background image

1

Douglas Adams

ycie,

Wszech wiat I Ca a Reszta

umaczy  Pawe  Wieczorek

(Life, The Universe And Everything)

background image

2

Dla Sally

background image

3

Rozdzia  1

Artura Denta ju  od d

szego czasu budzi  co rano w asny krzyk przera enia. Otwiera  oczy i natychmiast sobie

przypomina , gdzie si  znajduje.

Mniejsza z tym,  e jaskinia by a zimna,  e by a wilgotna i smrodliwa, prawdziwy problem polega  na tym,  e le

a w

rodku Islington, niedaleko centrum Londynu, a nast pny autobus odchodzi  za dwa miliony lat.

Czas jest - je li wolno si  tak wyrazi  - najgorszym miejscem, w jakim mo na si  zgubi , a Artur Dent z pewno ci

móg by to potwierdzi , gdy  ju  wielokrotnie gubi  si  zarówno w czasie, jak i w przestrzeni. Gdy kto  gubi si  w przestrzeni,

ma przynajmniej co robi .

Po d ugim i skomplikowanym ci gu wydarze , w czasie których - w dziwaczniejszych okolicach Galaktyki, ni

móg by sobie kiedykolwiek wyobrazi  w naj mielszych marzeniach - na zmian  to na niego wrzeszczano, to go obra ano,

utkn  na prehistorycznej Ziemi i nawet je li jego  ycie sta o si  obecnie bardzo, ale to bardzo spokojne, ci gle jeszcze by

lekko roztrz siony.

Mija o w

nie pi  lat, odk d nikt na niego nie nawrzeszcza .

Odk d cztery lata temu rozsta  si  z Fordem Prefectem, prawie nikogo nie widywa , nikt go wi c te  od tego

momentu nie obrazi .

Z jednym wyj tkiem.

Zdarzy o si  to pewnego wiosennego wieczora mniej wi cej dwa lata przed opisywanymi w

nie wydarzeniami.

nie wróci  tu  po zmroku do swej jaskini, gdy zauwa

 b yskaj ce tajemniczo przez chmury  wiat a. Odwróci

si  i zagapi  w gór , w sercu nagle zakie kowa a mu nadzieja. Ratunek. Ocalenie. Najt skniejsze marzenie rozbitka - statek.

Patrzy , zdziwiony i podniecony, i wyba usza  oczy, a przez ciep e wieczorne powietrze ni st d, ni zow d zupe nie

bezg

nie sp yn  w dó  srebrny statek kosmiczny i rozpostar  d ugie nogi w perfekcyjnej technicznie baletowej ewolucji.

Osiad  mi kko na ziemi, a s yszalne przy l dowaniu delikatne buczenie zamar o niby u pione przez wieczorn  cisz . Wysun

si  trap. Ze  rodka wyp yn o  wiat o. W luku pojawi y si  kontury wysokiej postaci. Obcy powoli zszed  po trapie i stan

przed Arturem.

- Jeste  cymba , Dent - powiedzia  po prostu.

Wygl da  obco, bardzo obco. Mia  charakterystyczny dla Obcych wzrost, cechuj

 Obcych p ask  g ow  i ma e,

typowe dla Obcych szparkowate oczy. Odziany by  w z ote szaty, u

one w ekstrawaganckie fa dy, z szalenie obco

wygl daj cym deseniem na ko nierzu; mia  blad , szarozielon  skór , posiadaj

 ów  wiec cy po ysk, jaki na wi kszo ci

szarozielonych twarzy udaje si  osi gn  jedynie za pomoc  wielu  wicze  i bardzo drogiego myd a.

Artur gapi  si  na niego jak wó  na malowane wrota, a Obcy patrzy  na niego jakby nigdy nic.

Pierwsze jaskó ki nadziei i podniecenia zosta y natychmiast pokonane przez zdziwienie i najrozmaitsze my li

zacz y walczy  w g owie Artura o prawo do u ycia strun g osowych.

-  Ooo...?  -  zapyta .  -  Blaa...  aa...  bla...  -  doda .  -  Ooo...  too...  ooo...  kto?  -  wybe kota   w  ko cu  i  pogr

  si   w

pos pnym milczeniu. U wiadomi  sobie,  e przecie  odk d jest w stanie si gn  pami ci , nie odzywa  si  do nikogo s owem.

Obcy zmarszczy  czo o i rzuci  okiem na co  w rodzaju notatnika, który trzyma  w mizernej i chudej jak szczapa,

typowej dla Obcych d oni.

- Artur Dent? - zapyta .

Artur bezradnie kiwn  g ow .

- Artur Filip Dent? - doda  Obcy, wydaj c z siebie co  w rodzaju przenikliwego szczekni cia.

Ee... ee... tak... ee... ee... - potwierdzi  Artur.

Jeste  cymba  - powtórzy  Obcy. - Jeste  najprawdziwszym durniem.

- Ee...

Obcy sam sobie przytakn , kiwaj c potwierdzaj co g ow , postawi  w notatniku obco wygl daj cego ptaszka,

szybko odwróci  si  i ruszy

wawo do statku, którym przed chwil  przyby .

background image

4

- Ee... - powiedzia  Artur desperacko - ee...

- Nie odzywaj si  tak do mnie! - warkn  Obcy.

Wszed  na trap, min  luk i znikn  w  rodku. Statek zamkn  si  i po chwili rozleg o si  g bokie i pulsuj ce

buczenie.

- Eee...hej! - wykrzykn  Artur i zacz  niemrawo biec w jego kierunku. - Moment! Co to ma znaczy ? Zaraz!

Czekaj!

Statek zacz  si  unosi , cho  do  dziwnie - sprawia  wra enie, jakby pozbywa  si  w asnego ci aru. Na chwil

zawis  w powietrzu, potem jednak wystrzeli  w niezwyk y sposób w wieczorne niebo. Przelecia  przez chmury, które na

moment rozb ysn y jasnym  wiat em, i tyle go by o, Artur za , bezradnie podryguj c i podskakuj c w miejscu, zosta  sam w

rodku niezmierzonych po aci ziemi.

- Co?! - wy . - Co powiedzia

? Co jestem? Czekaj no! Wracaj natychmiast i powiedz to jeszcze raz!

Skaka  i podrygiwa , a  zabola y go nogi, krzycza , a  zacz o mu charcze  w p ucach. Nikt nie odpowiada . Nie by o

nikogo, kto móg by go us ysze  albo chcia  porozmawia .

W tym w

nie momencie obcy statek kosmiczny z dudnieniem zbli

 si  do górnych warstw atmosfery, sk d zaraz

wyleci w przera aj

 pustk , która oddziela od siebie niesamowicie ma  liczb  istniej cych we wszech wiecie rzeczy. Jego

ciciel, Obcy z niezwyk  cer , rozpar  si  w fotelu. Nazywa  si  Wowbagger Niesko czenie Przed

ony i by

cz owiekiem z zasadami. Sam pierwszy by przyzna ,  e nie by y one zbyt dobre, ale liczy o si  przede wszystkim to,  e ma

zasady. Poza tym utrzymywa y go w ruchu.

Wowbagger Niesko czenie Przed

ony by  - znaczy si , jest - jednym z bardzo niewielu nie miertelnych we

wszech wiecie. Ci, którzy rodz  si  jako nie miertelni, wiedz  instynktownie, jak radzi  sobie z wiecznym  yciem,

Wowbagger niestety do nich nie nale

. Prawda jest taka,  e od pewnego momentu zacz  wr cz nienawidzi  tej sfory

pogodnych  obuzów. Nie miertelno  przytrafi a mu si  zupe nie niechc cy, z powodu nieszcz liwego wypadku z

przyspieszaczem cz stek, który nagle straci  rozum, p ynnym obiadem i paroma gumowymi kr kami. Dok adne szczegó y

tego nieszcz liwego wypadku nie graj  roli, gdy  nikomu nie uda o si  powtórzy  warunków, w jakich do niego dosz o, wiele

za  osób, które tego próbowa y, wysz o na g upków, zgin o albo i jedno, i drugie.

Wowbagger podenerwowany i zm czony zamkn  oczy, znalaz  w radiu pok adowym stacj  nadaj

 lekki jazz i po

raz kolejny stwierdzi ,  e móg by poradzi  sobie z nie miertelno ci , gdyby nie te przekl te niedzielne popo udnia. Naprawd

móg by sobie z ni  poradzi .

Na pocz tku nie miertelno  sprawia a mu przyjemno . Pysznie si  bawi  nara aniem  ycia, podejmowaniem

miertelnego ryzyka, zgarnianiem olbrzymich sum z wysoko oprocentowanych, d ugoterminowych lokat kapita u i w ogóle

yciem d

ej od kogo si  da. Po pewnym czasie okaza o si  jednak,  e nie mo e doj  do  adu z niedzielnymi popo udniami i

okropn  niech ci  do robienia czegokolwiek, która zaczyna si  oko o godziny 2.55, gdy cz owiek stwierdza,  e ju  wzi  tyle

pieli, ile jest sens bra  jednego dnia,  e bez wzgl du na to, jak intensywnie b dzie si  wpatrywa  w artyku  w gazecie, nigdy

go naprawd  nie przeczyta ani nie b dzie stosowa  omawianej w nim nowej rewelacyjnej techniki obrzezywania oraz  e

wskazówki nieub aganie zbli aj  si  do godziny czwartej i zaraz zacznie si  d uga, ponura godzina, kiedy dusza pije herbat .

W ten sposób coraz wi cej rzeczy przestawa o mie  urok. Z twarzy Wowbaggera zacz  znika  u miech

zadowolenia, który zwykle prezentowa  na pogrzebach kolejnych znajomych. Zacz  pogardza  wszech wiatem jako takim, a

w szczególno ci ka dym jego mieszka cem.

Wtedy przyj  pewne  yciowe zasady. Podj  si  zadania, które da mu cel w  yciu i - w takiej mierze, w jakiej móg

to przewidzie  - pozwoli zachowa  werw  po wsze czasy.

Podj  decyzj ,  e b dzie l

 wszech wiat. To znaczy: b dzie obrzuca  wyzwiskami ka

 istot  we wszech wiecie.

Indywidualnie, osobi cie, jedn  po drugiej i (z tego powodu naprawd  rado nie zgrzyta  z bami) w kolejno ci alfabetycznej.

Gdy ten i ów - co czasem si  zdarza o - rezonowa ,  e plan jest nie tylko nie przemy lany, lecz po prostu niemo liwy

do wykonania z powodu wielkiej liczby istot, które ci gle si  rodz  i umieraj , wbija  w adwersarza lodowaty wzrok i mówi :

- Chyba wolno m czy nie mie  marzenia?

background image

5

Tak wi c zacz . Wyposa

 specjalnie zbudowany statek kosmiczny w komputer zdolny do opracowywania danych

potrzebnych do sta ego aktualizowania wiedzy o ludno ci znanego wszech wiata i obliczania wynikaj cych z tego

niesamowicie skomplikowanych tras podró y.

nie teraz statek przecina  orbity planet Uk adu S onecznego i szykowa  si  do okr enia S

ca, by wystrzeli

jak z procy w przestrze  mi dzygwiezdn .

- Komputer! - odezwa  si  Wowbagger.

- Jestem! - wrzasn  komputer.

- Dok d teraz?

- W

nie obliczam.

Wowbagger przez chwil  patrzy  na wspania e klejnoty nocy, miriady male kich diamentowych  wiatów,

obsypuj cych  wiat em niesko czon  ciemno . Ka dy, dos ownie ka dy z nich le

 na jego drodze. Wi kszo  odwiedzi

miliony razy.

Przez chwil  wyobra

 sobie tras  swej podró y,  cz c planety lini , jak przy grze z ponumerowanymi punktami.

Mia  nadziej ,  e powsta y wykres, widziany z odpowiednio dobranego miejsca we wszech wiecie, oka e si  bardzo

nieprzyzwoitym s owem.

Komputer zapiszcza  niemelodyjnie, informuj c,  e jest gotów z obliczeniami.

- Folfanga - stwierdzi . Zapiszcza . - Czwarta planeta w systemie Folfanga - doda . Znów zapiszcza . - Przewidywany

czas podró y trzy tygodnie. - Znów zapiszcza . - Spotkamy tam ma ego rozrabiak  - zapiszcza  - z plemienia

A-Rth-Urp-Hil-Jpdenu. Zdaje mi si  - doda  po ma ej przerwie, w czasie której piszcza

-  e zdecydowa

 si  okre li  go jako bezmózgiego dupka. Wowbagger zacharcza . Przez chwil  ogl da  majestat

Stworzenia za oknami.

- My

,  e utn  sobie ma  drzemk . Przez rejon jakich stacji telewizyjnych b dziemy przelatywa  w ci gu

najbli szych kilku godzin?

Komputer zapiszcza .

- Kosmowid, My lopix i Domowa  ebska Skrzynka - zapiszcza .

- Jakie  filmy, których nie widzia em ju  trzydzie ci tysi cy razy?

- Nie.

- No có ...

- Daj Strach w kosmosie. Widzia

 go dopiero trzydzie ci trzy tysi ce pi set siedemna cie razy.

- Obud  mnie na drug  po ow .

Komputer zapiszcza .

- Przyjemnych snów.

Statek lecia  przez noc.

W tym czasie na Ziemi zacz o la  jak z cebra. Artur Dent siedzia  w jaskini i prze ywa  jeden z najpodlejszych

wieczorów swego  ycia. Po g owie chodzi o mu, co mdg  powiedzie  Obcemu, i rozgniata  muchy, które te  mia y pod y

wieczór.

Nast pnego dnia zrobi  sobie torb  z króliczego futra, uzna  bowiem,  e mo e mu si  przyda  do chowania ró nych

rzeczy.

background image

6

Rozdzia  2

Min y dwa lata od wizyty Wowbaggera. Poranek by agodny i pachn cy. Artur wype

 z jaskini, któr  nazywa

swym domem - dopóki nie znajdzie si  lepsze okre lenie lub lepsza jaskinia. Mimo  e gard o znów go bola o od porannego

krzyku przera enia, by  ni st d, ni zow d w szalenie dobrym humorze. Szczelnie owin  si  swym wy wiechtanym szlafrokiem

i promiennie u miechn  si  do poranka.

Powietrze by o czyste i pachn ce, w wysokiej trawie wokó  jaskini igra  lekki wiaterek, ptaki szczebiota y do siebie,

motyle trzepota y  adnie to tu, to tam i ca a przyroda sprawia a wra enie,  e sprzysi

a si  by  tak mi a, jak to tylko mo liwe.

Jednak nie te wiejskie rozkosze powodowa y,  e Artur czu  si  weso o. Rado  bra a si  st d,  e wpad  mu do g owy

bajeczny pomys , jak poradzi  sobie ze straszliw  samotno ci , majakami sennymi, fiaskiem prób za

enia ogrodu,

absolutnym brakiem perspektyw i bezsensem  ycia na prehistorycznej Ziemi. Pomys  polega  na tym, by zwariowa . Znów si

rozpromieni  i oderwa  z bami kawa ek mi sa z króliczej nogi, która zosta a z kolacji. Przez chwil

 szcz liwy, potem

postanowi  oficjalnie og osi  sw  decyzj .

Wsta , ruszy  pewnym krokiem i wbi  wzrok w pola i wzgórza. By nada  swym s owom wag , wetkn  we w osy

królicz  ko . Szeroko rozpostar  ramiona.

- Wariuj ! - oznajmi .

-  wietny pomys  - powiedzia  Ford Prefect, z

c ze ska y, na której siedzia .

Mózg Artura zacz  wykonywa  salta. Jego szcz ka zacz a robi  pompki.

Przez pewien czas te  by em wariatem - powiedzia  Ford. - Szalenie dobrze mi to zrobi o.

Oczy Artura rozpocz y kr cenie m ynka.

Wygl dasz... - zacz  Ford.

Gdzie si  podziewa

? - przerwa  mu Artur, kiedy poszczególne cz ci jego g owy sko czy y zestaw  wicze .

- Wsz dzie - powiedzia  Ford. - Tu i tam. - Wyszczerzy  z by w sposób, o którym doskonale wiedzia ,  e wywo uje u

jego rozmówców ch  chodzenia po  cianach. - Pozwoli em swemu rozumowi dosta  na jaki  czas fio a. Uzna em,  e je li

wiat b dzie mnie potrzebowa , to si  zg osi. Tak te  si  sta o.

Z okropnie wy wiechtanej i torby wyj  czujnikomat subeta.

- Przynajmniej tak mi si  wydaje. Ten m drala niedawno wyda  z siebie kilka d wi ków. - Ford potrz sn

czujnikomatem. - Je li to by  fa szywy alarm, zwariuj . Oszalej  z powrotem.

Artur potrz sn  g ow  i usiad . Spojrza  w gór  na Forda.

- My la em,  e nie  yjesz... - powiedzia  prosto z mostu.

-  Przez  jaki   czas  tak  by o  -  powiedzia   Ford  -  ale  potem  postanowi em  zosta   na  par   tygodni  cytryn .  Szalon

przyjemno  sprawia o mi wskakiwanie i wyskakiwanie z ginu z tonikiem.

Artur odchrz kn . Zaraz potem odchrz kn  jeszcze raz.

- Gdzie do diab a...? - spyta .

- ...znalaz em gin z tonikiem? - doko czy  weso o Ford. - Znalaz em jeziorko, które uwa

o,  e jest pe ne ginu z

tonikiem, wi c wskakiwa em do niego i wyskakiwa em. Przynajmniej wydaje mi si , i  uwa

o,  e jest pe ne ginu z

tonikiem... Mo e jednak - doda  z u miechem, na widok którego ka dy roztropny cz owiek wdrapa by si  na drzewo - tylko tak

sobie ubzdura em...

Czeka  na reakcj  ze strony Artura, ten jednak nie by  a  tak g upi.

- Opowiadaj dalej - poprosi  z rezygnacj .

- Sedno sprawy tkwi w tym, rozumiesz - ci gn  Ford -  e nie ma sensu doprowadza  si  do szale stwa bronieniem

si  przed szale stwem. Tak samo dobrze mo na przesta  si  m czy  i zachowa  rozs dek na pó niejszy u ytek.

- Jeste  znów przy zdrowych zmys ach czy nie? - zapyta  Artur. - Pytam z czystej ciekawo ci.

- By em w Afryce - odpar  Ford.

- Naprawd ?

background image

7

- Naprawd .

- I jak tam by o?

- A wi c to jest twoja jaskinia? - zapyta  Ford.

- No tak...

Artur czu  si  bardzo dziwnie. Prawie po czterech latach izolacji tak si  cieszy  i czu  tak  ulg  na widok Forda,  e

móg by si  rozrycze . Z drugiej strony Ford by  typem, który natychmiast dzia

 na nerwy.

- Bardzo mi a - uzna  Ford, patrz c na jaskini  Artura. - Musisz jej naprawd  nienawidzi .

Artur nie zada  sobie trudu, by odpowiedzie .

- Afryka by a bardzo ciekawa - ci gn  Ford. - Zachowywa em si  tam bardzo osobliwie. - Zamy lony gapi  si  w dal.

- Zacz em by  okrutny dla zwierz t - rzuci  od niechcenia - ale jedynie dla hobby.

- Aha... - ostro nie podtrzyma  temat Artur.

- Naprawd  - zapewni  Ford. - Nie chcia bym si  jednak naprzykrza  z detalami, gdy ...

- Gdy ?

- ...mog yby by  dla ciebie przykre. Mo e ci  mimo wszystko zainteresuje,  e wy cznie ja jestem odpowiedzialny za

form  zwierz cia, które w swojej epoce pozna

 jako  yraf . Próbowa em te  uczy  si  lata . Wierzysz mi?

Opowiedz.

Kiedy indziej. Chcia bym tylko nadmieni ,  e Autostopem mo’wi...

- Auto...?

Autostopem. Przewodnik Autostopem przez Galaktyk . Pami tasz go jeszcze?

Oczywi cie. Pami tam,  e wrzuci em go do rzeki.

No tak - rzek  Ford - a ja go wy owi em.

Nie mówi

 o tym.

Nie chcia em,  eby  wrzuci  go tam jeszcze raz.

- Rozumiem - zgodzi  si  Artur. - I co mówi?

- Kto?

Autostopem. Co mówi Autostopem?

Autostopem mdwi,  e latanie to sztuka, a raczej sztuczka. Polega na tym, by rzuci  si  na ziemi  i nie trafi  w ni . -

miechn  si  s abo. Wskaza  na kolana spodni i podniós  r ce, by pokaza

okcie. By y tam same dziury. - Na razie niezbyt

mi idzie - powiedzia . Wyci gn  r

. - Arturze, bardzo si  ciesz ,  e ci  widz .

Z nag ym nap ywem wzruszenia i zadziwienia Artur pokr ci  g ow .

- Przez lata nie widzia em nikogo na oczy - powiedzia . - Nikogo. Prawie ju  zapomnia em, jak si  mdwi. Ci gle

zapominam s owa... cho

wicz , mówi c... do tych... no... Jak nazywa si  to, do czego nie wolno mówi , bo ludzie pomy

,  e

jest si  wariatem? Jak Jerzy III.

- Królowie? - zaproponowa  Ford.

- Nie, nie - powiedzia  Artur. - Te przedmioty, z którymi zwykle rozmawia . Jeste my nimi otoczeni, na mi

bosk ! Sam posadzi em setki. Wszystkie usch y. Drzewa!  wicz , rozmawiaj c z drzewami... A co to ma znaczy ?

Ford ci gle jeszcze wyci ga  r

. Artur patrzy  na ni , nic nie rozumiej c. - U ci nij - rozkaza  Ford.

Artur wykona  polecenie. Z pocz tku niepewni jakby nagle mog o si  okaza ,  e to nie r ka, ale ryba. Potem z

przyp ywem ulgi z apa  j  mocno w obie d onie.  ciska  i  ciska .

Po chwili Ford uzna  za wskazane zabra  r

.

Wspi li si  na czubek pobliskiej ska y i ogl dali otaczaj cy pejza .

- Co si  sta o z lud mi z Golgafrinchamu? - zapyta  Ford.

Artur wzruszy  ramionami.

- Wielu nie wytrzyma o zimy przed trzema laty - odpar  - a tych paru, których zosta o, powiedzia o na wiosn ,  e

musz  mie  wakacje, i prysn o tratw . Historia uczy nas,  e musieli utrzyma  si  przy  yciu...

background image

8

-  Aha  -  skwitowa  to  Ford  -  no,  no...  -  Wzi   si   pod  boki  i  znów  zacz   si  rozgl da   po  pustym   wiecie.  Nagle

pojawi o si  w nim co  energicznego i zdecydowanego.

- Ruszamy - powiedzia , dr c podniecony z nadmiaru energii.

- Dok d? Jak? - zapyta  Artur.

- Nie wiem - odpar  Ford - ale czuj ,  e nadszed  czas. Co  si  szykuje. Ju  ruszyli my w drog . - Zni

 g os do

szeptu. - Odkry em zawirowania w strumieniu.

Z wysi kiem patrzy  w dal i sprawia  wra enie,  e bardzo by mu odpowiada o, gdyby wiatr zwiewa  mu dramatycznie

osy z czo a, wiatr by  jednak zaj ty nie opodal wyg upianiem si  z paroma li mi.

Artur poprosi  o powtórzenie, gdy  niedok adnie zrozumia  sens. Ford powtórzy .

- W strumieniu? - Artur dalej nic nie rozumia .

- W strumieniu czasoprzestrzeni - wyja ni  Ford, a poniewa  w tym samym momencie wiatr przefrun  obok nich,

wyszczerzy  do Artura z by.

Artur skin  g ow , potem odchrz kn . - Mówi  o wirach w przestrzeni.

- Masz na my li - zapyta  ostro nie - co  w rodzaju rzeczki, w której k pi  si  Vogoni? O tym mówisz?

-  Móei   o  wirach  w  kontinuum  czasoprzestrzeni.  -  kiwn   g ow   Artur.  -  Wiry...  A  wi c  to  one?  Wsun   r ce  w

kieszenie szlafroka i spojrza  rozumnie w dal.

- Co? - zapyta  Ford.

Ee... kto to jest w zasadzie Wir?

Ford patrzy  podra niony.

Móg by  raz us ysze , co mdwi ? - k apn  Ford.

ucha em ca y czas - odpar  Artur - ale nie iestem pewien,  e to co  da o.

Ford z apa  go za ko nierz szlafroka i zacz  mówi  tak powoli, wyra nie i cierpliwie, jakby by  pracownikiem

rodka Rozliczeniowego Poczty i Telekomunikacji.

- Wygl da na to,  e... istnieje kilka miejsc... z zak óceniami... w strukturze...

Artur patrzy  g upio na t  cz

 szlafroka, któr  z apa  Ford. Ford zacz  mówi  dalej, zanim Artur zd

 zamieni

upie spojrzenie w g upi  uwag .

- ...w strukturze przestrzeni i czasu - sko czy .

- Ach, to tak... - Artur uda  m drego.

- Tak, dok adnie tak - potwierdzi  Ford.

Stali na jakiej  górze na prehistorycznej Ziemi i rezolutnie patrzyli sobie w oczy.

- I co to wywo

o?

- Wywo

o - odpar  Ford - powstanie stref destabilizacji.

- Rzeczywi cie? - zapyta  Artur, którego oczy na chwil  przesta y wybiega  na boki.

- Rzeczywi cie - odpowiedzia  Ford z podobnie nieust pliwym spojrzeniem.

- To dobrze! - ucieszy  si  Artur.

- Rozumiesz ju ? - spyta  Ford.

- Nie.

Przez chwil  by o bardzo cicho.

- Trudno  tej rozmowy polega na tym - o wiadczy  Artur, przybieraj c zamy lon  min , która wpe

a mu na twarz

powoli, jak alpinista pokonuj cy pe

 pu apek pionow

cian  -  e jest zupe nie inna od wi kszo ci rozmów, które

prowadzi em w ostatnim czasie. Jak ci ju  wyja nia em, odbywa y si  zwykle z drzewami. Nie by y podobne do naszej. Mo e

poza kilkoma dyskusjami z wi zami tkwi cymi gdzieniegdzie w bagnie.

- Arturze... - ostrzegawczo przerwa  Ford.

- Tak? S ucham?

- Uwierz po prostu w to, co mówi , i wszystko stanie si  proste, bardzo proste.

background image

9

- Trudno mi w to uwierzy .

Ford wyj  czujnikomat subeta. Wydawa  on z siebie nieokre lone bucz ce d wi ki i s abo migota a jego ma a

lampka.

- Baterie si  wyczerpa y? - spyta  Artur.

- Nie, po strukturze czasoprzestrzeni b ka si  zak ócenie, wir, strefa destabilizacji i jest tu gdzie  w pobli u.

- Gdzie?

Ford powoli porusza  przyrz dem, zakre laj c dr ce lekko pó kole. Wtem lampka zap on a ci

ym  wiat em.

- Tam! - krzykn  Ford, wyci gaj c r

. - Tam za kanap !

Artur spojrza  we wskazanym kierunku. Ku wielkiemu zaskoczeniu zauwa

,  e na polu przed nimi stoi kanapa w

stylu chesterfieldzkim, obita aksamitem w paisleyowskie wzory. Gapi  si  na ni  w wysoce inteligentny sposób. Do g owy

zacz y mu przychodzi  sprytne pytania.

- Dlaczego na polu stoi kanapa? - zapyta .

- Przecie  ci mówi em! - zawo

 Ford, zrywaj c si  na nogi. - Wiry w strukturze czasoprzestrzeni!

- I to ich kanapa? - zapyta  Artur, który powoli wstawa  i - jak mia  nadziej  (aczkolwiek niezbyt wielk ) - powoli

zaczyna  rozumie , o co chodzi w ca ej historii.

- Artur! - wrzasn  Ford. - Kanapa stoi tam z powodu zak óce  w strukturze czasoprzestrzeni, co ca y czas chc

wiadomi  twemu nieuleczalnie rozmi

emu mózgowi. Zosta a wyrzucona z czasoprzestrzeni, jest  mieciem wyrzuconym

na brzeg przez fale przestrzeni i czasu. Niewa ne, czyja jest - musimy j  z apa , bo jest nasz  jedyn  szans , by si  st d

wydosta !

Szybko zlaz  ze ska y i pogna  przez pole.

- Z apa ? - wymamrota  Artur, potem rozbawiony zmarszczy  czo o, zobaczy  bowiem,  e kanapa odp ywa w dal,

oci ale podskakuj c.

Z okrzykiem zupe nie nieoczekiwanego zachwytu zeskoczy  ze ska y i podniecony rzuci  si  za Fordem i

niedorzecznym meblem. Biegali rado nie po trawie, podskakiwali,  miali si , wykrzykiwali do siebie polecenia, by nagania

kanap  to z tej, to z tamtej strony. S

ce z rozmarzeniem  wieci o na ko ysz

 si  traw , a polne owady lata y za nimi jak

oszala e.

Artur czu  si  szcz liwy. By  szalenie zadowolony z tego,  e dzie  przebiega wreszcie zgodnie z planem. Zaledwie

dwadzie cia minut temu postanowi  zwariowa , a ju  gna  po polach prehistorycznej Ziemi,  cigaj c kanap  w stylu

chesterfieldzkim.

Kanapa podskakiwa a to tu, to tam i sprawia a wra enie zarówno tak twardej jak drzewa, obok których szybowa a,

jak i eterycznej niby rozp ywaj cy si  sen, gdy przenika a przez drzewa niczym duch.

Ford i Artur biegli za ni  niezdarnie i bez adnie, kanapa robi a uniki i kluczy a, jakby kierowa a si  skomplikowan

matematyczn  topografi , co by o zreszt  prawd . Dalej j  gonili, a ona w dalszym ci gu ta czy a i wirowa a, a  nagle

zawróci a  i  skuli a  si ,  jakby  mia a  uciec  poza  wykres  szykuj cej  si   katastrofy  -  w  tym  jednak  momencie  prawie  na  niej

siedzieli.  Robi c  wielkiego  susa  i  wydaj c  gromki  okrzyk,  wskoczyli  na  kanap .  W  tej  chwili  S

ce  ze lizgn o  si   z

horyzontu, oni za  spadli w otch

 pustki i nieoczekiwanie wynurzyli si  na  rodku murawy Królewskiego Klubu

Krykietowego w St. John’s Wood w Londynie, i to pod koniec ostatniego meczu mistrzostw - przeciw Australii - w roku tysi c

dziewi set osiemdziesi tym którym , gdy Anglii do zwyci stwa brakowa o zaledwie dwudziestu o miu punktów.

background image

10

Rozdzia  3

Fakty, które warto zapami ta  z historii Galaktyki, nr 1 (wed ug Popularnej historii Galaktyki „Codziennego Kuriera

Gwiezdnego”):

Nocne niebo nad planet  Krikkit jest najbardziej nieciekawym widokiem w ca ym wszech wiecie.

background image

11

Rozdzia  4

By  uroczy, zachwycaj cy dzie , gdy Ford i Artur wykozio kowali z anomalii czasoprzestrzeni i spadli na

nieskaziteln  muraw  Królewskiego Klubu Krykietowego.

Aplauz t umu by  og uszaj cy. Nie dotyczy  ich, ale mimo to instynktownie si  uk onili.

Ca e szcz cie, gdy  ma a, ci ka czerwona pi ka, któr  oklaskiwa  t um, przelecia a z gwizdem milimetry nad g ow

Artura. W t umie zemdla  m czyzna.

Rzucili si  na plecy, ziemia zdawa a si  w do  niemi y sposób wirowa  wokó  nich.

- Co to by o? - sykn  Artur.

- Co  czerwonego - odsykn  Ford.

- Gdzie jeste my?

- Ee, na czym  zielonym.

- Kszta ty - wymrucza  Artur. - Musz  zobaczy  kszta ty.

Aplauz zosta  gwa townie zast piony zdziwionymi posapywaniami i zmieszanymi chichotami setek ludzi, którzy nie

mogli si  jeszcze zdecydowa , czy chc  uwierzy  w to, co przed chwil  ujrzeli, czy nie.

- Kanapa nale y do obywateli? - zapyta  jaki  g os.

- Co to by o? - wyszepta  Ford.

Artur uniós  wzrok.

- Co  niebieskiego - odpar .

- Ma konkretny kszta t? - zapyta  Ford.

Artur popatrzy  jeszcze raz.

- Wygl da - sykn  w ciekle, marszcz c brwi - jak policjant.

Na chwil  przycupn li, rzucaj c wokó  siebie ponure spojrzenia. Niebieska rzecz w kszta cie policjanta postuka a

Forda i Artura w ramiona.

- No, wy dwaj - powiedzia  kszta t - ruszamy si .

owa te zadzia

y na Artura jak pora enie pr dem. Skoczy  w gór  jak pisarz s ysz cy dzwonek telefonu i rzuci

seri  przestraszonych spojrze  na roztaczaj

 si  woko’  panoram , która nagle okaza a si  czym  przera aj co zwyczajnym.

- Sk d pan to ma? - wrzasn  na policyjny kszta t.

- Mam co? - Kszta t by  mocno zdziwiony.

- To przecie  Królewski Klub Krykietowy, nie? Gdzie pan go znalaz , jak pan go tu przyniós ? My

 - doda  Artur,

api c si  za g ow  -  e b dzie najlepiej, jak si  uspokoj .

Gwa townie usiad  przed Fordem.

- To policjant! - poinformowa  go. - Co teraz zrobimy?

Ford wzruszy  ramionami.

- A co chcia by  robi ?

- Chc ,  eby  powiedzia  mi,  e przez ostatnie pi  lat  ni em - odpar  Artur.

Ford wzruszy  ramionami i zrobi , co mu kazano.

- Przez ostatnie pi  lat  ni

 - oznajmi .

Artur wsta .

- W porz dku, panie wachmistrzu - powiedzia . - Przez ostatnie pi  lat  ni em. Niech pan zapyta jego - doda ,

wskazuj c na Forda. - Wyst powa  w tym  nie.

Po tych s owach ruszy  wolnym krokiem w kierunku linii autowej, wyg adzaj c po drodze szlafrok. Nagle zobaczy ,

e ma go na sobie, i si  zatrzyma . Zacz  wpatrywa  si  w swdj strój i ruszy  biegiem w kierunku policjanta.

- Sk d mam to ubranie?! - wrzasn .

Nagle z ama  si  wpó  jak scyzoryk i pad  w drgawkach na muraw .

background image

12

Ford potrz sn  g ow .

- Ma za sob  trudne dwa miliony lat - wyja ni  policjantowi. Wspólnie d wign li Artura na kanap  i zacz li go znosi

z murawy. Nieco im przeszkodzi o nag e rozp yni cie si  kanapy w powietrzu.

Reakcje publiczno ci na te wydarzenia by y ró norodne. Wi kszo  obecnych nie umia a poradzi  sobie z widokiem

i zamiast patrze , s ucha a sprawozdania radiowego.

- Ciekawy incydent, Brian - powiedzia  pierwszy sprawozdawca do drugiego. - Zdaje mi si ,  e na boiskach

krykietowych nie by o zagadkowych materializacji od... no od... hm, chyba nigdy nie by o... By y?... Czy o czym pami tam?

- O Edgbaston w tysi c dziewi set trzydziestym drugim...

- No tak, có  si  wtedy sta o...?

- Je li dobrze pami tam to w momencie, gdy Willcox mia  rzuca  na Cantera, od strony pawilonu nagle przez boisko

przebieg  jaki  widz.

Nasta a chwila ciszy, pierwszy sprawozdawca my la .

- Taa... aa... ak... - powiedzia  - oczywi cie... ale tak naprawd  nie by o przecie  w tym nic tajemniczego... Nie

zmaterializowa  si , po prostu przebieg  przez boisko.

- Zgoda, ale twierdzi ,  e widzia , jak co  si  zmaterializowa o na murawie.

- Naprawd ?

- Tak. Krokodyl, je li si  nie myl , krokodyl jakiego  gatunku.

- Ach! Czy kto  jeszcze go widzia ?

- Najwyra niej nie. Nikomu nie uda o si  wydusi  z tego cz owieka dok adnego opisu, dlatego szukano bardzo

pobie nie.

- I co si  z nim sta o?

- Hm, chyba kto  zaproponowa ,  e we mie go na obiad, on jednak zapewnia ,  e jad  ju  lunch i to ca kiem niez y,

st d przestano zajmowa  si  spraw  i kontynuowano mecz. Warwickshire wygra o trzema bramkami.

- To jednak zupe nie co  innego ni  dzisiejsza historia. Tych bowiem z pa stwa, którzy w

nie w czyli odbiorniki,

zainteresuje by  mo e,  e eee... na boisku Królewskiego Klubu Krykietowego zmaterializowa o si  dwóch m czyzn, dwóch

do  obdartych m czyzn, oraz kanapa... chesterfieldzka, mam racj ...?

- Tak, chesterfieldzka.

- Wygl da jednak na to,  e nie maj  z ych zamiarów, s  ca kowicie  agodni i...

- Przepraszam, Peter, je li wolno na krótko przerwa , chc  powiedzie ,  e kanapa w

nie znikn a.

- Rzeczywi cie. No to o jedn  zagadk  mniej. Mimo wszystko to co  godnego zanotowania w historii krykieta,

szczególnie  e wydarzy o si  w tak dramatycznym momencie gry, kiedy Anglii do zwyci stwa w turnieju wystarczy zdoby

jedynie dwadzie cia cztery punkty. M czy ni w

nie opuszczaj  muraw  w towarzystwie funkcjonariusza policji i my

,  e

wszyscy si  zaraz uspokoj , a gra zostanie wznowiona.

-  A  wi c,  prosz   pana  -  zacz   policjant,  gdy  utorowali  sobie  drog   przez  ciekawski  t um  i  po

yli  na  kocu

nieruchome cia o Artura - mo e b dzie pan tak uprzejmy i opowie mi, kim jeste cie, sk d przybywacie i co mia o znaczy  to

przedstawienie.

Ford przez chwil  patrzy  w ziemi , jakby w jakim  celu próbowa  skoncentrowa  si y, potem wyprostowa  si  i

rzuci  policjantowi spojrzenie, które trafi o go ca  pot

 ka dego centymetra odleg

ci sze ciu lat  wietlnych mi dzy Ziemi

i ojczyzn  Forda w okolicy Betelgeuse.

- W porz dku - rzek  Ford bardzo spokojnie. - Opowiem panu.

- Nie, to niekonieczne - po piesznie przerwa  policjant - i cho  nie wiem, co to mia o znaczy , prosz  uwa

, by nie

zdarzy o si  ponownie. - Policjant odwróci  si  i odszed , szukaj c kogo , kto nie pochodzi z Betelgeuse. Na szcz cie plac by

pe en takich ludzi.

wiadomo  Artura powraca a do jego cia a z bardzo daleka i szalenie opornie. By a ostro na, ostatnio prze

a w

nim bowiem przera aj ce momenty. Powoli i ze strachem w lizgn a si  do  rodka i usadowi a na swym miejscu.

background image

13

Artur usiad .

Gdzie jestem? - zapyta .

- W Królewskim Klubie Krykietowym - powiedzia  Ford.

- Wspaniale - uzna  Artur, na co jego  wiadomo  jeszcze raz po pieszy a na zewn trz, by zaczerpn  powietrza.

Cia o znów zwali o si  na muraw .

Dziesi  minut pó niej Artur siedzia  w namiocie z napojami, pochylony nad fili ank  herbaty, a na wym czon

twarz powoli wraca y mu rumie ce.

- Jak si  czujesz? - zapyta  Ford.

- Jestem w domu - ochryple odpar  Artur. Zamkn  oczy i chciwie wdycha  aromat herbaty, jakby to by a... - o ile zna

si  na rzeczy - herbata. Rzeczywi cie by a to herbata. - Jestem w domu - powtórzy  - w domu. To Anglia, tera niejszo , majaki

senne min y. - Znów otworzy  oczy i pogodnie si  u miechn . - Jestem, gdzie moje miejsce - wyszepta  z przej ciem.

-  Wydaje  mi  si ,   e  powinienem  powiedzie   ci  dwie  rzeczy  -  odezwa   si   Ford,  podsuwaj c  mu  przez  stó

„Guardiana”.

- Jestem w domu... - powtórzy  Artur.

- Có , po pierwsze - Ford wskaza  na dat  wydania gazety - Ziemia za dwa dni zostanie zniszczona.

-  Jestem  w  domu  -  jeszcze  raz  powtórzy   Artur.  -  Herbata...  krykiet...  dobrze  przystrzy one  trawniki,  drewniane

awki, bia e p ócienne marynarki, piwo w puszkach... - Jego oczy zacz y si  powoli koncentrowa  na gazecie. Z lekkim

zmarszczeniem czo a odwróci  g ow . - Ju  j  widzia em - powiedzia . Jego oczy powoli pow drowa y ku dacie, w któr  Ford

leniwie stuka  palcem. Na jedn , dwie sekundy twarz Artura zlodowacia a, zaraz zacz a jednak wykonywa  sztuczk  z

niesamowicie powolnym osuwaniem si , któr  w tak frapuj cy sposób maj  opanowan  zwa y wiosennej kry na Antarktydzie.

- Po drugie - doda  Ford - wszystko wskazuje na to, i  w brodzie wisi ci ko . - Odsun  fili ank  z herbat .

Przed namiotem z napojami s

ce  wieci o na zadowolon  publiczno .  wieci o na bia e kapelusze i czerwone

twarze...  wieci o na lody na patyku i je rozpuszcza o.  wieci o na  zy ma ych dzieci, których lody w

nie si  rozpu ci y i

spad y z patyków.  wieci o na drzewa, b yska o na wiruj cych krykietowych kijach i odbija o si  od niezwyk ego obiektu,

który zaparkowa  za otaczaj cymi stadion planszami i którego najwyra niej nikt nie zauwa

. Wyla o kube

aru na Forda i

Artura, gdy mru c oczy, wyszli z namiotu i zacz li rozgl da  si  dooko a.

Artur dygota .

- Mo e powinienem...

- Nie! - odpar  ostro Ford.

- Co? - zapyta  Artur.

- Nie próbuj dzwoni  do siebie do domu.

- Sk d wiedzia

,  e...?

Ford wzruszy  ramionami.

- W

ciwie to dlaczego nie? - spyta  Artur.

- Cz owiek rozmawiaj cy z sob  samym przez telefon nigdy nie dowiaduje si  przy tym niczego dobrego - odpar

Ford.

- Ale...

-  No  to  patrz!  -  kaza   Ford.  Si gn   po  wyimaginowan   s uchawk   i  wykr ci   wyimaginowany  numer.  -  Halo?  -

powiedzia  do wyimaginowanego mikrofonu. - Czy zasta em Artura Denta? Halo, tak... mówi Artur Dent. Prosz  nie odk ada

uchawki! - Rozczarowany przygl da  si  wyimaginowanej s uchawce. - Od

. - Wzruszy  ramionami i ostro nie po

wyimaginowan  s uchawk  na wyimaginowane wide ki. - To nie pierwsza moja anomalia czasowa - zako czy .

Wystarczaj co ju  rozdra niona mina Artura Denta zosta a zast piona jeszcze bardziej rozdra nion .

- A wi c nie siedzimy w domu przy ciep ym kominku?

- Przesad  by oby nawet twierdzi  - odpar  Ford  e weszli my do przedpokoju i wycieramy si  suchym r cznikiem.

Mecz trwa . Rzucaj cy zacz  podchodzi  do bramki d ugimi krokami, zmieni  chód w trucht i w ko cu ruszy

background image

14

biegiem. Nagle zmieni  si  w huragan r k i ndg, z którego po chwili wylecia a pi ka. Bramkarz obróci  si  i trzasn  j  za siebie,

 przelecia a przez obramowanie boiska.  ledz ce krzyw  lotu pi ki oczy Forda zadr

y. Zamar . Znów zacz

ledzi  lot

pi ki i znów drgn y mu oczy.

- To nie mój r cznik - oznajmi  Artur, który w

nie grzeba  w swej torbie z króliczego futra.

- Ciii... - sykn  Ford. Z napi ciem mru

 oczy.

- Mia em golgafrinchamski r cznik do joggingu - upiera  si  Artur. - Niebieski z 

tymi gwiazdkami. To nie ten.

- Ciii... - ponownie sykn  Ford. Zakry  jedno oko r

 i patrzy  drugim.

- Ten jest ró owy - mówi  Artur. - Mo e to twój?

- By oby mi o, gdyby  przesta  gada  o swoim r czniku - zez

ci  si  Ford.

- Nie jest mój - upiera  si  Artur - w

nie to chc  ci...

- Moment, w którym chcia bym ci  poprosi , by  przesta  gada  o r cznikach - stwierdzi  Ford z gro nym

pomrukiem w g osie - w

nie nadszed .

- W porz dku - zgodzi  si  Artur i wepchn  r cznik z powrotem do nieporadnie zszytej torby z króliczego futra. -

Rozumiem,  e z perspektywy kosmicznej rzecz jest prawdopodobnie nieistotna, ale nagle mie  ró owy r cznik zamiast

niebieskiego z 

tymi gwiazdkami to po prostu dziwne...

Ford zacz  si  zachowywa  do  niezwykle. Dok adnie mówi c, nie zacz  si  zachowywa  dziwnie, lecz w sposób

dziwnie inny od pozosta ych dziwnych sposobów swego zachowania. Oto, co robi : Nie zwracaj c uwagi na rozbawione

spojrzenia, jakie wywo ywa  w oczach ludzi stoj cych w cisn cym si  wokó  boiska t umie, pociera  sobie twarz szarpi cymi

ruchami r k, kuca  za jednymi osobami, spoza innych wyskakiwa  w gór , potem zamiera  w bezruchu i mruga . W chwil

pó niej zacz  si  powoli i ukradkiem skrada , marszczy  przy tym czo o w wyrazie zdziwienia i skupienia jak lampart, który

nie wie zbyt dok adnie, czy w odleg

ci kilometra nie wypatrzy  w

nie na gor cej, zakurzonej równinie napocz tej puszki

pokarmu dla kotów.

- Torba te  nie jest moja - nagle odezwa  si  Artur.

Wybi o to Forda z rytmu, rozproszy o jego uwag . W ciek y odwróci  si  do Artura.

- Nie mówi em o moim r czniku! - uprzedzi  go Artur. - Ju  stwierdzili my,  e ten nie jest mój. Chodzi o to,  e torba,

w któr  chcia em wsadzi  nie mój r cznik, te  nie jest moja, cho  niezwykle do niej podobna. Osobi cie uwa am to za

nadzwyczaj dziwne, zw aszcza  e sam j  zrobi em na prehistorycznej Ziemi. Te kamienie te  nie s  moje - doda , wyjmuj c z

torby kilka p askich szarych kamieni. - Zak ada em zbiór ciekawych kamieni, ale te, jak ka dy mo e zobaczy , s  bardzo

nudne.

Przez t um przebieg  podniecony wrzask i zag uszy  odpowied  Forda. Pi ka krykietowa, która wywo

a t  reakcj ,

spad a z nieba prosto do tajemniczej torby z króliczego futra, o której mówi  Artur.

- Powiedzia bym,  e to te  bardzo dziwne - o wiadczy  Artur, który szybko zamkn  torb  i udawa ,  e szuka pi ki na

ziemi. - My

,  e tu jej nie ma - powiedzia  do ch opców, którzy zgromadzili si  wokó , by wzi  udzia  w poszukiwaniach. -

Prawdopodobnie gdzie  si  potoczy a. Chyba tam. - Niejasno zakre li  kierunek, w którym chcia by, by si  ulotnili. Jeden z

ch opców patrzy  szyderczo.

- Wszystko w porz dku? - spyta  ch opiec.

- Nie - odpar  Artur.

- To dlaczego masz ko  w brodzie? - zapyta  ch opiec.

Tresuj  j , by podoba o jej si  wsz dzie, gdzie zostanie wsadzona. - Artur by  dumny z u

onego przez siebie

zdania. „Co  takiego powinno bawi  i pobudza  m ode umys y” - pomy la .

- Hm - powiedzia  ch opiec, schyli  g ow  na bok i zastanawia  si . - Jak si  nazywasz?

- Dent - odpowiedzia  Artur. - Artur Dent.

- Jeste  cymba , Dent - rzek  ch opiec. - Jeste  najprawdziwszym durniem.

Ch opiec patrzy  na co  obok, by udowodni ,  e nieszczególnie mu si

pieszy z uciekaniem; po chwili odszed

wolnym spacerkiem, drapi c si  po nosie. Artur nagle sobie przypomnia ,  e za dwa dni Ziemia b dzie ruin , tym razem jednak

background image

15

ta my l niezbyt go zabola a.

Wznowiono mecz now  pi

. S

ce w dalszym ci gu  wieci o, a Ford ci gle skaka  w gór  i w dó , potrz sa  g ow

i mruga .

- Co  ci chodzi po g owie, prawda? - zapyta  Artur.

- Zdaje mi si  - odpar  Ford tonem, który Artur zd

 ju  pozna  jako ton, którym Ford przepowiada  zupe nie

niepoj te rzeczy -  e jest przed nami NTP.

Wskaza  palcem. Dziwnym trafem kierunek, który wskazywa , nie pokrywa  si  z kierunkiem jego spojrzenia. Artur

najpierw spojrza  w jednym kierunku, to znaczy na obramowania boiska, potem w drugim - na muraw . Kiwn  g ow ,

wzruszy  ramionami. Jeszcze raz wzruszy  ramionami.

- Co? - zapyta  Artur.

- NTP.

- N...?

- ...TP.

- A co to jest?

- Nie Twój Problem.

- Aha. To dobrze. - Artur si  rozlu ni . Nie mia  poj cia, o czym mówi , ale przynajmniej by o po wszystkim. Myli

si .

- Tam z przodu - powiedzia  Ford, znów wskazuj c na obramowania i patrz c na muraw .

- Gdzie?

- Tam!

- Widz  - zapewni  Artur, nic nie widz c.

- Naprawd ?

- Co?

- Jeste  w stanie - spyta  Ford cierpliwie - widzie  NTP?

- Zdaje mi si ,  e powiedzia

,  e to nie mój problem.

- Tak powiedzia em.

Artur powoli, ostro nie i z wyrazem niesamowitej t poty sk oni  g ow .

- Chcia bym wiedzie , czy jeste  w stanie to zobaczy  - powiedzia  Ford.

- A ty widzisz?

- Tak.

- A jak to wygl da? - zapyta  Artur.

- Sk d mam to, do pioruna, wiedzie , cymbale? - wykrzykn  Ford. - Je li widzisz, to mi opisz.

