background image
background image

KATARZYNA LEDWOŃ

COŚ SIĘ KOŃCZY

Oficyna wydawnicza RW2010 Poznań 2014

Redakcja i korekta zespół RW2010 

Copyright © Katarzyna Ledwoń 2014

Okładka Copyright © Mateo 2014

Aby powstała ta książka, nie wycięto ani jednego drzewa.

Dział handlowy: 

www.marketing@rw2010

Zapraszamy do naszego serwisu: 

www.rw2010.p

Utwór bezpłatny,

z prawem do kopiowania i powielania, w niezmienionej formie i treści,

bez zgody na czerpanie korzyści majątkowych z jego udostępniania.

background image

Katarzyna Ledwoń   

R W 2 0 1 0    Pietruchowe czary mary

D

ruga połowa pamiętnego roku była dla mnie fatalna. Dla niepoznaki zaczęła się 

doskonale, udało mi się zakończyć drugą klasę z wynikiem pozwalającym przejście 

do   następnej,   maturalnej.   W   wakacje   spotkałam   swoją   pierwszą   wielką   miłość, 

Pawła. Był kilka lat ode mnie starszy, miał swoje mieszkanie, pracował. Tak zawrócił 

mi w głowie, że wyprowadziłam się z domu i zamieszkałam razem z nim. Nie mogło 

być zresztą inaczej, skoro wybrał właśnie mnie, a nie Kaśkę, moją koleżankę z klasy. 

Ona się oczywiście podle zemściła... 

Pewnego dnia nasza wuefistka, Piękna Becia, znalazła przed lekcją w szatni 

dziewczyn torebkę z marihuaną. 

– No, panienki, doigrałyście się – zawołała z satysfakcją, patrząc wtedy na jej 

minę,   zastanawiałam   się,   skąd   w   tej   ładnej,   stosunkowo   młodej   kobiecie   tyle 

wysokogatunkowej  nienawiści  do nas,   nieogarniętych siks  z pryszczami  i  tonami 

kompleksów. – Już teraz wiem, skąd te wasze niby niedyspozycje: bolące główki, 

okresiki, słabe żołądki, zwolnienia lekarskie! Co, może to jest lekarstwo?! Słucham?!

Żadna z nas nie odważyła się pisnąć.

– W takim razie mam dla was propozycję nie do odrzucenia. Będziecie biegać, 

aż dowiem się, czyje to jest. Nie myślcie, że nabiorę się na wymioty czy omdlenia. 

Te, które nie mają ochoty albo nie wytrzymają, dostaną pały na półrocze, chyba, że 

zmądrzejecie…

– A jak ktoś nie ma stroju? – zapytała cichutko bardzo blada Ania, której chyba 

nikt jeszcze nie widział ćwiczącej.

Piękna Becia uśmiechnęła się szeroko, ale nie był to przyjazny uśmiech.

– O, to żaden problem, kochanie, możesz biegać na golasa! A jak wyhodujesz 

sobie pióra, to możesz nawet fruwać!

Zduszony śmiech przeszedł po sali, mimo grozy sytuacji.

Wtedy nieoczekiwanie odezwała się Kaśka.

– To Lilki. Ona spotyka się z takim pokręconym kolesiem. Od niego pewnie 

dostała w prezencie...

3

background image

Katarzyna Ledwoń   

R W 2 0 1 0    Pietruchowe czary mary

Ja – wtedy wielce zakochana – miałam słabą orientację w otoczeniu, ale byłam 

całkowicie pewna, że to nie moja marihuana, i w tamtym momencie rękę dałabym 

sobie   uciąć,   że   mój   chłopak   nie   mógłby   mi   zrobić   czegoś   takiego.   Ponadto 

widziałam, jak paczuszka wypadła z jej torby. Ale Kaśka ma ustosunkowanych i 

bogatych rodziców…

Nikogo   nie   interesowało,   co   wiem;   obowiązującą   stała   się   jedna   wersja. 

