background image

JESSICA STEELE 

A jednak miłość 

 
 

Seria wydawnicza: Harlequin Romance (tom 98)  

Tytuł oryginalny: His Woman 

 
 
 
 
 
ROZDZIAŁ PIERWSZY 
Ile dwudziestolatek spędza w domu sobotnią noc, wsłuchując się w deszcz, 
strumieniami spływający po szybach? - dumała przygnębiona Leith. W chwilę 
później, czując, Ŝe zaczyna uŜalać się nad sobą, szybko przywołała się do porządku. 
BoŜe drogi, przecieŜ większość Ŝycia spędziła na nauce, więc takie samotne sobotnie 
wieczory nie są jej obce. 
Aby ostatecznie otrząsnąć się z przygnębienia, skierowała swoje myśli na Rosemary, 
przyjaciółkę i sąsiadkę z drugiej strony korytarza, przybyłą z tego samego 
miasteczka. Gdyby Rosemary nie zdecydowała się właśnie dziś odwiedzić swoich 
rodziców w Hazelbury, teraz siedziałyby razem nad filiŜanką kawy. Oczywiście, 
Travis Hepwood, sekretny przyjaciel Rosemary, byłby tu takŜe, ale poniewaŜ Leith 
bardzo go lubiła, chętnie zabawiałaby równieŜ i jego. 
Nowa fala ulewnego deszczu zalała szyby okienne, ale tym razem Leith nie 
usłyszała jej. Myśl o Rosemary obudziła wspomnienie dnia, kiedy jej brat Sebastian 
oznajmił, Ŝe na głównej ulicy Hazelbury zderzył się z Rosemary Green, a właściwie 
Rosemary Talbot, bo takie teraz nosiła nazwisko. Rosemary, o rok starsza od Leith, 
była koleŜanką z klasy Sebastiana. Nigdy nie pozwalano jej uczestniczyć w 
zbiorowych szkolnych zajęciach, toteŜ nikt nie znał jej zbyt dobrze. Jednak, ku 
zaskoczeniu wszystkich, w wieku osiemnastu lat Rosemary wyszła za mąŜ i opuściła 
miasteczko. 
Od owego czasu mało kto wspominał jej imię. 
Dopiero tamtego dnia ukochany, acz odrobinę nieodpowiedzialny braciszek z 
podnieceniem oznajmił: 
- Właśnie skończyłem pogawędkę z Rosemary Green! 
Leith zauwaŜyła entuzjazm, ale poniewaŜ był on integralną częścią jego osobowości - 
nie zareagowała zbyt ochoczo. 
- Prawdopodobnie przyjechała do rodziców. 
- Właśnie - zgodził się z nią. - Wydawała się trochę przybita... czy ja wiem, nic 
konkretnego. W kaŜdym razie - kończył - staliśmy przed Oliphants Cafe, więc 
zaproponowałem kawę i juŜ za chwilę opowiadała mi o swoim Ŝyciu w Londynie... 
Zawiesił głos, a Leith dała się złapać w tę klasyczną teatralną pułapkę. 
- I co? - zapytała, czując w głębi ducha, Ŝe za chwilę tego poŜałuje. 

background image

- I powiedziała mi, Ŝe w jej bloku zwalnia się mieszkanie. 
- O, nie - zaprotestowała Leith, choć przez głowę przemknęła jej kusząca myśl o 
zamieszkaniu w Londynie. - Od razu ci mówię, Ŝe mama się nie zgodzi. 
- Zgodzi się, jeśli powiesz jej, Ŝe będziesz się mną opiekować... sprawdzać, czy 
umyłem szyję i zmieniłem skarpetki - uśmiechnął się przebiegle Sebastian. Miał 
wtedy dwadzieścia trzy lata i radośnie wykorzystywał nadmierną troskliwość matki. 
- A poza tym - dodał z rozbrajającą szczerością - nie stać mnie na czynsz. 
- A jeśli nie zechcę pojechać? - Leith usiłowała przyhamować nieco jego zapał. 
- Pojedziesz! - przymilał się. - Wiesz, Ŝe pojedziesz. Jakoś nie protestowałaś, kiedy 
tato powiedział, Ŝe uczyłaś się pilnie przez tyle lat, a teraz w Ŝadnej pobliskiej firmie 
nie moŜesz w pełni wykorzystać swoich kwalifikacji. Za to w Londynie... 
Sebastian rozwijał temat jeszcze przez parę minut. Leith próbowała bronić swej 
pozycji, ale na kaŜdy zarzut miał gotową odpowiedź i juŜ po chwili poczuła się 
równie podniecona, jak on. Rzeczywiście, pracowała cięŜko, aby zdobyć kwalifikacje 
w kontraktowo-handlowej dziedzinie inŜynierii, a w jej obecnym miejscu pracy nie 
wykorzystywano w pełni jej zdolności. 
- Ja teŜ będę miał większe pole do popisu - oznajmił Sebastian. Skończył 
uniwersytet i teraz pracował jako fotograf. - Zdaje się, Ŝe opstrykałem juŜ wszystko 
w tej dziurze - dodał i powrócił do swojej śpiewki: „Za to w Londynie". 
- Lepiej porozmawiajmy z rodzicami-ostudziła go Leith. 
Ojciec zgodził się, Ŝe oboje są juŜ w wieku, w którym ptaszki wylatują z gniazdka, 
ale matka, zaślepiona uczuciem do syna, potrzebowała trochę więcej czasu. 
W niedzielę rano dostali jednak błogosławieństwo obojga rodziców i Sebastian 
poszedł do Greenów, Ŝeby wyciągnąć od Rosemary coś więcej na temat mieszkania. 
Wrócił z ponurą miną. 
- Święty Henryku, to lodówka, a nie dom! - jęknął. - Przez cały czas ani jednego 
uśmiechu! 
- Rosemary nie chce, Ŝebyście mieszkali tak blisko niej? - zatroszczyła się matka. Z 
początku nie chciała, Ŝeby jechał, ale teraz gotowa była o to walczyć. 
- Tego nie powiedziała - odparł, ale jego energia wyraźnie zmalała. - Powiedziała 
jednak dość, Ŝebym się zorientował, Ŝe i tak nie pojedziemy. 
- A to dlaczego? - zapytała pani Everett. 
- Rosemary wynajmuje mieszkanie pod nieobecność właściciela, a to sąsiednie 
moŜna tylko kupić. 
- No to co, w Londynie chyba jest więcej mieszkań do wynajęcia - zauwaŜył ojciec i 
dodał, posyłając Ŝonie czułe spojrzenie: - A poza tym, moja droga... cóŜ, sądzę, Ŝe dla 
tak dobrej sprawy powinniśmy zastanowić się nad tym, czy Leith i Sebastian nie 
mogliby dostać swojego spadku po dziadku przed ukończeniem dwudziestu pięciu 
lat. 
- Naprawdę? - zapytali oboje jednocześnie. Ojciec, jako wykonawca testamentu, miał 
prawo do wcześniejszego rozdysponowania spadku. W takiej sytuacji wynajmowanie 
mieszkania nie miałoby sensu. 
- Zobaczymy - obiecała pani Everett i od tej chwili sprawy potoczyły się 
błyskawicznie. 

background image

Na wszelki wypadek obejrzeli kilka innych nieruchomości na sprzedaŜ. Kiedy 
jednak zobaczyli mieszkanie w ekskluzywnym bloku, które zajmowała Rosemary, 
okazało się ono poza wszelką konkurencją. 
Leith i Sebastian byli wprawdzie zgodni co do zamiaru kupna mieszkania, musieli 
jednak pogodzić się z faktem, iŜ scheda po dziadku stanowiła tylko niewielką część 
potrzebnej kwoty. 
- Zaciągniemy poŜyczkę pod hipotekę, jak wszyscy - Sebastian nie zniechęcił się. 
Okazało się jednak, Ŝe nie mając stałego źródła dochodu nie moŜe starać się o 
poŜyczkę. 
- Pójdę do prawdziwej pracy - zaparł się jak osioł. Leith takŜe szukała nowego 
zajęcia. Popytała tu i ówdzie, i wkrótce umówiła się na rozmowę w małej firmie o 
nazwie Ardis&Co. 
W miesiąc później Sebastian zaczął pracować jako agent londyńskiego biura 
podróŜy. Mieszkał w pokojach hotelowych w dni robocze, na niedzielę i święta jeździł 
do domu, do Hazelbury, zaś Leith otrzymała pracę w Ardis &Co. Kiedy stwierdziła, 
Ŝe jest jedyną kobietą poproszoną na rozmowę, prawie straciła nadzieję. Była niemal 
pewna, Ŝe stanowisko dostanie się któremuś z męskich kandydatów, jako Ŝe 
dotychczas zajmował je męŜczyzna, który miał w ciągu czterech miesięcy opuścić 
spółkę. 
W cztery miesiące po podjęciu decyzji o przeprowadzce do Londynu oboje z 
Sebastianem zajęli nowe mieszkanie. Kredyt okazał się morderczy, ale oboje mieli 
pracę i szansę na awans - a zatem i podwyŜkę zarobków - więc nie martwili się. 
Podczas tych ostatnich miesięcy rzadko widywali Rosemary Talbot. W tydzień po 
przeprowadzce, kiedy Leith chciała zaprosić Rosemary i jej męŜa na uroczystego 
drinka - dowiedziała się, Ŝe Derek Talbot juŜ tam nie mieszka. 
- Właściwie - wymamrotała Rosemary - mój mąŜ wyprowadził się. 
Leith nie była pewna, kto jest w tym momencie bardziej zakłopotany, ona czy 
Rosemary. 
- CóŜ, tak czy owak, wpadnij na drinka - uśmiechnęła się. 
Po tamtej rozmowie wypiły razem niejedną kawę. Rosemary z początku niechętnie 
mówiła o swoim małŜeństwie, po jakimś czasie okazało się jednak, Ŝe Derek był 
zwyczajnym kobieciarzem i traktował Ŝonę w karygodny sposób. Leith współczuła 
Rosemary, zwłaszcza kiedy odkryła, Ŝe jej przyjaciółka wychowana jest w 
przekonaniu o nierozerwalności więzów małŜeńskich i nie przyjmuje do wiadomości 
rozpadu swego związku. Rodzice Rosemary nie uznawali rozwodu i gdy Derek go 
zaŜądał, nie omieszkali dobitnie oznajmić tego córce. 
Byli w Londynie juŜ od miesiąca, kiedy Sebastian zdecydował, Ŝe najwyŜszy czas 
oblać mieszkanie. 
- To nie będzie duŜo kosztowało - dodał szybko, wiedząc, jakie kłopoty ma Leith z 
przyzwyczajeniem się do roli pani domu. 
- Kogo zaprosimy? - zapytała, poniewaŜ sama nie znała w Londynie prawie nikogo. 
- Mam kupę przyjaciół - odparł Sebastian. Rzeczywiście, z nich dwojga to on częściej 
wychodził, naleŜał do kółka dramatycznego, a poza tym dłuŜej mieszkał w Londynie. 

background image

Leith zaprosiła Rosemary i namawiała ją tak długo, aŜ wreszcie nieszczęśliwa 
kobieta zgodziła się przyjść. Natychmiast została wciągnięta w wir przygotowań. 
JeŜeli hałas oznacza sukces, to impreza udała się znakomicie. Około jedenastej 
Leith zatęskniła do łóŜka, ale jako gospodyni miała swoje obowiązki. Od kwadransa 
nie widziała Rosemary, a nie chciała, Ŝeby przyjaciółka poczuła się opuszczona. 
Znajomi Sebastiana nie musieli przypaść jej do gustu. 
Mimo wszystko miała nadzieję, Ŝe Rosemary nie poszła jeszcze do domu. KrąŜyła po 
pokoju, dopóki jej wzroku nie przyciągnęła niewielka sofa pod ścianą. Na owej sofie 
bowiem siedziała z lekka zarumieniona Rosemary, a obok niej, pogrąŜony w 
rozmowie, męŜczyzna w wieku około dwudziestu sześciu-siedmiu lat. Leith 
usiłowała przypomnieć sobie jego nazwisko. Zdaje się, Ŝe został jej przedstawiony 
jako Travis jakiś tam. Zerknęła jedynie, czy Rosemary nie wygląda na niespokojną i 
wycofała się. 
Tego wieczoru Rosemary nie była wprawdzie niespokojna, ale wkrótce potem 
historia z Travisem Hepwoodem okazała się wystarczającym źródłem stresu. Travis 
bowiem zakochał się w Rosemary od pierwszego wejrzenia. Leith czuła, Ŝe wbrew 
wszelkim oczekiwaniom Rosemary takŜe nie pozostawała obojętna. W ich miłości 
pojawiła się jednak przeszkoda: wpajane Rosemary od dzieciństwa skrajne poczucie 
przyzwoitości. W jej pojęciu sytuacja, iŜ kocha się jednego męŜczyznę będąc Ŝoną 
innego, była po prostu nie do pomyślenia. Nie czuła się na siłach, by rozwieść się z 
Derekiem, toteŜ jej szanse na szczęście z Travisem wyglądały raczej marnie. 
W tydzień później, wciąŜ zaskoczona swymi uczuciami, Rosemary wyznała Leith, Ŝe 
istotnie jest zakochana w Travisie. Do tego stopnia, Ŝe wybrała się z nim nawet na 
kolację. 
- Tak się cieszę - odparła Leith. Z oszczędnych informacji, jakie wymknęły się 
Rosemary, wiedziała, Ŝe jej przyjaciółka przeŜyła koszmar, zanim Derek zdecydował 
się odejść. 
- Nie ma powodu - mruknęła Rosemary. 
- Nie zgadzacie się z Travisem? - zainteresowała się mocno zaskoczona Leith. 
- AleŜ zgadzamy się, cudownie - westchnęła Rosemary. - Ale miałam tak okropne 
poczucie winy... jakby rodzice stali nade mną i spoglądali z wyrzutem przez cały 
czas. Travis dzwonił zeszłej nocy... powiedziałam, Ŝe nie chcę go więcej widzieć. 
Postanowienie Rosemary dotyczące Travisa było bardzo silne - nie na tyle jednak, 
by istotnie więcej się z nim nie zobaczyła. W kaŜdym razie nie były to spotkania 
umówione - i nigdy w jej własnym mieszkaniu. Travis zadzwonił bowiem do Leith i 
Sebastiana juŜ w kilka dni później... „Pomyślałem sobie, Ŝe mógłbym wpaść na 
chwilę" nie zwiodło nikogo. Przypadkiem, tego samego wieczoru Leith zaprosiła 
Rosemary na kolację. Jej zdaniem byłoby nieuprzejmie poprosić Travisa, Ŝeby 
wyszedł. 
Od tej pory Travis regularnie przychodził na kolację. Sebastian raz był obecny, raz 
nie, ale 
- cokolwiek mówiło na ten temat jej sumienie - Rosemary zjawiała się zawsze, w 
ostatniej chwili, buntując się przeciw własnym zasadom. Co więcej, nieraz nalegała, 
Ŝe sama przygotuje kolację i przyniesie do Leith - zawsze trochę więcej niŜ trzeba, 

background image

na wszelki wypadek, gdyby pojawił się jakiś niespodziewany gość. Travis z kolei, 
jako pracownik firmy importującej wina, przynosił jakiś wspaniały trunek. 
- Co się dzieje? - zagadnął Sebastian, kiedy po powrocie do domu późnym wieczorem 
zastał Leith na straŜy, przy drzwiach do kuchni. 
- Tam są Rosemary i Travis - odparła. 
- No to co? 
- Być moŜe nie zauwaŜyłeś, ale oni są w sobie zakochani. 
- A co się stało z mieszkaniem Rosemary? 
- Ona nie chce go przyjmować u siebie. 
- A dlaczegóŜ to? 
- To... raczej nieostroŜne - stwierdziła Leith, szczerze zaskoczona niewraŜliwością 
brata. 
- Kompletna bzdura! - wyraził własne zdanie Sebastian. 
Poniewczasie Leith zrozumiała, Ŝe ten stan rzeczy nie moŜe trwać wiecznie bez 
niczyjej krzywdy. Rosemary jednak wciąŜ unikała jawnych spotkań z Travisem, a 
ten zakochiwał się w niej coraz bardziej, tak Ŝe nie sposób było utrzymać go na 
odległość. Leith polubiła oboje i współczuła im, ale rozumiała, Ŝe sami muszą 
znaleźć jakieś wyjście z tej sytuacji. 
Pewnego wieczoru Travis pojawił się, jak zwykle, rozjaśniony nadzieją na spotkanie 
Rosemary. Sebastian takŜe był w domu i zabawiał go rozmową. Rosemary jednak 
spóźniała się bardziej niŜ kiedykolwiek. Wreszcie Leith nie była w stanie ani chwili 
dłuŜej znosić tęsknych spojrzeń Travisa w stronę drzwi. 
- Zobaczę, co ją zatrzymuje - oznajmiła i przeszła na drugą stronę korytarza. 
Nacisnęła dzwonek i czekała. 
Rosemary otworzyła drzwi, ale pytanie: „Gotowa?" zawisło na ustach Leith. Przez 
ramię przyjaciółki dostrzegła męŜczyznę. 
Leith wyczuła napiętą atmosferę. Nieznajomy wstał i skierował się ku drzwiom. Coś 
w zachowaniu przyjaciółki zdawało się mówić, Ŝe jej gość nie powinien dowiedzieć 
się o planowanej wizycie. 
- Eee... przepraszam, Ŝe przeszkadzam, Rosemary - improwizowała Leith. - Nnie... 
spodziewałam się, Ŝe masz gościa. 
Uśmiechnęła się do krępego męŜczyzny. 
- Nie przedstawisz mnie? - rzucił krótko do Rosemary, poŜerając oczami gęste, 
kasztanowe włosy, zgrabną figurę i piękną twarz Leith. 
- Oczywiście - odparła Rosemary. - Leith jest nową właścicielką mieszkania 
naprzeciw. Leith, to mój mąŜ, Derek. 
Leith podała mu rękę, ale nie spodobał jej się sposób, w jaki bez przerwy gapił się na 
nią. 
- J-ja tylko na chwilę, muszę nakarmić Sebastiana - bąknęła. - Chciałam poŜyczyć 
trochę sosu Worcester... 
Travis i Sebastian patrzyli na nią zezem, kiedy wróciła z butlą sosu, ale bez 
Rosemary. 
- Gdzie Rosemary? - natychmiast zapytał Travis. Leith rozpaczliwie wysilała mózg, 
ale nie potrafiła wymyślić nic mądrego. Musiała powiedzieć prawdę. 

background image

- Nie przyjdzie - powiedziała i oboje z Sebastianem musieli niemal obezwładnić 
Travisa, kiedy ten dowiedział się o obecności męŜa Rosemary. 
Sebastian nie bez trudu posadził go z powrotem i przygotował morderczego drinka. 
Od tej chwili wieczór potoczył się jeszcze gorzej, niŜ się zaczął. Jedynie Sebastian 
miał ochotę na kolację. Travis wyraźnie potrzebował kolejnego, solidnego drinka, a 
Sebastian usłuŜył mu ochoczo. Alkohol rozwiązał mu język i Travis zaczął 
opowiadać o swojej miłości do Rosemary. O tym, Ŝe chciałby ją poślubić, ale nie wie, 
jak to zrobić, poniewaŜ poczucie przyzwoitości nie pozwala jej wychodzić z nim 
gdziekolwiek. Chciałby, Ŝeby cały świat wiedział o jego miłości, ale czy ona pozwoli 
przedstawić się jego rodzicom? 
Zanim wybiła jedenasta, Travis zaczaj bełkotać, a Leith wściekła się na Sebastiana, 
który przechylał butelkę, ilekroć w szklance gościa pokazywało się dno. 
- Jasna cholera, ale się ululates! - wykrzyknął Sebastian, kiedy Travis chwiejnie 
podniósł się z miejsca i niepewnie ruszył przed siebie. 
- Sądzę, Ŝe Travis nie powinien siadać za kierownicą w takim stanie - zauwaŜyła 
Leith lodowatym tonem. 
- Ja teŜ piłem... nie mogę go odwieźć - stwierdził Sebastian. - A poza tym, on 
mieszka gdzieś na peryferiach Essex i Bóg jeden wie, kiedy wróciłbym do własnego 
łóŜka... nawet, jeśli przypadkiem pamiętałby swój adres. Niech się prześpi na tej 
kanapie - zaproponował najprostsze wyjście. 
- A jego rodzice? Będą się martwić - zaprotestowała Leith, pamiętając, Ŝe kiedy 
Sebastian nie wracał do domu na noc, matka szalała z niepokoju. 
- Do diabła, Leith, on dobiega trzydziestki! Na pewno nie pierwszą noc spędza na 
bańce! 
Travis przespał zatem noc na kozetce i skorzystał na tym tylko tyle, Ŝe nazajutrz, z 
błędnym wzrokiem i skacowany jak diabli, mógł przed wyjściem zamienić kilka słów 
z Rosemary. Jego samopoczucie pogorszyło się jeszcze na wieść, Ŝe Derek Talbot 
znowu Ŝądał rozwodu, a ona znowu odpowiedziała mu stanowczym nie. W bladym 
świetle poranka Rosemary oznajmiła Travisowi, Ŝe nie zamierza równieŜ nigdy 
więcej przyjmować zaproszenia na kolację u sąsiadów. 
Powtórzyła to zresztą Leith, uŜywając niemal tych samych słów. Leith poczuła, Ŝe 
nie ma prawa się wtrącać, powinna jednak pozostać przy Rosemary, kiedy ta będzie 
potrzebowała bratniej duszy. 
WciąŜ spotykała się ze swoją przyjaciółką. Travis takŜe wpadał od czasu do czasu - 
Leith wiedziała, Ŝe liczy jedynie na szansę ujrzenia ukochanej. Wyglądał coraz 
bardziej mizernie, a kiedy znów się pojawił, Leith miała ogromną ochotę zawołać 
Rosemary. Pohamowała się jednak. JeŜeli nikt jej o to nie poprosił - nie będzie się 
wtrącać. Zwłaszcza Ŝe Rosemary powtórzyłaby Travisowi jedynie to, co juŜ raz 
słyszał. 
Potem Sebastian zaczął przebąkiwać o opuszczeniu pracy i Leith miała się czym 
martwić. Jeśli jej brat nie będzie pracował, to jak spłaci swoją część długu 
hipotecznego? I wówczas, jakby na dowód, Ŝe nieszczęścia zawsze chodzą parami, 
wydarzyła się katastrofa: Leith straciła pracę, choć nie ze swej winy. 

background image

Nie mogła w to uwierzyć. Była pracowita i pełna inicjatywy, a posada dawała jej 
duŜo satysfakcji. Pracowała niemal wyłącznie z męŜczyznami, całkiem nieźle 
dogadując się z większością z nich. Nie ucieszyła się jednak, kiedy Alec Ardis, 
Ŝonaty syn właściciela firmy, pewnego dnia zjawił się w biurze i bez Ŝadnej zachęty z 
jej strony zaczął ją napastować. Nie pomogło stanowcze nie. Walcząc z uściskiem, 
który oplótł ją jak ośmiornica, wrzała gniewem. Kiedy wreszcie udało jej się uwolnić, 
była wściekła i upokorzona - tylko dlatego, Ŝe jest kobietą, syn szefa uwaŜa, Ŝe moŜe 
sobie pozwalać na wszystko - i dosłownie rzuciła się na niego z pazurami. 
Była wstrząśnięta atakiem, ale nigdy nie opuściłaby pracy z własnej woli. Nie miała 
jednak wyboru. Pan Ardis senior przechodził właśnie, gdy dotarły do niego słowa: 
lubieŜny, skretyniały, zboczony wieprz. Kiedy wszedł do pokoju, Leith wyrzucała z 
siebie kolejne epitety. 
Zrobiło jej się niedobrze, kiedy pan Ardis - nie wierząc, Ŝe synalek mógł zaatakować 
bez Ŝadnej zachęty z jej strony, a moŜe jedynie kryjąc jego niechlubne słabości - dał 
jej odprawę w wysokości miesięcznej pensji i z miejsca wyrzucił z pracy. 
Wieczorem zadzwoniła do drzwi Rosemary. WciąŜ jeszcze nie mogła otrząsnąć się z 
szoku, jaki wywołała w niej napaść i to, co potem nastąpiło. 
- Nie robisz przypadkiem kawy? - zapytała. 
- Wchodź - szybko zaprosiła ją Rosemary. - Wyglądasz fatalnie. Co się dzieje? 
- Wylali mnie - oznajmiła Leith roztrzęsionym głosem i przy kawie zdała jej 
dokładną relację. 
„LubieŜny, skretyniały, zboczony wieprz", zdaniem Rosemary, to bardzo delikatne 
określenie faceta, który myśli, Ŝe kaŜda kobieta pracująca dla jego ojca jest 
potencjalną zdobyczą. 
- Powinnaś była strzelić go w pysk - stwierdziła, oburzona niemal tak, jak Leith. 
- Zrobiłabym to, gdybym miała wolne ręce - odparła Leith i pociągnęła jeszcze jeden 
łyk kawy. 
Rosemary serdecznie współczuła przyjaciółce. 
- Oczywiście, to musiało się zdarzyć, prędzej czy później - stwierdziła. 
Leith wytrzeszczyła oczy. 
- Nie kojarzę - wyznała. 
- Jesteś za... - Rosemary szukała odpowiedniego słowa, aŜ, ku całkowitemu 
zaskoczeniu przyjaciółki, oznajmiła: -... olśniewająca. 
- Olśniewająca! - wykrzyknęła Leith, otwierając zielone oczy jeszcze szerzej. 
- Nie miałaś o tym pojęcia, co? - miękko zapytała Rosemary i, jakby chcąc jeszcze 
mocniej wstrząsnąć Leith, ciągnęła: - A co powiesz o tych fantastycznych, 
kasztanowych włosach, wspaniałych oczach i cerze, nie wspominając o figurze, która 
jest wypukła dokładnie tam, gdzie naleŜy? To było do przewidzenia, Ŝe prędzej czy 
później jakaś egoistyczna męska gadzina zechce wyciągnąć po ciebie łapy. 
- Wielkie nieba! - jęknęła Leith słabym głosem. Ze słów Rosemary wynikało, iŜ 
powinna uwaŜać się za szczęściarę, gdyŜ dobiegając dwudziestu dwóch wiosen nie 
zaznała jeszcze wątpliwych awansów jakiegoś domorosłego supermana. 

background image

- Musisz po prostu trochę się przygasić - uśmiechnęła się Rosemary i rozmowa 
potoczyła się dalej, dopóki Leith nie wspomniała o konieczności znalezienia nowej 
pracy. 
- Nie mogę nie pracować, zwłaszcza z tą morderczą hipoteką, którą z Sebastianem 
musimy spłacać co miesiąc - wyznała. 
- No pewnie! - zgodziła się Rosemary i dodała: 
- Gdyby nie to, Ŝe czynsz za to mieszkanie został zapłacony do końca roku, sama 
byłabym w kłopocie. Teraz oszczędzam, jak szalona, Ŝeby mieć trochę grosza w 
zanadrzu, kiedy przyjdzie pora płacenia. Wracając jednak do ciebie... chyba nie 
powinnaś mieć kłopotów ze znalezieniem innej pracy. 
- Moje kwalifikacje jeszcze ujdą - odparła Leith. 
- Ale co z referencjami? Nie wyobraŜam sobie, Ŝeby pan Ardis wyraŜał się o mnie w 
samych superlatywach. 
- Nie ma innego wyjścia, jak tylko uczciwie ocenić twoją pracę... o ile nie chce ci się 
narazić - oznajmiła Rosemary stanowczo. 
W tydzień później, po zgłoszeniu swej kandydatury w trzech firmach, Leith 
dowiedziała się, Ŝe dwa ze stanowisk są juŜ zajęte. W trzecim miała więcej szczęścia: 
zaproszono ją na rozmowę. Został jej jednak cały tydzień na przemyślenie paru 
spraw. WciąŜ jeszcze nie otrząsnęła się z szoku wywołanego karesami Aleca Ardisa, 
a jawnie niesprawiedliwe zwolnienie z pracy zraniło ją bardzo. Mimo to, nawet jeśli 
uwaŜała, Ŝe Rosemary przesadza, jej uwagi na temat wyglądu prześladowały ją 
nieprzerwanie. Za Ŝadne skarby nie chciałaby znowu stać się obiektem obleśnych 
zalotów Ardisa juniora. Samo wspomnienie wywoływało koszmarne sny. 
- Sebastianie - zwróciła się do brata w przeddzień rozmów w G Vasey Ltd. - Nie 
przypuszczam, Ŝebyś miał jeszcze te okularki, w których udawałeś profesora w... 
- Mówisz o moim ostatnim publicznym występie - z wyŜszością poprawił ją 
Sebastian, mając na myśli bezdialogową rólkę w ostatniej sztuce kółka dramaty-
cznego. - CóŜ, właściwie... 
Nazajutrz Leith ledwo rozpoznała się w lustrze, kiedy zwinęła bujne kędziory w 
surowy kok z tyłu głowy i włoŜyła okulary-atrapy w rogowej oprawie. 
Rozmowy w G Vasey Ltd potoczyły się gładko. Nikt nie nabrał podejrzeń i nie 
zadawał pytań na temat jej okularów. Zdjęła je zresztą natychmiast po wejściu do 
mieszkania, nagle zdając sobie sprawę z tego, Ŝe nikt od Vaseya nie widział jej bez 
nich. 
Miała teraz przed sobą trudne dwa tygodnie wyczekiwania na odpowiedź. W G 
Vasey Ltd płacili lepiej, niŜ moŜna to sobie wyobrazić, a praca wydawała się 
naprawdę ciekawa. Wszystko wskazywało na to, Ŝe o ile dostanie tę posadę, będzie 
musiała harować cięŜej niŜ kiedykolwiek w Ŝyciu i jeszcze potrzebny jej będzie 
pomocnik. 
Wiadomość o tym, Ŝe została przyjęta, podziałała jak balsam na jej zranioną dumę - 
do tego stopnia, Ŝe w dniu, kiedy miała zacząć pracę, omal nie zapomniała skręcić 
włosów w ciasny kok i włoŜyć okularów. 
Powoli jednak doszła do siebie i przypomniała sobie wszystko. Odpowiednio 
przygaszona, do tego stopnia nawet, Ŝe ukryła zgrabną figurkę pod luźnym strojem, 

background image

wyruszyła w stronę G Vasey Ltd. Poranek spędziła na zaznajamianiu się z biurem i 
jego pracownikami. Przede wszystkim jednak zawarła znajomość z Jimmy Webbem, 
swym siedemnastoletnim asystentem, który okazał się prawdziwą kopalnią 
informacji o wszystkim, co dzieje się wokoło. 
Od niego teŜ usłyszała niezbyt pomyślną nowinę, Ŝe Vasey został kilka miesięcy 
temu wchłonięty przez giganta Massingham Engineering. Leith natychmiast 
poczuła, Ŝe musi bardzo troszczyć się o swą pracę i pamiętać, Ŝe bez niej nie będzie 
w stanie spłacić swej części hipoteki. 
- Nie wiesz przypadkiem, czy... ktokolwiek z pracowników Massinghama przyjedzie 
tutaj? - zapytała Jimmy'ego, starając się stłumić niepokój. Zbyt dobrze orientowała 
się w zarządzaniu firmą, by nie wiedzieć, Ŝe pracownicy Vaseya nie utrzymają się, 
jeśli Massingham będzie w stanie wykonać tę pracę zatrudniając swoich ludzi. 
- Massingham z całym interesem przenosi się na północ - poinformował ją 
wszechwiedzący Jimmy. 
- Fabryka, biura, wszystko. Chodzą słuchy, Ŝe sprzedał juŜ swoje zakłady tutaj i 
stworzył tam solidną bazę ekonomiczną. Tu przyjadą jedynie ludzie potrzebujący 
bazy w Londynie. 
Chwilowo uspokojonej Leith opadły skrzydła. 
- To znaczy kto? - zapytała z udaną obojętnością. 
- Same grube ryby, jak mi się zdaje, panno Everett - odparł wesoło Jimmy. - I to 
nieprędko. Muszą jeszcze skończyć tylną przybudówkę i wyłoŜyć biura dywanami od 
ściany do ściany. 
Odetchnęła z ulgą - nie była grubą rybą! 
- Wiesz juŜ, jaki będzie kolor dywanów? - zaŜartowała. 
Jej asystent wyszczerzył zęby w radosnym uśmiechu. 
- Mam na imię Leith - dodała, poniewaŜ była od niego starsza tylko o pięć lat. - Czy 
moŜesz mi teraz udzielić informacji na temat tych dokumentów? 
Jimmy, nie przestając się uśmiechać, przyciągnął swoje krzesło do jej biurka. 
W krótkim czasie Leith doskonale orientowała się w nowym nabytku Massingham 
Engineering, który najwyraźniej na razie zamierzał nadal uŜywać nazwy G Vasey 
Ltd. W kontrakcie, nad którym pracował jej poprzednik, znalazła się niesamowita 
bzdura, ale kiedy teczka wylądowała na jej biurku, sprawa była juŜ zakończona. 
Nikt jej nie mógł nic zarzucić. Nawet Dave Smith, specjalista od kontraktów, musiał 
się z tym zgodzić. Niemniej Leith ze swym wysokim poczuciem odpowiedzialności 
stanowczo wolałaby, Ŝeby teczka Norwood & Chambers leŜała u kogoś innego. 
śycie potoczyło się teraz gładko i przyjemnie. Co prawda, pomimo swego 
przygaszenia, musiała ustawić na właściwym miejscu jednego Don Juana z zaopat-
rzenia, a drugiego ze zbytu, poniewaŜ zachowywali się zbyt śmiało, jak na jej 
upodobania. Ogólnie jednak była bardzo zadowolona ze swego losu. Pracowała 
cięŜko i była za to odpowiednio wynagradzana. 
Sprawy domowe szły równie gładko. śycie towarzyskie nie było zbyt urozmaicone, 
ale Leith w przeciwieństwie do swego brata, miała mniej stadnych instynktów i 
wolniej zawierała przyjaźnie. Co zaś się tyczy przyjaźni, Rosemary zdawała się 

background image

cierpieć co najmniej tak samo jak Travis Hepwood. Mimo to, kiedy wybrał się on z 
wizytą do Leith i Sebastiana, wpadli na siebie w drzwiach zupełnie przypadkowo. 
Później Rosemary wyznała Leith, Ŝe widok Travisa w tak Ŝałosnym stanie poruszył 
jej serce. Nic dziwnego, pomyślała Leith, skoro Rosemary nadal dokładała wszelkich 
starań, Ŝeby nie dać ludziom powodu do plotek. Najbardziej bała się podejrzenia, iŜ 
związała się z kimś innym, co dałoby Derekowi pretekst do wystąpienia o rozwód z 
jej winy i skompromitowania w oczach rodziców. Nieśmiało zapukała do drzwi 
sąsiadów i wprosiła się na kawę wiedząc, Ŝe Travis jest w środku. 
Po tym dniu Rosemary przyjęła jeszcze dwa zaproszenia na kawę do mieszkania 
Leith i Sebastiana. Nie została jednak nigdy nawet na kolacji. 
Travis za kaŜdym razem był tam takŜe. 
Leith pracowała w G Vasey Ltd juŜ dwa miesiące,gdy Sebastian z właściwym sobie 
rozmachem wpadł do domu po pracy i oznajmił, Ŝe w piątek wyjeŜdŜa do Indii na 
wakacje. 
- Do Indii! - wykrzyknęła Leith. Słyszała o tym po raz pierwszy. 
- Na Boga, Leith, to tylko dziewięć godzin lotu! Za dwa tygodnie będę z powrotem. 
- No to baw się dobrze - odparła, kiedy przyszła do siebie i zaczęła pomagać mu w 
pakowaniu... 
Kolejna cięŜka fala deszczu uderzyła o okna mieszkania i wyrwała Leith z ponurego 
zamyślenia. Spojrzała na zegarek i aŜ się skrzywiła. Wielkie nieba, to juŜ po 
dziesiątej! Chyba całe wieki siedzi tu pogrąŜona we wspomnieniach ostatniego roku. 
Wstała z fotela i poszła do kuchni nastawić mleko na czekoladę. Zastanawiała się, co 
spowodowało ten nagły nawrót wspomnień. Nie musiała długo dumać. Główną 
przyczyną jej problemów i cofania się myślami w przeszłość, był najdroŜszy 
braciszek Sebastian, który z właściwą sobie beztroską przysłał jej pocztówkę: „Indie 
są wspaniałe. Zostaję. Wiem, Ŝe dasz sobie radę." 
W pierwszej chwili lekkomyślność brata rozzłościła ją. Oczywiste było, Ŝe nie 
zamierza płacić rat ani przez bank, ani w jakikolwiek inny sposób. Zadzwoniła do 
rodziców i dowiedziała się, Ŝe oni takŜe dostali wiadomość od Sebastiana. A kiedy jej 
matka zaczęła: 
- Czy to nie podniecające? - Leith wiedziała juŜ, Ŝe jeśli oczekuje poparcia, traci czas. 
- Będzie mógł robić w Indiach cudowne zdjęcia, prawda? - kontynuowała matka i 
dopiero pod sam koniec rozmowy zainteresowała się hipoteką: - Ale przed wyjazdem 
uporządkował chyba swoje sprawy, nieprawdaŜ, kochanie? 
Dla matki świat zaczynał się i kończył na Sebastianie, zawsze będzie go bronić. Poza 
tym rodzice bardzo pomogli im w urządzaniu mieszkania tuŜ po przeprowadzce, 
ofiarowując meble, wykładziny i inne potrzebne rzeczy. Naprawdę nie wypadało 
prosić ich, by pokryli wysoki dług hipoteczny Sebastiana. 
- Znasz Sebastiana - oznajmiła więc niedbale, wiedząc, Ŝe matka widzi jedynego 
syna przez najbardziej róŜowe z róŜowych okularów. 
Mleko zawrzało i Leith zaczęła przygotowywać sobie filiŜankę czekolady, kiedy 
zabrzmiał dzwonek u drzwi. Nie wiadomo dlaczego pomyślała natychmiast, Ŝe to 
Sebastian, chociaŜ on miał własny klucz. Chyba ten nieszczęsny dług gnębił ją zbyt 
mocno, skoro wierzyła, Ŝe samą myślą sprowadzi brata do domu. 

background image

Otworzyła drzwi - nie, to nie był Sebastian. 
- Travis! - wykrzyknęła. Wyglądał strasznie i był kompletnie pijany. ZauwaŜyła, Ŝe 
ocieka wodą. 
- Wejdź - powiedziała zrezygnowana. Pomogła mu dojść do kuchni, posadziła przy 
stole, 
a sama poszła po ręcznik. 
- Przyszedłeś tu pieszo? - zagadnęła, kiedy wycierał twarz i włosy. Miała nadzieję, Ŝe 
nie prowadził samochodu w takim stanie. 
- Stałem na zewnątrz całe wieki... chciałem wejść, a wiedziałem, Ŝe nie 
powinienem... 
- Rosemary nie ma - cicho powiedziała Leith. - Wyjechała na weekend do rodziców. 
Travis wydał z siebie potęŜne westchnienie. 
- Na to wygląda - odparł i mięśnie jego twarzy zadrŜały, jakby z całych sił walczył z 
załamaniem. Opanował się z trudem i wciąŜ zdenerwowany wyjawił: 
- Wczoraj... wszystko się we mnie nagle zagotowało i pomyślałem... pomyślałem, Ŝe 
nie wytrzymam związku, który... Ŝe nie mogę kochać kogoś, kto wprawdzie mnie 
takŜe kocha i wiem o tym, ale kto ma to swoje...wychowanie, przesady, rodziców, 
konwenanse... boi się skandalu... przyzwoitość... nazwij to, jak chcesz. DuŜo 
przeszedłem. 
Leith wzięła z jego rąk zwinięty w kulę ręcznik i pomyślała, Ŝe kubek mocnej kawy 
dobrze by mu zrobił. Alkohol rozwiązał Travisowi język, mówił nieprzerwanie. 
Postawiła przed nim kawę, a on wyrzucał z siebie wszystko, co rozdzierało mu serce 
od chwili, gdy jego oczy po raz pierwszy spoczęły na Rosemary. Leith nie czuła 
zakłopotania, jedynie smutek, Ŝe miłość do jej przyjaciółki doprowadziła Travisa do 
tego stanu. Bojąc się stracić nawet tę drobną szansę, jaką miał u Rosemary, milczał, 
choć chciałby krzyczeć o swej miłości na cały świat. Tak bardzo pragnął opowiedzieć 
o niej swojej rodzinie, ale Rosemary zamierała w strachu na samą wzmiankę o 
takiej moŜliwości. Wreszcie przyrzekł jej uroczyście, Ŝe poza tym domem imię jej 
nigdy nie padnie z jego ust. 
- Wczoraj wreszcie poczułem, Ŝe zwariuję, jeśli coś się nie zmieni. Zadzwoniłem do 
niej i powiedziałem, Ŝe chcę z nią porozmawiać na osobności - zamilkł, myślami 
błądząc o całe mile stąd. 
- Rosemary nie chciała się z tobą spotkać? - domyśliła się Leith. 
Potrząsnął głową. 
- Idiota ze mnie. Byłem na tyle głupi, Ŝeby nalegać, chciałem ją przyprzeć do muru i 
powiedziałem... powiedziałem... o BoŜe, musiałem zupełnie zwariować... Ŝe jeŜeli nie 
mogę zobaczyć się z nią na osobności, to nie chcę jej juŜ nigdy widzieć. 
- Och,Travisie - współczująco szepnęła Leith. - A co na to Rosemary? 
- Nic - odparł drŜącym głosem. - OdłoŜyła słuchawkę, a ja zrozumiałem - odetchnął 
spazmatycznie - Ŝe wszystko skończone. 
- Tak mi przykro - były to jedyne słowa, które przyszły jej na myśl. Nagle Travis 
dźwignął się z miejsca i zaczął mamrotać coś o powrocie do Essex. 
- Gdzie twój samochód? - zawołała z niepokojem, kiedy zrobił kilka niepewnych 
kroków w stronę drzwi. 