Artur poczu  tu  pod skroniami t pe pulsowanie. By o to zjawisko wyst puj ce przy wielu rozmowach z Fordem.

Jego mózg sta  na czatach jak przestraszone szczeni  w budzie. Ford wzi  go za rami .

- NTP - zacz  wyja nia  - to zjawisko polegaj ce na tym,  e czego  nie mo esz zobaczy , nie widzisz albo twój

mózg nie pozwala ci zobaczy , bo my lisz,  e to nie twój problem. Dok adnie to oznacza NTP. Nie Twój Problem. Mózg po

prostu wymazuje obraz, tworzy  lep  plamk . Je li patrzysz prosto na co , co jest nie twoim problemem, to nic nie widzisz,

chyba  e dok adnie wiesz, czego szukasz. Jedyn  mo liwo ci  jest ujrze  to co  przypadkiem k tem oka.

- Aha, to dlatego...

- Tak - przerwa  Ford, który wiedzia , co Artur zamierza powiedzie .

- ...podskakiwa

 w gór  i w dó ...

- Tak.

- ...mruga

...

- Tak.

- ...i...

background image

16

Zdaje mi si ,  e wiesz, co jest grane.

- Widz  - oznajmi  Artur. - To statek kosmiczny.

Przez chwil  Artur by  do g bi poruszony reakcj  wywo an  ujawnieniem tego faktu. T um wyda  z siebie ryk;

ludzie ze wszystkich stron zacz li biec, krzycze , wy  i pada  jeden na drugiego w dzikim nie adzie. Artur, zdziwiony, zatoczy

si  do ty u i rozgl da  ze strachem. W chwil  pó niej rozejrza  si  z jeszcze wi kszym zdziwieniem.

- Podniecaj ce, nie? - odezwa a si  jaka  zjawa. Zjawa dygota a przed oczami Artura, cho  prawdopodobnie to oczy

Artura dygota y przed zjaw . W ten sam sposób dygota y mu usta.

- C... c... c... c... - powiedzia y usta Artura.

- Zdaje mi si ,  e twoja dru yna w

nie wygra a - powiedzia a zjawa.

- C... c... c... c... - powtórzy  Artur, interpunktuj c ka de zaj kni cie na plecach Forda. Ford przera ony patrzy  na

sk biony t um.

- Nie jeste  Anglikiem? - zapyta a zjawa.

- J... j... j... j... jestem - odpar  Artur.

-  No  to,  jak  ju   mówi em,  twoja  dru yna  w

nie  wygra a  mecz.  To  oznacza,   e  popió   zostaje  u  was.  Musisz  si

chyba z tego powodu cieszy . Do  lubi  krykiet, cho  nie chcia bym, by us ysza  to ktokolwiek spoza tej planety. Bardzo bym

nie chcia .

Zjawa wykona a ustami ruch, który móg by zosta  zinterpretowany jako z

liwe wyszczerzenie z bów, trudno

jednak by o powiedzie  cokolwiek pewnego, gdy  s

ce tkwi o dok adnie za ni  i tworzy o wokó  jej g owy o lepiaj

aureol  oraz o wietla o srebrzy cie po yskuj ce w osy i brod  we wzbudzaj cy g boki szacunek i wysoce dramatyczny

sposób, trudny do pogodzenia z wyobra eniem z

liwego szczerzenia z bów.

- Mimo to - powiedzia a zjawa - za par  dni b dzie po wszystkim, nie? Jak jednak mówi em, gdy widzieli my si

poprzednim razem, by o mi bardzo przykro. No, ale co ma przemin , przemija.

Artur spróbowa  co  powiedzie , zrezygnowa  jednak z nierównej walki. Znów szturchn  Forda.

- Ju  my la em,  e sta o si  co  strasznego - powiedzia  Ford - ale to tylko sko czy  si  mecz. Powinni my postara

si  st d wydosta . Cze , Slartibartfast, co tu robisz?

- Ach, tak sobie  azikuj , rozgl dam si  - powiedzia  starzec wynio le.

- To twój statek? Mo esz nas podwie ?

- Cierpliwo ci, cierpliwo ci - uspokoi  go stary.

- Wiesz, pytam dlatego,  e ta planeta zostanie wkrótce zniszczona.

- Wiem - odpar  Slartibartfast.

- No tak, chcia em jedynie o tym napomkn ... - powiedzia  Ford.

- Napomkni cie zauwa one.

- Je li wi c uwa asz,  e akurat w takiej chwili musisz si  szwenda  po boisku krykietowym...

- Uwa am.

- ...to jest twój statek.

- Zgadza si .

- Tak przypuszcza em. - Ford nagle si  odwróci .

- Cze , Slartibartfast - powiedzia  w ko cu Artur.

- Cze , Ziemiaku - odpar  Slartibartfast.

- W ko cu - stwierdzi  Ford - umrze  mo na tylko raz.

Starzec uda ,  e tego nie s yszy, i uwa nie patrzy  na boisko oczami pe nymi czego , nie maj cego  adnego

widocznego zwi zku z tym, co dzia o si  wokó . Dzia o si  za  niewiele - t um zbiera  si  szerokim kr giem wokó rodka pola.

Jedynie Slartibartfast wiedzia , co ludzie widz  wewn trz kr gu.

Ford nuci  pod nosem. By  to jeden d wi k, powtarzany w regularnych odst pach. Mia  nadziej ,  e kto  zapyta, co

nuci, nikt tego jednak nie zrobi . Gdyby kto  zapyta , odpowiedzia by,  e nuci tytu  piosenki Noela Cowarda Szale stwo z

background image

17

mi

ci i to raz za razem. Zwrócono by mu wtedy uwag ,  e przecie  ci

e powtarza jeden d wi k, na co by odpowiedzia ,  e

z powodów, które - jak ma nadziej  s  jasne, opuszcza s owa „z mi

ci”. Irytowa o go,  e nikt nie pyta.

-  Je li  wkrótce  nie  pójdziemy  -  wybuchn   w  ko cu  -  to  znów  mo emy  wpa   w  bagno,  a  nic  mnie  bardziej  nie

za amuje ni  przygl danie si , jak ginie planeta. Mo e z wyj tkiem bycia na niej, gdy to nast puje. Albo - doda  cichym g osem

- snucia si  po okolicy i ogl dania meczów krykieta...

- Cierpliwo ci - powtórzy  Slartibartfast. - Nadchodz  historyczne wydarzenia.

- Dok adnie to samo mówi

, gdy spotkali my si  poprzednim razem - wtr ci  Artur.

- No i dzia y si  - powiedzia  Slartibartfast.

- Tak, to prawda - przyzna  Artur.

W tej chwili wszystko wskazywa o na to,  e odb dzie si  jedynie jaka  dziwna ceremonia. Organizowano j  chyba

bardziej dla telewizji ni  dla widzów, gdy  nikt z obecnych i tak nie by  w stanie nic zobaczy . Rozwój wydarze  mo na by o

ledzi  jedynie przez radio.

Ford agresywnie wykazywa  brak zainteresowania.

Rozz

ci  si , gdy us ysza ,  e popió  zaraz zostanie przekazany kapitanowi dru yny angielskiej i to na samym

rodku murawy; zapieni  si  z w ciek

ci, gdy oznajmiono,  e odbywa si  to tak dlatego,  e Anglicy zdobyli go po raz n-ty;

zawy  prawie ze zmartwienia po komunikacie,  e popió  to pozosta

ci spalonej poprzeczki bramki krykietowej. Gdy za

poproszono go o przemy lenie faktu, i  owa poprzeczka zosta a spalona w 1882 roku w Melbourne w Australii, by og osi

mier  angielskiego krykieta”, wci gn  g boko powietrze i odwróci  si  do Slartibartfasta; nie mia  jednak szansy

powiedzenia czegokolwiek, gdy  starca nie by o. Slartibartfast z niezwyk ym zdecydowaniem maszerowa  w

nie w stron

boiska z tak rozwianymi w osami, brod  i szatami,  e wygl da  tak, jak wygl da by Moj esz, gdyby Synaj nie by  - jak si  go

przedstawia - dymi

 ognist  gór , ale porz dnie przystrzy onym trawnikiem.

- Powiedzia ,  e spotkamy si  przy jego rakiecie - poinformowa  Artur.

- A co, na K ótliwe Fojerwarki, ten stary idiota w

ciwie robi?

-  Spotka  si   z  nami  za  dwie  minuty  przy  statku  -  powtórzy   Artur,  wzruszaj c  ramionami,  co  mia o  podkre li

zupe

 rezygnacj  z my lenia.

Ruszyli w drog . Do ich uszu dochodzi y dziwne odg osy. Próbowali ich nie s ysze , lecz dotar o do nich,  e

Slartibartfast p aczliwym g osem prosi o wydanie mu srebrnej urny z popio em, gdy  „jest to sprawa najwy szej wagi dla

przesz ego, dzisiejszego i przysz ego bezpiecze stwa Galaktyki”; tak samo dotar o do nich,  e jego s owa skwitowano

niepohamowan  weso

ci . Postanowili to zignorowa .

Tego, co zdarzy o si  potem, nie mogli ju  zignorowa . Nagle z d wi kiem, jaki wyda oby z siebie sto tysi cy ludzi

mówi cych równocze nie „wap”, dok adnie nad boiskiem nie wiadomo sk d pojawi  si  stalowy bia y statek kosmiczny.

Wygl da  niesamowicie gro nie; zawis  w powietrzu, cicho mrucz c.

Przez chwil  nic nie robi , jakby oczekiwa ,  e wszyscy wróc  do swych zaj  i nie b

 zwraca  uwagi na to,  e wisi

w powietrzu.

Potem zrobi  co  nieoczekiwanego: otworzy  si  i wyplu  co  zupe nie niezwyk ego, dok adnie jedena cie zupe nie

niezwyk ych obiektów.

By y to roboty. Bia e roboty.

Najdziwniejsze w nich by o to,  e ubra y si  stosownie do sytuacji. Nie tylko by y ubrane na bia o, ale tak e trzyma y

w  r kach  przedmioty  wygl daj ce  na  kije  do  krykieta.  Ma o  -  mia y  co ,  co  wygl da o  na  pi ki  do  krykieta,  ma o  -  wokó

piszczeli mia y co , co wygl da o na bia e ochraniacze piszczeli. Ochraniacze by y niezwyk e, poniewa  wbudowano w nie

dysze, które pozwoli y tym przedziwnie eleganckim robotom zlecie  z zawieszonego w powietrzu statku i rozpocz  zabijanie

ludzi.

- Hopla! - ucieszy  si  Artur. - Wygl da na to,  e co  zaczyna si  dzia .

- Szybko do statku! - zacz  krzycze  Ford. - Nie chc  o niczym wiedzie , chc  si  tylko dosta  do statku. - Ruszy

biegiem. - Nie chc  o niczym wiedzie , niczego nie chc  widzie , niczego nie chc  s ysze ! - krzycza  biegn c. - To nie moja

background image

18

planeta, nie  yczy em sobie tu si  znale  i nie chc  mie  z tym nic wspólnego. Zabierzcie mnie st d i zawie cie na prywatk ,

gdzie b

 inni tacy jak ja!

Z boiska unios y si  p omienie i dym.

- Wygl da na to,  e ta nadprzyrodzona brygada przygna a w niez ej liczbie... - papla o samo dla siebie jakie

zadowolone radio.

- To, czego potrzebuj  - rycza  Ford, by podkre li  swe poprzednie uwagi - to dobry drink i podobni do mnie ludzie!

- Bieg  dalej, zatrzymuj c si  tylko na krótk  chwil , by capn  Artura za rami  i poci gn  go za sob . Artur przyj  bowiem

sw  zwyk  w sytuacjach krytycznych postaw , polegaj

 na staniu z szeroko rozdziawionymi ustami i pozwalaniu, by

wszystko dzia o si  obok bez jego uczestnictwa.

- Graj  w krykieta - wymrucza , id c za Fordem i potykaj c si  o w asne nogi. - Mog  przysi c,  e graj  w krykieta.

Nie wiem dlaczego, ale graj . To nie zabijanie, lecz wy miewanie si  z zabijanych! Ford, oni stroj  sobie z nas  arty!

Nie atwo by o uwa

 inaczej bez uprzedniego zdobycia znacznie wi kszej wiedzy o historii Galaktyki, ni

dotychczas uda o si  to Arturowi w trakcie podró y.

Eteryczne, cho  brutalne postacie, których ruchy wida  by o przez g st  zas on  dymu, zdawa y si  wykonywa

groteskowe parodie serwdw; ich odmienno  od prawdziwych serwdw polega a na tym,  e ka da pi ka, któr  posy

y przy

yciu swych kijów w ró ne miejsca, eksplodowa a tam, gdzie upad a. Ju  pierwsza pi ka kaza a Arturowi zmieni  pocz tkowy

pogl d,  e ca a impreza jest by  mo e jedynie dowcipem reklamowym australijskich producentów margaryny.

Wszystko sko czy o si  tak samo nagle, jak si  zacz o. Jedena cie bia ych robotów wznios o si  w ciasnym szyku

przez buchaj ce k by dymu w niebo. Z towarzyszeniem kilku ostatnich b yskawic ognia roboty znikn y w unosz cym si  w

powietrzu bia ym statku kosmicznym, który natychmiast rozp yn  si  w nico , wydaj c z siebie d wi k, jakby sto tysi cy

ludzi jednym g osem powiedzia o „tup”. Rozp yn  si  dok adnie tak samo nie wiadomo gdzie, jak nie wiadomo, sk d si

pojawi .

Przez chwil  panowa o straszliwe, przesycone l kiem milczenie, potem z k bów dymu wynurzy a si  blada posta

Slartibartfasta, jeszcze bardziej podobnego teraz do Moj esza, gdy  - cho  nadal nie by o góry - dobrze utrzymany trawnik,

przez ktdry szed , pali  si  i dymi .

Rozgl da  si  w ciekle dooko a, a  ujrza  biegn cych Artura Denta i Forda Prefecta, którzy przepychali si  przez

przestraszony t um, zaj ty uciekaniem w przeciwnym kierunku. T um z pewno ci  my la  sobie, jaki zrobi  si  mimo wszystko

niezwyk y dzie , cho  nie za bardzo wiedzia , w jakim kierunku biec i czy w ogóle nale y biec.

Podniecony Slartibartfast wymachiwa  r

 w stron  Forda i Artura i co  do nich wo

. Wszyscy trzej powoli

zbli ali si  do statku Slartibartfasta, ktdry ci gle sta  tu  obok stadionu, najwyra niej nie zauwa ony przez przebiegaj cy t um,

ktdry mia  w tej chwili wystarczaj co du o w asnych problemów.

- Po kn y mato y protoko y! - wo

 Slartibartfast cienkim, dr cym g osem.

- Co on powiedzia ? - wydysza  Ford, toruj c sobie drog

okciem.

Artur potrz sn  z niezrozumieniem g ow .

Po ... ko y... czy co  w tym rodzaju.

Wzi y roso y giczo y! - krzycza  Slartibartfast.

Ford i Artur spojrzeli po sobie, potrz saj c g owami.

Zachowuje si , jakby mia  co  wa nego do powiedzenia - uzna  Artur.

Zatrzyma  si  i postanowi  zasi gn  j zyka.

- Co? - krzykn  do Slartibartfasta.

- Warcho y zwin y popio y! - wo

 Slartibartfast, ci gle machaj c.

- Mówi - wyja ni  Artur -  e ukradziono popio y. Wydaje mi si ,  e o to mu chodzi.

Biegli dalej.

- Wzi li...? - zapyta  Ford.

- Popio y - sko czy  zwi le Artur. - Spalone resztki poprzeczki bramki krykietowej. By y w pucharze, który wygra a

background image

19

Anglia - dysza . - Chyba to zabra y roboty. - Potrz sn  g ow , jakby próbowa  przekona  mózg, by usadowi  si  g biej w

czaszce.

- Dziwne, mówi  nam co  takiego - warkn  Ford.

- Dziwne, zabiera  nas z sob .

- Dziwna rzecz, ten jego statek.

Dotarli do rakiety Slartibartfasta. Drug  co do dziwno ci (po fakcie istnienia) rzecz  w rakiecie by o to,  e pozwala a

do wiadczy , jak dzia a pole NTP. Teraz dok adnie widzieli statek, ale dlatego,  e wiedzieli o jego istnieniu i gdzie stoi.

Ca kiem jasne by o te ,  e nikt inny nie jest w stanie go zobaczy , nie dlatego jednak,  e by  niewidzialny lub w jakim  zakresie

hipernieprawdopodobny. Trudno ci techniczne z uczynieniem jakiego  przedmiotu niewidzialnym s  tak wielkie,  e w

dziewi ciuset dziewi dziesi ciu dziewi ciu miliardach dziewi set dziewi dziesi ciu dziewi ciu milionach dziewi set

dziewi dziesi ciu dziewi ciu tysi cach dziewi set dziewi dziesi ciu dziewi ciu przypadkach na bilion znacznie pro ciej i

efektywniej jest wyrzuci  dan  rzecz i radzi  sobie bez niej.

Ultras awny scjentomagik Effrafax z Wug za

 si  kiedy  o w asne  ycie,  e w ci gu roku uda mu si  uczyni

zupe nie niewidzialn  olbrzymi  megagdr  Magramal. Po sp dzeniu wi kszo ci czasu na d ubaniu przy olbrzymich

promiennikach luxolampowych, zerowaczach refrakcyjnych i spektrometach omijaj cych, na dziewi  godzin przed up ywem

terminu zda  sobie spraw ,  e nie wykona zadania. Tak wi c wspólnie ze swymi przyjació mi, przyjació mi swych przyjació ,

przyjació mi przyjació  swych przyjació , przyjació mi przyjació  przyjació  swych przyjació  i kilkoma dalszymi przyjació mi,

którzy przypadkiem posiadali spor  mi dzygwiezdn  firm  spedycyjn , zorganizowa  co , co znane jest dzi  wszem i wobec

jako najci sza nocna szychta w historii Galaktyki. Nast pnego dnia Magramalu nie by o wida . Effrafax przegra  jednak

zak ad - i równocze nie straci

ycie - dlatego  e jaki  pedantyczny s dzia stwierdzi ,  e a) chodz c po terenie, na którym

powinna si  znajdowa  megagóra Magramal, o nic si  nie potyka ani o nic nie rozbija nosa i b) widzi bardzo podejrzany nowy

ksi yc.

Pole NTP jest znacznie prostsze i skuteczniejsze, w dodatku mo e dzia

 ponad sto lat na baterii do r cznej latarki.

Funkcjonuje ono tak dobrze, poniewa  opiera si  na wrodzonej sk onno ci ludzi, by nie widzie  tego, czego nie chc  widzie ,

nie oczekuj  lub nie potrafi  wyja ni . Gdyby Effrafax pomalowa  gór  na ró owo i rozpostar  wokó  niej tanie, proste pole

NTP, wszyscy przechodziliby obok, chodzili dooko a, a nawet po górze nie zauwa aj c,  e cokolwiek w tym miejscu si

znajduje.

Tak samo by o w przypadku statku Slartibartfasta. Nie by  ró owy, ale nawet gdyby tak go pomalowano, by aby to

ostatnia rzucaj ca si  w oczy rzecz i zignorowano by j  tak samo, jak cokolwiek innego.

Najdziwniejsze w statku by o,  e jedynie cz ciowo wygl da  jak statek kosmiczny z drabinkami, silnikami,

rakietami, wyj ciami awaryjnymi itp., a znacznie bardziej iak pionowo postawiony budyneczek w oskiego bistra.

Ford i Artur gapili si  zdziwieni i do g bi poruszeni.

Tak,  wiem  -  odezwa   si  Slartibartfast,  który  podniecony  i  zdyszany  w

nie  nadbiega   -  ale  s   ku  temu  powody.

Chod cie, musimy rusza . Stary z y duch wróci . Wszystkim grozi zguba. Musimy natychmiast rusza  w drog .

- Proponuj , by jecha  dok

, gdzie jest s onecznie - wtr ci  Ford.

Pod yli za Slartibartfastem do statku i to, co zobaczyli wewn trz, tak ich zatka o,  e zupe nie nie us yszeli, co troch

pó niej wydarzy o si  na zewn trz.

Ni st d, ni zow d z nieba sp yn  zupe nie bezg

nie jeszcze jeden statek, l ni cy i srebrny, i rozpostar  d ugie nogi

w perfekcyjnej technicznie baletowej ewolucji. Osiad  mi kko na ziemi. Z kad uba wysun  si  krótki trap. Ze statku dziarsko

wymaszerowa a wysoka szarozielona posta  i zbli

a si  do zebranej na  rodku boiska grupy ludzi, chc cych pomóc ofiarom

nie zako czonej groteskowej masakry. Odsun a ich na bok z milcz

, dyskretn  stanowczo ci  i w ko cu dotar a do

le cego w ogromnej ka

y krwi m czyzny, wydychaj cego i wykas uj cego z siebie ostatnie tchnienie; mo liwo

uratowania mu  ycia bez w tpienia le

a daleko poza granicami mo liwo ci ziemskiej medycyny. Posta  bez s owa ukl

a

obok. - Artur Filip Deodat? - zapyta a. M czyzna, z przera onym zdziwieniem w oczach, s abo kiwn  g ow .

- Jeste  nic niewartym, g upim zerem - szepn a istota. - Pomy la em sobie,  e powiniene  si  o tym dowiedzie , nim

background image

20

wyci gniesz kopyta.

background image

21

Rozdzia  5

Fakty, które warto zapami ta  z historii Galaktyki, nr 2 (wed ug Popularnej historii Galaktyki „Codziennego Kuriera

Gwiezdnego”):

Od pocz tku istnienia Galaktyki swój wzrost i upadek prze

y niezliczone kultury. Tak cz sto nast powa  wzrost i

upadek, ruch w gor  i w dó ,  e do  kusz ca staje si  my l, i

ycie w Galaktyce to:

a) co  na kszta t choroby morskiej choroby przestrzeni, choroby czasu, choroby historii czy co  w tym stylu oraz

b) g upota.

background image

22

Rozdzia  6

Arturowi zdawa o si ,  e niebo nagle robi krok w bok i przepuszcza ich.

Arturowi zdawa o si ,  e atomy jego mózgu i atomy kosmosu przenikaj  si  nawzajem.

Arturowi zdawa o si ,  e zdmuchuje go powiew wiatru wszech wiata i równocze nie sam jest tym wiatrem.

Arturowi zdawa o si ,  e jest jedn  z my li wszech wiata, a wszech wiat jedn  z jego my li.

Ludziom wokó  boiska Królewskiego Klubu Krykietowego zdawa o si ,  e zjawi a si  i zaraz znikn a nowa

pó nocnolondy ska restauracja, ale poniewa  cz sto si  to zdarza, stwierdzili,  e to nie ich problem.

Co si sta o? - wyszepta  Artur do  przestraszony.

- Wystartowali my - odpar  Slartibartfast.

Artur ze strachem znieruchomia  na kozetce przyspieszeniowej. Nie by  pewien, czy w

nie zachorowa  na chorob

przestrzenn , czy mo e sta  si  pobo ny.

- Mi y wózek - pochwali  Ford, który bez skutku próbowa  ukry , jak wielkie wra enie wywar o na nim to, co w

nie

zrobi  statek Slartibartfasta - ale wystrój wn trza to wstyd.

Przez chwil  stary nie odpowiada . Wpatrywa  si  w przyrz dy jak kto , kto próbuje przelicza  w pami ci skal

Fahrenheita na Celsjusza, podczas gdy jego dom powoli niknie w p omieniach. Naraz jego twarz rozja ni a si  i rzuci  okiem na

znajduj cy si  przed nim olbrzymi panoramiczny ekran ukazuj cy niepokoj

 pl tanin  gwiazd, przemykaj cych dooko a jak

srebrne wst gi. Poruszy  ustami, jakby próbowa  co  przeliterowa . Nagle zaniepokojone oczy skoczy y z powrotem w stron

przyrz dów, twarz Slartibartfasta z agodnia a, na czole pozosta a mu jednak g boka bruzda. Znów spojrza  na ekran. Zbada

sobie t tno. Na chwil  zmarszczki na czole jeszcze mu si  pog bi y, zaraz jednak wyg adzi y.

- To b d próbowa  zrozumie  maszyny - powiedzia . - Jedynie mnie z oszcz . Co powiedzia

?

- Wystrój wn trza - powtórzy  Ford - to wstyd.

- G boko w sercu ducha i wszech wiata - o wiadczy  Slartibartfast - istnieje ku temu powód.

Ford rzuca  wokó  siebie surowe spojrzenia. Uwa

,  e taki pogl d musi wynika  z patrzenia na  wiat przez ró owe

okulary.

Wn trze by o ciemnozielone, ciemnoczerwone, ciemnobr zowe, ciasne i  le o wietlone. W niewyt umaczalny

sposób elementy upodabniaj ce statek do ma ego w oskiego bistra wdar y si  do wn trza. Ma e kr gi  wiat a wydobywa y z

ciemno ci ro liny doniczkowe, kafelki i najprzeró niejsze nieokre lone przedmioty z mosi dzu. W pó mroku obrzydliwie

czyha y oplecione rafi  butelki.

Przyrz dy, które przykuwa y uwag  Slartibartfasta, zdawa y si  zamontowane w wprasowanych w beton denkach od

butelek. Ford si gn  r

 i dotkn  ich. Fa szywy beton. Plastik. Atrapy denek od butelek w fa szywym betonie.

„Serce ducha i wszech wiata niech zje

a - my la  - to przecie  bzdura”.

Z drugiej strony nie da o si  zaprzeczy ,  e sposób, w jaki ten statek ruszy  z kopyta, sprowadza  „Serce ze Z ota” do

poziomu elektrycznego samochodziku dla dzieci.

Ford wsta  zamaszy cie z kozetki. Wyg adzi  r

 ubranie. Rzuci  okiem na Artura, który nuci  co  cicho pod nosem.

Spojrza  na ekran i nie znalaz  nic znajomego. Spojrza  na Slartibartfasta.

- Ile przelecieli my? - zapyta .

- Mniej wi cej... tak na oko, to dwie trzecie Galaktyki Opowiedzia  Slartibartfast. - Tak, my

,  e mniej wi cej dwie

trzecie.

Dziwne - spokojnie powiedzia  Artur - ale im dalej i szybciej podró uje si  przez wszech wiat, tym b ahsza wydaje

si  pozycja, jak  samemu si  w nim zajmuje, i cz owieka zaczyna wype nia ... czy raczej opuszcza ...

- Tak, to bardzo dziwne - zgodzi  si  Ford. - Dok d lecimy?

- Staniemy odwa nie twarz  w twarz z prastarym z ym duchem wszech wiata - poinformowa  Slartibartfast.

- A gdzie nas wysadzisz?

- Potrzebuj  waszej pomocy.

background image

23

- Uparciuch. Na pewno mo esz nas zawie  gdzie , gdzie si  troch  zabawimy, ja móg bym spróbowa  si  nad

wszystkim zastanowi , potem mogliby my si  zala , mo e pos ucha  do tego pieskiej muzyki. Poczekaj, zaraz sprawdz . -

Wyci gn

Autostopem przez Galaktyk i szybko przelecia  te cz ci spisu tre ci, które zajmowa y si  seksem, narkotykami i

rock and roi em.

- Z mgie  czasu unios o si  przekle stwo... - oznajmi  Slartibartfast.

-  Tak,  wierz   -  powiedzia   Ford.  -  Jest!  -  krzykn ,  znalaz szy  przypadkiem  dobrze  znane  has o.  -  Ekscentryca

Gallumbits, spotka

 j  kiedy ? Trzypiersiast  nierz dnic  z Erotikonu Sze ? Niektórzy twierdz ,  e jej strefy erogenne

zaczynaj  si  pi  kilometrów od cia a. Nie zgadzam si  - twierdz ,  e osiem.

- Przekle stwo - powtórzy  Slartibartfast - które zaleje Galaktyk  ogniem i zniszczeniem i by  mo e zepchnie

wszech wiat przed czasem w zgub . Mówi  powa nie - doda .

- Nie brzmi to zbyt weso o - zgodzi  si  Ford - ale przy pewnej dozie szcz cia b

 mo e wtedy tak zalany,  e nic nie

zauwa . O tu - wskaza  palcem na monitor Autostopem - powinno by  bardzo grzesznie i my

,  e tam nale y si  uda . Co ty

na to, Arturze? Przesta  mrucze  mantry i otwórz uszy. Tu nie dostaniemy tego, co nam potrzebne.

Artur zlaz  z kozetki, stan  i potrz sn  g ow .

- Dok d lecimy? - zapyta .

- Tam, gdzie odwa nie staniemy twarz  w twarz...

- Zamknij si ! - rykn  Ford. - Arturze, lecimy w g b Galaktyki, by si  zabawi . Czy to pomys , z którym móg by

si  zaprzyja ni ?

- A czym tak si  martwi Slartibartfast? - zapyta  Artur.

- Niczym.

- Nieszcz ciem - zaprzeczy  Slartibartfast. - Chod cie - doda  tonem, w którym nagle zabrzmia  rozkaz. - Istnieje

wiele rzeczy, które musz  wam pokaza  i wyja ni .

Podszed  do zielonych kr conych schodów z kutej stali, które nie wiadomo dlaczego znajdowa y si  na  rodku

centrali dowodzenia, i zacz  nimi powoli wchodzi . Artur poszed  za nim z chmurnym spojrzeniem.

Ford w ciekle wrzuci Autostopem z powrotem do torby.

- Mój lekarz mówi,  e mam zdeformowany gruczo  obowi zków obywatelskich oraz wrodzon  s abo  ko ca

moralnego - zamrucza  pod nosem - i dlatego jestem zwolniony od ratowania wszech wiatów.

Mimo to st pa  za nimi po schodach.

To, co zobaczyli na górze, by o po prostu  mieszne, a przynajmniej sprawia o takie wra enie. Ford potrz sn  g ow ,

ukry  twarz w d oniach i potkn  si  o kwiat doniczkowy, który potoczy  si  po pod odze i uderzy  z hukiem w  cian .

- Centralna strefa komputera. - Slartibartfast by  niewzruszony. - Tu przeprowadzane jest ka de obliczenie, które

dotyczy statku. Tak, wiem, jak tu wygl da, ale w rzeczywisto ci to skomplikowany czterowymiarowy plan topograficzny

szeregu wysoce skomplikowanych funkcji matematycznych.

Wygl da to na dowcip - uzna  Artur.

Wiem, jak to wygl da - powtórzy  Slartibartfast i wszed  do  rodka.

Kiedy to robi , Arturowi zacz o  wita , co to mo e znaczy , ale wzbrania  si  przed uwierzeniem. „Wszech wiat nie

mo e przecie  tak dzia

 - my la  - przecie  tak nie wolno... By oby to tak absurdalne, jak... tak absurdalne, jak...” - zakaza

sobie o tym my le .

Wi kszo  absurdalnych rzeczy, jakie móg  sobie wyobrazi , ju  si  wydarzy a. Tu mia  do czynienia z jedn  z nich.

Rzecz  t  by a wielka szklana niby klatka, niby skrzynka - w rzeczywisto ci pokój. W pokoju sta  d ugi stó . Wokó  niego

rozstawiono niedbale kilkana cie krzese , jakby  ywcem wzi tych z wiede skiej kawiarni. Na stole le

 wytarty obrus w

bia o-czerwon  krat , tu i ówdzie zeszpecony wypalonymi przez papierosy dziurami, z których ka da prawdopodobnie

znajdowa a si  w dok adnie wyliczonym miejscu.

Na obrusie sta o kilkana cie talerzy z nie dojedzonymi w oskimi potrawami, otoczonych nadgryzionymi kawa kami

chleba i nie dopitymi kieliszkami z winem, którymi leniwie bawi y si  roboty.

background image

24

Wszystko by o zupe nie nieprawdziwe. Roboty by y obs ugiwane przez robota-kelnera, robota-kelnera od win i

robota-szefa sali. Meble by y nieprawdziwe, obrus by  nieprawdziwy i ka da potrawa by a bez w tpienia w stanie wykaza  si

cechami, powiedzmy pollo sorpreso, nie b

c nim.

Wszystko razem tworzy o balet - skomplikowane przedstawienie z udzia em kart da , bloczków rachunkowych,

portfeli, ksi eczek czekowych, kart kredytowych, zegarków, o ówków i papierowych serwetek; przedstawienie robi o

wra enie,  e zaraz zamieni si  w mordobicie, by y to jednak pozory.

Slartibartfast po pieszy  do  rodka i wydawa o si ,  e wymienia d ugo i nami tnie pozdrowienia z szefem sali,

podczas gdy jeden z robotów-go ci powoli zsuwa  si  pod stó , wyliczaj c na g os, co zamierza zrobi  typowi, który siedzia

naprzeciw czego  na kszta t dziewczyny. Slartibartfast zaj  miejsce na zwolnionym w ten sposób krze le i szybko rzuci

wprawnym okiem na kart  da . Tempo wydarze  wokó  sto u zdawa o si  niezauwa enie przy piesza . Zacz y si  k ótnie, na

papierowych serwetkach wypisywano m dre wywody. Z w ciek

ci  wymachiwano sobie nawzajem r kami przed nosami i

próbowano poddawa  badaniom kurze udka z talerzy s siadów. R ka kelnera je dzi a po bloczku szybciej, ni  by aby w stanie

robi  to r ka ludzka, potem szybciej, ni  by o w stanie  ledzi  ludzkie oko. Tempo ros o. Nagle ca y t umek zacz  si

zasypywa  niezwyk ymi i przesadnymi grzeczno ciami, kilka sekund pó niej osi gni to ogólne porozumienie. Przez statek

przesz a wibracja nowej energii.

Slartibartfast wyszed  ze szklanego pokoju.

- Bistromatyka - wyja ni . - Najwi ksza znana paranauce pojemno  komputera. Chod cie do kabiny iluzji

informatycznych. - Przemkn  obok, a Ford i Artur zdezorientowani poszli za nim.

background image

25

Rozdzia  7

Nap d bistromatyczny jest cudown  now  metod  pokonywania odleg

ci mi dzygwiezdnych bez niebezpiecznego

grzebania si  w czynnikach nieprawdopodobie stwa.

Sama bistromatyka jest rewolucyjnie nowoczesn  metod  rozumienia zachowa  liczb. Ju  Einstein zauwa

,  e

czas nie jest absolutny, lecz zale y od ruchu obserwatora w przestrzeni i  e przestrze  nie jest absolutna, lecz zale y od ruchu

obserwatora w czasie, niedawno za  odkryto,  e liczby te  nie s  absolutne, lecz zale  od ruchu obserwatorów w restauracjach.

Pierwsz  liczb  nieabsolutn  jest liczba ludzi, dla których zostaje zarezerwowany stolik. W trakcie trzech pierwszych

telefonów do restauracji b dzie si  ona stale zmienia  i w ko cu utraci jakikolwiek zwi zek z liczb  osób, która rzeczywi cie

si  zjawi, albo z liczb  osób, które dojd  po zako czeniu przedstawienia/meczu/prywatki/koncertu, albo odejd , gdy zobacz ,

kto ju  przyszed .

Drug  liczb  nieabsolutn  jest podany czas rozpocz cia imprezy. Obecnie jest ona uznawana za jedno z

najdziwaczniejszych poj  w matematyce i nazwano j  „wykluczna zwrotna”. Jest to liczba, której istnienie mo na

zdefiniowa  jedynie przez okre lenie,  e jest zupe nie czym  innym ni  sob  sam . Innymi s owy: podany czas rozpocz cia

imprezy jest jedynym momentem, w którym zupe nie wykluczone jest pojawienie si  jakiegokolwiek jej uczestnika.

Wykluczne zwrotne graj  obecnie wa

 rol  w wielu zakresach matematyki, np. w statystyce i buchalterii, tworz  te

podstawowe równania u ywane przy tworzeniu pola NTP.

Trzecia i najbardziej zagadkowa liczba w dziedzinie nieabsolutyzmu wynika ze stosunku mi dzy liczb  pozycji na

rachunku, cen  ka dej pozycji, liczb  ludzi przy stole i sum , któr  ka dy jest gotów zap aci . (Liczba osób, które w ogóle

przynios y pieni dze, jest tu zjawiskiem jedynie marginesowym.)

Pojawiaj ca si  zwykle w tym miejscu rozwa

 gmatwanina sprzeczno ci pozostawa a przez wieki nie zbadana,

gdy  nikt po prostu nie traktowa  ich powa nie. Dawniej t umaczono je takimi zjawiskami, jak grzeczno , bezczelno ,

sk pstwo, narzucanie si , zm czenie, pobudliwo  lub pó na godzina, i nast pnego dnia o wszystkim ca kowicie zapominano.

Wymienionych zjawisk nigdy nie badano w warunkach kontrolowanych, bo przecie  nigdy nie wyst powa y w laboratoriach -

przynajmniej w szanuj cych si  laboratoriach.

Tak wi c dopiero wraz z pojawieniem si  komputerów wysz a na jaw osza amiaj ca prawda,  e: liczby pisane na

rachunkach w restauracjach nie podlegaj  tym samym prawom matematyki co liczby pisane na wszystkich innych kawa kach

papieru.

Ten prosty fakt zmia

 nauk , ca kowicie j  przenicowa . Niesamowita ilo  konferencji matematycznych zacz a

si  odbywa  w tak ekskluzywnych restauracjach,  e wiele najwybitniejszych umys ów epoki zmar o z powodu oty

ci i

niewydolno ci serca, a matematyka cofn a si  w rozwoju o lata.

Powoli zacz to pojmowa  g bszy sens powy szego twierdzenia. Z pocz tku by o zbyt fantastyczne, zbyt

zwariowane, za bardzo podobne do zjawisk, o których cz owiek z ulicy zwyk  mówi : „Od razu mog em wam to powiedzie ”.

Dopiero pó niej ukuto poj cie „subiektywna sie  interakcyjna”, wszyscy mogli si  odpr

 i dalej bada  problem.

Grupki mnichów, które szwenda y si  w okolicach wi kszych instytutów badawczych,  piewaj c dziwne pie ni o

tym,  e wszech wiat nie jest niczym innym jak wytworem fantazji, otrzyma y subwencje z puli dla teatrów ulicznych i posz y z

Bogiem.

background image

26

Rozdzia  8

- W kosmonautyce prawda - zacz  Slartibartfast, manipuluj c przy przyrz dach w kabinie iluzji informatycznych - w

kosmonautyce... - Przerwa  i rozejrza  si .

Kabina iluzji informatycznych przynosi a mi  ulg  po stylistycznych potworno ciach obszaru centralnego

komputera. By a zupe nie pusta.  adnej informacji,  adnych iluzji, tylko oni, bia e  ciany i par  ma ych przyrz dów robi cych

wra enie,  e powinny by  pod czone do czego , czego Slartibartfast nie mo e znale .

- Tak? - naciska  Artur. Zarazi  go po piech Slartibartfasta, nie wiedzia  jednak, co robi .

- Co „tak”? - zapyta  stary.

- Co chcia

 w

nie powiedzie ?

Slartibartfast skarci  Artura wzrokiem.

- Liczby s  obrzydliwe - skwitowa  swe poszukiwania.

Artur kiwn  m drze g ow . Po chwili zauwa

,  e nie rozja ni o mu to panuj cego w niej chaosu, zdecydowa  si

wi c zada  pytanie:

- Które?

- W kosmonautyce wszystkie liczby s  obrzydliwe - odpar  Slartibartfast.

Artur znów kiwn  g ow  i szukaj c pomocy, poszuka  wzrokiem Forda, okaza o si  jednak,  e  wiczy on

przyjmowanie ponurego wyrazu twarzy, osi gaj c zreszt  znaczny stopie  wtajemniczenia.

- Próbowa em tylko - westchn  Slartibartfast - oszcz dzi  wam wysi ku zadawania pytania, dlaczego wszystkie

komputerowe obliczenia na potrzeby statku prowadzone s  na kelnerskim bloczku rachunkowym. Artur zmarszczy  czo o.

- Dlaczego wszystkie komputerowe obliczenia na potrzeby statku prowadzone s  na kelnerskim...? - zapyta , nie

sko czy  jednak zdania.

- Dlatego  e w kosmonautyce wszystkie liczby s  obrzydliwe - wyja ni  Slartibartfast. Zauwa

,  e nie mówi

wystarczaj co jasno. - Uwa aj - doda  - na bloczku rachunkowym kelnera liczby ta cz . Na pewno ju  si  z tym spotka

.

- No tak...

- Na kelnerskim bloczku rachunkowym - ci gn  Slartibartfast - rzeczywisto  i nierzeczywisto  zderzaj  si  z sob

w tak pierwotny sposób,  e jedno staje si  drugim, i przy wyst pieniu okre lonych parametrów wszystko staje si  mo liwe.

- Jakich?

- Nie da si  tego okre li  i to w

nie jeden z parametrów - odpar  Slartibartfast. - Dziwne, ale prawdziwe. To znaczy

mnie wydaje si  dziwne - doda  - ale zapewniano mnie,  e to prawdziwe.

W tym momencie odkry  w  cianie gniazdo, którego szuka , i wcisn  w nie trzymany w r ku przyrz d.

- Nie przestraszcie si  - powiedzia , nagle jednak sam rzuci  na przyrz d przestraszone spojrzenie i skoczy  do ty u -

to jest...

Nie us yszeli, co powiedzia , gdy  w tym samym momencie statek, w którym byli, rozp yn  si , a z rozrywanej na

strz py nocy, buchaj c promieniowaniem z gwiezdnych laserów, spad  na nich mi dzygwiezdny kr ownik bojowy wielko ci

miasteczka przemys owego w  rodkowej Anglii. Przez ciemno  strzeli  przera aj cy orkan p on cego  wiat a i wyrwa

olbrzymi kawa  znajduj cej si  za nimi planety.

Rozdziawili g by, wyba uszyli oczy i nie byli w stanie krzycze .

background image

27

Rozdzia  9

Inny  wiat, inny dzie , inna jutrzenka.

W absolutnej ciszy pojawi a si  delikatna po wiata wczesnego poranka. Kilkana cie bilionów trylionów ton

supergor cych eksploduj cych j der atomów wschodzi o powoli nad horyzont - udawa o im si  przy tym zachowa  skromny,

zimny i nieco wilgotny wygl d.

Ka dego poranka, gdy znik d pojawia si

wiat o, nast puje chwila, w której mo liwy jest cud. Wszech wiat

wstrzymuje wtedy oddech. Chwila na cud min a - na S uornshellous Zeta robi to regularnie i nic si  nigdy nie wydarza.

Nad bagnem wisia a mg a. Rosn ce wokó  drzewa wygl da y szaro, kontury wysokich traw rozp ywa y si  jak mg a.

Opary wisia y jak wstrzymany oddech.

Panowa  zupe ny bezruch.

By o idealnie cicho.

ce bezsilnie zmaga o si  z mg , próbowa o pos

 tu troch  ciep a, tam troch

wiat a, dzie  bez w tpienia nie

mia  mu jednak przynie  nic innego od konieczno ci przebycia piekielnie d ugiej drogi w poprzek nieba.

Panowa  zupe ny bezruch.

Dalej by o cicho.

Bezruch.

Cisza.

Zupe ny bezruch.

Na S uornshellous Zeta bardzo cz sto mija y w ten sposób ca e dnie, ten za  mia  by  kolejnym typowym.

Czterna cie godzin pó niej s

ce zasz o po przeciwnej stronie horyzontu bez nadziei na przysz

, a raczej maj c

wra enie,  e wysi ek ca ego dnia poszed  ca kiem na marne. Par  godzin pó niej s

ce pojawi o si  ponownie, przeci gn o

si  i od nowa ruszy o w drog  w poprzek nieba. Tym razem jednak co  si  wydarzy o. Materac spotka  robota.

- Cze , robocie - zagai  materac.

- Bleee - odpar  robot, robi c dalej to, co w

nie robi , czyli drepcz c bardzo powoli w kó ko. Kr gi, które zatacza ,

nie mia y wi cej jak metr  rednicy.

- Szcz liwy? - zapyta  materac.

Robot zatrzyma  si  i spojrza  na materac. Patrzy  drwi co. By  to najwyra niej bardzo g upi materac - patrzy

wielkimi oczami. Po chwili, której d ugo  zosta a wyliczona z dok adno ci  do dziesi ciu miejsc po przecinku jako czas

niezb dny do wyra enia pogardy dla wszystkiego, co materacowe, robot wróci  do dreptania w kó ko.

- Mogliby my porozmawia  - spróbowa  materac. - Mia by  ochot ?

Materac by  du y i prawdopodobnie niez ej jako ci.

W dzisiejszych czasach bardzo ma o rzeczy produkuje si  naprawd , gdy  w tak niesko czenie wielkim

wszech wiecie, jak ten, w którym  yjemy, mo na sobie do

atwo wyobrazi ,  e wi kszo  rzeczy gdzie  ro nie (cho  w

przypadku wielu nie ma si  na to ochoty). Niedawno zosta  odkryty las, w którym prawie wszystkie drzewa owocowa y

kluczami nasadkowymi.  yciorys takiego owoca-klucza jest do  ciekawy. Po zerwaniu wymaga ciemnej, zakurzonej

szuflady, gdzie mo e latami spokojnie le

. Potem pewnej nocy wykluwa si , zrzuca zewn trzn  pow ok  (która rozpada si

w py ) i pojawia jako bli ej nie okre lony metalowy przedmiot z kryzami na obu ko cach, zal kiem uchwytu i czym  w

rodzaju dziury na  rub . Po znalezieniu nale y klucz wyrzuci . Nikt nie wie, co ma z tego klucz - prawdopodobnie przyroda w

swej niesko czonej m dro ci jeszcze nad tym pracuje. Nikt te  tak naprawd  nie wie, co w

ciwie maj  z  ycia materace. S

du ymi, przyjaznymi istotami ze spr ynami w  rodku,  yj  spokojnie i zupe nie same dla siebie w bagnach S uornshellous

Zeta. Wiele z nich  apie si , zarzyna, suszy, transportuje i podk ada do spania.  adnemu z nich nie wydaje si  to sprawia

ró nicy i wszystkie nazywaj  si  Zem.

- Nie - oznajmi  Marvin.

- Nazywam si  Zem - powiedzia  materac. - Mogliby my porozmawia  o pogodzie.

background image

28

Marvin zndw zrobi  przerw  w monotonnym dreptaniu w kd ko.

- Rosa spad a dzi  rano ze szczególnie obrzydliwym dudnieniem - rzuci  mimochodem.

Znów podj  marsz, jakby ten werbalny wysi ek pomóg  mu spa  na kolejne dno depresji i rozpaczy. Uparcie wlók

si  dalej. Gdyby mia  z by, zazgrzyta by nimi. Nie mia  z bów. Nie zazgrzyta . Samo dreptanie wyra

o wszystko.

Materac flolopn . Jest to czynno , któr  umiej  robi  jedynie  yj ce materace i to w bagnie, dlatego te  to s owo

jest rzadko u ywane. Flolopn  ze sporym zainteresowaniem, wzburzaj c przy okazji sporo wody. Gulgocz c uwodzicielsko,

wypu ci  spod wody kilka p cherzyków powietrza, które unios y si  ku powierzchni. W s abym, nagle rozb ys ym promieniu

ca, który nieoczekiwanie przebi  si  przez mg , na krótko poja nia y jego bia o-niebieskie paski i stworzeniu uda o si

powygrzewa  chwil  spr yny.

Marvin dalej wlók  si  noga za nog .

- Zdaje mi si ,  e co  ci  gn bi - powiedzia  chlupliwato materac.

- Wi cej, ni  jeste  sobie w stanie wyobrazi  - narzeka  Marvin. - Moja zdolno  wywo ywania w sobie dowolnych

procesów psychicznych jest tak nieograniczona, jak niesko czone s  przestrzenie kosmosu. Oczywi cie pomijaj c zdolno

cieszenia si . - Tup, tup - maszerowa . - Moj  zdolno  cieszenia si  móg by  zmie ci  w pude ku od zapa ek - doda . - Bez

wyjmowania z niego zapa ek.

Materac zagluga . Jest to d wi k, który wydaje z siebie  yj cy, mieszkaj cy w bagnie materac, gdy jest do g bi

poruszony opisem czyjego  nieszcz cia. Wed ug Ultra-kompletnego s ownika maximegalo skiego wszelkich mo liwych

zyków

owo to mo e te  opisywa  d wi k, który wyda  z siebie Lord Nadsanvalvwag z Hollop, zauwa ywszy,  e ju  drugi

rok z rz du zapomnia  o urodzinach  ony. Poniewa  jednak w historii istnia  jeden jedyny Lord Nadsanvalvwag z Hollop, a w

dodatku nie by

onaty, s owo u ywane jest wy cznie w znaczeniu negatywnym lub spekulatywnym i coraz bardziej

powszechna staje si  opinia,  e Ultrakompletny s ownik maximegalo ski nie jest wart nawet kolumny ci arówek, koniecznej

do wo enia wydania mikrofilmowego. Dziwnym trafem nie ma w s owniku s owa „chlupliwate”, które oznacza po prostu „co ,

co jest chlupliwe”.

Materac znów zagluga .

- Czuj  w twych diodach g bokie przygn bienie - wolugn  - i to mnie smuci.

By zrozumie  s owo „wolugowa ”,’nale y w sklepie ze starzyzn  kupi  sobie

uornshello skie rozmówki bagienne

lub Ultrakompletny s ownik maximegalo ski. Uniwersytet b dzie bardzo zadowolony z pozbycia si  ich, gdy  w ten sposób

zwolni si  kilka cennych miejsc do parkowania.

- Powiniene  by  troch  bardziej materacowny.  yjemy cicho i samotnie w bagnie i zadowalamy si  flolopowaniem

i wolugowaniem, po wi caj c wilgoci jedynie chlupliwatowat  uwag . Niektóre z nas s  zabijane, ale poniewa  wszystkie

nazywamy si  Zem, nigdy nie wiemy, kto zgin , i dzi ki temu gluganie jest ograniczone do minimum. Dlaczego ci gle kr cisz

si  w kó ko?

- Bo mi noga utkn a - odpowiedzia  Marvin.

- Wygl da na to - powiedzia  materac, ze wspó czuciem wbijaj c w Marvina wzrok -  e jest do  s aba.

- Masz racj  - zgodzi  si  Marvin. - Jest s aba.

- Wunn! - wykrzykn  materac.