Dyrektorka, do której zostałam zawleczona przez Piękną Becię, stwierdziła w swej 

łaskawości, że tylko wyjątkowa wyrozumiałość pozwala jej potraktować pobłażliwie 

taką przestępczą kreaturę jak ja, w tak poważnej sprawie. 

–   Powinnaś   się,   dziecko,   cieszyć   –   wysączyła   przez   swój   złożony   w   ciup 

dzióbek – bo wydalenie ze szkoły w twojej sytuacji to w sumie szczęście, a tak 

naprawdę konsekwencje powinny być dużo poważniejsze. 

Jakby tego było mało, okazało się, że czeka mnie kolejna atrakcja. Tym razem 

związana z Pawłem. Zawsze miał pieniądze i mówił, że chodzi do pracy, ale co robił, 

gdzie i z kim, tego już nie, a mnie to jakoś szczególnie nie interesowało. Po prostu 

byłam dumna, że jest taki zaradny. 

I policja wybrała sobie właśnie ten, a nie inny moment, żeby dobrać mu się do 

tyłka   i   go   aresztować,   w   dodatku   akurat   w   czasie   aktu   pocieszania.   Po   tym 

wstrząsającym doświadczeniu całkowicie straciłam ochotę do wszelkich wygłupów, 

samodzielności i w ogóle wszystkiego. Właściwa optyka życiowa, która mi nagle 

wróciła, nakazała powrót do domu.

Miałam   klucze,   jednak   bałam   się   ich   użyć,   bo   nie   wiedziałam,   jak   mama 

zareaguje na mój widok. 

– Dzisiaj są schabowe, a jutro liczę na ogórkową. Najbardziej lubię twoją – 

powiedziała jak gdyby nigdy nic, kiedy zobaczyła, że siedzę na schodach.

Kochana   mama   ucieszyła   się   z   powrotu   córki   marnotrawnej   i   nie   robiła   mi 

żadnych wyrzutów, przeciwnie, okazała się cudownie wyrozumiała. Niestety wcale 

nie poczułam się przez to lepiej. Kiedy usłyszała, jakich narobiłam głupot, złapała się 

4

background image

Katarzyna Ledwoń   

R W 2 0 1 0    Pietruchowe czary mary

za głowę, ale też zaczęła mnie zaraz przekonywać, że nie jestem jeszcze na dnie i że 

na   wszystko   znajdzie   się   rada.   Namówiła   mnie   do   złożenia   papierów   do   szkoły 

wieczorowej;   gorzej,   że   aby   nie   stracić   całego   roku,   musiałam   odwiedzić   dawne 

liceum, bo konieczne były jakieś zaświadczenia i bieżące oceny. 

Na przeprawę do byłej już szkole wybrałam w poniedziałek. Na samą myśl o 

tym, że znowu znajdę się w tych starych, zimnych murach, w budynku kojarzącym 

się najbardziej z mauzoleum,  że będę musiała  przejść te długie korytarze, odstać 

swoje pod sekretariatem i pokojem nauczycielskim, a potem upraszać się o swoje – 

robiło mi się słabo. Pewnie jeszcze trafi się przerwa i spotkam koleżanki i kolegów z 

klasy.   Brr...   Jednak   byłam   zdecydowana   wytrzymać   te   męki,   bo   miałam   silne 

postanowienie, że mimo wszystko skończę szkołę i zdam maturę.

Los najwyraźniej zmiękł, bo jakimś cudem załatwiłam wszystko za pierwszym 

razem. Czułam wielką ulgę i jeszcze większą radość, tak wielką, że chciało mi się 

tańczyć i śpiewać. I oceny z tego roku też miałam całkiem niezłe. Tak sobie szłam z 

głową w chmurach i czuła się niemal szczęśliwa. Nie byłam na tyle głupia, żeby 

wywalenie ze szkoły w klasie maturalnej traktować jako życiowy sukces, ale tego 

nadętego liceum nie lubiłam nigdy. Kto wie, może mama ma rację i to nie koniec 

świata. 

