background image

Zeznania Randolpha Cartera
(The Statement of Randolph Carter)

Powtarzam wam, panowie, 

ż

e kontynuowanie waszego 

ś

ledztwa nie 

ma wi

ę

kszego sensu. Ska

ż

cie mnie na do

ż

ywocie je

ż

eli chcecie, 

zamknijcie w wi

ę

zieniu lub zabijcie, je

ś

li potrzebujecie kozła 

ofiarnego dla iluzji, któr

ą

 zwiecie sprawiedliwo

ś

ci

ą

; ja jednak, nie 

mog

ę

 powiedzie

ć

 nic wi

ę

cej, nadto, co zeznałem dotychczas.

Wszystko co pami

ę

tam, wyznałem wam, z idealn

ą

 szczero

ś

ci

ą

. Nic 

nie zostało przeoczone czy zatajone, a je

ż

eli co

ś

 wydaje si

ę

 

niejasne, to jedynie z powodu mrocznej chmury jaka przy

ć

miła mój 

umysł oraz pora

ż

aj

ą

cej natury koszmaru jakiego do

ś

wiadczyłem.

Raz jeszcze powtarzam, nie wiem co si

ę

 stało z Marley'em 

Warrenem, cho

ć

 s

ą

dz

ę

 - ba, nawet mam nadziej

ę

 - 

ż

e pogr

ąż

ył si

ę

 w 

błogim zapomnieniu; je

ż

eli naturalnie w ogóle mo

ż

na mie

ć

 nadziej

ę

ż

istnieje co

ś

 takiego. To fakt, od pi

ę

ciu lat byłem jego najbli

ż

szym 

przyjacielem, i w pewnym sensie brałem z nim udział w przera

ż

aj

ą

cej 

wyprawie badawczej w gł

ą

b nieznanego. Mi

ę

 zaprzeczam, cho

ć

 moja 

pami

ęć

 jest mglista i niespójna, 

ż

e, jak twierdzi wasz 

ś

wiadek, mógł 

widzie

ć

 nas razem na Qainsville Pike, zmierzaj

ą

cych ku Wielkim 

Cyprysowym Moczarom, o wpół do dwunastej owej potwornej nocy. Mog

ę

 

nawet potwierdzi

ć

ż

e mieli

ś

my latarnie, łopaty i spory zwój drutów z 

przył

ą

czonymi aparatami. Ka

ż

dy z tych przedmiotów odegrał swoj

ą

 rol

ę

 

w jednej upiornej scenie, której wspomnienie wryło mi si

ę

 gł

ę

boko w 

pami

ęć

.

Jednak co si

ę

 tyczy pó

ź

niejszych wydarze

ń

 i powodu, z jakiego 

nast

ę

pnego ranka odnaleziono mnie samego, w stanie gł

ę

bokiego szoku, 

na skraju trz

ę

sawiska, stanowczo o

ś

wiadczam, i

ż

 nie wiem nic, za 

wyj

ą

tkiem tego, co musiałem wam zeznawa

ć

, raz po raz, praktycznie bez 

ko

ń

ca. Twierdzicie, ze tam na bagnach, ani nigdzie w pobli

ż

u nie ma 

nic. co potwierdzałoby moj

ą

 upiorn

ą

 opowie

ść

. Powtarzam: nie wiem 

nic, ponadto, co widziałem. Mo

ż

e była to wizja lub koszmar - dalibóg, 

pragn

ą

łbym, aby tak było - ba, mam tak

ą

 cich

ą

 nadziej

ę

 - jednak nie 

potrafi

ę

 zapomnie

ć

 o tym, co wydarzyło si

ę

 w ci

ą

gu tych szokuj

ą

cych 

godzin, kiedy we dwóch udali

ś

my si

ę

 na trz

ę

sawisko. A je

ż

eli chodzi o 

to dlaczego Harley Warren nie wrócił, chyba jedynie on, jego cie

ń

lub jaka

ś

 bezimienna istota, której nie jestem w stanie opisa

ć

mogliby odpowiedzie

ć

 na to pytanie.