background image

- Na zewnątrz... jak mi się zdaje. 
Deszcz wciąŜ bębnił o szyby i Leith szybko podjęła decyzję. To naprawdę nie była 
noc, w którą moŜna było wypuścić zamroczonego alkoholem przyjaciela. A juŜ na 
pewno nie powinien prowadzić samochodu w takim stanie. 
- Lepiej odpocznij trochę - powiedziała, prowadząc go do pokoju. Był jej za to 
wdzięczny, sądząc po tęsknym spojrzeniu, jakie rzucił w stronę kozetki. 
- O, tym razem chyba znajdzie się coś lepszego - zauwaŜyła i wymanewrowała go z 
salonu do sypialni Sebastiana. 
W kwadrans później Travis spał słodko, jak niemowlę. Leith pomogła mu zdjąć 
marynarkę, krawat i buty, mając jedynie nadzieję, Ŝe nic mu nie będzie, jeśli prześpi 
się w wilgotnych spodniach i koszuli. Okryła go kołdrą, a marynarkę powiesiła na 
wieszaku w przedpokoju, obok myśliwskiego kapelusza, który Sebastian zostawił 
przed wyjazdem do Indii. 
Sama takŜe połoŜyła się do łóŜka. W sumie nie był to aŜ tak nudny wieczór, 
pomyślała z ironicznym humorem, który jednak zniknął jak zdmuchnięty, gdy 
powróciła myśl o hipotece. 
Usiłowała zająć głowę czymś innym, rozmyślając nad swą pracą u Vaseya. Dobrze 
się złoŜyło, Ŝe Jimmy Webb jest jej asystentem. Wspomnienie Jimmy'ego przywiodło 
jej na myśl piątkową informację - Jimmy zarzekał się, Ŝe to święta prawda - Ŝe 
grube ryby od Massinghama juŜ w poniedziałek przeprowadzają się do nowego 
skrzydła. A to nie wszystko. Jeśli wierzyć Jimmy'emu, przeprowadzał się tam takŜe 
sam wielki Massingham, władca całego imperium. 
Leith nie sądziła, Ŝe kiedykolwiek spotka człowieka tak wysoko postawionego. Miała 
jedynie nadzieję, Ŝe jej posada jest bezpieczna. Smutno wyglądałaby jej część 
hipoteki, gdyby straciła tę dobrze płatną pracę. O części Sebastiana lepiej w ogóle 
nie wspominać. 
Myśli zaczęły jej umykać i mocno zasnęła. Obudził ją natarczywy dźwięk dzwonka, 
który ktoś bez przerwy naciskał. Zaspana wstała z łóŜka, po drodze owijając się 
szlafrokiem i zapalając światła. 
- Co się dzieje, do licha? - zwróciła się z gniewem do stojącego w drzwiach wysokiego, 
ciemnowłosego nieznajomego. 
Nie odpowiedział, zdjął tylko palec z przycisku dzwonka i przyglądał się jej bez 
uśmiechu, obejmując spojrzeniem potargane kasztanowe włosy i śliczną, 
zaróŜowioną od snu twarz. Obserwował jej delikatne rysy, przesuwając przenikliwy 
wzrok po zgrabnej figurze, uwydatnionej przez bawełniany szlafrok. Swą 
niespieszną inspekcję zakończył na obnaŜonych palcach stóp Leith. 
Ona jednak miała dość. Nikt nigdy nie przyglądał się jej tak dokładnie. 
- Dobranoc - prychnęła i chciała zatrzasnąć mu drzwi przed nosem... ale zablokował 
je stopą. 
- Co... - zaczęła, juŜ zupełnie trzeźwa, czując pierwsze dotknięcia zimnych igieł 
strachu. 
- Szukam Travisa Hepwooda - wycedził wysoki męŜczyzna. Choć nie wyglądał przez 
to ani trochę łagodniej, znajome nazwisko zmniejszyło jej lęk. 

background image

- Travis... - urwała, czując jak jej wrodzona rezerwa rozpływa się bez śladu. Nagle 
zapragnęła chronić Travisa, który nie był w stanie sam obronić się przed tym 
człowiekiem, najwyraźniej wściekłym z jakiegoś powodu. Na to przynajmniej 
wyglądał. 
- Po co? - zawołała ostro, a kiedy nie uzyskała odpowiedzi, dodała: - Kim pan jest? 
Nie dowiedziała się wprawdzie nazwiska nocnego gościa, ale doznała ulgi, kiedy 
odpowiedział: 
- Jestem jego kuzynem. - I dodał, rozpraszając resztę jej wątpliwości: - Gdyby cię to 
interesowało, jego matka odchodzi od zmysłów ze strachu o niego. To ona mnie tu 
przysłała. 
Myśli Leith natychmiast skupiły się na jej własnej matce, która, gdyby chodziło o 
Sebastiana, teŜ szalałaby z niepokoju. 
- Proszę, niech pan wejdzie - odezwała się i cofnęła do przedpokoju. MęŜczyzna, 
który na oko miał około trzydziestki, wszedł do środka. Jego oczy natychmiast 
powędrowały do wieszaka na płaszcze. Domyśliła się, Ŝe rozpoznał wiszącą tam 
marynarkę. 
- Gdzie twoja sypialnia? - rzucił ostro. 
Usta Leith otworzyły się ze zdumienia: ten facet myśli, iŜ spała z Travisem. W tej 
samej chwili doszła do wniosku, Ŝe ma juŜ serdecznie dość pyskatego gościa. 
Próbowała jedynie pomóc Travisowi w cięŜkich chwilach i proszę, jaka ją za to 
spotyka nagroda! 
- A kto powiedział, Ŝe on chce wyjść? - warknęła, kiedy gwałtownie zerwał 
marynarkę z wieszaka. 
Kuzyn jednak miał wstręt do odpowiadania na pytania inne niŜ te, które sam 
uwaŜał za stosowne. Zignorował ją i agresywnie zapytał: 
- Naprawdę zaleŜy ci na Travisie? 
- Nie mam najmniejszego zamiaru wychodzić za niego, jeśli o to panu chodzi - 
odparła najspokojniej, jak mogła. Domyśliła się, Ŝe została posądzona o pobudki 
wyłącznie materialistyczne. Ktoś przecieŜ musiał zapłacić za to eleganckie 
mieszkanie w dobrej dzielnicy. Kuzyn, zdaje się, wiedział dokładnie, kto wykłada 
pieniądze na ten cel. 
Furia, jaką wywołał w niej ten diaboliczny facet, osiągnęła szczyt, kiedy zwrócił się 
po raz kolejny: 
- Przyczepiłaś się do niego na chwilę, bo regularnie płaci czynsz, co? - syknął, tak 
przekonany o słuszności swego domysłu, Ŝe nawet nie zaŜądał odpowiedzi. 
Mimo to odpowiedziała: 
- Nie wynajmuję tego mieszkania. Kupuję je! - rzuciła. Nigdy dotąd nie spotkała 
równie obrzydliwego typa. Jednym tchem rzuciła mu w twarz informację, ile wynosi 
hipoteka mieszkania i juŜ chciała dać upust kolejnej fali wściekłości, kiedy wpadł jej 
w słowo: 
- Masz jakiś własny dochód? 
Wyraźnie dawał do zrozumienia, Ŝe ma prawo to wiedzieć! 
- Pracuję! - syknęła Leith, mierząc go nieprzyjaznym wzrokiem, a jej zielone oczy 
ciskały błyskawice. 

background image

- Pracuję, cholernie cięŜko haruję na kaŜdego pensa, jakiego dostaję! 
Objął aroganckim spojrzeniem jej płonącą twarz. 
- Święcie w to wierzę - oznajmił zwięźle i wyniośle. Nigdy dotąd Leith nie miała 
takiej ochoty kogoś uderzyć. Odwróciła się szybko i pomaszerowała do pokoju 
Sebastiana. Kuzyn Travisa podąŜył za nią. Leith szybko zapaliła światło. Travis 
poruszył się we śnie i otworzył jedno nieprzytomne oko. Wzrok Leith jednak 
powędrował w bok. Widocznie w ciągu nocy zrobiło mu się gorąco i w zamroczeniu 
pozbył się ubrania, które leŜało teraz na podłodze. 
Znowu spojrzała na łóŜko, kiedy kompletnie ogłupiały i zdezorientowany Travis 
wymamrotał: 
- Skąd ja się tu wziąłem? 
Stojący u jej boku męŜczyzna natychmiast rozpoznał i ocenił kondycję kuzyna: 
- Sądząc po stanie, w jakim się znajduje – zauwaŜył - niewiele dziś miałaś z niego 
poŜytku. 
Leith nabrała szczerej chęci, Ŝeby mu przyłoŜyć i chyba zrobiłaby to, gdyby nie 
przesunął się w stronę łóŜka. 
- Czas do domu, staruszku - odezwał się łagodnie. 
Wyniosła się do kuchni, z niedowierzaniem stwierdziła, Ŝe jest czwarta rano, i 
starannie zamknęła za sobą drzwi. Wkrótce jednak jej myśli podąŜyły w kierunku 
męŜczyzny, który o tej porze wdarł się do jej mieszkania. 
Ze sposobu, w jaki ten ohydny typ odzywał się do Travisa, wynikało, Ŝe rzeczywiście 
są krewnymi. Nie usprawiedliwiało to jednak wcale jego zachowania w stosunku do 
niej. Jak śmiał zwracać się do Leith jak do podrzędnej dziwki chwytającej się 
Ŝyciowej szansy! 
Znowu nią zatrzęsło, ale nie ruszyła się z miejsca, dopóki nie usłyszała odgłosu 
zamykanych drzwi. Smuciło ją wprawdzie, Ŝe moŜe juŜ nigdy nie zobaczyć Travisa, 
jeśli jego związek z Rosemary naprawdę jest skończony, ale o wiele bardziej cieszyła 
się z faktu, iŜ na pewno nigdy juŜ nie ujrzy jego nadętego kuzyna. 
Upewniła się, Ŝe jest w domu sama i nagle stwierdziła, Ŝe spotkanie z tym 
męŜczyzną, choć niemiłe, doprowadziło ją do stanu dziwnego podniecenia. 
 
 
ROZDZIAŁ DRUGI 
W niedzielny poranek Leith wstała z łóŜka niepewna, czy nocna wizyta po prostu jej 
się nie przyśniła. Zajrzała do pokoju Sebastiana. Był pusty, ale w łóŜku niedawno 
ktoś spał. A zatem to wcale nie był sen. 
Zajęła się codziennymi sprawami, ale myśli jej wciąŜ krąŜyły wokół kuzyna Travisa. 
Nawet gdyby był tylko snem, to wystarczająco koszmarnym. Ale... Przypomniała 
sobie idiotyczne wraŜenie, Ŝe spotkanie pozostawiło ją całą drŜącą. Absurd. Jeśli w 
ogóle drŜała, to na pewno wyłącznie ze złości. 
Wbrew swojej woli myślała o tym paskudnym facecie przez cały lunch, a takŜe 
potem. Z tego, co mówił, wynikało, Ŝe przyszedł szukać u niej Travisa na prośbę pani 
Hepwood. Ale na litość boską, skąd wiedział, gdzie szukać? Dlaczego ten 

background image

ciemnowłosy męŜczyzna nie poszedł do mieszkania Rosemary, tylko tu!? I jeszcze, 
jak sobie przypomniała, przekonany był, Ŝe Travis z nią sypia. Co za ohydny potwór! 
Kiedy ciągle jeszcze zastanawiała się, jaki to genialny węch doprowadził 
agresywnego samca do jej drzwi, na jej progu stanął niezmiernie zakłopotany 
Travis. Wygląda jak upiór, pomyślała, zapraszając go do środka. 
- Nie zabawię długo-zastrzegł się szybko, mimo to wszedł do salonu. Poprosiła, by 
usiadł. 
- Przyszedłem po samochód, ale nie mogłem odjechać bez uprzednich przeprosin za 
moje zachowanie zeszłej nocy - oznajmił. 
- Zachowywałeś się całkiem dobrze – uśmiechnęła się Leith, współczując mu całym 
sercem. Był teraz spokojny, pełen godności, ale musiał bardzo cierpieć. Jego uczucia 
były wystawione na razy od chwili, gdy ujrzał swą ukochaną Rosemary. 
- Miła jesteś - odparł bez uśmiechu. - Straciłem wątek, ale jakieś strzępki sobie 
przypominam. 
Przez chwilę wydawał się błądzić myślami gdzieś daleko, po czym znów przypomniał 
sobie, gdzie jest. 
- Chyba urwał mi się film i to juŜ w piątek, kiedy Rosemary zerwała ze mną. Wtedy 
byłem jeszcze trzeźwy... 
Leith poczuła się winna, poniewaŜ to ona doprowadziła do ich spotkania. Rosemary 
kochała go, to nie ulegało wątpliwości, ale miała swoje własne, prywatne piekiełko, 
w którym jej miłość do Travisa walczyła o lepsze z przesądami, w jakich została 
wychowana. 
Nie była w stanie powiedzieć ani jednego pocieszającego słowa o ich przyszłości, 
ograniczyła się więc do pytania: 
- Czujesz się dzisiaj choć trochę lepiej? 
- A jak wyglądam? - zapytał, tym razem z ledwie widocznym cieniem uśmiechu. - 
Nie, lepiej nie odpowiadaj! Moja matka twierdzi, Ŝe nawet głodny kot nie miałby na 
mnie apetytu. 
- Matka bardzo martwiła się o ciebie - zauwaŜyła Leith, przypominając sobie, Ŝe 
gdyby pani Hepwood nie odchodziła od zmysłów, ona sama nigdy nie miałaby okazji 
gościć, wbrew sobie, jego złośliwego i pyszałkowatego kuzynka, do tego o czwartej 
rano. 
- Jestem jej najmłodszym synem - odparł Travis. Miało to chyba wyjaśnić, dlaczego 
matka tak niepokoi się o niego. 
- Masz brata? - zapytała. 
- Nawet dwóch, Hugo i Willa, ale obaj są Ŝonaci i mają rodziny na utrzymaniu. 
Ojciec jest wspaniały, ale w trudnych chwilach działamy na siebie jak czerwona 
płachta na byka. Dlatego matka, naturalnie, od razu zwróciła się do Naylora. 
- Naylor to ten twój kuzyn... kawaler?-dopytywała się Leith, wciąŜ nie rozumiejąc, 
dlaczego Naylor był osobą, do której naturalnie zwróciła się pani Hepwood. 
- Właśnie - powiedział Travis. - ChociaŜ dla mnie jest on po prostu jak jeszcze jeden 
brat. - I tonem wyjaśnienia dodał: - Jego rodzice zginęli w wypadku tego samego 
roku, kiedy ja się urodziłem. Matka była bardzo przywiązana do swojej siostry, 
matki Naylora, i nalegała, Ŝeby zamieszkał właśnie z nami. 

background image

- Rozumiem. - Leith uznała, Ŝe uchwyciła znaczenie słowa „naturalnie". -Naylor 
nadal mieszka z wami i kiedy twoja matka... 
- Matka byłaby święcie obraŜona, gdyby nie uwaŜał Parkwood za swój dom, ale teraz 
ma mieszkanie w Londynie... WciąŜ jednak często do nas przyjeŜdŜa i regularnie 
dzwoni, Ŝeby sprawdzić, czy wszyscy są zdrowi. - Leith nie mogła uwierzyć, Ŝe ten 
troskliwy kuzyn Naylor i agresywny brutal, z którym miała do czynienia ostatniej 
nocy, to jedna i ta sama osoba, kiedy Travis wyznał: - To matka zadzwoniła do niego 
w piątek i chyba powiedziała mu... tak mi się zdaje... coś, co ja sam powinienem był 
zauwaŜyć, ale byłem za bardzo zajęty, Ŝe bardzo martwi się o mnie od pewnego 
czasu. Naylor pojechał wtedy do Parkwood. 
- I widziałeś się z nim w piątek wieczorem, po rozmowie z Rosemary. 
- Nie - spokojnie zaprzeczył Travis. - Nie pamiętam, dokąd poszedłem, ale na pewno 
nie do domu. Przez cały ten czas Naylor próbował wyjaśnić matce, Ŝe jestem juŜ 
duŜym chłopcem, ale kiedy nie pojawiłem się takŜe w sobotę, wszelkie wysiłki, Ŝeby 
ją uspokoić, spełzły na niczym. Kiedy minęła północ, a mnie wciąŜ nie było, Naylor 
wybrał się po mnie. 
- Powiedziałeś matce o Rosemary... 
- Na litość boską, nie! - przerwał oburzony. - Rosemary tak się trzęsła o to, Ŝeby 
rodzina nie miała pojęcia o naszej miłości, Ŝe zachowałem jej nazwisko w najgłębszej 
tajemnicy. Ojciec powiedział zresztą, Ŝe w pracy idzie mi dobrze, stąd teŜ doszli do 
wniosku, Ŝe musi w to być zamieszana kobieta, ale... 
Tym razem Leith wpadła mu w słowo, naprawdę zaintrygowana: 
- Ale... jeŜeli nikomu nie powiedziałeś o Rosemary, to nie podałeś teŜ nikomu jej 
adresu. Jak u licha twój kuzyn wiedział, gdzie szukać? 
- Nie wiedział. Wściekła determinacja i niesamowite szczęście zaprowadziły go do 
twoich drzwi. 
Leith nie była taka pewna tego szczęścia! Wolałaby, Ŝeby go nie miał aŜ tyle, nie 
powiedziała jednak nic na ten temat. 
- Jak to? - zapytała jedynie. 
- Wygląda na to, Ŝe Naylor spędził całe godziny na sprawdzaniu moich dawnych 
znajomości bez rezultatu, kiedy ktoś przypomniał sobie, Ŝe często widywał mój 
samochód przed tym domem. Przyjechał i mój samochód stał tu rzeczywiście. Tak 
mnie odnalazł. 
Jak wiele potrafi zdziałać odrobina wściekłej determinacji, pomyślała Leith, po czym 
zapytała: 
- A dlaczego zadzwonił akurat do moich drzwi? - przypomniała sobie, jak ten ohydny 
typ naciskał jej dzwonek przez dobrych parę chwil. - To nie jest przypadek, Ŝeby w 
całym bloku trafić na to jedno, jedyne mieszkanie, w którym akurat byłeś. 
- To nie przypadek, po prostu kolejny łut szczęścia. Nie wszystko pamiętam z 
przebiegu ostatniej nocy, ale wydaje mi się, Ŝe miałem wtedy odrobinę... hm... 
zachwianą równowagę. W takim stanie musiałem niechcący upuścić kluczyki od 
samochodu. Naylor wszedł do budynku i właśnie zaczął mnie szukać, kiedy zobaczył 
na wycieraczce, tuŜ pod twoimi drzwiami, komplet kluczy. Rozpoznał je po breloczku 

background image

z alzackich winnic. - Wstał, zbierając się do wyjścia i dodał serdecznie: - Dziękuję, Ŝe 
zaopiekowałaś się mną ostatniej nocy, Leith. 
- A od czego są przyjaciele? - uśmiechnęła się, odprowadzając go do drzwi. 
- Wybaczyłaś mi zatem? 
- Oczywiście - zapewniła go wesoło, ale, tknięta nagłą myślą, zapytała jeszcze: - 
Czy... wyjaśniłeś moŜe kuzynowi, Ŝe nie jestem twoją przyjaciółką... to znaczy, 
dziewczyną? 
- Nie mogłem. Bałem się, Ŝe powiem za duŜo i wspomnę o Rosemary i... - Travis 
urwał, po czym zapytał szybko: - Czy Naylor... zachowywał się uprzejmie ostatniej 
nocy? 
- Uprzejmie? - zdziwiła się Leith. 
- Pomyślałem sobie... wiesz, on potrafi czasami być... gwałtowny. JeŜeli myślał, Ŝe 
ty... - zawiesił głos. Wydawał się w tej chwili tak znuŜony i wyczerpany, Ŝe Leith nie 
miała serca powiedzieć mu, jak brutalnym draniem okazał się jego kuzyn. 
- Był czarujący - skłamała bez Ŝalu. Widać było, Ŝe mu ulŜyło. 
Następnego dnia zdąŜyła juŜ dojść do siebie po tych niezwykłych wydarzeniach. 
Kiedy jednak ubrana w plisowaną spódnicę i obszerny Ŝakiet jechała do pracy, myśli 
o kuzynie Naylorze, bo tak go teraz nazywała, bez przerwy krąŜyły gdzieś na 
granicy świadomości. 
Miała go przed oczami, kiedy skręcała na parking dla pracowników. „Gwałtowny" to 
było za słabe określenie jego zachowania! Oczywiście, jeśli ktoś spędził pół nocy na 
ulewnym deszczu w poszukiwaniu Travisa, na pewno nie mógł tryskać humorem. 
Zwłaszcza jeśli był to kuzyn Naylor. 
W myślach cieszyła się - dobrze mu tak, szkoda, ze nie było oberwania chmury z 
huraganem - gdy nagle, po drugiej stronie parkingu, gdzie zwykle ustawiali swe 
wozy szefowie firmy, ujrzała nowy samochód. I to jaki! Jaguar był długi, smukły i 
jakby wprost z fabryki. Leith wysiadła z małej, wcale nie smukłej i pamiętającej 
lepsze czasy mini. Wtedy przypomniała sobie, ze dziś właśnie miały sprowadzić się 
tu wszystkie grube ryby od Massinghama. 
Ruszyła w stronę biura. O ile Jimmy mówił prawdę- a jego źródła zwykle były 
pewne - pan Massingham równieŜ miał przyjechać. Leith miała dziwne przeczucie, 
Ŝe jaguar naleŜy właśnie do niego. 
Wchodząc powiedziała „dzień dobry" kilku pracownikom, po czym skierowała się do 
biura swego kierownika działu, Roberta Drewera. Po drodze doszła do budującego 
wniosku. Nic dziwnego, Ŝe firma Massingham jest tak potęŜna i sprawna. Nie kaŜdy 
szef przybywa do pracy jeszcze przed swoimi pracownikami. Ten facet musi być 
pracoholikiem! 
Po krótkiej dyskusji z Robertem Drewerem zabrała kilka dokumentacji i przeszła do 
swojego pokoju, do którego właśnie wszedł takŜe jej asystent. 
- Dzień dobry, Jimmy - przywitała go. - Wygląda na to, Ŝe będzie masa roboty! 
- A co nowego poza tym? - zapytał wesoło. 
- MoŜesz połączyć mnie z Greatrix? - poprosiła i poprawiając rogowe okulary na 
nosie dodała: - Masz ładny krawat! 
- Na cześć nowych kolegów - wyszczerzył zęby. 

background image

- Kto wie, moŜe przyjdą nas sobie obejrzeć? 
Leith zabrała się do roboty, szczerze powątpiewając, czy obejrzą nowych kolegów 
choćby z daleka, uśmiechnęła się jednak na to niedbałe określenie wyŜszych rang. 
Pomyliła się jednak, sądząc, Ŝe nie spotkają nikogo z nowego skrzydła. Około 
jedenastej wróciła do biura po krótkiej konsultacji z Dave'em Smithem i wtedy 
Jimmy oznajmił tryumfalnie: 
- Wiedziałem, Ŝe nie na próŜno wkładam krawat! Mieliśmy gościa! 
- Kogoś z Massingham? - zapytała zaskoczona Leith. 
- Samego szefa we własnej osobie! - odparł. 
- Pana Massinghama? - dopytywała się, nie kryjąc zdumienia. 
- Jak Bozię kocham! Przyszedł z kimś z kadr i panem Cathamem - ciągnął Jimmy, 
wspominając nazwisko szefa Vasey. - Pan Massingham chciał nie tylko spotkać się z 
wszystkimi kierownikami, ale takŜe obejrzeć sobie kaŜde biuro! 
Leith Ŝałowała trochę, Ŝe nie udało jej się zobaczyć szefa, ale wróciła do pracy. Była 
jedynie małym kółeczkiem w ogromnej machinie i pan Massingham na pewno nie 
przyjdzie po raz drugi, a nawet jeśli ma dobrą pamięć do twarzy i tak nie będzie 
pamiętał, z kim się spotkał, a z kim nie. 
Wkrótce potem tak zajęła się swoją pracą, Ŝe posłała Jimmy'ego po jakieś 
papierzyska i zapomniała zupełnie o panu Massinghamie. 
Stała zwrócona plecami do drzwi, szukając w szafie potrzebnych papierów, kiedy 
usłyszała, Ŝe ktoś wchodzi do pokoju. 
- Dobra, Jimmy - powiedziała, nie odrywając wzroku od trzymanych w dłoni 
dokumentów. Miała zamiar dodać jeszcze, Ŝe zaraz zabiorą się do rozpracowywania 
materiałów, które przyniósł, kiedy odezwał się jakiś głos, ale zdecydowanie nie był 
to głos Jimmy'ego. 
- Leith Everett? - zapytał. Był wybitnie męski i na pewno nie naleŜał do Ŝadnego z 
pracowników biura... choć chyba go gdzieś słyszała i to zupełnie niedawno. 
Powoli odwróciła się i podniosła głowę. I po raz drugi, od chwili poznania tego 
człowieka, otworzyła usta ze zdumienia. Szok zamurował ją kompletnie, patrzyła 
nieruchomo na ciemnowłosego, ciemnookiego męŜczyznę, który takŜe zdawał się nie 
wierzyć własnym oczom. 
- Bogowie - mruknął. - To nie moŜesz być ty! 
- C-co pan tu robi? - wykrztusiła. 
JuŜ przedtem zorientowała się, Ŝe męŜczyzna, którego przezwała Kuzynem 
Naylorem, odpowiada tylko na te pytania, które sam uzna za stosowne. Teraz takŜe 
pozwolił, by jej pytanie zawisło w próŜni. Podszedł bliŜej, objął uwaŜnym wzrokiem 
jej gładko ściągnięte do tyłu włosy i bez słowa zerwał jej z nosa okulary. Wyglądało 
na to, Ŝe chce sprawdzić, czy jej zielone oczy mają ten sam kolor, jaki miały we 
wczesnych godzinach niedzielnego poranka. 
- Niech mnie piorun strzeli, ale wszystkich nabrałaś! -rzucił bezczelnie, wtykając jej 
okulary do ręki. 
- A to co ma znaczyć? - zapytała wyzywająco. 

background image

- Nie mogę pojąć, jakim szatańskim cudem przez ten krótki czas, od kiedy tu 
pracujesz, zarobiłaś sobie na przezwisko Panny Lodowatej - raczył odpowiedzieć 
wreszcie na jedno z jej pytań, choć nie była to miła odpowiedź. 
Leith juŜ chciała odpowiedzieć ozięble, Ŝe jest tu wyłącznie po to, by pracować, a nie 
flirtować z kaŜdym, kto ma na to ochotę, kiedy nagle dotarł do niej prosty fakt, Ŝe 
skoro Naylor wie, jak długo tu pracuje, to znaczy, Ŝe ktoś z kadr lub pan Catham 
przedstawił mu w skrócie kaŜdego pracownika. 
- Czy ty... - zaczęła, ale wciąŜ nie chciała uwierzyć w to, co stawało się coraz bardziej 
oczywiste. - Ty nie moŜesz być... - spróbowała jeszcze raz. Znowu nabrała ochoty, 
Ŝeby mu przyłoŜyć, kiedy na jego twarzy pojawił się drwiący wyraz. 
- O, sądzę, Ŝe raczej jestem - wycedził i przedstawił się na wypadek, gdyby jeszcze to 
do niej nie dotarło: 
- Jestem Naylor Massingham. 
śadne z nich nie wyciągnęło dłoni, więc dodał jeszcze: 
- MoŜesz mówić do mnie: „proszę pana". Niedoczekanie! 
- A więc... - ciągnął, lustrując ją bezlitośnie. Jego wzrok na pewno nie ominął 
niczego, a zwłaszcza iskierek gniewu w jej oczach. - A więc powiedz mi, co taka miła 
dziewczynka - zaakcentował ironicznie - jak ty robi w takim miejscu? 
Leith aŜ się zagotowała pod smagnięciami jego sarkastycznych uwag, ale starała się 
opanować. On jednak zdawał się czerpać piekielną radość ze znęcania się nad nią i 
Leith poczuła, Ŝe nie jest juŜ w stanie pozostać pasywną, pokorną i cichą, zwłaszcza 
kiedy zachęcony jej milczeniem podjął swe rozwaŜania. 
- Płacą ci dobrze, jestem tego pewien, ale ty i tak...- objął spojrzeniem jej kostium, 
który wprawdzie maskował figurę, ale był drogi i w dobrym gatunku -... tyrasz 
pewnie po godzinach, Ŝeby spłacić to kosztowne mieszkanie... 
- Jak spłacam moją hipotekę, to wyłącznie moja sprawa - odparowała Leith, tym 
razem naprawdę dotknięta do Ŝywego. 
- Nie wtedy, kiedy jest w to zamieszany członek mojej rodziny - cisnął jej w twarz 
juŜ bez śladu szyderstwa. 
- To nie dotyczy... - urwała. Przypomniała sobie, Ŝe Naylor podejrzewa swego 
kuzyna Travisa o płacenie jej rachunków hipotecznych. 
- Ale dotyczy mnie! - ostro oznajmił Massingham. 
- Masz zły wpływ na mojego kuzyna - dodał prosto z mostu. - Wczoraj znów 
przyszedł zalany w drobny mak! 
- To nie moja wina. 
- Chcesz mi wmówić, Ŝe nie widziałaś go, odkąd niemal wyniosłem go z twojego 
mieszkania? 
- Nie, ale... 
- Myślę, panno Everett-przerwał jej, zanim zdąŜyła wyjaśnić, Ŝe Travis wpadł tylko 
na chwilę, Ŝeby ją przeprosić i zabrać samochód. - Sądzę, Ŝe w pani interesie leŜy to, 
aby juŜ nigdy więcej się z nim nie zobaczyć. 
- W moim interesie? - powtórzyła, zanim to do niej dotarło. - Ja... - wyjąkała. - Pan 
nie moŜe... 

background image

Usiłowała nie poddawać się panice. Jeśli dobrze zrozumiała - a nie miała pojęcia, 
czym innym mogłaby ją szantaŜować ta cholerna świnia - stawką była jej posada! I 
nagle przyszedł jej z pomocą gniew. Co za niesprawiedliwość! 
- Moje Ŝycie prywatne - oznajmiła sucho, wyłącznie dla zasady - nie ma zupełnie nic 
wspólnego z pracą! 
Naylor Massingham nawet nie raczył dyskutować. 
- Tak sądzisz? - zapytał jedynie i wyszedł. Leith siedziała, zupełnie oszołomiona, z 
okularami 
w dłoni, kiedy w minutę później wpadł Jimmy z naręczem papierów, po które go 
posłała. 
- Przepraszam, Ŝe to tak długo trwało, musiałem czekać, aŜ Tom skończy rozmowę 
telefoniczną. - Po tych zdawkowych przeprosinach juŜ bez ogródek zapytał: - 
Widziałem, jak wychodził stąd pan Massingham. Ominęło mnie coś waŜnego? 
- W twoim przypadku to po prostu niemoŜliwe, Jimmy - odparła wesoło, wzięła od 
niego papiery i udała, Ŝe studiuje je uwaŜnie, choć nie docierało do niej ani jedno 
zdanie. „Tak sądzisz?" Massinghama brzmiało jej jeszcze w uszach, budząc niejasną 
obawę. Nie zagrzała tu miejsca nawet tak długo, jak na ostatniej posadzie, a 
wszystko wskazywało na to, Ŝe zaraz znów wróci na pozycję czytelniczki ogłoszeń. 
Tego dnia potrzebowała wszystkich swych sił, Ŝeby skupić się na pracy. Wieczorem 
jednak, kiedy wróciła do domu, mogła zrobić sobie filiŜankę herbaty i swobodnie 
pomyśleć - oczywiście, o Naylorze Massinghamie. 
Dlaczego od razu nie powiedziała mu, Ŝe nie jest przyjaciółeczką Travisa? I dlaczego, 
och, dlaczego Travis nie wspomniał nawet nazwiska swego kuzyna? Mogłaby 
wówczas spytać go, czy Naylor ma coś wspólnego z Massingham Engineering... i 
byłaby przygotowana na to, co wydarzyło się dziś rano. Mogłaby uporządkować 
myśli, ułoŜyć sobie, co ma mu powiedzieć, gdyby przypadkiem się spotkali. Powie-
działaby mu, Ŝe jej sąsiadka Rosemary... I nagle przypomniała sobie, Ŝe istnienie 
Rosemary jest ciągle tajemnicą dla rodziny Travisa. Coś ją tknęło. Travis szalał z 
rozpaczy, Ŝe Rosemary go rzuciła, ale chyba sam w to nie wierzył. Gdyby 
rzeczywiście był tego pewien, na pewno nie ukrywałby jej tak zazdrośnie. Gdyby 
powiedział choć słowo, Rosemary na pewno nie chciałaby go więcej widzieć. 
Leith zdjęła kostium i ubrała się w dŜinsy i sweter. Zaraz potem odezwał się telefon. 
Dzwoniła Rosemary. 
- U ciebie wszystko w porządku? - zapytała szybko Leith, wyobraŜając sobie, Ŝe 
Rosemary siedzi po drugiej strome korytarza, w jakiś sposób unieruchomiona. 
Zazwyczaj to ona pierwsza wracała z pracy i zaglądała do Leith, jeśli miała ochotę 
na pogawędkę. 
- Nie wróciłam. WciąŜ jestem w Hazelbury - odparła Rosemary i wyjaśniła: - Matka 
nie czuje się dobrze i postanowiłam zostać, aŜ będzie jej trochę lepiej. Do pracy juŜ 
dzwoniłam i... 
- Przykro mi słyszeć, Ŝe twoja matka źle się czuje. Co jej jest? - zapytała Leith, 
pamiętając panią Green jako osobę o końskim zdrowiu. 
- Po prostu... źle się czuje - odrzekła Rosemary. - Nic określonego. Ojciec właśnie 
zabrał ją do lekarza,więc pomyślałam sobie, Ŝe zadzwonię. To nie znaczy, Ŝe nie 

background image

mogłabym dzwonić, gdyby byli w domu - dodała pospiesznie, jakby wstydząc się, Ŝe 
robi coś ukradkiem. 
- Naturalnie-równie szybko odpowiedziała Leith. 
- Musiałaś po prostu odczekać, aŜ wrócę do domu. Natychmiast poŜałowała, Ŝe chcąc 
podtrzymać na duchu Rosemary, wspomniała o pracy. Myśl o biurze przywiodła 
wspomnienie Naylora Massinghama. Niepokoił ją ten facet. 
- No więc, jak się masz? - zapytała, z trudem koncentrując się na rozmowie. 
- W porządku - westchnęła Rosemary. Najwyraźniej nie był to temat, który ją 
interesował. Leith domyśliła się, o kim chciała rozmawiać. 
- Widziałam się ostatnio z Travisem - zaryzykowała. 
- Jak on się czuje? - zapytała Rosemary, a poruszenie w jej głosie podpowiedziało 
Leith, Ŝe cokolwiek mówiła, serce Rosemary wciąŜ naleŜało do Travisa. 
- Mówiąc zupełnie szczerze, źle z nim - stwierdziła, niechętnie stawiając sprawę na 
ostrzu noŜa, ale co innego mogła odpowiedzieć? 
Zapanowało długie milczenie. 
- Opiekuj się nim w moim imieniu, Leith - poprosiła Rosemary i odłoŜyła słuchawkę. 
Leith nagle poczuła się przygnębiona tą rozmową. Oto dwoje dorosłych, 
zakochanych w sobie ludzi, rozdzielonych przez nieugięte zasady moralne jednego z 
nich. 
Niemal natychmiast telefon rozdzwonił się ponownie. Tym razem był to 
zaniepokojony Travis, który bezskutecznie usiłował się dodzwonić do Rosemary. 
- Zawsze o tej porze jest juŜ w domu po pracy - zaczął. - Czy mogłabyś... 
- Przed chwilą dzwoniła - wpadła mu w słowo Leith. 
- Jak ona się czuje? 
- W porządku. Jej matka jest chora... i Rosemary zostanie w Hazelbury jeszcze kilka 
dni - szybko uspokoiła go Leith. 
Travis milczał przez chwilę, po czym odezwał się: 
- Czy Rosemary... w ogóle wspomniała o mnie? 
- Powiedziałam jej, Ŝe rozmawiałam z tobą w sobotę - odparła. 
- Nie powiedziałaś chyba, w jakim byłem wtedy stanie? - zawołał, wyraźnie 
zaniepokojony. 
- Oczywiście, Ŝe nie - zapewniła go natychmiast. Było to przykre, Travis wprost 
Ŝebrał o odrobinę pociechy. 
- Co mówiła... to znaczy, o mnie? - zapytał. 
- Pytała, czy dobrze się czujesz - odrzekła, niezbyt pewna, czy powinna ingerować w 
ich sprawy. 
- A moŜe coś jeszcze? - Travis domagał się więcej. Psiakrew, pomyślała wreszcie. 
Kochają się w końcu, czy nie?  
- Poprosiła mnie, Ŝebym opiekowała się tobą w jej imieniu - poinformowała go. 
Travis milczał przez chwilę, po czym spytał z niedowierzaniem: 
- Więc ona nadal mnie kocha, mimo Ŝe jestem takim idiotą, Ŝeby dawać jej 
ultimatum - wszystko albo nic? 
- Nie sądziłam, Ŝe w ogóle moŜesz w to wątpić. 