Tak   sobie   rozmyślając,   wędrowałam,   kiedy   jeden   z   samochodów 

zaparkowanych   wzdłuż   chodnika   nagle   ruszył   –   niestety   wprost   na   mnie. 

Uskoczyłam   w   bok,   ale   i   tak   zdążył   mnie   uderzyć,   a   teczka   z   dokumentami 

wylądowała w jednej jedynej na całej ulicy kałuży, sprasowana kołem samochodu. 

To   było   ponad   moje   nadwątlone   już   mocno   siły.   Usiadłam   na   krawężniku   i   się 

rozpłakałam.

Kierowca nieśpiesznie wysiadł, wzrok miał totalnie błędny. Popatrzył na mnie, 

na samochód, znowu na mnie i znowu na samochód, a potem ciężko usiadł obok 

mnie i ukrył twarz w dłoniach. 

5

background image

Katarzyna Ledwoń   

R W 2 0 1 0    Pietruchowe czary mary

– Na wielkie nieszczęście potrzebne jest jeszcze większe... Coś panią boli? – 

zapytał po krótkiej chwili. – Może podjedziemy do szpitala?

– Nie trzeba – odburknęłam. – Nic się nie stało.

–   Może   coś   na   uspokojenie   pani   potrzebuje,   nie   byłem   nigdy   w   sytuacji 

poszkodowanego, lecz wydaje mi się, że to ogromny szok.

Rozpłakałam się jeszcze mocniej.

– Zniszczył mi pan życie! – załkałam melodramatycznie.

Spojrzał na mnie przerażony.

– Jak w takim razie mogę naprawić to, co zepsułem?

W tym momencie się zdenerwowałam. Czy ten człowiek naprawdę jest ślepy?!

–   Niech   pan   zabierze   to   cholerne   koło   z   teczki   z   oryginałami   moich 

dokumentów, które jutro mam złożyć w nowej szkole!

Chyba dopiero teraz zobaczył, co się stało. Błyskawicznie poderwał się do góry.

– Rzeczywiście, tak mi się wydawało, że na coś najechałem, byłem pewien, że 

to pani!

Szybko wycofał samochód i podniósł teczkę, ale mi jej nie oddał, tylko wrzucił 

do samochodu.

– Proszę, niech pani wsiada – zawołał, otwierając drzwi od strony pasażera.

Normalnie zastanowiłabym się dobrze, czy skorzystać z zaproszenia w takiej 

sytuacji,   teraz   nie   było   czasu   na   rozmyślania.   Powoli   zaczynaliśmy   stawać   się 

obiektem   zainteresowania   całkiem   sporej   grupy   ludzi,   bo   właśnie   zaczęła   się 

przerwa,   a   że   dochodziła   pierwsza,   wielu   uczniów   i   nauczycieli   człapało   już   do 

domów. Gdyby nasze krawężnikowe posiedzenie trwało jeszcze dłużej, to zrobiłoby 

się koło nas pokaźne zbiegowisko. Chciałam tego uniknąć i wskoczyłam szybko do 

środka,   a   on   ruszył,   tym   razem   nikogo   nie   potrącając.   Przejechał   kilkadziesiąt 

metrów i zaparkował przed hotelem. 

6

background image

Katarzyna Ledwoń   

R W 2 0 1 0    Pietruchowe czary mary

– Mam na imię Janek i zapraszam panią na obiad, ale w pierwszej kolejności 

zajmiemy   się   tą   drogocenną   teczką.   Cała   nie   zdążyła   przemoknąć,   więc   istnieje 

szansa, że co nieco uda się uratować.

Ujęłam jego wyciągniętą dłoń, a raczej łapę – była wielgaśna jak rękawica do 

bejsbola – i poczułam mocny, energiczny uścisk.

– Liliana – odpowiedziałam trochę zawstydzona.

Wziął głęboki wdech, po czym głośno wypuścił powietrze.

– Piękne masz imię, dziewczyno. Nawet nie wiesz, Liluś, jak się cieszę, że nie 

zrobiłem ci krzywdy. 