Jak ju

ż

 wcze

ś

niej mówiłem, dobrze wiedziałem o dziwnych 

zainteresowaniach Marley'a Warrena i w pewnym sensie je podzielałem. 
Spo

ś

ród ogromnej kolekcji dziwacznych. starych ksi

ą

g dotycz

ą

cych 

rzeczy zakazanych, przeczytałem wszystkie, stworzone w znanych mi 
j

ę

zykach. Stanowi

ą

 one wszak

ż

e drobny ułamek w porównaniu z tymi, 

których ze wzgl

ę

du na nieznajomo

ść

 j

ę

zyka, nie byłem w stanie 

przetłumaczy

ć

. Wi

ę

kszo

ść

 z nich jest, jak s

ą

dz

ę

, napisana po arabsku, 

za

ś

 ksi

ę

ga któr

ą

 miał ze sob

ą

 Warren tamtej nocy - Ksi

ę

ga traktuj

ą

ca 

o Złu, któr

ą

 zabrał ze sob

ą

 w kieszeni schodz

ą

c z tego 

ś

wiata - 

zapisana była pismem, którego nigdy dot

ą

d nie widziałem. Warren za

ś

 

nigdy nie mówił mi o tre

ś

ci tej ksi

ąż

ki. Co si

ę

 tyczy natury naszych 

bada

ń

 - czy mam powtórzy

ć

ż

e nie w pełni j

ą

 teraz pojmuj

ę

?

Fakt ów zda si

ę

 by

ć

 dla mnie łaskawo

ś

ci

ą

, gdy

ż

 były to potworne 

nauki, które zgł

ę

białem bardziej wskutek pełnej waha

ń

 fascynacji, 

ni

ź

li dzi

ę

ki memu nastawieniu. Warren zawsze nade mn

ą

 dominował i 

czasami - swoj

ą

 wiedz

ą

 - przera

ż

ał mnie. Pami

ę

tam jak przeszedł mnie 

dreszcz, na widok jego wyrazu twarzy, w noc przed upiornym 
zdarzeniem, kiedy z niezwykłym przej

ę

ciem mówił o swojej teorii, 

dlaczego niektóre zwłoki nigdy nie ulegaj

ą

 rozkładowi, lecz 

spoczywaj

ą

 przez tysi

ą

c lat nie zmienione i tłuste w swoich 

grobowcach. Teraz jednak ju

ż

 si

ę

 go nie obawiam, gdy

ż

 podejrzewam, 

ż

poznał zgroz

ę

 przekraczaj

ą

c

ą

 moje zdolno

ś

ci pojmowania. Obecnie boj

ę

 

si

ę

 o niego.

Powtarzam, nie wiem co konkretnie było naszym celem owej nocy. Z cał

ą

 

pewno

ś

ci

ą

 miało to wiele wspólnego z tre

ś

ci

ą

 ksi

ę

gi, któr

ą

 Warren 

zabrał ze sob

ą

; z ow

ą

 prastar

ą

 ksi

ę

g

ą

 w niemo

ż

liwym do odczytania 

background image

j

ę

zyku, któr

ą

 otrzymał z Indii miesi

ą

c wcze

ś

niej, ale mog

ę

 przysi

ą

c, 

ż

e nie wiem co mieli

ś

my tam znale

źć

. Wasz 

ś

wiadek mówi, 

ż

e widział 

nas o wpół do dwunastej w nocy na Qainesville Pik

ę

, jak szli

ś

my w 

kierunku Wielkich Cyprysowych Moczarów. Jest to zapewne zgodne z 
prawd

ą

, ale szczerze mówi

ą

c, nie pami

ę

tam. Przed oczami mam jeden 

tylko obraz, a musiało by

ć

 wtedy sporo po północy -bo wysoko na 

spowitym oparami niebie wisiał bledn

ą

cy sierp ksi

ęż

yca.

Naszym celem był stary cmentarz, tak stary, 

ż

e zadygotałem 

widz

ą

c jak czas okazał si

ę

 dla

ń

 bezlitosny. Poło

ż

ony był on w 

ę

bokiej, podmokłej kotlinie, zarosłej bujnymi trawami, mchem oraz 

dziwacznymi pn

ą

cymi chwastami i wypełnionej słabym acz wyczuwalnym 

smrodem, który nie wiedzie

ć

 czemu skojarzył mi si

ę

, absurdalnie, z 

gnij

ą

cymi kamieniami. Z ka

ż

dej strony wida

ć

 było 

ś

lady zaniedbania i 

upadku, i pami

ę

tam, 

ż

e odniosłem niepokoj

ą

ce wra

ż

enie i

ż

 Warren i ja 

byli

ś

my pierwszymi 

ż

ywymi istotami, które od stuleci o

ś

mieliły si

ę

 

nawiedzi

ć

 to spowite grobow

ą

 cisz

ą

 miejsce.