background image

- MoŜe... - zgodził się Travis i wyznał jej, jak bardzo chciałby zadzwonić do Rosemary 
do Hazelbury. Bał się jednak, Ŝe pogrzebałby w ten sposób nadzieję na poślubienie 
jej kiedykolwiek. Wpadł w rozpacz, jakby nagle oczami wyobraźni ujrzał przygnębia-
jący obraz siebie samego, dokonującego Ŝywota bez swej ukochanej. Opowiadał o 
swej samotności, o tęsknocie, o tym, Ŝe serce pęka mu z nadmiaru słów miłości, 
których nie moŜe wypowiedzieć. I nagle, jakby przypomniał sobie, Ŝe Leith ma się 
nim opiekować w imieniu Rosemary, zaprosił ją na kolację. 
- JeŜeli coś ci wypada w tym czasie, to trudno -dodał szybko, kiedy nie 
odpowiedziała natychmiast. 
Leith milczała jedynie dlatego, Ŝe jej mózg pracował juŜ na pełnych obrotach. 
Wydawało jej się, Ŝe Travis ma ochotę przyjść do niej i pogadać trochę na temat 
Rosemary. Jeszcze dzisiejszego ranka nie zastanawiałaby się ani chwili... Kiedy 
jednak odkryła, kim jest naprawdę kuzyn Naylor, nie miała wielkiej ochoty 
powierzać swej posady ślepemu losowi. A nuŜ Naylor Massingham będzie 
przejeŜdŜał pod jej blokiem i zobaczy samochód Travisa na parkingu. 
- Oczywiście, pójdę z tobą na kolację - odpowiedziała, ciągle zbuntowana. - Wezmę 
swój samochód. Gdzie się spotkamy? 
Przygotowała się do kolacji w eleganckim hotelu z pełną świadomością, Ŝe nie moŜe 
postąpić inaczej. UwaŜała Travisa za swego przyjaciela, a poza tym musiała teŜ 
spełnić prośbę Rosemary. Fakt, Naylor Massingham oznajmił matce Travisa, Ŝe to 
juŜ duŜy chłopiec, ale biedak cierpiał okropnie, a przy tym leczył swoje smutki w 
sposób, który nie potwierdzał jego dorosłości. 
Jechała na spotkanie, kiedy przypomniało jej się jeszcze jedno zdanie 
wypowiedziane przez Massinghama - tym razem pod jej adresem. Pamiętała 
wrogość w jego głosie, kiedy mówił: „Nie mogę pojąć, jakim szatańskim cudem przez 
ten krótki czas, od kiedy tu pracujesz, zarobiłaś sobie na przezwisko Panny Lodo-
watej". Nie musiała długo myśleć, skąd wziął się ten miły tytuł. WciąŜ jeszcze czuła 
się uraŜona wyrzuceniem z pracy w Ardis & Co. za zbytnią poufałość w stosunku do 
kierownictwa, dlatego odprawiła dwóch panów z Vaseya, którzy interesowali się 
bardziej jej osobą aniŜeli swoją robotą. Widocznie sprawa się rozniosła. 
Travis wyglądał równie Ŝałośnie, jak wczoraj, kiedy przyszedł po samochód. 
- Dzięki, Ŝe przyszłaś - powitał ją i poprowadził z foyer do jadalni. Stamtąd 
kierownik sali powiódł ich do ustronnego stolika w kącie sali w kształcie litery L. 
- Jak ci minął dzień? - zapytała wesoło i pierwsze danie oraz pół drugiego zjadła 
słuchając, jak bardzo Travis musi się teraz skoncentrować na swej pracy. Stąd do 
wynurzeń na temat jego i Rosemary droga była juŜ bardzo krótka. 
Leith kończyła drugie danie, kiedy stwierdziła, Ŝe Travis juŜ zbyt długo mówi ciągle 
o tym samym i zaczyna się powtarzać. Postanowiła zmienić temat. 
- Ach, nie powiedziałam ci! - zawołała nagle, wpadając mu w słowo. - Wiesz o tym na 
pewno... no, ale ja nie wiedziałam. - A kiedy spojrzał na nią zaintrygowany, dodała: - 
Dopiero dzisiaj dowiedziałam się, Ŝe twój kuzyn Naylor i mój nowy szef to jedna i ta 
sama osoba! 
- Naprawdę? - zapytał Travis i po raz pierwszy od dawna uśmiechnął się. - Teraz, 
kiedy o tym wspomniałaś, coś mi świta, Ŝe czytałem o wchłonięciu Vaseya przez 

background image

Massinghama, ale Naylor zawsze wplątuje się w jakieś negocjacje, więc pewnie 
wyleciało mi to z głowy. 
- Więc on nie opowiada ci o swoich sukcesach? 
- MoŜe od czasu do czasu rozmawia o interesach z ojcem, dla którego czuje ogromny 
respekt, ale przecieŜ nie mieszka w Parkwood, więc rzadko rozmawiamy. 
No jasne - kwaśno pomyślała Leith, bez cienia sympatii do Naylora Massinghama. - 
JakiŜ on czarujący! Wtem, jakby sens rozmowy dopiero teraz do niego dotarł, Travis 
zrobił przeraŜoną minę. 
- Czekaj - rzucił szybko. - Chyba nie powiesz Naylorowi o Rosemary i o mnie, co? -I 
zanim Leith zdołała wykrztusić choćby słowo, Ŝeby go uspokoić, dorzucił: - Nie wiem 
jeszcze, co wyniknie z naszego związku z Rosemary, ale ona na pewno ze mną 
skończy, jeśli dowie się, Ŝe ktoś jeszcze o nas wie. 
- Rosemary zŜerają wyrzuty sumienia. Jest męŜatką, a kocha kogoś innego... no, ale 
na pewno... 
- usiłowała przywołać go do rozsądku. 
- Przyrzeknij, Ŝe mu nie powiesz - przerwał jej i Leith juŜ wiedziała, Ŝe moŜe 
zagadać się na śmierć, a on i tak będzie obstawał przy swoim. 
- Pewnie go juŜ i tak nie zobaczę - mruknęła z nadzieją w głosie, ale Travis nie był 
zadowolony. 
- Dobrze... przyrzekam. Natychmiast się rozluźnił. 
- Dzięki, Leith - powiedział cicho i dodał gorąco: 
- BoŜe, zawsze myślałem, Ŝe to cudownie być zakochanym. Wiesz co? To po prostu 
męczarnia! 
Po chwili milczenia spróbował zmienić temat. 
- Miałaś jakieś wieści od Sebastiana? Rozmowa o Sebastianie, choć bez 
napomykania 
o finansowych problemach, zajęła im czas do końca posiłku. 
- To była cudowna kolacja - oznajmiła Leith, odstawiając filiŜankę po kawie i 
zbierając się do wyjścia. 
- Cieszę się - odparł Travis i zawołał kelnera, Ŝeby uregulować rachunek. 
Leith wzięła torebkę. Myślami była juŜ w domu. Marzył jej się solidny, 
ośmiogodzinny wypoczynek. 
Szli juŜ obydwoje w stronę wyjścia, gdy nagle Leith przystanęła jak wryta. Tyle się 
namęczyła, Ŝeby Naylor Massingham nie dowiedział się, Ŝe zlekcewaŜyła jego 
ostrzeŜenie. Mogła nie zadawać sobie tyle trudu. Naylor Massingham juŜ wiedział. 
Siedział przy stoliku z piękną blondynką i patrzył wprost na Leith! 
Jego spojrzenie przeniosło się na Travisa, który właśnie stanął u jej boku. Travis 
takŜe spostrzegł kuzyna, choć w jego przypadku, zamiast przeraŜenia, widok ten 
wywołał szczerą radość. 
- Naylor!-Travis wyrwał się do przodu, chwytając Leith za ramię tak, Ŝe musiała iść 
za nim choćby tylko po to, Ŝeby zachować twarz i resztki godności. 
Musiała przyznać, Ŝe szef Massingham miał w towarzystwie wspaniałe maniery. 
Wstał, kiedy tylko zbliŜyli się do jego stolika. Leith widziała, jak omiótł wzrokiem jej 
obcisłą koronkową bluzkę i zgrabnie uwypuklające biodra welwetowe spodnie. 

background image

Nerwowo uniosła dłoń do okularów i nagle przypomniała sobie, Ŝe przecieŜ nie ma 
ich na nosie, a gdy spojrzenie Naylora powędrowało do jej lśniących, rozpuszczonych 
włosów, poczuła się zupełnie bezbronna. 
- Oczywiście, znasz Leith. - Travis równieŜ okazał się dobrze wychowany w chwili, 
kiedy najmniej tego oczekiwała. - Właśnie powiedziała mi, Ŝe pracujecie w tej samej 
firmie - dodał, oczekując, Ŝe wszyscy uznają to za dobry Ŝart. 
- Miło mi panią widzieć, Leith - uprzejmie odezwał się Naylor Massingham, ale choć 
jego piękne usta wygięły się w uśmiechu, twarde jak stal spojrzenie miało zupełnie 
inną wymowę. 
- Mnie równieŜ - wymamrotała. Gdy odwrócił się by przedstawić swoją towarzyszkę, 
Olindę Bray, Leith trzęsła się w środku jak galareta. Wzrok Naylora jasno dawał jej 
do zrozumienia, Ŝe długo juŜ nie popracuje w jego firmie. 
 
 
ROZDZIAŁ TRZECI 
Następnego dnia rano, jadąc do pracy, zastanawiała się, czy juŜ dzisiaj czeka ją 
wymówienie. 
Zaparkowała samochód, nie przestając myśleć o długu hipotecznym. W chwili 
słabości uznała nawet, Ŝe powinna wbić do głowy Naylorowi Massinghamowi, iŜ nie 
jest przyjaciółką jego kuzyna, a takŜe wyjaśnić, jakie są przyczyny ich częstych 
kontaktów. Ale czy on jej na to pozwoli? Przypomniała sobie błysk stali w jego 
oczach i doszła do wniosku, Ŝe powinna uznać się za szczęściarę, jeśli w ogóle da jej 
dojść do słowa. 
Była na siebie zła za samą chęć tłumaczenia się przed Naylorem. PrzecieŜ pomiatał 
nią bez powodu. 
- Cześć, Jimmy - przywitała swego asystenta, wchodząc do biura z postanowieniem, 
Ŝe będzie pracować tu tak długo, dopóki nie usłyszy, Ŝe jest zwolniona. 
Pomimo buntu, pierwsze godziny pracy upłynęły na podskakiwaniu za kaŜdym 
razem, gdy zadzwonił telefon lub otworzyły się drzwi. Ciekawe, czy sam ogłosi 
wyrok, czy kaŜe to zrobić personalnemu? 
Nadeszło południe, a ona wciąŜ miała pracę u Vaseya i zaczynała juŜ wątpić, czy 
Naylor Massingham będzie chciał ją wyrzucić. Wyszła na lunch z uczuciem, Ŝe moŜe 
spokojnie patrzeć w przyszłość. Za cóŜ zresztą miałby ją wyrzucić? Jej praca była bez 
zarzutu! 
Wróciła z lunchu za dziesięć druga, w zupełnie niezłym nastroju. Dokładnie o 
drugiej zadzwonił telefon. Odebrał Jimmy. 
- To do ciebie - szepnął, zasłaniając dłonią słuchawkę. - Panna Russell. 
Nazwisko nic jej nie powiedziało. 
- Co za panna Russell? - zapytała. 
Przez chwilę zastanawiał się i juŜ myślała, Ŝe jej wszystkowiedzący asystent 
zawiódł, kiedy wyszeptał: 
- Jedyne, co mi przychodzi do głowy, to panna Moira Russell, sekretarka pana 
Massinghama. 

background image

- Dzięki - uśmiechnęła się Leith. Jej dobry nastrój prysnął. - Leith Everett - 
przedstawiła się, opanowując nerwy. 
- O, dzień dobry pani, panno Everett - grzecznie powitała ją Moira Russell. - Jestem 
sekretarką pana Massinghama - dodała na wszelki wypadek. - Pan Massingham 
chciałby widzieć się z panią... 
- Teraz? - zapytała Leith pozornie spokojnym głosem, ale serce podskoczyło jej. 
- Jest teraz bardzo zajęty. JeŜeli moŜe pani nie oddalać się zbytnio i czekać na 
wezwanie, zadzwonię, kiedy uda mu się znaleźć dla pani czas - uprzejmie oznajmiła 
sekretarka. 
Leith nie zapytała nawet, po co pan Massingham chce się z nią widzieć - nie musiała 
tego robić. Doskonale wiedziała, co jej powie. 
- Dziękuję, postaram się - odparła równie uprzejmie i odłoŜyła słuchawkę. AŜ trzęsła 
się z gniewu, Ŝe ten typ wyrzuci ją z pracy, choć naprawdę nie ma za co. 
Czekała, choć sama nie wiedziała dlaczego. Pewnie częściowo z powodu ogromnego 
długu hipotecznego, który ma do spłacenia. A moŜe to upór i duma kazały jej czekać 
na wezwanie Moiry Russell. Ta sama duma, która kaŜe jej zaraz zapytać Naylora 
Massinghama, czy ma lepszy powód do wyrzucenia jej z pracy niŜ miłosne perypetie 
jego kuzyna. 
Nadeszła trzecia, potem czwarta, a Leith wciąŜ nie otrzymała wezwania i niepokoiła 
się coraz bardziej. 
Około piątej zaczęła kląć swego pracodawcę w Ŝywy kamień. 
- Zostajesz, Leith? - Jimmy wiedział, Ŝe Leith nie liczy godzin pracy i nieraz zostaje, 
Ŝeby wykończyć jakąś robotę. 
- O, niedługo wychodzę - odparła lekko. 
- Chcesz, Ŝebym został? 
- Idź, idź - odpowiedziała z uśmiechem. - Z tym powinnam poradzić sobie sama. 
Czy aby na pewno? - zastanawiała się po jego wyjściu. Lubiła swoją pracę, 
potrzebowała jej, towarzystwo budowlane, któremu spłacała hipotekę, teŜ pewnie 
wolałoby, Ŝeby utrzymała to dobrze płatne zajęcie. Ale nie miała pojęcia, jak to 
zrobić, jeśli ta świnia z nowego skrzydła powie jej: wynoś się. 
O szóstej, kiedy nawet najwięksi maruderzy poszli juŜ do domu, Leith zmieniła 
zdanie. W tej chwili gotowa była dość dokładnie powiedzieć Massinghamowi, gdzie 
ma tę posadę. W następnej minucie juŜ zmieniła zdanie, ale jedno było pewne: 
naleŜy zacząć działać. 
Złapała słuchawkę telefonu. Szybko znalazła numer w spisie i - pewna, Ŝe Moira 
Russell juŜ dawno poszła do domu - zadzwoniła. 
- Sekretarka pana Massinghama - odezwał się jasny głos Moiry i Leith pojęła, Ŝe, 
podobnie jak szef, Moira pracuje do późna. 
- Tu Leith Everett - oznajmiła oficjalnie i, nie dając sekretarce dojść do słowa, 
ciągnęła dalej. - Czy moŜe pani przeprosić pana Massinghama? Muszę juŜ wyjść... 
mam waŜne spotkanie. 
Po co dodałam tę ostatnią bzdurę, zastanawiała się, kierując się w stronę parkingu. 
MoŜe, mimo osobistego stosunku do Naylora Massinghama, uznała, Ŝe dobre 
wychowanie tego wymaga? 

background image

Wycofywała swój samochód, kiedy spostrzegła jaguara, którego po raz pierwszy 
ujrzała... BoŜe, czy rzeczywiście wczoraj rano? JeŜeli naleŜy do Naylora 
Massinghama, a tego była niemal pewna, to znaczy, Ŝe jej szef jeszcze pilnie pracuje. 
Doskonale! To go będzie trzymać z dala od Olindy Bray! 
Wielkie nieba! A to skąd mi się wzięło - zdumiała się Leith. PrzecieŜ w ogóle jej nie 
obchodzi, z iloma przepysznymi blondynkami się spotyka! 
Nie była bardzo głodna, ale po powrocie zrobiła sobie filiŜankę herbaty i kanapkę. 
Martwiła się, oczywiście, wiedziała, Ŝe będzie się martwić. Nie Ŝałowała, Ŝe poszła 
do domu - w końcu, na litość boską, czekała całe popołudnie. 
Czuła się tak, jakby ją ktoś przeŜuł i wypluł, więc wzięła kąpiel, przebrała się w 
koszulę nocną i bawełniany szlafrok, wyszczotkowała włosy. Było jeszcze za 
wcześnie, Ŝeby kłaść się spać - zresztą wiedziała, Ŝe i tak będzie jej trudno zasnąć. 
Kiedy zastanawiała się, czy jutro teŜ będzie czekać na swój wyrok przez cały dzień, 
ktoś zadzwonił do drzwi. Poczuła dziwny ucisk w Ŝołądku i zrozumiała, Ŝe wcale nie 
będzie musiała czekać do jutra. 
Była jednak zaskoczona, kiedy ujrzała stojącego na progu Naylora Massinghama. 
Więcej - była tak roztrzęsiona, Ŝe zaprosiła go do środka, zaprowadziła do salonu i 
dopiero zdołała pozbierać myśli. Wtedy teŜ spostrzegła, Ŝe musi mieć ze sobą jakieś 
poufne papiery, skoro zabrał teczkę na górę. 
Jego wzrok przesunął się od lśniących, kasztanowych włosów, poprzez pozbawioną 
makijaŜu twarz, elegancki szlafroczek, aŜ po czubki bosych stóp. Leith zapomniała 
języka w ustach, a wewnętrznie aŜ drŜała z niepokoju, co teŜ usłyszy za chwilę. 
Rychło jednak odzyskała mowę, kiedy Massingham odezwał się, mierząc ją 
sardonicznym spojrzeniem: 
- W pełnej gali na niezmiernie waŜne spotkanie - syknął, po raz kolejny obrzucając 
wzrokiem jej nocny strój, i dodał równie drwiąco: - A moŜe gość jest juŜ w środku? 
- Wcale nie! - wybuchnęła Leith. Nienawidziła Naylora Massinghama całą swoją 
istotą... jego i tych obraźliwych pytań! 
Podniosła błyszczące wrogością oczy. Niewzruszony, wytrzymał jej spojrzenie, nie 
spiesząc się z wyjawieniem celu swej wizyty, postawił teczkę i zapytał: 
- Oczekujesz kogoś, prawda? 
Leith zaczerpnęła tchu, Ŝeby odzyskać spokój, po czym podjęła walkę - bo tak 
traktowała ich rozmowę -jego własną bronią. 
- Nie mam dziś spotkania z Travisem, bo pewnie o to panu chodzi - oznajmiła 
chłodno. 
- O tak, wiem - odparł łaskawie. - Wyjechał dzisiaj za granicę w interesach. 
- W nadziei, Ŝe mu wywietrzeję? - zapytała, nie dając poznać po sobie zaskoczenia. 
Wczoraj jeszcze Travis nic nie wspominał o wyjeździe. Gdzieś za tym kryła się ręka 
Massinghama. Travis powiedział, Ŝe kuzyn bardzo szanował jego ojca. Czy ten 
szacunek nie był przypadkiem wzajemny? A moŜe zmówili się, Ŝe Travisowi dobrze 
zrobi krotki wyjazd? 
- Wcale tego nie oczekuję - odparł i dodał ostro: 
- Chciałem po prostu sprawdzić, ilu masz bliskich przyjaciół płci męskiej. 
Leith zamrugała powiekami, słysząc tę bezczelność. 

background image

- Wiem, Ŝe w biurze nosisz etykietkę „nie dotykać eksponatu" - ciągnął tymczasem 
(przynajmniej tyle, pomyślała Leith) - ale powiedz mi, odkąd to nosisz kapelusz 
myśliwski? 
- Kape... - urwała, przeklinając jego spostrzegawczość. Z salonu nie mógł widzieć 
wieszaka na płaszcze i kapelusze, a jednak wiedział co na nim wisi. 
- Kapelusz nie naleŜy do mnie-odparła z godnością. 
- NiemoŜliwe - warknął. 
Leith rzuciła mu wymowne spojrzenie. 
- JeŜeli juŜ musi pan wiedzieć, kapelusz zostawił Sebastian, zanim... - zaczęła, ale 
urwała, bo Naylor Massingham przerwał jej brutalnie. 
- A zatem Travis, którego tak zdawałaś się kochać jeszcze wczoraj, nie jest twoim 
jedynym kochankiem! 
- Kochankiem?! - wykrzyknęła zaskoczona. 
- BoŜe, jacyśmy niewinni! - zakpił Massingham. 
Nagle w jego oczach zapaliło się demoniczne światełko. PoniewaŜ wyglądał na 
człowieka, który chętnie udowadnia własne teorie, postąpił dwa kroki do przodu i 
wyciągnął w jej stronę ramiona. 
Nikt nigdy nie całował Leith w ten sposób. Być moŜe, z powodu cięŜkiej pracy, która 
nie zostawiała jej wiele czasu - ani chęci - by zajmować się takimi rozrywkami, 
całowała się rzadko i nigdy aŜ tak! Walczyła jak oszalała, pojęła jego zamiary od 
pierwszej chwili. Oplatające ją ramiona były jednak silne jak Ŝelazna obręcz. Nie 
było od nich ucieczki, podobnie jak nie było ucieczki od bliskości jego ciała. Wkrótce 
odkryła teŜ, Ŝe nie moŜna uciec od jego ust. 
- Nie! - udało jej się krzyknąć, kiedy na moment uwolniła się spod władzy jego warg. 
To było wszystko, co udało jej się powiedzieć, poniewaŜ znowu wziął w posiadanie jej 
wargi i całował ją jeszcze namiętniej. Czuła, jak mocniej przyciąga ją do siebie... i 
nagle, gdzieś wewnątrz jej ciała, odezwało się dziwne uczucie mrowienia. Usiłowała 
go odepchnąć, ale zaskoczona poczuła, Ŝe tak naprawdę wcale nie ma na to ochoty. 
Dłonie Naylora pieściły jej plecy, zsunęły się do talii, potem dosięgły bioder. 
- Och... - westchnęła, czując, jak rozpalają się w niej iskierki poŜądania. Uniosła 
ramiona, oplotła nimi jego szyję i juŜ z własnej woli oddała pocałunek. 
PogrąŜyła się w nieświadomości, zapomniała, po co do niej przyszedł, jeszcze pół 
godziny temu uznawała go za najohydniejsze z męskich stworzeń. 
I wtedy nagle, niespodziewanie, znieruchomiał. W następnej chwili odepchnął ją od 
siebie. 
Gapiła się na niego, powoli wracając do przytomności, nie wiedziała, co właściwie 
dzieje się wokół. Chwiała się jeszcze od niespodziewanej siły, z jaką działały na nią 
jego pocałunki, kiedy oznajmił drwiąco: 
- Mów mi dalej, Ŝe nie naleŜysz do kaŜdego, kto tego zechce. 
Słowa te podziałały na nią jak zimny prysznic. W jednej chwili odzyskała 
przytomność umysłu i, choć wciąŜ jeszcze miała na uwadze swoją posadę, zaprag-
nęła nagle go udusić. 
- Wiec dlaczego tu przyszedłeś?-syknęła gwałtownie. - Bo chyba nie po to, aby 
udowodnić niszczącą moc swego sex appealu? 

background image

Kipiała wściekłością i nie była pewna, czy nie rzuci się na niego z pazurami. I naraz 
jej świeŜo nabyta skłonność do rękoczynów została skutecznie ostudzona: usta jej 
gościa wykrzywiły się leciutko, jakby jej sarkazm go rozbawił. 
Wkrótce przekonała się, Ŝe była w błędzie. Naylor Massingham nie wyglądał na 
rozbawionego, wręcz przeciwnie. 
- Chciałem powiedzieć pani, panno Everett, Ŝe jeśli pani stosunek do pracy nie 
ulegnie zmianie, zostanie pani wylana! - rzucił ostro, mierząc ją mrocznym 
spojrzeniem. 
- Wylana? - poderwała się Leith, gotowa walczyć o swą opinię. Wiedziała, Ŝe pracuje 
bardzo dobrze, a on usiłował jej wmówić coś wręcz przeciwnego. 
- Co jest nie w porządku z moją pracą? - rzuciła wyzywająco. 
Nie odpowiedział od razu, niewzruszenie spoglądając w jej rozwścieczone, zielone 
oczy. A potem zapytał miękko: 
- A co powiesz o kontrakcie Norwood & Chambers? 
- To nieuczciwe! - wybuchnęła Leith. - Prace nad kontraktem Norwood & Chambers 
zostały rozpoczęte na długo przed moim przyjściem do firmy. Ja tylko... 
- Dokończyłam go - wpadł jej w słowo i Leith wiedziała juŜ, Ŝe przerzucił kaŜdy 
papierek, aby tylko znaleźć jakiś błąd. 
- Ale nie mogę brać odpowiedzialności za... - zaczęła i natychmiast dostała nauczkę. 
- Jedną z zasad, jakie musi zaakceptować urzędnik, zajmujący tak eksponowane 
stanowisko - wycedził - jest ta, Ŝe kiedy sypią się gromy, bierzesz odpowiedzialność 
za wszystko, co opuszcza twoje biuro, czy podpisałaś to, czy nie! 
Zadowolony z udzielonej lekcji dodał: 
- Ponieśliśmy straty w transakcji Norwood & Chambers - wyjaśnił, po czym 
uprzejmie, zbyt uprzejmie, uzupełnił: - Zakończ znajomość z Travisem, a postaram 
się o tym zapomnieć. 
- To szantaŜ! - oskarŜyła go gniewnie i od razu stwierdziła, Ŝe nie przyjął tego 
najlepiej. 
- Nazwij to jak chcesz, do diabła! - prychnął. Leith stoczyła krótką, wewnętrzną 
walkę. Była juŜ 
bliska wyjawienia, Ŝe Travis nie jest i nigdy nie był jej kochankiem, ale rzuciła 
przelotne spojrzenie w stronę Massinghama. Z jego twardej, wojowniczej postawy 
wywnioskowała, Ŝe jej nie uwierzy. Przynajmniej dopóki nie opowie mu wszystkiego 
o Rosemary. 
Po chwili wzięła się w garść. Do licha, przecieŜ lubiła Rosemary i Travisa, uwaŜała 
ich za swych przyjaciół, a jednak znalazła się o krok od zdrady. 
Po drugim spojrzeniu na pracodawcę zdołała się opanować i znalazła dość sił, by 
wyjaśnić chłodno: 
- Rozumiem, Ŝe chce mi pan dać do wyboru: albo zostawię Travisa, albo, o ile nie 
zdoła mnie pan dosięgnąć kontraktem Norwood & Chambers, będzie pan tak długo 
grzebał w umowach, w których miałam choćby minimalny udział, aŜ udowodni mi 
pan zaniedbania w pracy! 
Nienawidziła kąśliwości, która znowu pojawiła się w jego głosie, gdy stwierdził: 
- Równie zmyślna, jak śliczna! - po czym pochylił się i wziął do ręki aktówkę. 

background image

Przez chwilę z ulgą sądziła, Ŝe zabierze manatki i wyjdzie. Ale nie, on jedynie 
otworzył teczkę i wydobył z niej opasłą dokumentację. Podał ją Leith bez słowa 
wyjaśnienia. 
Otworzyła skoroszyt, obejrzała uwaŜnie pierwszą stronę i podniosła na niego 
pytające spojrzenie: 
- Palmer & Pearson? Zazwyczaj nie... 
- Teraz tak - odparł stanowczo i polecił: - Popracuj sobie nad tym. MoŜe swawole 
wywietrzeją ci z głowy. 
Z tymi słowy, jakby uznał, Ŝe poświęcił jej wystarczająco duŜo cennego czasu, 
odwrócił się i wyszedł. Gapiła się w ślad za nim z buntem w oczach. Miała dość 
roboty i bez tego, a w dodatku ta praca wyglądała na bardzo odpowiedzialną. 
Nie mogła przyjść do siebie po tej wizycie. Zanim połoŜyła się spać, w duchu 
przeklinała go razem z jego ostrzeŜeniami. W normalnej sytuacji, gdyby takie 
ostrzeŜenie było niezbędne, Naylor Massingham nie zawracałby sobie głowy 
wizytami, zlecając je jednemu ze swoich pracowników. Miała jednak dość ludzkich 
uczuć, by w całej tej nieprzyjemnej historii dopatrzyć się paru pozytywnych zjawisk. 
Po pierwsze, wprawdzie udzielił jej ustnej nagany, ale jednocześnie dał do 
opracowania powaŜną dokumentację (nawet, jeŜeli to uczynił wyłącznie dlatego, 
Ŝeby nie miała czasu na inne zajęcia), co oznaczało, Ŝe słyszał pochlebne opinie na 
temat jej pracy. Po drugie - nawet, jeśli z jego punktu widzenia nie miał to być 
komplement - powiedział o niej: Równie zmyślna, jak śliczna. 
Czy właśnie te słowa złagodziły choć trochę jego brutalność? Leith, zasypiając, nie 
myślała jednak o słowach, jakie padły między nimi. Prześladował ją tamten 
pocałunek... i to, Ŝe nie zdołała mu się oprzeć. 
Około piątku wspomnienie pocałunku z Naylorem Massinghamem zupełnie 
wywietrzało z głowy Leith. Zaprzątały ją inne, o wiele waŜniejsze sprawy. Czuła, Ŝe 
wpadła jak śliwka w kompot. I to w bardzo gorący. Rosemary nie wróciła od rodzi-
ców, Travis albo był jeszcze za granicą, albo czuł się lepiej, bo więcej się nie odezwał. 
O ile jednak z tej strony sprawy układały się po jej myśli, o tyle doskonale zdawała 
sobie sprawę z tego, Ŝe w nowym skrzydle siedzi sobie facet, który dokładnie śledzi 
jej najmniejsze potknięcia. 
Dlatego teŜ po dwa i trzy razy sprawdzała wszystko, co lądowało na jej biurku. 
Oprócz normalnych zajęć musiała poświęcić sporo czasu i wysiłku sprawie Palmer & 
Pearson, którą Naylor powierzył jej. Do tej pory pracowała od rana do wieczora, a 
teraz zostawała w biurze długo po godzinach i jeszcze zabierała do domu pękatą 
teczkę. 
W piątkowy poranek pojawiła się w biurze po nocy spędzonej na pracy i 
rozmyślaniach nad zmianą posady. Na Vaseyu świat się nie kończy, zdecydowała i 
od razu zreflektowała się, Ŝe Ŝadna inna firma nie zapłaci jej aŜ tyle. ZwaŜywszy, Ŝe 
nie otrzymała od Sebastiana nie tylko pocztówki, a co dopiero przekazu pienięŜnego, 
był to powaŜny argument. 
śeby juŜ nic nie brakowało do szczęścia, zadzwonił Jimmy Webb. Prosił o zwolnienie 
z powodów Ŝołądkowych. Czytaj: cięŜki przypadek kaca - pomyślała, wiedząc, Ŝe 
poprzedni wieczór spędził na przyjęciu urodzinowym u kolegów. 

background image

Był jednak doskonałym pracownikiem, więc choć wiedziała, Ŝe bez niego dzień 
będzie cięŜszy niŜ zwykle, współczująco poradziła mu, Ŝeby wziął Alka-Seltzer i 
wracał do łóŜka. 
- Zobaczymy się w poniedziałek - powiedziała i wróciła do swej pracy, przerywanej 
odbieraniem telefonów, co zazwyczaj naleŜało do obowiązków Jimmy'ego. 
Wczesnym popołudniem miała juŜ wszystkiego serdecznie dość. Było około wpół do 
trzeciej, kiedy musiała wyjść po dokumentację, którą w zwykłych warunkach 
przyniósłby jej Jimmy. Wracaj, Jimmy, wszystko ci przebaczyłam, myślała z lekkim 
rozbawieniem, wędrując po potrzebne papiery. 
Mimo rozbawienia nie była w odpowiednim nastroju, aby przyjmować awanse Paula 
Fishera, który, nie zwracając uwagi na okulary i uczesanie w stylu starej panny, 
zawsze gotów był okazać jej swe zainteresowanie. Tym razem nadchodzili 
jednocześnie: ona z jednej, on z drugiej strony. Leith usiłowała wyminąć go szerokim 
łukiem. On, zdaje się, miał całkiem odmienne zamiary. W korytarzu było dość 
miejsca dla obojga, a jednak Fisher manewrował tak, Ŝe zderzyli się i wpadła w jego 
ramiona. Obrócił ją ku sobie. 
- Leith - zaczął tonem, który miał brzmieć uwodzicielsko. - JeŜeli chcesz przeŜyć 
najpiękniejsze chwile swego Ŝycia... 
- Precz z łapami! - warknęła. - Jeśli przyciśnie mnie tak, Ŝeby znieść twoje karesy, 
zgłoszę się do ciebie. Tymczasem trzymaj swoje brudne macki z dala ode mnie! 
Odpychała go z całej siły, nie obchodziło jej, Ŝe ktoś moŜe zobaczyć lub usłyszeć. Jego 
wzrok powędrował nagle za jej plecy i natrętne ramiona opadły, a ich właściciel 
spiesznie poszedł w swoją stronę. 
Leith z ulgą powitała wolność, ale nieprzyjemne wydarzenie sprawiło, Ŝe cała się 
trzęsła. Odwróciła się - tylko po to, by zderzyć się z kimś po raz kolejny. 
Mam naprawdę zły dzień, pomyślała, odpychając tego kogoś i znowu tracąc 
równowagę. Ramiona, które przytrzymały ją tym razem, nie miały niestosownych 
zamiarów. Leith szybko podniosła wzrok i napotkała czarne, jak noc, spojrzenie 
Naylora. 
Przez długą chwilę wpatrywał się uwaŜnie w zielone oczy. 
- Cała drŜysz! - zauwaŜył. 
Na ułamek sekundy zamurowało ją, w mrocznym spojrzeniu zdawała się czaić 
łagodność. A potem jego oczy powędrowały ku jej wargom i juŜ wiedziała, Ŝe Naylor 
przypomniał sobie tamte pocałunki... 
Gwałtownie wyrwała się z jego objęć. 
- MęŜczyźni! - syknęła wściekle. 
Jego dłonie opadły natychmiast, a łagodność w spojrzeniu okazała się wyłącznie 
wytworem jej wyobraźni. Była tam juŜ jedynie drwina. 
- Nie mów mi, Ŝe się leczysz! - burknął pogardliwie. Leith wysoko uniosła głowę, 
minęła go i odeszła. Miała dość biura na ten tydzień. Naładowała pełną teczkę 
spraw, nad którymi mogła popracować w domu i dokładnie o piątej zamknęła drzwi. 
Wychodząc z budynku spostrzegła Paula Fishera. 
Miała zamiar minąć go, nie zaszczycając nawet spojrzeniem, ale nie udało jej się 
uniknąć spotkania. 

background image

- Dzięki! - rzucił jej prosto w twarz. 
- Za co? - zapytała chłodno, nie zatrzymując się. 
- Panna Niedotykalska! Dzięki tobie właśnie oberwałem od starego Drewera. 
Zaproponował mi skrócenie długoterminowej umowy z firmą, jeśli nie zaprzestanę 
napaści seksualnych. 
- Nie mógł trafić lepiej! - parsknęła mu w nos, i skierowała się w stronę samochodu. 
Najwyraźniej Paul Fisher uwaŜał, Ŝe naskarŜyła na niego do kierownika, ale 
przecieŜ nie zrobiła tego. Właściwie nie miała nic przeciwko temu, Ŝeby uchodzić za 
skarŜypytę, jeśli miało to uchronić inne kobiety przed znoszeniem jego wątpliwych 
awansów. Ktoś w końcu musiał na niego donieść, prawda? 
Zerknęła w stronę jaguara, zaparkowanego na swoim stałym miejscu. Leciutki 
uśmieszek przemknął przez jej wargi. Czy Naylor Massingham nie był przypadkiem 
jedynym świadkiem tego zajścia? Wsiadła do samochodu i ruszyła z miejsca. Nie 
miała pojęcia, kto inny mógłby donieść na Fishera - i poczuła coś na kształt sympatii 
do swojego szefa. 
Ciekawa była, jak długo im się przyglądał. Musiał widzieć całą albo prawie całą 
scenę, Ŝeby mieć powód do posłania Paula Fishera na dywanik i przekonać Drewera, 
kto był winien zajściu. 
Nagle uświadomiła sobie, Ŝe niemal przez całą drogę do domu myślała o Naylorze 
Massinghamie i w tejŜe samej chwili zadała sobie pytanie, które omal nie 
przyprawiło jej o zawrót głowy. Była wściekła, kiedy Alec Ardis ją objął, uściski 
Paula Fishera doprowadziły ją do mdłości... więc dlaczego nie czuła nic podobnego 
wtedy, kiedy wziął ją w ramiona Naylor? 
ROZDZIAŁ CZWARTY 
Leith nie znalazła odpowiedzi na dręczące ją pytanie. W sobotę rano obudziła się z 
myślą, Ŝe ma inne, waŜniejsze sprawy na głowie. Wypchana do granic 
wytrzymałości teczka przypomniała jej, w jaki sposób spędzi dwa wolne od pracy 
dni. 
Po śniadaniu rozłoŜyła w jadalni stół, na którym poukładała zawartość teczki. 
Wtedy zadzwoniła jej matka. 
- Miałaś wiadomości od Sebastiana? - brzmiało pierwsze jej pytanie. 
- Ty chyba miałaś, co? - odparła Leith z uśmiechem. 
- Dostałam dziś rano śliczny, długi list. Spotkał jakąś miłą dziewczynę, wiesz? 
Sebastianowi zdarzało się to czasami. 
- Wraca do domu? - zapytała Leith, zaciskając kciuki i z nadzieją czekała na 
odpowiedź. 
- Jeszcze nieprędko. Sądzę, Ŝe moŜemy spodziewać się go dopiero około BoŜego 
Narodzenia. - Matka radośnie pogrzebała wszystkie nadzieje Leith. BoŜe 
Narodzenie będzie za siedem miesięcy! - Razem z Elise podróŜują po Indiach, potem 
pojadą do Tajlandii i... - Leith na chwilę straciła wątek, myśląc z rozpaczą, Ŝe stanie 
się cud, jeśli Sebastian wróci i spłaci część hipoteki w BoŜe Narodzenie za dwa 
lata... - Co za cudowna okazja! 
- Oczywiście, jasne - Leith z trudem wróciła do rzeczywistości. Matka 
prawdopodobnie miała na myśli cudowną okazję do zwiedzenia połowy świata. 

background image

- Mam nadzieję, Ŝe zwolnił się z pracy. Miało go nie być tylko dwa tygodnie. 
- Na pewno, kochanie - odparła matka, zachwycona listem, który otrzymała od 
uwielbianego syna. 
- Czy... hm... wspomniał, z czego będzie się utrzymywał? - zapytała Leith, pogrąŜona 
w nieustannej trosce o hipotekę. 
- Wiesz, no... cóŜ - odparła matka z zaŜenowaniem i Leith szybko domyśliła się 
prawdy. 
- Nie prosił cię chyba o pieniądze? 
- A nie powinien? - pani Everett stanęła w obronie syna. - Wysyłanie co miesiąc raty 
za hipotekę musi być dla niego powaŜnym obciąŜeniem. Napisał, Ŝe mógł biedować, 
kiedy był sam, ale teraz musi myśleć o Elise. 
A Elise naturalnie nie ma ani grosza, Ŝeby płacić za swoje wydatki - pomyślała 
Leith, ale powstrzymała się od komentarzy. 
- A co na to ojciec? - zapytała. 
- Eee... poszedł grać w golfa - odparła matka i szybko zmieniła temat. Zdaje się, Ŝe 
ojciec nie ma pojęcia o rodzinnych brakach finansowych - pomyślała Leith. 
- A co u ciebie, moŜe masz jakieś małe kłopoty, w których trzeba ci pomóc? 
- Wszystko jest wspaniale. Ani śladu kłopotów - zaprzeczyła Leith, nie chcąc zatruć 
matce wspaniałego nastroju. W istocie musiała stawić czoło aŜ dwu problemom: 
hipoteka i Naylor Massingham. 
- Zawsze byłaś takim mądrym dzieckiem - promiennie stwierdziła pani Everett. 
Naturalnie nie miała pojęcia, ile razy Leith skrywała przed nią swe dziecięce, a 
później młodzieńcze troski, bo akurat w tym samym czasie Sebastian przeŜywał 
jakieś wydarzenie lub miał problemy. 
- Aha - ciągnęła matka. - Nie powiedziałaś mi, Ŝe Rosemary Green opuściła męŜa! 
Leith na chwilę zaniemówiła. Jej rodzinne miasteczko, tak jak wszystkie inne, 
posiadało zwiadowczą siatkę plotkarzy, którzy chwytali najdrobniejszą sensację i 
nadymali ją jak balon. Rosemary byłaby jednak zrozpaczona, gdyby mówiono o jej 
kłopotach. 
Stoczyła cięŜką walkę ze swoim sumieniem, gdyŜ przyjaźń do Rosemary walczyła o 
lepsze z koniecznością bezczelnego kłamstwa. 
- Rosemary nie opuściła męŜa-wydusiła wreszcie. Przynajmniej powiedziała prawdę! 
Równie dobrze mogła dokończyć zdanie i wyjaśnić, Ŝe to mąŜ Rosemary postanowił 
odejść, ale matka juŜ wpadła jej w słowo: 
- Nie mieszka przecieŜ u siebie. Wróciła do domu! 
- Jej matka jest chora. 
- Na moje oko wyglądała wyjątkowo dobrze, kiedy spotkałam ją wczoraj rano! 
Nic nie moŜna było na to poradzić. 
- Nie wiedziałam, Ŝe z ciebie taka plotkara, mamuś - zaŜartowała Leith 
- Wcale nie! - Ŝachnęła się matka. - Ja tylko... Leith odeszła od telefonu z 
mieszanymi uczuciami. 
Chętnie rozmawiała z rodzicami, ale tym razem wolałaby, Ŝeby matka nie 
zadzwoniła. Niepokoiła się o Rosemary - rodzice są w stanie zatruć jej Ŝycie, jeśli 

background image

dotrą do ich uszu plotki krąŜące po miasteczku. Zaś wiadomość, Ŝe Sebastian nie 
wróci przed końcem roku, była prawdziwym ciosem. 
List nie załatwi sprawy. O tym wiedziała, zanim jeszcze sama myśl postała jej w 
głowie. Ze słów matki wynikało, Ŝe Sebastian będzie stale w podróŜy, więc wątpliwe, 
aby jakikolwiek list zdołał do niego dotrzeć. A poza tym, skoro prosił matkę o 
pieniądze, naleŜało się spodziewać, Ŝe jest juŜ bez grosza. 
Spędziła ponad pół godziny na przyzwyczajaniu się do myśli, Ŝe będzie musiała 
spłacać obie połowy miesięcznej raty przez co najmniej siedem miesięcy. Ale skądŜe 
ona, na Boga, ma wytrzasnąć tyle forsy? Prowadząc oszczędny tryb Ŝycia, poszcząc 
troszkę, przeŜyje moŜe miesiąc, moŜe dwa, ale potem... 
Zabrała się do pracy w nadziei, Ŝe utopi w niej swoje troski. I wówczas zdała sobie 
sprawę, Ŝe nie ma zamiaru wracać do Hazelbury, o ile nie będzie to absolutnie 
konieczne. Lubiła Londyn, swoją pracę, chciała zostać. I nagle, ni stąd, ni zowąd, 
stanęła jej przed oczami sylwetka Naylora Massinghama... Leith ze złością sięgnęła 
po skoroszyt. No to co? Lubi Londyn, lubi swoją pracę, ale... 
Po południu zadzwoniła Rosemary. 
- Kiedy wracasz? - szybko zapytała Leith, która mogła nie widzieć przyjaciółki 
tygodniami, ale teraz bardzo się za nią stęskniła. 
- Jeszcze nieprędko. Rodzicom nie podoba się, Ŝe będę mieszkała sama w Londynie - 
wyznała. 
Wielkie nieba - pomyślała Leith i poczuła wdzięczność do losu za rodziców, jacy 
przypadli jej w udziale. 
- Właśnie wyszli-ciągnęła Rosemary. Przez chwilę milczała, po czym zaczęła mówić 
bardzo szybko, jakby bała się, Ŝe wrócą, zanim zdąŜy wszystko powiedzieć. - Czy 
mogę cię prosić o grzeczność, Leith? 
Leith uwaŜała, Ŝe biedna, szarpana wyrzutami sumienia Rosemary zasługuje na 
wszystkie grzeczności. 
- Oczywiście - odparła zachęcająco. 
- Wiesz, Travis dzwonił przed chwilą. 
- Travis? 
- Tak... Z Włoch - odparła Rosemary i Leith wydawało się, Ŝe słyszy w głosie 
przyjaciółki cień uśmiechu. Zniknął jednak, gdy dodała: - Na szczęście moich 
rodziców nie było w domu... nie wiem, co by się działo, gdyby byli... To znaczy... tym 
razem miałam szczęście, ale musiałam powiedzieć Travisowi, Ŝeby juŜ nigdy do 
mnie nie dzwonił. 
- Ale ciągle go kochasz? - nieśmiało wtrąciła Leith. 
- Tak, bardzo, bardzo - szepnęła miękko Rosemary po krótkiej chwili milczenia. - Ale 
moi rodzice są wściekli, Ŝe nie usiłuję pogodzić się z Derekiem. 
- Nie powiedziałaś im, Ŝe mieszka z kimś innym? 
- Powiedziałam, ale to nie robi Ŝadnej róŜnicy... dostaliby szału, gdyby dowiedzieli 
się o Travisie. Dlatego właśnie dzwonię - wyznała wreszcie i dodała: -Tak bardzo 
tęsknię za jego głosem. Kiedy zadzwonił, poczułam się cudownie, ale nie mogę 
pozwolić, Ŝeby zadzwonił znowu. Dlatego powiedziałam mu, Ŝe jeśli ma mi coś do 
powiedzenia, niech zadzwoni do ciebie, a ty mi to przekaŜesz. Zrobisz to, prawda? 

