  się  nim 

dzieliła w formie anegdot lub rad. 

 - W takim razie muszę powiedzieć: fascynujący - przyznała Kate, 

myśląc  o  skomplikowanej  psychice  Davida  Winthropa,  której  nawet 

nie zaczęła - i pewno nigdy nie zacznie - analizować. 

Zeldzie zapłonęły oczy. 

 -  No,  nareszcie  do  czegoś  dochodzimy.  Więc  jednak  ci  się 

podoba? 

 - Tego nie powiedziałam. 

 -  Ależ  powiedziałaś.  Od  wieków  żaden  mężczyzna  nie 

przekroczył na twojej skali kreski „nudny". 

Spostrzegawczość  Zeldy  była  czasami  kłopotliwa.  Podobnie  jak 

jej skłonność, by traktować życie towarzyskie Kate jako świetny temat 

rozmowy. 

 - 

Zelda, 

ten 

człowiek 

jest 

naszym 

przeciwnikiem. 

Reprezentujemy jego syna. 

background image

 -  Co  to  ma  wspólnego  z  tym,  czy  jest  on,  czy  też  nie  jest 

kawałem chłopa? 

 - Nie powiedziałam, że kawał chłopa. 

 - Powiedziałaś, że jest fascynujący. To prawie to samo. 

 - Zelda, czy nie masz żadnej roboty? 

 - Zawsze mam robotę. 

Ale nie ruszyła się z miejsca. 

 - To idź ją zrobić. 

 -  Och!  -  Zelda  zamrugała.  -  Oczywiście.  Podeszła  do  drzwi  i 

dopiero wtedy się odwróciła. 

 - To świetnie, że twój nowy  ojczym nic nie wie o tym Davidzie 

Winthropie. Co? 

 -  O  czym  mówisz?  -  spytała  Kate,  choć  dobrze  wiedziała,  do 

czego Zelda zmierza. 

Brandon  Halloran  zaczął  się  żywo  interesować  jej  przyszłością, 

zanim minęło dziesięć sekund od jego ślubu z jej matką. Ta wścibska 

Zelda trafiła w dziesiątkę. Brandon przyssałby się do wiadomości, że 

Kate  jest  „zafascynowana"  Davidem  Winthropem,  i  natychmiast 

zacząłby planować wesele. Oczy Kate zwęziły się. 

 - Od ciebie się o tym nie dowie, prawda? 

 - Ode mnie? - spytała Zelda niewinnie. - Nigdy! Oczywiście, ten 

człowiek  potrafi  wywęszyć  romans  na  odległość.  Sama  mi  mówiłaś, 

jak spiskował, żeby ożenić wnuka. Na twoim miejscu byłabym bardzo 

ostrożna z opowiadaniem mu o sprawach, jakie teraz prowadzisz. 

background image

 -  Nie  rozmawiamy  z  Brandonem  o  sprawach,  jakie  prowadzę. 

Brandon i moja matka są w podróży poślubnej. Jeśli w ogóle o czymś 

rozmawiamy,  to  o  tym,  do  jakiej  jeszcze  europejskiej  stolicy 

zamierzają się udać. 

 -  Och,  pewno  nie  zależy  mu  na  wypytywaniu  ciebie,  ponieważ 

wydobył już wszystko na ten temat ode mnie. - Zelda uśmiechnęła się 

łobuzersko. 

Kate poczuła pulsowanie w skroniach. 

 - Co zrobił?! 

 - Nie martw się, szefowo. Jestem bardzo dyskretna. 

Kate syknęła złowieszczo: 

 - Mam nadzieję, bo stracisz pracę. 

Ostatnią rzeczą, jaka była jej potrzebna, to żeby Brandon Halloran 

zainteresował  się  jej  życiem  prywatnym.  W  ogóle  nie  zależało  jej 

specjalnie na tym, by ojczym był związany z jakimkolwiek aspektem 

jej  życia.  Miała  wspaniałego  ojca,  którego  uwielbiała,  i  niepotrzebne 

jej było żadne zastępstwo. 

Przez następne trzy godziny odpowiadała na pilne telefony, mniej 

pilne  pozostawiając  Zeldzie.  O  wpół  do  piątej  spakowała  teczkę  i 

wyszła z gabinetu. 

 - Na dziś skończyłam. 

Zelda spojrzała na nią zdumiona. 

 - Jest dopiero wpół do piątej. 

 - Muszę odwiedzić klienta. 

Sekretarka zajrzała do terminarza z umówionymi spotkaniami. 

background image

 - Jakiego klienta? Nic tu nie mam. Szefowo, jak mamy pilnować 

rachunków, jeśli zapominasz wpisywać takie rzeczy? 

 -  Za  to  spotkanie  nie  będziemy  wystawiać  rachunku.  Jadę  się 

zobaczyć z Daveyem Winthropem. 

Zelda  podparła  się  pod  brodę  i  z  namysłem  przyjrzała  swej 

chlebodawczyni. 

 - Rzeczywiście? 

Kate spojrzała na nią ze złością. 

 -  Koło  szóstej  sprawdzę,  czy  nie  ma  dla  mnie  jakichś 

wiadomości. Nie łap ranie, chyba żeby było coś rzeczywiście pilnego. 

 - Jasne. Chyba nie planujesz kameralnego spotkania nad szklanką 

mleka i ciastkami, podczas którego będziesz odgrywać rolę mediatorki 

między ojcem i synem? 

 -  Nie.  Jestem  pewna,  że  ten  twój  zabójczy  scenograf  będzie 

jeszcze  w  swojej  pracowni.  Wynoszę  się.  Zadzwoń  do  Daveya  i 

powiedz, że jadę. 

Czekał  na  nią  na  frontowych  schodach  w  pięknie  wyprasowanej 

koszuli  i  spodniach  z  tak  ostrymi  kantami,  że  można  by  było  nimi 

przekroić  kostkę  masła.  Wyglądał  na  kompletnie  opuszczonego. 

Weekend najwidoczniej nie ułożył się zgodnie z jej nadziejami. 

 - Jak leci? - spytała. 

 - Dobrze. 

Ale nie podniósł oczu. 

 - Jak sprawy z ojcem?  

Wreszcie na nią spojrzał. 

background image

 -  Nie  najlepiej.  Myślę,  że  był  na  mnie  wściekły,  że  z  panią 

rozmawiałem. 

 - Dlaczego tak sądzisz? 

Myśl, że David Winthrop mógł się odegrać na synu za jej wizytę, 

wyprowadziła ją z równowagi. 

 -  Kiedy  w  piątek  wieczorem  przyjechał  do  domu,  zaczęliśmy 

rozmawiać, ale nagle się rozwścieczył i wtedy ja też się wściekłem. - 

Wzruszył ramionami. - Nic się  właściwie nie  zmieniło. Zachował się 

tak,  jakby  to  wszystko  była  moja  wina.  Myślę,  że  naprawdę 

rozzłościło go to, co zrobiłem. Wiedziałem, że tak będzie. 

 -  Pewno  był  bardziej  zakłopotany  niż  zły.  Dorośli  czasem  nie 

chcą, żeby inni ludzie wiedzieli o ich kłopotach. 

 - Tak myślę. 

 - Czy robiliście coś razem? 

 - Naprawdę razem to nie, ale był w domu. Myślę, że się stara. 

Był  w  domu.  Pomyślała,  że  nie  jest  to  wiele.  Najwyraźniej  - 

według jej standardów - nie starał się dostatecznie mocno. 

 - Może zjemy razem kolację - powiedziała impulsywnie. - Masz 

już jakieś plany? 

Pojaśniał. 

 - Naprawdę? Może pani zostać? 

 -  Naturalnie.  Opracujemy  plan  załatwienia  sprawy,  który 

przedstawimy  twojemu  ojcu.  Czy  wasza  gospodyni  nie  będzie  miała 

nic przeciwko temu, że zapraszasz kogoś na kolację? 

background image

 -  Skądże.  Zawsze  i  tak  przygotowuje  całe  tony  żarcia,  na 

wypadek,  gdyby  tata  się  pojawił.  On  zresztą  niemal  nigdy  tego  nie 

robi - dodał ze smutkiem. 

Pani Larsen przyjrzała się Kate od stóp do głów, kiedy Davey je 

sobie  przedstawił.  Głębokie  bruzdy  na  jej  twarzy  dowodziły,  że 

musiała  nieustannie  krzywić  usta  w  grymasie  niezadowolenia. 

Wiadomość,  że  Kate  została  zaproszona  na  kolację,  przyjęła  jednak 

zupełnie dobrze. 

 -  Mam  nadzieję  -  powiedziała  Kate  -  że  pani  nie  ma  nic 

przeciwko temu. 

 -  Jest  pełno  jedzenia  -  odpowiedziała  lakonicznie  i  ostro 

upomniała Daveya: - Młody człowieku, czy umyłeś ręce? 

Jej dłonie spoczywały przy tym na pełnych biodrach. 

Davey  skrzywił  się,  bynajmniej  nie  wystraszony  jej  obcesowym 

tonem. 

 - Pyta mnie pani o to co wieczór. 

 - Bo sam z siebie nigdy nie umyjesz - odparła. - No, weź się do 

tego. 

Kiedy Davey wyszedł, Kate zapytała: 

 - Czy na pewno nie ma pani nic przeciwko temu, żebym została? 

 -  Przynajmniej  Davey  będzie  miał  towarzystwo.  Chłopiec  za 

dużo  czasu  spędza  sam.  Przez  większość  wieczorów  je  ze  mną  w 

kuchni,  ale  boję  się,  że  o  tej  porze  nie  jestem  już  najlepszym 

kompanem.  Lubię  oglądać  „Wiadomości"  i  prawdę  mówiąc  jestem 

trochę zmęczona po wożeniu go przez cały dzień z jednego miejsca w 

background image

drugie.  Mam  sześćdziesiąt  pięć  lat  i  nie  jestem  już  taka  wytrzymała 

jak kiedyś. 

Kate  poczuła,  że  jest  to  początek  dobrze  przećwiczonych 

narzekań. 

 -  Jestem  pewna,  że  chłopca  w  wieku  Daveya  nieustannie  coś 

nosi. 

 -  Właśnie.  Najgorsze  jest  lato.  W  tym  mieście  jest  piekielnie 

gorąco,  a  ten  chłopak  we  wszystkim  uczestniczy.  Za  moich  czasów 

dzieci  miały  przyjaciół  w  najbliższym  sąsiedztwie,  ale  przyjaciele 

Daveya rozrzuceni są po całym okręgu. 

Potrząsnęła  głową  z  wyraźną  dezaprobatą  dla  przemian 

zachodzących w społeczeństwie. 

 -  Jak,  pani  zdaniem,  układają  się  stosunki  między  Daveyem  i 

jego ojcem? - spytała Kate odważnie. 

 -  Nie  jestem  plotkarą,  proszę  pani  -  odparła  z  godnością  pani 

Larsen. 

 -  Jestem  tego  pewna.  Ale  próbuję  pomoc  Daveyowi  i  żeby  to 

zrobić, muszę wiedzieć, jakie są pani obserwacje. Nikt nie znajduje się 

tak blisko tej dwójki jak pani. 

Wydawało się, że wyjaśnienie uspokoiło gospodynię. 

 - To prawda - przyznała. - Myślę, że skoro ma to być dla dobra 

Daveya, to mogę pani powiedzieć, jak mi się to wszystko przedstawia. 

Kiedy tu przyszłam, Davey chodził jeszcze na czworakach. Pan David 

i  mały  zawsze  przepadali  za  sobą,  i  dlatego  to  takie  smutne  patrzeć, 

jak  pan  David  spędza  teraz  cały  czas  w  pracowni.  Twierdzi,  że  ma 

background image

więcej  pracy,  niż  może  przerobić,  ale  naprawdę  po  prostu  nie  może 

wytrzymać w domu. 

 - Myśli pani, że tak jest od czasu śmierci jego żony? 

Pani Larsen przytaknęła: 

 -  To  miejsce  wybrała  pani  Alicja.  Dotknięcie  jej  ręki  widać  w 

każdym  pokoju.  Wątpię,  czy  pan  David  przyznaje  się  nawet  sobie 

samemu,  jak  bardzo  przez  to  cierpi.  Raz  zapytałam,  dlaczego  się  nie 

przeprowadzi, skoro ona nie żyje. Myślałam, że urwie mi głowę. - Ze 

smutkiem tą głową potrząsnęła. - Nigdy więcej nie pisnęłam słowa na 

ten temat. Kiedyś się z tego otrząśnie. Trzeba tylko czasu. 

 -  A  tymczasem  Davey  cierpi  -  szepnęła  Kate,  bardziej do  siebie 

niż do pani Larsen. 

Kiedy  Davey  wrócił  i  usiedli  przy  końcu  ogromnego  stołu  w 

jadalni,  Kate  zasugerowała,  by  ustalili, ile  czasu  ojciec ma  spędzać  z 

Daveyem. 

 - I będzie musiał robić to, o co poproszę? - dociekał chłopiec. 

 - Będziemy z nim rozmawiać na ten temat - wyjaśniła. - Ale tak. 

Myślę, że na większość z tego się zgodzi. 

 - Codziennie śniadanie - zasugerował Davey, szukając wzrokiem 

aprobaty Kate. Kiwnęła głową i zanotowała. - Codziennie wieczorem 

godzinę przed pójściem spać. Popołudnia w sobotę i w niedzielę, a raz 

w miesiącu wyjazd gdzieś na cały dzień. 

Żądania  chłopca  sprawiały  wrażenie  żałośnie  skromnych,  a 

przecież błysk nadziei w jego oczach świadczył, jak wiele to dla niego 

znaczy. 

background image

Układając  listę  żądań,  Kate  wzięła  za  wzór  swe  własne 

dzieciństwo,  następnie  jednak  zredukowała  ją,  uwzględniając  obecny 

stan emocjonalny Davida Winthropa. Nie miałoby sensu domagać się, 

by z dnia na dzień wszystko poprawił. Gdyby udało się jej skłonić go 

do  wprowadzenia  niewielkich  zmian,  to  duże  w  końcu  też  by 

nastąpiły.  Mógłby  odgrywać  rolę  trenera  jednej  z  drużyn  sportowych 

syna.  Mógłby  w  niedzielę  wyprawić  się  z  nim  na  ryby.  Mogliby 

pojechać na jakieś prawdziwe wakacje. 

Kate  cofnęła  się  myślą  do  swych  zupełnie  wyjątkowych 

stosunków z ojcem. Zawsze miał czas dla niej i dla Ellen. Dopingował 

je  podczas  zawodów  sportowych,  pomagał  często  przy  odrabianiu 

szkolnych zadań. 

Dopiero  niedawno  dowiedziała  się,  że  nie  był  on  prawdziwym 

ojcem  Ellen  -  a  przecież  nigdy  nie  robił  różnic  między  nimi.  Jeśli 

między  nim  i  Kate  istniała pewna  szczególna  więź,  to  robił  co  mógł, 

by zrównoważyć to spędzaniem dodatkowego czasu z jej siostrą. Nie 

mogła  sobie  wyobrazić,  jak  wyglądałoby  jej  życie,  gdyby  ojciec  nie 

odgrywał tak kluczowej roli w rodzinie. 

Tym  bardziej  więc  irytowało  ją,  że  David  Winthrop  wciąż  nie 

wraca  do  domu.  Nie  było  go  jeszcze,  gdy  nadszedł  czas,  by  Davey 

poszedł  spać.  Pani  Larsen  zastała  ich  w  pokoju  zabaw  chłopca  - 

ogromnym,  wesołym  pomieszczeniu  pełnym  gier  i  od  dawna 

zaniedbywanych pluszowych zwierząt.  

Był  tam  również  koń  na  biegunach,  sprzęt  sportowy  i  komputer 

najnowszego typu. Kolorowe freski na ścianach przedstawiające sceny 

background image

z książek zostały najwyraźniej namalowane z wielką miłością. Davey 

potwierdził, że ich autorem jest ojciec. 

Pani Larsen stanęła w drzwiach i przez chwilę przyglądała się  w 

milczeniu  Kate  i  Daveyowi,  a  potem  powiedziała  zdecydowanym 

tonem: 

 - Młody człowieku; czas do łóżka! 

 -  Ale  mam  gościa  -  zaprotestował,  spojrzawszy  znad  planszy 

„Monopolu".  -  W  dodatku  pani  Newton  jest  mi  mnóstwo  winna. 

Bardzo  dużo  jej  pożyczyłem  i  za  chwilę  skonfiskuję  resztkę  jej 

własności. 

Pani Larsen spojrzała na Kate porozumiewawczo: 

 - Ten chłopak zostanie rekinem handlu nieruchomościami. 

 - Jest chytry jak wąż - dorzuciła Kate. - Pogrążył mnie po uszy, 

zanim jeszcze zorientowałam się, co knuje. 

Wargi  gospodyni  lekko  się  skrzywiły.  Zapewne  miał  to  być 

uśmiech. 

 -  Skoro  tak,  to  zdecydowanie  pora  już,  żeby  poszedł  spać.  My, 

dorośli,  musimy  trzymać  z  sobą.  Davey!  Jestem  pewna,  że  pani 

Newton rozumie, że obowiązujące reguły są tu naprawdę regułami. 

 - Oczywiście! - powiedziała Kate z wyraźną wdzięcznością. 

 - Po prostu nie lubi pani przegrywać - uśmiechnął się Davey. 

 - Nie lubię. Nigdy tego nie lubiłam - zgodziła się Kate. 

Spojrzał na nią z nadzieją. 

background image

 - Czy mogłaby mnie pani utulić? Tak naprawdę to mi na tym nie 

zależy  -  dodał  pospiesznie  -  ale  pomyślałem,  że  może  chciałaby  to 

pani zrobić, skoro nie ma pani własnych dzieci. 

Ta odwaga, za którą kryło się głośne wołanie o uczucia, głęboko 

Kate poruszyła. 

 - Bardzo bym chciała cię utulić. 

 -  Najpierw  muszę  wziąć  prysznic,  ale  to  nie  potrwa  długo.  Nie 

odjedzie pani? Prawda? 

Kate  spojrzała  ukradkiem  na  zwykle  sztywną  gospodynię  i 

zobaczyła, że oczy pani Larsen są wyraźnie zamglone. Czując, że nie 

musi obawiać się z tej strony dezaprobaty, kiwnęła głową. 

 - Zaczekam - obiecała, 

Kiedy  Davey  wyszedł,  pani  Larsen  powiedziała  ze  smutkiem  w 

oczach: 

 - Bardzo brakuje mu matki. To naprawdę bardzo ładnie, że pani 

to wszystko dla niego robi. 

Wyszła  z  pokoju,  zanim  Kate  zdążyła  odpowiedzieć. 

Zastanawiała  się,  czy  pani  Larsen  znała  rzeczywisty  powód  jej 

obecności w tym domu, czy też mówiąc to miała tylko na myśli zgodę 

na otulenie Daveya kołdrą. 

Kiedy w parę minut później chłopiec wszedł do pokoju, był już w 

piżamie,  a  mokre  włosy  w  kolorze  piasku  miał  zaczesane  gładko  do 

tyłu.  Pokazał  Kate  swój  pokój,  zwrócił  jej  uwagę  na  zdjęcia  swej 

drużyny  baseballowej  i  drużyny  piłkarskiej,  a  także  na  nagrodę  za 

zwycięstwo w rozgrywkach futbolowych. 

background image

 - Jesteśmy mistrzami - powiedział, tłumiąc ziewnięcie. 

 -  Twój  ojciec  jest  na  pewno  z  tego  dumny.  Davey  wzruszył 

ramionami. 

 - Tak sądzę, ale nie był na meczu. Musiał pracować, 

 - Tak czasem bywa - powiedziała Kate, myśląc przy tym, ile razy 

musiała  rezygnować  z  życia  towarzyskiego  z  powodu  zaległości  w 

pracy. 

Przyszło  jej  do  głowy  -  i  to  nie  po  raz  pierwszy  -  że  ona  sama 

mogłaby również zaniedbywać obowiązki rodzicielskie, podobnie jak 

David  Winthrop.  I  w  dodatku  nie  miałaby  wytłumaczenia  w  postaci 

niedawnej straty małżonka. 

 - Jestem pewna, że chciał być na meczu - dodała. Wygłosiła ten 

komunał w słabej nadziei, że może pocieszy w ten sposób Daveya. 

 -  Nigdy  nawet  o  ten  mecz  nie  spytał  -  odrzekł  chłopiec  i 

westchnął. - Myślę, że po prostu zapomniał. 

Spojrzał na Kate. 

 - Czy kiedykolwiek chciała pani mieć takiego chłopca jak ja? 

Gdzieś  w  głębi  serca  poczuła  jakąś  dziwną  i  niespodziewaną 

tęsknotę. 

 - Tak - odparła. 

Mówiąc  to,  chciała  go  tylko  podnieść  na  duchu,  ale  nagle  zdała 

sobie  sprawę,  że  jest  to  odpowiedź  prawdziwa.  Właśnie  w  tym 

momencie gorąco zapragnęła mieć dziecko, któremu zależałoby na jej 

obecności w domu, które rozpaczliwie pragnęłoby dzielić z nią radość 

background image

z  powodu  swych  osiągnięć,  które  nadałoby  sens  jej  życiu, 

pozbawionemu ostatnio wyraźnego kierunku. 

Pogładziła go po głowie i uśmiechnęła się, widząc, jak zamykają 

mu się oczy. 

 - Tak - powtórzyła cicho. - Chciałabym mieć chłopca takiego jak 

ty. 

Dochodziła  już  pierwsza  w  nocy,  kiedy  David  zmęczonym 

krokiem wszedł do domu. Miał zamiar wrócić wcześniej, ale praca tak 

go pochłonęła, że nie zdawał sobie sprawy z upływu czasu. 

Kogo  on  próbuje  oszukać?  Prawdę  powiedziawszy  nie  mógł 

znieść  myśli,  że  spędzi  kolejny  wieczór  na  zastanawianiu  się,  jak 

stworzyć  nową  więź  między  sobą  i  synem.  Weekend  był  prawdziwą 

torturą.  Cierpliwe,  pełne  nadziei  spojrzenia  Daveya  napełniły  go 

nieznośnym poczuciem winy.  

Dlaczego,  zostając  ojcem,  nie  otrzymuje  się  instrukcji  obsługi 

dziecka?  Kiedy  żyła  Alicja,  nigdy  to  wszystko  nie  wydawało  się  tak 

trudne. To ona planowała wspólne wyprawy. To ona sprawiała, że ten 

stary dom pełen był śmiechu. 

Wszedł  do  swego  gabinetu  przylegającego  do  salonu,  rzucił 

kurtkę  na  poręcz  krzesła  i  zrobił  sobie  drinka.  Dopiero  wtedy 

zauważył,  że  w  fotelu  stojącym  przy  drzwiach  wiodących  na  patio 

siedzi Kate Newton. Była pogrążona w głębokim śnie. 

Stanął  przy  niej  zafascynowany.  Znowu  miała  na  sobie  kostium, 

tym razem jasnoszary. Wzdłuż głębokiego dekoltu w kształcie litery V 

biegła  lamówka  z  jasnoniebieskiego  jedwabiu.  Zrzuciła  ze  stóp  buty 

background image

na  wysokich  obcasach  i  podwinęła  nogi  pod  siebie.  Słaby  wiatr 

poruszał  lekko  kosmykami  jej  włosów,  spadającymi  na policzki.  Jest 

bardzo  kobieca,  pomyślał  ze  zdumieniem,  czując,  jak  gwałtownie 

budzą się w nim zmysły. 

Jakby poczuwszy, w jaką stronę błądzą jego myśli, Kate nagle się 

obudziła, zmrużyła oczy i natychmiast zaczęła szukać pantofli. Kiedy 

wpychała  je  na  nogi,  David  uśmiechnął  się.  Kopciuszek  obawiający 

się zetknięcia z księciem? Wyciągnął w jej stronę karafkę z brandy. 

 - Napije się pani? 

Potrząsnęła  przecząco  głową.  Wzruszył  ramionami,  nalał  sobie  i 

zapadł w fotel naprzeciwko niej. 

Przez moment po prostu smakował to milczenie i nieoczekiwane, 

ale niespodziewanie miłe towarzystwo. Wreszcie jednak, zdając sobie 

sprawę, że nie da się tego tematu uniknąć, zapytał: 

 - Co pani tu robi? 

 - Załatwiałam przy kolacji interesy z klientem. Spojrzał na nią z 

niedowierzaniem. 

 - Jadła pani kolację tutaj? Z Daveyem? 

 - Nikogo innego, z kim mogłabym jeść, tu nie było. 

Nie można było nie usłyszeć lekkiej nuty wyrzutu w jej głosie. 

 - Jest tu pani Larsen - rzucił chłodno. 

 - Jestem pewna, że pani Larsen jest kobietą bardzo sympatyczną. 

Kucharką  jest  wręcz  znakomitą,  ale  ma  sześćdziesiąt  pięć  lat  i  woli 

jeść  w  kuchni.  Może  sobie  wtedy  nastawić  telewizor  na  pełny 

regulator. 

background image

 - Skąd pani to wie? 

 - Sama mi powiedziała. 

David westchnął w poczuciu przegranej. 

 - Nie wiem, co według pani powinienem robić. Mam pracę. 

 - Praca nikomu nie zabiera aż tyle czasu - odparła ostro. 

Coś  w  jej  głosie  upewniło  go,  że  Kate  Newton  dostrzega  pewną 

ironiczną stronę tego, że to właśnie ona wygłasza takie uwagi. 

 - Nikomu? Nawet pani? 

 - Ja nie mam w domu syna, któremu jestem potrzebna. 

Spojrzał na nią z zaciekawieniem. 

 - A kto na panią czeka wieczorem w domu? 

 - Chwilowo koty mojej matki. Pojechała w podróż poślubną. 

 - Wszyscy  wiemy, że koty to stworzenia dosyć niezależne, więc 

może pani być poza domem tak długo, jak tylko pani chce. 

 -  Nie  rozmawiamy  o  mnie,  proszę  pana.  -  Kate  sięgnęła  po 

kawałek papieru. - Ułożyliśmy z Daveyem listę pomysłów. 

 - Żądań. Wzruszyła ramionami. 

 - Niech pan to nazywa, jak pan chce. Myślę, że są rozsądne. 

Ta  kobieta,  walcząca  w  barwach  jego  syna,  coraz  bardziej  go 

intrygowała. Podczas weekendu zatelefonował w parę miejsc, by się o 

niej  czegoś  dowiedzieć,  i  przekonał  się,  iż  rzeczywiście  cieszy  się 

świetną  opinią  zawodową.  Powiedziano  mu  też,  że  zawsze 

reprezentuje  kobiety.  Odniósł  wrażenie,  że  skoro  tym  razem 

reprezentuje jego syna, coś się za tym na pewno kryje. 

 - Jak to się dzieje, że nigdy nie staje pani po stronie mężczyzn? 

background image

Czekając na odpowiedź, uważnie się jej spod oka przypatrywał. 

 -  Ponieważ  mężczyźni  mają  zwykle  w  sądzie  potężnych 

sojuszników, nierzadko także w postaci sędziego. Lubię wyrównywać 

szanse. 

 -  Czemu  wybrała  pani  ten  dział  prawa?  Czy  wyrównuje  pani 

rachunki z jakimś mężczyzną, który wyciął pani numer? 

Nie odpowiedziała, ale jej zdziwiony wyraz twarzy świadczył, że 

trafił w dziesiątkę. 

 - Kto aż tak bardzo panią skrzywdził? 

Dopiero  kiedy  zadał  to  pytanie,  zdał  sobie  sprawę,  że  nie  jest  to 

zwykła ciekawość, lecz że naprawdę chciałby to wiedzieć. 

 -  To  stara  historia  i  raczej  nie  ma  związku  z  naszą  sprawą  - 

oświadczyła  obojętnie,  chociaż  w  jej  oczach  pojawił  się  na  moment 

ból. 

 -  Jeśli  zamierza  pani  mieszać  się  do  mojego  życia,  to  myślę,  że 

wszystko, co pani dotyczy, ma związek z naszą sprawą. 

 - Nie będę się musiała mieszać, jeśli zgodzi się pan na warunki, 

jakie tu naszkicowałam. 

Nie wziął podawanego przez nią dokumentu. 

 -  Nigdy  nie  załatwiam  interesów  o  tej  porze.  Mam  zwyczaj 

oglądać  papiery,  kiedy  jestem  w  pełni  zdolny  do  myślenia.  W  tym 

wypadku chyba byłoby dobrze, gdyby przyjrzał się temu mój  własny 

adwokat.  Kto  wie,  co  kobieta  mająca  uraz  do  mężczyzn  może 

wymyślić,  żeby  złapać  mnie  w  pułapkę.  -  Po  chwili  milczenia  dodał 

background image

chytrze: - Oczywiście, gdybym wiedział o pani coś więcej, być może 

nie byłoby to konieczne. 

Była wyraźnie zbita z tropu lekką insynuacją, jaką pozwolił sobie 

zabarwić tę złośliwość. 

 - Może kiedy indziej. 

Położyła papier przed nim i niemal biegiem ruszyła do drzwi. 

Nieco zdziwiony jej nerwową reakcją, poszedł powoli za nią. 

 - Trzymam panią za słowo. 

Już na zewnątrz, krocząc po pokrytym rosą trawniku, zwolniła na 

chwilę i przypomniała mu: 

 -  Oczekuję,  że  w  ciągu  najbliższych  paru  dni  odpowie  pan  na 

nasze żądania. 

 - Zrobię to jutro. 

I nie tylko ku jej zdumieniu, ale i ku swemu, dodał impulsywnie: 

 - Przy kolacji. 

Przystanęła i jej oczy zwęziły się podejrzliwie. 

 - Z moim klientem? 

David uśmiechnął się do siebie: a więc w jej pancerzu jest jeszcze 

jedna  luka.  Kate  Newton  zwyciężała  w  sądach,  ale  tu,  na  jego 

podwórku - dosłownie i  w przenośni - najwyraźniej potrafił zbić ją z 

tropu. Ta myśl sprawiła mu niejasną przyjemność. 

 - Jeśli się pani przy tym upiera... - powiedział, wyraźnie chcąc jej 

w ten sposób dopiec. 

Niezrażona wyprostowała się. 

 - Tak, upieram się. Bardzo zdecydowanie. 

background image

 -  W  takim  razie  zgoda.  Będziemy  go  mieli  w  charakterze 

przyzwoitki. 

Usłyszał,  jak  oburzona  głęboko  wciąga  powietrze,  zaśmiał  się, 

zawrócił i wszedł do domu. Nie bardzo wiedział dlaczego, ale czuł się 

tak dobrze, jak mu się to już od dawna nie zdarzyło. 

 

Rozdział 4 

Poza  weekendami  Kate  spędzała  zwykle  noce  w  swym 

mieszkaniu  w  Century  City,  odległym  o  zaledwie  kilka  przecznic  od 

biura.  Pozwalało  to  oszczędzać  czas  na  przejazdach,  a  przy  jej 

wypełnionym  spotkaniami  dniu  czas  był  czymś  bardzo  cennym.  Ale 

po rozstaniu się z Davidem Winthropem była kompletnie rozbudzona. 

Zbyt spięta, by spać. 

Osoba  o  tak  rozwiniętych  zdolnościach  analitycznych  jak  ona 

powinna bez trudu zorientować się, dlaczego tak jest. Doszła w końcu 

do  wniosku,  że  przyczyną  nie  była  tylko  niepokojąca  rozmowa,  jaką 

odbyli tuż przed jej wyjściem. Chodziło również o to, co czuła, kiedy 

obudziwszy się zobaczyła, jak intensywnie David się jej przygląda.  

Intymność  tego  momentu,  związana  z  nim  tkliwość  uczuć, 

poruszyły w niej jakąś głęboką strunę. W połączeniu z tym, co czuła, 

całując  Daveya  na  dobranoc,  stanowiło  to  dowód,  że  być  może 

zmierza wprost ku emocjonalnej katastrofie. 

Próbowała  jakoś  zmienić  tor  swego  myślenia  i  uwolnić  się  od 

tych uczuć, wywołujących w jej duszy niepokój. Zdała sobie sprawę, 

że  przejechała  wzdłuż  całego  Bulwaru  Zachodzącego  Słońca  i 

background image

znalazła  się  na  autostradzie  biegnącej  wzdłuż  wybrzeża  Pacyfiku.  W 

końcu skręciła w kierunku Malibu. 

Ale  kiedy  jechała  pogrążoną  w  ciemności drogą  nad  oceanem,  o 

tej  porze  niemal  pustą,  nie  mogła  jakoś  otrząsnąć  się  z  tej 

zdumiewającej  reakcji,  jaką  zdawali  się  w  niej  wywoływać  David 

Winthrop i jego syn. 

Czyżby  nagle  zaczęła  przechodzić  kryzys  związany  z 

przekraczaniem pierwszej połowy  życia? To prawda, że już od wielu 

tygodni  ma  zmienne  nastroje,  ale  ta  nagła  tęsknota  za 

macierzyństwem  i  to  nieoczekiwane  obudzenie  się  zmysłów  są 

absolutnie  niezgodne  z  jej  charakterem.  Nie  miała  pojęcia,  co  z  tym 

wszystkim zrobić. 

Wiedziała  wszystko  o  małżeństwie  -  przynajmniej  o  złym 

małżeństwie.  Większość  par,  jakie  poznawała,  była  już  w  tym 

momencie  swego  życia  oddana  głównie  wymianie  oskarżeń.  Ból  i 

gniew całkowicie zatarły pozytywne aspekty ich miłości. 

Małżeństwo  zaś  swych  rodziców  zawsze  uważała  za  idyllę. 

Dopiero niedawno dowiedziała się, że było ono głównie małżeństwem 

z  rozsądku.  Ogłuszyło  ją  odkrycie,  że  podczas  gdy  ojciec  adorował 

matkę,  ta  potajemnie,  przez  całe  życie,  kochała  innego  mężczyznę, 

Brandona Hallorana. A co gorsza - tak przynajmniej oceniała to Kate - 

ojciec  o  wszystkim  wiedział.  Zgodził  się  na  taki  układ  i  przystał  na 

zajmowanie drugiego miejsca, ponieważ zrozumiał, że matka z tamtej 

miłości nie zrezygnuje. 

background image

Wszystko  to  potwierdzało  jedynie  jej  przekonanie,  że  nawet 

najlepsze  małżeństwo  jest  tylko  serią  niedobrych  kompromisów. 

Dlaczego  więc  teraz,  kiedy  utraciła  już  ostatnie  złudzenia,  poczuła 

nagle,  że  budzi  się  w  niej  potrzeba  zaangażowania  w  związek,  który 

może prowadzić jedynie do odkrycia nowej pustki i cierpienia? 

Pocieszała  się,  że  może  jest  to  tylko  kwestia  przelotnego 

zainteresowania  seksualnego.  Jest  zdrową,  prowadzącą  czynne  życie 

kobietą,  która  zbyt  długo  nie  zwracała  uwagi  na  swe  potrzeby.  Być 

może to po prostu hormony przypominają jej o swoim istnieniu. I tak 

się  jakoś  składa,  że  kiedy  doszło  do  ich  obudzenia,  w  pobliżu 

znajdował się akurat David Winthrop. 

Chyba właśnie tak było. Tak, to da się zrozumieć. Nad tym może 

zapanować. Z satysfakcją pokiwała głową i wprowadziła samochód do 

garażu  swego  skromnego  domu  wypoczynkowego  przy  plaży  w 

Malibu.  Nie  miała  żadnego  zamiaru  ulegać  tym  rozszalałym 

hormonom,  dobrze  jednak  by  było  zdawać  sobie  sprawę,  z  czym 

mianowicie  walczy.  Będzie  czujna,  zwłaszcza  w  pobliżu  Davida 

Winthropa. 

Zmrużyła  oczy,  kiedy  przypomniała  sobie,  jak  łatwo  wykrył  jej 

motyw,  gdy  domagała  się,  by  w  kolacji  uczestniczył  też  Davey. 

Mogłaby  przez  miesiąc  dowodzić,  że  jej  klient  ma  wszelkie  prawo 

uczestniczyć w ich spotkaniu, ale ani ona sama, ani David nawet przez 

chwilę nie wierzyliby, że sprawa sprowadza się tylko do tego. Chciała 

mieć  przyzwoitkę  -  właśnie  tak,  jak  powiedział  tym  swoim 

background image

rozbawionym  tonem.  I  oboje  wiedzieli,  że  jedynym  powodem  jej 

żądania było to, że coś ją ku niemu ciągnie i że się tego boi. 

Wszedłszy  do  domu,  otworzyła  rozsuwane,  szklane  drzwi  na 

taras.  Do  wnętrza  wtargnął  powiew  wiatru,  niosącego  strzępy  piany 

Pacyfiku.  Kate  usiadła  na  kanapie  i  zaczęła  przeglądać  czasopisma, 

które prenumerowała głównie dla swych weekendowych gości.  

Wśród  najnowszych  tygodników,  pism  kobiecych  i  magazynów 

poświęconych  architekturze  czy  przygotowywaniu  luksusowych 

potraw znajdowały się też ostatnie numery błyszczącego miesięcznika 

filmowego.  Kate  przewracała  jego  stronice,  szukając  wzmianek  o 

Davidzie Winthropie i jego scenografii. Może natrafi na coś, co rzuci 

na  niego  tak  negatywne  światło,  że  zabije  to  rodzącą  się  w  niej 

fascynację. 

Przeglądała  właśnie  ostatni  egzemplarz  tego  pisma,  jaki  leżał  w 

stosie  -  numer  sprzed  ponad  roku  -  kiedy  po  odwróceniu  strony 

zobaczyła nagle wpatrzoną w siebie twarz Davida.  

Oczy  miał  rozświetlone  podnieceniem  i  stał  pośrodku 

komiksowego  świata,  utworzonego  dla  filmowego  przeboju 

przygotowywanego na Boże Narodzenie. W dżinsach i koszuli z tęgo 

samego  materiału  wyglądał  równie  znakomicie,  jak  aktor  grający  w 

tym filmie główną rolę. 

W  istocie,  uznała,  starając  się  zachować  obiektywność,  ta  jego 

prawdziwa  męskość,  kanciaste  rysy  twarzy,  niedbałe  uczesanie,  cień 

zarostu  na  policzkach  -  to  wszystko  sprawiło,  że  był  chyba 

atrakcyjniejszy  od  tamtego.  Wyglądał  na  człowieka  nie  zdającego 

background image

sobie  sprawy  ze  swej  aparycji,  a  jedynie  wierzącego  w  siebie, 

znającego swoją wartość. 

Jeszcze  chyba  bardziej  uderzyło  ją  to,  że  sprawiał  wrażenie 

człowieka pełnego życia. Entuzjazm przegnał gdzieś cienie spod jego 

oczu.  Wyglądał  na  absolutnie  zadowolonego  i  szczęśliwego  pośród 

tego wymyślonego świata jaskrawych kolorów i tekturowych budowli. 

Nagle  przypomniała jej  się  data publikacji czasopisma  i  uświadomiła 

sobie, że zdjęcie to zostało zapewne zrobione, kiedy jego żona jeszcze 

żyła, być może nawet przed ostatnim stadium jej choroby. 

Dotknęła  palcem  roześmianej  krzywizny  jego  ust  i  zaczęła  się 

zastanawiać,  czy  kiedykolwiek  zobaczy  takiego  odprężonego, 

beztroskiego Davida Winthropa. Skoro ten przebłysk jego czaru tak ją 

wyprowadził  z  równowagi,  to  jaki  efekt  miałby  jego  uśmiech,  gdyby 

kiedyś został skierowany do niej? 

Nadal  trzymała  pismo  w  ręku,  kiedy  zapadła  wreszcie  w 

niespokojny  sen.  Śniło  jej  się,  że  bohater  nadnaturalnej  wielkości, 

niesamowicie  podobny  do  Davida  Winthropa,  ratuje  ją  przed 

smokami. 

O czym ja, u diabła, myślałem? - zastanawiał się David, kiedy we 

wtorek  zaczęła  się  zbliżać  godzina  kolacji.  Ostatnią  rzeczą,  jakiej 

pragnął, była kolacja z kobietą, która nie ukrywała, że chce rozłączyć 

go z synem. To, że wczoraj w nocy zastał ją w swym domu śpiącą w 

fotelu, na chwilę przesłoniło mu jej prawdziwy charakter. 

Kiedy  odjechała,  przejrzał  tę  przeklętą  listę,  którą  mu  dała. 

Spowity  w  prawniczy  język,  był  to  po  prostu  rozkaz  przestrzegania 

background image

wojskowego  terminarza  spotkań  z  synem.  Nie  miał  najmniejszych 

wątpliwości, że Kate postanowiła dopilnować wypełniania warunków 

tej ugody. 

Dorothy  wsadziła  głowę  do  jego  pracowni,  by  sprawdzić,  czy 

gotów  jest  do  ich  codziennej,  popołudniowej  rozmowy,  stanowiącej 

podsumowanie dnia i dotyczącej następnych posunięć. 

 -  Wyglądasz  jeszcze  bardziej  ponuro  niż  zwykle  -  powiedziała 

radośnie, wchodząc i zamykając drzwi. - Jaki masz problem? 

 - Kate Newton - poskarżył się bez namysłu. 

 -  Kto  to  jest  Kate  Newton?  -  W  jej  oczach  nagle  zabłysła 

czujność.  -  Chyba nie  chodzi  o  tę  ślicznotkę,  która  włamała  się  tu  w 

piątek wieczorem? 

Teraz  wpadł. Dorothy będzie go nękać, aż wydobędzie  wszystko 

do najdrobniejszych szczegółów. 

 - Tak, o nią - przyznał w nadziei, że zaspokoi to jej ciekawość. 

 - Nie powiedziałeś mi, czego chciała. 

 - Nie - odparł z naciskiem. - Nie powiedziałem. 

 -  Znów  się  zamykasz  jak  ostryga  -  rzuciła  obrażona.  -  No  więc, 

kim ona jest? 

 - Adwokatem mojego syna. Rozszerzyły się jej oczy. 

 -  Ach,  tak  -  mruknęła,  rozsiadając  się  w  fotelu  i  odsuwając  na 

bok  tablicę  z  przypiętym  do  niej  planem  różnych  etapów 

przygotowywania  dekoracji  do  „Skały  przyszłości".  -  No  więc 

posłuchajmy! 

 - Czy nie powinniśmy przejrzeć tego planu? 

background image

 - Za chwilę. Teraz mów. 

David  westchnął  i  podał  jej  ową  ręcznie  napisaną  listę  żądań, 

dotyczących  jego  ojcowskich  obowiązków.  Dorothy  przeczytała  ją 

uważnie i z aprobatą skinęła głową. 

 - O co więc cały ten krzyk? - spytała. 

 - Ta kobieta próbuje układać mi życie. 

 - Usiłuję to robić od lat i wcale cię to tak nie denerwuje. Na czym 

polega różnica? Czy na tym, że ona jest młoda, świetnie wygląda i jest 

niezamężna - jeśli można uznać za wskazówkę brak obrączki? 

Patrzył na nią zdumiony. 

 - Zauważyłaś, że nie nosi obrączki?! 

 -  Stale  się  rozglądam  za  jakąś  niezamężną  kobietą  dla  ciebie. 

Celem  mojego  życia  jest  doprowadzić  do  tego,  żebyś  znowu  był 

uczuciowo  zaangażowany,  i  to  szczęśliwie  -  oznajmiła  zadowolona  z 

siebie. 

Słowa  te,  wypowiedziane  przez  tak  zdecydowaną  osobę  jak 

Dorothy,  wzbudziły  w  nim  dreszcz  przerażenia.  Uznał,  że  musi  ją 

przekonać, iż Kate nie jest odpowiednią kobietą. 

 -  Czy  w  ogóle  to  przeczytałaś?  -  spytał.  -  Jeśli  nie  będę  dość 

czujny,  za  chwilę  będzie  mi  mówiła,  jakiej  pracy  mam  się 

podejmować. 

 - Może powstrzymałoby cię to od tego, żeby nie brać zbyt wielu 

zleceń, tak jak teraz - przycięła mu. 

 - Ktoś musi cię pohamować. To, co ja mówię, najwidoczniej do 

ciebie  nie  dociera.  A  ten  twój  agent  chciałby,  żebyś  pracował 

background image

dwadzieścia cztery godziny na dobę, byle jego akcje szły dzięki temu 

w górę. 

 -  Do  diabła!  Czy  tego  nie  widzisz?  Ona  chce  rozłączyć  mnie  z 

Daveyem. 

 - Powiedziałabym, że wręcz przeciwnie. - Dorothy przybrała ów 

logiczny, rozsądny ton, który zawsze doprowadzał Davida do szału. - 

Przecież  domaga  się  tylko,  żebyś  spędzał  więcej  czasu  ze  swoim 

synem.  Co  w  tym  jest  takiego  strasznego?  Kiedyś  ty  i  Davey 

spędzaliście  razem  cały  wolny  czas.  Nic  dziwnego,  że  chłopak  czuje 

się zaniedbany. 

David westchnął i potarł skronie. W głowie mu huczało. 

 - Wiem - przyznał. 

Dorothy przyjrzała mu się z zainteresowaniem. 

 - Jesteś pewien, że twój problem to tylko to? A może uważasz, że 

jesteś trochę nielojalny wobec Alicji, ponieważ ta kobieta cię pociąga? 

Dorothy  zawsze  trafi  w  sedno, pomyślał  z  żalem,  przypominając 

sobie  ową  silną  reakcję, jaką  wywołała  w  nim  Kate  wczoraj  w  nocy. 

Przez  krótką  chwilę  w  istocie  z  nią  flirtował.  I  sprawiało  mu  to 

przyjemność! 

Niemal  w  tym  momencie,  w  którym  jej  samochód  odjechał  z 

podjazdu,  a  on  sam  zawrócił  w  kierunku  domu,  przytłoczyło  go 

poczucie winy. Z miejsca przysiągł sobie, że rano zadzwoni i wycofa 

się z tego zaproszenia na kolację. Jeszcze wczoraj doprowadził się do 

stanu  szewskiej  pasji  z  powodu  listy,  którą  teraz  trzymała  Dorothy,  i 

background image

uznał,  że  oburzenie  to  wystarczający  pretekst  do  uzasadnienia 

odwrotu. 

Dorothy patrzyła na niego z sympatią. 

 - Jesteś wdowcem. Już od sześciu miesięcy. To, że interesuje cię 

jakaś  kobieta,  to  nie  żaden  grzech  -  powiedziała  łagodnie,  z  góry 

założywszy, że jej domysł jest słuszny. - Słuchaj, szefie, Alicja wcale 

by  nie  chciała,  żebyś  odsunął  się  od  życia.  Wiesz  o  tym  sam. 

Chciałaby, żebyś schwycił obiema rękami każde szczęście, jakie ci się 

nawinie. 

Szczęście  w  postaci  Kate  Newton  -  prawniczki  z  lodem  zamiast 

krwi?  Przez  chwilę  ważył  ten  pomysł  w  myślach.  Mimo  wszystko 

jednak nie ulega kwestii, że Kate reprezentuje życie. Wszystko, co jest 

z nią związane, sugeruje, że ona aż wibruje życiem, że jest wspaniała i 

namiętna, nawet  jeśli przy  tym  trochę  zbyt  popędliwa  i  zbyt  sztywna 

jak na jego gust. Na jakiś czas byłaby na pewno w stanie sprawić, iż 

czułby,  że  żyje.  Mogłaby  przegnać  pamięć  o  śmierci  i  śmiertelności 

człowieka. Ale co potem? 

David westchnął. 

 - Wiem, czego chciałaby Alicja - powiedział, ślepo zgadzając się 

ze swą sekretarką. - Ale czasami życie jest piekielnie bolesne. 

Ta  rozmowa  z  Dorothy  do  czegoś  jednak  doprowadziła.  David 

postanowił  nie  odwoływać  kolacji  z  Kate  i  Daveyem.  Uznał,  że 

byłoby  to  wyjście  tchórzliwe  i  zapewne  tylko  dostarczyłoby  jej 

amunicji  na  później,  gdyby  postanowiła  kontynuować  sprawę  tego 

cholernego rozwodu. 

background image

Żołądek  miał  zawiązany  w  supeł,  kiedy  podjechał  do  wybranej 

przez nią spokojnej restauracji w Century City. Swe złe samopoczucie 

składał  na  karb  zdenerwowania.  Prawda  była  jednak  inna  -  zapewne 

oczekiwanie  na  to,  co  się  za  chwilę  stanie,  kazało  mu  nerwowo 

spacerować  po  obrzeżu  centrum  handlowego,  gdy  czekał  na  Kate  i 

Daveya. Uparła się, że to ona pojedzie po jego syna, niemal jakby się 

obawiała, że David może  w  ostatniej chwili wyłączyć chłopca z tego 

spotkania.  Myśl,  że  potrzebowała  ochrony  przed  nim,  trochę  go 

podniosła na duchu. To nieco wyrównywało szanse na tym dziwnym 

boisku. 

Kiedy  ich  w  końcu  dostrzegł,  poczuł,  że  serce  podchodzi  mu  do 

gardła. Kate i tym razem wyglądała na doświadczoną przedstawicielkę 

palestry,  była  w  jasnoczerwonym  kostiumie,  a  na  jej  szyi  błyszczał 

szeroki,  złoty  łańcuszek.  Włosy  miała  zaczesane  do  tyłu  w  węzeł, 

który początkowo był pewno bardzo porządny, ale teraz wydostało się 

z niego trochę niesfornych kosmyków. 

I chociaż wyglądała jak ubrana na salę sądową albo jak modelka 

wyjęta ze stron jakiegoś pisma dla kobiet z wyższym wykształceniem, 

to  uderzył  go  nie  jej  wygląd,  lecz  wyraz  twarzy,  z  jakim  słuchała 

Daveya. 

Widać  było,  że  jest  tym  całkowicie  pochłonięta  -  jej  pełne  usta 

rozciągnięte  były  w  uśmiechu,  oczy  błyszczały  zainteresowaniem. 

Rzucało się w oczy, że to, co mówił jego syn, najwyraźniej sprawiało 

jej  ogromną  przyjemność.  Kiedy  się  zaśmiała,  dobiegły  do  niego 

background image

czyste,  dźwięczne  tony  i  żałował  bardziej,  niż  potrafiłby  to 

wypowiedzieć, że nie uczestniczy w jej żartach. 

Powoli  ruszył  w  ich  kierunku,  czując  się  jak  obcy.  Kiedy 

spojrzała w jego stronę i dostrzegła go, wbrew jego przewidywaniom 

iskry  w  jej  oczach  wcale  nie  zgasły.  Przeciwnie,  ten  uśmiech  objął  i 

jego. Poczuł się, jakby spoczął na nim promień słońca. 

Przez  mgnienie  pomyślał,  że  rozkoszowanie  się  blaskiem  tego 

uśmiechu  może  być  niebezpieczne,  ale  w  chwilę  później  poddał  się 

działaniu magii. Troski gdzieś odpłynęły i przez moment jego rodzina 

znowu była cała, nie tknięta smutkiem, złączona miłością i śmiechem. 

Był  człowiekiem  przyzwyczajonym  do  egzystowania  w  świecie, 

który tak przedstawiał fantazję, że sprawiała wrażenie rzeczywistości. 

Ze  zdziwieniem  zdał  sobie  sprawę,  że  chciałby,  aby  ta  szczególna 

fantazja  trwała,  że  chciałby  tego  silniej  niż  od  bardzo  dawna 

czegokolwiek. 

 -  Cześć,  tato!  Czy  wiesz,  że  Kate  ma  dom  na  plaży?  -  zawołał 

Davey  podekscytowany.  -  Powiedziała,  że  moglibyśmy  czasem  z 

niego korzystać. Czy to nie byłoby wspaniale? 

David  napotkał  jej  spojrzenie  i  przez  chwilę  zastanawiał  się  nad 

tym przejawem szczodrości. 

 -  Byłoby  wspaniale  -  potwierdził  -  ale  jestem  pewien,  że  pani 

Newton też lubi tara wyjeżdżać na weekend. 

 - Moglibyśmy pojechać wszyscy razem. Davey był pełen zapału i 

przenosił spojrzenie z ojca na Kate. 

 - Czy wystarczy tam miejsca? 

background image

 - Oczywiście - odparła. 

Mimo  że  odpowiedziała  szybko,  David  dostrzegł  w  jej  oczach 

błysk  skrępowania.  Nie  był  pewien,  czy  przy  składaniu  tej 

impulsywnej  propozycji  wzięła  pod  uwagę  możliwość,  że  rozmowa 

przybierze  taki  właśnie  obrót.  Leniwie  płynące  dni,  całowany  przez 

słońce piasek plaży, Pacyfik... i ich dwoje. Nie mógł sobie wyobrazić 

sytuacji  bardziej  pełnej  pokus.  Jeśli  perspektywa  kolacji  wprawiła  ją 

w wyraźne zdenerwowanie, to jak zareagowałaby na taką propozycję? 

Nie  zdołał  się  oprzeć  chęci  rzucenia  jej  długiego,  taksującego 

spojrzenia,  nie  pozostawiającego  żadnych  wątpliwości  co  do 

prowokacyjnego  kierunku  gry  jego  wyobraźni.  Policzki  jej 

natychmiast upodobniły się do koloru kostiumu. 

 - Umieram z głodu - powiedziała bez tchu. - Czy  wejdziemy do 

środka? Zamówiłam stolik na siódmą. 

