background image

Wybór opowiadań 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Tadeusz Borowski 

Streszczenie 

 

background image

MATURA NA TARGOWEJ 

 
Narrator (Tadek) wspomina, gdy wraz z kolegami (Andrzejem, Arkadiuszem oraz Julkiem) przygotowywał się do eg-
zaminu dojrzałości. Mieszkał całą zimę z ojcem, pracującym po dwanaście godzin w niemieckiej fabryce, matką, oraz 
dobermanem, który się do nich „przyplątał”. Żyli w wilgotnej, niskiej przybudówce, gdyż ich dom został zniszczony i 
spalony podczas pierwszej bitwy o Warszawę. Wystrój pokoju stanowił głównie tapczan zbity z desek i etażerka na 
książki, którą bohater własnoręcznie zrobił.  
 
Miał trzech kolegów: wysokiego, smukłego Andrzeja, kawalera jeżdżącego na rikszy (wózku trzykołowym), na której 
przewoził  ludzi  i  towary.  Chłopak  czytał  Przybyszewskiego,  Ibsena  i  Kasprowicza,  pisał  wiersze  i  pamiętnik.  Później 
zginął w ulicznej egzekucji pod fałszywym nazwiskiem, którym się posługiwał. Drugim z kolegów był przystojny blon-
dyn  Arkadiusz,  malarz  znający  matematykę  oraz  filozofię.  Zarabiał  na  życie  rysowaniem  karykatur  przechodniom. 
Pewnego dnia doliczył się około dziesięciu tysięcy rysunków. Choć jego ojcem był znany warszawski krawiec, syn nie 
mieszkał  z  nim.  Uczył  się  w  akademii  malarskiej,  robił  maturę  i…  pił.  Zginął  pod  gruzami  warszawskiej  barykady. 
Ostatnim ze znajomych narratora okazał się Julek – wychowany u księży jezuitów. Zajmował się filozofią, a na życie 
zarabiał handlując dewizami. Bohater przypomina: „Wszyscy potem zniknęli mi z oczu”. 
 
Jeszcze przed tym, nim narrator nie został wywieziony do Oświęcimia, zanim Andrzej nie zginął w ulicznej egzekucji, a 
Arkadiusza  nie  przykryły  gruzy  barykady  – w Warszawie,  za oknami  zabitymi  deskami, wszyscy  trzej  kończyli  drugą 
klasę liceum i przygotowywali się wraz z innymi do matury. To było w czasie, gdy na linii Maginota trwały potyczki, a 
samoloty angielskie zrzucały nad Niemcami paczki ulotek. Uczyli się w zimnych i ciasnych prywatnych mieszkaniach. 
Tak upłynęła zima, w czasie której Andrzej ciężko chorował na płuca i nie mógł pracować jako rikszarz. Arkadiusz z 
kolei nie poszedł do urzędu niemieckiego, by wykupić świadectwo artystyczne, przez co był tropiony przez policjan-
tów. 
 
W  dalszym  toku  opowiadania  narratora  dowiadujemy  się,  że  Andrzej  napisał  trochę  wierszy,  a  Arkadiusz  w  końcu 
znalazł mieszkanie i nie musiał „sypiać po kolegach”. Dużo się uczyli. Po tej zimie zostało im wspomnienie egzekucji w 
Wawrze, gdzie pijanego niemieckiego żołnierza zabił pijany kolega. Wówczas to gestapo wyciągnęło siłą z mieszkań 
dwustu  mężczyzn  i  rozstrzelało  ich  na  pustym  polu. Gdy  wybuchła wojna,  podczas  pierwszej  zimy cele  na  Pawiaku 
były już zatłoczone. Zapełniali je między innymi roznosiciele konspiracyjnych gazetek.  

 

Wiosną  rozpoczęły  się  pierwsze  łapanki:  niespodziewanie  pojawiały  się  na  ulicy  dwa  duże,  niemieckie  samochody. 
Żandarmi i gestapowcy, którzy blokowali wyloty ulic wszystkich ludzi wpychali do samochodów, po czym wywozili do 
„słynnych” obozów koncentracyjnych: do Oświęcimia, na Majdanek oraz na roboty do Rzeszy. W czasie, gdy Hitler 
fotografował się na wieży Eiffla, a transporty więźniów wywożono do obozów, w których przeżyła ich znikoma liczba 
– w gimnazjach, na przykład u Batorego czy Lelewela, odbywały się egzaminy maturalne. Tysiące uczniów zdawało 
maturę i tysiące kończyło gimnazjum, by iść do liceum. Gdy Europa przegrywała wojnę o wolność, młodzież polska 
wygrywała bitwę o wiedzę. 
 
Narrator  wspomina,  jak  z  Andrzejem  i  Arkadiuszem  stali  na  przystanku  w  Alejach  Jerozolimskich,  by  dostać  się  na 
drugą stronę Wisły, na ulicę Targową, na egzamin maturalny z chemii. Dostali ostrzeżenie od starszej, siwej pani, o 
łapance na Placu Trzech Krzyży. Gdy jechali tramwajem na Pragę, dowiedzieli się, że na stacji końcowej czekają żan-
darmi. Ulica była zablokowana, więc koledzy wyskoczyli z pojazdu w trakcie jazdy. Udało im się dotrzeć na Targową, 
gdzie w prywatnym mieszkaniu czekał na nich dyrektor, przewodniczący Komisji Egzaminacyjnej, wychowawca klasy i 
profesor z chemii (mimo że nie byli prymusami, zdali także ten przedmiot). 

 

Łapanka przeniosła się na Targową. Z okna można było obserwować przebieg dramatycznych wydarzeń. Egzaminator 
prosił, by uczniowie nie dali się złapać. Nie było z nimi Julka, którego pochwycono, gdy jechał tramwajem. Jesienią, 

background image

gdy maturzyści wstępowali na podziemny uniwersytet, dowiedzieli się, że ich kolegę wywieziono do obozu pod Berli-
nem. 
 
 
 

POŻEGNANIE Z MARIĄ 

Rozdział I 
Opowiadanie  rozpoczyna  ponury  opis  wojennej  rzeczywistości  („opuchłe  chmury”,  „burzliwe  niebo”,  „bezlistne 
drzewo”). Bohater mieszkał w pokoiku przy kantorku firmy budowlanej, w którym pracował jako magazynier. Odby-
wało się u niego przyjęcie z okazji ślubu przyjaciół. Pan młody, który był pianistą „wyznania narodowego”, latem zo-
stał ochrzczony „(…) przy zapalonych świecach, wiechciach kwiatów i miednicy chłodnej, kaplicznej wody, którą za-
pobiegliwy ksiądz umył mu dokładnie głowę (…)”. Rodzice jego wybranki nie udzielili parze młodej błogosławieństwa, 
ponieważ nie akceptowali takiego mezaliansu. Wśród gości był przyjaciel narratora – Tomasz z ciężarną żoną - redak-
tor naczelny dwutygodnika i mężczyzna uważający się za lewicowca. Poza tym handlował fałszywymi obrazami. Ko-
lejnym gościem był Piotr, który leżał między „rozmemłanymi” dziewczynami. Oprócz niego można było tam spotkać 
zachowującego się dosyć swobodnie, można by rzec – ordynarnie – Apoloniusza, autora znamiennego zdania: „wojna 
minie, a poezja zostanie”. W pokoju przebywała także młoda Żydówka, która uciekła z getta. Wcześniej była pieśniar-
ką żyjącą w luksusowych warunkach, teraz zaś nędzarką, cieszącą się ze zdobycia szczoteczki do zębów czy zjedzenia 
kanapki. Choć była szczęśliwa z faktu opuszczenia żydowskiej dzielnicy, jednocześnie martwił ją los pozostawionych 
tam najbliższych.  
 
Najważniejszym gościem dla narratora była Maria, jego narzeczona. Studentka polonistyki uczyła się na tajnych kom-
pletach (zajęciach uniwersyteckich), na które akurat przygotowywała książkę „Hamlet”. Rozmawiali we dwoje o miło-
ści i poezji. Dziewczyna widziała w tej drugiej niepojętą siłę, która jako jedyna: „umie wiernie pokazać człowieka”, na 
co bohater dodał: „miarą poezji, a może i religii, jest miłość człowieka do człowieka”. Z pokoju obok dobiegała muzy-
ka z patefonu i zapach alkoholu. Pod sufitem na sznurkach suszyły się okładki do tomiku poezji bohatera. Towarzy-
stwo dobrze się bawiło. 

 

W pewnym momencie mężczyzna poszedł otworzyć bramę, gdyż zajechała tam furmanka po brzegi załadowana me-
blami. Gdy udało się przepchnąć przez bramę koła zablokowane w rynsztoku, wyszła do niego Maria. Pożegnała się z 
narzeczonym  – kierownik prosił ją  o wcześniejsze  przyjście  do  pracy.  Dziewczyna  rozwoziła  wyprodukowany  wcze-
śniej bimber do odbiorców, a szef był z niej zadowolony (używała do produkcji trunku mało węgla).  
 
Załadowanej furmance, stojącej na podwórzu, przyglądał się żandarm pilnujący sąsiedniego budynku – byłej szkoły 
miejskiej, w której obecnie uwięzieni byli ludzie, czekający na wywiezienie na roboty do Niemiec. Furman powiedział 
do bohatera, iż na polecenie pana kierownika przywiózł rzeczy doktorowej na przechowanie. Kobieta ta była Żydów-
ką, której udało się wyjść z getta (w którym zostali córka i zięć - to właśnie on załatwił teściowej zwolnienie). Oboje 
mieli opuścić getto następnego dnia (zatrzymały ich interesy). Na wozie, przy rozładunku którego pomagał Tomasz 
(choć był chory na serce), leżały meble, drobniejsze sprzęty, cały dobytek, jaki w obecnej chwili został bogatej nie-
gdyś  doktorowej. Układali wszystko  w  szopie.  Gdy  skończyli,  narrator  ustalił  z woźnicą,  by ten  rano  zawiózł „na  le-
wo” metr wapna do klienta. 
 
Rozdział II 
Rano spadł śnieg. Bohater otworzył bramę, by dać znak potencjalnym klientom. Wcześniej jednak odprawił pijanych 
gości i posprzątał pokój. 

 

Właścicielem firmy, w której pracował, był inżynier mający żonę, trwoniącą pieniądze na utrzymanie żebraków, ko-
ściołów, zakonników i ich „syna erotomana”. Mężczyzna czerpał z firmy ogromne zyski do chwili, gdy jego pracowni-
cy nie zaczęli kraść z niej towarów i sprzedawać ich „na lewo”. Mimo wszystko inżynierowi wiodło się bardzo dobrze 

background image

dzięki  ugodowym  stosunkom  z  Niemcami.  Potrafił  wykorzystać  nową  rzeczywistość:  rozbudował  składy  w  centrali, 
wydzierżawił plac i otworzył filię swego przedsiębiorstwa, kupił dworski pojazd, konia, wynajął woźnicę, nabył mają-
tek  pod Warszawą,  a także  posiadał  kawał  lasu,  rozbudował własną  bocznicę kolejową,  przy  której miał„magazyny 
przeładunkowe z materiałami budowlanymi”. Choć był tak bogaty, nie zapominał o swych rodakach – dawał im „za-
robić”.  Gdy  trzeba  było komuś  pomóc  lub  dać  łapówkę „gdzie  trzeba” – nie  uchylał  się od  tego.  Finansował  nawet 
przez  trzy  miesiące  studia  narratora.  Ludzie  pracujący  w  filii  dorabiali  sobie  na  boku:  sprzedawali  wapno  na  ulicy, 
robili prywatne kursy przewozowe, narrator kradł nawet kredę i ton (glinkę kredową do produkcji farb), które sprze-
dawał potem w mydlarni. 
 