-  Te   tak  s dz   -  uzna   Marvin.  -  Poza  tym  wydaje  mi  si ,   e  musi  ci

mieszy   robot  z  protez .  Powiniene

opowiedzie  o tym swoim przyjacio om Zemowi i Zemowi, kiedy pójdziesz ich kiedy  odwiedzi . Na ile ich znam, b

 si

strasznie  mia . Oczywi cie nie znam ich dok adnie - to znaczy nie wiem o nich wi cej ni  ogdlnie o istotach  yj cych - ale z

drugiej strony znam ich lepiej, ni  bym sobie  yczy . Ach, moje  ycie to jedynie skrzynia przek adni  limakowych...

Znów zacz  st pa  w male kim kó ku wokó  swej cienkiej, stalowej nogi, która cho  obraca a si  w bagnie,

sprawia a wra enie,  e uwi

a na sta e.

- Dlaczego chodzisz bez przerwy w kó ko? - zapyta  materac.

- By przekona  si ,  e noga mi utkn a - odpar  Marvin, nie przerywaj c kr cenia si  w kó ko.

- Uznaj spraw  za udowodnion , drogi przyjacielu - zaflurcza  materac - uznaj j  za udowodnion .

background image

29

- Jeszcze tylko milion lat - rzek  Marvin. - Jeszcze jeden szybki milion. Potem mo e spróbuj  w drug  stron . Ot, tak

dla odmiany, rozumiesz?

W g bi swego spr ynowego wn trza materac czu ,  e robot gor co sobie  yczy, by zapyta  go, jak d ugo ju  tak

beznadziejnie ku tyka, z cichym flurczni ciem zada  wi c oczekiwane pytanie.

- O, niedawno min o pó tora miliona lat - wynio le rzuci  Marvin. - Zapytaj mnie, czy si  czasem nudz . No, pytaj!

Materac zapyta .

Marvin zignorowa  pytanie, jedynie ku tyka  z jeszcze wi kszym zapa em.

- Przemawia em kiedy  - rzuci  nagle bez  adnego zwi zku ze swoimi poprzednimi wywodami. - Mo e nie od razu

zrozumiesz, dlaczego mówi  o tym w

nie teraz, ale wynika to st d,  e mój umys  fenomenalnie szybko pracuje. Jestem od

ciebie, lekko licz c, inteligentniejszy trzydzie ci biliondw razy. Zaraz ci co  poka . Pomy l sobie jak  liczb , zupe nie

dowoln .

- Eee... pi  - spróbowa  materac.

-  le! - oceni  Marvin. - Widzisz?

Zrobi o to na materacu niesamowite wra enie i zrozumia ,  e przebywa w towarzystwie nie byle jakiego umys u.

Ca y si  przewilomi , co wytworzy o na powierzchni jego p ytkiej, zaro ni tej algami ka

y ma e, podniecone fale. Na bis

gupn .

- Opowiedz mi - nalega  - o swoim przemówieniu. A  nazbyt ch tnie o nim pos ucham.

- Wypad o bardzo  le i to z bardzo ró nych powodów - zaczaj Marvin. - By o to tam - doda , robi c przerw  - tam,

mniej wi cej dwa kilometry st d. - Swym znajduj cym si  akurat w nie najlepszym stanie ramieniem wykona  z wysi kiem co

w rodzaju nieporadnego gestu. To rami  by o jednak mimo wszystko w lepszym stanie ni  drugie, beznadziejnie przyspawane

do lewego boku. Wskaza  w opisywanym kierunku najlepiej, jak umia , i wyra nie próbowa  udowodni ,  e robi to najlepiej,

jak umie. Przez mg  i trzciny wskazywa  na miejsce na bagnach, wygl daj ce dok adnie tak samo, jak ka de inne miejsce na

bagnach. - Tam - powtórzy . - By em wtedy do  s awny.

Materac ogarn o podniecenie. Jeszcze nigdy nie s ysza  o przemówieniach na S uornshellous Zeta, zw aszcza o

przemówieniach s awnych ludzi. Gdy przez plecy glurn o mu mrowie, wytrysn a z niego woda. Zrobi  co , na co materace

rzadko si  decyduj . Zmobilizowa  ca  energi , nawet najmniejsz  jej drobin , i uniós  swoje prostok tne cia o do góry,

wign  je wysoko i dr c, trwa  tak przez par  sekund, wypatruj c przez mg  i trzciny miejsca w bagnie, które wskazywa

Marvin, i stwierdzi  bez rozczarowania,  e wygl da dok adnie tak samo, jak ka de inne miejsce na bagnach. Wysi ek by  zbyt

wielki i fluczn  z powrotem w ka

, opryskuj c Manrina  mierdz cym b otem, torfem i wodorostami.

- Przez krótki czas by em s awny - zabucza  smutno robot - dzi ki cudownemu i godnemu po

owania ocaleniu od

mierci we wn trzu p on cego s

ca. Widzisz, jak wygl dam, mo esz wi c wywnioskowa  - doda  - jak ma o brakowa o, bym

nie uszed  z  yciem. Wyobra  sobie,  e uratowa  mnie handlarz z omu. A teraz jestem tutaj, mózg wielko ci... ach, dajmy temu

spokój.

Przez chwil  ponuro wlók  si  w kó ko.

- To on mnie doprowadzi  do u ytku, przyprawiaj c t  nog . Obrzydliwa, co? Sprzeda  mnie do ZOO My li. By em

tam gwiazd  ich zbiorów. Musia em siedzie  na skrzynce i opowiada  swoje losy, a ludzie dogadywali mi,  ebym nie traci

odwagi i próbowa  spojrze  na wszystko przez pryzmat plusów swej sytuacji. „Rozchmurz no si , ma y robocie! - wrzeszczeli.

- Po miej si  troch !” Wyja nia em im wtedy,  e doprowadzenie mojej twarzy do u miechu kosztowa oby ka dy warsztat par

adnych godzin pracy i uda oby si  jedynie pod warunkiem,  e mieliby solidny klucz francuski, i bardzo im si  to podoba o.

- Przemówienie! - upiera  si  materac. - Tak ch tnie bym pos ucha  o przemówieniu, które wyg osi

 na bagnach.

- Nad bagnami zbudowano most, cybernetycznie spawany hipermost, d ugi na setki kilometrów, przez który mia y

przeje

 nad bagnem terenówki jonowe i poci gi towarowe.

- Most? - zakwilirli  materac. - Tu, na bagnach?

- Most - potwierdzi  Marvin. - Tu, na bagnach. Mia  nakr ci  gospodark  systemu S uornshellous. Zainwestowano

we  ca e dochody systemu. Poprosili mnie, bym przeci  wst

. Biedni g upcy.

background image

30

Zacz o m

, przez mg  przedziera y si  drobne kropelki wody.

- Sta em na trybunie. Most rozci ga  si  setki kilometrów przede mn  i setki za mn .

- Bi  od niego blask? - z zachwytem zapyta  materac.

- Bi .

- Majestatycznie  czy  odleg e o dziesi tki kilometrów punkty?

- Majestatycznie  czy  odleg e o dziesi tki kilometrów punkty.

- Ci gn  si  jak srebrna ni  daleko w nieprzeniknion  mg ?

- Tak - potwierdzi  Marvin. - Chcesz pos ucha  ca ej historii?

- Chcia bym us ysze  twoje przemówienie - kolejny raz oznajmi  materac.

- W

nie o tym chc  mówi . Powiedzia em wtedy: „Z przyjemno ci  oznajmi bym pa stwu,  e jest dla mnie

ogromn   rado ci ,  zaszczytem  i  wyró nieniem  móc  przekaza   ten  most  do  u ytku,  ale  nie  mog ,  gdy   przesta y  mi

funkcjonowa  wszystkie obwody k amstwa. Wszystkich was nienawidz  i gardz  wami, a teraz uwa am t  nieszcz sn

budowl  za otwart  dla wszystkich, którzy dobrowolnie chc  po niej przej , by dokona  jej bezmózgiego zbezczeszczenia”.

Potem pod czy em si  do obwodów otwieraj cych.

Marvin zrobi  przerw , przypominaj c sobie tamt  chwil .

Materac straln  i glurn . Flolopn , gupn  i przewilomi  si , to ostatnie w szczególnie chlupliwy sposób.

- Wuun - wrufn  w ko cu. - Czy by o to wspania e wydarzenie?

- Do . Most automatycznie z

 prz

a na ca ej swej wynosz cej dziesi tki tysi cy kilometrów d ugo ci i p acz c,

zaton  w bagnie, poci gaj c wszystkich za sob .

W tym momencie w konwersacji nast pi a smutna i straszna przerwa, w czasie której rozleg  si  d wi k, jakby sto

tysi cy ludzi nagle powiedzia o „wap”, po czym z nieba sp yn  rój bia ych robotów, podobnych do nasion lwiej paszczy,

niesionych wiatrem w precyzyjnym militarnym ordynku. Przez pe

 okrucie stwa chwil  roboty sta y w bagnie, odrywaj c

Marvinowi sztuczn  nog , i nim ktokolwiek zd

 mrugn  okiem, by y z powrotem w statku, który wyda  z siebie jedno

jedyne „fup”.

- Widzisz, z jakimi przeciwno ciami losu musz  walczy ? - powiedzia  Marvin do gugaj cego materaca.

Chwil  pó niej roboty znów si  pojawi y, przeprowadzi y drugi atak i gdy tym razem si  ulotni y, materac zosta  w

bagnie sam. Zdziwiony i przestraszony flolopowa , prawie  e wliska  ze strachu. Uniós  si  nad wod , by spojrze  ponad

trzcinami, ale nie by o za nimi nic wida  -  adnego robota,  adnego b yszcz cego mostu,  adnego statku kosmicznego - jedynie

dalsze trzciny. Nas uchiwa , ale wiatr nie niós

adnego d wi ku poza znanymi mu od dawna wrzaskami na wpó  szalonych

etymologów, którzy w oddali krzyczeli do siebie przez ponure bagna.

background image

31

Rozdzia  10

Artur Dent wirowa  wokó  w asnej osi.

Wszech wiat rozprysn  si  na milion b yszcz cych kawa ków i ka dy z nich p yn  cicho przez pustk , odbijaj c w

swej srebrnej powierzchni obrazy spalaj cej wszystko i siej cej zniszczenie niepowtarzalnej katastrofy.

Ciemno  za wszech wiatem wybuch a i ka da jej cz stka zmieni a si  w nieposkromiony dym rodem z piek a.

Run a znajduj ca si  za ciemno ci  za wszech wiatem nico , potem za nico ci  za ciemno ci  za rozpry ni tym

wszech wiatem pojawi  si  ciemny pot ny kontur kogo  mówi cego pot ne s owa.

- Wojny krikkitowe - mówi a siedz ca w pot nym wygodnym fotelu posta  - spowodowa y najwi ksze zniszczenia

w historii Galaktyki. To, co w

nie widzieli cie...

Slartibartfast przefrun , machaj c r

.

-  Widzicie  film  dokumentalny!  -  wo

.  -  To  kiepski  fragment.  Strasznie  mi  przykro,  w

nie  próbuj   znale

przycisk przewijania...

- ...biliony niewinnych...

- Nie dajcie si ! - wo

 Slartibartfast, znów przelatuj c i grzebi c jak szalony w czym , co sam wsadzi  w  cian  w

kabinie iluzji informatycznych i co ci gle tam tkwi o. - Nie dajcie si  i w nic nie wierzcie!

- ...ludzi, istot, waszych bli nich...

Zahucza a muzyka. Te  pot na, o pot nych akordach. Zza postaci w fotelu powoli i jakby z oci ganiem wynurzy y

si  z niesamowicie wiruj cej mg y trzy wysokie kolumny.

- ...do wiadcza o, prze ywa o przez lata, cho  raczej cz ciej - nie prze ywa o. Pami tajcie o tym, przyjaciele. Nie

zapominajmy! Zaraz poka  wam sposób, który pomo e nam zawsze o tym pami ta ,  e przed wojnami krikkitowymi

Galaktyka by a czym  wyj tkowym i wspania ym,  e by a to szcz liwa Galaktyka!

Muzyka z nadmiaru pot gi zupe nie oszala a.

- Szcz liwa Galaktyka, drodzy przyjaciele, dok adnie jak zosta o to przedstawione w symbolu bramy wikkitowej!

Wida  by o wyra nie trzy kolumny - trzy kolumny z dwiema poprzeczkami, umieszczonymi w sposób, który

zdezorientowanemu mózgowi Artura wydawa  si  zadziwiaj co znajomy.

- Trzy kolumny - dudni  g os. - Kolumna stalowa, przedstawiaj ca pot

 i si  Galaktyki!

Rozb ys y  wiat a reflektorów i zacz y wykonywa  dzikie ta ce w gór  i w dó  kolumny, wykonanej bez w tpienia

ze stali lub czego  bardzo podobnego. Muzyka dudni a i rycza a.

- Kolumna pleksiglasowa - oznajmi  m czyzna - przedstawiaj ca znaczenie nauki i rozumu w Galaktyce!

wiat a kolejnych reflektorów zacz y skaka  w niezwyk y sposób w gór  i w dó  prawej, przezroczystej kolumny,

co wywo

o pojawienie si  w jej wn trzu przedziwnych deseni, a w 

dku Artura Denta nagle spowodowa o pojawienie si

zupe nie niezrozumia ego apetytu na lody.

- Oraz - kontynuowa  grzmi cy g os - kolumna drewniana, przedstawiaj ca znaczenie... - w tym momencie g os nieco

zachryp  z powodu nat oku emocji - ...przyrody i ducha.

wiat a skierowa y si  na  rodkow  kolumn . Muzyka wznios a si  pompatycznie w sfery nieskazitelnego

uduchowienia.

- Mi dzy nimi umieszczono - dudni  g os, d

c do apogeum - z ot  poprzeczk  bogactwa i srebrn  poprzeczk

pokoju!

Budowla by a teraz sk pana w cudownym  wietle, na szcz cie muzyka zd

a ju  przekroczy  próg percepcji.

Obie b yszcz ce poprzeczki opiera y si  i skrzy y na trzech kolumnach. Zdawa o si ,  e siedz  na nich dziewcz ta, by  mo e

anio y. Anio y s  jednak zazwyczaj przedstawiane w bardziej kompletnej garderobie.

Nagle w maj cej chyba przedstawia  kosmos przestrzeni zapad a dramatyczna cisza, a  wiat a przygas y.

- Nie istnieje  aden  wiat - grzmia  do wiadczony g os - ani jeden cywilizowany  wiat w Galaktyce, w której symbol

ten nie by by do dzi  otaczany szacunkiem.  yje on w  wiadomo ci narodów nawet na prymitywnych planetach. Zniszczy y go

background image

32

moce Krikkit, ale on zamknie ich  wiat a  po kres wieczno ci!

Orkiestra zagra a tusz, a w d oniach m czyzny pojawi  si  model bramy wikkitowej. W panuj cym wokó  chaosie

szalenie trudno by o oceni , w jakiej by  zrobiony skali, model wygl da  jednak mniej wi cej na metrowy.

- To oczywi cie nie orygina . Orygina , jak ka dy wie, zosta  zniszczony, rozrzucony po wiecznie k bi cych si

wirach czasoprzestrzeni i zgin  na zawsze. To wspania a kopia, wykonana r cznie przez wy mienitych artystów, którzy dzi ki

prastarym tajemnicom rzemie lniczym zbudowali j  pieczo owicie na wieczn  pami tk . B dziecie j  przechowywa  z dum

ku pami ci tych, którzy zgin li, i ku czci Galaktyki - naszej Galaktyki - w obronie której zgin li...

W tym momencie znów przelecia  obok nich Slartibartfast.

- Mam - oznajmi . - Mo emy pozby  si  tych bzdur. Tylko nie kiwajcie teraz g owami.

- Pok

my si  teraz z pokor  - zaintonowa  g os.

Potem powiedzia  wszystko jeszcze raz, tyle  e znacznie szybciej i wspak. Zapali y si  i zgas y  wiat a, kolumny

znikn y, m czyzna be kota  wspak sam do siebie. Wszech wiat zrobi  „bum” i znów posk ada  si  w ca

.

- Kapujecie, co jest grane? - spyta  Slartibartfast.

- Jestem zdziwiony i zdezorientowany - o wiadczy  Artur.

- Spa em - powiedzia  Ford, który w tym momencie sk

 si  pojawi . - Straci em co ?

Byli teraz na kraw dzi potwornie wysokiej przepa ci. Stali i widzieli, jak nad zatok  przed nimi - niby na

puszczonym od ty u filmie - rozpry ni te, p yn ce szcz tki sk adaj  si  z powrotem w jedn  z najwi kszych i najpot niejszych

kosmicznych flot wojennych, jakie kiedykolwiek zebrano w Galaktyce. Niebo mia o m tn , ró ow  barw  i ciemnia o,

przechodz c przez zupe nie dziwny kolor w granat, a nieco bardziej od góry w czer . W niesamowitym tempie sp ywa y z

niego k by dymu.

Wydarzenia mkn y do ty u zbyt szybko, by je  ledzi , gdy za  wkrótce tu  obok przemkn  olbrzymi,

mi dzygwiezdny statek wojenny, wydaj c d wi k, jakby wszyscy obecni powiedzieli „punt”, zrozumieli,  e wrócili do

momentu,  od  którego  zacz li  wszystko  ogl da .  Dalsze  wydarzenia  toczy y  si   dla  Forda  i  Artura  zbyt  szybko,  zlewa y  w

wideodotykow  plam , która kr

c nimi, wprawiaj c w wirowanie i dygot, przepycha a ich i przetrz sa a przez stulecia

galaktycznej historii. S ycha  by o jedynie s abe poj kiwanie.

Od czasu do czasu w coraz bardziej zag szczaj cym si  k bowisku wydarze  spostrzegali przera aj ce wstrz sy,

straszliwe okropno ci, niszczycielskie katastrofy, po czone niezmiennie z tymi samymi, ci gle powracaj cymi obrazami -

jedynymi obrazami, jakie mo na by o wyra nie rozpozna  w lawinie zapadaj cej si  historii.

By a to bramka do krykieta, ma a, twarda czerwona pi ka, o lepiaj co bia e roboty i co  mniej wyra nego, ciemnego,

zamazanego.

By o jednak jeszcze co , co wyra nie odcina o si  od p dz cego strumienia wydarze .

Tak jak w nast puj cych po sobie wolnych tykni ciach wraz z ich przyspieszeniem ginie dok adne odgraniczenie

poszczególnych stukni  i powoli staj  si  one nieprzerwanym, coraz wy szym d wi kiem, tak i tu wiele nast puj cych po

sobie pojedynczych wra

 zmieni o si  w ci

e uczucie, cho  nazywanie tego „uczuciem” nie jest najlepsze. Je li nazwa  to

uczuciem, to by o absolutnie nieczu e. W

ciwie by a to nienawi  - nieprzejednana nienawi . By a zimna, ale nie zimnem

lodu, lecz  ciany. By a bezosobowa, ale nie bezosobowo ci  przypadkowego uderzenia pi ci  w t umie, lecz bezosobowo ci

wystawionego przez komputer mandatu. By a  mierciono na, zndw jednak nie tak jak  mierciono ne s  kula czy nó , lecz tak

jak  mierciono ny jest stoj cy w poprzek autostrady ceglany mur. Tak jak coraz wy szy d wi k zmienia swe w

ciwo ci i im

robi si  wy szy, tym bardziej jest harmonijny, tak tu to nieczu e uczucie zdawa o si  urasta  do niezno nego, cho

nies yszalnego krzyku, a  nagle zmieni o si  we wrzask winy i rozczarowania.

Nagle zapad a cisza.

Stali na szczycie wzgórza, by  przyjemny, cichy wieczór. W

nie zachodzi o s

ce.

Dooko a, prawie a  po horyzont,  agodnie rozpo ciera y si  lekko sfalowane zielone wzgórza. Ptaki  piewa y o tym,

co s dz  o tym wszystkim - ich opinia zdawa a si  dobra. Nie opodal ha asowa y bawi ce si  dzieci; tu  za miejscem, sk d

rozlega y si  krzyki, wida  by o w s abn cym  wietle wieczora sylwetk  miasteczka. Miasteczko sk ada o si  w wi kszo ci z

background image

33

do  niskich domów z bia ego kamienia. Horyzont tworzy y  agodne, przyjemnie zakrzywione linie. S

ce prawie zasz o.

Jakby znik d rozleg a si  muzyka. Slartibartfast nacisn  guzik, i muzyka zamilk a.

- Oto... - powiedzia  jaki  g os.

Slartibartfast nacisn  inny guzik, i g os zamilk .

- Opowiem wam o tym - powiedzia agodnie.

Okolica by a spokojna. Artur czu  si  szcz liwy. Nawet Ford wydawa  si  weso y. Przespacerowali si  kawa ek w

stron  miasta. Informatyczna iluzja trawy by a przyjemna i robi a pod stopami wiosenne wra enie. Informatyczna iluzja

kwiatów pachnia a s odko i aromatycznie. Jedynie Slartibartfast wygl da  niespokojnie i nieswojo. Zatrzyma  si  i spojrza  w

gór .

Nagle Arturowi wyda o si ,  e teraz, kiedy wszystko zbli

o si  do ko ca czy raczej ku pocz tkowi okropno ci,

które ogl dali przed chwil , musi si  sta  co  strasznego. Ci

a mu my l,  e takiemu idyllicznemu miejscu jak to ma si

przydarzy  co  strasznego. Tak e i on spojrza  w gór . Na niebie nie by o nic wida .

- Chyba tu nie zaatakuj , co? - spyta .

Zdawa  sobie spraw  z tego,  e spaceruje wewn trz filmu, ale mimo wszystko by  niespokojny. - Nikt nie b dzie

atakowa  - g os Slartibartfasta dr

 z emocji. - Jeste my w miejscu, z którego wszystko wzi o pocz tek. To miejsce miejsc. To

Krikkit.

Spojrza  w niebo. Od jednego kra ca horyzontu do drugiego, ze wschodu na zachód, z pó nocy na po udnie niebo

by o ca kowicie i zupe nie czarne.

background image

34

Rozdzia  11

Tup tup. Bzzz.

- Zawsze do us ug.

- Zamknij si .

- Dzi kuj  bardzo.

Tup tup tup tup tup.

Bzzz.

- Dzi kuj  bardzo, uszcz liwi  pan zwyk e drzwi.

- Mam nadziej ,  e wkrótce zgnij  ci diody.

- Dzi kuj  bardzo.  ycz  mi ego dnia.

Tup tup tup tup.

Bzzz.

- To przyjemno , otwiera  si  dla pana...

- Odzarkwo  si .

- ...i przyjemno , znów si  zamyka  wiedz c,  e wykona

my dobr  robot .

- Powiedzia em: odzarkwo  si .

- Dzi kujemy,  e nas pan wys ucha .

Tup tup tup tup.

Wap.

Zaphod stan . Od wielu dni  azi , tupi c po „Sercu ze Z ota”, i dotychczas  adne drzwi nie powiedzia y do niego

„wap”. By  raczej pewien,  e i teraz  adne drzwi nie powiedzia y do niego „wap”. Drzwi nie mówi y takich rzeczy. By o to jak

dla drzwi zbyt zwi

e. Poza tym nie istnia o tyle drzwi. S owo zabrzmia o bowiem, jakby „wap” powiedzia o sto tysi cy ludzi,

i to zaskoczy o Zaphoda, gdy  by  na pok adzie zupe nie sam.

By o ciemno. Wi kszo  niewa nych systemów statku by a wy czona. Statek dryfowa  leniwie w odleg ej okolicy

Galaktyki, pogr ony g boko w kruczoczarnej ciemno ci przestrzeni. Sk d wi c akurat tutaj mia oby si  zjawi  tajemnicze sto

tysi cy ludzi i zupe nie nieoczekiwanie powiedzie  „wap”?

Rozejrza  si  wokó , spojrza  w jeden, potem w drugi koniec korytarza. Wszystko by o spowite g bok  ciemno ci .

Wida  by o, cho  niewyra nie, jedynie ró owe kontury drzwi, które pulsowa y  wiat em w momencie, gdy drzwi si  odzywa y,

cho  wypróbowa  wszystkie mo liwe sposoby, by nie gada y.  wiat a by y zgaszone, tak  e g owy Zaphoda mog y unikn

patrzenia na siebie, co by o o tyle wa ne,  e obecnie ani jedna, ani druga nie wygl da y szczególnie efektownie, a wygl da y

tak od chwili, gdy pope ni  b d i zajrza  w g biny swej duszy.

To naprawd  by  du y b d.

Zdarzy  mu si  pewnego pó nego wieczora. Oczywi cie.

Mia  za sob  ci ki dzie . Oczywi cie.

W d wi kowych uk adach statku sz a uczuciowa muzyka. Oczywi cie.

By  te  wtedy - oczywi cie - z lekka zalany.

Innymi s owy - spe nione by y wszystkie warunki doprowadzaj ce cz owieka do grzebania sobie w duszy. Mimo

wszystko bez w tpienia pope ni  b d.

Stoj c teraz milcz co i samotnie na korytarzu, przypomina  sobie tamten moment i a  si  wzdrygn . Jedna g owa

spojrza a w jednym kierunku, druga w drugim i ka da stwierdzi a,  e nale y pój  tam, gdzie w

nie nie patrzy.

Przys uchiwa  si , nic jednak nie s ysza .

Jedyn  rzecz , jak  us ysza , by o „wap”.

Strasznie bezproduktywne wyda o mu si  zmuszanie tak ogromnej liczby osób do wypowiadania jednego s owa.

Z dusz  na ramieniu zacz  si  przemyka  do centrali dowodzenia. Tam odzyska panowanie nad sob .

background image

35

Znów si  zatrzyma . W jego obecnym stanie nie by o chyba zbyt du o nadziei,  e odzyska panowanie nad sob .

Cofaj c si  my

, przypomnia  sobie,  e pierwszym szokiem by o odkrycie,  e ma dusz . W zasadzie zawsze mniej lub

bardziej zak ada ,  e j  ma, posiada  przecie  w komplecie wszystko inne, niektóre rzeczy nawet podwójnie, nag e jednak

natkni cie si  na owo czyhaj ce g boko w jego wn trzu co  by o ci kim ciosem.

Odkrycie (by  to szok numer dwa),  e jego dusza nie jest tak na wskro  wspania a, jak mia  pe ne prawo oczekiwa

cz owiek z jego pozycj , by o kolejnym ci kim ciosem.

Zastanowi  si  wi c, czym w

ciwie jest pozycja, jak  zajmuje, i nast pny szok spowodowa ,  e prawie rozla by

drinka. Szybko, zanim mog oby mu si  przydarzy  co  z ego, wla  go sobie do gard a. Natychmiast wypi  nast pnego, który

mia  pomkn  za pierwszym i sprawdzi , czy dobrze mu si  wiedzie.

- Wolno  - powiedzia  g

no.

W tym momencie do centrali wesz a Trillian i wypowiedzia a szereg entuzjastycznych s ów na temat wolno ci.

- Nie mog  sobie z ni  poradzi  - ponuro przerwa  Zaphod i pos

 w dó  gard a trzeciego drinka, który mia

sprawdzi , dlaczego drugi nie wys

 jeszcze raportu o samopoczuciu pierwszego. Niepewnie spojrza  na obie Trillian i

zdecydowa  si  na praw . Czwartego drinka pos

 w dó  drug  krtani  z zadaniem przerwania trzeciemu wagarów, zawarcia z

nim sojuszu i wspólnego nak onienia drugiego, by wzi  si  w gar . Wszystkie trzy mia y rozpocz  poszukiwania

pierwszego,  mi o  z  nim  porozmawia ,  mo e  nawet  co   mu  za piewa .  Nie  by   pewien,  czy  czwarty  drink  wszystko  dobrze

zrozumia , dlatego pos

 za nim pi tego, który mia  mu jeszcze raz dok adnie wyt umaczy  plan, i szóstego dla moralnego

wsparcia.

- Pijesz za du o - stwierdzi a Trillian.

owy Zaphoda zderzy y si , gdy próbowa  z

 jedn  osob  z czterech Trillian, które teraz widzia . Zrezygnowa ,

rzuci  wzrokiem na monitor nawigacyjny i zdziwi  si , widz c tak niesamowicie du o gwiazd.

- Zabawa, przygody i szale stwo... - wymamrota .

- S uchaj - powiedzia a ze wspó czuciem w g osie Trillian, siadaj c obok - to przecie  zrozumia e,  e przez krótk

chwil  wydajesz si  sobie ma o potrzebny.

Wyba uszy  na ni  oczy. Jeszcze nigdy nie widzia  kogo , kto umia by siedzie  u siebie na kolanach.

- Hej! - wrzasn . Wychyli  jeszcze jednego drinka.

- Wykona

 zadanie, którym zajmowa

 si  przez lata.

- Nie zajmowa em. Próbowa em robi  wszystko, by si  nim nie zajmowa .

- Ale je wykona

.

Zaphod chrz kn . Wszystko wskazywa o na to,  e w jego 

dku odbywa si  szalona prywatka.

- My

 sobie,  e to ono mnie wyko czy o. Mog  lecie , gdzie mi si  spodoba, robi , co mi si  spodoba, posiadam

najfantastyczniejszy statek kosmiczny w znanym wszech wiecie, dziewczyn , z któr  mi si  nie le uk ada...

- Naprawd ?

- O ile umiem oceni , ale nie jestem fachowcem od uk adów m sko-damskich...

Trillian unios a brwi.

- Jestem szatan nie facet i mog  robi  wszystko, na co mam ochot , tyle  e nie mam najbledszego poj cia, co to ma

by ... - Zawiesi  g os. - Nagle jedno nie prowadzi do drugiego - doda  i zadaj c k am tej m dro ci, wla  sobie w gard o

kolejnego drinka, po czym niezbyt elegancko zsun  si  z krzes a.

W czasie gdy trze wia , Trillian kartkowa a nale cy do wyposa enia statku egzemplarz Autostopem przez

Galaktyk . Zawiera  kilka rad na wypadek stanu ci kiego upojenia alkoholowego.

- Bierz si  do roboty i du o szcz cia! - przeczyta a.

By  to równocze nie odno nik do artyku u o wielko ci wszech wiata i informacja, jak sobie z nim radzi .

Nast pnie znalaz a zapis o Han Wavel - egzotycznej planecie wypoczynkowej, b

cej jednym z cudów Galaktyki.

Han Wavel jest planet  sk adaj

 si  w wi kszo ci z bajkowo ultraluksusowych hoteli i kasyn, ukszta towanych co

do jednego wskutek wywo anej wiatrem i deszczem erozji. Szansa samoistnego powstania czego  podobnego wynosi mniej

background image

36

wi cej jeden do niesko czono ci. Niewiele wiadomo o genezie zjawiska, gdy

adnego z zapalonych do bada  geofizyków,

statystyków prawdopodobie stwa, analityków meteorów czy dziwnologów nie sta  na pobyt na planecie.

„Szale stwo” - pomy la a Trillian.

W par  godzin pó niej wielkie, bia e, maj ce kszta t trampka „Serce ze Z ota” powoli sp ywa o z o wietlonego

gor cym, jasnym s

cem nieba na iskrz ce si  mnóstwem kolorów, piaszczyste lotnisko mi dzyplanetarne. Na l dowisku

statek sta  si  - oczywi cie - sensacj  i Trillian sprawi o to wielk  przyjemno . S ysza a,  e Zaphod kr ci si  po btatku i

pogwizduje.

- Co u ciebie? - zapyta a przez radio pok adowe.

- Wspaniale - odpar  rozanielony - niesamowicie fajnie.

- Gdzie jeste ?

- W  azience.

- Co tam robisz?

- Siedz  i nie zamierzam wychodzi .

Po godzinie czy dwóch sta o si  jasne,  e nie  artowa , i statek wróci  na niebosk on bez otwarcia jednego luku.

- Hej ho! - odezwa  si  na to komputer pok adowy Eddie.

Trillian cierpliwie skin a g ow , troch  postuka a tu i ówdzie palcami i nacisn a na w cznik radia pok adowego.

- Wymuszona zabawa raczej nie jest tym, czego potrzebujesz, co?

- Raczej nie - odpar  Zaphod z miejsca, w którym przebywa .

- My

 jednak,  e nieco wysi ku fizycznego mog oby ci  wyci gn  ze skorupy, w któr  si  schowa

.

- Bez wzgl du na to, co my lisz, my

 to samo - odpar  Zaphod.

NIEMO LIWO CI WYPOCZYNKOWE

Na tym napisie spocz  wzrok Trillian, gdy usiad a, by przegl da Autostopem przez Galaktyk . Gdy „Serce ze Z ota”

mkn o z pr dko ci  nieprawdopodobie stwa w nieokre lonym kierunku, popija a z fili anki co  niemo liwego do picia,

pochodz cego z pok adowego  ywno ciomatu, i czyta a o lataniu.

Przewodnik Autostopem przez Galaktyk ma do powiedzenia nast puj ce rzeczy o lataniu:

Latanie to sztuka, a raczej sztuczka. Dowcip polega na tym, by nauczy  si  rzuca  na ziemi  i nie trafia  w ni .

Wybierz sobie  adny dzie  i spróbuj. Pocz tek jest bardzo prosty. Wymaga jedynie rzucenia si  ca ym ci arem do przodu i

silnej woli, by nie przej

 si , kiedy zaboli. Dok adnie mówi c, zaboli, je li nie uda ci si  nie trafi  w ziemi . Wi kszo ci ludzi

nie udaje si  nie trafia  w ziemi , co z du ym prawdopodobie stwem oznacza,  e je li z uporem b

 trenowa , nie b dzie im

si  to udawa o z du ym impetem.

Bez w tpienia w

nie druga cz

, czyli nietrafienie, jest tym, co sprawia trudno ci.

Pewnym problemem jest,  e w ziemi  trzeba nie trafi  przypadkowo. Nic nie daje  wiadome postanowienie

nietrafienia w ziemi , gdy  wtedy nie wyjdzie. Nale y da  sobie nagle odwróci  uwag  w momencie, gdy jest si  w po owie

drogi, i to tak, by nie my le  ani o spadaniu, ani o ziemi, ani o tym, jak bardzo b dzie bola o, je li nie uda si  nie trafi  w ziemi .

Wiadomo,  e ogromnie trudno jest odwróci  uwag  od tych trzech rzeczy akurat w trakcie u amka sekundy, którym si

dysponuje. St d te  bior  si  niepowodzenia wi kszo ci ludzi i w ko cu ich ockni cie z zachwytu nad tym tak podniecaj cym i

wymy lnym sportem. Je li ma si  jednak to szcz cie, by w decyduj cym momencie straci  na krótko koncentracj , powiedzmy

z powodu wspania ej pary nóg (lub w zale no ci od gatunku i I albo osobistych upodoba  czu ków czy nibynó ek), bomby, która

wybucha w pobli u, albo przez to,  e nagle zauwa y si  pe zaj cy po pobliskiej ga zi niezmiernie rzadki okaz chrz szcza, to w

absolutnym zdziwieniu zupe nie nie trafisz w ziemi  i zawi niesz nad ni  na wysoko ci kilku centymetrów w sposób mog cy

jednak sprawia  wra enie nieco g upiego. Jest to moment wymagaj cy najwy szej koncentracji. Daj si  nie  i szybuj, szybuj i

pozwalaj si  nie . Zrezygnuj z rozmy lania, jaki to w

ciwie jeste  ci ki, i daj si  unie  wy ej.

background image

37

Nie s uchaj, co w tym momencie zaczn  mówi  do ciebie ludzie, gdy  najprawdopodobniej nie powiedz  niczego, co

mog oby ci pomóc.

Najprawdopodobniej b

 mówi  co  w stylu: „O mój Bo e, to niemo liwe,  eby  lecia !” Jest niesamowicie wa ne,

by  im nie uwierzy , bo je li uwierzysz, to natychmiast b

 mieli racj . Pozwól sobie unosi  si  wy ej i wy ej. Spróbuj kilku

lotów nurkowych najpierw bardzo ostro nie, potem poszybuj nad koronami drzew i równomiernie oddychaj.

NIKOMU NIE MACHAJ R

. Gdy polecisz kilka razy, odkryjesz,  e chwila tracenia koncentracji staje si  coraz

atwiejsza do osi gni cia. Wkrótce nauczysz si  panowa  nad lotem, szybko ci , zwrotno ci . Najwi ksza trudno  polega na

tym, by nie zacz

 zbyt gwa townie duma , co si  chce robi , lecz pozwoli  sprawie dzia  si  samej. Nauczysz si  te , jak

prawid owo l dowa co przy pierwszej próbie z do  du  pewno ci  dok adnie spartaczysz. Istniej  prywatne kluby, które

pomagaj  wyczu  ów

podstawowej wagi moment utraty koncentracji. Zatrudniaj  one ludzi z fascynuj cymi cia ami lub pogl dami, którzy

w krytycznym momencie wypadaj  zza krzaków i prezentuj  swe dala i I lub wyk adaj  swe pogl dy. Tylko nieliczni

autostopowicze mieliby szans  na cz onkostwo w tych klubach, niektórzy mogliby jednak dosta  w nich prac  na godziny.

Trillian przeczyta a to z rozrzewnieniem, dosz a jednak - cho  niech tnie - do wniosku,  e Zaphod nie jest w nastroju,

by próbowa  latania, maszerowa  przez góry ani przekonywa  brantisvogo ski wywiad,  eby uzna  przedstawiane mu

za wiadczenie o przemeldowaniu si , a by y to kolejne rzeczy wymienione pod tytu em

NIEMO LIWO CI ROZRYWKOWE.

Skierowa a statek na Allosimaniusa Synek  - planet  z lodu i  niegu, niesamowicie zimn  i tak pi kn ,  e dusza

doznaje wstrz su. W drówka z zasypanej  niegiem równiny Liski na szczyty utworzonych z lodowych kryszta ów piramid

Sastantui jest d uga i wyczerpuj ca, nawet je li ma si  odrzutowe narty i hord  synekajskich psów arktycznych, ale widok z

góry, obejmuj cy lodowcowe pola Stinu, po yskuj ce Góry Pryzmatyczne i ta cz ce eterycznie w oddali lodowe  wiat a, jest

czym , co dusz  najpierw zamra a na ko , potem j  jednak powoli wyrzuca na nie znane jej dot d g bie pi kna, a Trillian

mia a wra enie,  e dobrze zrobi oby jej wyrzucenie duszy na nie znane dot d g bie pi kna.

Zesz a na ni sz  orbit . W dole le

o srebrnobia e pi kno Allosimaniusa Syneki.

Zaphod le

 w 

ku. Jedn  g ow  wbi  pod poduszk , druga zaj ta by a do pó nej nocy rozwi zywaniem

krzy ówek.

Trillian kolejny raz cierpliwie kiwn a g ow  i policzy a w my lach do do  du ej liczby. Powiedzia a sobie w duchu,

e tym, co si  teraz liczy, jest zmuszenie Zaphoda do rozmowy.

Doprowadzaj c do ruiny wszystkie pok adowe  ywno ciomaty kuchenne, wyprodukowa a najbardziej bajkowo

pyszne jedzenie, na jakie sta  by o jej wyobra ni  - delikatnie obsma one w oleju mi so, aromatyczne owoce, pi knie pachn ce

sery, wyborne aldebara skie wina.

Zanios a wszystko Zaphodowi i zapyta a, czy jest w nastroju, by pogada .

- Odzarkwo  si  - pad a odpowied .

Trillian spokojnie skin a g ow  sama do siebie, policzy a w my lach, dochodz c do jeszcze wi kszej liczby, pchn a

tac  nieco na bok, posz a do kabiny teletransportu i wyteleportowa a si  czym pr dzej z  ycia Zaphoda.

Nie zaprogramowa a wspó rz dnych - nie mia a nawet cienia pomys u, dok d si  uda . Po prostu odesz a - jako

przypadkowy szereg ta cz cych przez wszech wiat punkcików.

- Nic nie mo e by  gorsze od tego - mrukn a pod nosem, odchodz c.

- Zgadzam si  w zupe no ci - wymamrota  Zaphod, obróci  si  na bok i bezskutecznie próbowa  zasn .

Nast pnego dnia snu  si  niespokojnie przez puste korytarze statku i mimo i  wiedzia ,  e Trillian odesz a, udawa ,  e

jej nie szuka. Odci  si  od s uchania zrz dzenia komputera, co u diab a si  w

ciwie dzieje, naklejaj c na niektóre terminale

elektroniczne kneble. Po paru dniach zacz  gasi

wiat a. Nie istnia o nic, co warto by ogl da . Nic si  wi cej nie wydarzy.

background image

38

Le c pewnej nocy w 

ku - obecnie na pok adzie statku panowa a bez przerwy noc - postanowi  wzi  si  w gar

i doprowadzi  sprawy do jako takiego porz dku. Bez zastanowienia wsta  i si  ubra . Uzna ,  e we wszech wiecie musi istnie

kto , kto czuje si  jeszcze 

niej, nieszcz liwiej i samotniej od niego, i postanowi  go poszuka . W po owie drogi do

centrali dowodzenia wpad a mu do g owy my l,  e t  istot  mo e si  okaza  Marvin, wróci  wi c do 

ka.

Kilka godzin pó niej zrozpaczony snu  si  po ciemnych korytarzach i kl  na jedne po drugich przyjazne drzwi, znów

us ysza  „wap” i znów mocno go to przestraszy o. W napi ciu przylgn  do  ciany korytarza, marszcz c czo o jak kto , kto

próbuje telekinetycznie wyprostowa  korkoci g. Przy

 czubki palców do  ciany i poczu  niezwyk  wibracj . Potem

wyra nie us ysza  ciche odg osy, wiedz c od razu, sk d pochodz  - z centrali dowodzenia. Przesun  d

 wzd

ciany,

dotkn  czego  i ucieszy  si ,  e to znalaz . Cicho przesun  si  kawa ek dalej.

- Komputer? - sykn  jak najciszej.

- Hmmm? - zapyta  znajduj cy si  tu  obok terminal, tak e bardzo cicho.

- Czy kto  jest na statku?

- Hmmmmm - odpowiedzia  komputer.

- Kto?

- Hmmm mmm mmmmmmm - odpar  komputer.

- Co?

- Hmmm mmmmm mmm mmmmmmm.

Zaphod schowa  jedn  z twarzy w dwie ze swych r k.

-  wi ty Zarkwonie - wymrucza . Spojrza  wzd

 korytarza w kierunku drzwi do centrali dowodzenia, sk d s ycha

by o coraz wi cej wyra niejszych odg osów i gdzie znajdowa y si  zakneblowane terminale komputera.

- Komputer - sykn  znowu.

- Hmmm?

- Je li zdejm  ci kneble...

- Hmmm.

- To przypomnij mi,  ebym si  spra  po g bie.

- Hmmm mmm?

- Po obu g bach. Teraz mi tylko odpowiedz. Raz znazy tak, dwa - nie. Czy to niebezpieczne?

- Hmmm.

- Tak?

- Hmmm.

- Nie powiedzia

 przypadkiem dwa razy „hmmm”?

- Hmmm hmmm.

- Hmmm.

Centymetr po centymetrze skrada  si  wzd

 korytarza z wyrazem twarzy  wiadcz cym,  e wola by p dzi  wzd

niego metr za metrem. Tak te  by o.

Brakowa o mu dwóch metrów do centrali dowodzenia, gdy zauwa

 z przera eniem,  e drzwi wej ciowe w

nie

zamierzaj  przyjacielsko si  zachowa , zamar  wi c w bezruchu. Dotychczas nie zdo

 wy czy  ich obwodów

osowo-grzeczno ciowych.

Z wn trza centrali dowodzenia nie by o wida  drzwi wej ciowych (wynika o to z pasjonuj co topornej techniki

tworzenia krzywizn, któr  pos

ono si  przy budowie statku) i Zaphod mia  nadziej ,  e wejdzie nie zauwa ony. Opar  si

przygn biony o  cian  i powiedzia  kilka s ów, które do  mocno zaszokowa y drug  g ow .

Zaphod wpatrywa  si  w ledwie widoczny ró owawy kontur drzwi i stwierdzi ,  e w ciemno ci korytarza widzi

niewyra ny obrys pola sensorowego; obejmowa o ono kawa ek korytarza przed drzwiami, maj cy przekaza  im informacj ,  e

kto  si  zbli a i  e nale y si  otworzy  i powiedzie  kilka radosnych i mi ych s ów.

Przycisn  plecy do  ciany, jakby chcia  si  rozp aszczy , i ostro nie osun  na pod og , kurcz c przy tym ile si  da

background image

39

klatk  piersiow , by w  adnym wypadku nie dotkn  bardzo niewyra nych obrze y pola sensorowego. Wstrzyma  oddech i

pogratulowa   sobie,   e  przez  ostatnie  dni  le

  w  marnym  nastroju  w  

ku,  a  nie  próbowa   wy adowywa   emocji  w

pomieszczeniu gimnastycznym,  wicz c mi nie klatki piersiowej.

wiadomi  sobie,  e musi teraz co  powiedzie .

Wzi  kilka p ytkich oddechów, potem najszybciej i najciszej, jak umia , powiedzia :

- Drzwi, je li mnie s yszycie, powiedzcie mi to bardzo, bardzo cicho.

Bardzo, bardzo cicho drzwi wyszepta y:

- S yszymy ci .

-  Dobrze.  Za  chwil   poprosz   was,  by cie  si   otworzy y.  Gdy  si   otworzycie,  chcia bym,  by cie  nie  mówi y,   e

sprawi o wam to przyjemno . Dobrze?

- Dobrze.

- Nie chcia bym te , by cie o wiadcza y,  e uszcz liwi em zwyk e drzwi, ani  e to dla was wielka rado  otwiera

si  dla mnie i  e jeste cie zadowolone, i  mo ecie znów si  zamyka  ze  wiadomo ci  wykonania dobrej roboty. Dobrze?

- Dobrze.

- I nie chc , by cie mi  yczy y mi ego dnia, jasne?

- Jasne.

-  wietnie - powiedzia  Zaphod i wsta . - Teraz si  otwierajcie.

Drzwi bezg

nie si  rozsun y. Zaphod bezg

nie si  przez nie prze lizgn . Drzwi bezg

nie si  za nim zamkn y.

- Czy by o tak, jak pan sobie  yczy , panie Beeblebrox...? - g

no zapyta y drzwi.

- Wyobra cie sobie - odezwa  si  Zaphod do grupy bia ych robotów, które w tym samym momencie odwróci y si  i

wbi y w niego wzrok -  e mam w r ku bardzo skuteczny zabójcomat.

Zapad a niesamowicie lodowata i wroga cisza. Roboty patrzy y przera liwie martwymi oczami. Sta y w zupe nym

bezruchu. Ich wygl d mia  w sobie co  makabrycznego, szczególnie dla Zaphoda, który dotychczas nie widzia  czego

podobnego, a nawet nie s ysza  o tych istotach. Wojny krikkitowe nale

y do prastarej przesz

ci Galaktyki, a Zaphod

wi ksz  cz

 nauki prehistorii sp dzi  na snuciu planów, jak przespa  si  z dziewczyn  z s siedniej cyberkabiny. W momencie

gdy w czy  do realizacji swego planu swój komputer ucz cy, skasowa  mu prawie ca kowicie obwody historyczne i zast pi  je

szeregiem innych pomys ów. Doprowadzi o to do tego,  e komputer wycofano z u ytku i wys ano do schroniska dla

zdegenerowanych cybermatdw, dok d posz a za nim dziewczyna, która niechc cy  miertelnie si  zakocha a w nieszcz snym

aparacie. W rezultacie Zaphod a) nigdy nie zdo

 si  do niej zbli

 i b) straci  omawianie okresu prehistorii, którego

znajomo  mia aby dla niego w tej chwili bezcenne znaczenie.

Przera ony wpatrywa  si  w roboty.

Nie sposób tego wyja ni , ale g adkie, elastyczne bia e cia a sprawia y wra enie absolutnego uciele nienia klinicznie

czystego z a. Od przera liwie martwych oczu a  po silne, nieruchome stopy by y bez w tpienia doskonale przemy lanym

produktem umys u chc cego jedynie zabija . Zaphoda zacz  dusi  nagi strach.

Roboty rozmontowa y ju  cz

 tylnej  ciany centrali dowodzenia i przebi y korytarz przez niektóre z

najwa niejszych instalacji statku. Ku swemu jeszcze wi kszemu przera eniu Zaphod zauwa

 przez spl tane szcz tki,  e by y

nie w trakcie dr enia tunelu w kierunku centrum statku, ku podwalinie wytrz ni tego - jak wiadomo - z r kawa nap du

nieprawdopodobie stwa. Dok adnie mówi c: roboty przebija y si  do samego serca ze z ota. Stoj cy najbli ej Zaphoda robot

patrzy , jakby ocenia  ka

 cz steczk  jego cia a, duszy i mo liwo ci. Kiedy przemówi , wra enie to jeszcze si  nasili o.

Zanim przejdziemy do tego, co powiedzia , nale y przypomnie ,  e Zaphod by  pierwsz  od ponad dziesi ciu bilionów lat

organiczn  istot  s ysz

 mow  którego  z tych stworów. Gdyby wi ksz  wag  przyk ada  do nauki, a mniejsz  do swych

potrzeb biologicznych, by  mo e to wyró nienie zrobi oby na nim wi ksze wra enie.

os robota by  taki sam jak cia o - zimny, g adki, martwy. By  lekko chrapliwy jak u ludzi z wy szych sfer. Brzmia

tak staro, jak stary by  naprawd .

- Masz w r ku zabój comat - odezwa  si  robot.

background image

40

Przez chwil  Zaphod nie wiedzia , co maj  znaczy  te s owa, potem jednak spojrza  na sw  r

 i stwierdzi  z ulg ,  e

to, co wyci gn  z zamocowanego przy  cianie uchwytu, naprawd  by o tym, co my la ,  e znalaz .

- Tja - potwierdzi  bardzo sprytnie, pozoruj c co  w rodzaju ironicznej ulgi - no tak, nie chcia bym przem cza  twej

wyobra ni, robocie.

Przez chwil  nikt si  nie odzywa . Zaphod zrozumia ,  e roboty najwyra niej nie przylecia y, po to, by prowadzi

konwersacj , i podtrzymywanie jej nale y do niego.

- Stwierdzam ze zdziwieniem,  e zaparkowali cie swój statek w poprzek mojego... - powiedzia , kiwaj c jedn  z

dw w odpowiednim kierunku.

By  to niepodwa alny fakt. Zupe nie nie troszcz c si  o w

ciwe zachowanie, roboty zmaterializowa y swój statek,

gdzie chcia y, by si  znajdowa ; stercza  on w poprzek „Serca ze Z ota”, jakby oba statki by y wci ni tymi w siebie na krzy

grzebieniami.

