background image

Seria 
Lektury reportera 
 

KAŻDY ZROBIŁ,CO TRZEBA 

 
Bożena Aksamit 
Katarzyna Kokowska 
Ewa Orczykowska 
Oliwia Piotrowska 
Ewa Wołkanowska 
Honorata Zapaśnik 
 
Wydawnictwo Dobra Literatura 
Słupsk 2011 
Seria: Lektury reportera przygotowana we współpracy z serwisem 
www.lekturyreportera.pl 
Redakcja i korekta: Olga Gorczyca-Popławska 
Opracowanie graficzne i łamanie: Monika Pest 
Projekt okładki: Beniamin Fedorowicz 
Prawa autorskie do zamieszczonych w zbiorze tekstów Bożeny 
Aksamit należą do Agory, wydawcy „Gazety Wyborczej", 
gdzie te teksty były wcześniej publikowane. 
© Wydawnictwo Dobra Literatura 
Słupsk 2011 
ISBN: 978-83-930559-6-8 
Wszelkie prawa zastrzeżone 
All rights reserved 
Książka ani żadna jej część nie mogą być publikowane 
ani w jakikolwiek inny sposób powielane w formie elektronicznej 
oraz mechanicznej bez zgody wydawcy. 
WYDAWNICTWO DOBRA LITERATURA 
e-mail: wydawnictwo@dobraliteratura.pl 
www.dobraliteratura.pl 
Druk i oprawa: 
Opolgraf SA. Opole      opolgraf 
www.opolgraf.com.pl 
Wstęp 
Czym jest spełnienie? Słuchaj, jeśli niczego nie chcesz, nic nie 
musisz mieć. Szczęście nie polega na tym, co mam. Szczęście 
polega na tym, czy jestem zadowolony z tego, co już mam. 
Chodzi o życie w zgodzie z przeznaczeniem. 
„Lektury reportera" to seria, na którą będą się składać książki 
reportażowe, czyli takie, które opowiadają o prawdziwych 
ludziach i wydarzeniach. Kolejne pozycje będą bądź zbiorami 
reportaży wielu autorów, bądź też dziełem jednego repor- 
tera. Planujemy wydanie książek podejmujących różnorodną 
tematykę - będziemy podróżować po świecie, podglądać 
fascynujących ludzi, poznawać nieznane zwyczaje i odkrywać 
nowe emocje. A wszystko to w poszukiwaniu tego, co ważne - 
w nas samych i w naszym otoczeniu. Tego, co najważniejsze 

background image

w życiu każdego człowieka, w każdym miejscu świata. 
„Lektury reportera" rozpoczynamy tomem „Każdy zrobił, 
co trzeba" jako spojrzeniem na naszą ojczyznę. 
Dlaczego podjęliśmy się tego zadania i zebraliśmy te wszyst- 
kie historie? Czy to, co dzieje się za ścianą, u naszego sąsiada, 
może być intrygujące? Czy jednak to tylko rodzaj wścibskiego 
podglądactwa, które nie wniesie w nasze życie niczego no- 

wego? Według nas warto poznać tych, obok których codzien- 
nie przechodzimy, czasami nawet ich nie zauważając. Warto 
dowiedzieć się, dlaczego niezwykle uzdolniona młoda kobieta 
chorująca na wrodzoną łamliwość kości woli żyć w Meksyku 
niż w swoim ojczystym kraju, i warto przy tym zdać sobie 
sprawę, że jej historia jest w większym stopniu opowieścią 
o Polsce niż o państwie Azteków. Warto czytać o ludziach 
z pasją, którzy nie tylko biorą, lecz także wnoszą coś od siebie 
do otaczającej nas rzeczywistości: o poetach, aktorach, twór- 
cach teatralnych, muzykach, poszukiwaczach prawdy i wiary. 
Warto poznać motywy, którymi kierują się mieszkańcy Azji 
czy Ameryki, podejmując decyzję o zamieszkaniu w naszym 
kraju. Warto również spojrzeć na Polskę ich oczami - oczami 
nielegalnych Wietnamczyków i amiszów z USA. 
Z drugiej strony warto poznać uczucia, emocje i przemy- 
ślenia tych, których poplątane życiowe losy i niejednokrotnie 
tragiczne decyzje kwitowane są zwykle krótkimi wzmiankami 
w codziennej prasie: „Zabił swoje dziecko i popełnił samobój- 
stwo", „Żona przez kilkanaście lat dręczyła męża", „Niewinna 
ofiara policyjnego pobicia szuka sprawiedliwości w sądzie", 
„Szantażowana kochanka nie wytrzymała presji"... W naszej 
książce znalazło się miejsce również dla nich. 
Sześć autorek, których reportaże publikujemy w tym to- 
mie - Bożena Aksamit, Katarzyna Kokowska, Ewa Orczy- 
kowska, Oliwia Piotrowska, Ewa Wołkanowska i Honorata 
Zapaśnik - wyszło ze swoich domów i przeszło się ulicami 
polskich miast w poszukiwaniu ludzi, którzy tworzą naszą 
współczesność. 
Kogo spotkały na swojej drodze, kogo wysłuchały i opi- 
sały? Warszawskich trzydziestolatków zafascynowanych mu- 
zyką ludową, nieszczęśliwych rodziców borykających się 

z problemem alkoholowym, niepełnosprawnych aktorów 
teatralnych, cygańskiego wychowanka domu dziecka, ame- 
rykańskich amiszów z Mazowsza, żony znęcające się nad 
swoimi mężami, samotną staruszkę z klatki obok, twórcę 
niezwykłego łódzkiego studia teatralnego, Wietnamczyków 
nielegalnie przebywających w Polsce, ofiary policyjnych pobić, 
kresowiankę z pokolenia Kolumbów, nieuleczalnie chorą, 
władającą sześcioma językami mieszkankę Meksyku, muzyka 
folkowego - wyznawcę neopogaństwa, szantażystów i szan- 
tażowanych. I wreszcie poetę zarabiającego na życie pracą 

background image

w piekarni, który pisze o sobie: 
Dostrzegam nagle siebie 
Któremu serce może wyskoczyć poza życie 
Kim więc mogę zostać? 
Reportaże zebrane w „Każdy zrobił, co trzeba" są w większo- 
ści utworami publikowanymi w takiej formie po raz pierwszy, 
a zostały dobrane tak, aby ukazać jak najszersze spojrzenie 
na naszą współczesną rzeczywistość. Są różnorodne - tak 
jak różnorodne są ich autorki. Niektóre z nich to doświad- 
czone dziennikarki publikujące w tak znanych tytułach, jak 
„Gazeta Wyborcza", „Zwierciadło" czy „Duży Format". Inne 
zaczynały jakiś czas temu jako dziennikarki amatorki, pisząc 
dla różnorodnych portali internetowych, w tym również dla 
serwisów dziennikarstwa obywatelskiego (Wiadomosci24.pl, 
doorg.info), a teraz są stałymi współpracowniczkami naj- 
poczytniejszych polskich gazet. Wśród naszych reporterek 
można znaleźć także redaktorkę magazynu emigracyjnego 
i kierownika wydawniczego ogólnopolskiej sieci miejskich 
serwisów informacyjno-społecznościowych. Są tu również 
obecne autorki współtworzące serwis „Lektury reportera", 

który współpracuje z Wydawnictwem Dobra Literatura przy 
wydaniu serii. 
Przeczytajcie ich opowieści, rozejrzyjcie się dokoła siebie, 
popatrzcie uważnie i zastanówcie się wspólnie z nami, czy 
na pewno każdy zrobił, co trzeba... 
Maciej Lewandowski 
Szef serwisu „Lektury reportera" 
Mówię Ci, świat jest głupi 
Ewa Wołkanowska 
Fascynują, bo żyją w domu w lesie, mają siedmioro dzieci 
i czas. Sami pieką chleb, razem się modlą, nie uznają szkoły. 
On ma brodę, ona zawsze nosi spódnice do kostek i chustę 
na głowie. Chcą mieć więcej ziemi i więcej dzieci. Mówi się 
o nich, że są amiszami. 
Do Cezarowa, gdzie mieszkają, przyjeżdżają ludzie z ca- 
łej Polski. Patrzą, kiwają głowami, uśmiechają się do dzieci. 
Potem opowiadają lub piszą. Że mieszkają w lesie, że mają 
siedmioro dzieci i czas. Że sami pieką chleb i rzadko bywają 
w sklepie. Dziwni są, egzotyczni. On, choć młody, nosi brodę, 
ona... I tak dalej. 
- Mieszkasz w Warszawie? Tam nie da się żyć - mówi 
Jacob Martin. - Warszawianie nie umieją właściwie wykorzy- 
stywać czasu. Twierdzą, że czas to pieniądz, a to nieprawda. 
Nie mają czasu, bo gonią za pieniądzem, który utożsamiają 
ze szczęściem. Kiedyś ludzie wieczorami siadywali na ław- 
kach przed swoimi domami i gadali ze sobą o wszystkim. 
Teraz mają czas tylko na to, by siedzieć przed telewizorem! 
Oglądają złe wiadomości, wpadają w depresję, idą do psy- 
chologa. Tam przez godzinę gadają - są chorzy, więc mają 

background image

na to czas! - i w końcu płacą za to 100 złotych. A przecież 

wystarczy rozmowa z sąsiadem, by przywrócić w sobie rów- 
nowagę psychiczną. 
Po chwili namysłu dodaje: - Zresztą tu na wsi jest nieco 
podobnie. Ludzie nie chcą współpracować. Każdy koniecznie 
musi mieć własny ciągnik... Siadaj i słuchaj, co ci powiem: 
świat jest głupi. 
Amisz na sposób polski 
Anita i Jacob Martinowie (ona ma 43 lata, on - 41) pochodzą 
z wielodzietnych rodzin amiszowskich z Pensylwanii. Wła- 
śnie w tej części Stanów Zjednoczonych znajdują się najwięk- 
sze skupiska amiszów, czyli wspólnoty chrześcijan powstałej 
z rozłamu kościoła mennonickiego w xvii wieku. Szacuje się, 
że obecnie jest ich ok. 200 tysięcy. Amisze rygorystycznie 
przestrzegają norm obyczajowych. Ci najbardziej ortodok- 
syjni nie używają telefonów i sprzętu AGD i przemieszczają 
się bryczkami zaprzęgniętymi w parę koni. 
Siedemnaście lat temu kilka amiszowskich rodzin przyje- 
chało do Polski na misję. Byli to przedstawiciele postępowych 
zborów, które dopuszczają posiadanie w domach elektrycz- 
ności czy prowadzenie samochodu. Właśnie w Cezarowie 
pod Mińskiem Mazowieckim miała powstać ich osada. 
Niestety projekt upadł po trzech latach. Wszyscy prócz Mar- 
tinów wrócili do Stanów. Oni postanowili zostać. Ich rodziny 
nie zaakceptowały tej decyzji, a wspólnota amiszowska się 
ich wyrzekła. Odkąd są w Polsce sami, nie odwiedził ich 
żaden z krewnych. Jeśli dziadkowie chcą zobaczyć wnuki, 
opłacają podróż całej rodziny Martinów: rodzice Anity - 
do Indiany, a Jacoba - do Tenesity. Nigdy nie pogodzili się 
z tym, że ich dzieci zostały w Cezarowie pomimo fiaska 
10 
misji amiszowskich w Polsce, i od lat namawiają Martinów 
do powrotu. 
-  Ten projekt nie miał szans. Amerykańskie misje po 
prostu nie mogą się udać na terenie Europy, bo tu ludzie 
mają inną mentalność. Co my możemy powiedzieć Polakom? 
Że nasza religia ma 400 lat tradycji? Przecież oni odrzekną: 
a my mamy swoje 2000! Może gdyby przyjechało tu 20 ro- 
dzin amiszowskich, które mieszkałyby razem, coś by z tego 
wyszło. Przyrost amiszów jest prawie w 100% naturalny, oni 
nawet w Ameryce nie potrafią przekonać ludzi do swojego 
sposobu życia, a co dopiero w Polsce?... - mówi Jacob. Zbory, 
które kilkanaście lat temu wysłały Martinów do Polski, już 
nie istnieją, podzieliły się na inne. - Nie mógłbym należeć do 
tych zborów. Zezłościli się, gdy powiedziałem, że równie do- 
brze mogę teraz pójść do kościoła katolickiego. Są wspólnoty, 
z których Pan Jezus po cichu wychodzi i już nie wraca. 
W niedziele jeżdżą do Warszawy na nabożeństwa do ko- 
ścioła zielonoświątkowego, ale nie czują się zielonoświątkow- 

background image

cami. Amiszami już zresztą też nie. 
-  Jesteśmy chrześcijanami - mówią. - Mamy prąd, samo- 
chód, komórkę. Zresztą, proszę zobaczyć! - Anita otwiera 
szafkę, w której stoi komputer, i wybucha śmiechem. - Wła- 
śnie tacy z nas amisze. To jest wprawdzie w połowie komputer, 
a w połowie żółw, ale jednak... 
-  Żyjemy w świecie, który się zmienia, musimy się do tego 
ustosunkować - dodaje Jacob. - Nie ma lepszego narzędzia 
do pisania niż komputer. Jest niezastąpiony. Automatycznie 
poprawia błędy, a poza tym pisząc, można wycinać fragmenty 
tekstu, przestawiać miejscami... - mówi. 
Rodzina Jacoba mieszkająca w stanie Indiana regular- 
nie wysyła Martinom gazety i czasopisma wydawane przez 
11 
społeczności amiszowskie. Istnieją wyłącznie w wersji pa- 
pierowej. 
-  Nie wiem, jak oni to wydają, przecież prawdziwi amisze 
nie używają komputerów. Wiem, że dawniej drukowali na 
ręcznych prasach. A teraz? Może po prostu oddają swoje 
rękopisy do drukarni? - zastanawia się. 
W nosie mam ekologię 
Żyją tak jak większość osób na wsi, a na pewno w okolicy: 
dom, ogród, zwierzęta. Polska normalność. Pracują głów- 
nie w swoim gospodarstwie, więc najważniejsza jest ziemia. 
Zresztą właśnie dlatego osiedlili się w lesie, gdzie po obfitych 
opadach deszczu i większej śnieżycy nie da się dojechać. Ta- 
nio było, a gdy nie trzeba wyjeżdżać z domu, to polna droga 
i trzęsawiska nie stanowią problemu. Grunt to uporać się 
z ziemią, z tym 1,5 hektara. Nie mają płotów, bo te tylko po- 
tęgują strach przed nieznanym. Przy gospodarstwie pracuje 
cała dziewięcioosobowa rodzina. Chłopcy z ojcem wykonują 
trudniejsze czynności, dziewczynki z matką - te uznawane 
za lekkie i kobiece. 
Piętrowy dom cały pokryty zieloną blachą Jacob zaczął bu- 
dować w 1999 roku. Za podłączenie prądu musieliby wtedy 
zapłacić 24 tysiące złotych. Mieli więc wybór: prąd lub dach. 
Wybrali dach i przez kilka lat żyli bez elektryczności. Potem 
podłączenie kosztowało już tylko tysiąc. 
Dom Martinów raczej nie jest ładny, ale funkcjonalny aż 
do bólu. 
-  Nie o piękno chodzi - mówią zgodnie. 
Buty zdejmuje się w ciemnym przedsionku i od razu wcho- 
dzi do dużej kuchni, która jest też jadalnią i salonem. Po- 
12 
środku stoją stół i krzesła, pod oknem - kanapa i fotele. Dzieci 
śpią na piętrze, rodzice na parterze. Drzwi do obu sypialni są 
w nocy otwarte, bo piec stoi na dole. Z przedsionka można też 
wejść do niewielkiej obory, w której razem mieszkają krowy 
i kilkadziesiąt kur - widok przypomina wyobrażenie arki 
Noego lub raju. 

background image

Rodzina Martinów żywi się tym, co wyhoduje. Anita 
sama piecze chleb. W sklepie bywają niezmiernie rzadko. 
Kupują tylko proszek do pieczenia, sodę, sól, cukier i środki 
czystości. Sprawami kuchennymi zarządza Anita. Uczy też 
tego swoje córki. 
- Ekologiczne gospodarstwo? W nosie mam ekologię. 
To głupota, bo ludzie, którzy nawołują, by żyć ekologicz- 
nie, w ogóle nie myślą o tym, co naprawdę jest dobre. Oni 
rozumują w kategoriach: nie będziemy „to", nie będziemy 
„tamto". A ja powiem tak: żeby być ekologicznym, trzeba 
jeździć koniem i dorożką, bo samochód składa się z metalu, 
wydziela spaliny, hałasuje. Trzeba się pozbyć komputera, bo 
jest zbudowany ze związków niebezpiecznych dla zdrowia. 
Zobaczysz, taki ekolog od razu czmychnie. Słuchaj, Bóg 
stworzył świat, żeby działał w określony sposób. Jeśli naru- 
szymy równowagę, którą On wprowadził, będziemy mieli 
kłopot. To proste! Mojżesz 4 tysiące lat temu dowiedział 
się poprzez objawienie, że trzeba być czystym. A człowiek 
współczesny dopiero teraz ekscytuje się, że wszystko trzeba 
dokładnie myć - mówi. 
Wykształceni na męża i żonę 
Chodzili ze sobą 5 miesięcy. Gdy się pobierali - ich zdaniem 
bardzo późno - Jacob miał 24 lata, a Anita 26. Ruben, ich 
13 
pierwszy syn, urodził się rok po ślubie. W Polsce, tak jak 
reszta dzieci. Ruben ma dziś 15 lat, dwie siostry: Zosię i Ilonę 
oraz czterech braci: Joshuę, Waldemara, Krzysztofa i Stefana. 
Najmłodsze dziecko liczy pięć lat. 
-  Kto wie, może nie będę mogła mieć ich więcej ? - zamyśla 
się Anita. - Dziwnie się czuję, nie mając przy sobie małego 
dziecka. 
Zosia i Ilona noszą spódnice do kolan i chusty - jak 
mama. Chłopcy często chodzą w spodniach z szelkami. 
Dzieci Martinów nie uczęszczają do szkoły, więc na co 
dzień mają tylko siebie. Z podręczników wydanych przez 
amiszów Anita uczy je codziennie geografii, matematyki, 
historii, religii. Zasada jest prosta: dowiedzieć się tyle, ile 
później przyda się w życiu, bo tylko wtedy nauka ma sens. 
Jeśli Anita czegoś nie wie, prosi o pomoc męża - on więcej 
czyta. Lekcje odbywają się w języku angielskim. Polskiego 
dzieci nauczyły się same. 
Co będzie, gdy dorosną? Czy zostaną w Polsce? Będą żyć 
tak jak rodzice czy pójdą inną drogą? 
-  Bóg je poprowadzi - mówi Jacob. - Amisze są przeciw- 
nikami studiowania. Ja nie. Uważam jednak, że większość 
osób idzie na studia z głupoty. Wykształcenie nie zawsze jest 
potrzebne. Sama powiedz, jakiego wykształcenia potrzeba, by 
być matką i żoną w domu? Albo ojcem i mężem? Większość 
zawodów, nawet dobrze płatnych, nie przynosi człowiekowi 
żadnego pożytku. Nie jesteśmy stworzeni, by być prawnikami, 

background image

księgowymi lub pisarzami. Czemu? Prawnik to zawód oparty 
na kłamstwie. Księgowy - zawód tylko potwierdzający, że 
świat jest zwariowany. A pisarz? Tu w ogóle brak mi słów. 
Jednak gdyby moje dzieci chciały się kształcić na lekarzy, 
pomagałbym im. 
14 
Czego może chcieć Bóg 
Jacob nie ma stałej pracy. Podczas dorywczych zajęć na bu- 
dowie czy w stolarni zarabia kilkaset złotych miesięcznie. Ze 
sprzedaży jajek dochodzi ok. 200 złotych. To im wystarcza. 
-  Ludzie gonią za rzeczami, które wydają im się piękne - 
mówi Jacob. - Trwonią wiele pieniędzy, bo coś im się po 
prostu podoba. Weźmy telewizor. Po co komu telewizor? Co 
mnie obchodzi, co się dzieje w Chinach? Nawet jeśli było tam 
trzęsienie ziemi i oni wszyscy zginą, to co ja mogę zmienić? 
Ludzie lubią też podróżować, ale to przecież takie męczące. 
Po powrocie od rodziny zawsze jesteśmy bardzo zmęczeni, 
dzieci niecierpliwią się, chcą być już w domu. Podróżnikowi 
powiedziałbym: „Po co ty tam komu potrzebny na drugim 
końcu świata?". Słuchaj, są trzy rzeczy potrzebne w życiu: 
jedzenie, ubranie i dom. Jednak ludzie gnają za tym, czego 
nie potrzebują. Przez cały rok ciężko pracują, aby mieć dwa 
tygodnie urlopu i wydać wszystkie oszczędności. Zamiast 
zastanowić się nad tym, czego chce Bóg, ludzie robią to, co 
chcą, i myślą, że to da im szczęście. 
-  Jak się dowiedzieć, czego chce Bóg? - dopytuję. 
-  Na podstawie Pisma Świętego i obserwowania natury 
ludzkiej. Człowiek został stworzony jako mężczyzna i kobieta, 
więc wolą Bożą jest, żeby każda kobieta miała męża, a każdy 
mężczyzna miał żonę. Z ich związku pojawiają się dzieci. 
A dziecko to nie kura, która rośnie w ciągu roku. Dziecko 
przez dwadzieścia lat życia potrzebuje opieki rodziców, co 
oznacza, że małżeństwo musi być trwałe. Większość młodych 
ludzi próbuje przebyć tę drogę na skróty. Chcą iść na studia, 
zarabiać pieniądze, robić karierę. Powinni natomiast założyć 
rodzinę i wychować dzieci. Jeśli to się uda, za dwadzieścia lat 
15 
Bóg będzie miał dla nich kolejne zadania. - Jacob siedzi na 
kanapie pod oknem i mówi, patrząc przed siebie. Dzieci bawią 
się obok, ale są cicho. Przysłuchują się rozmowie. 
-  Ale są też tacy, którzy nie mogą znaleźć, że się tak wyrażę, 
odpowiedniego partnera - drążę temat. 
Jacob uśmiecha się z pobłażaniem. 
-  Ludzie samotni nie szukają tego, co trzeba. Należy zadać 
sobie pytanie, czy jestem gotowy służyć. Jestem stworzony do 
życia dla kogoś, a nie dla siebie. Teraz ludzie szukają odpo- 
wiednich partnerów, zamiast starać się, by być odpowiednimi 
partnerami. 
Życie bez KRUS-u i ZUS-u 
Cała rodzina nie ma ubezpieczenia zdrowotnego. 

background image

-  Nie jestem głupi, aby płacić za ubezpieczenie - mówi 
Jacob. - Nie chodzimy do lekarza, bo nie chorujemy. Na KRUS 
wydawałbym ok. 300 złotych na kwartał, czyli za dwa lata 
2,4 tysiąca złotych. Poród żony w szpitalu kosztuje 2 tysiące. 
Po co mi ubezpieczenie? 
-  Mało tego, że płacisz, to jeszcze musisz czekać w pół- 
kilometrowej kolejce. A do ginekologa to by się czekało z mie- 
siąc - obrusza się Anita. Chciała rodzić w domu, ale żadna 
położna nie zgodziła się przyjść, a do pomocy nie miała ani 
jednej kobiety. Został więc szpital. 
W domu Martinów panuje też zasada: można chorować. 
Bo mają na to czas. 
-  Zamiarem Boga było, aby ludzie żyli inaczej. Tak, by 
mama mogła zostać w domu z chorym dzieckiem, a nie gnała 
do pracy i wracała z wszystkimi możliwymi zarazkami. Jeśli 
nasze dziecko choruje, to niech choruje! Organizm przyzwy- 
16 
czai się do walki i później będzie lepiej - mówi Jacob. Ma 
dziesięcioro rodzeństwa, więc gdy na grypę zachorowało 
jedno, po chwili chorowała cała jedenastka. Antybiotyk zażył 
po raz pierwszy w wieku 15 lat, swoim dzieciom też go nie 
daje. Potocznie nazywa go trucizną. Lekarzy unikają. 
-  Większość lekarstw składa się z wyciągów ziołowych - 
mówi Anita. - Ostatnio kupiliśmy dla dzieci encyklopedię 
roślin leczniczych, a tam jasnota. Ta sama, która rośnie u nas 
na polu i której przez rok chcieliśmy się pozbyć! Wcześniej 
kupowałam ją w sklepie zielarskim, bo nie wiedziałam, jak 
wygląda. Tak samo jest z innymi roślinami. 
Jacob dodaje: 
-  Czytałem niedawno w gazecie amiszowskiej artykuł le- 
karza, który pisał, że 80% ludzi, którzy do niego przychodzą, 
jest zdrowych, a pomóc może 5-10%. Innymi słowy, bycie 
lekarzem to 85% sukcesu! 
Jest czas podwieczorku. Anita robi olbrzymi garnek czarnej 
herbaty. W kilku miejscach w jadalni stawia maślane cia- 
steczka. Dzieci przepychają się do nich, szturchają zaczepnie, 
ale nie odzywają się ani słowem. 
-  Nie muszę też płacić ZUS-u. To jest moja emerytura, 
o wiele pewniejsza - dodaje Martin, patrząc w ich stronę. 
Czy los jest ślepy? 
Mówią, że żyją zgodnie ze swoim przeznaczeniem. 
-  Czym jest spełnienie? Słuchaj, jeśli niczego nie chcesz, 
nic nie musisz mieć. Szczęście nie polega na tym, co mam. 
Szczęście polega na tym, czy jestem zadowolony z tego, co już 
mam. Chodzi o życie w zgodzie z przeznaczeniem. Podam 
przykład. Wszyscy się tutaj do mnie pchają, żeby posłuchać, 
17 
co mam do powiedzenia. Czyja tego szukałem? Czyja mam 
ogromne wykształcenie, czy jestem filozofem? Jesteśmy pod- 
dani losowi, którego nie możemy zmienić. Rzadko zdarza 

background image

się, że stajemy przed wyborem, że tu jest droga do sławy i do 
wielkości, a tu jest droga do biedy. Jeden jest przeznaczony 
do rozgłosu, a drugi do cichej pracy. Jego wybory nie mają 
na to za bardzo wpływu. Ja rozgłosu nie szukałem, a go mam. 
Każdy człowiek ma powodzenie tylko i wyłącznie o tyle, o ile 
żyje w zgodzie z Bożą wolą. Bóg dał nam wolną wolę, więc 
my możemy wybrać albo Jego wolę, albo swoją. Jeśli Hitler 
poddałby się woli Bożej, prawdopodobnie też byłby sławny, 
ale w innym sensie. Teraz jest sławnym człowiekiem, ale cały 
świat uważa go za zbrodniarza. Ja wszystkim podkreślam, że 
nie jestem amiszem, ale świat uznaje mnie za amisza i ja nie 
mogę tego zmienić. 
Nie zgadzali się na rozmowy z mediami. Dziesięć lat temu 
zapukał do Martinów dziennikarz „Polityki", jemu też od- 
mówili. Był jednak gościem, zamienili więc parę słów, zrobił 
kilka pamiątkowych zdjęć i odjechał. Martinowie o wydru- 
kowanym artykule dowiedzieli się od znajomych z Warszawy. 
Napisano o nich, że mieszkają na Podlasiu. Ruszyła lawina. 
Byli tacy, którzy przez kilka dni jeździli po Podlasiu, szukając 
samotnej amiszowskiej rodziny. 
- Nie chcieliśmy sławy, ale oni wciąż przychodzili! Wresz- 
cie ulegliśmy. Pomyśleliśmy, że skoro ciągle przychodzą, 
widocznie taki jest plan Boga w stosunku do nas. Ale po 
co? Możliwe, że do końca życia się tego nie dowiem - mówi 
Anita. 
Dziennikarze napływają falami. Przez pół roku jest ich 
wielu, a potem nagle pustka przez kolejne miesiące. 
18 
-  Wszystkim dziennikarzom mówiliśmy, że nie jesteśmy 
amiszami, ale i tak wrócą do swoich redakcji i napiszą, że 
jesteśmy, bo muszą tę historię sprzedać. Przylepili nam tę 
amiszowość. Pchają się tutaj, siedzą, słuchają, a tak naprawdę 
myślą, że ja jestem nienormalny. Cóż, sława jest moim prze- 
znaczeniem. Nie będąc amiszem, jestem ich rzecznikiem 
w Polsce - Jacob zanosi się śmiechem. 
Amisz na walizkach 
Półtora roku temu Martinowie zdecydowali, że sprzedadzą 
ziemię i dom. Tabliczka z informacją, że posiadłość jest na 
sprzedaż, niszczeje przy drodze. Zainteresowanych nie ma. 
-  Nie wszystko jest naszą decyzją. Nie mogę się wyprowa- 
dzić, dopóki nie sprzedam tego, co posiadam, bo nie mam 
pieniędzy. To ogłoszenie może tu postać kolejne półtora 
roku. Nie wszystko jest naszą decyzją. To jest los - podkreśla 
Jacob. 
Za 1,5 hektara ziemi i dom chcą 400 tysięcy złotych. Myślą 
o tym, aby wyjechać dalej w Polskę. Chcą mieć więcej ziemi. 
Żyznej. Jeśli się uda, Jacob zbuduje tam nowy dom. 
Anita podsumowuje: 
-  W domach amiszów najważniejsze jest okno nad zlewem. 
Kobieta obserwuje przez nie swoje dzieci. Wy tego nie robicie. 

background image

Nic nie wiecie o najważniejszym oknie. 
Wiersze z pieca 
Honorata Zapaśnik 
Pobudka o 3.30. Wybiegam z domu i ruszam pędem do 
autobusu. Puste 601 przecina ciemności, po drodze żad- 
nych świateł. W piekarni podchodzi do mnie kierownik. 
„Chleba wczoraj nie dopilnowałeś. Pewnie znowu pisałeś 
wiersze" - mówi. 
Chciał być kolejarzem, ale tata przypomniał mu, że od dziecka 
lubił zapach gorącego chleba. Wtedy Piotrek wrócił pamięcią 
do chwili, gdy stał dwie godziny w kolejce po świeży bochenek. 
Lepiej mieć ręce umazane w mące niż w smarze - stwierdził 
i postanowił zostać piekarzem. 
Wchodzę na salę produkcyjną. Kierownik mówi: „Piotrek, 
dopilnuj dzisiaj razowego". „Wiem, wczoraj ciasto było tro- 
chę za lepkie, majster wody nie dodał" - bronię się. „Majster 
to, majster tamto. A ty na pewno swoje wierszyki w tym 
czasie pisałeś..." 
Widziałem lądujące na śmietniku 
prawie że dobre bochenki 
Ilu głodującym można pomóc 
21 
dając cząstkę dobra? 
Powinniśmy być dobrzy jak chleb 
Najpierw pomagał przy wadze. Kawałki pokrojonego ciasta 
wrzucał do leja, potem układał je na stole. Musiał pamiętać, 
by miały odpowiednią naważkę. Myślał przy tym, że robi to 
dla ludzi, zatem wykonuje szlachetny zawód. A ponieważ 
jest spod znaku Wagi, miał do tego wyczucie i waży ciasto 
do dzisiaj. 
W tym czasie posiadał dwa domy. Pierwszym był miejski 
dom kultury, gdzie bywał codziennie. Drugim - zakurzone 
mieszkanie jego babci. Babcia przyjaźniła się z wróblem, 
z którym dzieliła się kluskami z obiadu, a w soboty wsiadała 
z wnukiem do autobusu i zwiedzali Warszawę. Dlatego Pio- 
trek ma duszę podróżnika. 
Na poważnie zaczął tworzyć w wojsku, tam miał na to czas. 
Stał na warcie, patrzył na opadające liście i coś go w środku 
ruszało. Siadał i pisał. Koledzy się dziwili, w wojsku nie było 
innego poety. 
-  Dziecinada - mówił Artur. 
-  Przed czytaniem spalić - dodawał Janek. 
Piotrek nie reagował na prostackie zaczepki. Bronili go 
znajomi, którzy pożyczali od niego ozdobną papeterię (jako 
jedyny zawsze ją miał). 
-  Czy macie coś ciekawego do powiedzenia? - pytali kry- 
tykantów. 
Po wyrobieniu półtora tysiąca zwykłego chleba idę do maga- 
zynu po kilka produktów. Do moich obowiązków należy też 
spryskiwanie blaszek do pieczenia olejem, aby później nie 

background image

usłyszeć: „Dlaczego chleb nie chce wychodzić z foremek?". 
22 
Mijam Alberta. „Masz tutaj śliwkowy do ukształtowania, 
ja zrobię miodowy" - mówi. 
Z pozoru to nic trudnego. Wystarczy na jednej maszynie 
wyskrobać ciasto z dzieży i powrzucać kilka kawałków do 
foremek. Nie wolno jednak zapomnieć o dokładnym zwa- 
żeniu ciasta, nie chcę oszukiwać klientów. 
Dostrzegam nagle siebie 
Któremu serce może wyskoczyć poza życie 
Kim więc mogę zostać? 
Do Zakopanego pojechał sam, bo nie miał z kim. Poszedł 
do pubu na piwo i usiadł na końcu sali. Męczył się. Grała 
góralska kapela, a on jeszcze nie rozumiał tej muzyki. 
-  Można powiedzieć wiersz - oznajmił jakiś góral i od tego 
momentu Piotrek siedział tuż pod sceną. Po chwili zaczął 
recytować coś własnego: 
Znowu podglądam poetę. 
On życzy mi zdrowia, tak sądzę po butelce wódki 
Błąka się po stole 
Już wylał piwo i palcem w kałuży coś pisze... 
Czuł to, co mówi, czuł ze zdwojoną siłą. Potem dosiadło się 
do niego dwóch innych poetów i przegadali całą noc. 
-  Jestem poetą, piszę wiersze i chciałbym na ten temat 
podyskutować - przedstawił się Zdzisławowi Brudnickiemu, 
warszawskiemu krytykowi literackiemu. Zdaniem Piotrka 
Brudnicki wie, kto pisze dobrze, a kto nie. Jego skontaktował 
ze stowarzyszeniem poetów, a ono wysłało go na ogólnopol- 
skie sympozjum. Tam poznał malarzy, filmowców, muzyków. 
Wtedy zaczął malować, chociaż - jak twierdzi - malować nie 
potrafi. 
23 
Miał prezentację w szkole. 
-  Przyjechał pan poeta z Warszawy - powiedziała po- 
lonistka. Uczennice ze wsi koło Sulęcina patrzyły na niego 
nieśmiało. Kiedy Piotrek skończył recytować, dwadzieścia 
dziewcząt stanęło w kolejce po autograf. To go cieszyło. Co 
prawda nie wiedział, czy zrozumiały jego wiersze, ale na 
pewno wyczuły, że mają w sobie wiele artyzmu. 
-  A może którejś podpowiedziałem, że uczucia można 
wyrażać przez poezję? - zastanawiał się wtedy. 
Ciastowy jest zajęty odmierzaniem potrzebnych nasion, 
drożdży, mąki. To bardzo pracochłonne, bo są chleby, które 
mają w swoich recepturach po dziesięć i więcej składników. 
Potem ciastowy zanosi ciasto do pieca. „Poczekaj z ciastem 
jeszcze chwilę - odzywa się piecowy. - Zaraz wyjeżdżam 
z dyniowym i razem dodamy słonecznik". Piecowy pod- 
gląda przez małe okienko, jak rośnie ciasto w foremkach, 
i pilnuje, aby nie przerosło. Piotrek nie chciałby być pie- 
cowym, jego praca jest zbyt odpowiedzialna. 

background image

Moja zaraz żona 
bo powodem 
bo po wodę 
po szła 
nie do szła 
Z Małgorzatą byli narzeczeństwem trzy miesiące. Pocho- 
dziła ze wsi. Dzięki niej nauczył się czerpać wodę ze studni 
i przeprowadzać krowę przez pastwisko. 
-  Nie chcę, żebyś pisał, powinieneś zajmować się mną i do- 
mem - twierdziła. 
-  To niemożliwe, pisanie jest jak narkotyk - odpowiadał. 
24 
Chciał zrobić krok do przodu, nie w tył, więc z trudem, 
ale ją zostawił. 
Gdy się rozstali, dojrzał na tyle, by wydać własny tomik. 
Z 40 wierszy wydawca wybrał 28. W piekarni rozgorzała dys- 
kusja. Wagowy i ciastowy twierdzili, że poziom wierszy jest 
wysoki. Innego zdania był piecowy. 
-  Tego się nie da czytać - mówił. 
-  A czytałeś? - pytał Piotrek. 
-  Nie, bo tego się nie da czytać! 
-  Najwidoczniej nie potrafisz zrozumieć czegoś, z czym 
inni nie mają problemu - zakończył krótko Piotrek. 
Po wydaniu „Apetytu na jesień", drugiego tomiku poezji, 
znajomi poeci zorganizowali Piotrkowi tournee. Do knajpy 
w Gliwicach wszedł z bochenkiem chleba. Najpierw przeła- 
mał się nim z inżynierem (który lubi pisać o kolei), potem 
podszedł do profesora ze stosunków międzynarodowych 
i polonistyki. Wszystkim mówił, że to niezwykły chleb, bo 
zrobiony jego rękami, a oni odpowiadali, że są dumni z tego, 
jak pisze. 
Na wieczorek poetycki poświęcony zmarłej poetce przyszło 
wiele osób. Literaci wychodzili na scenę i recytowali wiersze. 
Piotrek czuł obecność tej, która odeszła. Wstał, aby opowie- 
dzieć o ich ostatnim spotkaniu. 
-  Niech ktoś wyjmie kartkę i długopis, bo ja zaraz powiem 
wiersz - poprosił. 
Krok już dłuższy 
po zmierzchu 
Zapalam więc światło 
Światło ze światłości 
Kiedy usiadł, podeszła do niego pewna poetka. 
25 
-  To ja boję się wyjść na środek sali, a ty na poczekaniu 
wiersze wymyślasz! - oburzyła się. 
Skończył. Na wypadek wizyty szefowej musi jeszcze po- 
sprzątać stanowisko. Dobiega dziesiąta. Nie napisał dzi- 
siaj nawet jednego wersu, nie miał czasu. Ale zaraz to 
nadrobi. 
-  Piotrek, pomóż mi opróżnić worek z dyniowego i sło- 

background image

necznika. Trzeba poukładać chleb na półkach - woła pie- 
cowy. 
Piecowy zawsze coś wymyśli. A zresztą, czy w pracy wolno 
się nudzić? 
Za ile nadzieja? 
kupię ją z dodatkiem ciszy 
cena bez znaczenia... 
Druga poważna dziewczyna Piotrka - Basia - cieszyła się, 
że chodzi z poetą. Mimo to wolała słuchać disco polo niż 
wierszy, których nie rozumiała. Rozstali się w maju, a w listo- 
padzie Piotrek wybrał się w podróż po Polsce. W tym czasie 
pragnął, jak mówi, przeżyć kobiecą fascynację. Zabrał ze 
sobą notes i opisywał kobiety, które spotkał w drodze. Zaczął 
pisać już w autobusie. Po czterech dniach wrócił do domu, 
porządnie się wyspał i policzył zapisane kartki. Uzbierało 
się aż 88 stron. 
-  Szefie, potrzebuję pieniędzy na książkę - powiedział ze 
strachem. Sytuacja była poważna. Lada dzień miał dostać 
wypowiedzenie z pracy za błędy. Błędy w pisaniu raportów. 
Szef popatrzył na niego z ironią. 
-  Przecież ty pisać nie potrafisz - wycedził i wyciągnął 
z kieszeni portfel. 
26 
Na jednym ze spotkań z czytelnikami Kamil, magister in- 
formatyki, otworzył książkę Piotrka Goszczyckiego na ostat- 
nim rozdziale. „W naszym życiu jest bardzo wiele rozjazdów, 
zakrętów i pytań - dokąd iść? Pomimo mojej samotności 
i tego, dokąd sam dochodzę, brakuje mi kogoś, kto by wpro- 
wadził mnie w inne rejony życia. Na swojej twarzy mam tylko 
bezdroża". 
-  To tak, jakbyś mówił o mnie - oznajmił, płacząc. 
Piotrek, słuchając czytanego tekstu, dziwił się, że to były 
jego własne słowa, że miał takie przemyślenia. Zastanawiał się, 
skąd się one wzięły. „Najwidoczniej tak musi być" - pomyślał, 
po czym wypił za miłość. 
Któregoś dnia Piotrek wracał nad ranem z imprezy. Przy- 
stanął przy furtce obrośniętej winem. 
-  Podoba mi się! - stwierdził. Popatrzył, wyjął aparat i zro- 
bił zdjęcie. 
-  Piękne - usłyszał potem od koleżanki. - Gdzie je zro- 
biłeś? 
Spojrzał na fotografię, sam nie wierzył, że tak można robić 
zdjęcia. 
-  50 metrów od twojego domu - odpowiedział. 
-  Niemożliwe, tam jest przecież melina... A butelek nie 
było? 
Wernisaż zdjęć w kawiarni „Tete-a-tete" połączył z pro- 
mocją dwujęzycznego tomiku erotyków „Oddychaliśmy za 
głośno". Denerwował się. Książkę z drukarni dostał rano, 
a spotkanie miał wieczorem. Po prezentacji zamówił piwo 

background image

i odetchnął z ulgą. Ale czytelnicy usiedli obok. Dlaczego ta 
książka jest po angielsku? Kto tłumaczył? Każdy miał jakieś 
Pytanie. I to zdaniem Piotrka było piękne, bo udało mu się 
czymś zaskoczyć młodzież. 
27 
- Ciebie stać na więcej - stwierdził zaprzyjaźniony kry- 
tyk. - Umiesz przekraczać codzienność. Wielu to przed tobą 
robiło, choćby Wojaczek, wypadając z okna, ale ty robisz to 
z wyczuciem. 
Tego wieczoru Piotrek wrócił do domu i zaczął pisać 
książkę - o piekarzu, trochę niepokornym, który dzięki 
poezji narodził się na nowo. 
Każdy zrobił, 
co do niego należało 
Bożena Aksamit 
Większe ciało skuliło się na podłodze. Było drobnym męż- 
czyzną w szarych spodniach i swetrze. 
Z daleka wyglądało, jakby ktoś przyczepił je smyczą do 
solidnej, żeliwnej rury. Z bliska widać było wyraźnie - czarny 
kabel wrastał w przerwaną miejscami skórę. Wtyczka sterczała 
jak kokarda. 
Małe ciałko leżało obok, na poduszce. Przytulone do du- 
żego. 
W pokoju stały jeszcze fotel, niski stolik, łóżeczko, wersalka, 
szafa. Wszystko na 16 metrach kwadratowych. Do tego sinawe 
ściany, wielki, biały kaloryfer, nad nim okno z widokiem na 
czubek klonu. Za drzewem następny taki sam szary, nieotyn- 
kowany blok. 
Duże ciało nie żyło od trzech tygodni. Małe przetrwało 
o kilka dni dłużej. 
Duże to Mariusz, lat 33. Rozwodnik, ojciec dwojga dzieci. 
Małe miało półtora roku, różowy dresik w misie, ciemne, 
wielkie oczy, a na imię Nikola. 
Pan Franek mówi o sąsiadce, że biegała po korytarzu jak pi- 
jany zając. Nikola lubiła głuchego staruszka. Gdy się spotykali, 
wkładał jej w rączkę małe herbatniki. 
29 
Do Mariusza mówiła „tato", mimo że na życzenie Beaty 
urzędnik gdyńskiego magistratu w odpowiednią rubrykę 
wpisał: „ojciec nieznany". 
Mariusz do mamy Nikoli napisał w sylwestra list. Miał go 
w kieszeni szarych spodni. 
Zakochani 
Beatę poznał w 2006 roku. 
Kilka miesięcy wcześniej próbował się powiesić po raz 
pierwszy. Nie udało się, bo odcięli go koledzy, z którymi pił. 
Gdy zacisnął pętlę, głowę rozsadzała mu wściekłość i tęsknota. 
Jego Basieńka nie chciała go znać. Myślał, że śmierć będzie 
ucieczką przed rozpaczą. Nie chciał być sam. Im więcej pił - 
a nie umiał już żyć bez picia - tym bardziej robiło mu się 

background image

szkoda samego siebie. Dlatego chciał umrzeć. I pomyślał 
jeszcze, że Basia pożałuje tego, co zrobiła. 
Kazała mu się wynosić. Najpierw się z nim rozwiodła, a po- 
tem wyrzuciła go z domu. 
Sędzina na rozprawie rozwodowej nie miała wątpliwości, 
kto jest winien. Gdy Mariusz pił, wstępował w niego diabeł. 
Bił, krzyczał, nie było na niego sposobu. 
Ale on taki był. Nie umiał inaczej kochać. Jego ojciec po- 
wiesił się, gdy Mariusz był małym chłopcem. Długo myślał, 
że to przez niego. 
Bez alkoholu był miły i czuły. Szczupły, wysoki szatyn, mógł 
się podobać kobietom. 
Gdy pierwszy raz zobaczył Beatę, była podpita. Ładna blon- 
dynka, 28 lat i apetyczne ciało. Do tego lubiła duże dekolty. 
Nie potrzebowała dużo czasu, szczególnie po wódeczce, aby 
uznać kogoś za przyjaciela. 
30 
Lubiła facetów. Najbardziej pociągał ją ten mimowolny 
zachwyt w ich oczach, który pojawia się, gdy chcą namówić 
babkę na seks. 
W połowie roku była już w ciąży. Nawet się ucieszył, że 
znów będzie miał rodzinę. 
Beata mniej, ale ona nie brała sobie za wiele do głowy. 
Dziecko to dziecko. 
Nikola była czwarta. Jej starszą siostrę Beata zostawiła 
w szpitalu w 2003 r. Szybko została ukochaną córką jakichś 
obcych ludzi. Najstarsze dzieci - dziesięcioletni chłopiec 
i ośmioletnia dziewczynka - są w rodzinie zastępczej. Któreś 
z nich o mało nie wypadło na chodnik. Przez kilka godzin 
bawiło się na parapecie okna wysoko nad ziemią. Jakiś prze- 
chodzień nie wytrzymał i doniósł. 
W 2005 r., gdy żona wyrzuciła Mariusza, sąd odebrał Be- 
acie dzieci i wyznaczył panią kurator. Przez cztery lata miała 
spotykać się z nią co miesiąc i opowiadać o sobie. Syna i córki 
nigdy już nie zobaczyła. 
Beata rozmawiała z miłą panią z sądu, ale robiła to co zwy- 
kle - piła i kochała się z mężczyznami. Inaczej nie umiała żyć. 
Coś ją gnało, ciągle zmieniała narzeczonych i mieszkania. 
Nie potrafiła się do nikogo przywiązać. Gdy była małą 
dziewczynką, jej mama rzuciła się pod samochód. 
Beata nie mówi wszystkiego 
Ostatnia pani kurator - było ich kilka, w sądzie obowiązuje 
rejonizacja - napisała w raporcie, że jest już lepiej. Jej pod- 
opieczna tworzy z Mariuszem i Nikolą coś, co można nazwać 
rodziną. Dziecko jest umyte, nakarmione. Matka ma dobry 
kontakt z córką. Dziecko nie ma śladów bicia. 
31 
Ostatni raz widziały się w grudniu. W styczniu rozmawiały 
przez telefon. Było dobrze - tak się wydawało pani kurator - 
tylko że Beata nie powiedziała wszystkiego. 