W firmie pracował także kierownik Jan, z którym bohater wszedł w tajną spółkę handlową: wraz z Marią produkowali 
bimber.  Dziewczyna  zajmowała  się  dystrybucją  po  cenie  detalicznej,  a  panowie  księgowaniem.  Jan  coraz  bardziej 
zagłębiał  się  w „lewych” interesach,  wykorzystując  firmę  jako  „punkt  przelotowy”  dla  kradzionych  i  skupowanych 
towarów.  Znał  się  na  złocie  i  kosztownościach,  sprzedawał  i  skupywał  meble,  handlował  lokalami,  miał  układy  ze 
złodziejami  kolejowymi,  z  komisami,  mechanikami,  a  poza  tym  przyjaźnił  się  ze  sprzedawcami  i  kierowcami.  Przed 
wojną pracował jako magazynier w przedsiębiorstwie żydowskim właśnie u doktorowej. Kupił wtedy auto sportowe i 
pracował jako taksówkarz. Nabył także pod miastem parcelę budowlaną, a tuż przed wybuchem wojny drugą działkę 
na przedmieściach.  
 
W okolicy, w której pracował narrator, była dawna szkoła oraz sklepik paskarski, w którym właściciel mający żonę i 
dwoje  dzieci,  prowadził  nielegalne  interesy  z  żandarmami  i  policjantami.  Nad  szklanką  bimbru  handlował  z  nimi 
ludźmi, uwięzionymi w szkole. Nocą policjanci wypuszczali przez okna budynku tych, za których otrzymali od niego 
pieniądze (sklepikarz był pośrednikiem w wykupywaniu ludzi przez rodzinę czy znajomych). Gdy tylko tacy szczęśliw-
cy wydostali się na zewnątrz – uciekali we wszystkie strony. Nieraz zdarzało się, że bohater musiał przepędzać pijane 
uciekinierki – prostytutki – z placu firmy… Właściciel sklepu, nie dosyć, że zarabiał duże pieniądze, to jeszcze oszuki-
wał klientów, nie doważając towaru. Nie korzystał jednak z usług wypuszczanych dziewczyn. Ślepa uliczka, przy której 
mieściła  się  firma,  wybrukowana  była  „kocimi  łbami”(kamienie  bez  asfaltu)  i  leżała  między  polem  a  szeregiem  do-
mów, w których znajdowały się: pralnie, mydlarnie, fryzjer. Niedaleko znajdował się kościółek, a tuż przy kolejowym 
torze schronisko dla bezdomnych.  

 

Stara Żydówka siedziała w kantorze na tapczanie i rozmawiała z kierownikiem. Czekała na powrót zięcia i córki z get-
ta. Mężczyzna zwracał się do niej z szacunkiem i wdzięcznością za to, że niegdyś to ona wprowadziła go w świat inte-
resów i wiele nauczyła. Przed wojną była bogatą właścicielką przedsiębiorstwa budowlanego, paru ciężarowych sa-
mochodów i własnej „odnogi kolejowej”. Zatrudniała dziesiątki robotników, miała niewyczerpalne konta w bankach 
krajowych i szwajcarskich, brylanty i złoto. Teraz była biedną, skromnie ubraną, głodującą staruszką. Martwiła się, że 
córka nie odnajdzie jej na peryferyjnej uliczce. Wyszła z pokoju sprawdzić walizki. 
 
Od niedawna w kantorze pracowała także urzędniczka, która pilnowała kasy na polecenie inżyniera, który podejrze-
wał okradanie firmy przez jej pracowników (to prawda – każdy „dorabiał” na boku). Urzędniczka nie znała się na to-
warach,  pracowała  dziennie  tylko  kilka  godzin,  a  i  tak  bardzo  się  nudziła.  Kierownik  oznajmił  narratorowi,  że  jego 
narzeczona Maria wróci później, gdyż dzwoniła i przekazała, że w mieście trwają łapanki. Mężczyzna martwił się, że 
inżynier  w  końcu  wyrzuci  ich  z  pracy  za  złodziejstwo,  a  na otwarcie  własnego  interesu  nie mieli  przecież pieniędzy 
(bohater ulokował wszystkie oszczędności w produkcję bimbru, zakup książek i papieru do pisania). Urzędniczka w 
pewnej chwili oświadczyła, iż doktorowa, pod nieobecność kierownika, dzwoniła do córki i dowiedziała się, że ta nie 
może już opuścić getta. 
 
Rozdział III 
Tadeusz (narrator) zajął się powielaniem swych wierszy domowym sposobem (miał w tym celu wypożyczony powie-
lacz). Zdjął ze sznurków okładki tomów poetyckich przygotowanych przez Apoloniusza, po czym zawinął je w perga-
min i schował pod tapczan. Na podwórzu woźnica pakował na furmankę dobytek doktorowej, która postanowiła o 

background image

powrocie do córki i zięcia do…getta. Gdy wóz był już załadowany – usiadła skulona i wystraszona między pękatymi 
walizami. Choć kierownik prosił ją o pozostanie, ona już podjęła decyzję.  
 
Przed  bramę  podjechała  niemiecka  ciężarówka,  z  której  wyskoczył  kierowca  z  komunikatem,  iż  przywieźli  cement. 
Przy  rozładunku  Tadeusz  kupił  parę  worków  w  tajemnicy  przed  inżynierem.  Zamierzał  je  później  odsprzedać  z  kie-
rownikiem jakiemuś klientowi. Doktorowa, po pożegnaniu z „Jasiem” (tak nazywała kierownika) – pojechała do getta. 
 
Wieczorem sprytny kierownik założył czapkę tramwajarską (zawsze tak oszukiwał, by móc jeździć tym środkiem ko-
munikacji miejskiej za darmo). Tadeusz wyszedł z mężczyzną na ulicę, gdzie spotkali także sklepikarza. Jechały tam 
niemieckie ciężarówki, z poupychanymi w nich ludźmi z łapanek. Obok samochodów wolno sunęły niemieckie moto-
cykle.  Kolumna  pojazdów zmierzała w  stronę mostu (na  zakręcie  wskutek  tego powstał  zator).  Gdy  samochody  się 
zatrzymały, w jednym z nich bohater ujrzał wciśniętą w tłum ludzi, bladą i wystraszoną Marię. Miała przyjść do niego 
wieczorem, ale już nigdy niebyło jej to dane. 
 
Dużo później Tadek dowiedział się, że wywieziono ją do osławionego obozu nad morzem wraz z transportem żydow-
skim („jako aryjsko-semickiego mieszańca”) i zagazowano w komorze krematoryjnej, po czym przerobiono na mydło. 
Tą suchą, wypraną z emocji wypowiedzią kończy się tekst opowiadania. 
 
 

CHŁOPIEC Z BIBLIĄ 

Narrator wspomina swój pobyt w celi więzienia na Pawiaku oraz poznanych tam ludzi. Wraz z nim był tam zecer dru-
kujący  „gazetki”,  o  nazwisku  Kowalski,  z  ulicy  Bednarskiej,  który  twierdził,  że  został  aresztowany,  gdy  poszedł  ku-
pić „otomanę”.  Prócz  Kowalskiego  był  tam  również  niejaki  Kozera,  przemytnik  z  Małkini,  złapany  na  granicy,  gdy 
wiózł słoninę do Guberni. Kolejnym aresztantem był Szrajer – urzędnik z Mokotowskiej, u którego znaleziono zakaza-
ne  gazetki  i  tajemnicze  pokwitowania.  Był  ojcem  dwóch  córek,  które  uczęszczały  na  tajne  komplety  gimnazjalne. 
Szrajer miał cały czas nadzieję, że otrzyma paczkę żywnościową z domu. Ostatnim kolegą z celi narratora był Matula, 
udający na wolności… gestapowca („chodził w długich butach i skórzanej kurtce po chłopach i rekwirował świnie”). 
 
Pewnego dnia do aresztantów dołączył chłopiec z ostrzyżoną głową i Biblią ściskaną w dłoni. „Nowy” mówił, że jego 
ojciec jest dyrektorem banku, a matka nie żyje. Opowiadał, jak złapał go policjant na ulicy Koziej, skąd przywiózł go 
dorożką. Skazańcy wiedzieli, że chłopiec był Żydem (tej narodowości w połowie był także Mławski, którego wzięli na 
badania, czyli przesłuchanie). 
 
Wszyscy zajmowali małą, niską i wilgotną celę, na drzwiach której były wydrapane imiona i daty ich poprzedników. W 
oknach z powybijanymi szybami były kraty, przez które widać było fragment dachu kuchni, niżej zaś mur z wieżycz-
kami, na których stały oparte karabiny maszynowe. Za murem rozciągał się widok na bezludne domy getta. Więźnio-
wie urozmaicali sobie czas grą w karty zrobione z tekturowego pudełka. Gdy widzieli otwierające się drzwi celi, był to 
znak  przywiezienia  nowych  aresztantów.  Powstawała  wtedy  możliwość  dowiedzenia  się  od  nich  informacji  o  życiu 
poza murami zakładu. 
 
Do celi po przesłuchaniu wrócił Mławski. Wówczas to rozpoznał „nowego”, z którym rzekomo jechał tramwajem, a 
potem widział na policji. Mimo, iż chłopiec wszystkiemu zaprzeczył, Mławski był pewien swych racji. Zjadł zimną zu-
pę,  zostawioną  dla  niego  przez  kolegów.  Powiedział,  że  dostał „po  pysku”,  gdy  z  pożyczonego  od  narratora  palta, 
spod podszewki, w pewnym momencie przesłuchania wypadło szkiełko. Zapytał bohatera, czy planuje targnąć się na 
swoje  życie.  Podczas  przesłuchania  referent  rozpoznał  jego  ojca  (robił  z  ojcem  Mławskiego  interesy  w  radomskim 
getcie) i zaproponował, by starszy Mławski został konfidentem. 

 

 
Gdy  zbliżała  się  pora  apelu,  więźniowie  stanęli  twarzą  do  drzwi.  Po  ich  otwarciu  stanął  przed  nimi  niski  esesman z 

background image

pejczem w dłoni, za nim wysoki Ukrainiec z pękiem kluczy, a za nimi z kolei porządkowy, szrajber (pisarz i kancelista, 
Żyd a zarazem adwokat z getta). Szrajber wybełkotał po niemiecku stan obecnych więźniów w celi, po czym esesman 
wyciągnął z niej Matulę. Żyd powiedział, iż na jego liście widnieje jeszcze Namokel Zbigniew (chłopiec z Biblią). Wy-
wołany wziął swe palto, po czym wyszedł, nie wypowiedziawszy ani słowa. Po ponownym zamknięciu celi, aresztanci 
rozłożyli sienniki do spania. Bohater położył się na jednym z nich z Mławskim. Nogi okryli kurtką, a resztę ciała pal-
tem. Od wybitego okna wiało zimne powietrze. W świetle więziennych lamp Mławski zaczął się zastanawiać, czy jego 
ojciec zgodził się zostać konfidentem i dlaczego poznany chłopiec kłamał, mówiąc, że do więzienia przywiózł go do-
rożką  policjant.  Gdy  przysypiali,  dobiegły  ich  odgłosy  strzałów  spod  więzienia.  Domyślali  się,  że  rozstrzelano  ludzi 
zabranych po apelu z cel. Zastanawiali się, dlaczego nie zrobiono tego w lesie.  
 
