background image

 

Elizabeth Harbison 

 

Wszystko zostaje w rodzinie 

 

background image

ROZDZIAŁ PIERWSZY 

 

- Dwadzieścia dziewięć lat w tej mieścinie. 

- Trzydzieści. W ubiegłym miesiącu skończyłam trzydzieści. 

- Dobrze, niech będzie. Nareszcie udało ci się stąd wyrwać, Joleen. Szczęście 

się do ciebie uśmiechnęło, kochanie. Spełniają się marzenia twojej mamy. Tak się 

cieszę,  że  chyba  zacznę  płakać.  Wychodzisz  za  Carla  Landona!  Dziecinko,  już 

nigdy nie będziesz musiała pracować! 

-  Marge,  nie  powiedziałam,  że  za  niego  wyjdę.  -  Joleen  Wheeler  wierzchem 

dłoni otarta łzy spływające po policzku. Nie wiedzieć czemu trzymała się kurczowo 

tej myśli, która była dla niej niczym koło ratunkowe. - Szczerze mówiąc, nie wiem, 

czy wspólny wyjazd do Dallas na tak długo to dobry pomysł. - Zacisnęła usta i po-

kręciła głową.   

Doskonale  wiedziała,  że  Marge  oraz  inne  dziewczyny  pracujące  w  „Domo-

wych  obiadkach",  z  powodu  właśnie  takich  wątpliwości  uważają  ją  za  idiotkę. 

Wszystkie  chciały  się  wyrwać  z  dusznej  garkuchni  cuchnącej  hamburgerami  i  ce-

bulą. Po pracy musiały długo stać pod prysznicem, aby zmyć nieprzyjemny zapach. 

Marge  położyła  dłonie  na  ramionach  Joleen  i  spojrzała  jej  prosto  w  oczy. 

Znajoma  woń  cebuli  i  staroświeckich  perfum  zalatujących  lawendą  sprawiły,  że 

znów ogarnęło ją wzruszenie. 

- Posłuchaj mnie uważnie, dziecinko - powiedziała stanowczo Marge. - Kiedy 

umarła twoja mama, jej ostatnim życzeniem było, abyś wyrwała się z tej podrzęd-

nej jadłodajni w miasteczku zapomnianym przez Boga i ludzi. Nie możesz spędzić 

tu reszty życia. 

Święte  słowa.  Matka  zawsze  chciała  czegoś  więcej;  nie  wystarczało  jej  kel-

nerowanie,  ale  umarła  młodo,  a  los  nie  był  dla  niej  łaskawy.  Bladobłękitne  oczy 

Marge rozjaśnił blask, którego Joleen nigdy w nich nie widziała. 

- Ludzie osiedlają się w Alvirze na krótko, a potem nie potrafią już stąd wy-

R S

background image

jechać. Dla ciebie to życiowa szansa. Nie zmarnuj jej z powodu błahostki. 

Joleen  uśmiechnęła  się  bez  przekonania  i  delikatnie  pogładziła  policzek  naj-

lepszej przyjaciółki swojej matki. 

-  Moim  zdaniem  uczucia  żywione  do  mężczyzny,  którego  mam  poślubić,  to 

nie jest błahostka. 

Marge chrząknęła z irytacją, a potem dokonała niemożliwego: spojrzała z gó-

ry na Joleen, która była od niej wyższa o dwadzieścia centymetrów. 

- Mam rozumieć, że to jedyna wątpliwość, która cię powstrzymuje od poślu-

bienia potentata naftowego? 

Joleen podeszła do stojącej przy ścianie szafy grającej. 

-  Wcale  nie  powiedziałam,  że  za  niego  wyjdę.  Potrzebuję  czasu,  żeby 

wszystko przemyśleć. Muszę być pewna, że to miłość, a nie... - Umilkła nagle, ale 

w głębi serca wiedziała, że do poślubienia Carla może ją skłonić desperacja. Szyb-

ko odrzuciła natrętną myśl. 

- Mniejsza z tym. Ten facet ma sporo atutów i warto go poślubić - upierała się 

Marge. 

- Czas pokaże. - Joleen sięgnęła do kieszeni po ćwierćdolarówkę, ale zamiast 

monety wyjęła pierścionek z dużym brylantem, który Carl ofiarował jej jako dowód 

szczerego oddania, chociaż jeszcze nie byli zaręczeni. 

Przez  chwilę  przyglądała  się  ukradkiem  okazałemu  klejnotowi,  a  potem 

schowała go do kieszeni. 

- Szczerze mówiąc, jego prośba, żebym na lato przeprowadziła się do rodzin-

nej posiadłości i oswoiła z  Landonami, zrobiła na mnie dziwne wrażenie. - Joleen 

nie mogła znaleźć monety, więc nacisnęła klawisz B3 i kopnęła w bok maszyny. Z 

głośnika popłynęła stara melodia. „Crazy" Patsy Cline. Szalona. Kto tu oszalał... z 

miłości? 

-  Nie  chcesz  zamieszkać  w  przestronnym  domu  z  klimatyzacją?  -  spytała 

zdziwiona Marge. 

R S

background image

- Przecież nie chodzi o komfort i takie inne bzdury. - Joleen odgarnęła jasne 

włosy,  ale  niesforne  kosmyki  znów  opadły  jej  na  twarz.  -  Mam  wejść  do  rodziny 

Landonów i być jedną z nich. Nie jestem pewna, czy podołam takiemu wyzwaniu. 

Za bardzo się od nas różnią. 

- Kochanie, zmieni się tylko otoczenie. Landonowie, tak jak my, jedzą, piją i 

chodzą do toalety. 

- Jesteś pewna? A może to inna rasa? - Joleen wybuchnęła śmiechem. 

- Nawet jeśli mają pokoje kąpielowe zamiast łazienek, szybko nauczysz się z 

nich korzystać, bo masz głowę na karku, dziewczyno. - Marge wzruszyła ramiona-

mi. 

- Nie jestem pewna - westchnęła Joleen i po chwili namysłu mruknęła: - A je-

śli z czasem wyjdzie na jaw, że popełniłam błąd? 

- Przestań szukać dziury w całym. Dasz sobie radę. 

- Chciałabym mieć twoją pewność siebie. 

Zapadła cisza. Marge zrobiło się żal dziewczyny, więc dodała: 

- Rób, jak ci serce dyktuje. 

Nie  była  pewna,  co  Marge  ma  na  myśli,  lecz  nim  zdążyła  spytać,  stuknęły 

drzwi  wejściowe.  Obie  kobiety  odwróciły  się  jednocześnie,  a  Joleen  machinalnie 

wygładziła spódnicę. Zwykle miała na sobie kelnerski fartuszek. 

Do baru wszedł wysoki mężczyzna około trzydziestki, szatyn o lśniących nie-

bieskich oczach. Wyglądał na zagubionego turystę.   

Joleen spojrzała na niego... i nie potrafiła już odwrócić wzroku. 

Miał  na  obie  dopasowane,  wytarte  dżinsy  podkreślające  zgrabną  sylwetkę  i 

doskonały gatunkowo bawełniany podkoszulek, ale nosił go tak niedbale, jakby to 

był  stary,  zniszczony  łach.  Joleen  doceniła  od  razu  barczyste  ramiona,  mocną  bu-

dowę  i  ciemną  opaleniznę  znamionującą  siłę  i  zdrowie.  Obrazu dopełniały  lśniące 

jasne oczy, i pełne zmysłowości usta. 

Poczuła, że wstrzymuje oddech i powoli wypuściła powietrze z płuc. Przypo-

R S

background image

minała uczennicę podstawówki, która spotkała przypadkowo kapitana drużyny fut-

bolowej z liceum. Lęk przed małżeństwem z rozsądku, który próbowała zlekcewa-

żyć,  powrócił  ze  zdwojoną  siłą.  Stał  przed  nią  wspaniały  mężczyzna,  którego  los 

zesłał  tu  w  momencie,  gdy  zadawała  sobie pytanie,  czy  kocha  Carla  i  czy  gotowa 

jest spędzić z nim resztę życia. Oto prawdziwy Apollo... rodem z westernu. Mógłby 

zagrać szeryfa albo reklamować dżinsy. 

Chyba śniła na jawie. 

Mężczyzna  spojrzał  na drzwi,  które  automatycznie  zamknęły  się  za  nim, po-

tem zerknął na Marge, w końcu na Joleen. Oczy mu zabłysły, gdy poczuł na sobie 

jej uporczywy  wzrok. Milczenie się przedłużało, sekundy mijały - co mogło ozna-

czać,  że  nieznajomy  chce  ją  poderwać.  Często  musiała  odprawiać  natrętów;  zaraz 

zaczną się niewybredne żarty i dwuznaczne propozycje. Joleen nie odpowiadała na 

takie zaczepki. Tak przynajmniej było do tej pory... 

A  teraz  przez  krótką  chwilę  gotowa  była  umówić  się  z  tym  obcym  mężczy-

zną.  Na  szczęście  miała  trzeźwy  umysł  i  szybko  wybiła  sobie  z  głowy  ten  idio-

tyczny pomysł. Pora wrócić do rzeczywistości; to nie przeznaczenie ani miłość od 

pierwszego wejrzenia sprawiły, że poddała się nagłemu zauroczeniu. Skłoniła ją do 

tego  nieco  przesadna  obawa  przed  małżeństwem  i  zmianą  stylu  życia.  Gdyby 

wszedł tu fryzjer Hank, zareagowałaby tak samo, byle tylko odwlec decyzję. No... 

może  przesadziła  z  tym  Hankiem,  ale  symptomy  oczarowania  na  pewno  byłyby 

podobne. 

- Czego pan sobie życzy? - Marge przerwała kłopotliwe milczenie. 

Nieznajomy  rzucił  jej  badawcze  spojrzenie.  Nie  patrzył  już  na  Joleen,  która 

nagle posmutniała; czuła się przez moment jak rzucona w kąt szmaciana lalka. 

-  Szukam  Julie  Wheeler  -  powiedział  niskim,  wibrującym  głosem.  Zerknął 

pytająco na dziewczynę, jakby szukał potwierdzenia, że trafił pod właściwy adres. 

- Ja... - zaczęła niepewnie Joleen, ale Marge natychmiast dała jej kuksańca w 

bok. 

R S

background image

-  Czego  od  niej  chcesz,  młody  człowieku,  jeśli  wolno  spytać?  -  mruknęła, 

krzyżując ramiona na piersi. Często miała do czynienia z rozmaitymi krętaczami i 

oszustami. 

Mężczyzna uniósł brew, jakby ta sytuacja ogromnie go bawiła. 

- Muszę ją zabrać do domu - odparł i z irytacją zacisnął usta. 

Joleen  miała  ochotę  roześmiać  się  głośno,  ale  strach  nadal  przyprawiał  ją  o 

szybsze bicie serca. Przez moment wiedziała, kim jest ten człowiek i potrafiła wy-

jaśnić,  czemu  od  razu poczuła do  niego  sympatię.  Łączyła  ich  silna  więź.  Szybko 

się opamiętała, lecz nadal była zbita z tropu, ponieważ do tej pory nigdy nie zaznała 

takiej bliskości. Nie umiała powiedzieć, co to właściwie oznacza. 

- Niestety, nie ma tu żadnej Julie Wheeler... - wyjaśniła, udając, że nie widzi 

ostrzegawczych  spojrzeń  Marge,  która  obawiała  się  zapewne  porwania  lub  nawet 

czegoś gorszego. Kolejny, mocniejszy kuksaniec spowodował, że nagle zamilkła. 

Mężczyzna  wyraźnie  się  odprężył,  a  typowy  dla  pechowego  turysty  wyraz 

zagubienia zniknął nagle z jego twarzy. 

- Tak sądziłem - powiedział z uśmiechem, wyciągając z tylnej kieszeni spodni 

niewielką karteczkę. - To na pewno jeden z głupich żartów Carla. 

- To on pana tu przysłał? - spytała pospiesznie Joleen.   

Serce  uderzyło  jej  mocniej.  Co  za  pech!  Nikt  nie  może  się  dowiedzieć,  że 

miała ochotę poderwać jednego z przyjaciół narzeczonego. 

- Carl Landon - potwierdził mężczyzna. 

Pora zadać kolejne pytanie i wyjaśnić sytuację. Joleen kątem oka spojrzała na 

zegar  ścienny.  Była  trzecia  trzydzieści.  Carl  miał  po  nią  przyjechać  pół  godziny 

temu. Zwykle się nie spóźniał. To do niego nie pasowało. 

- Czyżby miał wypadek? - zapytała podniesionym głosem.   

Los bywa mściwy. Zepsułam wszystko, opowiadając Marge o swoich rozter-

kach, myślała gorączkowo. Przez głupie mrzonki zniszczyłam najważniejszy zwią-

zek, śniąc na jawie o przystojnym nieznajomym, chociaż mogłam ułożyć sobie ży-

R S

background image

cie z Carlem. 

Mężczyzna  ponownie  uniósł  brwi  i  skupił  uwagę  na  Joleen.  W  niebieskich 

oczach błysnęły szelmowskie iskierki. 

- Julie Wheeler to pani, zgadłem? 

-  Owszem,  sądzę  jednak,  że  chodzi  panu  o  Joleen  Wheeler  -  odparła  z  roz-

drażnieniem, zapominając na chwilę o sympatii, którą przed chwilą do niego czuła. 

- Przynajmniej inicjały się zgadzają. Zapewne chodzi o mnie. 

Otworzył szeroko oczy, jakby nie potrafił ukryć zdziwienia, ale szybko wziął 

się w garść. 

-  Proszę  o  wybaczenie.  Rozumiem,  że  mogła  pani  poczuć  się  urażona,  bo 

pomyliłem się, wymieniając imię. 

Szelmowskie iskierki znów błysnęły  w jego spojrzeniu. To chyba kpiny. Po-

czuła, że się rumieni, ale nie zwracała na to uwagi. 

-  Co  z  Carlem?  -  wypytywała.  -  Miał  się  ze  mną  spotkać  pół  godziny  temu. 

Miał wypadek? 

- Skądże! Musiał wyjechać do Monte Carlo, oczywiście w interesach - odparł 

drwiąco nieznajomy. - Poprosił mnie, żebym  zawiózł panią do Dallas, a potem do 

naszego  domu,  więc...  -  Przerwał  i  obojętnie  wzruszył  ramionami.  -  Robię,  co  do 

mnie należy. Możemy jechać? 

Joleen znieruchomiała, nie wiedząc, jak się zachować. 

- Kim pan jest? 

- Nazywam się Jake. 

- Jake? 

- Brat Carla - wyjaśnił z uśmiechem, ukazując rząd równych, białych zębów. - 

Mam nadzieję, że słyszała pani o mnie - dodał z powątpiewaniem. 

- Zapewne... Nie przypominam sobie... Nie jestem pewna - mówiła zmiesza-

na.  Brat  Carla,  pomyślała  z  rozpaczą.  Spotkała  mężczyznę,  który  spodobał  jej  się 

od pierwszego  wejrzenia, ale natychmiast okazało się, że wpadł jej w oko brat na-

R S

background image

rzeczonego. To był bardzo zły znak. - Nie sądzę, żeby mówił coś o rodzinie. 

-  Pisali  o  panu  w  „Skandalach"  -  wtrąciła  Marge,  w  zadumie  drapiąc  się  po 

policzku. Spojrzała porozumiewawczo na Joleen i dodała: - Od początku wiedzia-

łam, że znam jego twarz. - Zerknęła podejrzliwie na Jake'a i perorowała dalej: - On 

jest czarną owcą wśród Landonów. Pojechał do Tybetu, zamknął się w klasztorze i 

żył jak mnich. 

- Gazety rozdmuchały sprawę. Byłem tam gościem, to wszystko. 

Joleen popatrzyła na niego z ciekawością i spostrzegła, że oczy nagle mu po-

ciemniały; zbeształa się natychmiast, bo przez moment miała wrażenie, że go pod-

gląda, by zaspokoić próżną ciekawość. 

-  W  dalszym  ciągu  nie  rozumiem,  czemu  Carl  przysłał  tu  pana,  zamiast  po 

prostu dać mi znać, że nie przyjedzie. 

Jake wzruszył ramionami i uśmiechnął się chłodno. 

-  Oto  cały  Carl.  Mniejsza  z  tym.  Proponuję,  żebyśmy  mówili  sobie  po  imie-

niu.  Wkrótce będziesz  należała  do  rodziny,  więc  po  co  te  ceremonie?  Czy  to  cały 

twój bagaż? - spytał, podchodząc do niewielkiej walizki. 

- Sama ją wezmę - zaprotestowała pospiesznie i trochę za głośno. 

- W porządku - odparł Jake, unosząc ręce w obronnym geście. - Nie chciałem 

cię urazić. Zaparkuję samochód przed wejściem. 

-  Mam  własne  auto  -  powiedziała,  jednocześnie  zastanawiając  się,  czy  jej 

gruchot  zniesie  tak  długą  wyprawę.  Dotychczas  zakładała,  że  pojedzie  samocho-

dem Carla, ponieważ bardzo nalegał, ale nie miała ochoty podróżować z jego bra-

tem. Wskazała ręką parking przed barem i dodała: - Mój stary grat stoi niedaleko. 

Zerknął przez okno na rząd aut, a potem rzucił jej badawcze spojrzenie. 

-  To  daleka  droga.  Stary  grat,  powiadasz.  Jak  on  to  wytrzyma?  -  mruknął  z 

powątpiewaniem. 

- Sama zadaję sobie to pytanie. 

- Dziś będzie czterdzieści stopni w cieniu. Masz klimatyzację? 

R S

background image

-  Tak  -  odparła  bez  zastanowienia,  ale  z  jego  oczu  wyczytała,  że  nie  dał  się 

nabrać. - No dobrze, nie mam klimatyzacji, ale to bez znaczenia. Wystarczy otwo-

rzyć wszystkie okna i będzie chłodno - dodała pospiesznie. 

Obserwował ją przez chwilę, a potem kiwnął głową. 

- Jak sobie życzysz. Chodźmy, pora jechać.   

Odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić i mruknęła bez entuzjazmu: 

- Doskonale. Ruszajmy... 

Jake przez chwilę stał nieruchomo, jakby chciał się upewnić, że nie zmieniła 

decyzji. 

- Pojadę pierwszy. Jedź za mną. 

Pokiwała głową, a gdy wyszedł, znów głośno westchnęła. 

-  Czas  na  mnie  -  stwierdziła  półgłosem,  odwróciła  się  do  Marge  i  dodała;  - 

Nie podoba mi się to wszystko. 

- Och, przestań - burknęła zniecierpliwiona kobieta. - Powinnaś z nim jechać. 

Przecież na twoim aucie nie można polegać. Sama mówisz, że to stary gruchot. 

- W tej chwili mam więcej zaufania do mego samochodu niż... - Mało brako-

wało, aby wyznała, że boi się zostać sam na sam z przystojnym Jake'em Landonem, 

ale ugryzła się w język i dodała: - Nie będę podróżować z mężczyzną, którego dziś 

zobaczyłam po raz pierwszy. 

- Przecież to brat Carla! Co ci się może stać? 

Joleen spojrzała przez okno na idącego w stronę parkingu Jake'a. Mimo woli 

podziwiała wspaniałą sylwetkę  w dopasowanych dżinsach i niedbale włożonej ko-

szulce. I ta cudowna opalenizna. Chyba nie zdawał sobie sprawy, że jego zmysłowy 

urok zniewalająco działa na kobiety. 

-  To  chyba  oczywiste,  że  nic  mi  nie  grozi  -  obruszyła  się  natychmiast  i  ze 

zdziwieniem  stwierdziła,  że  w  głębi  serca  odczuwa  żal.  -  Zresztą  on  nie  jest  w 

moim typie. 

- Posłuchaj, Joleen. Nie zrażaj się pochopnie do Carla. Trudno, coś mu wypa-

R S

background image

dło, ale przysłał brata. To znaczy, że mu na tobie zależy. Wszystko się ułoży. Nie 

warto przejmować się drobiazgami. 

- Łatwo ci mówić. A jeśli ten wyjazd okaże się największą pomyłką w całym 

moim  życiu?  Opuszczam  na  dobre  twój  bar.  Nie  było  mi  tu  źle.  Miejsce  nie  jest 

wyjątkowe, ale prócz szkoły wieczorowej to cały mój świat. 

-  Zawsze  możesz  wrócić,  jeśli  będzie  taka  potrzeba  -  zapewniła  Marge.  - 

Masz u mnie pracę i mieszkanie. 

Joleen spojrzała na nią z wdzięcznością. Łzy napłynęły jej do oczu. 

- Dziękuje, Marge. To wiele dla mnie znaczy. 

-  Jestem  pewna,  że  wypłyniesz  na  szerokie  wody  i  będziesz  tu  przyjeżdżać 

tylko  w  odwiedziny.  -  Marge  także  była  wzruszona.  -  Bierz  manatki  i  ruszaj  do 

mężczyzny twojego życia. 

- Co masz na myśli? 

-  Dość  wahań,  skarbie.  Nie  dowiesz  się,  co  cię  czeka,  dopóki  nie  zaryzyku-

jesz.  -  Uniosła  brwi  w  charakterystyczny  dla  siebie  sposób, dając do  zrozumienia, 

że nie warto się dłużej spierać. - Znikaj stąd i... przyślij mi kartkę z Dallas. 

Rzeczywiście  trzeba  ruszać,  pomyślała  Joleen.  Rozejrzała  się  po  raz  ostami, 

zerknęła  przez  okno na  Jake'a  czekającego  przy  wyjeździe  z  parkingu i  wzruszyła 

ramionami. 

-  Pójdę  już  -  mruknęła,  odwracając  się  plecami  do  Marge.  Na  odchodnym 

dodała: - Zrobię wszystko, co w mojej mocy, żeby sprawy ułożyły się jak należy. 

 

Jake wolnym krokiem podszedł do swojego dżipa. Chętnie popatrzyłby jesz-

cze  na  Joleen,  ale  powstrzymał  się  siłą  woli  i  zerknął  tylko  na przydrożną  knajpę, 

którą opuszczała. To jakiś absurd. Dzisiejsza sytuacja przypominała sceny z tanich 

melodramatów. 

W  tej  dziewczynie  było  coś...  swojskiego.  Ledwie  ją  zobaczył,  ogarnęło  go 

wrażenie,  że  znają  się  od dawna.  Carl  jej nie  doceniał. Miała  w  sobie  urok i  moc, 

R S

background image

których nie był w stanie dostrzec. A może to ja przesadzam, zreflektował się Jake. 

Często się mylę, gdy próbuję ocenić, z kim mam do czynienia. Może i tym razem 

dałem się zwieść pozorom. 

Westchnął  głęboko  i  pozwolił  sobie  na  jedno  przelotne  spojrzenie  w  stronę 

Joleen. Żegnała się czule ze starszą przyjaciółką. Obserwował je lekko zbity z tro-

pu. Mógłby przysiąc, że Carl twierdził, jakoby ta panna Wheeler miała na imię Ju-

lie. 

Rozmarzył się, czekając, aż pożegnanie dobiegnie końca. Nadal brzmiał mu w 

uszach łagodny, niski głos Joleen, przywodzący na myśl cichą kołysankę. Używała 

lekkich kwiatowych perfum, które znał, ale nie mógł przypomnieć sobie ich nazwy. 

Mniejsza  z  tym;  to  nie  uroda,  zapach  czy  głos  spowodowały,  że  od  razu  stała  mu 

się bliska. Miała w sobie tajemniczy urok, który sprawiał, że pragnęło się jej towa-

rzystwa. 

I  pomyśleć  tylko,  że  dzięki niej  spełnią  się  zapewne  marzenia Carla  o  fotelu 

gubernatora.  Jake  pokręcił  głową,  wspominając  polityczne  aspiracje  brata,  powta-

rzającego od dawna, że potrzebna mu zwyczajna dziewczyna, którą wystarczy do-

brze  ubrać.  Był  przekonany,  że  bez  trudu  nią  pokieruje.  Typowa  amerykańska 

piękność z prowincji nie ma wielkich wymagań. Trzeba ją tylko wyciągnąć z biedy, 

zabrać do wielkiego miasta i pokazać w telewizji, a prości ludzie, tacy jak ona, bę-

dą uwielbiać dobroczyńcę i zaraz postanowią na niego głosować. 

Dla  aroganckiego  i  zapatrzonego  w  siebie  Carla  to  wyjście  doskonałe.  Bez 

Joleen nie zdobyłby popularności wśród zwykłych śmiertelników. Dla nich był sy-

nem magnata naftowego, który urodził się bogaty i nie zrobił nic, aby zasłużyć na 

swoją  fortunę.  Z  drugiej  strony  jednak  ci  ludzi  myśleli  schematami,  bo  mało  kto 

uważa  za  pracę  stałe  inwestowanie  i  pomnażanie  kapitału,  a  hazard  rzadko  bywa 

uznawany  za  dobrą  metodę  zdobywania  pieniędzy.  W  obu  dziedzinach  Carl  miał 

się czym pochwalić. 

 

R S

background image

Jake  oparł  się  o  drzwi  samochodu.  Obrócił  głowę,  gdy  usłyszał  dźwięk 

dzwonka  wiszącego  u  drzwi  baru.  Joleen  wyszła  przed  budynek,  niosąc  w  jednej 

ręce  niewielką  walizkę,  a  w  drugiej dużą  skórzaną  torebkę.  Nie  patrzyła  na niego, 

miał więc sposobność, by przyjrzeć się jej dokładnie. 

Była  mocnej  budowy.  Jego  matka  stwierdzi  zapewne  lekceważącym  tonem, 

że Joleen jest zbyt pulchna. Rzeczywiście, tu i ówdzie była przyjemnie zaokrąglo-

na, co do niej pasowało. W niczym nie przypominała chudych jak szczapy dziew-

czyn  Carla. Miała długie, jasne  włosy  i  wyglądała  niczym  młoda  dama  z  lat  pięć-

dziesiątych. Długa spódnica i prosta bluzka zakrywały jej  wdzięki, ale Jake'owi ta 

powściągliwość  bardzo  się  spodobała.  Lubił  styl,  który  wiele  pozostawiał  męskiej 

wyobraźni. 

Teraz  jednak  nie  miał  czasu  na  takie  domysły,  chociaż,  od  chwili  gdy  zoba-

czył Joleen po raz pierwszy, głupie myśli chodziły mu po głowie. Carl miał swoje 

powody, by zainteresować się tą dziewczyną. Stało się. Jake nie należał do facetów 

podrywających cudze narzeczone. 

Było  mu  jej  żal,  bo  nie  wiedziała,  w  co  się  pakuje.  Nie  miała  pojęcia,  jaki 

czeka  ją  los,  gdy  zostanie  żoną  Carla  Landona.  Jake  doskonale  wiedział,  co  brat 

miał na myśli, gdy wspominał o jej zaletach. Nie znosił takiego podejścia do kobiet, 

ale sam także dostrzegał atuty, które zwróciły uwagę Carla. 

Joleen  miała  piękną  twarz.  Co  więcej,  jaśniała  magicznym  blaskiem,  który 

rozświetlał  rysy  i  przykuwał  wzrok.  Oczy  miała  jasnoniebieskie,  a  ładne  brwi 

nadawały  jej  twarzy  wyraz  otwartości  i  zamyślenia.  Nos  był  mały  i  prosty.  Wiele 

mieszkanek Dallas zapłaciłoby majątek chirurgom plastycznym, byle osiągnąć taki 

efekt.  Twarz  miała  wyrazisty  kształt,  a  policzki  lekko  się  zaokrąglały.  Niestety, 

Carl na pewno będzie nalegał, aby Joleen trochę zeszczuplała. 

Biedna dziewczyna, pomyślał Jake. Nie zdaje sobie sprawy, że ten spełniony 

sen o Kopciuszku i księciu z bajki będzie dla niej gorzkim rozczarowaniem. 

- Możemy jechać, skoro jesteś gotów - powiedziała, wyrywając go z zamyśle-

R S

background image

nia. 

- Może zmienisz zdanie? Na pewno nie chcesz jechać moim samochodem? 

Doskonale  wiedziała,  o  co  mu  chodzi.  Powinna  uznać  jego  racje  i  potulnie 

wsiąść  do  dżipa.  Wykluczone!  Otworzyła  drzwi  swojego  zakurzonego  grata  i 

wrzuciła do środka walizkę. Potem stanęła z Jake'em twarzą w twarz i oświadczyła: 

-  Ten  samochód  dowiezie  mnie  wszędzie,  gdzie  zechcę.  Jak  na  ironię  w  tej 

samej chwili boczne lusterko przekrzywiło się z bolesnym zgrzytem. 

-  Czy  jesteś  świadoma,  że  twoje  niezawodne  auto  ma do przejechania ponad 

sto kilometrów? 

-  To  stary,  dobry,  amerykański  samochód.  Jest  niezniszczalny  -  odparła  sta-

nowczo i poprawiła lusterko. 

- Złomowiska są ich pełne. 

Spojrzała mu w oczy i na jej ślicznej twarzy pojawiły się rumieńce. Jake po-

żałował pochopnej uwagi. 

-  Będę  trzymać  się  blisko  ciebie  -  zapewniła  Joleen.  -  Gdybyś  miał  kłopoty, 

chętnie ci pomogę - dodała z uśmiechem. 

Nie  wiedział,  czy  z  niego  żartuje,  czy  mówi  poważnie,  ale  jej  przyjazna, 

uśmiechnięta twarz bardzo mu się podobała. 

Wsiadła do samochodu, zapięła pas i zatrzasnęła drzwi. Po trzech nieudanych 

próbach silnik wreszcie zaskoczył. Jake jako pierwszy wyjechał z parkingu i ruszył 

w stronę Dallas. Miał wrażenie, że pusta asfaltowa droga stanowi dla niego trafną 

przepowiednię  na  najbliższe  dni.  W  rezydencji  została  tylko  matka,  cierpiąca  w 

swojej  sypialni  z  powodu  złamanego  palca  u  nogi.  Na  razie  nie  mogła  opuszczać 

domu, ale gdy tylko wydobrzeje, poleci natychmiast do Palm Beach, a wówczas do 

powrotu Carla będą z Joleen zupełnie sami. 

 

R S

background image

ROZDZIAŁ DRUGI 

 

- Stary grat! - mruknęła Joleen.   

Zgrzytnął bieg zmieniony przy wjeździe na główną drogę. Gdy opuściła szy-

bę, wilgoć i upał wdarły się do auta, w którym już wcześniej czuła się jak w saunie. 

Ciekawa  zależność  między  kobietą  i  pogodą;  na  samą  myśl  o  uczuciowych  zawi-

rowaniach  zrobiło  się  jej  gorąco,  a  czoło  pokryło  się  potem.  Spojrzała  w  lusterko 

wsteczne i wzniosła oczy do góry na widok swojej obrzmiałej i mokrej twarzy. 

- Brat Carla na pewno jest mną zachwycony. Zrobiłam na nim cholerne wra-

żenie - mruknęła ironicznie i wzruszyła ramionami. Od kilku tygodni Carl powta-

rzał cierpliwie, że powinna ładnie się wyrażać i przestrzegać dobrych manier. Zer-

knęła na jadące przodem auto i powiedziała głośno: - Jake. - Westchnęła ciężko. - 

Jake,  nie  sądzę,  żebyś  był  mną  oczarowany.  Nic  straconego,  mam  dość  czasu,  by 

zatrzeć złe wrażenie. - Mocniej ścisnęła kierownicę. - Dam sobie radę. Postawię na 

swoim.  Carl  będzie  ze  mną  szczęśliwy.  Stanę  się  prawdziwą  damą  i  pokażę 

wszystkim, na co mnie stać. 

Gdy jechała za Jake'em, uświadomiła sobie, że Carl wspominał kilkakrotnie o 

bracie, lecz ani razu nie wymienił jego imienia. To dziwne;  w jego  głosie nie sły-

szała  goryczy  ani  oznak  niechęci.  Można  pomyśleć,  że  Jake  nie  jest  dość  ważny, 

aby warto było powiedzieć, jak ma na imię. 

Po  chwili  zastanowienia  zadała  sobie  kolejne  pytanie:  Jak często  Carl  wspo-

minał o niej, skoro Jake zwrócił się do niej per Julie? Odsunęła pospiesznie tę myśl. 

To nieporozumienie odzwierciedla nie najlepsze kontakty między braćmi, lecz nie-

wiele  mówi  o  uczuciach,  jakie  żywi  do  niej  Carl.  Czy  namawiałby  ją  do  ślubu, 

gdyby jej nie uwielbiał? 

A  czemu  postanowiłaś  za  niego  wyjść,  dopytywał  się  wewnętrzny  głos.  Ko-

chasz go nad życie? 

-  Powiedziałam  mu szczerze  i  otwarcie,  jakie  są  moje  uczucia  -  odparła  gło-

R S

background image

śno. - Wyznałam, że nie potrafię się w nich rozeznać. Mimo to nalegał, żebym się 

przeniosła na pewien czas do jego posiadłości. Mam spędzić tam lato i poznać le-

piej przyszłą rodzinę. 

Zgodziłaś się, bo wszyscy cię namawiali. Robisz, co ci każą. 

- Jadę tam, bo sama również tego chcę. Zdecydowałam się, bo jeśli będę nadal 

żyła  tak,  jak dotychczas,  miną  lata, zanim ukończę  studia i  wreszcie  coś  osiągnę. 

Zgodziłam  się,  bo  Carl  jest  przemiły  i  bardzo  go  lubię.  Moim  zdaniem  czeka  nas 

piękna przyszłość - stwierdziła stanowczo. 

Chcesz  zostać  żoną  polityka?  Jesteś  żałosna!  Wewnętrzny  głos  nie  dawał  za 

wygraną. 

- Nieprawda! - Joleen już się nad tym zastanawiała. - Otworzą się przede mną 

nowe możliwości: będę pomagać ludziom i na pewno zrobię wiele dobrego. Założę 

rodzinę, będę miała dzieci, starczy mi pieniędzy, żeby je nakarmić i ubrać. 