background image

Bo nie mówiła. Pani kurator pewnie nie wie także, że Be- 
ata co miesiąc w modernistycznym budynku Urzędu Miasta 
Gdyni pobiera zasiłek. Zarejestrowała się tam jako matka 
samotnie wychowująca dziecko nieznanego ojca. 
Nie wiedzieli o tym także pracownicy Miejskiego Ośrodka 
Pomocy Społecznej, którzy opiekowali się jej starszymi 
dziećmi. Stracili z nią kontakt kilka lat temu. Nie mieli po- 
jęcia, że ma kolejne dziecko i mieszka w lokalu socjalnym. 
Może dlatego, że Beata od jakiegoś czasu nie jest nigdzie 
zameldowana. 
Ulica Morska 
Mariusz dostał mieszkanie socjalne, bo sąd po eksmisji naka- 
zał miastu przydzielić mu jakiś lokal. Trafił na ulicę Morską. 
Trzecie piętro, ostatnie drzwi po prawej stronie. 
Nie narzekał. Podwójne drzwi to raz, grube ściany - dwa, 
nieźli sąsiedzi - trzy. Ten z mieszkania obok rok temu wyje- 
chał do Irlandii na budowę i do tej pory nie wrócił, koleś po 
drugiej stronie korytarza czasami coś burczy pod nosem, ale 
na szczęście zwykle siedzi w robocie albo na działce. Pan Fra- 
nek ma prawie osiemdziesiątkę i jest głuchy jak pień. I uwiel- 
bia Nikole. Kolejny dziadek jest kompletnie ślepy. Reszta też 
jakoś obleci. 
O tym, że mieszkańcy socjalek nie mają łatwego życia, 
można się przekonać wieczorem. Ze ścian wydobywają się 
„kurwy", „chuje", „jebane dziwki". Pewnie banalniejsze słowa 
lokatorzy tej klatki mówią po prostu ciszej. 
32 
Nie mieszka im się tu najlepiej - dawno nieremontowany 
budynek wygląda jak bunkier upstrzony okienkami strzel- 
niczymi. Architekt najwyraźniej uważał, że światło szkodzi, 
okna są mniejsze niż normalnie. Nie ma też balkonów. Są 
za to grube stropy i pobielone klatki. W jednej z nich ktoś 
pracowicie wykaligrafował na stropach to, co lubi krzyczeć 
wieczorem: „Lechia", „Arka", „Chuje", „Dupa". Piętro po 
piętrze. 
Na każdym poziomie są dwa lokale spółdzielcze i trzeci 
socjalny. Za drzwiami z paździerza osiem mieszkań-pokojów 
połączono wspólnym korytarzem i ubikacją. Na piętrze u Be- 
aty i Mariusza różnokolorowe drzwi odcinają się od ściany 
pociągniętej olejną brudnobeżową lamperią. Podłoga ma 
kolor klejącego brudu. 
Ona krzyczy, jakby on ją lał 
Pani Jadwiga, pracownik socjalny z Dzielnicowego Ośrodka 
Pomocy Społecznej, odwiedza kilkudziesięciu lokatorów czte- 
ropiętrowego bloku na Grabówku kilka razy w tygodniu. 
Beatę poznała w październiku 2008 r. - któryś z sąsiadów 
doniósł, że jak piją, to ona strasznie krzyczy, jakby on ją lał. 
Dziecko też wrzeszczy od czasu do czasu. 
Pani Jadzia napisała w raporcie: „Pokój czysty, dziecko za- 
dbane, nie ma śladów pobicia. Matka i ojciec trzeźwi". 

background image

Beata była niezadowolona z wizyty. Napisała oświadczenie, 
że nie życzy sobie opieki DOPS-u. Pani Jadzia załączyła je do 
raportu i jeszcze trzy razy zaszła do Beaty, ostatni raz w grud- 
niu. Nikt jej nie otworzył. Zawsze zostawiała w drzwiach 
kartkę z numerem telefonu i informacją, że jeśli trzeba, służy 
pomocą. Kartki lądowały w śmieciach. Beacie wystarczyła 
33 
pani kurator. Nie chciała, żeby ktokolwiek więcej się nią 
interesował. 
Zawiódł instynkt 
Udawało się do 9 stycznia. Wtedy po raz pierwszy o istnieniu 
Beaty i Mariusza usłyszała policja. Dzielnicowy Grzegorz 
Stępczyński nie miał pojęcia, że w jego rewirze mieszka 
niedoszły samobójca, matka kukułka i mała Nikola. 
W czwartek wieczorem Beata dzwoni na komisariat po po- 
moc. Zapomniała klucza, a sama nie może sforsować podwój- 
nych drzwi. Zanim wykręca policyjny numer, wali w nie długą 
chwilę. Nikt z sąsiadów nie chce jej pomóc. Jest pijana. 
-  Nienawidzę cię - krzyczy. - Otwieraj! 
Kopie z całej siły. 
-  Była pod wpływem alkoholu. Do tego ustaliliśmy, że 
nie jest zameldowana pod tym adresem. Nie było żadnych 
podstaw, żeby spełnić jej żądanie. Nie wolno nam w takiej 
sytuacji się włamywać - opowiadają policjanci. 
Jeden z nich zdecydował się odejść z pracy. Pluje sobie 
w twarz, że nie złamał wtedy przepisów i nie kazał wyważyć 
tych cholernych drzwi. Tłumaczy: 
-  Ona nam nawet nie zasugerowała, że tam mogą być 
Mariusz i Nikola. Twierdziła, że pojechali gdzieś do rodziny, 
a ona potrzebuje się przebrać. Dlaczego zawiódł nas instynkt, 
tak ważny w tej psiej robocie? 
U kolegi było jej dobrze 
Może Beata wierzyła, że Mariusz i mała wyjechali. Przecież 
nic strasznego się nie stało. 
34 
Podczas świąt było miło jak w rodzinie. Prezenty, kolacja. 
Pan Franek dał im opłatek. Nie kłócili się, może dlatego że 
niewiele pili. 
Imprezować na dobre zaczęli w sylwestra. 
Mariusz jak zwykle po kielichu zrobił się zazdrosny. 
-  Zarabiam i bawię się w niańkę. A ty? 
Beata powiedziała, że ma go dość. Jest chamem i prosta- 
kiem. 
Mariusz czuł wielki żal. Starał się. Pracował na jakichś 
pieprzonych budowach, żeby mieli za co żyć. 
„Niewdzięczna dziwka", szumiało mu w głowie. Był na nią 
wściekły. 
Później Beata zeznała śledczym: 
-  Pobił mnie. Jak zwykle po plecach, żeby nie było śladów. 
Co miałam zrobić? Wyprowadziłam się do kolegi. 

background image

Kolega mieszkał piętro niżej, tak jak Mariusz po prawej 
stronie sąsiedniej klatki. W Nowy Rok i przez dziewięć 
pierwszych dni stycznia Beata piła i kochała się z sąsiadem. 
Czasami wyglądała przez okno. Nawet kilka razy wyskoczyła 
na chwilę na dwór. Do sklepiku po koleją wódeczkę i jeszcze 
jedno winko. Było jej dobrze. 
W czwartek wspięła się powoli po schodach. 
Ale Mariusz nie otworzył. 
Policja też nie chciała. W końcu powiedzieli, że wyważą 
drzwi, ale dopiero gdy ona podpisze oświadczenie, że zapłaci 
za wszelkie szkody. 
-  Takie są przepisy - tłumaczyli jej cierpliwie. - Pani nie 
jest tu zameldowana. 
„Mam was wszystkich w dupie" - pomyślała. Głośno po- 
wiedziała, że płacić nie będzie i rezygnuje. 
Wróciła na dół, ale tylko na noc. 
35 
Nie wiadomo, czy kolega się nią znudził, czy się pokłócili - 
Beata nie pamięta. Rano przeszła na drugą stronę Morskiej, 
potem tunelem pod torami. Zaledwie kilometr i była na miej- 
scu. Dokładnie wiedziała, dokąd idzie. Znajomi zaprosili ją na 
imprezę. W jednym z starych domków w Osadzie Kolejowej 
nie przestano jeszcze świętować Nowego Roku. 
Słodko-mdlący zapach 
23 stycznia wieczorem sąsiad z naprzeciwka, ten upierdliwy, 
wrócił z roboty, nie wytrzymał i zadzwonił do dzielnicowego 
Stępczyńskiego. Ma najbliżej do podwójnych drzwi. Widzi 
i słyszy. 
Poprosił policjantów, żeby przyjechali, bo to, że jej nie ma, 
to normalne, ale on już dawno nie widział ani chłopa, ani 
dziecka. Kompletna cisza, a na korytarzu coraz bardziej czuć 
jakiś nieznośnie słodko-mdlący zapach, od którego jednocze- 
śnie łaskocze pod językiem i chce się rzygać. 
Wszyscy chcą zapomnieć. 
Ci, którzy weszli do mieszkania - strażacy i policjanci - 
chcą jak najszybciej zapomnieć. 
W czwartek, dokładnie dwa tygodnie po tym, jak Beata po- 
konała 18 stopni dzielących mieszkanie jej kolegi od podwój- 
nych drzwi Mariusza, wiedzieli już wszyscy. Cała Polska. 
Hanna Kaszubowska, rzecznik policji, nie dała rady po- 
wstrzymać łez, gdy przed kamerami telewizyjnymi odpowia- 
dała na pytania dziennikarzy. 
- Wszystko wskazuje na to, że 33-letni mężczyzna popełnił 
samobójstwo przez powieszenie. Jego półtoraroczne dziecko 
zmarło z braku opieki, głodu i wycieńczenia. Wstępnie wia- 
domo, że dziewczynka nie miała obrażeń, które wskazywa- 
36 
łyby na to, iż to ojciec bezpośrednio przyczynił się do jej 
śmierci. 
Dlaczego to zrobił 

background image

Kilka godzin przed powiadomieniem mediów dzielnicowy 
bez problemu znalazł Beatę na imprezie sylwestrowej po 
drugiej stronie torów. Była trzeźwa, ale było jej tam dobrze. 
Lepiej niż u Mariusza. 
Bardzo płakała, gdy dowiedziała się, że Mariusz się po- 
wiesił. 
O Nikole nie zapytała, więc policjantka w końcu sama jej 
powiedziała, że córeczka także nie żyje. 
Beata uspokoiła się w kilka sekund. 
- Dlaczego to zrobił, przecież on ją tak bardzo kochał? - 
zapytała. 
List 
Przed blokiem ludzie ustawili dla Nikoli i Mariusza kilka 
lampionów i święte figurki: plastikową buteleczkę w kształcie 
Matki Boskiej na wodę święconą, Jezusa w żłóbku, gipsową 
Maryjkę z dzieciątkiem. Matka chrzestna postawiła duży, 
biały fiołek. Na czerwonym serduszku starannie wykaligra- 
fowała „Dla Nikoli". 
Mariusz zostawił dla Beaty list. Napisał, że już nie ma siły 
tak żyć. Nie chce. 
Dziwolągi też grają 
Ewa Orczykowska 
-  Najbardziej lubię Szekspira, czarne charaktery: Makbeta, 
Hamleta, Andronikusa, Koriolana, Króla Leara, Cezara, An- 
toniusza. Nie będę wszystkich wymieniał, bo jest ich bardzo 
dużo... może jeszcze Henryk iv. Nazywam się William Szek- 
spir. .. nie, to był żart, nazywam się 
Andrzej 
Trudno mu usiedzieć w miejscu - przebiera nogami, kręci 
głową. Siada, wstaje. Ciągle mówi: 
-  Wszystkie dramaty znam, ja mam taką głowę, że mogę 
tylko raz coś przeczytać i od razu to pamiętam. Dlatego 
dużo książek pochłaniam, jak maszyna, trrr - kręci w po- 
wietrzu palcami. I wylicza dalej: - Horrory klasyczne też 
lubię, Moliera, „Idiotę" czytałem, „Wesele" Wyspiańskiego, 
„Antygonę" Sofoklesa, „Pana Tadeusza". Wszystko mi się 
podoba, zwłaszcza teatry dramatyczne, bo przecież są takie, 
no nie? 
Andrzej, 31 lat, ma porażenie mózgowe. Od sześciu lat 
pracuje w Teatrze Arka we Wrocławiu. Asystuje przy zajęciach 
z arteterapii i jest adeptem teatralnym. Zagrał już w siedmiu 
spektaklach. 
39 
-  Ulubiona scena? Może z Makbeta, choć to jest taka 
trudna sztuka. Ale tylko scena balu, bo przy scenie zabójstwa 
to można zawału dostać. Nie za bardzo chciałbym zagrać 
zabójcę. A tak w ogóle to jestem Makbet... nie Makbet, tylko 
Andrzej - uśmiecha się zadziornie. 
Najbardziej cieszył się przy „Śnie nocy letniej". W scenariu- 
szu, przerobionym na potrzeby spektaklu przez schizofrenika, 

background image

znalazły się słowa akurat dla niego: „Jestem Szekspir, Wil- 
liam Szekspir!". Nikt nie mógłby ich wypowiedzieć bardziej 
prawdziwie niż on. 
-  Co jeszcze lubię? Do kina chodzić. Mam na myśli kino 
szekspirowskie oczywiście. Myślę, że Hopkins jest dobrym 
aktorem. 
Andrzej jest jednym z kilkorga niepełnosprawnych, którzy 
znaleźli swoje miejsce w Arce - małym, porośniętym blusz- 
czem budynku, schowanym w jednej z bram w centrum 
Wrocławia. To tutaj, za sprawą aktorów, reżyserów i zało- 
życieli Arki - Renaty Jasińskiej i Alexandre'a Marqezyego 
- każdego dnia w dosłownym tych słów znaczeniu realizuje 
się cud teatru. W przypadku Andrzeja jest on widoczny 
szczególnie wyraźnie. 
-  Gdy tu przyszedł, w ogóle nie był w stanie się skupić, 
pocił się, nie mógł utrzymać części ciała w ryzach. Nie wie- 
rzyłam w niego, ale sześć lat pracy z Alexandre'em sprawiło, 
że na hasło „absolutna cisza" jest w stu procentach skoncen- 
trowany - wyznaje dyrektor Jasińska. 
Rozmawiamy w małym pomieszczeniu na tyłach teatru. 
Kiedyś był tu zakład fotograficzny, a przed wojną - szew- 
ski. Dziś są różowo-zielone ściany, kilka krzeseł i gablotka 
wypełniona książkami. Po prawej kuchnia, po lewej strome 
schody prowadzące na stryszek, gdzie urzęduje dział promo- 
40 
cji. Obok mnie stoi herbata w kubku z postaciami z Kubusia 
Puchatka. Naprzeciwko - od stóp do głów (łącznie z opraw- 
kami okularów) ubrana na czarno, uśmiechnięta artystka. To 
ona odpowiada za całe to zamieszanie. 
-  Wie pani, to nie jest tak, że zawsze chciałam robić te- 
atr z niepełnosprawnymi. Ale nieustannie marzyłam, żeby 
w miejscu, w którym będę pracować, była ciepła, rodzinna 
atmosfera i mnóstwo dobrej energii. I to się udało. 
Ale dopiero po wielu latach pracy. Na początku był schyłek 
komunizmu i świeżo upieczona absolwentka wrocławskiej 
Państwowej Wyższej Szkoły Teatralnej 
Renata 
Zamiast pracy na rzecz ustroju wybrała niezależność. Za- 
maskowaną oczywiście, bo oficjalnie pracowała najpierw 
we wrocławskim Teatrze Lalek, a później w jeleniogórskim 
Teatrze Norwida. Pierwszy spektakl stworzyła z koleżanką 
Iwoną i swoim ówczesnym mężem Andrzejem Nowakiem. 
Padło na Mickiewicza i „Księgi narodu polskiego i pielgrzym- 
stwa polskiego", a młodemu zespołowi za scenę służyły wnę- 
trza okolicznych kościołów. 
W pewnym momencie skromnymi aktorkami zaintere- 
sowała się Solidarność. Zaczęły jeździć po Polsce, poznały 
Kuronia, Michnika, zaprzyjaźniły się z Modzelewskim. Zro- 
biły spektakl o śmierci Popiełuszki, coraz głębiej wsiąkały 
w podziemne struktury. Na ingerencję służb nie trzeba było 

background image

długo czekać. 
-  W Jeleniej Górze na początku naciskali, żebym mniej 
grała. Gdy zauważyli, że to odnosi odwrotny skutek, zostałam 
wręcz zasypana dużymi rolami. 
41 
Ale to w kościołach się realizowała. Tam była prawdziwą 
gwiazdą. 
-  Do bazylik przychodzili ludzie, którzy nigdy wcześniej 
nie byli w teatrze. Setkami. Dziękowali mi, byli w szoku. Dwie 
kobiety na ołtarzu, wyobraża sobie pani? Sto lat wcześniej 
spłonęłabym za to na stosie. 
W 1986 roku została bez pracy. 
-  Poszła czarna lista. Na szczęście wstawiło się za nami 
środowisko i Solidarność, dzięki której mówiła o nas Wolna 
Europa i wybuchł lekki skandal. W efekcie nagle całą naszą 
trójkę przyjęto do Teatru Współczesnego we Wrocławiu. 
Oczywiście z zastrzeżeniem, że jeśli chcą mieć pracę i pie- 
niądze na życie, muszą skończyć z alternatywą. Pieniądze 
były - Jasińska we Współczesnym regularnie odbierała wy- 
płaty, ale grała niewiele. W międzyczasie zabrała się do 
polityki. 
-  To był najgorszy moment mojego życia: zjadło mnie to 
psychicznie, rozpadło się moje małżeństwo. Doszło do tego, 
że aktorzy prosili mnie, żebym w ich imieniu walczyła z dy- 
rektorem o wyższe gaże. W końcu się opamiętałam. 
Z Bogdanem Michalewskim i byłym mężem założyła Arkę. 
Ich drogi szybko się jednak rozeszły i Jasińska została sama - 
bez pieniędzy i układów, ale za to z wolnością i szaloną chęcią 
stworzenia teatru społecznego. Początki były trudne. Przełom 
nastąpił w 1997 roku, gdy zrobiła spektakl o głośnej wów- 
czas we Wrocławiu sprawie nastolatki Agnieszki Karkoszki, 
która została zamordowana przez szkolne koleżanki. O Arce 
zaczęło się mówić. 
Kilka lat później, na warsztatach terapeutycznych, dyrektor 
przypadkowo poznała pierwszą niepełnosprawną. Zachwyciła 
się innością. 
42 
-  My się nimi opiekujemy, a oni mają swój szczęśliwy świat, 
na który patrzą oczami dziecka. Są spontaniczni, ufni. Nie 
kłamią, a jeżeli już, to i tak to po nich widać. Bardziej niż 
my wierzą, że wszystko ma swoją przyczynę, że każdy dzień 
jest dany przez Boga, a jednocześnie - i to próbuję powie- 
dzieć społeczeństwu przez nasze spektakle - że pracując nad 
kimś lub nad samym sobą, bardzo wiele można w człowieku 
nadbudować. Ciekawe, na ile jesteśmy się w stanie poświęcić, 
żeby nauczyć kogoś samodzielnego bycia na świecie? 
Teraz skład integracyjnej Arki to dwanaścioro aktorów. 
Niepełnosprawnych jest pięcioro. 
-  Jedni z drugimi trochę rywalizują. Przy „Makbecie" bar- 
dzo długo pracowałam z dwiema niepełnosprawnymi. Grały 

background image

czarownice i były tak świetne, że reszta aktorów miała do 
mnie pretensje, że wypada gorzej, bo poświęciłam im za 
mało czasu. 
Mimo lekkich zgrzytów we wrześniu do pięciorga adeptów 
dołączy Ania. I na tym pewnie nie koniec, bo zdaniem Jasiń- 
skiej „w zespole brakuje chłopców". Ale zanim ich poznamy, 
wróćmy na chwilę do pierwszej - tej, która zachwyciła. Ma 
na imię 
Tereska 
Poza aktorstwem pasjonuje ją fotografia. Dużo też pisze - z za- 
miłowania jest felietonistką. Ale to, co kocha najbardziej, to 
występowanie na scenie. Ją jako jedyną zdradza wygląd. Do- 
datkowy chromosom sprawił, że oprócz różowej bluzki w oczy 
rzucają się mongolskie rysy twarzy: spłaszczona potylica, wą- 
skie, lekko skośne oczy i szeroki nos. To one zachwyciły panią 
dyrektor, która postanowiła ze znerwicowanej 22-latki z ze- 
43 
społem Downa zrobić aktorkę. Pracowała akurat nad „Celą" 
Anny Sobolewskiej i szukała kogoś do roli niepełnosprawnej 
dziewczyny (sama miała grać jej matkę). Ostatecznie role się 
odwróciły i to ona zagrała upośledzoną. A przed Tereską (dziś 
29-latką) otworzyły się drzwi do kariery. 
-  Na Festiwalu Szekspirowskim w Gdańsku jednemu z re- 
żyserów, Dariuszowi Taraszkiewiczowi, spodobała się moja 
rola i zaproponował mi występy w dwóch innych spektaklach. 
Dzięki temu zagrałam Brigitte w „Oskarze i Pani Róży" i Ali- 
cję w „Kamieniach na szaniec". 
Tereska od dziecka chciała wiedzieć, jak to jest znaleźć się 
po drugiej stronie. Teraz jej marzenie spełnia się każdego dnia. 
-  Spędzam tu dziennie od 3 do 8 godzin. Trzeba się przecież 
nauczyć na pamięć scenariusza, dobrej dykcji i skupienia. 
Na początku było jej bardzo trudno. Teraz czasami dopada 
ją jeszcze trema, ale tylko na chwilę, bo przecież nie można 
bać się grania. A dla Tereski przełamanie się przed wyjściem 
na scenę oznaczało przełamanie się również poza nią. 
-  W moim życiu bardzo dużo się zmieniło. Stałam się 
dojrzalsza, samodzielniej sza. Aktorzy bardzo mnie wspie- 
rają. Wie pani, ja tu po prostu żyję. Ten teatr jest taką wielką 
świątynią, do której wchodzę, zakładam maskę i gram. To 
jest piękne. 
Tereski nie da się nie lubić - jest otwarta, ciepła i wiecznie 
uśmiechnięta. Jedyną osobą, z którą od zawsze nie może się 
dogadać, jest jej koleżanka po fachu 
Alicja 
Ta długowłosa 25-letnia blondynka z delikatnym makijażem 
i rezolutnym spojrzeniem to jedna z najbardziej charyzma- 
44 
tycznych młodych kobiet, jakie spotkałam w życiu. Ale nie 
zawsze taka była. 
-  Kiedyś inni uważali mnie za dziecko, więc ja też tak o so- 

background image

bie myślałam. Na warsztatach z arteterapii ciągle wmawiano 
mi, że nie dam sobie rady, bo jestem niepełnosprawna. 
Wszystko zaczęło się zmieniać 5 lat temu, kiedy przyszła 
do Arki. Nie sądziła, że się dostanie, ale się udało. 
-  Pani dyrektor zawsze powtarzała: nie jesteś już dziec- 
kiem, jesteś dorosłą osobą. To dzięki niej dziś uważam się za 
dojrzałą kobietę, która ma szansę osiągnąć w życiu sukces. 
Owszem, jestem niepełnosprawna, ale mogę o sobie decy- 
dować. Tutaj, w teatrze, otworzyłam się do tego stopnia, że 
w końcu mam kolegów i koleżanki. 
W graniu najbardziej podoba jej się to, że może przelać 
na scenę dużo emocji i zawsze podrzucić kilka pomysłów 
dotyczących granych przez siebie postaci. 
-  Najwięcej pracy włożyłam w rolę dziewczyny w „Dzia- 
dach". To była moja pierwsza premiera i nie chciałam grać 
tylko prostej wieśniaczki - mówi z profesjonalizmem w gło- 
sie. - Ale najbardziej wstrząsająca była moja solówka w „Śnie 
Nocy Letniej". 
Alicja nie wie, dlaczego publiczność czasem śmieje się z jej 
monologów - przecież mówi tak wyraźnie i dojrzale. Równie 
dojrzałe są jej marzenia. 
-  Chciałabym w przyszłości stanąć przed mikrofonem, 
połączyć aktorstwo ze śpiewaniem. Mam świetny wokal. I po- 
trafię stwierdzić, kto nie ma głosu, a kto go ma, bo nie każdy 
ma głos do śpiewania. Michał Wiśniewski na przykład się 
w ogóle do tego nie nadaje. 
Jej idolką jest nastoletnia wokalistka ze Stanów, Miley 
Cyrus. 
45 
-  Ma niesamowity głos. Zaczęłam ją lubić, gdy obejrzałam 
„Hannę Montanę", gdzie gra główną rolę. Ona interesuje się 
muzyką, ja również. Chciałabym kiedyś śpiewać piosenki 
o miłości, przyjaźni, zrozumieniu, o emocjach. Wesołe, ra- 
czej z gatunku pop. Ale niestety mój talent nie został jeszcze 
odkryty. 
Jednym z ostatnich odkryć teatru stał się za to najmłodszy 
wiekiem i stażem w zespole 
Darek 
Zanim zdążę o cokolwiek zapytać, blady 19-latek postanawia 
opowiedzieć o podróży członków Arki do Toskanii, gdzie ze- 
spół wziął udział w Tygodniu Polskiego Teatru Niezależnego. 
-  Byliśmy Włoszech. Livorno - zaczyna cicho, bo właśnie 
wrócił z zimowego spaceru i strasznie zmarzł. - Mieliśmy 
próby, tam jest teatr nowy, ćwiczyliśmy spektakl i wszystko 
było OK. I było zwiedzanie. Najpierw byliśmy w Piza, takie 
wielkie duże budowle, co trzeba tak trzymać i nie spaść. 
Piątek byliśmy Watykan. Zrobiłem zdjęcie, jak to wygląda 
na dworze, bo w środku nie wolno. Sobota byliśmy na statki. 
Zrobiłem fotę. Wróciliśmy do domu, to musiałem się relak- 
sować. Potem kolacja. Było ziemniaki i mięso, pyszne bardzo. 

background image

Wracaliśmy, to byliśmy Austrii. Góry tam są. Jeszcze później 
byliśmy Niemczech. I później w Polsce. I wróciliśmy o 4.30 
i o 5.00 wróciłem do domu się zaspać - dopiero teraz łapie 
głębszy oddech. 
Dwa lata temu, kiedy przyszedł do Arki, nie mówił w ogóle. 
Choruje na autyzm, jest typem Rain Mana. Bardzo uporząd- 
kowanym, ale oni wszyscy tak mają. Bo ludzie z autyzmem 
niekoniecznie są upośledzeni - oni po prostu żyją w swoim 
46 
świecie, z którego trudno ich wydobyć. A teatr sprawił, że 
Darek, zamiast oglądać mecze w telewizji, jak to miał wcze- 
śniej w zwyczaju, o 18.00 zaczął regularnie pojawiać się na 
próbach. Pani dyrektor, zakochana w chłopcu od pierw- 
szego wejrzenia, długo musiała o niego walczyć - zarówno 
nauczyciele, jak i jego matka nie wierzyli, że sobie poradzi. 
Dziś Darek, po godzinach zapalony pływak („Umiem żabę, 
delfina i kraula"), tak podsumowuje swoją pracę: 
-  Najbardziej podoba mi się grać śmierć w „Sen nocy 
letniej". Dobrze się czuję, jak muszę się skupić, bo musi się 
udać. Wtedy będzie spoko i gitara. 
Arka nie zna granic, także wiekowych. Najstarszym z nie- 
pełnosprawnych aktorów jest 39-letni 
Janek 
-  Młody jeszcze jestem. W teatrze jestem od pięciu lat. 
Lubię grać „Kamienie na szaniec", tam jestem robotnikiem 
i bardzo mi sprawia radość, że gram robotnika. Ta moja rola 
jest ważna. Podoba mi się, że gram dla ludzi. Jeszcze gram 
Żyda w Dybuku. Żydzi zginęli w obozie i to jest bardzo 
smutna opowieść. Ale ja lubię i wesołe, i smutne. 
Janek to „Boży człowiek", jak pieszczotliwie określa go 
Renata Jasińska. Jest niesamowicie silny fizycznie, ale rów- 
nocześnie naiwny i bardzo wrażliwy. Dużo w życiu przeszedł 
(jego mama też jest niepełnosprawna). Kiedyś trudno było się 
z nim porozumieć. Mimo że wydaje się zamknięty w sobie, 
zawsze można na niego liczyć. 
-  Lubię, jak pomagam ludziom. I sprzątać też lubię, jak 
coś jest do pozamiatania albo do pozmywania. W teatrze 
też sprzątam. 
47 
Arka to jego drugi dom. Pierwszym jest jeden z wrocław- 
skich Domów Pomocy Społecznej, gdzie w wolnych chwilach 
tworzy gobeliny, plecie kosze z wikliny i zajmuje się ceramiką. 
Lubi grać w ping-ponga. Jeździ na rowerze, który kupił za 
własne, zarobione pieniądze. Żyje normalnie. Wszyscy żyją. 
Szkoda, że nie dostrzega tego cała 
Reszta 
-  Gdy dostaną jakieś zadanie, potrafią się tak zatracić, że 
muszę im przypominać, iż należy już zejść ze sceny. Zwykły 
aktor, żeby doprowadzić się do takiego stanu, potrzebuje 
wielu miesięcy ciężkiej pracy, a im to przychodzi naturalnie. 

background image

Nie muszą zasłaniać się warsztatem, techniką, bo ich po 
prostu nie mają. Niosą ze sobą czyste przeżycia. I są w nich 
aż do bólu prawdziwi - opowiada pani dyrektor. 
A ludzie i tak nadal patrzą na nich jak na dziwolągi, które 
ku ogólnemu zdumieniu chodzą po scenie całkiem sensownie 
i w dodatku składnie coś mówią. Co z tego, że adepci są już 
na takim poziomie, że ich niepełnosprawność (pomijając 
Tereskę) w ogóle nie jest widoczna. Arka do dzisiaj nie jest 
traktowana poważnie przez środowisko. 
Jasińska komentuje: 
-  Krytycy mówią między sobą: Renata Jasińska taką piękną 
rzecz robi dla tych biednych, niepełnosprawnych ludzi. Tak 
nie jest. Piękną rzecz to my mamy na arteterapii, gdzie przy- 
chodzi grupa niepełnosprawnych, z którymi pracujemy, by 
uszczęśliwić te osoby oraz ich rodziców. Obecność naszych 
adeptów na scenie jest próbą połączenia dwóch aspektów te- 
atru: społecznego i artystycznego. I przy okazji staje się ciągłą 
walką o uznanie. Smutne jest to, że nasze społeczeństwo jest 
48 
takie zamknięte, tak bacznie obserwuje inność, z którą nie 
może się oswoić. Jedna z naszych aktorek ma męża Etiopczyka, 
który przez przechodniów bywa traktowany podobnie jak 
nasi niepełnosprawni. 
-  Teatr to nie tylko miejsce, gdzie patrzymy na nieskazi- 
telnie pięknych ludzi i ich perfekcyjne wykonania. W Arce 
możemy zobaczyć człowieczeństwo w różnych wymiarach - 
i to jest piękne. No bo niech sama pani sobie odpowie, czy 
prawdziwa sztuka to precyzja aż do bólu, czy może pokazanie 
oryginalności myślenia i różnorodności? - kontynuuje. 
Podobnie czują sami aktorzy. Alicja ma siostrę w Anglii. 
I jeśli gdzieś chciałaby się w przyszłości przeprowadzić, to 
właśnie tam. 
-  Nie wydaje mi się, żeby w Polsce była miła atmosfera, bo 
na przykład gdy się przychodzi do sklepu, to ekspedientka 
nie mówi „dziękuję" ani „do widzenia". W Anglii jest inaczej. 
Lepiej bym się tam czuła. 
Tereska podsumowuje: 
-  Ludzie są nieraz zszokowani i przerażeni, gdy widzą, 
że takie osoby jak my mogą stać się artystami. A ja przecież 
jestem artystką. Prawdziwą. 
Mów, Darek, mów 
Honorata Zapaśnik 
Nauczyłem się całować starszych w rękę. Zabroniono mi roz- 
mawiać z kobietami. Czułem, że narodziłem się na nowo. 
Szkoła. Darek prowadzi lekcję muzyki. Gra na akordeonie. 
Na krześle siedzi jego 11-letnia córka Tatiana z gitarą. Mona, 
Ranuś, Trojan i Pusio śpiewają piosenkę: 
To, o czym mówię, 
wszystko, wszystko już dawno 
minęło, 

background image

wszystko, wszystko ze sobą wzięło 
i tamte lata młode. 
Miałem trzy lata, pewnego dnia zobaczyłem, że w domu nie 
ma mamy. „Poszła do więzienia" - powiedział dziadek, który 
nagle stanął przed moim łóżkiem we Włocławku. Dziadkowie 
zabrali mnie do Białegostoku. Przyjechał tata i powiedział, 
że sam wychowa swojego syna. Ale potem poszedł w cug. 
Płakałem. Policja zawiozła mnie do pogotowia opiekuńczego. 
Tam do sypialni weszła jakaś kobieta. Trzymała czerwonego 
lizaka. „Jestem siostrą twojej mamy" - powiedziała i musiała 
mnie usypiać, bo nie chciałem puścić jej ręki. Rano już jej 
51 
nie było. Wpadłem w histerię. Czekałem. Odwiedziła mnie 
jeszcze trzy razy. 
Kiedy skończyłem siedem lat, zawieźli mnie do domu 
dziecka w Aleksandrowie Kujawskim. Wysiadłem z nyski, 
popatrzyłem na inne dzieci i zacząłem biec przed siebie. 
Chciałem uciec do cioci. „Łapać go!" - krzyknęła jakaś ko- 
bieta. Koledzy doprowadzili mnie do dyrektorki. „Cygana 
ciągnie do lasu!" - szydziła ze mnie. 
W pokoju mieszkałem razem z 18-latkami. Miałem dy- 
żur. Szorowałem podłogę. Pod jednym z łóżek zauważyłem 
jakieś torby, bałem się ich ruszyć. Chłopcy wrócili z ping- 
-ponga. Jeden z nich zauważył, że pod jego łóżkiem nie było 
myte. Założył rękawice bokserskie i uderzył mnie w brzuch. 
Próbowałem uciec. Jego dwaj koledzy wrzucili mnie pod 
łóżko. Zaczęli po nim skakać. Sprężyny wbijały mi się w twarz. 
Krzyczałem. „Cygan - wołali - wychowawcom powiesz, że 
doniczka spadła ci na głowę". 
Zjadłem śniadanie, ale ciągle byłem głodny. Zauważyłem, 
że kucharka wydaje kolejną porcję, więc wziąłem z tacki chleb. 
Dyrektorka to zobaczyła i wyprowadziła mnie za uszy ze 
stołówki. W gabinecie wyciągnęła z biurka drewnianą linijkę. 
Kazała położyć się na krześle. Biła kantem, żeby nie było widać 
śladów. Nawet się nie opierałem, za bardzo się bałem. 
Postanowiłem się zabić. Sypialnia była pusta. Kabel od ma- 
gnetofonu obwiązałem wokół belki. Zrobiłem pętlę. Zawisłem 
i usłyszałem krzyk. Kiedy otworzyłem oczy, zobaczyłem panią 
Grażynę, pedagog. „Dlaczego chciałeś się powiesić?" - spytała. 
Milczałem. „Zaufaj mi. Zaopiekuję się tobą. Dopilnuję, żebyś 
poszedł do najmłodszej grupy". I dotrzymała słowa. 
Zrobiłem się pewniejszy siebie. Nauczycielce zginął portfel. 
„Darek, ty go wziąłeś" - zarzuciła mi. „Nie" - odpowiedziałem. 
52 
Przeszukała mnie, ale pieniędzy nie znalazła. O kradzieży 
powiadomiła panią pedagog. Ona wiedziała, kiedy kłamię. 
„Wziąłeś?" - spytała. Zaprzeczyłem. Uwierzyła mi. 
-  Romowie grają tę piosenkę od 60 lat - odzywa się 
Darek. 
-  A kto wymyślił tekst? - pyta Trojan. 

background image

Trojan ma 14 lat. Przed paru miesiącami Darek wybronił 
go w sądzie. Trojan jest dobrym uczniem, nie wagaruje. 
Nauczyciele mówią o nim „bystry". Chce skończyć szkołę 
i pójść na mechanika. 
-  Papusza - wyjaśnia Darek. - Była poetką. Pisała piękne 
wiersze o tęsknocie. 
Zawsze w dniu odwiedzin czekałem przy wejściu z nadzieją, 
że ktoś do mnie przyjedzie. Raz zauważyłem, że elegancka 
blondynka w kołnierzu z lisa weszła z mężem do dyrekcji. 
Po chwili dyrektorka wezwała mnie do siebie. „Czy chciałbyś 
u państwa pobyć?" - spytała. Pani w lisie dała mi czekoladę. 
„Chcę" - odpowiedziałem. 
Jeździłem do nich na weekendy. Miałem tam swój pokój, 
dostałem w prezencie zabawkę - olbrzymi wóz strażacki za 
70 zł! Po roku pan Ryszard, który był wojskowym, przyjechał 
i powiedział: „Pożegnaj się ze wszystkimi. Zostaniesz u nas na 
zawsze". Nie mogłem uwierzyć - miałem nowych rodziców. 
Przestałem mlaskać, pluć. Zacząłem modlić się przed jedze- 
niem, mówić „smacznego". „To jest dom" - powtarzali. 
Po miesiącu zamieszkali z nami Krzysztof, Marcin, Magda 
i Edyta. Dom zamieniał się w rodzinny dom dziecka. 
Kiedyś sprzątałem pokój nowej mamy. Wysunąłem szu- 
fladę biurka. W środku leżały akta wszystkich adoptowanych 
53 
dzieci. Przeczytałem, że mój prawdziwy tata przebywa teraz 
w zakładzie karnym, został pozbawiony praw rodzicielskich. 
Usłyszałem za drzwiami czyjeś kroki. Odskoczyłem jak opa- 
rzony od biurka i szybko włączyłem odkurzacz. Nie chciałem 
znać ojca. „Cyganie to źli ludzie" - zawsze słyszałem to od 
Polaków. 
W wakacje dużo czytałem: „Chata wuja Toma", „Dywi- 
zjon 303". Mama była nauczycielką i co tydzień robiła nam 
dyktanda. Wieczorami w tajemnicy przed rodzicami chodzi- 
łem na boisko. Tam poznałem Leszka, który kiedyś siedział 
w więzieniu. Zazdrościłem mu, że tak pięknie gra na gitarze. 
Uczył mnie akordów. Nowy tata zobaczył nas razem. Do- 
stałem wtedy kablem i uciekłem z domu. Odtąd tata karał 
mnie za każdym razem, gdy spóźniłem się na obiad albo za 
podobne bzdury. Bałem się go. Znowu uciekłem. Odwieźli 
mnie wtedy do domu radiowozem. „Spakuj swoje rzeczy, 
już tutaj nie mieszkasz" - powiedział tata. „Nareszcie jestem 
wolny" - pomyślałem. 
Wróciłem do domu dziecka. Spotkałem tam Monikę - rom- 
ską dziewczynkę z Włocławka. „Jakie jest nazwisko twojego 
ojca?" - spytała. „Kazimierz Adamajtys". „To mój tata" - wy- 
krztusiła. Nie uwierzyłem. „Ojciec cię szukał, ale byłeś u lu- 
dzi" - tłumaczyła. „Niech do mnie przyjedzie". Nie przyjechał, 
ale odtąd często o nim myślałem. 
-  Wujku, kim jest ten pan? - Mona wskazuje palcem 
obrazek przyczepiony do szkolnej tablicy. 

background image

-  Tyle razy wam powtarzałem - mówi z rezygnacją Da- 
rek. - Kto wie? 
-  Cygan. 
Wszyscy śmieją się z naiwnej odpowiedzi Trojana. 
54 
- Hiszpański Cygan Ziferino Gimele Malaz - przypo- 
mina Darek. - Oddał w więzieniu życie za księdza. W 1826 
roku ogłoszono go świętym. 
Darek dotyka wytatuowanej kreski pod okiem: „Człowiek 
grypsujący bez żadnych zastrzeżeń". Gdy odłoży pieniądze, 
usunie znak laserem. 
Chodziłem do zawodówki. Kiedyś rozwiązywałem przy ta- 
blicy zadanie z matematyki i co chwila odwracałem się do 
kolegów, bo mi podpowiadali. Nauczycielka zaczęła mnie 
szarpać za włosy. Wyrwałem się i kopnąłem ją w brzuch. 
A ona była w ciąży. Poroniła. 
Trafiłem za to do poprawczaka. Tam dowiedziałem się, jak 
kraść. Zwolnili mnie po roku, za dobre sprawowanie. Ale 
nie marzyłem już o domu i ukończeniu szkoły. Szukałem 
łatwego zarobku. Kiedyś ukradłem malucha i włamałem się 
do kiosku. Wróciłem za to do poprawczaka. Poszedłem do 
grypsujących. 
Przeszedłem najróżniejsze próby: w czasie snu koledzy 
wkładali mi papierki między palce i podpalali, innym razem 
skakali po mojej klatce piersiowej. Wyszedłem po dwóch 
latach. Ukończyłem zawodówkę w Rydzewie i zacząłem 
pracować jako mechanik. Miałem żal do prawdziwych ro- 
dziców za straconą młodość. Postanowiłem, że odnajdę ojca 
i że go zleję. 
Pojechałem do Włocławka. „Gdzie mieszka Cyganka Mo- 
nika?" - spytałem jakiegoś Roma. „A ty kto?". „Darek Mar- 
cinkiewicz (nosiłem nazwisko matki). Szukam taty". „Matka 
chciała, byś był Darek, ale ty Adaś jesteś!" - wykrzyknął brat 
taty, bo to był on. Zaprowadził mnie do czyjegoś mieszkania. 
Dwie kobiety rozmawiały po romsku, zabijały kurę. Ze zde- 
55 
nerwowania trzęsły mi się nogi. Rozpoznałem Monikę. „Tata 
jest na rybach". Uśmiechnęła się. 
W końcu do pokoju wszedł niski mężczyzna. Odstawił 
wędkę. „Adaś przyjechał" - powiedział stryjek. Tata rzucił 
się na mnie z płaczem. Nie chciałem go już bić. Zostałem na 
obiedzie. Podali kurczaka, osobno ziemniaki, jedli rękoma. 
Dziwiłem się temu. 
„Co z mamą?" - spytałem w końcu. „Nie żyje". Wybiegłem 
wtedy w szoku na ulicę. Po drodze skopałem wszystkie kosze. 
Tata mnie dogonił. „Jesteś nasz. Zostań" - prosił. Skupo- 
wałem koperty od starych zegarków ze złotym symbolem. 
Przynosiłem je tacie. Ale nie czułem się akceptowany przez 
rodzinę. W końcu przyjaciółka taty zdradziła mi: „Twoja 
mama żyje. Szukaj u dziadków w Białymstoku". Postanowi- 

background image

łem wyjechać. 
Zanim wszedłem do mieszkania rodziców matki, wziąłem 
głęboki oddech. Malutka babcia siedziała przy stole, a dziadek 
z drewnianą laską stał obok. „Jestem synem pani Marcinkie- 
wicz" - odezwałem się pierwszy. Babcia wstała z krzesła. „Jak 
masz na imię?" - spytał dziadek. „Darek". „To ten najmłod- 
szy" - powiedział i rozpłakał się. 
W pokoju stały samowary, srebrne cukiernice, antyczna 
komoda. Z tapczanu podniosła się ładna kobieta. „Darek 
cię odnalazł!" - krzyknął dziadek. Mama mnie objęła i się 
rozpłakała. Byłem szczęśliwy. Potem przyszedł jakiś młody 
Rom i uścisnął mi dłoń. „Idziemy na dyskotekę?" - zapytał. 
To był mój brat. 
Zamieszkałem z mamą. Uczyła mnie romskich zasad. „Jeśli 
nie przyjmiesz naszej kultury, zostaniesz wykluczony" - po- 
wtarzała. Musiałem wyrzucić wąskie dżinsy i podkoszulki 
na ramiączkach. Dziadkowie kupili mi włoski garnitur, dwa 
56 
złote sygnety i gruby łańcuch. Potem kazano mi ściąć długie 
włosy. Nie chciałem. „Bo będą cię, synku, brali za kobietę" - 
przekonywała ciocia. Dziadek obiecał mi milion. Uległem. 
„Ja chcieć jeść" - powiedziałem po romsku do kolegów 
brata w barze. Śmiech. Odtąd rozmawiałem tylko z rom- 
skimi dziećmi. Chodziłem za nimi z notesem i zapisywałem 
nowe słowa. Jakie to słowa? Aaaa, tego nie powiem. U nas 
nie wolno zdradzać języka... Na zabawie stary Cygan zwrócił 
mi uwagę: „Czemu po cygańsku nie mówisz?" „Wychowałem 
się w domu dziecka". „Mów, Darek, mów - kazał. - My cię 
poprawimy". 
Nauczyłem się całować starszych w rękę. Zabroniono mi 
rozmawiać z romskimi kobietami. Fascynował mnie ten świat. 
Czułem, że narodziłem się na nowo. 
Przerwa. Trojan włącza kasetę z hip-hopem. Zaczyna ra- 
pować. Młodsi koledzy go naśladują. Kroków nauczył się 
w Anglii. Chodził do londyńskiej podstawówki, rodzice 
żyli tam z zasiłku. Po trzech latach wrócili do Polski. Lubi 
szkołę, rówieśników. 
- Wujek, spójrz na mnie! - prosi o uwagę. 
Tatiana podryguje w takt muzyki. Darek we wrześniu 
pośle ją do polskiego gimnazjum. Dopiero gdy córka zdo- 
będzie wykształcenie, pozwoli jej poślubić Roma. 
Nataszę poznałem w gościach. „Ładna" - pomyślałem. Odsłu- 
żyłem wojsko i pojechałem do Suwałk. Zacząłem przychodzić 
do jej braci. Siadałem na ławce pod domem i grałem na 
gitarze „Białego misia". Uśmiechała się. Wiedziałem, że nasz 
zakon zabrania jej pokazać, jaka jest z charakteru. W końcu 
dałem jej list. „Nie ucieknę" - odpowiedziała. W sylwestra 
57 
poprosiłem ją do tańca. „Czemu nie chcesz uciec?" - zapyta- 
łem. „Mam tylko 15 lat". Zgodziła się dopiero w lutym. 

background image

Staliśmy na przystanku. „Chyba mnie szukają" - wyszeptała. 
W naszym kierunku szli jej brat ze szwagrem. Wskoczyliśmy 
do autobusu, oni wpadli za nami. „Wysiadaj" - rozkazał brat. 
Zaczął ciągnąć Nataszę za włosy. Złapała się mocno siedzenia. 
Nie wiedziałem, jak zareagować. „Idź" - wykrztusiłem. 
W nocy Natasza uciekła z domu przez okno. Biegnąc na 
dworzec, co chwila oglądaliśmy się za siebie. Wsiedliśmy do 
pociągu do Białegostoku. Nasi rodzice znają się jeszcze z ta- 
boru, więc po dwóch dniach teściowie zajechali toyotą pod 
dom mamy. Obawiałem się spotkania z tatą Nataszy. „Może 
będzie bić?" - myślałem. Teść wszedł do pokoju. „Oj, ucie- 
kinierzy!" - zaśmiał się. Zgodnie z romską tradycją byliśmy 
małżeństwem. Zamieszkaliśmy w Suwałkach. 
Szczegółowych zasad i odmiany języka uczyła mnie żona. 
Bywało zabawnie. Jechaliśmy z teściem samochodem za 
miasto. „Weź budę" - powiedział po romsku. Staliśmy na 
podwórku. Spojrzałem zdziwiony na budę psa. „Po co nam 
ta buda?" - zapytałem. „No, przecież zostajemy na noc". 
Ja na to: „Ona jest wbita w ziemię". Osłupiał. „Chodzi mi 
o namiot" - wytłumaczył po polsku. 
Handlowałem na rynku kurtkami, grałem na akordeonie 
w romskim zespole Romano Dzipen. Nie myślałem wiele. By- 
łem wszędzie tam, gdzie można było szybko zarobić. W końcu 
trafiłem do więzienia, dostałem pięć lat za pobicie. 
W celi dla grypsujących czułem się jak na wakacjach. Mia- 
łem gitarę, telewizor z kablówką, a funkcjonariusz przynosił 
mi papierosy. Lepiej niż przed laty. Ale nie chciałem już 
ubliżać służbie więziennej. Poprosiłem o przeniesienie do 
niegrypsujących. 
58 
Zamieszkałem w celi z 50-letnim architektem. Dużo czytał. 
Pożyczył mi „Anatomię człowieka". Zaciekawiła mnie. Wy- 
notowałem niezrozumiałe zdania. Architekt tłumaczył mi, 
jak psychologię można wykorzystać w dobrym celu. Odtąd 
wypożyczałem z biblioteki książki z psychologii, pedagogiki. 
Uświadamiałem sobie, jak często ulegałem wpływom. Wciąż 
przypominały mi się sceny z przestępczego życia. „Chodź, 
zlejemy tego dziadka" - namawiali mnie koledzy. Szedłem, 
choć wewnętrzny głos mówił: „Nie rób tego". 
Tęskniłem za żoną i dziećmi. Dla nich postanowiłem żyć 
uczciwie. Klękałem na pryczy i prosiłem Boga, by mnie 
nawrócił. Wyczytałem, że człowiek podświadomie dąży do 
realizacji złożonych obietnic. „Chłopaki, wychodzę i robię 
maturę" - zobowiązałem się na trzy miesiące przed warun- 
kowym zwolnieniem. 
„Znajdę pracę i idę do szkoły" - uprzedziłem Nataszę. Zdzi- 
wiła się, że jestem taki stanowczy. Ale wszędzie słyszałem: 
„Niestety, jesteś karany". Chciałem im udowodnić, że mogę 
się zmienić. Poszedłem do prezydenta Suwałk. „Potrzebuję 
pracy" - powiedziałem. Zatrudnili mnie w rozlewni gazu. 