– Nie wiem, kto się tu bardziej cieszy – wysiliłam się na dowcip.

Papierów   nie   było   dużo,   porozkładaliśmy   je   starannie   na   siedzeniach 

samochodu, na szczęście rzeczywiście zamokły w niewielkim stopniu i to głównie 

przy brzegach. 

Obiad był doskonały, zjedliśmy  go w hotelowej restauracji. I dobrze  mi  się 

rozmawiało   z   Jankiem,   chociaż   czasem   sprawiał   wrażenie   smutnego   i   jakby 

nieobecnego. Czułam, że to nie z powodu wypadku, ale nie chciałam być nachalna i 

dopytywać się o przyczyny; w końcu prawie go nie znałam.

Na obiedzie jednak się nie skończyło, bo Janek zaproponował jeszcze spacer. 

Ucieszyłam się, bo naprawdę świetnie czułam się w jego towarzystwie. Poszliśmy do 

pobliskiego parku, gdzie jak księdzu na spowiedzi opowiedziałam mu o sobie, o tym, 

że wychowuje mnie mama, bo ojciec nas dawno temu zostawił; nie pominęłam też 

swoich obecnych kłopotów, sporo czasu poświęcając Pięknej Beci. Wiadomo, łatwiej 

jest   mówić   o   takich   paskudnych   sprawach   z   kimś   obcym.   To   było   prawdziwe 

katharsis i zdecydowanie rozjaśniło mi w głowie.

Janek też nie unikał zwierzeń. Okazał się człowiekiem z kompletnie innej bajki: 

pracowity,   stateczny,   starszy   ode   mnie   dziesięć   lat,   uporządkowany   do   bólu, 

spokojny i dosyć majętny. Miał własną firmę wytwarzającą... schody. 

– Schody? Jakie...?

7

background image

Katarzyna Ledwoń   

R W 2 0 1 0    Pietruchowe czary mary

– Wszelakie. Spiralne, proste, do wyboru do koloru, nasz klient nasz pan. – 

Roześmiał się wesoło i na krótko zatroskanie zniknęło z jego twarzy, szybko jednak 

wróciło. 

– Wiesz, Liluś – powiedział cicho – zamiast ciebie miał tu być ktoś mi bliski, 

ale... nie wyszło. 

Nic więcej nie wyjawił.

Następnego dnia do drzwi naszego mieszkania ktoś zadzwonił. Przed drzwiami 

stał kurier z największym bukietem, jaki w życiu widziałam. Do wiechcia dołączono 

dziwną karteczkę. Jej treść można było zrozumieć różnie. „Liluś, czasem gdy świat 

się kończy, okazuje się, że tak naprawdę wszystko dopiero się zaczyna”. Uznałam, że 

mówi o mojej szkole. Fakt, zostałam przyjęta bez większych perturbacji.

Byłam przekonana, że na tym koniec mojej znajomości z Jankiem. Smutno mi 

się zrobiło, jakbym straciła jakąś życiową szansę – na przykład na... miłość życia. No 

ale patrząc obiektywnie i rozsądnie, jakim cudem tak fajny facet miałby zakochać się 

w kimś takim jak ja? I to jeszcze po tym wszystkim, czego się o mnie dowiedział. 

Nie wspominając o owej bliskiej osobie; pewnie miał dziewczynę. Jednak rozsądek 

nie pomagał w wygonieniu Janka z głowy i serca.

Parę   dni   później   znowu   rozległ   się   naglący   dzwonek   przy   drzwiach. 

Pomyślałam,   że   to   może   on   –   bo   wciąż   o   nim   myślałam   –   i   czym   prędzej 

otworzyłam,   nie   patrząc   nawet   przez   wizjer.   I   błąd.   Zanim   zdążyłam   cokolwiek 

powiedzieć, coś przypominającego tajfun wmiotło mnie z powrotem do przedpokoju. 

Drzwi się zatrzasnęły i stanęłam oko w oko z rozwścieczoną furią, czyli wkurzoną 

Piękną Becią.

