background image

K

ORNEL 

M

AKUSZYŃSKI

 

 
 
 

C

ZŁOWIEK ZNALEZIONY W 

NOCY

 

 

G

EBETHNER I 

W

OLFF

 

1932

 

background image

I. 

 
Ponieważ  ulica  była  rozkopana,  jak  gdyby  gospodarze  miasta  poszukiwali  w  ziemi 

skarbów, ukrytych przez wiślanych piratów, Henryk Staliński opuścił auto u jej wylotu. Kilka 
jeszcze  kroków  dzieliło  go  od  małego  domku  w  nowej  dzielnicy,  pełnej  ogrodów  i 
niezabudowanych  placów.  Młody  człowiek  omijał  zręcznie  małe  jeziorka  na 
nieustatkowanym  chodniku,  w  których  uliczne  latarnie  przeglądały  się  jak  w  mętnych 
zwierciadełkach.  Pogoda  była  tak  zwana  psia,  chociaż  nie  wiadomo  dokładnie,  dlaczego 
wierne  to  stworzenie  stało  się  generalnym  patronem  wszystkich  ciemnych  stron  życia.  Gdy 
Staliński, stanąwszy przed furtką siatkowego ogrodzenia, chroniącego bujny ogród złożony z 
kilku wypłowiałych astrów i zwiędłych już badylów, począł szukać w kieszeni klucza, wyszła 
na  niego  z  mroku  jakaś  postać,  bardzo  wyniosła.  Staliński  cofnął  się  bezwiednie  i  szybko 
sięgnął  ręką  do  kieszeni,  z  czego  nocna  zjawa  łatwo  mogła  wywnioskować,  że  szuka 
rewolweru. Nie wydobył go jednak, lecz zapytał ostro: 

— Czego pan chce? 
Postać uchyliła kapelusza i rzekła miłym, łagodnym głosem: 
— Przede wszystkim nie chcę pana przestraszyć… 
— A poza tym? 
— Poza tym proszę, aby mi pan powiedział, która godzina? 
Staliński,  zanim  odpowiedział,  wpatrzył  się  bystro  w  ciemność  i,  rozgarniając  ją 

przenikliwym  spojrzeniem,  dostrzegł  niezwykle  nędznie  odzianego  człowieka.  Twarz  jego 
zlewała się z wilgotnym mrokiem. Mógł  to  być  opryszek, Staliński  jednak, ujęty łagodnym 
brzmieniem tego głosu z ciemności, powiedział niezdecydowanie: 

— Jest zbyt ciemno, niech pan podejdzie ku latarni. 
Sam nie wiedział, dlaczego tak postąpił; mógł był oznaczyć jakąkolwiek godzinę, po czym 

szybko otworzyć i zatrzasnąć za sobą furtkę. Odniósł jednak jakieś niewyraźne wrażenie, że 
przemówił  do  niego  człowiek  stary  i  nie  mający  złych  zamiarów.  Nerwowym  krokiem 
podszedł  ku  oddalonej  latami,  czując  i  słysząc,  że  powolnie  stąpa  za  nim  ów  wyniosły 
jegomość, spowity w mrok, jak w togę. 

W  kręgu  światła  obejrzał  go  od  stóp  do  głowy;  stał  przed  nim  człowiek  może 

sześćdziesięcioletni, zmięty i sponiewierany. Chociaż noc była chłodna i zbita deszczem, nie 
miał  na  sobie  płaszcza,  przyodziany  w  nieszczęsne,  liche,  do  cna  wytarte  ubranie. 
Podniesiony kołnierz osłaniał nagą szyję, a kapelusz, kiedyś zapewne ozdoba innej głowy, nie 
mógł  ogarnąć  tej  —  siwej  i  pięknej.  Stary  człowiek  patrzył  na  Stalińskiego  z  dobrym, 
łagodnym uśmiechem, Staliński zaś badał jego twarz z wyraźnym  zdumieniem, oczarowany 
jej szlachetnym wyrazem. Jak gdyby zawstydzony, powolnym ruchem wydobył zegarek. 

— Jest dwadzieścia minut po północy… — rzekł. 
— Dopiero? Miły Boże!… Ale dziękuję panu, że się pan dla mnie trudził. Wszystkiemu 

winna  niepogoda,  zwykle  bowiem  sam  umiem  oznaczyć  godzinę,  w  lecie  z  położenia 
gwiazdy alfa w Małej Niedźwiedzicy, w pogodna zaś noc zimową wedle delty w Orionie… 
Dziękuję raz jeszcze. Dobranoc panu! 

Z  wdziękiem  zdjął  z  głowy  kapelusz,  uśmiechnął  się  i  odszedł.  Staliński  stał  chwilę  bez 

ruchu, mocno zdziwiony. 

Dziwnie miły wydał mu się len człowiek, używający Małej Niedźwiedzicy jako zegarka. 
„Albo to jest pomylony dziwak, albo opryszek bez odwagi, który wie o tym, że mam przy 

sobie rewolwer — pomyślał — albo straszliwy jakiś biedaczyna…” 

Ostatnie  przypuszczenie  wydało  mu  się  najbardziej  prawdopodobne.  Patrzył  za 

oddalającym  się cieniem, który już wsiąkł  w mrok, i  bez zdawania sobie sprawy z tego, co 
czyni, zawołał cicho: 

background image

— Panie! Panie! 
Cień przystanął, jak gdyby rozważał, czy wezwanie skierowano w jego stronę, następnie 

powolnym,  zmęczonym  krokiem  począł  iść  ku  Stalińskiemu,  który  równocześnie  szedł  ku 
niemu. 

— Pan mnie wołał? Czemu? 
Staliński nie umiał od razu odpowiedzieć mu, dlaczego go wołał. 
— Chciałem pana zapytać, kim pan… a właściwie nie, nie to… A, już wiem!… Chciałem 

pana  zapytać,  dlaczego  pan  tak  przejął  się  tym,  że  jest  dopiero  po  północy?  Czy  panu  co 
dolega, czy co innego dzieje się z panem? 

— Nic szczególnego. Myślałem, że jest znacznie później, z utęsknieniem bowiem czekam 

godziny drugiej. 

— Dlaczego drugiej? 
— Bo ostatni patrol policyjny przechodzi mniej więcej o tej godzinie, a potem już można 

spać spokojnie. 

— O, to pan jest złodziejem! — rzekł Staliński z rozczarowaniem. Stary człowiek drgnął i 

odpowiedział po dłuższej chwili: 

— Nie, panie. Gdybym był złodziejem, miałbym własny zegarek i własne łóżko. 
— Przepraszam pana… 
— Nic nie szkodzi, pozory są przeciwko mnie. Wielu ludziom nasunęłoby się podejrzenie, 

że obszarpaniec, zapytujący nocą na oddalonej ulicy o godzinę, uprawia fach złodziejski. 

— Serdecznie pana przepraszam. 
— A  ja  serdecznie  pana  zapewniam,  że  mnie  pańskie  posądzenie  nieznacznie  tylko 

dotknęło. Czy mogę pana pożegnać? 

— Jeszcze chwilę… Dokąd pan idzie? 
— Będę  przez  godzinę  rozmyślał,  wałęsając  się,  jak  perypatetyk,  a  potem  zamierzam 

spędzić resztę nocy w drewnianej budzie na placu niedaleko stąd. Jak panu już mówiłem, nie 
chcę sprawiać kłopotu policji. Starzy policjanci znają mnie i okazują pobłażliwą życzliwość, 
młody jednak, niedoświadczony, a nazbyt gorliwy, mógłby sobie rościć do mnie pretensję. 

— Ale za co? 
— Za to, że oddycham cudzym powietrzem i nie sypiam w piżamie we własnym lokalu, 

lecz w tym ubraniu i w cudzej budzie. 

— Ależ to wszystko razem jest rozpaczliwe — rzekł szczerym głosem Staliński. 
— Pan  się  łaskawie  wzruszył  i  cokolwiek  przesadza.  Dziękuję  jednak  panu  za 

współczucie. 

— Czy może mi pan pokazać tę budę? Gdzie to jest? 
— Boże miły! W najśmielszych snach nie mogłem przypuścić, aby mi ktoś złożył wizytę. 

Raczy mi pan jednak przebaczyć, że z powodu niestosownej pory nie będę pana mógł przyjąć 
odpowiednio do zacności osoby. 

Zaśmiał się głośno i dodał: 
— Pan, jak zauważyłem, jest we fraku. 
— Tak — odrzekł Staliński — wracam z przyjęcia. 
— Wobec tego przepraszam pana za mój strój… Tędy proszę, tędy! 
Ujął Stalińskiego delikatnie pod rękę i prowadził w zaułek, gdzie zaczynały się ogrody i 

pustkowia. 

— Tu jest otwór w parkanie, a za nim moja letnia rezydencja. Nic pan teraz nie zobaczy, 

bo  bardzo  ciemno,  ale  zna  pan  już  drogę  i  w  razie,  gdyby  pan  chciał  kiedy  spędzić  jaką 
godzinkę na zajmującej rozmowie, niech mnie pan tutaj odnajdzie. O jedno pana tylko proszę: 
niech pan kamieniem lub laską trzykrotnie uderzy w deski parkanu, co mi oznajmi, że zbliża 
się przyjaciel, gdyż — nie uprzedzony — ucieknę przez ogrody. 

background image

Staliński słuchał i milczał. Czuł, że stary człowiek, drżący od jadowitego chłodu nocy, sili 

się  na  ton  swobodny  i  mgłą  słów  chce  osłonić  przeraźliwość  nędzy.  Patrzył  długo  na  to 
pustkowie,  na  którym  spała  noc  na  rozmokłej  od  jesiennego  deszczu  ziemi.  Potem  powoli 
począł iść ku domowi, a stary stąpał przy nim. 

— Odprowadzę pana — rzekł cicho — pan był dobry dla mnie. 
Staliński westchnął. 
— Czy pan nikogo nie ma? 
— Jestem samotny, jak balon w stratosferze, i nikomu niepotrzebny, jak Liga Narodów. 
— I tutaj pan sypia, w tej norze? 
— Nie  zawsze.  Sezon  zimowy  spędzam  u  dobrych  ludzi,  którzy  mi  pozwalają  spać  na 

potężnej  maszynie,  zwanej  maglem,  którą  za  to  we  dnie  wprawiam  w  ruch,  jak  Samson 
filistyńskie  żarna.  Jestem  tanią  siłą  popędową,  do  czasu,  kiedy  owi  dobrzy  ludzie  zastąpią 
mnie  elektrycznością.  Wtedy  zmienię  mieszkanie  i  fach.  Sezon  wiosenny  i  letni,  wreszcie 
czas  do  późnej  jesieni,  spędzam  w  tych  okolicach  pod  opieką  gwiazd,  a  mój  Anioł  Stróż 
mieczem  ognistym  odpędza  policjantów.  Mam  niemądry  nałóg  uczciwości,  więc  narażony 
jestem  na  prześladowanie,  łatwo  bowiem  o  dowód,  że  jest  się  złodziejem,  niezmiernie 
natomiast trudno o dowód, że jest się uczciwym. 

Staliński  rozmyślał,  słuchając  tych  słów,  mówionych  przyciszonym  głosem,  jak  gdyby 

stary  ten  człowiek  zwierzał  mu  się  w  wielkim  zaufaniu.  Żal  go  wielki  ogarnął,  że  wśród 
rozmokłej nocy, wśród wielu domów, w których śpią spokojnie ludzie, człowiek jakiś, dobry, 
siwy człowiek wałęsa się ze swoją zgryzotą, na dnie serca ukrytą, i czeka chwili, kiedy będzie 
mógł  skryć  się  w  opuszczonej  budzie.  I  ten  człowiek  nie  złorzeczy,  lecz  tak  niebieskim 
kolorem  barwi  czarne  słowa,  aby  się  zdawało,  że  tak  się  dzieje,  jak  się  dziać  powinno. 
Stalińskim dreszcz wstrząsnął, kiedy pomyślał, jak temu nędzarzowi musi być zimno. Nagle 
przystanął i sięgnął ręką po portfel. 

— Niech pan to przyjmie — rzekł, wyjąwszy banknot. 
Stary człowiek zapytał cicho: 
— Ciemno jest… Czy to papieros? 
— Nie… to pieniądze… 
— Pieniądze?  Zaraz…  zaraz…  niech  sobie  przypomnę,  co  to  jest  pieniądz?  Kiedyś 

wiedziałem… 

— Daj pan pokój — rzekł Staliński. — Proszę, niech pan weźmie. 
— Czy to pożyczka? 
— Nie! Daruję je panu. 
— Nie pożyczka? W takim razie nie mogę przyjąć. Gdyby mi pan pożyczył, i to na słowo 

honoru, mógłbym wziąć, bo wedle ogólnie przyjętych zwyczajów nie byłbym obowiązany do 
zwrotu,  miałbym  zaś  wyrzuty  sumienia,  gdybym  panu  nie  zwrócił  pieniędzy,  ofiarowanych 
mi w ciężkiej dla mnie chwili. Niech mnie pan nie kusi… 

Staliński uczynił ruch zniecierpliwienia. 
— Więc pan nie weźmie? 
— Nie  mogę.  Nie  zniósłbym  myśli,  że  mógłby  mnie  pan  uważać  za  franta,  który  wodzi 

pana  po  zaułkach,  pokazuje  psie  budy  i  swoje  siwe  włosy,  aby  wyłudzić  trochę  pieniędzy. 
Dziękuję panu z całego serca. Był pan dla mnie dobry. Okazał mi pan wiele współczucia… 
To pięknie, to bardzo pięknie, że pan nie ofuknął oberwańca i nie uciekł przed nędzą. Żegnam 
pana…  Niech  pan  schowa  pieniądze  i  idzie  spać,  bo  już  późno  i  deszcz  zaczyna  padać. 
Zmoknie pan! 

— A pan nie? — rzekł Staliński niemal rozpaczą. 
— Ja? Jedynie wielkie oberwanie chmury mogłoby zwrócić moją uwagę. Przywykłem… 

przywykłem…  Ale  zdaje  mi  się,  że  to  pański  domek,  a  ja  też  już  mogę  bezpiecznie  odbyć 
wjazd do mojego zamczyska. 

background image

— Tam pan będzie spał? 
— Oczywiście, że tam, chyba że jakiś inny melancholik zajął już sypialnię, ale buda jest 

dość przestronna. 

— Pan tam dzisiaj nie pójdzie! — rzekł Staliński z nagłym postanowieniem. 
— Przepraszam  pana,  ale  w  Europejskim  hotelu  zapomniałem  zamówić  apartamentu, 

oczywiście przez roztargnienie, dlatego „wracam na Liban, do mojego domu”. 

— Nie! Pan spędzi dzisiejszą noc u mnie. 
— Nie dosłyszałem… gdzie mam spędzić noc? 
— W moim mieszkaniu. 
Staliński nie mógł widzieć, że oczy starego człowieka na chwilę jedną pokryły się mgłą; 

musiał jednak w jego milczeniu posłyszeć jakąś nutę, drgającą od wielkiego wzruszenia, bo 
nagle sam je poczuł w zakątku serca. Starzec coś szepnął, jak gdyby nie mógł dość szybko 
ozłocić słowa, które chciał wypowiedzieć, więc je z powrotem rzucił w siebie, jak do skarbca. 
Po chwili dopiero rzekł jasnym głosem: 

— Niech  pan  nie  myśli,  że  to  moje  łzy  tak  padają  na  ziemię,  bo  to  deszcz  pada.  Wcale 

jednak nie zdziwiłbym się, gdyby było inaczej. Dziwne rzeczy wyprawia pan ze mną, młody 
człowieku. Czy pan ma zmysły w porządku? 

— Nie  jestem  pewny,  ale  myślę,  że  tak  —  odrzekł  Staliński,  któremu  ni  stąd  ni  zowąd 

uczyniło się wesoło na duszy. 

— A może pan dzisiaj za wiele wypił? 
— Niemożliwe, bo byłem na przyjęciu, na którym dawano wino z jabłek. 
— To wzniosłe, że pan tego nie pił. Więc nie jest pan ani tknięty na rozumie, ani pijany i 

prosi mnie pan do siebie? 

— Uprzejmie pana proszę i cieszę się, że pan dzisiaj będzie spał jak człowiek. 
— Nie wyrzuci mnie pan, ujrzawszy mnie w pełnym świetle? 
— Nie mam tego zamiaru, zresztą widziałem pana w świetle latarni. 
— A  gdybym  na  widok  łóżka  dostał  nagłego  pomieszania  zmysłów,  czy  mnie  pan  nie 

zastrzeli? 

— Oddam panu rewolwer. 
— Jest pan wybornym dżentelmenem, prowadź, w imię Boże! 
— Proszę tędy… Niech pan wejdzie. 
— After you, sir! Ha! ha! 
— Z czego się pan śmieje? 
— Nic, nic… Z tego, że cokolwiek pomylony Diogenes znalazł beczkę. 

background image

II. 

 
Staliński  z  nerwowym  pośpiechem  zapalił  lampy  i  przyjrzał  się  z  natarczywą  niemal 

ciekawością  swojemu  niespodziewanemu  gościowi,  który  stał,  uśmiechnięty,  na  środku 
wytwornego gabinetu. 

— Niech pan usiądzie — rzekł gospodarz. 
— Nie  usiądę  tak  długo,  aż  mnie  pan  dokładnie  obejrzy,  być  może  bowiem,  że  się  pan 

jeszcze  namyśli.  Przyznam  się,  że  na  pańskim  miejscu  zastanowiłbym  się  poważnie.  Pan 
słucha  podszeptów  serca,  zamiast  głosu  rozsądku,  a  serce  jest  złym  doradcą,  bo  cokolwiek 
niepoczytalnym.  Uprawiałem  dość  często  tę  fatalna  metodę  i  patrz  pan  do  czego 
doprowadziłem.  Na  przyjęcie  u  króla  angielskiego  nie  wpuszczono  by  mnie  bez  głębszego 
namysłu,  nie mógłbym  też być modelem na pokazie mody męskiej, ze  względu na niejakie 
zaniedbanie  w  garderobie,  do  czego  jednak  nigdy  nie  przywiązywałem  większej  wagi.  Czy 
pana nie razi mój zarost? 

— Bynajmniej, zresztą łatwo temu zaradzić: jutro się pan ogoli. 
— Muszę wyglądać zapewne jak Madej–zbój w początkach swojej kariery. 
Staliński  uśmiechnął  się,  gdyż  mimo  gęstego  zarostu  twarz  starego  człowieka  jaśniała 

szlachetnością rysów. Musiał być kiedyś piękny. Oczy miał bystre i mądre, bardzo niebieskie, 
spojrzenie jasne i szczere, przeradzające się w uśmiech, pełny wielkiej tkliwości. Nędzarz ten 
poruszał się wytwornie, z czarującym  wdziękiem. Znać było, że swojemu sponiewieranemu 
wyglądowi  stara  się  nadać  pozory  roztargnionego  zaniedbania,  jak  wielki  pan,  który  dla 
zabawy okrył się łachmanami. Czasem niedbałym, krótkim ruchem strzepywał jakby pyłek z 
rękawa  ubrania,  na  którym  szkliły  się  wytarte  zimy  i  lata,  kiedy  zaś  na  natarczywie 
powtórzoną  prośbę  usiadł  w  fotelu,  założył  nogę  na  nogę,  nie  zwracając  na  to  najmniejszej 
uwagi,  że  ukazuje  przerażonym  oczom  Stalińskiego  żałosną  pozostałość  z  tego,  co 
powszechnie nazywają butem, rozdarta tak szeroko, że z niej wyglądały gołe palce nogi; but 
ten sprawiał  wrażenie młodego, zachłannie żarłocznego krokodyla, który, przeliczywszy się 
ze swoją pojemnością, nie może połknąć nogi pożartego człowieka. 

Staliński  patrzył  z  nieukrywaną  zgrozą.  Kiedy  wprowadził  w  dom  tę  ruinę  człowieka, 

starał  się  odpędzać  od  siebie  natarczywe  myśli,  że  postępuje  głupio,  lub  co  najmniej 
nierozsądnie. Chociaż poczuł  sympatię do tego  siwego, dziwnie pogodnie przemawiającego 
oberwańca, nie był dostatecznie pewny, czy ta pogoda i łachmanami okryta beztroska nie są 
zręcznym  wybiegiem  filuta,  który  go  nocą  okradnie.  W  tej  chwili  jednak,  kiedy  tę  nędzę 
ujrzał  w  całej  okropnej  swej  chwale,  odpędził  od  siebie  wszystkie,  wciąż  mu  nad  uchem 
brzęczące podejrzenia. Poczuł litość, uczciwą, prostą litość. Spojrzał raz jeszcze w jasne oczy 
starego  człowieka  i  nie  ujrzał  w  nich  fałszu.  Nie  zmąciły  się  ani  na  chwilę,  nie  ukrywały 
niczego  i  można  było  przez  nie,  jak  przez  jasność  wody,  niebieskiej  od  niebieskości  nieba, 
ujrzeć  głębokie  dno  serca.  To  zaś  było  najdziwniejsze,  że  w  tej  zmarnionej,  wypłowiałej, 
wytartej  jak  ponury  szablon  figurze,  tkwiła  jakaś  niepojęta  godność,  błyskająca  jak 
drogocenny kamień w plugawej oprawie. Wyglądało tak, jak gdyby ten człowiek obnosił się 
ze  swoją  nędzą  jak  z  dostojeństwem,  taki  jaśnie  wielmożny  obszarpaniec.  Przy  tym 
wszystkim  mówił  głosem  niezwykle  miłym,  spokojnym  i  głębokim,  oczyszczonym  z 
wszelkiej  goryczy  i  chropowatości,  tak  przedziwnie  giętkim,  że  nieznacznym  stonowaniem 
zmieniał  barwę  słowa  i  smutne  zamieniał  w  rozjaśnione;  przemawiał  cicho  i  powoli,  jak 
gdyby  przypatrywał  się  dźwiękom,  aby  były  doskonale  pełne,  zanim  zstąpią  z  jego  warg. 
Stalłński słuchał z przyjemnością, równocześnie zaś ze zdumieniem, jak mówi człowiek, co, 
sądząc  z  pozoru,  powinien  przemawiać  głosem  chrapliwym  pijaka,  któremu  zżarły  gardło 
gorące napoje i lodowate chłody, lub wydawać dźwięki popsutego automatu z podmiejskiego 
szynku. 

background image

— Pan zziąbł bardzo — rzekł Staliński. 
— Jesień  nie  jest  tego  roku  złocista  —  odrzekł  dziwny  gość  —  ale  widziałem  gorsze. 

Zresztą  nie  jest  to  winą  jesieni,  tylko  mojej  nieroztropności,  że  na  taki  czas  odziewam  się 
cokolwiek za lekko. Tu u pana jednak jest przyjemnie ciepło, pozwoli pan przeto, że odwinę 
kołnierz, gdyż podniesienie go było jedynym środkiem ochronnym przeciwko ulewie. 

Staliński patrzył pilnie na każdy jego ruch. Nagle krzyknął: 
— Boże jedyny! Przecie pan nie ma koszuli! Stary człowiek uśmiechnął się jasno. 
— Istotnie, dopiero teraz to zauważyłem. Roztargnienie jest wadą filozofów, a ja, o czym 

pan jeszcze nie wie, często i głęboko rozmyślam. Ach, czemu się pan tak tym przejmuje? Czy 
ja  jeden  na  świecie  nie  mam  koszuli?  Jeśli  pan  tak  wzrusza  się  na  widok  jednego  golca, 
padłby  pan  bez  zmysłów  na  widok  niepoliczonej  ich  gromady.  Spokojnie,  spokojnie,  drogi 
panie! Posiadanie koszuli nie świadczy jeszcze o wzniosłości ducha, a śmiem przypuszczać, 
że  Sokrates  nigdy  nie  używał  tego  przedziwnego  okrycia.  Słyszał  pan  też  zapewne  mądrą 
przypowieść „o koszuli człowieka szczęśliwego”, który jej nigdy nie miał… 

Staliński porwał się z krzesła. 
— Musi się pan natychmiast  napić  czegoś  gorącego. W tej chwili zgotuję panu na  gazie 

herbatę. 

— O  tej  porze?  Byłbym  niepocieszony,  gdybym  miał  pana  czymkolwiek  utrudzić.  Nie, 

dziękuję. Jeżeli jednak dobroć pańska jest tak wielka jak pańskie wzruszenie z byle powodu, 
proszę  pana  o  szklankę  jakiegoś  napoju,  nie  wymagającego  tyle  złożonych  zachodów,  co 
przygotowanie herbaty. 

— Mam doskonałe porto… 
— Otóż  to!  Wybornie  się  składa,  że  obopólnym  życzeniom  stanie  się  zadość.  Porto  jest 

winem  gotowanym,  a  nie  jest,  na  szczęście,  herbatą.  Przy  tym  jest  to  wino  „najwyższego 
dworu  i  arystokracji”,  bardzo  spopularyzowane  przez  teatr.  W  każdej  komedii  francuskiej 
kochanek, przyjmujący gościnnie swoją, czy też cudza kochankę, niezmiennie proponuje jej 
porto i biszkopty. Czy ma pan także i biszkopty? 

— Zdaje się, że mam, nawet z pewnością mam. 
— W  takim  razie…  Czy  się  pan  nie  obrazi?  W  takim  razie  ma  pan  wedle  recepty 

francuskiej i kochankę? 

Staliński, który już podszedł ku bibliotecznej szafie, odwrócił się zdumiony: 
— Skąd  pan  wie  o  tym?  Równocześnie  roześmiali  się  obaj.  Stalińskiemu  uczyniło  się 

dobrze na duszy; spłynęła na niego ta pogodna, tkliwa łaska, która zawsze ogarnia człowieka 
po  spełnieniu  dobrego  czynu.  Był  z  siebie  zadowolony,  niemal  dumny:  nie  pozwolił,  aby 
ciemna, tępa w swej srogości noc, znęcała się nad tym bezbronnym. Sam sobą wzruszył się i 
w tej chwili, w szlachetnym, może na krótko rozbłyśniętym porywie, byłby gotów podzielić 
się wszystkim z człowiekiem bez koszuli. Otworzył szybko butelkę, nalał dwie szklanki i z 
serdecznym uśmiechem rzeki: 

— Niech pan pije, drogi panie! 
Tamten ujął szklankę z wielką powagą, przez dłuższą chwilę patrzył na wino i podniósł je 

do ust takim ruchem, jakby spełniał uroczysty jakiś obrządek. 

— Prawdziwe i najwyższej klasy — powiedział z uznaniem. 
.— Cieszy mnie to bardzo, panie… 
Ostatnie  słowo  zawiesił  na  takim  akcencie,  po  którym  czeka  się  jakiegoś  zakończenia. 

Siwy człowiek, nie widząc koniecznej kropki po tym niepełnym zdaniu, drgnął i spojrzał na 
Stalińskiego frasobliwie, z lekkim niepokojem. 

— Chce pan poznać moje nazwisko? — zapytał cicho. 
— Ależ  nie,  nie  chcę.  Nazwisko  jest  pańską  własnością  i  wcale  nie  żądam,  aby  je  pan 

wyjawił.  Pan  także  nie  wie,  jak  ja  się  nazywam.  Przepraszam  pana,  że  mimo  woli  tak  się 
wyraziłem, jak gdybym pana o nie zapytywał. 

background image

Gość splótł ręce na szklance, jakby ją pieścił i, patrząc nieruchomym wzrokiem w mroczny 

kąt gabinetu, gdzie spały kwiaty, mówił cicho: 

— Powinienem  panu  powiedzieć,  kogo  pan  wprowadził  do  domu.  Znam  dobre  obyczaje 

cywilizowanych ludzi. Jeżeli to jednak jest możliwe, niech mnie pan raczy od tego uwolnić. 
Przyszedłem  do  pana  jak  nocny  upiór,  a  za  kilka  godzin  rozpłynę  się  w  powietrzu,  też  jak 
upiór. Po co takiemu nazwisko? Zjawił się i przepadł… Mógłbym wymienić byle jakie, ale 
nie chcę kłamać, bo ani ja tego nie umiem, ani pan na to nie zasługuje, aby gościć u siebie 
przemyconego za fałszywym paszportem dżentelmena. Czy pan żąda mego nazwiska? 

— Broń Boże! Bardzo mi przykro, że poruszyłem tę sprawę. 
— To dobrze. Powiem panu natomiast, że mi na imię Juliusz.— Jest to jednak imię takie 

purpurowe i takie pontyfikalne, że trzeba by nad nim nosić baldachim i strusie pióra. Słowem, 
jest to imię zbyt dla mnie bogate. Nie stać mnie na taką wspaniałość. Dlatego, ze względu na 
niezłożoną  sytuację,  niech  mnie  pan  nazywa  albo  Łazarzem,  albo  Hiobem,  a  najlepiej 
Diogenesem,  choć  to  zakrawa  na  urojenie  wielkości,  był  to  bowiem  przyjemny  i  wcale 
rozsądny mędrzec. Jestem od niego głupszy, ale nie umiałbym powiedzieć, który z nas dwóch 
kochał bardziej słońce i wino. Staliński uśmiechnął się: 

— Skąd pan wie, że Diogenes kochał wino? 
— Dwa są tego dowody, pierwszy ten, że był filozofem, a ten drugi, że mieszkał w beczce. 

Tylko w radosnej głowie wybornego opoja mógł się urodzić taki wzniosły pomysł. Dlatego 
kameduła mieszka w trumnie, a filozof w beczce, stojącej w słońcu. 

— Czy pan tak kocha słońce? 
Stary człowiek przymknął oczy, jakby w zachwyceniu. 
— Od  wielu,  wielu  lat  jestem  włóczęgą  po  wszystkich  drogach  i  tak  kocham  słońce  jak 

brata.  Ono  sprawiło,  że  zachowałem  serce  uczciwe.  Gdyby  więcej  było  słońca  w  naszym 
kraju, ludzie nie mieliby w sobie tyle goryczy. Mniej byłoby smutku i złorzeczenia. 

— Zauważyłem, że pan nie złorzeczy, choć deszcz pada od wielu dni, panie Juliuszu. 
— Chce  mnie  pan  tak  nazywać?  Niech  będzie  Juliusz!  Godzę  się  na  to,  bo  w  tej  chwili 

czuję  się  jak  poeta  w  swoim  wymarzonym  raju.  A  nie  złorzeczę,  bo  przede  wszystkim 
roztropny  człowiek  wie  o  tym,  że  to  nic  nie  pomoże,  a  poza  tym  jestem  tak  naładowany 
słońcem jak akumulator elektrycznością. I z wielu jeszcze innych powodów, które o godzinie 
zdaje mi się, że drugiej po północy, byłyby zbyt zawiłe i usposobiłyby nas sennie. 

Staliński porwał się z fotela. 
— Na miły Bóg, pan musi być śmiertelnie zmęczony. 
— Nie  tak  bardzo,  aby  nie  dokończyć  tej  butelki.  Anglicy,  chcąc  dać  znać  gościowi,  że 

powinien pójść wreszcie do stu diabłów, nalewają wino pod światło. Tak mi opowiadano, a ja 
to utrzymuję w tajemnicy, aby gościnnych Polaków nie nauczyć złych i zbytecznych manier. 
Jeśliby  pan  jednakże  chciał  skorzystać  z  tego  brutalnego  obyczaju,  niech  pan  to  uczyni. 
Staliński zaśmiał się i nalał wina. 

— Nie będę wprawdzie patrzył pod światło, pan jednak pójdzie spać. Będzie pan spał tu, w 

gabinecie, na tej rozłożystej otomanie, a ja obok w sypialni. 

— Czy pan mieszka w tym domu sam? Staliński spojrzał na niego bystro. 
— Zupełnie sam — odpowiedział. 
— A gdzie jest służba? 
— Służby nie mam; rano przychodzi kobieta, która sprząta mieszkanie i gotuje, a odchodzi 

wieczorem. 

— To dobrze… 
— Dlaczego dobrze? 
— Pan może pomyślał, że dlatego o to pytam, by się dowiedzieć, czy mogę pana zarżnąć 

we  śnie;  nie,  nie  mam  takiego  zamiaru.  Chciałem  dowiedzieć  się  jedynie,  czy  nie  uczynię 
nikomu kłopotu i czy mogę o brzasku wyjść niepostrzeżenie. 

background image

— Nie obawiam się tego, aby mnie pan zarżnął, a o brzasku nigdzie pan nie pójdzie. Niech 

pan śpi, jak długo się panu podoba. 

Staliński  wyszedł  do  przyległego  pokoju,  a  po  chwili  wrócił,  obładowany  poduszkami  i 

kołdrą; ułożył to wszystko na otomanie i rzekł: 

— Niech pan zdejmie marynarkę. Proszę, tu jest nocna koszula i szlafrok. 
Juliusz podniósł się z miną bezradnego dziecka. 
— Wołałbym  pozostać  w  tym,  co  mam  na  sobie.  Przecież  ja  mogę  przyzwyczaić  się  do 

zbytku… Po co to wszystko? Wino, otomana, nocna koszula… 

— Przez jedną noc nie przyzwyczai się pan. Proszę zdjąć marynarkę. 
Stary  człowiek,  jak  zahipnotyzowany  uczynił  to  posłusznie.  Obnażył  ciało  przeraźliwie 

wychudłe, biedne i nieszczęsne, pierś wąską i zapadłą. 

— …  Ale  jestem  zahartowany!  —  rzekł  szybko,  jakby  odpowiadając  na  pełne  zgrozy 

spojrzenie Stalińskiego. 

Zadrżał z rozkoszy, poczuwszy na skórze śnieżną i chłodną biel płótna. 
— Jest to nadzwyczajny wynalazek… taka koszula… — szepnął nieswoim głosem. 
Staliński poczuł ucisk w sercu; zaczął mówić szybko, aby zdławić wzruszenie: 
— Wynalazek  dość  pospolity…  ale  bardzo  panu  do  twarzy…  Doskonale!…  Teraz 

szlafrok… Wybornie! Wygląda pan jak francuski markiz… A teraz spać… Lampę sam pan 
zgasi. Dobranoc, panie Juliuszu! 

Juliusz  stał  bez  ruchu,  oszołomiony  i  jakby  zawstydzony;  drżącą  ręką  dotykał  miękkiej, 

ciepłej materii, ostrożnie i lekko, jak gdyby bał się, że jej może uczyni krzywdę dotknięciem 
zbyt nagłym. 

— To niepotrzebne — mówił cicho. — To bardzo niepotrzebne… Właściwie to mnie pan 

bardzo krzywdzi… Straciłem styl… Sprzeniewierzyłem się wolności… 

— Niech pan sobie gada, co się panu podoba. Dobranoc! 
Stary człowiek nic nie odpowiedział, tylko wiódł spojrzeniem za odchodzącym Stalińskim. 

Stał  tak  przez  dłuższą  chwilę,  śmieszny  w  tym  pięknym  okryciu,  spod  którego  wyglądały 
przeraźliwie, całym gardłem ziewające, przemokłe buty. 

Staliński,  przygotowując  się  do  snu,  nasłuchiwał,  co  się  dzieje  z  jego  gościem.  Słyszał 

westchnienie,  potem  człapanie  butów  po  podłodze,  wreszcie  trzask  przekręcanego  kurka 
lampy. 

„Położył się” — pomyślał. 
W największej ciszy zdjął ubranie i położył się do łóżka. 
Zaczął rozmyślać o całym tym zdarzeniu, które zakończył sam tak niespodzianie. Ten stary 

rozrzewnił go, wzruszył, ale równocześnie napełnił niepokojem. Jest to niewątpliwie dziwak, 
z pozoru szczery i uczciwy, nigdy jednak nie wiadomo, co z człowieka zrobi nędza. Pytał o 
mieszkańców domu i o służbę; po co? — Chociaż wesoło wyjaśnił cel zapytań, niepotrzebnie 
dowiedział  się,  że  są  sami  w  domu.  Oczy  ma  cudownie  jasne.  Najpiękniejsze  oczy  umieją 
jednak  skłamać  nieporównanie.  Dlaczego  nie  chce  wyjawić  nazwiska?  Czy  uciekł  z 
więzienia, czy jest tak bardzo nieszczęśliwy, że  pochował  nazwisko na zawsze w głębokim 
grobie  nieszczęścia?  Może  mu  nie  żal  siebie  samego,  lecz  mu  żal  tego,  co  zapewne  i  do 
innych  należy,  a  co  z  nim  razem  unurzało  się  w  wielkim  trzęsawisku,  sięgającym  mu  po 
szyję. Bóg to raczy wiedzieć. Nie widać w jego oczach obłędu, obłęd jednak czaić się umie, 
jak tygrys. Co on tam robi? Nie śpi, bo nie słychać głębokiego oddechu. Najpewniej jednak 
jest to człowiek dobry. „Gdybym był złodziejem, miałbym własny zegarek i własne łóżko”. 
Uwaga jest dotkliwie prawdziwa. Byłby ukradł gdzieś na strychu przede wszystkim koszulę, a 
zegarek później. Trzeba mu wierzyć. Dobrze się stało, że odpocznie, biedaczysko. Dlaczego 
jednak jeszcze nie śpi? 

background image

Staliński zaniepokoił się nowym niepokojem. — Może czeka, aż ja usnę — pomyślał. — 

Chociaż nie! Udawałby sam, że śpi. Może jednak roztropniej będzie… Strzeżonego Pan Bóg 
strzeże… 

Sam  się  zawstydził  tej  myśli.  Mimo  tego  jednak  wstał  ostrożnie  z  łóżka  i  począł  szukać 

rewolweru, pozostawionego na stole, aby go włożyć pod poduszkę. Zbliżył się ku drzwiom, 
zaczął nasłuchiwać. Stary człowiek coś tam szeptał. 

— Panie Juliuszu, czy pan nie śpi? — zapytał Staliński. 
Chwila ciszy. 
— Nie jeszcze… modlę się… 
— Ach przepraszam! 
— Nic nie szkodzi… Na otwartym powietrzu Pan Bóg mnie nie widział, więc próbuję, czy 

może mnie zauważy w tak wytwornym mieszkaniu. Zresztą: „ja w tej izbie spać nie mogę”. 

— O, czemuż to? 
— Niech pan posłucha… Słyszy pan? 
W wielkiej ciszy słychać było powolne, ciężki e, jakby zmęczone kroki. 
— Ktoś chodzi… 
— Tak. To policjant. Poznaję po sposobie chodzenia, który to z nich… Łazi w taki deszcz, 

biedaczysko! Bardzo mi go żal, bo to dobry człowiek… 

Staliński położył rewolwer tam, skąd go wziął, daleko od siebie. 

background image

III. 

 
Rano obudził go przejmujący krzyk w przeraźliwej tonacji: 
— Ratunku!  Panie  Staliński!  Złodziej  w  mieszkaniu!  Zerwał  się  z  łóżka  i  wbiegł  do 

gabinetu.  W  fotelu  siedział  z  książką  w  ręku  Juliusz,  przybrany  w  swoje  łachmany,  i  z 
uśmiechniętą  ciekawością  patrzył  na  postać  niewieścią,  buchającą  wielkim  krzykiem,  jak 
opasły okręt wzywający ratunku rykiem syreny. 

— Pani  Masłowska,  niech  się  pani  uciszy!  —  rzekł,  śmiejąc  się,  Staliński.  —To  nie  jest 

złodziej. 

— A któż to taki? 
— To nie pani rzecz. Niech pani idzie przygotować śniadanie. 
Pani  Masłowska,  osoba  niezwykle  pulchna,  w  niezdecydowanym  wieku,  z  krótko 

obciętymi  włosami,  z  okularami  na  nosie  i  ogromnymi  fałszywymi  perłami  na  prawdziwie 
zwiędłej  szyi,  cofała  się  powoli  wraz  ze  swym  przerażeniem,  które  się  za  nią  wlokło  jak 
czarny welon za wdową. 

Staliński zwrócił się do Juliusza: 
— Po co pan wstał tak wcześnie, czy aby mi babę przestraszyć? 
— Właściwie to więcej ja się jej przestraszyłem niż ona mnie. Całe szczęście, że nie miała 

w ręku jakiegoś ciężkiego przedmiotu lub imbryka z gorącą woda. A wstałem, bo już nie jest 
wcześnie i miałem zamiar odejść niepostrzeżenie. Nie mogłem jednak odejść bez pożegnania. 

— To pięknie, ale po co pan wdział te łachmany? 
— Czy miał pan zamiar wypuścić mnie na boży świat w stanie całkowitej nagości? 
Staliński zaczął krążyć po gabinecie, jakby szukał wyjścia z błędnego koła sytuacji. Nagle, 

jakby podczas tej wędrówki znalazł myśl szczęśliwą w okolicach biurka, zatrzymał się przed 
starym człowiekiem. 

— Panie kochany — rzekł z wielką powagą w głosie — myślałem długo w nocy o panu. 

Doszedłem do głębokiego przeświadczenia, że jest pan człowiekiem bezwzględnie uczciwym 
i bardzo nieszczęśliwym. 

Stary człowiek podniósł się powoli i skłonił głowę. 
— Kim  pan jest,  nie wiem…  Co pana przywiodło do tego stanu, nie wiem…  To pańska 

rzecz… Zechce mi pan powiedzieć, to dobrze, a nie, to nie. Jest pan biednym człowiekiem, i 
to mi wystarczy za pańską legitymację. Gdyby pan był oszustem, straciłbym  wiarę w ludzi. 
Ale pan nie jest oszustem. I wobec tego… 

Przerwał i następne słowa ważył w duszy jak pocisk w ręku. 
— …i wobec tego zostanie pan u mnie! 
— O Boże! — szepnął Juliusz. 
— Proszę się nie bronić. Sam nie mam wiele, ale jestem człowiekiem wolnym. Mam pod 

dachem bezużyteczny pokoik, w którym składam graty rozmaite i komplety literackich pism. 
Zajmie  pan  ten  pokoik,  a  ja  będę  pana  żywił  tak  długo,  aż  pan  znajdzie  jakąś  pracę.  To 
wszystko… Nazywam się Henryk Staliński i uprawiam bez większego powodzenia literaturę i 
sztuki piękne. Skończyłem… 

Stary  człowiek  zasłonił  twarz  rękoma  i  przez  dłuższą  chwilę  stał  bez  ruchu.  Potem 

wstrząsnął  się,  jakby  chciał  z  siebie  zrzucić  okrywające  go  łachmany  i  wszystką  nędzę, 
wreszcie spojrzał Stalińskiemu prosto w oczy. Spotkał się ze wzrokiem jasnym i szczerym. 

— Ponieważ jestem śmiertelnie zmęczony, przyjmuję. Obym panu nie był ciężarem. Obym 

się panu mógł odwdzięczyć. A tu są moje dokumenty. 

Wydobył  z  kieszeni  sfatygowaną  chustkę  a  z  niej  równie  zniszczony  papier  i  podał  go 

Stalińskiemu,  który  nie  mógł  przemóc  ciekawości.  Rzucił  okiem  na  nazwisko  i  mimo  woli 
zakrzyknął: 

background image

— Czy to możliwe? — zapytał. 
— Hélas! — szepnął Juliusz. 
— To pan runął aż z takiej wysokości? 
— Dlatego tak głęboko spadłem. Fortuna kołem się toczy, a ja poślizgnąłem się i upadłem 

pod koła. 

Staliński nie mógł się uspokoić. Ze zmiętego papierka, zmięte jak ten świstek, błysnęło mu 

przed oczyma nazwisko takie żelazne jak daleka przeszłość, po wielekroć ryte na wspaniałych 
grobowcach  i  złotem  pisane  na  pergaminach,  przybierane  w  delie  i  w  gronostaje,  a  w  tej 
chwili ze wszystkiego odarte, nawet z koszuli, drżące, strudzone, zgryzione przez nędzę. 

Tak był przejęty, że nie chciał o nic pytać. Ten człowiek, znaleziony wśród nocy, i tak już 

dokonał  wielkiej  rzeczy,  że  wyjawił  to  nazwisko,  które  tak  bardzo  chciał  utaić.  Może  mu 
kiedyś  sam  powie  więcej  o  sobie  i  swojej  tragedii.  On  go  pytać  nie  będzie.  Byłby  go 
przygarnął, tak czy owak, wzruszony jego nieszczęściem. 

— Niech pan to zachowa przy sobie — rzekł cicho Juliusz. 
— Dobrze! — odpowiedział Staliński. — Będę pana nazywał Płońskim. Jest to nazwisko z 

powieści. Niech mi pan poda rękę. Nieszczęście pańskie jest dla mnie święte. 

Uścisnęli sobie dłonie i zawarli uczciwy pakt przyjaźni. 
Staliński zakrzątnął się pilnie i nie minęła godzina, kiedy Juliusz, wykąpany i przybrany w 

jego bieliznę, stał przed zwierciadłem i przyglądał się sobie nieufnie. 

— To się dla mnie źle skończy  — rzekł  wreszcie.  — Powinienem  był  zostać tym,  czym 

byłem. 

Staliński ubierał się w przyległym pokoju i wesoło pokrzykiwał. 
— Niech pan zadzwoni na Masłowską, aby dawała śniadanie! 
— Może się będzie bała przyjść. Na wszelki wypadek zawinę w gazetę moje łachy. 
— Niech je pan spali. 
— Za  żadne  skarby.  Albo  mnie  się  przydadzą,  albo  jakiemu  nędzarzowi,  jak  ja;  jedynie 

butów mogę się pozbyć bez wielkiego żalu. Ma pan znajomości wśród poetów, może by który 
chciał je tanio nabyć? Czy mam zadzwonić? 

— Niech pan zadzwoni dwa razy. Za chwilę przychodzę. 
Masłowską przyniosła śniadanie i, postawiwszy je na stole, z wytrzeszczonym zdumieniem 

spojrzała na pana Juliusza. 

— Czy to pan jest ten sam, co tu był? 
— Zmieniłem skórę, jak wąż. Czy nie podobam się pani? — zapytał wesoło. 
— A czemu pan był taki odrapany? 
— Bo byłem wczoraj na balu maskowym, przebrany za inteligenta. 
Masłowską pokręciła nieufnie głową. 
— Może pan był, a może pan nie był. A pan Staliński ubiera się? 
— Tak, droga pani. Ale, ale… pani, czy panna Masłowska? 
— Mężatka — odpowiedziała, patrząc podejrzliwie, czy ten dziwny gość nie kpi. 
Gość jednak mówił z całą powagą: 
— W tym wieku i już mężatka! 
Masłowską z potężnym trudem wołała serdeczną swoją krew, aby spłynęła na jej oblicze w 

roli rumieńca. 

— Od dawna, tylko że dzieci nie mam i dlatego tak się zachowałam — odrzekła uroczo. 
Pan  Juliusz  kiwnął  z  uznaniem  głową,  jakby  na  znak,  że  rozumie  uczciwość  przyrody, 

która dziewiczym wyglądem wynagradza brak potomstwa. 

— A mąż pani czym jest? 
Pani  Masłowską  zabarwiła  odpowiedź  czarnym  kolorem  i  promieniste  dotąd  słowa 

przewiązała żałobną krepą: 

— Niczym nie jest. Całymi nocami czyta, bo się kształci na terrorystę. 

background image

— Patrzcie, patrzcie. Na terrorystę! Piękny to zawód, ale co robi w dzień? 
— Po południu śpi, a rano służy do mszy. 
— Co takiego?! 
— Tak, do mszy służy. Czasem w dwóch, czasem w trzech kościołach, bo bardzo to lubi, a 

procesji to żadnej nie opuści. 

— Fenomenalne! A pani na niego pracuje? 
— A co mam robić? Posługuję u pana Stalińskiego i wynajmuję się na kucharkę na wesela 

i na chrzciny. A czy pan u nas będzie mieszkał? 

— Pan Staliński prosił mnie, ale się waham… 
— Niech pan zostanie! 
— Byłbym potworem, gdybym nie zamieszkał tam, gdzie pani gotuje. 
Pani  Masłowską  spojrzała  na  niego  z  wyraźnym  rozczuleniem.  Staliński,  słuchając  tej 

rozmowy, zasłaniał sobie ręką usta, aby nie wybuchnąć śmiechem. 

— Zdaje się — mówił przy śniadaniu — że pan babinę zawojował. 
— To  jakaś  dobra  kobieta  —  odrzekł  Juliusz  —  a  rozmawiałem  z  nią  wesoło,  bo  mnie 

pańska garderoba tak płocho nastraja. Czy sądząc z kramu i pan jest taki? 

Staliński zgasił uśmiech i spoważniał. 
— Jestem  płochy,  ale  nigdy  nie  byłem  wesoły.  Mam  lat  trzydzieści,  a  nie  umiem  być 

młody. Nie mogę stanąć pewnie, na niewzruszonej podstawie, i wciąż mi się zdaje, że żyję na 
gałęzi, którą wiatr chwieje wraz ze mną. Prawdę mówiąc: sam nie wiem, czego chcę i w którą 
stronę  mam  skierować  życie.  Mam  gdzie  mieszkać,  mam  co  jeść,  co  zawdzięczam 
zapobiegliwemu  ojcu,  ale  nie  mam  czym  żyć.  Piszę  książki,  ale  i  te  książki  są  jakieś 
niepewne; są bez korzeni i chwieją się, jak sosny na piaszczystej wydmie. Dużo w gałęziach 
szumu, dużo wiatru i pachnącego igliwia, rośnie na nich wiele słów dźwięcznych i wonnych, 
tylko  owoc  albo  żaden,  albo  uschły  i  gorzki.  Nie  czuję  pod  sobą  gruntu.  Nie  mam  i  nie 
miałem tej radości, która się rodzi z poczucia siły i mocy charakteru. Nie umiem cierpieć. 

— Czy nie widział pan nigdy nieszczęścia? 
— Sam go nie przeżyłem, a uciekałem od nieszczęść cudzych. Nie jestem egoistą, ale boję 

się  wszelkiego  w  życiu  niepokoju.  Nie  miałem  nigdy  odwagi,  aby  zejść  w  jakieś  sutereny 
życia,  w  jakiś  wilgotny  mrok,  w  zatęchłość  jaskini,  w  której  dogorywa  jakaś  rozpacz,  aby 
poznać  życie  w  najwyższym  jego  napięciu,  na  tym  terenie,  gdzie  się  wieczyście  zmaga  ze 
śmiercią. Zrywałem kwiatki na łączce i szukałem łatwych wzruszeń. Jestem, panie Juliuszu, 
jak ten szczur Chuchundra, co u Kiplinga rzewnymi łzami płacze w ukryciu pod ścianą i nie 
ma odwagi wyjść na środek pokoju. Boję się tajemnicy. Działy się ogromne rzeczy, a ja i inni, 
tacy  jak  ja,  wałęsamy  się  nad  brzegiem  krwią  płynącej  rzeki  i  deklamujemy  wiersze, 
tchórzliwi,  zakłamani  i  udający,  że  nic  nam  o  tym  nie  wiadomo,  że  się  na  świecie  odbywa 
jakaś przeraźliwa przemiana. 

Juliusz patrzył w niego bystrym wzrokiem. 
— To już dobrze — rzekł — że pan sobie z tego zdaje sprawę. 
— To  jest  właśnie  najgorsze,  bo  tym  dotkliwiej  odczuwam  własną  niemoc.  Gdybym  był 

głupi, łatwo bym się rozgrzeszył, ja jednak widzę jasno. Nie chcę być tylko kolorową ćmą, co 
leci do pożaru, a jestem tylko ćmą. Przeraża mnie wielkość zdarzeń, niespodzianość zjawisk, 
inność  świata,  więc  sam  przed  sobą  udaję,  że  nic  się  nie  zmieniło,  że  wielkie  dzisiaj  jest 
podobne do rzewnego i  tkliwego wczoraj,  zamiast  mocnym  krokiem  wejść na to  olbrzymie 
boisko, gdzie się zmagają ze sobą ludzie i serca, i mózgi, i wziąć udział w walce. Wybrałem 
sobie  jako  oręż  słowo,  więc  nie  jestem  bezbronny.  Może  przydałbym  się  na  co.  Lecz  cóż? 
Dusza mi uciekła w pięty, a ja do tego gabinetu, dzielny Ajaks. 

— Nie trzeba mówić z goryczą… 
— Sam nie wiem, skąd to na mnie przyszło. Nie mam nikogo, z kim mógłbym pomówić, a 

z Masłowską trudno o tym gadać. Przypadł mi pan do serca, więc gadam z panem. Zdaje się, 

background image

że  znam  pana  od  dawna,  a  patrzę  na  pana  z  podziwem,  bo  pan  zapewne  widział  życie  bez 
maski i niefałszowane. Jestem wobec pana chłystek. 

— Bez przesady, luby młodzieńcze! 
— A tak! Mam w sobie wszystkie możliwości, aby być pełnym człowiekiem, prócz jednej, 

prócz tej odrobiny cementu, którym trzeba zespolić to wszystko: prócz charakteru. Nie mam 
w  sobie  powagi  siły  i  woli  wielkości.  Jestem  kolorową  meduzą,  zawieszona  w  odmętach 
oceanu, galaretą, projektem na człowieka. 

— Kto temu winien? 
— Nie  wiem.  Ja  sam  przede  wszystkim,  to  rzecz  oczywista.  Pewnie  i  ci,  co  mnie 

wychowali,  wreszcie  ogromność  naszych  dni.  Nagle  wyrosła  przed  nami  góra,  a  my 
zostaliśmy w kotlince, przypatrując się burzom tam, na szczytach. Nikt nie ma dość odwagi, 
aby  tam  wejść,  więc  schowaliśmy  się  w  dole  w  cicho  brzęczącej  literaturze,  w  stęchłym 
teatrze, w drobnych sprawach, w małych szachrajstwach, w ciasnych kapliczkach. 

— Przesadza pan cokolwiek, bo dzień jest pochmurny i jest zimno. Nie wszyscy są tacy. 
— Zapewne, ale ja nie chcę być takim i stąd moje gorzkie żale. Bardzo pana przepraszam 

— zaśmiał: się niepewnie — że podczas pierwszej naszej uczty karmię pana cykutą. 

— Rzadko  kiedy  jadłem  ambrozję,  zresztą  wczoraj  napoił  mnie  pan  winem.  Nic  nie 

szkodzi! 

— Chciałem się panu przedstawić w całej okazałości. Wie pan już mniej więcej, z kim pan 

będzie żył pod jednym dachem. 

— Teraz ja przyznam się panu, że poczułem do pana sympatię. 
— Mimo tego, co panu o sobie powiedziałem? 
— Właśnie dlatego, co mi pan powiedział. 
— Wobec tego — zaśmiał się Staliński — chodźmy obejrzeć pańskie cubiculum. 
Kiedy przechodzili przez przedpokój, zadźwięczał dzwonek. 
— To  zapewne  poczta  —  rzekł  Staliński  i  wyjrzał  przez  oszklone  drzwi.  —  Pani 

Masłowska! 

— Żona nabożnego terrorysty już bieży jak jelonek — rzekł Juliusz. — Co się panu stało? 
Staliński położył palec na ustach. 
— Nic…  nic…  Pani  Maslowska  —  mówił  ściszonym  głosem  —  tam  przy  furtce  stoi 

pewna pani. Niech jej pani powie, że mnie nie ma, że wyjechałem. 

— A kiedy pan wróci? — spytała drwiąco Masłowska. 
— Nie wie pani kiedy i koniec. Prędzej, niechże pani idzie! 
— Taka może poczekać — oświadczyła Masłowska z przekonaniem. 
— Bez  gadania,  prędzej!  Niech  pan  wejdzie  na  schody,  panie  Juliuszu.  Nie  trzeba,  żeby 

nas ta pani widziała. 

Przeczekali w ukryciu aż do powrotu Iris Masłowskiej. 
— Poszła? — spytał Staliński. 
— Nie chciała, ale poszła. 
— Co mówiła? 
— Jak zwykle, że pan jest oszust, a ja łżę. Na to ja jej powiedziałam, że mam w pięcie to, 

co byle kto o mnie mówi. 

— Jak pani śmiała? 
— To czemu pan sam nie poszedł otworzyć? Staliński spojrzał spod oka na Juliusza, który, 

uśmiechając się naiwnie, powiedział: 

— Nie śmiem się wtrącać w pańskie sprawy, ale byłoby mi niewymownie przykro, gdyby 

bezkarnie obrażano osobę tak czcigodną, jak pani Masłowska. 

Babina spojrzała zwycięsko na Stalińskiego, a z wielkim szacunkiem na Juliusza. 
— Anioł, nie człowiek! — rzekła z podziwem. Anioł, nie człowiek ujął Stałińskiego pod 

rękę. 

background image

— Kobiety  —  rzekł  —  nie  znają  zawiłej  sztuki  rozmowy  dyplomatycznej  i  wybaczają 

sobie łatwo wzajemną niepowściągliwość, 

Staliński machnął ręką. 
— Masłowska  biesi  się,  bo  to  służąca  jeszcze  mojej  matki,  więc  jest  przekonana,  że  jej 

wolno po mnie jeździć. Ale ma pan rację, szkoda o tym gadać! 

background image

IV. 

 
Ina Torres odeszła od furtki z piekłem w duszy. Była pewna, że Staliński był w domu, i 

dlatego też przyszła do niego tak wcześnie, że nigdy o tej porze nie wychodził. Jasne jest, że 
się przed nią ukrywa. Roztropnie wnioskując z dawnych przeżyć przypuszczała, że kiedyś do 
tego  dojdzie,  nie  spodziewała  się  jednak,  że  dojdzie  tak  prędko.  Ceniła  go  wyżej  niż  tych, 
którzy ją dotąd opuszczali; gromadka ta była dość spora i wystarczająca do założenia małego 
klubu  imienia  Iny  Torres;  z  prezesem,  wiceprezesem  i  skarbnikiem,  nie  była  jednak  warta 
jednego  Stalińskiego,  który  zdawał  się  mieć  maniery  „przedwojenne”  i  w  stosunku  do  niej 
okazywał zawsze wiele wykwintnej delikatności. Stać go było na to, gdyż miał pieniądze i nie 
musiał,  obyczajem  powszechnie  wśród  nowoczesnych  wielbicieli  przyjętym,  uciekać 
niegodnie na samą wzmiankę o zapłaceniu rachunku modystki. 

Bardzo  ją  też  zdziwiło,  że  tak  postąpił,  bo  układając  plany  na  daleką  przyszłość  — 

znacznie poważniejsze niż byle rachunek — z tragicznym poświęceniem i gestem królowej z 
prowincjonalnego  teatru,  odrzucała  wszystkie  jego,  z  ujmującym  taktem  czynione, 
propozycje.  Zapamiętanym  z  „Godziny  zmysłów”  melancholijnym  i  gorzkim  jak  migdały 
zapytaniem:  —  „Czy  chcesz  śmiertelnie  obrazić  naszą  miłość?”  —  dawała  mu  wyraźnie 
chyba do poznania, że kocha go bezinteresownie, tak samo jak sztukę, dla której wyrzekła się 
rodzonego  imienia  i  nazwiska.  Tym  większy  gniew  ją  ogarnął,  bo  go  kochała  niemal  że 
naprawdę,  w  połowie  jako  czarującego  mężczyznę,  w  połowie  zaś  jako  ostatnią  nadzieję  w 
artystycznej karierze. 

Staliński nie tylko że miał stosunki i wpływy w tym światku, który mógłby nieznaną Inę 

Torres  uczynić  gwiazdą  na  ciemnym  firmamencie  kinematografu,  lecz  mógł  sam  napisać 
scenariusz  z  główną  rolą  dla  niej.  Wielu  już  wprawdzie  uroczych  młodzieńców  obiecało  jej 
poparcie, scenariusz i rolę, skończyło się jednak zawsze tylko na ich roli, dość pospolitej, a z 
całego  przedsięwzięcia  filmowego  ofiarowano  jej  jedynie  tajemniczą  ciemność  przybytku. 
Staliński niczego jej nigdy nie obiecywał, byłby jednak dotrzymał każdej obietnicy. Dlatego 
przylgnęła  do  niego,  dlatego  zakochała  się  w  nim  na  wszelki  wypadek,  wiedząc,  że 
niepospolitą swoją urodą burzy w nim krew. Była to jej ostatnia stawka. Gdyby ją przegrała, 
musiałaby  zdjąć  z  siebie  Ina  Torres  ten  pożyczony  bogaty  płaszcz  i  wałęsać  się  w 
sukienczynie domowego wyrobu. 

Mogło  się  też  zdarzyć,  że  się  Staliński  z  nią  ożeni.  Nie  dlatego,  żeby  za  nią  szalał,  bo 

wcale  nie  szalał.  Nie  dlatego,  że  jest  piękna,  bo  są  może  —  oczywiście  gdzieś  na  dalekim 
świecie  —  piękniejsze.  Mógł  się  z  nią  ożenić  po  prostu  dla  świętego  spokoju,  gdyby  był 
przyparty do muru i burzliwie zagarnięty, albo zmęczony i znudzony łzami. Przejrzała go na 
wylot  i  wiedziała,  że  cierpi  na  rozmiękczenie  duszy.  Skąd  się  w  nim  przeto  wzięło  tyle 
odwagi, aby ją odprawić od drzwi? 

Chociaż, gdyby był odważny, powiedziałby jej wprost, że ma dość miłosnego ćwierkania i 

kręcenia się dokoła jednego tematu: sprawy jej filmowej kariery. Stchórzył po prostu i nie jest 
lepszy  od  innych.  Do  tamtych  nie  ma  pretensji,  bo  wiedziała  od  razu,  jak  się  wszystko 
skończy. Do niego jednak ma żal, bo po co się z nim bałamuciła przez pół roku? Licho wie, 
co ją mogło  spotkać przez czas tak długi.  Nie stać ją na taką rozrzutność czasu i  serca. Pal 
licho  serce,  bo  go  jej  nie  ubyło,  ale  czasu  już  nie  odrobi.  A  on  jej  kazał  powiedzieć  przez 
pyskatą babę, że wyjechał… 

Nagle oczy jej pociemniały. 
„A może dowiedział się o Szarocie?” — pomyślała. 
Pan Ryszard Szarota był młodzieńcem najwytworniejszym wśród wytwornych i uchodził 

powszechnie za jej przyrodniego brata, czego nigdy nie mogłyby dowieść, niedbale zapewne 
prowadzone, metryki stanu cywilnego. Posiadał, jako sublokator Stalińskiego, drugą połowę 

background image

jej  serca  i  był  nieraz  powodem  jej  serdecznej  rozterki,  kiedy  nie  mogła  pewnie  określić, 
którego z nich z większym oczekuje utęsknieniem. Szarota miał tę przewagę nad Stalińskim, 
że nie podlegał nigdy zwątpieniom i wahaniom, lecz z rycerską brawurą szedł przez życie bez 
grosza  w  kieszeni,  z  trocinami  we  łbie,  z  tą  naczelną  zasadą,  że  brak  wszelkich  zasad  jest 
zasadą  najroztropniejszą,  pozwalającą  wymknąć  się  z  każdej  sytuacji  z  uśmiechniętą 
fizjonomią. 

Ina  Torres  trzymała  go  w  rezerwie,  jak  niebieskiego  ptaka  w  klatce.  Gdyby  Staliński 

dowiedział się o nim, rzecz byłaby skończona; ale skąd mógł się dowiedzieć? Nie, to nie jest 
sprawa  o  tego  mydłka.  Dlatego  przezornie  uchodzi  on  za  jej  bliskiego  krewnego,  a  nie  za 
oklepanego  „kuzyna”,  który  zawsze  budzi  podejrzenia  w  miłosnych  powikłaniach.  Powód 
musi być głębszy i ważniejszy. 

„W tym musi tkwić kobieta” — pomyślała z nagłym strachem. 
Nie mogło być nic innego. Tylko miłość mogła była zwyciężyć miłostkę, jeśli jest tak, jest 

źle, ale nie jest beznadziejnie. Na miękkich ludzi są twarde sposoby. 

Od razu zaczęły one roić się w burzliwej  głowie panny Torres. Jak migotliwe obrazy na 

płótnie  kinematografu,  przesuwać  się  zaczęły  przed  jej  oczyma  sceny  tragiczne,  groźne, 
demoniczne,  pełne  jęków  i  płaczu,  sceny  samobójstwa  i  śmierci,  rewolwerów  i  sztyletów. 
Piękna jej i wyrazista twarz musiała zamienić się w ekran, na którym przeraźliwe odbywają 
się sprawy, albowiem ten i ów z przechodniów patrzył na idącą szybko Torres z wyraźnym 
zdumieniem. Nie zwracała na to uwagi, lecz, zmieniwszy spojrzenie we dwa sztylety, godziła 
nimi wprost w serce Stalińskiego, który, w powiększonym stokrotnie odbiciu, ukazał się nagle 
przed nią na szarym murze domu. 

Wpadła do mieszkania i rzuciła w jeden kąt kapelusz, a w drugi futro. 
— A tobie co się stało? 
Matka Iny Torres patrzyła na nią z niepokojem. 
— Niech mi matka da spokój! 
— Ale co ty z gębą wyprawiasz? 
— Moja gęba, to mi wolno. 
Usiadła  na  krześle  i  oparłszy  łokcie  o  kolana,  ujęła  głowę  w  dłonie.  Tajemniczym 

wzrokiem  „kobiety–wampira”  wpatrzyła  się  w  głuchą  ścianę,  z  której  z  koleżeńskim 
porozumieniem spoglądał na nią Ramon Navarro. 

Matka, tknięta złym przeczuciem, podeszła bliżej. 
— Co ci jest, Karolciu? 
— Mówiłam mamie najmniej sto razy, że nie nazywam się Karolcia, tylko Ina. Ina Torres! 
— Nazywasz się Karolina Ćmiel, ale mnie wszystko jedno. 
— Ale na świecie nie jest wszystko jedno. W Ameryce nie umieją wymówić Ćmiel, a będą 

umieli wymówić Torres. 

— Może wymówiliby i Ćmiel, ale nie zechcą. 
— Niech się już mama o to nie martwi, kiedyś zechcą. Proszę mi dać spokój, czemu mnie 

mama prześladuje? 

Wypłowiała kobieta i tak zwiędła, jak owoc na mrozie, spojrzała na nią bolesnymi oczyma, 

chciała  coś powiedzieć,  ale słowa, zbyt cierpkie, rozeszły się w  cichym  szepcie.  Ina Torres 
przeniosła wzrok na matkę i rzekła: 

— Niech się mama nie gniewa, nie chciałam tego powiedzieć, ale jestem rozdrażniona, bo 

mam ciężkie zmartwienie. Z twarzy Ćmielowej jak gdyby wiatr zwiał chmurę, a przywiał na 
nią niepokój. 

— Boże drogi, co ci się stało? 
— Staliński zamknął mi drzwi przed nosem. Ale ja mu się odwdzięczę! 
— Po coś do niego chodziła? 

background image

— Wszystko jedno, po co. Mama wie, jak sprawy stoją. Bez niego nic się nie uda, bo bez 

protekcji nigdzie mnie nie wezmą. 

— Przecie jesteś zdolna. Szarota mówił, że tak zrobić wariatkę, jak ty umiesz, to nawet w 

Ameryce nie potrafią. I umrzeć też nikt tak elegancko nie umie. 

— I co z tego? A bez Stalińskiego nie dam rady. Zresztą myślałam, że się ze mną ożeni… 
— Żeby to Pan Bóg dał! Lepiej by było, żeby to był pisarz hipoteczny, a nie taki co książki 

pisze, ale czasy ciężkie i wybierać trudno. Ty mu łaskę robisz, a nie on tobie. A czemuż on 
drzwi przed tobą zamknął? 

— Właśnie, że nie wiem, i to mnie gnębi. Ćmielowa długo szukała rozumnej przyczyny, 

dla  której  młody  człowiek  nie  chce  widzieć  najprzystojniejszej  na  świecie  dziewczyny,  i 
znalazła wreszcie jedną, wielce roztropną. 

— A ja ci powiem czemu… 
— Ciekawa jestem, co mama wymyśliła? 
— Bo za bardzo za nim biegałaś! Mężczyzna tego nie lubi. Zawsze trzeba tak robić, żeby 

on  za  tobą  latał,  a  im  dalej  uciekniesz,  tym  prędzej  on  za  tobą  przyleci.  Mądrzejsi  od  nas 
dawno to już wymyślili. Czy ty go bardzo kochasz? 

— Można wytrzymać. Z miłości nie umrę. 
— To czemu robisz takie hece? 
— Bo ja go mogę kochać albo nie kochać, a na męża byłby dobry. 
— Jak to? Tak bez miłości? 
Ina  Torres  spojrzała  na  Ramona  Nawarro  z  niemą  prośbą,  aby  się  nie  dziwił  prostocie 

ducha tej dobrej kobiety. 

— Moja mamo, teraz nie o to chodzi — rzekła niecierpliwie. — Ja Stalińskiego tak łatwo 

nie wypuszczę. Za moją miłość i za moje łzy… 

— Toś ty przez niego płakała, moje dziecko? 
— Ależ nie płakałam, nie płakałam, tylko tak się to mówi… Nie mam czasu wszystkiego 

mamie tłumaczyć. Nie wypuszczę go i koniec! 

— Przez policję go nie sprowadzisz. 
— Są rozmaite sposoby… Jeszcze on będzie tutaj na kolanach mnie błagał i przepraszał. 
Ćmielowa pokręciła nieufnie głową i ciężko westchnęła. 
— Czy mama wychodzi? 
— Wychodzę,  albo  co?  Ma  tu  kto  przyjść?…  Prawda,  żebym  nie  zapomniała.  Był  tu 

Szarota i mówił, że ma ważną sprawę. 

— Przyjdzie jeszcze? 
— Nie wiem, ale myślę, że nie, bo mu powiedziałam, że obiadu dzisiaj u nas nie będzie, bo 

idziemy do ciotki. Skrzywił się i zakręcił na pięcie. 

— A obiadu naprawdę nie będzie? 
— Dla ciebie są flaki od wczoraj, to sobie odgrzej, ja idę szyć ma Mokotowską. 
— Nic nie ma, tylko flaki? 
— W Ameryce będziesz jadła smażone papugi z ananasem. Bądź zdrowa. 
Ina  Torres  długo  siedziała  nieruchomo.  Wreszcie  porwała  się  z  krzesła  i  stanęła 

wyprostowana  przed  lustrem,  smukła  i  gibka,  z  rozchylonymi  ustami.  Wyglądała  jak 
wykrzyknik po namiętnym zdaniu. Raz spojrzawszy na swoje odbicie, nie mogła już oderwać 
wzroku;  patrzyła  na  siebie  z  lubością,  potem  zaczęła  stroić  przedziwne  miny.  Rozszerzyła 
oczy,  jak  człowiek  w  śmiertelnym  przestrachu,  wyciągnęła  przed  siebie  ręce  i  odpychała 
jakieś przeraźliwe widmo, które musiało siedzieć ukryte za lustrem, a teraz długimi rękoma 
chciało jej wyrwać serce. Kiedy widmo zostało załatwione, powiało od lustra tak niezmierną, 
krwawym  oparem  namiętności  barwioną  miłością,  że  Ina  Torres,  cudem  swej  tajemnej  i 
nieodgadnionej  sztuki,  zamieniła  się  z  kobiety  obłąkanej  trwogą  w  dziewicę  czekającą 
oblubieńca. Przechyliwszy w tył głowę, otwarła lekko usta na przyjęcie pocałunku, jak róża 

background image

na przyjęcie rosy, lewą ręką uciszała serce, jak trzepocącego się  gołębia, a prawą, markując 
tym  dwoistość i niezdecydowanie duszy, broniła się lekko, jakby  chciała powiedzieć:  „Nie, 
nie! jeszcze nie dzisiaj!” Oblubieniec zapadł się taktownie w srebrzystą otchłań zwierciadła, 
co jej dało wyborny powód do nagłego pomieszania zmysłów, gdyż chwyciwszy się rękoma 
za  głowę,  jako  generalną  siedzibę  rozsądku,  poczęła  gibkim  ciałem  chwiać  na  wszystkie 
strony,  sposób  ten  bowiem,  należycie  wypróbowany  przez  Ofelię,  najświetniej  wyobraża 
obłęd z miłości. 

Ponieważ  ta  scena,  bardzo  trudna,  udała  jej  się  należycie,  uśmiechnęła  się  do  siebie 

kokieteryjnie, krzyknęła: „Ole!” i prawą rękę oparłszy o biodro, wysunęła nieco dolną wargę, 
a  pierś  podniosła  zuchwale,  co  w  zręcznym  połączeniu  dało  obraz  namiętnej  i  gardzącej 
mężczyzną,  płochej  hiszpańskiej  Mercedes,  która,  przyjrzawszy  się  sobie  w  zwierciadle  i  z 
uznaniem  kiwnąwszy  głową,  postanowiła  bez  rozumnego  powodu  umrzeć.  W  tym  celu 
przysunęła  w  pobliże  bardzo  wysiedzianą  otomanę,  na  którą  padła  omdlałym  ruchem, 
rozrzuciwszy bezładnie ramiona; kącikiem oka spojrzała w mądre zwierciadło, a dostrzegłszy, 
że pozycja jest cokolwiek brutalna, poprawiła się po śmierci i leżała bez ruchu we wdzięcznej 
pozie.  Postanowiła  już  nie  zmartwychwstawać,  gdyż,  wobec  zupełnego  wyczerpania 
zasadniczych łamańców, nie było po co. 

Leżąc  tak  na  śmiertelnej  pościeli,  zaczęła  Ina  Torres  znowu  rozmyślać  o  Stalińskim,  o 

którym  zapomniała  na  czas  trwania  misteriów.  Gdyby  teraz  tu  przyszedł  i  zobaczyłjąbez 
ducha,  może  by  się  wzruszył.  Serce  ma  jak  wosk  i  boi  się  wszelkich  awantur.  Ona  mu  nie 
chce ani krzywdy uczynić, ani nie chce się mścić, ale niech od niej nie ucieka. 

— Gdybym nie była fenomenalnie zdolna — myślała — niechby sobie poszedł do diabła, 

bo mi na nic takie roztopione masło, ale prawdziwa, jak ja, artystka nie będzie dlatego ginąć, 
że tak się panu Stalińskiemu podoba… Kto tam? 

