background image

6

Stuart Woods

Worst Fears Realized

Kr¹g strachu

background image

7

1

B

ól  pulsowa³  gdzieœ  w  g³êbi  cia³a.  Stone  Barrington  mia³  wra¿enie,  ¿e

przechodzi zawa³ po³¹czony z ostrym atakiem dyskopatii. Mêka zaczê³a

siê po rozmowie telefonicznej zesz³ej zimy, w czasie której Arrington Carter

oznajmi³a mu, ¿e to koniec. Jest teraz ¿on¹ innego mê¿czyzny, mieszka w je-

go domu i wychowuje jego syna. Stone wiedzia³, ¿e nie zobaczy jej ju¿ wiê-

cej, chyba ¿e w towarzystwie mê¿a. I wiedzia³, ¿e nigdy nie bêdzie móg³ o niej

myœleæ bez bólu.

Nie przeczuwa³, ¿e udrêka potrwa a¿ do wiosny, a tak siê w³aœnie sta³o.

Ból nie ust¹pi³, a wrêcz przeciwnie – przybra³ jeszcze na sile. Stone widy-

wa³ Dina parê razy w tygodniu, zawsze u Elaine. Dino by³ najlepszym przy-

jacielem Stone’a; czasem mia³ wra¿enie, ¿e jedynym. To nieprawda, rzecz

jasna. Elaine te¿ by³a jego przyjació³k¹; wieczory w restauracji Elaine, z ni¹

i Dinem, by³y jedynymi jasnymi chwilami w tygodniu Stone’a. Jego prakty-

ka adwokacka sta³a siê ostatnio nieznoœnie monotonna: zajmowa³ siê spra-

w¹ odszkodowania za obra¿enia cia³a, która wlok³a siê w nieskoñczonoœæ.

Kancelaria Woodman & Weld rzuci³a mu j¹ niczym koœæ, na której nie ma

doœæ miêsa, aby wy¿ywiæ trzydziestu udzia³owców i setkê wspó³pracowni-

ków. Stone by³ gotów do procesu, a propozycja ugody nadal nie nadchodzi-

³a. To stawa³o siê przygnêbiaj¹ce. W³aœciwie wszystko by³o przygnêbiaj¹-

ce. Ból nie ustêpowa³ i tylko bourbon móg³ go ukoiæ. Stone zdawa³ sobie

sprawê, ¿e zbyt czêsto siêga ostatnio do tej metody. Usiad³ z Dinem przy

stoliku numer piêæ w restauracji Elaine i zamówi³ kolejn¹ porcjê znieczula-

cza.

– ChodŸmy na balangꠖ zaproponowa³ Dino. – Tam wypijesz nastêp-

nego drinka.

– Nie mam dzisiaj ochoty na spêd gliniarzy – odpar³ Stone.

background image

8

– To nie jest policyjna prywatka. – Dino skinieniem rêki poprosi³ kelne-

ra o rachunek. – Znam wielu ludzi.

– Wymieñ trzech, którzy nie s¹ gliniarzami albo mafiosami.

– Nie jest to te¿ mafijne przyjêcie – zapewni³ Dino.

– No to czyje?

– Zastêpcy prokuratora okrêgowego.

– Aha. W takim razie trzeba zabraæ w³asne trunki.

– On nazywa siê Martin B-r-o-u-g-h-a-m. – przeliterowa³ Dino. – Wy-

mawiaj „Bruum”. Facet nie narzeka na brak gotówki, o ile wiem.

– Czy to nie on prowadzi sprawê Dantego? – spyta³ Stone.

Dante by³ jednym z bonzów przestêpczego œwiata; jego proces sta³ siê

najwa¿niejszym od czasów sprawy Gottiego.

– Dzisiaj uzyska³ wyrok skazuj¹cy.

– Nie wiedzia³em.

– Czy ty ju¿ nie ogl¹dasz wiadomoœci?

– Rzadko.

– Przyjêcie jest w³aœnie z tej okazji.

– Jak to mo¿liwe, ¿e nie znam tego Broughama?

– Bo on obraca siê wy³¹cznie wœród elit, do których ty siê nie zaliczasz.

Z marnymi adwokacinami spotyka siê tylko w s¹dzie.

– Kogo nazywasz marnym adwokacin¹?

– A ilu prawników siedzi przy tym stole?

– Nie jestem marnym adwokacin¹, tylko biorê marne sprawy. To zasad-

nicza ró¿nica.

– Powiedzmy. – Dino wsta³ i siêgn¹³ po p³aszcz. – ChodŸmy st¹d.

– Nie chce mi siꠖ burkn¹³ Stone.

– Nic ci siê nie chce, ty sflacza³y abnegacie, a ja mam ju¿ tego doœæ.

Zak³adaj p³aszcz i ruszaj ty³ek, bo zastrzelê ciê tu, przy wszystkich. I nikt

nawet nie kiwnie palcem, bo bêdzie to ca³kiem usprawiedliwione zabójstwo.

– No dobrze ju¿, dobrze – wymamrota³ Stone, podnosz¹c siê z trudem. –

Tylko na jednego drinka, jeœli ten facet ma coœ porz¹dnego do picia, a potem

siê wynoszê.

Apartament znajdowa³ siê w szeregowcu w East Sixties, dzielnicy, która

z ca³¹ pewnoœci¹ nie nale¿a³a do zamieszkiwanych przez zastêpców prokura-

torów okrêgowych.

– Mia³eœ racjꠖ przyzna³ Stone, podaj¹c p³aszcz pokojówce. – Facet ma

trochê grosza. W tym salonie wisz¹ obrazy za co najmniej milion dolarów.

– A ty co, jesteœ jego agentem ubezpieczeniowym? – spyta³ szeptem

Dino. – Myœl o tym, ¿eby siê dobrze zabawiæ.

background image

9

– Powiedz mi coœ wiêcej o tym Broughamie.

– Chodz¹ s³uchy, ¿e ma dostaæ nominacjê na pierwszego zastêpcê, a potem

bêdzie siê ubiega³ o stanowisko prokuratora okrêgowego, kiedy stary odej-

dzie na emeryturê.

– Do tego czasu Brougham te¿ siê zestarzeje – mrukn¹³ Stone.

Przystojny mê¿czyzna ko³o czterdziestki zauwa¿y³ nowych goœci i ruszy³

w ich stronê, holuj¹c za sob¹ blondynkê w kostiumie Chanel.

– Dino – rzek³, wyci¹gaj¹c d³oñ. – Cieszê siê, ¿e przyszed³eœ. Pamiêtasz

Danê.

Kobieta poda³a mu rêkê.

– A to kto? – spyta³a kieruj¹c wzrok na Stone’a.

– Stone Barrington – przedstawi³ Dino. – Stone, poznaj Martina i Danê

Broughamów.

– Witam – powiedzia³ Stone, machinalnie œciskaj¹c d³onie gospodarzy.

– S³ysza³em o tobie – zacz¹³ Brougham, prowadz¹c wszystkich w stronê

barku. – By³eœ partnerem Dina na dziewiêtnastym posterunku, prawda?

– Owszem, kiedyœ. Po moim odejœciu wykopali go na wy¿sze stanowi-

sko, bo nikt nie chcia³ z nim jeŸdziæ samochodem.

– Pracujesz u Woodmana i Welda, tak?

– Jestem wspó³pracownikiem – odpar³ Stone – ale Woodman i Weld ra-

czej nie ucieszyliby siê, ¿e o tym wiesz.

Stone nie zrobi³by takiej uwagi, gdyby by³ ca³kiem trzeŸwy.

Brougham parskn¹³ œmiechem.

– Czego siê napijesz?

– Dzikiego Indyka z wod¹ sodow¹, jeœli masz.

Brougham wyj¹³ butelkê, która wygl¹da³a jak kryszta³owa karafka, i na-

la³ podwójn¹ porcjê.

– To jest Dziki Indyk, ale nieco lepszy od zwyk³ego.

Stone spróbowa³ whisky. Facet mia³ racjê: trunek kosztowa³ pewnie ze

trzydzieœci dolarów za butelkê. Uzna³, ¿e chyba polubi Broughama.

Dwoje ludzi stanê³o w drzwiach. Gospodarz ruszy³ ich przywitaæ.

– Nie traæ czasu, poznaj ludzi – rzuci³ na odchodnym.

Stone rozejrza³ siê. Salon by³ pe³en goœci; ktoœ ca³kiem nieŸle przygry-

wa³ na pianinie.

– Widzê co najmniej czterech gliniarzy.

– No i co z tego? Jest te¿ wielu cywilów – obruszy³ siê Dino.

– Jeœli zastêpców prokuratora uznaæ za cywilów. Kim jest ten dryblas

ko³o kominka?

– Tom Deacon, szef wydzia³u œledczego prokuratury.

– Nie podoba mi siê.

– Znasz go? – spyta³ Dino.

background image

10

– Nie.

– Co z tob¹, do licha?

– le mu z oczu patrzy.

– W koñcu pracuje w prokuraturze, nie?

Przyjêcie trwa³o ju¿ chyba doœæ d³ugo, bo nie zosta³o nic do jedzenia,

a wszyscy wygl¹dali tak, jakby wypili po kilka drinków. Stone te¿ by³ lekko

podciêty, ale nie tak rozbawiony jak inni. Rozejrza³ siê za jakimœ cichym

k¹tem. Zostawi³ Dina z Dan¹ Brougham i skierowa³ siê do podwójnych drzwi,

które prowadzi³y – jak siê okaza³o – do imponuj¹cej biblioteki. Przed komin-

kiem sta³y dwa wysokie fotele. Stone opad³ na jeden z nich, rad, ¿e uda³o mu

siê wymkn¹æ z ha³aœliwego t³umu. Dopiero wtedy zauwa¿y³, ¿e drugi fotel

jest zajêty.

Siedzia³a na nim z podkurczonymi nogami m³oda kobieta o kasztano-

wych w³osach, ubrana w pr¹¿kowany kostium; przy blasku ognia czyta³a ksi¹¿-

kê w skórzanej oprawie. Zerknê³a na Stone’a, unosz¹c lekko szklankê w ge-

œcie powitania, po czym wróci³a do lektury.

– Zepsujesz sobie wzrok – powiedzia³ Stone.

Nieznajoma przyjrza³a mu siê uwa¿nie.

– Bardzo siê zmieni³aœ, mamusiu.

– Przepraszam. Co pani czyta?

– Kochanka Lady Chatterley.

– Nie mia³em tej ksi¹¿ki w rêku od czasów liceum.

– Ja nigdy nie mia³am jej w rêku.

– Wtedy wydawa³a siê szalenie podniecaj¹ca. Ale w³aœciwie wszystko

siê takie wydawa³o.

Kobieta uœmiechnê³a siê, lecz nie podnios³a wzroku.

– Pamiêtam.

– Gdzie pani by³a, gdy mia³a szesnaœcie lat?

– W Spensie.

Spence to bardzo modna prywatna szko³a na Manhattanie.

– A póŸniej?

– W Yale.

– Prawo?

– Tak. Pracujê z Martinem.

– Zabawne. Nie wygl¹da pani na asystentkê prokuratora.

– To najmilsza rzecz, jak¹ us³ysza³am od roku.

– A wiêc przebywa³a pani z niew³aœciwymi mê¿czyznami.

– Jest pan nie tylko szarmancki, ale i b³yskotliwy.

– Mimo to nie potrafiê odgadn¹æ pani nazwiska.

– Susan Bean.

– Z L.L. Beanów?

background image

11

– Nie. Z firmy Merrill, Lynch, Pierce, Fenner i Bean te¿ nie. Z ca³kiem

zwyk³ych, szarych Beanów. A pan?

– Stone Barrington.

– Chyba s³ysza³am to nazwisko. Z tych s³ynnych Barringtonów z Mas-

sachusetts, jak przypuszczam?

Stone potrz¹sn¹³ g³ow¹.

– Z tych o wiele mniej s³ynnych Barringtonów z Massachusetts.

– Jak pan trafi³ do wielkiego miasta?

– To by³o bardzo proste. Urodzi³em siê tutaj. Po tym, jak moi rodzice

wynieœli siê z Massachusetts.

– Jest pan g³odny?

Stone zauwa¿y³ ze zdziwieniem, ¿e rzeczywiœcie czuje g³ód; prawie nie

ruszy³ kolacji u Elaine.

– Tak.

– Kanapek ju¿ nie by³o, kiedy przysz³am. Ma pan ochotê pójœæ gdzieœ na

kolacjê?

– Czemu nie.

Dziewczyna wsta³a. By³a wy¿sza, ni¿ siê spodziewa³. I ca³kiem ³adna.

– Ma pani p³aszcz?

– Tak.

– Poszukajmy go.

Stone poda³ jej ramiê; przez chwilê zdawa³o mu siê, ¿e ból znikn¹³. Jed-

nak nie – tylko trochê zel¿a³. Poprowadzi³ Susan do wyjœcia, starannie unika-

j¹c gospodarzy. Dino odprowadzi³ wychodz¹cych podejrzliwym wzrokiem.

Po chwili znaleŸli siê na zewn¹trz.

– Dochodzi jedenasta – zauwa¿y³ Stone zerkaj¹c na zegarek. – Nie wiem,

czy w okolicy znajdziemy jeszcze coœ czynnego.

– Mieszkam  parê  przecznic  st¹d –  powiedzia³a  Susan. –  Znam  dobr¹

chiñsk¹ restauracjê z daniami na wynos.

– Doskonale.

– Mo¿e nie s¹ doskona³e, ale ca³kiem niez³e.

– Ja nie mówi³em o jedzeniu.

2

S

zli bez poœpiechu, gawêdz¹c od niechcenia. Susan mia³a niski, œpiewny

g³os, którego Stone s³ucha³ z przyjemnoœci¹.

background image

12

– Pamiêtam, ¿e jesteœ adwokatem, lecz nie przypominam sobie, w jakiej

firmie pracujesz.

– Prowadzê prywatn¹ praktykê.

Susan parsknê³a œmiechem.

– Jak nas uczono w Yale, „prywatna praktyka” oznacza, ¿e nie mo¿esz

dostaæ pracy w dobrej kancelarii.

– To siê z grubsza zgadza, ale ja mam wymówkê. Przez czternaœcie lat

by³em gliniarzem, czyli strzeg³em prawa, a dopiero póŸniej zacz¹³em je prak-

tykowaæ. Jestem wspó³pracownikiem firmy Woodman i Weld, lecz moje biu-

ro znajduje siê w domu.

Susan zmarszczy³a brwi.

– To doœæ dziwne, prawda?

– Owszem.

– Ach, ju¿ rozumiem. Odwalasz czarn¹ robotê, której oni woleliby nie

ruszaæ, bo s¹ do wy¿szych celów stworzeni.

– Szybko myœlisz.

– Tak o mnie mówi¹ w pracy. „Susan Bean szybko myœli”. Oczywiœcie,

nie tylko to mówi¹.

Zatrzymali siê na œwiat³ach.

– A co jeszcze?

– Niektórzy nazywaj¹ mnie sumieniem prokuratury, a inni cierniem w ty³-

ku. W sumie wychodzi na to samo.

– Czym siê teraz zajmujesz?

– By³am asystentk¹ Martina Broughama w sprawie Dantego – odpar³a

Susan.

– Gratulujê. To wielki sukces.

– Chyba tak.

– Jakoœ nie wygl¹dasz na uszczêœliwion¹.

– Cieszê siê ze zwyciêstwa. Mniej podoba mi siê sposób, w jaki je osi¹g-

nêliœmy.

Stone ju¿ mia³ zapytaæ, co to znaczy, ale w³aœnie dotarli do domu. Susan

wydoby³a z torebki klucz i otworzy³a drzwi. Po chwili stanêli przed wind¹;

przy nazwisku obok guzika domofonu widnia³y litery „Dr”.

– Mieszkasz w penthousie? – zdziwi³ siê Stone. – Ca³kiem nieŸle, jak na

asystentkê zastêpcy prokuratora.

– Moje mieszkanie jest na dwunastym, ostatnim piêtrze. Ale to wszyst-

ko, co ma wspólnego z penthousem.

Wjechali na górê. Mieszkanie by³o ma³e: salonik z aneksem jadalnym,

sypialnia i kuchnia. Niewielki balkon wychodzi³ na ulicê. Panoramê miasta

przes³ania³ wysoki biurowiec po przeciwnej stronie jezdni.

background image

13

Susan otworzy³a szufladê w kuchni, wyjê³a menu i podnios³a s³uchawkê

telefonu.

– Mogê coœ wybraæ dla nas obojga? – spyta³a.

– Oczywiœcie, tylko dla mnie nie za bardzo pikantne.

Wystuka³a numer i przeczyta³a nazwy potraw.

– Jak d³ugo to potrwa? – Susan wys³ucha³a odpowiedzi, po czym zakry-

³a mikrofon d³oni¹. – Ch³opak, który rozwozi posi³ki, zachorowa³. Poszed³-

byœ odebraæ? To niedaleko.

– Z przyjemnoœci¹ – odpar³ Stone.

– Jak d³ugo? – spyta³a jeszcze raz. – Aha, dwadzieœcia minut.

Od³o¿y³a s³uchawkê.

– Zrobiæ ci drinka? Dwadzieœcia minut tak naprawdê znaczy pó³ godziny.

– Poproszê lampkê wina.

Susan wyjê³a z lodówki butelkê chardonnay i poda³a Stone’owi razem

z korkoci¹giem.

– Ty otwórz. Straszna ze mnie niezdara.

Stone odkorkowa³ butelkê i nape³ni³ kieliszki. Zarzuci³ p³aszcz na opar-

cie krzes³a; usiedli na kanapie.

– Zamówi³aœ chyba pó³ jad³ospisu – zauwa¿y³.

– ¯ywiê siê resztkami tego, co mi dostarcz¹ do domu – wyjaœni³a Su-

san. – A wiêc jak¹ to intryguj¹c¹ brudn¹ robotê odwalasz obecnie za firmê

Woodman i Weld?

– Pozew o odszkodowanie za obra¿enia fizyczne. Brudna robota nie za-

wsze bywa intryguj¹ca.

– Czy to jakieœ ciekawe obra¿enia?

– Bynajmniej. Córka klienta Woodmana i Welda pad³a ofiar¹ wypadku

samochodowego, a firma ubezpieczeniowa kierowcy oci¹ga siê z wyp³at¹

odszkodowania.

– To u nich normalne.

– A co planuje prokuratura teraz, kiedy Dantego ma ju¿ z g³owy?

Susan westchnê³a.

– Nie wiem. Zastanawiam siê, czy nie odejœæ. Zaczyna mnie mêczyæ ta praca.

– Chyba rozumiem, ale podobno Broughama czeka wielka kariera. Czy

nie poci¹gnie ciê za sob¹?

– Mo¿liwe, ale ja nie wiem, czy tego chcê. Kiedy zaczyna³am pracê w pro-

kuraturze, g³owê mia³am pe³n¹ idea³ów. Wyobra¿a³am to sobie jako starcie

sprawiedliwych z niegodziwcami, a teraz nie jestem ju¿ pewna, czy istniej¹

jacyœ sprawiedliwi.

– ¯ycie to szara strefa – zauwa¿y³ Stone.

– Ciemnoszara, z tendencj¹ do ciemnienia. Pyta³am ciê ju¿, czy jesteœ

¿onaty?

background image

14

– Nie jestem.

– Rozwiedziony?

– Te¿ nie.

– Wieczny stary kawaler? O Bo¿e! A mo¿e ty jesteœ gejem?

– Nie.

– Dlaczego siê nie o¿eni³eœ?

– Chyba mia³em szczêœcie. – Stone czêsto tak siê wykrêca³ z odpowie-

dzi na to pytanie. – A ty?

– Stara panna, lat trzydzieœci dwa.

– Chyba nie z braku propozycji, jak s¹dzê.

– Owszem, mia³am swoje wzloty. – Spojrza³a na Stone’a dziwnym wzro-

kiem. – Czy mogê ciê poca³owaæ?

Rozeœmia³ siê.

– Bywa³em ju¿ ca³owany, ale nigdy nie pytano mnie o pozwolenie.

– Mogê?

– Nie musisz pytaæ.

Susan nachyli³a siê do Stone’a, ujê³a jego twarz i przyci¹gnê³a do swojej.

Ca³owa³a mocno i starannie, raz po raz delikatnie wsuwaj¹c jêzyk do jego

ust. Stone obj¹³ j¹ w pasie, ale Susan odsunê³a g³owê i zerknê³a na zegarek.

– Kolacja nam stygnie. – Wsta³a i rzuci³a Stone’owi p³aszcz. – Ci¹g dalszy

nast¹pi po jedzeniu. Ja tymczasem nakryjê stó³ i zrobiê herbatê. Pospiesz siê.

Stone za³o¿y³ p³aszcz.

– I weŸ mój klucz, ¿ebym nie musia³a ci otwieraæ.

Stone wrzuci³ klucz do kieszeni, poca³owa³ szybko Susan i wyszed³. Restau-

racja znajdowa³a siê pó³torej przecznicy dalej; musia³ poczekaæ parê minut na

zamówienie. Wreszcie podano mu papierowy pakunek; Stone zap³aci³ i ruszy³

w powrotn¹ drogê. Otworzy³ sobie drzwi, podszed³ do windy i nacisn¹³ guzik.

Kontrolka wskazywa³a, ¿e winda jest na najwy¿szym piêtrze. Po chwili zaczê³a

zje¿d¿aæ. Windy w niektórych budynkach s¹ strasznie powolne, pomyœla³ Stone.

Zatrzyma³a siê na szóstym piêtrze, lecz po chwili znów ruszy³a i dotar³a na parter.

Stone wszed³, nacisn¹³ guzik i kabina zaczê³a sun¹æ w górê.

W mieszkaniu Susan gra³a muzyka, a z kuchni dochodzi³ g³oœny gwizd

czajnika. Woda musia³a siê ju¿ zagotowaæ. Stone po³o¿y³ paczkê na stole,

zrzuci³ p³aszcz i skierowa³ siê do kuchni. Œwiat³o by³o zgaszone, a blask lam-

py w saloniku tutaj nie dociera³. Poszuka³ rêk¹ w³¹cznika, ale go nie znalaz³,

wiêc ruszy³ niemal po omacku w stronê p³omienia gazu. Susan jest pewnie

w ³azience, pomyœla³. Œwist czajnika brzmia³ z tej odleg³oœci jak przeci¹g³y

wrzask.

Zrobi³ kolejny krok i nagle poœlizn¹³ siê. Upad³ na ³okieæ ca³ym ciê¿arem

cia³a i jêkn¹³ z bólu. Opar³ d³oñ na pod³odze, ale by³a œliska, wiêc znów siê

osun¹³. Susan pewnie coœ niechc¹cy rozla³a. Czajnik pia³ nadal.

background image

15

Stone chwyci³ za blat kuchni, podniós³ siê i wy³¹czy³ gaz. Gwizd powoli

zamar³. Trzymaj¹c siê blatu, Stone wróci³ do drzwi kuchni i znów poszuka³

w³¹cznika. Tym razem z lepszym skutkiem.

Ze zdziwieniem spojrza³ na swoje rêce, ca³e by³y ubabrane w czerwonej

farbie. Nie puszczaj¹c blatu, odwróci³ siê powoli. Wszêdzie farba… Tylko ¿e

to nie by³a farba.

Susan le¿a³a na plecach pod œcian¹ w ogromnej ka³u¿y krwi. Nierucho-

my wzrok mia³a utkwiony w sufit. W jej szyi zia³a g³êboka rana. Stone pod-

szed³ do niej, przyklêkn¹³ i uj¹³ za nadgarstek. Ani œladu pulsu. Nie by³o na-

wet  sensu  próbowaæ  reanimacji.  Patrz¹c  z bliska  na  szyjê  dziewczyny,

uœwiadomi³ sobie, ¿e morderca omal nie uci¹³ jej g³owy.

Stone podniós³ siê chwiejnie; ³api¹c siê po drodze ka¿dego oparcia, do-

tar³ do telefonu. Podniós³ s³uchawkê i zacz¹³ wybieraæ numer Dina, ale zaraz

zmieni³ zamiar.

– Nie – powiedzia³ g³oœno i wystuka³ dziewiêæset jedenaœcie.

– Tak, s³ucham – odezwa³a siê dyspozytorka.

– Czy rozmowa jest nagrywana?

– Tak, proszê pana. O co chodzi?

– Nazywam siê Stone Barrington i jestem emerytowanym policjantem.

Ktoœ pope³ni³ morderstwo na ostatnim piêtrze… – Rozejrza³ siê. Na blacie

le¿a³ rachunek za gaz. Odczyta³ adres. – Bia³a kobieta w wieku trzydziestu

dwóch lat. Nazywa siê Susan Bean. Proszê przys³aæ detektywów z wydzia³u

zabójstw oraz patologa.

– Zanotowa³am, panie Barrington.

– I proszê im przekazaæ, ¿e sprawca jest prawdopodobnie sam, porusza

siê pieszo i nadal przebywa w tej okolicy.

– Dobrze. Zaraz przyjad¹.

Stone nacisn¹³ wide³ki i wybra³ numer Dina.

– Bacchetti. – G³os Dina z trudem przebija³ siê przez gwar zabawy.

– Mówi Stone. Mam morderstwo trzy przecznice od miejsca, gdzie je-

steœ.

Ponownie odczyta³ adres z rachunku.

– Zadzwoni³eœ na numer alarmowy?

– Tak.

– Bêdê tam najprêdzej, jak siê da.

– Wydaje mi siê, ¿e sprawca by³ tu jeszcze, kiedy przyszed³em, i na pewno

jest ci¹gle w pobli¿u.

– Rozejrzê siê po drodze. Nie ruszaj niczego, Stone. Zostaw to moim

ludziom.

– Dobrze.

– Jadê do ciebie.

background image

16

Stone od³o¿y³ s³uchawkê, usiad³ na krzeœle w saloniku i próbowa³ nie

myœleæ o martwym ciele le¿¹cym w s¹siednim pomieszczeniu. By³ roztrzêsio-

ny. Pracuj¹c wiele lat w wydziale zabójstw, zd¹¿y³ siê napatrzeæ na trupy. Ale

nigdy nie widzia³ zw³ok kobiety, która kwadrans wczeœniej go ca³owa³a.

3

Z

jawi³o siê dwóch detektywów; Stone wpuœci³ ich i wskaza³ kuchniê.

– Jest tam – powiedzia³ i usiad³ przy stole. Policjanci weszli do kuchni

i natychmiast wrócili. Jeden by³ wysoki, oko³o metra dziewiêædziesiêciu, a dru-

gi znacznie ni¿szy, krêpy, o ró¿owej cerze.

– Wstañ – rzuci³ ni¿szy funkcjonariusz.

– Co?

– Wstawaj!

Stone wsta³.

Policjant zamachn¹³ siê i uderzy³ go piêœci¹, trafiaj¹c poni¿ej ucha.

Stone zatoczy³ siê na blat sto³u. Nim zd¹¿y³ siê wyprostowaæ, policjanci

rzucili siê na niego z kajdankami.

– Co wy robicie, do cholery?

Posadzili go na krzeœle.

– Zamordowa³ j¹, drañ! – warkn¹³ wœciekle ni¿szy policjant, wymierza-

j¹c kolejny cios.

– Spokojnie, Mick – powiedzia³ jego partner. – Zostawisz na nim sinia-

ki, a tego byœmy nie chcieli.

Stone milcza³.

– Dlaczego j¹ zabi³eœ? – spyta³ ni¿szy.

– Nie zabi³em jej. Kiedy wszed³em, ju¿ nie ¿y³a – odpar³ Stone.

– To czemu jesteœ ca³y we krwi? – Policjant znów siê zamierzy³.

Wy¿szy z³apa³ go za nadgarstek.

– Mick, nie zmuszaj mnie, ¿ebym za³o¿y³ ci kajdanki – ostrzeg³ cicho.

Tamten zmierzy³ go wœciek³ym spojrzeniem.

– Tylko spróbuj.

– Odsuñ siê od niego.

Ni¿szy niechêtnie spe³ni³ polecenie.

– Przepraszam pana – zacz¹³ wy¿szy z policjantów. – Jestem detektyw

Anderson, a to jest detektyw Kelly.

Wyj¹³ notes.

– Jak siê pan nazywa?

background image

17

– Stone Barrington.

Anderson podniós³ wzrok.

– Opowie mi pan, co siê tutaj sta³o? – spyta³ po chwili.

– Wyszed³em do chiñskiej restauracji po zamówiony posi³ek, a kiedy wróci-

³em, ta dziewczyna ju¿ tam le¿a³a. Poœlizn¹³em siê na pod³odze w kuchni i upa-

d³em. Dlatego jestem zakrwawiony. Potem zadzwoni³em na numer alarmowy.

– £¿e jak pies! – wtr¹ci³ Kelly i ruszy³ w stronê Stone’a.

Anderson po³o¿y³ mu d³oñ na klatce piersiowej i popchn¹³ pod œcianê.

– Nie bêdê ci powtarza³, Mick.

Rozleg³o siê walenie do drzwi.

– Otwórz – poleci³ Anderson i pchn¹³ lekko partnera.

Kelly otworzy³; w drzwiach stan¹³ Dino Bacchetti. Rozejrza³ siê.

– Gdzie zw³oki? – spyta³.

– Tam, panie poruczniku – odpowiedzia³ Kelly, wskazuj¹c kciukiem

kuchniê.

– Stone, dobrze siê czujesz?

– Jestem skuty.

– Kelly, zdejmij mu kajdanki.

– Ale¿ panie poruczniku…

– Zrób to.

Kelly wyj¹³ klucz i uwolni³ rêce Stone’a.

Ten wsta³, potar³ palcami nadgarstki, a nastêpnie r¹bn¹³ Kelly’ego prosto

w nos; policjant rozci¹gn¹³ siê jak d³ugi na pod³odze.

– No dobra, dosyæ tego – powiedzia³ Dino. – Uspokójcie siê.

Kelly pozbiera³ siê i ruszy³ do Stone’a; z nosa ciek³a mu krew. Dino klepn¹³

go otwart¹ d³oni¹ w czo³o. Kelly opad³ z powrotem na pod³ogê.

– Powiedzia³em spokój.

Kelly wsta³, ale ju¿ wolniej ni¿ za pierwszym razem.

Dino zwróci³ siê do Andersona.

– Widzia³eœ coœ, Andy?

– Niby co mia³em widzieæ?

Dino podszed³ do Stone’a i obejrza³ jego szczêkê.

– W porz¹dku?

– Teraz tak.

– Jesteœ ca³y we krwi. Masz jak¹œ ranê?

– Nie.

– To dobrze. Siadajcie, trzeba siê zastanowiæ.

Usiedli.

Kelly wydoby³ chusteczkê i dotkn¹³ twarzy.

– Chyba mi, kurcze, z³ama³ nos – powiedzia³, nie zwracaj¹c siê do niko-

go w szczególnoœci.

2 – Kr¹g strachu

background image

18

– Cieszê siꠖ rzuci³ Stone.

– Andy – zwróci³ siê Dino do wy¿szego policjanta.

Anderson po³o¿y³ notes na stole.

– Zacznijmy od nowa. Proszê mi podaæ swój adres, panie Barrington.

Stone podyktowa³ adres, a potem zacz¹³ opowiadaæ od samego pocz¹tku,

czyli od przyjêcia u Broughama. Po chwili zjawi³o siê dwóch mundurowych

policjantów, dwóch ludzi z laboratorium kryminalnego oraz patolog.

Anderson zerwa³ rachunek przyczepiony do opakowania z daniem na

wynos i poda³ policjantowi w mundurze.

– IdŸcie do restauracji i dowiedzcie siê, kto zamawia³ posi³ek, kiedy, i kto

go odebra³. Niech podadz¹ rysopis tej osoby.

Policjant wyszed³.

Stone dokoñczy³ relacjê.

– To wszystko? – spyta³ Anderson.

– Nie. Wydaje mi siê, ¿e sprawca by³ jeszcze w budynku, gdy wróci³em

z jedzeniem.

– Czemu pan tak s¹dzi?

– Kiedy przywo³a³em windê, by³a na ostatnim, dwunastym piêtrze, a jest

tu tylko jedno mieszkanie. Winda zjecha³a na szóste piêtro, zatrzyma³a siê,

i po chwili ruszy³a na dó³. Gdzie by³a, kiedy przyszliœcie?

– Na parterze – odpar³ Anderson.

– A wiêc jeœli jakiœ inny lokator lub goœæ nie korzysta³ z niej w czasie

miêdzy moim przybyciem a waszym, morderca zaczeka³ na szóstym piêtrze,

a¿ wysi¹dê, a nastêpnie przywo³a³ windê i zjecha³ na parter.

– Cwaniak – zauwa¿y³ Dino.

– Tak, cwaniak – zgodzi³ siê Stone.

Przerwali na widok mundurowego policjanta, który wróci³ z chiñskiej

restauracji.

– Posi³ek zamówi³a przez telefon pani Bean; czas jest odnotowany na

rachunku, tutaj. – Po³o¿y³ kartkê na stole. – Jakiœ mê¿czyzna zjawi³ siê po

odbiór pó³ godziny póŸniej, zaczeka³ piêæ minut, zap³aci³ i wyszed³. Ponad

metr osiemdziesi¹t wzrostu, dobrze zbudowany, w³osy blond. Mia³ na sobie

p³aszcz.

Anderson zerkn¹³ na rachunek i obliczy³ coœ w myœlach.

– To potwierdza pañsk¹ wersjê, panie Barrington – stwierdzi³.

– Zagotujcie wodê w czajniku – zaproponowa³ Stone.

– Co?

– Kiedy wychodzi³em, Susan zapowiedzia³a, ¿e zrobi herbatê. SprawdŸmy,

jak d³ugo siê gotuje taka iloœæ wody. To pomo¿e nam ustaliæ dok³adny czas.

– Zrób to, Mick – poleci³ Anderson. Kelly wsta³ i uda³ siê do kuchni.

Poczekali, a¿ czajnik zacznie gwizdaæ. Anderson spojrza³ na zegarek.

background image

19

– Jakieœ trzy i pó³ minuty.

– Ile wody jest w czajniku? – spyta³ Stone.

– Trochê mniej ni¿ na trzy fili¿anki – odpar³ ponuro Kelly.

– A wiêc by³o tak – mówi³ Stone. – Morderca zjawia siê w ci¹gu trzech

i pó³ minuty po moim wyjœciu. Zabija Susan, s³yszy gwizd czajnika, wiêc

wy³¹cza gaz.

– Po co? – spyta³ Kelly.

– Nikt nie lubi staæ w pobli¿u gwi¿d¿¹cego czajnika – odpar³ Stone. –

Zastanówmy siê. Piêæ minut idê do restauracji, piêæ minut czekam, i piêæ mi-

nut zabiera mi droga powrotna, co daje jakieœ piêtnaœcie do osiemnastu mi-

nut. Kiedy wracam, sprawca prawdopodobnie nadal przebywa w mieszkaniu.

Co robi przez te piêtnaœcie minut?

– Przetrz¹sa je – rzuci³ Anderson. – Mo¿e chodzi³o o rabunek?

– Zajrza³em do sypialni – wtr¹ci³ drugi z mundurowych. – Idealny po-

rz¹dek. Na toaletce stoi pude³ko z ca³kiem ³adn¹ bi¿uteri¹.

– A wiêc to nie by³ napad rabunkowy – stwierdzi³ Anderson. – Czego

wiêc szuka³ morderca?

– Czegoœ, co mia³o wartoœæ tylko dla niego – odpar³ Dino. Wsta³ i pod-

szed³ do biurka. Wysun¹³ po kolei wszystkie szuflady; zajrza³ te¿ do segregato-

ra. – Wszystko we wzorowym porz¹dku. Nie da siê stwierdziæ, czy coœ znalaz³.

– I przed wyjœciem w³¹czy³ z powrotem gaz? – spyta³ Kelly. – Po co?

– ¯eby nas wprowadziæ w b³¹d – wyjaœni³ Stone. – Chcia³, ¿ebyœmy po-

myœleli, ¿e zabi³ j¹ i od razu uciek³. Wydaje mi siê, ¿e albo szed³ za mn¹

i Susan od domu Broughama, albo spostrzeg³ nas gdzieœ po drodze i zacz¹³

œledziæ.

– Zauwa¿y³eœ kogoœ? – spyta³ Dino.

– Nie, ale wydaje mi siê, ¿e przyszed³ za nami, zaczeka³, a¿ wyjdê, a po-

tem wjecha³ na górê.

– Jak dosta³ siê do œrodka? – spyta³ Kelly.

– Zadzwoni³; mo¿e Susan pomyœla³a, ¿e to ja. Ale przecie¿ da³a mi klucz.

– I wpuœci³a go?

– Mo¿e wdar³ siê si³¹, a mo¿e go zna³a – odpar³ Stone.

– Sk¹d wiedzia³, kiedy pan wróci?

– Nie wiedzia³; myœla³, ¿e poszed³em do domu. Mia³ szczêœcie. Za³o¿ê siê,

¿e wsiada³ w³aœnie do windy, kiedy nacisn¹³em guzik. Musia³ siê wystraszyæ.

– Mo¿liwe – przyzna³ Dino. – Andy, rozeœlij patrole. Maj¹ dotrzeæ do wszyst-

kich mieszkañców; niech pytaj¹, kto wchodzi³ i wychodzi³, i o której godzinie.

– Tak jest, panie poruczniku.

Dino zerkn¹³ na zegarek.

– Zdaje mi siê, ¿e czas zbudziæ Martina Broughama.

– Zastêpcê prokuratora? – spyta³ Kelly. – Po co?

background image

20

– Chcê rozejrzeæ siê po biurze zamordowanej – wyjaœni³ Dino. – ChodŸ-

my, Stone. Odwiozê ciê do domu. Nie mo¿esz pokazaæ siê na ulicy w zakrwa-

wionych ciuchach. Zaraz by ciê aresztowali.

Odwróci³ siê do Kelly’ego.

– Przeproœ pana Barringtona za swoje zachowanie.

Kelly zaczerwieni³ siê jak burak.

– Przepraszam. Myœla³em, ¿e to pan zabi³.

– Powinieneœ o czymœ wiedzieæ, Mick – odezwa³ siê Anderson. – Pan

Barrington pracowa³ jako detektyw w dziewiêtnastym posterunku i by³ part-

nerem porucznika Bacchettiego.

Twarz Kelly’ego wyd³u¿y³a siê.

– Jest mi naprawdê przykro – wymamrota³ spuszczaj¹c wzrok.

– A ja przepraszam za nos – powiedzia³ Stone, staraj¹c siê, ¿eby nie

zabrzmia³o to zbyt przekonuj¹co.

4

S

tone’a zbudzi³ dzwonek telefonu. Przewróci³ siê na drugi bok i jednym

okiem zerkn¹³ na zegarek na nocnej szafce. By³o parê minut po dziesi¹tej.

Uniós³ siê na ³okciu. Le¿a³ z otwartymi oczami co najmniej do czwartej, nie

mog¹c uwolniæ siê od widoku martwej Susan Bean. A teraz zaspa³.

Podniós³ s³uchawkê.

– Halo?

– Mówi Dino.

– Czeœæ.

– Uda³o ci siê trochê przespaæ?

– Parê godzin. Znalaz³eœ coœ w biurze Susan?

– Wszystkie rzeczy s¹ na swoim miejscu, tak samo jak w mieszkaniu.

Trudno stwierdziæ, czy coœ zginê³o. Brougham by³ wstrz¹œniêty. Wygl¹da na

to, ¿e bardzo na niej polega³ w pracy.

– Masz coœ w zwi¹zku z morderstwem?

– Nie, ale wiem, ¿e ten, kto jecha³ wind¹, kiedy przyszed³eœ, to by³ mor-

derca. ¯aden inny mieszkaniec kamienicy nie rusza³ siê z domu.

– Niewiele nam to daje.

– Zgadza siê. Nie znaleŸliœmy ¿adnych odcisków palców ani innych do-

wodów.

– Musia³ byæ mocno zakrwawiony – zauwa¿y³ Stone.

– Masz racjê, ale patrole nikogo nie spotka³y. Aha, jeszcze coœ.

background image

21

– Tak?

– Gdzie jest Alma?

Alma by³a sekretark¹ Stone’a, która pracowa³a z nim niemal od chwili,

gdy rozpocz¹³ praktykê adwokack¹ po odejœciu z policji.

– Powinna ju¿ siedzieæ w biurze – odpar³ Stone.

– Prze³¹cz mnie na czekanie i zadzwoñ tam – powiedzia³ Dino.

Stone nacisn¹³ guzik, a potem wybra³ numer. Nikt nie odpowiada³. Po³¹-

czy³ siê znów z Dinem.

– Nikt nie podnosi s³uchawki. Wczoraj wieczorem pracowa³a do póŸna,

przepisuj¹c moje sprawozdanie, wiêc mo¿e zaspa³a.

– Po pó³nocy, kiedy byliœmy w mieszkaniu Susan Bean, w twojej okoli-

cy napadniêto kobietê, której rysopis pasuje do Almy. Napastnik zada³ jej

ciosy w g³owê ciê¿kim przedmiotem.

Stone usiad³ i postawi³ nogi na pod³odze.

– W jakim stanie jest ta kobieta i gdzie siê znajduje?

– W szpitalu Lenox Hill. A co do jej stanu…. Có¿, nie jest zbyt dobry.

Czy Alma ma jak¹œ rodzinê?

– Tylko siostrê w Westchester – odpar³ Stone.

– Nie znaleziono przy niej ¿adnych dokumentów, ale mia³a zegarek marki

Cartier, z opisu podobny do tego, który jej podarowa³eœ.

– Jadê do Lenox Hill.

– Daj mi znaæ, jeœli to Alma – poprosi³ Dino.

Stone ubra³ siê b³yskawicznie, da³ zakrwawione ubranie gosposi, poleci³,

¿eby zanios³a je do pralni i taksówk¹ pojecha³ do szpitala.

Stan¹³ przed okienkiem w izbie przyjêæ.

– Nazywam siê Stone Barrington. Rano otrzyma³em z policji wiadomoœæ,

¿e dziœ w nocy przywieziono do szpitala kobietê z ranami g³owy, podobn¹ do

mojej sekretarki. Chcia³bym j¹ zobaczyæ.

– Proszê chwilê zaczeka栖 powiedzia³a kobieta. Wybra³a numer, zamie-

ni³a z kimœ parê s³ów i od³o¿y³a s³uchawkê.

– Doktor Thompson zaraz do pana zejdzie. Proszê usi¹œæ.

Stone chodzi³ nerwowo w tê i z powrotem. Lekarz zjawi³ siê po piêciu

minutach. Uœcisnêli sobie d³onie.

– Chcia³bym zobaczyæ tê rann¹ kobietê, któr¹ przyjêliœcie w nocy – powie-

dzia³ Stone. – Wydaje mi siê, ¿e to mo¿e byæ moja sekretarka, Alma Hodges.

– Proszê j¹ opisaæ.

– Wzrost sto szeœædziesi¹t piêæ centymetrów, nieco po piêædziesi¹tce,

ciemne, lekko siwiej¹ce w³osy, ubrana w pr¹¿kowany kostium.

Lekarz skin¹³ g³ow¹.

– To chyba ona. Przykro mi, ale ta pacjentka zmar³a dwadzieœcia minut temu.

Stone patrzy³ na niego nieruchomym wzrokiem.

background image

22

– Dozna³a bardzo dotkliwych obra¿eñ – t³umaczy³ lekarz. – Uderzono

j¹ co najmniej piêæ razy w g³owê jakimœ têpym przedmiotem, prawdopodob-

nie m³otkiem. Policja uzna³a to za napad rabunkowy, poniewa¿ nie znalezio-

no przy niej torebki ani ¿adnych dokumentów.

– Chcia³bym j¹ zobaczy栖 powiedzia³ Stone.

Zjechali  wind¹  do  podziemia,  gdzie  znajdowa³a  siê  kostnica.  Lekarz

wyci¹gn¹³ z ch³odni cia³o na wózku i odsun¹³ p³achtê.

Twarzy Almy zastyg³a w wyrazie dziwnego spokoju. Stone pomyœla³, ¿e

wygl¹da piêknie. Wola³ nie patrzeæ na ty³ g³owy.

– To Alma Hodges – powiedzia³.

– Czy mia³a jak¹œ rodzinê? – spyta³ lekarz.

– Siostrê. Porozmawiam z ni¹ i zajmê siê pochówkiem.

– Autopsja zosta³a wyznaczona na dziœ po po³udniu. Myœlê, ¿e jutro rano

bêdzie mo¿na odebraæ cia³o.

Stone podziêkowa³ lekarzowi i wyszed³ ze szpitala. Wzi¹³ taksówkê i po-

jecha³ do biura. W miejscu pracy Almy wszystko by³o schludnie pouk³adane.

Na przepisanym sprawozdaniu le¿a³a kartka z trzema s³owami: DO ZOBA-

CZENIA RANO.

Stone opad³ ciê¿ko na fotel Almy; odszuka³ jej notes, a w nim numer

telefonu siostry. Przekaza³ wiadomoœæ najdelikatniej, jak to mo¿liwe; zapro-

ponowa³, ¿e za³atwi formalnoœci zwi¹zane z pogrzebem. Kobieta podziêko-

wa³a i wyjaœni³a, ¿e jej szwagier ma przedsiêbiorstwo pogrzebowe, wiêc po-

prosi go, ¿eby siê wszystkim zaj¹³. Stone z³o¿y³ kondolencje; powiedzia³, ¿e

Alma by³a wspania³¹, nieocenion¹ wspó³pracowniczk¹ i bardzo bêdzie mu

jej brakowaæ. Wreszcie od³o¿y³ s³uchawkê z uczuciem potwornego zmêcze-

nia. Telefon zadzwoni³ niemal natychmiast.

– Stone Barrington.

– Czeœæ, Stone, mówi Frank Maddox. – By³ to adwokat reprezentuj¹cy firmê

ubezpieczeniow¹, przeciwko której Stone prowadzi³ sprawê o odszkodowanie.

– Mój klient proponuje pó³ miliona dolarów.

– Nie mogê siê na to zgodziæ. – Stone mia³ ju¿ zaplanowan¹ odpowiedŸ. –

Jestem gotów do procesu.

Wiedzia³ dobrze, ¿e wcale nie jest gotów.

– Przeka¿ê propozycjê klientce, ale bêdê j¹ namawia³ do odrzucenia oferty.

Maddox westchn¹³.

– A wiêc ile, Stone? Podaj mi jak¹œ realistyczn¹ sumê, a ja porozma-

wiam z moim klientem.

– Milion dolarów, plus trzysta tysiêcy wynagrodzenia dla adwokata. To

moje ostatnie s³owo. Nie próbuj siê targowaæ. Do zobaczenia jutro w s¹dzie.

– Poczekaj. – Maddox prze³¹czy³ Stone’a na czekanie.

NajwyraŸniej naradza³ siê z klientem.

background image

23

Odezwa³ siê po chwili.

– Za³atwione – rzek³.

– Spodziewam siê czeku przed koñcem urzêdowania – oznajmi³ Stone. –

Nie odwo³am terminu rozprawy, dopóki pieni¹dze nie znajd¹ siê w banku.

– Jasne. Wyœlê czek do twojego biura dzisiaj po po³udniu.

– Wyœlij go do Billa Eggersa z firmy Woodman i Weld. Mo¿liwe, ¿e nie

bêdzie mnie dzisiaj w biurze. Mojej sekretarki te¿.

– Jak sobie ¿yczysz. – Maddox od³o¿y³ s³uchawkê.

Stone zadzwoni³ do firmy i poprosi³ Billa Eggersa, który by³ jednym ze

wspólników zarz¹dzaj¹cych.

– Zgodzili siê na milion plus moje honorarium – powiedzia³. – Czek ma

byæ dzisiaj po po³udniu. Dasz znaæ klientce? Zadzwoni³bym do niej sam, ale

mam straszny dzieñ.

– Jasne. Myœlê, ¿e to œwietne warunki. A co siê sta³o?

– Alma zosta³a napadniêta w nocy po wyjœciu z pracy. Zmar³a dzisiaj rano.

– O Bo¿e, strasznie mi przykro. Wiem, ¿e byliœcie ze sob¹ bardzo zwi¹zani.

– Nie mogê siê pozbieraæ. Chyba wy³¹czê telefony i wezmê sobie wolne.

– Tak w³aœnie powinieneœ zrobiæ. Chcesz, ¿ebym znalaz³ ci kogoœ do

pomocy? Mogê porozmawiaæ z personalnym.

– Bêdê ci bardzo wdziêczny – powiedzia³ Stone. – Ale nie przysy³aj ni-

kogo dzisiaj.

– Oczywiœcie. Przykro mi, Stone. Trzymaj siê.

– Dziêki, Bill.

Stone od³o¿y³ s³uchawkê. Powinien siê cieszyæ z ugody i du¿ego honora-

rium, ale czu³ tylko przygnêbienie. Dwie kobiety, które zna³ – a do jednej

z nich by³ g³êboko przywi¹zany – zosta³y zamordowane tej samej nocy. W³¹-

czy³ automatyczn¹ sekretarkê i nagra³ now¹ wiadomoœæ.

„Mówi Stone Barrington. Nie bêdê dzisiaj odbiera³ telefonów. Proszê

zostawiæ wiadomoœæ; oddzwoniê jutro”.

Powlók³ siê na górê, wy³¹czy³ telefon i rzuci³ siê na ³ó¿ko, kompletnie

wyczerpany.

5

Z

budzi³ siê o zmierzchu. W³o¿y³ spodnie khaki, koszulê i mokasyny, po-

szed³ do kuchni i zrobi³ sobie herbatê z du¿¹ ³y¿k¹ miodu. Zabra³ kubek na

dó³ do gabinetu i usiad³ w wysokim fotelu stoj¹cym przy oknie, które wycho-

dzi³o na ogród. Ktoœ zadzwoni³ domofonem. Stone podniós³ s³uchawkê.

background image

24

– Tak?

– To ja, Dino.

– ChodŸ, jestem w gabinecie.

Dino wkroczy³ do pokoju i rzuci³ p³aszcz na kanapê.

– Czeœæ. Chcesz fili¿ankê herbaty?

– Wolê szklankê scotcha – odpar³ Dino.

– Czêstuj siê.

Dino otworzy³ barek wbudowany w œcianê, nala³ sobie whisky z wod¹

sodow¹ i usiad³ na fotelu obok Stone’a.

– Mo¿e zapali³byœ œwiat³o? – spyta³.

– Lubiê siedzieæ w pó³mroku – odpar³ Stone. – Niech tak zostanie przez

parê minut.

– Jak siê czujesz?

– Jakby mnie ktoœ obi³ kijem baseballowym.

– Pojecha³eœ do szpitala?

– Tak. To by³a Alma. Zapomnia³em do ciebie zadzwoniæ, przepraszam.

– Jakiœ przechodzieñ znalaz³ jej torebkê w koszu na œmieci kilka przecz-

nic dalej. By³o tam sto dolarów i karty kredytowe.

– Niczego nie brakowa³o?

– Na to wygl¹da.

– To bez sensu.

– Wiem.

– Taka pogodna osoba – rzek³ Stone. – Nigdy siê nie przejmowa³a tym, ¿e

mam z³y dzieñ, ¿e gderam. I zawsze znalaz³a sposób, ¿eby mnie rozweseliæ.

– Tak, Alma by³a wspania³¹ kobiet¹. Bardzo j¹ lubi³em.

Siedzieli przez chwilê w milczeniu, patrz¹c na ciemniej¹cy ogród; w do-

mach po przeciwnej stronie osiedla Turtle Bay zapala³y siê kolejne œwiat³a.

– Stone – odezwa³ siê Dino. – Czy widzisz jakiœ zwi¹zek miêdzy tymi

dwoma zabójstwami?

– Myœla³em o tym. Jedyne, co je ³¹czy, to moja osoba.

– Ja te¿ to zauwa¿y³em. Zastanów siê: czy jest ktoœ, kto nienawidzi ciê

tak bardzo, ¿eby mordowaæ ludzi, których znasz?

– O tym te¿ ju¿ pomyœla³em. ¯adne nazwisko nie przychodzi mi do g³owy.

– Ani mnie.

– Tych zabójstw nie da siê ze sob¹ powi¹za栖 stwierdzi³ Stone. – To

tylko makabryczny zbieg okolicznoœci.

– Chyba masz racjê. Ale ja musia³em wzi¹æ pod uwagê równie¿ tê drug¹

mo¿liwoœæ.

– Wiem.

– Kiedy jesteœ glin¹, albo nim by³eœ, zawsze wisi to nad twoj¹ g³ow¹.

– Co mianowicie?

background image

25

Dino westchn¹³.

– Ta druga mo¿liwoœæ: ¿e ktoœ, kogo wsadzi³eœ za kratki wróci, ¿eby

wyrównaæ rachunki. Wydaje mi siê, ¿e poza œmierci¹ na s³u¿bie, to najgorsza

rzecz, jaka mo¿e siê przytrafiæ gliniarzowi.

– Nigdy siê nad tym nie zastanawia³em.

– Stone, o czym rozmawia³eœ z Susan Bean wczoraj wieczorem? Jakoœ

do tego nie doszliœmy.

– Zwyk³a gadka-szmatka, jak to na pierwszym spotkaniu – odpar³ Sto-

ne. – Co robisz, sk¹d jesteœ. Odnios³em wra¿enie, ¿e nie jest zadowolona ze

swojej pracy.

– A to czemu?

– Powiedzia³a, ¿e zastanawia siê nad odejœciem z prokuratury.

– Z tego, co mówi³ mi wczoraj Martin Brougham, wynika, ¿e mia³a du¿e

szanse na awans.

– Susan te¿ tak s¹dzi³a, ale to ju¿ siê dla niej nie liczy³o. Zdawa³o mi siê,

¿e straci³a z³udzenia co do wymiaru sprawiedliwoœci; nie by³a zachwycona

tym, co musia³a robiæ w pracy.

– Co to znaczy?

– Nie mam pojêcia; tak w ka¿dym razie powiedzia³a. Nie zd¹¿yliœmy

rozwin¹æ tematu. Sam wiesz, jak to jest, Dino. Niejeden m³ody idealista roz-

czarowuje siê, gdy przyjrzy siê z bliska, jak dzia³a wymiar sprawiedliwoœci.

Trzeba mieæ grub¹ skórê, ¿eby znosiæ to na co dzieñ.

– Wiem, bo sam tego doœwiadczy³em.

– Ty? Zdumiewasz mnie.

– Naprawdê? Uwa¿asz, ¿e zawsze by³em twardym, trochê cynicznym,

ale uczciwym gliniarzem, jakiego masz przed sob¹? Musia³em wyhodowaæ

gruby pancerz, tak samo jak ty.

– Niech ci bêdzie.

W du¿ym, balkonowym oknie domu po przeciwnej stronie ogrodu zapa-

li³o siꠜwiat³o; do pokoju wesz³a kobieta w eleganckim kostiumie.

– Spójrz – powiedzia³ Stone.

– Na co mam spojrzeæ?

– Na tê kobietê, tam, naprzeciwko.

– Po co?

– Nie pytaj, tylko patrz. Na pewno ciê zainteresuje.

Wysoka, rudow³osa kobieta zaczê³a siê rozbieraæ.

– Masz racjꠖ przyzna³ Dino. – To rzeczywiœcie ciekawe.

– Nic nie mów.

Kobieta starannie powiesi³a kostium na wieszaku, zsunê³a krótk¹ halkê,

rozpiê³a stanik i zdjê³a majteczki. Wrzuci³a bieliznê do kosza. Sta³a teraz ca³-

kiem naga; mia³a szczup³e, zgrabne cia³o i wysoko osadzone jêdrne piersi.

background image

26

– Rany – szepn¹³ Dino.

– Niez³a, co?

Kobieta otworzy³a szafê, wyjê³a odkurzacz, w³¹czy³a go i zaczê³a sprz¹-

taæ.

– Co ona wyprawia, do cholery?

– Odkurza. Robi to dwa lub trzy razy w tygodniu. Przychodzi z pracy,

rozbiera siê i sprz¹ta sypialniê. Potem znika na jakiœ czas; podejrzewam, ¿e

odkurza wtedy ca³e mieszkanie. Nastêpnie wraca, chowa odkurzacz do szafy

i znowu znika. Czasem macha mi leciutko rêk¹.

– Chcesz powiedzieæ, ¿e wie, ¿e na ni¹ patrzysz?

– Przypuszczam, ¿e ogl¹da j¹ po³owa s¹siadów – odpar³ Stone.

Nagle Dino wyprostowa³ siê w fotelu.

– Patrz.

– Przecie¿ widzê.

– Ale nie na ni¹ – wyjaœni³ Dino. – Tam jest jakiœ facet.

– Gdzie?

– Stoi w drzwiach sypialni.

Stone przyjrza³ siê uwa¿niej. Dino mia³ racjê: na tle pogr¹¿onych w pó³-

mroku drzwi sypialni rysowa³y siê kontury ludzkiej sylwetki.

– Pewnie jej ch³opak, co?

– W¹tpiê. Nie sta³by w ten sposób. Ona nie wie o jego obecnoœci.

– Nie zauwa¿y³a, jak wchodzi, i nie mog³a nic us³yszeæ przez szum od-

kurzacza.

Kobieta sprz¹ta³a dalej, kieruj¹c siê w stronê okna. Intruz zacz¹³ siê do

niej zbli¿aæ. By³ niski i szczup³y; mia³ bujne, ciemne w³osy przypominaj¹ce

fryzurê afro, ale bia³¹ skórê.

– Cholera, on trzyma n󿠖 powiedzia³ Dino.

Stone te¿ to zauwa¿y³. Mê¿czyzna podszed³ do kobiety od ty³u, chwyci³

j¹ za szyjê i poci¹gn¹³ do siebie, unosz¹c podbródek.

Dino zerwa³ siê na równe nogi, otworzy³ drzwi balkonowe i wyszarpn¹³

pistolet spod marynarki.

– Nie rób tego, bydlaku! – krzykn¹³ na ca³e gard³o.

Stone siedzia³ jak przykuty do fotela. Napastnik sta³ nieruchomo.

Dino podniós³ broñ i strzeli³ dwa razy. W górnym lewym rogu okna uka-

za³y siê dwie du¿e dziury.

– Uda³o ci siê zwróciæ jego uwagꠖ powiedzia³ Stone.

Mordercy najwyraŸniej nie przeszkadza³o, ¿e jest obserwowany. Przeci¹-

gn¹³ ostrzem po szyi wyrywaj¹cej siê kobiety. Krew trysnê³a na jej nagie cia-

³o. Osunê³a siê bezw³adnie, ale oprawca nadal trzyma³ j¹ za podbródek, roz-

szerzaj¹c ranê w szyi.

– Puœæ j¹, bo ciê zastrzelê, draniu! – krzykn¹³ Dino.

background image

27

Morderca cofn¹³ siê do drzwi, zas³aniaj¹c siê cia³em konaj¹cej ofiary jak

tarcz¹, upuœci³ je i znikn¹³.

– Dzwoñ na numer alarmowy! – zawo³a³ Dino, ³api¹c p³aszcz. – Idê tam.

Znasz adres?

– Nie pamiêtam numeru, bêdziesz musia³ znaleŸæ – odpar³ Stone, pod-

nosz¹c s³uchawkê.

– Zaczekaj tu i pilnuj, ¿eby nie wymkn¹³ siê przez ogród – rzuci³ Dino,

biegn¹c do wyjœcia.

– Dino! – krzykn¹³ nagle Stone. Policjant stan¹³ jak wryty.

– Co?

– Ja znam tego cz³owieka – powiedzia³ Stone. – Znam mordercê.

– PóŸniej. – Dino zbiega³ ju¿ po schodach.

Stone zawiadomi³ policjê o pope³nieniu morderstwa, wyj¹³ pistolet i sta-

n¹³ przy oknie, obserwuj¹c ogród. Gdyby zabójca próbowa³ têdy uciec, ³atwo

by³oby go zatrzymaæ jednym celnym strza³em. Po dwóch minutach w oknie

ukaza³a siê sylwetka Dina; zaraz za nim wszed³ umundurowany policjant.

Porucznik wyda³ mu kilka poleceñ; tamten wyszed³. Dino podniós³ s³uchaw-

kê i wybra³ numer.

Stone zobaczy³ kontrolkê zapalaj¹c¹ siê na aparacie; odebra³ natychmiast.

– PrzyjdŸ tutaj – powiedzia³ Dino i roz³¹czy³ siê.

Stone wcisn¹³ broñ do futera³u po pach¹, z³apa³ p³aszcz i wybieg³ z miesz-

kania.

6

B

ieg³ szybko, rozgl¹daj¹c siê za kêdzierzawym mê¿czyzn¹, który przed

chwil¹ pope³ni³ morderstwo. Bez trudu rozpozna³ dom; zaparkowa³y przed

nim dwa czarno-bia³e wozy z migaj¹cymi kogutami. Na schodach sta³ umun-

durowany funkcjonariusz. Stone mign¹³ legitymacj¹ emerytowanego policjanta

i wszed³ do œrodka.

Po skrzynkach pocztowych zorientowa³ siê, ¿e okaza³y dom zosta³ po-

dzielony na apartamenty; drzwi do mieszkania na parterze by³y otwarte na

oœcie¿. W holu natkn¹³ siê na dwóch mundurowych.

– Czy jest tu sier¿ant Bacchetti? – spyta³, pokazuj¹c legitymacjê.

– Tak – potwierdzi³ jeden z policjantów.

Stone wbieg³ po schodach. Min¹³ jeszcze jednego funkcjonariusza w mun-

durze i wpad³ na dwóch detektywów, których pozna³ w mieszkaniu Susan

Bean: Andersona i Kelly’ego.

background image

28

– A pan czego tu szuka? – spyta³ podejrzliwie Kelly.

Stone zignorowa³ pytanie i skierowa³ siê na ty³y domu. Znajdowa³ siê teraz

na piêtrze gustownie urz¹dzonego, dwupoziomowego apartamentu. W otwar-

tych drzwiach sypialni le¿a³y nie okryte jeszcze p³acht¹ zw³oki kobiety; jej skó-

ra pokry³a siꠜmierteln¹ bladoœci¹, a w gardle zia³a ogromna rana.

Dino podniós³ wzrok na Stone’a.

– W bardzo podobny sposób zginê³a Susan Bean. Praworêczny morder-

ca, poci¹gniêcie no¿a od lewej do prawej, g³êboka rana.

– Zauwa¿yliœcie go gdzieœ? – spyta³ Stone. – Bo ja nie; ani w ogrodzie,

ani na ulicy.

– Nie – odpar³ Dino, podnosz¹c z krzes³a torebkê ofiary. Przekroczy³ zw³oki

i wyszed³ na klatkê, starannie omijaj¹c krwaw¹ plamê na jasnym dywanie.

– ChodŸ ze mn¹ – rzuci³, kieruj¹c siê do gabinetu. Jedn¹ œcianê zakry-

wa³ rega³ z ksi¹¿kami, a na drugiej Stone zauwa¿y³ kilka wartoœciowych ob-

razów. Naprzeciwko okna wychodz¹cego na ulicê sta³o antyczne biurko.

– Siadaj – rzuci³ Dino, otwieraj¹c torebkê.

– Jak siê nazywa ofiara? – spyta³ Stone.

Dino zajrza³ do portfelika.

– Miranda Hirsch – odpar³, podaj¹c Stone’owi wizytówkê. – By³a wice-

prezesem Manhattan Bank, kierowniczk¹ dzia³u kredytowego.

– Wysokie stanowisko – zauwa¿y³ Stone, przygl¹daj¹c siê karcie.

– Zna³eœ j¹?

– Tylko z okna.

– Czy bawi¹c siê w podgl¹dacza, zauwa¿y³eœ kiedyœ w jej mieszkaniu

mê¿czyznê?

Stone potrz¹sn¹³ g³ow¹.

– Dopiero dzisiaj. Po przedstawieniu z odkurzaczem zawsze zaci¹ga³a

story.

– Na parterze te¿?

– Tak.

– Ile razy widzia³eœ, jak siê rozbiera?

– Dwanaœcie, mo¿e piêtnaœcie.

– Masz szczêœcie, ¿e by³em dziœ u ciebie – oznajmi³ Dino – bo Kelly

i Anderson aresztowaliby ciê pod zarzutem zabójstwa na tle seksualnym.

– To niez³y punkt wyjœcia w œledztwie – zauwa¿y³ Stone. – Trzeba prze-

s³uchaæ wszystkich mieszkañców mojej strony osiedla; sprawca mo¿e tam

mieszkaæ. Poza tym za³o¿ê siê, ¿e byli jeszcze inni œwiadkowie.

– Mo¿liwe, ale jak dot¹d nikt nie zg³osi³ zabójstwa. Zanim wyszed³em,

powiedzia³eœ, ¿e znasz mordercê, tak?

– To prawda, ale nie mogê sobie przypomnieæ, sk¹d.

– Postaraj siê.

background image

29

– W³aœnie to robiꠖ odpar³ niecierpliwie Stone, opuszczaj¹c wzrok. –

Wydaje mi siê, ¿e obaj mamy z tym coœ wspólnego.

– Z czym?

– Ze spraw¹ tego faceta. Razem go aresztowaliœmy, jestem tego pewien.

To by³o dawno temu.

– Podrzuæ jak¹œ wskazówkê.

– Jakoœ nie mogê tego wszystkiego posk³adaæ. Zaczekaj.

Siedzieli chwilê bez s³owa.

– Mitteldorfer – powiedzia³ nagle Dino.

– Co?

– Tak siê nazywa³. By³ ksiêgowym, zabi³ swoj¹ ¿onê.

– Herbert Mitteldorfer! – zawo³a³ Stone. – Jakim cudem przypomnia³eœ

sobie jego nazwisko?

– Podci¹³ ¿onie gard³o – wyjaœni³ Dino. – Dlatego mi siê skojarzy³. Kie-

dy to siê sta³o?

– Jedenaœcie, mo¿e dwanaœcie lat temu. Nie by³o wtedy kary œmierci

w kodeksie; dosta³ do¿ywocie.

– Ale by³o zwolnienie warunkowe. Siedzia³ doœæ d³ugo, ¿eby siê o nie

ubiegaæ.

– W którym wiêzieniu go zamknêli?

– Nie pamiêtam. Dannemora, mo¿e Attica?

– Ja te¿ nie pamiêtam. SprawdŸ.

Dino wyj¹³ telefon komórkowy i zacz¹³ wystukiwaæ numer. Nagle prze-

rwa³ i spojrza³ na Stone’a.

– Pamiêtasz, jak wygl¹da³ Mitteldorfer? Niech mnie licho, jeœli umia³-

bym go dzisiaj rozpoznaæ.

– Wygl¹da³ dok³adnie tak samo, jak morderca, którego widzieliœmy.

Dino wybra³ numer.

– Mówi Bacchetti. Poszukajcie akt Herberta Mitteldorfera. – Przelitero-

wa³ nazwisko. – Skazany za morderstwo jedenaœcie czy dwanaœcie lat temu.

Chcê wiedzieæ, w którym zak³adzie go umieœcili i czy nadal siedzi. Poczekam.

Zerkn¹³ na Stone’a.

– Za³o¿ê siê, ¿e wyszed³ na warunkowe w zesz³ym tygodniu.

– Nie zdziwi³bym siê.

– Pamiêtasz tego faceta? – spyta³ Dino.

– Niezbyt dok³adnie. Raczej niski, szczup³y, osobowoœæ z pogranicza

psychopatii.

– Ale co on móg³by mieæ przeciwko tobie?

– To ja go aresztowa³em, nie pamiêtasz?

– Tak, ale ja te¿ bra³em w tym udzia³, a na razie nie morduje moich

znajomych.

background image

30

– Na razie.

Twarz Dina wyci¹gnê³a siê.

– O Bo¿e.

Stone wymamrota³ coœ pod nosem.

– Co mówi³eœ? – spyta³ Dino.

– Powiedzia³em: „przekleñstwo gliniarza”.

7

D

ino mkn¹³ z prêdkoœci¹ ponad stu szeœædziesiêciu kilometrów na godzi-

nê g³ówn¹ autostrad¹ stanu Nowy Jork, gdy w lusterku wstecznym spo-

strzeg³ migaj¹ce b³êkitne œwiate³ko. Stone nie od dziœ wiedzia³, ¿e Dino za-

wsze prowadzi tak, jakby ucieka³ przed policj¹ skradzionym samochodem.

– Diabli nadali – mrukn¹³ Dino. Wydoby³ ze skrytki koguta, po³o¿y³ na

tablicy i wetkn¹³ wtyczkê do gniazda zapalniczki. Na widok b³yskaj¹cego

œwiat³a policjant z drogówki w³¹czy³ syrenê.

Dino nacisn¹³ hamulec, omal nie doprowadzaj¹c do kolizji z wozem patro-

lowym; zatrzyma³ siê momentalnie na ¿wirowym poboczu, wzbijaj¹c fontannê

py³u. Wyj¹³ odznakê, spuœci³ boczn¹ szybê i zaczeka³ na policjanta. Tamten

rozmawia³ przez radiotelefon; prawdopodobnie sprawdza³ rejestracjê wozu.

– Dino – odezwa³ siê Stone znu¿onym g³osem. – Na autostradzie obo-

wi¹zuje ograniczenie prêdkoœci do stu kilometrów na godzinê. Czy nie móg³-

byœ jechaæ jak cz³owiek sto dwadzieœcia lub sto trzydzieœci?

– Ty sobie mo¿esz tak jeŸdzi栖 odburkn¹³ Dino.

Ros³y m³ody policjant nachyli³ siê do okna.

Dino podniós³ odznakê.

– A ty czego sobie, kurwa, ¿yczysz? – spyta³ uprzejmie.

– Pañskiego prawa jazdy i dowodu rejestracyjnego – odpar³ policjant

oficjalnym tonem.

– Innego dokumentu ode mnie siê nie doczekasz. Jeœli umiesz czytaæ, to

wiesz ju¿, ¿e jestem porucznikiem nowojorskiej policji. Jadê do wiêzienia

Sing Sing w sprawie s³u¿bowej.

– Prawo jazdy i dowód rejestracyjny. I nie bêdê tego powtarza栖 wark-

n¹³ tamten przez zaciœniête zêby.

Dino siêgn¹³ do kieszeni po komórkê; policjant cofn¹³ siê nieco, k³ad¹c

d³oñ na kaburze pistoletu.

– S³uchaj no, koleœ – zacz¹³ Dino. – Zadzwoniê teraz do pu³kownika

Joe O’Briana z komendy w Poughkeepsie i powiem mu, ¿e funkcjonariusz… –

background image

31

zerkn¹³ na plakietkê z nazwiskiem – Warkowski utrudnia œledztwo w sprawie

trzech morderstw, zachowuj¹c siê jak zafajdany ¿ó³todziób.

Podniós³ telefon.

– Dobrze ju¿, dobrze. – M³ody funkcjonariusz podniós³ rêce w pojed-

nawczym geœcie. – Ale proszê jechaæ wolniej.

– Powiem wam coœ, Warkowski. Jeœli postoicie tu jeszcze parê godzin,

zobaczycie, jak prujê z powrotem na po³udnie sto osiemdziesi¹t na godzinê.

Dino zatrzasn¹³ drzwi i zostawi³ policjanta w tumanie kurzu.

– Kto jak kto, ale ty potrafisz zjednywaæ sobie przyjaci󳠖 rzek³ Sto-

ne. – Zawsze to powtarzam.

– Tak, tak – mrukn¹³ z przek¹sem Dino, zerkaj¹c na wskazówkê prêd-

koœciomierza, która w³aœnie przekracza³a sto piêædziesi¹t.

– Naprawdê znasz pu³kownika O’Briana z Poughkeepsie?

– W zesz³ym roku by³em na kolacji, na której przemawia³. Ale nie przed-

stawiono nas sobie.

W Poughkeepsie ruszyli prosto do wiêzienia Sing Sing; wylegitymowali

siê przy bramie i wjechali na parking.

– Czy ktoœ wie o naszym przyjeŸdzie? – spyta³ Stone, wysiadaj¹c z wozu.

– Dzwoni³em do biura naczelnika. Mamy pytaæ o kapitana stra¿y.

Otworzyli drzwi z napisem DLA ODWIEDZAJ¥CYCH, pokazali legi-

tymacje i spytali o kapitana.

– Musicie zdaæ broñ – oznajmi³ funkcjonariusz w okienku.

Dino poda³ mu pistolet, a Stone roz³o¿y³ po³y p³aszcza, aby pokazaæ, ¿e

nie jest uzbrojony.

W dy¿urce zjawi³ siê postawny, krótko ostrzy¿ony, umundurowany mê¿-

czyzna miêdzy piêædziesi¹tk¹ a szeœædziesi¹tk¹; wskaza³ przybyszom wejœcie

i zamkn¹³ drzwi.

– Kogo chcieliœcie widzieæ? – spyta³, nie przedstawiwszy siê.

– Herberta Mitteldorfera, panie kapitanie – odpar³ Dino, nieco zasko-

czony ch³odnym przyjêciem.

– Zaczekajcie chwilꠖ powiedzia³ mê¿czyzna, podnosz¹c s³uchawkê

telefonu na œcianie. – Johnson? PrzyprowadŸcie do dy¿urki Herbiego Mittel-

dorfera; ma goœci.

Od³o¿y³ s³uchawkê i poprowadzi³ ich do nastêpnych drzwi.

– Czy Mitteldorfer ma prawo wychodziæ na przepustki? – spyta³ Dino.

– Tak.

– Czy przypadkiem nie opuszcza³ wiêzienia wczoraj wieczorem?

Kapitan zatrzyma³ siê przed drzwiami.

– Wychodzi tylko po zakupy dla biura i zawsze wraca przed siedemnast¹.

background image

32

– Wczoraj te¿ wróci³ o tej godzinie?

– Tak.

Stra¿nik wpuœci³ Dina i Stone’a do œrodka, po czym zamkn¹³ drzwi na

klucz.

Dino usiad³ na metalowym krzese³ku i opar³ ³okcie na stole.

– Co jest z tym facetem? Tak siê tu przyjmuje policjantów z Nowego

Jorku?

– Nie zauwa¿y³eœ znaczka z jego nazwiskiem? – spyta³ Stone.

– Nie.

– Nazywa siê Warkowski.

– Warkowski…?

– Bêdziemy mogli siê uwa¿aæ za szczêœciarzy, jeœli nas st¹d wypuœci.

Po dziesiêciu minutach otwar³y siê drzwi i stan¹³ w nich niewysoki mê¿-

czyzna. Za nim ukaza³ siê stra¿nik.

– No to jesteœmy na miejscu, Herbie – rzek³ stra¿nik, podaj¹c wiêŸniowi

klucz. – Nie zapomnij póŸniej zamkn¹æ za sob¹ drzwi.

Herbert Mitteldorfer mia³ sto szeœædziesi¹t cztery centymetry wzrostu i ³y-

sinê na czubku g³owy; posiwia³e po bokach w³osy by³y krótko obciête – w ni-

czym nie przypomina³y kêdzierzawej czupryny, któr¹ zapamiêta³ Stone.

– Czemu zawdziêczam taki zaszczyt? – spyta³, mierz¹c przybyszy nieru-

chomym wzrokiem.

– Siadaj – poleci³ Dino. – Chcemy ci zadaæ kilka pytañ.

– Chyba czyta³em gdzieœ, ¿e odszed³ pan z policji, panie Barrington.

Czy¿by spêdza³ pan czas wolny odwiedzaj¹c wiêŸniów?

– Tylko przy szczególnych okazjach – odpar³ Stone. – Jak rozumiem,

jesteœ tu zaufanym wiêŸniem.

– Od drugiego roku odsiadki. Widaæ uczciwy ze mnie goœæ.

– Gdzie by³eœ wczoraj wieczorem, Herbert? – spyta³ Dino.

Mitteldorfer parskn¹³ œmiechem; Stone omal nie zrobi³ tego samego.

– Chyba mo¿na by powiedzieæ, ¿e mam ¿elazne alibi – odpar³ Mittel-

dorfer.

– Tak? Alibi na co?

– To wy mi powiecie; nie mam pojêcia, dlaczego tu przyjechaliœcie.

– Opowiedz nam, jak spêdzi³eœ wczorajszy dzieñ.

– Z przyjemnoœci¹. Wsta³em o szóstej, wzi¹³em prysznic, zjad³em œniada-

nie, a potem poszed³em do pracy. Czterdziestopiêciominutowa przerwa na lunch,

póŸniej znowu praca. Skoñczy³em o wpó³ do pi¹tej, napisa³em kilka listów, do

kolacji o szóstej ogl¹da³em telewizjê. Po kolacji przez dwie godziny czyta³em

w bibliotece, nastêpnie wróci³em do celi i poczyta³em jeszcze trochê w ³ó¿ku.

– Robi³eœ jakieœ sprawunki poza terenem wiêzienia? – spyta³ Dino.

– Na to pytanie przed chwil¹ odpowiedzia³em.

background image

33

– Jak d³ugo siedzisz?

– Niedawno minê³o dwanaœcie lat.

– Czyli wkrótce czeka ciê przes³uchanie w sprawie zwolnienia warun-

kowego.

– Tak.

– A wiêc jeœli nie chcesz, ¿ebym zjawi³ siê tutaj i opowiedzia³ komisji,

jakim to niebezpiecznym ma³ym draniem ci¹gle jeszcze jesteœ, radzê ci lepiej

przyk³adaæ siê do odpowiedzi.

– Przepraszam. Z chêci¹ odpowiem na ka¿de pytanie.

– Jak czêsto wychodzisz poza teren?

– Raz lub dwa razy w tygodniu, w zale¿noœci od tego, ile jest zakupów

do zrobienia.

– Jakie to zakupy?

– G³ównie materia³y biurowe i papier, ale chodzê tak¿e do sklepu kom-

puterowego; czasem za³atwiam te¿ prywatne sprawunki.

– Jakiego rodzaju?

– Kupujê bieliznê, skarpetki, baterie do mojego radia, szczoteczki do

zêbów. Od czasu do czasu idê na lody.

– Czy masz syna?

– Nie.

– Jakichœ krewnych p³ci mêskiej?

– Nie w tym kraju.

– A gdzie?

– W Niemczech. Mieszka tam mój siostrzeniec.

– Ile ma lat?

– Wydaje mi siê, ¿e oko³o trzydziestu piêciu. Tylko raz go widzia³em,

kiedy pojecha³em odwiedziæ siostrê. By³ wtedy nastolatkiem.

– Jak siê nazywa?

– Ernst Hausman.

– Czy przyje¿d¿a³ kiedyœ do Stanów?

– Nie. Dostajê wiadomoœci od siostry kilka razy w roku. Myœlê, ¿e da³a-

by mi znaæ, gdyby jej syn siê tutaj pojawi³.

– Gdzie mieszka twój siostrzeniec?

– W Hamburgu. Nie mam adresu. Pracuje w wytwórni papierosów, o ile

mnie pamiêæ nie myli.

– Przyczynia siê do poprawy stanu zdrowotnego ludnoœci, co?

Mitteldorfer wzruszy³ ramionami.

– Widaæ nie ma tak rozwiniêtej œwiadomoœci etycznej, jak ja.

– Stone, chcesz mu zadaæ jakieœ pytania?

– Panie Mitteldorfer – zacz¹³ Stone. – Czy koresponduje pan regularnie

z kimœ oprócz siostry?

3 – Kr¹g strachu

background image

34

Mitteldorfer zawaha³ siê przez chwilê.

– Jest pewna kobieta, z któr¹ kiedyœ pracowa³em. Pisujemy do siebie od

czasu do czasu.

– Ktoœ jeszcze?

– Nie.

– Czy czêsto przyjmuje pan wizyty?

– Tylko tej kobiety.

– Jak ona siê nazywa?

– Mam nadziejê, ¿e nie chc¹ panowie wci¹gn¹æ jej w tê sprawꠖ powie-

dzia³ Mitteldorfer b³agalnym tonem.

– Jak siê nazywa ta kobieta? – powtórzy³ Dino pytanie kolegi.

– Eloise Enzberg – odrzek³ cicho wiêzieñ.

– Czy ona mieszka tu, w Poughkeepsie?

– Tak.

– Gdzie?

Mitteldorfer poda³ adres.

– Mam nadziejê, ¿e nie uznaj¹ panowie za konieczne odwiedzaæ mojej

znajomej. To wyj¹tkowo przyzwoita osoba; wizyta policji by³aby dla niej

wstrz¹sem.

– Jak¹ pracê wykonuje pan w wiêzieniu? – spyta³ Stone.

– Jestem szefem biura. Nadzorujê ksiêgowoœæ, wybieram wiêŸniów do

pracy w biurze i szkolê ich.

– Czy podci¹³eœ komuœ ostatnio gard³o, Herbert? – wtr¹ci³ nagle Dino.

Mitteldorfer przestraszy³ siê.

– Ale¿ panowie, chyba zdajecie sobie sprawê, ¿e pope³ni³em zbrodniê

w afekcie. Nigdy wiêcej bym czegoœ podobnego nie zrobi³.

– Czy pani Enzberg wie, za co trafi³eœ do wiêzienia? – spyta³ Dino.

– Tak. Przeczyta³a o tym w gazetach, kiedy mnie aresztowaliœcie, a po

procesie napisa³a do mnie.

Stone zacz¹³ siê czuæ nieswojo. Mitteldorfer by³ drobnym, potulnym cz³o-

wieczkiem, ca³kowicie ró¿nym od tego, którego zachowa³ w pamiêci. Wyda-

wa³o siê, ¿e odsiadka dobrze na niego wp³ynê³a, i nie ma powodu go drêczyæ.

– Ja skoñczy³em – powiedzia³ Stone. – A ty?

Dino zignorowa³ pytanie.

– Przypomnia³em sobie coœ, Herbert. Zabijanie ¿ony sprawi³o ci przy-

jemnoœæ. Ona pieprzy³a siê z kimœ innym, a kiedy siê o tym dowiedzia³eœ,

z rozkosz¹ poder¿n¹³eœ jej gard³o, prawda?

Mitteldorfer spuœci³ wzrok.

– Proszꠖ powiedzia³ cicho.

– ChodŸmy ju¿ – zaproponowa³ Stone.

– No dobra, zje¿d¿aj – rzuci³ Dino do wiêŸnia.

background image

35

Ten wsta³ i bez s³owa wyszed³ z pomieszczenia. Us³yszeli, jak przekrêca

klucz w zamku.

Stone podniós³ siê i spróbowa³ otworzyæ drzwi, którymi weszli.

– Zamkniête na klucz – stwierdzi³. – Ciekawe, kiedy kapitan Warkow-

ski przypomni sobie o naszej obecnoœci.

Up³ynê³a prawie godzina, zanim kapitan siê zjawi³. Stone wiedzia³, ¿e

musi stan¹æ miêdzy nim i Dinem.

Kiedy wyszli, Bacchetti wskoczy³ za kierownicê i przez ca³¹ drogê po-

wrotn¹ do Nowego Jorku nie zdj¹³ nogi z peda³u gazu.

8

P

rzeje¿d¿ali w³aœnie przez most na rzece Harlem, kiedy odezwa³a siê ko-

mórka  Dina.  Porucznik  wydoby³  telefon  z kieszeni,  powiedzia³  „halo”

i szybko odsun¹³ go od ucha.

Stone us³ysza³ kobiecy g³os, niemal wrzask.

– Nie tak g³oœno! – zawo³a³ Dino do aparatu.

– To ja!

– Mary Ann? Co siê sta³o?

¯ona Dina nadal mówi³a podniesionym g³osem, ale ju¿ nie krzycza³a;

mimo to Stone s³ysza³ wyraŸnie jej s³owa.

– Przed chwil¹ zosta³am napadniêta przez jakiegoœ mê¿czyznê! Strzeli-

³am do niego!

– Nic ci siê nie sta³o?

– Nie jestem ranna, jeœli o to pytasz.

– Gdzie to siê sta³o?

– Na ulicy, przed domem.

– A gdzie teraz jesteœ?

– W mieszkaniu.

– Ja jestem w West Side, dojadê za kwadrans. Ka¿ê wys³aæ do ciebie

patrol. Zamknij drzwi i nie wpuszczaj nikogo oprócz policji.

– Dobrze.

Dino roz³¹czy³ siê i poszuka³ koguta.

– S³ysza³eœ?

– Ka¿de s³owo – odpar³ Stone.

Porucznik wystuka³ numer na klawiaturze.

– Tu Bacchetti. Kto ma dy¿ur? – Zamilk³ na chwilê. – Anderson? JedŸ

do mojego mieszkania, natychmiast.

background image

36

Poda³ detektywowi adres.

– Ale najpierw poœlij tam patrol. Ktoœ napad³ na moj¹ ¿onê. Bêdê za

piêtnaœcie minut.

Dino wy³¹czy³ telefon i skupi³ siê na prowadzeniu. Pêdzi³ jak oszala³y ulic¹

Henry Hudson Parkway, wymijaj¹c inne wozy niczym tyczki slalomowe.

Stone po³o¿y³ d³onie na tablicy i zacisn¹³ zêby. Zawsze ca³kiem serio bra³

pod uwagê mo¿liwoœæ, ¿e zginie w samochodzie z Dinem za kierownic¹. Za-

stanawia³ siê, czy nast¹pi to w³aœnie teraz.

Dino zjecha³ z trasy w Siedemdziesi¹t¹ Dziewi¹t¹ ulicê i pomkn¹³ dziel-

nic¹ West Side. Skrêci³ ko³o Central Parku w Szeœædziesi¹t¹ Pi¹t¹ i przeci¹³

wysepkê, ¿eby szybciej w³¹czyæ siê do ruchu.

– Przyda³aby siê syrena w tym gracie – mrukn¹³ do siebie. Wymin¹³ piêæ

samochodów naraz, wymuszaj¹c pierwszeñstwo na wozach jad¹cych z na-

przeciwka i cudem unikn¹³ czo³owego zderzenia. Po chwili wjecha³ pod pr¹d

w uliczkê w swojej dzielnicy, zostawi³ wóz ko³o hydrantu i rzuci³ siê w stronê

domu. Stone skoczy³ za nim.

Portier zauwa¿y³ ich z daleka.

– S¹ tam ju¿ dwaj mundurowi, panie Bacchetti – zawo³a³, gdy go mijali,

biegn¹c do windy. Minutê póŸniej byli w mieszkaniu; Dino œciska³ w ramio-

nach Mary Ann, która do tej pory zd¹¿y³a nieco och³on¹æ.

– W porz¹dku, nic mi nie jest – powiedzia³a.

Dino posadzi³ j¹ na kanapie.

– Opowiedz mi dok³adnie, co siê sta³o.

– Wysiad³am z samochodu na rogu i sz³am w stronê domu. By³am ju¿

prawie przy wejœciu, kiedy zobaczy³am tego mê¿czyznê nadchodz¹cego z na-

przeciwka. Tylko na niego spojrza³am i wiedzia³am, ¿e idzie do mnie. Kiedy

by³ kilka kroków ode mnie, zobaczy³am, ¿e wyjmuje z kieszeni nó¿ sprê¿y-

nowy i otwiera go. Ja trzyma³am ju¿ rêkê w torebce.

Wskaza³a le¿¹c¹ na krzeœle rêczn¹ torebkê z du¿¹ dziur¹ o postrzêpio-

nych krawêdziach.

– Wystrzeli³am, zanim zd¹¿y³ siê zbli¿yæ. Trafi³am go; zakrêci³ siê, ale

by³ w stanie biec.

– Gdzie go trafi³aœ?

– Nie mia³am czasu wymierzyæ, ale celowa³am w g³owê. Zdaje mi siê,

¿e dosta³ w ucho.

– W które?