background image

- Naturalnie!-zawołała Leith bez wahania i natychmiast pojęła, Ŝe tą obietnicą nigdy 
nie zdoła, według słów Naylora Massinghama, skończyć z Travisem. Nie wątpiła w 
to, Ŝe Travis natychmiast się z nią skontaktuje. 
Skontaktował się. Był niedzielny wieczór, a on wciąŜ był we Włoszech. 
- Leith, to ja... Travis - usłyszała w słuchawce. 
- No i jak tam? - zapytała wesoło. 
- Rozmawiałem z Rosemary. 
- Wiem, dzwoniła do mnie. 
- Naprawdę, kochane stworzenie! Poprosiła cię o... pomoc, prawda? 
- Chętnie to zrobię - zapewniła go i natychmiast wczuła się w rolę posłańca. - Masz 
jakąś wiadomość do przekazania? 
- Powiedz jej tylko, Ŝe ją kocham... chociaŜ ona i tak o tym wie - odparł Travis. - Nie 
musisz specjalnie do niej dzwonić, bo jej rodzice zaczną coś podejrzewać. 
Przebaczyła mi, Ŝe byłem takim durniem i postawiłem jej ultimatum. Chciałbym, 
Ŝeby juŜ wróciła do siebie - dodał z cięŜkim westchnieniem. 
- A kiedy wracasz do Anglii? - zapytała Leith, czując, Ŝe Travis zaczyna wpadać w 
ponury nastrój. 
- Ojciec dał mi furę roboty, ale powoli zaczynam dostrzegać koniec - odrzekł nieco 
weselej. 
W poniedziałek rano Leith weszła do biura po całej niedzieli spędzonej nad 
dokumentami. Cieszyła się z tego poranka. 
- Lepiej ci? - powitała Jimmy'ego. 
- Nigdy więcej! - jęknął zawstydzony. - Dopiero wczoraj udało mi się otworzyć oczy. 
Leith roześmiała się i posłała go po jakieś dane. W dziesięć minut później, kiedy 
zadzwonił telefon, było jej mniej wesoło. 
- Tu Moira Russell - zaanonsowała się sekretarka doskonała. - Pan Massingham 
chciałby zobaczyć się z panią natychmiast, o ile jest pani wolna. 
W uszach Leith zabrzmiało to jak rozkaz. 
- Oczywiście - odpowiedziała z niejasnym uczuciem, Ŝe lepiej nie pytać, co by było, 
gdyby nie była wolna. 
- Jesteś, Leith. - Jej asystent wparował do pokoju z informacjami, których 
potrzebowała. 
- Zostaw to na moim biurku, Jimmy - poprosiła, biorąc dokumentację Palmer & 
Pearson. - Pan Massingham chce się ze mną widzieć... nie zabawię długo. 
Opuściła pokój z nieprzyjemnym wraŜeniem, Ŝe spryciarz Jimmy zauwaŜył jej lekki 
rumieniec. 
JuŜ przed gabinetem szefa stwierdziła, Ŝe cała się trzęsie. Nic dziwnego, u niej w 
domu Naylor Massingham nie był łatwym przeciwnikiem. Co będzie teraz, kiedy 
znalazła się w samej jaskini lwa? Zamknęła oczy, zapukała i weszła. Wysmukła, 
nieskazitelnie elegancka kobieta podniosła głowę znad papierów. 
- Panna Everett? - zapytała uprzejmie. Uprzejmość nic nie kosztuje. 
- Dzień dobry - uśmiechnęła się Leith. - Zdaje się, Ŝe pan Massingham chciał widzieć 
się ze mną. 

background image

- Proszę usiąść na chwilę. - Moira Russell uśmiechnęła się takŜe, wstała i podeszła 
do drugich drzwi. Zapukała lekko i weszła. Ano właśnie - pomyślała Leith, widząc 
się juŜ wysiadującą tu do południa. Na szczęście Moira Russell wróciła niemal 
natychmiast. Serce Leith zabiło nieco mocniej. 
- Pan Massingham przyjmie panią teraz - oznajmiła sekretarka. 
Leith uśmiechnęła się lekko i wstała. Udało jej się zachować uśmiech na twarzy 
nawet wtedy, kiedy weszła do pokoju wyłoŜonego grubym dywanem. Spojrzała na 
wysokiego, smukłego męŜczyznę, jej wzrok spoczął na chwilę na jego kształtnych 
wargach i - szalona -mogła myśleć juŜ tylko o ich dotknięciu na swoich ustach. 
- Dzień dobry, panie Massingham - z trudem opanowała się na tyle, by 
wypowiedzieć te słowa. Uśmiech na jej twarzy zbladł nieco, ale postanowiła, Ŝe 
będzie przynajmniej grzeczna i miła. 
Przystanęła na środku pokoju. Jego ostry, badawczy wzrok zatrzymał się na skrytej 
za okularami twarzy i nietwarzowym kostiumie. Przyszło jej do głowy, Ŝe moŜe 
powinna zachować się bardziej wojowniczo. Sądząc po jego minie, nie był w 
najlepszym nastroju, przynajmniej na pierwszy rzut oka. 
- Usiądź - zaproponował nadspodziewanie uprzejmie, wskazując fotel po drugiej 
stronie biurka. 
Leith, wciąŜ jeszcze trochę roztrzęsiona, z wdzięcznością przyjęła propozycję. 
Wiedziała, Ŝe czas, jaki szef moŜe jej poświęcić, jest ograniczony. PołoŜyła na jego 
biurku pękatą teczkę. 
- Sprawa Palmer & Pearson - zaczęła. - Mam zamiar zwrócić się do kilku firm, ale 
najpierw muszę uzyskać pewne cyfry z... 
Podniosła głowę i speszyła się. Naylor Massingham patrzył na nią i najwyraźniej 
nie obchodziły go jej zamiary. 
Poruszył się, ale zamiast zasiąść za biurkiem, podszedł do jej fotela. 
- PróŜność jest nieodłączną cechą kobiety - zauwaŜył. - Myślałem, Ŝe szkła 
kontaktowe są hitem ostatnich lat? 
- Eech... - nieświadomym, Ŝeby nie powiedzieć: obronnym ruchem sięgnęła do 
okularów. Nagle pojęła, Ŝe ten męŜczyzna ma na nią zbyt wielki wpływ. 
- Nie wszyscy mogą nosić szkła kontaktowe - palnęła bez namysłu i dodała z nutą 
szczerości: - Ja nie mogę. 
Nie zdołała się uchylić, gdy znajomym juŜ, gwałtownym gestem zerwał jej z nosa 
okulary. Instynktownie próbowała je złapać, ale był zbyt wysoki. 
Chciała wstać, ale był zbyt busko, a ona doskonale pamiętała, co oznacza bliskość 
jego ciała. Zrezygnowała więc i wściekła obserwowała go spod oka. Tymczasem 
Massingham podniósł leŜącą na stole dokumentację, wyjął z niej kartkę i przyjrzał 
się jej przez okulary. Po chwili papier powrócił do teczki, a Massingham odwrócił się 
do niej. 
- Nie wiem, czy moŜe pani nosić szkła kontaktowe, czy nie - stwierdził lodowatym 
tonem - ale na pewno nie potrzebuje ich pani. To zwykłe szkło -dodał spokojnie. 
Leith milczała ciągle, kiedy jego wzrok powędrował ku jej pięknym włosom, 
ściśniętym w węzeł. 

background image

- Ciekawe, dlaczego wspaniała kobieta, o równie wspaniałych włosach, kryje swą 
urodę za okularami, których nie potrzebuje, czesze się jak więźniarka, a przy tym 
próbuje odwrócić uwagę od swej figury, która, o ile dobrze pamiętam, jest rozkosznie 
doskonała w kształcie i proporcjach? 
Leith na ułamek sekundy zapomniała, gdzie jest i znów poczuła dotyk jego rąk na 
swoim ciele. Odpędziła od siebie to wspomnienie i pomyślała, Ŝe rozmowa przybiera 
zbyt osobisty charakter. 
- Potrzebuję tych okularów - zdecydowała się bronić tego, co w jego oskarŜeniach 
wydawało się najmniej osobiste. 
- A po co? - zapytał wyzywająco. 
- Z całą pewnością nie po to, Ŝeby przez nie patrzeć! - rzuciła bez ogródek. 
- Czytałaś bez trudu, kiedy ci przyniosłem tę teczkę do domu... i nie miałaś 
okularów! 
Niech cię cholera weźmie - pomyślała. Nagle znienawidziła go z całego serca. 
Przyglądał jej się tamtej nocy, kiedy czytała dokumentację. Nie miała pojęcia, Ŝe 
zapomniała o okularach... 
- Nieraz... - zaczęła, gotowa kłamać jak najęta, ale przerwał jej. 
- Twoje usta zaprzeczają, Ŝe jesteś taką zimną kobietą, za jaką chcesz uchodzić... 
mam zresztą na to takŜe inne dowody - przyciął jej złośliwie. 
- A jakieŜ to dowody? - odparowała i, niestety, zbyt późno pojęła, Ŝe w tym okrzyku 
było więcej agresji niŜ sensu. 
- Nie licząc oczu ciskających błyskawice i namiętnego temperamentu - nie odmówił 
sobie przypomnienia jej tego - wcale nie byłaś lodowata, kiedy się do mnie tuliłaś 
tamtego wieczoru! 
- Tu... tuliłam się? - prychnęła. Po namyśle jednak- a wspomnienia były zbyt Ŝywe, 
Ŝeby zajęło jej to więcej niŜ sekundę - uznała, Ŝe „tulenie" było odpowiednim 
określeniem. 
- Nie mam ochoty mówić o tym! - rzuciła cokolwiek arogancko. Właściwie nie miała 
innego wyjścia. 
JeŜeli jednak spodziewała się, Ŝe ujdzie jej to na sucho, bardzo szybko przekonała 
się, Ŝe Massingham jeszcze niejedno ma w zanadrzu. 
- Nieźle! - syknął wściekle. - Ja tu rządzę i skoro płacę za twój czas, mogę 
dyskutować o tym, co uznam za stosowne! 
To wystarczyło, Ŝeby zatrzęsła się ze złości, ale on jeszcze nie skończył. 
- Na początek zatem powiesz mi, dlaczego, skoro wiem, Ŝe gościsz u siebie na 
przemian przynajmniej dwóch panów, tutaj starasz się uchodzić za Pannę 
Lodowatą. Okulary, uczesanie starej panny... dlaczego tak ci zaleŜy na tej opinii? 
- Jeśli juŜ musi pan wiedzieć - wybuchnęła Leith, czując, Ŝe na wzmiankę o 
przynajmniej dwóch panach na przemian jej gniew przeradza się w furię - miałam 
nieprzyjemne doświadczenia z ostatniego miejsca pracy. 
- Ardis&Co.? - zapytał z nagłym zainteresowaniem. 
Najwidoczniej rozpracował ją bardzo dokładnie. CóŜ, naleŜało się tego spodziewać. 
- Jakie doświadczenia? - nalegał. 
- Ktoś mnie... napastował... zaczął obmacywać... 

background image

- Masz na myśli napaść seksualną? - zapytał z powaŜną miną. 
- Właśnie tak - odparła, czując, Ŝe spora część jej agresji ulotniła się nagle. - Trochę 
to mną wstrząsnęło. 
- Sprawiło, Ŝe boisz się męŜczyzn? - zapytał, ale sam widocznie w to nie wierzył, 
skoro sądził, Ŝe juŜ po opuszczeniu Ardisa była w łóŜku z jego kuzynem. 
- Bać się? Nie... - odrzekła zupełnie uczciwie. - Nie... raczej jestem ostroŜna. 
- Rozumiem - skomentował to spokojnie, ale z jego miny Leith mogła wnioskować, Ŝe 
wcale mu się to nie podoba. 
- Wiec złoŜyłaś Ardisowi wymówienie i zdecydowałaś się ukryć swoją kobie... 
- Nie składałam wymówienia - wpadła mu w słowo Leith, nadal starając się być 
uczciwą. 
- Zostałaś zwolniona? - zapytał. 
Leith zorientowała się, Ŝe powiedziała duŜo więcej niŜ trzeba.   . 
- To oznacza... - snuł swe rozwaŜania Naylor Massingham, nie czekając nawet na jej 
odpowiedź - Ŝe osoba, która cię napastowała, musiała być dość wysoko postawiona. 
Jego zdolność dedukcji jest doprawdy zadziwiająca -pomyślała Leith. Odkryła 
jednak coś jeszcze bardziej zadziwiającego. 
- Pan mi wierzy? - zapytała. - Myślałam... 
- Mam przed sobą cały materiał dowodowy, czyŜ nie? - zauwaŜył i wyjaśnił swój tok 
rozumowania: -Personalny zwrócił się do Ardisa o referencje... dostał je bez trudu. 
Nie wspomnieli jednak o sposobie, w jaki została zerwana umowa. PoniewaŜ nie 
miało to nic wspólnego z twoją pracą, naleŜało sądzić, Ŝe ktoś u Ardisa jest mocno 
zakłopotany tym, co ci się przydarzyło... i chce zachować milczenie. - Massingham 
zerknął na nią i ciągnął dalej: - Opuściłaś Ardisa i przyszłaś tutaj, świadomie 
ukrywając pod strojami swoją sylwetkę i twarz, mimo iŜ nie czułaś Ŝadnych 
szczególnych zahamowań seksualnych. Zgadza się? 
Leith czując się zobowiązana do odpowiedzi wyznała z absolutną szczerością: 
- CięŜko pracowałam nad zdobyciem kwalifikacji. Chcę być traktowana serio. To 
bardzo irytujące, kiedy wiem, Ŝe mam rozum, a niektórzy męŜczyźni uwaŜają mnie 
za pustogłowego kociaka, który... - urwała nagle. - To przez pana Paul Fisher dostał 
po nosie w zeszły piątek? 
Kąciki ust Naylora Massinghama leciutko uniosły się w górę. 
- Ty naprawdę myślisz - stwierdził. 
- NiezaleŜnie od kontraktu Norwood & Chambers, jestem dobra w tym, co robię! - 
odparła dumnie. 
Wpatrywał się w jej błyszczące, zielone oczy. 
- Nikt juŜ nie nazwałby cię Panną Lodowatą, gdyby mógł cię teraz ujrzeć - 
powiedział mimo woli. 
OkrąŜył biurko, usiadł i podał jej okulary. 
- Nie wkładaj ich, dopóki jestem w pobliŜu - polecił, zanim zdąŜyła umieścić je na 
nosie i pozbierać myśli. - ObraŜają moje poczucie piękna. A wracając do sprawy, z 
powodu której cię wezwałem... - dodał, nie czekając, aŜ Leith odzyska oddech po 
ostatnim zdaniu. 

background image

- Tak... eee... sprawa Palmer & Pearson-przerwała mu, nagle zdając sobie sprawę, 
Ŝe przez cały czas, jaki tu spędziła, zaledwie przelotnie musnęli sprawy zawodowe. 
Udał, Ŝe nie słyszy. 
- Myślałem co nieco o naszym... problemie - oznajmił. 
Leith spojrzała na skoroszyt na biurku. 
- Palmer & Pearson? - zapytała, i natychmiast zorientowała się, Ŝe dopóki nie 
zaczęła się praca, nie moŜe być Ŝadnych problemów. - Ach, ma pan namyśli Norwood 
& Chambers? 
Nic lepszego nie przyszło jej do głowy. 
- No więc... 
- Czy ty specjalnie udajesz, Ŝe nie wiesz, o co mi chodzi? - zapytał szorstko i, widząc 
jej pytające spojrzenie, wyjaśnił nagle bardzo agresywnym tonem: - Mówię o moim 
kuzynie! Czy dzwonił? 
Trzymaj się, Leith - pomyślała, ale nie skłamała. 
- Dzwonił z Włoch - wyznała. 
- Jak sądzę, nie poprzestał na jednym razie-mruknął i nie wydawał się zadowolony, 
kiedy nie usłyszał odpowiedzi. Mogła jednak wytrzymać jego humory. O wiele 
bardziej niepokojąca i podejrzana była wyszukana grzeczność, z jaką się do niej 
zwracał. 
- Po długim namyśle proponuję... - zaczął jedwabistym tonem, ociekającym 
wdziękiem i urokiem, ba, uśmiechnął się nawet - Ŝebyś... została moją dziewczyną. 
Leith natychmiast poderwała się na równe nogi. 
- O, nie, tego szczęścia nie dostąpisz! - zawołała, a przeraŜenie chwyciło ją za gardło. 
Nie mogła opanować tej, jak sama wyczuła, zbyt silnej reakcji, w dodatku nie miała 
pojęcia, co ją tak przeraziło. 
- śle mnie pani zrozumiała, panno Everett - odezwał się chłodno Massingham. 
Wstał i, mierząc ją aroganckim spojrzeniem, stwierdził autorytatywnie: 
- Gdybym miał dostąpić tego szczęścia, moŜe pani być pewna, Ŝe zacząłbym wierzyć 
w przesądy. 
Uświadomił jej w ten sposób, Ŝe gdyby istotnie miał się nią zainteresować, uznałby, 
Ŝe stracił resztki zdrowego rozsądku. 
- Znam juŜ odpowiedź, ale na wszelki wypadek chciałbym ją usłyszeć od pani - 
ciągnął dalej szorstkim tonem. - Czy bawi się pani Travisem dla czystej... hm... 
przyjemności, czy teŜ jest w nim pani zakochana? 
Ostatnie słowa wypowiedział jakby z odcieniem smutku. 
- Ja... - zaczęła Leith, ale kiedy juŜ miała powiedzieć, Ŝe nie kocha Travisa, 
przypomniała sobie, Ŝe nie moŜe tego zrobić bez złamania obietnicy danej Rosemary. 
Nie miała wyboru. 
- No wiec?-nalegał Naylor Massingham. Im dłuŜej zwlekała z odpowiedzią, tym 
bardziej się wściekał. 
- Lubię Travisa... bardzo go lubię - oznajmiła i natychmiast dostrzegła w oczach 
zwierzchnika niebezpieczne błyski. To upewniło ją, Ŝe na nic wszelkie wykręty. 
- Nie - odparła szczerze. 
- Nie kochasz go i nie masz zamiaru za niego wyjść?- nalegał. 

background image

- Nie prosił mnie... - znowu próbowała uników, ale urwała, bo zrobił gwałtowny krok 
w jej stronę. 
- Nie - wyznała. 
- To oznacza, Ŝe o ile on kompletnie zwariował na twoim punkcie, ty bawisz się nim 
jak kot myszą. 
Dziwne: im bardziej jego słowa przeistaczały ją w samicę bez serca, tym większą 
czuła potrzebę wyznania mu prawdy. 
- No i co? - warknął. Wzruszyła ramionami. 
- JeŜeli chce pan widzieć to w ten sposób - odparła, czując, Ŝe doprowadziła go do 
szału, bo wsadził obie pięści w kieszenie, jakby bał się, Ŝe ją uderzy. 
- Takie kobiety jak ty przyprawiają mnie o mdłości - wycedził. Najwyraźniej miał juŜ 
jej serdecznie dość. 
- Nie wiem, dlaczego jeszcze nie wyrzuciłem cię z pracy. Miałbym święty spokój! 
Leith ogarnęła dzika furia. śaden męŜczyzna nie wyleciałby z pracy z takiego 
powodu... gotowa była się załoŜyć, Ŝe nie! 
- Boi się pan chyba, Ŝe jako bezrobotna mogłabym wyjść za Travisa - wybuchnęła 
złośliwie. W gniewie nie dostrzegła nawet, Ŝe taka moŜliwość w jej przypadku w 
ogóle nie wchodziła w rachubę. 
Jak się okazało za chwilę, nie jej jednej zrobiło się ciemno przed oczami. 
- Co przez to rozumiesz? - syknął. 
Leith była dość wściekła, Ŝeby nie rezygnować. 
- Chyba nie chciałby mnie pan widzieć w swojej rodzinie, co? 
- Masz cholerną rację! - wycedził, ale nagle uspokoił się, choć w jego oczach wciąŜ 
jeszcze czaiły się niebezpieczne błyski. 
- Skoro nie masz zamiaru wyjść za mojego kuzyna- dodał po chwili - przy następnym 
spotkaniu delikatnie wyjaśnisz Travisowi, Ŝe go nie kochasz. 
- Myśli pan, Ŝe jestem zdolna zrobić to delikatnie? - szyderczo zapytała Leith. 
Massingham kompletnie zignorował jej pytanie. 
- Potem - ciągnął dalej - powiesz mu, Ŝe od chwili kiedy mnie ujrzałaś, nie moŜesz o 
mnie zapomnieć. 
- A on ma w tę bajeczkę po prostu uwierzyć? - wtrąciła bezczelnie. 
Znowu ją zlekcewaŜył. Następne jego słowa jednak sprawiły, Ŝe naprawdę 
zapomniała języka w buzi. 
- Na czas, który będzie konieczny, abyś mu wywietrzała z mózgownicy, zostaniesz 
moją dziewczyną. I - dodał groźnie, zanim zdołała zaprotestować - jeŜeli zaleŜy ci na 
pracy, a wiem, Ŝe tak jest, nie piśniesz ani słowa o tym, Ŝe sprawa jest ukartowana. 
Leith powoli otrząsnęła się z szoku. Sprawy zaszły juŜ za daleko, Ŝeby teraz 
wszystko wyznać, zresztą i tak nie mogłaby tego zrobić. Naylor przejrzał jej blef, a 
ona nic nie mogła na to poradzić - co za cholerna kreatura! 
- Musi... musi być jakiś inny sposób - powiedziała głośno i tknięta nagłą myślą 
dodała: - PrzecieŜ mogę powiedzieć Travisowi, Ŝe to koniec bez... bez tego 
przedstawienia. 
Naylor potrząsnął głową, zanim jeszcze skończyła. 

background image

- Mówiłem ci, Ŝebyś z nim skończyła, a ty nie posłuchałaś. Miałem czas przemyśleć 
sprawę. Musi być tak, jak powiedziałem. Travis wpadł po uszy i nie przyjmie do 
wiadomości niczego innego. A zatem, kiedy przyszedłem do ciebie, zakochałaś się we 
mnie od pierwszego wejrzenia. Od tej pory widywaliśmy się codziennie i... 
- I to wszystko ma być takie jednostronne? - przerwała mu jadowicie. - Mówię o 
tym... zauroczeniu. 
Znowu potrząsnął głową. 
- W tym sęk. Oboje wiemy o tym, Ŝe i tak nie poślubiłabyś go, droga panno Everett. 
Travis bardzo kocha swoją rodzinę. 
Ty teŜ, dodała w myśli Leith. 
- Na pewno pozwoli ci odejść, kiedy dowie się, Ŝe darzysz miłością kogoś z jego 
rodziny i jest to miłość z wzajemnością. 
- Mówi pan naturalnie o sobie! 
- Naturalnie. 
Leith ani trochę się to nie podobało. Szukając ratunku przypomniała sobie 
przystojną blondynkę, towarzyszącą mu na kolacji tamtego wieczoru. 
- A co z pańską drugą dziewczyną? - rzuciła nieprzyjaznym tonem, dziwnie 
wzdragając się przed wypowiedzeniem imienia blondynki. 
- Dziewczyną? - zdziwił się. 
Leith pojęła, Ŝe Olinda była jedną z tłumu. 
- Olinda Bray - wyjaśniła. - Tamtego wieczoru najwyraźniej pan się jej podobał. 
- Wiesz, jak to jest - wzruszył ramionami. - Kupić nie kupić, potargować moŜna... 
Roześmiał się - trzeba przyznać - uroczo. Leith była zupełnie bezsilna. 
- Wygląda na to - powiedziała - Ŝe nie mam wyboru i muszę zrobić to, co pan kaŜe. 
Zerknęła na niego i zobaczyła, Ŝe promienny uśmiech zniknął, a na jego miejscu 
pojawił się dawny, nienawistny wyraz. Sprawiło jej to przykrość. 
- Jeszcze jedno. - Leith uznała, Ŝe skoro sprawy zaszły juŜ tak daleko, równie dobrze 
moŜe wspomnieć i o tym. 
- Co? - warknął, wyraźnie niezbyt zachwycony perspektywą wysłuchania jej 
warunków. 
- Nie mam zamiaru iść z panem do łóŜka, Ŝeby utrzymać posadę! - palnęła prosto z 
mostu. 
Wyczytała odpowiedź z jego twarzy, zanim zdąŜył otworzyć usta. Wyniosłe, władcze 
spojrzenie, jakie jej rzucił, mówiło samo za siebie. UwaŜał ją za piękną, 
przynajmniej tak twierdził, ale poza tym nie wywierała na nim Ŝadnego wraŜenia. 
Chyba to właśnie chciał jej dać do zrozumienia, kiedy wycedził: 
- Czy uznasz mnie za nieuprzejmego, jeśli otrę czoło z zimnego potu i odpowiem ci: 
kamień z serca? 
Leith uznała, Ŝe określenie „świnia", to dla niego komplement! WyobraŜała sobie 
jego minę, gdy pozna prawdziwy obiekt miłości Travisa. Będzie wściekły, Ŝe na 
próŜno stracił tyle energii. Zemsta ma smak miodu... Było tylko jedno ale... 
- Czy moŜe mi pan obiecać, Ŝe niezaleŜnie od tego, jak skończy się ta... ta farsa, czy 
po pańskiej myśli, czy nie... pozostanę na mojej posadzie? 
Objął ją beznamiętnym spojrzeniem. 

background image

- Masz na to moje słowo. 
Tylko to chciała usłyszeć. Okręciła się na piecie, zmierzając w stronę drzwi. 
Dokumentacja Palmer & Pearson pozostała na blacie biurka. 
- Jeszcze jedno - zawołał za nią, zanim wyszła. Przystanęła i obróciła się w jego 
stronę. 
- Słucham? - rzuciła chłodno. 
- Domyślam się, Ŝe nie jesteś w stanie zapłacić całej hipoteki za swoje mieszkanie. 
Mój kuzyn na pewno ci pomagał. Od tej chwili ja przejmuję to zobowiązanie. 
Na szczęście znajdował się poza zasięgiem ciosu, bo wściekłość Leith przekroczyła 
punkt krytyczny. Była w stanie uderzyć go. Niestety, z tej odległości mogła jedynie 
słownie wyrazić swoje zdanie na temat jego oferty. 
- Poczekasz sobie! - syknęła. 
Wcisnęła okulary na nos i wybiegła, trzaskając drzwiami. Jej stosunek do Naylora 
Massinghama nie budził juŜ wątpliwości: nienawidziła go! 
 
 
ROZDZIAŁ PIĄTY 
W czwartek Leith zaczęła sadzić, Ŝe nigdy w Ŝyciu nie pracowała tak cięŜko. W 
zeszłym tygodniu harowała jak niewolnica, ale teraz wydawało się, Ŝe na jej biurku 
ładowało więcej pracy niŜ kiedykolwiek. MoŜe lepiej, Ŝe Rosemary jeszcze nie 
wróciła. Z taką masą roboty niewiele czasu pozostawało jej na kawę i plotki, nie 
mówiąc o Ŝyciu towarzyskim. 
śycie towarzyskie! WciąŜ jeszcze kipiała złością na Naylora Massinghama. Skoro 
ma być jego dziewczyną, to co jeszcze robi w domu kaŜdego wieczoru? Nie, nie 
chciałaby, Ŝeby się z nią skontaktował - precz, nieposłuszne myśli! A w ogóle zbyt 
jest zajęta, Ŝeby wyjść z nim wieczorem, nawet gdyby ją zaprosił. Na ile go zna, nie 
zaprosi jej nigdzie. KaŜe, poinformuje, poleci, ale nie poprosi. 
W przerwach pomiędzy jednym a drugim napadem furii na Naylora zdawało jej się 
przeŜywać dziwne chwile, kiedy z całego serca chciała mu wyznać, Ŝe nie jest 
uczuciowo zainteresowana jego kuzynem. Chwile te jednak nie trwały długo, bo 
zaraz na nowo dźwięczało jej w uszach układne oświadczenie, Ŝe postanowił, iŜ Leith 
zostanie jego dziewczyną. 
Bez względu na jego groźbę powinna chyba coś wyjaśnić Travisowi, ale od telefonu z 
Włoch nie dał znaku Ŝycia. Jednak - fakt całkowicie dla niej niezrozumiały - czuła 
jakąś dziwną niechęć do takiego załatwienia sprawy. CzyŜby w stosunku do Naylora 
Massinghama poczuwała się do lojalności? A moŜe to lęk przed utratą pracy? 
Postanowiła nie myśleć o tym. 
- Czy dziś znowu zostajesz po godzinach? - spytał Jimmy, wyrywając Leith z zadumy 
i kierując jej myśli na inny tor. 
- Nie, Jimmy - odparła. - Dziś wychodzę o piątej. Zaspokoiła jego ciekawość i 
przypomniała sobie treść rozmowy z Naylorem. Był pewien, Ŝe ktoś płaci za jej 
mieszkanie, poniewaŜ jej samej na to nie stać. Ona takŜe pogodziła się z myślą, Ŝe 
nie moŜe pozwolić sobie na pozostanie w luksusowym apartamencie, zwłaszcza Ŝe 
nie mogła liczyć na Sebastiana.  

background image

Musiała dokładnie przemyśleć całą sytuację. 
Nie wymyśliła nic genialnego aŜ do chwili, kiedy przy małej przepierce 
przypomniała sobie, Ŝe Rosemary wynajmowała swoje mieszkanie. Po kilku 
minutach wiedziała juŜ, co robić, a po dziesięciu następnych cały plan był gotowy. 
Kiedyś dowiedziała się od Rosemary, ile wynosi czynsz. Jeśli uda jej się otrzymać 
taką samą sumę za wynajęcie własnego mieszkania, na pewno spłaci hipotekę. 
Oznaczałoby to przeprowadzkę do mniej eleganckiej dzielnicy, ale kluczem do całej 
sprawy było właśnie wynajęcie tańszego mieszkania. 
Od dwóch dni poświęcała godziny lunchu na rozmowy z pośrednikami. O piątej 
zatem opuściła biuro, z kwaśnym uśmieszkiem odnotowując na parkingu obecność 
jaguara, i pojechała na oględziny mieszkania, na które mogłaby sobie pozwolić. 
- Bardzo ładne - powiedziała miłej gospodyni, która wprawdzie nie opuszczała 
mieszkania na stałe, ale wyjeŜdŜała na północ pod koniec roku i chciała przed 
wyjazdem uporządkować sprawy. Mieszkanie było małe, połoŜone w dzielnicy, której 
zupełnie nie znała. Była jednak w przymusowej sytuacji i nie miała wyboru, nawet 
jeśli odpowiadał jej jedynie czynsz. 
- Wezmę je - zdecydowała natychmiast. Nie chciała wracać do swojego ogromnego 
apartamentu i znowu mieć wątpliwości. 
Nad filiŜanką herbaty omówiły warunki wynajmu. Później Leith jeszcze raz 
obejrzała mieszkanie. 
Było juŜ po siódmej, kiedy dotarła do eleganckiej dzielnicy, w której mieszkała 
dotychczas. 
Jadąc myślała o tym, Ŝe do nowego mieszkania będzie mogła przeprowadzić się 
dopiero za trzy miesiące. Oznaczało to, Ŝe musi skądś zdobyć pieniądze na 
trzymiesięczną spłatę hipoteki i na pokrycie czeku, którym zapłaciła czynsz za 
pierwszy miesiąc. Próbowała spojrzeć na to od bardziej optymistycznej strony. Trzy 
miesiące pozwolą jej na spakowanie rzeczy - swoich i brata - a moŜe przyszły lokator 
jej mieszkania takŜe zapłaci za miesiąc z góry. 
Oczywiście, Ŝe zapłaci - pomyślała butnie. Czując nagły przypływ dobrego humoru 
skręciła na parking przed swoim blokiem i - spostrzegła znajomego jaguara. Za 
kierownicą siedział męŜczyzna. 
Ich spojrzenia spotkały się. 
A niech to! Leith od razu zauwaŜyła, Ŝe jest o coś wściekły. Minęła go i skręciła do 
garaŜu na tyłach domu. JakŜe chętnie zmieni adres! Był tylko jeden problem: w 
kadrach Vaseya będzie musiała podać nowy, a wtedy jej pracodawca i tak ją 
znajdzie! 
Wprowadziła wóz do garaŜu i przez chwilę miała ochotę wejść do domu przez tylne 
drzwi. CzyŜby była aŜ takim tchórzem? JuŜ nieraz widziała Naylora w ataku furii. 
Zamknęła garaŜ, odwróciła się i stwierdziła, Ŝe nie musi juŜ nigdzie iść. Naylor stał 
za nią, wysoki, chmurny i wyglądał raczej niesympatycznie. 
Chciała coś powiedzieć, ale uprzedził ją: 
- Gdzie byłaś, do cholery? - zapytał, zanim zdąŜyła otworzyć usta. 
Ta jego bezczelność, ta cholerna bezczelność! 
- Nie pańska sprawa - rzuciła przez ramię. 

background image

- śebyś wiedziała, Ŝe moja! - wybuchnął. - Travis miał roboty na co najmniej trzy 
tygodnie, ale z twojego powodu musiał chyba pracować jak szalony. Jest juŜ w 
mieście! 
Leith wiedziała dobrze, Ŝe ten szalony wysiłek nie był bynajmniej spowodowany 
myślą o niej i wzruszyła ramionami. 
- Pewnie zajrzał, kiedy mnie nie było - oznajmiła beztrosko. 
- Nieprawda! Od szóstej siedzę tu i obserwuję wejście. 
Wizja dumnego Naylora Massinghama, wysiadującego na czatach przez całą 
godzinę, wydała się Leith szalenie miła. Tak miła, Ŝe omal się nie uśmiechnęła. 
Powstrzymała się w porę, ale poniewaŜ on zachowywał się agresywnie, sama teŜ się 
nie krępowała. 
- A co pan tu robi, jeśli wolno zapytać? - syknęła zjadliwie. 
- Nie wstydź się... nazywaj mnie Naylorem! - ryknął i wtedy poczucie humoru Leith 
wzięło górę. Wybuchnęła serdecznym śmiechem, który zaskoczył go całkowicie. 
Wodził wzrokiem, od jej rozbawionych oczu do ust, z takim wyrazem twarzy, Ŝe 
zaczęła dzielnie walczyć o kontrolę nad sobą, pewna, iŜ Naylor lada moment rzuci 
się na nią i udusi. Jednak po kilku sekundach on takŜe dostrzegł komizm sytuacji 
i... zawtórował jej! 
Jak śmiech zmienia twarz - pomyślała Leith. Serce jej zatrzepotało leciutko na 
widok roześmianych ust, które zawsze lubiła - niezaleŜnie od ich właściciela. 
Odwróciła się pospiesznie i skierowała ku tylnemu wejściu do budynku. Poszedł za 
nią, co niezbyt ją zaskoczyło. 
- Wejdź... jeśli właśnie nie miałeś zamiaru tego zrobić - zaprosiła. 
- Jaka miła! - mruknął. 
Leith domyśliła się, Ŝe powód jego długiego dyŜuru pod jej domem pozna dopiero 
wtedy, gdy wpuści go do środka. Grzeczność nic nie kosztuje. 
- Umieram z głodu - powiedziała juŜ w przedpokoju. - Sądzę, Ŝe ty teŜ nic nie jadłeś. 
Jeśli nawet Naylor był zaskoczony tym niespodziewanym zaproszeniem, nie okazał 
tego. 
- Czy mam nakryć do stołu? - zapytał. 
Pół godziny później siedział na kanapie, pogrąŜony w lekturze prenumerowanego 
przez Leith czasopisma finansowego. W kuchence mikrofalowej rozmraŜał się 
sernik, a w piekarniku grzało się lasagne domowej roboty. Leith uciekła na chwilę 
do sypialni, dopiero tam zdała sobie sprawę z tego, co wyprawia. Zaprosiła go na 
kolację! Na litość boską, moŜna by pomyśleć, Ŝe ma ochotę na jego wizytę! 
Wiedziała dobrze, Ŝe to niemoŜliwe. Jeśli nawet zapomni o tym, czego juŜ przez 
niego doświadczyła, to i tak skoczą sobie do oczu, zanim kolacja dobiegnie końca! 
Wzruszyła ramionami i poszła do kuchni, aby przygotować sałatkę. 
Była w trakcie przyprawiania sosu, kiedy rozległ się dzwonek do drzwi. Przez 
krótki, słodki moment miała nadzieję, Ŝe to Sebastian wrócił do domu. Sebastian 
jednak miał klucz. Rosemary takŜe jeszcze nie wróciła, a skoro Naylor wspomniał, 
Ŝe Travis przyjechał z Włoch... cóŜ, istniała spora szansa, iŜ niespodziewanym 
gościem jest właśnie kuzyn Naylora. 