Wyglądało na to, że wuefistka jest w nastroju konfrontacyjnym. W starciu z nią 

nie miałabym najmniejszych szans, bo była ode mnie wyższa o głowę, o niebo lepiej 

umięśniona, no i wściekła jak stado os.

– Co ty sobie, gówniaro, wyobrażasz? – wysyczała na powitanie. – Zemsty ci się 

zachciało?!

8

background image

Katarzyna Ledwoń   

R W 2 0 1 0    Pietruchowe czary mary

Zatkało mnie, więc milczałam.

– Nie myśl, że tak po prostu pozwolę odebrać sobie narzeczonego!

A teraz zamurowało mnie na amen. Jednocześnie zaczęłam się bać, bo Becia, 

wykorzystując swą fizyczną przewagę, nacierała na mnie. Cofałam się, intensywnie 

kombinując,   jak   by   tu   uciec   z   jej   łap.   Niestety   nie   było   dokąd,   drogę   do   drzwi 

wyjściowych zagradzała ona, okna też odpadały, bo nasze mieszkanie znajdowało się 

na czwartym piętrze. Jeszcze gdybym widziała, o co tej szalonej babie chodzi... Jaka 

zemsta, jaki narzeczony? 

Nagle się zatrzymała, zerknęła w bok i wlazła do mojego pokoju. 

– To od niego? On daje takie romantyczne wiechcie! – syknęła, potrząsając 

bukietem lekko już zwiędniętych kwiatów. Spojrzała na karteczkę i spurpurowiała 

jeszcze bardziej. – Nie myśl, że pozwolę takiemu zeru sprzątnąć sobie sprzed nosa 

świetną partię! Nie wierzę w te brednie o nowym początku, podobnie jak w miłość od 

pierwszego   wejrzenia.   Jeden   błąd   nie   przekreśli   obiecująco   zapowiadającego   się 

związku. Słyszysz... Liluś! – rzuciła z przygniatającą pogardę. Ale nie dlatego serce 

skoczyło mi do gardła. Czyżby zdarzył się cud ? Pozwoliłam sobie na nadzieję...

Piękna Becie dostrzegła ją w moich oczach. 

–   Nie   waż   się   kombinować!   –   warknęła.   –   Jak   znam   Janka,   nawet   cię   nie 

pocałował,   skoro   wciąż   był   oficjalnie   związany   ze   mną.   Stara   szkoła.   Relikt, 

wymierający gatunek. Ale jest mój. I wara ci od niego, smarkulo!

Może gdyby z tej złości się nie wygadała, ustąpiłabym pola, ale nagle poczułam 

w sobie siłę do walki. Czy raczej ucieczki.

– Odczep się, ty pomylona babo! – krzyknęłam i wykorzystując wolną drogę, 

wybiegłam z mieszkania na klatkę schodową, trafiając wprost w ramiona Janka.

Na jego widok Piękna Becia oszalała do reszty: cisnęła moim bukietem o ziemię 

i zaczęła po nim skakać. Janek podszedł do niej i coś cicho powiedział. Podziałało, 

bo wyszła z nim bez protestów. Dzielny rycerz obłaskawił smoka. I co teraz? Byłam 

9

background image

Katarzyna Ledwoń   

R W 2 0 1 0    Pietruchowe czary mary

w takim szoku, że nawet na nadzieję nie miałam już siły. Po prostu wlazłam pod koc, 

chowając się przed złym światem.

Po godzinie znowu odezwał  się dzwonek  przy drzwiach. Tym razem byłam 

ostrożniejsza i wyjrzałam przez wizjer. Janek! 

– Przepraszam – powiedział od progu. – Jak się domyśliłaś, to z Beatą miałem 

wtedy iść na obiad, taką niespodziankę sobie wymyśliłem, że odbiorę ją prosto po 

pracy. Głupi byłem...

– Coś poszło nie tak?

– Kiedy przyłapujesz przyszłą żonę, jak w kanciapie wuefistów obściskuje się z 

jakimś kolesiem w dresie, wszystko jest nie tak. Ale nie ma tego złego... Widać głupi 

ma szczęście, trafiłem na ciebie... – powiedział, patrząc na mnie tak, że moje serce 

stopniało jak ser na grzance.