– Chyba lewe. Tak, to by³o lewe ucho. Uciekaj¹c, zas³oni³ je rêk¹. Wi-

dzia³am krew.

– ZejdŸcie na dó³ i sprawdŸcie, czy jest krew na chodniku – poleci³ Dino

jednemu z mundurowych policjantów. – Dopilnujcie, ¿eby nikt nie chodzi³

po plamach. Trzeba wzi¹æ próbkê.

background image

37

Policjant wybieg³ z pokoju.

– A wy – Dino zwróci³ siê do drugiego policjanta – zadzwoñcie na po-

sterunek. Niech przyœl¹ tutaj ludzi z laboratorium. Powiedzcie im, ¿e chodzi

o pobranie próbki krwi.

Dino zwróci³ siê do ¿ony.

– Jak siê czujesz?

– Doskonale.

– Czy mo¿esz mi odpowiedzieæ na jedno wa¿ne pytanie?

– Oczywiœcie. Co chcesz wiedzieæ?

– Chcê wiedzieæ, sk¹d do jasnej cholery wziê³aœ broñ?!

Mary Ann odwróci³a g³owê.

– Tato mi da³.

– Wziê³aœ pistolet od ojca?

Stone wiedzia³, ¿e ojciec Mary Ann jest dobrze ustosunkowanym w³o-

skim d¿entelmenem, prowadz¹cym rozliczne interesy, legalne i mniej legal-

ne, i ¿e ma wielu bli¿szych i dalszych znajomych, którzy posiadaj¹ broñ.

– Tak, wziê³am – odpar³a. – Wiedzia³am, ¿e ty byœ mi nie pozwoli³.

– Fantastycznie – powiedzia³ Dino. – Znaj¹c twojego ojca, podejrzewam,

¿e nie zawraca³ sobie g³owy staraniem siê o zezwolenie.

– A w³aœnie ¿e tak. Dokumenty s¹ w torebce, jeœli mi nie wierzysz.

– Bo¿e drogi, dobrze ¿e siê nie postrzeli³aœ. Broñ to nie jest zabawka dla

ciebie.

– Jeœli chodzi o posiadanie broni, jestem konserwatywna. Poza tym, gdy-

bym jej nie mia³a, le¿a³abym teraz na ulicy z no¿em w brzuchu.

– No dobrze ju¿, dobrze – odrzek³ Dino œwiadom, ¿e nie ma szans w tej

potyczce. – Umia³abyœ opisaæ tego mê¿czyznê?

– Wiek oko³o czterdziestki, niski, metr szeœædziesi¹t piêæ wzrostu. Do-

brze umiêœniony, fryzura afro.

– Czarnoskóry?

– Nie, chocia¿ nosi³ tak¹ fryzurê. Coœ w rodzaju ¿ydowskiego afro.

– By³ ¯ydem? Sk¹d wiesz?

– Nie, ale w szkole tak nazywaliœmy tê fryzurê u dzieci ¿ydowskiego

pochodzenia, które mia³y kêdzierzawe czupryny.

– Czy on wygl¹da³ na ¯yda?

– Raczej nie. Ale mia³ ciemne, prawie czarne w³osy.

– Jak by³ ubrany?

– Mia³ na sobie p³aszcz przeciwdeszczowy, chyba nowy, bo wcale nie

pognieciony. Albo dok³adnie wyprasowany.

– Coœ jeszcze?

– Nic wiêcej nie zauwa¿y³am, bo p³aszcz dobrze go os³ania³. Zapamiêta-

³am, ¿e p³aszcz by³ jednorzêdowy.

background image

38

Zjawili siê Anderson i Kelly; Dino przedstawi³ im sytuacjê.

– Andy, zadzwoñ na komendê, niech rozeœl¹ do wszystkich szpitali na

Manhattanie portret pamiêciowy tego cz³owieka. Mo¿liwe, ¿e zg³osi siê z ra-

n¹ postrza³ow¹ g³owy, a dok³adniej lewego ucha. Niech ostrzeg¹, ¿e facet jest

uzbrojony w nó¿ i bardzo niebezpieczny. Nie chcia³bym, ¿eby ucierpia³a ja-

kaœ pielêgniarka.

Anderson oddali³ siê do aparatu; Kelly opar³ siê o œcianê i milcza³.

– Bogu dziêki, ¿e mój ch³opak by³ w szkole – rzek³ Dino. Napisa³ coœ w note-

sie, wyrwa³ kartkê i poda³ Kelly’emu. – JedŸ tam i odbierz go. Tu masz adres.

Kelly wyszed³.

– Mary Ann, przez pewien czas ty i dziecko bêdziecie musieli chodziæ

wszêdzie pod eskort¹ policjanta.

– Daj spokój, Dino – powiedzia³a Mary Ann. – Przecie¿ on nie poka¿e

siê drugi raz. ¯aden uliczny ³obuz nie bêdzie tak g³upi.

Dino spuœci³ g³owê.

– Tym razem zrobisz tak, jak ci mówiê, s³yszysz?

Stone usiad³ ko³o niej na kanapie.

– Mary Ann – powiedzia³. – Nie napad³ ciê zwyk³y ³obuz.

– O czym ty mówisz?

Odwróci³ siê do Dina.

– To by³ on.

– Tak, wiem – mrukn¹³ Dino.– Przekleñstwo gliniarza.

9

K

elly wróci³ z synem Dina, który nosi³ imiê Benedetto. Szeœcioletni ch³o-

piec mia³ czarne oczy i wygl¹da³ jak ma³y sycylijski ksi¹¿ê; tak¿e pod

tym wzglêdem wrodzi³ siê w matkê. Dino odprawi³ Kelly’ego, wzi¹³ ch³opca

na kolana i opowiedzia³, co siê sta³o.

– Dlaczego nie ka¿esz daæ mu w czapê? – spyta³ Benedetto.

Dino westchn¹³ bezradnie i spojrza³ na Stone’a.

– Ben spêdzi³ weekend z dziadkiem – wyjaœni³.

Odwróci³ siê do syna.

– Dlatego, ¿e jestem policjantem, a my nie mamy zwyczaju dawaæ komuœ

tak po prostu w czapê. Aresztujemy bandytów i wsadzamy do wiêzienia, prze-

cie¿ ci mówi³em. Umyj siê teraz i przygotuj do kolacji. Wujek Stone zje z nami.

Ch³opiec zeskoczy³ z kolan ojca i popêdzi³ do swojego pokoju.

– Dziêki za zaproszenie – powiedzia³ Stone.

background image

39

– ChodŸmy do gabinetu – zaproponowa³ Dino. – Napijemy siê czegoœ.

W wyk³adanym kasztanow¹ boazeri¹ pokoju Dino nala³ Stone’owi jego

ulubionego bourbona, a sobie scotcha. Nie by³ to typowy gabinet nowojor-

skiego policjanta: na rega³ach biografie i tomy poœwiêcone historii oraz histo-

rii sztuki zdradza³y zainteresowania w³aœciciela, o których wiedzia³o tylko

niewielu bliskich znajomych.

Stone wiedzia³ zaœ, ¿e teœæ Dina wszed³ w posiadanie tego mieszkania

w okolicznoœciach co najmniej niejasnych. Apartament znajdowa³ siê w ka-

mienicy w East Side, gdzie Amerykanie obcego pochodzenia zazwyczaj nie

byli mile widziani, a jego wartoœæ na wolnym rynku wynosi³a od pó³tora do

dwóch milionów dolarów. Stone wiedzia³ te¿, ¿e mieszkanie zosta³o kupione

pod przykrywk¹ jakiejœ instytucji, dziêki czemu prawdziwy nabywca nie musia³

ujawniaæ swojej to¿samoœci. A¿ do dzisiaj ¿aden policjant oprócz Stone nie

wszed³ do tego mieszkania. Wola³ nie myœleæ, co by siê sta³o, gdyby wydzia³

kontroli wewnêtrznej wzi¹³ Dina na cel.

– Doszed³eœ do jakichœ wniosków? – spyta³ Dino.

Stone w pierwszej chwili pomyœla³, ¿e mowa o mieszkaniu. Zaraz jednak

zrozumia³, o co pyta przyjaciel.

– Raczej nie. Mitteldorfer ma mocne alibi. Myœlê, ¿e nale¿a³oby zacz¹æ od

sprawdzenia, czy jego siostrzeniec rzeczywiœcie przebywa nadal w Hamburgu.

Warto by³oby te¿ przejrzeæ listê osób odwiedzaj¹cych go w wiêzieniu. Jeœli kapi-

tan Warkowski bêdzie tak uprzejmy i j¹ nam udostêpni – doda³ z uœmiechem.

Dino uniós³ szklankê.

– Odpieprz siê.

– Dziêki. A ty masz jakieœ pomys³y? – spyta³ Stone.

Dino potrz¹sn¹³ g³ow¹.

– ¯adnych. Ale to dziwne, ¿e ten morderca wygl¹da dok³adnie tak samo

jak Mitteldorfer.

– Tak. Wydaje mi siê, ¿e siostrzeniec w Hamburgu to mo¿e byæ dobry

trop. Nie zdziwi³bym siê, gdyby siê okaza³o, ¿e wyemigrowa³, albo gdyby

jego nazwisko figurowa³o na liœcie goœci. Chcia³bym te¿ wiedzieæ, czy Mit-

teldorfer ma jakichœ innych krewnych w Stanach, zw³aszcza dzieci, o których

nie raczy³ nas poinformowaæ.

– Zajmê siê tym jutro z samego rana – oznajmi³ Dino. – Ta sprawa ma

tak¿e dobr¹ stronê, dziêki niej przesta³eœ myœleæ wy³¹cznie o swoim z³ama-

nym sercu.

– Daj spokój – odrzek³ Stone zrezygnowanym tonem.

– A tak w ogóle to chyba dobrze siê sta³o, ¿e Arrington ciê zostawi³a.

– Zdawa³o mi siê, ¿e j¹ lubisz.

– Lubi³em i nadal lubiê. Pomyœla³em, ¿e gdybyœ siê z ni¹ o¿eni³, mog³a-

by uciec z Vancem Calderem póŸniej, a to zupe³nie by ciê roz³o¿y³o.

background image

40

– Ja jeszcze nie le¿ê na ³opatkach, a ona nie zrobi³aby mi czegoœ takiego.

Pi³eczka by³a po mojej stronie; nie zadeklarowa³em siê w porê, a gdy ju¿

podj¹³em decyzjê…

– Kiedy j¹ podj¹³eœ?

– Zamierza³em poprosiæ Arrington o rêkê podczas wycieczki jachtem;

postanowi³em tak w drodze na miejsce. A potem burza œnie¿na zatrzyma³a j¹

w mieœcie, zjawi³ siê Calder… No có¿, z³o¿y³ jej atrakcyjn¹ propozycjê; Ar-

rington pomyœla³a, ¿e z mojej strony nie mo¿e na nic liczyæ.

– A wiêc uwa¿asz, ¿e to twoja wina?

– Tak.

– To j¹ powinieneœ obwiniaæ; mniej by bola³o. Nie ma to jak wkurzyæ siê

na babê, która ciê zostawi³a.

– Spróbujê wzi¹æ to sobie do serca – odpar³ z przek¹sem Stone.

– S¹dzisz, ¿e mo¿e odejœæ od Caldera?

– Wykluczone. Nie zapominaj, ¿e urodzi³a mu syna. Jest z nim zwi¹zana

na dobre i z³e.

– Nie byliby pierwszym ma³¿eñstwem z dzieckiem, które siê rozwodzi.

– Przysz³o mi to do g³owy.

– Dlaczego po prostu nie pojedziesz do Los Angeles, ¿eby j¹ stamt¹d

zabraæ?

– Mia³em swoj¹ szansê. Arrington dokona³a wyboru. Teraz bêdê musia³

nauczyæ siê z tym ¿yæ.

– Naprawdê wierzysz, ¿e to dziecko Caldera, a nie twoje?

– Arrington zrobi³a badania. Nie ok³ama³aby mnie w takiej sprawie.

– Pewnie. Kobiety nigdy nie k³ami¹.

– Pogodzi³em siê ju¿ z t¹ myœl¹. Gdyby to by³o moje dziecko, wróci³aby

do mnie. Tak siê umówiliœmy. Czemu to dr¹¿ysz?

Dino wzruszy³ ramionami.

– Pomyœla³em, ¿e dobrze ci zrobi, jak siê wygadasz.

– A wiesz, rzeczywiœcie uœwiadomi³em sobie, ¿e czujê siê znacznie le-

piej po wyartyku³owaniu swoich emocji.

– Gadasz jak jakiœ psychiatra. – Dino uzna³, ¿e czas zmieniæ temat. –

Postanowi³em przydzieliæ ci eskortê.

– To chyba nie bêdzie konieczne.

– Wrêcz przeciwnie. Przecie¿ ten facet œledzi³ ciê tego wieczoru, kiedy

poszed³eœ do Susan Bean.

– Zgadza siê.

– Martwi mnie te¿, ¿e rozpozna³ Mary Ann na ulicy.

– Zrozumia³e.

– To znaczy, ¿e dobrze siê przygotowa³. Du¿o o nas wie.

– Straszna myœl.

background image

41

– Obserwowa³ nas, i to Bóg wie jak d³ugo. Mo¿e wzi¹³ ju¿ na cel inne

osoby, które znamy. Spotyka³eœ siê z jakimiœ kobietami?

– Nie.

– To zupe³nie do ciebie niepodobne, Stone.

– Dziêki temu nie muszê teraz wydzwaniaæ do nich i ostrzegaæ przed

jakimœ maniakiem.

– Bo on jest maniakiem, prawda?

– Zdrowy na umyœle cz³owiek nie zrobi³by czegoœ podobnego, nawet

z zemsty.

– Przysz³o ci do g³owy, ¿e jedna z ofiar w ogóle ciê nie zna³a, tylko mia-

³a nieszczêœcie mieszkaæ w twoim s¹siedztwie?

– Tak. Natrafiliœcie na coœ ciekawego podczas sprawdzania moich s¹sia-

dów?

Dino potrz¹sn¹³ g³ow¹.

– Sami porz¹dni obywatele.

– Musia³ zobaczyæ tê kobietê przez okno – stwierdzi³ Stone. – Nie wy-

bra³ jej na chybi³ trafi³.

– Chcia³, ¿ebyœ patrzy³. Albo raczej, ¿ebyœmy obaj patrzyli.

– To by³a najstraszniejsza rzecz, jak¹ kiedykolwiek widzia³em.

– Wiem, co czujesz.

Dino podniós³ telefon i nacisn¹³ guzik szybkiego wybierania.

– Mówi Bacchetti. Dajcie Andersona. Andy? Chcê, ¿ebyœ jutro pogrze-

ba³ w aktach Herberta Mitteldorfera. Zabi³ ¿onê dwanaœcie, mo¿e trzynaœcie

lat temu. JedŸ do dzielnicy, w której mieszka³; to chyba by³o w starej czêœci

Germantown. Pogadaj z s¹siadami, sklepikarzami, ka¿dym, kto mo¿e go pa-

miêtaæ. Pytaj, czy mia³ jak¹œ rodzinê w Stanach, zw³aszcza synów i siostrzeñ-

ców. Dowiedz siê tak¿e o przyjació³ i ewentualnie ich sprawdŸ. Chcê wie-

dzieæ o ka¿dej osobie, z któr¹ siê widywa³. Rozejrzyj siê te¿ w jego by³ym

miejscu pracy. Pracowa³a tam, albo nadal pracuje, niejaka Eloise Enzberg.

Porozmawiaj z ni¹ grzecznie, mo¿e siê z czymœ wygada. Ta kobieta korespon-

duje z Mitteldorferem w Sing Sing. Zadzwoñ do biura kapitana stra¿y wiêzie-

nia i weŸ listê odwiedzaj¹cych z ostatnich dwóch lat. Skontaktuj siê ze mn¹,

jak tylko skoñczysz; chcê wiedzieæ o wszystkim. Zaczekaj chwilê.

Dino zakry³ mikrofon d³oni¹.

– Przychodzi ci coœ jeszcze do g³owy? – spyta³.

Stone zmarszczy³ czo³o.

– Niech sprawdzi, z kim Mitteldorfer koleguje siê w Sing Sing i czy któ-

ryœ z jego kumpli nie wyszed³ ostatnio na wolnoœæ.

– Dobry pomys³.

Dino przekaza³ polecenie Andersonowi i od³o¿y³ s³uchawkê.

– Nie wiem, co jeszcze moglibyœmy zrobiæ.

background image

42

Stone potrz¹sn¹³ g³ow¹.

– Ja te¿ nie. Ale jedno jest pewne: musimy zachowaæ najwy¿sz¹ ostro¿-

noϾ.

10

Z

twardego snu zbudzi³ Stone’a dŸwiêk domofonu. Przewróci³ siê na drugi

 bok i spojrza³ na zegarek; by³a dziewi¹ta. Podniós³ s³uchawkê.

– S³ucham?

– Jestem Joan Robertson z firmy Woodman i Weld. Przys³a³ mnie Bill

Eggers; mam zast¹piæ pañsk¹ sekretarkê.

– Ju¿ pani¹ wpuszczam. Proszê znaleŸæ kuchniê i zrobiæ sobie kawy.

Zejdê za dwadzieœcia minut – powiedzia³ Stone, naciskaj¹c guzik.

Wygramoli³ siê z ³ó¿ka, ogoli³, ubra³ i zbieg³ do kuchni. Przy stole sie-

dzia³a i pi³a kawê schludnie ubrana czterdziestokilkuletnia kobieta; w jej blond

w³osach wi³y siê jaœniejsze pasemka.

– Dzieñ dobry. Zaparzy³am wiêcej. Napije siê pan?

Stone uœcisn¹³ jej d³oñ.

– Tak, dziêkujê. – Nala³ sobie kawy i usiad³. – Jest pani podobna do tej

aktorki… Jak ona siê nazywa?

– June Allyson?

– O, w³aœnie.

– Wszyscy mi to mówi¹.

– Nawet g³os ma pani podobny. Czy to pani matka?

– Nie, o ile rodzice nie ok³amywali mnie przez czterdzieœci piêæ lat.

– Czy Bob wyjaœni³ pani, czego oczekujê?

– Powiedzia³, ¿e przez kilka tygodni bêdzie pan potrzebowa³ sekretarki.

Zaznaczy³ te¿, ¿e nie powinien pan za bardzo siê do mnie przywi¹zywaæ, bo

nie pozwoli mnie ukraœæ.

Stone parskn¹³ œmiechem. W tej samej chwili zadzwoni³ telefon. Wsta³

i podszed³ do aparatu na œcianie.

– Halo?

– Stone? Mówi Sara Buckminster.

Ucieszy³ siê, s³ysz¹c charakterystyczny, brytyjski akcent.

– Z pewnoœci¹ pani siê pod ni¹ podszywa – powiedzia³. – Prawdziwa

Sara Buckminster jest teraz w Toskanii i w³aœnie udeptuje winogrona na przy-

sz³oroczne chianti.

– By³a tam jeszcze wczoraj – odpar³a ze œmiechem Sara.

background image

43

– Naprawdê wróci³aœ?

– Naprawdê.

– Bo¿e drogi, ile to czasu minê³o?…

– Szeœæ i pó³ roku. Jak ¿yjesz?

– Doskonale.

– Ja te¿. Postawisz mi lunch?

– Jasne. O pierwszej w Czterech Porach Roku? Trzeba uczciæ twój powrót.

– Pewnie. Do zobaczenia.

– Pa. – Stone od³o¿y³ s³uchawkê. – Przepraszam. Wróci³a stara znajo-

ma, i to ca³kiem niespodziewanie.

– Ucieszy³ siê pan – zauwa¿y³a Joan.

– Nawet bardzo. Ale o czym to mówiliœmy…

Przerwa³ mu dzwonek do drzwi. Stone podniós³ s³uchawkê domofonu.

– Tak?

Us³ysza³ kroki na schodach przed domem.

– Halo? – Od³o¿y³ s³uchawkê. – Sprawdzê, kto to.

Otworzy³ drzwi wejœciowe, ale nikogo nie by³o. Na ulicy te¿. Zamkn¹³

drzwi i odwróci³ siê. Na pod³odze w holu le¿a³a niewielka ¿ó³ta koperta. Naj-

wyraŸniej ktoœ wrzuci³ j¹ przez szparê na listy. Stone podniós³ kopertê, która

okaza³a siê telegramem nadanym w sieci pocztowej Western Union. Wróci³

do kuchni i rzuci³ kopertê na stó³. Kawa zd¹¿y³a ju¿ trochê ostygn¹æ.

– Telegram.

– To dziwne – zauwa¿y³a Joan.

– Czemu?

– Bo coœ takiego jak telegramy ju¿ nie istnieje. Teraz wiadomoœci wysy-

³a siê poczt¹ elektroniczn¹. A jeszcze wczeœniej zast¹pi³ je faks.

Stone otworzy³ kopertê. By³a to staroœwiecka depesza, z paskami przy-

klejonymi do kartki papieru.

Przepraszam, ¿e nie by³o mnie wczoraj wieczorem. To

siê ju¿ nie powtórzy.

A propos, czy wiesz, ¿e policja obserwuje twój dom?

Twój najgorszy koszmar

Stone nie móg³ oderwaæ wzroku od kartki.

– Panie Barrington? – odezwa³a siê Joan. – Czy dobrze siê pan czuje?

Zblad³ pan nagle.

Stone czu³, ¿e jest blady.

– Przepraszam – powiedzia³.

background image

44

– Jakaœ z³a wiadomoœæ?

– Obawiam siê, ¿e tak. Proszê tu na mnie zaczekaæ, Joan. Pod ¿adnym

pozorem nie wolno pani wychodziæ z domu ani nawet zbli¿aæ siê do fronto-

wych drzwi. Rozumie pani?

– Tak – powiedzia³a, przypatruj¹c mu siê badawczo.

Stone przeszed³ do gabinetu i zadzwoni³ na prywatny numer Dina.

– Dosta³em  telegram  od  mordercy. –  Odczyta³  wiadomoœæ  Dinowi. –

Wrzuci³ go przez drzwi piêæ minut temu.

– Zaczekaj. – Dino prze³¹czy³ aparat na tryb oczekiwania.

Stone’owi zrobi³o siê s³abo na myœl, w co wpakowa³ Joan Robertson.

– Jesteœ tam? – spyta³ Dino.

– Tak.

– Pos³a³em do ciebie jeszcze jeden patrol. Nic wiêcej chyba nie mogê zrobiæ.

– Nie wiesz jeszcze o czymœ.

– Wal.

– Pope³ni³em b³¹d. Kiedy zginê³a Alma, Bill Eggers zaproponowa³, ¿e

przyœle mi kogoœ do pomocy, póki nie znajdê nowej sekretarki. Na œmieræ

o wszystkim zapomnia³em, a ta kobieta przysz³a dzisiaj rano.

– O w mordê.

– No w³aœnie.

– Trzeba j¹ bêdzie stamt¹d zabra栖 stwierdzi³ Dino.

– Co proponujesz?

Dino zastanowi³ siê.

– Czy w twoim gara¿u zmieœci siê samochód?

– Tak. Myœla³em o kupnie samochodu, wiêc uprz¹tn¹³em stamt¹d trochê

pude³.

– Przyœlê wóz na cywilnych numerach; poczekaj na moich ludzi i otwórz

gara¿. Wjad¹ do œrodka, ta kobieta wsi¹dzie z ty³u, a oni j¹ od ciebie wywio-

z¹. Ka¿ê im siê upewniæ, ¿e nie s¹ œledzeni.

– Powiedz im, ¿eby zadzwonili, kiedy dojad¹ do mojej ulicy.

– Dobra.

Stone od³o¿y³ s³uchawkê i wróci³ do kuchni.

– Joan, obawiam siê, ¿e nie bêdê móg³ skorzystaæ z pani us³ug… Przy-

najmniej na razie.

– Jak pan sobie ¿yczy – powiedzia³a, wstaj¹c.

– Nie, proszê zaczekaæ. Przyjedzie tu zaraz samochód i odwiezie pani¹

do biura.

– To nie bêdzie konieczne, panie Barrington. To niedaleko; spacer do-

brze mi zrobi.

– Obawiam siê, ¿e to jest konieczne – rzek³ z naciskiem Stone. – Przyje-

dzie po pani¹ wóz policyjny.

background image

45

– Wóz policyjny? Nie rozumiem.

– Nie ma sensu tego wyjaœniaæ. Musi mi pani zaufaæ.

Wzruszy³a ramionami.

– Jeœli pan tak uwa¿a.

Zadzwoni³ telefon. Stone podniós³ s³uchawkê.

– Halo?

– Mówi Andy Anderson. Jesteœmy na twojej ulicy.

– Dziêki; ju¿ otwieram. – Od³o¿y³ s³uchawkê. – Proszê za mn¹.

Joan wsta³a.

– A wiêc chodŸmy.

Stone zaprowadzi³ j¹ przez si³owniê do gara¿u. Nacisn¹³ guzik i wrota

powêdrowa³y w górê. Samochód wjecha³ do œrodka. Za kierownic¹ siedzia³

Mick Kelly, zaœ Anderson na fotelu pasa¿era. Stone otworzy³ tylne drzwi i wpu-

œci³ Joan.

– Niech siê pani po³o¿y na tylnym siedzeniu i nie rusza, dopóki detek-

tyw Anderson nie da sygna³u.

Joan zaœmia³a siê nerwowo.

– To najg³upsza sytuacja, w jakiej kiedykolwiek siê znalaz³am.

– Proszê mi wierzyæ, ¿e to dla pani bezpieczeñstwa. Dziêkujê, ¿e pani

przysz³a; dam znaæ, kiedy sytuacja siê poprawi. – Stone zamkn¹³ drzwi i mach-

n¹³ Andersonowi. – Ruszajcie.

Po drodze do kuchni Stone uœwiadomi³ sobie, ¿e nie odwa¿y siê zjeœæ

lunchu z Sar¹.

11

S

tone zaczeka³ do dwunastej trzydzieœci, zadzwoni³ do Czterech Pór Roku

i poprosi³ Aleksa von Biddera, jednego z w³aœcicieli lokalu.

– Czeœæ, Alex, mówi Stone Barrington.

– Czeœæ, Stone. Zarezerwowaæ ci stolik na lunch?

– Tak, jestem umówiony na trzynast¹ z pewn¹ m³od¹ dam¹, Sar¹ Buck-

minster.

– T¹ malark¹?

– Tak.

– Mam jej dwa obrazy; dziewczyna naprawdꠜwietnie maluje.

– Zgadzam siê. Sêk w tym, ¿e nie bêdê móg³ siê z ni¹ spotkaæ; posadŸ j¹

w pobli¿u kogoœ ciekawego, ¿eby mog³a sobie pods³uchiwaæ…

– Zrobi siꠖ odrzek³ ze œmiechem von Bidder.

background image

46

– Podaj jej mój numer i powiedz, ¿eby zadzwoni³a.

– Jasne.

– Sara lubi szampana; zaserwuj jej pó³ butelki jakiegoœ dobrego gatunku

i zapisz na mój rachunek.

– Osobiœcie wszystkiego dopilnujê.

Stone po¿egna³ siê i od³o¿y³ s³uchawkê. Burcza³o mu w brzuchu i by³

wœciek³y, ¿e musi sobie odmówiæ lunchu.

Jad³ w³aœnie kanapkê z szynk¹, gdy odezwa³ siê telefon.

– Halo?

– Mówi Sara. Rozumiem, ¿e zosta³am wystawiona?

– Jest mi strasznie przykro. Bardzo chcia³em siê z tob¹ zobaczyæ, ale coœ

stanê³o na przeszkodzie…

– A wiêc bêdê musia³a sama wypiæ szampana?

– Obawiam siê, ¿e tak.

– Czy mogê wpaœæ do ciebie po lunchu?

– Nie, to niemo¿liwe.

– A na kolacjê?

Stone zawaha³ siê.

– Gdzie siê zatrzyma³aœ?

– W mieszkaniu przyjació³, którzy podró¿uj¹ po Europie.

Stone zamilk³, ¿eby siê zastanowiæ.

– Jesteœ tam?

– Tak, przepraszam; musia³em pomyœleæ.

– Czy to taka trudna decyzja?

– Ale¿ oczywiœcie, ¿e nie, bardzo chcê ciê zobaczyæ, tylko…

– Tylko co?

– Nie mo¿emy byæ razem widziani.

– Stone, czy¿byœ siê o¿eni³ pod moj¹ nieobecnoœæ?

– Nie, nic podobnego.

– Mieszkasz z kimœ?

– Nie. Chodzi o to, ¿e znalaz³em siê w strasznie trudnym po³o¿eniu,

i nie chcê ciê w to wpl¹tywaæ.

– A mo¿e ja przygotowa³abym kolacjê? Du¿o siê nauczy³am we W³oszech.

– Jesteœ pewna, ¿e nie sprawi ci to k³opotu?

– Ale¿ sk¹d. – Poda³a Stone’owi adres.

– Czy mam coœ przynieœæ?

– Móg³byœ kupiæ wino.

– Czerwone czy bia³e?

– Czerwone. Coœ w³oskiego i mocnego.

background image

47

– O której godzinie?

– Mo¿e o ósmej?

– A wiêc o ósmej. Jeszcze raz przepraszam.

– Dam ci szansê siê poprawi栖 powiedzia³a Sara i od³o¿y³a s³uchawkê.

Stone zadzwoni³ do Dina.

– Dino, mam pewien pomys³.

– No?

– Ten facet mnie œledzi, i nie jest g³upi. Ju¿ zauwa¿y³, ¿e twoi ludzie

obserwuj¹ dom.

– Fakt.

– Pamiêtasz Sarê Buckminster?

– Tê Angielkê, z któr¹ chodzi³eœ? Jasne. Uciek³a przed tob¹ ze Stanów,

o ile pamiêtam?

– W³aœnie wróci³a, i umówi³em siê z ni¹ na kolacjê. Mieszka u znajo-

mych przy Pi¹tej Alei; mamy siê spotkaæ o dwudziestej.

– Dopilnujê, ¿eby ktoœ za tob¹ pojecha³.

– Nie, bo on siê tego spodziewa. Trzeba bêdzie obstawiæ kamienicê.

Postaw jednego cz³owieka w holu. Jeœli za mn¹ pójdzie, nie bêdzie wiedzia³,

w którym mieszkaniu jestem. Wtedy spróbuje gadaæ z portierem albo pokrêci

siê w pobli¿u. Tak czy inaczej, to mo¿e byæ dla nas szansa.

– Jaki jest dok³adny adres?

Stone poda³ numer domu i mieszkania.

– Dobrze. Zadzwoñ do mnie do domu, kiedy ju¿ tam dotrzesz.

– Jak siê czuj¹ Mary Ann i Ben?

– S¹ w domu teœcia w Brooklynie. Jeden z jego ludzi codziennie odwozi

Bena do szko³y.

– W takim razie s¹ ca³kowicie bezpieczni.

– Tak, chcia³bym zobaczyæ, jak ten drañ próbuje przedrzeæ siê przez

ochronê mojego teœcia. Czekam na telefon.

Stone od³o¿y³ s³uchawkê i dokoñczy³ jedzenie.

Po po³udniu zszed³ do piwnicy i zgodnie z ¿yczeniem Sary wybra³ czer-

wone wino; by³o to masi amarone rocznik dziewiêædziesi¹ty drugi. W samym

koñcu rega³u mia³ kilka specjalnych butelek. Wybra³ szampana krug rocznik

szeœædziesi¹ty szósty, którego oszczêdza³ na tak¹ okazjê; wróci³ do kuchni

i wstawi³ butelkê do lodu. O siódmej trzydzieœci zapakowa³ obie butelki w ser-

wetki i wsadzi³ do torby. Za³o¿y³ sztruksowe spodnie, golf z kaszmiru, miêk-

kie mokasyny i tweedow¹ marynarkê; nastêpnie otworzy³ szufladê, wyci¹-

gn¹³ pistolet kalibru dziewiêæ milimetrów, umieœci³ go w torbie i przykry³

serwetk¹. Tak wyekwipowany wyszed³ z domu.

background image

48

Rozejrza³ siê w jedn¹ i drug¹ stronê. Na ulicy by³o kilka osób; w wozie

po przeciwnej stronie siedzia³o dwóch policjantów. Stone doszed³ piechot¹

do Trzeciej Alei i zatrzyma³ taksówkê, stale siê za siebie ogl¹daj¹c. Takiego

w³aœnie zachowania spodziewa³ siê morderca.

Wsiad³ do wozu.

– Proszê pos³ucha栖 zwróci³ siê do taksówkarza. – Skrêci pan w prawo

w Piêædziesi¹t¹ Dziewi¹t¹ ulicê, przejedzie przez most, zawróci, pojedzie

Pierwsz¹ Alej¹ do Siedemdziesi¹tej Dziewi¹tej, a potem do Pi¹tej. PóŸniej

powiem panu, co robiæ dalej. Zap³acê dziesiêæ dolarów wiêcej, jeœli nie bê-

dzie pan pyta³, dlaczego to wszystko robimy.

Kierowca znacz¹co wzruszy³ ramionami, zakry³ usta d³oni¹, i bezb³êdnie

pojecha³ wyznaczon¹ tras¹, czym przyjemnie zaskoczy³ Stone’a. Gdy znaleŸ-

li siê na Pi¹tej Alei, Stone wysiad³ jedn¹ przecznicê przed domem, gdzie miesz-

ka³a Sara. Wrêczy³ kierowcy hojny napiwek i pomaszerowa³ z torb¹ zarzuco-

n¹  niedbale  na  ramiê.  Ruch  samochodowy  by³  du¿y,  a  po  chodnikach

spacerowa³o mnóstwo ludzi. Stone nie zauwa¿y³, ¿eby go ktoœ œledzi³.

Odnalaz³ kamienicê; drzwi otworzy³ portier. Za kontuarem w holu sta³o

dwóch policjantów w mundurach. M³odszy z nich nosi³ nieco za ma³¹ mary-

narkê z widocznym wybrzuszeniem pod pach¹.

– Tak, proszê pana? – spyta³ starszy funkcjonariusz, przygl¹daj¹c siê

Stone’owi z zaaferowan¹ min¹.

– Nazywam siê Barrington. Przyszed³em z wizyt¹ do pani Buckminster.

Portier podniós³ s³uchawkê, zapowiedzia³ Stone’a i skin¹³ g³ow¹.

Stone rozpozna³ windziarza.

– Czeœæ, Andy – powiedzia³, gdy zamknê³y siê drzwi windy. – Do twa-

rzy ci w tym mundurze.

– Wielkie dziêki – odpar³ Anderson. – Mo¿e powinienem zmieniæ za-

wód.

– Gdzie Mick?

– Siedzi na ulicy i pewnie ob¿era siê p¹czkami.

– Pewnie tak.

– S¹dzisz, ¿e ten facet ciꠜledzi³?

– Jeœli tak, to musi byæ dobry, bo go nie zauwa¿y³em.

– Mam nadziejê, ¿e tu przylaz³. Marzê o tym, ¿eby go dostaæ w swoje

³apy.

– Oby siê spe³ni³o.

– Szesnaste piêtro. Jesteœmy na miejscu.

Drzwi siê otwar³y; Stone wyszed³ na korytarz stanowi¹cy przedsionek

mieszkania.

– Uwa¿aj na siebie, Andy – rzek³, po czym odwróci³ siê i nacisn¹³ dzwonek.

background image

49

12

D

rzwi otworzy³ lokaj w czarnym garniturze.

– Dobry wieczór, panie Barrington. Mam na imiê William. Zechce pan

pójœæ za mn¹.

Poprowadzi³ Stone’a d³ugim korytarzem, na którego œcianach wisia³y bar-

dzo dobre obrazy. ZnaleŸli siê w piêknie urz¹dzonym przestronnym salonie.

– Proszê  spocz¹æ –  powiedzia³  William. –  Panna  Buckminster  jest

w kuchni. Za chwilê tu przyjdzie. Czy mogê podaæ panu coœ do picia?

Stone wrêczy³ mu torbê.

– W œrodku jest butelka sch³odzonego szampana i druga z czerwonym

winem. Proszê otworzyæ wino i pozwoliæ mu trochê pooddychaæ; tymczasem

niech nam pan przyniesie szampana i dwa kieliszki.

– Oczywiœcie, panie Barrington – odpar³ William, odbieraj¹c torbê.

Stone przeszed³ siê wolno po salonie; nigdy nie widzia³ równie znakomi-

tej kolekcji w prywatnym mieszkaniu. Wiêksz¹ czêœæ jednej œciany zajmowa-

³y Lilie wodne Moneta; mniejsze obrazy wisia³y w szeregach, zakrywaj¹c nie-

mal ka¿dy centymetr powierzchni. Stone rozpozna³ dzie³a Picassa, Maneta,

Braque’a, Davida Hockneya i Luciana Freuda.

– O rany – mrukn¹³ do siebie. – Bogu dziêki, ¿e nie muszê p³aciæ sk³ad-

ki ubezpieczeniowej za tych ludzi.

Dotar³szy do kominka, stan¹³ jak wryty na widok pejza¿u Parku Waszyng-

tona, który wyszed³ spod pêdzla jego matki. Przez chwilê podziwia³ fakturê

obrazu i œwiat³ocieñ.

– Znalaz³aœ siê w nie byle jakim towarzystwie, mamo – szepn¹³.

– Stone!

Sara Buckminster ubrana by³a w doskonale skrojone spodnie i jedwabn¹

bluzkê. Wyci¹gnê³a rêce. Stone obj¹³ j¹ i poca³owa³. Odsunê³a go na odle-

g³oœæ ramion i przyjrza³a mu siê.

– Jesteœ jeszcze przystojniejszy ni¿ kiedyœ – oœwiadczy³a.

Stone zarumieni³ siê.

– Ty te¿ wypiêknia³aœ.

Sara spojrza³a na obraz Matyldy Stone.

– By³am pewna, ¿e od razu go zauwa¿ysz.

– Ostatni raz widzia³em ten pejza¿, gdy mia³em jedenaœcie lub dwana-

œcie lat. – Szerokim gestem wskaza³ salon. – Do kogo nale¿¹ te wszystkie

skarby?

– Do Jacka i Hillary Beacon – odpar³a Sara. – On jest szefem dzia³u han-

dlowego firmy Celltell, operatora telefonii komórkowej. S³ysza³eœ o niej?

Stone skin¹³ g³ow¹.

4 – Kr¹g strachu

background image

50

– Nawet kupi³em akcje. Niezbyt wiele, ale ich wartoœæ gie³dowa bez

przerwy idzie w górê.

– Patrzysz na serce jednej z najwiêkszych prywatnych kolekcji w tym

kraju. Reszta obrazów wisi w pozosta³ych pokojach, których jest siedemna-

œcie; czêœæ kolekcji zosta³a wypo¿yczona do muzeów.

– To niesamowite.

William zjawi³ siê z tac¹, na której b³yszcza³a butelka kruga, dwa prze-

piêkne kieliszki do szampana, kilka kanapek oraz jakiœ przedmiot zawiniêty

w serwetkê.

– Usi¹dŸmy – zaproponowa³a Sara, poci¹gaj¹c goœcia ku sofie stoj¹cej

ko³o kominka, w którym p³on¹³ ogieñ.

William nala³ szampana do kieliszków, po czym ruchem g³owy wskaza³

zawini¹tko na tacy.

– To pañska w³asnoœæ, jak s¹dzê.

Stone skrzywi³ siê.

– Coœ dla mnie, mam nadziejꠖ ucieszy³a siê Sara.

– Obawiam siê, ¿e nie – ostudzi³ jej zapa³ Stone. – Dla ciebie jest szampan.

– Williamie – zwróci³a siê Sara do lokaja. – Mo¿ecie ju¿ z Mart¹ odejœæ;

pan Barrington i ja zajmiemy siê sob¹ przez resztê wieczoru.

– Gdyby pani czegoœ potrzebowa³a, proszê zadzwoni栖 powiedzia³ William.

– Na pewno nie bêdê. Zróbcie sobie dzisiaj wolne.

– Dziêkujê pani i ¿yczê dobrej nocy. Dobranoc, panie Barrington.

– Dobranoc i dziêkujꅠ– Stone skin¹³ g³ow¹ w stronê tacy. William

wyszed³.

– Umieram z ciekawoœci, co jest w tej serwetce – powiedzia³a Sara.

– Czujê siê trochê g³upio. Zapomnia³em, ¿e wsadzi³em to do torby ra-

zem z winem i szampanem.

Sara przysunê³a tacê i odwinê³a serwetkê.

– O Bo¿e! – zawo³a³a, cofaj¹c gwa³townie d³oñ. – Równie dobrze móg³-

byœ przynieœæ grzechotnika!

Dwoma palcami ujê³a pistolet za lufê i poda³a Stone’owi.

– Schowaj to gdzieœ.

Stone wzi¹³ broñ i umieœci³ w futerale pod pach¹.

– Pamiêtam, ¿e chodzi³eœ uzbrojony, ale wtedy by³eœ policjantem. Jak¹

wymówkê masz teraz?

– Muszê przyznaæ, ¿e znalaz³em siê w doœæ trudnej sytuacji.

– Wkurzy³eœ mê¿a jakiejœ kobiety?

– Nic podobnego. Pamiêtasz Dina?

– Jak mog³abym zapomnieæ tego okropnego konusa?

– Jakiœ czas temu pos³aliœmy jednego faceta za kratki i wygl¹da na to, ¿e

postanowi³ nam teraz za to odp³aciæ.

– Kto to taki?

background image

51

– Prawdê powiedziawszy, nie jesteœmy pewni. Wiemy tylko tyle, ¿e…

próbowa³ zrobiæ krzywdê naszym bliskim.

– Czy dlatego nie przyszed³eœ na lunch?

– Otó¿ to. Bardzo siê ucieszy³em, kiedy zadzwoni³aœ, i przez to zapo-

mnia³em, ¿e powinienem uwa¿aæ, z kim siê widujê. To zaczê³o siê niedawno,

wiêc nie zd¹¿y³em siê jeszcze oswoiæ z myœl¹, ¿e nara¿am ludzi na niebezpie-

czeñstwo, spotykaj¹c siê z nimi.

– Ale¿ to szalenie ekscytuj¹ce.

– Wola³bym, ¿eby nie sta³o siê zbyt ekscytuj¹ce.

– Nie uwa¿asz chyba, ¿e nara¿asz mnie, jedz¹c ze mn¹ kolacjê?

– Podj¹³em pewne kroki, ¿eby zabezpieczyæ siê przed œledzeniem; poza tym,

na dole jest kilku funkcjonariuszy policji. Jeden z nich zast¹pi³ windziarza.

Sara parsknê³a œmiechem.

– Ale¿ to istna komedia. O ile pamiêtam, jeszcze nigdy nie podano mi

szampana razem z pistoletem.

Skosztowa³a trunku.

– I do tego krug! Jest cudowny. – Nachyli³a siê i poca³owa³a Stone’a. –

Taki jak ty.

– Kiedy przylecia³aœ?

– Wczoraj; jeszcze nie ca³kiem przywyk³am do ró¿nicy czasu. Lecia³am

przez Londyn, dziêki czemu mog³am spêdziæ kilka dni u rodziców.

– Wracasz do Toskanii?

– Jeszcze nie podjê³am decyzji. Przyjecha³am specjalnie na wernisa¿

moich prac, który odbêdzie siê w przysz³ym tygodniu. Znajd¹ siê na nim

wszystkie obrazy, które namalowa³am przez ostatnich szeœæ lat.

– Nie mogê siê doczeka栖 wtr¹ci³ Stone.

– Pozwolê ci je obejrzeæ wczeœniej, s³owo. Jak ju¿ wiesz, przez te wszyst-

kie lata ¿y³am niczym w klasztorze i pracowa³am. A ty co porabia³eœ?

– Przedstawiê ci to w wersji skróconej. Pamiêtasz, czym siê zajmowa-

³em, gdy siê ostatnio widzieliœmy?

– Pracowa³eœ w policji, chocia¿ kr¹¿y³y pog³oski, ¿e zamierzasz odejœæ;

pamiêtam te¿, ¿e odziedziczy³eœ po ciotce jakiœ œliczny stary dom, i chyba

sam zaj¹³eœ siê remontem.

– To by³a siostra mojej babci. A remontowa³em sam, bo policyjna pen-

sja nie starcza³a na wynajêcie robotników.

– Potem ktoœ ciê postrzeli³ i odszed³eœ na urlop.

– Zgadza siê.

– Gdzie dosta³eœ?

– W kolano.

– Niezbyt wa¿ne miejsce.

Stone rozeœmia³ siê.

background image

52

– Odszed³em z policji na emeryturê z powodu utraty zdrowia, która unie-

mo¿liwi³a mi dalsze wykonywanie pracy. Œciœle rzecz bior¹c, zasugerowano

mi takie rozwi¹zanie. Nie robi³em postêpów w prowadzonym œledztwie, i ktoœ

uzna³, ¿e ju¿ siê nie nadajê.

– Zawsze by³eœ dziwny, jak na policjanta – zauwa¿y³a Sara z uœmiechem.

– Takie samo przekonanie panowa³o w policji.

– Czym siê wtedy zaj¹³eœ? ¯y³eœ z pracy na roli?

– Mia³em dyplom wydzia³u prawa, wiêc zrobi³em aplikacjê adwokack¹.

Teraz wspó³pracujê z kancelari¹ Woodman i Weld.

– S³ysza³am tê nazwê. To zdaje siê renomowana firma. Co to znaczy, ¿e

z nimi wspó³pracujesz?

– Zajmujê siê delikatnymi sprawami klientów firmy. Poza tym nie pra-

cujê w ich biurze, tylko w domu.

– To brzmi frapuj¹co.

– Czasami nawet takie bywa.

– Dobrze ci siê powodzi?

– Lepiej ni¿ kiedykolwiek œmia³bym przypuszczaæ. Dom jest wykoñ-

czony i umeblowany, a ja niemal¿e op³ywam w luksusy.

– Z pewnoœci¹ lepiej siê ubierasz – zauwa¿y³a Sara, przesuwaj¹c palca-

mi po marynarce.

– Mi³o by³oby pomyœleæ, ¿e nie tylko to robiê lepiej.

– To siê zobaczy – mruknê³a Sara z uœmiechem, wstaj¹c. – ChodŸ, po-

patrzysz jak kucharzê.

– Z przyjemnoœci¹ – odrzek³ Stone. – Mogê najpierw zadzwoniæ? Umó-

wiliœmy siê z Dinem na telefon.

– Oczywiœcie, tam jest aparat.

Stone wystuka³ numer Dina, ale nikt nie odbiera³. Po chwili w³¹czy³a siê

automatyczna sekretarka.

– Dino, tu Stone. Jestem w mieszkaniu Sary. – Powtórzy³ adres. – Wy-

gl¹da na to, ¿e na dole wszystko w porz¹dku. Anderson bawi siê w windzia-

rza. Nie dzwoñ, o ile nie zdarzy siê coœ wa¿nego.

Od³o¿y³ s³uchawkê, zabra³ z tacy butelkê szampana i pod¹¿y³ za Sar¹ do

kuchni.

13

K

uchnia  lœni³a  luksusowym wyposa¿eniem  i granitowymi blatami.  Sara

kaza³a Stone’owi usi¹œæ na taborecie, sk¹d móg³ wszystko widzieæ, a sama

background image

53

podesz³a do okaza³ej kuchenki, nala³a do rondelka solidn¹ porcjê oliwy, po-

stawi³a na p³ycie grzejnej, i zajê³a siê siekaniem ziemniaków, czosnku oraz

liœci bazylii. Gdy oliwa zaczê³a skwierczeæ, w³o¿y³a do rondla szeœæ kromek

w³oskiego chleba i opiek³a z obu stron. Nastêpnie umieœci³a pieczywo na nie-

wielkiej paterze i na ka¿d¹ kromkê na³o¿y³a pastê z ziemniaków, czosnku i ba-

zylii. Wziê³a paterê i skierowa³a siê do wahad³owych drzwi.

– ChodŸmy.

Stone zabra³ butelkê amerone i poszed³ za Sar¹; po chwili znaleŸli siê

w uroczej ma³ej jadalni, gdzie czeka³ ju¿ stó³ zastawiony dla dwóch osób.

– Tutaj jadaj¹ gospodarze – wyjaœni³a Sara. Wskaza³a nastêpne drzwi. –

Tam jest druga jadalnia ze sto³em na osiemnaœcie osób.

Stone zapali³ œwiece. Usiedli przy oknie wychodz¹cym na Central Park;

dalej b³yszcza³y œwiat³a po³udniowej czêœci miasta. Nala³ wina i uniós³ kieli-

szek do toastu.

– Za spotkanie po latach.

– Za spotkanie – powtórzy³a Sara; spróbowa³a wina. – Mmm. Co to jest?

– Amerone.

– Wyœmienite. Spróbuj bruscetty.

Stone w³o¿y³ kromkê chleba do ust.

– Wspania³y smak. Taka prosta potrawa, ale naprawdê doskona³a.

– Cieszê siê. Mówi³am ci, ¿e du¿o siê nauczy³am w Toskanii.

– Gdzie w³aœciwie mieszka³aœ?

– W prowincji Chianti, na pó³noc od Sieny, a na po³udnie od Florencji.

– WyobraŸ sobie, ¿e nigdy nie by³em w Europie.

Sara unios³a brwi.

– Nie wierzê.

– Jako policjant nie mog³em sobie na to pozwoliæ, a teraz ci¹gle brakuje

mi czasu.

– Trzeba bêdzie coœ z tym zrobiæ, jak tylko zacznie siê moja wystawa.

– To mog³oby byæ ciekawe – powiedzia³ Stone, prze³ykaj¹c resztê przy-

stawki.

– I bêdzie, zapewniam ciê. – Sara zabra³a jego talerz. – G³ówne danie

jest w piekarniku. Zaraz wracam.

Stone napi³ siê wina i zerkn¹³ przez okno na park. Uwielbia³ swój dom,

ale nie mia³ w nim takich widoków.

Sara wróci³a z metalowym, nakrywanym pó³miskiem.

– Cannelloni – wyjaœni³a, podaj¹c drobne piero¿ki faszerowane mielo-

n¹ wieprzowin¹. Pola³a je œmietanowym sosem i na³o¿y³a sobie porcjê.

– Powinnaœ rzuciæ malarstwo i zaj¹æ siê gotowaniem – oznajmi³ Stone.

Zjedli posi³ek i deser, a póŸniej napili siê wina. Sara ujê³a Stone’a za

rêkê i poprowadzi³a na górê.

background image

54

– Koniecznie muszê ci pokazaæ pokój goœcinny – szepnê³a zmys³owo.

Otworzy³a drzwi, wprowadzi³a go do wytwornie urz¹dzonej sypialni i objê³a

za szyjê.

– A teraz drugi deser – powiedzia³a, przyciskaj¹c usta do jego warg.

Stone uœwiadomi³ sobie, ¿e prze¿ywa cudowne chwile. Wspania³y posi-

³ek, a teraz Sara opar³a siê o niego piersiami i wsuwa³a jêzyk w jego usta…

Nagle rozleg³ siê g³oœny dzwonek.

– Co to? – spyta³ Stone.

– Domowy telefon – szepnê³a Sara. – Nie przejmuj siê tym.

– Myœlê, ¿e powinnaœ odebraæ.

– Zapomnijmy o nim.

– Saro, to mo¿e byæ coœ wa¿nego.

– No dobrze! – Odsunê³a siê i podesz³a do aparatu. – Halo? Tak, Dan.

Nie, teraz nie mogê. To niemo¿liwe.

– O co chodzi? – spyta³ Stone.

Sara zakry³a mikrofon.

– To portier. Chce, ¿ebym zesz³a na dó³ i porozmawia³a z policj¹.

– Powiedz mu, ¿e za chwilê zejdziesz.

– Oszala³eœ?

– Zrób to, proszê.

– Zaraz tam bêdꠖ powiedzia³a Sara i od³o¿y³a s³uchawkê. – Co tu siê

dzieje? Czego chce ode mnie policja?

– Zostañ tutaj; ja zejdꠖ oznajmi³ Stone.

– Kiedy wrócisz? – spyta³a Sara miêkkim g³osem.

– Jak tylko bêdê móg³. Tymczasem nie otwieraj drzwi nikomu oprócz

mnie. I to naprawdê nikomu.

– Stone, przera¿asz mnie.

– Nie martw siê, wszystko bêdzie dobrze. Zaraz wrócê.

Stone zbieg³ na dó³, wyszed³ z mieszkania na korytarz i nacisn¹³ guzik

windy. Zerkn¹³ na kontrolkê, spodziewaj¹c siê, ¿e zacznie siê przesuwaæ.

Tymczasem œwiate³ko tkwi³o nieruchomo w miejscu oznaczaj¹cym parter.

Nacisn¹³ jeszcze raz, ale winda ani drgnê³a. Stone otworzy³ drzwi klatki scho-

dowej po lewej stronie i zbieg³ na dó³.

Zeskakuj¹c po kilka stopni, wyj¹³ pistolet zza pasa i zabezpieczy³. Zej-

œcie z szesnastego piêtra zajê³o mu kilka minut. Na parterze zatrzyma³ siê

i przy³o¿y³ ucho do drzwi. Cisza.

Uchyli³ drzwi i wyjrza³ ostro¿nie; hol opustosza³. Nikt nie sta³ w portier-

ni, a drzwi windy by³y otwarte. Stone delikatnie odbezpieczy³ broñ i wysun¹³

siê, trzymaj¹c j¹ obur¹cz przed sob¹. Zajrza³ za fotele; pusto. Zajrza³ za kon-

tuar portiera.

– Wielki Bo¿e! – powiedzia³ na g³os.

background image

55

Podniós³ klapê i wœlizn¹³ siê za pulpit. Policjant i portier le¿eli na pod³o-

dze w ogromnej ka³u¿y krwi. Stone sprawdzi³ puls; obaj nie ¿yli.

Wyprostowa³ siê. Dopiero teraz zauwa¿y³ dziurê w oszklonych drzwiach

i migaj¹ce œwiat³o przed budynkiem po prawej stronie. Wyszed³ na zewn¹trz;

nie oznakowany wóz policyjny sta³ kilka metrów dalej z otwartymi drzwiami

i w³¹czonym kogutem na desce rozdzielczej. Samochody jecha³y Pi¹t¹ Alej¹,

jakby nic siê nie sta³o. Gdzie do licha podziali siê Kelly i Anderson? Stone

zbli¿y³ siê do samochodu, mijaj¹c po drodze dwa cywilne pojazdy.

– Pan Barrington?

Stone odwróci³ siê raptownie. Drugi portier wychyn¹³ spomiêdzy dwóch

zaparkowanych wozów, gdzie siê ukry³.

– Panie Barrington, to straszne.

– Co siê sta³o?

– Jakiœ mê¿czyzna przyniós³ paczkê, wiêc wpuœci³em go do œrodka. Pod-

szed³ do portierni i bez s³owa zastrzeli³ policjanta. Potem przy³o¿y³ lufê pisto-

letu do skroni mojego kolegi. Widzia³em, jak Dan podnosi s³uchawkê. Led-

wie zd¹¿y³em wybiec i zaraz us³ysza³em strza³.

– Co by³o potem?

– Nie up³ynê³a nawet minuta, kiedy rozleg³y siê kolejne wystrza³y. Wte-

dy mê¿czyzna, którego wpuœci³em, wyskoczy³ z budynku, przebieg³ przez uli-

cê, przesadzi³ mur i znikn¹³ w parku. Kilka sekund póŸniej w drzwiach uka-

za³  siê  policjant  obs³uguj¹cy  windê;  rozgl¹da³  siê,  wiêc  krzykn¹³em,  ¿e

morderca uciek³ do parku, a wtedy policjant skoczy³ za nim. W tamtym wozie

zapali³o siê migaj¹ce czerwone œwiat³o; drugi mê¿czyzna, chyba te¿ policjant,

wysiad³ i pobieg³ za tamtymi dwoma.

– Czy ten w samochodzie dzwoni³ po pomoc? – spyta³ Stone.

– Nie wiem.

Stone podszed³ do wozu, wzi¹³ mikrofon i nacisn¹³ guzik.

– Komisariat?

– Tak. Kto mówi?

– Nazywam siê Barrington, jestem emerytowanym policjantem. – Poda³

adres. – Mamy dwóch zabitych, policjanta i cywila. Dwaj funkcjonariusze

œcigaj¹ sprawcê w Central Parku. Chwileczkê.

Zwróci³ siê do portiera.

– Jak wygl¹da³ mê¿czyzna, którego wpuœci³ pan do œrodka?

– By³ niski i mia³ na sobie kurtkê z podniesionym kapturem. Nie przyj-

rza³em mu siê zbyt dok³adnie.

Stone podniós³ mikrofon.

– Sprawca jest bia³ym mê¿czyzn¹ niskiego wzrostu, ubranym w kurtkê

z podniesionym kapturem. Jest uzbrojony i bardzo niebezpieczny. Jeden ze œci-

gaj¹cych go funkcjonariuszy ma na sobie mundur windziarza, a drugi cywilne

background image

56

ubranie. Potrzebne bêdzie silne wsparcie w parku miêdzy Siedemdziesi¹t¹ Drug¹

i Siedemdziesi¹t¹ Dziewi¹t¹ ulic¹; przyœlijcie te¿ wóz patrolowy tu, na miejsce.

Proszê skontaktowaæ siê z porucznikiem Dino Bacchettim z dziewiêtnastego

posterunku i przekazaæ mu, ¿eby przyjecha³ tu jak najszybciej.

– Gdzie pan bêdzie?

– Zabezpieczê hol i tam poczekam.

– Przyjê³am i wy³¹czam siê.

Stone od³o¿y³ mikrofon.

– Proszê za mn¹ – powiedzia³, zwracaj¹c siê do portiera. – Zaczekamy

na policjê w holu.

– Tak jest.

Weszli do œrodka; Stone zbli¿y³ siê do windy.

– Ciekawe, dlaczego morderca nie wjecha³ na górê wind¹.

Portier zerkn¹³ na drzwi.

– Jest zamkniêta na klucz. Pewnie zabra³ go ten policjant.

– Czy jest gdzieœ zapasowy?

– W górnej szufladzie biurka – odpar³ mê¿czyzna, wskazuj¹c miejsce za

kontuarem. NajwyraŸniej nie mia³ ochoty tam wchodziæ.

Stone wydoby³ klucz i wsadzi³ go do kieszeni. S³ysza³ ju¿ syreny nad-

je¿d¿aj¹cych wozów patrolowych. Podniós³ s³uchawkê, odszuka³ na liœcie

nazwisko lokatora i wystuka³ numer mieszkania. Dzwoni³ raz po raz, lecz

Sara nie odbiera³a.

14

S

tone od³o¿y³ s³uchawkê, sprawdzi³ numer i wybra³ ponownie. Bez odpo-

wiedzi. Podniós³ g³owê: z dwóch policyjnych wozów wysypali siê poli-

cjanci i z wyci¹gniêt¹ broni¹ ruszyli biegiem w stronê drzwi. Stone zda³ sobie

sprawê, ¿e mog¹ go potraktowaæ jak uzbrojonego cywila. Po³o¿y³ wiêc pisto-

let na blacie, odsun¹³ siê od kontuaru, wyj¹³ legitymacjê i podniós³ rêce.

– To ja prowadzꠜledztwo! – zawo³a³ wiedz¹c, ¿e to powstrzyma ner-

wowego gliniarza, który w przeciwnym razie móg³by strzeliæ do nieznajome-

go. Policjanci stanêli.

– Co tu siê dzieje? – spyta³ ten w stopniu sier¿anta.

– Jestem emerytowanym funkcjonariuszem policji – odpar³ Stone. – Na

blacie le¿y moja broñ. Za kontuarem znajduj¹ siê policjant i portier, obaj za-

strzeleni. Tamten mê¿czyzna jest drugim portierem.

Sier¿ant opuœci³ broñ.

background image

57

– Pan siê nazywa Barrington, tak? Pracowa³ pan z Bacchettim w dzie-

wiêtnastym posterunku?

– Zgadza siê.

Sier¿ant zajrza³ za kontuar.

– Jezu Chryste! Kto ich zabi³?

– Portier widzia³, jak sprawca wybiega z budynku, przeskakuje przez

p³ot i znika w parku. Detektywi Anderson i Kelly ruszyli za nim w poœcig.

Wezwa³em posi³ki z wozu Kelly’ego i poprosi³em dyspozytorkê o odszuka-

nie Bacchettiego i sprowadzenie go tutaj.

– A wiêc nie pozostaje nam nic innego, jak czekaæ na patologów?

– Niezupe³nie. Chcia³bym, ¿eby dwóch ludzi posz³o ze mn¹ na górê.

Jad³em kolacjê na szesnastym piêtrze, kiedy to siê sta³o; poprosi³em pewn¹

m³od¹ kobietê, ¿eby tam zosta³a, ale ona nie odpowiada na telefon.

Sier¿ant zwróci³ siê do swoich ludzi.

– Garcia, chodŸcie ze mn¹, a pozostali niech zabezpiecz¹ dok³adnie miej-

sce zbrodni.

– Mogê zabraæ swoj¹ broñ? – spyta³ Stone.

– Oczywiœcie.

Stone spojrza³ na portiera.

– Czy jest zapasowy klucz do apartamentu na szesnastym piêtrze?

– W szafce na œcianie za kontuarem – odpar³ mê¿czyzna.

Stone przekroczy³ zakrwawione cia³a, zdj¹³ klucz, wzi¹³ pistolet i skiero-

wa³ siê do windy. Otworzy³ drzwi i nacisn¹³ guzik z numerem szesnaœcie.

– Nazywam siê McElhenny – przedstawi³ siê sier¿ant.

– Pamiêtam was – powiedzia³ Stone. – Zaczynaliœcie pracowaæ, kiedy ja

odchodzi³em; widzê, ¿e was awansowali.

– Panie Barrington, co siê tu dzieje, do licha ciê¿kiego?

– Ktoœ zagi¹³ parol na mnie i Bacchettiego; przyszed³ tu za mn¹ dzisiaj.

Anderson i Kelly zaczaili siê na niego, ale nic z tego nie wysz³o.

– Czy to by³ ten sam no¿ownik, który próbowa³ zabiæ ¿onê Bacchettiego?

– Tak.

Winda zatrzyma³a siê; wyszli z windy i znaleŸli siê w korytarzu.

– Niez³e gniazdko – mrukn¹³ McElhenny, rozgl¹daj¹c siê.

– W mieszkaniu powinna byæ kobieta; zosta³a na górze, kiedy ja zsze-

d³em na portierniê. Mieszka tu te¿ dwoje ludzi ze s³u¿by, mê¿czyzna i kobie-

ta, ale nie wiem, gdzie teraz s¹. Proponujê, ¿ebyœcie rozejrzeli siê tutaj, a ja

sprawdzê, co siê dzieje na górze. PrzyjdŸcie do mnie, kiedy upewnicie siê, ¿e

nikogo tu nie ma.

– Dobrze – odpar³ sier¿ant.

Stone wsun¹³ klucz w zamek i powoli otworzy³ drzwi. Weszli do galerii

bardzo ostro¿nie, ale trzy pary butów i tak szura³y g³oœno o marmurow¹

background image

58

pod³ogê. Gdy znaleŸli siê w salonie, Stone wymownym gestem wskaza³ poli-

cjantom pokój, a nastêpnie skierowa³ palec na siebie i schody.

Policjanci z wyci¹gniêt¹ broni¹ przeszukiwali salon.

Stone odbezpieczy³ pistolet i szybko, lecz ostro¿nie j¹³ wspinaæ siê po

stopniach. Drzwi pokoju Sary sta³y otworem. Stone wsun¹³ szybko g³owê

i natychmiast j¹ wycofa³. Zd¹¿y³ tylko zauwa¿yæ przykryte ³ó¿ko. Wkroczy³

do holu na ugiêtych nogach, z pistoletem przed sob¹. Zd¹¿y³ zrobiæ dwa kro-

ki, kiedy z lewej strony rozleg³ siê przeraŸliwy krzyk.

Stone obróci³ siê gwa³townie i stwierdzi³, ¿e mierzy z pistoletu prosto

w Sarê Buckminster, która stoi kompletnie naga.

– Stone! Co ty robisz?

Skierowa³ broñ na pod³ogê.

– Czy jesteœ sama? Czy jest w mieszkaniu ktoœ oprócz ciebie?

– Oczywiœcie, ¿e jestem sama. Uwa¿asz, ¿e przez ten czas zd¹¿y³am spro-

wadziæ innego mê¿czyznê?

Stone odetchn¹³ g³oœno i zabezpieczy³ broñ.

– Co siê dzieje, do cholery? – spyta³a Sara.

– Czemu nie odbiera³aœ telefonu?

– Bo by³am pod prysznicem – odpar³a. – Spoci³am siê trochê przy goto-

waniu i chcia³am siê odœwie¿yæ.

Stone otoczy³ j¹ ramieniem.

– Wybacz, ¿e ciê przestraszy³em. Ubierz siê i chodŸ na dó³. Jest tu po-

licja.

Zostawi³ j¹ i zszed³. Funkcjonariusze jednoczeœnie stanêli w drzwiach

dwóch ró¿nych pokoi.

– Tu wszystko w porz¹dku – stwierdzi³ sier¿ant. – A pan coœ znalaz³?

– Kobiecie nic siê nie sta³o; jest na górze. Wydaje mi siê, ¿e lokaj i poko-

jówka zostali u siebie.

Z galerii dobieg³ odg³os pospiesznych kroków. Wszyscy trzej podnieœli

pistolety i skierowali je w tamt¹ stronê. W drzwiach stan¹³ Dino.

– To ja, Bacchetti! – zawo³a³, unosz¹c rêkê, w której trzyma³ broñ. Stone

rozluŸni³ miêœnie, tak samo jak dwaj policjanci. – U was wszystko w porz¹dku?

– Tak – odpar³ Stone. – Sara nie podnosi³a s³uchawki, kiedy dzwoni³em

z do³u, wiêc siê zaniepokoi³em.

– A co siê sta³o w portierni? – spyta³ Dino.

– Morderca poda³ siê za dorêczyciela, wiêc portier wpuœci³ go do œrod-

ka. Wygl¹da na to, ¿e zabi³ twojego cz³owieka, potem przystawi³ drugiemu

portierowi broñ do g³owy, kaza³ zadzwoniæ na górê i poprosiæ Sarê, ¿eby ze-

sz³a. Zamiast niej zszed³em ja i znalaz³em dwóch zabitych. Portier twierdzi,

¿e Anderson i Kelly pobiegli za morderc¹ do parku. Zadzwoni³em na poste-

runek i wezwa³em pomoc. To wszystko.

background image

59

– Twoim zdaniem wiedzia³, ¿e obserwujemy budynek? – spyta³ Dino.

– Wydaje mi siê, ¿e nie. Myœlê, ¿e zastrzeli³ policjanta, aby zastraszyæ

portiera. Nie wiem, gdzie by³ Anderson, kiedy sprawca zjawi³ siê w budynku.

Drzwi windy by³y zamkniête na klucz.

– Morderca nie da³ im ¿adnych szans. Zamieni³ nó¿ na pistolet i sta³ siê

jeszcze bardziej niebezpieczny.

– Na to wygl¹da.

Dino przeniós³ wzrok na klatkê schodow¹; Stone odwróci³ siê.

– Saro, pamiêtasz Dino Bacchettiego.

– Oczywiœcie – odpowiedzia³a, wyci¹gaj¹c d³oñ.

– A to sier¿ant McElhenny.

– Czy ktoœ powie mi wreszcie, co siê tutaj dzieje?

– Dzieje siê bardzo Ÿle – odpar³ Stone. – Cz³owiek, o którym ci mówi-

³em, zastrzeli³ funkcjonariusza i portiera. Policja przeszukuje teraz park.

– Zastrzeli³ Dana? To by³ taki mi³y cz³owiek.

– Tak. Przykro mi.

Sara opad³a na sofê.

Stone usiad³ obok niej.

– Pos³uchaj mnie – zacz¹³. – Musimy ciê st¹d zabraæ, i to natychmiast.

Spakuj szybko walizki; Dino nas odwiezie.

– Ale dlaczego mam st¹d uciekaæ? Przecie¿ nie grozi mi ¿adne niebez-

pieczeñstwo.

– To wszystko moja wina, i bardzo ciê przepraszam. Powiedzia³em ci,

¿e ten cz³owiek nastaje na ludzi, którzy s¹ bliscy Dino i mnie. Bojê siê, ¿e

teraz, kiedy wie, gdzie mieszkasz, zagra¿a tak¿e tobie.

– Stone ma racjꠖ odezwa³ siê Dino. – Musimy ciê st¹d zabraæ. Czy

w budynku jest gara¿?

– Tak – odpar³a Sara. – Wejœcie jest za rogiem kamienicy.

Wskaza³a w stronê centrum miasta.

– Wjadê tam samochodem i zabiorê was.

– Poproœ portiera o kartê otwieraj¹c¹ drzwi – powiedzia³a spokojnym

g³osem.

– Bêdê tam za dziesiêæ minut – oznajmi³ Dino. – Trzeba zabezpieczyæ

hol. McElhenny, zostañcie tu ze swoim cz³owiekiem i nie spuszczajcie Sto-

ne’a i Sary z oka, dopóki nie wsi¹d¹ do mojego wozu.

– Tak jest, poruczniku.

Sara wsta³a.

– Pójdê siê spakowa栖 oznajmi³a, kieruj¹c siê do windy.

Stone ruszy³ za ni¹.

– Zabiorê tylko kilka drobiazgów – mówi³a Sara, wrzucaj¹c rzeczy do

walizki. – Po resztê wrócê póŸniej.

background image

60

– Nie chcê, ¿ebyœ tutaj wraca³a, dopóki nie schwytamy tego cz³owieka –

odrzek³ Stone. – Spakuj wszystko.

Dziesiêæ minut póŸniej wysiedli z windy; policjanci kroczyli przed nimi

z wyci¹gniêt¹  broni¹.  Dino  czeka³  przy  otwartym  baga¿niku  samochodu.

Umieœcili w nim baga¿e Sary i po chwili jechali w stronê zatoki Turtle Bay.

– Teraz przynajmniej wiemy, ¿e nie obserwuje domu – zauwa¿y³ Dino. –

Pewnie nadal jest w parku, jeœli go do tej pory nie z³apali.

– Obyœ mia³ racjꠖ powiedzia³ Stone.

15

R

zucili siê do ³ó¿ka, wyczerpani, i od razu zasnêli. Stone nie mia³ ochoty

na czu³oœci po wydarzeniach tego wieczoru; myœla³, ¿e Sara czuje siê tak

samo. Przed œwitem mia³ sen erotyczny z Sar¹. By³ ju¿ bliski orgazmu, kiedy

dotar³o doñ, ¿e wcale nie œni. Otworzy³ oczy. Jasnokasztanowe w³osy dziewczyny

rozsypa³y siê na jego brzuchu; by³ w jej ustach i g³adzi³ d³oni¹ jej poœladki.

– Jeszcze nie – powiedzia³ – bo nic nie zostanie dla ciebie.

– A ja chcê du¿o, jak najwiêcej – szepnê³a, poci¹gaj¹c go na siebie.

Stone próbowa³ uspokoiæ siê nieco, ca³uj¹c jej piersi, ale po chwili wie-

dzia³ ju¿, ¿e nie wytrzyma d³u¿ej. Osi¹gnêli orgazm jednoczeœnie, wœród mi-

³osnych westchnieñ i cichych okrzyków. Sara wtuli³a siê w ramiona Stone’a;

ich pot siê wymiesza³.

– Jesteœ taki amerykañski – powiedzia³a.

– Jak to?

– Robisz du¿o ha³asu, tak jak ja. Anglicy nigdy nie mówi¹ w ³ó¿ku ni-

czego podniecaj¹cego.

– Rach-ciach, ³ubudubu i dziêkujê?

– W³aœnie tak.

Stone rozeœmia³ siê.

– A W³osi?

– Koncentruj¹ siê na sobie – odpar³a Sara. – Jak w tym starym ¿arcie:

dla W³ocha sportowy wóz to przed³u¿enie cz³onka, a dla Anglika – namiast-

ka.

– Z tego co mówisz, wynika, ¿e najlepszym dla ciebie miejscem s¹ Sta-

ny Zjednoczone – zauwa¿y³ Stone. – A ja nawet nie mam samochodu.

– To wiele wyjaœnia – powiedzia³a Sara z uœmiechem.

background image

61

– Ale ju¿ od dawna planujê zakup. W koñcu jestem przecie¿ w³aœcicie-

lem gara¿u.

– Szkoda by³oby mieæ pusty gara¿. – Ujê³a w d³oñ jego penisa. – Chyba

powinnam siê tob¹ nacieszyæ, zanim zaczniesz wy³adowywaæ energiê w szyb-

kiej jeŸdzie.

– Przyby³o mi trochê lat. To mo¿e siê nie udaæ tak od razu.

– Uda siê. – Œcisnê³a nieco mocniej. – Widzisz?

– Chyba masz racjꠖ przyzna³ Stone, oddychaj¹c g³êbiej.

Sara wtoczy³a siê na niego.

– Tym razem ja poprowadzê.

Stone’a zbudzi³o uporczywe brzêczenie dzwonka u drzwi wejœciowych.

Przewróci³ siê na drugi bok i zerkn¹³ na zegarek. By³o kwadrans po siódmej.

Przycisn¹³ guzik domofonu.

– Tak? – wymamrota³.

– Detektyw Thomas Deacon z biura prokuratora okrêgu Manhattan.

Stone wiedzia³, ¿e sk¹dœ zna to nazwisko. Po chwili przypomnia³ sobie,

¿e Dino wskaza³ mu tego cz³owieka na przyjêciu u Broughama. Poczu³ do

niego niechêæ od pierwszego wejrzenia.

– Chcê z panem porozmawia栖 powiedzia³ Deacon.

– Czy s³ysza³ pan kiedyœ o godzinach urzêdowania?

– Wiêkszoœæ ludzi o tej porze jest ju¿ na nogach.

– Proszê wróciæ po dziewi¹tej – rzuci³ Stone. Zerkn¹³ na ods³oniête piersi

œpi¹cej Sary. – Albo po dziesi¹tej.

Wy³¹czy³ domofon.

Dzwonek odezwa³ siê ponownie.

– Czego? – warkn¹³ Stone.

– Chcê z panem mówiæ teraz, panie Barrington.

– Odpieprz siê pan – powiedzia³ Stone i wy³¹czy³ domofon.

Przetoczy³ siê na drugi bok, obj¹³ Sarê i zasn¹³.

Po dziewi¹tej zadzwoni³ telefon.

– Halo?

– Mówi Dino.

– Czeœæ. Uda³o wam siê go z³apaæ?

– Nie – odpar³ Dino. – Moi ludzie przeczesywali park przez pó³ nocy.

Facet  musia³  siê  wczo³gaæ  w  jak¹œ  dziurê;  mo¿e  spróbuje  wyjœæ  z niej

rano.

– Czy wiesz ju¿, co siê wczoraj sta³o z Andersonem?

background image

62

– Zamkn¹³ windê i poszed³ do toalety dla obs³ugi. Po us³yszeniu strza³ów

oporz¹dzi³ siê b³yskawicznie i zbieg³ na dó³ z odbezpieczon¹ broni¹. Dosz³o do

wymiany ognia, Andy mówi, ¿e mo¿e trafi³ mordercê, ale tamten wybieg³ z bu-

dynku i wyskoczy³ na ulicê. Andy nie móg³ strzelaæ, bo obawia³ siê, ¿e kogoœ

zrani. Kelly pewnie drzema³ w samochodzie, zbyt wolno zareagowa³, a potem

nie zd¹¿y³ zadzwoniæ po wsparcie. Dobrze, ¿e ty o tym pomyœla³eœ.

– Miejmy nadziejê, ¿e to zdarzenie trochê przestraszy³o mordercꠖ po-

wiedzia³ Stone. – Mo¿e nastêpnym razem zawaha siê, nim uderzy.

– Zw³aszcza jeœli Andy wpakowa³ w niego kulkê. To ju¿ drugi postrza³,

który dosta³. Pierwszy by³ od Mary Ann. Jaka szkoda, ¿e nikomu nie uda³o siê

trafiæ go raz, a dobrze.

– Pamiêtasz, jak na przyjêciu u Martina Broughama pokaza³eœ mi Dea-

cona?

– Tak.

– Ten facet chcia³ mnie dzisiaj zerwaæ z ³ó¿ka o œwicie.

– Po co przyszed³?

– Nie mam pojêcia. Pos³a³em go do diab³a.

– Pewnie chodzi o zabójstwo Susan Bean.

– Jeœli tak, to goœæ ma s³aby refleks.

– Na to wygl¹da.

– Dzwoni³ do ciebie?

– Nie.

– A wiêc ka¿ê mu zg³osiæ siê na posterunek.

– Nie ma sensu irytowaæ go bez potrzeby, Stone.

– Dlaczego, skoro on wkurzy³ mnie? Ani ty, ani ja nie waliliœmy lu-

dziom do drzwi o siódmej rano, prawda?

– Chyba, ¿e chodzi³o o aresztowanie. Ten Deacon mo¿e wróciæ z od-

dzia³em szturmowym. A propos, Martin Brougham awansowa³ na pierwsze-

go zastêpcê prokuratora okrêgowego.

– Nie wiedzia³em.

– Nominacja zostanie og³oszona po po³udniu. Wieœæ niesie, ¿e stary za-

mierza odejœæ na emeryturê i chce przygotowaæ dobr¹ pozycjê startow¹ dla

Broughama w nastêpnych wyborach.

– Uwierzê, jak zobaczꠖ powiedzia³ Stone. – Tylko œmieræ mo¿e zmu-

siæ starego do odejœcia z urzêdu. Ale i za to nie da³bym g³owy.

– Zjemy dzisiaj razem kolacjê?

– Zadzwoniê do ciebie po po³udniu. Czy twoi ludzie nadal mnie pilnuj¹?

– W dzielnicy s¹ dwa samochody, jeden na cywilnych numerach. Jeœli

ktoœ bêdzie ciꠜledzi³, pojad¹ za nim.

– Dziêki, Dino. Nie chcê, ¿eby coœ siê sta³o Sarze. Czy mo¿esz daæ jej

obstawê na kilka dni?

background image

63

– Jasne. W koñcu ten œwir poluje na ludzi nam bliskich, a nie na ¿adne-

go z nas. Kelly i Anderson jej przypilnuj¹.

– Dziêkujê.

– Muszê koñczyæ. Zadzwoñ póŸniej.

– Dobra.

Stone wsta³ i powlók³ siê do ³azienki; Sara nie obudzi³a siê. Ogoli³ siê,

ubra³ i zszed³ do kuchni. Zaparzy³ kawê, przygotowa³ zapiekankê i otworzy³

„Timesa”. Redakcja dziennika nie zd¹¿y³a jeszcze zamieœciæ opisu wydarzeñ

wczorajszego wieczoru, ale dok³adne relacje o œmierci Susan Bean i Mirandy

Hirsch ju¿ by³y, podobnie jak nekrologi.

Zadzwoni³ domofon; Stone nacisn¹³ przycisk.

– Tak?

– Thomas Deacon. Czy teraz nie jest dla pana za wczeœnie?

– Proszê przejœæ do biura – odpar³ Stone. – Bêdê tam na pana czeka³.

Od³o¿y³ s³uchawkê, wzi¹³ czajnik z kaw¹ i skierowa³ siê do schodów,

zachodz¹c w g³owê, czego ten cz³owiek mo¿e chcieæ.

16

D

eacon zjawi³ siê w towarzystwie jakiegoœ mê¿czyzny. Stone wpuœci³ ich,

zaprowadzi³ do biura i wskaza³ krzes³a.

– A wiêc o co chodzi? – spyta³ siadaj¹c.

– To jest detektyw Simmons – przedstawi³ Deacon towarzysza. – Pro-

wadzimy œledztwo w sprawie œmierci Susan Bean.

– Zdawa³o mi siê, ¿e zajmuje siê tym dziewiêtnasty posterunek.

– Nasze dochodzenie ma priorytet.

– Porucznik Bacchetti zdziwi³by siê, s³ysz¹c to.

– Nie obchodzi mnie, co dziwi Bacchettiego – oznajmi³ Deacon. – Chcê

zadaæ panu kilka pytañ, i oczekujê jasnych odpowiedzi.

– Pos³uchaj pan. Jeœli zale¿y panu na mojej wspó³pracy, to zabiera siê

pan do tego w niew³aœciwy sposób. Najpierw budzi mnie pan o œwicie, a po-

tem zjawia siê w moim domu i w³azi z butami w cudze œledztwo, zachowuj¹c

siê przy tym jak gestapowiec. Jeœli chce pan w ogóle ze mn¹ rozmawiaæ,

radzê nauczyæ siê manier.

Przez d³u¿sz¹ chwilê mierzyli siê wzrokiem w milczeniu, rozdzieleni tyl-

ko blatem biurka. Deacon odezwa³ siê pierwszy.

– Panie Barrington, przepraszam za najœcie o tak wczesnej porze. Zosta-

³a  zamordowana  pracowniczka  prokuratury  zajmuj¹ca  wa¿ne  stanowisko.

background image

64

Bylibyœmy wdziêczni, gdyby odpowiedzia³ pan na pewne pytania. Dziêki temu

byæ mo¿e uzyskamy lepszy obraz wydarzeñ owego wieczoru.

Stone uzna³, ¿e mo¿e zmieniæ taktykê.

– Z przyjemnoœci¹ udzielê wszelkiej pomocy.

– Dziêkujê. Czy móg³by nam pan opowiedzieæ, co robi³ tamtego wie-

czoru po wyjœciu z domu?

– Oczywiœcie. Wyszed³em oko³o ósmej trzydzieœci i pojecha³em taksówk¹

do  restauracji  U  Elaine  przy  Drugiej  Alei  miêdzy  Osiemdziesi¹t¹  Ósm¹

i Osiemdziesi¹t¹ Dziewi¹t¹ ulic¹. Zjedliœmy kolacjê z porucznikiem Bacchet-

tim. Nieco póŸniej, chyba ju¿ po wpó³ do jedenastej, porucznik Bacchetti

zaproponowa³, ¿ebyœmy poszli na przyjêcie do domu Martina Broughama.

Dotarliœmy tam mniej wiêcej za piêtnaœcie jedenasta. Kiedy przedstawiono

nas gospodarzom, poszed³em z drinkiem do biblioteki, gdzie zasta³em Susan

Bean. Rozmawialiœmy przez kilka minut, po czym postanowiliœmy iœæ gdzieœ

na kolacjê. A poniewa¿ wiêkszoœæ lokali w okolicy by³a zamkniêta, panna

Bean zaproponowa³a, ¿ebyœmy poszli do jej domu i zamówili kolacjê na wy-

nos w chiñskiej restauracji. Przy zamawianiu okaza³o siê, ¿e dostawa na miejsce

nie jest mo¿liwa, wiêc panna Bean poprosi³a, abym poszed³ i odebra³ zamó-

wiony posi³ek w lokalu. Tak te¿ uczyni³em. Po powrocie znalaz³em pannê

Bean zakrwawion¹ na pod³odze w kuchni. Nie ¿y³a. Zadzwoni³em na numer

alarmowy i z³o¿y³em meldunek o morderstwie. Potem zaczeka³em na przyby-

cie policji.

Simmons notowa³ sumiennie ka¿de s³owo.

– Powiedzia³ pan, ¿e zjad³ kolacjê z porucznikiem Bacchettim, zgadza siê?

– Tak.

– A parê godzin póŸniej zamówi³ pan chiñszczyznê u panny Bean?

– Nie by³em szczególnie g³odny, kiedy spotkaliœmy siê z porucznikiem

Bacchettim u Elaine. Zjad³em tylko sa³atkê.

– Rozumiem – powiedzia³ Deacon tonem, jakby przechodzi³o to jego pojê-

cie. Skin¹³ na Simmonsa, zwracaj¹c mu uwagê na sprzecznoœæ w zeznaniach.

Stone westchn¹³, przewracaj¹c znacz¹co oczami.

– Gdzie i kiedy pozna³ pan Susan Bean?

– Tego wieczoru, w domu Martina Broughama.

– Czy spotka³ pan j¹ kiedykolwiek wczeœniej?

– Nie.

– I nie s³ysza³ pan o niej?

– Nie przypominam sobie.

– Jako adwokat prowadzi pan od czasu do czasu sprawy karne?

– Zdarza siê.

– Czy podczas którejœ z rozpraw nie zetkn¹³ siê pan z pann¹ Bean?

– Nie.

background image

65

– Kilka lat temu, wkrótce po odejœciu z policji, reprezentowa³ pan w s¹-

dzie niejakiego Marvina Herberta Van Fleeta.

– To prawda.

– Czy pamiêta pan, kto by³ oskar¿ycielem?

– Zdaje siê, ¿e Paul Haverty.

– A czy przypomina pan sobie, kto mu asystowa³?

– Nie. Wiem, ¿e by³a to m³oda kobieta, ale nie pamiêtam jej nazwiska.

Czy¿by Susan Bean?

– Przypomnia³ pan sobie teraz?

– Pamiêtam doœæ pulchn¹, przeciêtnej urody m³od¹ kobietê, która rzad-

ko siê odzywa³a, przynajmniej do mnie.

– To by³a Susan Bean.

– Naprawdê? W takim razie bardzo siê zmieni³a od tamtego procesu.

– A wiêc zna³ pan jednak Susan Bean?

– Myœlê, ¿e zostaliœmy sobie przedstawieni.

– Ile razy widzia³ j¹ pan póŸniej prywatnie, po rozprawie?

– Ani razu.

– Powtórzê pytanie, panie Barrington: ile razy?

– A ja powtarzam: ani razu.

– Jest pan sta³ym klientem restauracji U Elaine, prawda?

– Bywam tam kilka razy w tygodniu.

– Od jak dawna?

– Od wielu lat.

– Czy zapomnia³ pan, ¿e Susan Bean te¿ czêsto tam przychodzi³a?

– Nie wiedzia³em o tym.

– Nie pamiêta pan, ¿e j¹ tam spotyka³?

– Absolutnie. – Stone zacz¹³ siê zastanawiaæ, dok¹d zmierza Deacon.

– Przynajmniej raz odprowadzi³ j¹ pan z lokalu do domu i dosz³o miê-

dzy wami do zbli¿enia seksualnego, nieprawda¿?

Pytanie zaskoczy³o Stone’a; gor¹czkowo zacz¹³ szukaæ w pamiêci œladu

takiego zdarzenia. Pozna³ w barze U Elaine wiele kobiet, i czasami spotkania

takie koñczy³y siê w ³ó¿ku, ale nic podobnego nie wydarzy³o siê, odk¹d od-

szed³ ze s³u¿by.

– Nie przypominam sobie czegoœ takiego – powiedzia³.

– A czy zdziwi³by siê pan, gdybym powiedzia³, ¿e Susan Bean zapamiê-

ta³a to zdarzenie?

– Owszem. Kiedy mia³oby do tego dojœæ?

– Czy pamiêta pan, ¿e pozna³ U Elaine niejak¹ Jean Martinelli?

– Nic mi nie mówi to nazwisko.

– Panna Martinelli tak¿e pracuje w prokuraturze i bywa³a w restauracji

U Elaine, czêsto w towarzystwie Susan Bean. Pamiêta, ¿e spotyka³a tam pana

5 – Kr¹g strachu

background image

66

wielokrotnie. Przypomina sobie, ¿e wyszed³ pan z lokalu z pann¹ Bean, a na-

stêpnego dnia panna Bean opowiedzia³a jej, ¿e poszliœcie do niej i uprawiali-

œcie seks. Czy zaprzecza pan temu?

– Nie przypominam sobie czegoœ takiego – odpar³ Stone. – Kiedy mia-

³oby siê to staæ?