Wszedł  elegancki  Szarota.  Przesadnie  układny,  przystojny  i  pachnący;  krawat  miał  tak 

barwny  jak  flaga  egzotycznego  państwa.  Na  palcu  sygnet  okazałych  rozmiarów,  jak  mała 
pieczęć kanclerska. Na przegubie lewej ręki złota bransoletka. Gładko ogolony, fryzurę miał 
tak  doskonale  ułożoną,  że  jeden  włos  zdawał  się  pilnować  drugiego,  aby  nie  popsuł  szyku. 
Mówił nadobnie, wyszukując słów, które, jak  gdyby z nim wróciwszy  od fryzjera, były też 
pachnące  i  błyszczące,  jak  szlifowane  paznokcie.  Oczy  patrzyły  mądrze,  z  wszędobylską, 
sprytną mądrością. 

— Po coś tu przyszedł? — zapytała Ina cierpko, obudziwszy się z letargu i oparłszy głowę 

na ręku. 

— Maman nie ma? 
— Do mnie przyszedłeś, czy do maman? 
— Już tu raz byłem, bo mam pierwszorzędną sprawę. Można się usadowić? Masz dziwne 

błyski w oczach, boska Torres! Czy to miłość? 

— Gadaj po ludzku, czego chcesz? 
Szarota  zmrużył  oko,  jak  strzelec,  który  bierze  na  cel  kolorowego  bażanta,  chwilę 

wytrzymał w nieruchomości, potem strzelił: 

— Zyndram kręci obraz! 
Torres cisnęła się w górę, jak odbita od ziemi piłka. 
— Nie może być! 
— Może być, kiedy ja mówię. 
— Leszek Zyndram? 
— On  sam.  jego  osiwiały  ojciec,  stary  Zwajfuss,  zrobił  forsę  na  drzewie  i  daje  synowi 

Zyndramowi na film. 

Torres zapłonęły oczy. Rzekła głosem niepewnym i pełnym drżenia: 
— Słuchaj… Powiedz prawdę… Czy ja? 
— Może… 

background image

— Czemu może? Mów prędko! 
— Są warunki, albo ciężkie, albo lekkie, to zależy. 
— Przyjmę wszystkie warunki. Co trzeba zrobić? 
— To trzeba zrobić, żeby scenariusz dał Staliński. 
Ina Torres spojrzała na niego bardzo smutno. 
— Dlaczego on? — spytała z cichą rozpaczą. 
— Zyndram uparł się, bo Staliński jest teraz modny. Nikt tego nie wie, dlaczego, ale jest 

modny. W tych dniach idzie do niego w tej sprawie, a ja w tej samej sprawie przyszedłem do 
ciebie. Tobie przecie ten poecina nie odmówi. 

Ina patrzyła w okno i rozmyślała usilnie. 
— Słuchaj — rzekła po długiej chwili — siądź tu przy mnie. To trzeba zrobić tak… 
Zaczęła szeptem długą przemowę, którą Szarota ilustrował otwieraniem ust, wznoszeniem 

brwi  i  uderzaniem  dłonią  o  kolana.  Czasem  wtrącał  słowo,  które  ginęło  bezpotomnie  w 
nurtach jej gorącej wymowy. 

— Pomożesz mi? — powiedziała glośno. 
Szarota miał niepewną minę. 
— Pomysł  jest  ryzykowny  i  przypomina  kiepski  obraz,  robiony  przez  pomylonego 

reżysera.  Serce  mi  się  kraje,  bo  działam  przeciwko  sobie  i  popycham  cię  w  jego  ramiona. 
Zawiła to jest kabała i może cię ośmieszyć. 

— A co mi zostaje? Szarota! On tu musi przyjść! 
— Obym ja go tylko nie spotkał, bo mu cisnę w twarz takie słowo, które go uderzy. 
— Rób, co chcesz, ciskaj, albo nie ciskaj, tylko niech on tu przyjdzie. 
— Spróbuję  w  imię  miłości,  ale  mojej  miłości.  Teraz  już  muszę  iść,  gdyż  mam  dziś 

śniadanie u ambasadora. 

— Zostań, dostaniesz pięć złotych na obiad. 
— Jeśli  zostanę,  to  nie  dla  pięciu  złotych,  ale  aby  dłużej  oddychać  tym  powietrzem, 

którym ty oddychasz. 

Zaczęli  się  naradzać,  jak  by  nieszczęsną  duszę  Stalińskiego  przywlec  za  włosy  do  Iny 

Torres. 

background image

V. 

 
Gdy  Masłowska  przynosiła  śniadanie  do  pokoiku  pod  dachem,  gdzie  Juliusz,  zwany 

Płońskim,  mieszkał  od  wielu  już  dni,  witał  on  ją  wielce  uroczyście  poważnym  skinieniem 
głowy  i  dopiero  po  ukończeniu  ceremoniału,  podczas  którego  oddawano  sobie  wzajemnie 
powinny  szacunek,  a  stopień  służbowy  grubej  pani  Masłowskiej  ustawiano  na  jednym 
poziomie z nieokreślonym stanowiskiem towarzyskim cienkiego gościa, rozmowa stawała się 
swobodna i bardzo przyjacielskaPłoński zrywał z ust uśmiech jak różę i rzucał jej pod nogi, 
pani  Masłowska  zaś,  zaznaczając  miękką  rzewność  kobiecej  duszy,  dodawała  do  swojego 
szerokiego uśmiechu odrobinę pobłażającej tkliwości, wobec czego kwiat, co wykwitał na jej 
twarzy,  ozdobiony  był  drżącą  perełką  rosy.  Płoński  zamiatając  słowami,  jak  pióropuszem, 
mówił nadobnie: 

— Uroczo  pani  dzisiaj  wygląda,  pani  Masłowska.  Jak  pani  to  robi,  że  co  dzień  pani 

młodnieje? 

— Bo z Bogiem żyję i ciężko pracuję—odpowiadała wdzięcznie. 
— A jak tam mąż? 
— Nigdzie nie uciekł, na moje nieszczęście. 
— Żal przez panią przemawia… A czy wciąż jeszcze chce wyrżnąć burżuazję? 
— Ciągle gada od rzeczy. 
— W  takim  razie  niech  mu  pani  powie,  aby  się  pośpieszył,  bo  niedługo  burżuazja  sama 

skapieje z głodu i nie będzie już kogo rżnąć. Bardzo pani dziękuję za śniadanie. 

Pani  Masłowska  odchodziła,  wzdychając.  Po  krótkim  czasie  pogodnej  ich  znajomości, 

opartej na wzajemnym szacunku, całkowicie pozbawionym akcentów tragicznie namiętnych, 
nie pozwoliłaby temu dobremu człowiekowi uczynić krzywdy, chociażby własnym miała go 
osłonić  ciałem.  Szlachetności  ofiary  bynajmniej  to  nie  umniejszało,  że  była  całkowicie 
zbędna,  gdyż  nikt  na  niego  nie  nastawał,  sama  zaś  groźba  użycia  jej  potężnej  osoby  jako 
tarczy wystarczała, aby opamiętał się wróg najbardziej krwiożerczy. 

Płoński zagarnął nie tylko łatwe do zagarnięcia i napęczniałe tkliwością serce tej babiny. 

Lgnął  do  niego  również  Staliński,  niełatwy  do  przyjaźni  i  wybredny  w  jej  sprawach.  Teraz 
skwapliwie wchodził w obręb rozświetlonego kręgu, który jak zaczarowane koło otaczał tego 
człowieka.  Było  mu  z  nim  dobrze.  Płoński  był  taki  jak  pogodny  dzień,  pełny  blasku  i 
przejaśnionego słońcem spokoju; kiedy przemawiał, zdawało się, że to nie słowa brzęczą, lecz 
mądre  pszczoły,  które  w  żmudnym  trudzie  obleciały  wszystkie  ugory,  gdzie  rosły  osty, 
nawiane  przez  nędzę,  i  były  wszędzie  tam,  gdzie  nie  dociera  nawet  słońce:  w  głębokich 
zatęchłych dolinach, zapomnianych przez Boga i ludzi. 

Staliński  słuchał  go  z  upodobaniem,  jak  się  słucha  wędrowca,  co  był  w  dalekich 

nieznanych  krajach  i  wszystkiemu  mądrymi  przyglądał  się  oczyma;  nie  znał  takich  jak  on. 
Dotąd,  każdego  dnia  nieodmiennie,  brnął  przez  odmęt  i  topielisko,  przez  płytkie  morze 
płytkich  słów,  narzekań,  ujadań,  goryczy,  żalów  i  złorzeczeń;  przesiadywał  w  smętnym 
młynie,  trącym  na  miazgę  plewy  dobrych  chęci,  nadętych  pomysłów,  wypłowiałych  idei  i 
dudniących  haseł.  W  kręgu  jego  spraw,  w  jego  małym  światku,  powietrze  było  duszne, 
zasnute dymem i parnością słów, białych bez krwi, a tak oszołamiających i pachnących jak 
tuberozy, trupi kwiat. 

A  ten  stary  człowiek  jakby  z  innego  pochodził  świata.  Staliński  podziwiał  w  nim 

najbardziej pogodny spokój, tak do niedawna jeszcze odziany w łachmany. Czy możliwe jest, 
aby  go  znalazł  tam,  gdzie  dotąd  przebywał?  Na  gościńcu,  w  przydrożnym  rowie,  w 
obmierzłej spelunce, w zbutwiałej budzie? Czy nędza i nieszczęście rodzą promieniste dzieci? 

Juliusz odpowiedział mu na to jednej nocy, nie wiedząc o pytaniu. Noc była smutna i zła, 

wiatr  chichotał,  jakby  się  radował  z  męki  chuderlawych,  wśród  bruku  rosnących  drzewek, 

background image

rwanych  za  włosy  i  wykręcanych  na  wszystkie  strony.  Deszcz  brzęczał  na  rynnach, 
nieprzerwany, zawzięty i monotonnie gadatliwy, jak jędza. 

Staliński  czytał  gazetę,  wtłoczony  głęboko  w  fotel,  a  Płoński  przysiadał  na  chwilę,  aby 

znów wstać i zbliżyć się do okna, po którego szybach nieprzerwaną strugą ciekły łzy. Patrzył 
w mokrą jak ścierka ciemność i, wstrząsnąwszy się, jakby to jego deszcz siekł, powracał. 

— Czego pan tak wypatruje? — zapytał Staliński. 
— Zmiłowania bożego — odrzekł Juliusz. — Czy ten deszcz długo jeszcze będzie padał? 

To już trzeci dzień. 

— Coś koło tego. Obrzydliwy deszcz, bo zimny i z wiatrem. 
— Otóż to, otóż to właśnie… Serce się kraje. 
— Czemuż aż tak tragicznie? Czy panu zimno? 
— Mnie?  Mnie  jest  ciepło.  Niech  pan  jednak  pomyśli,  ilu  ludzi  w  tej  chwili  szczęka 

zębami, ilu ludzi, przemokłych aż do kości, sinych i drżących, patrzy z rozpaczą w niebo, czy 
się wreszcie nie zmiłuje. 

— Każdy gdzieś się schroni… 
— Dokąd  się  schroni?  Kiedy  pan  mnie  spotkał,  drogi  panie  Henryku,  gdzie  było  moje 

schronienie? 

— Tak, to prawda… 
— A czyja byłem jeden? Tej samej nocy tysiące ludzi wałęsało się, jak psy, po ogrodach, 

po zakamarkach pod arkadami. W tej chwili czynią to samo. Mój Boże! Ciekaw jestem, kto 
się  przytulił  w  mojej  budzie?  Adres  znało  kilku,  ale  nie  wszyscy  byli  tak  niewybredni,  jak 
ja… Dzisiaj musi tam być ścisk. Aż mi wstyd, że mi tu u pana ciepło i zacisznie. Czuję się 
winnym jak gdybym złamał solidarność, uciekając od nędzy i od tego deszczu. 

— Całe szczęście, że pan uciekł. Zresztą zimny deszcz to jeszcze nie mróz. 
— Mówi pan nie jako fachowiec. Mróz jest lepszy. Nie jest podstępny  i  nie ma w sobie 

ohydnej  zapamiętałości  deszczu.  Ostrzega,  że  może  uśpić  na  śmierć,  i  czasem  to  czyni, 
bezboleśnie  i  podobno  z  nadzwyczajną  łagodnością.  Można  się  jednak  uchronić  przed 
mrozem, zagrzebać w łachmanach, nakryć zeschłymi liśćmi czy słomą i czuwać, widząc nad 
sobą pogodne niebo i roziskrzone gwiazdy. Przed deszczem może ochronić tylko dach, jeśli 
go  jednak  zabraknie,  człowiek  wydany  jest  na  męczarnię;  deszcz,  taki  jak  ten,  jest 
najstraszliwszym udręczeniem, długotrwałym, smutnym, jakimś beznadziejnym i plugawym. 
Przemokłe łachmany wydają woń zgniłą, tak samo jak ziemia i opadłe liście. Deszcz przenika 
z  beznamiętną  cierpliwością  najpierw  łachy,  potem  pierwszą  skórę,  potem  siódmą,  potem 
całego  człowieka,  wreszcie  się  wydaje,  że  i  dusza  jest  mokra,  zziębnięta  i  skostniała.  Myśl 
nawet  staje  się  wilgotną  szarugą,  oślizgłą  i  mętną.  Najgorsze  jest  to  poczucie,  że  rdzeń 
człowieka  przemienia  się  w  ciężki  od  wody  łachman.  Widziałem  ludzi,  którzy,  zatopieni  w 
tym  wodnistym,  jadowitym  obłędzie,  ścigani  przez  ohydę  takiego  deszczu,  modlili  się  o 
śmierć, o suchą śmierć. Znam wiele zgryzot, co chodzą za bezdomnym człowiekiem, ale ta, 
co niebo zamienia w mętne jezioro, a ziemię w wilgotne, cuchnące bagno, jest najgorsza. 

Staliński słuchał uważnie. 
— A pan — rzekł cicho — musiał ją przeżyć wiele razy… 
Juliusz usiadł i patrząc w mętność szyb zaczął mówić bezbarwnym głosem i słowami tak 

szarymi jak nieszczęście: 

— Może to najlepsza pora, abym panu powiedział o sobie. Korzystam z pańskiej dobroci, 

a pan nie wie, komu ją pan świadczy. Niech pan się nie broni… Powiem panu, a powiem bez 
wzruszenia,  bo  się  nad  sobą  nigdy  nie  rozżalam,  ani  nie  mniemam,  że  wart  byłem  czegoś 
więcej niż łachmanów i psiego życia. 

— Niech pan da spokój — rzekł Staliński z przejmującą serdecznością. 
— Nie  mam  właściwie  nic  do  ukrywania,  opowiem  panu  wszystko  w  najtreściwszych 

słowach — mówił Juliusz — a opowieść moja będzie najzwyklejszą na świecie. Zna pan moje 

background image

nazwisko  i  wie pan, że nigdy, aż do moich czasów, nie było  okryte łachmanami. Ja dopiero 
wyniosłem je z „pałaców sterczących dumnie” i zgubiłem w paralitycznych zaułkach, którędy 
płyną ścieki. Bóg widział, że tego nie chciałem, bo nie była to moja własność wyłączna, ale 
tak  się  stało,  że  nie  mogłem  go  udźwignąć,  gdyż  byłem  bardzo  głodny  i  bez  sił.  A  głodny 
byłem dlatego, że nie umiałem pracować, kiedy zaś byłbym się podjął najokropniejszej nawet 
pracy,  już  jej  nie  było.  Młodość  moja  była  młodością  sytą,  świetnie  odzianą  i  radosną. 
Uczono  mnie  wszystkiego,  co  jest  potrzebne  do  spędzania  beztroskiego  żywota.  Ponieważ 
cała gromada ludzi pracowała na mnie, więc nikomu na myśl nie przyszło, aby tej pracy mnie 
nauczyć.  Byłem  chory  na  piękno  —  bez  zmartwień,  więc  znudzony—kiepski  wytworniś, 
wyhodowany  w  cieplarni,  jak  orchidea.  Uczono  mnie  języków,  gry  na  fortepianie, 
doskonałych  manier  i  całego  mnóstwa  nadobnych  rzeczy,  potrzebnych  do  utrzymania 
świetnej pozycji wśród takich samych jak ja. O, jakże mi było łatwo być młodym. Przyjemnie 
spędziłem czas w jednym z głośnych uniwersytetów angielskich, zbyt zdolny, aby się uczyć 
gruntownie. Wierzyłem,  oczywiście, w Pana Boga, bo chociaż się tego nie mówiło, był  On 
jakby dalekim krewnym, do którego zwracano się poufnie po poradę z okazji zaręczyn, lub 
sporządzania  testamentu,  i  który  z  pobłażliwym  uśmiechem  powinien  był  patrzeć  na 
rozkoszne  nasze  swawole.  Szpady  już  nie  noszono,  więc  nosiłem  przy  boku  wypolerowany 
dowcip, z którym wałęsałem się z jednego krańca świata na drugi, nie dotknąwszy nigdy nogą 
nagiej  ziemi,  stać  mnie  było  bowiem  na  to,  by  rozwijano  przede  mną  kobierce.  W  owym 
czasie wiele byłby miał ze mnie pociechy wytworny nicpoń, kawaler de Faublas. Zrywałem 
miłość  jak  róże,  a  kiedy  zwiędły,  ciskałem  je  precz.  Byłem  taki,  jaki  powinienem  był  być 
wedle  doskonałego  modelu,  ulepionego  przez  próżniactwo  i  pychę.  Życie  swoje  pisałem 
perfumami  na  wstążce,  dzień  zamieniając  na  noc,  a  wszystko  to,  co  zdrowego  miałem  w 
duszy, na plewy. Przede mną zawsze był uśmiech, którym mnie witano, za mną był uśmiech, 
którym mnie żegnano, dokoła mnie zaś byli tacy jak ja. W ten sposób przeżyłem długie lata, a 
połowę z nich na włóczędze po świecie. Skronie moje zaczęły już siwieć, tylko dusza moja 
nie osiwiała, bo nigdy nie zaznała zgryzoty. Słusznie byłem przekonany, że do końca życia 
będę pływał na ukwieconej galerze, którą pędzą złociste wiosła. Przyszła jednak burza. Nagle, 
niespodziewanie, z rykiem i obłąkaną wściekłością. Śmiercią powalone padły najpierw dęby 
—  ci  najtwardsi,  których  tylko  śmierć  mogła  wyrwać  z  ich  ziemi,  miłowanej  do  ostatniego 
tchnienia.  Nasz  Pan  Bóg,  ten  daleki  krewny,  pozostawił  innych  samym  sobie,  nagle 
odmieniony. Wiatr nas zmiótł z naszych pszenicznych ziem i poniósł, jak rozpłakane listowie. 

Nie  wszyscy  zginęli,  bo  wielu  było  takich,  w  których  zachowało  się  przyczajone,  dotąd 

uśpione męstwo; ci zapuścili korzenie tutaj, gdzie ich przywiał wiatr i tęsknota, i ci z trudem 
rosną.  Oby  im  Pan  Bóg  pomógł,  bo  wiele  wycierpieli.  Mówię  o  tych  tylko,  którzy  wiedli 
żywot mojemu podobny, a nie o tych, co umieli zawsze pracować, bo ci, zacisnąwszy zęby, 
bez jednego słowa, zaczęli swój ciężki dzień na nowo. Ci sami sobie pomogli. 

— A pan? — zapytał cicho Henryk. 
— Ja? Ja  przyjąłem  cios  z  wytworną  obojętnością.  Nie  mogłem  ani  na  chwilę  uwierzyć, 

aby  nowe  życie  nie  wybiegło  naprzeciwko  mnie  z  ukłonem  i  jak  dyrektor  hotelu  nie 
oznajmiło  mi,  że  czekają  już  na  mnie  przygotowane  apartamenty.  Zdawało  mi  się,  że 
wyjechałem  na  krótkotrwałą  eskapadę  i  wrócę,  kiedy  mi  się  będzie  podobało.  Miałem 
szerokie  koligacje,  znajomości  i  stosunki,  więc  szedłem  wprost  w  otwarte  ramiona.  Ale  te 
ramiona wcale sienie otwarły. Moja katastrofa,  która wedle mego mniemania powinna była 
stać  się  wielkim  wydarzeniem,  była  dość  pospolitym  wydarzeniem;  osunął  się  z  góry 
kamyczek i poleciał w przepaść. Takich kamyczków było mrowie, więc nikt się nade mną nie 
rozczulał.  Większe  i  cięższe  mieli  ludzie  troski  ponad  tę,  że  pan  Juliusz  ma  zmartwienie. 
Udzielono mi pomocy z małym warunkiem, abym przymierzył groblę wedle stawu. Było to 
zbyt trudne dla mnie zadanie. A potem to już poszło bardzo szybko. Oświadczono mi, abym 
pracował jak wszyscy. Doskonale! Tylko jak się to robi? Umiałem wiele, ale nie znałem tej 

background image

podobno bardzo łatwej sztuki. Śmiałem się, bardzo szczerze śmiałem się na myśl, że będę na 
przykład rąbał  drzewo, albo  woził węgle. Wtedy to  śmiałem się po raz ostatni i  drugie lata 
minęły,  zanim  uśmiechnąłem  się  od  tego  czasu  po  raz  pierwszy.  Mocno  urażony  na  tych 
niemądrych  ludzi,  namawiających  mnie  do  pracy,  zamknąłem  się  w  namiocie,  zagniewany 
Achilles.  Niedługo  jednak  oświadczono  mi,  że  wedle  powszechnego  zwyczaju  za  namiot 
trzeba płacić. Opuściłem go przeto i wyszedłem na ulicę. 

Juliusz  odetchnął,  Henryk  słuchał  w  głębokim  milczeniu.  —  Niosłem  przed  sobą  moje 

nazwisko,  jak szyld, aby przerazić wszystkich i  zmusić do ratowania  go,  nikt się jednak nie 
przeraził  ani  wzruszył.  Ten  i  ów  zdziwił  się,  kiwnął  głową  z  politowaniem  i  czym  prędzej 
odchodził  do  swojej  pracy.  We  mnie  zaś  rosła  zawziętość  i  przybierała  jak  mętna  woda 
podczas  powodzi.  Zacząłem  robić  rzeczy  nieprzytomne,  byle  tylko  nie  pracować.  Kląłem 
tych, którzy mnie pracować nie nauczyli, ba! kląłem nawet tych, którzy przez całe życie na 
mnie pracowali. 

— Na Boga, i jakże pan żył? 
— Przez  czas  długi  z  pożyczek,  z  ochłapów,  z  darowizn.  Byłem  zbyt  dumny,  aby 

pracować, ale dość mądry, aby stworzyć sobie wyborną metodę naciągania; wreszcie jednak 
zabrakło  mi  pomysłowości,  stałem  się  natarczywy,  więc  zaczęto  mnie  unikać  z  daleka,  jak 
trędowatego.  Schodziłem  więc  coraz  niżej  i  niżej,  już  w  przepaść.  Działo  się  to  niezwykle 
szybko,  z  szybkością  przyśpieszoną.  Znalazłem  przyjaciół,  bardzo  nawet  wielu  przyjaciół, 
których jednak prokurator Rzeczypospolitej wybierał powoli, jak ptaszęta z gniazd, i tulił do 
piersi, nie mogąc się z nimi rozstać czasem przez wiele lat. Ja ocalałem, bo nie kradłem. Tego 
jednego nie uczyniłem nigdy, wzdrygała się bowiem przed tym moja natura. Nie mówię tego 
na swoją chwałę, bo to nie moja zasługa, lecz tego, co we mnie tkwiło od wieków. Wtedy też 
zdarłem z siebie nazwisko i włóczyłem się po zaułkach, jak rycerz w czarnej masce. Udało mi 
się  zrozumieć,  że  winien  jest  jeden  tylko:  ja  sam.  Nikt  inny,  tylko  ja  sam,  człowiek 
niepotrzebny,  bez  siły  i  woli,  nie  zahartowany,  nie  przygotowany  do  życia.  Nie  nauczono 
mnie pracować, lecz mogłem się sam nauczyć. Nie chciałem, więc leżałem w rynsztoku. Nie 
chcę  panu  opowiadać  wszystkiego,  co  wtedy  przeżyłem  tam,  na  tym  dnie.  Na  myśl  o  tym 
truchleje we mnie serce, są to bowiem sprawy okropne. Dość, że zacząłem myśleć, a miałem 
na rozmyślania czasu dość. Byłem sam,  już nie człowiek, ale jeszcze nie wilk,  ale jak wilk 
snułem się poza ludzkimi osiedlami. Kryłem się przed słońcem, a wychodziłem tylko nocą na 
poszukiwanie  żeru,  znajdowanego  po  śmietniskach,  zatrutego  jadła,  o  które  trzeba  było 
staczać walki. 

— Co za nędza, co za nędza! — szepnął Henryk. 
 
— Myli się pan, to nie była nędza. Jest to słowo obolałe, okropne, straszliwe, lecz w swej 

serdecznej  treści  tak  poważne  jak  śmierć.  Nędza  mieszka  gdzie  indziej,  nie  w  tym  kręgu 
piekła, o którym panu opowiadam; tu byli nędznicy, ale nie nędzarze. Z nędzą mieli to tylko 
wspólne,  że  byli  głodni  i  bez  dachu  nad  głową,  ale  nic  więcej.  Ja  stąd  właśnie,  od  nich, 
schroniłem się między nędzarzy, aby ocalić to, co jeszcze było do ocalenia. Stało się to wtedy, 
kiedy spełniono przy mnie taką ohydę, że oschłe moje serce, z nagła uderzone, zawyło. Padła 
na mnie nagła, straszna trwoga, że za dzień, za dwa, mogę się stać taki sam, bo zbrodnia jest 
zaraźliwa, jak trąd. I wtedy to od nędzników uciekłem do nędzarzy. Są to ludzie niewinni, są 
to święci ludzie, zapomniani przez Boga, a głodni jak Ugolino, cierpliwi jak męczennicy, a 
ukochani  przez  śmierć.  Ci  chcą  pracować,  a  nie  mają  pracy,  chcą  być  dobrzy,  a  nie  mogą. 
Dziecko wśród nich po to się rodzi, aby być nędzarzem. Jest to odwieczny gatunek człowieka 
starannie ukrywany. Nie chcemy widzieć nędzy ani myśleć o niej, bo zbyt targa ona sumienie. 
Samolub dlatego nie wierzy w Boga, bo się boi, aby mu ten Bóg nie spojrzał w oczy. 

Oszukujemy  własne  serce  jałmużną,  rzuconą  pod  kościołem  filutowi,  co  umie  udawać 

paralityka,  we  wzruszonym  przekonaniu,  że  wspomogliśmy  nędzarza.  Nędzarz  jednak,  o 
którym  ja  wiem,  ani  nie  siaduje  pod  kościołem,  ani  jazgotliwie  nie  biada.  Taki  ukrył  się  z 

background image

resztką  ocalałej  dumy  w  katakumbach  swojej  nory  i  jest  cichy.  Ten  gatunek  rozsiany  jest 
wszędzie, można go spotkać na każdym kroku, a poznać po śmiertelnie smutnej twarzy. Są to 
ci,  straszliwie  skrzywdzeni,  chociaż  nikomu  nie  uczynili  krzywdy,  a  tak  bardzo  są 
nieszczęśliwi, że nie podnoszą nawet głosu. Ale są przedziwnie w tym nieszczęściu dostojni i 
drżą  na  myśl,  że  mogą  się  zbliżyć  ku  tej  granicy,  gdzie  się  zaczyna  rozlewisko  mętów  i 
upodlenie. Jest taka na świecie nędza, która więcej się obawia upokorzenia niż głodu. Bronią 
się  przeciwko  tej  agonii  i  okrwawionymi  palcami  czepiają  się  człowieczeństwa.  Zgryzota 
uczy ich nadludzkiej cierpliwości, a głód ich nauczył wytrwania. Może jednak przyjść kiedyś 
taka noc, podczas której zjawi się wśród nich inny jeszcze nauczyciel, obłąkany nauczyciel z 
oczyma  nabiegłymi  krwią  —  rozpacz.  A  wszystko  zapowiada  jej  przyjście,  bo  te  ludzkie 
szkielety  nie  mają  już  sił.  Powiem  panu  jednakże  coś,  co  wyglądać  może  na  krwawy  żart: 
wśród tych ludzi nauczyłem się pogody. Oni nauczyli mnie jasnego spojrzenia. 

— Jasnego spojrzenia? Oni?… 
— Tak. Musiałbym panu opowiadać przez noc całą, jaka się we mnie odbyła przemiana na 

widok  nieszczęścia  niezawinionego.  Ja  byłem  winny  i  stoczyłem  się  na  dno,  podobny  do 
zwierzęcia, które zaczyna ogarniać wściekłość, a oni, z niewinnych najniewinniejsi, głodem 
pobici, na śmierć osłabli, zziębnięci na kość i wyczerpani do ostatka, patrzą wciąż w niebo, na 
którym,  wedle  dawnej  tradycji,  było  kiedyś  słońce.  Czynią  to  z  niepojętą,  żarliwą  wiarą  i 
ufnością w sprawiedliwość wieczystą. Patrzy tak matka z ośmiorgiem szkieletów, które mają 
być dziećmi, student, mieszkający kątem w przeludnionej norze, dziewczyna, na wpół oślepła 
od patrzenia w igłę, patrzy tak zwany „inteligent”, patrzy szewc, który tygodniami czeka na 
robotę,  choćby  z  własnej,  starej  skóry  uszył  buty,  no  i  tacy  jak  ja,  których  jest  wśród  nich 
legion; tego pan bowiem jeszcze nie wie, że nędza wspiera nędzę. Przedziwny widok! Oni tak 
wierzą  w  nadejście  sprawiedliwości,  że  aż  się  uśmiechają  do  swego  przedśmiertnego 
widzenia.  W  sercach  mają  całe  morze  przebaczenia,  aby  nim  przebaczyć  wszystkie  głody  i 
zgryzoty. Na widok tej Chrystusowej wzniosłości zatrzęsło mną wzruszenie. Dusza we mnie 
wyrosła, a ja nieśmiało  spojrzałem w tę zatęchłą przepaść, w którą stoczyło się moje życie. 
Obmywszy oczy łzami, nauczyłem się po wielu, wielu dniach — uśmiechu. Kiedy mnie pan 
spotkał, nie miałem koszuli, ale miałem już tę od nich przejętą wiarę, która uśmiecha się do 
nadziei. Dlatego wydaję się panu pogodny, nie czernię moich słów, i dlatego nie mam w sobie 
goryczy, jak grzesznik, co ciężką odbył pokutę i znalazł spokój po wielkim udręczeniu. Jasno 
już  patrzę  na  wszystkie  sprawy  tego  świata.  Nic  mnie  już  nie  może  zdumieć,  nic  mnie  nie 
przerazi. Wierzę z całej duszy w zmartwychwstanie miłosierdzia. Jeśli odszedłem od nich, od 
tych,  co  sami  głodni,  zdołali  moją  nakarmić  nędzę,  to  nie  tylko  dlatego,  że,  jak  już  panu 
powiedziałem,  byłem  znużony  dawnym  brodzeniem  przez  bagno,  lecz  i  dlatego,  że  mi  się 
wydaje,  jakobym  był  posłem  od  nich  na  drugi  brzeg  życia.  Tym  własne  rozgrzeszam 
niepokoje,  kiedy  nachodzą  mnie  myśli,  że  od  nich  uciekłem.  Wróciłem  do  ludzi  sytych  i 
każdemu spotkanemu będę mógł, świadek uczciwy, opowiedzieć czarną nowinę, że tuż obok, 
o dwa kroki, konają ludzie z głodu i czekania i  „tym umierają, że umrzeć nie mogą”. Będę 
wołał o miłosierdzie i może o jeden choćby ułamek godziny przybliżę ten dzień, w którym, 
struchlałymi  od  zgrozy  oczyma,  ujrzą  ludzie  to,  czego  oby  nigdy  nie  było  na  świecie,  od 
największej zbrodni rzecz stokroć straszniejszą — nędzę. 

— A jeśli taki dzień nie nadejdzie? 
Juliusz spojrzał na niego szeroko otwartymi oczyma. 
— Są  podobno  takie  wulkany  —  rzekł  —  w  których  gardzieli  zbiera  się  woda  i  tworzy 

jezioro; kiedy skorupa pod naporem niezmiernego ciężaru pęka, jezioro zapada się i wulkan 
wybucha krwią pożaru i niszczącą rozpaczą. Ja zaś wiem, że z ludzkich łez utworzyło się już 
jezioro. 

Zwrócił wzruszoną twarz ku oknu, jakby poza nim usłyszał wielki płacz. To noc zalewała 

się łzami. 

background image

VI. 

 
Jak  gdyby  spoza  przedartej  zasłony  chmurnych  zwierzeń  błysnęło  ku  nim  słońce. 

Zapanował wśród nich stosunek uczciwej, pogodnej przyjaźni, a Henrykowi zdawało się, że 
nie mógłby już rozłączyć się z tym człowiekiem, tamten zaś, praktyk bywały, objął rządy nad 
nieporządnym  kawalerskim  gospodarstwem.  Henryk  wręczył  mu  uroczyście  klucze  domu  z 
wdzięcznym przemówieniem: 

— Oddaję pod pańską opiekę dom i cały inwentarz żywy, martwy i ani żywyani martwy, 

taki jak ja… Co do mnie należy, należy zarówno do pana, prócz moich trosk. Biblioteka moja 
jest do pańskiego rozporządzenia, a w niej księga najgrubsza, oprawna w marokańską skórę, 
pisana szeroko, a bez wdzięku, nad gryziona przez czas, jak przez myszy, pełna podniosłych 
bredni, słowem — pani Masłowska. Może nią pan rządzić, jak się panu podoba, a zakucie jej 
w kajdany będzie początkiem mego szczęścia. 

— Pomyślę o tym! — rzekł Juliusz z wielką powagą. — Ujarzmię w niej demona. Czy pan 

żąda umowy na piśmie? 

— Wierzę panu na słowo! — śmiał się głośno Henryk. 
Wraz  z  kluczami  dał  Juliuszowi  całkowitą  swobodę,  z  której  Juliusz  korzystał  często, 

znikając  na  przeciąg  całego  dnia.  Kiedy  siedział  w  domu,  porządkował  bibliotekę,  albo 
słuchał  cierpliwie  i  uważnie,  kiedy  mu  Henryk  czytał  pisaną  właśnie  książkę.  Nie  można 
sobie było już wyobrazić domu bez tego dobrego ducha, co się tu zjawił ciemną nocą. Kiedy 
nie wracał długo, oczerniona pani Masłowska okazywała żywy niepokój i niezadowolenie, a 
Henryk umiał cierpliwie wysłuchiwać dość cierpkich na ten temat uwag. 

— Ciemno już — mówiła — a pan Płoński nie wraca. 
— Wróci, wróci, niech się pani Masłowska nie boi. 
— Ani  mi  on  swat,  ani  brat,  więc  się  nie  boję,  ale  on  tak  chodzi,  jakby  głowę  miał  w 

niebie,  i  pod  automobil  jeszcze  wpadnie.  Ale  pan  to  się  nawet  nie  zatroszczy.  Kto  by  tam 
żałował starego człowieka! Może go pan nawet posłał za swoimi interesami?… 

— Nigdzie go nie posyłałem. 
— Tego by jeszcze brakowało. On jest dla pana lepszy od rodzonego ojca, toteż bardzo się 

dziwię,  że  mu  pan  dał  takie  paletko,  wiatrem  podszyte,  a  sam  w  futrze  chodzi.  Ja  nic  nie 
mówię, bo mi nie wolno, ale co Pan Bóg na to powie, to jeszcze zobaczymy. 

— Pan Bóg, gdyby był dobry, to powinien Masłowskiej odebrać mowę. Niech mi pani da 

święty spokój. 

Masłowska rzucała dwa  nieszkodliwe pioruny, każdy z jednego oka, i  szła do kuchni  na 

burzliwą rozmowę z duszą. 

— Ona skrycie kocha się w panu — mówił ze śmiechem Henryk do Juliusza. 
— Poczciwa  to  jest  babina,  ale  nie  mogę  odpłacić  jej  tym  samym,  bo  nas  oboje  mąż 

terrorysta gotów zarzezać. Niech pan sobie wyobrazi, że zginąwszy w miłosnym szaleństwie 
musiałbym z nią potem latać po piekle, jak Paolo z Franczeską, a czy jest taki wicher, który 
by uniósł to potężne widmo? 

— Franczeska  otwiera  właśnie  bramę  piekła  —  rzekł  Henryk,  patrząc  w  okno.  —  Jakiś 

gość… 

— Mężczyzna czy kobieta? — zapytał Juliusz, zmrużywszy oko. 
— Rodzaj męski. 
— W takim razie pewnie go pan przyjmie. 
Henryk spojrzał na niego uważnie. 
— Pan ma na myśli tę kobietę, którą kazałem odprawić od drzwi przed kilku dniami. Nie 

mogłem  inaczej  —  rzekł  gwałtownie  —  wstydzę  się  tego  bardzo,  ale  nie  mogłem.  Później 
wszystko panu powiem… 

background image

Weszła Masłowska i oznajmiła groźnie: 
— Jakiś pan w ważnej sprawie. 
— Czy powiedział, jak się nazywa? 
— Mówił, ale nie spamiętałam, bo nazwisko trudne i jakby nie jego. 
— Jak to nie jego? Co Masłowska bredzi? 
— Jak pan zobaczy twarz, powie pan to samo. 
— Niech pani poprosi. 
Juliusz podniósł się szybko z zamiarem wyjścia, kiedy gość stanął we drzwiach. Staliński 

ujrzawszy go, zatrzymał Juliusza ruchem ręki. 

— Jestem Leszek Zyndram! — ogłosił gość triumfalnie. 
Henryk  wyszeptał  skromnie  swoje  nazwisko,  po  czym  przedstawił  Płońskiego  z 

dodatkiem, że jest to zaufany przyjaciel, wobec którego gość może mówić wszystko, co ma 
do powiedzenia. 

Zyndram  był  młody  i  bardzo  pewny  siebie.  Twarz  jego  mogła  słusznie  wzbudzić  w 

bystrym rozumie Masłowskiej podejrzenie, że była w tragicznym rozdźwięku z nazwiskiem, 
chrzęszczącym  jak  zbroja  i  dzwoniącym  jak  rycerskie  ostrogi.  W  całej  postawie  widoczne 
było  usiłowanie,  aby  nieznaczną  niedbałością  stroju  i  rozwichrzeniem  bujnej  czupryny 
zaznaczyć  przynależność  do  świata  artystycznego.  Mówił  głośno  i  szybko,  wskutek  czego 
musiała się w nim kiedyś zrodzić obawa, że słowa, nazbyt stłoczone i tak wybiegające z ust, 
jak  ogarnięta  paniką  publiczność  z  płonącego  kinematografu,  nie  docierając  do  celu,  będą 
padać na podłogę z połamanymi członkami, więc nerwowymi ruchami rąk podchwytywał je 
w powietrzu i  jakby rzucał  przed siebie.  Od razu nadał  rozmowie ton  fałszywej  poufałości, 
bynajmniej  tym  nie  stropiony,  że  Staliński  mówił  z  nim  chłodno  i  jakby  z  daleka.  Ogarnął 
szybkim, bystrym spojrzeniem mieszkanie, potem przyjrzał się Płońskiemu i orzekł krótko: 

— Pan ma bardzo fotogeniczną twarz! 
— Już mi to niejednokrotnie mówiono — odrzekł Płoński niedbale. 
Zyndram  zmieniał  tematy  i  igrał  nimi  bez  wysiłku,  jak  żongler  obręczami,  nie 

dosłuchawszy więc krótkiej odpowiedzi Płońskiego, zwrócił się do Henryka: 

— Pozwoli pan, że zapalę… Dawno już chciałem pana poznać, ale jakoś się nie złożyło. O 

mnie zapewne już pan cokolwiek słyszał? 

— Ależ oczywiście! — rzekł Henryk uprzejmie. Nagle Juliusz wmieszał się do rozmowy 

bardzo nieśmiałym pytaniem: 

— Przepraszam pana, czy pan jest ze starszej kujawskiej linii Zyndramów? 
— Jestem  z  młodszej  tramwajowej  linii  muranowskiej  —  odrzekł  Zyndram  bez  chwili 

wahania. — Czy panu to wystarczy? 

Spojrzał na Płońskiego drwiąco i nagle zmrużył oczy. 
— Czy  my  się  przypadkiem  nie  znamy?  Nazwisko  pańskie  też  jakieś  bardzo  nowe,  ale 

twarz pańską już gdzieś widziałem. 

— A jakże — odrzekł Płoński z uśmiechem  — znamy się. Przypomina pan sobie pański 

obraz  pod  tytułem  „Tajemnica  metalowej  trumny”.  Otóż  ja  byłem  jednym  z  czterech 
dżentelmenów, którzy ją nieśli, a stąpałem w pierwszej  parze. Dostałem  za to  pięć złotych, 
druga zaś para dostała po trzy. 

— Nie myślałem, że pana tu zastanę — rzekł Zyndram bardzo szczerze. 
— Przy sposobności polecam się panu — skłonił się Juliusz. 
Henryk przerwał szybko te śmiertelne wspomnienia i zwrócił się do Zyndrama: 
— Czy pan w literackiej sprawie? 
Zyndram  machnął  już  lewą  ręką  na  Płońskiego,  prawą  zaś  podpędził  uprzejmie  słowa  w 

stronę Henryka. 

— Oczywiście. Przyszedłem do pana z interesem, na którym może pan dużo zarobić. 
Henryk skrzywił się z niesmakiem. 

background image

— Ależ ja nie robię interesów, na których dużo się zarabia. 
Zyndram zaśmiał się hałaśliwie, ale niezbyt szczerze. 
— Wszystkie rozmowy w naszej branży rozpoczyna się w ten sposób i nikt jeszcze dotąd 

nie obraził się. Pan pierwszy! 

— Bynajmniej, wcale się nie obraziłem, tylko mnie to trochę dziwi, że pan zarzuca wędkę 

na szczupaka, aby mu potem dopiero powiedzieć, po co go złowił. 

Zyndram spojrzał na niego ciekawie, jak gdyby szukając drogi, którą by można wejść do 

oblężonego miasta. 

— Widzę — rzekł — że z panem należy mówić krótko. I słusznie. Pański czas jest drogi i 

mój  też.  Powiem  więc  panu  telegraficznym  stylem:  panie  Staliński,  potrzeba  na  gwałt 
scenariusza! Reżyser jest — Zyndram, atelier jest, pieniądze prawie są, brak nam tylko autora. 
Niech pan nie mówi: nie! Zrobione? 

— Nie tak prędko. Co to przede wszystkim znaczy, że „pieniądze prawie są”? Wcale nie 

mam  na  myśli  swych  interesów,  ale  jeślibym  miał  pisać  scenariusz,  chciałbym  wiedzieć,  w 
jakich pan się obraca granicach. 

— Wcale  nie  będę  ukrywał:  mam  trzech  kapitalistów,  z  których  każdy  daje  po  dziesięć 

tysięcy,  a  czwarty  już  prawie  tak,  jakby  był  w  spółce.  Mógłbym  panu  tego  nie  mówić,  ale 
mówię, bo wiem, z kim mam do czynienia. 

— Za trzydzieści tysięcy chce pan robić obraz? 
— A któż mówi, że za trzydzieści. Za te pieniądze zacznę, a potem pieniądze się znajdą. 

Kto dał dziesięć, da jeszcze dziesięć, albo dwadzieścia, kiedy robota stanie. Zresztą to będzie 
tani obraz, ale doskonały, skoro pan da scenariusz. 

— Jaki to ma być ten scenariusz? 
— Narodowo–erotyczny! 
— Narodowo–erotyczny, to znaczy: tło narodowe, a intryga erotyczna. 
— Czy pan żartuje? 
— Nie,  panie.  Wiem  doskonale,  co  mówię.  Sprawa  jest  wszechstronnie  rozważona  i 

głęboko pomyślana. Pożądany jest temat z powstania, aby można użyć rosyjskich mundurów. 

— Ale dlaczego, na Boga, mają być rosyjskie mundury? 
— Muszą być, bo są. Rosyjskich mundurów jest u nas zatrzęsienie, więc można je mieć za 

psie  pieniądze.  Uczciwie  z  panem  mówię.  A  że  najwięcej  jest  kozackich  szynelów,  więc 
dlatego  akcja  musi  rozgrywać  się  w  zimie,  wtedy  bowiem  kozaka  można  okryć  szynelem  i 
dać mu długie buty, a pod spodem może być taki drab po cywilnemu. To się kalkuluje.  

— Nadzwyczajne! — zawołał Juliusz z uznaniem. 
Zyndram  nie  zwrócił  najmniejszej  uwagi  na  okrzyk  człowieka,  który  nosił  trumny,  lecz 

patrzył pilnie w chmurna twarz Stalińskiego. 

— Jeśli panu to nie dogadza — rzekł niepewnie — w takim razie ktoś inny, bardzo zresztą 

doświadczony, zrobi część narodową, a pan napisze jedynie romans, z tym warunkiem, że na 
dziesięć scen siedem albo osiem będzie rozgrywało się w dekoracjach, a dwie lub trzy tylko 
na wolnej przestrzeni, najlepiej w Łazienkach, bo to niedaleko i są tam łabędzie. Widzi pan, ja 
mogłem z tą propozycją udać się do byle kogo, ale przyszedłem do pana, bo chciałem mieć 
scenariusz  wysokiej  klasy,  a  nie  byle  co.  Za  dwa  dni  mogę  mieć  dziesięć  scenariuszów,  a 
jeden już mam przy sobie. 

— Dlaczego go pan nie użyje? 
— Dlatego przede wszystkim, że jest trochę głupawy i zanadto przypomina to, co już było, 

a  poza  tym  jest  trudny  do  zrobienia.  Potrzebne  mi  jest  jednak  coś  w  tym  rodzaju,  tylko  w 
tonie  podniosłym.  W  tym  scenariuszu  bohaterką  jest  polska  dziewczyna,  hrabianka,  która 
udaje miłość do kozackiego pułkownika, a robi to jedynie dla sprawy narodowej; kiedy jest 
sama, wtedy rozpacza i usiłuje wbić sobie nóż w serce, ale nie może tego uczynić, gdyż musi 
od Moskala wydobyć ważne dokumenty, na które czeka w lesie jej narzeczony. Zdobyła je i 

background image

ukryła we włosach. W tej chwili trąbią na alarm, kozak skacze na koń, gdyż musi uciekać, ale 
nie chce uciec bez niej, więc w podnieceniu chwyta ją za włosy, aby ją podnieść na siodło i 
wtedy wygarnia z nich papiery. Strzela jej z pistoletu prosto w pierś i ucieka. 

— Czy umarło biedactwo? 
— Przecież ma narzeczonego, jak więc mogła umrzeć. W ostatniej scenie jest ślub i dzieci 

z polskiej wsi sypią jej kwiaty pod nogi. 

— I dlaczegoż pan tego nie chce grać? 
— Jak  to  można  grać  —  zaśmiał  się  Zyndram  —  skoro  wszystkie  nasze  gwiazdy  mają 

obcięte włosy, a peruka na nic, bo ją dziki kozak zerwie w nagłym ruchu? Teraz pan widzi, 
dlaczego  przyszedłem  do  pana  po  ratunek.  Muszę  mieć  coś  bardzo  smutnego,  coś  w  tym 
rodzaju, ale nie chcę szmiry. 

— Za wszelką cenę powstanie? 
— Nie za wszelką cenę, ale powstanie. 
— W takim razie niech pan już wali tego pułkownika, co zakatrupił hrabiankę, bo ja nie 

mam zamiaru cwałowania po cmentarzu na kozackiej kobyle. 

— To znaczy, że pan nie napisze? 
— Nie.  I ja mam już tego dość i  wszyscy, ci  wszyscy którzy  chcą żyć,  a nie codziennie 

kłaść się do trumny. 

— To jest przecie dostojny temat! 
— Do kościoła, na żałobne nabożeństwo, ale nie do kinematograficznej awantury, zresztą: 

my  się  w  tych  sprawach  nie  dogadamy,  bo  ja  na  nie  patrzę  inaczej.  Nie ma  o  czym  gadać. 
Jeśli pan będzie miał zamiar grania czegoś radosnego, jestem na pańskie usługi, ale kozaków 
niech na patelni smaży kto inny. 

— Czemu  pan  tak  groźnie  przemawia?  —  rzekł  szorstko  Zyndram.  —  Ja  wiem,  że  są 

radosne tematy, ale skąd ja panu wezmę do nich kostiumów? 

— Ach, o to tylko idzie? 
— Nie  tylko  o  to!  Trzeba  by  studiować  historię,  badać  epokę,  uczyć  aktorów,  robić 

dekoracje.  To  się  nie  opłaci.  To  dobre  dla  bogatych  Francuzów,  a  nas  stać  tylko  na  tańsze 
rzeczy. Smutek jest znacznie tańszy. Zresztą z pańskiej strony to zbytek drażliwości. Czy to 
pańskie zmartwienie, że się ktoś tam wzruszy smutnym wspomnieniem? 

— To już moja osobista sprawa — rzekł Henryk cierpko. 
Zyndram podniósł się. 
— Na  to  nie  ma  rady  —  rzekł  —  jeżeli  pan  nie  chce.  Szczerze  mi  jednak  żal,  że  nie 

będziemy razem pracowali. 

— I mnie jest bardzo przykro, ale niech mnie pan zechce zrozumieć… 
— Przyznam  się  panu,  że  nic  nie  rozumiem.  Pan  bardzo  tragicznie  patrzy  na  drobne 

sprawy. Naprawdę jestem zmartwiony… Ach, ale nie tylko ja. Jedną miłą osobę pogrąży pan 
w prawdziwej rozpaczy, bo czy pan wie, kto miał grać główną rolę w pańskim obrazie? To 
jest idea! Skoro się pan dowie, o kogo idzie, może się pan rozmyśli. 

Henryk okazał lekki niepokój. — Któż tedy miał: grać tę rolę? 
— Ina Torres! — oznajmił Zyndram zwycięsko. 
— Tym bardziej nie napiszę — rzekł Henryk gwałtownie. 
Zyndram  spojrzał  na  niego  przeciągle,  uśmiechnął  się  z  lekka  na  znak,  że  rozumie 

sytuację, i pożegnał się z przesadną uprzejmością. 

— Wyszedł taki smutny, jak nieboszczyk, któremu nie chcieli sprzedać trumny — zaśmiał 

się  Juliusz  —  a  na  tym  tylko  ja  stracę,  bo  mam  doskonałą  gębę  na  jakiegoś  kozackiego 
atamana. Pan mi nie da zrobić kariery! Biedny ten Zyndram. Pan śpiewa cienko: „W żłobie 
leży”,  a  on  śpiewa  grubo:  „W  grobie  leży”  i  stąd  nieporozumienie.  Ale  to  jest  „narodowa” 
strona  sprawy,  jak  by  powiedział  ten  mistrz  pogrzebowej  ceremonii,  ja  zaś  chciałem,  za 

background image

pańskim  oczywiście  pozwoleniem,  zapytać  o  „erotyczną”.  Dlaczego  pan  tak  nienawidzi 
Hiszpanii? 

— Ja? Hiszpanii? 
— Tak  —  mówił  Juliusz,  lekko  kpiąc  —  cóż  panu  bowiem  zawiniła  świetna  gwiazda  z 

hiszpańskim nazwiskiem, że się pan na jego dźwięk nasrożył, jak andaluzyjski byk? 

Henryk odwrócił głowę i rzekł cicho: 
— Ina Torres jest tą właśnie, którą odprawiłem od drzwi. 
— Dios! — zawołał Juliusz. — Rozumiem i przepraszam. 
— Niech  pan  nie  przeprasza,  bo  pan  nic  nie  rozumie.  Ina  Torres,  czy  jak  się  tam  ona 

nazywa, jest to  dobra, ładna dziewczyna, której  kinematograf uderzył  na mózg, a ten mózg 
jest niezmiernie wątły. Jeszcze jedna z niezliczonych ofiar tych wszystkich sprytnych ludzi, 
co  handlują  trumnami  i  rozkopują  groby.  Wmówili  w  nią  talent,  pokazali  na  obrazku 
Amerykę i przyprawili dobre dziewczynisko o wielkie szaleństwo, tak że zaprzedałaby diabłu 
duszę, nie tylko ciało, aby zagrać wielką rolę. Oni wiedzą, że z tego nic nie będzie, ale ona nie 
wie. Dotąd była cierpliwa i czekała, teraz zaś zaczyna wchodzić w okres deliryczny, talentu 
zaś  nie  ma  za  grosz.  —Czy  dlatego  nie  została  przez  pana  przyjęta?  Ja  też  nie  posiadam 
talentu. — Niech pan da spokój z żartami! Użaliłem się nad biednym stworzeniem i wlazłem 
w niemądrą kabałę, dość, że dziewczyna zaczęła sobie rościć do mnie niejakie pretensje. 

— Czy ją pan kochał? 
— Durzyłem się w niej, a ona udawała, że za mną szaleje. 
— Skąd pan wie, że udawała? 
— Wiem.  Dziewczyna  tak  się  miota  w  swoich  szaleńczych  marzeniach,  że  szuka  na 

wszystkie  strony  możnych  protektorów,  a  ja  miałem  być  jednym  z  nich.  To  jest  naprawdę 
biedne stworzenie. 

— Bardzo mi jej żal; szkoda, że się wszystko tak źle skończyło. 
— Musiało tak się skończyć, bo nie chciałem narażać się jednej strony na awantury, a z 

drugiej  strony  na  śmieszność.  Dowiedziałem  się,  że  równocześnie  ze  mną  stara  się  o  jej 
przyjazne  względy  jakiś  pan  Szarota,  dość  smutne  indywiduum.  Opowiadano  mi,  że  jej 
pokazał pałac Rady Ministrów, twierdząc, że należy on do jego ciotki, która od siedmiu lat 
dogorywa. Kiedy zaś panna Ines zaczęła przebąkiwać o małżeństwie ze mną… 

— Carramba! Hiszpanki są groźne! —… Miałem tego dość, a resztę załatwiła Masłowska. 

Czy postąpiłem źle? 

— Źle  —  nie,  ale  najgorzej.  Ta  biedna  Hiszpanka  nic  nie  jest  temu  winna,  że  ma  ptasi 

rozum, ale może ma serce, a cóż sercu po rozumie? 

— O jej sercu nic nie wiem. 
— Poza tym oszukano ją i tym więcej zasługiwała na współczucie. 
— Więc jak miałem z nią skończyć? 
— Nie  trzeba  było  kończyć,  trzeba  było  nie  zaczynać.  Wieczysta  historia  i  zawsze  taka 

sama.  Pana  mi  żal,  bo  panu  teraz  jest  nieswojo,  a  jej  mi  jeszcze  bardziej  żal,  bo  może  to 
odcierpieć. 

— Pan jest stary romantyk! — zaśmiał się Henryk. — Nic jej nie będzie. 
— Nawet  gdyby  jej  nic  nie  było…  Szkoda  dziewczyny  i  koniec.  Pana  przeboleje,  bo  ją 

może  ten  Szarota,  co  nie  daj  Boże,  pocieszy,  ale  może  nie  przeboleje  swojej  złudy.  Pasy 
darłbym  z  tych  Kolumbów,  co  wiozą  do  Ameryki  całe  transporty  nieszczęsnych  marzeń, 
dygocących  serc,  wielkich  nadziei  i  otumanionych  duszyczek.  Rozbija  się  to  wszystko  u 
brzegu  i  tonie.  Nieszczęśliwi  marzyciele  wracają  do  swoich  nor  i  płaczą  gorzkimi  łzami,  a 
życie wydaje się im odtąd jak łachman: zaczynają żyć zawiścią i melancholią. Czasem byłoby 
lepiej,  gdyby  takiemu  biedactwu  przywiązać  kamień  młyński  u  szyi  i  zatopić  w  morzu,  niż 
ukazywać  mu  poza  nim  zaczarowany  kraj,  bo  najgorsze  rany  w  sercu  pozostawia  nadzieja, 
która  musiała  umrzeć.  Dlatego  tak  biadam  nad  tą  dziewczyną.  Może  jest  głupia,  może  jest 

background image

lekkomyślna i ma zbyt gościnne serce, ale jest bardzo biedna, bo chora na śmiertelną chorobę 
marzenia. Czy ona ma rodziców? 

— Tylko matkę. 
— To druga biedna kobieta, a nawet pewnie biedniejsza. Więc nie ma ratunku dla panny 

Torres? Nie o panu mówię, tylko ojej złudzeniach. 

— Nie ma, niestety. 
— Pożal się Boże. Nic pan dla niej nie może uczynić? 
— Słyszał pan rozmowę z Zyndramem. 
— Tak,  tak  —  mówił,  jakby  do  siebie,  zamyślony  Juliusz.  —  Ale  nie  trzeba  jej  było 

odprawiać przez służącą, choćby była najgorsza. Dobre, uczciwie powiedziane słowo należy 
się każdej kobiecie. 

— Przyznaję, że nie miałem dość odwagi. Balem się łez, i to udanych łez. 
— Wśród  całej  ich  ulewy,  zawsze  choć  jedna  jest  prawdziwa…  Kiedy  kobieta  udaje,  że 

płacze,  udaje  tylko  z  początku,  a  łzy  ostatnie  płyną  już  nie  z  oczu,  lecz  z  serca.  Gdzie  ona 
mieszka, ta Torres? 

— Chce pan pójść ją pocieszyć? 
— Odi te, qui bellus es, Sabelle! Nie mam odpowiednich warunków, piękny młodzianie! 

Ot, pytam tak sobie. 

Staliński  powiedział  mu  adres,  po  czym  usiadł  w  fotelu  i  milczał,  bo  mu  było  jakoś 

nieswojo. W żartobliwym tonie Juliusza odczuł odrobinę słusznej nagany, nie wiedział wiec, 
jak  zacząć  na  nowo  rozmowę.  Spędzili  w  ten  sposób  długi  czas,  gadając  strzępami  słów,  z 
których nie można było uszyć zdania, toteż Henryk rad był, kiedy zadzwonił telefon. — tak, 
to  ja…  Staliński…  Co  takiego?…  Nie  może  być!…  Słuchał  przez  dłuższą  chwile  jakiegoś 
sprawozdania, wreszcie cisnął słuchawkę. 

— Panie Juliuszu — rzekł wreszcie drżącym głosem. 
— Panie Juliuszu! 
— Co się stało? 
— Ina Torres otruła się przed chwilą. 

background image

VII. 

 
Nieznany  baryton  oznajmił:  przez  telefon  w  wielkim  rozdrażnieniu,  że  panna  Torres,  po 

otrzymaniu  jakiejś  zlej  wiadomości  od  Zyndrarna,  napiła  się  trucizny,  że  ją  z  trudem 
uratowano,  lecz  że  bardzo  cierpi;  pozostawiła  list,  adresowany  do  Henryka  Stalińskiego, 
przeto należy mniemać, że on jest nieszczęsnym powodem samobójstwa. Głos nie powiedział 
skąd pochodzi ani do kogo należy, zresztą Henryk w rozdrażnieniu wcale go o to nie pytał. 
Herold  nieszczęścia  dodał  na  zakończenie,  że  Torres  wciąż  majaczy  i  wzywa  Stalińskiego, 
więc  pan  Staliński  zapewne  natychmiast  się  zjawi.  Henryk,  powtórzywszy  rozmowę 
Juliuszowi, uderzył pięścią w stół. 

— Mam za swoje! — mówił gorączkowo. — I co ja mam teraz robić? Nie dostała roli i 

otruła  się…  Bodaj  to  wszyscy  diabli!  Tego  jeszcze  tylko  brakowało,  aby  się  z  tego  zrobił 
skandal… Całe szczęście, że ją odratowali… Panie Juliuszu, czego się ona mogła napić? 

— Czy ja wiem? Zapewne esencji octowej ze swoich marzeń. Czyż to nie wszystko jedno, 

czego się napiła? 

— I co ja mam teraz robić? Niech mi pan poradzi, bo głowę tracę. Czy mam tam pójść? 
Juliusz nie odpowiedział, głęboko się zastanowiwszy. Dopiero po dłuższej chwili zapytał: 
— Czy telefonował lekarz? 
— Nie wiem. Głos był męski, ale nie wiem czyj. Myślę jednak, że to nie lekarz, bo skąd by 

wiedział  cokolwiek  o  Zyndramie  i  o  mnie.  Rozumiałbym,  gdyby  jej  matka  zwróciła  się  do 
mnie… 

— Matka zapewne płacze, albo nie wie, co się z nią dzieje, zresztą to wszystko jedno, kto 

do  pana  telefonował.  Należy  się  zastanowić,  czy  pan  tam  ma  pójść,  czy  nie  pójść.  Henryk 
wpatrzył się w niego z niepokojem. 

— A pan co myśli? 
— Ja  myślę  —  odparł  Juliusz  —  że  tam  musi  być  rwetes  i  piekielna  awantura,  zgiełk  i 

zamieszanie, a że pan drży jak galareta i miota się z kąta w kąt, więc pan albo narobi jeszcze 
większego  zamieszania,  albo  ucieknie.  Gdyby  pan  ją  kochał,  nie  gadałby  pan  tutaj  ze  mną, 
tylko gonił tam do niej jak obłąkany, a ja bym pana jeszcze popędzał, ze wszystkiego jednak 
widzę, że pan tam iść nie chce. 

— Ja boję się tam iść — rzekł cicho Henryk. 
— Nie  mówi  mi  pan  żadnej  wielkiej  nowiny  —  zauważył  Juliusz  jakby  od  niechcenia, 

machnąwszy przy tym ręką. — Tam jest potrzebny w tej chwili ktoś, co nie drży, nie boi siei 
wiele razy widział śmierć z bliska. Ja tam pójdę dzisiaj, a pan dopiero jutro. 

— Nie umiem panu powiedzieć… 
— Niech pan lepiej nic nie mówi. Idę, bo nie narobię rozmaitych lekkomyślności, których 

by  pan  narobił.  Jedno  muszę  wiedzieć  pewnie  i  dlatego  zapytuję  po  raz  drugi:  czy  ją  pan 
kocha? 

— Nigdy jej nie kochałem. 
— Czy się pan z nią ożeni? 
— Nigdy się z nią nie ożenię. 
— To wystarczy. Wiedziałem o tym, ale chciałem się upewnić, gdyż pan należy do ludzi, u 

których „myśl nie trwa godziny”. Niech pan siedzi w domu i czeka na mnie. 

— Z całego serca panu dziękuję. 
— Niech mi pan przebaczy moją szczerość, panie Henryku, ale nie czynię tego dla pana. 
Juliusz szedł nie spiesząc się, choć miał przed sobą daleką drogę. Sam się zaofiarował: z 

tym smutnym poselstwem, ale mu było nijako, że idzie z pustymi rękoma i nie niesie nawet 
dobrego,  ciepłego  słowa.  Wygrzebie  je,  oczywiście,  z  własnego  serca  i  jakoś  pocieszy  te 
dziewczynę,  co  po  raz  pierwszy  w  swej  karierze  zagrała  wielką  rolę,  która  mogła  łatwo 

background image

okazać się rolą z „Tajemnicy metalowej trumny”. Zwolnił Henryka z tego obowiązku, bo w 
całej  tej  awanturze  Henryk  błąkał  się  po  omacku,  sam  nie  wiedząc,  czego  chce  i  po  kiego 
licha bałamucił się z tą dziewczyną. Uczciwy to jest człowiek, lecz nie wie, co to jest miłość, i 
poszukuje ohydnej jej karykatury: miłostki, co ani boli, ani dręczy, tylko drażni serce. 

Odnalazł  wielkie,  szare  domisko,  brudne,  od  deszczów  spełzłe,  z  liszajami  wilgoci  na 

murach, pospolite i smętne. Stanął w bramie i spoglądał bezradnie. Naftowa lampa dychała z 
trudem  mętnym  i  chwiejnym  światłem  tak, że nie mógł  odczytać spisu lokatorów, długiego 
jak  akt  oskarżenia  wielokrotnego  mordercy;  w  domu  tym  jak  w  ulu  musiało  być  rojno  i 
ciemno  było  też  jak  w  ulu.  Gdyby  Ina  Torres  była  już  gwiazdą,  może  by  jej  promieniste 
nazwisko świeciło samo i nie trzeba by go długo szukać; w tej chwili ginęło w tłoku tak, że 
Juliusz musiał udać się do studni mądrości, do gubernatora domu, zwanego dozorcą. Odnalazł 
go w norze pełnej zaduchu, mdłej wilgoci i mydlanych oparów, zmieszanych z przejmującą 
wonią  kapusty.  Upojnym  tym  powietrzem  oddychało  kilkoro  dzieci,  których  głosy  słychać 
było  w  gęstej,  ciężkiej  mgle,  podnoszącej  się  leniwo  z  bal  ii,  ja  k  ze  spienionego  jeziora. 
Stary,  zawiędły  człowiek  wychynął  z  tej  lotnej  topieli,  jak  wodnik  Brekekeks  i  życzliwie 
usiłował naprowadzić Juliusza na drogę prawdy. 

— Ina Torres? Żadna tu taka nie mieszka. 
— Wysoka, ładna — dopomagał mu Juliusz. 
— Wysokie tu są i ładne są, ale takiej nie ma. Czy to Żydówka, że ma takie nazwisko? 
— Nie, nie Żydówka, ale właściwie to się ona inaczej nazywa. 
— A jak? 
— Kiedy nie wiem. Może pan po tym pozna, że się kształci na artystkę. 
— Takie tu dwie były, ale jedna wyszła za hrabiego, a druga miała dziecko z oficerem, ale 

też tu już nie mieszka. 

— Panie kochany — rzekł Juliusz — a do kogo tu dzisiaj przyjeżdżało pogotowie? 
— Do nikogo. Od świętego Józefa, jak tu było wesele, to pogotowia nie było. 
— A może lekarz tu dziś do kogo przychodził? 
— Mógł być, ale go nie widziałem. 
— A czy nikt w tym domu nie chciał się dzisiaj otruć? 
— Chcieć to może by wszyscy chcieli, ale nikt tego nie zrobił, bo byłby rejwach na cała 

kamienice, a ja bym coś wiedział. A czy pan z policji? 

— Broń Boże! A nie można by kogo spytać o panią Torres? 
Stary  zwołał  na  naradę  żonę  i  dzieci,  po  czym  kucharkę  z  pierwszego  piętra,  która 

postawiła na nogi wszystkie kuchnie całego domu, one zaś po wielu rozważaniach zapytały 
przez  pierwsze  piętro,  czy  ta  Torres  ma  kudłatą  głowę  i  nosi  futro  z  królików,  udających 
popielice.  Juliusz  rozesłał  sztafetę  okrężną,  że  panna  Torres  odziewa  się,  wedle  jego 
mniemania,  czarno,  a  o  właściwościach  jej  fryzury  nie  umie  orzec  nic  pewnego.  Załoga 
kuchni rozważyła tę mętną odpowiedź i wymiętosiwszy ją dokładnie, jak ciasto, oświadczyła 
zgodnie, że na artystkę kształci  się chyba Karolcia Ćmielówna, bo zawsze była pomylona i 
godzinami stojąc przed lustrem, wykręca gębę. 

— To  musi  być  ta!  —  zawyrokował  Juliusz,  skłoniwszy  się  całemu  domowi  z 

podziękowaniem za bystre wnioskowanie. 

Po chwili, zdobywszy z cierpliwością turysty czwarte piętro, zapukał do drzwi, za którymi 

słychać było głosy, które, jakby przerażone pukaniem rozleciały się jak kuropatwy i zapadły 
w  ciszę,  jak  w  łubiny.  Ktoś  potem  ostrożnie  podszedł  ku  drzwiom  i  pięknym  barytonem 
zapytał, kto nadchodzi i czego żąda. Ponieważ jego nazwisko nie miało obiegu w tym domu, 
Płoński rzekł niepewnie: 

— Przyjaciel pana Stalińskiego. 
Baryton  odszedł  szybko  od  drzwi  i  równie  szybko  powrócił,  aby  je  otworzyć.  Juliusz, 

skłoniwszy się, zapytał ściszonym głosem: 

background image

— Czy tu mieszka panna Torres? 
Pan Szarota nic nie odrzekł,  tylko  pomazawszy  oblicze boleścią, kilkakrotnie twierdząco 

skinął  głową  i  westchnął,  jak  gdyby  chciał  powiedzieć  bez  słów,  że  jeszcze  tu  mieszka  jej 
ciało, ale dusza błądzi gdzieś po gwiazdach i wraca jedynie od czasu do czasu. Potem położył 
na ustach palec z wielkim sygnetem, który zalśnił jak czerwona pieczęć tajemnicy, dając znak 
przybyszowi,  że  nie  należy  płoszyć  ciszy  w  lokalu,  do  którego  niedawno  zajrzała  śmierć. 
Juliusz skinął głową porozumiewawczo i szedł na palcach za Szarota, jak duch za Merkurym 
do  Hadesu.  W  pokoju  świeciła  się  lampa,  nakryta  gęstym  abażurem  z  bardzo  kolorowej 
tkaniny, sącząc przez nią światło bladokrwiste, jak koralowy zmierzch. 

Szarota  w  milczeniu  wskazał  kotarę,  zasłaniającą  wejście  do  alkowy.  Juliusz  dał  znak 

oczyma, że rozumie. Rozmowa odbywała się szeptem, z przewaga gestów. 

— Śpi — szepnął Szarota. 
Juliusz spojrzał na kotarę, potem na przystojnego młodziana. 
— Czym? — spytał zaledwie słyszalnym szmerem głosu. 
— Jodyną — odrzekł mu w tej samej tonacji Szarota, wzniósłszy oczy ku niebu, jakby z 

niemym wyrzutem, że brunatna ta ciecz istnieje na świecie. 

— Czy pan jest lekarzem? 
— Nie.  Nazywam  się  Szarota  i  jestem  bliskim  jej  krewnym.  Juliusz  spojrzał  ciekawie  i 

bardzo uważnie. 

— A lekarz był? 
— Było  i  pogotowie,  i  dwóch  lekarzy.  Zaledwie  ją  odratowali  —  szepnął  Szarota  z  tak 

głębokim wzruszeniem, jak gdyby za chwilę sam miał wypić butelkę jodyny. 

— A gdzie matka panny Torres? 
Szarota  zaczął  szukać  we  wzburzonej  pamięci,  jak  łodzi  na  rozpętanym  oceanie, 

nieszczęsnej  matki.  Odnalazł  ją  wreszcie  oczyma  ducha  w  odległej  aptece,  czekającą  na 
lekarstwo, co było prawdopodobne, lecz nie dowiedzione. 

Juliusz począł patrzeć na młodzieńca wzrokiem tak badawczym, że młodzieniec poczuł się 

nieswojo i chcąc tę natarczywa uwagę odwrócić od siebie, ostrym szeptem zapytał Juliusza: 

— W jakim celu pan tu przyszedł? 
— Nie w tym celu, aby poznać pana — uśmiechnął się Juliusz. 
Szarota  podniósł  groźnie  brwi,  a  oburzone  spojrzenie  zamienił  w  gwałtowny  znak 

zapytania.  Równocześnie  rozdął  nozdrza,  z  czego  kobieta  powinna  poznać,  że  straszliwego 
samca  napełnia  brutalna  żądza,  a  mężczyzna,  że  wrogiem  owładnął  gniew  i  wróg  chce  się 
napić krwi. Juliusz, jakby  nie wiedząc, że w ten sposób  objawia się gwałtowne wzburzenie 
ducha u ludzi popędliwych, patrzył spokojnie na tygrysie miny Szaroty. Nagle obaj odwrócili 
szybko głowy, bo za kotarą odezwał się cichy jęk. 

— Ach!  —  westchnął  Szarota,  patrząc  na  Juliusza  spojrzeniem  ciężkim  jak  ołów  i  tak 

samo szarym. 

Juliusz podniósł się ostrożnie, na palcach zbliżył się do kotary i uczynił nieznaczny ruch, 

jak gdyby ją chciał odsłonić, Szarota jednak podbiegł szybko i zatrzymał jego rękę. 

— Co pan chce zrobić? — zapytał z irytacją. 
— Chcę zobaczyć pannę Torres — odrzekł Juliusz spokojnie i dość głośno. 
— Kto  tam  mówi?  —  zaszeleściła  kotara  słowami,  z  których  każde  słaniało  się  z 

osłabienia. 

— Przyjaciel pana Stalińskiego — rzekł Juliusz. — Czy mogę panią zobaczyć? 
Minęła dłuższa chwila, zanim zbolały szept panny Torres, lecąc niepewnie jak zmarznięty 

ptak przez powietrze, wezwał Szarotę, aby odsłonił firanki; Szarota z gestem oznajmiającym, 
że on umywa prawą rękę z sygnetem i lewą z bransoletką, gdyż nie chce odpowiadać za to, co 
się stanie, spoglądając na Juliusza jak na złoczyńcę, co nie umie uszanować boleści, spełnił jej 
żądanie. W mdłym blasku lampy, co się wsączał do alkowy, ujrzał Juliusz piękną dziewczynę, 

background image

bez ruchu leżącą na łóżku. Miała rozrzucone włosy i dotkliwą na twarzy bladość; na górnej i 
dolnej  wardze  widać  było  brunatne  ślady  jadowitej  jodyny,  którą  w  ten  zewnętrzny  sposób 
nieszczęsna  Torres  chciała  zalać  wewnętrzną  ranę.  Otwarła  oczy,  spojrzała  na  Juliusza 
spojrzeniem nie z tego świata i wymówiła szeptem: 

— Czego pan chce ode mnie? 
Juliusz patrzył długo i pilnie, po czym rzekł łagodnie: 
— Chciałbym porozmawiać z panią bez świadków. 
Torres z trudem pojęła te słowa i zwróciła oczy ku Szarocie: 
— Bądź tak dobry i wyjdź… Szarota okazał żywy niepokój. 
— Przecież nie mogę cię zostawić samej… 
— Panna Torres czuje się jako tako — rzekł Juliusz. 
— Czy  nie  prawda?  Nie  czekając  odpowiedzi,  podszedł  ku  Szarocie,  ujął  go  za  ramię  i 

szepnął:: — Idź pan, kochany panie, do stu diabłów, kiedy pana o to proszą. 