Uświadomiła sobie, że Jake nie będzie zachwycony, jeśli zobaczy w lusterku, 

że ona przez całą drogę gada do siebie. To się nazywa głośny monolog. Tymcza-

sem wewnętrzny głos nie dawał jej spokoju. 

Co powiesz o miłości? 

Sama raz po raz zadawała sobie to pytanie. 

-  Miłość...  niejedno  ma  imię.  Może  się  także  objawiać  jako  szacunek  i  wza-

jemne poczucie bliskości. - Z trudem przyjmowała to do  wiadomości, lecz powta-

rzała  te  słowa  tak  często,  że  prawie  w  nie  uwierzyła.  -  Zresztą  miłość  jest  mocno 

przereklamowana. Wszyscy mówią, że z czasem przemija 

Sumienie jednak nie dawało jej spokoju. Była przygotowana na małżeństwo z 

rozsądku,  ale  czy  powinna  wciągać  w  nie  Carla?  Włączyła  radio,  by  zagłuszyć 

wewnętrzny  głos.  Nadawano  prognozę  pogody  i  zapowiedź  nadchodzącego  hu-

raganu, więc zmieniła stację; znany spiker poradził: 

- Pokochaj samego siebie. 

Nacisnęła  kolejny  guzik  i  usłyszała  starą  piosenkę  o  umykającym  pociągu, 

R S

background image

której słuchała bez obrzydzenia. 

Jadący  przodem  Jake  włączył  kierunkowskaz,  uprzedzając,  że  lada  chwila 

wjadą  na  autostradę.  Joleen  wstrzymała  oddech.  To  prawdziwe  wyzwanie  dla  jej 

wiekowego auta. Na zewnątrz było ponad trzydzieści stopni, a temperatura jeszcze 

wzrośnie; dopiero później się ochłodzi. Zerknęła na termometr; wszystko w normie. 

Odetchnęła z ulgą. Jakoś to będzie. 

Jake  gładko  włączył  się  do  ruchu,  przyspieszając natychmiast  do najwyższej 

dozwolonej prędkości. Joleen wcisnęła gaz do dechy, modląc się w duchu, by uciec 

przed nadjeżdżającymi autami. Silnik charczał i postukiwał. 

Nie  ma  gadania!  Ten  samochód  musi  dojechać  aż  do  Dallas.  Joleen  była 

święcie  przekonana,  że  od  tego  zależy  jej  pewność  siebie.  Jake  powiedział,  że  w 

Ameryce  jest  mnóstwo  starych  aut  i  sama  przyznała  mu  rację.  Wprawdzie  rzadko 

widuje  się  je  na  drogach,  ale  to  nie  daje  nikomu  prawa  do  kpin  z  jej  samochodu. 

Szkoda, że nie wspomniała o tym, zamiast jak ostatnia idiotka w milczeniu słuchać 

obraźliwych uwag. 

Niestety,  trudno  się  przemóc,  gdy  przyzwyczajenie  nakazuje  wysłuchać 

uprzejmie obelg każdego impertynenta. Matka nie szczędziła trudu, by wpoić Jole-

en zasady dobrego wychowania. Czasem przykro było patrzeć, jak klienci odnosili 

się  do  tej  kobiety.  Joleen  znacznie  łatwiej  sobie  z  nimi  radziła,  gdy  sama  została 

kelnerką i musiała znosić podobne traktowanie. Uderzyło ją nagle, że matka byłaby 

zrozpaczona,  gdyby  się  dowiedziała,  że  wiodły  podobne  życie.  Harowała  latami, 

chcąc zapewnić córce dobrobyt. Serce by jej pękło, gdyby usłyszała, że zbierane z 

trudem oszczędności ledwie wystarczyły na pokrycie kosztów pogrzebu. 

-  Wiem,  mamo,  że  na  co  innego  chciałaś  przeznaczyć  te  pieniądze  -  powie-

działa Joleen łamiącym się głosem i poczuła, że wzruszenie ściska jej gardło - ale 

urządziłam ci piękną uroczystość. 

Tak, matka byłaby dziś dumna z Joleen, która wpadła w oko Carlowi Lando-

nowi  i  mogła  nawet  zostać  jego  żoną!  Dlaczego  trzyma  go  w  niepewności  i  żąda 

R S

background image

czasu  na  rozważenie  propozycji?  Inni  ludzie  uznaliby,  że  upadła  na  głowę,  ale 

wrodzona  uczciwość  nakazywała  jej  upewnić  się,  czy  małżeństwo  z  rozsądku  jest 

dla nich obojga najlepszym  wyjściem. Przecież niezależnie od tego, co sądzi Mar-

ge, miłość jest na pewno fundamentem trwałego związku. 

Jake znów dał znak kierunkowskazem i Joleen wjechała za nim na środkowy 

pas.  Z  obawą  pomyślała,  że  od  pierwszego  wejrzenia  poczuła  do  niego  ogromną 

sympatię.  To  zresztą  chwilowe  zauroczenie.  Można  je  chyba  uznać  za  dowód,  że 

między  nią  i  Landonami  istnieje  duchowe  pokrewieństwo,  skoro  natychmiast  tak 

bardzo polubiła jednego z nich. To dobry znak. 

Z  westchnieniem  przyznała,  że  wpatruje  się  jak  urzeczona  w  postać  Jake'a 

widoczną zza tylnej szyby auta. Bardzo się różnił od Carla. Takie było jej pierwsze 

spostrzeżenie, gdy stanął w drzwiach baru „Domowe obiadki". Carl miał regularne 

rysy, natomiast u jego brata natychmiast rzucał się w oczy niewielki garb na nosie i 

nieco krzywy uśmiech; jedno i drugie dodawało mu tylko uroku. A te oczy... Kolor 

podobny, ale wyraz tak odmienny... We wzroku Carla objawiała się pewność siebie 

i wewnętrzna siła, natomiast w spojrzeniu Jake'a była głęboka zaduma. Przypomi-

nał  Joleen  poetę.  Coś  go  dręczyło,  a  duchowe  zmagania  ujawniały  się  w  jego 

oczach. 

Nieszczęśliwym  trafem  Joleen  zawsze  miała  słabość  do  wrażliwych  męż-

czyzn. Tak przynajmniej było do niedawna. 

Zresztą to chwilowe  zaćmienie umysłu, z którym  wkrótce się upora, świado-

ma  znaczenia  rychłego  małżeństwa  z  Carlem.  Powinna  to  sobie  często  powtarzać, 

aż nabierze całkowitej pewności. 

Chwileczkę,  zreflektowała  się,  ściskając  mocno  kierownicę.  Przecież  Jake 

wcale nie był dla niej ważny! Liczyło się przede wszystkim jego podobieństwo do 

Carla. To oczywiste! Nie widywali się przez ostatnie dwa tygodnie i dlatego bardzo 

za  nim  tęskniła.  Czasami  ogarnia  człowieka  nostalgia,  choć  nie  wiadomo,  czemu 

jest przygnębiony. Na  widok osoby podobnej do obiektu tęsknoty popada w  eufo-

R S

background image

rię, która przybiera niekiedy pozory  uczuciowej fascynacji. Tak zapewne  było i  w 

tym przypadku. 

Joleen odetchnęła z ulgą, pewna, że już wie, skąd się biorą te dziwne uczucia, 

i doszła do wniosku, że to jednak dobra wróżba dla jej związku z Carlem. Postano-

wiła na wszelki wypadek unikać Jake'a w czasie swego pobytu w posiadłości Lan-

donów. Carl z pewnością przyjedzie tam jutro. Będą spędzać czas w towarzystwie 

jego  rodziny.  Jeśli  wierzyć  telewizyjnym  operom  mydlanym,  w  takich  rezyden-

cjach zawsze przebywa mnóstwo gości. 

Ciekawe,  czemu  Carl  nic  jej  nie  powiedział  o  podróży  za  granicę?  Jake 

twierdził, że decyzja o wyjeździe została podjęta w ostatniej chwili. Podobno jego 

brat dopiero dziś opuścił kraj. Czy to możliwe, by wrócił jutro? 

Oczywiście,  idiotko,  skarciła  się  w  duchu.  To  niedorzeczne  podejrzewać,  że 

skłonił  ją,  by  przyjechała  do  rodzinnej  posiadłości,  chociaż  sam  nie  zamierza  się 

tam  zjawić,  by  dotrzymać  jej  towarzystwa.  Z  pewnością  nie  zostanie  sama  w  ob-

cym  domu,  na  łasce  ludzi,  których  dotąd  nie  znała.  Carl  nie  jest  do  tego  zdolny, 

uznała w duchu i usiadła wygodniej za kierownicą. 

Po  namyśle  doszła  do  wniosku,  że  musi  poślubić  Carla  Landona.  To  wielka 

szansa.  Spełnią  się  marzenia  jej  matki.  Kto  wie,  może  z  czasem  Marge  zacznie 

przyjeżdżać  do  niej  i  zostawać  na  dłużej?  Kiedy  przyjdą  na  świat  dzieci,  byłoby 

wspaniale, gdyby przeprowadziła się na stałe i pomagała się nimi opiekować. 

Joleen nabrała otuchy i dodała gazu. Uznała, że trzeba jak najszybciej dotrzeć 

do posiadłości, ale silnik zawył buntowniczo. 

- Litości! - rzuciła błagalnie. - Błagam, tylko się nie zepsuj. - Wzniosła oczy 

ku niebu. - Mamo, wstaw się za mną. To wielka szansa, nie ma powodu do obaw. 

Na pewno jej nie zmarnuję... 

Przerwała, bo pod maską coś wybuchło, a siła niewielkiej eksplozji odrzuciła 

auto na prawy pas. Odruchowo próbowała zredukować bieg, ale sprzęgło było  za-

blokowane. Nacisnęła hamulec i samochód zaczął dygotać. Serce waliło jej mocno, 

R S

background image

gdy  na  jałowym  biegu  jechała  wolno  w  stronę  pobocza.  Silnik  zgasł,  gdy  zatrzy-

mała się w bezpiecznym miejscu. 

Przez  chwilę  siedziała  nieruchomo,  zaciskając  dłonie  na  kierownicy.  Potem 

usłyszała cichy syk i zobaczyła chmurę dymu wydobywającą się spod maski. Rzu-

ciła przekleństwo, za które przed laty matka zmyłaby jej głowę, i szarpnęła uchwyt 

pod deską rozdzielczą. Chwyciła leżącą na tylnym siedzeniu gaśnicę i wyskoczyła z 

samochodu.  Trzymając  ją  w  ręku  jak  tarczę,  uniosła  maskę.  Ani  śladu  ognia.  Po-

chyliła się nad silnikiem. Nie sądziła, że jest aż tak źle. Obluzowany filtr powietrza 

urwał się, niszcząc pasek klinowy i chłodnicę. Szkody były poważne, a urządzenia 

nie nadawały się do naprawy. Trzeba będzie je wymienić, a to oznaczało nie tylko 

stratę czasu, lecz i spore wydatki. 

Popatrzyła  na drogę  i ujrzała  znikające  auto  Jake'a.  Oddalał  się  z dużą  szyb-

kością.  Będzie  musiała  jechać  do  Landonów  autobusem,  w  najgorszym  razie  tak-

sówką - a na koncie miała zaledwie dwieście dolarów. Z chłodnicy wyciekał z sy-

kiem  zielonkawy  płyn.  Joleen  uznała  to  za  dowód  złośliwości  przedmiotów  mar-

twych. Awaria nastąpiła całkiem nie w porę. 

- Jedno ci powiem, stary gracie. Moim zdaniem zrobiłeś mi to umyślnie. - Po-

kiwała głową i zerknęła na przejeżdżające samochody. Jake zniknął; przejedzie za-

pewne  z  pięćdziesiąt  kilometrów,  nim  pojmie,  że  mu  się  zgubiła.  Kto  wie,  czy  w 

ogóle to zauważy.  Zwróciła się ponownie do samochodu: - Nie mogłeś się zepsuć 

trochę później? Trzeba było wytrzymać chociaż pół godziny, góra pięćdziesiąt mi-

nut. - Poczuła zapach rozgrzanego oleju silnikowego. Za chwilę cała ta maszyneria 

może wybuchnąć, pomyślała ze zgrozą. 

Joleen  dostrzegła  znak  drogowy  informujący,  że  w  pobliżu  jest  telefon.  Bę-

dzie więc mogła wezwać pomoc drogową; stary grat nie zasługuje na to, by zostać 

na poboczu. Przynajmniej jedno z nich dotrze do miejsca przeznaczenia. Nie miała 

pojęcia, jak dojedzie do posiadłości Carla, ale była pewna, że dopnie swego, bo te-

raz zależało jej na tym bardziej niż kiedykolwiek. Uznała, że nagła awaria to znak 

R S

background image

niebios. Nie mogła dłużej żyć tak, jak do tej pory. Teraz każdy dzień oznaczał wal-

kę o przetrwanie. Rzuciła gaśnicę na tylne siedzenie i sięgnęła po torebkę leżącą na 

fotelu pasażera. Najwyższa pora, by wszystko zmienić, tłumaczyła sobie. Nie da się 

tego zrobić metodą kolejnych przybliżeń, skoro na każdy krok do przodu przypada 

dziesięć kroków w tył. 

- Nie wolno tak mówić - skarciła się głośno, idąc na poszukiwanie telefonu. - 

Przestań być taką pesymistką. Czasami wszystko całkiem nieźle się układa. Trzeba 

tylko spojrzeć na sytuację z dobrej strony. - Po chwili zastanowienia dodała: - Pro-

blem w tym, że trudno ją znaleźć. 

Otarła wierzchem dłoni spocone czoło. Ciekawe, jak długo będzie analizowa-

ła dzisiejsze zdarzenia w poszukiwaniu dobrych stron, nim przyzna w końcu, że los 

obszedł się z nią okrutnie i niesprawiedliwie. 

Kierowca przejeżdżającej ciężarówki nacisnął klakson i uniósł w górę kciuk. 

Joleen doszła do wniosku, że miarka się przebrała W tej samej chwili z tyłu dobiegł 

ją pisk hamulców, trzask otwieranych i zamykanych drzwi, a potem męski głos: 

- Wsiadaj, chętnie cię podwiozę. 

Wystraszona,  bez  słowa  przyspieszyła  kroku.  Słyszała  wiele  opowieści  o  sa-

motnych kobietach, napastowanych, kiedy ich auta zepsuły się na autostradzie. Szła 

prosto  przed  siebie;  nie  zamierzała  się  oglądać.  Usłyszała  tupot  biegnącego  męż-

czyzny i poczuła się zagrożona. Silna dłoń dotknęła jej ramienia. 

- Joleen! 

Odwróciła się natychmiast i zobaczyła Jake'a. 

- To ty? 

- Mam podać miejsce urodzenia oraz imiona rodziców? - spytał żartobliwie. 

Wybuchnęła śmiechem, ale czuła się niepewnie. To Jake tak na nią działał. 

- Zauważyłeś, że nie jadę za tobą? - spytała z niedowierzaniem. - Sądziłam, że 

zorientujesz się dopiero po kilkunastu kilometrach. 

- Miałaś nadzieję, że mnie zgubisz? 

R S

background image

- Bzdura! Źle zrozumiałeś... 

- Na piechotę to kawał drogi - uśmiechnął się, ale natychmiast spoważniał, by 

nie okazać, że zrobiło mu się ciepło na sercu. - Nie poczuj się dotknięta, ale marnie 

wyglądasz. Taka wędrówka jest ponad twoje siły, więc zapraszam do auta. 

Joleen poczuła, że robi jej się gorąco. Była czerwona na twarzy, spocona i na 

domiar złego całkiem opadła z sił, co dało się zauważyć. 

-  Muszę  wezwać  pomoc  drogową  -  tłumaczyła,  jakby  to  było  dostatecznym 

usprawiedliwieniem.  Udawała  nazbyt  zaaferowaną  swoimi  sprawami,  by  mogła 

skorzystać z jego propozycji. 

- Już to zrobiłem. 

Zdawała sobie sprawę, że musi przyjąć jego pomoc, a zarazem korciło ją, aby 

tego nie robić. 

- Dziękuję - mruknęła opryskliwie, ale natychmiast się zreflektowała. - Jestem 

ci bardzo wdzięczna. 

Zawrócili oboje i poszli w stronę jego dżipa. 

- Zawsze do usług. 

Gdy  stanęli  przy  samochodzie,  niespodziewanie  spojrzał  jej  w  oczy.  Oboje 

długo  milczeli.  Joleen  miała  wrażenie,  że  lada chwila  serce  wyskoczy  jej  z  piersi. 

Dość tego, nakazała sobie w duchu. Uspokój się! Nie bądź śmieszna! 

- Bardzo mi przykro, że sprawiam tyle kłopotu - powiedziała. 

- Drobiazg, Joleen - odparł z uśmiechem, przechylając głowę na bok. 

Lubiła, gdy wymawiał jej imię z akcentem na ostatnią sylabę. Miał klasę, tak 

samo jak Carl. 

- Wskakuj - rzucił, otwierając przed nią drzwi. 

Po  chwili  wahania  odwróciła  wzrok  i  nadal  czując  na  sobie  jego  spojrzenie, 

zajęła miejsce w aucie. Miała nadzieję, że przez najbliższą godzinę nie zrobi z sie-

bie kompletnej idiotki. 

 

R S

background image

ROZDZIAŁ TRZECI 

 

Joleen  usiadła  na  chłodnym,  obitym  skórą  fotelu  pasażera.  Gdy  Jake  wsiadł 

do auta i uruchomił silnik, powietrze z klimatyzatora łagodnie owiało jej twarz. 

- Przed chwilą wcale nie chciałam cię urazić. Zastanawiałam się tylko, czemu 

tak  szybko  po  mnie  wróciłeś  -  tłumaczyła  pospiesznie.  -  Byłam  niemal  pewna,  że 

dopiero w Dallas zaczniesz się zastanawiać, gdzie mnie zgubiłeś. 

-  Ani  na  chwilę  nie  spuszczałem  cię  z  oka.  Raz  po  raz  zerkałem  w  lusterko 

wsteczne.  Kiedy  zobaczyłem,  że  zjeżdżasz  na  pobocze,  na  najbliższym  rozjeździe 

zawróciłem  po  ciebie.  -  Z  kpiącym  wyrazem  twarzy  spojrzał  jej  w  oczy.  -  Rzecz 

jasna, nie oczekuję wdzięczności. 

Joleen  wolała  milczeć;  znów  poczuła  się  zakłopotana.  W  pierwszej  chwili 

chciała mu podziękować, ale po namyśle zacisnęła usta i nie powiedziała ani słowa. 

Nagle przypomniała sobie, że z samochodu zabrała jedynie torebkę. 

- Moja walizka. 

- Wyjąłem ją przed odjazdem i rzuciłem na siedzenie. - Ruchem głowy wska-

zał  tylną  część  auta.  Wysłużona,  obdrapana  walizka  kontrastowała  z  jasną  skórą 

samochodowego  siedzenia.  -  Niewiele  się  w  niej  mieści.  Jesteś  pewna,  że  masz 

wszystko, co powinnaś zabrać? Twój bagaż nie waży nawet pięciu kilo. 

-  Nie  wożę  ze  sobą  całej  garderoby.  Biorę  tylko  niezbędne  rzeczy  -  odparła 

zniecierpliwiona.   

Ale ze mnie kłamczucha, skarciła się natychmiast, to przecież cały mój doby-

tek. 

Jake  najwyraźniej  domyślił  się,  o  co  chodzi,  bo  na  jego  twarzy  pojawił  się 

wyraz lekkiego zażenowania. 

-  Masz  doskonałe  podejście  do  tych  spraw  -  pochwalił  i  utkwił  wzrok  w 

przedniej szybie. Nerwowo bębnił palcami po kierownicy. 

Joleen przyglądała się ukradkiem jego dłoniom, które świadczyły, że nie stro-

R S

background image

ni od ciężkiej pracy. Skóra była twarda i popękana, palce długie i zwinne, paznok-

cie  krótkie.  Niespodziewanie  przemknęło  jej  przez  myśl,  że  takie  dłonie  potrafią 

odkryć  zupełnie  nowe  obszary  rozkoszy.  Kto  wie,  czego  można  się  po  nich  spo-

dziewać?  Sprawiały  wrażenie  pewnych,  silnych  i  czułych  -  nie  przypominały  wy-

pielęgnowanych rąk Carla. Ciekawe, czy Jake lubi się im przyglądać. 

Carl przesadnie dbał o wygląd, ale w jego działalności obowiązywała zasada: 

jak cię widzą, tak cię piszą. Polityk musi dbać o swój wizerunek. Brudne paznokcie 

mogą  zniszczyć  budowany  latami  obraz  wspaniałego  człowieka  i  atrakcyjnego 

mężczyzny. Czy Jake zastanawia się, jak inni go postrzegają? 

- Co robisz? - spytała Joleen. - Chodzi mi o to, czym się na co dzień zajmu-

jesz. 

- Naprawdę chcesz wiedzieć? 

- Oczywiście - żachnęła się Joleen. - Sądzisz, że mnie to nie interesuje? 

-  Ciekawe  pytanie.  Dziękuję,  że  je  zadałaś.  -  W  zadumie  pokręcił  głową.  - 

Moje prawdziwe życie nikogo właściwie nie obchodzi. 

- Naprawdę? Czemu? 

-  Wszyscy  zakładają,  że  utrzymuję  się  z  dochodów,  które  przynosi  rodzinna 

firma, że nic nie robię i trwonię pieniądze na przyjemności. - Spojrzał na nią i się 

roześmiał. - Prawda jest zupełnie inna. 

-  Wiadomo,  że  jesteście  milionerami.  Ty  i  Carl  odziedziczyliście  wielką  for-

tunę, więc uchodzicie za szczęściarzy - powiedziała z uśmiechem, ale natychmiast 

pożałowała  tych  słów.  -  Zwykli  śmiertelnicy  sądzą,  że  czerpiesz  zyski  z  szybów 

naftowych - dodała, wymyślając sobie od idiotek. Czym ma się zajmować syn po-

tentata naftowego? 

Jake obserwował ją z ciekawością. 

-  Moja  rodzina  obraca  milionami, ale  to nie  znaczy,  że  mam  w  nich udział  - 

wyjaśnił  tonem,  który  świadczył,  że  sprawa  jest  poważna  i  skomplikowana,  więc 

trzeba słuchać z uwagą. 

R S

background image

- Nie rozumiem. 

-  W  takim  razie  nie  słyszałaś  o  rodzinnym  skandalu.  -  Raz  jeszcze  rzucił  jej 

badawcze spojrzenie i popatrzył na drogę. - To była głośna sprawa. Przed kilku laty 

zostałem  wydziedziczony.  Zapisu  w  testamencie  dokonano  jeszcze  przed  śmiercią 

taty. - Joleen nie kryła zaskoczenia. Na widok jej miny Jake wybuchnął śmiechem. 

- Nie martw się - dodał. - Jakoś to przeżyłem. 

- Przepraszam, że zaczęłam tę rozmowę - mruknęła.   

Brakowało jej słów - Mimo woli przywołałam tyle przykrych wspomnień. 

-  Nie  ma  powodu  do  przeprosin.  Jestem  dumny,  że  idę  przez  życie  własną 

drogą. Staruszek nawet nie wiedział, że wyświadcza mi ogromną przysługę. - Jake 

skierował auto na prawy pas i zjechał z autostrady. 

-  Dziwnie  do  tego  podchodzisz.  -  Joleen  miała  w  głowie  kompletny  zamęt. 

Dlaczego był zadowolony, skoro utracił miliony dolarów i musiał harować w pocie 

czoła,  by  zarobić na  swoje  utrzymanie?  Pomyślała  nagle,  że  byłaby  wdzięczna do 

grobowej  deski,  gdyby  jakiś  zacny  wujaszek  ułatwił  jej  życie,  zapisując  okrągłą 

sumkę w testamencie. 

-  Jak  powiedziałem  -  dodał  z  uśmiechem  -  jestem  zadowolony  ze  swojej  sy-

tuacji, choć mało kto jest w stanie mi uwierzyć. 

- Coś się jednak zmieniło. Mieszkasz teraz w rodzinnej rezydencji. 

-  Jedynie  chwilowo.  Sprzedałem  niedawno  mieszkanie  w  Fort  Worth.  Gdy 

załatwię  wszystkie  sprawy,  ruszam na północ.  Chcę kupić  spory  kawałek  ziemi  w 

Wyoming albo w Montanie. 

Joleen w milczeniu pokiwała głową, choć zżerała ją ciekawość. Jaką tajemni-

cę ukrywa rodzina Landonów? Czemu taki wspaniały człowiek jak Jake został od-

rzucony i wydziedziczony? Stracił mnóstwo pieniędzy, dom, rodzinę, przenosił się 

z miejsca na miejsce. To po prostu... tragiczne. Z drugiej strony jednak nie miał w 

sobie nic z desperata. 

 

R S

background image

-  Mam  nadzieję,  że  nie  zniszczyłem  twoich  rozkosznych  wyobrażeń  o  rodzi-

nie Landonów, zgodnie pijącej szampana nad ogromnym basenem. 

- Skądże. Jeśli mam być szczera, nie mieściło mi się w głowie, że próżniacza 

egzystencja  mogłaby  ci  odpowiadać. Moim  zdaniem nie pasujesz  do  takiego  stylu 

życia. 

- Często udaje ci się trafnie dopasowywać nowo poznane osoby do życiowych 

sytuacji? - wypytywał, drwiąco unosząc brew.   

Czyżby wyczuł, że myśli o nim nieustannie, od chwili gdy się poznali? 

-  Od  czasu  do  czasu  zastanawiam  się,  co  robią  i  jak  żyją  przypadkowo  spo-

tkani ludzie. Większość z nich ma pewne cechy, które  wywołują oczywiste skoja-

rzenia.  Wiem,  że  dużo  pracujesz,  i  to  fizycznie.  Dlatego  zapytałam,  czym  się  zaj-

mujesz. 

- Jak do tego doszłaś? - spytał zaciekawiony. 

-  Obserwowałam  twoje  dłonie.  Są  mocno  opalone  i  bardzo  zniszczone.  -  In-

stynktownie zerknęła na swoje ręce i schowała je za plecami, bo zorientowała się, 

że Jake właśnie spogląda, na jej obgryzione paznokcie. 

-  Nie  przyszło  ci  do  głowy,  że  zniszczyłem  sobie  ręce,  gdy  żeglowałem  z 

przyjaciółmi po Morzu Karaibskim? 

-  W  takim  wypadku  byłyby  całe  w  pęcherzach  i  strupach.  Poza  tym  odczu-

wałbyś spory ból - stwierdziła po chwili zastanowienia. 

- Skąd pewność, że tak nie jest? 

- Inaczej się wtedy gestykuluje. Dłonie bolą przy każdym ruchu. 

- Racja. Tak się niekiedy czuję. Wystarczy lekkie dotknięcie i ból powraca - 

mruknął, obserwując uważnie drogę. Mówił tonem pełnym goryczy, ale Joleen nie 

odważyła się spytać, co jest przyczyną tych cierpień. I tak mimo woli wywlekła na 

światło dzienne rodzinne problemy Jake'a. - Wróćmy do naszej zgadywanki. Dwa-

dzieścia  pytań  do  Jake'a  Landona.  Na  razie  nieźle  ci  idzie.  Sporo  ze  mnie  wycią-

gnęłaś - oznajmił po chwili milczenia. - Naprawdę chcesz wiedzieć, czym się na co 

R S

background image

dzień zajmuję? 

- Moim zdaniem włóczysz się po modnych knajpach albo opalasz się na Ka-

raibach  -  powiedziała  z  domyślnym  uśmiechem,  próbując  rozładować  napięcie. 

Niespodziewanie wybuchnął śmiechem. Patrzyła na niego ze zdumieniem i doszła 

do  wniosku,  że  miło  jest  posłuchać  tubalnego  rechotu.  Carl  śmiał  się  zawsze  w 

sposób wytworny i dystyngowany. Nie miała nic przeciwko temu, by od czasu do 

czasu  zachichotał  dźwięcznie.  Trzeba  go  częściej  rozśmieszać,  postanowiła  w  du-

chu. Moja w tym głowa, żeby zapominał chwilami o wizerunku polityka i śmiał się 

jak normalny człowiek. 

- Od dawna pracujesz w barze? - zagadnął Jake. 

-  Cztery  lata,  ale  można  powiedzieć,  że  tam  się  wychowałam.  Moja  mama 

była kelnerką. Wcześnie umarła. 

- Bardzo mi przykro - powiedział cicho. - To musiało być dla ciebie okropne 

przeżycie. Poniosłaś wielką stratę. 

-  Nadal  nie  mogę  się  z  tym  pogodzić  -  wyznała  łamiącym  się  głosem.  Od-

chrząknęła  i  dodała  nieco  głośniej:  -  Przejęłam  jej  obowiązki  i  jakoś  dałam  sobie 

radę. 

- Co robiłaś przedtem? 

-  Nic  szczególnego  -  odparła,  obserwując  przejeżdżające  samochody.  -  Stu-

diowałam architekturę. Zaliczyłam dwa lata, ale to za mało, żeby się gdzieś zatrud-

nić, bo niewiele umiem. Mam za sobą jeden semestr studiów wieczorowych, ale za 

późno je zaczęłam. Miałam wtedy dwadzieścia cztery lata i nic mi się w życiu nie 

układało. - Spojrzał na nią, nie kryjąc ciekawości. Zachęcona dodała kpiąco: - Jest 

takie  powiedzenie:  starego  psa  trudno  nauczyć  nowych  sztuczek.  Przekonałam  się 

na własnej skórze, że przysłowia są mądrością narodu. 

-  Przestań  udawać  zgrzybiałą  staruszkę!  Jesteś  młoda  i  pełna  życia.  Możesz 

wiele osiągnąć. Co robiłaś przed studiami? 

- Pracowałam, żeby na nie zarobić - odparła, prostując zdrętwiałe nogi. W ka-

R S

background image

binie  dżipa  było  dosyć  ciasno.  -  Najpierw  byłam  ekspedientką  w  sklepie  spożyw-

czym, potem opiekowałam się dziećmi. 

Zerknął na nią z ukosa. 

- Lubisz maluchy? 

- Uwielbiam! Nie mogę się doczekać własnych. 

- No proszę - wymamrotał ze wzrokiem utkwionym w przedniej szybie.   

Było coś złowróżbnego w jego dziwnej minie. 

- Nie lubisz dzieci? - spytała zaniepokojona. 

- Ja? Uwielbiam! - odparł zaskoczony. - Marzę o własnym potomstwie. Cho-

dzi mi o Carla. 

- Co chcesz przez to powiedzieć? 

- Tak się fatalnie składa... - Wzruszył ramionami. - Dzieci nie są dla niego. 

Czyżby jej narzeczony nie przepadał za rozkosznymi bobasami? A może do-

robił się już szóstki, ale nie raczył jej o tym powiadomić? 

- Nie rozumiem, mów jaśniej. Co Carl ma przeciwko dzieciom? 

- W zasadzie nic. Jestem pewny, że wkrótce przedyskutujecie tę sprawę. Poza 

tym nie będę wtykać nosa w nie swoje sprawy. Popatrz! - krzyknął nagle, wskazu-

jąc ręką prosto przed siebie. 

Joleen spojrzała w tamtym kierunku, ale nie dostrzegła nic szczególnego: sa-

mochody, autostrada, pola... 

- Wydawało mi się, że widzę orła - wyjaśnił zmieszany. - Nieważne... 

Rozejrzała się znowu. Niebo było czyste i bezchmurne. Ani śladu orła. Czyż-

by Jake miał przywidzenia? Może nie powinien prowadzić samochodu? 

- Chyba nie rozpłynął się w powietrzu. Nic nie widzę - odezwała się po chwili 

milczenia. 

- Pomyłka. To się zdarza - odparł wymijająco. 

Joleen zorientowała się, że nie chce wracać do rozmowy o dzieciach i Carlu. 

Obiecała  sobie,  że  wkrótce  spyta  narzeczonego,  co  sądzi  na  temat  powiększenia 

R S

background image

rodziny. 

Zapadło kłopotliwe milczenie. 

- Nie odpowiedziałeś na moje pytanie - przypomniała w końcu Joleen. 

- A o co pytałaś? 

- Czym się zajmujesz, skoro nie jesteś pracownikiem Konsorcjum Landonów? 

Jake przymknął okienko i zjechał na lewą stronę. 

- Sytuacja się zmieniła. Ostatnio pogodziłem się z rodziną i pracuję w rodzin-

nej  firmie.  Zostałem  mianowany  członkiem  zarządu.  To  niezła  fucha.  Niedługo 

odbędzie się ważne zebranie. Mamy przegłosować kilka wniosków. 

- Rozumiem. Bardzo ciekawe. 

-  Zajmuję  się  również  hodowlą  koni.  Mam  na  ranczu  około  trzydziestu  ara-

bów. 

- Naprawdę? Czy to daleko stąd? 

- Umiarkowanie. Jeździsz konno? 

-  Nie  robiłam  tego  od  bardzo  dawna.  Kiedy  miałam  dziesięć  lat,  wujek  po-

zwalał mi w weekendy jeździć na swojej starej klaczy. To była ogromna przyjem-

ność. 

- W takim razie znowu będziesz miała okazję pogalopować. 

Spojrzała  na  niego  uważnie.  Oczekiwała  szczerej  i  miłej  wymiany  zdań,  a 

tymczasem rozmowa się nie kleiła. Jake zbywał ją ogólnikami. 

Na  horyzoncie  majaczyły  już  drapacze  chmur.  Zbliżali  się  do  Dallas.  Joleen 

odetchnęła  głęboko  i  poczuła  cedrowy  zapach  wody  po  goleniu  używanej  przez 

Jake'a. 

Nagle rozległo się przeraźliwe brzęczenie. 

- Mam w aucie telefon - wyjaśnił Jake. - Pewnie dzwonią z warsztatu w spra-

wie twojego samochodu. - Nacisnął guzik na desce rozdzielczej: - Słucham? 

- Jake? - rozległ się znajomy głos Carla.   

Joleen poczuła natychmiast szybsze bicie serca. 