Zaprosiłam go do środka, bo jeszcze chwila takich wyznań i rzuciłabym się na 

niego na klatce. Sąsiedzi mieliby o czym plotkować miesiącami.

– I co teraz? – spytałam.

– Będzie ślub – odparł Janek z uśmiechem.

Więc jednak. Dżentelmen,  niech go szlag! Obiecał, to się ożeni. Babsko go 

zdradziło, ale on się  wzniesie  ponad to i wybaczy. Zrobiło mi  się  ciemno  przed 

oczami,   nogi   odmówiły   posłuszeństwa.   Zaczęłam   szukać   oparcia,   żeby   się   nie 

przewrócić. Ściana była zbyt daleko. Jego ramiona – bliżej. Objął mnie i szepnął:

– Ale nim się oświadczę, najpierw muszę coś sprawdzić...

A potem mnie  pocałował. Jak było?  Tego się nie da opisać.  Powiem tylko: 

ojejku... 

– Zatem ślub może być w przyszłym roku – wyszeptał z niejakim trudem po 

długiej, długiej chwili. – Pod warunkiem, że się postarasz i zdasz maturę.

Mogę powiedzieć jedno: postarałam się.

10

background image

Katarzyna Ledwoń   

R W 2 0 1 0    Pietruchowe czary mary

Oficyna wydawnicza RW2010 proponuje:

Aneta Rzepka: Sonata o marzeniach

Znajdę cię w wielkim mieście, wśród zwykłych zmagań...

Czasem nawet porządna, miła, dobra dziewczyna zrobi coś niemądrego. 
Natalia   Klimek   wraca   wzburzona   z wywiadówki.   Nauczycielka 
poinformowała ją, że jej córka, klasowy skarbnik, przywłaszczyła sobie 
pieniądze, wpłacone przez kolegów na ubezpieczenie. Natalia nie wierzy, 
nie   mieści   jej   się   to   w głowie,   ale...   Iza   przyznaje   się   do   kradzieży. 
Zarazem odmawia odpowiedzi na pytanie, dlaczego to zrobiła. Co się za 
tym   wszystkim   kryje?   Jaką   rolę   odegrała   w całej   sprawie   kapryśna 
Dominika?   Czy   pomoże   kuzynce   pozbyć   się   etykietki   złodziejki? 
Zwłaszcza że Izie tak bardzo zależy na dobrej opinii w oczach Łukasza... 

Izę i Dominikę dzieli bardzo wiele. Jedna jest osobą życzliwą, otwartą na świat, potrafiącą czerpać 
radość z małych rzeczy. Druga to egoistka, która lubi błyszczeć i nie zważa, kogo zrani w drodze do 
celu. A jednak obie szukają w życiu tego samego: miłości, akceptacji, poczucia bezpieczeństwa; 
obie wierzą w spełnienie marzeń, nawet jeśli się z tym nie zdradzają.

Aneta Rzepka: Magia kasztana

Nie wierzysz w talizmany? Nie musisz. Wystarczy, że pozwolisz działać 
magii...
Po śmierci rodziców życie Kamili całkowicie się zmienia. Musi opuścić 
dom,   przyjaciół,   ukochaną   wieś   i   przeprowadzić   się   do   stolicy,   by 
zamieszkać z ciotką, której nie zna. Ma nadzieję, że kiedyś wróci do 
domu,   ale   świat   pędzi   do   przodu,   pozbawiając   ją   złudzeń. 
W pokonywaniu codziennych trudności pomaga jej... kasztan i uczucie 
do chłopaka o kasztanowych oczach.
Małgosia   jest   realistką   twardo   stąpającą   po   ziemi.   Kocha,   mocno 
i szczerze, niestety bez wzajemności. A układ koleżeński to dla niej za 

mało. Próbując uciec przed uczuciem, pakuje się w spore kłopoty. Ofiarowany przez przyjaciółkę 
kasztan budzi uśmiech niedowierzania, lecz wbrew rozsądkowi przyjmuje talizman, bo kto wie...
„Magia kasztana” to powieść o codzienności, w którą wplątała się czarodziejska nić nadziei...