Ponad kraw

ę

dzi

ą

 kotliny gasn

ą

cy ksi

ęż

yc wyjrzał spo

ś

ród zasłony 

cuchn

ą

cych oparów, które zdawały si

ę

 bezgło

ś

nie wypływa

ć

 z gł

ę

bi 

grobowców, i w jego słabym 

ś

wietle ujrzałem odra

ż

aj

ą

c

ą

, chaotyczn

ą

 

mozaik

ę

 antycznych płyt nagrobnych, urn, kenot i fasat mauzoleów. 

Wszystkie były zmurszałe, poro

ś

ni

ę

te mchem i pokryte plamami wilgoci, 

po cz

ęś

ci za

ś

 nikły w

ś

ród bujnej acz zgoła niezdrowej ro

ś

linno

ś

ci.

Pierwszym wyra

ź

nym wspomnieniem z mojej wizyty w tej potwornej 

nekropolii jest scena, kiedy zatrzymałem si

ę

 wraz z Warrenem przed 

pewnym na wpół zniszczonym grobowcem i poło

ż

yłem na ziemi cz

ęść

 

naszych rzeczy. Dopiero teraz zauwa

ż

yłem, 

ż

e niosłem latarni

ę

 i dwie 

łopaty, za

ś

 mój towarzysz oprócz latarni, d

ź

wigał przeno

ś

ny telefon, 

nie zamienili

ś

my słowa, zupełnie jakby

ś

my obaj doskonale znali cel 

tej nocnej wycieczki. Bezzwłocznie chwycili

ś

my za łopaty i zacz

ę

li

ś

my 

oczyszcza

ć

 płaski, archaiczny grobowiec z pokrywaj

ą

cego go mchu, 

traw, chwastów i naniesionej ziemi.
Po odsłoni

ę

ciu całej powierzchni, na któr

ą

 składały si

ę

 trzy wielkie, 

granitowe płyty, cofn

ę

li

ś

my si

ę

 nieznacznie by móc si

ę

 lepiej 

przyjrze

ć

 staremu grobowcowi. Warren zdawał si

ę

 oblicza

ć

 co

ś

 w 

my

ś

lach, po czym ponownie podszedł do grobu i u

ż

ywaj

ą

c łopaty jak 

d

ź

wigni, próbował podnie

ść

 jedn

ą

 z płyt znajduj

ą

cych si

ę

 najbli

ż

ej 

sterty gruzów, która niegdy

ś

 mogła by

ć

 pomnikiem.

Nie udało mu si

ę

 to i skin

ą

ł na mnie, abym mu pomógł. W ko

ń

cu, 

wspólnymi siłami zdołali

ś

my obluzowa

ć

 kamie

ń

, podnie

ś

li

ś

my go i 

zwalili

ś

my na bok.

Oczom naszym ukazała si

ę

 mroczna czelu

ść

, z której buchn

ą

ł kł

ą

miazmatycznych gazów, tak dusz

ą

cy, 

ż

e cofn

ę

li

ś

my si

ę

 jak pora

ż

eni. 

Jednak

ż

e, chwil

ę

 pó

ź

niej, po ponownym zbli

ż

eniu si

ę

 do otworu, 

stwierdzili

ś

my, 

ż

e wyziewy nie s

ą

 ju

ż

 tak dokuczliwe.

Blask latarni ukazał stopnie kamiennych schodów, ociekaj

ą

cych jak

ąś

 

ohydn

ą

 posok

ą

 wypływaj

ą

c

ą

 z trzewi ziemi i okolonych wilgotnymi, 

omszałymi 

ś

cianami. I wła

ś

nie teraz, moja pami

ęć

 rejestruje pierwsz

ą

 

wymian

ę

 zda

ń

. słowa Warrena skierowane do mnie i wypowiedziane jego 

mi

ę

kkim, melodyjnym głosem, w którym nie pobrzmiewał nawet cie

ń

 

zaniepokojenia, jakie mogło wywoływa

ć

 przera

ż

aj

ą

ce otoczenie.