 

U NAS, W AUSCHWITZU 

Opowiadanie ma charakter epistolarny i składa się z dziewięciu listów. W pierwszym liście narrator Tadeusz informu-
je, iż przebywa w obozie w Birkenau: „Wybrano nas kilkunastu z całego Birkenau”. W pisanych każdego dnia („Ale 
Staszek obiecał przez swoje koneksje list przesłać, tylko żeby nie był długi, bo to musi być nudne tak do dziewczy-
ny co dzień pisać”) listach opowiada o kursach sanitarnych ukochanej, która znajduje się najprawdopodobniej w tytu-
łowym obozie Auschwitz. Kiedyś przebywała na Pawiaku: „Pamiętam Ciebie z Pawiaka: wysoką, smukłą pannę o lek-
kim uśmiechu i smutnych oczach. Na alei Szucha siedziałaś z pochyloną głową i widziałem tylko Twoje czarne włosy, 
które teraz są obcięte I to jest najsilniejsze”. Tadeusz znał ukochaną – nie podaje jej imienia – ze świata przed obo-
zem.  Wspomina,  jak  prowadzili  długie  wieczorne  rozmowy  w  małym  pokoiku  w  mieszkaniu  przy  ulicy  Skaryszew-
skiej: „I dlatego piszę Ci tak długie listy: bo to są moje z Tobą rozmowy wieczorne, jak wtedy na Skaryszewskiej”. W 
czasie rzeczywistym opowiadań, ukochana bohatera nie przypomina już tamtej młodej, roześmianej dziewczyny, lecz 
on nadal ją kocha: „Mimo pochylonej głowy na gestapo, mimo tyfusu, zapalenia płuc i — krótko obciętych włosów”. 
 
W każdym z listów narrator opisuje szczegóły obozowej egzystencji, tamtejsze zwyczaje, zachowania, problemy, cał-
kowite  podporządkowanie  się  Niemcom.  Prócz tego treść  niektórych  listów jest  wypełniona  deklaracjami  uczuć  do 
dziewczyny, wspomnieniami ich szczęśliwych, wspólnych chwil, studiów, rodziny czy znajomych.  
 
Pierwszy list 
Tadeusz  przekazał  ukochanej  informację  o  swoim  uczestnictwie  w  kursie  sanitarnym, który  ma  przygotować  go  do 
pełnienia funkcji flegera. Uczy się podstaw udzielania pierwszej pomocy, zwalczania zakaźnych bakterii (typowych dla 
niehigienicznego trybu życia -gronkowca i paciorkowca) oraz poznaje zasady przeprowadzania sterylizacji. Mężczyzna 
opisuje  perypetie,  jakie  miał  ze  znalezieniem  kogoś,  kto  zgodziłby  się  przekazać  list  kobiecie.  Jego  zmagania  przez 
długi czas nie przynosiły rezultatów. W końcu kolega obiecał pomoc pod jednym warunkiem, że list nie będzie ob-
szerny: „(…)bo to musi być nudne tak do dziewczyny co dzień pisać”.  

 

 
Tadeusz napomknął także o oryginalnej prośbie pacjenta (przedwojennego bogacza), proszącego o pochowanie go w 
każdym miejscu, byle nie we wspólnej mogile, uwłaczającej godności ludzkiej. Na szczęście mężczyzna wyzdrowiał i 
nękający go problem sam się rozwiązał. 
 
Drugi list 
Tadeusz opowiada ukochanej o realiach życia w Oświęcimiu. Obecni tam więźniowie chwalili sobie życie w obozie. 
Mówili o nim z poczuciem wyższości i dumą, czego dowodem może być cytat: „U nas, w Auschwitzu…”. W Oświęci-
miu warunki były imponujące, jak na miejsce zagłady: brukowane chodniki, murowane budynki, betonowe podłogi i 
trzypiętrowe prycze. W porównaniu z nim, obóz w Birkenau, w którym dominowały drewniane baraki stojące w bło-
cie, przedstawiał się o wiele gorzej. 
 
Tadeusz  mieszkał  teraz  w  znacznie  lepszych  warunkach  niż  przedtem,  mając  do  dyspozycji  cywilne  ubrania,  czystą 

background image

pościel,  ciepłe  koce,  a  w  czasie  świąt  stół  nakryty  prawdziwym  obrusem.  Wyznał,  że  w  obozie  wszyscy  wiedzieli 
wszystko o wszystkich. Takie kwestie, jak religia czy donosicielstwo, były powszechnie komentowane. Bohater wyja-
wił swoje uczucia do narzeczonej, której twarzy nie widział od bardzo dawna. Pisał: „Zachowałem w sobie dużo po-
gody i wiem, że i ty jej nie straciłaś. Mimo wszystko. Mimo pochylonej głowy na gestapo, mimo tyfusu, zapalenia płuc 
i – krótko obciętych włosów”. 
 
Trzeci list 
Tadeusz pisał ukochanej o odwlekających się kursach sanitarnych, o sali muzycznej, w której co niedziela odbywały 
się koncert symfoniczne dawane przez zawodowych muzyków, pracujących w kuchni oraz o bibliotece („zawiera parę 
kryminalnych  powieści”)  istniejącej  w  obozie.  Prócz  tego  mieścił  się  tam  także  puff,  czyli „burdel”,  składający  się  z 
piętnastu kobiet i oferujący swe usługi jedynie uprzywilejowanym (na przykład lekarzom ze szpitala, kapo z komand). 
Czasem klientami puffu byli także więźniowie, dostający przepustki za dobrą pracę (w obozie kwitł handel tymi do-
kumentami). W zakończeniu listu wspominał dawne czasy na ulicy Skaryszewskiej w Warszawie. 
 
Czwarty list 
W tym liście Tadeusz snuje refleksje na temat masowego zabijania i bierności tysięcy ludzi przyglądających się w mil-
czeniu.  Mistyką  nazywa  bezwarunkowe  podporządkowanie  milionów  garstce  ludzi  z  karabinami.  Ludzie  z  zewnątrz 
myślą, że życie w Auschwitz to „sielanka”, dali się omamić pozorom życia kulturalnego (bokserskie mecze, koncerty w 
sali  muzycznej)  czy  przestrzegania  zasad  humanitaryzmu,  pozorów  normalności  (trawniki  posiane  wzdłuż  bloków, 
czysta pościel).  
 
Dużo miejsca zajęło mu opisanie sceny przybycia do obozu nowego transportu kobiet, których przybyciu towarzyszy-
ła… orkiestra i dziesięć tysięcy stojących obok bramy mężczyzn. Przywiezione wzywały pomocy, ponieważ wiedziały, 
że  czeka  je  zagazowanie.  Nikt  jednak  nie  zareagował  na  te  krzyki,  a  tysiące  mężczyzn  stało  w  milczeniu.  Tadeusz 
stwierdził, że ludzie spoza obozu myślą, że w Oświęcimiu jest potwornie, choć jest w nim przecież ring bokserki czy 
orkiestra (to wszystko jednak było oszustwem). Pisał: „(…) może z tego obozu, z tego czasu oszustw, będziemy musie-
li zdać ludziom żywym relację i stanąć w obronie zmarłych”. 
 
Piąty list 
Stanowi kolejną relację z realiów obozowego życia, jak również jest przykładem zadumy narratora nad ludzką egzy-
stencją. Tadeusz opisywał dokładnie swe uczestnictwo w kursach sanitarnych, obowiązkową „gimnastykę”, trwającą 
godzinę i odbywającą się co dwa dni: „Trzeba było robić setki przysiadów, całe dnie i noce stać w jednym miejscu (…) 
wisieć na słupku przywiązany za ręce albo na drągu zawieszonym na dwu krzesłach, skakać jak żaba, czołgać się jak 
węże”.  
 
W dalszej części listu autor wspominał czasy, gdy był wolny i dzielił jeden pokój z ukochaną, w którym rozmawiali o 
życiu. Snuł dygresje na temat roli nadziei, zastanawiając się, czy: „gdyby nie nadzieja, iż ten inny świat nadejdzie, że 
wrócą prawa człowieka – żylibyśmy w obozie choć jeden dzień? (…) Nigdy w słowach ludzkich nadzieja nie była sil-
niejsza w człowieku, ale nigdy też nie wyrządziła tyle zła, ile w tej wojnie, ile w tym obozie”. 

 

 
Szósty list 
Tadeusz przytaczał przeprowadzone lub usłyszane w obozie rozmowy, na temat ówczesnego „życia”. Wspominał swą 
drogę z więzienia na Pawiaku do obozu, podczas której widział desperackie ucieczki przerażonych ludzi, ścisk, brak 
powietrza, uduszone trupy walające się między nogami czy rozkładające się zwłoki. W tych rozmowach uczestniczył 
jego bliski kolega – Staszek. Wspominał on swego przyjaciela Żyda z Mławy, który zajmował się kierowaniem ludzi do 
gazu. Gdy pewnego dnia przyjechał w transporcie jego ojciec, ten kazał mu wejść do komory pod pozorem kąpieli, 
ponieważ nie chciał się narazić Niemcom. Później wyjął z jego ubrania rodzinną fotografię, która stała się pamiątką 
tego,  co  zrobił.  List  kończy  się  opowiadaniem  Kurta,  kolegi  Tadka  przenoszącego  jego  listy  do  ukochanej,  o  maka-

background image

brycznym wydarzeniu z Mauthausen, gdzie podczas Wigilii dwóch uciekinierów powieszono na szubienicy stojącej na 
placu obok choinki.  
 
Siódmy list 
 Od poprzednich różni się tym, że jest porównaniem obozowego życia więźniów do życia starożytnych niewolników. 
Tadeusz doszedł do wniosku, że nie ma między nimi żadnej różnicy: zarówno więzień, jak i niewolnik, nie mieli nic 
własnego, obaj byli oznakowani numerem jak zwierzęta, wykonywali taką samą ciężką pracę, chciano maksymalnie 
ich wykorzystać: „Jaką potworną zbrodnią są piramidy egipskie, świątynie i greckie posągi”. Zadaje pytanie: „Co bę-
dzie o nas wiedzieć świat, jeśli zwyciężą Niemcy?”. List kończy się optymistycznym stwierdzeniem, że najważniejsze 
są myśli i uczucia, dzielone z bliskimi. 
 
Ósmy list 
Tadeusz opisywał w nim aktualne, obozowe wydarzenia. Był szczęśliwy, ponieważ znalazł mężczyznę, który przenosił 
korespondencję do Birkenau (był to „długi elektryk”). Pisał także o ślubie jednego z więźniów - Hiszpana, złapanego 
we  Francji  i  dostarczonego  do  Oświęcimia.  Miał  on  dziecko  z  Francuzką,  która,  gdy  maleństwo  podrosło,  chciała 
wziąć  ślub.  Dlatego  też  sprowadzono  ją  wraz  z  dzieckiem  do  obozu,  pana  młodego  ubrano  w  garnitur  i  krawat,  a 
wszystko sfotografowano przy dźwiękach grającej orkiestry. Drugiego dnia Francuzkę odesłano do ojczyzny, a Hisz-
pana na komando. Obóz był pod wrażeniem: „U nas, w Auschwitzu, to nawet śluby dają”. 
 

Tadeusz wspomniał ukochanej o kończących się kursach sanitarnych oraz o otrzymywanych z domu listach. Bliscy 

donieśli  mu  o  wydaniu  jego  tomiku.  Deklarował,  że  nie  wyobraża  sobie  bez  ukochanej  życia,  snując  wspólne  pla-
ny:„(…)  o  życiu,  którym  będziemy  żyć,  o  wierszach,  które  napiszę,  o  książkach,  które  będziemy  czytać”. Opisał  jej 
również dokładnie szczegóły swego aresztowania, nie chcąc, by czuła się winna, czy za cokolwiek odpowiedzialna. 
 