Szarota po raz drugi zapragnął jego krwi i uczynił taki ruch, jakby temu staremu najeźdźcy 

chciał  przegryźć  grdykę,  spojrzawszy  jednak  przez  jego  ramię  na  Inę  Torres,  odłożył  to  na 
później. Wyrwał ramię z uścisku, chwycił płaszcz i kapelusz, i rzekł odchodząc: 

— Dobrze… odchodzę, ale pan weźmie na swoje sumienie to, co się tu stanie! 
— Mogę zaryzykować! — odpowiedział Juliusz dziwnym głosem. 
Nadsłuchiwał  przez  długą  chwilę  dudnienia  kroków  na  drewnianych  schodach,  zamknął 

drzwi na klucz i podszedł do alkowy. Jeszcze raz długo patrzył na dziewczynę, po czym rzekł 
łagodnie: 

— A teraz niech pani wstanie, moje dziecko. 
Ina Torres spojrzała na niego zdumionymi oczyma. 
— Czy  mam  się  odwrócić,  czy  pani  jest  odziana?  —  mówił  Juliusz.  —  Niechże  pani 

wstanie… Pani gra wybornie, tylko ten pan Szarota nie ma ani odrobiny talentu. 

— Kretyn! — rzekła panna Torres i energicznym ruchem odrzuciła kołdrę. 
— Jestem tego samego zdania, chociaż go mało znam… Ale niech się pani jakoś inaczej 

umaluje, bo ta bladość jest cokolwiek zbyt przeraźliwa. 

Torres  wstała  z  łóżka,  gniewnym  ruchem  starła  z  twarzy  za  pomocą  rękawa  bladą, 

niepotrzebną  śmierć  i  usiadła  naprzeciwko  niego  z  miną  niepewnie  zuchwałą.  Oczy  jej 
błyszczały i drżały ręce. 

— Pan się pewnie będzie ze mnie śmiał. 
— Nie śmieję się nigdy w obliczu śmierci — odrzekł z powagą. 
— Może się pan śmiać… Mnie to nic nie obchodzi. Czy to Henryk pana tutaj przysłał? 
— On i nie on; właściwie mówiąc, przyszedłem tutaj sam, bo znam pani historię. 
Torres wzruszyła ramionami. 
— Co pan o mnie może wiedzieć? 
— Wiem  dość,  aby  pani  powiedzieć,  że  po  wiadomości  o  pani  samobójstwie  przeżyłem 

ciężką  chwilę.  Kiepski  to  był  żart,  droga  pani.  Gdybym  nie  był  skapcaniałym  niedołęgą,  a 
pani  była  mniej  mocna,  powinienem  położyć  dzieweczkę  na  kolanie  i  okrężną  drogą  przez 
odległe kraje wybić jej z głowy takie pomysły jak udawanie samobójstwa. 

— Więc może miałam otruć się naprawdę dla pańskiej przyjemności? 
— Wątpię, czy tańczyłbym z radości, gdyby pani to uczyniła. Po co było to wszystko? 
Panna Torres wybuchnęła jak gorące źródło, tym więcej do niego podobna, że z jej oczu 

trysnęły łzy 

— A co miałam robić? Myślałam, że go w ten głupi sposób tutaj sprowadzę, skoro mnie 

odpędza od drzwi. 

— Przecie i tak by się wszystko wydało. 
— Może  nie,  bo  on  nie  jest  taki  sprytny  jak  pan…  Zresztą,  co  to  pana  wszystko  razem 

obchodzi? 

background image

— Obchodzi mnie, bo Henryk jest mi bardzo bliski, a pani jest bezradnym stworzeniem. 

Niechże  pani  nie  płacze!…  Jestem  takim  dziwnym  człowiekiem,  co  nie  może  patrzeć  na 
łzy… 

Łzy, jak gdyby słysząc, że o nich mowa, zaczęły lać się niepowstrzymaną strugą. 
— Pan jest… jakiś dobry… nie taki jak on… 
— I  on  jest  dobry,  ale  ani  on  nie  jest  dla  pani,  ani  pani  dla  niego.  Do  miłości  nikogo 

zmusić nie można, a on pani nie kocha. 

— To niech się ze mną ożeni! 
Juliusz uśmiechnął się nieznacznie, usłyszawszy o tak fałszywym wniosku z prawdziwych 

przesłanek; pogładził miękko jej rękę i odział swoją litość w dwa słowa: 

— Biedne dziecko! 
To  dotknięcie  i  te  słowa  dokonały  gwałtownej  przemiany,  gdyż  namiętna  dusza 

zajodynowanej zewnętrznie Iny Torres stała się od razu prostą duszyczką dobrej dziewczyny, 
panny Ćmielówny, która, oparłszy głowę o ramię Juliusza, płakała zgoła nieuczenie. Juliusz 
gładził jej włosy i mówił jak do rozżalonego dziecka: 

— Niech  się  pani  uspokoi…jest  pani  młoda  i  piękna…  ma  pani  poczciwą  matkę…  Czy 

jeden  Henryk  jest  na  świecie?  Szkoda  łez,  bo  ich  nie  starczy  na  prawdziwe  zmartwienie… 
Przymusić  nikogo  nie  można…  Wyjdzie  pani  za  mąż  za  księcia,  a  o  nim  niech  pani 
zapomni… 

— Ja chcę do kinematografu — rzekła Torres, oblewając łzami każde słowo. 
— To inna sprawa… Czy pani — zapytał ostrożnie — nie może bez tego żyć? 
Dziewczyna rozżaliła się na dobre. 
— Żeby pan wiedział, że nie mogę. Ja nie wiem co bym zrobiła, żeby raz zagrać… Całe 

życie  wywróciłam  do  góry  nogami,  rzuciłam  pracę,  byle  tylko  móc  chodzić  do  filmowej 
szkoły, bo mi powiedzieli, że na cały świat pójdę. Głodziłam się całymi miesiącami i piłam 
sok z cytryny, aby nie stracić linii, a do Pana Boga to się modliłam, żeby mieć solitera. Z całą 
rodziną zerwałam, bo śmieją się ze mnie, a teraz to już nawet rodzona matka powoli zaczyna, 
ale ja od matki ucieknę, a do filmu się dostanę. 

— „Nieuleczalna!” —pomyślał Juliusz smętnie. 
W tej chwili Ina Torres odtrąciła mocnym ruchem rozrzewnioną Karolinę Ćmiel i podeszła 

do  zwierciadła,  aby  sprawdzić,  czy  przez  czas  trwania  rozmowy  nie  ubyło  jej  wspaniałej 
fotogeniczności. Patrzyła na siebie z uwagą, a gorący wiatr zwiał z jej oczu łzy. 

„To jest ptak, nie kobieta” — rzekł do siebie Juliusz. 
Ona  tymczasem  usiłowała  z  trudem  zetrzeć  z  okolicy  ust  mizerne  ślady  jodyny, 

rozmawiając równocześnie, bez śladu niedawnego wzruszenia, istotnie jak ptak przeskakując 
z gałęzi na gałąź. Juliusz odnosił wrażenie, że to na ekranie zmieniają się obrazki. 

— Bardzo się Henryk zmartwił, kiedy się dowiedział, że już po mnie? 
— Owszem, bardzo się zmartwił. 
— To  czemu  nie  chce  napisać  dla  mnie  scenariusza?  Juliusz  gorączkowo  szukał 

odpowiedzi. 

— Bo  on  tego  nie  umie!  —  odrzekł  niepewnie.  Panna  Torres  spojrzała  na  niego 

niedowierzająco. 

— Gdyby mnie kochał, to by umiał. 
— Wątpię — rzekł Juliusz z powagą. — Miłość wiele potrafi, ale scenariusza nie napisze. 

Ale czy to koniecznie on musi to zrobić? 

— A jak nie on, to kto? 
Juliusz zamyślił się głęboko, jak gdyby szukał w pamięci zagubionego w niej twórcy; nie 

znalazłszy go, powziął jakieś nagłe postanowienie i rzekł drżącym głosem: 

background image

— Jeśli mi pani przyrzeknie, że dla własnego spokoju przestanie myśleć o Henryku i że nie 

urządzi  po  raz  drugi  takiej  kiepskiej  awantury  jak  dzisiejsza,  to  pani  taki  wytrzasnę 
scenariusz, że Zyndram oszaleje. 

— Dobrze! — odpowiedziała Torres skwapliwie. 
— Ale i tego Szarotę niech pani pośle do tego diabła, co najdalej stąd mieszka. 
— Mogę go posłać do dwóch… 
— Pani  jest  dobra  dziewczyna  —  rzekł  Juliusz  z  głębokim  uznaniem  —  i  będzie  pani 

miała scenariusz. A jaki to on ma być? — zapytał niepewnym głosem. 

Torres  zmarszczyła  czoło  pod  naporem  myśli,  jak  pod  naporem  potężnego  wichru 

marszczy się błękitne jezioro. 

— Musi być narodowo–erotyczny — odrzekła z mocą. 
Juliusz zachwiał się lekko, jak ktoś, komu uczyniło się słabo. 
— „Tak, to  jest niewątpliwie dobra dziewczyna”  — mówił cokolwiek smętnie, schodząc 

ze schodów. 

Nagle przystanął i dodał czarnym  głosem: „Gdybym spotkał teraz Zyndrama, stałoby się 

coś strasznego. Kto wie, czy bym mu nawet nie dał w pysk…” 

background image

VIII. 

 
Juliusz nie przeczuwał nawet, że nad jego głowę nadciąga burza. Oznajmił ją gwałtowny i 

jakby  ostrzem  sztyletu  pisany  list  pana  Szaroty,  wzywający  Juliusza  na  pilną  rozmowę  w 
cztery oczy, w celu wyjaśnienia „zajścia w mieszkaniu nieszczęśliwej panny Torres”. 

— Chyba pan tam nie pójdzie? — zapytał Henryk. 
— Dlaczegoż  by  nie  —  zaśmiał  się  Juliusz.  —  Jest  to  dla  mnie  jedyna  sposobność 

odnowienia stosunków w sferze ludzi wytwornych, a przyzna pan, że do najwytworniejszych 
należy policzyć dżentelmena, posiadającego sygnet z krwawnika i bransoletkę, może nawet ze 
złota. 

— Sygnet  jest fałszywy, a bransoletka jest przygotowaniem do  kajdanków. Po co będzie 

się pan wdawał z taką kreaturą? Czy mało panu tej ponurej hecy u panny Torres? 

— Otóż  właśnie  z  jej  powodu  pragnąłbym  ujrzeć  tego  młodzieńca,  który  jest  mszycą  na 

dzikiej różyczce. 

— Mnie jest jednak smutno, że pan wdał się w te sprawy z mojego powodu. 
— A mnie z tego samego powodu jest wesoło. Pan nie powinien gadać z panem Szarotą, 

któremu o to zapewne idzie, aby pana poniosło, aby się woda zmąciła i aby się zrobił skandal, 
ja  zaś  jestem  starym,  mocno  doświadczonym  awanturnikiem,  więc  nawet  wicehrabia  z 
sygnetem  nie  wyprowadzi  mnie  z  równowagi.  Ja  rozpętałem  piekło,  ja  przeto  powinienem 
wypić  smołę,  a  zresztą:  należy  mi  się  odrobina  rozrywki,  więc  niech  mi  pan  jej  nie  broni. 
Mam jedną tylko prośbę. 

— Prozę, niech pan mówi… 
— Jeśli mnie Szarota zastrzeli — rzeki Juliusz z należytą powagą — niech pan odmówi za 

mnie  paciorek,  a  Masłowska  niech  różę  zasadzi  na  moim  grobie.  Do  widzenia…  Przyjmij, 
młodzieńcze, ostatnie błogosławieństwo starca. 

Rozmowa  miała  się  odbyć  w  kawiarni,  dokąd  Juliusz  udał  się  na  spotkanie  śmierci; 

usiadłszy  w  najdalszym  zakątku  kawiarni,  będącej  Mekką  i  mokką  najprzedziwniejszej 
ludzkiej  zbieraniny,  ciekawie  przyglądał  się  wszystkiemu.  W  połyskliwie  gładkich,  jak 
zamarzła  woda,  taflach  stiuku,  barwy  zazdrości  i  jasnej  gliny,  odbijała  się  mętnie, 
rozmazanymi  smugami  elektrycznej  jasności,  fabryczna  wytworność  przybytku,  w  którym 
atmosfera  wydawała  się  przeniknięta  marmurowym  i  lustrzanym  chłodem,  jak  gdyby 
przeznaczonym do obniżania  gorączkowej  ciepłoty  podnieconego  rozgwaru ludzkiej ciżby i 
utrzymania  jej  tym  sposobem  w  granicach  oziębłej  wytworności.  Kryształowe  pająki  jak 
gdyby  czyhały  na  każde  podniesienie  głosu,  a  gruby,  miękki  mech  dywanu  tłumił  pochód 
wędrującego  tłumu.  Coraz  to  nowi  goście  wchodzili  z  takim  wyrazem  twarzy,  z  jakim  się 
zjawia  spóźniony  podróżny  w  przepełnionym  wagonie;  lokal  długi,  jak  salonowy  wagon, 
wchłaniał ich w siebie, jak maszyna pneumatyczna wielkomiejskiej poczty wchłania w jedna 
gardziel  tysiące  listów  ze  wszystkich  stron  i  z  najdalszych  zaułków.  Zdawało  się,  że 
wchodzący  tutaj  spieszą  do  jakiegoś  bardzo  upragnionego  celu,  a  zdobywszy  miejsce, 
siedzieli  bezmyślnie,  aby  uwędzić  w  dymie  kilka  nikomu  niepotrzebnych  godzin.  Ci 
wyglądali  jak  smętni,  sobą  i  swoim  stęchłym  teatrem  znudzeni  statyści,  przeznaczeni  do 
„robienia  tłumu”,  wśród  którego,  jak  szybkie  i  pracowite  bakcyle  w  sennym  organizmie, 
poruszali  się  właściwi  bohaterowie  kawiarni,  lawirujący  pomiędzy  przesmykami,  ślizgający 
się po powierzchni konkwistadorzy, rycerze lekkiego przemysłu, handlarze plotki, ludzie bez 
posad i ludzie bez zasad, tacy, co wszystko wiedzą o wszystkich a nic o sobie, lekkoduchy i 
pięknoduchy i ptakowie niebiescy. Za kulisami tej kolorowej rewii, za przejrzyście srebrzystą 
mgiełką papierosowego dymu, można było ujrzeć czasem ludzi rozmawiających ze sobą bez 
niepokoju w słowach i spojrzeniu i doskonale obojętnych wśród tej kolorowej ciżby, albo też 

background image

zabłąkanych  tu,  jak  Juliusz,  przyglądających  się  ciekawie  marmurowemu  ulowi  wielkiego 
miasta, pełnemu szmerów i ściszonych dźwięków. 

Juliuszowi  wydał  się  ten  przybytek  raczej  jak  zimowy  ogród,  w  którym  w  ciężkiej  od 

wonnych  oparów  ciepłocie,  leniwo  i  z  trudem  kwitną  orchidee,  przedziwnie  barwione 
zbytkowne kwiaty. Patrzył z podziwem na smukłe, młodzieńcze kobiece figurynki, smętne w 
swojej  zuchwałości  i  na  zwiędłe  mumie,  ponure  w  swoim  straszliwym  uporze  ratowania 
zgasłego blasku. Dziwił się, że nie ma w tym nadobnym zgromadzeniu Iny Torres, bo wiele 
było  podobnych,  rzucających  spojrzenia  ostrożnie  i  daleko,  jak  wędkę,  a  jeśli  dama  była  z 
epoki kamienia łupanego, śmiało i z wytworną pewnością, jak lasso. 

W  pewnej  chwili  ujrzał  Juliusz  Zyndrama,  czlowieka–trumnę,  w  towarzystwie  pięknego 

efeba,  za  którym  wlokły  się  powłóczyste,  aksamitne  spojrzenia  rozmarzonych  kobiecych 
oczów. 

— To musi być „narzeczony z lasów” polskiej hrabianki — pomyślał Juliusz. 
Wreszcie  wszedł  Szarota,  rozdający  to,  co  jedynie  miał  do  rozdania  —  ukłony.  Szedł 

powoli  ścieżka  wydeptaną  w  dywanie,  jak  przez  ogród  kolorowych  chwastów,  z  niedbałą 
nonszalancją, bardzo siebie pewny. Spostrzegłszy Juliusza w zaniedbanym kącie sali, spędził 
słodkawy uśmiech z twarzy i przystroił ją w zgorzkniałą powagę. 

— Sadzę, że pan zbyt długo nie czekał — rzekł, skinąwszy głową. 
— Tylko prokuratorzy zwykle się niecierpliwią — odpowiedział Juliusz. — Ja mam czas i 

mogę czekać. 

Szarota, zamówiwszy czarną kawę, spojrzał na Juliusza spode łba i słowami tak czarnymi, 

jak gdyby tę kawę na nie wylał, rzekł bez wstępu: 

— Pan wie dobrze, o co mi idzie? 
— Bóg mi dał odrobinę rozsądku. 
— Po  pańskim  dziwnym  występie  u  panny  Torres,  powinienem  był  pana  wyzwać.  Nie 

uczyniłem  tego  z  dwu  powodów:  najpierw  dlatego,  że  nie  wiem,  kim  pan  jest,  a  po  wtóre 
dlatego,  że  za  pańskimi  plecami  ukrywa  się  pan  Staliński,  z  którym  się  jeszcze  rozprawię. 
Chciałem się jednak przedtem dowiedzieć, jakim prawem i w czyim imieniu wtargnął pan do 
panny  Torres,  i  czy  miał  pan  zamiar  obrażenia  mnie,  zmuszając  mnie  do  wyjścia?  Czekam 
odpowiedzi. 

Wszystko to było wypowiedziane szeptem i od czasu do czasu przedzielane przecinkiem 

sztucznego uśmiechu, tak że ktoś, patrzący na nich, powinien był mniemać, że rozmawiają w 
przyjaźni: pogodny wuj z lekkomyślnym siostrzeńcem. 

Juliusz słuchał ciekawie i z wielką uwagą, po czym rzekł: 
— Bardzo dobrze, że pan mnie nie wyzwał, gdyż byłoby to dla pana okropne. Niech pan 

tego we własnym interesie nikomu nie mówi, ale niech się pan dowie, że jestem pospolitym 
włóczęgą i mógłbym panu jako sekundantów posłać dwóch moich przyjaciół, z których jeden, 
niepoprawny  pijaczyna,  zamiata  nocą  ulice,  a  drugi  jest  wprawdzie  kupcem,  ale  na  małą 
skalę, sprzedaje bowiem celuloidowe grzebienie w okolicach dworca kolejowego. 

Szarota spojrzał: na niego podejrzliwie. 
— Czy pan mówi prawdę? Nic nie rozumiem… Skąd się pan tedy wziął u panny Torres? 
— A pan skąd się tam wziął? 
— Jestem jej przyrodnim bratem… 
— A ja jestem jej stryjecznym dziadkiem. Czemu pan wnosi zamęt w rodzinne stosunki? 

Pan jej przyniósł jodynę, a ja przyszedłem po to, aby ją ratować. Czy pan ma do mnie o to 
żal? 

— Panna Torres zrobiła ten żart z rozpaczy… To jest jej sprawa… Prosiła mnie o pomoc, 

więc pomogłem. 

— Pan jej kiedy do tego pomoże, że się z czwartego piętra rzuci przez okno na bruk. To 

dopiero będzie żart! 

background image

— Niech  pan  nie  bredzi.  Nie  będę  z  panem  gadał  o  tych  rzeczach,  które  pana  nie 

obchodzą. 

— Więc niech pan gada o tych, które mnie obchodzą. 
— Dobrze. Czemu pan mnie wypchnął z pokoju, sadząc diabłami? 
— Ja przyznaję się tylko do diabłów, a z pokoju  kazała panu mrugnięciem  oka wyjść ta 

biedna dziewczyna. Pewnie nie wiedziała, co czyni, napiwszy się trucizny. 

— I pan widział to mrugnięcie? Pan stał przecież odwrócony. 
— Posiadam w tych sprawach przeraźliwa mądrość. Wie pan co, młody człowieku. Jeśli tu 

przyszedłem, to nie dlatego, aby dochodzić pańskiego pokrewieństwa z panną Torres. To, że 
pan pragnąłby mnie zabić, też mnie mało obchodzi, choć musi być przyjemnie zginąć z ręki 
tak wytwornego dżentelmena. Ja przyszedłem prosić pana uniżenie, aby się pan wycofał z tej 
całej sprawy i zostawił w spokoju dziewczynę, na którą ma pan fatalny wpływ. 

— Nie  może  być!  —  rzekł  Szarota  drwiąco.  —  Czy  pan  to  mówi  w  imieniu  pana 

Stalińskiego? 

— Nie, mówię we własnym imieniu. Pan Staliński też ją zostawi w spokoju, to jest pewne. 

Idzie o pana. Panna Torres jest to  nieszczęśliwe, zbałamucone stworzenie, które pan, i  tacy 
jak pan, wodzą po bezdrożach i łudzą różnymi szaleństwami. Jeśli ma pan w sobie odrobinę 
litości, niech pan nie wodzi tego biedactwa na pokuszenie. 

— Pan nie jest przypadkiem księdzem? Jeśli nie, to wielka szkoda… Otóż ja zrobię to, co 

mi się podoba, a panna Torres zrobi to, co się jej podoba. Czy to panu wystarcza? 

— Prawie że tak. Pan niech robi, co się panu podoba, bo o pannie Torres wiem, że pana nie 

zechce już oglądać. 

— Pan to od niej wie? — zaśmiał się Szarota. 
— Od niej. 
— To dość niepewne źródło, bo za godzinę ma się tutaj spotkać ze mną i z Zyndramem. 

Widzi pan, jak nie należy wierzyć obietnicom kobiet. Zyndram ma nam o panu opowiedzieć 
jakieś  nadzwyczajne  historie,  bo  podobno  pan  grywał  w  kinie.  Czy  pan  nie  jest  śmieszny, 
miły panie? 

— Tak, jestem bardzo śmieszny — odrzekł Juliusz. 
— Żegnam pana. Szarota zatrzymał go ruchem ręki. 
— Zaraz, zaraz, niech pan poczeka… Przykro jest być dudkiem w pewnym wieku, mimo 

przeraźliwej  mądrości,  ale  niech  pan  tego  nie  bierze  tak  do  serca.  Można  jednak  pogadać 
rozsądnie. 

— Co pan ma jeszcze do powiedzenia? 
— Bardzo  wiele.  Otóż:  przede  wszystkim  pal  pana  licho  za  to,  że  mnie  pan  usiłował 

obrazić, gdyż jestem cokolwiek wyższy ponad to, tym bardziej że się dowiaduję, kim pan jest. 
Mniejsza  o  to…  Mówmy  o  czymś  ważniejszym.  Więc  naprawdę  Stalińskiemu  nie  idzie  o 
Torres? 

— Może podpisać cyrograf. 
Szarota zamyślił się. 
— A czy pan Staliński wie, że on może podpisać sto razy cyrograf, a panna Torres nie da 

mu spokoju. 

— Uczciwa dziewczyna tego nie zrobi! 
— Pan jednak musi być księdzem — rzekł Szarota niecierpliwie. — A ja panu mówię, że 

można tak zrobić, aby panna Torres to zrobiła. 

Juliusz wzdrygnął się i spojrzał na Szarotę, jak na płaza. 
— I to pan się do tego przyczyni? — zapytał z drżącym gniewem w głosie. 
— Czy ja to powiedziałem? Bynajmniej… Korzystam jednak z miłego spotkania z panem, 

aby panu oświadczyć, że ja właśnie mogę do tego nie dopuścić. Dlatego to panu mówię, bo 
pana  łączą  podobno  ze  Stalińskim  jakieś  przyjacielskie  stosunki,  a  równocześnie,  diabli 

background image

wiedzą czemu, obchodzi pana ta dziewczyna. Słowem: mogę panu uczynić tę przyjemność, że 
Torres machnie ręką na Stalińskiego i że już nigdy nie będzie żadnych awantur. 

— Pan by to uczynił? 
— Dlaczegoż  by  nie?  Mnie  idzie  o  Torres,  panu  o  Stalińskiego,  więc  interes  jest  do 

zrobienia. 

— Jak to… interes? 
— Czego pan tak krzyczy, czy nie widzi pan, że dookoła siedzą ludzie? Mówię „interes”, 

bo jeśli puściłem płazem obrazę osobistą, nie myślę czynić nikomu usług za darmo. 

— Nic nie rozumiem! 
— W rok po śmierci będzie pan kanonizowany, zresztą ma pan minę apostoła. Nie rozumie 

pan, że spokój jest takim samym dobrym towarem, jak mąka lub węgiel. Chce pan spokoju 
dla swego przyjaciela, to niech pan ten spokój kupi. 

Juliusz spojrzał: na niego z taka ciekawością, jakby oglądał dziwo; przez nagle zdumienie 

na jego twarzy przebrnął jednak uśmiech, tak zabawną wydała mu się ta propozycja. 

— To jest wyborny pomysł! — rzekł wesoło. 
— Trudno, takie czasy — mruknął Szarota. 
— Nadzwyczajne! A czy wolno wiedzieć, co to kosztuje? 
Szarota wpatrzył się w niego bystrym wzrokiem. 
— Słowo honoru, czek, czy gotówka? 
— A czy jest jaka różnica? 
— Jest  —  odrzekł  Szarota  niecierpliwie,  jak  gdyby  bardzo  tępemu  uczniowi  tłumaczył 

oklepane  sprawy.  —  Słowa  honoru  w  ogóle  się  nie  przyjmuje,  czek  niechętnie  i  z  prawem 
zasięgnięcia informacji przez telefon, za to gotówkę bierze się z opustem do połowy. 

Juliusz przekrzywił śmiesznie głowę i słuchał jak wniebowzięty. 
— To jest genialne! A cóż na to policja? 
Sznrota spojrzał na niego jak na obłąkanego i rzekł ze szczerym oburzeniem: 
— A cóż ma do roboty policja w sprawach honorowych? 
— Aha, rozumiem. Więc ileż to kosztuje za gotówkę? 
— Pan pewnie jest goły, ale pański przyjaciel ma pieniądze. 
— Niech  pan  nie  wspomina  o  moim  przyjacielu.  Ja  sam  chcę  zrobić  ten  interes…  Więc 

ile? 

— A ile pan może dać? 
— Posiadam  całego  majątku  trzy  złote,  ale  muszę  z  tego  zapłacić  kawę.  Czy  reszta 

wystarczy? — zapytał tajemniczo. 

Szarota aż się cofnął, zdumiony. 
— Czy pan oszalał? — szepnął z sykiem. — Chce mnie pan kupić za trzy złote? Za kogo 

mnie pan ma? 

— Za obwiesia. Zresztą mogę panu dać więcej. Jeśli pan w tej chwili nie wstanie i czym 

prędzej stąd nie odejdzie, wyleję panu na gębę tę resztę kawy, hyclu jeden! 

— Cicho,  do  stu  diabłów!  Mów  pan  ciszej!  Myślałem,  że  mam  do  czynienia  z 

dżentelmenem,  a pan jest stary i  głupi. Proszę się nie ruszać. Wstaję i odchodzę… Ale pan 
tego ciężko pożałuje… 

Mówiąc  to  szeptem,  wstał  powoli  i,  uśmiechnąwszy  się  do  Juliusza,  skinął  ręką  w  jego 

stronę i rzekł bardzo głośno: 

— Do jutra, drogi panie! 
Juliusz, któremu się zdawało, że go już nic nigdy zdumieć nie zdoła, jednak zdumiał się 

takim  zakończeniem  honorowej  sprawy.  Zawołał  garsona,  aby  zapłacić.  Wtedy  mu 
oświadczono uprzejmie: 

— Pan Szarota bardzo się śpieszył i powiedział, że za jego kawę zapłaci pan dobrodziej. 

background image

IX. 

 
Staliński  nie  wiedział,  czy  śmiać  się,  czy  oburzać,  słuchając  sprawozdania  Juliusza  z 

wyprawy  na  potów  i  ducha  Szaroty,  stary  człowiek  natomiast  nie  mógł  otrząsnąć  z  siebie 
bolesnego zdumienia. 

— W tych zaułkach — mówił — w których dotąd bywałem, coś podobnego zdarzyć by się 

nie  mogło,  toteż  rad  bym  czym  prędzej  wrócić  tam,  skąd  na  ten  brzeg  przyszedłem.  Niech 
mnie  pan  pilnuje,  bo  kiedyś  panu  ucieknę.  —  Nic  pan  jeszcze  nie  widział  —  odrzekł  mu 
Henryk  — to  są tylko  drobne kiełbie, żerujące w płytkiej  wodzie. Na świecie jest teraz tyle 
niepokoju i zgiełku przy przeprowadzce ze zmurszałej budy do nowej, tyle ruchu i tłoku, że 
korzystają  z  tego  przede  wszystkim  złodziejaszki,  dla  których  nastał  czas  żniwa. 
Uśmiechnijmy się jednak do dobrej nadziei, że to długo nie potrwa. 

Juliusz widać rozmyślał w samotności o zbutwiałości ludzkich sumień, bo rzadko schodził 

ze swego umiłowanego poddasza, dokąd wyniósł z zachłannością kruka mnóstwo książek z 
biblioteki Henryka. — Staruszek odrabia zaniedbanie — myślał Henryk z uśmiechem. 

Zdziwił się, gdy go jednego dnia odwiedził o niezwykłej porze. Musiał mieć jakąś troskę, 

sądząc  ze  zmarszczonego  czoła,  ale  gadał  długo  o  tym  i  o  owym,  jakby  z  daleka  kołując, 
wreszcie zapytał niespodzianie: — Panie Henryku kochany, jak się pisze scenariusz? 

— A na cóż panu ta wiadomość? — szczerze zdumiał się Henryk. 
— Na  nic…  Pytam  ot  tak  sobie…  Słyszałem  brednie  Zyndrama  i  zacząłem  zastanawiać 

się, na czym polega tajemnica dobrego scenariusza… Czy może mi pan powiedzieć, jak się to 
robi technicznie? 

Henryk spojrzał na niego z wesołą podejrzliwością. 
— Nie jest to straszliwa tajemnica — rzekł. — Zaraz panu pokażę wzór. Wydobył z biurka 

zeszyt i dał go Juliuszowi. 

— Niech pan tego nie pokazuje nikomu — dodał — bo mnie pan skompromituje. Jest to 

awantura bez trumny, bez szantażu i bez samobójstwa. 

— Będę  to  w  dzień  nosił  na  piersi,  a  w  nocy  ukryję  pod  materacem  —  rzekł  Juliusz, 

bardzo uradowany. 

Nazajutrz,  powróciwszy  dość  późno,  Henryk  przeglądał  niedbale  gazetę,  nagle  krzyknął 

ściszonym  głosem,  wyłowiwszy  wzrokiem,  jak  rybę  z  czarnej  wody  druku,  nazwisko 
Ryszarda  Szaroty,  zaplątanego  w  jakąś  straszliwie  mętną  sprawę  oszukańczej  sprzedaży 
cudzego  majątku;  bukiet  nazwisk  pomysłowego  towarzystwa,  co  dokonało  tej  dowcipnej 
wymiany  dóbr  doczesnych  na  weksle,  z  terminem  płatności  na  dwa  lata  przed  końcem 
wieczności,  był  niezwykle  barwny,  a  Szarota,  jak  srebrzysta  gwiazdka  szarotki,  tkwił  w 
samym środku. 

— Musze  uradować  Diogenesa!  —  zaśmiał  się  Henryk  i  czym  prędzej  poszedł  na 

poddasze. 

Przez szparę u dołu drzwi wyciekał pobrzask światła, więc, choć żadnego nie słychać było 

szmeru, Henryk zapukał. 

— Czy pan nie śpi, panie Juliuszu? Nikt nie odpowiadał, wiec zapukał po raz drugi, a nie 

otrzymawszy odpowiedzi, zaniepokojony ostrożnie otworzył drzwi. 

W pokoju był półmrok, bo lampa nocnego stolika postawiona na podłodze, osłonięta była 

gazeta;  na  stole,  wśród  książek,  puste  talerze,  niemal  do  czysta  opróżnione,  i  okruszyny 
chleba. 

Henryk spojrzał na łóżko i, jakby własnemu nie dowierzając wzrokowi, przetarł ręką oczy. 

Zamiast  chudej  i  długiej  postury  Juliusza,  ujrzał  na  nim  dwoje  dzieci,  głęboko  śpiących: 
pięcioletnia może dziewczynka, zaróżowiona czerwoną mgiełką rumieńca, oddychała równo 
przez  otwarte  usteczka,  lewą  rączką  zacisnęła  kosmyk  płowych  włosów,  jakby  w  obawie, 

background image

żeby jej podczas snu nie zabrano podstępnie ślicznej główki, prawą zaś objęła szyję starszego 
cokolwiek  chłopca,  który  spał  z  należytą  powagą  opiekuna  i  obrońcy,  z  marsem  na  czole; 
obok,  porządnie  ułożone  na  krześle,  drzemały  łatanym  snem  biedne  ubranka,  a  dwie  pary 
obuwia stały w szeregu, jak żołnierze na straży. Juliusza nie było. 

Henryk zerwał gazetę z lampy, jakby go chciał znaleźć w pełnym świetle w jakim kącie i 

powiedzieć  mu,  że  jest  starym  wariatem,  co  z  jego  domu  urządza  przytułek.  Patrzył  z 
bezradną niechęcią na tych dwoje podrzutków i nie wiedział, co począć. 

— Ten człowiek za wiele sobie pozwala — pomyślał. — Tak być nie może… 
Wyciągnął  rękę  szorstkim  ruchem,  aby  zbudzić  dzieci,  a  przynajmniej  tego  poważnie 

śpiącego  smyka,  i  zapytać,  gdzie  się  podział  Juliusz.  Dziewczynce  jednak  musiało  się 
przyśnić,  że  ktoś  chce  skrzywdzić  ich  dobry  sen,  bo,  zostawiwszy  na  łup  własną  płową 
głowinę, objęła i drugą ręką poważnego młodziana. Henryk zatrzymał się w ruchu. 

— Po co je będę budził? Narobią krzyku i tyle będzie zysku. 
Wzruszył ramionami, zły na Juliusza, na siebie i na te dzieci. 
— Cały spisek… — pomyślał. — jutro pogadam z nim na ten temat… 
W  tej  chwili  zauważył,  że  ostre  światło  lampy  zaczyna  niepokoić  maleństwo,  któremu 

drgnęły  powieki,  więc,  sam  nie  wiedząc  dlaczego  to  czyni,  zakrył  szybko  lampę  płachtą 
gazety,  co  zostało  przez  dziewczynkę  przyjęte  z  sennym  uznaniem,  bo  znowu  się 
uśmiechnęła;  było  to  tak  urocze,  że  i  on  się  uśmiechnął.  Patrzył  na  tę  ładną  główkę  przez 
dłuższą chwilę, po czym ostrożnie poprawił zsuwającą się łóżka kołdrę, mrucząc niechętnie: 

— Jeden wariat poszedł spać na ulicę, a drugi układa do snu nie wiadomo czyje dzieci. 
Wyszedł  z  pokoju  na  palcach  i  bez  szelestu  zamknął  drzwi.  Obszedł  całe  mieszkanie  i 

zwiedził  kuchnię,  wciąż  mając  nadzieje,  że  Juliusz  gdzieś  śpi  w  jakimś  kącie,  nigdzie  go 
jednak nie było. Znowu go gniew ogarnął. Noc była ciemna i osiwiała od szronu, a ten albo 
się  gdzieś  wałęsa,  albo  znowu  śpi  na  jakimś  maglu  w  suterenie.  Nie  wiedział,  co  robić. 
Najbardziej  to  go  gniewało,  że  jak  obłok  z  wysoka,  spływa  na  niego  rozrzewnienie,  przed 
którym  się  bronił,  bo  należało  się  raczej  oburzyć.  Zasnął  bardzo  zatroskany,  obiecawszy 
sobie, że rano zapowie Juliuszowi raz na zawsze, aby się taka historia nie powtórzyła. 

Wstał  wcześnie  wbrew  zwyczajowi,  przypuszczając,  że  Juliusz  będzie  usiłował 

wyprowadzić dzieci niepostrzeżenie. Usłyszawszy, że Masłowska wchodzi od strony kuchni, 
pomyślał, że może ona być w porozumieniu ze swoim uwielbianym Płońskim, więc natarł na 
nią groźnie: 

— Gdzie jest pan Juliusz? 
Babina  spojrzała  na  niego  z  tak  szczerym  zdumieniem,  że  świetlana  jej  niewinność 

błysnęła  jak  poranne  słońce.  Objaśniona  o  zbrodni  starego  człowieka,  ważyła  coś  długo  w 
sercu,  nie  mówiąc  ani  słowa,  Henryk  zaś  nie  mógł  usłyszeć  roztropnej  uwagi,  którą 
najgłębszym szeptem zwierzyła swojej dobrej duszy, jak gdyby w nagłym rozelśnieniu: 

— Teraz rozumiem, dlaczego wczoraj miał taki nadzwyczajny apetyt, biedaczyna… 
Henryk  wydał  jej  oschłym  głosem  polecenie,  aby  dzieci  nie  budzić,  a  jemu  dać  znać 

natychmiast, kiedy się tylko Juliusz zjawi. Kazał podać śniadanie i zatrzasnął drzwi gabinetu. 

Masłowska,  nie  mogąc  przemóc  ciekawości,  bezszelestnym  krokiem  pantery,  cokolwiek 

otyłej,  poszła  na  poddasze,  cichutko  otwarła  drzwi  i  rozrzewnionym  wzrokiem  patrzyła  na 
śpiące  dzieci.  Koło  serca  uczyniło  się  jej  jakoś  miękko,  więc  wydawszy  pierś  ciężkim 
westchnieniem, jak żagiel wiatrem, spłynęła cicho na dół i poczęła czatować na Juliusza. 

— Będzie on miał za swoje, Boże drogi! — mruczała z niepokojem. 
Spoglądając  pilnie  na  drzwi  usłyszała  wreszcie  ostrożny  szmer,  jak  gdyby  usiłował  je 

otworzyć złodziej;  czym prędzej  podeszła na palcach i  pomogła do ich otwarcia. Na widok 
Juliusza, powiedziała szeptem: 

— Cicho! Pan Staliński znalazł dzieci i jest strasznie zły. 
— Nieszczęście — szepnął Juliusz. — Co mówił? 

background image

— Nic nie mówił, tylko drzwiami trzaska. Co pan najlepszego zrobił? 
Juliusz stał zmartwiały i smutny, jak swój własny nagrobek. 
— Niech  mnie  pani  ratuje,  droga,  złota  pani…  To  są  biedne  dzieci…  Pani  jest  strasznie 

dobra… Niech pani coś poradzi… Przecież to dzieci… 

Pani  Masłowska  poczuła,  że  na  serce  kapią  jej  własne  łzy.  Na  krótką  jednak  chwilę 

poddała się słabości, bo energicznym ruchem otarłszy oczy, szepnęła groźnym szeptem: 

— Niech się pan nic nie boi! 
Henryk  musiał  coś  usłyszeć,  bo  nagle  otworzył  drzwi.  Juliusz  chciał  ukryć  się  za 

Masłowska,  lecz  usłyszawszy:  —  „Panie  Juliuszu,  proszę  na  chwile  do  mnie!”  —  spojrzał 
tylko  na  nią  błagalnie,  wszedł  do  gabinetu  i  stanął  u  drzwi  bez  ruchu.  Henryk  chodził  po 
pokoju, jak gdyby nie mógł zdecydować się na ton rozmowy i zapytał znienacka: 

— Co pan wyprawia? 
Ponieważ  pytanie  było  retoryczne,  Juliusz  nic  nie  odrzekł,  tylko  zaczął  czegoś  pilnie 

szukać na podłodze. 

— Wyprawia pan niemożliwe rzeczy — odpowiedział Henryk za niego. — Sprowadza pan 

do domu nieznane dzieci… 

— Ja je znam — wtrącił Juliusz pocieszająco. 
— To  jeszcze  nie  powód,  abym  ja  je  poznawał  wśród  nocy.  Dlaczego  pan  mnie  nie 

uprzedził? 

— Nie śmiałem… Wiem, że uczyniłem źle. 
— Najgorzej pan uczynił, nie źle. Gdzie pan spędził noc? 
— Doskonale spałem u jednego zaprzyjaźnionego szewca, któremu niedawno żona umarła, 

więc było miejsce. Serdecznie pana przepraszam. 

— Nie o to idzie, czy mnie pan przeprosi, czynie, ale o to, że pan robi głupstwa. Wczoraj 

przyprowadził pan dzieci, a jutro przyprowadzi pan jakiegoś dorosłego draba. 

— Przysięgam panu… 
— Daj pan pokój! Mój dom zaofiarowałem tylko panu, ale nie całemu miastu… 
Juliusz opuścił głowę na piersi i rzekł cicho: 
— Gdyby to nie były dzieci, nigdy bym tego nie uczynił. Niech mnie pan za to wypędzi, 

ale niech się pan nie gniewa. 

Henryk podszedł ku niemu blisko. 
— Proszę takich rzeczy nie mówić. Niepokoiłem się o pana, więc jestem rozdrażniony. Nie 

ma o czym gadać. Pan ma w tych sprawach tyle rozsądku, co te dzieci tam na górze. Ja się 
dziwie,  że  pan  tego  ubrania  nie  rozdał  jeszcze  po  kawałku.  A  może  pan  już  jakiejś  części 
garderoby nie posiada… Niech pan rozepnie płaszcz!… 

— Mam wszystko — rzekł Juliusz. 
— Dzięki Bogu. Niech Masłowska dzieci nakarmi i niech je pan odeśle tam, skąd przyszły. 
— Ja  je  sam  odprowadzę.  Pan  jest  bardzo  zacny…  Czy  pan  pozwoli,  skoro  się  już  tak 

stało, aby sobie jeszcze pospały? 

Henryk wzruszył ramionami i zawołał rozbrojony: — A idźże pan do licha! Na pana nawet 

gniewać się nie można. 

Podsłuchująca w przedpokoju Masłowska mało co słyszała z rozmowy, słowa jednak:  — 

„A idźże pan do licha!” były wypowiedziane tak głośno, że się rozległy i przypadłszy aż do 
niej  ugodziły  jej  serce,  jak  kamień.  Przekonana,  że  Płońskiego  krzywdzą  ponad  miarę  i 
wypędzają  go  z  domu,  wtargnęła  do  gabinetu  i  gromkim  krzykiem  podniecając  własną 
odwagę,  jak  dawni  wojownicy,  ciskała  jak  z  procy  stufuntowe  słowa,  ciężkie  od  słusznego 
gniewu i wilgotnej żałości. Henryk usiłował jej przerwać, szybko jednak zrozumiał, że usiłuje 
powstrzymać Niagarę, lecąca na niego z szumem i łoskotem. 

— Kogo  pan  chce  wyrzucić?  Pana  Płońskiego?  Za  to,  że  dwoje  katolickich  sierot 

przygarnął, a sam się tułał po nocy? Dzieci panu nie ukradły tego łóżka, na którym umarły nie 

background image

chciałby  leżeć,  bo  takie  twarde.  Swoich  dzieci  pan  nie  ma,  to  się  pan  nad  cudzymi  chce 
znęcać. Może pan je każe pokrzywami bić po gołym ciele, albo jeszcze co gorszego! Jakieś 
sieroty bez ojca i bez matki, to zaraz won, na śnieg, a pana Płońskiego za nimi, bo się ulitował 
i  nie mógł  patrzeć, jak to  kona. Ja też mogę sobie pójść i  jeszcze znajdę taką służbę, gdzie 
dzieci nie męczą i nie biją po nieszczęsnych głowach. 

— Kto bije dzieci po nieszczęsnych głowach! — krzyknął Henryk. 
— Niedoczekanie,  aby  je  kto  bił,  bobym  go  własnymi  rękoma  udusiła.  A  jakby  mi  pan 

zabronił  dać  im  odrobinę  mleka,  to  pójdę  na  grób  pańskiej  matki  i  powiem  nieboszczce, 
żeśmy  sobie  ładnego  pana  wychowali,  przez  którego  pan  Płoński  gorzko  płacze,  bo  go 
wypędzają jak psa… 

— Mnie nikt nie wypędza, droga pani — usiłował jej przerwać Juliusz. 
— Niech  pan  nie  mówi,  bo  sama  słyszałam.  Wypędzają  pana!  Lafiryndy  różne  to  stąd 

tygodniami nie wychodziły, ale porządny człowiek to zaraz zawadza. 

Henryk zwrócił się z rozpaczą do Juliusza i krzyknął, jak człowiek, co chce przekrzyczeć 

ulewę: 

— Niech ją pan wypchnie za drzwi! 
— Ja bym ją przycisnął do serca — odrzekł cicho Juliusz. 
Objął Masłowską ramieniem i korzystając z chwili, kiedy chwytała wiatr w dyszące płuca, 

powiedział łagodnie: 

— Niech się pani uspokoi, moja pani, bo pan Staliński już mi przebaczył… Już dość, niech 

pani nic nie mówi… I wcale mnie nie wypędza i panią bardzo lubi… 

— Czy  pan  zwariował?  —  krzyknął  Henryk.  Juliusz  mrugnął  porozumiewawczo  w  jego 

stronę, a spostrzegłszy ulewę łez w oczach pani Maslowskiej, niechybny znak, że burza już 
ucicha  i  tylko  ciężko  po  zmarnowanych  płacze  piorunach,  mówił  do  niej  uspokajająco:  — 
Wszystko zostanie jak było, a pani Pan Bóg niech za dobre serce zapłaci. 

— Niechby nie zostało!… — odpowiedziała Masłowską ostatnim pomrukiem burzy. 
Wtedy ją Juliusz łagodnie przepchnął przez drzwi, jak czarną chmurę na tę połać nieba, w 

której znajduje się kuchnia. 

— Dzieci  panu  przebaczę,  wszystko  panu  przebaczę  —  rzekł  Henryk  —  ale  jeśli  pan 

jeszcze raz powie, że ja lubię tę babę, to pana zabiję. 

— Co ja na to poradzę, kiedy pan ją jednak lubi — zaśmiał się Juliusz nieśmiało. 
— Czy pan widział kiedy co podobnego? 
— Ona posiada potężny  dar słowa  — rzekł  Juliusz z uznaniem.  —  Ale już czas zbudzić 

moje dzieci. 

— Czyje to dzieci? Z ulicy? 
— Nie.  Mam  nieszczęsnego  przyjaciela,  który  posiada  tego  czworo.  Jedna  dorosła 

panienka,  jedna  dziewczynka,  która  w  tej  chwili  jest  chora,  i  tych  dwoje,  które  tam  śpią. 
Wszystko  to  gnieździ  się  w  jednej  izbie.  Serce  mi  się  kraje  na  widok  tej  nędzy,  więc  ze 
względu na chore dziecko zabrałem tych dwoje. Chciałem  tej dziewczynie, co im zastępuje 
matkę, ulżyć chociaż na tę jedną noc. 

— Dobrze  pan  zrobił  —  rzekł  Henryk  niepewnie.  Juliusz  uśmiechnął  się  do  niego  nagłe 

zwilgotniałymi oczyma. 

— Niech im Masłowską tutaj da śniadanie — dodał Henryk, szybko odwróciwszy głowę. 

— Potem odprowadzę je razem z panem… 

— Kocham pana! — rzekł Juliusz serdecznie. 

background image

 
Kiedy  swojego  czasu  Juliusz  po  daremnej  próbie  dostania  się  do  wymarzonego  raju 

szpitala  wałęsał  się  wzdłuż  murów,  z  takim  trudem  wlokąc  nogi,  jak  gdyby  wyświechtany 
asfalt był grząskim bagnem, ujrzał wielu ludzi pracujących przy wznoszeniu nowego domu. 
Długo przyglądał się ich pracy i wreszcie zdobył się na odwagę, aby o nią prosić, a jeśliby 
tego było trzeba, błagać o nią na kolanach. Objaśniono go, że szafarzem jej jest pan architekt 
Barski,  który  krąży  gdzieś  po  rusztowaniach.  Juliusz  czekał  długo  ze  śmiertelnie  znużoną, 
senną  cierpliwością,  której  zaczęła  się  śnić  obłędna  nadzieja,  aż  wreszcie  wyszeptał  swoją 
prośbę,  raczej  zgłodniałym  spojrzeniem  niż  słowami.  Barski  obejrzał  go  współczującym 
wzrokiem i rzekł: 

— A jakąż ja panu znajdę prace? 
— Będę nosił cegły — odrzekł Juliusz z łapczywą gotowością. 
— Cegieł się już nie nosi — mówił zamyślony Barski — zresztą, mój Boże, raczej cegła 

pociągnęłaby w dół pana, zanim pan zdołałby udźwignąć cegłę. 

Oczy  starego  człowieka  raz  jeszcze  zagasły  i  jeszcze  raz  umarła  w  nim  nadzieja. 

Spojrzenie jego musiało jednak wzruszyć Barskiego, bo wynalazł mu w skrzętnym mrowisku 
jakąś pracę lekką i wystarczającą na suchy chleb. To było początkiem ich znajomości, która 
przetrwała wszystkie wzloty i upadek pana Barskiego; umiał budować domy, ale je przestano 
wznosić, zresztą takich jak on było wielu i przybywało ich coraz więcej, młodszych i bardziej 
zaradnych. Miał głowę pełną projektów, którymi zapełniał w myśli puste place, wyglądające 
wśród  szeregu  domów  jak  szczerby  w  szeregu  zębów.  Praca  stawała  się  kością,  o  którą 
zajadle  walczono,  wreszcie  mętnym  stała  się  wspomnieniem.  Barski  grzązł  w  smętku  i 
nieporadnej  biedzie,  która  przywiodła  z  sobą  najpierw  zgryzotę,  potem  jego  chorobę, 
wreszcie chorobę i śmierć żony. Wtedy nędza Juliusza zaczęła odwiedzać nędzę Barskiego i 
pocieszać ją słowami, pełnymi cichej słodyczy i widmem nadziei, która miała dnia jednego 
zjawić  się  w  promienistej  postaci.  Ale  ten  dzień  nie  nadchodził;  na  zwiady  natomiast 
przyszedł głód, milczący i z błędnym spojrzeniem. Barski zmienił mieszkanie i z czworgiem 
dzieci zajął izdebkę z kuchenką, ciasną jak komórka ula. Podejmował się najcięższej pracy, 
kiedy zaś i tej najcięższej zabrakło, zwiesił głowę i opuścił ręce. Wtedy Juliusz mówił mu: 

— Niech  pan  wszystko  uczyni,  aby  dzieci  nie  ujrzały  pańskiej  rozpaczy,  bo  tak  w  niej 

zwiędną  jak  pan.  Niech  pan  uśmiecha  się  do  nich  i  to  tak,  aby  im  się  zdawało,  że  słońce 
świeci, bo jeśli ujrzą nędzę i pojmą, co uczyniła z panem, zmienią się w najnieszczęśliwsze 
istoty na ziemi, bo przestaną być dziećmi. Byleby tylko starczyło im na kawałek chleba. 

— Ale skąd go wziąć, gdzie go znaleźć? 
— Pamięta pan, jak ginąłem z głodu, a pan mnie przecie na czas jakiś nakarmił? Niech pan 

idzie na poszukiwania, a ja będę pilnował dzieci. 

Barski  szedł,  szukał,  znajdował,  albo  odchodził  z  niczym.  Czasem  uśmiechnęło  się  do 

niego  szczęście,  czasem  nie  widział  niczego  przed  sobą  oczyma,  już  pełnymi  łez,  które 
skrywał  starannie,  wracając  do  domu.  Juliusz,  który  miał  więcej  od  niego  wprawy  w 
wyszukiwaniu  najbardziej  utajonych  pól,  na  których  rosła  odrobina  chleba,  przynosił  go 
dzieciom  jak  kruk  więcej  jednak,  niż  tego  chleba,  przynosił  z  sobą  radości  i  rozdawał  ją 
pomiędzy nie, jak słodycze. Najstarsza córka  Barskiego, dwudziestoletnia Elżunia, widziała 
wszystko  jasno,  lecz,  bez  porozumienia  z  ojcem,  uprawiała  ten  sam  sposób  oszukiwania 
nędzy. 

Panienka niezbyt ładna, wiotka i smukła, twarz miała jasną i szczerą, a oczy duże, błękitne, 

już mądre, a wciąż jeszcze dziecinnie ciekawe, już zapłakane, a jeszcze rozmarzone. Bystrze 
patrząc na ojca i na tego obcego, a tak serdecznie bliskiego człowieka, nazywanego „wujem 
Juliuszem”,  nauczyła  się  od  nich  cichego  uśmiechu.  Był  to  jej  jedyny  posag,  ocalony  z 

background image

dawnych, śmiejących się, pogodnych dni, strzęp błękitu, w który stroiła swój utajony na dnie 
duszy  smutek.  Po  śmierci  matki  stała  się  drugą  matką  trojga  dzieciaków  i  wiernym 
przyjacielem  nieporadnego  ojca.  Jednego  dnia  spojrzała  poza  siebie  wielkimi  oczyma, 
patrzyła długo zamglonym wzrokiem i odwróciła głowę; twarzyczkę miała zmienioną i bladą 
od  wzruszenia,  jak  ktoś,  kto  żegna  piękne  minione  i  zwraca  twarz  przeciwko  temu,  co 
nadchodzi  groźne  i  beznadziejne.  Ogarnęła  ramionami  troje  piskląt  i  weszła  do  ciemnej, 
smętnej  izdebki  śmiało  i  dzielnie,  złocąc  jej  szare  ściany,  po  raz  pierwszy  od  czasu  ich 
trwania, bladym uśmiechem. Kiedy ojcu, ustawiającemu po kątach ocalone sprzęty, zaczęły 
niespokojnie  drżeć  ręce,  spojrzała  na  niego  spojrzeniem  łagodnie  karcącym,  jakim 
zahartowany spiskowiec patrzy na drugiego spiskowca, którego opuszcza odwaga. 

Juliusz, który ich odwiedził w nowym przybytku, łgał rzewnie i wesoło: 
— To  rozumiem,  to  jest  mieszkanie!  I  do  Pana  Boga  bliżej  i  powietrze  lepsze  na  takich 

wysokościach… Nie pojmuję — rzekł, zwracając się do dzieci — jak można było mieszkać 
na pierwszym piętrze, skąd nikt jeszcze należycie nie zjechał po poręczy schodów. Czwarte 

98 
piętro  jest  do  tego  jakby  umyślnie  stworzone.  Przede  wszystkim  zaś  należy  policzyć 

schody. Ile razy, Jureczku, będziesz szedł pod górę, zawsze licz schody! Nie znam milszego 
nad to zajęcia i zawsze to robię. Zresztą, co to za nadzwyczajność takie czwarte piętro! Tatuś 
buduje takie domy, co mają aż siedem pięter, a w Ameryce są takie, co mają pięćdziesiąt. Ten 
dom  to  smarkacz  wobec  amerykańskich.  Strasznie  wam  zazdroszczę,  że  mieszkacie  tak 
wysoko. 

— A wuj gdzie mieszka? 
— Ja?  Ja  mieszkam  bardzo  nisko  i  dlatego  jestem  niepocieszony,  że  nie  mogę  liczyć 

schodów. 

Wujaszek  Juliusz  przychodził  jednak  coraz  rzadziej.  Mógł  kłamać  twarzą,  ale  nie  mógł 

pogodą połatać łachmanów, których nie  chciał pokazywać dzieciom. Spotykał  się  czasem  z 
Barskim  i  wiedział  o  wszystkim,  co  dobrego  i  co  złego  zdarzyło  się  na  czwartym  piętrze. 
Wiedział,  że  Elżunia  przerwała  studia  i  ostatnich  z  siebie  dobywa  sił,  biegając  z  jednego 
krańca  miasta  na  drugi,  udzielając  lekcji  i  przygotowując  ospałe  głowy  do  egzaminów,  że 
Jurek ośmioletni z wielką powagą patrzy na życie, że pięcioletnia Maja z płową czupryną i 
fiołkowymi  oczyma  tęsknie  go  wypatruje,  a  największe  wśród  nich  biedactwo,  Celinka, 
stworzenie żywe, nad wiek rozwinięte i czarnymi oczyma diabełka świdrujące wszystko, od 
wielu miesięcy nie może wstać z łóżka. Siedziała w nim oparta o poduszkę, dotknięta wadą 
kręgosłupa i bezwładem nóg. Z powodu kędzierzawej głowy została nazwana przez Juliusza 
Murzynkiem i nie pozwalała nazywać się inaczej; z Juliuszem łączyła ją wspaniała przyjaźń, 
oparta  na  wzajemnym  uwielbieniu.  Roześmiany  blondas,  Majka,  był  też  jego  oczkiem  w 
głowie,  Murzynek  jednak  głęboko  go  wzruszał;  nie  mógł  patrzeć  bez  drżenia  na  to  żywe, 
mądre stworzonko, a unieruchomione, często głodne, a nie skarżące się nigdy, oczekujące go 
z utęsknieniem i witające go radosnym płomykiem czarnych ocząt. 

Kiedy bardziej do widma niż do człowieka podobny, po stracie jedynej koszuli, porwanej 

w  strzępy,  jak  sztandar  długo  szturmowanej  i  zdobytej  twierdzy,  nie  mógł  odwiedzić  ich 
biedoty jeszcze jako tako odzianej, najbardziej tęsknił za swoim Murzynkiem. Z daleka często 
widywał  Elżunię,  przechodzącą  ze  smutną  twarzą,  jak  gdyby  uśmiech  zostawiała  chorej 
siostrze na czas swej nieobecności. Nie śmiał do niej podejść, aby jej nie przerazić widokiem 
swojej  ruiny.  Odziany  przez  Stalińskiego,  pierwsze  kroki  skierował  do  Barskich.  Majka, 
ujrzawszy  go,  otworzyła  szeroko  usta,  cała  zamieniona  w  szczęśliwe  zdumienie,  Murzynek 
zaś  zmienił  oczy  w  dwie  jasno  świecące  latarnie  i  tylko  wyciągnął  ku  niemu  chude,  blade 
ręce.  Nikogo,  prócz  dziewczynek,  nie  było  w  domu.  Wujaszek  Juliusz  jedną  ręką  gładził 
czuprynę Majki, a drugą objął Celinkę i nie wiedział, czy ma śmiać się czy płakać. 

background image

— Moje  drogie  dziewczyniska  —  gadał  wzruszony.  —  Wujaszek  znowu  przyszedł  i  już 

teraz będzie przychodził jak najczęściej. Majka, puść moją nogę, bo nie mogę się poruszyć. 
Murzynku, czy tęskniłeś za mną? 

Celinka przymknęła oczy z zachwytu i chwyciwszy rączynami dłoń Juliusza, przyłożyła ją 

sobie do gorącej twarzy. 

— Czemuś tak długo nie przychodził? — zapytała zdyszanym głosem. 
— Bo  byłem  w  Afryce  z  wizytą  u  jednej  czarnej  królowej.  Jeździłem  na  strusiu  i  wciąż 

myślałem o tym, czy jesteś zdrowa. 

— Ja jestem bardzo zdrowa, tylko tatuś nie jest zdrów. 
— A gdzie się teraz podziewa? 
— Wyszedł rano z Elżunią, a Jurek zaraz przyjdzie ze szkoły. 
— Patrzcie, patrzcie, to Jurek chodzi do szkoły? To wspaniale! A co wy, pannice, macie na 

obiad? 

— Elżunia przyniesie — rzekła Celinka. 
— A tymczasem ja też coś przyniosłem! — zawołał Juliusz, sięgając do kieszeni. 
Majka  czym  prędzej  puściła  wiotką  kolumnę  jego  nogi  i  jak  ptak,  przechyliwszy  głowę, 

patrzyła ciekawie, co się wyłoni z czeluści. Tajemnica owita była w  gazetę, a wydobyta na 
światło dzienne, okazała się smakowitym pieczywem, które pani Masłowska mogłaby poznać 
bez wysiłku jako główną ozdobę śniadania Juliusza; ze zbrodniczą chytrością pozostawił on 
na  stole  fałszywe  ślady  z  kilku  mizernych  okruszyn,  samą  zaś  treść  uniósł  w  kieszeni  dla 
swych  piskląt,  które  teraz  karmił,  wypłowiały  orzeł,  dzieląc  uczciwie  i  pilnując  każdej 
odrobiny. 

— Jurek jest mężczyzna — mruczał wesoło — więc słodyczami pogardza; zresztą dostanie 

jutro.  Uwaga,  bo  teraz  będzie  znowu  rodzynek.  Majka  zjadła  już  dwa,  więc  ten  należy  się 
słusznie Celince. Majka, a co tam tkwi w tym papierku? 

— Kartofle! — oznajmiła Majka, jak srebrna trąbka. 
— Dawać je tu! Zrobimy Elżuni niespodziankę i kiedy wróci, będą już obrane. 
Przysiadł na łóżku Celinki i zaczął obierać kartofle z doskonałą wprawą; Majka patrzyła na 

to,  jak  na  niezwykłą  zabawę,  i  wybuchała  śmiechem,  kiedy  ten  wesoły  wujaszek  miał  do 
każdego kartofla długą przemowę. 

— Patrz, Majka, na tego brzydala. Widzisz? Ma skośne oczy i zadarty nos. 
— Bajdzo brzidki! 
— Nie wiem, czego on ode mnie chce, że takim złym wzrokiem na mnie patrzy. Zaraz tak 

zrobimy, że będzie przystojny. On ma tylko taką brzydką skórę, a pod spodem jest śliczny i 
biały. Moje uszanowanie, panie kartofel! 

Majka śmiała się oczyma, rękami, brzuszkiem i nogami, Celinka uśmiechała się łagodnie i 

słuchała  z  cichym  zachwytem,  jak  wujaszek  wesoło  bredzi.  Ktoś  poza  drzwiami  stojący 
mógłby  mniemać,  że  najszczęśliwsi  mieszkają  tu  ludzie.  Kiedy  zabrakło  kartofli,  Juliusz 
zaczął opowiadać przedziwne historie o strusiach i słoniach, o lwach i murzynach, a śmiech 
dziecięcy tryskał jak perlista fontanna. 

Nędza, drzemiąca w kącie, patrzyła złymi, zimnymi oczyma na tego oszusta, co z niej się 

śmiał,  sam  nędzarz  i  włóczęga,  on  zaś  wespół  z  Elżunią  najchytrzejsze  wymyślał  sposoby, 
aby  to  szare  życie  wydało  się  dzieciom  kwiecistą  łąką,  kiedy  Barski  znowu  był  bez  pracy. 
Wieczorem  opowiadał  im  bajki,  a  kiedy  nie  było  nawet  chleba,  mówił  im  tajemniczo,  że 
dziecko, które pragnie, aby mu się przyśniło to wszystko cudowne, o czym im opowiada, nie 
może  przed  nocą  tknąć  żadnego  jedzenia,  gdyż  inaczej  czar  pryśnie.  Najtrudniej  było 
przekonać  Majkę,  w  niewinnej  roztropności  przekładającą  kawałek  chleba  nad  historię  o 
czarownicy, zamienionej w kozę; dla niej trzeba było mieć zawsze choć okruszynę i wmawiać 
w nią, że jeśli  natychmiast  zaśnie, okruszynka ta wyrośnie wnet  w żołądku i  zamieni  się w 
smakołyk najprzedziwniejszy. 

background image

Elżunią  powracała  zawsze  znużona  i  dziękowała  mu  niemym  spojrzeniem.  Barski 

przychodził późnym wieczorem i wiódł z nią w kuchence długie rozmowy, jak przeżyć dzień 
następny:  obliczano  każdy  grosz  i  oznajmiano Juliuszowi  o  stanie  skarbu.  Od  tego  bowiem 
zależało,  czy  Juliusz  może  na  czas  jakiś  zaprzestać  smutnego  swego  oszustwa.  Jeśli  się 
zdarzył taki czas szczęśliwy, zjawiał się w ich izdebce chleb, podobny do kręgu słońca, gdyż 
promieniowała  z  niego  radość  i  rumiane  ciepło.  Wtedy  Juliusz  wyraźnie  szalał  wymyślał 
niestworzone  historie,  że  dziewczynki  piszczały  z  uciechy,  a  poważny  Jurek  wydawał  z 
radości niespodziane, dzikie okrzyki Indianina, który upolował bawołu. Łatwo je było wtedy 
uśpić.  Juliusz  jak  niańka  układał  do  snu  Majkę  obok  Murzynka  i  zapowiadał  straszliwie 
ponurym  głosem,  że  jeśli  natychmiast  nie  zasną,  on  odwrotną  pocztą  pojedzie  do  Afryki  i 
nigdy  już  nie  powróci,  gdyż  woli  piastować  czarne  i  grzeczne  Murzyniątka  niż  takie 
dziewczyniska, które go nie kochają; wtedy Celinka mówiła mu cichutko: 

— Wujaszku, nie mów tak, bo bez nas nie wytrzymasz, a zresztą ja też jestem Murzynek. 
— A właśnie, że wytrzymam, a ty jesteś fałszowany Murzyn. Śpij, bo się przekonasz. 
Majka,  przestraszona  taką  groźbą,  zamykała  od  razu  oczy  i  mocno  zaciskała  powieki, 

ponieważ  zaś  i  to  mogło  nie  być  bardzo  podobne  do  snu,  kładła  na  nie  ręce,  aby  jak 
najdobitniej okazać dobre chęci. 

Jurek  sypiał  z  ojcem  w  kuchence  i  razem  zrywali  się  o  świcie;  Barski  rozpalał  ogień,  a 

chłopiec  przygotowywał  się  do  szkoły.  Rozmawiali  szeptem  i  stąpali  na  palcach,  aby  nie 
budzić Elżuni i dziewczynek, Elżunią jednak zjawiała się szybko wśród nich i przyrządzała 
śniadanie, lub jego marne jakieś naśladownictwo. Dzień rozpoczynał się od zgadywania, czy 
Juliusz  dzisiaj  przyjdzie.  Mówiono  o  nim  z  głęboką  miłością,  jako  o  kimś  najbliższym  i 
najdroższym,  słodkim  bracie  w  nieszczęściu.  Barski  wiedział,  że  może  wyjść  spokojnie  do 
pracy,  czy  na  jej  poszukiwanie,  bo  ten  duch  dobry  zjawi  się,  kiedy  tego  będzie  najbardziej 
potrzeba.  Elżunią  wiele  razy,  kiedy  ją  żegnał  późnym  wieczorem,  chwytała  nagle  rękę 
Juliusza  i  bez  jednego  słowa  całowała  gorąco.  Wtedy  on  zaczynał  sierdzić  się  i  burczeć, 
nazywał ją zwariowaną pannicą i groził, że noga jego już tu nie postanie, bo go uważają za 
starego dziada, którego niedowarzone podlotki całują po rękach, i że go Pan Bóg pokarał taką 
znajomością. Kończył wreszcie jadowite przemówienie zniesławieniem własnej osoby: 

— Trzeba być takim starym wariatem jak ja, aby kochać takie jak ty czupiradło! 
Kiedy jednak czupiradło było blade i mrużyło oczy z wielkiego znużenia, Juliusz patrzył 

na  nią  niespokojnie  zatroskanym  wzrokiem.  Wprowadzał  ją  do  kuchenki  i  pytał  drżącym 
głosem: 

— Co ci jest, dziewczyno? Czemu dzisiaj jesteś w domu? Jednego dnia odpowiedziała mu 

cicho: 

— Z Celinką dzieje się coś złego. 
— Boże drogi! Co się z nią dzieje? 
— Ona sama nie powie ani się nie poskarży, ale ubiegłej nocy miała rozpaloną twarzyczkę 

i dreszcze. Jest bardzo osłabiona i czasem, kiedy nikt nie widzi, płacze. Wzięłam Majkę do 
siebie, bo się boję, czy to nie jest coś bardzo złego. 

— Co ojciec mówił? 
— Nie mówiłam nic ojcu, bo i tak chodzi zgryziony; za kilka dni ma dostać robotę, więc 

chodzi tam wciąż i pilnuje. 

— Macie w domu jakie pieniądze? 
— Prawie nic. Wujaszku najdroższy, co ja mam robić? Juliusz zaczął trzeć czoło i długo 

nie odpowiadał. 

— Muszę ją zobaczyć — rzekł cicho. 
Celinka uśmiechnęła się do niego czarnymi oczyma, bardzo bledziutka; on dotknął ręką jej 

czoła. 

— Murzynku, czy ciebie co boli? Dziewczynka zaprzeczyła z trudnością ruchem głowy. 

background image

— Teraz nie — szepnęła. 
— A kiedy bolało? 
Celinką  spojrzała  bystro,  czy  nikt  prócz  niego  nie  słucha.  —  jeżeli  wujaszek  nie  powie 

Elżuni, to ja powiem. 

— A czemu nie mam powiedzieć Elżuni? 
— Bo się zmartwi, a ona jest bardzo zmęczona. 
— Dobrze, nic nie powiem. Więc kiedy cię bolało? 
— Przez całą noc… 
— A co cię tak bolało? 
— Ja nie wiem… Wszystko… 
— A teraz już ci lepiej? 
— Ja nie wiem… Pewnie lepiej, bo ty przyszedłeś… A jeżeli będziesz przy mnie, to zasnę. 
— Czy chce ci się spać? 
— Bardzo — szepnęła Celinką cichutko. 
Ujęła jego rękę i przyłożywszy ją do swej twarzy, zaczęła zasypiać. Juliusz, wstrzymując 

oddech, wysunął po chwili rękę z jej uścisku i wyszedł na palcach. 

— Celinka jest, zdaje się, bardzo chora — rzekł do Elżuni. —Trzeba sprowadzić na gwałt 

lekarza. 

— Za co? 
Juliusz zastanowił się przez chwilę i nagle jakby z rozpaczliwym wysiłkiem powziął jakieś 

postanowienie. 

— Ja  się  o  to  postaram,  bądź  spokojna.  Tymczasem  do  widzenia.  Pilnuj  dziewczyny! 

Czego beczysz? 

— Wujaszek jest taki dobry… taki kochany… Juliusz zatrzymał się na progu. 
— Jeśli  natychmiast  nie  uśmiechniesz  się,  to  tak  trzasnę  drzwiami,  że  się  cały  dom 

zatrzęsie!… 

— Już się śmieję… — mówiła Elżunia przez łzy. 

background image

XI. 

 
Gdyby trzeba było pójść prosić samego diabła o pomoc dla tych dzieci, Juliusz nie byłby 

wahał  się  ani  chwili,  kiedy  jednak  w  samotności  przyjrzał  się  z  bliska  swojemu 
postanowieniu,  zwiesił  pełną  zgryzoty  głowę.  Nawoływała  go  myśl  jedna,  aby  pójść  do 
Henryka, paść mu do nóg i błagać o ratunek, po krótkiej jednak chwili oderwała się, jak liść 
od  drzewa.  Henryk  nie  posiadał  zbyt  wiele:  jego  już  przygarnął,  a  choćby  nawet  teraz  nie 
odmówił, czuły na ludzkie nieszczęście, mógłby pomyśleć, że go Juliusz chce wykorzystać. 
Postanowił przeto, z cichą rozpaczą w zmartwiałym sercu, udać się po pomoc tam, dokąd od 
lat całych nie chodził, aby prosić o ochłap dla siebie. 

Naznaczywszy sobie ubóstwo i  nędzę, jako pokutę za zmarnowanie życia, odwrócił dnia 

jednego twarz i nigdy już nie spojrzał poza siebie, w tę stronę, w której w opasłym dostatku, 
w nieruchomej, miękkiej ciszy bytowało wielu jego dalekich i bliskich krewnych. Wiedział o 
niektórych,  że  zrozumiawszy  grozę,  co  na  dalekim  widnokręgu  głuchym  pomrukiem 
zwoływała  chmury,  i  pojąwszy,  że  nowy  czas  nowe  ustanawia  prawa,  zeszli  na  niziny  i 
zmieszali  się  z  niezliczoną  gromadą,  idącą  z  gorejącymi  oczyma  na  spotkanie  życia  nowo 
narodzonego; wiedział też o takich, co wciąż jeszcze mniemali, że są bezcennym zabytkiem w 
narodowym  muzeum,  o  murszejących  w  trumnie  samolubstwa,  o  patrzących  wciąż  poza 
siebie, nigdy przed siebie, i o strusiach, skrywających głowy w złote piaski. 

Postanowił  teraz  pójść  do  jednego  z  nich,  żywiąc  nieśmiałą  nadzieję,  że  może  w 

skostniałej  jakiej  duszy  uczyniła  się  szczerba  przez  te  długie  lata  jego  wygnania,  więc  mu 
łatwo przyjdzie przedostać się przez nią gorącym słowem, proszącym o mizerny drobiazg, o 
ratunek dla nieszczęścia. 

Przeglądając  w  myśli  świetną  galerię,  omijał  posągi  i  szukał  zwyczajnego  człowieka. 

Zacieśniał  coraz  bardziej  koło,  wreszcie  postanowił  przyznać  wielkie  prawo  serca  małej 
garstce, wśród której wybrał kobietę. 

„O niedoli dziecka należy przede wszystkim mówić z kobietą” — pomyślał. 
Postanowił pójść do swej dalekiej krewnej, pani Lepańskiej. Była to wielka dama, świetna 

kiedyś  piękność  i  bardzo  burzliwa;  starsza  od  niego  o  lat  kilka,  rozwiodła  się  z  pierwszym 
mężem bynajmniej nie dlatego, że mąż miał kochankę, lecz że nie umiał ukryć przed ludźmi 
tak pospolitego faktu; tego samego zdania był jej aktualny kochanek i całkowitą przyznał jej 
słuszność.  Od  drugiego  męża  uwolniła  ją  dość  szybko  łaskawa  śmierć,  chociaż  mówiono 
powszechnie,  że  łagodny  nieboszczyk  umierał  ze  skwapliwą  radością  i  za  żadną  cenę  nie 
chciałby  korzystać  z  życia,  gdyby  mu  je  ofiarowano.  Pani  Lepańska  wspominała  go  ze 
zbolałym  uśmiechem,  odmawiając  zaś  regulaminowe  modlitwy  żałobne  w  każdą  rocznicę 
jego  imienin,  prosiła  niebo  o  spokój  dla  jego  duszy,  jednakże  z  nieodmiennym  zawsze 
dodatkiem:  „jeśli  się  w  zaświatach  odmienił”.  W  Dzień  Zaduszny  posyłała  na  jego  grób 
kwiaty przez ulicznego posłańca, aby wiedział o tym — gdziekolwiek jest — że w stosunku 
do niej może liczyć jedynie na oschłą kurtuazję towarzyską; podkreślał to należycie przypięty 
do kwiatów bilet wizytowy z jej nazwiskiem i listopadową datą. 