R S

background image

- Słucham. Gdzie jesteś? 

- A jak myślisz?  W Monte Carlo, braciszku, w luksusowym kasynie razem z 

Sabri. 

- Jest tu ze mną Joleen. 

- Wiem, dlatego dzwonię - odparł rezolutnie Carl. 

- Siedzi obok mnie na fotelu pasażera - cierpliwie tłumaczył Jake. - Jej samo-

chód się zepsuł i pojechała moim dżipem. 

-  Co  się  stało?  -  rzucił  zaniepokojony  Carl.  -  Wiedziałem,  że  coś  nawali. 

Cholera jasna, muszę sam wszystkiego pilnować, bo w przeciwnym razie zawsze są 

trudności. Chcę z nią porozmawiać. Daj ją do telefonu. 

-  Mów  śmiało,  braciszku.  Słuchawka  znowu  nie  działa,  dlatego  włączyłem 

głośnik. 

Zapadła cisza, a po chwili  Carl  odezwał  się  ponownie,  zmieniając  nagle  ton. 

Można by pomyśleć, że właśnie się dodzwonił. 

- Joleen, kochanie! Jak się miewasz, dziecinko?   

Kochanie?  Dziecinko?  Nigdy  jej  tak  nie  nazywał.  Poczuła,  że  się  rumieni. 

Spojrzała  pytająco  na  Jake'a,  szukając  wzrokiem  mikrofonu.  Wskazał  palcem  nie-

wielkie druciane sitko. Pochyliła się w stronę deski rozdzielczej. 

- U mnie wszystko w porządku. Co porabiasz, Carl? Jesteś we Francji? 

-  W  Monako  -  poprawił  zniecierpliwiony.  -  Cieszę  się  z  tego  wyjazdu. 

Chciałbym, żebyś tu ze mną była. 

Urwał  niespodziewanie.  Joleen  daremnie  czekała,  aż  dokończy  zdanie.  Po-

chyliła się w stronę mikrofonu. 

- Kiedy wracasz? 

-  Niedługo,  ale  musisz  uzbroić  się  w  cierpliwość.  -  Jego  protekcjonalny  ton 

drażnił  Joleen.  -  Baw  się  dobrze  w  naszej  posiadłości,  bywaj  w  towarzystwie,  na-

wiązuj  znajomości.  Mama  skontaktuje  cię  z  ludźmi,  których  warto  poznać.  Moim 

zdaniem powinnaś włączyć się od razu do działalności charytatywnej. 

R S

background image

- Super - odparła bez entuzjazmu. 

- Mówi się: wspaniale albo doskonale - tłumaczył Carl.   

Zawstydzona spojrzała się na Jake'a. Był poirytowany. 

- Kochanie? - rzucił Carl. 

- Słucham. 

- Tęsknię za tobą. 

Joleen nie lubiła, gdy mówił o uczuciach w obecności innych ludzi. Nie wie-

działa, jak się zachować w takich sytuacjach. 

- Wkrótce tu będziesz, prawda? 

-  Oczywiście.  Nie  martw  się  o  mnie.  Nosisz  pierścionek?  Brylant  jest  prze-

śliczny, co? 

Odruchowo sięgnęła do kieszeni, w której schowała klejnot. 

- Wszystkim bardzo się podoba - odparła zgodnie z prawdą. 

- Doskonale. Jestem zadowolony, że sprawiłem ci przyjemność. 

Jak łatwo mogła go zadowolić: wystarczyło powiedzieć to, co chciał usłyszeć. 

- Mam do ciebie sprawę... - zaczęła, ale Carl jej przerwał. 

-  Na  mnie  już  pora.  Właśnie  zjawili  się  kontrahenci,  z  którymi  byłem  umó-

wiony. Zadzwonię później, dobrze? Cześć. 

Nim  zdążyła  odpowiedzieć,  usłyszeli  trzask  odkładanej  słuchawki.  Jake  wy-

łączył telefon i westchnął głęboko. 

- Wygląda na to, że nie marnuje czasu - powiedziała cicho Joleen. 

- Owszem - przytaknął Jake. - Dobrze mu się powodzi.   

Zapadła niezręczna cisza. 

Jest jak jest i nie warto się nad tym rozwodzić, pomyślała z goryczą. Machi-

nalnie wygładziła wyimaginowane fałdki na prostej spódnicy. 

Wiele kilometrów przejechali w kompletnej ciszy. Joleen wolała milczenie od 

bezsensownej  paplaniny.  Nigdy  nie  była  mistrzynią  swobodnej  konwersacji. 

Przyjmowała  zamówienie,  cierpliwie  słuchała  narzekań  i  skarg,  czasem  porozma-

R S

background image

wiała chwilę o pogodzie. To wszystko. Westchnęła ciężko i ukradkiem zerknęła na 

Jake'a.  Przyglądała  się  jego  nogom,  brzuchowi  i  muskularnej  klatce  piersiowej. 

Spoglądała  na  silne,  lecz  zarazem  delikatne  ręce,  na  wyrazisty  profil.  Mimo  woli 

westchnęła głęboko. 

Milczenie się przeciągało. Joleen sięgnęła po torebkę i zaczęła w niej grzebać 

dla  zabicia  czasu.  Znalazła  czekoladowy  batonik.  Nie  ma  lepszego  lekarstwa  na 

smutki niż odrobina słodyczy; z drugiej strony miała przecież nadwagę. Carl ciągle 

jej to powtarzał. 

Schowała batonik i odłożyła torebkę. Uczucie głodu mija zwykle po dwudzie-

stu  minutach, pomyślała.  Skąd ja  wiem  takie  rzeczy?  Na  pewno  gdzieś  przeczyta-

łam. Mam nadzieję, że to prawda. 

Po kilku minutach telefon zadzwonił ponownie. Jake włączył głośnik. 

- Tu Carl. Chcę rozmawiać z Joleen. 

- Proszę bardzo - odparł Jake i skrzywił się nieprzyjemnie. 

- Naprawdę zepsułeś słuchawkę w swoim aucie? Swoją drogą ciekawe, jak ci 

się udało tego dokonać. 

-  Zadzwoniłeś,  żeby  mnie  wyprowadzić  z  równowagi?  Wydawało  mi  się,  że 

chcesz porozmawiać z Joleen. - Jake był zirytowany. 

- Kochanie, jesteś tam? 

- Tak. 

- Czy mogłabyś wyświadczyć mi przysługę? 

Joleen nie lubiła, gdy Carl zwracał się do niej protekcjonalnie. Wyprostowała 

się odruchowo. 

- Oczywiście. Czego sobie życzysz, mój drogi? 

-  Na  śmierć  zapomniałem  o  uroczystym  otwarciu  jakiegoś  parku  pod  mia-

stem.  To  chyba  plac  zabaw  dla  dzieci  niepełnosprawnych.  A  może  ośrodek  do-

świadczalny  ekologów?  Mniejsza  z  tym.  Nazywa  się  „Ogród  nadziei".  Nie  pa-

miętam  szczegółów,  zapytaj  moją  sekretarkę.  Powinienem  się  tam  jutro  pojawić, 

R S

background image

ale sama rozumiesz, że to nie wchodzi w grę. Jesteś moją narzeczoną, więc możesz 

mnie zastąpić. Czy zrobisz to, najdroższa? Przecież wszystko zostanie w rodzinie. 

- Spróbuj znaleźć inne wyjście - odparła krótko.   

Uznała, że to byłoby oszustwo. Nie miała pewności, czy poślubi Carla. Gdyby 

oficjalnie wystąpiła jako jego narzeczona, zachowałaby się jak zwykła kłamczucha. 

-  Myślę,  że  nie  powinnam  tam  jechać.  Organizatorom  zależy  na  obecności  po-

lityków i osób z wyższych sfer. Po co im przeciętna dziewczyna? 

- Kochanie, jesteś moją narzeczoną! 

Trzeba tę sprawę wyjaśnić raz na zawsze. W przeciwnym wypadku zgubią się 

w swoich kłamstwach. 

- Carl, oficjalnie... 

-  Nie  sprzeczajmy  się  na ten temat  - przerwał  jej  w  pół  słowa.  - Musisz  tam 

iść.  -  Carl  nie  przejmował  się  tym,  że  Jake  słyszy  każde  słowo.  -  Wiesz,  że  nie 

zwróciłbym się do ciebie, gdyby to wystąpienie nie było takie ważne. 

- Oczywiście. - Joleen nagle poczuła się winna. 

- Nigdy cię o nic nie prosiłem. 

- To prawda, lecz mimo to nie nalegaj. Po prostu nie widzę siebie w takiej roli 

i dlatego nie mogę cię zastąpić. 

- Kochanie... - Carl zrobił efektowną pauzę. - Nie daj się prosić. - Mimo po-

zorów łagodności jego ton wcale nie był przyjazny. - Nie wymagam od ciebie zbyt 

wiele: nie będziesz musiała przemawiać ani bawić gości. Zrozumiem, jeśli powiesz, 

że sprawa parku w ogóle cię nie obchodzi. Masz po prostu ładnie wyglądać i pro-

miennie się uśmiechać. To dla mnie bardzo ważna sprawa. Musisz stanąć na wyso-

kości zadania. 

-  Dobrze  -  zgodziła  się  Joleen,  choć zrobiła  to  wbrew  sobie. Czuła  się  zagu-

biona, ale w samą porę przypomniała sobie o czekoladowym batoniku, który miała 

w torebce. - Skoro uważasz, że to jedyne wyjście... 

- Doskonale! Wiedziałem, że mogę na ciebie liczyć. Rozmawiałem już z ma-

R S

background image

mą.  Obiecała,  że  tobą  pokieruje.  Ma  praktykę,  więc  jej  słuchaj.  Jedź  do  sklepu 

Neimana  i  kup  sobie  nowe  ubranie.  Niech  zapiszą  na  mój  rachunek.  Zadzwonię  i 

uprzedzę ich, że się zjawisz. 

- Mam kilka ładnych sukienek - odparła zakłopotana. 

- Wyrzuć je i kup modny strój, Kopciuszku. 

Joleen wiedziała, co Carl miał na myśli. Mógł sobie darować takie złośliwo-

ści. 

- Kopciuszek uciekł z balu, nim się wydało, kim naprawdę jest - burknęła i od 

razu poczuła się lepiej, ale Carl nie zwrócił uwagi na ten komentarz. 

-  Muszę  lecieć,  kochanie.  Baw  się  dobrze,  robiąc  zakupy.  Chcesz  czy  nie, 

musisz się przyzwyczaić do takiego stylu życia. 

Usłyszeli trzask odkładanej słuchawki. 

- Nie jestem pewna, czy mi to odpowiada - mruknęła z irytacją. . 

Jake milczał, choć na pewno usłyszał jej słowa. Zjechał na bok i zatrzymał się 

na  światłach.  Odczekał  moment,  a  potem  obrócił  się  w  jej  stronę,  oparł  łokieć  na 

zagłówku fotela i spytał z ponurą miną: 

- Co taka fajna dziewczyna robi u boku takiego drania jak Carl? 

 

R S

background image

ROZDZIAŁ CZWARTY 

 

Joleen znieruchomiała, a Jake pożałował nagle swoich słów. 

- Co chciałeś przez to powiedzieć? - spytała ze złością. 

- Przepraszam. - Pokręcił głową. 

Zdawał sobie sprawę, że to unik, ale nie miał wyboru. Najchętniej ostrzegłby 

ją przed Carlem, ale nie chciał się mieszać w nie swoje sprawy. Od dawna wiedział, 

że lepiej trzymać się od brata z daleka; to podstawowy warunek życiowej pomyśl-

ności. Poza tym, gdyby chciał otwierać oczy każdej zainteresowanej Carlem ślicz-

notce, nie miałby czasu na nic innego. Zresztą żadnej by nie przekonał, bo dosko-

nale  wiedziały,  w  co  się  pakują  i  jakie  podejmują  ryzyko.  Kto  zaręczy,  że  Joleen 

jest inna niż wszystkie? Mimo wątpliwości jakiś wewnętrzny głos podpowiadał mu, 

że jeśli o to chodzi, trafił w dziesiątkę. 

- Nie powinienem poruszać tego tematu - wymamrotał.   

Optymistycznie zakładał, że Joleen zadowoli się ogólnikami. 

-  Ale  to  zrobiłeś,  więc  bądź  konsekwentny  -  nie  dawała  za  wygraną.  -  Nie 

możesz się nadziwić, że związałam się z facetem pokroju Carla. O co ci chodzi? 

Jake nie wiedział, jak się zachować; dyskrecja walczyła z elementarną uczci-

wością,  chęć  zachowania  dystansu  z  osobistym  zaangażowaniem.  Próbował  zbyć 

Joleen. 

-  Mniejsza  z  tym.  Jesteś  dorosła  i  nie  musisz  się  liczyć  z  cudzym  zdaniem. 

Nie pozwól, żeby Carl ci rozkazywał. 

- Skąd ci przyszło do głowy, że wydaje mi rozkazy? 

- Nie masz takiego wrażenia? 

- Skądże! - zaprzeczyła z irytacją. - Poprosił mnie tylko o przysługę. 

Jake uznał, że nie powinien zaprzątać sobie głowy tym, co łączy Carla i Jole-

en. Skoro ta dziewczyna dobrowolnie skazała się na życie z takim mężczyzną, in-

nym nic do tego. Nie zamierzał jej okłamywać ani wychwalać brata. Lepiej pilno-

R S

background image

wać własnych spraw. 

- Raz jeszcze przepraszam. Niepotrzebnie zacząłem tę rozmowę - powiedział, 

łudząc  się,  że  Joleen  nie  będzie  żądać  wyjaśnień.  Poczuł  na  sobie  jej  badawcze 

spojrzenie. 

- I co dalej? 

- A w czym rzecz? 

-  To  ja  zadałam  pytanie.  -  Była  rozgniewana.  -  Twoja  uwaga  była  dość  za-

gadkowa, więc musisz się wytłumaczyć. 

Jake z uśmiechem obserwował jej naburmuszoną twarz. 

- Kpisz sobie ze mnie? - spytała po chwili. 

- Nie - odparł. Kiedy na nią popatrzył, zrobiło mu się ciepło na sercu. - Pró-

buję ci tylko uświadomić, że moim zdaniem Carl nigdy nie prosi, tylko wydaje po-

lecenia. - Wzruszył ramionami. - Możesz to przyjąć do wiadomości albo odrzucić. 

- Rozumiem - powiedziała, wyraźnie odprężona. - Uważam, że nie masz racji. 

Jake skręcił w boczną drogę wiodącą do posiadłości Landonów. W aucie za-

padła  cisza.  Przez  kilkanaście  kilometrów  jechali  w  milczeniu.  Odetchnął  z  ulgą, 

gdy zaparkował na dziedzińcu. Po raz pierwszy  w  życiu tak się ucieszył na widok 

rodzinnego domu. 

- Dzięki za podwiezienie - rzuciła Joleen. Otworzyła drzwi, w chwili gdy za-

trzymał samochód. - To bardzo uprzejmie z twojej strony. 

-  Drobiazg.  -  Spojrzał  na nią  i przyznał  w  duchu,  że  gdy  się  złości,  staje się 

jeszcze ładniejsza. Oczy jej rozbłysły, zniknął wyraz zagubienia, z którym nie było 

jej do twarzy. Skarcił się w duchu; to nie jego sprawa. 

- Przepraszam, że mówiłam do ciebie podniesionym głosem - dodała przyjaź-

niej. - Nie mam pojęcia, czemu tak się rozzłościłam. 

Serce  Jake'a  zabiło  mocniej,  ale  powtarzał  sobie,  że  to  wykluczone,  by  mu 

zależało na tej dziewczynie. Taka sytuacja po prostu nie wchodzi w grę. 

-  Joleen...  -  zaczął,  wsłuchując  się  w  brzmienie  jej  imienia.  -  Gdzie  ty  się 

R S

background image

uchowałaś?  Skoro  tak  wyglądasz,  gdy  ogarnia  cię  złość...  -  Chciał  powiedzieć,  że 

przypomina  mu  bezradne  dziecko  we  mgle,  ale  po  namyśle  wybrał  oględniejszą 

wersję. - Gdyby przyszło ci mieszkać i pracować w miejskiej dżungli, nie miałabyś 

żadnych szans. 

Spojrzała  na  niego  bez  słowa,  a  potem  zaczęła  walczyć  z  fotelem  pasażera. 

Musiała go odsunąć, żeby zabrać walizkę leżącą na tylnym siedzeniu. 

- Pomogę ci - rzucił, obchodząc auto. - To nie jest takie proste. - Stanął za nią 

i wyciągnął ramię.   

W tej samej chwili cofnęła się i wpadła na niego. Machinalnie objął ją w talii, 

żeby  nie  upadła,  jęknął  bezgłośnie  i  zadrżał,  czując  przyjemne  ciepło  jej  ciała. 

Pachniała  świeżością.  Ta  woń  budziła  przyjemne,  lecz  niejasne  wspomnienie.  Jej 

perfumy wywoływały równie miłe i nieuchwytne skojarzenia. Mniejsza z tym. Za-

niepokoił go fakt, że uporczywie o tym myśli. Trzeba się natychmiast odsunąć. 

-  Przepraszam.  -  Joleen  go  uprzedziła,  robiąc  niezdarnie  krok  w  przeciwną 

stronę. 

- Nic nie szkodzi - odparł, zacisnął wargi i gwałtownym ruchem odsunął fotel, 

który skoczył nagle do przodu. 

Jake  chwycił  bagaż,  jednym  szybkim  ruchem  wyciągnął  go  z  samochodu  i 

kolanem zamknął drzwi. 

-  Tędy  -  mruknął,  odwracając  głowę.  Nie  chciał  być  taki  opryskliwy,  lecz 

wolał nie sprawiać wrażenia, jakby miał słabość do Joleen. 

- Gdzie są wszyscy? - dopytywała się z rozbawieniem. 

- O kim mówisz? - spytał i przystanął. Wygląda na to, że Carl nie zadał sobie 

trudu, by jej opowiedzieć, jak wygląda życie w ich rodzinnym domu. Ogarnęło go 

współczucie.  -  Personel  ma  wolne.  Zjawią  się  tu dopiero  w  przyszłym  tygodniu.  - 

Otworzył drzwi wejściowe. - Do powrotu Carla jesteś skazana na mnie i... 

- Jake? - Piskliwy głos Virginii Landon odbił się echem w całym domu. Tak 

było zawsze, gdy wracał na stare śmieci. - To ty, mój drogi? 

R S

background image

- ...i matkę - dokończył, spoglądając w oczy zaniepokojonej Joleen. Miał na-

dzieję, że nie zraziła się, słysząc chłód w jego głosie. Potem zawołał: - Tak, to ja... - 

Uznał,  że  trzeba  szybko  wyjaśnić  sytuację.  -  Od  kilku  dni  nie  wstaje  z  łóżka,  bo 

dokucza jej palec u nogi. Nie wiem dokładnie, o co chodzi. 

-  Przywiozłeś  dziewczynę  Carla?  -  odezwała  się  ponownie  Virginia,  a  Jake 

złośliwie stwierdził w duchu, że przykra dolegliwość nie osłabiła jej płuc. Z zado-

woleniem dostrzegł błysk niechęci w oczach Joleen, ale rozczarował się, gdy zaci-

snęła  wargi.  Chciał,  żeby  dała  wyraz  swemu  niezadowoleniu.  Gdy  spojrzała  na 

niego, pytająco uniósł brwi. 

- Jesteś gotowa na spotkanie z moją matką? 

- Wolałabym... - Nagle pobladła. - Skoro jest chora, może lepiej... 

- Tak łatwo się nie wykręcisz. - Jake parsknął śmiechem i ruszył korytarzem, 

niosąc  jej  walizkę.  -  Najpierw  zaprowadzę  cię  do  twojego  pokoju.  Pójdziesz  do 

niej, kiedy uznasz za stosowne. 

- Jake?! - krzyknęła Virginia. 

- Jesteśmy na parterze. Najpierw pokażę Joleen nasz dom. Wkrótce do ciebie 

zajrzy. - Nie miał ochoty na jałowe dyskusje, więc natychmiast poprowadził Joleen 

w  głąb  obszernej  rezydencji  do  miejsca  zwanego  przez  rodzinę  małym  mieszkan-

kiem. 

Carl  zamierzał  umieścić  narzeczoną  w  okazalej  urządzonych  apartamentach 

wschodniego skrzydła, ale po jego wyjeździe matka natychmiast wydała inne dys-

pozycje. Jake był przekonany, że z góry uprzedziła się do Joleen. Ta biedaczka nie 

miała pojęcia, że mimo woli naraziła się przyszłej teściowej, której zdaniem żadna 

kobieta  nie  była  godna  względów  Carla,  zwłaszcza  jeśli  pochodziła  z  niższych 

sfer...  tak  samo  jak  Landonowie.  Ojciec  Carla  i  Jake'a  był  litewskim  emigrantem, 

który  mimo  trudności  wyszedł  na  swoje  po  wielkim  krachu  na  giełdzie  w  roku 

1929.  Nazywał  się  John  Landowskas,  był  pogodnym  człowiekiem  dumnym  ze 

swego pochodzenia. Virginia i Carl od wielu lat dokładali starań, by je ukryć przed 

R S

background image

całym  światem.  Jake  śmiał  się  w  duchu  na  myśl,  że  właśnie  litewskie  korzenie  i 

małżeństwo  z  ubogą  dziewczyną  mogą  przysporzyć  Carlowi  głosów  podczas  wy-

borów. Z drugiej jednak strony w tej dziedzinie nie ma nic pewnego. Jake znał się 

na  ludziach,  ale  polityka  to  nie  jego  działka.  Na  tym  polu  Carl  odnosił  sukcesy. 

Skoro  dla  podreperowania  swych  notowań  chce  poślubić  Joleen,  nie  należy  się 

wtrącać. 

-  Gdzie  można  cię  znaleźć?  -  Dobiegający  z  tyłu  głos  wyrwał  go  z  zamyśle-

nia. - Masz pokój na górze? 

-  Nocuję  w  domku  dla  gości,  tuż  obok  rezydencji.  -  Otworzył  drzwi  miesz-

kanka. - Jesteśmy na miejscu. 

- Mam tu spać? 

-  Owszem  -  przytaknął,  stawiając  walizkę  na  podłodze.  Szerokim  gestem 

wskazał  kilka  pomieszczeń.  -  To  jest  przedpokój,  dalej  salonik,  mała  kuchenka  w 

głębi korytarza. - Ramię opadło, gdy dodał: - I sypialnia. 

-  Świetnie.  -  Joleen  przestąpiła  z nogi na  nogę  i  spojrzała  w  okno  zajmujące 

niemal całą ścianę. 

Jake poczuł się zakłopotany. Brakowało mu słów. 

- Korzystaj z telefonu, gdy tylko zechcesz. 

- Jak mogę cię złapać? - zapytała, spoglądając na niego ponownie. 

- Słucham? 

Poczuła na sobie zdziwione spojrzenie i natychmiast się zarumieniła. 

-  Chciałam  tylko  wiedzieć,  jak  mogę  się  z  tobą  skontaktować,  na  wypadek 

gdyby Carl zadzwonił i chciał ci przekazać jakąś wiadomość. 

-  Wie,  gdzie  mnie  szukać,  póki  tu  jestem.  Zresztą  mamy  gosposię.  We-

wnętrzny 01. A może 02? - Zastanawiał się przez chwilę. - Raczej 01. Domek dla 

gości 04. 

- Dzięki - wykrztusiła Joleen, jakby zabrakło jej tchu. Rozejrzała się i powtó-

rzyła  usłyszane  przed  chwilą  słowa:  -  Dopóki  jesteś?  Czy  to  oznacza,  że  wyjeż-

R S

background image

dżasz? Chcesz opuścić posiadłość? 

-  Owszem,  wkrótce  mnie  tu  nie  będzie.  -  Czyżby  w  jej  głosie  słyszał  żal? 

Wykluczone.  Nie  miała  żadnego  powodu,  aby  sobie  życzyć  jego  obecności.  To 

zwykła ciekawość albo zdawkowa uprzejmość. - Za szesnaście dni już mnie tu nie 

będzie. - Westchnął i oparł się o drzwi. - Sądziłem, że Carl ci wyjaśnił, co się dzieje 

w rodzinie, ale widzę, że tego nie zrobił. 

- Powinien był uprzedzić, z kim będę miała do czynienia? Czy stanowisz dla 

mnie zagrożenie? - Odruchowo cofnęła się o krok. 

Jake uśmiechnął się i odparł: 

-  Jestem  niebezpieczny  tylko  dla  Carla  i  jego  chytrych  planów.  To  jeden  z 

setki  powodów,  dla  których  źle  tu  o  mnie  mówią.  Carl  i  reszta  rodzinki  psują  mi 

opinię. 

- Nie rozumiem. 

Z uśmiechem wzruszył ramionami. Przyszło mu nagle do głowy, że skoro Jo-

leen jest narzeczoną Carla, zapewne podziela jego zapatrywania i może krytykować 

buntownicze  zapędy  przyszłego  szwagra,  a  skomplikowana  sytuacja  wcale  jej  nie 

ciekawi. 

-  Nie  sądzę,  żeby  cię  to  zainteresowało.  -  Klasnął  w  ręce.  -  Wystarczy,  jeśli 

powiem,  że  mam  inny  pogląd  na  prowadzenie  rodzinnych  interesów  niż  moi  naj-

bliżsi. 

- To bardzo ciekawe - powiedziała Joleen, rzucając mu badawcze spojrzenie. 

Już wiedział, że nie da się zbyć ogólnikami. - A konkretnie? 

Spojrzał jej prosto w oczy i nagle przyszła mu do głowy pewna myśl. Posta-

nowił  wyjaśnić, w czym rzecz. Miał nadzieję, że dzięki temu Joleen wreszcie zro-

zumie, kim jest naprawdę mężczyzna, którego zamierza poślubić. 

-  Piętnastego  odbędzie  się  posiedzenie  rady  nadzorczej  Konsorcjum  Lando-

nów.  Mamy  głosować  w  sprawie  małej  firmy  walczącej  o  przetrwanie.  Właściciel 

jest nam winien dużo pieniędzy, więc Carl chce ją przejąć, ale ja zrobię wszystko, 

R S

background image

co w mojej mocy, żeby go powstrzymać. 

- Dlaczego? 

- Bo tak mi nakazuje sumienie - odparł po chwili namysłu i tłumaczył dalej: - 

Inaczej mówiąc, nie podoba mi się, że wielkie molochy pochłaniają drobne rodzin-

ne firmy. Ten proces przypomina lawinę: gdy raz się zacznie, nic go nie powstrzy-

ma. 

-  Dodatkowe  wyjaśnienie  nie  było  potrzebne.  Od  razu  pojęłam,  co  masz  na 

myśli. Moja rodzinna Alvira to prowincjonalna dziura, ale i tam rozmawia się cza-

sem o sumieniu. Poza tym całym sercem jestem po twojej stronie. Kiedy dochodzi 

do wymuszonego bankructwa małego przedsiębiorstwa, ludzie tracą nie tylko źró-

dło utrzymania, lecz także własną godność i szacunek dla samych siebie. Podobnie 

jest, gdy wielkie supermarkety wypierają z rynku drobnych sklepikarzy. Okoliczni 

mieszkańcy  zatracają  wtedy  poczucie  wspólnoty.  Cieszę  się,  że  będziesz  głosował 

przeciwko wnioskowi. 

Przez chwilę patrzył na Joleen z nie ukrywanym zdziwieniem. Carl z pewno-

ścią nie znał jej od tej strony; na pewno strach go ogarnie, gdy odkryje całą prawdę. 

Jake zaniepokoił się nie na żarty. 

- Dzięki za poparcie - rzucił niepewnie. Rzadko miał okazję komuś dziękować 

lub wyrażać uznanie. - Nie zapominaj jednak, do kogo mówisz. 

Joleen długo mu się przyglądała. Tym razem nie poprosiła o wyjaśnienia. 

Rozpakowanie walizki zajęło jej mnóstwo czasu. Celowo przeciągała to zaję-

cie, układając i przekładając rzeczy,  by zyskać na czasie. Wcale nie było  jej pilno 

do spotkania z matką Jake'a i Carla. Z drugiej strony jednak ten ostatni zapewniał, 

że Virginia Landon jest uczynna i chętna do pomocy. Na myśl o tym Joleen od razu 

nabrała  pewności  siebie  i  postanowiła  stawić  czoło  wyzwaniu.  Trzeba  zadzwonić 

do gosposi; niech sprawdzi, czy pani Landon może ją teraz przyjąć. Podniosła słu-

chawkę i wystukała odpowiedni numer. 

- Słucham - rozległ się opryskliwy głos.   

R S

background image

Joleen odchrząknęła. 

-  Chciałabym  złożyć  wizytę  pani  Landon.  Czy  może  mi  pani  wyjaśnić,  jak 

mam się umówić na spotkanie? 

- Kto mówi? - spytała zniecierpliwiona rozmówczyni. 

- Joleen Wheeler. Przyjechałam niedawno i... - Zdała sobie sprawę, że mówi 

bzdury. - Carl i ja... - Zamilkła, nie wiedząc, jak dokończyć zdanie. 

- Ach tak! Oczywiście, ty jesteś Joleen. Możesz przyjść. 

- Wolałabym najpierw zadzwonić do pani Landon albo... 

-  Tu  Virginia  Landon,  kochanie.  -  Mówiła  uprzejmie,  ale  w  jej  głosie  po-

brzmiewał ton irytacji. - Wybrałaś numer mojego pokoju. 

- Bardzo przepraszam. - Joleen była zdruzgotana. - Tak mi przykro. Chciałam 

najpierw zadzwonić do gosposi. 

- Wewnętrzny zero. Mniejsza z tym, przyjdź tu zaraz. Czekam. - Virginia bez 

pożegnania skończyła rozmowę. 

Joleen powoli odłożyła słuchawkę. Dreszcz przebiegł jej po plecach, a dłonie 

miała  spocone.  Zaczynała  podejrzewać,  że  spotkanie  z  matką  Carla  będzie  trud-

niejsze, niż początkowo sądziła. 

Gdy ruszyła korytarzem, uświadomiła sobie, że nie ma pojęcia, gdzie jest sy-

pialnia Virginii Landon. Nagle poczuła nikłą woń „Shalimar", doskonałych perfum 

Guerlaina.  Znała  ten  zapach.  Marge  stwierdziła  kiedyś,  że  należy  jej  się  odrobina 

luksusu i  kupiła  sobie  tanią  podróbkę.  Skrapiała  się  pachnącą  wodą  tylko  w  Boże 

Narodzenie. Zapach snujący się w korytarzu był coraz bardziej wyrazisty; przypo-

minał perfumy Marge, ale wydawał się bardziej wyrafinowany - więcej pikanterii, 

mniej słodyczy. Joleen miała pewność, że Virginia nie kupuje tanich imitacji. 

Ody  dotarła  do  właściwych  drzwi,  przystanęła  na chwilę,  by  nabrać  odwagi, 

zapukała i weszła do środka. Virginia leżała na szezlongu niczym gwiazda filmowa 

z lat trzydziestych i oglądała telewizję. Kasztanowate włosy - trochę zbyt jaskrawe 

- zwinęła w ciasny kok. Wargi pomalowane czerwoną szminką przypominały cien-

R S

background image

ką linię. 

- Ty jesteś Joleen - przywitała ją, akcentując drugą sylabę imienia. Uśmiech-

nęła  się,  lecz  wyraz  oczu  pozostał  nie  zmieniony.  Wskazała  twarde  drewniane 

krzesło,  a  Joleen  usiadła na nim posłusznie,  choć  obok  stał  miękki  fotel.  -  Chcesz 

wyjść za mojego Carla, tak? - mruknęła Virginia, naciskając guzik pilota. 

-  Omawialiśmy...  taką  możliwość  -  odparła  Joleen,  zastanawiając  się,  czemu 

taka lwica salonowa ogląda seriale dla gospodyń domowych. 

- Skończyło się na ogólnej rozmowie?   

Joleen skinęła głową. 

- Nie podjęliśmy żadnej decyzji. 

- Naprawdę? Byłam przekonana, że wszystko już postanowione. A to nowina! 

- Kąciki czerwonych warg uniosły się lekko. 

Zza  ściany  dobiegło  stukanie  młotka.  Virginia  Landon  ponownie  zacisnęła 

usta, a potem krzyknęła, odwracając głowę ku ścianie: 

- Jake, mój drogi, możesz przerwać na chwilę? - Żadnej odpowiedzi. Mimo to 

zadowolona  z  siebie  pani  domu  spojrzała  znów  na  Joleen.  -  Carl  wspomniał,  że 

masz jutro uczestniczyć w inauguracji parku dla dzieci specjalnej troski. 

- Tak, prosił, żebym go zastąpiła. 

-  Pozwoliłam  sobie  zamówić  kilka  drobiazgów,  które  mogą  ci  się  przydać.  - 

Virginia  zmierzyła  ją  taksującym  spojrzeniem.  -  Wkrótce  zostaną  dostarczone. 

Mam nadzieję, że nie uznasz tego za nietakt. 

- W żadnym wypadku - zapewniła i odetchnęła głęboko, żeby się uspokoić. 

Znów  rozległo  się  postukiwanie  młotka,  a  Virginia  przewróciła  oczyma  i 

krzyknęła: 

- Jake, bardzo cię proszę, przestań tak walić!   

Zapadła cisza. Joleen zastanawiała się, na co czekają. 

W końcu Virginia raczyła na nią spojrzeć. 

-  Tak  się  fatalnie  złożyło,  że  cała  służba  ma  teraz  miesięczny  urlop.  Zamie-

R S

background image

rzałam  w  tym  czasie  wyjechać  do  Francji.  Niestety,  dom  wymaga  drobnych  na-

praw, ale mój młodszy syn odmówił wynajęcia ekipy i uparł się, że wszystko zrobi 

sam, więc mamy tu prawdziwą katastrofę. - Z niezadowoleniem pokręciła głową. 

Joleen miała ochotę zrobić to samo, ale się powstrzymała. 