Kiedy jedli, przed ciszą bronił ich tylko szczebiot Daveya. David 

od lat nie miał takich trudności z mówieniem. Co się zaś tyczy  Kate, 

to  czuł,  że  celowo  wstrzymuje  się  od  zabierania  głosu,  chcąc  w  ten 

sposób  ułatwić  rozmowę  ojca  z  synem.  A  może  wciąż  jeszcze  jest 

zaszokowana jego świadomie erotycznym spojrzeniem? Sam był tym 

też wstrząśnięty. 

 -  Czy  nie  powinniśmy  przedyskutować  tych  propozycji,  które 

przygotowaliście  we  dwoje?  -  spytał  w  końcu,  wyciągając  listę  z 

kieszeni. 

Davey rzucił na Kate nerwowe spojrzenie. 

 - To były tylko takie sobie pomysły - wymamrotał, 

background image

 -  Codziennie  śniadanie?  -  czytał  David.  -  Myślałem,  że  latem 

lubisz się wyspać. 

 - Chyba tak. 

 -  Może  więc  ustalimy,  że  będziemy  jedli  razem  śniadanie 

podczas  weekendów,  przynajmniej  do  końca  wakacji.  A  potem 

postaramy się doprowadzić do śniadania codziennie. 

Daveyowi rozjaśniła się twarz. 

 - Przyrzekasz? 

 - Zobowiążę się na piśmie - oznajmił David, rzucając wymowne 

spojrzenie  Kate.  -  Teraz  chodzenie  spać.  Myślę,  że  mogę  tak  ułożyć 

swoje  zajęcia,  żeby  przez  większość  wieczorów  być  w  domu. 

Postaram się nawet zdążyć na kolację. 

 - Co wieczór? - spytała Kate. David potrząsnął głową. 

 -  Muszę  być  realistą.  Postawmy  sobie  za  cel  dwa  wieczory  plus 

weekend. - Spojrzał jej prosto w oczy i spytał zjadliwie: - Czy ma pani 

zamiar być w pobliżu, żeby kontrolować, jak to wykonuję? 

 - Musi pan zadowolić nie mnie, lecz mojego klienta. 

 -  Szkoda.  -  Uświadomił  sobie,  że  z  rozmysłem  ją  drażni.  - 

Starałbym  się  bardziej,  gdybym  wiedział,  że  znowu  znajdę  panią 

skuloną w fotelu, tak jak wczoraj. 

Żachnęła się i sarknęła: 

 - Proszę czytać dalej. To nie wszystko. 

 -  A  tak,  jeszcze  raz  na  miesiąc  wyjazd.  -  Spojrzał  na  Kate  i  nie 

mógł  się  powstrzymać  od  następnej  próby  wywołania  na  jej 

background image

policzkach owej zmiany koloru. - A może zaczniemy od tego wyjazdu 

na pani plażę? 

 -  No!!!  -  włączył  się  z  entuzjazmem  Davey.  Kate  wyglądała  na 

oszołomioną. 

David posłał jej niewinne spojrzenie. 

 - Czy w ten weekend jest pani zajęta? Głęboko odetchnęła. 

 - W ten weekend... 

Dalszy ciąg gdzieś jej uciekł. Ale podniosła wyżej głowę i rzuciła 

ze zdecydowanym uśmiechem: 

 -  Ten  weekend  to  bardzo  dobry  termin.  Ledwo  się  zgodziła,  a 

David już pomyślał, 

że  chyba  oszalał.  Jeszcze  przed  trzema  godzinami  przysięgał 

sobie,  że  będzie  się  trzymał  możliwie  najdalej  od  tej  kobiety,  a  teraz 

zobowiązał się, że spędzi w jej towarzystwie cały weekend. Niewielką 

pociechę  stanowił  fakt,  że  i  ona  nie  wyglądała  na  zachwyconą  tą 

perspektywą. Tylko Davey był w euforii. 

Nieoczekiwanie  dla  siebie  David  poczuł,  że  ma  już  dość  tej 

przyciemnionej,  nastrojowej  restauracji,  że  chce  odetchnąć  świeżym 

powietrzem i znaleźć się w świetle zapadającego zmroku. 

 -  Może  na  deser  zjemy  lody?  -  zasugerował.  -  Kupimy  na 

dworze, w waflach. 

 - Świetnie! - zawołał Davey. - Czy mogę już wyjść? 

 - Naturalnie, ale nie chodź daleko. Weź swoją porcję i siądź z nią 

tam, przy stoliku. Ja tylko zapłacę rachunek i przyjdziemy do ciebie. 

Davey schwycił podane mu przez ojca pieniądze i wybiegł. 

background image

 - Mogłabym z nim pójść. 

Kate patrzyła z pewną desperacją w ślad za Daveyem. 

 - Nie. Zaproponowałem to, bo chciałem zostać z panią na chwilę 

sam. 

 - Tak? 

Była wyraźnie zakłopotana.  

- Chciałem panią przeprosić. Zapędziłem panią w ślepą uliczkę. 

 - Rzeczywiście - odparła machinalnie. Ale po chwili potrząsnęła 

głową. 

 -  Nie,  ja  pierwsza  to  zaproponowałam.  Chyba  myślałam,  że 

pojedziecie tam z Daveyem sami. 

 - Możemy - powiedział z ociąganiem - ale byłoby weselej, gdyby 

i pani tam była. Przynajmniej mnie by było weselej. 

Popatrzyła na niego  z uwagą.  Widocznie usłyszała  w jego  głosie 

coś,  czego  nie  zamierzał  przekazywać,  kiedy  wygłaszał  to  lekko 

prowokacyjne stwierdzenie. 

 -  Mówi  pan  to  tak,  jakby  się  pan  bał  być  sam  z  synem  - 

powiedziała  w końcu. - Zauważyłam to już nie po raz pierwszy. Czy 

zawsze czuł się pan przy nim tak nieswojo? 

Zaskoczony jej spostrzegawczością David westchnął. 

 - Nie - przyznał. - Kiedyś robiliśmy razem mnóstwo rzeczy. Ale 

od śmierci Alicji nie wiem, o czym z nim mówić. 

 -  Jest  człowiekiem.  Niech  pan  mówi  z  nim  o  szkole  albo  o 

pogodzie. 

background image

 - To byłoby sztuczne. Obaj wiemy, że powinniśmy mówić o jego 

matce. 

 -  Więc  mówcie  o  niej,  na  miłość  boską!  -  powiedziała  z 

wyraźnym  zniecierpliwieniem.  -  Czy  zdaje  pan  sobie  sprawę,  jak  on 

rozpaczliwie pragnie podzielić się z panem swoim bólem? 

To proste pytanie wywołało w nim głęboką udrękę. Z rozmysłem 

przeciągał płacenie rachunku. A potem rzucił Kate szybkie spojrzenie 

i zobaczył, że przygląda mu się, ale nic nie rozumie. 

 - Nie mogę - powiedział po prostu i odszedł. 

 

Rozdział 5 

Kate zapragnęła nie ruszać się z tego miejsca aż do końca świata. 

W istocie gotowa byłaby zrobić wszystko, byle tylko nie wychodzić z 

restauracji i nie dołączać do Daveya i jego ojca. Nie była pewna, czy 

zdoła znieść widok owej udręki, jaka malowała się na twarzy Davida. 

Co  gorsza,  jak  uświadomiła  sobie  ze  zdumieniem  i  żalem,  przez 

parę krótkich chwil odnosiła wrażenie, iż to  wszystko jest jej życiem 

osobistym,  nie  zaś  pracą.  W  przeciwieństwie  do  tych  rozmaitych 

zawodowych  rozmów  przy  kolacji, których  odbywała  cztery  lub  pięć 

tygodniowo, posiłek z Davidem i jego synem dał jej lekki przedsmak 

tego,  jak  czuje  się  człowiek  uczestniczący  w  zwyczajnym  życiu 

rodzinnym. 

Ale  potem  wypłynęło  imię  Alicji  i  na  scenę  z  siłą  huraganu 

wkroczyła rzeczywistość. 

background image

Takie są skutki utraty obiektywności, wyrzucała sobie. Postawiła 

siebie  samą  w  pozycji  kręgla  w  turnieju  mistrzów  tej  gry.  Nie  było 

sposobu ustrzec się przed przewróceniem. Ironia polegała oczywiście 

na tym, że cała ta fantazja w ogóle nie postałaby jej w głowie, gdyby 

tydzień  temu  nie  wkroczył  do  jej  gabinetu  zrozpaczony,  samotny 

chłopiec. 

Zmusiła  się,  by  przejść  do  porządku  dziennego  nad  swymi 

uczuciami,  wstała  i  wyszła  z  restauracji,  a  potem  ruszyła  na 

poszukiwanie swego klienta... i jego ojca. Siedzieli przy stoliku przed 

kontuarem  z  lodami.  Przez  wieczorną  mgłę  przenikały  ostatnie 

promienie  słońca.  Dmuchnęła  bryza,  przepędzając  resztki  dziennego 

upału. Davey siedział z posępną twarzą, a twarz jego ojca była chyba 

jeszcze  bardziej  mroczna.  Dobrze  to  współgrało  z  jej  własnymi 

uczuciami. 

Piękny  się  z  tego  zrobił  wieczór!  -  pomyślała  ze  smutkiem  i 

zmusiła się do uśmiechu. 

 - A gdzie są moje lody? 

Udawała zawiedzioną i spojrzała na Davida. 

 - Pan też nie ma lodów. Czyżby Davey zjadł wszystko, co mieli? 

Ten kiepski żart nie wzbudził u nich nawet cienia uśmiechu. 

 - Czekałem na panią - odparł David. Odpowiedź była absolutnie 

niewinna, ale w jego 

oczach  czaiło  się  pytanie...  Jakby  nie  był  pewny,  co  ma  znaczyć 

to  przekomarzanie  się  i  napięcie  pobrzmiewające  przy  tym  w  jej 

głosie. 

background image

 - Jakie lody zamówić? 

 - Poziomkowe - rzuciła bez namysłu. - A panu? Przyniosę. 

Chciała  mieć  jeszcze  chwilę,  by  odzyskać  panowanie  nad  sobą, 

które traciła z minuty na minutę, po każdym spojrzeniu na Davida. Ku 

jej wielkiej uldze nie zaprotestował. 

 - Wiśniowe. 

 - W waflu czy na talerzyku? 

 - W waflu. 

Kiedy  wróciła  do  stolika  z  dwiema  porcjami  lodów  w  rękach, 

Davey namiętnie dyskutował z ojcem. Jednak gdy tylko się pojawiła, 

przerwali  rozmowę.  Podała  Davidowi  jego  lody  i  skoncentrowała  się 

na  swoich,  które  szybko  topniały.  Próbowała  chwytać  ich  krople 

ustami,  zanim  ściekną po  waflu  na  jej  już  i  tak  lepkie  palce.  Było  to 

jednak beznadziejne. 

Kątem oka dostrzegła, że David ma ten sam problem. Kiedy jedną 

ze  ściekających  kropli  zlizała  końcem  języka,  spojrzał  jej  w  oczy  i 

zaśmiał  się.  Ten  niezamierzenie  prowokacyjny  gest  przyprawił  ją 

samą o bicie serca. Zmusiła się, by odwrócić wzrok. 

Minęło  kilka  minut,  zanim  zdała  sobie  sprawę,  że  odkąd  się 

pojawiła,  Davey  nie  wypowiedział  ani  jednego  słowa.  Spojrzała  na 

niego  uważniej.  Siedział  ze  skrzyżowanymi  ramionami  i  wyraźnie 

nadętą miną. 

 -  Co  się  dzieje,  chłopie?  -  spytała,  zastanawiając  się,  o  co,  u 

licha, się pokłócili. 

Spojrzał wojowniczo na ojca i odparł: 

background image

 -  Tata  mówi,  że  to  chamstwo  tak  się  wpraszać  do  pani  domu. 

Uważa, że nie powinniśmy jechać. 

Kate  poczuła  i  ulgę,  i  zawód,  ale  dostrzegła  smutek  w  oczach 

Daveya  i  zmusiła  się  do  zlekceważenia  swych  własnych  sprzecznych 

emocji  i  do  skupienia  się  na  uczuciach  chłopca.  Miał  już  w  swym 

krótkim życiu aż nadto rozczarowań. Niezależnie od tego, jak bardzo 

czuła  się  przed  chwilą  usidlona,  nie  doda  mu  jeszcze  jednego 

rozczarowania,  jakim  byłoby  cofnięcie  zaproszenia.  Spojrzała 

Davidowi prosto w oczy. 

 - Chcę, żebyście przyjechali. 

Jego  wyraz  twarzy  nic  jej  nie  powiedział,  ale  w  końcu  skinął 

głową,  jakby  i  on  zdał  sobie  sprawę,  że  dla  dobra  syna  muszą 

dotrzymać obietnicy. 

 - Jeśli pani przy tym obstaje... - odparł tonem równie chłodnym i 

pozbawionym emocji jak jej. 

Kate  wstała.  Postanowiła  uciec  przed  tym  coraz  bardziej 

narastającym napięciem, które zaczynało ją wręcz dusić. 

 -  Wybaczcie  mi  obaj,  ale  muszę  dziś  jeszcze  pracować.  W 

sprawie weekendu zadzwonię. 

Kiedy  skręcając  za  róg  obejrzała  się,  ojciec  i  syn  siedzieli  w 

milczeniu, dokładnie tak jak ich zostawiła. Stawało się coraz bardziej 

oczywiste,  że  jej  wysiłki  mogą  doprowadzić  do  tego,  by  przebywali 

razem  tyle,  ile  tylko  zechce,  ale  wskrzeszenie  między  nimi  dawnej, 

rzeczywistej więzi przekracza jej możliwości. Niewiele jest rzeczy,  o 

background image

których mogłaby powiedzieć to samo. Uznała, że jest to właśnie jeden 

z takich przypadków, i że wcale jej się to nie podoba. 

Kiedy  weszła  do  mieszkania,  dzwonił  właśnie  telefon.  Przez 

chwilę się zastanawiała, czy podnieść słuchawkę, i w końcu to zrobiła. 

 - Tak? Halo! 

 -  Kate!  To  Ellen  -  powiedziała  jej  siostra.  -  Czy  wszystko  w 

porządku? Jesteś chyba zdyszana. 

 -  Właśnie  dobiegłam  do  aparatu  -  powiedziała,  żałując,  że  nie 

pozwoliła telefonowi spokojnie dzwonić dalej. 

Odkąd  się  dowiedziała  wszystkiego  o  jej  urodzeniu,  Kate  czuła 

się  w  stosunkach  ze  swą  starszą  siostrą  -  z  przyrodnią  siostrą, 

poprawiła się - trochę skrępowana. Teraz ich matka wyszła za mąż za 

mężczyznę, którego kochała przez całe życie - za Brandona Hallorana, 

rzeczywistego ojca Ellen. 

Siostra Kate po wstrząsie i gniewie wywołanym świadomością, że 

przez  tyle  lat  ją  okłamywano,  teraz  najwyraźniej  świetnie  się 

przystosowała  do  posiadania  nowego  ojca.  W  istocie  była  po  uszy 

zajęta  przeżywaniem  na  nowo  dramatycznej  i  romantycznej  historii 

odejścia  matki  od  Brandona  i  jego  upartego  dążenia,  by  znowu  ją 

odnaleźć,  natomiast  Kate,  mimo  usilnych  starań  całej  rodziny,  ciągle 

czuła się jak pełen niechęci człowiek z zewnątrz. 

 -  Próbowałam  cię  złapać  wcześniej  -  powiedziała  Ellen.  - 

Chciałam, żebyś przyszła na kolację. 

 -  Przykro  mi  -  odparła,  myśląc  o  tych  wszystkich  telefonach 

Ellen,  na  które  nie  odpowiedziała,  ponieważ  nie  wiedziała,  jak  ż  nią 

background image

rozmawiać.  -  I  tak  nie  mogłabym  przyjść.  Byłam  na  kolacji  z 

klientami. 

 - Pracujesz za ciężko. 

 - Co jeszcze? - spytała Kate ze wzruszeniem ramion. 

Zrzuciła  pantofle  i  pogładziła  palcami  stóp  puszysty,  miękki 

dywan. W czynności tej było coś przyjemnie zmysłowego. 

 - Taką mam pracę. 

 -  Czy  myślałaś  kiedyś,  żeby  z  tym  skończyć?  Wyjść  za  mąż? 

Urządzić sobie życie? 

 - Nie. - Kate powiedziała to mniej zdecydowanie, niż pewnie by 

to zrobiła parę tygodni czy nawet tylko parę dni wcześniej. 

 -  Powinnaś.  Mieć  przez  cały  czas  do  czynienia  z  tymi 

nieszczęśliwymi  ludźmi  -  to  nie  musi  być  zabawne.  No  dobrze,  a 

może jutro przyjdziesz na kolację? Będziemy tylko ty, ja i Penny. 

Mówiła  o  swej  nad  wiek  rozwiniętej  córce,  która  -  sądząc  po 

zapale, z jakim wtykała nos w osobiste życie każdego, z kim miała do 

czynienia - zapowiadała się na świetnego obrońcę sądowego. Kate nie 

czuła się na siłach stawić czoło takiemu przesłuchaniu. 

 -  Naprawdę  nie  mogę,  Ellen.  Ten  tydzień  mam  strasznie 

zapchany. 

 - No to w weekend - zasugerowała siostra. 

W  tym  jej  niby  to  naturalnym  uporze  można  było  wyczuć  nutę 

szczerej pretensji o to, że Kate nie ustaje w wyszukiwaniu pretekstów, 

by siostrze odmówić. Było oczywiste, że Ellen bardzo dobrze wie, że 

są to właśnie preteksty. 

background image

 -  Jadę  z  klientem  nad  ocean  -  odparła  Kate,  starając  się  to 

sformułować możliwie niewinnie. - Może w przyszłym tygodniu. 

By odwrócić uwagę siostry od tego tematu, zapytała: 

 - Czy miałaś jakieś wieści od matki? 

Ellen chwilę się wahała, jakby chciała zmusić ją do wynalezienia 

kolejnego  pretekstu,  w  końcu  jednak  westchnęła  tylko  i 

odpowiedziała: 

 - Zadzwoniła dziś rano z Rzymu. To nie do wiary! Nasza matka 

stała się w tym wieku podróżniczką! Czyż to nie wspaniałe? 

 -  Wspaniałe!  -  powtórzyła  jak  echo  Kate,  czując,  jak  jej 

przygnębienie  wzrasta.  -  Muszę  kończyć.  Mam  jeszcze  całe  tony 

papierów do przejrzenia. Zajmie mi to wiele godzin. 

Ellen przez pełną minutę milczała. Gdyby to był ktokolwiek inny, 

Kate odłożyłaby słuchawkę. Znając jednak swą siostrę, czekała. 

 -  Kate!  Musimy  któregoś  dnia  o  tym  wszystkim  pomówić  - 

oświadczyła w końcu Ellen. 

 -  Nie  wiem,  o  czym  myślisz  -  odpowiedziała  sztywno.  - 

Dobranoc, siostrzyczko. 

Pospiesznie  odłożyła  słuchawkę  i  nagle  uświadomiła  sobie,  że 

przynajmniej pod jednym względem jest bardzo podobna do Davida - 

tak jak on nie potrafi spojrzeć w oczy smutnej prawdzie. 

W czwartek o piątej po południu siedziała przy biurku wpatrzona 

w kalendarz i próbowała zebrać się na odwagę i zadzwonić do Davida 

Winthropa, by omówić szczegóły wyjazdu na weekend. Zelda zastała 

ją z ręką zawieszoną nad telefonem. 

background image

 -  Daj  wreszcie  spokój  temu  telefonowi  -  poleciła  sekretarka.  - 

Musimy omówić mnóstwo spraw i cały dzień próbuję wyrwać ci na to 

jakiś moment. 

 - Słucham cię - oznajmiła Kate, wdzięczna za chwilę zwłoki. 

 -  Sprawa  Winthropa.  W  jakim  jest  stadium?  Była  to  ostatnia 

rzecz, którą Kate chciałaby omawiać, zwłaszcza z Zeldą. 

 -  Sprawy  się  posuwają  -  oświadczyła  wymijająco.  -  Ojciec 

Daveya zgodził się poświęcać mu więcej czasu. 

 - Ojciec! - Zelda wyraźnie ją przedrzeźniała. - Kiedy słyszałam o 

nim poprzednio, ten człowiek miał jakieś imię. 

 - David... 

 - Czy wyznaczyłaś już następne spotkanie z nimi dwoma? 

 - Waśnie się miałam umówić, kiedy weszłaś. 

 - No to ci nie przeszkadzam. 

Ale  Zelda  nie  ruszyła  się  z  miejsca,  z  którego  mogła  słyszeć 

każde  słowo  rozmowy  prowadzonej  przez  Kate.  Najwyraźniej  jej 

świetnie  wyostrzone  wyczucie  dramatyzmu  było  w  stanie najwyższej 

mobilizacji. 

 - Czy nigdy nie słyszałaś o prywatności? - mruknęła Kate. 

 -  Mieszkałam  w  jednym  pokoju  z  czterema  koleżankami.  Jak 

więc, twoim zdaniem, brzmi odpowiedź? 

Kate zwróciła oczy ku niebu. 

Zelda  przez  chwilę  przypatrywała  się  siedzącej  bezczynnie 

szefowej, a potem postanowiła nadać sprawom bieg. 

background image

 - Czy gdybyś miała zadzwonić, powiedzmy, do Jennifer Barron - 

wymieniła  nazwisko  jednej  z  klientek  -  to  moja  obecność  też 

sprawiałaby ci takie problemy? 

 - Powiedziałaś swoje - ucięła Kate - a teraz już idź. 

 -  Nie  wyjdę,  dopóki  nie  powiesz,  dlaczego  chcesz  rozmawiać  z 

Davidem Winthropem bez świadków. 

 - Gdybym była skłonna do takich wyjaśnień, to nie zależałoby mi 

na poufności tej rozmowy. Nie sądzisz? 

 - Fascynujące - skrzywiła się Zelda, jednak ruszyła niechętnie do 

drzwi. - A gdybym zostawiła je choć trochę uchylone? Na pewno i tak 

nie wszystko bym słyszała. 

 - Nie chcę, żebyś usłyszała cokolwiek. 

 - Coraz lepiej! Wiesz chyba, że to ją mogłabym zadzwonić i cię 

umówić. Oszczędziłoby ci to fatygi. 

 -  Zeldo!  W  samym  naszym  budynku  jest  zapewne  z  dziesięć 

sekretarek, które gotowe byłyby przyjść na twoje miejsce szybciej, niż 

ty opuszczasz ten pokój. 

Kate, wygłaszając to ostrzeżenie, świetnie zdawała sobie sprawę, 

że  obie  wiedzą,  iż  groźba  jest  mocno  przesadzona.  Nikt  nie  byłby  w 

stanie  zastąpić  Zeldy.  Mimo  wszystko  jednak  sekretarka  zamknęła 

drzwi. I to bardzo dokładnie! 

Kate  zadzwoniła  do  biura  Davida.  Natychmiast  rozpoznała  głos 

kobiety  odbierającej  telefon.  To  była  ta  sama,  którą  widziała  owego 

pierwszego wieczoru, kiedy wtargnęła do gabinetu. 

 - Tu Kate Newman, czy mogę mówić z panem Winthropem? 

background image

 -  A,  to  pani!  -  Przyjazne  zaciekawienie  w  jej  głosie  mogłoby 

rywalizować  z  nastawieniem  Zeldy.  -  Nazywam  się  Dorothy  Paul, 

jestem  jego  asystentką.  David  jest  w  pracowni.  Właśnie  włączył  piłę 

mechaniczną  i  nie  usłyszy  mojego  dzwonka.  Muszę  pójść  po  niego. 

Czy zaczeka pani, czy też woli, żeby to on później zadzwonił? 

 - Zaczekam - powiedziała, nie mogąc pohamować uśmiechu, jaki 

wywołała na jej ustach wzmianka o pile mechanicznej. 

Dobrze, że Kate wiedziała, w jaki sposób David zarabia na życie. 

Ktoś, kto tego nie wiedział, mógłby się poczuć zaniepokojony. 

Usłyszała w słuchawce oddech i zdała sobie sprawę, że sekretarka 

jest wciąż na linii. 

 -  Zanim  sprowadzę  Davida...  Mam  nadzieję,  że  nie  będzie  mi 

pani  miała  za  złe,  że  się  wtrącam,  ale  chciałam  pani  powiedzieć,  że 

jest pani  dla  niego  bardzo  dobra.  -  Zaśmiała  się.  -  Zabije  mnie,  że  to 

pani powiedziałam. 

Kate wbrew woli zaśmiała się także. 

 - Ogromnie się pani myli. Uważa, że mu uprzykrzam życie. 

 -  O  to  właśnie  chodzi  -  odparła  Dorothy.  -  Dotychczas  nikt 

jeszcze  nie  odważył  się  przebić  przez  tę  jego  skorupę  „dajcie  mi 

wszyscy święty spokój". 

 - Z wyjątkiem pani - wtrąciła Kate. 

 -  Mam  pięćdziesiąt  lat,  siedem  kilo  nadwagi  i  dobrego  męża. 

David nigdy nie spojrzał na mnie tak, jak patrzy na panią. 

 - To znaczy z lekceważeniem - parsknęła Kate. - Mam nadzieję, 

że nie okazuje go pani. 

background image

 - Nie!  Z  fascynacją - upierała się Dorothy. - Niech pani z niego 

nie rezygnuje. 

Kate uznała, że musi wyjaśnić Dorothy Paul prawdziwy charakter 

swych kontaktów z Davidem. 

 - Myślę, że pani niezupełnie dobrze zdaje sobie sprawę z natury 

naszych spotkań. Są to sprawy ściśle zawodowe. 

 -  Tak,  tak  -  zaśmiała  się  Dorothy.  -  On  też  tak  mówi.  -  W  jej 

głosie zabrzmiał wyraźny sceptycyzm. - Pójdę po niego. 

Czekając  myślała,  że  skutecznie  zdusiła  w  sobie  rodzące  się 

zafascynowanie  Davidem.  Nie  ma  żadnego  powodu,  by  nadchodzący 

weekend  traktować  jako  coś  więcej  niż  spotkanie  trojga  znajomych, 

którzy  postanowili  wspólnie  odpocząć  i  lepiej  się  poznać.  Nieraz  już 

zapraszała  klientów  lub  kolegów  do  swego  domu  na  plaży.  Prawdę 

mówiąc kupiła ten dom między innymi właśnie po to. 

Kiedy  David  wymamrotał  „Halo!",  dostała  gęsiej  skórki.  Efekt 

ten z miejsca położył kres  wszelkim ewentualnym złudzeniom, że jej 

kontakty z nim mają charakter wyłącznie zawodowy. 

 - Obiecałam zadzwonić w sprawie weekendu - powiedziała takim 

głosem, jakby to ona biegła do telefonu. 

 -  Rzeczywiście  -  odparł  bardzo  zwyczajnie.  -  Ale  to  naprawdę 

nie jest konieczne. 

 - Myślę, że jest. 

 - A więc dobrze. Co pani proponuje? 

background image

 -  Czy  moglibyście  przyjechać  jutro  wieczorem  o  siódmej  lub 

wpół  do  ósmej?  Wezmę  jakieś  steki,  będziemy  mogli  upiec  je  na 

ruszcie. 

 -  Dobrze.  Proszę  się  nie  martwić  o  wino  czy  piwo.  Zajmę  się 

tym. Czy może mam przywieźć coś jeszcze? 

 -  Nie.  Dom  jest  dobrze  zaopatrzony.  Jest  tam  też  pełno  gier  i 

innych  rzeczy  dla  Daveya.  Gdybyście  chcieli  grać,  to  mam  nawet  za 

garażem kosz, 

 - Przyjeżdża tam do pani dużo dzieci? 

 - Dziewczynki mojej siostry. 

 - Grają w koszykówkę? 

 - Nie. Ja gram. 

 - To brzmi jak wyzwanie - zaśmiał się David. 

 - Niech więc pan podejmie rękawicę! - odcięła się. 

Kiedy odkładała słuchawkę, w uszach wciąż jeszcze dźwięczał jej 

ich  wspólny  śmiech.  Nagle  -  mimo  że  wszystkie  dzwonki  alarmowe 

głośno  dzwoniły  jej  w  głowie  -  nie  mogła  doczekać  się  nadejścia 

weekendu. 

Przeszła do sekretariatu, do Zeldy, i spytała: 

 - Czy możesz odwołać spotkania umówione na jutro? 

 - Na jakieś określone godziny? 

 - Na cały dzień. 

 -  Na  cały  dzień?  Czy  zachorowałaś?  Zelda  ze  zdumienia 

otworzyła szeroko oczy. 

background image

 -  Nie.  Po  prostu  mam  coś  do  zrobienia.  Myślałam,  że  wezmę 

długi weekend i pojadę nad ocean, żeby nadrobić zaległości. 

Najwidoczniej  łącząc  ten  pomysł  z  telefonem  do  Davida 

Winthropa  i  węsząc  romans,  Zelda  natychmiast  wzięła  do  ręki 

terminarz i przejrzała wpisy. 

 -  Nie  masz  niczego  w  sądzie.  Nie  musisz  też  składać  żadnych 

dokumentów. Chyba będę mogła poprzesuwać ci te spotkania. 

 -  Więc  zrób  to  -  powiedziała  Kate,  ignorując  pytający  błysk  w 

oczach sekretarki. 

Pomyślała,  że  jeśli  pojedzie  do  Malibu  zaraz  z  rana,  to  będzie 

mogła sprawdzić, że dom jest w zupełnym porządku. Da to jej czas na 

długi bieg po plaży albo na pływanie. Może trochę wysiłku fizycznego 

położy  kres  tym  wszystkim  śmiesznym  fantazjom,  zanim  jeszcze 

zjawi się na miejscu człowiek, który jest ich źródłem. 

 

Rozdział 6 

Bieganie  nie  pomogło.  Pływanie  też  nie.  W  piątek  o  siódmej 

wieczorem  Kate  była  tak  podenerwowana,  jak  kilkunastoletnia 

dziewczyna  idąca  na  swą  pierwszą  randkę.  Zastanawiała  się 

parokrotnie,  dlaczego  inteligentna,  cyniczna  kobieta  czuje  po  raz 

pierwszy  od  lat  takie  zafascynowanie  mężczyzną,  i  to  właśnie  tym, 

który daje najmniej szans na związanie się  z nią całym sercem i całą 

duszą.  Mężczyzną,  którego  zachowanie  wobec  syna  jest  wzorcowym 

przykładem braku odpowiedzialności. 

background image

Próbowała  sobie  wmówić,  że  nie  jest  to  zainteresowanie  ojcem, 

lecz  dążenie  do  udzielenia  wszelkiej  możliwej  pomocy  małemu 

chłopcu. Jeśli nawiązanie nowych więzi między ojcem a synem będzie 

wymagało, by wtrąciła się w życie ojca, uczyni to. 

Jej wyjaśnienie zabrzmiało tak prawdopodobnie, że prawie w nie 

uwierzyła.  Było  bardzo  szlachetne,  profesjonalne  i  humanitarne.  I  w 

istocie wiele w nim było prawdy, ale wbrew temu, co powiedziała do 

Dorothy Paul, bynajmniej nie była to cała prawda. 

Po skrupulatnej analizie Kate doszła do wniosku, że o wszystkim 

zdecydował  ów  zagubiony,  daleki  wyraz  jego  oczu.  Smutek  ten 

świadczył  o  głębi  uczuć,  której  jakąś  swą  cząstką  pragnęła 

doświadczyć, a przynajmniej chciała ją zrozumieć. 

A  może  w  jakiejś  niewielkiej  mierze  odegrała  też  rolę  jego 

niedostępność? Może reagowała po prostu na wyzwanie do dokonania 

podboju, przyciągające od początku świata i mężczyzn, i kobiety? 

Słońce  jeszcze  świeciło  na  wyjątkowo  jasnym  niebie,  kiedy 

usłyszała, że wąską drogą odchodzącą od autostrady wzdłuż wybrzeża 

Pacyfiku  nadjeżdża  samochód.  Boso,  ubrana  w  luźne  białe  spodnie  i 

zbyt  obszerny  różowy  sweter,  przeszła  obok  domu  na  jego  tyły  i 

otworzyła bramę. 

Akurat  zdążyła,  by  zobaczyć,  jak  Davey  okrąża  modne  kombi  z 

napędem  na  cztery  koła,  zaparkowane  koło  jej  długiego  sportowego 

samochodu. Ideał Hollywood, rodzina dwusamochodowa, pomyślała i 

skrzywiła się. Jeden praktyczny, drugi szybki i porywający. 

background image

 - To  wspaniałe miejsce - obwieścił Davey. Oczy mu błyszczały, 

nogi niemal tańczyły, jakby nie mógł się doczekać strzału startera, by 

zacząć wyścig. 

Uśmiechnęła się z powodu tej przesady. 

 - Jeszcze go nawet nie obejrzałeś. 

 -  Ale  już  to  mogę  powiedzieć.  Tata  mówił,  że  ma  pani  kosz  do 

koszykówki.  Czy  mogę  zagrać?  Pani  i  ja  przeciwko  niemu,  zgoda? 

Mówił, że ma pani też różne gry. Jakie? Może po kolacji moglibyśmy 

zagrać w „Monopol"? 

Ten potok planów wywołał ponowny uśmiech Kate. 

 - Jeśli myślisz,  że znowu zagram z tobą w „Monopol", to grubo 

się  mylisz.  Wyraźnie  czeka  cię  przyszłość  rekina  handlu 

nieruchomościami. Moja biedna osoba nie zniesie takiego bicia. 

W  tym  momencie  z  samochodu  wysiadł  David.  Miał  na  sobie 

takie same dżinsy jak zawsze, i jaspisowozieloną koszulkę polo. Tego 

dnia sprawiał wrażenie bardziej odprężonego niż zwykle, jakby zaraził 

się trochę podnieceniem syna. 

Zlustrował  ją  od  stóp  do  głów  i  w  jego  oczach  pojawił  się 

nieoczekiwany  błysk  aprobaty.  Błysk  ten  powiedział  Kate,  że  jednak 

się  pomyliła,  wybierając  strój.  Myślała,  że  luźny  ubiór  będzie  mniej 

prowokacyjny. 

 - Podejrzewam, że pani biedna osoba mogłaby znieść każdy atak 

- powiedział. 

background image

W  jego  głosie  brzmiała  wyraźna  zaczepka.  Takie  zaskakująco 

beztroskie  powitanie  zdawało  się  wyznaczać  ton  całego  tego  dnia. 

Nastrój Kate zmienił się; miejsce niepokoju zajęło wyczekiwanie. 

 -  Przegrana  z  chłopcem,  tylko  chłopcem,  z  pewnością  nie 

wystarczyłaby, żeby pozbawić panią wiary w siebie - dodał David. 

 -  Czy  pana  syn  kiedykolwiek  doprowadził  pana  do  bankructwa 

po dwudziestu minutach gry w „Monopol"? - spytała sucho. 

 - Obawiam się, że nie. To ja go nauczyłem wszystkiego tego, co 

umie. 

Obaj przedstawiciele płci męskiej bezczelnie się roześmiali. Kate 

aż jęknęła. 

 - A karty? Jestem bardzo dobra w remika. 

 -  Mamy  przed  sobą  cały  długi  weekend,  żeby  odkrywać  rzeczy, 

w  których  jest  pani  doskonała  -  odparł  David,  przyglądając  się  jej  z 

namysłem. 

Niezależnie  od  tego,  jaki  dystans  udało  mu  się  przedtem 

wytworzyć  między  nimi,  rozpaliła  się  w  niej  pamięć  tamtego 

wieczoru.  Podtekst  jego  słów  sprawił,  że  przeszedł  ją  dreszcz.  Nie 

była pewna, co bardziej ją zdziwiło: czy to, że w ogóle powiedział coś 

takiego, czy jej natychmiastowa i jednoznacznie zmysłowa reakcja. 

Spojrzał  na  jej  samochód  i  w  jego  oczach  rozbłysło  podniecenie 

niemal dorównujące zachwytowi Daveya tym domem. 

 -  Rzuca  się  w  oczy  jedna  dziedzina  pani  doskonałości.  Ma  pani 

świetny gust w sprawie samochodów. Ten jest piękny. 

background image

Z pewnym szacunkiem dotknął pojazdu. Kate uświadomiła sobie, 

że zazdrości w tej chwili gładkiemu, metalowemu zderzakowi. David 

pochylił się i zajrzał do wnętrza samochodu. 

 - Ile wyciąga? 

Kate uznała, że pytanie dotyczy szybkości. Powiedziała sucho: 

 - Przy naszych ograniczeniach? 

 - Punkt dla pani. 

Odwrócił się z wyraźną niechęcią od samochodu i spytał: 

 - Davey, czy wziąłeś wszystkie swoje rzeczy? 

Przez  następnych  parę  minut  zajmowali  się  rozładowywaniem 

samochodu  i  rozmieszczaniem  bagaży  w  wyznaczonych  im  przez 

Kate pokojach. 

 -  Jeśli  jesteście  głodni,  to  zaraz  nakrywam  do  kolacji  - 

powiedziała, myśląc o długim wieczorze, który ich czekał. 

Chciała wypełnić te godziny możliwie dużą liczbą czynności, by 

do  minimum  ograniczyć  te  przeciągłe  spojrzenia,  by  nie  dopuścić, 

żeby ten lekki dreszcz przyjemności, jaki przenikał ją na myśl, że ma 

ich tu obu, przeobraził się w coś więcej. Muszą przecież istnieć jakieś 

sposoby zapobieżenia temu, by ten weekend skończył się tęsknotą za 

czymś, co nigdy nie da się urzeczywistnić. 

 -  Zaczekajmy  z  tym  trochę!  Możemy?  -  błagał  Davey.  -  Tak 

bardzo chciałbym zobaczyć ocean. 

 - Można by pomyśleć, że nigdy nie widziałeś Pacyfiku - pokiwał 

głową David. 

background image

 -  Ale  to  było  bardzo  dawno,  tato.  Naprawdę  dawno.  Było  to, 

zanim... 

Jego  głos  zanikł,  a  twarz  ojca  zmartwiała.  Kate  postanowiła 

przerwać tę niebezpieczną ciszę: 

 -  Myślę,  że  spacer  po  plaży  będzie  świetnym  sposobem  na 

zaostrzenie apetytu. Chodźmy, zanim się zrobi całkiem ciemno. 

Davey  pobiegł  przed  nimi,  a  Kate  przystosowała  swój  krok  do 

kroku Davida. Ten włożył ręce do kieszeni dżinsów. Nad nimi leniwie 

krążyły mewy, na twarzach czuli delikatne kropelki mgły nawiewanej 

przez wiatr. 

Szli  wzdłuż  szeregu  niebotycznie  drogich  willi,  ciągnących  się 

nad urwistym brzegiem lądu nad plażą. Większość była wczepiona w 

kawałek  ziemi  ledwie  wystarczający  do  zakwalifikowania  się  jako 

plac budowlany, a podstawowa część budynku wsparta była na palach. 

Kate  zadrżała  na  myśl,  co  niechybnie  musi  się  stać,  kiedy  któregoś 

dnia nadejdzie rzeczywiście silny sztorm. 

 - Zimno? - zapytał David, błędnie interpretując ten dreszcz. 

 -  Nie.  Pomyślałam  tylko,  co  z  tymi  domami  może  zrobić 

prawdziwa burza. Właściwie - przyznała się - lubię chłodne wieczory, 

takie  jak  dzisiejszy.  O  tej  porze  roku  w  mieście  jest tak  rozpaczliwie 

gorąco, że taki chłód odświeża. Czasem  wieczorne powietrze jest tak 

rześkie,  że  można  palić  w  kominku, ale  zawsze  wydawało  mi  się,  że 

jest w tym coś dekadenckiego. 

 - Lubi pani być tutaj, prawda? 

 - Czy to pana dziwi?  

background image

Wzruszył ramionami. 

 - Myślałbym, że bardziej odpowiada pani rytm wielkiego miasta. 

 -  To  też  lubię  -  zaśmiała  się.  -  Myślę,  że  po  prostu  jestem 

zachłanna.  Chcę  mieć  wszystko:  Chcę,  żeby  dzień  był  tak 

przeładowany pracą, żebym nie mogła nawet odetchnąć, a potem chcę 

móc  nic  nie  robić,  tylko  ułożyć  się  na  kanapie  z  dobrą  książką  i  z 

widokiem na ocean. 

 - Niech pani powie - ale uczciwie - kiedy to po raz ostatni miała 

pani taki dzień odpoczynku, kompletnej bezczynności? 

Kate  grzebała  w  pamięci.  Nie  przypominała  sobie  takiego  dnia, 

przynajmniej nie ostatnio. 

 - Złapałem panią, co? 

Wiatr  pochwycił  jego  śmiech.  Sprawiał  wrażenie  bardzo 

zadowolonego  z  odkrycia,  że  najwyraźniej  nigdy  nie  stosowała  się 

sama do rad, jakich mu udzieliła. 

 -  Nie  mam  syna,  któremu  potrzebna  jest  moja  troska  - 

przypomniała mu Kate. 

 - Czy bez syna odpoczynek nie jest potrzebny? Czy człowiek nie 

musi odbudowywać własnej energii, nie musi troszczyć się o siebie? 

 - Na to nie mam czasu - przyznała. 

 -  Więc  może  ten  weekend  będzie  lekcją  dla  nas  obojga  - 

powiedział. Jego rysy złagodniały. - Niech mi pani powie, co by pani 

robiła,  gdyby  miała  pani  urlop?  Wspinaczka?  Wydaje  mi  się,  że  ten 

rodzaj wyzwania powinien do pani przemawiać. 

background image

 -  Obawiam  się,  że  nie.  Wolę  mieć  do  czynienia  z 

niebezpieczeństwami w postaci nieoczekiwanych zeznań. A co pan by 

wybrał? Góry? Morze? 

 -  Nie  mam  jakichś  wyraźnych  upodobań.  Żyję  w  wymyślonym 

świecie. Od zawsze spędzam w nim większość czasu. Myślę, iż to, że 

w  ogóle  mam  jeszcze  jakiś  związek  z  rzeczywistością,  zawsze 

zawdzięczałem rodzinie. Nigdy nie było ważne, gdzie byliśmy. 

 - Czy był pan jedynakiem? - spytała, zobaczywszy go z zupełnie 

innej strony. 

 - Jak pani zgadła? - Patrzył na nią z prawdziwym zdumieniem. 

 - Zawsze mi się wydawało, że jedynacy spędzają mnóstwo czasu 

na wymyślaniu swojego świata. Czy mam rację? 

 -  Tak.  I  ten  wymyślony  świat  broni  mnie  przed  uczuciem 

samotności.  Być  może  dlatego  szukałem  schronienia  w  jednej  pracy 

po  drugiej,  kiedy  zmarła  Alicja.  Takie  wymyślone  światy  są 

bezpieczne,  są  chronione  jak  rezerwaty.  I  są  moje,  mogę  je 

kontrolować.  Mogę  sprawić,  żeby  stały  się  wszystkim,  czym  tylko 

chcę. 

Zachowanie kontroli, pomyślała. Znowu. Wydawało się, że jest to 

coś, na czym obojgu im bardzo w życiu zależy. 

 - Ale przecież ma pan syna - przypomniała mu. - A jemu  wcale 

nie musi to odpowiadać. 

 -  Nie  -  powiedział  z  żalem.  -  Myślę,  że  nie  musi.  Doszła  do 

wniosku, że w jego głosie zabrzmiała szczerość, i dostrzegła okazję do 

wykucia jeszcze jednego ogniwa, które połączyłoby go z synem. 

background image

 - Czy mogę coś zasugerować? 

Jej wahanie wywołało w nim uśmiech. 

 - Dotychczas nie zdarzyło się, żeby coś panią powstrzymało. 

Puściła jego uwagę mimo uszu. 

 - Jeśli życie w realnym świecie jest dla pana wciąż zbyt bolesne, 

to czy nie mógłby pan od czasu do czasu zabierać Daveya do swojego 

świata? Jestem pewna, że byłby zafascynowany, widząc, jak zrobione 

przez  pana  dekoracje  ożywają  na  planie  filmowym.  Wszyscy 

przyjaciele  zazdrościliby  mu,  że  już  coś  widział  z  filmów,  o  których 

dopiero się mówi. 

Ku  jej  wielkiej  uldze  wcale  się  nie  opierał.  Przeciwnie, 

podchwycił ten pomysł z entuzjazmem. 

 -  Czy  pani  też  by  przyszła?  -  spytał  lekkim  tonem.  -  Czy 

obejrzenie moich światów interesowałoby panią? 

 - Jeśli pan i Davey zechcecie... Potrząsnął głową. 

 - Nie o to pytałem. Spytałem, czy pani chciałaby przyjść. 

 - Tak - przyznała, nic więcej nie dodając. 

Nie  chciała,  by  spostrzegł,  jak  bardzo  ciekawiło  ją  wszystko,  co 

utrzymywało go  w ruchu. Dążyła do wyraźnego umówienia się w tej 

sprawie, ponieważ zauważyła już, że jeśli David w jakiejś kwestii się 

umawia, to potem się z tego nie wycofuje. 

 - W przyszłym tygodniu? - zaproponowała. 

 - Urządzę to - powiedział. Jego spojrzenie stało się nagle ciepłe. - 

Zaczynam  myśleć,  że  chyba  umieściłem  panią  w  zupełnie  nie  tej 

szufladce, co trzeba. 

background image

Powiedział to bardzo powoli, zatrzymał się i odwrócił do niej, po 

czym  wyciągnął  rękę,  by  odgarnąć kosmyki  włosów  spadające jej na 

twarz. 

Kate straciła nagle oddech. 

 - To znaczy? - spytała. 

 -  Myślałem,  że  sprawa  Daveya  jest  dla  pani  kolejną  głośną 

sprawą, ale widzę, że pani rzeczywiście przejmuje się jego uczuciami. 

Bo przejmuje się pani, prawda? 

Kiedy  to  mówił,  niemal  nieświadomie  głaskał  palcem  jej  dolną 

wargę.  Nawet  gdyby  była  w  stanie  sformułować  jakąś  spójną  myśl, 

nie  zaryzykowałaby  jej  wypowiedzenia,  by  nie  przerwać  tego 

łagodnego dotknięcia. W końcu potaknęła głową. 

 -  Dlaczego?  -  zapytał,  opuszczając  po  chwili  rękę  z  wyraźną 

niechęcią. 

Wyglądał na niemal tak wstrząśniętego, jak wstrząśnięta czuła się 

ona. 

Wzruszyła  ramionami,  niezdolna  do  sformułowania  jasnej 

odpowiedzi. W końcu powiedziała: 

 - Naprawdę nie wiem. Poruszył mnie jak żaden klient przedtem. 

Myślę,  że  to  dlatego,  że  ludzie,  których  zwykle  reprezentuję,  mają 

dostatecznie dużo lat, by ponosić choć w części odpowiedzialność za 

sytuację,  w  jakiej  się  znaleźli.  Przynajmniej  sami  wybierali  sobie 

małżonków, a Davey nie wybierał rodziców. Wyobrażam sobie, czym 

była  dla  niego  utrata  jednego  z  nich  w  tak  młodym  wieku.  Nie 

background image

mogłam znieść myśli, że utraci również drugiego, zwłaszcza że wcale 

nie musi tak być. 

David przez dłuższą chwilę nie odrywał od niej wzroku, a potem 

powiedział: 

 - Zrozumiałem. Spojrzała na niego uważnie. 

 - Mam nadzieję, Davidzie. Naprawdę mam nadzieję, ze względu 

na  Daveya  i  ze  względu  na  pana.  Myślę,  że  ma  pan  wspaniałego 

chłopca. 

 -  No  -  powiedział  ze  wzrokiem  utkwionym  w  syna,  bawiącego 

się daleko przed nimi w berka z falami. - Chyba tak. 

David  nie  umiał  nazwać  uczucia,  jakie  go  ogarnęło.  Spokój? 

Zadowolenie? Może nawet odrobina oczekiwania na coś? 

Przy „Monopolu" Davey triumfował nad nimi obojgiem - ojcem i 

Kate.  David  tłumaczył  to  rozproszeniem  swej  uwagi.  Przez  cały 

wieczór  nie  mógł  oderwać  oczu  od  Kate.  Teraz,  kiedy  zmęczony 

Davey został już utulony do snu, zostali sami. Każde z nich, po trochę 

nerwowym wygłoszeniu serii usprawiedliwień, zajęło się swoją pracą. 

Znowu na nią spojrzał. Jej policzki płonęły. Najpierw był to efekt 

szybkiego  spaceru  po plaży,  potem  tego,  że  rumieniła  się  za  każdym 

razem,  kiedy  czuła  na  sobie  jego  spojrzenie.  Włosy  miała  upięte 

niedbałe - w mieście nigdy by sobie na coś takiego nie pozwoliła. Jeśli 

przedtem  miała  na  twarzy  jakiś  makijaż,  to  teraz  już  dawno  spełzł  i 

widać było jedynie jej naturalną urodę.  

Bose  stopy  podkuliła  pod  siebie.  Pamiętał,  że  paznokcie  u  nóg 

miała  polakierowane  na  pastelowy,  kobiecy  odcień  różowości.  Jej 

background image

wargi,  nieco  zaciśnięte  w  zamyśleniu,  nagle  zaczęły  sprawiać 

wrażenie  wyjątkowo  nadających  się  do  całowania.  Scenariusz 

kolejnego  filmu,  do  którego  miał  robić  scenografię,  nagle  zupełnie 

przestał go interesować. 

Borykał się  z następnym atakiem poczucia winy.  Wróciły mu na 

pamięć  słowa  Dorothy,  przypomnienie,  że  Alicja  nie  miałaby  mu  za 

złe, gdyby przyszłość swoją i swego syna napełnił szczęściem, gdyby 

miał okazję je pochwycić. Ale kto powiedział, że to szczęście ma mu 

dać  adwokatka?  Zwłaszcza  adwokatka  ciesząca  się  opinią  kobiety, 

która skacze przeciwnikowi do gardła? 

A  przecież  przez  cały  ten  wieczór  zmuszony  był  zmieniać  swą 

opinię  o  Kate.  Nieustannie  go  zaskakiwała  swym  pełnym  uczucia 

stosunkiem do Daveya i swą przenikliwością. Teraz, skulona w fotelu, 

stwarzała  jeszcze  inny  obraz:  kobiety  spokojnej,  pogodnej  i  takiej,  z 

którą  można  być  blisko.  Wszystkie  oznaki,  że  jest  zimnym,  bardzo 

profesjonalnym prawnikiem, uległy złagodzeniu. Zapewne podziałało 

również na to komfortowe otoczenie. 

Nawet  dom  go  zaskoczył.  Oczekiwał  czegoś  dużego  i  nowego, 

jak  z  pism  architektonicznych,  nowoczesnego  i  tak  sterylnego,  że 

bałby się zostawić swe odciski palców na całym tym chromie i szkle. 

Tymczasem  dom  był  mały  -  przynajmniej  w  porównaniu  z 

monstrami  stojącymi  po  obu  jego  stronach.  Zdobiły  go  meble  z 

wikliny,  z  miękką  wyściółką  pokrytą  solidną,  prostą  tkaniną 

bawełnianą  rodem  z  Haiti.  Wszystko  zachęcało  do  wypoczynku.  To 

wrażenie  nęcącej  przytulności  ubarwiały  kolorowe  poduszki.  Na 

background image

człowieku  wyczulonym  na  właściwe  zastosowanie  koloru  i  na 

wzornictwo  dom  wywierał  wrażenie  idealnego  nadmorskiego 

schronienia. 

David  zastanawiał  się,  czy  jej  mieszkanie  w  mieście  jest  w  tym 

samym  stylu,  czy  też  kontrastuje  z  tym  wnętrzem  i  jest  urządzone  w 

sposób  pasujący  do  jej  osobowości  zawodowej.  Nagle  zdał  sobie 

sprawę, że Kate przygląda mu się z namysłem. 

 -  Słyszałam  -  powiedziała  z  ironią  -  że  miał  pan  pracować. 

Tymczasem odnoszę wrażenie, że zatonął pan w myślach. 

 -  Na  tym  właśnie  polega  moja  praca  -  przypomniał  jej  z 

uśmiechem,  nie  bardzo  chcąc  się  przyznać,  że  już  od  dłuższej  chwili 

tym się nie zajmuje. 

 -  Oczywiście!  Zupełnie  zapomniałam!  Gzy  scenariusz  jest 

dobry? 

Tu go miała. Próbował lawirować, mówiąc: 

 -  Nie  jestem  jeszcze  dostatecznie  daleko,  żeby  móc  to 

powiedzieć. 

 -  Po  czym  pan  pozna,  że  jest  to  coś,  nad  czym  chce  pan 

pracować? 

 - Jeśli zaczną mi się pojawiać obrazy... 

 - A jeszcze nie zaczęły? 

 - Nie filmu - powiedział i samego go zdziwiło, że wymknęły mu 

się lekko prowokujące słowa. 

 - A więc pan wcale nie pracuje - stwierdziła oskarżycielsko. 

background image

W  jej  oczach  zabłysło  rozbawienie,  rozświetliły  je  od  wewnątrz 

złote iskierki.' 

 - O czym pan myśli? 

 - Czy jest pani pewna, że chce pani wiedzieć? 

 - Gdybym nie chciała wiedzieć, nie pytałabym. 

 - O pani. 