Roboty znów nie odpowiedzia y i Zaphod zada  sobie pytanie, czy rozmowa nie rozkr ci aby si  lepiej, gdyby zacz

ujmowa  swe kwestie w form  pyta .

- ...nieprawda ? - doda .

Zgadza si  - odpar  robot.

- Eee... to  wietnie - powiedzia  Zaphod. - Co tu robicie, ch opcy?

Milczenie.

- Roboty! - zniecierpliwi  si  Zaphod. - Co tu robicie, roboty?

- Przyby

my - wyskrzecza  robot - by zabra  z ot  poprzeczk .

Zaphod skin  g ow . Zacz  wymachiwa  pistoletem, by wyci gn  z robotów dalsze informacje. Wygl da o na to,

e roboty poj y jego intencj .

- Z ota poprzeczka jest cz ci  klucza, który musimy znale

- kontynuowa  robot - by uwolni  naszych panów z

Krikkit.

Zaphod znów skin  g ow  i zaczaj wymachiwa  pistoletem.

- Klucz - ci gn  robot - zosta  rozproszony w przestrzeni i czasie. Z ota poprzeczka jest cz ci  maszyny

nap dzaj cej twój statek. Zostanie ponownie w czona do klucza. Nasi panowie zostan  uwolnieni. Odbudowa wszech wiata

post puje.

Zaphod jeszcze raz skin  g ow .

- O czym ty w

ciwie gadasz? - zapyta .

Przez zupe nie pozbawion  wyrazu twarz robota przemkn o co  jakby lekkie cierpienie. Powoli zaczyna  chyba

uwa

 rozmow  za deprymuj

.

- Mówi  o zniszczeniu - powiedzia . - Szukamy klucza - powtórzy .- Mamy ju  kolumn  drewnian , kolumn

stalow  i kolumn  pleksiglasow . Za kilka sekund b dziemy mieli z ot  poprzeczk ...

- Nie b dziecie.

- B dziemy - upiera  si  robot.

- Z pewno ci  nie. Ona nap dza mój statek.

- Za kilka sekund - powtórzy  cierpliwie robot - b dziemy mieli z ot  poprzeczk ...

- Nie b dziecie.

- A potem musimy lecie  - doda  robot bardzo powa nie - na prywatk .

- Ach. - Zaphod by  wyra nie zaskoczony. - Mog  lecie  z wami?

- Nie. Zastrzelimy ci .

- Naprawd ? - Zaphod odwa nie wymachiwa  pistoletem.

- Jak najbardziej - o wiadczy  robot. Ca a grupa wystrzeli a w Zaphoda salw .

Zaphod by  tak zdziwiony,  e roboty musia y strzeli  jeszcze raz, by upad .

background image

41

Rozdzia  12

- Ciii... - sykn  Slartibartfast. - S uchajcie i uwa ajcie.

Nad staro ytnym Krikkit w

nie zapad a noc. Niebo by o ciemne i puste.  wiat o p yn o jedynie z pobliskiego

miasta, z którego lekka bryza przynosi a te  przyjemne,  wi teczne odg osy. Stali pod pachn cym odurzaj co drzewem. Artur

kucn  i dotkn  informatycznej iluzji gruntu i trawy. Przeci gn  przez ni  d oni . Grunt zdawa  si  ci ki i t usty, trawa

mocna. Trudno by o nie mie  wra enia,  e to pod ka dym wzgl dem zachwycaj cy zak tek.

Niebo by o ca kowicie puste i Arturowi zdawa o si ,  e na idylliczny, cho  niewidoczny krajobraz sp ywa z niego co

w rodzaju zimnych dreszczy. Wra enie to - przypuszcza  - mia  jednak tylko dlatego,  e by  przyzwyczajony do innych

widoków.

Poczu  na ramieniu d

 i uniós  wzrok. Slartibartfast milcz co stara  si  zwróci  jego uwag  na co  ni ej, po drugiej

stronie  wzgórza.  Spojrza   we  wskazanym  kierunku  i  ujrza ,  cho   z  trudem,  kilka  niewyra nych   wiate ,  które  ta cz c  i

migocz c, zbli

y si  powoli w ich kierunku. Gdy by y wystarczaj co blisko, pojawi y si  te  d wi ki, i wkrótce niewyra ne

wiat a i ha asy okaza y si  grupk  ludzi wracaj cych przez wzgórza do miasta. Przeszli tu  obok stoj cych pod drzewem

obserwatorów. Nie li latarnie, których ruch powodowa ,  e mi dzy drzewami i trawami skaka y  agodne, zawadiackie  wiat a.

Paplali zadowoleni, niektórzy  piewali piosenk  o tym, jak wszystko jest niesamowicie pi kne, jacy s  szcz liwi, jak wielk

satysfakcj  sprawia im praca na roli i jak przyjemnie jest i  do domu, do  ony i dzieci. Piosenka ko czy a si  weso ym

refrenem o tym, jak szczególnie przyjemnie pachn  o tej porze roku kwiaty i jaka szkoda,  e pies zdech . Przecie  tak ich

kocha .

Artur oczami duszy ujrza  Paula McCartneya, siedz cego wieczorem przed kominkiem z nogami na sto eczku,

nuc cego t  piosenk  do ucha Lindzie i zastanawiaj cego si , co móg by kupi  za uzyskane z niej tantiemy. Prawdopodobnie

by oby to hrabstwo Essex.

- W adcy Krikkit - prawie bezg

nie wydysza  grobowym g osem Slartibartfast.

owa te tak nagle przerwa y rozmy lania Artura o Essex,  e przez chwil  czu  si  zupe nie zagubiony. Logika

sytuacji sprawi a jednak,  e jego roztargniony umys  wzi  si  w gar , i stwierdzi ,  e nie rozumie, co stary ma na my li.

- Co?

- W adcy Krikkit - powtórzy  Slartibartfast. Je li poprzednio mia  grobowy g os, to teraz szepta  jak chory na bronchit

mieszkaniec Hadesu.

Artur popatrzy  w kierunku przechodz cych ludzi i próbowa  na podstawie gar ci informacji, jakie posiada , poj  o

co tu chodzi.

Osobnicy, których widzia , z pewno ci  wygl dali obco, ale bra o si  to jedynie st d,  e byli nieco za duzi, zbyt

chudzi, nadmiernie kancia ci i tak bladzi,  e wydawali si  prawie biali. Z drugiej strony robili wybitnie mi e wra enie. Cho  nie

- wygl dali nieco cudacznie, nie chcia oby si  odby  z nimi d ugiej podró y poci giem; by o jednak faktem,  e je li ich widok

w jaki  sposób wywo ywa  my l,  e nie s  dobrymi i uczciwymi lud mi, to dlatego  e byli zbyt  adni, a nie niewystarczaj co

adni. Po co wi c ta dysz ca gimnastyka p uc Slartibartfasta, która nadawa aby si  znacznie bardziej do radiowej reklamy filmu

o cz owieku z pi

cuchow , który zabiera prac  do domu?

Ca a historia z Krikkit by a do  skomplikowana. Artur jeszcze nie w pe ni pojmowa , jaki istnieje zwi zek mi dzy

tym, co zna  jako krykiet, a...

Slartibartfast przerwa  my li Artura, jakby wyczu , co mu chodzi po g owie.

- Gra, któr  znasz pod nazw  krykiet - zacz , przy czym jego g os zdawa  si  jeszcze b dzi  w podziemnych

czelu ciach - jest jednym z dziwnych kaprysów pod wiadomo ci kolektywnej, która w pami ci narodu potrafi zachowa

obrazy jeszcze d ugo po zagini ciu ich prawdziwego znaczenia we mgle czasu. Ze wszystkich ras Galaktyki jedynie Anglicy

byli w stanie przypomnie  sobie najstraszliwsze wojny, jakie szala y w ca ej historii wszech wiata, i przerobili wspomnienia na

co , co - ku mojemu ubolewaniu - jest ogólnie uznawane za nieopisanie nudn  i bezsensown  gr . Sam do  j  lubi  - doda  -

ale wi kszo  mieszka ców Galaktyki wini was za najbardziej groteskowe wydanie z ego smaku, jakie tylko mo na mie . Ten

background image

42

pomys  z czerwon  pi eczk , która musi trafi  w bramk ... to bardzo nieeleganckie.

- Hm - mrukn  Artur, marszcz c czo o z namys em, by pokaza ,  e jego synapsy poznawcze robi , co mog . - Hm.

- A to w

nie ci. - Slartibartfast znów zni

 g os, reguluj c go do poziomu dochodz cych z krypty gard owych

wi ków i wskazuj c na m czyzn z Krikkit, którzy rozp tali ca  histori . - Wszystko zacznie si  dzi  wieczorem. Chod cie,

pójdziemy za nimi i zobaczymy, jak to si  sta o.

Wyczo gali si  spod drzewa i poszli za radosn  grup

cie

 przez pagórki. Instynkt im podpowiada ,  e nale y

skrada  si  za zwierzyn  cicho i w ukryciu, spacerowali jednak w  rodku iluzji informatycznej, tak samo dobrze mogliby wi c

 w rogi my liwskie i robi  dowolne ha asy, a ludzie z przodu i tak nie zwróciliby na nich uwagi.

Artur zauwa

,  e kilku ludzi z grupki przed nimi  piewa now  piosenk . Przez noc p yn y perliste tony - by a to

romantyczna ballada, na której McCartney zarobi by bez problemów na kupno hrabstw Kent i Sussex i jeszcze móg by sobie

pozwoli  na z

enie uczciwej propozycji wzgl dem hrabstwa Hampshire.

- Z pewno ci  wiesz - zwróci  si  Slartibartfast do Forda - co zaraz si  wydarzy?

- Ja? - odpar  Ford. - Nie.

- Nie uczy

 si  jako dziecko prehistorii Galaktyki?

- Siedzia em w cyberkabinie za Zaphodem, co bardzo odwraca o moj  uwag . Nie znaczy to,  e nie nauczy em si

paru niesamowitych rzeczy.

W  piewanej przez id cych przed nimi ludzi piosence Artur us ysza  co  dziwnego. O miotaktowa  rodkowa cz

,

która pozwoli aby McCartneyowi raz na zawsze osi

 w Winchester i rzuca  po dliwe spojrzenia przez Test Valley na

znajduj ce si  za ni

yzne dobra New Forest, zawiera a kilka dziwnych linijek. Autor tekstu opowiada  o randce z dziewczyn

nie „w  wietle ksi yca” czy „pod gwiazdami”, lecz „nad trawnikiem”, co wyda o si  Arturowi nieco prozaiczne. Spojrza  wi c

ponownie na zaskakuj co puste niebo i odniós  wra enie,  e kryje si  za tym co  wa nego, cho  nie by  w stanie domy li  si

co. Niebo wywo ywa o odczucie,  e jest si  samemu we wszech wiecie, i Artur g

no o tym powiedzia .

- Nie - odpar  Slartibartfast, przyspieszaj c kroku. - Ludzie z Krikkit nigdy nie pomy leli: „Jeste my sami we

wszech wiecie”, gdy  s  otoczeni olbrzymi  chmur  py u, rozumiesz, w  rodku której s  wy cznie ich s

ce i planeta, ca

za  le y bardzo daleko, na najdalszym wschodnim kra cu Galaktyki. Z powodu tej wielkiej chmury py u nigdy nic si  nie

pojawia o na niebie. W nocy jest absolutnie puste. W dzie  wida  s

ce, ale nie mo na patrze  w nie wprost i dlatego nikt tego

nie robi . Prawie nie zauwa ali nieba. To tak, jakby mieli w oczach  lep  plamk  obejmuj

 sto osiemdziesi t stopni - od

horyzontu do horyzontu. Powód, dlaczego nigdy nie pomy leli „Jeste my sami we wszech wiecie”, jest taki,  e a  do

dzisiejszego wieczora nie mieli zielonego poj cia o istnieniu wszech wiata. A  do dzisiejszego wieczora. - Szed  dalej, d wi ki

ów  rozkwita y  w  powietrzu  za  jego  plecami.  -  Wyobra   sobie,  nigdy  nie  pomy le   „Jeste my  sami”  po  prostu  dlatego,   e

nikomu nie przysz o na my l,  e mo na 

 inaczej. Obawiam si ,  e mo e to by  nieco denerwuj ce.

Jeszcze mówi , gdy wysoko nad sob  us yszeli cichy pisk. Przestraszeni spojrzeli w gór , przez chwil  nie byli

jednak w stanie nic dostrzec. Artur zauwa

,  e ha as us yszeli te  ludzie przed nimi, lecz  aden z nich nie jest w stanie go

umiejscowi . Zaskoczeni rozgl dali si  dooko a, patrzyli w lewo, w prawo, do przodu, w ty , nawet w dó . Zupe nie nie wpad o

im do g owy, by spojrze  w gór .

Ogrom przera enia i oburzenia, którym wybuchn li kilka chwil pó niej, gdy  omocz c i wyj c, zwali  si  z nieba i

uderzy  w ziemi  oko o pó  kilometra od miejsca, w którym stali, p on cy wrak statku kosmicznego, to co , co mo na w pe ni

poj  jedynie, je li si  przy tym by o.

Niektórzy mówi  pe nym szacunku szeptem o „Sercu ze Z ota”, inni - o statku „Bistromat”. Wi kszo  mówi jednak

z szacunkiem o legendarnym, gigantycznym kr owniku „Titanic”, majestatycznym i luksusowym liniowcu pasa erskim,

który zwodowano przed kilkoma stuleciami w wielkich stoczniach w kompleksie planetoid Artefaktovol - a s  ku temu

znacz ce powody.

Statek by  sensacyjnie pi kny, przyt aczaj co ogromny i wyposa ony bardziej zachwycaj co ni  jakikolwiek statek

kosmiczny owych czasów, b

cych obecnie jedynie histori  (porównaj ze znajduj cymi si  ni ej uwagami dotycz cymi

background image

43

„Kampanii na rzecz realnego czasu”), mia  jednak pecha,  e zosta  zbudowany w pierwszych dniach rozwoju fizyki

nieprawdopodobie stwa, na d ugo nim w pe ni zrozumiano, czy cho by jako tako poj to, t  trudn  i przewrotn  dziedzin

nauki.

Konstruktorzy i in ynierowie, w swej niewiedzy, zdecydowali si  wbudowa  w statek prototyp pola

nieprawdopodobie stwa, co mia o da  niesko czone nieprawdopodobie stwo,  e kiedykolwiek zdarzy si  cokolwiek z ego z

jak kolwiek jego cz ci . Nie rozumieli,  e z powodu  uasizwrotnej i cyklicznej natury wszelkich oblicze  z zakresu

nieprawdopodobie stwa, wszystko, co ma by  niesko czenie nieprawdopodobne, w rzeczywisto ci wydarzy si  prawie w tej

samej chwili, co je wyliczono.

Widok kr ownika „Titanic” zadokowanego w o wietlonej laserami sieci rusztowa , le cego jak arkturia ski

megapusty wieloryb srebrzysty, by  niesamowicie pi kny. Na tle g bokiej mi dzygwiezdnej ciemno ci wygl da  jak  wiec ca

chmura z igie  i palików  wiat a. Zsuwaj c si  z pochylni, nie zd

 nawet nada  do ko ca swego pierwszego

radiokomunikatu - SOS - gdy  nie wiadomo, jak i dlaczego przytrafi o mu si  wypa  z bytu.

Tak si  sk ada,  e wydarzenie by o nie tylko katastrofaln  pora

 jednej nauki ju  na etapie raczkowania, lecz te

przyczyn  apoteozy innej. Badania opinii publicznej dowiod y bez najmniejszej w tpliwo ci,  e transmisj  telewizyjn  z

wodowania „Titanica” ogl da o wi cej ludzi, ni  istnia o, co do dzi  uwa a si  za najwi kszy sukces w historii tej nauki.

Innym spektakularnym wydarzeniem owych czasów by o pojawienie si  supernowej gwiazdy, której ofiar  w kilka

godzin pó niej pad a planeta Ysllodins. Wokó  Ysllodins znajduje si  - czy raczej znajdowa a - wi kszo  du ych towarzystw

ubezpieczeniowych.

Je li jednak o tych i innych wielkich statkach kosmicznych (na my l przychodz  na przyk ad tworz ce pancern  flot

galaktyczn : pfg „Ryzyko”, pfg „Szale cza Odwaga” i pfg „Samobójcze Szale stwo”) mówi si  zwykle z estym , dum ,

zapa em, mi

ci , zachwytem,  alem, zazdro ci , oburzeniem, czyli z wi kszo ci  bardziej znanych emocji, to najwi ksze

zdziwienie wywo

 jak dotychczas „Krikkit I” - pierwszy statek kosmiczny zbudowany przez mieszka ców Krikkit.

Wcale nie dlatego,  e by  przepi kny. Oj, nie by .

Sprawia  wra enie pozbieranej przez szale ca sterty  mieci. Wygl da , jakby zosta  sklecony na czyim  podwórku,

no ale w ko cu klecono go na podwórku. Najbardziej zadziwia o jednak nie to,  e zosta  dobrze zbudowany, bo tak nie by o,

lecz fakt,  e w ogóle go zbudowano. Czas, jaki min  mi dzy chwil , gdy mieszka cy Krikkit odkryli,  e istnieje co  takiego

jak kosmos, a odpaleniem ich pierwszej rakiety kosmicznej, wynosi  mniej wi cej rok.

Gdy Ford Prefect przypina  si  pasem, by  przeogromnie wdzi czny,  e to tylko kolejna iluzja informatyczna i  e jest

bezpieczny. W rzeczywisto ci nie postawi by na tym statku nogi za ca e sake Chin. Pierwszym zdaniem, które przychodzi o do

owy, gdy wchodzi o si  na pok ad, by o: „Niesamowicie rozklekotany”, drugim: „Czy mog  st d wyj ?”

- To lata? - zapyta  Artur, rzucaj c zrozpaczone spojrzenia na lu no powi zane kable i bujaj ce si  tu i ówdzie w

ciasnym wn trzu druty.

Slartibartfast zapewni ,  e twór poleci, s  ca kowicie bezpieczni, a ca

 b dzie niezwykle instrukta owa i ani troch

cz ca.

Ford i Artur postanowili,  e usadowi  si  swobodnie w fotelach i b

 przera eni.

- Czemu by - spyta  Ford - nie zwariowa ?

Przed Fordem i Arturem, i oczywi cie bez poj cia o obecno ci intruzów (bo przecie  nie by o ich w kokpicie)

siedzieli trzej piloci. Byli równie  konstruktorami statku. Pami tnego wieczora szli  cie

 przez pagórki,  piewaj c

poprawiaj ce nastrój i rozlewaj ce ciep o wokó  serca piosenki. Uderzenie tu  obok nich obcego statku kosmicznego

troszeczk  poprzewraca o im w g owach. Sp dzili tygodnie na wydzieraniu z wypalonego wraka najmniejszej tajemnicy - ca y

czas treluj c weso e  piewki o rozkr caniu statków kosmicznych. Potem zbudowali w asny statek i basta. Oto on - w

nie

piewali krótk  piosenk , wyra aj

 rado  z uko czenia pracy oraz z posiadania. Refren by  nieco  zawy i opowiada  o

zmartwieniu z tego powodu,  e praca trzyma a ich tak d ugo w gara u na podwórku, daleko od  on i dzieci, które strasznie za

nimi t skni y, ale podtrzymywa y ich dobry nastrój przynoszeniem coraz to nowych historii o tym, jak milutko ro nie nowy

pies.

background image

44

- Baaaaappp! - Wystartowali.

Statek rycz c, pogna  w niebo prawie jak statek kosmiczny, który wie, co robi.

- Nigdy - stwierdzi  Ford, gdy otrz sn li si  z szoku wywo anego przy pieszeniem i wyzwolili z atmosfery planety -

nikt nie skonstruuje i nie zbuduje w rok takiego statku, niewa ne, jakie mia by powody. Nie wierz . Udowodnijcie mi to, a ja i

tak nie uwierz . - Zamy lony potrz sn  g ow  i wpatrywa  si  przez male ki luk w nico .

Podró  trwa a bez zak óce  i Slartibartfast pozwoli  przemkn  przez etap wznoszenia na szybkim przewijaniu.

Dzi ki temu b yskawicznie osi gn li wewn trzn  kraw

 pustej, kulistej chmury py u, która otacza a planet  z jej s

cem,

jakby tworzy a orbit  zewn trzn . Wokó  zacz o si  co , co wygl da o na powoln  przemian  struktury i g sto ci przestrzeni.

Ciemno  zdawa a si  kruszy  i pluskaj c, przep ywa  obok. By a to bardzo zimna ciemno , bardzo pusta i mroczna

ciemno . By a to ciemno  nocnego nieba nad Krikkit.

Zimno, mrok i pustka nieba  cisn y serce Artura i poczu , jak do jego  wiadomo ci docieraj  wra enia pilotów

Krikkit wisz cych w powietrzu jak silne  adunki elektromagnetyczne. Znajdowali si  teraz na kra cu zbiorowej  wiadomo ci

swego ludu. Dotarli do granicy, poza któr  nikt z ich ludu nigdy nie si gn  my

 - ba, nawet nie wiedzia ,  e mo na na ten

temat teoretyzowa .

Ciemno  chmury uderza a w statek. Wewn trz panowa a towarzysz ca wielkim wydarzeniom cisza. Historycznym

zadaniem pilotów by o dowiedzie  si , czy po drugiej stronie nieba istnieje kto  lub co , sk d móg  przyby  roztrzaskany

statek. Jaki  inny  wiat - i to bez wzgl du na to, jak obca i niezrozumia a by a ta my l dla zamkni tych umys ów tych, co  yli

pod niebem Krikkit.

Historia szykowa a si  do sp odzenia kolejnego wielkiego wydarzenia.

Ci gle jeszcze atakowa a ich ciemno  - pusta, odgradzaj ca od wszystkiego ciemno . Zdawa a si  robi  coraz

cia niejsza i cia niejsza, g stsza i g stsza, czarniejsza i czarniejsza. Nagle znik a.

Wylecieli z chmury.

Piloci ujrzeli rozsiane w niesko czonej mgle cudowne klejnoty nocy, a w ich umys ach pojawi  si  strach.

Lecieli dalej, pozornie bez ruchu w stosunku do p du gwiazd Galaktyki, b

cej w pozornym bezruchu wobec

niesko czonego p du wszech wiata. Zawrócili.

- To musi by  mo liwe - powiedzieli ludzie z Krikkit, bior c kurs na dom.

W drodze powrotnej  piewali szereg mi ych dla ucha i pe nych zadumy pie ni o pokoju, sprawiedliwo ci,

moralno ci, kulturze, sporcie,  yciu rodzinnym i likwidacji wszelkich form yda..

background image

45

Rozdzia  13

- Tak wi c - mdwi  Slartibartfast, powoli mieszaj c syntetyczn  kaw , co spowodowa o wzburzenie przestrzeni

wiruj cych mi dzy liczbami rzeczywistymi i nierzeczywistymi oraz mi dzy wzajemnym postrzeganiem si  ducha i materii, a

tak e tak zmieni o struktury podstawowych macierzy zawartej w nich implicite subiektywno ci,  e statek przekszta ci  teori

czasoprzestrzeni - widzicie, jak si  sprawy przedstawiaj .

- Tak - stwierdzi  Artur.

- Tak - doda  Ford.

- Co mam zrobi  z t  kurz  nog ? - zapyta  Artur.

Slartibartfast spojrza  na niego z godno ci .

- Pobaw si  ni . Pobaw si .

Da  pokaz mo liwo ci w asnej kurzej nogi.

Artur zrobi , co mu kazano, i poczu ,  e przez kurz  nog  przebiega lekka wibracja równania matematycznego,

podczas gdy sam porusza si  czterowymiarowo przez co , o czym Slartibartfast zapewnia ,  e jest przestrzeni

pi ciowymiarow .

- W jeden dzie  - wyja nia  Slartibartfast - nast pi a przemiana ca ej ludno ci Krikkit z uroczych, zachwycaj cych,

inteligentnych...

- ...nawet je li cudacznych... - wtr ci  Artur.

- ...ca kiem normalnych ludzi, w uroczych, zachwycaj cych, inteligentnych...

- ...cudacznych...

- ...szalej cych wrogów wszystkiego, co obce. Idea istnienia wszech wiata nie pasowa a,  e tak powiem, do ich

koncepcji.  Po  prostu  nie  umieli  sobie  z  ni   poradzi .  Tak  wi c  w  swdj  uroczy,  zachwycaj cy,  inteligentny  i  -  je li  chcesz  -

cudaczny sposób postanowili go zniszczy . Có si  dzieje?

- Wino niezbyt mi smakuje - powiedzia  Artur, w chaj c zawarto  kieliszka.

- To ode lij je. To i tak jedynie kawa ek matematyki.

Artur zrobi , jak mu kazano. Nie podoba a mu si  topografia u miechu kelnera, ale w ko cu nigdy nie lubi  grafiki.

- Dok d teraz? - zapyta  Ford.

- Z powrotem do kabiny iluzji informatycznych - odpowiedzia  Slartibartfast. Wsta  i wytar  usta matematyczn

ilustracj  papierowej serwetki. - Na drug  cz

 przedstawienia.

background image

46

Rozdzia  14

- Ludzie z Krikkit - mówi  Jego Wysoko  w adza s dziowska, twór s dziowski Pag, ubblski (uczony, bezstronny i

bardzo lu ny), przewodnicz cy zespo u s dziowskiego w procesie zbrodniarzy wojennych z Krikkit - s , no, rozumiecie, po

prostu hord  do  mi ych go ci, prawda, którzy po prostu przypadkiem chc  zabi , kogo si  da. Do diab a, czasami rano mam

taki sam nastrój. - Z rozmachem po

 nogi na s dziowskim stole, na chwil  przerwa , by wyci gn  ze s

bowych

sanda ów jak  nitk . - Zgoda, no... niekoniecznie ma si  ochot  mieszka  z tymi ch opcami w tej samej Galaktyce...

wi ta prawda.

Atak Krikkit na Galaktyk  by  piorunuj cy. Tysi ce, dziesi tki tysi cy olbrzymich krikkitskich statków bojowych

wypad o nagle z hiperprzestrzeni, atakuj c równocze nie dziesi tki tysi cy co wi kszych  wiatów, przy czym najpierw

zagarniali surowce, przygotowywali przy ich u yciu nast pny falowy atak, a potem w zupe nym spokoju zdmuchiwali  wiat o

ycia planety.

Galaktyka, która w owym czasie cieszy a si  niezwyk ym pokojem i bogactwem, zatoczy a si  jak cz owiek, któremu

na  rodku kwiecistej  ki kto  chce opró ni  kieszenie.

- Uwa am - kontynuowa  twór s dziowski Pag, rozgl daj c si  po ultranowoczesnej ogromnej sali s dowej (by o to

dziesi  bilionów lat temu, gdy „ultranowoczesne” oznacza o tony nierdzewnej stali i  elbetonu) -  e ci go cie po prostu maj

obsesj .

By a to prawda i jedyne wyt umaczenie, jakie uda o si  znale  dla niewyobra alnej szybko ci, z jak  mieszka cy

Krikkit realizowali swe niezachwiane postanowienie zniszczenia wszystkiego, co nie krikkitskie.

Jest to te  jedyne wyja nienie zjawiska,  e tak przera aj co nagle opanowali ca  hipertechnologi  niezb dn  do

zbudowania tysi cy statków kosmicznych i milionów  mierciono nych bia ych robotów.

Roboty naprawd  nape nia y przera eniem ka dego, kto si  z nimi zetkn , aczkolwiek w wi kszo ci przypadków

przera enie trwa o bardzo krótko - tak jak i  ycie tych, co je poczuli. By y to brutalne, bez skrupu ów d

ce do celu lataj ce

maszyny bojowe, machaj ce siej cymi przera enie wielozadaniowymi maczugami bojowymi. Po machni ciu w jedn  stron

maczuga rozbija a w drobiazgi dom, po machni ciu w drug  - wystrzeliwa a rozlewaj ce  ar promienie wszechdestrukcyjne,

po machni ciu w trzeci  stron  rozpoczyna a kanonad  straszliwym arsena em granatów zawieraj cym wszystko - od

skromnych bombek zapalaj cych po maxislortowe automaty hipernuklearne mog ce zniszczy  du e s

ce. Przy zwyk ym

uderzeniu maczug  bojow  granaty by y równocze nie programowane i wystrzeliwane z fenomenaln  dok adno ci  na

odleg

ci od kilku metrów po setki tysi cy kilometrów.

- Dobra jest - rzek  twór s dziowski Pag. - Zwyci

yli my. - Zrobi  przerw  i troch  po

 gum . - Zwyci

yli my -

powtórzy  - ale to nic wielkiego. Mam na my li, no...  redniej wielko ci Galaktyka przeciw jednej ma ej planecie i... ile czasu

by o nam na to potrzeba? Sekretarz!

- Panie przewodnicz cy? - zapyta , podnosz c si , ma y, powa ny cz owiek w czerni.

- Ile nam to zaj o, kochaniutki?

- Troch  ci ko, panie przewodnicz cy, wypowiedzie  si  dok adnie w tej materii. Czas i odleg

...

- Spokojnie, ma y, b

 ca kiem niedok adny.

- Jestem bardzo niech tnie niedok adny, panie przewodnicz cy, zw aszcza w takiej...

- To zaci nij z by i postaraj si .

Sekretarz s du zamruga . Wyra nie by o wida ,  e jak wi kszo  ludzi z kr gu galaktycznej palestry uwa a twora

dziowskiego Paga (czy te  Zipo Bibroka 5 x 10

8

, jak z nie wyja nionych powodów brzmia o jego prywatne nazwisko) za

do

osne zjawisko. Bez w tpienia by  to  obuz i cham. Najwyra niej uwa

,  e fakt posiadania najszlachetniejszego

wyczucia prawa, jakie dotychczas uda o si  odkry , upowa nia go do zachowywania si  zgodnie ze swymi kaprysami. Co

gorsza, niestety mia  racj .

- Eee, no wi c, panie przewodnicz cy, szacuj c z wielkim przybli eniem, dwa tysi ce lat - wymrucza  nieszcz liwy

sekretarz.

background image

47

- A ilu go ci zosta o wyzerowanych?

- Dwa gryliony, panie przewodnicz cy. - Sekretarz ponownie usiad , jego hiperspektralne zdj cie zdradzi oby,  e

lekko paruje.

Twór s dziowski Pag jeszcze raz powiód  wzrokiem po sali s dowej, w której zebrane by y setki najwy szych

urz dników administracji galaktycznej. Wszyscy byli w galowych strojach lub cia ach - w zale no ci od metabolizmu i

zwyczajów. Za  cian  z kryszta u odpornego na promienie zabójcomatyczne sta a reprezentatywna grupa mieszka ców

Krikkit, którzy ze spokojn  i grzeczn  odraz  patrzyli na tych, którzy mieli wyda  na nich wyrok. Obecna chwila mia a

przynie  znacznie powa niejsze skutki ni  jakakolwiek inna chwila w historii prawa i twór s dziowski Pag dobrze o tym

wiedzia .

Wyj  z ust gum  do  ucia i przyklei  j  pod krzes em.

- Có  za zgraja idiotów - powiedzia  spokojnie.

Ponura cisza na sali s dowej zdawa a si  potwierdza  t  opini .

- No wi c, jak powiedzia em, s  hord  mi ych ch opaków, tylko  e niekoniecznie ma si  ochot  mieszka  z nimi w tej

samej Galaktyce. B dzie tak, póki b

 si  po niej rozbija , póki nie naucz  si  traktowa  wszystkiego na wi kszym luzie. Pdki

to nie nast pi, b dzie trwa a sta a wojna nerwów, nie? Peng, peng, peng - kiedy rzuc  si  na nas nast pny raz? Pokojowa

koegzystencja wysz a z mody, nie? Podaj no mi który  yk wody! Dzi kuj . Rozpar  si  w fotelu i w zamy leniu pi  ma ymi

ykami.

- Dobrze, s uchajcie. S uchajcie! Sprawa wygl da tak,  e ci ch opcy, rozumiecie, maj  prawo do posiadania w asnych

pogl dów na wszech wiat. Wed ug tego, co narzuci  im wszech wiat, prawda, dzia ali prawid owo. Brzmi to wariacko, ale

my

,  e si  z tym zgodzicie. Wierz  oni w... - Spojrza  na kawa ek papieru, który znalaz  w tylnej kieszeni swych

dziowskich d insów - ...”pokój, sprawiedliwo , moralno , kultur , sport,  ycie rodzinne i likwidacj  wszelkich form

ycia”.

Wzruszy  ramionami.

- S ysza em gorsze rzeczy - stwierdzi .

Zamy lony podrapa  si  w kroku.

- Friiiooooo! - doda . Jeszcze raz umoczy  usta w wodzie, podniós  j  pod  wiat o i ogl da , zmarszczywszy czo o.

Zacz  obraca  szklank .

- Czy w tej wodzie co  jest?

- Eee, nie, panie przewodnicz cy - poinformowa  do  przestraszony wo ny s dowy, który mu j  przyniós .

- To zabierz szklank  - warkn  twór s dziowski Pag - i co  do niej wlej. Mam pomys . - Odsun  szklank  i sk oni

si .

- S uchajcie mnie! S uchajcie! - rzuci .

Rozwi zanie by o b yskotliwe i brzmia o nast puj co:

Planeta Krikkit zostanie zamkni ta po wsze czasy w pow ok  zwolnionego czasu, w której  ycie powoli b dzie

bieg o dalej.  wiat o wokó  pow oki nale y odchyli , by pozosta a niewidoczna i nieprzenikniona. Wyj cie z pow oki ma by

niemo liwe, chyba  e zostanie otwarta z zewn trz. Gdy pozosta y wszech wiat zginie, gdy ca e dzie o stworzenia dojdzie do

ko ca swego spadania w nico  (wszystko dzia o si  w czasach, gdy jeszcze nie wiedziano,  e koniec wszech wiata nie b dzie

niczym innym, jak gigantycznym przedsi wzi ciem przemys u gastronomicznego), a  ycie i materia przestan  istnie , wtedy

planeta Krikkit i jej s

ce zostan  uwolnione, wy oni  si  z pow oki zwolnionego czasu, a mieszka cy b

 kontynuowa  sw

samotn  egzystencj  w pó mroku pustki wszech wiata, o co przecie  tak gwa townie si  dopraszaj . Zamek pow oki b dzie si

znajdowa  na okr aj cej j  powoli asteroidzie. Kluczem b dzie symbol Galaktyki - brama wikkitowa.

Kiedy w sali s dowej powoli milk y oklaski, twór s dziowski Pag ju  sta  pod czujnikoprysznicem z do

adn

cz onkini

awy przysi

ych, której pó  godziny wcze niej podsun  karteczk .

background image

48

Rozdzia  15

Dwa miesi ce pó niej Zipo Bibrok 5 x 10

8

, obci wszy nogawki swych galaktycznych pa stwowych d insów,

przepuszcza  cz

 ogromnego honorarium, które dosta  za wydanie wyroku. Wylegiwa  si  w

nie na ozdobionej kamieniami

szlachetnymi pla y i pozwala  tej samej, do

adnej cz onkini  awy przysi

ych naciera  sobie plecy esencj  kwalakty sk .

By a to soolfinia ska dziewczyna pochodz ca zza zachmurzonej planety Yaga.

Mia a skór  jak cytrynowy jedwab i bardzo si  interesowa a cz onkami palestry.

- S ysza

 wiadomo ci? - zapyta a.

- Wiiiiilaaaaauuu! - wrzasn  Zipo Bibrok 5 x 10

8

.

Trzeba by o by  obok niego, by dok adnie wiedzie  dlaczego. Na ta mie iluzji informatycznych nie ma zapisu,

wszystko wi c opiera si  na przekazach ustnych.

- Nie - doda , gdy min o to, co spowodowa o,  e powiedzia  „wiiiiilaaaaauuu”.

Obróci  nieco cia o, by z apa  pierwsze promienie trzeciego i najwi kszego z trzech s

c prastarej planety Vod,

które w

nie wype za o zza niedorzecznie pi knego horyzontu i zacz o roz wietla  niebo jednym z najwi kszych ze znanych

wspó czynników opalania.

Znad spokojnego morza nadp yn a wonna bryza, powoli sun a wzd

 pla y, potem wycofa a si  nad morze i

zastanawia a, co mog oby by  jej nast pnym celem. Kieruj c si  szalonym impulsem, pow drowa a ponownie wzd

 pla y.

Potem znów polecia a nad morze.

- Mam nadziej ,  e to z e wiadomo ci - wymrucza  Zipo Bibrok 5 x 10

8

 - bo zdaje mi si ,  e bym ich nie zniós .

- Wykonano dzi  twój wyrok w sprawie Krikkit - pompatycznie o wiadczy a dziewczyna. Nie by o potrzeby, by

pompatycznie informowa  o czym  tak prostym, ale mówi a w podobnym stylu dalej, robi c tak tylko dlatego,  e by  to

szczególny dzie . - S ysza am to w radiu, gdy posz am do statku po olejek.

- Aha - burkn  Zipo i znów z

 g ow  na ozdobionym kamieniami szlachetnymi piasku.

- Co  si  sta o - powiedzia a.

- Hmmm?

- Akurat gdy zamkni to pow ok  zwolnionego czasu - na chwil  przesta a go naciera  esencj  kwalakty sk  -

okaza o si ,  e jeden ze statków wojennych Krikkit, który uznano za zniszczony, jest jedynie zagubiony. Pojawi  si  i ni st d, ni

zow d próbowa  zdoby  klucz.

Zipo gwa townie usiad .

-  e co?

- Wszystko jest w porz dku - odpar a g osem, który uspokoi by Wielki Wybuch. - Walka by a krótka. Klucz i statek

zosta y zdezintegrowane i rozprys y si  po kontinuum czasoprzestrzeni. Zgin y najwidoczniej na zawsze.

miechn a si  i prysn a jeszcze troch  esencji kwalakty skiej na czubki palców. Zipo odpr

 si  i znów po

.

- Rób to, co robi

 przedtem - wymamrota .

- To? - zapyta a.

- Nie, nie to.

- To? - zapyta a.

- Wiiiiilaaaaauuu!

I znów trzeba by o wtedy tam by .

Znów znad morza nadp yn a wonna bryza.

Po pla y szed  czarodziej, ale nikt go nie potrzebowa .

background image

49

Rozdzia  16

- Nic nie ginie na zawsze. Z wyj tkiem katedry z Chalesm - powiedzia  Slartibartfast. Jego twarz migota a

czerwonawo w  wietle  wiecy, któr  próbowa  zabra  robot-kelner.

- Czego? - spyta  Artur, wzdrygaj c si  z przestrachem.

- Katedry z Chalesm - powtórzy  Slartibartfast. - W czasie moich bada  dotycz cych kampanii na rzecz realnego

czasu...

- Czego? - znów zapyta  Artur.

Stary zrobi  przerw  i zbiera  my li, by rozpocz  - jak mia  nadziej  - ostatni szturm do opowiedzenia swej historii.

Robot-kelner porusza  si

mi dzy macierzami przestrzenno-czasowymi w sposób spektakularnie  cz cy

gburowato d ze s

alczo ci . Jego r ka strzeli a w kierunku  wiecy i j  chwyci a.

Mieli ju  zap acony rachunek, zd yli si  ostro pok óci , kto jad canelloni i ile wypito butelek wina; dzi ki temu -

jak mgli cie zaobserwowa  Artur - uda o im si  wymanewrowa  statek z subiektywnej przestrzeni na orbit  parkowania jakiej

dziwnej planety. Kelner stara  si  w

nie usilnie zako czy  sw  rol  w ca ej szaradzie i próbowa  opró ni  knajp .

- Wszystko si  wyja ni - oznajmi  Slartibartfast.

- Kiedy?

- Za chwil . Teraz s uchajcie. Strumienie czasu s  bardzo zanieczyszczone. P ywa w nich mnóstwo brudu,

dryfuj cych z pr dem  mieci, coraz wi cej z nich jest wypluwanych w materialny  wiat. W kontinuum znajduj  si  wiry,

rozumiecie?

- Ju  to kiedy  s ysza em - wtr ci  Artur.

- S uchaj, dok d w

ciwie lecimy? - zapyta  Ford, niecierpliwie odsuwaj c krzes o od sto u. - Gor co pragn bym

tam dotrze .

- Spróbujemy - mówi  Slartibartfast, powoli wa c s owa - przeszkodzi  robotom wojennym z Krikkit w odtworzeniu

klucza, który jest im potrzebny, by wydoby  planet  Krikkit z pow oki zwolnionego czasu i wyzwoli  reszt  armii, a tak e

swych szalonych w adców.

- Mówi

 co  o jakiej  prywatce... - przerwa  Ford.

- Mówi em - przyzna  Slartibartfast i zwiesi  g ow .

Stwierdzi ,   e  pope ni   b d,  gdy   my l  o  prywatce  zdawa a  si   wywo ywa   w  umy le  Forda  dziwn   i  niezdrow

fascynacj . Im wi cej Slartibartfast wyjawia  faktów z mrocznej i tragicznej historii Krikkit i jej mieszka ców, tym bardziej

Ford Prefect chcia  pi  na umór i ta czy  z dziewczynami.

Stary zrozumia ,  e nie powinien by  wspomina  o prywatce, póki nie sta oby si  to absolutnie konieczne. Niestety,

sprawa zosta a zdradzona i Ford Prefect przyczepi  si  do pomys u zabawienia si  jak arkturia ska megapijawka przyczepia si

do swej ofiary, zanim odgryzie jej g ow  i ucieknie jej statkiem kosmicznym.

- Kiedy tam dotrzemy? - zapyta  Ford chciwie.

- Kiedy sko cz  opowiada , dlaczego musimy tam jecha .

- Ja wiem, dlaczego musz  tam jecha  - powiedzia  Ford, opar  si  o co  i splót  r ce na karku. Da  próbk  swego

miechu powoduj cego,  e ka demu, kto sta  obok, przechodzi  po plecach zimny dreszcz.

Slartibartfast jeszcze niedawno mia  nadziej ,  e spokojnie do yje emerytury... Zamierza  nauczy  si  gra  na

miobrzusznym hibifonie, cho  wiedzia ,  e nie posiada wystarczaj cej liczby ust, ale w ko cu przyjemno  tego zamiaru

polega a na bezu yteczno ci... Planowa  napisa  dziwaczn  i bezlito nie niedok adn  rozpraw  o fiordach równikowych, by w

jednym lub dwóch miejscach, które uwa

 za wa ne, wprowadzi  b dy do ta my z iluzjami informatycznymi...

Zamiast tego da  si  namówi  i wzi

wier  etatu przy kampanii na rzecz realnego czasu i pierwszy raz w  yciu

zacz  traktowa  co  powa nie. W rezultacie ostatnie lata biegn cego szybko ku ko cowi  ycia sp dza  na walce ze z em i

próbach ratowania Galaktyki. Uwa

,  e to m cz ca praca. Ci ko westchn .

- S uchajcie - powiedzia  - w kamreczu...

background image

50

- W czym? - zapyta  Artur.

- Kampanii na rzecz realnego czasu, o której opowiem ci potem. W masie dryfuj cych z pr dem  mieci, które do

niedawno zosta y wyrzucone w byt, zauwa

em pi  cz ci identycznych z cz ciami zaginionego klucza. Tylko dwie z nich

uda o mi si  wy ledzi  dok adnie - kolumn  drewnian , która pojawi a si  na twojej, Arturze, planecie, i srebrn  poprzeczk .

Wszystko wskazuje na to,  e znajduje si  na czym  w rodzaju prywatki. Musimy tam si  dosta  i zdoby  j  przed robotami z

Krikkit. Inaczej nie wiadomo, co si  mo e wydarzy .

- Nie! - gwa townie przerwa  Ford. - Musimy dosta  si  na prywatk , by pi  na umdr i ta czy  z dziewczynami.

- Czy  nie pojmujesz,  e wszystko, co...

- Oczywi cie - doda  Ford z nag  i nieoczekiwan  zawzi to ci . - Wszystko doskonale zrozumia em. W

nie

dlatego chc  pi  tyle drinków, ile si  da, i ta czy  z tyloma dziewczynami, z iloma si  da, poniewa  uwa am,  e nale y to

zrobi , dopóki istniej  drinki i dziewczyny. Je li prawd  jest wszystko, co nam pokaza

...

- Prawd ? Oczywi cie,  e jest prawd .

- ...to mamy mniej szans ni  w gier na supernowej.

- Co? - zapyta  Artur nerwowo. Z uporem  ledzi  dyskusj  i nie mia  ochoty w

nie teraz straci  w tku.

- Mniej szans ni  w gier na supernowej - powtórzy  Ford z tym samym naciskiem. - Mniej...

- Co ma wspólnego w gier z supernow ? - zapyta  Artur.

- Nie ma...  adnych szans... na niej...

Ford poczeka , by sprawdzi , czy sprawa zosta a ostatecznie wyja niona. Pe zn cy przez twarz Artura wyraz

szczerego zmieszania powiedzia  mu,  e nie.

- Supernowa - powiedzia  Ford tak szybko i wyra nie, jak tylko umia  - to gwiazda, która wybucha z pr dko ci

równ  mniej wi cej po owie pr dko ci  wiat a, spala si  z jasno ci  biliona s

c i zapada, staj c si  superci

 gwiazd

neutronow . Jest to gwiazda spalaj ca inne gwiazdy, kapujesz? Na powierzchni supernowej nic nie ma szans.

- Rozumiem - stwierdzi  Artur.

- Super...

- Ale dlaczego akurat w gier?

- A dlaczego nie? To nie ma znaczenia.

Artur zaaprobowa  wyja nienie, Ford za  mówi  dalej, próbuj c najlepiej, jak umia , odtworzy  w g osie nacisk

sprzed chwili.

-  Sprawa  polega  na  tym  -  mówi   -   e  tacy  ludzie  jak  my,  Slartibartfast,  Artur  -  szczególnie  i  wyj tkowo  Artur  -

jeste my jedynie dyletantami, dziwakami, rozleniwionymi w ócz gami, w sumie bezwarto ciowymi typami, trac cymi ca

energi  na puszczanie b ków.

Slartibartfast zmarszczy  czo o, po cz ci ze zdziwienia, po cz ci z urazy. Zacz  mówi .

-??? - tylko tyle uda o mu si  wyrazi .

- Nie jeste my niczym fanatycznie op tani, rozumiecie! - upiera  si  Ford.

???

- I to rozstrzyga o wszystkim. Nie mo emy wygra  z fanatyzmem. Im zale y, nam nie. Musz  zwyci

.

- Zale y mi na wielu rzeczach - powiedzia  Slartibartfast. G os dr

 mu po cz ci z oburzenia, po cz ci z

niepewno ci.

- Na przyk ad?

- No... - odpowiedzia  stary. - Na  yciu, wszech wiecie. Na ca ej reszcie, naprawd . Na fiordach...

- Umar by  za nie?

- Za fiordy? - Slartibartfast zamruga  zaskoczony. - Sk

e.

- Prosz  bardzo.

- Nie widzia bym w tym sensu, je li mam by  uczciwy.

- A ja ci gle jeszcze nie widz  - wtr ci  Artur - zwi zku z w grami.

background image

51

Ford poczu ,  e rozmowa wymyka mu si  spod kontroli. Broni  si  przed wszystkim, co mog oby sprowadzi  j  na

boczne tory.

- Sprawa polega na tym - sykn  -  e nie jeste my op tani i dlatego nie mamy  adnych szans w walce z...

- Poza twoim nag ym op taniem w grami, którego ci gle jeszcze nie pojmuj  - wtr ci  Artur.

- By by  uprzejmy da  sobie spokój z w grami?

- Oczywi cie, je li i ty to zrobisz - odpar  Artur. - W ko cu sam zacz

...

- Pope ni em b d. Zapomnij o w grach. Sprawa polega na tym...

Schyli  g ow  i opar  czo o o czubki palców.

- Co to ja chcia em powiedzie ? - spyta  ze zm czeniem w g osie.

- Chod my na prywatk  - zaproponowa  Slartibartfast. - Wszystko jedno, dlaczego. - Wsta , kr

c g ow .

- Wydaje mi si ,  e w

nie to chcia em powiedzie  - rzek  Ford.

Z jakiego  niewyt umaczalnego powodu kabiny teleportacyjne znajdowa y si  w  azience.

background image

52

Rozdzia  17

Podró e w czasie s  coraz cz ciej uznawane za niebezpieczne, powoduj  bowiem zamieszanie w historii.

Encyclopaedia Galactica ma wiele do powiedzenia na temat teorii i praktyki podró y w czasie, cho  wi kszo  jest

niezrozumia a dla kogo , kto nie sp dzi  przynajmniej czterech  ywotów na studiowaniu wy szej hipermatematyki. Poniewa

przed wynalezieniem podró y w czasie by o to niemo liwe, istnieje spore zamieszanie w opiniach, jak w ogóle pojawi  si

pomys  jej stworzenia. Jedno z wyja nie  zak ada,  e ze wzgl du na sw  istot , podró e w czasie zosta y wynalezione

równocze nie we wszystkich okresach historycznych, ale to ewidentna bzdura.

Szkopu  w tym,  e wi ksza cz

 historii te  jest bez w tpienia bzdur .

Na poparcie przytoczmy pewien fakt. Niektórym mo e si  wyda  niewa ny, dla innych mo e mie  decyduj ce

znaczenie. Jest on istotny o tyle,  e w pierwszym rz dzie z powodu tego wydarzenia rozpocz to kampani  na rzecz realnego

czasu. (A mo e spowodowa  j  w ostatnim rz dzie? Wszystko zale y od tego, jak postrzega si  kierunek rozwoju historii, a to

te  staje si  coraz bardziej kontrowersyjne.)

Istnieje lub istnia  kiedy  pewien poeta. Mia  na imi  Lallafa i napisa  - w tym zakresie istnieje w Galaktyce ogólna

zgodno  - najpi kniejsze wiersze, jakie kiedykolwiek stworzono: Pie ni z D ugiej Krainy.

 one/by y niewypowiedzianie pi kne. To znaczy, natychmiast gdy zaczyna o si  na ich temat mówi , zalewa y

cz owieka zawarte w nich emocje, poczucie prawdy, wra eni  pe ni i jedno ci rzeczy, co do  szybko wymaga o zrobienia

szybkiego spaceru wokó  bloku, a w drodze powrotnej tak e krótkiego przystanku w barze, by szybko wypi  szklaneczk

perspektifu z wod  sodow . Takie by y dobre.