- Czego sobie życzysz? - Od drzwi dobiegł nagle głos Jake'a. 

- Prosiłam tylko, żeby ustał ten piekielny hałas. - Virginia omdlewającym ru-

chem  ręki  zaprosiła  go  do  środka,  ale  nie  ruszył  się  z  miejsca.  -  Joleen  i ja  gawę-

dzimy właśnie o tym, jak będzie wyglądać jej przyszłość u boku Carla. 

- Naprawdę? - Podszedł bliżej i obrzucił badawczym spojrzeniem matkę i na-

rzeczoną brata. 

- Mówiłyśmy głównie o jutrzejszej uroczystości - wtrąciła Joleen. 

-  Owszem  -  przytaknęła  Virginia  głosem  słodkim  jak  miód.  -  Tłumaczyłam 

właśnie  tej  kochanej  dziewczynie,  że  jeśli  wziąć  pod  uwagę  okoliczności,  nie  ma 

lepszej kandydatki do roli gospodyni tej imprezy. 

- Jestem pewny, że stanie na wysokości zadania. - Jake zmarszczył brwi i po-

stąpił krok w stronę Joleen. - Bez wątpienia poradzi sobie lepiej niż Carl. 

- Serce mi pęka, gdy kpisz z brata. - Virginia zmarszczyła brwi i westchnęła. 

- Ja? Nie potrafię powiedzieć o nikim złego słowa. 

- Trudno mi w to uwierzyć - wtrąciła cicho Joleen. 

- Żartowałem. 

- Ja również - odparła. 

Przez chwilę patrzyli sobie w oczy, potem kąciki jego ust lekko się uniosły w 

porozumiewawczym uśmiechu. 

-  Moim  zdaniem  Joleen  sobie  poradzi.  -  Przerzucił  młotek  z  ręki  do  ręki.  - 

Masz jeszcze coś do mnie, czy mogę wrócić do pracy? 

- Co robisz jutro? 

- Wiesz doskonale, że do posiedzenia rady nadzorczej niczego nie planuję. 

 

R S

background image

-  Dobra  nowina.  W  takim  razie  dotrzymasz  Joleen  towarzystwa  podczas 

otwarcia „Ogrodu nadziei". 

- Wykluczone - mruknął. - Jest dorosłą kobietą i nie potrzebuje niańki. 

- Mój drogi, opacznie zrozumiałeś moje słowa. Nie twierdzę, że trzeba pilno-

wać  tej  dziewczyny.  -  Virginia  spojrzała  na niego  z  wyrzutem.  Po  latach praktyki 

miała to opanowane do perfekcji. 

Ciekawe,  pomyślała  Joleen.  Wystarczyło,  że  Virginia  Landon  odwróciła 

wzrok  i  nagle  całkiem  o niej  zapomniała.  Mówiła  tak,  jakby  miała  do czynienia  z 

przedmiotem, który należy dostarczyć z punktu A do punktu B. 

Po chwili milczenia dodała: 

-  Z  drugiej  strony  jednak  przydałaby  jej  się  pomoc  w  czasie pierwszego  ofi-

cjalnego wystąpienia. 

Joleen poczuła, że ma rumieńce na policzkach; potem nagle zbladła i zaczęła 

nieswoim głosem: 

- Proszę tylko o wskazówki, jak dojechać na miejsce. Na pewno dam sobie... 

- Bzdura! Poza tym mamy rzadką sposobność, by pokazać, że rodzina tworzy 

zwarty front. - Spojrzała Jake'owi w oczy. - Ostatnio nie jest z tym najlepiej. - Po-

nownie raczyła dostrzec Joleen. Uśmiechnęła się, ale spojrzenie pozostało chłodne. 

- Zresztą mój syn powiedział, że nie ma innych zajęć. 

Jake  znów  przysunął  się  bliżej.  Joleen  odniosła  wrażenie,  że  niczym  żywa 

tarcza chce stanąć między nią i matką. Czyżby próbował ją chronić przed Virginią? 

Gdy poczuła jego znajomy zapach, wydało jej się, że jest całkiem bezpieczna. Na-

gle  uświadomiła  sobie,  że  Virginia  i  jej  starszy  syn  najwyraźniej  tworzą  w  tej  ro-

dzinie zgodną koalicję. Mimo to nie mieściło jej się w głowie, że Carl chce dopro-

wadzić  do  upadku  jakiejś  małej  rodzinnej  firmy.  Przecież  jednym  z  głównych 

punktów jego programu wyborczego było popieranie drobnej przedsiębiorczości. 

-  Chętnie pomogę  Joleen,  ale  pod  warunkiem,  że  ona  sobie  tego  życzy  -  po-

wiedział Jake. 

R S

background image

- Szkoda, że nie wszyscy mogą liczyć na tyle kurtuazji z twojej strony. - Vir-

ginia głośno westchnęła. 

-  Nie  pora  na takie  rozmowy  -  rzucił  opryskliwie,  ale  nie  zwróciła  uwagi na 

jego słowa. 

- Wolisz pomagać obcym ludziom niż najbliższym. - Pokręciła głową i przy-

cisnęła dłoń do piersi. - Serce mnie boli, ilekroć o tym myślę. 

Joleen cofnęła się nieco. Postanowiła wyjść dyskretnie. 

-  Nie  zapominaj,  że  mówisz  o  narzeczonej  Carla,  która  niedługo  wejdzie  do 

rodziny - odparł Jake. 

Joleen poczuła dziwny ucisk w gardle, a Virginia odwróciła głowę i rzuciła jej 

lekceważące spojrzenie. 

- Zapewne. Czas pokaże. 

-  Przepraszam...  -  zaczęła  niepewnie  Joleen.  -  Pożegnam  się  już,  bo  chciała-

bym  teraz  pójść  do...  -  Właśnie:  dokąd  ma  iść?  Co  dalej?  Gdzie  się  schronić?  - 

Wrócę do siebie. 

- Odwiedź mnie za godzinę, kochanie. W tym czasie na pewno dostarczą za-

mówione ubrania. 

-  Dobrze.  -  Joleen  wyszła  z  pokoju, ale  w  progu  odwróciła  się na  moment.  - 

Chciałam  tylko  powiedzieć,  że  nie  ma  powodu,  żeby  się  pani  martwiła  jutrzejszą 

uroczystością. Na pewno nie przyniosę wstydu pani i Carlowi. 

-  Oczywiście,  kochanie.  Do  głowy  mi  to  nie  przyszło.  -  Virginia  była  zdzi-

wiona.  Joleen  odwróciła  się  z  uśmiechem.  Nim  odeszła,  usłyszała  kolejną  uwagę 

wypowiedzianą  do  Jake'a  przyciszonym  głosem.  -  To  bez  znaczenia.  Jutrzejsza 

uroczystość  wcale  nie jest  taka istotna.  Wkrótce  sprzedamy  tę parcelę.  Nie  można 

wykluczyć, że nowy właściciel zlikwiduje park. 

Godzinę później Joleen zastanawiała się gorączkowo, czy powinna zadzwonić 

do pani Landon i uprzedzić, że za chwilę przyjdzie. Po namyśle uznała, że nie na-

leży męczyć chorej telefonami. Wkrótce zapukała do drzwi. 

R S

background image

- Pani Landon? 

- Wejdź, kochanie - usłyszała w odpowiedzi, wślizgnęła się do pokoju i zoba-

czyła Virginię rozmawiającą przez telefon. - Przykro mi, ale muszę to potwierdzić. 

Cóż, nie można zapanować nad wszystkim. Muszę kończyć, bo czeka mnie zadanie 

wymagające ogromnego skupienia. Czyżby? Tak, tak. Potem do ciebie zadzwonię. 

- Cmoknęła słuchawkę i odłożyła ją na widełki. - Dostarczono przesyłkę. Poproszę 

Jake'a, żeby przyniósł tu paczki. 

- Nie trzeba, mogę sama... 

-  Jake!  -  Głos  Virginii  był  dziwnie  piskliwy,  gdy  zapominała  o  wytwornej 

modulacji. Kiedy z głębi domu odpowiedział jej stłumiony baryton, dodała głośno: 

- Musisz nam pomóc! 

Joleen  zmarszczyła  brwi.  Nie  chciała,  by  uznał  ją  za  bezradną  lalunię,  która 

nie potrafi wnieść na piętro kilku pudełek z ciuchami. Gdy stanął na progu, od razu 

zauważyła kropelki potu na czole. W ręku trzymał poziomicę i śrubokręt. 

- Słucham. - Zorientował się szybko, w czym rzecz i pobiegł do holu. Wkrót-

ce ułożył pudła na szezlongu. - Mogę wrócić do pracy? 

- W żadnym wypadku, mój drogi. Powinieneś otworzyć paczki. Wszystko jest 

bardzo starannie zalepione. Boję się o swój manikiur, a Joleen ma zbyt krótkie pa-

znokcie.  -  Spojrzała  wymownie  na  ręce  dziewczyny,  która  spuściła  wzrok  i  odru-

chowo  schowała  dłonie.  Daremnie  setki  razy  powtarzała  sobie,  że  nie  wolno  ob-

gryzać paznokci. 

Jakie wzruszył ramionami, wyjął z kieszeni scyzoryk i zaczął kolejno przeci-

nać taśmę na wszystkich pudłach. 

- Zrobione. Jeśli to już wszystko... - Ruszył w stronę drzwi. 

- Chętnie wysłuchamy zdania mężczyzny - zawołała Virginia. 

- Moja opinia jest bez znaczenia - odparł i wyszedł z pokoju. 

Gdy zniknął w korytarzu, Virginia powróciła do rozmowy o ciuchach. 

-  Nie  wiedziałam,  jaki  nosisz  rozmiar.  Musiałam  zdać  się  w  tej  kwestii  na 

R S

background image

wskazówki  Carla.  Otwórzmy  najpierw  większe  pudło.  Jest  tam  kilka  ładnych  rze-

czy. 

Joleen  podeszła  do  paczki  i  zaczęła  przeglądać  jej  zawartość.  Nie  wierzyła 

własnym oczom. 

- Obawiam się, że zaszła pomyłka - powiedziała, sięgając po turkusowy ciuch 

o rozmiarach namiotu. 

-  Skądże,  kochanie.  Uznałam,  że  ten  kolor  do  ciebie  pasuje  i  chyba  się  nie 

pomyliłam. 

- Chodzi o rozmiar - odparła Joleen, z niedowierzaniem przyglądając się ob-

szernej  kreacji.  -  Zwykle  kupuję  znacznie  mniejsze  ubrania.  -  Była  dość  pulchna, 

ale  gdyby  przy  swoim  wzroście  miała  wagę  odpowiednią  do  tego  rozmiaru,  wy-

glądałaby jak duża piłka. 

- Chyba to zwrócimy... - W głosie Virginii dało się słyszeć wahanie. Pytająco 

uniosła brwi. - Wszystkie rzeczy są za duże? 

- Oczywiście. Mój rozmiar to piątka. 

-  O  Boże!  Carl  wspomniał...  Mniejsza  z  tym.  Zajrzyj  do  drugiego  pudełka. 

Wydaje mi się, że tam znajdziemy coś odpowiedniego - powiedziała lekceważącym 

tonem. 

Joleen  nie  podzielała  jej  optymizmu,  ale  bez  protestu  sięgnęła  do  kolejnej 

paczki.  Jedynym  ciuchem  o  właściwym  rozmiarze  okazała  się  wieczorowa  mała 

czarna, głęboko wydekoltowana z przodu i na plecach, bardzo krótka, na dodatek z 

rozcięciami na spódnicy. 

Kiedy Joleen położyła ją na pudełku, Virginia zawołała: 

- Znakomicie! O to nam chodziło. Przymierz ją. 

- Moim zdaniem nadaje się tylko na wieczór. 

- Bzdura. Pasuje i do sytuacji, i do ciebie. Przymierz natychmiast. 

-  Sądziłam,  że  najlepszy  byłby  skromny  kostium  z  bawełny  w  stylu  Jackie 

Kennedy. - Joleen czuła się zakłopotana. Nie chciała wyglądać jak Madonna. 

R S

background image

Virginia wybuchnęła piskliwym śmiechem. 

- Nie próbuj się wzorować na Jackie Kennedy. Wierz mi, doskonale wiem, co 

do ciebie pasuje. Przymierz tę sukienkę - poleciła tonem nie znoszącym sprzeciwu i 

wskazała drzwi do łazienki. 

Joleen  nie  odważyła  się  zaprotestować  i  posłusznie  zamknęła  je  za  sobą. 

Przebrała się szybko, stanęła przed lustrem i oniemiała Z przerażeniem patrzyła na 

głęboki dekolt i króciutką spódniczkę. Czuła się obnażona. Równie dobrze mogłaby 

paradować po parku  w  kostiumie kąpielowym.  Postanowiła  sobie  w duchu,  że  nie 

wystąpi publicznie w takim stroju. 

- Jak ci idzie? - dobiegł ją głos Virginii. 

- Moim zdaniem ta sukienka się nie nadaje - odparła. 

- Szczerze mówiąc... 

- Wyjdź stamtąd i pokaż mi się. 

- Chwileczkę. - Spojrzała  w lustro, myśląc gorączkowo, co zrobić, by wyzy-

wająca suknia wyglądała nieco skromniej. Zza drzwi dobiegły przyciszone głosy. 

Kiedy  wyszła  z  łazienki,  poczuła  na  sobie  badawcze  spojrzenie  Virginii...  i 

Jake'a. 

- Tak ją sobie wyobrażałam. Pięknie wygląda, prawda, mój drogi? 

- Fantastycznie. - Jake spojrzał w oczy Joleen i uśmiechnął się przyjaźnie. Od 

razu poczuła,  że  ma  w  nim  sprzymierzeńca.  Popatrzył  na  matkę.  -  W  innych  oko-

licznościach głosowałbym za tą sukienką, ale wydaje mi się, że podczas jutrzejszej 

uroczystości Joleen będzie się w niej czuła niezręcznie. 

-  Czy  kobieta  może  się  wstydzić  swojej  urody?  -  perorowała  Virginia.  -  Po-

dejdź bliżej, kochanie, i pozbądź się fałszywej skromności. Musisz zwrócić na sie-

bie  uwagę  dziennikarzy,  i  to  szybko.  Sukienka  załatwi  sprawę.  Wierz  mi,  jeśli 

mężczyźni będą patrzeć na ciebie z podziwem, Carl tylko na tym zyska. 

-  Wracając  do  naszej  rozmowy.  Co  z  boazerią  w  niebieskim  pokoju?  -  Jake 

pospiesznie zmienił temat. - Kładziemy, czy zostawiamy zwykłe ściany? 

R S

background image

- Jestem za boazerią. 

- Dobra - mruknął, przerzucając śrubokręt z ręki do ręki.   

Odwrócił się i ruszył ku drzwiom. 

- Jake! 

Zatrzymał się natychmiast. 

-  Powinieneś  chyba  powiedzieć  Joleen  jakiś  komplement.  Przecież  ślicznie 

wygląda w tej sukience. 

Odwrócił  się,  pochylił  głowę,  spojrzał  dziewczynie  prosto  w  oczy  i  powie-

dział. 

- Świetnie wyglądasz. Daj mi znać, jeśli będziesz chciała pojechać do sklepu 

po dodatki. Na pewno znajdę czas, żeby cię podwieźć. 

- Dziękuję - odparła zmienionym głosem, a potem zwróciła się do Virginii: - 

Trochę mi chłodno, pójdę się przebrać. - Wskazała ręką drzwi łazienki i pospiesz-

nie ruszyła w ich stronę. 

- Dobrze, bardzo dobrze - odparła zamyślona Virginia, a Joleen nie wiedziała, 

czy jej tylko przytakuje, czy ma na myśli zalety małej czarnej. - Jestem bardzo za-

dowolona. Carl nie uwierzy, kiedy mu powiem, jak szybko znalazłyśmy wyjście z 

sytuacji. 

Joleen ponownie stanęła przed lustrem, szukając sposobu, żeby jej nowa kre-

acja  stała  się  mniej  wyzywająca,  a przy  tym  zachowała  walory,  które  sprawiły,  że 

Virginia uznała ją za odpowiednią na jutrzejszą uroczystość. Mimo to wątpliwości 

pozostały: czy można wystąpić za dnia w takiej sukience? Raczej nie, ale Virginia 

była innego zdania i trzeba wziąć to pod uwagę. 

Przebrała się i niechętnie wyszła z łazienki. 

- Cieszę się, że mamy już odpowiednią kreację - powiedziała Virginia. - Pew-

nie będziesz chciała kupić sobie więcej nowych rzeczy - dodała, obrzucając Joleen 

taksującym  spojrzeniem  -  i  to  szybko.  Otworzę  ci  rachunek u  Neimana. Mają  tam 

świetną konfekcję. 

R S

background image

- To bardzo uprzejmie z pani strony, ale... 

- Robię to dla mego Carla. Nie zapominaj, że potrzebna ci będzie suknia wie-

czorowa na bal u gubernatora, który odbędzie się w przyszłym tygodniu. Wycięłam 

z magazynów mody kilka zdjęć, żeby ułatwić ci wybór. 

- O czym pani mówi? Jaki bal? - Joleen znieruchomiała z przerażenia. 

Virginia podała jej plik spiętych biurowym klipsem kolorowych stron i popa-

trzyła  chłodno,  jakby  nie  rozumiała,  o  co  chodzi.  Jak  tak  dalej  pójdzie,  wszyscy 

Landonowie  uznają  Joleen  za  malkontentkę,  która  próbuje  się  uchylić  od  wypeł-

niania swych obowiązków. 

- Bardzo przepraszam, ale po raz pierwszy słyszę o tym balu. Jestem pewna, 

że Carl wszystko mi wyjaśni, skoro mamy tam być. 

-  Syn  poprosił,  żebym  go  wyręczyła  i  pomogła  ci  wybrać  odpowiednią  kre-

ację. - Virginia spojrzała na nią z wyrzutem. 

- Rozumiem. - Joleen poczuła się winna.   

Niechcący popełniła błąd, który został jej natychmiast wytknięty. Postanowiła 

sobie  w  duchu,  że  od  tej  chwili  będzie  próbowała  zjednać  sobie  Virginię.  Trzeba 

zyskać sympatię wszystkich Landonów. 

 

R S

background image

ROZDZIAŁ PIĄTY 

 

-  Bardzo  mi  przykro,  że  jesteś  skazany  na  moje  towarzystwo  -  powiedziała 

Joleen,  gdy  Jake  zaparkował  samochód  na  ruchliwej  ulicy.  -  Na  pewno  masz 

znacznie ciekawsze zajęcia niż udawanie mego kierowcy. 

Spojrzał na nią z miną męczennika, a dłonie uniósł w obronnym geście. 

- Nikt do niczego mnie nie zmuszał. 

-  A  twoja  matka?  Szczerze  ci  współczuję,  bo  znalazłeś  się  w  sytuacji  bez 

wyjścia, gdy kazała ci tu przyjechać. Jeśli chcesz, ruszaj do domu. Wrócę sama. 

-  Matka  nie  ma  wpływu  na  moje  decyzje,  odkąd  skończyłem  dziesięć  lat  - 

wyjaśnił, a Joleen spojrzała na niego z niedowierzaniem. Roześmiał się serdecznie. 

- No dobrze, nie będę cię oszukiwać. Zyskałem niezależność dopiero jako dwuna-

stolatek.  Tak  czy  inaczej  Virginia  od  dawna  nie  próbuje  mi  niczego  nakazać.  Je-

stem tu, bo chcę ci pomóc. 

Serce Joleen zabiło mocniej, ale nie spojrzała na Jake'a. 

-  Chyba  zdajesz  sobie  sprawę,  że  to  spotkanie  jest  częścią  kampanii  wybor-

czej Carla. - Uznała, że trzeba zmienić temat. 

- Owszem, ale to nie moja sprawa. Jestem tu dla ciebie. 

Skoro postanowiłaś uczestniczyć  w tym przedwyborczym cyrku i, co gorsza, 

związać się z Carlem, muszę ci jakoś pomóc. Zrobię wszystko, żeby ci to ułatwić. 

Po raz kolejny dał jej do zrozumienia, że wychodząc za Carla, popełni wielki 

błąd. 

- Nie czuj się urażony - powiedziała chłodno - ale Carl nie byłby zadowolony, 

gdyby  cię  teraz  słyszał.  Wydaje  mi  się,  że  nie  pochwalasz  mojej  decyzji.  Twoim 

zdaniem powinnam z niego zrezygnować? 

- Tego nie powiedziałem. - Jake wzruszył ramionami. - Wydaje mi się, że je-

steś bardzo zdeterminowana, skoro się w to pakujesz. 

- Możesz wyrażać się jaśniej? 

R S

background image

- W zasadzie to nie moja sprawa. - Ruszyli przez przejście dla pieszych. - Ale 

jeśli chcesz znać moją opinię... 

- Nie zapominaj, że sama zapytałam cię o zdanie.   

Przystanął na wysepce i spojrzał jej w oczy. Na moment całe miasto zniknęło, 

uliczny hałas przycichł, a jaskrawe światła przygasły. 

- Jestem przekonany, że udajesz dziewczynę, którą nie jesteś i grasz rolę, któ-

ra do ciebie nie pasuje. Za wszelką cenę starasz się zadowolić tego drania, któremu 

nie chciało się tutaj przyjechać. 

Joleen  wstrzymała  oddech.  Spodziewała  się,  że  usłyszy  ostre  słowa,  ale  ten 

wybuch całkiem ją zaskoczył. 

-  Nie  masz  racji  -  próbowała  się  bronić.  -  Z  twoich  słów  można  wysnuć 

wniosek, że wszystko nas różni. Wierz mi, nie gram żadnej roli i niczego nie uda-

ję... 

- To chyba nieporozumienie - odparł z irytacją, obserwując uważnie jej twarz. 

- W takim razie co masz na myśli? 

- Dam przykład: choćby ta kiecka. Czy jest w twoim stylu? Dobrze się w niej 

czujesz? 

- Strój nic dla mnie nie znaczy. Dlaczego wspomniałeś o sukience? 

- Bo to istotny element sytuacji. - Światło zmieniło się na zielone, więc szyb-

ko przecięli ulicę. - Musisz przyznać, że dobrowolnie nie włożyłabyś takiej kreacji. 

A jednak, kiedy Virginia stwierdziła, że to dobry wybór, od razu jej przytaknęłaś. 

- Nie powiedziałam, że mi się podoba. Twoja matka lepiej zna się na modzie, 

więc nie protestowałam, gdy dokonała za mnie wyboru. 

- Twoje wyczucie jest ważniejsze niż opinia mojej matki - powiedział ze zło-

ścią, a potem dodał ciszej: - Ja bym jej nie zaufał. 

Joleen  gotowa  była  mu  przytaknąć,  ale  miała  świadomość,  że  jej  małomia-

steczkowy  gust nie przystaje do realiów  wielkiego miasta, więc lepiej unikać spo-

rów z panią Landon - wielką damą, która uchodziła za wyrocznię w dziedzinie mo-

R S

background image

dy oraz dobrych obyczajów; w pewnych kręgach należy wiedzieć, co wypada, a co 

nie. 

- Łatwo ci mówić - powiedziała w końcu. 

- Przeciwnie - odparł, śmiejąc się gorzko. 

-  To  jest przecież  twoje  środowisko. Żyjesz  w  nim  od  chwili,  w  której  przy-

szedłeś na świat, prawda? 

- Chcesz powiedzieć, że żyję w sieci kłamstw? Masz rację. - Jake popatrzył na 

nią  i  wsadził  ręce  w  kieszenie.  -  Na  szczęście  dawno  zdecydowałem,  że  nie  chcę 

tego ciągnąć. Jak ty zamierzasz się z tym uporać? 

Zakłopotana  Joleen  westchnęła  głęboko.  Potem  wzruszyła  ramionami  i  po-

wiedziała: 

- Nie chcę kłamać. 

- Zapytam inaczej. Czy bawi cię kampania wyborcza i styl życia mojej rodzi-

ny? 

-  Nie  wiem.  Dotąd  nie  miałam  okazji,  by  się  o  tym  przekonać.  Myślę,  że  z 

czasem wyrobię sobie na ten temat własne zdanie. 

-  W  takim  razie  później  do  tego  wrócimy.  Chodźmy  zobaczyć,  co  się  tam 

dzieje. - Jake wskazał ręką tłum zgromadzony przed wejściem do parku. 

Byli  tam  dziennikarze,  działacze  mchów  ekologicznych  oraz  pracownicy 

„Ogrodu nadziei". Joleen zastanawiała się przez chwilę, ilu z nich przyszło na uro-

czyste  otwarcie,  bo  ekipa  telewizyjna  robiła  z niego  reportaż.  Skarciła  się od  razu 

za  tę  myśl.  Nie  miała  powodu,  by  podejrzewać  innych  ludzi  o  przesadną  intere-

sowność. 

Podeszła do nich rudowłosa dziewczyna i wyciągnęła rękę na powitanie. 

-  Joleen  Wheeler?  -  spytała.  -  Jestem  Nancy  Miggilin,  współtwórczyni  pro-

jektu „Czystość i zieleń". Bardzo się cieszę, że nas pani odwiedziła. 

Joleen uścisnęła jej dłoń i uśmiechnęła się przyjaźnie. 

- Miło mi panią poznać. 

R S

background image

- Witaj, Jake - powiedziała Nancy. - Nie widzieliśmy się całe wieki. 

Jake pokiwał głową i uśmiechnął się tajemniczo. Joleen nie miała pojęcia, co 

znaczą ich porozumiewawcze spojrzenia. Nagle poczuła się nieswojo. 

-  Co dalej?  -  rzuciła  Nancy,  zacierając  ręce.  - Macie  ochotę na  krótki  spacer 

po naszym parku? 

Ruszyli  wolnym krokiem. Jake trzymał się z tyłu, a Nancy szła obok Joleen, 

pokazując  rozmaite  atrakcje  „Ogrodu  nadziei"  i  gestykulując  z  wielkim  zapałem. 

Opowiadała o kwietnikach, ogródkach warzywnych oraz imponującej hodowli ziół. 

Z  dumą  wspomniała  o  programie  resocjalizacji  młodzieży,  którego  efektem  był 

niewielki, ale obiecujący spadek przestępczości w najbliższej okolicy. 

- Mamy nadzieję, że w przyszłym roku będziemy sprzedawać nasze warzywa 

na sobotnich targach. 

Za  rok?  -  Joleen  zastanowiła  się  przez  chwilę.  To  chyba  pomyłka.  Nim  zdą-

żyła wyjaśnić wątpliwość, Jake, który został w tyle, podszedł bliżej, a Nancy doda-

ła: 

- Nie potrafię wyrazić słowami, jak ważna jest dla nas zgoda pana Landona na 

użytkowanie tej parceli. Mam nadzieję, że będziemy mogli tu pracować długie lata. 

Joleen  machnęła  ręką  na  drobne  nieścisłości,  ponieważ  zaniepokoił  ją  inny 

fragment wywodów Nancy. 

- Ma pani na myśli tę lokalizację? 

-  Oczywiście  -  przytaknęła  z  uśmiechem  Nancy.  -  Pan  Landon  zapewnił,  że 

pozwoli nam dzierżawić ten teren, jak długo zechcemy. Ta ustna umowa wygaśnie 

dopiero wtedy, gdy działka zostanie sprzedana. Mam nadzieję, że nie zamierza się 

stąd wyprowadzić ani likwidować interesów w Dallas? 

-  Nie  znam  się  na  interesach,  ale  wydaje  mi  się,  że  nie  ma  takich  planów. 

Chwileczkę!  - Nagle zrozumiała, w czym rzecz. - Wszystko jasne! Domyślam się, 

że  nowi  właściciele  zgadzają  się,  żebyście  nadal prowadzili  tu swoją  działalność; 

dzięki temu park ocaleje! 

R S

background image

- Słucham? - Nancy przymknęła oczy i z uwagą spojrzała na rozmówczynię, 

która nagle straciła pewność siebie. 

- Parcela została sprzedana. - Joleen popatrzyła na Jake'a. - Prawda? 

- Nie wiem. Wiesz, że nie interesuję się rodzinnymi finansami. - Oczy płonęły 

mu jak w gorączce. 

- Prawdę mówiąc, ja również słabo się w nich orientuję - przyznała z rozbra-

jającą szczerością. - Sprawa jest ważna, więc spróbuję się czegoś dowiedzieć. 

- Wszystko jasne - odparła ponuro Nancy. - Dziękuję za obietnicę wyjaśnienia 

sprawy,  ale  nie  warto  się  trudzić.  W  tym  wypadku  zbieranie  informacji  to  strata 

czasu. Trzeba po prostu działać. 

-  Czy  jest  w  okolicy  jakiś  stały  plac  zabaw?  Wokół  niego  mógłby  powstać 

nowy ogród. W ten sposób wasza praca nie poszłaby na marne. 

Nancy pobladła i wykrztusiła z trudem: 

- Problem w tym, że nie mamy tu żadnych terenów parkowych. - Zamilkła na 

chwilę  i  dodała  ostrym  tonem,  w  którym  pobrzmiewał  gniew:  -  Właśnie  dlatego 

zgoda pana Landona na użytkowanie jego parceli była dla nas tak ważna. 

- Jest przecież wiele terenów należących do miasta, które w ogóle nie są wy-

korzystane.  Widziałam  zarośnięty  plac  na  zachód  od...  Nie  pamiętam  nazw  ulic... 

Jestem  pewna,  że  władze  miasta  chętnie  przystaną  na  jego  zagospodarowanie, 

zwłaszcza jeżeli wasza organizacja zrobi to społecznie. 

- Mamy doprowadzić teren do porządku, a potem gubernator Landon zlikwi-

duje park, postawi tam kolejny wieżowiec i wynajmie go bogatym firmom? - spy-

tała Nancy lodowatym tonem. 

Joleen była zdezorientowana. Miała wrażenie, że plecie głupstwa. Ta rozmo-

wa była dla niej ciężką próbą. Zrobiło jej się słabo; poczuła, że blednie. 

- Proszę nie brać wszystkiego, co mówię, za pewnik, panno Miggilin - dodała 

słabnącym głosem. - Trzeba się najpierw upewnić, jakie są fakty. Mogę się mylić w 

kwestii sprzedaży. 

R S

background image

- To prasa powinna się zająć tą sprawą! - Nancy odwróciła się w stronę tłumu 

i krzyknęła: - Mam nowiny! 

-  To  straszne!  -  jęknęła  Joleen.  -  Niech  pani  tego  nie  robi!  Sama  wszystko 

sprawdzę. Proszę nie przysparzać Carlowi kłopotów. - Ten argument chyba nie tra-

fił  Nancy  do  przekonania.  -  Niech  pani  pomyśli  o  dzieciach,  o  swoich  współpra-

cownikach. Jak to na nich wpłynie! 

Dziennikarze nieubłaganie zbliżali się w ich stronę. 

- Nancy - odezwał się milczący dotąd Jake. - Wiesz, że nie lubię się wtrącać, 

ale uważam, że Joleen ma rację. Jeśli informacja okaże się nieprawdziwa, wszyscy 

na tym stracimy. 

Po  chwili  namysłu  szefowa  „Ogrodu  nadziei"  pokiwała  głową.  Gdy  dzienni-

karze podbiegli, wyjaśniła krótko: 

- To jest żona pana Landona. 

- Raczej narzeczona - sprostował Jake. 

-  W  zasadzie  to  my  jeszcze...  -  próbowała  dodać  Joleen,  ale  nikt  jej  nie  słu-

chał. 

-  Jak  długo  jesteście  zaręczeni?  Gdzie  się  spotkaliście?  Jak  się  czuje  prosta 

dziewczyna, gdy wchodzi do jednej z najbogatszych rodzin w kraju? - Pytaniom nie 

było końca. 

- Ja... - próbowała odpowiedzieć.   

Jake podszedł bliżej i powiedział głośno: 

-  Jedno  wyjaśnię  od  razu,  by  uniknąć  wątpliwości.  Joleen  nie  jest  zaręczona 

ze mną, tylko z moim bratem Carlem. - Poczuła na sobie jego badawcze spojrzenie. 

Można  by  pomyśleć,  że  widzi  ją  na  wylot.  Serce  waliło  jej  jak  młotem;  czuła  się 

niepewnie. - Uważam - dodał po chwili Jake - że Carl jest szczęściarzem. 

Klacz niecierpliwie poruszyła się w  boksie. Jake otworzył drewniane drzwi i 

pogładził smukłą szyję. Przeczesał palcami grzywę i głaskał chrapy swej ulubieni-

cy. 

R S

background image

-  Tak,  wiem  -  powiedział  cicho.  -  Chcesz  stąd umknąć.  Doskonale  cię  rozu-

miem. 

- Dzień dobry! - Od wejścia dobiegł kobiecy głos. - Jest tu ktoś? 

Skąd ona się tu wzięła, pomyślał Jake i znieruchomiał. Przeczesał włosy pal-

cami i wyprostował się pospiesznie. 

-  Tutaj!  -  Wychylił  się  z  boksu  i  ujrzał  nadchodzącą  Joleen.  -  Potrzebujesz 

pomocy? - spytał, nie zwracając uwagi na niespokojne kołatanie serca. 

- Przyszłam ci tylko powiedzieć, że... przemyślałam kilka spraw. 

- Chodzi ci o dzisiejszą uroczystość? 

W milczeniu pokiwała głową i oparła się o drzwi przeciwnego boksu. 

- Wczoraj, dziś, jutro. Wszystko się łączy. - Popatrzyła na stojącą w zagrodzie 

klacz. - Jak ma na imię? 

- Kabała - odparł, a Joleen spojrzała na niego rozbawiona. - Naprawdę tak ją 

nazwałem.  To moja reproduktorka. Pochodzi w prostej linii od Sekretarza, najlep-

szego konia wyścigowego, jaki kiedykolwiek istniał. To oczywiście moja opinia. 

- Pamiętam go! Na początku lat siedemdziesiątych zdobył trzy najważniejsze 

trofea. 

-  W  siedemdziesiątym  trzecim.  -  Jakie  pokiwał  głową.  -  Nie  wiedziałem,  że 

interesujesz się wyścigami. 