– To nie ma ¿adnego zwi¹zku.

– Nie ma zwi¹zku z czym?

– Ze œmierci¹ Susan Bean.

– A mnie siê zdaje, ¿e ma bardzo du¿y zwi¹zek.

– Powiedzmy, ¿e wydarzenia te mia³y miejsce przed spraw¹ Van Fleeta.

– A wiêc ponad szeœæ lat temu?

– W przybli¿eniu.

– A jaki zwi¹zek owo wydarzenie mo¿e mieæ z morderstwem Susan Bean?

– Jeœli nie ma zwi¹zku, to dlaczego pan k³ama³?

– Nie k³ama³em – odpar³ nieco ju¿ wzburzony Stone. – Twierdzi pan, ¿e

ileœ lat temu mia³em krótki romans z Susan Bean. Powiedzia³em, ¿e nie przy-

pominam sobie czegoœ takiego, i jest to prawda.

– Kiedy rozmawialiœcie z pann¹ Bean w domu Martina Broughama, od-

nawialiœcie star¹ znajomoœæ, zgadza siê?

– Nie s¹dzê.

– Gdy przedstawia³ siê pan Susan Bean, wspomnia³a zapewne, ¿e ju¿ siê

poznaliœcie, prawda?

– Nie, ani s³owem.

– Proszê opisaæ wasz¹ rozmowê.

Stone zastanowi³ siê przez chwilê.

– Kiedy usiad³em, Susan coœ czyta³a; zdaje mi siê, ¿e porozmawialiœmy

o tym przez chwilê. Pamiêtam, ¿e mówiliœmy te¿ o jej nazwisku. Powiedzia-

³a, ¿e asystowa³a Martinowi Broughamowi w procesie Dantego, wiêc pogra-

tulowa³em jej zwyciêstwa. To wszystko, co pamiêtam.

– O czym rozmawialiœcie po drodze do jej mieszkania?

– Nie poruszaliœmy ¿adnego konkretnego tematu.

– Czy opowiada³a o swojej pracy?

– Chyba coœ wspomnia³a.

– Co mianowicie?

– Odnios³em wra¿enie, ¿e zamierza odejœæ z prokuratury.

– Co dok³adnie powiedzia³a?

– Nie pamiêtam; wydawa³o mi siê, ¿e jest znu¿ona prac¹. Nie by³a szcze-

gólnie uradowana werdyktem w sprawie Dantego.

– Wie pan o tym, ¿e by³a na przyjêciu wydanym na czeœæ zwyciêstwa

w tym w³aœnie procesie?

– Tak.

background image

67

– I utrzymuje pan, ¿e nie cieszy³a siê ze zwyciêstwa?

– Pamiêtam, ¿e podczas przyjêcia nie bra³a udzia³u w zabawie, tylko

siedzia³a w czytelni. Nie powiedzia³em te¿, ¿e siê nie cieszy³a, tylko ¿e nie

by³a szczególnie uradowana.

– Czegoœ nie rozumiem, panie Barrington.

– Mianowicie?

– Dlaczego postanowi³ pan zamordowaæ kobietê, której nie widzia³ pan

przez ponad piêæ lat.

Stone wyprostowa³ siê raptownie.

– Nie zamordowa³em Susan Bean i nie mia³em ¿adnego motywu, aby to

zrobiæ. – Zerkn¹³ na pochylonego nad notesem Simmonsa. – Proszê to zano-

towaæ.

– Notujꠖ odpar³ policjant.

Stone wsta³.

– To wszystko, co mia³em panu do powiedzenia – oznajmi³, zwracaj¹c

siê do Deacona.

– Przykro mi, ¿e odmawia pan odpowiedzi na moje pytania.

– Wprost przeciwnie. Proszê zapisaæ, ¿e odpowiedzia³em na wszystkie

pytania pana Deacona. Jeœli chce pan uzyskaæ dalsze informacje w sprawie

œmierci Susan Bean, radzê zwróciæ siê do detektywów z dziewiêtnastego po-

sterunku policji. Z³o¿y³em tam wyczerpuj¹ce zeznanie. A jeœli ma pan jakieœ

pytania do mnie, proszê siê skontaktowaæ z moim adwokatem Williamem

Eggersem z firmy Woodman i Weld. ¯yczê mi³ego dnia.

Deacon podniós³ siê.

– Woodman i Weld? To nies³ychanie ekskluzywna firma. Podejrzewam,

¿e nie bêd¹ zachwyceni, kiedy siê dowiedz¹, ¿e jest pan wpl¹tany w tak¹

brudn¹ sprawê.

– Powiedzia³em mi³ego dnia – rzek³ Stone, otwieraj¹c drzwi. Z trudem

powstrzyma³ siê, ¿eby nie daæ kopa w ty³ek Deaconowi.

17

S

tone wyszed³ z domu i skierowa³ siê do nieoznakowanego policyjnego

wozu.

– Czy Anderson i Kelly s¹ gdzieœ tutaj? – spyta³, wsiadaj¹c.

– Tak.

– Mo¿ecie nawi¹zaæ z nimi ³¹cznoœæ nie u¿ywaj¹c radia?

– Mogê zadzwoniæ na komórkê.

background image

68

– Œwietnie.

Policjant wybra³ numer i poda³ aparat Stone’owi.

– Anderson.

– Andy, tu Stone. Jestem w drugim wozie.

– Widzia³em ciê.

– My teraz odjedziemy. Za dwie minuty zadzwoñcie do moich drzwi

trzy razy. Otworzy wam panna Buckminster; wtedy odwieŸcie j¹ do baru

U Elaine. Wiesz, gdzie to jest?

– Wozi³em tam porucznika Bacchettiego – odpar³ Anderson.

– Rozejrzyj siê, czy ktoœ was nie œledzi.

– Dobra.

Stone roz³¹czy³ siê i odda³ telefon policjantowi.

– Jedziemy do Drugiej Alei miêdzy Osiemdziesi¹t¹ Ósm¹ i Osiemdzie-

si¹t¹ Dziewi¹t¹ ulic¹. Pokluczmy trochê, a ja bêdê patrzy³, czy nie mamy

ogona.

– Jasne. Chce pan, ¿ebym w³¹czy³ koguta?

– Nie, wolê ¿ebyœmy nie rzucali siê w oczy.

Dojechali do Trzeciej Alei i skrêcili w stronê centrum; Stone uwa¿nie

lustrowa³ ka¿dy jad¹cy za nimi samochód.

– Niech pan jedzie do parku, a potem zawróci do Trzeciej.

– Jak pan sobie ¿yczy – odpar³ nieco znudzony detektyw.

Dotarcie do Elaine zajê³o im pó³ godziny. Zanim dojechali, Stone jeszcze

raz zadzwoni³ do Andersona.

– Anderson.

– Andy, kiedy wysadzicie pannê Buckminster, wejdŸcie do restauracji

i usi¹dŸcie przy barze ko³o okna. Wiesz, jak wygl¹da morderca, prawda?

– Nie zd¹¿y³em wczoraj przyjrzeæ mu siê dok³adnie – odpar³ Anderson –

ale mam portret pamiêciowy.

– A wiêc rozgl¹daj siê.

– Jasne.

Zatrzymali siê.

– A wy ch³opcy miejcie na oku ulicꠖ powiedzia³ Stone.

– Dobra.

Stone wysiad³ i wszed³ do restauracji. Przywita³ siê z Elaine i podszed³

do stolika, gdzie czeka³ ju¿ Dino.

– Sara przyjdzie? – spyta³ Bacchetti.

– Bêdzie tu za minutê; Anderson j¹ przywiezie. Zdarzy³o siê coœ nowego?

– Policja hamburska sprawdzi³a na nasz¹ proœbê miejsce pobytu siostrzeñ-

ca Mitteldorfera, Ernsta Hausmana. Odwiedzili go w domu i w fabryce; Haus-

man by³ dzisiaj w pracy i od miesi¹ca nie bra³ urlopu.

– A s¹siedzi Mitteldorfera coœ powiedzieli?

background image

69

– Kilku starszych s¹siadów pamiêta³o Mitteldorfera, ale nic nie wiedzieli o je-

go krewnych. Dowiedzieliœmy siê tylko tyle, ¿e Herbie i jego ¿ona byli bezdzietni.

– Czy twoi ludzie dotarli do tej kobiety, która koresponduje z Herbim?

Zapomnia³em jej nazwiska.

– Eloise Enzberg. Tak, rozmawiali z ni¹ rano. Chyba siê trochê wystra-

szy³a. O niczym nie wie; pisze do Mitteldorfera raz w tygodniu i odwiedza go

co miesi¹c. Przynosi mu strucle.

– Jak mi³o z jej strony.

– Powiedzmy. Wiesz, ¿e dzielnica Germantown bardzo siê zmieni³a?

– To znaczy?

– Nie ma ju¿ tylu Niemców, co kiedyœ, tylko po prostu starzy ludzie.

Pewnie ich dzieci siê wyprowadzi³y. Pamiêtasz restauracjê Gay Vienna?

– Jasne. Podawali tam kalbshax.

– Udko cielêce, które wygl¹da jak ogromna pa³ka perkusisty.

– Dok³adnie.

– By³ tam te¿ muzyk, który gra³ na cytrze. Podoba³a mi siê ta muzyka.

Gdzie w³aœciwie znajdowa³a siê ta restauracja?

– Siedzisz w niej – powiedzia³ Dino.

– Tutaj?

– Kiedy w koñcu zosta³a zamkniêta, Elaine kupi³a budynek i otworzy³a

swój lokal.

– A niech to. Jakoœ nigdy nie skojarzy³em tych wydarzeñ.

– Zdaje mi siê, ¿e smakosze kalbshax wyprowadzili siê lub powymiera-

li – westchn¹³ Dino.

Zjawi³a siê Elaine.

– Jak leci?

– NieŸle – odpar³ Stone. – S³uchaj, czy mog³abyœ dopisaæ do karty kalbshax?

– Co to? Czy¿byœ nagle zapa³a³ mi³oœci¹ do szwabskich smako³yków?

Do restauracji wesz³a Sara; Anderson wsun¹³ siê za ni¹ i od razu zaj¹³

miejsce przy barze.

Dino zawo³a³ kelnera.

– Widzisz tego dryblasa przy barze? Szepnij barmanowi, ¿eby poda³ mu

jednego scotcha, i na tym koniec.

Kelner poszed³ spe³niæ polecenie.

Stone i Dino wstali, ¿eby przywitaæ siê z Sar¹. Dziewczyna poca³owa³a

Dina w policzek.

– Elaine, pamiêtasz Sarê Buckminster? – spyta³ Stone.

– Jasne, choæ du¿o wody up³ynê³o – odpar³a Elaine. – S³ysza³am, co siê

sta³o wczoraj w nocy.

– Jak to mo¿liwe, skoro jeszcze nie opisali tego w gazetach? – zdziwi³

siê Dino.

background image

70

– Mam swoje wtyczki.

– I pewnie wiesz o sprawie wiêcej ode mnie.

– Niewykluczone.

– To mo¿e powiesz mi, gdzie szukaæ mordercy?

Elaine nachyli³a siê do niego.

– Spróbuj w Central Parku – szepnê³a konfidencjonalnie.

– Odwiedzi³ mnie dzisiaj w domu niejaki Tom Deacon – oznajmi³ Stone.

– A czego on od ciebie chcia³, do cholery? – spyta³ Dino.

– Podobno przejmuje twoj¹ sprawê.

– Niedoczekanie – prychn¹³ Dino.

– D³ugo mnie przes³uchiwa³, a jego partner wszystko notowa³. Na ko-

niec oskar¿y³ mnie o zamordowanie Susan Bean.

– Kim jest Susan Bean? – spyta³a Sara.

– Nieboszczk¹ – odpowiedzia³a Elaine.

– Czemu w³aœciwie j¹ zamordowa³eœ? – spyta³a Sara, spogl¹daj¹c na

Stone’a.

– Z nudów. Mordujê dwie lub trzy babki miesiêcznie, jeœli nie mam nic

ciekawszego do roboty.

Sara zwróci³a siê do Elaine.

– S¹dzisz, ¿e powinnam siê od niego wyprowadziæ?

– Po pierwsze, nie wiedzia³am, ¿e siê wprowadzi³aœ – odpar³a zagadniê-

ta. – To mi³o, ¿e Stone przesta³ k³aœæ siê do ³ó¿ka samotnie.

Sara parsknê³a œmiechem.

– D³ugo to trwa³o?

– O, tak. Nawet sobie nie wyobra¿asz, jaki by³ upierdliwy.

– Nie by³em – sprzeciwi³ siê Stone.

– Od razu lepiej wygl¹da, prawda? – spyta³a Elaine, zwracaj¹c siê do Dina.

– Jasne. Policzki mu siê nawet zaró¿owi³y.

– Wola³abym wierzyæ, ¿e jestem jedyn¹ osob¹ w tym gronie, która ogl¹-

da³a „policzki” Stone’a – powiedzia³a Sara. – Rzeczywiœcie maj¹ przeœliczny

ró¿owy kolor.

– Twoje równie¿ – rzuci³ Stone, stukaj¹c szklank¹ o szklankê Sary.

– Jak s¹dzisz, czemu Deacon wtyka swój nos w tê sprawê? – spyta³ Dino.

– Mo¿e stoi za tym Martin Brougham? W koñcu Susan pracowa³a dla

niego.

– To niewystarczaj¹ce uzasadnienie.

– Deacon powiedzia³, ¿e bywa³a tu regularnie. Pamiêtasz j¹, Elaine?

Elaine wzruszy³a ramionami.

– Któ¿by zna³ wszystkich, którzy przychodz¹ do lokalu. Przychodz¹,

odchodz¹, ktoœ ich morduje.

– PrzyjaŸni³a siê z niejak¹ Jean Martinelli.

background image

71

– A, tê znam, i owszem. Wyrzuci³am j¹ kiedyœ, bo upija³a siê i zaczepia-

³a goœci przy stolikach.

– Podobno ona te¿ pracuje w prokuraturze – wyjaœni³ Stone. – Deacon

jest przekonany, ¿e zna³em Susan wczeœniej, i czêsto siê z ni¹ widywa³em.

Powiedzia³em mu, ¿e w ogóle jej nie pamiêtam.

– Ona by³a kiedyœ tê¿sza – powiedzia³ Dino.

– Zna³eœ j¹?

– Dwa czy trzy razy zeznawa³em w procesach, w których oskar¿a³a. Za-

czê³a nad sob¹ pracowaæ i zrzuci³a du¿o kilogramów. Mo¿e dlatego jej sobie

nie przypominasz.

– A pamiêtasz Van Fleeta? – spyta³ Stone.

– Zastrzeli³em tego faceta – odpar³ Dino. – Jak móg³bym go zapomnieæ?

– Broni³em kiedyœ Van Fleeta w jakiejœ drobnej sprawie; Deacon mówi³,

¿e Susan by³a drug¹ oskar¿ycielk¹. Asystowa³a prokuratorowi nazwiskiem

Haverty.

– Mo¿liwe. Wydaje mi siê, ¿e Susan zaczê³a pracowaæ w prokuratorze

od razu po skoñczeniu uczelni.

– Móg³byœ zadzwoniæ do Broughama i wyjaœniæ mu, ¿e to nie ja j¹ zabi-

³em?

– No có¿, pewnie móg³bym, gdybym by³ o tym ca³kowicie przekonany.

– A wiêc zrób to jutro, Dino. Nie chcê, ¿eby ci ludzie powiedzieli prasie,

¿e uwa¿aj¹ mnie za podejrzanego.

– Mogê zabraæ siê do tego od razu – rzek³ Dino, wskazuj¹c drzwi skinie-

niem g³owy.

Stone odwróci³ siê. W drzwiach restauracji stali Martin i Dana Brougha-

mowie.

18

E

laine przeciska³a siê miêdzy stolikami, ¿eby ich przywitaæ. NajwyraŸniej

pytali o wolny stolik, ale wszystkie by³y zajête.

– Ona chyba zaproponowa³a, ¿eby siê do nas dosiedli – zauwa¿y³ Stone.

– Ciekawe, jak zareaguj¹.

Widzieli, jak Martin Brougham kiwa g³ow¹.

– A co tam – mrukn¹³ Dino. – Powiem mu teraz.

– Czemu zgodzili siê z nami usi¹œæ, skoro Brougham uwa¿a, ¿e zabi³em

Susan?

– Zaraz siê tego dowiemy.

background image

72

Sara nachyli³a siê do Stone’a.

– Mam nadziejê, ¿e wyt³umaczysz mi póŸniej, co tu siê, u diab³a, dzieje.

– Oczywiœcie – odpar³ Stone, wstaj¹c.

– Czeœæ, Dino – powiedzia³ Martin Brougham. – Witaj, Stone. Pamiê-

tasz Danê?

– Ale¿ tak – odpar³ Stone. – A to jest Sara Buckminster. Przysi¹dziecie

siê?

Broughamowie usiedli i zamówili drinki.

– Jedliœcie ju¿? – spyta³ Brougham.

– Jeszcze nie.

– Ja stawiam kolacjê. Mamy okazjê do œwiêtowania.

– S³yszeliœmy. Gratulacje. Czy to prawda, ¿e stary zamierza odejœæ na

emeryturê i namaœciæ ciê na swojego nastêpcê?

Brougham rozeœmia³ siê.

– On tego nie zrobi, póki nie wyda ostatniego tchnienia.

Zerknêli do karty i zamówili posi³ek. Stone nie móg³ poj¹æ zachowania

Broughama, wiêc postanowi³ od razu wzi¹æ byka za rogi.

– Deacon odwiedzi³ mnie dzisiaj rano.

– Tak? W jakiej sprawie?

– Nie orientujesz siê, co robi twój cz³owiek? – spyta³ Dino.

– To chleb powszedni – odpar³ Brougham, zerkaj¹c to na Dina, to na

Stone’a. – Czy¿bym o czymœ nie wiedzia³?

– Deacon stwierdzi³, ¿e przejmuje œledztwo w sprawie morderstwa Su-

san Bean – odrzek³ Dino.

– Ale¿ sk¹d. Zapewniam ciê, ¿e nic podobnego siê nie stanie. Spyta³,

czy mo¿e rzuciæ okiem na tê sprawê, a ja siê zgodzi³em. W koñcu Susan by³a

nasz¹ wspó³pracowniczk¹, wiêc chcemy wyjaœniæ okolicznoœci jej œmierci.

– Deacon uwa¿a, ¿e to ja zabi³em Susan – wtr¹ci³ Stone.

Brougham omal nie ud³awi³ siê drinkiem. Spojrza³ na Dina.

– Czy masz jakieœ dowody, które by potwierdza³y takie przypuszczenie?

– Najmniejszych.

– Bo jeœli takie posiadasz, nie powinienem siedzieæ przy tym stoliku.

– Mo¿esz  siê  odprê¿y栖  powiedzia³  Dino. –  Oczyœciliœmy  Stone’a

z wszelkich podejrzeñ w pó³ godziny po stwierdzeniu œmierci Susan. By³

w chiñskiej restauracji, kiedy to siê sta³o.

– S³ysza³em, ¿e to wykluczy³o jego winê. Rozumowanie sprawia³o wra-

¿enie przekonuj¹cego. Poza tym, jaki motyw móg³by mieæ Stone?

– Otó¿ to – odpar³ Dino.

– Mo¿esz zwracaæ siê wprost do mnie – powiedzia³ Stone. – Jeœli chcesz

o coœ spytaæ, z przyjemnoœci¹ odpowiem.

– To znaczy, nieoficjalnie?

background image

73

– Odpowiada³em na wszystkie pytania Deacona, i to oficjalnie, a¿ do

chwili, kiedy oskar¿y³ mnie o morderstwo. Wtedy odes³a³em go do mojego

adwokata, a potem wyprosi³em z domu. Ale niezale¿nie od tego, odpowiem

na ka¿de twoje pytanie teraz i tutaj, w obecnoœci œwiadków.

Brougham zastanowi³ siê chwilê.

– Czy zna³eœ Susan, zanim spotka³eœ j¹ na moim przyjêciu?

– Deacon twierdzi, ¿e tak. Powiedzia³, ¿e asystowa³a Haverty’emu w spra-

wie przeciwko mojemu klientowi. Przedstawiono mi drug¹ oskar¿ycielkê, ale

nie zapamiêta³em jej. Deacon utrzymuje te¿, ¿e Susan bywa³a w tym lokalu,

i ¿e któregoœ razu poszed³em z ni¹ do jej domu i spaliœmy ze sob¹. Tego rów-

nie¿ sobie nie przypominam, a wydaje mi siê, ¿e zapamiêta³bym, gdyby coœ

takiego siê zdarzy³o.

– Nie pamiêtasz, ¿e spotyka³eœ Susan w tym lokalu?

– Nie – odpar³ Stone. – Jeœli o to chodzi, Elaine tak¿e jej nie pamiêta,

a przebywa tu znacznie czêœciej ni¿ ja.

– Nie w¹tpiê.

– Elaine pamiêta natomiast Jean Martinelli. Przypomina sobie, ¿e wy-

rzuci³a j¹ z lokalu któregoœ wieczoru, kiedy tamta siê upi³a. Wydaje mi siê,

¿e to w³aœnie na podstawie zeznania Jean Martinelli Deacon uku³ swoj¹

hipotezê.

– Martinelli nie pracuje u mnie prawie od roku – stwierdzi³ Brougham –

ale nie dziwi mnie wcale, ¿e rozmawia³a z Tomem. Spotykaj¹ siê ze sob¹ od

pewnego czasu. Pewnie to ona do niego zadzwoni³a.

– Co jeszcze chcia³byœ wiedzieæ? – spyta³ Stone.

Brougham wzruszy³ ramionami.

– No, Martin. Chcê mieæ to z g³owy.

– Kto zabi³ Susan, twoim zdaniem?

– Stone i ja uwa¿amy, ¿e sprawc¹ jest ktoœ, kogo wsadziliœmy razem

dawno temu – wtr¹ci³ Dino – Ale na razie nie wiemy kto. Zdarzy³y siê jeszcze

dwa morderstwa. Sekretarka Stone’a, Alma, zginê³a tej samej nocy co Susan

Bean, a kobieta, która mieszka³a po s¹siedzku ze Stonem w Turtle Bay, zosta-

³a zabita nastêpnego wieczoru.

– S³ysza³em o tych morderstwach – powiedzia³ Brougham. – S¹dzicie,

¿e maj¹ zwi¹zek ze œmierci¹ Susan?

– £¹czy je tylko osoba sprawcy – odpar³ Dino. – Podejrzewamy, ¿e tam-

tego wieczoru ktoœ œledzi³ Stone’a do twojego domu, a potem do mieszkania

Susan. Kiedy zobaczy³, ¿e Stone wychodzi, wkrad³ siê do budynku. Wiele

wskazuje na to, ¿e by³ tam jeszcze, kiedy Stone wróci³, ale znikn¹³, zanim

przyjecha³ patrol. Ja dotar³em na miejsce piêæ minut potem. To Stone za-

dzwoni³ na numer alarmowy.

– Tak, wiem.

background image

74

– Masz jeszcze jakieœ pytania, Martin? – spyta³ Stone staraj¹c siê, ¿eby

nie zabrzmia³o to zaczepnie.

– Nic nie przychodzi mi w tej chwili do g³owy.

– Z chêci¹ stawiê siê w twoim biurze z adwokatem i odpowiem na ka¿-

de pytanie.

– Dziêkujê.

– Ale jeœli jutro przeczytam w gazetach, ¿e jestem podejrzany, bêdê wie-

dzia³, ¿e przeciek pochodzi od Deacona, i pójdê prosto do starego. A znam go

nie od dzisiaj. – By³a to prawda, choæ nie do koñca.

– Nie s¹dzê, ¿eby to by³o konieczne – odrzek³ Brougham. – Ale rozu-

miesz, ¿e jeœli Deacon znajdzie jakieœ luki w twojej wersji, bêdziemy musieli

porozmawiaæ.

– W mojej wersji nie ma ¿adnych luk – oznajmi³ Stone – bo jest praw-

dziwa.

Podano kolacjê i wszyscy mogli odetchn¹æ z ulg¹. Dana Brougham zmie-

ni³a temat.

– Czy to nie twoje obrazy bêd¹ wystawiane w galerii Bergmana? – spy-

ta³a, zwracaj¹c siê do Sary.

– Tak, moje – odpar³a zagadniêta. – Otwarcie wystawy nast¹pi w przy-

sz³ym tygodniu. Wys³aæ wam zaproszenie?

Dana wyjê³a z torebki wizytówkê.

– Widzia³am twoje wczeœniejsze obrazy i z przyjemnoœci¹ obejrzê nowe.

Mo¿esz zdradziæ coœ na ich temat?

– S¹ poœwiêcone Toskanii. Spêdzi³am tam szeœæ lat; jest trochê pejza¿y,

trochê martwych natur i trochê portretów mieszkañców prowincji Chianti.

– Uwielbiam ten region W³och.

Zbli¿y³ siê kelner i szepn¹³ coœ do ucha Dino. Policjant wsta³ i wyj¹³ tele-

fon komórkowy, ale jego twarz niczego nie zdradza³a. Wróci³ po chwili i usiad³.

Wszyscy patrzyli na niego pytaj¹co.

– Dzwonili z posterunku – oznajmi³ Dino. – Mieliœmy podejrzanego, ale

jego alibi zosta³o potwierdzone.

– Szkoda – rzuci³ Brougham. – Co to za jeden?

– Niejaki Mitteldorfer. Aresztowaliœmy go ze Stonem dwanaœcie lat temu

za zamordowanie ¿ony.

– Czemu go podejrzewaliœcie?

– Razem byliœmy œwiadkami œmierci kobiety, która mieszka³a naprze-

ciwko domu Stone’a, po drugiej stronie parku. Morderca wygl¹da³ jak Mittel-

dorfer dwanaœcie lat temu. Ale Mitteldorfer ju¿ tak nie wygl¹da.

– Dziwne – zauwa¿y³ Brougham.

– My te¿ tak pomyœleliœmy. Zaczêliœmy szukaæ jakiegoœ krewnego Mit-

teldorfera, który móg³by siê za niego mœciæ, ale jak dot¹d bez powodzenia.

background image

75

W³aœnie siê dowiedzia³em, ¿e rozmowy ze znajomymi Mitteldorfera z daw-

nego miejsca zamieszkania potwierdzi³y jego niewinnoœæ.

– Czy on ju¿ wyszed³?

– Nie, ale nied³ugo mo¿e ubiegaæ siê o zwolnienie warunkowe.

– Chcecie, ¿ebym przeszkodzi³ mu w wyjœciu na wolnoœæ?

Dino potrz¹sn¹³ g³ow¹.

– Nie przepadam za Herbiem, ale nic na niego nie mam. Jeœli wyjdzie

i wtedy znajdziemy jakieœ dowody, ³atwo bêdzie uniewa¿niæ zwolnienie.

Brougham od³o¿y³ widelec.

– Uwa¿acie, ¿e mo¿e wyjœæ i znów kogoœ zabiæ?

Dino wzruszy³ ramionami.

– Nie sposób tego przewidzieæ. Mitteldorfera mo¿na uznaæ za jednora-

zowego mordercê. Zabi³ ¿onê w afekcie, kiedy odkry³, ¿e przyprawia mu rogi.

Wydaje siê, ¿e ona by³a jego jedynym wrogiem.

– Nie licz¹c ciebie i Stone’a – zauwa¿y³ Brougham.

19

N

astêpnego ranka Stone w³aœnie siê ubiera³, gdy Sara wysunê³a g³owê

z ³azienki.

– Nie móg³byœ mnie zabraæ w weekend na wieœ?

– Na jak¹ wieœ? – spyta³ Stone.

– Obojêtnie jak¹. Nie zapominaj, ¿e jestem angielsk¹ ró¿yczk¹… ¿e siê

tak wyra¿ê. – Wytrzeszczy³a zabawnie oczy. – Potrzebujê intymnego kontak-

tu duchowego z drzewami i traw¹, ¿eby uchroniæ moj¹ subteln¹ duszyczkê

przed niechybnym rozpadem. Przebywanie w wiejskiej gospodzie tak¿e do-

skonale jej robi.

– Wynajmê samochód.

– Przecie¿ dosta³eœ w³aœnie du¿e honorarium.

– Tak.

– A wiêc kup sobie samochód.

Stone wzruszy³ ramionami.

– Czemu nie.

– Tylko jakiœ ³adny.

– Tak, proszê pani.

– Grzeczny z ciebie ch³opiec.

– Prawda?

– Przecie¿ mówiê.

background image

76

Wysz³a z ³azienki ca³kiem naga; Stone przesta³ siê ubieraæ i bezwstydnie

wlepi³ w ni¹ wzrok.

– Nic z tego – powiedzia³a. – Muszê teraz pojechaæ do galerii i powiesiæ

obrazy, a w gara¿u ju¿ czekaj¹ dwaj uroczy policjanci. No powiedzmy, ¿e

jeden.

Stone wróci³ do przerwanej czynnoœci.

– Rzeczywiœcie. Kelly’ego trudno uznaæ za mi³ego kompana, prawda?

– Wstrêtny ma³y drañ – powiedzia³a Sara, zak³adaj¹c d¿insy i sweter;

nie w³o¿y³a stanika.

– Chcesz, ¿ebym poprosi³ Dina o przys³anie innego policjanta?

– Nie róbmy zamieszania. Dino i tak wyœwiadcza nam ju¿ przys³ugê.

Wytrzymam jakoœ z Kellym.

Stone obj¹³ j¹ i przytuli³.

– Wolê, ¿ebyœ wytrzyma³a ze mn¹.

Z³apa³a go za nadgarstki i odsunê³a.

– O tym pomówimy, kiedy nie bêdê zmuszona z tob¹ wytrzymywaæ. Na

jakimœ przyjemnym, neutralnym gruncie, gdzie pod rêk¹ nie bêdzie ³ó¿ka.

– Zgoda – powiedzia³ Stone, kradn¹c poca³unek.

– IdŸ ju¿ po ten samochód.

Stone wysiad³ z policyjnego wozu przy Park Avenue przed salonem Mer-

cedesa i rozejrza³ siê jeszcze raz.

– To trochê potrwa – ostrzeg³ policjantów, którzy go przywieŸli.

– Tak jest – odpar³ jeden z nich, salutuj¹c s³u¿biœcie. – Nieustaj¹co po-

zostajemy do pañskiej dyspozycji.

– Krakauer, pozbêdê siê was przy najbli¿szej okazji.

Odwróci³ siê i wszed³ do salonu; wystawionych by³o szeœæ modeli, miê-

dzy innymi najnowszy SLK, œliczny sportowy kabriolet ze skórzanym da-

chem; prawdziwe cacko, ale malutkie. Obok sta³a limuzyna S 600 – ogrom-

na,  potê¿na,  i piekielnie  droga,  chyba  a¿  do  przesady.  Centraln¹  pozycjê

zajmowa³ jednak œredni model niemieckiej firmy, E 320 o ³adnym, jasnonie-

bieskim metalizowanym lakierze.

U boku Stone’a jak spod ziemi wyrós³ sprzedawca.

– Czy mogê w czymœ pomóc? – spyta³.

– Interesuje mnie oœmiocylindrowa wersja tego modelu – odpar³ Stone

wskazuj¹c samochód.

– E 430? Wspania³y wóz. Mogê sprowadziæ go w ci¹gu czterech miesiê-

cy, jeœli dziœ z³o¿y pan zamówienie.

– Chcê go kupiæ dzisiaj po po³udniu.

– Obawiam siê, ¿e to niewykonalne. Popyt jest zbyt du¿y.

background image

77

Stone skrzywi³ siê. Kilka miesiêcy temu wynaj¹³ ten model w Los Ange-

les i bardzo przypad³ mu do gustu. Podszed³ do wielkiej limuzyny S 600.

– Ile?

– Sto trzydzieœci siedem tysiêcy, plus podatki.

Stone uniós³ d³oñ.

– Proszê mi o nich nie opowiadaæ.

– Bardzo roztropnie z pañskiej strony – powiedzia³ sprzedawca. – Mogê

za³atwiæ dla pana prawie od rêki S 500, czyli oœmiocylindrow¹ wersjê tego wozu.

– A ile trwa za³atwienie „prawie od rêki?”

– W ci¹gu dwóch tygodni spodziewam siê dostawy jednego egzemplarza.

– Jest pan mistrzem uprzyjemniania ludziom zakupów – powiedzia³ Stone.

– Przykro mi, ale samochodów jest ma³o, a popyt olbrzymi.

Stone wyjrza³ przez okno, gdzie zatrzyma³a siê ciê¿arówka z pokaŸn¹

przyczep¹. Wrota otwar³y siê i po chwili czterech mê¿czyzn zaczê³o wpychaæ

do wnêtrza salonu jakiœ czarny samochód.

– A to co? – spyta³ Stone.

– Coœ wyj¹tkowego – odrzek³ sprzedawca. – Nazywa siê E 55. Jest to

model E 430 specjalnie zmodyfikowany przez AMG, niemieck¹ firmê zaj-

muj¹c¹ siê tuningiem wozów Mercedesa. Kolor obsydianowy, pergaminowa

tapicerka.

Wóz przypomina³ wystawiony model E 320, ale by³ ni¿szy i mia³ bar-

dziej drapie¿ny wygl¹d.

– Jakich zmian dokona³a firma AMG w tym samochodzie?

Mê¿czyzna podszed³ do biurka i wyj¹³ z szuflady prospekt.

– Ten egzemplarz jest naprawdê wyj¹tkowy. – Roz³o¿y³ folder. – Ma

oœmiozaworowy silnik w uk³adzie V o pojemnoœci piêciu i pó³ litra, znacznie

potê¿niejszy ni¿ w modelu S 500. Moc trzysta piêædziesi¹t cztery konie me-

chaniczne, przek³adnia z S 500. Karoseria zosta³a obni¿ona, a zawieszenie

wzbogacone o resory antywstrz¹sowe, stabilizatory ruchu i sprê¿yny. Wóz

ma osiemnastocalowe ko³a, opony o profilu Z oraz hamulce z SL 600.

Stone wci¹gn¹³ powietrze.

– Szyby s¹ nieco przyciemnione, dziêki czemu z zewn¹trz nie widaæ

pasa¿erów. Ju¿ na miejscu, w kraju, pos³aliœmy go do specjalisty, który za-

opatrzy³ wóz w lekkie opancerzenie.

– Co znaczy „lekkie opancerzenie?”

Sprzedawca otworzy³ drzwi samochodu i nacisn¹³ guzik; szyba obni¿y³a

siê do po³owy.

– Jak pan widzi, szk³o jest znacznie grubsze ni¿ w standardowym mode-

lu – jego gruboœæ wynosi jeden i dwie dziesi¹te centymetra – zaœ dach, wszyst-

kie drzwi oraz pod³oga zosta³y wzmocnione lekkimi, lecz bardzo twardymi

materia³ami, takimi jak kevlar. Karoseria samochodu jest w stanie zamortyzowaæ

background image

78

ostrza³ z broni rêcznej, a nawet ciê¿kiej maszynowej; nie wytrzyma salwy

z bazooki czy wybuchu miny, rzecz jasna. Do tego potrzebna by³aby wersja

w pe³ni opancerzona.

Stone wsiad³ do wozu i rozejrza³ siê.

– Ma pan tu sportowe siedzenia i specjalne wykoñczenie, a nawet anty-

radar – doda³ sprzedawca, rozgl¹daj¹c siê badawczo. – Wykrywa i unieszkod-

liwia policyjne radary. Urz¹dzenie jest legalne w wiêkszoœci stanów.

– Bardzo ³adny – powiedzia³ Stone. – Ile kosztuje?

– Prawdê powiedziawszy, wóz nie jest nasz¹ w³asnoœci¹. Nale¿y do wdo-

wy po naszym kliencie, pewnym d¿entelmenie z Ameryki Po³udniowej.

– Dlaczego zosta³a wdow¹?

– Samochód zosta³ dostarczony o kilka dni za póŸno, aby pos³u¿yæ do

przewidzianych celów.

– Chce pan powiedzieæ, ¿e tamten facet siedzia³ w innym wozie, kiedy…

– Kiedy potrzebna mu by³a dodatkowa ochrona, któr¹ zapewnia ten wóz.

– Ile ¿yczy sobie za niego wdowa?

– W granicach… – sprzedawca wymieni³ cenê. – Ale odnios³em wra¿e-

nie, ¿e ma siln¹ motywacjê, ¿eby sprzedaæ samochód.

– Rozumiem – powiedzia³ Stone, obmacuj¹c kieszeñ w poszukiwaniu

ksi¹¿eczki czekowej.

– Wóz ma na liczniku sto dwadzieœcia kilometrów, i ca³e wyposa¿enie

dostêpne w modelu S 600 – ci¹gn¹³ mê¿czyzna – ³¹cznie z telefonem i osob-

n¹ klimatyzacj¹ tylnego siedzenia. Nawet z dodatkow¹ mas¹ opancerzenia

przyspieszy od zera do setki w równe szeœæ sekund, a jego maksymalna prêd-

koœæ nie jest ograniczona elektronicznie do dwustu kilometrów na godzinê.

– A jaka jest ta maksymalna prêdkoœæ? – spyta³ Stone, wstrzymuj¹c oddech.

– Tego nikt nie jest w stanie powiedzie栖 odpar³ sprzedawca.

– Proszê spytaæ w³aœcicielkê, czy zgodzi siê na… – tu wymieni³ kwo-

tê. – I niech pan doda, ¿e to moja pierwsza i ostatnia propozycja.

– Proszê chwilê poczeka栖 powiedzia³ sprzedawca. Zbli¿y³ siê do biur-

ka i podniós³ s³uchawkê telefonu.

Stone obszed³ wóz dooko³a, zajrza³ do baga¿nika, a potem podniós³ ma-

skê. Zapar³o mu dech w piersiach: silnik by³ najpiêkniejszym urz¹dzeniem

mechanicznym, jakie kiedykolwiek widzia³. Pieczo³owicie wypolerowany, na

pierwszy rzut oka zbyt du¿y korpus mechanizmu zosta³ przemyœlnie umiesz-

czony w za ma³ej, jak siê zdawa³o, komorze. Stone opuœci³ maskê i zerkn¹³ na

ko³a; o dwa cale wiêksze od standardowych opony mia³y obni¿ony profil,

a tylne by³y wyraŸnie szersze od przednich.

Zjawi³ siê sprzedawca.

– Wdowa siê zgadza – oznajmi³. Na jego twarzy b³yszcza³y kropelki

potu. – Zap³aci pan gotówk¹, czy woli kredyt?

background image

79

– Gotówk¹ – odrzek³ Stone, wyci¹gaj¹c ksi¹¿eczkê. – Kiedy mogê go

zabraæ?

– Samochód jest ju¿ po dotarciu. Za pó³ godziny mo¿e pan wyjechaæ na

drogê.

– Czy za³atwi pan w tym czasie numer rejestracyjny?

– Chyba pan w to nie w¹tpi – odpowiedzia³ sprzedawca, oddychaj¹c z wi-

docznym trudem.

20

S

tone jecha³ nieznoœnie powoli w gêstym œródmiejskim ruchu; dwaj de-

tektywi trzymali siê tu¿ za nim. Sara czyta³a specjaln¹ instrukcjê dodan¹

do podrêcznika u¿ytkowania samochodu.

– Tu jest napisane, ¿e os³ona przeciws³oneczna, elektrycznie uruchamiana,

zosta³a wykonana ze specjalnego materia³u, który mo¿e zatrzymaæ ka¿dy nad-

latuj¹cy obiekt. – Zawiesi³a g³os. – Jaki obiekt?

– Nadlatuj¹cy. Chodzi o pociski i od³amki.

– Ka¿dy obiekt, który przebije tyln¹ szybê. – Odnalaz³a przycisk w pod-

³okietniku, nacisnê³a i obserwowa³a, jak ekran przeciws³oneczny unosi siê

i opada. – Fajne. Czy to cacko ma te¿ wbudowane w karoseriê karabiny ma-

szynowe, jak samochody Jamesa Bonda?

– Oczywiœcie, ¿e nie. ¯a³ujê teraz, ¿e powiedzia³em ci o opancerzeniu.

– A ja siê z niego cieszê. Cz³owiek czuje siê trochê przytulniej. Dok¹d

mnie zabierasz?

– To niespodzianka.

– Jak d³ugo pozostanie niespodziank¹?

– Normalnie by³yby to dwie godziny, ale chcê zrobiæ po drodze krótki

postój.

– Gdzie siê zatrzymamy?

– W Ossining w stanie Nowy Jork.

– Fuj, nazwa brzmi okropnie.

– Wiêkszoœæ mieszkañców te¿ tak uwa¿a.

– Po co chcesz tam wst¹piæ?

– Muszê zadaæ pewnemu cz³owiekowi kilka pytañ. – Stone wjecha³ na

autostradê West Side Highway i wydosta³ siê z samochodowego t³oku. Naci-

sn¹³ peda³ i poczu³, ¿e coœ wciska go w fotel.

– O rany – odezwa³a siê Sara.

background image

80

– No w³aœnie. – Stone zerkn¹³ w lusterko wsteczne, w którym w b³yska-

wicznym tempie zmniejsza³ siê policyjny wóz. Nacisn¹³ guzik szybkiego do-

stêpu na klawiaturze telefonu.

– Krakauer – odezwa³ siê policjant.

– Dziêki, Krakauer – powiedzia³ Stone. – Dalej pojadê sam. Powiedzcie

porucznikowi Bacchettiemu, ¿e odprowadziliœcie mnie ¿ywego poza miasto.

– Dobra – rzuci³ policjant. – By³oby mi³o, gdyby pan nie wróci³.

Stone przerwa³ po³¹czenie, w³¹czy³ antyradar i rozejrza³ siê za wozami

patrolowymi. Dotar³ do trasy Saw Mill River Parkway w czasie dwukrotnie

krótszym ni¿ normalnie i skierowa³ siê na pó³noc. Przejecha³ rzekê Hudson

mostem Tappan Zee i znalaz³ siê na g³ównej autostradzie stanu Nowy Jork.

– S³yszꠜwist wiatru za szyb¹ – zauwa¿y³a Sara. – Zawsze myœla³am,

¿e przy prêdkoœci stu dziesiêciu kilometrów na godzinê takie zjawisko nie

powinno wyst¹piæ.

– Jedziemy sto dziewiêædziesi¹t – odpar³ Stone.

– Ach, tak. Wobec tego zostaniemy aresztowani, prawda?

– W¹tpiê.

Stone zwolni³ nieco, widz¹c wóz patrolowy zmierzaj¹cy w przeciwn¹

stronê. Samochód policyjny dojecha³ do najbli¿szego nawrotu i zakrêci³. Za-

nim policjant nabra³ prêdkoœci, Stone zwolni³ do stu kilometrów na godzinê.

Widzia³ zafrasowan¹ minê funkcjonariusza, który majstrowa³ coœ przy desce

rozdzielczej. Po chwili wóz zawróci³ i pojecha³ na po³udnie.

– Za³atwiony – powiedzia³ Stone.

– Co takiego? – spyta³a Sara.

– W³aœnie za³atwi³em jego radar.

– Myœla³am, ¿e to jego radar powinien za³atwiæ ciebie.

– Œwiat siê zmienia.

Stone zatrzyma³ siê na parkingu wiêzienia Sing Sing i podszed³ do budki

stra¿niczej.

– Czym mogê s³u¿yæ? – spyta³ stra¿nik.

– Chcia³bym mówiæ z kapitanem Warkowskim.

– Proszê zaczekaæ. – Mê¿czyzna podniós³ s³uchawkê, powiedzia³ coœ do

mikrofonu i poda³ aparat Stone’owi. – Jest na linii.

– Dzieñ dobry, kapitanie – zacz¹³ Stone. – Mówi Stone Barrington. By-

³em tu z porucznikiem Bacchettim.

– Jak móg³bym zapomnieæ? Co mogê dla pana zrobiæ tym razem?

– Chcia³bym siê zobaczyæ z Herbertem Mitteldorferem. Mam do niego

kilka pytañ.

– Z przykroœci¹ zawiadamiam, ¿e pan siê spóŸni³.

background image

81

– Jak to? Dosta³ przepustkê, ¿eby za³atwiæ coœ w mieœcie?

– Herbie wczoraj wyszed³.

– Rozumiem. – Stone spodziewa³ siê tego. – Czy mogê dostaæ jego adres?

– Obawiam siê, ¿e go nie znam.

– A czy mogê spytaæ o nazwisko jego kuratora?

– Herbie nie ma kuratora.

– S³ucham?

– Dosta³ zwolnienie bezwarunkowe.

– Bezwarunkowe? Po wyroku za morderstwo? Nigdy o czymœ takim nie

s³ysza³em.

– Rzadko siê zdarza, ale jednak. Herbie by³ wyj¹tkowym wiêŸniem, nie-

s³ychanie wartoœciowym dla ca³ego oddzia³u i dla mnie osobiœcie; badanie

psychiatryczne nie wskazywa³o na sk³onnoœæ do recydywy.

– A wiêc wypuœciliœcie go tak po prostu i liczycie, ¿e wszystko bêdzie cacy?

– Powiedzmy.

– I nie wziêliœcie nawet jego adresu?

– Zgadza siê. Jest wolny jak ptak.

– Dziêkujê i przepraszam za k³opot.

– ¯aden k³opot.

Odk³adaj¹c s³uchawkê, Stone s³ysza³ œmiech stra¿nika. Wróci³ do samo-

chodu.

– Wszystko za³atwione? – spyta³a Sara.

– Prawie – odpar³ Stone.

Wyjecha³ z parkingu i zacz¹³ siê rozgl¹daæ po ulicach. Po chwili znalaz³

to, czego szuka³; zaparkowa³ wóz.

– Muszê tu wejœæ na minutê.

– Kochanie, czy naprawdê czujesz w tej chwili pal¹c¹ potrzebê zakupu

papeterii?

– To nie potrwa d³ugo.

Stone wysiad³ z samochodu i ruszy³ w stronê sklepu, nad którego drzwiami

wisia³ szyld z napisem U WILHELMA. Za lad¹ sta³a m³oda kobieta.

– Dzieñ  dobry –  powiedzia³  Stone. –  Czy  móg³bym  mówiæ  z panem

Wilhelmem?

– Niestety, wyjecha³ na parê godzin z dostaw¹ – odpar³a ekspedientka.

– Ach, tak. – Stone ju¿ mia³ odejœæ, ale przypomnia³ sobie o czymœ. –

Czy Herbert Mitteldorfer zaopatrywa³ siê w tym sklepie?

– Herbie? Ale¿ tak, by³ jednym z naszych najlepszych klientów. Z pa-

nem Wilhelmem rozmawiali du¿o po niemiecku.

– Jak czêsto tu bywa³?

– Praktycznie codziennie, nawet jeœli w wiêzieniu nie wydawano prze-

pustek.

6 – Kr¹g strachu

background image

82

– Przyje¿d¿a³ po zakupy dla wiêzienia codziennie? – zdziwi³ siê Stone.

– Nie, sk¹d¿e. Z pocz¹tku odwiedza³ pana Wilhelma, a potem zacz¹³ tu

pracowaæ.

– Pracowa³ dla pana Wilhelma?

– W³aœciwie nie dla niego. Pan Wilhelm wynajmowa³ mu pomieszcze-

nie, a Herbie mia³ tam komputer i resztê sprzêtu.

Stone zamruga³ oczami, jakby nie móg³ oswoiæ siê z t¹ myœl¹.

– Czy wie pani, ¿e Mitteldorfer zosta³ wczoraj zwolniony?

– Tak. Herbie wpad³ do nas zabraæ sprzêt i po¿egnaæ siê.

– Du¿o by³o tego sprzêtu?

– Rega³ z kilkoma segregatorami, komputer i drukarka; to wszystko.

– Czy móg³bym rzuciæ okiem na pomieszczenie, gdzie pracowa³ Herbie?

– Jest pan jego znajomym?

– Przyjecha³em do miasta, ¿eby siê z nim zobaczyæ; dopiero w wiêzie-

niu dowiedzia³em siê, ¿e zosta³ dzisiaj zwolniony.

– A wiêc proszê za mn¹.

Kobieta prowadzi³a miêdzy rega³ami pe³nymi papieru i sprzêtu biurowe-

go; po chwili znaleŸli siê na zapleczu sklepu.

– Tutaj pracowa³ Herbie.

Stone rozejrza³ siê po pokoju. Sta³o tam biurko, krzes³o oraz niewielka

skórzana le¿anka.

– Czy wie pani, czym Herbie siê tu zajmowa³?

– Wiem, ¿e handlowa³ akcjami – odpar³a ekspedientka. – Nie wiem, co

robi³ poza tym.

Stone popatrzy³ na ni¹ uwa¿nie.

– Chce pani powiedzieæ, ¿e obraca³ akcjami na gie³dzie?

– Tak, i to z wielkim rozmachem. Spêdza³ ka¿de popo³udnie przy kom-

puterze i telefonie, rozmawiaj¹c ze swoim maklerem. Da³ panu Wilhelmowi

i mnie kilka nies³ychanie cennych wskazówek; sporo dziêki nim zarobiliœmy.

Bardzo ¿a³ujê, ¿e Herbie od nas odszed³.

– Dziêkujꠖ powiedzia³ Stone.

– Proszê nas jeszcze odwiedziæ. Czy mam poinformowaæ pana Wilhel-

ma o pañskiej wizycie?

– Nie, to nie bêdzie konieczne. A propos, czy Herbie zostawi³ swój nowy

adres?

– Przykro mi, ale nie poda³ go ani mnie, ani panu Wilhelmowi. Powie-

dzia³ tylko, ¿e jedzie na zachód.

– Jak daleko na zachód?

– Tego nie wiem. Zapewni³ nas, ¿e da znaæ, jak tylko gdzieœ zamieszka.

– Rozumiem. Proszê mi jeszcze powiedzieæ, w jaki sposób Herbie za-

bra³ komputer i resztê sprzêtu?

background image

83

– Przyjecha³ po niego jakiœ mê¿czyzna samochodem typu van. Pewnie

Herbie wynaj¹³ transport.

– Czy na samochodzie zauwa¿y³a pani nazwê firmy?

– Nie. To by³ czarny van, bez ¿adnych napisów.

– Mo¿e pani opisaæ wygl¹d kierowcy?

– Niestety, nie zwróci³am uwagi. Musia³am zaj¹æ siê obs³ug¹ klientów.

– Bardzo dziêkujê za pomoc – powiedzia³ Stone.

Wracaj¹c do wozu, Stone zachodzi³ w g³owê, dlaczego zarz¹d wiêzienia

Sing Sing pozwala³ pensjonariuszowi spêdzaæ popo³udnia w Ossining, gdzie

ten swobodnie obraca³ akcjami na gie³dzie.

– Czy teraz ju¿ wszystko za³atwione? – spyta³a Sara, kiedy usiad³ za kie-

rownic¹.

– Ca³kowicie – odrzek³ Stone.

Nie mia³ zielonego pojêcia, co dalej robiæ.

21

W

jechali do stanu Connecticut tras¹ I-84; Stone zjecha³ z autostrady miê-

dzystanowej w Southbury i skierowa³ siê na pó³noc. Wóz zachowywa³

siê niczym ¿ywa istota: jak przyklejony trzyma³ siê nawierzchni na zakrêtach

i przyspiesza³ na prostych.

– Kiedy siê dowiem, jaki jest cel naszej podró¿y? – spyta³a Sara.

– Dopiero, gdy dotrzemy na miejsce – odpar³ Stone. – Tymczasem po-

dziwiaj krajobraz. To przecie¿ dobrze dzia³a na twoj¹ ulotn¹ duchow¹ istotê.

– Oczywiœcie. Nawet w tej chwili czujê, jak siê wzmacnia.

W Woodbury Stone skrêci³ na trasê 47 i niebawem wjechali do dystryktu

sto³ecznego Waszyngton.

– O, Waszyngton! – ucieszy³a siê Sara. – Spêdzi³am tu weekend kilka

lat temu. Cudowne miejsce!

– Cieszê siê, ¿e tak uwa¿asz – oznajmi³ Stone, skrêcaj¹c w prawo przed

tablic¹ z napisem MAYFLOWER INN. Okr¹¿y³ staw i stromo biegn¹c¹ szo-

s¹ wjecha³ na wzgórze; tam zatrzyma³ siê przed efektownym budynkiem kry-

tym gontem.

– Tu jest œlicznie – powiedzia³a Sara. – Jak znalaz³eœ taki uroczy zajazd?

– To nie by³o trudne – odpar³ Stone. – W zesz³ym roku w konkursie ja-

kiegoœ czasopisma ten lokal zosta³ uznany za najlepsz¹ gospodê w kraju.

Wyci¹³em artyku³.

– Spryciarz z ciebie.

background image

84

Ktoœ z obs³ugi zabra³ baga¿e na górê i wprowadzi³ goœci do ³adnie ume-

blowanego apartamentu z widokiem na ogród.

– Czy zarezerwowa³ pan stolik? – spyta³ m³ody ch³opak z obs³ugi.

– Nie. Móg³by pan to zrobiæ? Chcielibyœmy zjeœæ kolacjê o ósmej.

– Oczywiœcie. Bêdzie panu potrzebna marynarka, ale krawat nie.

– Dziêkujꠖ powiedzia³ Stone, wrêczaj¹c mu suty napiwek.

Ch³opak uk³oni³ siê i wyszed³ z pokoju.

– Mamy dwie godziny do kolacji – oznajmi³ Stone. – W jaki sposób

mo¿emy najprzyjemniej spêdziæ ten czas?

Sara podesz³a i przytuli³a siê.

– Potrzebujê godziny, ¿eby siê wyk¹paæ i przebraæ. Pozostanie godzina

wolnego czasu… i nikt nie bêdzie nas obserwowa³.

Stone poca³owa³ j¹ w usta.

– Naprawdê?

– No, mo¿e niezupe³nie – doda³a, obejmuj¹c go w pasie. – Ja bêdê ob-

serwowaæ ciebie.

O dziewiêtnastej trzydzieœci wyk¹pani, przebrani i ca³kowicie zrelakso-

wani zeszli do baru i zajêli miejsce przy oknie.

– Mog³abym tu mieszka栖 stwierdzi³a Sara. – Wystarczy³by mi ten sto-

lik i ³ó¿ko na górze.

– Niez³y pomys³ – zgodzi³ siê Stone.

Do stolika podesz³a siê m³oda kelnerka.

– ¯yczy pan sobie drinka, panie Barrington?

Stone skin¹³ g³ow¹ na Sarê.

– Wódka z sokiem z zielonej cytryny, zimna, lekko s³odzona.

– Dwa razy – doda³ Stone.

Po chwili s¹czyli zielonkawy napój. Kelnerka wróci³a po chwili.

– Panie Barrington, telefon do pana.

– Przepraszam – powiedzia³ Stone, wstaj¹c z drinkiem. Kelnerka wska-

za³a mu drogê do aparatu.

– Halo?

– Tu Dino. Doniesiono mi, ¿e poruszasz siê jakimœ niebezpiecznym po-

jazdem.

– Nie inaczej. Poka¿ê ci go, jak tylko wrócê.

– Dobra. Jak posz³o z Mitteldorferem?

– Nie posz³o.

– Warkowski nie pozwoli³ ci siê z nim zobaczyæ?

– Nie by³o z kim.

background image

85

– Mów jaœniej.

– Wyszed³.

– Na warunkowe?

– Bezwarunkowe.

Dino zamilk³ na d³u¿sz¹ chwilê.

– A to skurwiel. Pewnie przez dwanaœcie lat nadstawia³ ty³ka temu War-

kowskiemu.

– Nie zdziwi³bym siê. Wst¹pi³em do sklepu papierniczego, w którym

Mitteldorfer robi³ zakupy. Okaza³o siê, ¿e mia³ tam swoje biuro.

– Biuro? Jakie biuro? – zdumia³ siê Dino.

– Te¿ tak zareagowa³em. Ekspedientka wyjaœni³a mi, ¿e trzyma³ na za-

pleczu komputer i obraca³ akcjami.

– Chyba nawet wiem, czyimi.

– Warkowskiego.

– A jak¿e. I pewnie nie tylko jego.

– Ta kobieta powiedzia³a te¿, ¿e udzieli³ w³aœcicielowi sklepu kilku cen-

nych wskazówek finansowych.

– S³ysza³eœ kiedyœ o czymœ podobnym?

– W ¿yciu.

– Gdzie jest teraz Mitteldorfer?

– Nikt nie wie, a nawet jeœli wie, to nie puszcza pary z ust – odpar³ Sto-

ne. – Wed³ug tej ekspedientki Herbie powiedzia³, ¿e jedzie na zachód.

– Chryste, oby to by³a prawda. Wola³bym nie ogl¹daæ wiêcej gêby tego

ma³ego drania.

– Ktoœ podjecha³ pod sklep czarnym vanem po jego komputer i resztê

rzeczy.

– A wiêc ma przyjaci󳠖 zauwa¿y³ Dino.

– Przynajmniej jednego, póki ¿yje Warkowski. Nie zdziwi³bym siê, gdyby

to sam kapitan pomóg³ mu w transporcie. A ty czego siê dowiedzia³eœ?

– Kaza³em dwóm detektywom przejrzeæ wszystkie sprawy, przy których

razem pracowaliœmy, i niech mnie diabli, jeœli coœ znaleŸli. Wszyscy, których

udupiliœmy, nadal siedz¹.

– Czy zdarzy³o siê coœ, co wskazywa³oby, ¿e morderca nadal jest aktywny?

– Nie. Wydaje mi siê, ¿e jeszcze nie wyliza³ siê z ran po postrzale od

Mary Ann. Rzuca³by siê w oczy z banda¿em na uchu.

– Nie zauwa¿y³em, by nas ktoœ œledzi³, kiedy wyje¿d¿aliœmy z miasta.

– Krakauer te¿ tak mówi.

– A kiedy wjecha³em na West Side Highway, nikt nie mia³ szans mnie

œledziæ.

– Czym ty w³aœciwie jeŸdzisz? – spyta³ wyraŸnie zaintrygowany Dino.

– Poczekaj, to zobaczysz.

background image

86

– Jak gospoda?

– Pierwsza klasa. Ale nie powinienem teraz gadaæ z tob¹, tylko z Sar¹.

– To czeœæ.

– Czeœæ. – Stone odwiesi³ s³uchawkê i wróci³ do stolika.

– To by³ Dino, prawda? – spyta³a Sara.

– Tak.

– A wiêc on wie wczeœniej ode mnie, gdzie spêdzê weekend?

– Rzeczywiœcie nie by³ zaskoczony, ¿e tu jesteœmy.

– No w³aœnie.

– Jesteœ g³odna?

– I to jak.

– Proszê pani, czy moglibyœmy prosiæ o kartê?

Poch³onêli s³uszne porcje wêdzonej szynki i ba¿anta, popili butelk¹ do-

brego caberneta i wrócili do apartamentu.

Od razu wskoczyli do ³ó¿ka.

– Cieszê siê, ¿e ze mn¹ jesteœ – powiedzia³ Stone. – Chcia³bym, ¿eby tak

pozosta³o na zawsze.

– Mam nadziejê, ¿e to nie oœwiadczyny. – Sara podnios³a g³owê z jego

ramienia.

– Jeszcze nie.

– I oby jak najd³u¿ej.

– Wedle ¿yczenia, ale chcia³bym zauwa¿yæ, ¿e œciœle rzecz bior¹c, jesteœ

bezdomna.

– A czyja to wina?

– Niezaprzeczalnie moja. I pragnê ci to wynagrodziæ, proponuj¹c ³ó¿-

ko… a w³aœciwie dom.

– I to bardzo ³adny – zauwa¿y³a Sara. – A przecie¿, gdy wyje¿d¿a³am do

W³och, przypomina³ ruinê.

– S¹dzisz, ¿e mog³abyœ tam czuæ siê jak u siebie?

– Mog³abym siê czuæ u siebie z tob¹.

– A wiêc wszystko jasne.

– Niezupe³nie.

– Jak to?

– Powiedzia³am ci, ¿e jestem dziewczyn¹ ze wsi i muszê mieszkaæ poza

miastem.

– Gdzie dok³adnie?

– Na pewno nie u Hamptonów; mam doœæ tabunów goœci.

– Wiêc gdzie?

– Mo¿e tutaj.

background image

87

– Nie s¹dzê, ¿eby by³o mnie staæ na kupno tej gospody, nawet gdybym

wzi¹³ kredyt.

– Chodzi o zwyk³y domek, g³uptasie, i to niedu¿y.

– Brzmi nieŸle. Mo¿e rozejrzelibyœmy siê jutro za agentem sprzeda¿y

nieruchomoœci?

– Naprawdê chcesz to zrobiæ?

– Myœlisz, ¿e mówiê to tylko dlatego, ¿e posz³aœ ze mn¹ do ³ó¿ka?

– Tak.

– A wiêc s³abo znasz siê na ludzkich charakterach.

– Zobaczymy jutro rano – powiedzia³a Sara,  wtulaj¹c siê w niego nagim

cia³em.

Stone zasypiaj¹c, zastanawia³ siê, gdzie mo¿e byæ Herbert Mitteldorfer.

22

S

tone drzema³ na przednim siedzeniu czarnego range rovera. Za kierowni-

c¹ siedzia³a agentka sprzeda¿y nieruchomoœci, Carolyn Klemm. Zd¹¿yli

ju¿ obejrzeæ piêæ domów, bardzo ³adnych, ale ¿aden nie odpowiada³ Stone’owi

i Sarze, która przysypia³a na tylnym siedzeniu. Stone oprzytomnia³, gdy wóz

siê zatrzyma³.

– A co pan s¹dzi o tym? – spyta³a agentka.

Stone skierowa³ wzrok na bardzo du¿y i piêkny, kryty dachówk¹ dwór,

stoj¹cy w pewnej odleg³oœci od drogi.

– Mam do niego klucz – doda³a.

– Carolyn – wymamrota³ Stone. – Nie mam ochoty zwiedzaæ czyichœ

rezydencji. Chcê zobaczyæ dom, na który mnie staæ.

– Nie mówi³am o tamtym domu, tylko o tym – odpar³a agentka, wskazu-

j¹c budynek po prawej stronie.

Stone odwróci³ g³owê i zobaczy³ znacznie mniejszego krewniaka impo-

nuj¹cego dworu.

– Ten wielki nazywa siê Ska³a – wyjaœni³a Carolyn. – A ten ma³y s³u¿y³

niegdyœ jako brama do niego.

– Obejrzyjmy go – odezwa³a siê niespodziewanie Sara.

Carolyn skrêci³a na podjazd os³oniêty szeregiem wiecznie zielonych krze-

wów. Domek zbudowany by³ w stylu wiktoriañskim, mia³ dach kryty gontem

oraz wie¿yczkê stanowi¹c¹ po³owê frontowej elewacji.

– S¹ tu dwie sypialnie, dwie ³azienki, gara¿, a na ty³ach œliczny ma³y

basenik – mówi³a Carolyn.

background image

88

Wysiedli z wozu i po chwili znaleŸli siê w œrodku.

Stali w salonie znacznie wiêkszym, ni¿ mo¿na by³o siê spodziewaæ pa-

trz¹c na domek z zewn¹trz. Naro¿ne pomieszczenie zajmowa³a kuchnia, nie-

dawno wykoñczona, podobnie jak drewniane pod³ogi.

– Budynek wzniesiono w roku 1889, jednoczeœnie z g³ównym domem –

ci¹gnê³a Carolyn. – Kiedy pierwszy lokator wyprowadzi³ siê, sprzeda³ go osob-

no; od tej pory domek dwa lub trzy razy zmienia³ w³aœcicieli.

– WejdŸmy na piêtro – zaproponowa³a Sara.

Agentka poprowadzi³a ich efektown¹ klatk¹ schodow¹ do sporej sypialni

z now¹ ³azienk¹ oraz drugiej, mniejszej, z samym prysznicem. Stone i Sara

otwierali drzwi garderób i wygl¹dali przez okna. Z sypialni widaæ by³o g³ów-

ny budynek, zaœ frontowe okna wychodzi³y na szko³ê rusznikarsk¹ po prze-

ciwnej stronie ulicy. Wrócili na parter.

– Ca³a ta okolica zwana jest Green – wyjaœni³a Carolyn. – To najstarsza

czêœæ miasta, najbardziej atrakcyjna jako miejsce zamieszkania.

– Ile w³aœciciel ¿yczy sobie za ten dom? – spyta³ Stone.

– Mo¿na powiedzieæ, ¿e maj¹ pañstwo szczêœcie – odpar³a Carolyn. –

Dom jest w³asnoœci¹ ma³¿eñstwa, które w³aœnie siê rozwodzi, wiêc ma powo-

dy, ¿eby spieszyæ siê ze sprzeda¿¹. Chc¹ dostaæ pieni¹dze i podzieliæ je.

Carolyn wymieni³a cenê.

Stone spojrza³ pytaj¹co na Sarê, która prawie niedostrzegalnie skinê³a

g³ow¹. Stone odwróci³ siê do agentki i zaproponowa³ cenê o dwadzieœcia pro-

cent ni¿sz¹.

– W takim razie muszê zadzwoni栖 oznajmi³a Carolyn, kieruj¹c siê do

schodów prowadz¹cych na piêtro.

Kiedy zniknê³a z pola widzenia, Sara z³apa³a Stone’a za klapy marynarki.

– Gdybyœ ty nie zacz¹³ negocjowaæ ceny, ja bym to zrobi³a! Ten domek

jest przeuroczy, i niedawno by³ odnawiany.

– Pozosta³o parê rzeczy do zrobienia, ale sam móg³bym siê nimi zaj¹æ.

– I ten œliczny ma³y ogród z ty³u. Czy rozumiesz, co to oznacza dla An-

gielki?

– Mogê sobie wyobrazi栖 odpar³ Stone. – Ogród nale¿y do ciebie.

Carolyn zesz³a po schodach.

– Zamierza³ pan p³aciæ gotówk¹, czy wzi¹æ kredyt? – spyta³a.

– Mogê zap³aciæ gotówk¹.

– A wiêc dobrze. Jeœli zgodzi siê pan na cenê wy¿sz¹ o dziesiêæ procent

i sfinalizowanie transakcji w ci¹gu dwóch tygodni, dom nale¿y do pana.

– Zgoda.

– ChodŸmy zatem do mojego biura spisaæ umowꠖ zaproponowa³a Ca-

rolyn, kieruj¹c siê do samochodu. – Przy nastêpnej wizycie musz¹ pañstwo

koniecznie przyjœæ na kolacjê. Zaproszê kilka osób z s¹siedztwa.

background image

89

Dwie godziny póŸniej w³aœciciele przes³ali faksem podpisan¹ umowê; Stone

wsun¹³ j¹ do kieszeni, zostawiaj¹c w zamian pokaŸny czek jako depozyt.

– Czy to naprawdê posz³o tak szybko? – spyta³a Sara.

– Naprawdê.

– Dlaczego z tak¹ ochot¹ kupi³eœ ten dom?

– A ty go nie chcia³aœ?

– Oczywiœcie, ale…

– Wyprzedzi³em ciê o ca³¹ d³ugoœæ. Od pewnego czasu myœla³em o kup-

nie domku za miastem; parê lat temu spêdzi³em tu weekend z… pewn¹ oso-

b¹.

– Nazwisko? – spyta³a szorstkim tonem Sara.

– Amanda Dart.

– Ta dziennikarka, autorka kolumny plotek towarzyskich, któr¹ zamor-

dowano przed wejœciem do hotelu Plaza?

– Ta sama.

– Czy policja ustali³a nazwisko sprawcy?

– Nikogo nie aresztowali.

– Wiedz¹, kto to zrobi³?

Stone wzruszy³ ramionami.

– Byæ mo¿e, ale sprawa nigdy nie zostanie rozwi¹zana.

– Dlaczego?

– Bo ludzie stoj¹cy za tym morderstwem maj¹ zwyczaj zabijania tak,

¿eby nie mo¿na by³o ustaliæ sprawcy.

– Proszê ciê, powiedz, ¿e dom, który w³aœnie kupi³eœ, nie nale¿a³ do

Amandy Dart.

– Nie nale¿a³. Nawet nie wiem dok³adnie, gdzie mieszka³a Amanda.

By³em tam parê razy, ale pamiêtam tylko, ¿e to przy jakiejœ bocznej drodze.

– Nie mówi³eœ mi, ¿e bywa³eœ wczeœniej w Waszyngtonie.

– Bo nie pyta³aœ.

– Czy kiedykolwiek poznam wszystkie zakamarki twojego mrocznego

umys³u?

– Niech Bóg broni.

– Zacznê siê rozgl¹daæ za meblami i materia³ami.

– Saro – powiedzia³ Stone – nie zapominaj, ¿e nadal musimy zachowaæ

najwy¿sz¹ ostro¿noœæ.

– Masz na myœli finanse?

– Mam na myœli twoje ¿ycie.

– Dlaczego? Czy podejrzany nie znikn¹³ ze sceny?

– Tak, ale nie wiemy, gdzie siê zaszy³. Na razie nie wolno ci mówiæ

nikomu o tym domu. I byæ mo¿e pozostanie tak przez d³u¿szy czas.

– Ale¿ ja chcê mówiæ. I to wszystkim.

background image

90

– Powiem ci, kiedy bêdziesz mog³a to robiæ. A jeœli idzie o urz¹dzanie

domu, myœlê ¿e powinniœmy kupiæ ³ó¿ko i parê innych niezbêdnych sprzêtów

w mieœcie, a reszty mebli poszukaæ w okolicznych antykwariatach. Jest ich tu

prawdziwe zatrzêsienie.

– Nie mam nic przeciwko temu.

– I jeszcze jedno.

– Co?

– Mam obawy w zwi¹zku z twoim wernisa¿em. Wiem, ¿e to trudne, ale

czy mo¿esz go odwo³aæ, albo chocia¿ przesun¹æ termin?

– Oszala³eœ? Bergman wys³a³ co najmniej tysi¹c zaproszeñ.

– Przeje¿d¿a³em wczoraj ko³o galerii. Wychodzi na Madison Avenue;

dostêp do niej jest wyj¹tkowo ³atwy.

– Stone – zaczê³a Sara. – Chcê, ¿eby to by³o jasne. Nie pozwolê, aby

moim ¿yciem kierowa³ jakiœ maniak, który chce nas skrzywdziæ. Opowiem ci

coœ. Mieszka³am w Londynie w okresie szczytowego nasilenia zamachów

bombowych IRA. Jedliœmy w³aœnie kolacjê z moimi rodzicami, kiedy wybu-

ch³a bomba w samochodzie przed s¹siednim budynkiem. Wszyscy oczywi-

œcie rzuciliœmy siê na pod³ogê, ale kiedy dym opad³, ojciec za¿yczy³ sobie

nastêpn¹ fili¿ankê herbaty w miejsce tej, która siê rozla³a. Usiad³ i spokojnie

j¹ wypi³. „Nigdy, ale to nigdy nie pozwól, ¿eby tacy ludzie choæby w naj-

mniejszym stopniu wp³ywali na twoje ¿ycie”, powiedzia³. Nigdy do tego nie

dopuœci³am, i nie zamierzam. Nie wyprowadzi³abym siê z domu moich zna-

jomych, gdybym tak bardzo nie pragnê³a pójœæ z tob¹ do ³ó¿ka.

– No có¿, to by³ bardzo dobry powód – odrzek³ Stone.

– Rozumiesz wiêc, ¿e nie odwo³am wernisa¿u.

– Rozumiem. I mam nadziejê, ¿e i ty zrozumiesz mnie. Bo ja zamierzam

zrobiæ wszystko, co w mojej mocy, aby uczyniæ tê imprezê bezpieczn¹.

– Z przyjemnoœci¹ przedstawiê ciê Bergmanowi. Bêdziecie mogli to so-

bie spokojnie przedyskutowaæ.

– A ja z przyjemnoœci¹ go poznam.

Dotarli do gospody i skierowali siê wprost do apartamentu, ¿eby siê prze-

braæ na kolacjê.

– To by³ fantastyczny dzieñ – powiedzia³a Sara, napuszczaj¹c wody do

wanny.

– Dobrze jest ogl¹daæ domy z agentk¹, która zna siê na swojej robocie.

Sara wesz³a do wanny.

– Wyk¹piesz siê ze mn¹?

– Ju¿ pêdzê. – Stone zanurzy³ siê ochoczo w wodzie, ale jego myœli kr¹-

¿y³y wokó³ galerii Bergmana.

background image

91

23

P

añstwo Menzies po raz pierwszy przyjechali do swojego domu przy Park

Avenue i wysiedli z taksówki. Pani Menzies by³a atrakcyjn¹ kobiet¹ tu¿

po piêædziesi¹tce, o siwiej¹cych, starannie uczesanych w³osach, ubran¹ w ko-

stium Chanel oraz buty równie znakomitej marki. Pan Menzies, dwa lub trzy

lata starszy od ¿ony, mia³ na sobie szary pr¹¿kowany garnitur, który – choæ

dobrej jakoœci – by³ ju¿ odrobinê niemodny.

– Strasznie siê denerwujꠖ powiedzia³a pani Menzies. – Mam nadziejê,

¿e ci siê spodoba.

– Ale¿ kochanie – odpar³ pan Menzies – mo¿esz siê uspokoiæ. Bez resz-

ty ufam twojemu gustowi.

Portier serdecznie powita³ przyby³ych.

– Jeff – odezwa³a siê kobieta. – Przedstawiam ci pana Menziesa. Prze-

bywa³ za granic¹, kiedy kupowaliœmy mieszkanie. Zobaczy je dzisiaj po raz

pierwszy.

– Witam pana – powiedzia³ Jeff. – Jestem pewien, ¿e dom siê panu spodo-

ba.

– Ja równie¿ liczê, ¿e tak bêdzie – odpar³ Menzies z uœmiechem.

– Proszê mnie wezwaæ, jeœli bêdê móg³ w czymœ pomóc.

– Kochanie – szepnê³a pani Menzies. – Jeff okaza³ siê nies³ychanie po-

mocny przy przeprowadzce.

– Gor¹co  dziêkujê  za  pomoc,  Jeff –  powiedzia³  Menzies,  wsuwaj¹c

w d³oñ portiera banknot studolarowy.

Wjechali wind¹ na swoje piêtro i wysiedli. Pani Menzies wcisnê³a klucz

w d³oñ mê¿a.

– Ty otwórz – szepnê³a nerwowo.

– Oczywiœcie, kochanie.

Menzies otworzy³ drzwi, pchn¹³ je i wpuœci³ ¿onê przodem. Przytulnoœæ,

wygoda i piêkno, jakie stworzy³a gospodyni, od razu rzuca³y siê w oczy. Prze-

chodz¹c z jednego pokoju do drugiego, podziwia³ trafnoœæ doboru mebli, a cza-

sem rozpoznawa³ znajomy sprzêt lub obraz, który sam zakupi³ przed laty.

Apartament sk³ada³ siê tylko z szeœciu pokoi, ale doskonale spe³nia³ potrzeby

bezdzietnego ma³¿eñstwa w œrednim wieku. Z okien roztacza³ siê widok na

park i ulice.

– Musi tu byæ cudownie w Bo¿e Narodzenie, kiedy œnieg przysypie drze-

wa wzd³u¿ alei – zauwa¿y³ Menzies.

– Tak w³aœnie mi mówiono. Bêdziemy musieli poczekaæ parê miesiêcy,

¿eby siê o tym przekonaæ na w³asne oczy.

Menzies uj¹³ d³onie ¿ony.

background image

92

– Kochanie, nie wyobra¿asz sobie, jaki jestem wdziêczny za to, czego

dokona³aœ. Czujê siê, jakbym od zawsze tu mieszka³ – powiedzia³, ca³uj¹c

delikatnie ¿onê.

– Zrobi³am to dla ciebie z prawdziw¹ przyjemnoœci¹. A tak¿e wszystkie inne

rzeczy, o które prosi³eœ. Mo¿e przygotujê ci drinka i wtedy porozmawiamy?

– Doskona³y pomys³ – odpar³ Menzies. – Poproszê o martini. Tak daw-

no nie pi³em martini.

Rozsiad³ siê na kanapie i odetchn¹³ z zadowoleniem, podczas gdy ¿ona

zakrz¹tnê³a siê przy barku.

Wróci³a po chwili z tac¹. Sta³y na niej dwie lampki martini oraz talerz

z kilkoma kanapkami, które naszykowa³a dla mê¿a ju¿ wczeœniej. Postawi³a

swojego drinka na stoliku, a nastêpnie wyjê³a z szuflady teczkê.

– Oto dokumenty – powiedzia³a. – Wszystkie we wzorowym porz¹dku.

Tu jest akt w³asnoœci mieszkania, a tutaj aktualny stan konta bankowego oraz

lokat w papierach wartoœciowych. A to podania o paszport i prawo jazdy.

Egzamin zosta³ wyznaczony na jutro o godzinie piêtnastej.

Menzies przejrza³ pobie¿nie papiery.

– Jesteœ nieoceniona! – zawo³a³. – Wszystko dok³adnie tak, jak chcia³em.

Uj¹³ d³onie ¿ony.

– A teraz pomówmy o twoich sprawach.

– Zrobi³am wszystko zgodnie z twoim ¿yczeniem. Nie zabra³am nicze-

go z mojego starego mieszkania, nawet fili¿anki.

– I zostawi³aœ je w idealnym porz¹dku?

– W jak najlepszym. Nie ma tam niczego nowego, tylko stare rzeczy.

Zamierzam oddaæ wszystko Armii Zbawienia.

– Teraz rzecz najwa¿niejsza, kochanie. Czy powiedzia³aœ komukolwiek

o tym, ¿e siê tu przeprowadzasz?

– Absolutnie nikomu.

– Czy zrobi³aœ coœ, co mog³oby nasun¹æ twoim znajomym lub s¹siadom

myœl, ¿e zamierzasz zmieniæ miejsce zamieszkania?

– Nic. Nikt nie wie o mojej przeprowadzce.

M¹¿ poklepa³ j¹ po policzku i poca³owa³.

– Grzeczna dziewczynka – pochwali³ i dopi³ drinka. – A teraz, jeœli po-

zwolisz, chcia³bym popracowaæ chwilê w gabinecie.

– Zajmê siê przygotowaniem obiadu.

– Ale¿ nie trzeba. Ju¿ zarezerwowa³em stolik w bardzo eleganckiej re-

stauracji. To bêdzie moja niespodzianka dla ciebie. Czy mo¿esz byæ gotowa

o ósmej?

– Oczywiœcie! Ju¿ siê cieszê na myœl o tym. Popracuj sobie trochê, jeœli

chcesz. W telewizji w³aœnie idzie mój ulubiony serial, a ja nie opuszczam

¿adnego odcinka.

background image

93

– Dobrze.

Menzies zebra³ papiery i uda³ siê do gabinetu. By³ to elegancki pokój

pe³en ksi¹¿ek, które zbiera³ przez wiele lat. Zamkn¹³ drzwi, z³o¿y³ dokumen-

ty na biurku, usiad³ i podniós³ s³uchawkê telefonu.

– Tak, ju¿ tu jestem – oznajmi³. – Tak, wszystko przebiega zgodnie z pla-

nem. B¹dŸ na dole za – zerkn¹³ na zegarek – trzy kwadranse.

Od³o¿y³ s³uchawkê i szczegó³owo sprawdzi³ wszystkie dokumenty. Nie

znalaz³ najmniejszego uchybienia. Nastêpnie przejrza³ wydruki z kont obejmu-

j¹ce okres ostatnich siedmiu lat. Wszystkie wp³aty i wyp³aty na rachunkach

zosta³y zrealizowane na czas. Zerkn¹³ te¿ na stan obrotów gie³dowych, choæ

zna³ go prawie na pamiêæ. Bilans na koniec poprzedniego miesi¹ca wyniós³

nieco ponad piêtnaœcie milionów dolarów, a od tego czasu kursy akcji poszybo-

wa³y w górê. Odetchn¹³ z satysfakcj¹ na myœl o swojej fortunie.

Na biurku le¿a³o dzisiejsze wydanie „Wall Street Journal”. Menzies z³o¿y³

gazetê i otworzy³ szufladê; koperta znajdowa³a siê dok³adnie tam, gdzie poleci³

j¹ umieœciæ. Ta kobieta jest naprawdꠜwietnie zorganizowana, pomyœla³. Wsu-

n¹³ gazetê do koperty, zaklei³ j¹, a nastêpnie napisa³ du¿ymi literami „Pan Smith”

i opatrzy³ adresem. Spojrza³ na zegarek i wróci³ do saloniku.

– Kochanie – zacz¹³ – jest jeszcze jedna sprawa, o której za³atwienie

muszê ciê poprosiæ, jeœli nie masz nic przeciwko temu.

– Ale¿ sk¹d, Herbie – odpar³a.

– Uwaga! – zawo³a³, unosz¹c palec.

– Och, przepraszam… Howardzie.

– Teraz lepiej, ale nie wolno ci siê zapominaæ. ZejdŸmy teraz na dó³.

Wszystko ci wyjaœniê po drodze. – Poprowadzi³ ¿onê do windy. – WeŸ tê

kopertê.

– Pan Smith – przeczyta³a.

– Tak. Adres na Long Island. Zamówi³em samochód z kierowc¹. Chcê,

¿ebyœ dostarczy³a kopertê temu d¿entelmenowi i wziê³a pokwitowanie. Nie

zapomnij o pokwitowaniu, jest bardzo wa¿ne.

– Jakiej treœci?

– „Otrzyma³em od pani Menzies kopertê z dokumentami”. Musi byæ

podpisane pe³nym imieniem i nazwiskiem, które brzmi Franklin P. Smith.

– Rozumiem.

– Czy ¿yczy pan sobie taksówkê, panie Menzies? – spyta³ portier.

– Nie, dziêkujê, Jeff. Samochód ju¿ powinien na nas czeka慠Otó¿ i on!

Machn¹³ rêk¹. Czarny lincoln, model town car, jakich tysi¹ce jeŸdzi po

ulicach miasta, zatrzyma³ siê przy krawê¿niku. Kierowca mia³ obanda¿owane

lewe ucho. Menzies otworzy³ ¿onie drzwi.

– Kierowca zna adres – powiedzia³. – Odprowadzi ciê do samego domu.

Do zobaczenia za godzinê, moja droga.

background image

94

– Oczywiœcie, kochanie – odpar³a.

Mitteldorfer, bo by³ to w³aœnie on, odwróci³ siê i wszed³ do budynku.

W windzie odetchn¹³ g³êboko. Teraz, po za³atwieniu najpilniejszych drobia-

zgów, poczu³ siê wolny. Móg³ siê wreszcie zaj¹æ kilkoma innymi sprawami,

a póŸniej rozpocz¹æ nowe ¿ycie. A chcia³ je zacz¹æ od zadania komuœ bólu.

24

W

poniedzia³ek rano Stone zadzwoni³ do Billa Eggersa.

– Czeœæ, Bill. Czy któryœ z twoich asystentów móg³by siê zaj¹æ sfina-

lizowaniem w moim imieniu transakcji zakupu nieruchomoœci?

– Jasne. Lokal komercyjny czy mieszkalny?

– Mieszkalny. Kupi³em domek w Connecticut.

– Ty, mieszczuch do szpiku koœci?

– Lubiê czasem pobiegaæ boso po trawie.

– Podejrzewam w tym rêkê jakiejœ kobiety.

– Trafi³eœ.

– Chcê j¹ poznaæ.

– Poznasz niebawem. Zgodzi³em siê na dwutygodniowy termin kupna.

– Za³atwiæ ci kredyt hipoteczny?

– P³acê gotówk¹.

– Adieu honorarium za sprawê Allison Manning, któr¹ wygra³eœ w ze-

sz³ym roku.

– Nie da siê ukryæ.

– Poproszê Barry’ego Mendela, ¿eby siê tym zaj¹³. Zadzwoni do ciebie;

podasz mu tylko nazwisko pe³nomocnika sprzedawcy, a dalej sam sobie poradzi.

– Wielkie dziêki, Bill.

– Spotkamy siê na lunchu?

– Obawiam siê, ¿e w tym tygodniu nie bêdzie to mo¿liwe; jestem strasz-

nie zajêty. Odezwê siê. – Od³o¿y³ s³uchawkê.

Ale dopiero, kiedy skoñczymy z tym sukinsynem, pomyœla³. Nie wolno

mi nara¿aæ kolejnego z moich przyjació³.

Stone stan¹³ w holu galerii Bergmana przy Madison Avenue i spyta³ re-

cepcjonistê o w³aœciciela. Otworzy³y siê drzwi gabinetu i ukaza³ siê w nich

niewysoki mê¿czyzna o dystyngowanym wygl¹dzie.

– Pan Barrington?

background image

95

– Tak – odpar³ Stone. – Zdaje siê, ¿e Sara Buckminster uprzedza³a pana

o mojej wizycie.

– W rzeczy samej. O ile dobrze zrozumia³em, chodzi panu o kwestie

bezpieczeñstwa?

– Tak. Ostatnio ktoœ próbowa³ j¹ zabiæ, wiêc uwa¿am, ¿e nie wolno zlek-

cewa¿yæ zagro¿enia.

– Oczywiœcie, rozumiem – powiedzia³ Bergman tonem wskazuj¹cym,

¿e w ogóle nie rozumie. – Powinien pan wiedzieæ, ¿e nasz¹ galeriê odwiedza-

j¹ tysi¹ce ludzi, dlatego mamy tu liczne zabezpieczenia. Takie wymagania

stawia firma ubezpieczeniowa.

– Czy móg³by mnie pan oprowadziæ po budynku? Interesuje mnie oso-

biste bezpieczeñstwo Sary, a nie ochrona przed kradzie¿¹.

– Naturalnie. Proponujê zacz¹æ od tylnego wejœcia.

Bergman poprowadzi³ na zaplecze galerii, otworzy³ drzwi i wskaza³ przej-

œcie do ulicy.

– Sara mo¿e wchodziæ i wychodziæ z budynku têdy – oznajmi³. – Kory-

tarz przebiega obok butiku; zarówno drzwi zewnêtrzne, jak i wejœciowe do

samej galerii wykonane s¹ ze stali i pancernego szk³a.

– Mi³o to s³ysze栖 powiedzia³ Stone. – Z pewnoœci¹ wykorzystamy to

przejœcie i postawimy ko³o niego policjanta. Powinien pan sporz¹dziæ listê

osób, które mog³yby skorzystaæ z tego korytarza w dzieñ wernisa¿u.

– Dobrze.

– Czy mo¿emy rzuciæ okiem na g³ówne wejœcie?

– Oczywiœcie, proszê za mn¹. – Bergman zaprowadzi³ Stone’a do holu

i wskaza³ drzwi.

Stone zauwa¿y³, ¿e s¹ zrobione z nierdzewnej stali.

– A okna? – spyta³.

– Wykonano je z najlepszego szk³a, jakie uda³o mi siê znaleŸæ w tym

rozmiarze – odpar³ Bergman. – Obawia³em siê z³odziejaszków, którzy wybi-

jaj¹ po prostu szybê, zabieraj¹ jakiœ obraz lub rzeŸbê i bior¹ nogi za pas.

– Czy szyby s¹ czymœ powlekane?

– Nie s¹dzê. Ale prawdê mówi¹c, nie jestem pewien, co pan ma na myœli.

– Istnieje specjalna pow³oka, któr¹ mo¿na przyklejaæ jak tapetê. Jest ca³-

kowicie przezroczysta i wzmacnia du¿e tafle szk³a, uniemo¿liwiaj¹c ich strza-

skanie. Mogê podaæ nazwisko instalatora, jeœli pan chce.

– Z tego, co mi powiedziano podczas monta¿u, mo¿na s¹dziæ, ¿e szyba

nawet w obecnej postaci stanowi doskona³e zabezpieczenie.