background image

O, niech to! - pomyślała. Dzwonek rozległ się ponownie. Co teraz robić, u licha? 
Naylor myśli, Ŝe Travis jest jej kochankiem, a ona nie moŜe zaprzeczyć, Ŝeby nie 
wciągnąć w to Rosemary. 
Wybiegła z kuchni otworzyć drzwi. Okazało się, niestety, Ŝe zastanawiała się zbyt 
długo, bo kiedy dotarła do przedpokoju, ujrzała Naylora, chmurnego i zimnego jak 
góra lodowa. On takŜe domyślił się, Ŝe nieoczekiwanym gościem jest Travis i 
zdecydował się otworzyć drzwi osobiście. Leith była w zbyt powaŜnych opałach, aby 
jeszcze wściekać się na jego swobodę. 
- Dobry BoŜe! A ty co tu robisz?! - usłyszała i rozpoznała głos zaskoczonego Travisa. 
JeŜeli spodziewała się, Ŝe Naylor zawaha się albo zrobi unik teraz, kiedy nadeszła 
chwila realizacji jego planu, spotkał ją gorzki zawód. Udowodnił za to, Ŝe 
rzeczywiście bardzo troszczy się o swoją rodzinę. 
- Cześć, Travis - zawołał wesoło. - Chodź, Leith jest w kuchni, przygotowuje mi 
kolację. 
To całkiem niegłupia myśl - doszła do wniosku Leith i cichaczem wróciła do kuchni, 
równie szybko, jak z niej wybiegła. Nie zdziwiła się takŜe, kiedy po chwili pojawił się 
Naylor, ciągnąc za sobą Travisa. 
- Travis! Jak miło cię widzieć - powiedziała z uśmiechem, nie zwracając uwagi na 
surową minę Massinghama. 
Travis wydawał się niezdolny wymówić słowa, więc, aby przerwać niezręczne 
milczenie, dodała: 
- Chyba uda mi się z tego lasagne wycisnąć trzy porcje, jeśli... 
Na szczęście Travis otrząsnął się juŜ z osłupienia. 
- Nie, Leith, dziękuję. Jadłem niedawno. Chciałem... chciałem tylko powiedzieć ci, Ŝe 
wróciłem. 
O, moje biedactwo - pomyślała Leith, nagle zdając sobie sprawę, Ŝe musiał się 
bardzo stęsknić za Rosemary. Sądził widocznie, Ŝe wróciła i pozwoli zaprosić się na 
filiŜankę kawy. 
- Czy miałeś... - Leith chciała zapytać go o podróŜ, ale Naylor widocznie uznał, Ŝe dał 
im dość czasu na ochłonięcie. 
- Mam nadzieję, Ŝe to nie moje lasagne tak pachnie spalenizną, kochanie - zauwaŜył. 
Doprawdy, jego tupet zwalał z nóg! 
Pobiegła do kuchni po to tylko, Ŝeby przekonać się, Ŝe nic się nie przypala. 
- Zobaczymy się w czasie weekendu - mówił Naylor do Travisa. My! - Właściwie 
przyszedłeś akurat w chwili, kiedy miałem zaprosić Leith do Parkwood. Co o tym 
sadzisz, Leith? 
Starczyło mu odwagi, Ŝeby przywołać ją do porządku. 
- Lasagne jest w porządku - wymamrotała, grając na zwłokę i cały czas myśląc o 
trzech ratach hipotecznych, które musi zapłacić, a których nie zapłaci na pewno, 
jeśli straci pracę. Nie, nie straci pracy. Będzie tańczyć tak, jak jej zagra pan Naylor 
Ja-mam-wszystkie-asy Massingham. Zapomni o swoim buncie. 
- To brzmi zachęcająco - odparła z uśmiechem. Pomyślała, Ŝe prowadząc Travisa w 
krainę szczęśliwości pali za sobą mosty. No i co z tego? Dobrze, Ŝe ma słowo 
Naylora, jeśli chodzi o pracę. 

background image

- Zostawiam was sam na sam z lasagne - odezwał się Travis. 
- Zobaczymy się więc w weekend-oznajmiła Leith i nabrała ochoty, Ŝeby zrobić 
swemu pracodawcy jakiś brzydki kawał, kiedy ten, niby wytrawny pan domu, 
odprowadził Travisa do drzwi. 
Wrócił za chwilę. 
- Jak na człowieka, który był zakochany po uszy, przyjął to całkiem dobrze - 
zauwaŜył z odcieniem podziwu. - Myślałem, Ŝe starczy mu męskości, Ŝeby... 
Leith miała jednak w głowie zupełnie coś innego. 
- Jak śmiałeś zaprosić mnie do Parkwood w jego obecności? - wpadła mu w słowo. - 
Jak...? 
- Wolałabyś, Ŝebym zrobił to za twoimi plecami? 
- Naylor odpowiedział agresją na agresję. 
- Nie dałeś mi szansy! - wybuchnęła. - śadnej szansy. Ty...! 
- Nie przyszło mi do głowy, Ŝe zechcesz odmówić - rzucił znacząco. 
Uznał jednak, Ŝe nie wyczerpał tematu. 
- MoŜesz powiedzieć „nie", kiedy tylko zechcesz! - syknął po chwili. 
Tak, i stracić pracę - pomyślała, kipiąc złością. Świnia! W bezsilnej furii spróbowała 
zaatakować Naylora od innej strony. 
- A co powiedzą rodzice Travisa? - zapytała nieprzyjaźnie. 
- Na temat czego? 
- Nie sądzisz, Ŝe zdziwią się, jeśli to ty przywieziesz mnie do Parkwood, a nie 
Travis? 
- A dlaczegóŜ to? Travis nie wspomniał w domu ani słowem o pannie Leith Everett. 
Co prawda, ja takŜe dowiedziałem się dopiero wtedy, kiedy zobaczyłem jego 
samochód przed twoim domem. O ile dobrze rozumiem takie zachowanie, byłaś dla 
niego niewiele znaczącą znajomością, na jedną noc. 
Oddech u wiązł jej w piersi. Delikatnie powiedziane! 
- Dzięki - syknęła przez zaciśnięte zęby. Zaraz wciśnie mu to lasagne do gardła, 
zamiast na talerz. 
On chyba teŜ stracił apetyt, bo wyszedł z kuchni, nie zaszczyciwszy spojrzeniem 
nieszczęsnego lasagne. 
Nie mogła się doczekać, Ŝeby zatrzasnąć za nim drzwi. Pobiegła do przedpokoju. 
Zwrócony tyłem do niej połoŜył dłoń na klamce i właśnie wówczas wpadł mu w oko 
kapelusz Sebastiana. Zatrzymał się i spojrzał na Leith, która w wojowniczej 
postawie stała na progu, najwyraźniej czekając na jego wyjście. 
Nagle kapelusz ze świstem pomknął w jej kierunku. Złapała go odruchowo. 
- Pozbądź się tego! - rozkazał Naylor i wyszedł. Kapelusz Sebastiana wisiał 
spokojnie na swoim 
miejscu, kiedy na drugi dzień rano Leith wychodziła do pracy. WciąŜ jeszcze była 
wściekła na Naylora. Jak on śmiał pomyśleć, Ŝe mogłaby być dla kogoś przygodą na 
jedną noc...? Nawet, jeśli wydawało mu się, Ŝe ma na to niezbity dowód. To... 
zabolało. 

background image

Buntowała się przeciwko niemu całe popołudnie. Arogancka małpa, myślała, piekląc 
się w duchu i miała szczerą nadzieję, Ŝe wczoraj poszedł do łóŜka z pustym 
Ŝołądkiem. ChociaŜ nie. To nie w jego stylu. 
W krótkich przerwach, między jednym napadem buntu a drugim, zastanawiała się, 
czy istotnie miał zamiar zabrać ją do Parkwood. 
Około czwartej po południu dostała odpowiedź na swoje wątpliwości. Zadzwonił 
telefon. Słuchawkę podniósł Jimmy. 
- Do ciebie - oznajmił tak słuŜbiście, Ŝe od razu wiedziała, iŜ na drugim końcu linii 
musi być ktoś waŜny. 
Przypuszczała, Ŝe to jeden z wysoko postawionych urzędników firm, z którymi 
miewała kontakty. Dziwne było jedynie to, Ŝe Jimmy nie wymienił nazwiska. 
- Leith Everett - oznajmiła słuŜbiście. 
- Bądź gotowa jutro o jedenastej! - polecił głos, który poznałaby wszędzie. Ton nie 
był ani na jotę przyjemniejszy niŜ ostatniej nocy. 
- Tak, proszę pana! - odparła krótko i cisnęła słuchawkę na widełki. 
Do diabła z nim, niech go piekło pochłonie! - myślała ze złością, kiedy pochwyciła 
spojrzenie Jimmy'ego. Od razu stwierdziła, Ŝe jej asystent wie, kto dzwonił. Wyraz 
twarzy chłopca świadczył o palącej go ciekawości. Bo niby dlaczego sam wielki szef 
firmy miałby dzwonić do niej osobiście? JeŜeli jeszcze Jimmy przypomni sobie, Ŝe 
pan Massingham chciał rozmawiać z nią w zeszły poniedziałek, to Bóg jeden wie, co 
jego płodna wyobraźnia moŜe wykombinować! 
Jimmy otworzył usta, ale Leith uznała, Ŝe naleŜy połoŜyć kres wszelkim 
spekulacjom z jego strony. 
- Nie pytaj! - ostrzegła surowo. 
Zamknął usta. Nagle na jego twarzy wykwitł szeroki uśmiech. 
- Nawet mi się nie śniło, słowo daję, Leith! - odparł. 
Leith pracowicie sortowała swoją garderobę. Stwierdziła ze zdziwieniem, Ŝe choć do 
tej pory nigdy nie miała trudności z podjęciem decyzji, tym razem naprawdę nie wie, 
co ma wziąć ze sobą do Parkwood. W dalszym ciągu nie była zupełnie przekonana do 
tej podróŜy i nieraz zadawała sobie pytanie, po co w ogóle to robi. Odpowiedź 
przyszła niemal natychmiast, nieuchronna i niezmienna - praca i hipoteka. 
Wielkie nieba! - pomyślała i nagle straciła cierpliwość do samej siebie. PrzecieŜ to 
tylko na jedną noc, do diabła! Chwyciła ulubioną suknię i włoŜyła ją do walizki wraz 
z jakimiś spodniami i swetrem, na wszelki wypadek. Nagle odezwał się telefon. 
- Tu Travis... czy jesteś sama? 
Leith zrozumiała jego wahanie, natknął się tu przecieŜ ostatnio na swojego 
ukochanego kuzyna... 
- Tak, jestem sama - odpowiedziała. 
- Zdębiałem, kiedy wczoraj Naylor otworzył mi drzwi - stwierdził Travis, uwaŜając 
to za coś zupełnie naturalnego. 
- Ja... często spotykam się z nim... od jego pierwszej wizyty - wykrztusiła Leith, a 
nieubłagane “jeśli zaleŜy ci na pracy" znowu zadźwięczało jej w uszach. 
- ZdąŜyłem to zauwaŜyć, w końcu pracujesz w tym samym budynku i w ogóle. 
Naylor musi naprawdę myśleć o tobie powaŜnie - zauwaŜył Travis, jakby chciał dać 

background image

jej uczciwej naturze jeszcze jeden twardy orzech do zgryzienia. - A co ty o nim 
sądzisz? 
- J-jeszcze za wcześnie o tym mówić - zdołała wykrztusić. - Dlaczego sądzisz, Ŝe 
myśli o mnie powaŜnie? 
- Nigdy przedtem Ŝadnej kobiety nie przyprowadził do domu - szybko odparł Travis i 
dodał ciepłym głosem: - Tak się cieszę, Ŝe to właśnie ty, Leith. 
- Och, Travis! - wybuchnęła bezradnie. 
- Wiem, wiem, jeszcze za wcześnie o tym mówić... ale gdybyś miała jakieś 
wątpliwości, nie dopuściłabyś, aby sprawy zaszły tak daleko. Znam cię przecieŜ. 
Leith nie wiedziała, jak na to zareagować. 
- Wiem, Ŝe to dla ciebie trudny okres - ciągnął Travis, wyraźnie przytłoczony 
własnymi problemami. -Wiem teŜ, Ŝe nienawidzisz okłamywać Naylora, choć mam 
nadzieję, Ŝe juŜ nie będziesz musiała tego robić... ale, czy mogę dalej liczyć na twoją 
dyskrecję? 
Leith zawahała się i miała ogromną ochotę wyjaśnić mu wszystko. JuŜ otworzyła 
usta, by opowiedzieć o swojej umowie z Naylorem, ale ze zdumieniem stwierdziła, Ŝe 
nie jest w stanie tego zrobić. 
- Mogę na ciebie liczyć, Leith? - nalegał Travis. 
- Oczywiście i dobrze o tym wiesz - odparła, odkrywając, zeTravis ma ochotę na 
zwierzenia. Wczoraj wieczorem dzwonił do mieszkania Rosemary kilka razy, aŜ 
wreszcie doszedł do wniosku, Ŝe jego ukochana musi wciąŜ jeszcze być u rodziców. 
- Nie miałem odwagi zadzwonić do niej wprost - wyjaśnił. - Przyszedłem do ciebie, 
poniewaŜ miałem nadzieję, Ŝe zadzwonisz do Rosemary w moim imieniu, a gdyby jej 
rodziców nie było w domu, pozwolisz mi z nią porozmawiać. Pewnie uznasz mnie za 
bezczelnego typa? 
Biedny Travis - pomyślała Leith, czując, jak wzbiera w niej współczucie. 
- Wcale nie uwaŜam cię za bezczelnego typa - odezwała się łagodnie. 
- Jeśli jesteś pewna... - zaczął i nagle zamilkł. - Nie zadzwoniłabyś do Rosemary 
teraz? Powiedz jej tylko, Ŝe o niej myślę. 
Porozumiała się z przyjaciółką natychmiast po zakończeniu rozmowy z Travisem. 
Przekazała jej wiadomość. 
- To miło - odparła Rosemary i Leith zrozumiała, Ŝe jej rozmówczyni nie jest sama. 
Idąc do łóŜka miała pretensje do całego świata. Bardzo lubiła Rosemary i doceniała 
jej delikatność w stosunku do rodziców, Travis jednak był niezwykle cierpliwy... czy 
teraz nie mogłaby go wyciągnąć z piekła, w którym tkwi? 
Ona sama takŜe przeŜywała katusze, kiedy w sobotę rano czekała na Naylora. I 
znowu powracało natrętne pytanie: dlaczego, u licha, tak pokornie poddawała się 
jego władzy? Nie znajdując odpowiedzi poczuła, Ŝe znowu się buntuje. 
Bunt ten podpowiadał jej, by uczesała włosy w stylu starej panny i włoŜyła grube 
okulary, kiedy pojawi się Jego Lordowska Mość. JeŜeli w końcu tego nie zrobiła, to 
nie z obawy przed grubiańskimi uwagami, którymi mógłby... nie, nie mógłby - 
poprawiła się w myśli - którymi zasypałby ją zaraz przy drzwiach. Raczej dlatego, Ŝe 
uwaŜała, iŜ ten weekend będzie wystarczająco trudny bez prowokowania tego 
potwora zaraz na wstępie. 

background image

Naylor nie kazał jej długo czekać. Zadzwonił do jej drzwi tuŜ przed jedenastą. 
- Dzień dobry - przywitała go sztywno i zaprowadziła do salonu. Miała zamiar zadać 
mu kilka pytań, zanim udadzą się gdziekolwiek. 
Wzięła głęboki, uspokajający oddech i na moment wyzbyła się furii, gdy pochwyciła 
spojrzenie obejmujące jej zgrabną sylwetkę w eleganckim białym kostiumie z 
granatowymi lamówkami. Był ubrany z większą swobodą niŜ ona. Leith doszła do 
wniosku, Ŝe jeśli w garniturze prezentował się dobrze - ba, wspaniale! -to w tym 
niedbałym stroju jego wysmukła postać nabierała jeszcze większego wdzięku. 
- Spakowałam torbę na jedną noc, ale przed wyjazdem... - zaczęła ostro, w tej jednak 
chwili przekonała się, Ŝe i on takŜe ma coś do powiedzenia - i powie to, choćby miał 
jej przerwać w pół słowa. 
- Co powiedziałaś Travisowi? - rzucił. 
- Kiedy? - zapytała, czując, Ŝe jej ręce juŜ zaciskają się w pięści, a rozmawiali niecałe 
pięć minut! 
- Chcesz powiedzieć, Ŝe nie kontaktował się z tobą od ostatniego czwartku? 
- Chciałbyś sprawozdania punkt po punkcie? - zapytała, uznając, Ŝe najlepszą 
obroną jest atak. - A moŜe wystarczy ci to, Ŝe Travis sądzi, iŜ jestem zakochana w 
tobie po uszy. 
Naylor przez chwilę przyglądał się jej w milczeniu i bardzo nieprzyjaźnie. 
- Gdzie twoja torba? - zapytał, wierny zasadzie, Ŝe odpowiada wyłącznie na wybrane 
pytania. 
- Chwileczkę! 
Nie miała zamiaru ruszyć się z miejsca, dopóki nie uporządkuje paru spraw. 
- Czy to w porządku, Ŝe zapraszasz mnie do domu państwa Hepwood? - zagadnęła, 
wytrzymując jego złowieszcze spojrzenie. 
- Na wszelki wypadek informuję cię... choć pewnie i tak o tym wiesz, Ŝe mieszkam z 
wujostwem od dziesiątego roku Ŝycia. Ich dom jest moim domem- stwierdził 
lodowatym tonem. - Zraniłbym ich do Ŝywego, gdybym myślał inaczej. 
Leith mogła to sobie wyobrazić. Przyszło jej do głowy następne pytanie, na które 
wprawdzie znała odpowiedź, ale postanowiła je zadać. 
- Ale nie mieszkasz z nimi przez cały czas? 
- Wygodniej mi we własnym mieszkaniu w mieście - odparł krótko. 
No pewnie - pomyślała Leith, ale nie mogła pojąć, dlaczego nagle odezwało się w niej 
coś, co dziwnie przypominało zazdrość. Wyobraziła sobie bowiem rząd blondynek 
defilujący przez jego mieszkanie. 
- I jakŜe mnie przedstawisz? - zagadnęła kwaśno. 
- Jako moją dziewczynę... a jakŜeby inaczej? 
- Nie masz wyrzutów sumienia, Ŝe ich oszukujesz? 
- Po tym wszystkim, co dla mnie zrobili - syknął wściekle - miałbym więcej 
wyrzutów sumienia pozwalając, by ich najmłodszy, ukochany syn zrujnował sobie 
Ŝycie, uganiając się za jakąś... 
- Czy ktoś juŜ powiedział ci, jak bardzo jesteś odraŜający? - zawołała gniewnie... i 
doszła do wniosku, Ŝe moŜe powtarzać obelgi do upadłego, a jego to nawet nie 
dotknie. 

background image

Nagle jednak gburowaty nastrój Naylora ulotnił się, a jego miejsce zajęła 
wszechobecna drwina. Kołysząc się na piętach zajrzał w ciskające pioruny zielone 
oczy. 
- AleŜ ty jesteś piękna, kiedy się wściekasz! - zawołał przekornie. 
 
Parkwood był to duŜy dom, połoŜony w uroczej posiadłości otoczonej lasami i polami. 
Leith uznała go za bardzo idylliczne miejsce. Przyjechali na około dwadzieścia 
minut przed lunchem, co wystarczyło akurat na ogólną prezentację. Potem Leith 
zdąŜyła jedynie obejrzeć swój pokój i umyć ręce, zanim dołączyła do Naylora, Cicely i 
Guthrie Hepwoodów oraz Travisa. Wbrew własnym oczekiwaniom spodobała jej się 
atmosfera tego domu. 
- Naylor powiedział mi, Ŝe jesteś jedną z jego najlepszych pracownic - zauwaŜyła 
podczas jedzenia Cicely Hepwood, schludna, miła kobieta. 
Leith posłała Naylorowi wymowne spojrzenie. Siedział tuŜ obok niej i na to 
oczywiste kłamstwo nawet nie zaróŜowiły mu się uszy! W końcu w jej oddziale było 
wielu starszych staŜem pracowników. 
- Pewnie dlatego polecił szefowi działu pilnować, Ŝebym nie miała za duŜo wolnego 
czasu - odparła swobodnie. Przyszło jej na myśl, Ŝe rosnąca sterta dokumentów na 
jej biurku moŜe być zasługą jego troskliwości. Spojrzała na niego jeszcze raz - tym 
razem to on jej się przyglądał. 
- Czy to prawda? - zapytała. Myśli musiała mieć wypisane na twarzy, bo bez trudu 
pojął, o co jej chodzi i nawet się uśmiechnął. 
- Miałaś o tym nie wiedzieć... zrobiłem to, Ŝeby nie przychodziły ci do głowy Ŝadne 
głupie pomysły. 
Ty diable! - pomyślała, ale uśmiechnęła się takŜe, poniewaŜ byli w towarzystwie. 
Doskonale pojęła, co chciał przez to powiedzieć. UwaŜa widocznie, Ŝe jeśli zadba o to, 
by nie brakowało jej pracy ani w biurze, ani w domu, to nie będzie miała dość czasu 
na spotykanie się z Travisem. 
- Biedna Leith - wtrącił się Travis. - Naylor próbuje zrobić z ciebie pracusia. 
Leith pochwyciła ostre spojrzenie, jakie Naylor posłał kuzynowi. 
- Nie ma szans - zaśmiała się beztrosko i szybko zmieniła temat, chwaląc wino, 
które doskonale pasowało do posiłku. - Czy ten gatunek wina teŜ pan importuje, 
panie Hepwood? 
Wszyscy mieli w tym momencie nieco rozbawione miny i napięcie, które wyczuwała, 
zniknęło w magiczny sposób. 
- Mój wuj nie pozwoliłby nigdy, Ŝeby na jego stole znalazło się wino z innej piwnicy, 
niŜ jego własna - dobrodusznie wyjaśnił Naylor. 
Posiłek dobiegł końca w przyjemnym nastroju. 
Kilka minut spędzili na dyskusji nad tym, czy Cicely Hepwood powinna odwołać 
wizytę w szpitalu u chorego przyjaciela, którą mieli zaplanowaną na popołudnie. 
- Nie moŜesz tego zrobić! - stwierdził Naylor. – Nie wiedzieliście o wizycie Leith. A 
poza tym oboje mamy zamiar wybrać się na spacer. 
To akurat było dla Leith nowiną, ale nie chciała pozwolić, by jej gospodarze zawiedli 
chorą osobę. 

background image

- Właśnie to planowaliśmy - potwierdziła. JuŜ w chwilę potem Cicely powiedziała, Ŝe 
wyjeŜdŜają za pół godziny. 
- A ty co będziesz robił, Travis? - zapytała młodszego syna z odcieniem niepokoju. 
Leith rozpoznała ten nastrój z czasów, gdy jej matka usiłowała być równie taktowna 
wobec Sebastiana. 
Niecierpliwie czekała na odpowiedź. Miała wielką ochotę zaprosić Travisa, by 
towarzyszył jej i Naylorowi, ale jedno spojrzenie na partnera wystarczyło, by 
przekonać ją, Ŝe jeśli to zrobi, gorzko poŜałuje. 
- Coś tam będę robił - odpowiedział Travis. 
- A... będziesz na kolacji? - ostroŜnie zagadnęła matka. 
- Chyba się o mnie nie martwisz, mateczko? Cicely zaśmiała się wesoło. 
- Idę na górę - oznajmiła. - Muszę się przebrać. Leith pomyślała, Ŝe to pomysł godny 
naśladowania, jeśli Naylor rzeczywiście chce ją zabrać na spacer. 
- Przepraszam - bąknęła i wraz z gospodynią opuściła pokój. 
Przebrała się w spodnie, lekki sweter i buty na płaskim obcasie. Jak dotąd sprawy 
toczyły się lepiej, niŜ przypuszczała. Och, nie przeoczyła ani jednego spojrzenia, 
które posyłał jej Naylor, gdy zwracała się do Travisa... no, ale chyba nie sądził, Ŝe 
będzie go ignorować. 
Kiedy w dwadzieścia minut później zeszła ze schodów, Naylor juŜ na nią czekał. 
Objął wzrokiem całą jej postać, kończąc dopiero na czubkach miękkich pantofli. Z 
pewnością ma zamiar wywlec ją na jakąś potworną, dziesięciomilową wędrówkę. 
Dziwne, Ŝe 
serce zatrzepotało jej tak nagle... Owszem, to prawda, sporo czasu upłynęło od dnia, 
kiedy po raz ostatni przeszła dziesięć mil... a nawet pięć - usprawiedliwiała to 
trzepotanie. 
- Gotowa? - zapytał raczej uprzejmie, a jej serce wykonało kolejny dziwny skok. 
- Czy mówimy komuś do widzenia? - zapytała. 
- Jeśli masz na myśli Travisa, to moŜesz o nim zapomnieć - burknął gniewnie. 
Bez słowa wyminęła go i pomaszerowała naprzód. Zrównał się z nią juŜ po paru 
krokach. 
- Miniemy stajnie, skręcimy i przetniemy pole - oznajmił. 
- Wspaniale! 
Następne dziesięć minut upłynęło w całkowitym milczeniu. Leith zatopiła się we 
własnych myślach. Naylor doskonale zna te tereny, zapewne bawił się tu, kiedy był 
dzieckiem. Wchodził na drzewa, pływał w rzece... nagle przypomniała sobie coś. Jego 
rodzice zginęli, kiedy miał zaledwie dziesięć lat. Wrogość w jej sercu rozpłynęła się 
w nagłej fali współczucia. Po śmierci rodziców chyba raczej nie czuł pociągu do 
wspinania się na drzewa, ani do pływania. 
- Naylor - zwróciła się do niego i na moment jego ból stał się jej własnym. 
- Ona wie, jak mam na imię! - zauwaŜył złośliwie. Leith w tej samej chwili zdała 
sobie sprawę, Ŝe po raz pierwszy zwróciła się do niego po imieniu. 
- „Proszę pana" wymknęło mi się wtedy - wyznała. 
- Tak myślałem - odparł. - Nagle uśmiechnął się do niej jednym kącikiem ust... i od 
razu poczuła się cudownie lekko i radośnie. 

background image

Speszona, szukała tematu, który otrzeźwiłby ją nieco. 
- Z-zapomniałam zapytać o Palmera & Pearsona...- wykrztusiła. 
- Nie rozmawiam o sprawach słuŜbowych poza godzinami pracy - uciął, zanim 
dokończyła. 
Obejrzała się na niego z półotwartymi ustami. Naylor beznamiętnie zniósł jej 
niedowierzające spojrzenie. Na litość boską, czyŜby nie pamiętał, Ŝe sprawę Palmer 
& Pearson przyniósł jej poza godzinami pracy, o sprawie Norwood & Chambers 
dyskutował z nią poza godzinami pracy, groził, Ŝe ją wyrzuci, poza godzinami 
pracy... 
- Więc - Leith przełknęła przynajmniej cztery sprzeczności, które mogłaby mu 
wytknąć - o czym u licha chcesz mówić? 
Spodziewała się, Ŝe jej sarkastyczne pytanie zostanie zignorowane, a w najlepszym 
wypadku dowie się -w ów rozkosznie bezpośredni sposób - Ŝe na spacerze rusza się 
nogami, a nie językiem. Dlatego zmyliła krok, kiedy zaproponował: 
- A moŜe porozmawiamy o tym, gdzie byłaś w czwartek, kiedy czekałem na ciebie 
przed domem? 
Obejrzała się na niego zdumiona. Gdyby ktoś go słyszał, pomyślałby, Ŝe mieli 
randkę i Leith przyszła mocno spóźniona! 
- Ja... Ale... - zaczęła, wzięła się w garść i stwierdziła, Ŝe nie ma powodu kłamać. - 
Szukałam mieszkania. 
- Dlaczego? - albo jej nie wierzył, albo był przyzwyczajony do bardziej 
wyczerpujących odpowiedzi. 
Leith zatrzymała się gwałtownie. 
- Moje obecne mieszkanie bardzo mi odpowiada - oznajmiła wyniośle. - Ale, jak 
pewnie zauwaŜyłeś, spłacanie hipoteki przekracza moje moŜliwości finansowe. 
Szukałam czegoś tańszego... 
- Powiedziałem ci, Ŝe się tym zajmę! - przerwał ostro, doprowadzając ją do szału. 
- Słyszałam, a jakŜe! - syknęła z uraŜoną dumą. 
- Ha! - mruknął i chyba szybko przeanalizował sobie wszystko, co do tej pory zostało 
powiedziane. -A więc zdecydowałaś się definitywnie zerwać z Travisem? 
Hej, hej, za szybki jesteś dla mnie - pomyślała. 
- Nie twoja sprawa! - parsknęła równie agresywnie. 
- Och, daj spokój - warknął. Agresja byłaby zbyt delikatnym określeniem dla jego 
nastroju. - A moŜe masz kogoś innego, kto pomógłby ci spłacić hipotekę? 
- Ach, ty...! - wrzasnęła Leith i straciła panowanie nad sobą. Szczupłe ramię 
zakreśliło w powietrzu łuk. - Skoro tak cięŜko ci to zrozumieć - krzyczała pomiędzy 
jednym ciosem a drugim - musisz mi wierzyć na słowo, Ŝe w kolejce do płacenia 
moich rachunków jesteś dokładnie na szarym końcu! 
Odkręciła się na pięcie i pobiegła w stronę domu. Nie zwracała uwagi na jego 
zdumienie, Ŝe ktoś tak drobnej postury moŜe rzucić się na niego z taką siłą, a przede 
wszystkim, Ŝe się na to odwaŜy! 
Domyślała się, Ŝe jest zdumiony jej atakiem, ale najbardziej bolało ją to, Ŝe ma o niej 
tak niedobre zdanie. Jak w ogóle śmiał myśleć, Ŝe bierze pieniądze od Travisa? Jak 
mógł sądzić, Ŝe ma innych męŜczyzn, którzy płacą jej rachunki? 

background image

Biegła bez tchu aŜ do samego Parkwood. Wbiegła przez frontowe drzwi i po 
schodach do swojego pokoju. Uczucia wrzały w niej, jak w kotle piekielnym. Jak on 
śmiał? - rozpaczała. Spazmatycznie chwytając oddech opadła na łóŜko i wiedziała 
juŜ, Ŝe zła opinia w oczach Naylora nie bolałaby jej ani w połowie tak mocno, gdyby 
nagle nie odkryła, Ŝe jest w nim bez pamięci zakochana! 
Nie warto było zastanawiać się, jak do tego doszło ani dlaczego tak się stało. Stało 
się i juŜ! Była po uszy zakochana w Naylorze Massinghamie i nic, ale to absolutnie 
nic, nie była w stanie na to poradzić! 
Uznała, Ŝe miłość to niezmiernie bolesne uczucie i natychmiast myśli jej 
powędrowały ku Travisowi, który okropnie cierpiał z tego samego powodu. Dopiero 
teraz, kiedy sama takŜe kochała, zaczynała pojmować, przez co przechodzi Travis. 
Ani przez chwilę nie przestawała myśleć o Naylorze. Ze zdumieniem przyglądała się 
swej dłoni. Jakim sposobem, kochając tak mocno, mogła go tak wściekle 
zaatakować? 
Poczuła się przegrana. Nie odnajdzie w sobie dawnej niechęci. Kochała go i nie czuła 
gniewu. Właśnie to było przyczyną uczucia zagroŜenia, którego doznała, gdy Naylor 
po raz pierwszy oznajmił jej, Ŝem być jego dziewczyną. Teraz juŜ wiedziała, Ŝe ten 
niepokój wywodził się z przeczucia nieuchronnego cierpienia. 
Nagle, kiedy wydawało jej się juŜ, Ŝe nie istnieje dla świata, niepokój odezwał się 
znowu. Jak przez mgłę dotarło do niej, Ŝe ktoś puka do drzwi. Naylor! To na pewno 
on! Ale ona nie chce, Ŝeby to był on. Nie jest jeszcze gotowa, by stawić mu czoło... 
Jeszcze nie... 
Pukanie powtórzyło się, tym razem bardziej natrętne. Usłyszała, Ŝe ktoś wola ją po 
imieniu. Travis! Z ulgą podbiegła do drzwi. 
- Przepraszam, Ŝe przeszkadzam - sumitował się Travis. - Ale widziałem, Ŝe wróciłaś 
bez Naylora. 
Leith zaczęła zastanawiać się nad jakaś rozsądnie brzmiącą wymówką, ale rychło 
spostrzegła, Ŝe Travis pochłonięty jest bez reszty własnymi problemami. 
- Kiedy przybiegłaś, siedziałem w bibliotece i myślałem o Rosemary, coraz bardziej 
przeraŜony tą sytuacją. Pomyślałem, Ŝe moŜna by do niej zadzwonić. Zrobisz to, 
prawda? - zapytał z takim błaganiem w oczach, Ŝe Leith nie miała serca odmówić. 
- Gdzie jest telefon? - zapytała. 
- MoŜemy zadzwonić z biblioteki, będziemy mieli spokój. - Twarz Travisa rozjaśniła 
się podnieceniem. 
Zeszła za nim po schodach. Travis pierwszy wszedł do biblioteki i natychmiast 
zaczął wykręcać numer. Leith usiłowała wymyślić jakiś rozsądny pretekst, dla 
którego mogłaby dzwonić do Rosemary, kiedy podał jej słuchawkę. 
- A... Dzień dobry, panie Green - trochę zaskoczona usłyszała głos ojca Rosemary. - 
Tu Leith Everett. Jak się pan miewa? 
- Dziękuję, nieźle - brzmiała uprzejma, ale wcale nie sympatyczna odpowiedź. 
- To dobrze - odparła Leith równie grzecznie. - Czy mogłabym rozmawiać z 
Rosemary? 
- Nie jestem pewien, dokąd poszła... - odparł wykrętnie. - MoŜe coś przekazać? 

background image

Rzeczywiście! - pomyślała gniewnie Leith, przekonana, Ŝe ojciec Rosemary po prostu 
chciałby wiedzieć, w jakiej sprawie dzwoni. 
- Mogę chwilę poczekać - oznajmiła z uporem. -Jesteśmy przyjaciółkami od dawna, 
nie widziałam jej całe wieki. Dzwonię, Ŝeby troszkę poplotkować. 
Spojrzała na Travisa wymownie, kiedy pan Green bez słowa odłoŜył słuchawkę i 
poszedł zawołać Rosemary. Travis wyglądał na przygnębionego. Widocznie 
uświadomił sobie, Ŝe skoro pan Green odebrał telefon, musi się przygotować na 
monolog. 
- Halo? - odezwał się w słuchawce pokorny i cichy głos Rosemary. 
- Tu Leith. 
- Wiem, ojciec mówił. 
- Jak leci? 
- Matka czuje się duŜo lepiej. 
Och, nie pleć - pomyślała Leith. Miała niemiłe wraŜenie, Ŝe rodzice chcą koniecznie 
przekonać Rosemary, iŜ zamęŜna kobieta nie miewa przyjaciółek! 
Obawiając się, Ŝe rozmowa moŜe się skończyć w kaŜdej chwili, dodała szybko: 
- Travis jest tutaj... chce ci coś powiedzieć. Usłyszała szybkie, głośne westchnienie i 
czym prędzej oddała słuchawkę Travisowi. 
- Witaj, Rosemary - zaczął miękko. - Wiem, Ŝe nie moŜesz mówić, chciałem tylko się 
przywitać. 
Leith pomyślała, Ŝe właściwie powinna wyjść, ale rozmowa Travisa skończyła się w 
ciągu kilku sekund, co załamało go całkowicie. 
- To nie fair! - oznajmił, odkładając słuchawkę. - Ona jest śmiertelnie wystraszona! 
Bóg jeden wie, co jej powiedzieli, ale chyba siedzą jej na karku dzień i noc, jeśli 
doprowadzili ją do takiego stanu. Boi się do mnie odezwać nawet przez telefon! 
Musiał przeŜywać okropne męczarnie, ale Leith nie była w stanie pomóc mu w 
Ŝaden sposób. 
- Przykro mi - powiedziała. Wiedziała, co robi z człowieka miłość, wiec rozumiała 
Travisa doskonale. 
- To podłość - stwierdził. Nie mógł juŜ dłuŜej dusić tego w sobie. Musiał się wygadać. 
- Wiem, Ŝe Rosemary mnie kocha i rozwiodłaby się z męŜem, gdyby jej na to 
pozwolili. Po prostu wiem o tym. Ale oni... szanowni państwo Green... swoim 
zachowaniem sprawiają, Ŝe najpiękniejsze uczucie nagle staje się ponure i grzeszne. 
A przecieŜ nie ma w tym nic ponurego, ani grzesznego... dlaczego nie mogą 
zrozumieć, Ŝe Rosemary popełniła błąd i poślubiła drania? Na pewno nie chcą, Ŝeby 
płaciła za to przez całe Ŝycie. Przez nich muszę trzymać moją miłość w tajemnicy 
przed rodzicami... nie mówiąc juŜ o braciach. Mówię ci, Leith, zaczynam tęsknić za 
solidnym kawałkiem sznura! 
- Och, Travis - Ŝałośnie szepnęła Leith i, nie mogąc znaleźć słów pociechy, 
współczująco połoŜyła mu dłoń na ramieniu. 
Nie zdąŜyła jej cofnąć, kiedy drzwi biblioteki otworzyły się nagle. Leith podskoczyła, 
obejrzała się i oblała Ŝywym rumieńcem. Ujrzała Naylora po raz pierwszy od chwili, 
kiedy zrozumiała, Ŝe go kocha. Serce zabiło jej mocniej. Kiedy widzieli się po raz 

background image

ostatni, okładała go pięściami z całej siły... a sądząc po gniewie, jaki wyzierał z jego 
oczu, nie miała najmniejszych szans na wybaczenie! 
Płonące złością spojrzenie powędrowało ku jej dłoni, wciąŜ spoczywającej na 
ramieniu Travisa. Leith cofnęła ją szybko. Travis, równie zaskoczony jak ona, 
zdawał się odzyskiwać przytomność. Dotarło do niego, Ŝe nie zdoła juŜ porozmawiać 
otwarcie o swoich problemach. Przygnębiony, postąpił w jedyny moŜliwy w tej 
sytuacji sposób. 
- No to cześć - wymamrotał drŜącym głosem i pospiesznie skierował się w stronę 
drzwi. 
Leith miała ochotę pójść za jego przykładem, zdołała przebiec parę kroków, kiedy 
Naylor, rozwścieczony i gotowy na wszystko, zastąpił jej drogę. 
Podniosła na niego chmurne spojrzenie i odkryła, Ŝe nie boi się juŜ niebezpiecznego 
płomienia, który ciągle tlił się w jego oczach. 
- Niech zgadnę - syknął. - Sądząc z tego, jak się obmacywaliście, na swój słodki 
sposób starasz się pocieszyć go, poniewaŜ między wami wszystko skończone! 
- Obmacywaliśmy się! - wykrzyknęła wściekła, Ŝe ta męska świnia, której w dodatku 
oddała serce, moŜe myśleć o niej aŜ tak źle. 
- Chcesz mi powiedzieć, Ŝe go nie prowokowałaś? -rzucił twardo. śyłka na jego 
skroni pulsowała lekko. Wydawało się, Ŝe stacza ze sobą cięŜką walkę, kiedy 
odstąpił od niej o krok. 
- Nawet mi się nie śniło! - syknęła zapalczywie. Niepokój i miłość zalały ją jak fala. 
Wiedziała tylko, Ŝe musi uciec. Jak najdalej od niego. 
- Wybacz mi - bąknęła. Nie wiedziała, czy jej wybaczy i nie miała zamiaru zostać 
nawet tak długo, Ŝeby się o tym przekonać. Wybiegła z biblioteki. 
Wbiegła do pokoju, całym sercem pragnąc być o mile od Parkwood. Sięgnęła nawet 
po torbę... ale jakŜe moŜe wyjechać, kiedy chce być blisko Naylora? Nie wiedziała 
juŜ, czy chce zatrzymać tę dobrze płatną pracę, czy nie, ale choć wszystko wydawało 
się osnute mgłą, jedno było jasne i wyraźne: była w nim bardzo, bardzo zakochana. 
Spędziła w pokoju resztę popołudnia. Słyszała, kiedy wrócili państwo Hepwood, ale 
nie miała odwagi na nich spojrzeć. Poczuła się winna dopiero w chwilę później, gdy 
Wendy, szesnastoletnia pomoc gospodyni, przyniosła jej tacę z podwieczorkiem. 
- Kolacja będzie o ósmej - oznajmiła wesoło. 
- Dziękuję, Wendy - Leith z trudem uśmiechnęła się. Stan bolesnego niepokoju nie 
opuszczał jej ani na chwilę. 
Nalała sobie filiŜankę herbaty i stwierdziła, Ŝe nie wypada jej wyjechać. Dobre 
wychowanie wymagało, Ŝeby została. Państwo Hepwood uznaliby to za bardzo 
dziwne, Ŝe pierwsza dziewczyna, jaką przywiózł do domu ich siostrzeniec, zamierza 
opuścić ich jeszcze przed kolacją. 
Podeszła do okna, ale choć przed jej oczami roztaczał się wspaniały widok, ona 
widziała jedynie zagniewaną twarz Naylora. 
Wróciła w głąb pokoju, pogrąŜona w rozmyślaniach i nagle zamarła. Jeśli Naylor 
uwaŜa, Ŝe jeszcze nie skończyła swej znajomości z Travisem, równie dobrze moŜe to 
uczynić za nią! Jest na to wystarczająco wściekły... i wystarczająco bezczelny. 