background image

Zapisałem się do liceum zaocznego. W listopadzie szedłem 
na pierwsze zajęcia. Minąłem dawnego kumpla. Zauważył 
książki. „Gdzie idziesz?" - był ciekaw. „Do szkoły". „Chyba 
zwariowałeś!" 
Kiedyś telewizja puściła dokument o Romach. Pokazano 
mnie z żoną i trójką dzieci: Tatianą, Fabianem i Kamilem. 
Wieczorem miałem gości. Przyszedł też Jacek Milewski, dy- 
rektor romskiej szkoły i mój przyjaciel. Wznosiłem toast 
za zdrowie córki, kiedy zadzwonił telefon. „To do ciebie" - 
powiedział Jacek. Na dźwięk głosu, który usłyszałem w słu- 
chawce, serce zaczęło mi mocniej bić. „Cieszę się, że się 
59 
uczysz i masz szczęśliwą rodzinę". To dzwoniła pani Grażyna, 
pedagog z domu dziecka. 
Pokój nauczycielski. Jacek Milewski podchodzi do Darka. 
-  Ksiądz Zawadzki dziękuje ci za prezent imieninowy - 
mówi. - Był wzruszony. 
Darek jest przejęty. 
-  Różę mogłem dać tylko osobie, która wpłynęła na 
moje życie. 
Ksiądz Zawadzki przed 11 laty założył w Suwałkach 
romską podstawówkę. Darek dał mu haftowaną chustkę 
i kryształową różę, którą dostał od mamy. 
Gdy zdałem maturę, ksiądz Zawadzki zaprosił mnie na lody. 
„Musisz iść na studia - powiedział. - Potem zaczniesz uczyć 
w naszej szkole". Marzyłem o tym. Dostałem się na peda- 
gogikę. Lubię zajęcia z psychologii. Dotąd myślałem, że 
rozumiem ludzi, ale się myliłem. 
Chciałem pracować dla Romów. Wielu z nich przycho- 
dziło do mnie po radę, pomoc w załatwianiu różnych spraw, 
bo byłem lepiej wykształcony. W 2001 roku pojechałem do 
Adama Andrasza, prezesa Centrum Kultury Romów w Tarno- 
wie. „Cyganie przychodzą po pomoc, ale ja nie mam żadnych 
uprawnień" - powiedziałem. Kazał mi przede wszystkim zro- 
bić spis Romów w Suwałkach. Bo nie wszystkich znałem. Było 
ciężko, Romowie byli nieufni. „A na co ci to? Może pieniądze 
będziesz za nas brał!" W końcu pojechałem na walne zgro- 
madzenie Centrum Kultury Romów. Trzymałem kurczowo 
teczkę z dokumentami - 145 załatwionych spraw. „Za mało 
tego, wyśmieją mnie" - myślałem. Obok stała Romka z Puław. 
„Co przez ten rok zrobiłaś?" - spytał ją prezes. „Nic. Cyganie 
60 
nie pozwolili" - tłumaczyła. „A ty?" - zapytał. Położyłem na 
stole teczkę. „Sam to zrobiłeś?" „Sam". Dostałem pochwałę. 
A po miesiącu w gazecie przeczytałem: „Adam Adamajtys 
(nazwisko po ojcu), 32 lata, prezes Stowarzyszenia Romów 
w Suwałkach, pełnomocnik Rzecznika Praw Romów w Eu- 
ropie i w Polsce". 
W romskiej szkole jestem na etacie od roku. Początkowo 
uczniowie biegali po klasie i kłócili się ze sobą w czasie zajęć. 

background image

„Jezu! Jak wy wytrzymujecie?" - pytałem Jacka. Robiłem go- 
dziny wychowawcze. Tłumaczyłem dzieciom, że ich głośne 
zachowanie jest źle odbierane przez Polaków. Mówiłem: „Jeśli 
będziecie umieli pisać i czytać po polsku, pomożecie rodzi- 
com". „Wujek, przestań" - odpowiadali. Gdy chłopcy bluźnili 
po romsku, musieli po 200 razy pisać na kartce „Nie będę 
przeklinać". Chcę, by wyrośli na dobrych ludzi. 
Trojanowi załatwiłem kuratora. W marcu reprezentowałem 
go w sądzie w sprawie o napad. „Każdy popełnia błędy - tłu- 
maczyłem. - Poprawczak niczego dobrego go nie nauczy. Ja 
to wiem. Wiem z doświadczenia". 
Zapomniana muzyka 
Ewa Wołkanowska 
Bartek żałuje, że nie zdążył. Nawet nie pamięta, jak miała na 
imię. Była już stara, kiedy przyjechał do wsi Osiek rowerem. 
Mieszkała sama w małej chacie. Dzieci pobudowały się obok. 
„Czy pamięta Pani stare piosenki?" - zapytał. Mało pamiętała, 
co ją samą zaskoczyło. Przypominała sobie. Śpiewała jedną 
zwrotkę i urywała. Potem wracał z przeszłości refren. On 
był młody i chciał słuchać. Dziś już tak rzadko młodzi chcą 
słuchać starych. 
Obiecał, że wróci z magnetofonem i ją nagra. Jeździł na- 
grywać innych, do niej wciąż było mu nie po drodze. Gdy 
przyjechał, ona już nie żyła. Wyrzuca to sobie. Wyrzuca 
sobie, że nie zdążył i piosenka przeleciała mu przez palce. 
A mogła zostać. 
Ania pojechała do obwodu biełgorodzkiego. Nie sama, było 
ich pięć dziewcząt. Słyszała, że w okolicznych wsiach ładnie 
śpiewają. „Kto was przysłał?" - pytali rosyjscy urzędnicy. 
>»My po prostu lubimy śpiewać" - powiedziały i poszły szukać 
pieśni. Znalazły śpiewaczkę. Inne miały przyjść wieczorem 
po dojeniu krów. Ania się zdrzemnęła. Obudzili ją dwaj tacy 
w skórach. Starej śpiewaczce powiedzieli, że to terrorystka. Na 
komisariacie pozwolili na jeden telefon. Był do staruszki. „Nie 
jesteśmy terrorystkami. Przyjedziemy za rok - pośpiewać". 
63 
Weronika zaczęła od wsi bułgarskich, skąd pochodzi jej oj- 
ciec, potem wyruszyła na Podlasie. Dzwoniła do sołtysa albo 
do księdza z pytaniem, czy ktoś tam jeszcze śpiewa. A potem 
pukała do drzwi i słyszała odwieczne pytanie mieszkańców: 
„Po co tobie te pieśni? Młodzież ich nie słucha. Nikt ich nie 
słucha. Po co ci one?". 
Baśka zaczęła niedawno. Gra na skrzypcach i jeździ do 
starych skrzypków. Ze trzy lata będzie. Dziadkowie pocho- 
dzili z Litwy, więc teraz uczy się litewskiego, by tam szukać 
archaicznych melodii. 
Mają po trzydzieści parę lat. Muzyki uczą się na wsiach. 
Bartosz Niedźwiecki 
Z nim to było tak, że nie grał. Malował, ale do muzyki go nie 
ciągnęło. Dziadek był muzykantem, rzeczywiście tylko z tego 

background image

się utrzymywał. Jego to wtedy nie interesowało. Przyjeżdżał 
na wakacje, dziadek czasem zagrał, babcia go uciszała. Jak to 
kobieta. Starej muzyki już na wsi nie było. Nie funkcjonowała. 
Ojciec też ze wsi się wyrwał na studia. Bartek mieszkał już 
w Koszalinie. Skrzypce wisiały na ścianie, ale on pokochał 
dudy. Zrobił je sam. Skrzyknął się z chłopakami i grał na 
nich w kapeli rockowej. Ludowej nikt w Koszalinie nie chciał 
słuchać. Potem zdjął skrzypce ze ściany - po roku grał już 
przyzwoicie. Dziesięć lat temu przyjechał do Warszawy. By 
grać z młodymi ludźmi ze stowarzyszenia Dom Tańca*. Fa- 
* Warszawskie Stowarzyszenie „Dom Tańca" powstało w 1994 na wzór 
ruchu domów tańca na Węgrzech zakładanych od lat 60. xx w., by do- 
kumentować i upowszechniać muzykę ludową in crudo - czyli w postaci 
niestylizowanej, jak najbardziej archaicznej. Jego członkowie kilkanaście lat 
temu zaczęli jeździć na wieś, by uczyć się starych melodii, gry na instru- 
64 
natycy. Jeżdżą po wsiach i uczą się od starych śpiewu, tańca 
i grania. On tak chciał. 
Bartek czasem wsiada do pociągu, któregokolwiek. Po- 
tem jedzie rowerem przez pola. Zaczepia ludzi i pyta, czy 
w okolicy mieszka ktoś, kto kiedyś grał. Bo teraz na pewno 
już nie gra. Puka do każdych drzwi. Jeden mówi, że tu nigdy 
muzykantów nie było, ale grał ktoś w domu obok. Ludzie 
pamiętają grajków ze wsi oddalonych o wiele kilometrów - 
bo byli dobrzy. Pamięć jest zaskakująca. 
Wielu muzykantów pracowało na kolei. Dziwisz się? Praca 
na roli nie sprzyja muzykowaniu, niszczy ciało, wyczerpuje 
fizycznie. Praca na kolei nie wymaga tego typu wysiłku, po- 
maga zachować ciało do grania. Podobnie jak obowiązki 
listonosza czy etat w urzędzie. Nie, to nie był ich świadomy 
wybór. Ale to sprzyjało muzykowaniu. 
Pod Skierniewicami żył skrzypek Stanisław Klejnas, nieży- 
jący od dwudziestu lat. Bartek zna jego muzykę z nagrań**. 
Jedzie tam i pyta o niego. By zrozumieć zapisaną muzykę 
i nieżyjącego już skrzypka. Okazuje się, że we wsi obok żyje 
jeszcze inny skrzypek i tak dalej. 
- Nie o to chodzi, by zagrali - mówi. - Muzyka jest atrak- 
cyjna o tyle, o ile gra ją odpowiedni człowiek. Nie chodzi 
mentach w dawnej manierze i tańców bezpośrednio w domach śpiewaków, 
muzykantów i tancerzy. Dziś bardzo wiekowych. Wielu mówi: ostatnich. 
W latach 50. xx w. odbyła się Ogólnopolska Akcja Zbierania Folkloru 
Muzycznego. Miała na celu zapisanie tradycyjnej muzyki polskiej w fazie 
zaniku. Ok. 300 badaczy i 46 tys. fonogramów. Zapisywano wszystko, co stare. 
Pieśni śpiewane przez osoby urodzone w 1870 roku? Są dostępne w Zbio- 
rach Fonograficznych Instytutu Sztuki PAN, a dzięki projektowi Dismarc 
te najstarsze też w internecie. Dziś, jadąc na wieś w poszukiwaniu ostatnich 
melodii, grzebie się w tych zbiorach, by zobaczyć, co było ostatnie wtedy. 
65 
o  nauczenie się melodii, lecz człowieka. W okolicach Ku- 
jaw ta muzyka, jest wolniejsza, a bliżej Radomia - bardzo 

background image

szybka. Poznając muzykę, poznajemy temperament ludzi. 
I na odwrót. 
Czasami Bartek robi jeszcze inaczej. Bierze książki Oskara 
Kolberga, który notował melodie w połowie xix wieku, i uczy 
się tych piosenek. Niektóre mu się podobają, są jego - myśli. 
A potem tam jedzie. Wyrusza w podróż do wsi, której nazwę 
Kolberg zanotował nad pięciolinią. Z czystej ciekawości, jak 
dziś wygląda okolica, gdzie przed 150 laty grano tę muzykę. 
Czasami jest nijako: wieś mocno zurbanizowana, bez charak- 
teru. Innym razem melodie odnajduje jeszcze w krajobrazie 
i rodzaju zabudowy. Typ wrażliwca. 
Muzyka zaszyfrowana 
- Kody, wszędzie kody - mówi Bartek. 
Jeżeli w piosence jest mowa o sokole lub koniu, tak na- 
prawdę chodzi o młodego chłopaka. Rybka lub jedzenie 
gruszek oznacza zajście w ciążę. A jeśli dziewczyna chodzi 
po wiśniowym sadzie, szuka chłopaka. Ale co znaczy, że 
dziewczyna siedzi pod sosną i padają na nią skry? Tego nie 
rozumie. To zbyt stare, archaiczne. 
Słyszał kiedyś bajkę o chłopaku, który szukał dziewczyny, 
pewnie księżniczki, i któremu pomagały w tym zwierzęta. 
W którymś tomie u Kolberga czyta o weselu. Do sali wcho- 
dzi kilka kobiet przykrytych prześcieradłami, a młody musi 
wskazać, która jest jego żoną. Wie to od początku, wszyscy 
to wiedzą. Ale nie może zgadnąć za pierwszym razem. Nie 
może też za drugim. Myli się, tańczy ze wskazanymi kobie- 
tami. W trzeciej próbie wybiera właściwie. 
66 
-  Tak samo jak w bajkach - zachwyca się Bartek. - Teksty 
są nośnikiem pamięci, ale trzeba umieć je czytać - mówi. - To 
jest taka muzyka, której mogą słuchać także dzieci, ponieważ 
one zrozumieją z niej zupełnie coś innego niż dorośli. 
Pod borem sosna stojała, 
pod nią dziewcyna płakała. 
Skry na nią padały, 
suknie na nij gorzały 
aż do dnia. 
Przyjechał do nij możny pan, 
zarzucił na nią swój zupan. 
A zupan atłasowy - 
siadaj dziewce, koń gotowy, 
jedź z nami.*** 
-  Wiele z dawnych pieśni obrazowało to, co dzieje się 
na weselu. To taki grecki chór, który opowiada, komentuje. 
Wraz ze zmianą obyczajowości zanikł kontekst. Dziś babcie 
nie chcą śpiewać starych kołysanek, a może to wnuki nie 
potrafią już przy nich zasnąć? Trzeba odszyfrować kody, uczyć 
się ich na nowo. 
Grał już kiedyś z muzykami w akademiach muzycznych 
i oni nie rozumieli jego języka. Myśleli, że fałszuje. A on 

background image

grał kodami. 
-  Oni tej polskiej muzyki nie znali, tak samo jak indone- 
zyjskiej czy chińskiej - mówi. 
Wszystkie piosenki pochodzą z dzieła Oskara Kolberga Mazowsze: 
Obraz etnograficzny; Mazowsze Polne. Trzy pierwsze z części pierwszej, 
ostatnia z części drugiej. 
67 
Dlatego Bartek postanowił założyć szkołę. Mazowiecką 
Szkołę Muzyki Ludowej. 
Weronika Grozdew-Kołacińska 
Nie znała muzyki ludowej. Znała muzykę. Bułgarka po ojcu, 
jeździła do tego kraju na większe święta. Wszyscy śpiewali. 
Ona też. W Bułgarii nie było świąt animowanych - tradycja 
żyła. Potem przyjeżdżała już po pieśni. Umawiała się na 
wspólne śpiewanie. To było normalne w kraju, gdzie muzyka 
ludowa jest uwielbiana i gdzie poświęca się jej kilka kanałów 
telewizji państwowej. 
Po egzaminie na studiach muzykologicznych w Warszawie 
Maria Pomianowska zapytała ją, czy śpiewa głosem białym. 
Nie wiedziała, co to znaczy. Chodziło o śpiew typowy dla 
muzyki ludowej, mocny, głośny. Zaczęła śpiewać. A potem 
jeździła na Podlasie, na Spisz w poszukiwaniu pieśni. Naj- 
chętniej śpiewali te popularne, które dało się usłyszeć w ra- 
diu i telewizji, dopiero po jakimś czasie sięgali po starszy 
repertuar - po „te pieśni, co jeszcze babcia śpiewała" - oraz 
po utwory patriotyczne, partyzanckie, które są ważną częścią 
tradycji zarówno bułgarskiej, jak i polskiej. Brzmiące inaczej. 
Dla młodszych mieszkańców wsi już obco. 
I jeszcze te żony. Nie pozwalają mężom grać. Bo wstyd. 
Bo lepiej by w pole poszedł. Bo co ludzie powiedzą na te 
fanaberie? 
I do tego pić się trzeba nauczyć. 
Mały dom na wzgórzu. Mąż w polu, gospodyni Klaudia 
w domu. „Pieśni? Dobrze, za chwilę". Wyjmuje dużą plasti- 
kową butelkę z niedestylowanym spirytusem barwionym 
sokiem aroniowym. Pewnie z przemytu. Tak w każdym razie 
68 
smakował - jak niedestylowany spirytus barwiony aronią, 
z przemytu. Był tak mocny, że na tym jednym kieliszku 
skończyło się całe nagranie. 
-  Ona już nie mogła śpiewać, a ja nie byłam w stanie 
słuchać. Ale gdy się jedzie w teren, trzeba się nauczyć pić - 
śmieje się Weronika. - To jest potrzebne, żeby się zbratać, 
bo gdy tworzy się więź, łatwiej przekazywać pieśni. Etno- 
muzykolodzy nazywają to w żartach „metodologią badań 
terenowych". 
Rok 1998, wieś Malinniki. Nijak nie dało się tam dojechać, 
trzeba było iść piechotą przez las. Weszła do domu, zapy- 
tała o pieśni. Były. „Szuka pieśni" - powiedziała sąsiadka są- 
siadce, sąsiadka sąsiadowi i po chwili na ławce przed domem 

background image

siedziało już sporo osób. Zaczęły śpiewać pieśni wiosenne, 
o miłości. Takie, które śpiewało się wieczorami pół wieku 
wcześniej podczas odprowadzania dziewczyn do domu czy 
przesiadywania na ławce, tak jak robią to teraz. 
-  Oczy mi się otworzyły - mówi Weronika. - Mieli od 65 
do 80 lat, ale ich głosy oparły się zębowi czasu. Były czyste, 
mocne. Śpiewali tak, jakby nadal byli młodzi. 
Kilkanaście lat później Weronika była jurorką na prze- 
glądzie kapel ludowych w Białymstoku. I wtedy zobaczyła 
kilkoro z nich po raz drugi - już jako grupę muzyczną. Osoby 
z tamtej ławki. Ten sam repertuar - wiosenno-miłosny. Ktoś 
mógłby ubolewać, że stworzyli zespół, ale ona pomyślała 
tylko: „Cudownie, pieśni przetrwają". 
Muzykanci i ich spadkobiercy 
-  Południe Polski, a w szczególności Podhale, zachowało 
w żywej tradycji najwięcej starych pieśni. Za sprawą gór, 
69 
które izolowały, i Warszawy, która się zachwycała. Najgorzej 
jest w Polsce centralnej i na Mazowszu - mówi Weronika. - 
Niewielu skrzypków, pojedyncze śpiewaczki. Podlasie jest 
bardziej rozśpiewane niż Mazowsze. W kościele ludzie dają 
radę bez organisty. Instrumentaliści grywali jeszcze po woj- 
nie na weselach. Skrzypek zagrał coś przy oczepinach, ale 
odbywało się to już na zasadzie egzotycznego akcentu. Potem 
wszedł jazz, a jeszcze później disco polo. Starzy muzykanci 
nie mieli już spadkobierców. 
Paradoks polegał na tym, że tymi spadkobiercami w latach 
90. xx w. stali się ludzie często zupełnie niezwiązani z wsią. 
Weronika myśli, że powrót do korzeni, do muzyki dziadków, 
moda na folk ogólnie zaczęły się po Bregoviću i jego występie 
na poznańskiej Malcie. Choć Polacy zawsze kochali muzykę 
bałkańską. Utwory rdzennie polskie drzemały przez kilka- 
dziesiąt lat. Odkurzyli je ludzie z dużych miast. To oni się 
nimi zainteresowali, oni zaczęli jeździć na wieś. To ich było 
to „puk-puk", to „czy tu kiedyś grano?", to „a piosenki, które 
jeszcze babcia śpiewała?". I o ile przed wojną w Warszawie 
odbywały się potańcówki ludowe skierowane do żołnierzy, 
służących, ludzi ze wsi przybyłych do stolicy, to u schyłku 
xx wieku były to już zabawy adresowane do studentów, pro- 
fesorów. Do inteligencji. 
Anna Jakowska 
W ramach stypendium lituanistycznego w latach 90. xx w. 
jeździła na Litwę. Tam odrodzenie! Litwini śpiewają pieśni 
ludowe i wiążą tkane krajki zamiast krawatów. Potem łaziła 
po Beskidach i śpiewała przy ognisku łemkowskie pieśni. 
Beskidzcy znajomi mieli Orkiestrę św. Mikołaja, więc po- 
70 
myślała, że też chce mieć zespół. Ze znajomymi założyła 
Werchowynę, a potem jeszcze w innym środowisku Muzykę 
z Drogi. To właśnie z dziewczynami z tego zespołu jeździła 

background image

na Ukrainę i do Rosji. 
Pozwolili na jeden telefon. Był do staruszki. „Nie jesteśmy 
terrorystkami. Przyjedziemy za rok - pośpiewać". Do Rosji 
wjechały, gdy jeszcze nie były potrzebne wizy. Wprowadzono 
je, gdy już przebywały za granicą. Miały wybór: deportacja 
albo szybki wyjazd na Ukrainę w nocy. 
Wybrały to drugie. Po drodze weszły jeszcze do baru 
z krzykiem: „Wódki!". By to przetrzymać. Następnego dnia 
siedziały w McDonaldzie w Charkowie. Brudne, zmęczone 
i sponiewierane. Dalej to już tylko do Zawgorodnego. Mała 
wieś we wschodniej Ukrainie przy samej granicy z Rosją. „My 
kacapy" - mówią o sobie jej mieszkańcy. Ania znała nagrania 
pieśni z tej wsi z lat 70. xx w. od rosyjskich muzykologów. To 
były trudne pieśni, wielogłosowe. Dziewczyny nie zapisywały 
ich w nutach. Rosyjscy etnomuzykolodzy opracowali system 
nagrań kanałowych - jednocześnie robi się jedno wspólne 
nagranie zespołu oraz nagrania poszczególnych śpiewaków 
na tle całości. W ten sposób można nauczyć się skompliko- 
wanych linii melodycznych, których nie dałoby się inaczej 
wychwycić przy jednoczesnym nagrywaniu czasem nawet 
kilkunastu śpiewaków. 
Wieś wymarła, opustoszała. Została jedna śpiewaczka. 
Mała, choruteńka, słabiuteńka. „Zaśpiewajcie, dziewczęta" - 
poprosiła. Zaśpiewały pieśń z jej młodości, jedną z tego 
nagrania. Popłakała się. Usiadła z nimi na ławeczce przed 
domem i zaczęła je uczyć. Małą, drobną rączką pokazywała, 
jak należy prowadzić głosy. Zbiegli się sąsiedzi. „Niesamowite, 
my już nie znamy tych pieśni - mówili. - Tylko te z telewizji". 
71 
Nagrały staruszkę. Puszczały stare nagranie z magnetofonu, 
dawały jej mikrofon, a ona śpiewała - tak jak czuła. No 
i płakała. 
 Trzy babcie 
Miały metodę: nie nagrywać wszystkiego. Kilkadziesiąt razy 
wracać w to samo miejsce, wchodzić w nie, wrastać. Skupiły 
się przede wszystkim na dwóch wsiach na Ukrainie, tuż 
przy granicy z Białorusią - Perebrodach i Starych Koniach. 
Perebrody to dziwna wieś, bliższa Białorusi niż Ukrainie. 
Zresztą do lat 70. xx w. wiodła stamtąd droga do Puńska, 
ale do Dubrowicy, najbliższego miasta od strony ukraińskiej, 
latało się już samolotem. Spotkały tam trzy kobiety - Nastię, 
Hannę i Nadię - wszystkie po siedemdziesiątce. Jedna była 
wybitną śpiewaczką, dwie inne lubiły śpiewać i lubiły się 
nawzajem. Był jeszcze kuzyn Nadii, Ivan Petrovec, nazywany 
przez wszystkich Bondarko, który w młodości pracował na 
tym wiejskim lotnisku. 
Nawiązała się między nimi przyjaźń. Do dwóch najstar- 
szych dziewczyny zaczęły mówić „babciu". Stworzyły zupełnie 
niezwykłą koleżeńską relację, opartą na wspólnej pasji - śpie- 
wiu. Spały w ich domach, razem jadły, razem śpiewały. I tak 

background image

co kilka miesięcy. 
Dzięki nim i wspólnym wyjazdom na koncerty do Rów- 
nego i Warszawy Perebrodziacy stworzyli wreszcie zespół 
i zaczęli bywać na przeglądach. W Warszawie byli kilka razy, 
ale na Ukrainie występowali częściej. Aby móc śpiewać razem 
z nimi, dziewczyny z Polski też ubierały się w ludowe stroje, 
występowały na ukraińskich przeglądach. Gdy przechodziły 
ulicami miasta, trzymały tabliczkę z napisem „Polsza". Na 
72 
przeglądy przyjeżdżał też zespół ze Starych Koni. Z tej drugiej 
zaprzyjaźnionej wsi. 
Przegląd folklorystyczny w Równym. Kobiety ze Starych 
Koni eleganckie, z ubraniem na zmianę, ze sznurami korali. 
Przy nich ci z Perebrodów wyglądali na hipisów - jedno 
ubranie, siatka z flaszką i pełen luz. Poczuli, że ci pierwsi 
patrzą na nich z góry. Po przeglądzie oba zespoły idą do 
tego samego akademika. Siadają w jednym pokoju, naprze- 
ciwko siebie, jedzą, piją, a potem zaczynają śpiewać. W tym 
maleńkim pomieszczeniu zbiera się tłum znajomych. Jedzą, 
piją, słuchają. 
- Wtedy poczułam, że dopiero tutaj, obserwując siebie 
nawzajem, nasze śpiewaczki chciały pokazać się od najlepszej 
strony, to był ich spektakl, ich konkurs. Że one w tym małym 
pokoju dają z siebie wszystko - wspomina Ania. 
A ciężko ci panno młoda - zapłakać, 
jak ci będą twój warkocyk - rozplatać. 
A jest - ci tam stany drużba - służka twój, 
a rozcese i rozplecie - warkoc twój. 
Posadzili pannę-mlodą - na dzierży, 
niech-ze jej się warkocyk - rozcapierzy. 
Piosenki chodzą swoimi drogami 
W innych wsiach pytają: „Po co wam te pieśni?". Nie wierzą, 
że młoda chce się nauczyć starych melodii. Często mówiła: 
„Do radia", bo dziewczyny pracowały w radiu. W niektórych 
wsiach słyszała wyrzuty: „Wy te nasze pieśni za grube dolary 
na zachód sprzedajecie!". W Perebrodach i Starych Koniach 
tak nie było. Oni wiedzieli, że chodzi o przyjemność śpiewa- 
73 
nia. A kasety z nagraniami? Leżą w domach, pomagają sobie 
przypomnieć. 
Piosenkę się bierze i piosenkę się daje. Zawsze była jakaś 
na podorędziu - ta, którą się aktualnie nuciło czy której się 
uczyło. Podobała się często tym w Perebrodach, podobała 
się tym ze Starych Koni. Słuchały jedne, słuchały drugie z na 
pozór obojętną miną. Po przeglądzie w Karpatach do Ani 
podeszły kobiety ze Starych Koni i powiedziały: „Idziemy". 
Zaprowadziły ją do pokoju obok. Zamknęły drzwi. Stanęły 
w kręgu. „Ania, naucz nas tej piosenki" - powiedziały. Na- 
uczyła, ale pomyślała, że za rok czy dwa przyjedzie tam etno- 
graf, nagra tę piosenkę i będzie się chwalić, że taka archaiczna 

background image

ocalała w tych stronach. Archaiczna piosenka, której się bab- 
cie nauczyły przed rokiem... 
- Piosenki zawsze się tak rozłaziły. Gdy ludzie na jarmarku 
usłyszeli jakieś poruszające ich słowa, od razu przywozili je 
do domu i śpiewali, często przerabiając melodię na własną - 
mówi Ania. 
Barbara Songin 
To ta, co wzięła skrzypce do ręki dwa lata temu i poprosiła 
Bartka, by ją uczył. Bo ją ciągnęło. Gra też na bębenku. 
Instrumenty zawsze same do niej przychodziły. Przez kilka 
lat pracowała w Ośrodku Praktyk Teatralnych „Gardzienice", 
gdzie muzyka ludowa była przerabiana na potrzebę spektakli. 
Potem pojechała na coroczny Tabor Domu Tańca, gdzie za- 
kosztowała muzyki in crudo. Tam młodzi i starzy na łąkach 
uczą się tańczyć, śpiewać i grać, tam naprawdę można mówić 
o powrocie do korzeni. W końcu zaczęła współorganizować 
Letnią Szkołę w Koźniewie Wielkim, gdzie można nauczyć 
74 
się grać na skrzypcach ludowych, harmonii trzyrzędowej, 
akordeonie oraz śpiewać muzykę ludową. 
- Dobrze grać i dobrze śpiewać - podkreśla. 
Lubi przyśpiewki łowickie. To takie krótkie teksty, które 
się śpiewa na melodię taneczną. Można je zaśpiewać do 
melodii granej właśnie przez kapelę i przy okazji pochwalić 
grajków: „Muzykanci dobrze grają, na wesela ich wołają, 
bo jakby dobrze nie grali, to by ich nie wołali!". Dzięki nim 
można też poderwać chłopaka: „Żaden mi się nie podoba, 
tylko Janek mój da i mój, bo tak pięknie wygwizdywał, jak 
wywoził gnój da i gnój!". 
Za przyśpiewkę nikt nie miał prawa się obrazić. Najwyżej 
mógł odśpiewać. Baśka szukała ich w archiwach, zgłębiała 
dzieła Kolberga, wypatrywała na wsiach. Teraz sama ich 
uczy - w Warszawie. 
Zawitaj siwy kuniu - z niebieską kulbaką, 
podaj flaskę zieluną - i rożek z tabaką. 
Niech będzie pochwalona 
flasecka zielona. 
A z flasecki bul, bul, 
a z kiliska gul, gul. 
Wieś Gąsocin na Mazowszu Północnym. Baśka ze znajomymi 
gra pod sklepem. Ludzie wychodzą, dziwią się. „Fajna ta 
muzyka" - mówią. - „Nasza? My takiej nie znamy". Mło- 
dzież zaprasza ich na wieczór panieńsko-kawalerski i prosi 
o granie. Najbardziej podoba się ta stara sprośna piosenka. 
Wprawdzie nie wytrzymali całego wieczoru przy takiej mu- 
zyce i w końcu włączyli disco z samochodu, ale zawsze to 
coś. Nie odrzucili jej i nie stwierdzili, że to obciach. 
75 
- Ta muzyka wróci - mówi Baśka. - Aby tak się stało, 
potrzebne są tylko mądre animacje. Nie takie w stylu: po- 

background image

lubcie te oberki, te kujawiaki i te przyśpiewki, bo one są 
wasze! Nie. Raczej: kiedyś tu tak śpiewano, tak grano, tak 
tańczono, więc może warto? Kiedyś była tylko taka muzyka, 
bo nie mieliśmy dostępu do innej. Teraz można słuchać 
i lubić taką, jaka najbardziej się podoba. Na wsi jest tak 
samo jak w mieście. 
Baśka ma więc misję. 
Muzyka czysta, muzyka brudna 
Bartek: Jest muzykantem, czyli muzykiem ludowym - tak 
nazywa sam siebie. Lubi stare nagrania zespołu Mazow- 
sze - te z lat 50. i 60. xx w. W ogóle lubi Mazowsze. Jako 
artystyczne opracowanie muzyki ludowej, jako balet. Tak 
zresztą ich występy reklamuje się poza granicami Polski. 
Ale nie daj Boże traktować tego jako wyznacznika muzyki 
ludowej. Oni jej nie grają. Polacy nie znają muzyki ludowej. 
Skoro nie znają, więc nie lubią. 
Weronika: To ważne, żeby nadawać starej muzyce indy- 
widualny kształt. Inaczej ta cała tradycja umrze. Polacy nie 
utożsamiają się z tą wiejskością. Są środowiska, które próbują 
coś zrobić ze starą muzyką. Jedni są konserwatywni i chcą 
ją po prostu zamrozić, inni się nią bawią - przetwarzają 
lub traktują jak inspirację. Konserwatywne środowiska za- 
rzucają im, że nie śpiewają tak, jak się śpiewa na wsi. Była 
na Kurpiach śpiewaczka Waleria Żarnochowa - też nie 
śpiewała jak jej sąsiadki, a przecież była wybitna. Śpiewała 
po swojemu. 
76 
Poznać korzenie 
Bartek rok temu uciekł z Warszawy do Ostaszewa. Od miasta 
i od siebie samego. Mieszka w chatce po dziadkach, uczy 
miejscowe dzieci starej muzyki. Założył Kapelę Mazowiecką, 
grającą muzykę z Mazowsza, Tupot Niedźwiedzia, przetwa- 
rzający tradycyjne brzmienia. Należy do Stowarzyszenia 
Twórców Ludowych. Jest znanym skrzypkiem. „Mistrz" - 
mówią o nim. Chce, by szkoły kultury ludowej powstały we 
wszystkich regionach Polski. 
Weronika śpiewa głosem białym w Village Kollektiv, ze- 
spole grającym muzykę klubową. I w kilku innych. Pracuje 
nad projektem kurpiowskich pieśni Karola Szymanowskiego 
razem z muzykami klasycznymi, artystami ludowymi, mu- 
zykami folkowymi. Wykorzystuje też głosy z archiwalnych 
nagrań, głosy nieżyjących już śpiewaków. Uczy śpiewu bał- 
kańskiego. Jest doktorem etnomuzykologii. 
Ania w Werchowynie i formacji Krzaki śpiewa ukraińskie 
pieśni. Prowadzi szkolenia z emisji głosu dla osób, dla których 
głos jest narzędziem pracy. Zajmuje się też rozwojem głosu 
i śpiewem ludowym, opierającym się na pełnym i dźwięcz- 
nym brzmieniu. Uczy wydobywać głos. Jest zawodowym 
coachem. 
Baśka studiuje choreografię na Akademii Muzycznej 

background image

w Łodzi. Prowadzi warsztaty taneczno-teatralne oraz śpiewu 
sutartines - polifonicznych archaicznych pieśni litewskich. 
Gra na bębenku obręczowym i skrzypcach sekund w Kapeli 
Mazowieckiej. Ma własną grupę teatralną Furu Kolektyw 
Artystyczny. 
Bartek, Weronika, Ania i Baśka działają przy powstawaniu 
Mazowieckiej Szkoły Muzyki Ludowej. 
77 
Starość jako efekt uboczny ratowania tradycji 
„Ostatni" w tym wypadku oznacza również „starzy". Bóle 
w plecach, brak zębów, garby, chrypa, opuchnięte palce, słaby 
wzrok, nogi już nie te. W połowie xix wieku etnografowie 
nagrywali starych, bo wraz z nimi odchodziła tradycja. Po 
ii wojnie światowej nagrywali starych, bo z nimi odcho- 
dziła tradycja. W xxi wieku nagrywamy starych, bo z nimi 
odchodzi tradycja. Każdy stary jest zawsze ostatni. Młodzi 
przy starych wydają się nieciekawi. Będą ciekawi dla następ- 
nego pokolenia. Pokolenia, które znów będzie szukać tych 
ostatnich. 
Nie każdy dzisiejszy muzykant jest stary, ale każdy jest 
ostatni. 
Bartek: Musimy się do tej muzyki przedzierać, nauczyć 
się jej słuchać. Efektem ubocznym ratowania muzyki jest 
nagrywanie ludzi starszych. Trzeba wysiłku, by wyobrazić 
sobie, jak ta muzyka może brzmieć, kiedy zagra ją młody, 
sprawny artysta. Wtedy się słyszy siłę. Wtedy pojawia się 
potencjał. I wtedy też można ją pokochać. 
Weronika: Niektórzy ślepo naśladują tych starych ludzi, 
bo nie słyszeli, jak śpiewają młodzi. I potem młodzi chłopcy 
grający na skrzypcach przybierają garb starego skrzypka. 
I w tańcu się chylą, choć w krzyżu ich nie łupie. Młode ko- 
biety śpiewają niewyraźnie, choć mają dobrą dykcję i wszyst- 
kie 32 zęby. Mówicie, że śpiew biały, czyli śpiew głęboki, 
z wnętrza, jest naturalny? A ja powiem, że owszem, ale nie 
dla wszystkich. Na wsi ludzie mówią głośno, krzyczą do sie- 
bie, żyją na otwartej przestrzeni. W mieście jest zahukanie, 
etykieta obowiązująca w środkach komunikacji miejskiej 
i telefony komórkowe. 
78 
- Na wsi zmieniają się obyczaje. Trudno wymagać od tych 
ludzi, by twardo stali przy starej obyczajowości, jeżeli ona nie 
pasuje do współczesnych realiów - mówi Baśka. 
Kędy tam jedzies, 
Jasiu kochanie? 
Tam do Warsawy 
na zalecanie. 
Zalecaj-ze sie, 
Ale wiedz komu; 
Jak sie nie uda, 
Przyjedź do domu. 

background image

Szantaż nasz powszechny 
Bożena Aksamit 
Zdesperowany mąż, gwałciciel, biedny student, obrażony 
siostrzeniec i cała plejada mętów - oto polscy szantażyści. 
Zaczynają zawsze od słowa „jeśli". Jeśli zapłacisz, jeśli mi 
powiesz, jeśli się ze mną prześpisz... 
Potem pojawia się obietnica - to zostawię cię w spokoju. 
Nieprawda. Spokoju nie będzie. 
Gadatliwa przyjaciółka - nawet jeśli wygrasz, 
to przegrasz 
- Poczułam, jakby mnie miało rozsadzić. Powiedziałam: 
„Chcesz, to dam mu słuchawkę! Jest w domu". 
Agnieszka nie pamięta, czy krzyczała. Całkiem możliwe, 
że jej głos był zimny jak kurze piersi, które właśnie wycią- 
gnęła z zamrażarki - gotowała obiad. Pamięta wściekłość. 
Na Dorotę. 
Były przyjaciółkami, miały małe dzieci, pracę w radiu i po 
romansie na boku. Dużo przyjemności, trochę wyrzutów 
sumienia i permanentny brak snu. Potem okazało się, że 
Dorota miała paskudny zwyczaj - lubiła opowiadać. Swojemu 
mężowi wytłumaczyła, dlaczego jej koleżanka ciągle ziewa. 
Dlatego zadzwonił. 
81 
To było sobotnie popołudnie. Agnieszka usłyszała: „Jeśli 
dasz mi numer tego chu..., to twój kochany mężulek nie 
dowie się, co wyczyniasz". 
Mówił przez nos, jakby przed chwilą skończył płakać. Od 
razu mu wybaczyła. 
Dorota postawiła wszystko na jedną kartę. Nieudolnie 
nakłamała o podróży służbowej, bo „promyczkowi" zachciało 
się na grzyby. Wyłączyła komórkę i pojechała na Kaszuby. Po 
kilkunastu godzinach szukali jej mąż i kilkunastu krewnych. 
Trafili w końcu na kogoś życzliwego, podpowiedział: „Ona 
ma kochanka". 
-  Oczywiście miałam ten numer - Agnieszka uśmiecha 
się krzywo. 
-  Wiedziałaś, że najważniejsze to nie wejść do gry? - py- 
tam raczej z obowiązku. Znamy się, wiem, że nie przeszła 
szkolenia dla żołnierzy GROM-u albo szpiegów, których 
uczy się, jak reagować w sytuacjach dużego stresu. Implikacja 
„jeśli, to" działa jak włącznik, który zapala w mózgu żarówkę 
z napisem „strach". Mało kto daje radę. 
-  Coś ty! Wpadłam w szał. Pomyślałam, że nie będzie mnie 
jakiś koleś szantażował. 
Szał Agnieszki to zwykła złość. Jak najbardziej na miejscu. 
Gdyby się nie zezłościła, poczułaby lęk. Byłoby gorzej. 
Dorota, gdy wróciła z grzybów, syknęła: „Jesteś świnia, że 
dałaś ten numer". Od razu zaczęła knuć w pracy, Agnieszka 
musiała odejść. 
-  Dałaś w końcu ten numer? 

background image

-  Nie! Był na bilingu, wydruki leżały w szufladzie spięte 
spinaczem, Dorota lubiła porządek. 
-  Powiedziałaś mężowi o romansie? 
-  Po co? Żeby mu było przykro. 
82 
-  Nie boisz się, że się powtórzy? 
-  Oby nie. 
Pirat internetowy - szantażyści czują się silni, 
gdy podskakujemy, ilekroć pstrykną palcami 
Po prostu to jest szantarz. Jesteś 10 na liście. Nie bądź idiotom 
i lepiej nie nararzaj siebie i rodziny. Jesteś namierzony. Nie 
jeden pirat nie ma tyle co ty. Prokurator się na pewno bardzo 
ucieszy... 
...Zawiń 500 zł w starom gazetę i wrzuć do śmietnika między 
peronami, tego co stoi koło ławki, a potem idź. Wtedy bendziesz 
pod kloszem, ty i twoja rodzina. Pierdol znajomych, naszego 
słowa możesz być pewien. Dostaniesz smsa z datą. 
-  Powiedz Paweł, własnego wujka szantażować. Co za 
pomysł?! 
-  Nie lubię go. Raz mu nie oddałem filmu, to się czepiał 
miesiąc i więcej już nie pożyczył. Miał pełno kasy, a pięć 
dych było mu szkoda. 
Szantażysta i ofiara mieszkają w małym miasteczku na 
południu Polski, kilka ulic od siebie. 
Paweł, lat 17, poległ na gimnazjum. Dwa razy kiblował, 
w końcu dał sobie spokój, rodzicom wytłumaczył, że pamięci 
nie ma. Ustąpili. 
Jest jak inni, lubi z kumplami wypić browar, pogadać o sa- 
mochodach, kompie i filmach. Ogląda nocami, czasem nawet 
do rana - byle coś się działo i najlepiej, jak dobry wygrywa, 
a złego spotyka kara. Wtedy czuje, że świat jest sprawiedliwy, 
bo normalnie to uczciwy jest taki jak jego starzy - biedny 
i brzydki. 
83 
Wujek lubi pieniądze i ściąganie z internetu: gier, filmów, 
muzyki. Stać by go było na kupowanie, bo ma własną hurtow- 
nię kabli, żarówek i farb. Ale on woli za darmo. Większości 
tego, co ściąga, nawet nie słucha i nie ogląda. Gdy przypo- 
mniał sobie, że kiedyś lubił Led Zeppelin, to ściągnął całą 
dyskografię i od razu o niej zapomniał. 
Siostrzeniec go drażni. Nie uczy się i nie pracuje. 
*** 
Jest lato 2009. Paweł potrzebuje kasy. Ma wprawdzie robotę 
na budowie, ale nie chce mu się harować. Idzie do wujka. 
-  Płaszczyłem się, prosiłem. Powiedział, że dla mnie nie 
ma. 
Wieczorem nastolatek obmyśla zemstę. Pisze list, a gdy 
starzy idą spać, wykrada się z domu i wrzuca go wujkowi 
do skrzynki. 
-  Wkurzył cię? 

background image

-  Jasne! Ma, a nie chce się podzielić. 
-  Skąd wiedziałeś, jak napisać? 
-  Z głowy i z filmów. Nie myślałem, że tak gładko pójdzie. 
Najpierw chciałem go tylko raz oskubać, ale był taki chętny, 
że nie potrafiłem przestać. Wysyłałem esemesa, a on przynosił 
na dworzec kasę. Reagował jak pies na gwizdnięcie. 
-  Na co wydawałeś? 
-  Normalnie, szedłem do Biedronki, kupowałem lody, 
piwo i kiełbasę. 
*** 
Prokurator nadzorujący śledztwo mówi, że po pierwszym 
koślawym i pełnym błędów liście „wujek" specjalnie się nie 
przejął. 
84 
-  Przestraszył się po dwudziestym z kolei SMS-ie. 
-  Treść? 
-  Takie tam... „Śledzimy cię, dzisiaj byłeś w banku", „Spa- 
limy twoje nowe autko", „Wiemy o tobie wszystko", „Policja 
poluje na takich jak ty", „Przynieś kasę jutro o 12.00". 
-  Presja? 
-  To połowa sukcesu. Jeśli szantażysta jest sprytny, to 
tak dociśnie, że nawet twardziel w końcu pęknie i zrobi się 
miękki. 
Wujek błyskawicznie popadł w stan galarety - był prze- 
konany, że naprawdę wiedzą o nim wszystko. Zaczął szukać 
kamer i podsłuchów, najpierw przekopał cały dom, potem 
biuro. Nie mógł spać, całymi dniami nie odzywał się ani 
słowem albo robił dzikie awantury z byle powodu. Czuł się 
jak mucha złapana do szklanki. Każdy dźwięk telefonu był 
jak solidny cios w splot słoneczny. 
-  Nigdy nie miał do czynienia z łobuzami - prokurator 
określił wujka jako typ delikatny, lekko histeryczny. - Zwy- 
kłe przesłuchanie w roli pokrzywdzonego wyprowadziło go 
z równowagi. A SMS-ów było prawie dwieście. Śmietnik przy 
ławce napełnił pieniędzmi pięć razy. Siostrzeniec naciągnął 
go na 1700 złotych. 
-  Ile to trwało? 
-  Dwa miesiące. W końcu powiedział o tym koledze. Ten - 
policjantowi. Policjant poradził, by natychmiast zgłosić się 
do nas. Oczywiście zanim wujek tu przyszedł, zrobił trochę 
porządków w komputerze i płytotece. 
-  Gdyby powiedział od razu... 
-  Najgorsze, co można zrobić, to kisić się w tym wszyst- 
kim samemu. 
85 
Spragnieni miłości - nie licz, że myśliwemu 
drgnie serce 
Genialny pomysł przychodzi do Marcina w lipcu 2008 roku. 
Chłopak siedzi pod parasolem przy zimnym piwku i rozma- 
wia z Adamem. Mieszkają w sąsiednich blokach, na obrze- 

background image

żach Łodzi. 
-  Ma brata geja, nabijaliśmy się z niego: jaki jest delikatny, 
jak dba o paznokcie, jak się wszystkim przejmuje. Wtedy 
mnie olśniło. 
Przyjaciele logują się na CZATerii: „Zajmij się mną, a ja 
zajmę się tobą. Mam piękne ciało". Dołączają fotkę Marcina 
zrobioną na plaży. 
-  Nie lubisz ich, co? 
-  Geje to frajerzy - Marcin jest pewny swoich racji. 
-  Zero wyrzutów? 
-  Sami są sobie winni, gdyby byli normalni, nie byłoby 
całej akcji. 
Łowcy gejów wpadną w listopadzie, gdy będą mieć na 
koncie sześciu mężczyzn. Upolowali ich na portalu i w klu- 
bach. 
-  Wystarczyło postraszyć, raz trzepnąć i dawali, co chcie- 
liśmy - Adam też uważa, że „im się należało". 
-  Szybko pojawili się chętni? 
-  Od razu. 
Jeden z zanęconych po rozmowie telefonicznej i wymia- 
nie kilku e-maili zaprasza Marcina do siebie. On pójdzie na 
pierwszy ogień. 
Do eleganckiego apartamentu przychodzą we dwóch. Za- 
skoczony „kochanek" zaprasza ich do środka. Zaczynają od 
razu. 
86 
-  No, pojebańcu, dawaj kasę albo opiszemy cię na kilku 
portalach. Chyba ci nie zależy, żeby się w pracy dowiedzieli, 
kim jesteś. 
Jest tak zaskoczony, że nie reaguje, gdy komórką robią 
mu zdjęcie. 
-  Znikniemy z twojego życia, jak dasz cztery stówy. 
-  Co ja wam zrobiłem? 
-  Gówno! Dawaj kasę, nie dyskutuj! 
-  Nie mam przy sobie, muszę iść do bankomatu. 
-  Idziemy z tobą, tylko bądź grzeczny. 
Tydzień później mają kolejnego „łosia". 
Jacek jest ostrożniejszy, umawia się na skwerku w centrum 
miasta. Proponują mu trójkącik Wydają mu się wyjątkowo 
mili, a u niego w tych sprawach ostatnio była posucha. Za- 
prasza ich na piwo, po drugim jest już rozluźniony i ma coraz 
większą ochotę na seks. Dawno nie miał takiego dobrego 
nastroju. 
-  Panowie, zapraszam do hotelu - uśmiecha się do chło- 
paków. Nie widzi ich spojrzeń. Nie wróżą nic dobrego. 
Idą powoli, to niedaleko, a noc jest wyjątkowo ciepła. Jacek 
zagaduje nowych znajomych: „Uczycie się gdzieś czy pracu- 
jecie?". Mruczą coś w odpowiedzi. Mają już dosyć maskarady. 
Gdy wchodzą w pierwszy ciemny zaułek, Adam chwyta 
Jacka mocno za łokieć, Marcin staje naprzeciwko. 