Dziewiąty list 
Nie różni się od pozostałych. Tak jak w poprzednich, Tadeusz opisywał liczne zabiegi, które wykonywał, by przekazać 
ukochanej listy. Zdał także relację z akcji odwszawiania obozu, podczas której: „(…) bloki nabite ludźmi, ale wszy ani 
jednej. Nie darmo odwszanie trwało przez całe noce”. Opisał także powrót do obozu Banderkomanda, wśród którego 
rozpoznał dawnego kolegę Abramka. Zajmował się teraz paleniem zwłok (był zafascynowany nowym, ekonomicznym 
sposobem  palenia: „Bierzemy  cztery  dzieciaki  z  włosami,  przytykamy  głowy  do  kupy  i  podpalamy  włosy”). Tekst 
opowiadania zamyka zdanie: „Ale to jest nieprawda i groteska, jak cały obóz, jak cały świat”. 
 
 

LUDZIE, KTÓRZY SZLI 

W tym krótszym, kilkunastostronicowym opowiadaniu przewija się motyw pochodu ludzi dwiema drogami, z któ-

rych jedna prowadziła do obozu, a druga do gazu. Wielokrotnie powtarza się tam zdanie: „Ludzie szli i szli”, którego 
sens został wzmocniony dwukrotnym użyciem czasownika „szli”. Jak szli? Bezustannie, miarowo, bez najmniejszego 
oporu… 
 
Narrator (Tadek) wraz ze współwięźniami zbudował na pustym polu za barakami szpitala boisko do gry w piłkę. Obok 
na  murawie  zasadzili  kwiaty  i  warzywa.  Na  prawo  od boiska mieściły  się krematoria: jedne  za  rampą  FKL-u  (obozu 
kobiecego), a drugie tuż przy drutach wysokiego napięcia. Narrator stale był świadkiem przyjeżdżających transpor-
tów z ludźmi. W przepełnionych wagonach jednokrotnie przyjeżdżało około trzech tysięcy więźniów. Od rampy kole-
jowej prowadziły dwie drogi: jedna w stronę lasu, druga w kierunku szpitala - obie wiodły do krematoriów. O każdej 
porze  dnia  i  nocy  szedł  nimi  tłum  ludzi  z  ciągle  przyjeżdżających  pociągów.  Wszyscy  szli  tylko  w  jedną  stronę,  nikt 
nigdy  nie  wracał.  Jedynie  z  drogi  wiodącej  do  szpitala  czasami  ocalało  kilkoro  ludzi,  kierowanych  potem 
do „zauny” (łaźni),  gdzie  byli  goleni,  odzierani  z  ubrań  i  wpychani  do  obozu  (czasem  to  była  szansa  na  przeżycie,  a 
czasem nie…).  

background image

 
Narrator informuje, że nie pracuje już w szpitalu, lecz jest teraz członkiem obozu roboczego, obok którego znajdował 
się niewykończony i niezamieszkały jeszcze odcinek C. Baraki były niezadaszone i bez jakichkolwiek sprzętów. Pew-
nego dnia zasiedlono je około trzydziestoma tysiącami kobiet, które przebrano w kolorowe sukienki. Z tego względu 
obóz nazwano Perskim Rynkiem. Kobiety godzinami stały na mrozie na apelu, były głodne, bez bielizny. W dzień wy-
chodziły z baraków na zewnątrz, ponieważ komando Wagner budował Na Perskim Rynku drogę z kamienia, kanaliza-
cję i umywalki na wszystkich odcinkach Birkenau. Do magazynu szefa (esesmana) przynoszono koce, kołdry i naczy-
nia,  których  część  była  rozkradana  przez  pracujących  tam  więźniów  i  zamieniana  na  żywność  czy  inne  rzeczy. 
Gdy  przeszli  już  do  krycia  dachów,  rano,  pchając  przed  sobą  wózek  z  towarem,  bohater  widział  stojące  w  bra-
mie„wachmanki” (wartowniczki). Niejedna z nich miała kochanków wśród murarzy czy cieśli. Gdy mężczyźni rozpalali 
ogień do gotowania smoły, wówczas kobiety przychodziły do nich się ogrzać: „obleciały nas i prosiły o wszystko (ołó-
wek,  papier  i  chleb)”. Były  wśród  nich  dziewczynki,  młode  dziewczęta,  mężatki,  matki…  Pilnowały  ich  Słowaczki  – 
blokowe na Perskim Rynku – mające za sobą po parę lat obozu. Wśród nich była Mirka, obiekt uczuć Żyda, zdobywa-
jącego dla niej jedzenie. Choć błagała o pomoc dla chorego, ukrywanego dziecka, nie uzyskała jej ani od Żyda, ani od 
Tadka: „Wzruszyłem ramionami i wyszedłem z bloku” (chwilowy odruch współczucia uznał za niedorzeczny). 

 

 
Jedna z blokowych w przypływie złości wykrzyczała pewnego dnia więźniarkom, że ich rodziny, wszyscy ludzie, któ-
rych tu przywieziono – poszli do gazu. Powiedziała, że też tam trafią: „Ten dym, który widzicie nad dachami, to wcale 
nie z cegielni, jak wam mówią. To z waszych dzieci!”. 
 
Esesmanki wyciągały na apelu z szeregów kobiety ciężarne i brzydsze, po czym wrzucały je w „oko” (otaczały je ko-
łem i zapędzały do krematorium). 
 
Ciągle przyjeżdżały nowe transporty ludzi, których od razu kierowaną na drogę bez powrotu. Rozebrany tłum wcho-
dził do środka, esesmani zamykali okna, dokręcali śruby i puszczali gaz. Po paru minutach otwierali drzwi, wietrzyli, a 
Sonderkommando – złożone z przeważnie żydowskich więźniów – wynosiło zwłoki, by je spalić. Czasem po zagazo-
waniu, gdy palono ciała, przyjeżdżały spóźnione samochody z ludźmi, dla których nie „opłacało się” już uruchamiać 
krematorium – rozebranych wrzucano żywcem do płonącego dołu (kto miał szczęście, dostał przedtem strzał w gło-
wę). Raz wśród przywiezionych narrator widział starszą kobietę z córką. Gdy mała nie chciała od niej odejść, esesman 
(powtarzając, by była odważna) poprowadził ją rozebraną do płonącego dołu, po czym strzelił w głowę. 
 

Z końcem lata przestały przyjeżdżać pociągi, coraz mniej ludzi szło drogą do krematorium. Miały miejsce nowe wy-

darzenia:  ofensywa  rosyjska  i „płonąca  Warszawa” (powstanie  warszawskie).  Spowodowało  to,  że  przewożono 
transporty więźniów na zachód. Po ucieczce Sonderkommanda, złapano jego członków i rozstrzelano. Zaczęto prze-
rzucać ludzi z obozu do obozu. 
 
 

DZIEŃ NA HARMENYACH 

Rozdział I 
Bohater pracował z więźniami w majątku – gospodarstwie rolnym, na Harmenzach, a dokładniej przy torach kolejki 
wąskotorowej. Pewnego dnia siedział pod cieniem kasztanów w piasku, trzymając wielki francuski klucz i dokręcając 
złączenia. Dochodziła do niego odrzucająca woń bagna ze stawów, a wschodzące słońce zapowiadało upalny dzień. 
Narrator  chłodził  się  trzymanym  kluczem,  którym  co  chwila  uderzał  o  szyny.  Ten  dźwięk  rozchodził  się  po  całych 
Harmenzach.  
 
Pracowali z nim greccy Żydzi (wystawiali swe chude ciała do słońca). W pewnej chwili przyszła do nich pani Haneczka, 
również pracująca w majątku, która czasem przynosiła bohaterowi skradzione jedzenie (kubeł ziemniaków gotowa-
nych w łupinach) przeznaczone dla kur. Tym razem także zapytała, czy nie brak mu posiłku, lecz bohater odmówił i 

background image

podziękował za troskę. Powiedział także, że miał dla niej dwa mydła z napisem „Warszawa”, które niestety ktoś mu 
ukradł. Haneczka nie przejęła się za bardzo tą wiadomością, ponieważ dostała właśnie dwa kawałki mydła od Iwana. 
Gdy  pokazywała  je  narratorowi  –  rozpoznał  swój  papier  i  kostki  (domyślił  się  tym  samym,  kto  był  złodziejem).  Na 
pożegnanie kobieta poprosiła, aby przekazał Iwanowi od niej kawałek słoniny. Choć odszukał wśród mężczyzn pracu-
jących w polu Iwana, pilnującego swej grupy ludzi, nie przerwał swych zajęć. Grecy ze złością zaczęli mu wypominać, 
że  nie  zgodził  się  na  jedzenie  od „pani  Hani” (przy  okazji  oni  również  zaspokoiliby  głód).  Pewien  grecki  Żyd  Beker, 
niegdyś  Lagerältestor  w  żydowskim obozie  pod  Poznaniem,  wieszający  ludzi  za  kradzież  żywności  (potraktował  tak 
nawet swojego syna), opowiadał o tym etapie swego życia z przeszłości. Jego drugi syn także przebywał w obozie. 
Nienawidził ojca tak bardzo, iż kazał więźniom go zabić. Ochotę na to miał także bohater (nie lubił Bekera). W pew-
nym momencie Tadek wystraszył nawet Żyda mówiąc, że ma się odbyć „wybiórka”. 
 
Rozdział II 
Szyny kolejki wąskotorowej były rozprowadzone po całym polu. Na jednym ich końcu leżały spalone ludzkie kości, a 
następna odnoga toru prowadziła z krematorium do stawu pełnego kości, przywożonych tam samochodem. Następ-
ne szyny służyły do innych celów. W miejscu krzyżowania torów znajdowała się ogromna, ciężka żelazna płyta, służą-
ca do ręcznego przesuwania szyn. Pewnego dnia mężczyźni dostali rozkaz przeniesienia płyty. Kapo bił ich łopatą po 
całym ciele tak długo, iż choć nie mieli siły – w końcu dźwignęli płytę. Gdy bohater spytał, gdzie ją skierować, usłyszał, 
by dziś szyny sprowadzić do rowu. Otrzymał również polecenie zrobienia na wieczór czterech sztuk noszy dla trupów. 
Mężczyźni  położyli  płytę,  straszliwym  wysiłkiem  dociągnęli  szyny,  a  także  ręcznie  dokręcili  śruby.  Zbliżała  się  pora 
obiadu. Ludzie, słysząc o wybiórce, zrywali bandaże, opatrywali sobie rany, masowali mięśnie – wszystko po to, by 
wieczorem lepiej wyglądać, aby nie zostać kolejnym zagazowanym.  

 

 
Bohater przekopywał wilgotną ziemię w wale. Robił to bardzo sprawnie, ponieważ po obfitym śniadaniu miał siłę do 
pracy. Niedaleko niego w cieniu przykucnął dozorujący esesman, od którego wczoraj dostał dwa razy szpicrutą przez 
plecy. Mężczyzna spytał go o godzinę, przez co zobaczył zegarek narratora (kupił go w obozie od „Kanady” za paczkę 
fig) i chciał go nabyć. Gdy nie uzyskał zgody – rzucił przedmiotem o ziemię i odszedł. W następstwie tego bohater 
podniósł zegarek i zaczął gwizdać Międzynarodówkę. Po chwili poczuł na swych plecach ciężką dłoń. Podniósł oczy i 
zobaczył nad sobą kapo w pasiakach, który zakazał mu gwizdać ostrzegając, że gdyby usłyszał to esesman– narrator 
już by nie żył. Kommandoführer (dozorujący esesman) pozwolił zebrać ludzi i iść na obiad. 
 