 - Och - szepnęła: 

Jej  głos  nagle  nabrał  miękkości,  chociaż  wcale  nie  wyglądała  na 

tak zaskoczoną, jak oczekiwał. 

 - Jeszcze jakieś pytania? 

 -  Oczywiście!  -  odparła,  śmiało  patrząc  mu  w  oczy.  -  Proszę  to 

rozwinąć. 

 -  Zastanawiałem  się  po  prostu,  czy  pani  mieszkanie  w  mieście 

tak samo pasuje do pani jak ten dom tutaj. 

Na jej twarzy pojawił się wyraz zaskoczenia. 

 - Nigdy się nad tym tak naprawdę nie zastanawiałam. 

 -  To  proszę  mi  pozwolić  zgadywać.  Bardzo  eleganckie.  Bardzo 

gustowne.  Bardzo  kosztowne.  Może  pewien  ton  wschodni,  a 

jednocześnie europejskie antyki. Świetne drewno. 

 - Czy zaglądał mi pan w okna? - spytała ze śmiechem. 

 - Skąd. Po prostu wiem, gdzie krążą czołowi dekoratorzy wnętrz. 

 - Dlaczego pan myśli, że nie urządzałam go sama? 

 - Nie traciłaby pani na to czasu. Wyraz jej twarzy świadczył, że 

miał rację. 

 - A to miejsce? - rzuciła z wyzwaniem. 

background image

 -  Myślę,  że  to  urządzała  pani  sama.  Że  wybrała  pani  te  rzeczy, 

ponieważ  przemawiają  do  pani  poczucia  koloru  i  do  pani  zmysłu 

dotyku.  A  może  po  prostu  dla  zabawy  -  powiedział,  spojrzawszy  na 

kolorową  dziecięcą  zabawkę  -  kółko  na  patyku  -  zatkniętą  zamiast 

kwiatów w stojącym w kącie pokoju wysokim wazonie. 

 -  To  prezent  od  mojej  młodszej  siostrzenicy  -  przyznała  się.  - 

Dostałam  jeszcze  od  niej  przyrząd  do  automatycznego  puszczania 

mydlanych baniek. Uważa mnie za nadętą. - Zawahała się i dodała: - 

Odnoszę wrażenie, że i pan tak uważa. 

 - Czy to, co uważam, ma dla pani jakiekolwiek znaczenie? 

Zatrzymał na niej swe ciepłe spojrzenie do momentu, gdy poczuł, 

że  znowu  zaczynają  jej  płonąć  policzki.  Przyjemnie  było  wdać  się 

znowu  w  takie  przekomarzanie  z  kobietą,  zwłaszcza  z  kobietą,  dla 

której  -  takie  odnosił  wrażenie  -  było  to  zajęcie  równie  nowe  jak  dla 

niego. 

Przez  chwilę  jej  oczy  pełne  były  paniki,  ale  znowu  podniosła 

nieco wyżej głowę. 

 - Tak, myślę, że chyba ma. 

Taka szczerość zasługiwała na równie szczerą odpowiedź, David 

więc starannie przemyślał słowa, zanim się odezwał: 

 -  Moje  wrażenie  o  pani  zmienia  się  z  minuty  na  minutę. 

Zaczynam myśleć, Kate, że jesteś kobietą godną uwagi. 

 - Naprawdę? 

Sprawiała  wrażenie,  że  to,  co  powiedział,  przyjemnie  ją 

zaskoczyło. 

background image

 - Zdecydowanie godną uwagi. 

Wstał  i  przeszedł  przez  pokój.  Wyciągnął  do  niej  ręce,  a  ona  po 

chwili wahania zrobiła to samo. Przytulił ją do siebie. 

 - Nie wiem, co się, u licha, dzieje, ale nie sądzę, żebym się mógł 

jeszcze przez minutę powstrzymać od pocałowania cię. 

Jej oczy się rozszerzyły, ale nie zrobiła żadnego ruchu, by się od 

niego  odsunąć.  Najwyraźniej  była  tak  samo  zahipnotyzowana jak  on. 

Powoli zbliżył usta do jej twarzy i dotknął jej warg. 

Były tak miękkie i poddające się, jak to sobie wyobrażał. Gładkie 

jak  jedwab,  rozgrzane  i  pełne.  Były  słodkie,  z  leciutkim 

oszałamiającym  posmakiem  wina,  które  pili  przy  kolacji.  Tyle  już 

minęło czasu, odkąd całował kogokolwiek poza swą żoną, że było to 

uczucie  zupełnie  nowe,  dużo  żywsze  i  daleko  przyjemniejsze  od 

wszystkiego, co pamiętał. 

Odsunął  głowę  i  zajrzał  jej  w  oczy.  Dostrzegł  w  nich  lekkie 

lśnienie  namiętności  i  zmysłowości,  a  także  ów  wyraz  zdumienia, 

który  powiedział  mu,  że  Kate  jest  równie  jak  on  zaskoczona  tym 

wszystkim,  co  dzieje  się  między  nimi.  Nie  chcąc,  by  to  uczucie 

zanikło  tuż  po  tym,  jak  je  odkryli,  wsunął  dłonie  we  wspaniałe 

jedwabiste włosy, okalające jej twarz, i znowu ją pocałował. 

Na  wyrzuty  sumienia  i  żal,  jaki  wszystko  to  musi  wywołać, 

będzie czas jutro, pojutrze, i przez następne tygodnie. 

background image

Rozdział 7 

Dzięki Bogu, że jest tu Davey, pomyślała Kate, siedząc przy stole 

śniadaniowym  naprzeciwko  Davida.  Milczała  zakłopotana.  Chociaż 

zwykle  trudno  ją  było  poruszyć,  wydarzenia  poprzedniego  wieczoru 

wstrząsnęły nią bardziej, niż uważałaby to przedtem za możliwe. Pół 

nocy  nie  spała,  myśląc  o  nich.  Obecność  Daveya  przynajmniej 

uniemożliwiała  poranną  analizę  błędu  w  ocenie,  jaki  oboje  popełnili, 

pozwalając sobie wczoraj na chwilę słabości. 

Dlaczego,  u  licha, nie  pomyślała  o  potrzebie  ustanowienia  zasad 

postępowania,  które  obowiązywałyby  zarówno  ją  samą,  jak  i  jego? 

Być może dlatego, że nigdy jej nie przyszło na myśl, że David może 

w  niej  widzieć  kogoś  innego,  niż  tylko  ewentualnego  przeciwnika 

procesowego w bitwie o przyszłość swego syna. 

Przez  krótką,  ulotną  chwilę  zastanawiała  się  nawet,  czy  te 

pocałunki nie były elementem jakiejś podłej taktyki, mającej zbić ją z 

tropu.  Odrzuciła  ten  pomysł  niemal  w  tej  samej  chwili,  gdy  się 

pojawił.  Nic  dotychczas  nie  sugerowało,  by  David  nie  był 

człowiekiem z charakterem, który tylko na krótko utracił świadomość 

swej hierarchii wartości. 

Żadne  takie  wyjaśnienie  nie  usprawiedliwiało  zachowania  jej 

samej.  Chciała,  żeby  ją  pocałował,  to  prawda,  i  właściwie 

przygotowała  scenę  i  wręcz  zaprosiła  go  do  tego  swymi 

sarkastycznymi  uwagami.  Nigdy  dotąd  nie  robiła  takich  rzeczy. 

Nigdy! 

background image

Davey  przenosił  wzrok  z  Kate,  przesuwającej  jajecznicę  z 

jednego  brzegu  talerza  na  drugi bez  podniesienia choćby  raz  widelca 

do ust, na ojca, który  w równie roztargniony sposób ugniatał kulkę z 

kawałka bułki. 

 - Coś dziwnie się zachowujecie - oświadczył wreszcie chłopiec. 

Trafił w dziesiątkę. Kate podniosła oczy, napotkała wzrok Davida 

i zmusiła się do skupienia uwagi na jego synu. 

 -  Bo  oboje  nie  możemy  się  pozbierać  po  tym,  jak  wczoraj 

wieczorem zrabowałeś nam cały majątek, jaki zdołaliśmy zgromadzić 

- zaimprowizowała. 

I uznała, że wyszło jej to całkiem nieźle. 

 - Zrabowałeś! - wykrzyknął oburzony. - Kupiłem go. Co mogłem 

poradzić, że doprowadziliście się do bankructwa, bo żeby nie trafić do 

więzienia  musieliście  płacić  czynsz  za  każdym  razem,  kiedy 

wylądowaliście na mojej własności? 

 -  Twojej  zbyt  kosztownie  rozbudowanej  własności  -  odcięła  się 

Kate.  -  Następnym  razem  zażądamy  wprowadzenia  przepisów  o 

strefach zabudowy. 

 - Bardzo sztywnych przepisów - poparł ją David. - I mam zamiar 

osobiście sprawdzić dziś te kostki do gry, czy przypadkiem jakoś ich 

nie  spreparowałeś.  Nikomu  nie  trafia  się  taka  seria  szczęśliwych 

rzutów, jaką ty wczoraj miałeś. 

W oczach Daveya zatańczyły iskierki figlarnego śmiechu: 

 - Ty też miałeś szczęście, tato. 

 - Tak? 

background image

 - Do pechowych rzutów! 

Ojciec  spojrzał  na  niego  gniewnie,  ale  spoza  tego  gniewu 

wyraźnie przezierały ciepłe uczucia. 

 - Zostajesz za to skazany na dyżur w kuchni. 

Kate  i  ja  idziemy  na  spacer  nad  ocean.  Kiedy  umyjesz  talerze, 

możesz do nas przyłączyć. 

 -  Ale  ja  mam  zmywarkę  -  zaprotestowała  Kate,  chociaż  nie 

odnosiło się wrażenia, by Davey uważał wyznaczenie mu tej pracy za 

jakąkolwiek karę. 

 -  Davey  poradzi  sobie  z  jej  obsługą  -  odparł  David  i  wyciągnął 

rękę. - Chodźmy! 

Kate spojrzała na tę rękę  w taki sposób, jakby przedstawiała ona 

większe  niebezpieczeństwo  niż  skrzynka  dynamitu.  Kiedy  ostatnim 

razem  dopuściła  do  takiego  niewinnego  dotknięcia,  w  chwilę  potem 

znalazła się w jego ramionach, w uścisku zapierającym jej dech. 

By  uniknąć  powtórzenia  takiej  sytuacji,  chwyciła  talerze  i 

umieściła  je  tak  blisko  zmywarki,  jak  tylko  było  to  możliwe  bez 

naruszania  polecenia  Davida.  Zobaczyła  w  jego  oczach  nieomylny 

błysk  zrozumienia,  kiedy  zaczęła  otwierać  zasuwane  drzwi,  starając 

się nie okazywać żadnego przejawu zamętu, jaki czuła. 

Na dworze, który powitał ich poranną mgłą wiszącą nad oceanem, 

wcisnęła  ręce  do  kieszeni  i  ruszyła  raźnym  krokiem,  wyznaczając 

takie właśnie tempo. Ostro przypomniała sobie samej, że jest kobietą, 

która  beż  najmniejszego  drżenia  radzi  sobie  w  sądzie  z  silnymi 

background image

mężczyznami, i że David Winthrop nie jest ani silniejszy, ani bardziej 

groźny niż jej przeciwnicy na sali sądowej. 

Wtedy  położył  jej  rękę  na  ramieniu  i  udowodnił,  jak  bardzo  się 

myli. Poczuła dreszcz, który przeszył ją całą aż do czubków palców u 

nóg.  Najwyraźniej  niektóre  zagrożenia  nie  mają  nic  wspólnego  z 

inteligencją, 

salą 

sądową 

relacją 

między 

przeciwnikami 

procesowymi.  Niektóre  niebezpieczeństwa  wydają  się  pochodzić  z 

wewnątrz.  Ten  mężczyzna  ma  wrodzoną  zdolność  wywoływania  w 

niej  wstrząsu  najprostszym  gestem,  najdrobniejszym  kontaktem. 

Najwyraźniej  ignorowanie  tych  reakcji  nie  wystarcza  do  tego,  by  się 

ich pozbyć. 

 - Jest coś, co mnie bardzo ciekawi - powiedziała w końcu. 

 - No? 

 - Dlaczego wczoraj mnie pocałowałeś? 

 - Kobieta tak bystra jak ty powinna chyba dojść do tego sama. 

Na  jego  twarzy  malowało  się  zdumienie.  W  przeciwieństwie  do 

niej, nie wyglądał na zaniepokojonego tym, co się stało. 

 - Nigdy niczego nie zakładaj z góry - ostrzegła posępnym tonem. 

Te  słowa  z  jednej  strony  tłumaczyły  jej  zachowanie,  z  drugiej 

stanowiły wyzwanie pod jego adresem. 

 - Dlaczego mężczyzna całuje kobietę? - zastanawiał się głośno. - 

Ponieważ uważa ją za atrakcyjną. 

Atrakcja,  pomyślała.  Alchemia  nie  do  wyjaśnienia.  To  mogłoby 

jej odpowiadać. Ona też odczuła jego atrakcyjność. Znaczy to, że nie 

muszą niczego w tej sprawie robić. 

background image

 -  Czy  sugerujesz,  że  jeśli  ktoś  czuje  pociąg  do kogoś  innego,  to 

powinien  popuścić  sobie  cugli  i  działać  pod  wpływem  takiego 

impulsu?  -  zapytała  z  zainteresowaniem,  żeby  zyskać  pewność,  że 

ustalanie surowych reguł postępowania wcale nie jest potrzebne. 

Na  jego  twarzy  pojawił  się  ów,  coraz  lepiej  jej  znany, 

tolerancyjny uśmiech. 

 - Zakładając, że mówimy tu o wyrażających na to zgodę ludziach 

dorosłych, powiedziałbym, pani mecenas, że tak. 

 - A więc mogłoby się to zdarzyć ponownie? 

 -  Och,  powiedziałbym,  że  niemal  z  pewnością.  Spojrzał  na  nią 

uważnie. 

 - Czy cię to denerwuje? 

Teraz  postawił  ją  przed  odwiecznym  dylematem.  Wierzyła  w 

prawdę  i  uczciwość  za  wszelką  cenę.  Wierzyła  też  w  potrzebę 

zachowania pewnej godności. 

 - Mnie? - Próbowała grać na zwłokę. 

 - Nie widzę tu nikogo innego, kto by podskakiwał ze strachu przy 

najmniejszym 

szeleście 

powiedział, 

przesadnie 

uważnym 

spojrzeniem omiótłszy plażę. 

Kate głęboko odetchnęła. 

 - Dobra, bądźmy w tej sprawie uczciwi. 

 -  Świetnie!  -  powiedział  z  sarkazmem.  Wyglądał  na  wyraźnie 

zafascynowanego taką perspektywą. 

 -  Mogę  zrozumieć,  że  chciałeś  mnie  pocałować  -  powiedziała, 

spojrzała na niego, a potem odwróciła wzrok. - Wiesz, te hormony... 

background image

 -  Biorąc  pod  uwagę  twoją  inteligencję,  byłbym  zdziwiony, 

gdybyś tego nie rozumiała. 

 - Gzy mógłbyś mi nie utrudniać? - spytała z rozdrażnieniem. 

Na  sali  sądowej  sędzia  zapewne  uznałby  te  wszystkie  cięte 

riposty, za obrazę sądu. Tu, na tej plaży, mogła jedynie zaapelować do 

jego poczucia fair play. 

 -  Próbuję  rozwinąć  pewien  punkt.  Podniósł  ręce  w  geście 

kapitulacji. 

 - Przepraszam. 

 -  No  więc  dobrze.  Mogę  zrozumieć  jeden  pocałunek.  Jako,  jeśli 

można tak powiedzieć, eksperyment. 

 -  Dwa  -  poprawił  ją,  nawet  nie  próbując  ukryć  tego  swego 

przeklętego uśmiechu. - Wyraźnie pamiętam dwa. 

Kate  też  je  pamiętała.  Nawet  gdyby  była  w  stanie  pozbyć  się 

palącego  wspomnienia  jednego  z  nich,  to  najprawdopodobniej 

zamierzał jej o nim przypominać przy każdej nadarzającej się okazji. 

Jak  to  się  stało,  że  tak błędnie  oceniła  Davida  Winthropa?  Nigdy  nie 

domyślała  się,  że  za  tym  całym  smutkiem  kryje  się  dusza  łajdaka. 

Chciała  wyciągnąć  go  z  tego  zaabsorbowania  samym  sobą  dla  dobra 

jego  syna,  ale  nie  miała  zamiaru  budzić  jego  drzemiącego  libido  na 

swój własny rachunek. 

Tylko  skąd  właściwie  wiedziała,  że  było  ono  drzemiące? 

Ignorował Daveya, to prawda, ale te wszystkie wieczory i noce, przez 

które  przebywał  poza  domem,  mógł  przecież  spędzać  w  ramionach 

jakiejś pocieszającej go kobiety. Aż jęknęła na samą tę myśl, chociaż 

background image

zaraz ją odpędziła. Mogła nie być niczego pewna, ale jedno wiedziała: 

David  jest  równie  lojalny  wobec  pamięci  swej  żony,  jak  był  wobec 

Alicji, kiedy żyła. 

 -  Daj  spokój  -  powiedział  dobrodusznie.  -  Jeden  pocałunek  czy 

dwa. Kto je liczy? To nie powód do rozdrażnienia. 

 - Nie jestem rozdrażniona - odparła tonem wyraźnie przeczącym 

tej deklaracji. - Próbuję jedynie powiedzieć, że mam pewne obowiązki 

wobec mojego klienta. Myślę,  że  występuje sprzeczność interesów  w 

naszym... 

Zaangażowaniu  się?  Nie  miała  najmniejszego  zamiaru  choćby 

tylko  napomknąć  o  tym  słowie.  Pocałunku?  Brzmiało  to  absurdalnie, 

zwłaszcza  że  David  pomniejszył  znaczenie  tego  incydentu, 

przedstawiając  go  jako  rodzaj  eksperymentu  naukowego,  który  być 

może  trzeba  będzie  powtarzać  w  nieskończoność,  dopóki  jakaś  tam 

teoria nie zostanie udowodniona lub obalona. 

 - Naszym czym? 

 - Myślę, że powinniśmy trzymać się na dystans - podsumowała. 

 - Z etycznego punktu widzenia. Rozpromieniła się, zadowolona, 

że tak szybko ją zrozumiał. 

 - Właśnie. 

Brązowe oczy, w których teraz nie było nawet cienia rozbawienia, 

patrzyły na nią uważnie. 

 - Nonsens - powiedział miękko. Podszedł bliżej i wziął w dłonie 

jej twarz. Ciepło jego rąk sprawiło, że znów objęła ją aż nadto dobrze 

background image

znana fala gorąca. Spojrzała na niego z oburzeniem i cofnęła się poza 

zasięg jego ramion. 

 - Co to miało znaczyć? 

 - Myślałem, że zamierzałaś być uczciwa. 

 - Jestem uczciwa. 

 - Nonsens - powtórzył, tym razem jeszcze gwałtowniej. 

Słowo  to  działało  jej  na  nerwy.  Tym  bardziej  że  sama  nie 

potrafiła  wymyślić  określenia  lepiej  kwalifikującego  bzdury,  jakie 

właśnie wygłosiła. 

 - Kate, jeśli moje dotknięcie wywołuje u ciebie jakieś problemy, 

musisz mi to powiedzieć i nie robić ze mnie durnia. Parę pocałunków 

w  żaden  sposób  nie  może  wpłynąć  na  to,  jak  będziesz  prowadziła 

sprawę  Daveya.  Gdybyś  była  zupełnie  uczciwa  wobec  mnie  i  wobec 

siebie  samej,  przyznałabyś,  że  im  bliżsi  sobie  się  stajemy,  tym 

większy masz wpływ na moje stosunki z synem. 

 -  Ale  wtedy  narażam  się  na  zarzut,  że  tobą  manipuluję  - 

powiedziała, chwytając się tej ostatniej deski ratunku, 

 - Zarzut? Czyj? 

 - Twój. 

 -  No,  nie!  Z  czasem  się  przekonasz,  że  nie  manipuluje  się  mną 

tak łatwo. 

Zaczekał, aż słowa te do niej dotrą, i dorzucił: 

 - Podobnie jak o wielu innych rzeczach. 

background image

 - Co? - spytała oszołomiona, zachodząc w głowę, jak to się stało, 

że  utraciła  kontrolę,  i  to  chyba  nie  tylko  nad  tą  rozmową,  ale  może 

nad całym swym przyszłym życiem. 

 -  Jest  wiele  rzeczy,  których  się  będziesz  musiała  o  mnie 

dowiedzieć. Z czasem... 

Ile  czasu  zdaniem  tego  człowieka  ma  jej  zająć  ta  sprawa?  Miała 

przecież  nadzieję,  że  kiedy  skończy  się  weekend,  jego  stosunki  z 

synem  wrócą  do  normy.  Miała  nadzieję,  bo  może  i  ona  wróci  jakoś 

wtedy do siebie. 

 -  Myślę,  że  zbaczamy  tu  z  właściwej  drogi  -  oświadczyła 

zdecydowanym głosem. - Ten weekend to nie jest sprawa między tobą 

i mną, lecz między tobą i Daveyem. 

Zawróciwszy w stronę domu, dodała: 

 - Przyślę go do ciebie. 

Niestety  Davey  już  był  na  plaży  i  z  zapamiętaniem  budował 

właśnie  wraz  z  dwoma  innymi  chłopcami  fortecę  z  piasku.  W 

rezultacie  David  pojawił  się  na  werandzie  mniej  więcej  piętnaście 

sekund po Kate. Sam. 

 -  Czy  mam  go  siłą  odciągnąć  od  jego  nowych  przyjaciół,  żeby 

spędzić z nim wyznaczony czas? 

 - spytał z iskierką rozbawienia w oczach. 

Ponieważ  żaden  podręcznik  prawa  nie  zawierał  opisu  takiej 

sytuacji,  Kate  musiała  zdać  się  na  własny  instynkt.  Bardzo  chciała, 

żeby  David  zajął  się  czymś  innym,  ale  widać  nie  miała  szczęścia. 

Gdyby  kazała  mu  przerwać  zabawę  małego,  niczemu  by  to  nie 

background image

służyło.  Jeśli  Daveyowi  wystarcza  świadomość,  że  ojciec  jest  w 

pobliżu, to czy nie załatwia to sprawy? 

 -  Są  tu  tony  książek.  Jeśli  chcesz,  weź  którąś  -  zaproponowała 

ugodowo. 

Jeśli  zajmie  go  jakaś  dobra  książka,  nie  będzie  się  w  nią 

wpatrywał tak zachłannie jak teraz. 

 - Przywiozłem książkę z sobą. Myślę jednak, że rzucę okiem na 

to, co tu trzymasz. Półka z książkami mówi o człowieku bardzo dużo. 

 - To uzyskasz bardzo mylny obraz - odparła. 

 - Ta kolekcja jest odbiciem bardzo eklektycznych gustów moich 

poprzednich gości. 

 -  Tym  lepiej.  Jeszcze  więcej  mówi  o  człowieku  to,  w  czyim 

przebywa towarzystwie. 

Wszedł do wnętrza domu z błyskiem zdecydowania w oczach. 

Wrócił po półgodzinie. Przez ten czas nie zdążyła jeszcze zatopić 

się  na  tyle  w  czytanym  kryminale,  by  nie  zauważyć  jego  przyjścia. 

Zresztą  i  tak  po  prostu  przebiegała  w  kółko  wzrokiem  tych  samych 

kilka  pierwszych  linijek,  nie  rozumiejąc  ani  jednego  słowa. 

Najwyraźniej,  czy  się  jej  to  podobało,  czy  też  nie,  David  Winthrop 

fascynował ją bardziej niż ta książka. 

 - Jaki jest werdykt? - spytała. 

 -  Kobieta,  która  ma  taki  krąg  przyjaciół,  powinna  się  chyba 

poddać  psychoanalizie  -  oświadczył  sucho.  -  Czy  w  ogóle  znasz 

kogoś,  kto  albo  nie  przechodzi  właśnie  kuracji  psychicznej,  albo  nie 

background image

jest  obsesyjnie  zainteresowany  krwawymi  zbrodniami,  i  to 

prawdziwymi? 

 -  Nie  znam  nikogo,  kto  przechodziłby  kurację  psychiczną,  i 

dlatego właśnie czytają tyle książek na ten temat. Przysięgają, że jest 

to  tańsze  niż  psychoanaliza,  a  równie  skuteczne.  Co  się  zaś  tyczy 

prawdziwych  przestępstw,  to  wielu  moich  klientów  pracuje  w 

przemyśle rozrywkowym. Stale szukają czegoś, co nadawałoby się na 

film. 

Po chwili namysłu dodała: 

 -  Oczywiście  nie  mogę  przysiąc,  że  niektórzy  z  nich  nie 

rozmyślają jednocześnie o tym, jak zabić współmałżonka. Staram się 

temu  zapobiec  przez  uzyskanie  dla  nich  odpowiednio  wysokich 

alimentów. 

 - W takim razie oddajesz społeczeństwu ogromne usługi. 

 -  Staram  się  -  powiedziała  z  uśmiechem.  Spojrzała  na  grubą 

książkę o pozaginanych stronicach, którą trzymał w ręku. 

 - Co czytasz? 

 -  To  moja  urlopowa  lektura.  Czytam  ją  od  lat.  Zazwyczaj  udaje 

mi  się  posunąć  podczas  każdego  urlopu  o  jakieś  pięćdziesiąt  stron. 

Przez pozostałą część roku nie mam czasu na jej czytanie. 

 -  Widocznie  fabuła  nie  jest  zbyt  intrygująca,  jeśli  możesz 

przerwać czytanie na tak długo. 

 -  To  historia  marynarki.  Czytanie  o  historii  to  wspaniała  rzecz. 

To, co zostało zapisane, nie ulega już  większym zmianom. Mógłbym 

background image

wrócić  do  tego  za  dziesięć  lat  i  opis  wciąż  byłby  dokładny,  tyle  że 

byłby to opis rzeczy o dziesięć lat starszych. 

 -  Jak  na  człowieka,  którego  całe  życie  obraca  się  wokół 

kaprysów  i  rzeczy  wymyślonych,  to  zdumiewająco  solidne  podejście 

do czytania. 

 - Równowaga - przypomniał jej. - Czy to nie ty starałaś się mi o 

niej  przypomnieć?  Wszystkim  potrzebna  jest  w  życiu  odrobina 

równowagi. 

 -  To  prawda  -  przyznała  i  znowu  przyszło  jej  na  myśl,  czy 

przypadkiem nie jest to coś, co przydałoby się również jej samej. 

Być  może,  pomyślała  już  po  raz  drugi  tego  dnia,  los  zesłał  jej 

Daveya  Winthropa  nie  tylko  z  powodu  tego,  co  mogła  uczynić  dla 

niego,  ale  i  z  powodu  tego,  co  on  - i  jego  ojciec  -  mogli  uczynić dla 

niej. 

W  sobotę  wieczorem  brała  właśnie  gorący  prysznic,  kiedy 

usłyszała głośne stukanie do drzwi łazienki. 

 - Kate! Telefon! - krzyczał David. - Zagraniczny, z Rzymu. 

O  Boże!  -  pomyślała  natychmiast.  Matka!  1  to  David  podniósł 

słuchawkę.  Zakręcając  wodę  i  sięgając  po  ręcznik,  wyobrażała  już 

sobie tę kilometrową listę pytań, jaką wywoła jego obecność. 

Naciągnęła  na  siebie  gruby,  ceglasty  szlafrok  i  owinęła  mokrą 

głowę  ręcznikiem.  No  cóż,  nie  ma  rady.  Otworzyła  drzwi,  by  stawić 

czoło i Davidowi, i swej matce - właśnie w takiej kolejności. 

Przez  chwilę  sprawiał  wrażenie  mniej  zuchwałego,  chociaż 

dżentelmen  opuściłby  jej  sypialnię  natychmiast  po  powiadomieniu  o 

background image

telefonie.  David  jednak  nadal  stał  w  drzwiach  z  rękoma 

skrzyżowanymi  na  piersi  i  patrzył  na  nią  wzrokiem,  w  którym 

ponownie odbijała się aprobata. 

 - Odejdź - szepnęła, sięgając po słuchawkę. 

Puścił  do  niej  oko,  ale  wyszedł.  Usłyszała  nawet  trzask 

odkładanej  słuchawki  aparatu  w  jadalni,  zanim  jeszcze  zdążyła 

powiedzieć bez tchu: 

 - Halo! 

 - Kochanie, jak się czujesz? - zapytała Elizabeth Halloran. - I kim 

jest ten czarujący mężczyzna? 

 - Czarujący? - powtórzyła Kate. 

W uszach wyraźnie zadźwięczały jej dzwonki alarmowe. 

 -  Oczywiście,  że  tak.  Kiedy  powiedziałam  mu,  że  dzwonię  z 

Rzymu,  bardzo  się  dopytywał  o  naszą  podróż.  Powiedział,  że  był  tu 

kiedyś. Nawet pamiętał jakąś restauracyjkę, którą nam gorąco polecił. 

Myślę, że jutro tam z Brandonem pójdziemy. No. więc, kto to jest? 

 - To długa historia. 

Najwyraźniej  matka  znała  ją  dostatecznie  dobrze,  by  przestać 

sondować. Powiedziała tylko: 

 - No cóż, cieszy mnie, że widujesz się z ludźmi. Brandona to też 

ucieszy. 

 - Ja nie widuję się z Davidem. On jest klientem. W istocie ojcem 

klienta. 

 - Och! - W głosie matki wyraźnie zabrzmiało rozczarowanie. - W 

takim razie jest zapewne i tak za stary dla ciebie. Szkoda. 

background image

Kate  uznała,  że  nie  będzie  próbowała  niczego  tłumaczyć,  skoro 

matka  najwidoczniej  gotowa  już  była  zapomnieć  o  wszystkich 

fantazjach,  jakie  wymarzyła  sobie  od  chwili,  gdy  David  odebrał 

telefon. Cóż za ulga, pomyślała. 

 - A jak wam tam idzie? Czy jesteście zadowoleni z podróży? 

 -  O,  kochanie  -  powiedziała  matka  rozmarzonym  głosem.  -  To 

moje najpiękniejsze wakacje w życiu. Nie potrafię ci powiedzieć, jaka 

jestem szczęśliwa. Poczekaj, aż zobaczysz zdjęcia. 

 -  Kiedy  wracacie?  -  spytała  Kate,  bardzo  się  starając,  by  w  jej 

głosie nie zabrzmiała najmniejsza nawet nutka tęsknoty. 

 - Jeszcze nie zaraz. Brandon bardzo chce pojechać teraz do Aten, 

a  potem  do  Paryża  i  Londynu.  A  później  zobaczymy,  jak  bardzo 

będziemy już zmęczeni. 

Kate  usłyszała  prowadzony  szeptem  spór,  a  potem  w  słuchawce 

zabrzmiał głos Brandona: 

 -  Katie,  nie  ściągaj tej  kobiety  do  domu, kiedy  w  końcu po  tylu 

latach mam ją wreszcie dla siebie. A teraz powiedz, co to za historia z 

tym  mężczyzną  przebywającym  w  twoim  domu,  kiedy  ty  bierzesz; 

prysznic. Jakie są jego zamiary? 

Śledztwo w najlepszym stylu Brandona! 

 -  Nie  sądzę,  żeby  miał  jakieś  zamiary,  w  każdym  razie  nie  w 

stosunku do mnie. 

Usłyszała, że matka znowu coś szepcze. Potem Brandon zaśmiał 

się, coś odpowiedział i zaśmiała się z kolei matka. 

background image

 -  Twoja  matka  mówi,  że  i  tak  jest  dla  ciebie  za  stary, 

przypomniałem jej więc, że też jestem stary, a nie jestem znowu taką 

złą zdobyczą. 

 -  Och, ale  ty  jesteś  jedyny  w  swoim  rodzaju  -  zaczęła  się  z  nim 

drażnić  Kate,  przekonawszy  się,  że  wbrew  swym  wszystkim 

zastrzeżeniom  nie  może  nie  lubić  mężczyzny,  dzięki  któremu  jej 

matka jest tak szczęśliwa. - Gdybym mogła znaleźć kogoś takiego jak 

ty, to może uznałabym, że małżeństwo jest atrakcyjniejsze, niż sądzę. 

 -  No  to  trzymaj  się  mocno!  Jak  tylko  wrócę,  znajdę  kogoś,  kto 

będzie cię traktował tak, jak na to zasługujesz. 

Ponieważ  nie  potrafiła  znaleźć  właściwej  odpowiedzi  poza 

gwałtownym „nie!", pospiesznie wymamrotała „do widzenia", modląc 

się,  by  ten  miodowy  miesiąc  był  najdłuższy  w  historii  ludzkości. 

Znając skłonność Brandona do wtrącania się we wszystko, trzeba było 

się  jednak  liczyć  z  tym,  że  gotów  jest  skrócić  podróż  tylko  po  to, by 

uporządkować  jej  życie  uczuciowe,  zwłaszcza  jeżeli  wyczuł,  że  jego 

żona  byłaby  szczęśliwa,  gdyby  Kate  w  końcu  jakoś  urządziła  sobie 

przyszłość. 

Wciąż  jeszcze  siedziała  na  brzegu  łóżka,  roztrząsając tę  okropną 

perspektywę,  kiedy  David  delikatnie  zapukał,  uchylił  drzwi  i  wsunął 

głowę. 

 -  Czy  w  tym  przyjdziesz  na  kolację?  -  zapytał  z  nadzieją  w 

głosie. 

Spiorunowała go wzrokiem. 

background image

 -  Staramy  się  tu  czuć  swobodnie,  ale  przestrzegamy  pewnych 

zasad - sarknęła. - Za minutę będę gotowa. 

Spojrzał na nią badawczo. 

 - Nie powiesz mi, dlaczego tak posmutniałaś? Czy była to jakaś 

zła wiadomość? 

 - Nie. Chyba że za złą wiadomość uznasz to, że mój ojczym ma 

zamiar znaleźć mi męża. 

 - Chyba żartujesz?! - powiedział z niedowierzaniem. 

 -  Nie  znasz  Brandona.  Martwi  się,  że  spadnie  mu  na  głowę 

pasierbica  -  stara  panna.  Jeśli  nie  będę  uważać,  to  kiedy  dotrą  do 

Grecji, 

zaproponuje 

jakiemuś 

odpowiedniemu 

dla 

mnie 

staromodnemu Grekowi stado owiec i gałązkę oliwną jako mój posag. 

Pomyślała,  że  niewiele  jest  przesady  w  tym,  co  mówiła.  I 

dorzuciła: 

 -  Ściągnie  go  tu  za  głowę  i  wręczy  mi  wraz  z  bardziej 

konwencjonalnymi upominkami z podróży. 

David spojrzał na nią w zamyśleniu, jakby zastanawiając się, czy 

warta jest mniej czy więcej niż stado owiec. No i ta gałązka oliwna. 

 - Skoro już wszystko zaszło aż tak daleko - oświadczył w końcu - 

powiedz  mu,  żeby  najpierw  porozmawiał  ze  mną.  Zgodzę  się  ciebie 

wziąć  bez  stada  owiec.  Myślę  zresztą,  że  są  jakieś  przepisy 

zabraniające trzymania ich w Bel Air. 

Jęknęła teatralnie, a potem parsknęła: 

 - Będę pamiętać o twojej wspaniałomyślnej propozycji. 

background image

 -  Z  drugiej  strony  -  ciągnął  -  jeśli  się  tak  zastanowić,  to 

przydałaby mi się mleczna krowa. 

Kate rzuciła w niego oprawną w srebro szczotką do włosów. Nie 

zgasiło  to  rozbawienia  w  jego  oczach,  ale  skłoniło  do  zamknięcia 

wreszcie tych przeklętych drzwi. 

 

Rozdział 8 

Kate tak często miała latem weekendowych gości, że na sobotnie 

wieczory  zarezerwowała  na  stałe  czteroosobowy  stolik  w  restauracji 

Chez  Alice  przy  molo.  Dzwoniła  tam  tylko  wtedy,  gdy  chciała 

odwołać  rezerwację  lub  gdy  na  kolację  miało  przyjść  więcej  osób. 

Smakowało jej jedzenie, jakie tam podawano. Podobali jej się goście, 

jacy  tam  przychodzili,  i  bardzo  podobał  się  jej  widok  za  oknem, 

zwłaszcza  w  lecie,  kiedy  o  ósmej  miało  się  właściwie 

zagwarantowany wspaniały spektakl: zachód słońca. 

W  niedzielę  zabierała  swych  gości  na  drugie  śniadanie  do 

Geoffreya,  gdzie  jadło  się  w  ogrodzie  na  urwistym  brzegu  tuż  nad 

oceanem, ale  w sobotę  wieczór  wolała zatłoczony i pełen życia lokal 

Chez Alice. 

Chociaż  i  personel,  i  wielu  stałych  gości  znało  ją  z  widzenia, 

wchodząc  z  Davidem  i  Daveyem  zauważyła  trochę  zdziwionych  i 

zaintrygowanych spojrzeń. 

Wszyscy  wiedzieli,  że  Kate  nie  umawia  się  na  randki.  Nieudany 

romans,  który  stał  się  przyczyną  jej  samotności,  dawno  już  przestał 

być tematem rozmów, ale nie zapomniano o nim. 

background image

W niektórych środowiskach Hollywood dostrzegano pewną ironię 

losu w tym, że znana prawniczka zajmująca się rozwodami uwikłana 

została  w  aferę,  która  o  mały  włos  nie  przerodziła  się  w  głośny 

skandal,  gdy  pewien  człowiek  nazwiskiem  Ryan  Manning,  wówczas 

jej kochanek, wytoczył jej proces o odszkodowanie. Znał jednak Kate 

na tyle dobrze,  że  w końcu zgodził się na ugodę pozasądową i znikł, 

by dalej polować na niczego nie podejrzewające kobiety. 

Gdyby  Kate  przyszła  tylko  z  Davidem,  to  w  rezultacie  owej 

skrupulatnie  przeanalizowanej  dawnej  historii  wszyscy  uznaliby  go 

prawdopodobnie  za  jej  wyjątkowo  przystojnego  kolegę  lub  klienta  i 

spokojnie kontynuowali jedzenie kolacji. 

Wszystko  zmieniała  jednak  obecność  Daveya.  Kate  rzadko 

udzielała gościny dzieciom - poza swymi siostrzenicami. Nie uważano 

jej za kobietę o skłonnościach macierzyńskich - być może dlatego, że 

cieszyła  się  opinią  ostrego  przeciwnika  procesowego.  To,  że 

towarzyszył  jej  mężczyzna  z  synem  -  w  dodatku  taki  mężczyzna  - 

wszystkich zaintrygowało. 

Przez cały czas albo ktoś podchodził do ich stolika, albo starał się 

doprowadzić  do  tego,  by  zostać  jej  przedstawionym  -  wszystko  w 

nadziei, że uda się jakoś ustalić prawdziwy charakter tej znajomości. -  

Kate zdawała sobie sprawę, że niektórzy z tych ludzi mają szczerą 

nadzieję, że może ma ona jakiś nowy, tym razem satysfakcjonujący ją 

romans.  Inni  rozpoznali  Davida  i  z  pewnością  wiedzieli  wszystko  o 

jego  tragedii.  Nie  ulegało  wątpliwości,  że  zastanawiają  się,  czy  dni 

jego żałoby przypadkiem nie dobiegły końca. 

background image

Kate  pomyślała,  że  w  poniedziałek  rano  czeka  ją  co  najmniej 

kilka telefonów - w tym przynajmniej jeden od redaktora działu plotek 

któregoś  z  czasopism  zajmujących  się  sprawami  kina.  Nie  mogła  się 

wprost  doczekać,  aż  skończą  kolację  i  będą  mogli  wrócić  do  zacisza 

domu. 

Davey  domagał  się  jednak  deseru,  a  David  chciał  wypić  kawę. 

Kate była gotowa krzyczeć głośno z niecierpliwości, ale nie odważyła 

się  zaprotestować.  Wówczas  musiałaby  przecież  dokładnie  wyjaśnić, 

dlaczego czuje się tu tak nieswojo. 

 -  Masz  ochotę  na  kawę?  -  spytał  David,  kiedy  kelner  przyszedł 

po ostatnie zamówienie. 

 -  Proszę  -  odparła,  choć  nie  mogła  sobie  wyobrazić,  by  było  na 

świecie coś, na czym zależałoby jej mniej niż na tej kawie. 

Jeśli jednak musi tu siedzieć, to lepiej się przy tym czymś zająć. 

 -  Mogę  się  z  panią  podzielić  deserem  -  oświadczył  Davey.  - 

Pewno nie zjem wszystkiego. 

 - Akurat! - David był pełen sceptycyzmu. - Nigdy nie zostawiłeś 

mi ani odrobiny. 

 - Bo zawsze mówisz, że nie chcesz, a potem zaczynasz podbierać 

mi  deser  widelcem  i  zanim  się  obejrzę,  nic  już  nie  ma.  A  potem 

jeszcze nazywasz mnie prosiakiem. 

Kate nieco się odprężyła, śmiejąc się z. oburzenia chłopca. Kiedy 

patrzyła  na  niego,  odczuwała  jakiś  nie  znany  jej  przedtem  przypływ 

uczuć.  Wiatr  rozwiał  Daveyowi  starannie  zazwyczaj  uczesane  włosy. 

Słońce  opaliło  mu  na  czerwono  twarz  i  ramiona.  Na  łokciu  miał 

background image

zadrapanie  od  upadku  na  piasek  podczas  gry  w  siatkówkę.  Na 

podbródku  ślad  ketchupu.  Był  tak  zmęczony,  że  zamykały  mu  się 

oczy, ale nigdy jeszcze nie widziała go tak szczęśliwym. 

Znowu  miał  wygląd  dziecka,  i  to  dziecka  robiącego  wszędzie 

bałagan  i  narażającego  całe  otoczenie  na  nieustanną  koncentrację. 

Kate  zawsze  przysięgała,  że  z  takimi  dziećmi  nie  chce  mieć  do 

czynienia. 

Czemu  więc  czuła  takie  zadowolenie?  Dlaczego  przy  każdym 

spojrzeniu  na  Daveya  ogarniał  ją  przypływ  czułości?  To  prawda,  że 

był  to  chłopiec  dość  niezwykły.  Bystry,  dowcipny  i  umiejący  wczuć 

się  w  cudzą  sytuację.  Z  pewnością  był  ponad  wiek  dojrzały.  Miał 

mnóstwo cech, jakie w dzieciństwie miała ona sama.  

Jej  siostrzenica,  Penny,  była  również  nad  wiek  rozwinięta.  Kate 

zadawała  sobie  pytanie,  czy  jej  własne  dzieci  będą  choćby  w 

przybliżeniu  tak  udane.  Może  powinna  być  wdzięczna,  że  w  swym 

życiu zetknęła się z takimi dziećmi jak Penny i Davey, i nie powinna 

wyzywać losu, próbując przekonać się, ile warte są jej zasoby genów? 

Był to plan bardzo racjonalny. Przyjęła go dawno temu, kiedy jej 

wymagającym i jednocześnie bardzo satysfakcjonującym kochankiem 

stał  się  dla  niej  jej  zawód.  Ale  teraz  racjonalność  jakoś  do  niej  nie 

przemawiała. Patrzyła na Daveya i jego ojca i żałowała z całego serca, 

że  jej  życie  nie  ułożyło  się  zupełnie  inaczej.  Westchnęła,  gdy 

uświadomiła  sobie,  że  lada  moment  będzie  już  za  późno  na 

dokonywanie  zmian.  Że  może  już  jest  na  wszystko  za  późno,  skoro 

tak długo żyje samotnie. 

background image

 -  Wyglądasz,  jakbyś  była  gdzieś  bardzo  daleko  -  przerwał  jej 

zamyślenie  David.  -  I  wydaje  się,  że  nie  jest  to  miejsce  szczególnie 

szczęśliwe. 

Kate zaskoczyła łatwość, z jaką ją przejrzał. Widać czuje się przy 

nim zbyt bezpiecznie. Zwykle miała się bardziej na baczności; było to 

męczące,  ale  konieczne.  Kiedy  została  adwokatem,  jedną  z 

pierwszych  rzeczy,  jakich  się  nauczyła,  było  to,  że  nigdy  nie  należy 

odkrywać  w  sądzie  swych  kart.  Taką  samą  nieprzeniknioną  maskę 

nakładała  też  w  życiu  prywatnym.  Aż  do  dnia,  w  którym  spotkała 

Davida. 

 - Czy  wśród twoich licznych talentów jest też zdolność czytania 

w myślach? - spytała z większą irytacją, niż sprawa na to zasługiwała. 

 - Miałaś taką minę, że jej zinterpretowanie nie wymagało takiego 

znów talentu. O czym myślałaś? 

 - O niezależności. 

 - I co mianowicie o niej myślałaś? 

Kate zawahała się. Gdyby to powiedziała na głos, David mógłby 

odnieść  wrażenie,  że  nie  jest  zadowolona  ze  swego  życia.  A  to 

nieprawda.  Po  prostu  naszedł  ją  taki  nastrój  -  dziwny,  niepokojący 

nastrój, od którego nie potrafiła się uwolnić. 

 - No więc? 

Uznała  z  rezygnacją,  że  nie  pozwoli  jej  wykręcić  się  od 

odpowiedzi. 

 -  Chyba  myślałam,  że  niezależność  nie  jest  tym,  za  co  się  ją 

powszechnie uważa. Czasem bywa bardzo męcząca. 

background image

Spojrzał na nią pytająco, najwyraźniej czekając na dalszy ciąg. 

 -  Chyba  ci  zazdroszczę  -  rzekła  po  chwili.  Szczerość  tego 

wyznania zaskoczyła ją samą. 

Zwykle przecież unikała za wszelką cenę wypowiedzi tego typu. 

Zbyt się w nich odsłaniała. W jego oczach zabłysło zdumienie. 

 - Mnie? Dlaczego? 

 -  Masz  zawód,  który  wyraźnie  lubisz.  Masz  syna.  David,  jakby 

niezupełnie  pewny,  jak  ma  zareagować  na  to  niezwykłe  wyznanie, 

spojrzał na Daveya. 

 - Syna, który ledwie trzyma się na nogach. 

 - Wcale nie! - powiedział Davey, bezskutecznie próbując szerzej 

otworzyć powieki. 

 -  Może  powinniśmy  to  sprawdzić  -  zasugerował  David, 

zabierając synowi sprzed nosa ostatni kawałek ciastka. 

Kiedy napotkał wzrok Kate, dorzucił: 

 - Możemy skończyć tę dyskusję w domu. 

W  domu,  pomyślała.  Jak  piorun  z  jasnego  nieba  przeszyła  ją 

nagle tęsknota. Dopóki David nie wypowiedział tego słowa, nigdy nie 

nadawała  mu  tak  głębokiego  znaczenia.  Teraz  dostrzegła,  że  dom, 

który tak bardzo lubiła, był tylko budynkiem, Dopiero tego  wieczoru 

zdała sobie sprawę, że od dwudziestu czterech godzin czuje się w nim 

tak,  jakby  coraz  bardziej  stawał  się  prawdziwym  domem.  Po 

wszystkich pokojach rozlały się śmiech, radość i ciepło. 

Westchnęła  ciężko.  Czy  kiedykolwiek  będzie  znowu  tak  się  tu 

czuła,  później,  kiedy  ci  dwaj  już  wyjadą,  zostawiwszy  jej  jednak 

background image

wyobrażenie tego, jak mogłoby wyglądać jej życie, gdyby miała męża 

i  rodzinę?  Czy  też  ich  wizyta  spotęguje  jedynie  jej  przygnębienie  i 

uczucie pustki? 

 - Nie ma o czym dyskutować - powiedziała. 

Rozpaczliwie  chciała  skończyć  z  tym  tematem,  zanim  zostanie 

pozbawiona  kolejnej  warstwy  ochronnej.  Kryzys  związany  z 

wkraczaniem w drugą połowę życia trwał i wydawało się jej, że rzuca 

się sama, głową naprzód, na bardzo głębokie wody. 

W  niedzielę  David  zerwał  się  o  świcie.  Zaparzył  dzbanek  kawy, 

wyszedł z kubkiem na taras i próbował dociec, dlaczego poprzedniego 

wieczoru Kate nagle się wycofała do siebie. 

Gdy  tylko  weszli  do  domu,  zaczęła  się  uskarżać  na  zmęczenie. 

Miała  głębokie  cienie  pod  oczami  i  mógłby  jej  nawet  uwierzyć,  ale 

potem  widział,  że  w  jej  pokoju  długo  paliło  się  światło.  Do  późna  w 

nocy  słyszał  też  jej  niespokojne  kroki,  domyślił  się  więc,  że 

rozpaczliwie chciała uniknąć kończenia rozmowy, którą sama zaczęła 

w restauracji. 

Stanowiła wręcz wzorcowy przykład wewnętrznych sprzeczności. 

Podczas  tego  weekendu  były  chwile,  kiedy  czuł,  że  dzielące  ich 

bariery - jego i jej - zaczynają znikać. Z przyjemnością patrzył na nią i 

Daveya,  widząc,  jaką  radością  napełnia  ją  sondowanie  umysłu 

chłopca. Najwyraźniej lubiła jego syna. Traktowała go jak człowieka, 

a  nie  jak  dziecko  i  Davey  reagował  na  jej  szacunek  tak,  jak 

zareagowałby każdy malec. 

background image

Davey  chciał,  żeby  Kate  otuliła  go  na  noc,  zanim  uciekła  do 

swego  pokoju.  Zajęła  też  dużo  miejsca  w  modlitwach  chłopca  - 

została w nich specjalnie wymieniona obok ojca, matki i pani Larsen. 

Nie  ulegało  wątpliwości,  że  kiedy  Kate  to  usłyszała,  w  jej  oczach 

pojawiły  się  łzy,  szybko  zresztą  strząśnięte  paroma  ruchami  powiek. 

Tuż potem rzuciła się do ucieczki i schroniła w swoim pokoju. 

Siedząc  na  tarasie  i  popijając  kawę,  David  przyznał,  że  ten 

weekend dobrze mu zrobił. Czuł się tak odprężony, jak mu się to nie 

zdarzało  od  wielu  miesięcy.  Jemu  i  Kate  udało  się  zdumiewająco 

łatwo wprowadzić atmosferę koleżeńskiej przyjaźni.  

Poczucie, że zachowuje się nielojalnie, pojawiło się tylko raz lub 

dwa  -  głównie  po  owym  pocałunku  w  piątek  wieczorem  i  potem  w 

sobotę,  kiedy  tak  bardzo  pragnął  pocałować  ją  znowu,  po  prostu  by 

dowieść,  że  tamten  pierwszy  pocałunek  nie  był  tylko  szczęśliwym 

przypadkiem. 

A  więc, pomyślał, być może będzie jednak żył dalej, niezależnie 

od tego, jak głęboko starał się pogrzebać swoje uczucia wraz z Alicją. 

Wszystko,  co  wykraczało  poza  te  granice  -  na przykład  zakochanie  - 

wciąż  wydawało  się  przekraczać  jego  siły.  Być  może  nigdy  już  nie 

przeżyje  ponownie  owego  uczucia  pogrążania  się  razem  z  głową, 

którego  doznał,  kiedy  po  raz  pierwszy  spojrzał  na  Alicję.  Być  może 

człowiek  trzydziestopięcioletni  nie  jest  już  zdolny  do  odczuwania 

tego, co czuł w wieku lat dwudziestu. 

Kiedy  jednak  Kate  weszła  do  salonu,  serce  zabiło  mu  dziwnie 

niespokojnie.  Był  to  tylko  słaby  odblask  tego,  co  pamiętał  z 

background image

pierwszych swych dni z Alicją, ale chodziło tu niewątpliwie o tę samą 

alchemię. Mógł albo natychmiast wyjechać, zatrzaskując drzwi przed 

tym uczuciem na dobre, albo widywać Kate coraz częściej, by zbadać 

swoje odczucia i dać im czas na rozkwitnięcie. 

Jeśli  oczywiście  Kate  mu  na  to  pozwoli.  Odnosił  bowiem 

wrażenie,  że  Kate  boi  się  nie  tylko  zaangażowania,  ale  i  wszelkich 

stadiów do tego prowadzących. 

Zamknął  oczy  i  ujrzał  ją  taką,  jaką  była  poprzedniego  wieczoru, 

kiedy  wyszła  z  łazienki,  by  odebrać  ów  zagraniczny  telefon. 

Westchnął  na  wspomnienie  jej  pięknej,  świeżo  umytej  twarzy,  której 

skóra  przypominała  świetlistą  satynę.  Ceglasty  szlafrok,  opinając 

mokre  ciało,  dodawał  jej  szczupłej  sylwetce  ładnych  wypukłości. 

Musiał się powstrzymywać, by nie chwycić za luźno zawiązany pasek 

tego szlafroka i nie odsłonić ukrytej pod nim kobiety. 

Nadal  prześladowało  go  to  prowokujące  wspomnienie,  kiedy 

wydało  mu  się,  że  czuje  zapach  lilii.  A  potem  usłyszał  słaby  szmer  i 

uświadomił  sobie,  że  to  Kate  weszła  na  taras,  by  się  do  niego 

przyłączyć.  Była  boso.  Miała  na  sobie  opięte  dżinsy,  w  których  jej 

nogi  wydawały  się  jeszcze  dłuższe  niż  zazwyczaj,  i  wyblakłą 

trykotową koszulkę gimnastyczną z napisem „UCLA". Usadowiła się 

na sąsiednim leżaku. David otworzył oczy i odwrócił się ku niej. 