background image

-  Jestem z policji, z obyczajówki. On ma dopiero 14 lat - 
mówi twardym, mocnym głosem. - Wiesz, co ci za to grozi? 
Adam tak naprawdę ma 18 lat, ale jest drobny i niewysoki. 
Starszy o trzy lata Marcin wygląda przy nim jak troll. 
-  Co jest? - Jacek z trudem wydusza słowa. 
87 
-  No, panie pedofilu, dwa tysiące załatwią sprawę i za- 
pomnimy o wszystkim - Marcin się uśmiecha. Znów ma 
miły, chłopięcy głos. 
-  Mam tylko 320 zł - Jacek prawie płacze. Nie widzi, że 
„policjanci" przyglądają mu się uważnie. Właśnie odbywa 
się skanowanie ofiary. Wyłapywanie nerwowych grymasów, 
momentów, gdy ciało sztywnieje, chwil przerażenia. W ten 
sposób szantażyści świadomie bądź nie tworzą strategie. 
Po chwili zapada wyrok. 
-  No dobra, dawaj, ale zadzwonimy do ciebie wkrótce. 
Naszykuj resztę. Pamiętaj, jesteś nam winien 1600 złotych. 
*** 
Jacek przez całą noc nie może znaleźć sobie miejsca, piecze 
go w żołądku, boli głowa. Nad ranem uspokaja się i zaczyna 
myśleć. Nie sprawdził ich legitymacji, a nawet jeśli byliby to 
gliniarze, jest pewien: nie będzie płacił. 
Rano jedzie na komisariat. 
-  Szantażują mnie policjanci - mówi cicho. 
-  Co się stało? Niech pan opowie - prosi dyżurny. 
Jacek robi się czerwony. 
-  Ale to zostanie między nami? 
-  Oczywiście. 
-  Jestem gejem i.... 
Jacek uspokajany zapewnieniami policjanta, że nie ma się 
czego wstydzić, opowiada wszystko ze szczegółami. 
Kamień spada mu z serca, gdy dowiaduje się, że to byli 
przebierańcy. Policja otrzymała już podobne zgłoszenie. Tym 
razem szantażyści zapolowali w knajpie, Adam obiecał rozba- 
wionemu czterdziestolatkowi szybki numerek w parku. Tam 
czekał na nich Marcin. 
88 
-  Wyskakuj z kasy, bo dostaniesz tak, że ci się żyć ode- 
chce. 
-  Spadaj łobuzie - tym razem gej ku ich zaskoczeniu 
okazuje się waleczny. 
Niestety Marcin potrafi boksować. Mężczyzna przewraca 
się, a po kilku kopniakach jęczy skulony. Adam wyciąga z kie- 
szeni eleganckiej marynarki portfel, komórkę i odtwarzacz 
MP4. Gdy dzielą się łupami, są pewni - będzie dogrywka. 
Tym razem upolowali bogacza. 
Dwa dni później, wieczorem, walą do drzwi. Nikt im nie 
otwiera. 
-  Dawaj tysiaka, bo wszyscy się dowiedzą! - krzyczą. Pa- 
dają wulgarne wyzwiska. 

background image

Przez uchylone drzwi dostają rulon pieniędzy. Poczuli zew 
krwi, nie odpuszczą. 
-  Za jakiś czas odwiedzimy cię znowu. Tylko nic nie kom- 
binuj. 
Szantażowany mężczyzna mówi dość. Zgłasza się na po- 
sterunek policji. 
*** 
Tak jak Jacek od razu zgadza się uczestniczyć w pułapce. 
Szantażyści na razie nie dzwonią do niego, tylko do Jacka, 
a on informuje policję. 
Marcin i Adam są czujni. Kilka razy przekładają termin 
odbioru 1600 zł, a gdy wreszcie umawiają się na rogu Piotr- 
kowskiej i Piłsudskiego, najpierw obserwują teren przez lor- 
netkę. 
Policjanci są jednak sprytniejsi. Łapią ich, gdy rozluźnieni 
liczą oznakowane pieniądze. Po pierwszym przesłuchaniu 
okazuje się, że ofiar było więcej. Do pozostałych czterech 
89 
śledczy trafili podczas badania bilingów i laptopa znalezio- 
nego w mieszkaniu Marcina. 
-  Musieliśmy się nieźle nagimnastykować, żeby złożyli 
zeznania. Wstydzili się - policjantka doskonale pamięta, jak 
bardzo jej rozmówcy byli speszeni. 
-  To może być niezły biznes? - pytam, bo policzyłam, 
że chłopaki bez większego wysiłku zarobili kilka średnich 
krajowych. 
-  Nawet zarzuty nie muszą być prawdziwe. Ofiary i tak 
boją się kompromitacji. Szantażować się opłaca, bo kara jest 
niska, mniej niż za rozbój czy handel narkotykami, a pienią- 
dze mogą być z tego spore. 
Pożyczanie żony - szantażysta ma frajdę z tego, 
co robi 
Marta, 30-letnia nauczycielka i mężatka z dwojgiem dzieci, 
popełniła głupstwo, bo jak jej się wydawało, latem 2009 r. 
się zakochała. 
Dawno temu razem z chłopakiem wyjechała z Bolesławca 
na studia, wrócili też wspólnie. Praca, pierwsza ciąża, potem 
druga. Mieszkanie w nowym bloku. 
-  Nie narzekałam na męża głośno, ale zawsze wiedziałam, 
jaki film wybierze w kinie, kiedy będziemy się kochać i że na 
wakacje pojedziemy do Giżycka. Zachciało mi się odmiany. 
Gra, której ofiarą padła Marta, ma kilka nazw, najdeli- 
katniejsza brzmi „Pożycz żonę". Graczami, czyli myśliwymi, 
bo tak siebie nazywają, byli przyjaciele ze słupskiej siłowni 
i ich dziewczyny. Jak się później dowiedziała Marta, główny 
myśliwy na czas akcji pożyczył sportowy samochód, którym 
tak jej zaimponował. 
90 
Poznali się na Naszej Klasie. 
-  Zaproponował rozmowę na sieciowym podforum stwo- 

background image

rzonym specjalnie dla mnie. Przeczytałam szczere, piękne 
wyznania. Oszołomiły mnie. „Boże, to niemożliwe, żeby ktoś 
aż tak mnie pragnął..." - tak wtedy myślałam. Czułam się jak 
bohaterka romantycznej komedii. Chciałam coraz więcej. 
Straciłam resztki rozsądku. 
Dziś Marta już wie, że myśliwi posługują się gotowymi 
tekstami z internetu. 
Pierwsza randka - parking pod miastem. Romantyczny 
krajobraz, lipiec, cykanie świerszczy. Długie pocałunki. Marta 
szybko zgadza się pojechać z kochankiem do jego mieszkania. 
Jest całkiem zwyczajne, w zniszczonym bloku. 
-  Rozbawiona sytuacją, rozochocona sporą ilością alko- 
holu i rozanielona seksem pozowałam, głupia, z puszką piwa 
w dłoni. 
*** 
Kilka dni później Marta ogląda z mężem „Fakty". Dzwoni 
komórka. To kochanek. 
-  Musisz natychmiast zejść, czekam na dole w aucie - se- 
kretny przyjaciel nie jest już miły. 
Marta drżącą ręką rozłącza rozmowę. Wychodzi do ła- 
zienki. Patrzy tępo w lustro, po policzkach płyną łzy. Wtedy 
dostaje MMS ze swoim nagim zdjęciem. Szybka decyzja. 
Mężowi mówi, że musi biec do przyjaciółki w nagłej sprawie. 
Zbiega na parking pod blokiem, tam - w samochodzie stoją- 
cym kilkanaście metrów od jej okien - dowiaduje się, że ma 
natychmiast dogodzić kochankowi. Jeszcze nie wie, że będzie 
obserwowana przez jury złożone z koleżków i koleżanek 
szantażysty. Siedzą w aucie zaparkowanym obok. 
91 
-  Gdy upokorzona wracałam na górę, myślałam, że to 
był po prostu chamski koniec romansu. Jeszcze kilka razy 
popłakałam w łazience. 
Mija miesiąc, Marta jest już spokojna, modli się tylko, 
żeby nie natknąć się na niego na ulicy. Chce jak najszybciej 
zapomnieć, wtedy spotyka w biurze dziewczynę, która była 
w jury. 
-  Polubiłyśmy się i w pewnym momencie ona zdobyła się 
na szczerość. Opowiedziała mi o innych polowaniach. Oka- 
zało się, że jedna z szantażowanych jest żoną kolegi mojego 
męża. Na szczęście oni robią ten numer tylko raz z tą samą 
ofiarą. 
Marta trafiła paskudnie. Skąd miała wiedzieć, że wielu 
szantażystów to psychopaci, którzy mają po prostu frajdę 
z tego, co robią. I tak by nie uwierzyła, że na pozór mili 
i sympatyczni są arcymistrzami manipulacji. Żyją w świecie 
bez wyrzutów sumienia i skrupułów, w którym liczy się tylko 
przyjemność. Ich przyjemność. 
-  Poszła pani na policję? 
-  Nie. Co mam powiedzieć, że byłam głupia? 
Zaradny student - każdy ma coś na sumieniu 

background image

„Łowca skandali", czyli Darek z wioski pod Krakowem, przez 
siedem lat nastraszył kilkadziesiąt osób. Ale był na swój 
sposób wyjątkowy - jak na szantażystę. 
-  Po otrzymaniu pieniędzy czasami wysyłał listy i prosił 
o wybaczenie - mówi podinspektor Marek Korzonek, który 
rozpracowywał sprawę 25-letniego studenta Uniwersytetu 
Rolniczego. - Kompletnie niepozorny chłopak, bieda zmusiła 
go do kombinowania. 
92 
Darek już w klasie maturalnej odkrył, że nie ma ludzi bez 
skazy. Wkrótce w jego głowie pojawiła się kolejna ważna 
myśl - człowiek wiele da, żeby pozbyć się uczucia wstydu. 
Tego się trzymał. 
Pierwszą ofiarą była koleżanka ze szkoły, plotkowali o niej, 
że jest puszczalska. Napisał w liście, że doklei zdjęcie jej 
twarzy do pornograficznych fotografii i udostępni w inter- 
necie razem z opowieściami o jej wyczynach. Poskutkowało. 
Wpadło pierwsze 200 zł. Wydał na studniówkę. 
Od jesieni potrzebował na studia, wiadomo było, że 
w domu cienko z kasą. Zamiast iść do pracy, udoskonalił 
opracowany przez siebie system. Spisywał wszelkie informa- 
cje, plotki, węszył, szperał. Bardzo szybko okazało się, że blef 
w zupełności wystarcza. Polował na lokalnych biznesmenów, 
lekarzy, sklepikarzy, wójtów, sołtysów i księży. Jeden sprzeda- 
wał wódkę nieletnim, drugi - ten, który najgłośniej modlił 
się w kościele - oddał matkę do domu starców i wynajął 
komuś jej mieszkanie. 
Darek wpadł też na pomysł, że nastraszy pewnego sklepi- 
karza pobiciem jego ukochanej córeczki. Kilkakrotnie nękał 
księdza, że ujawni rewelacje na jego temat. W listach do 
wielebnego podawał się za parafiankę. 
Niektórzy dali się nabrać i płacili. 100 złotych, 200, rekor- 
dzista zgodził się dać 5 tysięcy. 
Darek wpadł, bo hurtownik straszony spaleniem samo- 
chodu natychmiast poszedł na komendę. Został złapany 
z gotówką w garści. Od razu opowiedział o wszystkim po- 
licjantom. Nie mógł kombinować, w jego mieszkaniu leżały 
stosy listów z żądaniami okupu. Darek wykorzystał - pewnie 
nieświadomie - smutną prawdę, że szantaż jest sposobem 
naszego myślenia, kilka lat doświadczeń przyniosło kolejne 
93 
odkrycie: człowiek pod presją wyobraźni, niezależnie od tego, 
jak jest inteligentny, ulegnie. Na emocje nie ma silnych. 
Towar handlowy - dla bydlaka nie ma świętości 
-  Do tej pory nie potrafię wypowiedzieć na głos jego 
nazwiska. Mam 37 lat, a poczułam taki strach, jakbym była 
dzieckiem. Myślałam, że chce mnie prosić o wybaczenie, że 
coś zrozumiał, że nie mógł z tym żyć. A on przyszedł, żeby 
mnie ponownie dręczyć. 
Demony z czasów dzieciństwa uwolnił telefon od mamy: 

background image

„On chce od ciebie pieniędzy, inaczej sprzeda jakieś filmy do 
gazet". 
Jest luty 2006 roku. Edyta Górniak przerywa próbę. Za 
miesiąc o jej traumatycznym dzieciństwie będzie gadało pół 
Polski, piosenkarka stanie się tematem numer jeden roz- 
mów u fryzjera, w poczekalniach do lekarza i przedziałach 
kolejowych. Marcowe wydanie „Uwagi" w TVN osiągnie 
rekordową oglądalność. 
Kilka minut po rozmowie z mamą roztrzęsiona dzwoni 
do męża. 
-  Nie bój się, damy radę - stara się ją uspokoić. Gdy po raz 
pierwszy rozmawia z szantażystą, słyszy: „Dacie 120 tysięcy 
albo pójdę do gazet". 
Te dwadzieścia tysięcy stanowi - mogłoby się wydawać - 
końcówkę „na utargowanie". Nic bardziej mylnego. To wstęp. 
Po kolejnym telefonie piosenkarka ma zapłacić już 200 tysięcy, 
inaczej tabloidy dostaną jej roznegliżowane zdjęcia z czasów, 
gdy miała 16 lat. 
Zapewne kolejnym żądaniem byłoby 250 tysięcy i tak dalej, 
ale małżonkowie wynajmują detektywa Krzysztofa Rutkow- 
94 
skiego. Z jego pomocą negocjują ostateczną cenę (170 tysięcy) 
i sposób przekazania pieniędzy - w łódzkim hotelu „Ibis", 
19 marca o 15.30 w pokoju 309. Mają się spotkać we dwóch. 
-  Jakie zrobił na panu wrażenie? 
-  Był niesamowicie stonowany, ale miał jakiś chory obłęd 
w oczach. Wyglądał jak typowy psychopata z filmów sensa- 
cyjnych. Spokój połączony z szaleństwem. 
*** 
Siwy mężczyzna w czarnej marynarce punktualnie otwiera 
drzwi. Ma na imię Marek. Od razu wyciąga z kieszeni płytę 
DVD i wkłada do przygotowanego laptopa. 
-  To co, od początku, tak jak leci? - pyta. 
Na ekranie pojawia się piosenkarka z czasów, gdy była 
uczennicą w Opolu. Tam się wychowywała, tam poznała 
swego prześladowcę. Przyjaźnił się z jej matką i ojczymem, 
szybko stał się „ulubionym wujkiem". Dużo rozmawiali, 
dziewczynka mówiła o małych tęsknotach i jednej wielkiej - 
za tatą. 
Po roku „wujek" wiedział o dziecku prawie wszystko. 
-  Skrupulatnie mnie osaczał. Robił to w taki sposób, że- 
bym się nie bała. Za każdym razem zapraszał swoją 9-letnią 
córkę do pokoju albo do łazienki. Robił to delikatnie, nie na- 
chalnie. Gdy powiedziałam „dość", nie przestał. Przychodził 
pod szkołę, a gdy jechałam na wycieczkę z klasą, wsiadał do 
pociągu. W końcu powiedział rodzicom, że zapłaci za moje 
korepetycje. Kazali mi z nim pójść. 
Edyta Górniak przerywa. Nerwowo skubie frędzle koca. 
-  Wtedy mnie zgwałcił. Straciłam sens życia, nie miałam 
się do kogo zwrócić, komu powiedzieć. Nauczyciele pewnie 

background image

by mi nie uwierzyli, rodzice byli jego przyjaciółmi. Wydawało 
95 
mi się, że mój tata mnie nie kocha, a ojczym wielokrotnie 
pokazał, że nie jestem dla niego ważna. Próbowałam się otruć. 
Dwa lata po wyjściu ze szpitala Edyta wyjeżdża z Opola 
na zawsze. Zrywa kontakty z rodziną. „Wujek Marek" znika 
z jej życia na 18 lat. 
*** 
Gdy w hotelu ogląda nagranie wraz z mężem Edyty, uparcie 
milczy. 
-  Zniszczyłby pan dziewczynie życie bez zmrużenia oka? - 
mąż zagaja już po raz trzeci. Wie, że musi nawiązać rozmowę 
i poprowadzić ją tak, aby Marek K. dał jak najwięcej „na 
taśmę". Ludzie Rutkowskiego nafaszerowali pokój kamerami. 
-  Ja się nie znam, na ile to może jej zniszczyć... 
-  Skoro chce pan tyle pieniędzy, zdaje pan sobie sprawę, 
że to może jej zaszkodzić 
-  Myślę, że nie aż tak. 
-  Z miłości pan to nagrywał? 
-  Tak. Dlaczego nie? Robiło się różne rzeczy. 
-  Co pan jej musiał naopowiadać, żeby ją namówić na 
takie rzeczy? 
-  To były niewinne wygłupy. Bez przesady. 
-  Wie pan, co może pan zrobić w głowie takiej 16-latce 
na całe życie? 
-  E, nieee. 
-  Z trzy razy starszym mężczyzną? Co się stało, że pan 
teraz szantażuje mnie tymi taśmami? 
-  Nie szantażuję, absolutnie. 
-  Mówi pan, że jeśli nie zapłacę, to pójdzie pan do gazet. 
To nie jest szantaż? Dla mnie jest. 
-  To jest towar handlowy. 
96 
-  16-letnia dziewczyna nagrana w bieliźnie? To jest towar 
handlowy? 
-  Może źle się wyraziłem. Dla gazet to jest towar han- 
dlowy. 
-  Jeśli tak... - mąż piosenkarki wyciąga pieniądze. Kiedy 
Marek K. przelicza banknoty, do pokoju wpada ekipa Rut- 
kowskiego. Trzech mężczyzn w kamizelkach kuloodpornych. 
Mają pistolety. 
-  Koniec, kolego. Dorobiłeś się, pedofilu. 
Skutego przekazują na parkingu policjantom. Rozpoczyna 
się proces. Edyta Górniak ani razu nie pojawi się w sądzie, 
nie da rady. 
-  Skoro do mnie wrócił jak bumerang, chciałabym mieć 
jakieś poczucie sprawiedliwości. Jest bardzo głupim człowie- 
kiem, bo wypiera się tego, co mi zrobił. Na taśmach, którymi 
mnie szantażował, jest wszystko. 
Marek wynajmuje adwokata. 

background image

-  Mój klient znalazł zdjęcia i zadzwonił do matki pani 
Górniak. Zamierzał je oddać za pieniądze, ale to były zwykłe 
pertraktacje handlowe, a nie żaden szantaż! Dlaczego ona to 
zrobiła, nie wiem. Może chciała zaistnieć w mediach? - tak 
brzmiała wersja obrony. 
20 maja 2009 roku sędzia z Łodzi skazuje szantażystę na 
rok i cztery miesiące więzienia. W jego domu policjanci 
znaleźli kolejne taśmy. Edyta Górniak nie była jego jedyną 
ofiarą. 
Filmowiec amator - uważaj, co trzymasz w domu 
Być może nie byłoby tej historii, gdyby ksiądz Jan nie miesz- 
kał sam na plebani i gdyby przestrzegał celibatu. Wielebny 
97 
jednak od czasu do czasu zaglądał do jednej z poznańskich 
agencji towarzyskich i tam zaprzyjaźnił się z uroczą 40-latką 
tak mocno, że regularnie zaczął ją zapraszać do siebie. 
-  Wiesz, że mój księżulek kręci ze mną filmy. Ustawia 
kamerę na statywie i... - Iwona zwierzyła się koleżance. Ta 
kolejnej. Niedługo o hobby księdza wiedzieli także szefowie 
dziewcząt. Puścili informacje w miasto. I tak Rex - lokalny 
gangster - od razu wpadł na pomysł, że można dorobić na 
filmowej pasji „wesołego księżulka". 
-  Namówili go na imprezę na parafii i przywieźli dwie 
dziewczyny - opowiada policjant, który pracował przy śledz- 
twie. - Gdy wielebny figlował z Iwoną, która o niczym nie 
wiedziała, jej koleżanka kradła taśmy. 
Gangsterzy zajęci większą robotą dają proboszczowi jesz- 
cze kilka miesięcy spokojnego życia - jest pełnia lata. Ksiądz 
odprawia msze, odwiedza Iwonę i nie zagląda do szuflady. 
Na początku grudnia dowiaduje się, że taśmy zmieniły 
właściciela. Wrócą na plebanię, gdy zapłaci 300 tysięcy zł. 
Zaczynają się negocjacje. Proboszcz się targuje, Rex przystaje 
na połowę kwoty. Wielebny obiecuje, że po kolędzie będzie 
miał pieniądze. 
Mija tydzień i gangster zmienia zdanie. Natychmiast żąda 
50 tysięcy. Udręczony ksiądz nie wytrzymuje, zgłasza się na 
policję. Szajka trafia do aresztu. 
-  Zapłacił za ekscentryczne hobby - mówię podczas 
rozmowy z policjantem. Na spotkanie z księdzem nie ma 
szans. 
-  Ekscentryczne? Nie. Polacy nagminnie kręcą swoje łóż- 
kowe eskapady. Zaczęło się, gdy staniały cyfrowe aparaty 
i kamery. 
-  Skąd pan wie? 
98 
-  Gdy jeździmy do włamań, to naród nie martwi się o pier- 
ścionki i laptopy. Wszyscy trzęsą się o zdjęcia i nagrania 
z sypialni. 
-  A co się stało z księdzem? 
-  Nie jest już proboszczem. Zdegradowano go i jako wi- 

background image

kary pracuje w jednym z wioskowych kościołów. Daleko od 
metropolity i Poznania. 
Przypadek Piesiewicza - nie ma mocnych 
-  Ta sprawa zniszczyła mi życie. To jest piekło - powie 
dziennikarzowi „Super Expressu" Krzysztof Piesiewicz. Po 
tym jak 11 grudnia 2009 gazeta umieści na portalu dwa 
filmiki, z nikim więcej nie zamieni słowa. Na jednym za- 
mroczony senator w kwiecistej sukience kiwa się na kanapie. 
Drugi przedstawia Piesiewicza, który wciąga do nosa biały 
proszek. 
Zaczęło się 4 września 2008 roku. Od tego dnia Piesiewicz 
jest już ofiarą, choć jeszcze o tym nie wie. Katarzyna, którą 
poznał na początku lata, i jej koleżanka, tancerka z nocnego 
klubo go-go, kręcą komórką około 10 filmików. Jest na nich 
seks, przebieranki i wciąganie białego proszku. Prokuratura 
krajowa będzie potem mówić o materiałach: „drastyczne". 
Piesiewicz zaprasza panie do siebie, częstuje je winem, 
a potem zaczyna dziać się coś dziwnego. 
-  Może wrzuciły mi coś do kieliszka? Pamiętam tyle, że 
później chciały, bym wciągnął cokolwiek, więc wciągnąłem 
sproszkowany lek. Wydawało mi się, że spędziły w moim 
domu półtorej godziny. 
Z nagrań wynika co innego - akcja trwa prawie osiem 
godzin. 
99 
Po kilku dniach z senatorem kontaktuje się szantażysta. 
Żąda 150 tysięcy złotych za nieujawnianie materiałów. Pie- 
siewicz płaci, w zamian dostaje płytę kompaktową z wy- 
palonymi filmami. Nie mija kilka tygodni i prześladowca 
odzywa się znowu - chce kolejnych 150 tysięcy. Tym razem 
obiecuje oddać oryginały nagrań, ale znowu daje tylko 
płytkę. Gdy wybuchnie skandal, senator przyzna, że oddał 
w ten sposób pół miliona. Wszystko, co mu pozostało po 
rozstaniu z żoną. 
*** 
W listopadzie 2008 zaczyna się dogrywka. Polityk dostaje in- 
formacje, że bandyci obserwują jego córkę. Telefon w domu 
dzwoni zaraz po tym, gdy Piesiewicz tam wchodzi. To na- 
suwa podejrzenie, że on sam także jest obserwowany. Prze- 
rażony, decyduje się w końcu na zawiadomienie prokuratury. 
Rozpoczyna się pierwsze śledztwo. Policja odnajduje 
sprawców szantażu, ale senator - jako pokrzywdzony - nie 
chce przeciwko nim zeznawać. Prosi nawet prokuraturę 
o nieściganie szantażystów. Uważa, że zostali wystarczająco 
postraszeni i - jak mówi głośno - „zrozumieli, że robili źle". 
Prokurator przekonuje wybitnego prawnika, by zmienił zda- 
nie, bezskutecznie. 
Piesiewicz trwa przy swoim nawet wtedy, gdy przesłuchi- 
wani składają zawiadomienie o posiadaniu i przyjmowaniu 
przez niego kokainy. Następuje zwrot akcji: śledczy muszą 

background image

umorzyć pierwsze śledztwo i rozpocząć drugie, w którym 
dotychczasowy pokrzywdzony jest podejrzanym. 
Pułapka się zatrzaskuje - a to jeszcze nie koniec. 
W listopadzie 2009 r. z Piesiewiczem kontaktuje się starsza, 
kulturalna, na pozór niemająca nic wspólnego ze światem 
100 
przestępczym kobieta. Mówi, że znalazła „na cmentarzu" 
jakieś materiały obciążające senatora i już je zniszczyła. Pie- 
siewicz daje jej w dowód wdzięczności książkę z autografem. 
Po godzinie kobieta dzwoni jednak ponownie i wyjaśnia, że 
ona sama co prawda materiały zniszczyła, ale jej koleżanka, 
która zrobiła sobie kopię, potrzebuje na leczenie 150 tysięcy 
złotych. 
Tego już za wiele. Senator idzie na komendę. 
Policja zatrzymuje troje szantażystów. 
*** 
- Dał się tym ludziom opętać - mówi o senatorze Krzysz- 
tof Sarzała, psycholog. - Szantaż jest skomplikowaną grą emo- 
cjonalną. Nawet gdy ofiara ma tylko jednorazowo zapłacić 
za spokój, to i tak zaczyna się „koncert" w jej głowie: kłębią 
się wyrzuty sumienia, wstyd i lęk. On jest najistotniejszy. 
Szantaż jest grą na lęku. Gdybym pracował z panem Piesie- 
wiczem, zapytałbym go przede wszystkim: „Co pan kupo- 
wał za te pieniądze? Jaki towar? Spokój? Poczucie własnej 
wartości?". Warto zrobić rachunek sumienia w trakcie takiej 
tragicznej przygody albo nawet po niej. Osoby w kryzysie 
emocjonalnym, a z takimi pracujemy w Centrum Interwen- 
cji, postrzegają rzeczywistość tunelowe Ten stan można 
przyrównać do sceny teatralnej, na którą pada pojedynczy 
snop światła. Reflektor pokazuje tylko krzesło i oparty o nie 
parasol. Tyle widzi ofiara szantażu. Nie dostrzega, że scena 
jest pełna, dalej stoi stół, na nim paruje rosół, z tyłu jest 
kanapa z ciepłym kocem, za nią stoi życzliwy, uśmiechnięty 
człowiek. Wystarczy dodać trochę światła i wszystko widać. 
Życie nie jest już piekłem. 
101 
W ostatniej dekadzie zanotowano 2j tysięcy występków „zmu- 
szania do określonego działania". Większość z nich to wy- 
muszenia w rodzinie i naciski typu „pożycz stówę, bo jak 
nie..!'. Podręcznikowym szantażem jest co dziesiąte z tych 
przestępstw. 
Czas zwyczajny 
Oliwia Piotrowska 
„Ty albo nikt inny" - powiedziała. Od prawie 70 lat jest na 
świecie sama. 
W tę jasną noc, jak w każdą inną od jakiegoś czasu, Marianna 
jest już właściwie pogodzona ze śmiercią. Nie boi się. Mówi 
o tym zupełnie spokojnie. Choruje, ale przecież ciągle dba 
o siebie. Gimnastyka, basen, zajęcia na uniwersytecie, rower, 
zdrowe odżywianie, profilaktyka i zalecenia lekarzy. Czyta 

background image

książki, ostatnio to wszędzie zachwalane „Millenium", które 
udało jej się zdobyć, mimo że w bibliotece trudno znaleźć 
nowość. Spaceruje brzegiem morza, po mieście, czasami 
nawet wyjeżdża i ciągle jeszcze się uczy. Żyje normalnie. 
Na tyle normalnie, na ile zdrowie pozwala. Na piąte piętro 
nie da już rady wnieść siatek, nie zatrzymując się na pół- 
piętrach, wiadomo. Ale wychodzi codziennie, byle pogoda 
w miarę była, byle złapać kolejny dzień za rogi, byle tylko 
coś poczuć i przeżyć, byle wrócić przed zmrokiem, bo prze- 
cież na świecie nie jest już bezpiecznie, gdy ma się prawie 
siedemdziesiąt lat. 
Nie, właśnie że nie boi się śmierci. Boi się tylko umiera- 
nia. Że okaże się zależna od innych. Ma nadzieję nie od- 
dawać w obce ręce czynności fizjologicznych. To by było 
103 
najgorsze. Spuszcza wzrok. Wie o tym, przecież kiedyś była 
pielęgniarką. 
Siedemdziesiąt lat to sporo. Zleciało. Czy to westchnienie 
jest smutne? Trochę za szybko, o wiele za szybko. Najgorzej 
te ostatnie lata. Uśmiecha się. To takie typowe dla starości, 
że pamięć już troszkę szwankuje, ale dzieciństwo pamięta się 
bardzo dobrze. Żałuje, że wtedy o nic nie pytała. 
Przez całe te siedemdziesiąt lat kochała tylko raz. Po- 
wiedziała: „Ty albo nikt inny". Żałuje. Całe życie jest sama. 
Człowiek jest stworzony do życia w rodzinie, z dziećmi. Tylko 
tego żałuje. 
*** 
Czy siedemdziesiąt lat samotności jest czymś, co da się spo- 
kojnie znieść? To nie są jakieś abstrakcyjne lata, to każdy 
poniedziałek, każdy wtorek i każda niedziela, w których do 
obiadu siada się w pojedynkę, w których myje się jeden kubek 
i talerz, w których kupuje się jedynie pół chleba, w których 
nie ma z kim toczyć wojny o pilota do telewizora ani ustalać 
planów na wakacje. Siedemdziesiąt lat bez robienia niespo- 
dzianek na urodziny i ochlapywania wodą w lany poniedzia- 
łek, bez herbaty podawanej do łóżka komuś bliskiemu, kto 
ma akurat gorączkę. Siedemdziesiąt lat bez głośnego zastana- 
wiania się, czy w niedzielę wypada wylegiwać się cały dzień 
i opowiadać o problemach w pracy, czy trzeba jednak iść na 
spacer i do kościoła. Siedemdziesiąt lat bez złoszczenia się, 
że znów ktoś przez całą noc chrapał i zabierał kołdrę. Przez 
siedemdziesiąt lat wszystkie decyzje podejmuje się samemu, 
buty zawsze ustawia się w tym samym miejscu, niezajętym 
przez inne buty, nie można ani razu zapomnieć, że ktoś bliski 
nie lubi truskawek, ani pokłócić się o pieniądze w domowym 
104 
budżecie. Nie trzeba się tłumaczyć, gdy się spóźniło z pracy 
przez autobus, który popsuł się kilometr od domu. Planując 
wyjście do teatru, nie trzeba sobie przypominać, czy ktoś 
drugi ma w tę sobotę czas wolny. Nie rozmawia się o dzieleniu 

background image

obowiązków ani nie ma się poczucia, że trzeba walczyć o to, 
by być razem. Nie trzeba płakać ani się złościć, gdy ma się 
już dosyć cichych dni. Nie można nikomu pokazać, że się go 
kocha, ani zobaczyć tego samego niespodziewanie po przyj- 
ściu do domu z męczącego spotkania w pracy. Siedemdziesiąt 
lat to bardzo dużo pojedynczych dni i jeszcze więcej rzeczy, 
o których nie ma się pojęcia, bo się ich nigdy nie przeżyło. 
Miała pięć czy sześć lat, mieszkała już tutaj, w tym domu. Pa- 
mięta starsze sąsiadki, repatriantki, Rosjanki okutane w chu- 
sty, walonki. Była dzieckiem i bała się. Sąsiadki wyzywały ją 
od szwabek, od Niemek. Przemykała wtedy schodami bardzo 
blisko ściany, takie nieśmiałe i ciche dziecko. To było zaraz 
po wojnie. Nie rozumiała, skąd ta szwabka, przecież nie była 
Niemką. Ale kiedy ma się sześć lat, to normalne, że człowiek 
się boi. Sąsiadki hodowały w piwnicy kozy. Niczemu się nie 
dziwiła, przecież niedawno skończyła się wojna. Ludzie kom- 
binowali, starali się przeżyć. Wszystko było normalne. 
O samej wojnie się z dziećmi nie rozmawiało. Nawet gdy 
dorośli coś wspominali, dzieci nie słuchały. A wspominało 
się rzadko. Trzeba było zapomnieć i zacząć życie na nowo. 
Przecież każdy przeżył i widział potworne rzeczy. Życie toczy 
się dalej, po co o tym mówić? Teraz żałuje, że przez wiele lat 
nie pytała o szczegóły. 
Urodziła się w 1941 roku. To nie takie pewne, mówi bez 
zdziwienia, ale była chyba dzieckiem panieńskim. Cóż, kie- 
105 
dyś o to nie spytała, żałuje, ale dziś już się tego nie dowie. 
Umarli przecież wszyscy, którzy mogli coś o tym wiedzieć. 
Nieślubne dziecko. Samotne. Jej matka oddała ją na wy- 
chowanie dziadkom, potem założyła rodzinę, miała swoje, 
inne dzieci. Tak, utrzymywały kontakt, odwiedzała siostry, 
bawiła się z nimi. A potem wracała do domu. To był dla niej 
problem, cierpiała, kiedy na wywiadówki chodziła z babcią, 
starszą panią, podczas gdy inne dzieci miały takie młode 
mamy. Ale nie, nie czuje żalu. To przecież były takie czasy. 
Mają dziś dobry kontakt z siostrami. Odwiedzają się. Nie 
rozmawiają o tym. 
Dziadkowie zawsze traktowali ją jak swoją córkę, nosi 
zresztą ich nazwisko. Byli spokojni, może trochę zgorzk- 
niali, samotni, nawet zniechęceni. Starsi ludzie, czasami 
nie mieli już do niej cierpliwości, ale byli w tym wszystkim 
bardzo przyzwoici. Tylko pewnie wojna zostawiła w nich te 
ślady. Stracili wszystko, więc potem żyli tak zwyczajnie, na 
co dzień, jak wszyscy. Bez żadnych dążeń, pragnień, raczej 
normalnym życiem. Dorobili się przed wojną, więc kto by 
zaczynał od zera, po raz drugi? Nie pamięta żadnej biedy ani 
strachu. Dziadkowie, porządni ludzie, uśmiecha się. Gdynia 
przed wojną to było takie piękne, złote miasto, pełne nadziei 
i życia. Jej dziadek budował Gdynię w jej najlepszym okresie, 
od czasów małej wioski rybackiej. Potem przyszli Niemcy. 

background image

Wysiedlili, wywieźli wszystkich. Dziadkowie uciekli z pociągu 
do Stutthofu. 
Wrócili do domu po wojnie, ale zamknięto im drzwi przed 
nosem. Wszyscy uważali wtedy, że dziadek jest reakcjonistą. 
A przecież budował to miasto. Był wprawdzie impulsywny, 
psioczył głośno na Stalina i trafił nawet na chwilę do więzie- 
nia, chyba na trzy miesiące. 
106 
Znalazł dom dopiero tutaj, daleko od Gdyni. Poddał się. 
Stracili wszystko, cały przedwojenny majątek. Nie mieli już 
siły ani woli dorabiać się na nowo. 
Nie, nie pamięta biedy. Żyli skromnie, ale zawsze mieli je- 
dzenie, ubranie. Było normalnie, jak wszędzie. Tylko w domu 
różne sprzęty zawsze pojawiały się później niż u innych, na 
przykład pralka, telewizor, patefon, potem Bambino. Pamięta, 
jak grało się z sąsiadami w karty, zapraszało na imieniny, 
w bloku kwitło życie towarzyskie. Nie tak jak teraz. 
Ale życie było dobre. Bez biedy, bez wrogów, właściwie 
bez porażek. 
Tylko samotne. 
Ze szkolnych koleżanek została jej dziś jedna. Spotykają się 
teraz nawet częściej niż kiedyś, wiadomo, każdy miał swoje 
dzieci, rodziny, własne życie. Przy tylu ważniejszych sprawach 
przyjaźnie schodzą na dalszy plan. Wracają dopiero na starość, 
kiedy człowiek znów jest sam. Przeczekała. Przyjaźnią się 
przecież od tylu lat. Są dla siebie jak rodzina. 
I tylko on ją skrzywdził. Starszy, rozsądny, z wyższym 
wykształceniem. Jedyny mężczyzna, którego kochała. 
*** 
Siedemdziesiąt lat przeżytych samotnie to nie są jakieś abs- 
trakcyjne, mijające lata. To te wszystkie pojedyncze dni, 
w których nie poświęca się swojego czasu dzieciom i nie 
złości, kiedy wybijają szyby piłkami, ani nie śmieje, kiedy 
wpadają do domu, krzycząc o ciągnięciu za włosy. Nie kupuje 
się żelu na złagodzenie bólu przy wyżynaniu się pierwszych 
zębów, nie płacze ze szczęścia, gdy mały człowiek postawi 
pierwszy niepewny krok, ani nie martwi, gdy przez tydzień 
kogoś ciągle boli mały brzuszek. Nie przeżywa się lęku w cza- 
107 
sie pierwszej randki własnej córki ani podczas kolejnych, 
doroślejszych randek, nie trzeba chodzić na wywiadówki 
ani denerwować się na inne matki, które przychodzą do 
domu na skargę. Nie przyłapuje się nikogo na kłamstwie 
ani ukradkowym paleniu zakazanych papierosów. Nie trzeba 
się obawiać, że kieszonkowe jest zbyt skromne, ani nie ma 
się tego problemu, że małe dziecko nagle staje się wysokie 
i dorosłe i można je przyłapać, gdy przymierza ukradkiem 
nie swoje buty na obcasach. Nigdy nie traci się równowagi ani 
nie złości, słysząc słowa, które nie powinny być skierowane 
do rodziców. Nie spędza się bezsennych nocy przed cudzą 

background image

maturą ani nie radzi się miesiącami nad wyborem przyszłej 
szkoły. To siedemdziesiąt lat bez ani jednego „kocham cię" 
z małych ust własnego dziecka. 
*** 
Poznali się tutaj, w tym domu. Pamięta, jak przyjechał z ro- 
dziną. To było piękne lato, sześćdziesiąty drugi rok. Takie 
wtedy były czasy, że trzeba było trochę dorabiać. Więc dziadek 
dorabiał - mieli w domu pokój przygotowany dla wczasowi- 
czów. Nie tak daleko stąd, o tu, była przecież piękna plaża, 
najpiękniejsza w Trójmieście. 
Spędzili wówczas trochę czasu razem. Zakochała się po 
raz pierwszy w swoim dwudziestoletnim życiu, na długi czas. 
Właściwie to na zawsze. „Ty albo nikt inny" - powiedziała. 
Spędzili ze sobą kilka pięknych lat. 
*** 
W latach pięćdziesiątych cała rodzina miała zostać wywie- 
ziona. Pamięta to doskonale, choć przecież była tylko dziec- 
kiem. Podobno donosili na nich sąsiedzi. Wspomina, jak już 
108 
pożegnała się ze szkołą, spokojnie, i że w przedpokoju stały 
spakowane rzeczy, o tutaj. Ale ktoś z dalszej rodziny jeździł 
do Bieruta, wstawiał się. W końcu, w ostatniej chwili, zostali. 
Nie rozmawiała z sąsiadami przez kilka lat. 
Pamięta, jak w domu mówiło się, że są ciężkie czasy. Na 
podwórku i w szkole nie wolno jej było o tym wspominać. Ale 
też nie miała przecież takiej wiedzy jak teraz. Czuła tylko, że 
dzieje się coś naprawdę złego, odczuwała jakiś podskórny lęk, 
ukryty za codziennym życiem, lekcjami w szkole, obiadami, 
graniem w karty i spotkaniami z innymi dziećmi. Czuła, że 
dzieje się coś złego. 
Potem umarł Stalin. Chodziła do szkoły i uczyła się na- 
prawdę dobrze, chociaż miała jakąś poprawkę z matematyki. 
Kierownik szkoły, bo dyrektorów wtedy nie było, namawiał 
ją, by została nauczycielką. Nie chciała, nie przystąpiła do 
egzaminów, wybrała szkołę pielęgniarską. Trochę ze stra- 
chu, tak zwyczajnie po ludzku nie poszła na te egzaminy. 
Dopiero później studiowała, wieczorowo, jakoś się udało. To 
była dobra droga. Uśmiecha się. Zawsze chciała pracować 
z młodzieżą. 
Dziś w szpitalach spotyka swoje byłe uczennice. Rozma- 
wiają zupełnie normalnie, tak sympatycznie i miło. Z jakimś 
ciepłem. Pamiętają ją doskonale. Uśmiecha się. Była typem 
„piły", trzeba było się przecież uczyć. Była nauczycielką surową, 
wymagającą, ale sprawiedliwą. Dobrą. 
Cały czas poznawała ludzi, przez całe zawodowe życie. 
W pracy, w szpitalu. O tak, wtedy nie była samotna. 
*** 
Przez te kilka lat miłości zjeździli cały kraj. Bywali w teatrach 
w Warszawie, w Zakopanem, chodzili się bawić i oglądali 
109 

background image

wschody słońca, wracając po długich nocach z dancingów 
w Grand Hotelu. Ciągle interweniowała jego rodzina. Pew- 
nego dnia uległ i po prostu ją zostawił. Nie, nie poda nazwi- 
ska, uśmiecha się. Zresztą później wyjechał za granicę. Czy 
te wspomnienia są wciąż bolesne? Ułożył sobie życie, miał 
rodzinę, ale nigdy nie był naprawdę szczęśliwy. Nie mieli 
później żadnego kontaktu. Tylko pojedyncze informacje od 
dalszych znajomych. Zresztą to przecież teraz nieważne. Nie, 
nie powie nic więcej. 
*** 
Byli inni, prowadziła przecież interesujące życie i miała mnó- 
stwo znajomych, przyjaciół. Także mężczyzn. Niektórzy nawet 
się zakochiwali, choć przecież nigdy nie była typem kokietki. 
Ale po jedynej, zbyt krótkiej miłości już zawsze podchodziła 
do nich z rezerwą, nie czuła nic. Żadnych emocji. Szkoda. 
Mogła wtedy wybrać inaczej. 
Bo przecież zawsze żyła normalnie. Chodziła na zabawy, 
na studiach, do akademików. Później były dancingi, bywała 
w Marysieńce, w Morskiej, w Cristalu. Miała powodzenie. 
Piękna, młoda, inteligentna kobieta, spokojna i rozsądna. 
Samotna. 
Może trzeba było wyjść za kogokolwiek, nawet z rozsądku, 
pal licho. Mieć dzieci. Mieć rodzinę. Człowiek nie powinien 
spędzać życia sam, bo we dwoje żyje się przecież lepiej. Za 
późno. Żałuje tylko tej jednej decyzji. W życiu nie wolno 
kierować się miłością, nie wolno słuchać serca ani kochać zbyt 
długo i poważnie. Nie warto. To się nie opłaca. To marnuje 
życie. Odbiera wszystko. Nieprawda, że miłość jest najważ- 
niejsza. Z perspektywy siedemdziesięciu samotnych lat widać 
to bardzo wyraźnie. 
110 
Potem koleżanki powychodziły za mąż. W końcu nawet 
przestały ją do siebie zapraszać, miały przecież rodziny i dzieci. 
Ułożyły sobie życie, a stare przyjaźnie rozpłynęły się, jakby 
nigdy nie były ważne. Zresztą kto by zapraszał samotną, atrak- 
cyjną kobietę do domu, do dzieci, do męża? 
Nie było nigdy ostracyzmu, agresji, nie, nikt o tym nie 
mówił wprost. Czasem tylko ktoś dał jej tak delikatnie, lekko, 
mimochodem odczuć, że coś z nią pewnie jest nie tak. Reago- 
wała na to zawsze tak samo - tylko stoickim spokojem. Teraz 
też patrzy spokojnie, mówi zupełnie normalnie, jakby bez 
emocji. Popełniła błąd, ale z nim też jest już pogodzona. 
Dziadek zmarł nagle w 1974 roku. To był wylew. Umarł 
niezmiernie szybko, w szpitalu. Bardzo to przeżyła. Lubili 
się, przyjaźnili nawet, wychodzili razem do restauracji, roz- 
mawiali. Był dla niej ojcem. Nie rozumie, czemu miał złą 
opinię, człowieka próżnego czy niezaradnego. Fakt, miewali 
w domu kłopoty, z którymi nie potrafił sobie poradzić, choć 
jako mężczyzna powinien. Ale przyjaźnili się. Był dobrym 
człowiekiem. 