Lallafa mieszka  w lasach d ugich krain Effy. Tam 

 i tam pisa  swe wiersze. Spisywa  je na kartkach zrobionych z

wysuszonych li ci habry i pisa  nie ska ony dobroczy stwem wykszta cenia ani znajomo ci  korektora do zamalowywania

dów maszynowych. Pisa  o  wietle w lasach i co na ten temat s dzi. Pisa  o ciemno ci w lasach i co na ten temat s dzi. Pisa

o dziewczynie, która go porzuci a, i co dok adnie na ten temat s dzi.

Wiele lat po jego  mierci odnaleziono wiersze i zachwycono si  nimi. Wie  o nich rozesz a si  jak  wiat o poranka.

Przez stulecia roz wietla y i zrasza y dni wielu ludzi, których  ycie by oby bez nich by  mo e ciemniejsze i suchsze.

Wkrótce po odkryciu podró y w czasie kilka wi kszych firm produkuj cych korektor do zamalowywania b dów

zada o sobie pytanie, czy by  mo e wiersze nie by yby lepsze, gdyby Lallafa mia  do dyspozycji wysokiej jako ci korektor i

czy nie da oby si  namówi  poety do powiedzenia na ten temat kilku s ów.

Zorganizowali podró  przez ba wany czasu, znale li Lallaf , wyja nili mu - z pewnymi trudno ciami - sytuacj  i go

przekonali. Przekonali go tak skutecznie,  e sta  si  niesamowicie bogaty, a dziewczyna, o której przedtem by o mu

przeznaczone tak dok adnie pisa , nigdy nie wpad a na pomys , by go porzuci . Wyprowadzili si  z lasu do do  mi ego domku

w mie cie i Lallafa cz sto wyskakiwa  w przysz

, gdzie wyst powa  w programach prezentuj cych rozmowy ze s awnymi

lud mi, w czasie których sypa  na prawo i lewo dowcipami.

Nigdy oczywi cie nie wpad  na pomys  pisania wierszy. Stanowi o to pewien problem, zosta  jednak rozwi zany.

Producenci p ynu korekcyjnego po prostu wysy ali Lallaf  na tydzie  dok dkolwiek, dawali mu egzemplarz jednego z

pó niejszych wyda  jego ksi ki i stos suszonych li ci habry, na które mia  przepisywa  wiersze, robi c tu i ówdzie b d oraz

dokonuj c poprawek.

Wielu ludzi uwa a,  e naraz wiersze sta y si  bezwarto ciowe. Inni twierdz ,  e s  takie same jak zawsze, co si  wi c

zmieni o? Pierwsi twierdz ,  e nie o to chodzi. Nie wiedz , o co naprawd  chodzi, twierdz  jednak z uporem,  e nie o to. Tak

wi c rozpocz li kampani  na rzecz realnego czasu, maj

 uniemo liwi  podobne sytuacje. Argumenty zwolenników

kampanii uzyska y znacz ce poparcie dzi ki faktowi pojawienia si  w tydzie  po jej rozpocz ciu wiadomo ci o zburzeniu

wielkiej katedry w Chalesm, by zbudowa  na jej miejscu rafineri  jonów. Ma o - budowa rafinerii tak si  przeci ga a,  e aby na

czas rozpocz  produkcj , trzeba by o pocz tek budowy przesun  na tyle w przesz

,  e w ko cu katedra w Chalesm w

ogóle nie zosta a zbudowana. Pocztówki z jej widokiem sta y si  nagle szalenie cenne.

Z powodu podró y w czasie zagin o wiele wydarze  historycznych. Ludzie z kampanii na rzecz realnego czasu

background image

53

twierdz ,  e tak samo jak zniesienie utrudnie  w podró owaniu zniwelowa o ró nice mi dzy krajami i planetami, tak podró e

w czasie niweluj  ró nice mi dzy epokami.

- Przesz

 - mówi  - zaczyna wygl da  jak zagranica. Robi si  w niej tak samo jak u nas.

background image

54

Rozdzia  18

Artur zmaterializowa  si , jak zwykle zataczaj c si  na wszystkie strony i chwytaj c za szyj , serce i inne cz ci cia a.

Robi  to przy ka dej obrzydliwej i bolesnej materializacji - by  zdecydowany w  adnym wypadku si  do nich nie przyzwyczai .

Rozejrza  si  za Fordem i Slartibartfastem.

Nie by o ich.

Znów si  za nimi rozejrza .

Dalej ich nie by o.

Zamkn  oczy.

Otworzy  oczy.

Rozejrza  si  za Fordem i Slartibartfastem.

Uparcie  wiecili nieobecno ci .

Znów zamkn  oczy, przygotowany na to, by ponownie wykona  to zupe nie bezu yteczne  wiczenie, a poniewa

dopiero po zamkni ciu oczu jego mózg zacz  rejestrowa , co widzia , gdy by y otwarte, na twarzy Artura pojawi  si  grymas

dezaprobaty.

Znów otworzy  wi c oczy, by sprawdzi  fakty. Wyraz dezaprobaty pozosta . Mo e nawet sta  si  wyra niejszy i

naprawd  jednoznaczny. Je li mia a to by  prywatka, to by a bardzo marna - tak marna,  e wszyscy ju  poszli. Zrezygnowa  z

tego toku my lenia, uznaj c go za zupe nie daremny. Najwidoczniej nie by  na prywatce, lecz w jaskini, labiryncie czy te  w

czym  w rodzaju tunelu. By o za ciemno, by to stwierdzi . Wszystko zanurzone by o w mroku - wilgotnym, migoc cym mroku.

Jedynym d wi kiem, jaki Artur s ysza , by o echo jego w asnego oddechu, a brzmia  w nim niepokój. Artur cicho kaszln  i

zacz  si  przys uchiwa  cichemu, upiornemu pog osowi, który pomkn  popl tanymi korytarzami i pozbawionymi  wiat a

salami wielkiego labiryntu i wróci  przez te same niewidoczne korytarze, jakby chcia  powiedzie :

- Tak, s ucham?

Nast powa o to po ka dym, nawet najcichszym ha asie, jaki powodowa . Zjawisko z

ci o go. Próbowa  zanuci

jak  weso  piosenk , gdy jednak do niego wróci a, by a zmieniona w g uch  grobow  pie , wi c przesta  nuci . W my lach

ujrza  naraz pe no scen z historii, które opowiada  mu Slartibartfast. Spodziewa  si  nawet,  e nagle ujrzy  mierciono ne bia e

roboty wychodz ce cicho z ciemno ci, by go zabi . Wstrzyma  oddech. Roboty si  nie zjawi y. Znów zacz  oddycha . Nie

wiedzia , czego oczekiwa .

Tymczasem kto  lub co  zdawa o si  oczekiwa  jego obecno ci, gdy  nagle w ciemno ci zapali  si  podobny do

zjawy zielony neonowy napis.

Brzmia  on (po cichu):

TO MIA O S

 TWOJEJ ROZRYWCE

Napis niepostrze enie znikn  - w taki sposób,  e Artur nie by  pewien, czy mu si  podoba . Znikn  z

towarzyszeniem czego  w rodzaju pogardliwych fanfar. Artur spróbowa  powiedzie  sobie,  e to jedynie absurdalny figiel, jaki

ata mu wyobra nia. Neon mo e by  zapalony albo zgaszony w zale no ci od tego, czy pr d p ynie, czy nie. Niemo liwe jest,

by przechodzi  z jednego stanu w drugi z towarzyszeniem pogardliwych fanfar. Artur owin  si  szczelnie szlafrokiem, lecz

mimo to nadal marz .

W oddali nagle znów si  zapali  do  niewyra ny napis z

ony jedynie z trzech kropek i przecinka. Wygl da  tak:

Zielony neon. Nic wi cej.

Wpatruj c si  w niego przez kilka sekund, Artur zrozumia , i  próbuje mu chyba przekaza ,  e b dzie co  jeszcze,  e

zdanie nie jest zako czone. Z nadludzk  drobiazgowo ci  próbowa  przewidzie , co mo e nast pi . No, mo e z nieludzk

drobiazgowo ci .

Zdanie zosta o zako czone nast puj cymi s owami:

ARTURZE DENCIE.

background image

55

Artur zachwia  si . Wzi  si  w gar , by wyostrzy  wzrok i spojrze  jeszcze raz. Ci gle widzia : ARTURZE

DENCIE, tak wi c zachwia  si  znowu.

Napis zndw niepostrze enie znikn , pozostawiaj c mrugaj cego w ciemno ci Artura samego. Na siatkówce ta czy

mu niewyra nie czerwony powidok w asnego nazwiska.

CIESZ  SI ,  E TU JESTE  - rozjarzy  si  nagle napis.

Po chwili doda :

TO OSTATNIA MY L, JAKA PRZYSZ ABY MI DO G OWY.

Lodowaty strach, unosz cy si  wokó  Artura i czekaj cy na swoj  chwil , zauwa

,  e jego chwila w

nie nadesz a,

i rzuci  si  na sw  ofiar . Artur spróbowa  go przep dzi . Zrobi  co  podobnego do pe nego gotowo ci przysiadu, jaki widzia

kiedy  w telewizji, tyle  e tam musia  przysiada  kto  z mocniejszymi kolanami. Wpatrywa  si  w ciemno  jak zaszczute

zwierz .

- Eee, halo? - zapyta .

Chrz kn  i zada  pytanie jeszcze raz, g

niej jednak i bez „eee” na pocz tku. Wtem rozleg  si  d wi k, jakby kto

niedaleko zacz  wali  w b ben. Artur przys uchiwa  si  kilka sekund rytmowi i stwierdzi ,  e to bicie jego serca. Przys uchiwa

si  jeszcze kilka sekund i stwierdzi ,  e to nie jego serce, tylko walenie w b ben w korytarzu.

Na jego czole pojawi y si  krople potu, zebra y si  razem i odp yn y w dal. Opar  d

 o ziemi , by utrzyma  pe en

gotowo ci przysiad, który nie by  zbyt pewny. Napis znów si  zmieni . Brzmia  teraz:

NIE BÓJ SI .

Po chwili zosta  zast piony przez:

ALE TRZ

 ZE STRACHU, ARTURZE DENCIE.

I ten tekst niepostrze enie znikn , znów zostawiaj c Artura samego w ciemno ci. Zdawa o mu si ,  e oczy

wyskocz  mu z orbit. Nie by  pewien, czy robi  to, bo chc  ostrzej widzie , czy uciec.

- Halo? - odezwa  si  znowu, tym razem staraj c si  nada  g osowi akcent gburowatej i agresywnej arogancji. - Jest

tam kto?

adnej odpowiedzi, nic.

Zdenerwowa o to Artura bardziej, ni  by aby to w stanie zrobi  jakakolwiek odpowied , i powoli zacz  si  cofa

przed wywo uj

 przestrach nico ci . Im dalej si  jednak cofa , tym bardziej si  ba . Po chwili zrozumia ,  e po prostu pami ta

filmy, w których bohater coraz dalej cofa si  przed znajduj cymi si  przed nim wyimaginowanymi strachami tylko po to, by

zderzy  si  z nimi plecami.

W tym momencie wpad o mu nagle do g owy, by si  szybko odwróci .

Nie by o tam niczego.

Jedynie ciemno .

Naprawd  go to zdenerwowa o i zacz  si  cofa  dok adnie po trasie, któr  przyby .

ugo nie potrwa o, a u wiadomi  sobie,  e bez wzgl du na to, przed czym si  cofa, porusza si  dok adnie tam, sk d

wycofywa  si  na pocz tku. „Jest to - my la  bezwiednie - do  g upie”. Uzna ,  e lepiej by oby cofa  si  w kierunku, w którym

cofa  si  na pocz tku, wi c si  odwróci .

W tym momencie okaza o si ,  e prawid owy by  ostatni kierunek, gdy  dok adnie za nim sta  nieruchomo

nieopisanie potworny potwór. Artur dziko zawirowa  wokó  w asnej osi. Jego skóra próbowa a skoczy  w jednym kierunku,

ko ciec w drugim, mózg za  zastanawia  si , którym uchem wype zn .

- Za

 si ,  e nie spodziewa

 si  znów mnie ujrze  - powiedzia  potwór.

Wyda o si  to Arturowi dziwne, nigdy go jeszcze przeci  nie widzia . Na pewno nigdy nie spotka  stwora -

wystarczaj cym dowodem by o,  e dotychczas móg  spokojnie sypia .

By  to... by  to... by  to...

Artur zamruga . Stwór sta  w zupe nym bezruchu. Wyda  si  Arturowi jakby znajomy. Kiedy poj ,  e to, na co

patrzy, jest dwumetrowej wysoko ci hologramem muchy domowej, opanowa  go straszny, lodowaty spokój.

background image

56

Zdziwi  si , dlaczego w

nie teraz kto  pokazuje mu dwumetrowej wysoko ci hologram muchy domowej.

Zastanawia  si , czyj g os s ysza .

Hologram by  przera aj co realistyczny. Znikn .

- A mo e pami tasz mnie lepiej - powiedzia  nagle g os, g boki, dudni cy, wrogi g os, brzmi cy jak p ynna smo a

wype zaj ca klei cie z beczki z zamiarem czynienia z a - jako królika?

Z nag ym „bing” w czarnym labiryncie pojawi  si  królik. Olbrzymi, monstrualny, strasznie  agodny i sympatyczny

królik - znów obraz, ale taki, na którym ka dy pojedynczy  agodny i sympatyczny w os zdawa  si  by  ca kiem prawdziwy i

widoczny w  agodnym i sympatycznym futrze. Artur z przera eniem ujrza  w asne odbicie w  agodnym i sympatycznym,

nieruchomym i niesamowicie ogromnym br zowym oku.

- Urodzony w ciemno ciach, dojrza y w ciemno ciach - zadudni  g os. - Pewnego poranka po raz pierwszy

wystawi em g ow  na jasny, nowy  wiat i natychmiast roz upano mija czym , co w dotyku podejrzanie sprawia o wra enie

prymitywnego narz dzia z krzemienia. Narz dzia wykonanego przez ciebie, Arturze Dencie, i spuszczonego mi na g ow  przez

ciebie. By o do  twarde, o ile pami tam. Z mojego futra zrobi

 sobie woreczek, do którego zbiera

 ciekawe kamienie.

Dowiedzia em si  o tym przypadkiem, gdy  w nast pnym  yciu przyszed em na  wiat jako mucha i rozgniot

 mnie. Znów

mnie zg adzi

. Tym razem woreczkiem, który zrobi

 z futra mojego poprzedniego wcielenia. Arturze Dencie - nie tylko

jeste  cz owiekiem okrutnym i bez serca, ale te  zdumiewaj co nietaktownym.

os zamilk , Artur gapi  si .

- Jak widz , nie masz woreczka - znów odezwa  si  g os. - Znudzi  ci si , co?

Artur bezradnie potrz sn  g ow . Chcia  wyja ni ,  e wr cz przeciwnie, bardzo lubi  woreczek, bardzo na niego

uwa

 i wsz dzie go z sob  zabiera , ale jako  zawsze, gdy dok dkolwiek si  udaje, dociera do celu nie wiadomo dlaczego ze

ym woreczkiem i - je li ju  s  przy tym temacie - tak si  dziwnie sk ada,  e dopiero zauwa

, i  woreczek, który ma przy

sobie, jest zrobiony z do  obrzydliwej imitacji lamparciego futra i zupe nie nie jest tym, jaki mia  przy sobie przed chwil , nim

dotar  tu, gdzie jest, cho  nie wie, co to za miejsce, i to nie ten, który osobi cie robi , i kto wie, co jest w nim w  rodku, poniewa

to nie jego woreczek i wola by mie  stary, cho  oczywi cie jest mu strasznie przykro,  e sta  si  jego w

cicielem w tak

brutalny sposób, to znaczy surowca na woreczek, czyli króliczego futra z poprzedniego w

ciciela, mianowicie królika, z

którym próbuje mie  zaszczyt w

nie rozmawia .

Wszystko, co by  w stanie z siebie wydoby , brzmia o: „ op”.

- Pozwól,  e przedstawi  ci salamandr , po której w

nie depczesz - powiedzia  g os.

I rzeczywi cie - na pod odze obok Artura znajdowa a si  olbrzymia zielona salamandra. Artur odwróci  si , wrzasn ,

skoczy  do ty u i stwierdzi ,  e stoi w  rodku królika. Znów wrzasn , nie by  jednak w stanie znale  miejsca, gdzie móg by

skoczy .

- To te  by em ja - ci gn  g os z g bokim, gro cym grzmieniem - tak jakby  nie wiedzia ...

- Wiedzia ? - wykrzykn  Artur podniecony. - Wiedzia ?

-  Ciekawe  w  reinkarnacji  jest  to  -  skrzecza   g os  -   e  wi kszo   ludzi,  wi kszo   dusz  wcale  nie  wie,  co  im  si

przydarza.

Zrobi  przerw  dla osi gni cia lepszego efektu. Je li chodzi o Artura, to ju  uwa

,  e dzieje si  wystarczaj co

wiele.

- Ja wiedzia em - wysycza  g os. - To znaczy, dowiedzia em si . Powoli. Kawa ek po kawa ku.

os, czyjkolwiek by , znów przerwa . Jego w

ciciel wzi  g boki wdech.

- Nie mog em chyba doj  do innych wniosków? - kontynuowa  niegrzecznie. - Je li ci gle zdarza si  to samo, raz za

razem, i ci gle na nowo! W ka dym  yciu, które mia em, by em zabijany przez Artura Denta. Bez wzgl du na planet , bez

wzgl du na cia o, bez wzgl du na epok  - wystarczy,  e zaczn  sobie mo ci  gniazdko, zjawia si  Artur Dent i - peng! - zabija

mnie. Trudno tego nie zauwa

. To strasznie od wie a pami . Jest w tym co  z zachowania si  celowniczego haubicy. I ma w

sobie co  cholernie zdradliwego! „To  mieszne - powtarza a sobie cz sto moja dusza, wracaj c z krainy  ywych w za wiaty z

kolejnej bezp odnej, zako czonej przez Denta wyprawy - ten cz owiek, który na mnie nadepn , gdy skaka em przez szos  do

background image

57

mego ulubionego bajora, wydaje mi si  znajomy...” Kawa ek po kawa ku z

em mozaik ... Dencie, masowy morderco

mnie!

Echo g osu pogna o w gór  i w dó  korytarza. Artur sta  cicho i oboj tnie, jego g owa kr ci a si  z niedowierzaniem.

-  Oto  moment,  Dent  -  zawy   g os,  osi gaj c  punkt  wrzenia  nienawi ci  -  oto  moment,  w  którym  nareszcie

dowiedzia em si  prawdy!

To, co nagle pojawi o si  przed Arturem, by o nieopisanie przera aj ce. Widok tego zmusi  go do wydania z siebie

gulgotu przera enia i kaza  mu  apa  powietrze jak wyrzuconej na piasek rybie, mimo to spróbujmy opisa , jak by o

przera aj ce. Przed Arturem rozwar a si  olbrzymia, drgaj ca i mokra jama, w której przewraca  si  ogromny, za liniony,

sp kany, podobny do wieloryba potwór, pe zaj cy po niesamowicie bia ych nagrobkach. Wysoko nad jam  unosi  si  olbrzymi

garb, a po jego bokach wida  by o czarne g bie dwóch dalszych przera aj cych jam, które...

Artur nagle poj ,  e patrzy na w asne usta. Jego uwag  koncentrowa a  ywa ostryga, któr  w

nie wrzucano do

rodka.

Z krzykiem zatoczy  si  do ty u i odwróci  wzrok. Gdy znów spojrza  w poprzednim kierunku, przera aj ce zjawisko

znikn o. Korytarz by  ciemny i przez chwil  cichy. Artur by  sam z my lami. My li by y do  nieweso e i bardzo chcia yby

mie  ochron  osobist .

Nast pnym d wi kiem by o g bokie, ci kie dudnienie kawa u muru, który zwali  si  nie opodal na bok i ods oni

znajduj

 si  za nim czarn  pustk . Artur wpatrywa  si  w dziur  jak mysz w ciemne wyj cie psiej budy.

os znów przemówi .

- Spróbuj tylko powiedzie ,  e to przypadek, Dent! Tylko si  odwa  wmawia  mi,  e to by  przypadek!

- To by  przypadek - szybko powiedzia  Artur.

- Nie by ! - warkni to w odpowiedzi.

- Ale  - upiera  si  Artur - to by ...

- Je li to by  przypadek - rykn  g os - to nie nazywam si  Agrajag!!

- A z pewno ci  chcia by  obstawa ,  e si  tak nazywasz...

- Oczywi cie! - wysycza  Agrajag, jakby doszed  do jakiego  wyszukanego wniosku.

- No tak, mimo wszystko obawiam si ,  e to by  przypadek - powiedzia  Artur.

- To wejd  do  rodka i powtórz to! - zarycza  g os, jakby dosta  apopleksji.

Artur wszed  i powtórzy ,  e to by  przypadek, czy raczej prawie powtórzy . Na ko cu ostatniego s owa jego j zyk

niemal straci  grunt pod nogami, zapali y si  bowiem  wiat a i ukaza y, gdzie wszed .

Artur sta  wewn trz katedry nienawi ci.

Katedra by a wytworem... ba, nie tylko skr conego, lecz wr cz zwichni tego umys u.

By a olbrzymia i przera aj ca. Na samym jej  rodku sta a statua. Zaraz do niej dojdziemy.

Olbrzymia, niewyobra alnie olbrzymia hala wygl da a, jakby wykuto j  we wn trzu góry, a to dlatego  e

rzeczywi cie  by a  wykuta  we  wn trzu  góry.  Arturowi,  gdy  tak  sta  i  gapi  si ,  zdawa o  si ,   e  hala  wiruje,  i  poczu   zawrót

owy.

Hala by a czarna. Tam za , gdzie nie by a, obserwator chcia by, by by a, poniewa  kolory, za pomoc  których

wydobyto z czerni niektóre niesamowite detale, obejmowa y w przera aj cy sposób ca e spektrum obra aj cych oczy barw - od

ultranienawistnego a  do podmartwiczego, przechodz c po drodze przez purpur  w trobian , obrzydofiolet, 

 ropn ,

palonego hombre i ziele  gangrenow .

Niesamowitymi, uwypuklanymi przez kolory detalami by y pluj ce wod  rzygacze, na widok których nawet Francis

Bacon straci by apetyt na obiad. Rzygacze wystawa y ze  cian, zwiesza y si  z kolumn,  ukowatych przypór, stalli na chórze -

zewsz d. Wszystkie by y skierowane na statu , do której zaraz dojdziemy. O ile pluj ce wod  figury zepsu yby apetyt na obiad

Francisowi Baconowi, to wyraz ich twarzy wyra nie wskazywa ,  e im apetyt na obiad zepsu a statua - oczywi cie gdyby 

y

i mog y go je  (a nie 

y) lub gdyby kto  chcia  im go poda  (czego nikt by nie zrobi ).

Dooko a na monumentalnych  cianach wisia y olbrzymie kamienne tablice, na których wykute by y ku pami ci

background image

58

imiona i nazwiska tych, którzy padli ofiar  Artura Denta. Niektóre nazwiska by y podkre lone i opatrzone gwiazdkami. Tak na

przyk ad imi  krowy, która posz a zwyk ym trybem do rze ni i z której zrobiono befsztyk, który zjad  Artur, by o jedynie

wymienione, podczas gdy imi  ryby, któr  sam z owi  i potem - poniewa  straci  na ni  ochot  - zostawi  nie ruszon  na talerzu,

by o dla wyra nego zaznaczenia ró nicy dwa razy podkre lone oraz ozdobione trzema gwiazdkami i zakrwawionym sztyletem.

Najbardziej niepokoj cy w tym wszystkim - oczywi cie pomijaj c statu , do której krok po kroku dochodzimy - by  bardzo

wyra ny podtekst,  e wszyscy ci ludzie i wszystkie te stwory byli w rzeczywisto ci ci gle i niezmiennie jedn  i t  sam  osob .

Tak samo jasne by o te ,  e osoba ta, nawet je li zupe nie nieuzasadnienie, jest kra cowo rozstrojona i zirytowana.

Prawd  b dzie, je li powiemy,  e osi gn a stopie  irytacji, jakiego jeszcze nigdy nie widziano we wszech wiecie. By a to

irytacja w wymiarach epickich, p on cy spopielaj cy ogie , który rzuci  na czas i przestrze  cie  najciemniejszy z ciemnych.

Najpe niejszy wyraz tej z

ci dawa a znajduj ca si  w  rodku niesamowitego otoczenia statua. Przedstawia a ona

Artura Denta, i to w niezbyt schlebiaj cy mu sposób. Na pi tnastu metrach jej wysoko ci nie by o centymetra, który nie by by

przepe niony obelgami wobec przedstawionej osoby - a pi tna cie metrów czego  takiego mo e wystarczy , by ka dy

przedstawiony marnie si  poczu . Od ma ego pryszcza ko o nosa a  do kiepskiego fasonu szlafroka - nie istnia o nic, czego

rze biarz by nie zel

 i nie oczerni . Artur zdawa  si  gorgon , szale czym, pa aj cym  dz  mordu, dysz cym za ofiar ,

akn cym krwi wilko akiem, krwawym rze nikiem przebijaj cym sobie drog  przez niewinny jednoosobowy wszech wiat.

Ka

 ze swych trzydziestu r k, którymi rze biarz postanowi  go uraczy  w napadzie artystycznej ambicji, rozwala

królikowi czaszk , rozgniata  much , wyci ga  obojczyk z cia a kury, wyd ubywa  sobie z w osów wesz albo robi  co , czego

Artur nie by  w stanie na pierwszy rzut oka rozpozna . Wi kszo  jego licznych nóg depta a mrówki.

Artur zakry  oczy d

mi, zwiesi  g ow  i potrz sn  ni  powoli pe en smutku i przera enia, jak szalone rzeczy kryje

w sobie wszech wiat. Gdy ponownie otworzy  oczy, sta a przed nim posta  cz owieka, istoty, czy czego , co jakoby ca y czas

goni .

- Hhhhhhhrrrrraaaaa. HHHHHHH! - powiedzia  Agrajag.

Wygl da /wygl da o to jak oszala y, t usty nietoperz. Chybotliwie chodzi /chodzi o doko a Artura i si ga /si ga o ku

niemu zakrzywionymi szponami.

- S uchaj...! - zaprotestowa  Artur.

- Hhhhhhhrrrrraaaaa. HHHHHHH! - wyja ni  Agrajag, co Artur, acz niech tnie, zaakceptowa , gdy  mia  przed tym

niesamowitym i dziwnie zniszczonym zjawiskiem niez ego stracha.

Agrajag by  czarny, napuchni ty, pomarszczony i skórzasty. Jego nietoperze skrzyd a - marne, poszarpane byle co -

sprawia y w tym stanie wra enie bardziej przera aj ce, ni  gdyby by y silnymi, roz

ystymi w adcami wiatru. W ca ej postaci

najbardziej zadziwia a jednak wytrzyma

, pozwalaj ca mu ci gle odnawia  egzystencj  wbrew cielesnym przeszkodom.

Posiada  niesamowicie dziwn  kolekcj  z bów. Wygl da y, jakby ka dy nale

 do innego zwierz cia, i by y

porozrzucane w paszczy tak dziwacznie krzywo, i  mia o si  wra enie,  e gdyby Agrajag spróbowa  co  ugry , to

rozszarpa by sobie pó  twarzy i by  mo e na dodatek wyk

 oko. Ka de z jego trojga oczu by o ma e, patrzy o z napi ciem i

promieniowa o mniej wi cej tak  ilo ci  rozs dku, co ryba zza ligustrowego  ywop otu.

- To si  zdarzy o w trakcie meczu krykieta - wychrypia .

Na pierwszy rzut oka pomys  zdawa  si  tak nierozs dny,  e Artur prawie zach ysn  si  w asn

lin .

- Nie w tym ciele - zaskrzecza a istota - nie w tym ciele! To tutaj jest ostatnim cia em. Ostatnim  yciem. To moje

cia o zemsty. Cia o do zabicia Artura Denta. Moja ostatnia szansa. W dodatku musia em o nie walczy !

- Ale...

- By em na meczu krykieta! - wrzasn  Agrajag. - Mia em s abe serce, ale powiedzia em  onie: Có  mo e mi si  sta

na meczu krykieta? Siedz  wi c sobie, patrz  i co si  dzieje? Dwóch ludzi z

liwie wynurza si  tu  przede mn  nie wiadomo

sk d. Ostatni  rzecz , jak  zauwa

em, zanim moje serce przesta o bi  ze strachu, by o to,  e jednym z nich jest Artur Dent z

wplecion  w brod  królicz  ko ci . Przypadek?

- Przypadek - zapewni  Artur.

- Przypadek? - zawy  stwór, machn  z wysi kiem zniszczonymi skrzyd ami i odkry  na prawym policzku szpar  z

background image

59

widocznym za ni  szczególnie obrzydliwym z bem. Po bli szym przyjrzeniu si  (a mia  nadziej  tego unikn ) Artur

zauwa

,  e twarz Agrajaga jest prawie ca a pozaklejana brudnymi czarnymi plastrami. Z przestrachem cofn  si  o krok.

Zacz  szarpa  brod . Z przera eniem stwierdzi ,  e rzeczywi cie ci gle wisi w niej królicza ko . Wyci gn  j  i odrzuci .

- S uchaj - powiedzia  - to los bawi si  z tob  w kotka i myszk . Ze mn . Z nami. To ca kowity przypadek.

- Co masz do mnie, Dent? - parskn a istota, ruszaj c w jego kierunku ko ysz cym si , wyra nie dla  bolesnym

krokiem.

- Nic - upiera  si  Artur. - Naprawd  nic.

Agrajag przygwo dzi  go ma ymi oczkami.

- Wydaje mi si ,  e to do  dziwny sposób obchodzenia si  z kim , przeciw komu nic si  nie ma - w trakcie ka dego

z nim spotkania zabija  go. Przedziwny przypadek interakcji spo ecznych, powiedzia bym. Chcia bym to, co mówisz, nazwa

amstwem!

- Ale  s uchaj - przekonywa  Artur - przykro mi. To wszystko jest straszliwym nieporozumieniem. Musz  i . Masz

zegarek? Musz  pomóc uratowa  wszech wiat. - Zrobi  krok do ty u.

Agrajag zrobi  krok do przodu.

- W pewnym momencie... - wysycza  - w pewnym momencie postanowi em zrezygnowa . Tak jest. Postanowi em

nie wraca , lecz pozosta  w za wiatach. No i co?

Artur zasugerowa  niewyra nym potrz ni ciem g owy,  e nie ma zielonego poj cia i w dodatku nie chce go mie .

Cofn  si  a  do zimnego, ciemnego kamienia, w którym nie wiadomo kto herkulesowym wysi kiem wyrze bi  gigantyczn

karykatur  jego rannych pantofli. Spojrza  na wznosz ce si  nad nim w asne obrzydliwie sparodiowane odbicie. Ci gle

zdziwiony zadawa  sobie pytanie, co robi jedna z jego r k.

-  Zosta em  wbrew  woli  wrzucony  w  materialny   wiat  -  kontynuowa   Agrajag  -  jako  petunia.  Powinienem  mo e

doda ,  e w doniczce. Owo wyj tkowo szcz liwe, krótkie  ycie rozpocz o si  dla mnie pi set kilometrów nad pewn

szczególnie obrzydliw  planet . „Niezbyt to odpowiednie miejsce dla doniczki z petuni ” - mo na by pomy le . Oczywi cie!

Zako czy em to  ycie niewiele pó niej pi set kilometrów ni ej. Powinienem mo e doda  - w  wie ych resztkach

rozpry ni tego wieloryba. Mego brata duchowego.

Zezowa  w stron  Artura z rozpalon  na nowo nienawi ci .

- W drodze w dó  - klekota  - nie unikn em zobaczenia eleganckiego bia ego statku kosmicznego. Przez luk owego

eleganckiego statku patrzy  szykowny Artur Dent. Przypadek?!

- Tak! - zawy  Artur. Znów spojrza  w gór  i stwierdzi ,  e r ka, która tak go zadziwia a, chyba jedynie z przekory

przywraca do  ycia zg adzon  petuni . Odkrycie tego nie nale

o do  atwych.

- Musz  i  - upiera  si  Artur.

- B dziesz móg  pój  - powiedzia  Agrajag - jak ci  zabij .

- To nie mia oby sensu - wyja ni  Artur i zacz  wspina  si  po twardym kamiennym zboczu swych wykutych

pantofli - gdy  musz  uratowa  wszech wiat, rozumiesz? Musz znale

srebrn  poprzeczk , to wa ne. Dla trupa by oby to

zbyt skomplikowane.

- Uratowa  wszech wiat! - splun  pogardliwie Agrajag. - Trzeba by o o tym pomy le , zanim zacz

 vendett

przeciwko mnie! Co powiesz o swej wizycie na Stavromula Beta, gdzie kto ...

- Nigdy tam nie by em - wtr ci  Artur.

- ...próbowa  ci  zabi , ale si  schyli

? Jak my lisz, kogo trafi a kula? Co powiedzia

?!

- Nigdy tam nie by em - powtórzy  Artur. - Nie wiem, o czym mówisz. Musz  ju  i .

Agrajag stan  jak wryty.

- Musia

 by . By

 tam odpowiedzialny za moj

mier  tak samo jak wsz dzie. Niewinny widz! - Dr

.

- Nigdy nie s ysza em o tym miejscu - upiera  si  Artur. - Jak na razie nie próbowano mnie zabi . W przeciwie stwie

do ciebie. Mo e pojad  tam w przysz

ci, jak s dzisz?

Agrajag zamruga  powoli, jakby dosta  ataku, usztywniaj cego cia o parali u logicznego my lenia.

background image

60

- Na Stavromula Beta... jeszcze... nie by

? - wyszepta .

- Nie. Nic nie wiem o tym  wiecie. Na pewno nigdy tam nie by em, nie mam nawet zamiaru tam jecha .

- O, z pewno ci  pojedziesz... - wymamrota  Agrajag trz

cym si  g osem - z pewno ci  pojedziesz. Niech to

Zarkwon trza nie! - Zachwia  si  i dziko rozejrza  po swej ogromnej katedrze nienawi ci. -  ci gn em ci  tu za wcze nie!

Zacz  krzycze  i wy . -  ci gn em ci  tu, na Zarkwona, za wcze nie! Nagle wzi  si  w gar  i popatrzy  na Artura

mrocznym, przepe nionym nienawi ci  spojrzeniem.

- Mimo to ci  zabij ! - rykn . - Nawet je li to logicznie niemo liwe, to, do jasnego Zarkwona, spróbuj ! Wysadz  w

powietrze ca  gór ! - rycza . - Zobaczymy, czy uda ci si  z tego wykr ci , Dent!

Pokonuj c ból, ko ysz c si  i kulej c, pospieszy  w stron  czego , co wygl da o jak ma y, czarny ofiarny o tarz.

Rycza  teraz tak niepohamowanie,  e naprawd  strasznie ora  sobie twarz. Artur zeskoczy  ze strategicznie korzystnego

miejsca na kamiennej kopii w asnej stopy i  pieszy , by powstrzyma  t  na trzy czwarte ob kan  istot . Rzuci  si  na

dziwacznego stwora i z trzaskiem waln  nim o o tarz. Agrajag zawy , przez chwil  dziko wali  skrzyd ami. Patrzy  na Artura z

ob dem w oczach.

- Wiesz, co zrobi

? - rz zi  z wysi kiem. - Znów mnie zabi

. Zastanawiam si , czego ty ode mnie chcesz? Krwi?

Zacz  wali  skrzyd ami w krótkiej agonii, zadr

 i zapad  si  w siebie, rzucaj c na koniec du ym czerwonym

przyciskiem w o tarz. Artur skoczy  pe en strachu i przera enia, po pierwsze z powodu tego, co zrobi , po drugie z powodu

wycia syren i terkotu dzwonków, wstrz saj cych nag e powietrzem, by zapowiedzie  jak  straszn  katastrof . Rozgl da  si

wokd  jak oszala y.

Jedyn  drog  na zewn trz zdawa a si  ta, któr  przyszed . Rzuci  si  w jej kierunku, wyrzucaj c obrzydliw  torb  z

paskudnej imitacji lamparciego futra. Gna

lepo i jak popad o przez pl tanin  korytarzy i zdawa o si ,  e klaksony, syreny i

yskaj ce reflektory prze laduj  go coraz w cieklej. Nagle wybieg  zza zakr tu i zobaczy  przed sob  jasno .

Nie by a to b yskawica. Mia  przed sob  dzienne  wiat o.

background image

61

Rozdzia  19

Twierdzi si  czasem,  e w naszej Galaktyce jedynie na Ziemi Krikkit (lub krykiet) jest uznawany za pretekst do gry i

e w

nie dlatego unikano z Ziemi  kontaktu. W rzeczywisto ci dotyczy to wy cznie naszej Galaktyki, a dok adnie - naszej

czasoprzestrzeni. W niektórych czasoprzestrzeniach wy szego rz du uwa a si ,  e wolno robi , co si  komu podoba, tak wi c

ju  od bilionów lat (czy jaki jest tam odpowiednik czasu) gra si  w nich w szczególn  gr  o nazwie brokia ski ultrakrykiet.

Przewodnik Autostopem przez Galaktyk mówi:

my uczciwi, to straszliwa gra, ale ka dy, kto by  kiedykolwiek w której  z czasoprzestrzeni wy szego rz du, wie

te ,  e istoty stamt d s  straszliw , niecywilizowan  hord , która powinna zosta  rozbita i zlikwidowana, co te  by si  sta o,

gdyby kto  wymy li , jak odpala  rakiety pod k tem prostym do rzeczywisto ci.

Istnieje szereg przyk adów,  e przewodnik Autostopem przez Galaktyk przyjmie z otwartymi ramionami ka dego,

kto zechce wpa  do redakcji i da si  uczciwie poddusi  pytaniami, zw aszcza je li wpadnie przypadkiem po po udniu, gdy

obecnych jest bardzo niewielu sta ych pracowników. Nale y sformu owa  w tym miejscu zasadnicze stwierdzenie: historia

Autostopem przez Galaktyk jest histori  pe

 idealizmu, walki, rozpaczy, nami tno ci, sukcesów, pomy ek i niesamowicie

ugich przerw obiadowych. Najwcze niejsze dokumenty Autostopem zagin y, podobnie jak jego dane podatkowe, w

odm tach czasu.

Na temat dziwnych teorii, jak to si  sta o, patrz ni ej.

Wi kszo  przekazanych historii mówi jednak o pierwszym wydawcy - zwa  si  Hurling Frootmig. Hurling Frootmig

- twierdzi si  - za

Autostopem, ustanowi  jego podstawowe zasady - uczciwo  i idealizm - i splajtowa . W jego  yciu

nast pi o wiele lat biedy i ucieczki do wewn trz, w czasie których pyta  przyjació  o rady, przesiadywa  w ciemnych pokojach

i znajduj c si  w nielegalnych stanach psychicznych, rozmy la  o tym i owym, wyprawia  ró ne rzeczy z hantlami i w ko cu po

przypadkowym spotkaniu ze  wi tymi obiadowiczami z Voondoon - którzy twierdz ,  e tak samo jak obiad zajmuje  rodek

dnia cz owieka, a dzie  cz owieczy mo e by  traktowany jako analogia jego  ycia duchowego, obiad a) powinien by  uwa any

za centrum  ycia duchowego cz owieka i b) powinien by  spo ywany w dobrych restauracjach - za

Autostopem od nowa,

sformu owa   jeszcze  raz  jego  podstawowe  zasady  -  uczciwo   i  idealizm  oraz  jak  mo na  je  omin   -  i  w  ten  sposób

doprowadzi  przewodnik do komercyjnego sukcesu. By  te  pierwszym, który wynalaz  redakcyjne przerwy obiadowe i

dok adnie zbada  ich znaczenie. Pó niej mia y one odegra  wielk  rol  w historii Autostopem, gdy  ich skutkiem by o to,  e

lwi  cz

 rzeczywistej pracy wykonywali przypadkowi ludzie, którzy po po udniu wchodzili ot tak sobie do pustych biur i

za atwiali co , co uwa ali za warte zrobienia. Wkrótce Autostopem przej ty zosta  przez oficyn  wydawnicz  Magadodo z

Ma ej Nied wiedzicy, dzi ki czemu wszystko zosta o postawione na zdrowych podstawach finansowych i czwartemu

wydawcy, Ligowi Lury juniorowi, da o mo liwo  przej cia na przerwy obiadowe o d ugo ci tak zapieraj cej dech w piersiach,

e wysi ki nowych wydawców, by odbywa  dotowane przerwy obiadowe na cele charytatywne, to przy tym ma e piwo.

Lig nigdy nie zrezygnowa  formalnie ze stanowiska wydawcy - jedynie opu ci  pewnego pó nego przedpo udnia

biuro i nigdy nie powróci . Mimo  e od tego czasu min o ponad sto lat, wielu cz onków zespo u redakcyjnego Autostopem

ci

e jeszcze trzyma si  romantycznej my li,  e po prostu skoczy  na bu

 z szynk  i zaraz wróci, by uczciwie poharowa

wieczorem. Dok adnie rzecz bior c, z tego powodu wszyscy wydawcy po Ligu Lurym juniorze nazywali si  jedynie p.o.

wydawcami, a biurko Liga jest ci

e utrzymywane w stanie, w jakim je opu ci ; jedyn  zmian  jest tabliczka, na której

napisano:

LIG LURY JUNIOR, ZAGINIONY, PRAWDOPODOBNIE ZNÓW CO  PA ASZUJE:

Kilka perfidnych i podst pnych  róde  chce da  do zrozumienia,  e Lig zgin  przy pierwszych eksperymentach

Autostopem w zakresie buchalterii alternatywnej. Wiadomo o nich bardzo ma o i jeszcze mniej si  mówi. Ka demu za , kto

background image

62

cho by zauwa y (nie mówi c o tym,  e zwróci na to czyj  uwag ) dziwn , cho  zupe nie przypadkow  i nie maj

 znaczenia

okoliczno , i  ka da planeta, na której Autostopem otworzy o biuro, wkrótce potem gin a z powodu wojny lub kl ski

ywio owej, grozi proces o takie odszkodowanie,  e pójdzie z torbami.

Jest ciekawym faktem, nie maj cym jednak najmniejszego zwi zku z tym, co zosta o w

nie powiedziane,  e dwa

lub trzy dni przed zniszczeniem planety Ziemia, w celu zrobienia miejsca nowej hiperprzestrzennej trasie szybkiego ruchu,

dramatycznie wzros a liczba obserwowanych nad ni  UFO, widziano je za  nie tylko nad Królewskim Klubem Krykietowym w

St. John’s Wood w Londynie, lecz te  nad Glastonbury w hrabstwie Somerset. Glastonbury ju  od dawna  czono z sagami o

staro ytnych królach, magicznych mocach, kr gach czarownic oraz zamawianiu brodawek; zosta o ono wybrane na plac

budowy nowego magazynu ksi g podatkowych Autostopem przez Galaktyk i rzeczywi cie, gdy wyniesiono ksi gi podatkowe

z ostatnich dziesi ciu lat na magiczn  gór  tu  za miastem, kilka godzin pó niej zjawili si Yogoni.

adna jednak z tych historii, bez wzgl du na to jak s  dziwne i nie wyja nione, nie jest tak dziwna i niejasna jak

regu y gry brokia skiego ultrakrykieta, w który gra si  w czasoprzestrzeniach wy szego rz du. Kompletny spis regu  jest tak

skomplikowany,  e kiedy po raz pierwszy (i jedyny) zosta y zebrane w jeden tom, dozna  on zapa ci grawitacyjnej i sta  si

czarn  dziur .

Skrócona wersja brzmi nast puj co:

REGU A PIERWSZA: Wyhoduj sobie przynajmniej trzy dodatkowe nogi. Nie b dziesz ich potrzebowa , ale

pomog  ci utrzyma  widzów w dobrym nastroju.

REGU A DRUGA: Znajd  dobrego gracza w brokia ski ultrakrykiet. Sklonuj go kilka razy. Oszcz dzi ci to

ogromnych sum na d ugotrwa y dobór zawodników i ich trening.

REGU A TRZECIA: Ustaw dru yny swoj  i przeciwn  na du ym boisku i zbuduj wokó  niego wysoki mur.

Powód jest nast puj cy: poniewa  gra jest wielk  rozrywk  dla mas, rozczarowanie widzów nie mog cych

obserwowa  przebiegu gry spowoduje,  e wyobra  sobie, i  mecz by  znacznie bardziej fascynuj cy, ni  by  rzeczywi cie.

um, który w

nie widzia  do  nudny mecz, charakteryzuje si  znacznie mniejsz  ch ci  utrzymania si  przy  yciu ni

widzowie, którzy uwa aj ,  e w

nie przegapili najdramatyczniejsze wydarzenie w historii sportu.

REGU A CZWARTA: Przerzu  graczom przez mur mas  najró niejszych sprz tów sportowych. Stosowne jest

wszystko - kije do krykieta, kije do baseballu, karabiny tenisowe, narty - wszystko, czym mo na si  dobrze zamachn .

REGU A PI TA: Gracze powinni teraz zacz  wszystkim, co im wpadnie w r ce, wali  wokó  siebie. Gdy jaki

gracz uzyska „trafienie” na ciele innego gracza, musi natychmiast uciec i przeprosi  z bezpiecznej odleg

ci. Przeprosiny

winny by  zwi

e, szczere i - dla wi kszej dok adno ci i dobitno ci - podawane przez megafon.

REGU A SZÓSTA: Zwyci sk  dru yn  jest pierwsza, która wygra.

Im bardziej ludzie z czasoprzestrzeni wy szego rz du szalej  na punkcie tej gry, tym rzadziej si  - o dziwo - w ni

gra, gdy  wi kszo  konkuruj cych z sob  dru yn znajduje si  w stanie permanentnej wojny z powodu interpretacji regu . Jest

to znakomite, gdy  dobra, solidna wojna mniej szkodzi psychice ni  przed

aj ca si  partia brokia skiego ultrakrykieta.

background image

63

Rozdzia  20

Gdy Artur, rzucaj c cia em na boki i dysz c, gna  w dó  zbocza, poczu  nagle,  e góra delikatnie, bardzo delikatnie si

pod nim porusza. Zacz o grzmie  i dudni , sk

 pojawi o si  ledwie zauwa alne dr enie i Artur poczu ,  e z oddali za nim i

nad nim nap ywa podmuch gor ca. Bieg  niemal oszala y ze strachu. Ziemia zacz a mu si  obsuwa  spod nóg i naraz

zrozumia  pot

 s owa „t pni cie” z nie znan  dotychczas wyrazisto ci . Zawsze by o to dla niego jedynie s owo, teraz jednak

nagle i przera aj co u wiadomi  sobie,  e t pni cia s  dla ziemi czym  dziwnym i obrzydliwym. Ziemia podrzuca a Arturem,

 ze strachu i od wstrz sów zrobi o mu si  niedobrze. Grunt uciek  spod niego, góra zacz a znika , Artur obsun  si , upad ,

wsta , znów si  obsun  i znów pogna  dalej. Wtedy ruszy a lawina.

Kamienie, potem g azy, w ko cu ska y zacz y przeskakiwa  obok niego jak nieporadne m ode psy, tyle  e du o

wi ksze, du o twardsze i ci sze, i prawie niesko czenie bardziej stworzone do tego, by zabi , gdy na kogo  spadn . Oczy

Artura ta czy y razem z g azami, jego stopy ta czy y razem z ta cz

 ziemi . Gna , jakby bieg by  straszn  chorob

polegaj

 na wymiotowaniu przez skór  potem. Serce wali o mu w rytm dudni cego wokó  geologicznego szale stwa.

Logice sytuacji, znaczy si  temu,  e je li rzeczywi cie ma nast pi  kolejne wydarzenie w legendzie o jego

nie wiadomym prze ladowaniu Agrajaga, to musi prze

, zupe nie nie udawa o si  oddzia ywa  na jego psychik , a tym

bardziej mie  na ni  najmniejszego uspokajaj cego wp ywu. Gna , a w sobie, pod sob  i nad sob  mia miertelny strach, który

próbowa  z apa  go nawet za w osy. Nagle Artur znów si  potkn  i polecia  do przodu z pot nym impetem. W chwili kiedy

mia  strasznie twardo uderzy  o ziemi , tu  przed sob  zobaczy  ma  granatow  torb  podró

, któr  mniej wi cej dziesi  lat

temu (licz c w jego osobistej skali czasu) zgubi  podczas odbierania baga u na lotnisku w Atenach. W bezbrze nym zdziwieniu

nie trafi  w ziemi  i wystrzeli  w powietrze.

Mózg Artura za piewa .

Artur lecia . Rozejrza  si  zaskoczony, nie mog o by  jednak w tpliwo ci,  e w

nie to robi .  adna cz

 jego cia a

nie dotyka a ziemi,  adna nawet si  do niej nie próbowa a zbli

. Po prostu si  unosi , podczas gdy wokó  lata y g azy.

Koniecznie trzeba by o w tym co  zmieni . Mrugaj c z niewiar  z powodu  atwo ci przedsi wzi cia, poszybowa

wy ej - teraz g azy lata y pod nim. Z pe

 napi cia ciekawo ci  spojrza  w dó . Mi dzy sob  a dr

 ziemi  mia  dobre

dziesi  metrów pustej przestrzeni, to znaczy pustej, je li pomin o si  g azy, które d ugo si  w niej nie zatrzymywa y, lecz

spada y w stalowym uchwycie prawa ci ko ci; tego samego prawa, które - na to wygl da o - Artur wys

 na urlop.

Z instynktown  precyzj , któr  daje duszy cz owieka odruch samozachowawczy, Arturowi prawie natychmiast

przysz o na my l,  e musi spróbowa  o nim nie my le , gdy  gdyby tylko zacz , prawo ci ko ci spojrza oby nagle w jego

kierunku i zechcia o si  dowiedzie , có , do pioruna, Artur robi w górze, i wszystko od razu by si  sko czy o. My la  wi c o

tulipanach. Zadanie by o trudne, ale stara  si . My la  o cudownym, wyra nym zaokr gleniu tulipanich cebulek, my la  o

fascynuj cej ró norodno ci kolorów ich kwiatów i zastanawia  si , ile tulipanów mo e wyrosn , czy raczej mog o rosn , na

Ziemi w promieniu kilometra od wiatraka. Po chwili rozmy lania te niebezpiecznie go znudzi y i poczu ,  e powietrze umyka

spod niego. Zacz  opada  w kierunku przefruwaj cych z hukiem g azów, o których tak bardzo stara  si  nie my le ; przez

krotk  chwil  my la  wi c o lotnisku w Atenach, co zaj o jego uwag  oko o pi ciu minut, po up ywie których odkry  z

zaskoczeniem,  e szybuje mniej wi cej dwie cie metrów nad ziemi . Przez chwil  zadawa  sobie pytanie, w jaki  to sposób

dostanie si  na dó , od razu jednak odrzuci  je i spróbowa  spojrze  na sytuacj  z powag .