– Jak pan uwa¿a – odrzek³ Stone, dotykaj¹c palcami grubych stor wisz¹-

cych na oknach. – Co to za materia³?

– Zwyk³a we³na. Ka¿ê je zaci¹gaæ na czas aran¿acji wystaw. Powstaje

wtedy spory ba³agan.

background image

96

– Rozumiem. Sara mówi³a, ¿e rozes³a³ pan du¿o zaproszeñ.

– To prawda. Zaprosi³em wszystkich z mojej listy A.

– Czy odnotowuje pan nazwiska osób, które przyjê³y zaproszenie?

– Tak, ale musi pan wiedzieæ, ¿e na wernisa¿ach zjawiaj¹ siê czasem

tak¿e ci, którzy nie odpowiedzieli na zaproszenie.

– Czy wobec tego móg³by pan przekazaæ funkcjonariuszowi przy wej-

œciu listê goœci, ¿eby mia³ mo¿liwoœæ sprawdzenia, kto przychodzi?

Bergman zmarszczy³ czo³o.

– Wola³bym nie robiæ niczego, co opóŸnia³oby wejœcie goœci do œrodka.

Nie chcê, ¿eby stali na ulicy i czekali, a¿ ktoœ przejrzy listê tysi¹ca dwustu

nazwisk. A jeœli bêdzie padaæ?

– Rozumiem. Czy któryœ z pañskich pracowników zna z widzenia wiêk-

szoœæ goœci?

– Moja ¿ona – odpar³ Bergman. – Ja muszê przechadzaæ siê wœród nich,

ale ona stoi w pobli¿u drzwi, przynajmniej z pocz¹tku, dopóki goœcie przyby-

waj¹. Mog³aby daæ funkcjonariuszowi znak, gdyby zauwa¿y³a obc¹ twarz,

lecz wola³bym, ¿eby nie spêdzi³a przy wejœciu ca³ego wieczoru.

– Tak, to dobry pomys³. Policjant bêdzie zna³ portret pamiêciowy podej-

rzanego, ale nie wiemy, czy jest on precyzyjny.

– Porozmawiam z ¿on¹. Zak³adam, ¿e ktoœ bêdzie ko³o Sary przez ca³y czas.

– Ja z ni¹ bêdꠖ oznajmi³ Stone.

– Czy pan jest policjantem, panie Barrington? Bo nie wygl¹da pan na

policjanta.

– Nie jestem, ale kiedyœ by³em. Teraz pracujê jako adwokat. Chcê za-

znaczyæ, ¿e bezpieczeñstwo Sary interesuje mnie z przyczyn osobistych. Co

znajduje siê na piêtrze?

– Pomieszczenia biurowe – odpar³ Bergman. – Wyjœcie ewakuacyjne,

tam tak¿e wszystkie okna maj¹ solidne zabezpieczenia antyw³amaniowe.

Stone poczu³ sygna³ wibracyjny telefonu komórkowego w kieszeni. Wy-

ci¹gn¹³ rêkê do Bergmana.

– Dziêkujê, panie Bergman. Nie bêdê panu zabiera³ wiêcej czasu.

– Ale¿  proszê.  Obaj  jesteœmy  zainteresowani  bezpieczeñstwem  Sary.

Mi³ego dnia.

– Nawzajem. – Stone odwróci³ siê i siêgn¹³ do kieszeni.

– Halo?

– Dino z tej strony. Musimy pogadaæ.

– Mo¿e spotkamy siê na lunchu? Jestem niedaleko La Gouloue.

– A wiêc za dziesiêæ minut.

Stone schowa³ komórkê do kieszeni i wyszed³ z galerii.

background image

97

25

L

a Gouloue to modna restauracja przy Madison Avenue, której klientelê

stanowi¹ ludzie piêkni i bogaci oraz ci, którzy lubi¹ byæ widywani w ich

pobli¿u. Stone nie nale¿a³ do sta³ych bywalców, ale mimo to dosta³ dobry

stolik. Dino zjawi³ siê po chwili; zamówili posi³ek i drinki. Stone spojrza³ na

strapion¹ minê przyjaciela.

– Co siê sta³o?

Dino wypi³ ³yk wody mineralnej.

– Pamiêtasz Eloise Enzberg?

– Kogo?

– Kobietê, która korespondowa³a z Mitteldorferem, a wczeœniej z nim

pracowa³a.

– Aha, pamiêtam. Kaza³eœ j¹ wybadaæ po naszej wizycie w Sing Sing,

prawda?

– Tak. Nic nam nie powiedzia³a, tak samo jak jego s¹siedzi.

– Co z ni¹?

– Ju¿ po niej.

– Co takiego?

– Dzisiaj rano znaleziono jej cia³o w rzece East River. Pracowa³a kiedyœ

w administracji pañstwowej, wiêc mieli jej odciski palców.

– Podejrzewasz kogoœ?

– Tylko jednego cz³owieka.

– Dlaczego mia³by j¹ zabijaæ? – spyta³ pow¹tpiewaj¹co Stone.

– Mo¿e wykorzysta³ j¹, a póŸniej nie by³a mu ju¿ potrzebna.

– Wykorzysta³ do czego? Przecie¿ by³ w wiêzieniu.

– Wiem. Nie potrafiê powiedzieæ, do czego j¹ wykorzysta³.

– Jak zginê³a?

– Poder¿niêto jej gard³o – odpar³ Dino.

– Sk¹dœ to znamy, prawda?

– A¿ za dobrze. To nie wszystko.

– Mów.

– Mia³a na sobie kostium Chanel.

– Mo¿e by³a bogata?

Dino potrz¹sn¹³ g³ow¹.

– Zdaje siê, ¿e w zesz³ym roku odesz³a na wczeœniejsz¹ emeryturê, i to

by³y jej wszystkie dochody. Nie mog³a dostaæ a¿ takiej emerytury.

– A wiêc wykluczone, ¿eby mog³a sobie pozwoliæ na kostium Chanel?

– Tak, o ile nie kupi³a go okazyjnie z drugiej rêki.

7 – Kr¹g strachu

background image

98

– Nie jest to niemo¿liwe. Wybacz, ale to by³oby dziwne, gdyby Mittel-

dorfer zabi³ kobietê, która darzy³a go sympati¹ przez d³ugie lata. Poza tym,

jeœli nie mylisz siê co do jej dochodów, to nie mog³o chodziæ o pieni¹dze.

Kelner przyniós³ posi³ek; jedli w milczeniu, pogr¹¿eni w myœlach.

– Powiedz mi coœ o swoim nowym samochodzie – poprosi³ Dino.

Stone opisa³ wizytê w salonie Mercedesa.

Dino parskn¹³ œmiechem.

– Nigdy w ¿yciu nie mia³eœ samochodu, a teraz ni st¹d, ni zow¹d kupu-

jesz takie cudo?

Stone wzruszy³ ramionami.

– Sara powiedzia³a, ¿ebym kupi³ jakiœ ³adny wóz.

– Ale opancerzony?

– Lekko opancerzony. A poza tym, akurat teraz mo¿e mi siê przydaæ

opancerzony samochód, prawda?

– Faktycznie – przyzna³ Dino.

Stone od³o¿y³ widelec.

– By³eœ ju¿ w domu Eloise Enzberg?

– Nie, ale odwiedzili go detektywi, którzy znaleŸli zw³oki; mówi¹, ¿e to

zwyczajne mieszkanie, pasuj¹ce do jej stanu maj¹tkowego.

– PojedŸmy tam – zaproponowa³ Stone.

– Klucz jest w mojej kieszeni – powiedzia³ Dino, przywo³uj¹c gestem

kelnera.

Mieszkanie  znajdowa³o  siê  w  niepozornym  szeregowcu  opodal  York

Avenue, w dawnej dzielnicy niemieckiej, Germantown. Eloise Enzberg miesz-

ka³a na drugim piêtrze, w tylnej czêœci budynku. Dino odsun¹³ ¿ó³t¹ taœmê

zabezpieczaj¹c¹ i weszli do œrodka.

Stone rozejrza³ siê. Mieszkanie wygl¹da³o przeciêtnie; ciê¿kie, niemiec-

kie meble odznacza³y siê swoist¹ elegancj¹. Stone zbli¿y³ siê do niewielkiego

biurka i zacz¹³ po kolei wysuwaæ szuflady.

– Ksi¹¿eczka czekowa – powiedzia³, wyjmuj¹c bloczek. Przerzuci³ wy-

rwane kartki; nie by³o tam nic godnego uwagi: op³aty mieszkaniowe i eksplo-

atacyjne, rachunki za produkty ¿ywnoœciowe, alkohol i naprawy domowe. –

Nic ciekawego.

Stone przejrza³ stare czeki.

– Wygl¹da na to, ¿e mia³a tylko jedn¹ kartê kredytow¹ z piêciuset dola-

rami na koncie.

Dino zagl¹da³ do szuflad w sypialni.

– Wszystko bardzo schludnie u³o¿one – powiedzia³ g³oœno – ale ¿ad-

nych ekstrawagancji.

background image

99

Stone wszed³ do sypialni i otworzy³ garderobê.

– Walizki pouk³adane, jakby siê nigdzie nie wybiera³a.

W garderobie znajdowa³o siê mnóstwo nieefektownej, wrêcz pospolitej

odzie¿y.

– Nie by³a wielbicielk¹ fotografii rodzinnych – stwierdzi³ Dino, wska-

zuj¹c toaletkê z dwoma zdjêciami oprawionymi w ramki. Jedno przedstawia-

³o kobietê po trzydziestce, ubran¹ w surow¹ czerñ; na drugim ta sama kobieta

trzyma³a w ramionach dziecko w koronkowym beciku. – Wydaje mi siê, ¿e to

pani Enzberg w objêciach matki.

Stone skin¹³ g³ow¹.

– Ubrania i buty dosyæ kiepskie – zauwa¿y³. – Znalaz³eœ jak¹œ bi¿uteriê?

Dino wyj¹³ z szuflady toaletki satynowe puzderko.

– Nie ma ¿adnych kosztownych rzeczy; to wszystko pochodzi chyba z Eu-

ropy.

– Pewnie dosta³a od matki. Dowiedzia³eœ siê, kto by³ jej najbli¿szym

krewnym?

– Siostrzeniec – odpar³ Dino. – Mieszka w Jersey. ZnaleŸliœmy listy od

niego. Wróci³ do domu przed po³udniem; o niczym nie wiedzia³. Nie odwie-

dza³ ciotki od miesiêcy.

– Zerknijmy do kuchni – zaproponowa³ Stone. Pomieszczenie okaza³o

siê dobrze wyposa¿one w garnki, patelnie, no¿e i inne narzêdzia.

– Widaæ, ¿e gotowanie traktowa³a powa¿nie – doda³, otwieraj¹c szafkê.

Wysypa³ siê z niej stos starannie z³o¿onych reklamówek.

– Spójrz tylko – powiedzia³ Stone, k³ad¹c torby na blacie. – Chanel, Saks,

Bergdorf, Ferragamo. Te marki k³uj¹ w oczy w takim otoczeniu, prawda?

– Tak – zgodzi³ siê Dino. – Czy w ksi¹¿eczce czekowej lub wœród para-

gonów za zakupy kart¹ znalaz³eœ jakieœ rachunki z tych sklepów?

– Ani jednego.

– A wiêc p³aci³a gotówk¹.

– Lub ktoœ p³aci³ za ni¹.

– Mitteldorfer? Sk¹d wiêzieñ Sing Sing móg³by mieæ tyle pieniêdzy?

– Dobre pytanie. Pamiêtasz, gdzie pracowa³ Mitteldorfer?

Dino wyj¹³ notes i przerzuci³ kilka kartek.

– Ginzberg i O’Sullivan, firma buchalteryjna przy Czterdziestej Siód-

mej ulicy.

– Pogadajmy z nimi.

Dino podniós³ s³uchawkê i, zerkaj¹c do notesu, wybra³ numer.

– Czy móg³bym mówiæ z panem Ginzbergiem? Aha. A z panem O’Sul-

livanem? Rozumiem. Chodzi mi o informacjê na temat pewnego mê¿czyzny,

który odszed³ z firmy mniej wiêcej dwanaœcie lat temu. Czy znajdê kogoœ, kto

background image

100

pracowa³ tam wtedy? Rozumiem. Mówi porucznik Bacchetti z dziewiêtna-

stego posterunku policji. Mogê prosiæ o jego adres i numer telefonu?

Zanotowa³ dane i roz³¹czy³ siê.

– Pierwsi w³aœciciele kilka lat temu sprzedali firmê i odeszli na emerytu-

rꠖ oznajmi³. – O’Sullivan jeszcze ¿yje; mieszka w osiedlu East Seventies.

JedŸmy tam.

Daniel O’Sullivan by³ trochê nieokrzesanym Amerykaninem irlandzkiego

pochodzenia przed siedemdziesi¹tk¹. Mia³ bia³e w³osy i ró¿ow¹ cerê; jak na

swój wiek trzyma³ siê dobrze. Sprawia³ wra¿enie zadowolonego z odwiedzin.

Wprowadzi³ goœci do gustownie urz¹dzonego mieszkania, które zajmowa³o ca³e

piêtro kamienicy. Zaproponowa³ drinka, a gdy odmówili, nala³ sobie.

– Nieczêsto  przyjmujê  u siebie  policjantów –  rzek³,  rozsiadaj¹c  siê

w wielkim fotelu. – Czym mogê panom s³u¿yæ?

– Panie O’Sullivan – zacz¹³ Dino – czy pamiêta pan Herberta Mitteldor-

fera?

– Herbiego? Jak móg³bym go zapomnieæ? By³ jedynym z moich pra-

cowników – o ile mi wiadomo – który kogoœ zamordowa³.

– Proszê powiedzieæ, jak¹ pracê wykonywa³ Mitteldorfer w pañskiej fir-

mie?

– By³ moim najlepszym ksiêgowym.

– Czy móg³by pan opisaæ, na czym dok³adnie polega³y jego obowi¹zki?

Zajmowa³ siê obs³ug¹ firm?

O’Sullivan potrz¹sn¹³ g³ow¹.

– Nie, my nie byliœmy zwyk³¹ firm¹ buchalteryjn¹. Zarz¹dzaliœmy fun-

duszami ludzi teatru – aktorów, producentów, scenografów, którzy stanowili

œmietankê w swoich dziedzinach. P³aciliœmy ich rachunki, inwestowaliœmy

pieni¹dze, za³atwialiœmy kredyty, czasem sami po¿yczaliœmy im pieni¹dze,

kiedy klientom gorzej siê wiod³o.

– A jak¹ rolê odgrywa³ Mitteldorfer?

– Herbie zajmowa³ siê wszystkim po trosze. Zacz¹³ jako zwyk³y ksiêgo-

wy, ale okaza³ siê tak dobry, tak bystry, ¿e wkrótce zacz¹³ braæ czynny udzia³

w zarz¹dzaniu aktywami naszych klientów. Zanim dosz³o do tego… niefor-

tunnego incydentu, Herbie faktycznie kierowa³ dzia³alnoœci¹ firmy. Ja i mój

wspólnik myœleliœmy ju¿ wtedy o odejœciu na emeryturê i byliœmy gotowi

sprzedaæ mu nasze udzia³y. A tymczasem on zosta³ aresztowany i musieliœmy

od³o¿yæ nasze plany na póŸniej. Kilka lat zabra³o nam przygotowanie dwóch

pracowników do przejêcia obowi¹zków Herbiego. To w³aœnie im sprzedali-

œmy potem firmê.

– Czy Mitteldorfer posiada³ jakiœ maj¹tek? – spyta³ Stone.

background image

101

– Raczej jego ¿ona – odpar³ O’Sullivan. – Pochodzi³a z rodziny przed-

siêbiorców z Chicago, zajmuj¹cych siê produkcj¹ opakowañ do miêsa. Nie

mo¿na powiedzieæ, ¿eby by³a obrzydliwie bogata, ale posiada³a niewielk¹

fortunkê, któr¹ Herbie œwietnie zainwestowa³. W chwili jej œmierci mieli zda-

je siê oko³o dwóch, trzech milionów dolarów; wiem to od Herbiego. Prawni-

cy pewnie uszczknêli nieco z tej sumy, ale jestem pewien, ¿e id¹c do wiêzie-

nia, ci¹gle jeszcze mia³ trochê od³o¿onych pieniêdzy. No i by³o jeszcze bardzo

³adne mieszkanko przy Park Avenue, które ona dosta³a od rodziny w prezen-

cie œlubnym. Wydaje mi siê, ¿e zosta³o sprzedane.

– Ale jako zabójca ¿ony, Mitteldorfer nie móg³ odziedziczyæ jej maj¹t-

ku – zauwa¿y³ Stone.

– Wszystko to by³o od wielu lat zapisane na nazwisko Herbiego – odpar³

O’Sullivan. – Ju¿ on wiedzia³, jak to za³atwiæ.

– Czy pamiêta pan inn¹ pracowniczkê pañskiej firmy, niejak¹ Eloise

Enzberg?

– Oczywiœcie, ¿e tak. By³a kierowniczk¹ biura, najlepiej zorganizowan¹

osob¹, jak¹ zna³em. To dziêki niej wszystko dzia³a³o jak trzeba, dzieñ w dzieñ.

Jeœli otrzyma³a jakieœ zadanie, potrafi³a je wykonaæ lepiej ni¿ ktokolwiek inny,

i nigdy nie zdarzy³a jej siê najdrobniejsza wpadka. Wystarczy³o powiedzieæ

Eloise „Wyje¿d¿am na tydzieñ do Londynu”, a ona w ci¹gu godziny zd¹¿y³a

zarezerwowaæ hotel, restauracjê i samochód z kierowc¹. A kiedy dociera³o

siê na miejsce, czeka³ ju¿ odpowiedni apartament, zaopatrzony w dodatkowe

rêczniki, a w lodówce sta³a butelka wina.

– Czy wie pan, co ³¹czy³o Mitteldorfera i pannê Enzberg? – spyta³ Stone.

– No c󿠖 uœmiechn¹³ siê O’Sullivan – robi³a s³odkie oczy do Herbie-

go, a jak¿e. Kiedy oskar¿ono go o zabójstwo ¿ony, nie uwierzy³a. Bywa³a

codziennie w s¹dzie, zanosi³a mu ró¿ne rzeczy do wiêzienia, ksi¹¿ki, owoce.

Ale musicie panowie wiedzieæ, ¿e kobiety mia³y s³aboœæ do Herbiego. Nie by³

szczególnie przystojny, ale umia³ siê gustownie ubraæ, oczarowaæ wdziêkiem,

inteligencj¹ i nigdy nie zapomina³ o urodzinach pañ. Mia³ ca³kiem ³adn¹ ¿onê.

Os³upia³em na wieœæ, ¿e j¹ zabi³. Wszystkich nas to zdumia³o.

– Mitteldorfera  zwolniono  z wiêzienia  kilka  dni  temu –  powiedzia³

Dino. – A dziœ rano w East River znaleziono cia³o Eloise Enzberg z poder¿-

niêtym gard³em.

O’Sullivan posmutnia³.

– Strasznie mi przykro to s³yszeæ. Eloise by³a tak¹ dobr¹ kobiet¹. – Zamyœli³

siê. – A Herbie jest na wolnoœci? Uwa¿acie panowie, ¿e to ma jakiœ zwi¹zek?

– S¹dzi pan, ¿e Herbert Mitteldorfer móg³ zabiæ Eloise Enzberg? – spy-

ta³ Stone.

– Ale¿ sk¹d, to wykluczone – ¿achn¹³ siê O’Sullivan. – Herbie nigdy by

czegoœ takiego nie zrobi³.

background image

102

Zamilk³ na chwilê.

– Choæ z drugiej strony dok³adnie to samo mówiliœmy, kiedy zamordo-

wa³ ¿onê.

26

H

oward Menzies wyszed³ z mieszkania punktualnie o dziewi¹tej ubrany

w swój najbardziej tradycyjny garnitur. Bezwiednie dotyka³ palcami bro-

dy, któr¹ niedawno zapuœci³.

Portier przywita³ go nadzwyczaj ciep³o.

– Jak siê miewa pan i ma³¿onka? – spyta³.

– Ja czujê siê doskonale, Jeff, ale moja ¿ona niestety zaniemog³a podczas

wizyty u przyjació³ki i zosta³a u niej na noc. W³aœnie siê do niej wybieram.

– Mam nadziejê, ¿e pañska ¿ona czuje siê ju¿ lepiej – powiedzia³ por-

tier. – ¯yczy pan sobie taksówkê?

– Nie, wolê siê przespacerowa栖 odpar³ Menzies. – Ach, by³bym zapo-

mnia³. Nied³ugo zjawi siê tu kilku ludzi z pakunkami. Bêd¹ coœ instalowaæ

w moim mieszkaniu. Proszê ich wpuœciæ.

– Oczywiœcie, proszê pana.

Menzies raŸnym krokiem pomaszerowa³ do Pi¹tej Alei i ruszy³ jej zachod-

ni¹ stron¹ wzd³u¿ Central Parku. Dotar³ do rogu Piêædziesi¹tej Dziewi¹tej ulicy

i wszed³ do hotelu Plaza. Usiad³ przy stoliku ko³o okna w sali edwardiañskiej

i zjad³ obfite œniadanie. Posiliwszy siê, opuœci³ restauracjê, przeszed³ na drug¹

stronê Pi¹tej Alei i znalaz³ siê naprzeciwko magazynu mody mêskiej Bergdorf

Goodman, który w³aœnie by³ otwierany. Menzies zdziwi³ siê, ¿e podczas jego

nieobecnoœci w mieœcie powsta³o tyle eleganckich sklepów. W salonie Charve-

ta naby³ kilkanaœcie koszul i krawatów. Wjecha³ wind¹ na górê i zerkn¹wszy na

wystawy, wkroczy³ do sklepu Oxford, gdzie zakupi³ cztery garnitury, z satys-

fakcj¹ konstatuj¹c, ¿e rozmiar trzydzieœci osiem nadal pasuje na niego idealnie.

Tylko nogawki spodni nale¿a³o odrobinê skróciæ. Menzies za¿yczy³ sobie, aby

jeden garnitur przygotowano mu natychmiast; przez pó³ godziny przechadza³

siê po okolicy, dokonuj¹c innych zakupów. Wróciwszy do sklepu, za³o¿y³ nowy

garnitur, koszulê, krawat i buty; stare ubranie kaza³ wyrzuciæ. Na koniec kupi³

kapelusz; wychodz¹c, zauwa¿y³ staroœwieck¹ laskê z koœci s³oniowej ze srebr-

n¹ rêkojeœci¹, która bardzo mu siê spodoba³a.

Machaj¹c niedbale najnowszym nabytkiem, Menzies poczu³ siê jak praw-

dziwy elegant z innej epoki; przekroczy³ Pi¹t¹ Alejê i dotar³ do budynku, któ-

rego adres znalaz³ w Internecie. Wjecha³ wind¹ na najwy¿sze piêtro i znalaz³

background image

103

siê w komfortowo wyposa¿onej, choæ nieco pozbawionej charakteru pocze-

kalni. Poda³ nazwisko recepcjoniœcie, który wprowadzi³ go do nastêpnego

pomieszczenia i wskaza³ fotel fryzjerski.

Dwie godziny póŸniej opuszcza³ zak³ad z niewielk¹, ale œwietnie dopa-

sowan¹ do siwych w³osów peruczk¹ na g³owie; tupecik ods³ania³ ponadto

du¿o czo³a, co sprawia³o, ¿e wygl¹da³ jeszcze naturalniej. Menzies, w pe³ni

ju¿ teraz wyekwipowany, znalaz³ zak³ad fotograficzny i zrobi³ sobie dwa zdjê-

cia paszportowe. Nastêpnie uda³ siê do firmy us³ugowej specjalizuj¹cej siê

w szybkim za³atwianiu wiz i paszportów; zostawi³ tam fotografie, wype³nio-

ny formularz paszportowy, dokumenty legalizuj¹ce zmianê nazwiska oraz op³a-

tê. Paszport mia³ otrzymaæ nastêpnego dnia.

Ruszy³ z powrotem Pi¹t¹ Alej¹; wst¹pi³ po drodze do salonu Cartiera,

obejrza³ uwa¿nie wystawione zegarki i wybra³ z³oty model Tank Francais

z bransolet¹, który natychmiast za³o¿y³. Kupi³ jeszcze now¹ walizkê w skle-

pie T. Anthony przy Park Avenue, pi¿amê w salonie Sulka, myd³o i przybory

toaletowe w Caswell-Massey, a w Dempsey & Carroll zamówi³ artyku³y pi-

œmiennicze oraz wizytówki. Na koniec wkroczy³ do punktu sprzeda¿y Merce-

desa przy Park Avenue.

Zatrzyma³ siê przed srebrzyst¹ limuzyn¹ S 600 obracaj¹c¹ siê powoli na

okr¹g³ym podeœcie.

– Czym mogê panu s³u¿yæ? – spyta³ sprzedawca, dyskretnie zerkn¹wszy

na szykowne ubranie klienta.

– Zdaje siê, ¿e ten wóz ma dwunastocylindrowy silnik, prawda? – spyta³

Menzies, wskazuj¹c auto lask¹.

– Tak, proszê pana. Mo¿na powiedzieæ, ¿e to najlepszy samochód na

œwiecie.

– A ile kosztuje?

Sprzedawca wymieni³ cenê.

– Do tego nale¿y dodaæ podatki, w tym za wysokie zu¿ycie paliwa oraz

od luksusu – doda³.

– Biorꠖ rzuci³ Menzies.

Sprzedawca z trudem opanowa³ przyspieszony oddech. To ju¿ druga osza-

³amiaj¹ca transakcja, jakiej uda³o mu siê dokonaæ w ci¹gu tygodnia; jego pre-

mia œwi¹teczna ros³a w zawrotnym tempie.

– Proszê spocz¹æ – powiedzia³. – Wype³nimy odpowiednie dokumenty

i za³atwimy rejestracjê.

Menzies usiad³, poda³ swoje dane i wypisa³ czek.

W drodze powrotnej do mieszkania przy Park Avenue pozwoli³ sobie na

chwilê upojenia wolnoœci¹ i bogactwem. Wiele lat temu nie planowa³ czynu, za

background image

104

który mia³ trafiæ do wiêzienia; tego feralnego dnia straci³ po prostu panowanie

nad sob¹. Kiedy jednak znalaz³ siê w wiêzieniu, mia³ dwanaœcie lat na zaplano-

wanie, jak bêdzie wygl¹da³o jego ¿ycie po wyjœciu na wolnoœæ. Teraz realizo-

wa³ te plany. W ci¹gu miesi¹ca pracy w wiêziennym biurze zdo³a³ wykazaæ

swoj¹ wartoœæ; dwa lata trwa³o zdobycie namiastki wolnoœci w postaci przepu-

stek, a kolejne dwa – zaskarbienie sobie zaufania kapitana stra¿y wiêziennej

Warkowskiego oraz pozosta³ych urzêdników zak³adu karnego, którym dora-

dza³ w sprawach finansowych. Prze³omem okaza³a siê jego rada, aby wycofali

siê z rynku papierów wartoœciowych tu¿ przed za³amaniem gie³dowym w 1987

roku, za prezydentury Reagana. To mistrzowskie posuniêcie oraz lawinowy wzrost

notowañ akcji na gie³dzie w latach dziewiêædziesi¹tych pozwoli³y mu dziesiêcio-

krotnie powiêkszyæ maj¹tek nowych klientów, a przy okazji swój. Siedem lat

temu, dziêki pomocy Eloise Enzberg, w ca³kowicie legalny sposób zmieni³ na-

zwisko. A póŸniej, jeszcze zanim gubernator, id¹c za rad¹ wdziêcznego naczelni-

ka i rady kuratoryjnej, wyrazi³ zgodê na zwolnienie bezwarunkowe, Mitteldorfer

sta³ siê najbardziej znanym i lubianym pensjonariuszem Sing Sing.

Zbli¿aj¹c siê do domu, Menzies uœwiadomi³ sobie, ¿e uniesienie stêpi³o

mu trzeŸwoœæ umys³u. Nie powinien pokazywaæ siê portierowi w nowiutkim

ubraniu w dniu, w którym jego ¿ona zapad³a rzekomo na nag³¹ chorobê. Za-

czeka³, a¿ Jeff wyjdzie z budynku, aby zamówiæ taksówkê dla któregoœ z miesz-

kañców, i dopiero wtedy wœlizn¹³ siê do œrodka.

Komputer czeka³ ju¿ gotowy do pracy, a dokumenty i dyskietki le¿a³y

obok w pud³ach. Menzies przejrza³ je dok³adnie, dr¹c wszystkie papiery pod-

pisane nazwiskiem Mitteldorfer i wrzucaj¹c do plastikowych toreb. W³¹czy³

komputer i z przyjemnoœci¹ zerkn¹³ na notowania akcji, które wci¹¿ ros³y.

Gdy koñczy³ jeœæ lunch, zadzwoni³ domofon. Menzies podniós³ s³uchawkê.

– Mówi Jeff, portier. Pewien d¿entelmen przyprowadzi³ pañski wóz.

– Powiedz mu, ¿e zaraz zejdê do gara¿u.

– Tak, proszê pana.

Menzies zjecha³ wind¹ na dó³. Sprzedawca sprawdzi³ wszystkie mecha-

nizmy i wyposa¿enie samochodu. Menzies nie móg³ siê doczekaæ chwili, kie-

dy usi¹dzie za kierownic¹, ale wiedzia³, ¿e bêdzie móg³ to zrobiæ dopiero, gdy

otrzyma prawo jazdy. Wola³ nie nara¿aæ siê na najmniejszy nawet konflikt

z prawem. Podziêkowa³ sprzedawcy i wróci³ do mieszkania.

Zadzwoni³ przez wewnêtrzny telefon do Jeffa.

– Parê dni temu kupi³em kilka rzeczy, które zostan¹ dzisiaj dostarczo-

ne – oznajmi³.

– Oczywiœcie, proszê pana. Przyniosê je natychmiast na górê. Jak siê

czuje pani Menzies?

– Niestety, okaza³o siê, ¿e mia³a atak serca. Bardzo siê o ni¹ martwiê. Za

kilka minut pójdê z³o¿yæ jej wizytê.

background image

105

– Pomodlê siê za zdrowie pañskiej ¿ony.

– Dobry pomys³, Jeff – odrzek³ Menzies, z uœmiechem odk³adaj¹c s³u-

chawkê.

27

D

ino powoli okr¹¿y³ mercedesa.

– Bo¿e drogi, a¿ strach patrzeæ na ten wóz.

– Od standardowego modelu ró¿ni siê na zewn¹trz tylko listwami z bo-

ku i listw¹ aerodynamiczn¹ z przodu – odpar³ Stone, otwieraj¹c drzwi. – No

i oczywiœcie przyciemnion¹ szyb¹ z ty³u. Ale pod mask¹, to ju¿ zupe³nie inna

historia.

– Ja poprowadzꠖ zaproponowa³ Dino.

– Chyba oszala³eœ. Ty zawsze jeŸdzisz, jakbyœ ukrad³ samochód. Jeœli

kiedykolwiek usi¹dziesz za kierownic¹ tego wozu, to tylko na torze wyœcigo-

wym, o ile zechcesz siê pofatygowaæ.

– Aleœ ty nieu¿yty, Stone – mrukn¹³ Dino, wsiadaj¹c po stronie pasa¿e-

ra. – Wiesz o tym?

– Tak. Dojadê do Mostu Brookliñskiego, a potem bêdziesz musia³ mnie

pokierowaæ. Nigdy nie zapuœci³em siê dalej w Brooklyn ni¿ do River Cafe.

– Rzeczywiœcie niedaleko. JedŸ, a ja bêdê siê rozgl¹da³, czy ktoœ nie siedzi

nam na ogonie. Wola³bym, ¿eby nikt nie zawlók³ siê za nami do Bianchiego.

Stone ruszy³.

– To bêdzie ciekawe spotkanie. Nie mia³em dot¹d okazji poznaæ twoje-

go teœcia.

– W takim razie szczêœciarz z ciebie – stwierdzi³ Dino – bo to kawa³ skur-

czybyka. Nigdy nie przyjmuj od niego ¿adnego zlecenia; bêdzie mia³ ciê w kie-

szeni, zanim siê obejrzysz. Nie pozwala mi zapomnieæ, sk¹d siê wziê³o nasze

mieszkanie.

– Ile stary ma lat?

– Nie chce nikomu powiedzieæ, ale musi mieæ ponad siedemdziesi¹t.

Wydawa³oby siê, ¿e ca³e ¿ycie prze¿yte w zbrodni powinno zostawiæ jakiœ

œlad na twarzy, ale gdzie tam. Nie ma sprawiedliwoœci na tym œwiecie. À pro-

pos, nie zdziw siê, je¿eli wszystko, co tam powiesz, zostanie nagrane na taœ-

mach jednej lub dwóch agend rz¹dowych.

– Za³o¿yli u niego pods³uch?

– Pewnie nie, ale stary nie ma co do tego pewnoœci. Ta dokuczliwa w¹t-

pliwoœæ to chyba jedyna kara, jakiej zazna za ¿ycia.

background image

106

– Ale przecie¿ federalni i tak go kiedyœ dopadn¹. Wszystkich wy³apuj¹

prêdzej czy póŸniej, prawda?

– Nie liczy³bym na to. Jeden facet z FBI powiedzia³ mi niedawno, ¿e nie

s¹ nawet pewni, czy stary nale¿y do mafii. On posiada ca³¹ sieæ zupe³nie

legalnych firm, które nigdy nie ³ami¹ prawa i sumiennie p³ac¹ podatki, wiêc

ma podk³adkê na swoje dochody. Prowadzi interesy z miastem i stanem i ni-

gdy nie daje ³apówek. Wszystkie mo¿liwe urzêdy kontroli i nadzoru przetrz¹-

snê³y ka¿de z jego przedsiêbiorstw i niczego nie znalaz³y. Po ostatnim najeŸ-

dzie ekipy z urzêdu skarbowego stary dosta³ pó³ miliona zwrotu nadp³aconego

podatku.

Stone parskn¹³ œmiechem.

– Wygl¹da na to, ¿e jest kuty na cztery nogi.

– Stary zarobi³ tyle legalnych dolców, ¿e mo¿e sobie ¿yæ jak wenecki

ksi¹¿ê. Ma tam zreszt¹ pa³ac, a to przecie¿ daleko od terenów ³owieckich

mafii. Ma te¿ willê nad samym oceanem w Vero Beach na Florydzie, gdzie

mafia siê nie zapuszcza. W¹tpiê, czy kiedykolwiek odwiedzi³ Sycyliê, cho-

cia¿ stamt¹d pochodzi jego rodzina.

– Jeœli tak dobrze mu siê powodzi w legalnych interesach, to dlaczego

trzyma z mafi¹?

– Mam na to swoj¹ teoriê. Po pierwsze, zacz¹³ dziêki pieni¹dzom ojca,

a ten by³ jednym z pionierów starej mafii, która rozkwit³a za prohibicji. Edu-

ardo dosta³ siê na uniwersytet Columbia, gdzie skoñczy³ dwa fakultety: pra-

wo i ksiêgowoœæ; podejrzewam, ¿e uczy³ siê tam g³ównie metod ukrywania

dochodów. To by³o za czasów tego palanta J. Edgara Hoovera, który twier-

dzi³, ¿e mafia w ogóle nie istnieje. Po studiach Eduardo unika³ jak zarazy

wszystkiego, co choæby pachnia³o mafi¹. Z wyj¹tkiem ojca, rzecz jasna, który

zmar³ w wieku szeœædziesiêciu lat, kiedy Eduardo dochodzi³ trzydziestki. Za-

nim FBI zwróci³o na niego uwagê, zostawi³ tak daleko za sob¹ wszystkie

ciemne sprawki, ¿e nie znaleŸli na niego absolutnie nic.

– A wiêc w jaki sposób rz¹dzi rodzin¹?

– Kiedy chce coœ za³atwiæ, szepcze komuœ polecenie na ucho, a tamten

nastêpnemu i tak dalej, a¿ Ÿród³o rozkazu jest niemo¿liwe do ustalenia.

– Czemu nikt go dot¹d nie wyda³?

– M³odzi z innych rodzin s¹ g³upi, wiedz¹ tyle co FBI. Jeœli nawet któryœ

zaczyna zeznawaæ, to i tak nie ma nic na starego. Niektórzy wiedz¹, czym siê

Bianchi naprawdê zajmuje, ale nie maj¹ dowodów.

– A dlaczego nie za³atwi³ go ktoœ z najbli¿szego otoczenia?

– Stary jest za sprytny. P³aci im tak, ¿e nie maj¹ na co narzekaæ. Podej-

rzewam, ¿e rozwi¹za³ ju¿ problem sukcesji, wiêc po jego œmierci nie bêdzie

¿adnej wiêkszej rozróby. O ile w ogóle zamierza umrzeæ.

– Jak myœlisz, po co zaprosi³ mnie na kolacjê?

background image

107

– Kto go tam wie? Pewnie us³ysza³ o tobie od Mary Ann; przecie¿ ona

mieszka u niego od pewnego czasu. Poza tym pamiêta twoje nazwisko z cza-

sów, gdy razem pracowaliœmy. No i czyta gazety.

Przejechali most; Dino zacz¹³ wskazywaæ drogê.

– Coœ nowego w sprawie Mitteldorfera? – spyta³ Stone.

– Wiemy, ¿e zmy³ siê z powierzchni ziemi. I tyle.

– Po co on to wszystko robi? Dosta³ przecie¿ bezwarunkowe zwolnienie,

jest czysty i najwyraŸniej nie brakuje mu forsy. Czemu postanowi³ znikn¹æ?

– Móg³ pomyœleæ, ¿e zechcemy z nim porozmawiaæ po œmierci Eloise

Enzberg – odpar³ Dino.

– Mitteldorfer jest cwany. Jeœli j¹ za³atwi³, to przecie¿ nie powinien zo-

stawiaæ zw³ok w rzece, i to ubranych w kostium Chanel.

– Wiemy, ¿e ktoœ mu pomaga. Mo¿e ten drugi nie jest a¿ tak sprytny?

– Na pewno ma pomocnika – zgodzi³ siê Stone. – Myœlisz, ¿e to jakiœ

kumpel z Sing Sing?

– Sprawdziliœmy nazwiska wszystkich, którzy odsiadywali tam karê w ci¹-

gu ostatnich dwóch lat, i nie znaleŸliœmy ¿adnego zwi¹zku. A gdzie jest Sara?

– Wiesza obrazy w galerii. S¹ z ni¹ Anderson i Kelly. Jutro wernisa¿,

zapomnia³eœ?

– A, tak.

– Przyjdziesz z Mary Ann, prawda?

– Przyjdê sam. Nie pozwolê jej wyjœæ z domu teœcia, dopóki to siê nie

skoñczy. O ile kiedykolwiek siê skoñczy. Muszê ci coœ powiedzieæ, Stone. Po

jutrzejszym otwarciu wystawy nie bêdê móg³ d³u¿ej dawaæ wam obstawy.

– To za wczeœnie, Dino.

– Przecie¿ wiesz, ¿e nie ja o tym decydujê. Tak naprawdê, nikt w wy-

dziale nie wierzy, ¿e te morderstwa maj¹ zwi¹zek z tob¹ i ze mn¹. Uwa¿aj¹

mnie za wariata.

– A napad na Mary Ann?

– Mówi¹, ¿e to sprawka jakiegoœ przypadkowego bandziora.

– Mimo  ¿e  poda³a  rysopis  zgadzaj¹cy  siê  z portretem  pamiêciowym

mordercy, którego razem widzieliœmy przez okno mojego domu?

– Uwa¿aj¹, ¿e w jakiœ sposób go jej zasugerowa³em. Od pewnego czasu

nic siê nie dzieje, wiêc wszyscy maj¹ ju¿ doœæ tego œledztwa. I tak d³ugo uda-

wa³o mi siê to ci¹gn¹æ. Od jutrzejszego wieczora zostajemy z nim sam na

sam. Musisz pomyœleæ, jak zapewniæ ochronê Sarze.

– Jeszcze siê nad tym nie zastanawia³em.

– Wiem, ¿e to nie bêdzie ³atwe. Mary Ann i Ben s¹ bezpieczni w domu

starego, a ja potrafiê siê sam upilnowaæ. Ale tobie nie zazdroszczꠖ bêdziesz

musia³ ograniczyæ ruchy Sary. A ona nie nale¿y do kobiet, które pozwalaj¹ siê

kontrolowaæ.

background image

108

– To fakt. Próbowa³em j¹ namówiæ, ¿eby odwiedzi³a rodziców w Anglii,

ale tak d³ugo nie by³a w Nowym Jorku, ¿e chyba siê stêskni³a i nie chce wy-

je¿d¿aæ.

– Wyjazd do Anglii to œwietny pomys³. Chcesz, ¿ebym z ni¹ pogada³?

S¹dzisz, ¿e to coœ da?

– W¹tpiꠖ odpar³ Stone. – Pomyœli, ¿e chcemy jej zrobiæ wodê z móz-

gu, i bêdzie siê stawiaæ jeszcze mocniej.

– Ach, te kobiety – westchn¹³ Dino.

– Tak.

– No to jesteœmy. – Dino wskaza³ ¿elazn¹ bramê z lewej strony. Po pra-

wej widaæ by³o ocean.

Stone skrêci³ na podjazd i zatrzyma³ siê przed budk¹ stra¿nika.

– Zadzwoñ i przedstaw siꠖ powiedzia³ Dino.

Po chwili skrzyd³a bramy rozsunê³y siê bezszelestnie.

28

S

tone spodziewa³ siê ujrzeæ dom przypominaj¹cy siedzibê Don Vita Cor-

leone z Ojca chrzestnego – dyskretn¹, anonimow¹, ukryt¹ przed niepo¿¹-

danymi spojrzeniami. Tymczasem zobaczy³ klasyczny dworek otoczony piê-

cioma akrami nienagannie utrzymanego trawnika.

– Wydaje mi siê, ¿e nie jesteœmy ju¿ w Brooklynie.

– A jednak – odpar³ Dino. – Brooklyn niejedn¹ ma twarz.

Krêty ¿wirowy podjazd prowadzi³ do samych drzwi rezydencji. Wysia-

daj¹c z samochodu, Stone us³ysza³ szmer wody dochodz¹cy z fontanny po-

œrodku placu. Drzwi otwar³y siê, zanim zd¹¿y³ zadzwoniæ.

– Dobry wieczór, panie Bacchetti – powiedzia³ z w³oskim akcentem ni-

ski siwow³osy mê¿czyzna w czarnym garniturze.

– Jak siê masz, Pete?

Tamten spojrza³ karc¹co na Dina.

– Dobry wieczór, panie Barrington. Mam na imiê Pietro. Proszê têdy.

Przeszli przez wyk³adany marmurem hol i du¿y wykwintnie umeblowa-

ny  salon  do  drugiego  mniejszego  saloniku  wyk³adanego  piêkn¹  boazeri¹.

W naro¿nym kominku weso³o trzaska³ ogieñ. Obrazy na œcianach przedsta-

wia³y fantazyjne ruiny pa³aców na tle w³oskich krajobrazów.

– Czy mogê panom podaæ coœ do picia? – spyta³ Pietro.

– Scotcha – odpar³ Dino. – Ale jakiegoœ dobrego, Pete.

– Dobrze pan wie, ¿e innych nie posiadamy. A dla pana, panie Barrington?

background image

109

– Strega z lodem.

Stone podszed³ do fotela przy kominku.

– Nie tam – powiedzia³ Dino. – To grzêda starego. Kaza³by Pete’owi

poder¿n¹æ ci gard³o w drodze powrotnej.

Stone wybra³ inny fotel.

– Ten facet najwyraŸniej nie lubi, kiedy nazywasz go Pete; czemu to

robisz?

Dino usiad³.

– Dwadzieœcia lat temu wo³ali na niego Ma³y Pete Drago; by³ specjalist¹

od mokrej roboty na us³ugach szajki z Mulberry Street. Myœlê, ¿e zd¹¿y³ uzbie-

raæ ze dwadzieœcia karbów na kolbie swojej spluwy. Nie chcê, ¿eby o tym

zapomnia³.

– Dwadzieœcia lat temu? Pamiêtliwy z ciebie drañ, Dino.

– Jestem W³ochem, to chyba wszystko wyjaœnia.

Pietro przyniós³ drinki.

– Pani Bacchetti jeszcze siê przebiera, a pan Bianchi jest w ogrodzie

z Benem; wkrótce do panów do³¹czy.

– Dziêki, Pete – odrzek³ Dino, próbuj¹c scotcha.

Pietro wyszed³ i zamkn¹³ za sob¹ drzwi.

– Uwa¿aj, ¿eby nie wykonywaæ ¿adnych gwa³townych ruchów w stronê

Eduardo, bo Pete w mgnieniu oka wsadzi ci sztylet miêdzy ¿ebra.

– Postaram siê uwa¿aæ.

Drzwi otwar³y siê i stanê³y w nich dwie kobiety. Pierwsza wesz³a Mary

Ann; za ni¹ ukaza³a siê dziewczyna tak piêkna, ¿e Stone zamar³ z wra¿enia.

Dopiero po chwili otrz¹sn¹³ siê, i wsta³.

Mary Ann zbli¿y³a siê do niego i poca³owa³a w policzek.

– Jak siê masz, s³onko – szepnê³a. Odwróci³a siê i wskaza³a swoj¹ towa-

rzyszkê. – Przedstawiam ci moj¹ siostrê, Rosariê; w rodzinie nazywamy j¹

Dolce. Kochanie, to jest nasz przyjaciel Stone Barrington.

Dolce Bianchi przep³ynê³a przez salon i poda³a d³oñ Stone’owi. By³a o pó³

g³owy wy¿sza od Mary Ann; doskonale skrojona czarna suknia œwietnie pod-

kreœla³a jej pe³ne piersi i w¹skie biodra.

– Czeœæ, Stone – powiedzia³a niskim, aksamitnym g³osem.

Stone zaniemówi³.

– Czeœæ – odezwa³ siê po d³u¿szej chwili. Zdawa³o mu siê, ¿e ma przed

sob¹ sycylijsk¹ ksiê¿niczkê. Jej w³osy opada³y ciemnymi falami na ramiona;

na szyi nosi³a diamentowy naszyjnik, który wygl¹da³ jak zdjêty z wystawy

salonu jubilerskiego Harry’ego Winstona.

Zanim ktokolwiek zd¹¿y³ siê odezwaæ, w pokoju ukaza³ siê Eduardo

Bianchi. Wsun¹³ siê cicho, prawie niepostrze¿enie, tak ¿e Stone nie od razu

uœwiadomi³ sobie jego obecnoœæ. Gospodarz okaza³ siê wysokim, przystojnym

background image

110

mê¿czyzn¹ o stalowoszarych w³osach, bia³ych na skroniach, ubranym w dwu-

rzêdowy pr¹¿kowany garnitur, który z pewnoœci¹ nigdy nie zosta³ pognie-

ciony.

– Witam, panie Barrington. Jak siê pan miewa? Jestem Eduardo Bian-

chi – powiedzia³. Jego g³os by³ doskonale modulowany, kulturalny, pozba-

wiony obcego akcentu.

– Dobry wieczór, panie Bianchi – odrzek³ Stone. Uzna³, ¿e ten cz³owiek

móg³by prowadziæ program telewizyjny poœwiêcony klasyce teatralnej.

– Dino – zwróci³ siê Bianchi do ziêcia – mo¿esz teraz powiedzieæ do-

branoc Benowi; jest w swoim pokoju.

Dino wyszed³.

Bianchi da³ znak, ¿e mog¹ usi¹œæ. Zaj¹³ miejsce i wzi¹³ kieliszek stregi ze

srebrnej tacy, któr¹ podsun¹³ mu Pietro.

Stone ucieszy³ siê, ¿e wybra³ ten sam trunek, a jeszcze bardziej z tego, ¿e

nie zaj¹³ zwyczajowego miejsca gospodarza. Bianchi roztacza³ wokó³ siebie

niemal monarsz¹ aurê; Stone czu³, ¿e to spotkanie wymaga najlepszych ma-

nier, na jakie go staæ.

– Mam nadziejê, ¿e droga minê³a panu przyjemnie – powiedzia³ Bian-

chi.

– Ale¿ tak – odpar³ Stone. – Nie wiedzia³em, ¿e Brooklyn mo¿e byæ tak

piêkny.

– Moja rodzina od lat stara³a siê uszlachetniæ tê czêœæ dzielnicy. Ojciec

pragn¹³, ¿eby jego dom stan¹³ w ³adnej okolicy. Niestety, zmar³, zanim zd¹¿y³

go wybudowaæ. Dopiero ja dokoñczy³em tego dzie³a na ziemi, któr¹ on naby³.

– Dom jest naprawdê wspania³y. Nale¿¹ siê panu gratulacje.

– Dziêkujꠖ odpar³ Bianchi z lekkim skinieniem g³owy. – Mi³o mi, ¿e

pan to docenia.

Stone nie wiedzia³, co myœleæ. Czy¿by to by³ ten szkaradny potwór, któ-

rego Dino od lat przeklina³ przy ka¿dej sposobnoœci?

Dino wsun¹³ siê cicho do salonu i zaj¹³ miejsce.

– Mój ziêæ okaza³ siê oporny na czar tego domu – rzek³ Bianchi z ¿alem

w g³osie. – Dino woli… Manhattan.

Wypowiedzia³ tê nazwê, jakby chodzi³o o koloniê karn¹ u wybrze¿y Long

Island.

Dino milcza³, co by³o do niego niepodobne.

Stone i Bianchi gawêdzili spokojnie przez pó³ godziny, a pozostali sie-

dzieli w milczeniu i s³uchali. Wreszcie w drzwiach stan¹³ Pietro i uk³oni³ siê

lekko.

– A, tak, podano do sto³u – powiedzia³ Bianchi. – Kaza³eœ nakryæ w ma³ej

jadalni, Pietro?

– Tak jest, proszê pana.

background image

111

Bianchi  poprowadzi³  do  uroczego  niewielkiego  pomieszczenia,  gdzie

rozmieœci³ goœci wokó³ antycznego sto³u zastawionego w³oskim srebrem, an-

gielsk¹ porcelan¹ i francuskimi kryszta³ami.

Stone dosta³ miejsce obok piêknej Dolce, która nie odezwa³a siê od chwili,

kiedy do salonu wszed³ ojciec.

Przemówi³a dopiero teraz.

– S³ysza³am, ¿e jest pan adwokatem, panie Barrington.

– To prawda.

– W czym siê pan specjalizuje?

– W tym, czego oczekuj¹ ode mnie klienci – odpar³ Stone.

– To bardzo dobrze. Jak¿e czêsto prawnicy zapominaj¹, ¿e to oni maj¹

s³u¿yæ klientom, a nie odwrotnie.

– Przyznajê, ¿e pozna³em takich.

– Ja równie¿ – powiedzia³a Dolce.

Stone, który dawno zapomnia³ o tym, ¿e Mary Ann ma siostrê, gotów by³

zgodziæ siê ze wszystkim, co powie ta zjawiskowa istota.

– Moja m³odsza córka nie zna³aby tak dobrze prawników, gdyby czê-

œciej sz³a za rad¹ ojca – odezwa³ siê Bianchi.

– Tak, papo – odrzek³a pos³usznie dziewczyna.

Stone wyczu³, ¿e potulnoœæ niezupe³nie le¿y w jej naturze. Postawiono

przed nim risotto z grzybami. Starannie wybrawszy widelec, skosztowa³ i po-

czu³ siê, jakby nagle trafi³ do nieznanej krainy.

– Czy by³ pan kiedyœ w Italii, panie Barrington? – spyta³ Bianchi, jakby

czytaj¹c w jego myœlach.

– Z przykroœci¹ muszê powiedzieæ, ¿e nie – odpar³ Stone. – Mam przy-

jació³kê, która w³aœnie wróci³a po kilku latach spêdzonych w Toskanii i wyra-

¿a siê o niej w samych superlatywach.

– Mówi pan zdaje siê o pannie Buckminster, tej malarce, prawda?

– Tak – potwierdzi³ zaskoczony Stone.

– Pamiêtam jej prace z czasu, kiedy mieszka³a w Nowym Jorku – ci¹-

gn¹³ Bianchi. – Wydawa³o mi siê, ¿e jest obiecuj¹c¹ artystk¹, choæ nie do

koñca ukszta³towan¹. Rozumiem, ¿e w najnowszych obrazach nada³a swoim

wizjom jeszcze doskonalszy wyraz artystyczny.

– Jest znakomit¹ malark¹ – powiedzia³ Stone.

– Pan to potrafi oceniæ, prawda? Przecie¿ pañska matka by³a wybitn¹

artystk¹.

– Dziêkujê. Byæ mo¿e odziedziczy³em po mamie umiejêtnoœæ docenie-

nia walorów malarstwa, ale nie talent, niestety.

– Kilkakrotnie próbowa³em kupiæ obrazy Matyldy Stone, ale zawsze mnie

ktoœ przelicytowa³.

Stone zdziwi³ siê, ¿e ktokolwiek móg³ przelicytowaæ Bianchiego.

background image

112

– Musi pan próbowaæ dalej.

– I bêdê. Za którymœ razem na pewno mi siê uda.

Lokaj zabra³ pusty talerz Stone’a i poda³ g³ówne danie, którym by³o osso

bucco.

– Dzisiejszy  posi³ek  zawdziêczamy  kuchni  mediolañskiej –  wyjaœni³

Bianchi. – Potrawy z tego regionu nale¿¹ do moich ulubionych.

– Wszystko, co dzisiaj jad³em, by³o wyœmienite – powiedzia³ Stone.

– Przeka¿ê siostrze pañskie pochwa³y. To ona zajmuje siê w domu goto-

waniem.

– Proszê jej podziêkowaæ w moim imieniu za doskona³¹ kolacjê.

– Bêdzie pan mia³ okazjê zrobiæ to sam – odrzek³ Bianchi.

Nagle Stone dozna³ dziwnego wra¿enia, ¿e coœ wspina siê po jego nodze.

Znieruchomia³ z kieliszkiem w d³oni.

Bianchi wbi³ w niego spojrzenie.

– Czy¿by wino nie przypad³o panu do gustu?

Stone spróbowa³ trunku i prze³kn¹³ z trudnoœci¹.

– Jest doskona³e – odpar³. Dopiero teraz uœwiadomi³ sobie, ¿e tym, co

dotyka jego ³ydki, jest stopa Dolce Bianchi.

– Pochodzi z mojej w³asnej winnicy w Veneto – wyjaœni³ Bianchi.

– Znakomite – powiedzia³ Stone, staraj¹c siê opanowaæ dr¿enie g³osu.

Os³oniêta poñczoch¹ stopa Dolce dotar³a do krawêdzi jego skarpety i zaczê³a

j¹ œci¹gaæ powoli, z wyczuciem.

– To amerone – ci¹gn¹³ Bianchi. – Winogrona s¹ suszone na s³oñcu i do-

piero póŸniej wyciskane. Dziêki temu aromat nabiera intensywnoœci.

– Wspania³e – zachwyci³ siê Stone, powstrzymuj¹c chichot.

Dolce ³askota³a go teraz w nogê. Ostro¿nie odsun¹³ stopê. K¹tem oka

spostrzeg³ leciutki grymas niezadowolenia na jej ustach.

– Dolce – powiedzia³ Bianchi do córki. – Jesteœ dziœ wyj¹tkowo cicha.

Powinnaœ zabawiaæ goœcia.

– Tak, papo – odpar³a, zerkaj¹c spod oka na Stone’a.

Skoñczyli jeœæ; Bianchi wsta³.

– Proszê, aby wszyscy wrócili do ma³ego salonu; Pietro poda tam kawê.

Goœcie wstali i skierowali siê do wyjœcia. Bianchi zwróci³ siê do Stone’a.

– Panie Barrington, zapraszam na drinka.

Zanim Stone zd¹¿y³ odpowiedzieæ, Bianchi odwróci³ siê i ruszy³ w stro-

nê drzwi. Stone pospieszy³ za nim.

background image

113

29

B

ianchi poprowadzi³ Stone’a do wyk³adanego kasztanow¹ boazeri¹ gabi-

netu ze skórzanymi meblami. Pó³ki zape³nia³y piêknie oprawione tomy;

obrazy by³y nowsze ni¿ w innych pomieszczeniach, lecz bardzo dobre.

– Wypije pan ze mn¹ kieliszek porto? – spyta³ Bianchi.

– Tak, bardzo chêtnie. Dziêkujê.

Bianchi podszed³ do tacy po przeciwnej stronie pokoju i przeczyta³ na-

zwê na etykiecie otwartej butelki.

Stone wykorzysta³ sposobnoœæ, ¿eby podci¹gn¹æ skarpetkê.

– Pietro otworzy³ dla nas Quinto do Noval Nacionale, rocznik szeœæ-

dziesi¹ty trzeci – oznajmi³ gospodarz, odk³adaj¹c butelkê.

Z kunsztownie ciêtej gruziñskiej karafki nala³ dwa kieliszki trunku i po-

da³ Stone’owi, wskazuj¹c mu jeden z dwóch foteli stoj¹cych naprzeciwko

siebie. Podniós³ kieliszek do toastu.

– Za przysz³oœæ – powiedzia³. – Oby by³o w niej mniej niepewnoœci.

Stone zastanowi³ siê, co Bianchi ma na myœli. Posmakowa³ aromatyczne-

go wina.

– Przedni trunek.

Bianchi skin¹³ g³ow¹.

– Winnica Nacionale w Quinto do Noval jest bardzo ma³a i rosn¹ tam

najstarsze winoroœle nie zaatakowane zaraz¹ phylloxera, która spustoszy³a

wiêkszoœæ europejskich winnic w dziewiêtnastym wieku. Nie zawsze bêdzie

nam dane rozkoszowaæ siê tym napitkiem.

Stone jeszcze bardziej doceni³ smak wina.

– Wiele o panu s³ysza³em przez te lata – rzek³ Bianchi. – Od Dina i Anny

Marii, która woli amerykañsk¹ wersjê swojego imienia. Ale nie tylko od nich.

– Od kogo jeszcze? – spyta³ zaciekawiony Stone.

– Mamy wspólnych znajomych.

– Doprawdy? – Pytanie zabrzmia³o nieco zbyt zaczepnie; Stone ugryz³

siê w jêzyk.

– Od czasu do czasu zwracam siê o poradê prawn¹ do firmy Woodman

i Weld, z któr¹ pan wspó³pracuje, o ile mi wiadomo.

Stone omal nie zakrztusi³ siê winem. A wiêc Woodman i Weld zajmuj¹

siê reprezentowaniem interesów mafiosa?

– Jest pan zaskoczony?

– W³aœciwie nie – sk³ama³ Stone.

– Rozumiem, ¿e wszystko, co pan o mnie wie, pochodzi od Dina.

– No có¿…

8 – Kr¹g strachu

background image

114

– Mój ziêæ i ja wyznajemy, rzec by mo¿na, odmienne filozofie ¿ycia.

Dino nie jest tak tolerancyjny w ocenie innych ludzi, jak ja. Dlatego dzieli nas

przepaœæ, której byæ mo¿e nigdy nie uda siê zasypaæ.

– Przykro mi.

– Mnie równie¿. Mam ogromnie wiele szacunku dla inteligencji i doj-

rza³oœci, z jakimi mój ziêæ wykonuje sw¹ pracê. Lecz jeœli idzie o jego manie-

ry, to ju¿ zupe³nie co innego.

– Dino rzeczywiœcie bywa czasem zbyt szczery.

Bianchi rozeœmia³ siê po raz pierwszy, ukazuj¹c zêby œwiadcz¹ce o do-

skona³ych kwalifikacjach dentysty.

– Mo¿na to tak uj¹æ. Chcê byæ dobrze zrozumiany: Dino nie okazuje mi

lekcewa¿enia, przynajmniej bezpoœrednio. Ale jako nowoczesny Ameryka-

nin w³oskiego pochodzenia nie w pe³ni potrafi obj¹æ myœl¹ znaczenie historii

mojej rodziny. Mój ziêæ pochodzi z pó³nocnych W³och, my zaœ z Sycylii. Nasze

zwyczaje s¹ nies³ychanie stare i nadal determinuj¹ sposób, w jaki na co dzieñ

¿yjemy. Dino nie do koñca to pojmuje.

– Rozumiem.

– Mo¿e tak, a mo¿e nie. To swoisty paradoks, ¿e honor jest tak wa¿n¹

wartoœci¹ zarówno dla Dina, jak i dla mnie, a jednak staramy siê go zachowaæ

w ca³kowicie odmienny sposób. Dino nadal nie przyj¹³ do wiadomoœci, ¿e

zaakceptowa³em jego ma³¿eñstwo z Ann¹ Mari¹.

Stone musia³ zadaæ to pytanie.

– Zaakceptowa³ pan? Zdawa³o mi siê, ¿e nalega³ pan na jego zawarcie.

Bianchi znów siê rozeœmia³.

– No có¿, mo¿e rzeczywiœcie nalega³em. Œluby pod luf¹ karabinów nie

s¹ zjawiskiem obcym w mojej rodzinie. Tak by³o na przyk³ad w moim przy-

padku. I co? Moja ¿ona i ja cieszyliœmy siê wspania³ym wspólnym ¿yciem

przez czterdzieœci jeden lat, a¿ do jej œmierci w zesz³ym roku.

– Wydaje mi siê, ¿e ma³¿eñstwo Dina i Anny Marii równie¿ jest udane –

powiedzia³ Stone.

– Mam nadziejê, ¿e siê pan nie myli. Moja wiedza o ich ¿yciu pochodzi

g³ównie od Anny Marii i czasami nie jestem przekonany, czy nie powoduje

ni¹ bardziej lojalnoœæ, ni¿ uczucie.

– Zapewniam pana, ¿e tak nie jest.

– Dziêkujê, panie Barrington. Poprawi³ pan humor staremu cz³owieko-

wi – rzek³ Bianchi. Zaraz jednak jego twarz zachmurzy³a siê. – Córki s¹ bar-

dzo wa¿ne dla mê¿czyzny – doda³ po chwili wahania. – Dlatego, kiedy do-

wiedzia³em siê o zamachu na ¿ycie Anny Marii, bardzo siê rozgniewa³em.

– Wyobra¿am sobie.

– Poniewa¿ nie mam synów, mój wnuczek jest dla mnie nies³ychanie

wa¿nym cz³onkiem rodziny; a teraz nawet nie mo¿e chodziæ do szko³y.

background image

115

– Wiem.

– Jednak  powœci¹gn¹³em  gniew.  Rozumiem,  ¿e  to  na  moim  ziêciu

spoczywa obowi¹zek naprawy tej sytuacji – zarówno przez wzgl¹d na jego

pracê, jak i miejsce w ¿yciu mej córki. Sprawiedliwoœæ wymaga, aby otrzy-

ma³ tak¹ mo¿liwoœæ. Ale jak dot¹d jego wysi³ki okaza³y siê niewystarcza-

j¹ce.

– To  wyj¹tkowo  skomplikowane  œledztwo –  zauwa¿y³  Stone. –  Dino

znalaz³ siê w nies³ychanie trudnym po³o¿eniu.

– Zemsta jest zawsze trudna, a nawet uci¹¿liwa, kiedy trzeba jej doko-

naæ w granicach prawa tego kraju – westchn¹³ Bianchi.

– Rozumie pan jednak, ¿e Dino mo¿e dzia³aæ wy³¹cznie w ramach pra-

wa?

– Rozumiem to, i dlatego okaza³em tyle cierpliwoœci. Wszelako moja

cierpliwoœæ mo¿e siê kiedyœ wyczerpaæ, a mnie nie obowi¹zuj¹ takie ograni-

czenia, jak Dina. – Zerkn¹³ na Stone’a. – Ani pana, jeœli o to chodzi.

Stone nie odpowiedzia³.

– Przypuszczam, ¿e pan równie¿, jako by³y policjant, a obecnie praw-

nik, mo¿e czuæ siê skrêpowany swoimi doœwiadczeniami i przekonaniami.

– To prawda.

– Ale mo¿e w mniejszym stopniu, ni¿ Dino.

Stone milcza³ przezornie.

Bianchi za³o¿y³ nogê na nogê i napi³ siê wina.

– Wiadomo mi, ¿e w zesz³ym roku spêdzi³ pan kilka dni w Kalifornii.

– Tak, to prawda – przyzna³ Stone, zastanawiaj¹c siê, o co chodzi go-

spodarzowi.

– Dosz³y mnie s³uchy, ¿e kiedy poczu³ siê pan dotkniêty przez pewnego

cz³owieka, podj¹³ pan nadzwyczajne kroki i zatopi³ jego du¿y, bardzo drogi

jacht.

Stone zdziwi³ siê.

– Czy wie pan to od Dina?

Bianchi potrz¹sn¹³ wolno g³ow¹.

– Powiedzmy, ¿e poœrednio znam w³aœciciela jachtu.

– Rozumiem.

Bianchi uniós³ d³oñ.

– Nie ma w tym nic sprzecznego z prawem, proszê mnie dobrze zrozu-

mieæ. Prowadzê interesy na Zachodnim Wybrze¿u i czasami splataj¹ siê one

z interesami wspomnianej osoby. By³ wszak w³aœcicielem du¿ego banku –

poza tym, ¿e prowadzi³ innego rodzaju dzia³alnoœæ.

– Oczywiœcie.

– Najbardziej zaskoczy³a mnie w tym wszystkim sprawnoœæ i starannie

przemyœlany charakter pañskiej zemsty.

background image

116

Stone zastanowi³ siê, czy federalni pods³uchuj¹ rozmowê, ale zaraz przy-

pomnia³ sobie, ¿e przecie¿ wiedz¹ o incydencie, o którym wspomnia³ Bian-

chi.

– Nie mogê powiedzieæ, ¿e myœla³em wtedy ca³kiem sprawnie.

– A zatem dobrze to œwiadczy o pañskim instynkcie. Przyjrza³ siê pan

dok³adnie temu cz³owiekowi i wyczu³, ¿e niewiele jest rzeczy, które mog³yby

zraniæ go równie mocno jak utrata ukochanego symbolu pozycji spo³ecznej.

– Myœlê, ¿e jest w tym sporo prawdy.

– Mi³o mi, ¿e siê rozumiemy, panie Barrington.

Doprawdy? – pomyœla³ Stone.

– Stara³ siê pan chroniæ kobietê, która by³a dla pana wówczas wa¿na,

a teraz chroni pan inn¹, która zajê³a jej miejsce.

– Tak – przyzna³ Stone.

– Podobnie jak ja – dokoñczy³ Bianchi. – Rozumie pan?

– Niezupe³nie.

– Ale zdaje pan sobie sprawê, ¿e chcia³bym pomóc w zakoñczeniu tej

sprawy.

– Oczywiœcie.

– I ¿e nie mogê st¹paæ na paluszkach œladem Dina.

– Tak.

– Zatem mo¿e ³atwiej by³oby mi pomóc panu, zamiast ziêciowi.

– Musi pan pamiêtaæ, ¿e Dino jest moim najbli¿szym przyjacielem i ¿e

zawdziêczam mu ¿ycie.

– Oczywiœcie. Wiem o tym i w pe³ni pana rozumiem. Nie proponujê,

aby uczyni³ pan cokolwiek, co mog³oby zaszkodziæ waszej przyjaŸni.

– To dobrze.

– Chcê tylko powiedzieæ, ¿e mo¿e siê pojawiæ jakaœ informacja, której

Dino wola³by nie znaæ, i ¿e nasze czasami odrobinê niezrêczne stosunki po-

wstrzymuj¹ mnie od przekazania mu tej¿e wiadomoœci.

– Co to za informacja?

– A wiêc przyjmie j¹ pan ode mnie?

Stone poczu³ siê nieswojo.

– Nie jestem pewien, co mia³bym przyj¹æ.

– Rozumiem, ¿e ten Mitteldorfer znikn¹³ po wyjœciu z wiêzienia.

– To siê zgadza.

– Chyba mogê panu pomóc go znaleŸæ.

– W jaki sposób?

Bianchi wzruszy³ ramionami.

– Powiedzmy, ¿e mam… znajomych, którzy maj¹ znajomych, którzy

mogliby mi pomóc, gdybym ich poprosi³.

– Muszê przyznaæ, ¿e nie wiem, co o tym myœleæ.

background image

117

Bianchi podniós³ d³oñ.

– Doskonale pana rozumiem. – Siêgn¹³ do kieszeni, wyj¹³ wizytówkê

i wrêczy³ goœciowi.

Stone przyjrza³ siê karcie. By³ na niej tylko numer telefonu na Manhattanie.

– Gdyby zechcia³ pan przyj¹æ moj¹ radꅠproszê zatelefonowaæ pod

ten numer i nagraæ wiadomoœæ na sekretarkê. Ktoœ z moich znajomych skon-

taktuje siê z panem.

Stone schowa³ wizytówkê do kieszeni i poda³ gospodarzowi swoj¹; zwa-

¿ywszy na okolicznoœci, by³ to gest czysto kurtuazyjny.

– Zaczekam na wiadomoœæ od pana, zanim zacznê szukaæ informacji –

oznajmi³ Bianchi. – Do³¹czymy do towarzystwa?

Nape³ni³ powtórnie kieliszki i wolnym krokiem skierowa³ siê do drzwi.

– Jeœli pan pozwoli, zdradzê pewne nazwisko. Brzmi ono Judson Palmer.

– Chyba nie mia³em przyjemnoœci.

– Pan Palmer jest ma³o znanym producentem teatralnym – wyjaœni³ Bian-

chi, ujmuj¹c Stone’a pod ramiê.

– Obawiam siê, ¿e nie rozumiem.

– To w³aœnie on romansowa³ z ¿on¹ Mitteldorfera przed jej œmierci¹.

– Czy Mitteldorfer zna to¿samoœæ tego cz³owieka?

– To nie jest pewne.

– Dziêkujê.

Bianchi zatrzyma³ siê.

– Stone… Czy mogê zwracaæ siê do pana po imieniu?

– Naturalnie.

– Proszê mi mówiæ Eduardo.

– Dziêkujê.

– Wieczór w twoim towarzystwie sprawi³ mi wiele przyjemnoœci. Nie

wychodzê zbyt czêsto z domu od œmierci ¿ony, ale ucieszy³bym siê, gdyby

zechcia³ pan przyj¹æ ode mnie nastêpne zaproszenie na kolacjê.

– Dziêkujê, Eduardo. Przyjdê z przyjemnoœci¹.

Wrócili do saloniku; do towarzystwa do³¹czy³a wysoka kobieta w staro-

modnej, czarnej sukni.

– Pozwolisz, ¿e przedstawiê moj¹ siostrê Rosariꠖ rzek³ Bianchi.

Stone poda³ kobiecie rêkê.

– Kolacja, któr¹ pani przygotowa³a, by³a dla mnie niezwyk³ym doœwiad-

czeniem.

Kobieta zarumieni³a siê; Bianchi usiad³ ko³o niej.

Stone wybra³ miejsce jak najdalej od Dolce Bianchi.

background image

118

30

D

ino zatrzasn¹³ drzwi samochodu.

– No wiêc gadaj, co siê sta³o w tym pokoju? Wróciliœcie, prowadz¹c siê

z Eduardem pod ramiê. Widzia³em ju¿ takie sceny; to znaczy, ¿e on czegoœ od

ciebie chce. Czego za¿¹da³? I co dosta³?

– Dino – odpar³ Stone, zapalaj¹c silnik – nie wiem, o czym mówisz.

– O czym rozmawia³eœ z Eduardem? To mnie interesuje.

Stone wzruszy³ ramionami.

– Odnios³em wra¿enie, ¿e chce mnie trochê bli¿ej poznaæ. Mo¿e dlatego

zaprosi³ mnie na kolacjê.

– Eduardo nigdy, ale to nigdy nie robi niczego bez konkretnego powodu.

Odk¹d go znam, ty jesteœ pierwsz¹ osob¹ spoza rodziny, która zasiad³a przy

stole w jego domu.

– À propos rodziny, dlaczego nigdy mi nie powiedzia³eœ, ¿e Mary Ann

ma tak¹ piêkn¹ siostrê?

– Wiedzia³eœ, ¿e ma siostrê.

– Ale nie spodziewa³em siê takiej piêknoœci…

– Prawda? Trzymaj siê od niej z daleka. Jest niebezpieczna.

– Dlaczego?

– Po pierwsze, jej by³y m¹¿ to prawdziwy ³obuz.

– Jak siê nazywa?

– Johnny Donato.

– Nazwisko brzmi znajomo.

– I nie dziwota. By³ cz³owiekiem Wielkiego Paula Castellano, którego wy-

koñczy³ Gotti. Podobno mia³ wieŸæ Paula samochodem tej nocy, co oznacza, ¿e

te¿ gryz³by ju¿ ziemiê, ale Paul gdzieœ go wys³a³ i dziêki temu Johnny ocala³.

Znikn¹³ potem i pojawi³ siê dopiero, kiedy Gotti i Gravano trafili za kratki. Teraz

prowadzi ponoæ ca³kiem legalny interes, który przej¹³ po Sammym.

– Jak to mo¿liwe, ¿eby tak œliczna dziewczyna jak Dolce wysz³a za ta-

kiego ³ajdaka?

– Mniej wiêcej w taki sam sposób, w jaki Mary Ann wysz³a za mnie.

Mieszka³ w s¹siedztwie, pracowa³ dla bukmachera, a na boku dorabia³ drob-

nymi wymuszeniami. Próbowa³ wyci¹gn¹æ od mojego starego tygodniow¹

op³atê za to, ¿e nie spali mu sklepiku, ale dowiedzia³em siê o tym i wzi¹³em

go na bok dla przedyskutowania sprawy.

– Chcesz powiedzieæ, ¿e da³eœ mu zdrowy wycisk?

– Mo¿na to i tak nazwaæ.

– Dlaczego on i jego kumple siê nie zemœcili?

background image

119

– Poczeka³em i dopad³em go sam na sam; to by³a prywatna sprawa, wiêc

nie musia³ ratowaæ swojej dumy. Poza tym by³em ju¿ wtedy glin¹, wiêc wola³

ze mn¹ nie zadzieraæ.

– Dolce sprawia wra¿enie zbyt inteligentnej, ¿eby siê z kimœ takim za-

dawaæ, nie mówi¹c o wyjœciu za niego.

– Jest inteligentna, ale wtedy mia³a osiemnaœcie, mo¿e dziewiêtnaœcie

lat i by³a g³upiutka. A on elegancko siê ubiera³, jeŸdzi³ kabrioletem i szasta³

pieniêdzmi na prawo i lewo. Eduardo trzyma³ Dolce krótko, co nie by³o jej

w smak.  Zanim  zd¹¿y³  opanowaæ  sytuacjê,  byli  ju¿  w  podró¿y  poœlubnej

w Miami.

– Eduardo sprowadzi³ j¹ z powrotem?

Dino potrz¹sn¹³ g³ow¹.

– To nie w jego stylu. Donato szybko pokaza³ swoj¹ prawdziw¹ twarz.

Nie min¹³ miesi¹c, a on ju¿ wskakiwa³ do ³ó¿ka z ka¿d¹ babk¹, jaka siê nawi-

nê³a. Dolce siê wœciek³a i wróci³a do domu.

– I co teraz robi?

– Jest praw¹ rêk¹ Eduarda; mówiê to z ca³¹ odpowiedzialnoœci¹. Ma

wiêcej jaj, ni¿ dwóch facetów razem wziêtych.

– Chcesz powiedzieæ, ¿e Sycylijczyk starej daty, taki jak Eduardo, pro-

wadzi interesy wspólnie z córk¹?

– A co mu pozosta³o? Nie ma syna, a Ben bêdzie móg³ zaj¹æ jego miej-

sce nie wczeœniej ni¿ za piêtnaœcie lat.

– Myœlisz, ¿e zechce wci¹gn¹æ Bena w swoje sprawy?

Dino wzruszy³ ramionami.

– Na pewno bêdzie siê stara³, ale ch³opak ma niezale¿n¹ naturê. A nawet

gdyby staremu siê uda³o, to mo¿e Ben nie wyszed³by na tym Ÿle? Do tego

czasu Eduardo wyczyœci do koñca swoje interesy. To coœ w rodzaju przemian

pokoleniowych: dziadek Eduarda by³ skoñczonym ³otrem, alfonsem, który

zajmowa³ siê wymuszeniami, ³amaniem nóg i r¹k; ojciec siedzia³ po uszy w ma-

fii, ale prowadzi³ te¿ legalny handel owocami; poza tym dobrze dba³ o swoj¹

rodzinê. Eduardo z kolei skoñczy³ uniwersytet Columbia, zasiada w radzie

Metropolitan Museum, otrzyma³ tytu³ szlachecki od papie¿a i ma portfel ak-

cji, którego mo¿e mu pozazdroœciæ sam Warren Buffet. Myœlisz, ¿e kogoœ

obchodzi, sk¹d pochodz¹ te pieni¹dze?

– Nikogo prócz ciebie.

– Tak, ale ja jestem gliniarzem.

– Komisarzowi policji to wisi, a tobie nie.

– Tak w³aœnie jest, chocia¿ to mo¿e g³upio z mojej strony. No có¿, jakoœ

nie mogê zapa³aæ uczuciem do Eduarda.

– A on ciê lubi.

– Tak?

background image

120

– Stwierdzi³, ¿e ma wiele szacunku dla inteligencji i dojrza³oœci, z jaki-

mi wykonujesz swoje obowi¹zki policjanta. Dok³adnie tak siê wyrazi³.

– Chyba ¿artujesz.

– Powiedzia³ te¿, ¿e zaakceptowa³ twój zwi¹zek z Mary Ann.

Dino obruszy³ siê.

– Poczêstowa³ ciê tym swoim portem Quinto-de-coœ-tam, prawda? Po

wypiciu tego s³yszy siê dziwne rzeczy.

– Wydaje mi siê, ¿e nie doceniasz Eduarda.

– I chyba nigdy nie doceniê.

– Mam na myœli jego jako mê¿czyznê i ojca. On siê starzeje, chce, ¿eby

jego rodzina by³a szczêœliwa… i bezpieczna.

– I uwa¿a, ¿e ja nie potrafiê jej tego zapewniæ? A to skurwysyn!

– Czy Eduardo próbowa³ wtr¹caæ siê w twoje œledztwo?

– Jeszcze nie, ale trzeba siê mieæ na bacznoœci!

– Mo¿e potrafi ci pomóc.

– Niech sobie wsadzi tê swoj¹ pomoc. Wolê, ¿eby trzyma³ ode mnie

z dala swoje brudne ³apska.

Stone westchn¹³.

– A wiêc o tym gawêdziliœcie?

– Eduardo otwarcie powiedzia³, ¿e pragnie pomóc, ale nie chce ci wcho-

dziæ w drogê. Mo¿emy siê do niego zwróciæ, jeœli bêdziemy potrzebowaæ

pomocy.

– Ju¿ mówi³em, ¿e jej nie chcê.

– On mo¿e mieæ informatorów, o których nie wiemy.

– Jeœli coœ wie, niech zadzwoni na posterunek i zg³osi informacjê.

– Nie wydaje mi siê, ¿eby to by³o w stylu Eduarda. Co ty na to?

– Chce poci¹gaæ za sznurki z ukrycia, jak to zawsze robi³, ale tym razem

próbuje manipulowaæ mn¹ i prawem. Ani myœlê na to pozwoliæ.

– Dino, gotów by³byœ wykorzystaæ informacjê od ulicznego handlarza

narkotykami lub alfonsa, a nie chcesz s³yszeæ o nieoficjalnych kana³ach teœcia.

– Stone, to co mówisz jest ca³kiem logiczne, ale nie mogê postêpowaæ

wbrew sobie. Jeœli przyjmê pomoc Eduarda, nie bêdê w niczym lepszy od

niego. Tak to odczuwam, i skoñczmy ju¿ tê dyskusjê, dobrze?

– Jak chcesz. – Stone prowadzi³ kilka minut w milczeniu.

– Wiesz, Dolce pieœci³a stop¹ moj¹ nogê.

Dino a¿ otworzy³ usta.

– Przy stole, w obecnoœci Eduarda? Nie ¿artujesz?

– Bynajmniej.

Dino parskn¹³ œmiechem.

– A nie mówi³em, ¿e ona ma jaja? Niez³y z niej numer, co?

– Bez w¹tpienia.

background image

121

– Stone, nie dzwoñ do niej, nie daj siê wci¹gn¹æ w jej grê.

– No có¿…

– Mówiê ca³kiem serio. Eduardo to szatan, a Dolce jest jego pomagierk¹.

– Dino, gadasz teraz jak typowy W³och.

– Chcesz mieæ na karku Johnny’ego Donato? On rozpowiada na wszyst-

kie strony, ¿e nadal s¹ ma³¿eñstwem.

– Czemu Eduardo nie zrobi³ z nim porz¹dku? Dlaczego Donato – ¿e

pos³u¿ê siê twoim celnym i obrazowym sformu³owaniem – nie le¿y na dnie

zatoki Sheepshead Bay ze s³upem betonu w dupie?

– Tak w³aœnie skoñczy, tylko poczekaj. Ale stanie siê to w taki sposób,

¿e nikomu nawet nie przyjdzie do g³owy ³¹czyæ jego œmieræ z Eduardem lub

Dolce. Tak w³aœnie dzia³a mój teœæ.

– To oczekiwanie mo¿e byæ frapuj¹ce.

– A tymczasem omijaj Dolce szerokim ³ukiem; mówiê ci, to trucizna.

– Dino, czy zapomnia³eœ, ¿e mam Sarê?

– Ja pamiêtam. Obyœ ty nie zapomnia³.

31

S

tone i Sara siedzieli na ³ó¿ku, zajadaj¹c bagietki z serem i czytaj¹c „Ti-

mesa”.

– O,  patrz! –  zawo³a³a  Sara. –  Ca³kiem  ciekawa  zapowiedŸ  otwarcia

wystawy!

Stone przeczyta³ notkê.

– Cieszê siê. Dziêki temu inauguracyjny wieczór powinien udaæ siê jesz-

cze lepiej. Nie ma to jak kilka ciep³ych s³ów od recenzenta „Timesa”.

– Edgar mówi, ¿e otrzyma³ ju¿ ponad dwieœcie zg³oszeñ, a bêdzie jesz-

cze wiêcej. Do tego sprzeda³ dwa obrazy i to z tych najdro¿szych.

– Przed otwarciem wystawy? Komu?

– Nie chce powiedzieæ; podobno jakiemuœ kolekcjonerowi z rady Me-

tropolitan! Wyobra¿asz sobie?

– Kiedy to siê sta³o?

– Wczoraj. Ten facet zadzwoni³ i poprosi³ o prywatny pokaz, mimo ¿e

prace nie by³y jeszcze rozwieszone.

– Zdaje siê, ¿e wczoraj zjad³em z nim kolacjê.

– Z Edgarem? Przecie¿ on wiesza³ moje obrazy.

– Nie. Z tym kolekcjonerem.

– Kto to taki?

background image

122

– Teœæ Dina. Nazywa siê Eduardo Bianchi.

– Czy nie wspomina³eœ, ¿e teœæ Dina ma powi¹zania z mafi¹?

– Mo¿e i tak, ale pozna³em go i wierz mi, ¿e to nie jest jakiœ pierwszy

lepszy, ordynarny gangster. Ma pierwszorzêdn¹ kolekcjê sztuki. Wspomnia³

o tobie, ale nie pochwali³ siê, ¿e kupi³ obrazy. Zna³ twoje prace z czasu, gdy

mieszka³aœ w Nowym Jorku.

– Nie obchodzi mnie, czy on jest drugim wcieleniem Ala Capone, jeœli

potrafi³ doceniæ moje malarstwo. Tak czy owak, oznacza to prawie dwadzie-

œcia tysiêcy dolarów w mojej kieszeni, po odliczeniu prowizji Edgara.

Odrzuci³a ko³drê.

– ChodŸmy na zakupy!

– Co chcesz kupiæ?

– Zapomnia³eœ, ¿e mamy domek w Connecticut? Trzeba go urz¹dziæ.

– Nie pozwolê ci wydawaæ na to pierwszych pieniêdzy, jakie zarobi³aœ

od wielu lat.

– W takim razie kupiê ci jakiœ ³adny prezent do nowego domu. Rusz siê!

Pó³ godziny póŸniej Stone wyje¿d¿a³ mercedesem z gara¿u. Nagle spo-

strzeg³ czarny samochód typu van zaparkowany po przeciwnej stronie ulicy.

– Na co siê tak patrzysz? – spyta³a Sara, ogl¹daj¹c siê przez ramiê.

– Na wóz, którego tu wczeœniej nie widzia³em.

– Co w nim ciekawego?

– Federalni s³yn¹ z tego, ¿e u¿ywaj¹ takich do obserwacji i pods³uchu,

a ten akurat ma kilka anten.

– Za³o¿ê siê, ¿e to ludzie Dina.

– Mo¿liwe. FBI nie posiada monopolu na vany – odrzek³ Stone, skrêca-

j¹c w Drug¹ Alejê.

– Stone, od jutra nie chcê widzieæ krêc¹cych siê wszêdzie policjantów. An-

derson jest w porz¹dku, ale na widok Kelly’ego ciarki chodz¹ mi po plecach.

– Nie musisz siê martwiæ o gliniarzy. Po wernisa¿u dziœ wieczorem Dino

i tak bêdzie musia³ wycofaæ swoich ludzi. Jego prze³o¿eni uznali, ¿e nie ma

powodu d³u¿ej nas ochraniaæ.

– Przysz³o mi do g³owy, ¿e te morderstwa i napady to tylko wyj¹tkowy

zbieg okolicznoœci.

– Mo¿e masz racjꠖ odrzek³ Stone – ale z mojego doœwiadczenia wyni-

ka, ¿e jeœli takich zbiegów okolicznoœci jest zbyt du¿o, to uk³adaj¹ siê one

w coœ wiêcej: w przeznaczenie.

– Teraz przez ciebie chodz¹ mi ciarki po plecach!

– Przykro mi, ale to powa¿na sprawa, i nie chcê, ¿ebyœ zapomnia³a o bez-

pieczeñstwie. Trzeba uwa¿aæ, dopóki nie znajdziemy Mitteldorfera.

background image

123

– Ale on przecie¿ by³ jeszcze w wiêzieniu, kiedy pope³niano te morder-

stwa; jak móg³ to zrobiæ?

– Nie wiem, ale obaj z Dinem jesteœmy przekonani, ¿e to on. Nie mówi-

³em ci o tym, ale kilka dni temu zosta³a zamordowana przyjació³ka Mitteldor-

fera, która korespondowa³a z nim, kiedy siedzia³.

– A wiêc wyszed³ z wiêzienia i od razu zabi³ kobietê, która do niego

pisa³a? Czemu mia³by to robiæ?

– Tego te¿ nie wiemy, ale to kolejny zbieg okolicznoœci, prawda?

Sara zamilk³a na chwilê.

– Stone, czy istnieje jakiœ powód, dla którego nie moglibyœmy polecieæ

jutro do Anglii? Po otwarciu wystawy koñcz¹ siê moje zobowi¹zania wobec

galerii Bergmana; nic nie bêdzie mnie tu d³u¿ej trzymaæ. Co ty na to?

– Nie chcia³bym zostawiaæ Dina sam na sam z tym koszmarem.

– Jakim koszmarem? Przecie¿ od dawna nic siê nie wydarzy³o. WeŸ so-

bie urlop.

Stone zastanowi³ siê.

– Otwórz schowek; jest tam notes z adresami.

Sara spe³ni³a proœbê.

– ZnajdŸ numer telefonu do firmy American Express Platinum Travel

Service. Zadzwoñ i zarezerwuj dla nas dwa bilety pierwszej klasy na lot do

Londynu jutro wieczorem.