- Wygrałam ćwierć dolara, bo na niego postawiłam. Mój wujek był prawdzi-

wym hazardzistą, ale nie docenił Sekretarza. - Roześmiała się głośno. 

- Ale ty wygrałaś - przypomniał Jake. 

- Twoja Kabała wygląda na bardzo niecierpliwą - powiedziała, gładząc klacz 

po  chrapach.  -  Można  by  pomyśleć,  że  chce  się  stąd  wyrwać  i  uciec  na  koniec 

świata. 

-  Taki  ma  plan.  Niestety,  na  wybiegu  trzymam  ogiera,  który  nie  jest dla niej 

odpowiednim partnerem. - Poklepał zwierzę po szyi. - Musimy zachować czystość 

rasy. 

R S

background image

- Decydujesz za nią, prawda? Nie pozwalasz jej dokonać wyboru - skarciła go 

roześmiana Joleen. 

- Beze mnie byłaby całkiem zagubiona. Robię to dla jej dobra. W przeciwnym 

razie mogłaby ją spotkać przykra niespodzianka. 

- Wiem o czym mówisz. 

Zapadło milczenie. Jake próbował spojrzeć w niebieskie oczy Joleen, ale uni-

kała jego wzroku, przyglądając się klaczy. Odwróciła się do niego plecami. 

-  Nie  rób  sobie  wyrzutów  -  stwierdził,  pozornie  bez  związku.  -  Chodzi  mi  o 

twoją wpadkę podczas uroczystości w parku. 

- Nie masz racji. Zachowałam się karygodnie - odparła, nadal nie patrząc mu 

w oczy. - Naraziłam na szwank reputację Carla. 

- Moim zdaniem on sam się pogrąża. 

- Zapewne. Odwróciła się nareszcie. 

-  To  wcale  nie usprawiedliwia  mojego  postępowania. Mówiłam  bez  zastano-

wienia i niewiele brakowało, żebym mu naprawdę zaszkodziła. 

- Nie przyszło ci do głowy, że byłabyś szczęśliwsza, gdybyś nie zastanawiała 

się ciągle, co wypada powiedzieć i o czym nie należy wspominać? 

- Mam wszystko, czego mi potrzeba do szczęścia. 

- Czyżby? - Jake podszedł bliżej. 

Stała nieruchomo, nie cofnęła się ani o krok. 

- Tak - odpowiedziała natychmiast. Skrzyżowała ramiona na piersi i oznajmi-

ła hardo: - Jestem teraz spokojna o swoją przyszłość. Do tej pory nie miałam takie-

go poczucia bezpieczeństwa. 

- Czego oczekujesz od życia? - zapytał szeptem. 

-  Chcę  sama  do  czegoś  dojść,  pomagać  ludziom,  zajmować  się  chorymi 

dziećmi. 

- Mogłaś to robić w Alvirze. 

-  Marzy  mi  się  udział  w  przedsięwzięciach  ważniejszych  niż  lokalne  inicja-

R S

background image

tywy mieszkańców prowincjonalnej mieściny, w której nic się nie dzieje - odparła, 

spoglądając na niego z wrogim błyskiem w oczach. 

-  Doceniam to,  że  chcesz  pomagać  innym.  Większość  ludzi  widzi  tylko  czu-

bek swego nosa. 

- Moim zdaniem wszyscy nawzajem sobie pomagamy. Nie jestem wyjątkiem. 

- Większość ludzi nie zgodzi się z tobą. 

-  Jesteś  dobrym  człowiekiem,  Jake.  -  Tym  razem  popatrzyła  na  niego  łaska-

wiej. - Szkoda, że niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę. 

- Nie obchodzi mnie ich zdanie. Mało jest osób, których opinia coś dla mnie 

znaczy. 

- Ja się chyba do nich nie zaliczam. 

Chciał  zaprzeczyć,  ale  wzruszył  tylko  ramionami  i  bez  słowa  popatrzył  na 

klacz. 

- Biega na wyścigach? 

-  Nie, ale  jej  źrebaki  zapoczątkują moją hodowlę.  -  Delikatnie pogładził Ka-

bałę  po  grzbiecie.  Niespodziewanie  dotknął  palców  Joleen,  która  także  głaskała 

klacz. Nerwowo spojrzał na zegarek. - Wkrótce mam spotkanie. Pytałem, czy mogę 

ci w czymś pomóc. 

- Nie tym razem - odparła z uśmiechem. Wyglądała prześlicznie. - Chciałam 

ci tylko podziękować, że mnie dzisiaj zawiozłeś do miasta. 

- Nie ma za co. - To była dla mnie wielka przyjemność, pomyślał, ale nie po-

wiedział tego na głos. 

- Cóż. Raz jeszcze serdeczne dzięki. 

Ruszyła do wyjścia, ale przystanęła nagle i odwróciła się do Jake'a. 

-  Ty  i  Virginia uważacie,  że  nie  pasuję  do  rodziny,  ale  naprawdę  staram  się, 

jak mogę, aby Carl był ze mnie dumny. 

- Zdaję sobie z tego sprawę - powiedział i w tej samej chwili przyszło mu do 

głowy, że ten drań nie jest tego wart. 

R S

background image

- Może z czasem mnie polubisz - dodała Joleen. 

-  Skąd  ci przyszło  do  głowy,  że  za  tobą nie przepadam?  -  oburzył  się  nie  na 

żarty. 

- To chyba oczywiste - odparła, zaskoczona jego wybuchem. - Pytałeś, czemu 

taka dziewczyna jak ja związała się z Carlem. Zarzuciłeś mi, że udaję i stroję się w 

cudze piórka. 

- Wypraszam sobie! Nigdy tego nie mówiłem! 

- Przeciwnie. Użyłeś tylko innych słów. 

- Chyba źle mnie zrozumiałaś. Chodziło mi o to, że niepotrzebnie dostosowu-

jesz  się  do  cudzych  wymagań  i  pozwalasz,  by  inni  tobą  dyrygowali.  Nie  pasujesz 

do środowiska, w którym obraca się Carl. 

- Uważasz mnie za prowincjonalną gąskę? 

- Nieprawda! - stwierdził z oburzeniem i nagle zabrakło mu słów. Przez mo-

ment szukał właściwego określenia. - Po prostu jesteś romantyczna. 

- To brzmi jak synonim idiotki. 

-  Nie.  -  Energicznie  pokręcił  głową.  -  Pochodzisz  z  małej  mieściny,  gdzie 

wszyscy się znają i wiedzą o sobie wszystko. Jak wiele dziewczyn z prowincji, na 

podstawie filmów i książkowych romansów ukształtowałaś sobie idealną wizję mi-

łości i małżeństwa. Prawda jest taka, że codzienność nie przystaje do naszych ma-

rzeń. 

- Czyżby? - Zmarszczyła brwi. - Twierdzisz, że nie będę śpiącą królewną i nie 

dla mnie pocałunek przystojnego księcia? 

-  Wszystko  jest  możliwe  -  odparł  wymijająco.  -  Ostatnio  śnisz  na  jawie, 

prawda? 

- Powinieneś wiedzieć, że mieszkańcy Alviry nie są prostaczkami żyjącymi w 

zgodzie z naturą pod ochroną wróżek, które im pomagają w kłopotach. 

- Rozumiem. I dlatego małomiasteczkowe piękności szukają księcia z bajki? 

- Większość z nas samodzielnie daje sobie radę. 

R S

background image

-  Poddaję  się.  Teraz  wiem,  że  chcesz  być  dla  Carla  dobrą  wróżką  pomimo 

ceny, jaką będziesz musiała zapłacić za takie poświęcenie. 

- Nie ma mowy! Nie posunę się... 

- Już zabrnęłaś za daleko. 

-  I  kto  to  mówi?!  -  zawołała  z  furią. Twarz  jej  poczerwieniała,  a  oczy  miała 

zmrużone. - Poucza mnie człowiek, który pogodził się z utratą należnego mu spad-

ku.  Gdybyś  miał  te  pieniądze,  pomógłbyś  wielu  ludziom.  Czemu  służył  ten  gest? 

Chcesz uchodzić za buntownika? 

- Nikogo nie udaję! Robię to, co uważam za stosowne. 

- Ja również. 

- Ale nie wiesz, co jest dla ciebie dobre - odparł ze złością. 

- Skąd ta pewność? Jesteś wszechwiedzący? 

- Mam większe doświadczenie. - Odpowiedź była krótka i rzeczowa, ale serce 

Jake'a kołatało jak oszalałe. Ogarnął go strach. Przecież wszystko może się zdarzyć. 

-  Pytam  raz  jeszcze:  skąd  wiesz,  czego  mi  trzeba?  -  powiedziała,  opierając 

dłonie na biodrach. 

- Wiem i już - oświadczył, śmiejąc się gorzko.   

Napastliwy ton oznaczał, że nadrabia miną. Brakowało mu argumentów. 

- Zapewne dostąpiłeś olśnienia. 

- Ile razy byłaś zaręczona, Joleen? 

- Teraz przemawia twoje życiowe doświadczenie, prawda? Moim, zdaniem, z 

nas dwojga to ty jesteś naiwnym prostaczkiem. 

-  Przyjmuję do  wiadomości twoją uwagę.  Spróbujmy  zabrać  się do  tego ina-

czej. Ile razy się całowałaś? 

- Słucham? - spytała zaskoczona. 

- Nie przesłyszałaś się - powiedział cicho.   

Oddychał z trudem. 

- Nie sądziłam, że poważni ludzie zaprzątają sobie głowę takimi błahostkami. 

R S

background image

- Prawdziwy pocałunek to poważna sprawa. Nikt ci tego nie uświadomił? 

- Chcesz zmienić moje nastawienie? 

Jake z obawą pomyślał, że Joleen nieświadomie igra z ogniem. 

- Kto wie? - odparł szeptem, zbliżając się do niej. 

- Nie sądzę, żebyś zdołał mnie oświecić. 

- Chcesz się założyć? - spytał z chełpliwym uśmiechem. 

- Jaka będzie nagroda dla zwycięzcy?   

- Ty. 

- A nagroda pocieszenia dla pechowca? 

- Ja. 

- Mizerna stawka - odpowiedziała z uśmiechem, machinalnie oblizując wargi. 

Jake postąpił krok w jej stronę. 

- Pochopna ocena. 

- Nie jestem hazardzistką. 

- Postawiłaś na Sekretarza w siedemdziesiątym trzecim. Coś się zmieniło? 

- Głównie stawki. 

- Skoro się boisz... 

- Bzdura! Nie dam się przestraszyć. 

-  Oczywiście  -  rzucił  po  chwili  milczenia.  -  Jesteś  małą  dziewczynką,  która 

odgrywa rolę  Kopciuszka i nie chce przyjąć do wiadomości, że nie wszyscy przy-

stojni mężczyźni to książęta, a groźne wilki czasem mają sporo zalet. 

- Kim jesteś? 

- Kogo wolisz? 

-  Mnie  to  obojętne.  -  Podeszła  do  boksu  Kabały,  by  odsunąć  się  od  Jake'a.  - 

Teraz wiem, kto żyje w świecie marzeń. 

- Jesteś tam zawsze mile widziana. 

- Nie skorzystam z zaproszenia. 

- Czemu? 

R S

background image

- Postąpiłabym niewłaściwie. 

- Przeciwnie. Byłoby wspaniale. Sporo byś się nauczyła. 

- Jesteś natrętny. 

-  Chcę  się  podzielić  moim  doświadczeniem.  -  Z  szelmowskim  uśmiechem 

podszedł bliżej i objął ją czule. Musnął wargami jej szyję. - Przyjemnie? 

Próbowała  go  odepchnąć,  ale  gdy  poczuła  łagodną  pieszczotę  jego  ust,  nie 

była w stanie dłużej się opierać. 

- To nic dla mnie nie znaczy. Poza tym masz głupią minę. 

- Nie dbam o to - szepnął. - A ty? 

- Nic a nic. 

Odsunął się na chwilę, a potem mocno pocałował ją w usta. Oddała pocałunek 

z żarliwością, której nie oczekiwał. Nagle pojął, że to ona jest panią sytuacji. 

-  Nadal  uważasz,  że  brak  mi  doświadczenia?  -  spytała,  z  trudem  łapiąc  od-

dech. 

- Tak - odparł, próbując znowu ją pocałować, ale wysunęła się z jego objęć. 

- Nie przeciągaj struny - rzuciła ostrzegawczym tonem. 

- Powinniśmy dalej eksperymentować. 

- Przeciwnie.  Im szybciej skończymy tę próbę, tym lepiej. To była pomyłka. 

Zmusiłeś mnie. Zgoda, oboje igraliśmy z ogniem, ale to nic dla mnie nie znaczy. 

- Doprawdy? - Chciał podejść bliżej, ale po namyśle ustąpił. 

-  To  dziecinne  zachowanie.  Powinniśmy  się  wstydzić  -  powiedziała,  nie  pa-

trząc mu w oczy. 

- Mamy współzawodniczyć w okazywaniu skruchy? 

- Nie. - Joleen omal nie wybuchnęła śmiechem. 

- Co za ulga! 

- To się nie powtórzy. Mówię o pocałunku. 

- Czyżby? 

- Tak. 

R S

background image

- Na szczęście opamiętaliśmy się w porę - mruknął. 

- Owszem. 

- Popełniliśmy błąd, oboje byliśmy nieodpowiedzialni, ale żadne z nas tym się 

nie przejmuje, tak? 

- Aha. 

- I taka sytuacja nigdy się nie powtórzy? 

- Jasne. - Po chwili dodała: - Muszę już iść. 

- Do zobaczenia. 

Nie podszedł bliżej, aby się pożegnać. Stał nieruchomo jak słup soli. 

-  Nie  szukam  kłopotów  i  potrafię  ocenić  sytuację  -  powiedziała  na  odchod-

nym. - Chodzi mi o znajomość z Carlem. 

- Cieszę się - odparł lakonicznie. - Życzę wam obojgu wiele szczęścia. 

- Dziękuję. Zapomnijmy o tym, co się przed chwilą wydarzyło, zgoda? 

Uśmiechnął się szeroko, a w jego oczach zabłysły szelmowskie iskierki. 

- Jesteś zakłopotana? 

- Owszem. Na mnie już pora. Do widzenia.   

Gdy odeszła, Jake pokręcił głową i szepnął: 

-  W  krainie  marzeń  zawsze  jesteś  mile  widziana,  Kopciuszku. Może  tam za-

witasz. 

 

R S

background image

ROZDZIAŁ SZÓSTY 

 

Joleen czuła się nieswojo, gdy słała łóżko, szykując się do snu. Sumienie nie 

dawało jej spokoju. Jake sugerował, że nie jest stworzona do takiego życia. Z dru-

giej strony jednak nie można wykluczyć, że słyszała to od niego każda dziewczyna, 

która  miała  dość  rozumu  i  doświadczenia,  by  samodzielnie  decydować  o  swoich 

sprawach. Pewnie uważał, że Joleen nie pasuje do jego najbliższych i towarzystwa, 

w  którym  się  obracali.  Tak  właśnie  myślał,  chociaż  głośno  nigdy  się  do  tego  nie 

przyzna. Istniała także druga ewentualność: jego zdaniem nie była dostatecznie by-

stra, aby występować publicznie w imieniu rodziny Landonów. Z przykrością my-

ślała o obu możliwościach. 

Po  chwili  wahania  bez  entuzjazmu  przyznała  mu  rację.  Usiadła  ciężko  przy 

oknie  w  sypialni.  Powinna  się  wreszcie  nauczyć  trzymać  język  za  zębami,  kiedy 

sytuacja tego wymaga i wygłaszać banalne, ale miłe uwagi o niczym. Powinna być 

dowcipna i  czarująca  albo  siedzieć  cicho jak  mysz  pod  miotłą. Czy  tak  trudno  się 

domyślić, co w danej chwili jest korzystniejsze? Czy potrafi się dostosować do no-

wego stylu życia? Czy tego chce? 

Wyprostowała  się  i  dumnie  podniosła  głowę.  Tak,  właśnie  tego  pragnęła.  W 

przeciwnym  razie  będzie  całymi  dniami  harować  w  jadłodajni,  a  potem  uczyć  się 

na kursach wieczorowych. Przed czterdziestką zdobędzie upragniony dyplom. Jako 

kobieta  z  wyższym  wykształceniem  założy  wreszcie  rodzinę.  Trochę  za  późno. 

Chciała  mieć  dobrego  męża  i  dzieci.  Gdyby  poznała  odpowiedniego  mężczyznę  i 

zakochała  się  w  nim  bez  pamięci,  jak  wyglądałoby  ich  skromne  życie?  Maluchy 

całymi  dniami  w  żłobku  albo  w  przedszkolu.  Gdyby  ojciec  zajmował  się  nimi  po 

południu,  mogłaby  uzupełniać  wykształcenie.  Pragnęła  dla  swych  pociech  szczę-

śliwego dzieciństwa, ale nie zamierzała rezygnować z dyplomu i zawodowej karie-

ry. 

Usiadła  wygodniej  na  krześle.  Nie  mówiła  dotąd  Carlowi  o  swoich  marze-

R S

background image

niach. Nie przyszło jej do głowy, by mu się zwierzyć. To Jake znał jej pragnienia. 

W  przeciwieństwie  do  niego  Carl  nie  zapytał  ani  razu,  co  ona  chce  w  życiu  osią-

gnąć: 

Wyjrzała przez okno wychodzące na łąki za domem. Księżyc w pełni oświe-

tlał  równinę  ciągnącą  się  aż po  horyzont.  Joleen  miała  wrażenie,  że  przeniosła  się 

do  baśniowej  krainy  rozjaśnionej  srebrzystym  blaskiem,  której  piękna  nie  może 

zniszczyć ludzka zachłanność. 

Znowu  pomyślała  o  Jake'u.  Otaczała  go  aura  zmysłowej  męskości,  z  czego 

prawdopodobnie nie zdawał sobie sprawy. Carl był za to pewny siebie, wręcz aro-

gancki. Uśmiechał się rzadko - jedynie wówczas, gdy miał z tego korzyść. Zabaw-

ne, że wcześniej sobie tego nie uświadomiła. 

U Jake'a uśmiech pojawiał się łatwo i często, ale i ponura mina nie była rzad-

kością.  Miał  wyrazistą  twarz  i  dawał  po  sobie  poznać,  co  myśli.  Głośno  wyrażał 

swoje zdanie. Lubiła go za otwartość i szczerość. Te dwie cechy wzbudzały jej po-

dziw.  Z  przyjemnością  obserwowała,  jak  się  porusza.  Chód  miał  swobodny,  zna-

mionujący wewnętrzną siłę i zdecydowanie. Przypominał pozytywnych bohaterów 

powieści sensacyjnych. 

Zmarszczyła  brwi.  Czemu,  do  licha,  nie  może  przestać  o  nim  myśleć?  Naj-

pierw wspominała jego słowa, teraz analizuje wygląd, zapach... i tamten pocałunek, 

o którym przez cały dzień daremnie próbowała zapomnieć. Dość tego! Powinna się 

skupić  na  ważnych  sprawach.  Mogą być  i  drobiazgi, byle  tylko  uwolnić  się  od  tej 

obsesji. 

Światło zapaliło się nagle w domku dla gości, gdzie mieszkał Jake. Była za-

skoczona,  gdy  uświadomiła  sobie,  że  oba  budynki  dzieli  odległość,  którą  spacer-

kiem  można  przebyć  w  dwadzieścia  sekund.  Przed  chwilą  mały  domek  ginął  w 

ciemnościach, jakby nie istniał. Całkiem o nim zapomniała. Teraz, gdy zapaliły się 

tam wszystkie lampy, widziała go w całej okazałości. Jake'a także, ponieważ stał na 

oświetlonej werandzie. 

R S

background image

Obserwowała  ukradkiem,  jak  zdejmuje  bawełnianą  koszulkę,  rzuca  ją  na 

krzesło  i  rusza  do  kuchni.  Podziwiała  wspaniale  umięśniony  tors.  Nie  sądziła,  że 

Jake jest tak dobrze zbudowany. Opalona skóra połyskiwała lekko w świetle lamp i 

srebrzystej poświacie księżyca. Joleen była zachwycona. Miała wrażenie, że siedzi 

w kinie i ogląda niskobudżetowy film, w którym nie ma żadnych efektów specjal-

nych, a na taśmie utrwalono codzienne życie przystojnego bohatera. 

Próbowała  wziąć  się  w  garść  i  udawać  chłodną  obserwatorkę.  Podobnych 

wrażeń  estetycznych  mogłaby  doznawać, patrząc na  Dawida  wyrzeźbionego  przez 

Michała  Anioła.  Była  zaskoczona,  że  tak  ją  interesuje  męska  uroda.  Dawniej  nie 

miała do tego głowy. Może powinna zatrudnić się w agencji szukającej modeli lub 

młodych amantów? 

Carl również nieźle się prezentował. Mógłby zagrać... Długo się nad tym za-

stanawiała.  Jake'a  cechowała  pewna  elastyczność.  Znakomicie  wyglądał  w  spło-

wiałych  dżinsach,  ale  sportowe  szorty  albo  kapiący  od  złota  strój  hiszpańskiego 

torreadora także by do niego pasowały. Ten ostatni wizerunek szczególnie przypadł 

jej  do  gustu,  A  wracając  do  Carla...  Był  politykiem  i  zachowywał  się  jak  polityk. 

Wygląd ma nieskazitelny, przekonywała samą siebie, i dlatego nie musi wcielać się 

w nowe role. Najlepiej się prezentował, kiedy był sobą. 

Joleen popatrzyła znowu na domek po drugiej stronie trawnika. Widziała Jak-

e'a jak na dłoni. Podszedł do lodówki, otworzył ją bez pośpiechu, wyjął karton pi-

wa,  otworzył  jedną  puszkę,  a  drzwiczki  przymknął  zręcznym  kopniakiem.  Minął 

kuchnię,  przedpokój  i  stanął  w  drzwiach  wejściowych.  Wzdrygnęła  się,  gdy 

uświadomiła sobie, że go podgląda. 

Wyszedł na werandę. Słyszała, jak podeszwy jego butów stukają o deski. Po-

chyliła głowę i zastanawiała się gorączkowo, co robić dalej. W końcu postanowiła 

ostatni raz zerknąć na swego sąsiada, który siedział teraz w cieniu, na bujanym fo-

telu.  Widziała  tylko  niewyraźny  zarys  jego  sylwetki  i  słyszała  charakterystyczny 

dźwięk towarzyszący rytmicznemu kołysaniu. Znajoma postać na chwilę pojawiała 

R S

background image

się w kręgu światła i ponownie znikała w półmroku. 

Trzeba odwrócić wzrok. 

Wstała,  odwracając  się  plecami  do  okna  i  spojrzała  na  pokój.  Rozproszone 

światło nocnej lampki niespodziewanie ją oślepiło. Na chwilę przymknęła oczy, a 

gdy uniosła powieki, ostrość widzenia nieco się poprawiła. Kto podgląda bliźniego 

swego, może być wzroku pozbawiony, skarciła się w duchu. 

Poczuła  chłód.  Miała na  sobie  tylko  cienką bawełnianą koszulkę.  Przesunęła 

dłońmi  po  ramionach  pokrytych  gęsią  skórką.  W  lipcu  okolice  Dallas  słyną  z  wy-

sokich temperatur. Wieczór był ciepły, czemu więc drżała na całym ciele? Podeszła 

do  szafy  i  wyjęła  gruby  szlafrok.  Machinalnie  otworzyła  szufladę,  w  której  leżał 

pierścionek zaręczynowy otrzymany  od Carla. Na widok cennego klejnotu wzdry-

gnęła się ponownie i natychmiast włożyła szlafrok. Rzecz jasna nie ma obawy,  że 

Jake będzie ją podglądał, tak jak ona go obserwowała, ale nie wypada paradować w 

kusej koszulce, gdy się mieszka okno w okno z przyszłym szwagrem. 

Tak, gdy wyjdzie za Carla, będą powinowatymi. Nagle zrobiło jej się sucho w 

ustach, więc poszła do kuchenki po szklankę wody. Nie ucieszyła ją myśl o plano-

wanym ślubie. Dawniej także nie popadała w euforię, ale lubiła zastanawiać się nad 

przyjemnymi konsekwencjami tego wydarzenia. Teraz ogarnął ją strach. 

Podeszła do okna i długo stała bez ruchu. W końcu odgarnęła włosy spadające 

na oczy i wróciła do łóżka. Wzięła książkę z nocnego stolika i wsunęła się pod koł-

drę.  Zamierzała  poczytać  do  poduszki.  Dopiero  gdy  zdjęła  szlafrok,  uświadomiła 

sobie,  że  okulary  zostały  w  torebce  przy  drzwiach  wejściowych.  Musiała  wstać, 

żeby je przynieść. Gdy mijała okno, ogarnęła ją pokusa, by zerknąć jeszcze raz na 

domek Jake'a. Nie wolno śnić o nim na jawie. Wszystkie rozważania na ten temat 

dowodzą bezprzykładnej głupoty. I cóż z tego, że na samą myśl o nim czuła przy-

jemny dreszczyk! 

A  wszystko z powodu zbyt długiego rozstania z Carlem. Oby wrócił jak naj-

szybciej. 

R S

background image

Jake  siedział  na  werandzie  i  patrzył  w  okna  rezydencji  Landonów.  U  Joleen 

światło jeszcze się paliło. Z tego wniosek, że i ona jest nocnym markiem. To od-

krycie  wcale  go  nie  zdziwiło.  Ciekawe,  co  teraz  robi?  Jak  spędza  wieczór?  Miał 

nadzieję, że przestała się już zadręczać z powodu drobnej wpadki podczas dzisiej-

szej uroczystości. W sumie dobrze się stało, że powiedziała Nancy Miggilin o pla-

nach Carla i zamiarze sprzedania parceli, na której zorganizowano „Ogród nadziei" 

dla  dzieciarni.  Jake  pokręcił  głową.  Bezwzględność,  cechująca  niektórych  Lando-

nów, to najważniejszy powód jego niechęci do najbliższej rodziny. 

Było mu gorąco. Wstał, zdjął koszulkę i rzucił ją na krzesło. Najchętniej wy-

jechałby  stąd  natychmiast.  W  oknie  sypialni  Joleen  coś  się  poruszyło.  Tak,  powi-

nien zwiać, i to daleko. Poczłapał do kuchni, wyjął z lodówki karton piwa w pusz-

kach  i  zamknął  ją kopniakiem.  Przez  chwilę  marzyło  mu  się,  żeby  zamiast drzwi-

czek zobaczyć obolały tyłek Carla. 

Niech go cholera! Jak mógł poderwać taką fajną dziewczynę tylko po to, żeby 

zrobić z niej bezdusznego potwora - tylko dlatego, że sam nim jest. Zawsze podej-

mował  błędne  decyzje.  Jake  miał  go  powyżej  uszu.  Otworzył  puszkę  i  upił  spory 

łyk.  Kiedy  się  wreszcie  nauczy,  że  nie  jest  możliwe,  by  sam  naprawił  wszystkie 

szkody spowodowane przez tego drania? 

Wyszedł  na  werandę  i  odetchnął  głęboko  ciepłym  wieczornym  powietrzem. 

Odruchowo  zerknął  w  okna  Joleen  i  znów  dostrzegł  jakiś  ruch.  Tym  razem  uległ 

pokusie i zaczął się gapić bez żadnych skrupułów. 

Siedziała przy oknie balkonowym. Z tej odległości mógł nawet odczytać wy-

płowiały napis na bawełnianej koszulce: „Iron Maiden". Niezła kapela; ostry rock, 

prawdziwy metal. Ta dziewczyna ma dobry gust. Roześmiał się złośliwie. Ciekawe, 

co Carl by na to powiedział, skoro dla niego największym artystą estrady był nadal 

Frank Sinatra. Jake usiadł w bujanym fotelu i obserwował siedzącą przy oknie Jo-

leen. Kusa koszulka odsłaniała ładne nogi. Obejrzał je dokładnie. Cóż w tym złego? 

Dzieli ich przecież bezpieczna odległość, a poza tym ona nie wie, że jest podgląda-

R S

background image

na, więc nie może się poczuć dotknięta. Cóż w tym  złego,  że bezinteresownie po-

dziwia  figurę  zgrabnej  sąsiadki?  Niemoralnych  propozycji  nikt  tu  składać  nie  za-

mierza. 

Kołysał  się  wolno  w  bujanym  fotelu  i  sączył  chłodne  piwo.  Przyszło  mu  do 

głowy,  że  nie  powinien  tyle  myśleć  o  Joleen.  To  się  może  źle  skończyć.  Coś 

iskrzyło  między  nimi.  Przytknął  zimną puszkę  do  rozpalonego  czoła.  Niech diabli 

porwą ten żar. 

Mimo  woli  znów  popatrzył  w  jej  okna.  Włożyła  gruby  szlafrok  i  mocno  za-

wiązała pasek. Ciekawe, jakby się czuł, gdyby mógł wziąć ją w ramiona i rozwią-

zać ten węzeł. 

Nie  mógł  zapomnieć  o  dzisiejszym  pocałunku.  Zapamiętał  smak  jej ust  i za-

pach włosów. Chciał ją znów całować. Zdarzało mu się skraść dziewczynie całusa, 

ale do tej pory ani razu nie czuł się tak jak dziś. To było cudowne przeżycie. 

Joleen chodziła po mieszkanku. Zajrzała do małej kuchni i wróciła ze szklan-

ką  wody.  Przez  ogromne  okna  widział,  że  chodzi boso,  ale  jest  opatulona  grubym 

szlafrokiem.  To  pobudziło  jego  wyobraźnię.  Sprawiała  wrażenie  kobiety  dumnej i 

niezależnej, która wie, czego chce, ma własne zdanie i gotowa jest o tym dyskuto-

wać. Szkoda, że dostała się Carlowi, który zmarnuje taki skarb, pomyślał z goryczą. 

Podeszła do okna i długo stała nieruchomo, patrząc w dal. Nie wiedział, czego tak 

wypatruje. Obserwował ją, siedząc bez ruchu. 

- Co tam widzisz w oddali? - spytał cicho po kilku minutach. - Co chcesz tam 

znaleźć? 

Nadal  spoglądała  przed  siebie.  Miał  wrażenie,  że  czuje  na  sobie  jej  wzrok. 

Przez  moment  wydawało  mu  się,  że  ich  oczy  się  spotkały,  ale  potem  zdał  sobie 

sprawę, że siedzi w cieniu, więc Joleen go nie dostrzega. 

- Na mnie byś nie spojrzała, co? - Wypił kolejny łyk i otarł usta dłonią. Wes-

tchnął,  zamknął  oczy  i położył  głowę  na  oparciu  fotela.  -  I  słusznie,  Joleen. Mnó-

stwo  ludzi przyzna ci  rację i  pochwali  twój  wybór.  Lepiej  trzymaj  się  z daleka  od 

R S

background image

Jake'a  Landona,  bo  on  ci  nie  da  tego,  czego  pragniesz.  Jakie  są  twoje  marzenia? 

Chcesz przecinać wstęgi, bywać na balach i jako żona senatora zamieszkać w Wa-

szyngtonie. Spokojne życie na prowincji, dom pełen dzieci i psów to nie dla ciebie, 

prawda?  Zanudziłabyś  się  na  śmierć.  -  Milczał  przez  chwilę,  a  potem  spytał  po-

nownie: - Dobrze mówię? 

Odwróciła  się,  wzięła  książkę  z  nocnego  stolika,  machinalnie  pogłaskała 

grzbiet tak czułym gestem, że ogarnęło go wzruszenie. 

- Jesteś taka samotna - dodał. Wcale mu nie przeszkadzało, że ona go nie sły-

szy. Cieszył się, że może jej w końcu powiedzieć wszystko, co czuł. Okoliczności 

sprawiły, że było to możliwe. - Nic nie szkodzi. Samotność ci służy. Carl do ciebie 

nie  pasuje,  więc  lepiej,  że  go  tu  nie  ma.  Gdyby  się  zjawił,  chętnie  spełniałabyś 

wszystkie jego zachcianki... 

Przerwał i odwrócił głowę, bo wolał nie myśleć, co by się działo, gdyby Jole-

en i Carl zamknęli się w sypialni. Spojrzał na nią znowu, w chwili gdy wyjęła z fu-

terału okulary i włożyła je na nos. 

- Do twarzy ci w nich, Joleen. Wyglądasz na mądralę. Bez nich także wyglą-

dasz  na  inteligentną  dziewczynę,  więc  czemu  niszczysz  sobie  życie,  popełniając 

niewybaczalny błąd? Czy naprawdę gotowa jesteś oddać rozum, serce i ciało czło-

wiekowi,  który  może  się  odwdzięczyć  tylko  pieniędzmi?  -  Jake  usiadł  wygodnie i 

splótł ręce na piersi. - Jednego nie mogę pojąć, Joleen. Czemu forsa jest dla kobiet 

taka ważna? Masz wszystko, co się naprawdę w życiu liczy i chcesz to oddać? Za 

co? Za szmal? Jeśli zostaną ci tylko pieniądze, to dopiero będzie prawdziwa bieda. 

W sypialni Joleen zgasło światło. Jake westchnął głęboko. 

-  Powiem  ci  na  koniec  -  szepnął,  zaciskając  powieki  -  że  gdybyś  była  moja, 

miałbym tylko jedno życzenie: abyś pozostała sobą. 

Joleen przewracała się z boku na bok. Daremnie próbowała zasnąć. W końcu 

odrzuciła kołdrę, podeszła do okna, otworzyła je szeroko i usiadła na parapecie. Na 

dworzu było chłodniej. Z przyjemnością wciągnęła powietrze w płuca. 

R S

background image

Po chwili spojrzała w stronę domku Jake'a. To było nieuchronne. Wciąż sie-

dział  na  werandzie.  Może  zasnął  w  fotelu?  Niespodziewanie  uniósł  rękę,  żeby  jej 

pomachać. Została przyłapana na gorącym uczynku. Potrafił ją przejrzeć i na pew-

no wiedział, że spłonęła rumieńcem. Kiedy także mu pomachała, wstał powoli i ru-

szył w jej stronę przez oświetlony trawnik. Serce Joleen uderzało coraz mocniej w 

rytm jego kroków. 