Po raz trzeci nie wyszła za mąż, gdyż jedyny odważny kandydat, który zdradzał ku temu 

ochotę, po długiej, tajemnej rozmowie z jej pierwszym mężem, zakupił za jej drugiego męża, 
nieboszczyka,  sto  mszy  żałobnych,  sam  zaś,  natychmiast  wyjechawszy,  zaginął  bez  wieści. 
Pani Lepańska czekała długo, jak Solwejga, powstrzymując więdnięcie pięknej kiedyś twarzy 
przemyślnym  sposobem,  polegającym  na  okładaniu  jej  na  przeciąg  nocy  płatami  surowej 
cielęciny, kiedy jednak nadzieja zaczęła tanieć, a cielęta drożeć, zatrzasnęła serce, jak nikomu 
niepotrzebny  lokal,  którego  nikt  nie  chciał  wynająć,  i  zagroziła  światu  swoją  niełaską.  W 
czarnej  samotności  ukryła  siebie  i  swój  wielki  majątek,  wybornie  go  obwarowawszy 
głębokim przekonaniem, że ludzkość składa się z samych wyrafinowanych złodziejów, przed 

background image

którymi  trzeba  się  strzec  wszelkimi  sposobami,  na  co  niejednokrotnie  cierpkim  głosem 
zwracała  uwagę  Panu  Bogu,  bardzo  z  tego  powodu  zafrasowanemu  i  rozmyślającemu 
chmurnie, jakby od nich uchronić panią Lepańską. 

Po  smętnych  zawodach  nosiła  ona  jedynie  czarne  stroje,  tak  że  wreszcie  czarny  kolor 

przeniknął  ją  całą  i  wszystko  dokoła  niej;  gdyby  jej  dano  do  rąk  dwie  świece,  tak 
wyglądałaby,  jakby  się  jej  znudziło  leżenie  na  katafalku,  więc  powstała  i  chodzi  sobie  po 
ciemnych pokojach, blade widmo, starsza siostra śmierci, pozwalająca sobie na jasną chwilę 
wtedy  tylko,  kiedy  umierał  ktoś  z  jej  bliskich,  młodszy  od  niej,  mogący  mieć  nadzieję  na 
spadek. 

Mieszkała  samotnie  w  ogromnym  mieszkaniu,  obwarowanym  jak  więzienie  i  jak  ono 

smutnym,  każdego  wieczora  odbywając  ront  i  sprawdzając  wszystkie  zamki  i  zasuwy, 
podejrzliwa, niespokojna i niedowierzająca wciąż zmienianej służbie, opuszczającej ten dom 
z  tym  samym  radosnym  pośpiechem,  z  jakim  umierał  mąż  pani  Lepańskiej,  która  używała 
swoich  własnych  wybornych  sposobów  w  celu  wypróbowania  uczciwości  nowych 
domowników  przez  podrzucanie  kilku  fałszywych,  wyłącznie  w  tym  celu  nabytych  pereł, 
zwracanych jej sumiennie ze znaczącym uśmiechem. 

Pieniądze  przechowywała  w  bankach  zagranicznych,  klejnotów  natomiast  strzegła  sama, 

ukrywając je we dnie  w zegarach, w piecach i  w pustych  wnętrzach brązowych  figurek, na 
noc zaś obwieszała się nimi i wyglądała jak mumia babki faraona; budziła się wciąż ze snu i 
mimo  zamkniętych drzwi  i  zatarasowanych okiennic, szybkimi  ruchami wprawnego celnika 
badała, czy wszystko jest na swoim miejscu. 

W  głębi  duszy  zdawała  się  nie  dowierzać  nawet  jedynej  istocie,  która  smutny  spełniając 

obowiązek  nie  opuszczała  jej  ani  na  chwilę,  swemu  aniołowi  stróżowi.  Zastępcą  jego 
widomym, nie dopuszczanym jednak do sypialni pani Lepańskiej, była zwiędła, stara panna 
Leontyna,  męczeńskie  stworzenie,  zjadane  w  połowie  przez  czas,  a  w  połowie  przez  panią 
Lepańską;  czas  pożerał  jej  ciało,  pani  Lepańska,  lepszą  obrawszy  sobie  cząstkę,  zjadała  jej 
duszę,  smutną,  przerażoną,  sierocą  duszę  kobiety,  która  nie  uśmiechnęła  się  nigdy,  skazana 
przez  los  na  tułactwo  i  biedy  i  gorsze  od  bied  i  tułactwa  życie  w  towarzystwie  swojej 
chlebodawczyni, odmierzającej ten chleb skąpo i z niechęcią. W mroku, co napełniał dom, jak 
ciężka mgła, pani Lepańska czyniła pozór pająka, a panna Leontyna obezwładnionej w sieci 
muchy, zaledwie dającej znak życia. 

Dzień  dla  niej  mijał  za  dniem,  tym  od  minionego  różniący  się,  że  był  starszy  i  bardziej 

zwiędły. Nie pamiętała żadnej wiosny, w wieczystej snując się jesieni; życie jej podobne było 
do  kalendarza,  z  którego  wykreślono  wszystkie  niedziele  i  wszystkie  dnie  dla  niej,  na 
wyłączny jej użytek pozostawiwszy tylko Dzień Zaduszny. Nawet wspomnienia jej zbutwiały 
i  rozsypały  się  w  proch;  gdzieś  kiedyś  był  jakiś  dom,  dobrzy  ludzie,  chodzący  w  słońcu,  i 
dobre  słońce,  chodzące  wśród  ludzi,  spomiędzy  których  wyszła  sama  jedna,  unosząc  z 
pogromu  mizerną  pamiątkę,  ubożuchny  pierścionek  matczyny;  jak  mała  iskierka,  nigdy  nie 
gasnąca, świeciła w nim malutka iskierka diamentu. W pierścionku tym zaklęty był wszystek 
czar  i  wszystka  miłość  umarłych  dni;  dlatego  panna  Leontyna  strzegła  go  jak  relikwii  i 
zdołała ukryć nawet przed głodem, co zachłannymi spoglądał nań oczyma. 

Pani Lepańskiej nikt nie odwiedzał z własnej woli, ci zaś nieliczni, co odwiedzali jej dom 

w sprawach majątkowych, albo dla stwierdzenia, czy długo jeszcze należy czekać na otwarcie 
testamentu,  opuszczali  go  czym  prędzej,  aby  na  ulicy  ucieszyć  wzrok  chociażby  widokiem 
przechodzącego  pogrzebu;  dlatego  niespodziane  odwiedziny  Juliusza  napełniły  mieszkanie 
Lepańskiej najpierw nagłym zdumieniem dzwonka, który rozległ się ostrzegawczo, następnie 
zdumieniem wszystkiego, co w nim żyło nieruchomym życiem. 

Pani  Lepańska,  która  po  raz  setny  odczytywała  „Naśladowanie  Chrystusa”,  zaniepokoiła 

się.  Wysłała  Leontynę  na  zwiady,  dowiedziawszy  się  zaś,  że  w  przedpokoju  czeka  Juliusz, 
cisnęła „Naśladowanie Chrystusa” pod piec. 

background image

— Po co go wpuścili? Po co on przyszedł? 
— Mówił, że na krótką chwilę i w ważnej sprawie. 
— Znam te sprawy i znam te krótkie chwile. A jakże on jest odziany? 
— Bardzo dobrze. 
— Pewnie ukradł. Przyprowadź go tutaj, ale sama bądź obok i nie zamykaj drzwi. Grosza 

nie dałabym za to, że mnie taki może udusić. Czy on tam sam czeka w przedpokoju? Jeszcze 
porwie srebrny kandelabr i szukaj wiatru w polu. 

— Proszę pani, przecie to krewny… — odważyła się zaszeleścić panna Leontyna. 
— To nie twoja rzecz, a krewny też może ukraść. 
Wołaj go tutaj!… Czekaj… Uważaj, aby buty wytarł i dywanów nie zabłocił. 
Juliusz szedł przed jej oblicze z takim trudem, jak gdyby przedzierał się przez gęstą mgłę. 

Nie  widział  Lepańskiej  od  dwunastu  przeszło  lat,  ujrzawszy  tedy  blade  widmo  w  czarnym 
obleczeniu, patrzące na niego bystrze i badawczo, podejrzliwie ostrym wzrokiem, wzdrygnął 
się. 

Panna Leontyna wionęła jak smutny cień i zapadła w przyległym pokoju, jak zastrachana 

kuropatwa. Pani Lepańska wskazała mu fotel takim ruchem, jakby śmierć, wskazując chudą 
ręką trumnę, mówiła: „Kładź się czym prędzej”. 

Juliusz usiadł i wyszemrał jakąś zawiłą formułę powitania. Pani Lepańska niecierpliwym 

gestem rozgromiła kilka ostatnich słów i rzekła: 

— A opowiadali mi, że kuzyn umarł i to do tego w nie najlepszym towarzystwie. Cieszę 

się, że nie umarł… I że bez ubrania chodzi, a ja widzę, że coś tam na grzbiecie ma… A gdzież 
to kuzyn się podziewał? 

— Różnie z tym bywało, opowiadanie trwałoby zbyt długo — rzekł Juliusz niechętnie. 
— A ja niedawno myślałam o kuzynie… 
— Cieszę się… 
— Nie ma się z czego cieszyć; o to szło, że nie było nikogo, kto by mi list po angielsku 

napisał. Napisałam  po francusku do angielskiego ambasadora z takim  wymyślaniem,  że mu 
się chyba pierwszy raz w życiu zrobiło gorąco. Niech sobie kuzyn wyobrazi, o czym to pisze 
sławny jeden podróżnik. Ja tego sama nie czytałam, bo polskich książek nie czytuję, ale mi 
przysięgali, że to prawda. Kuzyn wie, co to jest Dolina Józafata? Chyba że wie. Tam nasze 
dusze zbiorą się wszystkie na Sądzie Ostatecznym, a rząd angielski pozwala, aby do tej doliny 
wywożono teraz śmiecie z Jerozolimy. 

Ładnie  tam  musi  wyglądać!  Smród  musi  być  na  sto  mil.  Ojciec  święty  nic  na  to,  że  sąd 

boski na śmieciach się odbędzie… Chyba, że sam do masonów przystał. Więc mnie do głowy 
przyszło, aby się ująć za wszystkich, co już umarli i co jeszcze umrą, chociaż pan ambasador 
nawet odpisać nie raczył. 

Juliusz spojrzał na nią spod oka. 
„Kluczy  baba,  czy  o  drogę  pyta?”  —  pomyślał.  Ujrzawszy  jednak,  że  pergaminowa  jej 

twarz usiłuje zabarwić się nieudanym gniewem, zapytał wesoło: 

— Czy pani nie ma innych zmartwień? 
— Ja się wszystkim martwię, przez całe życie niczego nie zaznałam prócz zmartwień — 

zakrzyknęła wysokim dyszkantem, jak gdyby przemawiała do głuchego.  — A kuzyn myślał 
może, że u mnie raj, co? I zapewne dlatego mnie odwiedził? 

— Gdyby  szło  o  mnie,  nigdy  bym  nie  śmiał  pani  niepokoić.  Mnie  niczego  nie  potrzeba, 

jest mi dobrze i mam co jeść, szukam jednak pomocy nie dla siebie… 

Lepańska wbiła w niego ostre spojrzenie, jak gwóźdź w ścianę. Przemówiła takim głosem, 

jakim przemówiłaby lodownia, gdyby stał się cud; słowa były osiwiałe od nagłego szronu: 

— Jeśli kuzyn szuka pomocy, to źle trafił, bo ja sama nie mam z czego żyć. Nie od dzisiaj 

znamy  się,  więc  może  kuzyn  przypomni  sobie,  że  miałam  kiedyś  na  palcach  niejeden 
pierścionek, a dzisiaj co? Proszę spojrzeć! 

background image

Wyciągnęła ku niemu dziesięć drżących palców, na których oprócz sinych paznokci żadnej 

innej  nie  było  ozdoby.  Juliusz  pomyślał,  że  sęp  też  nie  używa  pierścionków,  ona  zaś, 
korzystając z jego milczenia, dodała przezornie z cichym jękiem: 

— Te graty, których mi jeszcze nie zabrano za podatki, to cały mój majątek. 
Juliusz,  jak  gdyby  nie  zwracając  uwagi  na  jej  pełne  goryczy  oświadczenie,  nachylił  się  i 

zaczął mówić gorąco: — Pani droga! Dlatego przyszedłem do pani, a nie do kogo innego, że 
pani  jest  kobietą,  a  ja  muszą  znaleźć  pomoc  dla  biednego,  bardzo  chorego  dziecka. 
Przyszedłem błagać panią o drobną sumkę, o byle co… Kocham to dziecko i dlatego gotów 
jestem choćby poniżyć się. Nigdy nie prosiłem dla siebie. Nie widziano mnie przez wiele lat, 
wszyscy  myśleliście,  że  umarłem.  Zanim  tu  przyszedłem,  ciężką  przeżyłem  chwilę, 
pomyślałem  jednak,  że  kobieta  wzruszy  się  niedolą  dziecka  i  pomoże  mu  skwapliwie… 
Wolałbym  płakać,  niż  wymówić  choć  jedno  słowo  prośby,  a  jednak  mówię,  bo  to  nie  dla 
mnie… bo to nie dla mnie… 

Pani Lepańska patrzyła na niego z jadowitą ciekawości ą, przez szpary zmrużonych oczów. 
— Czy to pańskie dziecko? — zapytała, zamieniwszy natrętnego „kuzyna” na obojętnego 

„pana”. 

— Nie, nie moje. Ja nie mam dzieci, to biedactwo jest cudze. 
— Cudze?  A  cóż  to  pana  obchodzą  cudze  dzieci?  —  wykrzyknęła  ze  szczerym 

zdumieniem. 

Juliusz tłumił w sobie gniew, bo postanowił nie ustępować. 
— Czy to nie wszystko jedno? — rzekł drżącym głosem. — Każde biedne i bardzo głodne 

dziecko  jest  naszym  dzieckiem.  Pani  nie  może  sobie  nawet  wyobrazić,  ile  dzieci  umiera  z 
głodu, ile dogorywa w zimnej nędzy. 

— A pan chce je wszystkie nakarmić? 
— Nie wszystkie, ale pragnę ocalić chociażby to jedno, ułomne i bardzo cierpiące. 
Zaczął mówić z gorącym wzruszeniem o niedoli i sieroctwie niepoliczonej ilości dzieci; że 

mrą,  jak  ptaki  na  mrozie,  bezbronne  i  niewinne,  zagrzebane  wśród  łachmanów,  jak  w 
miękkim grobie, oddychające stęchlizną nad rzekami ścieków, przerażone, bo nie wiedzące, 
dlaczego  tak  się  dzieje.  Mówiąc  patrzył  pilnie  w  jej  oczy,  jakby  badając,  czy  choć  jedno  z 
jego  słów  padło  na  jej  serce  i  czy  nie  zakwitnie  za  chwilę  kwiatem  uczciwego  wzruszenia, 
widząc jednak twarz nieruchomą, jak maskę, pomyślał, że przemawia może niezdarnie, zbyt 
prosto  i  bez  należytej  siły;  zaczerpnąwszy  oddechu,  począł  opowiadać  jej  o  wszystkim  co 
widział  w  zaułkach  i  ludzkich  norach,  gdzie  matki  dostawały  obłędu,  nie  mogąc  nakarmić 
dziecka,  i  gdzie  śmierć  chodzi,  jak  kosiarz  po  łące,  gdzie  nieustannie  odbywa  się  zbrodnia, 
znęcająca się nad stworzeniem bezbronnym, które można by ocalić odpadkami chleba. 

— A dlaczego to ja mam za to płacić? — przerwała mu nagle Lepańska. — Dlaczego pan 

do mnie z tym się wybrał? Niech pan idzie płakać do innych, bo ja sama nie mam i cudzych 
dzieci karmić nie będę. 

Juliusz  zgasł,  jak  płomień,  z  nagła  zgnieciony;  zdawało  mu  się,  że  słyszy  jej  głos, 

docierający ku niemu gdzieś z daleka. 

— Skoro  pan  tak  dba  o  te  biedne  dzieci,  w  takim  razie,  zamiast  jałmużny,  udzielę  panu 

jednej  rady.  Niech  pan  powie  swoim  przyjaciołom,  wśród  których  pan  teraz  przebywa,  aby 
ich tyle nie płodzili… To będzie najlepsze… 

Juliusz  powstał  nagle,  bardzo  blady,  spojrzał  na  nią  z  pogardliwą  litością  i  rzekł 

zdławionym głosem: 

— Myślałem, że jednak tłucze się w pani jakieś serce… Pani ma w piersi próchno… Niech 

pani Bóg przebaczy. Oby pani nigdy nie potrzebowała miłosierdzia. 

Pani Lepańska skulona w fotelu patrzyła na niego spojrzeniem pełnym złości i zdumienia. 

Chciała mu krzyknąć na pożegnanie jakąś obelgę, ale nie mogła wydobyć głosu, więc tylko 

background image

nerwowym  ruchem  starczej  ręki  odpędzała  go  jak  widmo  w  stronę  drzwi,  przy  których 
przystanął i odwrócił: się. 

— „W  Dolinie Józefata  —  rzekł  —  będzie  pani  tkwić  w  śmieciach  po  szyję…  Razem  z 

Herodem!… 

— Precz! Precz! — wrzasnęła Lepańska. 
„Ulżyło mi!” — powiedział Juliusz do siebie, wędrując przez szereg ciemnych pokojów. 

Szedł  szybko,  aby  wyjść  z  tego  domu  jak  najprędzej,  i  nie  zauważył  nawet,  że  u  drzwi 
apartamentu Lepańskiej oderwał się od ściany jakiś drobny cień i dreptał przy nim, milcząc. 
Kiedy  wdziewał  płaszcz,  stanęła  przed  nim  ta  sama  kobiecina,  która  go  wprowadzała  do 
Lepańskiej. 

„Sowa stróżująca przy czarownicy  — pomyślał Juliusz z pasją. — Czego ona chce?” — 

dodał  widząc,  że  panna  Leontyna,  wciąż  niespokojnie  patrząc  poza  siebie,  kładzie  palec  na 
ustach,  dając  mu  tajemne  znaki.  Zbliżywszy  się  do  niego,  szepnęła:  —  Ja  wszystko 
słyszałam…  Niech  się  pan  nie  gniewa…  Mam  taki  drobiazg,  prawie  nic…  Pierścionek… 
Niech pan to weźmie dla tego dziecka… Dla mnie to nie ma znaczenia, bo ja mam mnóstwo 
klejnotów… To ze złota… Może kto kupi… Ja mam tego aż za wiele, może ze trzydzieści… 
Sama nie wiem… Niech pan weźmie, prędzej, prędzej, l niech pan już idzie… 

Juliusz  stał  osłupiały  i  obracał  w  palcach  pierścionek;  zdawało  mu  się,  że  nie  widzi,  ale 

słyszy z trudem ukrywane łzy tej kobiety, która go lekko wypychała za drzwi. W tej chwili 
ozwało się dalekie wołanie: 

— Leontyno! Leontyno! 
Panna Leontyna biegła jakby nieprzytomna, już bez pierścionka, ale ze słońcem w swojej 

małej, wielkiej duszy. 

background image

XII. 

 
Tego  jeszcze  dnia  pierścień  Nibelunga  odbyt  wędrówkę  od  panny  Leontyny  aż  do 

potężnego  jakiegoś  Fafnera,  leżącego  na  skarbach,  który  go  wziął  w  zastaw,  późnym  zaś 
wieczorem  spracowany  Juliusz  dokonał  włamania  do  domu  Henryka,  wprowadziwszy  weń, 
jak wilk do pieczary, dwoje dzieci. Pani Masłowska, nakarmiwszy je rankiem ponad ludzką 
miarę  i  nadziawszy  kieszenie  Jurka  wszystkim,  co  jej  wpadło  pod  rękę  i  miało  jakie  takie 
pozory jadalności, wybiegła i powróciwszy po chwili oznajmiła zadyszana: 

— Taksówka czeka! 
— Kto kazał Masłowskiej sprowadzić taksówkę? — spytał Henryk zniecierpliwiony. 
Masłowska odpowiedziała drogą okrężną: 
— Pan może pójść piechotą, ale dzieci nie pójdą na takie błoto w dziurawych bucikach. 
Usadowiono  przeto  chłopca  na  przedniej  ławeczce,  Majkę  zaś  pomiędzy  Juliuszem  i 

Henrykiem. Dziewczynka przytuliła się do wujaszka, nieśmiało, chociaż z wyraźną sympatią 
patrząc  czasem  na  tego  pana,  który  się  do  niej  uśmiechał,  po  chwili  jednak  cały  świat  i 
wszyscy ludzie zostali gdzieś daleko w tyle, a Majka, wniebowzięta jak prorok Eliasz jadący 
na  ognistym  wozie,  zamknęła  oczy  z  zachwytu,  tak  przedziwnie  pomieszanego  z  nagłym 
strachem, że chwyciła rączką dłoń Henryka. 

„Ta wiedźma Masłowska miewa w przystępie furii dobre pomysły” — uśmiechnął się sam 

do siebie i pogładził małą rączynę. 

Niedługo  potem  dziewczynka  biegła  po  schodach,  zadyszana  niesłychaną  nowiną,  że 

jechała autem; za nią biegł Jurek, a w dalszym  ciągu karawany stąpał Henryk, pilnowany p 
rzeź Juliusza, który po długich namowach przy bramie wymógł na nim, że wstąpi do Barskich 
chociaż na chwilę. 

— Jest to rzadka sposobność ujrzenia uczciwych ludzi — rzekł mu Juliusz — zresztą musi 

pan poznać całą rodzinę, której jestem wujem. 

Elżunia, opasana niebieskim fartuszkiem, stała przy kuchence, Barski zaś, siedząc w kącie, 

coś właśnie do niej mówił ściszonym głosem, kiedy Majka wpadła z hałasem. Elżunia chciała 
ją  uciszyć,  lecz  słowa  zachwiały  się  na  jej  ustach  i  rozpłynęły  w  niedokończonym  szepcie, 
kiedy ujrzała Henryka, wahającego się, czy ma wejść. Juliusz popchnął go łagodnie w stronę 
Elżuni  i  rzekł  najserdeczniejszym  głosem:  —  To  właśnie  jest  pan  Staliński.  Henryk 
zrozumiał,  że  wszyscy  tu  o  nim  wiedzą,  a  z  miękkiego  spojrzenia  dziewczyny  poznał,  że 
wiedzą  o  nim  jakieś  niezwykłe  rzeczy  przez  doskonałego  ambasadora,  Juliusza,  który 
przedtem jemu udzielił wzruszających wiadomości o Barskich. Doznał miłego uczucia, że nie 
jest tu obcy, ujrzawszy zaś chudy niedostatek i jakby wstydliwe spojrzenie Barskiego, który 
wstał szybko ze stołka, aby go ustąpić gościowi, uśmiechnął się życzliwie i z taką swobodą, 
jak  gdyby  znalazł  się  wśród  wytwornych  wygód,  przysiadł  na  jakiejś  ławeczce,  mówiąc 
wesoło: 

— Oddaję państwu moich gości, którzy raczyli spędzić noc pod moim dachem. 
Elżunia spojrzała na niego z błyskiem gorącej wdzięczności w jasnych oczach. 
— Nie  wiem,  jak  mamy  panu  dziękować  —  rzekła  drżącym  głosem.  —  Gdyby  pan  był 

wiedział, jakie to nieznośne bąki, może by się pan nie zgodził tak łatwo na ten najazd. Trochę 
mnie to jednak uspokoiło, że, jak wuj Juliusz mówił, przepada pan za dziećmi. 

Henryk spojrzał z ukosa na Juliusza, którego jednak nagle tak bardzo zajął widok wbitego 

w ścianę gwoździa, że nie można było powiedzieć mu treściwym spojrzeniem, jak niecnych 
dopuszcza się szalbierstw wobec tej miłej dziewczyny. 

— Ja naprawdę przepadam za dziećmi — rzekł szybko, ratując dobrą sławę przyjaciela. 
— A  widzisz,  Elżuniu!  —  potwierdził  Juliusz  z  gorącym  zapałem  i  ze  straszliwym 

cynizmem mrugnął w jego stronę. — Ale jak się miewa Celinka? 

background image

Barski  powtórzył  wszystkie  domysły  lekarza,  który  ma  dziś  przyjść  ponownie,  potem, 

uchyliwszy  drzwi  do  pokoju,  szepnął,  że  dziewczynka  nie  śpi;  Juliusz,  nie  czekając  na 
pozwolenie Elżuni, wtargnął tam natychmiast i skacząc przez zbite w nieporządną gromadę 
własne słowa, już z nią gadał o wszystkim razem: i o niej, i o sobie, i o wyprawie dzieci do 
Henryka, i o nim. 

— Niech pan słucha, co wuj Juliusz o panu opowiada  — rzekła Elżunia.  — O, jakże on 

pana kocha! 

Henryk spojrzał w jej oczy, nagle wzruszony, i odrzekł cicho: 
— I ja go kocham. Wszyscy go kochamy. 
— Och,  tak!  —  potwierdziła  Elżunia  gorąco.  Zawiodła  go  potem  do  pokoju,  aby  mu 

pokazać  Celinkę;  dziewczynka  obejrzała  go  ciekawie  i  podziękowała  mu  zmęczonym 
uśmiechem,  kiedy  ją  pogładził  po  kędzierzawej  główce,  dając  równocześnie  tajemne  znaki 
Juliuszowi,  że  zgadza  się  na  jego  zachwyty  i  uważa  gościa  za  osobę  bardzo  przyjemną,  z 
którą będzie można żyć w wielkiej przyjaźni. 

Pierwsze kroki w tym kierunku poczyniła Majka, która widząc, że nikt Henryka nie boi się 

i  wszyscy uśmiechają się do niego, podeszła ku  niemu nieśmiało  i,  na straszliwe ważąc się 
rzeczy,  zaczęła  wspinać  się  na  jego  kolana,  gotowa  każdej  chwili  do  ucieczki,  jak  ptaszek. 
Henryk pomógł: jej i objąwszy ręką przycisnął: do siebie, rozczulony i uradowany; czuł, że 
się w niej tłucze serduszko i że cała drży, więc nic nie mówił, aby jej nie spłoszyć, zwycięsko 
jednak  spojrzał  na  Juliusza,  rad,  że  mu  ukradł  jedno  dziecko.  Elżunia,  zdumiona  odwagą 
płowego bąka, rzekła łagodnie: 

— Majka, nie męcz pana! 
W odpowiedzi  na to  dziewczynka silniej jeszcze przylgnęła do jego piersi,  a on mocniej 

jeszcze ją przycisnął, oboje gotowi do wielkiej awantury, gdyby ich chciano rozłączyć, wobec 
czego  musiano  uznać  nagłą  przyjaźń  za  nierozerwalną  i  rozdzielono  sferę  wpływów  w  ten 
sposób, że Juliusz objął protektorat nad Celinka, a Henryk nad Majką. 

W  tej  chwili  mroźne  słońce,  wędrując  po  oślizgłych  dachach,  zajrzało  na  krótką  chwilę 

przez załomy murów do tej izby, jak  gdyby w pośpiechu chciało  zebranym w niej ludziom 
rzucić jedno złote słowo pociechy; Juliusz usunął się, aby blask padł na chorą dziewczynkę, a 
Elżunia spojrzała na szyby okna, jakby stało się poza nimi coś bardzo niezwykłego. 

Zabłąkany promień słońca, co się właśnie przesiewał przez płowe włosy Majki, złocąc je 

jak  zboże,  drżał  tak,  że  wydawało  się,  jak  gdyby  mogło  go  zgasić  każde  tchnienie,  więc 
wszyscy zamilkli, jakby się obawiali, że go spłoszą oddechem. Zagasnął jednak wkrótce sam, 
lecz jak ktoś, co przebiegł szybko z dobrą nowiną, pozostawił wśród nich jakąś podnieconą 
radość; zaczęli rozmowę bezładną i serdeczną. 

Juliusz huczał i napełniał pokój wesołym bredzeniem, nie pozwalając nikomu dokończyć 

zdania, wciąż tylko  patrząc nieznacznie na Celinkę, czy  się uśmiecha.  Henryk spoglądał  na 
niego  z  nie  ukrywanym  zdziwieniem,  nigdy  go  bowiem  nie  widział  w  takim  ferworze; 
dostrzegł wreszcie, że stary człowiek podjudza smutne serce do wesołości, a słowa barwi jak 
kuglarz, aby tym naiwnym słuchaczom, zbiedzonym dzieciom, melancholijnemu człowiekowi 
i cichej dziewczynie dać chwilę wytchnienia i obałamuconych wyprowadzić z tego kręgu, w 
którym żyją stłoczeni; zapewne w tym celu przyprowadził tu i jego, aby się im zdawało, że 
nie są na wygnaniu, lecz mają jeszcze jakieś związki ze światem i że ich ktoś odwiedza. 

Ileż słodkiej dobroci jest w tym niedawnym nędzarzu i ile subtelnej przemyślności! Patrzył 

na niego z rozczuleniem i słuchał z tkliwym uśmiechem. Juliusz musiał dojrzeć ten uśmiech i, 
jakby zawstydzony, że został przyłapany na gorącym uczynku, skierował od razu rozmowę na 
Henryka. 

— Ja jestem nieznośny awanturnik — mówił kończąc opowiadanie o swoich zmyślonych 

przygodach — ale równocześnie jestem łagodnym jagniątkiem wobec tego oto pana Henryka. 

— Ależ, wujaszku… — próbowała go uspokoić Elżunia. 

background image

— Nie broń go, bo nie wiesz, kogo wprowadziłem między niewinne dzieci. Czekajcie, za 

chwilę Majka skoczy z jego kolan, jakby siedziała na pokrzywach. Ja mieszkam u tego pana, 
ale  lada  dzień  wyprowadzam  się,  bo  wytrzymać  tam  nie  można.  To  jest  straszny  człowiek, 
Elżuniu.  To, że pisze książki,  których nikt nie  czyta, można mu  ostatecznie przebaczyć, bo 
czasem  człowiek nie wie, co czyni,  ale on je pisze w dziwny sposób,  bo przede wszystkim 
pisze je w nocy, kiedy uczciwi ludzie śpią, a następnie robi to w sposób straszny. Jednej nocy 
zerwałem  się  z  łóżka,  usłyszawszy  wrzaskliwą  kłótnię;  myślałem,  że  go  ktoś  napadł,  więc 
biegnę czym prędzej i co widzę? Oto pan Henryk, jak gdyby rozum mu się pomieszał, sam do 
siebie  wykrzykuje,  a  co  krzyknie,  to  piórem  dziobie  papier,  jak  bocian.  Powiadam 
przerażony:  „Na  Boga!  co  się  panu  stało?”  A  pan  Henryk  patrzy  na  mnie  nieprzytomnie  i 
mówi: „Niech pan nie przeszkadza, bo muszę zastrzelić jednego jegomościa, który bardzo się 
boi,  więc  krzyczy”  Przyznaj,  Elżuniu,  że  nie  mogę  spokojnie  mieszkać  razem  z  mordercą, 
który po nocy wyprawia awantury, bo kiedyś gotów i mnie zakatrupić. 

— Oszczerco! — zaśmiał się Henryk. — Nie bój się, Majka, bo wujaszek tak sobie tylko 

gada. 

Majka uścisnęła go na znak, że nie ma pojęcia, o co idzie, wiać się nie boi, tym bardziej że 

Elżunia  śmiała  się  w  głos,  a  Barski  też  się  uśmiechał.  Juliusz  postanowił  wobec  tego 
opowiedzieć  historie  jeszcze  przeraźliwsze,  lecz  mu  przerwano,  bo  ktoś  zapukał  do  drzwi. 
Elżunia pobiegła i wróciła z listem w ręku. Barski ujął go drżącymi rękoma i zaczął czytać 
wzrokiem  najpierw  zdumionym,  a  następnie  tak  rozjaśnionym,  że  opromienił  mu  twarz.  — 
Elżuniu — rzekł z wysiłkiem — czytaj! Elżunia pochłaniała wzrokiem litery i przycisnęła list 
do piersi.  — Panie Juliuszu!  —  zawołała głosem jasnym  od  wielkiej  radości  —  tatuś dostał 
posadę. 

Juliusz zagrzmiał jak surma na Sądzie Ostatecznym, wyrwał jej list z ręki i odczytał głośno 

i tak uroczyście, jak gdyby chciał wyryć w spiżu każde jego słowo. Henryk wziął nieśmiały 
udział  w  rodzinnej  radości,  patrząc  z  upodobaniem  w  twarz  Elżuni,  która  nagle  rozkwitła; 
oczy  jej  rozjaśniły  się  jak  gwiazdy,  a  usta  drżały,  jakby  chciały  komuś  dziękować 
najtkliwszymi  słowami.  Nagle  zwróciła  się  do  Henryka  i  rzekła  z  wielką  wiarą  we  własne 
słowa: 

— To za panem przyszło do nas szczęście! 
— Wobec tego niech pan tu przychodzi codziennie — zaśmiał się Juliusz. 
Elżunia,  zawstydziwszy  się  swojego  entuzjazmu,  ukryła  go  w  niepewnym  uśmiechu, 

Henryk  zaś,  pomówiony  o  mistyczne  siły  i  konszachty  z  losem,  usiłował  wprowadzić 
rozmowę na twardo ubitą ziemię. Przez względy jakiegoś przyjaciela Barski otrzymał dobrą 
posadę w Gdyni, dokąd go wzywano natychmiast, wobec czego Henryk zapytał: 

— Zapewne wyjedzie pan dzisiaj jeszcze? 
Proste to pytanie załopotało nagle jak piorun i napełniło wszystkich osłupieniem. Juliusz 

ocknął się pierwszy; zaczął trzeć ręką czuprynę i spoglądać bezradnie  po zasępionych nagle 
twarzach, na których radość zgasła, jak dzień przy opadaniu mgły zmierzchu. Henryk spojrzał 
bystro na Juliusza i zrozumiał,  że Barski nie ma na podróż. Oczywiście, że nie ma. Swojej 
pomocy nie śmiał mu zaofiarować — przygodny gość — i nie uczyniłby tego nigdy wobec 
Elżuni; wprawdzie wedle jej mniemania przyniósł im szczęście, ale nie ma prawa przynosić 
im  pieniędzy;  zaczął  rozmyślać  gwałtownie  i  spojrzeniem  szukał  pomocy  u  Juliusza,  który 
jednak  wypatrywał  ratunku  za  oknem,  jak  gdyby  chciał  znaleźć  pieniądze,  zgubione  przez 
jakiegoś lunatyka w wędrówce po dachach; postanowił przeto naprowadzić ich wszystkich na 
właściwą drogę. Jąkając się i z trudem dobierając słów, jakby wybierał najbardziej łagodne, 
mówił nieśmiało: 

— Państwo zapewne nie byli przygotowani na tak nagły wyjazd pana Barskiego. 
— Rzecz prosta — rzekł Juliusz. 
— Nigdy nie spodziewałem się… — zaczął Barski. 

background image

— I  dlatego  państwo  się  martwią.  Boże  drogi!  A  wujaszek  Juliusz,  stary  kapitalista,  ale 

człowiek bez serca, patrzy na to spokojnie. Mnie oczernia, a sam jest Harpagon. 

Juliusz spojrzał na niego przenikliwie, nie wiedząc, dokąd zmierza, ale domyślając się, że 

Henryk usiłuje przebrnąć przez jakąś trudność. 

— A dlaczegóż to ja jestem Harpagon? — zapytał niepewnym głosem. 
Henryk machnął pogardliwe ręką i nie odpowiadając mu, zwrócił się do Barskiego. 
— Pan  martwi  się,  a  pański  fałszywy  przyjaciel  siedzi  na  pieniądzach.  Juliusz  począł 

szybko mrugać oczami. 

— Nie dawniej jak wczoraj dał mi do przechowania dość znaczną sumą… 
— Prawda!  —  krzyknął  nagle  Juliusz  —  mam  stary,  zakuty  łeb.  Elżuniu,  nie  patrz  na 

mnie, bo nie jestem tego wart. Zapomniałem, że mam pieniądze. Dzisiaj jedzie pan do Gdyni! 
Elżuniu, ten młodzieniec morduje niewinnych ludzi, ale ma lepszą pamięć ode mnie… 

Elżunia  przenosiła  spojrzenie  z  Henryka,  który  ukrywał  twarz  za  główką  Majki,  na 

kapitalistę Juliusza, który wczoraj wybiegł jak opętany na miasto, aby gdzieś wyłowić biedny 
pierścionek  i  równocześnie  złożył  w  ręce  Henryka  „znaczną  sumę”.  W  tej  chwili  łatał 
naprędce nieprawdopodobną historię i szył ją wielkim, białym ściegiem, unikając jej wzroku. 

Ogarnęło  ją wzruszenie, w którym  jak  cierń tkwił ostry ból,  że obcy człowiek, pierwszy 

raz widziany, spiskuje niezręcznie, aby im pomóc. Powinna mu za to dziękować na kolanach i 
czyni to w głębi duszy w imieniu własnym i tych dzieci, z których jedno przylgnęło do niego 
w niewinnym odruchu, równocześnie jednak konieczność korzystania z jego pomocy leży na 
jej  wzruszeniu  jak  kamień  i  gniecie  je  aż  do  bólu.  Może  byłoby  lepiej,  aby  im  tę  pomoc 
zaofiarował  wprost,  rozumiała  jednak  wstydliwą  nieporadność  dobrego  czynu  i  chęć 
oszczędzenia jej choćby cienia upokorzenia; chciała jednak, aby ten człowiek zrozumiał, że 
ona  wie  o  jego  miłosiernej  komedii  i  szanuje  jej  pobudki,  ale  że  jest  już  dość  silna  i  dość 
zahartowana,  aby  ją  oszczędzano,  jak  roztkliwione  dziecko.  Zbliżyła  się  ku  niemu  i 
powiedziała cicho: 

— Majuśka,  ucałuj  tego  pana…  bardzo  serdecznie…  Henryk  czuł,  że  się  rumieni,  jak 

człowiek schwytany na gorącym uczynku; postawił Majkę na ziemi, sam podniósł się szybko 
i  unikając  jej  spojrzenia,  podszedł  do  Barskiego  i  zaczął  się  z  nim  żegnać.  Barski  na  wpół 
przytomny  z  radości,  ściskał  mu  ręce,  po  czym  przywoławszy  Juliusza  umawiał  się  z  nim, 
kiedy ma przyjść po pieniądze, które zwróci z pierwszych zarobków, i polecał mu opiekę nad 
dziećmi. 

Henryk uściskawszy dzieci podał rękę Elżuni i głęboko się skłonił; ona uścisnęła jego rękę 

śmiało i serdecznie i patrząc mu w oczy rzekła: 

— Zdobył  pan  dzisiaj  jedno  serce  i  wielką  miłość…  Henryk  drgnął,  tknięty  nagłym 

zdumieniem. 

— … Majka zakochała się w panu na śmierć — dokończyła EIżunia. — Niech jej pan nie 

da czekać na siebie zbyt długo. 

Uśmiechnęła się do niego oczyma i rozchylonymi ustami, cała tym uśmiechem objęta jak 

jasnością. 

Juliusz ujął go pod ramię i schodzili ze schodów, ogarnięci nagłą wesołością. Henrykowi 

było dziwnie dobrze na duszy, jakby odbył wycieczkę na górskie szczyty, gdzie powietrze jest 
czyste  i  gdzie  niebo  uśmiecha  się  łagodnie,  głębokim,  lazurowym  uśmiechem,  Juliusz  zaś 
radosny  był  radością  tej  gromadki,  do  której  po  raz  pierwszy  od  wielu,  wielu  dni  zapukała 
dobra  nowina.  Nasunął  kapelusz  na  tył  głowy  i  pragnął  czym  prędzej  wyjść  na  ulicę,  aby 
wszystkim  spotkanym  ludziom  obwieścić,  że  zdarzyło  się  coś  bardzo  jasnego,  nie  mógł 
jednak dokonać tego dość szybko, gdyż na zakręcie schodów natknęli się na przeszkodę. 

Dwoje młodych ludzi szło powoli pod górę, pomagając sobie w trudzie wchodzenia w ten 

sposób, że każdy stopień odmierzali gwałtownym pocałunkiem; w przerwie, nieodzownej dla 
nabrania  oddechu,  pracowita  para  spostrzegła  Juliusza  i  Henryka,  którzy  jak  na  komendę 

background image

zadarli  głowy  w  górę,  nie  chcąc  wchodzić  w  cudze  sprawy,  wymagające  ze  względu  na 
spadzistość  schodów  wiele  uwagi  i  niezwykłego  skupienia.  Ponieważ  zadarte  głowy 
uśmiechały się pogodnie i życzliwie, panienka roześmiała się w głos, natomiast młodzieniec 
spojrzał  chmurnie,  zapewne  dlatego,  że  wskutek  niepożądanego  spotkania,  pomylił  liczbę 
schodów, na jawną narażony stratę. Juliusz trącił Henryka znacząco i zerwawszy kapelusz z 
głowy zwrócił się do panienki z ukłonem. 

— Przepraszamy  bardzo  —  rzekł  wesoło  —  ale  nie  mogliśmy  zejść  z  drogi,  bo  nie  ma 

dokąd. Państwo mają jednak przed sobą jeszcze dwa piętra, ale potem jest już tylko dach. 

Panienka,  zarumieniona  jak  wschód  słońca,  znowu  wytrysnęła  śmiechem  jak  fontanna,  a 

chmurny  młodzian  trwał  bez  ruchu,  dając  błyskiem  oczów  do  poznania,  że  śmierć  jedynie 
zmusi go do opuszczenia tego stopnia, na którym właśnie przystanął. Tamci przeszli mimo, 
po chwili zaś Juliusz, odwróciwszy się, zakrzyknął: 

— Już nas nie ma. Zaczynajcie w imię boże! Kiedy wyszli na ulicę, roześmiał się głośno. 
— Wesoły  nam  dziś  dzień  nastał,  panie  Henryku.  Na  czwartym  piętrze  radość,  na 

schodach całują się, a nam jest wesoło. A dlaczego nam jest wesoło? Dlatego, że innym jest 
dobrze. Czy nie uważa  pan, jaki to  wywód prosty i  świetny w swej  logice? Czuję, że mam 
niebo w duszy. 

— Pańska dusza jest robaczywa — rzekł wesoło Henryk. — Nie wiedziałem, że pan tak 

potrafi łgać bez przygotowania i z imponującą wprawą. Jak pan mógł powiedzieć Elżuni, że 
to ja zapraszałem dzieci na nocleg? 

Juliusz aż przystanął zdumiony. 
— Tak? — krzyknął. — Doskonale, jestem łgarz, ale przynajmniej usiłowałem zarumienić 

się, choć bez wielkiego skutku. Ale pan, pan, młodzieńcze! 

— Co ja? 
— Jak  pan  mógł  tak  ponuro  zełgać,  że  dałem  panu  na  przechowanie  znaczną  sumę 

pieniędzy?  Nawet  Majka  zakryła  rękami  twarz.  Czy  panu  nie  wstyd  tak  łgać  wobec 
niewinnego dziecka? 

— Obaj jesteśmy pospolici szachraje — rzekł Henryk ze śmiertelną powagą. 
Wybuchnęli śmiechem i ująwszy się pod ręce szli szybko w bladozłocistym, jakby sennym 

słońcu. 

background image

XIII. 

 
Po wyjeździe Barskiego Juliusz roztoczył opiekę nad jego rodziną, zauważywszy radośnie, 

że  Henryk  ze  skwapliwą  gotowością  usiłuje  mu  ulżyć  w  trudzie  rządzenia  małym  i  bardzo 
demokratycznym  państewkiem  na  czwartym  piętrze;  wprawdzie  nieliczna  jego  ludność 
rządziła  jak  jej  się  żywnie  podobało  i  Lordem  Protektorem  i  jego  zastępcą,  obaj  jednak 
udawali,  że  wcale  tego  nie  widzą,  na  dobitek  zaś  musieli  podzielić  się  władzą  z  panią 
Masłowską,  najtęższą  głową  w  rządzie,  która  objęła  pieczę  nad  racjonalnym  dowozem 
żywności  i  nad  pralnią  państwową.  Tak  też  się  zdarzało,  że  Masłowska,  posępnie  mądra  i 
doświadczona,  z  gestem  królowej  Wiktorii  obalała  rozporządzenia  Juliusza,  a  zupełnie  nie 
zwracała  uwagi  na  nieśmiałe  rady  Henryka,  głośno  i  z  niezwykłą  przenikliwością 
oznajmiając,  że  jeden  z  nich  sam  potrzebuje  niańki,  a  drugi  nie  ma  pojęcia  o  zawiłych 
sprawach  gospodarstwa  domowego.  Ponieważ  otwarta  z  nią  walka  była  beznadziejna, 
czyniono jej ustępstwa z godnością! głębokim przekonaniem, że kobieta ta jest opętana przez 
dobrego ducha, gdyż demon, mniej cierpliwy, długo by w niej i z nią nie wytrzymał, wskutek 
czego czyny jej są natchnione. Rządząc z oddalenia i nieczęsto odwiedzając samotne dzieci 
zdołała  tego  dokonać,  że  El—żunia  mogła  czasem  odetchnąć  i  odpocząć,  a  Celinka  miała 
zapewnioną opiekę, którą Juliusz z Henrykiem rozdzielili pomiędzy siebie. 

Henryk  sam  sobą  był  zdumiony;  po  raz  pierwszy  w  życiu  zawędrował  w  jego  mroczne, 

szarzyzną biedy zasnute kąty i  było  mu  tam dobrze:  oczekiwano go niecierpliwie, witano z 
radością i żegnano z żalem, nie żądano od niego niczego, do niczego nie zmuszano. Odnosił 
wrażenie,  że  spędza  wśród  tych  dzieci  wakacje,  że  odprężyło  się  w  nim  jakieś  wysilone 
napięcie, a dusza w jałowej nudzie tonąca zaczerpnęła oddechu; zdawało mu się, że był dotąd 
bardzo zmęczony nużącym, wyczerpującym próżnowaniem i błąkaniem się w pustce, a teraz 
odpoczywa  na  tej  małej  wysepce  szczęśliwości,  przeżywając  niebieskie,  naiwne  godziny, 
daleki od tej zawiłości, co jak ośmiornica oplata człowieka i dławi, i daleki od tego huczącego 
młyna, co go usypiał nieprzerwanym terkotem. Najwięcej radowały go rozmowy z Juliuszem 
i Elżunią, jasne i nie wymyślone, w których każde słowo oznaczało to, co miało oznaczać, a 
żadne nie było podstępne ani zaprawione goryczą. 

Niespodziane  wejście  w  tę  gromadkę  bawiło  go  z  początku,  później  zaczęło  wzruszać, 

kiedy  dostrzegł,  że  bez  żadnego  ze  swej  strony  trudu  jest  powodem  radości.  Nikomu  na 
świecie niepotrzebny, w ogromnym tłumie samotny, zdziwił się, że jednak jest ktoś, kto  go 
oczekuje:  oczekiwały  go  wprawdzie  dzieci  i  może  ta  dorosła  panienka,  lecz  i  to  już  było 
niezwykłe  i  dziwne;  dotąd  patrzył  bez  wzruszenia,  jak  dzień  za  dniem  odrywa  się  od 
wielkiego  drzewa  i  leci  w  mroczną  niepamięć  i  jak  godziny  rozsypują  się  jak  płatki  ze 
zwiędłej róży dnia, teraz zaś, uwiedziony przez serdeczną mądrość starego człowieka, czeka 
niecierpliwie  swojej  kolei,  aby  czym  prędzej  poczuć  na  szyi  gwałtowny  uścisk  płowej 
dziewczynki i pogadać tkliwie z tą drugą, chorą, witającą go ślicznym, bladym uśmiechem. 

Nie  był  sentymentalny  i  bronił  się  zawsze  przed  ckliwością;  słowom  własnym  z  nałogu 

przyglądał  się  pilnie  i  raczej  odarłby  każde  ze  skóry  i  wszystkie  powykręcał  mu  członki, 
aniżeli  pozwolił,  aby  które  z  nich  miało  załzawione  oczy,  albo  było  zbyt  miękkie, 
szeleszczące  lub  od  wzruszenia  kolorowe.  Taki  bowiem  był  niepisany  nakaz  kapłanów, 
radzących  w  zaułkach  Labiryntu,  co  należy  robić  z  boskim  słowem,  aby  je  uczynić 
niepojętym  i  dziwnym  dla  łaknących  go  maluczkich  serc  i  prostych  dusz;  nie  chciał  być 
innym, aby nie być pomówionym o zbrodnię pospolitości i o ponury grzech prostoty. Teraz, 
kiedy z własnej woli w takie zawikłał się sprawy, że musiał słuchać dziecięcego szczebiotu, 
albo  rozprawiać  o  rzeczach  drobnych  i  niepozornych,  zdawało  mu  się,  że  nie  znajdzie  w 
swoim Sezamie słów odpowiednio jasnych, prostych i niewymyślnych. Szczęśliwy był, że w 
jakimś  zakamarku,  zamkniętym  głucho  od  wielu,  wielu  lat,  odnalazł  te  najdziwniejsze  i 

background image

najbardziej cenne, które radują mędrców i dzieci. Zdawało mu się, że z mrocznych podziemi 
wyszedł  na  jasność  dnia,  i  bez  pozy  i  togi  wałęsa  się  po  ogrodzie  kwitnących  drzew  i  jak 
Demokryt gada z ptakami. 

Juliusz,  który  go  wyciągnął  za  włosy  z  grząskiego  bagna  nudy  i  beznamiętnego 

oczekiwania  na  przypadkowe  narodziny  dreszczu,  przyglądał  się  ciekawie  temu  zejściu  z 
zamku  Soria–Moria  na  padoły,  gdzie  zwyczajne  dzieją  się  sprawy,  bo  miłość  rodzi  tam 
cierpienie  w  deszczu  łez,  a  cierpienie  zakwita  miłością  w  słońcu  ofiary  i  przebaczenia. 
Henryk uczynił krok jeden zaledwie i dopiero wszedł w gardziel dalekiej doliny, a już oczy 
otwarł szeroko niespodziewanym zdziwieniem i głęboko odetchnął. Jak wędrowca z obcych 
krajów powitały go najpierw dzieci, a spoza nich patrzyła jasnym spojrzeniem dziewczyna, z 
drżącym  światełkiem  uśmiechu  na  ustach.  Nie  widział  dotąd  takiej  jak  ona.  Znał  dziesiątki 
młodych  kobiet,  które  nigdy  nie  były  młode,  przebiegłszy  w  ciągu  jednej  chwili  granicę 
dzielącą  dziecięcy  poranek  od  dojrzałego  południa,  pełnego  żaru,  upalnej  tęsknoty  i  drżenia 
tak  rozpłomienionego  powietrza,  że  w  nim  więdły  ledwie  rozkwitłe  marzenia;  widział 
spieszące  się  i  biegnące  z  rozchylonymi  ustami  na  spotkanie  burzy,  odważne,  zuchwałe  i 
bujne; takie jak  Ina Torres, która jest szablonowym  modelem pospolitej odmiany pięknego, 
drapieżnego  zwierzątka,  drżącego  wszystkimi  zmysłami;  znał  kobiety  oschłe  w 
przedwczesnej roztropności i zaprawne w bardzo złożonej sztuce życia; niezwykłe, dziwaczne 
orchidee  i  bezsilne,  oparcia  szukające  bluszcze.  Posiadał  wielką  wprawę  w  odróżnianiu 
odmiany gatunku i oceniał je niezawodnie. Elżuni nie mógł określić od razu; zdawało mu się, 
że znajduje się ona dopiero w okresie stawania się i krzepnięcia tych cech, które ją naznaczą, 
dotąd  pełna  niewysłowionego  uroku:  mieszanina  dziecka  i  kobiety,  już  nie  dziecko,  ale 
jeszcze nie kobieta, z sercem czekającym na jakąś jasność, jak kwiat czekający na słońce, aby 
się  zabarwić  i  napełnić  treścią.  Na  jej  oczach  igrały  złote  błyski,  którymi  śmieje  się 
dzieciństwo, gasły jednak po chwili, a spojrzenie jej dojrzewało w wielkiej powadze i smutku, 
rozumnego i skupionego w sobie, kiedy głos ledwie .słyszalny i z daleka dolatujący ostrzegał 
ją,  że  marni  czas  i  pozwala  sobie  na  niedozwolony  jej  zbytek  pogody.  Młodość  jej  jednak, 
każdym drgnięciem pragnąca radości, czysta i huczna jak strumień, przebiegała szybko przez 
szare piaski i osypiska; złociła dotąd czarne godziny udanym uśmiechem, teraz jednak, kiedy 
smutki  przyczaiły  się,  jakby  znużone  daremną  pracą  pognębiania  jej,  i  kiedy  los  zelżał,  jak 
stary  tyran  wzruszony  uczciwym  poświęceniem,  wydobyła  z  ukrycia  jasną  swoją,  na  poły 
dziecinną  radość  jak  kądziel,  zaczęła  ją  snuć  nieprzerwanie  i  już  nie  słuchała  ostrzeżeń. 
Powaga  matyczna  wtedy  tylko  chmurzyła  jej  czoło,  kiedy  patrzyła  na  Celinkę,  dziecko 
cierpiące w milczeniu. 

Henryk przyglądał się jej uważnie i z żywą przyjemnością; uśmiechał się czasem na myśl, 

że  jest  w  położeniu  złodzieja,  któremu  powierzono  strzeżenie  skarbu,  polegając  na  jego 
poczuciu  honoru.  Dość  mu  było  jednak  wyciągnąć  rękę,  aby  tę  dziewczynę  schwytać  jak 
bezbronnego  ptaka,  albo  też  oczarować  ją  metodą  wybornie  wypróbowaną:  że  jak 
zahipnotyzowana,  sama  ku  niemu  podejdzie;  posiadał  wprawę  należytą,  bogaty  zapas  sideł, 
złożony  z  upajających  słów,  błyszczących,  świetnych  frazesów,  wyświechtanych  przysiąg, 
demonicznych  póz,  łez,  uśmiechów,  zaklęć,  wykrzykników  i  niedomówień,  całą  magię 
miłosną,  użytą  z  powodzeniem  po  wielekroć  razy.  Cząstka  zaledwie  tych  doświadczeń  z 
podjazdowych  wojen,  polowań  na  lwice,  pantery  i  rajskie  ptaki,  wystarczyłaby,  aby 
oczarować tę błękitną duszę i tęczami napełnić te jasne oczy dziewczyny szczerej, zbiedzonej 
i pełnej wiary w ludzką uczciwość. 

Ile  razy  dotąd  wypatrzył  w  kolorowej  ciżbie  kobietę,  do  której  postanowił  zbliżyć  się, 

wiedział od razu i nieomylnie, której z tysiąca metod użyć należy, jaki obrać plan ataku, jaką 
barwę  nadać  słowom  i  na  jaki  nastroić  je  ton,  przekonany  o  tym,  że  ofiara,  która  często 
kończyła tę samą akademię uwodzenia, jednym spojrzeniem rozmarzonych oczów rozpatruje 
równocześnie  swój  arsenał  i  szuka  odpowiedniej  morderczej  broni.  Było  to  wszystko  tak 

background image

nudne jak szablon i nużące jak bity gościniec. Teraz, patrząc na Elżunie, pomyślał jednakże 
strzępem  myśli  tylko,  że  dość  byłoby  udać  nieszczęście  i  sfałszować  jakieś  cierpienie,  aby 
wywołać u niej współczucie, zmienić je w głęboką litość, a litość rozżarzyć w pożar miłości. 
Zawstydził  się  tej  myśli  i  od  razu  ją  zdmuchnął,  jak  kopcącą  świecę.  Byłby  nędznym 
człowiekiem,  gdyby  podstępnie  podszedł  tę  bezgraniczną  ufność,  co  patrzyła  w  niego 
niezmąconym,  jasnym  i  jak  górska  woda  czystym  spojrzeniem;  gdyby  chciał  oszukać  te 
dziewczynę,  postąpiłby  jak  najgorszy  wyrzutek,  co  okrada  dziecko  z  jego  złudzeń  i 
promienistości.  Rozrzewnił  się  czystością  jej  serca,  jak  się  rozrzewnia  człowiek,  co  po 
długich  latach  zamknięcia  wśród  stęchlizny  murów  ujrzał  świeży,  w  brylantowych  rosach 
obmyty kwiat. Sprawiło mu to radość tak żywą, że wciąż powracał, aby raz jeszcze spojrzeć 
na dziwo, nieznane w tym tropikalnym klimacie, w którym dotąd przebywał. 

Wiedział,  że  i  ona  patrzy  na  niego  z  radosnym  zdumieniem,  jak  kwiatami  przybrana 

prostoduszna dziewczyna z Tahiti spogląda na białego marynarza, co z zamorskich, dalekich 
przypłynął  krajów.  Henryk  zjawił  się  u  nich  niespodzianie  z  innego  świata  i  oczarował  ją 
wytwornym pięknem słowa i gestu; onieśmielona z początku, dojrzała w nim szybko promień 
tego blasku, który gorzał w uwielbianym Juliuszu: subtelnie dobrym musi być człowiek, który 
nie wołany wyciągnął obie ręce, aby je podać biedocie, pajęczynami smętków zasnutej i przez 
wszystkich zapomnianej. Dlatego i ona podała mu obie dłonie na znak, że uważać go pragnie 
za  wiernego  przyjaciela,  któremu  z  całej  duszy  dziękuje  za  wejście  w  jej  sierocy  dom  z 
życzliwością uśmiechu i jasną pogodą. Od kilku już lat nie mają przyjaciół, nędza bowiem, 
jak szkarlatyna: odstrasza wszystkich od drzwi, przeto tym cenniejszy i tym droższy jest taki 
przyjaciel nieulękły, dobry duch przez dobrego wiedziony ducha. 

Starszy  duch  przychodził  do  nich  zazwyczaj  o  wczesnej  porze  i  pełnił  obowiązki  dobrej 

gospodyni  niezbyt  umiejętnie,  lecz  zawzięcie;  pomagał  Elżuni,  krzątającej  się  szybko  i 
sprawnie,  kiedy  zaś  musiała  wybiec  na  dwie  lub  trzy  godziny,  zamieniał  się  całkowicie  w 
niańkę, kucharkę i szarytkę; była to najweselsza niańka, najłagodniejsza kucharka i najsłodsza 
szarytka,  jaką  świat  kiedykolwiek  oglądał.  Henryk,  duch  młodszy,  zawinił  i  nie  jest  godny 
rozgrzeszenia za grzechy przeciwko własnemu duchowi. 

— Największym  nieszczęściem,  panno  Elżuniu  —  mówił  stłumionym  głosem  —  jest 

skostniałość  serca,  któremu  jednego  dnia  staje  się  wszystko  obojętne:  radość  i  zgryzota, 
miłość i nienawiść, smak słodyczy i smak soli. Lepiej takiemu sercu, aby umarło. Nic na nim 
nie zostawia śladu, nic nim nie zatrzęsie ani nic nie podnieci. Przeżyło się za życia i trwa w 
nieruchomym,  na  nic  nieczułym  letargu;  wszystko  inne  cierpi  albo  raduje  się,  miewa  sny  i 
tęsknoty,  trwoży  się  śmiertelną  trwogą  albo  bucha  odwagą,  człowiek  zaś  chory  na 
skostniałość serca nie drgnie, choćby grom przy nim uderzył i nie zaśmieje się, choćby samo 
słońce do niego przyszło.  Jest mu  wszystko  doskonale obojętne. Ponura to  filozofia, gorsza 
stokroć od śmierci. 

— Przecie pan nie jest taki… — szepnęła nieśmiało. 
— Jeszcze nie jestem, ale mi niewiele brakło. A jeśli zdołam się ocalić, wam będę to miał 

do zawdzięczenia. Tak, tak, panno Elżuniu. Już się kładłem do tej kiepskiej trumny, kiedy się 
zjawił pan Juliusz, człowiek mądry, co widząc takiego jak ja niedobitka, zakrzyknął wielkim 
głosem: „Młodzieńcze, weź trumnę swoją, wstań, a chodź”! Więc wstałem i poszedłem… 

— Dokąd? 
— Najpierw zwiedziłem jego życie, tak pełne wielkich wzruszeń, że i ja się wzruszyłem. 

Nauczył  mnie  ten  człowiek  wielkiej  prawdy,  że  tylko  człowiek  głupi  lub  nikczemny  czyni 
sam z siebie żywy grób, człowiek zaś z sercem  żywym ł pragnącym wydziera się z zalewu 
bagna  i  walczy  o  każdy  promień  słońca,  aby  nim  pożywić  kostniejące  serce.  Wielki  to  jest 
bojownik  ten  nasz  wujaszek,  co  siebie  zwyciężył.  Pani  nie  wie  o  nim  tego,  co  ja  wiem,  a 
jednak  kocha  go  pani.  Cóż  ja  dopiero  mam  powiedzieć  o  sobie?  Może  on  nawet  nie 
przypuszcza, jak wielkie mi uczynił dobrodziejstwo samym swoim zjawieniem się… 

background image

— U nas zjawił się tak samo, w złej, bardzo złej chwili… I co dalej, i co dalej? 
— Dalej jest jasna historia. Jak gdyby się uwziął, że mnie będzie wzruszeniami pobudzał 

do życia, wzruszał mnie wciąż. Sam przed sobą udawałem, że się bronię i że zżymam, bo mi 
się to wszystko razem wydawało dziecinne i sentymentalne, ale mimo moich srogich min ujął 
mnie za rękę i przyprowadził tu do was, gdzie mi jest dobrze. 

Elżunia spojrzała na niego radośnie. 
— Dobrze panu, tu u nas?… 
Henryk zniżył głos do gorącego szeptu. 
— Mam  wrażenie,  że  byłem  ciężko  chory  na  kilka  chorób:  na  nudę,  na  próżniactwo,  na 

sztuczność, na piękne kłamstwo i na nieszczerość wobec samego siebie, a teraz zdaje mi się, 
że  mnie  jedna  po  drugiej  choroba  opuszcza.  Czekam  niecierpliwie  chwili,  kiedy  mogę 
przybiec  tu  do  was,  gdzie  nie  wolno  kłamać,  trzeba  być  prosto  uczciwym  i  uczciwie 
szczerym. 

— Dlaczego u nas trzeba być takim? — szepnęła Elżunia głosem dziecka, pytającego: „z 

czego robi się słońce?” 

— Bo wobec dzieci innym być nie wolno. 
— Ale ja nie jestem dzieckiem… 
Henryk  spojrzał  na  nią  z  taką  tkliwością,  że  jej  oczy  zgasły,  jakby  zalane  wielkim 

zdziwieniem. 

— Pani  —  odpowiedział  przenikliwym  szeptem  —  jest  czystsza  i  niewinniejsza  niż 

dziecko. 

background image

XIV. 

 
Juliusz  przyglądał  się  nieznacznie  swemu  młodemu  przyjacielowi,  zdradzającemu 

niepokój  i  zmienność  usposobienia;  Henryk  podobny  był  do  mrocznego  dnia,  na  którego 
niebie  wiatr  w  niespokojnych  porywach  strzępi  chmury,  aby  z  nich  wygarnąć  płat  błękitu. 
Zamyślał się albo rozpoczynał gorączkowo jakąś czynność, aby przerwać ją po krótkiej chwili 
i  wpatrzeć  się  w  siebie  nieruchomym  wzrokiem  rybaka,  co  zarzucił  w  wodę  wędkę  i 
spojrzenie.  Przestał  bywać  wśród  dawnych  swoich  przyjaciół  i  unikał  ich,  jak  dawno 
opowiedzianych dowcipów albo umianych na pamięć książek, pisanych bez polotu. Chętnie 
natomiast rozpoczynał  rozmowę o Barskich i o Elżuni, uczyniwszy ją Rzymem, do którego 
wszystkie  wiodą  drogi.  Juliusz  wałęsał  się  z  nim  chętnie  po  tym  ogródku,  w  którym 
dziewczyna nagle purpurowo zakwitła, przestraszony jednakże cokolwiek zbyt szybką jazdą 
na  skrzydlatym,  bagdadzkim  dywanie  i  nie  dowierzający  nastrojom,  narodzonym  z 
wieczornej,  wyszeptanej  godziny,  usiłował  na  wszelki  wypadek  gasić  tęcze  na  zachwytach 
Henryka i zbyt jaskrawo płonące jego słowa zdmuchiwał jak świece przed ołtarzem, zapalone 
za wcześnie, bo w zimie, na majowe nabożeństwo. Czynił to rubasznie, jak stary Bernardyn, 
co  lodem  sędziwego  doświadczenia  ziębi  zapały  rozpłomienionej  głowy  wniebowziętego 
braciszka. 

— …Oczywiście — mówił — dobra to jest dziewczyna, chociaż jeszcze zielona. Serce ma 

lepsze od głowy i czystą duszę. Masłowska, która ulegając silnym wpływom męża terrorysty 
ma  upodobanie  do  niebiańskich  porównań,  powiedziałaby,  że  to  anioł  nie  dziewczyna,  do 
czego  jednak  nie  należałoby  zbytniej  przywiązywać  wagi,  gdyż  i  mnie  jednego  razu 
mianowała aniołem, chociaż posiadam cechy wybitnie szatańskie. Nie protestowałem przeciw 
jej zachwytom w stosunku do mojej osoby, aby nie mącić naiwnej ekstazy, gdyby jednak przy 
mnie nazwano aniołem Elżunię, musiałbym zaprotestować. — Czemuż to, stary intrygancie? 
—  pytał  Henryk.  —Powiem  to  panu  w  wielkiej  tajemnicy:  oto  na  własne  oczy  widziałem 
Elżunię spożywającą baraninę, czego, jak wiadomo, aniołowie nigdy nie czynią. Serce mi się 
kraje, że musiałem to panu powiedzieć, ale jako pański fidus Achates… 

— Mój fidus Achates zgubił piątą klepkę, a jego dowcipy czuć czosnkiem — zaśmiał się 

Henryk. 

— Widzę, że w tym domu znieważają starca  — mówił Juliusz. — Wobec tego chodźmy 

do Barskich, bo anioł zapewne już powrócił i albo skrobie kartofle, albo ugniata kluski razem 
ze łzami, więc mu pomożemy. Pan może nie chce tam pójść? 

— Dlaczego? — zapytał Henryk ze zdziwieniem. 
— Tak mi się zdawało… 
Elżunia  przyjęła  ich  brzęczącą  nowina,  że  ojciec  przysłał  jej  trochę  pieniędzy,  a  im 

nierównie więcej pozdrowień i uścisków. 

— Jest to przykra wiadomość — rzekł Juliusz — i wcale mi się nie podoba. Złoto bardzo 

zmienia  ludzi,  więc  może  nadejść  taki  dzień,  że  do  bogatego  domu  nie  zechcą  wpuszczać 
takiego  jak  ja  łapserdaka.  Powiedz  mi,  Elżuniu,  co  zrobiłaś  z  pieniędzmi?  Czasy  są 
niespokojne, więc należy złożyć je w banku, albo zrobić jeszcze lepiej i tak, jak ja robię: dać 
je na przechowanie panu Henrykowi. Nie dowierzaj nawet mnie. Ile ci przysłał? 

— Pięćdziesiąt złotych! — oznajmiła Elżunia z d urną, wartości miliona. 
Juliusz cmoknął z zachwyconym podziwem. 
— Wobec  ogromu  sumy,  nie  dowierzaj  też  i  jemu  —  dodał  ponuro,  ruchem  głowy 

wskazując Henryka. 

Na  pogodę  tego  wieczoru  padł  cień,  gdyż  Celinka  czuła  się  gorzej;  ze  względu  na  nią 

rozmawiano  szeptem  w  kuchence.  Przeważnie  mówił  Juliusz,  Henryk  bowiem,  siedzący  w 
mrocznym kącie, w milczeniu przyglądał się Elżuni i własnym myślom; od czasu do czasu do 

background image

gasnącego  ogniska  rozmowy  dorzucał  jakieś  słowo,  a  Juliusz,  gadatliwy  jak  wiatr  w  lesie, 
rozdmuchiwał je w płomień. Godzina była dość późna, a zimna noc, zakutana w ciszę jak w 
wełnisty  kożuch,  gasiła  w  wielkim  szarym  domu  jedno  okno  po  drugim.  Juliusz,  sędziwy 
wódz, chciał już dać Henrykowi znak do odwrotu, kiedy nagle za cienką ścianą zwichrzyły 
się jakieś głosy, jak gdyby źle zgrana orkiestra rozpoczęła na śmiertelnie chorym gramofonie 
burzliwą uwerturę; po chwili można było rozróżnić dwa głosy, które usiłowały chwycić się za 
gardła i wzajemnie zdławić: głos cienki udawał flet, głos gruby huczał jak duch ojca Hamleta, 
kiedy  nieszczęsnego  króla  gra  pomylony  aktor.  Jasnym  było,  że  głos  cienki  należy  do  płci 
żeńskiej, a głos  ciężki jak kamień i jak taran tłukący w ciszę nocy wydaje z siebie osobnik 
płci męskiej, obydwa zaś zdradzały całkowitą nieznajomość najprostszych zasad harmonii. 

— Co to jest? — zdumiał się Juliusz. — Albo pożar, albo w tym domu kogoś mordują. 
Zaczęli nasłuchiwać uważnie, zaniepokojeni; wreszcie Juliusz postawił treściwą diagnozę: 
— Amor militaris!  On i ona rzucają w siebie sercami, a za chwilę zaczną łamać krzesła. 

Jeśli to małżeństwo… 

— Tam mieszka jakaś panienka — rzekła przestraszona Elżunia. 
— To gorzej, bo awantura dłużej potrwa przy braku i wprawy. Mocno krzyczą… 
— Boże drogi, zbudzą mi Celinkę! Trzeba ich jakoś uspokoić — mówiła Elżunia. 
Henryk podniósł się szybko. 
— Ja tam pójdę! 
— Dobrze  —  rzekł  Juliusz.  —  Niech  pan  jednakże  weźmie  z  sobą  albo  młotek,  albo 

żelazny garnek, bo oni na widok rozjemcy natychmiast się pogodzą, ale pana pobiją. Gdyby 
panu  co  groziło,  niech  pan  zakracze  trzy  razy  jak  wrona,  a  ja  natychmiast  przybiegnę  z 
pomocą. 

Henryk  otworzył  cicho  drzwi;  w  tej  chwili,  jak  na  scenie,  kiedy  za  kulisami  tłum  czyni 

wielki rozgardiasz, głosy żwawiej tarzające się po ciemnej sieni wpadły na nich oznajmiając, 
że głos cienki wziął górę i usiadł grubemu głosowi na kosmatej piersi, ten bowiem skarżył się 
potępionym jękiem. Henryk idąc śladem burzliwej rzeki łatwo znalazł jej źródło i gwałtownie 
zapukał do drzwi, poza którymi jak za barykadą toczył się bój płci żeńskiej z płcią odmienną. 
Głos  gruby  omdlał  jak  grzmot,  widocznie  nasłuchując,  głos  cienki  jednakże,  podstępnie 
korzystając z chwilowej  jego niemocy, zabrzmiał  donośnie i  radośnie piskał.  Ponieważ nikt 
nie  otwierał,  Henryk  zatarmosił  drzwiami  jak  Samson  bramą  Gazy,  co  powiększyło 
wprawdzie rwetes, równocześnie jednak musiało napełnić trwogą  głos  cienki,  gdyż  roztłukł 
się  jak  szkło,  a  okruchy  rozprysnęły  się  z  cichym  brzękiem.  Drzwi  otwarto  gwałtownie,  a 
Henryk  wkroczył  w  nie  z  miną  szeryfa,  wchodzącego  w  kinematografie  do  spelunki,  gdzie 
kowboje  palą  z  rewolwerów  na  odmianę  raz  w  pułap,  a  raz  w  ludzki  brzuch.  W  mrocznej 
kuchence,  za  którą,  jak  za  górskim  przesmykiem,  widać  było  oświetloną  dolinę  pokoju 
takiego  samego  jak  u  Barskich,  dojrzał  głos  cienki  w  kształcie  foremnej  dziewczyny,  więc 
zwrócił się do niej z szorstkim i zjeżonym, jak szczotka, przemówieniem: 

— Przyszedłem prosić w imieniu sąsiadów o ciszę. Przecie jest już noc, proszę pani! 
— I  co  z  tego,  że  jest  noc?  —  odrzekła  dama,  popędzając  słowa  resztką  zdyszanego 

oddechu. — Jeżeli muszę zrobić awanturę, to nie będę z tym czekać do rana. 

— Ale obok jest chore dziecko, więc… 
— Chore dziecko? O, to inna sprawa… Niech pan sąsiadów bardzo przeprosi, a ja słowo 

panu daję, że już będzie cicho. Proszę, niech pan wejdzie i powie głośno, że jeśli kto w tym 
lokalu jeszcze raz podniesie głos, to go się zrzuci ze schodów, ale tak, żeby pogubił zęby. 

„Trzeba było wziąć młotek” — pomyślał zdziwiony Henryk. 
Chciał  się  cofnąć,  ale  głos  cienki,  który  już  powrócił  w  przyrodzone  swoje  łożysko  i 

brzmiał wesoło, ujął go za rękę i wprowadził do kuchenki, zatrzaskując za nim drzwi. 