background image

To takie trudne, kiedy nagle traci się ojca. To wszystko 
stało się tak szybko, nie było nawet czasu pożegnać się i po- 
godzić z tą sytuacją. Dopiero w takich chwilach człowiek 
czuje się sierotą, nie wcześniej. To była zresztą pierwsza 
przeżyta śmierć kogoś bliskiego. Wstrząsnęła nią. Milczy 
przez dłuższą chwilę. 
Po jego śmierci babcia też była zdruzgotana. Całe życie 
byli przecież razem, jako jego żona nigdy nie pracowała, nie 
musiała, była typem przedwojennej pani domu, przez całe 
życie skupionej wyłącznie na nim. Ale dały sobie przecież 
111 
jakoś radę. Zawsze miały dobry kontakt w takim kobiecym 
sensie, często rozmawiały. Może nie na wszystkie tematy, 
ale przecież były sobie bardzo bliskie. Po latach czasem się 
myśli, że wszystko wyglądało inaczej. Może babcia była tro- 
chę zbyt despotyczna, nie pozwalała na pewne rzeczy, cza- 
sem krzyczała. To przygnębiało. Starała się kontrolować ich 
życie, czasami za bardzo, niekiedy trochę na pokaz źle się 
czuła. Trzeba było pomagać, wsiąknąć w to wszystko, dać 
jej poczucie bezpieczeństwa, po prostu zostać w domu. To 
też miało wpływ. Może przez nią później nie wychodziła, nie 
starała się znów kogoś pokochać, być z kimś innym już na 
zawsze. Jakby czekała, ale czas nie czekał, a życie bezustannie 
mijało samotnie. 
*** 
Przez siedemdziesiąt lat samotności nie świętuje się we dwoje 
drobnych zwycięstw i podwyżek w pracy ani nikt nie trzyma 
za rękę, kiedy odbiera się wyniki od lekarza. Nie rozmawia 
się cicho po nocach o tym, czy czas już zaplanować wakacje 
albo kupić nową pralkę. Nie zastanawia się, czy ten człowiek 
jest właściwy, czy może popełniło się błąd przy ołtarzu. Nie 
odpowiada się przyjaciółkom na pytania, a żadna z nich ich 
nie zadaje i niczego nie zazdrości. Przez siedemdziesiąt lat 
samotności nikt się nigdy nie spóźnia na umówioną domową 
kolację ani nie przychodzi na nią z cudem zdobytą butelką 
wina, by świętować kolejną rocznicę lub zapomniane przez 
codzienny stres urodziny. Nie można się na nikogo obrazić, 
że nie chciał iść dziś do kina, wspólnie decydować o kupnie 
psa czy kota, nie ma po kim sprzątać, nikt nie podrzuca 
swoich ubrań do uprasowania. Nie zmienia się nagle zdania 
i nie płacze ani nikogo się nie przeprasza. Nie można się 
112 
momentalnie zdecydować na ulicy i wejść do fryzjera, by 
potem wracać do domu z lękiem i nadzieją, że ktoś zauważy 
zmianę. Nie słyszy się komplementów ani gorzkich słów 
wypowiedzianych w nieoczekiwanej chwili. Nie wzrusza 
się podczas wspomnień, z których zawsze najważniejsze są 
wspólnie przeżywane lęki, które potem kończą się ulgą. Nie 
trzeba cofać za szybko wypowiedzianych słów, o których się 
potem wcale nie pamięta. Nie można się martwić, że ktoś 

background image

obok bardziej się zestarzał i być może trzeba będzie witać 
kolejny dzień bez niego. 
Przez siedemdziesiąt lat żyje się życiem zewnętrznym, roz- 
mawia się z ludźmi przez telefon i w pracy przy herbacie, 
chodzi się do teatru i na spacery, ale nie trzyma się nikogo za 
rękę. O tak, siedemdziesiąt lat to bardzo dużo pojedynczych 
dni i jeszcze więcej rzeczy, o których nie ma się pojęcia, bo 
się ich nigdy nie przeżyło. 
»** 
Pamięta cały ten przewrót w latach siedemdziesiątych i póź- 
niej. Ludzie przez chwilę czuli się jakoś inaczej. Zbliżyli się 
do siebie. Widziało się taką nieprzeciętną życzliwość, wszyscy 
się spotykali i nareszcie, po tylu latach, rozmawiali otwarcie 
i z nadzieją na przyszłość. Były nawet jakieś zebrania w szkole, 
młodzież zabierała głos, po raz pierwszy zadawała pytania 
o Katyń. 
Była raczej sympatykiem niż działaczką. Chodziła na spo- 
tkania z Wałęsą w Akwenie, pod stocznię, roznosiła jakieś 
ulotki. Nic poważnego. W szkole był strajk, jak wszędzie. 
Pamięta grudzień i strzały. To były trudne przeżycia, ten 
ciągły strach, mówiło się, że może Rosjanie wejdą. Ale ten 
lęk wszystkich mobilizował do działania. Do optymizmu. 
113 
Nigdy wcześniej ani później nie rozmawiało się tak wiele 
o wolności, o ideałach, o przyszłości. Jakby ktoś po długiej 
zimie wreszcie otworzył zaklejone wcześniej przed mrozem 
okno i po raz pierwszy od dawna, a może od zawsze, czuło 
się wiatr na twarzy. Choć nadal był zimny, można już było 
mieć nadzieję, że wszystko skończy się dobrze. To były trudne 
przeżycia, pełne strachu. W takich czasach ludzie zawsze są 
ze sobą bliżej, rozmawiają poważniej, głębiej. Każdy był dla 
innych życzliwy, ciepły. Człowiek czuł się częścią większej ca- 
łości. A przecież życie było wtedy takie szare, brudne. Mimo 
godziny milicyjnej i ciągłego strachu ludzie w tramwajach 
i w sklepach byli tacy mili, uprzejmi, sąsiedzi pomagali sobie, 
każdy żył jakoś wspólnie. Teraz tego wszystkiego nie ma 
i każdy żyje sam dla siebie. Jest o wiele gorzej. 
Pamięta też marzec, po „Dziadach" w Teatrze Narodowym, 
była nawet wtedy w Warszawie. Pamięta Michnika, jakieś 
demonstracje, wiece. Mówiło się dużo o tej sytuacji, o znie- 
woleniu, braku wolności słowa. Wtedy wszyscy ci ludzie 
bardzo jej imponowali wiedzą, odwagą. Teraz jest bardziej 
sceptyczna. Ich przekonania zatraciły się po latach, nie ma 
już żadnych ideałów. Szkoda. 
*** 
W tym całym życiu było przecież tak dużo momentów przy- 
jemnych. Pamięta wyjazdy, spotkania z ludźmi. Właściwie nie 
wie, o czym jeszcze wspomnieć. Miała takie skromne życie, 
w trudnych czasach, nie tak beztroskie jak teraz, przecież 
wielu rzeczy nie można było mieć. Pamięta, jak kupowało 

background image

się „Przekrój", był tam taki kącik z poradami o modzie. To 
nie było proste, należało najpierw załatwić sprawę z kio- 
skarką, założyć teczkę. Czytała porady, jak farbować buty, 
114 
jak wyciąć dekolt, jak uszyć spódnicę z kretonu. Starała się 
być modna. 
Właściwie nie wie, jakie miała w życiu autorytety. Może 
papież, może inni znani ludzie. Nie zastanawiała się nad tym. 
Może kierownik szkoły, ten sam, który tak ją namawiał, by 
została nauczycielką, może wychowawczyni z podstawówki. 
W pewnym momencie na pewno ci wszyscy odważni ludzie, 
walczący, z ideałami. Nie wie. 
Całe to życie było w sumie stabilne. Może i następowały 
jakieś okresy większego przygnębienia, ale trzeba było wyjść 
z nich na prostą i żyć normalnie. Może i trochę by zmieniła, 
nie zostałaby sama. Cóż, nie chciała za wszelką cenę zakładać 
rodziny, ale teraz kierowałaby się tylko rozsądkiem. 
Bo on ją skrzywdził. 
Teraz sytuacja jest już stabilna. Wie, że jest chora, i wie, ile 
ma lat. Jest pogodzona z losem i z życiem. Nie zdobyła ma- 
jątku, ale też nikomu nie zaszkodziła. Poddaje się spokojnie 
zabiegom leczniczym. Nie chce być kaleką, pragnie pozostać 
sprawna do końca, samodzielna w czynnościach fizjologicz- 
nych, broń Boże, żeby ktoś musiał jej pomagać. 
*** 
Te kilka lat razem spędzili tak dobrze i radośnie. Minęło tyle 
czasu i nie jest już łatwo przypomnieć sobie jeden konkretny 
wschód słońca, ale oglądali je tak często tutaj, na plaży. Roz- 
mawiali godzinami o przyszłości, nadziei, planach, właśnie 
przy tym wschodzącym tak jak jej młode życie słońcu. Za- 
wsze tym samym, przez siedemdziesiąt lat. 
Rozsądny wariat 
Ho 

 

norata Zapaśnik 

-  Widzę samochód i wyobrażam sobie, że ma skrzydła. 
Ze sklepu wychodzi potężna kobieta, a ja od razu kojarzę 
ją z Fellinim. 
Motto Marcela Szytenchełma, aktora, twórcy niezwykłego 
teatru, Łodzianina Roku, brzmi: „Na tym świecie, aby nie 
zwariować, trzeba być rozsądnym wariatem". 
Dzisiaj-19.07 
Studio Teatralne „Słup". Próba miała się zacząć o dziewięt- 
nastej. Dwudziestoletnia Kinga oraz pozostali członkowie 
zespołu czekają na reżysera. 
-  Marcel zawsze się spóźnia - mówi Kinga. - Często za- 
czyna próbę, a po chwili ją przerywa, bo musi gdzieś wyjść, 
coś załatwić. 
Kinga jest w „Słupie" od marca zeszłego roku. 
-  Pończochy, kwiatki dla pięknych pań! - krzyczał na 
ulicy pan w czarnej muszce i meloniku. Rozpoznała w nim 
Szytenchełma, znanego łódzkiego artystę. Spodobał jej się 

background image

ten happening i przyszła na próbę Studia Teatralnego „Słup". 
Słyszała, że Marcel lubi zaskakiwać, więc nie zdziwiła się, 
kiedy kazał jej zatańczyć wokół jakiegoś aktora. 
117 
-  Za mało się uśmiechasz - stwierdził. - Musisz nauczyć 
się bawić sztuką. 
Po to została. 
Wczoraj - teatr na stole 
-  Zwróćcie uwagę temu chłopcu, bo on ciągle patrzy 
w kamerę! - powiedziała reżyserka po kilku próbach. Marcel 
miał wtedy dziesięć lat i po raz pierwszy statystował w filmie. 
Udawał podróżnego wysiadającego z pociągu. Tego dnia 
poza odkryciem, że nie wolno patrzeć w kamerę, zrozu- 
miał też, że puste walizki mogą grać pełne. To mu się tak 
spodobało, że od tego momentu postanowił sam kreować 
rzeczywistość. 
W mieszkaniu stał duży stół, na nim Marcel miał swój teatr. 
Codziennie o 19.00 zaczynał się spektakl. Chłopiec oświetlał 
lampą blat, poruszał papierowymi aktorami i czytał na głos 
sztuki Fredry Gdy kostką do gry wyrzucał piątkę, sala była 
pełna, gdy wypadała jedynka, sztuka schodziła z afisza. 
-  Magia teatru zawsze mnie hipnotyzowała - wspomina. - 
Moi widzowie są aktorami w przedstawieniach, które reży- 
seruję. Stają się częścią wykreowanego świata, bo chcę, żeby 
czuli to co ja, żeby zapomnieli na chwilę o szarej rzeczywi- 
stości. Gra jest rodzajem wewnętrznego oczyszczenia. 
Kochać teatr nauczyła go matka. Na spektakle chodzili 
do Teatru Nowego. Później na to samo przedstawienie szedł 
sam, często kilkakrotnie. Fascynowały go zwłaszcza spektakle 
reżyserowane przez Kazimierza Dejmka. 
-  Jego sztuki oglądałem po kilkanaście razy. Gasły światła, 
kurtyna szła w górę i już byłem w niezwykłym świecie iluzji. 
Wsłuchiwałem się w muzykę, podziwiałem scenografię, grę 
118 
ulubionego aktora. „Też chciałbym występować na scenie" - 
myślałem z zazdrością. 
Dzisiaj-19.11 
Artur, ekonomista, goni między rzędami krzeseł koleżankę 
z zespołu. Kocha polskie komedie. Chciał poznać Szyten- 
chelma, odkąd zobaczył go w „Zmiennikach" Barei. Kiedy 
od kogoś usłyszał, że może grać u Marcela, nie wahał się ani 
przez chwilę. Bogdan, emeryt, przygląda się zabawie, siedząc 
na widowni. Bogdan występuje w „Słupie" od dwunastu lat. 
Wcześniej działał w ZHP. Teraz teatr zastępuje mu harcerstwo. 
Wczoraj - Studio Teatralne „Słup" 
Każdy student szkoły teatralnej marzył o roli Hamleta. Pra- 
gnieniem Marcela było zagrać u Stanisława Barei. Uważa 
go za najlepszego reżysera komediowego. I kiedy skończył 
studia aktorskie, dostał rolę Mariana Klimuszko w serialu 
„Zmiennicy". Był szczęśliwy. Wystąpił też w innych filmach: 

background image

„Szalbierz", „Dziewczyna z Mazur", „Ucieczka z miejsc uko- 
chanych". Zaczął dostawać propozycje pracy w warszawskich 
teatrach. Wybrał Łódź i własną twórczość, bo uważał, że jako 
aktor pracował z reżyserami mniej kreatywnymi od niego. 
- Łódź można kochać albo nienawidzić, ja zdecydowałem 
się ją pokochać poprzez sztukę - mówi. - To miasto ma duszę 
i nie mógłbym mieszkać gdzie indziej. Tutaj mam przyjaciół, 
mogę robić swoje. Poza Bareją moimi mistrzami są Fellini 
i Bunuel. Ich dziwne kino mnie ukształtowało. Postanowiłem 
stworzyć nietypowy teatr, który byłby kontynuacją teatru na 
stole z czasów dzieciństwa. 
119 
Pierwszym własnym przedstawieniem Marcela był spek- 
takl, który wystawił w łódzkim liceum im. Gabriela Naru- 
towicza w rocznicę śmierci prezydenta. Studiował wtedy na 
wydziale reżyserii. Spektakl wyglądał następująco: w czasie 
lekcji uczniowie usłyszeli dźwięk fletu. Kiedy zaciekawieni 
wyszli z klas, na ścianach szkolnego korytarza zobaczyli 
obrazy. Marcel wypożyczył je z muzeum, by zaaranżować 
wnętrza warszawskiej Zachęty. 
-  Narutowicz przyjechał! - krzyknął ktoś. 
Prezydent wszedł do Zachęty. Nagle Eligiusz Niewiadomski 
strzelił do niego. Biorący udział w przedstawieniu licealiści 
próbowali go złapać. Kilku z nich było pierwszymi aktorami 
Studia Teatralnego „Słup". Marcel założył je w 1982 roku, gdy 
był jeszcze studentem reżyserii. 
-  Swój teatr nazwałem „Słup", bo z pewnej wysokości 
jest się lepszym obserwatorem. Na słupie można też wy- 
wiesić ogłoszenie czy reklamę, czasem jest przeszkodą do 
pokonania. 
Aktorami „Słupa" są muzycy, studenci, nawet bezrobotni. 
-  Swój teatr buduję z ludzi ciekawych. Dziennikarze po- 
równują mnie czasem do Piotra Skrzyneckiego, ale mnie jest 
trudniej, bo sam muszę wyszukiwać aktorów. Kiedyś znala- 
złem kilku utalentowanych strażaków i zorganizowałem z ich 
udziałem happening ku czci Tuwima. Brało w nim udział 
piętnaście wozów strażackich! Raz na rynku zobaczyłem 
sprzedawcę skarpetek o ciekawej fizjonomii. Do tej pory 
występuje w „Słupie". 
Początkujący artyści mogą na nim polegać. 
-  Chciałam zdawać do szkoły aktorskiej - mówi Kinga. - 
Poprosiłam Marcela o pomoc w przygotowaniu do egzaminu. 
„Nie ma problemu" - powiedział bez zastanowienia. 
120 
W 1986 r. przyśnił mu się Franz Kafka. 
-  Napisz ciąg dalszy - poprosił. Tak powstało przedstawie- 
nie „Nadkolonia karna", nawiązujące do opowiadania Kafki 
„Kolonia karna". Marcel wystawił je w pałacyku nad stawem. 
Wymyślił maszyny do zabijania ludzi. Z jednej z nich szkla- 
nymi rurkami spływała pod stopy widzów „krew". Zabarwił 

background image

na czerwono wodę w stawie. 
Dzisiaj-19.15 
Bożena, gospodyni domowa, cieszy się, że Szytenchelm się 
spóźnia. Specjalnie przyszła wcześniej, żeby poplotkować 
z Bogdanem i Arturem. 
-  Kiedy przychodzi dzień próby, nie mogę się doczekać 
spotkania z zespołem - mówi. - Aktorstwo jest dla mnie 
odskocznią od obowiązków. Gdyby Marcel kazał mi odejść 
z teatru, nie umiałabym się z tym pogodzić. Ale on w każdym 
widzi możliwości. 
Do Bożeny i jej koleżanek reżyser podszedł na ulicy. „Mam 
własny teatr, gwarantuję świetną zabawę, przyjdźcie i zo- 
baczcie" - zachęcał. Bożena przyszła. Trwała właśnie próba 
„Młodzieżowego zespołu baletowego". Musiała nauczyć się 
kroków tanecznych. Na szczęście Marcel jest cierpliwy i nie 
czuła się głupio, gdy po raz kolejny się pomyliła. 
Wczoraj - Dzień Tuwima i Reymonta 
„Siedem dni Polaka - tytółmyloncy" Szytenchelm wystawił 
w 1996 r., w piętnastą rocznicę ogłoszenia stanu wojennego. 
Widzom rozdano kartki żywnościowe. Aktorzy przebrani za 
milicjantów zapędzili publiczność na scenę, gdzie wszyscy 
121 
oglądali scenki z życia PRL-u. Jakiś chłopak wybiegł z tłumu. 
Milicjant go spałował i rzucił między widzów. 
-  Lubię łamać normy, zaskakiwać publiczność - mówi 
Marcel. - W moich sztukach stawiam pytania i zostawiam 
je bez odpowiedzi. To skłania widzów do zastanowienia się 
nad sobą i swoim życiem. 
Z tym przedstawieniem Marcel objechał triumfalnie 
wszystkie większe miasta Polski, pokazał je na Międzyna- 
rodowym Festiwalu Teatralnym „Malta 97". Dostał za nie 
Złotą Maskę w kategorii niekonwencjonalnej działalności 
teatralnej i uważa ją za najważniejszą ze swoich nagród. 
Kiedy pojechał z przedstawieniem do Poznania po odbiór 
Maski, nie mógł przedrzeć się przez tłum oblegający szkołę 
baletową, gdzie grano „Siedem dni Polaka". „Dostaniesz 
zaproszenie, ale zawiadom moich aktorów, żeby wpuścili 
mnie od tyłu" - poprosił jakiegoś dryblasa. 
Od kilku lat Marcel organizuje Dzień Tuwima i Dzień 
Reymonta. Wpadł na ten pomysł, gdy na ulicy Andrzeja 
Struga 42 zobaczył tablicę pamiątkową ku czci autora „Kwia- 
tów polskich". 
-  Niewielu łodzian wiedziało, że Tuwim mieszkał i tworzył 
w ich mieście. A artysta ma obowiązek pamiętać o innych 
artystach. Chciałem, żeby mieszkańcy miasta na nowo od- 
kryli jego twórców. 
Pierwsze przedstawienie z okazji Dnia Tuwima wyreżysero- 
wał w kamienicy, w której żył poeta, choć wszyscy w „Słupie" 
mówili, że to się nie może udać. Marcel udowodnił, że może. 
Aktorami byli mieszkańcy kamienicy. Małżeństwo z parteru 

background image

odegrało scenkę z życia poety w pokoju sąsiadów z drugiego 
piętra. Dzieci recytowały wiersze. Przez podwórko przeszły 
setki osób. Marcel pełnił rolę konferansjera. Za wszystko 
122 
zapłacił z własnej kieszeni. Do dziś ma stały kontakt z miesz- 
kańcami domu przy Struga 42, młodzież zaprasza go na 
osiemnastki. 
A siódmą edycję tuwimowską zorganizował w zoo. Przed- 
stawienie odbyło się w klatkach. W jednej zamknął aktorów 
„Słupa" - bezrobotnych. Marcel i widzowie karmili ich pa- 
luszkami. 
-  Gdybym Dni Tuwima robił w teatrze, niewiele osób 
obejrzałoby przedstawienie. Dlatego tak często moją sceną 
jest ulica - przyznaje. 
Fabrykant strofuje pracownicę, przekrzykując dudnienie 
maszyn. Dzieci zbierają z podłogi bawełnianą przędzę. Po- 
przebierani za chłopów i Żydów łodzianie oglądają przedsta- 
wienie. To kolejna edycja Dni Reymonta. 
Po spektaklu wszyscy odjechali na dworzec wypożyczo- 
nymi bryczkami. Pociąg retro ruszył do Lipiec Reymon- 
towskich, gdzie pisarz pracował jako dróżnik. W każdym 
przedziale odgrywano scenki z „Ziemi obiecanej". W Lipcach 
zagrała kapela, było ognisko i kiełbaski. 
-  Mój pradziadek miał małą fabrykę - mówi Marcel. - 
Gdy byłem dzieckiem, matka czytała mi „Ziemię obiecaną" 
i „Chłopów". Zamykałem oczy i wyobrażałem sobie, jak kiedyś 
żyli ludzie. Nikt piękniej ani o Łodzi, ani o wsi nie pisał. 
Dzisiaj-19.20 
Do sali wbiega zdyszany Marcel. Wita się z Bogdanem, reszta 
aktorów rozeszła się po kątach. Po chwili klaszcze w dłonie: 
„Proszę zespół o uwagę" - mówi (zdaniem Kingi nie srogo, 
z lekkim błyskiem w oku). Kinga nie pamięta, żeby kiedyś 
na nich krzyknął. 
123 
-  On nie potrafi stworzyć dystansu, nawet gdyby chciał - 
twierdzi. 
Sam przygotowuje projekty scenografii, sam pisze sce- 
nariusze, ale nigdy nie narzuca nikomu swojego zdania. 
Ostatnio zasugerował, aby podczas Dnia Reymonta aktorzy 
zatańczyli w żółtych, obcisłych getrach. Panie, gdy to usły- 
szały, parsknęły śmiechem i Marcel nie obstawał przy swoim 
pomyśle. Ale jest bardzo wymagający. 
Bogdan zdradza: 
-  Nazywamy go „małym tyranem" albo „małym Hitlerem". 
„Nie skończymy, dopóki nie postawisz tej szklanki na stole 
tak, żeby było dobrze", mówi na przykład na próbach. 
Wczoraj - Galeria Wielkich Łodzian 
Kiedyś Marcel wracał z sylwestra. Chciał gdzieś przysiąść, 
chwilę odpocząć, ale nie znalazł żadnej ławki. „W Łodzi 
powinno być miejsce, gdzie można usiąść w dobrym to- 

background image

warzystwie", pomyślał. W 1999 r. na Piotrkowskiej stanęła 
Ławeczka Tuwima. 
-  Galeria Wielkich Łodzian to jedyny teatr, w którym bo- 
haterowie są z brązu. To zasłużeni dla Łodzi artyści. Można 
ich dotknąć, usiąść obok nich, zrobić sobie z nimi zdjęcie. 
Chciałem powiedzieć: możesz być gruby, brzydki, niski, ale 
„wielki". Chciałem, aby pomniki były realizowane według 
mojego projektu. Nie twierdzę, że są dobre, ale chodzi o samą 
ideę. Przy pomnikach odbywają się lekcje historii, turyści 
robią sobie pamiątkowe zdjęcia i dla mnie to wystarczająca 
nagroda. 
Nad pomnikiem genialnego pianisty Artura Rubinsteina 
Marcel pracował półtora roku. Najpierw ulepił miniaturę 
124 
Rubinsteina z wosku. Później do współpracy zaprosił pro- 
fesjonalnego rzeźbiarza. Pomnik stanął na Piotrkowskiej 
w 2000 r. 
Rok później przybył Kuferek Reymonta - 300-kilowa 
rzeźba pisarza, który siedzi na kuferku z notatnikiem w ręku. 
Pierwszych pięćset osób, które przysiadły na kuferku, dostało 
numerowane certyfikaty. 
Marcel myślał, że im więcej ławeczek, tym łatwiej będzie 
postawić kolejną. Nic z tego. Za każdym razem musi walczyć 
z urzędnikami. 
-  Czy pan po nocach nie śpi? - usłyszał kiedyś. 
-  Ta urzędniczka mówiła straszne rzeczy, ale miała ładne 
oczy - zwierzył się swoim aktorom. 
Kilka lat temu urząd miasta nie zgodził się na postawienie 
kolejnej ławeczki - wielkich łódzkich fabrykantów xix i xx 
wieku. Marcel rzeźbę postawił. Po odsłonie dźwig zabrał 
„Twórców Łodzi Przemysłowej" do salonu samochodowego. 
Stała na wystawie przez następny miesiąc. 
Co dwa tygodnie, o piątej rano, Marcel i aktorzy „Słupa" 
konserwują swoje pomniki. 
-  Czasami brakuje mi siły do działania, wtedy jadę do 
Gdyni - mówi Marcel. - Siadam na plaży i przez kilka go- 
dzin wsłuchuję się w monotonny szum morskich fal. To 
mnie uspokaja. 
Dzisiaj-19.24 
Marcel włącza muzykę. Siada na widowni i w milczeniu przy- 
gląda się tańczącym aktorom. 
Spóźnił się, bo z mieszkańcami osiedla Jagiełły omawiał 
szczegóły związane z organizacją Dnia Jagiełły. 
125 
-  Jagiełło jest dla łodzian bardzo ważny, to on nadał Łodzi 
prawa miejskie - dowodzi. 
-  Uśmiechajcie się, nie bądźcie poważni - odzywa się do 
aktorów po chwili. - Jeśli mnie nie posłuchacie, to sobie coś 
zrobię! 
Z Wietnamu do Polski przez las 

background image

Ewa Wołkanowska 
Dinh, 30 1.: Jest takie powiedzenie wietnamskie: „Gdzie zie- 
mia przyjazna, tam ptaki przylatują". Wolę być nielegalnym 
imigrantem w Polsce niż obywatelem w Wietnamie. Tam 
nie miałem wpływu na swoje życie. Jedyną szansą na zmianę 
życia był wyjazd. Chciałem przyjechać do Polski, bo to kraj 
w 90% katolicki, a ja jestem katolikiem. Zostawiłem rodzinę 
i po prostu wyjechałem. To był rok 2007. Podróż kosztowała 
mnie 11 tysięcy dolarów. Taką cenę podali mi dwaj mężczyźni, 
których polecił mi sąsiad. Dałem im 3 tysiące. Umówiliśmy 
się, że resztę dostaną od mojej rodziny, gdy odezwę się już 
z Polski. 
Z Wietnamu do Moskwy jednym samolotem leciało jesz- 
cze 19 innych Wietnamczyków, którzy chcieli wyjechać do 
Europy. Nie wiem dlaczego, ale do Polski i innych zachod- 
nich krajów zawsze leci się przez Moskwę. Tam przewoźnicy 
mają pewnie swoje centrum. Na lotnisku wyszli po nas dwaj 
Wietnamczycy, którzy wzięli nasze paszporty. Mówili, że nie 
wolno trzymać przy sobie dokumentów i że muszą załatwić 
nam polskie wizy. Wieźli nas samochodami Ukraińcy albo 
Rosjanie. Po kilku godzinach przesiedliśmy się do tira. Miał 
w przyczepie podwieszany drugi sufit, tam nas wcisnęli. Do- 
jechaliśmy na Ukrainę. Zamknęli nas w starej, brudnej obo- 
127 
rze. Byli tam też Chińczycy i Irakijczycy, ale oni nie jechali 
do Polski. Siedzieliśmy w oborze dwa miesiące, musieliśmy 
mówić szeptem. Mogliśmy wychodzić tylko na chwilę do 
drewnianej ubikacji. Ci, którzy nas pilnowali, prawie nie 
dawali nam jeść, czasami kromkę chleba na cały dzień. By- 
liśmy ciągle głodni. Znałem trochę rosyjski, więc strażnicy 
traktowali mnie, jakbym był odpowiedzialny za całą grupę. 
Kiedy kilku naszych zaczęło ćwiczyć, by rozruszać mię- 
śnie, i narobiło przy tym hałasu, wpadli pośrednicy. Chcieli 
wiedzieć, kto hałasował. „Ty jesteś najmądrzejszy w grupie, 
powiedz. Inaczej będziemy cię bić, aż umrzesz" - mówili. 
Powiedziałem, że spałem i niczego nie słyszałem. Bardzo 
mnie pobili, ktoś mną rzucił tak mocno, że przeleciałem 
przez całą oborę. Kobiety zaczęły strasznie płakać. W końcu 
dali mi spokój i wyszli. Sytuacja powtórzyła się po miesiącu. 
Ludzie byli bardzo głodni, pukali w drzwi, prosząc o ryż. 
Wszedł ukraiński strażnik i ponownie mnie zapytał, kto 
pukał. Powiedziałem, że nie wiem. Znowu mnie pobił. 
Siedzieliśmy w tej oborze 2 miesiące. Czekaliśmy nie wia- 
domo na co. Co rusz pilnował nas inny strażnik. Ten ostatni 
był dla mnie miły, bo mówiłem po rosyjsku. Dawał mi więcej 
jedzenia. Chleb z kiełbasą. Zjadałem część, resztę dawałem 
innym. 
Kiedy nas wreszcie wypuścili, była ulewa. Razem ze mną 
granicę miało przekroczyć dziewięciu Wietnamczyków. Prze- 
woźnicy zapakowali nas do jednego samochodu osobowego. 

background image

Jako tłumacz siedziałem na przedzie, ale niektórzy musieli 
jechać w bagażniku. Weszliśmy do lasu. Dwie noce podcho- 
dziliśmy do siatki na granicy. Potem przewodnik podniósł 
siatkę i kazał nam szybko przejść. Był tam jeszcze strumyk. 
Mężczyźni przeskoczyli, ale kobiety powpadały do wody. 
128 
Byliśmy już w Polsce. Znowu musieliśmy się wcisnąć do 
jednego samochodu. Kobiety miały mokre ubrania, więc 
w tym ścisku wszyscy byliśmy mokrzy, było zimno. Po dwóch 
godzinach dotarliśmy do bloku w małym mieście. Pierwszy 
raz od dwóch miesięcy jadłem ryż. 
Już w Wietnamie umówiliśmy się, że przewoźnicy dowiozą 
nas na Stadion Dziesięciolecia. Na miejscu zamknęli nas 
w magazynie i czekali na potwierdzenie z Wietnamu, że 
rodzina wpłaciła resztę pieniędzy za naszą podróż. Ja wysze- 
dłem jako pierwszy. Przewoźnik zostawił mnie na bazarze. 
Wietnamczycy zawsze sobie pomagają. Obcy ludzie wzięli 
kilku z nas do swojego domu. Zostałem pomocnikiem Wiet- 
namczyka, który sprzedawał ubrania. O świcie otwierałem 
magazyn, nosiłem pudła z towarem, trochę sprzedawałem. Po 
dwóch tygodniach z sześcioma Wietnamczykami i Polakiem 
wynająłem kawalerkę. Wieczorem usłyszeliśmy walenie do 
drzwi. Straż Graniczna. Upadłem na podłogę i wtedy kołdra 
mojego kolegi spadła z łóżka i mnie przykryła. Pomyślałem, 
że skoro nie mam gdzie uciec, zostanę pod kołdrą. Modliłem 
się o wybaczenie grzechów i o pozostanie w Polsce. Leżałem 
nieruchomo, serce mi waliło. W pokoju przez godzinę trwało 
przesłuchanie. Wszystkich kolegów Wietnamczyków zabrano. 
Pies Straży Granicznej biegał po pokoju, węszył, ale mną się 
nie zainteresował. Gdy wyszli, wylazłem spod kołdry. Byłem 
mokry. Kolega Polak prosił, żebym uciekał. Ja wiedziałem, że 
Straż Graniczna nie wraca w to samo miejsce, więc jedyne, 
co wtedy mogłem powiedzieć, to: „Nie, nie, nie, nie...". 
Teraz handluję w centrum na Marywilskiej, dokąd po za- 
mknięciu Stadionu Dziesięciolecia przeniosła się większość 
kupców. Z 4 kolegami wynajmujemy 4-pokojowe mieszkanie. 
Mam o 10 lat młodszą dziewczynę. Marzę o tym, żeby legalnie 
129 
żyć i pracować w Polsce. Nie chcę się na razie żenić, bo nie 
mam pieniędzy ani papierów. Ale mojej dziewczynie to na 
szczęście nie przeszkadza. 
Niewidoczne 35 tysięcy 
Widać ich głównie w dużych miastach. Przede wszystkim 
w Warszawie. Z 35 tysięcy Wietnamczyków, którzy mieszkają 
w Polsce, według Urzędu ds. Repatriacji i Cudzoziemców 
jedynie 13 tysięcy przebywa tu legalnie. Reszta nie ma po- 
zwolenia na pobyt i pracę, najczęściej też żadnego dokumentu 
tożsamości. Rzadko mówią po polsku, ukrywają się przed 
policją i Strażą Graniczną, nie opowiadają swojej historii. 
Milczą. Jest to olbrzymia mniejszość etniczna, która zdaje 

background image

się niewidzialna. 
Dlaczego Polska? Masowo zaczęli tu przyjeżdżać po roku 
1989. Polska emigrantom kojarzyła się z Janem Pawłem II, 
Solidarnością i związkami zawodowymi. Stosunkowo łatwo 
było tu też o pracę oraz o wizę. W szczytowym momencie 
nasz kraj zamieszkiwało 60 tysięcy Wietnamczyków. Ta liczba 
uległa zmniejszeniu z powodu zaostrzenia polskiego prawa 
migracyjnego. Teraz większość nowych emigrantów trafia do 
Polski przez zieloną granicę. Tylko od 2007 do 2010 roku za 
nielegalne przekroczenie granicy lub za próbę jej przekrocze- 
nia Straż Graniczna zatrzymała 390 Wietnamczyków. 
Kapitan Elżbieta Pikor, rzecznik prasowy Bieszczadzkiego 
Oddziału Straży Granicznej: 
- Jeszcze do niedawna przez Bieszczady wiodły kanały 
przemytnicze. Do niedawna, czyli do wejścia Polski do strefy 
Schengen w 2007 roku. Ten proceder rzeczywiście już się 
skończył. Być może zbiegło się to również z kryzysem eko- 
130 
nomicznym, przemyt nie jest już tak opłacalny. Zresztą dys- 
ponujemy teraz sprzętem nowej generacji, który chłopakom 
pomaga w obserwacji granicy. 
Robert Krzysztoń, członek Stowarzyszenia Wolnego Słowa, 
które pomaga Wietnamczykom w Polsce: 
-  Wietnamczycy przedostają się zazwyczaj przez granicę 
z Ukrainą, rzadziej z Białorusią. Z problemami przychodzą 
do nas, stąd wiemy, ilu ich przyjeżdża. Do Warszawy docie- 
rają zwykle 3-4 grupy miesięcznie. Czasem to dziesięć osób, 
a czasem nawet siedemdziesiąt. Zapłacili przewoźnikom, 
jednak dalej są od nich zależni. Pracując w Warszawie, muszą 
spłacać długi i płacić haracze. Oni znajdują się poza prawem, 
nie funkcjonują normalnie. Nie możemy zrobić zupełnie nic, 
dopóki nie zmieni się polskie prawo. Polskim urzędnikom 
i funkcjonariuszom tego nie mówią, bo się boją. 
Andrzej Pilaszkiewicz, dyrektor Zarządu ds. Cudzoziem- 
ców Komendy Głównej Straży Granicznej: 
-  Wydali się ich z Polski, gdy będzie taka możliwość. 
Zmiana prawa nic tu nie pomoże. Jeśli ktoś chce przyjechać 
i być tu nielegalny, to jakie by było prawo, będzie nielegalny. 
To nie jest problem, to jest ich wybór. Straż Graniczna, gdy - 
brzydko mówiąc - złapie taką osobę na nielegalnym pobycie, 
pyta między innymi o to, czy ta osoba nie była przedmiotem 
handlu ludźmi. A oni milczą. 
Przekazywali nas z rąk do rąk 
Luat, 27 L: Po pierwsze, myślałem, że do Polski jadę legalnie. 
Zdecydowałem się wyjechać z Wietnamu, bo nie miałem 
wśród znajomych wpływowych i bogatych osób, żadnych 
ludzi władzy. Tacy jak ja w Wietnamie nie mają szans. Wyje- 
131 
chałem dla siebie, dla swojej przyszłości. Rodzice zostali. Od 
kolegi dowiedziałem się, gdzie mogę spotkać ludzi, którzy 

background image

pomagają wyjechać za granicę. Taka informacja jest w Wiet- 
namie przekazywana pocztą pantoflową. Zapłaciłem 500 do- 
larów, tyle miałem. 
Po drugie, myślałem, że wsiądę do samolotu i wyląduję na 
lotnisku w Polsce. Pośrednicy dali mi jednak bilet do Moskwy. 
Razem ze mną w samolocie leciało 8 innych Wietnamczyków, 
umówionych przez tych samych pośredników. Wyszedł po 
nas wysoki Rosjanin. Zaprowadził nas do małego mieszkania 
niedaleko lotniska. Prawie nie było tam mebli, siedzieliśmy 
na podłodze. Nie wiedzieliśmy, jak będzie wyglądać nasza 
dalsza podróż. Nie zdawaliśmy sobie sprawy z tego, że będzie 
trwała ponad 3 miesiące. 
Następnego dnia przyjechały dwa samochody osobowe, 
do których wsiadłem ja i pięciu innych Wietnamczyków. Po 
kilku godzinach musieliśmy się przesiąść do tirów, potem 
jechaliśmy w przyczepie dla świń. Nie miała dachu, więc 
kazali nam się schylać, żeby nie było nas widać. Jeśli ktoś 
był widoczny, dostawał kijem. Jechaliśmy tak ponad dwie 
doby, byliśmy wykończeni. Zatrzymywaliśmy się w różnych 
miejscach: wiejskich chatach i blokach w niedużych miastach. 
W końcu przyjechaliśmy na Ukrainę. Albo inaczej - wydaje 
mi się, że na Ukrainę, bo nikt nas o tym nie informował. 
Kazali nam wejść do starego domu we wsi, pewnie gdzieś 
w Bieszczadach. Pytasz, kim byli ci „oni"? Pośrednikami. 
Wietnamczycy, Ukraińcy, Rosjanie i Polacy. W czasie podróży 
do Polski zmieniali się parokrotnie, przekazując nas z rąk 
do rąk. Jacy byli? Jedni łagodni, inni agresywni, ale zawsze 
mieli zasłonięte twarze i broń palną lub kije. Mieli nad nami 
władzę. Ukraińscy pośrednicy zabrali mi paszport, mówiąc, 
132 
że to niebezpieczne trzymać go przy sobie. Przechytrzyłem 
ich i paszport wykradłem. Nie na długo. Gdy poszedłem spać, 
przeszukali moje rzeczy i znów go zabrali. 
W chacie, w której nas ulokowano, było w sumie około 
50 osób, w tym kilkoro dzieci. Przewoźnicy dali im środki 
nasenne, by nie przeszkadzały. W nocy nagle okazało się, że 
musimy się wycofać. Następnego dnia dzieci znów dostały 
środki nasenne. Tym razem nie pomogły, bo gdy weszliśmy 
do lasu, strasznie płakały! „Jeśli ich nie uspokoicie, wszystkich 
skatujemy" - grozili przewoźnicy. Dzieci się uspokoiły, ale 
przez granicę nie przeszliśmy, bo kazali nam zawrócić. 
Załadowali nas do ciężarówki. Wydaje mi się, że zawieźli 
nas na Słowację, nikt nam nic nie mówił. Nocowaliśmy 
w bloku gdzieś na wsi, razem z kilkudziesięcioma imigran- 
tami. Wietnamczycy chcieli się dostać do Polski, Irakijczycy 
do Anglii, a pozostali do Niemiec. Po trzech miesiącach, koło 
Bożego Narodzenia, kazali mi i dwóm innym czekać przy 
przydrożnej kapliczce na samochód. Widzieliśmy zapalone 
świece w domach, ludzie pewnie świętowali. Byliśmy bardzo 
głodni. Około 2 w nocy przyjechał po nas samochód, kombi. 

background image

Jechaliśmy ok. dwóch godzin, aż zobaczyłem napis „Poland". 
Zdziwiłem się, że jestem w Polsce. Nie potrafię powiedzieć, 
czy się cieszyłem. Czułem tylko strach. 
Zatrzymaliśmy się w domu znajomych przewoźników albo 
może u samego przewoźnika? Bardzo się zdziwiłem, kiedy 
Polacy ugotowali dla nas pięciu 30 jajek. Przez kilka miesięcy 
głodowałem, nie kąpałem się i nie myślałem. Miałem pecha, 
bo z powodu awarii w tym domu akurat nie było ciepłej 
wody. 
Rano przyjechał po mnie wujek, który mieszka w Pol- 
sce od kilku lat, i zabrał do Warszawy. Już następnego dnia 
133 
wynająłem stoisko na bazarze, wziąłem na kredyt towar od 
miejscowego hurtownika i zacząłem handlować. Tak jest 
do dziś. Pracuję na bazarze kilkanaście godzin na dobę, bo 
przewoźnicy wiedzą, gdzie jestem, i ciągle upominają się 
o pieniądze. Przychodzą po nie Wietnamczycy. Mówią, że 
mam dług. Jak duży? Nie wiem, po prostu płacę. 
Ożeniłem się z Wietnamką, oboje jesteśmy nielegalni. 
W podwieszonym suficie w tirze 
Quang, 321.: W Wietnamie pracowałem na roli. Harowałem 
od rana do wieczora, nie miałem pieniędzy na ubranie, na 
jedzenie. Mam tam żonę i dwoje dzieci. Oni są tam, a ja tu. 
Wyjechałem i mimo wszystko nie żałuję tej decyzji. Gdyby 
w Polsce powodziło mi się lepiej, chciałbym, by moja rodzina 
tu przyjechała. 
W 1999 roku pojechałem - zupełnie legalnie - do Rosji, 
gdzie pracowałem przez dwa lata w magazynach. Ciężko 
było. Mój kolega namówił mnie, abyśmy pojechali do Polski, 
bo tam miał znajomych. Znalazł też dwóch przewoźników, 
którzy mogli nam pomóc. Najpierw musiałem zapłacić im 
2,7 tys. dolarów, które odebrali od moich rodziców w Wiet- 
namie. Resztę mieli otrzymać, gdy odezwę się już z Polski. 
Przewoźnicy powiedzieli, że będziemy jechać różnymi po- 
jazdami i do Polski dotrzemy w ciągu tygodnia. 
Podróż zaczęliśmy samochodami osobowymi. W dwóch 
autach siedziało po 7 osób, a w jednym 6. Po mniej więcej 
dobie umieszczono nas w tirze na drugim piętrze. Miał po 
prostu podwójny sufit. W sumie na drugi dzień po wyjeź- 
dzie z Moskwy byliśmy już na Ukrainie. Tam utknęliśmy na 
4 miesiące. 
134 
Gdy przyjechaliśmy, była chłodna jesień. Musieliśmy sie- 
dzieć w domu we wsi. Dom był 3-piętrowy, miał też piwnicę. 
W razie zagrożenia mieliśmy się tam chować. W sumie ko- 
czowało tam ok. 70 osób z Wietnamu. Ogrzewanie działało, 
mieliśmy pościel, ale nie było ciepłej wody - musieliśmy ją 
gotować. Pośrednicy przywozili nam ryż i warzywa i mogli- 
śmy przygotowywać sobie posiłki. Warunki nie były dobre, 
ale też nie głodowaliśmy. 