background image

AŜ do kolacji zastanawiała się, jak postąpi Naylor i jak, w zaleŜności od sytuacji, 
powinna się zachować. Za dziesięć ósma, wychodząc z pokoju, wciąŜ jeszcze nie 
znała odpowiedzi. 
Przed wejściem do salonu jej serce zaczęło miotać się jak szalone. Usłyszała szmer 
miłych dla ucha głosów i domyśliła się, Ŝe przyszła ostatnia. Odetchnęła głębiej dla 
dodania sobie animuszu i weszła. Zachwiała się lekko, kiedy Naylor - śmiertelnie 
powaŜny - wstał z miejsca i podszedł do niej. 
- Miałem juŜ iść po ciebie, kochanie - uśmiechnął się, obejmując wzrokiem jej lśniące 
włosy, jedwabną sukienkę i całą postać. Ujął ją za łokieć mocną, władczą dłonią i 
wprowadził do pokoju. 
Kochanie! Leith jeszcze niezupełnie doszła do siebie, gdy wszyscy skierowali się do 
jadalni. Naylor coś knuł, była tego absolutnie pewna, tylko co? 
Nie musiała czekać długo, Ŝeby się dowiedzieć. Jadalnia Hepwoodów była elegancka 
i przytulna. Guthrie Hepwood usiadł przy jednym końcu stołu, z Leith po swojej 
prawej ręce i siedzącym obok niej Naylorem, Cicely, przy drugim, naprzeciw męŜa, z 
Travisem u boku. 
- Mam tu bardzo szczególne wino, którego powinieneś skosztować, Naylorze - 
zwrócił się Guthrie do siostrzeńca, kiedy jedli przystawkę z małŜy zapiekanych w 
cieście francuskim. 
- O ile znam twój gust, wujaszku, to musi być coś naprawdę godnego uwagi - odparł 
Naylor i nagle, ku wielkiemu zdumieniu Leith i wszystkich obecnych, zawahał się. - 
ChociaŜ właściwie... 
Wszystkie oczy zwróciły się na niego. Najwidoczniej rodzina nie była 
przyzwyczajona do tego, aby Naylor się wahał. 
- ChociaŜ co? - zagadnął wuj. 
Leith takŜe z niepokojeni patrzyła na Naylora, kiedy ten odwrócił się i spojrzał na 
nią z uśmiechem, od którego serce zaczęło walić jej jak opętane. A potem miękkim, 
czułym głosem, jakim Travis zwykle opowiadał o swej miłości, wyszeptał: 
- Leith, kochanie, trudno mi zachować milczenie... Pozwolisz? 
- Hm... - to było wszystko, co zdołała z siebie wydobyć, zanim wzrok Naylora 
przeniósł się na pana Hepwooda. 
- Wujku, zastanawiałem się po prostu - uśmiechnął się do człowieka, który po 
ojcowsku opiekował się nim od dziesiątego roku Ŝycia - co powiedziałbyś na 
poczęstowanie nas odrobiną tego doskonałego szampana, który chowasz w piwnicy? 
- Szampana? - zdziwił się Guthrie, ale odpowiedzi udzieliła mu jego własna Ŝona, 
kiedy z cichym okrzykiem radości zwróciła się do Naylora. 
- Och, Naylor... czy to znaczy... - szepnęła. Leith patrzyła jak zahipnotyzowana, 
zaledwie wierząc własnym uszom, kiedy Naylor odezwał się ciepło: 
- Tak, cioteczko. Dziś po południu Leith zaszczyciła mnie obietnicą, Ŝe zostanie moją 
Ŝoną! 
Obietnica! śona! Otworzyła usta ze zdumienia, ale koniec mocnych wraŜeń jeszcze 
nie nastąpił. Naylor przysunął się do niej, umiejętnie maskując jej kompletne 
zaskoczenie delikatnym pocałunkiem w policzek. 

background image

- Leith nie mówiła mi, Ŝe chce wyjść za ciebie, kiedy... - wyrwał się Travis, 
otrząsając się z własnych, przykrych myśli. 
- Jest bardzo nieśmiała, prawda, kochanie? - palnął Naylor. 
Spojrzała na niego i dostrzegła coś, czego nie mógł widzieć nikt inny. Zmuszał ją, 
Ŝeby zaprzeczyła ku swej własnej zgubie! 
Miała dość. Naprawdę serdecznie dość. NajwyŜszy czas, Ŝeby skończyć z tym, zanim 
wpadnie na dobre. 
- Właściwie... - bąknęła jedynie po to, by Naylor wpadł jej w słowo. 
- Właściwie Leith miała zamiar robić karierę zawodową - i, zanim jeszcze zdąŜyła 
strawić tę perełkę, dodał z poufałym uśmiechem: - Nie spodziewała się, Ŝe 
zaakceptuję pracującą Ŝonę, ale jeśli tego właśnie chce moje kochanie, nie mogę 
kwestionować jej wyboru. 
Wyboru? Jakiego u diabła wyboru? Hepwoodowie pospieszyli z gratulacjami. 
Guthrie natychmiast zabrał Travisa do piwnicy, Ŝeby wybrać odpowiedniego szam-
pana, a Leith dyszała zemstą. 
Posiłek toczył się dalej, szampan został otworzony, rozlany, toasty wzniesione, a 
Leith uśmiechała się z trudem. W tej sytuacji nie mogła postąpić inaczej, ale 
wewnętrznie kipiała furią. Świnia! Przebiegła, chytra świnia! A więc w taki sposób 
zamierzał uświadomić Travisowi, Ŝe nie ma juŜ dziewczyny! Pewnie, Travis kpi 
sobie z tego, ale tylko on. Leith musi się martwić, bo Naylor Rób-co-mówię 
Massingham, właśnie jakby oznajmił jej, Ŝe albo zamknie buzię na kłódkę i będzie 
robiła to, co jej kaŜe, nawet udawała jego narzeczoną, albo moŜe poŜegnać się z 
pracą! Znowu miała ochotę wstać i wyjść - ale oznaczałoby to, Ŝe jest bezrobotna. 
Wszechobecny wróg, nie zapłacona hipoteka, wisiał jak kłoda u szyi. Nie mogła 
pozwolić sobie na luksus uniesienia się honorem. 
Sączyła więc szampana, uśmiechała się, jadła, a jej wściekłość na Naylora gotowała 
się na małym ogniu. BoŜe drogi, kilka minut temu czuła się niemal zawstydzona, Ŝe 
go uderzyła! 
Klęła swego narzeczonego do samego końca kolacji. 
Nagle jasno uświadomiła sobie, Ŝe nie jest tak źle. PrzecieŜ Travis jest dla niej 
jedynie dobrym kumplem, a ona, jak dotąd, nie straciła pracy. Zatem, kiedy 
przyjdzie koniec zabawy, to ona będzie się śmiała ostatnia. Ona - nie Jego Wysokość 
N. Massingham! Od tej chwili poczuła się znacznie lepiej. 
- MoŜe przejdziemy do salonu? - zaproponowała gospodyni. Leith zrobiła gest, Ŝeby 
wstać i natychmiast Naylor znalazł się przy niej, odsuwając jej krzesło. 
Podniosła na niego oczy. Ty świnio - pomyślała i uśmiechnęła się czule. A potem, 
absolutnie pewna, Ŝe Naylor nie znosi przylepnych kobietek-kotek ujęła go pod 
ramię. Co za refleks - pomyślała, kiedy zobaczyła jego zaskoczone spojrzenie. Jego 
dłoń spoczęła na jej palcach. Razem weszli do salonu. 
Razem usiedli na jednej z długich i szerokich sof, a chociaŜ było na niej tyle miejsca, 
Ŝe oboje mogliby się nawet połoŜyć, Leith nadal kurczowo trzymała ramię Naylora. 
Chcesz koteczki? Masz koteczkę. Jakiś diabeł podpowiedział jej, Ŝe to jedyny sposób, 
w jaki moŜe wziąć odwet za to narzeczeństwo. 

background image

Ten sam diabeł zmusił ją do przysunięcia się jeszcze bliŜej Naylora. Uśmiechnął się 
- ale w głębi jego oczu wyczytała, Ŝe nie dał się nabrać. 
- Znowu kogoś udajesz? - mruknął. 
- No jasne - tchnęła mu wprost w ucho. 
- Jak cudownie widzieć cię tak szczęśliwym - wzruszyła się Cicely Hepwood i Leith 
poczuła wstręt do samej siebie, Ŝe ci mili ludzie tak cieszą się ze szczęścia, które w 
istocie jest jednym wielkim błazeństwem. 
- Mieszkacie w cudownej okolicy - zauwaŜyła. 
- Tak, lubimy to miejsce - podjął Guthrie. - Przeprowadziliśmy się tu... Kiedy to było, 
Cicely? 
- Dwadzieścia sześć lat temu - podsunęła, potrząsając głową pełną wspomnień. - TuŜ 
przed tym, zanim Naylor zamieszkał z nami. 
- Naylor miał wtedy dziesięć lat, prawda? - Leith sama była zaskoczona własnym 
pytaniem. Nie miała zamiaru pytać o nic podobnego, ale zrozumiała, Ŝe jej miłość do 
Naylora i wynikająca z niej chęć, by wiedzieć o nim jak najwięcej, stłumiła 
wściekłość wywołaną jego szalonym pomysłem. 
- To piękny czas dla was obojga - promieniała Cicely. - Na pewno bez końca 
opowiadaliście sobie, czym było wasze Ŝycie, zanim się spotkaliście. 
- Było coś takiego - wtrącił Naylor z uśmiechem i czule spojrzał na Leith. - Jestem 
pewien, Ŝe jeszcze długo będę musiał uczyć się Leith. 
- Nie tak wiele - zaśmiała się w odpowiedzi i nagle zorientowała się, Ŝe Cicely, z całą 
pewnością zupełnie bez złej myśli, zaczęła zadawać pytania, na które Naylor dawno 
juŜ powinien znać odpowiedź. 
- Czy mieszkasz w Londynie z rodzicami, Leith? - zapytała ciotka z 
zainteresowaniem. 
Leith pochwyciła ostrzegawcze spojrzenie Travisa, ale nie miała najmniejszego 
zamiaru wymieniać imienia Rosemary, a tym bardziej miejsca, skąd pochodzi. 
- Rodzice mieszkają w Dorset - tyle na pewno mogła powiedzieć bezpiecznie. 
- Czy nie wspominałaś, Ŝe masz brata? - wtrącił Travis, zanim zdąŜyła powiedzieć 
coś więcej o swych powiązaniach z Dorset. 
O, BoŜe, on panikuje - pomyślała. Ale do licha, prędzej odgryzie sobie język, niŜ 
pozwoli, Ŝeby wyszło na jaw, iŜ Sebastian od kapelusza to jej brat. Nie, jego imię teŜ 
pozostawi w tajemnicy. 
- Tak, ale nie widziałam go juŜ całe wieki - spojrzała na panią Hepwood i dodała: - 
Mieszka w Indiach. 
Szybko, zanim ktokolwiek inny zdołał się odezwać, połoŜyła rękę na dłoni Naylora i 
zapytała słodko: 
- Czy nigdy nie myślałeś o tym, by zająć się importem win, kochany? 
Och, słowo daję - pomyślała, kiedy zaszczycił ją ciepłym spojrzeniem, na którego 
dnie czaił się błysk świadczący o tym, Ŝe jej miłość nie robi na nim Ŝadnego 
wraŜenia. 
- Chciałem, Ŝeby Naylor przeszedł do mojej firmy - odpowiedział za niego Guthrie. - 
Naprawdę, zaoferowałem mu nawet miejsce w spółce. Ale nie przyjął tej propozycji. 
Jak ci to juŜ zresztą na pewno powiedział. 

background image

- Naylor na pewno nie powiedział zbyt wiele - ciepło wtrąciła Cicely. - To taki 
skromny chłopiec. 
- Ciociu, zaraz się zarumienię! - rzucił wesoło Naylor. 
- To by było święto - mruknęła Leith wyłącznie do jego wiadomości i dodała: - 
Rzeczywiście, znam tylko najogólniejsze zarysy tej historii, jak... 
Urwała zakłopotana. Na ten temat naprawdę nie miała nic do powiedzenia. Guthrie 
Hepwood przyszedł jej jednak z pomocą. 
- Zainteresowania Naylora są zupełnie inne niŜ moje - oznajmił dobrodusznie. - To 
urodzony inŜynier. Oczywiście, bardzo szybko zorientowałem się, Ŝe zaraz po 
studiach powinien załoŜyć własną firmę. Ojciec zostawił mu trochę pieniędzy i 
Naylor szedł od sukcesu do sukcesu. Naturalnie pracował od rana do nocy. 
- I dalej tak robi - wtrąciła Leith, przypominając sobie, Ŝe za kaŜdym razem, kiedy 
opuszczała biuro, jaguar wciąŜ stał na parkingu. 
- To się zmieni po ślubie - zapewnił Naylor, a jej serce zabiło wściekłą synkopą na 
samą myśl o małŜeństwie z nim. 
Niestety, świadomość lodowatej rzeczywistości przewaŜyła i Leith bardzo szybko z 
romantycznego rozmarzenia powróciła do wściekłości, spowodowanej przymusowym 
udziałem w jego farsie. 
- Obiecanki-cacanki - zaśmiała się czule, utrzymując się w roli słodkiej narzeczonej. 
W ciągu następnej godziny nie przepuściła Ŝadnej okazji, by z przyzwoitą dozą 
nieśmiałości miłośnie zaglądać mu w oczy. Znosił wszystko bardzo męŜnie, musiała 
mu to przyznać. 
Około jedenastej towarzystwo zaczęło przebąkiwać o udaniu się na spoczynek. 
Travis jednak, ku zaskoczeniu Leith (ale wyłącznie jej) oznajmił, Ŝe nie jest śpiący i 
wychodzi. 
- Wychodzisz? O tej porze! - zatroskała się matka. 
- Nie smuć się, to miłość. Wrócę niedługo i spędzę noc we własnym łóŜku. 
Leith ujrzała, jak usta Naylora zaciskają się. Widocznie nie spodobała mu się ta 
wymiana zdań. Nawet w najśmielszych marzeniach nie przypuszczała, Ŝe być moŜe 
Naylor wspomina zupełnie inną sobotnią noc, kiedy Travis nie spał we własnym 
łóŜku. 
- Nie hałasuj, kiedy wrócisz - ostrzegł Guthrie syna. Travis poŜegnał się ze 
wszystkimi i wyszedł. 
Cicely przybrała wesołą minę i taktownie postanowiła, Ŝe pozostawi świeŜo 
upieczonych narzeczonych sam na sam. 
- Guthrie i ja, przed pójściem spać, zajrzymy na chwilkę do stajni. Mamy teraz tylko 
dwa konie, ale one teŜ lubią posłuchać nowinek z całego dnia. 
Impulsywnie podbiegła i pocałowała Leith. 
- Jestem bardzo szczęśliwa! - wyszeptała ciepło. - Naprawdę. 
Po wyjściu gospodarzy Leith poczuła się okropnie. Opanowała ją większa niŜ dotąd 
złość na Naylora. Była tak wściekła, Ŝe chyba lepiej, aby nie przebywała z nim w 
jednym pokoju. W południe uderzyła go, ale teraz jej uczucia skłaniały ją ku 
morderstwu. 

background image

Bez słowa wymaszerowała z pokoju. Wcale nie poczuła się lepiej, kiedy Naylor 
znalazł się przy niej. 
- Wiesz na pewno, Ŝe Travis właśnie poszedł się pocieszać - zaatakował ją, kiedy 
ruszyli po schodach. 
- I, oczywiście, to wyłącznie moja wina! - prychnęła, nie zatrzymując się. Wiedziała, 
Ŝe jeśli nawet Travis poszedł się pocieszać, to na pewno nie z jej powodu. 
- A czyja? - warknął, kiedy dotarli do podestu. 
- Przez cały wieczór robiłaś do mnie słodkie oczy! 
- Hej, ty, uwaŜaj! - wybuchnęła Leith, zatrzymując się przed drzwiami do sypialni. -
PrzecieŜ to ty, a nie ja, ogłosiłeś nasze zaręczyny. Ty groziłeś mi utratą pracy, jeśli 
nie poprę cię we wszystkim, co mówisz! To było... 
- Pewnie, popierałaś mnie wytrwale! - warknął. Przysięgłaby, Ŝe jest gotów do bójki, 
ale i tak wydawało się, Ŝe gryzie go jeszcze coś innego. - Niech mnie szlag trafi, 
wyraźnie odpowiadała ci ta gra! 
Nagle urwał. Nigdy dotąd nie widziała go tak rozgniewanego. 
- Czy do niego teŜ się tak lepiłaś? - wychrypiał. Rozwścieczona Leith miała powyŜej 
uszu jego i tych drwin. Gwałtownie otworzyła drzwi, zapaliła lampę i odwróciła się, 
Ŝeby oddać ostatni strzał, zanim za trzaśnie mu drzwi przed nosem. 
- Lepić się? Chyba lepiej niŜ inni powinieneś wiedzieć - zasyczała - Ŝe w niektóre 
noce nie mogłam znieść nawet myśli o rozstaniu! 
Trzymała rękę na klamce, gotowa zamknąć drzwi, ale nim zdąŜyła to uczynić, 
Naylor wydał z siebie krzyk oburzenia. Zanim zorientowała się w sytuacji, pchnął 
drzwi i wszedł do środka. 
Na widok wyrazu jego oczu ogarnął ją lęk, który przeistoczył się w panikę, gdy 
Naylor znowu ruszył ku niej. 
- Wynoś się! - wrzasnęła i cofnęła się szybko. Czuła, Ŝe Naylor nie ma zamiaru 
słuchać jej poleceń. 
- Ani mi się śni, serduszko! - warknął jak dzikus. 
- Prosiłaś się o to przez cały wieczór! 
W następnej sekundzie obręcz jego ramion zacieśniła się jeszcze, a jego wargi tak 
długo szukały jej ust, aŜ je wreszcie znalazły. 
- Nie! - starała się wyrwać. Rychło jednak spostrzegła, Ŝe miał sposób na to, Ŝeby 
utrzymać ją dokładnie w tej pozycji, której sobie Ŝyczył. W chwilę później porwał ją 
na ręce i uniósł w stronę łóŜka. 
- Nie, nie! - zawyła, ale stwierdziła, Ŝe tylko zdziera sobie gardło. 
A potem poczuła, Ŝe brak jej tchu, kiedy rzucił ją na materac. Tylko o ułamek 
sekundy spóźniła się z ucieczką, bo gdy w chwilę potem usiłowała wygramolić się z 
łóŜka, Naylor znalazł się tam wraz z nią i przygniótł całym swym cięŜarem. 
- No, a teraz pokaŜ mi, jak ładnie prosisz o jeszcze, tymi ogromnymi, zielonymi 
ślepiami - wydyszał. 
- Idź do diabła! - wrzasnęła i wcale nie spodobał jej się uśmiech, który wykrzywił 
jego rysy. 
- Pewnie pójdę, ale przedtem będę cię miał - syknął. O BoŜe, nie - pomyślała Leith, 
usiłując opanować narastające przeraŜenie. 

background image

- T-ty chyba nie chcesz mnie zgwałcić? - wyszeptała trzęsącym się głosem. 
- Nawet nie przyszło mi to na myśl, kochanie - zadrwił. 
- Więc moŜe lepiej od razu puść mnie, dobrze? - wyrzuciła z siebie, dopóki jeszcze 
zachowała resztki odwagi. 
- Chcesz powiedzieć, Ŝe mogę cię wziąć jedynie gwałtem? - zapytał i, licząc na to, Ŝe 
jej ciało będzie mu bardziej posłuszne, wycisnął na jej szyi elektryzujący pocałunek. 
- To właśnie chcę powiedzieć - odparła zduszonym głosem, czując, Ŝe ciało 
sprzeniewierza się jej haniebnie, zwłaszcza, kiedy dotknął jej warg ciepłymi ustami i 
zaczął całować je długo i leniwie. Kiedy wreszcie podniósł głowę i spojrzał na nią, jej 
paznokcie tkwiły głęboko w skórze dłoni. 
- Kogo chcesz wykiwać? - zadrwił. JuŜ czuł, Ŝe Leith jest o krok od odpowiedzi na 
jego pocałunek, choć ona sama wciąŜ była tego nieświadoma. 
Ale i ona wkrótce zrozumiała, Ŝe siła jej poŜądania zmiotła wszystkie bariery i nie 
widziała juŜ dla siebie ratunku. Pozostało jej odwołać się do jego honoru, który 
sprawi, Ŝe jeśli weźmie ją siłą, znienawidzi samego siebie. 
Jego usta dotknęły jej warg i Leith znowu poczuła, jak jej ciało oŜywa. Teraz 
musiała walczyć nie tylko z Naylorem, ale i ze sobą. 
- Błagam, Naylor - jęknęła jednym tchem, a kiedy zawahał się i spojrzał w jej 
przeraŜone zielone oczy, wyjąkała raz jeszcze: - Proszę... nie. 
- Podaj mi jakiś dobry powód - zaproponował. Wydawało jej się, Ŝe jego głos brzmi 
nienaturalnie nisko, jakby pod wpływem jakiejś silnej emocji. 
- Jestem... jestem dziewicą - wyznała uczciwie. Drgnął mimo woli, jakby to wyznanie 
zaskoczyło go, chyba w ogóle nie brał tego pod uwagę. Natychmiast jednak odrzucił 
od siebie tę myśl. 
- MoŜe kiedyś byłaś... gdy miałaś siedemnaście lat. ZałoŜę się, Ŝe masz to juŜ za sobą 
- warknął i znów pochylił się nad nią. 
W ciągu pół minuty Leith była zgubiona. Następne trzydzieści sekund upłynęło 
Naylorowi na okrywaniu pocałunkami jej szyi aŜ do rąbka dekoltu, a jej - na 
uwalnianiu ramion, by go nimi otoczyć. 
Czas stracił swoje znaczenie. Dzielili ze sobą pocałunek za pocałunkiem. Naylor 
coraz mocniej wciskał ją w materac, a ona tuliła się do niego z coraz większą 
namiętnością. 
Siła pocałunków złagodniała, kiedy odsunął się od niej. Ale ona nie chciała, by 
dzieliła ich nawet tak niewielka odległość i w zapamiętaniu przyciągnęła go do 
siebie. A potem poczuła jego palce na zamku sukienki... 
Czuła się rozkosznie pozbawiona wstydu, gdy jej suknia jak jedwabny łachman 
spadła na ziemię, a on znowu wziął ją w ramiona. 
- Cudowna Leith - wymruczał, zanurzając usta w lśniącej, kasztanowatej masie jej 
włosów. 
- Naylor - szepnęła i poznała większe jeszcze zapamiętanie, gdy znowu wziął w 
posiadanie jej usta, a jego ciepłe, delikatne dłonie okryły jej szyję i ramiona 
zmysłową, elektryzującą pieszczotą. 

background image

- Naylor! - jęknęła znowu, zupełnie tracąc głowę, i przylgnęła do niego całym ciałem. 
Nie uczyniła najmniejszego gestu, by go zatrzymać, gdy zdjął z niej biustonosz i 
zaczął pieścić nabrzmiałe, zwieńczone róŜowymi pączkami piersi. 
Ogarnęło ją konwulsyjne drŜenie i nie była pewna, czy znowu nie wyszeptała jego 
imienia. Wiedziała tylko jedno: pragnęła go kaŜdą cząstką swego ciała. Więcej, 
musiała mu to wyznać. 
- Pragnę cię! - zaszlochała, przepełniona miłością. - Och, Naylor - wzdychała, 
nieświadoma tego, co robi. - Tak bardzo cię pragnę! 
- Czekaj, moja śliczna - wydyszał i oderwał oczy od jej pełnej poŜądania, 
zaróŜowionej twarzy po to tylko, by poŜerać wzrokiem jej drŜące piersi. Wyciągnął 
dłoń i długie, wraŜliwe palce dotknęły stwardniałych brodawek. 
- Jesteś wspaniała, Leith - rzekł cicho. - Taka wspaniała... 
I, jakby ta wspaniałość poraziła go, przymknął oczy. 
Nagle dźwięk otwieranych i zatrzaskiwanych drzwi ściągnął omdlewającą Leith z 
powrotem na ziemię. Później doszła do wniosku, Ŝe Naylor odtrąciłby ją tak czy 
owak. W tej jednak chwili, gdy Cicely i Guthrie Hepwood wrócili ze stajni, wiedziała 
tylko, Ŝe - choć pragnie Naylora całą swą istotą - nie moŜe pozwolić, Ŝeby kochał się 
z nią. A w kaŜdym razie nie tu, w domu jego wujostwa. 
Z całego serca pragnęła powiedzieć mu o swoich niepokojach, ale uznała, Ŝe to 
zbędne. Kiedy bowiem znów spojrzała na Naylora, jego twarz wyglądała jak 
lodowata maska. Usiadł gwałtownie na drugim końcu łóŜka i Leith wiedziała juŜ, Ŝe 
wszelka myśl o miłości wywietrzała mu z głowy. 
Pochylił się, podniósł z podłogi sukienkę i okrył ją dbając, by jej piersi były 
dokładnie osłonięte. W tym momencie poczuła, Ŝe on teŜ ma jej serdecznie dość. 
Potwierdził to w chwilę potem, kiedy w połowie drogi do drzwi obejrzał się, objął 
wzrokiem jej wciąŜ zaróŜowioną twarz i rzucił pogardliwie: 
- A co do tego twojego dziewictwa, kochanie, to załoŜę się, Ŝe wmawiasz je wszystkim 
swoim kochankom! 
Kiedy drzwi zamknęły się za nim, Leith ukryła twarz w poduszce. Nienawidziła go, 
a jednocześnie tak bardzo kochała. Nie wstydziła się wyznać, Ŝe w głębi serca 
pragnie, by stał się jej jedynym partnerem w miłości. 
Wstyd jednak przyszedł ogromną falą, gdy leŜąc z otwartymi oczami czekała, aŜ noc 
dobiegnie końca. Sposób, w jaki traktował ją Naylor i jego przekonanie, Ŝe 
wystarczy na nią kiwnąć palcem, ciągle podtrzymywały w niej uczucie buntu. 
Zapadła wreszcie w niespokojny sen, zastanawiając się, czy moŜe być coś gorszego 
niŜ niemądrze ulokowane uczucie? 
 
 
ROZDZIAŁ SIÓDMY 
Po okropnej nocy Leith wstała bardzo wcześnie. Była niedziela. Wykąpana i ubrana, 
marzyła tylko o tym, Ŝeby znaleźć się w swoim mieszkaniu. Wychodząc z pokoju 
była pewna, Ŝe ma przed sobą jeszcze co najmniej sześć godzin pobytu w Parkwood. 

background image

Naylor siedział z wujem w salonie. Kiedy weszła, obrzucił ją szybkim, ostrym 
spojrzeniem, a ona spuściła oczy. Podszedł do niej i, oczywiście, nie przepuścił 
okazji, Ŝeby zmylić ją znowu. 
- Dzień dobry, kochanie - powitał ją i na wypadek, gdyby nie zorientowała się, Ŝe to 
czułe słowo padło wyłącznie na uŜytek publiczności, dodał: - Właśnie mówiłem 
wujowi, Ŝe wyjeŜdŜamy zaraz po śniadaniu. 
Zacisnęła zęby. Wcale nie chciała się z nim rozstawać... 
- Na pewno musicie wyjeŜdŜać tak wcześnie? - zatroskała się Cicely. 
- Bardzo chcielibyśmy zostać, ciociu - odparł Naylor czarującym tonem i 
natychmiast postarał się o odwrócenie jej uwagi: - Czy Travis wrócił do domu 
wczoraj w nocy? 
- O, tak - odparła i zwróciła się do Leith: - Travis nie zawsze pokazuje się na 
śniadaniu w niedzielę rano. 
Leith uśmiechnęła się, ale odwracając głowę spojrzała wprost w oczy Naylora. Jego 
wzrok był zimny i wyniosły. Wiedziała, Ŝe myśli o tych niedzielnych porankach, 
kiedy Travis jadł śniadanie przy innym stole - i on dobrze wiedział, przy czyim! 
Nie Ŝywiła więc w stosunku do Naylora zbyt przyjaznych uczuć, kiedy wkrótce po 
śniadaniu opuszczali Parkwood. Sądząc po milczeniu, jakie panowało między nimi w 
czasie całej drogi powrotnej, on takŜe nie czuł do niej cienia sympatii. 
Wysiadła z samochodu bez słowa, kiedy tylko zatrzymał się przed jej domem... ale 
on zrobił to samo. Spojrzała na niego i przypomniała sobie, Ŝe zostawiła torbę w 
bagaŜniku. Przeszła na tył samochodu i czekała, aŜ Naylor poda jej bagaŜ. 
- Leith - odezwał się, ale nie wyglądał ani trochę cieplej, ani mniej arogancko niŜ 
rano. - Chyba nie... - zaczął i wydawało się, Ŝe zabrakło mu słów. 
Nie czekała, aŜ dokończy zdanie. 
- Masz rację, chyba nie! - stwierdziła. Wyrwała mu z ręki torbę i pomaszerowała w 
stronę domu. 
Niedziela wydawała się wlec w nieskończoność. Leith, opanowana na przemian 
miłością i nienawiścią, nie mogła przestać myśleć o Naylorze. 
Wreszcie zdecydowała się iść spać. Drepcząc przez przedpokój wiedziała juŜ, Ŝe to 
będzie kolejna okropna noc. Nagle podskoczyła jak oparzona. Gdzie podział się 
kapelusz Sebastiana? Zaczęła go szukać, sądząc, Ŝe mógł gdzieś upaść, ale przepadł 
bez śladu! 
I pozbądź się tego! - przypomniała sobie słowa Naylora... właściwie ryknął wtedy tak 
głośno, Ŝe pewnie słyszała go cała ulica. 
Wsunęła się do łóŜka. Nie, nie mogło być innego wytłumaczenia. Powiesiła kapelusz 
Sebastiana na swoim miejscu i wisiał tam jeszcze wczoraj rano, kiedy Naylor po nią 
przyszedł. Więc jeśli nie było to włamanie - a poza kapeluszem nic nie zginęło - to 
znaczy, Ŝe Naylor po prostu go zabrał. 
Przez jedną, szaloną chwilę pomyślała, Ŝe moŜe Naylor pozbył się kapelusza 
Sebastiana z powodu zazdrości. Ta myśl jednak miała bardzo krótki Ŝywot i 
natychmiast zastąpiła ją inna: Naylor usunął kapelusz tylko dlatego, Ŝe go nie 
posłuchała, więc uczynił to osobiście... bez jednego słowa! 

background image

Całe wieki upłynęły, zanim udało jej się zasnąć. Kiedy wreszcie zapadła w sen, była 
to raczej lekka, niespokojna drzemka. W ten sposób obudziła się po raz pierwszy 
długo po dzwonku budzika. Przespała go. W godzinę później ocknęła się ze 
świadomością, Ŝe w Ŝaden sposób nie zdąŜy do biura na czas. 
Szybko wzięła prysznic, ubrała się, wypiła pospiesznie kubek kawy i wsiadła do 
samochodu. 
Wpadła do budynku gratulując sobie, Ŝe nadrobiła trochę czasu i teraz była 
spóźniona tylko pół godziny. Weszła do biura i speszyła się ogromnie: oczy wszyst-
kich zdawały się być zwrócone na nią! 
O, nie - pomyślała. - Spóźniłam się pół godziny i zaraz dostaję manii prześladowczej. 
Oczywiście, Ŝe nikt na mnie nie patrzy! 
- O-la-la! - zawołał Paul Fisher, kiedy go szybko mijała, ale dla niej to o-la-la miało 
tylko jedno znaczenie: najwidoczniej bura, jaką dostał w zeszłym tygodniu, wcale go 
nie poruszyła. 
- Przepraszam za spóźnienie - rzuciła Jimmy'emu, kiedy wpadła do pokoju. - Czy 
nikt... 
Urwała. Jimmy takŜe gapił się na nią. 
- Co...? 
- Kiedy nie było cię o dziewiątej, myślałem, Ŝe juŜ nie przyjdziesz. 
Nim zdołała zapytać, co to ma znaczyć, dodał: 
- Podoba mi się ta fryzura. 
Podniosła dłoń do włosów. Dopiero teraz dotarło do niej, Ŝe rano, robiąc wszystko 
całkiem automatycznie, zapomniała zwinąć je w kok, który zresztą nosiła dopiero od 
niedawna. No i zapomniała okularów. 
- Dzięki-mruknęła. JuŜ zaczęła się zastanawiać, co zrobić ze swoim wyglądem, gdy 
następna uwaga Jimmy'ego doprowadziła ją do szału. 
- Miałaś gościa - zauwaŜył wesoło. - Nie podał nazwiska, ale powiedział, Ŝe się 
odezwie. 
Leith zaczęła gorączkowo myśleć, kto mógłby do niej dzwonić z innego działu, a kogo 
nie znałby Jimmy. Chłopiec tymczasem zwrócił ku niej roześmianą twarz: 
- Mam gratulować tobie czy twojemu narzeczonemu? 
Wybałuszyła na niego osłupiałe oczy. 
- Nigdy nie wiem, komu się gratuluje, kobiecie czy męŜczyźnie, ale bardzo się cieszę 
z twoich zaręczyn. 
Leith jeszcze nie odzyskała mowy. 
- Wszyscy się cieszymy! - dobił ją Jimmy. 
- Wszyscy? - wykrztusiła. 
- Chyba nie sądziłaś, Ŝe twoje zaręczyny z panem Massinghamem przejdą 
niezauwaŜone! - puszył się Jimmy. - Wszyscy wiedzą. Ja... 
Przerwał mu dzwonek telefonu. Zanim podniósł słuchawkę, Leith częściowo 
opanowała zdumienie i właśnie zaczynała być wściekła. 
- To do ciebie - oznajmił, a kiedy potrząsnęła głową, wyszeptał: - Pan Massingham. 
Leith wzięła słuchawkę. 
- Słucham? 

background image

- W moim biurze... natychmiast! Bang! Głos w słuchawce zamilkł. 
- Pan Massingham chce mnie widzieć - powiedziała, wychodząc. 
- Pewnie, sądząc po tym, jak wyglądasz! - wyszczerzył zęby. 
Musiała przedrzeć się przez barykady kolejnych spojrzeń, które napotykała po 
drodze do nowego skrzydła. Wszyscy zdawali się wiedzieć juŜ o jej zaręczynach. 
Vasey, jak inne biura, było siedliskiem plotek. A ta konkretna plotka nie mogła 
wyjść od nikogo innego, z wyjątkiem tego, który rozkazał jej: W moim biurze... 
natychmiast! 
Nie wydawał się zbyt zadowolony. Ona teŜ nie była w najlepszym nastroju. Jak 
mógł oznajmić wszem i wobec, Ŝe są zaręczeni? Jak mógł?! 
- Proszę od razu wchodzić! - wykrzyknęła Moira Russell, kiedy Leith, nie 
zatrzymując się, weszła przez jedne drzwi i juŜ kierowała się ku następnym. 
- Dzięki - rzuciła Leith i weszła bez pukania. Naylor stał przy swoim biurku. Leith 
zamknęła 
drzwi z głośnym trzaskiem i nabrała powietrza, by krzyknąć... Nie zdąŜyła. On był 
szybszy. 
- W co ty do diabła grasz? - ryknął. 
- Ja? - Leith nie straciła kolejnej cennej sekundy. - Jak śmiesz ogłaszać...? 
- Wiesz dobrze, Ŝe nasze zaręczyny były tylko na uŜytek rodziny! Ty...! 
- Kto, na litość boską...? 
- EjŜe, posłuchaj, moja pani - jego agresja sięgała szczytu. - Nikt mnie tak nie złapie 
na haczyk... 
- Haczyk? Ty myślisz, Ŝe to ja...! - kompletnie ogłupiała Leith pojęła, Ŝe Naylor 
oskarŜa ją o rozgłoszenie ich zaręczyn wszem i wobec. - Nie pisnęłam nawet słów... 
Urwała. Z jego agresywnej postawy wywnioskowała, Ŝe moŜe zaprzeczać do śmierci, 
a on i tak jej nie uwierzy. 
- Haczyk na ciebie! - parsknęła, usiłując ukryć, Ŝe rani ją kaŜdym słowem. - 
Massingham, o ile pamiętam, wcale z ciebie nie jest aŜ tak wspaniały kochanek! 
Te nieszczere przecieŜ słowa musiały go dotknąć i nie spodobała mu się jej 
arogancja. Mimo to nie była przygotowana na tak dotkliwy cios, kiedy odparł: 
- Skoro, mimo wszystko, pamiętasz te parę chwil, musiałem wywrzeć na tobie 
ogromne wraŜenie - wysyczał z błyskiem w oku. - ChociaŜ, właściwie, wcale nie 
miałem na myśli naszych spraw łóŜkowych, a jedynie twoje zainteresowanie moimi 
finansami! 
- Och - jęknęła boleśnie, nie wierząc własnym uszom. Nie była pewna, czy 
przypadkiem nie zbladła. Nagle okręciła się na pięcie. Musiała uciec, musiała ukryć 
swój ból. 
On jednak juŜ dostrzegł jej cierpienie, bo zaledwie zrobiła ruch w stronę drzwi, 
znalazł się obok niej. 
- O, BoŜe - wymamrotał bez cienia złości i nieoczekiwanie objął ją ramionami. 
Nie przeprosił za to, co powiedział. Nie oczekiwała tego. Jednak, kiedy stała 
sztywna i nieruchoma w jego objęciach, przyciągnął ją delikatnie - i nagle znalazła 
się tuŜ przy jego piersi. Wytrzymała jeszcze kilka sekund, po czym poddała się jego 
uściskowi. 

background image

Nie pocałował jej, zresztą nie miała na to ochoty. Wiedziała, Ŝe wkrótce odzyska 
zmysły, ale na razie rozkoszą było pozostawanie w jego ramionach. 
- Rozpuściłaś włosy - wymruczał gdzieś sponad jej głowy. 
- Zaspałam i w pośpiechu zapomniałam je spiąć - odparła po prostu. 
- Podoba mi się to - szepnął i wcale nie była pewna, czy nie pocałował jej w czubek 
głowy. 
Leith przytuliła się do niego mocniej. Cała ta huśtawka - od miłości do nienawiści - 
uspokoiła się w niej nagle. Kochała go i chciała, by to wiedział. Podniosła głowę i 
powiedziała powaŜnie. 
- Nie mówiłam nikomu o... o nas. 
Serce biło jej jak zwariowany zegar, kiedy ujrzała w jego oczach wyraz równie czuły, 
jak jego dotknięcie. 
- Ja teŜ nie - odparł cicho. 
Stali tak, spleceni ramionami, patrząc sobie w oczy, kiedy drzwi otworzyły się 
powoli. 
- Więc kto...? - zaczął i oboje odwrócili się, czując nagle, Ŝe nie są sami. 
- Travis! - krzyknęła Leith zaskoczona. 
- Cześć, Leith, Naylor! - uśmiechnął się Travis. 
Leith nagle zdała sobie sprawę z tego, jak muszą wyglądać, objęci i przytuleni, w 
oczach kaŜdego wchodzącego. Odruchowo odsunęła się od Naylora. On wprawdzie jej 
nie zatrzymywał... ale i Travis nie widział nic w tym złego, Ŝe się obejmują. Odkryła 
teŜ, Ŝe za ogłoszenie zaręczyn całej firmie mogą podziękować nie komuś innemu, 
lecz właśnie Travisowi. 
- Chyba się nie gniewasz, Naylor? - zapytał z błogim uśmiechem. - Byłem tu 
wcześniej, bo miałem coś do powiedzenia Leith. Nie mogłem się powstrzymać, Ŝeby 
nie powiedzieć asystentowi Leith, Ŝe powodem spóźnienia mogą być wasze 
zaręczyny. 
Leith była aŜ nadto świadoma wymownego spojrzenia, jakim Naylor obdarzył ją i 
Travisa... i wiedziała, dlaczego. Jak na kogoś, kto powinien być zmartwiony tym, Ŝe 
ukochana kobieta zaręczyła się z kimś innym, Travis trzymał się świetnie. 
Przyszło jej do głowy, Ŝe skoro Naylor wie juŜ, kto jest odpowiedzialny za 
rozgłoszenie informacji o zaręczynach, to właściwie moŜe sobie pójść... 
- Chyba lepiej popracuję trochę - oznajmiła. 
- Ja teŜ juŜ muszę się zbierać - powiedział Travis. Leith wyskoczyła z gabinetu jak 
oparzona, nie czekając, aŜ kuzyni wymienią między sobą ostatnie Ŝarciki. 
Travis dogonił ją w korytarzu. 
- Przyszedłem tu specjalnie po to, Ŝeby się z tobą zobaczyć - oświadczył. 
- Rosemary? - domyśliła się. 
- Tym razem nie chodzi o Rosemary, chociaŜ sytuacja się nie zmieniła - westchnął i 
wyjaśnił: - Wczoraj dotarło do mnie, Ŝe musiałem się zachować jak dureń, kiedy w 
sobotę ogłosiliście swoje zaręczyny. 
- AleŜ skądŜe - zapewniła go Leith. Nie potrafiła mu powiedzieć wprost, Ŝe był to 
tylko element gry. 