— Proszę wejść — mówił — i powiedzieć, co jest temu dziecku? 

background image

Henryk  ubawiony  dał  się  popchnąć  do  oświetlonego  pokoju,  w  którym  pod  oknem  stał 

nadobny  młodzieniec,  ale  równie  ponury  jak  ten  piec.  Piec  nie  poruszył  się,  obojętnie 
nieruchomy, młodzieniec zaś kiwnął od niechcenia głową i spojrzał na niewczesnego gościa 
wzrokiem, jakim patrzył Achilles, kiedy „brał słowo” — spode łba; za to osoba płci żeńskiej 
obejrzała Henryka dokładnie, oświetliwszy go jak reflektorami roześmianymi oczyma; była to 
ładna dziewczyna złożona z tak jasnego uśmiechu i tak zdrowych, lśniących zębów, że reszta 
zdawała  się  być  tylko  nieodzownym  dodatkiem,  zdrowym  i  giętkim.  Był  to  świetny  okaz 
niewinnej zuchwałości, radujący się młodością. Jak gdyby dawno już zapomniała o huczącej 
burzy, zaczęła mówić wesoło, wskazując ręką okolicę pieca: 

— Ja  słowa  nie  mówiłam,  ale  za  to  ten  pan  robi  po  nocy  awantury.  Dobrze,  że  pan 

przyszedł, bo może zechce mnie pan obronić. Ale gdzie ja pana już widziałam? Czy  pan tu 
obok mieszka? 

— Mieszkają  tu  moi  przyjaciele  —  mówił  Henryk  powoli,  gdyż  usiłował  przypomnieć 

sobie z trudem, skąd i on zna tę dziewczynę. 

— Aj! — zawołała ona nagle — już wiem. Niedawno wychodził pan z tego domu z jakimś 

wesołym starszym panem, co tak wygląda, jak Donkiszot, ale nie bardzo jeszcze zwariowany. 

— Tak, a pani szła pod górę w towarzystwie… 
— Tego  właśnie  ananasa,  co  dojrzewa  tam  pod  piecem  —  dokończyła  panienka,  lejąc 

słowa jak kule z roztopionego ołowiu. Młodzieniec mruknął coś pod nosem, jak śpiący lew, 
którego drażnią. 

Henryk nie wiedząc dobrze, co ze sobą począć,  chciał wycofać się z kręgu ich zawiłych 

interesów, nawykły zaś do dobrych obyczajów, skłonił się i rzekł: 

— Przepraszam za wtargnięcie i odchodzę. Nazywam się Staliński. 
— Staliński? — zawołała panienka. — Czy może autor? 
— Niestety — uśmiechnął się Henryk. 
— W takim razie niech pan siada. Pan Bóg mi pana zsyła! Ja się nazywam Umanowska, a 

ten pan… Zresztą to wszystko jedno, jak się ten pan nazywa. 

— Garsz!  —  kłapnął  młodzieniec,  jak  turoń.  Przedstawił  się,  widząc,  że  przybysz  jest 

jakąś znaczną osobą, której nie można od razu pobić i wypchnąć za drzwi. 

Henryk skłonił się w stronę pana Garsza, usiłując następnie ruchem ręki przerwać pannie 

Umanowskiej  niewczesne  zwierzenia,  wypowiadane  z  wesołą  gwałtownością;  pomyślał,  że 
spoza tak lśniących zębów muszą wybiegać słowa tylko  wesołe i  że na tych roześmianych, 
przekornych, lśniących oczach smutek stajałby natychmiast, jak czarny śnieg. 

— Niech  pan  chwileczkę  posiedzi  —  mówiła  dziewczyna  —  i  niech  pan  rozsądzi  jedną 

sprawę. Drogi panie! Widział pan, że mnie ten pan przemocą całował na schodach, chociaż 
się broniłam… 

Garsz jęknął, jakby przypalony gorącym żelazem kłamstwa. 
— Niczego nie widziałem — rzekł Henryk pojednawczo, ale niepewnie. 
— Niech pan nie blaguje, bo pan widział i ten starszy pan też. 
— Przypuśćmy, i co z tego? 
— To  z  tego,  że  pan  Garsz  twierdzi,  że  jest  moim  narzeczonym  i  że  ja  muszę  za  niego 

wyjść, a ja twierdzę, że on stąd wyjdzie, bo ja mogę wyjść nawet za rogatego diabła, ale nie 
za niego. Dlatego było  tyle wrzasku, bo ten pan nie umie zachować się  u kobiety. Pan zna 
chyba takie sytuacje, więc niech pan powie, co by pan zrobił na moim miejscu? 

Henryk patrzył z przyjemnością na zdrową, buńczuczną dziewczynę i rzekł wesoło: 
— Ja załatwiłbym tę sprawę spokojnie, ale jutro. Dzisiaj państwo są podnieceni… 
— To niemożliwe, bo ten pan przyszedł tu ze wszystkimi swoimi manatkami i chce u mnie 

od  dzisiaj  zamieszkać.  O,  niech  pan  patrzy!  Z  mieszkania  go  wylali,  bo  nie  płacił,  więc 
przyniósł tu kilka książek i spirytusową maszynkę, całe swoje gospodarstwo. Każda z książek 

background image

pochodzi  z  innego  podwórka,  jedna  jest  tomem  trzecim,  inna  siódmym,  a  maszynce  brak 
jednej nogi. 

Garsz  rozłożył  bezradnie  ręce,  jakby  chcąc  powiedzieć,  że  więcej  nie  mógł  przynieść  ze 

sobą w posagu, bo więcej nie miał. 

— Wystarczy! — wydobył  nagle z  gardzieli  ostry dźwięk, jak sztylet  z pochwy. Henryk 

uśmiechnął się przyjaźnie i zapytał: 

— Pan jest malarzem? 
— Żeby choć to! — odpowiedziała za niego panna Umanowska — ale on jest studentem. 
Garsz podniósł głowę z dumą, jak gdyby chciał napełnić pokój radosnym rykiem na temat: 

„Gaudeamus!”, ale machnął tylko ręką i wspaniałej dumie nakazał spokój. 

— Jest studentem — świegotała dziewczyna — i chce zrobić przeze mnie karierę. Czemu 

pan się dziwi? Niech ten wałkoń sam przyzna, jeśli to nieprawda. 

Garsz  usiłował  wyostrzonym  spojrzeniem  przebić  powałę,  potem  dach,  wreszcie  noc  i 

niebo,  aby  wezwać  Boga  na  świadka,  że  go  spotwarzają;  ponieważ  nie  mógł  tego  dokazać, 
wezwał  Henryka  do  obrony  w  imię  męskiej  solidarności.  Henryk  wzruszył  ramionami,  jak 
gdyby gadał z parą przyjemnych wariatów, i rzekł: 

— Na czym polega ta kariera? 
— Na tym, że ja zarabiam dwieście złotych miesięcznie, a on nic. Po jakiego mi licha taki 

mąż? 

— Ale  pan  Garsz  kiedyś  też  zacznie  zarabiać…  Garsz  kiwnął  głową  z  uznaniem  i  dla 

niego,  i  dla  siebie;  usiłował  nawet  uśmiechnąć  się  w  stronę  mglistej  przyszłości,  ale  nie 
bardzo mu się to udało. 

— Czekaj tatka latka — mówiła panienka. — Ożenić się łatwo, a co będzie z dzieckiem? 
— Z jakim dzieckiem? — spytał Henryk zdumiony. 
— Z tym, co się narodzi. Przecie dziecko będzie za rok. 
— Dlaczego ma być? 
— Niech pan na niego spojrzy, od razu się pan dowie. 
— A pani nie pragnie mieć dzieci? 
— Owszem, ale bez współudziału samca. 
Garsz  nachmurzył  się  jak  Jowisz,  kiedy  który  z  pomniejszych  bogów  zdradzał  nagłe 

pomieszanie  zmysłów,  Henryk  zaś  wybuchnął  śmiechem.  Panna  Umanowska  pokazała 
wszystkie zęby, śmiejąc się również na znak, że patrzy wesoło na przykre położenie kobiety, 
chcącej zachować wolność i pogardzającej odwieczna metodą obłędu, 

— Teraz pan widzi — dodała — że mam dość powodów do awantury. Wprawdzie ten pan 

jest silny ale we dwoje damy mu radę i zrzucimy go ze schodów. 

— Ja  stąd  nie  wyjdę—  oświadczył  Garsz,  tak  wygłaszając  swoje  bohaterskie  zdanie,  jak 

gdyby pragnął każde słowo wbić w ścianę ciężkim młotem niezłomnej woli. 

— Słyszy pan?… On twierdzi, że stąd nie pójdziw! 
— Słyszę — rzekł Henryk. — Niech się pani uspokoi, gdyż tę sprawę można zakończyć 

rozejmem. Czy pan naprawdę nic ma mieszkania, panie Garsz? 

— Wylali mnie odrzekł Garsz ze spokojną rezygnacją 
— To smutne. A nie ma pan przyjaciół? 
— Mam trzech… 
— Dlaczegoż pan do nich nie pójdzie? 
— Bo ich wylali także. Mieszkaliśmy razem. 
— Ładne towarzystwo! — zaśmiała się w ściszonym tonie panna Umanowska. 
— Czy panowie nie płacili? 
Garsz spojrzał na niego z życzliwym politowaniem. 
— Oczywiście, że nie. Kryzys na uniwersytecie… 

background image

— Rozumiem  — rzekł  Henryk z wielka powagą.  — To przykra sprawa. Na mróz wyjść 

pan nie może, a tu pan chyba nie zostanie. Nie zechce pan przecie narażać dobrej sławy pani. 
Ludzie zaczną gadać… 

— Temu  co  zacznie  gadać  rozbije  się  głowę,  a  ja  tu  zostanę.  Ja  ją  kocham,  ona  kocha 

mnie, więc co w tym wszystkim jest złego? Zresztą ja tylko przez dzisiejszą noc, a jutro będę 
szukał mieszkania. 

— Słyszy pani? — zapytał z kolei Henryk olśniony jasnością sytuacji. — Miłość wszystko 

rozgrzeszy. 

Spojrzał  na  panienkę  i  zauważył,  że  nienaturalnie  długiej  przemowy  przystojnego 

młodziana słuchała z żywym zainteresowaniem, szybko jednakże zwróciła się ku Henrykowi, 
który  przenosił  wzrok  z  jednego  na  drugie,  jak  Salomon  przed  wydaniem  sprawiedliwego 
wyroku. Pomyślał, że jeśli pomoże do wygnania pana Garsza na ulicę, będzie musiał zakrakać 
trzy razy jak wrona z wezwaniem natychmiastowej pomocy, aby ocalić własne kości, jeśli zaś 
tego nie uczyni, śmigła panna Umanowska narobi takiego wrzasku, że mury zachwieją się w 
posadach. Należy przeto tak doradzić, aby i wilk spod pieca był syty i ta strasznie przyjemna 
koza  cała.  —  Czy  nie  można  by,  droga  pani,  tak  zrobić,  aby  pan  Garsz  jednak  mógł  tu 
przenocować? 

Powiedział to z wielkim strachem, trzymając słowa na smyczy, aby je mógł cofnąć każdej 

chwili; panienka jednakże nie krzyknęła wielkim głosem. 

— Noc jest bardzo zimna — zaczął już śmielej — a pan Garsz, który, jak widzę, bardzo 

panią kocha, jest uczciwym człowiekiem. 

— Więc co z tego? 
— Niech mu pani pozwoli przenocować w kuchence, a sama zamknie się w pokoju. 
— Po co zamykać? —wtrącił szybko młodzieniec. — Ja przysięgnę i to wystarczy! 
— Wcale nie wystarczy! —krzyknęła panna Umanowska. —Pan widział, jak mnie napadł 

na schodach! To zwierz, nie człowiek. 

Henryk pomyślał, że mocne zamknięcie potrzebne będzie jednej i drugiej stronie. 
— Panie Garsz — rzekł wcale groźnie — pani zamknie się na trzy spusty. Godzi się pani? 
Panna pomyślała przez chwilę. 
— Dobrze — rzekła. — Skoro inaczej nie można, to niech tu przenocuje, ale niech jeszcze 

raz i to uroczyście oświadczy przy panu, że mnie kocha. 

Garsz wydobył słowo z czeluści serca i rozwinął je, jak płat purpury. 
— I niech da słowo honoru, że nie będzie robił awantur, a jutro rano pójdzie sobie na zbity 

łeb. 

Młodzieniec sięgnął do składu uroczystych przyrzeczeń i zapewne chciał w nim wynaleźć 

jedno,  najbardziej  uroczyste  i  rzucić  jej  pod  nogi,  zastanowił  się  jednak  i  zaczął  poruszać 
potężnymi szczękami, jak gdyby gryzł słowo z żelaza. Wreszcie rzekł: 

— Albo słowo honoru, albo klucz! 
— Jasno powiedziane — uradował się Henryk. — Co pani woli? 
— Oczywiście, że klucz, bo bandyci nie mają prawa przysięgania na honor. Ale pan będzie 

za wszystko odpowiedzialny — rzekła panienka do Henryka. 

— Oczywiście!  A  teraz  chyba  mogę  odejść,  bo  sądzę,  że  państwo  już  się  nie  pokłócą. 

Bardzo serdecznie o to proszę, bo tam naprawdę jest dziecko chore. 

— Czy taka mała dziewczynka z jasnymi włosami? 
— Nie, jej siostra. 
— A kim jest ta śliczna dorosła panienka? 
— Najstarsza z trzech sióstr — odpowiedział. 
— A pan jest jej narzeczonym? 
Henryk zmieszał się i szybko powstał ku wielkiemu jej zdziwieniu. W tej chwili zapukano 

lekko do drzwi, więc, nie odpowiadając na pytanie, rzekł z pośpiechem: 

background image

— To odsiecz dla mnie. Mój przyjaciel, ten siwy pan, myśli zapewne, że mnie tu udusili. 

Żegnam panią. Bardzo mi przyjemnie, że uczyniłem zgodę między wami, ale ostrzegam, że 
gdyby awantura wybuchła na nowo, wrócę tu z rewolwerem. Do widzenia, panie Garsz! 

Garsz, spokojny już jak okręt, co zawinął: do przystani, zdobył się wreszcie na uśmiech. 

Uścisnął  dłoń  Henryka  i  rzekł,  wspinając  słowa,  jak  narowiste  konie  przed  przeszkodą:  — 
Nigdy nic pańskiego nie czytałem… Może kiedy przeczytam… Chociaż wątpię… 

Panna  Umanowska  pokazała  mu  raz  jeszcze  wszystkie  zęby,  jakby  chciała  w  ten  sposób 

oświetlić ciemną kuchenkę. Pożegnała go mocnym uściskiem ręki i powiedziała roześmianym 
szeptem: — Gdybym nie kochała tego bęcwała, zakochałabym siew panu. 

— Kuchenka zbyt ciasna dla dwóch — szepnął Henryk. 
W  tej  chwili  ujrzał,  że  Garsz  zbliżył  się  ku  drzwiom  i  ostrzy  na  nim  wzrok,  jak  nóż  na 

kamieniu, więc pożegnał się czym prędzej. 

background image

XV. 

 
Nieszczęsna  Andromeda,  strzeżona  przez  smoka  Garsza,  złożyła  wizytę  EIżuni,  aby  ją 

przeprosić  za  nocne  awantury;  weszła  z  czarnym  plastrem  wielkiej  powagi  na  wiecznie 
roześmianej  twarzy,  spostrzegłszy  jednak  świeżą  młodość  i  szczere  oczy,  odjęła  go  czym 
prędzej i jak poranek, z którego wiatr mgliste zwiał zawoje, zaperliła się radością. 

Jednym tchem zdołała powiedzieć, kim jest i co czyni: że jest niedowarzona i ma pstro w 

głowie,  ale  że  serce  ma  jak  wosk,  że  strasznie  kocha  niejakiego  Garsza,  że  nigdy  nie  jest 
smutna,  gdyż  cieszy  się  młodością,  jak  wiosną,  że  jest  cokolwiek  pyskata,  ale  co  to  komu 
szkodzi,  że  Staliński  jest  niezwykle  miły,  a  Elżunia  jest  niezręcznie  uczesana;  jeszcze  nie 
dokończyła ostatniej, głębokiej uwagi, a już, usadowiwszy Elżunię na krześle, poprawiała jej 
włosy z okrzykami zachwytu. 

Uściskała  dzieci,  udzieliła  kilku  rad  w  sprawie  leczenia  Celinki,  wtrąciwszy  roztropne 

słowo, że z doktorami nie należy się w ogóle zadawać, gdyby bowiem znali się na chorobach, 
nie  chorowaliby  nigdy  sami,  poprzestawiała  krzesła,  aby  w  mieszkaniu  było  ładniej  i 
wybiegła, oszołomiwszy wszystkich i zapomniawszy powiedzieć, po co przyszła. Już jej nie 
było,  a  zdawało  się,  że  jasny  jej  śmiech  jeszcze  siew  powietrzu  unosi;  zjawiła  się  jak 
rumieniec  na  bladej,  schorowanej  twarzy  i  jak  radosne  słowo  na  smutnej  stronicy  książki  o 
szarości życia. 

Odtąd  wpadała  do  Barskich  coraz  częściej,  albo  tłukąc  czymś  twardym  o  ścianę  dawała 

znak,  że  żyje  i  jest  dobrej  myśli,  ale  nie  może  się  zjawić.  Były  to  jedyne  hałasy  od  owego 
burzliwego i piorunami nadzianego wieczoru. 

Jednego  dnia,  kiedy  wielkimi  płatami,  miękkimi  jak  słowa  pieszczoty,  pierwszy  śnieg 

spadł na oczarowaną ziemię, w błotnej dotąd grzęznącą szarudze, panna Umanowska przyszła 
z tą ogromną, białą nowiną, o której wszyscy wiedzieli. 

Przysunęła  do  okna  łóżko  Celinki,  patrzącej  z  zachwytem  na  śnieżyste  kłębowisko 

zimnych motyli, trzepocących się w powietrzu jakby w dreszczu trwogi przed zetknięciem się 
z  brudem  ziemi  i  z  zaropiałą  oślizgłością  dachów;  Elżuni  opowiedziała  w  przeraźliwym 
skrócie, złożonym z kilku słów, pięćdziesięciu okrzyków i stu uśmiechów, o wszystkim, co 
się  stało  na  świecie,  z  wielkich  d  róg  jednakże  wróciła  szybko  na  teren  ściśle  ograniczony, 
zauważywszy, że słowa wybuchają z jej ust w kształcie pary. 

— Psiakość — zawołała  — zimno tu  u was, jakby przez cały dzień kręcili  lody. Czemu 

pani  nie  napali?  Elżunia  nie  mogła  tego  uczynić,  gdyż  dotąd  nie  przynieśli  kosza  węgla, 
zamówionego  przed  kilku  godzinami,  czarny  człowiek  bowiem,  roznoszący  je  po  domach, 
okazuje im jawną nieżyczliwość ze względu na czwarte piętro i znikomość zamówienia. 

— Nie święci węgiel noszą! — rzekła panna Umanowska. — Czy ma pani pod ręką jaki 

but albo szczotkę? Zdaje się, że o but będzie trudniej, ale jest wałek do ciasta. 

Ujęła pożyteczne narzędzie za cienki koniec, a grubszym uderzyła po trzykroć w ścianę z 

powagą Mojżesza, tłukącego pielgrzymim kijem o skałę; skutek był doraźny, gdyż po chwili 
nieśmiało  zjawił  się  Garsz.  Został  przedstawiony  jednym  słowem  serdecznym  i  jednym 
opryskliwym  i  ku  wielkiemu  zdziwieniu  Elżuni,  wysłany  natychmiast  po  węgiel.  Garsz 
posłuszny  jak  Golem  i  wpatrzony  bacznym  spojrzeniem  w  Umanowską,  jak  ów  stwór  w 
nadobną córkę wielkiego rabina, wziął bez słowa pieniądze i kosz. 

Kiedy  powrócił,  dźwigając  w  czarnym  trudzie  czarne  brzemię,  został  wynagrodzony 

serdecznym  podziękowaniem  Elżuni,  co  żadnego  na  nim  nie  wywarło  wrażenia,  i  bardzo 
powściągliwym uśmiechem panny Umanowskiej, co w nim gwałtownej dokonało przemiany, 
postawił bowiem oczy w słup, jak gdyby ujrzał otwarte niebo, i westchnął głęboko, jak ten z 
siedmiu braci śpiących, który obudził się pierwszy. 

background image

— Niech  pan  tak  nie  wzdycha,  bo  pan  straszy  dzieci  —  rzekła  Umanowska.  —  Już  pan 

może odejść, a gdyby pan był potrzebny, zapukamy w ścianę. 

Garsz skinął poważnie głową na znak wielkiego zachwytu i odszedł niechętnie. Elżunia nie 

mogła ukryć zdumienia. 

— Jak pani może w ten sposób postępować z panem Garszem? Przecie go pani kocha. 
— Bardzo go kocham, bo to zacne chłopisko i oddałby za mnie duszę. 
— Nie może jednak z tego powodu nosić dla mnie węgli. 
— Wielka historia! Mocny jest, to niech nosi; a pani ich nie nosiła? Gdybym mu kazała, to 

próbowałby ten dom przenieść na inną ulicę. Musi słuchać i koniec! A wie pani czemu? Bo 
gdybym  ja  nim  nie  umiała  rządzić,  on  zacząłby  rządzić  mną.  Muszę  być  mocna,  bo  jestem 
bardzo słaba: zanadto go kocham, więc byłoby po mnie, gdyby się o tym dowiedział. 

— Więc on o tym nie wie? 
— Cośkolwiek wie — zaśmiała się Umanowska — ale nie jest bardzo pewny; szczęśliwy 

jest, że mnie może słuchać, więc jak najdłużej niech będzie taki szczęśliwy. Ja, droga pani, 
mam bardzo mato rozumu, a strasznie dużo serca, więc się tego serca boję. Pamięta pani tę 
awanturę  sprzed  kilku  dni,  kiedy  pan  Staliński  przybiegł,  aby  nas  uspokajać?  Wtedy  to 
właśnie ten dryblas zapowiedział: mi, że muszę zostać jego żoną, więc chociaż chciało mi się 
płakać z radości, zrobiłam mu takie piekło, że ściany drżały. — Ale dlaczego? 

— Aby  nie  myślał,  że  mi  łaskę  robi  i  że  jeśli  tylko  palcem  skinie,  ja  od  razu  padnę  na 

kolana i zacznę gęgać z wielkiej radości. Gdyby ten mój Garsz jednego dnia przejrzał mnie na 
wylot i zobaczył, że moje serce jest większe ode mnie i takie pełne miłości jak świat słońca, 
wie pani, co by uczynił? Zapukałby trzy razy w ścianę i powiedziałby: „Skocz, moja mała, na 
łeb z czwartego piętra, bo mi się nudzi”. A ja…ja bym chyba skoczyła. 

— Co pani opowiada! 
— Mniej więcej prawdziwe rzeczy. Garsz ma rozum w porządku i nie wymyśliłby takiej 

awantury  ze  skakaniem  na  głowę,  ale  na  to  mogę  przysiąc,  że  z  moim  królowaniem  byłby 
koniec. Czy pani wie, do czego zdolny jest mężczyzna? 

— Przyznaję się, że nie wiem. 
Panna Umanowska zaśmiała się, jak uczniak w pierwszym dniu wakacji. 
— Ja też nie wiem, ale i to  wystarczy, o czym  wie się ze słyszenia. Zresztą to wszystko 

jedno! Jest mi dobrze i radośnie, a płakać mi się nie chce. Kiedy mnie bardzo coś przygniecie, 
na  przykład  we  środę  albo  w  piątek,  tak  że  muszę  beknąć,  wtedy  sobie  mówię,  że  w 
powszedni dzień nie mam czasu na płakanie i odkładam to do niedzieli, a w niedzielę siadam 
sobie na  godzinę albo dwie i  płaczę, że aż się dusza raduje, za  cały ubiegły tydzień. Po  co 
łazić  z  czerwonym  nosem  i  robić  na  raty  to,  co  można  odwalić  za  jednym  zamachem? 
Wszyscy tak powinni robić, bo to doskonały sposób. Może kiedyś trzeba będzie zapłakać w 
zwykły dzień, bez przygotowania, ale po co się do tego spieszyć? Jestem wolna jak ptak i tak 
mi  jest  z  tym  dobrze,  jak  gdyby  na  świecie  była  wieczna  wiosna.  Kocham  życie,  kocham 
radość i kocham tego chłopaka, ale mówię o tym ze śmiechem. Gdyby mu się wydarzyło co 
złego,  tłukłabym  głową  o  ścianę,  aby  mu  pomóc,  a  gdyby  mu  kto  chciał  krzywdę  uczynić, 
zadusiłabym go własnymi rękami, ale po co on ma o tym wiedzieć? Kocha mnie, bo mu Pan 
Bóg rozum odebrał, a Pan Bóg wie, co robi. 

— Jaka pani szczęśliwa… — rzekła z cichym zamyśleniem Elżunia. 
Panna  Umanowska,  mieszająca  jasne  zwierzenia  z  czarnym  miałem  węgla,  rzucanym  w 

zachłanną paszczę pieca, zwróciła na nią zdziwione spojrzenie. 

— A pani nie? Staliński kocha panią też, jak wariat… Co się pani stało? 
Elżunia uczyniła taki ruch, jak gdyby ujrzała widmo i odpędzała je od siebie rękami. Nie 

mogła wydobyć z piersi oddechu, jak gdyby spadł na nie ciężar, i nie mogła wymówić słowa; 
wreszcie zdobyła się na szept, ulepiony z lęku. 

— Pan Staliński… mnie kocha?… 

background image

Umanowska spojrzała na nią bystrze. 
— Pani o tym nie wie? — rzekła bardzo cicho. 
— Ja…ja nic nie wiem…to nieprawda…Jak pani może mówić takie rzeczy… 
— Tylko niech się pani nie rozpłacze — zaśmiała się niepewnie Umanowska — bo pani 

zagasi ogień, z trudem rozpalony. Widzę, że z dziećmi trzeba rozmawiać ostrożniej. Niechże 
się pani uspokoi i odłoży ten widelec, bo nadzieje pani na niego moje oko. 

Elżunia  brała  w  rękę  w  nagłym  oszołomieniu  wszystko,  co  przed  nią  leżało,  jak  ślepy 

człowiek, który błądzi rękami po omacku: odłożyła widelec i sięgała jak powieściopisarz, a 
panienka umie to  na pamięć.  I jak tu  komu  wierzyć? Słowo dają, że wypukam  Garsza, aby 
panią  sprał  za  moją  krzywdę.  Przestań  natychmiast  płakać,  dziewczyno,  bo  jak  Pana  Boga 
kocham  i  ja  też  zacznę,  a  to  dopiero  wtorek  i  do  niedzieli  daleko.  Cicho,  cicho,  dziecko 
kochane… Ja wiem, że to przyjemnie płakać z miłości, ale nie trzeba, bo dzieci pomyślą, że 
się pani stało coś złego. Cicho już, bo zwieję i nigdy tu nie przyjdę. Jezus, Maria, ktoś idzie! 

Elżunia  porwała  się  z  krzesła  i  szybko  ocierała  oczy,  starając  się  uśmiechnąć  przez  łzy: 

ręce jej drżały i oddychała szybko po nagłym wzruszeniu. 

Wszedł Juliusz, taki pogodny jak szczęśliwy dzień, ujrzawszy jednak pannę Umanowską, 

przyoblekł  oblicze  w  powagę  granda,  który  stanął  przed  królową.  Skłonił  się  bardzo 
ceremonialnie i rzekł: 

— Elżuniu, bądź tak dobrą i zechciej mnie przedstawić. 
Umanowska, ratując nie ukojone jeszcze jej wzruszenie, pokazała w  uśmiechu wszystkie 

zęby i zawołała wesoło: 

— Po co, proszę pana? My się przecież znamy. 
— Nie byłem nigdy w raju — odrzekł pięknie Juliusz. 
— Ja też nie, ale jednego razu spotkaliśmy się na schodach… Juliusz przyjrzał się jej pilnie 

i uśmiechnął się. 

— Pamiętam — rzekł. — Czy ten młody człowiek jeszcze żyje? 
— Żyje i jest zdrów. 
— To  nieładnie,  bo  powinien  był  umrzeć  z  nadmiaru  szczęścia.  Jeśli  jednak  tego  nie 

uczynił, proszę go uprzejmie pozdrowić. A co tobie, Elżuniu? — zapytał zaniepokojony. 

— Nic, wujaszku… 
— Co ci się stało? Płakałaś? 
— To przeze mnie  — zaczęła szybko Umanowska.  — Panna Elżunia ma takie serce jak 

masło, a mnie tu licho przyniosło i nagadałam jej o swoich kłopotach. A poza tym: co to pana 
obchodzi,  kiedy  sobie  dziewczyna  chce  popłakać,  jeżeli  ma  do  tego  ochotę?  Każdy 
mężczyzna  jest  taki  sam,  choćby  nawet,  tak  jak  pan,  miał  sto  lat,  i  zaraz  musi  wiedzieć:  a 
dlaczego, a po co? Ja płaczę co dnia i nikt mnie nigdy o to nie zapyta, bo z moimi oczami 
wolno mi robić co mi się podoba! 

Juliusz słuchał z wesołym zdumieniem i cofał się przed nagłą napaścią. Czuł jakąś wielką 

poczciwość w tym ataku i chęć ukrycia za dymową zasłoną gadaniny prawdziwego powodu 
łez  Elżuni;  z  przyjemnością  patrzył  na  wojowniczą  panienkę,  co  ją  osłaniała  swoją  bujną 
piersią. Wiedział od Henryka o jej miłosnej awanturze z Garszem, a od Elżuni o jej dobroci, 
był  przeto  przekonany,  że  wzruszenie  Elżuni  wykwitło  z  jakichś  serdecznych  zwierzeń,  o 
których w tej chwili we trzy osoby mówić nie można, więc należy wycofać się z honorem; nie 
zwracając wiec uwagi na Elżunię, nasrożył się i rzekł groźnie: 

— Ja wcale nie mam stu lat! Kto pani o tym powiedział? 
„Zacny człowiek” — pomyślała Umanowska. Wypogodziła zmarszczone czoło i mrugnęła 

w jego stronę porozumiewawczo. 

— Pan Staliński tak opowiada — mówiła już wesoło. — Pan jednak tak nie wygląda, więc 

niech mi pan przebaczy. 

— Nie mogę. Zakrwawiła mi pani serce. 

background image

— Odpuść, wujaszku! — śmiała się Umanowska. 
— Nie odpuszczę! 
— Nie? To pan taki wujaszek? Zaraz zobaczymy, czy mi pan nie odpuści. 
Zanim  zdołał  się  obronić,  objęła  go  rękami  za  szyję  i  pocałowała  w  oba  policzki,  aż 

klasnęło, i całus, i śmiech Elżuni „ozwały się razem”. 

Juliusz miał  minę  człowieka,  którego  ogłuszyły  dwa  równocześnie  pioruny.  Przymykał  i 

otwierał oczy i patrzył na dziewczęta, jak gdyby ich nie mógł dostrzec w ciemności.  — Do 
widzenia, Elżuniu — wołała już od drzwi panna Umanowska. — Bądź zdrów, wujaszku! 

— To  wariatka!  —  krzyknął  Juliusz,  jak  gdyby  przed  chwilą  się  obudził.  —  Ale  bardzo 

przyjemna wariatka — dodał łagodniej. 

Elżunia, której łzy dawno już obeschły, śmiała się serdecznie. 
— To dziewczyna ze złotym sercem, wujaszku — rzekła po chwili. — Bardzo się cieszę, 

że ją poznałam, a pan Henryk mi mówił, że też ją bardzo lubi. 

— A co więcej mówił ci o niej? 
— Nic  więcej,  ale  ja  wiem  wszystko,  bo  mi  sama  powiedziała.  Juliusz  kręcił  nieufnie 

głową. 

— I o tym panu Garszu też ci mówiła? 
— Oczywiście. Bardzo go kocha, on ją też i są zaręczeni. Ja go znam. 
— Skąd? Kiedy go poznałaś? 
— Dzisiaj,  bo  mi  przyniósł  węgle.  Trochę  mi  było  wstyd,  ale  panna  Umanowska  kazała 

mu przynieść, więc przyniósł. 

— To  ładnie  —  mówił  Juliusz  zamyślony.  —  Ale  może  teraz,  kiedy  jesteśmy  sami, 

powiesz  mi,  Elżuniu,  co  tobie  jest? Jeśli  nie  chcesz  powiedzieć,  nie  mów,  bo  nie  pytam  ze 
zwykłej ciekawości. Wiesz przecie, dziecko drogie, jak bardzo cię kocham, więc mi smutno, 
że płakałaś, a ja nie wiem dlaczego. 

— Nic mi nie jest, wujaszku — powiedziała Elżunia bardzo cicho. 
— I dlatego płakałaś, że ci nic nie jest? 
Elżunia  nakryła  oczy  powiekami,  jak  gdyby  chciała  pod  nimi  ukryć  prawdę,  i  nie 

odpowiadała. Juliusz patrzył na nią długo zmrużonym spojrzeniem i westchnął po chwili, jak 
gdyby ujrzał jej serce, pełne wielkiej nowiny i wielkiego niepokoju. Nie wiedział, czy smucić 
się powinien, czy radować, że to serce rozkwitło. Widział jasno, że tak jest, bo mówiło mu o 
tym  jej  smutne  i  drżące  milczenie,  i  ślady  łez,  którymi  miłość  własne  swoje  oblewa 
narodziny. Spotkała się młodość z młodością, dwie dusze dziewczęce i powiedziały sobie to, 
czego nigdy przed starym nie zdradzą człowiekiem, jakby z trwogi, że wyziębłym sercem już 
tego nie pojmie. Tamta spoza ściany, zuchwała, zdrowiem pyszna, perląca się bujna młodość, 
chłonąca w siebie miłość z powietrza, ze słońca i ze wszystkiego, co ją otacza, śpiewająca o 
niej,  jak  ptak,  i  słowa  nawet  zmieniająca  w  pocałunki,  musiała  zapewne  zbudzić  Elżunię 
dotknięciem  jednego  z  takich  słów,  gorącego  jak  rozpalone  żelazo,  a  to  ciche  stworzenie, 
nieśmiałe i tak czyste jak ten dzisiejszy śnieg, kiedy jeszcze nie dotknął ziemi, patrzy z lękiem 
w najdziwniejsze dziwo: w serce obudzone. 

— Stało się — mówił  sam  do siebie  — bo stać się musiało.  Trzeba się radować, bo cóż 

szczęśliwszego mogło się wydarzyć, biedactwo moje kochane. Oby cię za wszystkie biedy i 
zgryzoty,  za  wszystkie  smutki  i  nieprzespane  noce  wielka  nagrodziła  miłość.  I  oby  ten, 
którego kochasz, okazał się ciebie godnym… 

Kiedy  tego  wieczora  powrócił  do  domu,  zaszedł  do  Henryka  i  spojrzawszy  na  niego 

znacząco, rzekł ku wielkiemu jego zdumieniu: 

— Gdyby kto kiedy skrzywdził Elżunię, zabiłbym 

background image

XVI. 

 
Jak  gdyby  pod  błękitem  odpocząwszy  po  burzy,  która  na  wszystkie  miotała  nim  strony, 

zabrał  się  Juliusz  do  wielkiej  jakiejś  pracy,  krążył  gdzieś  po  przedmieściach,  znikał  wśród 
zaułków,  buszował  jak  w  dżungli  wśród  plątaniny  ciemnych,  błotnistych  uliczek, 
wyglądających jak śmietnik, na który wielkie miasto wyrzuciło pokrzywione i rozlatujące się 
rudery, zapluskwione, na krzywych nogach słaniające się graty i złachmanione resztki ludzi, 
snujących się jak widma w noc zaduszną. Stary człowiek miewał z nimi jakieś konszachty i 
tajemne narady — wszystkim znany i witany przez wszystkich, wiedział, gdzie kto jest chory, 
lub  dogorywa,  gdzie  nowy  rodzi  się  nędzarz,  kogo  dopadło  nieszczęście  i  dogryza  go  jak 
wilk. 

Zjawiał  się  jak  w  katakumbach  apostoł,  z  rozjaśnioną  twarzą  i  słuchał  spowiedzi, 

wypowiadanych zaropiałym szeptem, cichym jękiem lub zmęczonym narzekaniem; dobywał 
z  serca  jak  z  niewyczerpanego  tobołu  pociechę  i  łamał  się  nią  jak  chlebem;  z  oczów 
płaczących  ocierał  łzy,  a  z  tych,  które  rozkrwawionym  spojrzeniem  patrzyły  w  daleką  łunę 
miasta jak w pożar, ocierał męt i gasił na nich złe błyski. 

Powracał stamtąd rozdygotany, z duszą, zalaną całym morzem smutku, zrzucał go jednak z 

siebie  niecierpliwym  ruchem  jak  łachman  i  nakazywał  sobie  wielki  spokój;  jak  filozof  w 
chlamidę,  odziewał  się  w  pogodną  wzniosłość  i  w  tym  starym,  zwyczajnym  swoim  stroju 
szedł dopiero pomiędzy tych, których zaniepokoiłby i przestraszył twarzą zmartwiałą i żalę— 
kła tym, co widział przed niedawnym czasem, a których szedł błagać o miłosierdzie. 

Odbywał  pracowitą,  upartą  pielgrzymkę  do  wysokich  progów  i  do  wszystkich  możnych, 

odwiedzał tych, o których wiedział, że sięgają wzrokiem poza krąg jasno oświetlony i widzą 
to,  co  stęchłą  złudą  życia  żyje  w  mroku  —  tych  uczciwych,  co  krwawiąc  myśl,  szukają 
ratunku dla niewinnie potępionych — i tych, co nigdy nie chcieli uwierzyć, że istnieje piekło 
tuż obok, za bezpieczną ich ścianą. Opowiadał o tym słowami obnażonymi do kości, jasno, 
dotkliwie, bez tragicznych gestów; wzruszał tych, których można było wzruszyć, pouczał ni e 
wiedzących, ostrzegał roztropnych. 

Nie  skomlił  o  mizerną,  bezduszną  i  smętnie  rozżaloną  dobroczynność  i  o  poniżające 

odpadki, lecz wołał o wielkie, powszechne dzieło miłosierdzia i miłości; tłumaczył, że sobie 
samym, a nie nędzy, łaskę czynią ci, co idą na jej spotkanie z ramionami szeroko otwartymi. 

Dotarł  do  ludzi  posiadających  wielką  moc  słowa  i  podjudzał  ich,  aby  je  oddali  jego 

sprawie i aby spiżowym głosem, per cohortas milionum, bili w ludzkie sumienia. 

Pracował  niezmordowanie,  aż  do  omdlałości  serca,  aby  nazajutrz  rozpocząć  na  nowo 

wędrówkę  z  obozu  trędowatych  do  siedliska  ludzi  zdrowych,  odpoczywał  zaś  w  uśmiechu, 
wśród swoich najbliższych. 

Miał czas na wszystko: zrywał się o świcie, na spoczynek szedł późną nocą; pisał i czytał, 

rozprawiał  z  Henrykiem,  odwiedzał  Barskich.  Odnawiał  utracone  siły,  dotykając  czarnej, 
cmentarnej  ziemi,  na  której  zapadłe  domy  przypominały  opuszczone  i  przez  wszystkich 
zapomniane  groby. Czasem  go wołano na narady,  kiedy ktoś  wynalazł  ratunek albo sposób 
ratunku, często pytano o nazwiska i adresy, o cyfry i daty, on zaś, jako minister narodowej 
nędzy,  wiedział  o  wszystkim  i  na  każde  odpowiadał  wołanie.  Zachłannie  rzucał  się  na 
dzienniki,  o  których  wiedział,  że  w  nich  znajdzie  choćby  kroplę  słowa  mającego  wydrążyć 
skałę obojętności, albo też pisany płomień oświetlający dotkliwym światłem nagą prawdę o 
nędzy. 

Henryk, wiedząc cokolwiek o jego wyprawach i widząc niezmordowany, święty trud tego 

człowieka, patrzył na niego z podziwem; w jego słońcu ujrzał już swoją biedotę, pozłacaną 
pozłotką  pięknych  słów  i  ukwieconą  sztucznymi  kwiatami,  teraz  zaś  zaczął  mu  zazdrościć 

background image

potęgi czucia i tej odwagi, z którą ten starzec z zapadłą piersią ciska się w nurt bez rozważań i 
namysłu, aby ratować tonących. 

Było  w  nim  morze  treści  na  olbrzymie  dzieło,  treści  wielkiej,  obolałej,  przecierpianej  i 

wypalonej w ogniu, a on dzieła nie pisał, lecz z każdego swojego dnia tworzył żywe, nalane 
krwią  słowo;  każde  z  nich  szacowniejsze  było  i  wspanialsze  niż  wszystkie  książczyny 
Henryka,  po  których  czas  ciężką  stopą  przejdzie,  jak  po  rozsypanych  na  wielkiej  drodze 
płatkach zwiędłych, nikomu niepotrzebnych róż. 

Smutno mu było, że wobec tego myśliwca, co poluje w dżungli i w zapadłych ostępach, on 

wygląda tak jak ten strzelec z Tarasconu, co strzela do kapelusza i z tego potem wierszowane 
i pełne łgarstwa robi ballady. Juliusz dobrze przeżywał swój dzień, a on pisał księgę. Zaczął 
spoglądać na nią najpierw z niedowierzaniem, niechętnie i nieufnie, potem z rozdrażnionym 
smutkiem:  kwiliła  w  niej  jakaś  pachnąca  miłość,  zwijająca  się  w  esy–floresy  nieprzeżytej 
namiętności,  i  grała  sercem  w  tenisa  w  ogrodzie  nasłanym  przez  wiatry;  oto  jeszcze  jedna 
książka, podobna do tysiąca innych, jak paciorek nanizany na sznurek bez końca. 

Kiedy ustępy z niej czytał Juliuszowi, odnosił wrażenie, że Juliusz nie słucha ich, lecz—

życzliwie uśmiechnięty — wącha je jak kwiaty. 

Musiały go niecierpliwić te fioritury i te kryształowe cacka, kruche i tęczowe; jego, który 

był na dnie morza i w głębi góry, na spadzistym brzegu życia, rwącym się nad otchłanią, i na 
rozlewiskach bagien, oddychających zgniłą śmiercią. 

— Pójdę z panem — rzekł Henryk jednego dnia z mocnym postanowieniem. 
— Dokąd? — zdumiał się Juliusz. 
— Nie  wiem.  Tam,  dokąd  pan  się  wybiera.  Juliusz  spojrzał  na  niego  ciekawie  i  ledwie 

widoczny błysk radości powiał po jego twarzy. 

— Niech  pan  idzie,  ale  uprzedzam  pana,  że  zmęczy  się  pan  tylko,  zabłoci,  zziębnie  i 

niczego ciekawego pan nie zobaczy. 

— A dlaczego pan tam chodzi? 
— Ja? — zaśmiał się Juliusz. —Ja odwiedzam znajomych i dawnych przyjaciół. Ponieważ 

w zimie jest im nieco ciężej niż w innej porze roku, więc taki stary pajac jak ja jest tam mile 
widziany. Nie wiem jednak, co pan tam będzie miał do roboty. 

— Chciałbym ujrzeć własnymi oczyma tych ludzi, wśród których pan przebywał… 
— To nie jest teatr, panie Henryku — rzekł Juliusz z powagą. 
— Ja wiem,  ja wiem  — mówił Henryk  gorąco.  — Czemu  mi pan nie wierzy, że pragnę 

tam pójść z czystym sercem? Tyle mnie pan już nauczył/tyle mi pan powiedział wtedy, kiedy 
pan był w łachmanach, a teraz nie chce mi pan uwierzyć, że każde pańskie słowo zapadło we 
mnie i wyrosło… 

— Wierzę  panu,  dobry  chłopcze  —  rzekł  Juliusz  pogodnie.  —  Prawdę  mówiąc,  byłbym 

pana dawno już zabrał do moich przyjaciół, ale lękałem się, czy pan pójść zechce. Sam ich 
zresztą zaniedbałem, osiadłszy w Capui i wiodąc plugawy żywot w niezasłużonym dostatku. 
Pamięta pan, co panu mówiłem w pierwszym dniu naszej znajomości? Mówiłem, że źle się to 
wszystko  skończy,  toteż  i  skończyło  się  źle.  Rozleniwiłem  się  i  szpetnie  utyłem,  a  moi 
znajomi,  zawsze  przeraźliwie  chudzi,  tęsknili  za  mną.  Odwiedziłem  niedawno  jednego  z 
moich przyjaciół, którego nazywam marabutem, gdyż oczyszcza domy ze śmieci, a marabut 
mnie nie poznał i stracił na dłuższą chwilę mowę z niebiańskiego podziwu na widok moich, a 
właściwie  pańskich  spodni.  Zdaje  mi  się,  że  stracił  dla  mnie  szacunek  i  patrzy  na  mnie  z 
pogardliwym niedowierzaniem; myśli szelma zapewne, żem to wszystko ukradł. Cieszy mnie 
to  jednak,  że  pan  pragnie,  aby  moi  przyjaciele  byli  pańskimi  przyjaciółmi.  Chodźmy,  drogi 
panie! 

— Czy to daleko? 
Juliusz zaśmiał się wesoło, jak szewc w niedzielę po sumie. 

background image

— Jeśli pan chce, to będzie blisko, a jeśli pan chce, to daleko. Nawet pan nie przypuszcza, 

tak jak zresztą inni, że tuż obok, o dwa kroki stąd, można ujrzeć dziwne rzeczy, o jakich się 
nigdy nie śniło dobroczynnym filozofom od czternastu boleści. Ja mam dzisiaj jednak ważne 
sprawy  na  przedmieściu,  więc  niech  mi  pan  tani  towarzyszy.  Patrz  pan  —  mówił  idąc  do 
przystanku  tramwajowego  —  jaki  mróz  spadł  na  ziemię  i  jaka  zrobiła  się  okiść.  Druty 
telegraficzne tak  wyglądają, jak  gdyby przebiegały przez nie same złe wiadomości,  więc w 
nich ze zgrozy miedzianoruda krew zamarzła. 

Tego  dnia  zajął  się  Juliusz  losem  bezdomnej  rodziny,  koczującej  w  bramie;  jak  ten,  co 

podczas  powodzi  opanować  umie  biegającą  w  kółko  ślepą  rozpacz,  albo  pobudzić  do 
działania  osłabłą  i  tępą  w  rezygnacji  bezsilność,  zarządził  ratunek;  skostniałe  dzieci 
porozmieszczał  u  sąsiadów,  naznaczając  każdemu  kwaterę  jakby  wojskowym  rozkazem, 
Henryka postawił  na straży  gratów, których by  nie tknął najgorszy złodziej, nie szczęsnego 
zaś  właściciela  tego  dobytku,  krawca  z  żółtą,  nerwowo  drgającą  twarzą,  powiódł  na  drugi 
koniec  miasta  do  jakiegoś  urzędu,  aby  tam  wybłagać  pozwolenie  powrotu  do  mieszkania. 
Henryk przyglądał się ciekawie jego wesołej ruchliwości, wałęsając się za nim w milczeniu, 
jak  cień,  po  rozmaitych  norach,  gdzie  Juliusz  zjawiał  się  od  razu  rozgadany,  jakby  pragnął 
uprzedzić  wszystkie  gorzkie  żale  i  narzekania.  Coraz  częściej  udawał  się  z  nim  na  te 
misjonarskie  wyprawy  na  zapomniane  wysepki,  podobne  do  wrzodów  na  wielkim  cielsku 
miasta; czasem czuł nagły przypływ wielkiego współczucia, czasem groza przyprawiała go o 
dreszcze. 

Nie wyobrażał sobie, że może istnieć taka bieda w obliczu słońca i taka niesprawiedliwość 

głodząca  jednych,  aby  mogli  żyć  drudzy;  patrzył  i  rozważał  mętem  przelękłych  myśli,  że 
trzeba  by  całej  armii  zbawienia,  złożonej  z  takich  Juliuszów  i  całego  morza  wzniosłego 
miłosierdzia,  aby  to  piekło,  zapadłe  w  głąb  ziemi  i  na  samo  dno  cierpienia,  wywyższyć  ku 
Bogu,  aby  się  zlitował.  Z  tym  większą  czcią  spoglądał  na  tego  maniaka,  który  się  swoim 
sercem dzielić chciał z niepoliczoną rzeszą i wszystkich nakarmić i który, jasno uśmiechnięty, 
wierzył,  że  zdoła  cały  świat  obudzić  i  wezwać  go  na  ratunek  i  rozprawiał  —  naiwny 
ekonomista  —  o  nagłej  przemianie  sprawiedliwości,  która  nie  będzie  karać  tego,  co  ukradł 
bochenek chleba dla konającego z głodu dziecka, lecz tego, co zatapia w morzu zboże, aby 
resztę sprzedać drożej. 

Henryk chodził po cmentarzu ludzi żywych coraz trudniej i ciężej, jak gdyby zaczął nieść 

brzemię; czuł, że serce jego napełnia się krwią, a myśli stają się ciężarne; kiedy szedł śladem 
Juliusza,  jak  przez  ciemny  las  za  mądrym  Wirgilim,  mówił z  nim  coraz rzadziej,  jak  gdyby 
lękał się lekkomyślnej nierozwagi własnych słów, dziwiąc się tajemnie, że i Juliusz i ci, do 
których on przemawia, używają stów jasnych, często  niefrasobliwych i  tak niemal  złociście 
dźwięczących jak śmiech. Pomyślał, że z tych właśnie, pilnie strzeżonych ziarnek, wyrasta ta 
pogoda, co sobie nad rozlewiskiem nędzy własny rozpina błękit we dnie, a w nocy zapala na 
nim  gwiazdy.  Ludzie  ci  byli  z  własnym  nieszczęściem  w  związku  tak  poufałym,  że 
uśmiechali  się  w  jego  obecności;  śmiech  ten  był  blady,  jak  jesienny  dzień,  i  jakby 
przemycony,  lecz  wędrował  jak  błędny  ognik  z  umęczonej  twarzy  na  twarz  bardziej 
umęczoną. Głośno i wprost w zimne oczy biedy śmiała się tu jedynie miłość, tej nieludzkiej 
ziemi  skarb  jedyny  i  największy,  nie  lękający  się  ani  głodu,  ani  śmierci,  od  głodu  i  śmierci 
mocniejsza, bujna, zuchwała i jasna, nie znająca słów innych, tylko nalane krwią i gardząca 
obłudnym ceremoniałem. 

Henryk  poznał  całą  gromadę  przyjaciół  Juliusza,  a  wśród  nich  jednego,  który  nie  był 

tubylcem, lecz przywędrował tu z lazurowego brzegu, jak kiedyś Juliusz. Zwał się Solnicki, 
powszechnie  zaś  nazywano  go  „mecenasem”,  pełnił  bowiem  dla  całej  dzielnicy  funkcje 
doradcy we wszystkich ważnych sprawach, wymagających ujęcia pióra i zawiłego stylu; pisał 
podania i prośby, wypełniał długie jak przewlekła choroba i powikłane jak relsy na wielkiej 
stacji  zeznania  podatkowe,  układał  epistoły  uroczyste  dla  nadawcy,  w  których  nadawca 

background image

oświadczał,  że adresat  jest  łotrem  z lewej  strony  krzyża, potem  zaś koncypował  odpowiedź 
adresata, który posyłał nadawcy słowa ważkie i ponure, włącznie z groźbą połamania kości, 
tworzył,  jakby  w  natchnieniu,  listy  miłosne,  czułe  i  tkliwe,  pisane  łzami,  lub  namiętne  i 
wołające  śmierć  na  świadka  —  wedle  zamówienia.  Znał  wszystkie  wstydliwe  historie 
przedmieścia  i  czułe  tajemnice  niepiśmiennych  serc,  chętnie  udzielał  kredytu  lub  pobierał 
honoraria w naturze, osobom zaś bardzo godnym współczucia, wielokrotnym recydywistom 
w miłości, najpiękniejsze listy pisał za darmo. Był to zwiędły człowieczek z mądrymi oczami, 
tak wyblakły, że siwiejąca kozia bródka była jedyną jego, rzucającą się w oczy ozdobą; autor 
niezliczonej ilości listów sam wyglądał jak list, kiedyś dawno wysłany ze złym adresem, tak 
że nie można go było nikomu doręczyć, więc się tułał, sponiewierany, zmięty i przez nikogo 
nie  przeczytany;  miała  go  dopiero  otworzyć  śmierć,  przeczytać  ze  zdumieniem  i  cisnąć  do 
grobu,  jak  do  kosza.  Żył  nędznie,  zawsze  głodny  i  albo  pijany,  albo  sprawiający  wrażenie 
niezupełnie trzeźwego, uśmiechał się uśmiechem przylepionym do połowy twarzy, jak gdyby 
ją  podzielił  na  stronę  południową  i  stronę  północną,  używając  strony  pogodnej  przypisaniu 
rzeczy  pięknych  i  czułych,  mrocznej  zaś  do  spraw  nudnych  i  zawiłych.  Agencję  literacką 
założył  w  szynku,  gdzie  go  można  było  znaleźć  albo  piszącego,  albo  czytającego  bardzo 
opasłą  i  zapewne  dlatego  bardzo  zatłuszczoną  książkę.  Tam  go  odnalazł  Juliusz  i  pokazał 
Henrykowi jako niezwykły okaz dzielnicy. Henryk, bardzo zmęczony, usiadł chętnie, chociaż 
nora  była  paskudna,  i  bladym  wzrokiem  spojrzał  na  „mecenasa”,  bąknąwszy  coś  na 
przywitanie. Nagle drgnął. 

— Przywidziało mi się — pomyślał. 
Solnicki  siedział  w  mroku,  tak  że  miał  jakby  przejrzystą  maskę  na  twarzy;  przywitał 

Juliusza uśmiechniętą jej stroną i szczerze się ucieszył.  Uścisnął im ręce i rzekł zmęczonym 
głosem: 

— Myślałem, panie Juliuszu, że pan siedzi w głębokim ukryciu i że trzeba będzie napisać 

podanie do okrutnej władzy, aby nam pana zwróciła na ojczyzny łono, a pan tymczasem jakąś 
nadzwyczajną zrobił karierę. Cieszę się, bardzo się cieszę… 

— A co z panem się dzieje? — spytał Juliusz przyjaźnie. 
— Ze  mną  jest  jako  tako,  ale  moja  kancelaria  znajduje  się  w  upadku;  atrament  mój 

wysycha,  gdyż  klienci  od  niejakiego  czasu  mniej  piszą,  więcej  za  to  gadają  szeptem  po 
kątach. Bessa na całej linii… Dawno tu pan nie był, więc chociaż pan wiele wie, nie wie pan 
wszystkiego. Takiej biedy nawet tutaj nigdy nie było. Zaczyna ona być niespokojna i zaczyna 
gadać o sobie z rozpacza. Ja mieszkam  kątem u pewnego urzędnika czterdziestego stopnia, 
który mieszka kątem u pewnego rosyjskiego hrabiego, a ten hrabia mieszka kątem u pewnej 
łagodnej  wiedźmy,  co  sprzedaje  na  ulicach  obwarzanki,  posiadam  przeto  najdokładniejsze 
informacje o nastrojach, od zaludnionej piwnicy do równie gęsto zaludnionego strychu. Jedno 
wielkie, głodne narzekanie. Są tacy, co opuścili ręce i którym jest już wszystko jedno, ale są 
już i tacy, którzy je zaciskają. Ponuro robi się na moim terenie, gdzie dotąd rosła cierpliwość. 
Wiem,  że  panu  rozpaczy  swojej  nie  pokażą,  bo  pan  ma  taką  gębę,  która  wygląda  jak 
rozświetlona  w  nocy  tarcza  zegara,  więc  patrząc  na  pana  rozjaśniają  się  sami,  ale  gasną 
natychmiast po pańskim odejściu. Zaczynam lękać się o moich klientów. 

— Zachowaj ich, Panie, od powietrza, głodu, ognia i wojny… — rzekł Juliusz. 
— Czy  nie  można  by  krócej?  —  zaśmiał  się  mecenas.  —  Po  co  zanudzać  Pana  Boga 

wyliczaniem  skutków  przed  przyczyną?  Wystarczy  powiedzieć:  „od  wojny”,  generalnie  i 
treściwie.  Herodot  nazwał  wojnę  „matką  wszystkiego”  i  mądrze  to  powiedział.  Gdyby  się 
udało  zakatrupić  mamę,  to  i  szczenięta  diabli  wzięliby  za  jednym  zamachem.  To  de 
publicis
… Ja osobiście, nie mając nawału pracy, bawię się rozmyślaniem na wzniosłe tematy 
i przygotowuję treściwe odpowiedzi na aktualne pytania. Ponieważ na ten przykład możliwy 
jest  potop,  przeto  zastanawiam  się  usilnie  nad  tym,  co  należałoby  ratować  dla  przyszłych 
pokoleń: Stary i Testament, czy Szekspira? Jak pan myśli? Juliusz zaśmiał się łagodnie. 

background image

— Bo  ja  myślę,  że  Szekspira.  Na  drugi  dzień  po  potopie  zjawiliby  się  na  opustoszałej 

ziemi nie wiadomo skąd Żydzi i Stary Testament byłby gotów w krótkim czasie, na Szekspira 
zaś trzeba by czekać może dziesięć tysięcy lat. Większych zmartwień na razie nie mam. 

— Co to pan czyta? — zapytał nieśmiało Henryk, wskazując książkę. — Czy to Szekspir? 
— Nie, panie. Jest to przedziwna książka, z której jadam, i to jadam wybornie. Nazywa się 

„Kucharz doskonały”, wydanie dość stare i bardzo bogate. Pan Juliusz znają i rozumie z niej 
pożytek,  pan,  widzę,  zabłądził  w  te  strony,  więc  panu  objaśnię,  na  czym  on  polega.  Nie 
zawsze, uważa pan, można w tym lokalu zjeść dobrze, szczególnie jeżeli ktoś, tak jak ja, jest 
wybredny,  więc  należy  ratować  się  piękną  iluzją,  którą  panu  na  wszelki wypadek  polecam. 
Odczytuję  sobie  najsmaczniejsze  ustępy  z  „Kucharza  doskonałego”  i  ten  poplamiony  stół 
zamieniam  potęgą  wzniosłej  wyobraźni  w  stół  książęcy.  Ponieważ  jednak  pora  nie  jest 
odpowiednia do spożycia uczty, a chciałbym panów uczcić, sądzę, że kieliszek wódki nie jest 
do pogardzenia. 

Chciał zawołać, lecz „Juliusz wstrzymał go ruchem ręki. 
— Po co pan tyle pije, kochany mecenasie? Wódka zabija… 
— To nie jest dowiedzione. Grammatici certant… Gdyby mnie wódka chciała zabić, miała 

do tego wiele wybornych sposobności. Mój zawód poza tym wymaga gorącej podniety. Jakie 
bym ja pisał listy miłosne, gdybym je pisał wodą, przed czym Horacy przestrzegał wyraźnie: 
„…Nec vivere airmina possunt quae scribuntur aquae potoribus”. Niech pan wybaczy, panie 
Juliuszu, ale moja praktyka pognębiła teorię. Bez wódki jestem cokolwiek mętny i nie mam 
odwagi,  po  wódce  zaś  mądry  jestem  i  bystry,  jak  maksyma  Rochefoucaulda.  A  może  — 
dodał,  zwracając  się  nagle  do  Henryka  —  pański  zawód  zaleca  panu  używanie 
podniecających napojów? Czym pan jest z zawodu? Henryk chciał coś odrzec, ale Juliusz go 
uprzedził. —Pan Staliński jest w sam raz towarzyszem dla pana — rzekł z uśmiechem — bo 
jest znanym autorem. 

„Mecenas” drgnął  i  rzuciwszy krótkie spojrzenie na Henryka przygasł  nagle, jak świeca, 

która zbyt wysilonym dotąd płonęła blaskiem. Drżącymi rękami zaczął zbierać porozrzucane 
po stole papiery i ciskał je szybko do wytartej teki, którą związał sznurkiem; książkę ukrył w 
kieszeni i ku wielkiemu zdumieniu Juliusza wstał powoli, jakby z trudem, odwracając twarz 
od światła. 

— Muszę  iść  —  rzekł  cicho  i  niepewnie.  —  Zapomniałem,  że  muszę  iść.  Bardzo 

serdecznie żegnam panów… Niech pan tu kiedy zajdzie, panie Juliuszu. 

Drepcącym krokiem wybiegł z szynku i wsiąkł w mrok. Oni też wyszli na ulicę; Henryk 

był zamyślony, a Juliusz wzruszał ramionami. 

— Co mu się stało? — mruczał. — Dziwadło stare! Przecie się nie obraził za tę wódkę. 
— To nie to — rzekł Henryk. — Pan mu tylko niepotrzebnie powiedział, kim jestem. Ja 

jego znam, a on sobie mnie przypomniał. 

— Nie może być! Któż to taki? 
— Świetny kiedyś człowiek — mówił Henryk, patrząc we wspomnienia. 
— Widzę,  że  świetni  kiedyś  ludzie  uciekają  tu,  jak  zbyt  krewka  szlachta  na  Zaporoże. 

Więc to człowiek z mojej kompanii… Myślałem dotąd, że to niedokształcony pomyleniec, co 
jeździ na Horacym. Jakaś tragedia? Ale niech pan nie mówi, bo nic nam do jego tajemnie. 

— To nie jest żadna tajemnica, a ja długo szukałem tego człowieka. Nie ukrywa swojego 

nazwiska,  bo  tak  istotnie  się  nazywa.  To  był  mój  mistrz,  panie  Juliuszu,  poeta 
pierwszorzędny, dusza czysta i umysł niepospolity. Zapatrzony byłem w niego jak w tęczę, bo 
on  naprawdę  był  tęczowy;  byłem  chłopaczkiem,  kiedy  on  chodził  w  sławie,  odbywszy 
tryumfalny  wjazd  z  Paryża.  Przyjaźnił  się  z  moim  ojcem,  a  mnie  lubił  bardzo.  Do  dnia 
dzisiejszego pamiętam każde jego słowo, dziesiątki jego wierszy umiem na pamięć. Sypano 
mu  kwiaty  pod  nogi  i  okadzano  jak  bożka,  kiedy  zaś  znikł,  pies  się  nawet  o  niego  nie 
upomniał. 

background image

— Musiałem w owym czasie wałęsać się gdzieś po świecie, bo byłbym o nim coś wiedział. 

Czemu znikł? Henryk czytał smutnym głosem w książce swoich wspomnień. 

— Ożenił się z piękną panią, której zdawało się, że wychodzi za niego, a wyszła za jego 

sławę i ukwieconą wziętość, kiedy zaś objadła się tą strawą jak kremem, uciekła od niego z 
wielkim skandalem. A ten biedny człowiek, który kochał ją bez pamięci, tłukł głową o ścianę 
i  gryzł  ręce.  Pamiętam,  przywlókł  się  do  nas  jednego  wieczora,  zaniedbany,  nie  ogolony,  z 
błędnym  wzrokiem;  zdaje  się,  że  był  pijany.  Słyszałem  jego  rozmowę  z  moim  ojcem.  Mój 
ojciec błagał go, aby nie upadał na duchu, bo go szkoda; tłumaczył mu na wszystkie sposoby, 
że  czas  goi  wszystkie  rany  i  największe  w  sobie  grzebie  cierpienia.  Była  miesięczna, 
rozgwieżdżona,  wspaniała  noc.  Ojciec  wywiódł  go  na  taras  i  pokazując  niebo,  mówił:  — 
„Cóż  znaczą  wszystkie  nasze  drobne  sprawy  wobec  gwiazd;  jesteśmy  pyłkiem  w  tym 
ogromie, który nie ma początku ani końca”. — A on na to: — „Tak, to jest ogromne, ale mój 
ból  jest większy”.  —  Tego wieczora jeszcze strzelił  do siebie… Odratowali go,  ale później 
przepadł i od tego czasu nikt go już nie widział, dopiero ja dzisiaj po raz pierwszy. 

— To dlatego tak piękne miłosne pisał listy — mówił Juliusz. — Biedaczysko! 
— Teraz,  wiedząc,  gdzie  się  ukrywa,  muszę  go  odnaleźć.  Gdyby  nie  nagłe  zdumienie, 

byłbym przemówił do niego przed chwilą. Czemu on uciekł? 

— Nie przed panem, lecz przed sobą, jak gdyby zobaczył widmo. Niech pan spojrzy. 
Pod  osłoną  murów,  czając  się,  jak  mądry  pies,  przemykał  się  „mecenas”;  zajrzał  przez 

okno do szynku, spostrzegłszy zaś, że nikogo tam nie ma, wślizgnął się do jego wnętrza. 

— Pozostawmy  go  w  spokoju  —  rzekł  Juliusz.  —  Poszedł  tam,  aby  rozdzierać 

wspomnienia do krwi. Nie będzie dzisiaj spał ten człowiek… 

background image

XVII. 

 
Pani  Lepańska,  skulona  w  fotelu,  słuchała  francuskiej  powieści,  czytanej  bezbarwnym 

głosem przez pannę Leontynę. 

— Czemu  tak  gonisz?  —  przerwała  jej  nagle.  —  Książka  jest  zbyt  kosztowna,  aby  ją 

połknąć jednego dnia, i powinna wystarczyć na tydzień. Co tam znowu? 

Wszedł lokaj tak ponuro żałobny, że po dokonaniu nieznacznych zmian w stroju mógłby 

od  razu  z  latarnią  w  ręku  zacząć  pełnić  służbę  jako  attache  przy  karawanie  i  bez  słowa 
wręczył  Leontynie  wiązankę  kwiatów,  z  przypiętym  do  nich  listem  i  małym  pudełeczkiem. 
Wszystka  krew  panny  Leontyny  spłynęła  różową  falą  na  jej  zdumioną  twarz;  ze  strachem 
spojrzała na kwiaty, potem na Lepańska, której oczy zabłysły świdrującą ciekawością. 

— Co to takiego? Od kogo to? — zapytała cierpko. — Może na stare lata wystarałaś się o 

kochanka? 

Panna  Leontyna  zachwiała  się,  jakby  chciała  umknąć  przed  walącą  się  na  nią  górą 

nieludzkiego  posądzenia,  i  po  raz  pierwszy  zdobyła  się  na  harde  spojrzenie  i  na  zuchwałą 
odpowiedź: 

— Nie czytałam i nie wiem. 
— Więc przeczytaj, a będziesz wiedziała. Ja też muszę wiedzieć, co to wszystko znaczy, 

bo w moim domu nie pozwolę na konszachty. 

Panna  Leontyna  nie  mogła  zdobyć  się  na  odwagę  większą  niż  ta,  z  której  ulepiła  kilka 

słów;  drżącymi  rękami  otworzyła  list  i  szybko,  zachłannie  przeczytała  go  spojrzeniem, 
następnie  wyjęła  z  tekturowego  pudełeczka  swój  własny  pierścionek  i  przyjrzała  mu  się  z 
uwielbieniem. Lepańska dygotała z ciekawości. 

— List jest od pana Juliusza — rzekła Leontyna jasnym głosem. 
Lepańska drgnęła i cofnęła się, jakby nad jej uchem strzelono z pistoletu. 
— I kwiaty od niego? I pierścionek? 
— Kwiaty od niego, a pierścionek jest mój — odpowiadała Leontyna odważnie, jak gdyby 

nieustraszony Juliusz znajdował się przy niej i mógł wyskoczyć z listu. 

— Przeczytaj to piśmidło. 
— To jest moja tajemnica — rzekła słodko stara panna. 
Pani  Lepańska  budziła  w  sobie  drzemiącą  furię.  —  Spiskujesz  z  tym  oberwańcem 

przeciwko mnie? Za to, że cię karmię? Czy wyhodowałam sobie żmiję na własnej piersi? 

Juliusz  byłby  zapewne  odpowiedział,  że  najsroższa  żmija  wolałaby  każdą  śmierć  niż  ten 

przytułek.  Leontyna  jednak  czując  woń  siarki  nadchodzącej  burzy  i  lękając  się,  że  się  za 
chwilę rozpłacze z radości i  ze strachu równocześnie, odczytała list  szmerem  głosu.  Juliusz 
dziękował jej w najczulszych słowach, że ofiarą pierścionka poratowała dziecko, któremu już 
jest lepiej i będzie modliło się kiedyś za nią, kiedy się dowie o jej pięknym czynie. Od siebie 
posyła jej kilka biednych kwiatów, choć powinien jej posłać wszystkie ogrody świata. Podaje 
swój adres, aby mu doniosła, czy otrzymała pierścionek, i ze czcią całuje jej ręce. 

Lepańska słuchała pilnie, ze zmrużonymi oczami. Szmer głosu panny Leontyny dawno już 

rozpłynął  się  po  mrocznych  kątach  i  wsiąkł  tam,  jak  w  miękki  mech,  a  Lepańska  milczała; 
nagle krzyknęła dziwnym głosem: 

— Kłamiesz! Nie przeczytałaś wszystkiego, co jest w liście! 
Panna Leontyna spojrzała na nią ze zdumieniem pełnym lęku. 
— Wszystko przeczytałam… — rzekła. 
— To niemożliwe. Tam musi być coś więcej… Opuściłaś cały ustęp! 
— Jaki ustęp? Niczego więcej w liście nie ma. 

background image

— O  mnie  tam  jest!  —  krzyczała  Lepańska.  —  Tam  musi  być  o  mnie.  Że  jestem  stara 

wiedźma  i  czarownica,  albo  jeszcze  gorzej.  Musiał  sobie  na  mnie  użyć  i  obrzucił  mnie 
błotem. Pokaż ten list. 

Panna  Leontyna  podała  jej  list  posłusznie  i  czekała  z  zapartym  oddechem.  Lepańska 

zaczęła  go  czytać  długo  raz  potem  drugi;  obejrzała  go  ze  wszystkich  stron,  czy  się  jakie 
zdanie  chytrze  nie  ukryło  przed  jej  oczyma,  wreszcie,  jakby  ciężko  zawiedziona,  opuściła 
ręce,  z  których  się  wysunął.  Panna  Leontyna  podniosła  go  takim  nabożnym  ruchem,  jakim 
podnosi się strącony na ziemię chleb i skierowała się w stronę drzwi, aby go odczytać jeszcze 
dziesięć razy. 

— Czekaj — rzekła Lepańska. 
Pannę Leontynę zatrzymała w miejscu nie rozkazująca treść słowa, lecz niezwykle łagodne 

jego brzmienie. Zwiędła dama spojrzała na nią wzrokiem, jakby ujrzała ją po raz pierwszy w 
życiu. 

— Kiedy dałaś mu ten pierścionek?—zapytała cicho. 
— Wtedy, kiedy przyszedł prosić panią, a pani… 
— Słyszałaś wszystko? Prawda, musiałaś słyszeć z drugiego pokoju… Ten pierścionek to 

cały twój majątek? 

Leontyna nie odpowiadała. 
— Coś on tam bredzi w swoim liście, że całuje twoje ręce. A o mnie ani słowa… To jest 

szczwany lis, ten mój kuzynek, ale ja go urządzę! Jeszcze on mnie popamięta. 

Leontyna zdobyła się na nieludzką energię. 
— Za co? — zapytała. — Co on pani złego uczynił? 
— Co  uczynił?  Podeptał  mnie,  po  prostu  splunął  w  moją  stronę.  A  ty  też…  nie  bój  się! 

Czego drżysz. Nie chciałam ci nic złego powiedzieć. Czy ja jestem taka czarownica, że nawet 
ty  się  mnie  lękasz?  Idź  już  sobie…  Wsadź  ten  wiecheć  do  wody,  a  pierścionek  na  palec, 
będzie ci się zdawało, że jesteś zaręczona z tym wielkim panem, co świeci gołym zadkiem i 
uważa mnie za morowe  powietrze. Napisz mu,  że mu  się kłaniam  i  że  go będę straszyć po 
śmierci.  Czego  ten  głupi  list  tulisz  tak  do  piersi  jak  świętość?  Idź  już  sobie!  —  krzyknęła 
nagle w rozdrażnieniu. 

Panna Leontyna wyszła szybko i usiadłszy w swoim pokoju zaczęła pisać list do Juliusza, 

rozpocząwszy go wspaniałą inwokacją: „Jaśnie Wielmożny Panie!” 

Jaśnie  wielmożny  Juliusz,  szczęśliwy,  że  wskutek  nalegań  Elżuni  i  za  przysłane  przez 

Barskiego  pieniądze  mógł  wykupić  biedny  skarb  panny  Leontyny,  wracał  do  domu, 
pogwizdując z cicha i wesoło powitał Henryka. 

— Po  „mecenasie”  ślad  zaginął  —  rzekł  on  po  chwili.  —  Musiał  przenieść  się  do  innej 

dzielnicy i zapadł jak w oczerety, ale może go się uda wytropić, jeśli nie będzie się zbytnio 
ukrywał. Spłoszyliśmy biedaka. 

Henryk oznajmił Juliuszowi, że ktoś do niego telefonował. 
— Proszono mnie, abym panu powtórzył rozmowę, więc ją powtarzam, chociaż niczego z 

niej  nie  rozumiem.  Mam  panu  powiedzieć  od  jakiegoś  pańskiego  znajomego,  że  scenariusz 
pod  tytułem  „Pierścionek  Leontyny”  jest  diabła  wart  i  może  być  grany  w  prywatnym 
kinematografie w Tworkach. Czy pan rozumie co z tego? 

— Wszystko — odrzekł głucho Juliusz. 
— Ach! — uśmiechnął się Henryk. — Zyndram? 
— Nigdy nie warto być dobrym — rzekł Juliusz. 
— Czyżby to pan napisał scenariusz? Teraz wszystko rozumiem! I nie udało się? 
— Masłowska płakała rzewnymi łzami, kiedy go jej czytałem. Niech pan się ze mnie nie 

śmieje. Dobranoc. Jestem głupi i idę spać, ale jutro obudzę się zły i mądrzejszy. 