Rozdział III 
Na  obiad  szli  drogą  prowadzącą  przez  Harmenzę,  wśród  kasztanów,  obok  dworku,  przed  którym  bawiła  się  córka 
właściciela majątku. Jego ganeczek był opleciony zielonym bluszczem, a pod oknami rosły piękne róże i bujne kwiatki 
w skrzyneczkach. Nim wyszło się na drogę, trzeba było przejść przez błoto, w którym były trociny polewane odkaża-
jącą substancją (na tym polegała profilaktyka przeciw zarazie). Na drodze ustawione były kotły z zupą, przywiezione z 
obozu. Każde komando miało swoje pojemniki oznakowane umownymi symbolami pisanymi kredą. Ponieważ Tadek 
ze swoją grupą byli pierwsi – zmienili znaki, by móc zabrać większy kocioł. Grecy, będący w jego grupie, nie zareago-
wali sprzeciwem na oszustwo. Gdy zbliżało się kolejne komando, bohater kazał współwięźniom zabierać kotły. Udało 
im się uciec, ciągnąc kotły za sobą. Takie między komandami było prawo: kto pierwszy przy kotle, ten lepszy. W cza-
sie postoju w ucieczce, bohater odkręcił śruby pokrywy i zobaczył w kotle zupę z żółtymi okami margaryny pływają-
cymi po powierzchni, a na dnie pokrzywy. 
 
Narrator poszedł na pole do grupy Iwana. Zastał go w towarzystwie pewnego „starego, zaufanego Greka”, chowają-
cego  do  torby  ukradzioną  gęś  (prawdopodobnie  z  gospodarstwa).  Udając,  że  nic  nie  widział,  oddał  mu  słoninę  od 
pani Haneczki i przekazał podziękowania za mydło, na co Iwan się obruszył i tłumaczył, że mydło kupił od Żyda. Nar-
rator oddalił się, grożąc: „Więcej ci się należy. Zwłaszcza ode mnie. Postaram ci się oddać”. 
 
Rozdział IV 

background image

Dnem rowu biegła mętna woda, nad którym rósł tatarak, a dalej krzaki z malinami. Bohater stał tam i badał dno łopa-
tą, próbując nie zamoczyć butów. Przyglądał się temu wszystkiemu post (wartownik esesman), który chciał kupić od 
niego buty. Bardzo mu się podobały, ponieważ miały podwójną podeszwę i były ręcznie szyte (przyniósł mu je przyja-
ciel z Kanady). 
 
Choć post w zamian za obuwie chciał dać chleb dla Greków, transakcja nie dobiegła końca. W końcu zaczął namawiać 
Tadka na przekroczenie rowu, co groziło śmiercią (post mógł strzelić za podjętą próbę ucieczki - za zabicie uciekiniera 
dostałby trzy dni urlopu i pięć marek). Nie udało mu się jednak również i to. Był bardzo wściekły.  
 
Obok bohatera pracował układający szlam Janek z Warszawy, nierozumiejący zbyt dobrze zasad obozowego życia. W 
pewnym momencie nadszedł dowódca warty i uderzył go w twarz tak mocno, iż ten wpadł do dołu. Esesman powie-
dział, że gdy Janek z nim rozmawia, ma zdjąć czapkę z głowy i stać na baczność. Gdy odszedł, narrator pomógł chło-
pakowi wyjść z rowu. 
  
Pipel  (chłopiec  do  posług blokowego  lub  kapa),  który  miał około  szesnastu  lat,  przyszedł  do  Tadka  z jedzeniem od 
kapa. Usłyszał od bohatera, że nie chce jeść samej zupy, podczas gdy „niektórzy” kradną gęsi i wieczorem smażą je w 
obozie. Wtedy chłopiec poszedł z donosem do kapa na obozowych złodziei drobiu.  
 
Rozdział V 
Była  pora  obiadowa,  w  trakcie  której  Pipel  nakrywał  dla  kapa  do  stołu.  Był  tam  również  pisarz  komanda,  będący 
greckim lingwistą. Więźniowie siedzieli na ziemi, a nieopodal nich rozsiedli się esesmani. Do jednego z nich podszedł 
Żyd  Rubin  z  Kanady  i  coś  mu  szeptał.  Kapo  nalewał  zupę  z  kotła,  większą  porcją  nagradzając  według  niego  silniej-
szych, zdrowszych i lepiej pracujących. Słabsi nie mieli szansy na dolewkę cieczy z pokrzywy.  

 

 
Bohater pełnił funkcję Vorarbeitera, czyli pomocnika kapo, więc należały mu się dwie pełne miski zupy z kartoflami i 
mięsem. Tego dnia oddał jedną porcję Bekerowi, a drugą Andrzejowi (pracował w sadzie i obiecał przynieść mu ja-
błek). Wszyscy siedzieli w cieniu, mając przed sobą, także odpoczywające, kobiece komando (oddział roboczy). Jedna 
z dziewcząt, za karę, że złapano ją w polu kukurydzy z Petrem (zdążył uciec), klęczała z rękami wyprostowanymi nad 
głową, trzymając w nich ciężką belkę. Esesman co chwilę szczuł ją psem, który wyrywał się do jej twarzy. W końcu nie 
wytrzymała i upadła na ziemię z płaczem.  
 
Pipel powiedział narratorowi, że wzywa go bardzo rozzłoszczony kapo. Gdy Tadek poszedł do dowódcy, dowiedział 
się, iż za oddanie swego obiadu innym – jutro nie otrzyma zupy. Kapo przypomniał mu również o zrobieniu czterech 
noszy. 
 
Rozdział VI 
W pracy pomagał narratorowi Janek. W tym czasie Iwan bił i kopał Bekera (który zjadł, prócz obiadu, pozostawioną 
narratorowi przez Haneczkę kaszę). Gdy skończył sadystyczne przejawy swej złości - odszedł, mówiąc bohaterowi, by 
sam dokończył tę sprawę. Bohater, choć bardzo nienawidził Żyda, kazał mu jedynie umyć miskę, po czym go zostawił. 
Na  drodze  Andrzej,  z  polecenia  kapo,  uczył  maszerować  dwóch  greckich  Żydów,  bitych  przez  kapo  kijem.  Bohater 
ominął ten widok i poszedł dalej. W drodze spotykał więźniów, pytających go: „Tadek, co słychać?”, na co odpowia-
dał, że „(…) Kijów zajęli”. Usłyszał to post (wartownik esesmana, ten sam od zamiany zegarka), po czym podbiegł do 
niego krzycząc, że rozsiewa polityczne plotki. Choć narrator tłumaczył, że miał na myśli kije, które Andrzej przywiązał 
do nóg Żydów, gdy uczył ich maszerować, post nie uwierzył. Chciał spisać jego numer obozowy, by zrobić meldunek. 
W końcu bohaterowi udało się odejść, lecz po chwili dogonił go Rubin z ostrzeżeniem. Mówił, że Tadka czekają kłopo-
ty. Wyłudził od niego zegarek, obiecując załagodzenie sprawy z postem. 
 

Gdy narrator rozmawiał potem z kapo, na rowerze podjechał do nich niemiecki właściciel i gospodarz majątku na 

background image

Harmenzach.  Bohater  zdjął  czapkę  i  usłyszał,  jak  tamten  bogaty  Niemiec  wydawał  rozkaz  dla  „Andreja”,  by  zabił 
musztrowanych  Żydów.  Do  przekazania  polecenia  został  zobligowany  Tadek  (prywatnie  kolega  Andrzeja).  Gdy  to 
zrobił, „Andrzej chwycił kij i uderzył na odlew. Grek zasłonił się ręką, zaskowyczał i upadł. Andrzej położył mu kij na 
gardło, stanął na kiju i zakołysał się”. Drugiego Żyda spotkał taki sam los.  
 
Rozdział VII 
Na  zbiórce  więźniowie  stanęli  piątkami,  po  czym  zostali  policzeni.  Od  strony  dworu  szli  w  ich  kierunku  esesmani  i 
posty. Na noszach leżały dwa trupy. Było około godziny piętnastej, a oni już wracali do obozu, co znaczyło, że dziś 
będzie na pewno „wybiórka” ludzi do gazu. Po przeszukaniu więźniów (czy nic nie wynoszą), spowodowanej tym, iż 
właściciel  majątku  szukał brakującej  gęsi  – z  szeregu  wyciągnięto  Greka  trzymającego  dużą  torbę,  w  której, jak  się 
okazało,  miał  gęś.  Kapo  wyjął  gotowy  do  strzału  pistolet  i  już  zamierzał  zrobić  z  niego  użytek,  gdy  nagle  z  szeregu 
wystąpił Iwan. Wyznał, że to on ukradł tę sztukę drobiu. Mimo, iż zalał się krwią po tym, jak gospodarz zbił go pej-
czem po twarzy - nie upadł na ziemię. Po powrocie do obozu miano złożyć odpowiedni meldunek komando. Temu 
wszystkiemu przyglądała się oparta o stodołę pani Haneczka, a w oczach miała łzy.  
 
Gdy więźniowie wrócili do obozu, esesmani wybrali numery ludzi mających iść do gazu, wśród których znalazł się Żyd 
Beker. Poprosił on bohatera, by przed śmiercią dał mu się najeść (był stale głodny). Narrator spełnił tę prośbę. 
 
 

PROSZĘ PAŃSTWA DO GAZU 

W  obozie  Birkenau  trwała akcja  dezynfekcji. Wszyscy  więźniowie  (kobiety  i mężczyźni)  chodzili  nago,  ponieważ  ich 
ubrania zabrano do odwszenia, które polegało na wrzuceniu ich do ogromnych basenów wypełnionych rozpuszczo-
nym w wodzie gazem – cyklonem (służącym także do zagazowywania ludzi w komorach). Prócz odzieży, także mate-
race, sienniki i koce zabrano do dezynfekcji, dlatego też ludzie spali na gołych deskach. Panował straszliwy upał. Od 
kilku dni drogi do krematoriów były puste, transporty nie przyjeżdżały.  
 
Bohater z kolegami żywił się paczkami przysłanymi z domów. On dostał przesyłkę żywnościową od matki. Dzielił się 
jedzeniem z Henrim oraz Francuzem z Marsylii, należącymi do grupy więźniów nazywanych Kanadą. Była to wybrana 
grupa  pracująca  przy  rozładunkach  transportów  ludzi,  z  których korzystała  poprzez  zabieranie  odzieży  i jedzenia.  Z 
tego powodu członkowie Kanady byli na wyższym szczeblu w hierarchii obozowej. Nigdy nie byli głodni.  
 
Blokowy ogłosił, by Kanada zbierała się do rozładowania mających nadejść transportów. Z uwagi na to, że część tej 
grupy odesłano do komanda na Harmenzach - do pracy w niemieckim majątku – Henrii wziął bohatera ze sobą. Ma-
szerowali w stronę rampy, po drodze mijając pusty lager (obóz) C.  
 
Rampa znajdowała się wśród zielonych drzew. Był to malutki placyk wysypany żwirem, otoczony zielenią. Dalej stał 
mały barak, w którym na czas przyjazdów transportów była kantyna dla Niemców. Wkoło leżały stosy szyn, cegieł i 
podkładów  kolejowych,  zwały  desek,  kamieni  (był  to  towar  przeznaczony  na  rozbudowę  nowych  baraków  obozo-
wych). 
 
Posty  rozstawiali  się  w  określonych  odstępach  przy  torach,  ścisłym  kołem  otaczając  rampę.  Pozwolili  Kanadzie  na 
chwilowe rozejście. Więźniowie usiedli, niektórzy wygrzebywali ze żwiru resztki zbutwiałego chleba. Vertreterzy (za-
stępcy blokowych) podzielili Kanadę na grupy, każdej z nich przydzielając zadania po przyjeździe transportu. Zajecha-
ły motocykle wiozące „obsypanych srebrem odznak podoficerów SS, tęgich, spasionych mężczyzn o wypolerowanych 
oficerskich butach i błyszczących, chamskich twarzach”. Niektórzy z nich trzymali w ręku teczki, inni kije trzcinowe. 
Kanada na razie odpoczywała, nielicznym udało się skryć w cieniu. Wszystkim bardzo doskwierał upał.  