Gdy stanął przy jej oknie, wyjął z kartonu ostatnią puszkę piwa. 

- Chcesz? - zapytał. - Ciepłe. 

- Nie szkodzi. 

Otworzył puszkę i podał jej. Piana spłynęła na dłoń Joleen. 

- Dzięki. - Strzepnęła pianę z nadgarstka.   

Rzadko  sięgała  po  piwo,  ale  lubiła  jego  gorzki  posmak  i  aromat.  Poradziła 

nawet kucharce zatrudnionej w jadłodajni, by dodawała odrobinę piwa do gulaszu 

wołowego, co wzbogaciło smak tej zwyczajnej potrawy. 

Jake wziął z tarasu ogrodowe krzesło z metalu i osunął się na nie bezwładnie. 

- Już późno. Czemu nie śpisz? 

- Bo jakiś dziwny facet przyszedł pod moje okno. 

- A przedtem? 

- Nie mogłam zasnąć, a ty? 

- Również. 

Przyglądała  mu  się  uważnie,  ale  nie  potrafiła  nic  wyczytać  z  jasnych  oczu. 

Ktoś  inny  pewnie  by  stwierdził,  że  widać  w  nich  zainteresowanie,  ale  Joleen  wie-

działa swoje. Mogła zaciekawić Jake'a tylko jako przykład zakłamania i hipokryzji. 

Nic innego nie przychodziło jej do głowy. 

-  Uważam,  że  powinniśmy  zaprzestać  kłótni  i  zawrzeć  rozejm  -  stwierdziła 

pojednawczym tonem. 

- Wcale się nie kłócimy. 

- Nie teraz. W ogóle. 

R S

background image

- Aha. - Upił łyk z puszki. - Dlaczego? 

- Dlatego! - odparła z irytacją. Zastanawiała się, jak krótko wyjaśnić, o co jej 

chodzi. - Oboje potrzebujemy spokoju. Dość tych ciągłych przepychanek. 

-  Na  pewne  sprawy  mamy  różne  poglądy.  -  Wzruszył  ramionami.  Przypo-

mniała sobie nagle, jak położyła na nich dłonie. - Przyjmijmy protokół rozbieżno-

ści. 

Potrząsnęła głową, by ochłonąć i odsunąć natrętne wspomnienia. 

- To na nic. Za długo trzeba by je spisywać. 

Jake  uniósł  brwi.  Była  pewną,  że  widzi  rozbawienie  w  jego  oczach.  Poczuła 

ucisk w gardle. Spojrzał na nią z miną niewiniątka. 

-  W  takim  razie  nie  widzę  wyjścia,  chyba  że  przejdziesz  na  moją  stronę  i 

przyznasz, że mam rację. 

-  Nic  z  tego  -  odparła  z  trudem  i  spojrzała  prosto  w  niebieskie  oczy,  choć 

wiedziała, że to jedynie pogorszy sytuację. 

Machnął ręką, w której trzymał puszkę. 

- Utrudniasz rokowania. 

- W takim razie proponuję, żebyś ty mnie poparł i uznał, że racja jest po mojej 

stronie. 

-  Dla  świętego  spokoju  powinniśmy  udawać,  że  jesteśmy  zgodni.  -  Pochylił 

się i obrzucił ją badawczym spojrzeniem. 

Wydęła usta i energicznie pokręciła głową. 

- To się nie da zrobić. 

-  Chyba  nie  wątpisz,  że  dobrze  życzę  tobie  i  Carlowi.  Mam nadzieję,  że  bę-

dziecie gruchać słodko jak dwa gołąbki - dodał lekceważącym tonem. 

- Oczywiście. - Na samą wzmiankę o Carlu ścisnęło ją w dołku. 

- Chciałem ci tylko ułatwić znalezienie dobrego wyjścia z sytuacji, na wypa-

dek gdybyś chciała się wycofać. 

- Jasne. 

R S

background image

Przysunął się bliżej i pogłaskał ją po policzku. Woń piwa mieszała się z jego 

naturalnym zapachem. 

- Moim zdaniem popełniasz niewybaczalny błąd. 

- Trochę się spóźniłeś z dobrymi radami. Mam trzydzieści lat, wiem, co robię 

i  sama podejmuję decyzje.  Nie  czekam na  wybawcę,  który  w  ostatniej chwili  ura-

tuje mnie przed katastrofą. - Spojrzała mu prosto w oczy. 

Cofnął dłoń, muskając jej podbródek opuszkami palców. Pod wpływem tego 

dotknięcia przebiegł ją miły dreszcz. 

- Nie miej do mnie pretensji. Chcę tylko spełnić dobry uczynek. 

- Skoro tak mówisz... - Nie potrafiła wykrztusić nic więcej. 

-  Na  mnie  już  pora.  -  Wstał  i  niezdarnie  zaciągnął  krzesło  na  taras.  Uniósł 

puszkę, jakby wznosił toast. - Dzięki za miłe towarzystwo. 

- Pa - odparła cicho.   

Z ciężkim sercem patrzyła, jak odchodzi. Czuła się samotna. 

Joleen  przewróciła  się  na  drugi  bok  i  popatrzyła  na  budzik.  Oślepiły  ją  pro-

mienie słońca odbijające się w jego obudowie. 

Budzik? Skąd się tu wziął? 

Usiadła  i  wodziła  wokół  nieprzytomnym  spojrzeniem.  Nie  miała  pojęcia, 

gdzie jest. Śniła się jej cudowna plaża, gorący piasek, ciepła woda. Po chwili przy-

pomniała sobie, że mieszka teraz w pokoju gościnnym rezydencji Landonów. Uło-

żyła  się  wygodnie  i  naciągnęła  wyżej  lekką kołdrę.  Może  powróci  rozkoszny  sen 

o... Coś jej chyba umknęło, jakiś istotny wątek. Nie pamiętała szczegółów, ale sy-

tuacja była nadzwyczaj romantyczna. Przemknęło jej przez myśl, że Carl powrócił 

do  niej  w  sennym  marzeniu, ale  natychmiast  odrzuciła  tę  hipotezę.  Nagle  przypo-

mniała sobie, kto był z nią w tym cudownym śnie. 

To Jake tulił ją mocno, całował i wyznawał miłość. Ona również go obejmo-

wała, była w nim zakochana. Pozwoliła sobie na chwilę nierealnych wspomnień, a 

potem  odrzuciła  kołdrę.  Pobiegła  do  łazienki  i  spojrzała  na  swą  zarumienioną 

R S

background image

twarz. Wielkie nieba!  W tym śnie kochała się z Jake'em! Prawda otrzeźwiła ją ni-

czym kubeł zimnej wody. 

Cóż za okropna wizja! Żadnych niedomówień, symboliki, niejasności. Jak ma 

teraz  spojrzeć  Jake'owi  w  oczy?  Odkręciła  wodę  i  weszła  pod  prysznic.  Bicze 

wodne, na przemian gorące i zimne, pomogły jej ochłonąć. Po chwili zakręciła kran 

i owinęła się ręcznikiem. Była teraz nieco spokojniejsza, ale trudno powiedzieć, czy 

głupie marzenia nie pojawią się znowu. 

Strzepnęła pościel i wślizgnęła się pod kołdrę. Po zimnym prysznicu szczęka-

ła  teraz  zębami,  ale  szybko  się  rozgrzała.  Gdy  przytuliła  głowę  do  miękkiej  po-

duszki, zaczęła powoli zapadać w sen. Miała przyjemną świadomość, że Jake mie-

szka tuż obok; wystarczy kilkanaście kroków, by znaleźć się w jego objęciach, po-

czuć jego muskularne ciało... 

- Chyba drzemię - stwierdziła półgłosem. - Na jawie nie pozwoliłabym sobie 

na takie bezwstydne marzenia. 

Jakiś wewnętrzny głos podpowiedział jej, że niepotrzebnie robi sobie wyrzu-

ty.  Zamiast  uważać  się  za  bezwstydnicę,  powinna  raczej  szukać  ukrytego  sensu 

swoich marzeń. Kto wie, może zawierają ważne przesłanie? Gotowa była przyznać, 

że Jake to bardzo przystojny mężczyzna. Każda kobieta w tym kraju potwierdzi, że 

może się podobać. Joleen była tego samego zdania, ale to nie powód, aby uważać 

się  za  osobę  pozbawioną  zasad  moralnych.  Gdyby  zachowała  należny  dystans, 

wszystko  byłoby  w  porządku.  Kiedy  się  całowali...  Na  samą  myśl  o  tym,  że  on 

również  pragnął  tego  pocałunku,  natychmiast  popadała  w  euforię.  Popełniła  błąd, 

zdradzając, że nie jest jej obojętny. 

Wygląda  na  to,  że  pociąga  ją  nie  Carl,  tylko  Jake.  Czyżby  planowała  małą 

zamianę ról? 

-  Wolne  żarty!  Nie  do  mnie  należy  decyzja  -  stwierdziła  na  głos.  Na  myśl  o 

porzuceniu  Carla  ogarnęły  ją  wyrzuty  sumienia.  Nie  twierdziła,  że  go  kocha,  ale 

obiecała przyjechać do rodzinnej posiadłości, żeby mogli się lepiej poznać. Chciała 

R S

background image

mieć pewność, co do niego czuje. 

Problem  w  tym,  że  go  tu  nie  było,  a  Jake  chętnie  dotrzymywał  jej  towarzy-

stwa. 

Wstała  i  zaczęła  się  ubierać.  Gdy  wkładała  bieliznę,  złapała  się  na  tym,  że 

myśli o Jake'u. Skarciła się w duchu i zaczęła wspominać Carla. Jak ma się w nim 

zakochać,  skoro  nabiła  sobie  głowę  bezsensownymi  mrzonkami?  Trzeba  unikać 

Jake'a. Powiedział, że za dwa tygodnie wyjeżdża; problem sam się rozwiąże, a Carl 

będzie panem sytuacji. 

- Poza tym - dodała głośno, wkładając dżinsy - Jake w ogóle się mną nie inte-

resuje. Jego zdaniem zależy mi wyłącznie na pieniądzach. Czy wobec tego mógłby 

darzyć mnie uczuciem? - Wyjęła z szafy koszulę z białej bawełny i sama odpowie-

działa sobie na pytanie. - Wykluczone. Zresztą, gdybym jak zwariowana nastolatka 

oddała serce Jake'owi, straciłabym największą szansę, jaką dał mi los. Carl to moja 

jedyna nadzieja na lepsze życie. Gdyby nie on, zostałabym w Alvirze i musiałabym 

sama do  wszystkiego  dochodzić.  Postąpiłabym  jak  idiotka,  gdybym  się  go  wyrze-

kła. 

Starannie zapięła guziki. Wybierała się do miasta po suknię na bal u guberna-

tora.  Czeka ją  wielka  gala.  Miała nadzieję,  że  zabawa  będzie  szampańska.  Trzeba 

znaleźć  prześliczną  kreację  i  olśnić  Carla.  Powinien  być  dumny  ze  swej  narze-

czonej. Przyjdzie miłość, wezmą ślub i będą żyli długo i szczęśliwie. 

Obiecała sobie, że przestanie marzyć o Jake'u. Od tej chwili nie poświęci mu 

ani jednej myśli. 

 

R S

background image

ROZDZIAŁ SIÓDMY 

 

Joleen  wiele  by  dała,  żeby  uniknąć  kolejnego  spotkania  z  Virginią,  ale  nie 

miała samochodu i dlatego nie mogła ani na chwilę wyjechać z posiadłości Lando-

nów.  Postanowiła  zamknąć  się  w  swoim pokoju  -  między  innymi  z  obawy,  że  na-

tknie się znowu na Jake'a. 

Gdy w końcu wyszła na poranny spacer, zobaczyła kartkę przypiętą do drzwi. 

Virginia donosiła, że śniadanie jest o ósmej. Joleen spojrzała na zegarek; dochodzi-

ła dziewiąta. Dobrze się składa; w jadalni nie będzie już nikogo, więc uniknie za-

proszenia na podwieczorek u Virginii. 

Przypomniała  sobie,  że  Carl  mówił,  iż  w  garażu  stoi  auto  do  jej  dyspozycji, 

postanowiła więc odszukać je na własną rękę. Niestety, nie mogła znaleźć garażu. 

Po długim spacerze zorientowała się, że auta stały w bocznym skrzydle rezydencji. 

Zajrzała  do  środka  przez  okno;  rzut  oka  wystarczył,  by  zrozumiała,  że  potrzebna 

jest  pomoc  Jake'a.  Nie  zastała  go  w  domku  dla  gości,  a  drzwi  były  zamknięte  na 

klucz.  Gdy  odchodziła,  na  ganku  obok  krzesła  zauważyła  puszkę  po  piwie,  która 

stała tam pewnie od wczorajszej nocy. 

Obeszła główny budynek i usłyszała głosy dobiegające z tarasu. Siedzieli tam 

Virginia i Jake, a obok nich na stoliku stały, kawa i sok pomarańczowy. Jake czytał 

poranną gazetę, a Virginia rozmawiała przez telefon. 

- Dzień dobry - przywitała się Joleen i z ociąganiem weszła na taras. 

Virginia  nie  raczyła  odpowiedzieć,  a  Jake  opuścił  gazetę  i  spojrzał  na  nią 

czule  niczym  w  jej  snach.  Niespokojne  serce  zaczęło  nagle  kołatać,  a  na  twarzy 

poczuła rumieniec. Jake zaraz się domyśli, o czym marzyła! Kąciki jego ust uniosły 

się  lekko,  jakby  powstrzymywał  uśmiech.  Czyżby  bawiło  go  jej  zakłopotanie?  A 

może śmiał się w duchu z rozmarzonej prowincjuszki? 

Wykluczone!  Nie  mógł  przecież  czytać  w  jej  w  myślach.  Trochę  się  uspo-

koiła, ale musiała odchrząknąć, nim odezwała się ponownie. 

R S

background image

- Muszę pojechać do miasta, więc potrzebny mi samochód. - Jake zmierzył ją 

uważnym spojrzeniem, dodała więc pospiesznie: - Carl powiedział, że mogę wziąć 

auto, ale w garażu stoi ich piętnaście. Nie wiem, które przeznaczył do mego użytku. 

- Masz ochotę na małą przejażdżkę? 

Odniosła  wrażenie,  że  w  jego  głosie  słyszy  uwodzicielską  nutę.  Rzucił  jej 

taksujące spojrzenie i wrócił do przerwanej lektury. Chyba oszalałam, mam jakieś 

omamy,  pomyślała.  Jake  wcale  nie  próbuje  mnie  uwieść.  To  wyobraźnia  płata  mi 

figle. 

-  Nie  -  odparła  skwapliwie,  a  potem  dodała:  -  Właściwie  tak.  Muszę  zrobić 

zakupy. 

- Które auto najbardziej ci odpowiada? - spytał, sięgając po sok pomarańczo-

wy. 

-  Mniejsza  o  markę,  byle  było  sprawne.  Pod  tym  względem  nie  jestem  wy-

bredna. 

- Zaraz coś znajdziemy - odparł, wstając z krzesła. Rzucił gazetę na blat sto-

lika, wypił sok i skinął na Joleen. - Chodźmy. 

Ruszyła za nim przez trawnik. 

-  Na  pewno  chcesz  jechać  sama?  -  Z  jego  tonu  wywnioskowała,  że  samotna 

przejażdżka to karygodna zachcianka. 

- Tak. - Martwi się nie o mnie, tylko o samochód, pomyślała i zapytała rezo-

lutnie: - Obawiasz się, że rozbiję auto i zniszczę rodzinną własność? 

- Tego nie powiedziałem - wyjaśnił, unikając jej wzroku. 

-  Jestem  domyślna.  -  Joleen  poczuła  się  głupio.  Zachowywała  się  bardzo 

dziwnie. Czemu go prowokuje? - Nie martw się, jestem ostrożnym kierowcą. 

- Nie o tym myślałem. Przyszło mi do głowy, że będziesz się czuła bezpiecz-

niej, jeśli z tobą pojadę. 

Gdy  stanęli  przy  wejściu,  Jake  nacisnął  guzik  otwierający  bramę  wjazdową. 

W środku stał równiutki rząd niemieckich aut. 

R S

background image

- Niesamowite! 

- W pierwszej chwili rzeczywiście robią wrażenie, ale jak mówi Carl, wkrótce 

przywykniesz do tego widoku. 

- A ty się przyzwyczaiłeś? 

-  Ze  mną  sprawa  wygląda  całkiem  inaczej.  Mówimy  o  tobie  i  twoim  narze-

czonym... 

- Co ty o mnie wiesz! 

- Za to Carla znam jak zły szeląg. 

- Wydaje mi się, że słyszę zazdrość w twoim głosie. Strzał w dziesiątkę! Jake 

nagle poczerwieniał na twarzy. 

Zmrużył oczy i burknął: 

- O co ci chodzi? 

- Nie denerwuj się, mój drogi. Dziwię się po prostu, że stale mieszasz z bło-

tem swego brata, jakbyś chciał go pomniejszyć w moich oczach. 

Jake odzyskał już panowanie nad sobą. Wyprostował się i odparł spokojnie: 

- Niczego mu nie zazdroszczę. - Spojrzał jej prosto w oczy i powtórzył: - Ni-

czego. 

- W takim razie, czemu powtarzasz raz po raz, że nie jest mnie wart, że wy-

chodząc za niego, popełnię niewybaczalny błąd? 

- Bo mi ciebie żal. 

-  Naprawdę?  -  Coś  ścisnęło  ją  za  gardło.  Poczuła  się  upokorzona.  -  Nie  po-

trzebuję twojej litości! 

- Źle mnie zrozumiałaś. Miałem na myśli... 

-  Wiem,  o  co  ci  chodziło.  Jestem  dziewczyną  z  prowincji,  która  pcha  się  na 

salony... 

- Posłuchaj, chcę ci pomóc. Zaufaj mi i ucz się na cudzych błędach. Sam po-

pełniłem  ich  wiele  i  chcę  ci  tego  oszczędzić.  Widzę,  że  Carl  próbuje  cię  zmienić, 

żeby  dostosować  twój  wizerunek  do  wymogów  kampanii  wyborczej.  Na  wiecach 

R S

background image

wyborczych będziecie udawali szczęśliwą parę... 

- Carl ma zadatki na dobrego gubernatora! - Joleen poczuła, że się rumieni. 

- Ty go jeszcze nie znasz - stwierdził z rezygnacją Jake.   

Odwrócił się i wyjął z szafki kluczyki do samochodu. 

- Poznałam go na tyle, by wiedzieć, że pragnę za niego wyjść za mąż - usły-

szała niespodziewanie własny głos i poczuła się nieswojo. Po chwili wykrztusiła z 

trudem: - Chcę spędzić życie u jego boku. 

- To ostateczna decyzja? - spytał, z niedowierzaniem kręcąc głową. 

- Naturalnie. Od dawna wiedziałam, że nasza znajomość prowadzi do ślubu. - 

Bardzo  przekonująco  odegrała  swoją  rolę.  Kłamała  jak  z  nut.  To  zapewne  wpływ 

Carla. 

- Piękna perspektywa! Wyjdziesz za niego i od tej pory zawsze będziecie ra-

zem. 

- Nie chcę odkładać ceremonii! - oznajmiła Joleen.   

Jake  znów  pokręcił  głową,  a  potem  machnął  ręką.  Spojrzał  spode  łba  i  wrę-

czył jej kluczyki. 

-  Proszę,  drugi  samochód  od  prawej,  mercedes  450L.  Mam  nadzieję,  że  bę-

dziesz zadowolona. 

- Z samochodu? 

Otworzył usta, jakby chciał coś dodać, ale wzruszył tylko ramionami i mruk-

nął: 

- Naturalnie. - Ruszył w stronę drzwi, nie oglądając się za siebie. 

Gdy Joleen szła wzdłuż rzędu aut, nogi miała jak z waty. Co ja zrobiłam, po-

myślała  z  rozpaczą.  Czemu  dałam  się  ponieść  emocjom?  Przecież  nie  podjęłam 

jeszcze decyzji, za wcześnie na takie postanowienia. Wciąż nie jestem pewna, czy 

chcę wyjść za Carla. Co mnie podkusiło, żeby wygadywać takie bzdury? Do czego 

zmierzałam? Może chciałam, żeby Jake podjął za mnie decyzję? 

Wsiadła  do  samochodu  i  zatrzasnęła  drzwi.  Oparła  dłonie  na  kierownicy  i 

R S

background image

próbowała  się  uspokoić.  Po  chwili  zrozumiała  wreszcie,  w  czym  rzecz.  Pragnęła 

aprobaty  Jake'a dla  swych  życiowych  planów.  Bez  tego  małżeństwo  z  Carlem  by-

łoby nieporozumieniem. 

Znalazła  się  już  raz  w  podobnej  sytuacji.  Kiedy  chodziła  do  podstawówki, 

kilka  dziewczynek  stale  jej  dokuczało.  Pewnego  dnia  matka  spytała  wprost,  dla-

czego liczy się z nimi, chociaż ich nie lubi, nie szanuje i nie chce się zaprzyjaźnić. 

Po tej rozmowie przestała zwracać uwagę na swoje dręczycielki, a one wkrótce da-

ły jej spokój. 

Czemu teraz nie potrafiła zdobyć się na wyniosłą obojętność? Odpowiedź by-

ła prosta: na opinii Jake'a naprawdę jej zależało. Nawet gdyby nie była nim zauro-

czona, z uwagą słuchałaby wszystkiego, co mówił. Stał się dla niej autorytetem. Z 

Jake'em Landonem zawsze będzie się liczyła. 

Uruchomiła silnik i wyjechała z garażu. Czuła przyjemne drżenia auta i ostry 

zapach skórzanych foteli. To było życie, o jakim zawsze marzyła. Pechowcy muszą 

sprzedać  duszę,  by  spełnić  swoje  marzenia,  ale  ona  miała  więcej  szczęścia  -  wy-

starczy przysięga małżeńska. 

Pół  dnia  spędziła  w  mieście.  Odwiedziła  wszystkie  sklepy  polecone  przez 

Carla.  Musiała  przyznać  mu  rację;  konfekcja  była  tam  znakomitej  jakości.  Brała 

rzeczy na jego rachunek, ale robiła to z ociąganiem. Miała wrażenie, że traci swoją 

niezależność. Nie chciała być niczyją utrzymanką. 

Po południu trafiła do sklepu firmowego Coco Chanel i znalazła małą czarną 

za  siedemdziesiąt  dwa  dolary.  Dawniej  uznałaby,  że  to  wygórowana  cena,  ale  w 

porównaniu z kreacjami wystawionymi w innych sklepach, była to prawdziwa oka-

zja. Natychmiast kupiła sukienkę i zaniosła ją do samochodu. 

Późnym popołudniem wróciła do posiadłości Landonów. Cicho wślizgnęła się 

do  domu.  Wolała  unikać  przypadkowych  spotkań  i  zdawkowych  rozmów.  Nie 

miała do tego głowy. Wkrótce powróci Carl, myślała z nadzieją, pojedziemy razem 

na bal u gubernatora i udowodnimy wszystkim, że jesteśmy dobraną parą. 

R S

background image

Kiedy stanęła przed drzwiami swego pokoju, zobaczyła przyczepioną do nich 

kartkę. 

-  Co  znowu?  -  mruknęła półgłosem.  -  Pewnie  chcą mnie  zawiadomić,  że  nie 

dostanę obiadu. 

Zerwała kartkę, otworzyła drzwi i  weszła do środka. Postawiła torbę z zaku-

pami na podłodze, podeszła do stolika, zapaliła lampę i przeczytała krótką notatkę: 

 

Droga Joleen! 

Dzwonił Carl. Zostawił wiadomość, że wróci dopiero na początku przyszłego 

tygodnia. 

Jake 

 

Żadnego  wyjaśnienia,  adresu,  telefonu.  Lakoniczna  informacja,  która  ozna-

czała,  że  Joleen  znów  będzie  przesiadywać  samotnie  w  swoim  pokoju.  Z  drugiej 

strony jednak wcale nie była zawiedziona. Poczuła... ulgę, a nawet zadowolenie. 

Usiadła  na  łóżku i  zamyśliła  się  głęboko.  Powinna  tęsknić  za Carlem,  liczyć 

dni  do  jego  powrotu,  zacząć  przygotowania  do  ślubu,  a  tymczasem  wciąż  się  za-

stanawiała, czy chce wyjść za mąż. Nadzieja, że wreszcie ułoży sobie życie, z każ-

dą chwilą stawała się wątlejsza. 

-  Nie  powinnam  o  tym  myśleć  -  skarciła  się  głośno,  lecz  mimo  woli  nadal 

roztrząsała nurtujący ją od dawna problem. Daremnie próbowała sobie wmówić, że 

będzie  z  Carlem  szczęśliwa.  Łzy  napłynęły  jej  do  oczu.  Szkoda,  że  nie  może  stąd 

wyjechać.  Jutro  wieczorem  trzeba  się  pokazać  na  balu  u  gubernatora.  Nie  mogła 

zawieść Carla w takiej chwili, choć najchętniej opuściłaby posiadłość Landonów. 

Nie  wyjdę  za  niego,  postanowiła  nagle.  Ta  decyzja  przyniosła  ukojenie,  a 

także  uwolniła  ją  od  zgryzot  i  zmartwień  oraz  złagodziła  smutek.  Muszę  jak  naj-

szybciej  powiadomić  go  o  swoim  postanowieniu,  myślała  gorączkowo.  Przedtem 

nie wolno się zdradzić. Biedny Carl byłby niepocieszony, gdyby dowiedział się od 

R S

background image

kogoś innego. 

Spojrzała na notatkę, która przesądziła o jej decyzji. Carl również miał w tym 

swój udział, chociaż wiadomość zostawił Jake. Czy należą mu się podziękowania? 

Nie  przesadzajmy,  był  przecież  tylko  posłańcem.  Ciekawe,  co  o  mnie  pomyśli, 

kiedy się dowie, że zmieniłam zdanie. To zresztą już nie ma znaczenia. 

Zmięła kartkę i wyrzuciła ją do kosza. 

Jake był świadomy, że niesprawiedliwie potraktował Joleen. Zachował się jak 

ostatni  gbur.  Ruszył  w  stronę  pokoju  gościnnego.  Zapukał  cicho,  ale  drzwi  otwo-

rzyły się natychmiast. 

-  Znalazłaś  kartkę?  -  spytał,  chociaż zauważył,  że  na  drzwiach  nie  było  jego 

notatki. 

- Tak - odparła cicho. 

- Dobrze. - Niezdarnie wsunął ręce w kieszenie i zaczął się kołysać w przód i 

w tył. - Musiałem się upewnić. Przecież jutro wieczorem jest bal u gubernatora. Nie 

chciałem, żebyś czekała na Carla, skoro i tak się nie zjawi. 

- Musiałeś o tym wspomnieć, co? - spytała zaczepnie, opierając się o framugę 

drzwi. 

- Nie rozumiem. - Zdziwiony uniósł brwi. 

- Wiesz doskonale, o co mi chodzi. Chciałeś dokuczyć Carlowi. 

- Dlaczego miałbym to robić? 

- Nie udawaj. Przez cały czas wyrażasz się o nim pogardliwie. Nie jest złym 

człowiekiem. Ma tylko dużo pracy. Popełnia błędy jak wszyscy śmiertelnicy. 

- Moim zdaniem to celowe działanie - odparł z goryczą Jake. - Ma na sumie-

niu sporo rozmaitych grzeszków. Jeśli je zsumujesz, powstanie ciekawy akt oskar-

żenia. 

- Chcesz, żebym go rzuciła? - spytała ponuro. 

- Nie, chciałem się tylko upewnić, czy znalazłaś kartkę. 

- Znalazłam i przeczytałam. 

R S

background image

- To dobrze. 

-  Dziękuję  za  troskę.  -  Chciała  zamknąć  drzwi,  ale  Jake  powstrzymał  ją  ru-

chem ręki. 

- Joleen... 

- Słucham? 

- Nieważne - odparł, cofając się w głąb korytarza. Ruszył przed siebie, rzuca-

jąc na odchodnym: - Nic ważnego. 

- Jake! 

Zatrzymał się i odwrócił w jej stronę. Serce waliło mu jak młotem. Był prze-

konany, że Joleen słyszy rytmiczne pulsowanie. 

- Coś jeszcze? 

- Ja... - Joleen nie wiedziała od czego zacząć. 

- Proszę? - dopytywał się natarczywie.   

Mimo woli patrzył na nią z zachwytem. 

- Chciałam ci... 

- Zamieniam się w słuch. 

- Doszłam do wniosku... - Nerwowo oblizała wargi. Jake był u kresu wytrzy-

małości. - Miałeś rację. 

- Czy możesz wyrażać się jaśniej? 

- Chodzi o mnie. Rzeczywiście do was nie pasuję. 

- Co masz na myśli? 

-  Nie  potrafię  dostosować  się  do  waszego  stylu  życia.  -  Jej  głos  był  cichy  i 

spokojny, pozbawiony emocji. 

- Źle mnie... 

Podniosła rękę, bo nie chciała, żeby się przed nią tłumaczył. 

- Miałeś słuszność. Nie będę jedną z was. Różnię się bardzo od tych wszyst-

kich  kobiet,  które  jutro  przyjdą  na  bal.  Nie  potrafię  ani  ładnie  mówić,  ani  zacho-

wywać się tak jak one. 

R S

background image

Od dawna  czekał na taką  sposobność. Mógł  teraz  wybić  jej  z  głowy  bezsen-

sowny pomysł poślubienia Carla. Od chwili gdy ją poznał, miał nadzieję, że sama 

zrozumie, jaki to błąd. Z drugiej strony jednak nie chciał, żeby się z tego  powodu 

zadręczała. Skąd to poczucie niższości? Nie mógł pozwolić, żeby się tak obwiniała. 

-  To  nieprawda  -  powiedział  stanowczo.  -  Jesteś  mądra,  urodziwa,  pełna 

wdzięku. 

-  Dziękuję,  że  mnie  pocieszasz,  choć  wiesz,  że  to  nieprawda.  Wśród  was 

trzeba się po prostu urodzić. Zalet, które posiadacie, nie można sobie przyswoić. 

- Bzdura! Moi rodzice byli prostymi ludźmi, nim zdobyli fortunę. 

- Naprawdę? - spytała z niedowierzaniem. 

- Ojciec dorobił się majątku długo po ślubie. Zapewniam cię, że dobrych ma-

nier  każdy  się  nauczy,  a  odpowiedni  strój  można  kupić.  To  jedynie  kwestia  ceny. 

Ważniejsze jest, co sobą reprezentujesz. 

- Właśnie o tym mówię - roześmiała się gorzko. 

- Przesadzasz! To bez znaczenia, w jakiej rodzinie przyszłaś na świat. 

- Oczywiście. Mam dość klasy, by podawać obiady w tanim barze. 

-  Mówię  poważnie,  Joleen.  Troszczysz  się  o  innych  ludzi,  a  to  oznacza,  że 

będziesz  dla  Carla idealną  żoną.  -  Jake  sam  sobie  nie  wierzył.  -  Jeśli  zostanie  gu-

bernatorem, przypomnisz mu o biednych i chorych, którymi także będzie musiał się 

zająć. 

Patrzyła na niego w milczeniu. Nie kryła podziwu. Dzięki jego zapewnieniom 

uwierzyła, że nie ma powodu, by czuła się gorsza od Carla. 

-  Mój  brat  będzie  z  ciebie  dumny  -  podsumował  Jake  -  a  my  chętnie  przyj-

miemy cię do rodziny. 

- Nie sądzę, żeby Virginia zgadzała się z tobą w tej kwestii - zaoponowała. - 

Sama muszę odpowiedzieć sobie na pytanie, czy chcę resztę życia spędzić na prze-

łamywaniu uprzedzeń rodziny Landonów. 

- Ja będę szczęśliwy, mając taką bratową. - Jake próbował się uśmiechnąć. 

R S

background image

- Chciałabym się z tobą zaprzyjaźnić. 

- Nic trudnego - odparł Jake. Obydwoje wiedzieli, że nie są ze sobą szczerzy. 

-  Tylko  przestań  mówić,  że  jesteś  gorsza,  dobrze?  Masz  spore  szanse,  by  zjedno-

czyć naszą rodzinę. 

- Jesteście skłóceni? - Joleen zbladła. 

- Nie widzieliśmy się od lat. Prawie ze sobą nie rozmawiamy. - Jake smutno 

pokiwał głową. Wolał nie wspominać, że to Carl jest temu winien. - Może z twoją 

pomocą uda nam się dojść do porozumienia. 

Joleen zadrżała i zacisnęła wargi. Jake uznał, że nie należy przedłużać kłopo-

tliwej rozmowy. 

- Dość już o tych rodzinnych sekretach. Zobaczymy się jutro wieczorem? 

- Słucham? 

- Na balu - dodał cicho. 

- Ach tak. W takim razie do jutra. 

Zamknęła drzwi. Jake nadstawił ucha, słysząc jej cichy głos: 

- Ciekawe, czy zjawi się dobra wróżka. Bardzo by się teraz przydała. 

 

R S

background image

ROZDZIAŁ ÓSMY 

 

Jake  doszedł  do  wniosku,  że  Joleen  wyjechała  o  świcie.  Gdy  wstał  o  ósmej, 

mercedesa już nie było. Przez cały dzień raz po raz łapał się na tym, że zadaje sobie 

pytanie, dokąd się wybrała. Wmawiał sobie, że to nie troska, tylko ciekawość. Pod 

wieczór  zaczął  się  niepokoić,  że  spóźni  się  na  bal  u  gubernatora,  ale  natychmiast 

powiedział sobie ze złością, że to nie jego sprawa. Było mu obojętne, czy Joleen się 

tam zjawi, czy też nie. Nie miał powodu, by się niepokoić. Postanowił trzymać się 

od tego z daleka. 