 - Dzień dobry. 

 - Wcześnie wstałeś czy nie mogłeś spać? - odpowiedziała z nieco 

sennym uśmiechem. 

background image

 -  Spałem  lepiej,  niż  mi  się  to  zdarzyło  od  wieków  -  przyznał.  - 

Najwyraźniej było mi potrzebne właśnie to: słone powietrze i wysiłek 

fizyczny. 

 - Cieszę się. 

Skinęła  głową,  podciągnęła  w  górę  kolana  i  oparła  na  nich 

podbródek.  Od  czasu  do  czasu  podnosiła  do  ust  kubek  z  kawą, 

najwyraźniej  zadowolona  z  ciszy,  a  może  i  z  towarzystwa.  Nagle 

David zapragnął dociec, co ta siedząca obok niego kobieta czuje i czy 

ten weekend ma w ogóle dla niej jakieś znaczenie. 

 - Kate? 

 - Uhm? 

 - Mam kłopot. 

Nie patrząc na niego, powiedziała: 

 - Tak? 

 - Mogłabyś przynajmniej odnieść się do tego z sympatią - rzekł z 

wyrzutem.  -  Nie  jestem  przyzwyczajony  do  sytuacji,  z  którymi  nie 

umiem sobie poradzić. 

 - To na pewno. 

W jej głosie nadal nie było cienia sympatii. 

 - Usiłuję powiedzieć, że chciałbym się znowu z tobą zobaczyć. 

 - Och, jestem pewna, że stale będziemy na siebie wpadać. 

Powiedziała to z całym rozmysłem chłodno, nie ustępując mu ani 

o  centymetr,  chociaż  odsłaniał  przed  nią  całą  swą  duszę.  Na  dobitkę 

dodała: 

background image

 -  Zważywszy,  że  jest  sprawa  tego  wniosku  Daveya,  no  i  cała 

reszta. 

David stracił cierpliwość. 

 -  Do  diabła,  nie  mówię  tu  o  sporadycznych  urzędowych 

spotkaniach dla omówienia kwestii prawnych. 

 - Ale ja o nich mówię. 

Sprawiała wrażenia bardzo dalekiej i doprowadzało go to do furii, 

 - Dlaczego? 

 - Bo tak musi być. 

 - Czy wracamy znowu do kwestii etyki zawodowej? Czy też nie 

chcesz  mnie  widywać  z  jakichś  powodów  osobistych?  Jeśli  tak  jest, 

Kate, powiedz to wprost, a wycofam się. 

Wreszcie  się  do  niego  odwróciła.  Dostrzegł  w  jej  oczach 

wzajemnie  się  zwalczające  uczucia.  Opuściła  powieki  i  odwróciła 

wzrok. 

 - Nie o to chodzi - powiedziała w końcu. 

 -  Więc,  na  miłość  boską,  wytłumacz  mi  to.  Już  strasznie  dawno 

nie spotykałem się z kobietami. Może zmieniły się reguły? 

 -  Podejrzewam,  że  ja  nie  spotykam  się  z  mężczyznami  jeszcze 

dłużej, ale jeśli się nie mylę, reguły  są wciąż te same. Skoro  żadne z 

nas  nie  ma  świeżych  doświadczeń  w  tych  sprawach,  to  może 

chwytamy  się  brzytwy,  próbując  zapełnić  pustkę  w  naszym  życiu. 

Parę pocałunków nie ma żadnego  znaczenia, niezależnie od tego, jak 

bardzo były przyjemne. 

background image

 -  A  nasze  spacery?  A  nasze  rozmowy?  A  zabawy  z  Daveyem? 

Moje  podręczniki  mówią,  że  daje  to  w  sumie  dwoje  ludzi  dobrze  do 

siebie  pasujących,  mających  wiele  wspólnego  i  dostatecznie 

dojrzałych, żeby nie oczekiwać ani dzwonków, ani dźwięków fletni. 

Uśmiechnęła się kwaśno. 

 -  Może  w  twoich  podręcznikach  dzwonki  i  fletnie  nie  są 

konieczne, ale myślę, że to one właśnie umożliwiają dwojgu ludziom 

przeprawę przez trudne odcinki drogi. 

Davidowi  przypomniało  się,  jaką  namiętność  wzbudzała  w  nim 

zawsze  Alicja,  i  zdał  sobie  sprawę,  że  Kate  ma  rację.  W  naprawdę 

trwałych związkach burzliwa namiętność i łagodna, trwała miłość idą 

ręka  w  rękę,  wspólnie  tworząc  nierozerwalną  więź.  Pamięć  o 

dawnych,  wspaniałych  chwilach  namiętności  była  tym,  do  czego  się 

zawsze odwoływał i co mu pomagało w trudnych momentach. Czyżby 

był bardziej niż Kate skłonny godzić się teraz na mniej? Przyjrzał się 

jej uważnie. 

 -  Wydaje  mi  się  -  powiedział  miękko,  nie  umiejąc  ukryć  żalu 

czającego  się  za  tym  twierdzeniem  -  że  słyszę  gdzieś  jakiś dzwonek. 

Czy nie powinniśmy spróbować go znaleźć? 

Wyciągnęła rękę i opuszkami palców dotknęła jego dłoni. Dźwięk 

dzwonków  stał  się  od  razu  wyraźniejszy.  Poszukała  wzrokiem  jego 

oczu. 

 -  Oboje  jesteśmy  posiniaczeni,  choć  każde  w  inny  sposób.  A  ty 

dostałeś od losu później niż ja - wyjaśniła łagodnie. - Nie pędźmy tak. 

background image

Objął palcami jej palce. Sprawiało mu przyjemność dopasowanie 

jej ręki do swojej, a jeszcze większą sprawiała mu budząca się w nim 

opiekuńczość. 

 - A więc idźmy powoli - zgodził się, gdy spojrzeli sobie w oczy. 

Głęboko  wciągnęła  powietrze,  a  potem  powoli  je  wypuściła.  Jej 

ramiona  wyraźnie  się  rozprężyły.  Kiedy  w  końcu  skinęła  potakująco 

głową,  David  poczuł,  że  gdzieś  wewnątrz  niego  coś  pękło  i  po  raz 

pierwszy od bardzo długiego czasu obudziła się w nim nadzieja. 

Weekend  skończył  się  dla  Kate  taką  samą  mieszaniną 

oczekiwania  i  wewnętrznego  drżenia,  jak  zaczął.  Czasami  marzyła  o 

tym, by już wyjechali, a jednocześnie nieoczekiwanie silnie pragnęła, 

żeby  jeszcze  zostali.  Jej  poranna  rozmowa  z  Davidem  otworzyła 

mnóstwo  wspaniałych  możliwości  na  przyszłość,  a  zarazem  obudziła 

w  niej  mnóstwo  ostrzegawczych  sygnałów  dotyczących  przeszłości. 

Kiedy rzeczywiście zaczęli już wkładać swe rzeczy do samochodu, od 

tych wszystkich emocji dosłownie uginały się pod nią kolana. 

 - Był to najlepszy weekend w całym moim życiu - zadeklarował 

Davey. 

Kate musnęła delikatnie ręką jego włosy, znowu gładko uczesane. 

 - Cieszę się, że ci było dobrze. 

Nagle zaczęła mu drżeć dolna warga. Otoczył ramieniem jej talię 

i przytulił do niej głowę. 

 - Kocham cię, Kate - powiedział stłumionym głosem.  

Poczuła,  że  coś  dławi  ją  w  gardle  tak  silnie,  że  nie  mogła 

wydobyć z siebie żadnego dźwięku. Mocno go przytuliła. 

background image

 - Wrócicie tu jeszcze - wykrztusiła w końcu. Boże, jak bardzo by 

chciała  móc  z  taką  jak  on  łatwością  dać  wyraz  własnym  uczuciom! 

Jak bardzo by chciała wiedzieć przynajmniej, czym są tę uczucia. Tę 

obietnicę  złożyła  w  równym  stopniu  sobie  samej,  co  Daveyowi. 

Podniosła wzrok i zobaczyła, że patrzy na nią również David i że jego 

oczy są podejrzanie wilgotne. 

 -  Słusznie  -  powiedział  energicznie.  -  Wrócimy.  A  Kate 

przyjedzie  w  tym  tygodniu  z  tobą  obejrzeć  scenografię  do  „Skały 

przyszłości". Prawda, Kate? 

Usłyszała  to  potwierdzenie  ich  umowy  po  raz  pierwszy,  ale 

kiwnęła głową. 

 -  No  pewnie.  Pomyśl,  Davey,  ty  i  ja  będziemy  mieli  szansę 

zobaczyć coś, co jest największym sekretem w całym Hollywood! 

Davey  wypuścił  ją  z  uścisku  i  starł  ślady  łez  z  policzków.  Jego 

uśmiech pozostał jednak jeszcze trochę niepewny. 

 - Mówisz poważnie, tato? 

 -  Oczywiście.  Jutro  porównamy  nasze  plany  i  wybierzemy 

odpowiedni dzień. 

 - Dobrze. 

Davey  powiedział  to  zaciskając  pięść  i  takim  głosem,  jakby 

właśnie odniósł zwycięstwo. 

Wsiadł  do  samochodu  i  zapiął  pas.  Kate  zamknęła  drzwiczki  i 

odwróciła się. Za samochodem czekał na nią David. 

 - Dziękuję - powiedział. 

 - Nie ma za co. 

background image

 - Zadzwonię jutro. Skinęła głową. 

Podszedł  bliżej  i  objął  dłońmi  jej  głowę.  Wolno,  tak  wolno,  że 

Kate  zdawało  się,  iż  z  oczekiwania  huczy  jej  w  skroniach,  zniżył 

twarz  i  dotknął  wargami  jej  ust.  Chłodny  jak  bryza,  szybki  jak 

przelotne  muśnięcie  skrzydła  motyla  pocałunek  skończył  się  niemal 

zanim się zaczął. 

A  przecież  usłyszała  bardzo  wyraźny,  choć  daleki  dźwięk 

dzwonków. 

 

Rozdział 9 

Kiedy Kate wróciła z sądu w poniedziałek w południe - w tydzień 

po pamiętnym  weekendzie z Davidem i Daveyem -  w biurze czekała 

na  nią  siostra.  Kate  poczuła  silny  skurcz  żołądka,  ale  zdobyła  się  na 

beztroski  uśmiech  -  przynajmniej  miała  nadzieję,  że  takie  właśnie 

sprawiał on, wrażenie - i siadła za biurkiem. Nawet psycholog amator 

zauważyłby, że wznosi barierę ochroną między sobą a siostrą. - Co tu 

robisz, Ellen? - spytała, bezskutecznie starając się pozbawić swój głos 

ostrego tonu. 

 -  Jemy  razem  obiad  -  powiedziała  Ellen  tonem  wykluczającym 

wszelką dyskusję. 

 - Obiad? 

Kate demonstracyjnie zajrzała do kalendarza. 

 -  Och,  droga  moja,  jeśli  przyjechałaś  z  tak  daleka  w  nadziei,  że 

będę  miała  czas,  to  bardzo  mi  przykro,  ale  mam  właśnie  spotkanie  z 

klientem. 

background image

 - To nie z klientem, to ze mną - oświadczyła Ellen. - Poprosiłam 

Zeldę,  żeby  mnie  wpisała  do  kalendarza,  skoro  nie  mogę  się  z  tobą 

spotkać inaczej. 

Wysunęła  podbródek  demonstrując  upór,  dobrze  Kate  znany  po 

tylu  latach  kłótni  ze  starszą  siostrą.  Ellen  była  marzycielką  i 

romantyczką, 

ale 

kiedy 

miała 

napad 

silnej 

woli, 

nawet 

nieposkromiona Kate musiała ją wysłuchać. 

Starsza siostra przeszyła ją wzrokiem. 

 -  I  nie  próbuj  się  odgrywać  na  Zeldzie,  że  zrobiła  to  bez 

porozumienia  z  tobą.  A  teraz,  proszę,  odłóż  teczkę  i  chodźmy. 

Zarezerwowałam stolik w restauracji, która pewno każe nam płacić za 

każdą minutę spóźnienia. 

Kate  westchnęła  z  rezygnacją,  uznając,  że  wszelki  spór  byłby 

zupełnie bezcelowy. Mruknęła tylko: 

 -  Zawsze  byłaś  najbardziej  dyktatorską  starszą  siostrą  na  całym 

świecie. 

W uśmiechu Ellen nie było cienia pokory. 

 - Wiem - powiedziała. - Popełniłam fatalny błąd, pozwalając ci w 

ostatnich  latach  być  górą.  Inaczej  może  miałabyś  już  męża  i  nie 

musiałabym się o ciebie martwić. 

 - Tylko nie zaczynaj mówić na ten temat - ostrzegła Kate, kiedy 

wyszły z gabinetu. 

Ze złością spojrzała na Zeldę, kiedy ją mijały w drodze do windy. 

Ale sekretarka była - jak nigdy - pochłonięta pisaniem na maszynie. 

background image

Ellen  dała  ogromny  napiwek  jednemu  z  parkingowych,  by  jej 

samochód  mógł  stać  na  podjeździe  do  budynku.  Kate  niechętnie 

wsiadła  do  samochodu  siostry.  Teraz,  nie  mając  pod  ręką  swojego 

auta, zostanie całkowicie na łasce Ellen, co oznacza, że będzie musiała 

wysłuchać do ostatniego słowa całego kazania i wszelkich pytań, jakie 

sobie tamta umyśliła. 

Ellen  przejechała  kilka  przecznic  dalej,  w  głąb  Beverly  Hills,  i 

wjechała do podziemnego garażu z taką pewnością, jakby jeździła do 

Rodeo  Drive  codziennie,  a  nie  najwyżej  raz  do  roku.  Wybrała 

restaurację  leżącą  blisko  ulicy  pełnej  modnych  sklepów.  Dopóki  nie 

siadły  przy  stoliku,  nie  powiedziała  ani  jednego  słowa,  Kate  zaś 

marzyła o tym, by to milczenie trwało i trwało. 

Ellen  zamówiła  kieliszek  wina,  Kate  butelkę  wódy  mineralnej. 

Nie  wiedziała,  czego  ma  po  tej  rozmowie  oczekiwać,  ale  wolała 

zachować  całkowitą  jasność  umysłu.  Kiedy  przyniesiono  napoje, 

zamówiły  jedzenie.  Ellen  pociągnęła  łyk  chardonney,  postawiła 

kieliszek i spojrzała na Kate. 

 - No dobra, mów! 

 - Mów co? 

Kate próbowała zrobić unik. To nie ona zaaranżowała to starcie i 

nie widziała powodu, by jako pierwsza wykładała karty. 

Wydawało się, że ten unik wzbudził niesmak Ellen. Widać było, 

że narasta w niej irytacja, kiedy zaczęła mówić: 

 -  Jak  na  kobietę,  która  na  sali  sądowej  potrafi  z  każdego 

mężczyzny,  choćby  był  najgrubszą  rybą  w  Hollywood,  zrobić 

background image

mieszankę  Attyli  z  markizem  de  Sade,  przejawiasz  zdumiewającą 

niezdolność do wyrażenia swojej złości. No więc na kogo jesteś taka 

zła? Na mnie? Na mamę? Na Brandona? Na cały świat? 

Kate  wzdrygnęła  się  -  nie  tyle  z  powodu  rozwścieczonego  tonu 

Ellen, ile dlatego, że za tym tonem krył się oczywisty ból. 

 - Nie jestem zła na nikogo - powiedziała sztywno. 

 - Ach tak? - W głosie siostry brzmiał wyraźnie sceptycyzm. - Od 

ślubu mamy zapraszałam cię do nas na kolację chyba kilkanaście razy. 

Za  każdym  razem  wynajdywałaś  jakiś  pretekst,  żeby  nie  przyjść. 

Najczęściej były to preteksty tak przejrzyste, że aż żenujące. 

 -  Jestem  bardzo  zajęta.  Wiesz  o  tym.  Kate  unikała  wzroku 

siostry. 

 - To prawda, ale przedtem zawsze znajdowałaś czas dla rodziny. 

Szalałaś,  kiedy  nie  mogłaś  złapać  mamy  przez  telefon.  Rzucałaś 

wszystko,  domagałaś  się,  żebym  ci  towarzyszyła,  i  pędziłaś  tam. 

Kiedy  do  ciebie  zadzwoniłam  po  tym,  jak  mama  w  pewnym 

momencie  rozeszła  się  z  Brandonem,  przyjechałaś  już  po  kilkunastu 

minutach. Nawet odwołałaś jakąś ważną partię tenisa. 

 - To było co innego. 

 - Dlaczego? 

 -  Na  miłość  boską,  przecież  chodziło  o  naszą  matkę.  I  nie 

wiedziałyśmy, co się dzieje, bo przez wiele godzin miała źle odłożoną 

słuchawkę. A kiedy zadzwoniłaś, mówiłaś takim głosem, jakby matka 

za chwilę miała skoczyć z dziesiątego piętra. Jest chyba jakaś różnica 

między czymś takim a zdawkowym zaproszeniem na kolację. 

background image

W oczach Ellen znów mignął ból. 

 -  Do  diabła!  Ja  też  należę  do  rodziny.  Czy  nie  wpadło  ci  do 

głowy, że może mi jesteś potrzebna? 

Kate  wbrew  woli  pomyślała  o  tym,  jak  David  izolował  się  od 

Daveya  właśnie  wtedy,  kiedy  był  tamtemu  rozpaczliwie  potrzebny. 

Przypomniała  sobie,  jak  bardzo  niecierpliwiło  ją  takie  postępowanie. 

Czy nie popełnia tego samego błędu? Chociaż zawstydziła się, trochę 

własnego postępowania, w jej wzroku, kiedy patrzyła na siostrę, wciąż 

była obojętność. 

 - Czy naprawdę należysz jeszcze do rodziny? - spytała miękko. 

Sama  słyszała  kryjące  się  za  tym  prostym  pytaniem  wzburzenie, 

ale nie była w stanie dłużej ukrywać, że czuje się wyrzucona za burtę. 

Ellen wyglądała tak, jakby ją spoliczkowano. 

 - Jak w ogóle możesz zadawać takie pytanie? 

 -  Ponieważ  odnoszę  wrażenie,  że  masz  teraz  zupełnie  nową 

rodzinę.  Ty,  mama  i  Brandon.  To  tej  rodzinie  powinnaś  poświęcić 

całą energię, zamiast martwić się o mnie. 

Po  raz  pierwszy,  odkąd  Kate  sięgała  pamięcią,  Ellen  sprawiała 

wrażenie kompletnie pokonanej. 

 - Myślisz, że to wszystko było dla mnie łatwe? - spytała cicho. - 

Moje  życie  zostało  wywrócone  do  góry  nogami,  tak  jak  twoje.  A 

nawet  bardziej  niż  twoje.  Nie  rozumiesz?  Wreszcie  uświadomiłam 

sobie, że przez te  wszystkie lata, kiedy dorastałyśmy, czułam, że tata 

bardziej kochał ciebie. 

background image

Kate  poczuła,  że  ogarnia  ją  zdumienie  i  zarazem  rozpacz. 

Zaskoczona wyznaniem siostry, powiedziała: 

 -  Nie  miałam  o  tym  pojęcia.  Tata  zawsze  traktował  nas 

jednakowo. 

 - Nie - odparła gniewnie Ellen i głęboko westchnęła. - Och, starał 

się.  Wiem.  Ale  widziałam,  jak  na  ciebie  patrzy.  Widziałam,  jaki  był 

dumny  z  każdego  twojego  sukcesu.  To  boli,  Kate.  Zwłaszcza  że  nie 

wiedziałam, dlaczego w jego oczach ja nigdy nie jestem dostatecznie 

dobra. 

Kate  wbrew  sobie  współczuła  Ellen  i  dlatego  słuchała  jej  ze 

ściśniętym sercem, ale nie mogła zajmować się teraz dawnymi ranami 

siostry,  bo  zbyt  świeże  były  jej  własne.  Wiedziała,  że  musi  odejść, 

zanim  zrobi  z  siebie  kompletną  idiotkę  i  wybuchnie  płaczem  -  nad 

sobą, nad swą siostrą i nad dzielącą je przeszłością. Rzuciła serwetkę 

na stół i wstała. 

 - Przepraszam, Ellen, ale nie mogę teraz o tym rozmawiać. 

 - Kate! - błagała Ellen. 

 -  Nie  teraz.  Przepraszam  -  powiedziała  i  ścisnęła  siostrę  za  rękę 

w nadziei, że Ellen zdoła jakoś to zrozumieć i jej wybaczy. 

Wstała  i  po  prostu  uciekła,  Ellen  zaś  patrzyła  w  ślad  za  nią 

oczyma nabrzmiałymi od łez. 

Na dworze Kate zorientowała się, że nie ma samochodu, i zaklęła. 

Po  chwili  jednak  uznała,  że  może  to  i  lepiej.  Jeśli  przejdzie  się  z 

powrotem do Century City, samotność i wysiłek fizyczny pozwolą jej 

może  odzyskać  jasność  myślenia.  Zdawała  sobie  sprawę,  że  zraniła 

background image

siostrę,  ale  nie  była  w  stanie  się  powstrzymać.  Ellen  podjęła  próbę 

okazania  jej  czułości,  a  tymczasem  doprowadziła  do  tego,  że  Kate 

poczuła się jeszcze bardziej wyobcowana. 

Nie  chciała  litości  Ellen.  Nie  chciała  niczyjej  litości.  Po  prostu 

chciała znowu mieć własną rodzinę. Świadomość, że Ellen przez całe 

lata podświadomie czuła się właśnie tak, jak ona teraz, tylko wzmogła 

jej rozpacz. 

Kiedy wpadła jak burza do biura, Zelda rozmawiała z kimś przez 

telefon. Na jej widok szybko odłożyła słuchawkę i weszła za Kate do 

gabinetu. 

 -  Mam nadzieję,  że  jesteś  zadowolona  -  powiedziała,  mierząc  ją 

wzrokiem pełnym oburzenia. - To przecież twoja siostra. Siedzi teraz i 

płacze. 

Kate spojrzała chłodno na Zeldę. 

 - Moje życie osobiste to nie twoja sprawa. Sekretarce rozszerzyły 

się oczy ze zdumienia, ale zacisnęła usta i wycofała się do siebie. 

To straszne, pomyślała Kate. Teraz także Zelda jest na nią zła. Ilu 

ludzi  potrafi jeszcze  zrazić  do  siebie  w  ciągu  tego  dnia?  I  co  jeszcze 

może  się  wydarzyć  złego?  Kiedy  zadzwonił  telefon,  chwyciła 

słuchawkę i niemal warknęła do niej. 

 - Oho! - powiedział David. - Czy dzwonię nie w porę? 

Głęboko  wciągnęła  powietrze.  Była  aż  do  obrzydliwości 

zadowolona,  że  słyszy  jego  głos,  chociaż  powinna  być  na  niego 

wściekła. Obiecał zadzwonić w poprzednim tygodniu, by zaaranżować 

background image

tę  wycieczkę  do  studia.  Nie  zadzwonił.  Mimo  wszystko  jednak  nie 

miała sił, by mu to właśnie teraz wyrzucać. 

 -  Przepraszam  -  powiedziała  zmęczonym  głosem.  -  Mam  zły 

dzień. 

 - Jakaś ciężka sprawa w sądzie? - zapytał ze współczuciem. 

Kate niemal się roześmiała. Gdyby mu podała prawdziwy powód 

swego fatalnego nastroju, zapytałby, czy na pewno jest ona właściwą 

osobą do ustalania zasad i reguł czyjegokolwiek życia rodzinnego. 

 - Nie - odparła w końcu. - Po prostu sprawy rodzinne. 

 -  Mam  nadzieję,  że  to  nie  jakieś  problemy  z  tą  parą  w  podróży 

poślubnej. 

 -  Nie.  Chyba  u  nich  wszystko  jest  w  porządku.  Słuchaj!  - 

powiedziała  zdecydowanie.  -  Nie  chcę  teraz  o  tym  mówić.  Czy 

dzwonisz z jakiegoś konkretnego powodu? 

 - Tak, ale zdaje się, że wybrałem zły moment. Miałem nadzieję, 

że zwabię cię do studia. Byłem dosyć zajęty, dlatego nie zadzwoniłem 

wcześniej.  Myślałem,  że  może  umówimy  się  na  jutro  lub  pojutrze. 

Davey  nie  daje  mi  spokoju,  odkąd  wróciliśmy  z  tej  twojej  willi. 

Szczerze mówiąc myślę, że bardziej zależy mu na spotkaniu ciebie niż 

na,  obejrzeniu  moich  dekoracji. Musiałem  mu  przyrzec,  że  dziś  się  z 

tobą  umówię.  Pewnie  gdybym  tego  nie  zrobił,  znowu  poszedłby  do 

ciebie wypełniać jakiś wniosek do sądu. 

Zdenerwowało  ją  poczucie  obowiązku  brzmiące  w  jego  głosie. 

Sprawiał  wrażenie  człowieka,  którego  do  czegoś  przymuszano.  Po 

chwili dodał: 

background image

 -  Jeśli  nie  możesz  przyjść,  zrozumiem  to.  Kate  pomyślała  z 

goryczą, że pewno nie tylko zrozumie, ale będzie nawet zadowolony, 

że wizyta nie doszła do skutku. 

 -  Ale  czy  Davey  zrozumie?  -  spytała  oschle.  Chociaż  David 

zachowywał  się  tak,  jakby  nie  zależało  mu  na  tym,  by  przyjęła  jego 

propozycję,  Kate  ogarnął  nagle  nastrój  radosnego  oczekiwania. 

Spojrzała  na  kalendarz.  Oba  dni  były  pełne  spotkań,  sprawę  Daveya 

uważała  jednak  za  priorytetową.  A  przynajmniej  tak  to  tłumaczyła 

przed samą sobą, kiedy mówiła: 

 -  Myślę,  że  może  uda  mi  się  przyjść  w  środę  po  południu,  jeśli 

umówimy się na dosyć późną godzinę. 

Usłyszała, jak David przewraca kartki terminarza. 

 - Jak późną? - spytał. 

 -  Wpół  do  piątej.  Wiem,  że  kiedy  skończymy  oglądanie  tych 

dekoracji,  będzie  akurat  godzina  szczytu,  ale  nie  sądzę,  żeby  mi  się 

udało dotrzeć do twojej doliny wcześniej. 

 -  Chyba  mi  to  odpowiada  -  powiedział  bardzo  wolno,  a  potem 

dodał: - Moglibyśmy potem zjeść gdzieś kolację, to nie musiałabyś się 

martwić o korki na autostradzie. 

Kate  wyczuła  w  jego  głosie  lekkie  wahanie,  które  świadczyło  o 

napięciu.  Całe  to  zaproszenie  budziło  w  nim  najwyraźniej  bardzo 

mieszane  uczucia.  Zaczęła  się  zastanawiać,  czy  natychmiast  po 

obejrzeniu dekoracji nie posłałby Daveya samego do domu, gdyby nie 

zgodziła się przedłużyć wieczoru wspólną kolacją. 

background image

Faktycznie  jednak  chciała  się  zgodzić  na  kolację  nie  tylko  ze 

względu  na  Daveya,  ale  i  ze  względu  na  siebie.  Pokusa  ponownego 

odczucia owego błogostanu, w jaki wprawił ją tamten weekend, była 

zbyt silna. Zwłaszcza dziś bardzo jej zależało, na odzyskaniu dobrego 

samopoczucia i serdecznej rozmowie z inną istotą ludzką. 

 - Kolacja to wspaniały pomysł. Powiedz mi teraz, które to studio. 

Czy mam po drodze wstąpić po Daveya? 

 -  Gdybyś  mogła,  to  bardzo  by  mi  to  ułatwiło  życie  -  odparł  i 

podał jej wskazówki, jak trafić do studia. Po chwili dodał: 

 - Będę czekał. 

 - Ja też - powiedziała i odkładając słuchawkę uświadomiła sobie, 

że nie może się tego spotkania doczekać. 

A  więc  to  tak.  Próbowała  zastąpić  Daveyem  i  Davidem  rodzinę, 

którą,  jak  się  jej  wydawało,  utraciła.  Teraz  uznała,  że  był  to  pomysł 

fatalny,  zwłaszcza  odkąd  się  przekonała,  że  David  najwyraźniej  ma 

wątpliwości  w  tak  zwykłej  sprawie,  jak  oprowadzenie  jej  po 

wypełnionym dekoracjami studiu czy zaprószenie na kolację. 

Wszystkimi zmysłami wyczuwała grożące jej niebezpieczeństwo. 

A  przecież  perspektywa  ponownego  spotkania  z  ojcem  i  synem 

wyraźnie  rozświetliła  ponury  pod  każdym  innym  względem, 

przygnębiający dzień. 

Od  momentu,  w  którym  późnym  popołudniem  w  środę 

przekroczyli  drzwi  ogromnego  studia  nagrań  w  Burbank,  Kate  czuła 

się tak, jakby zawędrowała do innego świata. Oczy idącego obok niej 

Daveya  były  z  podziwu  wielkie  jak spodki.  David,  przyglądający  się 

background image

wszystkiemu  krytycznym  okiem  właściciela,  sprawiał  wrażenie 

człowieka w tym wszystkim zadomowionego. 

 -  Ooch!  -  powiedział  w  końcu  Davey  -  Tato,  to  jest  naprawdę 

coś! 

Jego słowa dobrze też oddawały uczucia Kate. Ten krajobraz był 

tak  pustynny  i  tak  bardzo  nieziemski,  że  niemal  oczekiwała,  iż  za 

chwilę pojawi się jakiś kosmita. 

 - To jest naprawdę coś! - powtórzyła za chłopcem. 

A kiedy David spojrzał na nią z powątpiewaniem, dodała: 

 - Czy nie widzisz, jakie to na nim wywarło wrażenie? 

 - A na tobie? 

 -  Sama czuję podziw  graniczący  z  przerażeniem  -  przyznała.  -  I 

jestem  trochę  zaniepokojona.  Czy  jesteś  pewien,  że  pochodzisz  z 

naszego  świata?  Zaprojektowałeś  to  tak  sugestywnie,  jakbyś  widział 

to wszystko podczas ostatniego urlopu. 

 - Och, to przecież tylko trochę studiów i odrobina wyobraźni. 

Wyciągnął rękę. Kate podała mu swoją. 

 - Chodźmy obejrzeć pojazd kosmiczny. Miałem niezłą zabawę z 

tą  całą  aparaturą.  Nawet  udało  mi  się  załatwić  wyjazd  do  siedziby 

NASA, żeby zobaczyć, jak to wszystko dziś wygląda w prawdziwych 

pojazdach  kosmicznych.  Nie  ma  tu  niczego,  co  byłoby  niemożliwe  z 

punktu widzenia nauki. 

Davey pomknął przed nimi. 

 - Uważaj na przewody! - krzyknął David. 

background image

Na podłodze leżała plątanina kabli, a powietrze pełne było stuku 

młotków.  Słychać  też  było  okrzyki  robotników  wykańczających 

dekoracje.  Obsługa  techniczna  sprawdzała  działanie  reflektorów  - 

wszędzie widać było zmieniające natężenie smugi jaskrawego światła. 

Środowisko  to  było  dla  Kate  zupełnie  obce.  Przemierzała  ten 

świat,  trzymając dłoń  w  dłoni  Davida, i  po  raz  wtóry  doznała  owego 

przejmującego  uczucia,  że  znów  znalazła  się  na  swoim  miejscu. 

Zdołała  odsunąć  na  bok  wszystkie  zmartwienia  -  przynajmniej  na 

chwilę.  Być  może  życie  w  świecie  fantazji,  nawet  tak  obcym  jak  ten 

stworzony przez Davida, nie jest pozbawione dobrych stron. 

Kiedy  przeszli  przez  wrota  i  znaleźli  się  w  błyszczącym 

metalicznie  pomieszczeniu  pełnym  migających  świateł  i  mnóstwa 

najrozmaitszych  wyłączników  i  dźwigni,  nagle  zapragnęła,  by  ten 

wymyślony  statek  wystartował  do  jakiegoś  innego  wymiaru,  w 

którym nikt z nich nie byłby związany wymogami realnego świata. 

David  zamknął  drzwi  i  przez  moment  Kate  zdawało  się,  że  jej 

życzenie może się spełnić. Spostrzegła jednak, że David przygląda się 

trzeźwo jej i Daveyowi. 

 -  Słuchajcie  -  ostrzegł.  -  Chcę  wam  przypomnieć,  że  wszystko, 

co  dziś  widzicie,  jest  ścisłą  tajemnicą.  Producent  chce,  żeby  za  kilka 

tygodni,  kiedy  zacznie  się  realizacja  filmu,  powstał  wokół  tego  duży 

szum. Ma nie być żadnych przecieków! 

 -  Obiecuję,  tato!  -  powiedział  uroczyście  Davey.  -  Czy  mogę 

ponaciskać te guziki? 

 - Spróbuj - zaśmiał się David. 

background image

Nagle  zalała  ich  fala  skrzeczących  sygnałów  i  dźwięków 

dzwonków  alarmowych.  Zaczęły  oślepiająco  błyskać  lampy 

stroboskopowe.  Im  wszystko  to  stawało  się  hałaśliwsze  i  jaskrawsze, 

tym szczęśliwszy był Davey. 

 -  To  jakby  wejść  do  środka  gry  komputerowej!  -  krzyknął 

podniecony. 

 - Zaczekaj, aż zobaczysz efekty specjalne. Robi je nam najlepszy 

specjalista w tej branży. 

Przyglądał  się,  jak  Davey  dotyka  każdej  powierzchni,  naciska 

każdy guzik po kolei, i spytał: 

 -  Myślisz,  że  będzie  się  to  podobało  twoim  kolegom,  kiedy 

zobaczą to wszystko na ekranie? 

Powiedział  to  zwykłym,  obojętnym  tonem,  ale  Kate  dojrzała  w 

jego  oczach  błysk  niepewności.  Bez  względu  na  to,  jak  się 

zachowywał,  było  oczywiste,  że  zależało  mu  na  aprobacie  Daveya  - 

tak samo, jak Daveyowi zależało na aprobacie ojca. Dystans, jaki ich 

dzielił,  ów  pozorny  chłód  emocjonalny,  jakiego  nigdy  nie  powinno 

być  w  stosunkach  między  ojcem  i  synem,  wywołał  ukłucie  w  jej 

sercu.  Pomyślała  nagle,  że  tego  rodzaju  chłód  nie  powinien  też 

występować w stosunkach między siostrami. 

 - Będą zachwyceni - oświadczył Davey. - Czy myślisz, że kiedyś 

mógłbym ich tu przyprowadzić? 

 - Jak skończy się kręcenie filmu - zasugerował David. - Dobrze? 

Spojrzał  na  Kate.  Sprawiał  wrażenie  człowieka,  który  podjął 

właśnie jakąś decyzję. Powiedział do Daveya: 

background image

 - Mniej więcej wtedy będą twoje urodziny. Można by obchodzić 

je tutaj. 

 - Obiecujesz? 

Davey  z  trudem  powstrzymywał  podniecenie.  Po  krótkiej  chwili 

wyraźnego wahania David położył rękę na ramieniu syna: 

 - Obiecuję uroczyście. 

Chłopiec  znowu  zostawił  ich  samych  i  pobiegł  kontynuować 

lustrację studia. Kate uważnie przyglądała się Davidowi i stwierdziła, 

że  w  porównaniu  z  ich  poniedziałkową  rozmową  telefoniczną  jego 

nastrój  bardzo  się  zmienił.  Wówczas  wydawało  się,  że  perspektywa 

ponownego  spotkania  z nią niemal  budzi  w  nim  niechęć. Było  to  tak 

oczywiste,  że  Kate  nie  miała  najmniejszych  wątpliwości,  iż  teraz 

zmienił zdanie. 

Najwyraźniej  zauważył  jej  czujne  spojrzenie  i  domyślił  się 

powodu, bo powiedział: 

 - Przepraszam cię za tamten dzień. 

 -  Och  -  mruknęła,  nie  chcąc  dać  mu  choćby  w  najmniejszym 

stopniu do zrozumienia, że zauważyła, jak daleki był wtedy jego głos. 

 -  Było  tu  prawdziwe  szaleństwo.  Nie  miałem  pojęcia,  jak 

mógłbym przyjąć tutaj gości, ale Davey bardzo się tego domagał. 

Spojrzał jej w oczy. 

 -  Nie  powinienem  był  dzwonić,  kiedy  czułem  takie  napięcie. 

Jestem  pewien,  że  sprawiałem  wrażenie,  jakby  ta  wizyta  była  mi 

zupełnie nie na rękę. 

background image

 - Istotnie, nie słyszałam w twoim głosie przesadnego entuzjazmu 

- przyznała. 

 - Przepraszam. Chciałem tylko, żebyś wiedziała, że nie miało to 

nic wspólnego z tobą ani z tym, co mówiłem na plaży. Wybaczasz? 

 - Nie mam nic do wybaczania. Ich spojrzenia spotkały się. 

 - Jesteś pewna? 

 - Jestem. 

 -  To  wspaniale.  No,  a  co  z  tą  kolacją?  Obiecałem  ci  jakieś 

jedzenie. Wyglądasz zresztą, jakbyś miała zemdleć z głodu. 

Zaśmiała się beztrosko. Od dawna nie czuła się tak wspaniale jak 

teraz. 

 -  Nie  jest  aż  tak  źle,  ale  rzeczywiście  nie  jadłam  lunchu,  więc 

kolację mogę zjeść wcześniej. 

 -  Na  co  więc  masz  ochotę,  kiedy  umierasz  z  głodu?  Na  coś 

włoskiego? Befsztyk? Owoce morza? Coś meksykańskiego? 

 - Hamburgery! - włączył się Davey, który właśnie do nich wrócił. 

 -  Hej!  To  Kate  ma  wybierać.  Zapomniałeś?  Chłopcu  zrzedła 

mina, ale po chwili spojrzał nieśmiało na Kate i powiedział: 

 - Ona na pewno lubi hamburgery. 

 -  Rzeczywiście,  lubię  czasem  -  przyznała.  -  To  chodźmy  do 

Pałacu Hamburgerów. 

David potrząsnął głową. 

 - A myślałem, że wydam na tę kolację majątek. Uśmiechnęła się 

do niego, robiąc zabawną minę. 

background image

 -  Zrujnuję  cię  następnym  razem.  A  dziś  marzymy  o 

hamburgerach, 

 -  Świetnie.  To  może  pójdziemy  do  tego  lokalu  przy  Bulwarze 

Beverly? 

 - Wspaniale. To po drodze do domu. Davey stanął tuż przy niej. 

 - Czy z powrotem też mogę pojechać z tobą? 

 -  Ja  też  chciałbym  się  wprosić  do  twojego  samochodu  - 

powiedział  David  z  niewinną  miną,  znowu  wracając  do  tego  nieco 

prowokującego,  graniczącego  z  flirtem  tonu,  jakim  mówił  wtedy  na 

plaży. 

 - Po południu przyjechałem z jednym z moich pomocników. 

Brwi Kate powędrowały do góry. 

 - A co byś zrobił, gdybym musiała odjechać i zostawiła cię tu bez 

samochodu? 

Uśmiechnął się. 

 - Och, zawsze pozostaje jeszcze pani Larsen. Albo Dorothy. 

 - Tato, pani Larsen nie lubi przyjeżdżać aż tutaj 

 -  przypomniał  mu  Davey.  -  Na  autostradzie  wpada  w  zupełną 

panikę, a na tych uliczkach całkiem się gubi. 

 -  To  prawda,  ale  w  sytuacji  alarmowej...  -  Kate  z  trudem 

powstrzymywała śmiech. 

 -  I  ty  uważasz,  że  jeśli  nie  powiedzie  ci  się  podstępna  próba 

wyłudzenia  ode  mnie  obietnicy  jazdy  do  domu,  nastąpi  sytuacja 

alarmowa! 

background image

 -  Nie.  Ale  najpewniej  moja  psychika  poniosłaby  nieodwracalne 

szkody, gdybyś się od tego wykręciła i zostawiła mnie na lodzie - a to 

z  pewnością  stanowiłoby  sytuację  alarmową.  A  poza  tym  wyraziłaś 

już zgodę na kolację, a nie uważam cię za kogoś, kto nie dotrzymuje 

obietnic. 

Kate  pojęła  delikatną  aluzję  i  uważnie  mu  się  przyjrzała.  Jego 

oczy  błyszczały  rozbawieniem.  Niezależnie  od  tego,  jakie  miał 

zastrzeżenia  do  całego  dzisiejszego  spotkania,  najwyraźniej 

postanowił o nich zapomnieć. 

 - Co za oszust! - rzuciła, idąc wzdłuż nie kończących się rzędów 

ogromnych  studiów  dźwiękowych  do  samochodu.  -  Coś  mi  się 

wydaje,  że  od  momentu,  kiedy  zobaczyłeś  w  Malibu  mój  samochód, 

cały  czas  nic  tylko  tak  kręcisz,  żeby  się  dorwać  do  jego  kierownicy. 

Przyznaj się. 

Twarz mu się rozjaśniła, zupełnie jak przedtem Daveyowi. 

 - Pozwolisz mi prowadzić? 

 - Oczywiście - odparła i wręczyła mu kluczyki. - Przy jeździe w 

korku  nie  zobaczysz  ani  jaki  jest  zrywny,  ani  jaką  może  rozwinąć 

szybkość, ale baw się dobrze. My z Daveyem wciśniemy się jakoś na 

siedzenie dla pasażerów. 

 - A więc wiesz, jak śmieszny i niepraktyczny jest taki samochód 

w  Los  Angeles?  -  powiedział,  przesuwając  ręką  po  gładkim, 

jasnoczerwonym  lakierze.  -  Nie  sądzę,  żeby  przez  najbliższe  lata 

ktokolwiek zdołał tu jechać szybciej niż trzydziestką. 

background image

 -  Nie  jest  tak  źle.  A  co  powiesz  o  swoim  samochodzie? 

Rozumiem,  że  twoim  zdaniem  ten  czołg  jest  bardzo  praktyczny? 

Kiedy  po  raz  ostatni  używałeś  napędu  na  cztery  koła,  żeby  dojechać 

do pracy? 

Zaśmiał się i podniósł rękę. 

 - Trafiony! 

Ten pojedynek na żarty trwał też podczas kolacji. Kiedy doszli do 

deseru,  Kate  już prawie  nie  pamiętała,  jak  fatalnie  zaczął  się  dla niej 

ten  tydzień.  Zdołała  nawet  zepchnąć  gdzieś  w  zakamarki  mózgu 

poczucie  winy,  jakie  prześladowało  ją  nieustannie,  odkąd  wyszła  w 

środku rozmowy z Ellen. 

Potrzebowała czasu, by przyzwyczaić się do myśli, że Ellen zna z 

doświadczenia  to  wszystko,  przez  co  przechodzi  teraz  ona.  Miała 

nadzieję,  że  Obie  doszły  już  do  kresu  poczucia  obcości  i  niedługo 

nastąpi  pojednanie.  Znajdzie  jakiś  sposób,  by  do  tego  doprowadzić  - 

by usprawiedliwić się przed siostrą. 

Kiedy  jej  towarzysze  wysiadali  z  samochodu  przed  domem 

Davida,  była  w  tak  dobrym  nastroju,  jak  podczas  owego  wspólnego 

weekendu  w  Malibu.  I  była  coraz  bardziej  pewna,  że  Davey  i  David 

zaczynają  odbudowywać  łączące  ich  dawniej  stosunki.  Uznała,  że 

życie  wcale  nie  jest  takie  złe.  Przez  całą  drogę  do  domu  była  tak 

szczęśliwa, że nieustannie coś nuciła. 

Otworzyła  drzwi  swego  mieszkania  i  niespodziewanie  ujrzała  w 

saloniku matkę  i Brandona.  Oboje  byli  opaleni  i  odprężeni,  ale  jakoś 

nie  przypominali  owej  podekscytowanej  pary,  z  którą  utrzymywała 

background image

kontakt  w  ostatnich  tygodniach.  A  sądząc  po  zatroskanych 

spojrzeniach,  jakimi  ją  natychmiast  obrzucili,  ich  zaniepokojenie 

miało  jakiś  związek  z  nią.  Przez  chwilę  niemal  żałowała,  że  dała 

matce zapasowe klucze do mieszkania. 

I kiedy dobiegł ją wyraźny aromat naparu z truskawek, wiedziała, 

że sytuacja jest bardzo poważna. To właśnie ten napar przez całe życie 

matka  jej  specjalnie  przygotowywała...  i  to  tylko  w  sytuacjach 

wyjątkowych. 

 

Rozdział 10 

A  w  takim  byłam  dobrym  nastroju,  pomyślała  Kate  z  żalem. 

Stłumiła  westchnienie  i  z  przylepionym  do  twarzy  powitalnym 

uśmiechem podeszła do matki. 

 -  Cześć,  mamo!  -  powiedziała  i  pocałowała  ją  w  policzek.  - 

Brandon!  Wyglądacie  wspaniale,  ale  skąd  się  tu  wzięliście?  Kiedy 

ostatni raz o was słyszałam, wybieraliście się do Florencji czy Paryża, 

czy jakiegoś innego takiego miasta. 

Brandon wzruszył ramionami i uważnie się jej przyjrzał. Kate nie 

dostrzegła w tym spojrzeniu cienia gniewu, tylko niepokój. 

 - Twoja matka uważała, że jesteśmy potrzebni tutaj - wyjaśnił. 

 -  Ale  dlaczego?  -  spytała  z  poczuciem  winy.  -  Rozmawialiśmy 

ponad tydzień temu. Wszystko jest w porządku. 

 -  Wcale  nie  -  włączyła  się  jej  matka  z  błyskiem  oburzenia  w 

oczach. - Kłócicie się z Ellen. I chcę wiedzieć, o co chodzi. 

Kate spojrzała na nią z niedowierzaniem. 

background image

 -  Zadzwoniła,  żeby  ci  to  powiedzieć?!  Postanowiła  zepsuć  wam 

miodowy miesiąc? 

 -  Niczego  nie  postanawiała.  To  ja  zadzwoniłam.  Była 

zdenerwowana. Kiedy zaczęłam się dopytywać, o co chodzi, w końcu 

mi powiedziała. Nie miałam pojęcia, że spieracie się z Ellen. I to o co? 

O moje małżeństwo! 

Kate  nalała  sobie  whisky  do  szklanki,  niemal  nie  dodając  wody. 

Potem spojrzała na swych gości i spytała: 

 - Macie ochotę? 

Brandon potrząsnął przecząco głową i spojrzał na matkę Kate. 

 - A ty, Lizzy? 

 -  Nie!  -  odparła  niecierpliwie.  -  Chcę  wiedzieć,  co  się  dzieje 

między moimi córkami. 

Kate zachowała kamienne milczenie. Brandon wstał i podszedł do 

okna,  przy  którym  stała  odwrócona  plecami  do  pokoju  i  wpatrywała 

się  w  przestrzeń.  Kiedy  położył  jej  rękę  na  ramieniu,  do  jej  oczu 

napłynęły  łzy,  ale  rozmyła  je  ruchem  powiek,  modląc  się,  by  ich  nie 

dostrzegł.  Robiła  wszystko,  żeby  nie  lubić  Brandona  Hallorana,  ale 

wydawało się, że on nie ma zamiaru do tego dopuścić. 

 -  Kate,  wiesz,  że  uczynię  wszystko,  żeby  twoja  matka  była 

szczęśliwa,  ale  tego  jednego  zrobić  nie  mogę.  Tylko  ty  możesz  jej 

powiedzieć, co jest nie tak i co jest potrzebne, żeby to zmienić. Mam 

nadzieję, że nam to powiesz. 

W jego głosie brzmiała taka łagodność i tak szczera sympatia, że 

Kate  poczuła  się  jak  rozkapryszony  dzieciak,  zadający  rodzicom  ból. 

background image

Jak  to  się  stało,  że  sytuacja  do  tego  stopnia  wymknęła  się  jej  spod 

kontroli?  Czy  podświadomie  chciała,  by  matka  wróciła  do  domu, 

dając tym samym dowód, że Kate ciągle ją obchodzi? Boże, chyba nie 

jest aż tak samolubna? 

Poczuła, że Brandon wrócił do matki, usłyszała szmer rozmowy i 

w chwilę potem dźwięk zamykanych drzwi wejściowych. 

 - Kochanie! - powiedziała cicho matka. 

Kate odwróciła się i zobaczyła na twarzy matki głęboki niepokój. 

I coś jeszcze - zrozumienie. 

 -  Kochanie,  wiem,  że  czujesz  się  odsunięta.  Słowa  te  były 

dowodem,  że  intuicja  podpowiedziała  matce,  co  się  kryje  za 

nietypowym  zachowaniem  córki.  Wyjaśniało  to  też,  dlaczego  matka 

zjawiła się właśnie tu, a nie u Ellen. 

 -  Co  mogę  zrobić,  żeby  ci  dowieść,  że  nadal  jesteś  częścią 

mojego życia i częścią naszej rodziny? 

Po  policzkach  Kate  popłynęły  łzy.  Zirytowana  próbowała  je 

zetrzeć i powiedziała: 

 - Widzisz, wiem, że to śmieszne. Jestem dorosła. Nie powinno mi 

tak  strasznie  zależeć,  żeby  nic  się  nie  zmieniało,  żeby  wszystko  było 

tak jak zawsze. 

Matka uśmiechnęła się. 

 -  Och,  Kate,  zawsze  byłaś  dla  siebie  zbyt  surowa.  Z  początku 

nigdy nie jest łatwo pogodzić się ze zmianami. Jak myślisz, dlaczego 

tak  długo  trwało,  zanim  powiedziałam  Brandonowi  „tak",  chociaż 

background image

bardzo  go  kochałam?  Zdawałam  sobie  sprawę,  jak  bardzo  to  zakłóci 

całe nasze życie. 

 -  Ale  masz  prawo  do  tego,  żeby  być  szczęśliwa  -  powiedziała  z 

naciskiem Kate, dając w ten sposób wyraz racjonalnej myśli, która od 

początku toczyła walkę z jej uczuciami. 

 -  Tak. Mam.  Ale  nie  kosztem  moich  córek.  -  Matka  potrząsnęła 

głową.  -  Myślałam,  że  to  nie  ty,  lecz  Ellen  ma  z  tym  wszystkim 

kłopoty.  Powinnam  była  więcej  myśleć  o  tym,  co  ty  będziesz  czuła. 

Uważasz pewnie, że zdradziłam twojego ojca, prawda? 

 - Nie! 

Sądząc  po  sceptycznej  reakcji  matki,  Kate  powiedziała  to  zbyt 

szybko,  Uważniej  przemyślała  pytanie  matki  i  powtórzyła  swą 

odpowiedź: 

 -  Nie.  Właściwie  nie.  Ty  i  tata  nie  ukrywaliście  przed  sobą 

niczego.  Wiedział,  jakie  są  twoje  uczucia.  -  Spojrzała  na  matkę.  - 

Prawda, że wiedział? 

 -  Tak.  I  rozumiał  je.  Kochanie,  twój  ojciec  był  wspaniałym 

człowiekiem,  dobrym  ojcem.  I  żałuję,  że  odszedł.  Byliśmy  razem 

szczęśliwi.  I  dzięki  niemu  mam  ciebie.  Już  to  jedno  wystarczyłoby, 

żeby uznać, że warto było zawierać to małżeństwo. 

Kate westchnęła, czując pewną ulgę. 

 - Dobrze, że mi to mówisz. Chciałam to od ciebie usłyszeć. 

 -  Och,  dziecko!  -  wyszeptała  urywanym  głosem  matka.  -  Jak 

mogłaś wątpić, że cię kocham! 

background image

Te  słowa  stanowiły  echo  uczuć  wyrażonych  przez  Davida 

zaledwie  kilka  dni  temu.  Była  w  nich  ta  sama  mieszanina 

niedowierzania,  bólu  i  głębokiej  rodzicielskiej  troski.  Podobieństwo 

między  sytuacją  Davida  i  Daveya  z  jednej  strony  a  jej  własnymi 

doświadczeniami z drugiej było silniejsze, niż Kate się wydawało. 

I podobnie jak Davey, pragnęła utwierdzić się w przekonaniu, że 

świat  jest  nadal  bezpieczny.  Można  było  odnieść  wrażenie,  że  nawet 

ktoś  tak  pewny  siebie  jak  ona  nigdy  nie  wyrośnie  z  owej  potrzeby 

uświadomienia sobie bliskiej więzi z innymi, uświadamiania sobie, że 

jest się kochanym. 

Jej  matka  wyciągnęła do  niej  ręce  i Kate  rzuciła  się jej na szyję. 

Ten uścisk w połączeniu ze słowami upewnił ją o czymś, w co nigdy 

nie  powinna  była  wątpić.  Chociaż  Ellen  była  owocem  miłości  do 

Brandona  Hallorana,  w  sercu  jej  matki  zawsze  było  też  miejsce  dla 

Kate. Zawsze było i zawsze będzie. 

Kiedy  obeschły  im  łzy  i  matka  przygotowała  następną  porcję 

naparu z truskawek, Kate powiedziała: 

 -  A  teraz  opowiedz  mi,  mamo,  o  tym  waszym  fantastycznym 

miesiącu miodowym. Kiedy znowu wyjeżdżacie do Europy? 

 -  Nie  mamy  jeszcze  ustalonego  planu.  Myślę  jednak,  że  trochę 

pobędziemy tutaj. 