background image

Przewoźników było trzech. Byli to wysocy i agresywni męż- 
czyźni. Musieliśmy siedzieć cicho - w przeciwnym razie bili 
nas albo kopali. Zabrali nasze telefony komórkowe i bardzo 
się denerwowałem, że nie mogę powiadomić rodziny, co się 
ze mną dzieje. 
Granicę przekraczaliśmy pieszo w 20 osób. To był koniec 
zimy, luty. W naszej grupie jedna dziewczyna była tak osła- 
biona, że zemdlała. Musieliśmy się więc wycofać i ukryć 
w wiejskiej chacie. Przenocowaliśmy tam i spróbowaliśmy 
przejść następnej nocy. Szliśmy około 4 godzin. Bardzo się 
bałem, ale podnosiliśmy się wzajemnie na duchu. I szliśmy 
w milczeniu. Wtedy sobie uświadomiłem, że pewnie cze- 
kaliśmy te kilka miesięcy do czasu, aż śnieg się roztopi. Na 
śniegu zostawialibyśmy przecież ślady... 
Doszliśmy do płotu z drutu kolczastego, pod którym mu- 
sieliśmy przejść. Już po stronie polskiej czekało na nas 5 sa- 
mochodów osobowych. Polscy przewoźnicy zawieźli nas 
do gospodarstwa wiejskiego. Była tam obora, w której stały 
konie. Leżeliśmy na sianie na górze i czekaliśmy dobę - do 
następnej nocy. Potem Polacy samochodami zawieźli nas 
gdzieś na obrzeża Warszawy, gdzie czekali już pośrednicy 
wietnamscy, którzy zabrali nas na Stadion. Taka była umowa. 
Trzymali nas w zamkniętym magazynie do czasu, aż dostali 
135 
potwierdzenie z Wietnamu, że nasze rodziny wpłaciły resztę 
pieniędzy. Prawie nie pamiętam tego pierwszego dnia. 
Zostałem zatrzymany w 2005 roku przez Straż Graniczną 
i przez 7 miesięcy siedziałem w areszcie. Słyszałem, że 
w Ośrodku Migranta „Fu Shenfu" na Pradze księża pomagają 
imigrantom. Jeden ksiądz pisał w moim imieniu do urzędów 
i w końcu mogłem być w Polsce legalnie na pobycie tolero- 
wanym. Ledwo wiążę koniec z końcem, handlując ubraniami. 
Żałuję, że tu przyjechałem. Lepiej byłoby mi nawet w Rosji. 
Skazani na nielegalność 
Nielegalny emigrant po zatrzymaniu trafia do ośrodka strze- 
żonego. Władze Wietnamu mają rok, aby potwierdzić jego 
tożsamość. W wypadku rozpoznania zostaje deportowany, 
w innym razie wychodzi na wolność. W związku z niemożno- 
ścią wydalenia, emigrant powinien dostać zgodę na tzw. pobyt 
tolerowany. Jednak tylko nieliczni otrzymują taki dokument. 
Pismo skierowane do Zarządu do Spraw Cudzoziemców 
Komendy Głównej Straży Granicznej 27 marca 2008 roku: 
Vinh, 21 1.: W decyzji Wojewody Mazowieckiego w uza- 
sadnieniu mojego wydalenia widnieje wzmianka, jakobym 
podawał nieprawdziwe dane. Pragnę wyjaśnić, że te dane 
znalazły się tam przez nieporozumienie i różnice fonetyczne. 
Dźwięki „1" i „n" wymawiane przez Wietnamczyka inne osoby 
odbierają jako bardzo do siebie podobne. Funkcjonariusz 
spisujący protokół zapisał moje imię ze słyszenia, chociaż 
mówiłem inaczej. Również imiona moich rodziców zostały 

background image

mylnie spisane, gdyż - o ile sobie przypominam - imion ro- 
dziców w ogóle nie wymieniałem. Miejsce mojego urodzenia 
zostało napisane jako imiona moich rodziców. Ponieważ nie 
136 
znam języka polskiego, trudno było mi zrozumieć, jakie jest 
znaczenie poszczególnych rubryk protokołu. Oświadczam, że 
ambasada republiki Wietnamu nie sprawuje nade mną jakiej- 
kolwiek opieki dyplomatycznej czy konsularnej. Ambasada 
nie potwierdzała mojej tożsamości. Ze względu na to nie jest 
w stanie sprostać Państwa wymaganiom. 
Znajduję się w swoistej próżni prawnej - nie można mnie 
wydalić z Polski, ale jednocześnie nie mam tu uregulowa- 
nego statusu prawnego. Jestem pozbawiony elementarnych 
praw ludzkich. 
Przewoźnik kazał nam biec 
Vu, 53 L: Uczyłem się budownictwa i pracowałem na dźwi- 
gach w Moskwie. To było na przełomie lat 80. i 90. xx w. 
Czas pierestrojki, płaca zmalała, posada stała się niepewna. 
Dwóch Wietnamczyków zapytało, czy chcę jechać do Nie- 
miec, bo tam potrzebują wykwalifikowanych robotników. 
Stwierdziliśmy z żoną, że jedziemy! Mieliśmy paszporty 
i wizy - wszystko odbywało się legalnie. Dojechaliśmy pocią- 
giem do Szczecina. Tam nasi pośrednicy mieli załatwić wizy 
niemieckie. Powiedzieli jednak, że pójdziemy przez las. Nie 
chcieliśmy się na to zgodzić, ale oni mówili, że nie mamy 
innej możliwości, tak będzie najszybciej... W konsekwencji 
byliśmy w Niemczech nielegalni, nie mogliśmy znaleźć pracy. 
Podjęliśmy decyzję, że zgłosimy się na policję. 
Umieszczono nas w obozie dla uchodźców, gdzie spędzi- 
liśmy cztery lata. Mogliśmy nawet pracować i zaoszczędzić 
kilkaset dolarów. W 1995 roku obóz rozwiązano, a nam 
groziła deportacja. Do Wietnamu nie mogliśmy wrócić, bo 
czekałyby nas represje za wyjazd do Europy. Właśnie wtedy 
137 
znajomi umówili nas z dwoma Polakami. Byli eleganccy i mili. 
Powiedzieli, że w Polsce po kursach zawodowych można 
łatwo znaleźć dobrą pracę. Zapłaciliśmy im zaoszczędzone 
400 dolarów i podpisaliśmy fikcyjną - jak się później oka- 
zało - umowę. Do końca wierzyliśmy, że do Polski jedziemy 
legalnie. Polacy nie wyglądali na przemytników. Wiedzieliśmy, 
że przewoźnicy na Ukrainie pakują ludzi do tirów i są cham- 
scy, a nas przecież zaproszono do eleganckiego samochodu. 
Nasi pośrednicy nie byli agresywni - byli po prostu normalni. 
Jechaliśmy razem z jeszcze jedną wietnamską parą. Kierowca 
zatrzymał się nagle przed granicą i kazał nam dalej iść pie- 
szo z kolejnym pośrednikiem - też Polakiem. Czuliśmy się 
oszukani, ale nie mieliśmy wyjścia. 
Przekraczanie granicy trwało około 4 godzin. Potem le- 
żeliśmy na ziemi i obserwowaliśmy strażników, czekając na 
zmianę warty. Nagle nasz przewodnik po prostu nadepnął 

background image

na drut kolczasty i kazał nam biec. Biegłem i myślałem, co 
będzie, jeśli strażnik mnie zobaczy. Byłem przerażony. Bałem 
się nie tyle tego, że mnie złapią, ile że mnie zastrzelą. Udało 
się. Widzisz, naszą sytuację można trochę porównać do tej, 
w jakiej znajdują się czasem Polacy w Anglii, którym się 
obiecuje pracę i mieszkanie, a w końcu trafiają do lasu. 
Przewoźnicy zawieźli nas na dworzec, dali bilety do War- 
szawy, kazali wysiąść na Dworcu Centralnym i czekać. Cze- 
kaliśmy całą noc, nikt nie przyszedł. Spotkana przypadkiem 
Wietnamka powiedziała nam o Stadionie Dziesięciolecia. 
Wietnamczycy w takich sytuacjach pomagają sobie nawzajem. 
Usłyszeliśmy wiele dobrych słów. Pocieszali nas, mówiąc: 
„Zostaliście oszukani, ale trzeba się z tym pogodzić i żyć dalej. 
Dacie radę". To był koniec lat 90. Bazar rozkwitał. Sprzeda- 
waliśmy buty i ubrania aż do jego zamknięcia. W 2007 roku 
138 
zatrzymała mnie Straż Graniczna. Przebywałem w Polsce 
nielegalnie, nie miałem nawet paszportu, więc wsadzili mnie 
na kilka miesięcy do strzeżonego ośrodka w Lesznowoli. To 
było gorsze niż więzienie, bo w więzieniu przynajmniej siedzi 
się za coś. Mnie zależało, by pracować, płacić podatki, nigdy 
nie chciałem, żeby państwo polskie mnie utrzymywało. Ten 
rok wydawał się wiecznością. O czym myślałem? O życiu. Po 
kilku miesiącach wyszedłem na wolność. 
Dowiedziałem się o Ośrodku Migranta „Fu Shenfu" na Pra- 
dze, gdzie księża pomagają imigrantom. Jeden z księży pisał 
w moim imieniu do urzędów, dzięki czemu mogę przebywać 
w Polsce legalnie na pobycie tolerowanym. Pracuję u Wiet- 
namczyka w Wólce Kosowskiej. Żona jednak ciągle jest niele- 
galna. Boi się, że zamkną ją w areszcie. Odkąd nie ma bazaru, 
siedzi w domu. Stadion był oswojony, gdy przychodziła Straż 
Graniczna, po prostu się ukrywała. Boi się nawet wyjść z dziec- 
kiem na spacer, do teatru czy kina, bo w każdej chwili może 
zostać zatrzymana. Córka ma 12 lat i nie ma aktu urodzenia. 
Chodzi do szkoły, jest zdolna, ale gdy skończy 16 lat, będzie 
można ją aresztować. Panicznie boi się pukania do drzwi. 
Żyjemy w ciągłym zawieszeniu. Nasze życie tak naprawdę 
jest niepełne. Chciałbym przestać bać się o siebie i rodzinę, 
móc się rozwijać. Moi rodzice już nie żyją, podtrzymuję kon- 
takt z rodzeństwem w Wietnamie. Tęsknię za Wietnamem - 
to oczywiste. Polacy są tolerancyjni, mili, ale bardzo trudno 
jest Wietnamczykowi zalegalizować swój pobyt. Pracujemy, 
ale ciągle się ukrywamy i boimy. Tę sytuację wykorzystują 
źli ludzie. Do mieszkań Wietnamczyków wchodzą uzbrojeni 
mężczyźni przebrani za policjantów i żądają pieniędzy. Grożą 
wydaniem w ręce Straży Granicznej. Wiedzą, że jesteśmy 
bezbronni... 
139 
Zaraz pała będzie chodzić 
Bożena Aksamit 

background image

Policjanci zeznali, że awanturnik sam się przewrócił i po- 
bił, waląc specjalnie głową o krawężnik. I zrewanżowali się 
oskarżeniem o napaść. 
- Z pełną odpowiedzialnością mogę powiedzieć, że gdy 
poturbowana osoba wysyła skargę, natychmiast zaczyna się 
odwet. Policjanci szukają wszelkich możliwych dowodów, 
żeby przedstawić pobitego jako osobę niewiarygodną. Przy- 
prawia mu się gębę, w ten sposób człowiek z ofiary staje się 
przestępcą - mówi Anna Bogucka-Skowrońska, adwokat, 
była senator, sędzia Trybunału Stanu, która pomaga społecz- 
nie ofiarom policyjnych bokserów. - Do tego policjanci czują 
się bezkarni, bo koledzy zawsze im pomogą, a prokuratura 
wierzy mundurowym bezkrytycznie. Solidarność zawodowa 
jest ważniejsza niż prawda. 
28 listopada 2008 roku 
Rzecznik Praw Obywatelskich Janusz Kochanowski prosi Ko- 
mendanta Głównego Policji gen. Andrzeja Matejuka o zajęcie 
stanowiska w sprawie kilkuset skarg, które spłynęły w ciągu 
paru miesięcy do jego biura. Polacy zarzucają policjantom 
141 
bardzo drastyczne naruszenia podstawowych praw i wolno- 
ści - godności, nietykalności cielesnej i seksualnej. 
Sławek - 3 lipca, wieś Konopki-Klimki (podlaskie) 
Ma problemy ze słuchem, siniaki i zawroty głowy. Nie może 
spać. Boi się, że go znów zabiorą. 
Nie byłoby najazdu mundurowych i bicia, gdyby sąsiad zza 
płotu, Bogusław Kunach, nie postanowił wyremontować 
rozpadającej się obórki. Budynek stoi częściowo na działce 
Konopków, a sąsiedzi szczerze się nienawidzą - od zawsze. 
Gdy robotnicy wynajęci przez sąsiada zaczynają kłaść 
eternit na dachu, Sławek Konopko zamiast w pole rusza do 
Białegostoku szukać sprawiedliwości w Inspekcji Nadzoru 
Budowlanego - według gminnych dokumentów obórka po- 
winna zostać dawno rozebrana. Ojciec Sławka na sprawiedli- 
wość nie czeka. Wygraża widłami i krzyczy, że jak nie zlezą, to 
im pokaże. Awantura kończy się, gdy w obejściu Konopków 
pojawia się sierżant Dariusz Zieliński w eskorcie uzbrojonych 
w kałasznikowy policjantów. Po 5 minutach 73-letni Antoni 
i kilka lat młodsza Wanda jadą skuci do Choroszczy. 
-  Teraz się uspokoicie - policjanci usadzają ich na krze- 
słach w niewielkim pokoju. 
Mija minuta za minutą. Ścierpły wykręcone do tyłu ręce. 
-  Mnie się słabo robi - woła Antoni. 
-  Wytrzyma pan - uspokaja policjant. 
-  Mąż mówi, że mu słabo - krzyczy Wanda. - Toż my tu 
siedzim szmat czasu. 
-  Tylko mi nie udawać - słyszy w odpowiedzi. 
Antoni przewraca się na podłogę. Jest blady jak ściana. 
142 
-  Rozkujcie go, panowie - prosi Wanda. - Jemu trza 

background image

karetkę. 
-  Udaje, czy nie udaje? - zastanawiają się policjanci. 
Za ojca i telewizję 
Dwie godziny później Sławek kiwa się w policyjnym po- 
lonezie i płacze. Sierżant Zieliński razem z rosłym kolegą 
z komisariatu zatrzymali młodego Konopkę zaraz po tym, 
jak wrócił do domu z Białegostoku. Zdążył napić się oran- 
żady i wykręcić numer lokalnej stacji telewizyjnej. Chciał 
się poskarżyć. 
Od razu dostaje kilka razy pałą, potem jeszcze pięścią 
w twarz. 
-  Zaraz cię zabijemy, chuju! 
-  Za co? 
-  Za ojca i telewizję, bucu - krzyczą i wrzucają Sławka 
na tylne siedzenie poloneza. 
-  I co bohaterze? Rozwaliłeś ten dach? - któryś otwiera 
drzwi. Nie czeka na odpowiedź, psika gazem i je zatrza- 
skuje. 
Sławek się dusi. Traci przytomność. Po kilkunastu mi- 
nutach sierżant wietrzy auto. Wezwani przez Zielińskiego 
koledzy przekładają rolnika do busa i wiozą go na komisariat 
do Choroszczy. 
-  Zaraz pała będzie chodzić - straszą go na dzień dobry. 
-  Nie bijcie - prosi Sławek. 
Znowu mdleje. Policjanci wiozą go na pogotowie do Bia- 
łegostoku. Dyżurująca lekarka zleca zrobienie kilkunastu 
badań, m.in. prześwietlenie spuchniętych rąk i tomografię 
potłuczonej głowy. Pyta, co się stało chłopakowi. 
143 
-  To awanturnik, rozwalił sąsiadowi dach - tłumaczą mun- 
durowi. Gdy zostają z nim sami, straszą: - Traf się, chuju, 
jeszcze raz, to tak dostaniesz, że popamiętasz. 
-  Był taki cwaniak jak ty, to tak dostał, że aż się ze stra- 
chu posrał - słyszy na dobranoc, gdy po badaniach wraca 
do celi. 
Taka praca 
Agnieszka, jedna z trzech sióstr Sławka, gdy rano odbiera 
go z komisariatu w Choroszczy, nie może powstrzymać łez. 
Jej braciszek ma poważne obrażenia: stłuczone oko, siniaki 
na łopatkach, w pachwinie, strupy na nadgarstkach, a do 
tego potworne zawroty głowy. Co chwilę mdleje. Zawozi 
go do szpitala w Zambrowie, a po kilku dniach do kliniki 
w Białymstoku. Obdukcja wydana przez lekarza sądowego 
jest jednoznaczna: uszkodzenia ciała powstały w wyniku 
urazów zadanych narzędziem twardym, tępym, tępokrawę- 
dzistym. Siostry od razu składają zawiadomienie o pobiciu 
przez policjantów. 
-  Ma jakąś szansę, żeby wygrać? - pytam Stanisława Sko- 
limowskiego, adwokata z Białegostoku. 
-  Dysproporcje w sile dwóch stron są ogromne i muszę 

background image

przyznać, że większość takich spraw niestety kończy się prze- 
graną. Prokuratura i sądy traktują policjantów jak krynicę 
mądrości. Do tego jeszcze postępowanie prowadzą często 
znajomi „bokserów". 
Dzwonię do sierżanta Dariusza Zielińskiego. 
-  Każdy może zrobić obdukcję, to nie jest żaden dowód. 
Ani ja, ani mój kolega go nie biliśmy. Nie będę się tłumaczył. 
Taka nasza praca. 
144 
Darek - noc z 4 na 5 lipca, Barcino (pomorskie) 
Ukraszony ząb, stłuczenie oczodołu i nosa. 
Darek Pająk pracuje w Urzędzie Morskim w Słupsku. Stu- 
diuje geografię, jest synem radnego Mirosława Pająka z Ligi 
Polskich Rodzin. Gdy wzburzony ojciec robi raban i wysyła 
skargę do samego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ćwią- 
kalskiego, okazuje się, że istnieją dwie zupełnie sprzeczne 
wersje wydarzeń. 
Wersja Pająka: W Barcinie zabrakło nam benzyny. Jakiś 
miły facet, którego spotkaliśmy w wiosce, powiedział, że 
trzeba iść do sąsiada. Tyle, że tam robi się chryja, bo kum- 
pel wsiada dla zabawy na rower, który stoi oparty o ścianę 
obory. Koleś krzyczy, że mamy spadać, więc wycofujemy się 
i idziemy szukać dalej. 
Gdy udaje nam się kupić od innego gospodarza kilka 
litrów benzyny, podjeżdża radiowóz. Wyskakują dwaj poli- 
cjanci, jeden daje mi pięścią w twarz, drugi łapie za włosy 
i tłucze głową o maskę. Jestem cały czerwony. Krew szybko 
wsiąka w kurtkę. Jeden z kolegów dostaje w twarz tak mocno, 
że warga puchnie mu jak u konia. Zalicza też strzał pałą 
w plecy. Policjanci szybko wciskają nas na tylne siedzenie 
radiowozu. Mam komórkę, więc dzwonię do mamy: „Ratuj, 
policja nas bije!" 
-   Powiedz, kim jest twój ojciec - szepczą kumple. - Bo 
nas zabiją. 
W odpowiedzi słyszę: 
-  Gówno mnie obchodzi twój ojciec i kim ty jesteś. 
Po dwóch godzinach i telefonie radnego chłopcy są już 
wolni. Ten sam radiowóz odwozi ich do Barcina. 
145 
Wersja Policji, mówi nadkomisarz Jacek Bujarski: O go- 
dzinie 4.00 do dyżurnego KMP w Słupsku zadzwonił mieszka- 
niec Barcina, który zgłosił, iż trzech nieznanych mu młodych 
mężczyzn usiłowało właśnie dokonać kradzieży trzech ro- 
werów z terenu jego posesji. Na miejsce interwencji udali 
się policjanci z posterunku w Kępicach. Po krótkiej chwili 
sprawcy zostali zatrzymani przez policjantów. Mężczyźni 
szli całą szerokością jezdni i na widok jadącego samochodu 
(radiowozu) nie zamierzali zejść na pobocze. Jeden z nich 
miał na sobie jasną kurtkę, na której widoczne były zaschnięte 
plamy koloru brunatnego, posiadał także liczne zasinienia 

background image

na twarzy. Podczas próby legitymowania mężczyźni zacho- 
wywali się agresywnie. W czasie jazdy jeden z nich zaczął 
wykrzykiwać, że jego ojciec jest wiceprzewodniczącym Rady 
Miasta Słupska, i zagroził, że policjanci mają „przejebane". Był 
to ten mężczyzna w poplamionej kurtce. Ten sam człowiek 
w trakcie rozmowy przez telefon komórkowy (prawdopodob- 
nie z matką) symulował - krzycząc, aby mu pomogła - że 
jest bity przez policjantów. Zaprzeczam, aby policjanci bili 
zatrzymanych. 
Ziemowit - 26 lipca, Tczew (pomorskie) 
Stłuczenie okolicy lędźwiowej i głowy, wstrząśnienie mózgu, 
perforacja błony bębenkowej. Częściowa głuchota. 
Ziemowit Cymerman, trzydziestoletni mechanik pojazdów 
gąsienicowych z leśnego garnizonu w Świętoszowie, opija 
z kumplem ostatni dzień urlopu. Na tczewskim skwerku 
świeci słońce, piją bez zagrychy, rozcieńczając Bolsa sokiem 
z czarnej porzeczki. 
146 
-  Panowie, proszę tu nie urządzać libacji - zaczepia ich 
starsza kobieta. 
Zaczyna się dyskusja, która po chwili przeradza się w awan- 
turę. 
-  Nie podoba się, to spierdalać - krzyczy żołnierz. 
-  Ja cię zaraz, bydlaku, nauczę porządku! Mam córkę 
w policji. 
Cymerman już nie słucha, wznosi kolejny toast i zasy- 
pia. Mija kwadrans. Zjawia się zięć kobiety ze znajomym. 
Chwilę później radiowozem przyjeżdża córka policjantka 
w towarzystwie kolegi. Mężczyźni tłuką nieprzytomnego 
Cymermana pięściami. Wyciągają zza ławy, wykręcają ręce 
i zakładają kajdanki. 
Rafał próbuje bronić kolegi. 
-  Bo za chwilę ciebie też zawiniemy. Spadaj! - Każą mu 
znikać. 
Bity traci przytomność. Mimo to któryś z policjantów siada 
na nim okrakiem i bije go z płaskiej dłoni po głowie i uszach. 
Ziemowit przytomnieje. Wyje z bólu: „Puśćcie mnie!". 
-  Taki jesteś hardy, żołnierzyku. My cię, chamie, teraz 
nauczymy. 
Wrzucają go do busa. Na komendzie bicie trwa nadal. 
Rano policjanci chcą się go pozbyć, dzwonią na posteru- 
nek żandarmerii: „Trzeba go zatrzymać do sprawy. Napadł 
na policjanta". 
-  My go nie weźmiemy w takim stanie - oświadczają 
wojskowi. - Musicie napisać notatkę, bo będzie na nas, że 
to my go tak zaprawiliśmy. 
Żołnierz słabo widzi, z ucha cieknie mu krew. Źle słyszy, 
okropnie bolą go ręce i opuchnięta głowa. Ledwo chodzi. 
Szumi mu w głowie, do końca nie kojarzy, co się dzieje. 
147 

background image

Szef Żandarmerii Wojskowej w Malborku wypuszcza go 
od razu. Rodzice błyskawicznie odwożą syna na Izbę Przyjęć 
tczewskiego szpitala. 
Lekarz na dzień dobry pyta: 
-  A pan z jakiego wypadku? 
To nie wszystko 
W grudniu 2007 upośledzony 17-latek z Wyr na Śląsku nie 
chciał - jak twierdzą policjanci - podać swoich danych 
osobowych, w związku z czym został przewieziony na ko- 
misariat. 
Po godzinie był wolny. Miał złamany nos, stłuczony brzuch. 
Kulał. Dwa dni później Michał zaczął wymiotować. Trafił do 
Centralnego Szpitala Klinicznego w Katowicach z wewnętrz- 
nym krwotokiem i pękniętą śledzioną. 
Dwóch 26-letnich sierżantów jest od 1 maja 2008 roku 
na zwolnieniu lekarskim, ale sprawa przeciwko nim trafiła 
na wokandę. 
Gdy rozmawiam z mamą chłopca, Bernadettą, nie jest 
pewna wygranej: 
-  Teraz mówią, że to koledzy go pobili. Mój chłopak jest 
szczery i dobry. Jakby się udało wygrać w sądzie, richtig 
by było fajnie. Ale zdrowia mu nie wróci, Michałowi kilka 
razy przetaczali krew, do końca życia będzie miał osłabioną 
odporność. 
-  Do tego mój synek ciągle się boi - dodaje smutnym 
głosem. - Jest kłębkiem nerwów. Nawet nie pamięta, jak 
wyglądały tamte chłopy. 
Półtora roku wcześniej bał się także inny chłopiec. Patryk 
z Wambierzyc. 
148 
Wywieziony do lasu i pobity przez dwóch policjantów nie 
potrafił się uspokoić. Przestał wychodzić z domu, opuszczał 
lekcje. Nie chciał zostawać sam, bał się, że znowu go złapią 
i wywiozą. Miesiąc później się powiesił. 
Prokuratura w Kłodzku jest pewna winy policjantów. Za- 
rzuca im, że bezprawnie zatrzymali Patryka i wymuszali 
zeznania. Gdy sprawę opisały lokalne gazety, zgłosiły się 
kolejne ofiary bokserów z komisariatu w Radkowie. Dwóch 
pobitych podczas „przesłuchania" chłopaków i zgwałcona 
na komendzie nastolatka. 
Policjanci są zawieszeni, w sądzie toczy się sprawa. 
Komisarz Hammarberg zwraca uwagę 
Sławomir Cybulski, emerytowany oficer policji, prawnik 
z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka sprawdził w 2001 
roku 170 komisariatów i komend. Na podstawie ankiet 
i rozmów powstał raport „Policjanci i ich klienci". 
Na pytanie: „Jakie prawa przysługują zatrzymanemu?" 
policjantom zdarzało się odpowiadać: „Ino prawa człowieka" 
lub „Prawo do tego, że może w ogóle oddychać i zabierać 
tlen normalnym ludziom". Z raportu wynika, że blisko 10% 

background image

przetrzymywanych w aresztach skarżyło się na niewłaściwe 
traktowanie - bicie i lżenie. Zatrzymany przez policjantów 
z dużej jednostki w Wielkopolsce mówił, że okładali go 
rękoma po twarzy i pytali, czy wie, jak się przechodzi przez 
płot z połamanymi nogami. 
Pięć lat później, w marcu 2006 roku, dwa lata po przystą- 
pieniu Polski do Unii Europejskiej, delegacja Komisji ds. Za- 
pobiegania Torturom wizytowała polskie areszty. Urzędnicy 
przysłani przez Brukselę byli „zaniepokojeni" tym, co zoba- 
149 
czyli. W krakowskim komisariacie natknęli się na nagiego 
człowieka w klatce. Miała powierzchnię metr na metr. Ko- 
mendant posterunku oznajmił gościom, że to jest „rutynowe 
postępowanie". 
W Warszawie delegacja znalazła kije bejsbolowe, żela- 
zne pręty i młotki, które mogłyby służyć do zastraszania 
podejrzanych. Mundurowi tłumaczyli się, że zabrali je za- 
trzymanym. 
Thomas Hammarberg, Komisarz Praw Człowieka Rady 
Europy, odwiedził Polskę kilka miesięcy później - w grudniu. 
Po wizycie w memorandum skierowanym do rządu zwró- 
cił uwagę, że liczba procesów sądowych jest skrajnie niska 
w porównaniu z liczbą zawiadomień o złym traktowaniu 
przez policję. Oskarżenie policjanta okazuje się w Polsce 
bardzo trudne. 
Komisarz wysnuł takie wnioski na podstawie danych 
dostarczonych przez polski rząd - od 2003 do 2006 roku 
wniesiono do prokuratury 3 tysiące 646 zawiadomień o prze- 
stępstwach popełnionych przez policję, obejmujących uszko- 
dzenie ciała, przemoc w celu wymuszenia zeznań, naruszenie 
integralności cielesnej. W 3 tysiącach przypadków wydano 
postanowienia odmawiające wszczęcia postępowania bądź 
postępowanie umorzono. 
Oskarżono 88 policjantów. Żadnego nie skazano. 
A liczba skarg rośnie - tylko w zeszłym roku Polacy wy- 
słali ponad 19 tysięcy zażaleń na pracę policji. Jedna piąta 
z nich dotyczyła sposobu przeprowadzenia interwencji przez 
funkcjonariuszy. 
- Niemalże wszystkie sprawy odnoszące się do nadużycia 
siły przez policjantów są niezwykle trudne - tłumaczy Sławo- 
mir Cybulski. - Z jednej strony stoi oskarżający policjantów 
150 
pobity obywatel, z drugiej najczęściej dwóch albo więcej 
funkcjonariuszy, którzy zgodnie i solidarnie przedstawiają 
inną wersję wydarzeń, korzystną dla siebie. 
-  A niezawisłość sądu? 
-  Sądy często przychylają się do stanowiska prokuratury 
i akceptują umorzenie. Mimo że w sprawach, gdzie zachodzi 
podejrzenie nieludzkiego, poniżającego traktowania, stan- 
dard wynikający z orzecznictwa Trybunału Praw Człowieka 

background image

w Strasburgu nakłada na organy ścigania obowiązek prowa- 
dzenia szczególnie wnikliwego śledztwa. 
-  Czyli jak policja mówi, że ktoś się pobił sam, to sędzia 
nie powinien w to wierzyć. 
-  Po pierwsze, państwo bierze za nas całkowitą odpowie- 
dzialność, gdy nas zatrzymuje i jesteśmy w jego rękach. Po 
drugie, jeśli władze twierdzą, że obrażenia powstały w inny 
sposób, niezawiniony przez funkcjonariuszy, muszą to udo- 
wodnić. 
Zatrzymany sam sobie złamał żuchwę 
W 2008 roku Polak po raz pierwszy wygrał sprawę w Try- 
bunale o pobicie na komisariacie i brak uczciwego śledztwa. 
W Polsce prokurator i sędziowie uwierzyli policjantom, że 
zatrzymany sam złamał sobie żuchwę. 
Dariusz Dzwonkowski w towarzystwie trzech kolegów 
popijał piwo pod sklepem spożywczym w Markach. Po go- 
dzinie biesiady któryś z sąsiadów nie wytrzymał krzyków 
podlanych obficie „kurwami" i zadzwonił na komisariat. 
Policjanci chcieli szybko załatwić sprawę, kazali mężczyznom 
położyć się na ziemi. Trzech z nich spokojnie pozwoliło się 
skuć kajdankami, Dariusz Dzwonkowski oponował. 
151 
Gdy zaczął się wyrywać, mundurowi przewrócili go i za- 
częli kopać W radiowozie bito go nadal, na tyle mocno, że 
gdy auto dotarło przed komisariat, trzeba było od razu jechać 
do szpitala. Mężczyzna miał złamaną rękę, żuchwę, pęknięcie 
oczodołu i 15-centymetrowy krwiak na głowie. 
Gdy wydobrzał, od razu poskarżył się prokuraturze w Wo- 
łominie. 
Policjanci zeznali co innego. Według nich awanturnik sam 
się przewrócił i pobił, waląc specjalnie głową o krawężnik. 
Natychmiast zrewanżowali się oskarżeniem o napaść. Pro- 
kurator uwierzył mundurowym, umorzył skargę, uznając, 
że przed sklepem w Markach pijak pobił się sam, i zarzucił 
Dzwonkowskiemu atak na policjantów. 
Sędzia skazał poturbowanego mężczyznę za napaść na 
czterech funkcjonariuszy. Skazany odwołał się od wyroku. 
I przegrał. Sąd apelacyjny podtrzymał orzeczenie. Odstąpił 
jednak od wymierzenia kary z powodu znikomej szkodli- 
wości społecznej. 
Dzwonkowski nie zamierzał odpuścić. Wysłał skargę do 
Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Tym razem wy- 
grał - po dziewięciu latach. Zgodnie z orzeczeniem Trybu- 
nału, jeżeli policja zatrzymuje zdrowego człowieka, a potem 
okazuje się, że ma on obrażenia, to obowiązkiem państwa jest 
przyjąć, że podczas interwencji mogło dojść do nadużycia 
siły, i starannie to zbadać. 
Sędziowie szczególnie skrytykowali zaakceptowanie przez 
prokuraturę wersji - wbrew opiniom lekarskim i zezna- 
niom innych zatrzymanych - że skarżący sam się pobił. 

background image

Polska musiała wypłacić mieszkańcowi Marek 10 tysięcy euro 
zadośćuczynienia. W Strasburgu czekają na rozpatrzenie 
kolejne skargi. 
152 
Świat nie jest idealny 
Pytam policjantów: 
-  Bijecie? 
-  Ależ skąd, to mity. Może ci z prewencji, ale my nie - 
odpowiada oficer CBŚ. 
-  U nas? O niczym takim nie słyszałem - słyszę od poli- 
cjanta Komendy Wojewódzkiej w Opolu. Kilka lat wcześniej 
sześciu policjantom z tej palcówki zarzucono wymuszanie 
zeznań przemocą, groźbą i biciem. - A czy pani wie, na 
jaki stres są narażeni policjanci? - irytuje się. - Media nie 
mówią o tym, że ludzie obrywają im pagony, plują w twarz 
i lżą. Czemu o tym nie chcecie pisać. 
-  W resorcie pracuje 100 tysięcy osób, podejmują rocznie 
kilka milionów interwencji, potwierdzone pobicia to mar- 
gines - tłumaczy mi Mariusz Sokołowski, rzecznik prasowy 
Komendy Głównej Policji. - Świat nie jest idealny, nie wy- 
magajmy tego od policji. 
Małgorzata Chmielewska, szefowa zespołu psychologów 
KG: 
-  Nie wypieramy się tego. Chociaż przy przyjmowaniu 
do pracy testy psychologiczne powinny odsiewać osoby, 
które mają tendencje do stosowania przemocy. Jeżeli pojawia 
się skarga na agresywne zachowania, policjant natychmiast 
trafia do psychologa, a gdy udowodni mu się winę, zostaje 
wyrzucony z pracy. 
-  To kto bije? - pytam Marię Kowalską, psychiatrę, która 
współpracuje z wymiarem sprawiedliwości. 
-  Gdyby porządnie przebadać polską policję, okazałoby 
się, że psychopaci i sadyści są poukrywani w resorcie jak 
grzyby w mchu. Takie osoby bardzo często wybierają sposób 
153 
życia pod kątem realizacji zaburzenia. Szukają środowiska, 
w którym ich fiksacja nie będzie razić - pedofil często dąży 
do pracy w szkolnictwie, a sadysta, który jest „szczęśliwy", 
gdy zadaje komuś ból, lub psychopata, czerpiący satysfakcję 
ze sprawowania kontroli, doskonale wpisuje się w struktury 
i zwyczaje służb mundurowych. Nie wolno też zapomnieć 
o jeszcze jednej, może najważniejszej rzeczy - mężczyźni na 
stres reagują agresją. 
Policjant nie wytrzymuje presji... 
Kilka lat temu zbadano nastroje na komendach i komisaria- 
tach - okazało się, że spora część policjantów po kilku latach 
służby zaczyna borykać się z problemami emocjonalnymi. 
Mają duże poczucie krzywdy i niesprawiedliwości, a w re- 
sorcie powszechnie stosuje się mobbing. Do tego dochodzi 
ogromna presja ze wszystkich stron: obywateli, przełożonych 

background image

i prokuratorów. 
-  Wszyscy od policjanta tylko wymagają, oceniają go 
i przeważnie krytykują - tłumaczy Marcin Wydra, pełno- 
mocnik ds. ochrony praw człowieka przy Komendancie 
Głównym Policji. - Efektem jest rosnąca frustracja i nieodre- 
agowany stres. Policjanci, aby się chronić przed zarzutami, 
coraz częściej sami nagrywają swoje interwencje w terenie. 
Powszechne w resorcie jest także uwiecznianie własnych 
przełożonych. 
-  A co z biciem? 
-  Nie chcę usprawiedliwiać tych kolegów, którzy biją. 
Powinni zniknąć, ale problem jest o wiele szerszy. W samej 
policji relacje międzyludzkie ciągle są nie najlepsze. Jeśli na- 
buzowany negatywnymi emocjami policjant, który nie może 
154 
się dogadać z szefem czy kolegami, trafi na agresywnego 
nastolatka lub osobę pijaną, szybko traci kontrolę. 
Sławomir Cybulski nie ma złudzeń: 
-  Wszyscy wiemy, że warunki pracy w policji, także te 
finansowe, nie przyciągają do niej najlepszych, trzeba więc 
wybierać z miernych bądź słabych. Do tego pierwsze szko- 
lenie zawodowe jest za krótkie. Trwa sześć miesięcy i jest 
jednym z najkrótszych w Unii. W moim przekonaniu ist- 
nieje prosta zależność: im lepiej wyszkolony policjant, tym 
mniejsze szanse, że będzie przekraczał swoje uprawnienia, 
i odwrotnie - źle przygotowany, często z obawy o własne 
bezpieczeństwo, szybko sięgnie po drastyczne sposoby. 
...i bije 
Kamienna Góra: Dwie nastolatki śmieją się głośno i plują 
pestkami słonecznika na chodnik. Panie, które siedzą na 
sąsiedniej ławce, bezskutecznie próbują uspokoić dziewczęta. 
W końcu proszą o pomoc policjanta. 
Mężczyzna podchodzi i dwukrotnie uderza jedną z dziew- 
czyn w głowę. 
Karzcino koło Słupska: Teresa Nowakowska ma 61 lat, 
problemy ze wzrokiem i sąsiadów, którzy lubią strzelać 
z wiatrówki do zwierząt. Kilka razy zgłaszała na komendzie 
w Słupsku, że za płotem odbywają się polowania na ptaki, 
psy i koty. Dzwoni ponownie - tak jak kazali jej policjanci - 
gdy słyszy skowyt rannego kundla. 
Po godzinie do kuchni wpada dwóch rosłych funkcjo- 
nariuszy. Wykręcają kobiecie ręce, wywlekają ją na dwór 
i szarpią. 
-  To nie ja, to sąsiad - broni się Nowakowska. 
155 
Jeden z mężczyzn naśladuje lwa i głośno ryczy emerytce 
do ucha. Drugi wyciąga szuflady i grzebie w rzeczach - szuka 
dowodu osobistego. Starsza pani ze strachu zapomniała, 
gdzie go schowała. 
Nowakowską ratuje córka, która wraca z pracy. Policjanci 

background image

rezygnują z zatrzymania emerytki na 24 godziny za brak 
dokumentów. 
Prabuty: Zbigniew Barbarewicz niespodziewanie wtargnął 
na szosę. Był pijany. Las, środek nocy, cztery kilometry za 
Prabutami - kierowca nie miał szans, żeby wyhamować. 
Barbarewicz zginął na miejscu. 
Gdy policjanci zgarnęli go wieczorem spod domu, leżał 
pijany na chodniku i podśpiewywał. Ostatni żywego wi- 
dział go inny wielbiciel tanich win, którego patrol znalazł 
na ulicy. 
-  Wieźli nas ze Zbychem tym samym radiowozem. Naj- 
pierw pojechali do lasu i wyrzucili go bez butów. Mnie za- 
wieźli do szpitala w Kwidzynie. Też kilka razy wylądowałem 
w lesie. Dawali zawsze pałą, zabierali buty i mówili: „Na 
spacerze wytrzeźwiejesz". 
5 stycznia 2009 roku 
Komendant Główny Policji gen. Andrzej Matejuk odpo- 
wiada: 
-  ...pragnę podkreślić, że są to niejednokrotnie sprawy 
trudne, gdyż jedynymi dowodami są zeznania policjanta 
i skarżącego. Dlatego też pozwolę sobie na krytyczną uwagę 
wobec niektórych publikacji w mediach, które moim za- 
daniem są obliczone na sensację w celu zainteresowania 
i pozyskania chwytliwym tematem szerokiego kręgu opinii 
156 
publicznej. Niewątpliwie są one bulwersujące i tym bardziej 
należy ubolewać nad tym, że nie zawsze są rzetelne. 
1 stycznia 2009 roku przestarzały Informatyczny System 
Rejestrowania Skarg na działalność policji został wycofany 
z użytku. KGP nie posiada własnych środków na budowę 
nowego, więc na razie skargi obywateli będą gromadzone 
w formie papierowej, ale w oparciu o nowo opracowany 
katalog kategorii skarg. 
*** 
Wszystkie osoby opisane w tekście wniosły oskarżenie przeciw 
policjantom. Zrobiły obdukcję i sfotografowały obrażenia. Na- 
zwiska niektórych bohaterów zostały zmienione. 
Gienia 
Katarzyna Kokowska 
W zeszłym roku skończyła 90 lat. Piękny wiek. W Niemodli- 
nie, miasteczku na Opolszczyźnie, jest personą. Kilkanaście 
lat w zarządzie Stowarzyszenia Doliniaków - mieszkańców 
powiatu dolińskiego na Kresach Wschodnich. Wieloletnia 
ofiarodawczyni niemodlińskiej parafii - haftowane obrusy 
i komże to jej dzieło. Za swoje wspomnienia o Kresach do- 
stała wyróżnienie czasopisma publicystyczno-historycznego 
„Na Rubieży". 
Sześćdziesiąt pięć lat temu przyjechała na Opolszczyznę 
z tysiącami przesiedlonych z Kresów. Tacy jak ona to w ja- 
kimś sensie ojcowie założyciele powojennych społeczności 

background image

tych poniemieckich miasteczek. Przeszczepieni na Ziemie 
Odzyskane z Kresów, ze wschodnim akcentem w języku i ze 
snami o Kresach w głowie. 
Jest z pokolenia Kolumbów. Niewielu ich już zostało. Wy- 
mierają, a wraz z nimi umiera pamięć o tamtych czasach 
i o tamtych ziemiach oraz przeświadczenie, że mimo ustaleń 
zapisanych w traktatach międzynarodowych tam też jest 
Polska. Dla jej wnuków to tylko zdjęcia, jej opowieści, inny 
świat. Dla jej wnuków Polska zaczyna się na Bugu, kończy na 
Odrze, a dalej jest cała dostępna Europa, bez granic. I nie- 
którzy z tego korzystają. 
159 
Nie pojechałam na jej urodziny. Nie tak łatwo wygospoda- 
rować wolny weekend w Polsce. Nie tak łatwo, jak dziesięć lat 
temu, kiedy zjechaliśmy się na jej 80 urodziny. Wtedy jeszcze 
nie wszystkie wnuki były w związkach i z bagażem potom- 
stwa. Dziesięć lat temu jeszcze dyrygowała nami wszystkimi. 
Opowiadała, pamiętała. Teraz zapomina. 
Nie dzwonię do niej ostatnio. Boję się jej niepamięci. Że 
nie będzie wiedziała, jak mam na imię, kim jestem, po co 
dzwonię. Że zapomni, tak jak zapomina po dwóch dniach, 
że dostała ode mnie kartkę, list. Pamięta chyba już tylko to, 
co wspominała przez całe życie - swoją młodość i te straszne 
dni, które ukształtowały jej późniejsze lata. Dni, o których 
opowiada każdemu, kto chce słuchać, i tym, którzy nie chcą, 
wiele razy. Zresztą nikt chyba nigdy nie miał odwagi powie- 
dzieć, że już to słyszał, że zna na pamięć. 
Zawsze się bała, że zapomnimy. Po to nam opowiadała. Po 
to zapisała gruby zeszyt swoimi wspomnieniami - żebyśmy 
nigdy nie zapomnieli, skąd pochodzi nasza rodzina i jakie 
były jej tragiczne losy. Tak jakbyśmy mogli kiedykolwiek 
wyrzucić z pamięci te nazwy powtarzane przez całe dzieciń- 
stwo: Wełdzirz, Świca, Stryj, Sławsko. I tę straszną historię 
o płonącym domu przy Lipowej. 
Zastanawiam się, czy wierzyła, że kiedyś tam wróci, do 
tych miejsc, które dla niej nadal były Polską, ojczyzną. Czy 
może pogodziła się z myślą, że jej dom już na zawsze ma 
być na Ziemiach Odzyskanych? Jeśli tak, to kiedy? Myślę 
o tym często, bo jak mam nie myśleć? Sama wybrałam życie 
z dala od miejsc z dzieciństwa. Ja wybrałam, ona nie miała 
wyboru. I zawsze tęskniła, choć minęło sześćdziesiąt pięć lat, 
może czyjeś całe życie. Sześćdziesiąt pięć lat przeżytych wiele 
kilometrów na zachód. Dzieci, wnuki, prawnuki. 
160 
Przez całe życie te miejsca jednocześnie ją przyciągały 
i odpychały... Nic tam nie zostało, tylko groby. Groby, które 
odwiedziła wiele, wiele lat później. Nad grobami wisiały 
zwykłe chmury na zwykłym niebie, nieopodal szumiały 
drzewa, płynęła rzeka, ta rzeka, której plusk słyszała w snach 
o rodzinnym domu. Niby nic się nie zmieniło, a przecież 

background image

upłynęło całe życie. 
Rodzina 
Wszystko zaczyna się na obrzeżach II Rzeczpospolitej, w miej- 
scu, które dla współczesnych nie jest już nawet Polską. Lwów - 
tak. Stryj, Stanisławów (obecnie Iwano-Frankowsk) już nie. 
Kiedyś w dowodach osobistych urodzonym tam osobom 
wpisywano miejsce urodzenia: ZSRR. Dziś: Ukraina. Choć 
kiedy przychodzili tam na świat dziewięćdziesiąt, siedem- 
dziesiąt lat temu, to wciąż była Polska. 
Tam, gdzie jak w tyglu mieszały się języki, kultury i wy- 
znania. W dawnym województwie stanisławowskim, gdzie 
niemal 70% mieszkańców stanowiła ludność narodowości 
ukraińskiej. Polaków było ledwie 20%, z czego tylko 13% 
wyznania rzymskokatolickiego. To jedno z tych miejsc, które 
od zarania dziejów były areną narodowościowych sporów 
i tragedii. 
Na starych mapach łatwo znaleźć Wełdzirz. To wioska 
leżąca nad dopływem Dniestru, rzeką Świcą. Pierwsze zapisy 
o jej istnieniu pochodzą z xvi wieku. Dziś nazywa się Szew- 
czenkowe i leży w obwodzie iwanofrankowskim na Ukrainie. 
To już nie ta sama wioska co dziewięćdziesiąt lat temu. Nie 
ma domu rodziny Mazurów ani rzymskokatolickiego kościoła, 
który spalił się w czasie wojny. 
161 
W Wełdzirzu właśnie, w domu kowala Antoniego Mazura 
i jego żony Marii przy ulicy Lipowej, przyszła na świat moja 
babcia, Gienia, przedostatnia z dziesięciorga rodzeństwa. Jej 
najstarszy brat, Staszek, piłsudczyk, miał wtedy dwadzieścia 
lat. 
Właściwie babcia Gienia ma na imię Bronisława. Rodzice 
wymyślili jej dwa imiona: Eugenia Bronisława. Ale ksiądz się 
pomylił i w dokumentach wpisał odwrotnie. W domu jednak 
nikt nie wołał na nią inaczej niż Gienia. Imieniny też zawsze 
obchodziła w Eugenii, 13 września. 
Z dziesięciorga dzieci państwa Mazurów przeżyło tylko 
pięcioro: Staszek, Franio, Lola, Józio i Gienia. Staszek w wieku 
czternastu lat został gospodarzem rodzinnego majątku, który 
nazywał się Jasień. W 1917 roku powołano go do wojska 
austriackiego, a potem wstąpił do Legionów. Wtedy gospodar- 
stwem zajął się Franio, który był garbaty. Był też bardzo zdolny, 
ale rodzice nie mieli pieniędzy, żeby go posłać do szkół. 
Jedyną siostrą Gieni była Eleonora, zwana w domu Lolą. 
Miała czternaście lat, kiedy urodziła się Gienia, stawała się już 
podlotkiem, któremu nie w smak było, że musi się zajmować 
dzieckiem. Gienia pamięta jej ślub z ulubieńcem rodziny 
Stasiem Berem. Po roku małżeństwa Staś zginął na polowa- 
niu, zostawiając żonę i dwutygodniowego syna Tadzia. Lola 
wyszła potem ponownie za mąż za Wiktora Piętę i urodziła 
mu syna, Ryśka. 
Pamiętam świetnie wujka Tadzia z sumiastym wąsem, 

background image

który przez wiele lat był sołtysem we wsi Krasna Góra na 
Opolszczyźnie. Ryśka spotkałam tylko parę razy, mieszkał 
w Warszawie i nie utrzymywał z nami zbyt bliskiego kon- 
taktu. Został dziennikarzem i napisał swoją wersję tej historii. 
Zmarł parę lat temu. 
162 
Najmłodszy z braci Gieni, Józio, był w domu nazywany 
Marzycielem. Matka obstawała, żeby go kształcić, ojciec wolał, 
żeby syn uczył się rzemiosła. W końcu zgodził się wysłać go 
do seminarium nauczycielskiego w Rudniku nad Sanem. Tam 
Józio poznał Michasię, z którą ożenił się zaraz po otrzymaniu 
posady. 
Józia też świetnie pamiętam, przysyłał pisane kaligraficznie 
listy i wiersze. Mieszkał w Rudniku aż do śmierci. 
Dzieci Mazurów były równie uparte jak ich ojciec. Sta- 
szek, który miał po ojcu przejąć warsztat, ożenił się z sie- 
demnastoletnią Marysią i postanowił, że pójdzie do pracy 
w policji. Warsztat zapisał więc ojciec garbatemu Franiowi, 
który od dziecka chorował i był kiepskim kowalem. Ożenił 
się z Niemką ze wsi Teresówka. Miała na imię Anna, ale 
w domu Mazurów nazywano ją Nańcią. Urodziła Franiowi 
syna, Stasia. 
Bóg 
Być może w tej części świata było przed wojną mało Polaków, 
ale ci, którzy tam mieszkali, nie miewali raczej problemów 
z określeniem własnej tożsamości. Mówili trochę po ukra- 
ińsku, bo jakoś trzeba się było porozumieć z sąsiadami, ale 
wierzyli w Polskę i tradycyjne polskie symbole. 
Przed wojną Wełdzirz był znanym letniskiem. Do tej 
malowniczo położonej wsi nad wypływającą spod Popadii 
w Gorganach Świcą zjeżdżali na lato wczasowicze, wśród 
nich wielu artystów. Pewien malarz podarował amatorskiemu 
teatrzykowi w Wełdzirzu malowaną kurtynę. Malowidło 
przedstawiało orła w locie trzymającego w dziobie biało- 
-czerwoną flagę. 
163 
Nad rozwojem życia kulturalnego wełdzirskiej młodzieży 
czuwali księża z lokalnej parafii rzymskokatolickiej. Udostęp 
nili należący do parafii budynek zwany „Czytelnią". Mieściła 
się w nim nie tylko biblioteka, lecz także spora scena. Od 
bywały się tam próby chóru i amatorskiego teatru. Grywano 
Fredrę i księdza Hopka z parafii Św. Krzyża. Ksiądz Hopek 
pisał sztuki, ma się rozumieć religijne, jak choćby tę za 
tytułowaną „Bernadetta". Gienia grała w niej dziewczynkę 
uzdrowioną przez Matkę Boską z Lourdes. 
W „Czytelni" odbywały się też zabawy. Zwykle do tańca 
przygrywał na harmonii niewidomy muzykant, ale podczas 
sylwestra czy zapustów wynajmowało się orkiestrę z fabryki 
spirytusu drzewnego „Destylacja" w Wygodzie. 
Co roku w lipcu młodzież z Wełdzirza jeździła na piel 