– Ju¿ siê robi! – zawo³a³a Sara, podnosz¹c s³uchawkê.

Stone poczu³, jakby zrzuci³ z barków wielki ciê¿ar. Sara mia³a racjê: po-

trzebowa³  odpoczynku.  Znalaz³  parking  przy  Broadwayu  i zamkn¹³  wóz;

skierowali siê do sklepu meblowego ABC. W ci¹gu dwóch godzin kupili ³ó¿-

ko, kanapê, poœciel i rêczniki, dwa krzes³a, kilka dywaników i lamp, stó³ do

jadalni i parê innych mebli. Stone zamówi³ transport do Connecticut i zosta-

wi³ kartkê z poleceniem, ¿eby kierowca uda³ siê po klucze do agencji sprze-

da¿y nieruchomoœci Klemm. Nastêpnie poszukali sklepu z artyku³ami gospo-

darstwa domowego, gdzie nabyli garnki i patelnie, srebrn¹ zastawê sto³ow¹,

czajnik do kawy, naczynia, szklanki i mnóstwo innych drobiazgów, które im

wpad³y w oko.

W drodze powrotnej na parking Stone spostrzeg³ czarnego vana po dru-

giej stronie ulicy; nie by³ to jednak ten sam wóz, który sta³ przed domem.

– Zdaje siê, ¿e dostajesz uczulenia na widok czarnych samochodów –

zauwa¿y³a Sara.

– Przecie¿ ich nie wymyœlam, prawda?

– Ale nie przejmuj siê nimi a¿ tak bardzo. Œwiat pe³en jest czarnych

vanów.

– Masz racjꠖ przyzna³ Stone, wci¹gaj¹c g³êboko powietrze. – Jutro wy-

jedziemy z tego miasta, a po powrocie bêdzie na nas czeka³ dom w Connecticut

background image

124

i fura mebli do ustawienia. Zadzwoniê do Billa Eggersa i poproszê, ¿eby wy-

s³a³ dokumenty transakcji zakupu do Anglii. Gdzie siê zatrzymamy?

– Prawdopodobnie w wiejskim domku moich rodziców w Hampshire,

ale maj¹ te¿ dom w mieœcie. Zatelefonujê do nich póŸniej i spytam, gdzie

bêd¹.

Stone z przyjemnoœci¹ myœla³ o swej pierwszej podró¿y za granicê. Mimo

to jego wzrok co chwilê wêdrowa³ w stronê lusterka.

32

S

tone i Sara przygotowywali siê do wyjœcia na wernisa¿.

– Rozmawia³am po po³udniu z mam¹ – powiedzia³a Sara. – Zapropono-

wa³a, ¿ebyœmy przyjechali prosto na wieœ. Myœlê, ¿e tak by³oby najlepiej, co

ty na to? Bêdziemy mogli odpocz¹æ i trochê po¿eglowaæ.

– Brzmi obiecuj¹co – odpar³ Stone, zawi¹zuj¹c krawat. – O jakim ¿e-

glowaniu mówisz?

– Dom jest nad morzem, w pobli¿u wyspy Wight. Tato ma jacht zacu-

mowany u ujœcia rzeki Beaulieu. Umiesz ¿eglowaæ?

– ¯eglowa³em trochê jako ch³opiec podczas wakacji w domku kolegi na

Martha’s Vineyard. P³ywa³em te¿ wynajêt¹ ³ódk¹ po Morzu Karaibskim, ale

ostatnio nie mia³em czasu.

– Bêdzie cudownie – zapewni³a Sara, odwracaj¹c siê, ¿eby Stone móg³

jej zapi¹æ sukienkê. – Nie by³am w tym domu trzy lata, a tak kocham Hamp-

shire. Na wodzie czujê siê wspaniale.

– Ja te¿ bardzo siê cieszê, ¿e tam jedziemy.

– Jak wygl¹dam? – spyta³a.

– Wystrza³owo – odpar³ Stone. – Sukienka jest fantastyczna.

– A pan wygl¹da jak ksi¹¿ê – powiedzia³a Sara, poprawiaj¹c mu kra-

wat. – Jeszcze nigdy nie widzia³am ciê w smokingu.

– Nawet nie mia³em czegoœ takiego, kiedy poprzednio mieszka³aœ w No-

wym Jorku.

– Powinieneœ go nosiæ stale; jesteœ jeszcze przystojniejszy ni¿ zwykle.

Stone wzi¹³ j¹ pod rêkê i poprowadzi³ do wyjœcia.

– Ktoœ nas dzisiaj podwiezie.

– Wynaj¹³eœ szofera?

– Niezupe³nie. To by³y policjant nazwiskiem Bob Berman, który czasem

mi pomaga.

– I pewnie bêdzie uzbrojony – skrzywi³a siê Sara z niesmakiem.

background image

125

– Oczywiœcie.

– Jakie jeszcze kroki podj¹³eœ?

– Anderson i Kelly bêd¹ siedzieæ w samochodzie na ulicy; Bob popilnuje

tylnego wejœcia, z którego skorzystamy. Dino zostanie z nami w œrodku.

– Naprawdê uwa¿am, ¿e to wszystko jest niepotrzebne.

– Jutro nie bêdziesz ju¿ musia³a o tym myœleæ.

– Cieszê siê.

W gara¿u Stone przedstawi³ Sarze Boba Bermana – niskiego, mocno

zbudowanego mê¿czyznê przed piêædziesi¹tk¹. Po chwili Bob wyjecha³ sa-

mochodem na ulicê.

– Wyszliœmy z domu wczeœniej; mamy trochê wolnego czasu. PojedŸ

okrê¿n¹ drog¹, ¿eby ch³opcy z ty³u upewnili siê, ¿e nikt nie wlecze siê za

nami – powiedzia³ Stone.

– Jasne.

Kluczyli wolno ulicami miasta w tê i z powrotem. Po up³ywie pó³ godziny

dotarli na ty³y galerii, punktualnie na czas. Berman wysiad³ z wozu i odszed³

parê kroków, ¿eby siê rozejrzeæ po okolicy. Po chwili wróci³ i otworzy³ drzwi.

– Teren czysty – oznajmi³.

Stone szybkim krokiem poprowadzi³ Sarê do drzwi, w których sta³ Edgar

Bergman, w³aœciciel galerii. Bob Berman tymczasem zwolni³ s³upek blokuj¹-

cy zarezerwowane miejsce na parkingu, postawi³ tam wóz i ustawi³ siê ko³o

drzwi galerii.

– Czy sta³o siê dzisiaj coœ ciekawego? – spyta³ Stone.

Bergman potrz¹sn¹³ g³ow¹.

– Nie. Przyjêliœmy tylko mnóstwo zg³oszeñ po wczorajszym artykule

w „Timesie”.

– Czy zna pan wszystkich ludzi, którzy siê zapowiedzieli?

– Wiêkszoœæ to ci, którym wys³aliœmy zaproszenia; przyjdzie te¿ kilku mar-

szandów. Wydaje mi siê, ¿e kilku goœci nie znam i nigdy o nich nie s³ysza³em.

– Bêdziemy musieli zwróciæ na nich szczególn¹ uwagê.

– Porozmawiam z recepcjonistk¹ – oznajmi³ Bergman.

Weszli do sali wystawowej; w galerii jeszcze nikogo nie by³o.

– Ekspozycja prezentuje siê doskonale – rzek³ Stone zwracaj¹c siê do

Sary. – Przepraszam na chwilê. Muszê porozmawiaæ z Edgarem i portierem.

Podeszli do kontuaru, za którym siedzia³a m³oda kobieta. Edgar przed-

stawi³ Stone’a recepcjonistce i ¿onie.

– Oto mój plan – zacz¹³ Bergman. – Moja ¿ona i ja bêdziemy witaæ go-

œci przy wejœciu. Jeœli zjawi siê ktoœ mi nieznany, odwrócê siê i skinê panu

g³ow¹. Mo¿e tak byæ?

– Oczywiœcie – zgodzi³ siê Stone. – Bêdê sta³ w pobli¿u.

– Ju¿ zaczynam siê denerwowaæ.

background image

126

– Jestem pewien, ¿e wszystko skoñczy siê pomyœlnie – uspokoi³ go Sto-

ne. – Na ulicy czuwa dwóch policjantów, a mój cz³owiek pilnuje wyjœcia.

Rzuci³ okiem na wystawione obrazy i podszed³ do jednego, który mu siê

szczególnie spodoba³.

– Jaka jest cena obrazu numer trzydzieœci szeœæ? – spyta³, zwracaj¹c siê

do Bergmana.

W³aœciciel galerii zerkn¹³ do katalogu.

– To jeden z mniejszych; szeœæ tysiêcy dolarów.

– Proszê zaznaczyæ, ¿e jest sprzedany – rzek³ Stone, podaj¹c recepcjonist-

ce kartê kredytow¹.

– Z przyjemnoœci¹.

– Które zakupi³ pan Bianchi?

– Sk¹d pan wie?… – Bergman by³ wyraŸnie zak³opotany. – Transakcja

zosta³a objêta tajemnic¹. Pan Bianchi by³by z³y, gdyby siê dowiedzia³, ¿e ko-

muœ powiedzia³em.

– Ja tylko zgadywa³em; jad³em z nim wczoraj kolacjê; w pewnym mo-

mencie wspomnia³ o pracach Sary.

– Rozumiem – uspokoi³ siê Bergman. – Kupi³ numer szeœæ – ten obok

kwiatów – oraz numer czternaœcie, ten du¿y na œrodku pó³nocnej œciany.

– Ma dobre oko – zauwa¿y³ Stone, spogl¹daj¹c na obrazy.

– Rzeczywiœcie. Mam nadziejê, ¿e zachowa pan transakcjê w tajemnicy.

Pan Bianchi jest od dawna jednym z moich najlepszych klientów i wola³bym

go nie zra¿aæ.

– Ale¿ oczywiœcie – zapewni³ go Stone.

Obejrza³ siê i zobaczy³ Dina w smokingu.

– Elegant z ciebie – zauwa¿y³ Stone.

– Daruj sobie. Rozmawia³em z Andersonem i Kellym. Czy ktoœ jest przy

tylnym wejœciu?

– Bob Berman. Przywióz³ nas tutaj.

– W porz¹dku.

Stone poinformowa³ przyjaciela, ¿e Bergman bêdzie wskazywa³ niezna-

nych goœci.

– No to wszystko za³atwione – powiedzia³ Dino. – Denerwujesz siê?

– Tak.

– Ja te¿. Potrzebne nam to zbiegowisko jak umar³emu kadzid³o. A zapo-

wiedŸ wystawy we wczorajszym „Timesie” tylko pogorszy³a sprawê.

– To prawda. Zrobiliœmy wszystko, co mo¿na, wiêc spróbujmy siê od-

prê¿yæ i trochê zabawiæ.

– No to baw siꠖ rzuci³ Dino. – Ja i tak nie przestanê siê denerwowaæ.

Zjawili siê pierwsi goœcie; z pocz¹tku wchodzili ma³ymi grupkami, po-

tem nieprzerwanym sznurem. Stone obserwowa³ Bergmanów; co jakiœ czas

background image

127

któreœ z nich dawa³o znak skinieniem g³ow¹. Wtedy do akcji przystêpowa³

Dino, sumiennie sprawdzaj¹c to¿samoœæ nowo przyby³ych; widaæ by³o, ¿e

z trudem powstrzymuje siê, aby ich nie rewidowaæ. Goœcie przyjmowali to

nad podziw spokojnie.

Kiedy galeria siê zape³ni³a, Stone podszed³ do Dina.

– Jeœli tu wszystko w porz¹dku, pójdê zerkn¹æ, co siê dzieje na zewn¹trz.

– Dobra, idŸ.

Stone wyszed³ na ulicê i rozejrza³ siê. Nie zauwa¿y³ niczego podejrzanego;

Anderson i Kelly siedzieli spokojnie w samochodzie. I wtedy zobaczy³ vana.

Samochód nie by³ czarny, jak ten, który sta³ ko³o domu, tylko niepozor-

nie szary, bez ¿adnych znaków i napisów. Stone zajrza³ na przednie siedze-

nie: le¿a³a tam mapa miasta. Szyby okien w tylnych drzwiach zosta³y ca³ko-

wicie zamalowane bia³¹ farb¹, tak ¿e nie mo¿na by³o zobaczyæ, co znajduje

siê w œrodku. Stone zapisa³ numery rejestracyjne wozu, przeszed³ na drug¹

stronê ulicy i zapuka³ w okno policyjnego samochodu. Kelly spuœci³ szybê

o kilka centymetrów.

– Tak?

Stone wyrwa³ kartkê z notesu i poda³ mu przez okienko.

– SprawdŸ te numery.

– Co to za wóz?

– Szary van naprzeciwko galerii.

– Sta³ ju¿ tam, kiedy przyjechaliœmy – powiedzia³ Kelly. – Nie widzê

potrzeby.

– Zrób to, Kelly.

Anderson wzi¹³ kartkê od Kelly’ego i po³¹czy³ siê przez radiotelefon.

Minutê póŸniej otworzy³ drzwi i wysiad³ z samochodu.

– To buick century z 1966 roku, skradziony dziœ po po³udniu w Queens.

– Dzwoñ po saperów – zawo³a³ Stone i biegiem skierowa³ siê na drug¹

stronê ulicy. W tym momencie zmieni³y siꠜwiat³a i samochody ruszy³y, zmu-

szaj¹c go do cofniêcia siê. Zniecierpliwiony Stone przemkn¹³ miêdzy jad¹cy-

mi pojazdami i wpad³ do galerii. Bergman z ¿on¹ opuœcili ju¿ posterunek przy

wejœciu, a recepcjonistka zajê³a siê przyjmowaniem p³atnoœci za obrazy.

– Przepraszam – zwróci³ siê do niej Stone – ale bêdzie pani musia³a odejœæ

z tego miejsca.

– Nie rozumiem. – Kobieta rozgl¹da³a siê za szefem. – Pan Bergman nie

mówi³ nic o tym, ¿e…

– Proszê to zrobi栖 ponagli³ Stone zdecydowanym tonem. Podszed³ do

niego Dino.

– Co siê dzieje?

– Naprzeciwko galerii stoi skradziony van; trzeba wyprowadziæ st¹d goœci

tylnym wyjœciem.

background image

128

Dino skin¹³ g³ow¹.

– Zróbmy to najspokojniej, jak siê da.

Podszed³ do grupy ludzi i zagadn¹³ ich, wskazuj¹c drogê na ty³y galerii.

Stone ju¿ mia³ do niego do³¹czyæ, kiedy zauwa¿y³, ¿e recepcjonistka na-

dal obs³uguje dwoje goœci. Wzi¹³ mê¿czyznê pod ramiê.

– Przykro mi, ¿e przeszkadzam, ale wszyscy musz¹ opuœciæ galeriê tyl-

nym wyjœciem. Proszê têdy.

S³ychaæ ju¿ by³o syreny radiowozów nadje¿d¿aj¹cych Madison Avenue.

– Nie rozumiem – obruszy³ siê tamten. – Nie chcê, ¿eby ktoœ podkupi³

mi obraz.

– Proszê siê o to nie martwiæ. Musimy podj¹æ pewne œrodki ostro¿noœci.

Mê¿czyzna niechêtnie uj¹³ ¿onê pod ramiê i skierowa³ siê do wyjœcia.

Zbli¿y³ siê Bergman; w jego oczach czai³o siê przera¿enie.

– Co siê sta³o?

– Na zewn¹trz stoi podejrzany samochód; proszê pomóc policji wypro-

wadzaæ goœci.

– W samym œrodku wieczoru? Oszala³ pan?

– Panie Bergman, to nie s¹ ¿arty. Nie wolno traciæ ani sekundy. I proszê

zabraæ st¹d tê kobietꠖ doda³, wskazuj¹c recepcjonistkê.

Bergman spe³ni³ polecenie.

Zjawi³a siê Sara.

– Stone, co siê tutaj dzieje?

– Zagro¿enie wybuchem bomby – odpar³ szeptem. – Saperzy ju¿ jad¹;

chodŸmy st¹d.

Ruszy³ w stronê tylnego wyjœcia, ale nagle odwróci³ siê, podszed³ do

frontowego okna i zaci¹gn¹³ ciê¿kie we³niane story.

– ChodŸmy – powiedzia³, bior¹c Sarê pod ramiê.

W tej samej chwili rozleg³ siê potê¿ny huk. Szyby pêk³y, a zas³ony wydê-

³y siê do œrodka pod naporem fali uderzeniowej.

33

S

i³a wybuchu cisnê³a Stone’a na marmurow¹ pod³ogê; mimo to nie wypu-

œci³ Sary. Gdy siê ockn¹³, dziewczyna próbowa³a siê spod niego wydostaæ.

Przetoczy³ siê na bok.

– Nic ci nie jest? – spyta³ s³abym g³osem.

Sara wsta³a i z krzykiem rzuci³a siê przed siebie, nie odpowiadaj¹c na

pytanie.

background image

129

Stone pozbiera³ siê i niepewnie stan¹³ na nogach; nadbieg³ Dino i obj¹³

go ramieniem. Rama okna zia³a pustk¹, ca³a pod³oga zas³ana by³a od³amkami

szk³a. Z we³nianej story zosta³y tylko strzêpy wisz¹ce u karnisza. W miejscu,

gdzie sta³ szary van, czerni³ siê w asfalcie niewielki krater. Samochody obok

p³onê³y. Panowa³ nieopisany tumult: kobiety i mê¿czyŸni w galerii wrzesz-

czeli, przepychaj¹c siê bez³adnie do tylnego wyjœcia. Wy³y syreny.

Dino wyj¹³ z kieszeni chusteczkê i przy³o¿y³ do g³owy Stone’a.

– Krwawisz, stary. Trzymaj to.

– Nic mi nie jest. ZnajdŸ Sarê, dobrze? I zaprowadŸ j¹ do mojego samo-

chodu; to w tej chwili najbezpieczniejsze miejsce.

– Dobrze, ale nie wychodŸ frontowymi drzwiami; stanowi³byœ ³atwy cel.

Stone s³ania³ siê nieco na nogach, trzymaj¹c chusteczkê z ty³u g³owy;

rozejrza³ siê po galerii. Wiêkszoœæ obrazów wisia³a na œcianach, a tylko jeden

lub dwa by³y powa¿niej uszkodzone. Zerkn¹³ na okno i zauwa¿y³, ¿e nie zaj-

mowa³o ca³ej œciany: po bokach by³ jeszcze metr muru. Podmuch zmiót³ okno,

ale ceg³y wytrzyma³y.

Nie zwa¿aj¹c na radê Dina, podszed³ do frontowych drzwi, otwartych na

oœcie¿ si³¹ eksplozji; szk³o pozosta³o nietkniête. Stone schyli³ siê i podniós³

od³amek. Zdziwi³ siê, wyczuwaj¹c palcami têpe krawêdzie.

Nagle jak spod ziemi wyrós³ Andy Anderson.

– Nic ci nie jest?

– Chyba nie – odpar³ Stone. – Widzia³eœ, co siê sta³o?

– Zadzwoni³em po saperów i odjecha³em kilkadziesi¹t metrów, ¿eby im

nie przeszkadzaæ. Szliœmy w³aœnie, ¿eby zatrzymaæ ruch, kiedy wybuch³a

bomba. By³o akurat czerwone œwiat³o, dziêki temu ¿aden samochód nie prze-

je¿d¿a³ przed galeri¹; zapali³y siê tylko te, które sta³y zaparkowane. Na ulicy

nikt nie ucierpia³. A wewn¹trz?

– PrzejdŸ na ty³y i sprawdŸ, czy wszyscy s¹ cali. Pokieruj karetkami,

kiedy przyjad¹.

– Dobrze.

– Gdzie Kelly?

– Nie mam pojêcia. Znikn¹³ mi z oczu.

Stone rozejrza³ siê po ulicy. Witryny pobliskich sklepów przy Madison

Avenue popêka³y, z niektórych samochodów wylecia³y szyby, ale poza tym

nie by³o widaæ ¿adnych powa¿niejszych zniszczeñ. Odwróci³ siê; g³ówna sala

galerii ca³kowicie opustosza³a. Doszed³ korytarzem do tylnego wyjœcia i zna-

laz³ siê na ulicy. Dino sta³, otaczaj¹c ramieniem Sarê, która pochyli³a g³owê

i ³ka³a; podobne obrazki widaæ by³o wszêdzie, ale na szczêœcie nikt nie le¿a³

ani nawet nie opiera³ siê o maskê samochodu. Dino zamacha³ rêk¹.

Stone po³o¿y³ d³onie na ramionach Sary i spojrza³ jej w oczy.

– Jesteœ ranna?

9 – Kr¹g strachu

background image

130

Dziewczyna powoli wraca³a do siebie.

– Chyba nie.

– Masz drobne skaleczenia na nogach – zauwa¿y³ Dino. – ChodŸcie,

odwieziemy was do szpitala.

Zjawi³ siê Bob Berman.

– NieŸle ³upnê³o. Czy ktoœ jest ranny?

– Lekko – odpar³ Dino. – Podrzuæ Sarê i Stone’a na pogotowie przy szpi-

talu Lenox Hill.

– Mo¿e zabierzemy kogoœ jeszcze? – spyta³ Stone.

– Wydaje mi siê, ¿e to wy najbardziej ucierpieliœcie; ty sta³eœ najbli¿ej

okna, a Sara przed tob¹. To ty zaci¹gn¹³eœ story?

– Tak, chyba tak.

– Os³abi³y si³ê podmuchu i zatrzyma³y szk³o. Wygl¹da na to, ¿e urato-

wa³eœ wielu ludzi, byæ mo¿e siebie te¿. Wsiadajcie ju¿.

Berman w³¹czy³ silnik. Wycofa³ do Pi¹tej Alei, migaj¹c œwiat³ami.

– Trzymajcie siꠖ ostrzeg³. – Pojadê pod pr¹d.

Skrêci³, uciekaj¹c przed nadje¿d¿aj¹cymi z naprzeciwka samochodami;

dwie przecznice dalej odbi³ na wschód.

– Dobrze to wykombinowa³eœ, Bob – pochwali³ Stone. – Nie przejecha³-

byœ przez Madison do centrum. Wybuch sprawi³, ¿e ulica jest zakorkowana

na przestrzeni kilku kilometrów.

Sara siedzia³a sztywno, œciskaj¹c d³oñ Stone’a.

– Jesteœ pewna, ¿e nic ci nie jest?

– Czujê siê dobrze – odpar³a cicho.

W szpitalu zdjêto ze Stone’a marynarkê i koszulê; m³ody praktykant ka-

za³ mu siê po³o¿yæ na brzuchu, zrobi³ znieczulenie miejscowe i zacz¹³ wyci¹-

gaæ z g³owy od³amki szk³a.

– Nie jest pan ciê¿ko ranny – zauwa¿y³. – PrzywieŸli du¿o osób z po-

dobnymi obra¿eniami. Co siê sta³o?

– Wybuch bomby – odpar³ Stone. Poczu³, ¿e ktoœ goli mu w³osy z ty³u

g³owy; dotkn¹³ tego miejsca palcami.

– Nie obawiaj siê, przystojniaku – uspokoi³a go pielêgniarka. – Nie zgo-

lê wiêcej, ni¿ potrzeba. Nadal bêdziesz wygl¹daæ sza³owo.

– G³owa mnie boli. Mogê dostaæ aspirynê?

– Za chwilê, jak oczyœcimy rany. Trzeba bêdzie pana zszyæ tu i ówdzie.

Stone  le¿a³  nieruchomo,  poddaj¹c  siê  zabiegom.  Wreszcie  kazali  mu

usi¹œæ; pielêgniarka poda³a bia³y fartuch.

– Proszê to za³o¿yæ. Marynarka i koszula nie prezentuj¹ siê wyjœciowo –

powiedzia³a, podaj¹c Stone’owi podarte ubranie. – Mo¿e pan iœæ. To znaczy,

zawiozê pana na fotelu, zgodnie z regulaminem.

– Gdzie jest Sara Buckminster?

background image

131

– Ta kobieta, która z panem przyjecha³a? Zaszyliœmy kilka drobnych ran

na jej nogach; jest w samochodzie z mê¿czyzn¹, który pana przywióz³.

Zatrzyma³a siê przed drzwiami.

– Dziêkujê. Jak d³ugo tu by³em? – spyta³ Stone.

– Nie wiem dok³adnie, ale wydaje mi siê, ¿e nieco ponad godzinê.

Stone dotar³ do samochodu.

– OdwieŸ nas do domu, Bob.

Pó³ godziny póŸniej wjechali do gara¿u. Stone nie wypuœci³ Sary z wozu,

czekaj¹c a¿ klapa siê zamknie. W ostatniej chwili wsun¹³ siê pod ni¹ Dino.

– Jakie  twarzowe  bia³e  wdzianko –  zauwa¿y³. –  Lepiej  ci  w  nim  ni¿

w smokingu. Dobrze siê czujecie?

– Boli mnie g³owa – mrukn¹³ Stone. – Zapomnieli mi daæ aspirynê.

– ChodŸmy na górꠖ zaproponowa³ Dino, bior¹c przyjaciela pod ramiê.

– Daj spokój. Nie jestem ranny.

Poszli prosto do saloniku.

Sara skierowa³a siê do ³azienki.

– Biorê tabletkê nasenn¹ – oznajmi³a. – Jeœli ktoœ chce ze mn¹ rozma-

wiaæ, to teraz, bo póŸniej odp³ynê w krainê snu.

Stone po³o¿y³ j¹ do ³ó¿ka, a nastêpnie po³kn¹³ cztery aspiryny. W gabine-

cie Dino nala³ dwa drinki.

– Jakie by³y straty? – spyta³ Stone.

– Parê samochodów, parê witryn, parê obrazów, kilkoro wystraszonych

ludzi. Saperzy orzekli, ¿e to by³ zwyk³y ³adunek dynamitu rzucony na siedze-

nie vana – ¿adnych ustrojów strumieniowych, ¿adnych gwoŸdzi czy innych

od³amków, poza fragmentami samochodu. Ale nic siê nie przedosta³o do wnê-

trza galerii. Eksplozja rozesz³a siê równomiernie we wszystkie strony. Samo-

chód rozlecia³ siê w drobny mak, okno posz³o w diab³y, uzbrojona szyba za-

mortyzowa³a si³ê podmuchu, a zas³ony przyjê³y jej resztkê. Szk³o zosta³o

zaprojektowane tak, aby wytrzymaæ pewne naprê¿enie i rozpaœæ siê na têpe

kawa³ki. Zanim bomba wybuch³a, wiêkszoœæ goœci przesz³a ju¿ na ty³y gale-

rii. Mieliœmy sporo szczêœcia, bo to mog³o zakoñczyæ siê jatk¹. Anderson

i Kelly powinni byli sprawdziæ rejestracje wszystkich wozów w pobli¿u, ale

nikt im tego nie powiedzia³ – moja wina – a wybuchu bomby siê nie spodzie-

wali.

– Przeczuwa³em, ¿e coœ siê stanie, ale nie coœ takiego.

– Najedliœmy siê trochê strachu, ale dziêki temu przynajmniej œledztwo

pozostanie otwarte. Bêd¹ o tym tr¹biæ w dzisiejszych wiadomoœciach, a czo-

³ówki jutrzejszych wydañ gazet mo¿na sobie wyobraziæ. Najlepiej by³oby,

gdybyœcie wynieœli siê z Sar¹ z miasta.

background image

132

– Zamówiliœmy ju¿ bilety na samolot do Londynu – odrzek³ Stone. –

Poradzisz sobie beze mnie?

Dino zmierzy³ go wymownym spojrzeniem.

– No có¿, bêdê siê stara³.

34

S

tone obudzi³ siê z bólem g³owy. Sara ju¿ wsta³a i bra³a prysznic; jej wa-

lizki le¿a³y po drugiej stronie ³ó¿ka. Wróci³a z ³azienki, owiniêta tylko

rêcznikiem.

Unios³a rêkê.

– Nie patrz tak na mnie. Musimy zd¹¿yæ na samolot. Nie czas na figle.

Stone usiad³ i postawi³ nogi na pod³odze.

– Z mojej strony nie grozi ci ¿adne niebezpieczeñstwo. G³owa mi pêka.

– Chcesz coœ lepszego od aspiryny? Jestem chodz¹c¹ encyklopedi¹ le-

ków.

– Wezmê wszystko, co zaordynujesz.

Sara zniknê³a w ³azience; po chwili wróci³a z pastylk¹ i szklank¹ wody.

– Tylko nie pij wina do œniadania. Zwali³oby ciê z nóg.

Stone po³kn¹³ tabletkê.

– Która godzina?

– Wpó³ do ósmej, a nasz samolot odlatuje o dziesi¹tej. Spakuj siê; for-

malnoœci na lotnisku potrwaj¹ tyle, ¿e nie mamy nawet czasu na œniadanie.

Podadz¹ nam coœ do jedzenia po starcie.

– Dobrze.

Stone wzi¹³ prysznic i zanim wyszed³ z ³azienki, ból min¹³; nadal jednak

krêci³o mu siê lekko w g³owie. Spakowa³ siê, zaniós³ baga¿e do windy, z któ-

rej rzadko korzysta³, i pos³a³ je do piwnicy.

– Dino odwiezie nas na wszelki wypadek na lotnisko – oznajmi³ Stone.

– Nie mam nic przeciwko temu – odrzek³a Sara. – Zmywajmy siê st¹d.

Jechali policyjnym wozem Dina; za kierownic¹ siedzia³ pocz¹tkuj¹cy

funkcjonariusz. Nie mówili wiele, dziêki czemu Stone mia³ czas pomyœleæ.

Doszed³ do wniosku, ¿e nie jest zbyt uszczêœliwiony takim rozwojem sytu-

acji. Gdy zatrzymali siê przed budynkiem portu lotniczego, Sara wrêczy³a mu

bilety i swój paszport.

– Zajmiesz siê odpraw¹? Muszê iœæ do toalety, i to nieodwo³alnie.

background image

133

Dino da³ jej eskortê w postaci m³odszego stopniem kolegi. Stone zawo³a³

baga¿owego i poleci³ wnieœæ walizki do budynku.

– Dziêki za odwiezienie – rzek³, podaj¹c przyjacielowi rêkê.

– Nie myœl za du¿o o tym, co siê tutaj dzieje. Ja siê wszystkim zajmê.

– Powinieneœ zwróciæ siê do FBI w zwi¹zku z zamachem bombowym.

Mo¿e oni by coœ wywêszyli?

– Ju¿ to zrobi³em; przekaza³em im wszystko, co zosta³o z tego vana.

– S³uchaj, Dino. Nie wiem, czy o tym pomyœla³eœ. Mary Ann i Ben s¹

w Brooklynie, Sara i ja wyje¿d¿amy. Zosta³eœ jedyn¹ osob¹, któr¹ ci szaleñcy

mog¹ wzi¹æ na cel. Musisz naprawdê na siebie uwa¿aæ.

– Zawsze uwa¿am – odpar³ Dino. – Wyluzuj siê i dobrze siê baw. Jak

zadzwonisz, powiem ci, czy sta³o siê coœ nowego.

– Zadzwoniê.

Uœciskali siê mocno. Po chwili Stone odwróci³ siê i wszed³ do budynku.

Przed okienkiem obs³uguj¹cym pierwsz¹ klasê nie by³o kolejki, wiêc szybko

za³atwi³ odprawê. Po³o¿y³ na wadze baga¿ Sary, ani na chwilê nie przestaj¹c

intensywnie myœleæ.

– Czy to ju¿ wszystko? – spyta³a kobieta za kontuarem. – Pan nie ma

baga¿u?

Stone podj¹³ decyzjê.

– Poleci tylko jedna osoba. Czy mogê zostawiæ tu na chwilê walizki?

Wrócê po nie, kiedy po¿egnam siê z przyjació³k¹.

Kobieta odda³a bilety i paszporty.

– Oczywiœcie, bêdê na nie uwa¿aæ.

Stone wsadzi³ bilety do kieszeni; w tej samej chwili wróci³a Sara.

– Wszystko za³atwione? – spyta³a.

– Tak. ChodŸmy do poczekalni dla pierwszej klasy.

Wypili kawê i zjedli spaghetti; Stone zerkn¹³ na „Timesa”.

– I w ten sposób uda³o nam siê trafiæ na pierwsz¹ stronê.

– Nic nie mów – powiedzia³a Sara. – Chcê zapomnieæ o tym, co siê wczo-

raj sta³o, i b³agam ciê, ¿ebyœ nie wspomina³ o wybuchu moim rodzicom, bo

narobi¹ strasznego lamentu.

– Dobrze.

Zapowiedziano lot; ruszyli wolno w stronê przejœcia. Stone zatrzyma³

Sarê przed schodami prowadz¹cymi na pok³ad.

– Nie mogê z tob¹ lecie栖 rzek³. – Nie wolno mi opuszczaæ Dina w ta-

kiej sytuacji. Jeœli wyjadê, on pozostanie jedynym celem dla morderców.

– Dino potrafi o siebie zadba栖 odpar³a Sara.

– Gdyby go dopadli, nigdy bym sobie nie wybaczy³.

background image

134

Sara patrzy³a na niego chwilê w milczeniu.

– Stone, ja ju¿ nie wrócê do Nowego Jorku.

– To szaleñstwo musi siê kiedyœ skoñczyæ. Zostañ u rodziców, dopóki

nie za³atwimy tej sprawy, a potem wróæ.

– Nie, mam ju¿ doœæ tego miasta. Wyjecha³am poprzednim razem, bo nie

by³am tu szczêœliwa. Teraz to miasto chce mnie zabiæ. Nie wrócê. Przykro mi.

– A co z zasad¹, ¿eby nie pozwoliæ terrorystom sob¹ sterowaæ? – spyta³ Stone.

– Skorygowa³am j¹.

– Wiesz, ¿e nie mogê mieszkaæ poza Nowym Jorkiem.

– Wiem. – Objê³a go. – Jesteœ najmilszym mê¿czyzn¹, jakiego znam, ale

sam powiedzia³eœ, ¿e zbyt wiele zbiegów okolicznoœci uk³ada siê w przezna-

czenie. Ono jest przeciwko nam.

– Przykro mi – powiedzia³ Stone.

– Mnie te¿ – odpar³a Sara, ca³uj¹c go.

Poda³ jej bilet i paszport; dziewczyna wesz³a na schody i po chwili znik-

nê³a w drzwiach samolotu.

Stone powlók³ siê z powrotem do budynku; zwróci³ bilet i odebra³ baga¿.

Zdziwi³ siê na widok samochodu Dina, który sta³ dok³adnie w tym samym

miejscu. Wrzuci³ walizki na tylne siedzenie i wsiad³.

– I tak oto wróci³em z Anglii – oznajmi³.

– Jak to?

– Nie odpowiada³a mi pogoda.

– Pozwoli³eœ tej dziewczynie wyjechaæ?

– Obawiam siê, ¿e tak.

– Wróci, kiedy to wszystko siê skoñczy?

– Nie. OdwieŸ mnie do hotelu; jeœli ktoœ widzia³, jak przyje¿d¿am na

lotnisko, niech myœli, ¿e polecia³em.

Dino da³ podw³adnemu znak, ¿eby rusza³.

– To nie by³a pierwsza lepsza dziewczyna – powiedzia³.

– Wiem.

– Ale z ciebie fujara.

– Wiem.

35

S

tone zameldowa³ siê w hotelu Carlyle i poleci³ w recepcji, ¿eby potwier-

dzaæ jego obecnoœæ tylko wówczas, jeœli dzwoni¹cy spyta o Elijaha Sto-

ne’a; by³o to imiê dziadka ze strony matki.

background image

135

– Oczywiœcie, proszê pana – powiedzia³ recepcjonista.

Znalaz³szy siê w pokoju, Stone zadzwoni³ na swoj¹ automatyczn¹ sekre-

tarkê. By³a jedna wiadomoœæ, od Billa Eggersa. Postanowi³ oddzwoniæ od razu.

– Mówi Stone.

– Czyta³em „Timesa”. Jak siê czujesz?

– Nic mi nie jest.

– Zrobili z ciebie bohatera.

– Nie wierz w to. Co s³ychaæ?

– Jesteœmy gotowi do zamkniêcia transakcji zakupu domu.

– Œwietnie. Dzisiaj?

– Tak – odpar³ Eggers. – Sprzedawca ju¿ wszystko podpisa³. Teraz po-

trzebny jest tylko twój podpis, potwierdzenie u notariusza, oraz czek na sumê

zakupu i koszty obs³ugi prawnej; jeœli chcesz, mo¿esz mi wystawiæ prywatny

czek, a my zap³acimy z funduszu powierniczego.

Poda³ sumê.

– Wyœlê ci czek faksem – odrzek³ Stone, zapisuj¹c numer konta firmy.

– Chcesz zajrzeæ dzisiaj?

– Ukry³em siê w Carlyle i na razie wola³bym siê st¹d nie ruszaæ. Móg³-

byœ przyjechaæ do mnie?

– Jasne. O której?

– Powiedzmy w po³udnie; zamówiê lunch do pokoju.

– Dobra, bêdê.

– Pokój 1550, wynajêty na nazwisko Elijah Stone.

– Do zobaczenia o dwunastej – powiedzia³ Bill i roz³¹czy³ siê.

Stone zadzwoni³ do swojego pe³nomocnika finansowego i poprosi³ o prze-

kazanie pieniêdzy z konta na rachunek funduszu powierniczego firmy Wood-

man i Weld; nastêpnie zatelefonowa³ do sklepu ABC i poleci³ zawieŸæ meble

do domu w Connecticut.

– Nasza ciê¿arówka bêdzie przeje¿d¿aæ tamtêdy jutro – poinformowa³a

kobieta.

– Œwietnie siê sk³ada – ucieszy³ siê Stone. Zadzwoni³ do sklepu ze sprzê-

tem gospodarstwa domowego i poprosi³ o dostawê nazajutrz. Wreszcie wy-

bra³ numer Boba Bermana.

– Myœla³em, ¿e lecisz w³aœnie nad Atlantykiem – zdziwi³ siê Berman.

– Zmiana planów. Wola³em nie wracaæ do domu; mieszkam w hotelu

Carlyle. Chcia³bym ciê prosiæ o du¿¹ przys³ugê.

– Mów.

– PojedŸ do mojego domu w nocy – w œrodku nocy – upewnij siê, ¿e nie

jest obserwowany, i wejdŸ do œrodka. Masz jeszcze klucz?

– Tak, chocia¿ nie jest mi w³aœciwie potrzebny. Zapomnia³eœ, ¿e to ja

zak³ada³em ci system alarmowy?

background image

136

– Pamiêtam. WejdŸ do mojego gabinetu i otwórz schowek na broñ pod

rega³em. Poradzisz sobie z zamkiem?

– A czy papie¿ jest Polakiem?

– WeŸ walthera kaliber 7,67 z futera³em na ramiê i zapasowy magazy-

nek, wyprowadŸ samochód z gara¿u i przyjedŸ do hotelu Carlyle; jest otwarty

non stop. Powiedz parkingowemu, ¿e to dla Stone’a z pokoju 1550. Zamknij

broñ w schowku przy tablicy rozdzielczej.

– Za³atwione – powiedzia³ Berman.

– Dziêki, Bob. Jestem twoim d³u¿nikiem.

– Czy to pierwszy raz?

– Jasne, ¿e nie.

– No w³aœnie. Powodzenia. I nie daj siê zabiæ.

Stone zadzwoni³ do biura agencji Klemmów w Waszyngtonie; spyta³

o kontakt do s³u¿b miejskich i firmy telekomunikacyjnej. Przed wizyt¹ Billa

Eggersa zd¹¿y³ za³atwiæ pod³¹czenie wody, elektrycznoœci i telefonów w no-

wym domu.

Bill zjawi³ siê w towarzystwie Joan Robertson, która mia³a kiedyœ zast¹-

piæ sekretarkê Stone’a; kobieta przywita³a go z uœmiechem, jak gdyby zapo-

mnia³a o tym, ¿e omal nie narazi³ jej na œmiertelne niebezpieczeñstwo.

– Mo¿e od razu zamówimy lunch i za³atwimy wszystkie formalnoœci,

czekaj¹c na posi³ek? – zaproponowa³ Stone. – Joan, zje pani z nami?

– Dziêkujê, ale jestem ju¿ umówiona na lunch. Moja mama przyjecha³a

w odwiedziny.

Stone i Eggers zamówili posi³ek, a potem zabrali siê do roboty. Eggers

rozpostar³ na stole plik dokumentów, Stone z³o¿y³ podpisy, a Joan potwier-

dzi³a notarialnie. Wszystko trwa³o trzy kwadranse. Na koniec Bill wrêczy³

Stone’owi teczkê.

– Oto twoja umowa. Chcesz, ¿ebyœmy zatrzymali j¹ w naszym archi-

wum?

– Tak, bardzo proszꠖ odpar³ Stone. – Niech le¿y tymczasem w sejfie.

– Gratulacje. W ten oto sposób zosta³eœ w³aœcicielem domku na wsi.

Przedstawiê dokumenty sprzedawcy dziœ po po³udniu.

Rozleg³ siê dzwonek do drzwi i kelner wtoczy³ do pokoju wózek z zamó-

wionym posi³kiem.

– Muszê ucieka栖 powiedzia³a Joan. – Jeœli pan chce, mogê po drodze

zawieŸæ dokumenty do kancelarii.

– Bardzo pani dziêkujê, Joan. Kiedy to wszystko siê skoñczy, z przyjem-

noœci¹ skorzystam z pani us³ug.

Sekretarka wysz³a; Stone i Eggers usiedli do lunchu.

– Chcê j¹ mie栖 oznajmi³ Stone.

– Ma³o ci kobiet?

background image

137

– Chcê, ¿eby by³a moj¹ sekretark¹; lojalnie ciê ostrzegam.

– W takim razie bêdziesz musia³ z³o¿yæ jej propozycjê nie do odrzucenia.

– Tak zrobiê. À propos, s³ysza³em, ¿e macie w firmie klienta, który od

czasu do czasu sk³ada takie propozycje.

– Nie wiem, o kim mówisz.

– Nigdy nie wspomina³eœ, ¿e reprezentujecie Eduarda Bianchiego.

Rêka Eggersa znieruchomia³a z no¿em nad kromk¹ chleba.

– Sk¹d siê o tym dowiedzia³eœ?

– Z najlepszego Ÿród³a.

– Jakiego Ÿród³a?

– Od Bianchiego.

– Znasz go?

– Znam wielu ludzi.

– Znasz go osobiœcie?

– Wczoraj wieczorem jad³em z nim kolacjꠖ odpar³ Stone z szelmow-

skim uœmieszkiem.

– Bianchi nie rusza siê z domu, odk¹d zmar³a jego ¿ona.

– Jedliœmy u niego.

– Chcê, ¿eby to by³o jasne: nie reprezentujemy Eduardo Bianchiego, tyl-

ko jego fundacjê dobroczynn¹.

– I to niby znaczy, ¿e macie czyste rêce?

– Wszystko jest ca³kowicie legalne. Robimy to pro publico bono.

Stone parskn¹³ œmiechem.

– Jak to siê sta³o, ¿e pozna³eœ Bianchiego? – spyta³ Eggers.

– A ty nigdy siê z nim nie spotka³eœ?

– Ale¿ tak, i to wielokrotnie, od kiedy zg³osi³ siê do nas w sprawie funda-

cji. No, mo¿e zg³osi³ siê, to za du¿o powiedziane. Odebra³em telefon od kogoœ,

kto odebra³ telefon od kogoœ innego, a ten od jeszcze kogoœ innego. Bianchi

bardzo nie lubi, kiedy mu siê odmawia ze wzglêdu na reputacjê jego rodziny.

Jest na to uczulony. Zawsze bada dok³adnie grunt, zanim ujawni swoje inten-

cje. Dziêki temu oszczêdza obu stronom nieprzyjemnych rozczarowañ.

– Rzeczywiœcie sprawia wra¿enie przezornego.

– Wreszcie zjawi³ siê osobiœcie; utworzyliœmy fundacjê, której preze-

sem zosta³a jego córka. Prawdê powiedziawszy, facet zrobi³ na mnie ogromne

wra¿enie. Jego córka te¿ – doda³ Eggers, unosz¹c znacz¹co brwi.

– Nie dziwiê siê.

– Znalaz³oby siê w firmie paru facetów, którzy byliby gotowi dorabiaæ

na boku jako egzekutorzy mafii, byleby tylko pow¹chaæ jej majtki.

– Czy ona czêsto przychodzi do biura?

– Siedziba fundacji znajduje siê piêtro wy¿ej. Wynajêliœmy im pomiesz-

czenia.

background image

138

– Czym w³aœciwie zajmuje siê ta fundacja?

Eggers od³o¿y³ widelec.

– To musi pozostaæ miêdzy nami, dobrze?

– Jasne.

– Bianchi jest bardzo wyczulony na punkcie dyskrecji, a nale¿y do lu-

dzi, których nie wolno denerwowaæ.

– Bêdê milcza³ jak grób.

– Fundacja sponsoruje sztukê. Wyp³aca stypendia kilkunastu m³odym

artystom, poza tym utrzymuje w³asn¹ kolekcjê obrazów, które wypo¿ycza

czasem muzeom. Przewa¿nie arcydzie³a dawnych mistrzów.

– Jak siê nazywa ta fundacja?

– Briarwood.

– Widzia³em tê nazwê w telewizji, jako sponsora rozmaitych imprez.

– Tym te¿ siê zajmuj¹. W zasadzie daj¹ pieni¹dze na wszystko, co inte-

resuje starego. No dobra, teraz twoja kolej. Jak pozna³eœ Bianchiego?

– On jest teœciem Dino Bacchettiego.

– ¯e co?!

– Nie ¿artujê. Dino o¿eni³ siê z jego starsz¹ córk¹ jakieœ siedem, osiem

lat temu.

Eggers potrz¹sn¹³ g³ow¹.

– To mi wystarczy.

– Ta wiadomoœæ te¿ musi zostaæ miêdzy nami.

– Jak sobie ¿yczysz.

Dopili kawê; Eggers zerkn¹³ na zegarek.

– Muszê iœæ do s¹du.

– Dziêkujê, Bill.

– Nie ma za co. Kiedy siê wybierzemy do twojego domku w Connecticut?

– Daj mi trochê czasu. À propos… – Stone zapisa³ na swojej wizytówce

numery i poda³ Eggersowi.

– Tu s¹ numery telefonów i faksu. Powinny dzia³aæ ju¿ jutro, ale na razie

zachowaj je dla siebie.

– Do zobaczenia.

Uœcisnêli sobie rêce; Eggers wyszed³. Stone wypchn¹³ wózek na kory-

tarz, usiad³ i otworzy³ „Timesa”. Przeczyta³ gazetê dok³adnie jak zawsze; w ko-

lumnie poœwiêconej sztuce jego uwagê zwróci³ tytu³ recenzji teatralnej: „Jud-

son Palmer przedstawia Pogrzebacz w oku”.

Nazwisko przypomnia³o Stone’owi o sytuacji, w jakiej siê znalaz³. A co

mi tam, pomyœla³. Sam do niczego nie dojdê. Odszuka³ w portfelu wizytów-

kê, któr¹ dosta³ od Eduarda Bianchiego i wybra³ numer telefonu. Aparat prze-

sta³ dzwoniæ, odezwa³ siê sygna³; w³aœciciel nie nagra³ swojego g³osu na se-

kretarce.

background image

139

– Mówi Stone Barrington. Mo¿na siê ze mn¹ skontaktowaæ w hotelu

Carlyle, numer 744-1600. Zameldowa³em siê pod nazwiskiem Elijah Stone,

pokój 1550.

Od³o¿y³ s³uchawkê. Przysz³o mu na myœl, ¿e byæ mo¿e w ten sposób

zrobi³ pierwszy krok na drodze do utraty prawa wykonywania zawodu.

36

S

tone nie mia³ co ze sob¹ zrobiæ przez ca³y dzieñ; nie móg³ bezpiecznie

wróciæ do domu, a ten w Connecticut nie by³ jeszcze umeblowany. Przeczy-

ta³ ca³ego „Timesa”, potem znudzi³ siê przy lekturze „Wall Street Journal”. Nie

zamierza³ zni¿aæ siê do ogl¹dania oper mydlanych, a w telewizji nie by³o ¿ad-

nego dobrego filmu. Wsta³ i przespacerowa³ siê; nadal dokucza³ mu ból po

wczorajszym upadku. Podniós³ s³uchawkê i po³¹czy³ siê z recepcj¹.

– S³ucham, panie Stone?

– Czy móg³by mi pan zorganizowaæ masa¿ w pokoju?

– Oczywiœcie. Kiedy pan sobie ¿yczy?

– Jak najszybciej.

– Kobieta czy mê¿czyzna?

– Kobieta.

– Szwedka czy Japonka?

– Szwedka.

– Proszê chwilê zaczekaæ; sprawdzê, jakie s¹ mo¿liwoœci. – Recepcjoni-

sta zamilk³ na chwilê. – Sheila zjawi siê u pana za godzinê.

– Dziêkujê.

Stone od³o¿y³ s³uchawkê, obejrza³ dwa odcinki Starej chaty, poszed³ do

³azienki, rozebra³ siê i w³o¿y³ szlafrok. Niebawem rozleg³o siê pukanie; do

pokoju wesz³a ³adna dziewczyna i rozstawi³a w sypialni stó³ do masa¿u.

– Proszê siê po³o¿yæ na brzuchu – poleci³a.

Stone zrzuci³ szlafrok i rozci¹gn¹³ siê na blacie; masa¿ystka zakry³a mu

poœladki niewielkim rêcznikiem.

– Ma pan rany na plecach – zauwa¿y³a.

– Wypadek; nie bêd¹ pani przeszkadzaæ?

– Ale¿ sk¹d. Proszê powiedzieæ, jeœli pana zaboli.

Zaczê³a ugniataæ plecy; Stone z przyjemnoœci¹ podda³ siê jej zabiegom.

Wkrótce pogr¹¿y³ siê w drzemce. Przerwa³ mu j¹ dzwonek do drzwi.

– Czy mog³aby pani otworzyæ? – poprosi³. – To pewnie pokojówka; za-

pomnia³em wywiesiæ kartkê z napisem NIE PRZESZKADZAÆ.

background image

140

– Oczywiœcie. Zaraz wracam – powiedzia³a masa¿ystka i wysz³a z sypialni.

Stone us³ysza³ otwieranie drzwi i jakieœ szepty; po chwili drzwi siê za-

mknê³y i dziewczyna wróci³a.

– Wywiesi³a pani kartkê?

– Aha – odpar³a, masuj¹c mu kark.

Stone znów zapad³ w drzemkê; przebudzi³ siê na chwilê, ¿eby odwróciæ

siê na plecy, kiedy poprosi³a. Zakry³a mu oczy woreczkiem wype³nionym fa-

solk¹ i po³o¿y³a rêcznik na brzuchu; Stone rozluŸni³ siê ca³kowicie. G³adzi³a

szyjê i twarz, a potem przesunê³a d³onie w dó³. Zatrzyma³a siê na chwilê na

jego sutkach; pomyœla³, ¿e to trochê dziwne, ale by³o mu zbyt dobrze, wiêc

nie zamierza³ protestowaæ. Poczu³, jak masa¿ystka zdejmuje rêcznik. Có¿,

jeœli jej to nie przeszkadza, to mnie te¿ nie, pomyœla³.

G³adzi³a mu brzuch i uda; od czasu do czasu niby przypadkowo muska-

j¹c d³oni¹ cz³onek. Nagle sta³o siê jasne, ¿e to nie przypadek. A wiêc hotel

zapewnia równie¿ tego rodzaju us³ugi? Stone us³ysza³, jak dziewczyna sma-

ruje sobie rêce jakimœ p³ynem; po chwili dotknê³a go w sposób, który nie

budzi³ ¿adnych w¹tpliwoœci. Tego siê nie spodziewa³.

Otworzy³ oczy, ale woreczek nadal le¿a³ na jego twarzy, wiêc zamkn¹³ je

z powrotem. Masa¿ystka robi³a swoje delikatnie, lecz zdecydowanie; Stone

poczu³, ¿e dosta³ pe³nej erekcji. Instynkt podpowiada³ mu, ¿eby obj¹æ dziew-

czynê, ale powstrzyma³ siê. Po kilku minutach doprowadzi³a do wytrysku,

a póŸniej pieœci³a delikatnie jeszcze przez chwilê, a¿ oddech Stone’a wróci³

do normy. Wytar³a go i poca³owa³a lekko w usta.

– Idê umyæ rêce – szepnê³a. – Proszê siê zrelaksowaæ; zaraz wracam.

Stone us³ysza³, ¿e dziewczyna zamyka drzwi ³azienki. Usiad³ i w³o¿y³

szlafrok. Co to ma znaczyæ? Coœ takiego przydarzy³o mu siê pierwszy raz

w ¿yciu. Przypuszcza³, ¿e masa¿ystka oczekuje wyj¹tkowo hojnego napiwku,

jeœli nie czegoœ wiêcej. Zsun¹³ siê ze sto³u, ¿eby wyj¹æ portfel; drzwi otwar³y

siê i stanê³a w nich uœmiechniêta Dolce Bianchi.

Stone otworzy³ szeroko usta; nie móg³ wydobyæ g³osu.

– Czy podoba³ siê panu masa¿? – spyta³a.

– Ale¿ ja…

– Myœlê, ¿e tak. Napi³abym siê czegoœ. Przygotowaæ coœ panu?

– Wszystko jest w barku – powiedzia³ Stone. – Poproszê to samo, co pani.

Odwróci³a siê i wysz³a do salonu; Stone gor¹czkowo próbowa³ zebraæ

myœli.

Wróci³a z wype³nion¹ do po³owy butelk¹ szampana i dwoma kieliszkami.

– Proszê usi¹œæ i odprê¿yæ siꠖ poleci³a, stawiaj¹c kieliszki na stole i wy-

ci¹gaj¹c korek z butelki. – Nie powinien pan siê forsowaæ zaraz po masa¿u.

Stone usiad³ w fotelu; dziewczyna poda³a mu szampana.

– Jak pani?…

background image

141

– Przes³ucha³am pañsk¹ wiadomoœæ i natychmiast wsiad³am w samo-

chód – odpar³a. – Nie zatrzyma³am siê przy recepcji, tylko od razu wesz³am

na górê. Masa¿ystka otworzy³a drzwi, a kilka banknotów studolarowych prze-

kona³o j¹, ¿eby wyjœæ nieco wczeœniej, ni¿ planowa³a.

Stone z wolna odzyskiwa³ zimn¹ krew. Podniós³ kieliszek.

– Za nieoczekiwane przyjemnoœci.

Dolce rozeœmia³a siê.

– One s¹ najlepsze – odrzek³a, podnosz¹c szampana do ust.

– Jest pani kopalni¹ niespodzianek – powiedzia³ Stone, bo nic innego

nie przychodzi³o mu do g³owy.

– O, tak – zgodzi³a siê Dolce. – Proszê o tym zawsze pamiêtaæ. Jestem te¿

bardzo przedsiêbiorcza. I nigdy siê nie waham, kiedy mi na czymœ zale¿y.

– Ani przez chwilê w to nie w¹tpi³em. Ale sk¹d pani wiedzia³a, ¿e nie

zeskoczê ze sto³u?

– W tych sprawach polegam na swoich zdolnoœciach parapsychicznych.

– Ja te¿ je mam – oznajmi³ Stone. – Powró¿yæ pani?

– Czemu nie?

Uj¹³ jej d³onie i przyjrza³ siê liniom.

– Widzê, ¿e pani rêce s¹ obdarzone wyj¹tkowym talentem.

Dziewczyna parsknê³a œmiechem.

– Te¿ mi wró¿ba.

– By³a pani naiwna za m³odu, ale teraz zm¹drza³a.

– Dino musia³ powiedzieæ panu o moim ma³¿eñstwie, to nie ulega w¹t-

pliwoœci.

– Widzê te¿, ¿e wykonuje pani po¿yteczn¹ pracꠖ ci¹gn¹³ Stone. – Jest

pani osob¹, która lubi dawaæ. Na tym w³aœnie polega pani praca.

Spojrza³a na niego dziwnie.

– Proszê mówiæ dalej.

– Pani praca ma zwi¹zek ze sztuk¹; pani sama nie jest artystk¹, lecz po-

maga artyœcie… widzê nawet, ¿e niejednemu. O, jakieœ pieni¹dze… To one

pozwalaj¹ tym m³odym ludziom iœæ za swym powo³aniem.

Czarne oczy Dolce zwêzi³y siê; by³a wyraŸnie zaskoczona.

– Dino nie móg³ panu tego powiedzieæ.

– Widzê obrazy, mnóstwo obrazów; s¹ wystawione w wielu miejscach,

byæ mo¿e w muzeach. Dostrzegam te¿ zwi¹zek z telewizj¹, z programami

poœwiêconymi sztuce…

Dolce próbowa³a wyrwaæ rêce, ale Stone nie wypuszcza³ ich.

– Wyczuwam nazwê, która kojarzy siê z kolczastym krzewem*.

* Nazwa fundacji, briarwood to po angielsku wrzosiec (Erica arborea) – krzew, z które-

go wyrabia siê fajki (przyp. t³um.).

background image

142

Uwolni³a d³onie.

– Proszê przestaæ, zaczyna mnie pan przera¿aæ.

Stone wzruszy³ ramionami.

– Ka¿dy ma jakiœ dar. Nie ma siê czego baæ.

– Sk¹d pan to wszystko wie?

– Wyczyta³em z d³oni.

Dolce rozeœmia³a siê.

– Przez chwilê uda³o siê panu mnie nabraæ. – Wypi³a ³yk szampana, na-

chyli³a siê do Stone i poca³owa³a go. – Zdaje mi siê, ¿e jest pan moim d³u¿ni-

kiem.

– Chyba ma pani racjꠖ przyzna³ Stone.

– Nie mam zwyczaju czekaæ na zap³atê i zawsze naliczam odsetki.

– To ca³kowicie uzasadnione.

Dziewczyna wsta³a, siêgnê³a d³oñmi za plecy i odsunê³a zamek. Suknia

opad³a na jej stopy. Nie nosi³a stanika, tylko poñczochy z podwi¹zkami i maj-

teczki. Zrzuci³a je i zbli¿y³a siê do Stone’a.

Chcia³ siê podnieœæ, ale Dolce popchnê³a go i usiad³a okrakiem na jego

kolanach. Przyci¹gnê³a jego g³owê do piersi; poczu³ jej zapach.

– To bêdzie pierwsza rata – szepnê³a zmys³owo.

Stone zap³aci³ uczciwie. Przez chwilê zastanawia³ siê, w co siê pakuje,

ale nie trwa³o to d³ugo.

37

K

elner nakry³ stolik, otworzy³ dwie butelki wina i oddali³ siê.

– Kolacja gotowa – zawo³a³ Stone w stronê ³azienki, gdzie Dolce popra-

wia³a sobie makija¿.

Wróci³a i usiad³a przy stole.

Stone spróbowa³ wina i nape³ni³ kieliszki.

– Wydaje mi siê, ¿e po raz pierwszy jem kolacjê z kobiet¹ ubran¹ w poñ-

czochy, podwi¹zki i szpilki.

Dolce podnios³a kieliszek.

– Za kolejne nowe doœwiadczenie.

– Za to wypijê z chêci¹ – odpar³ Stone. Na pierwsze danie jedli makaron

z sosem z homara. – Jesteœ niezwykle piêkn¹ kobiet¹.

– Wiem. Byæ mo¿e moje s³owa zabrzmia³y arogancko, ale mówiono mi

o tym wiele razy, wiêc wiem, ¿e to prawda. Pewnie kiedyœ przestan¹ byæ

prawdziwe…

background image

143

– Nie s¹dzꠖ zaoponowa³ Stone. – Kiedy zaczniesz siê starze栖 a do

tego czasu up³ynie jeszcze wiele lat – nadal bêdziesz doskonale wygl¹daæ.

– Zdejmij szlafrok – poprosi³a Dolce. – Lubiê patrzeæ na twoj¹ nagoœæ.

– Bojê siê, ¿e rozlejê sos. Jest gor¹cy.

– Tchórz.

– O tak, jeœli w grê wchodzi gor¹ce jedzenie i czu³e miejsca.

– Masz racjê. Chcê ciê nienaruszonego.

– A dlaczego mnie w ogóle chcesz? – spyta³ Stone. – Tylko nie wciskaj

mi pochlebstw. Po prostu jestem ciekaw.

– Po pierwsze, jesteœ tak samo piêkny jak ja – odpar³a Dolce. – Piêkni

mê¿czyŸni nie nale¿¹ do rzadkoœci, ale piêkni i interesuj¹cy, tak. A ty dlacze-

go mnie chcia³eœ?

– Nie wiedzia³em, ¿e mam wybór.

Rozeœmia³a siê dŸwiêcznie.

– Chyba nie mia³eœ. Czy moja pewnoœæ siebie zrazi³a ciê?

– A wygl¹da³em na zra¿onego?

– Ani trochꠖ odpar³a Dolce ze œmiechem. – Ale wracaj¹c do twojego

pytania, wiele o tobie s³ysza³am od Mary Ann przez te lata; spodoba³o mi siê

to, co opowiada³a. A Dino z pewnoœci¹ by nas sobie nie przedstawi³.

– Myœlê, ¿e Dino chcia³ unikn¹æ komplikacji.

– To nie po w³osku unikaæ komplikacji – stwierdzi³a Dolce. – On po

prostu chce ¿yæ z dala od ojca i ode mnie i trzymaæ swoich przyjació³ jak

najdalej od nas. Dino nie akceptuje naszej rodziny.

– Odmienne filozofie ¿ycia, jak to uj¹³ twój ojciec.

– Papa ciê polubi³.

– Takie odnios³em wra¿enie. Ja te¿ poczu³em do niego sympatiê.

– Nie da siê nie lubiæ papy, jeœli on chce, ¿eby siê go lubi³o.

– To chyba rodzinne.

– A jakie jest twoje pochodzenie etniczne? – spyta³a.

– Angielskie, z obu stron, jeœli mo¿na je nazwaæ etnicznym.

– Tak, Barrington to rzeczywiœcie brzmi z angielska. – Przechyli³a nieco

g³owê. – Jakoœ nie mogê uwierzyæ, ¿e kiedykolwiek by³eœ gliniarzem.

– Policja te¿ mia³a z tym trudnoœci. Niezbyt do nich pasowa³em. Dino

powiedzia³ kiedyœ, ¿e nowojorska policja to lo¿a braterska, a ja nigdy do niej

nie wst¹pi³em.

– Opowiedz mi o swojej rodzinie.

– Moi przodkowie z obu stron, Barringtonowie i Stone’owie, przybyli

ze œrodkowej Anglii do Massachusetts na pocz¹tku osiemnastego wieku i za-

³o¿yli tkalniê. W dziewiêtnastym wieku firma rozros³a siê. Wiod³o im siê ca³-

kiem dobrze. Mój ojciec nie chcia³ pracowaæ w rodzinnym przedsiêbiorstwie;

uwielbia³ d³ubaæ w drewnie. Jednak dziadek nalega³, ¿eby poszed³ do Yale.

background image

144

Moj¹ matkê rodzice pos³ali do Mount Holyoke na studia plastyczne. Kiedy

w 1929 roku dosz³o do krachu na gie³dzie, obie rodziny podupad³y. Ojciec

porzuci³ Yale i osiad³ w Nowym Jorku; tam pozna³ moj¹ matkê, która miesz-

ka³a w Greenwich Village i malowa³a. Znali siê jako dzieci, a kiedy siê spo-

tkali po latach, zapa³ali do siebie uczuciem. Ojciec zacz¹³ chodziæ od domu

do domu z narzêdziami, szukaj¹c dorywczych prac. Wreszcie uda³o mu siê

otworzyæ warsztat stolarski; z czasem zyska³ sobie reputacjê wytwórcy piêk-

nych mebli. Mieli wielu lewicuj¹cych przyjació³, a mój ojciec wst¹pi³ nawet

do partii komunistycznej w czasie wielkiej depresji.

– Wyliczy³am, ¿e musieli byæ doœæ zaawansowani wiekiem, kiedy siê

urodzi³eœ.

– Tak, zrobi³em im niespodziankê.

– Co siê sta³o z rodzin¹ w Massachusetts?

– Zubo¿a³a i rozpad³a siê, jak przypuszczam. Ojciec zosta³ wydziedzi-

czony za komunizm, a matka za to, ¿e go poœlubi³a. Jedyn¹ osob¹ z rodziny,

jak¹ pozna³em, by³a siostra mojej babki ze strony mamy. Okaza³a siê tak wiel-

koduszna, ¿e przed œmierci¹ zapisa³a mi w spadku dom w Turtle Bay.

– Mo¿esz byæ dumny ze swojej rodziny – powiedzia³a Dolce – z wyj¹t-

kiem tego romansu ojca z komunizmem. Ale w latach trzydziestych wielu

ludzi zb³¹dzi³o w ten sposób.

– Ojciec nigdy nie robi³ sobie wyrzutów z powodu pogl¹dów politycz-

nych. ¯a³owa³ tylko, ¿e partia okaza³a siꅠ– Stone spojrza³ na ni¹ zwê¿ony-

mi oczami. – Czy¿bym by³ przes³uchiwany w jakimœ konkretnym celu?

– Byæ mo¿e, ale nie w tym, o którym myœlisz. Jestem katoliczk¹, a mój

ojciec to g³êboko wierz¹cy katolik. Wolno mi mieæ tylko jednego mê¿a.

– Jakoœ nie potrafiê sobie wyobraziæ ciebie z mê¿em.

– Ca³kiem jak on zaraz po œlubie.

– A wiêc w jakiej sprawie jestem przes³uchiwany?

– Jeszcze nie wiem – odpar³a Dolce. – Dlaczego nie spyta³eœ mnie o moj¹

rodzinê?

– Mówi³em ci, ¿e jestem jasnowidzem. Wiem ju¿ to, co chcia³em wiedzieæ.

– Nie wolno ci ¿artowaæ z takich rzeczy z w³osk¹ dziewczyn¹; dla nas to

powa¿ne sprawy.

– Zawsze bêdê o tobie wiedzia³ wiêcej, ni¿ byœ sobie ¿yczy³a – odrzek³

Stone licz¹c, ¿e Dolce mu uwierzy, choæ nie by³a to prawda.

Zdawa³o mu siê, ¿e dostrzeg³ w jej oczach niepokój.

– Przestañ, proszê ciê.

Dokoñczyli jeœæ pierwsze danie; Stone na³o¿y³ na talerze pieczon¹ barani-

nê, która czeka³a w zakrytym pó³misku. Spróbowa³ wina i nape³ni³ kieliszki.

– To nie jest w³oskie wino – zauwa¿y³a Dolce, przesuwaj¹c kieliszek

pod nosem.

background image

145

– Kalifornijskie, byæ mo¿e t³oczone przez W³ochów; nazywa siê Far

Niente.

– Dolce Far Niente – sprostowa³a dziewczyna. – S³odkie nic.

Skosztowa³a.

– Jest wyœmienite, mimo ¿e nie w³oskie.

– Czy wszystko musi byæ w³oskie?

– Nie wszystko, ale papa uwa¿a, ¿e W³ochy to najwa¿niejszy kraj na

œwiecie, choæ nasza rodzina mieszka w Stanach od czterech pokoleñ. Jego

zdaniem, wszystko, co nie w³oskie, jest mniej wa¿ne.

– Ty te¿ tak s¹dzisz?

– Jestem bardziej amerykañska, ale rozumiem jego przekonania.

– We mnie nie ma nic w³oskiego. Co na to twój ojciec?

– Nie jesteœ winem, potraw¹, sztuk¹ ani zabytkiem architektury.

– Nie jestem te¿ katolikiem.

– Papa nie przyk³ada do tego a¿ tak wielkiej wagi. Na swój sposób uwa-

¿a, ¿e mój rozwód chroni rodzinê.

– Wdowieñstwo da³oby ci wolnoœæ, prawda?

Dolce uœmiechnê³a siê nieznacznie.

– Jesteœ domyœlny. Jedynym powodem, dla którego mój by³y m¹¿ jesz-

cze ¿yje jest to, ¿e papa nie chce, abym ponownie wysz³a za m¹¿.

– Rozumiem.

– Dlaczego zadzwoni³eœ?

– Twój ojciec poda³ mi ten numer na wypadek, gdybym potrzebowa³

jego pomocy.

– A potrzebujesz jej?

– Tak.

– Czy Dino o tym wie?

– Dino nie chce wiedzieæ.

– Wczorajszy zamach sk³oni³ ciê do wykonania tego telefonu?

– Tak.

– A gdzie siê podziewa piêkna malarka?

– Wróci³a do swej zamorskiej ojczyzny, Anglii. Nie przyjedzie wiêcej

do Nowego Jorku.

– Smutno ci?

– Znacznie mniej ni¿ rano.

– Jakiej pomocy oczekujesz od ojca?

– S³ysza³aœ, ¿e Mitteldorfer znikn¹³?

Dolce skinê³a g³ow¹.

– Papa powiedzia³ mi, co wie o tej sprawie.

– Dino zadar³ z dowódc¹ stra¿y w Sing Sing, dlatego nie mogê zdobyæ

z wiêzienia informacji, które mog³yby mi pomóc ustaliæ jego miejsce pobytu.

10 – Kr¹g strachu

background image

146

Poza tym, Mitteldorfer zarz¹dza³ aktywami kapitana i dyrektora wiêzienia,

czym zas³u¿y³ sobie na ich… przychylnoœæ.

– Chodzi ci o informacje z wiêzienia?

– Tak. Niektórzy wiêŸniowie musieli utrzymywaæ bli¿sze kontakty z Mit-

teldorferem, przecie¿ spêdzi³ tam dwanaœcie lat. Mo¿e któryœ z nich wie coœ

na temat jego planów po wyjœciu na wolnoœæ.

– To jest do zrobienia – oznajmi³a Dolce. – Zajmie to parê dni, mo¿e

tydzieñ. Myœlisz, ¿e po¿yjesz tak d³ugo?

– Postaram siê.

– A wiêc omówiliœmy interesy i skoñczyliœmy kolacjê. Czy mo¿emy te-

raz iœæ do ³ó¿ka?

– Nie zjedliœmy deseru – odpar³ Stone.

– W³aœnie ci go proponujê.

38

Z

budzi³ siê oko³o siódmej; ma³o spa³ tej nocy. Dolce ju¿ nie by³o. Na toa-

letce le¿a³a kartka. „Dziêkujê za interesuj¹cy wieczór. Daj znaæ, kiedy

bêdziesz potrzebowa³ wiêcej informacji lub zechcesz spêdziæ ciekawie czas.

Dolce”. Poni¿ej zapisa³a numery telefonów do biura i do domu.

Stone zamówi³ œniadanie i przeczyta³ „Timesa”. Ponownie rzuci³o mu

siê w oczy og³oszenie teatralne Judsona Palmera; wyci¹³ je i w³o¿y³ do portfe-

la. Wymeldowa³ siê z hotelu o dziewi¹tej i poprosi³ o sprowadzenie samo-

chodu z gara¿u; sprawdzi³, czy pistolet jest w schowku. Zerkn¹³ na og³osze-

nie teatralne; teatr Palmera znajdowa³ siê na Czterdziestej Czwartej Zachodniej,

na zachód od Szóstej Alei. Zostawi³ wóz na parkingu hipodromu na rogu

Czterdziestej Czwartej i Szóstej Alei, a póŸniej pieszo ruszy³ do teatru. Por-

tier zamiata³ pod³ogê w holu.

– Dzieñ dobry – odezwa³ siê Stone. – Czy móg³by mi pan powiedzieæ,

gdzie znajdê Judsona Palmera?

– Têdy – odpar³ portier, wskazuj¹c klatkê schodow¹. – Na pierwszym

piêtrze.

Wspi¹wszy siê po schodach, Stone znalaz³ siê w doœæ obskurnej pocze-

kalni; za biurkiem siedzia³a m³oda kobieta i jad³a œniadanie.

– Dzieñ dobry.

Kobieta prze³knê³a kês bu³ki i popi³a kaw¹.

– Witam. Czym mogê panu s³u¿yæ?

– Chcia³bym siê zobaczyæ z panem Palmerem.

background image

147

– Czy jest pan aktorem? Role ju¿ obsadzone. Premiera w tym tygodniu.

– Nie, chodzi o sprawê osobist¹.

– Jest panu winien pieni¹dze?

– Nie, nic podobnego.

Stone us³ysza³ kroki na schodach; obejrza³ siê i ujrza³ piêædziesiêciokil-

kuletniego mê¿czyznê w wytartej marynarce z br¹zow¹ teczk¹ pod pach¹.

Przybysz mia³ nadwagê i wygl¹da³ na skacowanego.

– Pan Palmer?

– Mamy pe³n¹ obsadꠖ rzuci³ Palmer, otwieraj¹c drzwi biura. – Zosta-

wi pan dziewczynie zdjêcie i ¿yciorys. Wezmê pana pod uwagê przy obsadzie

nastêpnego przedstawienia.

– Nie jestem aktorem – odrzek³ Stone. – Nazywam siê Stone Barrington.

– Aktorskie nazwisko. Czego pan sobie ¿yczy?

– Chcê spytaæ o Herberta Mitteldorfera.

Palmer skrzywi³ siê.

– Jest pan dziennikarzem?

– Nie, i myœlê, ¿e powinien mnie pan wys³uchaæ.

– Dobrze, proszê wejœæ.

Pomieszczenie zdobi³y plakaty wczeœniejszych przedstawieñ teatru Pal-

mera. Biuro wygl¹da³o na tymczasowe; Stone pomyœla³, ¿e Palmer przenosi

je z teatru do teatru wraz z kolejnymi premierami.

Palmer wskaza³ goœciowi krzes³o, po czym wyj¹³ z torby kawê i bagietkê.

– Nie s³ysza³em jego nazwiska od wieków – powiedzia³. – Co ja mam

wspólnego z tym cz³owiekiem?

Stone usiad³.

– Wiem, ¿e mia³ pan romans z ¿on¹ Mitteldorfera; w³aœnie dlatego j¹

zamordowa³.

– Nie potwierdzam ani nie zaprzeczam – odpar³ Palmer. – Jest pan ad-

wokatem?

– Tak, ale nie przychodzê w zwi¹zku z wykonywan¹ prac¹. By³em policjan-

tem i to ja aresztowa³em Herberta Mitteldorfera za zabójstwo ¿ony. Nie wiedzie-

liœmy wówczas, z kim romansowa³a, dlatego nie skontaktowaliœmy siê z panem.

– Wiêc dlaczego teraz pan do mnie przyszed³? Przecie¿ Mitteldorfer sie-

dzi w wiêzieniu, prawda?

– Nie.

Palmer znieruchomia³ z bagietk¹ w d³oni.

– W takim razie nie ¿yje.

– Te¿ nie. Parê dni temu zosta³ zwolniony.

– Jezu Chryste – jêkn¹³ Palmer. – Zdawa³o mi siê, ¿e nigdy nie wyjdzie.

– Wtedy do¿ywocie niekoniecznie oznacza³o spêdzenie za kratkami ca-

³ego ¿ycia. Ka¿dy taki wyrok móg³ zostaæ skrócony.

background image

148

Palmer od³o¿y³ bu³kê i napi³ siê kawy; by³ wyraŸnie poruszony.

– Proszê mi powiedzieæ, panie Palmer, czy Herbert Mitteldorfer wie-

dzia³, z kim spotyka siê jego ¿ona?

– Tego nie mogê stwierdziæ na pewno – odpar³ Palmer, z trudem prze³yka-

j¹c œlinê. – Arlene uwa¿a³a, ¿e j¹ podejrzewa, ale nie by³a pewna, czy wie, ¿e

chodzi o mnie. By³em klientem firmy, w której Herbie pracowa³. Arlene pozna-

³em pewnego dnia podczas wizyty w ich biurze. By³o to przypadkowe spotka-

nie. To Herbie nas sobie przedstawi³. Coœ wtedy miêdzy nami zaiskrzy³o; po-

czeka³em na ni¹ na zewn¹trz. Kiedy wysz³a, zaprosi³em j¹ na drinka.

– Jak d³ugo trwa³ wasz romans?

– Cztery czy piêæ miesiêcy… a¿ do jej œmierci.

– Czy pisa³ pan do niej?

– Nie.

– Czy mog³a mieæ pañsk¹ wizytówkê?

– Jeœli siê pieprzy z cudz¹ ¿on¹, nie daje siê jej takich rzeczy. Trzeba

zachowaæ ostro¿noœæ.

– Czy by³ pan ostro¿ny?

– Bardzo. Nigdy nie odwiedzi³em Arlene w domu, ani ona nie przysz³a

do mnie. Mia³em wtedy biuro w Schubert Building, gdzie siê widywaliœmy.

By³a tam niewielka sypialnia i prysznic. Mieszka³em z ¿on¹ w Scarsdale i dwa

lub trzy razy w tygodniu zostawa³em w mieœcie.

– Kocha³ pan Arlene Mitteldorfer?

– Chyba nie. Ale bardzo j¹ lubi³em. By³a mi³¹ dziewczyn¹, która wpa-

kowa³a siê w nieudane ma³¿eñstwo.

– A czy ona pana kocha³a?

– Kocha³a myœl o wyzwoleniu siê ze swojego zwi¹zku – odpar³ Palmer. –

Wiedzia³a, ¿e jestem ¿onaty, ale wiedzia³a równie¿, ¿e moje ma³¿eñstwo te¿

siê wali, i ¿e mam go doœæ.

– Zatem widzia³a w romansie z panem szansê ucieczki?

– Byæ mo¿e, choæ próbowa³em j¹ do tego zniechêciæ. Mia³em œwiadomoœæ,

¿e rozwód bêdzie mnie kosztowaæ wiêksz¹ czêœæ maj¹tku. I nie myli³em siê.

– Czy du¿o mówi³a o swoim ma³¿eñstwie?

– Trochê. Wie pan, jak zachowuj¹ siê kobiety w podobnych sytuacjach,

prawda?

– Niezupe³nie. Proszê mi opowiedzieæ.

– Skar¿y³a siê na niego, jaki jest we wszystkim pedantyczny, jak wy-

brzydza na temat mieszkania, ubrañ… jej ubrañ. Ponoæ nie czepia³ siê o wy-

datki, ale Arlene narzeka³a, ¿e nie mo¿e decydowaæ o pieni¹dzach, które

wnios³a do ich ma³¿eñstwa; a by³o ich sporo, jak mi siê zdaje. Obawia³a siê,

¿e jeœli siê rozwiedzie, nie bêdzie w stanie ich odzyskaæ, a nic poza tym nie

mia³a. Jej rodzice nie ¿yli. To wszystko, co mi powiedzia³a o Mitteldorferze.

background image

149

– Czy rozmawia³a z adwokatem?

– Tak, dzieñ czy dwa przed œmierci¹.

– Zna pan jego nazwisko?

Palmer zmarszczy³ czo³o.

– Pamiêta³em je… Ju¿ wtedy by³ znanym specjalist¹ od spraw rozwodowych,

a póŸniej nie spocz¹³ na laurach. Od czasu do czasu czytam o nim w prasie.

– Bardzo by pomog³o, gdyby je pan sobie przypomnia³.

– Komu? Jaki pan ma interes w tej sprawie?

– Mitteldorfer znikn¹³ po wyjœciu z wiêzienia. Próbujê go odszukaæ.

– Dlaczego?

– Chcê go z powrotem wsadziæ za kratki.

– Goldsmith – powiedzia³ Palmer.

– Bruce Goldsmith?

– Ten sam. Pierwszorzêdny specjalista od rozwodów, zgadza siê?

– Tak. – Stone by³ z nim na jednym roku.

– Niech mi pan powie, co siê w³aœciwie dzieje?

– Wiele wskazuje na to, ¿e Mitteldorfer mœci siê na tych, którzy jego

zdaniem wyrz¹dzili mu krzywdê.

Palmer ukry³ twarz w d³oniach.

– O Bo¿e, nie mogê daæ siê w to wpl¹taæ. I tak trudno znaleŸæ sponso-

rów, a jeœli moje nazwisko pojawi siê w gazetach…

– Mitteldorfer byæ mo¿e ma ju¿ na sumieniu œmieræ kilkorga ludzi, w tym

funkcjonariusza policji, który wszed³ mu w drogê. Wydaje siê, ¿e bierze na cel

tych, których uwa¿a za wrogów oraz… ich bliskich. Czyta³ pan w „Timesie”

reporta¿ o wybuchu bomby ko³o galerii w œrodê podczas otwarcia wernisa¿u?

– Rany boskie. Jutro moja premiera.

Stone zapisa³ nazwisko oraz numer Dina na swojej wizytówce i poda³

Palmerowi.

– Ten detektyw prowadzi œledztwo; by³ moim partnerem w sprawie Mit-

teldorfera. Proponujê, ¿eby siê pan z nim skontaktowa³, opowiedzia³ o zwi¹z-

ku z ¿on¹ Mitteldorfera i poprosi³ o pomoc.

– A jeœli Mitteldorfer nie wie, kim jestem?

– Wtedy nie bêdzie pan mia³ powodów do zmartwieñ.

– Ale jeœli wie?…

– Wówczas, oprócz wezwania porucznika Bacchettiego, wynaj¹³bym

prywatnego detektywa na wieczór premiery.

– O mój Bo¿e – jêkn¹³ Palmer, opuszczaj¹c g³owê.

– Na wizytówce jest te¿ mój numer. By³bym wdziêczny za telefon, gdy-

by przypomnia³ pan sobie cokolwiek, co pomog³oby mi ustaliæ miejsce poby-

tu Mitteldorfera. ¯yczê powodzenia.

Palmer nie odpowiedzia³. Stone wyszed³ z biura.

background image

150

– Mo¿e powinien pan zostaæ aktorem – rzuci³a recepcjonistka. – Ma pan

odpowiedni¹ aparycjê.

– Pani równie¿ – odrzek³ Stone.

39

W

yjecha³ z parkingu i zadzwoni³ do informacji, ¿eby zapytaæ o numer

telefonu Bruce’a Goldsmitha. Przypomnia³ sobie, ¿e rywalizowali kie-

dyœ o wzglêdy pewnej dziewczyny i Goldsmith wyszed³ z tej potyczki poko-

nany. Wybra³ numer.

– Firma Goldsmith, Craven i Moyle – odezwa³ siê kobiecy g³os.

– Poproszê z Brucem Goldsmithem. Moje nazwisko Stone Barrington.

– Czy jest pan klientem firmy, panie Barrington?

– Nie, jestem starym znajomym pana Goldsmitha. Proszê mu przekazaæ,

¿e chcê z nim mówiæ, i to jak najszybciej. To pilne.

– Chwileczkê.

Zapad³a d³u¿sza cisza; Stone zd¹¿y³ dojechaæ do West Side Highway,

zanim Goldsmith siê odezwa³.

– Czeœæ, Stone. Co mogê dla ciebie zrobiæ? – spyta³ tonem cz³owieka,

który bardzo siê spieszy.

Stone przypomnia³ sobie, ¿e Goldsmith zawsze siê dok¹dœ spieszy³.

– Czeœæ, Bruce. Jak siê miewa³eœ przez te lata?

– Nie narzekam. Co mogê dla ciebie zrobiæ?

– Ja te¿ nie mogê narzekaæ.

– Stone, nie mam wiele czasu. O co chodzi?

– Jakieœ dwanaœcie lat temu kobieta nazwiskiem Arlene Mitteldorfer

zwróci³a siê do ciebie w sprawie rozwodu. Pamiêtasz j¹?

Milczenie.

– Jesteœ tam, Bruce?

– Stone, co to ma znaczyæ?

– A wiêc kojarzysz j¹. Pamiêtasz te¿ pewnie, ¿e zosta³a zamordowana

dwa lub trzy dni po wizycie u ciebie.

– Sk¹d o tym wiesz?

– Zadrêczam ró¿nych ludzi pytaniami. Chcê wiedzieæ, co powiedzia³a ci

wtedy o swoim mê¿u.

– Pamiêtam, ¿e aresztowa³eœ mordercê. Wiesz dobrze, ¿e nie wolno mi

o tym z tob¹ mówiæ. To by³a prywatna rozmowa, w przeciwnym razie za-

dzwoni³bym wówczas do ciebie.

background image

151

– Ona nie ¿yje od dwunastu lat. Poufnoœæ informacji nie jest ju¿ prze-

szkod¹.

– Moje zapiski z tamtego okresu le¿¹ w archiwum w Queens. Odszuka-

nie ich mo¿e potrwaæ oko³o dwóch tygodni.

– Nie chodzi mi o twoje notatki. Chcê tylko wiedzieæ, co pamiêtasz z tam-

tego spotkania. Mitteldorfer wyszed³ z wiêzienia, a ja próbujê go znaleŸæ.

Mam nadziejê, ¿e powiesz mi coœ, co pomo¿e mi wpaœæ na jego trop.

– Niewiele pamiêtam.

– Ona by³a piêkn¹ kobiet¹, Bruce. Jestem pewien, ¿e zapamiêta³eœ to

spotkanie.

– Nie rozumiem, dlaczego mia³bym ³amaæ zasadê poufnoœci w kontak-

tach z klientem, ¿eby ci pomóc.

– A wiêc podam ci powód: Herbert Mitteldorfer jest w Nowym Jorku i mor-

duje ludzi, którzy w jakikolwiek sposób zaleŸli mu za skórê, a czasem te¿ ich

bliskich. Mamy ju¿ szeœæ trupów, a to mo¿e byæ dopiero pocz¹tek. Jeœli udzie-

li³eœ Arlene porady, która mog³aby okazaæ siê dla niego niekorzystna, a tak

zapewne by³o, wówczas i ciebie Mitteldorfer zalicza³by do swoich wrogów.

Tym razem cisza trwa³a krótko.

– Zabra³em tê kobietê na lunch. Naprawdê wygl¹da³a olœniewaj¹co, wiêc

nie mia³em nic przeciwko temu, ¿eby nas razem widziano. Opowiedzia³a mi,

¿e m¹¿ przyw³aszczy³ sobie pieni¹dze zostawione jej przez ojca. Chcia³a siê

z nim rozwieœæ i odzyskaæ forsê. Spyta³a, czy to mo¿liwe, a ja odpar³em, ¿e

z ca³¹ pewnoœci¹ tak. O ile mnie pamiêæ nie myli, w grê wchodzi³y jakieœ trzy

czy cztery miliony dolarów, plus mieszkanie podarowane im przez ojca w pre-

zencie œlubnym. Ba³a siê, ¿e m¹¿ gotów jest posun¹æ siê do przemocy. Pora-

dzi³em jej, ¿eby niezw³ocznie siê wyprowadzi³a i z³o¿y³a pozew o rozwód.

Obieca³em, ¿e szybko odzyskam mieszkanie, i ¿e bêdzie siê mog³a do niego

wprowadziæ jeszcze w czasie trwania rozprawy. Powiedzia³a, ¿e zadzwoni.

Ale nigdy wiêcej z ni¹ nie rozmawia³em.

– Poszed³eœ z ni¹ do ³ó¿ka, Bruce?

– To nie ma nic do rzeczy.

– Ma, jeœli powiedzia³a o tym mê¿owi. Ma³¿onkowie wyrzucaj¹ z siebie

takie rzeczy podczas domowych sprzeczek.

– Tak, pieprzy³em siê z ni¹. Zjedliœmy lunch w hoteliku w dzielnicy Six-

ties. Wynajmowa³em tam wtedy pokój.

– Czy powiedzia³a ci coœ jeszcze o swoim ma³¿eñstwie?

Goldsmith zastanowi³ siê.