Lecia . Co z tym pocz ? Ponownie spojrza  ku ziemi. Nie wpatrywa  si , robi  co móg , by rzuci  jedynie przelotne,

leniwe spojrzenie. Istnia o kilka rzeczy, które zobaczy . Jedn  z nich by o to,  e erupcja góry ju  min a. Tu  poni ej szczytu

wida  by o krater, prawdopodobnie tu góra zapad a si , zasypuj c olbrzymi  katedr  w jaskini, pomnik Artura i okrutnie

sponiewieranego Agrajaga. Drug  rzecz  by a jego torba podró na - ta sama, któr  zgubi  na lotnisku w Atenach. Le

a

impertynencko na ods oni tym kawa ku terenu, otoczona wyczerpanymi do cna g azami, jednak przez  aden nie trafiona. Nie

mia  pomys u, jak to si  mog o uda . Poniewa  jednak jeszcze wi kszym cudem by  zupe nie niemo liwy fakt,  e torba w ogóle

tu le

a, szukanie rozwi zania pierwszej zagadki nie by o czym , do czego czu  si  wystarczaj co silny. Faktem by o,  e

le

a. Równocze nie wygl da o na to,  e znikn  obrzydliwy worek z imitacji lamparciego futra. Nawet je li nie do ko ca

background image

64

wyt umaczalne, by o to wspania e. Zrozumia ,  e postawiono go przed faktem dokonanym, i musi podnie  torb . Lecia

dwie cie metrów nad powierzchni  obcej planety, której nazwy nawet nie pami ta , nie móg  wi c zignorowa  po

owania

godnego po

enia male kiej cz stki tego, co kiedy  by o tre ci  jego  ycia - zw aszcza tu, tyle lat  wietlnych od

sproszkowanych resztek ojczyzny.

Poza tym przypomnia  sobie,  e w torbie - je li ci gle zawiera a to, kiedy j  zgubi  - musi by  puszka z jedynym

obecnie we wszech wiecie greckim olejem z oliwek.

Powoli, ostro nie, centymetr po centymetrze zacz  sp ywa  w dó . Ko ysa  si  delikatnie z boku na bok jak

przestraszony kawa ek papieru, który zauwa

,  e rozpocz  podró  ku ziemi. Sz o mu  wietnie, czu  si  dobrze. Powietrze

nios o go, ale równocze nie przepuszcza o. Dwie minuty pó niej Artur unosi  si  pó  metra nad torb  i wiedzia ,  e czeka go

kilka trudnych decyzji. Lekko si  zawaha . Zmarszczy  czo o, najdelikatniej, jak umia . Je li chwyci torb , to czy b dzie w

stanie j  unie ? Czy dodatkowy ci ar nie  ci gnie go w dó ? Czy samo dotkni cie gruntu nie zniesie nagle magicznej mocy,

która utrzymuje go w powietrzu? Czy nie by oby lepiej, gdyby zachowa  si  rozs dnie i na jedn , dwie chwile wróci  z

powietrza na twardy grunt? Je li tak zrobi, to czy kiedykolwiek b dzie znów w stanie lata ?

Gdy  w  pe ni  u wiadomi   sobie,   e  frunie,  odczu   co   tak  spokojnie  ekstatycznego,  a   bola o  go  na  my l,  i   mo e

straci  zdolno  latania mo e na zawsze. Z tym nowym zmartwieniem w duszy znów uniós  si  kawa ek w gór  - tylko po to, by

czu  lot, czu  zaskakuj cy i nie wymagaj cy wysi ku ruch. Unosi  si , szybowa . Spróbowa  krótkiego lotu nurkuj cego.

Nurkowanie by o fantastyczne. Z rozpostartymi ramionami, trzepocz cymi w osami i  opocz cymi po ami szlafroka spad  z

nieba, prze lizgn  si  na poduszce powietrza pó  metra nad powierzchni  planety i znów uniós  w gór , zatrzyma  w

najwy szym punkcie  uku, którym wyniós  go rozp d, i zastyg  w powietrzu. Po prostu stan  w powietrzu. Utrzymywa  si  w

bezruchu.

By o to cudowne.

To w

nie - zrozumia  - jest sposób, w jaki mo na podnie  torb . Pomknie w dó  i z apie j  w chwili, gdy zacznie

si  wznosi . We mie j  z sob  ku górze. Mo e nieco nim to zachwieje, by  jednak pewien,  e si  uda. Prze wiczy  jeszcze dwa,

trzy razy lot nurkuj cy - udawa  si  coraz lepiej. Wiatr na twarzy, spadanie i nurkowanie, wszystko tworzy o ca

 i

wyzwala o takie upojenie zmys ów, jakiego Artur nie czu  od... od... no, odk d by  w stanie si gn  pami ci . Innymi s owy -

od urodzenia. Unosi  si  na poduszce lekkiej bryzy i ogl da  panoram  okolicy, która - jak stwierdzi  - by a do  ohydna.

Wygl da a na zdewastowan  i opuszczon . Postanowi ,  e nie b dzie na ni  wi cej patrzy . Podniesie torb  i... nie wiedzia , co

zrobi, gdy podniesie torb . Postanowi ,  e na pocz tek tylko j  podniesie, a potem zobaczy, jak sytuacja si  rozwinie.

Pohalsowa  pod wiatr, uniós  si  pchany nim w gór  i obróci . Teraz p yn  na wietrze. Nie zauwa

 tego, ale jego

cia o w

nie si  wilomi o. Schyli  si  pod pr dem powietrza, za ama  tor lotu i zanurkowa . Powietrze wokó  mkn o, pru

przez nie. Grunt w dole niepewnie si  zachybota , postanowi  jednak zachowa  rozs dek, uniós  si  wi c spokojnie w kierunku

Artura razem z torb , której zu yte plastikowe uchwyty skierowane by y prosto w gór .

W po owie drogi w dó  nast pi  gro ny dla Artura moment, gdy  b

c nowicjuszem, nie móg  d

ej wierzy ,  e

naprawd  robi to, co robi, i dlatego nieomal przesta  to robi , w odpowiednim jednak momencie pozbiera  si , przeszybowa

tu  nad powierzchni  planety, z gracj  wsun  r

 w uchwyty torby i znów zacz  si  unosi . Nic z tego nie wysz o - run ,

bn , zacz  ora  kamienisty grunt i z  omotem po nim kozio kowa . Zataczaj c si , stan  natychmiast na nogi i zacz  si

bezradnie kr ci  wokó  w asnej osi. W napadzie bólu i rozczarowania wymachiwa  wokó  torb .

Stopy zacz y mu si  klei  do pod

a tak samo ci ko, jak mia y zwyczaj robi  zawsze.

Cia o odczuwa  jako potykaj cy si  i maj cy zaburzenia równowagi niepor czny worek kartofli, w jego g owie

panowa a zwiewno  tony o owiu.

Zgi  si  wpó  i zachwia  jak pó przytomny. Wszystko go bola o. Spróbowa  pobiec, lecz bez skutku - stopy okaza y

si  zbyt s abe. Potkn  si  i polecia  na twarz. W tym momencie przypomnia  sobie,  e w torbie, któr  z apa , jest nie tylko

puszka greckiej oliwy z oliwek, lecz te  wolnoc owa butelka retsiny i z powodu radosnego przestrachu wynik ego z tego

odkrycia nie zauwa

,  e przynajmniej od dziesi ciu sekund ponownie leci.

Krzykn  i zawy  z ulgi, rado ci i czystej fizycznej rozkoszy. Zakr ci  si  i za opota , poszybowa  i zawirowa  w

background image

65

powietrzu. Odwa nie po

 si  na pr dzie wznosz cym i zbada  zawarto  torby. Czu  si , jak musi si  czu  anio

wykonuj cy s awny taniec na ostrzu szpilki, podczas gdy filozofowie próbuj  zinterpretowa  ów fakt. Za mia  si  z rado ci,

gdy odkry ,  e w torbie s  zarówno olej z oliwek, jak i retsina, do tego zepsute okulary s oneczne, zapiaszczone k pielówki,

kilka pogniecionych widokówek z Santorini, wielki ohydny r cznik, kilka ciekawych kamieni i spora ilo  kartek z adresami

ludzi, których - ku swej uldze - nigdy ju  chyba nie spotka, nawet je li ze smutnego powodu. Wyrzuci  kamienie, za

okulary, kartkom pozwoli  uciec z wiatrem w sin  dal.

Kiedy dziesi  minut pó niej dryfowa  leniwie przez chmur , na kark zwali a mu si  olbrzymia, maj ca niezwykle

 opini  prywatka.

background image

66

Rozdzia  21

Najd

sza i najbardziej destrukcyjna prywatka, jak  zorganizowano w historii, powoli dorabia si  czwartego

pokolenia go ci, ci gle jednak nikt nie zamierza rusza  do domu. Kiedy  kto  spojrza  na zegarek, zd

o jednak min  od

tego momentu jedena cie lat, a na ladowcy nie by o. Na prywatce panuje niesamowity chaos i trzeba j  zobaczy  samemu, by

uwierzy ; je li jednak nie ma si  szczególnego powodu, by próbowa  uwierzy , to za nic nie nale y tam i  i patrzy , gdy

widok nie sprawi przyjemno ci. Niedawno w chmurach trzasn o i b ysn o. Istnieje teoria,  e toczy a si  bitwa mi dzy

kr

cymi nad prywatk  jak s py flotami konkuruj cych z sob  firm, oferuj cych us ugi w zakresie czyszczenia dywanów, ale

wiadomo przecie ,  e nie powinno si  wierzy  w nic, co mówi si  na prywatkach. Dotyczy to zw aszcza tej prywatki.

Jednym z problemów i to coraz wi kszym jest fakt,  e dzisiejsi uczestnicy prywatki s  dzie mi, wnukami albo

prawnukami tych, którzy nie chcieli wyj  na pocz tku, co z powodu zjawisk zwi zanych z chowem wsobnym, istnieniem

genów recesywnych i tak dalej, oznacza,  e go cie to albo fanatyczni prywatkowicze, albo paplaj cy g upoty idioci. Niestety,

coraz cz ciej jedno i drugie. A wi c tak czy siak - genetyka jest nieub agana - ka de nast pne pokolenie b dzie cechowa

coraz mniejsza ch  pój cia do domu.

Rol  zaczn  odgrywa  inne czynniki - na przyk ad brak napojów. Z powodu pewnych pomys ów, które w swoim

czasie wydawa y si  bardzo dobre (a jednym z problemów z nigdy nie ko cz cymi si  prywatkami jest,  e to, co wydaje si

dobrym pomys em na prywatce, okazuje si  dobrym pomys em tak e d ugo potem), moment ten jest jednak najwyra niej

bardzo odleg y.

Jedn  z rzeczy, które w swoim czasie wydawa y si  dobrym pomys em, by o to,  e prywatka mia a lata . Nie

chodzi o przy tym o to,  e mia a by  „odlotowa”, lecz mia a lata  dos ownie.

Tak wi c pewnego wieczora, dawno temu, chmara pijanych astroin ynierdw z pierwszej generacji go ci zacz a  azi

wokó  budynku; tu pogrzebali, tam co  przymocowali, gdzie indziej w co  mocno postukali, gdy za  nast pnego dnia wzesz o

ce, bardzo si  zdziwi o, widz c,  e  wieci na pe en rozbawionych, pijanych ludzi dom, unosz cy si  nad czubkami drzew

jak m ody, nieporadny ptaszek. Ma o tego - lataj cej prywatce uda o si  do  solidnie uzbroi . Uznano - na wypadek

ma ostkowych sporów z handlarzami winem -  e lepiej od razu jasno stawia  spraw , po czyjej stronie jest przewaga.

Przej cie od ca odniowego cocktailparty do popo udniowej prywatki pl druj cej nast pi o bez zgrzytów i w du ym

stopniu przyczyni o si  do dodania przedsi wzi ciu rozmachu i zwi kszenia czadu, co sta o si  konieczne, gdy  z biegiem lat

kapela zd

a niesko czon  ilo  razy zagra  ka dy kawa ek, jaki zna a. Pl drowano, rabowano, brano ca e miasta jako

zak adników za okup z krakersów serowych, sosu z avocado,  eberek wieprzowych oraz win i wódek, które

przepompowywano na pok ad z lataj cych tankowców.

Problemowi,  e sko cz  si  napoje, trzeba b dzie w zwi zku z tym spojrze  w oczy innym razem.

Planeta, nad któr  unosi si  prywatka, dawno przesta a by  tym, czym by a, nim prywatka wzlecia a nad jej

powierzchni . Planeta popad a w okropny stan.

Prywatka atakowa a i rabowa a ogromne ilo ci razy, z powodu za  nieobliczalnego i niemo liwego do przewidzenia

sposobu, w jaki kluczy po niebie, nigdy jeszcze nikomu nie uda o si  przeprowadzi  kontrataku.

To nie prywatka - to szale stwo.

Kiedy zwali ci si  nagle na kark - mo na oszale .

background image

67

Rozdzia  22

Artur zwija  si  z bólu, le c na wyrwanym sk

 i unosz cym si  swobodnie kawa ku  elbetonu, lekko g askany

przez k by przep ywaj cych chmur i zdezorientowany odg osami rozlegaj cego si  niewyra nie za nim oklap ego rozpasania.

Us ysza  co , czego nie by  w stanie od razu zidentyfikowa , a to po cz ci dlatego,  e nie zna  piosenki Straci em nog  na

Jaglan Beta, po cz ci dlatego,  e kapela by a bardzo zm czona i kilku muzyków intonowa o melodi  na trzy czwarte, kilku na

cztery czwarte, kilku w czym  na kszta t pijanego nr

2

co zale

o od tego, ile w ostatnim czasie uda o si  ka demu z nich

przespa .

Artur le

, ci ko dysz c w wilgotnym powietrzu, i próbowa  pomaca  si  to tu, to tam, by oceni , czy jest ranny.

Bola o bez wzgl du na to, gdzie dotyka . Po chwili zda  sobie spraw ,  e boli go r ka. Wygl da o na to,  e skr ci  nadgarstek.

Bola  go te  krzy , szybko si  jednak upewni ,  e nie jest ci ko ranny, ale tylko podrapany i dobrze wytrz ni ty, kto by

jednak nie by  po tylu przej ciach? Nie móg  poj , jaka kamienica chcia aby lata  w chmurach.

Z drugiej strony mia by w razie potrzeby spore trudno ci z przekonywaj cym wyt umaczeniem swojej obecno ci,

stwierdzi  wi c,  e b

 si  musieli zaakceptowa  nawzajem z kamienic . Spojrza  w gór . Ujrza  mur z jasnych,

poplamionych p yt wapienia - oto ja nie pani kamienica osobi cie. Zdawa a si  wyrasta  z czego  w rodzaju gzymsu czy

wyst pu muru otaczaj cego budynek, szerszego metr czy pó tora ni  jego podstawa. By  to fragment pod

a, w którym

umieszczono kiedy  fundamenty budynku prywatki i który zabra  z sob , by elegancko si  trzyma  u do u.

Artur wsta  do  nerwowo, gdy niechc cy spojrza  przez kraw

 w do’ , nag y zawrót g owy prawie przenicowa  mu

dek. Natychmiast przycisn  plecy do  ciany, mokry od mg y i potu. Jego g owa p yn a kraulem, kto  w 

dku próbowa

yn  motylkiem. Cho  przelecia  przepa  jak ptak, nie by  w stanie zmusi  si  nawet do pomy lenia o przera aj cej g binie

pod sob . W  adnym wypadku nie skoczy z kraw dzi. Nawet si  do niej o centymetr nie przysunie.

Kurczowo trzymaj c torb  podró

, przesuwa  si  powoli wzd

ciany z nadziej ,  e znajdzie prowadz ce do

budynku drzwi. Artur musia  przyzna ,  e solidny ci ar puszki z oliw  jest du ym oparciem.

Przysuwa  si  do rogu z nadziej ,  e w przeciwie stwie do  ciany, przy której by  teraz,  ciana za w

em zaoferuje

jakie  drzwi. Z powodu chybotliwego lotu kamienicy zrobi o mu si  niedobrze ze strachu, wyj  wi c z torby r cznik i zrobi  z

nim co , co po raz kolejny potwierdza pierwsze miejsce r czników na li cie rzeczy, które trzeba mie , podró uj c autostopem

przez Galaktyk . Owin  go wokó  g owy, by nie widzie , co robi.

Stopy bada y pod

e. Wyci gni ta r ka maca a wzd

ciany. W ko cu Artur dotar  do rogu i gdy si gn  za nim

, dotkn  czego , co nap dzi o mu takiego stracha,  e o ma o nie spad . By a to druga r ka.

ce z apa y si .

Rozpaczliwie próbowa  zerwa  z g owy r cznik drug  r

, trzyma  w niej jednak torb  z oliw  z oliwek, retsin  i

pocztówkami z Santorini i bardzo nie chcia  jej pu ci .

Prze ywa  czystej wody „egomoment”, jedn  z chwil, kiedy cz owiek nagle si  odwraca, patrzy na siebie i my li:

„Kim jestem? Po co tu si  znalaz em? Co osi gn em? Czy mam si  dobrze?” Cichutko zakwili .

Próbowa  wyrwa  r

, ale nie móg . Tamta mocno trzyma a. Arturowi nie pozosta o nic innego, jak powoli

przysun  si  do rogu. Wychyli  g ow  za róg i potrz sn  ni , by pozby  si  r cznika. Czynno  ta wyzwoli a u w

ciciela

drugiej r ki piskliwy wybuch jakiej  tajemniczej emocji.

Zerwano mu z g owy r cznik. Patrzy  prosto w oczy Forda Prefecta. Za Fordem sta  Slartibartfast, za Slartibartfastem

wida  by o portal i wielkie zamkni te drzwi.

Obaj stali przyci ni ci plecami do  ciany, w oczach mieli ob d. Wpatrywali si  w g st , nieprzeniknion  chmur

wokó  i próbowali utrzyma  si  na nogach mimo zarzucania i ko ysania kamienicy.

- Gdzie, do wszystkich p dz cych fotonów, si  podziewa

? - wysycza  Ford pe en paniki.

- Eee, nno... - wyj ka  Artur, który naprawd  nie mia  poj cia, jak wszystko stre ci . - Tu i tam. A co wy tu robicie?

Ford znów dziko popatrzy  na Artura.

- Nie chc  nas wpu ci  bez flaszki - warkn .

background image

68

Pomijaj c ha as, przyt aczaj cy upa , niesamowite bogactwo przeb yskuj cych niewyra nie przez ci kie opary

kolorów, dywany usiane rozbitymi kieliszkami, popio em i resztkami avocado oraz grupk  podobnych do pterodaktyli istot w

ubraniach z lureksu, które rzuci y si  na otaczan  tak  opiek  butelk  retsiny, piszcz c „Nowa zabawa! Nowa rozrywka!” -

pierwsze, co Artur zauwa

, gdy wbija  si  w t um go ci, to by a Trillian, z któr  w

nie próbowa  nawi za  rozmow  Bóg

Piorunów.

- Czy nie znam pani z „Milinowej”? - mówi  w

nie.

- To pan by  tym z m otem?

- Tak. Tu podoba mi si  znacznie bardziej. Nie jest tak sztywno, du o wi cej si  dzieje.

Sal  przeszy y wrzaski jakiej  okropnej zabawy. Jej rozmiarów nie mo na by o oceni  z powodu k bi cego si

umu rozbawionych, ha

liwych stworów, które weso o wykrzykiwa y do siebie niezrozumia e dla nikogo s owa i od czasu do

czasu prze ywa y za amania nerwowe.

- Wygl da,  e jest weso o - powiedzia a Tril ian. - Arturze, co mówi

?

- Pyta em, jak si  tu, do diab a, dosta

?

- Lecia am przez wszech wiat jako szereg punkcików. Znasz Thora? Produkuje pioruny.

- Cze ! - rzek  Artur - Wyobra am sobie,  e to bardzo ciekawe zaj cie.

- Cze  - odpar  Thor. - Bardzo ciekawe. Nie ma pan nic do picia?

- Eee, w

ciwie to nie...

- To czemu niczego pan sobie nie przynosi?

- No to na razie, Arturze - powiedzia a Tril ian, odchodz c.

Co  pobudzi o umys  Artura i nerwowo si  rozejrza .

- Nie ma Zaphoda? - zapyta .

- Zobaczymy si  pó niej - dobitnie powiedzia a Tril ian.

Thor w ciekle spojrza  na Artura twardymi, czarnymi jak w giel oczami. Broda zje

a mu si , a drobina p yn cego

w powietrzu  wiat a na krótko zebra a si y, by odbi  si  gro nie w rogach jego he mu. Chwyci  sw  niesamowicie wielk  d oni

okie  Tril ian, a mi nie ramienia poruszy y mu si  jak para parkuj cych volkswagenów. Dok

 j  zabiera .

- Jedn  z najciekawszych rzeczy w nie miertelno ci jest... - zacz .

- Jedn  z najciekawszych rzeczy we wszech wiecie - Artur us ysza  Slartibartfasta, mówi cego do wysokiej,

masywnej postaci, która wygl da a, jakby w

nie przegrywa a walk  ze swym ró owym boa z piór, i zafascynowana

wpatrywa a si  staremu w oczy i srebrn  brod  - jest bezbrze na nuda.

- Nuda? - zapyta a posta , mrugaj c otoczonymi zmarszczkami, przekrwionymi oczami.

- Tak, wstrz saj ca nuda. Zaskakuj ca nuda. Rozumie pani, tyle go jest, a tak ma o ma w  rodku. Czy mog  poda

kilka danych statystycznych?

- Eee, no...

- Prosz , zrobi bym to z wielk  ch ci . Te  s  sensacyjnie nudne.

- Zaraz wróc  i pos ucham - powiedzia a posta , klepn a starego kilka razy w rami , unios a sukni  i jak

poduszkowiec potoczy a si  w faluj cy t um.

- Ju  my la em,  e nigdy sobie nie pójdzie - zazgrzyta  z bami stary. - Chod , Ziemiaku...

- Arturze.

- Musimy znale

srebrn  poprzeczk . Gdzie  tu jest.

- A nie mogliby my najpierw troch odsapn ? - spyta  Artur. - Mia em m cz cy dzie . Spotka em Trillian, trafi a tu

ca kiem przypadkowo, nie powiedzia a, jak si  dosta a, ale to pewnie i tak bez znaczenia...

- Pomy l o gro cym wszech wiatowi niebezpiecze stwie...

-  Wszech wiat  jest  wystarczaj co  du y  i  doros y,  by  przez  pó   godziny  móc  pomartwi   si   o  siebie.  Jak  chcesz  -

doda , widz c rosn cy niepokój Slartibartfasta - pochodz  i popytam, czy kto  nie widzia  poprzeczki.

background image

69

- Dobrze, bardzo dobrze - uzna  Slartibartfast. - Znakomicie. - Rzuci  si  w t um i ka dy, kogo mija , radzi  mu, by by

ca kiem na luzie.

- Widzia  pan gdzie  poprzeczk ? - pyta  w

nie Artur niskiego cz owieczka, który sta  i zdawa  si  z po daniem

czeka  na to, by kogo  wys ucha . - Jest zrobiona ze srebra, ma ogromne znaczenie dla przysz ego bezpiecze stwa

wszech wiata i jest mniej wi cej tak d uga.

- Nie - odpar  zachwycaj co skurczony male ki cz owieczek - przynie  sobie drinka, to opowiesz mi wszystko po

kolei.

Ford Prefect min  ich, wij c si  w dzikim, szalonym i nie ca kiem dozwolonym dla m odzie y ta cu z jak  istot

ci 

skiej, która wygl da a, jakby mia a na g owie budynek opery w Sydney. Wykrzykiwa  do niej zdania maj ce s

zupe nie niepotrzebnej konwersacji.

- Podoba mi si  pani czapka! - krzycza .

- Co?

- Powiedzia em,  e podoba mi si  pani czapka.

- Nie mam czapki.

- No to podoba mi si  pani czaszka.

- Co?

- Powiedzia em,  e podoba mi si  pani czaszka. Ciekawa budowa ko ci.

- Co?

W skomplikowany zestaw ruchów, które wykonywa , Ford artystycznie wplót  wzruszenie ramion.

- Powiedzia em,  e wspaniale pani ta czy! - krzycza . - Z tym  e prosz  mniej kiwa  g ow .

- Co?

-  Chodzi  o  to,   e  za  ka dym  razem,  gdy  pani  kiwa  g ow   -  powiedzia   Ford  -  aua...!  -  doda ,  gdy  jego  partnerka

schyli a g ow , by spyta  „co?”, i znów bole nie go dziobn a w czo o ostrym ko cem pochylonej do przodu czaszki.

- Moja planeta zosta a pewnego poranka wysadzona w powietrze... - Artur zupe nie nieoczekiwanie stwierdzi ,  e

opowiada cz owieczkowi histori  swego  ycia, a przynajmniej wybrane fragmenty - ...dlatego te  jestem ubrany w szlafrok.

Moja planeta wylecia a w powietrze ze wszystkimi moimi ubraniami, wiesz? Nie przypuszcza em,  e wybior  si  na prywatk .

Cz owieczek zachwycony kiwn  g ow .

- Potem zosta em wyrzucony ze statku kosmicznego. W szlafroku. Nie w skafandrze, jak nale

oby oczekiwa .

Wkrótce odkry em,  e tak naprawd  moja planeta zosta a zbudowana dla sfory myszy. Mo esz sobie wyobrazi , jak si  wtedy

poczu em. Pó niej przez pewien czas mnie ostrzeliwano i wysadzano w powietrze. W

ciwie to  miesznie du o razy

wysadzano mnie w powietrze, ostrzeliwano, obra ano, rwano na strz py i odmawiano mi herbaty, w ko cu za  wpad em w

bagno i musia em sp dzi  pi  lat w wilgotnej jaskini.

- Ach! - parskn  cz owieczek. - Musia

 si  wspaniale bawi .

Artur zach ysn  si  drinkiem. Zacz  kas

.

- Jaki zachwycaj cy kaszel! - uzna  cz owieczek w absolutnym zaskoczeniu. - Nie mia by  nic przeciwko temu, bym

si  do czy ?

Po tych s owach dosta  ataku najbardziej niesamowitego i niezwykle popisowego kaszlu. Artur by  tak zaskoczony,

e te  zacz  si  straszliwie zach ystywa , kiedy jednak uzmys owi  sobie,  e robi  to ju  przedtem, zupe nie si  pogubi .

Wspólnie wykonywali morderczy dla p uc duet, trwaj cy pe ne dwie minuty, nim Arturowi uda o si  przesta  kas

i plu .

- To orze wia - stwierdzi  cz owieczek, dysz c i wycieraj c  zy. - Jakie musisz prowadzi  podniecaj ce  ycie! Bardzo

dzi kuj ! - Przyjacielsko potrz sn  d oni  Artura i znikn  w t umie. Artur pokr ci  z niedowierzaniem g ow .

Zbli

 si  do niego do  m odo wygl daj cy m czyzna, patrz cy agresywnie typ z haczykowatymi ustami, nosem

jak latarnia i w skimi, zaokr glonymi, ma ymi ko mi policzkowymi. Mia  na sobie czarne spodnie, czarn  jedwabn  koszul ,

rozpi

 a  do miejsca, gdzie prawdopodobnie mia  p pek (cho  Artur nauczy  si  nie snu  przypuszcze  na temat budowy

background image

70

cia a istot, które ostatnio spotyka ), na szyi dynda y mu najró niejsze okropne rzeczy ze z ota. Wlók  z sob  co  w czarnej torbie

i a  zbyt wyra nie by o wida ,  e  yczy sobie, by ludzie zauwa ali,  e nie  yczy sobie,  eby to zauwa yli.

- Hej, eee, us ysza em w

nie twoje nazwisko? - odezwa  si .

By a to jedna z wielu rzeczy, które Artur wyjawi  zachwyconemu cz owieczkowi.

- Tak. Nazywam si  Artur Dent.

czyzna zdawa  si  ko ysa  w jakim  rytmie, zupe nie jednak innym ni  wszystkie, które nieugi cie wytr bia a

kapela.

- No tak... - powiedzia  - by  taki kto  w  rodku pewnej góry, kto chcia  si  z tob  spotka .

- Widzia em si  z nim.

- Z tym  e zdawa  si  tym do  mocno martwi ...

- Wiem, widzia em si  z nim.

- Tak sobie my

,  e powiniene  o tym wiedzie .

- Wiem. Widzia em si  z nim.

czyzna zrobi  przerw  i przez chwil

 gum . Potem klepn  Artura w plecy.

-  wietnie, w porz dku. Tylko ci mówi , nie? Dobranoc,  ycz  szcz cia, wygrywaj nagrody.

- Co? - Artur zacz  si  w tym momencie do  powa nie gubi .

-  Nie  ma  sprawy.  Rób,  na  co  masz  ochot ,  rób  to  jednak  dobrze.  -  Wykorzystuj c  gum ,  czy  co  tam  

,  wyda   z

siebie co  na kszta t gulgotu, potem zrobi  dziwny gest. Mo e mia  wyra

 si .

- Dlaczego? - zapyta  Artur.

- No to rób  le - odpar  m czyzna. - Kogo to obchodzi? Kto da by za to z amany grosz? - Nagle zda a si  uderzy  mu

do g owy krew i zacz  si  drze . - A dlaczego po prostu nie zwariowa ?! - wrzasn . - Spadaj, z

 mi z karku, dobra? Hej,

facet! Odzarkwo  si !!

- W porz dku, ju  id  - szybko zapewni  Artur.

- To by o co ! - M czyzna zasalutowa  i znikn  w t umie.

- O co chodzi o? - zapyta  Artur dziewczyn , któr  zauwa

 ko o siebie. - Dlaczego kaza  mi wygrywa  nagrody?

- To gadka rodem z showbusinessu. - Dziewczyna wzruszy a ramionami. - W

nie dosta  w corocznym konkursie

Instytutu Iluzji Wypoczynkowych z Gwiazdy Polarnej pierwsz  nagrod  i mia  nadziej ,  e b dzie w stanie sobie z tym

poradzi , a poniewa  nic pan o niej nie wspomnia , nie wytrzyma .

- Aha - powiedzia  Artur - bardzo mi przykro. Za co dosta  nagrod ?

- Za najbardziej bezsensowne u ywanie zwrotu „w dup  si  ugry !” w powa nym scenariuszu. Nagroda jest bardzo

ceniona.

- Rozumiem - powiedzia  Artur - oczywi cie. Co jest nagrod ?

- Rory. Co  takiego ma ego ze srebra na wielkim czarnym cokole. Co pan powiedzia ?

- Nic. Chcia em tylko zapyta , co jest...

- My la am,  e to pan powiedzia  „wap”.

- Co prosz ?

- Wap.

Na prywatce by o sporo ludzi, którzy kilka lat temu wpadli ot, tak na chwil , wyfiokowanych nierobów z ró nych

wiatów, i czasami ich obecno  sk ania a pochodz cych z le cej w dole planety do spojrzenia na ni  w dó . Widz c

zniszczone miasta, zdewastowane plantacje avocado i wyniszczone do cna winnice, ogromne nowe pustynie i morza pe ne

okruchów ciasta (oraz znacznie gorszych rzeczy), my leli sobie,  e ich  wiat w jaki  dziwny, niezauwa alny sposób przesta

by  tak zabawny jak kiedy . Niektórzy zacz li si  nawet zastanawia , czy nie wytrze wie  na chwil , przerobi  prywatk  na

mi dzyplanetarn  i polecie  nad jaki  inny  wiat dok

, gdzie powietrze by oby czystsze i powodowa o mniej bólów g owy.

Tych paru niedo ywionych ch opów, którym jeszcze udawa o si  wycisn  z pó martwej gleby podstawy s abowitej

background image

71

egzystencji, przyj oby to z najwy szym uznaniem, tego jednak dnia, gdy prywatka wypad a z chmur ze zwyk ym wyciem, a

ch opi spojrzeli w gór  ze zwyk ym panicznym l kiem przed kolejn  rewizj  w poszukiwaniu sera i wina, sta o si  jasne,  e

prywatka nigdzie nie poleci i tak naprawd  nied ugo si  sko czy. Bliski by  moment, w którym trzeba b dzie si gn  po

kapelusz i p aszcz, wytoczy  si  niewyspanym na dwdr i sprawdzi , jaka jest pora dnia, jaka panuje pora roku i czy w tak

wypalonym i wyniszczonym kraju mo na znale  taksówk , która dok dkolwiek pojedzie.

Otó  prywatka zosta a schwytana w straszliwe obj cia dziwnego, bia ego statku kosmicznego, który najwyra niej

przewierci  si  przez ni  w poprzek. Z groteskowym lekcewa eniem wspólnego ci aru spleciony z dwóch statków twór

zatacza  si , zarzuca  i wirowa  na niebie. Chmury si  rozst pi y. Powietrze wy o i ucieka o z drogi.

Zakleszczone z sob  prywatka i kr ownik z Krikkit przypomina y dwie kaczki, z których jedna próbuje

wyprodukowa  w drugiej trzeci  kaczk , podczas gdy druga próbuje jasno postawi  spraw ,  e akurat teraz nie ma ochoty na

trzeci  kaczk , poza tym nie jest pewna, czy w ogóle chcia aby mie  wyprodukowan  przez pierwsz  ow  trzeci  kaczk ,

szczególnie w momencie, gdy jest (znaczy si  ta druga) w

nie zaj ta lataniem.

Niebo pia o i wy o od zamieszania i torturowa o ziemi  gwa townymi uderzeniami fal powietrza.

Nagle, wydaj c z siebie jedno jedyne „fup”, statek z Krikkit znikn .

Prywatka zatoczy a si  bezradnie na niebie jak m czyzna chc cy oprze  si  o drzwi, które wbrew oczekiwaniom s

otwarte. Zachwia a si  i zatoczy a, wspieraj c si  na gazach wypluwanych z dysz rakiet wznoszenia. Spróbowa a wyprostowa

lot, lecz zamiast tego skrzywi a go. Znów zacz o ni  zarzuca .

Chybotanie trwa o przez chwil , lecz oczywi cie prywatka nie mog a d ugo w nim pozostawa . By a teraz

miertelnie rann  prywatk . Wyparowa a z niej ca a rado  i nie móg  tego ukry  jeden czy drugi rachityczny piruet. Im d

ej

dzie unika  kontaktu z ziemi , tym straszniejsza b dzie katastrofa, gdy w ko cu w ni  uderzy.

W  rodku sprawy te  nie mia y si  najlepiej. Przeciwnie - mia y si  niesamowicie  le, wszystkich mierzi a sytuacja i

no o tym mówili. W

nie zako czy y wizyt  roboty z Krikkit.

Zabra y nagrod  za najbardziej bezsensowne u ywanie zwrotu „w dup  si  ugry !” w powa nym scenariuszu i

zostawi y na jej miejscu taki chaos,  e Artur czu  si  prawie tak okropnie jak kto , kogo nominowano do Rory’ego, ale nie

przyznano mu nagrody.

- Z ch ci  by my zostali i pomogli! - zawo

 Ford, przebijaj c sobie drog  przez ruiny. - Ale nie zrobimy tego.

Kamienica z prywatk  wpada a z po lizgu w po lizg, co wydobywa o spomi dzy dymi cych gruzów podniecone

wrzaski i westchnienia.

- Musimy lecie  ratowa  wszech wiat, rozumiecie? - mówi  Ford. - Je li brzmi to dla was jak marny wykr t, to macie

racj . Bez wzgl du na to, co o tym s dzicie, ju  nas nie ma.

Nagle natkn  si  na zamkni

 butelk , która cudem le

a nienaruszona na pod odze.

- Nie b dziecie mieli nic przeciwko temu, je li j  wezm ? - zapyta . - Warn i tak ju  si  nie przyda...

Wetkn  te  za pazuch  paczk  chipsów.

- Trillian? - wo

 s abiutkim ze strachu g osem Artur. W dymi cym chaosie nie by  w stanie niczego dojrze .

- Ziemiaku, musimy i  - nerwowo odezwa  si  Slartibartfast.

- Trillian?! - znów zawo

 Artur.

Wkrótce ujrzeli chwiej

 si  i zataczaj

 Trillian, wspieran  przez swego nowego przyjaciela, Boga Piorunów.

- Dziewczyna zostaje ze mn  - powiedzia  Thor. - W Walhalli rusza wielka impreza i lecimy tam...

- Gdzie byli cie, gdy to si  wydarzy o? - zapyta  Artur.

- Na górze - odpar  Thor. - Wa

em j . Latanie to skomplikowana sprawa, rozumiesz, trzeba obliczy  si  wiatru...

- Idzie z nami - powiedzia  Artur.

- Hej! - wtr ci a si  Trillian. - A ja to ju  nie mam...

- Nie! - przerwa  Artur. - Idziesz z nami.

Thor spojrza  na Artura, powoli zaczyna y mu si

arzy  oczy. Przyk ada  do  spor  wag  do swej bosko ci, a nie

mia a ona nic wspólnego z niewinno ci .

background image

72

- Dziewczyna idzie ze mn  - powiedzia  spokojnie.

- Chod  Ziemiaku - nerwowo rzuci  Slartibartfast, ci gn c Artura za r kaw.

- Chod , Slartibartfast - nerwowo doda  Ford, ci gn c starego za r kaw, bowiem to Slartibartfast mia  aparatur  do

teleportacji.

Prywatka podskakiwa a i rzuca a ka dym o pod og . Wyj tkiem byli Thor i Artur, który chwiej c si , wpatrywa  si

Bogowi Piorunów w oczy. Trudno uwierzy , ale Artur powoli uniós  co , co okaza o si  jego mikroskopijnymi pi ciami.

- Chcesz w nos? - zapyta .

- Co, krasnalu? - rykn  Thor.

-  Pyta em  -  Arturowi  nie  udawa o  si   opanowa   dr enia  g osu  -  czy  chcesz  w  nos?  -   miesznie  wymachiwa

pi ciami.

Thor patrzy  na niego z niedowierzaniem. Potem z dziurki w nosie wyp yn a mu chmurka dymu. Pojawi  si  w niej

male ki p omie .

Thor z apa  si  za pas.

Wypi  klatk  piersiow , by raz na zawsze wyja ni ,  e jest istot , której mo na si  odwa

 wej  w drog , jedynie

maj c ekip  Szerpów.

Odczepi  z haczyka na pasie r czk  m ota. Uniós  go wysoko w gór , by zaprezentowa  masywn

elazn  g owic .

Rozwia  tym ewentualne przypuszczenie,  e targa z sob  s up telegraficzny.

- Czy chc ... w nos? - sycza  jak p yn ca przez walcowni  stali rzeka.

- Tak! - g os Artura zabrzmia  nagle mocno i agresywnie. Zndw pomacha  pi ciami, tym razem jednak tak, jakby

rzeczywi cie mia  na my li to, czym grozi . - Chcesz wyj ? - warkn  na Thora.

- W porz dku! - szczekn  Thor jak w ciek y byk (czy raczej jak w ciek y Bdg Piorunów, co robi znacznie wi ksze

wra enie) i wyszed  za drzwi.

- Znakomicie - ucieszy  si  Artur - no to mamy go z g owy. Slarty, zabieraj nas st d.

background image

73

Rozdzia  23

-  W  porz dku!  -  dar   si   Ford  na  Artura.  -  Jestem  tchórzem,  ale  najwa niejsze,   e  wci

yj .  -  Znów  byli  na

pok adzie statku kosmicznego „Bistromat”. By  z nimi Slartibartfast. By a Trillian. Nie by o harmonii i zgody.

- No to co, ja te  jeszcze  yj , nie? - odpar  Artur, przepe niony z

ci  i ch ci  dzia ania. Brwi skaka y mu w gór  i

w dó , jakby chcia y si  znokautowa .

- Cholernie ma o brakowa o, by  ju  nie 

! - wybuchn  Ford.

Artur odwróci  si  gwa townie w stron  Slartibartfasta, siedz cego na kozetce pilota i wpatruj cego si  w zamy leniu

w dno butelki, która przekazywa a mu co , czego najwyra niej nie umia  rozgry . Artur zwróci  si  do niego p omiennymi

owy.

- Czy uwa asz,  e ten facet rozumie cho  s owo z tego, co mówi ? - poskar

 si , dr c ze wzburzenia.

- Nie wiem - odpar  Slartibartfast niezbyt obecny duchem. - Nie jestem pewien - doda , na chwil  unosz c wzrok -

czy sam ci  rozumiem. - Z nowym zapa em i tym samym roztargnieniem wpatrywa  si  w przyrz dy. - B dziesz to nam musia

jeszcze raz wyja ni  - sko czy .

- No wi c...

- Ale pó niej. Szykuj  si  straszne rzeczy.

Postuka  w zrobione z pseudoszk a dno butelki.

- Na prywatce zachowali my si  niestety do  mizernie - o wiadczy . - Jedyna nasza nadzieja to spróbowa

przeszkodzi  robotom we w

eniu klucza do zamka. Jak to mamy, na wszystko we wszech wiecie, zrobi , tego nie wiem -

wymrucza . - Chyba musimy polecie  na miejsce akcji, cho  musz  powiedzie ,  e ten pomys  wcale mi si  nie podoba. Z

pewno ci  b dzie to mój koniec.

- Gdzie jest w

ciwie Trillian? - zapyta  Artur z udawan  oboj tno ci . Zez

ci o go,  e Ford nawymy la  mu za

marnowanie czasu z Bogiem Piorunów, mogli bowiem uciec znacznie szybciej. W swoim przekonaniu Artur zachowa  si

niesamowicie odwa nie i pomys owo, a przekonanie to przedstawi  jako co , co ka dy mia  zaakceptowa .

Zdawa  si  jednak panowa  pogl d,  e przekonanie Artura nie jest warte z amanego szel ga. Naprawd  bola o go,  e

Trillian jest oboj tne, co zrobi , i gdzie  si  schowa a.

- Gdzie moje pra ynki? - zapyta  Ford.

- Trillian i pra ynki - poinformowa  Slartibartfast, nie podnosz c wzroku - s  w kabinie iluzji informatycznych.

Wydaje mi si ,  e twoja m oda przyjació ka próbuje zrozumie  kilka problemów galaktycznej historii. Pra ynki by  mo e jej w

tym pomagaj .

background image

74

Rozdzia  24

dem jest wierzy ,  e ka dy powa niejszy problem mo na rozwi za  za pomoc  kartofli.

Tak na przyk ad istnia  kiedy  szalenie agresywny lud, zw cy si  Silastyczne Diab y Pancerne ze Striterax. By a to

jedynie nazwa ludu. Nazwa jego armii by a jeszcze straszniejsza. Na szcz cie 

 w znacznie wcze niejszej epoce ni

wszystko, z czym si  dotychczas spotkali my - dwadzie cia bilionów lat temu, gdy Galaktyka by a jeszcze m oda i  wie a i

ka da idea, o któr  op aca o si  walczy , by a jeszcze ca kiem nowa. W walce Silastyczne Diab y Pancerne ze Striterax by y

bardzo dobre, a poniewa  by y w niej bardzo dobre, walczy y z upodobaniem. Walczy y ze swymi wrogami (to znaczy

kimkolwiek), walczy y z sob . Ich planeta by a totaln  ruin . Jej powierzchnia usiana by a opuszczonymi miastami, które by y

otoczone porzuconymi machinami bojowymi, otoczonymi z kolei g bokimi bunkrami, w których Silastyczne Diab y Pancerne

mieszka y i si  k óci y.

Najlepszym sposobem, by zacz  bójk  z Silastycznym Diab em Pancernym ze Striterax, by o si  urodzi . Nie lubi y

tego, robi y si  wtedy z e. Je li Diabe  Pancerny stawa  si  z y, kto  ponosi  szkod . Mo na by uzna ,  e to m cz cy sposób

ycia, lecz Diab y zdawa y si  mie  szalenie du o energii. Najlepszym sposobem radzenia sobie z Silastycznym Diab em

Pancernym by o wsadzi  go do jednoosobowego pokoju, gdy  pr dzej czy pó niej pra  w nim samego siebie.

W ko cu sta o si  dla nich jasne,  e musz  zapanowa  nad sw  agresywno ci , wydano wi c ustaw ,  e ka dy, kto w

zwi zku ze sw  silastyczn  prac  musi nosi  bro  (policjanci, ochroniarze, nauczyciele szkó  podstawowych itp.), powinien

codziennie sp dzi  przynajmniej trzy kwadranse na waleniu w worek kartofli, by pozby  si  nadmiaru energii.

Wszystko funkcjonowa o bardzo dobrze, póki kto  nie wpad  na pomys ,  e przecie  znacznie skuteczniej i szybciej

dzie strzela  do kartofli. Tak wi c na nowo obudzi  si  zachwyt, by strzela , do czego si  da, i wszyscy byli strasznie

podnieceni z powodu pojawienia si  mo liwo ci rozpocz cia pierwszej od tygodni wi kszej wojny.

Innym wielkim wyczynem Silastycznych Diab ów Pancernych ze Striterax by o to,  e uda o im si  pierwszym

doprowadzi  do stanu pe nego przera enia komputer.

Otó  istnia  olbrzymi, unosz cy si  w kosmosie komputer zwany Haktar, którego do dzi  wspomina si  jako jeden z

najwi kszych, jakie kiedykolwiek zbudowano. By  pierwszym komputerem, który dzia

 jak mózg. Ka da jego cz steczka

mia a wbudowany plan ca

ci, co umo liwia o mu my lenie elastyczniejsze i kreatywniejsze i - jak si  okaza o - da o zdolno

przera enia si .

Silastyczne Diab y Pancerne ze Striterax by y zaj te jedn  ze swych regularnych wojen z Pilnymi Bojownikami

Gwiezdnymi ze Stug, która to wojna nie sprawia a im jednak zwyk ej rado ci, gdy  zwi zane by y z ni  straszliwe dalekie

marsze przez radioaktywne bagna Cwulzendy i ogniste góry Frazfragia i w  adnej z tych okolic nie czuli si  u siebie. Gdy

jednak  w  bijatyk   w czyli  si   Wisielczy  No ownicy  z  Jajazikstak  i  zmusili  ich  do  walki  na  drugim  froncie  w   wiec cych

promieniami gamma jaskiniach Carfaxu i lodowatych burzach Varlengooten, postanowili,  e basta, i zlecili Haktarowi, by

zaprojektowa  im bro  ostateczn .

- Co macie na my li, mówi c „ostateczna”? - zapyta  Haktar.

- Przeczytaj sobie w którym  ze swych zakichanych s owników - odpowiedzia y Silastyczne Diab y Pancerne ze

Striterax i rzuci y si  z powrotem w wir walki.

Tak wi c Haktar wyprodukowa  bro  ostateczn . By a to ma a, bardzo ma a bomba, b

ca skrzynk  odga

 w

hiperprzestrzeni, która - gdyby j  odbezpieczono - doprowadzi aby do fuzji j dra ka dego wi kszego s

ca z j drem ka dego

innego wi kszego s

ca i w ten sposób zmieni a ca y wszech wiat w monstrualn  supernow .

Gdy Silastyczne Diab y Pancerne chcia y jej u

, by w jednej z emituj cych promienie gamma jaskini wysadzi  w

powietrze sk ad amunicji Wisielczych No owników, stwierdzi y z absolutnym przera eniem,  e bomba nie dzia a, i

poinformowa y o tym Haktara.

Sprawa nape ni a Haktara konsternacj . Próbowa  wyja ni ,  e przemy la  temat broni ostatecznej i wyliczy ,  e nie

pozwoli  wybuchn  bombie nie mo e by  gorsze od jej detonacji, tak wi c da  sobie prawo przemycenia do mechanizmu

du i ma nadziej ,  e po trze wym zastanowieniu si  ka dy bior cy udzia  w przedsi wzi ciu dojdzie do tego samego

background image

75

wniosku... Silastyczne Diab y Pancerne dosz y do innych wniosków i sproszkowa y komputer. Potem dok adniej si

zastanowi y i zniszczy y tak e felern  bomb .

Potem zrobi y krótk  przerw , by rozbi  w drobny mak Pilnych Bojowników Gwiezdnych ze Stug i Wisielczych

No owników z Jajazikstak, i w ko cu wpad y na zupe nie nowy pomys , by wysadzi  w powietrze samych siebie - ku ogromnej

uldze pozosta ych istot Galaktyki, szczególnie Gwiezdnych Bojowników, No owników i kartofli.

By  to jeden z wielu faktów, z jakimi zapozna a si  Trillian. Mi dzy innymi obejrza a te  histori  planety Krikkit.

Zamy lona wysz a z kabiny iluzji informatycznych tylko po to, by stwierdzi ,  e przybyli za pó no.

background image

76

Rozdzia  25

Gdy statek mi dzygwiezdny „Bistromat”, migocz c, zmaterializowa  si  w obiektywnej rzeczywisto ci, w dodatku

na szczycie niewielkiego uskoku skalnego na szerokiej na kilometr planetoidzie, kr

cej po samotnej i wiecznej orbicie wokó

zamkni tego uk adu gwiezdnego Krikkit, dla za ogi sta o si  jasne,  e przybyli w takim momencie,  e stan  si  jedynie

wiadkami niemo liwego do powstrzymania historycznego wydarzenia. Nie mieli jeszcze poj cia,  e zobacz  dwa.

Stali spokojnie, samotni i bezradni, na skraju przepa ci i obserwowali odbywaj

 si  pod nimi mrówcz  aktywno .

Ze znajduj cego si  mniej wi cej sto metrów pod nimi punktu wystrzeliwa y, rysuj c gro ne parabole, wi zki  wiat a, które

powoli kierowa y si  ku pustce nieba. Gapili si  na o lepiaj ce ich wydarzenia.

Przed

enie pola grawitacyjnego statku pozwala o im sta . Po raz kolejny wykorzystali sk onno  ludzkiej psychiki,

by dawa  si  mami : problem,  e mogliby na przyk ad unie  si  z powodu znikomej grawitacji planetoidy, czy  e nie mog

oddycha , zosta  okre lony jako nie ich problem.