- Przykro mi, 

ż

e musz

ę

 ci

ę

 poprosi

ć

, aby

ś

 pozostał na 

powierzchni - rzekł - ale byłoby zbrodni

ą

 pozwolenie komu

ś

 o tak 

słabych nerwach jak ty, zej

ść

 w gł

ą

b tych katakumb. Mi

ę

 jeste

ś

 sobie 

w stanie wyobrazi

ć

, nawet po tym co czytałe

ś

 i o czym ci opowiadałem, 

co przyjdzie mi wytrzyma

ć

 i uczyni

ć

, tam, na dole. To dzieło Złego, 

Carter, i w

ą

tpi

ę

 czy jakikolwiek człowiek, nie maj

ą

cy stalowych 

nerwów, byłby w stanie zobaczy

ć

 to wszystko i powróci

ć

 na 

powierzchni

ę

 

ż

ywy i przy zdrowych zmysłach. Mi

ę

 

ż

yw do mnie urazy. 

Bóg mi 

ś

wiadkiem, 

ż

e bardzo chciałbym, aby

ś

 wszedł tam ze mn

ą

 -jednak 

w pewnym stopniu spoczywa na mnie odpowiedzialno

ść

, i nie mógłbym 

ci

ą

gn

ąć

 ze sob

ą

 takiego kł

ę

bka nerwów w otchła

ń

 ku prawdopodobnej 

ś

mierci i szale

ń

stwu. Powiadam ci, nie wyobra

ż

asz sobie, co si

ę

 tam 

znajduje! Jednak

ż

e obiecuj

ę

ż

e o wszystkim b

ę

d

ę

 informował ci

ę

 przez 

telefon - jak widzisz mam dostatecznie du

ż

o drutu, aby dotrze

ć

 z nim 

background image

do samego 

ś

rodka ziemi i z powrotem.

Wci

ąż

 brzmi

ą

 w mej pami

ę

ci te wypowiadane spokojnie słowa i 

nadal pami

ę

tam gorej

ą

cy we mnie płomie

ń

 sprzeciwu. Tak bardzo 

pragn

ą

łem towarzyszy

ć

 memu przyjacielowi w w

ę

drówce w gł

ą

b prastarego 

grobowca, ale on okazał si

ę

 nieugi

ę

ty. W pewnej chwili zagroził, 

ż

przerwie cał

ą

 wypraw

ę

, je

ż

eli nadal b

ę

d

ę

 si

ę

 upierał. I gro

ź

ba 

okazała si

ę

 skuteczna, jako 

ż

e to on dzier

ż

ył klucz do wszystkiego. 

Pami

ę

tam to wszystko, ale nie przypominam sobie co konkretnie było 

naszym celem, czego szukali

ś

my. Uzyskawszy, aczkolwiek z wahaniem, 

moj

ą

 zgod

ę

 na przyj

ę

cie jego koncepcji Warren podniósł z ziemi zwój 

drutu i podł

ą

czył przyrz

ą

dy. Kiedy skin

ą

ł głow

ą

 wzi

ą

łem do r

ę

ki 

aparat i usiadłem na starym, wypranym z kolorów kamieniu płyty 
nagrobnej opodal niedawno przez nas otwartego zej

ś

cia do katakumb. 

Nast

ę

pnie podał mi r

ę

k

ę

, zarzucił zwój drutu na rami

ę

 i znikł w gł

ę

bi 

owej niemo

ż

liwej do opisania kostnicy. Jeszcze przez pewien czas 

widziałem blask jego latarni i słyszałem szelest ci

ą

gn

ą

cego si

ę

 za 

nim po ziemi przewodu; jednak po

ś

wiata znikła nieoczekiwanie, jakby 

przyjaciel mój ni st

ą

d, ni zow

ą

d natrafił na załom korytarza. D

ź

wi

ę

ucichł równie gwałtownie. Byłem sam, a jednak poł

ą

czony z nieznan

ą

 

czelu

ś

ci

ą

 owymi magicznymi przewodami, których izolowana powierzchnia 

połyskiwała zielonkawo w słabym 

ś

wietle nikn

ą

cego sierpa ksi

ęż

yca. 

Raz po raz spogl

ą

dałem na zegarek, przy

ś

wiecaj

ą

c sobie latarni

ą

 i z 

narastaj

ą

cym niepokojem wsłuchiwałem si

ę

 w słuchawk

ę

 telefonu - 

jednak przez ponad kwadrans panowała w niej gł

ę

boka cisza. Nagle 

usłyszałem cichy trzask i zawołałem mego przyjaciela.