Kate spojrzała na nią z nowym poczuciem winy. 

 - Proszę, nie róbcie tego z mojego powodu. Wszystko już jest w 

porządku. 

background image

 - Naprawdę? Zaczynam myśleć, że Brandon ma rację. Potrzebny 

ci jest jakiś cel  w życiu, coś więcej niż tylko praca. Potrzebny ci jest 

mąż. 

 - Bardziej potrzebny mi jest wyjazd na francuską Riwierę. 

Riposta  ta  jednak  nie  miała  takiej  siły  przekonującej,  jaką 

mogłaby  mieć  tydzień  czy  dwa  tygodnie  wcześniej.  Matka 

najwyraźniej  to  zauważyła,  bo  powiedziała  pozornie  zdawkowym 

tonem: 

 - Ach, tak? Opowiedz mi o tym mężczyźnie, który był z tobą  w 

Malibu podczas poprzedniego weekendu. 

Kate spojrzała na nią podejrzliwie. 

 - Co o nim słyszałaś? 

 -  Słyszałam?  -  powtórzyła  z  niewinną  miną  matka.  -  Sama  mi 

mówiłaś, że to ojciec twojego klienta. 

 -  A  ty  natychmiast  orzekłaś,  że  jest  dla  mnie  za  stary.  Co  się 

zmieniło? Widzę z tego błysku, jaki masz w oczach, że coś usłyszałaś. 

 -  Faktycznie.  Właśnie  sobie  przypominam,  że  Zelda  przesłała 

faksem do Rzymu pewien wycinek. 

 - Wycinek? - Kate nic nie rozumiała. - Jaki wycinek? 

I nagle uprzytomniła sobie, że mniej więcej tydzień temu ujrzała 

kwadratowy  otwór  w  środku  jednego  z  filmowych  czasopism.  Zelda 

dziwnie się wykręcała od odpowiedzi na jego temat. 

 -  Pisano  tam,  że  widziano  cię  z  Davidem  Winthropem  i  jego 

synem na kolacji w Chez Alice. 

 - Sama ci o tym mówiłam. 

background image

 - Nie; 

 - No dobrze, mówiłam ci, że byli w moim domu. 

 -  Nie  powiedziałaś  mi,  kochanie,  jego  nazwiska.  Gdybyś  to 

zrobiła,  wiedziałabym,  że  mężczyzna,  którego  gościsz,  jest  jednym  z 

najlepszych kandydatów na męża w całym Hollywood. 

 - Skąd wiesz takie rzeczy? 

Kate była świadoma, że matka nigdy nie wykazywała większego 

zainteresowania tym, co się dzieje w świecie filmu. 

 - Och, Brandon odbył parę rozmów telefonicznych - powiedziała 

matka radośnie. - Zdaje się, że wywarły one na nim duże wrażenie. 

Kate  ukryła  twarz  w  dłoniach.  O  Boże,  ziścił  się  jej  najgorszy 

koszmar. 

 - Mamo, powiedz mu, żeby dał sobie z tym spokój - błagała. 

Matka spojrzała na nią uważnie, bardzo z siebie zadowolona. 

 - Myślę, że nie zrobię tego, kochanie. W takich sprawach często 

się  ociągasz.  Sądzę,  że  być  może  tym  razem  lekkie  szturchnięcie 

przyda ci się. 

 -  Żadnego  szturchania  -  zaprotestowała  Kate.  -  Żadnego 

wtrącania się. Żadnych okrężnych śledztw. Proszę. 

Z  wyrazu  twarzy  matki  mogła  jednak  wywnioskować,  że  jej 

błagania trafiają w próżnię. Uznała, że mają z Davidem do dyspozycji 

najwyżej dwanaście godzin - zanim Brandon przezwycięży zmęczenie 

wywołane  różnicą czasu.  Potem  odbędzie  się  już  wolna  amerykanka. 

Drogi Boże, w co ona uwikłała tego człowieka! 

background image

Wyraźny chłód panujący w biurze Kate nie miał nic wspólnego z 

działaniem klimatyzacji. Zelda od jakiegoś czasu chodziła obrażona i 

Kate  zmuszona  była  przyznać,  że  nie  bez  powodu.  Powinna  ją 

przeprosić.  Teraz,  kiedy  jej  życie  znowu  zaczynało  się  stabilizować, 

dawno należało to zrobić. 

Drzwi otworzyły się i stanęła w nich Zelda. 

 -  Przyszła  pani  Mason  -  zakomunikowała,  nie  przekraczając 

progu.  Jej  głos  miał  nadal  ów  lodowaty  ton,  który  od  tygodnia 

wywoływał w Kate dreszcze. 

 - Za chwilę z nią porozmawiam - powiedziała. - Wejdź. Mam ci 

coś do powiedzenia. 

Zelda ostrożnie przestąpiła próg. 

 - Wejdź dalej i zamknij drzwi. 

Zelda  zareagowała  tak,  jakby  poproszono  ją  o  podpisanie 

własnego wyroku śmierci. 

 - Na miłość boską! - zniecierpliwiła się Kate. - Nie mam zamiaru 

cię wyrzucić. 

 - Są rzeczy gorsze od utraty pracy - odparła Zelda rozdrażnionym 

tonem. 

 -  Na  przykład  jeśli  krzyczą  na  człowieka,  kiedy  on  chciał  tylko 

pomóc? 

Oczy sekretarki rozszerzyły się. 

 - Na przykład. 

background image

 -  Przepraszam.  Od  ślubu  mamy  nie  potrafiłam  sobie  z  sobą 

poradzić.  Nie  potrafię  wyjaśnić  dlaczego.  Ale  w  żadnym  razie  nie 

usprawiedliwia to odgrywania się na tobie. 

 - Chodzi o to, że ty i Ellen jesteście tylko siostrami przyrodnimi? 

Kate  poczuła  dławienie  w  gardle.  Patrzyła  na  sekretarkę 

zdumiona. 

 - Skąd to wiesz, u Boga Ojca? 

 - Twoja siostra mi powiedziała. 

Kate poczuła  wściekłość, ale tuż potem nadeszła rezygnacja. To, 

czy o tym mówić, czy nie, jest sprawą Ellen. Najwyraźniej potrzebny 

jej  był  sojusznik,  by  przebić  się  jakoś  przez  wrogość  Kate,  i  na  tyle 

zaufała Zeldzie, że powierzyła jej ten sekret. Kate mogło to na chwilę 

zaszokować,  ale  zdawała  sobie  sprawę,  że  siostra  dobrze  wybrała. 

Niezależnie  od  całej  swej  ekscentryczności  Zelda  była  lojalna  i 

dyskretna i potrafiła zrozumieć cudze uczucia. 

 - Rozumiem - powiedziała Kate powoli. - A więc wiesz, dlaczego 

byłam taka zestresowana. 

Zelda potrząsnęła głową. 

 -  Tak  naprawdę  to  nie  wiem.  Ale  jeśli  to  cię  doprowadzało  do 

takiego stanu, to dlaczego po prostu nie porozmawiałaś na ten temat? 

Rzeczywiście,  dlaczego?  -  pomyślała  Kate.  Czyż  takiej  właśnie 

rady  nie  udzielała  sama  niemal  co  godzina  swym  klientom,  zanim 

wyraziła  zgodę  na  prowadzenie  ich  sprawy  rozwodowej?  Czyż  nie 

tego właśnie domagała się od Davida i Daveya? Wygadaj się na temat 

swych  problemów,  przedyskutuj  je  uczciwie,  a  kiedy  nie  daje  to 

background image

efektu,  mów  dalej,  dopóki  nie  przełamie  to  wszystkich  barier. 

Próbowała  dociec,  dlaczego  tak  niechętnie  stosowała  się  do  swoich 

własnych rad. 

Być  może  ma  to  coś  wspólnego  z  tym,  że  przez  całe  życie 

uważała,  iż  zachowuje  kontrolę  nad  wydarzeniami,  nie  żywiąc 

żadnych  wątpliwości  co do  tego,  jakie  powinna  zajmować  miejsce  w 

ogólnym schemacie wydarzeń. Zawsze uważała, że jej wiara w siebie 

jest  zasługą  rodziców,  efektem  tego,  że  stworzyli  jej  bezpieczne 

warunki życia, przepełnione miłością. 

Kiedy  odkryła,  że  jej  świat  wcale  nie  jest  taki,  jak  myślała, 

uznała, że jej pozycja w tym świecie także musi być inna. Nikt jej nie 

powiedział,  jak  ma  sobie  radzić  z  samotnością  i  rozpaczą, 

wywołanymi nowo zrodzoną niepewnością. 

Ten  cios  spowodował  też,  że  wszystko  w  jej  życiu  stało  się 

wątpliwe.  Podświadomie  odsunęła  jeszcze  przedtem  swą  ukochaną 

rodzinę na drugi plan i zajęła się karierą zawodową, ufna w trwałość 

ich  miłości.  Kiedy  to  zaufanie  zostało  naruszone,  jej  cały  system 

wartości  załamał  się.  Mówienie  o  tym  miało  tylko  ten  efekt,  że 

wszystko to wydawało się jeszcze bardziej rzeczywiste. 

 - Myślę - przyznała się Zeldzie - że miałam nadzieję, iż z czasem 

moje, rozterki miną. Chyba czułam się nawet winna, że mam matce za 

złe jej szczęście, a Ellen jej nowego ojca. 

Sekretarka wzniosła oczy ku niebu. 

 -  Panie  Boże,  czy  ty  to  słyszysz?  Ta  kobieta  ma  jakieś  ludzkie 

uczucia! 

background image

Przyjrzała się uważnie Kate i potrząsnęła głową. 

 - Musiało to być bardzo brutalne przebudzenie. 

 - Chodzi ci o tę informację o Ellen? 

 -  Nie.  Myślę  o  odkryciu,  że  nie  wszystko  na  świecie  można 

kontrolować. 

Kate skrzywiła się. 

 -  Tak  -  przyznała.  -  To  było  ciężkie.  W  każdym  jednak  razie 

przykro mi, że odbijałam sobie własne nastroje na tobie. Przepraszam. 

A teraz przyślij mi panią Mason. 

Zelda kiwnęła głową i powiedziała jeszcze: 

 - A skoro o tym mowa, dzwonił ze szkoły Davey. Chce tu przyjść 

po  lekcjach.  Powiedziałam,  że  jakoś  go  zmieścimy  między  twoimi 

klientami... 

Kate zmarszczyła brwi. 

 - Czy powiedział, o co chodzi? 

 - Nie. 

 - Jaki miał głos? 

 - Jakby stracił najlepszego przyjaciela. 

Kate wymamrotała przekleństwo i zaczęła się zastanawiać, co się 

mogło  stać  w  ciągu  tygodnia,  jaki  minął,  odkąd  widziała  Daveya  i 

jego ojca. 

Jedna  z  prowadzonych  przez  nią  spraw  szła  w  tym  tygodniu  do 

sądu,  więc  ugrzęzła  po  uszy  w  pracy  i  nie  miała  czasu,  by 

skontaktować  się  z  nimi  i dowiedzieć,  co  się  dzieje.  W  dodatku była 

background image

niemal  pewna,  że  napięcie  między  nimi  spada  i  że  David  zrozumiał, 

jak ważne jest odbudowanie więzi łączących go niegdyś z synem. 

Kiedy tak rozmyślała o kruchości ich wzajemnych stosunków i o 

potrzebie  ich  pielęgnowania,  uświadomiła  sobie,  że  sama  też  musi 

jeszcze naprawić różne mosty. 

Zelda, jakby czytając w jej myślach, powiedziała: 

 -  I jeszcze jedno. Czy nie sądzisz, że powinnaś wyznaczyć jakiś 

nowy termin tego obiadu z Ellen? 

 - Gotowa jestem przysiąc - odparła Kate - że nie wynajmowałam 

cię do pracy w charakterze mojego sumienia. 

 - Nie - zgodziła się sekretarka. - To moja premia dla ciebie. 

Kate zaśmiała się. 

 -  Dobrze.  Zadzwoń  do  niej  i  ustal  to.  Spytaj,  czy  nie  chciałaby 

też przyjść mama. 

 - Świetnie - wyraziła aprobatę Zelda. - Może się potem odpręży i 

skończy swą podróż poślubną. 

 -  Czy  jest  w  życiu  mojej  rodziny  coś  takiego,  o  czym  byś  nie 

wiedziała? 

 -  Chyba  niewiele  -  stwierdziła  sekretarka  radośnie.  -  Przyślę  ci 

panią Mason. 

Okazało się, że pani Mason potrzebna jest nie tyle porada prawna, 

ile przyjazna dusza, która wysłuchałaby jej skarg na niewierność pana 

Masona. 

Kate zasugerowała, by prowadziła na ten temat notatki w niczego 

nie  ukrywającym  pamiętniku,  który  wprawi  tego  faceta  w  takie 

background image

zakłopotanie,  że  nigdy  już  nie  ośmieli  się  pokazać  w  lokalu  Musso  i 

Frank  -  uczęszczanej  przez  filmowców  starej  knajpie  przy  Bulwarze 

Hollywood,  która  zdołała  zachować  swój  charakter,  mimo  że  cała 

dzielnica bardzo się zmieniła. Pani Mason zaświeciły się oczy. 

 -  Myślę,  że  w  drodze  do  domu  kupię  taki  mały  magnetofon  - 

oświadczyła  i  dodała  przewrotnie:  -  Już  sam  fakt,  że  mnie  z  nim 

zobaczy, powinien go wprawić w przerażenie. 

Kate  pomyślała,  że  bardziej  przeraziłby  go  rachunek  za 

miesięczny  pobyt  żony  w  jakimś  modnym  uzdrowisku,  ale  pani 

Mason  najwyraźniej  bardziej  zależało  na  publicznej  zemście  niż  na 

kosztownym wypoczynku. 

Ledwie  jej  klientka  poszła  szukać  magnetofonu,  a  już  Zelda 

powiedziała, że przyszedł Davey.  Ku żalowi Kate, chłopiec wyglądał 

niemal  tak  jak  podczas  swej  pierwszej  wizyty.  Był  bardzo  schludny, 

bardzo grzeczny i bardzo samotny. 

 -  Cześć!  -  powiedziała.  -  Co  cię  tu  sprowadza?  -  Po  prostu 

chciałem cię odwiedzić - powiedział bezbarwnym głosem. - Mogę? 

 -  Oczywiście.  Dla  ulubionego  klienta  zawsze  znajdę  trochę 

czasu. 

Przyglądała  się,  jak  Davey  przechadza  się  po  gabinecie,  ogląda 

obrazy,  dotyka  rzeźb  z  brązu,  którymi  przyozdobiła  swe  biuro. 

Wydawał  się  szczególnie  zafascynowany  kowbojem  autorstwa 

Remingtona. W końcu spytała: 

 - Co tam w domu? 

background image

 - Myślę,  że  wszystko w porządku. Zaczekała, aż odwróci się do 

niej twarzą, i powiedziała z naciskiem: 

 - Davey, powiedz prawdę! 

 - Myślałem, że wszystko zmieni się na lepsze - wyznał w końcu. 

-  Naprawdę  tak  myślałem.  Zwłaszcza  po  tym,  jak  byliśmy  nad 

oceanem, no i w ogóle... 

 - A studio? 

 - No tak, ale musiałem mu przypominać i przypominać - wyznał 

smętnie. 

 -  Kochanie,  byliśmy  tam  niedługo  po  tej  wyprawie  nad  ocean. 

Nawet  najlepsi  rodzice  na  świecie  nie  mogą  planować  takich 

specjalnych okazji na każdy dzień. 

Było  to  tłumaczenie  zupełnie  rozsądne,  ale  z  wyrazu  twarzy 

Daveya  widać  było,  że  logika  dorosłych  zupełnie  do  niego  nie 

przemawia. 

 - I nie przyszedł na mój pierwszy mecz... 

 - A przypomniałeś mu? 

Davey  wzruszył  ramionami  i  Kate  domyśliła  się,  że  tego  nie 

zrobił, ponieważ chciał, by ojciec przyszedł bez przypominania. 

 -  Wszystko  wymaga  czasu  -  powiedziała.  -  Takie  rzeczy  nie 

zmieniają się z dnia na dzień. 

 -  Wiem,  ale  mieliśmy  przecież  listę  tych  wszystkich  innych 

spraw.  Takich  jak  śniadanie.  Aż  do  początku  szkoły  mieliśmy  jeść 

razem  śniadanie  podczas  weekendów.  Kiedy  w  sobotę  wstałem,  tata 

już  pojechał  do  pracy.  W  niedzielę  był  na  dworze  i  tłumaczył 

background image

jakiemuś człowiekowi, jak ma strzyc trawnik, czy coś w tym rodzaju. 

Szkoła  zaczęła  się  w  poniedziałek,  a  on  ani  razu  nie  zjadł  ze  mną 

Śniadania. 

Zbolałe brązowe oczy wpatrywały się w Kate. 

 -  Nie  wydaje  mi  się  -  dokończył  -  żeby  lubił  spędzać  ze  mną 

czas. 

Kate  jeszcze  tak  niedawno  borykała  się  z  własnym  poczuciem 

braku  bezpieczeństwa,  że  czuła  dla  chłopca  współczucie,  chociaż 

zdawała sobie sprawę, że Davey tak samo źle ocenia swego ojca, jak 

ona oceniała swą rodzinę. Ale ona była przynajmniej na tyle dorosła, 

by  zdołać  w  końcu  uświadomić  sobie,  o  co  w  tym  wszystkim 

naprawdę  chodzi,  mimo  że  nie  potrafiła  przezwyciężyć  bólu,  jaki  się 

w niej zadomowił. A Davey miał tylko dziesięć lat. 

 - Co twoim zdaniem mam zrobić? 

Pragnęła  dać  mu  odczuć,  że  to  on  sprawuje  kontrolę  nad 

podejmowanymi przez nią krokami. Rozpaczliwie potrzebna mu była 

świadomość,  że  przynajmniej  jedna  osoba  dorosła  traktuje  go 

poważnie. Ani uścisk, ani żadne frazesy nic by tu nie dały. 

 - Może moglibyśmy popchnąć trochę sprawę rozwodu? 

Kate spojrzała na niego z powagą. Serce ściskało się jej z bólu. 

 -  Chwilę  się  zastanówmy.  Twój  tata  obiecał  zmienić  pewne 

rzeczy, prawda? 

 - Tak. Ale niczego nie zmienia. 

background image

 -  No,  nie  -  skorygowała.  -  Coś  zmienił.  Czy  nie  powinniśmy 

tłumaczyć  wątpliwości  na  jego  korzyść?  Może  dać  mu  trochę  więcej 

czasu? 

 - Pewno tak by trzeba - przyznał niechętnie. - Ale w takim razie 

co zrobimy? 

 -  Jeśli  chcesz,  pomówię  z  nim.  Przypomnę  mu,  że  mamy 

obowiązujące  go  porozumienie  prawne.  I  że  musi  przestrzegać 

ustalonych warunków. 

 - A jeśli tego nie zrobi? 

 - Wtedy ty i ja i on siądziemy razem i omówimy inne wyjście. 

 - Masz na myśli rozwód? 

Kate podeszła do niego i mocno go objęła. 

 - Mój drogi, mogę prawie zagwarantować, że do tego nie dojdzie 

- oświadczyła zdecydowanym tonem. 

Pomyślała,  że  jeśli  na  ziemi  czy  w  piekle  istnieje  jakakolwiek 

możliwość, by do tego nie dopuścić, ona ją wykorzysta, choćby nawet 

miała osobiście nadzorować każdą czynność, jaką David miał dzielić z 

synem. 

 - Jak tu przyjechałeś? - spytała Daveya. 

 -  Przywiozła  mnie  pani  Larsen,  ale  myśli,  że  poszedłem  z 

przyjacielem do kina. Lepiej już tam pójdę, żeby mnie nie szukała, jak 

po mnie przyjedzie. 

Spojrzał na Kate ż nadzieją. 

 - Pomówisz z tatą? 

background image

 -  Jeszcze  dziś.  I  potem  do  ciebie  zadzwonię.  Twarz  mu 

pojaśniała, kiedy oddawał Kate uścisk. 

 - Dzięki, Kate. 

 - W porządku, chłopie. 

Ledwo wyszedł, Kate zawołała Zeldę. 

 -  Zadzwoń  do  Davida  Winthropa  i  powiedz  mu,  że  chcę  go 

widzieć u siebie w biurze. 

Chciała  tym  razem  rozmawiać  z  nim  na  własnym  terytorium. 

Zawodowym terytorium, żeby nie było żadnych nieporozumień co do 

tego,  że  ona  traktuje  tę  sprawę  zupełnie  serio.  Tutaj  nie  będzie  mógł 

rozpraszać jej uwagi ani swym czarem, ani żadnymi pocałunkami. 

 - Kiedy? - spytała Zelda. 

 - Dzisiaj. 

 - Ale jest już po czwartej. 

 - Nie szkodzi, zaczekam na niego. Nie przyjmuj do wiadomości 

żadnej odmowy. 

Chodziła  po  gabinecie,  póki  Zelda  nie  powiedziała  przez 

mikrofon: 

 - Będzie o wpół do siódmej. W porządku? 

 - Tak. Dziękuję, Zeldo. 

 - Czy chcesz, żebym robiła notatki? 

 - Nie, to nie będzie potrzebne - odparła. I zaraz zmieniła zdanie. - 

Chociaż...  Nie  mam  nic  przeciwko  temu,  żebyś  była  przy  tej 

rozmowie  obecna.  Myślę,  że  to  dobry  pomysł.  Pan  David  Winthrop 

powinien wreszcie zrozumieć, że dla nas to nie jest zabawa. 

background image

 - Zaczekam. 

Ton  Zeldy  sugerował,  że  możliwość  obejrzenia  Davida 

Winthropa interesuje ją co najmniej w takim samym stopniu, jak chęć 

wykazania, że jest dobrą sekretarką. 

David  przyjechał  pięć  minut  przed  terminem.  Nie  wyglądał  na 

szczególnie ucieszonego tym wezwaniem, zwłaszcza że musiał w tym 

celu przejechać całe miasto, i to pod koniec jednego z najgorętszych w 

dziejach  dni  września.  Sprawiał  wrażenie  wyczerpanego  i 

zirytowanego. 

Przez  jakieś  dziesięć  sekund  Kate  bardzo  mu  współczuła,  ale 

potem przypomniała sobie, dlaczego David tu jest, i odzyskała rezon. 

Nie  może  dopuścić  do  tego,  by  gwałtowne  bicie  serca  i  sympatia  do 

Davida  wpłynęły  na  sposób  wywiązywania  się  przez  nią  z 

obowiązków wobec Daveya. 

 - Czy mogłabyś mi powiedzieć, co się pali? Co jest takie ważne, 

że nie można tego odłożyć do jutra? 

Obrzucił wściekłym spojrzeniem Zeldę i dodał: 

 - I co ona tu robi? 

 -  Jest  tu,  żeby  notować.  Chcę,  żeby  ta  rozmowa  była 

protokołowana. 

Spiorunował ją wzrokiem. 

 - Po co? 

 - Żebym mogła wykazać sądowi, że były próby mediacji. 

 - Sądowi? - spytał z niedowierzaniem. - Chyba oszalałaś? 

background image

Chociaż  była  zdecydowana  zachować  obiektywizm  i  traktować 

rzecz bezosobowo, nie mogła się powstrzymać od utożsamiania się z 

tym, co David musiał czuć w tym momencie. Domyśliła się  więc, że 

jego  reakcja  jest  mieszanką  gniewu  i  upokorzenia,  upokorzenia 

wywołanego  tym,  że  ktoś  publicznie  atakuje  go  za  stan  jego 

stosunków  z  synem.  Uznała,  że  zademonstrowała  już  dostatecznie 

powagę sytuacji i spojrzała na Zeldę. 

 - Myślę, że możesz już iść. Sama zrobię notatki i przepiszę je ha 

maszynie jutro rano. 

 - Jesteś pewna? 

Kate skinęła głową, a kiedy Zelda wyszła, spojrzała na Davida. 

 -  Mam  nadzieję,  że  zdajesz  sobie  sprawę,  że  nie  musiałam  jej 

odprawiać.  Pomyślałam  jednak,  że  ten  jeden  raz  nasza  rozmowa 

będzie może bardziej konstruktywna, jeśli będziemy sami. 

 - Rozmowa o czym? 

Wyraźnie był w defensywie. Czuł się atakowany. 

Niezależnie  od  tego,  jakie  uczucia  zaczynały  ich  łączyć,  ustąpiły 

teraz  miejsca  czystej  niechęci.  Nie  mogła  tego  nie  żałować. 

Zastanawiała  się,  czy  kiedykolwiek  nadejdzie  taki  czas,  by  wszystko 

było proste. 

 -  Musimy  porozmawiać  o  twoim  synu  -  odparła  sucho.  - 

Pamiętasz, że masz syna? 

Westchnął  i  zapadł  głęboko  w  fotel,  po  czym  przesunął  palcami 

po i tak już wzburzonych włosach. 

 - Znowu to samo? Myślałem, że już wszystko rozstrzygnęliśmy. 

background image

 -  Też  tak  myślałam.  Niestety,  Davey  wpadł  tu  dziś,  żeby 

zobaczyć się ze mną. Według niego nic się nie zmieniło. 

 -  Jak  możesz  coś  takiego  mówić?  Spędziliśmy  z  tobą  cały 

cholerny weekend. Oprowadziłem was też po studiu. 

Kate aż się wzdrygnęła, słysząc jego agresywny ton. 

 -  Czego,  u  diabła,  chcesz?  -  spytał.  -  Mam  bardzo  napięte 

terminy. Wychodzę ze skóry, żeby zdążyć. 

Odnosiło  się  wrażenie,  że  jest  u  kresu  i  cierpliwości,  i  sił.  Kate 

coraz bardziej mu współczuła i jej zdecydowanie wyraźnie słabło. 

Dobrze  wiedziała,  co  to  znaczy  żyć  w  ten  sposób  całymi 

tygodniami,  a  nawet  miesiącami,  bez  chwili  przerwy  nawet  na 

złapanie  oddechu.  Świetnie  potrafiła  się  wczuć  w  jego  sytuację  - 

zrozumieć  napięcie,  jakie,  najwyraźniej  go  nie  opuszczało,  i  trudny 

wybór, jakiego musiał dokonać. 

 - Czy naprawdę się starasz? 

Powiedziała  to  łagodniejszym  tonem,  ale  jednak  powiedziała. 

Winna  to  była  Daveyowi.  Musiała  uświadomić  Davidowi  cierpienie 

jego syna, niezależnie od tego, że naprawdę rozumiała jego dylematy. 

 -  Ależ  tak,  do  diabła!  Nie  masz  pojęcia,  co  to  znaczy  mieć  do 

czynienia z ekipą, którą trzeba zmuszać do dotrzymywania terminów. 

Reżyser  na  przykład  przeżywa  nagle  olśnienie  wymagające 

kompletnej  przebudowy  dekoracji  do  jakiejś  sceny,  a  producent 

dostaje szału, kiedy widzi zestawienie wydatków. Gonię ostatkiem sił. 

A teraz jeszcze ty... 

background image

Resztki oburzenia, jakie Kate czuła po wizycie Daveya, zniknęły. 

Spojrzała  w  zmęczone  oczy  Davida  i  widziała  już  tylko  człowieka 

walczącego o utrzymanie się na powierzchni. 

Zdusiła pokusę, by podejść do niego i rozmasować mu barki, by 

jakoś zmniejszyć napięcie mięśni. 

 -  Przepraszam  -  powiedziała  -  ale  mamy  tu  problem.  Davey  nie 

zdaje  sobie  z  tego  wszystkiego  sprawy.  Widzi  tylko,  że  nie 

dotrzymujesz obietnic. 

Ryzykując, że wywoła nowy wybuch, dodała: 

 -  Przecież  nie  ma  w  domu  nikogo  innego,  kto  mógłby  go 

wesprzeć. 

Zesztywniał i spytał cicho: 

 - Czy myślisz, że nie zdaję sobie z tego sprawy? Spojrzał na nią 

tak żałośnie, że coś w niej pękło. 

Nie  miała  pojęcia,  jak  zareagować,  by  nie  zagroziło  to 

stanowisku,  jakie  zajęła  w  obronie  Daveya.  Czekała  tylko  i  słuchała, 

jak David walczy o znalezienie wyjścia z całego tego bałaganu. 

Zaczął spacerować po gabinecie, dotykając palcami tych samych 

przedmiotów,  które  zaledwie  parę  godzin  wcześniej  wzbudziły 

zainteresowanie  jego  syna.  Trzymając  w  ręku  rzeźbę  Remingtona, 

odwrócił się twarzą do Kate. 

 -  Nie  wiem,  co  mógłbym  jeszcze  zrobić.  W  każdym  razie  teraz 

nie  mogę  nic  więcej.  Kiedy  skończę  tę  robotę,  będę  mógł  trochę 

zmniejszyć tempo i znajdę więcej czasu dla Daveya. 

background image

W  jego  słowach  Kate  natychmiast  rozpoznała  próbę  tłumaczenia 

się i pełną dobrej woli, ale próżną obietnicę. 

 -  Ale  czy  to  zrobisz?  Czy  też  znowu  zakopiesz  się  z  głową  w 

kolejnej  pracy,  a  potem  jeszcze  w  kolejnej?  Znam  to.  Sama  tak 

nieustannie  robię.  Jest  to  świetny  sposób  na  unikanie  prawdziwego 

życia. 

Warknął  coś  pod  nosem,  ale  Kate  nie  pozwoliła  sobie  na  żadne 

wahania,  chociaż  bardzo  chciała  znowu  nawiązać  ów  osobisty 

kontakt. Chciała tego z powodów, które w tej chwili były nieistotne. 

Po  dłuższej  chwili  z  twarzy  Davida  zniknął  gniew.  Przyjrzał  się 

Kate ze smutkiem. 

 - Mam wrażenie, że ostatnio poddałaś się psychoanalizie. 

 -  To  bolesne,  ale  tak  było  -  przyznała.  -  Zawdzięczam  to  w 

pewnym  stopniu  tobie.  W  tym,  co  robisz,  rozpoznałam  moje  własne 

zachowania.  Wszyscy  mówią,  że  uświadomienie  sobie,  z  czym  musi 

się walczyć, jest pierwszym krokiem do zmiany. 

Zrobił kwaśną minę i ostrożnie odstawił rzeźbę na miejsce. 

 -  A  więc  jednak  czytałaś  te  broszurki  psychologiczne,  które 

zostały po twoich gościach? 

 -  Niektóre  -  przyznała.  -  Widzisz,  nikt  lepiej  ode  mnie  nie  wie, 

jak  trudno  jest  uznać  rodzinę  za  ważniejszą  niż  pracę,  ale  ostatnio 

dotarło do mnie, że wybór, jakiego dokonałam, nie jest dobry. Może i 

z tobą tak jest? 

 - Och, to nie ulega kwestii - zgodził się bez zmrużenia powiek. - 

Ale,  Kate,  to  nie  znaczy,  że  wiem,  u  diabła,  jak  się  zmienić.  W 

background image

każdym  razie  nie  teraz,  kiedy  jestem  w  środku  wywiązywania  się  z 

potwornego  kontraktu.  Jeśli  to  schrzanię,  to  nigdy  nie  odzyskam 

dotychczasowej  opinii  człowieka  dotrzymującego  terminów  i  nie 

przekraczającego budżetu. Ten przemysł potrafi być pamiętliwy. 

 - Z pewnością jest miejsce na kompromis. Wyciągnęła do niego 

podpisany przez niego papier i przypomniała mu: 

 - Dokonujesz zmian krok po kroku. Czy nie tak tu jest napisane? 

Westchnął ciężko. 

 - Tak słyszałem. 

 -  Możemy  to  przejrzeć  i  ewentualnie  pozmieniać,  tak  żeby  to 

było  rozsądniejsze  na  parę  najbliższych  tygodni,  kiedy  jeszcze  masz 

tyle  pracy.  Lepiej  żeby  to,  czego  oczekuje  Davey,  było  realistyczne, 

niż żeby nieustannie się rozczarowywał. 

Nagle  zdała  sobie  sprawę,  że  David  uważnie  się  jej  przygląda. 

Podniosła głowę i spojrzała mu w oczy, nagle pociemniałe i niepewne. 

 - Co z kolacją? - spytał. - Czy masz jakieś plany? Moglibyśmy te 

zmiany omówić. 

Kate  strasznie  chciała  wyrazić  zgodę.  Chciała  utrzymać  to 

wrażenie,  że  atmosfera  wokół  nich  naładowana  jest  elektrycznością. 

Chciała, by trzymał ją w ramionach, i całował i... 

 - Nie - powiedziała wbrew sobie. 

I ucieszoną jego wyraźnym rozczarowaniem, dodała łagodnie: 

 - Ty masz plany. Jedź do domu, do syna. 

 - Czy mógłbym cię namówić, żebyś pojechała ze mną? 

 - Jako zderzak? Nie sądzę. 

background image

 - Raczej myślałem, że jako przyjaciel. 

W  Kate  zamarło  serce.  Zdawała  sobie  sprawę,  jak  bardzo  im 

obojgu  potrzebna  jest  przyjaźń.  Ale  nie  dzisiaj.  Dziś  ważniejszy  jest 

Davey. 

 -  Ponieważ  jesteśmy  przyjaciółmi  -  powiedziała  powoli  z 

nieoczekiwaną mieszaniną pewności i wyraźnego oczekiwania - będą 

jeszcze inne wieczory. 

Po dłuższej chwili skinął wreszcie głową. 

 - Myślę, że masz rację. 

Wstał  i  odprowadziła  go  do  windy.  Kiedy  otworzyły  się  drzwi, 

David  nachylił  się  i  szybko  ją  pocałował.  Dotknięcie  jego  gorących 

warg  było  lekkie  jak  piórko,  ale  było  zobowiązaniem,  obietnicą,  że 

nadejdzie  czas,  kiedy  oboje  bliżej  zbadają  to  nowe  uczucie,  jakie  się 

między nimi rodziło w bardzo trudnych okolicznościach. 

 - Dzięki - powiedział. - Mimo że zachowuję się fatalnie, to zdaję 

sobie sprawę, jakie to szczęście, że Davey ma cię po swojej stronie. 

Kate wyciągnęła rękę i pogładziła go po policzku. 

 -  Nie  zapominaj,  jakie  to  dla  niego  szczęście,  że  ma  ciebie  za 

ojca. 

Spojrzał na nią ze smutkiem. 

 -  Myślałem,  że  właśnie  skończyłaś  mi  mówić,  jak  fatalnym 

jestem ojcem. 

 -  Teraz  istotnie  jesteś  fatalnym  ojcem  -  powiedziała  łagodnie  - 

ale nie zawsze taki byłeś. Gdybyś nie był tak wspaniały przedtem, nie 

brakowałoby mu ciebie tak bardzo. 

background image

 - Dziękuję, że to powiedziałaś. 

A kiedy drzwi windy już się zamykały, dodał: 

 -  Mam  nadzieję,  Kate,  że  zdajesz  sobie  sprawę,  jak 

niewiarygodnie wspaniałą jesteś kobietą. Naprawdę! 

Kate  westchnęła.  Dzięki  niemu  i  Daveyowi  i  swej  własnej 

rodzinie  zaczęła  sobie  uświadamiać,  że  jej  wartość  bynajmniej  nie 

kończy się na tym, że jest dobrym adwokatem. 

 

Rozdział 11 

Kiedy David wszedł do domu, zastał Daveya siedzącego samotnie 

przy  ogromnym  stole  jadalnym.  Wyglądał  na  tak  zagubionego,  że 

David poczuł, jak ściska mu się serce z poczucia winy i z żalu. Żaden 

mały chłopiec nigdy nie powinien być aż tak smutny. 

 - Cześć, chłopie! - powiedział. 

Na  twarzy  chłopca  odmalowało  się  natychmiast  takie  szczęście, 

że David osłupiał. Jak mógł zapomnieć, że to jest jedyna rzecz, która 

się  naprawdę  liczy?  Jak  mógł  stracić  z  oczu  ów  cud  pełnego 

uwielbienia spojrzenia syna? 

 - Tata! Nie wiedziałem, że przyjdziesz na kolację. 

 - Przepraszam za spóźnienie. Gdzie jest pani Larsen? 

 -  W  kuchni.  Chciała  obejrzeć  wiadomości  i  teleturniej.  Czasem 

oglądam  razem  z  nią,  ale  to  dosyć  nudne.  Powiedziałem  jej,  że  chcę 

zjeść tutaj. 

 - Sam? Czemu nie u mnie, gdzie mógłbyś oglądać wideo? 

background image

 - Pani Larsen mówi, że u ciebie nie można jeść. Że po to mamy 

stołowy i kuchnię. 

Powiedział to, idealnie imitując głos gospodyni. 

David  poczuł  nagły  przypływ  złości.  Przysunął  sobie  krzesło  i 

usiadł.  Przyjrzał  się  uczesanym  bez  zarzutu  włosom  syna,  jego 

świeżutkiej  -  bez  najmniejszej  plamki  -  koszuli.  Zawsze  uważał,  że 

wszystko  to  świadczy  o  tym,  jak  dobrze  pani  Larsen  troszczy  się  o 

Daveya.  Ale  teraz  zrozumiał,  co  Kate  miała  na  myśli,  mówiąc  mu 

przed  kilkoma  tygodniami,  że  gospodyni  jest  sztywna,  chociaż 

wyraźnie bardzo przejmuje się chłopcem. 

 - Co jeszcze mówi pani Larsen? 

 -  Och,  mnóstwo  rzeczy.  -  Davey  wzruszył  ramionami.  -  Na 

prawie  wszystko  ma  jakieś  zasady.  Założę  się,  że  kiedy  była 

dzieckiem, to niewiele miała zabawy. 

 -  Masz  ochotę  zagrać  ze  mną  w  kosza?  -  spytał  David 

impulsywnie. 

Nagle  bardzo  chciał  zobaczyć  syna  z  rumieńcem  podniecenia na 

twarzy,  potarganego  w  trakcie  zabawy,  której  tak  mało  miała  w 

dzieciństwie pani Larsen. 

 - Teraz? 

Daveyowi  zapaliły  się  oczy,  ale  spojrzał  na  górę  marchewki  i 

brokułów na swym talerzu i od razu przygasł. 

 -  Nie  skończyłem  jeszcze  jarzyn.  Pani  Larsen  mówi,  że  beta... 

beta coś tam to bardzo ważna witamina. 

background image

 - Do diabła z jarzynami - powiedział David, myśląc przy tym, że 

pani Larsen mówi zdecydowanie zbyt wiele rzeczy. - Chodźmy! 

Davey ruszył ku schodom. - Gdzie idziesz? 

 - Muszę się przebrać. 

 - Nie musisz - powiedział David. - W każdym razie nie dziś. 

Chłopiec rozpiął koszulę i rzucił ją na krzesło. Na szczęście był w 

dżinsach i tenisówkach. 

 - Gdzie jest piłka? 

 - W garażu. 

 - Dobra. Przyniosę ją i zapalę światła w ogrodzie - powiedział i 

zrobił groźną minę. - Mam nadzieję, że trenowałeś, bo czuję, że dziś 

mam mnóstwo szczęścia. 

Davey zachichotał. 

 - Tato, jesteś okropny. Jako tako wychodzą ci tylko rzuty wolne. 

 -  Okropny?  Pokażę  ci,  kto  jest  okropny,  ty  niewdzięczny 

potworze! 

Głośno  tupiąc  przebiegli  przez  kuchnię.  Zdumiona  pani  Larsen 

natychmiast  wykrzywiła  usta  w  grymasie  dezaprobaty.  Otworzyła  je, 

ale zanim zdołała wydobyć słowo, David spojrzał na nią ze spokojem 

i powiedział: 

 -  Będziemy  musieli  później  porozmawiać.  Myślę,  że  trzeba  tu 

będzie wprowadzić pewne zmiany. 

Patrzyła  w  ślad  za  nimi  oczami  rozszerzonymi  ze  zdziwienia  i 

'niepokoju.  To,  że  zakłócił  jej  posiłek  i  cały  porządek  dnia,  niezbyt 

Davida  zmartwiło.  Odczuwał  większe  wyrzuty  sumienia  z  powodu 

background image

niepokoju,  jaki  w  niej  wzbudził.  Instynkt  rozzłoszczonego  człowieka 

podpowiadał  mu  w  pierwszej  chwili,  by  ją  zwolnić,  ale  uświadomił 

sobie, że byłoby to niesprawiedliwe. 

Pani  Larsen  przez  lata  była  dobra  dla  nich  wszystkich.  Podczas 

choroby  Alicji  zachowywała  się  wspaniale,  jak  prawdziwa  święta  - 

odnosiła  się  do  chorej  z  taką  czułością,  jakby  to  była  jej  rodzona 

córka. Niestety, osiągnęła już pewien wiek i twarda ręka oraz sztywne 

zasady były według niej metodą na dawanie sobie rady z energicznym 

chłopcem.  David  pomyślał,  że  może  jednak  zdoła  ją  przekonać,  że 

sytuacja wymaga większego umiaru w narzucaniu dyscypliny. 

Kiedy  grali  z  Daveyem  w  koszykówkę,  zdał  sobie  sprawę,  jak 

duże  postępy  poczynił  jego  syn  od  czasu,  gdy  po  faz  ostatni  byli 

wspólnie  na  boisku.  Nie  tylko  był  szybszy,  ale  i  rzuty  miał  coraz 

bardziej  pewne,  choć  David  przeszkadzał  mu  w  nich,  jak  mógł.  Z 

diabelską zręcznością chłopiec blokował też rzuty ojca. Przerwali grę 

o  dziewiątej,  zmęczeni  i  spoceni.  Żaden  nie  był  w  stanie  odnieść 

zwycięstwa. 

 - Dosyć! - krzyknął David i padł na trawę. 

 -  Tchórz!  -  oskarżył  go  Davey.  -  Byłem  przy  piłce.  Jeszcze 

minuta i bym wygrał. 

 - Pewno tak - zaśmiał się David. Zastanawiał się, skąd się wzięła 

u  syna  ta  żyłka  do  współzawodnictwa.  Kate  powiedziałaby  z 

pewnością, że chłopiec odziedziczył ją po nim. Ale on sam nie zawsze 

był taki. Zmienił się tak dopiero po śmierci Alicji. Pomyślał, że może 

teraz,  popychany  do  tego  przez  Kate  i  Daveya,  nie  mówiąc  już  o 

background image

Dorothy,  zaprowadzi  jakiś  porządek  w  życiu,  które  zaczęło  mu  się 

wymykać spod kontroli. 

Zwichrzył Daveyowi mokre od potu włosy. 

 -  Pomyśl,  jakim  upokorzeniem  byłaby  dla  mnie  przegrana.  Daj 

swojemu staremu szansę. 

 - Chce ci się pić? - spytał Davey. - Mógłbym coś przynieść. 

 -  Wspaniale  -  powiedział  z  wdzięcznością.  Davey  wrócił  z 

puszkami i usiadł przy ojcu. 

 -  Myślę,  że  pani  Larsen  naprawdę  się  martwi.  -  W  jego  głosie 

zabrzmiał  szczery  niepokój.  -  Nie  jesteś  chyba  rzeczywiście  na  nią 

zły? Co, tato? 

 -  Nie.  Nie  naprawdę.  Chcę  tylko  z  nią  porozmawiać  o 

złagodzeniu paru reguł. 

 - To dobrze, bo ona nie jest zła. Ona niczego nie robi na złość. 

David spojrzał z dumą na syna. 

 -  To  wspaniale,  że  stajesz  w  jej  obronie.  Davey  wzruszył 

ramionami. 

 -  Ona  w  niczym  nie  przypomina  mamy  -  powiedział,  starannie 

dobierając  słowa  -  ale  piecze  całkiem  dobre  ciastka  i  inne  rzeczy.  I 

zwykle zawozi mnie do moich przyjaciół. Myślę jednak, że denerwuje 

się, kiedy oni przychodzą do mnie. Boi się, że wpadniemy do basenu i 

się potopimy. 

 - To dlatego nieczęsto masz tu przyjaciół? 

 - Niezupełnie - odpowiedział Davey po dłuższym wahaniu. 

 - Więc dlaczego? 

background image

 - Wolę chodzić do nich - przyznał w końcu.  

David  pomyślał,  że  jego  własny  dom  rodzinny  zawsze  był 

ośrodkiem  chłopięcych  działań.  Chciał  tego  samego  dla  syna  i 

zastanawiał się, dlaczego tak się nie stało. I wtedy przypomniał sobie, 

jak cicho starali się zachowywać podczas choroby  Alicji. Czy to nie, 

wtedy  Davey  przestał  zapraszać  przyjaciół?  A  może  sprawa  jest 

prostsza  -  może  chodzi  tylko  o  to,  że  w  domach  przyjaciół  jest 

większy wybór rozrywek? 

 - Czy u nich jest coś więcej do robienia? - zapytał, choć nie mógł 

sobie  wyobrazić,  by  jakieś  dziecko  miało  więcej  zabawek  niż  jego 

syn. 

Davey potrząsnął przecząco głową. Wpatrywał się w jakąś plamę 

na swym bucie, którą zaczął intensywnie ścierać. 

Zdziwiony  nieoczekiwaną  powściągliwością  chłopca,  David 

sondował dalej. 

 - Synku, o co chodzi? 

Ogromne piwne oczy wreszcie na niego spojrzały. 

 - Większość z nich ma i mamę, i tatę - powiedział z zazdrością. - 

To jest naprawdę fajne. 

Davida przeszył ból ostrzejszy od ataku serca, silniejszy od tego, 

jaki  odczuwał,  kiedy  umarła  Alicja.  Przyciągnął  syna  do  siebie  i 

poczuł,  jak  chude  ramiona  otaczają  jego  szyję.  Ten  rzadki  gest  był 

tym cenniejszy, że zdobył się na niego syn już za duży na pieszczoty. 

 -  Tak  mi  przykro,  Davey  -  wyszeptał  zdławionym  przez 

wzruszenie głosem. - O Boże! Tak mi przykro. 

background image

Po  chwili  poczuł,  że  kapią  mu  na  pierś  łzy.  Nie  wiedział,  czy 

Daveya, czyjego własne. 

David  położył  Daveya  spać,  wziął  prysznic,  włożył  spodnie  od 

piżamy i szlafrok i udał się na poszukiwanie pani Larsen. Znalazł ją w 

jej pokoju. Była jeszcze ubrana w dzienny strój i nadal wyglądała tak, 

jakby bała się zwolnienia. 

 -  Chciałem  panią  przeprosić,  jeśli  moje  zachowanie  stało  się 

przyczyną pani niepokoju. 

 - Staram się wszystko rozumieć - powiedziała tonem mentora. 

Poszła za Davidem do kuchni. Wysunęła krzesło i ciężko na nim 

siadła, najwyraźniej oczekując najgorszego. 

David zastanawiał się z poczuciem winy, jak wiele rzeczy trzeba 

było rozumieć od momentu śmierci Alicji, kiedy na barki pani Larsen 

spadł ciężar dbania o jego dom i jego syna. 

 -  Robi  tu  pani  wspaniałe  rzeczy.  Naprawdę  nie  wiem,  jak  bym 

sobie dał bez pani radę. Ale martwię się o Daveya. 

W jej oczach pojawił się błysk ulgi, lecz szybko przyjęła postawę 

obronną. 

 - Co on panu powiedział? 

 -  Nic.  Zapewniam  panią.  Po  prostu  czuję,  że  czas,  żebyśmy  mu 

dali 

trochę 

więcej 

swobody. 

Musi 

się 

nauczyć 

ponosić 

odpowiedzialność  za  to,  co  robi.  Myślę,  że  położyliśmy  już  pod  to 

solidne fundamenty. Prawda? 

 - Ale on wciąż jest jeszcze tylko chłopcem - zaprotestowała pani 

Larsen. - Wymaga wskazówek. 

background image

 -  Właśnie.  Wskazówek,  a  nie  wojskowej  dyscypliny.  Może 

moglibyśmy trochę złagodzić obowiązujące reguły? Na przykład, jeśli 

mnie nie ma w domu, a on chce jeść w swoim pokoju albo u mnie, to 

myślę,  że  można  by  mu  przygotować  jedzenie  na  tacy.  A  co  pani  o 

tym sądzi? 

Chociaż  gospodyni  wyglądała  tak,  jakby  sama  taka  myśl 

wprawiała ją w skrajne przerażenie, kiwnęła po chwili głową: 

 -  Myślę,  że  tak,  chociaż  na  pewno  spowoduje  to  mnóstwo 

bałaganu. 

 -  To  będzie  musiał  posprzątać  po  sobie.  Kiwnęła  ż  aprobatą 

głową. 

 - Przypuszczam, że wobec tego wszystko jest w porządku. 

 -  I  chciałbym,  żeby  go  pani  zachęcała  do  zapraszania  tu 

przyjaciół.  Zdaję  sobie  sprawę,  że  będzie  to  dla  pani  ogromne 

obciążenie,  bo  dziesięcioletni  chłopcy  są  na  ogół  hałaśliwi  i 

nieposłuszni,  ale  Davey  od  czasu  do  czasu  powinien  ich  zapraszać, 

skoro  tak  często  bywa  u  nich.  Postaram  się  być  w  domu,  kiedy  tu 

przyjdą. 

Wspomnienie z dzieciństwa nasunęło mu nagle pomysł: 

 - Może  w następny  weekend mogliby tu nawet zanocować, jeśli 

zgodzi się pani upiec parę dodatkowych porcji tych ciastek, które tak 

lubi. A ja zamówię pizzę i napoje chłodzące. 

Perspektywa  ogłuszającego  hałasu, jaki potrafi  wznosić  gromada 

dziesięciolatków, przerażała go niemal tak samo jak panią Larsen. Był 

jednak zdecydowany nie dopuścić do tego, by tylko ona wprowadzała 

background image

tu  zmiany.  Pomyślał,  że  spróbuje  coś  zmienić  bez  popychania  przez 

Kate,  chociaż  nie  mógłby  zaprzeczyć,  że  zależy  mu  na  jej  aprobacie. 

Spojrzenie pani Larsen nieco złagodniało. 

 -  Jeśli  wolno  mi  coś powiedzieć,  proszę  pana,  to  myślę,  że  tego 

właśnie mu trzeba: trochę więcej uwagi z pana strony. 

 - Tak też mi powiedziano - odparł ze smutkiem. - To wszystko na 

dziś.  Gdyby  miała  pani  jakieś  problemy,  to  proszę,  niech  je  pani  ze 

mną omówi. 

 -  Tak,  proszę  pana.  Skierowała  się  już  do  swego  pokoju,  kiedy 

nagle odwróciła się do niego: 

 - Dobrze jest widzieć, że znowu się pan tym interesuje. 

Westchnął. 

 - Dziękuję pani. Powinienem był to zrobić dawno temu. 

Kiedy  wróciła  do  siebie,  David  poszedł  do  salonu i  zapadł  się  w 

ten  sam  fotel,  w  którym  parę  tygodni  wcześniej  znalazł  śpiącą  Kate. 

Po  raz  pierwszy  od  wieków  był  przyjemnie  zmęczony,  a  nie  skrajnie 

wyczerpany.  Zdał  też  sobie  sprawę,  jak  słuszne  było  to,  co  Kate  mu 

powiedziała  o  potrzebach  Daveya.  Musi  jej  to  powiedzieć  przy 

następnym spotkaniu. 

Dlaczego  nie  dziś?  Impulsywnie  chwycił  za  słuchawkę,  rzucił 

okiem  na  wizytówkę  przyczepioną  do  dokumentów  prawnych,  jakie 

mu dała, i wykręcił jej numer. Zgłosiło się biuro usług. 

 - Czy to pilne? 

Pomyślał, że jest to przynajmniej tak samo pilne, jak wcześniejsze 

żądanie Kate, by się z nią skontaktował.  

background image

- Tak. 

 - Przekażę jej, żeby do pana zadzwoniła. 

Nie minęło nawet pięć minut, kiedy telefon się odezwał. Dźwięk 

jej głosu sprawił, że szybciej zabiło mu serce. 

 - Chciałem ci podziękować - powiedział, podczas gdy  w uszach 

brzmiało  mu  niczym  echo  nie  wypowiedziane  głośno  prawdziwe 

wytłumaczenie tego telefonu: chciałem usłyszeć twój głos. 

 - Za co? 

 -  Za  najlepszy  wieczór.  Wieczór,  jakiego  nie  miałem  od  bardzo 

dawna. 

A owo echo podpowiadało: za to, że cię obchodzę. 

 - Wieczór z Daveyem? - spytała. 

 - Tak. 

A echo: i z tobą. 

 - Tak się cieszę. 

W jej głosie zabrzmiała prawdziwa radość. 

 -  Co  robiliście?  -  zapytała  takim  tonem,  jakby  zależało  jej  na 

poznaniu najdrobniejszych szczegółów. 

 - Graliśmy w koszykówkę, aż padliśmy. 

 - Kto wygrał? 

 - Nikt. Miałem dosyć rozsądku, żeby przerwać grę, kiedy wynik 

był remisowy. 

 - Chcesz powiedzieć, zanim cię pokonał? 

 - On też tak twierdził. Myślę, że razem spiskujecie. 

 - Ależ tak! - potwierdziła ze śmiechem. David westchnął. 

background image

 -  Jestem  zadowolony,  Kate.  Nie  mogę  ci  obiecać,  że  wszystko 

zmieni się z dnia na dzień, ale staram się. 