Henryk nie śmiał się, lecz patrzył za nim z rozrzewnieniem; słyszał, jak Juliusz gada sam 

do siebie, idąc po schodach, autor niefortunny. Wreszcie wszystko ucichło i tylko zegar tykał, 

background image

odmierzając  noc.  Wiatr  poszeptywał  za  oknami,  jakby  naradzał  się  z  uschłymi  badylami  w 
ogródku, gdzie by się mógł ogrzać i odpocząć na chwilę. 

Mijały  godziny,  a  Henryk  siedział  przy  biurku  i  wodził  spojrzeniem  po  złoconych 

grzbietach  książek,  śpiących  w  długich,  ściśniętych  szeregach  na  bibliotecznych  półkach;  z 
pełną  czci  zadumą  patrzył  na  owoce  największej  i  najbardziej  udręczonej  pracy,  do  jakiej 
zdolny  jest  człowiek,  i  takiego  trudu,  z  którym  zmaga  się  istota  boska,  kiedy  tworzy  w 
napięciu  nieskończonego cierpienia;  gdyby z tych książek spłynęła żywą rzeką zakrzepła w 
nich  krew,  zalałaby  potowe  świata,  a  zaklęci  w  nich  ludzie,  złączoną  przemocą  ducha, 
wyważyliby go z posad. Jak przyczajony, na pozór uśpiony wulkan, drzemała w niektórych 
ognista potęga, co wiele już razy rzucała łunę na cały obszar ziemi i paliła ją jak suchy step, a 
w innych jasnym, łagodnym blaskiem świeciła nieogarniona miłość, narodzona w tym samym 
dniu, w którym narodziło się cierpienie. Zdawało mu się, że gdyby pośród ciemności otwarł 
taką  książkę,  uczyniłoby  się  jasno,  a  przez  drżące  palce  lałaby  się  złota  poświata.  Każda  z 
tych książek jest jednym słowem z tych, którymi człowiek rozmawia z Bogiem o sprawach 
wieczystych;  gdyby  je  można  wykrzyknąć  jednym  tchem  i  związać  je  w  jeden  głos, 
zadrżałaby  ziemia.  A  on,  dziecko  kwilące,  usiłuje  wplątać  swój  szept  do  tego  chóru, 
śpiewającego  groźny  hymn;  przystanął  na  brzegu  życia,  jak  na  brzegu  morza,  co  ciężkie 
westchnienie  jęku,  dobytego  z  dna  odmętów,  jak  z  dna  serca,  zamienia  w  niezmierne 
poszumy, a poszumy w burzę ryczącą — i patrząc z lękiem na wściekłość morza, przygrywa 
tkliwie na pięciostrunnej wioli. Ani żeglował po tych niezmierzonych obszarach i nieznanych 
wodach,  ani  nie  walczył  z  ich  gniewem;  widział  tylko  piany,  rzucane  na  niski,  piaszczysty 
brzeg,  czołgające  się  jak  pies,  i  pisał  o  nich  wiersze.  O  burzach  i  nawałnicach,  o  wichrze, 
orzącym  pierś  morza,  o  strachach,  mieszkających  na  dnie,  o  wirach  i  śmiertelnych 
malstromach,  o  lęku  nocy  i  skrwawionym  trudzie  dnia  wiedział  ze  słyszenia  i  z  opowieści 
łgarzów. Nie będzie nigdy tam, na tych bezdrożach, na których nieustraszeni tylko błąkają się 
żeglarze, ale już go pełne lęku ogarnęło zdumienie, kiedy Juliusz, człowiek uczciwy, pokazał 
mu z bliska zaledwie cichą zatokę nędzy i przystań nieszczęścia. Jak gdyby zasłona spadła mu 
z oczów, ujrzał swoją leniwą małość i mizerność ukwieconego swego życia, wijącego się jak 
niebieski dymek, sennie się wałęsający w zamkniętej przestrzeni. Pisał książki. Wobec tych, 
na  które  w  tej  chwili  spogląda,  książki  jego  są  pomazanymi  wonnościami,  mdłym, 
drażniącym szeptem, pustym dźwiękiem i nadobnym słowem bez krwistej treści, ta zaś, którą 
napisał  w  połowie,  szeleszcząca  pod  jego  ręką,  kwitnąca  rymami  i  pachnąca,  dziergana  jak 
koronka  i  rzeźbiona  jak  cacko,  omdlewająca  z  udanej  boleści,  jest  nieznośnym,  nikomu 
niepotrzebnym  kłamstwem. Jeśli się narodzi, co zdziała? Czy nakarmi kogo i  pocieszy, czy 
położy  komu  rękę  na  oczy,  ślepnące  od  soli  łez,  albo  zaśpiewa  pieśń  o  nadziei?  Czy 
pobiegnie, radosna, pomiędzy te krocie cierpiętników i zjawi się im, jak promień słońca? Czy 
będzie domem dla bezdomnych, balsamem dla chorych, śmiechem dla smutnych? Drżącymi 
rękami  brał  kartę  za  kartą  i  czytał.  Zaświergotały  słowa,  jak  sztuczny  słowik  chińskiego 
cesarza, posypały się kolorowe płatki, całowały l się rymy, omdlewające i senne. Ogarnął go 
smutek. Wszystkie te śliczne fatałaszki niewarte są jednej prawdziwej łzy ludzkiej; wszystkie 
te kolorowe słowa warte są mniej  niż jedno słowo człowieka nieszczęśliwego. Śmieszne są 
jak  wyhodowane  w  cierpieniu  storczyki,  ofiarowane  nędzarzowi,  co  nie  ma  na  grzbiecie 
koszuli. 

Henryk zbierał powoli dziesiątki kart papieru i podniósł się ciężko; nagle, jakby je jedną 

myślą osądził i wydał wyrok, zbliżył się do pieca, szybko otwarł drzwiczki i zmięte w garści, 
kolorowymi  łzami  łkające  wiersze  cisnął  w  ogień.  Nawet  nie  spojrzał  na  nagłą, 
zaczerwienioną radość ognia, pożerającego rymy. Zdawało  mu  się, że nic wielkiego się nie 
stało;  usunął  z  oka  pył,  więc  teraz  spojrzy  jaśniej,  przewietrzy  mieszkanie  i  swobodniej 
odetchnie.  Gdyby  śmiał,  pobiegłby  do  Juliusza  i  oznajmiłby  mu  wesoło,  że  wyrósł  z 

background image

niemowlęctwa,  dojrzał  nagle  i  gotów  jest  na  najdalsze  z  nim  podróże  po  zaułkach 
nieszczęścia i żywego życia. 

„Dwóch  nieszczęsnych  autorów  przebywa  dzisiaj  w  tym  domu  —  pomyślał,  śmiejąc  się 

cicho.  —Jednemu  sponiewierano  scenariusz,  a  drugi  uczynił  całopalenie  z  własnych  dzieci. 
O, czemu ten autor pierwszy nie zjawił się u drugiego wcześniej, znacznie wcześniej…” 

Nazajutrz, kiedy się obaj spotkali, powitali się radośnie. 
— Widzę — rzekł Henryk, — że pan, mimo groźby, nie obudził się straszliwie zły. 
— Rozmawiałem przez noc z Bogiem  — odpowiedział Juliusz — i Bóg mnie pocieszył, 

powiedziawszy  mi  na  ucho:  „Szewcze,  pilnuj  swojego  kopyta!”  Ale  coś  tu  czuć,  jakby 
spaleniznę… 

— Spaliłem w nocy sztuczne kwiaty — zaśmiał się 
Henryk, zaczerwieniwszy  się nagle i  mimo  woli  skinąwszy  głową w stronę ogołoconego 

biurka. 

Juliusz spojrzał przenikliwie najpierw na niego, potem na biurko i rzekł: 
— Młodzieńcze, wyjdziesz na człowieka! 
— Amen! — dodał Henryk. 
Juliusz  pragnął  mu  szerzej  wywróżyć  jasną  przyszłość,  nie  starczyło  mu  jednak  czasu, 

gdyż  najmniej  spodziewani  zjawili  się  goście:  ruchliwa  panna  Umanowska  i  smętny  pan 
Garsz. 

Młodzieniec wyglądał jakby cokolwiek strapiony i zdjąwszy kapelusz, odsłonił ciemną na 

czole  chmurę,  panna  zaś,  jak  gdyby  w  ostatnich  czasach  pomnożyła  ściśle  przez  przyrodę 
oznaczoną  ilość  zębów,  uśmiechnięta  była  dokładniej  jeszcze  niż  zwykle.  W  poważnym 
gabinecie  uczyniło  się  jasno  mimo  mroków,  pełzających  od  strony  Garsza,  który  obrawszy 
sobie  jeden  punkt  na  ścianie  zawisnął  na  nim  oczyma  jak  na  haku,  podczas  kiedy  panna 
Umanowska,  spojrzeniem  latającym  szybko,  jak  słoneczne  odbicie  lusterka,  którym  wodzi 
rozigrane dziecko, przeszukiwała wszystkie kąty, oglądała książki i obrazy, zanim zatrzymała 
się na zdumionych nieco twarzach Juliusza i Henryka. 

— Wujaszek taką ma minę, jakby diabła zobaczył — zaśmiała się głośno. 
— Diabeł  często  przybiera  postać  pięknej,  acz  zwariowanej  dziewicy  —  rzekł  Juliusz  z 

powagą, jakby wygłaszał sentencję. 

Piękna, acz zwariowana dziewica oznajmiła im, rozgryzając słowa białymi zębami, że ni 

mniej,  ni  więcej,  tylko  ślub  jej z panem  Garszem  odbędzie się jutro  o wczesnej godzinie, a 
ponieważ  prawo  wymaga  obecności  dwóch  dryblasów,  mogących  w  razie  potrzeby 
zaświadczyć, że własnymi oczami oglądali nieśmiertelnie doniosłe zdarzenie, więc panowie 
Juliusz i Henryk raczą, wziąwszy się pod ręce, zjawić się jutro .. kościele, gdzie zapewne nie 
widziano  ich  od  dawna,  więc  się  przy  sposobności  będą  mogli  pokazać  Panu  Bogu.  Panna 
Umanowska  mówiła,  a  Garsz,  jakby  przytakując,  zgrzytał  lekko  zębami  dokładnie  w  tych 
miejscach,  gdzie  powinien  być,  wedle  przepisów  Akademii  Umiejętności,  postawiony 
przecinek. 

— Jestem sama jak palec — mówiła panienka — właściwie bardziej sama, gdyż palec ma 

dziewięciu krewnych z góry, a dziesięciu z niższych sfer. Mogłabym prosić mojego szefa z 
biura, ale był on trzykrotnie żonaty i wolałby złamać nogę niż patrzeć na ślub, chociaż cudzy. 
A  Garsz  nie  posiada  aż  dwóch  znajomych,  którzy  by  posiadali  całe  ubrania.  Na  zmianę 
mogliby  przyjść,  gdyby  jeden  drugiemu  pożyczył  płaszcza,  a  w  kościele  trzeba  być 
równocześnie, więc dlatego przyszliśmy prosić panów. Ja bym sama nie śmiała, ale mi panna 
Elżunia poradziła. „Wujaszka — powiedziała — nie ma potrzeby pytać nawet, a pan Henryk 
jest taki dobry i kochany, że nie odmówi”. Garsz, czy nie prawda, czy tak nie mówiła? 

— A  czy  kto  nie  wierzy?  —  zapytał  młodzieniec  ciemnym  głosem  i  jadowitym 

spojrzeniem począł szukać dokoła takiego, co by wątpił w jej słowa, aby go wziąć na męki. 

background image

Henryk zaśmiał się, a Juliusz przyjrzawszy się Garszowi, aby się nauczyć, jak się to robi, 

nachmurzył się. 

— A dlaczegoż to mnie nie potrzeba pytać nawet? 
— Bo  pan  jest  wujaszkiem  wszystkich  uczciwych  ludzi,  więc  to  pański  obowiązek.  A 

może pan nie chce, abyśmy się pobrali? Jeżeli tak… 

— Błogosławię, błogosławię! — zakrzyknął szybko Juliusz. 
— A pan? — zapytała Henryka z zalotnym uśmiechem. — Pan powinien przypatrzeć się 

tej ceremonii, bo nigdy nie wiadomo, czy człowiek sam nie upadnie na głowę. 

Henryk odpowiedział jeszcze prędzej niż Juliusz. 
— Cieszę się z całego serca i zjawię się z panem Juliuszem niezawodnie. 
— Doskonale!  Gdyby  pan  nie  chciał  nawet,  to  pan  powinien  świadczyć  przy  naszym 

ślubie,  bo  to  pański  wynalazek.  Czemu  się  pan  tak  dziwi?  Zaraz…  Wujaszku,  niech  pan 
weźmie  Garsza  i  wyprowadzi  go  do  innego  pokoju,  bo  ja  muszę  panu  Stalińskiemu  coś 
powiedzieć. Garsz, jazda! 

Młodzieniec  podniósł  się  posłusznie  i  spojrzawszy  podejrzliwie  na  Henryka,  poszedł  za 

uśmiechającym się znacząco Juliuszem, jak chmura za Jowiszem. 

— To  pańskie  dzieło  —  mówiła  bujna  panienka.  Gdybyśmy  byli  we  dwójkę  wyrzucili 

swojego  czasu  pana  Garsza  na  mróz,  nie  byłoby  mu  dzisiaj  tak  gorąco.  Pan  mi  nie  chciał 
pomóc, a ja przecie nie mogłam siebie z dzikim człowiekiem. Nie umiem niczego obwijać w 
bawełnę,  a  pan  się  chyba  nie  zgorszy,  więc  niech  się  pan  dowie,  że  stał  się  pan  powodem 
nieszczęścia. Ten zwierz odkręcił zamek… 

— Niemożliwe! — zdumiał się Henryk. — Czemu pani nie narobiła krzyku? 
— Jak mogłam krzyczeć, kiedy Celinka jest chora? Tyle pan sam o tym nagadał… 
— Widzę jednak, że pani nie bardzo zmartwiła się tym nieszczęściem. 
— Bardzo się nie zmartwiłam, bo to nie jest takie wielkie nieszczęście. Musiało stać się, 

więc  się  stało,  a  ja  dlatego  panu  o  tym  mówię,  aby  pan  wiedział,  że  nie  tylko  drzwi,  ale 
najgrubszy mur nie ochroni biednej kobiety przed oszalałym mężczyzną. Szkoda, że pan tego 
przedtem nie wiedział. Pan jest równie tyle winien co i ja. Niech pan to przyzna, drogi panie. 
Przez pana tracę wolność i niezależność, a Garsz robi doskonałą partię. 

— Przyznaję, że postąpiłem  nieroztropnie. Ale jeśli pani  kocha swoją wolność, dlaczego 

pani tak prędko biegnie do ślubu? 

— Bo… bo Garsza kocham więcej jeszcze, a bez ślubu mógłby kiedy jeszcze uciec, albo 

co? To jest moja tragedia i tylko dlatego jestem nieszczęśliwa. 

— Okropność! — zaśmiał się Henryk. 
— A  żeby  pan  wiedział,  że  okropność.  Wszyscy  jesteście  tacy  sami,  więc  i  Garsz,  choć 

niby do trzech zliczyć nie umie, rozpanoszy się po ślubie. 

— To roztropny chłopak! 
— Ładnie  roztropny.  Czy  pan  wie,  jaki  z  niego  śmieszny  bęcwał?  Męczył  się  z  tym 

zamkiem, że aż sobie ręce poranił, a drzwi… a drzwi w ogóle nie były zamknięte. 

Henryk zaczął szybko dookoła szukać jakiegoś ciężkiego przedmiotu. 
— Żmijo! — krzyknął. 
Panna Umanowska chlusnęła na niego śmiechem, jak perlącą się wodą. 
— Mówię  to  panu  w  najgłębszej  tajemnicy,  aby  pan  nie  obwiniał  zbytnio  biednego 

chłopca. Wie pan co? Właściwie to ani pan nie jest winien, ani on, ani ja. 

— Więc któż? 
— To  ta  przeklęta  miłość.  Raz  jest  się  młodym  i  trzeba  być  szczęśliwym,  jeśli  tylko 

można, a na rozwagę będzie czas, kiedy mi zęby zaczną wypadać. Sama się chowałam, więc 
nie umiałam wymyślić co innego. Czy się pan bardzo zgorszył i czy pan gniewa się na mnie? 

Henryk wzruszył ramionami. 
— Proszę pani — rzekł — czy nie można by tego ślubu urządzić dzisiaj jeszcze? 

background image

— Czemu? 
— Bo licho wie, co pani do jutra wymyśli. 
— Filozof nie wymyśliłby więcej,  gdyby był  panną;  słowo panu daję, że na tym  koniec. 

Wujaszku, Garsz! Już można wejść. 

Wygnańcy powrócili sennym krokiem. 
— Z panem Garszem wybornie się milczy — rzekł z uznaniem Juliusz. — Niech pan jutro 

przynajmniej księdzu odpowie, jeśli pana zapyta, czy pan ma wolną i nieprzymuszoną wolę. 

— Już on odpowie! — zaśmiała się panna Umanowska. 
Garsz  spojrzał  na  nią  z  takim  zachwytem,  jak  gdyby  grzesznik  ujrzał  otwarte  niebo  i 

siedemdziesięciu siedmiu aniołów. 

background image

XVIII 

 
Wszyscy dawno zmarli przodkowie Garsza, dzielni szewcy, stolarze i krawcy, postarali się 

o  to,  aby  w  dniu  jego  ślubu  niebo  było  jasne  i  bladobłękitne;  słońce  było  roześmiane,  jak 
twarz panny Limanowskiej, a śnieg leżał na ziemi biały jak ślubny welon. Ponieważ teściowe 
i  ciotki,  mające nierozumny zwyczaj  szlochania w wielkiej  żałości, jak gdyby pannę młodą 
wiedziono  na  śmierć,  były  nieobecne,  ceremonia  odbyła  się  w  nastroju  wielce  pogodnym 
pomimo tego, że Garsz robił dzikie miny i kiedy miał uklęknąć przed ołtarzem, nerwowymi 
drgawkami oblicza przyzywał na pomoc Juliusza. 

— Co się panu stało? 
— Niech  pan  stanie  za  mną  —  mruczał  oblubieniec  —  bo  podeszwy  mam  dziurawe… 

Niech pan zasłoni… 

— Zrobione. Klękaj pan! 
Elżunia,  pozostawiwszy  dzieci  pod  opieką  Masłowskiej,  odkomenderowanej  w  tym  celu 

przez Henryka, przyglądała się ślubowi z tym rzewnym wzruszeniem, z jakim nań, wielkimi 
niebieskimi oczami marzenia, patrzy każda dziewczyna; to nie panna młoda uklękła i szepce 
słowa przysięgi, lecz ona sama wymawia je goręcej, stokroć goręcej i ślubuje temu, co przed 
jej sercem klęczy, jak przed ołtarzem. Patrzyła na szczęśliwą dziewczynę z uśmiechem, który 
za chwilę zwilgotnieje od łez. 

Panna  Umanowska  po  raz  pierwszy  straciła  pewność  siebie  i  mocno  przybladła;  wciąż 

zwilżała  schnące  wargi  i  mrużyła  oczy,  jakby  zbyt  wielki  bił  na  nią  blask.  Od  ołtarza  i 
płonących świec i od tych słów ważnych i poświęcanych, którymi przysięga miłość. Uważnie 
jednak  słuchała  przysięgi  Garsza,  jakby  się  obawiała,  że  się  pomyli,  albo  umyślnie  coś 
przekręci,  ale  Garsz,  uczciwie  patrząc  w  oczy  wszystkich  świętych,  przyrzekał  potężnym 
głosem, iż jej nie opuści aż do śmierci. Wszyscy święci skinęli poważnie głowami na znak, że 
mimo  gorzkich  doświadczeń,  nie  mają  powodu  do  zwątpienia,  i  pożegnali  życzliwie  młode 
małżeństwo, złociście szczęśliwe, chociaż obrączki sporządzone były z imitacji złota. 

Henryk zaprosił Garszów na ucztę weselną, która miała odbyć się wieczorem w knajpie, 

odwiedzanej przez artystów, natychmiast bowiem po ślubie pani Garszowa  pobiegła szybko 
do biura, a ponuro szczęśliwy jej małżonek udał się na uniwersytet, z powodu panującego w 
nim ciepła licznie w tej porze roku odwiedzany. — Idźcie sobie, moi drodzy — rzekł Juliusz 
do Elżuni i Henryka — ja pozostanę tu na chwilę. 

Usiadł na ławie i otulił się w mrok, zimny od chłodu kamieni; przez kolorowe okno weszło 

roztęczoną  smugą  słońce  i  uklękło  na  środku  kościoła,  jakby  całując  ziemię;  daleko,  przed 
jakimś  ołtarzem,  srebrnymi  głosikami  brzęczały  cichutko  dzwonki,  tuż  obok  ktoś  ciężko 
westchnął. W tej chwili modliła się w pustym niemal kościele sama biedota, jak gdyby zmięci 
i  sponiewierani  ludzie  przybiegli  wcześnie,  aby  się  poskarżyć  sprawiedliwości  boskiej  na 
osobności, zanim uczyni się tłok i ciżba. Ospałym, umęczonym krokiem przychodzili ci, co 
spędzili noc na włóczędze, na dworcach kolejowych i na ogrodowych ławkach, aby odpocząć 
pod dachem boskiego domu, skąd ich nikt nie wypędzi. Dzieci w łachmanach, pozostawione 
w jakiejś norze, albo na cały dzień wysłane na ulicę, błąkały się po kościele, onieśmielone i 
przelękłe jego ogromem. 

Juliusz zamknął oczy i  przez rozświetloną głąb swego serca patrzył w dobroć wieczystą, 

której  obecność  oznajmiają  w  tej  chwili  srebrzyste  dzwonki:  niechże  szeroko  otwartymi 
drzwiami  wyjdzie  stąd  na  zgiełkliwe  ulice  i  niech  się  ich  nurtem  rozleje  jak  rzeka,  po 
wszystkich rozłogach nędzy i po cmentarzach nieszczęścia; czas już największy, bo z drugiej 
strony, od błędnych dróg, od ciemnych pieczar, zbliżają się widma z zalanymi krwią oczami i 
ze  szponami  u  rąk,  a  ci,  o  których  dusze  rozegrać  się  ma  bitwa,  czekają  struchlali,  ostatnią 
zapamiętaną modlitwą modląc się o chleb powszedni. 

background image

Znowu ciężkie jakieś westchnienie legło wielkim ciężarem na kościelnej ciszy i jak kaleka 

bez  nóg,  poczęło  czołgać  się  ku  ołtarzowi.  Zaduma  starego  człowieka  otworzyła  oczy; 
spojrzał  dokoła  i  wszędzie,  po  wszystkich  mrocznych  kątach  ujrzał  smutnych  ludzi, 
zastygłych  w  oczekiwaniu  i  jakby  zasłuchanych,  czy  im  kto  odpowie  na  słowa 
najpokorniejszej prośby, z których ostatnie było westchnieniem lub jękiem. 

Poczuł  wielki  ucisk  serca,  że  jest  bezsilny  i  że  na  ich  zgryzotę  może  jedynie  miłość  tak 

rzucić jak niewidzialny płaszcz gronostajowy. 

Gdyby  mógł  tej  miłości  nauczyć  tych,  co  mają  wiele  do  rozdania,  dokonałby  rzeczy 

większej  niż  najwięksi  wynalazcy  świata.  Cóż  on  jednak  może,  sam  rozbitek  i  nędzarz? 
Wałęsa  się  wśród  rumowisk,  gorzkim  zielskiem  zarosłych,  głosi  nadzieję  wbrew  nadziei, 
krzepi  i  pociesza.  Mógłby  tylko  ofiarować  własne  życie,  cóż  jednak  komu  po  tym 
dogasającym płomieniu? 

Podniósł  się  z  trudem  i  szedł  powoli  ku  wyjściu,  stąpając  bezgłośnie  na  palcach.  Przed 

bramą  spotkał  się  twarzą  w  twarz  ze  starą  Lepańską,  która  wchodziła  do  kościoła, 
prowadzona  pod  rękę  przez  pannę  Leontynę;  uśmiechnął  się  do  niej  serdecznie,  a  zwiędłej 
damie skinął głową. 

— Musimy zawrócić — rzekła Lepańska tak głośno, że słowa za nim pobiegły. — Do tego 

kościoła  nie  można  już  wejść,  bo  go  będą  okadzać  i  na  nowo  poświęcać.  Panna  Leontyna 
zaczęła drżeć z oburzenia i spojrzała na nią karcącym wzrokiem; dama jednak grożąc czarną 
laską oddalającemu się Juliuszowi, mruczała jak czarownica nad kotłem: 

— Będziesz ty jeszcze, farmazonie, godzinki śpiewał na moją intencję… Trzymaj mnie, bo 

się poślizgnę, i przed siebie patrz, nie za nim. Albo zawołaj go, może jeszcze raz się do ciebie 
uśmiechnie, jak bocian do żaby. Panna Leontyna skierowała wzrok ku niebu, aby je wezwać 
na świadka, że cierpi niewinnie. 

Juliusz  szedł  krętą  jak  strumień  ulicą,  rozmyślając,  czemu  tak  dziwnie  się  dzieje,  że 

nieszczęsną jedną świętą usmażono na ruszcie, a Lepańska chodzi po świecie. Machnął ręką i 
przyspieszył  kroku,  zmierzając  w  stronę  mieszkania  Barskich,  dokąd  zapewne  Henryk 
odprowadził Elżunię, aby Masłowską zwolnić z posterunku. Nie zastał jednak ani Elżuni, ani 
Henryka. Masłowską poczyniła już wszelkie przygotowania do ugotowania obiadu i oddając 
urzędowanie w jego ręce pouczała, co należy czynić, aby rozpoczęte dzieło doprowadzić do 
jadalnego końca. 

— Pan i tak tego nie zrozumie — rzekła dobrotliwie — ale niech pan spróbuje. 
Stróżując  przy  garnkach  jak  Sędziwój  przy  alchemicznej  kuchni,  czekał  przez  kilka 

godzin, cierpliwie gadając z dziećmi; doczekawszy się powrotu Jurka ze szkoły, nakarmił je, 
jak stary wróbel, co pisklęta karmi i z kolei zdał chłopakowi pieczę nad gineceum, sam zaś 
udał się jedną z ulic, spadających ku Wiśle jak sucha rzeka, w odwiedziny do jakiejś biedoty. 

Elżunia,  wyszedłszy  z  kościoła,  aż  przymknęła  oczy  z  zachwytu  na  widok  słonecznego 

dnia, co pysznił się stężałym na mrozie błękitem i stąpając triumfalnie radością chrzęścił: na 
śniegu.  W  powietrzu  była  rzeźwość  i  radość,  siejąca  się  złotym  pyłem  słońca.  Przechodnie 
patrzyli  po  sobie  przyjaźnie,  jak  gdyby  chcieli  podzielić  się  wiadomością  o  błękitnym 
poranku. 

— Cudowny dzień! — rzekł cicho Henryk. 
Elżunia spojrzała na niego, jakby nagle obudzona. Na oczach miała jeszcze ciemną barwę 

wzruszenia, lecz twarz już zarumienioną i uśmiech na ustach. 

Idąc  jak  gdyby  śladami  słońca,  co  szerokimi  tylko  wędrowało  ulicami,  szli  w  stronę 

przeciwną, niźli ta, w ktorą Elżunia iść powinna. Zapomnieli o wszystkim, jak gdyby się cały 
świat  wyzłocił  i  takim  weselem  napełnił,  że  wszystkie  szarości  i  troski  rozwiały  się  w 
błętitnozłotym pyle. 

On szedł obok niej, więc jej było dobrze. Mogła tak iść bez końca, wszystko jedno dokąd. 

Pierwszy  raz róże dla niej  zakwitły na śniegu, więc się jej serce uradowało  wielką radością. 

background image

On  nie  wie  zapewne,  że  jest  w  tej  chwili  szczęśliwa,  dlatego  tylko,  że  idą  przy  sobie  i  że 
dookoła jest jasno. Dotąd — kiedy byli razem — snuł się koło nich mrok i tłoczyły się na nich 
mury, w tej chwili zaś niebo się nad nimi rozpostarło, tak wielkie i czyste jak szczęście. 

Szli  nie  mówiąc  do  siebie.  Czasem  ktoś  kłaniał  się  Henrykowi  i  patrzył  cokolwiek 

zdumionym  wzrokiem  na  rozjaśnioną  twarz  ładnej  dziewczyny,  skromnie  bardzo  ubranej,  i 
uśmiechał  się  znacząco.  Henryk  zauważywszy  kilka  takich  uśmiechów  zaczął  patrzeć 
napastliwie  w  oczy  przechodniów,  jak  gdyby  chciał  ogłosić  całemu  światu,  że  nie  wolno 
patrzeć na nią inaczej jak z pełnym czci uwielbieniem. Ponieważ weszli w ulicę bardzo ludną, 
zląkł się, że coraz częściej będzie spotykał takich wesoło zdumionych, więc poprosił Elżunię 
nieśmiało, by pojechała autem na przechadzkę do Łazienek, dodając szybko, że o dzieci może 
być spokojna, żaden pelikan bowiem nie dorówna Masłowskiej w troskliwości. 

— Dobrze — odpowiedziała po prostu. 
W  głosie  jej  była  niewinna  pewność,  że  cokolwiek  czyni,  czyni  uczciwie:  gdyby  ją  był 

poprosił, aby  go odwiedziła w jego domu,  nie zawahałaby się  ani  przez chwilę. Dawno już 
oddała  mu  całą  swoją  duszę.  Miłość  jej  rosła  w  ukryciu,  w  zakątku  głębokiej  tajemnicy, 
ogrzewana ciepłem dziewczęcego serca i czerwoną gorącością krwi, zrazu niespokojna i sama 
sobą  przelękła,  rozfalowana,  pełna  dreszczów  zachwytu  i  chwil  nagłego  zwątpienia,  potem 
coraz  spokojniejsza  i  wśród  długich  zamyśleń  cichsza,  aż  ją  objęła  całą,  kojącym  objęciem. 
Wszystko  w  niej:  myśl  każda  i  każde  lśnienie  myśli,  każde  drgnienie  serca  i  każde  jego 
włókno, każda jej godzina i każda tej godziny chwila, zamienione było w miłość, czekającą w 
jasnym  milczeniu  na  to,  co  się  ma  stać.  Śnieg  na  górach  nie  jest  taki  czysty,  jak  pierwsza 
miłość dziewczęcego serca. Błękit nie jest taki głęboki, jak jego ufność. Gwiazdy nie są tak 
promieniste,  jak  oczy  dziewczęcia,  które  kocha.  Słodycz  jej  większa  jest  niż  słodycz 
matczynej pieszczoty. Pokora jej klęka wobec cudu, jak ziemia w obliczu nieba. A treścią jej 
najgłębszą jest zachwycenie. 

Już w niej nie było tajemnicy; o jej wielkiej miłości mówiły oczy każdym spojrzeniem i 

usta każdym szeptem, którego nie wypowiedziały. Kiedy Henryk ujął ją pod rękę, całe ciało 
oznajmiło  nagłym,  krótkim  dreszczem,  że  jest  napełnione  miłością,  jak  alabastrowa  lampa 
napełniona  jest  światłem.  Poczuł  ten  dreszcz  i  zrozumiał  jak  słowo,  które  ogłasza  się 
urwanym  krzykiem,  aż  do  bólu  radosnym.  Ogarnęło  go  wzruszenie  i  wielka  tkliwość. 
Usłyszał  dobrą  nowinę,  szeptaną  mu  przez  rozrzewnione  serce:  „kocha  cię  ta  dziewczyna, 
miłością wierną i taką głęboką jak jej spojrzenie — przemów do niej…” 

Dawniej, zanim poznał Juliusza i zanim spojrzał w siebie i w rumowisko przebytych dni, 

byłby  się  przeląkł  takiej  miłości  prostej,  nieuczonej  i  wzruszającej.  Teraz  rozumiał,  że 
niczego bardziej świętego nie spotka na swojej drodze i że taka miłość przychodzi do niego 
jak  niezasłużone  i  nieoczekiwane  szczęście,  jak  pogoda  po  burzy  i  jak  szeroki  oddech  po 
dławiącym uścisku. 

Nie  wierzył,  aby  mogła  jeszcze  tułać  się  po  świecie  taka  jasność,  co  niczego  innego  nie 

pragnie,  tylko  spłonąć  w  całkowitej  ofierze,  a  w  tej  chwili  widział  ją  żywą,  rozbłyśniętą  i 
drżącą. 

Patrzyła  w  jego  oczy  ze  szczęśliwą  radością,  z  niekłamaną  słodyczą,  z  uśmiechem 

czekająca choćby na największe cierpienie. Odniósł wrażenie, że stąpa przy nim bezgrzeszne 
dziecko, tulące się do niego, jakby pragnęło być najbliżej jego serca i tak iść przy nim ufnie i 
wiernie,  aż  na  kraniec  świata,  aż  na  gwiazdy,  więc  w  nagłym  porywie  wdzięczności  za  tę 
ufność, przytulił ją do siebie mocniej i tak szli po puszystym śniegu, wśród słońca, jakby na 
końcu długiej alei czekał na nich ktoś, co im głośno powie o tym, o czym oni mówili sobie 
jedynie oczami. 

Po  chwili  jednak  ziemia  zaczęła  im  się  usuwać  spod  nóg  i  zaczęło  im  się  wydawać,  że 

jakiś  wiatr  oderwał  ich  od  niej  i  niesie  przez  powietrze.  Wszystko  zamilkło  jakby  w 
oddaleniu, a oni słyszą tylko własne oddechy wśród szumu nagle zmąconej krwi. Przystanęli i 

background image

jakby z nakazu jednej i tej samej myśli, ujęli się za ręce. Elżunia pobladła tak, że nawet usta 
jest  stały  się  blade;  była  tak  spokojna,  jak  ktoś  co  z  sercem  zamarłym  od  oczekiwania  ma 
wysłuchać wyroku o życiu albo o śmierci. 

Wtedy jakby przelatujące z oddali ptaki zatrzepotały nad nią czerwone jak krew słowa: 
— Kocham cię, Elżuniu. 
Padła  na  nią  jasność  tak  oślepiająca,  że  na  chwilę  jedną  przymknęła  oczy,  aby  je  ocalić 

przed ślepotą, potem powiedziała po prostu i wyraźnie, jak gdyby te słowa od dawna miała 
gotowe na ustach: 

— Kocham cię i przysięgam, że cię nie opuszczę aż do śmierci. 
Wielka  miłość  zna  kilka  zaledwie  słów,  bo  je  boleśnie  wyrywa  z  serca,  jak  drzewa  z 

korzeniem; wielka miłość, tak jak śmierć, przemawia z dostojną treściwą powagą; reszta jest 
milczeniem, piękniejszym niż najpiękniejszy śpiew. 

Zdawało  się  im,  że  dopełnili  uroczystego  obrządku  i  są  jednym.  Przytuleni  do  siebie 

wracali  w  milczeniu,  rozmawiając  spojrzeniami.  Po  tych  słowach,  które  wypowiedzieli, 
wszystkie inne byłyby jak uschłe liście, skazane na zatratę i na pośmiewisko wiatru. 

Henryk  znał  ich  tysiące,  lecz  tak  nim  wstrząsnął  ten  romans,  w  trzech  ubogich  przeżyty 

słowach,  prosty  i  uczciwy  jak  spowiedź,  że  nie  ważyłby  się  dodać  do  nich  żadnego  z  tych 
słów natrętnych, wyświechtanych i wymiętych, które dotąd zawsze brzęczały mu koło uszów, 
albo zjawiały się na ustach niewołane. 

Czy mógł powiedzieć jeszcze po jej przysiędze, w której miłość przysięgła śmierci? 
Wiedział nieomylnie, że ta dziewczyna, powtarzająca wobec słońca zaklęcie podobne do 

tego,  które  przed  godziną  słyszała  w  kościele,  dotrzyma  go  uczciwie;  w  każdym  jej  słowie 
była cała jej dusza, gdyby więc jedno z nich miało umrzeć, to chyba razem z jej duszą. 

Nie zdradzi jej zaufania. 
Nie zrani tego serca, bo wszystka z niego wypłynęłaby krew. 
Już  nie  jest  tym,  co  igrał  z  miłością  i  uciekał  przed  nią,  kiedy  zaczynała  łkać.  Nie 

dowierzał  nigdy zbyt  patetycznym  przysięgom  ani  sentymentalnej  rozlewności, nagłym, jak 
płomień  wybuchającym  i  jak  on  gasnącym  uniesieniom,  omdlewającym  zachwytom, 
purpurowym pocałunkom i oszałamiającym szeptom, pachnącym i kwiecistym. 

Temu  niemal  dziecku  wierzył  z  całej  duszy.  Prosta,  zwyczajna,  szara  dziewczyna 

wyłuskała  z  miłości  całą  jej  świętą,  nieśmiertelną  treść  i  zaofiarowała  mu  ją  w  wyznaniu 
krótkim jak uderzenie serca i takim zgrzebnym jak jej dusza. 

Kocha go i będzie go kochała przez całe życie. To wszystko. Gdyby się nie bał słów, co 

jak  spadające  z  pułapu  rzymskie  róże,  mogłyby  ich  zasypać  purpurowym  natłokiem  i  zalać 
ulewą  ciężkiej  woni,  mógłby  jej  powiedzieć,  jak  bardzo  i  on  ją  kocha.  Powiedział  jej  to 
spojrzeniem  takim  młodym  i  takim  szczęśliwym,  że  ona  oczy  przymknęła  z  zachwytu, 
poczuła je bowiem na oczach, jak pierwszy pocałunek, ten, który przez całe pamięta się życie. 

Na pożegnanie ucałował obie jej ręce, drobne i zziębnięte, i rozeszli się bez słowa. 
Powrócił do domu z niezwykłym hałasem, jak gdyby wyszedłszy z przybytku uroczystej 

ciszy  chciał  teraz  głośno  oznajmić  wszystkim  i  wszystkiemu,  że  jest  szczęśliwy,  na  nowo 
narodzony, inny i radosny. Błąkał się po świecie bez celu, teraz go dojrzał, serce miał puste, 
teraz je napełnił, jak bukłak winem, cierpiał udanym cierpieniem, a w tej chwili zgodziłby się 
na największe, byle tylko ona nie cierpiała nigdy. Wiele dałby za to, aby mógł natychmiast 
uścisnąć tego, który  go  wywiódł  z ziemi  egipskiej,  pełnej klęsk, i  z domu  niewoli, pełnego 
mroku, pomiędzy tych ludzi, u których w nieskażonej, świetlanej treści przechowała się dotąd 
miłość,  uczciwość  i  prostota,  jak  promienista  idea  w  katakumbach,  i  oznajmić  mu  wielką 
wrzawą, że już należy do wtajemniczonych, że znudzony poganin, świetny patrycjusz został 
ochrzczony z miłości, jak ze świętej wody, i że melancholijny trubadur pragnie żyć życiem 
pełnym: w słońcu, w trudzie, w radości tworzenia. Juliusza jednakże nie było. 

background image

Masłowska,  wyjrzawszy  ciekawie  ze  swej  smoczej  jamy,  przyjrzała  mu  się  roztropnymi 

oczami i orzekła, że jej pan zdradza niezwykłe podniecenie; ponieważ pora była zbyt wczesna 
i nie sprzyjająca pijaństwu, powód musiał być inny. 

Już chciała zarzucić podstępną wędkę na wzburzone fale, kiedy nagle stało się coś, co i w 

niej  dokonało  całkowitego  wzburzenia  mocno  zrównoważonych  zmysłów:  Henryk 
uśmiechnął  się  do  niej  wesołym,  dobrym  uśmiechem,  objął  serdecznie,  uścisnął  i  rzekł  na 
poły rzewnie, na poły wesoło: 

— Dzień dobry pani, moja Masłowska kochana. 
Było  to  ponad  siły  statecznej  kobiety,  której  od  lat  trzydziestu  nikt  nie  uścisnął,  więc 

wzruszona  radość,  tkliwe  rozrzewnienie  i  szczęście  ponad  ludzką  miarę,  zatrzęsły  nią,  jak 
mocni ludzie trzęsą pniem drzewa; zaczęła nabierać wiatru w płuca, jak okręt chwyta w żagle 
burzę, i nagle wydała z siebie na świat wielki głos płaczu. 

Płakała  jak  niebo  podczas  niezmiernej  ulewy,  rzęsistej  a  bez  piorunów.  Nadaremnie 

Henryk uspokoił ją łagodnie i gładził ręką po steranej, poczciwie mądrej głowie, nie wiedząc 
o  tym,  że  każde  dotknięcie  otwiera  nowe  źródło  łez  i  rozpłakane  jej  pomnaża  szczęście.  I 
gdyby  nie  to,  że  Juliusz  zjawił  się  niespodzianie,  byłaby  wyzionęła  ducha,  co  by  z  niej 
wypłynął rozełkaną rzeką i popłynął w morze wieczności. 

— Co tu się stało? — zakrzyknął w zdumieniu. 
— Nic, nic — rzekł Henryk. — Pani Masłowska jest z jakiegoś powodu szczęśliwa. 
Masłowska,  ponieważ  wymowa  jej  utonęła,  ruchem  rąk  i  głowy  dawała  do  poznania,  że 

płacze z wielkiej radości. 

— Będziemy jedli dzisiaj słony obiad — zaśmiał się Juliusz, kiedy babina pożeglowała na 

oceanie łez i wyspę ukojenia. 

Henryk ujął go pod ramię i wprowadził do siebie Mówił mu długo, drżącym od wzruszenia 

głosem, o wszystkim, co się dzisiaj stało, zwierzał się przed nią jak syn przed ojcem, a Juliusz 
słuchał rozjaśniony. 

background image

XIX. 

 
Uczta weselna odbyła się w nastroju podniosłym, nikt bowiem nie zwracał uwagi na takie 

drobiazgi jak ten, że Garsz ciskał się na bezbronną rybę z nożem, jak myśliwiec z kordelasem 
na  rozjuszonego  odyńca;  Henryk  patrzył  natomiast  z  podziwem,  jak  młody  ten  człowiek 
niszczył  wino,  jakby  za  jednym  zamachem  chciał  zniszczyć  wroga  ludzkości  i  truciznę 
świata. 

Ucztowali  we  czworo,  Henryk  bowiem  ze  względu  na  dzieci  nie  mógł,  a  ze  względu  na 

uroczysty dla nich obojga dzień dzisiejszy nie chciał prosić Elżuni; wciąż jednak zamyślał się 
i przestawał słyszeć rozmowę: w rozrzewnionym zamyśleniu widział ją, siedzącą przy łóżku 
Celinki i tak samo zamyśloną o nim. 

Juliusz  mrugał  wtedy  w  jego  stronę  porozumiewawczo  i  uderzając  kieliszkiem  o  jego 

kieliszek,  przywoływał  go  z  powrotem  na  ucztę.  Stary  człowiek  kochał  wino  jak  wzniosły 
mędrzec,  który  wie  o  jego  słonecznym  pochodzeniu,  i  pił  je  wstrzemięźliwie  z 
horacjuszowską  lubością,  kiwając  z  uznaniem  głową  na  cześć  jednego  z  najlepszych 
pomysłów Pana Boga. 

Henryk,  w  zupełności  podzielając  to  mniemanie,  pił  radośnie;  miał  dzisiaj  duszę  pełną 

zachwytów, cieszył się poza tym, że mógł dwojgu miłych ludzi, bogatym biedakom, sprawić 
przyjemność, z której Garsz korzystał ponad ludzką miarę, w słusznym przekonaniu, że druga 
taka sposobność już się chyba nie zdarzy. 

Młoda  mężatka,  sama  pienista  i  radosna  jak  wino,  świeciła  w  małym  osobnym  pokoiku 

artystycznej  knajpy  jak  strzelisty  płomień:  mówiła  nieustannie  do  ludzi  żywych  i  do  rzeczy 
martwych, przeznaczonych do zjedzenia, z wielką czułością spoglądając czasem na pracowitą 
zachłanność  swojego  męża,  którego  Juliusz  pouczał  dobrotliwie  o  rozumnym  smakowaniu 
wina  i  o  zaletach  wstrzemięźliwości,  na  co  ten  odpowiadał  zadowolonym  pomrukiem  na 
temat:  gadaj  swoje,  a  ja  wypiję  swoje.  Nie  mówił  nic,  przyjaznym  spojrzeniem  jedynie 
dziękując  Henrykowi  za  ucztę  i  dając  mu  do  poznania,  że  nie  tylko  jest  zadowolony,  lecz 
nawet  wyraża  mu  uznanie  za  przedziwność  potraw,  jakich  w  życiu  nie  oglądał,  i  za  potęgę 
napojów, o jakich marzył w obłędnych snach. 

Po dwóch godzinach odpoczął, westchnął i płomiennym wzrokiem rozejrzał się dookoła, 

jak  gdyby  szukając  kogoś,  aby  mu  z  wielkiej,  choć  głucho  utajonej  radości  połamać  żebra, 
gdyby ten ktoś usiłował zaprzeczyć, że życie jest piękne, a ludzie zebrani przy tym stole nie 
są  największą  i  najdoskonalszą  chlubą  świata.  Ponieważ  nikt  nie  szukał  awantury,  Garsz 
machnął pogardliwie ręką i pomyślał, że wszyscy zapewne są pijani, bo gadają bardzo głośno 
i z butelek nalewają nie tylko wino ale, i śmiech. Usiłował wygłosić mowę, ale chociaż miał 
przygotowane  dalsze  słowa,  nie  mógł  w  żaden  sposób  znaleźć  tego  pierwszego,  które  jest 
nieodzownie potrzebne, więc dał pokój i wpatrzył się w Juliusza z pochmurnym zdziwieniem, 
jak gdyby zastanawiając się, skąd się tutaj wziął ten siwy, chudy człowiek, zbrodniczo wesoły 
i zwracający się ustawicznie ku jego żonie? Juliusz radził jej ze śmiechem, aby mocą swojej 
tajemnej  nad  Garszem  władzy  uporządkowała  rozwiane  cokolwiek  jego  zmysły,  będzie 
bowiem miała niejakie trudności z wyprowadzeniem go na czwarte piętro i ułożeniem do snu 
dzieciny.  Młodzian  jednakże  zerwał  się  na  pierwsze  wezwanie,  łypnął  kilkakrotnie  oczami, 
jak gdyby chciał sobie przypomnieć, gdzie jest, i zrozumieć, czego od niego żądają i począł 
się  żegnać  pięknie;  znowu  chciał  wygłosić  mowę  pożegnalną  i  dziękczynną,  ale  znowu 
machnął ręką na daremny trud i, mocno ujęty pod ramię przez roześmianą żonę, poszedł, jak 
baranek na pastwisko. 

— Marsz, marsz, panie Garsz! — śmiał się Juliusz. 
Zostali  jeszcze,  aby  pogadać  i  odpocząć  po  pracowitym  wieczorze;  za  zamkniętymi 

drzwiami,  łączącymi  dwa  gabinety,  słychać  było  wesołe  śmiechy  i  głosy  kobiece,  ktoś 

background image

nieumiejętnie wodził palcami po klawiaturze pianina, a ktoś, równie zataczającym się głosem, 
usiłował wyśpiewać oklepaną melodię. 

Henryk dopijał powoli wino i uśmiechał się do rozpartego w fotelu Juliusza, buchającego 

kłębami dymu,  którego  pełno  było  w niewielkim  pokoiku,  gdzie portiery  i  meble pachniały 
jak Hawana, albo  jak pierwszy akt  „Carmen”. Kiedy więc garson zbierał  ze stołu  naczynia, 
polecił  mu  Henryk,  aby  nie  zamykał  drzwi,  wiodących  na  mroczny  korytarz,  wijący  się  w 
zaułki knajpy. Ktoś właśnie przechodził tamtędy, wyszedłszy z sąsiedniego gabinetu, i musiał 
zajrzeć  w  ich  stronę,  gdyż  nagle  Juliusz,  patrzący  w  stronę  otwartych  drzwi,  drgnął 
niespokojnie i, podniósłszy się powoli, wyciągnął rękę, aby je nieznacznie zamknąć. Henryk 
odwrócił się i cicho zaklął: we drzwiach stała Ina Torres. 

Powiewna  jej  suknia  była  cokolwiek  wymięta,  jak  gdyby  ktoś  ciekawy  wytrwałości 

jedwabiu  zbyt  gwałtownie  go  dotykał.  Włosy  miała  w  nieładzie,  oczy  mocno  świecące  i 
ledwie  widoczne  kropelki  potu  na  górnej  wardze.  Zjawiła  się  bez  szelestu,  jak  widmo  w 
teatrze:  zdumiona,  rozciekawiona  i  złośliwie  uśmiechnięta;  w  ręku  trzymała  torebkę, 
zawierającą  kosmetyczny  arsenał  kobiecy;  szła  —  widać  —  aby  na  osobności  dokonać 
gruntownego remontu twarzy, opuściwszy na chwilę głośno rozbawione towarzystwo. 

Nie  zwracając  zupełnie  uwagi  na  Juliusza,  który  stanął  bezradny,  weszła,  wpatrzona  w 

Henryka,  jak  ktoś,  co  po  długim,  daremnym  poszukiwaniu  nagle  odnajduje  wpędzonego  w 
pułapkę wroga. Henryk miał minę niezdecydowaną i udawał, że się lekceważąco uśmiecha, 
jak  gdyby  nie  stało  się  nic  takiego,  co  by  go  mogło  wytrącić  z  równowagi,  równocześnie 
jednak  spojrzał  błagalnym  spojrzeniem  w  stronę  Juliusza.  Podniecone,  błyszczące  oczy  Iny 
Torres  i  nagła  jej  bladość  nie  wróżyły  niczego  dobrego.  Juliusz  przeto,  skłoniwszy  się  jej 
lekkim skinieniem głowy, rzekł cicho, lecz dobitnie: 

— Chodźmy stąd, panie Henryku. 
Henryk, jak gdyby czekał tylko na to wezwanie, podniósł się i sięgnął po futro i kapelusz, 

ona jednak zatrzymała jego rękę. 

— Czy to nie wstyd, żebyś przede mną uciekał? — zapytała drwiąco. 
— Późno już — bąknął Juliusz. 
— Powiedz  tej  starej  małpie,  aby  się  nie  mieszał  do  nie  swoich  rzeczy  —  rzekła,  nie 

patrząc na Juliusza. — Niech on stąd wyjdzie, bo ja mam z tobą do pogadania. 

— Nie mam z panią żadnych spraw — rzekł Henryk ostro — a ten pan nie wyjdzie. 
— Dobrze! Jeśli jesteś tchórzem, może zostać. To taki sam oszust jak i ty, tylko starszy. A 

gdzie są panienki, bo tu przecież były panienki… Pan Staliński nie bawi się bez nich nigdy. 

— Niech pani wyjdzie! — szepnął Henryk stłumionym głosem. 
— Ani  mi  się  śni.  Długo  na  ciebie  polowałam,  więc  cię  tak  tanio  nie  wypuszczę,  a  jeśli 

zechcesz  uciec,  narobię  takiego  krzyku,  że  cała  knajpa  tu  przyleci.  Lepiej  będzie,  jeżeli 
pogadamy spokojnie. 

Juliusz,  przelękły  zapowiedzią  awantury,  ze  względu  na  skłonność  panny  Torres  do 

dramatycznej  przesady  i  ze  względu  na  jej  podniecenie,  świadczące  że  tego  wieczora  grała 
rolę  rozpasanej  bachantki,  dał  znak  Henrykowi,  aby  nie  sprzeciwiał  się  złu  i  nie  wyzywał 
demona. Henryk patrzył spode łba. 

— O co pani idzie? — zapytał z wysiłkiem. 
— Mówisz do mnie: pani… To bardzo ładnie, chociaż były czasy, kiedy mówiłeś do mnie 

po imieniu. Mów zresztą, jak ci się podoba. 

— O co pani idzie? — powtórzył Henryk niecierpliwie. 
— O ciebie! o ciebie mi idzie! 
Zbliżyła się ku niemu i spojrzała mu wyzywająco wprost w oczy: 
— Kochałam cię, a ty wtedy kazałeś zamknąć przede mną drzwi, a kiedy się nastraszyłeś, 

przysłałeś  mi  tego  narwańca  —  mówiła  szybko,  wskazując  pogardliwym  ruchem  Juliusza, 
który taką zapłatę otrzymawszy za swoje dobre serce, smutnie kręcił głową. — Złamałeś mi 

background image

życie, złamałeś moją karierę i myślałeś, że się mnie łatwo pozbędziesz. To ci się jednak nie 
uda. 

— Proszę tak nie krzyczeć! 
— Będę  krzyczała…  Niech  cały  świat  dowie  się,  jak  skrzywdziłeś  biedną  dziewczynę. 

Skrzywdziłeś mnie! Ohydnie mnie skrzywdziłeś! 

Oczy jej napełniły się łzami wielkiego nad sobą rozczulenia: podniecenie opadło jak fala ł 

rozlało się chlipiącą skargą. 

— Ja ci to wszystko przebaczę—mówiła ciszej — ale wróć do mnie. 
— Nie mam zamiaru — od rzekł Henryk cicho. — Nie mogę. 
— Błagam cię: wróć do mnie. Ja naprawdę ciebie kochałam. Nie chcę niczego, niczego nie 

żądam, tylko wróć do mnie… Henryku, ja ciebie kocham do tej chwili… Nie myśl, że jestem 
pijana…  Nie  śmiej  się…  Piłam,  aby  o  tobie  zapomnieć,  ale  kiedy  cię  tak  nagle  ujrzałam, 
wszystko we mnie na nowo odżyło. Henryku, ożeń się ze mną. 

Henryk spojrzał na nią, jak gdyby nagle postradała zmysły. 
— Choć na pół roku, choć na miesiąc… choć na dwa tygodnie… Więcej mi nie potrzeba, a 

potem sobie pójdę. 

— Wystarczą pani dwa tygodnie? — zaśmiał się Henryk niepewnie. — A w jakim celu? 
— To moja sprawa. 
— A potem zajmie się panią pan Szarota? 
Ina  Torres  zmrużyła  oczy  i  spojrzała  na  niego  złym  wzrokiem.  Henryk  drżał  ze 

zdenerwowania i widać było, że go gniew zaczyna ponosić. 

— Spokojnie! spokojnie! — szepnął Juliusz. 
Henryk jednak, nie zwracając na niego uwagi, szybkim ruchem wdział futro i chwycił w 

rękę kapelusz. Ina Torres cofnęła się o krok i stanęła we drzwiach, blada i dygocąca. 

— Proszę mnie puścić — krzyknął Henryk zduszonym głosem. 
— Jesteś podły — odpowiedziała mu Torres, jak gdyby odgrywając swoją wielką scenę. 
— Po raz ostatni mówię: proszę mnie puścić. 
— A co potem? 
— Usunę panią siłą… 
— Niech pan spróbuje! Tchórzu! 
— Czyście poszaleli? — krzyknął Juliusz. — Henryku! 
Henryk uczynił nagły ruch, jak gdyby chciał ją odepchnąć, wtedy Ina Torres cofnąwszy się 

otworzyła szybko torebkę i w jej ręce zamigotał rewolwer wymierzyła go w piersi Henryka. 

— Przejdź teraz! — krzyknęła z teatralnym patosem. — Mam go na ciebie od dawna. 
Henryk usłyszał poza sobą zduszony okrzyk Juliusza: „Jezus, Maria!”; w nagłym porywie 

gniewu skoczył ku Torres i chwyciwszy ją za ręce zaczął się z nią zmagać, aby wytrącić broń, 
którą  trzymała  kurczowo.  Juliusz,  stojąc  za  jego  plecami,  nie  mógł  się  zbliżyć,  gdyż  drzwi 
były  zbyt  wąskie,  nie  widział  więc,  że  podczas  szamotania,  wykręcona  prawa  ręka  Torres 
skierowała lufę rewolweru ku jej lewej piersi. W mrocznym korytarzu załomotał strzał. Urwał 
się  jakiś  krzyk,  jak  rozbite  nagle  szkło.  Ina  Torres  upadła  w  tył.  Juliusz  gwałtownym 
szarpnięciem  wciągnął  Henryka  do  pokoiku,  a  sam,  pochyliwszy  się,  podniósł  z  podłogi 
rewolwer i zdołał krzyknąć zdławionym głosem w stronę Henryka: „Elżunia! Pamiętaj!”. 

Wszystko to odbyło się w jednej sekundzie. 
W  następnej  rzucono  się  ze  wszystkich  stron:  jedni  podnosili  zakrwawioną  i  bladą  jak 

widmo dziewczynę, inni chwycili pod ręce Juliusza, wyrywając mu broń z drżącej ręki. Ktoś 
z  niedawnego  towarzystwa  Torres  chciał  go  uderzyć  w  twarz,  ktoś  inny  zatrzymał  tę  rękę. 
Podniesiono dziewczynę i ułożono na kanapie w najbliższym pokoju, rozległy się wołania o 
lekarza i o policję, jakaś pani z przerażonymi oczyma zaczęła zawodzić, ktoś nerwowo tłukł 
ręką w aparat telefonu. 

— Żyje…jeszcze żyje… — wołano z pokoju, w którym ułożono Torres. 

background image

— Pogotowie! Lekarza! 
— O Boże, o Boże! — łkała jakaś złota kobieca głowa. 
— Policja, idzie policja! — wołano w korytarzu. Henryk wyszedł z pokoiku bardzo blady, 

chwiejąc się na nogach. Nie mógł się jednak docisnąć, gdyż z drugiej strony wchodził lekarz i 
ludzie  z  noszami,  lecz  widząc,  że  dwaj  policjanci  chwytają  Juliusza  pod  ręce,  przedarł  się 
przez zbitą gromadkę i krzyknął: 

— Proszę go puścić, to nie on strzelił! 
Oficer policji, kierujący urzędową czynnością, zwrócił się szybko ku niemu. 
— A któż, jeżeli nie on? — zapytał. 
Henryk zawahał się i jakby połknął krótkie słowo, które już miał wymówić. 
— Nie wiem… nie wiem… — rzekł z trudem, spotka—wszy się z mocnym, nakazującym 

spojrzeniem Juliusza, który, zwróciwszy się do oficera, mówił dobitnie: 

— Ten pan jest pijany. Był ze mną poprzednio w gabinecie, nie mógł więc widzieć, co się 

stało na korytarzu. 

— Więc pan przyznaje, że pan strzelił? 
— Szamotałem  się  z  panną  Torres  i  rewolwer  wypalił  przypadkiem  —  odrzekł  Juliusz 

spokojnie. 

Doraźne śledztwo było krótkie, dziesięciu bowiem świadków mogło przysiąc, że widziało 

Juliusza  natychmiast  po  wystrzale  z  rewolwerem  w  ręku,  pochylonego  nad  biedną  Torres; 
zapisano  nazwiska  ich  i  adresy,  wraz  z  nazwiskiem  Henryka,  i  polecono  opuścić  miejsce 
dramatu. 

— Pójdziemy! — rzekł oficer, skinąwszy na policjantów strzegących Juliusza. 
Juliusz uczynił krok, nagle jednak zatrzymał się. 
— Panie komisarzu — rzekł cichym głosem — czy mogę prosić o jedną łaskę? 
— Proszę mówić! — odparł szorstko komisarz. 
— Niech pan się dowie, jaki jest stan tej kobiety. Nie odejdę stąd, zanim się nie dowiem. 
Tamten  wzruszył  ramionami  i  odszedł.  —  Rana  nie  jest  ciężka  —  rzekł,  wróciwszy  po 

chwili. — Będzie żyła. Zaraz ją zabiorą do szpitala. 

— Dzięki  Ci,  Boże!  —  odetchnął  Juliusz  z  całej  piersi.  Wyprowadzono  go  jednymi 

drzwiami,  drugimi  zaś  wyniesiono  perłowo  bladą  Torres  na  noszach.  Na  podłodze  została 
ciemnordzawa plama z jej krwi. 

Henryk  wyszedł  za  tym  milczącym  pochodem  i  patrzył  błędnym  spojrzeniem,  jak  ją 

wnoszą do obszernego wozu ostrożnie i troskliwie. Dokoła zebrała się gromadka ciekawych, 
zachłannie  zawsze  każdemu  przyglądających  się  nieszczęściu.  Juliusza  uwieziono  w  inną 
stronę. Po chwili został sam. 

W głowie szumiało mu jak we młynie: ciężki kamień tarł każdą jego myśl na miazgę, tak 

że nie mógł żadnej ocalić w jej pełni ł przyjrzeć się jej rozważnie. Krótka scena zakończona 
wystrzałem, jak kropką z kuli, zaczęła się rozgrywać w jego mózgu na nowo, w zwolnionym 
tempie:  obrazy  były  mętne,  jak  gdyby  dalekie,  i  miały  barwę  czerwoną.  Z  tego  kłębowiska 
wychynęła  wreszcie  jedna  myśl,  którą  mógł  pojąć  i  którą  łapczywie  schwytał  w  locie: 
nieszczęśliwa  dziewczyna  będzie  żyła.  Słyszał  te  słowa  i  słyszał  pełne  wielkiej  ulgi 
westchnienie Juliusza. Co on uczynił? Po co to uczynił? Poświęcił się za niego, lecz ofiara ta 
była przecie nierozumna, bo Torres wyzna prawdę, on zaś, zaklęty imieniem Elżuni, nie pojął 
tego od razu i dopuścił do nikczemności. Postąpił wstrętnie, że się zgodził na to zastępstwo. 

Zaczął  myśleć  coraz  jaśniej  i  boleśniej.  Zawrócił  myślą  aż  do  początku  historii  i  poczuł 

nagłą złość w stosunku do Garsza i  do jego na pół  zwariowanej  żony;  z tej złości wywiódł 
natychmiast nową i zaczął drżeć pomyślawszy, że Juliusz zmusił go do tchórzostwa; historia 
stanie się głośna, wszystko wyjdzie na jaw, a jemu nie poda nikt ręki. Poczuł, że jego czoło 
zrosiło  się  potem.  Nakazał  sobie  spokój  i  usiłował  opanować  rozdygotane  nerwy.  Zadawał 
sobie pytania i odpowiadał sam sobie. Czego chciał Juliusz? Chciał go wyłączyć ze sprawy i 

background image

razem z nim wydobyć z tego krwawego kręgu Elżunię, którą wiadomość o tej mętnej historii 
ugodzi w samo serce. Czy dobrze postąpił? Postąpił szlachetnie, lecz ta ofiara jego pogrąży. 
Może ma jakieś nieznane nadzieje, lecz są to nadzieje złudne, i Policja nie jest naiwna i nie 
znalazłszy  żadnego  związku  między  tym  starym  człowiekiem  i  Iną  Torres  znajdzie  jego,  a 
wtedy ohyda tchórzostwa stanie się dotkliwsza jeszcze. Ale nie to jest najgorsze. Klęską jest 
to, że zdradził przyjaciela, Juliusza, i że zdradził siebie; zdawało mu się, że już wyrósł duszą i 
że  się  wzniósł  ponad  szachrajską  małość,  nad  obłudę  i  kompromis,  że  zdobył  odwagę, 
wypracował  w  sobie  dzielność  i  prawość.  A  teraz  ukrył  się  w  norze  jak  zaszczuty  borsuk  i 
drży,  pozwalając,  aby  kto  inny  brał  na  siebie  krew.  Dlatego  przede  wszystkim  nie  będzie 
śmiał  spojrzeć  w  oczy  czystej  dziewczyny,  która  z  taką  w  niego  wiarą  przysięgła  mu 
niedawno  miłość  aż  do  śmierci.  Stary  człowiek  nie  zastanowił  się  zapewne  nad  tym  w 
tragicznym pośpiechu, kiedy nie było czasu na rozumowanie, a przecie sam go nauczał, jak 
należy czynić, aby czyn każdy nie leżał w prochu i błocie, lecz rósł ku niebu. Juliusz, serce 
wielkie, ma w sobie słodycz dziecka i postąpił jak dziecko. Będzie teraz zmyślał poczciwie i 
niezręcznie i sam utonie, chcąc uratować tonącego. Lecz chciał dobrze, chciał dobrze… 

Henryk  poczuł  od  razu  przypływ  wzruszenia,  którym  jak  święconą  wodą  pokropił 

niedawną złość; nieświadomie, w zamęcie i rozedrganiu myśli, chciał nią zapewne sam przed 
sobą  wytłumaczyć  ową  czarną,  zamroczoną,  przelękłą  hukiem  strzału  i  jękiem  dziewczyny, 
chwilę swojej omdlałej słabości, podczas której zaparł się winy. Teraz tego nie chce. Wstydzi 
się  jej  i  chciałby  ją  wyrwać  z  czasu,  jak  cierń.  Gdyby  to  nie  była  późna,  daleko  już  poza 
północ chyląca się noc, poszedłby do Elżuni i na klęczkach wyznałby przed nią wszystko: że 
na  jego  życiu  leżały  mroczne  cienie,  że  dzisiaj  jeden  przed  nim  z  nagła  się  ukazał  i  żądał 
rachunków  i  że  upadł  skrwawiony,  ale  nie  z  jego  winy.  Wystrzał  był  przypadkiem,  złym, 
ponurym  przypadkiem,  bez  udziału  jego  woli.  Za  fatalność  nie  może  przecie  odpowiadać 
człowiek — wobec niej bezbronny. Szedł bez celu krokiem powolnym, jak gdyby wlókł za 
sobą wielki ciężar. Śnieg padał cicho wielkimi płatami na czerń nocy, jak gdyby płakał nad jej 
opuszczeniem.  Ulice  były  puste  i  martwe  jak  spętane  lodem  rzeki.  Henryk  rozejrzał  się  i 
spostrzegł,  że  zawędrował  do  odległej  dzielnicy,  w  której  nigdy  nie  był,  więc  zawrócił  ku 
wnętrzu miasta. Już był spokojny i utwierdził w sobie postanowienie, jakby wbił w serce pal i 
ciężką  myślą  uderzał  w  jego  głowicę.  Zaciął  usta,  jakby  w  obawie,  że  zacznie  znowu 
rozmowę  z  samym  sobą  i  będzie  na  nowo  ze  wszystkich  stron  rozpatrywał  sprawę  jasną  i 
zwykłą. 

— Nie będę nikczemnym! — rzekł przed chwilą głośno i tymi słowami zakończył długie 

rozważania. 

Zdawało mu się, że te słowa skrzepły na mrozie i już nie odtają. 
Błąkał  się  długo,  zanim  zdołał  trafić  w  krętą  uliczkę  i  zanim  stanął  przed  urzędem 

śledczym, dokąd, wedle wszelkiego prawdopodobieństwa, zawieziono Juliusza. Zadzwonił i 
czekał  z  zapartym  oddechem.  Kiedy  mu  otworzono  i  zapytano,  czego  tu  szuka  o  godzinie 
drugiej  po  północy,  oznajmił  dobitnie,  że  chce  złożyć  świadectwo  i  naprawić  nieszczęsną 
pomyłkę. 

— Jutro o dziewiątej! — odpowiedziano mu. 
— To bardzo ważna sprawa — odrzekł gwałtownie. 
— W tej chwili nikt pana nie przesłucha. Niech się pan zgłosi rano. 
Henryk  stał  przed  drzwiami  i  dygotał;  po  chwili,  jak  gdyby  nagłe  powziąwszy 

postanowienie, zwrócił się szybko ku domowi, aby tej nocy jeszcze napisać do Elżuni list. 

background image

XX. 

 
Po  krótkich  formalnościach  osadzono  Juliusza  we  wspólnej  celi  w  areszcie  śledczym, 

ruchliwej, jak bardzo uczęszczany hotel dla wszystkich stanów i wszystkich wyznań; odniósł 
wrażenie,  że  został  zachłannie  połknięty  przez  paszczę,  opatrzoną  stalowymi  zębami  i 
szczelnie się zamykającą. Przysiadł na zydlu i rozejrzał się. W celi było dwóch jeszcze ludzi, 
którzy  odpoczywali  beztrosko,  jakby  w  wąskim  przesmyku,  za  którym  znajdzie  się  albo 
wyjście  na  szeroką  dolinę,  albo  przepaść,  na  której  dnie  trzeba  będzie  przebyć  lat  kilka. 
Historia z Iną Torres odbyła się koło północy, w tej chwili mogła być godzina może pierwsza 
—  Juliusz  nie  posiadał  zegarka,  a  gwiazd  stąd  nie  było  widać  nigdy;  to  było  pewne,  że  do 
rana jest jeszcze daleko, więc aż nadto  wiele ma czasu, aby się zastanowić nad tym,  co się 
stało i co się stanie. 

To,  co  się  stanie,  nie  może  być  gorsze  od  tego,  co  się  odbyło  w  jednej  sekundzie,  gdy 

wystrzał i dotkliwy jęk Torres splotły się w jeden krzyk, wołający śmierci. Z serca spadło mu 
ciężkie brzemię, kiedy się dowiedział, że nieszczęśliwa dziewczyna będzie żyła; dlatego jest 
w  tej  chwili  spokojny,  płakałby  bowiem,  gdyby  było  inaczej.  Postąpiła  głupio  i 
nieprzytomnie,  lecz  tej  kolorowej,  ptasiej  duszyczce  zdawało  się  zapewne,  że  nie  może 
innego  znaleźć  argumentu:  była  podniecona,  a  spotkanie  było  zbyt  nagłe  i  nieoczekiwane. 
Współczuł  z  nią  z  całego  serca  i  bolał  nad  tym  stworzeniem,  oślepłym  wśród  jaskrawych 
świateł wielkiego miasta, wychowanym w jego dżungli i wśród jego bagien, obałamuconym, 
opętanym  przez  niedościgłe  marzenia  i  zatrutym  tymi  oparami,  co  się  snują  przez  zaułki 
udanego  życia.  Ona,  z  rewolwerem  w  ręku,  była  tylko  chorą  na  teatralny  obłęd  statystką, 
reżyserem  natomiast  był  kto  inny:  cała  gromada  Zyndramów,  Szarotów  i  im  podobnych 
demonów  z  przedmieścia,  Mefistofelesów  z  odstającymi  uszami  i  niebieskich  ptaków. 
Dziesiątki  i  setki  takich  jak  ona  zapadło  w  grzęzawisko  i  nie  stać  je  już  nawet  na  łzy,  aby 
opłakać  cichą  śmierć  purpurowych  marzeń;  Torres  oblała  je  własną  krwią.  Biedne  dziecko. 
Miła Karolcia Ćmielówna, która chciała być Carmencitą… Oby tylko nie cierpiała bardzo… 

Wziął  na  siebie  winę  nieszczęścia  w  nieuświadomionym  porywie  poświęcenia.  Henryk, 

błądząc po zaśnieżonych ulicach doszedł do tego samego wniosku, który się jemu w tej chwili 
odsłania z powijaków myśli: poświęcenie to nie przyda się na nic. Wtedy jednak, pochylony 
nad  Iną  Torres,  nie  zdawał  sobie  z  tego  sprawy,  wiedział  tylko,  że  musi  zająć  miejsce 
Henryka, aby go chociaż na najbliższą przyszłość odsunąć z tego krwawego koła, w którym, 
w rozbłysku nagłego jak błyskawica przerażenia, ujrzał i Elżunię. Nazwisko Henryka byłoby 
bombą, co wybucha z hukiem, i sprawa, która w związku z nim, starym, nikomu nie znanym 
człowiekiem, może utonąć w powodzi codziennych zdarzeń wielkiego miasta, w połączeniu 
ze Stalińskim stałaby się sensacją. Może więc to nieprzemyślane, porywcze poświęcenie tyle 
tylko zdziała, że będzie czas na przygotowanie Elżuni, a dzienniki poranne doniosą treściwie i 
na nie dość widocznym miejscu wiadomość o całej awanturze. 

Juliusz  —  nie  wiedząc,  że  Henryk  pisze  w  tej  chwili  list  do  Elżuni  i  spowiada  się  jej  ze 

wszystkiego,  a  roztropny  praktyk,  właściciel  knajpy,  krąży  od  redakcji  do  redakcji  i 
wybłaguje miłosierne milczenie w słusznej obawie, że lokal, w którym do kieliszków padają 
kule,  nie  może  być  dochodowym  przedsiębiorstwem  —  rozmyślał,  co  ma  powiedzieć 
władzom. Oskarży fatalny przypadek i siebie wymieni jako mimowolnego sprawcę. Sprawa 
nie  jest  jednak  tak  prosta,  bo  strzał  mógł  być  przypadkiem,  lecz  nie  był  nim  rewolwer.  Kto 
komu groził rewolwerem? Juliusz począł trzeć czoło… Postawi siebie w miejsc Henryka, lecz 
kto zastąpi Inę Torres? Ktoś przecie musiał wydobyć broń, a kto ją wydobył? 

— Trzeba  będzie  ratować  i  ją  także  —  pomyślał.  —  Obawiam  się,  że  ze  sprawy  jasnej 

uczyniłem historię nazbyt zawiłą. Nie jestem stworzony na zbrodniarza. 

background image

Wzruszył  bezradnie  ramionami  i  czekał  dnia,  jak  gdyby  w  jego  świetle  mógł  znaleźć 

wyjście  z  plątaniny;  nie  chciał  myśleć  o  tym,  że  zagmatwawszy  się  w  kłamstwo,  którym 
gardził, będzie je teraz snuł bez końca. Zamknął oczy, aby nie widzieć tego, co wciąż przed 
jego  snuło  się  spojrzeniem:  bladej  jak  śmierć  Torres,  drżącego  Henryka  i  gromadki 
przerażonych  ludzi.  Oparł  łokcie  na  kolanach,  a  twarz  ukrył  w  rozwartych  dłoniach,  jak 
gdyby  ciążyła  mu  głowa,  pełna  zamętu,  więc  ją  podtrzymuje.  Przedrzemał  w  ten  sposób 
resztę  nocy  i  dopiero  ołowiany,  szary  dzień,  wciskający  się  przez  szczeliny  opancerzonych 
okien,  zbudził  go  zimnym  dreszczem.  Juliusz  obudził  się,  jakby  z  ciężkiego  odrętwienia,  i 
szczerze  zdumionym  wzrokiem  rozejrzał  się  po  celi,  jak  gdyby  nie  mógł  pojąć,  skąd  się  tu 
wziął. Spotkał się z życzliwym spojrzeniem człowieka, który strząsał z siebie resztki snu, jak 
pies, co wyjdzie z wody, otrząsa ją z siebie niecierpliwie; dżentelmen odziany był jak strach 
na  wróble,  który  ożył  i  na  patykowatych  nogach  zawędrował  do  kryminału.  Wytarty  jak 
drobna moneta, szybko krążąca na ludnym targowisku, wyglądał jednak bardzo poczciwie i 
tylko  sprytne  oczy  zdawały  się  świadczyć,  że  niepozorny  człowieczek  posiada  wyborne 
powody  do  znajdowania  się  w  miejscu  ściśle  odosobnionym.  Obejrzał  Juliusza  dokładnie  i 
zmrużywszy  figlarnie  jedno  oko  wydał  z  siebie  głos  niespodziany,  bo  nazbyt  opasły  w 
stosunku  do  swojej  drobnej  osoby,  jak  gdyby  cienki  flet  zagadał  niskim,  dychawicznym 
głosem wielkiej trąby. 