Pomimo napi

ę

cia, absolutnie nie byłem przygotowany na słowa 

jakie doszły mnie z gł

ę

bi tych mrocznych i niesamowitych katakumb i 

jeszcze nigdy nie słyszałem w głosie Marleya Warrena równie silnego 
zdenerwowania i dr

ż

enia. Ten, który jeszcze nie tak dawno, odchodz

ą

c, 

starał si

ę

 mnie uspokoi

ć

, zwracał si

ę

 teraz do mnie z wn

ę

trza 

grobowca dr

żą

cym szeptem, który brzmiał bardziej złowrogo ni

ż

 

najgło

ś

niejszy krzyk!

- Bo

ż

e, gdyby

ś

 mógł widzie

ć

 to co ja.

Nie mogłem odpowiedzie

ć

. Odj

ę

ło mi mow

ę

 i mogłem jedynie 

słucha

ć

. Po chwili znów doszedł mnie ten sam, przesycony napi

ę

ciem, 

szept
- Carter, to przera

ż

aj

ą

ce - potworne - niewiarygodne. Tym razem głos 

mnie nie zawiódł i zalałem słuchawk

ę

 potokiem pełnych ekscytacji 

pyta

ń

. Przera

ż

ony, raz po raz powtarzałem:

- Warren, co tam jest? Co tam jest?
Ponownie usłyszałem głos mego przyjaciela, w dalszym ci

ą

gu ochrypły 

od strachu, teraz jednak wyra

ź

nie podbarwiony rozpacz

ą

.

- Mi

ę

 mog

ę

 ci powiedzie

ć

, Carter! To po prostu nie do pomy

ś

lenia - 

nie odwa

żę

 si

ę

 tego powiedzie

ć

... 

ż

aden człowiek nie mógłby o tym 

wiedzie

ć

 i pozosta

ć

 przy 

ż

yciu! Bo

ż

e...! Nigdy co

ś

 takiego nawet mi 

si

ę

 nie 

ś

niło!

l znów cisza, je

ż

eli nie liczy

ć

 bezładnego potoku zadawanych przeze 

mnie pyta

ń

. A potem głos Warrena, bardziej, o ile to mo

ż

liwe, 

przera

ż

ony i przepełniony konsternacj

ą

.

- Carter, na miło

ść

 bosk

ą

, połó

ż

 płyt

ę

 z powrotem i je

ś

li tylko 

mo

ż

esz, uciekaj! Szybko - rzu

ć

 wszystko i uciekaj, to twoja jedyna 

szansa! Zrób co mówi

ę

 i o nic nie pytaj! nie ka

ż

 mi niczego 

wyja

ś

nia

ć

!

Usłyszałem to, ale mogłem jedynie powtarza

ć

 moje gor

ą

czkowe pytania. 

Wokół mnie były grobowce, mrok i cienie; poni

ż

ej za

ś

 jakie

ś

 

zagro

ż

enie, przekraczaj

ą

ce wszelkie ludzkie wyobra

ż

enia. Jednak mój 

przyjaciel był w wi

ę

kszym niebezpiecze

ń

stwie ni

ż

 ja, i pomimo i

ż

 

bardzo si

ę

 bałem, poczułem si

ę

 nieco ura

ż

ony, 

ż

e w tej sytuacji mógł 

żą

da

ć

 bym pozostawił go samego. Rozległ si

ę

 kolejny trzask i, po 

krótkiej chwili, zatrwa

ż

aj

ą

ce ponaglenia Warrena:

- Spływaj! Pia lito

ść

 bosk

ą

, połó

ż

 płyt

ę

 na miejsce i spływaj 

stamt

ą

d, Carter!

Co

ś

 w młodzie

ń

czym slangu mojego przera

ż

onego towarzysza odblokowało 

moj

ą

 zdolno

ść

 my

ś

lenia. Zebrałem si

ę

 w sobie i zawołałem:

background image

- Warren, trzymaj si

ę

! Schodz

ę

 do ciebie! Jednak na te słowa, Marley 

odkrzykn

ą

ł w nieskrywanej rozpaczy.

- Mi

ę

! Nie rozumiesz! Ju

ż

 jest za pó

ź

no - i to moja wina. Połó

ż

 płyt

ę

 

na miejsce i wiej - nic innego nie mo

ż

esz zrobi

ć

 ani ty, ani nikt 

inny!
Ton znów si

ę

 zmienił - tym razem jednak nieco złagodniał, jakby w 

wyrazie beznadziejnej rezygnacji. Ja jednak, przez swój strach 
wyra

ź

nie wyczuwałem w nim napi

ę

cie.

- Szybko - zanim b

ę

dzie za pó

ź

no.