 - Tylko o to mogę cię prosić. 

Nagle poczuł, że chciałby jej tyle rzeczy powiedzieć, tak jak tylu 

rzeczy  chciałby  się  dowiedzieć  o  kobiecie,  która  jak  buldożer 

utorowała sobie drogę do jego życia. Uświadomił sobie, że naprawdę 

zaczyna go ona obchodzić i czekał, aż pojawi się poczucie winy - ale 

tym  razem  nie  nadeszło.  Kolejny  już  raz  doszedł  do  wniosku,  że  ten 

wieczór  jest  dla  niego  prawdziwym  punktem  zwrotnym.  To  Kate 

zawdzięcza ten powrót do życia. 

 - Wkrótce się z tobą zobaczę - powiedział. 

Zachował dla siebie to, co nade wszystko chciałby jej przekazać: 

nie  mogę  się  doczekać,  kiedy  znajdziesz  się  w  moich  ramionach, 

żebym  mógł  się  przekonać,  czy  rzeczywiście  zdarzają  się  na  świecie 

cuda. 

 - Do szybkiego zobaczenia - powtórzyła jak echo. 

Minęła dobra chwila, zanim odłożyli słuchawkę. Zwlekali z tym, 

jakby oboje czuli niechęć do powrotu w swój samotny, izolowany od 

ludzi świat. 

Chociaż  po  rozmowie  z  Davidem  i  po  telefonie  późnym 

wieczorem  Kate  nie  miała  już  tylu  wątpliwości  co  do  powodzenia 

swej  misji,  to  jednak  zdawała  sobie  sprawę,  że  zmiany,  jakich  się 

domagała, nie zajdą z dnia na dzień i że co pewien czas trzeba do nich 

przynaglać. 

background image

Zaczęła  od  tego,  że  codziennie  rano  o  siódmej  dzwoniła  do 

Davida,  by  mu  przypomnieć,  że  ma  jeść  śniadanie  ze  swym  synem. 

Oczywiście  dźwięk  zaspanego,  głębokiego  głosu  Davida  wpływał 

również w przyjemny sposób na jej nastrój w ciągu całego dnia. 

Jeśli Davida denerwował fakt, że Kate jawnie wtrącała się w jego 

życie,  to  nigdy  nie  ujawniło  się  to  w  jego  głosie.  Te  ich  poranne 

rozmowy  stawały  się  z  każdym  dniem  coraz  dłuższe:  omawiali  swe 

plany  na  ten  dzień,  pytali  o  nowiny  Szybko  doszło  do  tego,  że  Kate 

znała  plany  dnia  Davida  równie  dobrze  jak  swoje  własne.  Aż  nazbyt 

często łapała się na tym, że spojrzawszy na zegar przypominała sobie, 

co David miał robić o tej porze. 

Ale 

mimo 

bliskości, 

jaką 

zaczęła 

odczuwać, 

mimo 

nieoczekiwanie  ciepłego  uczucia,  że  stała  się  jakąś  częścią  życia 

Davida, żadne z nich nie uczyniło żadnego kroku, by się spotkać. 

Kate powiedziała sobie, że może to i lepiej. Jej program dnia był 

jak  zawsze  przepełniony  od  świtu  do  późnego  wieczoru.  Wydawało 

się, że rady, których tak chętnie udzielała Davidowi, w  żaden sposób 

nie wpłynęły na jej własne postępowanie. 

I  nagle,  po  tygodniu  takich  telefonów,  w  najmniej  oczekiwanym 

momencie David zasugerował, by wstąpiła do nich w drodze do biura 

i zjadła razem z nimi śniadanie. 

 - Rano na tarasie pogoda jest wspaniała. To bardzo dobry sposób 

rozpoczynania dnia. 

Powiedział  to  tak,  jakby  właśnie  to  odkrył  i  nie  mógł  się 

doczekać, kiedy podzieli się z nią tym odkryciem. 

background image

Nie  wiedziała,  co  zrobić.  Chciała  się  zgodzić,  ale  przecież 

wzywały ją obowiązki. 

 - Muszę być o dziewiątej w sądzie. 

 - No to jutro. To sobota, a więc nie szukaj wymówki. A poza tym 

twój  klient  wciąż  się  o  ciebie  dopytuje,  Może  już  ma  dość  mojego 

towarzystwa. 

Zaśmiała się. 

 -  A  ja  myślałam,  że  to  ja  jestem  mistrzem  manipulacji.  Dobrze, 

przyjadę. Obiecaj mi tylko, że pani Larsen nie zrobi owsianki. Davey 

mówił mi, że smakuje jak cement. 

 -  Rzeczywiście  -  zgodził  się  David.  -  Złączone  nią  cegły 

wytrzymałyby  nawet  trzęsienie  ziemi.  Zgoda!  Żadnej  owsianki!  A 

więc zobaczymy cię koło ósmej? 

 - Niech będzie. 

Zaczęła już odkładać słuchawkę, kiedy usłyszała jego głos. 

 - Kate? 

 - Tak. 

 - Dużo szczęścia w sądzie. 

Już teraz czuła się wyjątkowo szczęśliwa. 

W  sobotę  meteorolodzy  zapowiadali  kolejny  rekordowo  gorący 

dzień, 

Kate 

wybrała 

więc 

jasnożółtą 

sukienkę, 

dobrze 

odzwierciedlającą radosny nastrój, w jakim wybierała się na śniadanie 

z Davidem i Daveyem. 

Poświęciła  też  więcej  niż  zwykle  czasu  na  makijaż,  upewniając 

się,  że  wygląda  on  zupełnie  naturalnie.  Ironia  tego  stwierdzenia  nie 

background image

umknęła  jej  uwagi.  Mniej  czasu  poświęciła  włosom,  zdając  sobie 

sprawę,  że  wiatr  i  tak  je  potarga.  W  taki  piękny  dzień  nie  miała 

zamiaru  stawiać  w  samochodzie  dachu  -  tylko  po  to,  by  chronić 

fryzurę. 

Jechała  dosyć  wolno,  chociaż  drogi  były  puste,  i  myślała  o 

zmianach, jakie  zaszły  w  stosunkach  Davida  z  synem.  Nie  mogła  się 

doczekać  zobaczenia  tych  zmian  na  własne  oczy.  W  tym  momencie 

westchnęła  i  pomyślała,  że  nie  może  się  też  doczekać,  by  bliżej 

zanalizować  zmiany,  jakie  -  czuła  to  -  zaszły  w  jej  stosunkach  z 

Davidem. 

Teraz  każda  rozmowa  telefoniczna  miała  coraz  bardziej 

prowokujący,  głęboki  podtekst.  I  to  niezależnie  od  tego,  o  jak 

przyziemnych sprawach mówili. 

W drzwiach powitała ją pani Larsen. Z jej twarzy biła obojętność, 

ale  Kate  była  niemal  pewna,  że  dostrzegła  w  jej  oczach 

nieoczekiwany,  porozumiewawczy  błysk.  Być  może  w  duszy  pani 

Larsen kryła się jednak jakaś nutka romantyzmu. 

 - Pan David jest na tarasie. Zaprowadzę panią. 

 - A Davey? 

 -  Nocował  u  przyjaciela.  Nie  jestem  pewna,  o  której  dokładnie 

należy go oczekiwać. 

Kate  zawahała się. Nie ma Daveya?  Czyż  ona nie przyjechała tu 

dlatego, by przekonać się na własne oczy, że stosunki chłopca z ojcem 

są  już  znacznie  lepsze?  Aż  do  tego  momentu  nie  zdawała  sobie 

sprawy, jak bardzo liczyła na to, że Davey odegra rolę bufora między 

background image

nią  i  Davidem.  Jego  obecność  stanowiłaby  gwarancję,  że  wszystko 

będzie się toczyć na płaszczyźnie przyjemnie neutralnej, nawet gdyby 

kompletnie zawiódł ją zdrowy rozsądek. 

Kiedy  weszła  za  panią  Larsen  na  taras,  David  wstał  zza 

rozstawionego  przy  basenie  stołu,  by  ją  przywitać.  Miał  na  sobie 

kąpielówki i nie zapiętą koszulę. Najwyraźniej przed chwilą skończył 

pływać.  Włosy  miał  mokre  i  na  jego  opalonej  skórze  błyszczały 

kropelki  wody.  Przyłapała  się  na  tym,  że  patrzy  ukradkiem  na  jego 

mięśnie,  widoczne  pod  rozpiętą  koszulą.  Jej  tętno  zaczęło  wyraźnie 

przyspieszać. 

David przesunął po niej wzrok. Jego twarz miała przy tym wyraz 

tak ciepłej aprobaty, że Kate poczuła wzruszenie. 

 - Wyglądasz czarująco - powiedział miękko. Te jego słowa znów 

przyspieszyły  jej  tętno.  By  nie  dopuścić  do  wytworzenia  się 

dwuznacznej  atmosfery,  ku  czemu  najwyraźniej  biegły  wydarzenia 

owego 

poranka, 

Kate 

podniosła 

głowę 

powiedziała 

niezadowoleniem: 

 - Myślałam, że będzie tu też Davey. 

 -  Miał  być,  ale  wczoraj  wieczorem  zadzwonił  jego  kolega  i 

zaprosił go do siebie. Davey naprawdę chciał tam iść. 

 - Dlaczego  więc odnoszę wrażenie, że  właściwie  wypchnąłeś go 

z domu? 

Zauważyła, że nawet nie próbuje zaprzeczać. 

 -  Bo  jak  wiesz,  już  od  pewnego  czasu  chcę  być  z  tobą  sam  na 

sam. 

background image

 - Nie wiem. 

Próbowała  bez  powodzenia  Uratować  chociaż  część  tego 

dystansu, jaki był jej potrzebny, by utrzymać swe uczucia na wodzy. 

 - Kłamiesz - stwierdził. 

I  jakby  czując,  że  Kate  może  opuścić  jego  dom,  przybrał 

łagodniejszy ton. 

 - Usiądź. Sok i kawą są już na stole. Śniadanie będzie za minutę. 

Mamy  grzanki  z  francuskiej  bułki  z  serem  śmietankowym  i 

pomarańczowym  dżemem.  Mam  nadzieję,  że  jest  to  zestaw 

dostatecznie dekadencki. 

Kate napłynęła ślinka do ust. 

 - Dekadencki mówisz? To jest zestaw wręcz samobójczy. 

 - Zlikwidujemy ten nadmiar energii pływaniem - obiecał. 

Pani Larsen postawiła przed nimi talerze z kusząco wyglądającym 

jedzeniem. 

 - Tyle kalorii? - spytała Kate ze sceptycyzmem. 

 - Na pozbycie się ich mamy cały dzień. 

Jej spojrzenie powędrowało ku basenowi i wróciło do niego. 

 - Nie wzięłam kostiumu. 

 - Żaden problem. 

Powiedział  to  takim  tonem,  że  jej  wyobraźnia  nagle  zaczęła 

szaleć. W końcu jednak uśmiechnął się i dodał: 

 -  Jeśli  naprawdę  upierasz  się,  żeby  pływać  w  kostiumie,  to  w 

przebieralni jest ich kilka. 

 - Upieram się - mruknęła bez tchu. 

background image

Pomysł,  by  obydwoje  kąpali  się  w  strojach  Adama  i  Ewy  pod 

palącymi promieniami słońca, spodobał się jej bardziej, niż gotowa to 

była  przyznać.  Wzburzył  ją  wpływ,  jaki  David  zdawał  się  na  nią 

wywierać nawet bez szczególnych starań z jego strony. Co by się, na 

Boga, stało, gdyby serio zabrał się do uwodzenia jej? 

 - Kate? - powiedział miękko. 

 - Tak? 

Kiedy  spotkała  jego  wzrok,  widelec  upadł  jej  z  brzękiem  na 

talerz. 

 - Nie bój się tego, co dzieje się z nami. 

 - A coś się dzieje? 

Podniosła widelec i kurczowo ściskała go w dłoni. 

 - Nie jestem pewien, kiedy i jak się to stało, ale mnie to dotyczy. 

A widzę po twoich oczach, że i ciebie. 

Kate  zastanawiała  się,  co  David  naprawdę  czuje.  Pożądanie? 

Zapewne od dłuższego czasu żył w celibacie. Ostatnio dużo się z sobą 

kontaktowali,  zdarzyło  im  się  parę  pocałunków,  i  pewno  dlatego  w 

rezultacie  doszedł  do  różnych  zbyt  pospiesznych  i  niesłusznych 

wniosków. 

Próbowała  zyskać  na  czasie,  jedząc  coraz  wolniej.  Zapewne 

jedzenie  było  bardzo  smaczne,  ale  równie  dobrze  mogły  to  być 

trociny. 

 -  David!  -  powiedziała  w  końcu.  -  Wiem,  że  czujesz  się  bardzo 

samotny... 

background image

 -  To  nie  mą  nic  wspólnego  z  samotnością  -  odrzekł  ze  stoickim 

spokojem. 

 - Myślę, że jednak ma. To naturalne. 

 - Tak, naturalne - przerwał jej. - Widzisz, ja nie próbuję niczego 

przyspieszać.  Bóg  wie,  że  czułem  się  bardzo  samotny.  Ale  już  raz  w 

życiu  byłem  zakochany  i  wiem,  jak  to  wygląda.  Kiedyś  już  o  tym 

mówiliśmy. Te dzwonki, pamiętasz? 

Kate rzuciła mu zdumione i pełne rozpaczy spojrzenie. 

 - Zakochany? - powtórzyła załamującym się głosem.  

Odepchnęła 

talerz, 

straciwszy 

wszelkie 

zainteresowanie 

jedzeniem.  Musiała  natychmiast  coś  wypić.  Fatalne,  że  nie  podał 

„mimozy".  Szampan  z  sokiem  pomarańczowym  wygładziłby  ostrość 

tego, co nagle w tej chwili poczuła. 

 - Nie wpadaj w panikę - powiedział rozbawiony. - Nie wyciągam 

pochopnych  wniosków.  Po  prostu  podjąłem  decyzję,  żeby  otworzyć 

drzwi przed różnymi możliwościami. 

 -  Mówisz  jak  ktoś,  kto  rozważa  zamówienie  po  raz  pierwszy  w 

życiu horoskopu. Trochę sceptycyzmu, trochę nadziei. 

 -  Właśnie.  -  Jego  uśmiech  zbladł,  a wzrok  stwardniał.  -  Czy  nie 

możesz mi pomóc i spotkać się ze mną w połowie drogi? 

 - W połowie drogi? 

Powiedziała  to  tak,  jakby  na trawniku był  jakiś  określony  punkt, 

który David mógłby przy tym wskazać. Zaczęła zdawać sobie sprawę, 

że  to,  co  mówi,  nie  brzmi  zbyt  dobrze,  ale  nie  miała  zamiaru 

wykonywać  żadnych  eksperymentów  ze  spotykaniem  się  z  nim  w 

background image

połowie  drogi.  To  w  ten  właśnie  sposób  ludzie  narażają  się  na 

cierpienie. 

 - Upłynęło już to obowiązkowe pół godziny, odkąd skończyliśmy 

jeść.  A  przynajmniej  od  pół  godziny  nie  wzięłaś  nic  do  ust  - 

ironizował. - Możemy tę połowę drogi wyznaczyć w basenie. 

Kate  wcale  nie  czuła  entuzjazmu  na  myśl  o  przebraniu  się  w 

kostium  kąpielowy  i  wejściu  do  basenu  z  mężczyzną,  który  właśnie 

oświadczył, że zamierza się przekonać, jakie żywi wobec niej uczucia. 

Ale gdyby poszła do przebieralni, dałoby to jej parę minut na wzięcie 

się  w  garść  i  przypomnienie  sobie  samej,  że  jeśli  David  szuka 

partnerki do szybkiego skoku do łóżka, to ona nią nie będzie. 

Z  pewnym  żalem  spostrzegła,  że  jej  ciało  ma  na  tę  sprawę 

zupełnie inny pogląd. 

 

Rozdział 12 

Kiedy  Kate  poszła  się  przebrać,  David  uznał,  że  potrzebny  mu 

jest  skok do  basenu, by  zimna  woda  trochę  go  ostudziła.  Ta  kobieta, 

tak  piekielnie  zdecydowana  nie  zachowywać  się  prowokująco, 

doprowadziła do tego, że przestawał być panem siebie. 

Oczywiście  -  przyznał  to  szczerze  -  jest  najzupełniej 

prawdopodobne,  że  w  którymkolwiek  z  kostiumów  kąpielowych, 

jakie miała do wyboru, będzie wyglądała jeszcze bardziej niepokojąco 

niż  w  tej  sukience,  która  odsłaniała  zaledwie  jej  ramiona  i  wirowała 

wokół niej jak plama słońca. 

background image

Już sama myśl o tym, jak Kate będzie wyglądać, wzbudziła w nim 

podekscytowanie,  którego  nie  mogła  ostudzić  nawet  chłodna, 

turkusowa woda basenu. Najwyraźniej nadeszła pora zapłaty za długie 

miesiące celibatu. 

Zaczął  płynąć  -  długimi,  twardymi  rzutami  ramion  przecinał 

wodę. Dopłynął do końca basenu, zawrócił i popłynął do przeciwnego 

końca. Po niemal dwudziestu wyczerpujących nawrotach wreszcie się 

zatrzymał i bez tchu przywarł do betonowego brzegu basenu. 

Dopiero  po  dłuższej  chwili  spojrzał  w  górę  i  zobaczył  Kate, 

stojącą  z  wahaniem  tuż  przed  nim.  Poczuł,  że  każdy  nerw  jego  ciała 

domaga się tylko jednego - i to wcale nie szybkiej partii piłki wodnej. 

Dobry Boże! Co ja mam zrobić? - zastanawiał się rozpaczliwie z 

wzrokiem 

wlepionym  w  skromny  jednoczęściowy  kostium, 

wyglądający  jednak  na  niej  tak kusząco  jak  najśmielsze  bikini.  Linia 

dekoltu  nie  była  wcięta  zbyt  głęboko,  ale  nie  miało  to  żadnego 

znaczenia.  Kostium  nie  mógł  ukryć  zarysu  jej  pełnych  piersi,  który 

jakoś  maskował  noszony  przez  nią  zwykle  żakiet.  Gładki,  czarny 

materiał był dopasowany do jej ciała niczym druga skóra. 

Czuł  coraz  szybsze  pulsowanie  w  skroniach  i  nagle  przestraszył 

się, że jeśli Kate będzie tak nad nim stała choćby jeszcze przez chwilę, 

to  jego  oszalałe  hormony  sprowadzą  na  nich  oboje  dużo  więcej 

kłopotów, niż gotowi byli zaryzykować. 

 - Skacz! - ponaglił. - Woda jest wspaniała. 

 - Nie za zimna? 

background image

Ja tego nie  zauważyłem, pomyślał  z  ironią. Potrząsnął przecząco 

głową. 

 - Zaryzykuj! 

Jeśli  nawet  pochwyciła  niezamierzoną  dwuznaczność  tego 

okrzyku,  to  nie  zdradziła  się  nawet  drgnieniem  powieki.  Po  prostu 

podeszła do brzegu basenu przy jego głębszym końcu, podniosła ręce 

do  góry  i  skoczyła,  niemal  nie  wywołując  zmarszczek  na tafli  wody. 

Dwie  sekundy  później  wypłynęła  na  powierzchnię  parskając.  Na  jej 

złotawych ramionach pojawiła się gęsia skórka. 

 - A niech cię! Jest lodowata! - krzyknęła i popłynęła ku niemu z 

ogniem udawanego gniewu w oczach. 

Widząc  jej  oburzenie,  David  nie  mógł  się  powstrzymać  od 

śmiechu. 

 - Nie sądzisz, że w gorący dzień woda powinna być lodowata? . 

 - Jeszcze nie jest gorąco - zauważyła, podpływając bliżej. - Może 

w południe byłoby to wspaniałe. 

Jakby  dla  podkreślenia,  że  bardzo  zmarzła,  zaczęła  szczękać 

zębami. 

 - Ro - ro - ro - zumiesz ccco chcęęę pppowiedzieć? 

 -  Potrzebna  ci  jest  tylko  rozgrzewka.  Ścigamy  się:  do  końca 

basenu i z powrotem. 

 -  No  to  już!  -  zgodziła  się  z  tym  swoim  diabelskim  błyskiem  w 

oku. 

background image

Odepchnęła się. To, że przy pierwszym wyrzucie nóg trafiła stopą 

w okolice jego pasa, było zapewne przypadkiem. Przynajmniej David 

tak uznał, zanim puścił się za nią w pogoń. 

Kiedy  ją  dogonił,  zdał  sobie  sprawę,  że  Kate  znakomicie  pływa. 

A  później  płynęli  już  ramię  w  ramię.  Kate  również  miała  w  sobie 

ducha  walki  i  nie  zawsze  grała  fair.  Parokrotnie  uderzeniami  nóg 

zdołała  doprowadzić  do  tego,  że  pozostał  w  tyle,  podczas  gdy  ona 

płynęła  niepowstrzymanie  naprzód.  Kiedy  skończyli  dwie  długości, 

uśmiechnęła  się  do  niego,  wykonała  piękny  nawrót  i  spytała:  - 

Jeszcze? 

Zanim  odpowiedział,  była  już  w  połowie  basenu,  a  on  wciąż 

dopiero  zawracał.  Był  jednak  zbyt  ambitny,  by  długo  pozostawać  za 

nią  w  tyle.  Wytężył  wszystkie  siły,  by  ją  dogonić,  a  potem 

wyprzedzić.  Kilka  długości  basenu  później  oboje  trzymali  się 

krawędzi i z trudem oddychali. 

Kiedy  po  chwili  spojrzał  jej  w  oczy,  zahipnotyzowało  go 

błyszczące w ich głębi światło. Ta migocząca iskra kusiła jak latarnia 

w  ciemnościach.  Nie  zastanawiając  się,  pod  wpływem  głębokiego 

impulsu, objął jej szyję i przyciągnął bliżej. 

Poczuł, że lekko zadrżała, kiedy jego wargi odnalazły jej usta. 

Była  taka  chwila,  kiedy  jego  dłoń  zatrzymała  się  na  łuku  bioder 

Kate,  a  jej  ciało  napięło  się,  jakby  miała  go  odepchnąć. 

Znieruchomiał,  czekając  na  jej  reakcję.  Ale  w  momencie,  gdy 

wydawało  mu  się,  że  nie  wytrzyma  już  ani  chwili  dłużej 

niezdecydowania, odprężyła się i uległa jego dotykowi.  

background image

Świadomie  spowolnionym,  drażniącym  ruchem  przesunęła  ręką 

po jego klatce piersiowej i zacisnęła lekko na szyi. Odwróciła głowę, 

tak by ich wargi się spotkały. 

David westchnął radośnie. Jej skóra była jednocześnie i chłodna, i 

gorąca; woda basenu studziła nieco jego  zmysły. Czuł się tak, jak po 

długich godzinach wyrafinowanych pieszczot. Jego dłonie wędrowały 

po materiale jej kostiumu, ucząc się kształtu jej ciała, odkrywając, że 

warstwa tkaniny działa podniecająco, mimo że uniemożliwia intymny 

kontakt. 

Wyczuł  w  Kate  kobietę,  która  niczego  nie  szczędzi,  kiedy  w 

miłości dochodzi do dawania i brania. Taka kobieta bywa bardziej niż 

wiele  innych  bezbronna.  Poczuł,  jak  zalewa  go  fala  czułości,  kiedy 

uświadomił  sobie,  jak  rzadkim  darem  Kate  się  z  nim  dzieli,  na  jak 

wielkie ryzyko jest chyba gotowa narazić swój spokój ducha. 

Objął dłońmi jej twarz,  wpatrzony  w jej oczy, usiłując zajrzeć  w 

głąb  jej  duszy.  Starał  się  ostatecznie  osądzić,  czy  się  nie  myli,  czy 

naprawdę  towarzyszy  mu  do  końca  w  owych  pragnieniach, 

pulsujących  gdzieś  głęboko  wewnątrz  niego  i  przesłaniających  całą 

resztę. 

Uznał  w  końcu,  że  jest  zdecydowana  posłuchać  głosu  serca. 

Niezależnie od wszystkich wątpliwości, jakie mogła mieć na temat ich 

wspólnej  przyszłości  -  a  skoro  on  miał  ich dziesiątki,  to  ona  musiała 

ich  mieć  dużo  więcej  -  postanowiła  spróbować.  Chciała  doznać 

wrażeń starych jak świat, a tak dla nich obojga nowych, jakby każde z 

nich zetknęło się z nimi po raz pierwszy w życiu. 

background image

 - Kate? - powiedział miękko. 

Jej  ciemne  oczy  pałały  pełnią  życia,  wabiąc  go  w  świat  silnych 

pragnień  i  wspaniałych  przeżyć,  wyciągając  go  z  przeszłości,  a 

zarazem  popychając  w  teraźniejszość,  w  tę  jedną  chwilę,  jedyną  w 

całej  wieczności.  Gdzieś  w  głębi  jego  duszy  coś  się  poruszyło, 

uwalniając  go  na  zawsze  z  więzów  przeszłości,  udzielając 

błogosławieństwa podjętej właśnie decyzji, by żyć dalej. 

Zdawał  sobie  jednak  sprawę,  że  jeśli  on  i  ta  gorąca,  cudowna 

kobieta, którą trzyma w ramionach, odważą się na jeszcze jeden krok, 

to  w  pewien  sposób  zamkną  już  sobie  drogę  odwrotu.  Dla  niego 

obcowanie  cielesne  było  zawsze  zobowiązaniem,  obietnicą,  i  z 

powodów,  których  nie  mógłby  wyjaśnić,  nawet  gdyby  próbował, 

wiedział, że nadal tak jest. 

Pozostawało  bez  znaczenia,  że  jeszcze  kilka  tygodni  wcześniej 

Kate  była  kimś  zupełnie  mu  obcym.  Nie  miało  znaczenia nawet  i  to, 

że w istocie była jego zdeklarowanym przeciwnikiem. Oszołomiło go 

odkrycie, że właściwie to bardzo dobrze, że tym razem wybrał Kate - 

kobietę tak różniącą się od Alicji. Była twarda, zaciekle o wiele rzeczy 

walczyła, więcej we wszystko wkładała namiętności. 

Zajrzał  jeszcze  głębiej  w  jej  oczy  i  dojrzał  w  nich  pragnienie, 

łagodność, tęsknotę. A więc, pomyślał, znowu odnajdując jej usta, nie 

jest to jednak dla niej takie zaskoczenie. 

Zaskoczenie  nadeszło  jednak,  kiedy  zaniósł  ją,  wciąż  jeszcze 

ociekającą  wodą,  z  basenu  do  sypialni.  Nadeszło,  gdy  wywinęła  się 

spod  jego  powolnych,  łagodnych  dotknięć  i  nadała  wszystkiemu 

background image

gorączkowe,  niemal  rozpaczliwe  tempo.  Pozbywszy  się  mokrych 

kostiumów,  doprowadzając  łóżko  do  ruiny,  rozgorączkowani, 

osiągnęli spełnienie. 

 -  Miły  Boże!  -  powiedział  wreszcie,  kiedy  odzyskał  zdolność 

mówienia. 

Kate,  której  ciemne  włosy  leżały  rozrzucone  na  poduszce,  a 

wilgotna nadal skóra była lekko zaróżowiona, uśmiechnęła się pełnym 

błogości uśmiechem Mony Lizy. Zdumiony David pomyślał, że gdyby 

była  kotką,  zamruczałaby.  Nawet  jej  powolne,  leniwe,  zmysłowe 

przeciąganie mówiło o zaspokojeniu. W żadnym ruchu nie widział ani 

śladu  owej  nieustannej  kontroli,  jaką  poprzednio  sprawowała  nad 

sobą. Ta nowa Kate była prawdziwą kobietą, i to kobietą rozkoszującą 

się tym, że nią jest. 

 -  Przyszło  mi  na  myśl,  że  powinnaś  nosić  tabliczkę  z  napisem 

„Uwaga! Niebezpieczeństwo!" - powiedział, drażniąc się z nią, wciąż 

mile  zaskoczony  jej  całkowitym  i  tak  szczodrym  dzieleniem  się 

własnym ciałem. - Jestem kompletnie oszołomiony. 

 -  Muszę  przyznać,  że  też  jestem  trochę  oszołomiona  -  odparła  z 

uśmiechem.  -  Dwie  godziny  temu  przysięgłabym,  że  nie  dopuszczę, 

żeby do tego doszło, że sobie tego w ogóle nie wyobrażam. 

David czuł mniej więcej to samo. Objął ją i przytulił. Odgarnął z 

jej twarzy włosy. 

 - Dlaczego zmieniłaś zdanie? Poczuł, że lekko potrząsnęła głową. 

 -  Nie  jestem  pewna  -  szepnęła,  muskając  jego  rozgrzane  ciało 

swym  oddechem.  -  Nagle  wydało  mi  się  to  zupełnie  słuszne. 

background image

Poczułam  się  tak,  jakby  opieranie  się  było  absolutnym  szaleństwem, 

skoro tak bardzo chciałam, żebyś mnie trzymał tak jak teraz. 

 - Ja? 

Spojrzała na niego zaskoczona. 

 - Oczywiście, że ty. 

Odsunęła się i uważnie mu się przyjrzała. 

 - A właściwie... Czy ty nie o tym właśnie myślałeś, kiedy mnie tu 

ściągnąłeś? 

Szukając  odpowiedzi,  David  zajrzał  w  głąb  własnego  serca. 

Odpowiedzią  narzucającą  się  bez  namysłu  i  najłatwiejszą  wydawało 

się: nie. Ale prawda była dużo bardziej skomplikowana. 

 -  Chociaż  od  wielu  tygodni  nie  chciałem  tego  dopuścić  do 

świadomości,  to  myślę,  że  pragnę  cię  od  chwili,  kiedy  cię  po  raz 

pierwszy zobaczyłem. 

 - Och! Kiedy mnie zobaczyłeś po raz pierwszy, uznałeś mnie za 

cholerną babę - przypomniała mu. 

 - Zawsze byłem zwolennikiem trudnych zadań. 

Zaśmiał  się,  widząc  w  jej  oczach  błysk  oburzenia.  Dotknął  jej 

warg, które wbrew niej same układały się do uśmiechu. 

 - Och, Kate, sprawiłaś, że znowu się śmieję. 

 - I że krzyczysz. Nie zapominaj, że często krzyczysz. 

Pocałował ją w czoło. 

 - Chodzi o to, że dzięki tobie znowu czuję. Przez długi czas nie 

byłem pewny, czy w ogóle będzie to jeszcze możliwe. 

Westchnęła i ułożyła się wygodniej. 

background image

 -  W  tej  chwili  -  powiedziała  -  niemal  wszystko  wydaje  się 

możliwe. 

 - Tak - zgodził się cicho. - Tak. 

Słyszał,  jak  jej  oddech  powolnieje,  nabierając  równego, 

spokojnego  rytmu.  Przesunął  rękę  wzdłuż  jej  pleców  aż  do  biodra. 

Fascynowała  go  nieoczekiwana  bliskość,  jaką  wzajemnie  odczuwali. 

Myślał przedtem, że jeśli kiedykolwiek znajdzie się z jakąś kobietą w 

łóżku, to będzie musiał stoczyć walkę z duchami przeszłości. 

Uświadomił  sobie  nagle,  że  być  może  to  właśnie  wyjaśnia 

agresywność  pieszczot  Kate.  Nie  chciała,  by  miał  czas  na  myślenie. 

Chciała, by się zaangażował w pełni w to, co działo się między nimi, 

w  owo  całkowite  dopasowanie  się  ich  ciał,  w  nieodparte  pragnienie, 

nie  zostawiające  czasu na  żaden  namysł.  Jeśli  rzeczywiście  taka była 

jej intencja, to jest jej dłużnikiem za ułatwienie mu tego kroku. 

 - Och, Kate - mruknął, chociaż pogrążona we śnie nie mogła go 

już  usłyszeć.  -  Chyba  jesteś  najbardziej  uroczą,  najbardziej 

skomplikowaną kobietą, z jaką się w życiu zetknąłem. 

Jak, do diabła, mam się z tego wszystkiego wywikłać, pomyślała 

Kate,  gdy  się  obudziła.  Nie  chodziło  jej  przy  tym  o  splątane 

prześcieradła  i  kostiumy,  jakie  ujrzała  w  łóżku.  Myślała  o  tym,  że 

wbrew  swym  postanowieniom  zachowała  się  jak  rozpustnica,  gdy 

tylko David Winthrop na nią mrugnął. 

No dobrze, może nie ograniczył swych wysiłków do mrugnięcia, 

bo pamiętała także kilka tych paraliżujących wolę i ciało pocałunków. 

Lecz  czy  to  cokolwiek  zmienia?  Jej  mocne  postanowienie  w  jednej 

background image

sekundzie  rozwiało  się  jak  dym.  A  zawsze  siebie  przekonywała,  że 

jest kobietą kierującą się intelektem, a nie hormonami. Co za ironia! 

Otworzyła  jedno  oko  i  ośmieliła  się  spojrzeć  na  człowieka,  w 

którego  była  teraz  wtulona.  Pomyślała  z  westchnieniem,  że  istotnie 

jest  bardzo  przystojny.  I  bardzo  męski.  Pragnęła  go,  mimo  że  z 

obłąkaną szybkością przelatywały przez jej głowę myśli świadczące o 

wyrzutach  sumienia.  Pragnęła,  by  znów  spojrzał  na  nią  tak  jak 

przedtem, jakby była najbardziej pożądaną kobietą na całym świecie. 

Pragnęła,  by  znowu  jej  dotykał  z  tą  mieszaniną  szacunku  i 

fascynacji,  zmieniającej  się  nagle  w  gorące  pożądanie.  Pragnęła 

znowu dać się unieść temu wspaniałemu, czarodziejskiemu uczuciu. 

A chwilę później pragnęła znów pójść do domu i udawać, że nic 

się  nie  zdarzyło.  Chciała  wymazać  go  ze  swych  myśli  i  żyć  dalej, 

jakby nie nastąpił żaden kataklizm. . 

Wiedziała zresztą, że jest bardzo ważne, żeby zdołała to uczynić. 

Nie  miała  najmniejszych  wątpliwości,  że  człowiek  nie  będący  w 

stanie zapomnieć o swej rozpaczy nawet dla dobra ukochanego syna, 

nie jest emocjonalnie gotów do wikłania się w nowe związki. 

Jeśli  zaś  chodzi  o  nią,  to  wszyscy  wiedzą,  że  postanowiła  iść 

przez życie samotnie. Było to prostsze i mniej bolesne. Może niewiele 

w takim życiu jest szczytów, ale nie ma też dolin łez i nieszczęścia. Z 

Ryanem pogrążyła się  w najgłębszej  takiej dolinie i przysięgła sobie: 

nigdy więcej! 

background image

Szkoda, że tak być musi, pomyślała z żalem i pogładziła palcami 

gładki,  policzek  Davida.  Szczyt,  jaki  osiągnęli,  niemal  się  o  to  nie 

starając, był bardzo piękny. 

Zamknęła oczy i zapragnęła, by leżeć przy nim do końca świata, 

by  czas  uległ  zawieszeniu.  Nagle  poczuła,  że  David  przytula  się  do 

niej, że chwyta ciepłymi i wilgotnymi wargami jej pierś. 'Obudziła się 

w  niej  ogromna,  wsysająca  jak  wir  namiętność.  Wyrzuty  sumienia 

gdzieś zniknęły, a ją ponownie ogarniało pożądanie, rozbudzane przez 

jego powolne, leniwe pieszczoty. 

Ręce stwardniałe od zbyt częstych kontaktów z piłą mechaniczną 

muskały jej ciało, pieszcząc je i wprawiając w drżenie. 

 - Kiedy się budzisz, to widzę, że budzisz się naprawdę - szepnęła, 

walcząc z coraz silniejszymi doznaniami, grożącymi, że zanim David 

się do niej przyłączy, ona już przekroczy krawędź. 

 - Nie broń się - wyszeptał w odpowiedzi. 

Jego pieszczoty stawały się coraz intensywniejsze i domagały się 

coraz więcej. Wzbierająca w niej fala uczucia zatopiła ją i przelała się 

przez  nią.  I  właśnie  wtedy  rytm  jego  dotknięć  spowolniał,  przez  co 

stał  się  jeszcze  bardziej  drażniący.  Oszalała  z  pożądania,  błagała  go 

bez  słów  o  spełnienie,  wpatrując  się  w  jego  oczy  ściemniałe  od 

namiętności. 

 -  Chcesz  mnie?  -  zapytał  niskim  głosem,  kojarzącym  się  jej  z 

obrazami  młodzieńczych  scen  na  tylnym  siedzeniu  samochodu,  z 

głodem, by wszystkiego spróbować. 

background image

Chciała  powiedzieć:  nie.  Chciała  powiedzieć,  że  nikt  nigdy  nie 

będzie  jej  potrzebny  -  ale  byłoby  to  kłamstwem.  W  tej  chwili  nie 

mogła znieść myśli, żeby wytrzymać jeszcze choćby sekundę bez tego 

pulsującego uczucia całkowitego spełnienia. 

Instynktownie  zwróciła  się  ku  niemu,  unosząc  nieco  biodra,  i 

przyznała: 

 - Chcę... 

Na  jego  twarzy  zobaczyła  błysk  radości.  Nie  kazał  jej  dłużej 

czekać.  Ale  nie  spieszył  się.  Kiedy  czuła,  że  za  chwilę  wszystko  w 

niej eksploduje, świadomie zwalniał. Przeprowadził ją przez krawędź, 

jeszcze  raz,  a  potem  jeszcze  raz.  Za  każdym  razem  wznosił  się  z  nią 

coraz  wyżej,  coraz  bardziej  zapamiętale,  aż  poczuła,  że  toną  - 

najpierw ona, a potem on - pod ogromną falą kulminacji. 

Przez  długi  czas  żadne  z  nich  nie  mogło  wydobyć  słowa,  żadne 

nie  mogło  wykonać  najmniejszego  ruchu.  Kate  była  szczęśliwa,  że 

wciąż  jest  w  jego  ramionach,  że  ich ciała  wciąż  są  złączone.  Dopóki 

tak leżą, nie będzie musiała decydować, czy odejść, czy zostać. 

Wreszcie  to  David  się  poruszył.  Musnął  pocałunkiem  jej  nagie 

ramię, wstał i poszedł do łazienki. 

Usłyszała  szum  prysznica  i  nagle,  nim  zdołała  zauważyć,  że 

wrócił, znowu porwał ją w ramiona. 

W pełnej pary łazience spojrzała sceptycznie na prysznic. 

 - Nie jestem pewna, czy ci ufam, gdy w grę wchodzi woda. Może 

lepiej sama sprawdzę, jaka jest, zanim tam wejdę. 

background image

 -  Przysięgam  ci,  że  jest  ciepła  -  powiedział  z  uśmiechem, 

stawiając ją na brzegu ogromnej, wpuszczonej w posadzkę wanny. 

Chwycił ręcznik i skierował się ku drzwiom. 

 - Korzystaj z niej. Ja jeszcze popływam. 

Zaskoczona  i  rozczarowana  tym,  że  nie  ma  zamiaru  się  do  niej 

przyłączyć, postanowiła tego nie okazać. 

 - Skąd w tobie tyle energii? - spytała sztucznie radosnym tonem. 

- Ja jestem kompletnie wyczerpana. 

 - Nie jestem pewny, czyją mam. Mam nadzieję, że jeśli usłyszysz 

mój krzyk, przybiegniesz mi na pomoc. 

Spojrzała  na  niego  z  głębokim  zastanowieniem  i  zmusiła  się  do 

uśmiechu. 

 - Tak. Myślę, że przybiegnę. 

Zaśmiał  się  i  wyszedł.  Kate  poczuła  się  nieswojo,  choć  nie 

potrafiła  wyjaśnić  dlaczego.  Chociaż  wspaniale  było  stać  pod 

gorącymi  strumieniami  wody,  nie  zwlekała  z  wyjściem  spod 

prysznica. Coś  jej  mówiło,  że  powinni  z  Davidem  rozmawiać  o  tym, 

co się stało, a nie nagle zacząć to ignorować. 

Czuła, że jego odwrót parę minut wcześniej można interpretować 

jako  wycofanie  się  psychiczne.  Coś  w  jego  oczach,  jakby  skrywany 

cień  żalu,  przypomniało  jej,  że  powinna  była  usłuchać  tych 

wszystkich  wewnętrznych  ostrzeżeń  i  trzymać  się  od  niego  z  dala. 

Wytarła się do sucha i nagle przypomniała sobie, że jej sukienka jest 

wciąż jeszcze w przebieralni przy basenie. 

background image

Owinięta  w  ogromny  ręcznik,  stanęła  na  progu  sypialni  i 

zobaczyła  Davida.  A  więc  nie  poszedł  jeszcze  popływać...  Stał 

pochylony nad łóżkiem, ze schyloną głową, zgarbiony, i wyglądał na 

udręczonego. 

Początkowo  chciała  do  niego  podbiec,  ale  nagle  uświadomiła 

sobie, co tak kompletnie pochłonęło jego uwagę. Trzymał w dłoniach 

oprawioną  w  srebro  fotografię.  Wcześniej  sama  ją  zauważyła  na 

nocnej szafce. Było to ślubne zdjęcie jego i Alicji. 

Poczuła,  że  pieką  ją  od  łez  oczy,  kiedy  wyobraziła  sobie,  jakie 

wyrzuty  go  nękają.  Świadomość,  że  ostatnie  parę  godzin  stanowiło 

tylko  krótkie  interludium,  zabolała  ją  bardziej  niż  powinna  -  jeśli 

zważyć,  ile  ostatnio  prawiła  sobie  samej  kazań.  Najwyraźniej  czym 

innym  jest  wiedzieć  o  czymś  w  teorii, a  zupełnie  czym  innym  to  coś 

przeżyć. Nie powinno to mieć dla niej żadnego znaczenia. 

Nigdy niczego nie chciała od żadnego mężczyzny, a już najmniej 

od Davida. Kurczowo ściskając w dłoni brzeg ręcznika, zastanawiała 

się,  co  zrobić.  I  w  końcu  przyznała  się  samej  sobie,  że  jednak 

skłamała. 

Kłamstwo to będzie ją drogo kosztować. 

 

Rozdział 13 

Ostatnie  tygodnie  stanowiły  dla  Kate  ważną  lekcję.  Otóż 

przekonała  się  na  własnej  skórze,  że  żadnej  kwestii  nie  da  się 

rozwiązać  chowaniem  jej  do  szuflady  i  ignorowaniem.  Dowodem  są 

background image

jej  własne  problemy  z  rodziną  i  problemy  Daveya  z  ojcem.  Rany  te 

jątrzą się dużo dłużej, niż jest to konieczne. 

Mając to na uwadze, przekroczyła próg sypialni i stanęła tuż obok 

Davida. Uważała jednak, żeby nawet go nie musnąć. 

 - Była bardzo piękna - powiedziała cicho.  

Westchnął i jego ciało przebiegł dreszcz. 

 - Tak. Była. 

Powiedział to nie odwracając się do Kate i nie patrząc na nią, po 

czym  otworzył  szufladę  nocnej  szafki  i  chciał  włożyć  fotografię  do 

środka. Kate postanowiła zapomnieć o swych uczuciach i chwyciła go 

za rękę. 

 - Nie rób tego. 

Jego pełne udręki spojrzenie zderzyło się z jej wzrokiem. 

 - Czas już pozwolić przeszłości odejść. Czy nie mówisz mi tego 

od tygodni? - powiedział ze złością, zatrzaskując szufladę z fotografią 

w środku. 

 - Tak - odparła spokojnie. 

Otworzyła  szufladę,  wyjęła  fotografię  i  starannie  ustawiła  ją  na 

poprzednim miejscu. 

 - Jest różnica między życiem dalej a zamykaniem przeszłości na 

kłódkę,  jakby  jej  nigdy  nie  było.  Co  Davey  by  pomyślał,  gdyby 

zobaczył,  że  fotografia  matki  zniknęła?  Już  i  tak  boi  się  o  niej 

wspomnieć, żeby cię nie zirytować. 

Przez  moment  nie  dłuższy  niż  uderzenie  serca  wyglądał  na 

zaskoczonego, ale potem w jego oczach błysnął jeszcze większy upór. 

background image

 -  W  tych  twoich  broszurkach  o  psychologii  z  pewnością  jest 

rozdział  o  smutku  -  powiedział  z  sarkazmem.  -  Może  byś  do  niego 

zajrzała? Podejrzewam, że jest tam napisane, że każdy radzi sobie ze 

smutkiem we własny sposób. 

Kate  starała  się  nie  stracić  panowania  nad  sobą,  mimo  że  David 

zachowywał się niezwykle irytująco. 

 - To prawda - odparła sucho - ale ty w ogóle nie próbujesz sobie 

z tym radzić. 

Przez  chwilę  myślała,  że  mógłby  ją  zwymyślać.  Miała  nawet 

nadzieję, że to zrobi. 

Ale David powiedział tylko chłodnym tonem: 

 -  Co  ty  możesz  wiedzieć  o  tym,  jak  to  jest,  kiedy  zburzone 

zostaje całe twoje życie?  Zawsze panujesz nad wszystkim i nie masz 

wątpliwości,  co  powinnaś  zrobić,  i  co  wszyscy  naokoło  powinni 

zrobić.  Jestem  pewny,  że  nie  dopuszczasz  nawet  do  drobnych 

falowań. 

Kate aż się  wzdrygnęła, słysząc ten niepochlebny opis. Jednakże 

jeszcze  do  niedawna  byłby  to  wizerunek  trafny.  Po  zerwaniu  z 

Ryanem starała się panować nad wszystkim i była z tego dumna. Nie 

zawsze  jednak  tak  było  i  drogo  zapłaciła  za  tamten  błąd.  A  teraz 

wydawało  się,  że  znowu  drogo  zapłaci  za  to,  że  zakochała  się  w 

mężczyźnie, który nie był gotów nikomu ustąpić. 

 -  Mylisz  się  -  powiedziała.  -  Widzisz,  dawno  temu  zakochałam 

się  w  mężczyźnie,  który,  byłam  tego  pewna,  był  mężczyzną  moich 

marzeń.  Studiowaliśmy  razem  prawo,  ale  rzucił  studia.  Uznał,  że 

background image

może w inny sposób pomagać biednym i poniżonym. Uważałam, że ta 

decyzja świadczy o jego idealizmie. Byłam bardzo z niego dumna. 

Przyglądała  się,  jak  David  zareaguje  na  jej  wyznanie.  Kiedy 

jednak  z  kamienną  twarzą  wpatrywał  się  w  podłogę,  brnęła  dalej, 

mając  nadzieję,  że  coś  z  tej  rzadko  przez  nią  opowiadanej  historii 

jakoś do niego dotrze. 

 -  Nie  powstrzymało  mnie  to  jednak  od  skończenia  studiów. 

Myślał,  że  włączę  się  do  jego  walki,  ale  tego  nie  zrobiłam.  Zawsze 

chciałam  pracować  w  wielkiej  firmie  adwokackiej.  Chciałam  być 

wybitną specjalistką od rozwodów - nie ze względu na pieniądze czy 

sławę, ale dlatego, że chciałam, by kobiety, które wszystko włożyły w 

małżeństwo  i  potem  -  jak  mi  się  wydawało  -  były  zawsze 

poszkodowane  przy  rozstrzyganiu  spraw  majątkowych,  miały  się  do 

kogo zwrócić. 

Smutno się uśmiechnęła na myśl, co się potem stało. 

 -  Mieszkaliśmy  razem.  Początkowo  zajmowałam  się  niektórymi 

jego sprawami, ale potem zaczęłam mieć coraz więcej własnych zajęć 

i  zostawało  mi  coraz  mniej  i  mniej  czasu.  Potraktował  to  bardzo 

osobiście, oskarżył mnie, że go sprzedaję. W końcu powiedział mi, że 

odchodzi. Myślę, że wtedy nie było to już dla mnie zaskoczeniem, ale 

i tak bolało. 

David wreszcie spojrzał na nią z uwagą. 

 - I co dalej? - spytał. - To nie koniec, prawda? 

 -  W  parę  dni  później,  kiedy  wciąż  jeszcze  odprawiałam  żałobę 

nad  utraconymi  marzeniami,  dostałam  pozew.  Wystąpił  o  podział 

background image

majątku. Chciał dostać udział we wszystkim, co zarobiłam. Wymyślił 

sobie,  że  należy  mu  się  to,  ponieważ  zgodził  się,  żeby  moja  kariera 

zawodowa miała pierwszeństwo przed jego karierą. 

David nie ukrywał niesmaku. 

 - Jak, u diabła, mógł sobie coś takiego wymyślić? 

 -  To  zdumiewające,  jak  ludzie  potrafią  wykręcać  fakty,  żeby 

pasowały do celów, jakie sobie stawiają. 

 - Czy dałaś mu to, czego chciał? 

 -  Chciałam  mu  wypruć  flaki.  Chciałam  go  zmusić  do 

przeczołgania się przez cały system prawny i pokazać całemu światu, 

jakim  jest  nędznym  robakiem.  Przekonano  mnie,  że  nie  leży  to  w 

moim  interesie.  Zawarliśmy  ugodę  pozasądową.  Zdawałam  sobie 

sprawę,  że  z  pragmatycznego  punktu  widzenia  to  właśnie  musiałam 

zrobić, żeby uniknąć skandalu, który mógłby zaszkodzić mojej opinii, 

ale do dziś żałuję tej decyzji. 

Spojrzała mu w oczy. 

 -  Jestem  pewna,  że  zastanawiasz  się,  co  to  wszystko  ma 

wspólnego  z  tobą  i  Alicją.  Widzisz,  staram  się  coś  wykazać.  To,  co 

stało  się  z  Ryanem,  wywołało  mój  gniew  i  rozgoryczenie.  Można 

uznać  za  ironię,  że  jednocześnie  cała  ta  sprawa  uczyniła  mnie  chyba 

lepszym adwokatem rozwodowym.  

Skłoniło  mnie  to  do  większej  bezwzględności,  do  skakania 

przeciwnikowi  do  gardła.  W  każdym  razie  dopuściłam  do  tego,  żeby 

to przeżycie zabarwiło wszystkie moje decyzje dotyczące stosunków z 

background image

mężczyznami.  Innymi  słowy:  przestałam  żyć,  i  to  z  absolutnie 

niesłusznych powodów. 

Wyciągnęła rękę i dotknęła jego policzka. 

 -  Ty  masz  lepsze  wspomnienia.  Pamiętasz,  jak  wspaniała  może 

być miłość. To się nie zmieni, jeśli zaczniesz znowu żyć pełnią życia. 

To nie będzie zdrada wobec Alicji. Raczej wprost przeciwnie: dowód, 

że to, co z nią dzieliłeś, dalej w tobie żyje. 

Jego rysy nagle stwardniały, jakby świadomie zatrzaskiwał przed 

nią jakieś drzwi. 

 -  Naprawdę  nie  chcę  rozmawiać  o  Alicji  -  powiedział  z 

zawziętością. - Idę pływać. 

Poszedł,  a  ona  została  i  patrzyła  w  ślad  za  nim.  Uświadomiła 

sobie, że niezależnie od całej ich bliskości tego dnia, całej intymności 

ich kontaktów, dzieli ich pewna prawdziwa bariera - Alicja. 

Dopóki  David  nie  zdoła  poradzić  sobie  ze  swą  rozpaczą,  dopóki 

nie  będzie  mógł  dzielić  się  swymi  wspomnieniami  i  omawiać  ich  z 

Daveyem  czy  Kate,  czy  też  kimkolwiek  innym,  dopóty  jakaś cząstka 

jego samego będzie zamknięta dla ludzi i nie będzie można się do niej 

dostać.  Bez  względu  na  to,  w  jakim  stopniu  on  sam  będzie 

przekonany, że zaczyna układać życie od nowa. 

Jeśli spróbuje zmusić Davida do rozmawiania z nią o Alicji, może 

on  zakwestionować  jej  motywy.  Jednak  zupełnie  inną  sprawą  było 

namawianie  go,  by  rozmawiał  na  ten  temat  z  Daveyem.  Chłopcu 

potrzebna  jest  rozmowa  o  matce,  potrzebna  mu  jest  pamięć  czasów 

background image

przed  jej  chorobą  i  potrzebne  jest  mu  to,  by  dzielić  się  swym 

smutkiem właśnie z ojcem, a nie z obcymi, czy nawet z Kate. 

I niezależnie od tego, ile to będzie ją kosztować, Kate dopilnuje, 

by do tego doszło. Otwarte wymawianie imienia Alicji, tak by proces 

leczenia  mógł  się  wreszcie  zacząć,  będzie  jej  ostatnim  podarunkiem 

dla nich obu. 

Siedząc  w  cieniu  w  pobliżu  basenu  i  czując  pulsujący  ból  w 

skroniach,  David  przyglądał  się, jak Kate  przemyka  się  z  sypialni do 

przebieralni  przy  basenie,  owinięta  tylko  w  ręcznik.  Chociaż  kochali 

się  tego  dnia  już  dwa  razy,  nadal  jej  pragnął.  Jego  ciało,  pobudzone 

raczej  świeżymi  niż  dawnymi  wspomnieniami,  reagowało  jak  ciało 

młodzieńca, silnie i nieustępliwie. 

Niestety,  wątpił,  czy  teraz,  kiedy  już  powiedział  Kate,  by  nie 

wtrącała  się  w  jego  sprawy,  zechce  w  ogóle  spojrzeć  na  niego 

łaskawszym okiem, nie mówiąc o zaspokajaniu jego pragnień. 