Wbrew jego obawom wróciła na czas. O szóstej po południu zaparkowała na 

podjeździe. Pół do siódmej matka poinformowała go telefonicznie, że jest zbyt sła-

ba, żeby iść na bal, więc Joleen pojedzie sama. Miał wrażenie, że pętla zaciska mu 

się wokół szyi. 

Gdy spotkali się przy frontowych drzwiach, zrozumiał, co czuje skazaniec w 

ostatniej minucie. Przepadł z kretesem. Joleen wyglądała ślicznie w krótkiej czarnej 

sukni odsłaniającej zgrabne nogi, które mogły przyprawić mężczyzn o zawrót gło-

wy.  Ramiona  też  miała  odsłonięte,  ale  wycięcie  było  skromne,  jakby  nie  chciała 

zdradzać od razu wszystkich atutów. Włosy upięła wysoko, a w uszach lśniły dia-

mentowe  kolczyki.  Poza  tym  żadnej  biżuterii.  Jake  był  zachwycony  i  dumny,  ale 

nie zamierzał się do tego przyznać. Przypuszczał, że Joleen zaćmi inne uczestniczki 

balu. 

Wymienili kilka grzecznościowych uwag i wsiedli do samochodu. Poczuł za-

pach  jej perfum  -  wytwornych  i  zarazem  wyrazistych.  Ta  woń  budziła  w nim nie-

pokój przez całą drogę do rezydencji gubernatora. W aucie nie zamienili ani słowa. 

Gdy weszli do Środka, wszystkie oczy zwróciły się od razu na Joleen. Pierw-

szy  zbliżył  się  do  nich  wpływowy  senator  James  McPartland,  którego  Carl  od 

dawna próbował sobie zjednać i przekonać do swoich pomysłów. 

- Witaj, mój drogi. Co u ciebie? - Podał rękę Jake'owi. 

R S

background image

- Wszystko w porządku, dziękuję. - Jake, wskazał Joleen i dokonał oficjalnej 

prezentacji. 

- Słyszałem, narzeczona Carla. 

- Panie senatorze, my jeszcze... nie jesteśmy oficjalnie zaręczeni, chociaż my-

ślimy o... 

- Dla znajomych jestem Jim - wyjaśnił McPartland. - Wiele o tobie słyszałem, 

Joleen. Wczoraj zrobiłaś piorunujące wrażenie. 

- Naprawdę? - Chętnie zapadłaby się pod ziemię. 

- Wiem, co mówię. 

Joleen  poczerwieniała  na  twarzy.  Wieści  szybko  się  rozchodzą.  Cóż  za  upo-

korzenie! Trzeba to natychmiast wyjaśnić. Coś jej mówiło, żeby tego nie robiła, ale 

miała dość  niedomówień  i karcących  uwag.  Poczuła na  ramieniu dłoń  Jake'a,  lecz 

nie pozwoliła się uciszyć. 

- Zrobiłam to, co uznałam za słuszne. Może pora nie jest odpowiednia, żeby o 

tym mówić, ale spędziłam dziś w ratuszu kilka godzin i dowiedziałam się, że par-

cela została już sprzedana, a nowy właściciel zamierza wkrótce zlikwidować park. 

-  Joleen,  chyba nie  o  to mu  chodziło  -  wtrącił cichym  głosem  Jake  i położył 

dłoń na jej ramieniu. 

- Dziewczyno, o czym ty mówisz? Jaki park? Kto sprzedał parcelę? 

-  Sprawa  dotyczy  ośrodka  dla  dzieci  specjalnej  troski.  Na  prywatnej  parceli 

urządzono  dla  nich  plac  zabaw  -  odparła  niepewnie  Joleen.  -  Wczoraj  była  o  tym 

mowa.  Gdy  usłyszałam,  że  z  mego  powodu  powstało  wczoraj  spore  zamieszanie, 

sądziłam, że ma pan na myśli tamtą sprawę. 

-  Ależ  nie,  moja  droga!  Chciałem  tylko  powiedzieć,  że  wszyscy  chwalili  cię 

za wdzięk i urodę. W moim biurze również się o tym mówiło. 

-  Ach  tak  -  odparła  cicho.  Ręka  Jake'a  opadła,  a  Joleen  poczuła,  że  nogi  się 

pod nią uginają. Koszmar trwał. Znów nagadała głupstw. Trzeba ratować sytuację. 

Zdobyła się na wymuszony uśmiech. - Dziękuję za miłe słowa. 

R S

background image

Miała  wrażenie,  że  Jake  przygryzł  wargę,  żeby  nie  wybuchnąć  śmiechem. 

Pomyślała z przykrością, że po raz drugi w jego  obecności wyszła na idiotkę. Jim 

McPartland zmarszczył brwi, przechylił głowę na bok i powiedział: 

- Ciekawe rzeczy mówisz, moja panno. Słyszałem o tym przedsięwzięciu. Ten 

plac zabaw nazywa się  „Ogród nadziei". Świetna sprawa. Twierdzisz,  że  mogą go 

zlikwidować? 

Joleen odetchnęła głęboko, żeby nabrać pewności siebie. 

- Panie senatorze, niewiele się dowiedziałam, ale z moich informacji wynika, 

że używanie prywatnych gruntów do realizacji społecznych projektów jest bardzo 

ryzykowne. Trzeba szukać innego wyjścia. Będąc dziś w ratuszu, zajrzałam do ar-

chiwum i znalazłam ciekawe informacje na temat pewnej parceli niedaleko parku, o 

którym mówimy. 

-  Mów  dalej.  To  ciekawe  -  wtrącił  senator,  głaszcząc  brodę  niczym  Święty 

Mikołaj  z  telewizyjnej  kreskówki.  -  Nie  sądziłem,  że  w  tamtym  rejonie  są  tereny 

nadające się pod taką zabudowę. 

- Parcela nie jest duża, ale ma znakomitą lokalizację i kształt oraz dobry do-

jazd.  Sześć  lat  temu  właściciel  w  testamencie  przekazał  ją  miastu.  Spadek  okazał 

się dość kłopotliwy, ponieważ nikt nie miał pomysłu na wykorzystanie tego gruntu. 

-  Joleen  wzruszyła  ramionami.  Zarumieniła  się  pod  uporczywym  spojrzeniem  Ja-

ke'a. - Można tam przenieść „Ogród nadziei". Wszyscy na tym skorzystają. 

-  Masz  rację,  dziewczyno,  to  jest  wyjście.  Podasz  mi  dokładną  lokalizację 

parceli? 

- Zapisałam wszystkie dane. Jutro rano je panu dostarczę. 

- Wspaniale! Pozwól, że wręczę ci moją wizytówkę. - Wyjął z kieszeni portfel 

i  podał  jej  biały  kartonik.  -  Przestań  być  taka  oficjalna.  Prosiłem,  byś  mówiła  do 

mnie  po  imieniu.  Dam  ci  jeszcze  bezpośredni  numer  do  biura,  żebyś  nie  musiała 

tłumaczyć się sekretarce. Czekam jutro na twój telefon. 

Rozpromieniona Joleen nie kryła radości. 

R S

background image

- Zadzwonię rano, panie... Jim. Tak się cieszę! - Zerknęła ukradkiem na Jake'-

a, który gapił się na nią szeroko otwartymi oczyma. 

Był wyraźnie zaskoczony i trochę roztargniony. Niebieskie tęczówki rozjaśnił 

dziwny blask, a niesforne kosmyki ciemnych włosów opadły na czoło. W smokingu 

prezentował się doskonale. Po chwili wrócił do rzeczywistości i powiedział do se-

natora: 

- Miło cię było spotkać, Jim. 

-  Właśnie  miałem  powiedzieć  to  samo.  Ukłony  dla  brata.  -  Jim  mrugnął  do 

niego  porozumiewawczo.  Joleen  odetchnęła  z  ulgą,  przekonana,  że  to  koniec  roz-

mowy. Nagle usłyszała znowu głos senatora. - Zatańczysz, moja droga? 

- Tak... Ja... Chętnie, dziękuję - odparła, chociaż wolałaby odmówić. 

Była  tak  zdenerwowana,  że  w  każdej  chwili  mogła  zmylić  krok.  Orkiestra 

grała  szybką,  rytmiczną  melodię,  co  znacznie  pogarszało  sytuację.  Joleen  rzadko 

miała  okazję tańczyć,  ale  od  czasu do  czasu  ćwiczyła  w  domu,  zerkając na  kasetę 

nagraną przez znanego instruktora. 

Mimo obaw, na parkiecie obyło się bez wpadki, jednak ucieszyła się, gdy se-

nator  odprowadził  ją  wreszcie  do  Jake'a.  Zdecydowanie  wolała  towarzystwo  tego 

ostatniego, ale zdawała sobie sprawę, że może się od niego uzależnić. 

Niespodziewanie  objął  ją  w  talii  i  pociągnął  na  parkiet.  Muzycy  zagrali  ro-

mantyczną balladę. 

-  To  było  niesamowite  -  szepnął  jej  do  ucha,  pochylając  głowę.  -  Znalazłaś 

wyjście z trudnej sytuacji i uchroniłaś ten plac zabaw przed likwidacją. 

- Nie ma w tym nic nadzwyczajnego. Tak jest po prostu sprawiedliwie. 

- Podziwiam cię. Stanęłaś na wysokości zadania. 

- Dzięki za miłe słowa. 

Gdy  nieco  ochłonęła, uznała  w  duchu,  że  taniec  z  Jake'em  to  sama przyjem-

ność. W ogóle nie myślała o krokach i chętnie spędziłaby na parkiecie całą noc. Po 

raz drugi przyszło jej do głowy, że grozi jej niebezpieczne uzależnienie. 

R S

background image

-  Nawet  Carl  będzie  z  ciebie  zadowolony.  Tak  pokierowałaś  rozmową,  żeby 

w ogóle o nim nie wspomnieć. - Jake mocniej objął ją w talii i dodał: - Chyba źle 

cię oceniłem. 

-  Czyżby?  -  Próbowała  się  odsunąć,  ale  jej  na  to  nie  pozwolił.  -  Myślałeś 

pewnie, że jestem małomiasteczkową lalunią, która nie ma dość rozumu, by znaleźć 

wyjście z trudnej sytuacji. 

- Skąd ci to przyszło do głowy? - żachnął się Jake. 

-  Nie  udawaj  niewiniątka.  Od  razu  tak  mnie  zaszufladkowałeś.  -  Dumnie 

uniosła głowę. - A jeśli chodzi o Carla, jedno ci powiem: nie chciałam bez potrzeby 

mnożyć trudności. Gdybym go obwiniała, zamiast szukać wyjścia z sytuacji, była-

by to niepotrzebna strata czasu i energii. Skupiłam się na znalezieniu nowej lokali-

zacji dla „Ogrodu nadziei". Reszta jest bez znaczenia. 

Jake skwapliwie pokiwał głową. 

- Dobra robota, ale mówiąc, że źle cię oceniłem, miałem na myśli coś innego. 

Nie sądziłem, że tak chętnie angażujesz się w sprawy innych ludzi. Jesteś otwarta i 

gotowa  do  pomocy.  Zwykle  mam  do  czynienia  z  ludźmi,  którzy  nigdy  nie  mówią 

tego,  co  myślą  i  długo  się  zastanawiają,  nim  podejmą  jakiekolwiek  działania.  Ty 

mówisz szczerze i działasz spontanicznie. Wiele się od ciebie nauczyłem. Jesteś dla 

mnie  prawdziwym  natchnieniem,  Joleen.  Przypominasz  mi,  że  trzeba  postępować 

jak należy, a nie tylko mówić to, co wypada. 

-  Dziękuję.  -  Spojrzała  mu  prosto  w  oczy,  ale  szybko  odwróciła  wzrok.  Nie 

przywykła  do  komplementów.  Gdy  mówił  jej  miłe  słowa,  omal  nie  zemdlała  z 

wrażenia.  -  A  skoro  już  rozmawiamy  o  dobrych  uczynkach,  kiedy  nastąpi  gło-

sowanie, o którym wspomniałeś? 

- W poniedziałek rano. 

Za  trzy  dni.  Czy  Carl  wróci,  żeby  wziąć  udział  w  posiedzeniu  rady  nadzor-

czej? 

- Potem zamierzasz wyjechać? 

R S

background image

- Zniknę stąd na dobre. 

- I już nie wrócisz? Żadnych wizyt u rodziny z okazji świąt i rodzinnych uro-

czystości? 

- Nie sądzę. - Wybuchnął śmiechem, a potem zapytał: - Będziesz za mną tę-

sknić? 

- Straszliwie - odparła żartobliwym tonem.   

Nie miał pojęcia, co chciała przez to powiedzieć. 

- Tak sądziłem. 

Dla Joleen te słowa również były zagadką. Spojrzała mu w oczy, ale odwrócił 

wzrok i zaczął się rozglądać po sali. Uznała to za ostrzeżenie. Niewiele brakowało, 

żeby pozwoliła sobie na bardzo ryzykowne wyznanie. 

- Jestem pewna, że i ty będziesz umierać z tęsknoty za mną. Równie mocno - 

dodała z udawanym patosem, a w jej słowach kryło się nieme pytanie. Nagły błysk 

zrozumienia w jego oczach upewnił ją, że aluzja okazała się czytelna. Wstrzymała 

oddech, czekając na odpowiedź. 

- Nie jestem sentymentalny, a poza tym, moim zdaniem uroki Dallas i Teksa-

su są raczej wątpliwe. Nie mam czego żałować. 

Co chciał przez to powiedzieć? 

-  Z  pewnością czegoś  będzie  ci brakowało  -  nalegała,  chociaż  była  na  siebie 

wściekła za tę bezsensowną gadaninę. 

Popatrzył na nią rozmarzonym wzrokiem i powiedział: 

- Tak, masz rację. 

- A konkretnie? - spytała bez tchu. Tulił ją w objęciach, więc na pewno czuł 

przyspieszone bicie jej serca. - Zdradzisz mi ten sekret? 

-  Miejscowa  kuchnia.  Tego  nie  zapomnę.  W  pobliżu  Dallas  leży  miasteczko 

Melva. Jest tam mała knajpka, gdzie podają najlepsze na świecie mięso z grilla. 

- Jedzenie? To znaczy, że to jest dla ciebie najważniejsze? 

- Sama wiesz, przez żołądek do serca. 

R S

background image

- Rozumiem. 

- Nie wątpię - mruknął i popatrzył na jej usta. 

-  Nie  masz  innych  sekretów  i  ukrytych  tęsknot?  Jesteś  pewien,  że  obchodzą 

cię wyłącznie twoje ulubione potrawy? 

- Czyżby do naszej rozmowy wkradły się jakieś dwuznaczności? 

Poczuła  dziwny  dreszcz.  Nie  miała  pojęcia,  czy  Jake  mówi  poważnie,  czy 

tylko z niej kpi. Co chciał jej dać do zrozumienia? A jeśli rzeczywiście najważniej-

sza jest dla niego teksaska kuchnia? 

-  Nie  sądzę  -  rzuciła  ostrożnie.  -  Zdaję  sobie  sprawę,  że  dobre  jedzenie  to 

podstawa. Nie zapominaj, że pracowałam w barze i wiem, że dla mężczyzny liczy 

się przede wszystkim smaczny posiłek. 

- Oczywiście. - Łagodnym ruchem pogładził jej plecy.   

Wstrzymała oddech i zadrżała w jego ramionach. 

- Przestań... - szepnęła po chwili. 

Muzyka umilkła, a tancerze z zapałem bili brawo. Joleen i Jake długo stali bez 

ruchu, patrząc sobie w oczy. 

- Co powiedziałaś? - spytał w końcu sennym głosem. 

- Nic. - Zagryzła wargi i potrząsnęła głową.   

Cofnęła się o krok i odwróciła, jakby chciała odejść. Wyciągnął rękę, chcąc ją 

zatrzymać, ale ramię jego opadło bezwładnie. 

- Jesteś pewna? 

-  Sama  nie  wiem.  Już  nie  pamiętam,  o  czym  była  mowa.  Nim  zdążył  odpo-

wiedzieć, podszedł do nich Jim McPartland w towarzystwie wysokiego mężczyzny, 

chudego jak tyczka. 

-  Joleen,  chciałbym  ci  przedstawić  mego  przyjaciela.  -  To  jest  Harold  Bin-

chey. Prowadzi firmę budowlaną. Haroldzie, poznaj narzeczoną Carla. 

- Cała przyjemność po mojej stronie - wtrącił chudzielec. - Kiedy nastąpi ten 

wielki dzień? 

R S

background image

- Proszę? - rzuciła Joleen, chociaż od razu się domyśliła, czego dotyczy pyta-

nie. Ogarnęła ją dziwna niechęć. 

- Mam na myśli oficjalne zaręczyny. 

Raczej wyczuła, niż zobaczyła, że Jake odsuwa się od niej. 

- Szczerze mówiąc, nie wiem. Jeszcze nic nie zostało uzgodnione. 

Obaj  panowie  nie  kryli  zdziwienia,  a  Joleen  tłumaczyła  z  uśmiechem,  że 

nadmiar obowiązków nie pozwala Carlowi zadbać o życie prywatne. 

Przez  resztę  wieczoru  zmuszona  była  odpowiadać  na  te  same  pytania  doty-

czące zaręczyn i ślubu. Jake był stale w pobliżu, ale zachowywał dystans. Koło je-

denastej  Joleen  miała  już  dość  monotonnej  indagacji  i  postanowiła  zniknąć  dys-

kretnie.  Spełniła  obowiązek,  zrobiła dobre  wrażenie,  poznała  wpływowe  osobisto-

ści i zaspokoiła oczekiwania Carla. Zagrała poprawnie rolę szczęśliwej narzeczonej 

i miała prawo do chwili odpoczynku. 

Przez  chwilę  szukała  wzrokiem  Jake'a.  Stał  w  głębi  sali,  otoczony  młodymi 

dziewczynami  o  figurach  modelek.  Poczuła  się  niepotrzebna  i  to  ją  utwierdziło  w 

przekonaniu, że trzeba stąd zmykać. Podeszła bliżej i dotknęła jego ramienia. 

- Wybacz, że przerywam ci rozmowę. Chciałam tylko powiedzieć, że wycho-

dzę. 

Zimny dreszcz przebiegł jej po plecach, gdy poczuła nieprzyjazne spojrzenia 

stojących obok dziewcząt. 

- Zaraz cię odwiozę - odparł pospiesznie. 

- Nie, dziękuję. Dam sobie radę. 

- Jak się dostaniesz do domu? - spytał z nie ukrywaną troską. 

Joleen skrzywiła się mimo woli. 

- Jestem dorosła, poradzę sobie. Mogę wziąć taksówkę. - Odwróciła się i po-

szła w stronę wyjścia. 

Natychmiast  ruszył  za  nią,  nie  zwracając  uwagi  na  grupkę  dziewczyn,  które 

rozpierzchły się niczym liście unoszone jesiennym wiatrem. 

R S

background image

- Joleen, nie możesz wyjść sama. Pozwól, że cię odwiozę. 

- Wykluczone. Odkąd do was przyjechałam, ciągle się mną zajmujesz. Czas z 

tym skończyć. Potrafię sama o siebie zadbać. 

- Nie mam nic przeciwko... - zaczął, lecz nie pozwoliła mu dokończyć zdania. 

-  Mnie  się  to  nie  podoba.  -  Rozmawiali  podniesionym  głosem,  co  zwróciło 

uwagę stojących w pobliżu osób. Joleen zreflektowała się natychmiast i dodała ci-

szej:  -  Nie  chcę  być  zdana na  twoją  łaskę.  I  tak  mam  wobec  ciebie dług wdzięcz-

ności.  -  Kiedy  to  powiedziała,  natychmiast  nabrała  odwagi.  Wystarczyło,  że  jasno 

postawiła sprawę i od razu wiedziała, czego chce. Przy Carlu całkiem zapomniała, 

że ma prawo do własnego zdania. - Nie należę do kobiet, które trzeba stale wyrę-

czać.  Potrafię  zadbać  o  swoje  potrzeby,  podejmować  decyzje,  wybierać  stroje  - 

tłumaczyła w pośpiechu. - Rozumiesz, o co mi chodzi? 

- Jasne - odparł krótko.   

Nie była pewna, czy w jego oczach dostrzega podziw, czy pobłażliwość. 

- To dobrze - odparła, zdecydowana nie zaprzątać sobie tym głowy. - W takim 

razie do zobaczenia. Wychodzę, bo chcę być sama. 

- Baw się dobrze. 

Przez  chwilę  obserwowała  go  uważnie.  Patrzył  na  nią  z  kamienną  twarzą. 

Daremnie łudziła się, że coś z niej wyczyta; nie zdradził, co naprawdę myśli. 

- Oczywiście. Do widzenia - rzuciła na odchodnym. 

- Cześć - dobiegł ją z tyłu jego głos. 

Wyszła  przed  budynek  i  z  ulgą  odetchnęła  chłodnym  wieczornym  powie-

trzem. W sali balowej było gorąco i duszno od rozgrzanych ciał i zapachu perfum. 

Przywołała  taksówkę  i  poprosiła  kierowcę,  żeby  ją  zawiózł  do  najlepszego 

pubu w mieście. 

- Proszę wybrać spokojny, cichy lokal z dobrą muzyką, gdzie nie ma turystów 

ani miłośników mocnych wrażeń, tylko... sami swoi - dodała z uśmiechem. 

Po  piętnastu  minutach  kierowca  zatrzymał  auto  przed  skromnym  pubem, 

R S

background image

obejrzał się i zmierzył Joleen taksującym spojrzeniem. 

- Strasznie się pani odstawiła. Może to nie jest dobry wybór? - mruknął z po-

wątpiewaniem. 

- Byłam na wielkim balu, a teraz potrzebuję chwili spokoju. Naprawdę wiem, 

co robię - odparła cierpliwie. Wzruszona nieoczekiwaną troską dała mu podwójny 

napiwek. Gdy zatrąbił na pożegnanie, wesoło pomachała ręką. 

Weszła do pubu i rozejrzała się wokoło. Od razu wiedziała, że to miły lokal, 

gdzie  samotna  kobieta nie  ma  powodu  do  obaw.  Panowała  tu  rodzinna  atmosfera. 

Na ścianach wisiały stare fotografie przedstawiające te same osoby w różnym wie-

ku, pamiątkowe  dyplomy,  wycięte  z  gazet  i  oprawione  w  ramki artykuły  na  temat 

pubu.  Joleen  śmiało  podeszła  do  baru,  usiadła  na  stołku  i  zamówiła  piwo.  Kilku 

bywalców popatrzyło ze zdziwieniem na jej elegancką kreację, lecz szybko stracili 

zainteresowanie i zajęli się swoimi sprawami. 

Wolniutko  sączyła  chłodny  napój,  wsłuchana  w  stare  piosenki  o  miłości  do-

biegające  z  szafy  grającej.  Zamówiła  drugie  piwo,  a  gdy  trochę  zaszumiało  jej  w 

głowie,  rozmarzyła  się  pod  wpływem  sentymentalnych  tekstów  i  oczyma  wy-

obraźni  ujrzała  znowu  Jake'a.  Przez  chwilę  miała  nawet  wrażenie,  że  słyszy  jego 

gardłowy  śmiech.  Była  lekko  wstawiona.  Nie  powinna  tyle  pić  na  pusty  żołądek. 

Podniosła głowę  znad pustego kufla i uświadomiła sobie, że Jake siedzi obok niej 

przy barze. Skąd się tu wziął? Przypadek czy... 

- Joleen? 

-  Cześć,  jak  leci?  -  spytała  pogodnie  i  nie  poznała  swego  głosu.  Zamiast  ra-

dosnego  powitania  usłyszała  własny  pijacki  bełkot.  Kąciki  ust  Jake'a  lekko  się 

uniosły. Z irytacją stwierdziła, że ten drań uśmiecha się pobłażliwie. 

- Co piłaś? - zapytał konspiracyjnym szeptem. 

- Piwo. Nic więcej - zapewniła skwapliwie. 

- Jedno? 

Jakim  prawem  ją  wypytywał?  Próbowała  zmrużyć  oczy  i  spojrzeć  na  niego 

R S

background image

groźnie, ale omal nie straciła równowagi, więc dała sobie z tym spokój. Niech mu 

będzie. 

- Dwa. 

-  I  szampana na balu.  Niedobrze.  -  Przyglądał  jej  się  przez  chwilę,  słuchając 

romantycznej  melodii dobiegającej  z  głośników,  a  potem  rzucił  pytająco:  -  Zatań-

czymy? 

- Moim zdaniem nie powinniśmy. 

- Idziemy. - Objął ją ramieniem, pociągnął na parkiet i mocno przytulił. 

- Jake... - zaczęła niepewnie z twarzą wtuloną w jego smoking. Uniosła głowę 

i powtórzyła: - Jake? 

Popatrzył na nią czule. Jego usta były tak blisko jej warg. 

- Słucham. 

- Ja... - powiedziała szeptem. 

Odruchowo pochylił nieco głowę, żeby lepiej słyszeć. 

- Tak? 

-  To  mi  się  nie  podoba.  -  Powinna  wysunąć  się  natychmiast  z  jego  objęć  i 

wrócić  do  baru,  ale  nie  potrafiła  się  zdobyć  na  takie  wyrzeczenie.  Odruchowo 

przytuliła głowę do barczystego ramienia, jakby to była poduszka. Miała wrażenie, 

że śni, i nie chciała się obudzić. 

- O co ci chodzi? Nie lubisz tańczyć? A może jesteś zła, bo dobrze ci w moich 

ramionach? 

- Wcale nie powiedziałam, że mi dobrze - obruszyła się natychmiast. 

- Kończymy taniec? 

- Tak. - Nie podniosła głowy z jego ramienia. 

- Zgoda. - Mocniej objął ją w talii. Nadal poruszali się wolno w rytm muzyki. 

- Cieszę się, że wszystko sobie wyjaśniliśmy. - Joleen zachichotała. 

- Miło znów słyszeć twój śmiech - powiedział cicho. - Odkąd u nas zamiesz-

kałaś, rzadko bywasz wesoła. 

R S

background image

- Zauważyłeś? - spytała z niedowierzaniem.   

Nie przyszło jej do głowy, że jest obserwowana. 

- Oczywiście. 

- Przepraszam. Nie sądziłam, że taki ze mnie ponurak - powiedziała z uśmie-

chem. 

- Nie o to mi chodziło. - Jake także się uśmiechnął. 

  Oniemiała  z  zachwytu  i  jak  urzeczona  wpatrywała  się  w  jego  urodziwą 

twarz. Po namyśle uznała, że jest najprzystojniejszym mężczyzną w tym pubie. 

Długo milczeli. W końcu Jake odezwał się znowu. 

- Słyszałaś, jak senator McPartland skomentował naszą rozmowę? 

- Pewnie uznał mnie za wariatkę.   

Jake pokręcił głową. 

- Był tobą zachwycony. Nazwał cię cudotwórczynią, która zamiast gadać, po 

prostu  bierze  się  do  pracy  i  nie  spocznie,  póki  jej  nie  ukończy.  Mówił,  że  jesteś 

wspaniała. - Pogłaskał ją po plecach. - W pełni się z nim zgadzam. 

-  Pewnie  byłbyś  innego  zdania,  gdybyś  wiedział,  że  w  moim  życiu  panuje 

kompletny zamęt. Na domiar złego sama jestem sobie winna. 

- Co masz na myśli? 

- Tyle chciałabym osiągnąć, ale nie wiem, od czego zacząć. Marzę o studiach. 

- Wykształcenie jest bardzo istotne - wpadł jej w słowo - ale bardziej liczy się 

talent i życiowe doświadczenie, których ci nie brakuje. Musisz tylko zrobić z nich 

użytek.  Weźmy  na  przykład  tę  sprawę  z  placem  zabaw.  Szybko  znalazłaś  rozwią-

zanie, choć brak ci formalnego wykształcenia. Ja skończyłem studia, lecz niewiele 

z nich wyniosłem. 

- Miałeś wybór. 

- Owszem. Ty również stoisz teraz przed ważną decyzją. Weź pod uwagę to, 

co  się  dziś  wydarzyło.  Nie  jesteś  dyplomowaną  specjalistką, a  jednak  znalazłaś  w 

archiwum  potrzebne  informacje,  opracowałaś  strategię  działania  i  przekonałaś  do 

R S

background image

niej  wpływowego  polityka,  robiąc  na  nim  przy  okazji  piorunujące  wrażenie.  Mo-

głabyś  znaleźć  pracę  wymagającą  takich  kwalifikacji  i  zajmować  się  na  co  dzień 

podobnymi  problemami,  a  nie  harować  w  barze  i  borykać  się...  -  Umilkł  niespo-

dziewanie.  -  Co ja  gadam?  Przecież  wychodzisz  za  Carla.  Strzępię  sobie język  po 

próżnicy. 

Otworzyła usta, jakby chciała zaprotestować, ale nie mogła wykrztusić słowa. 

Była kompletnie oszołomiona. Jego bliskość i żarliwe nalegania tak na nią podzia-

łały. Gdy piosenka dobiegła końca, odsunęli się od siebie w milczeniu, jakby oboje 

uznali, że nie mają sobie nic więcej do powiedzenia. 

 

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 

 

Gdy  jechali  długim  podjazdem  w  stronę  rezydencji,  Jake  spostrzegł,  że  w 

stajni palą się wszystkie światła. 

- To dziwne. 

- Co takiego? 

Ruchem głowy  wskazał rozświetlone okna, a potem zerknął na zegar  wmon-

towany w deskę rozdzielczą auta. 

- Dochodzi druga, a światła nie zostały pogaszone. 

- Może twój pomocnik o nich zapomniał.   

Zaparkował samochód i wysiadł natychmiast. Miał złe przeczucia. 

- Obyś miała rację - odpowiedział z roztargnieniem.   

Otworzyli ciężkie drzwi i weszli do stajni. 

- Jest tu ktoś? - zawołał Jake. 

-  Dzięki  Bogu,  że  przyjechałeś!  -  Młody  mężczyzna  poderwał  się  na  równe 

nogi. Siedział przed boksem Kabały. Był śmiertelnie zmęczony. - Nie masz pojęcia, 

jak się cieszę, że jesteś! 

- Co się stało, Ray? - spytał zaniepokojony Jake. 

R S

background image

- Ma kolkę - odparł Ray, wskazując Kabałę. - Bardzo cierpi. Całą noc próbo-

wałem cię złapać. 

Ray już dłuższy czas pracował dla Jake'a i dobrze się znał na hodowli koni. 

Jake  przyjrzał  się  klaczy.  Dreptała  niespokojnie,  co  chwila  rzucała  łbem  na 

boki, a nogi jej drżały. Chciała położyć się na sianie, by ulżyć sobie w cierpieniu, 

ale Ray jej na to nie pozwalał. 

-  Kładła  się  przedtem?  -  spytał  cicho  Jake.  Gdyby  usłuchała  nakazów  in-

stynktu i legła na sianie, nie byłoby dla niej ratunku. 

- Robiłem, co się dało, żeby nie padła. 

- Co jej dałeś? 

Ray  wymienił  nazwy  lekarstw.  Aplikował  je  w  niewielkich dawkach, by  nie 

pogorszyć stanu klaczy. 

- Dostała środki przeciwbólowe? - dopytywał się Jake. 

- Tak, ale mało. 

- Mierzyłeś temperaturę? 

- Dwadzieścia minut temu. Jest bardzo wysoka. 

Jake zajrzał Kabale w oczy. Były przekrwione i szkliste. 

-  Fatalnie  -  mruknął  zamyślony.  Na moment  zapomniał  o  Rayu  i  Joleen,  go-

rączkowo szukając wyjścia z trudnej sytuacji. - Podaj mi apteczkę. Stoi w szafce. 

Zorientowała się nagle, że prośba jest skierowana do niej. 

- Oczywiście - rzuciła krótko, wdzięczna losowi, że może pomóc. 

-  Doktor  Scully  wyjechał  z  miasta.  Kilka  razy  do  niego  dzwoniłem,  ale  jest 

nieuchwytny.  Byłem  pewny,  że  dam  sobie  radę,  ale  sprawa  jest  poważna.  Kabała 

bardzo cierpi. To moja wina. 

-  Przestań,  stary.  -  Jake  spojrzał  współczująco  na  czerwone  z  niewyspania 

oczy Raya. - Przecież zrobiłeś, co w twojej mocy. 

- Co jej dolega? - Joleen podała mu apteczkę. 

-  Dziękuję.  -  Jake  otworzył  pudełko  i  zaczął  w  nim  szperać.  -  Kiedy  się  za-

R S

background image

częło? - spytał Raya. 

- Koło szóstej. 

- Człowieku, zaraz padniesz ze zmęczenia. Idź się przespać, ja się wszystkim 

zajmę. 

-  Daj  spokój.  Płacisz  mi  tyle  forsy  za  to,  żebym  się  nie  oszczędzał  w  takich 

wypadkach. 

- Oboje powinniście się położyć. - Jake spojrzał na Raya i Joleen. - Zadzwo-

nię, jeśli będzie mi potrzebna pomoc. 

-  Wolałabym  zostać.  Mogę  robić  kawę  i  pilnować,  żebyś  nie  zasnął.  -  Spoj-

rzała  na  Raya.  -  Pan  rzeczywiście  powinien  odpocząć.  Jest pan u  kresu  sił.  Wiem 

sporo o koniach. Pewnie od szóstej chodził pan z nią po stajni, żeby się nie pokła-

dała.  To  bardzo  męczące.  Proszę  się  przespać.  Wstanie  pan  o  świcie,  żeby  nas 

zmienić. 

Dobry  pomysł,  pomyślał  Jake.  Ta  dziewczyna  ma  dar  przekonywania.  Wie, 

jak człowiekowi uświadomić, że jest innym potrzebny. 

- Ma pani rację - przytaknął Ray. - Ale gdyby coś się działo, proszę do mnie 

zadzwonić. 

- Obiecuję.   

- Tak, ale... 

- Żadnych ale! Marsz do łóżka! 