— Pan przesiedział tak przez całą noc? 
— Tak  —  odrzekł  Juliusz,  raczej  skinieniem  głowy  niż  głosem.  Człowieczek  spojrzał 

pilnie na jego ręce. 

— Kasiarz? — zapytał cicho. 
— Nie, nie kasiarz. 
— Może dyrektor banku? 
Juliusz nie odpowiadał, co wytartej osobistości wcale nie dotknęło. 
— Nie  znam  pana  i  nigdy  pana  nie  widziałem.  Pan  pewnie  pierwszy  raz.  Z  pewnością 

nawet pierwszy raz. Ja dwudziesty piąty. 

Juliusz spojrzał na niego z nagłą ciekawością. 
— Czy to możliwe? — zapytał z niedowierzaniem. 
— Przy wprawie wszystko jest możliwe. Trzeba tylko mieć ambicję i wcześnie zacząć. Nie 

rozumiem, jak pan mógł rozpocząć karierę na stare lata, bez przygotowania i doświadczenia. 
Pewnie pan od razu wpadł? 

— A pan ze swoim doświadczeniem? — mimo woli uśmiechnął się Juliusz. 
— Ja  nie  bardzo  ukrywałem  się,  bo  zima  będzie  ciężka,  więc  mi  potrzebny  jest  dobrze 

ogrzany lokal. Teraz cokolwiek dłużej posiedzę, bo zadusiłem babę… 

— Co pan zrobił? — zapytał Juliusz ze strachem. 
— Mówię panu — odrzekł niepozorny człowieczek, ziewając — zadusiłem babę. Ostatnim 

razem  dali  mi  trzy  lata,  więc  była  spokojna,  że  wcześniej  nie  wrócę.  To  była  taka 
przyszywana  żona.  A  mnie  tymczasem  po  roku  wypuścili  na  urlop  zdrowotny,  bo  miałem 
podwyższoną temperaturę i cokolwiek przybladłem; przychodzę do niej z radością w sercu, a 
tam  już  na  moim  miejscu  siedział:  kto  inny.  Czy  to  ładnie?  Niech  pan  sam  powie! 
Przemówiłem  jej  do  sumienia,  a  potem  okręciłem  ręcznikiem  szyję  i  biedactwo  było  w 
krótkim czasie niezdolne do zdradzenia uczciwego człowieka. Wczoraj tutaj zawędrowałem, 
a dzisiaj lub jutro powiozą mnie na stałe mieszkanie. Nie ma pan przypadkiem papierosa? 

— Nie mam — jęknął Juliusz, patrząc na niego z lękiem. 
— To szkoda. Co się panu stało? 
Najbardziej  zdumione  zdumienie,  wyrażone  od  razu,  za  jednym  zamachem  przez 

wszystkie  połączone  oznaki,  jakimi  się  zazwyczaj  objawia,  odmalowało  się  na  twarzy 
Juliusza. Utkwił wzrok w trzeciej postaci zamieszkującej w przelocie ten ściśle odosobniony 
lokal i patrzył, jak urzeczony, czy go nie łudzi igraszka światła, pomieszanego z mrokiem jak 

background image

mleko z kawą; przekonawszy się jednak, że widmo, obudzone ze snu, przeciąga się i ziewa, 
okazując w ten sposób nawyki człowieka z ciała i kości, zapalił nabój zdumienia i wystrzelił 
jednym słowem: 

— Szarota! 
Tamten  od  razu  oprzytomniał,  jakby  przypalony  gorącym  żelazem,  spojrzał  spode  łba  i 

rzekł lekceważąco: 

— I cóż w tym dziwnego, święty oberwańcze? 
Żółty człowieczek zachichotał takim nieprzyjemnym chichotem, jaki wydaje pocisk lecący 

przez powietrze. 

— To panowie się znają? Miło jest czasem spotkać przyjaciela… 
— Cicho pan bądź! — burknął Szarota. — To moja rzecz i tego pana. 
Morderca z podniesioną temperaturą spojrzał na niego słodko. 
— Jak  pan  uważa,  panie  hrabio;  ja  się  do  kompanii  nie  napraszam,  chciałem  tylko 

subtelnie  wziąć  udział  w  radości  spotkania.  Góra  z  górą  się  nie  zejdzie,  ale  człowiek  z 
człowiekiem w kryminale bardzo często. Ale widzę, że nie trzeba być delikatnym. 

Odwrócił się rozżalony i zadarłszy głowę patrzył, jak się zimowy dzień skisła strugą mleka 

wlewa przez otwór nad oknem. 

Szarota  nie  zwracając  na  niego  uwagi  mówił  nadąsany:  —  Nie  powinienem  w  ogóle 

rozmawiać z panem, ale skoro się tak stało, że los nas zetknął, muszę panu oznajmić, aby się 
pan zbytnio nie cieszył, że dostałem się tu przypadkiem, przez pomyłkę, i nikt mi nic zrobić 
nie może. 

— Ja  się  wcale  nie  cieszę  —  odrzekł  Juliusz.  —  Głośno  się  tylko  zdumiałem,  że 

sprawiedliwość boska jest taka, wbrew przysłowiu, rychliwa. Za co pana zamknęli? 

— Czy człowiek niewinny może na to ściśle odpowiedzieć? Zostałem podstępnie wplątany 

w  sprawę  fałszywej  sprzedaży  majątku  jakiejś  starej  wiedźmy,  co  udawała  głupią,  a  w 
ostatniej chwili narobiła gwałtu, jakby ją kto dusił. 

Mizerny morderca, usłyszawszy o operacji duszenia, uśmiechnął się przyjemnie do swoich 

niedawnych wspomnień. 

— A pan, oczywiście, nie brał w tym udziału? — zapytał wesoło Juliusz. 
— Powtarzam panu, że jestem niewinny, a dlatego z panem gadam, że może pan wcześniej 

stąd  wyjść  ode  mnie,  więc  nie  chcę,  aby  pan  psy  na  mnie  wieszał.  Nic  o  tej  sprawie  nie 
wiedziałem,  ponieważ  jednak  umiem  obracać  siew  towarzystwie  i  posiadam  niezgorsze 
maniery,  dałem  się  nieświadomie  użyć  jako  narzędzie  do  pertraktacji  z czarownicą,  niejaką 
Lepańską… 

— Z kim? z kim? — zakrzyknął Juliusz. Szarota spojrzał na niego niecierpliwie. 
— Z  niejaką  Lepańską.  Niech  diabli  porwą  tę  sowę!  Najsprytniejsi  specjaliści  chcieli 

orżnąć  babę,  a  baba  orżnęła  najsprytniejszych  specjalistów  na  parę  dobrych  tysięcy,  bo  jej 
posyłali bardzo kosztowne podarunki, aby ją omamić, a ona wszystko wzięła, na wszystko się 
godziła, a potem tak zaplątała cały interes, że oni siedzą, a ona śmieje się w kułak. 

— To wspaniała wiedźma! — uśmiechnął się Juliusz. 
— Pan ją zna? 
— Cokolwiek… I ona pana kazała zamknąć? 
— Mnie przede wszystkim; ja bywałem u niej i kilka razy przynosiłem jej kwiaty, zamiast 

jej raz przynieść cyjankali albo strychninę. Powiadam panu, że jeden młody adwokat da radę 
setce starych diabłów, ale stu starych adwokatów nie da rady tej złośliwej mumii. O niczym 
nie  wiedziałem,  nie  miałem  złych  zamiarów  i  za  to  siedzę.  Rozumie  pan  teraz?  Pan  był 
względem  mnie uprzedzony i  widząc mnie tutaj  mógłby pan tryumfować, więc radzę panu, 
aby pan tego nie robił. Jestem niewinny! 

— Chi! Chi! — zachichotał boa–dusiciel. 

background image

Szarota  spojrzał  z  wściekłością  w  jego  stronę  i  chwycił  ręką  za  stołek,  jakby  —  chcąc 

wyręczyć  sprawiedliwość  —  postanowił  roztłuc  mu  czaszkę;  dał  jednak  spokój,  gdyż 
posłyszał szmer u drzwi, rzekł więc szybko: 

— Zapowiadam panu, że gdyby pan, wyszedłszy stąd przede mną, powiedział o mnie choć 

jedno  złe  słowo,  ciężko  pan  tego  pożałuje.  A  gdyby  pan  nie  był  starym  urwipołciem,  co 
urządza ze wszystkiego kpiny, mógłby mi pan uczynić wielką przysługę… Czy mogę pana o 
coś poprosić? Jesteśmy w tej samej celi i powinniśmy sobie pomagać. Zapomnijmy o tym co 
było,  bo  wobec  dzisiejszego  naszego  położenia  są  to  drobiazgi.  Czy  mogę  mówić  z  panem 
poważnie? 

— Zamieniam się w posąg! 
Szarota nachylił się ku niemu i mówił przyciszonym głosem: 
— Obawiam  się,  że  będę  ofiarą  i  dłużej  tutaj  posiedzę,  bo  ta  hołota,  moi  przyjaciele, 

będzie usiłowała wszystko zwalić na mnie; oni  pofałszowali weksle, a ja będę cierpiał. Pan 
przywędrował tu zapewne za jakąś małą kradzież — może pan okradł Stalińskiego, co? — i 
prędko  pana  wypuszczą.  Otóż,  jeżeli  tak  będzie,  niech  pan  za  te  wszystkie  impertynencje, 
które mi pan wyrządził, pójdzie natychmiast do Iny Torres i powie jej… 

— Chwileczkę, miły panie — przerwał mu Juliusz. 
— Ja  zawędrowałem  tutaj  nie  za  małą  kradzież,  lecz  za  nieco  grubszą  awanturę:  za 

usiłowane zabójstwo. 

— Niemożliwe!  —  ze  szczerym  zdumieniem  zakrzyknął  Szarota.  —  Kogo  pan  chciał 

zabić? 

— Inę Torres — odpowiedział Juliusz poważnie. 
— Pan?! pan! Ależ pan kłamie! 
— Niestety, nie kłamię — rzekł Juliusz. 
— Zdarza  się  —  wtrącił  grubym  głosem  cienki  morderca,  jak  gdyby  niedoświadczonym 

ludziom chciał wytłumaczyć zawiłość zagadek życia. 

W  tej  chwili  szczęknęły  rygle,  jak  gdyby  ktoś  żelazną  kłapnął  szczęką. Wszedł  dozorca, 

pilnie  obejrzał  celę,  przyjrzał  się  bacznie  skromnie  uśmiechniętemu  dusicielowi,  potem, 
położywszy rękę na ramieniu Juliusza, dał mu znak głową, aby poszedł za nim. 

Juliusz  podniósł  się  i  skinąwszy  głową  w  nieokreślonym  kierunku,  szedł  bez  słowa,  jak 

duch szlachetnego Egipcjanina, co idzie na sąd Ozyrysa. 

background image

XXI. 

 
Sędzia  śledczy,  usłyszawszy  prawdziwe  nazwisko  Juliusza,  zdumiał  się  tak  samo  jak 

kiedyś  Henryk;  uważnie  przejrzał  dokument  i  bacznie  przyjrzał  się  staremu  człowiekowi. 
Juliusz, poczuwszy spojrzenie mądre, bystre i ostre jak nóż chirurgiczny, stropił się na chwilę, 
natychmiast jednak począł stroić nonszalanckie miny zawodowego bandyty, jak gdyby chcąc 
jasno okazać, że żadna zbrodnia nie jest mu obca i że morderstwo uważa za sprawę pospolitą. 
Udawał  nawet,  że  się  uśmiecha,  uśmiech  ten  jednakże  był  cokolwiek  błędny  i  bardzo 
niepewny. Zapytany łagodnym głosem o przebieg dramatycznej sceny, jęknął w głębi duszy i 
pomyślał: 

„O, Boże, zakryj rękami twarz, bo będę łgał”. 
Zaczął  mówić  z  lekceważącym  spokojem,  lecz  już  po  chwili  zrozumiał,  że  każde  jego 

słowo,  które  miało  być  granitowe,  drży  jak  galareta  i  że  on  sam  usiłuje  przejść  przez 
trzęsawisko,  w  które  zapada  się,  niosąc  na  ramionach  Inę  Torres.  Sędzia  słuchał  pilnie  i 
patrzył  mu  bezustannie  w  oczy,  jak  gdyby  —  zupełnie  jawnie  lekceważąc  jego  słowa  — 
chciał  przez  nie,  jak  przez  szyby,  ujrzeć  prawdę  w  jego  duszy.  Juliusz  zdążał  rozpaczliwie 
przez  gąszcz  opowieści  do  wydobycia  z  siebie  zbrodniarza  i  kluczył  niezdarnie,  jak 
niedoświadczony  i  po  raz  pierwszy  goniony  zając.  Opowiadał,  że  jadł  wieczerzę  ze  swoim 
przyjacielem,  że  bardzo  wiele  pili,  że  Ina  Torres,  mając  do  niego  pretensję  za  nieudolnie 
napisany  scenariusz,  podrażniła  jego  ambicję  i  wyraziła  się  o  nim  lekceważąco,  on  zaś,  w 
najwyższym  stopniu  podniecony,  w  zamroczeniu  umysłu  zagroził  jej  rewolwerem,  a  kiedy, 
chcąc  mu  go  wyrwać  z  ręki,  zaczęła  się  z  nim  szamotać,  stało  się  nieszczęście,  bo  broń 
przypadkiem  wypaliła.  Wobec  tego  on  jeden  jest  winny  i  poniesie  każdą  karę,  prosi  tylko 
pana sędziego, by sprawie nie nadawano rozgłosu, ze względu na dobrą sławę tej dziewczyny, 
tak  okrutnie  przez  niego  skrzywdzonej  i  ze  względu  na  znane  nazwisko Stalińskiego,  który 
był mimowolnym i całkowicie biernym uczestnikiem zajścia. 

Opowieść ta trwała długo i mieniła się kolorowo, połowa słów bowiem była blada i drżąca, 

druga zaś rumieniła się, jak źle przygotowane kłamstwo: padał na nią deszcz z kropel potu, 
który zrosił miedziane i wytarte czoło wytrawnego zbrodniarza, usiłującego hardo spojrzeć w 
marmurowe oblicze prawa; zatwardziały ten człowiek nie był jednak pewnym skutku swojej 
przemowy,  gdyż  odetchnąwszy,  z  wielkim  lękiem  spojrzał  nieznacznie  na  sędziego,  aby 
chytrze wybadać, czy go należycie przekonał. Zdziwił się, ujrzawszy na jego twarzy litościwy 
uśmiech,  z  jakim  mądry,  ze  wszystkimi  łgarstwami  otrzaskany  nauczyciel  słucha 
nieprawdopodobnych zmyślań uczniaka. 

„Zdaje się, że mi nie wierzy” — pomyślał rozczarowany. 
Rozpoczął  przeto  opowiadanie po raz drugi,  podkreślając dramatyczne akcenty i  usiłując 

powtórzeniem  ruchów,  które  wywołały  wystrzał,  przekonać  sędziego,  słuchającego  w 
milczeniu, że inaczej być nie mogło; zaprawił drżący dotąd głos odrobiną goryczy więźnia, 
którego serce rozdzierają zakrzywionym ostrzem podejrzenia i któremu nie dają wiary, nawet 
wtedy,  kiedy  opowiada  prawdę.  Wytoczył  wreszcie  ciężką  skałę  opowieści  na  szczyt  góry, 
rozpaczliwym ruchem pchnął ją przed siebie i odetchnął bolesnym westchnieniem. 

— Bardzo  to  jest  zajmująca  historia  —  rzekł  wreszcie  sędzia.  —  A  czy  może  mi  pan 

powiedzieć, skąd pan wziął rewolwer? 

— Miałem go przy sobie — odrzekł Juliusz słabym głosem. 
— Czy go pan kupił? 
— Oczywiście… 
— A gdzie i kiedy? 
Juliusz  zmarszczył  czoło,  przypominając  sobie  z  trudem,  gdzie  i  kiedy  mogło  się  to 

zdarzyć. 

background image

— O, już dawno! — bąknął niepewnie. —  Zawsze noszę przy sobie rewolwer… Przecie 

nigdy nie wiadomo, co się może zdarzyć… Nie pamiętam tylko, gdzie go nabyłem. Sprzedał 
mi go jakiś nieznajomy… 

Sędzia, widząc coraz większe jego zakłopotanie, ulitował się nad nim i rzekł: 
— Po co pan to wszystko opowiada, kiedy pan nie umie kłamać? 
Juliusz spojrzał na niego niemal z rozpaczą. 
— Czy pan mi nie wierzy? 
— Oczywiście.  Od  pierwszego  słowa  opowiada  pan  bajki  i  zmyśla  pan  niestworzone 

historie. Po co pan to robi? 

— Zostałem przecież schwytany z rewolwerem w ręku! 
— Istotnie, coś jest jednak w nieporządku. Dlaczego pan strzelał? 
— Powiedziałem  już  panu:  w  obłędnej  furii.  Nachodzą  mnie  czasem  takie  nieprzytomne 

ataki wściekłości, że nie umiem nad sobą zapanować i czuję konieczność mordu. Jeśli mnie 
pan każe oddać pod obserwację, każdy psychiatra to potwierdzi. Bardzo mi żal, serdecznie żal 
panny Torres, ale nie mogłem inaczej postąpić. Zresztą, panie sędzio! Obowiązkiem pańskim 
jest znalezienie winowajcy, a ja dobrowolnie przyznaję, że ja nim jestem. Czy to nie proste? 

— Tak,  nawet  zbyt  proste.  Przyznaje  się  pan  zbyt  skwapliwie,  a  zmyśla  pan  zbyt 

niezręcznie. Kogo pan chce osłonić? Inę Torres, czy Henryka Stalińskiego? 

Niechże pan powie prawdę, bo tak czy owak jej dojdziemy Kto strzelał do tej dziewczyny? 
— Ja… przypadkiem… 
Sędzia wzruszył ramionami. 
— Jest  pan  starym,  siwym  człowiekiem,  a  ja  odnoszę  wrażenie,  że  rozmawiam  z 

dzieckiem.  Zbyt  dobrze  umiem  patrzeć,  aby  nie  widzieć,  co  się  z  panem  dzieje.  Bardzo 
kiepsko chce pan odegrać rolę mordercy, a mnie po raz pierwszy się zdarza, żeby udowadniać 
komuś, wbrew jego woli, że jest niewinny. Zaplątał się pan w niemądrą awanturę i ratuje pan 
niezręcznie kogoś, kogo pan sobą zasłania, a nie potrzeba do tego zbyt wielkiej bystrości, aby 
to wszystko wyczytać jak w książce w pańskich oczach i na pańskiej twarzy. 

Juliusz pochylił głowę, jak gdyby ją chciał osłonić przed ciężkim gradem; sędzia patrzył ze 

współczującą ciekawością na tego człowieka z jasną twarzą i pełnego szlachetnej godności, 
wikłającego  się  niezaradnie  i  w  sposób  tragikomiczny  w  smutną  historię  dla  jakichś  celów 
ukrytych.  Z  kilku  zaledwie  jego  słów  wyłuskał  pewność,  że  Juliusz,  nie  zdając  sobie 
całkowicie sprawy ze skutków swoich zeznań, w sposób wzruszająco naiwny, ze śmiesznym 
dodatkiem  przeraźliwych  min,  pragnie  na  siebie  jedynie  skierować  uwagę.  Takiego 
„zbrodniarza”  nie  spotkał  jeszcze  w  swej  praktyce,  więc  mimowolną  kierowany  litością 
rozmawiał  z  nim  niemal  dobrotliwie,  unikając  groźnych  słów,  wiedząc,  że  na  dnie  takiej 
jasnej  wody,  jak  oczy  tego  starego  człowieka,  dostrzeże  prawdę  bez  wysiłku. Jak  każdy,  co 
się  zetknął  z  Juliuszem,  przenikliwy  sędzia  też  poczuł  do  niego  sympatię  i,  nie  chcąc 
zadawaniem  pytań  pogrążać  jeszcze  bardziej  w  topiel  tej  bezbronnej,  rzewnie  śmiesznej, 
łagodnej figury, rozmyślał, jakim niegroźnym sposobem zmusi go do wyjaśnienia utajonych 
powodów jego dziecinnego postępowania. 

W tej chwili przyniesiono sędziemu karteczkę, którą odczytał z nagłym zainteresowaniem; 

kazał  odprowadzić  Juliusza  do  przyległego  pokoju  i  zapowiedział, że  go  wkrótce  wezwie  z 
powrotem. 

Juliusz  czekał  na  to  powtórne  wezwanie  około  godziny,  podczas  której  doszedł  do 

przekonania,  że  nie  tak  łatwo  jest  być  wybitnym  zbrodniarzem  i  że  misterne  kłamstwo  jest 
sztuką trudną; był niezadowolony i niepokoił się, czy w jakiś sposób nie naraził Iny Torres i 
Henryka.  Sędzia  wydał  mu  się  człowiekiem  zbyt  bystrym,  który  jednym  spojrzeniem  umie 
odróżnić  plewy  słów  od  ziarna,  a  całą  awanturę  potrafi  złożyć  z  okruchów  i  skorup,  jak 
rozbity garnek. 

background image

„Musiały  mnie  zdradzić  oczy  —  pomyślał  z  gniewem.  —  Gdybym  miał  czarne  okulary, 

sam diabeł nawet nie dałby mi rady. Dobrze, że mi dali wytchnąć, bo i tak zbyt wielka była to 
porcja  łgarstwa  jak  na  jeden  raz.  Moja  wina…  Potoczyłem  się  z  góry  jak  zlepek  śniegu  i 
wpadnę w przepaść już jako lawina… O, miła Elżuniu! Bóg mi przebaczy, bo to dla ciebie… 
Co to biedactwo sobie pomyśli, skoro mnie przez długi czas nie zobaczy? Henryk powinien 
jej powiedzieć, że wyjechałem w pod róż naokoło świata. Obawiam się tylko, że zanim mnie 
stąd wypuszczą, można by świat okrążyć ze sto razy.” 

Zaczął  zastanawiać  się  nad  tym,  jak  długo  będzie  musiał  posiedzieć  za  usiłowane 

zabójstwo, lecz przy braku doświadczenia, nie mógł znaleźć odpowiedzi na dręczące pytanie. 

— Zapytam tego mordercę, co zadusił żonę, taki musi chyba wiedzieć  — rzekł sobie. — 

Czuj duch! Idą po mnie… 

Kiedy  go  wprowadzono  po  raz  drugi  do  sędziego,  stanął  osłupiały,  jak  gdyby  piorun 

uderzył  tuż  przed  nim:  ujrzał  Henryka,  który,  blady  i  niewyspany,  przywitał  go  smutnym, 
pełnym tkliwości i jakby wymęczonym uśmiechem. 

— Wydało się! — pomyślał z rozpaczą. — Na nic wszystko… I jego też aresztowano. 
Spojrzał  na  sędziego  ciężkim  spojrzeniem  z  ołowiu,  pełnym  wyrzutu,  że  nielitościwie 

ściga  drugą  ofiarę,  mając  już  jedną  w  ręku.  Chciał  dać  znak  Henrykowi,  aby  się  nie 
przyznawał do niczego, choćby go brano na tortury. Henryk jednak odwrócił twarz i patrzył w 
inną stronę. 

— Panowie znają się prawdopodobnie? — zapytał sędzia Juliusza. 
Ten  spojrzał  na  niego  z  ojcowskim  pobłażaniem,  jak  jeden  homerycki  heros,  kiedy 

roztropnie  mówił  drugiemu:  „Jeżeli  wiesz,  to  czemu  pytasz?”  —  I  nic  nie  odpowiedział. 
Sędzia  przyjął  to  spojrzenie  do  wiadomości,  jak  niemą  odpowiedź  na  pytanie  retoryczne,  i 
mówił: 

— Pan zeznał, że ze swojego rewolweru strzelił pan przypadkiem do Iny Torres. Czy tak? 
— Tak zeznałem i tego zeznania nie cofnę — odrzekł Juliusz twardo i dumnie. 
— Doskonale.  Przyszedł  tu  jednak  pan  Staliński  i  twierdzi,  że  pan  nigdy  nie  miał 

rewolweru, że pan do nikogo nie strzelał i że pan w szlachetnym zamiarze poświęcenia się za 
kogo innego, usiłuje wziąć winę na siebie. Cóż pan na to? 

Juliusz  spojrzał  na  Henryka  z  bezmiernym  zdumieniem,  w  którym  jak  dalekie  światełko 

zamigotało  na  króciutką  chwilę  radosne  rozrzewnienie;  równocześnie  ostatnim  wysiłkiem 
chwycił za włosy swego ducha, tonącego w nieruchawej wodzie bezradności i postanowił raz 
jeszcze stanąć do walki. Zdobył się na brzękliwą i dotkliwą ironię, którą, jak ostrą trucizną, 
zaprawił jadowite pytanie: 

— A skądże ktokolwiek może wiedzieć o tym, czyja jestem zdolny do poświęcenia? Nie 

wiem, panie sędzio, co znaczą to słowo. I za kogóż to ja miałbym się poświęcać? 

— Za mnie — rzekł cicho Henryk. — Pan sędzia wie o wszystkim. Ja jestem winien i nikt 

inny.  Dziękuję  panu,  drogi  i  bardzo  kochany  panie  Juliuszu,  i  przepraszam,  że  pan  tutaj 
spędził noc. Niech mi pan daruje. 

— Ale ja stąd nie wyjdę! — zakrzyknął Juliusz z nagłą energią. — Po co pan tu przyszedł? 

Kto panu kazał? 

— Sumienie — odrzekł Henryk jasnym głosem. 
Juliusz  zbliżył  się  do  biurka,  za  którym  siedział  sędzia,  i  zaczął  mówić  cicho,  poufałym 

tonem, jak stary znajomy do swego bliskiego: 

— Panie! To jest obłąkany człowiek, albo jeszcze nie wytrzeźwiał. Niedowarzony mydłek, 

poeta…  fantasta,  co  pan  chce.  Niech  go  pan  każe  za  drzwi  wyrzucić,  bo  się  miesza  w  nie 
swoje sprawy. Ja go znam lepiej niż pan: to on się chce za mnie poświęcić, przecie to jasne. 
Niech pan jego zapyta, skąd wziął rewolwer, a zobaczymy, czy odpowie… Ja nie potrzebuję 
tego,  aby  mnie  ratował  ktoś,  kogo  się  o  to  nie  prosi.  Ja  gardzę  taką  niewczesną 

background image

litością…Sądzę, że pan uwierzy naocznym świadkom, a nie osobie, która wskutek nadużycia 
alkoholu posiada mętne wiadomości o całej sprawie. Wierzy mi pan? 

— Nie! — zaśmiał się sędzia. — Mógłbym pana posadzić na osobności za wprowadzenie 

w błąd sprawiedliwości, nie wiem jednak, czy mam sam to uczynić, czy odesłać pana do sądu 
dla nieletnich. Co pan wyprawia, na Boga! Niechże się pan uspokoi. Jeśli tak jest, jak mówi 
pan Stalińskł, sprawa nie będzie zbyt groźna, tym bardziej, że jak mi doniesiono, rana panny 
Torres jest lekka. Winien jest pan Staliński, a pan… 

— A ja stąd nie wyjdę! — dokończył Juliusz. 
— Dobrze  —  rzekł  sędzia  z  odcieniem  zniecierpliwienia.  —  Pan  Staliński  złoży 

przyrzeczenie,  że  się  nigdzie  nie  wydali,  a  pana,  za  to  chociażby,  że  jest  pan  uparty, 
zatrzymamy tu do jutra. 

— A jutro? — zapytał Henryk. 
— Jutro odwiedzimy wszyscy pannę Torres i ona nam powie, co i jak było. 
— Aj! — szepnął Juliusz, zrezygnowany. 
Poprosił następnie sędziego, aby mu dano mieszkanie w innej celi, w tej bowiem, w której 

spędził noc, znajduje się osobistość wielce mu niemiła. Sędzia wzruszył ramionami i kazał go 
umieścić w osobnej celi, dokąd Juliusz udał się z podniesioną głową, skłoniwszy się dumnie 
sprawiedliwości, a na Henryka spojrzawszy wzrokiem karcącym. 

Nazajutrz  zawieziono  go  do  szpitala,  w  którym  Ina  Torres,  postrzelony  ptak,  leżała  w 

małym  pokoiku,  białym  jak  pokój  dziewiczy  i  pachnącym  perfumami,  którymi  skrapia  się 
śmierć. Bardzo była blada, a w oczach miała wyraz zatrwożonego zdumienia. Przypomniała 
sobie  z  bolesnym  trudem  o  wszystkim,  co  się  stało,  i  przez  długie  godziny  widziała  w 
wirującym  zamęcie  Henryka  i  Juliusza  i  jakieś  obce  twarze,  aż  wreszcie  rozpoznała  jedną, 
bardzo znaną, pomazaną łzami, pochyloną nad nią i patrzącą w nią oczami pełnymi wielkich 
łez i wielkiej miłości. 

— To mama — pomyślała Torres, jak gdyby głośno rozkrzyczawszy myśl, zdawało jej się 

bowiem, że sama siebie nie usłyszy wśród tego dzwoniącego szumu, co nieustannie przelewał 
się  przez  jej  głowę.  Przeminął  dzień,  przeminęła  noc,  wreszcie  szum  urwał  się,  jak  gdyby 
szybko i hałaśliwie płynące wody zatrzymano zastawą, a koła młyńskie przestały się obracać. 
Wtedy zaczęła układać zdarzenia na właściwych miejscach, jak przedmioty, rozrzucone przez 
burzę,  podczas  której  jeden  tylko  załopotał  piorun;  podeptane  i  zgniecione  przez  wiatr 
wspomnienia  zaczęły  podnosić  się  i  prostować,  jak  pobite  kwiaty  w  ogrodzie,  wreszcie  Ina 
Torres spojrzała dokoła niezmąconym wzrokiem, a ujrzawszy świat i ludzi w nie zmienionej 
postaci, zapytała osłabionym i bezkrwistym głosem, co o tym wszystkim napisały gazety i czy 
całe miasto jest poruszone? Ponieważ jej powiedziano, że skandal jest na miarę europejską, 
uśmiechnęła  się  malutkim  światełkiem  uśmiechu  i  z  życzliwym  uznaniem  spojrzała  na 
dorodnego  chirurga,  mającego  śliczne,  jakby  kobiece  ręce  i  czarną  czuprynę,  wśród  której 
srebrne  snuły  się  pasma.  Chirurg  objaśnił  ją  wesoło,  że  na  jej  pięknym  ciele,  ucałowanym 
przez  kulę,  zostanie  taki  ślad  zaledwie,  jak  po  namiętnym  pocałunku,  więc  będzie  mogła 
zagrać nawet dziewczynę z Wysp Koralowych, która używa jako stroju jedynie przepaski z 
kwiatów.  Kiedy  pozostawiono  ją  samą,  zaczęła  rozmyślać  nad  tym,  czy  ten  wystrzał  nie 
oznajmił  z  hukiem  początku  jej  wielkiej  kariery;  w  tej  chwili  zapewne  wszyscy  mówią  o 
krwawej  tragedii  Iny  Torres,  Iny  Torres,  Iny  Torres…  Może  już  ukazały  się  w  pismach  jej 
fotografie,  niedługo  przyjdzie  ktoś  z  prośbą  o  wywiad,  aby  ją  zapytać,  co  czuła  w  chwili, 
kiedy  rozległ  się  huk  i  jakie  się  w  niej  dokonały  duchowe  przemiany;  odpowie,  że  poczuła 
niezmierną błogość i że zdawało się jej, iż leci bez szelestu w niezgłębioną przepaść. Henryk 
wreszcie  się  na  coś  przydał,  więc  nie  ma  do  niego  żalu.  Słynne  aktorki  urządzają  fałszywe 
alarmy,  każąc  sobie  albo  kraść  bezcenne  perły,  albo  podawać  do  garderoby  truciznę  w 
chłodzących napojach, o niej zaś wiedzą wszyscy, że była bliska śmierci, a nikt przecie nie 
będzie sprawdzał, w jakim oddaleniu ta śmierć przeszła obok niej. Gdyby jeszcze ta matka tak 

background image

serdecznie  nad  nią  nie  płakała…  Teraz  jest  już  spokojna,  ale  wylała  z  siebie  tyle  łez,  że 
musiano jej zabronić przebywania w tym białym pokoiku. 

— Dobre matczysko — pomyślała Karolina Ćmielówna w imieniu lny Torres. 
Wszedł lekarz i zapowiedział wizytę sędziego śledczego. 
— Jeśli pani jest bardzo zmęczona, to nie pozwolę; to krótko jednak potrwa. Oświadczyła, 

że nie jest zmęczona i będzie mogła złożyć zeznania. 

Sędzia, wszedłszy na palcach, spojrzał ciekawie na młodą dziewczynę i uśmiechnął się do 

niej  życzliwie;  przeprosił  ją,  że  twardy  obowiązek  każe  mu  niepokoić  ją  i  wezwać,  aby 
opowiedziała  jak  najtreściwiej  o  przebiegu  historii,  prawo  bowiem  musi  znaleźć  winnego, 
który jej wyrządził tak bolesną krzywdę. Ina Torres słuchała z bolesną uwagą. 

— Niech mi pani odpowie, który z tych dwu panów strzelał do pani? 
— Jakich dwóch? — zapytała bardzo cicho. Sędzia uczynił ruch ręką, który przywołał do 

łóżka Torres Henryka i Juliusza; stanęli blisko niej i pochylili się cokolwiek, aby mogła ich 
zobaczyć, nie odwracając głowy. W oczach Henryka zatliło się współczucie, przeto nakrył je 
powiekami, Juliusz natomiast wytężył wzrok, jak gdyby chciał ją zahipnotyzować. 

— Czy  ten?  —  spytał  sędzia,  wskazując  Juliusza.  Torres  lekkim  ruchem  głowy 

odpowiedziała, że nie ten. 

— Niech pani sobie dobrze przypomni! 
— To nie on strzelił — szepnęła. 
— Panna  Torres  ma  gorączkę  i  majaczy  —  bąknął  Juliusz,  sędzia  jednak  dał  mu  znak 

energicznym ruchem głowy, aby się usunął; i rzekł, wskazując Henryka: 

— W takim razie pan Staliński? Niech się pan pochyli. 
Henryk  pochylił  się  nad  dziewczyną  i  spojrzał  jej  w  oczy  zmęczonym,  zgaszonym 

wzrokiem.  Usta  mu  lekko  drgały,  jak  gdyby  powstrzymywał  z  trudem  łzy,  więc  je  nagle 
zacisnął. Ina Torres patrzyła długo w jego bardzo bladą twarz, jakby chcąc porównać twarz 
żywą  z  tą,  której  obraz  ma  odbity  w  duszy.  Musiała  wieść  z  sobą  jakąś  szybką,  cichą  i 
tajemną rozmowę; łagodna wampirzyca nie wyświetlonego jeszcze obrazu zapytywała o radę 
dobrą dziewczynę z przedmieścia, która jej szepnęła jakieś niebieskie słowo, bo na pięknych 
ustach  boskiej  Torres  zalśnił  uśmiech,  ledwie  dostrzegalny,  jak  puch  kwiatu.  Otwarła  oczy, 
przyjrzała mu się raz jeszcze i, westchnąwszy głęboko, szepnęła jasnym szeptem: 

— Pan Staliński nie strzelił… Pan Staliński nie jest winien… 
Twarz sędziego wyraziła żywe i gwałtowne zdumienie. 
— Więc któż wreszcie jest winien? Kto strzelał? 
— Ja…  to  ja  sama…  Nie  wiedziałam  co  robię…  Chciałam  zrobić  na  złość…  Mój 

rewolwer… i ja sama… 

Dwie  wielkie  łzy  zjawiły  się  na  jej  oczach,  jakby  pragnęły  uprosić  sędziego,  aby  im 

uwierzył,  jeśli  nie chce wierzyć tej dziewczynie. Sędzia patrzył  na nią przez długą chwilę i 
rozmyślał. 

— Niech  pani  odpocznie  —  rzekł  łagodnie.  —  Proszę  się  uspokoić.  Już  wiem  o 

wszystkim. Chodźmy, panowie. 

— Zaraz — rzekł dziwnym głosem Juliusz. Podszedł na palcach do łóżka, pochylił się nad 

dziewczyną i ucałował jej czoło, mówiąc szeptem: 

— Przebaczam  ci,  drogie  dziecko,  żeś  mnie  nazwała  starą  małpą.  Jeśli  ci  się  podoba, 

możesz to powtórzyć, co prawda, to prawda. 

Ona jednak, nie zwracając na niego uwagi, zwycięskim spojrzeniem patrzyła na Henryka, 

który  jakby  chciał:  coś  powiedzieć,  lecz  nie  mógł,  bo  na  zaschniętych  wargach  każde 
usychało słowo, wreszcie pochylił nisko głowę i odszedł powolnym krokiem zawstydzonego 
człowieka. 

Milcząco  słuchał  potem  długiej  przemowy  sędziego,  który  tłumaczył  im  dobitnie,  że 

powinien ich zamknąć obydwóch, a jeśli tego nie czyni, to tylko dlatego, że nie chce włóczyć 

background image

po  sądach  dobrych  nazwisk  i  że,  na  wielkie  ich szczęście,  dziewczynie  nic  złego  nie  grozi. 
Więcej  (mówił)  jest  w  tej  całej  awanturze  lekkomyślności  i  alkoholu  niż  złej  woli  i  chęci 
uczynienia  komuś  krzywdy;  mało  się  dziwi  pannie  Torres  i  Henrykowi,  gdyż  bujna  krew 
przelewa  się  często  zbyt  gwałtownie,  lecz  ludzie  w  wieku  Juliusza  mieli  dość  czasu,  aby 
spoważnieć i nie robić sobie igraszek z sądu. Juliusz skromnie pochylił głowę i kajał się, ale 
bez wielkiego przekonania. 

— Panna Torres — mówił sędzia — zasługuje też na to, aby ją twardo przekonać o tym, że 

rewolwer nie jest zabawką. Postąpiła jednak szlachetnie, przyznawszy się uczciwie, że sama 
do siebie strzeliła… 

Juliusz  zmrużył  oko  i  patrzył  w  pułap,  jakby  błagając  niebo  o  błogosławieństwo  dla 

wszystkich  szlachetnych.  —  Żegnam  panów  —  kończył  sędzia.  —  Nie  wiem,  czy  mi 
sumienie  nie  będzie  czyniło  wyrzutów,  że  uczyniłem  tak,  jak  uczyniłem,  są  jednak  takie 
sytuacje… Rozłożył bezradnie ręce i dokończył nagle krótko: 

— Do widzenia panom! 
— Nie daj Boże! — zakrzyknął Juliusz gwałtownie. 
Szybko jednak dodał: 
— …  Chyba  prywatnie,  na  neutralnym  gruncie,  bo  pan  jest  mądrym  i  zacnym 

człowiekiem. 

background image

XXII. 

 
— Mówiłem  panu,  że  to  dobra  dziewczyna  —  rzekł  Juliusz.  —  Niech  jej  Pan  Bóg  da 

wszystko najlepsze, a wielką rolę przede wszystkim. Nie gadam tego pod pańskim adresem, 
ale  nie  przestanę  twierdzić,  że  największy  rozum  nigdy  nie  jest  wart  kobiecego  serca. 
Zasłużyła sobie na lepszy los, niż na to, aby ją zwodzono i obiecywano fałszywie albo miłość, 
albo karierę. Poczciwe to jest biedactwo, ta hiszpańska wampirzyca. Jeśli mi pan pożyczy na 
dłuższy  termin  trochę  pieniędzy,  poślę  jej  kwiaty  do  szpitala,  a  do  starej  Ćmielowej  sam 
zajdę,  aby  babinę  pocieszyć.  Chwała  Bogu,  że  się  tak  wszystko  skończyło,  bo  mogło  być 
gorzej  i  gdybyśmy  byli  trafili  na  sędziego  rygorystę,  posiedzielibyśmy  na  pokucie  za 
wszystkie  poczynione  głupstwa.  Napisałby  pan  sobie  cykl  sonetów  więziennych,  a  ja 
pamiętniki, własną krwią na strzępku koszuli. 

Gadał  wiele,  aby  odrobić  dwa  dni  spędzone  przeważnie  na  osobności,  opowiadał  o 

spotkaniu z Szarotą i o swym zdumieniu, kiedy ujrzał Henryka w gabinecie sędziego. Mówiąc 
to,  patrzył  na  niego  z  wdzięcznością,  jak  gdyby  bardzo  rad,  że  Henryk  zdobył  się  na  czyn 
uczciwie piękny. 

— Zdaje mi się — mówił — że ten przyjemny sędzia uważał mnie za półgłówka i to nie 

bez racji, gdyż zaplątawszy się, nie umiałem wybrnąć. Elżunia mogłaby  mi być wdzięczna, 
gdyby wiedziała, że omal mnie nie zakuto w kajdany za to, że chciałem ocalić jej spokój. 

— Elżunia wie o wszystkim — rzekł cicho Henryk. 
— W jaki sposób? skąd?  — zakrzyknął  Juliusz.  — Przecie w tym  celu  urządziliśmy ten 

ponury teatr… 

— Ja napisałem do niej list i opowiedziałem rzecz całą. 
— I o Inie Torres? 
— Ze wszystkimi szczegółami. Przyszedłem do przekonania, że Elżunia powinna o mnie 

wiedzieć wszystko. Z tą biedną Torres nie byłem w porządku, chociaż to stworzenie narwane 
i sama pracowała nad tym bezmyślnie, aby szybko od niej uciec. Może postąpiłem niemądrze, 
ale  wolałem  wyspowiadać  się,  aby  nie  stanąć  przed  Elżunią  z  sumieniem  zamulonym  i 
przelękłym,  że  jakieś  jego  śladem  wałęsają  się  widma.  Myślałem  długo  o  tym  wszystkim, 
włócząc się po nocy, kiedy pana zabrano. Niczego nowego panu nie opowiadam, tylko to, o 
czym dowiedziałem się od siebie samego: że nie może żyć długo miłość żywiona kłamstwem. 
I  to  też  nieprawda,  że  miłość  jest  ślepa,  bo  ma  ona  oczy  jastrzębie  i  dojrzy  najmniejszy  na 
sercu pył,  a im te oczy  są bardziej rozmiłowane, tym  bardziej są przenikliwe.  I  cóż bym  ja 
powiedział  temu  dziecku,  gdyby  dnia  jednego  dojrzało  we  mnie  męt  niepokojów,  smutek 
jakiejś niezadawnionej krzywdy, albo gorycz wspomnienia, co nie chce sczeznąć? Nie jestem 
tak bardzo winny, jak się to może wydawać pańskiemu przeczuleniu, ale dość wiele zebrało 
się tego przez długie lata, aby się zastanowić, czy piękno ducha nie jest obrażone. Wolałem 
oczyścić  serce…  I  jestem  wdzięczny  Inie  Torres,  że  mnie  mimo  woli  przekonała,  iż  nie 
należy lekceważyć nawet pyłku, nawet iskry, i iść beztrosko dalej, nie patrząc poza siebie, bo 
patrzeć  nie  warto.  To  nie  o  samą  Torres  jest  sprawa,  ale  o  całą  kolekcję  łez,  zawodów, 
smutków i gorzkich żalów. Nie zadawałem sobie nawet tego małego trudu, aby ten cały kram 
wymieść  z  duszy,  jak  się  po  ukończeniu  targu  kwiatów  wymiata  zwiędłe  badyle  i  zielska. 
Teraz takie na mnie przyszły chwile, że mnie mierzi wszystko, co jest małe i marne, mizerne 
lub nijakie, lub mroczne i co zalatuje kłamstwem. Nie chcę kłamać ani sobie, ani innym. Czyż 
więc źle uczyniłem? 

Henryk mówił to popędliwie i z gwałtownymi akcentami, jak gdyby gadał sam ze sobą i 

jakby chciał siebie przekonać raz jeszcze i utwierdzić w postanowieniu. 

— Czy Elżunia odpowiedziała panu? — spytał Juliusz. 

background image

— Nie — odrzekł Henryk ze smutkiem. — A ja nie śmiałem pójść do niej. Nie śmiałem 

tam pójść bez pana, sam wplątawszy pana przedtem w brzydką historię. 

— To  niedobrze  —  rozmyślał  głośno  Juliusz.  —  To  bardzo  niedobrze.  Ponieważ  jednak 

żadnemu z nas nic się nie stało i z łaski dobrych ludzi jesteśmy czyści jak anioły, niech pan 
tam pójdzie natychmiast. Ja nieco przesadzam, mówiąc o sobie, że jestem kryształowo czysty 
— dodał ze śmiechem — bo spędziłem dwie noce w miejscu, w którym nawet anioł poczułby 
swędzenie na liliowej skórze, więc ja, stary kryminalista, pójdę wykąpać się, a pan niech idzie 
do Barskich i zapowie moją wizytę na wieczór. 

Henryk  błąkał  się  długo  po  ulicy,  zanim  się  odważył  wejść  na  schody;  szedł  po  nich  z 

trudem, wciąż przystając, zajęty szukaniem słów, które ma za chwilę wypowiedzieć. Zapukał 
do drzwi tak nieśmiało, że silniej, przyspieszonym rytmem uderzało w nim wzruszenie. 

Elżunia  wydała  cichy  okrzyk  i  wyciągnęła  ku  niemu  obie  ręce,  lecz  w  tej  samej  chwili 

opuściła  je  bezwładnie.  Zmizerniała  i  pobladła,  a  na  twarzy  miała  taką  powagę,  jak  gdyby 
przez dwie ubiegłe noce dziecko dojrzało w kobietę w gorączce rozmyślań i w upale tęsknot; 
podkrążone  oczy  świadczyły,  że  nie  gasły,  chyba  na  niedługie  chwile,  wciąż  wypatrując  i 
wciąż rozgarniając ciemność, aby w niej ujrzeć dalekie światełko. Zalała je w tej chwili jasna 
poświata radości, lecz jakby ją starta powiekami, opuściwszy je powoli, bardzo zmęczonym 
ruchem człowieka, z którego uchodzą siły. Oparła się o stół, odetchnęła głęboko, jakby wielki 
ciężar zrzucając ze znużonego serca, i po chwili dopiero, jakby pewna, że świat przestał z nią 
wirować,  spojrzała  Henrykowi  w  oczy.  On  zaczął  mówić  szybko,  urywanym  głosem,  jak 
gdyby chciał od razu, w nieporządnym splocie słów, wszystkie opowiedzieć nowiny: o tym, 
że Torres wzięła winę na siebie, że sędzia okazał niezwykłą wyrozumiałość i że Juliusz już 
jest w domu, a on przychodzi do niej, pełen skruchy i jasności w duszy, do jedynej na świecie 
kobiety,  którą  kocha  uczciwie,  jak  żadnej  dotąd  nie  kochał  i  przy  której  chce  pozostać  na 
zawsze,  rzuciwszy  poza  siebie,  jak  w  czarną  wodę,  wszystko,  co  nie  jest  godne  ani  jej,  ani 
miłości. 

— Odbiegłem daleko od tych zwiędłych spraw i nigdy już w ich stronę nie powrócę. Nie 

obejrzę się poza siebie. Jestem inny, niż byłem, mam cel przed sobą i ciebie, Elżuniu, jedną 
na  świecie.  Kocham  cię  z  całej  duszy,  bo  wyrwałem  z  niej  ostatnią  drzazgę,  kocham  cię 
więcej niż wczoraj, bo dzisiaj jestem tak czysty, jak ten, co wszystkie zmazał grzechy. Podaj 
mi ręce. 

Elżunia słuchała w takim zachwycie, jak gdyby każde jego słowo było kroplą deszczu, co 

pada  na  spieczone  i  spragnione  usta.  Jakby  sennym  ruchem  podała  mu  obie  ręce.  Mówiła 
głosem  cichym,  lecz  bardzo  spokojnym  i  pewnym,  jakby  powtarzała  nieomylnie  to,  co  już 
sobie wiele powtórzyła razy podczas długich zamyśleń; szeptem niemal wymawiane jej słowa 
były  dojrzałe  i  jakby  nalane  krwią.  Na  jej  ustach  drżał  słodki  uśmiech  kobiecej  mądrości, 
narodzonej  z  wiedzącego  smutku  i  ze  wszystkowiedzącej  miłości;  przez  dziecinną  jej 
twarzyczkę, bardzo w tej chwili bladą, przebijał czasem dreszcz, idący od serca, które już nie 
było dziecinne, lecz odważne i śmiałe, roztropne i silne po wielkiej przemianie, która twardą 
pracą jednej nocy orze zmarszczki na czole, wysrebrza włosy, albo garbi plecy. 

Henryk patrzył na jej usta ze zdumieniem, jakby nie wierząc, że z tych dziewczęcych warg 

mogą padać słowa tak ciężko, jak dojrzale owoce, bijące w jego duszę jak o ziemię. 

— I ja cię kocham więcej niż wczoraj, chociaż wydawało mi się niemożliwe, żeby można 

kochać  więcej.  Jesteś  pierwszym,  którego  pokochałam,  i  ostatnim,  którego  kochać  będę. 
Przysięgłam ci i choćbym miała umrzeć, nie złamię przysięgi. Jesteś dla mnie wszystkim na 
tym świecie i nikt mi nigdy droższym nie będzie. Kocham cię do ostatniego tchu, ale… niech 
mi to Bóg przebaczy… musimy odejść od siebie. 

— Elżuniu! — szepnął Henryk nie swoim głosem. 
— Tak.  Będziemy  oboje  bardzo  nieszczęśliwi…  ja  to  wiem,  ale  inaczej  być  nie  może. 

Mówię  spokojnie,  widzisz  przecie,  że  nie  płaczę…  Ja  nie  płaczę,  bo  płakałam  wczoraj  i 

background image

dzisiaj,  i  chyba  już  więcej  nie  ma  w  moich  oczach  łez.  Nikt  o  tym  nie  wie.  Tobie  to  tylko 
mówię, bo powinieneś wiedzieć wszystko o mnie. O, mój drogi, o mój bardzo kochany! To 
straszna rzecz tak kogoś kochać bezmiernie i nie móc z nim być… 

— Ale dlaczego, dziecko moje, Elżuniu? 
— Dlatego, że istnieje ta dziewczyna. 
— Już nie istnieje! Wiesz przecie wszystko, mnie nic z nią nie łączy. To dawna przeszłość, 

to umarło i nigdy nie zmartwychwstanie. 

— Ja  wiem,  że  to  przeszłość,  do  której  nie  mam  prawa,  ale  nikt  nie  wie,  czy  nie 

zmartwychwstanie.  O,  Matko  Boska,  jak  ja  ci  to  mam  wytłumaczyć?  Wiem,  co  ci  chcę 
powiedzieć, lecz nie umiem. Wiem, że cię kocham, kocham, nieskończenie kocham, ale i to 
wiem,  że  nie  ta  dziewczyna,  lecz  krzywda  jej  jest  między  nami.  Co  będzie,  jeżeli  się  o  nią 
upomni? 

— Nie uczyniłem jej żadnej krzywdy… 
— Nie chciałeś, ale uczyniłeś. Gdzie ona teraz jest? W szpitalu. Wyleczy ranę, ale może 

nigdy nie wyleczy swojej miłości. 

— Wyleczy, wyleczy — rzekł Henryk szybko. 
— Skąd my o tym  możemy wiedzieć? Ja niczego o niej nie wiem,  prócz tego, że jest to 

kobieta, która ciebie kocha i wszystko czyni, aby ciebie zdobyć. Wiem, że odszedłeś od niej 
na zawsze, lecz ona nie chce odejść od ciebie i pewnie nie odejdzie. Zapłaciła za to własną 
krwią. Jakżeż teraz uczynisz? Czy ją odtrącisz nogą, aby przyjść do mnie? Nie, drogi mój… 
Ja  nie  chcę,  aby  miedzy  nami  stał  ktoś,  co  przez  nas  cierpiał.  Nie  będziemy  szczęśliwi 
cudzym  nieszczęściem.  Gdybyś  wiedział,  jak  mi  jest  smutno,  że  to  wszystko  muszę  ci 
powiedzieć… O mój Boże! Może to, co robię, jest naiwne, może jest niemądre, aleja inaczej 
nie  potrafię.  Sama  to  wymyśliłam,  nikt  mi  tego  nie  powiedział.  Nigdy  cię  kochać  nie 
przestanę, ale będę  czekała tego dnia, w którym się dowiem, że ta dziewczyna przebaczyła 
tobie, że cię kochała, i mnie, że cię kocham. 

— A jeśli tego nie uczyni? — zapytał Henryk strzępem głosu. 
Elżunia zachwiała się, jak gdyby ją kto usiłował wtrącić w przepaść. 
— Przysięgłam  ci  —  mówiła  coraz  ciszej,  jakby  śmiertelnie  znużona  —  że  cię  nigdy 

kochać  nie  przestanę.  Będę  czekała  tak  długo,  aż  się  nad  nami  zmiłuje.  O,  gdyby  ona 
wiedziała, jak nieskończenie cię kocham! Gdybym mogła pójść do niej, padłabym jej do nóg i 
wybłagałabym, aby powiedziała prawdę o sobie. Ale jakże ja do niej pójdę? Co jej powiem? 
Żeby,  nieszczęśliwa,  oddała  swoje  jedyne  bogactwo  temu,  co  go  posiada  tysiąckrotnie 
więcej? Ja wiem, że są kobiety, które by nie zastanawiały się ani przez chwilę jedną nad tym, 
czym ja się niemiłosiernie dręczę, ale ja tak nie uczynię. 

Nie chcę cudzej krzywdy… Nie chcę, aby ktoś płakał nad moim szczęściem… Nie chcę, 

nie chcę… O Jezu! Jak mi strasznie ciężko. 

Henryk  gładził  jej  ręce,  stropiony,  zatrwożony  i  bezradny.  To  dziecko,  nie  mające 

wyobrażenia  o  twardości  życia,  chce  siebie  skazać  na  śmierć,  aby  nie  dać  płakać  cudzej, 
urojonej  krzywdzie.  Rozpacz  przybierała  w  nim,  jak  woda  podczas  nagłej  powodzi.  Począł 
zduszonym, bolesnym głosem tłumaczyć jej raz jeszcze, że Ina Torres nie wie sama o żadnej 
krzywdzie,  że  cokolwiek  czyni,  czyni  popędliwie  i  bezmyślnie  i  że  on  gotów  jest  zrobić 
wszystko, aby Elżunię o tym przekonać. Zaręczał, że to samo powie jej Juliusz, litujący się 
bardzo nad Torres, bo inaczej powiedzieć nie może. Rzekł wreszcie z odrobiną żalu: 

— Och, czemuż ja ci wszystko wyznałem? Mogłaś przecie o niczym nie wiedzieć… 
— To byłoby najgorsze — odpowiedziała Elżunia. — Czczę cię za to, że byłeś uczciwy. 
— I na tym ma się skończyć? 
— To przecie nie koniec, to początek naszej miłości. 
— Smutny początek… 

background image

— Nie,  Henryku.  Ja  wierzę,  że  miłość  jest  miłosierna,  tak  jak  Bóg.  Rozejdziemy  się  i 

będziemy czekali, nasza miłość będzie rosła w tęsknocie, jak w słońcu. Wyrzeczenie jest jej 
słodkim pokarmem, krzywda jest dla niej trucizną. Jeżeli nie umrę ze smutku, że ciebie przy 
mnie nie ma, znajdziesz mnie zawsze, czekającą wiernie i szczęśliwą, że już przy mnie jesteś. 
A kiedy to będzie? Powiedziałam ci: kiedy ta biedna dziewczyna przestanie się upominać o 
swoje szczęście. Jeśli nie kocha ciebie, jak ty o tym mówisz, stanie się to prędko, ale jeśli cię 
kocha tak, jak ona o tym mówi — Bóg raczy wiedzieć… 

— Czy zastanowiłaś się Elżuniu, nad tym, co czynisz? 
— Tak. Oblałam łzami każde słowo, które ci powiedziałam. Marzyłam zawsze o miłości 

takiej  czystej  i  jasnej,  jak  niebo,  i  o  takim  dziwnym  szczęściu,  na  które  żadna  nie  padnie 
nigdy  łza.  A  nasze  szczęście  ma  na  twarzy  krople  krwi  i  tylko  ona  jedna  może  tę  krew 
rozgrzeszyć. Jeśli ci powie, że nie ma do ciebie żalu i że możesz ze swoim życiem czynić co 
ci się podoba, przybiegnij do mnie natychmiast… natychmiast… 

— Przyjdę do ciebie natychmiast — mówił Henryk, jakby zamierającym głosem echa. 
— Będę czekała spokojnie, a każdej godziny będę cię kochała więcej… Będę się modliła, 

abyś wrócił czym prędzej. Nie miej do mnie żalu. Zbyt cię kocham, abym ci całej nie okazała 
duszy. Kochaj mnie za to, że taka jestem, a nie inna, bo gdybym była inna, nie byłabym ciebie 
godna. Może jestem głupia, że nawet nie umiem kłamać, ale całą moją mądrością jest miłość i 
jestem  szczęśliwa,  że  tak  jest.  Rozejdziemy  się  teraz,  ale  będziemy  przy  sobie,  jedno  przy 
drugim  zawsze  i  na  zawsze.  Każda  moja  myśl  będzie  o  tobie,  a  każda  moja  chwila  będzie 
twoją, Henryku! 

— Mów, mów, dziecko jedyne. 
— Przebacz mi… przebacz mi… 
On wyciągnął ku niej ręce i ujął w nie jej  głowę; w tej chwili załamało  się jej męstwo i 

dwie wielkie łzy ukazały się w kątach oczu, więc ją ku sobie nachylił i zebrał je ustami, jak 
ostatnie pożegnanie, ze smutnych najsmutniejsze. Drobne jej ciało zadrżało, jakby zgniecione 
przez moc, największą na świecie. 

Henryk wyszedł na ulicę, jak mrokiem zasnutą i szedł ciężkim krokiem, nie patrząc przed 

siebie. W głowie miał zamęt, a w duszy lęk, że taki drobny pyłek, jak miłostka z aktoreczką, 
urósł w wielką lawinę. Teraz sobie przypomina, że mówił z Juliuszem o złośliwości rzeczy 
niepozornych  i  mizernych  uczynków,  które  jasna  uczciwość  wyolbrzymia  w  dziecinnym, 
choć  rozrzewniającym  rozumowaniu.  Wszystkiego  się  spodziewał,  lecz  nie  tego,  aby  ten 
strzał z rewolweru zwielokrotniał aż do grzmotu, co mu teraz hukiem rozsadza głowę. 

Ktoś mu w tej chwili zagrodził drogę; człowiek, zgarniający zamaszyście śnieg z chodnika, 

krzyknął w jego stronę: 

— Czy pan jest pijany, czy pan nie umie chodzić prosto? 
— Garsz! — rzekł ze zdumieniem Henryk, jakby się nagle obudził. — Pan zmiata śnieg? 
— Tak, to  ja  — odrzekł  pracowity  człowiek, ocierając pot  z  czoła.  — Pracuję,  aby nam 

było lżej. Co się panu stało? 

— Nic, nic — mówił niecierpliwie Henryk. — Dzielny z pana człowiek. Do widzenia! 
Zaczął  iść  szybko,  aby  nikomu  nie  pokazywać  twarzy,  na  której,  sądząc  z  zapytania 

Garsza, musiało się malować coś niezwykłego. 

Juliusza  już  w  domu  nie  było.  Henryk  usiadł  przy  biurku,  jak  gdyby  bardzo zmęczony  i 

senny; przed nim leżała biała karta papieru, taka blada jak jego dusza w tej chwili, osłabła, 
białym,  bezkrwistym  powleczona  smutkiem.  Wpatrzył  się  w  nią  nieruchomym  wzrokiem, 
jakby chciał z niej wyczytać coś, czego na niej nie było, jakąś radę lub słowo pociechy. Oparł 
głowę  na  rękach  i  pochylił  się  nad  nią.  Czuł,  że  w  nim  smutek  przybiera  jak  woda, 
posrebrzana przez blady, srebrny smutek księżyca i że go ogarnia łagodnym, bezszelestnym 
zalewem; objął jego głowę i zasmucił każdą w niej myśl; w gardle uciszył wszystkie słowa i 
opadając  jak  ciężka  mgła,  dotknął  jego  serca.  Henryk  poczuł  w  nim  nagły,  dotkliwy  ból. 

background image

Szybkim stukotem oznajmiło się cierpienie i z krwią, nagle obudzoną, poczęło krążyć bolesną 
drogą. Z zamętu myśli, jak wąż z plątaniny lian, wypełzła jedna, najbardziej smutna, o tym 
szeleszcząca, że się rozprysly tęczowe nadzieje i że wybujałe uniesienie uczciwej dziewczyny 
wymierzało  mu  karę  za  małe,  mizerne,  pospolite  grzechy,  karę  przedziwną,  albowiem 
egzaltowany sędzia cierpiał tyle, co winowajca. Widział własnymi oczami, jak Elżunia bardzo 
cierpi, jakby na dowód, że serce dziewczęce jest oszalałym mędrcem, co łzami i niezawinioną 
męką chce świat cały przekonać o swojej prawdzie, nikomu niepotrzebnej, chyba jemu tylko. 
Biedne,  przez  poczucie  jasnej  sprawiedliwości  opętane  dziecko,  chore  na  przerost 
współczucia, litości i na niepojętą wzniosłość! Samo dla siebie woła o nieszczęście, aby, jak 
gronostaj, nie splamić się kropelką cudzej krzywdy. Dziwna, dziwna dziewczyna… Gdyby jej 
tak bardzo nie kochał, wzruszyłby ramionami, zniecierpliwiony, jakby szczebiotem dziecka, 
ale że ją kocha, wielbi ją za to, że niepodobna jest do żadnej chyba dziewczyny na świecie. O, 
niechże nie cierpi za to, że on był mały i mieniał życie głupio na drobne pieniążki, na wytartą 
monetę. Niech nigdy przez niego nie płacze… 

Poczuł na ustach słoność łez, które zgarnął ustami z jej oczów i zabolało go coś tak mocno, 

że się wzdrygnął. W tej chwili spomiędzy palców, splecionych na oczach, coś padło na białą 
kartę  papieru.  Henryk  spojrzał  ze  zdumieniem,  jakby  sobie  nie  dowierzał.  Tak,  to  jego 
własna, niewołana łza. 

Serce w nim na jedną chwilę zamarło ze wzruszenia, jakby na widok cudu, co się objawił 

za sprawą miłości cierpiącej. 

Szepnął  sam  do  siebie:  —  Oto  jest  pierwsze  uczciwe  słowo,  które  napisałem  w  moim 

życiu. 

background image

XXIII. 

 
Smutnej  pannie  Leontynie  śniło  się  jednej  nocy  że  mężczyzna  pięknej  postawy  w 

statecznym  wieku  i,  sądząc  z  wyniosłej  miny  z  utrwaloną  pozycją  towarzyską,  pochylił  się 
nad  nią  i  wskazując  palcem  jej  pierś,  zapytuje  na  migi,  czy  jej  dziewicze  serce  jest  jeszcze 
wolne; ona zarumieniła się niewinnie i, aby przed tym namiętnym szaleńcem ukryć mizerność 
biednych piersiątek, chciała je zakryć kołdrą, mężczyzna jednak pięknej postawy zazgrzytał 
zębami  i  w  nagłej  furii  zaczął  tę  kołdrę  ściągać  z  czystej  dziewicy,  charcząc  i  chrapiąc, 
zapewne  w  wielkiej  żądzy,  o  której  panna  Leontyna  czytała  we  francuskim  romansie. 
Krzyknęła więc zduszonym  głosem  i,  zasłaniając pierś rękami, obudziła się: namiętna mara 
wsiąkła natychmiast w czarną wodę nocy, lecz nie przestawała targać kołdrą. Panna Leontyna 
rozpaczliwym wysiłkiem zdołała zapalić lampę, która jaskrawym blaskiem wydała też okrzyk 
zdumienia  i  trwogi:  pani  Lepańska  w  długiej,  nocnej  koszuli,  obwieszona  perłami  i 
klejnotami,  jedną  ręką  oparta  na  czarnej  lasce,  drugą  szarpała  kołdrę;  wyglądała  tak,  jak 
gdyby  babka  królów,  w  bogatym  stroju  ułożona w  trumnie,  obudziła  się z  letargu,  albo  jak 
czarownica z bajki, co łzy pomordowanych dzieci zamieniła w perły, a ich oczy w diamenty i, 
nie mogąc nigdy usnąć, straszy po nocy. Panna Leontyna, przestraszona bardziej, niż tą męską 
zjawą,  co  jej  chciała  odgryźć  piersi,  zerwała  się  z  łóżka  i,  w  zdyszanym  pośpiechu  trwogi, 
chwytając spłoszone słowa, krzyknęła cicho: 

— Na  Boga,  co  się  pani  stało?  Pani  Lepańska,  ujrzawszy  żywe  światło  i  żywego 

człowieka, odetchnęła, jak gdyby goniona dopadła bezpiecznej kryjówki, i jakby przeniknięta 
mrozem, drżała pokurczonym ciałem tak, że klejnoty brzęczały cichym, złotym brzękiem; na 
jej  czole  widniały  krople  potu,  jak  gdyby  całą  płakała  głową:  małe  jej  oczy  strach  jakiś 
rozszerzył i nalał w nie mętu, bo patrzyły nieprzytomnie, a wąskie usta były sine i nadaremnie 
usiłowały  coś  wyszeptać,  jakby  słowo,  co  się  żywi  zawsze  ich  czerwoną  krwią,  nie  mogło 
ożyć na wargach bez śladu krwi; siwe kosmyki włosów, mizerna korona starości, zwisały jak 
strzępy, aż na ramiona, na zwiędły pergamin skóry. Szepnęła z takim wysiłkiem, jakby każdy 
dźwięk był raniącym cierpieniem: — Boję się… boję się… 

Panna  Leontyna,  zarzuciwszy  na  siebie  nocne  obleczenie,  kolorowe  jak  rozwrzeszczana 

tapeta, objęła ją ramieniem i z trudem odprowadziła do sypialni. Zapaliła mdłą, różowy blask 
sączącą lampę i chciała położyć Lepańska w łóżku. — Na fotel! — rozkazała tamta. Odziana 
szybko  w  ciepłą,  atłasową  czerń  i  usadowiona  w  głębokim  fotelu,  siedziała  przez  chwilę 
nieruchomo,  jak  mumia  na  tronie:  laska  wysunęła  się  z  jej  ręki;  patrzyła  zdziwionym 
wzrokiem dokoła siebie, jak gdyby w oświetlonym pokoju szukając tego, co ją przeraziło w 
ciemności,  potem  drżącym  dotknięciem  ręki  dotknęła  głowy  klęczącej  przy  niej  Leontyny, 
jakby  pragnąc  upewnić  się,  czy  wszystko  nie  jest  nocnym  majakiem.  —  Czy  to  ty  jesteś, 
Leontyno? 

— Ja, pani. Niech się pani uspokoi…Niech pani zaśnie. 
Pani Lepańska rozejrzała się podejrzliwym spojrzeniem, rozgarniając nim mrok śpiący po 

kątach jakby bezszelestne trawy, wśród których ukryte są żmije. Mówiła głosem stłumionym, 
jak ktoś, co zwierza tajemnicę i obawia się przyczajonego za ciężkimi meblami szpiega. 

— Ja dzisiaj nie zasnę… boję się… 
— Ale czego? 
— Nie  wiem.  Zdawało  mi  się,  że  ktoś  był  w  pokoju  i  chciał  mnie  chwycić  za  gardło. 

Zawlokłam się do ciebie ostatnim wysiłkiem… Jezus, Maria! Tam ktoś chodzi! 

Zaczęły  obie  nasłuchiwać.  Noc  spała  bez  oddechu,  ciężkim,  czarnym  snem;  nie  było 

słychać nawet szmeru, prócz znużonego tykania wielkiego zegara. 

— Nic nie słychać — szepnęła Leontyna — zdawało się pani. Może pani jest chora. Może 

obudzić służbę? 

background image

— Nie,  nie!  nie  odchodź  ode  mnie.  Może  jestem  chora;  nie  wiem…  A  może 

zwariowałam… czemu tak na mnie dziwnie patrzysz? I ty się boisz? 

— Boję się o panią. Może posłać po lekarza? 
— Nie potrzeba mi lekarza… Po co lekarz? Nie zmieni nocy w dzień, a ja chcę, żeby już 

był dzień. Która godzina? 

— Trzecia — odpowiedziała Leontyna, spojrzawszy na zegar. 
— Czemu dopiero jest trzecia? — krzyknęła Lepańska rozdrażnionym głosem. — Czy ta 

noc nigdy się nie skończy? Czy ja już nie doczekam dnia? 

— Za kilka godzin będzie dzień — rzekła Leontyna z rosnącym lękiem. 
— Za  kilka  godzin…  za  kilka  godzin…—mówiła  pani  Lepańska,  jakby  odmierzając  w 

myśli rozciągłość czasu i nie mogąc sobie przypomnieć, jak długo trwa godzina.  — Ja żyję 
siedemdziesiąt lat, a to przecież więcej niż kilka godzin. Czemu się ich tak lękam? Co mi się 
może stać przez kilka godzin? Nie bałam się nigdy, a teraz się boję. To są okropnie ciężkie 
godziny…  Czarne  i  zimne.  Coś  czarnego  i  zimnego  pochyliło  się  nade  mną.  Rozumiesz? 
Moich  siedemdziesiąt  lat  przelękło  się  jednej  godziny.  Myślałam,  że  umieram,  bo  serce  we 
mnie  zamarło,  a  oddech  zamarzł.  To  chyba  śmierć  pochyliła  się  nade  mną  i  chciała  mnie 
zadławić. 

— Niech się pani uspokoi, moja droga pani! Daleko pani do śmierci  — mówiła drżącym 

głosem Leontyna. Lepańska nie słysząc tych słów patrzyła pilnie przed siebie, jakby chciała 
ujrzeć coś w wielkiej oddali; spojrzenie jej stało się ostre i wysilone. Jak ktoś, co patrzy przez 
teleskop  w  rozgwieżdżoną  topiel  nieba  i  opowiada  równocześnie  komuś,  co  widzi  na  jego 
wklęsłym dnie, mówiła urywanym głosem: 

— O, jak ciemno, jak ciemno… Czy mi się w oczach mąci? Kto jest przy mnie? 
— Ja jestem… na Boga! ja jestem przy pani! 
— Cicho bądź. Wiem, że jesteś przy mnie, ale kto był przy mnie przez siedemdziesiąt lat. 

Sama  byłam,  bo  wszyscy  uciekli.  Musieli  uciec…  tak,  musieli  uciec.  Dlatego  teraz  tak  się 
boję,  rozumiesz?  Nie  drzyj  tak,  jestem  przy  zdrowych  zmysłach…  Tylko  mi  bardzo 
zimno…Wszystko we mnie skostniałe, a teraz strach na mnie przyszedł, więc się przyznaję. 
Jedna chwila mnie śmiertelnie zalękła, choć mam siedemdziesiąt lat. Widzę wszystko w tej 
chwili tak, jakby to był jeden krótki dzień, co wczoraj przeminął. Co się ze mną dzieje? Coś 
Pan  Bóg  ze  mną  wyprawia,  Leontyno…  Wyjął  ze  mnie  serce,  patrzy  w  nie  i  jakby  się 
zdziwił… Nie czuję serca… 

— Ja wszystkich zbudzę — szepnęła Leontyna z rozpaczą. 
— Daj  pokój,  nie  czyń  tego.  Po  co  mają  wszyscy  wiedzieć  o  tym,  że  stara  wariatka 

nastraszyła  się,  bo  ma  puste  piersi?  Zostań  przy  mnie,  moje  dziecko  —  rzekła  po  chwili 
niespodzianie łagodnym głosem. — Ty jesteś dobra… Dlatego ten pan Juliusz całował twoje 
ręce. Nie odchodź ode mnie… 

Przymknęła  oczy,  jakby  po  wysiłku,  dysząc  z  trudem;  położyła  chudą,  drżącą  rękę  na 

głowie Leontyny i pogładziła ją dobrotliwie. 

Czując  to  miękkie  dotknięcie  i  słysząc  ten  głos  łagodny,  Leontyna  zatrwożyła  się 

naprawdę, czy ta groźna kobieta nie postradała zmysłów; spojrzała na nią podejrzliwie, lecz 
ponura  staruszka,  wyglądająca  jak  ilustracja  do  upiornej  ballady,  miała  w  tej  chwili  na 
zwiędłej twarzy boleść, usiłującą otworzyć jej zamknięte oczy, aby widziały to, na co bały się 
spojrzeć. Kiedy je otworzyła, wzrok Lepańskiej, zawsze bystry i jakby drapieżny, był zgasły, 
wyblakły i jakby pokorny. 

— Nie  wiem,  co  mi  jest  i  co  się  ze  mną  stanie  —  mówiła  znużonym,  jakby  ze  snu 

obudzonym szeptem. 

— To już tak od wielu nocy… Ktoś mnie trąca w pierś i nie daje mi spać, i każe myśleć, 

wciąż myśleć… Leontyno, słyszysz? 