 

 
Nagle nadjechał transport. Pociąg wjeżdżał na rampę tyłem, w zakratowanych okienkach towarowych wagonów wi-

background image

dać było twarze ludzi proszących o wodę i krzyczących z przerażenia. Jeden z podoficerów skinął na posta, a ten prze-
jechał po wagonach serią z automatu – trochę się wówczas uciszyło. Pod rampę podjeżdżały ciężarówki, pod które 
podstawiono stołki. Podoficer z teczką oznajmił, że jeżeli któryś z członków Kanady ukradnie coś ze złota i kosztow-
ności  –  zostanie  rozstrzelany.  Otworzono  wagony,  wskutek  czego  dostrzeżono  niepowtarzalny  ścisk  podróżnych, 
którzy mdleli, dusili się w tłoku. Przyjezdni mieli dużo bagażu, nie wiedzieli przecież, że to była ich ostatnia podróż.  
 
Kazano  im  wysiadać.  Kanada  brała  ich  walizy,  plecaki, „tłumoki”,  po  czym  składała  je  na  gromadę  obok  wagonów. 
Palta  umieszczano  na  następnej  stercie. Gdy  ludzie  pytali  ich o  swój  dalszy  los, nie  słyszeli  prawdziwej odpowiedzi 
(było to niepisane prawo milczenia). Kanada ustawiała ludzi w dwie grupy: do jednej kierowano młodych, mających 
iść do obozu i oddalić w ten sposób perspektywę śmierci, a do drugiej, ładowanej na samochody, ludzi skazanych na 
natychmiastową śmierć (samochody wywoziły ich do krematorium, a potem wracały puste). Ciągle podjeżdżała ka-
retka Czerwonego Krzyża, dowożąca gaz do krematorium. Wszystko odbywało się bardzo szybko. Esesman odhaczał 
w swym notesie ilość odjeżdżających aut z ludźmi – szesnaście kresek znaczyło około tysiąc ludzi, gdyż do jednego 
auta wpychano około sześćdziesięciu osób (i tak nie nadążały kursować między rampą a krematorium). 
 
Członkowie  Kanady  układali  na  gromadki  torebki,  ubrania,  z  których  wypruwali  zaszyte  złoto  i  brylanty,  a  potem 
wrzucali  je  do  teczek  przechodzących  esesmanów.  Segregowali  sterty  butów,  bielizny.  Najważniejsze  było  dla  nich 
jedzenie  (znajdowali  sterty  chleba,  słoiki  z  marmoladą,  a  nawet  spirytus  w  manierkach,  który  pili  na  zaspokojenie 
upału). Musieli pracować szybko i sprawnie, bez ociągania się. 

 

Otrzymali polecenie uprzątnięcia pustych wagonów, z których wynosili martwe dzieci, uduszone i leżące w ludzkich 
odchodach: „Wskakuję o środka. Porozrzucane po kątach wśród kału ludzkiego i pogubionych zegarków leżą podu-
szone,  podeptane  niemowlęta,  nagie  potworki  o  ogromnych  głowach  i  wydętych  brzuchach.  Wynosi  się je jak  kur-
czaki, trzymając po parę w jednej garści”. Żadna kobieta nie chciała się przyznać do tych małych dzieci, myśląc, że w 
ten sposób zyskuje szansę na przeżycie. Widzący to esesman sięgnął po pistolet i dopiero wówczas starsza siwa pani 
wzięła  od  bohatera  ciała  niemowląt.  Zrobiło  mu  się  słabo  i  chciało  mu  się „rzygać”.  Bardzo  brzydka  komendantka 
FKL-u (obóz kobiecy), nienawidząca urody u innych osób, przyszła odebrać młode i ładne kobiety, stojące już w odo-
sobnionej grupie. Zabrała wszystkie do miejsca, gdzie miano obciąć im włosy, odrzeć z ubrań, z godności ludzkiej. Z 
drugiej  strony  kobiety  te  były wśród  grupy  wybranych,  niektóre  z  nich miały  szansę  na  przeżycie  w  lagrze.  Kanada 
pakowała  walizy  i  zebrane  rzeczy  na  ciężarówki,  które  miały  odjechać  do  ponownego  przesegregowania  w  lagrze. 
Sprzątano pozostałości po pierwszym transporcie, by nie było śladu, gdy nadjedzie następny. Uprzątnięto już trupy z 
wagonów, które wrzucono na auta, mające zawieść je do miejsca kremacji.  
 
Gdy nadjechał następny transport, pozostałości po poprzednim były już uprzątnięte. Wszystko zaczęło się od nowa… 
Transporty  przychodziły  cały  dzień,  aż  do  wieczora.  Z  każdym  kolejnym  członkom  Kanady  trudniej  było  zachować 
uprzejmość czy spokój. Znowu ludzi rozdzielano na dwie grupy (jedna do lagru, druga do samochodów, a potem do 
krematoriów), znowu następowało segregowanie rzeczy, rzucanie na sterty, czyszczenie wagonów z ludzkich zwłok. 
Bohater w pewnym momencie przeżył traumatyczną chwilę: „Chwyciłem rękę trupa: dłoń jego kurczowo zawarła się 
wokół mojej ręki. Szarpnąłem z krzykiem i uciekłem”.  
 
Choć za jedną kobietą biegło dziecko – ona nie przyznawała się do macierzyństwa. Andrej marynarz z Sewastopola, 
który miał mętny wzrok od wódki, uderzył uciekającą, chwycił za włosy i wrzucił na auto wraz z dzieckiem. Była tam 
także  młoda  dziewczyna  o  pięknych,  jasnych  włosach,  która  spytała  bohatera  o  cel  jej  podróży.  Nie  dotrzymawszy 
odpowiedzi, domyśliła się sama… Z odwagą weszła na stołek i wsiadła do auta. 

 

 
Narrator  wynosił  z  wagonów  niemowlęta  zadeptane  przez  ludzi,  po  czym  wrzucał  je  na  samochody  pełne  trupów. 
Zdarzyła się drastyczna historia: „Inni niosą dziewczynkę bez nogi; trzymają ją za ręce i za tę jedną, pozostałą nogę. 

background image

Łzy ciekną jej po twarzy, szepce żałośnie: »Panowie, to boli, boli…« Ciskają ją na auto między trupy. Spali się żywcem 
wraz z nimi”. 
 
Wspomina, że byli już zmęczeni i wyczerpani, nie mogli powiedzieć słowa, gdyż było bardzo gorąco, a spirytus pity 
niby woda powodował niewyobrażalny ból. Nie miał już w sobie odruchu litości, współczucia, żadnych ludzkich uczuć. 
Grecy z Kanady nie przejmowali się tym wszystkim, objadając się w ukryciu marmoladą, o czym powiedział mu Henri. 
Pozwolił mu chwilę odpocząć, w wyniku czego narrator wsunął się pod szyny marząc o powrocie do obozu:„Leżałem 
na dobrym, chłodnym żelazie i marzyłem o powrocie do obozu, o pryczy, na której nie ma siennika, o odrobinie snu 
wśród towarzyszy, którzy w nocy nie pójdą do gazu. Naraz obóz wydał mi się jakąś zatoką spokoju. Wciąż umierają 
inni, samemu się jeszcze jakoś żyje, ma się co jeść, ma się siły do pracy, ma się ojczyznę, dom, dziewczynę…”. 
 
Transporty wciąż przyjeżdżały. Segregowało się wszystko. Esesmani złoto ze swych teczek wrzucali do beczek po ka-
wie, które później w szczelnie zamkniętych skrzyniach odsyłali do Rzeszy. Ludzie przywiezieni do obozu nie wiedzieli, 
że wszystkie ukryte przedmioty i tak zostaną odnalezione: „Nie wiedzą, że zaraz umrą i że złoto, pieniądze, brylanty, 
które zapobiegliwie ukrywają w fałdach i szwach ubrania, w obcasach butów, w zakamarkach ciała – już im nie będą 
potrzebne. Fachowi, rutynowani ludzie będą im grzebać we wnętrznościach, wyciągną złoto spod języka, brylanty z 
macicy i kiszki odchodowej. Wyrwą im złote zęby”. 
 

Gdy już ostatnie auta odjechały do krematoriów, a inne zabrały sterty trupów, esesman zrobił w notesie ostatnią 

kreskę. Suma ludzi wynosiła piętnaście tysięcy. Kanada wracała do obozu „objuczona chlebami, marmoladą, cukrem, 
pachnąca  perfumami  i  czystą  bielizną,  ustawia  się  do  odmarszu.  Kapo  kończy  ładowanie  kotła  od  herbaty  złotem, 
jedwabiami i czarną kawą. To na bramę dla wachmanów: puszczą komando bez kontroli. Parę dni obóz będzie żył z 
tego transportu: zjadał jego szynki i kiełbasy, konfitury i owoce, pił jego wódki i likiery, będzie chodził w jego bieliź-
nie, handlował jego złotem i tłumokami. Wiele wyniosą cywile za obóz, na Śląsk, do Krakowa i dalej. Przywiozą papie-
rosy, jajka, wódkę i listy z domu. Parę dni będzie obóz mówił o transporcie »Sosnowiec - Będzin«. Był to dobry, boga-
ty transport”. 
 
Po powrocie do obozu, mimo nocy, z krematoriów ciągle było widać dym – pozostałość po palonych ciałach. 
 
 
 

ŚMIERĆ POWSTAŃCA 

Bohater pracował z Romkiem, dywersantem spod Radomia, „odrabiającego w obozach Niemcom to, co im w Polsce 
napsuł”,  przy  kopaniu  rowów  pod  rury  wodociągowe.  Olbrzymie  traktory  równały  ziemię  podwożoną  z  dołu  przez 
szereg wagoników pchanych przez więźniów. Ludzie nosili podkłady i szyny. 
 
Narrator z kolegą kopał rów, który obsypywał się podczas deszczów, grożąc zawaleniem. Wcześniej pracowali przy 
noszeniu szyn i poplątanych prętów. Było tak od chwili założenia obozu, w którym, w ciągu dwóch miesięcy, umarło 
około trzech tysięcy ludzi z głodu, chorób, z wycieńczenia ciężką pracą.  
 
Norwedzy kładli rury kanalizacyjne. Gdy podczas kopania bohater wychylał się z rowu, widział czubek kościoła, młody 
świerkowy las, a za nim… obóz. Przyjechał na teren od Stuttgartu do Balingen wraz z innymi więźniami.  
 
Na zmianę z Romkiem chodził kraść buraki na pola rolników z Wirtembergii, którym zabrano pastwiska pod urządze-
nia  polowych  fabryk, „a  żołnierze  i  majstrowie  z  Armii  Pracy  Todta  grasują  z  upodobaniem  po  ogrodach  i  sadach 
(…)”. Aby ukraść warzywa trzeba było zakradać się na drugie, dalsze pole (by nie budzić podejrzeń). Gdy przyszła jego 
kolej, ruszył kraść buraki. Za zakrętem rowu pracowali więźniowie z powstania warszawskiego, ubrani w pasiaki. Gdy 
powiedział, by go przepuścili, jeden z mężczyzn poprosił o przyniesienie jednego buraka, by zaspokoić głód. Miał na 
sobie  marynarkę  przewiązaną  sznurkiem,  spod  której  wystawała  słoma  (by  zatrzymać  ciepło  ciała),  a  jego  trzewiki 

background image

były oblepione błotem. Choć dziennie dostawał tylko litr zupy na wodzie i pajdkę chleba, bohater odmówił przynie-
sienia mu czerwonego warzywa. 
 