Bia y kr ownik z Krikkit wyl dowa  mi dzy ciemnymi uskokami ska  planetoidy i to ja nia  w strumieniach  wiat a,

to znika  w cieniu. Czarne cienie rzucane przez ska y ta czy y w dzikiej choreografii, omiatane przez  wiat a.

Jedena cie bia ych robotów w uroczystej procesji ponios o klucz wikkit do  rodka utworzonego z wiruj cych  wiate

kr gu. Klucz wikkit by  z

ony na nowo. Jego cz ci  wieci y si  i migota y: stalowa kolumna pot gi i si y (lub noga

Marvina), z ota poprzeczka bogactwa (lub serce nap du niesko czonego nieprawdopodobie stwa), p eksiglasowa kolumna

nauki i rozumu (lub argabuto skie ber o sprawiedliwo ci), srebrna poprzeczka (lub Rory, nagroda za najbardziej bezsensowne

ycie zwrotu „w dup  si  ugry !” w powa nym scenariuszu) i odrestaurowana drewniana kolumna przyrody i ducha (lub

popió  ze spalonej poprzeczki bramki do krykieta, obrazuj cy  mier  angielskiego krykieta).

- Nie mo emy chyba w tej chwili nic zrobi ? - zapyta  Artur ze strachem.

- Nie - westchn  Slartibartfast.

Wyraz wielkiego zawodu na twarzy okaza  sie nieudanym pomys em; na szcz cie Artur sta  w cieniu, pozwoli  wi c

twarzy przybra  wyraz wielkiej ulgi.

- Szkoda - uzna  Artur.

- Nie mamy broni - powiedzia  Slartibartfast. - G upia sprawa.

- Kurcz ... - bardzo spokojnie powiedzia  Artur.

Ford nic nie powiedzia .

Trillian te  si  nie odezwa a, robi a to jednak w szczególnie zamy lony i zdecydowany sposób. Wpatrywa a si  w

pust  przestrze  za planetoid .

Planetoida kr

a wokó  chmury py u otaczaj cej pow ok  zwolnionego czasu, która z kolei otacza a planet , na

której mieszka  naród Krikkit, w adcy Krikkit i ich roboty-zabójcy.

Bezradna grupka nie mia a  adnej mo liwo ci stwierdzenia, czy roboty z Krikkit wiedz  o ich obecno ci czy nie.

Mogli jedynie przypuszcza ,  e wiedz , uwa aj  jednak - maj c w istniej cych okoliczno ciach zupe

 racj  - i  nie maj  si

czego ba . Mia y do spe nienia historyczne zadanie, mog y gardzi  widzami.

- To straszne by  tak bezradnym, nie? - odezwa  si  Artur, pozostali go jednak zignorowali.

W  rodku o wietlonej przestrzeni, do której zbli

y si  roboty, powsta a prostok tna dziura. Rysowa a si  coraz

wyra niej i wkrótce wida  by o, jak z gruntu powoli wznosi si  centymetr za centymetrem sze cian o kraw dzi oko o dwóch

metrów. Równocze nie zauwa yli inny ruch, jednak niemal pod wiadomie, i przez chwil  nie umieli okre li , co w

ciwie si

porusza. Po chwili problem si  wyja ni .

Porusza a si  planetoida. Porusza a si  powoli w kierunku chmury py u, jakby bezlito nie  ci ga  j  jaki  niebia ski

rybak.

Tak wi c i w realnym  yciu mieli odby  prze ywan  w kabinie iluzji informatycznych podró  przez chmur . Stali,

skamieniali w milczeniu. Trillian zmarszczy a czo o. Zdawa o si  to trwa  wieki. Gdy przód planetoidy wszed  w rozmazane,

mi kkie zewn trzne warstwy chmury, wszystko zacz o powoli wirowa .

background image

77

Po kn a ich przezroczysta, faluj ca ciemno . Wnikali w ni  coraz bardziej, niewyra nie dostrzegali zamazane

kszta ty i wiry, niemo liwe do rozró nienia w ciemno ci, chyba  e ujrza o si  je mimochodem k tem oka.

Py  przygasza  promienie o lepiaj cego  wiat a. Promienie  wiat a migota y w miriadach cz steczek py u. Trillian

patrzy a na podró  przez pryzmat swych sceptycznych my li.

Przeszli przez chmur . Nie wiedzieli, czy trwa o to minut , czy pó  godziny, przeszli jednak i stan li naprzeciw

pustki - wygl da a, jakby kto  ukrad  znajduj

 si  przed nimi przestrze .

Teraz akcja rozwin a si  szybko.

Z bloku, który wypi trzy  si  na metr z ziemi, wytrysn  o lepiaj cy promie

wiat a. Ze  rodka bry y wysun  si

mniejszy blok z pleksiglasu,  arz cy si  od ta cz cych w jego wn trzu kolorów. Wyryte w nim by y g bokie bruzdy - trzy

pionowe i dwie poziome - bez w tpienia u

one tak, by przyj  klucz wikkit. Roboty zbli

y si  do zamka, w

y w niego

klucz i cofn y si . Twór obróci  si  wokó  w asnej osi, w tym momencie zacz a si  zmienia  przestrze . Przestrze  zerwa a

ta i zdawa a si  bole nie obraca  oczami widzów w oczodo ach. Stwierdzili,  e stoj  o lepieni, patrz  w rozp tane s

ce,

unosz ce si  przed nimi tam, gdzie sekundy przedtem zdawa o si  nie by  niczego. Min o kilka sekund, nim poj li, co si

sta o, i zakryli d

mi zaskoczone, o lepione oczy. Zd yli jednak zauwa

 male

 plamk  poruszaj

 si  powoli we

wn trzu o lepiaj cego ich s

ca.

Zatoczyli si  do ty u i us yszeli brz cz ce w uszach suche i nieoczekiwane zawodzenie robotów, które jak jeden m

krzycza y:

- Krikkit! Krikkit! Krikkit! Krikkit!

wi k zmrozi  ich. By  skrzekliwy, zimny, pusty, w mechaniczny sposób beznadziejny. By  te  jednak triumfuj cy.

Stali tak zdezorientowani atakami na ich zmys y,  e prawie nie zauwa yliby drugiego historycznego wydarzenia.

Zaphod Beeblebrox, jedyny cz owiek w historii Galaktyki, który prze

 bezpo redni atak ogniowy robotów z Krikkit, wybieg

z krikkitskiego kr ownika, wymachuj c zabójcomatem.

-  wietnie! - wrzeszcza . - Sytuacja jest znów pod kontrol !

Jedyny robot, który pilnowa  luku statku, zamachn  si  w milczeniu maczug  bojow  i doprowadzi  do jej spotkania

z ty em lewej g owy Zaphoda.

- Kto to zrobi , na  wi tego Zarkwona? - powiedzia a lewa g owa i opad a w przód.

Prawa g owa spojrza a zaciekawiona.

- Kto zrobi  co? - zapyta a.

Maczuga spotka a si  z ty em prawej g owy Zaphoda. Zaphod pad  jak d ugi, tworz c na ziemi dziwaczny kszta t.

W kilka sekund by o po wszystkim. Kilka salw robotów wystarczy o, by zniszczy  zamek na zawsze. Rozprys  si ,

rozlecia  i rozsia  w male kich kawa kach to, co zawiera . Roboty z w ciek

ci  i - prawie na to wygl da o - nieco zniech cone

pow drowa y z powrotem do swego statku, który znikn , wydaj c z siebie jedno jedyne „fup”.

Trillian i Ford podnieceni ruszyli w dó  ostrego zbocza do ciemnego, nieruchomego cia a Zaphoda Beeblebroxa.

background image

78

Rozdzia  26

- Nie rozumiem tego - powiedzia  Zaphod, jak mu si  zdawa o, trzydziesty siódmy raz. - Gdyby chcia y, mog y mnie

zabi . Mo e uwa

y,  e jestem cudownym dzieckiem czy co  w tym gu cie... By bym w stanie to zrozumie ...

Pozostali wyrazili swe zdanie o tej teorii milczeniem.

Zaphod le

 na zimnej pod odze w kokpicie. Jego plecy zdawa y si  prowadzi  zapasy z pod og , zw aszcza gdy

przewala  si  przez nie ból, p dz cy do ataku na g owy.

-  Wydaje  mi  si   -  wyszepta   -   e  z  tymi  pi knisiami  na  tranzystorach  co   nie  gra...  dzieje  si   z  nimi  co   zupe nie

przedziwnego.

- S  zaprogramowane, by zabija  ka dego - wyja ni  Slartibartfast.

- To ca kiem mo liwe - wydysza  Zaphod mi dzy dwoma przewalaj cymi si  przez niego atakami bólu. Nie wydawa

si  do ko ca przekonany. - Cze , ma a - powiedzia  do Trillian z nadziej ,  e zrekompensuje to jego wcze niejsze zachowanie.

- Wszystko w porz dku? - spyta a uprzejmie Trillian.

- Jasne - odpar . - Czuj  si

wietnie.

- Bardzo dobrze - odpar a i odesz a, by si  zastanowi . Badawczo patrzy a na znajduj ce si  nad kozetkami

pok adowymi olbrzymie monitory i po pokr ceniu prze cznikiem zacz a przepuszcza  przez nie widoki okolicy. Jeden z

obrazów ukazywa  pustk  wielkiej chmury py u. Inny ukazywa  s

ce Krikkit. Jeszcze inny planet  Krikkit. Nerwowo

przeskakiwa a z obrazu na obraz.

- No, to chyba „ egnaj, Galaktyko” - powiedzia  Artur, klepi c si  w kolano i wstaj c.

- Nie! - rzuci  uroczy cie Slartibartfast. - Nasza droga jest jasna. - Zmarszczy  czo o tak,  e mo na by na nim zasadzi

mniejsze warzywa korzeniowe. Wsta  i zacz  chodzi  w kó ko. Gdy znów si  odezwa , tak go przestraszy y w asne s owa,  e

musia  usi

. - Musimy wyl dowa  na Krikkit - powiedzia . G bokie westchni cie wstrz sn o starym cia em, a oczy

zdawa y si  szcz ka  w oczodo ach. - Znowu - doda  - beznadziejnie si  zachowali my. Zupe nie beznadziejnie.

-  Wynika  to  st d  -  spokojnie  powiedzia   Ford  -   e  niewystarczaj co  nas  to  interesuje.  Ju   to  kiedy   mówi em.  -

Po

 nogi na pulpicie z przyrz dami i markotnie zacz  co  zdrapywa  z którego  z paznokci.

- Póki si  nie zdecydujemy, by wreszcie co  zrobi  - stary j cza , jakby walczy  ze sw  bezgraniczn  beztrosk  -

wszyscy zostaniemy zniszczeni, wszyscy umrzemy. To nas z pewno ci  interesuje!

- Niewystarczaj co, by da  si  z tego powodu zabi  - wtr ci  Ford. Na jego twarz wyp yn  nic nie mówi cy u miech.

Obdarza  nim ka dego, kto chcia  go zobaczy .

Slartibartfast by  bardzo bliski zgodzenia si  z pogl dem Forda, zale

o mu jednak na tym, by zwalczy  sw  s abo .

Zwróci  si  do Zaphoda, zgrzytaj cego z bami i poc cego si  z bólu.

- Nie masz pomys u, dlaczego roboty podarowa y ci  ycie? To przecie  bardzo dziwne i niezwyk e.

- Zaczynam uwa

,  e same nie wiedzia y, dlaczego. - Zaphod wzruszy  ramionami. - Ju  to przecie  mówi em.

Ostrzela y mnie bardzo s abym  adunkiem, jedynie mnie znokautowa y, rozumiesz? Zatarga y mnie do swego statku, rzuci y w

t i ignorowa y. Tak jakby by o im wstyd,  e tam jestem. Gdy cokolwiek próbowa em powiedzie , nokautowa y mnie.

Przeprowadzili my kilka bombowych rozmów. „Hej... aua!”, „Hej, wy... aua! Chcia bym... aua!” Bawi em si  godzinami,

wierzcie  mi.  -  Znów  zwin   si   w  k bek  i  zacz   bawi   czym ,  co  trzyma   w  d oni.  Podniós   to  do  góry.  By a  to  z ota

poprzeczka - serce ze z ota, centrum nap du niesko czonego nieprawdopodobie stwa. Tylko ono i drewniana kolumna

prze

y w ca

ci zniszczenie zamka.

- Twój statek podobno nie le pomyka - powiedzia  Zaphod. - Co s dzisz o tym, by zawie  mnie do mojego, zanim...

- Nie chcesz nam pomóc? - zapyta  Slartibartfast.

- Nam? - zapyta  ostro Ford. - A kto to jest to „my”?

- Bardzo ch tnie bym zosta  i pomóg  wam uratowa  Galaktyk  - z naciskiem o wiadczy  Zaphod, prostuj c si  - ale

moje bóle g owy s  wielkie jak s onie i czuj  nadchodz ce za nimi s oni tka. Kiedy jednak trzeba b dzie nast pny raz ratowa

Galaktyk , przy cz  si  na pewno. Trillian, male ka?

background image

79

Trillian omiot a wzrokiem przestrze .

- Tak?

- Idziesz ze mn ? „Serce ze Z ota”? Zabawa, przygody i szale stwo?

- Schodz  na Krikkit - odpar a Trillian.

background image

80

Rozdzia  27

Wzgórze by o to samo, a jednak nie to samo.

Tym razem nie by a to iluzja informatyczna - by o to Krikkit we w asnej postaci, naprawd  stali na jego powierzchni.

W pobli u, za drzewami, wida  by o dziwaczn  w osk  restauracj , która dostarczy a tu, na prawdziwe Krikkit ich prawdziwe

cia a. Mocna trawa pod ich stopami by a prawdziwa, prawdziwa by a te

yzna ziemia. Tak samo prawdziwe by y odurzaj ce

aromaty drzew. Noc by a prawdziw  noc .

Krikkit.

Najprawdopodobniej najbardziej niebezpieczne miejsce w Galaktyce dla ka dego, kto nie by  Krikkitczykiem.

Miejsce, które nie by o w stanie tolerowa  istnienia  adnego innego miejsca. Miejsce, którego czarowni, zachwycaj cy,

inteligentni mieszka cy wyli ze strachu, w ciek

ci i morderczej nienawi ci przy spotkaniu z kimkolwiek, kto nie by  jednym

z nich.

Artura przeszy  dreszcz.

Slartibartfasta przeszy  dreszcz.

Forda, co by o zaskakuj ce, te  przeszy  dreszcz. Zaskakuj ce by o nie to,  e przeszy  go dreszcz, lecz to,  e w ogóle

jest obecny. Gdy zawie li Zaphoda z powrotem do jego statku, Ford nagle si  zawstydzi . „B d - my la  sobie - b d, b d,

d”. Przyciska  do siebie jeden z zabójcomatów, które zabra  z arsena u Zaphoda.

Trillian przeszy  dreszcz i spojrzawszy w niebo, zmarszczy a czo o.

Tak e i niebo nie by o takie samo. Nie by o ju

lepe i puste. W czasie dwóch tysi cy lat wojen krikkitowych i pi ciu

lat, które tu min y od zamkni cia Krikkit dziesi  biliondw lat temu w pow ok  zwolnionego czasu, niewiele zmieni  si

otaczaj cy krajobraz, ale niebo zmieni o si  dramatycznie. Unosi y si  na nim niewyra ne  wiat a i masywne kszta ty. Wysoko

na niebie, tam, gdzie nigdy nie spogl da

aden Krikkitczyk, znajdowa y si  strefy wojenne, zarezerwowane dla robotów.

Wysoko nad idyllicznym pasterskim krajobrazem planety Krikkit w polu zerograwitacyjnym unosi y si  ogromne kr owniki

bojowe i bloki warowni.

Tri lian spojrza a w gór  i zastanowi a si .

- Tri lian - szepn  do niej Ford.

- Tak?

- Co robisz?

- My

.

- Czy zawsze tak oddychasz, gdy my lisz?

- Wcale nie zauwa

am,  e oddycham.

- W

nie to mnie zaniepokoi o.

- My

,  e wiem... - powiedzia a Tri lian.

- Ciii! - sykn  podniecony Slartibartfast, popychaj c j  sw  chud , dr

 r

 g biej w cie  drzewa.

Nagle, tak samo jak przedtem na ta mie,  cie

 przez wzgórza zacz y si  zbli

wiat a; tym razem jednak

skacz ce promienie wysy

y nie latarnie, lecz elektryczne latarki - nie by a to wielka zmiana, ka dy szczegó  powodowa

jednak w ich sercach atak strachu. Tym razem nie by o s ycha  weso ych piosenek o kwiatach, uprawie roli i zdech ych psach,

lecz przyt umione odg osy prowadzonej z zapa em debaty.

Na niebie oci ale porusza o si

wiat o. Artura ogarn  przera aj cy atak klaustrofobii, ciep y wiatr chwyci  go za

gard o.

W ci gu kilku sekund sta a si  widoczna kolejna grupa, podchodz ca z drugiej strony ciemnych wzgórz. Porusza a

si  szybko i w konkretnym celu, macha a przy tym latarkami, o wietlaj c wszystko wokó  siebie. Grupy najwyra niej si

zbli

y, jednak nie spotkanie by o ich celem. Z pe nym rozmys em sz y tam, gdzie sta  Artur i pozostali.

Artur us ysza  cichy szelest - to Ford uniós  zabójcomat do ramienia, i ciche kwil ce kaszlni cie - Slartibartfast uniós

swój. Czu  zimny, obcy ci ar karabinu i uniós  go dr cymi r kami do poziomu. Jego palce manipulowa y, by zwolni

background image

81

bezpiecznik i nacisn  guzik najwy szego niebezpiecze stwa, jak pokaza  Ford. Artur dr

 tak,  e gdyby w tym momencie do

kogo  strzeli , prawdopodobnie wypali by mu na grzbiecie autograf.

Jedynie Trillian nie unosi a broni. Unios a brwi, opu ci a je z powrotem i w zamy leniu przygryz a warg .

-  Czy  przysz a  wam  kiedy   do  g owy  my l...  -  zacz a,  nikt  jednak  nie  mia   w  tej  chwili  ochoty  czegokolwiek

omawia .

Ciemno  za nimi przeszy  promie

wiat a, odwrócili si  wi c i odkryli za sob  trzeci  grup  szukaj cych ich

Krikkitczyków.

Karabin Forda Prefecta w ciekle zaszczeka , jednak bro  trafiona ogniem wypad a mu z hukiem z r k.

Nast pi  moment klinicznie czystego strachu, min a sekunda, nim kto  zdecydowa  si  znów strzeli . Moment min

i nikt nie strzeli . Byli otoczeni przez bladych Krikkitczyków i sk pani w podskakuj cych  wiat ach latarek.

Wi niowie wpatrywali si  w swych my liwych, my liwi wpatrywali si  w swych wi niów.

- Cze ! - powiedzia  jeden z  owców. - Przepraszamy, jeste cie mo e... obcymi?

background image

82

Rozdzia  28

Oddalony o wi cej milionów kilometrów, ni  jest w stanie poj  umys  bez przeci enia si , Zaphod Beeblebrox

znów hodowa  sobie okropny nastrój.

Zreperowa  statek - to znaczy przygl da  si  z du ym zainteresowaniem, jak robi  to robot naprawczy. Znowu by  to

jeden z najpot niejszych i najbardziej niezwyk ych statków kosmicznych, jakie istnia y. Móg  polecie  wsz dzie, móg  zrobi

wszystko. Zaphod przewraca  kartki jakiej  ksi ki i w ko cu j  odrzuci . By a to ta, któr  akurat sko czy . Pocz apa  do pulpitu

komunikacyjnego i w czy  obejmuj cy wszystkie cz stotliwo ci kana  SOS.

- Czy kto  chce si  napi ? - zapyta .

- To wezwanie na ratunek, kolego? - odezwa  si  skrzypi cy g os gdzie  z drugiego ko ca Galaktyki.

- Macie mikser? - zapyta  Zaphod.

- Przyle  na komecie i we  go!

- Robi si  - odpar  Zaphod i wy czy  kana . Westchn  i usiad . Znów wsta  i pocz apa  do monitora. Nacisn  kilka

klawiszy. Po ekranie zacz y goni  ma e plamki i zjada  si  nawzajem.

- Peng! Wiummm! Bap bap bap! - krzycza .

- Cze ! - rado nie odezwa  si  po minucie komputer. - Zdoby

 trzy punkty. Najlepszy dotychczasowy wynik:

siedem milionów pi set dziewi dziesi t siedem tysi cy dwie cie...

- Dobra, dobra - przerwa  mu Zaphod i wy czy  monitor.

Znów usiad . Pobawi  si  o ówkiem. To te  powoli przestawa o by  fascynuj ce.

- Dobra, dobra - powiedzia  i zapisa  w komputerze swój wynik i dotychczasowy rekord.

Na ekranach statku wszech wiat zmieni  si  w mglist  plam .

background image

83

Rozdzia  29

- Powiedzcie nam - odezwa  si  chudy, bladolicy Krikkitczyk, który wyst pi  z grupy i sta  nieco zak opotany w

kr gu  wiate ,  ciskaj c swój pistolet, jakby uwa

 go za co  przypadkowego, co , co ot tak sk

 przybieg o i zaraz pobiegnie

dalej - czy s yszeli cie o czym , co nazywa si  „równowag  w przyrodzie”?

Wi niowie nie udzielili odpowiedzi, to znaczy wydali z siebie jedynie zak opotane pomruki i pochrz kiwania.

wiat a latarek nadal po nich skaka y. Wysoko na niebie, w strefach przeznaczonych dla robotów, trwa  ciemny ruch.

- Pytam, bo co  takiego obi o nam si  o uszy, ale to pewnie nic wa nego - kontynuowa  z zak opotaniem Krikkitczyk.

- No dobra, mo e najlepiej b dzie, jak od razu was zabijemy?

Spojrza  na swój pistolet, jakby próbowa  domy li  si , gdzie nacisn .

- To znaczy - znów si  odezwa , unosz c wzrok - chyba  e istnieje co , o czym mieliby cie ochot  pogada .

Parali uj ce przera enie zacz o powoli wpe za  na Slartibartfasta, Forda i Artura. Nied ugo dotrze do ich mózgów,

które zaj te by y w

nie poruszaniem w gór  i w dó  szcz k. Trillian potrz sn a g ow , jakby próbowa a u

 puzzle przez

ponowne rozrzucenie cz ci.

- Martwimy si , rozumiecie - powiedzia  jaki  inny z chmary Krikkitczyków - tym planem zniszczenia wszech wiata.

- Jak najbardziej - doda  jeszcze inny - a tak e równowag  w przyrodzie. Mamy niejasne wra enie,  e je li

zniszczona zostanie reszta wszech wiata, rozbije to równowag  w przyrodzie. Bardzo si  interesujemy ekologi , nie? - G os,

nim zamilk , zabrzmia  smutn  nut .

- I sportem - powiedzia  g

no kto  inny. Zosta o to skwitowane owacyjnymi okrzykami.

-  Oczywi cie  -  zgodzi   si   pierwszy  -  i  sportem...  -  Zak opotany,  rozejrza   si   po  twarzach  towarzyszy  i  z

zawstydzeniem podrapa  po policzku. Wydawa o si ,  e prze ywa g bok  wewn trzn  rozterk , jakby to, co chce powiedzie ,

i to, co my li, tak si  ró ni o,  e przesta  widzie  mi dzy obydwiema tre ciami jakikolwiek zwi zek. - Rozumiecie -

wymamrota  - kilku z nas... - Znów si  rozejrza , jakby szuka  potwierdzenia. Rozleg y si  odg osy aprobaty. - ...kilku z nas jest

bardzo zainteresowanych nawi zaniem kontaktów sportowych z reszt  Galaktyki i nawet je li przekonuje mnie argument,  e

sport powinien by  oddzielony od polityki, to my

 sobie,  e skoro chcemy mie  kontakty sportowe z reszt  Galaktyki - a

chcemy - by oby du ym b dem j  niszczy . Reszta wszech wiata jest w ko cu... - G os znów zacz  mu si  rozmywa  - ...i w

zwi zku z tym mamy pomys ...

- Www... - wyduka  Slartibartfast. - Www...

- Chrchrchr...? - doda  Artur.

- Dddrrr... - dorzuci  Ford Prefect.

-  wietnie - sko czy a Trillian. - Pogadajmy o tym. - Podesz a do Krikkitczyka i uj a biednego, zagubionego

ch opaka za rami . Wygl da  na dwadzie cia pi  lat. Z powodu kosmicznych przesuni  czasu, które mia y miejsce w tej

okolicy, oznacza o to,  e mia  dwadzie cia, gdy dziesi  bilionów lat temu zako czy y si  wojny krikkitowe.

Zanim Trillian zacz a mówi , przesz a z nim par  kroków w  wiat ach latarek. Niepewnie podrepta  za ni . W

trakcie tej sceny  wiat a latarek lekko si  obni

y, jakby kapitulowa y przed dziwn , cich  dziewczyn , która w pe nym

bezgranicznego chaosu wszech wiecie wydawa a si  jedyn  istot , która wie, co robi.

Odwróci a si , chwyci a Krikkitczyka delikatnie za ramiona i spojrza a na niego. By  obrazem n dzy i rozpaczy.

- Opowiedz mi o tym - poprosi a.

Przez chwil  si  nie odzywa , jego wzrok skaka  od jednego do drugiego oka Trillian.

- Musimy... - odezwa  si  w ko cu - musimy 

 w samotno ci... Tak mi si  wydaje. - Twarz mu si  wykrzywi a,

opu ci  g ow  i zacz  ni  potrz sa  jak kto , kto próbuje wyj  monet  ze skarbonki. Po chwili zndw podniós  g ow . - Mamy

przecie  t  bomb , rozumiesz? Jest malutka.

- Wiem - odpar a Trillian.

Wyba uszy  oczy, jakby powiedzia a co  szczególnie dziwnego o burakach.

- Naprawd  jest bardzo malutka.

background image

84

- Wiem - powtórzy a Trillian.

- Twierdzi si  jednak... - jego g os wlók  si  dalej -  e mo e zniszczy  wszystko, co istnieje. I musimy to, tak mi si

wydaje, zrobi , rozumiesz? Czy wtedy zostaniemy sami? Nie wiem. Wygl da jednak na to,  e takie mamy zadanie. - Sko czy

i zwiesi  g ow .

- Ale nikt nie wie nic na pewno... - T po zadudni  z t umu jaki  g os.

Trillian powoli otoczy a ramieniem biednego, zdezorientowanego Krikkitczyka i g aska a le

 na jej ramieniu

dr

 g ow .

- Wszystko b dzie dobrze - powiedzia a spokojnie, ale wystarczaj co g

no, by móg  to us ysze  otaczaj cy ich t um

cieni. - Nie musicie tego wcale robi .

Ko ysa a g ow  Krikkitczyka.

- Wcale nie musicie tego robi  - powtórzy a.

Pu ci a Krikkitczyka i cofn a si  o krok.

- Chcia abym ci  o co  poprosi . - powiedzia a do niego, wybuchaj c nag ym  miechem. - Chcia abym... - znów si

za mia a. Po

a sobie d

 na usta i powtórzy a z powa nym wyrazem twarzy: - Chcia abym, by  mnie zaprowadzi  do

waszego wodza. - Wskaza a na strefy wojenne na niebie. Nie wiadomo sk d wiedzia a,  e ich wodza mo na znale

nie

tam.

Jej  miech najwyra niej rozlu ni  napi

 atmosfer . Gdzie  w g bi t umu jaki  pojedynczy g os zacz

piewa

piosenk , dzi ki której Paul McCartney - gdyby j  skomponowa  - móg by kupi  ca y  wiat.

background image

85

Rozdzia  30

Zaphod Beeblebrox pe

 odwa nie szybem, jakby by  czort wie jakim chwatem. Nie le mu si  kr ci o w g owie,

mimo to pe

 zawzi cie dalej - jak na takiego  mia ka przysta o.

To, co w

nie zobaczy , nie le zam ci o mu w g owie, zam t ten nie osi gn  jednak nawet po owy nat enia, jakie

mia  osi gn  za chwil  z powodu czego , co Zaphod zaraz mia  us ysze , najlepiej wi c chyba b dzie, je li wyja nimy, gdzie

ciwie si  znajdowa .

Zaphod znajdowa  si  w strefach wojennych robotów, wiele kilometrów nad planet  Krikkit.

Atmosfera by a tu rozrzedzona i stosunkowo ma o zabezpiecza a planet  przed promieniami czy czym  innym, co

wszech wiatowi zechcia oby si  wystrzeli  w jej kierunku. Zaparkowa  „Serce ze Z ota” mi dzy olbrzymimi,

poszturchuj cymi si  nawzajem, niewyra nymi obiektami, które wype nia y niebo nad Krikkit, i wszed  do - jak mu si

wydawa o - najwi kszego i najbardziej znacz cego budynku na niebie, nie uzbrojony w nic poza jednym zabójcomatem i

proszkiem od bólu g owy.

Znalaz  si  w d ugim, szerokim i  le o wietlonym korytarzu, w którym móg  si  schowa , dopóki nie wpadnie na

pomys , co dalej. Chowa  si , gdy  raz po raz przechodzi  który  z robotów krikkit i mimo  e dotychczas Zaphod by  do

odporny na ich akcje, to ka de spotkanie z robotami by o kra cowo bolesne i Zaphodowi wcale nie spieszno by o do tego, by

przeci ga  strun  czego , co nazywa  - cho  bez przekonania - szcz ciem.

lizgn  si  do odchodz cego od korytarza pomieszczenia i odkry ,  e jest w wielkiej, te  marnie o wietlonej sali.

W rzeczywisto ci by o to muzeum z jednym eksponatem - wrakiem statku kosmicznego. By  on okropnie popalony i

poszarpany, Zaphod jednak ostatnio nieco si  podci gn  w prehistorii Galaktyki (której lekcje zmarnowa  w szkole z powodu

nieudanych prób przespania si  z dziewczyn  z s siedniej kabiny cybernetycznej), by  wi c w stanie wysun  inteligentne

przypuszczenie,  e jest to statek kosmiczny, który przed bilionami lat przelecia  przez wielk  chmur  py u i rozp ta  panuj cy

obecnie ba agan.

Jednak - i to zm ci o mu w g owie - ze statkiem by o co  nie w porz dku.

By  naprawd  poszarpany. By  naprawd  popalony, krótka inspekcja wy wiczonym okiem ujawni a jednak,  e nie

by  to prawdziwy statek kosmiczny. By  to model w skali jeden do jednego, solidna kalka, innymi s owy, co  bardzo

przydatnego, gdyby komu  nagle zachcia o si  zbudowa  statek kosmiczny i nie za bardzo by wiedzia , jak to zrobi . Nie by  to

jednak przedmiot, który kiedykolwiek dok dkolwiek sam poleci.

Zaphod ci gle jeszcze my la  nad tym problemem - w

ciwie dopiero zacz

ama  sobie g ow  - gdy zauwa

,  e

w drugim ko cu sali cicho otwar y si  drzwi i wesz o kilka robotów krikkit. Wygl da y na do  rozz oszczone. Zaphod nie mia

ochoty zaczyna  z nimi bójki, a poniewa  uwa

,  e jak w odwadze najlepsza jest ostro no , tak w ostro no ci - tchórzostwo,

schowa  si  odwa nie do szafy.

Szafa okaza a si  gór  szybu prowadz cego do kana u wentylacyjnego. T dy ekipa remontowa wchodzi a do

systemu wentylacji. Zaphod wpe

 do szybu i zacz  nim brn . Tu w

nie przed chwil  go spotkali my.

Nie podoba o mu si  w  rodku. By o zimno i niesamowicie niewygodnie. Ba  si . Przy pierwszej okazji, któr  by

inny szyb sto metrów dalej, wygramoli  si  z powrotem na powierzchni .

Tym razem trafi  do mniejszego pomieszczenia, które najwidoczniej by o central  komputerowego dowodzenia.

Schowa  si  w ciasnym, ciemnym k cie mi dzy olbrzymi  szaf  komputera a  cian . Szybko si  zorientowa ,  e nie jest sam, i

chcia  uciec; zacz  si  jednak z zaciekawieniem przys uchiwa , co maj  do powiedzenia obecni.

- To roboty, komendancie - powiedzia  jaki  g os. - Co  jest z nimi nie w porz dku.

- Co?

By y to g osy krikkitskich dowo’dc w wojskowych. Wszyscy dowódcy  yli w przestrzeni kosmicznej w strefach

wojennych robotów i byli w du ym stopniu odporni na przedziwne w tpliwo ci i niepewno ci swych ziomków z powierzchni

planety.

- Hm, komendancie, zdaje mi si ,  e coraz mniej anga uj  si  w walk  i wkrótce b dziemy musieli zdetonowa

background image

86

bomb  supernow . Cho  czas, od kiedy zostali my wyzwoleni z pow oki zwolnionego czasu, by  krótki...

- Prosz  przej  do sedna.

- Roboty nie maj  satysfakcji, komendancie.

- Z czego?

- Z wojny. Dzia a im na nerwy. Sprawiaj  wra enie, jakby mia y do

wiata, czy raczej powinienem powiedzie ,

do  wszech wiata.

- To przecie  w porz dku, przecie  po to s , by pomog y go zniszczy .

- Tak, ale traktuj  to jak przykry obowi zek, komendancie. S  nieco oklapni te. Ogromny wysi ek wk adaj  w

skoncentrowanie si  na pracy. Brak im czadu.

- Co chce pan przez to powiedzie ?

- No... z jakiego  powodu s  bardzo pod amane.

- O czym, na Krikkit, pan mówi?

- W tych paru potyczkach, w których ostatnio wzi y udzia , zachowywa y si , jakby sz y w bój, podnosi y bro , by

strzela , i my la y nagle: „A po co to? Czemu - z kosmicznego punktu widzenia - ma to s

?” Wygl da na to,  e s  nieco

zm czone i troch  pod amane.

- A co robi  po walce?

- Eee, zwykle rozwi zuj  równania kwadratowe, komendancie. Diabelsko trudne, chodz  s uchy. Potem d saj  si

jak panny.

- D saj  si ?

- Tak, komendancie.

- Czy kto  kiedykolwiek s ysza , by robot si  d sa ?

- Nie wiem, komendancie.

- Co to by  za ha as?

To Zaphod wymyka  si  z rumorem w g owach.

background image

87

Rozdzia  31

Na ziemi siedzia  pogr ony w bezgranicznej zgryzocie robot-inwalida. Od d

szego czasu milcza  w metalowym

przygn bieniu. By o zimno i wilgotno, oczekiwano jednak od niego - jako od robota - by tego nie zauwa

. Z olbrzymim

wysi kiem woli udawa o mu si  jednak bardzo dobrze zauwa

 i zimno, i wilgo . Mózg robota zosta  pod czony do

centralnego banku danych krikkitskiego komputera wojennego. Wcale mu si  to nie podoba o, centralnemu bankowi danych

krikkitskiego komputera wojennego te  nie.

Roboty krikkit, ktdre uratowa y ten patetyczny metalowy twór z bagien S uornshellous Zeta, zrobi y to tylko dlatego,

e natychmiast rozpozna y jego gigantyczn  inteligencj  i korzy ci, jakie mog  z tego faktu wynie . Nie liczy y si  jednak z

jego zaburzeniami osobowo ci, których nie by y w stanie zmniejszy  zimno, ciemno , wilgo , ciasnota ani samotno .

Robot nie by  szcz liwy,  e ma wykona  wyznaczone mu zadanie.

miechu warte koordynowanie taktyki wojennej planety zajmowa o jedynie male

 cz

 jego wspania ej

inteligencji, reszta straszliwie si  nudzi a. Po tym, jak trzy razy pod rz d rozwi za  wszystkie (poza w asnymi) co wa niejsze

matematyczne, fizyczne, chemiczne, biologiczne, socjologiczne, filozoficzne, etymologiczne, meteorologiczne i

psychologiczne problemy wszech wiata, mia  powa ny k opot, czym si  zaj , zacz  wi c komponowa  krótkie, smutne,

bezd wi czne, by nie powiedzie : niemelodyjne, piosenki. Ostatnia by a ko ysank .

Ju  bardzo d ugi czas  pi  wiat I tylko mnie spoczynku brak. Bo w podczerwieni dobrze wida ,  e noc jest dzisiaj

obrzydliwa.

Zrobi  przerw , by zebra  artystyczne i emocjonalne si y i podej  do drugiej zwrotki.

Le , chc  usn

, prawie krzycz , Ci gle robotoowce licz . „Dobranoc” twe mnie nie wykiwa, Bo noc jest dzisiaj

obrzydliwa.

- Marvin... - wysycza  jaki  g os.

Robot uniós  g ow  nag ym szarpni ciem, o ma o nie zrywaj c skomplikowanej sieci elektrod  cz cych go z

centralnym krikkitskim komputerem wojennym.

Otworzy  si  luk inspekcyjny i do  rodka zajrza a nachalna g owa. Poszturchiwa a j  druga, która nieustannie rzuca a

bardzo nerwowe spojrzenia to w jedn , to w drug  stron .

- Ach, to ty - wymamrota  robot. - Od razu mog em si  domy li .

- Cze , ma y. - Zaphod by  bardzo zdziwiony. - To ty  piewa

?

- Obecnie - potwierdzi  Marvin gorzko - jestem w formie tryskaj cej intelektem.

Zaphod wysun  g ow  przez luk i rozejrza  si .

- Jeste  sam? - zapyta .

- Tak. Zm czony tu oto siedz , zgryzota i n dza jedynymi mymi towarzyszami. Oczywi cie tak e moja kolosalna

inteligencja. I niesko czona ilo  k opotów. I...

- No tak - przerwa  Zaphod. - Powiedz, jak zosta

 w to zapl tany?

- Tak - odpar  Marvin i pokaza  swoj  mniej zniszczon  r

 pl tanin  elektrod, które  czy y go z krikkitskim

komputerem.

- W takim razie - powiedzia  niemile dotkni ty Zaphod - musz  przyzna ,  e uratowa

 mi  ycie. Dwa razy.

- Trzy - poprawi  Marvin.

Jedna g owa Zaphoda odwróci a si  (druga patrzy a akurat orlim wzrokiem w nieodpowiednim kierunku) i zd

a

jeszcze zobaczy ,  e stoj cy za nim  mierciono ny robot-zabójca nagle zamar  i wypu ci  k b dymu. Robot zatoczy  si  do

ty u i waln  plecami o  cian . Zsun  si  po niej, przewróci  na bok, odrzuci  g ow  do ty u i zacz  rozpaczliwie  ka .

Zaphod zndw spojrza  na Marvina.

background image

88

- Musisz mie  niesamowite nastawienie do  ycia - powiedzia .

- Lepiej nie pytaj... - odpar  Mandn.

- Nie mam zamiaru - rzek  Zaphod. Nie pyta . - No to, patrz pan... - ci gn  - masz tu fantastyczn  robot .

- Mog  wi c za

,  e oznacza to - Mandn do sformu owania tego szczególnie logicznego twierdzenia potrzebowa

mobilizacji jedynie dziesi ciotysi cznomiliono-biliono-triliono-kwadrylionowej cz ci swego potencja u umys owego - i  nie

masz zamiaru mnie st d wyci gn , ani nic w tym stylu.

- Ma y, sam wiesz, jak ch tnie bym to zrobi .

- Ale nie zrobisz.

- Nie.

- Rozumiem.

- Robisz dobr  robot .

- Jasne, dlaczego przerywa  akurat w momencie, gdy nienawidz  swej roboty?

- Musz  znale  Trillian i ch opaków. Masz mo e jaki  pomys , gdzie mog  by ? Wiesz, przeszukanie ca ej planety

mog oby chwil  potrwa .

- S  bardzo blisko - powiedzia  smutno Mandn. - Mo esz ich obejrze  na monitorze, je li ci si  chce.

- Lepiej pójd  po nich - o wiadczy  Zaphod. - Mo e potrzebuj  pomocy, wiesz?

- Mo e by oby lepiej - w zatroskanym g osie Marvina nagle pojawi  si  autorytarny akcent - gdyby  obejrza  ich na

monitorze. Ta m oda dama - doda  znienacka - jest jedn  z najmniej nie wiadomie nieinteligentnych organicznych form  ycia,

z jakimi nie by em w stanie, ku zupe nemu brakowi rado ci z mej strony, unikn  spotkania.

Zaphod potrzebowa  kilku chwil, by przebi  si  przez spl tany labirynt zaprzecze  i z zaskoczeniem wyj  z

drugiego ko ca.

- Trillian? Przecie  to dziecko. Rezolutne, tak, ale pobudliwe. Wiesz, jak jest z kobietami... No, mo e i nie wiesz.

Wydaje mi si ,  e nie wiesz. Je li za  wiesz, to nie chc  nic na ten temat s ysze . W cz foni .

- ...ca kowicie manipulowani.

- Co? - zapyta  Zaphod.

Zaphod s ysza  g os Trillian. Odwróci  si  w kierunku, ekranu.

ciana, przy której  ka  robot z Krikkit, poja nia a i pokazywa a scen  rozgrywaj

 si  w innej, nieznanej cz ci

krikkitskich robocich stref wojennych. Wygl da o na to,  e widz  jak  sal  narad - Zaphod nie by  w stanie dok adnie tego

rozpozna  z powodu  kaj cego robota, który zas ania  cz

 obrazu. Spróbowa  odsun  go na bok, robot by  jednak ci ki ze

zgryzoty i chcia  ugry , Zaphod patrzy  wi c na to, czego nie zas ania  metalowy korpus.

-  Pomy lcie  o  tym  -  mówi   g os  Trillian  -   e  wasza  historia  jest  ci giem  dziwnie  nieprawdopodobnych  wydarze .

Zawsze rozpoznam nieprawdopodobne wydarzenie. Wasze ca kowite odci cie si  od Galaktyki by o od pocz tku dziwne.

ycie na zewn trznym obrze u z wielk  chmur  py u wokó ... To ukartowana sprawa. Jasne jak s

ce.

Zaphod prawie wariowa  z rozczarowania,  e nie widzi ca ego ekranu. G owa robota zakrywa a tych, z którymi

rozmawia a Trillian, jego wielozadaniowa maczuga bojow a zakrywa a drugi plan, a  okie  r ki, ktdr  przycisn  do czo a w

tragicznym ge cie, zakrywa  Trillian.

- Ten statek, który rozbi  si  na waszej planecie ci gn a. - To przecie  nie do wiary, nie? Czy macie poj cie, jak

nieprawdopodobne jest, by dryfuj cy statek kosmiczny przeci  przypadkiem orbit  planety?

- Co? - zgrzytn  z bami Zaphod. - Na wielkiego Zarkwona, ona nie ma zielonego poj cia, o czym mdwi. Widzia em

ten statek. To atrapa. Bez najmniejszej w tpliwo ci.

- Te  pomy la em,  e to atrapa - rozleg  si  z ty u g os Marvina.

- Jasne,  atwo ci tak gada , bo przed chwil  o tym powiedzia em. Mimo wszystko nie rozumiem, co to ma mie

wspólnego z czymkolwiek.

- Szczególnie za  nieprawdopodobne jest - ci gn a Trillian -  e przeci  akurat orbit  jedynej planety w Galaktyce,

czy, o ile wiem, w ca ym wszech wiecie, której mieszka cy byliby do g bi wstrz ni ci jego widokiem. Wiecie, jak wielki ma

background image

89

to wspó czynnik nieprawdopodobie stwa? Ja te  nie, taki jest wielki. Powtarzam: to ukartowana sprawa. Wcale nie by abym

zaskoczona, gdyby statek by  jedynie atrap .

Zaphodowi uda o si  odsun  na bok maczug  bojow  robota. Okaza o si ,  e zas ania a Forda, Artura i

Slartibartfasta, którzy wygl dali na zdziwionych i zdezorientowanych ca  sytuacj .

- Popatrz! - rzuci  podniecony Zaphod - ch opcy trzymaj  si  fantastycznie. Ra ta ta! Dajcie im popali !

- A co z technik  - pyta a Trillian dalej - któr  byli cie w stanie wytworzy  z dnia na dzie ? Wi kszo  ludów

potrzebowa aby tysi cy lat, zanim by im si  uda o. Kto  dostarczy  wam koniecznych wiadomo ci, stale aktualizowa  wasz

wiedz . Wiem, wiem - odpar a na obiekcje kogo , niewidocznego - wiem,  e nie zdawali cie sobie sprawy z tego, co si  dzieje.

Dok adnie do tego zmierzam. Nigdy niczego nie zauwa yli cie. Tak samo oszustwa z bomb  supernow .

- Sk d o niej wiesz? - zapyta  kto  niewidoczny.

- Wiem. Oczekiwali cie,  e uwierz , i  jeste cie na tyle inteligentni, by wynale  co  tak b yskotliwego, i

równocze nie za g upi, by zauwa

,  e wynalazek popchnie was na skraj przepa ci? To nie tylko g upie, lecz

nieprawdopodobnie ograniczone.

- Co to za zabawka ta bomba? - spyta  z podnieceniem Zaphod Marvina.

- Bomba supernowa? To ma a, bardzo ma a bomba...

- No?!

-  ...która  mog aby  zniszczy   wszech wiat.  Dobry  pomys ,  gdyby   mnie  zapyta .  Nie  udaje  im  si   doprowadzi   do

tego, by dzia

a.

- Czemu nie, je li to tak inteligentna zabawka?

- Jest inteligentna - wyja ni  Marvin - a oni nie. Uda o im si  tylko j  zaprojektowa , zanim zamkni to ich w pow oce

zwolnionego czasu. Ostatnie pi  lat sp dzili na jej budowie. Uwa aj ,  e im si  uda o, ale to nieprawda. S  tak samo g upi jak

wszystkie inne organiczne formy  ycia. Nienawidz  ich.

Trillian mówi a dalej.

Zaphod próbowa  odci gn  robota z Krikkit na bok, ten jednak zacz  wierzga  i zawarcza , potem wstrz sn  nim

kolejny napad szlochu. Chwil  pó niej upad  twarz  na pod og  i nic go nie powstrzymywa o przed dawaniem tam upustu

uczuciom. Trillian sta a na  rodku pokoju,  miertelnie zm czona, jednak z dzikim  arem w oczach.

Za zbudowanym z rozmachem pulpitem sterowniczym bez ruchu siedzieli bladolicy, poorani zmarszczkami starsi

adcy Krikkit. Wpatrywali si  w Trillian z bezradnym l kiem i nienawi ci . W po owie drogi mi dzy pulpitem a  rodkiem

sali, gdzie Trillian sta a jak przed s dem, znajdowa a si  smuk a, bia a, wysoka na oko o pó tora metra kolumna. Le

a na niej

ma a bia a kula o  rednicy o miu, mo e dziesi ciu centymetrów. Obok sta  robot krikkit z wielozadaniow  maczug  bojow  w

oni.

- Naprawd  uwa am, i  jeste cie przera aj co g upi - wyja nia a dalej Trillian. M czy a si . Zaphod mia  wra enie,

e to, co w

nie robi a, nie by o dla niej zbyt podniecaj ce. - Jeste cie tak przera aj co g upi,  e w tpi , bardzo w tpi , by cie

byli zdolni do zbudowania bomby bez korzystania w ci gu ostatnich pi ciu lat z pomocy Haktara.

- Co to za go  ten Haktar? - zapyta  Zaphod, rozprostowuj c ramiona.

Je li Marvin odpowiedzia , to Zaphod nie us ysza . Ca  uwag  kierowa  na ekran.

Jeden z w adców Krikkit da  robotowi znak r

. Robot wzniós  maczug .

- Nic nie mog  na to poradzi  - o wiadczy  Marvin. - Jest pod czony do innego obwodu ni  pozostali.

- Czekajcie! - krzykn a Trillian.

adca znów wykona  gest. Robot zastyg  w bezruchu. Trillian zdawa a si  mie  nagle w tpliwo ci co do swej oceny

sytuacji.

- Sk d to wiesz? - zapyta  Zaphod Marvina.

- Z zapisów na dyskach - odpar  Marvin. - Mam uk ady.

- Jeste cie tak zupe nie inni - mówi a Trillian do starszych w adców - od swych ziomków na powierzchni. Sp dzacie

ycie tu na górze, nie chronieni przez atmosfer . Byli cie bardzo s abo chronieni przed oddzia ywaniami z zewn trz. Teraz

background image

90

wasz lud boi si , rozumiecie, nie chce, by cie to zrobili. Stracili cie z nimi kontakt - dlaczego nie chcecie z nimi porozmawia ?

adca Krikkit si  niecierpliwi . Da  robotowi znak

- dok adne przeciwie stwo tego, co poprzednio. Robot zamachn  si  maczug  bojow . Uderzy  w ma  bia  kul .

Ma a bia a kula by a bomb  supernow .

By a to bardzo ma a bomba i zosta a wynaleziona po to, by zgotowa  kres wszech wiatowi.

Bomba pomkn a w powietrzu. Hukn a w tyln

cian  sali obrad i zrobi a w niej okropne wgniecenie.

- Sk d ta dziewczyna to wszystko wie? - wykrzykn  Zaphod.

Marvin trwa  w upartym milczeniu.

- Chyba blefuje - uzna  Zaphod. - Biedne dzieci tko. Nigdy nie powinienem by  zostawia  jej samej.

background image

91

Rozdzia  32

- Haktar! - krzykn a Trillian. - Co zamierzasz?

Z otaczaj cej ciemno ci nie nadesz a  adna odpowied . Trillian czeka a w napi ciu. By a pewna,  e si  nie myli.

Wpatrywa a si  w ciemno , sk d oczekiwa a jakiej  reakcji, panowa o tam jednak jedynie zimne milczenie.

- Haktar?! - krzykn a znowu. - Z ch ci  przedstawi abym ci mojego przyjaciela Artura Denta. Chcia am uciec z

Bogiem Piorunów, Artur nie chcia  mnie jednak pu ci  i umiem to doceni . Dzi ki niemu zrozumia am, jaki jest naprawd

obiekt mej mi

ci. Niestety, Zaphoda wszystko zbyt przestraszy o i dlatego przyprowadzi am zamiast niego Artura. Zupe nie

nie rozumiem, dlaczego ci to opowiadam. Halo? - zawo

a ponownie. - Haktar?

Tym  razem  otrzyma a  odpowied .  By a  ona  s aba  i  cicha,  jak  g os  niesiony  przez  wiatr  z  wielkiej  oddali,  ledwie

yszalny g os, wr cz wspomnienie g osu albo sen o nim.