– Tak. Uwa¿a³a, ¿e jej m¹¿ ma drug¹ ¿onê, ¿e jest bigamist¹.

– Czy powiedzia³a, kim jest ta kobieta albo gdzie mieszka?

– Nie… Zrobi³o siê intymnie i nie by³o ju¿ czasu… Oczywiœcie zapyta³-

bym o to, gdyby zadzwoni³a.

background image

152

– Nie w¹tpiê.

– Stone?

– Tak?

– Czy powinienem na siebie uwa¿aæ?

– Bruce, na twoim miejscu wyjecha³bym z miasta. Ja tak w³aœnie zamie-

rzam post¹piæ.

– Zaczekaj. – Goldsmith zwróci³ siê do sekretarki. – Millie, powiedz

Moyle’owi, ¿e pojadê na tê rozmowê z klientem do San Francisco, i przepisz

bilet na mnie. Lot o czternastej, tak? Nie obchodzi mnie, co on powie, po

prostu zrób, o co proszê.

Goldsmith ods³oni³ mikrofon.

– Dziêki za ostrze¿enie, stary.

– A ja dziêkujê, ¿e sobie to wszystko przypomnia³eœ – odrzek³ Stone.

Czu³ siê dziwnie zbrukany, wys³uchawszy wspomnieñ Goldsmitha. Roz-

³¹czy³ siê i wybra³ numer Dina. Kierowa³ siê na pó³noc ulic¹ Saw Mill River

Parkway.

– Bacchetti – odezwa³ siê Dino.

– Mówi Stone. Byæ mo¿e zadzwoni do ciebie niejaki Palmer, który…

– W³aœnie przed chwil¹ dzwoni³.

– A wiêc ju¿ wiesz?

– No masz, pewnie. Wygrzeba³eœ coœ jeszcze?

– Owszem. Arlene Mitteldorfer tu¿ przed œmierci¹ zg³osi³a siê do adwo-

kata od rozwodów. Powiedzia³a mu, ¿e jej zdaniem jest drug¹ ¿on¹ Herbiego.

– To znaczy, ¿e wczeœniej mia³ inn¹ ¿onê?

– Nie. Mia³ dwie ¿ony naraz.

– Herbie bigamist¹?

– Ca³kiem mo¿liwe. Nie jestem pewien, czy w tamtych czasach ma³¿eñ-

stwa by³y rejestrowane elektronicznie, ale mo¿e warto poszukaæ. Chêtnie bym

pogada³ z drug¹ pani¹ Mitteldorfer. Mo¿e to ona go ukrywa.

– Wchodzê w to – rzuci³ Dino.

– Jadê teraz do Connecticut. Podam ci od razu numery telefonów; bêd¹

czynne ju¿ dziœ po po³udniu.

Stone podyktowa³ te¿ nowy numer telefonu w samochodzie.

– Jeszcze pó³torej godziny spêdzê w wozie, gdybyœ chcia³ siê skontaktowaæ.

Drzewa rosn¹ce przy Saw Mill zieleni³y siê ju¿ œwie¿ymi, wiosennymi

liœæmi. Przyjemnie siê jecha³o krêt¹ szos¹.

Wybra³ numer swojego telefonu domowego i wystuka³ kod automatycznej

sekretarki. Masz dwie wiadomoœci, oznajmi³a maszyna. Pierwsza wiadomoœæ:

„Czeœæ, tu Dolce. W hotelu powiedzieli, ¿e siê wyprowadzi³eœ. Nie wiem,

czy masz jakieœ plany na weekend. Jeœli nie, zadzwoñ. Na pewno ciekawie

spêdzimy razem czas”.

background image

153

Druga wiadomoœæ:

„Stone, tu Vance Calder. Mam nadziejê, ¿e dobrze siê miewasz. Arring-

ton i ja wybieramy siê na weekend na Wschodnie Wybrze¿e. Chcielibyœmy,

¿ebyœ zjad³ z nami kolacjê, jeœli bêdziesz wolny. Z przyjemnoœci¹ siê z tob¹

spotkamy, a ty przy okazji zobaczysz dziecko. Zadzwoñ do mnie”.

Podyktowa³ numer telefonu. Stone’owi zapar³o dech w piersiach. Wie-

dzia³, ¿e w koñcu musi do tego dojœæ, ale nie spodziewa³ siê Arrington i Van-

ce’a w Nowym Jorku tak szybko. Nie by³ pewien, czy zniesie to spotkanie;

poza tym zaplanowa³, ¿e weekend spêdzi w nowym domu, wiêc mia³ wy-

mówkê. Wybra³ numer.

Po³¹czenie przeniesione, odezwa³a siê automatyczna sekretarka. Stone

us³ysza³ kilkakrotny sygna³, a potem g³os kobiety. Nie by³a to Arrington.

– Halo?

– Czy mogê prosiæ Vance’a Caldera?

– Kto mówi?

– Nazywam siê Stone Barrington. Mia³em do niego zadzwoniæ.

– Chwileczkê.

Kilka sekund póŸniej zg³osi³ siê Vance.

– Jak siê masz, Stone? – spyta³ weso³o.

Stone spróbowa³ odpowiedzieæ tym samym tonem.

– Doskonale. A wy?

– Œwietnie. Czy mo¿emy zjeœæ razem kolacjê w weekend?

– Naprawdê bym chcia³, Vance, ale w³aœnie w tej chwili jadê na wieœ.

– Dok¹d?

– Kupi³em domek w Waszyngtonie, w stanie Connecticut.

– Co za zbieg okolicznoœci. Jesteœmy w mojej willi w Roxbury; to takie

osiedle pod Waszyngtonem.

Stone nie wiedzia³, ¿e Vance ma dom w Connecticut.

– Ja w³aœnie siê wprowadzam, wiêc…

– Wiêc  jutro  wieczorem  bêdziesz  potrzebowa³  odpoczynku  i gor¹cej

kolacji. Podaj mi adres, to przyœlê po ciebie samochód.

– Mogê sam przyjechaæ. Daj mi tylko namiary.

Stone wy³owi³ ze schowka notes i zapisa³ adres.

– A wiêc jutro oko³o siódmej?

– Dobrze, o siódmej.

– To nie bêdzie ¿adne oficjalne spotkanie; jeœli chcesz, mo¿esz kogoœ

zabraæ.

– Dziêki, Vance. Do zobaczenia.

No có¿, w koñcu jesteœmy cywilizowanymi ludŸmi, jakoœ to prze¿yjemy,

pomyœla³ Stone koñcz¹c po³¹czenie. Nagle przysz³o mu do g³owy, ¿e wola³by

nie sk³adaæ tej wizyty sam. Zadzwoni³ do Dolce.

background image

154

– Czeœæ – mruknê³a dziewczyna zmys³owym g³osem.

– Czeœæ. Przes³ucha³em wiadomoœæ od ciebie.

– Zaplanowa³eœ coœ na weekend?

– Tak, ale mimo to mo¿esz mnie odwiedziæ. Chcia³em ciê zaprosiæ rano,

ale kiedy siê zbudzi³em, ju¿ ciê nie by³o.

– Co masz na myœli?

– Kupi³em niedawno domek w Connecticut i dziœ po po³udniu bêdê siê

wprowadza³. Do jutra trochê to wszystko ogarnê, wiêc mo¿e byœ przyjecha³a?

Poza tym, jestem umówiony jutro wieczorem na kolacjê z pewnym gwiazdo-

rem filmowym.

– Którym?

– To bêdzie niespodzianka. WeŸ d³ugopis, to podam ci dok³adne namiary.

Dolce zapisa³a adres.

– Ile czasu zabierze mi dojazd?

– Z centrum miasta nieco mniej ni¿ dwie godziny.

– Myœlê, ¿e uda mi siê wyjechaæ przed drug¹.

– A wiêc do zobaczenia oko³o czwartej – powiedzia³ Stone.

Myœl o jutrzejszym wieczorze nie przera¿a³a go ju¿ tak bardzo.

40

B

ruce Goldsmith zacz¹³ pakowaæ walizkê.

– Millie, pozwól tutaj! – zawo³a³. Sekretarka zjawi³a siê z notesem. –

Gdzie Moyle mia³ siê zatrzymaæ?

– W hotelu Ritz-Carlton. Ma zarezerwowany pokój na tym samym piê-

trze, co sala klubowa.

– Zamieñ to na apartament, du¿y. Klienta na to staæ. I niech czeka na

mnie samochód na dworcu. Mercedes, nie lincoln.

– Dobrze – odrzek³a sekretarka, b³yskawicznie notuj¹c polecenia.

Drzwi biura otworzy³y siê i stan¹³ w nich wspólnik Goldsmitha, Lester Moyle.

– Co siê dzieje, do ciê¿kiej cholery?

– Jadê spisaæ oœwiadczenie klienta z San Francisco – odpar³ Goldsmith.

– Akurat. To mój klient.

– A kto ci go da³?

– S³uchaj, Bruce, nie wiem, o co chodzi, ale zachowujesz siê jak pan

i w³adca, a ja nie zamierzam tego tolerowaæ.

– Les, zamknij siê i przeka¿ Millie swoje notatki. Gówno mnie obcho-

dzi, czy ci siê to podoba, czy nie. Jadê po to oœwiadczenie.

background image

155

– Uwa¿am to za koniec naszej wspó³pracy – oœwiadczy³ Moyle. – Mam

doœæ twoich manier primadonny. Chcesz wykupiæ moje udzia³y w firmie?

– Nie mam nic przeciwko temu, ty ma³y æwoku – warkn¹³ Goldsmith. –

Znasz procedurê na pamiêæ, wiêc policz wartoœæ swoich udzia³ów i przygotuj

umowê. Wyœlij mi faksem do San Francisco. Podpiszê od razu.

– Zabieram moich klientów.

– Chyba ci siê przyœni³o; przeczytaj nasz¹ umowê. Jeœli odchodzisz, odcho-

dzisz sam. Jak spróbujesz zabraæ chocia¿ jednego klienta, wytoczê ci sprawê,

która udupi ciê na d³ugie lata. Wiesz, ¿e mogê to zrobiæ. A teraz znikaj st¹d.

Moyle trzasn¹³ drzwiami z przekleñstwem na ustach.

– Coœ jeszcze? – spyta³a Millie.

– Tak. Pamiêtasz nazwisko tej kobiety, której parê lat temu za³atwi³em

rozwód z w³aœcicielem winiarni? Panieñskie nazwisko, bo po rozwodzie do

niego wróci³a.

– Madeleine Cochran.

– No w³aœnie. Po³¹cz mnie z ni¹.

Millie wróci³a do swojego biurka; po chwili zadzwoni³ telefon w gabine-

cie Goldsmitha.

– Jest na linii – oznajmi³a Millie.

Goldsmith podniós³ s³uchawkê.

– Maddy? No co tam u ciebie s³ychaæ?

– W porz¹dku, Bruce. Co za niespodzianka.

– Có¿, nie by³em na Zachodzie od d³u¿szego czasu, ale zosta³em wro-

biony w spotkanie z klientem w San Francisco, i w zwi¹zku z tym muszê

tam lecieæ dziœ wieczorem. Mo¿e spotkalibyœmy siê na kolacji i pogadali.

Co ty na to?

– Ty nadal jesteœ ¿onaty, Bruce, prawda?

– Tak, ale to wisi na w³osku. Zak³adam sprawê o rozwód zaraz po po-

wrocie. To by³o piek³o; opowiem ci, jak siê spotkamy.

– Nie lubiê k³usowaæ na cudzym terenie. Nadal mam wyrzuty sumienia

z powodu tego jednego razu podczas mojej sprawy rozwodowej.

– Powtarzam ci, ¿e moje ma³¿eñstwo jest skoñczone. Naprawdê chcê siê

z tob¹ zobaczyæ, Maddy.

– No dobrze. Kiedy i gdzie?

– O dziewiêtnastej trzydzieœci w hotelu Ritz-Carlton.

– W której restauracji?

– Wynaj¹³em apartament. Zamówimy kolacjê do pokoju.

– Jesteœ niepoprawny, Bruce.

– Numer apartamentu podadz¹ ci w recepcji; do zobaczenia, maleñka. –

Goldsmith od³o¿y³ s³uchawkê. – Millie, po³¹cz mnie z ¿on¹.

Telefon zadzwoni³ po kilku sekundach.

background image

156

– Ellen? To ja. S³uchaj, mam tu straszne urwanie g³owy. Les Moyle odcho-

dzi z firmy i zostawi³ mi bardzo wa¿nego klienta, z którym muszê siê spotkaæ.

– Bruce, nie chcesz chyba wymigaæ siê od dzisiejszego przyjêcia? – spy-

ta³a kobieta z przera¿eniem w g³osie. – Zorganizowa³am je specjalnie dla cie-

bie, nie dla mnie.

– Kochanie, wiem, i naprawdê mi przykro, ale Les zostawi³ mnie na lo-

dzie. Nikt nie mo¿e spisaæ tego oœwiadczenia, tylko ja.

– Ale znajdziesz chyba parê godzin dla goœci?

– S³onko, przed wieczorem muszê byæ w San Francisco.

– O Bo¿e. Ile czasu tam spêdzisz?

– Co najmniej tydzieñ. To du¿a sprawa, powa¿ne pieni¹dze.

– Bruce, Willardowie przyje¿d¿aj¹ do Easthampton na weekend! Mia³eœ

siê nimi zaj¹æ osobiœcie.

– Zadzwoñ do nich i wszystko wyt³umacz, dobrze? Przez ca³y tydzieñ

bêdê pracowa³ z klientem. Muszê du¿o nadgoniæ w tej sprawie. To wszystko

wina Moyle’a, niech go szlag!

– Co ja powiem goœciom dziœ wieczorem?

– Poradzisz sobie, cukiereczku. Jesteœ najlepsz¹ gospodyni¹ w ca³ym

Nowym Jorku, przecie¿ wiesz.

– Ale wrócisz na szkolne przedstawienie, prawda? Helen gra g³ówn¹

rolê i bardzo na ciebie liczy.

– Poruszê niebo i ziemiê, ¿eby tylko zd¹¿yæ. Spakuj mi walizkê, dobrze?

W³ó¿ garnitur i smoking.

– Smoking? Zdawa³o mi siê, ¿e masz spisywaæ zeznanie?

– Klient chce, ¿ebym pozna³ w przysz³ym tygodniu kilka wa¿nych osób.

To mo¿e mi bardzo pomóc w interesach.

– Jesteœ okropny.

– Maleñka, wiem, co czujesz, i obiecujê ci wszystko wynagrodziæ. Poje-

dziemy latem do Toskanii? I proszê ciê, zostaw baga¿e u portiera. Bêdê pê-

dzi³ na lotnisko i nie znajdê czasu, ¿eby wejœæ na górê.

– Jak sobie ¿yczysz! – krzyknê³a Ellen, rzucaj¹c s³uchawk¹.

Goldsmith zadzwoni³ po sekretarkê.

– Millie, zatelefonuj do klubu Pebble Beach i zamów mi pole golfowe

na jutro o drugiej po po³udniu. Zarezerwuj te¿ apartament w Holiday Inn

z widokiem na ocean. Pogadaj z kierownikiem, jeœli bêdzie trzeba; powiedz,

¿e to dla mnie. Zadzwoñ do szofera i przypomnij mu, ¿eby sprawdzi³, czy kije

golfowe s¹ w baga¿niku. Jeœli ich tam nie bêdzie, zamów w Pebble Beach

zestaw kijów Calloway – ze stopu wolframu, ¿elaza i tytanu, ¿adnych innych.

– Przygotowa³am panu walizeczkê z dokumentami. Coœ jeszcze?

– Myœlê, ¿e to wszystko. – Goldsmith roz³¹czy³ siê i wybra³ numer swo-

jego urologa; odebra³a jego sekretarka. – Jak siê miewasz, kochanie?

background image

157

– Doskonale, panie Goldsmith.

– Chcê ciê prosiæ o wielk¹ przys³ugê; jedziemy dzisiaj z ¿on¹ do San

Francisco. To bêdzie coœ w rodzaju powtórki miesi¹ca miodowego. Czy mo-

g³abyœ zadzwoniæ do hotelu Ritz-Carlton, spytaæ o numer apteki i zamówiæ

dla mnie trochê viagry?

– Oczywiœcie. Ile?

– Myœlê, ¿e kilka tuzinów powinno wystarczyæ, ha ha ha! Niech dostar-

cz¹ do mojego apartamentu.

– Zajmê siê tym. Mam nadziejê, ¿e spêdz¹ pañstwo razem wspania³e

chwile.

– Jasne. Z twoj¹ pomoc¹ na pewno. – Goldsmith zamkn¹³ walizkê, z³a-

pa³ marynarkê i skierowa³ siê do drzwi. – Czy Mike ju¿ przyjecha³?

– Tak, czeka na dole. Kije s¹ w wozie.

– Nie bêdzie mnie przez tydzieñ, mo¿e dwa. Odwo³aj wszystko, co mo¿e

poczekaæ, a czego nie da siê za³atwiæ za pomoc¹ telefonu i faksu; reszt¹ niech

siê zajmie Craven. Powiedz mu o odejœciu Moyle’a, a kiedy Les wyjdzie na

lunch, uprz¹tnij wszystko z jego biurka i walizki, zamknij szafkê na klucz

i schowaj w sejfie wszystkie wizytówki jego klientów. Jasne?

Nie czekaj¹c na odpowiedŸ, wyszed³ z biura.

– Jasne, ty szmato – mruknê³a pod nosem Millie.

Goldsmith zjecha³ wind¹ na parter; czu³ siê wspaniale. Za jednym zama-

chem pozby³ siê partnera, który bez przerwy tru³ o etyce zawodowej, wy³ga³

siê z nudnego przyjêcia i jeszcze nudniejszego weekendu, obstalowa³ dwuty-

godniowe wakacje w ulubionym mieœcie w hotelu Pebble Beach, a do tego

za³atwi³ sobie przeœliczny ty³eczek, którego nigdy nie by³o mu doœæ. Mia³

powody do satysfakcji.

Mike czeka³ ko³o otwartych tylnych drzwi BMW 750; Goldsmith wrê-

czy³ mu dwie walizki i wsun¹³ siê na siedzenie. Szofer zamkn¹³ drzwi i skie-

rowa³ siê do baga¿nika wozu.

Goldsmith odwróci³ g³owê w prawo i z przera¿eniem spostrzeg³ czarne-

go lincolna, który zaparkowa³ o centymetry od jego nowiutkiej limuzyny.

Nacisn¹³ guzik zwalniaj¹cy szybê okna; twarz kierowcy lincolna znajdowa³a

siê tu¿, tu¿.

– Jak zrobisz choæby rysê na karoserii, zawlokê ciê za dupê do s¹du! –

wrzasn¹³.

Tamten zwróci³ nañ spokojne spojrzenie i uniós³ coœ, co z perspektywy

Goldsmitha wygl¹da³o jak kawa³ek czarnej rurki. Adwokat nawet nie zd¹¿y³

siê cofn¹æ. Ciche pff! by³o ostatnim dŸwiêkiem, jaki us³ysza³.

background image

158

41

B

iuro agencji nieruchomoœci Klemm znajdowa³o siê w dzielnicy handlo-

wej Waszyngtonu zwanej Depot, po³o¿onej o milê od Zielonego Waszyng-

tonu. Stone wpad³ tam na chwilê, ¿eby odebraæ klucze do swojego nowego

domu.

Carolyn Klemm przywita³a go z radoœci¹ i obdarowa³a butelk¹ dobrego,

sch³odzonego szampana oraz list¹ ogrodników i rzemieœlników, którzy mog¹

siê przydaæ ka¿demu w³aœcicielowi domu.

Stone zatrzyma³ siê na rynku, gdzie zrobi³ sprawunki na weekend. W skle-

pie monopolowym kupi³ skrzynkê win ró¿nego rodzaju, kilka butelek moc-

niejszego alkoholu i napoi do drinków. Podekscytowany wjecha³ na wzgórze,

skrêci³ w lewo ko³o koœcio³a, min¹³ szereg wiecznie zielonych drzew i wresz-

cie dotar³ do swojego nowego domu. Pierwszego, jaki w ¿yciu kupi³.

Pomieszczenia wydawa³y siê sterylnie czyste i przera¿aj¹co puste. Wy³a-

dowa³ zapasy ¿ywnoœci i trunków, w³o¿y³ bia³e wino do lodówki, a nastêpnie

wniós³ walizki na górê. Rozpakowa³ je od razu, umieszczaj¹c swoje rzeczy

w mniejszej z dwóch garderób.

Chwilê póŸniej dostawca z firmy UPS wtaszczy³ do kuchni kilka pude³,

poprosi³ o podpis i znikn¹³. Stone zabra³ siê do rozpakowywania naczyñ, garn-

ków i rondli, które kupili razem z Sar¹. Ledwie zacz¹³, na podjeŸdzie zaparko-

wa³ van z firmy ABC. Nastêpne dwie godziny Stone spêdzi³, rozmieszczaj¹c

sprzêty we w³aœciwych pomieszczeniach domu i porz¹dkuj¹c kuchniê.

By³ na piêtrze, zajêty uk³adaniem poœcieli na ³ó¿ku, gdy zjawi³ siê przedsta-

wiciel firmy telekomunikacyjnej. Stone wskaza³ mu odpowiednie punkty i zaj¹³

siê swoimi sprawami. W³aœnie koñczy³ porz¹dkowanie sypialni i ³azienki, kiedy

instalator oznajmi³, ¿e skoñczy³ robotê. Stone wypróbowa³ wszystkie aparaty,

podziêkowa³ pracownikowi i pokwitowa³ wykonanie zlecenia. Poprawi³ ustawienie

mebli, z ¿alem skonstatowa³ brak obrazów na œcianach i wreszcie postanowi³ ura-

czyæ siê piwem. Ledwie zd¹¿y³ usi¹œæ, zadzwoni³ telefon.

– Halo?

– Tu Dino. Próbowa³em siê do ciebie dodzwoniæ.

– W³aœnie pod³¹czyli telefon. Co nowego?

– Podobno rozmawia³eœ z adwokatem Arlene Mitteldorfer, jej pe³nomoc-

nikiem w sprawie rozwodowej?

– Zgadza siê.

– Nazywa³ siê Bruce Goldsmith?

– Tak. Jak to, nazywa³ siê?

– Ktoœ go rozwali³ oko³o po³udnia, nieca³¹ godzinê po waszej rozmowie.

– Jak to siê sta³o?

background image

159

– W³aœnie wychodzi³ z biura, mia³ lecieæ do San Francisco. Kiedy wsiad³ do

samochodu, obok zaparkowa³ czarny lincoln i ktoœ wpakowa³ Goldsmithowi kulê

w ³eb z bezpoœredniej odleg³oœci. Nie by³o huku, pewnie sprawca u¿y³ pistoletu

z t³umikiem. Tylne siedzenie œlicznego nowego BMW trochê siê zabrudzi³o.

– O Bo¿e, zasugerowa³em mu, ¿eby wyniós³ siê z miasta; chyba zabra³

siê do tego za póŸno.

– Raczej tak.

– Nie mów nikomu, gdzie jestem, dobrze?

– Kto jeszcze wie?

– Jedna dziewczyna, która tu jutro przyje¿d¿a, Bill Eggers, Vance Cal-

der i Arrington.

– S¹ w mieœcie?

– Nie, tu w okolicy; Vance ma willê nieca³e piêæ mil od mojego domku.

Jutro wieczorem jestem z nimi umówiony na kolacjê.

Dino zachichota³.

– Arrington nie mo¿e bez ciebie wytrzymaæ, co?

– Nic podobnego: Vance chce, ¿ebyœmy zostali przyjació³mi. O ile pa-

miêtam, ona te¿ powiedzia³a coœ podobnego podczas naszej ostatniej rozmo-

wy w zesz³ym roku.

– Jesteœ odwa¿niejszy ode mnie, jeœli chcesz wybraæ siê do ich domu

w pojedynkê.

– Nie idê sam. Bêdê uzbrojony w piêkn¹ kobietê.

– Znam j¹?

– Nie, to nowy nabytek – odpar³ Stone. By³ niemal pewny, ¿e Dino przy-

³apie go na tym k³amstwie.

– To dla mnie zbyt wysoki poziom dobrych manier.

– Co chcesz zrobiæ z jutrzejsz¹ premier¹ w teatrze Palmera?

– Wszystko, co siê da. Szefostwo wreszcie mi ³askawie uwierzy³o, ¿e

zagro¿enie rzeczywiœcie istnieje.

– Najwy¿szy czas. Uda³o ci siê rozes³aæ list goñczy za Mitteldorferem?

– To na razie niemo¿liwe, bo nie mamy przeciwko niemu ¿adnych dowo-

dów rzeczowych. Nic nie ³¹czy go z morderstwami oprócz naszych podejrzeñ.

– Myœlê, ¿e powinieneœ umieœciæ w niedzielnych gazetach jego najnowsze

zdjêcie z wiêzienia oraz portret pamiêciowy wspólnika. Mo¿esz og³osiæ, ¿e Mit-

teldorfer jest w niebezpieczeñstwie, i ¿e chcesz siê z nim spotkaæ. W ten sposób

opublikujesz jego rysopis i mo¿e zg³osi siê jakiœ przypadkowy œwiadek.

– Dobry pomys³. Chyba ominê drogê s³u¿bow¹ i zwrócê siê bezpoœred-

nio do prasy. Mam znajomego w „Timesie”. Jak dom?

– DowieŸli wszystko, co kupiliœmy z Sar¹; spêdzi³em ca³e popo³udnie,

staraj¹c siê zaprowadziæ tu jaki taki porz¹dek. Brakuje jeszcze obrazów, lamp

i wielu innych rzeczy.

background image

160

– Baw siê dobrze w weekend. Kiedy wracasz?

– Nie wiem. Mo¿e w ogóle nie wrócê, przynajmniej dopóki Mitteldorfer

ciê nie wykoñczy. Wtedy sam zajmê siê poszukiwaniem go.

– Na to nie licz, ch³optasiu. Ten drañ nie dopadnie starego Dina. Dosta-

³em z wydzia³u specjalny wóz, trochê podobny do twojego.

– Mercedesa?

– Nie. To crown victoria, model, który mo¿e wytrzymaæ salwê z czo³gu.

U¿ywaj¹ takich do przewo¿enia dygnitarzy z ONZ.

– To œwietna wiadomoœæ.

– Pewnie. Muszê koñczyæ.

– Dzwoñ, jak siê czegoœ dowiesz.

Roz³¹czyli siê. Telefon rozdzwoni³ siê ponownie niemal w tej samej chwili.

– Halo?

– Stone? Mówi Carolyn Klemm. Jak sobie radzisz w domu?

– Wygl¹da nie najgorzej, jak na pierwszy dzieñ.

– Jedziemy z moim mê¿em coœ przek¹siæ w pewnej tutejszej knajpie,

która nazywa siê Tawerna Jerzego Waszyngtona. Mo¿e byœ zjad³ z nami? Pa-

nuje tam mi³a, luŸna atmosfera i zje¿d¿a siê mnóstwo ludzi z okolicy.

– Dziêki, myœlê, ¿e mi siê spodoba.

– Podjechaæ po ciebie?

– Daj mi tylko namiary. Znajdê was.

– Dojedziesz do Waszyngton Depot, przeskoczysz rzekê, a potem skrê-

cisz w prawo na skrzy¿owaniu. Knajpa jest po lewej stronie, widaæ j¹ z dale-

ka. A wiêc oko³o siódmej?

– Tak, do zobaczenia – odpar³ Stone rad, ¿e nie bêdzie musia³ spêdzaæ

samotnie pierwszego wieczoru w Connecticut.

Szkoda Bruce’a Goldsmitha, pomyœla³. Ale bez przesady.

42

S

tone z trudem znalaz³ wolne miejsce na parkingu ko³o restauracji. Caro-

lyn Klemm zamacha³a do niego z miejsca ko³o kominka.

– To jest mój m¹¿, David.

Stone poda³ mê¿czyŸnie rêkê.

– Witaj w Waszyngtonie – powiedzia³ David Klemm. – Na pewno ci siê

tu spodoba.

Zamówili drinki i poprosili o kartê. Stone, który siedzia³ na wprost wej-

œcia, ze zdumieniem ujrza³ kapitana Warkowskiego, dowódcê stra¿y wiêzie-

background image

161

nia Sing Sing, wchodz¹cego do lokalu w towarzystwie kobiety w œrednim

wieku. Warkowski skin¹³ g³ow¹; Stone odpowiedzia³ na powitanie. Kelner

zaprowadzi³ oboje do oddzielonego przepierzeniem stolika w g³êbi restau-

racji.

– Jakiœ znajomy? – spyta³a Carolyn.

– Niezupe³nie. Spotka³em go tylko raz i to przelotnie.

– Mieszka tutaj?

– Nie, pochodzi ze stanu Nowy Jork. Tam go w ka¿dym razie pozna³em.

– Czytaliœmy w gazecie o wybuchu bomby w czasie otwarcia wystawy

Sary – powiedzia³a Carol. – Jak ona siê czuje?

– Dobrze.

– Kiedy j¹ zobaczymy?

– Sara wróci³a do Anglii. Chce tam zostaæ.

– Przykro mi to s³yszeæ. Myœla³am, ¿e razem zamieszkacie w tym domku.

– Tak zamierzaliœmy, ale incydent w galerii sk³oni³ j¹ do zmiany planów.

– W takim razie bêdziemy musieli zaprosiæ na kolacjê kilka samotnych

kobiet – oznajmi³a Carolyn. – Nie ma ich tu zbyt wiele, ale znam parê mi³ych

rozwódek.

– Ale¿ nie trzeba – odpar³ Stone.

– Naprawdê chcemy ciê zaprosiæ. Przychodzi do nas wielu ludzi. Chêt-

nie zobaczymy ciê wœród goœci.

Zamówili posi³ek. Ko³o stolika co chwilê ktoœ siê zatrzymywa³. Klem-

mowie przedstawili Stone’owi kilkanaœcie osób. Wiêkszoœæ przyjecha³a na

weekend z Nowego Jorku, tak jak on.

– Znasz kogoœ w tej okolicy? – spyta³a Carolyn.

– Tylko jedn¹ parê z Kalifornii, która ma willê w Roxbury.

– Pewnie mówisz o Calderach.

– Tak. Sk¹d wiedzia³aœ?

– Sprzeda³am Calderowi dom oko³o czterech lat temu. Przez ten czas

zburzy³ go i zbudowa³ od nowa. To czaruj¹cy mê¿czyzna, prawda?

– Tak.

– Sk¹d ich znasz?

– Wspólny znajomy przedstawi³ nas sobie kilka lat temu na kolacji. Po-

tem widzia³em ich parê razy w Los Angeles.

– A ja nie pozna³am jeszcze pani Calder. Ma na imiê Arrington, prawda?

– Zgadza siê.

Podano kolacjê.

– S³ysza³am, ¿e jest urocza. By³a podobno pisark¹, zanim siê pobrali.

– Tak. Pisa³a dla kilku magazynów.

– Przeczyta³am w gazecie, ¿e urodzi³o im siê dziecko.

– Znów trafi³aœ. Nic ci nie umknie, Carolyn.

11 – Kr¹g strachu

background image

162

– Mo¿na by rzec, ¿e Carolyn jest nieoficjalnym kronikarzem hrabstwa

Litchfield – zauwa¿y³ David.

– Spodoba ci siê dom Vance’a – powiedzia³a Carolyn. – Jest naprawdê

jedyny w swoim rodzaju.

– Nie mogê siê doczekaæ, kiedy go zobaczꠖ odpar³ Stone. Skoñczyli

jeœæ pierwsze danie; Stone zauwa¿y³, ¿e towarzyszka Warkowskiego wysz³a,

prawdopodobnie do toalety. Wsta³.

– Przepraszam was na chwilê. Zaraz wracam.

Zbli¿y³ siê do stolika kapitana.

– Czy mogê usi¹œæ na chwilê?

– Jeœli taka wola – odpar³ Warkowski.

Stone usiad³ naprzeciwko.

– Mieszka pan w tej okolicy?

Warkowski potrz¹sn¹³ g³ow¹.

– Weekendowy wypad z ¿on¹ – odpar³.

– Przykro mi, ¿e nie uda³o mi siê zobaczyæ z panem, kiedy ostatnio przy-

jecha³em do wiêzienia.

– By³em zajêty.

– Rozumiem, ¿e Dino zachowa³ siê trochê niezrêcznie, ale dzieje siê coœ

powa¿nego, dlatego potrzebujemy pañskiej pomocy.

– My?

– Obaj jesteœmy w to zaanga¿owani, Dino i ja.

– W co?

– Musimy jak najszybciej znaleŸæ Herberta Mitteldorfera.

– Nie mam pojêcia, gdzie on jest – odpar³ Warkowski. – Nie zostawi³

adresu korespondencyjnego.

– Czy zna pan kogoœ, kto wie, jak siê z nim skontaktowaæ?

Warkowski potrz¹sn¹³ g³ow¹.

– Nie.

– Dziwiê siê, ¿e tak szybko straci³ pan z nim kontakt. W koñcu ³¹czy³a

was pewna za¿y³oœæ.

– Nie. W mojej pracy nie ma miejsca na bliskie kontakty z wiêŸniami.

– Tak mog³oby siê zdawaæ, ale z moich informacji wynika, ¿e Mitteldor-

fer przez kilka lat zajmowa³ siê pana sprawami finansowymi.

Kapitan spojrza³ na niego spode ³ba.

– Sk¹d siê pan tego dowiedzia³, do cholery?

– Niech pan pos³ucha, kapitanie, podejrzewamy, ¿e Mitteldorfer jest zamie-

szany w siedem morderstw, których dokonano po jego wyjœciu z wiêzienia.

Warkowski rozeœmia³ siê.

– Chyba pan sobie kpi! Herbie Mitteldorfer nie skrzywdzi³by muchy!

– Zabi³ swoj¹ ¿onê, prawda?

background image

163

– To by³o zabójstwo w afekcie; trudno go winiæ, bior¹c pod uwagê oko-

licznoœci.

– Jakie okolicznoœci?

– Jego ¿ona r¿nê³a siê z po³ow¹ facetów w Nowym Jorku.

– Z kim dok³adnie?

– Nie znam szczegó³ów.

– Proszê pos³uchaæ uwa¿nie, kapitanie. Informacja, ¿e seryjny morderca

œwiadczy³ osobiste us³ugi dla urzêdników wiezienia nie wygl¹da³aby zbyt

dobrze w gazecie.

– Straszy mnie pan? – spyta³ Warkowski. – Bo jeœli tak, to lepiej, ¿eby

mia³ pan jakieœ dowody.

– Nie straszê pana. Chcê tylko powiedzieæ, ¿e potrzebujemy pañskiej

pomocy w znalezieniu Mitteldorfera.

– Co znaczy „my”? Pan nie jest policjantem, a Bacchetti nie zwraca³ siê

do mnie o pomoc. Jeœli zwróci siê do mnie oficjalnie nowojorska policja,

odpowiem. Panu nie mam nic wiêcej do powiedzenia, poza tym, ¿e nie znam

miejsca pobytu Mitteldorfera. Herbie Mitteldorfer to ³agodny, uroczy cz³o-

wiek, który zas³uguje na to, ¿eby spokojnie spêdziæ resztê ¿ycia. Nie wierzê,

¿e móg³ mieæ cokolwiek wspólnego z jakimiœ morderstwami, i jeœli bêdzie

trzeba, poœwiadczê to w s¹dzie.

Stone zauwa¿y³ k¹tem oka wracaj¹c¹ ¿onê Warkowskiego.

– Przepraszam, ¿e pana niepokoi³em, kapitanie. Mam nadziejê, ¿e krew

ofiar nie spadnie na pañskie rêce.

Wróci³ do swojego stolika.

Drugie danie sta³o ju¿ na stole.

– Jeszcze chwila i kolacja by wystyg³a – upomnia³a go Carolyn.

– Chyba jeszcze nadaje siê do jedzenia – odrzek³ Stone, podnosz¹c wi-

delec.

– Wszystko w porz¹dku? Wygl¹dasz na wzburzonego.

– Ale¿ nie. Przypomnia³em sobie o czymœ, co dzieje siê w Nowym Jor-

ku. Wyœmienita potrawa.

– Grasz w golfa? – spyta³ David.

– Trudno graæ w golfa, kiedy mieszka siê na Manhattanie.

– Mamy tu piêkne pole z dziewiêcioma do³kami. Gdybyœ mia³ ochotê

zagraæ, po prostu zadzwoñ.

– Dziêkujꠖ odrzek³ Stone, zerkaj¹c w bok. Warkowski z ¿on¹ w³aœnie

opuszczali lokal.

– Twoi znajomi nie zabawili d³ugo – zauwa¿y³a Carolyn.

– Pewnie jedno z nich straci³o apetyt.

background image

164

43

S

tone spa³ dobrze, ale obudzi³ siê nieco zdezorientowany. Usiad³ i zamru-

ga³ oczami, zastanawiaj¹c siê, gdzie jest. Po kilku sekundach przypomnia³

sobie, ¿e znajduje siê w nowym domku w Connecticut i ¿e nie ma obrazów na

œcianach.

Wsta³, wzi¹³ prysznic i przygotowa³ sobie coœ do zjedzenia; brakowa³o mu

„Timesa”. Zerkn¹³ na listê przedsiêbiorstw us³ugowych, któr¹ dosta³ od Caro-

lyn Klemm i znalaz³ firmê dorêczycielsk¹. Postanowi³, ¿e oprócz „Timesa” za-

prenumeruje równie¿ lokalny dziennik „Litchfield County Times”. Przypomnia³

sobie spotkanie z Warkowskim. Podniós³ s³uchawkê i wybra³ numer Dina.

– Tak? – odezwa³ siê senny g³os.

– ObudŸ siê, Dino. Ju¿ prawie dziewi¹ta.

– Obudzi³em siê. Jesteœ g³upim palantem, wiesz o tym?

– Dlaczego? Nie podoba ci siê, ¿e wczeœnie wstajê?

– Mówiê o Dolce.

– Co mianowicie?

– Ostrzega³em ciê, a ty oczywiœcie…

– Daj spokój. To mi³a dziewczyna.

– To za g³êbokie wody dla ciebie, stary.

– Dino, ona jest piêkn¹ i inteligentn¹ kobiet¹.

– Ma do ciebie dzisiaj przyjechaæ, tak?

– Sk¹d to wszystko wiesz?

– Dolce ma siostrê. I rozmawia z ni¹.

– Ach, tak. – Stone uœwiadomi³ sobie, ¿e nie prosi³ Dolce, aby nie mówi³a

o nich Mary Ann. – S³uchaj, wpad³em wczoraj wieczorem na Warkowskiego.

– By³eœ w Sing Sing?

– Nie, Warkowski przyjecha³ z ¿on¹ na kolacjê do Mayflower Inn. To

popularny lokal w okolicy. Tam go spotka³em.

– Œwietnie. Co jad³ na kolacjê?

– Dino, musisz zwróciæ siê do niego z oficjaln¹ proœb¹ o udzielenie in-

formacji o miejscu pobytu Mitteldorfera.

– Nie zamierzam prosiæ tego buraka absolutnie o nic. Niby dlaczego

uwa¿asz, ¿e móg³by nam pomóc?

– Nawet jeœli ciê zignoruje, proœba zostanie na piœmie i byæ mo¿e uratu-

je twój ty³ek.

– A wart jest tego. Masz racjê, puszczê faks do tego drania. Rozmawia-

³eœ z nim?

– Tak. Spyta³em, czy wie, gdzie przebywa Mitteldorfer; zaprzeczy³. Nie

chcia³ pomóc, ale stwierdzi³, ¿e odpowie, jeœli dostanie oficjaln¹ proœbê.

background image

165

– I nawet wiem, jak. Co jeszcze mu powiedzia³eœ?

– ¯e Mitteldorfer inwestowa³ jego pieni¹dze.

– Zaprzeczy³?

– Nie, ale nie potwierdzi³.

– Podsumujmy twoje osi¹gniêcia. Po pierwsze, Warkowski dowiedzia³

siê wszystkiego, co my wiemy. Po drugie, jeœli Warkowski kontaktuje siê z Mit-

teldorferem, to Herbie wie, ¿e go poszukujemy.

– I tak siê o tym dowie z „Timesa”. Ale masz racjê, nie powinienem

mówiæ, ¿e wiemy o inwestowaniu pieniêdzy. Zdawa³o mi siê, ¿e w ten sposób

odœwie¿ê mu pamiêæ, lecz nic z tego nie wysz³o.

– To nie wszystko, m¹dralo. Jeœli Mitteldorfer dostaje informacje od

Warkowskiego, dowie siê, ¿e mieszkasz w Waszyngtonie. Zdawa³o mi siê, ¿e

nie by³o to twoim celem.

Stone ¿achn¹³ siê.

– No dobrze, by³em g³upi.

– Chyba ju¿ ci o tym wspomina³em.

– Nie dobijaj mnie.

– Mitteldorfer zrobi to za mnie, jeœli ciê znajdzie. Powinieneœ uwa¿aæ.

– Bêdê. Warkowski nie wie, ¿e mam tu dom. Mo¿e s¹dziæ, ¿e przyjecha-

³em zjeœæ kolacjê w gospodzie, tak jak on.

– Obyœ siê tylko nie myli³, stary. I mam nadziejê, ¿e prze¿yjesz weekend

z Dolce.

– Czy jest coœ jeszcze, co powinienem o niej wiedzieæ?

– Powiedzia³em ci wystarczaj¹co du¿o, ¿ebyœ siê zastanowi³ i nie pako-

wa³ w tarapaty. Reszty bêdziesz siê musia³ dowiedzieæ sam.

– Dobra, Dino. Zadzwoniê póŸniej.

– Powodzenia. Bêdzie ci potrzebne.

Stone zaprenumerowa³ telefonicznie prasê, ubra³ siê i pojecha³ do dziel-

nicy Waszyngton Depot. W sklepie ¿elaznym kupi³ skrzynkê z narzêdziami.

– Pan chyba nazywa siê Stone Barrington – powiedzia³ nagle sprzedawca.

– Tak – odpar³ zaskoczony Stone.

– Bêdzie pan pewnie potrzebowa³ otwartego rachunku.

– Przyda³by siê. Mogê prosiæ o formularz?

– To zbêdne.

– A mój adres?

– Znam go.

Stone wzi¹³ jeszcze mapê hrabstwa, podpisa³ rachunek i wróci³ do samo-

chodu. Przysz³o mu na myœl, ¿e wiele jeszcze musi siê nauczyæ o ma³ych

miasteczkach Nowej Anglii.

background image

166

Roz³o¿y³ mapê i natychmiast spostrzeg³ znajom¹ nazwê: New Preston.

Stone pamiêta³, ¿e mo¿na tam kupiæ antyki. Drog¹ prowadz¹c¹ miêdzy dwo-

ma wzgórzami przejecha³ na drug¹ stronê autostrady i dotar³ do niewielkiej,

ca³kiem ³adnej wioski. Kupi³ dwie lampy, trzy obrazy – pejza¿e okolicy –

i mnóstwo drobiazgów, które wype³ni³y torbê.

T¹ sam¹ drog¹ dotar³ do jeziora o nazwie Waramaug. Pe³n¹ zakrêtów

szos¹ okr¹¿y³ je, podziwiaj¹c odblask s³oñca na wodzie i kontury wzgórz; po

pewnym czasie znalaz³ siê w miejscu, z którego wyruszy³. Wróci³ do Wa-

szyngtonu i zjad³ lunch w restauracji Pantry, gdzie znajdowa³ siê te¿ sklep

z artyku³ami  gospodarstwa  domowego  i ¿ywnoœci¹.  Kupi³  kilka  drobnych

sprzêtów i parê rodzajów sera.

Po powrocie do domu Stone zawiesi³ obrazy, pod³¹czy³ lampy i rozejrza³

siê, co by tu naprawi栜wie¿o zakupionymi narzêdziami. Niewiele znalaz³.

Dom zosta³ niedawno odnowiony i wydawa³o siê, ¿e poprzedni w³aœciciele

pomyœleli o wszystkim.

Zjad³ parê kanapek z serem i rozci¹gn¹³ siê na kanapie w salonie. Teraz

pozosta³o tylko czekaæ na przybycie owianej z³¹ s³aw¹ Dolce.

44

Z

budzi³ go ha³as przypominaj¹cy start samochodów wyœcigowych na to-

rze Indianapolis. Usiad³ i zacz¹³ pocieraæ oczy, nie wiedz¹c, co siê dzieje.

Ha³as zamar³, trzasnê³y drzwi wozu. Kiedy Stone zd¹¿y³ dobiec i otworzyæ

frontowe drzwi, sta³a ju¿ w nich Dolce z narêczem pakunków. Obok swojego

wozu Stone zauwa¿y³ jaskrawoczerwone ferrari.

– Czy to dwór Barringtonów? – spyta³a, zerkaj¹c do œrodka.

– Tak – odpar³ Stone. – Zechce pani wejœæ, madame?

– Mademoiselle zabrzmia³oby lepiej – zauwa¿y³a Dolce. – A najlepiej

signorina.

Stone odebra³ paczki; Dolce wróci³a do samochodu. Po chwili zjawi³a

siê z bukietem kwiatów i pokaŸnym wazonem.

– Spodziewa³am siê, ¿e trzeba trochê rozjaœniæ ten dom – powiedzia³a,

wrêczaj¹c gospodarzowi wazon. – Nape³nij go w dwóch trzecich letni¹ wod¹.

Spe³ni³ polecenie; Dolce u³o¿y³a kwiaty i postawi³a na stoliku w salonie.

– Od razu inaczej, prawda?

– Rzeczywiœcie. Co jest w tych paczkach?

– Ró¿ne drobiazgi, dziêki którym w domu zrobi siê przytulniej – odpar-

³a. – Otwórz.

background image

167

Stone zrobi³, co kaza³a. W œrodku znajdowa³y siê dwa przepiêkne obrazy

olejne: wenecka scena rodzajowa oraz pejza¿ z wyeksponowanymi ruinami

rzymskiego pa³acu.

– Cudowne – zachwyci³ siê Stone, ca³uj¹c dziewczynê. – Co przedsta-

wia ten pejza¿?

– Sycyliê, a có¿by innego?

– Obydwa s¹ wspania³e. Przyniosê narzêdzia i od razu je zawiesimy.

Po chwili obrazy wisia³y w odpowiednich miejscach. Teraz, gdy œciany

przesta³y œwieciæ pustk¹, a lampy o¿ywi³y wnêtrze, dom nabra³ charakteru.

Dolce rozejrza³a siê.

– Podoba mi siꠖ oznajmi³a. – Pasuje do klimatu tego regionu i na swój

sposób do ciebie.

– Bêdziesz musia³a czêœciej tu zagl¹da栖 odrzek³ Stone.

– Taki mam zamiar. Przynieœ torbê z samochodu, a potem zaprowadŸ

mnie na górê.

Stone’a zdziwi³y niewielkie rozmiary torby le¿¹cej na przednim siedze-

niu ferrari, ale te¿ w wozie nie by³o za du¿o miejsca. Wróci³ i zaprowadzi³

Dolce na piêtro.

– Ile tu jeszcze do zrobienia – zauwa¿y³a. – £adna garderoba. Trzeba

bêdzie rozejrzeæ siê za jak¹œ tapet¹.

Wyjê³a z torby sukienkê i zawiesi³a na wieszaku.

– Nie trzeba jej prasowaæ.

– Gospodarz mówi³, ¿e to nieoficjalna kolacja.

– O, tak – rozeœmia³a siê Dolce. – Dla mê¿czyzn na pewno.

Stone obj¹³ j¹ i przyci¹gn¹³.

– O rany – szepnê³a, trzepocz¹c rzêsami. – Jesteœ gotów, co?

– I to jak.

Uwolni³a siê z uœcisku.

– Bêdziesz musia³ poczekaæ. Muszê ci zadaæ parê pytañ.

Zeszli do salonu i usiedli na kanapie.

– No wiêc mów. Co to za gwiazdor filmowy?

– Vance Calder.

Skinê³a g³ow¹, jakby kolacje z gwiazdorami by³y dla niej chlebem po-

wszednim.

– Jego ¿ona ma na imiê Arrington?

Stone zamruga³ oczami.

– Wyprzedzasz mnie o milê.

– Musisz siê do tego przyzwyczaiæ.

– Aha, zapomnia³em o Mary Ann.

– Najlepsz¹ przyjació³k¹ dziewczyny jest jej siostra, zapamiêtaj to.

– Na pewno zapamiêtam.

background image

168

– A pozostali goœcie?

– Nic mi o nich nie wiadomo, ale mog¹ siê jacyœ zjawiæ.

– Dziewczyny lubi¹ wiedzieæ, jakiej konkurencji siê spodziewaæ.

– Konkurencji?

– Innych kobiet. Ale poniewa¿ jesteœ w tych sprawach ignorantem, po-

wiedz mi tylko, w co siê ubierze Arrington.

– Chryste, sk¹d mia³bym wiedzieæ?

– Co zak³ada³a na takie spotkania, kiedy mieszkaliœcie razem?

– Wydaje mi siê, ¿e ubiera³a siê z prostot¹, ale elegancko.

– Jesteœ niezwykle pomocny. Po prostu bêdê musia³a w³o¿yæ coœ umiar-

kowanego. Czy nosi du¿o bi¿uterii?

– Niewiele, o ile pamiêtam.

– Ale wtedy nie by³a ¿on¹ Vance’a Caldera, prawda?

– Tak.

– Jej pude³ko z b³yskotkami bêdzie teraz znacznie lepiej zaopatrzone.

Czy odzyska³a figurê po urodzeniu dziecka?

– Nie mam pojêcia. Nie widzia³em jej od tego czasu.

– Jest ¿on¹ z Beverly Hills. Spodziewam siê najgorszego.

– ¯e jest gruba?

– Nie, ¿e jest szczup³a i w doskona³ej formie. A w³osy i paznokcie?

– Posiada jedno i drugie.

– Pytam, ile w³osów, g³uptasie, i czy lakieruje paznokcie?

– Ma mniej wiêcej tyle w³osów, co ty. A paznokcie… Ostatni raz, kiedy

j¹ widzia³em, mia³a d³ugie; ale maluje tylko na specjalne okazje.

– A  wiêc  dziœ  wieczorem  na  pewno  bêd¹  pomalowane –  stwierdzi³a

Dolce. – Przepraszam ciê na chwilê.

Wysz³a do samochodu; po chwili wróci³a z ma³¹ walizeczk¹.

Stone zachodzi³ w g³owê, gdzie j¹ zmieœci³a.

– W wozie jest niewielki baga¿nik – wyjaœni³a Dolce, jakby czytaj¹c

w jego myœlach. – O której godzinie mamy tam byæ?

– O siódmej.

Zerknê³a na zegarek.

– A wiêc czas zacz¹æ siê ubiera栖 oznajmi³a.

– Dopiero pi¹ta – zaoponowa³ Stone. – Mo¿e byœ siê czegoœ napi³a?

– Nie ma czasu – odpar³a Dolce, znikaj¹c na schodach.

Po chwili Stone us³ysza³ szum wody napuszczanej do wanny.

Dolce wychyli³a siê zza porêczy.

– Mo¿esz siê wyk¹paæ o wpó³ do siódmej – oœwiadczy³a. – Nie chcê ciê

tu widzieæ przed t¹ godzin¹.

– Tak jest, madame.

– S³ucham?

background image

169

– Chcia³em powiedzieæ, signorina.

– Uczysz siꠖ mruknê³a, chowaj¹c g³owê.

45

O

osiemnastej trzydzieœci Stone zajrza³ do ³azienki. By³a pusta; Dolce pew-

nie ubiera³a siê w sypialni. Ogoli³ siê i wyk¹pa³; kiedy wyszed³, nie zasta³

Dolce w pokoju. Za³o¿y³ be¿owe spodnie, br¹zow¹ koszulê w kratkê, jasn¹

tweedow¹ marynarkê i mokasyny ze skóry aligatora; tak ubrany zszed³ na dó³.

Dolce sta³a na wprost ³ukowatych okien w salonie z rêkami skrzy¿owa-

nymi na plecach. Mia³a na sobie prost¹ sukienkê z czarnego jedwabiu, buty

na doœæ wysokich obcasach i cieniutki diamentowy naszyjnik. Na ramiona

zarzuci³a czerwony sweter z kaszmiru dopasowany do barwy paznokci; jej

czarne jak atrament w³osy opada³y ³agodnie na plecy.

– Dobry wieczór – powiedzia³a.

Stone stan¹³ jak wryty na jej widok; nigdy nie widzia³ tak piêknej kobie-

ty. Subtelny, prawie niewidoczny makija¿ sprawia³, ¿e jej oczy wydawa³y siê

jeszcze wiêksze.

– Dobry wieczór, signorina. Jest pani bardzo piêkna.

– A pan wyj¹tkowo spostrzegawczy.

– Napijesz siê czegoœ przed wyjœciem?

– Jest siódma; napijemy siê przy kolacji. Na wsi jada siê wczeœniej ni¿

w mieœcie.

Stone poda³ jej ramiê i poprowadzi³ do mercedesa. Odjechali.

– Tutaj jest bardzo ³adnie – zauwa¿y³a Dolce, gdy mijali bia³y koœció³ek

z wie¿yczkami w dzielnicy Green.

– Tak, to prawda.

– Jak to siê sta³o, ¿e kupi³eœ tu domek?

– Spêdza³em weekend w gospodzie Mayflower Inn – tam, za tym wzgó-

rzem – i przyszed³ mi do g³owy taki pomys³.

– Tobie czy pannie Buckminster?

– Zdaje siê, ¿e Sara pierwsza powiedzia³a o nim g³oœno, ale ja myœla³em

o tym ju¿ wczeœniej. Nikt z moich znajomych, z wyj¹tkiem Dina, nie spêdza

weekendów w mieœcie.

– S³usznie.

Jechali krêt¹ szos¹ powoli, napawaj¹c siê widokiem drzew i kwiatów.

Vance da³ Stone’owi dok³adne wskazówki. Wkrótce dotarli do nieoznaczonej

zamkniêtej bramy. Stone wysun¹³ rêkê za okno i zadzwoni³.

background image

170

– Tak?

– Moje nazwisko Stone Barrington.

Wrota otwar³y siê i Stone ruszy³ powoli wysadzan¹ piêknymi drzewa-

mi, wij¹c¹ siê alej¹. Za jednym z zakrêtów ukaza³ siê zielony trawnik, a za

nim szary, kryty gontem dworek z bia³ymi wykoñczeniami i okiennicami.

Stone zaparkowa³ wóz przed frontowymi drzwiami; wysiedli i stanêli na

obszernym ganku z bujanymi fotelami. Zadzwonili do drzwi. Mê¿czyzna

w bia³ym garniturze otworzy³ i wprowadzi³ goœci do salonu, gdzie pyszni³y

siê wielkie, miêkkie kanapy i przepiêkne antyki. Vance Calder sta³ przy ko-

minku z kieliszkiem w d³oni; mia³ na sobie b³êkitn¹ bluzê, bia³e spodnie,

jedwabn¹ koszulê i apaszkê. Stone wyci¹gn¹³ rêkê, ale Vance min¹³ go, jak-

by nie zauwa¿ywszy.

– Dolce! – zawo³a³, bior¹c dziewczynê w ramiona. – Co za cudowna nie-

spodzianka! Nie wiedzia³em, ¿e znasz Stone’a.

– Poznaliœmy siê niedawno – odpar³a Dolce. – Jak siê masz, Vance?

– Doskonale! A Eduardo?

– Jest w dobrej formie.

Vance odwróci³ siê w koñcu i poda³ Stone’owi rêkê.

– Mi³o ciê znowu widzieæ, Stone.

– Ja te¿ siê cieszê, Vance – wydusi³ zaskoczony Stone. – Nie wiedzia-

³em, ¿e siê znacie.

– Vance towarzyszy³ mi podczas przyjêcia z okazji szesnastych urodzin –

powiedzia³a Dolce. – By³ najlepszym tancerzem na sali.

– Znam jej ojca od dawien dawna. Zrobiliœmy razem kilka interesów.

Arrington k³adzie dziecko spaæ; zaraz zejdzie. Napijecie siê czegoœ?

Lokaj przyj¹³ od goœci zamówienia i po chwili wróci³ z drinkami.

W tym samym momencie na schodach ukaza³a siê Arrington z dzieckiem

na rêku. Ten widok zbi³ Stone’a z tropu; nie spodziewa³ siê zobaczyæ ch³opca

tak nagle. Arrington schodzi³a powoli. Jasnow³osa, w sukni z bia³ego jedwa-

biu, wygl¹da³a jak przeciwieñstwo Dolce. Poda³a maleñstwo Vance’owi i ob-

jê³a Stone’a z czu³oœci¹ wiêksz¹, ni¿ siê spodziewa³.

Stone k¹tem oka zobaczy³ wzrok Dolce; z jej oczu bi³y pioruny.

– Jak siê masz, Arrington? – spyta³ szeptem.

– Dobrze – odpowiedzia³a cicho.

Odsunêli siê na d³ugoœæ ramion.

– Arrington – odezwa³ siê Vance – chcê ci przedstawiæ Dolce Bianchi,

córkê mojego przyjaciela Eduarda. Wspomina³em o nim.

– Ale¿ oczywiœcie – odpar³a ch³odno Arrington, podaj¹c dziewczy-

nie d³oñ. – Witaj, Dolce. Starzy przyjaciele Vance’a zawsze s¹ mi³ymi

goϾmi.

– Dziêkujê, ja te¿ siê cieszê, ¿e tu jestem.

background image

171

Kobiety zmierzy³y siê wzrokiem od stóp do g³ów. Stone zauwa¿y³, ¿e

paznokcie Arrington s¹ pomalowane, i ¿e ma na szyi cienki naszyjnik z dia-

mentów i rubinów.

– A to jest Peter – oznajmi³a, zerkaj¹c na maleñstwo.

Stone spojrza³ po raz pierwszy na ch³opca, który móg³ byæ jego synem.

Dziecko mia³o spokojn¹, niemal powa¿n¹ twarz, i by³o podobne do Vance’a

jak dwie krople wody. Jeœli kiedykolwiek mia³ w¹tpliwoœci co do wyniku

badania krwi, teraz pozby³ siê ich raz na zawsze. Dolce zaszczebiota³a coœ do

ma³ego, jak nakazuje zwyczaj w takich sytuacjach; po chwili nie wiadomo

sk¹d zjawi³a siê m³oda niania i zabra³a dziecko.

Lokaj poda³ Arrington kieliszek martini na srebrnej tacy.

– Mo¿e wyjdziemy na taras – zaproponowa³a gospodyni. – Wieczór jest

taki piêkny.

– To prawda – przytaknê³a Dolce.

Vance poprowadzi³ goœci na patio, gdzie sta³y ogrodowe meble pokryte

bia³¹ tapicerk¹. Usiedli. Na dworze panowa³ przyjemny ch³ód; œwierszcze

dotrzymywa³y im towarzystwa.

– Betty kaza³a ciê serdecznie pozdrowi栖 odezwa³ siê Vance, spogl¹da-

j¹c na Stone’a.

Betty by³a sekretark¹ Vance’a, z któr¹ Stone nawi¹za³ przelotny romans

rok temu podczas pobytu w Los Angeles. Dolce zerknê³a w jego stronê, za-

ciekawiona.

– Pozdrów j¹ ode mnie – odrzek³ Stone.

– Nadal dzielnie strze¿e mojego biura. Pamiêtasz Lou Regensteina, pre-

zesa wytwórni Centurion?

– Oczywiœcie.

– On te¿ zje z nami kolacjꠖ oznajmi³ Vance, zerkaj¹c na zegarek. –

Pos³a³em po nich samochód na lotnisko w Oxford. Powinni tu byæ lada chwi-

la. Lotnisko znajduje siê o parê mil st¹d i ma pas wystarczaj¹co d³ugi dla

samolotu Lou.

– Chêtnie zobaczê Lou – powiedzia³ Stone.

Gawêdzili swobodnie przez parê minut. Lou zjawi³ siê w towarzystwie

œlicznej rudow³osej dziewczyny, m³odszej od niego o trzydzieœci lat.

– Dolce! – zawo³a³, obejmuj¹c towarzyszkê Stone’a. – Co za niespodzianka!

Najbardziej zdumion¹ osob¹ z ca³ego towarzystwa by³ Stone. Mia³ wra-

¿enie, ¿e œwiat kurczy siê z ka¿d¹ chwil¹. Poda³ rêkê Lou, który przedstawi³

mu rudow³os¹ piêknoœæ; mia³a na imiê Lola.

– Chcesz siê odœwie¿yæ? – spyta³a Arrington.

– Nie, przebraliœmy siê do kolacji w samolocie – odpar³ Lou.

Stone lecia³ kiedyœ tym samolotem i pamiêta³, ¿e jest w nim prysznic. Ucie-

szy³ siê, ¿e na przyjêciu jest jeszcze jedna para; pomyœla³, ¿e dziêki temu nieco

background image

172

³atwiej bêdzie znieœæ uci¹¿liwe napiêcie. Od czasu do czasu k¹tem oka zerka³

na Arrington, która rzeczywiœcie by³a szczup³a i zgrabna, zgodnie z przewidy-

waniami Dolce. Wytê¿a³ s³uch, ¿eby uchwyciæ ton jej g³osu.

– To niesamowite, ¿e ty i Dolce siê znacie – oznajmi³ Lou, który siedzia³

obok Stone’a.

– No w³aœnie – wtr¹ci³ Vance. – Jak siê poznaliœcie?

– Dino Bacchetti, mój by³y partner z policji, o¿eni³ siê z siostr¹ Dolce,

Mary Ann.

– A jak siê miewa Mary Ann? – spytali jednoczeœnie Vance i Lou.

– Doskonale – odpar³ Stone.

Gdy wszyscy zajêli siê rozmow¹, Lou nachyli³ siê do Stone’a.

– Kiedy Oney Ippolito trafi³ w zesz³ym roku za kratki, Eduardo wykupi³

nale¿¹ce do niego akcje wytwórni. Przyj¹³em to z ogromn¹ ulg¹. Inwestor

jego kalibru to gwarancja stabilizacji.

Kazirodztwo, pomyœla³ Stone. Wszyscy ci ludzie œpi¹ ze sob¹ w jednym

³ó¿ku. Po chwili dotar³o doñ, ¿e ta myœl mo¿e byæ czymœ wiêcej ani¿eli metafor¹.

W tym momencie wszed³ lokaj i oznajmi³, ¿e podano kolacjê.

46

Z

asiedli przy okr¹g³ym stole z drewna orzechowego w uroczym pokoju

z wykuszowym oknem, które wychodzi³o na ogród sk¹pany w promie-

niach gasn¹cego s³oñca. W kominku weso³o b³yska³ ca³kiem zbêdny ogieñ.

Stone dozna³ nagle wra¿enia déjà vu.

– Vance, kiedy w zesz³ym roku odwiedzi³em ciê w studiu Centuriona

podczas krêcenia zdjêæ do filmu, czy nie by³em w tym w³aœnie pokoju?

– Jesteœ  bardzo  spostrzegawczy –  pochwali³  gospodarz. –  Wiêkszoœæ

dekoracji filmowej chaty zosta³a zaprojektowana na podstawie zdjêæ tego

domu. Potem, kiedy zobaczy³em, jak scenografowie urz¹dzili jadalniê, kupi-

³em wyposa¿enie i sprowadzi³em tutaj. Pewnie czujesz siê tak, jakby ktoœ

przeniós³ ciê w inn¹ rzeczywistoœæ?

– Tak, to niesamowite.

Stone siedzia³ pomiêdzy gospodyni¹ a sza³ow¹ Lol¹. Uœwiadomi³ sobie,

¿e jeszcze nigdy nie znalaz³ siê przy stole w towarzystwie tak piêknych ko-

biet. Dolce usadowi³a siê miêdzy Vancem i Lou, czaruj¹c obydwu mê¿czyzn.

Tym razem niczyje stopy nie harcowa³y pod sto³em.

– Czyta³em w „Timesie” o wybuchu w galerii. Móg³byœ nam o tym opo-

wiedzieæ? – poprosi³ gospodarz, spogl¹daj¹c na Stone’a.

background image

173

Ten poczu³ siê nieswojo; wola³by unikn¹æ wtajemniczania obecnych w tê

sprawê.

– Na szczêœcie nikt nie zosta³ powa¿nie ranny. FBI zajê³o siê ekspertyz¹

³adunku wybuchowego i samochodu, a Dino nadzoruje œledztwo prowadzo-

ne przez miejscow¹ policjê.

– Podobno ocali³eœ ¿ycie kilku ludziom – powiedzia³a Arrington.

– Tak siê z³o¿y³o, ¿e zauwa¿y³em samochód parê minut przed wybu-

chem, dziêki czemu wszyscy znaleŸli siê w bezpiecznej odleg³oœci od okna.

– Wszyscy z wyj¹tkiem Stone’a – wtr¹ci³a Dolce, zerkaj¹c na Arring-

ton. – Szkoda, ¿e nie widzieliœcie ran na jego plecach.

– To naprawdê nic powa¿nego – wyjaœni³ pospiesznie Stone.

– Ale kto stoi za tym zamachem? – spyta³ Lou.

– Jak dot¹d policja nic nie ustali³a.

– Stone, jesteœ przesadnie skromny – odezwa³a siê znów Dolce. – Pe-

wien cz³owiek, aresztowany przez Stone’a za morderstwo, wyszed³ niedawno

z wiêzienia i od tego czasu nieszczêœcia przytrafiaj¹ siê tym, którzy przyczy-

nili siê do jego skazania… – Zawiesi³a g³os. – Oraz ich bliskim.

Wszyscy przestali jeœæ.

– Zamordowano sekretarkê Stone’a, a potem ktoœ napad³ na moj¹ sio-

strê, która od tej pory nie rusza siê z dzieckiem z domu ojca.

– Alma nie ¿yje? – spyta³a Arrington.

– Niestety – potwierdzi³ Stone.

– Oprócz tego s¹siadka Stone’a, portier w domu jego znajomych oraz

policjant, który siê tam znajdowa³.

– Dolce, to taki przykry temat – powiedzia³ Stone.

– Co robicie z Dinem, ¿eby z³apaæ tego cz³owieka? – spyta³a Arrington.

– Wszystko, co siê da; jak dot¹d udawa³o mu siê wymkn¹æ, ale jutro

jego zdjêcie uka¿e siê w „Timesie”. Mamy nadziejê, ¿e ktoœ pomo¿e nam

wpaœæ na œlad tego cz³owieka.

– Który na dodatek zabi³ wczoraj pewnego adwokata w Nowym Jorku –

wpad³a mu w s³owo Dolce.

– Sk¹d o tym wiesz? – spyta³ zaskoczony Stone. – Dowiedzia³em siê

o morderstwie dopiero wczoraj póŸnym popo³udniem, a policja nie ujawni³a

dot¹d informacji o zwi¹zku tego morderstwa z poprzednimi.

– Mam swoje Ÿród³a.

– Znowu Mary Ann – westchn¹³ Stone.

Dolce wzruszy³a ramionami. Lola odezwa³a siê po raz pierwszy; mia³a

zaskakuj¹co cichy g³os.

– Czy to znaczy, ¿e wszyscy jesteœmy w niebezpieczeñstwie?

– Ale¿ nie – odpar³ Stone. – Gdyby taka myœl przysz³a mi do g³owy, nie

by³oby mnie tutaj.

background image

174

– Czujê siê uspokojony – oœwiadczy³ Vance.

– Bardzo niewiele osób wie, ¿e kupi³em tu dom – ci¹gn¹³ Stone, zerka-

j¹c na Dolce – choæ niektóre z nich s¹ wyj¹tkowo gadatliwe.

Dziewczyna pos³a³a mu kwaœny uœmiech.

Wrócili do jedzenia, ale rozmowa jakby przygas³a.

– Prowadzisz  ciekawe  ¿ycie,  Stone –  zauwa¿y³  Lou. –  Dochodzê  do

wniosku, ¿e przypadkowe uwik³anie w nasze drobne nieszczêœcie w zesz³ym

roku by³o dla ciebie tylko ma³o znacz¹cym epizodem.

– Lou, nie zapominaj, ¿e to my wci¹gnêliœmy w to Stone’a, i ¿e wiele

mu zawdziêczamy – przypomnia³a Arrington.

– Oczywiœcie, oczywiœcie – przytakn¹³ skwapliwie Lou. – I czujê siê jego

d³u¿nikiem.

– Pierwszy raz s³yszê, ¿e to mówisz – zauwa¿y³a Arrington.

– O jakim nieszczêœciu mowa? – spyta³a Lola.

– PóŸniej ci wyjaœniꠖ odpar³ szybko Lou.

Zamilkli na d³u¿sz¹ chwilê.

– Opowiedz nam o swoim nowym domu, Stone – poprosi³a Arrington.

Stone ucieszy³ siê, ¿e zmieni³a temat.

– Budynek s³u¿y³ niegdyœ jako brama do s¹siedniej posiad³oœci, która

nosi nazwê Ska³a.

– Znam tê rezydencjꠖ wtr¹ci³ Vance. – Carolyn Klemm pokaza³a mi

j¹, kiedy szuka³em domu w tej okolicy.

– Jak wygl¹da ten dom-brama? – spyta³a Arrington.

– S¹ tam dwie sypialnie, dwie ³azienki, toaleta, salon, jadalnia i kuchnia.

Ma dach kryty gontem, podobnie jak dwór, i œliczn¹ wie¿yczkê.

– Musi byæ uroczy – powiedzia³a Arrington. – Bardzo chcia³abym go

zobaczyæ.

– Zaczekaj, a¿ uporam siê z urz¹dzaniem; wtedy zaproszê was oboje

z Vancem na kolacjê.

– Z najwiêksz¹ przyjemnoœci¹ – ucieszy³ siê Vance. – Czy wiesz, kto

kupi³ Ska³ê?

– Nie pozna³em jeszcze w³aœcicieli.

– Ale poznasz, jeœli Carolyn Klemm bêdzie mia³a w tej sprawie coœ do

powiedzenia. Ona jest tutaj sprê¿yn¹ kontaktów towarzyskich; niesamowite,

jak potrafi kojarzyæ ze sob¹ ludzi.

– By³a tak mi³a, ¿e zaprosi³a mnie na kolacjꠖ powiedzia³ Stone.

– A wiêc zrobi³eœ pocz¹tek. Niebawem poznasz wszystkich w okolicy.

Ponownie zapad³a k³opotliwa cisza.

– Œwietnie urz¹dzi³aœ ten dom, Arrington – pochwali³ Stone.

– Jestem tu pierwszy raz.

Zak³opotany Stone nie wiedzia³, jak zareagowaæ.

background image

175

Arrington pospieszy³a mu z pomoc¹.

– Vance ma wyj¹tkowy smak, jeœli chodzi o meble i antyki. Kiedy we-

sz³am do œrodka, poczu³am siê jak w domu.

– Sk¹d taki dar u syna wikarego z po³udnia Anglii? – spyta³ Lou.

Vance wzruszy³ ramionami.

– Z obserwacji starszych i lepszych od siebie, jak s¹dzê. Matka potrafi³a

sprawiæ, ¿e kolejne plebanie, na których mieszkaliœmy, nabiera³y charakteru

prawdziwych domów, co nie zawsze by³o ³atwym zadaniem. Mieszkaliœmy

w najrozmaitszych domostwach, od zniszczonej chaty krytej strzech¹ poczy-

naj¹c, a na zapuszczonym wiktoriañskim dworze koñcz¹c. Wiele siê te¿ na-

uczy³em, ogl¹daj¹c filmy. Kino by³o moim drugim domem i uniwersytetem.

Vance zacz¹³ snuæ wspomnienia z dzieciñstwa. Stone s³ucha³ z wdziêcz-

noœci¹, uradowany, ¿e ktoœ odwróci³ od niego uwagê.

Kolacja dobieg³a koñca. Lou i Lola powiedzieli dobranoc i zniknêli na

piêtrze, Dolce wysz³a do ³azienki, a Vance uda³ siê do kuchni, ¿eby zwolniæ

na noc kucharza i lokaja. Stone zosta³ na ganku sam na sam z Arrington.

– To by³ uroczy wieczór – powiedzia³.

– Tak siê cieszê, ¿e mog³eœ przyjecha栖 odrzek³a Arrington. – Stone…

– Tak?

Zdawa³o mu siê, ¿e chce coœ powiedzieæ.

– Jesteœ szczêœliwa, Arrington?

Skinê³a g³ow¹.

– Na swój sposób. By³abym szczêœliwsza, gdyby…

– Idziemy? – spyta³a Dolce, staj¹c w drzwiach. – Od tego wiejskiego

powietrza strasznie chce mi siê spaæ.

Wróci³ Vance; zaczêli siê ¿egnaæ. Arrington trzyma³a Stone’a w ramio-

nach odrobinê d³u¿ej, ni¿ powinna, ale wydawa³o siê, ¿e m¹¿ tego nie zauwa-

¿y³. W przeciwieñstwie do Dolce.

– Mi³o by³o, prawda? – spyta³a w drodze powrotnej. – Zobaczy³eœ swo-

j¹ ukochan¹. Sprawi³o ci to przyjemnoœæ?

– Dolce – odpar³ Stone – znamy siê dopiero od kilku dni, dlatego mo¿e ciê

dziwiæ, ¿e mia³em jakieœ ¿ycie, zanim siê poznaliœmy. Nadal je mam, a twoje

miejsce w nim nie jest jeszcze ustalone. Wprawi³aœ mnie dziœ w zak³opotanie

i przestraszy³aœ moich znajomych. Niepotrzebnie dr¹¿y³aœ moje problemy.

– Tak mi przykro, Stone – powiedzia³a potulnie Dolce. – Przepraszam.

To siê ju¿ nigdy nie powtórzy.

Tej nocy nawet siê nie dotknêli. Myœli Stone’a kr¹¿y³y wokó³ innych

spraw.

background image

176

47

S

tone mia³ erotyczny sen. Nagle otworzy³ oczy i okaza³o siê, ¿e wcale nie

œni. Promienie s³oñca s¹czy³y siê przez okna sypialni. Stone oderwa³ g³o-

wê od poduszki i ujrza³ czubek g³owy Dolce. Westchn¹³ g³oœno, ¿eby zwróciæ

jej uwagê.

Dziewczyna unios³a siê, wsunê³a go w siebie i pochyli³a siê, ca³uj¹c ko-

chanka w usta. Blask s³oñca rozproszy³ siê w jej w³osach; Stone podda³ siê

chwili, która rozkosznie siê przeci¹gnê³a. Tego ranka ochrzcili dom.

Le¿a³ na plecach, spocony, oddychaj¹c ciê¿ko; Dolce wysz³a do ³azienki.

Wróci³a po chwili z rozgrzanym rêcznikiem, którym otar³a twarz Stone’a.

– Dzieñ dobry – powiedzia³a.

– O, tak – odpar³ Stone. – Zdaje mi siê, ¿e stracony. Jestem wyczerpany

i chyba w ogóle nie ruszê siê z ³ó¿ka.

– Odpocznij sobie, a ja przygotujꠜniadanie – zaproponowa³a Dolce,

wychodz¹c.

Stone zapatrzy³ siê w sufit i po chwili zapad³ w drzemkê. Obudzi³a go

Dolce wdrapuj¹ca siê na ³ó¿ko; w powietrzu unosi³y siê apetyczne zapachy.

Stone usiad³ i u³o¿y³ poduszki jedn¹ na drugiej. Dolce postawi³a na jego kola-

nach tacê z jajecznic¹, kie³baskami, bu³kami, sokiem pomarañczowym i ter-

mosem kawy. Na poœcieli obok le¿a³ „Sunday Times”.

– Chêtnie bym siê do czegoœ takiego przyzwyczai³ – powiedzia³ Stone,

smaruj¹c bu³kê mas³em. Zerkn¹³ na Dolce popijaj¹c¹ melona kaw¹. – Masz

jakiœ cel w tym, ¿eby mnie utuczyæ?

Spróbowa³ jajecznicy; by³a pyszna.

– Ty w ogóle nie przybierasz na wadze – odpar³a. – Wiem o tobie wszyst-

ko: jesz i jesz i ci¹gle wygl¹dasz tak samo. Jak ci siê to udaje?

– Dobrze wybra³em rodziców. Oboje byli szczupli przez ca³e ¿ycie.

– Gdybym jad³a wszystko, co stawia przede mn¹ ciotka Rosaria, wa¿y-

³abym ze dwieœcie kilo.

– Czy ona jest twoj¹ jedyn¹ krewn¹ poza ojcem?

– Wiêkszoœæ mojej rodziny nie ¿yje. Mama zmar³a w zesz³ym roku, a obaj

bracia papy umarli dawno temu, zanim skoñczyli trzydziestkê.

– W tak m³odym wieku? Na co?

– ZnaleŸli siê w niew³aœciwym miejscu w niew³aœciwym czasie.

– Ach tak.

– Papie nawet nie pozwolono pójœæ na pogrzeb. Ojciec pos³a³ go na Uni-

wersytet Columbia i rozpowiedzia³ wszystkim, ¿e syn wyjecha³ na studia do

Europy. Przez trzy lata mia³ surowy zakaz pokazywania siê w Brooklynie. By³

jedynym studentem prawa, który chodzi³ na wyk³ady uzbrojony.

background image

177

– Trudno wyobraziæ sobie twojego ojca strzelaj¹cego z pistoletu. To zbyt

pospolite.

– Nigdy te¿ do tego nie dosz³o, ale mimo to mo¿na powiedzieæ, ¿e nale-

¿y do ludzi, którzy musieli walczyæ o ¿ycie. Gdyby jednak zasz³a taka ko-

niecznoœæ, na pewno zrobi³by, co trzeba – doda³a Dolce, spogl¹daj¹c na Sto-

ne’a. – To cecha rodzinna.

– Zna³aœ dziadka?

– Nie. Zmar³ na d³ugo przedtem, zanim siê urodzi³am. Papa mia³ wtedy

dwadzieœcia kilka lat, wiêc na jego barki spad³ ogromny ciê¿ar. Nie ¿eni³ siê

przez wiele lat z obawy, ¿eby nie uczyniæ ¿ony wdow¹. D³ugo trwa³o, zanim

zdo³a³ zapanowaæ nad sytuacj¹, któr¹ zasta³. To by³o straszne bagno.

– Ale ju¿ nie jest?

– Nie. Papa poœwiêci³ ca³e swoje ¿ycie, aby zdobyæ szacunek dla rodzi-

ny. Dlatego tak siê za³ama³, kiedy wysz³am za Johnny’ego.

– Czemu to zrobi³aœ?

Dolce rozeœmia³a siê.

– By³am dziewic¹. Papa nie spuszcza³ mnie z oka, wiêc to by³ dla mnie

jedyny sposób, ¿eby pójœæ z kimœ do ³ó¿ka.

– Musia³ byæ jeszcze jakiœ powód.

Rozeœmia³a siê ponownie.

– A jednak nie. Kiedy wychodzi³am, papa zawsze posy³a³ kogoœ za mn¹.

Gdybym doprowadzi³a do tego, ¿e jakiœ ch³opak zrobi fa³szywy ruch, obe-

rwa³by, a ja nie chcia³am mieæ nikogo na sumieniu.

– Mi³o s³yszeæ, ¿e posiadasz coœ takiego jak sumienie.

– Oczywiœcie, ¿e je mam! – niemal krzyknê³a Dolce. – Czy myœlisz, ¿e

jestem taka sama jak ojciec?

– W³aœciwie nie wiem, jaka jesteœ. Znam ciê tylko z ³ó¿ka, a tam nie

masz sobie równych.

– To wrodzony talent – odpar³a. – Jak umiejêtnoœæ œpiewania.

– Wierzê ci. – Stone odsun¹³ tacê i zacz¹³ kartkowa栄Timesa”.

Znalaz³ to, czego szuka³, w czêœci zwanej Metro.

– Oto on.

Pokaza³ Dolce fotografiê.

– To ma byæ Mitteldorfer?

– Tak.

– Wygl¹da jak niepozorny kurdupel.

– Ale jest bardzo niebezpieczny.

– Gdzie siê twoim zdaniem ukrywa?

– Mam zgadywaæ? W East Side na Manhattanie i dobrze sobie ¿yje. Dla-

tego mam nadziejê, ¿e ktoœ z s¹siadów rozpozna go na zdjêciu.

– A ten mê¿czyzna na rysunku? Jest podobny do Mitteldorfera.

12 – Kr¹g strachu

background image

178

– To portret pamiêciowy sporz¹dzony na podstawie relacji Mary Ann.

Tak opisa³a mê¿czyznê, który j¹ napad³. S¹ do siebie ³udz¹co podobni, praw-

da? – Stone spojrza³ na zdjêcia. – O cholera!

– Co siê sta³o?

Stone podniós³ s³uchawkê telefonu i wybra³ numer Dina.

– Halo?

– W³aœnie przegl¹dam „Timesa”. Porówna³eœ zdjêcie Mitteldorfera i por-

tret pamiêciowy?

– Jasne. S¹ do siebie podobne. Pamiêtasz faceta, który poder¿n¹³ gard³o

twojej s¹siadce? Wygl¹da³ jak Mitteldorfer z czupryn¹. Dlatego sprawdzili-

œmy, czy ma dzieci, i nic z tego nie wysz³o. Okaza³o siê, ¿e ma tylko sio-

strzeñca mieszkaj¹cego w Niemczech.

– Dino, jeœli Mitteldorfer mia³ drug¹ ¿onê, jak twierdzi³a Arlene, to ta

kobieta mog³a mu urodziæ dziecko.

– S³usznie.

– Wygrzeba³eœ coœ w archiwach urzêdu stanu cywilnego?

– Jeszcze nie. Dane zapisane w komputerze siêgaj¹ tylko kilka lat wstecz,

ale zaprz¹g³em paru ¿ó³todziobów do przegl¹dania starszych dokumentów na

mikrofilmach.

– To w³aœciwy trop, jestem pewien. Jeœli znajdziemy pierwsz¹ pani¹

Mitteldorfer, znajdziemy te¿ jej syna, a on zaprowadzi nas do Mitteldorfera.

Mo¿e sprawdzi³byœ wszystkie osoby o tym nazwisku zamieszka³e na terenie

stanu? Albo nawet ca³ego kraju; to nie jest przecie¿ pospolite nazwisko.

– Wyznaczê do tego ludzi jutro z rana. Jak tam wczorajsza kolacja?

– Opowiem ci póŸniej. Zadzwoñ, jak tylko coœ znajdziesz. Ach, prawie

bym zapomnia³. Co z wczorajsz¹ premier¹ w teatrze?

– Nic siê nie sta³o.

– Mo¿e Mitteldorfer nie zna nazwiska Palmera.

– Tak mi siê wydaje. Kiedy bêdziesz z powrotem w mieœcie?

– Nie jestem pewien. Nie mogê wróciæ do mieszkania.

– No dobra, zadzwoniê póŸniej.

Stone od³o¿y³ s³uchawkê.

– Zdaje siê, ¿e wasze œledztwo w wiêzieniu Sing Sing nie przynios³o jak

dot¹d rezultatów? – zwróci³ siê do Dolce.

– Chwileczkê. – Dolce podnios³a s³uchawkê telefonu po swojej stronie

³ó¿ka i wystuka³a numer.

– Wiesz, kto mówi? – Czego siê dowiedzia³eœ? – spyta³a.

Da³a Stone’owi znak, ¿eby poda³ jej papier i d³ugopis.

– Tak,  przeliteruj.  Masz  adres?  Jak  siê  nazywa  kurator?  Dziêkujê. –

Od³o¿y³a s³uchawkê i odda³a Stone’owi notes z trzema nazwiskami. – Dwaj

pierwsi siedzieli razem z Mitteldorferem, a trzeci to ich wspólny kurator. Obaj

background image

179

wyszli przed Mitteldorferem. Mój informator nie móg³ zdobyæ ich adresów,

ale twierdzi, ¿e utrzymywali bliskie kontakty z cz³owiekiem, którego szukasz.

– Jest od czego zacz¹æ – powiedzia³ Stone. – Ale dopiero jutro. Ubierz-

my siê i pojedŸmy gdzieœ. Jest piêkny wiosenny dzieñ, a gdzieœ w okolicy na

pewno odbywa siê wyprzeda¿.

– Jaka?

– Wiejska.

– Ale czego?

– Antyków, mebli, obrazów, bibelotów.

– Nie mogê, muszê wracaæ do miasta.

– Przecie¿ jest niedziela.

– Jutro mam zebranie zarz¹du; trzeba przeczytaæ ponad sto podañ o sty-

pendia.

– Ach tak.

– Poza tym, za du¿o tu tlenu w powietrzu jak na p³uca miejskiej dziew-

czyny. Powiedzia³eœ, ¿e nie chcesz wracaæ do domu?

– Na razie nie.

– Czemu nie zamieszkasz ze mn¹?

– W Brooklynie?

– Oczywiœcie, ¿e nie. Mieszkam w dzielnicy East Sixties.

– Jesteœ pewna, ¿e znajdzie siê tam dla mnie miejsce?

– Nie zajmujesz go a¿ tak du¿o.

– Mo¿e przyjadê dziœ wieczorem. Chcesz?

– Pewnie. – Zapisa³a adres. – Zadzwoñ z samochodu, kiedy dojedziesz

do mojej ulicy. Otworzê ci gara¿.

– Chyba jesteœmy jedynymi mieszkañcami tego miasta, którzy maj¹ ga-

ra¿e.

– Mo¿liwe – przytaknê³a Dolce. Wsta³a, wrzuci³a ubrania do torby, po-

ca³owa³a Stone’a i wysz³a.

Silnik ferrari zawy³ na wysokich obrotach. Po chwili Stone zasn¹³.

48

W

yrwa³o go ze snu g³oœne dzwonienie. Przez chwilê zdawa³o mu siê, ¿e

œni, ale dzwonek odezwa³ siê ponownie. Nie by³ to telefon. Czy¿by ktoœ

dzwoni³ do drzwi? Stone uœwiadomi³ sobie, ¿e jeszcze nie s³ysza³ dzwonka

w tym domu. Wsta³, zarzuci³ na siebie szlafrok i pocz³apa³ na dó³.

Na ganku sta³a Arrington.

background image

180

– Dzieñ dobry – wymamrota³ zaspanym g³osem. – WejdŸ.

Arrington by³a ubrana w wyblak³e d¿insy i cienk¹ lnian¹ koszulê zawi¹-

zan¹ w supe³ pod biustem; nie mia³a makija¿u. Stone pomyœla³, ¿e jeszcze

nigdy nie wygl¹da³a tak piêknie.

Objê³a go w pasie i przytuli³a g³owê do jego ramienia.

– Dzieñ dobry – powiedzia³a.

– Napijesz siê kawy?

– Tak, chêtnie.

Stone odwróci³ siê i wszed³ do kuchni; zaparzy³ kawê.

Arrington usiad³a na taborecie ko³o blatu oddzielaj¹cego kuchniê od sa-

lonu.

– Rozumiem, ¿e minê³am siê z pann¹ Bianchi?

– Tak.

– Widzia³am, jak odje¿d¿a.

Stone odwróci³ siê.

– A ona widzia³a ciebie?

– Nie.

Odetchn¹³ z ulg¹.

– Podoba mi siê ten domek. Pasuje do ciebie.

– Dziêkujê.

– Wybiera³eœ go z pann¹ Bianchi?

– Nie – odpar³ Stone. Wola³ nie rozwijaæ tego tematu.

– A wiêc podoba mi siê jeszcze bardziej.

– Mi³o mi. Musisz odwiedziæ mnie kiedyœ z Vancem i Peterem.

Nie odpowiedzia³a.

– Co ciê do mnie sprowadza w niedzielê rano?