Ray  uśmiechnął  się  i  wyszedł.  Gdy  zniknął  za  drzwiami,  Jake  powiedział  z 

uznaniem: 

- Dobra robota. Gdybyś nie powiedziała o porannej zmianie, Ray siedziałby tu 

kamieniem. 

- Pośpi do piątej. To jego stała pora. 

-  Skąd  wiesz,  o  której  Ray  tu  przychodzi?  Skoro  budzisz  się  tak  wcześnie, 

chyba też powinnaś odpocząć. - Potrząsnął głową i mruknął z irytacją: - Słowo da-

ję, sami męczennicy. 

R S

background image

- Chce ci pomóc, Jake - powiedziała, kładąc mu rękę na ramieniu. 

- Na nic się nie przydasz, jeśli zaśniesz. 

- Wykluczone. Jestem rześka jak skowronek. 

-  Dobrze.  Zostań  i  rób,  co  każę,  tylko  bez  dyskusji.  Wyjął  strzykawkę  z  ap-

teczki, przygotował zastrzyk i pogładził szyję Kabały. 

- Nie martw się, mała - powiedział cicho. Szybko wbił igłę i wstrzyknął płyn. 

Odczekał chwilę i zbadał puls klaczy. Nadal słaby. To bardzo zły znak. 

- Pilnuj, żeby się nie kładła - powiedział do Joleen. - Pójdę po parafinę i tubę. 

Nie mógł stracić tej klaczy. Dla jego hodowli byłaby to prawdziwa katastrofa. 

- Znasz się na tym? - zagadnęła Joleen.   

Gładziła delikatnie grzbiet Kabały. 

- Studiowałem! - krzyknął z drugiego końca stajni. 

- Jesteś weterynarzem? 

- Nie praktykuję. 

- Ale skończyłeś studia? - Była zaskoczona. 

Jake roześmiał się głośno. 

- Wszystko się zgadza. 

- Nie pochwaliłeś się, że masz dyplom! Wspomniałeś o studiach, ale na temat 

weterynarii  nie  powiedziałeś  ani  słowa.  Co  jeszcze  ukrywasz?  Stomatologia  jako 

drugi fakultet, co? 

- Nie zaliczyłem ostatniego roku. - Podszedł do klaczy i poklepał jej bok. 

Joleen  zastanawiała  się  przez  moment,  czy  mówi  prawdę,  czy  z  niej  żartuje, 

aż w końcu zapytała: 

- Co cię zniechęciło? 

- Niskie dochody. 

- Na pieniądzach świat się nie kończy, jak powiadają mądrzy ludzie. 

Jake otworzył apteczkę i zaczął przygotowywać kolejny zastrzyk. 

- Naiwni romantycy. 

R S

background image

- Nie zgadzam się z tobą. 

-  Trzeba  ostrożnie  podchodzić  do  tego,  co  mówią  tak  zwani  idealiści.  Są 

wśród nich głupcy, ale nie brak cwaniaków. Większość nie ma pojęcia, o czym ga-

da.  -  Wbił  igłę  i  zrobił  kolejny  zastrzyk.  Poklepał  klacz  po  szyi  i  wstał.  -  Muszę 

przynieść kilka drobiazgów. Popilnuj jej. 

- Dobrze. Czemu nie praktykujesz? 

- Próbowałem, ale się nie udało. 

- Dlaczego? Jakieś trudności? 

- Powiem ci, ale obiecaj, że przestaniesz zamęczać mnie pytaniami. 

- Daję słowo. 

- Popełniłem głupi błąd. Z mojej winy padł koń wart sto tysięcy dolarów. Nie 

nadaję się do tej pracy. 

- Każdy może się pomylić. 

-  Chciałabyś,  żeby  operował  cię  chirurg,  któremu  zmarł  na  stole  pacjent?  - 

Joleen milczała. - Sama widzisz. Uznajmy ten temat za zamknięty. 

- Ale... 

- Coś mi przed chwilą obiecałaś. Uważaj na klacz. Biegnę do samochodu. 

Gdy wyszedł, Joleen pogładziła Kabałę po pysku. Zamknęła oczy i przytuliła 

się do niej. 

- Błagam, musisz z tego wyjść. Jake cię potrzebuje. Zrób to dla niego. 

Kiedy  wrócił  Jake,  Kabała  wyglądała  nieco  lepiej.  Drgawki  ustąpiły,  z  oczu 

zniknęło przekrwienie i wyraz cierpienia. 

- Czuje się nieźle - zauważyła Joleen. 

- Raczej tak. 

- Niebezpieczeństwo minęło? 

- Jeszcze nie. Dostała spore dawki leków. Muszę ją oprowadzić wokół stajni. 

Zobaczymy, jak zareaguje. Powinnaś się teraz położyć. 

- Ty również. 

R S

background image

- Nie mogę. 

- Ja też. 

- Dobrze, chodźmy razem. - Jake uśmiechnął się mimo woli. 

Bez słowa  wyszli w ciemną, chłodną noc. Kabała człapała wolno między  ni-

mi. Obeszli stajnię, a potem zaczęli wędrować po łąkach. 

Jake  stracił  poczucie  czasu.  Gdy  niebo  pojaśniało,  zobaczył  na  zegarku,  że 

jest już pół do czwartej. 

-  Wspaniale  się  dzisiaj  spisałaś  -  przerwał  milczenie.  -  Sprawa  parku  to  był 

majstersztyk. Jestem pełen podziwu. 

- Spełniłam tylko obietnicę. 

Przez  kilka  minut  spacerowali  bez  słowa  w  ciemności.  Tym  razem  pierwsza 

odezwała się Joleen. 

- Nie chcesz, żebym poślubiła Carla - powiedziała nagle. - Tyle już wiem. A 

co sądzisz o samej instytucji małżeństwa? 

- Nic. To mnie nie interesuje. 

Zapadło milczenie. Szli, rozmyślając o swoich sprawach. 

- Kabała wygląda już lepiej - ucieszyła się Joleen. 

- Jest nadzieja, że z tego wyjdzie - odparł. 

- Wygląda na to, że dokonałeś cudu. 

- To nie jest moja zasługa. 

-  Daj  spokój.  Gdyby  nie  ty,  Kabała byłaby  już...  -  Nie  dokończyła,  bo  oboje 

wiedzieli,  że  mało  brakowało,  aby  klacz  nie  przeżyła  tej  nocy.  -  Twoja  uniwersy-

tecka nauka nie poszła w las. 

- Ciągle zmieniasz temat. 

- Wiem. 

- W tej chwili wszystko zależy od niej. - Jake poklepał bok Kabały. - Trzeba 

wierzyć, że ta mała pokona chorobę. 

Zamilkli, słońce pokazało się nad horyzontem. Gdy przystanęli na chwilę, Ja-

R S

background image

ke przeczesał palcami zmierzwioną czuprynę. Miał sinawe cienie pod oczami. 

Kabała chciała się położyć, ale jej na to nie pozwolił. 

- Pogorszenie? - rzuciła krótko zaniepokojona Joleen. 

-  Jest  równie  wyczerpana,  jak  my  -  wyjaśnił,  gładząc  klacz  po  pysku.  Czuł 

pod palcami mocny, regularny puls. 

- W stajni leży czerwona końska derka. Możesz ją przynieść? 

- Po co? 

- Trzeba okryć Kabałę. Nie chcę, żeby się przeziębiła - odparł niechętnie. Był 

śmiertelnie zmęczony; nie miał siły na wyjaśnienia i dyskusje. 

- Jasne. Zrobiło się chłodno. - Pobiegła do stajni. Kiedy wróciła, klacz wyraź-

nie się ożywiła. - Jakie wieści? - spytała Joleen. 

- Najgorsze mamy chyba za sobą. Kabała wyzdrowieje. - Na zmęczonej twa-

rzy Jake'a pojawił się uśmiech. 

-  Super!  To  znaczy  wspaniale.  -  Mrugnęła  do  niego  porozumiewawczo.  - 

Dzielna klaczka. 

Zaprowadzili  Kabałę  do  boksu,  a  Jake  zaaplikował  jej  kolejną  dawkę  le-

karstw. 

- Wygląda lepiej od nas - stwierdziła Joleen. - Przypominasz upiora. 

- Ty również nie jesteś uosobieniem porannej świeżości - odparł, gładząc pal-

cem jej policzek. 

- Ale czuję się doskonale. 

Jake  uświadomił  sobie,  że  stoją  w  tym  samym  miejscu,  w  którym  niedawno 

się całowali. Jeszcze chwila i... 

- Zadzwonię do Raya, powiem mu, żeby nas zmienił - zreflektował się w sa-

mą porę. 

- Naleję Kabale wody - zaproponowała Joleen. 

-  Nie  zostawiaj  jej  w  boksie  żadnego  jedzenia  -  dodał  Jake.  -  Ani  odrobiny 

siana. Ścisły post. 

R S

background image

Wyszedł na chwilę, żeby zadzwonić. Wrócił do stajni z ponurą miną. 

- Mam dobrą nowinę - mruknął niechętnie. 

- Co się stało? 

- Carl wrócił. 

- Gdzie teraz jest? 

- W domu. Pewnie się zastanawia, czemu cię tam nie ma. 

- A to nowina! - zawołała, ogromnie przejęta. Machinalnie starała się wygła-

dzić brudną i wygniecioną sukienkę. - Pytał o mnie? 

- Nie wiem. Podobno je śniadanie i dzwoni do rozmaitych ważniaków. 

Sądziłaś,  że  będzie  cię  szukać,  a  ten  drań  wcale  się  nie  spieszy,  pomyślał  z 

goryczą. Zauważył,  że drżą jej ręce. Raz po raz nerwowo mrugała powiekami. To 

niecierpliwość, a może obawa? Gdyby sytuacja była inna, powiedziałby, że rozpo-

znaje symptomy... przygnębienia. 

- Joleen... 

- Tak? 

Zakłopotany odgarnął potargane włosy. Nie wiedział, jak zacząć tę rozmowę. 

Stosunki  między  nimi były  wyjątkowo  skomplikowane;  rodziły  się  myśli,  które  w 

ogóle nie powinny przychodzić do głowy. 

- Co do małżeństwa, może opacznie zrozumiałaś moje słowa. Nie pomyśl so-

bie tylko, że jestem podłym egoistą albo zimnym draniem. 

- Nie musisz się tłumaczyć. Mam o tobie bardzo dobre mniemanie. Porządny 

z ciebie człowiek. 

- Dzięki za dobre słowo. Muszę ci się do czegoś przyznać. Nie wierzę w twoją 

romantyczną wizję miłości i małżeństwa, choć szczerze tego żałuję. 

-  Nie  daj  się  zwieść  pozorom.  W  gruncie  rzeczy  nic  o  mnie  nie  wiesz.  Skąd 

wiesz, jakie są moje poglądy? 

- Słyszałem to i owo. Chyba znam cię lepiej, niż sądzisz. 

-  Jesteś  tego  pewny?  Czemu  zacząłeś  tę  rozmowę?  Zadałam  pytanie,  ty  po-

R S

background image

wiedziałeś kilka słów i wystarczy. 

- Masz rację - przytaknął i dodał opryskliwie: - Nie ma powodu, żebyś się li-

czyła z moim zdaniem. 

-  Tak  się  składa,  że  twoje  opinie  są  dla  mnie  bardzo  ważne  -  odparła  napa-

stliwym tonem, a jej oczy rozjaśnił dziwny blask. 

Przez chwilę uważnie się jej przyglądał. 

- W takim razie źle trafiłaś - zaczął ostrożnie. - Nie nadaję się... 

- Samotny wilk, co? 

Pochylił się i zajrzał jej w oczy. Nie odsunęła się i nie odwróciła wzroku. Ich 

usta były tak blisko... 

-  Mam  rozumieć,  że  nikogo  nie  potrzebujesz?  -  Rzuciła  mu  oskarżycielskie 

spojrzenie. 

-  Tak  -  odparł  śmiało  Jake.  Wiedział,  co  jej  chodzi  po  głowie:  ślub,  dzieci. 

Wolał  pozostać  starym  kawalerem.  Natychmiast  przeszedł  do  kontrataku.  -  Jesteś 

pewna,  że  twoje  życie  w  Dallas  będzie  przypominać  bajkę?  Te  wiece  wyborcze, 

organizacje charytatywne, gra pozorów i tak dalej; to jest twój żywioł, prawda? 

- Uważasz, że nie podołam? 

- Naprawdę chcesz wiedzieć, co o tym myślę? Zastanów się, czy taka niewola 

warta jest pieniędzy Carla. 

- Wychodzę za mąż z miłości! 

Znów  stali  obok  siebie.  Podczas  kłótni  zbliżali  się  niepostrzeżenie,  a  teraz 

dzieliło ich zaledwie kilka centymetrów. 

- Kochasz Carla? 

Joleen odwróciła wzrok, ale Jake znał odpowiedź. Ujął jej dłoń i uniósł ją de-

likatnie. Spojrzała mu w oczy. 

- Nie kochasz go - szepnął. Objął ją łagodnym ruchem i przyciągnął do siebie. 

Czuł ciepło jej ciała i cudowny zapach perfum. - Byłaś w nim zakochana? 

-  Nie  wiem  -  odparła  niepewnie.  Głos  jej  się  łamał,  a  w  głowie  miała  kom-

R S

background image

pletny zamęt. - Sądzisz, że miłość i małżeństwo zawsze idą w parze? 

Pochylił głowę i pocałował ją delikatnie. Jej usta były jednocześnie nieśmiałe 

i namiętne. Uwielbiał je całować. 

Objęła go mocno, gładziła gęstą czuprynę, szerokie ramiona, muskularny tors 

i wąskie biodra. 

Jak  w  ekstazie  chłonął  niezwykłe  doznania.  Zdawało  mu  się,  że  cały  świat 

zawirował i zniknął. 

Oboje byli w siódmym niebie. Jego dłonie błądziły po jej ciele, pieściły wło-

sy, policzki, ramiona. Nagle poczuł, że Joleen wyrywa się i odpycha go. 

- Co ty robisz? - spytała, z trudem łapiąc oddech. 

- Odpłacam pięknym za nadobne - odparł cicho. 

- Tak nie wolno! 

- Czemu? - spytał naiwnie.   

Z trudem wziął się w garść. 

- A Carl? - tłumaczyła Joleen. - A gdyby tu wszedł i nas zobaczył? Mamy na 

sumieniu karygodny postępek! 

- Wcale tak nie uważam - upierał się, choć rozumiał jej punkt widzenia. 

- To był błąd. Jeszcze nie dzisiaj. 

- A kiedy? 

- Nigdy. Muszę dbać o swoją reputację. Nie jestem puszczalską flirciarą. 

- Rozumiem - odparł złośliwie. - Zamiast flirtu, wolisz małżeństwo z rozsąd-

ku? 

- Jak ty to robisz? 

- Nie rozumiem... 

-  Zawsze  potrafisz  wzbudzić  we  mnie  poczucie  winy.  -  Zamilkła  na  chwilę, 

uspokoiła się i dodała: - Przerwijmy tę rozmowę. Pójdę już. Muszę zobaczyć się z 

Carlem. 

- Biegnij do swojego księcia z bajki. 

R S

background image

- Muszę z nim poważnie porozmawiać - oznajmiła ponuro. 

- Rozumiem - powiedział, unosząc wysoko dłonie, jakby się poddawał. 

- Nie sądzę. Powinnam... - Głos jej się załamał. 

- Dobrze się czujesz? - spytał zaniepokojony Jake. 

- Muszę ochłonąć. - Jej słowa zabrzmiały nieco dwuznacznie. 

- Posłuchaj - zaczął bez przekonania. - Jesteśmy zmęczeni i niewyspani, więc 

gadamy głupstwa. Zapomnijmy o tym incydencie. 

Pokiwała głową, choć nie wyglądała na przekonaną. 

-  Muszę  zobaczyć  się  z  Carlem.  Im  szybciej,  tym  lepiej.  -  Zdecydowanym 

krokiem ruszyła w stronę domu. 

- Joleen, zaczekaj!   

Przystanęła i odwróciła głowę. 

- O co ci chodzi? 

Chciał jej coś ważnego powiedzieć, ale nie mógł wykrztusić słowa. 

- Mniejsza z tym - westchnął tylko. 

W  sercu  miał  żal  i  czuł  zazdrość,  gdy  patrzył,  jak  Joleen  wbiega  do  domu, 

żeby się spotkać z ukochanym Carlem. 

 

R S

background image

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY 

 

Joleen miała wrażenie, że ma stopy z ołowiu. Każdy krok przybliżał ją do re-

zydencji  Landonów  i  oddalał  coraz  bardziej  od  Jake'a  Tak  się  fatalnie  złożyło,  że 

nie  miała  pracy  i  mieszkania,  a  na  koncie  pozostały  czterdzieści  dwa  dolary.  Tłu-

maczyła sobie, że z pozoru sytuacja wygląda fatalnie, ale nie ma tego złego, co by 

na dobre nie wyszło. Gotowa była przyznać, że naprawdę tak jest... z jednym  wy-

jątkiem: rozstanie z Jake'em to prawdziwe nieszczęście. Czuła się samotna i opusz-

czona. 

Weszła do rezydencji tylnymi drzwiami, w nadziei, że od razu natknie się na 

Carla  i  załatwi  sprawę,  ale  jej  plany  zostały  pokrzyżowane.  Dopiero  w  holu  usły-

szała  znajomy  głos  i  po  chwili  ujrzała  narzeczonego  w  całej  okazałości:  urodziwa 

twarz,  zgrabna  sylwetka,  lśniące  czarne  włosy,  piękne  niebieskie  oczy.  Gdy  zoba-

czył Joleen, pełne wargi rozciągnęły się w uśmiechu filmowego gwiazdora, ukazu-

jąc olśniewająco białe zęby. 

-  Nareszcie!  -  Obrzucił  ją  badawczym  spojrzeniem  i  uśmiech  zniknął  z  jego 

twarzy. - Co ty masz na sobie? 

Sukienka była zakurzona, przyczepiły się do niej źdźbła słomy i siana. Włosy 

miała rozczochrane, oczy podkrążone ze zmęczenia. Z twarzy Carla mogła wyczy-

tać, że wygląda okropnie. 

- Nie spałam przez całą noc. Kabała dostała kolki. 

- Proszę? - spytał Carl. 

Czy jego baryton zawsze brzmiał tak głucho? 

- Jedna z klaczy Jake'a. 

Carl zerknął na matkę, która stała w drzwiach tuż za nim. 

-  Powinienem  się  od  razu  domyślić,  kto  spowodował  całe  to  zamieszanie.  - 

Uśmiechnął się znowu i podszedł do Joleen. - Nie martw się, kochanie. Nie ma tego 

złego, co by na dobre nie wyszło. - Zwrócił się do Virginii. - Prawda, mamo? 

R S

background image

- Oczywiście - rzuciła chłodno. 

Oboje przyglądali się Joleen, która poczuła się jak preparat na szkiełku labo-

ratoryjnym. 

- Co masz na myśli? - spytała nieufnie. 

- Mama obiecała mi pomóc. Dzięki niej zmienisz się w prawdziwą damę. 

-  Słucham?  -  wykrztusiła  z  trudem.  -  Chcesz powiedzieć,  że do  tej pory  wy-

glądałam jak prostaczka? 

Z tyłu trzasnęły drzwi. Nie musiała odwracać głowy, by wiedzieć, że to Jake 

wszedł do domu. Czuła, że się jej przygląda. 

Carl popatrzył w głąb holu. 

- Cześć, Jake - powiedział i niedbale skinął głową. 

- Witaj - usłyszała znajomy głos.   

Carl zwrócił się ponownie do Joleen. 

-  Jak  wspomniałem,  mama  zrobi  z  tobą  zakupy  i  pomoże  ci  wybrać  nowe 

kreacje, a potem umówi cię ze swoim fryzjerem. Musisz coś zrobić z włosami. 

- Słucham? - Joleen splotła ramiona na piersi. - Co proponujesz? 

- Trzeba je... podfarbować - wyjaśnił, wichrząc swą ciemną czuprynę. 

- Dlaczego? 

- Dziewczyno, mów pełnymi zdaniami! - skarcił ją natychmiast, a potem do-

dał  łagodniejszym  tonem:  -  Powinnaś  być  ciemną  blondynką.  To  ci  doda  powagi. 

Takie jasne loki nie pasują do dziewczyny z klasą. Wyglądasz jak... małomiastecz-

kowa piękność z okładki popularnego tygodnika. 

Joleen  była  wściekła,  ale  szybko  ochłonęła.  Powinna  się  skupić  na  jednym 

zadaniu: trzeba zerwać z Carlem. Jeżeli się uda, nie będzie już znosić jego zaczepek 

i złośliwości. 

- Musimy porozmawiać... na osobności. 

-  Teraz  jestem  zajęty  -  odparł,  spoglądając  na  zegarek.  -  Po  obiedzie  znajdę 

dla ciebie kilka minut. 

R S

background image

Nie zamierzała czekać tak długo. 

- Moim zdaniem lepiej tego nie odkładać. 

- Jestem pewny, że sprawa może poczekać - zbagatelizował, sięgając po tecz-

kę. 

- Mylisz się, Carl! 

- Dobrze. O co chodzi? 

-  Chcę  rozmawiać bez  świadków.  -  Joleen  popatrzyła  znacząco  na  Virginię  i 

Jake'a, a potem odwróciła się do nich plecami. 

-  Przepraszam,  mam  sporo pracy  - dobiegł  ją  po  chwili  znajomy  męski  głos. 

Jake  podszedł  do  matki  i  chciał  ją  wziąć  pod  rękę,  ale  się  odsunęła.  -  Mamo,  na 

pewno czekają na ciebie ważne obowiązki. Na nas już pora. 

-  Przyszłam  tu,  żeby  się  zobaczyć  z  synem,  którego  nie  widziałam  od  kilku 

dni. 

- Joleen, mów śmiało, nie mam przed mamą żadnych tajemnic - dodał Carl. 

Jake  spojrzał  jej  w  oczy.  Zauważyła,  że  powtórnie  próbował  wyprowadzić 

Virginię  z  pomieszczenia  Zaproponował,  aby  oboje  poszli  na  górę  i  spokojnie 

omówili kilka ważnych spraw. 

-  Zrobimy  to  później  -  powiedziała  stanowczo  i  rzuciła  Joleen  nieprzyjazne 

spojrzenie. 

- Nie daj się prosić - nalegał Carl. - Powiedz od razu, w czym rzecz? Muszę 

uciekać. 

Joleen odetchnęła głęboko, by nabrać odwagi. 

- Ja również - odparła. 

- Proszę? - mruknął zaskoczony Carl. 

- Powinnam stąd wiać. Czas opuścić tę rezydencję. 

- Dokąd się wybierasz? - zapytał, spoglądając na nią przytomniej. 

- Do domu. 

- Proszę? - Nie wierzył własnym uszom.   

R S

background image

Spojrzenie stojącej za nim matki wyrażało nadzieję. Jake z ciekawością przy-

słuchiwał się rozmowie. Istna tragikomedia. Joleen przez chwilę przyglądała się ich 

twarzom. 

- Wybacz, Carl, nie mogę za ciebie wyjść - oznajmiła w końcu. 

- Kto cię namówił do zerwania? - Carl rzucił bratu nieprzyjazne spojrzenie. 

- Sama wpadłam na ten pomysł. Nie pasujemy do siebie. Trudno, tak się uło-

żyło. Lepiej dać sobie spokój, bo szanse na udany związek są mizerne. - Wzruszyła 

ramionami. - Nie nadaję się na żonę polityka. Ciągle popełniam gafy i pakuję się w 

tarapaty. 

-  Nie  decyduj  pochopnie.  -  Zniecierpliwiony  Carl  cmoknął  językiem  i  popa-

trzył na zegarek. - Wrócę tu za kilka godzin i na pewno zdołam cię przekonać, że-

byś została. Powinniśmy spędzać razem więcej czasu. Mam pomysł. Pojadę z tobą 

do fryzjera i będę obserwować, jak zmieniasz się w wytworną damę. Po drodze  w 

aucie spokojnie wszystko omówimy. 

-  To  bezcelowe,  Carl.  Nie  ufarbuję  włosów,  bo  nie  mam  na  to  ochoty.  Nie 

chcę także zmieniać sposobu mówienia i dostosowywać się do twoich wyobrażeń. 

-  Nie  przypominasz  dziewczyny,  którą  poznałem  przed  sześcioma  miesiąca-

mi. 

- Zmieniłam się. Pół roku temu naprawdę sądziłam, że wyprowadzisz mnie na 

ludzi, ale teraz nie podoba mi się rola, którą gram. Chcę być taka jak dawniej. Ro-

zumiesz, o co mi chodzi? 

- Nie. - Podszedł bliżej i pocałował ją w policzek. - Zmęczenie nie pozwala ci 

trzeźwo  myśleć.  Weź  kąpiel  i  dobrze  się  wyśpij.  Po  moim  powrocie  wszystko 

omówimy. 

Wybiegł, nie czekając na odpowiedź. 

 

- Masz ochotę na drugiego kotlecika? - zapytała Marge. 

Minął  tydzień,  odkąd  Joleen  wróciła  do  Alviry  i  przydrożnego  baru.  Popa-

R S

background image

trzyła na ziemniaki z sosem i zaatakowała je widelcem. 

- Nie, dziękuję. To mi wystarczy. - Podeszła do lady, wzięła dzbanek i posta-

wiła  na  stoliku.  -  Doleję  sobie  kawy.  -  Wybuchnęła  śmiechem.  -  Wszystko  jest 

znowu tak, jak za dawnych dobrych czasów, prawda? 

- Nie rozklejaj się, moja panno. 

-  Bez  obaw,  Marge.  To  mi  nie  grozi.  -  Joleen  rozłożyła  gazetę  na  barowym 

stoliku. 

- Co robisz? 

-  Szukam  pracy.  Ciekawe  zawody:  pracownik  socjalny,  pełnomocnik  do 

spraw finansowych, koordynator programów samorządowych. 

- Wysoko mierzysz. A co ze studiami? 

-  Wezmę  urlop.  Najwyższa  pora  zacząć  prawdziwe  życie.  -  Zakreśliła  kilka 

ogłoszeń. 

- Wydaje mi się, że od kandydatów na te ciepłe posadki wymaga się wyższe-

go wykształcenia. 

-  Nie  zawsze.  Wrodzone  zdolności  i  talent  organizacyjny  to  bardzo  ważne 

atuty. 

Marge uniosła brwi, ale nie powiedziała ani słowa. 

Zadźwięczał  dzwonek  u  drzwi.  Joleen  natychmiast  podniosła  głowę  i  z  na-

dzieją  spojrzała  w  ich  stronę.  Znów  przeżyła  rozczarowanie.  Na  progu  stał  krępy 

Howie  Bloomer,  kierowca  jedynego  autobusu  kursującego  w  Alvirze.  Joleen  spo-

strzegła,  że  od  kilku  dni  jej  serce  biło  szybciej,  ilekroć  ktoś  wchodził  do  baru. 

Wspominała pierwsze spotkanie z Jake'em. Ciągle nie potrafiła wyzbyć się resztek 

nadziei  na  ponowne  spotkanie  z  nim.  Czemu  tak  się  zadręczała?  Trzeba  z  tym 

skończyć. 

Zaczęła czytać ogłoszenia i lektura tak ją zaciekawiła, że tym razem nie usły-

szała dzwonka. Ktoś podszedł do jej stolika. 

-  Jestem  miłośnikiem  teksaskiej  kuchni.  Macie  tu nasze  swojskie  potrawy?  - 

R S

background image

usłyszała męski głos. 

Zniecierpliwiona wskazała kontuar i mruknęła: 

- Dobrze pan trafił. Marge zaraz poda kartę dań.   

Usłyszała znajomy śmiech i znieruchomiała na moment. 

Rozpoznała  także  głos,  ale  nie  wierzyła  swemu  szczęściu.  Z bijącym  sercem 

uniosła głowę. To on! Jego oczy, twarz, usta... 

- Jake - szepnęła. 

Przysiadł się do niej. W jego spojrzeniu była tęsknota i czułość. 

- Bałem się, jak mnie powitasz...   

W milczeniu kiwnęła głową. 

Jake uśmiechnął się niepewnie i dodał z wahaniem: 

- Nadal nie wiem, czy jestem tu mile widziany... Powiedz coś. 

- Bardzo się cieszę z naszego spotkania. - Nie powinna być taka wylewna. 

- Jestem szczęśliwy, że cię znów widzę. 

Ucieszyła  się  niczym  licealistka,  która  wpadła  w  oko  kapitanowi  szkolnej 

drużyny koszykówki. 

- Jak przebiegło zebranie rady nadzorczej? Kto wygrał głosowanie? 

- Ta mała rodzinna firma obroniona - powiedział, nie kryjąc zadowolenia. 

- Dobra nowina. - Pokiwała głową, próbując wymyślić będzie inaczej. - Wes-

tchnął głęboko i dodał: - Co prawda wchodzisz do rodziny i niby wszystko zostaje 

w  rodzinie,  ale...  Muszę  niestety  cię  uprzedzić,  że  pani  Landon  jako  żona  Jake'a 

Landona  nie  zawsze  będzie  miała  życie  usłane  różami,  ale  obiecuję,  że  cierni  bę-

dzie mało. 

- Jake, czy ty... - Uśmiechnęła się promiennie, a z jej oczu popłynęły łzy. 

Ukląkł przed nią na starej wykładzinie i zapytał: 

- Joleen, wyjdziesz za mnie? 

Na moment przycisnęła dłonie do ust, a potem zawołała: 

- Tak! 

R S

background image

- Jesteś pewna? - Trochę zbity z tropu, podniósł ją z krzesła, położył ręce  na 

jej ramionach i zajrzał głęboko w oczy. 

- Najzupełniej. 

-  Nie  masz  pojęcia,  jak  się cieszę.  -  Sięgnął  do kieszeni po niewielkie  pude-

łeczko i wyjął pierścionek z dorodnym brylantem. 

- Prawdziwy? - wypytywała z niedowierzaniem. 

- Jasne, skarbie. Nie mogę ci dać imitacji. Prawdziwy mężczyzna daje praw-

dziwy  pierścionek.  -  Ujął  ostrożnie jej  dłoń  i  wsunął na  palec  klejnocik, który  pa-

sował jak ulał. 

Jake lepiej od swojej matki znał się na rozmiarach. 

- Jest przepiękny, ale czy stać cię na taki wydatek? 

- Czemu w to wątpisz? 

- Stadnina... będziemy dopiero rozwijać hodowlę koni, prawda? Wiem, że nie 

masz udziałów w Konsorcjum Landonów, ale dla mnie to żaden kłopot, bo w domu 

zawsze  brakowało  gotówki.  -  Roześmiała  się  i  zarzuciła  mu  ręce  na  szyję.  -  We 

dwoje  łatwiej  uporamy  się  z  trudnościami  finansowymi.  Poza  tym  mam  nadzieję, 

że hodowla koni zacznie przynosić zyski, skoro Kabała jest w dobrej formie. Kie-

dyś będziemy wspominać z uśmiechem trudne czasy i dopiero wtedy docenimy na-

szą zamożność. 

-  Ładnie  to  powiedziałaś.  -  Uśmiechnął  się  szeroko  i  wziął  ją  w  ramiona.  - 

Podziwiam  twoją  wytrwałość  i  odwagę.  Pokochałem  cię,  bo  jesteś  taka  dzielna  - 

szepnął, niemal dotykając ustami jej warg. 

- Powiedz to jeszcze raz. - Odchyliła głowę do tyłu. Dotknął ustami zagłębie-

nia u nasady jej szyi. 

- Kocham cię. 

-  Ja  też  cię  kocham.  -  Uniosła  głowę  i  popatrzyła  na  niego  rozmarzonym 

wzrokiem. 

Pocałował ją namiętnie i czule. 

R S

background image

-  Koniecznie  muszę  z  tobą  omówić  jedną  ważną  sprawę  -  powiedział,  odsu-

nąwszy się nieco. 

Na widok jego surowej miny od razu nabrała podejrzeń. 

- O co chodzi? Złe nowiny? Nieprzewidziane trudności? 

- Tego jeszcze nie wiem. Czy będziesz rozczarowana, jeśli wyjdzie na jaw, że 

wcale nie musimy przymierać głodem, chociaż dopiero zakładamy stadninę? 

- Czy mogę prosić o wyjaśnienie? - odparła, marszcząc brwi. 

-  Dla  ciebie  gotów  jestem  na  wszystko.  Jeśli  sobie  życzysz,  możemy  przez 

dziesięć lat jeść na obiad wyłącznie fasolę, ale tak się szczęśliwie składa, że to nie 

będzie konieczne. Ojciec mnie wydziedziczył, ale nie jestem biedakiem. 

Wysunęła się z jego objęć i położyła dłonie na biodrach. 

- Przestań owijać w bawełnę i przyznaj się, że trafiłam na bogacza. 

-  Nie  wiem,  jaki  próg  dochodów  masz  na  myśli  -  odparł,  uśmiechając  się  z 

zakłopotaniem. 

Popatrzyła na pierścionek i uniosła wysoko dłoń. 

- Czy stać cię na taki wydatek bez żadnych wyrzeczeń? 

- Oczywiście - przytaknął skwapliwie. 

W pierwszej chwili była pewna, że się przesłyszała, ale po namyśle uznała, że 

to ona była w błędzie. Do tej pory Jake był dla niej czarną owcą w rodzinie, typo-

wym buntownikiem, który woli mieszkać w komunie, niż żyć wygodnie w rodzin-

nym domu. Teraz dopiero zrozumiała, że Jake zamiast kłopotliwych milionów ma 

po prostu środki wystarczające na godziwe życie. 

To oczywiste, że z czasem Jake zgromadzi wielką fortunę, pomyślała Joleen i 

z zadowoleniem pokiwała głową. 

-  Masz  wiele  sekretów.  Muszę  cię  lepiej  poznać,  ale  nie  wiem,  od czego  za-

cząć. 

- Teraz masz na to całe życie. - Ujął jej dłoń, podniósł do ust, pocałował i po-

łożył na sercu. - Całe życie! 

R S


Document Outline