Czołgając się w błocie, zakradł się na pole. Schował dwa buraki pod marynarkę, po czym wycofał się do rowu obok. W 
drodze powrotnej powstańcy ponownie bezskutecznie poprosili o warzywo. 
 
Gdy narrator wrócił, Romek wyjął nożyk zza marynarki i zaczął obierać i kroić na kawałki buraki, by mogli je wspólnie 
zjeść. Opowiadał przy tym, jak kiedyś z kolegami obstawili wioskę: „Jeżyny czy Dzierżyny”, weszli przez okno do cha-
łupy śpiącego sołtysa i jego żony. Pierwszy wszedł Wilk, o którym Romek zawsze dużo opowiadał. Chcieli zabrać soł-
tysa  na  przesłuchanie,  lecz  nie  udało  im  się  to,  ponieważ „sołtysowa  narobiła  rabanu”. Uciekli,  kradnąc  wcześniej 
wieniec kiełbasy. 

 

 
Romek w  rozmowach  często  mówił  o jedzeniu.  Teraz  podsłuchiwał  ich  więzień  – powstaniec,  który  w  niewiadomy 
sposób zakradł się do ich rowu. Mężczyzna nadal prosił o kawałek warzywa. Dostał je, lecz w zamian musiał oddać im 
kawałek chleba zawiniętego i schowanego pod marynarką. Bohater doradził więźniowi, by nie objadał się (zobaczył 
jego spuchnięte nogi i podejrzewał rychłą śmierć). Gdy powstaniec odszedł, zaczęli rzuć chleb. Przerwał im przecho-
dzący majster, specjalista od instalacji wodociągowej i noszenia szyn, który organizował także wszelkie jedzenie od 
okolicznych mieszkańców ze wsi. Romek ponownie zaczął rozmowy na temat jedzenia. Zwierzył się, że chciałby wró-
cić do żony i dziecka.  
 
W pewnym momencie majster Batsch krzyknął do narratora „Kapo” (tak nazywali umiejących mówić po niemiecku), 
mówiąc, że jakiś człowiek leży na ziemi i nie pracuje. Okazało się, że był to powstaniec, który wyprosił od nich kawa-
łek  buraka,  a  teraz  cierpiał  przez  wielkie  boleści  brzucha.  Narrator  przypomniał  konającemu,  że  nie  radził  mu  jeść 
buraka, był pewien, że nie przeżyje do wieczora. Choć powstańcy przyjechali do obozu sześć tygodni wcześniej, chcie-
li być mądrzejsi w sprawach jedzenia od spotkanych tam więźniów.  
 
Bohater wrócił do Romka, który opowiedział mu, jak wczoraj sprzedał buraka Żydom za pajdkę chleba, a potem do-
stał trochę zupy za odniesienie kotłów do kuchni, czym wywołał złość w koledze. Przysłuchiwał się tej rozmowie maj-
ster Batsch, który nagradzał dobrze pracujących ludzi skórkami od chleba. Rzucił im wtedy do rowu pakuneczek ze 
skórkami, co było znakiem dobrej pracy tego dnia.  
 
 
 

BITWA POD GRUNWALDEM 

Tadek relacjonuje życie po „wyzwoleniu”, gdy siedział z ogromem ludzi w po esesmańskich koszarach. 
 
Rozdział I 
Dziedziniec (studnia) był otoczony murami. Pod kamiennymi ścianami koszar rosły wątłe drzewka klonowe i kwitnący 
na czerwono żywopłot. Z okien zwisała susząca się na sznurkach bielizna. Pod murami leżało się dużo śmierdzących 
śmieci. Na parterze koszar mieszkali prominenci. W budynkach był rząd oszklonych okien, z których słychać było gra-
jące radia. Bramy pilnowali amerykańscy żołnierze. Za nią z kolei biegła autostrada, po której chodzili zwykli ludzie, 
jeździły samochody, było tam normalne życie. Niekiedy w nagrodę, za na przykład dobry marsz, sprzątnięty korytarz 
czy lojalność wypuszczano ich na przepustki za bramę, by mogli popatrzeć na świat. W środkowym skrzydle na pię-
trze mieściły się kuchnie zgrupowania Wojskowego Allach. Z rury wystawionej przez lufcik wydostawał się dymek. 
 
Bohater siedział na parapecie okiennym trzeciego piętra, grzejąc plecy na słońcu i patrząc w dół studni. Po dziedzińcu 
przemaszerował Batalion w stronę kościoła, mieszczącego się w hali, na mszę arcybiskupią. Sala, w której teraz spał, 
była duża, z dwoma szeregami piętrowych łóżek. Przez środek biegły nieociosane stoły, stało parę taboretów. Z po-

background image

wodu upału śmierdziało tam potem niemytych ciał. Przebywał tam z bohaterem między innymi Kolka, olbrzymi i ży-
lasty podchorąży, który nigdy nie zdejmował sukiennego munduru, odziedziczonego z rozdziału niemieckiego. Kolej-
nym znajomym był chorąży, który wskutek dokuczliwego upału chodził w samych kąpielówkach, odsłaniając przy tym 
wytatuowane ciało. Czytał niemiecką książkę o Katyniu. Przebywał z nim syn, przynoszący mu kradzione jedzenie zza 
bramy (miał „układy” z amerykanami, którzy wypuszczali go na zewnątrz). Prócz nich był także Stefan, który uczył się 
angielskiego i na wszystko narzekał. Bohater znał go jeszcze z obozu Birkenau, podobnie jak Kolka, który także pamię-
tał  Stefana  z obozu  (był wówczas  flegerem,  czyli  sanitariuszem,  potem  z  kolei  lauferem  – gońcem,  później  piplem, 
posługiwaczem  kapo  na  komandzie).  Tadeusz  niejednokrotnie  dostawał  wtedy  od  niego „po  mordzie”. W  efekcie 
licznych  „awansów”  Stefan  pełnił  w  końcu  funkcję  blokowego  na  najbogatszym  oddziale  (dla „uzdrowieńcow”),  z 
którego zupa kotłami, a chleb dziesiątkami bochenków wędrowały na lager, gdzie wymieniano go na papierosy, mię-
so, owoce. Okradał wtedy chorych ludzi, by jak najwięcej skorzystać. Teraz z kolei kłamał, że w czasie pobytu w obo-
zie  ratował  ludzi.  Kolejnym  przetrzymywanym  w  koszarach  był  Cygan  (narrator  opowiadania  prawie 
go „zatłukł” podczas walki o lepsze miejsce w transporcie), od kilku dni jednak chory, ponieważ najadł się surowego 
baraniego mięsa i nie chciał iść do lekarza.  

 

 
Chorąży wyjął z szafki mundur i ubrał się. Pokłócił się ze Stefanem o Katyń, któremu powiedział, że to jego rodacy ze 
wschodu są wszystkiemu winni. Gdy Stefan go podjudzał, wtedy ten skoczył mu „do gardła”. Podobnie jak inni, cho-
rąży podejrzewał, że ktoś (być może Stefan) kradnie w kuchni jedzenie z przydziału dla ludzi przebywających w kosza-
rach (czyli dla nich). Dlatego też jedli tylko zupę lub… kradli jedzenie innym. Chorąży zapowiedział znienawidzonemu 
Stefanowi, że wykryje tożsamość złodzieja, po czym poszedł do kuchni. Kolka zapewniał bohatera, że gdyby opowie-
dział  redaktorowi  gazety  przebieg  mszy  arcybiskupiej,  na  którą  się  wybierali,  to  dostałby  miskę  gulaszu.  Narrator 
jednak  nie  był  zdecydowany,  czy  iść  na  nabożeństwo,  czy  do  teatru.  Wieczorem miało  się  odbyć ognisko  z  niespo-
dziankami. 
 
Generalicja podążała na spotkanie świątobliwości, mającego odprawić mszę. Na czele szedł pułkownik w mundurze z 
koca, uszytym na angielską modę przez miejscowych krawców. Obok niego major w zielonym mundurze oficerskim, a 
za nim z kolei maszerowało wojsko w zielonych i czarnych kurtkach różnych narodowości. Nagle w hali przystrojonej 
kwiatami  i  udającej  kaplicę  rozległ  się  dzwonek.  Z  komendantury  wyszedł  w  kierunku  hali  arcybiskup  w  otoczeniu 
księży, za nimi poszli inni. 
 
Rozdział II 
Bohater  poszedł  jednak  na  mszę  arcybiskupią.  W  pierwszych  rzędach  siedzieli  oficerowie,  Prezes  Komitetu,  obok 
śpiewaczka w karminowej sukni (podobno według opowieści ludzi, pod koniec wojny, w obozie w Dachau, z głodu 
oddawała swe ciało za jedzenie) i „Aktor” (z którym rzekomo obecnie utrzymywała bliskie kontakty). Porucznik armii 
amerykańskiej – obecny komendant obozu – patrzył na kobietę z pożądaniem. Za zajętymi krzesłami stał tłum, przy-
glądający się orłom wyciętym z papieru, a przypiętym do wielkich chorągwi narodowych, zszytych z prześcieradeł. Ich 
wzrok spoczywał „z nabożeństwem” także na „brzozowym krzyżu”. Obok ławek stał Batalion.  
 
Obok głównego bohatera – narratora opowiadania – stanął redaktor, który szepnął mu, by po mszy wstąpił do niego 
na gulasz i oddał pożyczoną książkę. Ksiądz (pamiętał go z Dachau), włożył arcybiskupowi mitrę na głowę, po czym 
kapłan pobłogosławił wszystkich.  
 
Po  tym  narrator  opuścił  halę,  zastając  na  dworze,  po  drugiej  stronie  betonowego  dziedzińca,  siedzących  na  ziemi 
ludzi  z  nowego  transportu,  przywieziony  amerykańskimi  ciężarówkami.  Po  chwili  mężczyźni  poszli  oglądać  izby,  w 
których mieli zamieszkać, a kobiety siedziały na ławce. Wśród nich bohater zobaczył profesora. Z nim czasami cyto-
wał pewne fragmenty z powielaczowego pisemka obozowego, wydawanego przez księży. Obok mężczyzny siedziała 
dziewczyna  o  bujnych  blond  włosach  i  obfitych  piersiach.  Na  szyi  miała  zawieszony  łańcuszek  z  kapsułką  w  kształ-
cie „świstawki”. Profesor próbował „obmacywać” nową więźniarkę, która go znała, ponieważ była Żydówką i miesz-

background image

kała z nim w getcie w jednym domu. Przyjechała transportem, który przeszedł z Polski przez zieloną granicę, z Pilzna. 
Na imię miała Nina.  
 
Wszyscy po skończonej mszy wychodzili na zewnątrz, a arcybiskup z księżmi udali się do mieszkania Pierwszego Po-
rucznika. Transport zaczął wnosić swe bagaże do koszar. Narrator pomagał objuczonej bagażami Ninie (przyjechała 
wraz z ciotkami). Położyli wszystko w sali na parterze, a przez okna wyrzucali walające się po kątach śmieci wprost na 
głowy przyjezdnych. W trakcie tego dziewczyna ocierała się mimochodem o niego. Bohater po tylu latach przebywa-
nia w obozie spragniony był bliskości kobiety. Przyjezdni, nie zwracając uwagi na lipcowy klimat, rozpalili na dworze 
ogniska, gotując w rondlach jedzenie i piekąc placki.  