Próbowałem nie zwraca

ć

 na niego uwagi; usiłowałem przełama

ć

 parali

ż

 

jaki mnie ogarn

ą

ł i spełniaj

ą

c swoj

ą

 obietnic

ę

, czym pr

ę

dzej ruszy

ć

 

mu z pomoc

ą

. Jednak gdy rozległ si

ę

 kolejny szept wci

ąż

 jeszcze 

trwałem w kompletnym bezruchu, sp

ę

tany niewidzialnymi okowami 

niewypowiedzianej zgrozy.
- Carter - po

ś

piesz si

ę

! To nic nie da; musisz odej

ść

... lepiej 

ż

eby 

jeden, ni

ż

 dwóch... płyta...

Przerwa - kolejne trzaski i słaby głos Warrena:
-To ju

ż

 prawie koniec; nie utrudniaj sprawy, zakryj te cholerne 

schody i wiej. je

ś

li ci 

ż

ycie miłe. Tylko tracisz czas! Bywaj Carter 

-ju

ż

 si

ę

 nie zobaczymy.

Jednocze

ś

nie szept Warrena przerodził si

ę

 w krzyk; krzyk stopniowo 

zmieniaj

ą

cy si

ę

 we wrzask zawieraj

ą

cy w sobie cał

ą

 zgroz

ę

 wieków...

- Przeklinam te piekielne istoty... Legiony... Mój Bo

ż

e! Uciekaj! 

Spływaj! Spływaj! Wiej!

Po tym zapadła cisza. Mi

ę

 wiem ile niezmierzonych eonów 

siedziałem, jak wro

ś

ni

ę

ty w ziemi

ę

, szepcz

ą

c, mamrocz

ą

c, wołaj

ą

c i 

wrzeszcz

ą

c do słuchawki telefonu:

"Warren! Warren! Odpowiedz -jeste

ś

 tam?"

I wtedy stało si

ę

 najgorsze, był to istny koszmar - niewiarygodny, 

niewyobra

ż

alny, rzekłbym nawet, niepowtarzalny, co

ś

 czego nie sposób 

opisa

ć

. Jak powiedziałem, wydawało mi si

ę

ż

e min

ę

ły całe eony odk

ą

Warren wykrzyczał do mnie swe ostatnie, rozpaczliwe ostrze

ż

enie, i 

ż

obecnie jedynie moje własne krzyki przerywały okropn

ą

 cisz

ę

. Jednak 

po chwili usłyszałem w słuchawce kolejne szcz

ę

kni

ę

cie i wyt

ęż

yłem 

słuch. Ponownie zawołałem: "Jeste

ś

 tam, Warren?" A w odpowiedzi 

usłyszałem co

ś

 co sprawiło, 

ż

e mroczna chmura spowiła mój umysł. Nie 

staram si

ę

 tłumaczy

ć

 tego czego

ś

, tego głosu, ani te

ż

 nie pokusz

ę

 si

ę

 

o bli

ż

sz

ą

 jego charakterystyk

ę

, jako 

ż

e ju

ż

 pierwsze słowa pozbawiły 

mnie 

ś

wiadomo

ś

ci i stworzyły mentaln

ą

 kurtyn

ę

, która uniosła si

ę

 

dopiero, kiedy ockn

ą

łem si

ę

 ju

ż

 w szpitalu.

ż

 mam powiedzie

ć

?

Czy mam stwierdzi

ć

ż

e ów głos był gł

ę

boki; płytki; galaretowaty; 

odległy; nieziemski; nieludzki; bezcielesny?

ż

 mam powiedzie

ć

?

To była ostatnia rzecz jak

ą

 zarejestrowałem. Usłyszałem go i 

nic poza tym nie wiem; usłyszałem go siedz

ą

c jak skamieniały na 

nieznanym cmentarzysku w kotlinie, po

ś

ród potrzaskanych płyt i 

obróconych w gruzy grobowców, maj

ą

c w nozdrzach wo

ń

 gnij

ą

cej 

ro

ś

linno

ś

ci i fetor miazmatycznych wyziewów. Usłyszałem ten głos, 

płyn

ą

cy z najgł

ę

bszych czelu

ś

ci przekl

ę

tego, otwartego grobowca, 

wpatruj

ą

c si

ę

 w amorficzne widmowe cienie ta

ń

cz

ą

ce poni

ż

ej 

przekl

ę

tego, bladego sierpa ksi

ęż

yca.

To co

ś

 powiedziało:

- Ty głupcze, Warren NIE 

Ż

YJE!