background image

Travis jednak juŜ przepraszał, upierając się, Ŝe nie okazał wystarczającego 
entuzjazmu. 
- Po tym wszystkim, co zrobiłaś dla Rosemary i dla mnie... i dalej robisz... 
pomyślałem sobie wczoraj, Ŝe mógłbym choć trochę okazać, jak bardzo się cieszę, Ŝe 
wyjdziesz za mojego kuzyna. Przyszedłem powiedzieć ci, Ŝe nie wyobraŜam sobie 
lepszej Ŝony dla Naylora. 
- Och, Travis - jęknęła bezradnie. 
- Nie było cię jeszcze, kiedy przyszedłem - ciągnął -więc wybrałem się na kawę. 
Kiedy wróciłem, asystent powiedział mi, Ŝe jesteś z Naylorem. 
Leith miała ochotę wyznać mu, Ŝe moŜe zapomnieć o  nowej kuzynce, ale poczuła, Ŝe 
nie moŜe. 
- Jesteś kochany - oznajmiła po prostu. Wiedziała, Ŝe zjawił się tu tylko po to, by 
naprawić swój sobotni brak entuzjazmu. 
W kilka minut później rozstali się. Po drodze do biura pochwyciła kilka przyjaznych 
spojrzeń. Nie była pewna, czy przypadkiem nie powinna zaprzeczać pogłosce, jakoby 
była zaręczona z władcą imperium Massinghama, ale doszła do wniosku, Ŝe jeŜeli 
Naylor będzie miał na tę sprawę sprecyzowany pogląd, to da temu wyraz. Plotka ma 
krótki Ŝywot, historię o ich zaręczynach spotka los innych nowinek. Tymczasem ma 
waŜniejsze sprawy na głowie. 
Pośród tych innych spraw najwaŜniejsze było podejrzliwe spojrzenie, jakim Naylor 
obrzucił ją i Travisa w swoim biurze. Spokój kuzyna na pewno go zaskoczył, więc 
chyba dziś dojdzie do ostatecznych wyjaśnień. 
Wybiła jednak piąta, a Naylor się nie odezwał. Leith poczuła ulgę. Wyszła z biura za 
piętnaście szósta i zauwaŜyła jaguara stojącego na parkingu. Przez moment poczuła 
słabość w kolanach. Otrząsnęła się jednak, wsiadła do samochodu i odjechała. 
Przygotowując sobie kolację ciągle myślała o Naylorze. Dziś rano był taki czuły, 
kiedy dostrzegł, Ŝe zranił jej uczucia. Tak dobrze było zobaczyć tę 
drugą,delikatniejszą stronę jego charakteru. Ze wzruszeniem przypominała sobie 
jego pełne troski spojrzenie. 
Myśli jej sennie krąŜyły wokół jednego tematu. Kiedy wspominała znowu, jak 
delikatnie tulił ją w ramionach dziś rano, nagle aŜ podskoczyła z przeraŜenia. 
Wielkie nieba, czy Naylor przypadkiem nie spostrzegł, jak bardzo jej na nim zaleŜy? 
Ogarnęła ją panika. MoŜe znieść wszystko, z wyjątkiem myśli, Ŝe on wie o jej 
miłości. Przez kilka minut łamała sobie głowę, jak się o tym upewnić. 
Dziesięć minut później ktoś zadzwonił do jej drzwi, i to dość gwałtownie. Czekała 
przez cały dzień na wezwanie - cóŜ, wszystko wskazuje na to, Ŝe konfrontacja 
odbędzie się na jej własnym terenie. 
Podeszła do drzwi i od razu wiedziała, Ŝe to on. Otworzyła z bijącym sercem. Na 
widok męŜczyzny, którego tak kochała, serce wykonało następną ewolucję. 
- Wejdź - zaprosiła go, wiedząc, Ŝe dopóki będzie stał w progu, nie usłyszy od niego 
ani słowa. 
Po drodze do salonu obejrzała się i stwierdziła, Ŝe czułość i delikatność naleŜą do 
przeszłości. Pojawił się za to gniew, z którym juŜ się oswoiła. 
- Co Travis miał ci do powiedzenia? - zapytał bez Ŝadnych wstępów. 

background image

- Co miał mi do powiedzenia? - powtórzyła nieprzyjaznym tonem. - Chciał 
porozmawiać o naszych zaręczynach, twoich i moich, ot co! 
- Jasne, Ŝe nie z nim jesteś zaręczona - warknął. 
- To ty tak mówisz! - prychneła. 
- Masz inne pomysły? 
- GdzieŜbym śmiała? 
- Jak ci zaleŜy na pracy, to nie! - syknął, bliski szału. - Czy wy macie jakąś sekretną 
umowę, o której ja nic nie wiem? 
- O czym ty mówisz? 
Jedynym sekretem, jaki dzieliła z Travisem, była Rosemary. Jak długo jeszcze będę 
trzymać jej istnienie w tajemnicy? - pomyślała. 
- Jak to o czym? Czy ty przypadkiem nie prowadzisz podwójnej gry? 
Z wyrazu jego oczu Leith wywnioskowała, Ŝe biada jej, jeśli zgadł. 
- Wiem dobrze, co o mnie myślisz, ale czy sądzisz, Ŝe twój kuzyn chciałby dalej być 
moim... hm... kochankiem, wiedząc, Ŝe jestem z tobą zaręczona? 
Naylor obrzucił ją nieprzyjemnym spojrzeniem. 
- A więc skończyłaś z nim? - wywnioskował. Leith westchnęła głęboko. JuŜ była 
zdecydowana 
rzucić to krótkie tak, na które czekał, ale ugryzła się w język. Jeśli powie mu, Ŝe nie 
kocha Travisa, moŜe takŜe uda jej się ukryć, kogo kocha naprawdę. 
- Skończyłam z nim... Tak - powiedziała sztywno. - Ale dopiero teraz zrozumiałam, 
Ŝe Travis zawsze będzie dla mnie kimś szczególnym. 
Naylor posłał jej spojrzenie pełne intensywnej nienawiści. Wydawało się, Ŝe chce ją 
przewiercić na wylot. 
- Jeśli to tylko nie wpłynie na twoją pracę! - warknął i, jakby nie mógł ani chwili 
dłuŜej przebywać z nią w jednym pomieszczeniu, odwrócił się i wyszedł. 
Leith opadła na fotel, gdy drzwi wejściowe zatrzasnęły się za nim. Była 
roztrzęsiona. Trudno znieść tyle antypatii, kiedy kocha się tak bardzo! 
Tej nocy znowu nie spała dobrze. Myśli jej były zajęte Naylorem. Myślała o nim, o 
jego wściekłości i ledwie maskowanej groźbie, którą rzucił jej na odchodnym. Do tej 
pory tak dokładnie starała się wypełniać wszystkie jego polecenia, a jednak wciąŜ 
była zagroŜona. 
Z tą smutną refleksją zasnęła, ale kiedy rankiem otworzyła oczy, uświadomiła sobie, 
Ŝe istnieje tylko jedno wyjście. Musi opanować miotające nią uczucia i złoŜyć 
wypowiedzenie. 
Pojechała do pracy wciąŜ nie widząc innej alternatywy. Oczywiście, zostanie jej dług 
hipoteczny, ale nie była to tragedia. Zgodnie bowiem z jej umową z Vasey, z 
wyjątkiem przypadku, gdyby została zwolniona dyscyplinarnie, obie strony musiały 
złoŜyć wypowiedzenie z trzymiesięcznym wyprzedzeniem. Za trzy miesiące 
wyprowadzi się z mieszkania, pozostawiając je najemcy, który pokryje koszty spłaty 
hipoteki. W ciągu trzech miesięcy na pewno nie znajdzie pracy równie dobrze 
płatnej, ale w kaŜdym razie coś znajdzie! 
Natychmiast po wejściu do biura wysłała Jimmy'ego z jakimś poleceniem i napisała 
prośbę o zwolnienie. Wiedziała, Ŝe to będzie bolało, Ŝe w ten sposób traci szansę 

background image

zobaczenia Naylora kiedykolwiek, ale w głębi duszy czuła, Ŝe robi słusznie. Nie 
wytrzyma juŜ dłuŜej jego ataków wściekłości, tego, Ŝe uwaŜa ją za dziwkę. 
Najbardziej jednak bała się, by nie poznał jej prawdziwych uczuć. 
- Idę do biura pana Drewera - oznajmiła Jimmy'emu, kiedy wrócił. Wzięła kopertę z 
wymówieniem i poszła do szefa działu. 
- Pan Drewer wyszedł na kilka minut. Czy mogę w czymś pomóc? - zapytała 
sekretarka. 
- Proszę mu to oddać, dobrze? - poprosiła Leith i wróciła do swego biura, gdzie przez 
następne dwadzieścia minut starała się pracować w skupieniu. 
Nie zdołała na dobre zatopić się w swoich zajęciach, kiedy nagle Naylor wpadł do jej 
pokoju z takim impetem, Ŝe podskoczyła w miejscu. 
- Wynoś się! - bezceremonialnie polecił Jimmy'emu. 
- Tak, proszę pana! - bąknął Jimmy i wyleciał jak z procy. 
- Właśnie rozmawiałem z Drewerem - warknął. -ZauwaŜył, Ŝe niedługo pewnie ślub, 
więc spytałem, co znowu krąŜy po tutejszych liniach. Odpowiedział, Ŝe to jego 
osobisty wniosek, który wyciągnął na widok twojego wymówienia. 
Leith wiedziała, Ŝe Naylor nie będzie zbyt uszczęśliwiony jej rezygnacją, poniewaŜ 
wytrąca mu z ręki wszystkie atuty. 
- Proszę mi powiedzieć, panno Everett - ciągnął groźnie - co do cholery pani sobie 
myśli, tak po prostu odchodząc? 
- Nie moŜesz zabronić mi odejść! - odparła butnie. 
- Nie mogę zabronić ci odejść, fakt - zgodził się, kipiąc gniewem - ale na pewno mogę 
postarać się o to, Ŝebyś juŜ nie dostała pracy w swoim zawodzie! 
Leith otworzyła usta i wyszeptała z niedowierzaniem: 
- Nie zrobiłbyś tego... 
- Tylko spróbuj! - warknął. - Telefon, słówko szepnięte do właściwego ucha o tym jak 
zawaliłaś kontrakt Norwood & Chambers... 
Nie musiał kończyć. 
Leith nie mogła uwierzyć własnym uszom. CzyŜby był rzeczywiście zdolny do takiej 
podłości?! 
- Ty sukinsynu! - syknęła. 
Nie dotknęło go to. Nawet nie mrugnął. 
- Wszystkiego najlepszego z okazji zaręczyn, kochanie! - wypalił. 
 
 
ROZDZIAŁ ÓSMY 
Przebrnęła jakoś przez środę i czwartek, ale w piątek, jadąc do pracy, wciąŜ nie była 
pewna, czy opuści Vaseya za trzy miesiące. Czuła się zbyt zniechęcona, aby szukać 
innego zajęcia. Nie miała Ŝadnych perspektyw na znalezienie odpowiedniej pracy. 
KaŜdy przyszły pracodawca zmuszony byłby zwrócić się do Vaseya o referencje, a 
nie ulegało najmniejszej wątpliwości, Ŝe Naylor Massingham dokładnie zna 
zawartość jej kartoteki. Zapewne poinstruował kadry, by informowały go o 
wszystkim co dotyczy jego „narzeczonej". Mógł jej zaszkodzić w kaŜdej chwili. 

background image

Parkując samochód zastanawiała się, czy wciąŜ jeszcze jest z nim zaręczona? Od 
ostatniego, jakŜe burzliwego spotkania nie dał znaku Ŝycia. 
- Cześć, Jimmy! - rzuciła wesoło asystentowi. Nie pozwoli, by jej kłopoty stały się 
źródłem plotek. 
- Witaj, Leith - odparł powaŜnie. - Naprawdę bardzo podoba mi się twoja nowa 
fryzura. 
Leith wróciła do dawnego uczesania. Upieranie się przy nietwarzowym koku 
wydawało jej się idiotyczne. Zdjęła teŜ okulary. Cielęce spojrzenie, jakim obdarzył ją 
Jimmy, przeraziło ją. Tylko tego teraz brakowało, Ŝeby się w niej zadurzył. 
- Dzięki - odparła krótko. 
O jedenastej Jimmy poszedł na kawę i plotki. Leith pracowała jeszcze przez parę 
minut, po czym doszła do wniosku, Ŝe potrzebuje informacji z innego działu. 
Była juŜ w połowie korytarza, gdy ujrzała Naylora, zbliŜającego się z przeciwnej 
strony. 
Serce w niej zamarło w oczekiwaniu na spotkanie, ale jej narzeczony minął ją bez 
słowa, lodowate spojrzenie lokując gdzieś ponad jej głową. 
Do końca dnia nie mogła znaleźć sobie miejsca. Chyba nigdy dotąd nie pracowała 
tak nieudolnie. Ale jak mogła się skupić, gdy co chwila, zamiast rozłoŜonych przed 
sobą dokumentów, widziała twarz Naylora. Była taka zimna i obca... 
Z zamyślenia wyrwał ją telefon. 
- To chyba pan Massingham - oznajmił Jimmy scenicznym szeptem i podał jej 
słuchawkę. 
Po chwili wahania wzięła ją do ręki. 
- Halo - musiała mocno wziąć się w garść, kiedy okazało się, Ŝe Jimmy ma rację. 
- Chciałbym się z tobą widzieć - powiedział Naylor beznamiętnie. 
- Teraz? - zapytała, zastanawiając się jednocześnie, jak zajdzie gdziekolwiek na tych 
trzęsących się nogach. 
- Dlaczego nie? - odparł i odłoŜył słuchawkę. Co za odmiana! - pomyślała, z lekka 
zaniepokojona. CzyŜby znów coś knuł? 
- Nie zabawię długo - powiedziała do Jimmy'ego. - Idę... 
- Do nowego skrzydła? 
- Za bystry jesteś na tę pracę - mruknęła wyniośle. Ruszyła korytarzem, czując, Ŝe 
zaczyna wpadać w panikę. Czy wezwał ją do swego gabinetu po to, Ŝeby dać jej burę 
za spotkanie w korytarzu dziś rano, zastanawiała się, podchodząc do drzwi Moiry 
Russell. W końcu on teŜ ją zignorował. Nie, nie mógłby być aŜ tak nieprzyjemny - 
doszła do wniosku i weszła. 
- Pan Massingham jest wolny - oznajmiła z uśmiechem Moira Russell. 
- Dzięki - odpowiedziała Leith, mając nadzieję, Ŝe uśmiechem pokryje 
zdenerwowanie. Zapukała, wzięła głęboki oddech i weszła. 
Naylor stał przy biurku, przeglądając jakieś papiery. Serce Leith zabiło mocno - 
BoŜe drogi, jakŜe ona go kocha! 
- Dzień dobry - jakaś aktorka głęboko w jej wnętrzu powitała go uprzejmie na 
uŜytek sekretarki. Kiedy wreszcie podniósł oczy, zamknęła drzwi. - Chciałeś widzieć 
się ze mną? 

background image

- Wejdź - zaprosił ją, a potem rzucił papiery na biurko i podszedł do okna. Milczał 
przez chwilę, jakby roztaczający się stamtąd widok był bardzo interesujący. Nagle 
otrząsnął się z zadumy i powiedział: 
- Wygląda na to, Ŝe wujostwo chcą lepiej poznać kobietę, którą mam pojąć za Ŝonę. 
Leith odwróciła wzrok. Poczuła ukłucie bólu na myśl, Ŝe jeśli Naylor oŜeni się, to na 
pewno nie z nią. 
- Zapraszają nas na weekend do Parkwood- dodał. Nie! - pomyślała zrezygnowana 
Leith. Dość juŜ tej całej farsy! 
- Zacznijmy od tego-odezwała się-Ŝe nie wyjdę za ciebie i... 
Urwała, kiedy dostrzegła pulsowanie Ŝyłki na jego skroni i mimowolny ruch głowy w 
tył. Z ponurego błysku w jego oczach domyśliła się, Ŝe obraziła go. 
- Mogłabyś przynajmniej poczekać, aŜ cię ktoś poprosi, zanim odmówisz - stwierdził 
lodowato. 
Leith aŜ skurczyła się po tych brutalnych słowach. Pomyślała, Ŝe za Ŝadne skarby 
nie pojedzie z nim do Parkwood. Chyba wyczytał z jej twarzy ból i bunt, bo dodał juŜ 
o wiele spokojniejszym tonem: 
- Ciotka i wujek byli dla mnie jak rodzice... wiele im zawdzięczam... 
- Czy dlatego ich okłamujesz? - rzuciła ostro, bo Naylor pielęgnując swoje uczucia 
rodzinne zdawał się nie zwracać uwagi na to, Ŝe czyni to jej kosztem. 
- Wiesz, dlaczego muszę to robić - odparł. Miękkie nuty znikły z jego głosu. 
- OdświeŜ mi pamięć! 
- Czy muszę ci przypominać, Ŝe zabrałem cię do domu tylko po to, aby pokazać 
Travisowi, Ŝe kochasz kogoś innego - zwrot ten, dotyczący go w większym stopniu, 
niŜ sądził, trafił zbyt blisko celu. Leith instynktownie odwróciła się, Ŝeby wyjść. 
- Mogę z miejsca cię zwolnić! - wybuchnął Naylor, zanim zdołała zrobić choćby krok. 
Stanęła nieruchomo i dopiero kiedy poczuła, Ŝe moŜe juŜ zapanować nad sobą, 
odwróciła się powoli. Nie musiał nawet mówić, Ŝe gdyby oskarŜyła go o 
niesprawiedliwe wyrzucenie z pracy, kaŜdy sąd stanąłby po jego stronie. Stąd w jej 
oczach pojawiła się spora doza nienawiści. 
- Bez zapłaty, oczywiście? - zapytała wrogo. 
- Masz rację! - odparł zimno. 
- Niech cię szlag trafi! - rzuciła mu w twarz. Wzruszył ramionami ignorując jej 
zranione uczucia. 
- W kaŜdym razie, dopóki nie zdecyduję inaczej, jesteś moją narzeczoną - warknął. - 
Przyjadę po ciebie jutro o jedenastej. 
Leith przez chwilę spoglądała na niego z buntem w oczach. Los wyśmiał bezlitośnie 
Ŝałosne zaklęcia, Ŝe nigdy więcej noga jej nie postanie w Parkwood. 
Odwróciła się i uciekła. 
Po powrocie do domu długo rozpamiętywała władczy sposób, w jaki ją potraktował. 
Nie mogła pojąć, dlaczego nie kazała, aby ją zwolnił, zostawił w spokoju i poszedł do 
wszystkich diabłów. 
W sobotę rano nadal myślała, jaki sens ma wyjazd do Parkwood. Tydzień temu 
pojechała tam, Ŝeby Travis nie myślał juŜ o niej jako o swej dziewczynie, było to 
zresztą ultimatum Naylora. Tym razem jedzie juŜ nie jako dziewczyna, lecz jako 

background image

jego narzeczona. Gdzie tu logika? Naylor zabiera ją, Ŝeby wujostwo lepiej poznali 
jego przyszłą Ŝonę, podczas gdy wie doskonale, Ŝe na pewno się nie pobiorą. O 
jedenastej zadźwięczał dzwonek u drzwi. 
- Jestem gotowa - powiedziała chłodno. Nie czuła potrzeby zapraszania go do środka, 
więc tylko odwróciła się i poszła po torbę. 
Naylor jednak wszedł bez zaproszenia. 
- Jedna sprawa, zanim wyjdziemy – powstrzymał ją- 
Przystanęła i spojrzała na niego pytająco. Nie rozumiała, o co chodzi, i czekała na 
wyjaśnienia do chwili, kiedy wyjął z kieszeni pierścionek i spróbował włoŜyć jej na 
palec. 
Z zachwytem spoglądała na cacko z brylantów i szmaragdów. Nagle dotarło do niej, 
co oznacza ten gest i poczuła, Ŝe wzbiera w niej piekielna złość. 
- O, nie! Na pewno nie będę tego nosić! - krzyknęła gwałtownie. 
- Co, nie dość dobry dla ciebie? - warknął. Była to kropla, która przepełniła miarę. 
Wszystkie stresy, napięcia i cierpienia, jakie przeŜyła w ciągu ostatnich tygodni, 
skumulowały się. Upuściła torbę na podłogę i ręką zakreśliła łuk. Naylor zareago-
wał błyskawicznie i chwycił ją za przegub, zanim zdąŜyła dosięgnąć celu. 
Pozbawiona moŜliwości fizycznego wyładowania zawyła: 
- Skoro nie moŜesz zrozumieć, Ŝe nie interesuje mnie zawartość męskiego portfela 
ani ile z tego będę miała, to ty potrzebujesz okularów! Jeśli... - nie zdołała 
dokończyć, bo uświadomiła sobie, Ŝe Naylor uspokaja ją, tuli w kojącym uścisku. 
- Ciii - wyszeptał w jej włosy i Leith nagle poczuła się bezsilna. 
Wkrótce jednak złapała drugi oddech i choć cudownie było czuć jego ramiona wokół 
siebie, nadludzkim wysiłkiem woli zdołała odsunąć się od niego. 
Puścił ją, ale wciąŜ trzymał w palcach klejnot. 
- Przede wszystkim ciocia zwróci uwagę, czy nosisz pierścionek zaręczynowy - 
mruknął kusząco. 
Leith trwała w swoim uporze. 
- Ona mnie zna, Leith, wie, Ŝe włoŜę pierścionek na palec mojej narzeczonej w 
pierwszej dogodnej chwili. 
Przeniosła spojrzenie z pierścionka na Naylora, dostrzegła wyczekiwanie w jego 
twarzy i znów spojrzała na klejnot. Czuła, Ŝe coś się na niej wymusza, ale nie miało 
to wielkiego znaczenia. Jednak jeśli ciotka ma zadawać niepotrzebne pytania, lepiej 
aby wzięła pierścionek. Wyciągnęła rękę. 
- Czy one są prawdziwe... to znaczy, kamienie? -zapytała, z oczami wlepionymi w 
ogromny szmaragd pośrodku i dwa mniejsze brylanty po obu stronach. 
- Czy ofiarowałbym mej miłości atrapę? - zaŜartował i Leith podziękowała mu za to 
mroŜącym spojrzeniem. Nie był dusigroszem, więc pierścionek musi być prawdziwy. 
ZadrŜała na myśl o tym, ile mógł kosztować! 
Wsunęła go na serdeczny palec - pasował świetnie. Sam fakt włoŜenia go sprawił, Ŝe 
nogi się pod nią ugięły. Potrzebowała czegoś na otrzeźwienie. 
- Nie jestem przyzwyczajona do noszenia pierścionka stwierdziła kwaśno, Ŝeby 
dodać sobie sił. - Nie miej pretensji, jeśli go zgubię. 
- Nie będę miał - odparł bezbarwnym głosem. 

background image

- I dostaniesz go z powrotem w tej samej chwili, w której opuścimy Parkwood! - 
uzupełniła z czystej przekory. 
- Niech mnie diabli! - zakpił. - Jesteśmy zaręczeni dopiero dwie minuty, a ona juŜ 
mną pomiata! 
Zanim Leith zdołała znaleźć na to właściwą odpowiedź, wziął torbę i razem wyszli z 
domu. 
Sama myśl o tym, Ŝe ktokolwiek mógłby pomiatać Naylorem rozbawiła ją serdecznie 
i nareszcie rozluźniła się trochę. 
- Leith, Naylor! - wykrzyknęła Cicely Hepwood, wychodząc im na spotkanie. Guthrie 
dołączył do nich minutę później i wymienili powitalne uściski. 
- Dałam ci ten sam pokój, co w zeszłym tygodniu - szczebiotała radośnie gospodyni. - 
Na pewno chcesz rozpakować się i umyć ręce przed lunchem, ale zanim pójdziesz... - 
zawahała się nagle. - Chyba masz pierścionek zaręczynowy? - powiedziała powoli. 
Leith skinęła głową, w duchu przyznając Naylorowi medal za zdolność 
przewidywania. Nie mogła jednak oprzeć się fali wzruszenia, kiedy podała pani 
Hepwood lewą dłoń. 
- Tak, i to bardzo piękny - stwierdziła szczerze. Podczas, gdy Cicely rozpływała się w 
zachwytach, Leith poczuła przemoŜną chęć spojrzenia na Naylora. Patrzył na nią: 
nie na ciotkę, nie na pierścionek, ale właśnie na nią - i wydawał się bardzo 
zadowolony. 
Odwróciła wzrok, przekonana, Ŝe rozumie powód jego radości. Przewidział, Ŝe 
pierścionek będzie pierwszą rzeczą, o którą zapyta ciotka. Leith miała ochotę, aby 
znaleźć się gdzieś na tyle blisko, Ŝeby zobaczyć jego minę, kiedy okaŜe się, Ŝe nie 
przewidział czegoś... i złapał się we własne sidła! 
Rozmyślając tak pobiegła na górę, Ŝeby odzyskać równowagę ducha i przyczesać 
włosy przed lunchem. Siedząc w jadalni obok Naylora czuła się o wiele, wiele 
pewniej. 
Rozmowa podczas lunchu była wesoła i sympatyczna. Nikt nie wspomniał Travisa, 
aŜ do chwili kiedy Guthrie poprosił Naylora o radę w sprawie kupna lasu. 
- To pomysł Travisa. Wtedy pochłonięty był ochroną dzikiej przyrody, ale zdaje się, 
Ŝe ostatnio ma... inne sprawy na głowie. 
- Mam nadzieję, Ŝe wszystko dobrze się skończy - uspokajająco wtrącił Naylor i 
pozornie niedbałym tonem zapytał: - A właściwie gdzie on jest? 
Na to pytanie odpowiedziała ciotka. Leith zorientowała się nagle, Ŝe pod wesołą, 
uśmiechniętą maską kryje się bardzo zatroskana kobieta, która stara się ze 
wszystkich sił traktować ją jak członka rodziny. 
- Travis był wczoraj bardzo niespokojny-wyznała Cicely Hepwood. - Właściwie 
przeŜywał coś przez cały tydzień. Wczoraj jednak cierpiał bardziej niŜ zwykle i... - 
głos zadrŜał jej lekko. Musiała przerwać na chwilę, Ŝeby odzyskać panowanie nad 
sobą. - Ostatniej nocy zadzwonił, Ŝebyśmy się nie martwili, ale w ogóle nie wróci do 
domu. To juŜ druga noc, kiedy nie wiem, co się z nim dzieje. 
W tym momencie Leith z całego serca zapragnęła uspokoić choć trochę panią 
Hepwood. Ale co mogła powiedzieć? Travis bardzo kochał Rosemary i myślał o niej 
bez przerwy... ale tego nie mogła powiedzieć nikomu. 

background image

W tej samej chwili Guthrie Hepwood zaczął uspokajać Ŝonę, Ŝe syn zjawi się na 
pewno lada chwila. Leith uznała, Ŝe nie musi juŜ głowić się nad sposobem 
wytłumaczenia Travisa. Przelotnie spojrzała na Naylora i aŜ się cofnęła. Wyglądał, 
jakby ogarniała go szewska pasja. Nigdy dotąd nie widziała w jego oczach takiej 
wrogości i to wyraźnie pod jej adresem! 
Wstrząśnięta do głębi odwróciła wzrok i zastanawiała się, co u licha palnęła tym 
razem. Minęło kilka sekund, odrętwiały umysł zaczął pracować i odpowiedź na 
pytanie przyszła sama. Naylor ciągle dobrze pamiętał, gdzie znalazł swego kuzyna 
tej pierwszej nocy. Był, zdaje się, zupełnie pewien, Ŝe znalazłby go tam i dzisiaj. 
Leith poczuła odradzającą się wściekłość. Miała dość tej koszmarnej podejrzliwości... 
- Chyba pójdę się przebrać - oznajmiła. Zbyt była rozgorączkowana, Ŝeby wytrzymać 
w bezpośredniej bliskości Naylora, kiedy przejdą do salonu. Z uśmiechem 
przeprosiła towarzystwo i wyszła. 
JeŜeli była wściekła, to jej narzeczony z pewnością dzielił ten nastrój, bo takŜe 
wymówił się i odszedł w tym samym kierunku. 
śadne z nich nie odezwało się ani słowem, dopóki nie znaleźli się przed drzwiami 
sypialni. 
- I co? - warknął, gdy Leith miała juŜ wejść do sypialni. Chwycił ją za ramię i 
niezbyt delikatnie zwrócił twarz ku sobie. 
Podniosła wzrok na jego agresywne, mroczne oczy. 
- Co i co? - wybuchnęła. 
- Widziałaś się z Travisem ostatniej nocy? - syknął. 
- Chodzi ci o to, czy został na noc? A był tam, kiedy przyszedłeś po mnie rano? - 
odpaliła i zaczerpnęła tchu. - Oddać ci pierścionek? - zadrwiła. Była dość wściekła, 
Ŝeby mieć na to odwagę. Odwróciła się tyłem. 
Nie odeszła daleko. Zanim zdąŜyła dotknąć klamki, chwycił ją za ramiona i 
przycisnął do ściany. 
- Nie! - zaprotestowała, ale on nawet nie udawał, Ŝe słucha. Całując, więził ją w 
Ŝelaznym uścisku. 
Jego pocałunki były brutalne i sprawiały ból. Usiłowała uwolnić się za wszelką cenę, 
ale to tylko wzmagało jego podniecenie. 
Była równie wściekła na siebie, jak na niego. Wiedziała, Ŝe potrafi ją rozbroić. W 
chwili gdy jego złość nieco minęła albo moŜe zmęczyły go pocałunki, zdołała uwolnić 
dłonie i wesprzeć je na jego piersi. Odepchnęła go z całej siły i - nagle poczuła, Ŝe jest 
wolna. Nie czekała na wyjaśnienia. Błyskawicznie znalazła się w sypialni i 
zamknęła drzwi. 
Oparła się o nie plecami w obawie, Ŝe zechce wejść. Nasłuchiwała ze wstrzymanym 
oddechem. Nie dobiegał Ŝaden szmer, więc uznała, Ŝe musiał sobie pójść. 
Podeszła do okna i spojrzała na rozsłoneczniony trawnik. Poczuła, Ŝe jest zbyt 
wzburzona, by siedzieć w pokoju do samej kolacji. Postanowiła udać się na 
przechadzkę - przy odrobinie szczęścia moŜe uda jej się nie spotkać Naylora. 
Niedyskretne pytania i brutalny pocałunek wciąŜ jeszcze tkwiły w jej pamięci. 
Doszła jednak do wniosku, Ŝe gdyby nawet próbowała dowiedzieć się, dlaczego był 

background image

taki wściekły i omal jej nie pobił, prawdopodobnie odpowiedź nie byłaby zbyt miła. 
W końcu i tak wszystko okaŜe się jej winą! 
Po drodze zauwaŜyła, Ŝe drzwi do salonu są zamknięte. Miała ogromną ochotę wyjść 
nie mówiąc nikomu ani słowa, ale czuła, Ŝe winna jest gospodarzom tę grzeczność. 
Nawet, jeśli nie będzie umiała odpowiedzieć na pytanie, co się stało z Naylorem. 
Podeszła do drzwi salonu, przywołała na twarz miły uśmiech i weszła. Państwa 
Hepwood nie było w pokoju. Miała pecha, w salonie był właśnie Naylor. 
Zatrzymała się raptownie i juŜ miała wyjść, kiedy zawołał ją po imieniu. Wydawał 
się równie wzburzony, jak ona i natychmiast spojrzał na jej lewą dłoń. 
- Szukałam pani Hepwood - powiedziała szybko przyłapując się na tym, Ŝe patrzy na 
jego usta, te same, które tak brutalnie ją całowały. Nagle zapragnęła podejść i 
pocałować go, tak jakby moŜna było zetrzeć całe zło, które juŜ się stało. 
Pewnie uznałby ją za szaloną... 
- Po co ci moja ciotka? - zapytał. Znowu był podejrzliwy. 
- Nie zdradzę jej Ŝadnej tajemnicy! - odparła kwaśno, porzucając swe pokojowe 
zamiary. - Powinna chyba wiedzieć, Ŝe idę na długi spacer. 
- Ciotka jest na górze - odpowiedział i Leith zrobiła krok w kierunku wyjścia. Ale on 
znowu zawołał ją po imieniu, więc odwróciła się niechętnie. 
- Leith, ja... - zaczął powoli, ale nagle urwał. Coś, co zobaczył przez wysokie 
francuskie okno, nie pozwoliło mu dokończyć. 
- Travis! - wykrzyknęła Leith, rozpoznając jego kuzyna. Pomyślała, Ŝe widok syna 
przyniesie pani Hepwood ogromną ulgę, kiedy u boku Travisa dostrzegła znajomą 
postać. 
- Rosemary! - wyjąkała, kompletnie zaskoczona i pobiegła, Ŝeby gorąco uściskać 
przyjaciółkę. 
- Myślałem, Ŝe mama i tato będą tutaj, więc poszedłem na skróty przez trawnik - 
wyjaśnił Travis, roześmiany, najszczęśliwszy człowiek na świecie. - Cieszę się, Ŝe tu 
jesteś, Leith. Powinnaś wiedzieć pierwsza. 
- Dzwoniłeś do Rosemary - domyśliła się. 
- Jeszcze lepiej! - odparł, zaborczo obejmując ramieniem swoją miłość. - Po 
parszywej nocy pomyślałem, Ŝe oszaleję, jeśli czegoś szybko nie zrobię. Rano 
pojechałem do Dorset i... 
- Pojechałeś do Hazelbury? Do domu Rosemary? - dopytywała się zdumiona Leith. 
- Nie mogłem dłuŜej wytrzymać - odparł. - Wydawało mi się, Ŝe im dłuŜej Rosemary 
zostaje z rodzicami, tym bardziej wpajają jej swoje przesądy. W kaŜdym razie 
trząsłem się jak osika, kiedy oznajmiłem państwu Green, Ŝe zamierzam poślubić ich 
córkę i... 
- Poślubić! - ten okrzyk padł z ust Naylora. Och, pomocy - pomyślała Leith, za chwilę 
ktoś zapłaci głową. Miała podstawy, by przypuszczać, Ŝe to będzie jej głowa. 
- AleŜ tak! - wykrzyknął entuzjastycznie Travis, najwyraźniej w siódmym niebie i 
niewraŜliwy na czyjeś groźne miny. 
- Słuchajcie, Rosemary była cudowna. Kiedy zapytałem jej rodziców, co bardziej 
kochają, szacunek sąsiadów czy własną córkę, pokazali mi drzwi. A wtedy ona 
powiedziała, Ŝe postanowiła dać Derekowi rozwód i idzie ze mną. 

background image

- Czy ktoś mógłby powiedzieć mi... - zbyt spokojnie wtrącił się Naylor - ... co się tu 
dzieje, do jasnej cholery? 
Przez moment Travis wydawał się wytrącony z równowagi pytaniem kuzyna, ale juŜ 
po chwili rozpłynął się w uśmiechach. 
- Wybacz mi, Naylor - sumitował się. - Jestem cały w skowronkach. Zapomniałem, 
Ŝe nie znasz Rosemary. Myślałem, Ŝe Leith, pomimo moich usilnych błagań o 
dochowanie tajemnicy, powiedziała ci o wszystkim. 
- Dalej! - ponaglił Naylor. Jego głos był bardziej spokojny niŜ kiedykolwiek. Cisza 
przed burzą. 
- Leith jednak była naprawdę lojalnym przyjacielem - przyznał radośnie Travis. - Od 
chwili, gdy spotkałem Rosemary po raz pierwszy, była dla nas obojga ogromną 
pomocą. A potem, kiedy Rosemary miała kłopoty i nie chciała się ze mną widywać, 
Leith była naszym posłańcem, koiła ból mojego serca i... wyznaję... pijaństwa. 
Szczególnie jednej nocy, kiedy byłem zbyt zalany, Ŝeby prowadzić, połoŜyła mnie do 
łóŜka Sebastiana i pozwoliła wszystko odespać. 
Leith spojrzała na Naylora i dostrzegła, Ŝe ten aŜ kipi ze złości. O, BoŜe, to juŜ 
koniec! - pomyślała. 
- A więc... - zaczął Naylor dość groźnie, ale w tym momencie w salonie pojawili się 
rodzice Travisa. 
- Travis! - zawołała Cicely i rozpromienionym wzrokiem spojrzała na młodą kobietę, 
którą jej syn wciąŜ obejmował ramieniem. - Widzę, Ŝe przywiozłeś przyjaciółkę! 
- Rosemary to coś więcej niŜ przyjaciółka - dumnie odparł Travis. - Mamo, poznaj 
moją przyszłą Ŝonę. 
- TRAVIS! 
Nagle wszyscy zaczęli mówić jednocześnie. Leith spojrzała na ciągle otwarte 
francuskie okno. Właściwie teraz juŜ moŜe iść na ten długi spacer. Zerknęła na 
Naylora, był pochłonięty obserwowaniem rodziny. 
Leith cichutko wyśliznęła się na zewnątrz. Spojrzała na drogę, którą zamierzała 
pójść i nagle poczuła się dziwnie zagubiona. Droga przecinała otwarte pole... a ona 
nie chciała być dostrzeŜona. 
Nieco dalej, na lewo, znajdował się letni domek. W nadziei, Ŝe nie jest zamknięty, 
pobiegła ku niemu jak na skrzydłach. 
Miała szczęście. Oszklone drzwi ustąpiły pod dotknięciem jej ręki. Weszła i 
przekonała się, Ŝe domek jest większy, niŜ wydawał się z zewnątrz. 
Opadła na wyściełaną sofę. W głowie szumiało jej od wraŜeń. Była szczęśliwa, Ŝe być 
moŜe Travis i Rosemary nareszcie zaczną czerpać radość ze swej miłości. 
Wkrótce Leith zapomniała o szczęśliwej parze. Znowu stanęła jej przed oczami 
wściekła mina Naylora. Było w niej coś groźnego. Naylor nie naleŜał do ludzi, którzy 
zwlekają z wyciąganiem wniosków i Leith wiedziała, Ŝe chwila pokuty jest bliska. 
Usłyszała kroki. Poderwała głowę, gdy cień padł na oszklone drzwi, i zamarła. 
Rozpoznała wysokiego męŜczyznę, stojącego z dłonią na klamce i pojęła, Ŝe nadszedł 
czas wyjaśnień... 
Nie odrywała od niego oczu, gdy z bezlitosną miną wszedł do domku. 
Stanął przed nią i przez długą chwilę po prostu patrzył z góry. 

background image

- No - odezwał się twardym, ostrym głosem. -Mów. 
 