– Zamierza³am wybraæ siê na wiejsk¹ wyprzeda¿, ale przeje¿d¿a³am w po-

bli¿u i pomyœla³am, ¿e wolê zobaczyæ siê z tob¹.

– Aha – Stone nape³ni³ fili¿anki. – Jad³aœ ju¿ œniadanie?

– Tak. Jeœli mieszka siê z Vancem Calderem, zawsze znajdzie siê pod

rêk¹ jakiœ s³u¿¹cy, gotów przybiec na ka¿de skinienie.

Powiedzia³a to bez szczególnego zachwytu.

– Jak siê mieszka w Los Angeles? Podoba ci siê tam?

– Mo¿e byæ, o ile nie jestem porywana.

– Mam nadziejê, ¿e nie wesz³o ci to w krew.

– Nie. By³eœ na tyle mi³y, ¿eby po³o¿yæ temu kres. Zawsze bêdê ci za to

wdziêczna – doda³a, k³ad¹c rêce na ramionach Stone’a.

– Ca³a przyjemnoœæ po mojej stronie.

– Wiem, ¿e nie przepadasz za wyrazami wdziêcznoœci, ale musia³am to

powiedzieæ. Vance czuje to samo. On ciê bardzo lubi.

– Ja jego te¿.

background image

181

– Usi¹dŸmy w saloniku – zaproponowa³a Arrington, podnosz¹c fili¿an-

kê i kieruj¹c siê do kanapy.

Stone usiad³ ko³o niej, zachowuj¹c odpowiedni¹ odleg³oœæ.

– Co porabia³eœ od czasu, gdy siê ostatnio widzieliœmy? – spyta³a.

Wspomnienie tamtych chwil wróci³o jak fala. Sypialnia w apartamencie

hotelu Bel-Air, naga Arrington na tle okna.

– Trochê pracowa³em, trochê siê bawi³em.

– Jak siê miewa Dino?

– Jest wœciek³y; nie znosi, kiedy jego rodzinie zagra¿a niebezpieczeñstwo.

Arrington skinê³a g³ow¹.

– A Elaine?

– Bardzo dobrze.

– Pozdrów ich ode mnie.

– Oczywiœcie.

Zamilkli. Stone usilnie myœla³, co by tu powiedzieæ.

– Piszesz jeszcze? – spyta³ w koñcu.

– Zaczê³am powieœæ, ale po kilku rozdzia³ach da³am za wygran¹.

– Nie rezygnuj. Mo¿esz napisaæ dobr¹ ksi¹¿kê; staæ ciê na to.

– Nie jestem pewna, czy nadajê siê na powieœciopisarkê.

– Dlaczego?

– Wydaje mi siê, ¿e aby napisaæ dobr¹ powieœæ, trzeba umieæ stawiæ

czo³o rzeczywistoœci, a ja nie jestem w tym dobra.

– Co takiego jest w rzeczywistoœci, z czym nie potrafisz siê zmierzyæ?

– Rzeczywistoœæ jest taka, ¿e chcê byæ z tob¹.

Stone’owi zapar³o dech w piersi. Milcza³.

– Myœlê o tobie bez przerwy, o kolacjach z tob¹, o Dinie i Elaine, o miesz-

kaniu w twoim domu, kochaniu siê z tob¹. Zw³aszcza o tym nie mogê prze-

staæ myœleæ.

Stone odstawi³ fili¿ankê i potar³ skronie. Jeszcze do niedawna i on nie

myœla³ o niczym innym. A teraz ona tu siedzi. Co robiæ?

– Czy ty te¿ o mnie myœlisz? – spyta³a Arrington.

– Tak.

Przysunê³a siê bli¿ej.

– Czy wspominasz, jak siê kochaliœmy?

– Tak.

Usiad³a mu na kolanach i przesunê³a d³oni¹ po jego w³osach. Drug¹ rêk¹

rozwi¹za³a pasek szlafroka.

Stone zatrzyma³ jej rêkê. Potem wzi¹³ j¹ w ramiona i poca³owa³.

– Nie – powiedzia³. – To zbyt bolesne.

– Chcê, ¿eby przesta³o boleæ. Chcê ciebie.

– Wiesz doskonale, ¿e ja te¿ ciê pragnê.

background image

182

– A wiêc jestem twoja.

Stone zaczerpn¹³ powietrza.

– Nie jesteœ.

– Chcê znowu byæ twoja.

– Nie mogê pozwoliæ sobie na to, ¿eby ciê pragn¹æ.

– Dlaczego nie? Mo¿emy znowu nale¿eæ do siebie.

– Nie, nie mo¿emy – odpar³ Stone, sam nie wierz¹c, ¿e to mówi.

– Wrócê do Nowego Jorku, wezmê rozwód. Nie powinnam by³a wycho-

dziæ za Vance’a.

– Ale zrobi³aœ to.

– Pope³ni³am g³upi b³¹d – powiedzia³a Arrington. – Czy mam za niego

p³aciæ do koñca ¿ycia?

– Oboje musimy p³aciæ.

– Chcê do ciebie wróciæ, Stone.

– Nie mo¿esz odbieraæ Vance’owi syna. Nie przy³o¿ê do tego rêki.

– A wiêc zostawiê mu Petera. Bêdê mog³a go widywaæ.

– Arrington, widzia³em ciê wczoraj z dzieckiem. Doskonale siê czujesz

w roli matki; gdybym wszed³ miêdzy ciebie i ma³ego, znienawidzi³abyœ mnie

wczeœniej czy póŸniej.

– Ciebie potrzebujê bardziej.

– To nieprawda.

Wyprostowa³a siê i rozsunê³a szlafrok Stone’a.

– Kochaj siê ze mn¹. – Przesunê³a d³oñmi po jego plecach, poca³owa³a

w szyjê i ramiona. – Tylko ten jeden raz. Potem, jeœli ka¿esz mi odejœæ, odejdê.

Stone po³o¿y³ rêce na jej ramionach i odsun¹³.

– Pos³uchaj mnie. Uczyni³em w ¿yciu ró¿ne rzeczy, z których nie jestem

dumny, ale nigdy nie cudzo³o¿y³em, i nie zamierzam robiæ tego teraz, nawet

z tob¹, mimo ¿e kocha³em ciê bardziej ni¿ jak¹kolwiek inn¹ kobietê. Nie po-

trafiê.

Po twarzy Arrington p³ynê³y ³zy.

– Kocham ciê, Stone.

– Ja zawsze bêdê ciê kocha³ czêœci¹ mojej duszy.

– A wiêc, dlaczego nie mo¿emy byæ razem?

– Oboje dokonaliœmy wyborów, z którymi musimy nauczyæ siê ¿yæ.

– Udawa³o mi siê to, dopóki ciê wczoraj nie zobaczy³am – zaszlocha³a

Arrington. – Naprawdê.

– W takim razie mo¿esz to robiæ dalej. – Stone wsta³. – Musisz teraz

wracaæ do domu.

Obj¹³ j¹ ramieniem i odprowadzi³ do drzwi. Arrington ci¹gle p³aka³a.

Stone chwyci³ garœæ chusteczek higienicznych z pude³ka na stole.

W drzwiach odwróci³a siê do niego.

background image

183

– Nie ka¿ mi odchodziæ, proszê. Nie rób tego.

– Musisz odejœæ.

– Przecie¿ nie chcesz, ¿ebym odesz³a – powiedzia³a przez ³zy.

Stone otar³ jej oczy chusteczk¹.

– To, czego ja chcê, ju¿ siê nie liczy.

Arrington wziê³a chusteczki i g³oœno wytar³a nos.

– Poca³ujesz mnie na po¿egnanie?

Uj¹³ jej twarz w d³onie i delikatnie poca³owa³ w usta.

– ¯egnaj, moja s³odka.

Odwróci³a siê i pobieg³a do range rovera zaparkowanego na podjeŸdzie.

Stone wszed³ do domu i zamkn¹³ drzwi; coœ œciska³o go w gardle. Nagle

us³ysza³ trzaœniêcie drzwiczek samochodu. O Bo¿e, ona wróci³a, pomyœla³.

Drugi raz nie potrafiê jej odepchn¹æ.

Otworzy³ drzwi, gotów wzi¹æ Arrington w ramiona. Na ganku sta³ Vance

Calder.

– Czeœæ.

– Czeœæ – odpar³ Stone s³abym g³osem. – Wejdziesz do œrodka?

– Nie. Przyszed³em tylko spytaæ, czy mam siê czego obawiaæ z twojej

strony.

Stone potrz¹sn¹³ g³ow¹.

– Nie, Vance. Nie masz siê czego obawiaæ.

Calder zaczerpn¹³ g³êboko powietrza.

– Dziêkujê ci.

– Postaraj siê, ¿eby by³a szczêœliwa.

Vance skin¹³ g³ow¹, œcisn¹³ lekko ramiê Stone’a, wróci³ do samochodu

i odjecha³.

Stone wszed³ do domu. Móg³ tylko mieæ nadziejê, ¿e nie ka¿dy poranek

w Connecticut bêdzie równie trudny.

49

Z

amkn¹³ drzwi na klucz, wsiad³ do wozu i ruszy³. Nie by³ pewien, czy

post¹pi³ s³usznie, odpychaj¹c Arrington, i ta myœl nape³nia³a go udrêk¹.

Nie móg³ przestaæ wyobra¿aæ sobie, jak by³oby, gdyby wróci³a. Zaraz jednak

przypomina³ sobie o synu Arrington. I tak w kó³ko. Wyje¿d¿aj¹c z Pleasant-

ville, zadzwoni³ do Dina.

– Halo?

– Czeœæ, tu Stone.

background image

184

– Gdzie jesteœ?

– Na autostradzie Saw Mill Parkway. Mo¿esz spotkaæ siê ze mn¹ w ba-

rze P.J. Clarke za godzinê?

– Co siê sta³o?

– Mam trop.

– Sk¹d?

– Nie pytaj. Czekaj tam na mnie i na mi³y Bóg sprawdŸ, czy nie jesteœ

œledzony.

– Dobra, za godzinê w Clarke.

Doje¿d¿a³ do Yonkers, kiedy odezwa³ siê telefon samochodowy.

– Halo?

– Mówi Bill Eggers.

– Czeœæ, Bill.

– Musimy porozmawiaæ, ale nie przez telefon.

– Co siê sta³o?

– Spotkajmy siê; kiedy bêdziesz z powrotem w mieœcie?

– Jestem umówiony z Dinem za pó³ godziny w barze Clarke. Przy³¹-

czysz siê?

– Tak. Dina to te¿ dotyczy. Do zobaczenia.

Od³o¿y³ s³uchawkê.

Stone wy³¹czy³ telefon. Co to wszystko znaczy?

Znalaz³ miejsce na parkingu ko³o baru i wszed³ do œrodka. Dino zd¹¿y³

ju¿ wypiæ pó³ szklanki scotcha.

– Hej – rzuci³ na powitanie.

– Jak min¹³ weekend? – spyta³ Stone.

– Parszywie. A twój?

– Nie pytaj.

– Co to za trop?

Stone wyj¹³ z kieszeni zwitek papieru.

– Mam nazwiska dwóch kumpli Mitteldorfera z Sing Sing – oznajmi³, po-

daj¹c kartkê Dinowi. – Obaj s¹ na zwolnieniu warunkowym i maj¹ tego samego

kuratora na Manhattanie. Jutro rano mo¿esz zadzwoniæ do tego faceta i dowie-

dzieæ siê, gdzie przebywaj¹ ci goœcie. Razem pójdziemy z nimi pogadaæ.

– Jasne. Najwy¿szy czas, ¿ebyœmy pchnêli to œledztwo do przodu.

– Idzie Bill Eggers – powiedzia³ Stone, wskazuj¹c skinieniem g³owy

drzwi. – Chce z nami o czymœ porozmawiaæ. Nie mam pojêcia, o czym.

Bill podszed³ i przywita³ siê.

– Zbli¿a siê pora kolacji – zauwa¿y³. – Mo¿e usi¹dziemy przy stoliku?

– Czemu nie.

background image

185

Zajêli miejsca. Po chwili zjawi³ siê kelner; zamówili steki z frytkami i piwo.

– Co siê sta³o, Bill? Mia³eœ strapiony g³os, kiedy rozmawialiœmy przez

telefon.

– I nie bez przyczyny. Po po³udniu zadzwoni³ znajomy z prokuratury

rejonowej. Martin Brougham chce w tym tygodniu wnieœæ sprawê morder-

stwa Susan Bean do wielkiej ³awy przysiêg³ych.

– A wiêc musi mieæ podejrzanego.

– Ma. Ty nim jesteœ. Dostaniesz wezwanie.

– Œledztwo prowadzi mój posterunek, a ja pierwsze s³yszê o oskar¿eniu

Stone’a – wtr¹ci³ Dino. – Coœ mi tu œmierdzi.

– Nie mam nic przeciwko temu, ¿eby mnie wezwali – oznajmi³ Stone. –

Z³o¿ê zeznanie dobrowolnie. Mówi³em to ju¿ Broughamowi.

– Stone, nie mogê pozwoliæ, ¿ebyœ stan¹³ przed wielk¹ ³aw¹ przysiêg³ych.

– Mam siê powo³aæ na pi¹t¹ poprawkê? Jak to bêdzie wygl¹daæ?

– W³aœnie dlatego martwi mnie ca³a ta sprawa – oœwiadczy³ Bill.

– Przepraszam, ale czegoœ tu nie rozumiem – powiedzia³ Dino. – Znam

doœæ dobrze to œledztwo, bo przyjecha³em na miejsce pó³ godziny po zabój-

stwie i s³ysza³em, jak Stone sk³ada³ zeznanie przed moimi detektywami. Co

Marty wie, czego ja nie wiem? Stone, czy coœ przede mn¹ ukry³eœ?

– Ale¿ sk¹d – odpar³ Stone. – O wszystkim ci powiedzia³em.

– W takim razie on musi mie栜wiadka – stwierdzi³ Bill. – Bo inaczej

jak móg³by prowadziæ dochodzenie przeciwko tobie?

– Œwiadka czego? – spyta³ Stone.

– S³uchajcie – rzek³ Dino. – Chêtnie stanê przed wielk¹ ³aw¹ przysiê-

g³ych i zeznam, ¿e mój zespó³ przeprowadzi³ gruntowne œledztwo, które oczy-

œci³o Stone’a z zarzutów.

– Wtedy Martin zakwestionuje twoje zeznanie ze wzglêdu na dawn¹

wspó³pracê i ³¹cz¹c¹ was d³ugoletni¹ przyjaŸñ. Poza tym i tak ciê nie powo³a,

bo to z jego punktu widzenia mija³oby siê z celem.

– To wszystko nie ma sensu – ¿achn¹³ siê Stone. – Marty musi wiedzieæ,

¿e nie uda mu siê postawiæ mnie przed s¹dem.

– Dobry prokurator mo¿e uzyskaæ od wielkiej ³awy przysiêg³ych wszyst-

ko, co zechce – zauwa¿y³ Bill.

– Ale nie wyrok skazuj¹cy, wiêc po co mnie oskar¿aæ?

– S¹ dwie mo¿liwoœci – odpar³ Bill. – Pierwsza to taka, ¿e Brougham

mo¿e mie栜wiadka, który podwa¿y twoj¹ wersjê, albo nawet przedstawi ciê

jako mordercê.

– To musia³oby byæ krzywoprzysiêstwo lub spisek – stwierdzi³ Stone. –

Albo jedno i drugie.

– Prawda – zgodzi³ siê Bill. – Druga mo¿liwoœæ jest taka, ¿e Brougham

zak³ada, i¿ sprawa nie zostanie w ogóle rozwi¹zana, wiêc chce kogoœ rzuciæ

background image

186

prasie na po¿arcie. Ju¿ widzê pierwsz¹ stronꠄWiadomoœci” nazajutrz po two-

im zeznaniu. I artyku³, z którego wynika, ¿e jesteœ g³ównym podejrzanym, ale

nie ma wystarczaj¹cych dowodów, ¿eby ciê postawiæ przed s¹dem. Jak dot¹d.

– O kurna – jêkn¹³ Dino.

– Dobrze, ¿e przynajmniej ty czujesz bluesa – powiedzia³ Bill.

– Ale przecie¿ ludzie tego nie kupi¹ – zaoponowa³ Stone.

– Kupi wystarczaj¹co wielu, ¿ebyœ nie mia³ czego szukaæ w tym mie-

œcie – stwierdzi³ Dino.

– I nie bêdzie dla ciebie miejsca w firmie Woodman i Weld – doda³ Bill. –

Nie pozwol¹ sobie na korzystanie z us³ug, choæby sporadycznie, adwokata

podejrzanego o dokonanie krwawego mordu.

Dino odstawi³ szklankê.

– Zosta³byœ drugim O.J. Simpsonem.

Stone straci³ zainteresowanie dla stoj¹cego przed nim talerza z kolacj¹.

– Nie wydaje mi siê, ¿eby Martin Brougham by³ takim podstêpnym dra-

niem. A jeœli nie on, to kto?

– To mi œmierdzi Tomem Deaconem – oœwiadczy³ Dino.

– Kto to jest Deacon? – spyta³ Bill.

– Szef wydzia³u œledczego prokuratury rejonowej – wyjaœni³ Dino. – Nie

cierpi Stone’a i mnie.

– Aha.

– Nie zapominajmy, ¿e Martin Brougham chce byæ nowym prokurato-

rem. Mo¿e uzna³, ¿e taka g³oœna sprawa pomo¿e mu utrwaliæ swoje nazwisko

w pamiêci wyborców.

– To niewykluczone – zgodzi³ siê Bill. – Myœlicie, ¿e ten Deacon próbu-

je tylko pokazaæ siê w dobrym œwietle?

– Takie dzia³anie pasuje do jego charakteru – odpar³ Dino. – Zna paru

dziennikarzy, mo¿e siê dobrze zaprezentowaæ, a jednoczeœnie ochlapaæ b³o-

tem Stone’a. To by³oby proste.

– Ju¿ mu powiedzia³em, ¿e jeœli coœ takiego zrobi, oskar¿ê go o znies³a-

wienie – oznajmi³ Stone.

– Mo¿e do tego dojœæ – oceni³ Bill. – Czy Brougham ma du¿e zaufanie

do Toma Deacona?

– Ogromne – odpar³ Dino – skoro chce wpakowaæ Stone’a w bagno tyl-

ko dlatego, ¿e Deacon ma takie widzimisiê.

– Potrzebujemy innych œwiadków z policji oprócz ciebie, Dino. Czy oso-

biœcie prowadzisz œledztwo w sprawie morderstwa Susan Bean?

– Nie – odrzek³ Stone. – Tym zajmuj¹ siê Andy Anderson i Michael Kelly.

Dino potrz¹sn¹³ g³ow¹.

– Kelly ju¿ nie.

– Wyrzuci³eœ go? – spyta³ Stone.

background image

187

– Nie, odszed³ na w³asn¹ proœbê.

– Gratulujê. Chyba nie bêdziesz têskni³ za tym ma³ym zasrañcem.

– Przeniós³ siê do wydzia³u œledczego prokuratury – odpar³ Dino. – Za-

czyna od jutra.

– A wiêc mo¿e siê okazaæ, ¿e jeden z detektywów œledczych zeznaje

przeciwko Stone’owi?

– Co mo¿e powiedzieæ? – spyta³ Stone. – Poza tym, Dino i Andy Ander-

son zaprzecz¹ ka¿demu k³amstwu.

– Nie podoba mi siê to – powiedzia³ Eggers. – Spróbujê ukrêciæ sprawie

³eb, póki siê na dobre nie wyklu³a.

– W jaki sposób?

– Odwiedzê Martina Broughama dzisiaj wieczorem, jeœli zastanê go w do-

mu, i postaram siê wszystko wyprostowaæ. Czy przychodzi wam do g³owy

coœ, co mog³oby mi pomóc?

Stone w zamyœleniu wypi³ ³yk piwa.

– Pamiêtam, ¿e Susan Bean coœ mi powiedzia³a. Wtedy nie zwróci³em

na to szczególnej uwagi.

– Co mówi³a? – spyta³ Eggers.

– Szliœmy Madison Avenue i gawêdziliœmy. Pogratulowa³em jej zwy-

ciêstwa w sprawie Dantego.

– Tego mafiosa?

– Tak. Zdziwi³o mnie, ¿e nie wygl¹da na szczególnie podekscytowan¹.

Przecie¿ naprawdê mia³a powody do radoœci.

– Co ci dok³adnie powiedzia³a?

– Stwierdzi³a, ¿e cieszy siê ze zwyciêstwa, ale nie podoba jej siê sposób,

w jaki je osi¹gnêli.

– To wszystko?

– Tak.

Eggers zastanowi³ siê.

– Czy to mo¿e znaczyæ, ¿e prokuratura dopuœci³a siê jakiegoœ nadu¿ycia

w czasie procesu?

– Niewykluczone, ¿e w³aœnie to mia³a na myœli Susan.

– Domyœlasz siê, co to mog³o byæ?

– Nie, ale sama wzmianka o tym mo¿e zrobiæ wra¿enie na Broughamie.

– Owszem – przytakn¹³ Eggers. – Jeœli dowie siê, ¿e coœ takiego zeznasz

przed wielk¹ ³aw¹ przysiêg³ych, byæ mo¿e zastanowi siê dwa razy, zanim ciê

wezwie. To niewiele, ale zawsze coœ.

– Nic wiêcej nie wiem – powiedzia³ Stone. Zwróci³ siê do Dina. – W wy-

dziale œledczym prokuratury pracuj¹ policjanci, prawda?

– Tak, Deacon jest policjantem.

– Czy znasz kogoœ w wydziale wewnêtrznym, kto móg³by siê zaintere-

sowaæ materia³em dowodowym w sprawie Dantego?

background image

188

– Znam paru ch³opaków, ale raczej w¹tpiê, ¿eby kwapili siê otworzyæ tê pusz-

kê Pandory. Zw³aszcza po skazaniu cz³owieka, którego policja œciga³a od lat.

– A mo¿e masz tam kogoœ, kto nie lubi Toma Deacona?

– To ju¿ bardziej prawdopodobne. Wielu go nienawidzi. Spróbujê.

Eggers zerkn¹³ na zegarek.

– Idê teraz do Martina Broughama. Tylko nie pobijcie siê o to, kto ma

zap³aciæ rachunek. – Rzuci³ serwetkê na stó³ i wsta³. – Stone, powinieneœ siê

gdzieœ zamelinowaæ na dzieñ lub dwa, ¿ebym mia³ czas to za³atwiæ.

– Jasne. Bêdê w…

– Nie chcê wiedzieæ, gdzie bêdziesz – przerwa³ mu Eggers – bo ktoœ

mo¿e mnie o to zapytaæ. Zadzwoñ rano, a jeœli mnie nie zastaniesz, dzwoñ

dalej do skutku. Nie zostawiaj numeru.

– Dobrze.

Eggers po¿egna³ siê i wyszed³.

Stone wyj¹³ kartê kredytow¹ i zawo³a³ kelnera.

– Gdzie pojedziesz? – spyta³ Dino.

– Chyba te¿ wola³byœ tego nie wiedzie栖 odpar³ Stone. – Jeœli bêdziesz

siê chcia³ skontaktowaæ, zadzwoñ na telefon w samochodzie lub na komórkê.

– Dam znaæ, jeœli uda mi siê coœ zdzia³aæ w wydziale wewnêtrznym –

obieca³ Dino.

Stone podpisa³ rachunek, po¿egna³ siê i wsiad³ do wozu. Przysz³o mu do

g³owy, ¿e jest inny sposób, aby dowiedzieæ siê wiêcej o procesie Dantego.

50

S

krêcaj¹c w ulicê, przy której mieszka³a Dolce, wybra³ jej numer na kla-

wiaturze telefonu samochodowego. Po chwili min¹³ doœæ wiekow¹ limu-

zynê marki mercedes.

– Halo?

– Mówi Stone. Jestem na twojej ulicy.

– Otworzê ci drzwi gara¿u. Zaparkuj ko³o mojego wozu i wjedŸ wind¹

na piêtro. Zostaw baga¿e w samochodzie – poleci³a Dolce.

A wiêc nie bêdzie móg³ zostaæ u niej na noc. Stone rozejrza³ siê za nume-

rem domu Dolce. Znalaz³ go na du¿ej, piêknej willi z czerwonej ceg³y. Wje-

cha³ na niewielk¹ platformê prowadz¹c¹ do gara¿u. Wrota zamknê³y siê.

– Têdy – powiedzia³a Dolce, zapraszaj¹c go gestem do obszernego gabinetu.

Na fotelu ko³o kominka siedzia³ Eduardo Bianchi. Wsta³, ¿eby przywitaæ

siê z goœciem.

background image

189

– Mi³o pana znów widzie栖 rzek³, wyci¹gaj¹c d³oñ. Wskaza³ Stone’owi

miejsce naprzeciwko.

Dolce poda³a mu drinka i usiad³a na szezlongu.

– Jak rozumiem, kupi³ pan domek na wsi – zacz¹³ Bianchi.

– Tak. W Connecticut.

– Doskona³y pomys³. Trzeba od czasu do czasu wyrwaæ siê z tego miasta.

– To prawda – przytakn¹³ Stone, zastanawiaj¹c siê, czy Bianchi wie, ¿e

jego córka spêdzi³a w tym domku noc.

– Domyœlam siê te¿, ¿e zna pan moich przyjació³, Lou Regensteina oraz

Vance’a Caldera.

A wiêc wie.

– To prawda. W zesz³ym roku spêdzi³em trochê czasu w Los Angeles.

Dziêki Vance’owi mog³em tam polecieæ z Lou jego samolotem.

Bianchi skin¹³ g³ow¹.

– Uwa¿am ten samolot za ekstrawagancjê, lecz Lou twierdzi, ¿e nie móg³by

chodziæ po Hollywood z podniesion¹ g³ow¹, gdyby go nie mia³. No có¿, przy-

puszczam, ¿e takie rzeczy maj¹ tam znaczenie. – Roz³o¿y³ bezradnie rêce i zmie-

ni³ temat. – Czy informacja, któr¹ przekaza³a panu Dolce przyda³a siê na coœ?

– To siê oka¿e dopiero jutro – odpar³ Stone. – Ale jestem wdziêczny za

ka¿d¹ wiadomoœæ, która mo¿e nas naprowadziæ na trop Mitteldorfera.

– Jeœli mogê jeszcze w czymœ pomóc, proszê mówiæ.

– Chyba jest coœ takiego.

– S³ucham.

– S³ysza³ pan pewnie o tym, ¿e prokurator okrêgowy doprowadzi³ ostat-

nio do skazania pewnego mê¿czyzny nazwiskiem Dante.

– Salvatore Dante? Tak, chyba sobie przypominam.

Stone mia³ wra¿enie, ¿e wyczu³ nutkê ironii w g³osie Bianchiego.

– Otó¿ asystentka prokuratora w tym procesie, Susan Bean, zosta³a za-

mordowana. Przed œmierci¹ zasugerowa³a mi, ¿e byæ mo¿e prokurator dopu-

œci³ siê jakiegoœ nadu¿ycia.

Bianchi uniós³ brwi.

– Doprawdy?

Stary wyraŸnie siê zainteresowa³.

– W³aœnie wracam z kolacji z Billem Eggersem z kancelarii Woodman

i Weld. Bill poinformowa³ mnie, ¿e g³ówny oskar¿yciel w procesie Dantego

chce wszcz¹æ przeciwko mnie œledztwo w zwi¹zku z morderstwem Susan

Bean, mimo ¿e policja oczyœci³a mnie z wszelkich podejrzeñ. Bill nie obawia

siê, i¿ prokuratura mo¿e udowodniæ mi winê, ale ¿e wezwanie przed wielk¹

³awê przysiêg³ych zrujnuje mi opiniê.

– Co nie by³oby dobre dla firmy Woodman i Weld – doda³ Bianchi, ki-

waj¹c g³ow¹ ze zrozumieniem.

background image

190

– Ani dla mnie jako adwokata.

– Rozumiem. Zak³ada pan, ¿e gdyby pan wiedzia³, kto kombinowa³ przy

sprawie Dantego, pañska pozycja przetargowa w rozgrywce z prokuratur¹

by³aby mocniejsza?

– Tak. Pomyœla³em, ¿e jeœli na przyk³ad sfabrykowano jakieœ dowody,

Dante wiedzia³by o tym. Jego obroñcy tak¿e, rzecz jasna.

– S³uszne za³o¿enie. Dolce, mo¿e zaprosi³abyœ goœcia do kuchni i poda-

³a mu coœ do jedzenia?

– Oczywiœcie, papo – powiedzia³a dziewczyna, wstaj¹c. Wziê³a Stone’a

za rêkê i zaprowadzi³a go do kuchni.

– Papa chce zatelefonowa栖 wyjaœni³a. – Jad³eœ ju¿ kolacjê, mo¿e w ta-

kim razie skusisz siê na deser?

– Chêtnie.

– Mo¿e kawa³ek smakowitego w³oskiego sernika?

Stone uniós³ brwi.

– Z przyjemnoœci¹.

Dolce rozeœmia³a siê. Wyjê³a sernik z lodówki, ukroi³a kawa³ek i poda³a

goœciowi.

– Inny w³oski specja³ dostaniesz póŸniej.

Stone zjad³ ciasto i napi³ siê kawy. Po trzech kwadransach w drzwiach

kuchni stan¹³ Eduardo Bianchi.

– Smakowa³ panu sernik?

– Wyœmienity – odpar³ Stone.

– Rosaria piecze doskona³e ciasto. Ale do rzeczy. Rozmawia³em z pew-

nym… z pewnymi osobami i chyba czegoœ siê dowiedzia³em. Wydaje siê, ¿e

oskar¿yciel pana Dantego przedstawi³ taœmy z pods³uchu, które zdoby³ wy-

dzia³ œledczy prokuratury. Dziwne jest tylko to, ¿e Dante zaprzecza, jakoby

wypowiedzia³ s³owa, które zosta³y z nich odtworzone w s¹dzie.

– A wiêc taœmy zosta³y spreparowane?

– Adwokaci pana Dantego poddali je badaniu przez bieg³ych, ale ci nie

znaleŸli ¿adnych dowodów œwiadcz¹cych o sfa³szowaniu taœm. Obroñcy za-

mierzaj¹ przeprowadziæ jeszcze jedn¹ ekspertyzê. Zakwestionowana czêœæ

nagrania, choæ trwa niewiele ponad minutê, odegra³a kluczow¹ rolê w skaza-

niu pana Dantego, który nadal twierdzi, ¿e nigdy nie wypowiedzia³ tych ob-

ci¹¿aj¹cych go s³ów. A poniewa¿ pan Dante nie wyst¹pi³ jako œwiadek w swojej

sprawie, nie by³ w stanie oœwiadczyæ tego przed ³aw¹ przysiêg³ych. Choæ

nale¿y w¹tpiæ, czy mia³oby to jakiekolwiek znaczenie.

Stone skin¹³ g³ow¹.

– Czy mogê zatelefonowaæ?

– Proszê skorzystaæ z aparatu w gabinecie – odrzek³ Bianchi. – Ja tym-

czasem skosztujê sernika.

background image

191

Stone mia³ nadziejê, ¿e telefon Broughama nie jest zastrze¿ony. Na szczê-

œcie nie by³. S³uchawkê podnios³a kobieta; Stone poprosi³ do telefonu Billa

Eggersa.

– Halo?

– Tu Stone. Bill, s³uchaj uwa¿nie: taœmy, które Martin wykorzysta³ w pro-

cesie Dantego, zosta³y w jakiœ sposób spreparowane przez Deacona lub ko-

goœ innego z prokuratury. Wiem to z bardzo wiarygodnego Ÿród³a.

– Dziêkujꠖ odpar³ Bill. – To szalenie ciekawe.

– Jak idzie?

– Zadzwoñ jutro – powiedzia³ Bill i od³o¿y³ s³uchawkê.

Stone wróci³ do kuchni.

– Czy informacja okaza³a siê pomocna? – spyta³ Bianchi.

– Wydaje mi siê, ¿e tak. Ale dopiero jutro bêdê wiedzia³ na pewno.

– Jestem ciekaw, jak zakoñczy siê ta sprawa.

– Nie omieszkam pana zawiadomi栖 obieca³ Stone.

– To straszne, ¿e urzêdnicy pañstwowi nadu¿ywaj¹ w³adzy – stwierdzi³

z zadum¹ Bianchi. – Pomyœleæ, ¿e ktoœ taki jak Brougham mo¿e zrujnowaæ

czyjeœ ¿ycie dla politycznych profitów. Ten cz³owiek chce obj¹æ urz¹d po

odejœciu obecnego prokuratora na ze wszech miar zas³u¿on¹ emeryturê.

– S³ysza³em o tym.

– Mo¿e by³oby dobrze dla spo³eczeñstwa, gdyby ktoœ temu zapobieg³ –

zastanawia³ siê g³oœno Bianchi.

– Byæ mo¿e.

– Pomyœlê nad tym – oœwiadczy³ ojciec Dolce, zerkaj¹c na zegarek. –

Có¿, póŸno ju¿. Czas na mnie. Zostawiam was m³odych samym sobie na resz-

tê wieczoru.

Bianchi poda³ Stone’owi rêkê; Dolce odprowadzi³a ojca do drzwi.

Stone nala³ sobie kawy.

Dziewczyna wróci³a po chwili.

– Teraz mo¿esz przynieœæ baga¿e – oznajmi³a, ca³uj¹c go.

Stone poszed³ do gara¿u.

– Twój ojciec wie, ¿e byliœmy razem w Connecticut – rzek³ po powrocie.

– Rozmawia³ dzisiaj rano z Lou, wiêc szyd³o wysz³o z worka. Mimo to

wydaje mi siê, ¿e wola³by nie widzieæ, jak wchodzisz z baga¿ami. – Poca³o-

wa³a go jeszcze raz. – Co powiesz na wiêkszy kawa³ek w³oskiego serniczka?

– Umieram z g³odu.

Pó³ godziny póŸniej Dolce pog³aska³a Stone’a po twarzy.

– Co siê sta³o?

– Nie wiem; chyba jestem po prostu przemêczony.

background image

192

W³aœnie przekona³ siê, ¿e nie mo¿e myœleæ o Arrington i kochaæ siê z Dolce.

– To przejdzie – szepnê³a mu do ucha.

Stone uda³, ¿e œpi.

51

M

³ody funkcjonariusz zaparkowa³ wóz i zdj¹³ czapkê.

 – To ten warsztat – oznajmi³ Dino. – Wolisz wejœæ od frontu czy od

zaplecza?

– On nie bêdzie ucieka³ – odpar³ Stone. – Zosta³ legalnie zwolniony i nic

od tego czasu nie przeskroba³.

Dino zerkn¹³ w notatki.

– Eliot Darcy. Zabi³ ¿onê, tak jak Mitteldorfer, tyle ¿e prawie dwadzie-

œcia lat wczeœniej.

– ChodŸmy – rzuci³ Stone, otwieraj¹c drzwi.

By³ to warsztat szewski, nieco wiêkszy od tego rodzaju zak³adów, z krze-

s³ami, aby klienci mogli przymierzyæ obuwie lub podstawiæ do czyszczenia.

Za kontuarem dwóch mê¿czyzn obs³ugiwa³o jak¹œ maszynê.

– Pan Darcy? – spyta³ Dino, zwracaj¹c siê do starszego mê¿czyzny.

Darcy zerkn¹³ na przyby³ych, nie wy³¹czaj¹c maszyny.

– Zgadza siꠖ odpar³. – Czym mogê s³u¿yæ?

Dino wyj¹³ odznakê.

– Czy mo¿emy porozmawiaæ?

Darcy podniós³ ruchom¹ czêœæ blatu i da³ znak, ¿eby poszli za nim. W ma-

leñkim pomieszczeniu na zapleczu znajdowa³o siê tylko jedno krzes³o dla

klienta; Dino usiad³ na nim, a Stone opar³ siê o œcianê.

– O co chodzi? – spyta³ Darcy.

– Jak siê panu powodzi po wyjœciu na wolnoœæ? Ile to ju¿?

– Dziewiêæ miesiêcy – odpar³ Darcy. – A powodzi mi siê dobrze, nie

narzekam. Nie wiedzia³em, ¿e policja interesuje siê, czy by³ym pensjonariu-

szom zak³adów karnych dobrze siê wiedzie.

– Policja ma wielkie i czu³e serce.

– Czym sobie zas³u¿y³em na wizytê pana porucznika?

– Nie œmielibyœmy wysy³aæ szeregowego funkcjonariusza do szefa prê¿-

nej firmy rzemieœlniczej – odpar³ Dino. – Bo to pañska firma, prawda?

– Tak.

– Proszê powiedzieæ, sk¹d pan wytrzasn¹³ kapita³ na rozpoczêcie dzia-

³alnoœci? To przecie¿ bardzo ekskluzywna lokalizacja.

background image

193

– Nie by³em bankrutem, kiedy poszed³em siedzieæ. Przyzna³em siê, wiêc

adwokaci nie zagarnêli wszystkiego.

– Ile pan mia³ na koncie, kiedy zacz¹³ odsiadywaæ karê?

– Nie tak wiele. Parê tysiêcy dolarów i trochê osobistych rzeczy: samo-

chód, meble i tym podobne. Wszystko sprzeda³em.

– I pieniêdzy przyby³o, kiedy odbywa³ pan karê?

– Tak.

– Czy Herbie Mitteldorfer by³ pañskim doradc¹ inwestycyjnym?

– Pomaga³ mi, to prawda.

– Jak pan go pozna³?

– Pracowaliœmy w tym samym oddziale.

– W jakim oddziale?

– W  biurze  wiêzienia.  PóŸniej  zaj¹³em  siê  prowadzeniem  warsztatu;

Herbie za³atwi³ mi przeniesienie.

– Móg³ to zrobiæ?

– Potrzebowa³ kogoœ z umiejêtnoœci¹ obs³ugi komputera.

– On potrzebowa³?

– Mo¿na powiedzieæ, ¿e Herbie zarz¹dza³ biurem.

– Gdzie jest teraz Herbie?

– Nie mam zielonego pojêcia. Widzia³em jego zdjêcie w gazecie. Nie

wierzê w ani jedno s³owo. Herbie nikogo by nie skrzywdzi³.

– Zabi³ swoj¹ ¿onê.

Darcy wzruszy³ ramionami.

– Tak samo jak ja, a te¿ mogê powiedzieæ, ¿e nikomu innemu nie zrobi³-

bym krzywdy. Nie ma pan pojêcia, do jakiego szaleñstwa mo¿e doprowadziæ

kobieta.

– Kiedy ostatni raz rozmawia³ pan z Mitteldorferem? – spyta³ Stone.

– Tego dnia, kiedy wychodzi³em na wolnoœæ.

– Darcy – powiedzia³ Dino – chcesz wróciæ do Sing Sing? Mogê to za³a-

twiæ.

– Nie zrobi³em niczego, za co móg³bym tam wróciæ.

– A ja i tak mogê ci to za³atwiæ.

– Dobrze, rozumiem, ¿e mo¿e pan zrobiæ wszystko, co chce, ale powta-

rzam, ¿e nie wiem, gdzie jest Mitteldorfer. Herbie i tak by siê ze mn¹ nie

skontaktowa³.

– Dlaczego nie?

– Uwa¿a mnie za gorszego od siebie – odpar³ Darcy. – W koñcu jestem

tylko szewcem. Herbie nie zadawa³by siê ze mn¹. Straszny z niego snob.

– Wiêc dlaczego pomaga³ panu inwestowaæ pieni¹dze? – spyta³ Stone.

– Bo oddawa³em mu pewien procent zysku. Tak samo jak inni.

– Jacy inni?

13 – Kr¹g strachu

background image

194

– Wiem o piêciu czy szeœciu wiêŸniach, którzy mieli pieni¹dze w banku.

– Którzy to?

Darcy zacz¹³ odlicza³ na palcach.

– Middleton, Schwartz, Alesio, Warren i ja.

– To piêciu.

– No wiêc piêciu. Nie licz¹c personelu wiêzienia, oczywiœcie.

– Oczywiœcie. Ile to osób?

– Te¿ piêæ albo szeœæ.

– Kto wyszed³ oprócz pana i Alesia? – spyta³ Stone.

– Alesio wyszed³? Nie wiedzia³em. To chyba wszyscy. Pozostali nadal

siedz¹.

– Utrzymuje pan kontakt z którymœ z nich?

– Dosta³em kilka listów od Schwartza; chce siê przy³¹czyæ do interesu,

kiedy wyjdzie w przysz³ym roku.

– Co napisa³ o Mitteldorferze?

– Tylko tyle, ¿e nie dosta³ od niego ¿adnej wiadomoœci od dnia, kiedy

Mitteldorfer wyszed³. Herbie zrobi³ podobno coœ w rodzaju obchodu wiêzie-

nia, po¿egna³ siê ze wszystkimi i zapowiedzia³, ¿e nigdy wiêcej nie bêdzie siê

z nikim kontaktowa³, ¿e od tej pory musz¹ liczyæ na siebie. Kaza³ im poszu-

kaæ sobie maklera.

– A kto by³ maklerem Mitteldorfera?

– Nie jestem pewien, czy Herbie w ogóle mia³ maklera. Wydaje mi siê,

¿e w jakiœ sposób handlowa³ akcjami za pomoc¹ komputera. Móg³ to robiæ

nawet z biura wiêzienia, ale potem zacz¹³ pracowaæ na zewn¹trz. Kiedy wy-

szed³em, okaza³o siê, ¿e moje oszczêdnoœci zosta³y przeniesione do tutejsze-

go banku. Nie mam pojêcia, jak mu siê to uda³o. Zatrzyma³ dla siebie dwa-

dzieœcia piêæ procent jako wynagrodzenie.

– Z kim jeszcze Mitteldorfer przyjaŸni³ siê w wiêzieniu? – spyta³ Stone.

– PrzyjaŸni³ siê? On nie przyjaŸni³ siê z nikim. Przecie¿ powiedzia³em,

¿e to snob. To znaczy by³ grzeczny na swój sposób, ale nie móg³ œcierpieæ

g³upszych od siebie, nawet Warkowskiego. Mia³ celê, w której siedzia³ sam.

Oprócz niego nie zna³em w Sing Sing nikogo, kto mia³by w³asn¹ celê.

W samochodzie Dino poda³ kierowcy nastêpny adres.

– Z³ó¿my wizytê Alesio.

– Czujê, ¿e nie pomo¿e nam bardziej ni¿ Darcy – powiedzia³ Stone. –

Mitteldorfer jest za sprytny, ¿eby utrzymywaæ kontakt z kimkolwiek, kto sie-

dzia³ z nim w wiêzieniu. Darcy s³usznie zauwa¿y³, ¿e Herbie to snob. Nie

bêdzie siê zadawa³ z by³ymi wiêŸniami.

– Musimy spróbowa栖 odpar³ Dino.

background image

195

Alesia nie zastali pod adresem zamieszkania; portier skierowa³ ich do

domu spokojnej staroœci. By³ to starszy mê¿czyzna; Stone oceni³, ¿e zbli¿a siê

do siedemdziesi¹tki. Gdy weszli, podniós³ g³owê znad szachownicy i roze-

œmia³ siê.

– Spodziewa³em siê was – powiedzia³.

– Naprawdê? Jak to? – spyta³ Dino.

– Od chwili, gdy zobaczy³em zdjêcie Herbiego w gazecie. Nigdy go nie

znajdziecie.

– A to dlaczego?

– Bo nie jest g³upi, dlatego. Wydaje mi siꠖ powtarzam, wydaje mi siê,

bo nie wiem na pewno – ¿e Herbie za³atwi³ sobie now¹ to¿samoœæ jeszcze

przed wyjœciem z wiêzienia.

– Jeœli pan nie wie na pewno, to dlaczego pan tak s¹dzi? – spyta³ Stone.

Alesio wzruszy³ ramionami.

– Herbie przypomina³ dobrego szachistê. Zawsze planowa³ kilka ruchów

naprzód. Widaæ to by³o po sposobie, w jaki traktowa³ personel wiêzienia.

Kiedy prosi³ o coœ i tego nie otrzymywa³, mia³ ju¿ przygotowan¹ drug¹ proœ-

bê, a jeœli i ta nie poskutkowa³a, zwraca³ siê o coœ innego, a¿ wreszcie dosta-

wa³ to, czego chcia³. Po jakimœ czasie spe³niali wszystkie jego ¿yczenia. W koñ-

cu zarabia³ dla nich pieni¹dze.

Wrócili do samochodu.

– Wzywaj¹ nas z posterunku – poinformowa³ m³ody funkcjonariusz.

Dino podniós³ s³uchawkê.

– Gdzie? Kiedy? – Po chwili odwróci³ siê do Stone’a. – Mamy go.

– Nikt, ale to nikt nie mo¿e z nim rozmawiaæ, dopóki nie przyjadꠖ

nakaza³ stanowczo. – Bêdê za dwadzieœcia minut.

Od³o¿y³ s³uchawkê.

– Mitteldorfer? – spyta³ Stone.

– Nie, ten drugi. Rozpozna³ go ktoœ z pralni chemicznej przy Trzeciej

Alei. Mê¿czyzna z po³ow¹ ucha.

52

W

wydziale zabójstw Andy Anderson siedzia³ przy komputerze na œrod-

 ku sali.

– Mów – rzuci³ Dino od drzwi.

background image

196

– Poszukiwany przyniós³ rzeczy do pralni chemicznej przy Trzeciej Alei

w dzielnicy Seventies; szef zak³adu skojarzy³ go z portretem pamiêciowym za-

mieszczonym w „Timesie” i od razu zadzwoni³. Akurat przeje¿d¿a³ w pobli¿u

radiowóz z dwoma funkcjonariuszami; dopadli faceta, kiedy wychodzi³. Mia³ przy

sobie pistolet kalibru dziewiêæ milimetrów i du¿y nó¿ sprê¿ynowy, wiêc w razie

czego mo¿emy go zatrzymaæ pod zarzutem bezprawnego posiadania broni.

– Gdzie on jest?

– Odpoczywa w areszcie.

– Zorganizuj przes³uchanie z nagraniem na taœmy wideo i audio – pole-

ci³ Dino.

– Ju¿ to zrobi³em.

– Czy ktoœ odczyta³ mu jego prawa?

– Policjanci z patrolu.

– Dobrze, przeczytaj mu jeszcze raz i powiedz, ¿e przes³uchanie bêdzie

nagrywane.

– Panie poruczniku.

– Co?

– Jest pewien problem: on nie powiedzia³ ani s³owa od chwili areszto-

wania.

– Niemowa?

– Nie wiem.

– Zrób, jak ci mówi³em.

– Dino – odezwa³ siê Stone – musimy najpierw zorganizowaæ konfrontacjê.

– Dobrze, sprowadzê Mary Ann.

– Nie, to my obaj musimy go zidentyfikowaæ, zanim go zobaczymy na

przes³uchaniu. To siê przyda w s¹dzie. Obaj byliœmy œwiadkami jednego z mor-

derstw.

– Masz racjê. Dziêki – odpar³ Dino. – Andy, zbierz grupê wiêŸniów oraz

innych mê¿czyzn, których Stone i ja nie znamy z widzenia. ¯adnych niedoró-

bek, to musi byæ przekonuj¹ce dla s¹du.

Anderson wyszed³ spe³niæ polecenie.

– To musia³o siê tak skoñczy栖 powiedzia³ Stone. – Ktoœ zadzwoni³ i po

wszystkim.

– Nie bêdzie po wszystkim, dopóki nie przymkniemy Mitteldorfera i nie

zbierzemy mocnych dowodów przeciwko niemu.

Dino wkroczy³ do sali obserwacyjnej pierwszy. Po chwili wyszed³ drugi-

mi drzwiami. Stone rozpozna³ mê¿czyznê natychmiast. Dino czeka³ na ze-

wn¹trz.

– Mia³eœ jakieœ w¹tpliwoœci? – spyta³ Dino.

background image

197

– ¯adnych. To on.

– Przyjrzyjmy mu siê dok³adniej, zanim zaczniemy przes³uchanie.

Stone wszed³ do sali obserwacyjnej, s¹siaduj¹cej z pokojem przes³uchañ.

Rozdziela³a je jednostronnie przezroczysta szyba, nieprzejrzysta od strony

sali przes³uchañ. Anderson siedzia³ naprzeciwko mê¿czyzny, który pali³ pa-

pierosa.

– Mary Ann powiedzia³a prawdꠖ stwierdzi³ z satysfakcj¹ Dino. – Rze-

czywiœcie przestrzeli³a mu ucho.

– Zdumiewaj¹ce podobieñstwo do Mitteldorfera – zauwa¿y³ Stone. – To

musi byæ jego krewny.

– Dobra, wchodzꠖ oznajmi³ Dino. – Ty musisz tu zostaæ. Nie chcê,

¿eby obrona mia³a siê do czego przyczepiæ podczas procesu.

– Ja te¿ chcê go przes³uchaæ. Czy adwokat mia³by jakieœ podstawy do

zg³oszenia sprzeciwu?

Dino zastanowi³ siê.

– Dobrze, ale nie odzywaj siê, dopóki nie uznasz, ¿e coœ pomin¹³em.

Zostaw przes³uchanie Andy’emu i mnie.

– Zgoda.

Dino wszed³ pierwszy; Stone postawi³ krzes³o nieco z boku za areszto-

wanym, tak aby nie rzucaæ mu siê w oczy. Dino usiad³ obok Andersona, na-

przeciwko podejrzanego.

– Odczyta³eœ mu jego prawa?

– Tak.

– Czy wie, ¿e przes³uchanie jest nagrywane?

– Powiedzia³em mu, ale nie wiem, czy zrozumia³.

Dino zwróci³ siê do mê¿czyzny.

– S³yszy mnie pan?

Zapytany skin¹³ g³ow¹.

– Rozumie pan po angielsku?

Tamten skin¹³ jeszcze raz.

– Jak siê pan nazywa?

Mê¿czyzna siedzia³ nieruchomo.

– Sprawdzi³eœ jego odciski palców w bazie danych?

– Tak, ale na razie nic – odpar³ Anderson.

– Dowiemy siê, kim pan jest, jak tylko zidentyfikujemy odciski.

Podejrzany pokaza³ na migi, ¿e chce coœ do pisania.

Anderson podsun¹³ mu notatnik i d³ugopis.

– Bêdzie pan zapisywa³ odpowiedzi? – spyta³ Dino.

Mê¿czyzna skin¹³ g³ow¹.

– Jak siê pan nazywa?

Brak reakcji.

background image

198

– Pójdê zobaczyæ, co z odciskami – oznajmi³ Anderson.

Dino przyjrza³ siê podejrzanemu.

– Dlaczego zabi³eœ tych wszystkich ludzi? – spyta³ niespodziewanie Dino.

Mê¿czyzna napisa³ coœ na kartce i odwróci³ j¹, ¿eby Dino móg³ przeczytaæ.

– Wydawa³o ci siê, ¿e to dobry pomys³?

Podejrzany potwierdzi³ energicznym skinieniem g³owy.

Anderson wróci³ na swoje miejsce.

– Nic? – spyta³ Dino.

Anderson potrz¹sn¹³ g³ow¹.

Dino skierowa³ wzrok na podejrzanego.

– Proszê zapisaæ nazwiska ludzi, których pan zabi³.

Mê¿czyzna napisa³ coœ i pokaza³ kartkê.

Dino odczyta³.

– Trzy kobiety, portier, policjant, adwokat.

– W jaki sposób zabi³ pan te kobiety? – spyta³ Dino.

Mê¿czyzna wykona³ ruch uderzania w g³owê, a nastêpnie przeci¹gn¹³

palcem po szyi.

Stone podniós³ cztery palce; podejrzany nie móg³ tego widzieæ.

– By³y cztery kobiety – powiedzia³ Dino. – Jak pan zabi³ czwart¹?

Mê¿czyzna powtórnie zamarkowa³ cios z góry.

Dino potrz¹sn¹³ g³ow¹.

Stone wpad³ na pomys³.

– Herr ober! – odezwa³ siê gard³owym g³osem.

Mê¿czyzna odwróci³ siê raptownie.

– Wiemy o tym, ¿e mówi pan z niemieckim akcentem – oznajmi³ Sto-

ne. – Nie ma powodu milczeæ.

Podejrzany zastanowi³ siê przez chwilê.

– Ach – rzek³ cicho.

53

D

³u¿sz¹ chwilê siedzieli w milczeniu. Dino jakby nie móg³ oswoiæ siê

z myœl¹, ¿e podejrzany przemówi³.

Stone pierwszy przerwa³ milczenie.

– Herr Mitteldorfer?

Mê¿czyzna rozeœmia³ siê.

– Nein – odpar³. – Sprechen Sie Deutsch?

– Nie. Ale pan nazywa siê Mitteldorfer, prawda?

background image

199

– Nie.

– A wiêc jak?

– Nie potrzebujecie wiedzie栖 odrzek³ mê¿czyzna z twardym niemiec-

kim akcentem.

– Ale jest pan jego synem, nieprawda¿?

Tamten uœmiechn¹³ siê, ale milcza³.

Dino podsun¹³ mu notatnik.

– Proszê napisaæ nazwiska ludzi, których pan zabi³.

– Ja nie znam wszystkich nazwisk.

– Proszê napisaæ te, które pan zna.

Mê¿czyzna zacz¹³ coœ pisaæ, potem przesta³ i odczyta³ z kartki.

– Sekretarka – ja nie znam nazwiska; pani Hirsch, naga, z maszyn¹…

do sprz¹tania.

– Z odkurzaczem – podpowiedzia³ Dino.

– Ja. Tak – potwierdzi³ podejrzany. – Fräulein Enzberg, cz³owiek przy

drzwiach na Pi¹tej Alei i policjant, i adwokat, Herr Goldschmidt.

– Goldsmith.

– Tak.

– Dlaczego pan zabi³ Fräulein Enzberg?

Mê¿czyzna wzruszy³ ramionami.

– By³a przyjació³k¹ Mitteldorfera. Czemu chcia³ jej œmierci?

– Kim jest ten Mitteldorfer co pan ci¹gle powtarza? – spyta³ podejrzany

z nieznacznym uœmiechem.

– Doskonale pan wie, kim on jest – stwierdzi³ Dino.

– To pañski ojciec – doda³ Stone.

– Jestem sierot¹ – odpar³ mê¿czyzna z uœmiechem.

Stone chcia³ wymieniæ jeszcze jedno niemieckie nazwisko, ale nie móg³

go sobie przypomnieæ.

– Dlaczego pan zabi³ Susan Bean? – wtr¹ci³ Anderson.

Mê¿czyzna wygl¹da³ na szczerze zdziwionego.

– Bean to osoba*?

– Kobieta mieszkaj¹ca na ostatnim piêtrze domu w dzielnicy East Six-

ties – ci¹gn¹³ Anderson. – Poszed³ pan tam za panem Barringtonem i zabi³ j¹,

kiedy jego nie by³o. Dlaczego pan to zrobi³?

– Ja nic o tym nie wiem.

Stone przypomnia³ sobie nazwisko.

– Herr Hausman – powiedzia³ – czy chce nam pan powiedzieæ, ¿e nie

wie, kim by³a Susan Bean?

Mê¿czyzna odwróci³ siê do Stone’a z bezradnym wyrazem twarzy.

* Bean znaczy po angielsku fasola (przyp. t³um.).

background image

200

– Ja nie wiem…

Nie dokoñczy³ zdania.

– Ale nazywa siê pan Hausman, prawda?

Tamten rozeœmia³ siê.

– Teraz rozumiem – powiedzia³ Dino. – Siostrzeniec z Hamburga, ten,

który pracuje w fabryce papierosów.

Podejrzany potrz¹sn¹³ g³ow¹.

– Nie – zaprzeczy³. – Ernst przebywa ci¹gle w Hamburgu.

– Pañska matka te¿ jest w Hamburgu, prawda? – spyta³ Stone.

Mê¿czyzna odwróci³ siê i wbi³ w niego wzrok, ale nie odpowiedzia³.

– Wróæmy do sprawy Susan Bean – odezwa³ siê Anderson. Odczyta³

z kartki nazwê ulicy i numer domu. – Zna pan ten adres?

– Nie – odpar³ Hausman. – Ja nie znam tego miejsca.

Stone wzi¹³ ze sto³u notes, wyrwa³ kartkê i napisa³: „SprawdŸ, czy Ernst

Hausman jest nadal w Hamburgu. ZnajdŸ adres i nazwisko matki. Dowiedz

siê, czy ma rodzeñstwo”. Poda³ kartkê Dinowi, który zerkn¹³ i przekaza³ j¹

Andersonowi. Ten wsta³ i wyszed³.

– Nie pojmujꠖ powiedzia³ Dino. – Przyznaje siê pan do zamordowa-

nia tych wszystkich osób, ale wypiera siê zabójstwa Susan Bean. Dlaczego?

– Panu trzeba lepiej s³ucha栖 odpar³ mê¿czyzna. – Ja nie znam tej pani.

Anderson wróci³.

– Zabrali siê do tego – oznajmi³ wrêczaj¹c Dino jak¹œ kartkê.

Ten przeczyta³ i poda³ Stone’owi.

Stone odczyta³ na g³os.

– Brak zapisu odcisków palców w Stanach Zjednoczonych. Wys³ano do

Interpolu.

– Od jak dawna przebywa pan w Ameryce? – spyta³ Dino.

Mê¿czyzna wzruszy³ ramionami.

– Kilka tygodni, zdaje mi siê.

– Czy przyjecha³ pan tu legalnie?

– O, tak. Ja zawsze wszystko robiê legalnie.

– Z wyj¹tkiem mordowania ludzi.

– Z wyj¹tkiem – potwierdzi³ Hausman z uœmiechem.

– Dobrze siê pan bawi, prawda? – spyta³ Dino.

Podejrzany wzruszy³ ramionami.

– Muszê pana zapoznaæ z pewnym paragrafem kodeksu karnego stanu

Nowy Jork – rzek³ powoli Dino. – Istnieje tu kara œmierci. Rozumie pan,

o czym mówiê?

Niemiec wzruszy³ ramionami.

– Bior¹ ig³ê – ci¹gn¹³ Dino, wskazuj¹c ramiꠖ i wbijaj¹ tutaj, w têtnicê.

I koniec, gaœnie œwiat³o, kaput.

background image

201

– W Deutschland nie mamy kara œmierci – odrzek³ mê¿czyzna. – Deutsch-

land cywilizowany kraj.

– A my nadal pozostajemy barbarzyñcami – odpar³ Dino. – Morderców

skazujemy na œmieræ, a pan jest morderc¹. Przyzna³ siê pan do zabicia sied-

miu osób.

– Tylko szeœciu – sprostowa³ Hausman. – Nie tej pani Bean.

– No có¿, szeœæ morderstw to a¿ nadto, ¿eby zas³u¿yæ na karꠜmierci.

Ale zanim to nast¹pi, spêdzi pan wiele lat w ciasnej celi, gdzie nie bêdzie do

kogo otworzyæ ust. W tym kraju s¹ takie wiêzienia. Ludzi niebezpiecznych,

takich jak pan, osadza siê w specjalnych celach, w których nikogo nie widu-

j¹ i z nikim nie mog¹ rozmawiaæ przez dwadzieœcia trzy godziny na dobê.

Jedna godzina przeznaczona jest na ruch, te¿ w samotnoœci. Raz w tygodniu

mo¿na wzi¹æ prysznic. Potem, po kilku latach, kiedy cz³owiek jest ju¿ bli-

ski szaleñstwa, bior¹ go do niewielkiego pomieszczenia i wbijaj¹ ig³ê. Zro-

zumia³ pan?

Mê¿czyzna nic nie odpowiedzia³, ale jego twarz wyraŸnie siê zmieni³a.

– Byæ mo¿e jednak jest sposób, ¿eby ocali³ pan ¿ycie – ci¹gn¹³ Dino. –

Wiemy, ¿e zabi³ pan tych wszystkich ludzi na polecenie Mitteldorfera. Bo

przecie¿ pan nie mia³ nic przeciwko nim, prawda? To Mitteldorfer wydawa³

panu polecenia. Jeœli nam pan o tym opowie, jeœli zezna pan to przed s¹dem,

to mo¿e zwrócimy siê do prokuratora, ¿eby nie domaga³ siê kary œmierci.

– Ale ja bêdê w tym miejscu sam? Ja nie bêdê z nikim rozmawiaæ? Ja

nie bêdê nikogo widzieæ?

– Jeœli naprawdê nam pan pomo¿e, to spróbujemy i z tym coœ zrobiæ.

– Ja nie wierzê panu – powiedzia³ mê¿czyzna. – Ja bêdê w tym pokoju

siedzieæ ca³y czas.

– Proponujê panu uk³ad – odpar³ Dino. – Rozumie pan, co to takiego?

– Nie.

– Pan pomaga mnie, ja pomagam panu.

– Jak ja pomagam?

– Mówi mi pan, gdzie jest Mitteldorfer, i dlaczego chcia³, ¿eby pan zabi³

tych wszystkich ludzi. I zeznaje pan to w s¹dzie.

Mê¿czyzna potrz¹sn¹³ g³ow¹.

– Jak pan mnie nie zabije, to on zabije.

– Nie – odpar³ Dino. – Zapewnimy panu ochronê przed Mitteldorferem.

Stone zdumia³ siê, widz¹c, ¿e Niemiec p³acze.

Dino a¿ otworzy³ usta ze zdziwienia.

Hausman wsta³.

– Muszê wyjœæ do ubikacji.

– PóŸniej – powiedzia³ Dino.

Tamten zacz¹³ rozpinaæ spodnie.

background image

202

– Dobrze, ju¿ dobrze. – Dino wsta³ i za³o¿y³ mu kajdanki z przodu, tak

¿eby móg³ skorzystaæ z toalety.

– ChodŸmy – zakomenderowa³.

Wyszli z pomieszczenia; Stone pod¹¿y³ za nimi. Korytarz by³ w¹ski i do-

syæ zat³oczony. Dino przytrzyma³ podejrzanego przy œcianie, robi¹c miejsce

dwóm przechodz¹cym policjantom.

Stone w mgnieniu oka zrozumia³, co siꠜwiêci. Otworzy³ usta, ¿eby

krzykn¹æ, lecz by³o za póŸno. Mê¿czyzna wyszarpn¹³ pistolet zza pasa prze-

chodz¹cego funkcjonariusza, odepchn¹³ Dina ³okciem i wymierzy³ w Sto-

ne’a.

– Uwaga! – krzykn¹³ Stone, rzucaj¹c siê na pod³ogê. Us³ysza³ dwa strza-

³y. Kiedy podniós³ g³owê, Niemiec le¿a³ obok niego z odstrzelon¹ po³ow¹

g³owy. Andy Anderson sta³ jeszcze w pozycji strzeleckiej z broni¹ wymierzo-

n¹ w martwego Hausmana.

– O kurwa! – zakl¹³ Dino.

54

W

w¹skim korytarzu rozpêta³o siê prawdziwe piek³o. Policjanci jak je-

 den m¹¿ dobyli broni i mierzyli we wszystkie strony. Andy Anderson

sta³ oparty o œcianê, wymiotuj¹c. Policjant, któremu zabity wyrwa³ pistolet,

wrzeszcza³ raz po raz: „To nie moja wina, to nie moja wina!”

Dino zerwa³ siê na równe nogi.

– Nie strzelaæ! – krzykn¹³. – Cisza!

Ha³as stopniowo ucich³.

– Aresztowany nie ¿yje. Wszyscy schowaæ broñ, natychmiast.

Stone podniós³ pistolet Andersona, poda³ Dinowi i pchn¹³ Andy’ego do

³azienki.

– Spryskaj sobie twarz zimn¹ wod¹.

– Uwaga – mówi³ g³oœno Dino, wskazuj¹c d³oni¹ kolejnych policjan-

tów. – Ty sprowadŸ patologa, ty przynieœ koc i przykryj cia³o. Wszyscy inni

natychmiast siadaj¹ do komputerów i zapisuj¹ dok³adnie, co widzieli.

Korytarz opustosza³.

– Jezu Chryste, ale spieprzy³em sprawꠖ powiedzia³ Dino. – Mieliœmy

go.

– W porz¹dku, Dino – uspokoi³ go Stone. – On i tak nie wyda³by nam

Mitteldorfera. Tylko bawi³by siê z nami w kotka i myszkê.

– Ale przynajmniej mamy jego zeznanie na taœmie. To ju¿ coœ.

background image

203

Po chwili zjawi³ siê patolog, obejrza³ zw³oki i kaza³ swoim ludziom za-

braæ je do kostnicy; woŸny sprz¹tn¹³ z pod³ogi krwaw¹ miazgê. Dino zapro-

wadzi³ Stone’a do swojego oszklonego gabinetu i zaci¹gn¹³ zas³ony.

– I tak wróciliœmy do punktu wyjœcia – oznajmi³.

– Niezupe³nie. Ten, który dokonywa³ zbrodni, nie ¿yje, wiêc nie musi-

my d³u¿ej ¿yæ w strachu. Nie wydaje mi siê, ¿eby Mitteldorfer by³ zdolny sam

mordowaæ.

– Myœlisz, ¿e ten facet by³ jego synem?

– Wygl¹da na to, ¿e mia³ ich dwóch: Ernsta, który pracowa³ w fabryce

papierosów, i tego. Przypomnij mi, ¿ebym podziêkowa³ Andy’emu Anderso-

nowi. B³ysn¹³ refleksem. Tamten nawet nie zd¹¿y³ poci¹gn¹æ za spust.

– Przedstawiê go za to do odznaczenia.

– Jeœli bêdziesz potrzebowa³ poparcia, podpiszê siê obydwiema rêkami.

Rozleg³o siê pukanie do drzwi. Wszed³ Anderson i po³o¿y³ na stole kilka

kartek papieru.

– Oto mój raport, panie poruczniku.

– Andy – odezwa³ siê Stone. – Dziêki twojej b³yskawicznej reakcji jesz-

cze ¿yjê. Chcê ci podziêkowaæ.

– Mi³o mi – odpar³ Anderson. – Co mam teraz robiæ?

– Pewnie nie dosta³eœ jeszcze odpowiedzi z Hamburga? – spyta³ Dino.

– Nie. Zadzwoniê drugi raz.

– Andy, kiedy przywioz³eœ tu tego cz³owieka, opró¿ni³eœ mu kieszenie,

prawda? – spyta³ Stone.

– Tak. Wszystko zostawi³em u dy¿urnego sier¿anta.

– Przynieœ te rzeczy. Zobaczymy, co facet mia³ przy sobie.

Anderson wyszed³.

– Co teraz zrobimy? – spyta³ Dino.

– Pojedziemy  do  pralni  i bêdziemy  pokazywaæ  ludziom  zdjêcia  tego

Niemca. Jeœli dowiemy siê, gdzie mieszka³, mo¿e znajdziemy u niego coœ, co

nas naprowadzi na œlad.

– Dobry pomys³. Andy zaraz siê do tego zabierze.

Anderson wróci³ z szar¹ kopert¹ i poda³ Dinowi, który rozdar³ j¹ i wysy-

pa³ zawartoœæ na biurko.

Ca³a trójka pochyli³a siê nad blatem.

– Nieco ponad sto dolarów amerykañskich i trochê niemieckich marek –

powiedzia³ Dino. – ¯adnego portfela, dwa kluczyki na kó³ku.

– Drzwi zewnêtrzne i wewnêtrzne – zauwa¿y³ Stone. Roz³o¿y³ zwitek

papieru. – I rachunek za czynsz wystawiony na Erwina Hausmana.

Odczyta³ adres.

– To niedaleko pralni, tu¿ za rogiem – powiedzia³ Andy.

– Jest od czego zacz¹æ – doda³ Stone. – JedŸmy tam.

background image

204

Spojrza³ na Andersona.

– Dopilnuj, ¿eby prasa nie wywêszy³a, co tu siê sta³o. Nie chcia³bym,

¿eby Mitteldorfer dowiedzia³ siê o wszystkim z gazety.

– Ju¿ chyba za póŸno, panie poruczniku – odrzek³ Anderson.

– Mów.

– Kiedy policjanci z patrolu aresztowali Hausmana, w okolicy krêci³ siê

akurat zespó³ telewizyjny z programu czwartego. Mieli kamerê i wszystko

zarejestrowali.

– Wiedz¹, kim on jest? – spyta³ Stone.

– Nie mam pojêcia.

Dino zerkn¹³ na zegarek.

– Mamy czas do pi¹tej. Wtedy nadaj¹ wiadomoœci.

– Chyba ¿e wczeœniej puszcz¹ zapowiedŸ.

– Andy, zadzwoñ do Czwórki i za³atw, ¿eby poczekali dwadzieœcia czte-

ry godziny. Zaproponuj im wy³¹cznoœæ, jak bêdzie trzeba.

– Oni ju¿ maj¹ wy³¹cznoœæ, panie poruczniku.

– Powiedz im, ¿e udzielê im wywiadu, jeœli poczekaj¹ do jutra.

– Nie wiem, czy uda siê wstrzymaæ emisjê chocia¿ do dwudziestej pierw-

szej – odpar³ Anderson.

– Postaraj siê. ChodŸmy, Stone.

Kamienica wygl¹da³a jak kupa popêkanych cegie³ z wyjœciem przeciw-

po¿arowym z przodu. Na ¿adnej ze skrzynek pocztowych nie znaleŸli nazwi-

ska Hausmana, ale jeden z kluczy pasowa³ do zamka w drzwiach wejœcio-

wych. Dino zapuka³ do dozorcy. Okaza³ siê nim niewysoki Latynos.

– Tak?

Dino pokaza³ odznakê.

– Ma pan tu lokatora nazwiskiem Hausman. Pod którym numerem mieszka?

– Ja nic nie wiem – mrukn¹³ mê¿czyzna.

Dino podsun¹³ mu rachunek za czynsz.

– No wiêc jaki jest ten cholerny numer?

– S¹ w 3D.

– S¹? To znaczy kto?

– Pan Hausman i ten drugi.

– Mê¿czyzna?

– Tak.

– Jak wygl¹da?

Stró¿ wzruszy³ ramionami.

– Podobny do pana Hausmana, tylko ¿e z bardzo krótkimi w³osami.

– Czy ten mê¿czyzna jest teraz w mieszkaniu?

background image

205

– Nie wiem. Oni czêsto wchodz¹ i wychodz¹.

– Proszê wróciæ do mieszkania i zostaæ tam, dopóki pana nie zawo³am.

Dozorca spe³ni³ polecenie.

Dino zwróci³ siê do Stone’a.

– Jesteœ uzbrojony?

Stone pokaza³ pistolet.

Dino wezwa³ wsparcie przez telefon komórkowy.

– ChodŸmy.

Po cichu wspiêli siê po schodach. Dino przy³o¿y³ ucho do drzwi.

– Telewizor jest w³¹czony – szepn¹³.

Stanêli po obu stronach drzwi.

Dino zapuka³ energicznie.

– Halo? – powiedzia³, naœladuj¹c g³os dozorcy. – To ja, dozorca.

Cisza.

Stone wytê¿a³ s³uch, lecz nie s³ysza³ nic oprócz telewizora.

Dino zapuka³ jeszcze g³oœniej. Bez odzewu. Wsun¹³ klucz w zamek i prze-

krêci³ bardzo ostro¿nie. DŸwiêk telewizora przybra³ na sile.

– Halo? – zawo³a³ Dino. – Tu dozorca. Przyprowadzi³em hydraulika, ¿eby

sprawdzi³ instalacjê.

Dino skin¹³ na Stone’a. Wkroczyli tak samo, jak to robili wczeœniej setki

razy: na ugiêtych nogach, z broni¹ w wyci¹gniêtej rêce. Obeszli wszystkie

pomieszczenia. By³y tylko trzy, wiêc nie trwa³o to d³ugo.

– Buty w dwóch ró¿nych rozmiarach – odezwa³ siê Stone z sypialni –

i du¿o pustych wieszaków w szafie.

Wszed³ Dino.

– Co jeszcze?

– Górna szuflada toaletki otwarta i pusta.

– S¹dzisz, ¿e ten drugi czmychn¹³?

Przeszli do pokoju sto³owego akurat, gdy zaczyna³y siê skrócone wiado-

moœci.

– Podamy teraz dalsze informacje o aresztowaniu dokonanym dzisiaj przez

policjê przy Trzeciej Alei – 

zapowiedzia³ spiker

. – Oto relacja naszej wys³an-

niczki Marii Jones, która znajduje siê na miejscu wydarzenia.

Na ekranie ukaza³a siê m³oda kobieta stoj¹ca przed pralni¹.

– Dziêkujê, Bob. Uda³o mi siê dowiedzieæ od w³aœciciela zak³adu, ¿e areszto-

wanym mê¿czyzn¹ jest ten sam, którego portret pamiêciowy policja opublikowa³a

w niedzielnym wydaniu „New York Timesa”. Ma on ponoæ coœ wspólnego z Herber-

tem Mitteldorferem, by³ym wiêŸniem poszukiwanym przez policjê w zwi¹zku z co

najmniej piêcioma morderstwami i zamachem bombowym na goœci wernisa¿u w ga-

lerii przy Madison Avenue w zesz³ym tygodniu. Udam siê teraz na posterunek, ¿eby

porozmawiaæ z policj¹. Bob, oddajê ci g³os.

background image

206

– Jeœli to by³a druga relacja, to nasz cz³owiek pewnie widzia³ pierwsz¹

i da³ nogê.

– I pierwsze, co zrobi, to zadzwoni do Mitteldorfera – powiedzia³ Dino.

Stone rozejrza³ siê.

– Nie widzê tu telefonu.

– O cholera.

Us³yszeli ciê¿kie kroki policjantów biegn¹cych po schodach. W drzwiach

stan¹³ Andy Anderson.

– Andy, zabezpieczcie to miejsce. Przetrz¹œnijcie wszystko bardzo do-

k³adnie. Oprócz Hausmana mieszka³ tu jeszcze ktoœ; szukajcie czegoœ, co

mog³oby doprowadziæ nas do niego i do Mitteldorfera.

– Tak jest.

– Masz jakieœ wiadomoœci z Hamburga?

– Nie, panie poruczniku. Z Interpolu te¿ na razie nic.

– Utrzymuj z nimi kontakt – poleci³ Dino.

– Musimy pogadaæ, Dino – rzek³ Stone. – ChodŸmy do wozu.

55

J

eff Banion, portier z kamienicy przy Park Avenue, pe³ni³ w³aœnie dy¿ur,

kiedy podjecha³a taksówka. Pospieszy³, ¿eby otworzyæ drzwi, ale wnet za-

uwa¿y³, ¿e mê¿czyzna, który p³aci³ taksówkarzowi, raczej nie skieruje siê do

jego kamienicy. Jeff nie zamierza³ zamykaæ za niego drzwi samochodu. Od-

wróci³ siê i wszed³ do budynku.

Tymczasem mê¿czyzna, ku zaskoczeniu Jeffa, ruszy³ w jego stronê. By³

niski, mia³ bardzo krótko obciête w³osy i nosi³ niechlujne, za szerokie ubra-

nie oraz ciê¿kie buty z cholewami. W rêkach trzyma³ zwiniêt¹ w rulon foliê.

– Czym mogê panu s³u¿yæ? – spyta³ Jeff, nie usuwaj¹c siê z drogi.

– Mam  siê  zobaczyæ  z kimœ  w  tym  budynku –  oznajmi³  nieznajomy

z twardym akcentem.

– Z kim mianowicie?

– Z panem Howardem Menziesem.

Jeffowi wyda³o siê to podejrzane.

– W jakiej sprawie?

– Prywatnej – odpar³ mê¿czyzna.

– Pañska godnoœæ?

– Peter Hausman.

Jeff zlustrowa³ go od stóp do g³ów.

background image

207

– Proszê tutaj zaczekaæ.

Wszed³ do œrodka i zwróci³ siê do Ralpha, nowego recepcjonisty.

– Przyszed³ jakiœ podejrzany typ, który chce siê widzieæ z panem Men-

ziesem. Czy lokator jest w domu?

Ralph zerkn¹³ na listê mieszkañców.

– Tak, o ile nie wyszed³ przez gara¿.

– Po³¹cz mnie z nim.

Ralph wybra³ numer i przystawi³ s³uchawkê do ucha.

– Pan Menzies? Portier chce z panem mówiæ.

Przekaza³ s³uchawkê Jeffowi.

– Pan Menzies?

– Tak, Jeff. O co chodzi?

– Przy drzwiach stoi pewien mê¿czyzna, który chce siê z panem widzieæ.

Wola³em jednak zadzwoniæ do pana, zanim go wpuszczê.

– Kto to taki?

– Przedstawi³ siê jako Hausman, Peter Hausman.

Menzies zamilk³ na d³u¿sz¹ chwilê.

– A, tak. To mój siostrzeniec. Przyjecha³ do miasta na pogrzeb mojej

¿ony. Proszê go wpuœciæ.

– Przepraszam, ale czy móg³by pan opisaæ swojego siostrzeñca? Chcê

mieæ pewnoœæ, ¿e wpuszczam w³aœciw¹ osobê.

– Mniej wiêcej mojego wzrostu, bardzo krótkie w³osy, doœæ dziwacznie

ubrany.

– Czy mówi z obcym akcentem?

– Tak – odpar³ Menzies.

– Ju¿ go wpuszczam na górꠖ powiedzia³ Jeff. Wróci³ do drzwi i otwo-

rzy³. – Proszê wejœæ i wjechaæ wind¹ na szesnaste piêtro. Pan Menzies ocze-

kuje pana.

Hausman nic nie odpowiedzia³; skierowa³ siê prosto do windy i nacisn¹³

guzik.

Jeff uzna³, ¿e spe³ni³ swój obowi¹zek, ale mimo to nie podoba³o mu siê,

¿e ktoœ taki przebywa na terenie kamienicy. Pozostali mieszkañcy te¿ nie by-

liby tym zachwyceni.

– Jeff – powiedzia³ Ralph.

– Tak?

– Carlos zadzwoni³, ¿e jest chory, a dzisiaj jest dzieñ usuwania œmieci do

recyklingu. Czy móg³byœ wynieœæ pojemniki i gazety?

– Jasne – odpar³ Jeff.

Nie mia³ na to szczególnej ochoty, ale nie by³o nikogo innego, kto móg³-

by siê zaj¹æ odpadami. Zjecha³ drug¹ wind¹ na poziom gara¿u, gdzie w k¹cie

le¿a³y worki œmieci i paczki gazet. Zawiesi³ mundur i czapkê na haku, wcisn¹³

background image

208

guzik otwieraj¹cy drzwi gara¿u i zabra³ siê do roboty. Wyniós³ na ulicê worki,

po cztery naraz, i wróci³ po ciê¿kie paczki gazet. Mieszkañcy kamienicy czy-

tali mnóstwo prasy, Jeff zauwa¿y³ to ju¿ dawno. Jego gazety nigdy nie cieka-

wi³y. Czasami ogl¹da³ lokalne wiadomoœci w telewizji, ale na ogó³ niewiele

go to wszystko obchodzi³o.

Przenosz¹c ostatni pakunek, Jeff by³ ju¿ spocony. Kiedy uk³ada³ go na

wierzchu, coœ zwróci³o jego uwagê. Na stronie zatytu³owanej Sunday Metro

widnia³a podobizna cz³owieka przypominaj¹cego tego, który przed chwil¹

wszed³ do budynku. By³a te¿ fotografia innego, nieco starszego mê¿czyzny.

Jeff wyci¹gn¹³ czêœæ gazety i przeczyta³ artyku³ towarzysz¹cy wizerun-

kom. M³odszy z mê¿czyzn mia³ bujn¹ czuprynê, ale poza tym by³ podobny do

Petera Hausmana jak dwie krople wody. Ci dwaj wygl¹dali jak bracia, a star-

szy przypomina³ nieco Howarda Menziesa, który jednak mia³ w³osy na g³o-

wie i nosi³ brodê. £ysiej¹cy mê¿czyzna na zdjêciu nie móg³ wiêc byæ panem

Menziesem.

Jeff wyrwa³ kartkê z gazety, z³o¿y³, wsadzi³ do kieszeni i umieœci³ gazetê

z powrotem w paczce. Nagle us³ysza³, ¿e ktoœ uruchamia silnik samochodu;

odwróci³ siê. Na platformie ukaza³ siê mercedes pana Menziesa. Prowadzi³

Hausman, a pan Menzies siedzia³ po stronie pasa¿era. Uœmiechn¹³ siê do Jef-

fa i pomacha³ mu rêk¹. Jeff odpowiedzia³ takim samym gestem.

Portier wróci³ do gara¿u, zamkn¹³ drzwi, w³o¿y³ mundur i czapkê, po

czym wjecha³ na górê; jak siê okaza³o, w sam¹ porê, aby pomóc starszej pani

w przenoszeniu pakunków. Gdy skoñczy³, wyj¹³ skrawek gazety i powtórnie

przeczyta³ reporta¿. Siedem morderstw. Jeff a¿ siê wzdrygn¹³.

Pomyœla³, ¿e gdyby nie zna³ osobiœcie pana Menziesa, zadzwoni³by pod

numer policyjny podany w gazecie. Ale przecie¿ d¿entelmen, taki jak pan

Menzies, nie mo¿e byæ zamieszany w tak straszn¹ sprawê. Jednak co do sio-

strzeñca Jeff mia³ powa¿ne w¹tpliwoœci. Trzeba to bêdzie przemyœleæ.

Ktoœ stan¹³ przed drzwiami wejœciowymi. Jeff schowa³ kawa³ek gazety

do kieszeni i poszed³ otworzyæ.

56

P

o powrocie na posterunek Stone natychmiast zadzwoni³ do Billa Egger-

sa. Telefonowa³ ju¿ wczeœniej do firmy, ale Eggersa jeszcze nie by³o w pracy.

– Halo?

– Mówi Stone.

– Czeœæ.

background image

209

– Jak posz³o wczoraj z Martinem Broughamem?

– Niewiele wskóra³em. Wydaje mi siê, ¿e nadal zamierza ciê wezwaæ.

– Czy wspomnia³eœ o spreparowanym nagraniu w procesie Dantego?

– Nie mia³em okazji. Ju¿ zbiera³em siê do wyjœcia, kiedy jego ¿ona po-

prosi³a mnie do telefonu, a gdy skoñczy³em rozmawiaæ, Marty by³ ju¿ w wan-

nie. Teraz zamierzam do niego zadzwoniæ. Widzia³em w telewizji, ¿e z³apali-

œcie tego faceta. To jego podejrzewa³eœ o zamordowanie Susan Bean, prawda?

Ta wiadomoœæ powinna zastopowaæ Martina.

– Przykro mi, ale to niezupe³nie tak. Podejrzany nazywa siê Hausman;

przyzna³ siê do szeœciu morderstw, ale zaprzeczy³, jakoby wiedzia³ cokolwiek

o œmierci Susan. Nie bardzo wiem, co o tym myœleæ.

– Po prostu musicie nad nim trochê popracowaæ. Jeœli bêdzie w nastroju

do wyznañ, to mo¿e ciê ca³kowicie oczyœciæ z wszelkich podejrzeñ.

– Obawiam siê, ¿e facet nie bêdzie ju¿ w ¿adnym nastroju, poniewa¿ nie

¿yje. Na korytarzu w komendzie wyrwa³ policjantowi pistolet, a inny funk-

cjonariusz po³o¿y³ go trupem na miejscu.

– Ale klapa.

– No w³aœnie.

– S³uchaj, mam pomys³. Czy nadal jesteœ zdecydowany zeznawaæ, jeœli

ciê wezw¹?

– Tak. Nie zrobiê niczego, co mog³oby zasugerowaæ, ¿e jestem winny.

– W takim razie pojedŸmy jutro rano do s¹du, poka¿my siê przed sal¹ posie-

dzeñ wielkiej rady przysiêg³ych i za¿¹dajmy, ¿eby pozwolili ci zeznawaæ.

Stone zastanowi³ siê.

– Sprytnie pomyœlane. Zabijemy Broughamowi æwieka.

– Zjawi siê te¿ paru dziennikarzy, wiêc twoje wejœcie zrobi jeszcze wiêk-

sze wra¿enie. Poka¿¹ ciê w wieczornych wiadomoœciach.

– Powiem przy okazji Martinowi, co wiemy o procesie Dantego; niech pamiê-

ta o tym, kiedy bêdzie ci zadawa³ pytania przed ³aw¹, a jeœli nas wkurzy, mo¿emy po

przes³uchaniu wspomnieæ o tych taœmach dziennikarzom – doda³ Eggers.

– Dobrze – zgodzi³ siê Stone.

– Spotkajmy siê jutro o dziewi¹tej rano. Nie mów mi, gdzie bêdziesz do

tego czasu. Jeœli spróbuj¹ dorêczyæ ci wezwanie, bêdê móg³ powiedzieæ, ¿e

nie znam twojego miejsca pobytu.

– Do zobaczenia o dziewi¹tej – powiedzia³ Stone i roz³¹czy³ siê.

– Co nowego? – spyta³ Dino.

Stone zrelacjonowa³ mu rozmowê.

– Chcia³bym, ¿eby uda³o nam siê zamkn¹æ sprawê, zanim staniesz przed

wielk¹ ³aw¹ przysiêg³ych.

– Ja te¿ bym chcia³.

Wszed³ Andy Anderson.

14 – Kr¹g strachu

background image

210

– Siadaj i mów, co siê dzieje – rzuci³ Dino.

Anderson wyj¹³ notes.

– Po pierwsze, mieszkanie. Przewróciliœmy wszystko do góry nogami,

ale niewiele tam by³o: jeszcze jeden kwit za czynsz na nazwisko Hausmana,

¿adnych œwiadectw to¿samoœci ani notatek. Zebraliœmy te¿ dwa rodzaje odci-

sków palców, Erwina i kogoœ innego.

– Nic, co pomog³oby nam znaleŸæ Mitteldorfera?

– Absolutnie nic. Gdyby by³ telefon, moglibyœmy sprawdziæ, do kogo

dzwoni³.

– Dlatego nie by³o telefonu – zauwa¿y³ Stone. – Mitteldorfer jest nie

w ciemiê bity.

– A teraz o odciskach palców – ci¹gn¹³ Anderson. – Interpol ma w swo-

im archiwum odciski Erwina, poniewa¿ by³ kilka razy aresztowany za udzia³

w burdach na meczach pi³karskich w ca³ej Europie. Nale¿a³ do licznej rzeszy

recydywistów. Potwierdzi³a to hamburska policja, a co wiêcej, okazuje siê, ¿e

Erwin mia³ m³odszego brata, wielokrotnie aresztowanego za takie same wy-

kroczenia. Nazywa siê Peter Hausman. Wys³a³em do Interpolu drugi zestaw

odcisków, zak³adaj¹c, ¿e nale¿¹ do Petera. Trzeci z braci, Ernst, pracuje w fa-

bryce papierosów i jest ponoæ uczciwym obywatelem. Ich matka ma na imiê

Helga i wyrzek³a w obecnoœci policji tylko kilka s³ów. Nie chcia³a odpowia-

daæ na ¿adne pytania o ojca jej dzieci, który nie mieszka z rodzin¹.

– Nareszcie coœ wiemy – ucieszy³ siê Dino.

– Co wiemy? – spyta³ pow¹tpiewaj¹co Stone. – Czy przez to ³atwiej nam

bêdzie znaleŸæ Mitteldorfera, Hausmana czy jakkolwiek on siê nazywa?

– Sprawdzi³em  nazwisko  Hausman  w  archiwach  miejskich –  wtr¹ci³

Anderson. – W Nowym Jorku mieszka tylko dwóch Hausmanów: jeden to

starszy, emerytowany maszynista z Queens, a drugi od szesnastu lat pracuje

jako taksówkarz.

– A wiêc pozostaje nam publikowanie zdjêæ w prasie – stwierdzi³ Sto-

ne. – Jak dot¹d mieliœmy tylko jeden pozytywny odzew.