— Słyszę. Niech pani zaśnie. 

background image

— Ja już nie zasnę, chyba na zawsze. Nie śpię, chociaż mam zamknięte oczy, i wszystko 

widzę przez powieki i widzę w ciemności… Siedemdziesiąt lat, a wszystkie smutne. Nikt się 
nigdy  do  mnie  nie  uśmiechnął  i  żaden  z  nich  się  nie  uśmiecha…  Leontyno,  zimno  mi… 
Wewnątrz mi bardzo zimno… Mnie już nic nie zdoła ogrzać, bo wszystko we mnie zawsze 
było  z  lodu  Serce  też  było  z  lodu…  Niech  mi  to  Bóg  przebaczy…  Dlatego  taka  jestem 
samotna, jak czarownica Czemu płaczesz? 

— Ja nie płaczę — szeptała Leontyna, pochlipując. — Mnie pani bardzo żal. 
— Żal  ci  mnie?  To  chyba  tobie  jednej…  Kto  mnie  będzie  żałował  i  za  co?  Byłabym 

ukradła, aby mieć więcej, ale nikogo nie nakarmiłam i nikomu nie okazałam litości… Czego 
to  on  chciał,  ten  Juliusz?  Żebym  poratowała  jakieś  dziecko?  Nie  wiem,  czemu 
przypomniałam  sobie  o  tym  w  tej  chwili…  A  ty  mu  dałaś  pierścionek…  Napisz  do  niego, 
żeby przyszedł, a ja mu też coś dam dla jego dzieci. 

Podniosła  obie  ręce  ku  twarzy  i  zaczęła  przyglądać  się  klejnotom,  jak  gdyby  wybierała 

spojrzeniem  jeden  z  nich  na  dar  dla  Juliusza,  potem  dotknęła  pereł,  które  zaszeleściły 
drogocennym szelestem. Drgnęła nagle i wydała głos ostry i piskliwy: 

— Zdejm to ze mnie! Leontyna zawahała się. 
— Natychmiast  zdejm  to  ze  mnie.  Wszystko’….  Od  tych  pereł  mi  tak  zimno  i  od  tych 

kamieni. A ja głupia, stara baba, nie wiedziałam dlaczego. 

Zaczęła zrywać z palców pierścionki i ciskać na podłogę. Leontyna zdjęła z jej szyi ciężkie 

bicze pereł. 

Pani Lepańska oprzytomniała na chwilę, jak ktoś, co spał, podniósł powieki, wyrzekł kilka 

słów w bardzo ważnej sprawie, aby zasnąć na nowo. 

— Pod  poduszkę!  Owiń  w  chustkę  i  pod  poduszkę.  Przestraszona  Leontyna  spełniała 

dziwaczne rozkazy, wciąż patrząc na nią z niepokojem. 

— Lepiej pani? — zapytała cicho. 
— Wieczne odpoczywanie racz mi dać, Panie! — odrzekła Lepańska, patrząc przed siebie. 
Panna Leontyna zaniosła ją niemal do łóżka, bezwolną i nie zwracającą uwagi na to, co z 

nią  czynią.  Mamrotała  potem  przez  czas  długi  strzępami  słów,  grożąc  sobie  i  wzywając  na 
przemiany Pana Boga, zanim usnęła złym, niespokojnym snem. Obudziwszy się rano, zaczęła 
wodzić niespokojnymi i jakby przerażonymi rękami po piersiach. 

— Gdzie są perły? — szepnęła z lękiem. 
— Pod poduszką — odrzekła Leontyna. 
Lepańska  z  trudem  wsunęła  rękę  pod  poduszkę  i  długo  szukając,  znalazła  je  wreszcie, 

jakby widzącymi palcami. 

Tego  dnia  kazała  zawezwać  rejenta  i  zamknęła  się  z  nim  na  długie  godziny.  Lekarza 

sprowadzono wbrew jej woli, nie chciała jednak odpowiadać na jego pytania; uśmiechając się 
pogardliwie resztką sił, wypijała lekarstwo. Zdawało się, że jej w trzy dni potem sił przybyło, 
gdyż  szorstkim  głosem  zaczęła  strofować  Leontynę,  jak  gdyby  chciała  w  tej  szorstkości 
pochować wzruszoną chwilę minionej nocy: 

— Dlaczego kurzów nie starli? Czy dlatego, że mogę umrzeć, w domu ma być chlew? Kto 

dzwonił? 

— Pan hrabia… Pytał o zdrowie pani i przyniósł kwiaty. 
— Coś mu powiedziała? 
— Że pani lepiej. 
— Głupia! Trzeba mu było powiedzieć, że już skonałam, a byłby cię uściskał. Pieniędzy 

od ciebie nie pożyczył? 

— Ja nie mam… 
— To całe szczęście, a on pewnie wie, że nie masz. Kwiatki na śmietnik! 
— Dobrze, proszę pani. 
— A pan Juliusz nie przychodził? — zapytała ciszej. 

background image

— Po  co?  —  odrzekła  Leontyna,  poprawiła  się  jednak  szybko:  —  Przepraszam,  że  tak 

powiedziałam. 

— Nie  przepraszaj  —  mówiła  Lepańska.  —  Uczciwie  powiedziałaś…  Gdyby  jednak 

przyszedł, przyprowadź go do mnie. Ale on nie przyjdzie. Zbliż się do mnie. 

Leontyna pochyliła się nad nią. 
— Gdyby przyszedł — szeptała, jakby w wielkiej tajemnicy — powiedz mu, że klejnoty są 

pod poduszką. Aha… i powiedz mu, że ja jestem wiedźma, a on stary dureń. 

Były  to  ostatnie  słowa  pani  Lepańskiej,  którą  w  kilka  dni  potem  pochowano  obok 

pierwszego  męża.  Jej  kuzyn,  hrabia,  twierdził,  że  jego  trumna  poruszyła  się,  jakby  chciała 
wstać i uciec. 

Juliusz był na pogrzebie i ze współczuciem patrzył na zaszlochaną pannę Leontynę. Kiedy 

podszedł,  aby  przywitać  się  z  nią  po  skończonej  ceremonii,  dała  mu  znak,  że  chce  z  nim 
mówić. Przeplatając słowa łzami, jakby rubiny perłami, rzekła: 

— Pani Lepańska kazała panu powiedzieć przed śmiercią, że klejnoty są pod poduszką… 
— A cóż mnie to obchodzi, gdzie są klejnoty? — zdumiał się Juliusz. 
— Ja  nie  wiem…  Pokój  jest  zamknięty,  a  klucz  u  rejenta.  I  jeszcze  kazała  panu 

powiedzieć… ale ja nie śmiem… 

— Niech się pani uspokoi. Cóż jeszcze? 
— Kazała powtórzyć panu: „Powiedz mu, że ja jestem wiedźma, a on…” 
— Pewnie „stary obwieś”? 
— Nie  —  rzekła  szybko  panna  Leontyna.  —  „A  on”  …powiedziała…  „a  on  jest 

najlepszym człowiekiem na świecie”. 

Odwrócił  się  ku  grobowi  Lepańskiej,  jakby  chciał  ją  osobiście  zapytać,  czy  tak 

powiedziała, ale grób już zamykano. Kiedy chciał zagadnąć pannę Leontynę, już jej nie było; 
uciekła szybko, unosząc ze sobą, rumieńcem okryte, swoje dobre kłamstwo. 

Kropla  zdumienia  Juliusza  zamieniła  się  w  morze,  w  ocean,  w  niezmierność  zdumienia, 

kiedy  go  wezwano  do  rejenta,  który  w  sposób  oględny,  aby  nie  narazić  klienta  na  atak 
apopleksji,  oznajmił  mu,  że  jest  jedynym  i  wyłącznym  spadkobiercą  pani  Adelajdy 
Lepańskiej, pod warunkiem, że w każdą rocznicę śmierci zjawi się osobiście z kwiatami przy 
jej grobie. Ponieważ dostojna nieboszczka nie miała bliskich krewnych i ponieważ testament 
jest formalny i nikt żadnych zarzutów przeciw niemu podnieść nie może, wobec tego Juliusz 
zostanie  wprowadzony  uroczyście  jako  pan  znakomitej  fortuny,  z  której  jakiś  ułamek  ma 
oddać niejakiej pannie Leontynie, obdarowanej… 

— Niesłychane! — zawołał Juliusz. 
— Co panu? — zaniepokoił się rejent. 
— Wody! —jęknął Juliusz. 
— Czy testament pana tak wzruszył? — pytał rejent, podając mu szklankę z wodą. 
Juliusz wypił ją i otarł pot z czoła. 
— Panie — krzyknął — czy to wielki majątek? 
— Bardzo wielki. 
— Niech panu Bóg zapłaci… Co ja mówię!… Jej niech Bóg zapłaci, a pana ja uściskam. 
Objął zdumionego rejenta i ściskał jak kochankę… z brodą i z okularami na nosie. 
— Kiedy to można wszystko spieniężyć? — pytał niecierpliwie. 
— Czy się panu tak spieszy? — odrzekł pytaniem rejent z odrobiną niesmaku w głosie. 
— Spieszy  mi  się,  bardzo  mi  się  spieszy!  Niech  pan  sprzedaje,  co  się  da.  Pieniędzy! 

pieniędzy! Jak najwięcej pieniędzy! 

Nagle spojrzał na rejenta podejrzliwie. 
— Panie rejencie, czy to wszystko prawda, czy pan jest przy zdrowych zmysłach? 
Poważny człowiek cofnął się zdumiony. 
— Mam takie wrażenie — odrzekł niespokojnie. — Ale czy pan przypadkiem… 

background image

— Czy ja nie zwariowałem? Obawiam się, że zwariuję… Dała mi radę, stara Lepańska. Ja 

będę na jej grób pielgrzymki, nie raz do roku, lecz sto razy odprawiał pielgrzymki, nie raz do 
roku, lecz sto razy. Mądra kobieta i mściwa, wspaniale mściwa. Pan niczego nie wie. Gdyby 
pan wszystko wiedział… Zresztą to wszystko jedno! Kocham pana… 

Rejent  patrzył  z  wielkim  podziwieniem,  jak  obłąkany  z  wielkiej  radości  stary  pan 

wychodził tanecznym krokiem jak marabut, który dostał pląsawicy, wydając dziwne okrzyki, 
jak wariat, któremu się uroiło, że cały zrobiony jest ze złota. 

background image

XXIV. 

 
Tu  sola  mi  rimani,  o  poesia!”  —  rzekł  sobie  Henryk  ze  spokojnym  uśmiechem,  tak 

podobnym do bolesnego drżenia, jak gdyby uśmiech i cierpienie na jednej kwitły łodydze. Od 
owego dnia, kiedy całował oczy Elżuni, już jej nie widział, wiedział jednak o niej wszystko 
przez  bystrego  posła,  żonę  Garsza,  nie  mogącą  pojąć,  jak  można  kochać  się  bez  pamięci  i 
rozejść  się  właśnie  w  imię  tej  miłości.  Nie  mogła  tej  cichej  tragedii  zrozumieć  także 
Masłowska,  czująca  jednak  instynktownie,  że  nie  należy  tej  sprawy  poruszać,  gdyż  jest 
bolesna;  w  tajemnicy  przed  Henrykiem  odwiedzała  dzieci  i  wzdychała  ciężko,  patrząc  na 
cichy  smutek  Elżuni  i  na  jej  zagasłe  oczy.  Henryk,  do  którego  wbrew  zwyczajowi 
przemawiała  łagodnie  i  niemal  tkliwie,  przypuszczał,  że  poczciwa  baba  swoją  prowadzi 
politykę, nie zapytywał jej nigdy przeto, gdzie spędza długie godziny i czemu, powróciwszy, 
patrzy na niego, jak gdyby chciała mu coś powiedzieć, rzewnie postękując. Juliusz wiedział o 
wszystkim,  lecz  niezbyt  orientując  się  wśród  serdecznych  zawiłości  nie  przywiązywał 
zbytniej do nich wagi; smutno mu było, że tych dwoje cierpi, lecz wierzył w doświadczoną 
mądrość  czasu,  co  zjadł  zęby  na  tych  sprawach,  i  w  dobre  serce  Torres,  którą  postanowił 
potężnie wzruszyć, kiedy tylko dziewczyna opuści szpital. Kiedy jednak roztropna złośliwość 
Lepańskiej  zwaliła  na  niego  górę  złota,  aby  o  rozlanie  żółci  przyprawić  wszystkich 
czekających na spadek po niej, a tego farmazona, co nią pomiatał, zmusić do śpiewania na jej 
cześć hymnów żałobnych, wyobrażając sobie zapewne, że każdym nabożnym słowem będzie 
dławił się jak baranią kością — w nagłym oszołomieniu przerwał wszystkie sprawy i zawiesił 
je aż do odwołania. Henryk ze zdumieniem patrzył na jego złote szaleństwo i tak, jak rejent, 
pomyślał  niechętnie,  że  nagłe  bogactwo  oślepiło  jasne  oczy  tego  człowieka,  który  mu  się 
wydawał wspaniałym i górnym. 

— Miło  mi,  że  jest  pan  bogaty  —  rzekł  suchym  głosem  —  użyje  pan  sobie  teraz  za 

wszystkie biedy. 

Juliusz, który rozpromieniony biegał po pokoju, przystanął nagle i przyłożył dłoń do ucha, 

jak gdyby źle usłyszał. 

— Ja jestem bogaty? — zapytał ze szczerym zdumieniem. — Kto panu o tym powiedział? 
Henryk wzruszył ramionami. 
— Od  godziny  przecie  nie  mówi  pan  o  czym  innym.  Niech  się  pan  nie  gniewa,  ale 

myślałem, że nie uczyni to na panu aż tak wielkiego wrażenia. 

Juliusz myślał przez chwilę, jak gdyby nie mogąc zrozumieć, co do niego mówią, a potem 

nieoczekiwanie wybuchnął jak bomba: 

— Ach,  to  pan  myśli,  że  ja  się  cieszę  we  własnym  imieniu?  Słuchaj,  młody  człowieku! 

Czy pan chce, abym  panu tę ciężką lampę cisnął na głowę? Wstyd i  hańba, żeby pan tak o 
mnie  myślał.  Ja  bogaty?!  Jestem  takim  samym  łapserdakiem,  jakim  byłem,  a  może  jeszcze 
gorszym.  Tak:  cieszę  się,  raduję  się,  dostałem  bzika,  bo  mam  pieniądze,  mam  dużo,  dużo 
pieniędzy i gardło przegryzłbym każdemu, co by mi chciał z tego wziąć choćby okruszynę. 
Ale ja przecie grosza z tego nie wezmę dla siebie! Jeśli mnie pan wyrzuci, to z głodu zdechnę, 
a nie wezmę. Przecie ja się cieszę, bo za te pieniądze będę mógł nakarmić wielu  głodnych, 
ogrzać wielu zziębniętych, ocalić wielu nieszczęśliwych. A pan myślał… O, jak mi smutno! 
Pan sobie nie wyobraża, mój drogi Henryku, jak bardzo mi smutno, że pan, właśnie pan, mógł 
pomyśleć… O, Jezus, Maria, czyja tak wyglądam? O, mój synu… 

Nie dokończył, bo Henryk otoczył go ramionami i gorącym, szybkim głosem mówił: 
— Niech mi pan przebaczy, niech mi pan przebaczy! 
— Dobrze, już dobrze — mówił Juliusz. — To ja raczej jestem winien, bo mi się we łbie 

pomieszało  i  nie umiałem  zachować się jak rozsądny  człowiek, tylko  jak pomylony. Rejent 
też  patrzył  na  mnie,  jakbym  kręćka  dostał.  A  wszystko  dlatego,  że  jestem  szczęśliwy.  Bo 

background image

niech  pan  pomyśli:  majątek  Lepańskiej  zamieni  się  w  jedno  wielkie  miłosierdzie,  a  ją 
aniołowie na rękach zaniosą i pokażą Panu Bogu jako wielkie dziwo. A wie pan czemu? To 
była  taka  mądra  sowa,  która  wiedziała,  z  całą  pewnością  wiedziała,  co  ja  zrobię  z  jej 
pieniędzmi.  Wyręczyła  się  tylko  mną,  aby  wykupić  się  diabłu,  a  teraz  siedzi  na  chmurze  i 
śmieje się, i patrzy, jak łatwo ze mnie uczyniła wariata. Wie pan, co ona zrobi? 

— Nie wiem — śmiał się Henryk. 
— Wycygani  od  Pana  Boga  ze  dwa  miliony  gwiazd  i  schowa  pod  jakimś  obłokiem,  jak 

pod poduszką. Kiedy ją spotkam w raju, uściskam babę z całego serca. Żeby pan wiedział, jak 
ona  zrobiła  ten  testament!  Wszystko  przewidziane,  wszystko  opisane  do  najdrobniejszej 
szpilki. A pannę Leontynę też mi zapisała… Panna Leontyna dostanie wysoki urząd w moim 
miłosiernym przedsiębiorstwie. Siedzi teraz wśród gratów i stróżuje, jak lwica przy skarbie, i 
dałaby się zabić, zanimby pozwoliła, aby ktoś dotknął kulawej nogi kulawego krzesła. Chodź 
pan ze mną, a zobaczy pan moje apartamenty. 

Juliusz  nie  tylko,  że  mu  pokazał  ogromne  i  zatłoczone,  jak  magazyn  starożytności, 

mieszkanie  Lepańskiej,  lecz  obarczył  go  niezliczoną  ilością  spraw:  wciągał  go  do  pracy  i 
pędzał przez kilka tygodni; sam zajęty przyspieszaniem urzędowych czynności, strojny już w 
swoje  dawne,  prawdziwe  nazwisko,  rozgorączkowany,  wzburzony,  gadatliwy,  ni  stąd  ni 
zowąd  wybuchający  śmiechem,  nie  miał  chwili  spoczynku  i  istotnie  sprawiał  wrażenie 
nieszkodliwego obłąkańca, który nagle, wśród wielkiego rozgardiaszu, przystawał i zamyślał 
się, jak gdyby chciał sobie przypomnieć coś bardzo ważnego: 

— Co  ja  miałem  zrobić?  Zaraz,  zaraz…  Aha!  Miałem  się  pomodlić  za  Lepańską… 

Wieczne odpoczywanie racz jej dać, Panie! 

Jak ponury, brudny skąpiec targował się, wysprzedając jej doczesne wspaniałości, obrazy, 

meble i kryształy; zachwalał, zalecał,  groził i zaklinał, i powtarzał tę operację przy każdym 
talerzu  z  tym  dodatkiem,  że  najgorsze  bezimienne  skorupy  mianował  znakomitościami  ze 
słynnych fabryk, a zamazane przez czas i przez muchy zelżone obrazy chrzcił na poczekaniu 
z  holenderska,  aż  mu  wreszcie  zwrócono  uwagę,  że  nabywcami  są  ludzie  dorośli  i  nie 
podejrzani o to, że uciekli z sanatorium, aby kupować za grube pieniądze grube falsyfikaty. 
Każdą  książkę  niósł  do antykwarni  i  ciułał  uzyskane  za  nią  grosze,  sprzedał  puste  butelki  i 
rozmyślał nad tym,  czyby się nie udało komu wkręcić po zniżonej cenie lekarstwa, którego 
pani Lepańską nie zdążyła użyć całkowicie. Straszliwe ostrożności zachował przy sprzedaży 
biżuterii.  Sprowadził  mocnego  Garsza,  który  z  kijem  w  ręku  eskortował  go  do  jubilera, 
Henryka zaś, z rewolwerem w kieszeni, postawił na straży przed drzwiami sklepu, na wszelki 
wypadek,  gdyż  może  się  zdarzyć  napad  bandycki.  Masłowska  z  panną  Leontyną  zostały 
wyznaczone  do  nieustępliwych  targów  przy  sprzedaży  garderoby  i  bielizny,  a  żona  Garsza 
sprzedawała kwiaty, palmy i rozżalonego kanarka. Każdy uzyskany grosz został skrupulatnie 
zapisany i złożony w banku po długich przedwstępnych wywiadach, czy bank spoczywa na 
pewnych  podstawach,  czy  jest  dobrze  strzeżony  w  nocy  i  czy  główny  dyrektor  nie  ma 
kochanki i czy nie gra w karty. 

Henryk  brał  w  tym  wszystkim  gorliwy  udział,  ciesząc  się,  że  wypełnia  puste  dnie  i 

godziny,  które  by  się  wlokły  smutnie  i  nieskończenie;  był  w  ciągłym  ruchu  i,  podniecony 
oszalałą  energią  Juliusza,  pracował,  jak  gdyby  przygotowywał  z  nim  jakieś  wielkie  dzieło. 
Juliusz, patrząc na niego z radosnym uznaniem, mówił szczerze: 

— Wszystko  będzie  dobrze.  Bóg  cię  nagrodzi!  Henryk  uśmiechał  się  wtedy  łagodnym 

uśmiechem i zapytywał, co należy uczynić jeszcze. Praca była niemała, okazało się bowiem, 
że dostojna nieboszczka pożyczała wielkie sumy na jeszcze większe odsetki, trzeba więc było 
dochodzić  najbardziej  dziwacznych  pretensyj  i  roztropnie  czynić  układy  ze  zdumionymi 
dłużnikami; Juliusz wobec niektórych ustępliwy był i łagodny, wobec innych groźny; to samo 
czynił  z  mieszkańcami  wielkiego  domu  Lepańskiej,  w  którym  ona  sama  zajmowała  całe 
pierwsze piętro. 

background image

Wiele  upłynęło  czasu,  zanim  z  pomocą  całego  sztabu  współpracowników  i  adwokatów 

biedny bogacz i szczęśliwy spadkobierca wywiódł swoją fregatę na spokojne wody i szeroko 
odetchnął.  Wszystkie  sprawy  były  uporządkowane,  a  w  mieszkaniu  Lepańskiej  pozostały 
nagie  ściany,  na  które  stary  Harpagon  spozierał  z  żalem,  nie  mogąc  sprzedać  obić. 
Niezmieniony  i  nietknięty  pozostał  w  nim  tylko  pokój  panny  Leontyny.  Ubyło  jej  lat 
dwadzieścia,  a  te,  które  pozostały,  zarumieniły  się  krwistym,  żywym  rumieńcem;  rozkwitła 
jak drzewo po śmierci zimy; wpatrzona w Juliusza, jak żołnierz w wielkiego  wodza, chętnie 
poszłaby za niego na śmierć, wódz jednakże na szczęście, nie wydawał rozkazów okrutnych, 
a  sprzedawanie  znoszonych  sukien  nie  było  połączone  ze  zbytnim  niebezpieczeństwem. 
Nakazał natomiast czynność odwrotną: dotąd sprzedawał, starając się sprzedać jak najdrożej, 
teraz kupował, dokazując niemożliwych rzeczy, aby kupić jak najtaniej; kupował zwyczajne 
łóżka,  skromne  stoły  i  krzesła,  mocną  bieliznę  i  skromne  kuchenne  naczynia.  Wszystkie 
przekupki  świata  zaniemówiłyby  ze  szczerego  podziwu,  widząc,  jak  ten  uśmiechnięty  pan 
targuje się nieustępliwie, jak po dziesięć razy wychodzi ze sklepu i wraca, jak nieczuły jest na 
najświętsze  zaklęcia  i  jak  nie  dowierza  przysięgom  kupców,  że  sprzedają  mu  bez  zysku. 
Ministrem  handlu,  osobiście  przed  nim  odpowiedzialnym,  mianował  Masłowską,  mając 
wielkie wyobrażenie o potędze jej wymowy, niezbędnej przy zawieraniu drobnych transakcji: 
w  niej  zagrała  ambicja,  jak  szlachetna  krew  w  natolskiej  klaczy,  ł  żal  było  patrzeć  na  tego 
nieszczęśnika, który miał na sprzedaż żelazne łóżko, kiedy padło na nie mądre i przenikliwe 
spojrzenie  Masłowskiej,  i  który,  zmęczony  targiem,  pełnym  pokrzyków  i  gróźb,  klątw  i 
złorzeczeń,  słabnął  powoli,  aż  wreszcie,  ratując  równowagę  rozumu,  ustępował  zwycięskiej 
babie.  W  ten  sposób  obszerne  apartamenty  Lepańskiej  napełniły  się  sprzętem  poczciwym  i 
pożytecznym,  aż  dnia  jednego,  ku  wielkiemu  zdumieniu  mieszkańców  domu,  Juliusz  w 
otoczeniu  swojego  sztabu  przybił  na  bramie  tablicę  z  napisem:  „Przytułek  dla  bezdomnych 
dzieci imienia ś.p. Adelajdy Lepańskiej”. 

Przyjrzał się tej tablicy, jak gdyby uczyniona była z malachitu, a słowa na niej wybite były 

brylantami,  podniósł  wzrok  w  górę  i,  patrząc  w  niebo  zaśmiał  się  głośno.  Panna  Leontyna 
zaśmiała  się  cichutko,  jak  dama  dworu,  kiedy  król  jest  w  pogodnym  usposobieniu.  — 
Gotowe! — rzekł Juliusz wesoło. — Jutro zjawią się lokatorowie. 

Taki  był  szczęśliwy,  że  zaczął  ściskać  wszystkich  obecnych  i  śmiał  się  jasno,  jak  się 

powinno  zaśmiać  pierwsze  na  ulicy  znalezione  dziecko,  które  tu  przybędzie.  Postanowił 
przygarnąć,  ogrzać  i  nakarmić  w  swoim  wspaniałym  przytułku  te  najbiedniejsze,  sieroce, 
najbardziej  nieszczęśliwe,  wyrzucone,  jak  na  śmietnik,  wynajmowane  i  dręczone  przez 
żebraków,  zawsze  głodne  i  zawsze  od  zimna  sine.  W  tym  obszernym  mieszkaniu  mógł  ich 
pomieścić  kilka  dziesiątków.  Po  pilnych  wywiadach  zdobył  do  pomocy  pannie  Leontynie, 
przeoryszy  tego  dziecinnego  klasztoru,  trzy  pielęgniarki  i  rozpoczął  łowy  na  zbiedzone 
szkielety. Jak rybak doświadczony, dawał nurka w zatęchłe morze nędzy i wypływał, bardzo 
utrudzony,  niosąc  w  ramionach  jakieś  przerażone  biedactwo  z  niebieskimi  oczami,  małe, 
udręczone ciałko, w powiciu łachmanów. Oddawał je pannie Leontynie, która na wpół tylko 
przytomna  z  radości  dokonywała  cudu  przemiany  wygłodniałego  i  wylękłego  zwierzątka  w 
najpiękniejszy  kwiat  ziemi:  w  dziecko,  co  się  uśmiecha.  Wynajdywał  je  w  norach,  wśród 
zaułków, nad zmarzłymi ściekami, pod arkadami mostów, w bramach zaropiałych domów i w 
konwulsyjnie  zaciśniętych  ramionach  matek.  Czasem  musiał  toczyć  walkę  ze  śmiercią, 
szczekającą  w  jego  stronę,  że  jej  wydzierał  łup,  i  pędził  z  powrotem  do  swego  nędznego 
przytułku  zdyszany,  jak  gdyby  obawiał  się  pogoni.  Upadał  ze  znużenia,  ale  twarz  miał 
radosną,  kiedy  krążył  wśród  tych  piskląt,  złożonych  w  bezpiecznym  gnieździe, 
rozkrzyczanych i szczebioczących. 

Na wytworny dom w wytwornej dzielnicy miasta padło przerażenie: dom patrzył szeroko 

rozwartymi  oczami  okien  na  miłosierny  obłęd  tego  obszarpańca,  który  z  takimi  honorami 
wodził po marmurowych schodach paskudną nędzę, jak gdyby królewskie wiódł dzieci. Dom 

background image

przemówił wreszcie opryskliwym, zbiorowym protestem, kiedy młodzi Polacy, wybornie się 
pożywiwszy,  poczęli  źle  zestrojoną  wrzawą  oznajmiać  pochwałę  życia,  płynącego  miodem 
dobroci  białą  słodyczą  mleka.  Juliusz  odpowiedział  zaniepokojonej  potencji,  że  radość, 
najbardziej nawet  krzykliwa, jest świętym  i  odwiecznym  przywilejem  wieku młodocianego, 
jeśli  zaś  dom  odmiennego  jest  zdania,  tedy  dom  jest  głupi.  Zapowiedział  mu  też  przy 
sposobności, że to dopiero początek i że, ze względu na niepoliczoną ilość dzieci, głodnych i 
sierocych,  jego  przytułek  ma  zamiary  zaborcze  i  będzie  czyhał  na  każdą  okazję,  aby 
rozszerzyć się i nowe zdobyć terytoria. Zwołany czym prędzej sejm lokatorów orzekł, że pani 
Lepańska była tkliwym aniołem wobec tego obłąkanego tyrana. 

Mieszkał  wciąż  jeszcze  u  Henryka,  który  słyszeć  nie  chciał  o  rozstaniu.  Wracał  zawsze 

późno, tak umęczony, że słaniał się na nogach, tak jednakże hałaśliwie szczęśliwy, że musiał 
dzielić się z Henrykiem sprawozdaniem o zdobyczach każdego dnia. 

— Na Boga — mówił Henryk — niech pan odpocznie, przecie już cień tylko został z pana. 
— Cień szczęśliwego człowieka  — śmiał  się Juliusz  — a to  lepsze niż najgrubsze ciało. 

Mam jeszcze wiele, wiele pracy. Bieda nie może czekać. 

— Wszystkich pan nie przytuli,  wszystkich pan  nie nakarmi.  Zawsze będzie tak, że ktoś 

nie je, aby jeść mógł ktoś… „To są zwyczajne dzieje”. 

— Ul składa się z komórek, a ja buduję jedną z nich — rzekł Juliusz. — Kto inny zbuduje 

drugą,  trzecią  i  dziesiątą.  Nędza  jest  taka  wielka  jak  świat,  i  miłosierdzie  tak  wielkie  być 
musi: zanim się ono narodzi, tak powszechne, że wszystkich cierpiących ramionami obejmie, 
niech  każdy  uczyni,  co  jest  w  jego  mocy.  Ja  ratuję  to  biedactwo  najbezbronniejsze,  co  nie 
umie wypowiedzieć nawet tych kilku słów, z których trzeba skleić prośbę o okruszynę chleba. 
Może to kogoś zachęci, może to kogoś wzruszy. Będę krążył jak sęp i może gdzie wypatrzę 
jaką  inną  Lepańską.  Czy  pan  myśli,  że  takich  nie  ma?  Takich,  klejnotami  obwieszonych 
mumii, nieczułych i ślepych, które nie widziały nigdy nieszczęścia i nigdy nie widziały łez? 
Pazurami  wygrzebałbym  z  takiej  serce,  aby  zbladło  z  lęku  na  widok  tego,  co  ja  widziałem 
teraz, kiedym wyławiał dzieci z piekła. Oby tego nie widziały nigdy ludzkie oczy… 

— Czy panu tylko sił wystarczy? 
— Mnie,  sił?  —  zaśmiał  się  Juliusz.  —  Nigdy  nie  byłem  zdrowszy  i  nigdy  nie  byłem 

silniejszy. Jeśli tak dalej pójdzie, za lat kilka ożenię się z panną Leontyną, a pana uwolnię od 
podejrzanego lokatora. Dzisiaj sobie jednak odpocznę… 

Nagle zerwał się i pochwycił płaszcz. 
— O, stary łbie! — krzyknął. — Dobranoc panu! 
— Dokąd? Po co? 
— Zbieram dzieci po ulicy, a zapomniałem o jednym, którego nie widziałem tak długo. 
Przerwał i smutnie spojrzał na Henryka, Henryk jednak uśmiechnął się z przymusem: 
— Niech  pan  i  ode  mnie  ucałuje  Celinkę  i  Majkę.  „A  Elżunię  chyba  też”  —  pomyślał 

Juliusz, wybiegając szybko. 

background image

XXV. 

 
Elżunia,  postąpiwszy  wedle  swego  mniemania  wzniośle,  jak  kobieta,  cierpiała  teraz,  jak 

nieporadne dziecko. Nie skarżyła się przed Juliuszem, on jednak widział jasno, co się z nią 
dzieje: jak ktoś chory bez nadziei, obojętnie rozmawiała o tym wszystkim, co się stało poza 
nią; z wielkim wysiłkiem i niezręcznie sprowadzała na bladą i mizerną twarz równie blady i 
mizerny  uśmiech,  szybko  gasnący,  jąkną  smutnym  niebie  ten  sobotni  promień,  co  wedle 
pobożnego wierzenia musi się pojawić w sobotę, najbardziej nawet chmurną. Barskim wiodło 
się teraz lepiej i to przynajmniej pocieszyło stroskanego Juliusza, który przyszedł naładowany 
grzmiąca  radością, jak burza piorunami, a odchodził, markotny i  bezradny, jak lekarz, który 
rozumiał, że jego lekarstwa nie pomogą nigdy tej chorobie, co się sama sobą żywi i wciąż się 
odnawia. Rozmawiał z nią o Henryku, opowiadając, jak w sobie nowego odnalazł człowieka i 
jak, po płytkiej dotąd brodząc wodzie, uczynił wyprawę na głębiny; mówił o nim gorąco i z 
wielką miłością, jak ojciec o synu, co mu wiele dotąd przyczyniał trosk, a z którego teraz jest 
dumny i pragnie, aby go wszyscy kochali. Elżuni oczy  rozbłysły na chwilę promieniście jak 
gwiazdy, wnet jednak spłynęła na nie chmura z zatroskanego czoła. Ręce jej zaczęły drżeć i 
usta. Przytuliła się do starego człowieka, jakby u niego szukając obrony przed własną ofiarą, 
której  teraz  nie  mogła  udźwignąć  w  dziecinnych  ramionach,  więc  słabnie  z  niezwykłego 
wysiłku i męczy się, twardo sobie powiedziawszy, że jednak tej pierwszej w życiu ofiary nie 
odwoła. Juliusz gładził ją po głowie i nadaremnie szukał tak słodkich słów, które by ją mogły 
pocieszyć,  wiedząc,  że  tylko  matka  umiałaby  pocieszyć  cudownie  to  dziecko,  skrzywdzone 
przez innych i przez siebie. 

Spotkawszy  się  z  Henrykiem,  zdał  mu  sprawę  ze  swojej  bytności  u  Elżuni  w  słowach 

krótkich  i  bardzo  zatroskanych.  Henryk  oparł  głowę  na  ręku  i  długo  milczał,  jakby 
rozmyślając nad sposobem ulżenia cierpieniu tej dziewczyny, którą kochał najgłębszą, do dna 
serca wzruszoną miłością. Rozżalenie nad jej przeczuleniem i niepojętym dla jego rozsądku 
spojrzeniem na miłość, jak na śnieżnobiałe anielstwo, czy też bezgrzeszną świętość, dawno w 
nim  przeminęło.  Wiedział  o  jednym:  że  źródło,  z  którego  taka  wytrysła  kryształowa 
wzniosłość,  zawsze  i  do  ostatniej  w  nim  kropli  będzie  czyste  i  jasne;  wzruszył  się  i  tą 
dziecinną wiarą, że szczęście musi być bez grzechu i zmazy, i nieustępliwy mocą tej wiary; 
przecie  to  dla  niego  walczy  ta  dziewczyna  z  własnym  cierpieniem,  aby  jemu  ofiarować 
szczęście błękitne i niezmącone, i nikt jej tego nie wytłumaczy, choćby miała przez lata całe 
czekać  na  tę  chwilę,  kiedy  on  będzie  mógł  przyjść  do  niej  i  powiedzieć,  że  został 
rozgrzeszony i uzyskał przebaczenie tej zwariowanej Torres, którą ona uważa za męczennicę. 

— Co się dzieje z Torres? — zapytał nagle Juliusza. 
— W  szpitalu  już  jej  dawno  nie  ma—odrzekł  Juliusz.  —  Dowiadywałem  się  przez 

Garszową. W mieszkaniu  też jej nie ma,  a stara  Ćmielowa o niczym  nie  chce mówić;  zdaje 
się, że w rodzinie zaszły jakieś gwałtowne nieporozumienia i jakieś wielkie zmiany. Szarota 
wiedziałby od razu, ale biedaczyna jest w kryminale. Czy chce pan jej szukać? 

— Czy  ja  wiem?  —  zakrzyknął  Henryk.  —  Obym  był  oślepł,  zanim  po  raz  pierwszy 

zobaczyłem tę dziewczynę. Muszę jednak zobaczyć się z nią i pomówić. 

— Pewnie  pan  się  nie  dogada;  jużeśmy  raz  przecie  rozmawiali.  Może  lepiej  nie  budzić 

demona, niech śpi… Co pan chce uzyskać? Aby panu dała świadectwo, że panu odpuszcza w 
łasce? Jeśli pan z tym się do niej zwróci, będzie pan stracony. Torres jest burzliwie przekorna. 
Miał  pan święty spokój, dopóki  pana nie ujrzała; teraz zapadła się pod ziemię, ale kiedy ją 
pan stamtąd wygrzebie i znowu pana zobaczy, będzie z tego awantura tym większa, że pan 
przyjdzie prosić o świadectwo moralności. A zresztą — dodał zamyślony — może by można 
zaryzykować?  Sądząc  po  jej  pięknym  geście  w  szpitalu,  należy  przypuścić,  że  demon  ma 

background image

tylko  ogień  w oczach i  w  gębie,  a wewnątrz jest poczciwy. Ja wiem,  kto by  się z nią umiał 
rozmówić ostatecznie, na amen… 

— Któż to taki? — zapytał szybko Henryk. 
— Masłowska! 
Henryk machnął ręką, jak na kiepski żart. Odszedł zatroskany bardziej jeszcze tym, co o 

Elżuni usłyszał przed chwilą. Jak żak zakochany wałęsał się przed jej domem, licząc, że przez 
szczęśliwy przypadek ujrzy ją chociaż z daleka, po czym wracał do pracy nad nową książką, 
którą pisał w niemałym trudzie, z duszą jak łuk napiętą, odbywając po każde słowo z osobna 
wyprawę w głąb, gdzie, jak rodzime złoto na dnie głębokiej pieczary, leżało cierpienie. Stary 
człowiek nauczył go dobroci, dziecko nauczyło go miłości. Pojął dobro i miłość, uwierzył w 
nie  i  oddychał  nimi;  teraz  się  trudził,  aby  jego  książka,  pisana  dla  tych,  co  sercem  są 
najubożsi,  była  przepojona  jasnym  miłosierdziem  i  umiłowaniem  wszystkiego,  co  jest 
nieszczęśliwe. Pragnął być cieniem tego starego człowieka, co ostatnich dobywa z siebie sił, 
aby czynić to, o czym on pisze. 

Stary  człowiek, rozpocząwszy swoje dzieło miłosierdzia, rozważał  przez długie  godziny, 

krążąc po salonach Lepańskiej, napełnionych dziecięcym szczebiotem, co należy uczynić, aby 
się  ono  rozrosło?  Jak  chłop,  co  ma  w  sobie  nigdy  nie  zaspokojoną,  wiecznie  głodną 
zachłanność ziemi, jak kopacz złota, co już wzbogacony, podsyca w sobie żądzę wydobycia 
wszystkiego  kruszcu  całej  ziemi,  Juliusz  rozmyślał  gorączkowo  nad  tym,  w  jaki  sposób 
nakarmić swój nienasycony głód miłosierdzia. Wszystko to, co dotąd uczynił, wydawało mu 
się mizerną jedynie próbą, trudnym początkiem i małą grudką, pączkiem lawiny. Gorzał całą 
duszą,  dręczył  się  niespokojnymi  zamysłami,  podniecał  swoje  marzenia;  chciał  swój 
miłosierny  warsztat  wyolbrzymić  w  fabrykę,  wypędzić  w  górę,  jak  niebotyczną  wieżę, 
rozszerzyć na całą ziemię. Mierzył wciąż siły na zamiary, rozgorączkowany i pełen porywów, 
jak  wielki  wiatr,  co  pragnie  wyważyć  z  posad  z  dawna  osiadłe,  ciężkie,  kamienne  góry 
obojętności. Opadał z sił i uciszał się zmęczony, jako ten wiatr, aby znowu zerwać się i lecieć. 
Czynił dalekie wyprawy i szturmował do wszystkich drzwi. Czasem zaś zażywał chytrości i 
jak doświadczony myśliwy okrążał grubą zwierzynę, którą słowem, jak kulą, chciał ugodzić 
w  serce.  Jak  kiedyś,  kiedy  go  zaczęto  wystrzegać  się,  uwalanego  w  błocie  naciągacza,  tak 
teraz unikano go i uchodzono przed tym szlachetnym wariatem, który wytrwale, z żelaznym 
uporem  prosił  i  błagał,  i  żądał.  Wiedziano,  że  odziedziczył  ogromny  majątek,  kiedy  przeto 
zjawiał  się  pokorny,  jak  jałmużnik,  albo  wesoły,  jak  kwestarz,  albo  groźny,  jak  poborca, 
zawsze  i  wszędzie  wychodziło  naprzeciw  niego  zdumienie.  Przeradzało  się  ono  albo  we 
wzruszoną  litość,  albo  w  rozkrzyczany  gniew,  a  on  stał,  nieczuły  jak  posąg  i  czekał, 
cierpliwie  czekał.  Ani mitry,  ani  fiolety nie czyniły na nim najmniejszego wrażenia; szukał 
zawsze  człowieka,  z  którym  czasem  wdawał  się  w  namiętną  rozprawę,  jeśli  go  usiłowano 
przekonać, że pragnie przenieść górę, albo łyżką wyczerpać morze. Znano go na obydwóch 
brzegach  wielkiej  rzeki,  płynącej  leniwym  nurtem  ku  śmierci;  witano  go  na  jednym,  wśród 
biedaków, jak białego gołębia, co przylata z zieloną gałązką nadziei, ze wzruszoną radością 
— żegnano go czym prędzej na tym drugim, gdzie się zjawiał jak widmo. 

Przytułek  jego  był  przepełniony  nad  miarą.  Panna  Leontyna,  niewinna  matka 

pięćdziesięciorga  dzieci,  nie  miała  chwili  jednej  spokoju,  ani  we  dnie,  ani  w  nocy,  kiedy 
jednak  nogi  zaczynały  się  pod  nią  chwiać  ze  znużenia,  starczyło  jednego  słowa  tego 
cudownego  obłąkańca,  aby  uśmiechnąwszy  się,  potroiła  w  sobie  siły.  On  sam  spełniał 
wszystkie  najcięższe  roboty,  zawsze  pogodny  i  gadający  z  dziećmi  ich  słowiczą  mową,  jak 
dobra piastunka.  Kiedy jednak nie można było  pomieścić już taki ej  nawet  okruszyny, jaką 
jest  dziecko,  zatroskał  się  wielką  troską  i  zaczął  uprawiać  przedziwny  handel:  zaczął 
handlować  dziećmi.  Tak  długo  szperał,  że  zdołał  dotrzeć  do  jakiejś  bezdzietnej  kobiety,  o 
której doszły go słuchy, że dziecko jest najtajniejszą jej tęsknotą i wtedy zdążał czym prędzej, 
aby  przehandlować  jakąś  sierotę  albo  podrzutka.  Mówił  tak  wzruszająco  i  tak  długo  aż  się 

background image

doczekał pierwszej łzy: wtedy nie dawał jej oschnąć i mnożył ją w pełne płaczu rozczulenie, a 
następnie, jak sumienny i szybko sprawiający się dostawca, przynosił w ramionach dziecko i 
oddawał je kobiecemu sercu. Wypraszał w gazetach bezpłatne ogłoszenia i ofiarował w nich 
na własność dzieci, które wedle słów ogłoszenia, były aniołami: najpiękniejszymi, najbardziej 
rozkosznymi  i  najmądrzejszymi  dziećmi  na  świecie.  Miał  zawsze  na  składzie  towar  w 
najprzedniejszym  gatunku,  płci  obojga,  wszystkie  kolory  oczów  i  włosów,  indywidua 
poważne  i  wesołe,  zaledwie  zaś  zdołał  oddać  jakieś  podkarmione  i  czyste  już  biedactwo  w 
dobre  ręce,  wymógłszy  uroczyste  przyrzeczenie,  że  będzie  najtkliwszą  miało  opiekę,  już 
czynił  wyprawę  na  mroczny  brzeg,  aby  czynić  poszukiwania  i  z  nową  zdobyczą  wrócić  do 
panny Leontyny. Od czasu do czasu czynił przegląd generalny i odwiedzał domy, w których 
pozasadzał  swoje  dziecinne  kwiatki;  przemawiał  wtedy  z  uznaniem,  gorąco  chwalił  lub 
podejrzliwie kręcił głowa; zdarzało się, że groził klątwą bożą i ciężkimi karami, jeśli mu się 
wydało, że jego potomstwo zdradzało smutek lub nieufność. 

Czas  mijał  i  zima  bardzo  posiwiała.  On  też  posiwiał  bardziej  jeszcze,  piękny  starzec  z 

jasnymi  oczami,  bladymi  jak  zimowe  niebo.  Siedzi  nad  rachunkami  i  nawet  do  nich  się 
uśmiecha,  gdyż  są  skromne  i  pozwalające  mu  na  nową,  miłosierną  lekkomyślność. 
Ambasador  głodu  rozsiadł  się  w  swoim  gabinecie  urzędowym,  przerobionym  z  ciemnej 
alkowy, w której kiedyś rezydował ponury lokaj pani Lepańskiej; był to gabinet tak wspaniale 
przestronny,  że  Juliusz  nie  mógł  wyciągnąć  swoich  długich,  chudych  nóg,  aby  nie 
przekroczyły  granicy  i  nie  weszły  na  obce  terytorium.  Na  ścianie  wisiała  wielka  fotografia 
pani  Lepańskiej,  przyglądającej  się  ze  złośliwym  uśmiechem  swemu  spadkobiercy.  Juliusz 
uśmiechał się zawsze przyjaźnie, ile razy na nią spojrzał, jak gdyby chciał się doczekać tego 
cudu,  że  chmurna  twarz  wreszcie  odpowie  mu  uśmiechem.  Henryk,  honorowy  sekretarz 
Juliusza, mając do rozporządzenia skrawek stołu, pisał do jakichś potężnych osobistości listy, 
które Juliusz podpisywał zamaszyście. 

— Czy pozwoli mi pan zapalić? — spytał Henryk. 
— Tu ze względu na dzieci  nigdzie palić nie  wolno  — odrzekł  Juliusz. — Ale nich pan 

otworzy  piec  i  wdmuchuje  dym  w  jego  wnętrza.  Będę  udawał,  że  tego  nie  widzę.  Ha!  — 
zakrzyknął. — Czy mnie oczy nie mylą? Sam pan Garsz! Tak późno… 

— Mam ważny interes — mruknął Garsz. — O, jak to dobrze, że i pan Staliński tu jest. 
— Niech pan siada — zapraszał Juliusz — tylko nie wiem, na czym i gdzie, bo tu ciasno. 

Co się z panem dzieje? 

— Zimno — bąknął Garsz. 
— Czy po to pan przyszedł, aby nam to obwieścić? 
— Ja nie byłbym przyszedł, ale mi żona kazała. 
— Niech  pan  złoży  uszanowanie  pani  Garszowej.  I  niech  się  pan  rozchmurzy,  do  stu 

diabłów, bo mi tą swoją pogrzebową gębą dzieci wystraszy. Czy pan się nigdy nie śmieje? 

— Kiedy  jestem  z  żoną,  śmieję  się  bez  ustanku,  ale  nie  widzę  powodu,  abym  teraz  się 

śmiał — oświadczył Garsz boleśnie. 

— Niech pan tyle od razu nie gada — zaśmiał się Juliusz — bo się pan zmęczy. Do kogo 

pan właściwie przyszedł? 

— Właściwie  do  pana,  ale  ponieważ  zastałem  pana  Stalińskiego,  to  i  do  niego.  Żona  mi 

powiedziała, abym poszedł albo tam, albo tutaj. 

— A pan przyszedł tutaj? 
— Oczywiście. Pomyślałem sobie, że lepiej gadać z panem, bo pan Staliński może zrobić 

jakieś głupstwo. 

Henryk spojrzał na niego ze zdziwieniem. 
— Dlaczego ja mam zrobić głupstwo? — zapytał. 
— Bo ja przyszedłem z bardzo ważną nowiną. Moja żona o wszystkim zawsze wie i dzisiaj 

także dowiedziała się o tym pierwsza. 

background image

— O czym takim? Gadajże pan nareszcie! 
— Zaraz panu powiem. Dowiedziała się i poleciała do panny Elżuni, ale panny Elżuni nie 

było  w  domu,  bo  jeszcze  nie  wróciła  z  lekcji.  Wtedy  żona  mówi:  „Garsz,  kochasz  mnie?” 
Odpowiedziałem,  że  nad  życie.  —  „Jeśli  tak,  łap  auto  i  jedź  do  pana  Henryka,  albo  do 
wujaszka…” Ale ponieważ nie miałem pieniędzy, więc powiedziałem, że pójdę piechotą. 

— Człowieku,  zmiłuj  się!  —  krzyknął  Juliusz.  Garsz  odetchnął,  jakby  głaz  wytoczył  na 

szczyt góry i rzekł. 

— Żona kazała panom powiedzieć, że dzisiaj o szóstej wieczorem odbył się ślub jednego 

hrabiego, co był krewnym pani Lepańskiej… 

— Niech czort porwie hrabiego razem z panem. Co nas to obchodzi? 
Nagle Henryk, który miał „zrobić głupstwo”, porwał się z krzesła. 
— Z kim? — zapytał przenikliwym głosem. 
— Z Iną Torres! — dodał chmurnie Garsz. 
— Młodzieńcze, dopiero teraz to mówisz? Bodajbyś skapiał! — zakrzyknął Juliusz. 
Henryk przypadł do Garsza i patrzył mu w oczy takim drapieżnym wzrokiem, jakby chciał 

wydrzeć z niego powolne, ołowiane słowa. 

— Czy to prawda? Panie Garsz, czy to prawda? 
— Moja żona nigdy nie kłamie! Skoro mówi, że ślub był, to ślub był. 
— Pan nie jest pijany? 
— Za co? — zapytał Garsz z politowaniem.  — Nie jestem pijany i powtarzam to, co mi 

żona kazała powiedzieć. 

Henryk płonął jak drzewo, zapalone piorunem. Na twarzy miał zbladła radość, w oczach 

jakby  upojenie.  Uścisnął  Juliusza  i  chmurę,  nazwaną  Garszem,  potem  wybiegł,  po  drodze 
wdziewając futro. 

— Jestem  z  pana  bardzo  zadowolony,  drogi  panie!  —  śmiał  się  Juliusz  serdecznie 

uradowany.  —  Jest  pan  zacnym  człowiekiem.  Gdyby  pan  tak  jeszcze  uśmiechnął  się  raz  w 
życiu,  choćby  raz  jeden  przed  śmiercią,  byłby  pan  istotą  doskonałą.  Ale  i  bez  tego  pana 
kocham. 

— Ii! — mruknął Garsz. — Moja żona powiada, że pan wszystkich kocha. 
— Pańska  żona  jest  kobietą  przenikliwie  mądrą  i  dlatego  spotkało  ją  takie  szczęście,  że 

wyszła za pana. A Torres, powiada pan, wyszła za hrabiego? A niech jej Pan Bóg da zdrowie! 
Zawsze byłem tego zdania, że ona zrobi karierę. Jakie to szczęście, że hrabiowie bratają się z 
dobrze zbudowanym stanem średnim! Czy pan wie, że ja będę teraz jej kuzynem? 

— Przez tego hrabiego? 
— Właśnie, właśnie! A niechże pana uściskam! 
— Czy ja już mogę wrócić do domu? — pytał Garsz. — Żona czeka… 
Juliusz zastanowił się. 
— Skoro pan tu jest — rzekł wesoło — niech pan napisze te listy, których przez pana nie 

dokończył pan Henryk. A potem pójdziemy razem, pan do żony, a ja do Elżuni. Co ona tam 
teraz robi, biedactwo — szepnął i spojrzał przed siebie, jakby chciał ujrzeć to, co się daleko 
stąd odbywa. 

Uśmiechnął się szczęśliwym uśmiechem, jakby istotnie dojrzał: oto Henryk biegnie w górę 

po  schodach,  zdyszany  i  z  tłukącym  się  sercem;  jeszcze  nie  dopadł  drzwi,  a  już  krzyknął 
ostatkiem  tchu:  „Elżuniu!”  Drzwi  się  otwarły  szybko  i  dwoje  ludzi  szczęśliwych,  jak  samo 
szczęście,  padło  sobie  w  ramiona.  I  nic  nie  słychać,  tylko  serdeczny  szloch  tej  biednej 
dziewczyny,  do  której  radość  przybiegła,  aby  jej  powiedzieć,  że  jej  nie  opuści  już  aż  do 
śmierci. 

background image

XXVI. 

 
Wiatr,  co  gdzieś  w  południowej  stronie  świata  zasłyszał  o  wiośnie,  jakby  pijany  jej 

zapachem,  pędził  po  niebie  ciężkie  leniwe  chmury,  jak  apokaliptyczne  bestie,  rwąc  je  na 
strzępy, aby zziębniętą na kość ziemię uradować widokiem dawno nie widzianych błękitów. 

Elżunia, szczęśliwa i spokojna, widziała dokoła siebie tylko błękit; jej zima przeminęła już 

dawno,  a  śnieg  stajał  od  łez  szczęśliwych;  miłość  na  jej  niebie  świeciła  jak  słońce, 
przebywszy  próbę  ciężką  i  ciemną.  Tym  jaśniejszą  wydała  się  jej  teraz  i  tym  więcej 
promienistą.  Już  nie  było  ani  szarości,  ani  zgryzot,  tylko  radość  cicha,  głęboka,  wszystko 
złocąca. Henryk, człowiek ukochany, wolny już od wszystkich cieniów, co się wlokły za nim 
splątanym tłumem, odnalazł siebie w rozbłysku miłości, zatrzasnął za sobą drzwi przeszłości i 
wyszedł na jasny świat, radosny jak podróżny, co długo wędrując po bezpłodnym stepie i po 
trzęsawiskach bagien, wszedł wreszcie na ziemie rodzące. 

Elżunia, siedząc przy łóżku zawsze cierpiącej Celinki, czytała jej wesołym głosem książkę, 

ofiarowaną  dzieciom  przez  Henryka  na  Boże  Narodzenie,  pełną  bajecznych  przygód, 
śmieszną  i  rzewną.  Smutne  dziecko  leciało  na  zaczarowanym  bagdadzkim  dywanie  bajki, 
wysoko  ponad  ziemią,  zapomniawszy,  że  jest  ułomne;  przeczuloną  duszyczką  chłonęła  w 
siebie  wonie  zaczarowanych  ogrodów,  które  kwitły  w  tej  błogosławionej  książeczce  i 
rozgorzałymi oczami patrzyło poprzez chmury i domy na dalekość zaczarowanego świata. W 
pewnej chwili Celinka nagle krzyknęła i rączką chwyciła gwałtownie rękę zdumionej Elżuni. 

— Co ci się stało, Murzynku? — zapytała troskliwie. Celinka była blada i patrzyła jak w 

gorączce. 

— Wujaszek… — szepnęła. 
— Przypomniał ci się wujaszek? To dobrze, pewnie przyjdzie… czemu tak drżysz? 
Dziecko było bardzo przelękłe; Elżunia zaniepokoiła się, bo Celinka, jakby nie rozumiejąc, 

co  się  do  niej  mówi,  patrzyła  przed  siebie,  jak  gdyby  widząc  coś,  czego  nie  można  było 
widzieć; wstrząsnął nią nagły, silny dreszcz, który jak gdyby ją obudził; spojrzała na Elżunię 
zdziwionym spojrzeniem i szepnęła cichutko: 

— Elżuniu, wujaszkowi stało się coś bardzo złego… coś bardzo złego… 
— Skąd ci to przyszło do głowy, maleńka? 
— Ja… widziałam… — odrzekła Celinka. — Już nie czytaj. 
Elżunia  zamknęła  książkę  i  zaniepokojona  położyła  dłoń  na  rozpalonym  czole 

dziewczynki. 

— Śpij,  Murzynku  —  mówiła  z  wielką  słodyczą.  —  Dziecku  coś  się  przywidziało,  a 

wujaszkowi nic się nie mogło stać. Tylko patrzeć, jak do nas przyjdzie. 

— Wujaszek nie przyjdzie — szepnęło dziecko, dygocąc. 
Celinka  zamilkła,  jakby  wyczerpana  i  leżała  bez  ruchu.  Elżunia  patrzyła  na  nią,  nagle 

zatroskana  i  jakby  muśnięta  niespodziewanym  lękiem  tego  wrażliwego  dziecka.  Skąd  i 
dlaczego zaczęła mówić o Juliuszu? Nie przychodził od wielu dni, gdyż zapracowany aż do 
umęczenia,  przejęty  aż  do  ostatecznego  wysiłku  swoją  świętą,  miłosierną  pracą,  wpadał  od 
czasu do czasu na krótką chwilę, napełniał mieszkanie rozgwarem i wybiegał czym prędzej. 
Szczęśliwy szczęściem Elżuni, spokojny już o nią, dowiadywał się od Henryka o wszystkim, 
co  się  działo  na  tym  odcinku  frontu,  jak  wódz  w  swojej  głównej  kwaterze,  mający  wiele 
spraw na głowie. 

Zamknąwszy się w swym namiocie na długie godziny walczył z cyframi, jak z mrowiem 

wojska.  Dogorywająca  zima  wyła  z  głodu  i  z  chłodu;  nędza  wyglądać  poczynała  spod 
tającego śniegu, jak czarna ziemia spod roztopów; do jego przytułku  garnęło  się sieroctwo, 
jak zrozpaczone ptactwo, co czasu wielkiego mrozu puka do okien ludzkich siedzib. On dwoił 
się i troił, trudził się i zamęczał, dokazywał cudów, aby wielki bochen chleba, odziedziczony 

background image

po Lepańskiej, rozdzielić na tysiące okruchów i nakarmić nimi jak największą ilość głodnych. 
Spędzał bezsenne noce na rozmyślaniach, a we dnie dręczył się jeszcze bardziej. Płakał bez 
łez, kiedy nie mógł przygarnąć kogoś, co truchlał na mrozie, albo omdlewał z głodu; cierpiał 
cudzym  cierpieniem,  tylko ostrzej i  głębiej.  Czasem  zdarzało  się, że kiedy powracał  z getta 
nędzy  i  z  miasta  na  wpół  umarłych,  nieżywych  żywych  ludzi,  zbity  szarugą,  zabłocony  do 
kolan,  zziębnięty  i  zgłodniały,  czuł,  że  cały  świat  zaczyna  z  nim  wirować  szybko,  coraz 
szybciej;  przed  jego  oczyma  wirował  czarny  śnieg  wielkim,  zmąconym  tumanem,  albo 
czerwone zaczynały wirować kręgi, jakby je podrzucał nieprawdopodnie zręczny żongler. Na 
próżno  zaklinano  go  i  błagano,  aby  odpoczął.  Henryk  czynił  to  z  rozpaczliwym 
zniecierpliwieniem,  panna  Leontyna  prosiła  głosem  pełnym  słodyczy,  aby  się  nad  samym 
sobą zlitował. 

— Nie mogę — mówił Henrykowi. — Dopiero zacząłem, a pan chce, drogi mój, abym już 

skończył. Daleko mi do śmierci, a wtedy dopiero odpocznę, już spokojny, że moje malutkie 
dzieło  nie  umrze.  Pan  je  dalej  poprowadzi.  Pan  i  Elżunia,  bo  ja  was  tym  obciążę.  Musicie 
czymś pięknym okupić wasze szczęście. Teraz mi nie czas na odpoczynek, bo głód, jak wilk 
na Matkę  Boską  Gromniczną, podchodzi  aż pod ludzkie osiedla i  porywa ofiary. Teraz jest 
najstraszniej.  Niedługo  otworzę  drugi  przytułek,  więc  mam  moc  roboty…  Pani  Lepańska 
niecierpliwi się zapewne, że jeszcze zbyt mało zrobiłem. 

Nikt nie słyszał nigdy z ust jego ani skargi, ani jęku. Uśmiech nie schodził z jego warg, 

kwitnących słodyczą słów, ani z jego oczów, siejących pogodę blasków na bagnisko nędzy. 
Czasem  nie  miał  już  tyle  sił,  aby  się  podnieść  o  świcie.  Udawał  wtedy  wesołość  i 
przekomarzał  się  z  Masłowską,  bystrze  w  niego  patrzącą  i  nie  dającą  się  oszukać;  zawsze 
jednak zwlókł się z łóżka i wychodził, wesoło pogwizdując, aby zaraz za bramą ucichnąć i z 
trudem zdążać na posterunek. 

Od wielu dni trapił się losem dwojga dzieci, które chciał wydobyć z wilgotnej nory, gdzie 

na  tapczanie  leżała  gruźlica,  ostatnie  chwytająca  oddechy,  okropna  i  nielitościwa,  jak 
przeznaczenie, a głód niańczył dzieci, patrzące z lękliwą ciekawością na matkę, nie mogącą 
się podnieść z tapczana. Piwniczne mury płakały zielonymi, zaropiałymi łzami na widok tej 
ohydy życia. Juliusz odwiedzał tę potrójną nędzę i jak kruk przynosił pożywienie, a jak anioł 
pociechę;  wydeptał wszystkie ścieżki,  aby wyprosić legowisko dla tej nieszczęśliwej  matki, 
ale go nie mógł wyprosić, więc ze śmiercią targował się tylko, aby jeszcze nie przychodziła, 
zanim  on  zdoła  przygotować  gniazdo  dla  dzieci.  Jednego  dnia  otrzymał  wiadomość  przez 
swoich posłów z państwa rozpaczy, że kobieta w nocy umarła. 

Podniósł się ciężko i z trudem podążył na krańce miasta, aby dopełnić miłosierdzia; szedł 

jak  ten,  co  wyleczony  podczas  wielkiej  zarazy,  bezpiecznie  idzie  przez  zawalone  trupami 
ulice  dotkniętego  morem  miasta,  aby  grzebać  umarłych.  Wytężał  wszystkie  siły,  aby  je 
związać w wysiłek, bo czuł, że ma ich w sobie niewiele. Był tak bardzo zmęczony, że często 
przystawał  i  odpoczywał,  oparłszy  się  o  mur,  a  żałował  paru  groszy  na  tramwaj.  Z  trudem 
dobywał  z  głębi  serca  uśmiech,  kiedy  pozdrawiał  znajomych,  których  miał  wielu  w 
trędowatej, nędzą, jak mgłą, zasnutej dzielnicy; czasem zamykał oczy, aby nie widzieć i nie 
pomnażać  w  sobie  bezsilnej  rozpaczy,  czasem,  głęboko  westchnąwszy,  przyśpieszał  kroku, 
aby nie rozpłakać się. Dowlókłszy się na miejsce, patrzył długo na zastygłą śmierć. Szeptał 
bez słów: 

— Bądź spokojna, matko nieszczęśliwa, i śpij. Nie dam zginąć twoim dzieciom… Zamknij 

szklane oczy, biedna kobieto. 

Stłumionym głosem wydał sąsiadom konieczne polecenia i dał pieniądze na pogrzeb; kazał 

dzieciom pożegnać się z matką i rzekł słodko: 

— Patrzcie,  dzieci  moje,  długo,  bardzo  długo…  Zapamiętajcie  tę  twarz  matczyną. 

Widzicie, jak się do was uśmiecha? 

background image

Dzieci  ujrzały  wyraźnie,  że  woskowa  twarz  uśmiechnęła  się  dobrym,  szczęśliwym 

uśmiechem. 

Jedną ręką wiódł ze sobą trzyletnią dziewczynkę, a drugą pięcioletniego chłopca i szedł z 

dziećmi powoli, z pochyloną głową, wciąż do nich przemawiając, tkliwie i łagodnie; radował 
je  obietnicą  wielkich  rozkoszy  w  ciepłym  mieszkaniu  wśród  całej  gromady  dzieci.  One 
patrzyły na tego  wysokiego, dobrego pana z przelękłym zdziwieniem,  coraz bardziej ufne i 
obłaskawione ciepłem dobroci. Ponieważ do tramwaju było daleko, a w zapadłej dzielnicy nie 
było  taksówki,  dziewczynka  zaczęła  zaś  dyszeć  ze  zmęczenia,  krocząc  po  śliskiej  drodze, 
wziął ją na ręce, kazał objąć się rączynami za szyję i tak niósł ją z wielkim trudem, stąpając 
ostrożnie, jakby bezcenny niósł ciężar. Serce zaczęło w nim pracować usilnie, a czoło zrosił 
pot. 

— Już niedaleko, już niedaleko — mówił. — Schowaj, chłopcze, ręce w rękawy, a będzie 

ci cieplej. 

Nie mógł żadnego wymyślić sposobu, aby chłopak schował swoje, bose niemal nogi, więc 

przyśpieszył kroku, aby dostać się jak najprędzej w okolice, dokąd miasto sięga żyłami szyn 
tramwajowych.  Widział  już  w  niewielkim  oddaleniu  przystanek,  więc  zagarnąwszy  w 
zmęczone  płuca  wielki  zapas  świeżego  pokarmu,  chciał  przebiec  przez  szeroką,  oślizgłym 
szronem  pokrytą  ulicę.  Już  dotarł  do  jej  połowy,  kiedy  nagle  wszystko  zawirowało  z  nim, 
jakby on był w środku, a dokoła niego zwinął się czarny, ogromny wąż. Usłyszał rozpaczliwy 
jęk  trąbki  ciężarowego  automobilu  i  rozsierdzony,  wściekły  jego  warkot,  a  równocześnie 
krzyk, jakby  bardzo odległy, ostatnią błyskawicą spojrzenia dostrzegł,  z której  strony  pędzi 
wóz, więc chciał się usunąć, lecz poślizgnąwszy się na gołoledzi, czuł, że pada; rozpaczliwym 
ruchem  odrzucił  od  siebie  chłopca,  a  dziewczynkę  otoczył  ramionami  i  zakrył  ją  swoim 
biednym,  bezsilnym  ciałem,  jak tarczą. Potem padła na niego noc ze straszliwą szybkością. 
Stało się to w chwili, kiedy Celinka krzyknęła. Po kilku godzinach Juliusz podniósł powieki 
powoli  i  z  takim  trudem,  jak  gdyby  musiał  z  nich  zepchnąć  ołowiany  ciężar.  Odnosił 
wrażenie, że bardzo twardo usnął i budzi się, bo zamglony świt sączył się przez okna. Światło 
nie jest jednak tak białe jak mleko, lecz różowe, jakby zmieszane z krwią. Chce się obudzić, 
lecz  sen  leży  nad  nim  jeszcze  i  tłoczy  go  jak  zmora;  niecierpliwi  go  to,  bo  przecie  musi 
powstać natychmiast i iść do pracy, przybyło mu dwoje dzieci, z których jedno przydźwigał 
na ramionach, bo o własnych siłach iść nie mogło; przypomina sobie, że chłopiec miał niemal 
bose nogi, więc mu czym prędzej trzeba kupić obuwie. 

Juliusz uczynił ruch, jakby chciał podźwignąć się, lecz w tej samej chwili rozkrzyczał się 

w nim ból, ostrym, skrwawionym krzykiem. 

— Muszę  być  chory  —  pomyślał  bladością  myśli,  chwiejącej  się  i  drżącej.  —  Kto  to 

płacze? 

Powiódł  spojrzeniem  i  ujrzał  jakieś  mgliste  postacie  z  zamazanymi  twarzami;  powoli, 

usilnie,  z  cierpiącym  trudem  zaczął  spojrzeniem  rozgarniać  różową  mgłę,  jak  opar  o 
wschodzie  słońca.  Słyszał  najwyraźniej,  że  ktoś  cicho  płacze,  więc  chciał  czym  prędzej 
dowiedzieć się, kto to płacze i dlaczego, aby mu natychmiast pomóc, serdecznie pocieszyć i 
otrzeć  łzy.  Męczył  go  ten  płacz.  Jakże  on  może  tak  leżeć  spokojnie  i  słuchać,  jak  ktoś 
szlocha? I cóż z tego, że jest chory i że mu, na krótką pewnie chwilę, zabrakło sił? Przecie, 
gdyby nawet umarły leżał, toby go każdy płacz obudził; wyszedłby z grobu, gdyby usłyszał 
ludzką skargę i zapytałby słodko: „czemu płaczesz, biedny człowieku?” 

Uczynił nadludzki wysiłek, całą moc zebrał w oczach, jak w dwóch ogniskach, i rozgarnął 

mgłę: oto pochyla się nad nim Henryk, blady, jak dalekie, dalekie wspomnienie. Poznaje go: 
kocha go jak syna. A czyja jest ta druga twarz, drobna, biedna, cierpieniem zasnuta i te oczy, 
których  nie  widać  spoza  łez?  Ach,  to  Elżunia,  którą  kocha  jak  córkę.  Co  jej  się  stało, 
najdroższemu biedactwu, że tak cierpi? Przecie ten, którego kocha, jest przy niej… Na Boga, 
kto to tak szlocha, ciężko i serdecznie? Gdzieś widział tę kobietę, której płacz rozrywa piersi, 

background image

która  cała  drży,  jak  gdyby  z  niej  żywe  wyrywano  serce.  Zaraz…  zaraz…  Nazywa  się 
Masłowska  i  bardzo  go  miłuje.  Dobra,  zacna  kobiecina…  Po  co  oni  tu  wszyscy  przyszli? 
Przecie  jest  i  jakaś  młoda  osoba,  poważnymi  w  niego  wpatrzona  oczyma,  i  jakiś  młody 
człowiek,  pochmurny  i  tak  bardzo  smutny,  że  tylko  usta  zaciął  aż  do  krwi,  aby  się  nie 
rozpłakać… Juliusz nie może sobie przypomnieć jego nazwiska… Jest jakieś bardzo krótkie i 
zadzierżyste, jak cierń. Skąd się tu wszyscy wzięli?… Tylko król francuski powstawał rano z 
wielką  asystą,  a  on  nie  jest  francuskim  królem,  tylko  nędznym  biedaczyną,  co  zbiera  po 
ulicach konające dzieci. Usiłuje do nich wszystkich uśmiechnąć się, ale twarz go bardzo boli i 
pewnie uśmiech, który na ustach już się pojawił, skrzepnął, jakby na wielkim mrozie. 

Powoli jednak ból mija i Juliuszowi zdaje się, że mu jest dziwnie dobrze; dokoła czyni się 

jasno, więc, widać, słońce pognębiło mgłę i pełnym zakwitło blaskiem. Wszystko dokoła jest 
białe, oślepiająco czyste; dlatego pewnie i twarze tych, co się nad nim pochylili, są takie białe. 
Jednego tylko pojąć nie może: czemu Masłowska tak szlocha? 

Usiłuje przemówić do nich i udaje mu się to. Słychać szept: 
— Co się stało? 
Słucha ze zdumieniem, że chcąc wyratować dziecko, został zgnieciony przez ciężki wóz, 

ale Bóg się zmiłuje i będzie wszystko dobrze. 

Juliusz czym prędzej zamyka oczy i biegnie wspomnieniem na oślizgłą ulicę, skąd pędzi 

na niego terkoczący, zły warkot. Nagle otwiera oczy i pyta gorączkowo: 

— Gdzie jest dziecko? 
— Ocalone — mówi mu czyjś głos, oblany łzami. Wtedy Juliusz uśmiechnął się. Już wie o 

wszystkim i o wszystkim pamięta; czyni nadludzki wysiłek i mówi: 

— Czemu  wy  płaczecie?  Przydałem  się  na  coś…  Ocaliłem  dziecko..  Bogu  dzięki…  To 

niewiele za wszystkie moje grzechy… Gdyby każdy jedno ocalił… Czyńcie miłosierdzie… 

Zabrakło mu oddechu; odpoczął i znowu ogarnął ich spojrzeniem niezmiernej miłości. 
— Pani  Masłowska  —  szeptał.  —  Czemu  pani  płacze?  Ja  jestem  szczęśliwy,  a  pani 

płacze… Jak tak można?… Pani psuje takiego starego jak ja człowieka… 

Odpowiedział mu  wielki szloch.  —  I Elżunia płacze… Boże drogi!… Przebaczcie mi, że 

płaczecie przeze mnie… 

— Wujaszku! — krzyknęła Elżunia łzami. 
— A to jest Garsz, nieprawda? Garsz, niech się pan do mnie raz w życiu uśmiechnie. 
Garsz  spojrzał  na  niego  z  nagłym  przerażeniem  i  zaczął  uśmiechać  się  dziwnym 

uśmiechem, dysząc ciężko, jakby mu coś rozsadzało piersi. 

Juliusz szeptał: 
— Może mnie Pan Bóg pokarał, że za mało uczyniłem dobrego… 
— O Jezu! — szlochała Masłowska. 
— Powinienem  był  więcej,  powinienem  był  więcej…  Zmarnowałem tyle  czasu… A tyle 

jest nędzy… Gdzie jest panna Leontyna? 

— Przy dzieciach — rzekł Henryk. — Modli się z nimi za pana. 
— Przy dzieciach… Prawda… Powiedzcie jej, aby pilnowała ich jak matka… Ja nie mogę 

poruszyć się, więc wy jej to powiedzcie… Niedługo będzie wiosna… Zima się kończy. Każda 
zima się kończy i musi być wiosna… Ludzie są dobrzy i słońce… O, jak jasno!… 

— Boże, Boże… — modliła się Elżunia. 
— Gdzie  to  tak  dzwonią?  —  pytał  cicho  Juliusz.  Niedaleko  słychać  było  dzwonek, 

obwieszczający zbliżanie się Boga miłosierdzia. 

Masłowska padła na kolana i  przytuliła twarz do ściany,  aby stłumić szlochanie. Henryk 

ujął bezwładną rękę Juliusza. 

On nagle dźwignął się na poduszkach i rzekł głośno: — Przebaczcie mi, jeślim zawinił… 

Miłosierdzia! Miłosierdzia! Dla wszystkich miłosierdzia! 

 

background image

Odmówcie „Wieczne odpoczywanie” za duszę Juliusza — Dobrego Człowieka: 
 

K

ONIEC