 
ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY 
- O... czym? - zapytała. Ta odpowiedź nie została przyjęta zbyt dobrze. 
- Ostrzegam cię - rzekł lodowato. - Nie mam nastroju do zabawy. 
Wskazał głową na dom. 
- MoŜesz zacząć od wyjaśnienia mi, o co do cholery tam chodzi! 
Leith starała się zachować spokój. 
- To chyba mówi samo za siebie - odparła oschle. Oczy Naylora zwęziły się, ręce 
zacisnęły w pięści. 
Przyciągnął do siebie fotel i usiadł naprzeciw niej. Zablokował jej w ten sposób drogę 
do drzwi. Przechylił się i wycedził gniewnie: 
- Dobra, zaczynamy od początku. Kim u diabła jest Sebastian? 
Treść pytania tak zaskoczyła Leith, Ŝe o mały włos nie wyparła się własnego brata. 
- On... mm... jest w... mm... Indiach, na... -zaczęła. 
- Do jasnej cho... - Naylor zmełł w ustach przekleństwo. Zachowywał się jak 
człowiek, którego oszukano, i teraz nie pozwoli na dalsze kłamstwa. Chce mieć 
zatem wszystkie kropki nad I, wszystkie kreseczki nad T i nic, zupełnie nic nie 
pozostawiać domysłom. - Sebastian to twój brat, tak? Jedyny brat? 
- Sebastian jest moim jedynym bratem - przyznała. 
- Jak długo jest w Indiach? - rzucił Naylor, a Leith klęła swe zmieszanie. Teraz, 
kiedy chciała odpowiadać jak najszybciej, nie mogła sobie przypomnieć. 
- Niezbyt długo - odpowiedziała. 
- Rok? Kilka miesięcy? - dopytywał się. Skinęła głową. - Zanim wyjechał, 
mieszkaliście razem? 
- Zgadza się - odparła ostro, zirytowana lekko jego dociekliwością. Wtedy pochwyciła 
błysk zrozumienia w jego oczach. 
- Hipotekę takŜe spłacaliście razem? - nie zawahał się wleźć z butami takŜe w jej 
finanse. 
- JeŜeli musisz wiedzieć - wybuchnęła - chcieliśmy kupić razem to mieszkanie. śeby 
oszczędzić ci pytań - dodała - złoŜyliśmy depozyt w postaci pewnej sumy, którą 
zapisał nam dziadek. 
Naylor nie wydawał się ani trochę zainteresowany sumą, jaką złoŜyli, ani 
dziadkiem. 
- A potem twój brat wyjechał i zostawił cię z całym długiem, nie dając Ŝadnego 
zlecenia płatności pod jego nieobecność? 
- Chyba zapomniał, Ŝe są... - Leith zaczęła bronić Sebastiana, ale urwała. - To ciebie 
nie dotyczy! 
- palnęła bez namysłu. Kiedy spojrzała na wyraz jego twarzy domyśliła się, Ŝe to nie 
był dobry argument. 
- To mnie cholernie dotyczy, kobieto! - ryknął. 
- Zrobiłaś ze mnie kompletnego durnia. Nikt nie robi takich rzeczy bez powodu, 
nawet ty! 

background image

- Miałam doskonały powód - podniosła głos. 
- Jaki? 
- Sam się o to prosiłeś! 
- W jaki sposób? 
- Masz kiepską pamięć! Od pierwszej chwili, od tamtej nocy, kiedy przyszedłeś po 
Travisa, zacząłeś... 
- Do Travisa wrócimy za chwilę - uciął. - Przedtem jednak powiesz mi, dlaczego 
raczyłaś wprawdzie poinformować mnie, Ŝe masz brata, ale umyślnie nie 
powiedziałaś, Ŝe ma na imię Sebastian! To natychmiast rozwiązałoby sprawę innego 
męŜczyzny w twoim Ŝyciu. 
- Dawałeś mi jasno do zrozumienia, jaką masz o mnie opinię, powinnam chyba robić 
wszystko, Ŝeby ją poprawić! - wybuchnęła. 
- I, oczywiście, dlatego nigdy nie wspomniałaś, Ŝe do niedawna twój brat mieszkał z 
tobą i płacił połowę długu hipotecznego, dzięki czemu mogłaś sobie pozwolić na takie 
mieszkanie. I równieŜ dlatego pozwoliłaś mi myśleć, Ŝe to mieszkanie ma tylko 
jedną sypialnię, podczas gdy najwyraźniej są dwie. Co znaczy... 
- O ile pamiętam - przerwała mu ostro Leith - tamtej nocy, kiedy przyszedłeś po 
Travisa, nie byłeś w nastroju do wycieczki po moich nieruchomościach! 
- Mogłaś mi wszystko wyjaśnić! 
- Rzeczywiście, jak diabli! Bo ty miałeś ochotę słuchać wyjaśnień! 
- Jakaś kobieta unieszczęśliwiała Travisa... był w twoim mieszkaniu, więc, na mój 
rozum, to musiałaś być ty! 
- No więc dowiedziałeś się właśnie, Ŝe to nie ja. 
- A ty czekałaś na ten dzień, co? - przerwał jej szorstko. 
- Czekałam? 
- Niech mnie piekło...! - wybuchnął. - ZałoŜę się, Ŝe nieraz miałaś ochotę roześmiać 
mi się w twarz! 
- Jestem tylko człowiekiem! - odparła, pomijając milczeniem fakt, Ŝe częściej z jego 
powodu była bliska łez niŜ śmiechu. 
Okazało się, Ŝe śledztwo dopiero się rozkręca. 
- Dlaczego pozwoliłaś mi sądzić, Ŝe jesteś kochanką mojego kuzyna? - zapytał. - 
Dlaczego...? 
- Z tego, co sobie przypominam - ucięła wrogo -chyba nie uwierzyłbyś mi, gdybym 
powiedziała ci coś innego! Byłeś zdecydowany myśleć o mnie jak o jakiejś... jakiejś 
harpii, która czyha wyłącznie na portfel Travisa! 
- Nawet nie próbowałaś przekonać mnie, Ŝe jest inaczej! - rzekł oskarŜająco. - Nawet 
nie wspomniałaś o istnieniu tej dziewczyny. 
- Rosemary nie chciała, aby ktokolwiek wiedział o jej związku z Travisem - stanęła 
w obronie przyjaciółki - a poza tym byłam święcie przekonana, Ŝe juŜ nigdy więcej 
cię nie zobaczę. 
- Hmmm - mruknął. Potarł dłonią podbródek w zamyśleniu. Wydawało się, Ŝe coś 
sobie przypomniał... i nagle rozluźnił się. 
- To... dla mnie takŜe była niespodzianka - wyznał dziwnym, tęsknym tonem. - 
Przechodząc, zajrzałem do pokoju i zobaczyłem twoją kasztanową głowę... 

background image

- Rozpoznałeś mnie? 
- Byłaś odwrócona plecami, uczesana inaczej, ale... -powiódł spojrzeniem po jej 
długich, lśniących lokach  ten fantastyczny kolor przyciągnął moją uwagę. 
Leith nie była pewna, czy przypadkiem nie woli, kiedy jest bezczelny, wściekły i 
agresywny. Jego łagodność wytrącała jej broń z ręki. 
- Ja... teŜ nie wiedziałam, Ŝe jesteś... Naylorem Massinghamem, moim... szefem - 
wyjaśniła. 
- A ja nie byłem pewny, Ŝe kobieta, którą nazywają Panną Lodowatą, jest tą samą 
brązowowłosą pięknością, z którą kłóciłem się w sobotę rano - odparł. 
Och, Naylor, nie rób tego - myślała rozdygotana Leith. Teraz jeszcze cięŜszą walkę 
musiała stoczyć w poszukiwaniu odpowiedzi. 
- CóŜ, kiedy juŜ się dowiedziałeś, nie miałeś Ŝadnych skrupułów. 
- DuŜo mi to pomogło! - parsknął. Miękki ton znów gdzieś się zapodział. - Tego 
samego wieczoru, kiedy byłem na kolacji z przyjaciółką, kogóŜ to ja widzę w tej 
samej restauracji? Mego kuzyna, otaczającego władczym ramieniem właśnie ciebie! 
- Jeśli dobrze pamiętam, Travis jedynie prowadził mnie do twojego stolika. 
- Ale skoro nie byłaś jego dziewczyną, dlaczego zgodziłaś się iść na kolację? - 
dopytywał się. 
- Jeśli juŜ chcesz wiedzieć - odparła - dlatego, Ŝe Rosemary pojechała do rodziców 
tydzień wcześniej i wtedy jeszcze nie wróciła. Jej rodzice są przeciwni rozwodowi, 
więc bała się powiedzieć im o Travisie. 
- Ha! - chrząknął z niesmakiem Naylor, ale dalej naciskał: - To wciąŜ nie wyjaśnia, 
dlaczego jadłaś z nim kolację. 
Leith nie była zaskoczona jego dociekliwością, ale szczerze zdziwił ją fakt, Ŝe nagle 
zaczął mówić, jak człowiek zazdrosny! Odsunęła jednak od siebie tę myśl. 
- Poszłam z Travisem na kolację, poniewaŜ Rosemary prosiła, Ŝebym się nim 
opiekowała, a poza tym był taki nieszczęśliwy... - wyjaśniła bezdźwięcznym głosem. 
- Lubię go. Lubię ich oboje - ciągnęła z determinacją. - Kiedy Travis zadzwonił, nie 
miałam serca mu odmówić. Wiedziałam, Ŝe musi się komuś zwierzyć. Nigdy nie 
przyszło mi do głowy - dodała szczerze - Ŝe ty moŜesz spędzać wieczór w tym samym 
miejscu. 
- Jasne, Ŝe nie! - napadł na nią Naylor. - Więc dlaczego nie wyjaśniłaś tego przy 
następnym spotkaniu? 
Leith doskonale pamiętała to następne spotkanie. Przyszedł do jej mieszkania i 
całował ją... 
- Nie mogłam - usiłowała odepchnąć od siebie te wspomnienia - poniewaŜ wtedy 
Travis poprosił, Ŝebym nikomu nie mówiła o Rosemary. 
Nagle opanowały ją wyrzuty sumienia. 
- Ja wiem, Ŝe to boli... jesteście przecieŜ rodziną -wyszeptała wzruszona - ale 
Rosemary była naprawdę w rozpaczliwej sytuacji. Ja... po prostu nie mogłam złamać 
danego mu słowa. 
- Oczywiście! - przerwał jej gwałtownie. - Byłaś... Nagle urwał. Znieruchomiał, jakby 
nieoczekiwanie zobaczył coś bardzo waŜnego. Leith pozostała napięta. Nie 
wiedziała, o czym myśli, ale pamiętała jego niesamowitą zdolność kojarzenia faktów. 

background image

- Nie mogłaś złamać słowa danego Travisowi, - zaczął powoli - poniewaŜ go lubisz, 
tak? 
- Hm... tak. Tak mi się wydaje - poddała się. 
W dalszym ciągu nie wiedziała, o czym myśli Naylor. W jego wyglądzie było coś 
dziwnego, dziwny był takŜe sposób, w jaki na nią patrzył, jakby nie chciał nic 
przeoczyć. To było nieco kłopotliwe. 
- Z tego wynika - zaczął ostroŜnie - Ŝe nie złamałabyś słowa danego mnie... z tego 
samego powodu? 
CzyŜby się czegoś domyślał? 
- Czy mogę przyjąć, Leith, Ŝe... przynajmniej w pewnym stopniu... lubisz takŜe i 
mnie? - ciągnął dalej. 
- Tak... nie... oczywiście, Ŝe nie! - wyjąkała i zaraz przekonała się, Ŝe takie 
zaprzeczenie nie pomoŜe jej. 
- A więc dlaczego - ciągnął uparcie - kiedy poprosiłem cię, byś nie mówiła Travisowi, 
Ŝe nasze obustronne zauroczenie jest farsą... dlaczego milczałaś... i dotrzymałaś 
słowa? 
Leith usiłowała wziąć się w garść. Wreszcie, z ulgą, przypomniała sobie 
najwaŜniejszy argument: 
- Wiesz przecieŜ. Stawką była moja praca. Gdybym... 
- Ale - wpadł jej w słowo - złoŜyłaś wypowiedzenie. 
- Wiem, ale... - wykręcała się, czując, Ŝe traci grunt pod nogami. - Nie mogłam mu 
nic powiedzieć, poniewaŜ z nim nie rozmawiałam. 
- Jestem pewien, Ŝe decyzji o porzuceniu pracy nie podjęłaś w poniedziałek, inaczej 
powiedziałabyś Travisowi wszystko, gdy przyszedł rano do biura. 
Mam jeden wielki bałagan w głowie - pomyślała Leith. Zapomniała o tym, Ŝe 
widziała Travisa w poniedziałek. 
- Ale - ciągnął dalej Naylor - moŜe miałaś ochotę powiedzieć mu o tym, Ŝe nie 
jesteśmy naprawdę zaręczeni, teraz, w ten weekend? 
- Nie wiem, o co ci chodi -wyjąkała dzielnie Leith. 
- Przyznam ci się, moja droga, Ŝe sam nie bardzo wiem, co się dzieje - wyszeptał. - 
Wiem tylko jedno - ciągnął - kocham Travisa jak brata, ale nigdy, przenigdy nie 
pozwoliłbym, Ŝeby mi ciebie odebrał. 
Leith wstrzymała oddech. Z trudem docierał do niej sens tych słów. 
- Nie rozumiem... - wyszeptała. 
- Jesteś bystra i inteligentna, Leith. Myślę, Ŝe rozumiesz mnie bardzo dobrze - 
stwierdził stanowczo. 
Nadal się nie odzywała, serce biło jej zbyt mocno. 
- Po tym wszystkim, co przeze mnie przeszłaś, myślę, Ŝe teraz ja powinienem coś z 
siebie dać... Zanim będę miał prawo oczekiwać... 
Zielone oczy wpatrywały się w niego nieruchomo. 
- Mówisz... - zaczęła, ale musiała przerwać. Spazmatycznie zaczerpnęła tchu i 
dokończyła ledwie słyszalnym głosem: - Mówisz... zagadkami. 
- To mnie nie dziwi - zgodził się. - Odkąd cię poznałem, Ŝyję jak na karuzeli. 
- Mówisz... powaŜnie? - wykrztusiła. JuŜ nie miała ochoty uciekać od niego. 

background image

- Nigdy nie mówiłem powaŜniej. 
Nie odrywał czujnego spojrzenia od jej twarzy. 
- Od chwili, kiedy cię ujrzałem - oznajmił bez ogródek - czuję do ciebie pociąg, nawet 
jeśli sam tego nie chcę. 
Leith zamknęła oczy. Tak bardzo potrzebowała takich słów. Po tych wszystkich 
ciosach, jakie jej zadał, mogła spodziewać się wszystkiego, ale nie takich wyznań. 
NiewaŜne, jakie będą tego skutki. 
- N-naprawdę? - wyjąkała i przeszedł ją dreszcz 
- Od pierwszej n-nocy w moim mieszkaniu? 
- O, tak - odparł łagodnie. - Wtedy, oczywiście, sam nie chciałem przyjąć tego do 
wiadomości. Byłem zaślepiony nienawiścią do kobiety, która, jak sądziłem, zmieniła 
mego beztroskiego kuzyna w zapijaczony, storturowany wrak ludzki. 
- On... naprawdę bardzo cierpiał - współczująco wyjaśniła Leith. 
- Ja teŜ! - zawołał nagle. - Jeszcze o tobie nie zapomniałem, kiedy na drugi dzień, 
wracając do siebie po wizycie w dziale kontraktów, zobaczyłem twoją kasztanową 
głowę. Miałem przewodniczyć zebraniu, więc nie było czasu na zatrzymywanie się, 
Ŝeby zawrzeć znajomość z jedynym pracownikiem, którego opuściłem. I cóŜ ja robię? 
Zapominam o spotkaniu i pędzę powiedzieć „Hallo" pannie Leith Everett! 
- Z... hm... z powodu koloru moich włosów? 
- MoŜesz mi wierzyć - odparł. - A potem, kiedy odwróciłaś się, byłem wstrząśnięty 
odkryciem, Ŝe tak wspaniałe włosy ma tylko jedna kobieta na świecie. Poszedłem na 
to zebranie, nie wierząc samemu sobie, Ŝe z miejsca cię nie zwolniłem, ba, nawet nie 
miałem tego zamiaru. 
- Wydawało ci się... Ŝe powinieneś mnie zwolnić? - szybko zapytała Leith. 
- To powinien być mój odruch - przyznał. - A ja ostrzegałem cię tylko, byś nigdy 
więcej nie widywała się z moim kuzynem... Jedynie po to, Ŝeby przekonać się, Ŝe 
jeszcze tego samego wieczoru poszłaś z nim na kolację. 
Miał bardzo Ŝałosną minę, kiedy to mówił. 
- Byłeś... zły? 
- Wściekły - wyznał. -I coś jeszcze. 
- O? - zdziwiła się. Nastrój, jaki zaczynał ich ogarniać, w niczym nie przypominał 
tych dwojga ludzi, którzy przed chwilą kłócili się do upadłego. 
- Jeśli chcesz wiedzieć, co jeszcze, to... - urwał, jakby nagle potrzebował chwili 
przerwy - ... to mogła być tylko zazdrość. 
- Zazdrość! - wykrzyknęła Leith z niedowierzaniem. 
- A cóŜ by innego? - potwierdził spokojnie. - To samo uczucie, które rozpętało się we 
mnie, kiedy następnego wieczoru przyszedłem i wydawało mi się, Ŝe w twojej 
sypialni jest męŜczyzna... 
- Wielkie nieba! - jęknęła słabym głosem. - Naprawdę byłeś zazdrosny. Pocałowałeś 
mnie! - przypomniała, bo chciała coś powiedzieć, aby potwierdzić tę nadzieję, która 
nagle oŜyła. To był właściwie jedyny fakt, jaki zapamiętała z tamtej nocy. 
- Tak... - odparł miękko - to miał być chłodny, wyrachowany gest. Chciałem cię 
pocałować bez emocji, na zimno. I nagle ty zaczęłaś poddawać mi się, a ja musiałem 

background image

walczyć jak diabli, Ŝeby nie zapomnieć, Ŝe jesteś w moich ramionach... i nie dlatego, 
Ŝe jesteś piękna, a mnie ogromnie się ten pocałunek spodobał... 
- Ja teŜ nie spodziewałam się... nie mogłam uwierzyć... Ŝe tak ci odpowiedziałam... - 
wyznała Leith. 
Naylor wyciągnął rękę i ujął jej dłoń, spoczywającą na kolanach. A potem cicho 
zapytał: 
- Leith, czy to coś znaczy? 
- C-cóŜ... - męczyła się okropnie, aŜ wreszcie przyznała nerwowo: - Ch-chyba tak. 
- Na przykład? - ponaglił ją. Pochylił się i wyczekująco spojrzał jej w oczy. - Nie 
jesteś pewna, czy rozumiesz, co mówię, prawda? 
Leith patrzyła na niego oszołomiona. 
- Chyba powiedziałem dość? - zapytał. 
Leith odzyskała wreszcie zdolność mówienia. –To czy to, co mówisz, nie jest 
przypadkiem... częścią kary za to, Ŝe nie powiedziałam ci o Rosemary i... 
- Kary! - wykrzyknął przeraŜony - Och, nie! Dokonałaś fantastycznych rzeczy, Ŝeby 
utrzymać Travisa przy zdrowych zmysłach... - urwał. Serce Leith tłukło się jak 
oszalałe. 
- Czy naprawdę czułabyś się ukarana, gdyby to, co powiedziałem, nie było prawdą? 
- Nigdy nie lubiłam być okłamywana - odparła po paru chwilach wewnętrznej 
walki... i musiała przyznać Naylorowi, ze i ona nie była w porządku pod tym 
względem. Umyślnie nie powiedziała mu przecieŜ, Ŝe są z Travisem jedynie 
przyjaciółmi. 
To, co powiedział, wystarczyło jednak, by mocno ścisnęła jego dłonie i spojrzała na 
niego z miłością. 
- Nie okłamuję cię, Leith. Poznałem gorycz zazdrości i nie chciałbym, aby dotykał cię 
inny męŜczyzna. Pragnę cię tylko dla siebie. 
- Pragniesz mnie? - wyszeptała drŜącym głosem. Nie chciała, aby brzmiał tak 
płaczliwie, ale ta nutka wzruszenia zdawała się rozczulać Naylora. 
- Pragnę? Leith, jesteś moją miłością. PrzecieŜ to właśnie usiłuję ci powiedzieć - 
Naylor usiadł obok niej. 
- Nie wierzę ci... - jednak jej oczy przeczyły słowom. Naylor dostrzegł ich prawdziwy 
wyraz i to dodało mu odwagi. 
- A chcesz w to uwierzyć? - zapytał. 
Leith w milczeniu wpatrywała się w niego, a kiedy głos znów odmówił jej 
posłuszeństwa, mogła zrobić tylko jedno. Skinęła głową. 
- Więc sprawię, Ŝe uwierzysz! - wyszeptał miękko, a potem delikatnie, czule, objął ją 
ramionami. 
Leith była bliska łez, tak cudowne to było uczucie, gdy Naylor przytulił ją i niemal z 
naboŜeństwem dotknął ciepłymi, namiętnymi wargami jej ust. 
- Och, Naylor - jęknęła, gdy przerwał pocałunek. Przyglądał się jej długo, pieszcząc 
wzrokiem jej twarz, a potem muśnięciami ust, lekkimi jak wietrzyk, zaczął okrywać 
jej oczy i czoło. 

background image

- Kochasz mnie, najdroŜsza? - zapytał. Delikatnie, pieszczotliwie odgarnął włosy z 
jej czoła. - Chciałbym w to uwierzyć, ale choć twoje oczy zdradzają, co czujesz, muszę 
to usłyszeć, proszę... 
Uśmiechnął się zachęcająco. Leith uśmiechnęła się takŜe. 
- Tak, bardzo cię kocham, Naylor - powiedziała. 
- Moje kochanie! - wyszeptał. 
W letnim domku na długie minuty zapanowała cisza, kiedy oboje przylgnęli do 
siebie, spleceni ramionami, i całowali się i tulili, i znów całowali. Odsuwali się od 
siebie tylko po to, by za chwilę znów czerpać radość z bliskości. I znowu obejmowali 
się mocno, aŜ wreszcie niedowierzanie stopniowo zmieniło się w wiarę. W gorącym 
uścisku nagle zaczęło do nich docierać, Ŝe to, co uwaŜali za nieosiągalne, nagle stało 
się rzeczywistością. 
- Moja słodka, słodka, uwielbiana Leith -mrukął, układając jej głowę wygodnie na 
swym ramieniu. 
- Wiem, Ŝe na to ani trochę nie zasłuŜyłem, ale... powiedz mi to jeszcze raz. 
- śe... cię kocham? 
- I jeszcze raz. 
- Kocham cię - zaśmiała się Leith. 
- Niewiarygodna kobieto! NaleŜę do ciebie - rzekł gorąco. 
- Jak to się stało, Ŝe mi to nigdy nie przyszło do głowy? - zaŜartowała, wciąŜ 
zawstydzona, choć wszystkie mury runęły juŜ dawno. 
- Nie powinno było - burknął z udanym gniewem. -I bez tego miałem dość 
problemów, Ŝeby zrozumieć, co się ze mną dzieje. Nie chciałem, Ŝebyś jeszcze ty - 
powód moich bezsennych nocy - znała moją słabość. 
Leith nie mogła sobie wyobrazić słabego Naylora. 
- Ty teŜ miałeś bezsenne noce? - zagadnęła. 
- A ty teŜ? - zapytał z niedowierzaniem, a gdy przytaknęła, uśmiechnął się 
zadowolony. 
- Mówiłeś, Ŝe nie moŜesz tego pojąć? Pragnęła wiedzieć o nim wszystko, co tylko 
moŜna 
wiedzieć, ale nie miała pojęcia, od czego zacząć. 
- Nic nie mogłem pojąć - odparł. - Dopóki nie zrozumiałem, dlaczego moje myśli 
wciąŜ pełne są ciebie, nie wiedziałem, czemu jeszcze cię nie wyrzuciłem. Dopiero 
później pojąłem, Ŝe nie dlatego, Ŝe nie chciałem, ale dlatego, Ŝe nie mogłem cię 
wyrzucić... Miałaś być tam, gdzie mógłbym na ciebie patrzeć. 
- Naprawdę? - westchnęła Leith. - Ty potworze, a obiecywałeś, Ŝe mnie wyrzucisz, i 
to bez odprawy! 
- Uległem panice. 
- Panice? Ty? 
- Nie potrafiłem znieść myśli o weekendzie bez ciebie, a kiedy odmówiłaś, straciłem 
głowę i zagroziłem, Ŝe cię wyrzucę. 
- Och, Naylor - miękko wyszeptała Leith. 
- Kochanie moje... obudziłaś we mnie uczucia, o które nawet się nie podejrzewałem. 
I to bardzo róŜnorodne: zazdrość, rozpacz, wściekłość, nadzieję. Nigdy dotąd nie 

background image

odczuwałem, nie cierpiałem tak mocno. - Naylor przytulił policzek do jej włosów. - A 
gdy na dodatek pojawił się jeszcze jeden facet, jakiś Sebastian... 
- Co zrobiłeś z jego kapeluszem? - przypomniała sobie Leith. 
- Dostanie inny - odparł Naylor, uśmiechając się beztrosko. - Chciałem 
wyeliminować wszystkich innych męŜczyzn z twojego Ŝycia. 
- Inni męŜczyźni? Nie było innych męŜczyzn! - zaśmiała się. 
- Ja o tym nie wiedziałem - burknął. - ZŜerała mnie zazdrość, kiedy zobaczyłem cię 
w ramionach tego Fishera... 
- Byłeś zazdrosny o Paula? - jej głos zniŜył się do szeptu. 
Naylor przytaknął. 
- Nawet kiedy zorientowałem się, Ŝe tak stanowczo odrzuciłaś jego zaloty, nie 
przestałem być zazdrosny. 
- NaskarŜyłeś na niego do Roberta Drewera - przypomniała sobie Leith. 
- I jeszcze jak! Nie Ŝyczę sobie tego rodzaju napaści w mojej firmie, a zwłaszcza, 
kiedy dotyczą ciebie! UwaŜasz pewnie, Ŝe jestem bezczelny? PrzecieŜ ja takŜe cię 
napastowałem... ale to była twoja wina, najdroŜsza! 
- Moja? - zawołała tonem uraŜonej niewinności. 
- A o kim myślałem przez cały weekend? 
- O mnie? - zapytała rozczulona. 
- A o kim? - zaśmiał się. W jego uśmiechu było samo słońce. - Nic dziwnego, Ŝe nie 
mogłem się doczekać chwili, gdy przyjdziesz do mojego biura w poniedziałek rano. 
Leith była szczęśliwa. 
- Myślałam, Ŝe chcesz mnie przepytać z dokumentacji Palmer & Pearson, a ty 
powiedziałeś mi, Ŝe mam zostać twoją dziewczyną. 
- A teraz mogę się tylko cieszyć, Ŝe zataiłaś przede mną twój prawdziwy stosunek do 
Travisa. 
- Myślałam, Ŝe kiedy juŜ się dowiesz, co zrobiłam... czego nie zrobiłam, zamordujesz 
mnie. 
- Z całą przyjemnością, gdybym nie był w tobie tak zakochany - odparł z uśmiechem. 
- Zdecydowałem, iŜ jeśli tak bardzo zaleŜy ci na pracy, Ŝe zaŜądałaś mojego słowa, to 
będziesz od tej pory miała furę zajęć. 
- I powiedziałeś mojemu szefowi, Ŝe powinnam mieć ich tyle, Ŝeby zajęły mi dzień i 
noc? - zapytała ponuro. 
- Wybacz, nie wiedziałem jeszcze wtedy, kim jest Sebastian. Byłem zbyt dumny, 
Ŝeby zapytać, a z zazdrości nie chciałem, aby została ci choć odrobina czasu na 
kontakty towarzyskie. Zazdrość ciąŜyła na mnie jak przekleństwo. Jak nie Travis, to 
Sebastian... 
A tego wieczoru, kiedy całą godzinę przesiedziałem na parkingu w oczekiwaniu na 
ciebie... ja, który nigdy nie czekałem na Ŝadną kobietę dłuŜej niŜ kwadrans!... ciągle 
miałem przed oczami ciebie w towarzystwie innego męŜczyzny! 
- A ja szukałam mieszkania. Wróciłam do domu sama - wyszeptała. 
- A kiedy się wściekłem, roześmiałaś mi się w nos... i wtedy juŜ wiedziałem, Ŝe cię 
kocham. 
- Wiedziałeś? 

background image

- Z całą pewnością - odparł czule. - Ale krótko byliśmy sami. Zaraz przyplątał się 
Travis. Byłem załamany myślą, Ŝe on był twoim kochankiem i musiałem wyjść, 
zanim się zdradzę. 
Leith spoglądała na niego czułym wzrokiem. 
- Ze mną działo się to samo, zauwaŜyłam u siebie jakąś dziwną awersję do twoich 
znajomych blondynek... 
- Naprawdę? - roześmiał się uszczęśliwiony. Pocałował ją serdecznie. 
- Wiedziałaś, co to było, kiedy po raz pierwszy poczułaś do mnie coś... innego niŜ 
nienawiść? - zapytał, zanim jej serce zdołało uspokoić się. 
- Mogę ci dokładnie powiedzieć - odparła miękko. - Kiedy poczułam, Ŝe cię kocham. 
Ostatniej soboty. Poszliśmy na spacer, a ty powiedziałeś coś... 
- Coś obraźliwego i bardzo nie na miejscu - przypomniał sobie. 
- A ja cię uderzyłam i... 
- I naleŜało mi się. 
- Kiedy się ze mną zgadzasz, wytrącasz mi broń z ręki - zaśmiała się. 
- Będę o tym pamiętał - skinął głową... ale nie pozwolił na zmianę tematu. - Mów 
dalej. 
- To wszystko - uśmiechnęła się. - Pobiegłam do domu, wściekła, zraniona i 
zagniewana... i zrozumiałam, Ŝe nie dotknęłoby mnie to tak bardzo, gdybym cię nie 
kochała. 
Naylor natychmiast przygarnął ją do siebie i ucałował tak czule, jakby chciał 
scałować wszystkie ślady ran, jakie jej zadał. 
- Czy to ci pomoŜe przebaczyć mi, kochanie, jeśli powiem, Ŝe wiłem się potem w 
piekielnych mękach? 
- Przebaczę ci wszystko - zaofiarowała się, ale coś jeszcze ją niepokoiło: - Nie 
cieszyłeś się z powrotu do domu? 
- Nie o to chodziło. Zdałem sobie sprawę, Ŝe nienawidzę kaŜdego spojrzenia i 
uśmiechu, jakim podczas lunchu obdarzałaś Travisa. A kiedy poszedłem za tobą i 
znalazłem cię w bibliotece wraz z nim... czule dotykającą jego ramienia.... 
- Och, Naylor - rozczuliła się. - Poszłam do biblioteki, Ŝeby zadzwonić do Rosemary. 
Travis prosił mnie o to, na wypadek, gdyby jej rodzice byli w domu. I rzeczywiście 
byli - dorzuciła, gdy Naylor zrobił taką minę, jakby chciał usłyszeć więcej. - Travis 
rozmawiał z Rosemary, ale rozmowa urwała się. Był zrozpaczony. 
- I ja teŜ - zauwaŜył Naylor z półuśmieszkiem, który juŜ zdąŜyła pokochać. 
- I dlatego podczas kolacji powiedziałeś o naszych zaręczynach? 
- Wydawało mi się, Ŝe nie masz zamiaru skończyć z Travisem, dlatego 
zdecydowałem się to zrobić za ciebie, ogłaszając, Ŝe jesteśmy zaręczeni. Na złość 
sobie, bo wściekłaś się i przez cały wieczór doprowadzałaś mnie do szału, udając 
zakochaną. Chciałem, Ŝebyś była zakochana, a nie udawała - wyznał. 
- Przepraszam - szepnęła miękko. 
- To ja powinienem przepraszać - odparł szybko i ciągnął: - Jakiś diabeł we mnie 
wstąpił, kiedy przed drzwiami swojej sypialni wykrzyczałaś, Ŝe Travis nieraz 
zostawał u ciebie na noc. Poniosło mnie – głęboko zaczerpnął tchu, jakby tamto 
wspomnienie wciąŜ go prześladowało. - Przeraziłem cię, prawda? 

background image

- Eee... nie tak bardzo - odparła, przypominając sobie, jak bardzo wtedy cierpiała jej 
uraŜona duma. -Tylko... tylko na początku. 
Po tym wyznaniu urwała nagle, bo na jego twarzy dostrzegła wyraz bezgranicznego 
zmieszania. 
- Co się stało? - zapytała. - Co ja takiego...? 
- Tamtej nocy... - wykrztusił. -Tamtej nocy powiedziałaś, Ŝe jesteś dziewicą. Czy... 
to...? 
- Prawda? - dokończyła za niego. Ze wzrokiem utkwionym w jej twarzy skinął głową. 
- CóŜ... - odpowiedziała. - Nigdy nie miałam... kochanka... 
Wydawał się tak osłupiały, Ŝe musiała dodać parę wyjaśnień. 
- Byłeś pierwszym - szepnęła wstydliwie - który zbliŜył się do mnie najbardziej. 
- Och, kochanie - jęknął. - Chodź tutaj. Przytulił ją mocno i zaczął okrywać 
delikatnymi 
pocałunkami całą jej twarz. 
- Och, moje kochanie - wyszeptał znowu. - Moje zachowanie było naprawdę 
niewybaczalne! 
- Nie rozumiem... - szepnęła matowym głosem, pozwalając przez długą chwilę 
trzymać się w ramionach. Jego uścisk dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Dopiero 
potem przyszła pora na wyjaśnienia. 
- Kiedy ciotka i wujek wrócili ze stajni, oprzytomniałem odrobinę i wróciłem do 
pokoju, aby przeŜyć jedną z najbardziej koszmarnych nocy. 
- Koszmarnych? - zdziwiła się, pamiętając własne cierpienia. Nie przyszło jej do 
głowy, Ŝe on mógł czuć to samo. 
- A jakŜe inaczej? Wiedziałem, dlaczego straciłaś poprzednią pracę, jak reagowałaś 
na zaloty Fishera. To dało mi dowód twojej wraŜliwości i dumy. I oto ja, zakochany 
w tobie jak wariat, dołączyłem do tej kolekcji. PrzecieŜ rzuciłem się na ciebie, a ty 
byłaś tym przeraŜona. Kiedy oprzytomniałem, omal nie spaliłem się ze wstydu i 
dlatego przyspieszyłem nasz wyjazd. 
- I to był ten powód? - wykrzyknęła zdumiona Leith. - Właściwie myślałam, Ŝe 
zostaniemy parę godzin dłuŜej, ale... 
- Chciałem wyjechać po lunchu, ale kiedy zobaczyłem cię rano, a ty oblałaś się 
rumieńcem, przyspieszyłem wyjazd. Byłem przekonany, Ŝe ten rumieniec 
spowodował uraz i strach. Uznałem, Ŝe powinienem zabrać cię tam, gdzie poczujesz 
się bezpieczna. Później chciałem... właściwie próbowałem... powiedzieć ci, Ŝe nie 
musisz się mnie bać... 
- Nie bałam się ciebie! - szybko zapewniła go Leith. 
- Wiem, Ŝe zaczerwieniłam się wtedy w sobotę, ale... hm... rzadko zdarza mi się... 
hm... tulić do męŜczyzny... prawie n-nago... 
- Wstydziłaś się? - zawołał z niedowierzaniem. Wyraz jego twarzy złagodniał. - 
Wstydziłaś się, bo Ŝaden męŜczyzna nigdy przedtem cię tak nie oglądał! NajdroŜsza 
moja - wyszeptał i przytulił ją. 
- Nigdy nie bałam się ciebie, ani trochę - głos Leith był chropowaty ze wzruszenia, 
ale uwaŜała, Ŝe powinna mu to powiedzieć. - W zeszły poniedziałek trzymałeś mnie 
w ramionach, a ja byłam bardzo szczęśliwa. 

background image

- Ty teŜ? - wymruczał i wyznał: - Przylgnęłaś do mnie, wydawało mi się, Ŝe usłyszysz 
bicie mojego serca, bo tym razem tak nie udawałaś jak przy wujostwie... Ale moje 
serce biło mocno z innego powodu. 
- Jakiego? - musiała się dowiedzieć. 
- Znałem cię jako wraŜliwą, ale pyskatą kobietę - odparł uszczęśliwiony. - A jednak 
brutalnie zasugerowałem, Ŝe interesują cię wyłącznie moje pieniądze, zobaczyłem w 
twoich oczach ból. Poczułem wtedy, Ŝe mogę cię zranić. MoŜe to okrutne, ale czyŜby 
znaczyło, Ŝe czujesz do mnie coś... cokolwiek, chociaŜ trochę? 
- I co zdecydowałeś? - zapytała, przesuwając głowę tak, by widzieć jego twarz. 
- Zanim zdąŜyłem to zrobić, pojawił się Travis, a mnie znowu zaczęła zŜerać 
zazdrość i podejrzliwość. To, oczywiście, nie pomogło, kobieto - warknął - bo tamtej 
nocy, kiedy przyszedłem do ciebie, powiedziałaś mi, Ŝe Travis zawsze będzie dla 
ciebie kimś specjalnym. Nie mogłem tego przełknąć. Musiałem wyjść, zanim 
zrobiłbym coś głupiego. 
- Och, kochany! - zawołała Leith. - Powiedziałam to tylko ze strachu, Ŝe moŜesz 
domyślić się, kogo kocham naprawdę. 
- Ty czarownico! - szepnął miłośnie. - A zaraz następnego dnia dobiłaś mnie 
wymawiając pracę. Nie mogłem pozwolić ci odejść. Dlatego zareagowałem tak 
gwałtownie. 
- Raz-dwa przywołałeś mnie do porządku, czyŜ nie? - roześmiała się. 
- Masz rację - zaśmiał się. - Ale i tak nie miałem pewności, czy po prostu nie 
odejdziesz, nie czekając na moją zgodę. Omal nie zwariowałem, zanim nie zoba-
czyłem cię w piątek. 
- PrzecieŜ spotkaliśmy się wczoraj rano na korytarzu. Udałeś, Ŝe mnie nie widzisz - 
przypomniała mu. 
- Jak mogłem cię zaczepić? Twoja mina wskazywała, Ŝe nie masz ochoty na rozmowę 
- skontrował Naylor. - Ale i tak potem przyszedłem po ciebie! 
- Serio? - podskoczyła. 
- Serio - potwierdził. Po tym wszystkim nie wyobraŜałem sobie, Ŝe mógłbym nie 
zobaczyć cię przez cały weekend. Nigdy przedtem nie tęskniłem za nikim. Co za 
potworne uczucie! 
- I dlatego posłałeś po mnie wczoraj po południu? Skinął głową. 
- Nie byłem pewien, czy mi uwierzysz, Ŝe wujostwo chcą cię lepiej poznać, ale tylko 
to mogłem wymyślić, Ŝebyś się zgodziła. 
- Kłamałeś! 
- Tak i nie - odparł. - To prawda, Ŝe moja rodzina chce cię poznać... choć nigdy tego 
nie powiedzieli. 
- Ty kłamczuchu! - uśmiechnęła się z uwielbieniem. 
- To teŜ prawda -zgodził się wesoło, choć jego twarz pociemniała na chwilę. - 
Zaledwie tam dotarliśmy, a juŜ znowu z zazdrości traktowałem cię... no, brutalnie. 
Leith podniosła na niego oczy i zrozumiała, jak straszne przeŜywał tortury. 
- A ja - wyszeptała cichutko - gdy tylko zobaczyłam cię znowu, miałam ochotę 
zatrzeć wszystko, co było, o tak - i leciutko, bardzo leciutko pocałowała go. 
- Naprawdę? - zapytał zdumiony. 

background image

- Słowo skauta! - uśmiechnęła się. 
- Jesteś cudowna, będę ci to mówić codziennie. Wtedy, kiedy uciekłaś przede mną do 
sypialni, nie wiedziałem, co mam ze sobą zrobić. Bałem się, Ŝe skrzywdziłem cię 
mimo woli. Chciałem nareszcie skończyć tę farsę, wyznać, co czuję naprawdę. Ale 
nagle pojawił się Travis z inną kobietą, a ty zniknęłaś... 
- Znalazłeś mnie bardzo szybko - zauwaŜyła. 
- Pewnie, Ŝe tak - odparł dumnie i podniósł do ust jej dłoń, całując palec z 
pierścionkiem. 
- Zaraz ci go oddam - wymamrotała niezręcznie. 
- Co? 
- Pierścionek. 
- Nie podoba ci się? JeŜeli nie, to... 
- Nie o to chodzi - przerwała. - Jest piękny. Po prostu, skoro nie jesteśmy zaręczeni, 
nie chciałabym... 
- Nie jesteśmy zaręczeni? Bogowie, Leith, a jak sądzisz, o czym mówię od dłuŜszego 
czasu? Musimy się pobrać jak najszybciej. 
- Pobrać? - wykrztusiła. - M-my? 
- A nie chcesz? - zapytał na swój dawny, bezpośredni sposób. 
Nie zastanawiała się ani chwili. 
- Jasne, Ŝe chcę - odparła. 
- Wyjdziesz za mnie?-upewnił się Naylor, jak zwykle chciał mieć wszystkie kropki 
nad I i kreseczki nad T. 
- Jesteś pewien? 
- Jak niczego na świecie - rzekł powaŜnie. - Wczoraj, kiedy śmiałaś powiedzieć, Ŝe 
nie wyjdziesz za mnie, sam byłem poraŜony siłą mojej reakcji. Wiedziałem, Ŝe nie 
spocznę, dopóki nie zostaniesz moją Ŝoną. A teraz odpowiedz mi po prostu tak i 
przestań mnie juŜ męczyć - poprosił. 
- Tak, proszę pana - odparła posłusznie i roześmiała się, a on razem z nią.