background image

grzymki do Kochawiny, sanktuarium położonego 25 kilome 
trów od Stryja. Można tam było zobaczyć słynny cudowny 
obraz Matki Boskiej wywieziony z Kresów podczas wojny 
który od 1974 roku znajduje się w Gliwicach. 
Ludowa wieść niosła, że pewna hrabina jechała przez Ko 
chawinę powozem, aż tu nagle poklękały wszystkie konie 
Hrabina wyjrzała przez okienko, a na drzewie wisiał obraz 
Matki Boskiej z dzieciątkiem. Zabrała go do pobliskiego ko 
ścioła, ale on wracał tam, gdzie go znaleziono. Potem w tym 
miejscu wytrysnęło źródełko - czerpana z niego woda leczyła 
różne choroby. Z czasem zbudowano tam kaplicę, która pod 
czas wojny i w czasach stalinowskich popadła w ruinę, ale 
w latach 90. xx wieku znalazła się pod opieką redemptorystów 
z greckokatolickiej cerkwi w Stryju. 
Podczas jednej z pielgrzymek Gienia poznała swojego 
przyszłego męża. Miecio był kolegą jej kuzynki, Wikci. Gie- 
nia traktowała tę znajomość jako zupełnie przygodną i była 
164 
bardzo zła na Wikcie, gdy ta podała Mieciowi jej adres. Nie 
sądziła wtedy, że wyjdzie za tego chłopaka, przeżyje z nim 
czterdzieści trzy lata i urodzi mu czterech synów. 
Miecio 
Wojna nie przyszła nagle. Gienia wspomina, że nad sąsied- 
nią wioską niemiecką Engelsberg rozrzucano z samolotów 
ulotki propagandowe. A potem nadeszli Sowieci i z dnia na 
dzień zniknęły z urzędów polskie napisy. Sąsiedzi Ukraińcy 
zaczęli szeptać o własnym państwie i wrogo spoglądać na 
Polaków. 
Dla mieszkańców Wełdzirza Ukraińcy byli dobrodziej- 
stwem inwentarza, mieszkanie w tej części świata wiązało 
się z ich obecnością. Czy uważali, że te ziemie się im należą? 
Nie. Co nie znaczy, że nie sądzili, że Ukraińcom nie należy 
się własny, niepodległy kraj. 
Na pewno jednak nie spodziewali się tego, co nastąpiło 
później. 
Brat Gieni, Staś, musiał uciekać na Węgry. Przez dwa dni 
ukrywał się w stodole w miejscowości Dolina, zanim udało 
się sformować grupę, którą przewodnik przeprowadził przez 
granicę. Bratowa Nańcia woziła mu tam wódkę i papierosy, 
raz nawet przemyciła dla niego pistolet, który ukryła w re- 
formach.                             * 
W Stryju aresztowano siostrę matki i z całą rodziną wy- 
wieziono ją do Kazachstanu. 
„No, ale trzeba było jakoś żyć" - pisze Gienia w swoich 
wspomnieniach, a jest to jedno z jej ulubionych powiedzeń. 
Coś, czego warto się od niej nauczyć. Cokolwiek by się działo, 
trzeba jakoś żyć. 
165 
Nadszedł rok 1941. Rosjanie zaczęli się wycofywać. Wśród 
wielu Ukraińców zapanowała radość, wierzyli, że Niemcy 

background image

przyniosą im niepodległość. Polacy nie mieli żadnych złu- 
dzeń. 
Tego samego roku, w sierpniu, przyjechał do Wełdzirza 
Miecio. Gienia nie była zadowolona, słyszała od swojej ku- 
zynki Wikci, że Miecio ma w Stryju narzeczoną. On jednak 
wyjaśnił, że to jakieś nieporozumienie, przecież zawsze myślał 
tylko o Gieni, i zapytał, czy Gienia pozwoli mu przyjeżdżać 
do Wełdzirza. Nie zabroniła i odtąd Miecio był jej stałym 
gościem. W Wełdzirzu zaczęto ich uważać za narzeczonych, 
oni jednak, naiwnie, chcieli zaczekać ze ślubem do końca 
wojny. Tymczasem Niemcy zaczęli wywozić do pracy w Rze- 
szy. Gienia dostała wezwanie, żeby się stawić w urzędzie. Nie 
wiedziała, co robić. I wtedy brat Franio poradził, żeby wzięli 
z Mieciem ślub, choćby i cichy. 
Pobrali się w wełdzirskim kościele w drugi dzień świąt 
Bożego Narodzenia. Ślub był cichy, wesele skromne, wojenne. 
Potem wyjechali do Stryja, gdzie matka Miecia miała dom 
przy ulicy Nowy Świat 122. Odnowili sobie dwa pokoje, 
ustawili meble, które Gienia dostała z domu. Ale wkrótce 
okazało się, że nie mogą zostać w Stryju. Miecio dostał 
posadę w miejscowości Sławsko położonej tuż przy granicy 
węgierskiej. Nie chciał Gieni zostawić samej. W styczniu 
1942 roku wyjechali więc oboje do Sławska. 
Przed wojną Sławsko było nazywane Zakopanem Bieszcza- 
dów Wschodnich. Miejscowość była uzdrowiskiem i popular- 
nym ośrodkiem narciarskim. Kiedy Gienia tam przyjechała, 
większość schronisk i domów wczasowych świeciła pustkami. 
W wiosce mieszkało zaledwie kilka polskich rodzin. Za- 
mieszkali u Ukraińca Iwana Marcuna. Bieda dawała im się 
166 
we znaki - pensja Miecia nie była wysoka. Gienia zaczęła 
więc dorabiać szyciem. 
W tym czasie w pobliżu Sławska spora grupa Niemców 
pracowała przy odbudowie mostu kolejowego wysadzonego 
przez wycofujących się Sowietów. Pewnego dnia żona jednego 
z inżynierów przyjechała do Gieni z tłumaczką. W Sławsku 
rozeszła się wieść, że Gienia jest zdolną krawcową. Niemka 
chciała, żeby jej uszyć kilka rzeczy. Kiedy Gienia przyszła 
do niej ze skończoną robotą, Niemka bez słowa zapako- 
wała jej do plecaka cztery kilogramy mąki, cztery bochenki 
chleba, kaszę jęczmienną i trochę cukru. Gienia bała się 
z tymi wszystkimi dobrami wracać do domu, żeby jej ktoś 
nie okradł. 
W lutym 1943 roku Gienia urodziła swojego pierwszego 
syna, Kazia. Zima była wyjątkowo sroga, siarczysty mróz 
trzymał dzień za dniem. Najbliższy rzymskokatolicki kościół 
mieścił się w Skolem, nie sposób było tam dotrzeć z dziec- 
kiem przy trzydziestu stopniach mrozu. Mały Kazio został 
więc ochrzczony w obrządku greckokatolickim, w cerkwi. 
Złe sny 

background image

Nie ma dziś zgodności historycznej co do tego, kto podjął 
decyzję o masakrze polskiej ludności na Wołyniu - czy 
OUN-B* na III konferencji organizacji, czy dowódca UPA** 
Dmytro Klaczkiwski. Środowiska kresowe jednomyślnie 
uznają Ukraińską Powstańczą Armię za organizację zbrod- 
* OUN-B - Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów, frakcja bande- 
rowców. 
** UPA - Ukraińska Powstańcza Armia. 
167 
niczą, nie biorąc pod uwagę jej działalności na rzecz 
odzyskania niepodległości przez Ukrainę. Na Wołyniu 
i w Małopolsce Wschodniej w wyniku antypolskiej akcji 
UPA zginęło od 80 do 120 tysięcy Polaków. Dziś dyskusja 
o tych zbrodniach pociąga za sobą równie niewygodną 
dyskusję o zasadności akcji Wisła, oficjalnie potępionej 
w 2007 roku we wspólnym oświadczeniu prezydentów 
Polski i Ukrainy. 
Babcia nigdy nie miała wątpliwości. A ja zawsze zastana- 
wiałam się, jak bardzo różni się historia widziana oczami 
człowieka zaplątanego w jej bieg od tej opisywanej na kar- 
tach książek, gdzie o ofiarach mówi się tylko w formie 
statystyk. 
W lutym 1943 roku UPA rozpoczęła realizację planu 
eksterminacji ludności polskiej na Wołyniu. Niepokój w wo- 
jewództwie stanisławowskim rósł i nigdzie już nie było 
bezpiecznie. Z Wełdzirza przyjechała matka Gieni i zamiesz- 
kała u córki. Jednak i w Sławsku było niespokojnie. Gienia 
i Miecio zaczęli się zastanawiać nad powrotem do Stryja. 
Tymczasem dom przy Nowym Świecie został zajęty przez 
Niemców. Nie było do czego wracać. 
Z Wełdzirza nadchodziły alarmujące wieści. Oddziały UPA, 
zwane już powszechnie przez Polaków bandami, pojawiły się 
w okolicy, wspomagane przez ukraińską milicję. 
Któregoś dnia na początku marca 1944 roku Miecio przy- 
szedł z pracy bardzo zdenerwowany i oświadczył, że musi 
natychmiast jechać do Stryja. 
Tej nocy Gienia miała sen. Najpierw przyśnił jej się szwa- 
gier, Wiktor, z krwawiącą raną na piersi. W ręku trzymał nóż. 
Powiedział: „Wymordowałem swoje dzieci". Potem zobaczyła 
jak sama idzie przez Wełdzirz i koło „Czytelni", na drodze 
168 
do cmentarza, widzi wysoką mogiłę, jakie zazwyczaj sypali 
Ukraińcy. Na jej wierzchu stały dwie czarne trumny. 
Miecio wrócił do Sławska po dwóch dniach. Wyprowadził 
Gienię z domu i powiedział jej: „W Wełdzirzu już nikogo 
nie ma". 
Koszmar 
Wieczorem 7 marca 1944 roku do Frania przyszedł na szachy 
brat cioteczny Edzio Bętkowski. Nie słyszeli, kiedy Ukraińcy 
z UPA otoczyli dom. Kiedy się zorientowali, wszyscy uciekli 

background image

na strych: Franio i Niańcia ze Stasiem, Edzio oraz Wiktor 
z Krysią i Janeczkiem. Na dole został tylko Rysiek, który 
mocno spał i nie słyszał zamieszania. Mocny sen uratował 
mu życie. Franio na strychu przechowywał broń - myślał, że 
będzie mógł się obronić. Ale kiedy pod ostrzałem ze strychu 
padli dwaj napastnicy, rozwścieczeni Ukraińcy podpalili dom 
i strzelali ze wszystkich stron, żeby nikt nie mógł uciec. Przez 
okno strychu wyskoczył mały Staś. Rannego zabrał sąsiad 
Iwan Bricki. U niego znalazł również schronienie Rysiek, 
który schował się w spiżarni, a potem udało mu się wycofać 
z płonącego domu przez podwórze. 
Tej samej nocy Ukraińcy z UPA chcieli też podpalić dom 
Bętkowskich, ale zmyliła ich kłódka wisząca na drzwiach. 
Edzio, wychodząc na szachy, zamknął rodzinę od zewnątrz. 
Ukraińcy myśleli, że w domu nikogo nie ma, więc odjechali. 
Edzio uratował starych rodziców, żonę w siódmym miesiącu 
ciąży, dwoje dzieci i siostrę. Tej nocy banda zamordowała 
również rodzinę Woźniców. 
Z rodziny Mazurów uratował się tylko Rysiek, syn Loli. 
Dziesięcioletni Staś zmarł nad ranem z upływu krwi. 
169 
Ze spalonego domu udało się wyciągnąć tylko szczątki, 
które umieszczono w dwóch trumnach i pogrzebano na 
wełdzirskim cmentarzu. 
Gienia długo nie mogła się zdobyć na to, żeby o wszystkim 
opowiedzieć matce. 
Ucieczka 
Dla Gieni, Miecia i ich małej rodziny zaczęła się żmudna 
wędrówka na zachód. Nie wiedzieli jeszcze wtedy, że za- 
kończy się dopiero pod Opolem. Po drodze urodził się ich 
drugi syn, Jurek. Gienia opowiada o alarmach bombowych, 
podczas których chronili się w pobliskich lasach. Przez wiele 
dni myślała, że przyjdzie jej urodzić dziecko w lesie. 
Zawsze kiedy gdzieś wyjeżdżałam - na studia, a potem na 
Wyspy - myślałam o tym, że oni nie mieli wyboru. Że nikt 
ich nie pytał. Może dlatego tak uporczywie trwali potem 
w tęsknocie za tymi stronami? Ich wnuki z pewnością nie 
czuły tego samego, jadąc w nieznane. My mieliśmy wybór. 
Nasz pępek świata z łatwością się przesuwał, choć przecież 
każdy z nas też ma swoje miejsce na ziemi. Różnica jest tylko 
taka, że zawsze może do niego powrócić. Jeśli nie wraca, ma 
jakiś racjonalny powód. 
W latach 1944-1947 z dawnych Kresów Wschodnich 
przyjechało do Polski ponad milion osób, z których więk- 
sza część osiedliła się na Ziemiach Odzyskanych. Wśród 
700 tysięcy, które przyjechały w 1945, byli Gienia i Miecio 
z synami Kaziem i Jurkiem oraz mama Gieni. 
Zamieszkali w wiosce Michałówek koło Niemodlina na 
Opolszczyźnie. W poniemieckim gospodarstwie zostało 
niewiele, trochę sztućców i fajansowych talerzy ze swastyką 

background image

170 
zatopionych w studni. Jeden z nich przez lata służył Gieni 
za podstawkę pod kwiatek. 
Kiedy rodzina się powiększyła (Gienia urodziła jeszcze 
dwóch synów), przenieśli się do trzypokojowego mieszkania 
przy ulicy Drzymały w Niemodlinie, gdzie Gienia mieszkała 
do lat 90. xx w. Miecio pracował na poczcie, Gienia w nie- 
modlińskiej „Praktycznej Pani". 
Synowie rośli, najstarszy poszedł na studia do Wrocławia. 
Pierwsza wnuczka urodziła się Gieni i Mieciowi w 1967 
roku. 
Powrót 
Gienia wróciła do Wełdzirza dopiero pięćdziesiąt lat po za- 
kończeniu wojny. Nie znalazła już swojego domu. Tylko Swica 
wciąż płynęła tak samo jak dawniej. Groby rodzinne naruszył 
ząb czasu, ale nikt ich nie zdewastował. Gienia odnalazła grób 
ojca, siostry i mogiłę pomordowanych przez UPA. 
Miecio nigdy nie wrócił w rodzinne strony. Zmarł w 1984. 
Gienia straciła nie tylko męża, lecz także przyjaciela - razem 
doczekali sześciorga wnucząt (siódma wnuczka urodziła 
się już po śmierci Miecia). To dla nich spisała gruby zeszyt 
wspomnień. Dla nich i dla ośmiorga prawnucząt. 
Po wojnie Gienia utrzymywała kontakty ze starymi zna- 
jomymi z Wełdzirza. Niektórzy wyjechali za granicę i tam 
zostali. Inni rozproszyli się po całej Polsce. Wielu mieszkało 
tam, gdzie Gienia, na Ziemiach Odzyskanych. Któregoś dnia 
odwiedził ją dawny sąsiad z Wełdzirza, Bogusław Wajda. 
Powspominali razem szkolne lata, wspólne przeżycia. To 
wtedy postanowili zdobyć jak najwięcej adresów wełdzirzan 
i zorganizować zjazd. 
171 
We wrześniu 1985 roku na Jasnej Górze odbył się 1 zjazd 
Polaków, którzy przed wojną mieszkali w małej miejscowo- 
ści Wełdzirz w dawnym województwie stanisławowskim na 
Kresach Wschodnich. Cztery lata później dołączyli do nich 
repatriowani mieszkańcy trzech innych miejscowości: Doliny, 
Żakli i Wygody. Był to początek Stowarzyszenia Doliniaków, 
które w latach 90. xx w. skupiało ponad 1000 osób. To dzięki 
Stowarzyszeniu i zorganizowanej przez nie wycieczce na 
Ukrainę Gienia mogła odwiedzić rodzinne strony w 1996 
roku. Zdrowie nie pozwoliło na więcej wyjazdów. 
W zeszłym roku skończyła dziewięćdziesiąt lat. Zjechało się 
trochę rodziny, choć wielu osób zabrakło. To już nie te czasy, 
każdy ma swoje sprawy, swoje problemy. Synowie, wnuki 
rozpierzchli się po Polsce, po Europie. Czy pamiętają? 
Gienia od zawsze utrzymywała kontakty nawet z najdalszą 
rodziną, z którą więzy pokrewieństwa sięgały kilku pokoleń 
wstecz. Pisała i dostawała listy, zdjęcia. Musiała wiedzieć, 
co u wszystkich słychać, i ganiła nas, jeśli zapominaliśmy 
zadzwonić, napisać. Dziś myślę, że bała się nas stracić, tak 

background image

jak straciła rodzinę w Wełdzirzu. 
Teraz cały czas się martwi. Martwi się, bo ktoś nie napisał, 
nie zadzwonił. Kto? Nie pamięta. Napisał? Aha, rzeczywiście, 
przyszła kartka. Dawno. Dwa dni temu. 
Martwi się. Czym? Już nawet nie pamięta, że martwi się, 
iż zapomną. 
Rewolucja meksykańska 
Honorata Zapaśnik 
Wiedziałam, że musi mieć jakiś talent. Nie ma słuchu, ry- 
sować też nie umie, ale zawsze miała świetną pamięć i cały 
czas mówiłam jej o nauce języków. 
Ze strony Stowarzyszenia Osób z Wrodzoną Łamliwością 
Kości 
Choroba może być przekazywana z pokolenia na poko- 
lenie przez rodziców, kiedy jeden z członków rodziny jest 
nosicielem genu lub kiedy jego nosicielami są oboje rodzice. 
Może pojawić się też w wyniku przypadkowej mutacji. Wy- 
stępowania choroby są różne - najczęściej od 1:30000 do 
1:60000 urodzeń. 
Dorota ma płowe włosy, zalewie metr wzrostu i porusza się 
na wózku inwalidzkim. Jej mama, zgrabna 50-latka w twa- 
rzowym makijażu, zwierza się: 
- Córka urodziła się w 1972 roku. Okazało się, że cierpi 
na wrodzoną łamliwość kości. Dla mnie i mojego męża była 
to tragedia. Wcześniej nikt w naszej rodzinie nie chorował. 
Wtedy wypowiedziałam prorocze słowa, które wciąż powta- 
rzam, że to dziecko zadziwi świat i nigdy nie będzie za burtą 
życia. W tamtych latach w Polsce było normalne, że należy 
173 
ukrywać dzieci chore, z problemami. A ja córkę wyciągałam 
na dwór, żeby bawiła się z rówieśnikami. 
Nieraz ją przewrócili, połamała się, ale była szczęśliwa. 
Potem jej starszy brat, Marcin, jeździł z wózkiem po po- 
dwórku. Zimą chodziła na sanki, miała normalne dzieciństwo. 
Oczywiście nie mogła sama biegać, spacerować, ciągle była 
w szpitalu ze złamaniami. Ale była szczęśliwa. 
Dorota poszła do normalnej podstawówki. 
-  Na początku dyrektor szkoły nie chciał, żeby córka 
uczyła się ze zdrowymi dziećmi. Z taką samą reakcją spo 
tkałam się później w liceum - twierdzi mama dziewczynki. 
Wysyłano nas do kuratorium, żebym napisała oświadczenie 
że biorę na siebie odpowiedzialność za wszelkie poniesione 
krzywdy fizyczne i że będę się nią opiekowała w czasie zajęć 
bo oni zapewniają tylko edukację. 
Mama Doroty z wykształcenia jest pielęgniarką. Aby opie 
kować się córką, zrezygnowała z etatu w szpitalu i zaczęła 
pracować w swoim zawodzie w szkole. 
-  Na każdej przerwie zabierałam Dorotę do gabinetu 
Po dzwonku wracałyśmy na lekcje. Kiedy kończyła liceum 
zaczęło obowiązywać prawo mówiące, że posiadając dziecko 

background image

które potrzebuje opieki, po dwudziestu latach pracy można 
iść na wcześniejszą emeryturę. Przyznano mi 400 złotych 
Mama Doroty wcześnie odkryła zdolności córki. 
-  Wiedziałam, że musi mieć jakiś talent. Nie ma słuchu 
rysować też nie umie, ale zawsze miała świetną pamięć 
i cały czas mówiłam jej o nauce języków - wspomina. - Gdy 
Dorota miała sześć lat zaczęła uczyć się prywatnie niemiec 
kiego. Mówiła, że niemiecki jest twardy, bezczelny. Zmusiłam 
ją, żeby wobec tego studiowała romanistykę, bo co innego 
mogła robić w takiej sytuacji? 
174 
Dorota zdradza: 
-  Zawsze chciałam studiować mikrobiologię, genetykę. 
Pisałam dwie olimpiady z biologii i wygrałam wstęp na uni- 
wersytet bez egzaminów. Ale okazało się, że ze względów 
fizycznych niestety nie będę mogła studiować na tym kie- 
runku. 
Jej mama dodaje: 
-  Pojechałyśmy razem do rektora. Powiedział, że w labo- 
ratorium pracuje się czasami po 12 godzin dziennie. Zapytał, 
czy Dorotka wytrzyma to ze swoim kręgosłupem... 
-  Dla mnie to była tragedia - przyznaje Dorota. 
Chociaż dzisiaj mówi po angielsku, hiszpańsku, francusku, 
włosku, portugalsku i nawet po łacinie, wciąż nie lubi uczyć 
się języków. Wie, że pomogły jej one w karierze, ale że nigdy 
nie będzie na przykład tłumaczem. Jej zdaniem w tłumacze- 
niu dzieł innych autorów nie ma nic twórczego. 
-  Mogłabym prowadzić badania, tak jak chciałam to robić 
na mikrobiologii - dodaje. 
Ze strony Stowarzyszenia Osób z Wrodzoną Łamliwością 
Kości 
Niektóre z objawów choroby: 
¦    Duża liczba nawracających złamań kości, które mogą 
występować już w życiu płodowym. Ich przyczyną może 
być nawet niewielki uraz. 
¦    Deformacje kostne. Kończyny górne mogą być krótkie, 
kość ramienna lub kości przedramienia zagięte kątowo. 
Ogranicza to ich czynności chwytne i możliwości posłu- 
giwania się nimi w wykonywaniu czynności dnia codzien- 
nego. Skrócone poprzez deformacje kończyny dolne nie 
spełniają swoich funkcji podporowych. 
175 
¦    Wady postawy, takie jak: boczne skrzywienie kręgo- 
słupa, zwiększona kifoza odcinka piersiowego, deformacje 
klatki piersiowej. Ponadto zniekształcenia czaszki oraz 
wygięcie i poszerzenie nasad. 
¦    Niski wzrost i drobna budowa ciała z zaburzonymi 
proporcjami i symetrią spowodowanymi nierównomier- 
nym rozmieszczeniem tkanek oraz deformacjami kończyn 
i tułowia. 

background image

Dorota nie skończyła romanistyki. 
-  Zawsze mnie pociągała Ameryka Łacińska. Zaczęłam 
studiować iberystykę na Uniwersytecie Wrocławskim. Jako 
jedyna na roku pisałam pracę magisterską pt. „Rewolucja 
meksykańska w dziełach Fuentesa i Rulfa". 
W Meksyku zamieszkała z mamą w 1999 roku; dostała 
stypendium od rządu meksykańskiego. 
-  Miałam pecha; gdy przyjechałam, na Unamie, państwo- 
wej uczelni, był akurat strajk, bo rząd chciał sprywatyzować 
uniwersytet. Zdobyłam adres Colegio de Mexico, który też 
ma bardzo wysoki poziom, i tam pisałam moją pracę. 
Po roku dostała się na studia doktoranckie. 
Jej mama uważa, że dzięki wspólnemu wyjazdowi zaczęła 
nowy rozdział w życiu: 
-  Nigdy sobie nie wyobrażałam, że mogę być tak szczę- 
śliwa, zostawiwszy wszystko za sobą. W Meksyku stałam się 
niezależna i przestałam być tak zakompleksiona, jak byłam 
przez całe życie. 
W Polsce żyła w cieniu męża. Była przez niego traktowana 
jak prosta kobieta, która nic nie wie i nie rozumie. Jej mąż 
uważał, że wszystko zależy od niego, i żył swoim życiem 
obok żony oraz dzieci. 
176 
-  Stworzyliśmy rodzinę dla pozorów, taką rodzinę Dul- 
skich - mówi. - Wszyscy w miasteczku wiedzieli, że jesteśmy 
szczęśliwi, natomiast w domu byłyśmy ofiarami agresji. Teraz 
jesteśmy same, robimy, co chcemy, kupujemy, co chcemy. 
Dorota wspomina: 
-  Moja mama po przyjeździe do Meksyku nie mówiła 
po hiszpańsku. Na początku pobytu zapytała brata naszego 
współlokatora: „Estas casado?" On na to: „Nie, jeszcze nie". 
„Ale jest dziewiąta w nocy i pan tak późno wraca". „Aaa, can- 
sado!" - wykrzyknął. Casado znaczy żonaty, cansado - zmę- 
czony. Całkowicie myliła słowa. Uczyłam ją hiszpańskiego, 
ale zwijałam się ze śmiechu, kiedy z kimś rozmawiała. 
Ze strony Stowarzyszenia Osób z Wrodzoną Łamliwością 
Kości 
¦    Wiotkość stawów, więzadeł, nawracające zwichnięcia. 
¦    Skłonność do przepuklin i do tworzenia się dużych 
blizn i bliznowców. 
¦    Zwiększona skłonność do krwawień i krwawych pod- 
biegnięć spowodowana kruchością naczyń krwionośnych. 
Zmiany naczyniowe określane są mianem angiogenesis 
imperfecta. 
Początki życia w nowym kraju nie były łatwe. Jak zgodnie 
twierdzą, Meksyk to inne jedzenie, obcy ludzie, odmienna 
historia, nieporównywalny klimat. Pieniędzy ze stypendium 
wystarczało na wynajęcie pokoju w biednej, robotniczej 
dzielnicy. W takich miejscach Meksykanie są prości, głośni 
i żyją z handlu ulicznego. Mama Doroty mówi: 

background image

-  Gdy wynajmowałyśmy pokój, właścicielka mieszkania 
wyjęła z wora pościel dla nas. Pytam: „To jest czyste?" Ona 
177 
na to: „Tak". Położyłyśmy się, śpimy, smród jak cholera. Po 
tygodniu wrzuciłam pościel do prania i z pralki wylała się 
czarna woda. 
Teraz wynajmują malutki pokoik z miejscem na dwa ma- 
terace, dostępem do salonu, kuchni i łazienki. 
-  W tym mieszkaniu mieszka w sumie dziesięć osób, każda 
w swoim pokoju. Wszyscy gotują, zostawiają nieumyte garnki, 
które tylko przykrywają szmatką. Wstaję o piątej rano i sprzą- 
tam - zdradza mama Doroty i dodaje, że w Meksyku nikt jej 
nie pomógł. Jedynie koleżanka Meksykanka pożyczyła jej 
samochód. 
-  Przez kilka lat byłam rehabilitantką jej mamy, zaprzyjaź- 
niłyśmy się. Samochód zmienił moje życie, bo przez pierwszy 
rok wszędzie nosiłam wózek córki, to było straszne. 
W zeszłym roku jej podopieczna zmarła, więc musiała 
znaleźć inną pracę. Teraz ma dwoje pacjentów, małżeństwo. 
Mężczyzna jest byłym ministrem zdrowia w Meksyku, ma 
alzheimera. 
-  Tak go wczoraj targałam, że nie mogłam oddychać, bo 
mnie kręgosłup zaczął boleć. 
Aby pogodzić wszystkie obowiązki, obie musiały nauczyć 
się współpracować w nowych warunkach. Dorota szukała 
w internecie książek, które ją interesowały, potem jej mama 
szła do biblioteki, wypożyczała je i przynosiła do domu. 
Po południu wychodziła do pracy, a Dorota w tym czasie 
się uczyła. O dziewiątej wieczorem jej mama wracała do 
domu. 
-  Robimy tak do dzisiaj. Dodatkowo kilka razy w tygo- 
dniu chodzimy na szóstą na basen, bo Dorota musi mieć 
rehabilitację. Była tutaj sześć razy operowana, teraz też jest 
w gipsie. W czwartek idzie go zdjąć. 
178 
Ze strony Stowarzyszenia Osób z Wrodzoną Łamliwością 
Kości 
¦    Skłonność do tworzenia wybroczyn na skórze i tkan- 
kach wskutek odkładania soli wapnia w naczyniach krwio- 
nośnych. 
¦    Upośledzenie słuchu wskutek zmian naczyniowych, 
nieprawidłowej budowy kosteczek słuchowych, więzadeł 
utrzymujących kosteczki słuchowe i błony bębenkowe czy 
unieruchomienia strzemiączka. 
¦    Objawy stomatologiczne w postaci niepełnego two- 
rzenia zębiny, uszkodzeń w uzębieniu mlecznym i sta- 
łym, które często jest nadwrażliwe na wszelkie bodźce 
i przybiera kolor szarobrązowy lub bursztynowy. Ponadto 
obserwuje się skrócenie i zniekształcenie korzeni, cienkie, 
kruche szkliwo. 

background image

¦    Rozwój umysłowy chorych często przewyższa normę. 
Kiedy Dorota chodziła na wykłady, nigdy nie wiedziała, kto 
jest nauczycielem, a kto studentem. 
-  Meksykanie kończą edukację po studiach licencjackich, 
żenią się i zajmują rodziną - mówi. - Dopiero potem wracają 
na studia. Tak więc byłam najmłodsza na doktoracie. Za to 
profesorowie mają szeroką wiedzę i są sympatyczni. Zapra- 
szali nas do siebie do domu, często urządzali kolacje. 
W 2004 roku obroniła doktorat. Na obronie myślała, że 
umrze ze zdenerwowania. W sali było podium, przy stole 
siedziało ośmiu recenzentów, z tyłu publiczność, wśród nich 
Polacy z ambasady. 
-  Pisałam pracę o historii i fikcji w „Święcie kozła" Mario 
Vargasa Llosy. Każdy z profesorów zadał mi po jednym py- 
taniu. Potem po dziesięciominutowej naradzie powiedzieli 
179 
do mnie: „Ten doktorat jest nieważny, dopóki nie złożysz 
przysięgi". A po hiszpańsku przysięga to protesto. Nie wiem 
czemu, ale zapytałam: „Dlaczego mam protestować?" Oni 
na to: „Musisz powiedzieć protesto". Prawie się z nimi po- 
kłóciłam, ale w końcu złożyłam przysięgę. 
Dwa lata temu zaczęła habilitację. A już w tym roku insty- 
tut wyda jej książkę „Wolność u Mario Vargasa Llosy". 
-  Traktuję go nie jak pisarza, ale jak liberała, polityka, 
uczestnika debaty politycznej - tłumaczy. - Całe życie mie- 
szał się w politykę, pisał deklaracje, odezwy w obronie wol- 
ności słowa, żył pod dyktaturą, w 1990 roku był kandydatem 
na prezydenta Peru. 
Poznała go na kongresie w Puerto Rico, kiedy tamtejszy 
uniwersytet wręczał mu honoris causa. Stanęła w kolejce po 
autograf i powiedziała, o czym pisze swoją pracę habilitacyjną. 
Odpowiedział: 
-  Poproś moją żonę, żeby podała ci kontakt do mnie. 
Dostała jego numer telefonu, zaproszenie do odwiedzin 
w Madrycie i adresy mailowe sekretarek. Llosa ma dwie se- 
kretarki, jedną w Nowym Jorku, a drugą w Limie. Ta w Limie 
cały czas przysyłała Dorocie materiały, które do tej pory nie 
zostały wydrukowane. 
-   ...Między innymi jego memorandum, kiedy w 1987 
chcieli w Peru sprywatyzować bank - tłumaczy. 
Za kilka miesięcy Dorota z mamą jadą organizować 
kongres latynoamerykański do Miami, potem wylatują do 
Polski. 
 

 

-  To następne wyzwanie - mówią zgodnie. 

Wszyscy byliśmy poganami 
Ewa Wołkanowska 
Rafałowi Polski było mało. Zbyt katolicka się zrobiła w ciągu 
ostatnich dziesięciu wieków, a on się uważał za poganina. 
Ochrzczony jest, nawet czasami Biblię z ciekawości poczyta, 
ale do kościoła to raczej nie pójdzie. Zresztą nie wiedziałby 

background image

nawet, kiedy ma klęknąć. Dwa lata temu znajomy rzeźbiarz 
zrobił mu figurkę Światowida, którą nosi na łańcuszku na 
szyi. Nie, w Światowida w sumie nie wierzy, ale dobrze mu 
się kojarzy. Powiedzmy, dobrze mu z oczu patrzy. 
Rafał jest liderem popularnego zespołu folkowego, gra 
w nim na skrzypcach. Dosyć mocny metal, a do tego piosenki 
o tym, jak Jasio do Kasi idzie, co się dzieje w noc Kupały, 
o topielicach, rusałkach i dziadach borowych. O wszystkim, 
co w Polsce żyło przed chrztem, a co zostało zmyte wodą 
święconą. W Polsce zmyte, a na Litwie jeszcze nie - czuł 
to od dawna. Dlatego pojechał na Żmudź, do której misje 
chrystianizacyjne dotarły najpóźniej w Europie. By znaleźć 
prawdziwych pogan. 
To jest zawsze trzecia sobota lipca. Od kilkunastu lat. Wieś 
Ryśkenai położona w samym centrum Żmudzi na Litwie. 
Rzadka zabudowa, pastwiska i ogrody po obu stronach drogi. 
Adolfas i Magdute Gedvilas mają tu swój dom, gdzie wszyscy 
181 
się spotykają. Drewniany z podmurówką. Adolfas zbudował 
go sam i nazwał Dworem Żmudzkiego Króla Ringaudasa. 
Jego samego przyjaciele nazywają Księciem, a członków ro- 
dziny - Dworzanami. 
Drewniany słup przy wejściu można na pierwszy rzut oka 
pomylić z przydrożną kapliczką. Tylko że zamiast świętej 
figury pod daszkiem widnieją wyrzeźbione węże i rozety. 
Nieco dalej wśród kępy drzew stoi wysoka na trzy metry 
budowla z kamienia, przypominająca kształtem wieżę Babel 
z obrazu Pietera Bruegla. Przy wejściu do domu okazale 
prezentuje się drewniany rycerz na koniu. To król Rin- 
gaudas, mityczny władca Żmudzi. Kilkanaście lat przeleżał 
w rzece - w czasach sowieckich nie można było rzeźbić ksią- 
żąt. Adolfas wyciągnął go, gdy Litwa wystąpiła ze Związku 
Radzieckiego. 
W środku przytłacza zagęszczenie rzeźb. Duża sala na 
parterze z łukowym sklepieniem, w oknach witraże przed- 
stawiające bogów litewskich. Jest tam Perkunas - władca 
nieba, jest Gabija - bogini ognia i Laima - bogini losu. 
W centralnym miejscu znajduje się kamienny kominek, 
w którym na palniku gazowym płonie ogień. 
-  To święty ogień ze wzgórza Śatrija, zgaszony w xv wieku 
przez Witolda i Jagiełłę podczas chrystianizacji Żmudzi - 
mówi Magdute spokojnie, jakby posiadanie świętego ognia 
w domu było zjawiskiem powszednim. 
-  Żmudzinów nazywają ostatnimi poganami w Europie, 
ale to nie do końca prawda. Żmudzini jako ostatni przyjęli 
chrzest, ale pogaństwo nigdy się tu nie skończyło. Wielu 
pogan ukrywało się przez pokolenia. Dopiero teraz niektórzy 
zaczęli mówić: „Mój dziadek czy mój pradziadek był poga- 
ninem" - wtrąca Adolfas. 
182 

background image

Tak, są poganami. Zdeklarowanymi. Dwór Żmudzkiego 
Króla Ringaudasa miał być centrum żmudzkiego pogaństwa, 
miejscem spotkań osób zafascynowanych historią, kulturą 
i wierzeniami dawnej Żmudzi. W 1994 roku zarejestrowali 
wspólnotę neopogańską Śatrijos Romuva, a na wzgórzu 
Śatrija zorganizowali święto ku czci litewskiej bogini ognia 
Gabiji, podczas którego symbolicznie odrodzili święty ogień, 
zgaszony ponoć w xv wieku podczas akcji chrystianiza- 
cyjnej Witolda i Jagiełły. Po święcie płomień został prze- 
niesiony do ich domu, gdzie cały czas płonie. Raz w roku 
wraca na wzgórze - właśnie w trzecią sobotę lipca. 
Od rana po domu krążą członkowie i sympatycy wspólnoty, 
którzy przyjeżdżają na święto. Naliczyłam ok. dwudziestu 
osób. 
-  Chciałam uszyć nową lnianą suknię, ale nie zdążyłam 
na czas. Ta, którą mam na sobie, jest zrobiona z dwóch 
obrusów. Ale wygląda stylowo, prawda? - retorycznie pyta 
Laima, która na oko może liczyć jakieś 40 lat. Przyjechała 
z Kłajpedy z dorastającą córką. 
-  Czarownice, nie poganki - szepcze Rafał, patrząc na 
kobiety. Jest zawiedziony. Czuje się jak w teatrze. 
Właśnie po ubraniu można poznać osoby najbardziej 
zaangażowane. Mężczyźni chodzą głównie w lnianych koszu- 
lach, spiętych pod szyją spinkami z miedzi i brązu. Kobiety 
w lnianych sukienkach noszą kolczyki i korale z bursztynu, 
niektóre pobrzękują ciężkimi miedzianymi bransoletami. 
Rozpuszczone włosy, wianki z ziół, szydełkowe czepki. Wy- 
glądają naprawdę ładnie, kobieco. 
-  Niech pani powie, naprawdę wierzy pani w tych bo- 
gów? - zagaduję w międzyczasie młodą kobietę w lnianym 
płaszczu. 
183 
Wybucha śmiechem. 
-  Ja naprawdę nie wiem, niech pani spróbuje wyjaśnić 
kontynuuję. 
-  Każdy z tu obecnych czuje inaczej. Tu chodzi o duch 
o czucie. Bywałam w kościele i on mnie przytłaczał. Tu nie 
potrzeba nam pośredników, wykładni wiary, tu samemu się 
czuje. Ta religia jest żywa o tyle, o ile się ją czuje. Ona była 
już martwa, my próbowaliśmy ją ożywić tym, co mieliśmy 
w sercu. 
-  I co, jest prawdziwą poganką? Co mówi? Czy jej dziad 
kowie też byli poganami? Pogaństwo od zawsze było w jej 
rodzinie? - z nadzieją dopytuje mnie Rafał. Nie zna litew- 
skiego. 
Dlaczego Żmudzini nie chcieli się ochrzcić 
Chrystianizacja Litwy przebiegała opornie. Wielkie Księstwo 
Litewskie było ostatnim bastionem pogaństwa w Europie 
opierającym się przyjęciu nowej wiary przez około 200 lat 
Król Mendog przyjął chrzest w 1251 roku, a z nim niewielka 

background image

grupa poddanych, Jagiełło misję wdrożenia nowej wiary 
rozpoczął w 1387, ale mówiąc o chrystianizacji Żmudzi 
sięgamy już do pierwszej połowy xv wieku. Akcja misyjn~a 
na tych terenach została przeprowadzona najpóźniej, bo 
w tym czasie terytorium Żmudzi oficjalnie należało do 
zakonu krzyżackiego. Mimo że bojarstwo przyjęło religię 
chrześcijańską w życiu codziennym stosunkowo szybko 
drobna szlachta i chłopstwo nie miały nawet takiej możli 
wości, bo duszpasterze nie znali języka żmudzkiego. I choć 
zdaniem historyków od połowy xvi wieku nie można już 
mówić o przetrwaniu pogaństwa na Litwie, lecz o przejawach 
184 
synkretyzmu religijnego, to właśnie z tego okresu zachowały 
się pisma zdziwionych i oburzonych misjonarzy bardzo 
często ogłaszających „sensacyjne" wiadomości o chłopach, 
którzy niczego o chrześcijaństwie nie wiedzą... 
-  Ogieńku Gabija, płoń, płoń, nie gaśnij. Świeć, przynieś 
nam błogosławieństwo, szczęście. Chroń nas od niepowodzeń. 
Płoń, jaśniej i nie gaśnij... - święto rozpoczyna Magdute, 
ubrana w sukienkę koloru miodu. Przenosi ogień do lampki. 
Idziemy do samochodów, bo główny obrzęd rozgrywa się na 
wzgórzu Śatrija, około dwudziestu kilometrów od Ryśkenai. 
Gdy święto odbywało się po raz pierwszy, Adolfas Gedvilas 
przywiózł święty ogień na wzgórze konno. 
Wsiadamy do samochodu z Juozasem i jego żoną Laimą. 
Juozas przez miesiąc leżał z Adolfasem w tym samym szpitalu. 
Leżał i słuchał. Jest katolikiem, ale na święto przyjechał. 
-  Wiara katolicka jest nieco wyżej usytuowana od po- 
gańskiej. Czczenie Boga jest wyższe od czczenia pioruna 
czy dębu. Ten dąb jest takim samym dziełem Boga jak i my. 
Wyglądałoby to tak, jakbyśmy... czcili samych siebie. Mimo 
to nie mogę powiedzieć złego słowa na ludzi, którzy pragną 
odrodzić te stare tradycje. Opowiem dzieciom i wnukom, że 
plemiona bałtyckie miały kiedyś inną wiarę. To jest piękne 
i Kościół nie powinien się o to gniewać. Myślę, że za jakiś czas 
poganie będą modlić się razem z katolikami, przecież papież 
też spotykał się z muzułmanami i Żydami - mówi Juozas. 
Dzwoni telefon. 
-  Oj, Rutele, słyszysz mnie? Wyobraź sobie, że jedziemy 
na święto pogańskie! Już oddaję słuchawkę Juozasowi... 
-  Na czym to ja skończyłem? Litwa powstała z kraju po- 
gańskiego i jesteśmy, w pewnym sensie, byłymi poganami. Ale 
185 
dziś wyznajemy religię chrześcijańską, która jest dostosowana 
do naszych czasów, nawet pomaga w stosunkach między- 
państwowych, co jest udowodnione naukowo. Nie możemy 
być już poganami, ale szanować dawne wierzenia trzeba. To 
tak, jakbyśmy się dziś śmiali ze starych aparatów radiowych, 
które kiedyś były przecież cudem techniki. Gdyby nie było 
tych starych, nie powstałyby też nowe. Jeśli nie bylibyśmy 

background image

poganami, kimże moglibyśmy się stać?! - kontynuuje. 
Poganie w cieniu krzyża 
Na Żmudzi znajduje się wiele wzgórz, które uznaje się za 
miejsca dawnego kultu. Na niektórych z nich miał płonąć 
wieczny ogień, pilnowany przez wajdelotki - dziewice po- 
święcone na służbę bogom. Podczas misji chrystianizacyjnych 
ogień został zgaszony, a święte miejsca zniszczone. Jednym 
z nich miało być wzgórze Śatrija - 228 m n.p.m. Trudno 
sobie wyobrazić mieszkańca Litwy, który by o nim nie słyszał. 
Dzieci w szkołach czytają legendy o jego powstaniu. Przypi- 
suje się je ingerencji olbrzymów, diabłów czy wiedźm, które 
właśnie tam mają obchodzić swój sabat. 
Oprócz nas na święty ogień czekają także inni goście. Nie- 
którzy nazywają siebie wyznawcami Wiary Bałtów, inni - po- 
ganami, spora część przychodzi po prostu po to, by obejrzeć 
niecodzienny rytuał. U podnóża góry stoi brama z kwiatów. 
Podczas przechodzenia przez nią należy dokonać symbolicz- 
nego obmycia się - polega to na przystanięciu przy bramie 
i kilkakrotnym odgarnięciu rękoma powietrza. Jako pierwsi 
idą Gedvilasowie z ogniem w lampce i chlebem. Obok 
widzę ich pomocnika Dariusa Ramanćionisa - 40-letniego 
prezesa stowarzyszenia Aukaras, na co dzień dyrektora 
186 
Regionalnego Parku w Kurtuvenai. Brał ślub w obrządku 
pogańskim. Uważa, że Chrystus jest synem boga Perkuna. 
Adolfas i Darius mają na głowach olbrzymie dębowe wieńce, 
co oznacza, że są wieszczami, czyli nauczycielami. 
Na górze zachęcają, by wszyscy, którzy czują swą przy- 
należność do plemion bałtyckich i których sercu bliska jest 
historia i religia Żmudzi, zgromadzili się w kręgu. 
-  My nie jesteśmy przecież poganami, może nam nie 
wolno? - niepewnie szepce ktoś z tłumu. Pierwszy raz 
przyjechał na święto. Darius zaprasza wszystkich do kręgu, 
a następnie dmie w róg i intonuje sutartine - archaiczną 
litewską pieśń śpiewaną na głosy. Całe zgromadzenie obcho- 
dzi wzgórze. Jest to zadziwiający widok, tym bardziej że na 
Satriji jest ustawiony wysoki krzyż, obok którego przechodzi 
cały pochód. Ten symbol chrześcijaństwa stanął tu w latach 
90. xx w. na fali odrodzenia narodowościowego po ogłosze- 
niu niepodległości Litwy - zapewne jako znak zwycięstwa 
i siły. Pod nim przechodzą ludzie, nostalgicznie zapatrzeni 
w tę najdawniejszą przeszłość sprzed Chrystusa. 
Mantas, dziennikarz z Telśiai mówi: 
-  Jestem niewierzący, ale nie podoba mi się, że na wzgó- 
rzach, gdzie nasi praojcowie walczyli przeciwko Krzyżakom, 
są ustawiane krzyże. To niezrozumiałe, że człowiekowi, który 
walczył i zginął za wiarę pogańską, nie wpuszczając Krzyża- 
ków, stawia się właśnie krzyż. 
Rita, lituanistka: 
-  Dziewczynki na odpusty w kościele ubierają się w białe 

background image

sukienki i zakładają wianuszki, tak samo jak kiedyś wajde- 
lotki. Procesja z chorągwiami idąca dookoła kościoła wygląda 
przecież podobnie jak ten pogański rytuał. Wajdelotki też 
musiały chodzić dookoła ognia. 
187 
Najważniejszym miejscem podczas święta jest kamienny 
ołtarz. Adolfas i Magdute trzykrotnie obnoszą dookoła niego 
ogień. Następnie z lampki przenoszą go na stos z drewna 
dębowego. Karmią go, czyli wrzucają do płomieni sól, ziarna 
zbóż i bursztyn. Przemawiają do niego, dziękują i proszą 
o błogosławieństwo. Nie wiadomo dokładnie, jak brzmiały 
dawne modlitwy pogańskie. Wszystkie współczesne rytuały 
są oparte głównie na wizji ich organizatorów. Wieszczowie 
zachęcają, żeby do ognia mówić swoimi słowami. Nieraz 
jest to język poezji lub swoistego patosu. Nie ma w tym 
nic dziwnego, nikt z nich przecież nie przywykł do takiego 
obcowania z żywiołem. 
Rafał jest rozczarowany. 
Im więcej bogów, tym lepiej 
Uczestnicy przyglądają się temu, co dzieje się przy ołtarzu. 
Co roku w święcie uczestniczy około 60 osób. Robią zdjęcia, 
kręcą filmy, które potem wrzucają na YouTube. Nagle tłum 
się ożywia. Darius przynosi bochen świeżego chleba oraz 
domowe piwo. Zasada jest prosta: łamiesz kawał chleba 
i podajesz sąsiadowi, dzielisz się także piwem. Tak samo 
przekazujesz swoje dobre myśli. To coś jak składanie życzeń 
noworocznych podczas miejskiego sylwestra - nieśmiały 
uśmiech, skrępowanie, szybkie „szczęścia, zdrowia, pomyśl- 
ności" - tyle że w środku lata. Ci, którzy przyszli na święto 
z ciekawości, nerwowo chichoczą. 
- Wydaje mi się, że większość z tych ludzi w sercu jest 
katolikami. Przychodzą na to święto, bo jest tu miło i ładnie. 
Wątpię, by uważali czczenie ognia za rytuał religijny. Byłem 
kiedyś na święcie w Plateliai, które tradycyjnie powinno 
188 
odbywać się z upuszczaniem krwi. Ale przecież nikogo by to 
nie zaciekawiło i byłoby nieprzyjemne, choć tak robili nasi 
przodkowie - mówi Mindaugas, 45-letni animator kultury. 
Organizuje obozy zen, przybył więc ubrany w tradycyjny strój 
japoński. Uczestniczy w święcie ognia od kilku lat. - Dobrze 
się tu bawię, ale jestem trochę sceptyczny. Mieszkamy na 
ziemi, więc czcimy boginię Ziemię. Tak samo możemy stwo- 
rzyć boga samochodów i boga komputerów. Może lepiej nie 
będę tego komentować... Zaczepi pani później tego wieszcza 
z długą brodą. Napisał książkę o ćwiczeniach druidzkich dla 
Litwinów - dodaje. 
Adolfas Gedvilas z żoną rozdają zgromadzonym źdźbła 
słomy. Nastał czas na oczyszczenie myśli. Wszyscy zamykają 
oczy i przykładają słomki do czoła. Starają się symbolicznie 
przekazać słomie swoje grzechy, po czym spalić ją w ogniu, 