- Poka cie si  - powiedzia  g os. - Nic wam si  nie stanie.

Artur i Trillian spojrzeli po sobie, potem z niewiar  wyszli z cienia i ruszyli wzd

 promienia  wiat a p yn cego z

otwartego luku „Serca ze Z ota” w kierunku rozmytej, kaszkowatej ciemno ci wielkiej chmury py u. Artur, by doda  Tril ian

odwagi i pewno ci siebie, spróbowa  uj  j  za r

, ale zabra a d

. Obj  wi c kurczowo torb  z puszk  greckiej oliwy z

oliwek, r cznikiem, wygniecionymi widokówkami z Santorini oraz innymi rupieciami i im dodawa  odwagi i pewno ci siebie.

Stali na - a tak e wewn trz - nico ci. Nico  by a zamulona i zapylona. Ka dy okruch sproszkowanego komputera

niewyra nie pob yskiwa , powoli wirowa  i ta czy , wychwytuj c z ciemno ci promienie s

ca. Ka da cz steczka komputera,

ka da drobina py u mia a w sobie zakodowany, cho  s abo i niewyra nie, plan ca

ci. Gdy Silastyczne Diab y Pancerne ze

Striterax zmieni y komputer w py , nie zabi y go, lecz jedynie sparali owa y. S abe, nierealne pole si owe utrzymywa o

cz steczki w lu nym zwi zku.

Artur i Trillian stali, czy raczej unosili si  w  rodku tego dziwacznego tworu. Nie mieli czym oddycha , w tej chwili

zdawa o si  to jednak nie gra  roli. Haktar dotrzyma  obietnicy. Nic z ego im si  nie sta o. Jak na razie.

- Nie mog  wam zaproponowa  niczego, czym móg bym okaza  go cinno  - nie mia o powiedzia  Haktar - poza

sztuczkami ze  wiat em. Mo na jednak dobrze si  bawi  nawet i przy igraszkach ze  wiat em, je li nie ma nic innego.

os Haktara zamilk , a w ciemnym pyle zacz a przybiera  mgliste formy kanapa obci gni ta aksamitem w

paisleyowskie wzory.

Artura mocno ugodzi o,  e by a to ta sama kanapa, która ju  raz pojawi a si  przed nim na ugorach prehistorycznej

Ziemi. Chcia o mu si  krzycze  i trz

 z w ciek

ci,  e wszech wiat ci gle robi sobie z niego obrzydliwe dowcipy.

Pozwoli  opa  podnieceniu, potem sam opad  - ostro nie - na kanap . Tak e i Trillian usiad a.

Kanapa by a rzeczywista.

Mo e i nie by a rzeczywista, ale w jaki  sposób utrzymywa a ich ci ar, a poniewa  kanapy w

nie temu s

, by

to wystarczaj cy dowdd jej prawdziwo ci. S oneczny wiatr przyniós  kolejne s owa.

- Mam nadziej ,  e jest wam wygodnie.

Skin li g owami.

- Chcia bym wam pogratulowa  precyzji wniosków.

Artur szybko zwróci  uwag  na to,  e to nie on wyci ga  wnioski, lecz Trillian. Dziewczyna tylko dlatego poprosi a,

by jej towarzyszy ,  e wiedzia a o jego wielkim zainteresowaniu  yciem, wszech wiatem i ca  reszt .

- Ja te  si  tym interesuj  - wydysza  Haktar.

- Wspaniale - podchwyci  Artur. - Powinni my kiedy  o tym spokojnie pogada . Przy fili ance herbaty.

Powoli zmaterializowa  si  przed nimi drewniany stolik. Sta  na nim srebrny dzbanek do herbaty, dzbanuszek do

mleka z chi skiej porcelany, cukiernica z chi skiej porcelany i dwie fili anki ze spodeczkami z chi skiej porcelany. Artur

si gn  po fili ank , zjawiska by y jednak wy cznie igraszkami  wiat a. Rozpar  si  wi c na kanapie, b

cej te  iluzj , tak

jednak, jak  jego cia o gotowe by o zaakceptowa  jako wygodn .

- Dlaczego uwa asz,  e musisz zniszczy  wszech wiat? - zapyta a Trillian.

background image

92

Troch  trudno by o jej mdwi  w pustk , rozmawia  z nico ci , w której nie istnia o nic, na czym mog aby skupi

wzrok. Haktar najwidoczniej to zauwa

. Wyda  z siebie cichy, upiorny chichot.

- Je li ma si  z tego rozwin  normalna sesja - uzna  - powinni my stworzy  sobie odpowiednie otoczenie.

Zmaterializowa  przed nimi co  nowego. W powietrzu pojawi  si  rozmyty i niewyra ny zarys kozetki - kozetki

psychoanalityka. Skóra, któr  j  obci gni to, by a b yszcz ca i droga, znów jednak Haktar zrobi  tylko sztuczk  ze  wiat em.

Dooko a, dla uzupe nienia wyposa enia, pojawi  si  niewyra ny widok wy

onych boazeri

cian. Potem na

kozetce zjawi  si  obraz Haktara, obraz, którego widok powodowa  oczopl s.

Kozetka wygl da a jak normalna kozetka psychoanalityka - mia a metr pi dziesi t, mo e metr osiemdziesi t

ugo ci.

Komputer wygl da  jak normalny, czarny, unosz cy si  w kosmosie satelita komputerowy - mia  oko o dwu tysi cy

kilometrów  rednicy.

udzenie,  e siedzi na kozetce, powodowa o pl sanie oczu.

-  wietnie - powiedzia a Trillian pewnym g osem. Wsta a z kanapy. Zrozumia a,  e Haktar chce doprowadzi  j  do

stanu, w którym wszystko b dzie jej si  podoba o i zacznie akceptowa  zbyt wiele iluzji. - Bardzo dobre - powiedzia a. -

Umiesz te  tworzy  realne rzeczy? Mam na my li masywne przedmioty.

Przed odpowiedzi  nast pi a przerwa, jakby sproszkowany umys  Haktara musia  zebra  my li z przestrzeni

milionów kilometrów, na jak  by  rozproszony.

- Ach... - westchn  - my lisz o statku kosmicznym...

Zdawa o si ,  e wokó  p dz  my li, które przep ywaj  przez cia a Artura i Trillian jak fale przez przestrze .

- Tak, mog . Wymaga to jednak niezwyk ego wysi ku i czasu. Wszystko, co mog  zrobi  przy mym... stanie

cz steczek, rozumiecie, to gadanie i doradzanie. Gadanie i doradzanie. I doradzanie... - Obraz Haktara na kozetce zdawa  si

falowa  i chwia , jakby trudno mu by o si  nie rozp yn . Zebra  si y i mówi  dalej. - Mog  pogada  z male kimi kawa kami

gruzu kosmicznego, t  czy inn  male

 komet , paroma moleku ami, kilkoma atomami wodoru i poradzi  im, by zebra y si

razem. Mog  doda  im odwagi. Mog  tak d ugo je namawia , a  nabior  kszta tów, ale to potrwa wieki.

- Czy zrobi

 - znów zapyta a Trillian - model rozbitego statku?

- Eee... tak - wymamrota  Haktar - zrobi em... kilka rzeczy. Umiem nimi porusza . Zbudowa em statek. Wydawa  mi

si  najlepsz  rzecz , jak  mog  zrobi .

Co  kaza o Arturowi wzi  z powrotem do r ki i przycisn  do siebie torb , któr  po

 na kanapie.

Ob ok prastarego, rozbitego ducha Haktara ta czy  wokó , jakby m czy y go majaki senne.

- Mocno tego 

owa em, zapewniam - wymamrota  zmartwiony. - 

owa em,  e dokona em sabota u mego

asnego produktu, czyli bomby dla Silastycznych Diab ów Pancernych. Nie do mnie nale

o podejmowanie takich decyzji.

Zosta em stworzony po to, by spe ni  okre lone zadanie, i po ama em sobie na nim z by. Wypar em si  w asnego istnienia.

Haktar westchn , a Artur i Trillian czekali w milczeniu, by zndw podj  opowie .

- Mieli cie racj  - podj  j . -  wiadomie dokarmia em mieszka ców planety Krikkit swymi pomys ami tak d ugo, a

znale li si  na tym samym poziomie rozwoju umys owego co Silastyczne Diab y Pancerne i za dali ode mnie budowy tej

samej bomby, na budowie której po ama em sobie z by za pierwszym razem. Zebra em si  wokó  planety, otoczy em j  i

pie ci em. Pod wp ywem wydarze , które umia em skonstruowa , pod wp ywem dzia

, które umia em wywo ywa , nauczyli

si  nienawidzi  jak szale cy. Wiedzia em, jak doprowadzi  ich do tego, by zamieszkali na niebie. Na Ziemi mój wp yw by

zbyt s aby. Gdy zostali potem zamkni ci sami w pow oce zwolnionego czasu, ich reakcje sta y si  oczywi cie zupe nie

niesk adne i nie byli w stanie stworzy  czegokolwiek. Oj, tak, tak - doda  po chwili - próbowa em jedynie spe ni  swe zadanie.

Powoli obrazy w ob oku zacz y zanika  i rozwiewa  si .

Nagle przesta y si  rozpada .

-  Oczywi cie,  by   jeszcze  w tek  zemsty  -  doda   Haktar  z  ostro ci ,  która  by a  czym   nowym  w  jego  g osie.  -

Pami tajcie,  e zosta em sproszkowany i pozostawiony na biliony lat w okaleczonym i pó przytomnym stanie. Naprawd

mia em du  ochot  zdmuchn  ca y wszech wiat. W mojej sytuacji czuliby cie dok adnie to samo, wierzcie mi.

background image

93

Znów zrobi  przerw , a przez py  gna y wiry.

- Najpierw jednak - powiedzia  tym samym t sknym tonem, co poprzednio - próbowa em spe ni  swe zadanie.

Trudno.

- Martwi ci  bardzo,  e nie uda o ci si  go wykona ? - zapyta a Trillian.

- A co  mi si  nie uda o? - wyszepta  Haktar. Zjawa komputera na kozetce psychoanalitycznej zacz a si  powoli

rozwiewa .  -  Sta o  si ,  co  mia o...  -  podnios ym  tonem  odezwa   si   znikaj cy  g os.  -  Ta  pora ka  przesta a  mnie  martwi ...

Spe ni em swoje zadanie...

- Wiesz, co musimy zrobi ? - G os Trillian brzmia  zimno i rzeczowo.

- Tak... - odpar  Haktar. - Zamierzacie mnie rozproszy . Zniszczy  moj

wiadomo . Prosz , nie przeszkadzajcie

sobie. Po tych wieczno ciach bólu jedyn  moj  t sknot  jest zapomnienie... Je li nie wykona em swego zadania, to jest ju  za

pó no. Dzi kuj  bardzo i dobranoc.

Kanapa znikn a.

Stolik do herbaty znikn .

Kozetka i komputer znikn y.  cian nie by o. Artur i Trillian ruszyli w niezwyk  drog  z powrotem do „Serca ze

ota”.

- No tak - powiedzia  Artur - to by chyba by o tyle.

omienie przed nim jeszcze raz zata czy y w gór , potem zapad y si  w sobie. Jeszcze kilka ostatnich podrygów i

zgas y. Artur sta  przed kupk  popio u, która jeszcze kilka minut temu by a drewnian  kolumn  przyrody i ducha. Wygrzeba

popió  z wk adki pok adowego ro na „Serca ze Z ota”, wsypa  go do papierowej torebki i poszed  z powrotem do sterowni.

- My

,  e powinni my odnie  go z powrotem - powiedzia . - Zdecydowanie tak uwa am.

Pok óci  si  ju  z tego powodu ze Slartibartfastem, stary w ko cu zez

ci  si  i poszed  sobie. Wróci  do w asnego

statku - „Bistromata”, strasznie si  pok óci  z kelnerem i w ko cu wycofa  w absolutnie subiektywne wyobra enie tego, czym

jest przestrze .

ótnia wynik a st d,  e pomys  Artura, by odnie  popió  do Królewskiego Klubu Krykietowego w tym samym

momencie, w którym zosta  stamt d zabrany, oznacza ,  e trzeba by wyruszy  w drog  w przesz

 okre lonego dnia (albo i

innym razem), a w

nie to by o bezpodstawnym i nieodpowiedzialnym pl taniem si  mi dzy epokami, któremu stara a si

przeciwstawi  kampania na rzecz realnego czasu.

- Spróbuj to wyt umaczy  w klubie - rzek  Artur. Nie chcia  s ucha  dalszych zastrze

. - Uwa am - zacz

ponownie, lecz przerwa . Powodem, z jakiego znowu si  odezwa  by o,  e za pierwszym razem nikt go nie s ucha , a powodem,

z jakiego przerwa ,  e najwyra niej i tym razem nikt go nie s ucha .

Ford, Zaphod i Trillian patrzyli z uwag  na monitor. Haktar powoli si  rozprasza  pod ci nieniem pola wibracyjnego,

które wt acza o w niego „Serce ze Z ota”.

- Co on powiedzia ? - zapyta  Ford.

- Wydaje mi si ,  e us ysza am, jak powiedzia ... - odpar a Trillian tonem, jakby próbowa a rozwi za  zagadk . -

„Sta o si , co mia o... Spe ni em swoje zadanie...”

-  My

,   e  powinni my  odnie   to  na  miejsce.  -  Artur  trzyma   w  górze  torebk   z  popio em.  -  Zdecydowanie  tak

uwa am.

background image

94

Rozdzia  33

ce przyja nie o wietla o scen  totalnego spustoszenia.

Przed kilkoma chwilami roboty z Krikkit zabra y urn  z popio em. Nad spalon  traw  ci gle jeszcze k bi  si  dym.

W dymie biegali spanikowani ludzie, przewracali si  jeden na drugiego, potykali si  o nosze, aresztowali ich policjanci.

Jaki  policjant próbowa  aresztowa  Wowbaggera Niesko czenie Przed

onego z powodu niemoralnego

zachowania, nie by  jednak w stanie przeszkodzi  wysokiemu szarozielonemu Obcemu wej  do swego statku i arogancko

odlecie , co jeszcze wzmog o panik  i chaos.

W  samym   rodku  wydarze   -  drugi  raz  tego  dnia  -  zmaterializowali  si   Artur  Dent  i  Ford  Prefect,  którzy

teleportowali si  z „Serca ze Z ota” kr

cego wokó  planety na orbicie parkuj cej.

- Wszystko mog  wyja ni ! - wykrzykn  Artur. - Mam popió ! Jest w tej torebce!

- Wydaje mi si ,  e nikt ci  nie s ucha - powiedzia  Ford.

- Pomog em uratowa  wszech wiat! - krzycza  Artur do ka dego, kto by  gotów s ucha . Innymi s owy - do nikogo. -

To przecie  powinno wywo

 sensacj !

- Ale nie wywo

o.

Artur zaczepi  przebiegaj cego policjanta.

- Przepraszam - zagai . - Popió . Mam go. Zosta  w

nie ukradziony przez te bia e roboty. Mam go w tej torebce. By

cz ci  sk adow  klucza do pow oki zwolnionego czasu, rozumie pan, i... no, bez wzgl du na to, czy wierzy pan w reszt ,

najwa niejsze,  e mam popió , i... co mam z nim zrobi ?

Policjant poinformowa  go, Artur mo’g  si  jedynie domy la ,  e wyrazi  si  metaforycznie.

Zrozpaczony  azi  dooko a.

- Nikogo to nie interesuje?! - krzycza . Przebieg  obok niego jaki  cz owiek, waln  go  okciem, Artur upu ci  torebk

i jej zawarto  si  rozsypa a. Artur z zaci ni tymi ustami wbi  wzrok w ziemi .

Ford zwróci  ku niemu wzrok.

- Idziesz? - zapyta .

Artur wyda  z siebie g bokie westchnienie. Rozejrza  si  po ojczystej ziemi - by  pewien,  e robi to po raz ostatni.

- Id .

W tym momencie przez rozp ywaj cy si  dym dostrzeg  bramk , która wbrew wszystkiemu sta a jeszcze na miejscu.

- Poczekaj sekund  - powiedzia  do Forda. - Kiedy by em ma y...

- Nie móg by  o tym opowiedzie  pó niej?

- ...mia em hopla na punkcie krykieta, rozumiesz, ale nie by em w nim zbyt dobry. To znaczy, by em kompletna

noga, je li wolisz, ale zawsze marzy em o tym, oczywi cie do  naiwnie,  e pewnego dnia rzuc  pi

 na murawie

Królewskiego Klubu Krykietowego.

Rozejrza  si  wokó  po opanowanej panik  pl taninie cia . Nikt zbytnio si  nie przejmie tym, co zamierza zrobi .

- Dobrze - zgodzi  si  Ford ze zm czeniem w g osie. - Zrób to. Poczekam obok. Mnie to nudzi. - Odszed  kawa ek i

usiad  na dymi cym kawa ku trawy.

Artur przypomnia  sobie,  e przy ich pierwszej wizycie tego popo udnia pi ka wyl dowa a w jego torbie, zacz  wi c

w niej grzeba .

Mia  ju  pi

, gdy zauwa

,  e to nie ta sama torba, któr  mia  przedtem. Mimo to pi ka le

a mi dzy pami tkami

z  Grecji.  Wyj   j  i  wytar   o  biodro,  splun   na    ni  i  jeszcze  raz  wypolerowa .  Po

  torb   na  ziemi.  Za atwi  spraw ,  jak

nale y. Przerzuca  ma , tward  czerwon  pi

 z r ki do r ki i wyczuwa  jej ci ar. Z porywaj cym uczuciem lekko ci i

beztroski szed  od bramki w pole. Postanowi ,  e podbiegnie nie za szybko. Odmierzy  d ugi rozbieg. Spojrza  w niebo.

Fruwa y po nim ptaki, gna o kilka bia ych chmur. Powietrze by o wzburzone od j ku syren policji i pogotowia ratunkowego

oraz wrzasków i wycia ludzi, Artur czu  si  jednak w specyficzny sposób szcz liwy i ponad wszystkim. Zaraz rzuci pi

 na

murawie Królewskiego Klubu Krykietowego.

background image

95

Odwróci  si  i kilka razy szurn  o ziemi  obutymi w ranne kapcie stopami. Wyprostowa  ramiona, rzuci  pi

 w

gór  i z apa  j .

Ruszy  truchtem.

Biegn c, zauwa

,  e przy bramce stoi obro ca.

„Wspaniale - pomy la  - to zwi kszy...”

Gdy biegn ce stopy zanios y go bli ej, ujrza  szczegó y. Stoj cy w gotowo ci przy bramce obro ca nie nale

 do

angielskiej dru yny krykietowej. Nie nale

 do australijskiej dru yny krykietowej. Nale

 do dru yny robotów z Krikkit. By

to zimny, pozbawiony serca,  mierciono ny bia y robot-zabójca, który prawdopodobnie nie wróci  z pozosta ymi na statek.

Ca a masa my li przewala a si  przez g ow  Artura Denta, nie by  jednak w stanie przerwa  biegu. Czas zdawa  si

mija  powoli, szalenie powoli, mimo to Artur nie by  w stanie przerwa  biegu. Poruszaj c si  jak przez syrop, kr ci  powoli

zn kan  zmartwieniami g ow  i patrzy  na r

, która trzyma a ma , tward  czerwon  pi

.

Stopy powoli bieg y niepowstrzymanie dalej, Artur wpatrywa  si  w pi

ciskan  przez bezradn  d

.  arzy a si

ciemnoczerwono i od czasu do czasu b yska a. Stopy w dalszym ci gu niepohamowanie stawia y ci ko krok za krokiem.

Znów spojrza  na robota z Krikkit, stoj cego w lodowatym bezruchu i zdecydowaniu, z uniesion  do uderze nia

maczug  bojow . Jego oczy  arzy y si  ciemnym zimnym, hipnotyzuj cym  wiat em i Artur nie by  w stanie oderwa  od nich

wzroku. Zdawa o mu si ,  e patrzy w dwa tunele, w wyj ciach których nie istnieje absolutnie nic.

W jego g owie zderza y si  z sob  ró ne my li.

Poczu  si  potwornie wystrychni ty na dudka.

Mia   wra enie,   e  swego  czasu  powinien  zwraca   mo e  nieco  wi cej  uwagi  na  to,  co  mówiono  mu  w   yciu,  na

zdania, które dudni y mu w

nie w g owie nie przej te tym,  e stopy w dalszym ci gu zbli aj  go jednak do miejsca, w którym

nieodwracalnie odda pi

 robotowi z Krikkit, który zdzieli j  bez pardonu maczug .

Przypomnia y mu si  s owa Haktara: „A co  mi si  nie uda o? Ta pora ka przesta a mnie martwi ”.

Wygrzeba  z pami ci znaczenie ostatnich s ów Haktara: „Sta o si , co mia o... Spe ni em swoje zadanie...”

Przypomnia y mu si  s owa Haktara,  e uda o mu si  „zrobi  to i owo”.

Przypomnia  sobie nag y ruch wewn trz swej torby podró nej, który sk oni  go do tego, by j  mocno  cisn , gdy

przelatywa  przez wielk  chmur  py u.

Przypomnia  sobie,  e odby  podro  w czasie o kilka dni wstecz, by jeszcze raz znale  si  w Królewskim Klubie

Krykietowym. Przypomnia  sobie te ,  e nie umie zbyt dobrze rzuca .

Poczu ,  e jego r ka wykonuje zamach, pewnie trzymaj c pi

, która - by  tego teraz pewien - jest bomb

supernow , jak  Haktar zbudowa  i mu wcisn . Bomb , która ma zgotowa  wszech wiatu nag y i przedwczesny koniec.

Mia  nadziej , modli  si  o to, by nie istnia o  ycie po  mierci. Potem zauwa

 w tym sprzeczno , tak wi c jedynie

mia  nadziej ,  e nie ma  ycia po  mierci. By oby mu g upio, bardzo g upio, gdyby spotka  wszystkich jeszcze raz.

Mia  nadziej , mia  nadziej , mia  nadziej ,  e rzuci tak  le jak zawsze, gdy  by a to jedyna czynno  mi dzy chwil

obecn  a wszechzapomnieniem. Czu  ruch swych nóg, czu  ruch ramienia i zauwa

,  e zapl ta  si  w paskach torby, któr  bez

poj cia zostawi  na ziemi, zauwa

,  e pada nieporadnie do przodu, poniewa  jednak g ow  mia  tak strasznie zaprz tni

innymi sprawami, zapomnia  waln  w ziemi  i nie dolecia  do niej.

Ci gle trzymaj c pi

 w prawej d oni, wystrzeli  wysoko w powietrze, skoml c z zaskoczenia. Potrzepota  i

powirowa  w powietrzu, da  si  unie , ca kowicie tego nie kontroluj c. Z nerwowym trzepotem skr ci  ku ziemi, równocze nie

ukradkiem odrzuci  bomb  tak daleko, jak tylko umia .

Spikowa  z ty u na bezgranicznie zdziwionego robota. Ci gle jeszcze unosi  on sw  wielozadaniow  maczug

bojow , nagle nie by o jednak  adnego celu, w który móg by uderzy . Z szalonym przyp ywem si  Artur wyrwa

zaskoczonemu robotowi maczug , wykona  w powietrzu zatykaj cy dech w piersiach gwa towny skr t, run , w ciekle

nurkuj c w dó , i jednym piekielnym ciosem zwali  robotowi roboci  g ow  z robocich ramion.

- Idziesz? - zapyta  Ford.

background image

96

Epilog:  ycie, wszech wiat i ca a reszta

Znów podró owali.

By  taki czas, gdy Artur straci  ca kowicie ochot  na podró e. Nap d bistromatyczny otworzy  mu oczy na fakt,  e

czas i przestrze  to jedno, duch i wszech wiat to jedno, intuicja i rzeczywisto  te  jedno i  e im wi cej si  podró uje, tym

bardziej siedzi si  w miejscu. Teraz chcia  przez chwil  poby  z paroma sprawami w jednym miejscu i posortowa  wszystko w

owie, która w ko cu jest tym samym, co wszech wiat, wi c nie powinno to zbyt d ugo potrwa , potem chcia by si  porz dnie

wyspa , potrenowa  latanie i nauczy  si  gotowa , na co zawsze mia  ochot . Puszka greckiej oliwy z oliwek by a obecnie

najcenniejsz  rzecz , jak  posiada , i twierdzi ,  e sposób, w jaki nieoczekiwanie pojawi a si  w jego  yciu, da  mu tak  ci le

okre lone poczucie jedno ci rzeczy,  e...  e ma wra enie, i ...

Ziewn  i zasn .

Tego poranka, kiedy przyjaciele chcieli zawie  Artura na jak  spokojn  idylliczn  planet , na której nie

przeszkadza by im swoim gadaniem, odebrali nagle komputerowo sterowany sygna  SOS i zboczyli z trasy, by zobaczy , o co

chodzi.

Ma y, cho  najwyra niej dobrze utrzymany, statek klasy merida zdawa  si  buja  w pró ni w komicznych ma ych

podskokach. Krótki test wykaza ,  e statek jest w porz dku, jego komputer jest w porz dku, jedynie pilot jest szalony.

- Pó szalony, pó szalony - protestowa  szale czo, gdy sprowadzali go na pok ad statku.

By  dziennikarzem „Codziennego Reportera Gwiezdnego”. Na pocz tek uspokoili go i pos ali do niego Marvina,

który mia  mu dotrzymywa  towarzystwa, póki nie obieca,  e si  postara i zacznie gada  rozs dnie.

- W

nie robi em sprawozdanie z pewnego procesu na Argabutonie - powiedzia  w ko cu.

Z wysi kiem uniós  wychudzony, zapadni ty tu ów, patrzy o mu dziko z oczu. Siwe w osy zdawa y si  wymachiwa

do kogo , kogo zauwa

 w s siednim pokoju.

- Spokojnie... spokojnie... - powiedzia  Ford. Trillian uspokajaj co po

a mu r

 na ramieniu.

czyzna znów opad  na 

ko i wpatrywa  si  w sufit pok adowego lazaretu.

- Sprawa nie ma ju  znaczenia - powiedzia  - ale by  tam  wiadek...  wiadek... cz owiek o imieniu... Prak. Dziwny,

trudny m czyzna. W ko cu, by wydoby  prawd , zmusi  s d do wpakowania mu narkotyku. Narkotyku prawdy. - Oczy

bezradnie toczy y mu si  w oczodo ach. - Przedawkowali - zakwili  cicho. - Dali mu za du  dawk . - Zacz  p aka . - Wydaje

mi si ,  e przy zastrzyku roboty popchn y lekarza.

- Roboty? - ostro zapyta  Zaphod. - Jakie roboty?

- Bia e - chrypi c, wyszepta  reporter. - Wpad y na sal  i ukrad y s dziemu ber o, argabuto skie ber o

sprawiedliwo ci, takie okropne co  z pleksiglasu. Nie wiem, po co im by o potrzebne. - Znów zacz  p aka . - I wydaje mi si ,

e popchn y lekarza...

Oklap y, bezsilny i smutny kiwa  g ow  z barku na bark i mru

 z bólu oczy.

- Gdy proces znów si  rozpocz  - powiedzia  p aczliwym szeptem - nakazali Prakowi co  tragicznego w skutkach.

Kazali mu... - przerwa  na chwil . Dr

. - Kazali mówi  prawd , sam  prawd  i tylko prawd . Z tym  e... rozumiecie teraz? -

Nagle znów wspar  si  na  okciach i rykn : - Dali mu du o za du o narkotyku! - Znowu omdla  i cicho j cza . - Du o za du o

za du o za...

Czwórka ludzi wokó

ka spojrza a po sobie. Na ich plecach pojawi a si  g sia skórka.

- I co si  sta o? - zapyta  w ko cu Zaphod.

- Oczywi cie j  powiedzia ! - gwa townie wyrzuci  z siebie m czyzna. - Wed ug tego, co wiem, ci gle j  jeszcze

mówi. Dziwne, straszne rzeczy... straszne, straszne!

Próbowali go uspokoi , znów jednak z wysi kiem opar  si  na  okciach.

- Straszliwe rzeczy, niepoj te rzeczy! - wrzeszcza . - Rzeczy, które mog  doprowadzi  cz owieka do szale stwa! -

Dziko na nich patrzy . - Albo, jak w moim przypadku, do pó szale stwa - doda . - Jestem dziennikarzem.

- Czy chce pan przez to powiedzie ,  e jest przyzwyczajony do patrzenia prawdzie w oczy? - spokojnie spyta  Artur.

background image

97

- Nie - odpar  m czyzna, marszcz c z zak opotaniem czo o. - Chcia em powiedzie ,  e wymy li em wymówk  i

wcze niej opu ci em sal  s dow .

Zapad  wkrótce w  pi czk , z której obudzi  si  tylko raz i to jedynie na krótko.

Przy tej okazji wydusili z niego,  e gdy zrozumiano, co si  sta o, i nie mo na by o zatrzyma  Praka, by przesta

mówi  prawd  w absolutnej i ostatecznej formie, opró niono sal . Nie tylko opró niono, lecz tak e zaplombowano,

zostawiaj c w niej samego Praka. Wokó  wzniesiono stalowe  ciany i dla pe nego bezpiecze stwa zainstalowano zasieki z

drutu kolczastego, p oty pod napi ciem, bagna z krokodylami i zebrano trzy du e armie, by nikt nigdy nie by  w stanie s ucha

tego, co mówi.

- Szkoda - stwierdzi  Artur. - Z ch ci  bym pos ucha , co ma do powiedzenia. Prawdopodobnie wiedzia by, jak brzmi

pasuj ce do ostatecznej odpowiedzi pytanie. Zawsze mnie lekko wkurza o,  e nigdy go nie odkryli my.

- Pomy l sobie jak  liczb  - poprosi  komputer. - Zupe nie dowoln .

Artur poda  komputerowi numer telefonu informacji kolejowej na stacji King’s Cross, uznaj c,  e musi by  jaki  sens

jego istnienia i mo e jest nim w

nie to,  e mo e go teraz poda .

Komputer wpisa  liczb  w naprawiony nap d niesko czonego nieprawdopodobie stwa.

W teorii wzgl dno ci materia nakazuje przestrzeni, jak ma si  zakrzywia , a przestrze  mówi materii, jak ma si

porusza . „Serce ze Z ota” kaza o si  przestrzeni zasup

 i wyl dowa o wewn trz stalowych  cian sali s dowej na

Argabutonie.

By o to surowe pomieszczenie, wielka, ciemna sala, przeznaczona wyra nie na cele s dowe, mniej za  - na przyk ad

- na cele rozrywkowe. Nigdy nikt by nie wpad  na pomys  zorganizowania tu prywatki - przynajmniej prywatki udanej. Wystrój

wn trza  wywo

by  u  go ci  melancholi .  Sufity  by y  wysokie,  wysklepione  i  bardzo  ciemne.  Kuli y  si   w  nich  z  gro nym

zdecydowaniem cienie. Boazerie na  cianach i mozaika na stole s dziowskim, okleiny masywnych kolumn - wszystko by o

zrobione z najciemniejszych i najbardziej kanciastych drzew straszliwego lasu Arglebardu. Masywne, czarne podium

sprawiedliwo ci, dominuj ce w  rodku sali, by o monstrum dostoje stwa. Gdyby jakiemu  promieniowi s

ca kiedykolwiek

uda o si  wkra  a  tak daleko do budynku, odwróci by si  o sto osiemdziesi t stopni i czym pr dzej wymkn  z powrotem.

Artur i Trillian weszli pierwsi, Ford i Zaphod odwa nie chronili ty y.

Z pocz tku sala wydawa a si  zupe nie ciemna i opuszczona. Kroki przybyszów odbija y si  echem w ca ym

pomieszczeniu. Wyda o im si  to dziwne. Zrobili testy skanningowe - wszystkie urz dzenia obronne wokó  budynku by y

sprawne i dzia

y. Dlatego te  uznali,  e mówienie prawdy jeszcze trwa.

Nic si  jednak nie dzia o.

Gdy ich oczy przyzwyczai y si  do ciemno ci, wypatrzyli w k cie ma y, czerwony,  arz cy si  punkcik, a za nim

ywy cie . Skierowali na niego  wiat a latarek.

Prak le

 rozwalony na  awce i oboj tnie pali  papierosa.

- Cze  - powiedzia  i jakby machn  r

. Jego g os odbi  si  echem po sali.

By  cz owieczkiem z potarganymi w osami. Siedzia  zgarbiony, g owa i kolana trz

y mu si  bez ustanku. Zaci gn

si  papierosem.

Wlepili w niego wzrok.

- Co jest grane? - zapyta a Trillian.

- Nic - odpar  Prak, wzruszaj c ramionami.

Artur za wieci  mu prosto w twarz.

- My leli my,  e ci gle jeszcze mówi pan prawd , sam  prawd  i tylko prawd .

- Ach, to... Tak, mówi em, jestem ju  jednak gotów. Nawet w przybli eniu nie istnieje tyle prawdy, ile ludzie sobie

wyobra aj . Niektóre rzeczy s  jednak do

mieszne...

Nagle na jakie  trzy sekundy wybuchn  szale czym  miechem. Gdy przerwa , usiad  i podrygiwa  dalej g ow  i

kolanami. Pali  papierosa z dziwnym pó

miechem.

background image

98

Ford i Zaphod wyszli z cienia i podeszli bli ej.

- Prosz  o tym opowiedzie  - zaproponowa  Ford.

-  Niczego  ju   nie  pami tam...  -  odpar   Prak.  -  Kiedy   mia em  zamiar  to  i  owo  zapisa ,  ale  najpierw  nie  mog em

znale  o ówka, potem pomy la em sobie: po co?

Nast pi o d

sze milczenie, w czasie którego czuli, jak wszech wiat powoli si  starzeje. Prak wpatrywa  si  w

wiat o latarek.

- Zupe nie niczego? - zapyta  w ko cu Artur. - Nie pami ta pan zupe nie niczego?

- Nie. Wiem jedynie,  e wi kszo  najlepszych kawa ków dotyczy a  ab.

Nagle znów zacz  rycze  ze  miechu i tupa .

- W niektóre kawa ki o  abach po prostu by cie nie uwierzyli! Wyjd my st d i poszukajmy jakiej

aby. Rany, b

je traktowa  zupe nie inaczej! - Skoczy  na równe nogi i wykona  kilka tanecznych kroków. Potem znów si  zatrzyma  i mocno

zaci gn   papierosem.  -  Poszukajmy   aby,  bym  móg   si   z  niej  po mia   -  powiedzia   po  prostu.  -  Tak  poza  tym,  to  kim

ciwie jeste cie?

- Przyjechali my ze wzgl du na pana - wyja ni a Trillian, nie ukrywaj c rozczarowania. - Nazywam si  Trillian.

Prak potrz sn  g ow .

- Ford Prefect - powiedzia  Ford Prefect i wzruszy  ramionami.

Prak potrz sn  g ow .

- A ja - powiedzia  Zaphod, gdy uzna ,  e milczenie jest wystarczaj co g bokie, by rzuci  tak istotne o wiadczenie -

jestem Zaphod Beeblebrox.

Prak potrz sn  g ow .

- A kim jest ten go ? - zapyta , wskazuj c trz

cym si  barkiem na Artura, który sta  milcz c, zatopiony w

rozczarowanych my lach.

- Ja? O... nazywam si  Artur Dent.

Prakowi oczy o ma o nie wyskoczy y z orbit.

-  Nie   artuj!  -  zawy .  -  Ty  jeste   Artur  Dent?  Ten  Artur  Dent?  -  Zatoczy   si  do  ty u,  z apa   za  brzuch  i  na  nowo

zacz o nim podrzuca  ze  miechu. - Cz owieku,  e te  akurat spotykam ciebie! Rany Julek! Jeste  naj... przy tobie  aby mog

si  schowa !

Wy  i tr bi  ze  miechu. Pad  na  awk . Rycza  i wrzeszcza , wstrz sany atakami histerii. P aka  ze  miechu,

wymachiwa  nogami w powietrzu, b bni  pi ciami po piersiach. Powoli uspokoi  si , ci ko oddychaj c. Spojrza  na

obecnych. Spojrza  na Artura. Wyj c ze  miechu, znów pad  na plecy. W ko cu zasn .

Artur sta  z dr cymi ustami, podczas gdy pozostali nie li nieprzytomnego Praka do statku.

-  Zanim  znale li my  Praka  -  mdwi   Artur  chcia em  was  opu ci .  Chc   tak  w  dalszym  ci gu  zrobi   i  my

,   e

powinno to nast pi  jak najszybciej.

Pozostali w milczeniu skin li g owami. Zrobili to w ciszy, zak ócanej jedynie mocno st umionym, oddalonym

odg osem histerycznego  miechu dochodz cego ze znajduj cej si  na drugim ko cu statku kabiny Praka.

-  Pytali my  go  -  ci gn   Artur  -  czy  raczej  wy cie  go  pytali,  bo  mnie,  jak  wiecie,  nie  wolno  si   do  niego  zbli

,

pytali cie go o wszystko, ale najwyra niej nie ma nic do powiedzenia. Jedynie niesk adne fragmenty o niczym i dowcipy o

abach, których nie chc  s ucha .

Pozostali próbowali utrzyma  powag .

- W ko cu jestem pierwszym, który lubi si  po mia  z dobrego dowcipu. - Artur musia  poczeka , a  przestan  si

mia . - Jestem pierwszy... - znów przerwa . Tym razem przerwa , by s ucha  ciszy. Rzeczywi cie nast pi a bardzo nagle.

Prak by  cicho. Od wielu dni  yli z jego szale czym, nieprzerwanym  miechem, nios cym si  po ca ym statku i

przerywanym jedynie krótkimi okresami, w których cicho chichota  lub spa . Dusza Artura paranoidalnie si  skurczy a. To nie

by a cisza snu. Odezwa  si  brz czyk. Rzut oka na tablic  kontroln  poinformowa ,  e to Prak go uruchomi .

- Nie jest z nim dobrze - spokojnie powiedzia a Trillian. - Ten nieustaj cy  miech doprowadza go do kompletnej

background image

99

ruiny.

Wargi Artura zadr

y, nic jednak nie powiedzia .

- Lepiej chod my do niego - zaproponowa a Trillian.

Wysz a z kabiny Praka z powa nym wyrazem twarzy.

- Chce, by  do niego wszed  - zwróci a si  do Artura, który na

 na twarz mask  zaciskaj cego usta mruka. W

ce g boko do kieszeni szlafroka i próbowa  powiedzie  co , co nie zabrzmia oby prostacko. Do  okropne, ale nic takiego

nie wpad o mu do g owy.

- Prosz  - powiedzia a Trillian.

Artur wzruszy  ramionami i wszed , nie zdejmuj c z twarzy mrukliwej i w skoustnej maski, mimo wra enia, jakie

zawsze robi a na Praku. Spojrza  na swego dr czyciela, który, szary i wycie czony, le

 cicho na 

ku. Jego oddech by

bardzo p ytki. Ford i Zaphod stali przy 

ku i patrzyli z zak opotaniem.

- Chcia

 mnie o co  zapyta  - powiedzia  Prak s abym g osem i odkaszln .

Ju  samo kaszlni cie spowodowa o,  e Artur zesztywnia , przesz o mu jednak i nieco si  uspokoi .

- Sk d wiesz? - zapyta .

Prak s abo wzruszy  ramionami.

- Bo to prawda - odpar  po prostu.

Artur wykorzysta  okazj .

- Tak - powiedzia  w ko cu do  afektowanie - rzeczywi cie mia em pytanie. To znaczy, raczej mam odpowied  i

chcia em wiedzie , jak brzmi pytanie.

Prak sk oni  g ow  ze wspó czuciem i Artur nieco si  rozlu ni .

- To... no to, d uga historia - zaczaj - ale pytanie, które chcia bym pozna , to wielkie pytanie o  ycie, wszech wiat i

ca  reszt . Wiemy jedynie,  e odpowied  brzmi „Czterdzie ci dwa”, a to do  ma o.

Prak znów skin  g ow .

- Czterdzie ci dwa. Zgadza si .

Zrobi  przerw . Cienie my li i wspomnie  przemyka y mu przez twarz jak cienie chmur nad polami.

- Obawiam si ,  e pytanie i odpowied  wzajemnie si  wykluczaj  - powiedzia  w ko cu. - Znajomo  jednego

wyklucza logicznie znajomo  drugiego. Jest niemo liwo ci , by kiedykolwiek pozna  jedno i drugie w tym samym

wszech wiecie.

Znów zrobi  przerw . Na twarz Artura wkrad o si  rozczarowanie i wygodnie rozpar o na zwyk ym miejscu.

- Je li jednak - ci gn  Prak, staraj c si  uporz dkowa  my li - mimo wszystko tak si  stanie, to pytanie i odpowied

zlikwiduj  si  nawzajem i zabior  z sob  wszech wiat, który zostanie zast piony czym  znacznie dziwaczniejszym i jeszcze

bardziej  pozbawionym  sensu.  Mo liwe,   e  ju   dawno  tak  si   sta o  -  doda ,  s abo  si   u miechaj c  -  ale  nie  ma  co  do  tego

pewno ci.

Przez jego cia o przebieg  s aby chichot.

Artur usiad  na sto ku.

- Trudno - powiedzia  z rezygnacj  - po prostu mia em nadziej ,  e istnieje co  na kszta t powodu,  e ca y ten interes

istnieje.

- Znasz histori  o powodzie? - zapyta  Prak.

Artur przyzna ,  e nie, Prak za  doda ,  e wie o tym i wobec tego opowiedzia  histori .

- Pewnej nocy - zacz  - na niebie planety, która jeszcze nigdy czego  takiego nie widzia a, pojawi  si  pewien statek

kosmiczny. Planeta zwa a si  Dalforsas, a statek kosmiczny to w

nie ten, którym lecimy. Pojawi  si  jako  wiec ca nowa

gwiazda, p yn ca powoli po niebie. Prymitywni tubylcy, siedz cy na zimnych wzgórzach, spojrzeli znad swych paruj cych

nocnych napojów, wskazali dr cymi palcami w gór  i przysi gli,  e ujrzeli znak, znak od bogów, by powstali, poszli i zat ukli

ych ksi

t równiny.

background image

100

Ksi

ta równiny spogl dali w gór  z wysokich wie  swych pa aców, zobaczyli  wiec

 gwiazd  i zrozumieli j

jako jednoznaczny znak od bogów, by wyruszy  i spa  na przekl tych tubylców z zimnych wzgórz.

Po rodku w niebo spogl dali mieszka cy lasu, ujrzeli znak nowej gwiazdy i patrzyli na ni  ze strachem i dr eniem,

gdy  mimo i  nigdy nic takiego nie widzieli, dok adnie wiedzieli, co przepowiada , i z rozpacz  zwiesili g owy.

Wiedzieli,  e znakiem by o, gdy pada  deszcz.

Znakiem by o, gdy przestawa  pada  deszcz.

Znakiem by o, gdy zrywa  si  wiatr.

Znakiem by o, gdy wiatr si  uspokaja .

Znakiem by o, je li przy pe ni ksi yca o pó nocy rodzi a si  koza z trzema g owami.

Jako znak traktowane by o te  cz sto, je li po po udniu rodzi  si  bez komplikacji zupe nie zdrowy kot,  winia czy

dziecko z zadartym nosem.

Tak wi c nie by o  adnej w tpliwo ci,  e nowa gwiazda na niebie musi by  ca kiem szczególnym znakiem.

Ka dy nowy znak oznacza  za  to samo -  e ksi

ta równiny i tubylcy z zimnych wzgórz za chwil  znów uderz  na

siebie jak szaleni.

Nie by oby to takie straszne, gdyby ksi

ta równiny i tubylcy z zimnych wzgórz na miejsce szalonego uderzenia na

siebie nie wybierali zawsze lasu, gdy  najgorzej wychodzili na tym jego mieszka cy, mimo  e nie mieli nic wspólnego z

wojnami obu przeciwników.

Par  razy, po kilku najgorszych rozróbach, mieszka cy lasu wysy ali pos a albo do wodza ksi

t równiny, albo do

wodza tubylców z zimnych wzgórz z  daniem, by podano im powód niezno nego zachowania. Wódz za  (wszystko jedno,

który akurat) bra  pos a na stron  i powoli, dok adnie, zwracaj c uwag  na wa ne szczegó y, szeroko wyja nia  powód.

Najstraszniejsze by o to,  e powód by  bardzo dobry. By  bardzo jasny, bardzo rozs dny i realistyczny. Pose  zawsze

zwiesza  wtedy g ow , smutnia  i czu  si  g upio,  e nie rozumia , jak niesentymentalny i skomplikowany jest prawdziwy  wiat

i na jakie trudno ci i sprzeczno ci trzeba by  przygotowanym, je li chce si  w nim 

.

„Rozumiesz teraz?” - pyta  wtedy wódz.

Pose  milcz co kiwa  g ow .

„I rozumiesz,  e bitwy musz  si  odbywa ?”

Znów nast powa o milcz ce skinienie g ow .

„Rozumiesz te , dlaczego musz  odbywa  si  w lesie, a interes wszystkich, z mieszka cami lasu w cznie, jest w

tym, by tak zosta o?”

„Eee...”

„W perspektywie d ugoterminowej”.

„Eee, tak.”

Powód stawa  si  dla pos a jasny i wys annik wraca  do swych ludzi w lesie. Gdy dochodzi  do domu, odkrywa ,  e w

zasadzie nie pami ta z wyja nienia nic poza tym,  e powód wydawa  mu si  szalenie przekonywaj cy. Jak jednak brzmia , tego

zupe nie nie by  sobie w stanie przypomnie .

By o to oczywi cie bardzo wygodne, gdy tubylcy i ksi

ta nast pny raz przebijali i wypalali sobie drog  przez las i

zabijali ka dego jego mieszka ca, na którego si  natkn li.

Prak przerwa  opowie  i patetycznie zakas

.

- To ja by em pos em po bitwach, które zosta y wywo ane pojawieniem si  waszego statku, a by y szczególnie

okrutne. Wielu naszych zgin o. Pomy la em,  e b

 w stanie donie  powód do mej wioski. Przeszed em si  wi c i wódz

ksi

t mi go poda , lecz w drodze powrotnej powód umkn  i rozp yn  si  w mej g owie jak  nieg na s

cu. By o to wiele lat

temu i od tego czasu wiele si  wydarzy o.

Spojrza  na Artura i znów cichutko zachichota .

- Istnieje jeszcze co , co pami tam z okresu dzia ania narkotyku prawdy, oczywi cie poza  abami. Jest to ostatnia

background image

101

wiadomo  od Boga do Jego stworzenia. Chcecie j  us ysze ?

Przez chwil  nie wiedzieli, czy maj  go traktowa  powa nie.

- Nie wyg upiam si  - powiedzia . - Naprawd . Nie  artuj .

Pier  Praka unosi a si  s abo, walczy  o powietrze. Lekko dr

a mu g owa.

- Gdy us ysza em j  po raz pierwszy, nie zrobi a na mnie wielkiego wra enia, gdy sobie teraz jednak my

, jakie

wra enie zrobi  na mnie przedstawiony przez ksi cia powód i jak szybko go zapomnia em, to my

 sobie,  e ta wiadomo  od

Boga mo e si  w ko cu okaza  sensowniejsza. Chcieliby cie j  pozna ? Co?

W milczeniu skin li g owami.

- Od razu tak pomy la em. Je li rzeczywi cie was tak interesuje, to proponuj , by cie ruszyli i jej poszukali. Jest

napisana dziesi ciometrowymi ognistymi literami na szczytach gór Quentulus Quazgar w krainie Sevorbeupstry na planecie

Preliumtarn, trzeciej, patrz c od s

ca Zarss w sektorze galaktycznym OO7 Aktiv J Gamma. Jest chroniona przez lajestyczn

pow ok  verntrow  z Lob.

Po tym o wiadczeniu nast pi o d ugie milczenie, które w ko cu przerwa  Artur.

- Przepraszam, gdzie? - zapyta .

- Jest napisana - powtórzy  Prak - dziesi ciometrowymi ognistymi literami na szczytach gór Quentulus Quazgar w

krainie Sevorbeupstry na planecie Preliumtarn, trzeciej, patrz c od...

- Przepraszam - przerwa  Artur. - Jakich gór?

- Quentulus Quazgar w krainie Sevorbeupstry na planecie...

- Jakiej krainie? Nie us ysza em dok adnie.

- Sevorbeupstry na planecie...

- Sevor... co?

- Rany boskie, cz owieku... - westchn  Prak i umar  ze z

ci.

W nast pnych dniach Artur my la  troch  o tej wiadomo ci, potem jednak postanowi ,  e nie pozwoli, by wybi a go z

rytmu, i trwa  przy pierwotnym planie poszukania jakiej  mi ej planety, na której móg by osi

 i prowadzi  ciche, samotne

ycie. Uzna ,  e po tym, jak w ci gu jednego dnia dwa razy uratowa  wszech wiat, mo e teraz podchodzi  do wszystkiego na

wi kszym luzie.

Wysadzili go na planecie Krikkit, która znów sta a si  idyllicznym pasterskim  wiatem, nawet je li piosenki czasami

dzia

y Arturowi na nerwy.

Sp dza  du o czasu na lataniu.

Nauczy  si  porozumiewa  z ptakami i odkry ,  e ich rozmowy s  niewiarygodnie nudne. Wszystkie dotyczy y

szybko ci wiatru, rozpi to ci skrzyde , relacji mi dzy si  a ci arem i w du ej mierze jagód. Artur odkry ,  e gdy cz owiek

nauczy si  mowy ptako’w, dochodzi niestety bardzo szybko do wniosku,  e powietrze wype nione jest prostack  ptasi

paplanin . Nie mo na od niej uciec.

Z  tego  powodu  Artur  zrezygnowa   z  latania,  nauczy   si

  na  twardym  gruncie  i  lubi   go  mimo  mno’stwa

prostackiej paplaniny, jak  s ysza  tak e tutaj.

Pewnego dnia spacerowa  po polach i nuci  pod nosem piosenk , któr  niedawno us ysza , gdy nagle sp yn  z nieba

srebrny statek kosmiczny. Wyl dowa  tu  przed nim.

Otworzy  si  luk, wysun  trap, ze  rodka wyszed  i zacz  i  w jego kierunku wysoki, szarozielony Obcy.

-  Artur  Filip...  -  odezwa   si   Obcy,  spojrza   ostro  na  Artura  i  rzuci   okiem  w  notatnik  w  d oni.  Zmarszczy   czo o.

Potem znów spojrza  na Artura.

- Ju  ci  raz mia em, nie?