Kiedy Kate wyszła z przebieralni, był właściwie zupełnie pewien, 

że  po  kilku  uprzejmych  słowach  pożegnania  pójdzie  sobie.  Zamiast 

tego podeszła do basenu, jak gdyby  nic, ale to absolutnie nic między 

nimi nie zaszło. Potem nalała sobie szklankę soku pomarańczowego i 

siadła  naprzeciwko  Davida,  jakby  właśnie  wpadła  na  pogawędkę  o 

pogodzie.  Zdumiony  czekał,  kiedy  Kate  wydobędzie  swój  nóż  i 

wymierzy mu cios w brzuch. Patrzył na nią naprawdę skrępowany. 

 - Kiedy spodziewasz się Daveya? - zapytała. 

 - Lada moment. 

 - To świetnie. 

background image

 - Zostaniesz tu jeszcze? 

 -  Jeśli  nie  masz  nic  przeciwko  temu...  Potrząsnął  przecząco 

głową. 

 - Nie mam. 

Jego  sprzeciw  budziła  jednak  ta  nieoczekiwana,  chłodna 

nonsensowność sytuacji. Ale nie potrafił wymyślić żadnego sposobu, 

by położyć temu kres, To znaczy, tak naprawdę dostrzegł jednak jeden 

taki  sposób.  Mógłby  dokończyć  rozmowę,  którą  Kate  starała  się 

rozpocząć  w  domu.  Ale  z  dwojga  złego  wolał  już  milczeć  i  patrzeć, 

jak  Kate  wymyka  mu  się  coraz  bardziej  i  bardziej,  zatopiona  we 

własnych myślach. 

Podniósł  wzrok  i  zobaczył,  że  od  strony  domu  zbliża  się  pani 

Larsen.  Jeśli  się  domyślała,  co  zaszło  między  nim  a  Kate,  to  niczym 

tego nie okazała. 

 - Pomyślałam sobie, że jeśli państwo skończyli jeść, to zmyję te 

talerze - powiedziała. - Trzeba tu trochę uporządkować, jeśli u Daveya 

mają dziś zostać na noc ci chłopcy. 

David spojrzał na Kate. 

 - Mnie już nic nie trzeba. A tobie? 

 - Też nie. 

Uśmiechnęła się do pani Larsen. 

 -  Ale  dziękuję.  Śniadanie  było  pyszne.  Gospodyni  kiwnęła 

głową. 

 - Gzy zostanie pani na obiedzie? 

background image

 -  Chciałabym  zobaczyć  Daveya  -  powiedziała  Kate,  patrząc  nie 

na panią Larsen, lecz na Davida. 

Ten znalazł się teraz między młotem a kowadłem. Z jednej strony 

pragnął, by jej tu nie było, tak by mógł odzyskać równowagę, a może 

nawet przemyśleć, do czego, u diabła, ona teraz zmierza. Jednocześnie 

jednak  chciał,  by  została,  by  nadal  trwało  to  podniecające  uczucie 

zawrotu głowy. 

 -  Ależ  zostań  -  powiedział.  -  Davey  byłby  wściekły,  gdybym 

pozwolił ci odejść, zanim się z tobą zobaczy. 

Jeśli  nawet  pani  Larsen  wyczuła,  że  w  rozmowie  tej  występuje 

jakiś podskórny nurt, to kompletnie go zignorowała. 

 -  Jeśli  to  państwu  odpowiada,  to  przygotuję  coś  do  jedzenia  w 

okolicach pierwszej. 

 -  Coś  prostego  -  powiedział  David.  -  Wiem  przecież,  że  piecze 

pani te wszystkie ciastka na dzisiejszy wieczór. 

 - Tak, proszę pana. 

Zebrała talerze na tacę i odeszła. 

 - Co będzie wieczorem? - spytała Kate. 

 -  U  Daveya  zostaną  na  noc  koledzy.  Przychodzi  ich  ośmiu. 

Dałem  pani  Larsen  wolny  wieczór.  Inaczej,  jestem  tego  pewny, 

wymówiłaby pracę. 

Kate przybrała minę pełną zazdrości. 

 - Brzmi to jak zapowiedź dobrej zabawy. 

 - Zabawy? - spytał sceptycznie David. 

 - Oczywiście. Historie o duchach. Gry. Mnóstwo ciastek. 

background image

 - Zapomniałaś o pizzy. 

 - Pizza i ciastka! Każde dziecko marzy o takim jedzeniu. 

 - Wiesz - powiedział chytrze - jeśli dobrze rozegrasz swoje karty, 

to jeszcze awansujesz na opiekunkę tej gromady. 

Przewidywał,  że  Kate,  usłyszawszy  jego  złośliwą  wypowiedź, 

natychmiast  się  wycofa.  Tymczasem  zawahała  się,  a  potem  powoli 

rozpromieniła, jakby ten pomysł rzeczywiście jej się spodobał. 

 - Nie miałbyś nic przeciwko temu? 

 - Ja? 

Nie  zastanawiając  się  nad  konsekwencjami  tego,  że  Kate 

pozostanie  pod  jego  dachem  przez  całą  noc,  w  pokoju  gościnnym, 

powiedział: 

 -  Będę  zadowolony,  mogąc  chwilę  porozmawiać  z  kimś 

dorosłym. 

 -  Nie  ze  mną!  Mam  zamiar  również  opowiadać  historie  o 

duchach. 

Potem zawahała się i spytała: 

 - Czy myślisz, że Davey będzie miał jakieś zastrzeżenia? 

 - Do tego, że tu będziesz, czy do tego, że masz zamiar opowiadać 

o duchach? 

 - Do jednego lub drugiego... 

 - Myślę, że będzie zachwycony twoją obecnością. A jeśli chodzi 

o  historie  o  duchach,  to  zależy  od  tego,  czy  znasz  jakieś  naprawdę 

przerażające. 

background image

 - Myślę,  że do  wieczora zdołam wymyślić jakąś tak straszną, że 

wszyscy schowają się pod łóżka. A ty co masz zamiar robić? 

 - Nie myślę o żadnych historiach o duchach. Może nawet spędzę 

cały ten wieczór pod łóżkiem z zatkanymi uszami. 

 - O nie! - powiedziała z nieoczekiwanie rozjaśnionymi śmiechem 

oczami. - Musisz się przystosować do atmosfery tego przyjęcia. 

 - Ile takich imprez organizowałaś? 

 -  Tylko  jedną,  dla  mojej  najmłodszej  siostrzenicy.  Z  okazji  jej 

trzynastych  urodzin.  Nie  było  żadnej  zabawy  -  powiedziała  z 

wyraźnym  niesmakiem.  -  Nie  chciały  się  zajmować  niczym  oprócz 

ćwiczeń w makijażu i układaniu włosów. 

Zaskoczony  jej  szczerym  oburzeniem,  David  nagle  złapał  się  na 

tym,  że  śmieje  się  wraz  z  nią  i  że  istniejące  między  nimi  napięcie 

zaczyna znikać. 

 - Och, Kate! Jesteś naprawdę nadzwyczajna. 

 - Ufam, że będziesz o tym pamiętał, kiedy znowu cię zirytuję. 

 - Masz zamiar często to robić? 

Przez  chwilę  wyglądała  zupełnie  serio.  Była  nawet  odrobinę 

smutna. - Nie. Nagle wstała. 

 -  Jeśli  mam  tu  spędzić noc, to  lepiej  pojadę  do domu,  przebiorę 

się i wezmę parę drobiazgów. 

 - Myślałem, że zostajesz na obiedzie. 

 -  Postaram  się  wrócić  przed  obiadem.  Ale  jeśli  mi  się  nie  uda, 

powiedz Daveyowi, że będę wieczorem. 

background image

David  nieoczekiwanie  wcale  nie  chciał  pozostać  sam  ze  swymi 

myślami. 

 -  Może  cię  podwiozę?  Przywiózłbym  też  napoje  chłodzące  na 

wieczór. 

Wahała się przez chwilę, ale w końcu kiwnęła głową. 

 -  Świetnie.  Przechodząc  przez  dom,  David  zatrzymał  się,  by 

powiedzieć pani Larsen, że wychodzą. Spytał też: 

 - Czy myśli pani, że jeszcze coś będzie potrzebne na tę noc? 

 -  Szczotki  do  zębów  -  zasugerowała.  -  Dzieci  nigdy  o  nich  nie 

pamiętają. 

Gdy tylko znaleźli się na dworze, Kate spojrzała mu w oczy. 

 -  Nie  śmiej  kupować  żadnych  szczoteczek.  Połowa  zabawy 

związanej z nocowaniem poza domem polega na tym, że nie musi się 

robić rzeczy, których domagają się od ciebie rodzice. Od dzisiejszego 

wieczoru do jutra rana nikomu nie popsują się zęby. Odpowiedział jej 

też uśmiechem i spytał: 

 -  Czy  to  znaczy,  że  jeśli  kiedyś  ty  i  ja  będziemy  nocować  poza 

domem, to będziesz chciała łamać wszelkie zasady? 

 - Och - powiedziała ze spokojem. - Myślę, że złamaliśmy już tyle 

zasad, że więcej nie można. 

W  jej  głosie  było  coś  tak  uderzającego,  że  David  zamilkł.  Jej 

słowa  zabrzmiały  tak,  jakby  zajrzała  w  przyszłość  i  nie  widziała  już 

ich  tam  razem.  Sama  myśl  o  tym,  że  może  ją  utracić,  kompletnie  go 

zmroziła. 

background image

Hałas mający swe  źródło  w salonie roznosił się  echem po całym 

domu.  Kate  przycisnęła  do  obu  uszu  poduszki  z  kanapy  i  ruszyła  na 

poszukiwanie Davida. Kiedy go znalazła, spytała głośno: 

 - Kto właściwie wpadł na ten pomysł? 

 - Co? - odkrzyknął. 

Jego głos był ledwie słyszalny na tle muzyki jakiegoś zespołu, nie 

żałującego  niskich  tonów.  Odnosiło  się  wrażenie,  że  cały  dom 

dosłownie wibruje. Podeszła bliżej do Davida i wyciągnęła mu z ucha 

zatyczkę. 

 - Pytałam, czyj to był pomysł. 

 -  Myślę,  że  twój.  Chciałaś,  żebym  nawiązał  bliższy  kontakt  z 

synem.  Myślę,  że  chciałaś  być  w  pobliżu  i  obserwować,  jak  ta  więź 

rośnie. 

 -  Jeśli  to  jest  ta  więź,  to  ją  przereklamowano  -  mruknęła.  -  Oni 

nawet nie wiedzą, że tu jesteśmy. 

 -  Przykro  mi  z  powodu  historii  o  duchach  -  powiedział  ze 

współczuciem. - Wiem, że naprawdę liczyłaś na to, że im je opowiesz. 

Kate  wykrzywiła  się  do  niego.  Kiedy  zaproponowała 

opowiadanie historii o duchach, dziewięciu chłopców patrzyło na nią, 

nic  nie  rozumiejąc.  Davey  poinformował  ją  poufnym  szeptem,  że  to 

dobre dla dzieci. 

 - Zdaje mi się - powiedziała teraz Davidowi - że spóźniłam się o 

jakieś dwa lub trzy lata. 

 - Możesz którąś opowiedzieć mnie - zaproponował. -  Albo ja ci 

opowiem najbliższy film Stephena Kinga. Prawdziwy dreszczowiec. 

background image

Kate wzruszyła ramionami. 

 - To nie to samo. Jest jeszcze trochę pizzy? 

 -  Żartujesz.  Nie  minęło  dziesięć  minut  od  momentu,  kiedy  ją 

dostarczono  ze  sklepu,  a  już  jej  nie  było.  Szkoda,  że  sklep  nie  daje 

rabatu,  jeśli  potrafi  się  ją  zjadać  szybciej,  niż  jest  dostarczana. 

Wyciągnął do niej rękę. 

 -  Ale  chodź  ze  mną.  Pani  Larsen  schowała  dla  nas  specjalną 

rezerwę: kanapki z rozbefem. 

 - To wspaniałe - westchnęła. 

David  napełnił  dwie  szklanki  wodą  mineralną  i  postawił  na 

kuchennym stole talerz z kanapkami. Kate zauważyła, że znowu przez 

jego  twarz  przemknął  cień  rozpaczy  i  zaczęła  się  zastanawiać,  czy 

znowu  nie  myśli,  że  to,  co  właśnie  robią,  powinien  dzielić  z  Alicją. 

Kiedy  jednak  usiadł  naprzeciwko  niej,  w  jego  oczach  nie  było  już 

żadnego śladu niepokoju. 

Kate natomiast nie potrafiła się tak szybko otrząsnąć z ponurego 

nastroju.  Znowu  jej  się  przypomniało,  że  wkrótce  pozostaną  jej 

jedynie wspomnienia tego wieczoru. Jej zadaniem jest zmusić Davida 

i  Daveya,  by  stawili  czoło  rozpaczy,  a  kiedy  do  tego  doprowadzi, 

David  wcale  nie  będzie  jej  za  to  wdzięczny.  Może  kiedyś,  ale  na 

pewno  nie  teraz.  A  przecież  nie  miała  wyboru.  Życie  Davida  będzie 

tylko w połowie życiem, dopóki część jego samego będzie pogrzebana 

razem z Alicją. 

Jej więc zostanie ten jeden wieczór, kiedy czują się tak, jakby byli 

rodziną.  Rano  zrobi  to,  co  musi  być  zrobione,  a  potem  odejdzie  i 

background image

spróbuje  uporządkować  jakoś  swoje  życie.  Jak  zwykle,  samotnie. 

Musiała  zamrugać  powiekami,  by  pozbyć  się  piekących  łez,  które 

niespodziewanie napłynęły jej do oczu. 

Spojrzała na Davida i zmusiła się do uśmiechu. 

 -  Davey  bawi  się  wspaniale  -  powiedziała,  zdecydowana 

zachować  dzielną  minę,  tak  by  David  nigdy  się  nie  dowiedział,  jak 

bardzo  bolało  ją  to,  że  nawet  w  najbardziej  intymnych  momentach 

stała między nimi Alicja - i że zawsze będzie stała między Davidem a 

dowolną kobietą, jeśli Kate nie znajdzie jakiegoś sposobu uwolnienia 

go od jej cienia. 

 - Czy koledzy nocują u niego po raz pierwszy? 

 -  Tak.  Muszę  powiedzieć,  że  nie  byłem  pewny,  czego  należy 

oczekiwać  -  wyznał.  -  Kiedy  byłem  chłopcem,  czasem  nocował  u 

mnie któryś kolega, ale nigdy nie była to cała gromada, tak jak dziś. 

 - Wyobrażam sobie - powiedziała Kate - że mieszkanie w domu 

akademickim to doświadczenie dość do tego podobne. 

 -  Może.  Nie  mieszkałem  w  akademiku.  Mieszkałem  podczas 

studiów w domu. 

 -  Ja  też  -  powiedziała  Kate  z  żalem..  -  Chciałam  pójść  na 

rzeczywiście  dobrą  uczelnię,  a  taka  właśnie  znajdowała  się  na  tyle 

blisko, że mogłam dojeżdżać. Nie stać mnie było na wyjazd do jakiejś 

odleglejszej, a równie dobrej uczelni. 

 -  Czy  uważałaś,  że  dużo  tracisz,  nie  mieszkając  w  domu 

akademickim? 

Skinęła głową. 

background image

 - Tak, jeśli chodzi o życie towarzyskie. Przypuszczam jednak, że 

naprawdę  nie  miało  to  większego  znaczenia.  Poznałam  Ryana  na 

drugim roku studiów. 

 -  Myślisz,  że  zaczęłaś  się  z  nim  spotykać,  bo  nie  miałaś  zbyt 

wielu okazji do kontaktów towarzyskich z innymi studentami? 

Kate zastanowiła się nad odpowiedzią. 

 -  Może  masz  rację  -  powiedziała  wreszcie.  -  Poznaliśmy  się  w 

bibliotece.  Myślę,  że  po  prostu  byliśmy  dwójką  pilnie  uczących  się 

samotników. 

 - A tu jesteś ze mną, kolejnym samotnikiem. 

 - Może i samotnikiem - odparła - ale nie człowiekiem skłóconym 

z  życiem.  Prawdopodobnie  na  tym  polegały  problemy  Ryana.  Był 

dumny  z  tego,  że  jest  pariasem.  Próba  wspólnego  prowadzenia 

normalnego życia z kimś takim wywołuje prawdziwe napięcie. Myślę, 

że zaczęło to budzić moją niechęć, jeszcze zanim odszedł. 

 - Być może czuł, że dojrzewasz do porzucenia go, i chciał cię w 

tym uprzedzić. Sprawa z podziałem majątku to był tylko taki sposób, 

żeby zwrócić twoją uwagę na jego odejście. 

 -  Ostatnia  próba  zwrócenia  na  siebie  uwagi?  -  powtórzyła  w 

zamyśleniu,  zaskoczona  jego  przenikliwością.  -  Przypuszczam,  że 

naprawdę mogło tak być. 

Spojrzała mu w oczy i dodała: 

 - Wydaje mi się, że nie ma to już znaczenia. Pomyślała, iż jest to 

swoista ironia losu, że stwierdzenie to jest darem Davida dla niej. Po 

background image

upływie  całego  tego  czasu  wreszcie  pozostawiła  przeszłość  za  sobą. 

Przestała się bać nowej miłości. 

I  teraz  musi  odejść  od  człowieka,  który  doprowadził  do  tego,  że 

tak się stało. 

Następnego  ranka  Kate  obudziła  się  w  pokoju  gościnnym.  Przez 

okno  lało  się  strumieniem  światło  słońca,  a  obok  niej  spał 

dziesięcioletni  chłopiec.  Gdy  tylko  przewróciła  się  na  bok,  Davey 

otworzył oczy i na jego twarzy pojawił się uśmiech. 

 - Cześć, Kate! 

 - Cześć, śpiochu! Co tu robisz? 

 - Kiedy wszyscy się dziś rano rozjechali, przyszedłem sprawdzić, 

co  się  z  tobą  dzieje.  Wciąż  jeszcze  spałaś.  Chyba  też  byłem  dosyć 

śpiący, więc się położyłem. 

Spojrzał na nią niepewnie. 

 - Dobrze zrobiłem? 

 - Znakomicie! 

Pomyślała,  jak  wspaniałą  rzeczą  jest  takie  całkowite  zaufanie  ze 

strony dziecka, to, że otwiera przed nią swe serce. Był to jeden z tych 

momentów, które zostaną jej w pamięci przez lata. Miłość dziecka jest 

tak prosta i szczera. To tylko w stosunkach między dorosłymi uczucia 

stają się skomplikowane. 

Nagle  dotarła  do  niej  reszta  tego,  co  powiedział  przed  chwilą 

Davey. 

 - Wszyscy się już rozjechali? 

 - Tak. Pewien czas temu. 

background image

 -  Która  to  godzina?  -  spytała,  sięgając  ponad  głową  Daveya  po 

zegarek. 

 - Pewno jedenasta - próbował zgadnąć Davey. 

 - Bliżej dwunastej - westchnęła. 

Od lat nie zdarzyło się jej spać tak długo. 

 - Czy twój tata już wstał? 

 -  Pewno  nie.  Kiedy  w  końcu  położył  się  do  łóżka,  wyglądał  na 

dosyć zmęczonego. 

 -  Rzeczywiście  -  zgodziła  się  Kate.  Przypomniała  sobie  ostatni 

senny pocałunek 

w  drzwiach  pokoju  gościnnego,  gdzieś  po  czwartej  rano.  David 

nie trafił do jej ust. Pocałunek wylądował w okolicach jej nosa. 

 - No cóż - powiedziała raźno. - Ponieważ nie ma pani Larsen, to 

myślę, że ty i ja razem posprzątamy i przygotujemy śniadanie. 

 - Chłopcy pomogli posprzątać. 

Davey wyskoczył z łóżka, zmarszczył z namysłem czoło i dodał: 

 -  Myślę  jednak,  że  chyba  musimy  odkurzyć,  bo  pani  Larsen 

dostanie  ataku  serca,  jeśli  znajdzie  pod  którąś  z  poduszek  prażoną 

kukurydzę. 

 - Nie mówiąc już o kawałku papryki albo okruchach ciasta. 

Uśmiechnął się. 

 - No, to też. 

Chłopcy  rzeczywiście  przynajmniej  ustawili  w  pozycji  pionowej 

meble  i  położyli  na  miejsce  większość  poduszek.  Spakowali  nawet 

śmieci w kuchni. Trzy pełne plastikowe worki. 

background image

 - Nieźle - zauważyła Kate. 

Schyliła się, by podnieść kawałek papryki, który niemal wgniotła 

właśnie w dywan. 

 - Gdzie jest odkurzacz? 

 - Przyniosę. 

Davey wybiegł z pokoju i po chwili wrócił z odkurzaczem. 

 - Dobra. Ja go uruchomię, a ty weź  jakąś ściereczkę i pozmiataj 

wszystko  z  mebli.  Zacznij  to  robić  przede  mną,  tak  żeby  wszystkie 

okruszyny były już na podłodze, kiedy ja ruszę. 

Podczas  gdy  Davey  zaczął  już  robić  porządki,  Kate  zaparzyła 

dzbanek kawy, próbując przy tym zwalczyć zagnieżdżające się w niej 

podstępnie uczucie, że jest u siebie w domu. Uświadomiła sobie, że z 

wielkim trudem opiera się tej magicznie kuszącej myśli, że to jej dom, 

że Davey jest jej dzieckiem i że do niej również należy ten śpiący na 

górze mężczyzna. 

Powtarzała sobie jednak, że nie może się to stać. Nie wcześniej w 

każdym  razie,  nim  zostanie  na  dobre  i  rzeczywiście  pochowana 

przeszłość.  A  kiedy  powie  Davidowi  tego  ranka  to,  co  musi  mu 

powiedzieć, jeżeli do pogrzebania przeszłości istotnie mą dojść, David 

może jej tego nigdy nie wybaczyć. 

Postanowiła  jednak  nie  dopuścić,  by  myśl  o  ewentualnej 

konfrontacji zniszczyła te ostatnie, drogocenne momenty. Nuciła coś, 

prowadząc  odkurzacz  po  kolejnych  pokojach,  podczas  gdy  Davey 

używał ściereczki biegnąc, tak by się nie dać jej dogonić. Robił z tego 

zabawę i zmuszał ją do ciągłego śmiechu. 

background image

Nagle podniosła wzrok i ujrzała Davida. Stał w drzwiach, tłumiąc 

ziewnięcie,  w  dżinsach  nisko  na  biodrach  i  w  rozpiętej  koszuli.  Na 

jego  policzkach  widniał  wyraźny  zarost.  Włosy  miał  wzburzone  i 

wyglądał  naprawdę  wspaniale.  Całe  jej  ciało  domagało  się,  by 

pomaszerowała do jego pokoju i upadła z nim na łóżko. 

 -  Dobry  Boże!  Co  znaczy  ten  hałas?  -  wymamrotał  ochrypłym, 

zaspanym głosem, drażniącym wszystkie jej zmysły. 

 - To poranek następnego dnia - powiedziała. 

 -  Następnego  po  czym?  -  warknął.  -  Czy  wybuchła  tu  jakaś 

bomba? Już od godziny robicie ten piekielny hałas. 

 - Chcemy tylko sprostać wysokim wymaganiom pani Larsen. 

Kate wjechała odkurzaczem do ostatniego nie sprzątniętego kąta, 

po czym spojrzała promiennie na Davida i wyłączyła odkurzacz. 

 - Wszystko zrobione. 

 - Dzięki Bogu! 

 - Nie czujesz się rano zbyt dobrze, prawda? 

 - Czuję się rano świetnie, jeśli poprzedniej nocy śpię. A dziś rano 

czuję  się  tak,  jakbym  był  wrogiem  jakiegoś  mocarstwa  i  jakby  mnie 

przez całą noc zmuszano do zdrady tajemnic wojskowych. 

 -  No  cóż,  chłopie,  weź  się  w  garść!  Mam  zamiar  zabrać  się 

właśnie do robienia moich słynnych na całym świecie naleśników. 

 - Słynnych na całym świecie? Ciekawe. 

 -  Tak  by  było,  gdyby  przepis  nie  stanowił  mojej  tajemnicy.  No, 

rusz się! 

background image

Coś tam mruknął o pokręconych osobowościach i powlókł się do 

swego pokoju. 

Davey zajrzał do korytarza, uśmiechnął się i powiedział: 

 - Zawsze dziwaczy, dopóki nie wypije kawy. 

 -  No  to  mu  ją  zanieś.  Właśnie  zaparzyłam.  Podczas  gdy  Davey 

wypełniał  jej  polecenie,  zajęła  się  przygotowaniem  śniadania. 

Znalazła serwetki i srebrne sztućce, a kiedy Davey wrócił, wysłała go 

z nimi na taras. W ostatniej chwili przypomniała mu: 

 - Widelce po lewej, noże i łyżeczki po prawej. David pojawił się 

znowu,  gdy  Kate  zabierała  się  właśnie  do  lania naleśnikowego  ciasta 

na  rozgrzaną,  aż  syczącą  patelnię.  Pachniał  mydłem  i  jakimś 

miętowym płynem do ust. Nie czuła żadnego płynu po goleniu, tylko 

czysty  zapach  świeżo  ogolonego  mężczyzny.  Uznała,  że  wszyscy  ci 

producenci  tak  zwanych  seksownych  płynów  po  goleniu  tylko  tracą 

czas. Nic nie było tak kuszące jak ten właśnie zapach. 

David oparł się o stół i patrzył na nią w sposób przyprawiający ją 

o niepokój. 

 -  Nie  zwracaj na  mnie uwagi  -  powiedział,  podczas  gdy  Kate,  z 

łyżką w ręku, stała schylona nad miską z ciastem. 

Pomyślała,  że  to  tak,  jakby  ktoś  powiedział  przypływom,  by 

ignorowały  Księżyc.  Wylała  jednak  łyżkę  ciasta  na  patelnię  i 

przysłuchiwała się z satysfakcją syczeniu naleśnika. 

 -  Jeśli  chcesz  tu  sterczeć,  to  łap  się  za  talerze  -  powiedziała, 

zręcznym podrzutem odwracając naleśnik. 

background image

Miała ochotę płakać. W jaki sposób ma to wszystko porzucić? Aż 

nazbyt  silna  była  pokusa,  by  pójść  na  kompromis  i  zgodzić  się  na 

posiadanie tylko niewielkiej cząstki Davida. 

Kiedy  wziął  do  ręki  talerz,  nałożyła  pierwszą  partię  naleśników. 

Ruszył z nimi do drzwi. 

 - No wiesz! - krzyknęła. - Co chcesz zrobić? 

 - Dostałem swoją porcję i idę ją zjeść. 

 - Nic z tego! Wracaj! Ten talerz jest na wszystkie naleśniki. 

 - Ale przecież te wystygną. 

 - Nie wystygną, bo będę na nie kładła następne, które są gorące. 

A teraz stój spokojnie. Uważaj! 

Zanim wypchnęła go w końcu z kuchni, nałożyła mu ich na talerz 

kilkanaście. 

 - Podziel się nimi z synem - powiedziała. Pochylił się i pocałował 

ją w czubek nosa. 

 - Wspaniale wyglądasz taka przyprószona mąką. 

Kate  warknęła  coś  w  odpowiedzi  i  kiedy  skierował  się  ku 

drzwiom,  otrzepała  się  z  mąki.  Potem  usmażyła  ostatnią  porcję 

naleśników, przełożyła je na następny talerz i poszła na taras. 

Kiedy  jedli  śniadanie,  nie  mogła  się  powstrzymać  od  ciągłego 

spoglądania  najpierw  na  Davida,  potem  na  basen,  wreszcie  na  okna 

sypialni. David zaś sprawiał wrażenie, jakby starannie unikał robienia 

analogicznego  przeglądu.  Od  czasu  do  czasu  ich  spojrzenia  się 

spotykały i Kate czuła, że się czerwieni z zakłopotania. 

background image

Niestety,  nie  mogła  się  też  powstrzymać  od  myśli  o  tym,  jak 

skończył  się  poprzedni  ranek.  Spojrzała  na  Daveya,  a  potem  na  jego 

ojca,  głęboko  odetchnęła  i  podjęła  decyzję.  Odkładanie  sprawy  na 

później niczego nie rozwiąże. Ona sama może zyska być może jeszcze 

parę wspomnień, ale ból związany z odejściem będzie nieunikniony. 

 -  Davey  -  powiedziała  jakby  mimochodem.  -  Założę  się,  że 

twojej mamie bardzo by się podobało to twoje wczorajsze spotkanie z 

przyjaciółmi. 

Daveyowi  rozszerzyły  się  oczy.  Spojrzał  ukradkiem  na  ojca  i 

chrząknął zakłopotany. Kate parła zdecydowanie do przodu. 

 -  David!  Czy  nie  sądzisz,  że  Alicji  podobałoby  się,  że  chłopcy 

zostali tu na noc? 

Rzucił jej wściekłe spojrzenie. 

 - Co ty, u diabła, próbujesz zrobić? - wyrzucił w końcu. 

Odsunął krzesło od stołu, jakby się szykował do odejścia. 

 - Próbuję prowadzić najnormalniejszą w świecie rozmowę. 

 - Nie teraz! - w jego głosie usłyszała ból. 

 -  Właśnie  teraz  -  odparła  z  uporem.  -  Davey,  co  najbardziej 

utkwiło ci w pamięci o twojej mamie? 

 - Była... - zaczął, ale załamał mu się głos, kiedy rzucił pełne winy 

spojrzenie na ojca. 

Kate wpatrywała się w Davida, pragnąc, by jakoś zareagował. W 

końcu głośno przełknął. 

 - Była jaka, synku? - spytał szeptem. 

 - Pachniała jak kwiat, była bardzo piękna i umiała się bawić. 

background image

Davey powiedział to bardzo cicho. Oczy miał pełne łez. 

 -  Tak.  Taka  właśnie  była  -  przyznał  David  z  twarzą  szarą  jak 

popiół. 

Davey wpatrywał się w stół. 

 - Tak mi jej brak, tato. Przepraszam, ale tak bardzo mi jej brak. 

Kate  czekała,  co  będzie  dalej.  Po  policzkach  spływały  jej  łzy. 

Dłonie zacisnęła w pięści i szeptała bezgłośnie: proszę, och, proszę. 

Wreszcie  ochrypłym  i  rwącym  się  co  chwila  głosem  David 

wykrztusił: 

 - Mnie też jej brak, synku. 

Davey  głośno  załkał  i  rzucił  się  ojcu  w  ramiona.  Spojrzenie 

Davida  starło  się  z  jej  spojrzeniem.  W  jego  wzroku  było  coś  bardzo 

bliskiego  nienawiści.  A  potem  coś  wyszeptał  do  Daveya  i  w  ogóle 

przestał na nią patrzeć. 

Odrętwiała z bólu Kate zostawiła ich samych, znalazła w pokoju 

gościnnym torebkę i pobiegła do swego auta. Dopiero gdy samochód 

zjechał  ze  wzgórza  i  oddalił  się  wystarczająco  daleko  od  ich  domu, 

zjechała  na  pobocze  i  pozwoliła  swobodnie  płynąć  swym  własnym 

łzom. 

 

Rozdział 14 

Kate  wciąż  bolało  serce.  Co  pewien  czas  powtarzała  sobie,  że 

zrobiła  to,  co  musiała.  Popchnęła  Davida  i  Daveya  do  mówienia  o 

Alicji.  Ich  wzajemne  stosunki  z  pewnością  ulegają  teraz  poprawie 

znacznie szybciej, a w końcu tylko w tym celu wkroczyła w ich życie. 

background image

Przynajmniej  tak  to  się  wszystko  zaczęło.  Potem,  gdzieś  po 

drodze,  zakochała się  w  Davidzie.  Dopuściła do tego,  że  ojciec  i  syn 

znaleźli  się  w  jej  sercu,  że  wpletli  się  w  tkankę  jej  życia.  Ale  choć 

często  sobie  powtarzała,  że  jej  odejście  było  najlepszym  wyjściem, 

ból  nie  ustawał.  Od  początku  przewidywała,  że  David  jej  tego  nie 

wybaczy,  ale  jego  nieobecność  bolała  ją  nawet  bardziej,  niż  się 

spodziewała. 

Machinalnie  wykonywała  wszystkie  swe  zwykłe  czynności.  Piła 

dzbankami napar z truskawek, jakby to mogło złagodzić jej cierpienia. 

Chodziła  do  sądu,  jak  zwykle  dobrze  przedstawiając  tam  sprawy 

swych klientów. Pocieszała klientki wahające się z podjęciem decyzji, 

czy walczyć o utrzymanie małżeństwa, czy odejść. Teraz częściej, niż 

robiłaby  to  parę  tygodni  przedtem,  zachęcała  je,  by  walczyły  o  swój 

związek.  Chcąc  ustrzec  się  przed  wspomnieniami,  dbała  o  to,  by 

zawodowe zajęcia absorbowały ją od rana do późnej nocy. 

Ale  chociaż  dni  były  pełne  zdarzeń,  jej  życie  było  puste.  Po  raz 

pierwszy  od  lat  dokonywała  oceny  swych  własnych  potrzeb  i 

oczekiwań  na  podstawie  zupełnie  innej  hierarchii  ważności.  Proces 

ten rozpoczął się tuż przedtem, zanim poznała Davida.  

Jego  rola  polegała  tylko  na  wyolbrzymieniu  zmian,  które  i  tak 

postanowiła  wprowadzić,  bo  wiedziała,  że  inaczej  nigdy  nie  będzie 

naprawdę szczęśliwa. Popychając go w kierunku jedynej rzeczy, która 

rzeczywiście się liczyła, odkryła potrzebę uczynienia tego również we 

własnym życiu. 

background image

Siadywała  teraz  w  swym  gabinecie  pod  koniec  dnia  pracy, 

zatopiona w myślach, i usiłowała odnaleźć jakieś pozytywne cechy tej 

zabagnionej  sytuacji,  w  jakiej  się  znalazła.  Zrobienie  takiego 

remanentu  było  dobrą  rzeczą.  Winna  jest  Davidowi  Winthropowi 

przynajmniej  wdzięczność  za  to,  że  zmusił  ją  do  intensywnego 

zastanawiania się nad sobą samą. 

Niestety,  to,  co  przy  tym  zobaczyła,  niezbyt  jej  się  podobało. 

Wszystkie  sukcesy  wydały  się  jej  nagle  mało  ważne,  skoro  nie  było 

nikogo,  z  kim  mogłaby  je  dzielić.  Wiedziała,  że  matka  jest  z  nich 

dumna  i  że  Ellen  chwilami nawet  jej  zazdrościła  kariery  zawodowej. 

Jej  koledzy  szanowali  ją,  a klienci uważali,  że  czyni  cuda.  Wszystko 

to jednak zdawało się nie mieć żadnego znaczenia.  

No,  może  niezupełnie  tak.  W  każdym  razie  znaczenie  tego 

wszystkiego wyraźnie zmalało. Chciała jakiejś przeciwwagi w postaci 

życia  osobistego,  chciała  mieć  kogoś  w  rodzaju  Davida,  z  kim 

mogłaby się dzielić swymi problemami i sukcesami i kto pocieszałby 

ją lub radował się wraz z nią. 

Nie  owijajmy  niczego  w  bawełnę,  powiedziała  do  siebie  z 

niesmakiem.  Chciała  dzielić  życie  z  Davidem  Winthropem,  a  nie  z 

kimś  takim  jak  on.  Chciała,  by  pokazał  jej,  jak  można  kochać  tak 

mocno, że nawet śmierć nie rozrywa tych więzów. 

Któregoś  dnia,  późnym  wieczorem  w  piątek,  Kate  spojrzała  na 

stos  akt  na  swym  biurku  i  pomyślała,  że  czeka  ją  jeszcze  jeden 

samotny, przeładowany pracą weekend. Przypomniała sobie ostro, że 

background image

jest  to  droga,  jaką  sama  wybrała,  i  zaczęła  wsuwać  te  wszystkie 

papierzyska do teczki. 

 - Sortowanie tego wszystkiego zajmie ci pół nocy - skomentował 

ktoś od progu niskim, lekko schrypniętym głosem. 

Spojrzenie Kate pomknęło w górę. 

 - David! - wykrzyknęła wibrującym z radości głosem. 

Patrzył na nią posępnie. 

 - Cześć, Kate! 

Miała nadzieję, że nie słyszy gwałtownego bicia jej serca, i sama 

pragnęła  nie  odczuwać  tak  tych  uderzeń.  Kiedy  zgłodniałym 

wzrokiem  szukała  przeżyć  wypisanych  na  jego  twarzy,  zauważyła 

tylko  zmęczenie  w  oczach  i  zmarszczki  na  czole.  Nie  wyglądał  na 

człowieka, którego życie wróciło na normalne tory. Nie dostrzegła też 

żadnego śladu złości i zaskoczyło ją to. 

 -  Co  cię  tu  sprowadza?  -  spytała,  nie  pozwalając  sobie  na 

najmniejszy cień nadziei. 

 - Musimy porozmawiać. Potrząsnęła przecząco głową. 

 - Nie sądzę. 

 - Czy nie chcesz wiedzieć, jak Davey i ja dajemy sobie radę? 

 - Oczywiście, że chcę, ale... 

 - To zjedzmy razem kolację. 

Nie mogła przechodzić przez to wszystko jeszcze raz. Znowu być 

tak  blisko  z  nim  i  Daveyem,  tylko  po  to,  by  znowu  stanęła  między 

nimi Alicja. Uchwyciła się pierwszego z brzegu pretekstu. 

 - Jestem umówiona. 

background image

 - Wcale nie. - Potrząsnął głową. - Sprawdzałem u Zeldy. 

 - Zelda nie prowadzi terminarza mojego życia prywatnego. 

Uśmiechnął się smutno. 

 - Kate, nie masz żadnego terminarza swojego życia prywatnego. 

A teraz już nie sprzeczaj się i chodźmy stąd. Zarezerwowałem stolik. 

Na twarzy Kate odmalował się upór. 

 - Powinieneś był najpierw zadzwonić. 

 - Zrobiłem to. 

 - Nie rozmawiałeś ze mną. 

 -  Nie,  nie  rozmawiałem.  Doszedłem  do  wniosku,  że  już  dwa 

tygodnie temu, kiedy wychodziłaś z mojego domu, napisałaś końcową 

scenę  pożegnalną.  Jesteś  zbyt  uparta,  żeby  przyznać,  że  zakończenie 

mogłoby wyglądać zupełnie inaczej. 

Spojrzała mu prosto w oczy. 

 - David! Dlaczego to robisz? 

 -  Ponieważ  nie  myślę,  że  wszystko  między  nami  skończone. 

Myślę, że to dopiero początek. 

 -  Mylisz  się  -  powiedziała,  zaciekle  próbując uchronić  się przed 

bólem ponownego rozstania. 

Poprzednim  razem  opuściła  jego  dom  pod  wpływem  dumy  i 

determinacji. Nie była pewna, czy uczucia te są wciąż na tyle silne, by 

mogła je znowu poddać próbie. 

 -  Czy  chcesz  przez  to  powiedzieć,  że  nie...  Zawahał  się  przy 

wyborze słów. Szukał spojrzeniem jej wzroku. 

background image

 - Czy chcesz przez to powiedzieć, że cię nie obchodzę? Chcesz, 

żebym  uwierzył,  że  tak  jak  się  zaangażowałaś  w  sprawy  Daveya  i 

moje, zaangażowałabyś się w sprawy dowolnego klienta? 

Kate nie potrafiła zmusić się do kłamstwa, ale kluczyła: 

 -  Wasza  sprawa  oczywiście  nie  była  sprawą  dowolnego  klienta. 

Obchodzicie mnie obaj. Zawsze mnie będziecie obchodzić, ale na tym 

wszystko się kończy. 

 - Dlaczego? 

Czy on nie dostrzega, że ona nigdy nie zgodzi się na mniej niż to, 

co łączyło go z Alicją? 

 -  To,  że  ktoś  nas  obchodzi,  to  jedno,  a  miłość  to  drugie.  Oboje 

zasługujemy na dzwonki i fletnie. 

Zaśmiał  się  krótko  i  podniósł  oczy  do  nieba,  wyrażając  w  ten 

sposób niedowierzanie. 

 -  Domyślam  się  -  powiedział  sucho  -  że  w  takim  razie  nie  ty 

byłaś  ze  mną  w  łóżku  dwa  tygodnie  temu.  Słyszałem  w  życiu 

wspaniałe  dzwony  liczących  wiele  stuleci  kościołów  i  dzwoniły  one 

dużo ciszej niż tamte. 

 - Och, jesteś mi po prostu wdzięczny za Daveya. 

 - Kate! To, co czuję, jest dużo silniejsze niż tylko wdzięczność. 

Przeszył ją gorącym spojrzeniem. 

 -  Bardzo  niewiele  brakuje,  żebym  zerwał  z  ciebie  tę  przeklętą 

skromną suknię  i  wziął  cię  tu,  zaraz,  na biurku,  żeby  ci  dowieść,  jak 

bardzo się mylisz! 

Kate poczuła huczenie w uszach i obudziło się w niej pożądanie. 

background image

 -  To  tylko  seks  -  orzekła  lekceważąco,  ale  dziwnie  zabrakło  jej 

tchu. 

David się uśmiechnął. 

 - Tak. Seks. Gorący, parny, nienasycony seks. Piekielnie dobrze 

to nam wychodzi, Kate. 

Podszedł bliżej, objął dłońmi jej twarz i patrząc jej w oczy spytał: 

 - A może nie? 

Jej  oddech  co  chwila  się  urywał.  Zamknęła  oczy,  próbując 

odepchnąć  od  siebie  obrazy,  które  wskrzesił.  Nie  mogła.  Miała  ich 

pełną  głowę,  pełne  serce.  To  tylko  wspomnienia,  powiedziała  sobie 

twardo. Z czasem zblakną. 

Z czasem... Ale to wszystko dzieje się teraz. I David jest Davidem 

z  krwi  i  kości.  Bijąca  od  niego  męskość  rzucała  na  nią 

natychmiastowy  czar.  Kate  chciała  mu  wierzyć,  ale  nie  śmiała.  Taka 

wiara prowadzi do cierpienia, do bólu gorszego nawet niż udręka, jaką 

czuła  w  tym  momencie.  Mogła  mu wręczyć  wspaniały  dar:  wolność. 

Swobodę pójścia naprzód. Nic więcej. 

 -  Proszę!'  -  błagała.  -  Nie  próbuj  z  tego  wszystkiego  zrobić 

czegoś,  czym  to  nie  jest.  Po  prostu  wystarczyło  parę  tygodni  i 

przyzwyczaiłeś się mieć mnie koło siebie. Tak naprawdę nie jestem ci 

do niczego potrzebna. 

 - Owszem, jesteś - powiedział cicho. - Jesteś potrzebna nam obu 

z  Daveyem  i  udowodnię  to,  choćbym  miał  na  to  poświęcić  resztę 

życia. 

background image

A potem lekko westchnął, pochylił się i dotknął wargami jej ust. 

Łagodność  tego  dotyku  wstrząsnęła  nią  dużo  bardziej  niż  wszelkie 

jego rozkazy, do których wydawania był - jak wiedziała - zdolny. Jego 

czułość  znacznie  osłabiła  jej  zdecydowanie  i  pozbawiła  ją  zdolności 

racjonalnego myślenia. Była gotowa uwierzyć, że to, co mówi, mówi 

na serio. Jest mu potrzebna i to jest początek. Ale niezależnie od tego, 

jak bardzo pragnęła wierzyć, że to wystarczy, wiedziała, że sama chce 

czegoś więcej. Chce, by ją kochał. 

 -  Dlaczego  nie  odbierasz  jego  telefonów?  -  spytała  kilka  dni 

później  Zelda.  -  Ten  człowiek  zaczyna,  mnie  doprowadzać  do 

szaleństwa. 

 -  Za  to  ci  płacę,  żebyś  załatwiała  uporczywe  telefony 

niepożądanych panów. 

 -  Niepożądanych?  Nie  sądzę  -  powiedziała  niewinnym  tonem 

sekretarka. 

 -  Zeldo,  uważaj!  Bo  przedstawię  cię  mojemu  nowemu 

ojczymowi  i  powiem  mu,  że  niepokoi  mnie  stan  twojego  życia 

uczuciowego. 

Śmiech Zeldy odbił się echem od ścian. 

 - Myślisz, że mnie to przeraża? 

 - Mnie to by przeraziło. - Kate znacząco wzruszyła ramionami. 

W istocie żyła w panicznym strachu, iż Brandon dowie się jakimś 

cudem,  że  przestała  się  widywać  z  Davidem  Winthropem  i 

natychmiast rozpocznie w związku z tym jakieś działania. 

background image

 - Nie miałabym nic przeciwko temu - powiedziała rozmarzonym 

głosem  Zelda  -  żeby  ktoś  bogaty,  odnoszący  sukcesy  i  inteligentny 

rozejrzał  się  za  jakimś  odpowiednim  chłopem  dla  mnie.  Brandon 

Halloran pewno obraca się w dużo bardziej interesujących sferach niż 

ja. 

Spojrzała na Kate z dezaprobatą i dodała: 

 -  Zdajesz  sobie  chyba  sprawę,  że  robisz  uniki,  zamiast  jak 

najszybciej zająć się rozwiązywaniem rzeczywistego problemu? 

 - Ach tak? I jakiego to problemu? 

 - Jesteś przerażona - oskarżyła ją Zelda. - Tak przerażona, że aż 

trzęsą ci się kolana. 

 - Może - przyznała Kate z westchnieniem. - Może. 

Nie minęło pięć minut, a Zelda zadzwoniła: 

 - Rozmowa na linii pierwszej. - Kto? 

Ale pytała już tylko siebie. Pełna drżenia patrzyła na migające na 

konsoli światełko. Ponieważ jednak absolutnie nie mogła pozwolić, by 

jej  postępowaniem  kierowało  tchórzostwo,  w  końcu  ostrożnie 

podniosła słuchawkę. 

 - Halo? 

 - Cześć, Kate, to ja - usłyszała głos Daveya. Odetchnęła z ulgą. 

 - Cześć! Jak ci leci? 

 - W porządku - powiedział. 

Tym  razem  Kate  mu  uwierzyła.  A  potem  usłyszała,  jak  zmienia 

mu się głos. 

 - Dzwonię, żeby cię zaprosić na mecz. 

background image

 - Mnie? 

Zaproszenie sprawiło jej niewymowną przyjemność. Rozmawiała 

ze swym klientem po raz pierwszy od owego dnia, kiedy opuściła ich 

dom.  Sądziła,  że  tak  pochłania  go  odbudowywanie  stosunków  z 

ojcem, że zupełnie o niej zapomniał. 

 - Tak. I zgadnij, gdzie gram! Jako rozgrywający! 

 - Davey! To wspaniale! 

Przynajmniej tak uważała. Z brzmienia jego głosu było jasne, że i 

on tak uważa. 

 - Przyjdziesz? Strasznie dawno cię nie widziałem. 

 -  Przepraszam.  Byłam  bardzo  zajęta,  ale  tęskniłam  do  ciebie.  A 

wracając do meczu... Czy nie powinieneś zaprosić ojca? 

 - Och, on już obiecał przyjść, ale chcę, żebyś i ty była. 

Nie  mogła  się  zgodzić.  Gdyby  tam  poszła  i  spotkała  jego  ojca, 

byłoby to zbyt bolesne. Ale kiedy wahała się, co powiedzieć, dodał: 

 - Wszyscy chłopcy będą z mamami. 

Kate  poczuła  się  tak,  jakby  nagle  zapadła  się  pod  nią  podłoga. 

Wyszeptała: 

 - Och, Davey! 

Głos  uwiązł  jej  w  gardle.  Czy  może  odmówić  tak  wyrażonej 

prośbie?  Zwłaszcza  że  poruszała  ona  ukryte  pragnienie,  drzemiące 

gdzieś w niej samej. 

 -  Dobrze,  przyjdę  -  powiedziała  w  końcu,  rozważywszy  i 

odrzuciwszy wszystkie swe, tak bardzo logiczne, zastrzeżenia. 

 - Dzięki, Kate! Jesteś wspaniała! 

background image

 -  Gdzie  i  kiedy  to  będzie?  Powiedział  jej,  jak  dojechać  na 

stadion. 

 - Dziś o szóstej. 

Dziś?  -  pomyślała  Kate,  nagle  wpadając  w  panikę.  Jak  zdoła  tak 

szybko doprowadzić do porządku swój ochronny pancerz? 

 - Nie spóźnisz się? - spytał zatroskanym głosem Davey. 

 - Jeśli tylko będzie to zależało ode mnie, to na pewno nie. 

Ale gdy odłożyła słuchawkę, natychmiast zaczęła żałować, że się 

zgodziła.  Jak  przebrnie  przez  cały  ten  wieczór,  udając,  że  jest  tylko 

znajomą, podczas gdy najwyraźniej Davey zdecydowany jest obsadzić 

ją w roli matki? 

 -  Idziesz na ten mecz? - spytała od drzwi  Zelda. Kate zmierzyła 

ją wzrokiem. 

 - A skąd ty o tym wiesz? 

 - Wyćwierkał mi pewien mały ptaszek. 

 - Mały czy może jednak dorosły? - spytała Kate podejrzliwie. 

 - Przykro mi, ale to tajemnica - odparła Zelda. - Baw się dobrze. 

Lepiej  zacznij  się  już  zbierać,  jeśli  chcesz  się  przebrać  i  być  tam  na 

szóstą. 

 - Czy nie mam o piątej spotkania? 

 - Przełożone na jutro. 

Kate westchnęła. Powinna się była domyślić. 

 - Czy jest jeszcze jakiś spisek, o którym powinnam wiedzieć? 

Zelda potrząsnęła głową. 

background image

 - Nie. To moje ostatnie posunięcie, teraz już zdana jesteś tylko na 

siebie. 

 - Dzięki Bogu! - powiedziała Kate z ulgą. 

To zapewnienie jednak nie uspokoiło jej tak, jak powinno. 

Kiedy  Kate  przyjechała,  na  trybunach  było  co  najmniej  stu 

rodziców. Odnalazła wzrokiem Davida tak łatwo, jakby się świecił jak 

neon. Siedział na końcu rzędu i patrzył na stadion, ale po chwili zaczął 

uważnie lustrować parking. Jego włosy złociły się w słońcu. 

Gdy  tylko  wysiadła  z  samochodu,  na  twarzy  Davida  rozlał  się 

uśmiech. Taki leniwy uśmiech powinien być w dobrym towarzystwie 

karany  sądownie.  Ku  swemu  żalowi  stwierdziła  jednak,  że  pod  jego 

wpływem obejmuje ją fala gorąca. 

 -  Cześć!  -  powiedział,  kiedy  zbliżyła  się  do  ławek.  -  Nie  byłem 

pewny, czy przyjedziesz. 

 - Davey ci powiedział, że tu będę? 

 - Właściwie to ja mu zasugerowałem, żeby do ciebie zadzwonił. 

A widząc na jej twarzy rozczarowanie z powodu tego, że posłużył 

się taką podstępną taktyką, dodał szybko: 

 - Wcale nie musiałem go namawiać. Wyciągnął rękę i pomógł jej 

wejść na trybuny. 

Ku  rozpaczy,  a  jednocześnie  uldze  Kate,  nie  puścił  jej  ręki  do 

chwili,  kiedy  dłoń  rozgrzała  się  od  jego  dotyku  i  kiedy  wszyscy 

naokoło zdążyli już zauważyć ten gest posiadacza. 

 - Czy gra już się zaczęła? - spytała, nie potrafiąc ukryć drżenia w 

głosie. 

background image

 -  Odbyli  już  pierwszą  serię  rzutów.  Tamta  drużyna  nie  zdołała 

zakończyć po trzecim przyłożeniu. Mamy piłkę. 

 - Powiedz to po ludzku. Rozszerzyły mu się oczy. 

 - Kate, czy nigdy nie byłaś na meczu amerykańskiego futbolu? 

 - Przykro mi, ale nie. 

 - Ale przecież chodziłaś na uniwersytet! 

 - Cały czas przesiadywałam w bibliotece. Opowiadałam ci już. 

 - A teraz? Mamy przecież w mieście dwie zawodowe drużyny. 

 - I mam na obie bilety na cały sezon. Daję je klientom. 

 - Dobry Boże! Zmarszczyła się i zmieniła temat: 

 - Davey powiedział, że będzie rozgrywającym. To dobrze? 

 - Jeśli zrobi, co do niego należy - zaśmiał się David. 

Potem  Kate  próbowała  się  skoncentrować  na  obserwowaniu  gry. 

Nie  zawsze  była  pewna,  co  się  właściwie  dzieje  na  boisku,  ale 

orientowała się po reakcji kibiców i mężczyzny siedzącego obok niej. 

Przez  większość  czasu  mruczał  jakieś  rady,  przeznaczone 

najwyraźniej dla Daveya. 

 - Czemu nie krzyczysz tego do niego, jak wszyscy inni? 

 -  Nie  mogę  go  poddawać  takiej  presji.  Jest  chłopcem  i  gra 

powinna sprawiać mu przyjemność. Jeśli później mnie spyta o zdanie, 

powiem mu, co według mnie mógł zrobić lepiej, ale nie będę go tym 

dręczyć podczas meczu. Robi co może. 