background image

żeby razem z nią przepadły na wieki. Ludzie, którzy pod- 
chodzą do ognia, zachowują się bardzo różnie. Jedni od razu 
odchodzą od paleniska, inni przystają w zadumie, wykonują 
rozmaite gesty rękoma, jakby chcieli wyrzucić ze swojego 
wnętrza wszystko co złe. Niektórzy nie wiedzą, jak się zacho- 
wać, i zerkają na sąsiadów, jak zerka się szkolnemu koledze 
przez ramię podczas klasówki. 
Podchodzimy do Mantasa. 
- W całym litewskim folklorze widzimy same tradycje 
pogańskie. Stare święta są dziś po prostu schrystianizowane. 
Chrześcijaństwo nie wniosło niczego nowego. Poganie wierzą 
w boga stwórcę bardziej prawdziwie niż chrześcijanie w Chry- 
stusa. Chrześcijanie są skoncentrowani na Chrystusie - na 
osobowości żydowskiej. Pogaństwo jest wszystkim. Jest też 
bóg stwórca, zamiast Chrystusa jest Perkunas. Są również inni 
bogowie, który koegzystują z siłami natury - tłumaczy. 
189 
-  Na przykład jacy? 
-  Jedni twierdzą, że tych bogów było dziewięciu, drudzy, 
że trzech, jeszcze inni, że dwunastu czy pięćdziesięciu. Co 
z tego? Im jest ich więcej, tym lepiej dla nas. Dzięki temu 
wiemy, że kiedy potrzebujemy dobrej pogody, powinniśmy 
zwrócić się do Perkunasa, kiedy chcemy, by dobrze nam się 
wiodło, wołamy Laimę. Kiedy pragniemy wyleczyć ciało... 
Hm, trzeba się zastanowić, do kogo zwrócić się w tej kwestii. 
Może do Auste, bo ona ma związek z pszczołami? Moim zda- 
niem Grecy mają podobne problemy, kiedy próbują określić, 
który z ich bogów za co odpowiada. Poważni Grecy machają 
na to ręką. 
Darius za pomocą krzemienia rozpala nowy ogień i okadza 
nim każdego uczestnika święta. Po chwili ogień znowu trafia 
do lampionu, za chwilę wróci z Gedvilasami na palnik ga- 
zowy - do swojego zastępczego domu w kominku na Dworze 
Żmudzkiego Króla Ringaudasa. Tym samym część oficjalna 
święta zostaje zakończona. Przez wrota ognia, czyli rozcią- 
gniętą krajkę, przy której płonie ogień, wszyscy przechodzą 
na drugą stronę wzgórza, gdzie odbędzie się poczęstunek. 
Dzieci biegają po trawie, ktoś rozkłada koce i obrusy. Ge- 
dvilasowie każdego roku przywożą ze sobą olbrzymi kocioł 
kaszy i kilkadziesiąt litrów mleka dla gości, choć zasada jest 
taka, że każdy przynosi poczęstunek ze sobą. Dosiadam się 
do małżeństwa z Połągi. On w lnianej koszuli z bałtycką 
spinką, ona cała w dżinsie. 
Jurgita mówi: 
-   Byłam kiedyś na pielgrzymce katolickiej i zauważyłam, 
że tam się ludzi ocenia, choć jest napisane „Nie sądźcie, 
a nie będziecie sądzeni". Po powrocie dużo o tym myśla- 
łam, zastanawiałam się nad wieloma rzeczami i przestałam 
190 
chodzić do kościoła. W przyszłości pewnie wrócę do wiary 

background image

chrześcijańskiej, ale teraz szukam siebie tutaj. 
-  To pani prognozuje już teraz, że wróci do Kościoła? 
-  Wierzę, że Bóg jest, ale poganie też w Niego wierzą. 
U pogan jest jeden bóg ponad wszystkimi, który rządzi. 
Od dzieciństwa uczono mnie modlitwy chrześcijańskiej. 
Wystarczy, że pojawiają się lęki, wątpliwości czy przychodzi 
nieszczęście, i wtedy zaczynam się modlić, jak mnie uczono. 
To jest tak, że jesteś tu, ale doskonale rozumiesz, że jeśli coś 
się stanie w twoim życiu, to ty i tak wrócisz. 
My, Bałtowie 
Na Litwie podobnych grup jest kilkanaście. Noszą nazwę 
Romuva bądź Ramuva. Pochodzi ona od Romove w Prusach, 
które uważa się za jedno z ostatnich w Europie miejsc świę- 
tych dawnego kultu. Romuva ma charakter religijny. Celem 
jej członków jest odrodzenie dawnych litewskich wierzeń. 
Z kolei osoby należące do Ramuvy traktują pogaństwo po 
prostu jako ważny element kultury litewskiej. Skupiają się 
na folklorze litewskim i kulturze, nie poruszając tematyki 
pogaństwa jako religii. Umożliwiło im to funkcjonowanie 
już w latach 60. xx stulecia. Ich działalność przetarła szlaki 
wspólnocie religijnej Romuva, którą udało się zarejestrować 
dopiero w 1992 roku w Kownie jako „wspólnotę wiary Bał- 
tów". Zrobili to Jonas i Inija Trinkunasowie, którzy do dnia 
dzisiejszego są czołowymi postaciami i autorytetami ruchu 
neopogańskiego na Litwie. Tuż po zarejestrowaniu kowień- 
skiej Romuvy zaczęły powstawać podobne wspólnoty w in- 
nych miejscowościach na terenie całej Litwy. Osoby inicjujące 
ruch pogański organizowały wyprawy etnograficzne, w czasie 
191 
których odwiedzały starszych ludzi. W opowieściach, pie- 
śniach i przysłowiach szukano wiedzy o dawnych litewskich 
wierzeniach. Członkowie Romuvy swoją religię nazywają 
Wiarą Bałtów. Odwołanie się w nazwie wierzenia do plemion 
bałtyckich ma podkreślać dawność i ciągłość tradycji. Ich 
zdaniem pogaństwo na Litwie nigdy nie zanikło. 
Mantas został jednym z pierwszych wieszczów Romuvy. 
Nauczał. Czego? Nie ma przecież żadnej wykładni. Dlatego 
liderzy grup skupiają dookoła siebie osoby zafascynowane 
ich nauką - jedni koncentrują się na etnografii, inni na ar- 
cheologii, astrologii, medycynie ludowej, niektórzy używają 
nawet bursztynowych wahadełek do kontaktu z bogami. 
- Na początku głupio było samemu nazwać się wieszczem. 
My mianowaliśmy jeden drugiego w rzece Śventoji. Zanu- 
rzaliśmy się po kolei w wodzie i wręczaliśmy sobie srebrne 
pierścienie z napisem Romuva. Posiadanie takiego pierście- 
nia zobowiązuje do tego, by odpowiednio się zachowywać. 
Trzeba iść coraz dalej, rozwijać się. My, wieszczowie, jesteśmy 
różni. Ja jestem wykładowcą, który zna się na językoznaw- 
stwie, Vilius jest bionergoterapeutą, czyli praktykiem, a na 
przykład Jonas jest kulturoznawcą. Dopełniamy się - mówi 

background image

Mantas. 
Religia pogańska jest według założycieli ruchu religią 
politeistyczną. Bogowie są siłami nadprzyrodzonymi, które 
podtrzymują kontakt ze światem żyjących poprzez zjawiska 
atmosferyczne czy zwyczajne przedmioty. Piorun, kamień 
albo drzewo są pewnego rodzaju oknem do rzeczywistości 
zamieszkałej przez bogów. Symbolami Romuvy są święty dąb 
i wieczny ogień. Istotnym elementem odrodzenia wierzeń 
pogańskich na Litwie jest element narodowościowy. Pogań- 
skie jest kojarzone z tym, co nasze, swojskie, bez obcych 
192 
naleciałości. Szczególnie ważne było to w latach 90. xx w. 
A to, że jest to wiara utkana ze strzępów dawnych przekazów, 
daje szerokie pole naszej wyobraźni. 
- Tacy z nich poganie... Nic tu nie przetrwało - mówi 
Rafał. Miał nadzieję na czyste pogaństwo. Czyli jakie? Idealne. 
Nieskażone katolicyzmem, swojskie, jeśli nie słowiańskie, to 
bałtyckie, ale takie przekazywane z dziada pradziada. Dawne 
modlitwy do bogów, ich oryginalne posągi, ale nie te będące 
produktem wyobraźni człowieka xxi wieku. Wyobrażenia 
ma też w Polsce, kiedy pisze piosenki dla swojego zespołu. 
Wróci i powie, że nie znalazł tego, czego szukał. Że Litwini 
też zapomnieli. 
Przedstawiciele Romuvy często występują w mediach, są 
rozpoznawalni i lubiani. Religia pogańska jest kojarzona 
z najdawniejszą tradycją. Najdawniejszą, czyli czystą. W kul- 
turze litewskiej słowo „pogaństwo" rzadko ma zabarwienie 
negatywne. W 1993 roku poseł centrolewicowego Nowego 
Związku Gediminas Jakavonis wysunął postulat, by pogań- 
stwo miało status „religii tradycyjnej", i argumentował to 
słowami: „Każdy Litwin jest poganinem w skorupie katolicy- 
zmu". Dla wielu Litwinów pogaństwo jest terminem określa- 
jącym dawną wiarę, która jest uważana za część narodowego 
dziedzictwa. Dla przeciętnego Żmudzina święto Gabiji jest 
spektaklem kulturalno-historycznym, natomiast stosunek 
do uznania wiary Bałtów za religię tradycyjną czy ogólnie 
do odrodzenia pogaństwa jako wyznania jest bardzo scep- 
tyczny. Etnografowie nieraz stają się scenarzystami takich 
świąt, jak tego ku czci bogini Gabiji. Na początku lat 90. 
ubiegłego stulecia angażowanie się w działalność pogańską 
było dla nauczycieli patriotycznym i zawodowym obowiąz- 
193 
kiem. Tej przeszłości poświęca się sporo miejsca w programie 
oświatowym na Litwie. Dzieci w szkołach uczą się imion 
dawnych bóstw litewskich, zapoznają się z opowieściami 
i najpopularniejszymi legendami dotyczącymi minionych 
czasów, a także rozpoznają podstawowe pogańskie symbole. 
Święte gaje, w których rosły rozłożyste dęby, święte kamienie, 
na których składano bogom ofiary, święte ognie pilnowane 
przez wajdelotki, wieszczowie, z których ust płynęły słowa 

background image

mądrości, węże mieszkające w każdym gospodarstwie to 
podstawowe wyobrażenia przeciętnego mieszkańca Litwy 
o czasach pogańskich. Powszechne jest tu również nadawanie 
dzieciom imion pogańskich, takich jak Sauie - lit. słońce, 
Egle - lit. jodła, Gintaras - lit. bursztyn. 
Na Wileńszczyźnie Polacy nazywają czasami Litwinów 
poganami. 
-  Wystarczy spojrzeć, jakie krzyże stawiają! - mówią. 
Te tradycyjne są bogato zdobione snycerką. Najpopular- 
niejsze motywy to słońce, księżyce, liście dębowe. Z trzonu 
krzyża nieraz wyrastają strzeliste promienie tak bogato 
zdobione, że czasem sam motyw skrzyżowanych belek gi- 
nie w sieci wyginających się i rozszczepiających linii. Rafał 
miał więc nadzieję, że przynajmniej Litwa, że przynajmniej 
Żmudź... A te krzyże milczały. 
Poganie i/czy katolicy? 
-  Mój śp. szwagier mówił: „Jestem poganinem" - stwierdza 
Antanas i zapala papierosa. 
-  Czyli nie chodził do kościoła? 
-  Czemu miałby nie chodzić?! Chodził, chodził. Nawet 
w chórze śpiewał. 
194 
-  Można być poganinem i katolikiem? 
-  Oczywiście. On po prostu w sercu uważał się za po- 
ganina. 
Prawie 80% mieszkańców Litwy uważa się za katolików. 
W latach 90. xx w. antropolog Łukasz Smyrski pisał o za- 
angażowaniu w ruch neopogański kilku księży katolickich 
z Kowna, którzy opowiadali się za połączeniem idei chrze- 
ścijańskich z litewską tradycją, odwołującą się do dawnych 
zwyczajów. Grupę, którą założyli, nazwali Ramuva. Po mszy 
świętej szli do lasu, gdzie rozpalali ogień i razem z księdzem 
oddawali cześć dębom czy słońcu. Na Żmudzi takiego dusz- 
pasterstwa oficjalnie nie ma. Oficjalnie. Powszechna jest 
opinia, że chrześcijaństwo i pogaństwo są religiami bardzo 
ze sobą związanymi chociażby z tego powodu, że pogaństwo 
zostało zaadaptowane przez nową religię. Kapliczki miały być 
przybijane do świętych dębów, ogień zapłonął przed taber- 
nakulum, funkcje licznych bogów przejęli święci katoliccy, 
a nowe święta zaczęto obchodzić w te same dni, w które 
dawniej odbywały się ważne uroczystości pogańskie. O tym 
się mówi, to nie razi, to jest postrzegane jako wartość. 
Z Mariusem spotykamy się w oddziale muzeum regio- 
nalnego „Alka" w Telśiai - nieformalnej stolicy Żmudzi. 
Mężczyzna ma około 30 lat, nosi długie włosy. 
-  Pamiętam takie wydarzenie sprzed kilku lat. Na święto 
ognia został zaproszony zespół folklorystyczny. Ktoś rzucił: 
„Zaśpiewajmy wspólnie pieśń". Więc zaśpiewali - o Maryi! Na 
święcie pogańskim! Tu się wszystko ze sobą przeplata. Mam 
wrażenie, że niektóre babcie nie wiedzą, w jakim święcie 

background image

biorą udział. Dzisiaj są na święcie pogańskim, a jutro pójdą 
do kościoła i tam będą się modlić. Im się to podoba, bo 
195 
święto naprawdę ładnie się odbywa. Może budzą się w nich 
wspomnienia? Może ich babki też brały udział w takich 
świętach? Zresztą medycynę ludową możemy zaliczyć do 
praktyk pogańskich - mówi. 
Na Żmudzi spędziłam kilka miesięcy, wracałam tam parę 
razy w ciągu trzech lat. Inspiracja Rafała była sama w sobie 
inspiracją także dla mnie. Choć on - zniechęcony bezowoc- 
nymi jego zdaniem poszukiwaniami - na Żmudź już nie 
przyjechał. Ja odkryłam to, czego nie szukałam - elementy 
pogaństwa traktowane jako dziedzictwo narodowe, a nie 
konkurencję dla oficjalnej religii. Najpierw ostrożnie pyta- 
łam o wierzenia przedchrześcijańskie, na co odpowiedź była 
jedna: „Skąd to »przed«? Jeśli już to lepsze byłoby »obok«. 
Albo po prostu pogaństwo". 
- Pogaństwo u nas nie jest niczym obrzydliwym, bo my 
wszyscy byliśmy kiedyś poganami. Tylko że Janek czy Piotruś 
stali się chrześcijanami, wzięli sobie za żony Audrę czy Egle, 
one się nie sprzeciwiały i chodziły do kościoła, ochrzcili swoje 
dzieci itd. Wyrosło więc takie pokolenie, które w sercu wie, 
że było poganami, że ich dziadkowie byli poganami, ale że 
oni teraz są chrześcijanami - komentuje Gintaras, niewie- 
rzący dziennikarz. Pogaństwo i katolicyzm zdają się czasem 
przenikać, a w każdym razie nie przeszkadzają sobie. To, że 
przez dwa stulecia ich przodkowie starali się o zachowanie 
rodzimych wierzeń, jest uważane za cechę pozytywną, świad- 
czącą o wytrwałości i uporze Żmudzinów w walce o rzeczy 
najistotniejsze. Żmudzin jest więc w równym stopniu praw- 
dziwym poganinem, jak i prawdziwym katolikiem, z tym że 
pogaństwo jest tu nierozerwalną częścią dziedzictwa kulturo- 
wego, a nie religią, którą dałoby się zdefiniować, czego można 
nie dostrzec, przyglądając się temu zjawisku z zewnątrz. 
196 
Śiluva jest małym miasteczkiem, leżącym na skraju Żmu- 
dzi. To tam w xvii wieku miało miejsce objawienie maryjne. 
Lokalny kościół pod wezwaniem Narodzenia Najświętszej 
Maryi Panny jest jednym z najpopularniejszych miejsc piel- 
grzymkowych na Litwie. W zakrystii wiszą dwa olbrzymie 
witraże, jeden przedstawia chrzest króla Mendoga - wiadomo, 
pierwsze chrześcijańskie wydarzenie na ziemiach litewskich. 
Na drugim natomiast uwieczniono jasnowłose wajdelotki, 
opiekujące się świętym ogniem. Pod witrażem widnieje napis: 
„Wajdelotki palą święty ogień w starym Szydłowie". Idę do 
proboszcza. Zdziwił się, że przyszłam. 
-  A co w tym nadzwyczajnego? Przecież kiedyś tak było - 
powiedział i zniknął za drzwiami. 
Zastanawiam się, czy taki witraż mógłby się znaleźć w pol- 
skim kościele. Dwudziestoletni Marius wytłumaczył mi to 

background image

następująco: 
-  My wiemy, że większość obrzędów katolickich w gruncie 
rzeczy korzeniami sięga czasów najdawniejszych. Na Żmudzi 
chrześcijaństwo nie zakorzeniło się na tyle, by ludzie zapo- 
mnieli o stosunkowo niedawnej historii pogańskiej, dlatego 
na Żmudzi pogaństwo jest bliskie ludziom. My po prostu 
jesteśmy bardziej oświeceni pod tym względem niż Polacy. 
Rafał w dalszym ciągu pisze piosenki nawiązujące do sło- 
wiańskiej demonologii ludowej. Inspiracje czerpie z folkloru 
i z zabobonów, które są nieuświadomioną spuścizną pogańską 
funkcjonującą we współczesnej Polsce - takie odstukiwanie 
w niemalowane, niewitanie się przez próg, topienie marzanny 
czy malowanie jajek na Wielkanoc. Trochę na serio, trochę 
z przymrużeniem oka. Po powrocie ze Żmudzi nie jeździł 
już na wieś w poszukiwaniu pogaństwa. 
197 
- Wyrosłem z tego, teraz jestem racjonalistą - powiedział 
ostatnio, choć jego piosenki o słowiańskiej mitologii sprze- 
dają się dobrze. Z zespołem koncertuje na całym świecie, 
mówiąc, że gra polską muzykę neoludową. 
Polki przestały być grzeczne 
Bożena Aksamit 
Mężów bije - stale lub incydentalnie - co piętnasta żona. 
-  Kurwa, teraz do Orange dodają minuty, a nie SMS-y. 
-  Pierdolisz? 
Niezadowolona pani nie ma bikejków (białe kozaczki) i nie 
żuje gumy, szeroko otwierając usta. Nie ma zaczerwienionej 
tanim winem twarzy. Dostrzegam starannie pomalowane 
rzęsy oraz delikatny, błękitny cień do powiek. Ma dwoje 
dzieci, w grudniowy wieczór wybrała się z koleżanką do 
kina. Po prostu lubi czasami przekląć. 
-  Dlaczego? - odważyłam się zapytać. 
-  Bo kobieta dziś już nie musi być taka grzeczna. Ma 
prawo do wyrażania swoich emocji. 
Mad Max w spódnicy 
-  Ty buraku pieprzony, twoje miejsce jest na polu pod 
Kartuzami - krzyczy babeczka koło czterdziestki, czerwone 
trampki, rogowe okulary (wyglądają, jakby dostała je od 
opieki społecznej, ale cena oprawek zaczyna się od 500 zło- 
tych). Modne, ale noszą je raczej osoby o jedną lub dwie 
dekady młodsze. 
199 
„Burak" zajechał drogę jej mężowi, powodując gigantyczny 
korek w centrum Gdańska. 
-  Co ty masz zamiast mózgu? Trociny? Baranie, widzisz, 
co zrobiłeś! - wychyla się do połowy z auta. Wściekły „Burak" 
próbuje otworzyć drzwi. Wygląda, jakby chciał jej przyłożyć. 
Niestety oba samochody - bus „Buraka" i terenowy nissan 
eleganckich państwa - stoją zbyt blisko siebie. 
-  I co, matole? Nie możesz wyjść - kobieta robi się ra- 

background image

dosna, uśmiecha się jak mała dziewczynka. Po wściekłości 
nie ma już śladu. 
-  Zamknij już to okno - prosi mąż. Jest oszołomiony 
jej występem. - Takiej cię nie znałem, masz potencjał na 
„dobrego" kierowcę. 
-  Nie bądź wredny - odcina się kobieta. - Ktoś mu musiał 
powiedzieć, że źle robi. 
Zachodzę do nich kilka dni później, mieszkają poza mia- 
stem, w nietypowym domu - bardziej pasowałby do szwedz- 
kich subarbii. Wśród „polskich dworków", które dominują 
na przedmieściach Gdańska, razi. 
-  Spodziewał się pan, że Ania okaże się Mad Maxem 
w spódnicy? 
-  Skądże, jest raczej opanowana. Wściekła bywała jedynie, 
gdy nie szło jej w pracy. 
Ania jest szefem projektów w firmie, która produkuje 
komputerowe gry edukacyjne. Sprzedają je na całym świecie. 
Ma pod sobą kilkudziesięciu ludzi. Nauczyła się, że wszyscy 
muszą jej ustępować i słuchać. Ona decyduje, co będzie się 
działo. 
-  Goni pani za sukcesem? - pytam, bo dowiedziałam się 
od psychologa transportu, że wściekłość drogowa dopada 
najczęściej kobiety, które przejmują stereotypowo męskie role. 
200 
Bo to, że brojące za kółkiem panie grają w razie konfrontacji 
„słodką idiotkę", wiem od dawna. 
-  Skądże, po prostu jestem kobietą szefem. Jeśli za czymś 
gonię, to za czasem. 
W firmie Ania ma opinię technokratki - miła, kompe- 
tentna, ale gdy trzeba, zimnym tonem wygłasza „zjebki". Nikt 
nigdy nie słyszał, żeby krzyczała czy kogokolwiek obrażała. 
Wentylowanie złości 
Idę na herbatę do koleżanki socjolożki, chcę podpytać, co 
o tym wszystkim myśli. 
-  Może normą kulturową wśród Polek staje się niegrzecz- 
ność i agresja, bo osobie delikatnej i miłej przypisujemy 
nieudacznictwo i słabość - patrzę na nią z nadzieją. - Mam 
rację? Coraz więcej facetów mówi, że lubią kobiety silne 
i niezależne. Mimozy ich nudzą. 
-  Może, ale rzeczywistość nie działa tak błyskawicznie na 
zachowania i emocje ludzi. Według mnie powód wściekłości 
drogowej kobiet leży gdzie indziej, zajrzyj do prac psycholo- 
gów społecznych. Twoją bohaterkę poniosło, ale większość 
kobiet zamienia się za kółkiem w wojowniczki. 
Przyjaciółka ma rację - przeprowadzono mnóstwo badań 
na temat agresji. Dowiaduję się z nich, że mężczyźni są zdecy- 
dowanie agresywniejsi, ale tylko w sytuacjach, gdy otoczenie 
wie, kto przeklina, obraża i rozdziela kopniaki. Jeśli kobieta 
jest anonimowa, w niczym nie ustępuje mężczyźnie. 
Zaczynam sobie przypominać kilka sytuacji, których by- 

background image

łam świadkiem. 
Widziałam, jak znajoma uchodząca za oddaną matkę i żonę 
kilkakrotnie kopnęła syna. Chłopiec najwyraźniej nie chciał 
201 
„się słuchać". Oczywiście kick bokserka była przekonana, że 
jest sam na sam z 10-latkiem. Innym razem moja sześciolet- 
nia wówczas córka po powrocie od znajomych opowiadała 
przejęta: „Mamo, a ciocia uderzyła Karola pięścią w twarz 
i pociekła mu krew". Ciocia jest adwokatem, lwicą salonową, 
nigdy na nikogo nie podniosła głosu. Miła, uprzejma, zawsze 
z szerokim uśmiechem na ustach. Jedynie czasami pozwala 
sobie na głęboko zakamuflowane złośliwości. 
Psychologowie uważają, że dziewczynki są po prostu 
„przyuczane" do korzystania z bardziej zakamuflowanych tak- 
tyk wentylowania złości. Żaden facet nie dorówna kobiecie 
w demonstrowaniu krzywdy, zasług czy obciążeń. Kobiety 
są mistrzyniami w szeptanym sarkazmie, ironicznych spoj- 
rzeniach, obmowie i podpuszczaniu innych. 
Jednak gdy zostaną silnie sprowokowane, stają się tak samo 
agresywne jak mężczyźni, pewnie dlatego że atakowane czują 
się mniej skrępowane wymaganiami kobiecej roli. Emocje 
pozwalają zapomnieć, że „złość piękności szkodzi". 
Co piętnasta tłucze 
Każdego roku około 10 tysięcy Polaków zgłasza policji, że są 
regularnie bici przez żony. Według danych Komendy Głównej 
mężów bije - stale lub incydentalnie - co piętnasta Polka. 
- Z moich obserwacji takich zdarzeń wynika, że jest ich 
jeszcze więcej - sierżant Waldemar Drzewicki z gdańskiego 
komisariatu na Przymorzu od dziesięciu lat jeździ do do- 
mowych awantur. - Tyle, że wiemy o co którymś tam przy- 
padku, bo jak kobieta bije, mało który facet zezna prawdę. 
To nie honor powiedzieć patrolowi interwencyjnemu: żona 
mnie tłucze. 
202 
Gdy skopany przez swoją Ilonę Tomek z Pruszcza wezwał 
policjantów, dostał od nich dobrą radę: „Niech pan wreszcie 
sam zacznie ją bić, zamiast zawracać nam głowę. Nie widzi 
pan, że ona tego chce?". 
Ukochana w akcji 
Na ślubie Ilona i Tomek wyglądali jak wycięci z żurnala. 
Ona: śliczna, eteryczna blondynka, 25 lat. Studentka geo- 
dezji. Ojciec współwłaściciel dużej firmy budowlanej, matka 
nauczycielka. Bogaci. Wszyscy w Pruszczu ich znają. 
Tomek: dwa lata starszy błękitnooki brunet. Przystojny, 
wysportowany, miękki głos, delikatne ruchy. Pochodzi z nie- 
zamożnej, robotniczej rodziny, od lat pracuje na podrzędnym 
stanowisku w hurtowni. Nie studiował i nie zamierza. Po- 
znałam go dwa lata po ślubie, teraz walczy w sądzie o prawo 
spotykania się z własnym dzieckiem. 
- To Ilona pierwsza do mnie zadzwoniła - wspomina. - Wi- 

background image

dzieliśmy się parę razy na ulicy, w Pruszczu wszyscy się znają. 
Ilona poprosiła naszą wspólną znajomą o mój numer komórki 
i tak się zaczęło. Po miesiącu spotkań byłem zakochany po 
uszy. Tylko czasami, gdy robiłem coś nie po jej myśli, dąsała 
się. O byle co - o to, że chciałem oglądać mecz albo że z kimś 
zacząłem dłużej rozmawiać na spacerze. Skrywała w sobie 
dwie różne osoby. Jedna była miła, słodka, troszeczkę nie- 
śmiała. Druga już zupełnie inna - zaborcza, gniewna. Ale 
piękne chwile wynagradzały awantury. Wydawało mi się to 
nawet fajne, że moja ukochana jest zazdrosna. Dodawało 
pieprzu. Na początku te wszystkie spory i awanturki kończyły 
się fajnym seksem. Byliśmy naelektryzowani jak powietrze 
po burzy. 
203 
Ilona jest na trzecim roku studiów licencjackich. Mieszka 
w akademiku, do Pruszcza wraca co weekend, wtedy się 
spotykają. Imprezy, kino. 
-  Dużo czasu spędzaliśmy też w jej pokoju, na piętrze 
domu rodziców - mówi Tomasz. - Zauważyłem, że oni czę- 
sto się kłócą, popychają, obrażają. Ilona też w to wchodziła. 
Sam widziałem, jak podczas sprzeczki zepchnęła matkę ze 
schodów. 
-  Co pan sobie wtedy pomyślał? Oto moja ukochana 
w akcji? 
-  Wydawało mi się, że te zwyczaje znikną, gdy ona się 
wyprowadzi od starych. Wobec mnie nie była agresywna. 
Wszystko się zmieniło, gdy zaszła w ciążę. Powiedziała mi 
o tym na początku lutego. Ucieszyłem się. Będziemy mieli 
dziecko. Pracowałem, Ilonka kończyła studia. Super. A tu 
ona wściekła, nie chce dziecka... Chciała się bawić, jeździć 
w góry. Teraz myślę, że bała się być matką. 
Młodzi ślubują w maju. Huczna rodzinna impreza. Dzień 
po ceremonii Ilona mówi, że chce się rozwieść. Parę dni 
później wyjeżdża do Poznania, by zdawać egzaminy. Kiedy 
wraca, zdaje się Tomkowi inną kobietą: często płacze, wy- 
krzykuje, że nie dojrzała do małżeństwa. Gdy mąż próbuje 
ją uspokajać, wbija mu paznokcie w skórę. 
-  Myślałem, że wypłakuje swój lęk przed nowym ży- 
ciem, że tak bardzo boi się dorosłości. Po takich napadach 
uspokajała się, była znowu słodką dziewczynką - opowiada 
Tomek. 
Po egzaminach Ilona postanawia jechać z przyjaciółmi 
z akademika w góry. Tomek protestuje. Ciąża jest zagro- 
żona, żona powinna brać tabletki na podtrzymanie i unikać 
wysiłku. 
204 
-  Nie posłuchała mnie - wspomina. - Poszedłem do jej 
rodziców, żeby mnie poparli. Powiedzieli, żebym nie szukał 
problemów tam, gdzie ich nie ma. 
Ilona wraca z gór, ciąża trwa. Na USG widać, że to syn. 

background image

W lipcu młodzi zamieszkują razem - rodzice Ilony kupują 
im dwupokojowe, 50-metrowe mieszkanie w bloku. 
Nienawiść 
Tomek: 
-  Pierwszy raz ostro zaatakowała mnie po dwóch tygo- 
dniach wspólnego mieszkania. Powodem były jakieś dupe- 
rele. Podarła na mnie koszulę. Krzyczała: „Nienawidzę cię, 
wynoś się!". Biła się po brzuchu, wrzeszcząc, że nie urodzi 
dziecka. Po dziesięciu minutach szał minął, była spokojna, 
zawstydzona, bardzo miła. Myślałem, że to tylko burza hor- 
monów wywołana ciążą. I jeszcze ci teściowie. Stresowali ją. 
Nie akceptowali mnie, zaplanowali córce inną przyszłość. 
Po licencjacie miała robić kolejne studia, a nie niańczyć 
dziecko. 
-  Kiedy zaczęła pana bić regularnie? 
-  Trzy miesiące po ślubie wystarczał jej już byle pretekst. 
Podbiegała do mnie i zaczynała mnie okładać pięściami, 
kopać, drapać. Krzyczeć, że mnie nienawidzi, że jestem do 
niczego. 
Po każdej napaści Tomek wychodził z domu, spacerował, 
by się uspokoić. 
Jaś urodził się w październiku. Ilona po miesiącu prze- 
stała karmić synka piersią i pojechała na uczelnię, by zdać 
ostatnie zaległe egzaminy. Tomek został na dwa tygodnie 
z niemowlęciem. 
205 
-  Kiedy wróciła po egzaminach, zamiast lepiej było jeszcze 
gorzej. Gdzieś podskórnie zacząłem się bać, że ona od nas 
odejdzie. Nie sypialiśmy już wtedy ze sobą. Ilona zajmowała 
łóżko, ja spałem na dmuchanym materacu. Kłóciliśmy się 
o wszystko, ciągle robiliśmy sobie na złość. Gdy ja chciałem 
spać, ona oglądała głośno telewizję. Szlag mnie trafiał, więc 
wykręcałem korki. Wtedy Ilona wyciągała mi zatyczki z ma- 
teraca. Wstyd o tym mówić. Łączyły nas już tylko dziecko 
i nienawiść. 
Za kromkę chleba 
Pierwsze święta w trzyosobowej rodzinie. 
Koleżanka Tomka z pracy wpada na chwilę i przynosi 
prezent - kolorowe bombki na choinkę. To wystarcza. Po 
jej wyjściu Ilona napada na męża, uderza go pięścią w twarz, 
kopie w brzuch i w krocze. On nie może się bronić, bo trzyma 
na rękach syna. 
Ilona krzyczy: „Żebyś nie miał już więcej dzieci!". 
Rzuca bombkami po pokoju. 
Tomek: 
-  Jak zwykle wyszedłem na dwór, ale tym razem posze- 
dłem do szpitala, żeby zrobili mi obdukcję. Pielęgniarki pa- 
trzyły dziwnie, gdy powiedziałem, że żona tak mi przyłożyła. 
Lekarz mnie uspokajał. Poszedłem od razu do dzielnicowego, 
mówię mu, że żona mnie bije, a ja nie wiem, co mam robić. 

background image

On mi na to: „Jak to kobieta pana bije? Niech pan głupot 
nie opowiada". 
Mija zima, wiosna - jest coraz gorzej. Awantury wybuchają 
ze zdwojoną siłą. 
Tomek: 
206 
-  O wszystko. Jak zjadłem kromkę chleba, zanim ona 
zdążyła zrobić jajecznicę, to już słyszałem: „Nienawidzę cię, 
nie chcę z tobą być". 
W październiku Jaś obchodzi pierwsze urodziny. 
-  Przygotowałem imprezę, zaprosiłem wszystkich, ale jej 
rodzice nie przyjechali. Ilona była niezadowolona. Nazajutrz, 
w niedzielę, krzątam się po domu, Ilona siedzi na gadu- 
-gadu, uwielbiała internet. Poprosiłem ją, żeby dała małemu 
śniadanie, i wyszedłem do ogrodu. Gdy wróciłem, nic się nie 
zmieniło. Ilona przed monitorem, Jaś głodny i coraz bardziej 
marudny. Pytam, dlaczego nie dała dziecku śniadania. „Bo 
nie chciał jeść" - odpowiada. Biorę syna na ręce, mały popła- 
kuje, więc chcę go uśpić. Gdy wynoszę dzieciaka do drugiego 
pokoju, Ilona podbiega, daje mi dwa razy pięścią w twarz. 
Zaczyna mnie kopać. Znowu jest tak, że nie mogę się bronić. 
Tym razem zadzwoniłem po policję. Po pół godzinie przy- 
jechał radiowóz. Policjant od razu zapytał Ilonę: „Bije panią 
mąż?". Gdy przyznała, że jest odwrotnie, ten drugi gliniarz 
powiedział: „To powinien pan jej w końcu przyłożyć". 
Dlaczego biła pani męża 
Ilona wraca do domu rodziców. Tomek składa pozew roz- 
wodowy, dołącza obdukcje. 
-  Jedyne, czego pragnę, to mieć prawo do kontaktu z sy- 
nem - mówi. 
Sprawa rozwodowa trwa. 
Ilona zgadza się porozmawiać ze mną przez telefon. 
-  Dlaczego biła pani męża? 
-  Czy ja mogłam go bić? Takiego wielkiego mężczyznę? 
To jakiś absurd. Mam 167 cm wzrostu, a on 180. Jest wyspor- 
207 
towany, chodzi dwa razy w tygodniu na siłownię. Owszem 
kłóciliśmy się, były awantury, zdarzało mi się nie panować 
nad sobą. 
-  Mąż ma obdukcje. 
-  I co z tego? On na wszystko ma obdukcje. On mnie 
prześladuje, wypisuje oskarżenia do sądu, że źle opiekuję się 
dzieckiem. Chce się zemścić. 
-  Pani Ilono... Z tego, co opowiada mąż, wynika, że pani 
wyszła za niego pod presją ciąży. Chciała pani dalej studio- 
wać, a tu pieluchy, obowiązki, tak? Wyładowywała pani na 
mężu żal? 
-  Możemy skończyć tę rozmowę? Jest sprawa w sądzie, ja 
nie chcę teraz za bardzo wnikać w szczegóły. 
By dostawać to, czego chce 

background image

Gdy mąż maltretuje psychicznie lub fizycznie żonę, wtedy 
aż 34 kobiet przyznaje się, że bije i wyzywa innych, knuje 
przeciwko nim. Jeśli partner jest spokojny, agresywnych jest 
zaledwie 4% kobiet. Właśnie do tej grupy można zaliczyć 
Ilonę, która najpewniej w rodzinnym domu nauczyła się, 
że przemoc to niezwykle skuteczny sposób, by dostawać to, 
czego chce. 
Przejrzałam policyjne i sądowe statystyki - jeśli już kobiety 
łamią prawo, to starają się popełniać czyny, które są trudne 
do wykrycia lub za które kara jest niska. Grasują głównie 
w domach towarowych lub sklepach, nie włamują się do 
mieszkań i nie okradają banków - to domena mężczyzn. 
Przed sądem stają najczęściej za obrazę, fałszowanie danych, 
znęcanie się nad dziećmi i zaniedbywanie obowiązków 
rodzicielskich. 
208 
W pobiciach i zabójstwach zdecydowanie dominują męż- 
czyźni, mają ponad 90% reprezentację wśród oskarżonych. 
Zmieniło się jedno, dekadę temu młode Polki przestały być 
„grzeczne" i to, co było naturalne dla ich rówieśników - 
agresywne i ryzykanckie zachowania - stało się także ich 
sposobem na życie. O prawie 170% wzrosła liczba nastolatek, 
które zostały przyłapane na bójkach i niszczeniu cudzej 
własności. 
Szacunek trzeba mieć 
Policjanci z Tczewa dwa lata temu nakryli dziewczyny uzbro- 
jone w drewniane pałki. Były blisko miejsca, gdzie miano 
stoczyć bitwę - na łąkach na skraju miasta. Szły i bluzgami 
zagrzewały się do walki. Skończyło się na grze wstępnej, bo 
dziewiętnaście panienek od razu trafiło do aresztu. Kibicki 
Lechii Gdańsk i Arki Gdynia miały od 14 do 17 lat. 
Jedna z nich, Ania, jest 40-kilogramową drobinką. Srebrny 
kolczyk w nosie, mocno wytuszowane rzęsy, spodnie bio- 
drówki, pasek ze złotą klamrą D&C. Mieszka w kamienicy 
z czerwonej cegły na uroczym tczewskim rynku, w domu 
piec na węgiel i wydeptany dywan. Starówka to terytorium 
Lechii. 
-  Nie mogę nic mówić ani psiarni, ani nikomu, kibic musi 
milczeć. Jak powiem, to mnie zatłuką na ulicy. 
W końcu daje się przekonać. 
-  Chłopaki od Gośki pobili dwa dni wcześniej jej exa 
Banię. Podchodzimy do niej w szkole i mówimy: „Taka ostra 
jesteś?". A ona bluzga na nas. To my: „Taka jesteś, to może 
chodź na solo". Potem jeszcze do niej dzwoniłyśmy i miało 
być, że solo będzie „na górkach". 
209 
Banię pobili oczywiście kibice. 
-  W mojej klasie, jak weszłam pierwszy raz, to od razu 
zapytali, za kim jestem. No to powiedziałam, że za Lechią. 
I już wiedziałam, z kim trzymać, a kto gnój. 

background image

-  Po co wam te pałki, pięści nie wystarczą? 
-  Tak jakoś wyszło. Może wtedy, kiedy we wrześniu 
Smoka - chłopaka z Lechii - arkowiec dźgnął nożem. Wtedy 
było powiedziane, że nie ma już zasad... no tych, że na 
ustawki chodzimy bez sprzętu. 
-  Nie bałabyś się uderzyć pałką? 
-  Nie, szacunek trzeba mieć. Nie może taka krowa wyzy- 
wać, jak chce, i nasyłać na naszych. 
Mama nie wiedziała o sportowej żyłce córki. Gdy Ania 
szykowała się do bitwy, była zajęta swoimi sprawami, właśnie 
szła do nowej roboty - dostała posadę sprzątaczki w piekarni, 
na pół etatu. 
Gośka, była Bani, jest wyższa od Ani, ale tak samo szczupła 
i podobnie ubrana. Mieszka w bliźniaku z ogródkiem, na 
podwórku kilkuletnie audi, garaż. Jej mama z trudem hamuje 
płacz. Ojcu trzęsą się ręce. 
-  Nie zapracowuję się, wracam do domu o 16.00. Syn 
i córka mają komputery, komórki, każde własny pokój. Skuter 
miałem jej kupić. Mają wszystko. 
-  Nic wcześniej się nie działo? 
-  Gosia pod koniec podstawówki zaczęła wagarować. 
Chodziliśmy do psychologów. Ale oni tylko mówią o pra- 
wach dzieci. Czego nam nie wolno robić. Załamali mnie. 
Żona mówi, że sprawdza córce zeszyty, a psycholog, że to 
ingerowanie w sprawy osobiste i że nie można zabronić 
córce wychodzenia z domu. To co ja mogę? Przecież nie 
będę jej bił. 
210 
Chłopaki załatwiają to fajniej 
Korytarz prywatnego gimnazjum w Trójmieście, dzieci, które 
wybiegły na przerwę, musiały przejść przez gęste sito - wy- 
jątkowo wysoka średnia ocen i spore czesne. Chodzą tam 
synowie i córki lekarzy, prawników, polityków i nauczycieli 
akademickich. 
-  Adam, jak nie przestaniesz, to ci dupa zwiędnie - krzy- 
czy drobniutka blondynka. Wygląda jak aniołek przebrany 
za hip-hopowca. 
-  Wydaje ci się, że jesteś taka zajebista, a masz dysfunkcję 
ryja - dobiega z drugiego końca korytarza. Kłócą się dwie 
dziewczynki. Obrażająca najwyraźniej stylizuje się na cele- 
brytki, które można podziwiać na ostatnich stronach „Gali" 
i „Vivy". Stara się być elegancka. 
Zaczepiam dziewczynkę w koszulce z Bobem Marleyem 
z ciekawie ostrzyżonymi włosami. 
-  Dlaczego tak bluzgacie? 
-  Dla jaj, nikt tego nie bierze na poważnie. 
-  Naprawdę? 
-  Nie jadę ostro na kogoś, kto jest normalny. 
-  Na ciebie też jadą? 
-  Oczywiście, nieraz słyszałam, że mam grubą dupę. 

background image

-  I co? 
-  Śmiałam się. Trzeba mieć dystans do siebie. 
-  Nie było ci przykro? 
-  Takie jest społeczeństwo. Brutalne. Dziewczyny są za- 
wistne, psychicznie wykańczają człowieka i czerpią z tego 
przyjemność. Obgadują za plecami, mówią o koleżankach: 
zdzira, szmata, suka. Chłopaki załatwiają to fajniej. 
- Jak? 
211 
- Grożą: będziesz miał wpierdol albo dają sobie po razie 
i sprawa załatwiona. 
*** 
Od 1999 do 2010: 
*  o 169% wzrosła liczba dziewcząt do 16 roku życia podej- 
rzanych o bójki i pobicia, podczas gdy wzrost liczby chłopców 
w tej kategorii wyniósł 55%. 
*  o ponad 176% wzrosła liczba dziewcząt do 16 roku życia 
podejrzanych o niszczenie i uszkodzenie mienia, podczas gdy 
wzrost liczby chłopców w tej kategorii wyniósł38,3%. 
*  liczba dziewcząt do 16 roku życia podejrzanych o prze- 
stępstwa rozbójnicze zmalała o 14,2%, podczas gdy liczba 
chłopców w tej kategorii zmalała o prawie 30%. 
Podobne tendencje można zaobserwować w kategorii wie- 
kowej 17-20 lat. Liczba kobiet podejrzanych o uszczerbek na 
zdrowiu wzrosła o 16%, podczas gdy liczba mężczyzn zmalała 
o 14,9%. W przypadku bójek i pobić notuje się wzrost liczby 
kobiet o 34,5%, a liczby mężczyzn tylko o 0,3%. 
Noty o autorkach 
BOŻENA AKSAMIT - pochodzi z Bole- 
sławca na Dolnym Śląsku, mieszka w Klu- 
kowie pod Gdańskiem. Dziennikarka 
„Gazety Wyborczej", skończyła oceanografię 
fizyczną na Uniwersytecie Gdańskim, była 
naukowcem, grafikiem, od kilku lat pisze. 
Ma 15-letnią córkę Weronikę, męża Tomka, 
psa i dwa koty. 
KATARZYNA KOKOWSKA - pochodzi 
z Kielc. Absolwentka Wydziału Dziennikar- 
stwa i Nauk Politycznych Uniwersytetu War- 
szawskiego. Od 2005 r. mieszka w Wielkiej 
Brytanii, pracuje na Uniwersytecie Edyn- 
burskim. W 2006 r. redaktorka magazynu 
emigracyjnego „Zmywak", obecnie kieruje 
pracami Interaktywnego Salonu Piszących 
w Szkocji związanego z portalem edin- 
burgh.com.pl. W wolnym czasie pisze blogi. 
EWA ORCZYKOWSKA - urodzona w 1988 
roku na Górnym Śląsku. Kończy studia 
dziennikarskie na Uniwersytecie Wrocław- 
skim. Współpracuje z „Gazetą Wyborczą" 

background image

we Wrocławiu, gdzie pisze głównie o kul- 
turze, jest też zastępcą redaktor naczelnej 
(Fot. Jacek Kocan) 
213 
Miesięcznika Studentów „Kontrast". Uważa, 
że każdy dziennikarz powinien mieć swo- 
jego mistrza, dlatego żałuje, że nigdy nie 
porozmawia z Melchiorem Wańkowiczem. 
OLIWIA PIOTROWSKA - z wykształce- 
nia psycholożka, od lat zawodowo zwią- 
zana z mediami. Pracuje jako kierownik 
wydawniczy w MM Moje Miasto (Media 
Regionalne). Wcześniej publikowała jako 
dziennikarka obywatelska. Bliskie są jej 
idee równościowe, w swoich tekstach skupiała się na problemach osób 
wykluczonych. Prywatnie interesuje się fotografią i designem, stara się 
śledzić trendy w internecie i wspiera oddolne inicjatywy. Urodzona 
w górach, mieszka nad morzem. 
EWA WOŁKANOWSKA - urodzona w Wil- 
nie, skończyła Etnologię i Antropologię 
Kulturową na Uniwersytecie Warszawskim. 
Współpracuje z „Gazetą Wyborczą", jest 
korespondentką portalu „Wilnoteka". Jej 
reportaż „Jestem nielegalny - Wietnam- 
czyk" był nominowany do Grand Press 
2010. Od lat jest związana z Domem Spo- 
tkań z Historią. Mieszka w Warszawie. 
HONORATA ZAPAŚNIK - pochodzi z Ło- 
dzi. Absolwentka Wydziału Dziennikar- 
stwa i Nauk Politycznych w Warszawie. 
Sztuki reportażu uczyła się w „Laborato- 
rium Reportażu". Jej teksty ukazywały się 
m.in. w „Dużym Formacie", „Zwierciadle", 
„Sukcesie", „Więzi", „Nowym Dzienniku". 
Pisaniem lubi skłaniać innych do reflek- 
sji i inspirować do działania. W wolnym 
czasie podróżuje. 
214 
Spis treści 
wstęp (Maciej Lewandowski) 

Mówię Ci, świat jest głupi (Ewa Wołkanowska)......        9 
Wiersze z pieca (Honorata Zapaśnik)............      21 
Każdy zrobił, co do niego należało (Bożena Aksamit) ...      29 
Dziwolągi też grają (Ewa Orczykowska)...........      39 
Mów, Darek, mów (Honorata Zapaśnik)..........      51 
Zapomniana muzyka (Ewa Wołkanowska).........      63 
Szantaż nasz powszechny (Bożena Aksamit)........      81 
Czas zwyczajny (Oliwia Piotrowska).............    103 
Rozsądny wariat (Honorata Zapaśnik)............    117 

background image

Z Wietnamu do Polski przez las (Ewa Wołkanowska) ...    127 
Zaraz pała będzie chodzić (Bożena Aksamit)........    141 
Gienia (Katarzyna Kokowska)................    159 
Rewolucja meksykańska (Honorata Zapaśnik).......    173 
Wszyscy byliśmy poganami (Ewa Wołkanowska)......    181 
Polki przestały być grzeczne (Bożena Aksamit).......    199 
NOTY O AUTORKACH.....................    213 
Kolejne książki z serii „Lektury reportera" 
dostępne od września 2011 roku. 
Zapraszamy do śledzenia naszych literackich odkryć! 
www.dobraliteratura.pl