 

 
Gdy wyszli z budynku, Nina zapytała, czy nie chciałby opuścić murów. On odpowiedział, że boi się, ponieważ śledzili 
ich wartownicy. Kobieta opowiedziała narratorowi historię swego życia. Przez sześć lat była polską katoliczką, nau-
czyła się przykazań, chodziła na msze i do spowiedzi. Matka, Żydówka, która potem zginęła w Treblince, podarowała 
jej książeczkę do nabożeństwa. W pewnym momencie Nina zakochała się w Romku – katoliku, który nie lubił Żydów. 
Był komunistą i zaciągnął się do wojska, gdy Niemcy odeszli z Siedlec. Wtedy też Nina postanowiła, że nie może go 
dalej okłamywać – napisała do niego list (na pocztę polową), w którym przyznała się do swego pochodzenia. Po wy-
słaniu uciekła, nie czekając na odpowiedź. Ciągle zmieniała obozy, bojąc się, że wywiozą ją do Palestyny (nie chciała 
żyć z Żydami, ponieważ czuła się Polką). Wyznała bohaterowi, że gdyby nie fakt, że jutro wyjeżdża dalej – być może 
by się w nim zakochała. Umówili się, że gdy po obiedzie wartownicy się zmienią, spróbują wymknąć się poza mury 
koszar – do lasu na spacer. Nagle zaczęła się „bieganina i krzyki”. Na placu tłum ludzi umykał na boki przed jadącymi 
jeepami, w których stali amerykańscy żołnierze. Z drzwi kuchni wyszedł tłum, kierujący się do komendantury. Prowa-
dził chorążego z pochyloną głową, Stefana trzymającego Niemkę, Kolkę, który kopniakami popychał kucharza i krzy-
czał,  że  mają  złodzieja  (ktoś  schował  w  kuchni  cały  wór  mięsa).  Na  schody  przed  komendanturę,  zdziwieni  nagłą 
wrzawą, wyszli Pułkownik, Major i Arcybiskup. 

 

Rozdział III 
Bohater poszedł do przytulnego pokoju redaktorów, urządzonego po mieszkaniu oficera SS. Tam „grunwaldowy gu-
lasz” był wydawany bez kolejki, można było go brać „na zapas”. Mężczyzna, mieszkający z głuchym kapitanem – by-
łym korespondentem dziennika w Białymstoku - poczęstował go jedną porcją (z okazji rocznicy Bitwy pod Grunwal-
dem zwykli ludzie w koszarach dostali po porcji kartofli z mięsem). Narrator marzył, patrząc na ten pokój, by móc w 
nim mieszkać, porozkładać w nim swoje książki, powiesić spodnie w szafie, spać w normalnym łóżku. Redaktor poin-
formował go, że przyłapany na kradzieży Stefan dostał od komendanta możliwość wyboru kary: albo„bunkier”, albo 
wydalenie z obozu (wraz z pewną Niemką zdecydował się opuścić obóz). Kolka z kolei, wraz z chorążym, za fakt, iż 
wdali się w bójkę - trafili do bunkra. Redaktor ofiarował gościowi jeden z dwóch posiadanych biletów do teatru, gdyż 
jego głuchy współlokator poszedł grać w brydża z Rotmistrzem.  
 
Udali  się  do  teatru, mieszczącego  się w  garażach,  pod  którymi  stał  tłum  ludzi,  chcących  wejść  do  środka.  Policjant 
bronił wejścia, mówiąc, że nie ma już miejsc, i prosząc, by przyszli jutro na powtórzenie „Grunwaldu”. Tłum jednak 
wdarł się do bramy. Narrator ze znajomym weszli bocznym wejściem dla aktorów, po czym usiedli w rzędzie za gene-
ralicją. Na scenie stała śpiewaczka, a przy niej Aktor. Już miał zacząć się spektakl, gdy rozjuszony tłum wdarł się do 
garażu.  
 
Rozdział IV 
Bohater leżał z Niną na leśnej trawie. Udało im się wymknąć z obozu na tę upojną randkę. Po zbliżeniu dziewczyna 
znowu zaproponowała, by wyjechał razem z nią, lecz on chciał żyć „po swojemu”: „(…) bez obozu, bez wojska, bez 
patriotyzmu, bez dyscypliny, normalnie, nie na pokaz! Nie pobierać zupy z kotła, nie myśleć o Polsce”. Nina obiecy-
wała,  że  pomimo  ciągłej  miłość  do  Romka,  zapomni  o  nim,  by  mogli  wspólnie  z  bohaterem  wyjechać  do  Brukseli. 
Miała  tam  siostrę  i  szwagra,  bogatego  Belga,  którzy  mieli  im  pomóc.  Nina  chciała  studiować  medycynę.  

background image

 
Wracali w stronę koszar asfaltową drogą. Teraz z kolei to on zaczął prosić, by z nim została. Tłumaczył, że nie wyje-
dzie: „Ja tu nie jestem niczym, ale się wybiję. Mam kolegów, którzy mi pomogą, mam książki, od których trudno mi 
odejść. Tak je zbierałem, rozumiesz? Ja boję się ryzyka, za dużo śmierci widziałem, żeby się dać zabić. Niech inni, po 
co ja? Boję się przestrzeni, boję się ludzi, bo cóż ja jestem? Jakie mam prawa? (…) Żadnych, żadnych”. W pewnym 
momencie zezłoszczona Nina wykrzyczała mu, że wykorzystał ją „na jeden raz”, po czym chwyciła na talizman zawie-
szony na szyi i wyznała, że to są tablice Mojżesza (przykazania po hebrajsku), które miały łączyć ją z Żydami (w dal-
szym ciągu nie czuła, czy jest Polką, czy może Żydówką: „Ale ja nie jestem ani Żydówką, ani Polką. Z Polski mnie wy-
rzucili.  Do  Żydów mam wstręt. Myślałam,  że są jeszcze  inni  ludzie.  Ale  ty  nie jesteś  człowiekiem, jesteś  tylko Pola-
kiem”). Krzyczała, by wracał do Polski.  

 

 
Gdy tak szli, z krzaków wynurzył się Stefan, który skarżył się, że amerykanie nie wpuścili go do obozu, by zabrał koc. O 
Niemce powiedział, że: „Poszła w krzaki”. Zaproponował koledze, by poszedł z nim na piechotę do Polski, ponieważ 
nazajutrz  i  tak  cały  obóz  miał  być  wywieziony.  Narrator  nie  przyjął  tej  propozycji.  Szedł  dalej  z  przytuloną  Niną  do 
koszar, nie wiedząc, jak przedostaną się na teren obozu. Co krok spotykali ludzi znających potajemne przejścia przez 
mury obozu, a teraz poruszających się w trawach. Uciekali sami, „póki czas”. Pod koszarami stało parę czołgów, pil-
nowanych przez drzemiącego żołnierza amerykańskiego. Drogą, w stronę obozu, jechała kolumna ciężarówek. Para 
skradała się, by przedostać się na teren obozu przez zawaloną gruzami bramę. Przy dziurze nie zastali nikogo. Pod 
jednym narożnikiem z papy siedział kolejny drzemiący żołnierz, przy drugim stali dwaj żołnierze, którzy akurat czę-
stowali się papierosami. 
 
Bohater zaproponował dziewczynie poczekanie do zmroku, by zwiększyć szanse na bezpieczne przejście. Nina przy-
pomniała, że bardzo chciał zobaczyć przedstawienie „Grunwald”, po czym wyrwała się i zaczęła biec w kierunku bra-
my, dopadła gruzów i zaczęła się po nich wspinać. Na moment odwróciła roześmianą twarz i zawołała coś w kierunku 
bohatera.  Wtedy  też  została  zauważona  przez  jednego  z  żołnierzy,  który  zdjął  z  ramienia  karabin,  i  krzycząc  do 
niej „Halt  !” (Panienko,  stój!),  lecz  nie  zdążyła  go  posłuchać.  Żołnierz  drzemiący  na  pierwszym  narożniku  otworzył 
nieprzytomne oczy, poderwał się, chwycił za karabinek i strzelił do niej. Nina zrobiła jeszcze krok, po czym osunęła się 
na stronę obozu, w którym natychmiast podniesiono krzyk. Żołnierze ruszyli w jej kierunku.  
 
Tadek także tam podążył. Wolnym krokiem przeszedł usypisko na oczach żołnierzy i ukląkł przy zwłokach. Nina leżała 
martwa, jeszcze ciepła, z talizmanem na szyi. Niedawny kochanek usunął jej spod głowy gruz, po czym ułożył ją na 
miękkim piasku. Gdy się podniósł, wkoło stało dużo ludzi. Przecisnął się między gapiami i odszedł. Nagle zatrzymał się 
przy nim jeep, wypchany żołnierzami, z których jeden zapytał go, co się stało. Tłum odwrócił się od dziewczyny i pa-
trzył na żołnierzy. Pierwszy z auta wysiadł Porucznik. Wówczas z tłumu wynurzyli się żołnierze, pilnujący narożników. 
Tadek powiedział do Porucznika obojętnym głosem: „My tu, w Europie, jesteśmy do tego przyzwyczajeni (…) Przez 
sześć lat strzelali do nad Niemcy, teraz strzelaliście wy, co za różnica?”. Porucznik złapał się za głowę, a tłum skando-
wał: „Gestapo! Gestapo!”. 
 
Rozdział V 
Bohater  wrócił  do  sali,  którą  pod  jego  nieobecność  zdewastowali  Polacy,  szykujący  się  do  jutrzejszego  transportu 
(zniszczyli  wszystko:  porozrywali  sienniki,  porozbijali  miski,  szyby).  Pod  jego  nogami  piętrzyły  się  podarte  papiery. 
Cygan, który był świadkiem tego wszystkiego leżał na łóżku (ukradziono mu buty). Powiedział narratorowi, że Redak-
tor zabrał książki Tadka, myśląc, że nie wróci już do obozu. Poza tym poinformował go, że chorąży z Kolą siedzieli w 
bunkrze za karę wdania się w bójkę. Temu pierwszemu podobno rozbito szafkę, ukradziono aparat i pieniądze. Nagle 
odezwał się syn chorążego, leżący na łóżku z niemiecką dziewczyną (przemycił ją do obozu dzięki temu, że na warcie 
stali jego amerykańscy znajomi), który powiedział, że widział na własne oczy, jak Cygan okradał jego ojca. Chłopak 
wyznał  jeszcze,  że  nie  chce  wracać  do  Polski  (zamierzał  ukryć  się  w  koszarach  na  strychu  i  „przeczekać”).  Bohater 
również miał taki plan. 

background image

 
 
W pewnej chwili przyszedł do nich profesor, mówiąc, że znalazł narratorowi dobre miejsce przy ognisku, przy którym 
zaraz  miała  odbyć  się  inscenizacja „Grunwaldu”.  Poza  tym  oznajmił,  że  jego  byłą  sąsiadkę  Ninę,  z  którą  zamierzał 
spędzić  noc  i  postarał  się  nawet  o  prześcieradło,  zastrzelono  na  bramie.  Był  zawiedziony,  że  nie  zrealizuje  swoich 
planów. Wtedy też bohater oświadczył, że to on „leżał z nią w lesie”, i że na jego oczach została zastrzelona. W tym 
momencie  profesora  opętał  histeryczny  śmiech.  Wszyscy  podeszli  do okna  (Niemka  była  wystraszona, „(…)  dyszała 
mi  wprost  na  szyję”),  za  którym  ujrzeli  niebo  rozświetlone  przez  kolorowe  race.  Na  dole,  przy  ognisku,  tłum  lu-
dzi „robił  Grunwald”.  Z  okazji  sławetnej  bitwy  w  obozie  także  obchodzono  jej  rocznicę.  Różnica  polegała  na  tym, 
że „ich Grunwald” polegał na paleniu kukieł przebranych za esesmanów w ognisku. To było ich przedstawienie: „To 
nasza odpowiedź – na krematoria i na kościółek”.