Potrząsnął głową i rozejrzał się wokół. 

 -  Posłuchaj,  jak  zachowują  się  niektórzy  rodzice.  To  prawdziwy 

cud, że ich dzieci w ogóle chcą jeszcze grać. 

background image

Kate  uważniej  przysłuchała  się  krzykom  naokoło  i  doszła  do 

wniosku  -  oczywiście  absolutnie  obiektywnego  -  że  David  jest 

zapewne najlepszym rodzicem na całej tej trybunie. Właściwie wcale 

to  jej  nie  zaskoczyło.  Zawsze  była  przekonana,  że  więź  łącząca  go  z 

synem  jest  bardzo  silna.  Była  zadowolona,  że  przyszła  -  choćby 

dlatego,  że  zobaczyła,  iż  łącząca  tę  dwójkę  zażyłość  została  już 

całkowicie odbudowana. 

Kiedy  obie  strony  miały  po  dziesięć  punktów,  Davey  znów 

znalazł  się  na  boisku  -  do  końca  gry  została  niepełna  minuta.  Kate 

uświadomiła sobie nagle, że stoi i krzyczy równie głośno, jak wszyscy 

wokół niej. Zerknęła niepewnie na Davida i zobaczyła, z jaką uwagą 

jej się przygląda. Wzruszyła ramionami i powiedziała: 

 - Myślę, że zaraziłam się jednak bakcylem tego miejsca. 

 - Nie tłumacz się. Tak ma być - odpowiedział w momencie, gdy 

Davey wykonywał coś, co David nazwał „podaniem że rany boskie". 

Chłopiec,  do  którego  było  ono  kierowane,  potknął  się,  a  potem 

skoczył  w  górę  z  wyciągniętymi  rękoma.  Kate  z  zapartym  tchem 

patrzyła, jak piłka opada. Wydawało się, że całą wieczność kołysze się 

na czubkach palców gracza, ale  złapał ją wreszcie i runął z nią przez 

linię strefy końcowej. 

Rodzice  na  trybunach  wprost  oszaleli.  I  Kate  z  nimi.  Objęła 

Davida krzycząc: 

 -  Widziałeś?!  Widziałeś,  jak  podanie  Daveya  doszło  prosto  do 

rąk tego chłopca? Ale podanie! 

background image

 -  Przyznaj  część  zasług  i  temu,  co  odbierał  -  drażnił  się  z  nią 

David. 

 - Oczywiście, ale to Davey doszedł tu z piłką. Nawet nie drgnęła. 

Co za ręka! 

Kate  nie  zdawała  sobie  sprawy,  że  powtarza  jak  echo  pochwały 

wykrzykiwane wokół siebie. 

Tolerancyjny  uśmiech  Davida  w  końcu  jednak  przebił  się  przez 

jej podniecenie. 

 - Przepraszam - zaczęła się usprawiedliwiać. 

 - Za co? 

Dotknął koniuszkami palców jej policzka. 

 -  Czy  w  ogóle  zdajesz  sobie  sprawę,  co  to  dla  mnie  znaczy 

dzielić to wszystko z tobą? 

Kate  poczuła  łzy  w  oczach  i  próbowała  odwrócić  wzrok,  ale 

David do tego nie dopuścił. 

 -  Jesteśmy  dla  siebie  stworzeni  -  mówił  z  uporem.  -  Ty  i  ja  i 

Davey. Moglibyśmy być prawdziwą rodziną, Kate. 

Rodziną.  Wydawało  się  jej,  że  to  słowo  Odbija  się  echem  w  jej 

sercu. Och, jak bardzo tego chciała, ale nie pozwalała sobie żywić na 

to nadziei. Zanim jednak zdążyła zaprzeczyć, podbiegł do nich Davey 

i ojciec chwycił go w ramiona. 

 - Byłeś wspaniały, synu. 

 - Dzięki, tato. Widziałaś, Kate? To było najdłuższe podanie, jakie 

kiedykolwiek zdołałem wykonać. Kiedykolwiek! 

Uśmiechnęła się z powodu jego podniecenia. 

background image

 - Bardzo się cieszę, że byłam tu i je widziałam. 

 -  Myślę,  że  trzeba  to  uczcić  -  powiedział  David,  błagając 

wzrokiem Kate, by nie psuła Daveyowi tego uroczystego dnia. 

Kate  chciała dodać  do  swych  wspomnień  jeszcze  jedno  i  powoli 

skinęła głową. 

 - To wspaniały pomysł. 

Okazało się jednak, że Davey ma własne plany uczczenia sukcesu 

ze swymi przyjaciółmi. Informacja ta nie zaskoczyła Davida aż tak jak 

powinna. 

 - No cóż - powiedział, biorąc Kate pod rękę, podczas gdy Davey 

pędził  już  do  kolegów.  -  Myślę,  że  w  takim  razie  uczcimy  to  we 

dwoje. U mnie? Możemy zrobić spustoszenie w lodówce. 

Powiedział  to  jakby  mimochodem  i  zabrzmiało  to  tak 

niewiarygodnie  spontanicznie,  że  Kate  nie  znalazła  słów,  by 

odmówić. 

 - Dobrze - oznajmiła w końcu. - Pojadę za tobą. 

 - A może pojedź ze mną. Potem przyprowadzę twój samochód. 

Pomyślała,  że  to  skutecznie  unieruchomiłoby  ją  w  jego  domu, 

dopóki  nie  użyłby  wszelkich  możliwych  środków  perswazji,  by 

przekonać  ją,  że  mają  przed  sobą  wspólną  przyszłość.  Dziękuję,  nie. 

Uśmiechnęła się i głośno powiedziała: 

 - Myślę, że pojadę sama. Wzruszył ramionami. 

 - Jak chcesz. Więc spotykamy się u mnie. Kate pojechała za nim 

krętą, wąską drogą do Bel 

background image

Air.  Kiedy  dotarli  do  domu  Davida, przed  nimi  w  dole  migotały 

światła Los Angeles, przypominające gwiezdny pył rozsypany na dnie 

doliny.  W  domu  David  napełnił  dwa  kieliszki  wina  i  poprowadził 

Kate na taras, by mogli patrzeć na miasto. 

 -  Cieszę  się,  że  przyszłaś  -  powiedział  cicho,  gdy  milczenie 

zaczęło im ciążyć. 

 - Nie chciałam zawieść Daveya. 

 - Nie mówię o meczu, Kate - powiedział z nutą zniecierpliwienia 

w głosie. - Mówię o teraz. Czy i mnie też nie chciałaś zawieść? 

Westchnęła. 

 -  Nie  jestem  zupełnie  pewna,  dlaczego  przyszłam.  Powinnam 

przecież  wiedzieć,  że  prędzej  czy  później  zmusisz  mnie  do 

kontynuowania tej rozmowy. 

David  powoli  odstawił  kieliszek  i,  nie  przestając  patrzeć  jej  w 

oczy, wyjął jej kieliszek z ręki i postawił go na stole. 

 - Żadnych rozmów, Kate. 

Kiedy przyciągnął ją do siebie i objął, serce  Kate biło nierówno. 

Do diabła! - pomyślała. Nawet nie próbuję się opierać. 

Poddała mu się z gotowością, czując, jak jego ciało tuli się do jej 

ciała,  pragnąc,  by  jego  wargi  znalazły  wreszcie  jej  usta.  Z 

westchnieniem,  w  którym  rozkosz  zmieszana  była  z  rozpaczą,  uległa 

jego  zaborczemu  pocałunkowi.  Wydawało  się,  że  rozpościerający  się 

przed nimi fantastyczny świat wciąga ich gdzieś do środka. 

Kate  powiedziała  sobie,  że  z  tym  wszystkim  właśnie  się  żegna. 

Czuła,  jak  pod  jej  dłonią  głośno  bije  serce  Davida,  jak  jego 

background image

przebijający się przez skórę  zarost lekko drapie jej policzek, jak jego 

ciało twardnieje w zetknięciu z jej ciałem. Każde  z tych wrażeń było 

bardzo wyraźne i odrębne, a wszystkie łączyły się w wir zatapiającego 

ją, oszałamiającego pożądania. 

Czemu  nie  potrafi  po  prostu  cieszyć  się  tą  chwilą?  Dlaczego  nie 

jest  zdolna  wziąć  tej  części  serca  Davida,  jaką  jej  przeznaczył,  i 

zadowolić się tym? 

Ponieważ  -  przyznała  się  w  końcu  sobie  samej  -  wiedziała,  co 

David  zdolny  był  dać.  I  chciała  mieć  to  wszystko:  całą  potęgę  jego 

miłości i uwagi. Nie mogła tego dzielić z duchem. 

 - Nie! - powiedziała, zresztą o wiele za późno, kiedy całe jej ciało 

domagało się zaspokojenia. - David, nie! 

Zacisnął  ze  złości  zęby  i  odszedł  od  niej.  Wziął  kieliszek, 

wychylił  go  jednym  haustem,  po  czym  opróżnił  także  jej  kieliszek. 

Dopiero  wtedy  odważył  się  na  nią  spojrzeć.  Kate  zadrżała,  widząc, 

jaki gniew płonie w jego oczach. 

 - Dlaczego? - wykrztusił. 

 - Nie jestem w nastroju. 

 - Do diabła! Nie mówię o seksie, mówię o nas. 

 - Nie ma żadnych „nas". 

 - Więc powtarzam: dlaczego? Dla Kate odpowiedź była prosta: 

 - Alicja. 

Patrzył na nią z niedowierzaniem. 

 - Kate! Na miłość boską! Alicja nie żyje. 

background image

 -  Ale  wciąż  po  niej  rozpaczasz.  Gdybym  miała  co  do  tego 

wątpliwości,  to  sposób,  w  jaki  teraz  zareagowałeś  na  jej  imię, 

dowodzi, że tak właśnie jest. 

David przesunął ręką po włosach i zaczął krążyć po tarasie. Kate 

stała sama, drżąc z chłodu. Kiedy znowu odwrócił się twarzą do niej, 

jego oczy pełne były udręki. 

 - Nie - powiedział miękko. - To nie jest rozpacz. Jest to mnóstwo 

różnych rzeczy, ale nie rozpacz. 

Wstrząśnięta  nutą  bólu  w  jego  głosie,  wpatrywała  się  w  niego  z 

niedowierzaniem. 

 - Ale w takim razie co? 

 - Poczucie winy. Może gniew. 

 - Nie rozumiem. 

 -  Byłem  zadowolony,  kiedy  umarła  -  powiedział,  wyraźnie 

załamany  tym  wyznaniem.  -  Zadowolony,  Kate!  Co  ze  mnie  za 

człowiek?  Jakim  mogę  być  ojcem,  kiedy  chciałem,  żeby  matka 

mojego  syna  umarła?  Chciałem  zobaczyć,  że  jej  cierpienia  się 

skończyły.  Rozpaczliwie  chciałem,  żeby  wszystko  było  znowu 

normalne. 

Westchnął spazmatycznie. 

 -  Dopiero  kiedy  odeszła,  zrozumiałem,  że  nic  nigdy  nie  będzie 

już  normalne.  I  dlatego  byłem  taki  zły:  na  nią,  na  Boga,  na  siebie 

samego.  Za  każdym  razem,  kiedy  przypisujesz  tai  to  szlachetne 

uczucie, ten sięgający aż do trzewi smutek, czuję się jak oszust. 

Wyciągnęła do niego rękę, ale David jej nie przyjął. 

background image

 - Nie! Daj mi skończyć. Nie zrozum mnie źle. Kochałem ją. Była 

inteligentna,  piękna,  łagodna,  urocza,  ale  w  końcu  przestała  już  być 

Alicją i nienawidziłem siebie za to, że tak to czuję. 

 - Och, David! - powiedziała łamiącym się głosem. - Tak strasznie 

mi przykro. 

Popatrzył na nią chłodno. 

 - Widzisz więc, że zupełnie nie jestem taki, jak myślałaś. 

 -  Nieprawda  -  powiedziała  zdecydowanie.  -  Czym  twoim 

zdaniem  jest  rozpacz?  Jest  gniewem,  bólem  i  poczuciem  utraty,  i 

może nawet pewnym poczuciem winy; wszystko to łączy się w jedno 

przejmujące  uczucie.  Myślisz,  że  jesteś  jedynym  człowiekiem,  który 

odczuwał  zadowolenie,  widząc  kres  cierpień  kogoś  bliskiego? 

Myślisz,  że  tylko  ty  czułeś  gniew  i  niechęć  do  całego  świata, 

ponieważ zostałeś sam? 

Dotknęła  jego  policzka  i  tym  razem  nie  cofnął  się  przed  jej 

dotykiem. 

 -  Ale  z  czasem  zapanujesz  nad  tymi  wszystkimi  uczuciami. 

Zapewniam  cię.  Myślę,  że  skoro  przyznałeś  mi  się  do  nich,  to 

świadczy, że na tej drodze posunąłeś się już daleko. 

 -  Czy  żądam  zbyt  wiele,  kiedy  proszę,  żebyś  mi  towarzyszyła? 

Kate, jesteś mi potrzebna! 

A więc to potrzeba, a nie miłość, pomyślała ze smutkiem. 

 -  Zawsze  będę  twoim  przyjacielem  -  zapewniła,  ponieważ  tylko 

to  mogła  powiedzieć  nie  zdradzając,  jak  łatwo  ją  zranić.  -  Teraz  już 

pójdę, ale wkrótce porozmawiamy. 

background image

 - A kolacja? Wzruszyła ramionami. 

 - Myślę, że jedzenie jest ostatnią rzeczą, która zaprzątałaby teraz 

mnie czy ciebie. 

Stanęła na palcach i pocałowała go  w policzek. Kiedy  odwróciła 

się  i  szła  ku  drzwiom,  zastanawiała  się,  czy  będą  się  jeszcze  kiedyś 

znów całować. 

 

Rozdział 15 

Łóżko zatrzęsło się, jakby je szarpał  jakiś rozgniewany olbrzym. 

Wyrwało to Kate ze snu. Serce łomotało jej w piersi. 

Trzęsienie  ziemi!  I  to  wielkie,  sądząc  po  kołysaniu  się  całego 

pokoju.  Dostała  niemal  mdłości  -  jakby  była  na  pokładzie  okrętu  w 

środku sztormu. 

Kiedy mogła się wreszcie ruszyć, pomknęła do drzwi i uchwyciła 

się  framugi,  ze  wszystkich  sił  przeciwstawiając  się  przerażającemu 

chwianiu  budynku,  wprawiającemu  żyrandole  pod  sufitem  w  ruch 

wahadłowy.  Po  chwili  zauważyła,  że  na dworze  gorączkowo  kołyszą 

się  latarnie,  usłyszała  trzaski  i  łomot  upadającego  transformatora.  A 

potem ulica pogrążyła się w ciemnościach. 

Przez  całe  życie  miała  do  czynienia  z  groźbą  trzęsienia  ziemi  i 

zaakceptowała  ją  jako  część  ceny  za  mieszkanie  w  Los  Angeles. 

Trzęsienia  ziemi  należały  do  tych  nielicznych  elementów  życia,  nad 

którymi  nikt  nie  miał  absolutnie  żadnej  kontroli,  toteż  Kate,  jak 

wszyscy, starała się być do nich przygotowana i na tym sprawa się dla 

niej kończyła. 

background image

W  ciągu  tych  wszystkich  lat  przeżyła  groźne  wstrząsy  ziemi  i 

łagodne  wstrząsy  wtórne,  wychodząc  z  nich  bez  większych  blizn 

psychicznych.  Wiedziała,  że  te  przerażające  trzaski  i  kołysania 

wkrótce się skończą - ale co pozostawią po sobie? 

Odniosła wrażenie, że obecne trzęsienie trwa dłużej niż zwykle i 

jest  dużo  potężniejsze  niż  wszystkie,  jakie  pamiętała.  Wiedziała,  że 

jego  epicentrum  musi  być  znacznie  bliżej  niż  centrum  silnych 

wstrząsów,  jakie  nawiedziły  poprzedniego  lata  pustynię  o  ponad  sto 

kilometrów  od  miasta,  a  przecież  i  wtedy  wszystko  trzęsło  się 

przerażająco. 

Usłyszała, jak drzwiczki szafek kuchennych otwierają się i znów 

zatrzaskują,  otwierają  i  zatrzaskują,  a  potem  dobiegł  ją  dźwięk 

tłuczonego szkła. 

Kiedy  budynek  przestał  się  kołysać,  odnalazła  nocne  pantofle  i 

powoli,  ostrożnie  macając  drogę,  dotarła  do  kuchni,  gdzie  trzymała 

rzeczy przygotowane na wypadek trzęsienia ziemi. Włączyła zasilane 

akumulatorem światło i radio na baterie. 

 -  W  centrum  Los  Angeles  właśnie  doszło  do  trzęsienia  ziemi 

ocenianego na co najmniej 7,5 stopnia w skali Richtera - informował 

spiker.  -  Doniesienia  ze  stanu  Kalifornia  wskazują,  że  Centrum 

wstrząsu  zlokalizowane  było  w  zachodnim  Hollywood.  Nasze  studio 

przy Bulwarze Zachodzącego Słońca ma popękane ściany.  

W  budynku  powypadały  okna.  Widzimy  stąd,  że  w  niektórych 

śródmiejskich  biurowcach  nie  ma  szyb.  Mieszkańcy  Beverly  Hills  i 

Bel Air telefonują, że czuć u nich gaz. Nasi reporterzy udali się tam i 

background image

kiedy  tylko  dotrą  na  miejsce,  połączą  się  z  nami,  by  podać 

szczegółową  relację.  Wszyscy  zadają  sobie  pytanie,  czy  to  jest  To, 

Wielkie  Trzęsienie?  Jeszcze  nie  wiemy.  Słuchajcie  naszych  dalszych 

relacji. 

Bel Air! 

Kate  była  wstrząśnięta.  Co  z  Davidem  i  Daveyem?  Czy  są  cali? 

Ich dom leży nad urwiskiem wysoko nad doliną. Najoczywiściej oparł 

się  przez  wszystkie  te  lata  innym  trzęsieniom, ale  jeśli  w  pierwszych 

doniesieniach  mowa  jest  o  wydostawaniu  się  gazu  i  o  stłuczonych 

szybach,  mógł  to  być  wstrząs  dużo  silniejszy  niż  te,  które  ich  dom 

przetrzymał.  A  do  szkód  wyrządzonych  wstrząsem  dochodzi  groźba 

pożarów  wywołanych  przez  wydostający  się  gaz  i  przez  zerwane  i 

stykające się z ziemią przewody wysokiego napięcia. 

Chwyciła  za  telefon  i  wystukała  numer.  Dopiero  po  ostatniej 

cyfrze  zorientowała  się,  że  w  ogóle  nie  słyszała  sygnału.  Telefon  nie 

działa! 

Drżąc z niepokoju, włożyła szybko dżinsy i trykotową koszulkę, a 

w  końcu  grube  skarpety  i  tenisówki.  Potem  chwyciła  przygotowany 

plecak z zaopatrzeniem na wypadek awarii, butelkę wody i wybiegła z 

mieszkania. Korytarz był ciemny. 

Nie  ma  elektryczności,  a  więc  nie  działają  windy,  pomyślała. 

Zasilana z generatora czerwona lampka wskazała jej drogę do wyjścia 

na  schody  pożarowe.  Kate  powoli  szła  korytarzem  ku  temu  światłu. 

Traciła  cenny  czas,  ale  nie  była  zdolna  do  zaryzykowania  szybszego 

tempa.  W  końcu  dotarła  do  drzwi  na  schody  i  otworzyła  je. 

background image

Oświetlając  stopnie  latarką,  zaczęła  schodzić  dwanaście  pięter  w  dół 

do  podziemnego  parkingu.  Wydawało  się  jej,  że  ta  droga  trwa  całą 

wieczność. 

W  końcu  jednak  dotarła  do  samochodu.  Kiedy  dojeżdżała  do 

bramy  wyjazdowej,  usłyszała  przerażające  wycie  syren.  Mnóstwa 

syren.  Skręciła  na  północ  i  na  horyzoncie  dostrzegła  łunę.  Nie  na 

wschodzie, gdzie ma się ukazać słońce, lecz na północnym zachodzie. 

W  Bel  Air.  Tam,  gdzie  byli  David  i  Davey.  Kiedy  pomyślała  o 

grożącym  im  niebezpieczeństwie,  na  moment  zrobiło  jej  się  ciemno 

przed oczami. 

Była  w  połowie  kanionu,  kiedy  natrafiła  na  pierwsze  pęknięcie 

ziemi  -  bruzdę  na  tyle  szeroką,  że  wstrząsnęła  samochodem.  Tuż  za 

nią  były  dwie  następne;  każda  trochę  szersza  od  poprzedniej,  trochę 

trudniejsza  do  pokonania.  Nie  zwracając  uwagi  na  to,  jak  takie 

przeprawy  zniesie  jej  samochód,  ani  na  niebezpieczeństwo 

sygnalizowane  powiększaniem  się  rozmiarów  tych  wyrw,  jechała 

dalej, aż przegrodziło jej drogę zwalone drzewo. 

Wszędzie  widziała  stojące  w  ogródkach  domów,  oszołomione 

trzęsieniem  ziemi  rodziny,  oglądające  skutki kataklizmu.  W  pewnym 

miejscu  zawaliło  się  całe  skrzydło  budynku.  Gdzie  indziej  zwalone 

drzewo  upadło  na  trzy  samochody  stojące  na  podjeździe.  A  ziemia 

nadal drżała od silnych wstrząsów wtórnych. 

Przez  głośniki  nadawano  ostrzeżenia,  by  ze  względu  na  groźbę 

wydostawania  się  gazu  unikać  używania  elektryczności  i  zapalania 

świec,  dopóki  nie  przyjadą  ekipy  remontowe  z  gazowni.  Z  każdego 

background image

ogródka dobiegały głosy radiowych reporterów, którzy co kilka minut 

uaktualniali  swe  relacje.  Komunikaty  wyliczały  szkody  wyrządzone 

przez  trzęsienie  i  przypominały  słuchaczom  o  konieczności 

zachowania ostrożności. 

Jeśli  chodzi  o  część  miasta  położoną  na  wzgórzu,  ostrzeżenia  te 

były  już  spóźnione.  Widziała  łunę  pożaru,  rozszerzającego  się  w  tej 

dotkniętej suszą okolicy, i czuła ostry zapach dymu. 

Miała  głowę  pełną  obrazów  Davida  i  Daveya,  kiedy  zjechała  na 

pobocze i desperacko ruszyła dalej pieszo. Ale za zakrętem zatrzymał 

ją strażak. 

 - Nie może pani tam iść. 

Kate wpatrywała się w niego, nic nie rozumiejąc. 

 - Ale ja muszę - powiedziała po prostu i ruszyła dalej. 

Chwycił ją za ramię i zatrzymał. 

 - To niebezpieczne. Spojrzała na niego groźnie. 

 - Ale tam jest David i jego syn. Muszę ich znaleźć. 

Strażak,  młody  człowiek  o  zmęczonej  i  usmarowanej  sadzą 

twarzy, patrzył na nią ze współczuciem. 

 -  Przykro  mi,  ale  nie  mogę  pani  przepuścić.  Proszę  zaczekać 

tutaj. Właśnie ewakuujemy stamtąd ludzi. 

 -  Ale  jeśli  są  ranni?  -  spytała  głosem  niebezpiecznie  bliskim 

szlochu. 

 - Wydostaniemy ich. 

Pokonana  Kate  zeszła  na  pobocze  i  siadła  na  pniu  obalonego 

drzewa.  Łzy  żłobiły  koleiny  na  jej  ubrudzonej  twarzy.  Nie  odrywała 

background image

wzroku  od  drogi  i  schodzących  nią  mieszkańców  wyżej,  położonych 

domów. 

Na  pewno  są  cali,  powtarzała  sobie  w  kółko.  Nie  wyobrażała 

sobie,  że  mogłaby  ich  stracić.  Niezależnie  od  tego,  czy  byli  jej 

prawdziwą rodziną, czy też nie, kochała ich tak, jakby nią byli. 

Przed  oczami  ukazywał  jej  się  obraz  Davida  z  tym  jego 

drażniącym  błyskiem  w  oczach,  który  zdawał  się  mówić:  „a  nie 

mówiłem"? Zdławiła szloch. David przyjdzie w końcu do niej, choćby 

po to, by jej to powiedzieć, by szydzić, że tak cholernie długo zajęło 

jej przyznanie się do tego, co on zaakceptował już wiele tygodni temu. 

Rodzina,  myślała  patrząc,  jak  dym  wokół  niej  gęstnieje.  Dobry 

Boże!  W  ogóle  nie  pomyślała  o  matce  i  Brandonie,  ani  o  Ellen  i  jej 

bliskich. Zważywszy jednak na wstępną ocenę lokalizacji epicentrum 

wszystko  przemawiało  za  tym,  że  obudził  ich  w  nocy  najwyżej  taki 

sam wstrząs, jaki obudził ją. Trzeba to jednak sprawdzić. Pomyślała - 

zbyt późno - o telefonie w samochodzie. 

Nie  chciała  nigdzie  odchodzić.  Zdała  sobie  zresztą  sprawę,  że  w 

istocie  i  tak  nie  ma  żadnego  wyboru.  Dym  z  każdą  minutą  gęstniał  i 

po  wyrazie  twarzy  strażaka  było  widać,  że  za  chwilę  zacznie  się  on 

domagać,  by  odeszła  dalej,  bo  w  tym  miejscu  niebezpieczeństwo 

wzrasta. 

Powlokła się z powrotem do samochodu. Najpierw zadzwoniła do 

Davida, ale nikt nie odpowiadał. Powiedziała sobie zdecydowanie, że 

albo telefon jest zepsuty, albo  wszyscy już opuścili rejon zagrożenia. 

Z  całej  duszy  pragnęła  w  to  wierzyć,  ale  nie  mogła  przegnać  z 

background image

wyobraźni  obrazu  Davida  przywalonego  jakąś  belką  albo  mającego 

drogę odciętą przez ogień. 

Drżąc  z  bólu  wywołanego  tym  czekaniem,  zadzwoniła  do  domu 

matki. 

 - Mama? - powiedziała i głos się jej załamał. 

 -  Kate,  kochanie!  Nic  ci  nie  jest?  Dzwoniłam  i  dzwoniłam,  ale 

ten przeklęty telefon nie działa. 

 -  Przepraszam,  że  nie  zadzwoniłam  wcześniej.  Jak  tylko  to  się 

stało, zobaczyłam, że się pali w Bel Air. 

 - I zaczęłaś się martwić o Davida? - domyśliła się matka. - Co z 

nim? 

 - Nie wiem. Nie udało mi się tam dojść. Pożar jest coraz większy. 

Jestem bliska szaleństwa. Nie mogę tak siedzieć przy drodze i czekać. 

Chcę coś robić. 

 - Biec na ratunek... 

Kate niemal widziała, jak matka się uśmiecha. 

 - Och, Kate, kochanie! Nie możesz uratować całego świata. 

 - Może i nie mogę, ale próbuję. Zawahała się. 

 - Mamo? 

 - Tak, kochanie? 

 -  Myślę,  że  tak  naprawdę  to  myślę  jedynie  o  ratowaniu  siebie 

samej. 

 -  Czy  chcesz  mi  w  ten  sposób  powiedzieć,  że  zakochałaś  się  w 

Davidzie? 

 - Myślę, że tak. 

background image

Kate zaśmiała się. To była taka ulga, móc to powiedzieć głośno. 

 - Kocham Davida. 

Nagle  usłyszała  stukanie  w  szybę  i  zobaczyła  Davida.  Był 

usmarowany  sadzą,  miał  na  sobie  pogniecione  i  brudne  ubranie,  ale 

był  żywy.  Śmiał  się  do  niej  i  zdała  sobie  sprawę,  że  usłyszał  jej 

ostatnie słowa, ale nagle nie miało to już żadnego znaczenia. 

 -  On  tu  jest!  -  krzyknęła  w  słuchawkę  triumfalnie.  -  Mamo, 

zadzwonię później, dobrze? 

I jakby dopiero teraz przyszło jej to na myśl, dodała: 

 - U ciebie wszystko w porządku? Prawda? I u Ellen? 

 - Wszystko świetnie, kochanie. Może przyjedź ze swoim młodym 

człowiekiem na śniadanie? Ellen też będzie. I Penny. 

Z wzrokiem utkwionym w Davida Kate ledwie wykrztusiła jakieś 

„dobrze". Odłożyła słuchawkę i wyskoczyła z samochodu. 

 - Nic ci się nie stało? - spytała, tuląc się do niego. 

Dotykała jego policzków, czoła, pleców, jakby chcąc się upewnić. 

 - Rób tak dalej, a za chwilę ludzie będą mieli niezłe widowisko! - 

Odzyskał  już  swoje  sarkastyczne  poczucie  humoru.  Spojrzała  mu  w 

oczy. 

 -  Och,  David,  tak  bardzo  się  o  ciebie  martwiłam.  Kiedy 

pomyślałam, że mogę cię już nigdy nie zobaczyć, chciałam umrzeć. 

Dotknął palcami jej warg. 

 - Nigdy, ale to nigdy tego nie mów. Przytulił ją jeszcze mocniej. 

Na jego twarzy malowała się taka sama ulga jak na jej. 

background image

 -  Byłem  bliski  szaleństwa,  kiedy  nie  mogłem  się  z  tobą 

skontaktować.  Davey  miał  nawet  numer  twojego  telefonu  w 

samochodzie  i  próbowaliśmy  i  tam  się  dodzwonić,  ale  się  nie  udało. 

Poza  tym  myśleliśmy,  że  tylko  skończony  wariat  jeździłby 

samochodem o szóstej rano tuż po trzęsieniu ziemi. 

Zignorowała tę krytykę. 

 - Daveyowi nic się nie stało? 

 - Stoi tam ze strażakiem. 

Spojrzała  na  drugą  stronę  ulicy  i  zobaczyła  Daveya,  który 

zadawał strażakowi pytania w takim tempie, że na zmęczonej twarzy 

mężczyzny pojawił się uśmiech. Uczucie do tego chłopca przepełniało 

jej serce. 

 - Kate? 

 -  Uhm?  -  wyszeptała,  zadowolona,  że  David  wciąż  trzyma  ją  w 

objęciach. 

 - Słyszałem, co powiedziałaś do słuchawki. 

Podniosła wzrok i ich spojrzenia spotkały się. 

 - Że cię kocham?  

Kiwnął głową. 

 - Mówiłaś serio? 

Nie było sensu ukrywać dłużej prawdy. Na dobre czy złe, kochała 

go. Nadeszła pora, by podjąć ryzyko. 

 -  Czy  kiedykolwiek  słyszałeś,  żebym  mówiła  to,  czego  nie 

myślę? 

 - Na tyle serio, żeby wyjść za mnie?  

background image

Przeniknęła  ją  radość,  nie  dająca  się  porównać  z  niczym,  co 

kiedykolwiek odczuwała, niemniej nadal zachowywała ostrożność. 

 - Wyjść za ciebie?... 

 - Kocham cię, Kate - powiedział z naciskiem. - Właśnie ciebie. 

Tak bardzo chciała w to uwierzyć. 

 - Jesteś pewien? 

 - Absolutnie. Dzięki tobie znowu czuję, że żyję. Przywróciłaś mi 

syna.  Nawet  jeśli  się  nie  pobierzemy,  jesteśmy  rodziną,  w  każdym 

sensie tego słowa. 

Wiedziała, że to prawda. Już od tygodni czuła to sama. Poszukała 

jego oczu i po raz pierwszy nie dojrzała w nich żadnego cienia, tylko 

nadzieję i radość. 

 -  Tak  -  powiedziała.  -  Tak,  wyjdę  za  ciebie.  Uniósł  ją  w  górę  z 

okrzykiem  takiego  zachwytu,  że  wszyscy  idący  drogą  odwrócili  się  i 

patrzyli na nich z uśmiechem. Davey już pędził do nich przez ulicę. 

 -  Czy  poprosiłeś  ją,  tato?  Czy  poprosiłeś  ją,  żeby  za  ciebie 

wyszła? 

David mrugnął do Kate. 

 - Tak, synu. 

 -  I  zgodziła  się?  -  pytał  dalej,  podskakując  z  podniecenia.  - 

Zgodziła się, tak? 

 - Tak - potwierdziła Kate. 

 - Hura! - krzyknął Davey, obejmując Kate w talii. - Żenimy się! - 

zakomunikował wszystkim widzom. 

background image

Mimo że poranek był ponury, pełen zniszczeń i strachu, nowinę tę 

powitano oklaskami. 

 -  Jeśli  zupełnie  obcy  ludzie  są  tak  z  tego  zadowoleni  - 

powiedziała  Kate  -  to  tylko  sobie  wyobraź,  jak  zareaguje  moja 

rodzina.  Co  przypomina  mi,  że  jesteśmy  zaproszeni  na  rodzinne 

śniadanie. Czy to wytrzymasz? 

David  zgarnął  ręką pasmo  włosów  z  jej  twarzy  i  uśmiechnął  się, 

obejmując dłonią jej podbródek. 

 - Już myślałem, że nigdy o to nie zapytasz. 

Kiedy  Kate  podjechała  z  Davidem  i  jego  synem  pod  dom,  w 

którym  się  wychowała,  spojrzała  na  pęki  bugenwilli,  na  hiszpański 

dach  kryty  dachówką,  na  starannie utrzymane  trawniki i pomyślała  o 

tych wszystkich latach, kiedy uważała, że jest to jej dom. 

Spojrzała  na  Davida  i  pochwyciła  jego  uśmiech.  W  tej  samej 

chwili poczuła, że David dotyka jej dłoni, 

 - Czy się rozmyśliłaś? - spytał. Potrząsnęła przecząco głową. 

 - Nic z tych rzeczy. Po prostu zastanawiałam się, co sprawia, że 

dom staje się rodzinnym domem. 

 - Trzeba, żeby dwoje ludzi się kochało. Żeby była rodzina. 

 - Mnóstwo czasu musiało upłynąć, zanim to zrozumiałam. 

 -  Może  musiało  upłynąć  tyle  czasu,  żebyś  znalazła 

odpowiedniego  mężczyznę  -  zasugerował  z  tym  swoim  leniwym 

uśmiechem. 

Jeśli oczekiwał, że będzie się z tym stwierdzeniem spierała, nawet 

łagodnie,  to  się  zawiódł.  Nie  mogła.  Tylko  jeden  mężczyzna  był  dla 

background image

niej odpowiedni i upłynęło niemożliwie dużo czasu, nim się zjawił. A 

może po prostu czekał, aż nadejdzie właściwy moment? Gdyby zjawił 

się  choć  trochę  wcześniej,  mogłaby  jeszcze  nie  być  gotowa  na  jego 

przyjęcie. 

 -  Myślę,  że  wszystkim  będziesz  się  podobał  -  powiedziała  ze 

śmiechem. - Jesteś taki zarozumiały. 

 - Czy nie widzisz, że trzęsą mi się kolana? 

 -  O  czym  wy  tak  długo  gadacie?  -  spytał  Davey.  -  Umieram  z 

głodu. 

 -  No  to  biegnij  do  środka  i  powiedz  pierwszej  osobie,  jaką 

spotkasz, żeby cię nakarmiła - zaśmiała się Kate. 

Oczy Daveya rozszerzyły się ze zdumienia. 

 - Nie mogę tego zrobić.  

Spojrzał na ojca. 

 - Prawda, tato, że nie mogę? 

 - Myślę, że masz rację. Chodź, Kate, nie ma sensu tego odkładać. 

 -  Zdajesz  sobie  sprawę,  że  uniknąłeś  wielu  problemów,  czyniąc 

ze  mnie  uczciwą  kobietę  przed  naszą  wizytą  w  tym  domu?  Inaczej 

mógłbyś  się  pożegnać  z  nadzieją  na  przyjemne  śniadanie  z  moją 

rodzinką. Zamęczyliby cię pytaniami. 

Ewentualność taka najwyraźniej go nie przerażała, bo powiedział: 

 - Kate, ciągle zwlekasz. 

 -  Tak,  myślę,  że  tak.  -  Uśmiechnęła  się,  a  potem  głęboko 

odetchnęła. - Więc chodźmy wreszcie. 

Matka otworzyła już drzwi i rozpostarła ramiona. 

background image

 -  Kochanie,  jak  dobrze  cię  widzieć.  Taka  jestem  szczęśliwa,  że 

mogę na własne oczy stwierdzić, że nic ci się nie stało. 

Objęła zatroskanym spojrzeniem Davida i Daveya. 

 -  A  wy?  -  zapytała.  -  Nic  się  wam  nie  stało?  Wszystko  dobrze? 

Kate powiedziała mi o pożarze. 

 -  Trochę  jesteśmy  zmęczeni,  ale  to  nic  poważnego  - 

odpowiedział David. - Dzień dobry. Jestem David Winthrop. 

 - Tak, oczywiście. Wszystko już o panu słyszałam. 

Kate  usłyszała  dźwięk  dzwonków  alarmowych.  Podniosła  wzrok 

akurat  w  porę,  by  zobaczyć,  jak  do  drzwi  podchodzi  Brandon 

Halloran.  Uśmiechnął  się  ciepło  i  spojrzał  na  nich  pełnymi  troski 

oczami. 

 - David - powiedział, ściskając jego rękę. - Dobrze jest znowu cię 

widzieć. 

 -  Znowu?  -  podchwyciła  Kate,  patrząc  na  obu  pytającym 

wzrokiem. 

David  tylko  się  uśmiechnął,  Brandon  zaś  starannie  unikał  jej 

spojrzenia. Kate pociągnęła Davida za rękaw. 

 - Co to znaczy „znowu"? 

 -  Wyjaśnię  ci  później  -  odparł.  W  holu  pojawiły  się  Ellen  i 

Penny. 

 -  Żałuję  -  powiedziała  Ellen  -  że  nie  ma  tu  mojego  męża. 

Wezwano go do pracy. 

Rzuciła  Kate  pełne  zadowolenia  z  siebie,  siostrzane  spojrzenie, 

wzięła Davida pod rękę i odeszła z nim na bok. 

background image

Kate spojrzała na Daveya. 

 - Zakradnijmy się do kuchni i zobaczmy, co tam przygotowują. 

 - Świetnie! 

Kate  zastała  matkę  przy  kuchence,  kładącą  na  patelnię  ostatnie 

kawałki  z całej paczki bekonu.  Z  aprobatą  wciągnęła  unoszący  się  w 

kuchni zapach. 

 -  Czy  Brandon  powinien  to  jeść?  -  drażniła  się  Kate  z  matką, 

wskazując na miskę pełną rozbitych już jajek. 

 - Raz na tydzień folguję jego gustom - odpowiedziała matka. - A 

dziś jest bardzo specjalna okazja. 

 -  Czy  powinnam  robić  teraz  notatki,  jak  dbać  o  utrzymanie 

dobrego  małżeństwa?  -  spytała  Kate,  kiedy  już  posłała  Daveya  do 

jadalni z przykrytym półmiskiem pełnym gorących grzanek. 

Matka spojrzała przenikliwie na Kate, zauważyła jej minę i nagle 

zaśmiała się i objęła córkę. 

 -  Och,  kochanie!  Taka  jestem  szczęśliwa  z  twojego  powodu. 

Wygląda na naprawdę świetnego młodego człowieka. 

 - Czy doszłaś do takiego wniosku w ciągu ostatnich pięciu minut, 

czy też Brandon przeprowadził trochę dokładniejszy wywiad? 

 -  Myślę,  że  w  ubiegłym  tygodniu  zjedli  któregoś  dnia  obiad  - 

przyznała się matka. 

 - Co zrobili?! 

 -  Kochanie,  chcieliśmy  się  tylko  upewnić,  że  on  jest  dla  ciebie 

odpowiedni. 

background image

Davey  wrócił  i  najwidoczniej  znudzony  rozmową  dorosłych, 

włączył się do niej: 

 - Czy kiedyś wreszcie coś zjemy? 

Jego  niecierpliwość  sprawiła,  że  Kate  i  jej  matka  wybuchnęły 

śmiechem. 

 -  Za  pięć  minut  -  obiecała  Elizabeth  Halloran  swemu  nowemu 

przyszłemu wnukowi. - Idź i zapowiedz to wszystkim. 

Kiedy  wszyscy  zgromadzili  się już przy  stole,  Brandon  odszukał 

wzrokiem swą niedawno poślubioną żonę i powiedział: 

 -  Myślę,  że  jest  to  okazja  do  wygłoszenia  błogosławieństwa. 

Zgadzasz się ze mną? 

Elizabeth  Halloran,  której  oczy  błyszczały  miłością,  skinęła 

głową.  Szczęście  malujące  się  na  twarzy  matki  wywołało  łzy  w 

oczach Kate. 

 -  Ojcze  w  Niebiesiech!  -  zaczął  Brandon.  -  Dzięki  Ci,  że 

oszczędziłeś nas podczas dzisiejszego trzęsienia ziemi i że tego ranka 

zebrałeś nas wszystkich razem. Dziękuję Ci także za moje nowe córki, 

moją  wnuczkę  oraz  za  tego  wspaniałego  młodego  mężczyznę  i  jego 

syna,  którzy  wnieśli  tyle  szczęścia  w  życie  Kate.  Pobłogosław 

jedzenie,  które  będziemy  spożywać,  i  pobłogosław  naszą  rodzinę.  I 

obyśmy zawsze pamiętali o znaczeniu miłości, którą dzielimy. Amen. 

Kate  podniosła  głowę  i  przebiegła  wzrokiem  zgromadzonych 

wokół  stołu.  Jej  spojrzenie  zatrzymało  się  najpierw  na  Daveyu 

siedzącym naprzeciwko niej, a potem na Davidzie u jej boku. 

 - Amen - powtórzyła miękko. 

background image

Poczuła,  że  pod  stołem  dłoń  Davida  zamyka  się  na  jej  ręce. 

Spojrzała  w  jego  oczy  promieniejące  miłością.  Wiedziała,  że  ona  też 

nie jest w stanie ukryć swych uczuć. 

Przez jej twarz przemknął uśmiech. 

 - A teraz - powiedziała słodkim głosem - powiedz mi wszystko o 

tym obiedzie z Brandonem. 

 

Epilog 

Promienie  słońca  oświetlały  poprzez  szklane  ściany  i  szklany 

sufit kaplicy Wayfarer niewielką grupę osób zgromadzonych na ślubie 

Kate  Newton  i  Davida  Allena  Winthropa  II.  Kate  serce  podchodziło 

do gardła, kiedy stała na kamiennych schodach kościoła i czekała, aż 

David pojawi się przed ołtarzem. 

W pewnym momencie odwróciła się do Ellen i uśmiechnęła. 

 - Myślę, że to jest to. 

 - Ja też tak myślę, siostrzyczko. - Ellen pocałowała ją w policzek. 

- Kocham cię i wiem, że będziesz bardzo, bardzo szczęśliwa. 

 - Tak - zgodziła się Kate bez wahania. - Już jestem szczęśliwa. 

 -  Drogie  panie  -  powiedział  Brandon  Halloran,  patrząc  na  nie  z 

czułością. - Chyba zaczynamy. 

Kate spojrzała na tego siwowłosego mężczyznę, który dwukrotnie 

napełnił życie jej matki szczęściem. Nie był już obcym. Kate w końcu 

uświadomiła  sobie,  że  może  mu  ufać  i  że  będzie  się  o  nią  troszczył 

tak, jak niegdyś to robił jej ojciec. 

 - Brandon? 

background image

 - Tak, kochanie? 

 - Dziękuję ci, że zgodziłeś, się poprowadzić mnie do ołtarza. 

 -  Nic  nie  mogło  mi  sprawić,  większej  przyjemności  niż  to,  że 

mnie o to poprosiłaś. 

Wziął ją pod rękę i uważnie się jej przyjrzał. 

 - Jesteś gotowa? 

 - Jeszcze jedno. Przez pewien czas nie mogłam sobie wyobrazić, 

że  mógłbyś  odnosić  się  do  mnie  tak  samo  jak  do  Ellen.  Ale  potem 

poznałam  Daveya  i  wiem,  że  nie  mogłabym  go  bardziej  kochać, 

gdyby był moim synem, a nie synem Davida. 

 - Taka jest potęga miłości. - Brandon uśmiechnął się do niej. - No 

więc, czy jesteś już gotowa zacząć nowe życie? 

Rozejrzała  się  i  jej  wzrok  spoczął  na  Davidzie  i  Daveyu. 

Powiedziała zdecydowanym głosem: 

 - Tak. 

Jak  parę  miesięcy  wcześniej  jej  matka,  tak  i  ona  nie  potrafiła 

ukryć  swych  uczuć,  kiedy  szła  pokonując  dystans  dzielący  ją  od 

człowieka,  który  napełnił  jej  życie  radością,  i  od  chłopca,  dzięki 

któremu się połączyli. Podniosła wzrok i zobaczyła wymianę spojrzeń 

między swym ojczymem a matką i dojrzała łzy lśniące na matczynych 

policzkach. 

Ale jej dłoń była już w dłoni Davida i zaczęła się uroczystość. 

 -  Ja,  David,  biorę  ciebie,  Kate,  kobietę,  która  wniosła  w  moje 

życie nową radość, za prawowitą małżonkę. Składam dzięki za dzień, 

w  którym  cię  spotkałem.  Kocham  cię  za  twą  siłę  ducha,  twoją 

background image

szczodrość  i  siłę  twojej  miłości,  obejmującej  nie  tylko  mnie,  ale  i 

mojego syna. Wiem, że razem możemy pokonać wszelkie przeszkody, 

stawić czoło każdemu wyzwaniu. Chcę się starzeć mając cię u boku i 

ślubuję,  że  nic  nigdy  nie  będzie  dla  mnie  ważniejsze  od  naszej 

rodziny. 

Z  oczami  pełnymi  łez  Kate  napotkała  jego  wzrok.  Dla  niej 

również  w  całej  tej  kaplicy  nie  było  nikogo  ważniejszego  od 

mężczyzny stojącego przy niej i Boga tam w górze, błogosławiącego 

ich związkowi. 

 -  Ja,  Kate,  biorę  ciebie,  Davidzie,  za  mego  prawowitego 

małżonka.  Dzięki  tobie  nauczyłam  się,  co  w  życiu  jest  naprawdę 

ważne.  Dzięki  tobie  odkryłam  potrzebę  słuchania  mego  własnego 

serca. Wiem, że nic nie jest dla mnie ważniejsze od szczęścia twojego 

i szczęścia naszej rodziny.  

Kiedy  patrzę  w  przyszłość,  widzę  cię  u  mojego  boku,  widzę 

siebie  dzielącą  twoją  siłę,  twoje  oddanie  i  twoją  miłość.  Ślubuję,  że 

wszelkie  przeszkody,  jakie  staną  na  naszej  drodze,  każde  wyzwanie, 

jakiemu  będziemy  musieli  sprostać,  pokonywać  będziemy  wspólnie. 

Darzę cię szacunkiem i przede wszystkim darzę cię miłością. 

Na usilną prośbę Kate podczas całej tej ceremonii nie padło słowo 

„śmierć". Kate nie chciała żadnych smutnych przypomnień, że miłość 

nie  zawsze  jest  wieczna.  Nikt  nie  zdawał  sobie  z  tego  lepiej  sprawy 

niż David. Skoncentrują się na dniach, jakie będą im dane.  

Każdy  z  tych  dni  uczynią  tak  drogocennym,  jakby  miał  być  ich 

ostatnim  wspólnym  dniem.  Jeśli  im  się  to  uda,  jeśli  będą  cieszyć  się 

background image

każdym  dniem,  to  kiedy  nadejdzie  koniec  ich  czasu na  tej  ziemi,  nie 

będą niczego żałowali. 

Wypowiedziawszy  swe  ślubowania,  trzymając  się  za  ręce 

spojrzeli  sobie  głęboko  w  oczy  i  powtórzyli  ślubowanie,  jakie 

niedawno  wypowiadali  Elizabeth  Newton  i  Brandon  Halloran  i  jakie 

wypowiada się zawsze na ceremonii zaślubin. 

Zaczęli trochę nierówno, ale pod koniec ich głosy wzniosły się w 

górę, napełniając niewielką kaplicę ich radością. 

 - Ślubuję kochać cię, szanować i cenić przez wszystkie dni mego 

życia. 

Na zewnątrz kaplicy, na trawniku opadającym łagodnie  w stronę 

oceanu,  Kate  i  David  wypili  ze  swymi  gośćmi  kieliszek  wina. 

Ponieważ na przygotowanie ślubu mieli niewiele dni, lista gości była 

bardzo  krótka.  Wielkie  przyjęcie  mieli  urządzić  za  miesiąc,  po 

powrocie  z  podróży  poślubnej,  która  była  pierwszym  dłuższym 

wypoczynkiem każdego z nich dwojga od lat. 

Teraz  Kate  była  zadowolona,  że  dzieli  swą  radość  z  rodziną  i 

garstką ludzi, którzy pomagali im w ciężkich dla nich chwilach. Stała 

wśród gromadki życzliwych jej osób i czuła, że jej serce przepełnione 

jest szczęściem. 

Davey podszedł do niej z bardzo poważną miną. 

 - Kate... 

 - Co, kochanie? 

Uśmiechnęła  się  do  niego  i  pomyślała,  co  by  powiedziała  pani 

Larsen  widząc,  że  wystaje  mu  koszula  i  że  smokingowe  spodnie  są 

background image

wyraźnie  czymś  zabrudzone.  Ona  sama  uważała,  że  wygląda 

wspaniale. 

 - Czy teraz, kiedy ty i tata jesteście już małżeństwem, mam dalej 

mówić do ciebie: Kate? 

Jej  serce  zatrzymało  się  na  moment,  a  potem  szaleńczo  zabiło. 

Żebym tylko tego nie popsuła, modliła się w duchu. 

 - A jak chciałbyś do mnie mówić? 

 - Myślałem - zaczął i poszukał spojrzeniem ojca. - Myślałem, że 

kiedyś,  może  nie  od  razu,  ale  kiedyś  chciałbym  mówić  do  ciebie: 

mamo. 

Kate  przymknęła  na  chwilę  oczy,  by  ukryć  napływające  do  nich 

łzy. 

 -  Och,  Davey,  bardzo  by  mi  się  to  podobało,  jak  tylko  będziesz 

do tego gotowy. A tymczasem Kate będzie bardzo dobrze. 

Uśmiechnął się. 

 - Dzięki. Mogę zjeść jeszcze jeden kawałek tortu? 

 - Ile tylko chcesz. 

W tym właśnie momencie na jej ramieniu spoczęła dłoń Davida. 

 - Oczywiście - powiedział zaczepnym tonem. - Możesz mu na to 

spokojnie pozwolić, bo to nie ty będziesz siedziała przy nim przez pół 

nocy, kiedy będzie go bolał brzuch. 

 -  Pani  Larsen  nie  będzie  miała  nic  przeciwko  temu  - 

zaprotestowała z przekonaniem. - Wiesz, że go kocha. 

 -  A  ja  wiem,  pani  Kate  Newton  Winthrop,  że  bardzo  panią 

kocham i że jestem już gotów do rozpoczęcia miodowego miesiąca. 

background image

Odwróciła się do niego i uśmiechnęła. 

 - Ja też. Gdzie jedziemy? 

 - To sekret. 

 - Ktoś musi przecież wiedzieć.  

Rozejrzała się wokół. 

 - Dorothy? 

Jego uśmiech nic jej nie powiedział. 

 - Zelda? Nic. 

 - Brandon? 

 -  Dlaczego  myślisz,  że  komuś  powiedziałem?  Może  chcę,  żeby 

przez cztery tygodnie absolutnie nikt nie mógł nas znaleźć? 

 - Wiesz, że to całkiem dobry pomysł. 

 - Jesteś pewna, że nie będzie ci brakowało tych wszystkich narad 

z klientami i tych wszystkich rozmów telefonicznych? 

 - A ty jesteś pewny, że nie będziesz chciał znaleźć się w jakimś 

futurystycznym królestwie? 

 -  Myślę,  że  po  prostu  będziemy  musieli  być  cały  czas  bardzo 

zajęci. 

 - Bardzo zajęci... - Pokiwała głową. - Mam pewne pomysły. 

 -  O,  tego  jestem  pewien.  No  dobra,  ale  może  pozbędziesz  się 

wreszcie tego bukietu i ruszymy w drogę? 

Kate wysłała Daveya, by obszedł gości i zwołał ich na ceremonię 

rzucania  bukietu.  Stanęła  na  najniższym  stopniu  schodów,  spojrzała 

przez ramię i wyrzuciła bukiet w górę. Nawet nie musiała patrzeć, kto 

go schwycił - poznała ten jęk absolutnego zadowolenia. 

background image

Odwróciła  się,  podeszła  do  Zeldy,  objęła  ją,  a potem  wzięła  pod 

rękę. 

 - Chodź, jest tu ktoś. Chciałabym, żebyś go poznała. 

Śmiejąc  się,  obie  przeszły  na  drugą  stronę  trawnika,  aż  znalazły 

się przed Brandonem Halloranem. Kate mrugnęła do niego, wskazała 

bukiet, który Zelda mocno ściskała w ręku, i powiedziała: 

 - Rób swoje. 

A  potem  rozejrzała  się,  szukając  swego  męża  i  swego  pasierba. 

Swej rodziny. Kiedy ich w końcu znalazła, głęboko westchnęła. Może 

dotarcie  do  tego  punktu  zajęło  jej  wiele  czasu,  ale  na  nic  nie 

zamieniłaby czekającej ją przygody.