11

background image

Katarzyna Ledwoń   

R W 2 0 1 0    Pietruchowe czary mary

Edward Zyman: Gdy krzywe jest proste

W życiu jak matematyce: jeżeli idzie za łatwo, zapewne robisz coś 
źle.
Siedemnastoletnia   Caroline   Prajs   urodziła   się   w   Kanadzie.   W   wieku 
dwunastu   lat   wyjechała   wraz   z   rodzicami   do   Polski.   Jest   więc   dość 
rzadkim   przypadkiem   emigrantki,   której   sytuacja   stanowi   odwrócenie 
losów znacznej  części współczesnej polskiej młodzieży.  „Gdy krzywe 
jest   proste”  to   wartka,   pełna   uroku,   humoru   i   wzruszeń   opowieść 
o relacjach   rodzinnych   młodej   bohaterki   i   jej   trudnej   adaptacji   do 
odmiennych warunków i nowego środowiska. 
Żywa   narracja   i   dowcipne   dialogi   wprowadzają   czytelnika   w   świat 

życiowych problemów nastolatków oraz niełatwe dylematy ich pierwszych młodzieńczych miłości.

Joanna Łukowska: Wybory

Gdy dorastasz, rodzice wciąż traktują cię jak dziecko, zarazem każą 
ci podejmować życiowe decyzje.
„Wybory”   to   zbiór   siedmiu   pełnych   ciepła   i   humoru   nowelek, 
opowiadających o dorastaniu, przyjaźni, miłości i podejmowaniu decyzji: 
tych błahych i tych na całe życie. Coś dla młodszych i starszych, dla 
dziewcząt i chłopaków, dla wszystkich, którzy nie wstydzą się swoich 
uczuć. 
Tytułowe   „Wybory”   to   historia   rozgrywki   między   prymuską   Zosią 
a nonszalanckim Antkiem Romanem, dwojga imion, z których jedno jest 
nazwiskiem.   Oboje,   nieco   wbrew   sobie,   zostają   wmanewrowani 

w wybory na przewodniczącego samorządu szkolnego. Kto wygra? A może inne wybory okażą się 
dużo ważniejsze

Kolejne opowiadania o znamiennych tytułach zapewnią czytelnikom wiele emocji i zaskakujących 
point:   „Pyzo,   wróć”,   „Dziennik,   pryszcze   i   cudze   sekrety”,   „Działka,   moja   zmora”,   „Wakacje 
w siodle”, „Korepetycje z przyjaźni”, „Smok i dziewica”. 

12

background image

Katarzyna Ledwoń   

R W 2 0 1 0    Pietruchowe czary mary

Joanna Łukowska: Państwo Tamickie

Kraina niezwyczajnej codzienności

Powieść   obyczajowa   w   dwudziestu   epizodach,   które   łączy   para 
bohaterów   –   młode   małżeństwo,   wchodzące   w   dorosłe   życie   na 
przełomie lat 80-tych i 90-tych ubiegłego wieku. Zaczyna się od „ślubu 
z rozsądku”,   czyli...   dla   mieszkania.   Takie   były   czasy,   że   osobie 
samotnej   przysługiwała   zaledwie   kawalerka,   a   małżeństwu   „aż”   M3. 
Sporo   humoru   w   codzienności,   czasem   zaskakujący   finał,   trochę 
wzruszeń i smutku, trochę grozy, odrobina magii... Jak to w życiu. 

Bohaterami są ludzie, duzi i mali, zwierzęta, duchy oraz święci. Książka, 
która bawi, wzrusza i pokrzepia.  To  patchworkowa opowieść, w której 

kolejne rozdziały są jak kolorowe kawałki kołdry – każdy inny, ale razem tworzą zgrabną i ciepłą 
całość.

13