– I dotyczy³ Hausmana, a nie Mitteldorfera – zauwa¿y³ Dino. – Andy,

zadzwoñ do lokalnych stacji telewizyjnych i przeka¿ im zdjêcie Mitteldorfera

oraz portret pamiêciowy Hausmana, ale z krótkimi w³osami.

– Jasne. To wszystko?

– Skup siê na tym. Mamy ma³o czasu.

– Jest jeszcze coœ, o czym chcê panu powiedzieæ, poruczniku.

– Wal.

– Chodzi o morderstwo Susan Bean. Do tej pory nie wydawa³o mi siê to

wa¿ne, a poza tym Mick Kelly prosi³, ¿eby o tym nie wspominaæ. Nie by³o

powodu, wiêc nie mówi³em.

– Ale o czym? – spyta³ Dino.

background image

211

– Kiedy dosz³o do trzech morderstw w bardzo krótkich odstêpach cza-

su – Susan Bean, sekretarki Stone’a i panny Hirsch – myœla³em, ¿e s¹ ze sob¹

powi¹zane.

– Wszyscy tak myœleliœmy – wpad³ mu w s³owo Dino.

– Teraz wydaje mi siê, ¿e œmieræ Susan Bean nie ma zwi¹zku z pozosta-

³ymi dwiema. Po pierwsze, Hausman zaprzeczy³, ¿e ma z ni¹ coœ wspólnego,

a bior¹c pod uwagê, ¿e przyzna³ siê do szeœciu morderstw, jego zeznanie wy-

daje siê wiarygodne.

– S³usznie – zauwa¿y³ Dino. – Masz innego podejrzanego?

– Oby nie mnie – wtr¹ci³ siê Stone.

– Ale¿ sk¹d – odpar³ Anderson. – Powiedzcie mi, czy istnieje jakiœ po-

wód, dla którego ktoœ w prokuraturze chcia³by zamkn¹æ usta Susan Bean?

Stone wyprostowa³ siê.

– To bardzo mo¿liwe. Dlaczego pytasz?

– Pamiêtacie pewnie, ¿e Mick i ja dotarliœmy wtedy do mieszkania pan-

ny Bean niemal natychmiast?

– Tak.

– Dlatego, ¿e kiedy odebraliœmy wezwanie, byliœmy na rogu tej ulicy.

– Czemu? – spyta³ Dino.

– Mick chcia³ siê z kimœ spotkaæ w barze przy Lexington. Zawioz³em go

na miejsce, wysiad³ i wszed³ do œrodka. By³ w barze mo¿e ze trzy minuty,

kiedy z³apa³ mnie skurcz nogi, wiêc wyszed³em, ¿eby j¹ rozchodziæ. Wiecie,

¿e prawo wymaga, aby w ka¿dym lokalu znajdowa³o siê ma³e okienko, przez

które kobiety mog¹ sprawdzaæ, czy ich mê¿owie s¹ w œrodku.

– Tak, oczywiœcie.

– No wiêc zajrza³em, ¿eby sprawdziæ, czy Mick ju¿ skoñczy³, i zobaczy-

³em, ¿e z kimœ rozmawia.

– I któ¿ to móg³ byæ? – spyta³ Stone, który domyœla³ siê odpowiedzi.

– Tom Deacon z prokuratury rejonowej – odpar³ Anderson.

– A mieszkanie Susan Bean znajduje siê o pó³ minuty drogi od baru?

– Tak – potwierdzi³ Andy. – Bardzo przepraszam, ¿e wczeœniej o tym

nie mówi³em, panie poruczniku, ale wtedy to wydawa³o siê bez znaczenia.

Spyta³em Micka, po co spotka³ siê z Deaconem. Odpar³, ¿e stara siê o pracê

w wydziale œledczym prokuratury, i poprosi³, ¿ebym nie wspomina³ o tym

nikomu, bo g³upio by wygl¹da³o, gdyby wszyscy siê dowiedzieli, ¿e ledwo

dosta³ pracê w naszym posterunku, a ju¿ chce uciekaæ.

– Dino – zacz¹³ Stone – nie wiesz jeszcze o czymœ. Kiedy szliœmy tego

wieczoru z Susan do jej mieszkania, powiedzia³a, ¿e nie jest zachwycona sty-

lem, w jaki wygrali sprawê Dantego, i ¿e zastanawia siê nad odejœciem z pro-

kuratury.

– Pamiêtam, ¿e wspomina³eœ o tym.

background image

212

– Nie  mia³em  okazji  ci  o  tym  opowiedzieæ,  ale  dowiedzia³em  siê

z pewnego  Ÿród³a,  ¿e  byæ  mo¿e  Deacon  sfabrykowa³  dowód  w  postaci

nagrania magnetofonowego, które Martin Brougham wykorzysta³ przeciw-

ko Dantemu.

– S¹dzisz, ¿e Brougham wiedzia³?

– Mo¿e wiedzia³, a mo¿e nie – odpar³ Stone. – Ale wydaje mi siê, ¿e

jutro poznam odpowiedŸ na to pytanie.

Dino zwróci³ siê do Andersona.

– Zbadaj, czy da siê za³atwiæ nakaz rewizji w mieszkaniu Deacona.

– Bêdê musia³ powiedzieæ sêdziemu, czego szukamy.

– Narzêdzia zbrodni albo czegokolwiek innego. Wiem, ¿e to cienka spra-

wa. Spróbuj u sêdziego Havermana. On zawsze szed³ nam na rêkê.

– Ju¿ siê robi – powiedzia³ Anderson, wychodz¹c.

– W ¿yciu nie dostaniesz tego nakazu – oznajmi³ Stone. – Nie lepiej

by³oby sprowadziæ tu Deacona i przycisn¹æ go? Nie domyœla siê, ¿e wiemy,

¿e by³ w pobli¿u miejsca zbrodni. Mo¿e pope³niæ b³¹d.

– Teraz jestem ju¿ gotów na wszystko – rzek³ Dino.

57

S

tone wróci³ do mieszkania Dolce i spakowa³ swoje rzeczy. Skoñczy³y mu

siê czyste ubrania, a poza tym doszed³ do wniosku, ¿e po œmierci Erwina

Hausmana mo¿e bezpiecznie wróciæ do domu. Zostawi³ list do Dolce, ale po

chwili namys³u zachowa³ klucz, który mu da³a.

Dotar³szy na swoj¹ ulicê, przejecha³ kilka razy w tê i z powrotem, rozgl¹-

daj¹c siê za podejrzanymi samochodami. Otworzy³ pilotem drzwi gara¿u,

wjecha³ do œrodka, wyj¹³ rzeczy z baga¿nika i wszed³ na górê.

Zasta³ wszystko na swoim miejscu. Wygl¹da³o na to, ¿e Helen nadal przy-

chodzi regularnie do pracy. Zaniepokoi³a go myœl, ¿e byæ mo¿e narazi³ j¹, nie

uprzedzaj¹c o gro¿¹cym niebezpieczeñstwie.

Wrzuci³ brudne rzeczy do kosza i schowa³ walizki. Zamierza³ od³o¿yæ

pistolet do schowka, ale zreflektowa³ siê, ¿e ktoœ – byæ mo¿e Peter Hausman –

nadal gdzieœ siê czai, wiêc nie zrobi³ tego. Zszed³ do biura i sprawdzi³ nagra-

nia na automatycznej sekretarce. By³o ich kilkanaœcie, ale niezbyt wa¿nych.

Po zakoñczeniu sprawy o odszkodowanie Stone nie mia³ wiele pracy. Zanie-

pokoi³o go jednak, ¿e ktoœ zadzwoni³ trzy razy i nie zostawi³ ¿adnej wiado-

moœci. Wszystkie trzy pochodzi³y z numeru w Brooklynie, którego nie zna³. Przy-

sz³o mu na myœl, ¿e to móg³ byæ Eduardo Bianchi, ale przecie¿ on wiedzia³, gdzie

background image

213

szukaæ Stone’a. Uspokoi³ siê, mówi¹c sobie, ¿e jeœli to by³a wa¿na sprawa,

zainteresowana osoba znowu zadzwoni.

Tymczasem zadŸwiêcza³ dzwonek domofonu. Stone ju¿ podnosi³ s³uchaw-

kê, ¿eby odpowiedzieæ, ale w ostatniej chwili wstrzyma³ siê. Otworzy³ drzwi

biura i zerkn¹³ na schody. Sta³ tam po szpanersku ubrany mê¿czyzna w wieku

oko³o trzydziestu piêciu lat, niecierpliwie przytupuj¹c nog¹.

– Halo – powiedzia³ Stone. – Czym mogê panu s³u¿yæ?

– Stone Barrington? – spyta³ tamten.

– Tak.

Nieznajomy podszed³ do drzwi biura.

– Próbowa³em dodzwoniæ siê do ciebie parê razy, ale nie odbiera³eœ.

Nazywam siê John Donato. Mówi ci to coœ?

– Nie s¹dzꠖ odpar³ Stone i w tej samej chwili przypomnia³ sobie, ¿e

zna to nazwisko.

– A powinno, bo r¿niesz moj¹ ¿onê.

– Rozumiem. Wiem, kim pan jest, ale radzi³bym nie wyci¹gaæ tak dale-

ko id¹cych wniosków.

– Znam Dolce i to nie s¹ ¿adne tam wnioski. R¿niesz j¹, wiêc chcê ciê

ostrzec, zanim wsadzê ci do ucha pistolet i przestrzelê mózg.

Stone mia³ doœæ. Postanowi³ od³o¿yæ na bok prawnicz¹ powœci¹gliwoœæ.

– A wiêc s³uchaj, ty têpa ³ajzo – wycedzi³. – Dobrze wiem, coœ ty za

jeden: tani opryszek, by³y m¹¿ dziewczyny, której nie dorastasz do piêt. W cza-

sie waszego ma³¿eñstwa szlaja³eœ siê ze wszystkim zdzirami, jakie siê nawi-

nê³y, wiêc nie truj mi o swoich prawach ma³¿onka.

Donato cofn¹³ siê o krok i rozpi¹³ marynarkê, ukazuj¹c kaburê z pistole-

tem pod pach¹.

– Widzisz to? – spyta³.

– Tak, widzꠖ odpar³ Stone, rozk³adaj¹c po³y marynarki. – A ty widzisz?

Donato zamruga³ oczami i cofn¹³ siê jeszcze o krok.

Stone wyj¹³ z kieszeni odznakê i podsun¹³ intruzowi pod nos.

– A to widzisz? Ta blaszka znaczy, ¿e wystarczy jeden mój telefon, a zwali

ci siê na kark tuzin policjantów. Co ty na to? A mo¿e wolisz, ¿eby federalni

przyjrzeli siê dok³adniej twoim interesom w bran¿y budowlanej? To te¿ mogê

ci za³atwiæ. Rozjaœni³o ci siê we ³bie?

Donato by³ wyraŸnie zbity z tropu. Odwróci³ siê.

– Pamiêtaj pan tylko, ¿e dopóki ¿yjê, Dolce jest mê¿atk¹.

Przeszed³ na drug¹ stronê ulicy, wsiad³ do samochodu i odjecha³.

Stone wróci³ do biura, zatrzaskuj¹c za sob¹ drzwi. Z daleka s³ysza³ dzwo-

nek telefonu.

– Halo? – rzuci³ wzburzonym g³osem.

– Tylko mnie nie pogryŸ – powiedzia³a Dolce.

background image

214

– Przepraszam.

– Przeczyta³am twoj¹ kartkê i jest mi smutno. Chcia³am ciê zastaæ w do-

mu po powrocie.

– Dolce, ja naprawdê musia³em wróciæ do siebie. Mam dobre wieœci:

mê¿czyzna, który próbowa³ zabiæ Dina, mnie i naszych znajomych, nie ¿yje.

Zosta³ zastrzelony w areszcie.

– To naprawdê wspania³a wiadomoœæ – odrzek³a Dolce. – A wiêc ju¿ po

wszystkim?

– Nie, poniewa¿ nie mamy Mitteldorfera; poza tym wydaje siê, ¿e jesz-

cze jeden cz³owiek jest zamieszany w te morderstwa. Ogl¹daj wiadomoœci

o osiemnastej.

– Czy mogê je obejrzeæ u ciebie? – spyta³a melodyjnym g³osem.

– Kochanie, naprawdê powinienem odpocz¹æ chocia¿ jedn¹ noc. Jutro

z samego rana muszê stan¹æ przed wielk¹ rad¹ przysiêg³ych, wiêc potrzebujê

trochê czasu, ¿eby przemyœleæ swoje zeznanie.

– Stone – zamrucza³a Dolce – to, ¿e nie wysz³o ci wczoraj w nocy nie

znaczy, ¿e dzisiaj te¿ nie wyjdzie. Mo¿e zrobi³abym coœ do jedzenia?

Na wzmiankê o jedzeniu Stone zmiêk³.

– Dobrze, podam ci adres.

– Nie trzeba, wiem, gdzie mieszkasz. Ja przyniosê jedzenie, a ty pomyœl

o winie.

– Kiedy przyjedziesz?

– Daj mi godzinê albo trochê wiêcej.

– Nie musisz siê spieszyæ. Nigdzie siê nie wybieram.

– Wiem o tym.

Stone odpowiedzia³ na kilka telefonów, nastêpnie zszed³ do piwnicy i wy-

bra³ wina. Wróci³ na górê, przebra³ siê w wygodniejsze rzeczy i w³¹czy³ tele-

wizor w sypialni. G³ównym punktem wiadomoœci by³a relacja o œmierci Er-

wina  Hausmana,  uzupe³niona  fotografi¹  Mitteldorfera  i skorygowanym

portretem pamiêciowym drugiego Hausmana. Stone gotów by³ siê modliæ,

¿eby tym razem odzew by³ wiêkszy. Zadzwoni³ telefon.

– Halo?

– Mówi Dino. Wróci³eœ do domu?

– Tak, pomyœla³em, ¿e po œmierci Erwina i pokazaniu zdjêcia Mitteldor-

fera w telewizji nasi przeœladowcy znaleŸli siê w odwrocie.

– A ja siê cieszê, ¿e opuœci³eœ ³o¿e tej wiedŸmy i wróci³eœ do swego.

– Dolce jest w³aœnie w drodze do mnie; wola³bym, ¿ebyœ przesta³ wyra-

¿aæ siê o niej w taki sposób.

– Nie powiedzia³em niczego, co nie by³oby prawd¹.

– Dino, ja j¹ lubiê. Przyznajê, ¿e Dolce czasem bywa nieco niesforna,

ale to nic nie zmienia. Lubiê te¿ jej ojca. I powiem ci jeszcze, ¿e to on dowie-

dzia³ siê o sfabrykowaniu taœm u¿ytych w procesie przeciwko Dantemu.

background image

215

– Nie chcê mu niczego zawdziêcza栖 zaperzy³ siê Dino.

– No có¿, to ju¿ siê sta³o, a ja uwa¿am, ¿e ka¿da pomoc siê przyda, nawet

od niego. Chcê, ¿eby moje ¿ycie wróci³o wreszcie do normy, rozumiesz?

– Jasne, jasne. W³aœnie g³ówkujê, czy przywieŸæ z powrotem do domu

Mary Ann i Bena.

– Na razie nie; zachowajmy ostro¿noœæ jeszcze przez parê dni. Mo¿e

tym razem ktoœ zadzwoni po obejrzeniu wiadomoœci telewizyjnych.

– Jeszcze jedno, dostaliœmy zezwolenie na rewizjê w mieszkaniu Dea-

cona. Andy pojedzie tam jutro rano, jak tylko Deacon wyjdzie do pracy.

– Co spodziewasz siê znaleŸæ?

– Prawdopodobnie nic. Facet nie jest tak g³upi, ¿eby trzymaæ nó¿ w domu.

Ale trzeba spróbowaæ. To, ¿e znajdowa³ siê w pobli¿u domu Susan, kiedy

zosta³a zamordowana, nie wystarczy.

– Mo¿na by te¿ dobraæ siê do ty³ka Mickowi Kelly’emu.

– Dobry pomys³. Zgarnê go jednoczeœnie z Deaconem.

– Jutro rano zadzwoñ do mnie, jak tylko bêdziesz coœ wiedzia³. Chcê

mieæ jak najwiêcej amunicji, kiedy zacznê zeznawaæ.

– Jasne.

– Ach, zapomnia³bym. Odwiedzi³ mnie dziœ po po³udniu Johnny Donato.

– O rany – jêkn¹³ Dino. – Widzisz, jak to jest, kiedy nie s³uchasz moich rad?

– Powiedz mi lepiej, co o nim wiesz.

– No có¿, facet nie jest ani zwyk³ym ¿o³nierzem, ani ojcem chrzestnym. Ale

podobno ma szanse kiedyœ nim zostaæ, jeœli go ktoœ wczeœniej nie sprz¹tnie.

– Czy jest niebezpieczny?

– Kto to wie? Mo¿e napuœciæ na ciebie jakichœ zbirów, jeœli bêdzie pe-

wien, ¿e mu to ujdzie na sucho. Wed³ug mnie nie mia³by odwagi sam ciê zabiæ.

– Pokaza³ mi broñ, a ja mu pokaza³em swoj¹.

Dino parskn¹³ œmiechem.

– To sprawi, ¿e bêdzie siê trzyma³ z dala. Tacy jak Donato nie zadzieraj¹

z ludŸmi  uzbrojonymi  równie  dobrze  jak  oni  sami.  Powinieneœ  byæ  mu

wdziêczny, Stone. On jest buforem miêdzy tob¹ i Dolce. Dopóki ¿yje, ona nie

mo¿e podj¹æ ¿adnych decyzji o nieodwracalnych skutkach.

– Czemu uwa¿asz, ¿e Dolce mog³aby mieæ wobec mnie jakieœ zamia-

ry? – spyta³ Stone.

– Nie wiem. Wygl¹da na to, ¿e Eduardo wysoko ciê ceni, a nigdy wczeœ-

niej nie zdarzy³o mu siê darzyæ sympati¹ wybrañców Dolce.

– Sk¹d to wszystko wiesz?

– Od Mary Ann, a od kogó¿by innego?

– Dino, za daleko posuwasz siê w swoich przypuszczeniach.

– Tylko uwa¿aj, ¿eby nie zastrzeliæ Donato. To nie le¿a³oby w twoim

interesie.

background image

216

– Czeœæ – powiedzia³ Stone, odk³adaj¹c s³uchawkê.

Po chwili odezwa³ siê dzwonek u drzwi.

– Tak?

– Przyjecha³a kolacja – oznajmi³a Dolce.

58

W

esz³a z dwiema du¿ymi torbami pe³nymi wiktua³ów. Poca³owa³a Stone’a

w usta, wrêczy³a mu torby i rozejrza³a siê po mieszkaniu.

– £adnie tu – oceni³a po chwili namys³u. – Chocia¿ odrobinê ponuro.

Przyda³oby siê wiêcej barw, ale ogólnie mo¿e byæ.

– Poka¿ê ci kuchniꠖ powiedzia³ Stone.

To pomieszczenie spodoba³o siê Dolce znacznie bardziej.

– S¹ wszystkie sprzêty, jakich potrzebuje dziewczyna w kuchni. Znasz

siê na gotowaniu?

– Owszem, czasem trochê kucharzꠖ odpar³ Stone, odk³adaj¹c torby. –

Napijesz siê czegoœ?

– Lampkê strega poproszê.

– Przykro mi, ale tego akurat nie mam.

– Stone, spotykasz siê z W³oszk¹; czas siê odpowiednio zaopatrzyæ.

– Ale mam za to trochê dobrej oliwy z oliwek.

– Tylko jej nie wypij. A mo¿e kieliszeczek dobrego scotcha? Czy kupi-

³am doœæ chleba?

– Mam laphroaig – odpar³ Stone, zerkaj¹c do barku – glenlivet i dalwhin-

ney.

– Poproszê laphroaig. Bez lodu, z odrobin¹ zimnej wody. Stone nape³ni³

kieliszek.

Dolce skosztowa³a drinka i przytuli³a siê do Stone’a.

– Bardzo dobre – powiedzia³a. – Kiedy zobaczê sypialniê?

– Najpierw jedzenie, potem mi³oœæ – odpar³ Stone i zastanowi³ siê, dla-

czego u¿y³ s³owa „mi³oœæ”, a nie „seks”.

– S³usznie – zgodzi³a siê Dolce, zdejmuj¹c fartuch z wieszaka. – À pro-

pos, mia³eœ jak¹œ wiadomoœæ od Johnny’ego Donato?

– Czemu pytasz?

– Naprzykrza³ mi siê, ale chyba jest zbyt cwany, ¿eby niepokoiæ ciebie.

To mój m¹¿.

– Niepokoi³ mnie, i to dziœ po po³udniu. Przyszed³ tutaj.

Dolce zamknê³a oczy i zacisnê³a zêby.

background image

217

– Dopilnujê, ¿eby to siê nie powtórzy³o.

– Nie przejmuj siꠖ uspokoi³ j¹ Stone. – Chyba siê przestraszy³, kiedy

wspomnia³em o policji i FBI. On czuje, ¿e to dla niego zbyt g³êboka woda.

Dziewczyna nala³a wody do garnka, postawi³a na kuchence i zajê³a siê

siekaniem czosnku.

– Johnny zawsze wyp³ywa³ na zbyt g³êbok¹ wodê po tej stronie East

River – oznajmi³a Dolce. – To ch³opak z Brooklynu i nigdy nie powinien siê

stamt¹d ruszaæ.

– Przystojniak z niego – zauwa¿y³ Stone. – Rozumiem, ¿e móg³ ci za-

wróciæ w g³owie, kiedy mia³aœ dziewiêtnaœcie lat.

– Sêk w tym, ¿e Johnny nadal ma dziewiêtnaœcie lat – mówi³a Dolce,

siekaj¹c prosciutto. – Wyczynia straszne rzeczy, a potem domaga siê, ¿eby

mu wybaczyæ. To szczególny przypadek rozdwojenia jaŸni: raz jest kocha-

nym, s³odkim ch³opcem, a po chwili zamienia siê w rozwrzeszczanego ma-

niaka.

– Jak d³ugo z nim mieszka³aœ?

– Nieca³y miesi¹c. Ostatniego dnia walnê³am go w g³owê ciê¿kim ron-

dlem i zostawi³am na pod³odze w kuchni przekonana, ¿e nie ¿yje. Okaza³o

siê, ¿e ma twardszy ³eb, ni¿ przypuszcza³am.

– Przypominaj mi stale, ¿ebym ciê nie denerwowa³ – poprosi³ Stone.

Dolce pos³a³a mu s³odkie spojrzenie.

– No wiêc przypominam – powiedzia³a. – Nigdy mnie nie denerwuj.

Stone odkorkowa³ butelkê bia³ego wina, nala³ sobie i pow¹cha³.

– Mogê spróbowaæ? – spyta³a Dolce.

Poda³ jej lampkê.

Zakrêci³a kieliszkiem, pow¹cha³a i upi³a ma³y ³yk.

– Doskona³e wino. W³oskie?

– Mondavi reserve chardonnay, rocznik dziewiêædziesi¹ty czwarty. Nie

wszystko, co dobre, musi byæ w³oskie.

– Mondavi to w³oska nazwa – odpar³a pewnie Dolce. – A skoro mówi-

my o W³ochach, papa chce, ¿ebyœ przyszed³ jutro wieczorem na kolacjê.

– Z przyjemnoœci¹. Kto jeszcze bêdzie?

– Mary Ann, ale nie jestem pewna, czy Dino te¿. Przyjedziesz po mnie

o szóstej?

– Tak, oczywiœcie.

– O co chodzi z t¹ wielk¹ ³aw¹ przysiêg³ych? Co masz zeznaæ?

– ¯e nie zabi³em pewnej m³odej kobiety.

– A czy to prawda?

– Tak.

– Cieszê siê.

background image

218

Kolacja sk³ada³a siê ze spaghetti z sosem z prosciutto, groszku i œmietan-

ki. Stone’owi smakowa³y potrawy przygotowywane przez Dolce; coraz bar-

dziej lubi³ te¿ j¹ sam¹. Czasem sprawia³a wra¿enie twardej jak stal, ale teraz,

w kuchni, by³a delikatna, zabawna i urocza. A jak gotowa³a!

– Masz ochotê na kawa³ek ciasta od cioci Rosarii? – spyta³a, gdy skoñ-

czyli jeœæ.

– Tak, ale najpierw wezwij karetkꠖ odpar³ Stone. – Po takiej kolacji i de-

serze równie dobrze móg³bym sobie wstrzykn¹æ w ¿y³ê dawkê cholesterolu.

Po kolacji weszli na górê. Dolce obejrza³a sypialnie równie dok³adnie

jak wczeœniej salonik.

– Panuje tu bardzo mêski klimat.

– Mieszka tu osoba p³ci mêskiej – przypomnia³ jej Stone.

– Ani przez chwilê o tym nie zapominam – zagrucha³a Dolce, rozpina-

j¹c mu pasek. Spodnie opad³y na pod³ogê.

– Chyba zosta³em bez portek – zauwa¿y³ Stone.

Dolce œci¹gnê³a jego slipy a¿ do kostek. Stone uwolni³ z nich stopy.

– Dzisiaj chyba nie gro¿¹ nam ¿adne… rozczarowania – powiedzia³,

rozpinaj¹c bluzkê Dolce i ca³uj¹c jej piersi.

– Wiem – szepnê³a.

59

N

azajutrz rano Stone spotka³ Billa Eggersa na stopniach budynku s¹du;

razem weszli do œrodka i stanêli na korytarzu przed sal¹ posiedzeñ wiel-

kiej ³awy przysiêg³ych.

– Tutaj zaczaimy siê na Martina Broughama – powiedzia³ Eggers.

Usiedli na ³awce pod œcian¹.

– Jesteœ pewien, ¿e to najlepszy sposób za³atwienia sprawy? – spyta³ Stone.

– Nie odbiera³ mojego telefonu wczoraj wieczorem – odpar³ Eggers –

a wiêc moim zdaniem, jedyny.

– Trudno, niech tak bêdzie.

– Jad³em wczoraj kolacjê z Eduardem Bianchim – oznajmi³ Eggers. –

Du¿o o ciebie wypytywa³.

– Naprawdê? Co chcia³ wiedzieæ?

– To co zwykle przysz³y teœæ.

Stone nic nie odpowiedzia³, ale poczu³ siê nieswojo.

background image

219

– Pyta³ o twoje wychowanie i wykszta³cenie, sprawy finansowe i per-

spektywy.

– I co mu powiedzia³eœ?

– Prawdê, oczywiœcie. Takim ludziom jak on siê nie k³amie.

– Jak zareagowa³?

– Znam Eduarda od doœæ dawna, i dopiero wczoraj wieczorem po raz

pierwszy us³ysza³em z jego ust przychyln¹ opiniê o kimkolwiek. Rzecz jasna,

Bianchi jest nies³ychanie skrytym cz³owiekiem i bardzo rzadko wypowiada³

siê o ludziach Ÿle. Muszê jednak przyznaæ, ¿e by³em zaskoczony.

– Tym, ¿e ktoœ ma o mnie dobre zdanie?

Eggers parskn¹³ œmiechem.

– Nie ktoœ, tylko Eduardo. Na nim naprawdê trudno zrobiæ wra¿enie.

Stone zamierza³ zadaæ kolejne pytanie, kiedy z g³êbi korytarza dobieg³y

odg³osy jakiegoœ poruszenia. Martin Brougham przesuwa³ siê wolno w t³u-

mie reporterów. Na jego widok Eggers wsta³; Stone nie zmieni³ pozycji.

– Dzieñ dobry, Marty – powiedzia³ Eggers g³oœno, jakby nie zauwa¿y³

obecnoœci dziennikarzy.

Wyci¹gn¹³ d³oñ i Brougham, chc¹c nie chc¹c, musia³ j¹ uœcisn¹æ.

– Dzieñ dobry, Bill. Wybacz, ale…

– Marty, s³ysza³em, ¿e zamierzasz wezwaæ Stone’a przed wielk¹ ³awê

przysiêg³ych, wiêc postanowi³em oszczêdziæ ci k³opotu i przyprowadzi³em

go tutaj. Od razu mo¿e odpowiedzieæ na pytania sêdziów – oznajmi³ Bill,

daj¹c rêk¹ znak Stone’owi.

Stone wsta³ i poda³ Broughamowi rêkê.

– Dzieñ dobry, panie Brougham – powiedzia³ g³oœno, tak aby zarejestro-

wa³y to mikrofony reporterów. – Przyby³em tu dobrowolnie, ¿eby odpowie-

dzieæ na wszelkie pytania, które zechce pan zadaæ na temat moich kontaktów

z Susan Bean oraz tego, co robi³em owego wieczoru, kiedy zginê³a. Czy mo¿e

pan poœwiêciæ mi czas w pierwszej kolejnoœci?

Brougham by³ wyraŸnie zmieszany, chocia¿ stara³ siê tego nie okazywaæ.

– Postaram siê, panie Barrington. Doceniam to, ¿e dobrowolnie zgodzi³

siê pan zeznawaæ.

– Bardzo mi na tym zale¿y – doda³ Stone, nie puszczaj¹c rêki prokurato-

ra. – Pamiêta pan pewnie, ¿e ju¿ wczeœniej deklarowa³em gotowoœæ wszel-

kiej wspó³pracy w tej sprawie.

– Tak, oczywiœcie – odrzek³ Brougham, wyrywaj¹c wreszcie d³oñ z uœci-

sku Stone’a. – Proszê zaczekaæ, panie Barrington. Postaram siê poprosiæ pana

jak najszybciej.

– Marty, czy moglibyœmy porozmawiaæ chwilê na osobnoœci? – spyta³

Eggers. – Posiadam pewne informacje, które mog¹ mieæ znaczenie dla tej

sprawy, i chcia³bym siê nimi z tob¹ podzieliæ, zanim rozpoczniesz posiedze-

nie wielkiej ³awy przysiêg³ych.

background image

220

– Przykro mi, Bill, ale w tej chwili nie mam czasu; mo¿e póŸniej. – Brou-

gham odwróci³ siê i wszed³ do sali.

– Wczoraj wieczorem próbowa³em siê do ciebie dodzwoni栖 zawo³a³

Eggers. Brougham zamkn¹³ drzwi.

Reporterzy skupili siê wokó³ Eggersa.

– Jakie informacje ma pan dla prokuratora?

– Bêdzie lepiej, jeœli przeka¿ê je najpierw panu prokuratorowi, a dopie-

ro póŸniej pañstwu – odpar³ Eggers. – Proszê wybaczyæ.

Usiad³ obok Stone’a.

– Teraz musi ciê wezwa栖 szepn¹³ – bo jeœli nie, prasa rozerwie go na

strzêpy.

Stone siedzia³ w milczeniu. Na korytarzu pojawili siê inni œwiadkowie, któ-

rzy mieli zeznawaæ przed wielk¹ ³aw¹ przysiêg³ych. Stone skin¹³ g³ow¹ sier¿an-

towi Timowi Ryanowi z dziewiêtnastego posterunku, którego zna³ od lat. Zd¹¿yli

zamieniæ parê s³ów, gdy przerwa³ im sygna³ telefonu komórkowego Stone’a.

– Przepraszam – powiedzia³ Stone.

Oddali³ siê na koniec korytarza i wyj¹³ aparat.

– Halo?

– Mówi Dino.

Stone niemal s³ysza³ jego œmiech.

– Co siê sta³o?

– Godzinê temu weszliœmy do mieszkania Deacona i zgadnij, co znaleŸ-

liœmy.

– Mam nadziejê, ¿e narzêdzie zbrodni.

– A¿ tyle szczêœcia nie mieliœmy, ale wpad³ nam w rêce dziennik Susan.

– Œwietnie! Zd¹¿y³eœ go przeczytaæ?

– Oczywiœcie. Jest bardzo lakoniczny, ale mo¿na wyczytaæ o spreparo-

waniu taœm w procesie Dantego.

– Czy zapiski Susan wskazuj¹ na udzia³ Broughama?

– Nie wprost, ale skoro Susan Bean wiedzia³a o taœmach, trudno uwie-

rzyæ, ¿e Marty by³ nieœwiadomy manipulacji. Tak czy owak, wszystko to kie-

ruje podejrzenie na Deacona; sam fakt posiadania pamiêtnika go obci¹¿a.

Staje siê naszym g³ównym podejrzanym. Mo¿na te¿ zak³adaæ, ¿e Mick Kelly

pomaga³ mu po fakcie. Mogê wyrzuciæ Kelly’ego z policji choæby za to, ¿e

nie zawiadomi³ o pobycie Deacona w pobli¿u miejsca zbrodni.

– Aresztowa³eœ ju¿ Deacona?

– Jeszcze nie, ale szukamy go; Kelly’ego te¿. Nie rozes³a³em jeszcze

listu goñczego, ¿eby ich nie wystraszyæ.

– To wspania³a wiadomoœæ, Dino. I trudno o lepszy moment.

– Czy ju¿ zeznawa³eœ?

– W³aœnie czekam na korytarzu.

background image

221

– Daj Broughamowi popaliæ ode mnie.

– Za³atwione. Czy mogê wykorzystaæ to, co mi w³aœnie powiedzia³eœ?

– Z moim b³ogos³awieñstwem. Do zobaczenia póŸniej.

– Przychodzisz dzisiaj na kolacjê do Bianchiego?

– Zosta³em zaproszony – odpar³ Dino.

– A wiêc tam siê spotkamy. – Stone od³o¿y³ s³uchawkê i wróci³ na miejsce.

– Co nowego? – spyta³ Eggers.

– Nie uwierzysz, ale…

W tej samej chwili otwar³y siê drzwi sali posiedzeñ wielkiej ³awy przy-

siêg³ych. WoŸny wytkn¹³ g³owê.

– Zawo³ajcie Stone’a Barringtona! – krzykn¹³.

– Tu jestem – odpowiedzia³ Stone, podnosz¹c siê.

Mê¿czyzna otworzy³ do koñca drzwi i wprowadzi³ go do œrodka.

Stone szybkim krokiem zbli¿y³ siê do miejsca dla œwiadka i usiad³ na-

przeciwko przysiêg³ych, grupy zwyczajnie wygl¹daj¹cych ludzi, którzy sie-

dzieli w dwóch d³ugich ³awkach. Martin Brougham skrzy¿owa³ rêce na pier-

siach i rozgl¹da³ siê z buñczuczn¹ min¹. WoŸny zaprzysi¹g³ Stone’a.

– Proszê podaæ nazwisko i imiꠖ powiedzia³ Brougham.

Stone przedstawi³ siê, po czym doda³: 

– Proszê zanotowaæ, ¿e nie zosta³em tu wezwany, lecz stawi³em siê przed

tym zgromadzeniem dobrowolnie.

– Tak, tak – rzuci³ zniecierpliwiony Brougham. – Panie Barrington, czym

siê pan zajmuje?

– Jestem adwokatem.

– Kiedyœ pracowa³ pan w policji, prawda?

– Tak. S³u¿y³em w nowojorskiej policji czternaœcie lat. Zakoñczy³em s³u¿-

bê w stopniu starszego detektywa.

– W jakich okolicznoœciach odszed³ pan ze s³u¿by? Dlaczego nie docze-

ka³ pan emerytury?

– Zosta³em ranny podczas pe³nienia obowi¹zków i zwolniony z przyczyn

zdrowotnych. Otrzyma³em pe³n¹ emeryturê i wszelkie inne œwiadczenia.

Ta odpowiedŸ zaskoczy³a Broughama. Widaæ nie by³ na to przygotowany.

– Rozumiem – powiedzia³ prokurator, zebrawszy myœli. – Czy zna³ pan

Susan Bean przed jej œmierci¹?

– Tak. Pozna³em j¹ u pana w domu.

Stone poda³ datê przyjêcia.

Brougham skrzywi³ siê. NajwyraŸniej wola³, ¿eby nie trafi³o to do steno-

gramu.

– Ale zna³ pan j¹ ju¿ wczeœniej?

– Broni³em kiedyœ w procesie, w którym panna Bean by³a asystentk¹

prokuratora, lecz bardzo s³abo j¹ zapamiêta³em. Kiedy spotka³em pannê Bean

background image

222

w pañskim domu, nie wiedzia³em, ¿e poznaliœmy siê wczeœniej. Ona równie¿

nie wspomnia³a o tym w rozmowie.

– Czy nie jest prawd¹, ¿e kilka lat temu spotka³ pan pannê Bean w barze,

zaprowadzi³ j¹ do domu i uwiód³?

– Przedstawi³em ju¿ wszystkie fakty dotycz¹ce mojej znajomoœci z pan-

n¹ Bean. Nie mam nic do dodania.

– Czy uwiód³ j¹ pan?

– Odpowiedzia³em ju¿ na to pytanie.

Brougham zwróci³ siê twarz¹ do wielkiej ³awy przysiêg³ych.

– Czy nie jest prawd¹, ¿e zamordowa³ pan Susan Bean w ataku wœcie-

k³oœci?

– Nie jest to prawd¹. Nie zabi³em Susan Bean ani nie wyrz¹dzi³em jej

¿adnej innej krzywdy – odpar³ spokojnie Stone, zwracaj¹c siê do przysiêg³ych.

Brougham zaczerpn¹³ g³êboko tchu, uniós³ siê na palce i podniós³ g³os.

– Czy nie jest prawd¹, ¿e…

– Prawd¹ jest natomiast – przerwa³ mu Stone – ¿e kilka minut temu po-

rucznik Bacchetti, szef wydzia³u œledczego dziewiêtnastego posterunku policji

poinformowa³ mnie telefonicznie, i¿ znane jest nazwisko g³ównego podejrza-

nego w sprawie morderstwa Susan Bean. Policja ju¿ rozpoczê³a poszukiwania.

Martin Brougham wypuœci³ powietrze z gard³owym charkotem.

– Co pan?…

– Porucznik Bacchetti stwierdzi³, ¿e owym podejrzanym jest niejaki Tho-

mas Deacon, zwierzchnik departamentu œledczego prokuratury rejonowej.

Broughamowi odebra³o g³os. Sta³ na wprost przysiêg³ych blady jak œcia-

na, z otwartymi ustami. Zaczerpn¹³ tchu.

– Jest pan wolny, panie Barrington.

– Czy nie zechce pan zapoznaæ siê z dowodami œwiadcz¹cymi przeciw

Deaconowi, panie Brougham?

– Jest pan wolny! – krzykn¹³ Brougham.

Stone wsta³ i wyszed³ z sali. Bill Eggers czeka³ na korytarzu.

– Szybko to za³atwi³eœ. Jak posz³o?

Stone otworzy³ usta, ¿eby odpowiedzieæ. W tej samej chwili ujrza³ zbli-

¿aj¹cych siê Toma Deacona i Michaela Kelly’ego.

– Przepraszam ciê na chwilꠖ powiedzia³, odwracaj¹c siê do Tima Ry-

ana. – Mogê po¿yczyæ twoje kajdanki?

Ryan bez s³owa siêgn¹³ za pas.

– Zamierzam dokonaæ aresztowania obywatelskiego – oznajmi³ Stone. –

Pomo¿esz mi?

– Jasne, stary – odpar³ Ryan.

– Znasz Deacona i Kelly’ego?

– Tak.

background image

223

– Ja wezmê Deacona, a ty uwa¿aj, ¿eby Kelly nie strzeli³ mi w plecy.

– Dobra.

Stone schowa³ lew¹ rêkê z kajdankami za siebie. Z wyci¹gniêt¹ praw¹

d³oni¹ ruszy³ naprzeciw Deacona.

– Czeœæ, Tom.

Deacon zrobi³ zdziwion¹ minê, ale wyci¹gn¹³ rêkê.

Stone przytrzyma³ j¹ i b³yskawicznym ruchem zapi¹³ kajdanki.

– Jesteœ aresztowany za zamordowanie Susan Bean – oœwiadczy³. Nim

Deacon zd¹¿y³ zareagowaæ, Stone wykrêci³ mu ramiê, popchn¹³ do œciany

i sku³ rêce za plecami. Nastêpnie obróci³ go, wyrwa³ pistolet z futera³u i wy-

j¹³ z wewnêtrznej kieszeni marynarki odznakê policyjn¹.

– Nie bêdzie ci ju¿ potrzebna.

Stone us³ysza³ odg³os upadaj¹cego cia³a; obejrza³ siê. Mick Kelly le¿a³

brzuchem na marmurowej pod³odze, a Tim Ryan siedzia³ na jego plecach

i zak³ada³ kajdanki.

– Zabierz mu broñ i odznakꠖ poleci³ Stone – i odczytaj prawa areszto-

wanego. Ja zadzwoniê na policjê.

Popchn¹³ Deacona na ³awkê, wyci¹gn¹³ telefon i wybra³ numer Dina.

– Halo?

– Mówi Stone. W³aœnie dokona³em obywatelskiego aresztowania.

60

J

eff Banion czuwa³ na swoim posterunku przed kamienic¹, gdy w blasku

latarni  ujrza³  nadje¿d¿aj¹cego  wielkiego  mercedesa  Howarda  Menziesa

z dwoma mê¿czyznami na przednich siedzeniach. Wóz zatrzyma³ siê pod

markiz¹. Sylwetka kierowcy, który w³aœnie wysiad³, wyda³a siê Jeffowi zna-

joma. Po chwili rozpozna³ siostrzeñca Menziesa, Petera Hausmana, mimo ¿e

na jego jeszcze rano niemal ³ysej g³owie piêtrzy³a siê teraz burza w³osów.

– Zaraz wracam – oznajmi³ z gard³owym niemieckim akcentem. – Nie

ma potrzeby zapowiadaæ. Pan Menzies mnie oczekuje.

– Dobrze – odpar³ Jeff. Zerkn¹wszy w bok, spostrzeg³ umundurowane-

go stra¿nika miejskiego wypisuj¹cego mandaty za niew³aœciwe parkowanie.

Otworzy³ drzwi mercedesa i wsiad³.

– Przepraszam pana – zwróci³ siê do nieznajomego mê¿czyzny. – Mu-

szê przestawiæ samochód, bo za chwilê pan Menzies dostanie mandat.

– Oczywiœcie – odpar³ tamten. – Niez³a bryka, co?

Jeff odjecha³ kilka metrów dalej.

background image

224

– Fakt. Zaczekajmy, a¿ ten gliniarz przejdzie.

– Kupi³by pan ten wóz?

– Jasne – rozeœmia³ siê Jeff. – Zaraz wypiszê czek.

– Nie rozumiem tego Menziesa – mówi³ nieznajomy. – Naby³ u nas ten

samochód nieca³e dwa tygodnie temu i ju¿ go odsprzeda³.

– Naprawdê?

– Tak. Mam go odwieŸæ na lotnisko Kennedy’ego, a potem odprowa-

dziæ wóz. Pozbycie siê go kosztowa³o Menziesa tyle, ile taka limuzyna traci

rocznie na wartoœci.

Stra¿nik znikn¹³ za rogiem.

– Có¿, ludzie robi¹ czasami dziwne rzeczy – zauwa¿y³ filozoficznie Jeff.

Wróci³ na swój posterunek zastanawiaj¹c siê, dlaczego Menzies postano-

wi³ sprzedaæ nowy samochód. Zadzwoni³ wewnêtrzny telefon.

– Tu Jeff.

– Mówi Howard Menzies. Jeff, czy móg³byœ wejœæ na górê i pomóc mi

w przenoszeniu baga¿y?

– Oczywiœcie, panie Menzies. Zaraz tam bêdê. – Jeff zwróci³ siê do Ral-

pha. – Przypilnuj drzwi. Muszê pomóc panu Menziesowi.

Wjecha³ wind¹ na szesnaste piêtro. Drzwi mieszkania Menziesa sta³y

otwarte.

– Halo? – zawo³a³ portier.

– WejdŸ, Jeff – odezwa³ siê Menzies. – Jestem w gabinecie.

Peter Hausman min¹³ Jeffa z dwiema walizkami w d³oniach, kieruj¹c siê

do windy.

Jeff wszed³ do gabinetu.

– W sypialni zosta³o jeszcze kilka baga¿y – powiedzia³ Menzies.

– Wybiera siê pan w podró¿? – spyta³ Jeff.

– Tylko na kilka dni – odpar³ Menzies, dŸwigaj¹c ciê¿k¹ walizê. – Od-

wozimy z Peterem prochy mojej ¿ony do ojczyzny. Nieweso³a misja.

– Rzeczywiœcie. Strasznie mi przykro z powodu jej œmierci. Wezmê po-

zosta³e walizki.

Jeff wszed³ do pokoju; na ³ó¿ku le¿a³y dwa niewielkie nesesery. Schyla-

j¹c siê po nie, uderzy³ w coœ stop¹. Pochyli³ siê, ¿eby zobaczyæ, co to takiego.

Uniós³ brzeg poœcieli – na pod³odze le¿a³ pistolet w kaburze z uprz꿹. No

có¿, niektórzy ludzie maj¹ przesadne wyobra¿enie na temat niebezpieczeñstw

¿ycia w Nowym Jorku. DŸwign¹³ walizeczki i zaniós³ do windy.

Zjecha³ na dó³ razem z Menziesem i jego siostrzeñcem, którzy nie ode-

zwali siê ani s³owem. Jeff zamierza³ spytaæ o sprzeda¿ mercedesa, lecz przy-

sz³o mu do g³owy, ¿e to nie jego sprawa, wiêc zrezygnowa³. Gdy winda dotar-

³a na parter, za³adowa³ walizki do baga¿nika, tak wype³nionego, ¿e trzeba

by³o poprzek³adaæ baga¿e, aby domkn¹æ klapê.

background image

225

Menzies wyci¹gn¹³ rêkê.

– Dziêkujê ci za wszelk¹ pomoc, Jeff. Do zobaczenia… za parê dni –

powiedzia³ Menzies, podaj¹c d³oñ portierowi.

– Przyjemnej podró¿y, panie Menzies – odpar³ portier. Zdziwi³ siê, gdy

otworzywszy po chwili d³oñ, ujrza³ dwa zwiniête banknoty studolarowe. Mer-

cedes ruszy³ Pi¹t¹ Alej¹ i po chwili znikn¹³ za rogiem, kieruj¹c siê na wschód.

Jeff wróci³ do budynku, rozmyœlaj¹c o tym, czego by³ œwiadkiem. To

wszystko do siebie nie pasowa³o: czupryna Hausmana, sprzeda¿ mercedesa,

hojny napiwek. Portier nie móg³ siê uwolniæ od przeczucia, ¿e ju¿ nigdy nie

zobaczy Howarda Menziesa.

Po raz dziesi¹ty wyj¹³ z kieszeni skrawek gazety i przeczyta³ artyku³. Sie-

dem morderstw, napisa³ autor. Portier schowa³ papier i podj¹³ decyzjê.

– Ralph, czy móg³byœ jeszcze przez chwilê zerkn¹æ na drzwi? Muszê

skorzystaæ z telefonu na zapleczu.

Jeff nie by³ wprawdzie pewien, czy postêpuje s³usznie, ale musia³ to zro-

biæ.

61

W

rezydencji Bianchiego Stone’a przywita³ lokaj Pietro; zaprowadzi³ go

 wprost na taras wychodz¹cy na rozleg³y ogród. Eduardo Bianchi cze-

ka³ na wyœcie³anym fotelu z kutego ¿elaza. Wsta³, aby przywitaæ goœcia.

– Dobry wieczór, Stone – rzek³ ciep³ym g³osem, podaj¹c mu d³oñ i wska-

zuj¹c s¹siedni fotel. – Kobiety gawêdz¹ o swoich sprawach, a my tymczasem

mo¿emy wypiæ razem aperitif. Wieczór jest dzisiaj taki piêkny.

– Czego siê pan napije, panie Barrington? – spyta³ Pietro.

– Poproszê o lampkê strega, jeœli mo¿na.

Pietro pokraœnia³ na znak aprobaty dla gustu goœcia, uk³oni³ siê i wyszed³.

– Doprawdy piêkny wieczór – powiedzia³ Stone. Promienie zachodz¹-

cego s³oñca i d³ugie cienie uk³ada³y siê w kobierzec œwiat³a przeplatany ciem-

nymi plamami. – Pañski ogród równie¿ jest niezwyk³ej urody.

– Dziêkujꠖ odrzek³ Bianchi. – S¹dzê, ¿e ze wszystkiego, co posiadam,

w³aœnie on sprawia mi najwiêcej radoœci. Starzejê siê, dlatego koj¹ca by³aby

œwiadomoœæ, ¿e ten dom oraz ogród przejd¹ w rêce kogoœ, kto doceni ich

wartoϾ.

– Doskonale rozumiem. Odnoszê wra¿enie, ¿e jest pan dziœ w refleksyj-

nym nastroju.

– Zdarza mi siê to coraz czêœciej. To przywilej staroœci, jak s¹dzê.

15 – Kr¹g strachu

background image

226

– Ale¿ pan nie wygl¹da staro.

Bianchi uœmiechn¹³ siê wyrozumiale.

– Kiedy bêdzie pan w moim wieku, pojmie pan, ¿e staroœæ to coœ wiêcej

ani¿eli kondycja cia³a – to stan umys³u. Choæbym stara³ siê ze wszystkich si³,

nie potrafiê ju¿ myœleæ tak jak m³ody mê¿czyzna, albo nawet mê¿czyzna

w œrednim wieku. Jasnoœæ umys³u wieku dojrza³ego to wielki dar od Boga;

dziêki niemu mogê bez koñca zadawaæ sobie pytania: Czy dobrze wykorzy-

sta³em swoje ¿ycie? Czy da³em szczêœcie bliŸnim? Czy moje grzechy zosta³y

przebaczone?

Stone s³ucha³ w milczeniu.

– Odby³em  wczoraj  d³u¿sz¹  rozmowê  z Billem  Eggersem –  oznajmi³

Bianchi, zmieniaj¹c nagle temat. – Dotyczy³a g³ównie pana.

– Bill wspomina³, ¿e zjedli panowie razem lunch.

– K³opoty, które spotka³y pana ze strony prokuratury rejonowej, to ju¿

przesz³oœæ, jak mniemam.

– Mo¿na tak powiedzieæ. Nie rozmawia³em z Dino od rana; jest zajêty

przes³uchiwaniem Toma Deacona w sprawie morderstwa Susan Bean. Mam

nadziejê, ¿e dobrze mu idzie.

– O tak, z ca³¹ pewnoœci¹ – rzek³ Bianchi tonem, który wskazywa³, ¿e

wie na ten temat coœ wiêcej. – S¹dzê, ¿e ten Brougham nie bêdzie siê ju¿ panu

wiêcej naprzykrza³.

– Jestem pañskim d³u¿nikiem – oznajmi³ Stone.

Bianchi machn¹³ rêk¹.

– Nie ¿yczê sobie, ¿eby moi przyjaciele poczuwali siê do wdziêcznoœci

wobec mnie. Jeœli udaje mi siê wyœwiadczyæ komuœ przys³ugê, to samo to jest

wystarczaj¹c¹ nagrod¹. Tak powinien myœleæ ka¿dy mê¿czyzna.

– Poza tym – ci¹gn¹³ Bianchi – nie powinien pan czuæ siê moim d³u¿ni-

kiem. Musi pan zachowaæ niezale¿noœæ, zw³aszcza ode mnie.

Stone nie wiedzia³, co o tym myœleæ.

– Bill Eggers opowiedzia³ mi o panu niema³o. Dziêki temu mog³em od-

powiedzieæ sobie na wiele pytañ oraz stworzyæ na swój u¿ytek pe³niejszy

obraz pañskiej osoby. I muszê powiedzieæ, ¿e to, co us³ysza³em, w pe³ni po-

twierdzi³o moj¹ pierwsz¹, intuicyjn¹ ocenê.

Stone s³ucha³ z rosn¹cym zaciekawieniem.

– Z przyjemnoœci¹ dowiedzia³em siê, ¿e jest pan uczciwym cz³owiekiem,

lojalnym przyjacielem i posiada rozwiniête poczucie sprawiedliwoœci. Jestem

przekonany, ¿e mê¿czyzna taki jak pan by³by mi bardzo pomocny w wielu

moich interesach.

– Eduardo – odezwa³ siê Stone. – Pañskie zaufanie bardzo mi pochle-

bia, ale wola³bym byæ pañskim przyjacielem ni¿ pracownikiem.

background image

227

Bianchi uœmiechn¹³ siê szeroko. Stone po raz pierwszy zobaczy³ radoœæ

na jego obliczu.

– W ten sposób potwierdza pan, ¿e siê nie myli³em – oœwiadczy³ Bian-

chi. – Z pewnoœci¹ ma pan œwiadomoœæ, jak wa¿na jest dla mnie Dolce.

– Oczywiœcie – odpar³ Stone, zastanawiaj¹c siê, dlaczego rozmowa kie-

ruje siê na córkê Eduarda.

– Jej szczêœcie, jej bezpieczeñstwo stanowi¹ dla mnie najwy¿sz¹ war-

toœæ. Wnuk jest równie wa¿ny, lecz Dolce zajmuje w mym sercu specjalne

miejsce. Jest do mnie tak podobna, tak wiele rozumie – moraln¹ dwuznacz-

noœæ ¿ycia w bogactwie, to, ¿e sprawiedliwoœæ jest koniecznym warunkiem

sukcesu, sens w³aœciwego korzystania z maj¹tku. Bardzo pragnê, aby sta³a siê

kobiet¹ w pe³nym znaczeniu tego s³owa. Rzecz jasna, przez pewien czas by³o

to niemo¿liwe, lecz teraz…

W tym momencie zadzwoni³a komórka Stone’a. Zak³opotany, wyj¹³ tele-

fon z kieszeni.

– Proszê wybaczyæ, Eduardo. Niewielu ludzi zna mój numer, wiêc to

musi byæ coœ wa¿nego i powinienem odebraæ.

– Ale¿ oczywiœcie, proszê.

– Halo?

– Mówi Dino. Jesteœ z Eduardem?

– Tak.

– A wiêc dobrze, ¿e zadzwoni³em.

– O czym mówisz?

– Wyjaœniê ci wszystko za minutê. Tyle mi zajmie dotarcie do drzwi jego

domu. Czekaj tam na mnie. Nici z dzisiejszej kolacji.

– Dino, o czym ty mówisz, do cholery?

– Mitteldorfer siê pokaza³.

– Zaraz tam bêdê. – Stone zamkn¹³ klapkê telefonu i wsta³. – Eduardo,

jest mi bardzo przykro, ale nie bêdê móg³ zostaæ na kolacji. W³aœnie dzwoni³

Dino. Mê¿czyzna, którego szukamy, ten, który zagra¿a³ Mary Ann i Benowi,

w³aœnie siê gdzieœ pojawi³. Dino ju¿ po mnie jedzie.

Bianchi wsta³.

– Rozumiem, Stone. Bardzo mi przykro, ¿e przerwano nam rozmowê.

Ufam, ¿e niebawem bêdziemy mogli j¹ dokoñczyæ.

– Proszê przekazaæ moje przeprosiny Dolce i Mary Ann.

– Oczywiœcie.

Podali sobie d³onie; Stone pospieszy³ do wyjœcia; Pietro otworzy³ mu

drzwi. Wycie policyjnych syren rozleg³o siê ze zdwojon¹ si³¹.

background image

228

62

S

tone ledwie zd¹¿y³ wsi¹œæ do samochodu, który prawie siê nie zatrzyma³.

Jeszcze nie zd¹¿y³ zapi¹æ pasa, a Dino ju¿ przycisn¹³ peda³ gazu. Fontan-

ny ¿wiru wystrzeli³y spod kó³ wozu.

– Mów – poprosi³ Stone, gdy tor jazdy ustabilizowa³ siê nieco.

– Zadzwoni³ portier z kamienicy przy Park Avenue – zacz¹³ Dino wy-

przedzaj¹c kolejny samochód. Jechali z migaj¹cym kogutem, a zawodzenie

syreny miesza³o siê z wyciem silnika pracuj¹cego na najwy¿szych obrotach. –

Rozpozna³ Petera Hausmana z portretu pamiêciowego, ale nie od razu zdoby³

siê na to, ¿eby zatelefonowaæ. Mitteldorfer mieszka³ w tym domu pod nazwi-

skiem Howard Menzies.

– Zachowa³ inicja³y – zauwa¿y³ Stone.

– Tak, mo¿e kaza³ je sobie kiedyœ wyhaftowaæ na rêcznikach. W ka¿dym

razie, Hausman zjawi³ siê w kamienicy zaraz po tym, jak aresztowaliœmy jego

brata. Wieczorem Mitteldorfer sprzeda³ z du¿¹ strat¹ nowiutkiego mercedesa

z powrotem do salonu, spakowa³ manatki i ruszy³ prosto na lotnisko Kenne-

dy’ego. Powiedzia³, ¿e chce odwieŸæ prochy ¿ony do ojczyzny.

– Prochy Eloise Enzberg, jak rozumiem?

– Zgad³eœ. Portier rozpozna³ j¹ na zdjêciu, które pokaza³ mu Anderson.

– A wiêc leci do Niemiec?

– Nie da³bym za to g³owy. W ci¹gu jednej godziny odlatuj¹ samoloty do

Londynu,  Pary¿a,  Rzymu  i kilku  innych  stolic,  nie  licz¹c  czterech  miast

w Niemczech. Kazaliœmy szukaæ nazwisk Menziesa i Hausmana na wszyst-

kich listach pasa¿erów. Andy czeka ju¿ na lotnisku; dowiemy siê wiêcej po

dotarciu na miejsce.

Dino a¿ siê przechyli³ w prawo, wyprzedzaj¹c ciê¿arówkê.

– Jeœli do¿yjemy – wtr¹ci³ Stone, zaciskaj¹c zêby. Dino jeŸdzi³ bardzo

szybko w normalnych warunkach, a teraz, gdy sytuacja wymaga³a poœpiechu,

przechodzi³ samego siebie. – Wyci¹gn¹³eœ coœ z Deacona?

– Nie powiedzia³ ani s³owa. Jest na to zbyt cwany.

– Niech to szlag!

Dino uœmiechn¹³ siê przebiegle.

– Ale z³ama³em Micka Kelly’ego. Dobi³em z nim targu.

– Czy Kelly mo¿e pogr¹¿yæ Deacona?

– I to jak. Deacon mia³ krew na rêkawach koszuli, kiedy Kelly spotka³

siê z nim po morderstwie. Zaszanta¿owa³ Deacona, ¿eby ten za³atwi³ mu ro-

botê w prokuraturze. Mia³ szczêœcie, ¿e Deacon nie poder¿n¹³ mu gard³a.

– Dobra robota, Dino! A co z Broughamem?

background image

229

– Musia³ wiedzieæ o przekrêcie z taœm¹, ale nie dostaniemy go, jeœli

Deacon nie zacznie przeciwko niemu zeznawaæ. Na razie Brougham ust¹pi³

ze stanowiska.

Dino pojecha³ skrótem: zamiast skierowaæ siê na trasê Long Island Express-

way, przemyka³ uliczkami w dzielnicach mieszkalnych i przemys³owych.

Stone zauwa¿y³, ¿e strza³ka prêdkoœciomierza ani przez chwilê nie opa-

d³a poni¿ej stu kilometrów na godzinê, a czasami przekracza³a sto trzydzie-

œci. Jeszcze nigdy nie jecha³ tak szybko w terenie zabudowanym.

– Jak tam rozmowa z Eduardem? – spyta³ Dino

– Trzymaj kierownicê i nie gadaj – burkn¹³ Stone.

– Lepiej mi siê prowadzi, kiedy z kimœ rozmawiam – odpar³ Dino. W³a-

œnie œci¹³ zakrêt obok domu na rogu ulicy, podskakuj¹c na krawê¿niku. Led-

wo unikn¹³ zderzenia z ciê¿arówk¹ dostawcz¹. – Co ci powiedzia³?

– ¯e Brougham nigdy wiêcej nie sprawi k³opotów.

– To bêdzie mu na rêkê, co? Proces Dantego zostanie powtórzony, a Edu-

ardo zbierze laury od kumpli z ferajny.

– Nie powinieneœ zapominaæ, ¿e nie ugryŸlibyœmy tej sprawy bez jego

pomocy.

– Ta œwiadomoœæ odbiera mi trochê satysfakcji – stwierdzi³ Dino, wpa-

daj¹c jak wariat na szeœciopasmow¹ trasê dojazdow¹ do lotniska, zat³oczon¹

samochodami. – Czy Eduardo zd¹¿y³ ci zaproponowaæ?

– Niby co?

– Ma³¿eñstwo.

– O czym ty bredzisz, Dino? – spyta³ Stone, zaciskaj¹c powieki. O cen-

tymetry wyminêli zepsuty samochód stoj¹cy na poboczu.

– Chyba wiesz, o co mu chodzi? Eduardo próbuje za³atwiæ mê¿a dla Dolce.

– Dolce jest ju¿ mê¿atk¹, Dino.

– Nie mówi³em ci? Dzisiaj po po³udniu ktoœ za³atwi³ Johnny’ego Donato.

Stone znieruchomia³.

– ¯artujesz. Powiedz mi, ¿e to ¿art.

– Nie ¿artujê.

– Kto to zrobi³?

– Prawdopodobnie nigdy siê tego nie dowiemy, ale nie pad³bym trupem

ze zdziwienia, gdyby mi ktoœ powiedzia³, ¿e zrobi³a to sama Dolce. Klasycz-

ne zabójstwo mafijne: dwa pociski w ty³ g³owy.

Dino zachichota³.

– Nie widzê w tym nic œmiesznego – ¿achn¹³ siê Stone.

– A ja owszem – odpar³ Dino, wje¿d¿aj¹c na drogê dojazdow¹ do termi-

nalu miêdzynarodowego lotniska; po chwili wóz zatrzyma³ siê z piskiem opon.

Do samochodu podbieg³ Andy Anderson.

– Zaalarmowa³em s³u¿bê ochrony lotniska – oznajmi³. – Oto jej szef.

background image

230

Do wozu zbli¿y³ siê mê¿czyzna w ciemnym garniturze.

– Porucznik Bacchetti? Jestem Sam Warren. Dowodzê tu ochron¹. Jak

mogê pomóc?

– Widzia³ pan zdjêcia?

Warren skin¹³ g³ow¹.

– Moi ludzie w³aœnie je ogl¹daj¹, ale z tego, co siê orientujê, poszukiwa-

ni przeszli ju¿ przez bramki kontrolne i znajduj¹ siê w poczekalni w strefie

odlotów. Bramek jest dwadzieœcia piêæ, a do pó³nocy z ka¿dej z nich odleci

co najmniej jeden samolot.

– Zamknijcie je – powiedzia³ Dino.

– S³ucham?

– ¯adnych odlotów, dopóki nie przeszukamy wszystkich poczekalni.

– Rany boskie, poruczniku, nie mogê zatrzymaæ dwudziestu piêciu sa-

molotów. Pan sobie wyobra¿a, co by siê sta³o z rozk³adem? Pasa¿erowie spóŸ-

niliby siê na po³¹czenia w ca³ej Europie. To wykluczone.

– A co robicie, kiedy pada œnieg?

– Wtedy zdarzaj¹ siê opóŸnienia, to jasne.

Dino skierowa³ palec w niebo.

– Patrz pan, jaka œnie¿yca! Prawdziwa zamieæ!

– Poruczniku…

– Pos³uchaj, Sam. Na terenie lotniska znajduje siê dwóch morderców,

którzy maj¹ na sumieniu œmieræ szeœciu osób. Chcesz wzi¹æ na siebie odpo-

wiedzialnoœæ za wypuszczenie ich z kraju?

Warren milcza³; niemal widaæ by³o myœli k³êbi¹ce siê w jego g³owie.

– Andy, ilu ludzi tam mamy? – spyta³ Dino.

– Oko³o dwunastu. Dalszych piêædziesiêciu jest w drodze, ale ruch taki, ¿e…

– Wiem. Najpierw obskoczymy loty do Niemiec. Sprawdziliœcie rezer-

wacje?

– Na liœcie nie by³o ¿adnych Menziesów ani Hausmanów – odpar³ Anderson.

– A wiêc maj¹ paszporty na inne nazwiska. Bêdzie trudniej.

– Andy, szukaj inicja³ów H. M. – wtr¹ci³ Stone. – Zacznij od lotów do

Niemiec.

– Niez³y pomys³ – powiedzia³ Dino. – Do roboty, Andy. Daj znaæ, jak

bêdziesz coœ mia³.

– No wiêc dobrze – oznajmi³ Warren. – Zrobiê to.

Przystawi³ do ust mikrofon radiotelefonu.

– Baza, tu Warren.

– Tak, szefie?

– Czerwony kod dla wszystkich odlatuj¹cych samolotów. Nic nie odry-

wa siê od ziemi, dopóki nie dam zezwolenia.

– Przyj¹³em. Co z samolotami, które ko³uj¹ na pas startowy?

background image

231

– Zatrzymaj  wszystkie  miêdzynarodowe  na  moj¹  odpowiedzialnoœæ.

Odezwê siê póŸniej.

– Idziemy – rzuci³ Dino.

Ca³a czwórka ruszy³a biegiem w stronê bramek.

Anderson skrêci³ po chwili w stronê telefonu alarmowego.

– Gdzie reszta moich ludzi? – spyta³ Dino.

– Przeczesuj¹ poczekalnie z fotografiami w d³oniach.

Warren przeprowadzi³ grupê przez bramkê bezpieczeñstwa; znaleŸli siê

w strefie odlotów.

– ChodŸmy prosto do wyjœæ – zaproponowa³ Stone.

– Postawi³em ju¿ ludzi na bramkach – oznajmi³ Warren. – Jeœli ci dwaj

tam s¹, mog¹ siê wydostaæ tylko do samolotów, a te ju¿ zatrzymaliœmy. Pasa-

¿erowie lec¹cy do Niemiec przechodz¹ przez cztery nastêpne bramki; jeœli ci

dwaj nie weszli na pok³ad do tej pory, przeszukamy poczekalnie.

Wkroczyli do pierwszej poczekalni, gdzie spikerka w³aœnie zapowiada³a

wejœcie na pok³ad. Warren wzi¹³ mikrofon od umundurowanej kobiety i og³o-

si³, ¿e lot opóŸni siê o piêæ minut.

– Dino, daj mi swoj¹ zapasow¹ broñ – poprosi³ Stone.

Porucznik siêgn¹³ do paska na kostce i wyci¹gn¹³ krótki pistolet kalibru

trzydzieœci osiem; Stone wetkn¹³ go sobie za pas. Szybkim krokiem przecho-

dzili wzd³u¿ oczekuj¹cych pasa¿erów. Stone spogl¹da³ na ka¿d¹ mêsk¹ twarz;

szuka³ wzrokiem krótkow³osego mê¿czyzny i Herberta Mitteldorfera.

Nagle do Dina podbieg³ zdyszany Andy Anderson.

– Poruczniku, niejaki Heinz Müller znajduje siê na liœcie pasa¿erów, któ-

rzy przechodz¹ do strefy odlotów dwie bramki dalej. To jedyny mê¿czyzna

o tych inicja³ach lec¹cy do Niemiec.

Dino z³apa³ za ramiê Sama Warrena, po czym skin¹³ na Stone’a.

63

C

a³a czwórka rzuci³a siê pêdem przed siebie, ³okciami toruj¹c sobie drogê

wœród pasa¿erów. Poczekalnia okaza³a siê pusta. Jedyn¹ osob¹, któr¹ tam

znaleŸli, by³a m³oda kobieta w punkcie rejestracji biletów.

Warren skoczy³ prosto do niej.

– Kiedy ruszy³ ten samolot? – spyta³, migaj¹c odznak¹.

Dziewczyna zerknê³a na zegarek.

– Dwadzieœcia minut temu.

– O, nie – jêkn¹³ Stone.

background image

232

Warren z³apa³ s³uchawkê telefonu i wystuka³ numer.

– Wie¿a? Mówi Sam Warren z ochrony. Dajcie mi szefa. – Poczeka³ chwi-

lê. – Tu Sam Warren. Stojê przy bramce numer osiemnaœcie; samolot do Ber-

lina, lot numer sto cztery, zacz¹³ ko³owaæ spod tej bramki dwadzieœcia minut

temu. Czy jest jeszcze na ziemi?

Warren zamilk³.

– Œwietnie! Zawróæcie go do rêkawa. Niech pilot og³osi, ¿e ma jakiœ

drobny defekt techniczny, którego usuniêcie potrwa kilka minut. Pasa¿erowie

musz¹ wysi¹œæ, ale mog¹ zostawiæ baga¿e na pok³adzie.

Od³o¿y³ s³uchawkê.

– Samolot ju¿ ko³uje z powrotem do rêkawa. Wszyscy pasa¿erowie wy-

si¹d¹, a my bêdziemy mogli ich wtedy sprawdziæ.

Zwróci³ siê do kobiety w okienku.

– Proszê sprawdzaæ wszystkie nazwiska na liœcie – poleci³. – Nikogo nie

wolno pani przepuœciæ bez odnotowania.

– Zrozumia³am.

Czas oczekiwania wykorzystali na z³apanie oddechu. Dino kaza³ Ander-

sonowi sprawdziæ listy pasa¿erów innych lotów do Niemiec.

– Modlê siê do Boga, ¿eby oni byli w tym samolocie – powiedzia³ Dino,

maszeruj¹c w tê i z powrotem.

– Do tej pory Mitteldorfer trzyma³ siê inicja³ów, wiêc czemu mia³by je

teraz zmieniaæ? – spyta³ retorycznie Stone.

Mija³y kolejne minuty.

– Jest samolot – oznajmi³ Warren, wskazuj¹c okno.

Wróci³ Anderson.

– Na listach pozosta³ych lotów nie ma nikogo o takich inicja³ach – stwier-

dzi³. – Jeœli to nie on, bêdziemy musieli sprawdziæ wszystkie samoloty miê-

dzynarodowe.

Warren po³¹czy³ siê przez radio.

– Baza, mo¿ecie puœciæ wszystkie loty do Niemiec z wyj¹tkiem lotu nu-

mer sto cztery. W³aœnie go sprawdzamy.

Zjawia³o siê coraz wiêcej policjantów; od razu zajmowali miejsca przy

bramkach. Stone i Dino zbli¿yli siê do trapu i stanêli po obu stronach. Ste-

wardessa otworzy³a drzwi samolotu.

Stone zacz¹³ siê wpatrywaæ w twarze wychodz¹cych pasa¿erów. Ode-

tchn¹³ g³êboko; wiedzia³, ¿e musi szukaæ wœród m³odych mê¿czyzn z krótko

obciêtymi w³osami oraz tych w œrednim wieku. Czu³, ¿e Mitteldorfer jest gdzieœ

blisko. Stara³ siê znaleŸæ w twarzach oznaki napiêcia, ale na wiêkszoœci wi-

dzia³ tylko zmêczenie i z³oœæ. Nagle spostrzeg³ m³odego mê¿czyznê, niskie-

go, barczystego, w luŸnym czarnym ubraniu. Niestety, ch³opak mia³ d³ugie

w³osy. Odwróci³ obojêtne spojrzenie od Stone’a i poszed³ dalej.

background image

233

Stone skierowa³ uwagê na innych pasa¿erów, gdy nagle us³ysza³ za sob¹

przeraŸliwy kobiecy krzyk i odg³osy szamotaniny. Odwracaj¹c siê, poczu³ sil-

ne uderzenie w lewy bark. W pierwszej chwili zdumia³ siê, ¿e cios sprawi³ tak

wielki ból. Odwróciwszy g³owê, ujrza³ mê¿czyznê w czarnym ubraniu z wy-

soko uniesion¹ piêœci¹. Spróbowa³ zas³oniæ siê lew¹ rêk¹, ale nie móg³. To

by³o dziwne. Wydarzenia toczy³y siê jakby w zwolnionym tempie.

Stone widzia³ teraz, ¿e napastnik trzyma w d³oni krótki nó¿ i kieruje go

wprost na jego twarz. Nie zdo³a³ jednak dokoñczyæ ruchu, bo drgn¹³ i zato-

czy³ siê w bok, jakby coœ targnê³o nim gwa³townie. Z szyi trysnê³a krew. Do-

piero wtedy Stone us³ysza³ wystrza³. Odwróci³ siê. Dino sta³ w pozycji strze-

leckiej z pistoletem w wyci¹gniêtych d³oniach.

Pasa¿erowie podnieœli nieopisany krzyk; niektórzy rzucili siê na pod³o-

gê, inni skoczyli przed siebie. Dino z broni¹ w rêku przebi³ siê przez ludzki

g¹szcz do m³odego mê¿czyzny, który skuli³ siê na pod³odze z twarz¹ wykrzy-

wion¹ grymasem. Obok niego, w przejœciu miêdzy rzêdami foteli, le¿a³ za-

krwawiony nó¿ kuchenny.

– Zabierzcie st¹d tych ludzi! – krzykn¹³ Dino do Warrena. – I sprowadŸ-

cie lekarza!

Gdy ostatni pasa¿erowie zdo³ali przedrzeæ siê do wyjœcia, Dino stan¹³

obok Stone’a.

– Usi¹dŸ – nakaza³.

– Co?

– Usi¹dŸ na fotelu. Zosta³eœ pchniêty no¿em. Zdejmij marynarkê.

Stone œci¹gn¹³ marynarkê i zdumia³ siê, widz¹c, ¿e ca³y lewy rêkaw na-

si¹kn¹³ krwi¹. Nie poczu³ uk³ucia no¿em, tylko cios w ramiê.

– Sk¹d wzi¹³ nó¿? Jak przedosta³ siê przez wykrywacz metalu?

– Z tacy – odpar³ Dino. – Widzia³em, jak siê na ciebie zamierza, ale nie

mog³em oddaæ strza³u. Zbyt wielu ludzi sta³o miêdzy nami.

Zbli¿y³a siê pierwsza stewardessa.

– Wezwaliœmy pomoc. Przykro mi z powodu no¿a. Kroi³am w³aœnie cy-

trynê w pierwszej klasie, gdy…

– To nie pani wina – przerwa³ jej Stone. Zwróci³ siê do Dina. – Widzia-

³em go, kiedy przechodzi³, ale te w³osy…

Dino podszed³ do le¿¹cego mê¿czyzny i poci¹gn¹³ za czuprynê. Peruka

zosta³a mu w rêku. Sprawdzi³ puls.

– Nie ¿yje. Czy nie powiedzia³em ci o peruce?

– Nie.

– Portier zawiadomi³ nas, ¿e Hausman zapuœci³ przez noc w³osy. Przepra-

szam, zapomnia³em ciê ostrzec. By³em zajêty prowadzeniem samochodu.

– Niewa¿ne – odrzek³ Stone s³abym g³osem.

Stewardessa przynios³a czysty rêcznik i przycisnê³a do ramienia rannego.

background image

234

– Proszê siê oprzeæ o fotel – poleci³a. – W ten sposób rêcznik siê nie

wysunie.

– Poradzisz sobie? – spyta³ Dino. – Ja przeszukam kabinê samolotu.

– Dobrze.

Dino skin¹³ na Sama Warrena. Ruszyli powoli miêdzy rzêdami foteli,

zagl¹daj¹c wszêdzie, nawet do toalet.

Po chwili Dino wróci³.

– Jak siê czujesz?

– Jakoœ ¿yjê. Kiedy bêdziemy mogli st¹d pójœæ?

– Ciebie odstawimy prosto do ambulatorium – odpar³ Dino.

– Nie chcê jechaæ karetk¹. Ty mnie odwieŸ.

– Oczywiœcie.

Dino zwróci³ siê do stewardessy.

– Czy mo¿e pani sprowadziæ dla nas fotel na kó³kach?

– Nie potrzebujê fotela – zaprotestowa³ Stone. – Mogê chodziæ.

– Zapomnij o tym. Nie bêdziesz paradowa³ zakrwawiony przez ca³e lot-

nisko.

– Z³apa³eœ Mitteldorfera?

– Nigdzie go nie widzia³em – odpar³ Dino. – Andy i jego ludzie prze-

czesuj¹ w tej chwili poczekalnie i korytarze. Drañ móg³ siê wymkn¹æ w cza-

sie tego zamieszania.

Dwaj mê¿czyŸni ze s³u¿by ochrony lotniska wynieœli na noszach cia³o

Hausmana. Stone i Dino zostali sami na pok³adzie samolotu.

– SiedŸ i nie ruszaj siꠖ poleci³ Dino – a ja poszukam fotela. Zaraz ciê

st¹d zabierzemy.

Wyszed³; Stone by³ teraz sam w kabinie.

Oprzytomnia³ ju¿ z szoku wywo³anego œwiadomoœci¹, ¿e zosta³ pchniêty

no¿em. Od tej chwili up³ynê³o dwadzieœcia minut; teraz tylko krêci³o mu

siê lekko w g³owie. Naciœniêciem guzika opuœci³ siedzenie fotela, który znaj-

dowa³ siê w koñcowej czêœci kabiny pierwszej klasy, i wsun¹³ sobie po-

duszkê pod g³owê. Pomyœla³, ¿e przynajmniej odpocznie, zanim go st¹d

zabior¹.

Prawie ju¿ usypia³, kiedy us³ysza³ odg³os przypominaj¹cy chrapanie. Ze

zdziwienia otworzy³ oczy. Jak mo¿e chrapaæ, skoro nawet nie œpi? Pochrapy-

wanie nie ustawa³o. Nacisn¹³ guzik i fotel wróci³ do pierwotnej pozycji. Od-

g³os chrapania dochodzi³ gdzieœ z ty³u.

Stone podniós³ siê na nogi i nas³uchuj¹c, niepewnym krokiem ruszy³ przej-

œciem w stronê ogona samolotu. Chrapanie przybra³o na sile. Dotar³ do klasy

turystycznej, zatrzyma³ siê i spojrza³ w górê. Po lewej stronie, nad siedzenia-

mi znajdowa³ siê obszerny luk. Stone otworzy³ klapê, wyci¹gn¹³ zza pasa

pistolet Dina i cofn¹³ siê o krok.

background image

235

Chrapanie dobiega³o spod p³aszcza upchniêtego w luku. Luf¹ pistoletu

Stone odsun¹³ p³aszcz. Na pó³ce spa³ mê¿czyzna w œrednim wieku z siwymi

w³osami i niewielk¹ brod¹. W pierwszej chwili Stone go nie rozpozna³.

Dino wszed³ na pok³ad, popychaj¹c przed sob¹ fotel.

– Hej! – zawo³a³. – Co ty tam robisz? Nie powinieneœ wstawaæ!

– ChodŸ tutaj – odrzek³ Stone. – I przygotuj kajdanki.

Mitteldorfer poderwa³ siê, obudzony g³osem Stone’a. Pozna³ go natych-

miast i wykrzywi³ twarz.

– Ty! – krzykn¹³ z nienawiœci¹.

– Tak, to ja! – odpar³ Stone.

64

B

y³a pierwsza w nocy, kiedy Dino zatrzyma³ samochód przed domem Sto-

ne’a; pada³ deszcz. W ambulatorium Stone przeszed³ istne piek³o: zrobili mu

znieczulenie miejscowe i zastrzyk przeciwtê¿cowy, zszyli ranê, podali antybioty-

ki, i na koniec wrêczyli buteleczkꠜrodków przeciwbólowych. Stone d³ugo mu-

sia³ przekonywaæ lekarza, ¿e lepiej bêdzie mu w domu ni¿ w szpitalu.

– Dziêki – powiedzia³ Stone.

– Nie ma za co. By³o po drodze – odrzek³ Dino.

– Za to, ¿e zastrzeli³eœ Hausmana. Gdyby nie ty, pewnie oberwa³bym gorzej.

– ¯a³ujê, ¿e nie mog³em strzeliæ od razu.

– To nareszcie koniec, prawda?

– Tak, to koniec.

– Nie ma ju¿ nikogo, kto chce nas wykoñczyæ?

– Dzisiaj mo¿esz spaæ spokojnie – odpar³ Dino. – Ja zreszt¹ te¿. Mary

Ann i Ben wrócili ju¿ do domu.

– Cieszê siê. Wiem, ¿e za nimi têskni³eœ.

– Tak, to prawda. ¯ycie kawalerskie nie jest tak¹ sielank¹, jak siê niejed-

nemu zdaje.

– Nie jest te¿ takie straszne. Chyba, ¿e ktoœ próbuje ciê zabiæ.

– Co powiesz Eduardowi?

– Spróbujê go przekonaæ.

– Mo¿e ci siê uda, ale uwa¿aj, ¿eby nie zraniæ uczuæ starego. Sycylijczy-

cy widz¹ obrazê nawet tam, gdzie jej nie ma.

– Bêdê go przekonywa³ bardzo ostro¿nie.

– Postaraj siê. Jesteœ moim przyjacielem, ale nie mogê powiedzieæ, ¿e

chcê mieæ w tobie szwagra.

background image

236

– Ranisz mnie, Dino.

– Dolce te¿ bêdziesz przekonywa³?

– Nie jestem pewien, czy z ni¹ mo¿na dyskutowaæ.

– A wiêc jednak zaczynasz coœ kumaæ.

– Jestem teraz zbyt zmêczony, ¿eby trzeŸwo myœleæ. Œrodki znieczulaj¹-

ce zaczynaj¹ robiæ swoje. Mam nadziejê, ¿e uda mi siê wdrapaæ na górê,

zanim zasnê.

– Chcesz, ¿ebym ci pomóg³?

– Nie, dam sobie radê. – Stone otworzy³ drzwi wozu i wyszed³ w si¹pi¹-

cy deszcz. – Dobranoc, Dino.

– Czeœæ, stary. Zadzwoniê jutro i opowiem, co zdzia³aliœmy z Mitteldor-

ferem.

– Bêdê czeka³ na telefon.

Stone zatrzasn¹³ drzwi samochodu i powoli wszed³ po schodach. Otworzy³

drzwi wejœciowe i wjecha³ wind¹ na piêtro; nie mia³ ochoty zmagaæ siê ze stop-

niami. W g³owie szumia³o mu ju¿ mocno od œrodków znieczulaj¹cych.

Zapalone œwiat³o w sypialni trochê go zaniepokoi³o. Wsun¹³ siê ostro¿-

nie do pokoju. Dolce spa³a nago w jego ³ó¿ku, czêœciowo tylko przykryta

ko³dr¹. Na jej twarzy malowa³ siê wyraz s³odkiej, dzieciêcej niewinnoœci.

Stone uwolni³ rêkê z temblaka, rozebra³ siê po cichu, zgasi³ œwiat³o i wœli-

zn¹³ siê pod ko³drê obok dziewczyny. Dolce poruszy³a siê w mroku i opar³a

d³oñ na jego piersi. Ciemnoœæ rozprasza³a tylko s³aba poœwiata ksiê¿yca w dru-

giej kwadrze, przes³oniêtego do po³owy chmurami.

– Wszystko w porz¹dku? – spyta³a dziewczyna prawie przez sen.

– Tak. Jak wesz³aœ?

Dolce zmarszczy³a leciutko czo³o.

– Przyprowadzi³am twój samochód i otworzy³am drzwi gara¿u pilotem.

Co siê sta³o na lotnisku?

Zaczyna³a siê budziæ, a to nie by³o Stone’owi na rêkê. Pog³adzi³ dziew-

czynê po twarzy; usnê³a.

– Jutro ci wszystko opowiem – szepn¹³, zamykaj¹c oczy.

Gdyby tylko wiedzia³, co jej powiedzieæ.

background image

237

Podziêkowania

Pragnê podziêkowaæ mojej redaktorce, a zarazem wiceprezesowi wydaw-

nictwa Gladys Justin Carr, jej personelowi, drugiemu redaktorowi Erinowi

Cartwrightowi, asystentce wydawcy Deidre O’Brien oraz wszystkim osobom

w wydawnictwie HarperCollins, które w³o¿y³y tyle pracy w to, aby wprowa-

dziæ moje ksi¹¿ki na rynek.

Chcê równie¿ wyraziæ wdziêcznoœæ memu agentowi Mortonowi L. Jan-

klowi oraz jego g³ównej asystentce Ann Sibbald, a tak¿e personelowi firmy

Janklow & Nesbit za wytrwa³e kierowanie moj¹ karier¹ pisarsk¹ i przyjaŸñ,

któr¹ mnie darz¹.

Pragnê te¿ podziêkowaæ mojej ¿onie Chris, pierwszej czytelniczce mo-

ich ksi¹¿ek, za ³atanie w nich dziur oraz g³adzenie po ramieniu, dziêki które-

mu znacznie lepiej znoszê siedzenie przy komputerze.

background image

238

Od Autora

Zawsze z przyjemnoœci¹ czytam listy od Czytelników, lecz muszê uprze-

dziæ, ¿e te, które s¹ wysy³ane do mnie na adres wydawcy, wêdruj¹ od trzech

do szeœciu miesiêcy, a kiedy ju¿ docieraj¹, jest ich tak wiele, ¿e nie na wszyst-

kie udaje mi siê odpowiedzieæ.

Jeœli jednak posiadacie, drodzy Czytelnicy, dostêp do Internetu, mo¿ecie

odwiedziæ moj¹ stronê. Oto jej adres: www.stuartwoods.com. Mo¿na tam

wysy³aæ pocztê elektroniczn¹. Jak dot¹d udawa³o mi siê odpowiedzieæ na

wszystkie listy.

Jeœli ktoœ napisa³ do mnie e-mail i nie otrzyma³ odpowiedzi, sta³o siê tak

dlatego, ¿e znalaz³ siê wœród zatrwa¿aj¹cej liczby osób, które:

1. Nie znaj¹ swojego internetowego adresu zwrotnego.

2. Nie potrafi¹ go poprawnie zapisaæ.

3. Nie posiadaj¹ takowego.

Jeœli nie macie komputera, mo¿ecie wysy³aæ do mnie e-maile z bibliotek,

sklepów, komputerów swoich dzieci lub przyjació³.

Zapamiêtajcie wiêc, drodzy Czytelnicy: e-mail – odpowiedŸ; list nade-

s³any poczt¹ – brak odpowiedzi.

Ci, którzy chc¹ wskazaæ b³êdy drukarskie i redaktorskie w moich ksi¹¿-

kach, powinni kontaktowaæ siê z wydawnictwem HarperCollins Publishers,

10 East 53

rd

 Street, Nowy Jork, NY 10022-5299.

Zaœ te przedsiêbiorcze i ambitne osoby, które pragn¹ wykupiæ prawa au-

torskie – teatralne, filmowe i telewizyjne – do moich utworów, powinny zwra-

caæ siê do Matthew Snydera z firmy Creative Artists Agency, 9830 Wilshire

Boulevard, Beverly Hills, CA 90-212-1825.

background image

239

Ci natomiast, którzy zainteresowani s¹ wspó³prac¹ literack¹, mog¹ kon-

taktowaæ siê z Anne Sibbald z firmy Janklow & Nesbit, 598 Madison Ave-

nue, Nowy Jork, NY 10022.

Jeœli chcecie, abym przyjecha³ podpisaæ egzemplarze moich ksi¹¿ek, pro-

szê zwróciæ siê do swojego ksiêgarza o skontaktowanie siê z przedstawicie-

lem wydawnictwa HarperCollins.

Jeœli ktoœ ma ochotê wzi¹æ udzia³ w moich spotkaniach z Czytelnikami,

ich program mo¿na znaleŸæ na stronie internetowej.

Wszystkie moje powieœci nadal s¹ w druku w miêkkiej oprawie i mo¿na

je zamówiæ w ksiêgarni. Jeœli interesuje Pañstwa nabycie egzemplarzy w twar-

dej oprawie moich wczeœniejszych powieœci b¹dŸ ksi¹¿ek niebeletrystycz-

nych, proszê zwracaæ siê do dobrych antykwariatów, których w³aœciciele s¹

w stanie przeprowadziæ poszukiwania na terenie ca³ego kraju.