background image

Rozdział ósmy 

 
 
  

Zanim  pojechaliśmy,  zostałam  pożegnana  przez  trzech  mężczyzn  -  wampirów. 

Dwóch z nich – Henry i Alex – życzyło mi szczęścia i odbudowy relacji z Marią i Tylerem, 
podczas gdy rodzice siedzieli już w pojeździe. Trzeci – Michael – przysiągł po raz kolejny, że 
będzie  się  starał,  byśmy  znów  byli  prawdziwym  rodzeństwem  jak  dawniej  przed,  jego 
przemianą.  Wsiadając  do  samochodu,  usłyszałam  dźwięk  otwierających  się  drzwi  windy. 
Odwróciłam  głowę  i  zobaczyłam  wychodzącego  Matta.  Dotarłszy  do  swojego  samochodu 
stojącego  zaraz  przy  wejściu,  podniósł  spuszczoną  głowę  i  spojrzał  na  mnie  wzrokiem 
przepełnionym smutkiem. Szybko jednak się opanował i jego twarz stężała. Wsiadł do auta, 
ale  nie  zapalił  silnika.  Przez  chwilę  jeszcze  patrzyłam  na  jego  sylwetkę,  po  czym  zajęłam 
miejsce na tylnym siedzeniu i zamknęłam drzwi, trzymając w dłoni czerwoną kartę. 
 

Dotarliśmy  do  domu  przed  południem.  Spałam  podczas  jazdy,  ale  nie  na  tyle, 

by wypocząć.  Nic nie mówiąc rodzicom, poszłam wolnym krokiem do pokoju i klapnęłam 
na łóżko. Musiałam przemyśleć wszystko, czego doświadczyłam przez te parę dni, oswoić 
się z tym. 
 

Chciałam się zdrzemnąć, ale dał o sobie znać mój żołądek, więc zeszłam do kuchni 

i wyjęłam z szafki miseczkę oraz płatki. Podgrzałam trochę mleko i zalałam nim zawartość 
naczynia.  Siadając  przy  stole,  ujrzałam  mamę  wychodzącą  z  salonu  ze  ściereczką 
i preparatem  do  kurzu.  Zauważyła  mnie  i  uśmiechnęła  się  blado.  Już  jakiś  tydzień  temu 
chciała wymyć dom na blask, ale uniemożliwił jej to najpierw przyjazd Alexa, następnie mój 
wypadek. Weszła do kuchni i nic nie mówiąc, zaczęła czyścić blat kuchenny, a potem szafki. 
Skorzystałam z okazji i postanowiłam się odezwać. 
 

- Gdzie jest tata? 

 

-  Och,  poszedł  do  garażu.  Powiedział,  że  musi  skończyć  swoją  rzeźbę  z  drewna  - 

odpowiedziała cicho, jakby się mnie bała. 
 

- Rzeźbę? Nie wiedziałam, że takie rzeczy go interesują -  zapytałam, marszcząc brwi.  

Prawdę mówiąc, nie bardzo wierzyłam, że tata w tym momencie naprawdę to robił. Byłam 
przekonana,  że  też  chce  odpocząć  od  tego  wszystkiego,  a  garaż  i  drewno  były  tylko 
pretekstem. - Mamo, mogłabyś go zawołać? Chcę porozmawiać - powiedziałam łagodnym 
tonem. 
 

W końcu musiało to nastąpić. Nie chciałam tego odkładać, ponieważ potem byłoby 

mi tylko ciężej. A patrzenie na rodziców i to, jak się meczą i unikają mojego wzroku, było nie 
do zniesienia, nawet jeśli trwało tylko trzy dni, włączając pobyt w Los Angeles. 
 
 

Kiedy tata przyszedł i oboje usiedli, odstawiłam opróżnioną już miseczkę i zaczęłam 

mówić. 
 

- Moglibyście zachowywać się normalnie? Okłamaliście mnie dawno temu, z tym że 

zostało  to  wyciągnięte  na  powierzchnię  dopiero  teraz.  Ale  stało  się  i  już.  Nie  da  się  tego 
zmienić.  Nie  przeczę,  byłam  na  was  wściekła  i  zdruzgotana.  Nie  mogłam...  Nie  chciałam 
dopuścić  do  siebie  myśli,  że  zatailiście  tyle  przede  mną.  Jednakże  teraz wiem,  że  to  miało 
służyć  mojemu  dobru.  I  dziękuję  wam  za  to.  -  Rodzice  nie  chcieli  nawet  mi  przerwać, 
słuchali mnie jak zaklęci. - Z Michaelem nie było łatwo mi rozmawiać, puściły mi nerwy, ale 
w pewnym stopniu wytłumaczyliśmy sobie wszystko. I powiedziałam, że skopie mu tyłek, 
jeśli złamie swoje przyrzeczenie  - skończywszy, ciśnienie trochę mi  się podniosło na samo 
wspomnienie. 
 

- Należy mu się - odezwał się wreszcie tata i uśmiechnął do mnie pewnie. 

 

- Więc teraz będzie już w porządku? - zapytałam, unosząc brwi. 

background image

 

-  Zagramy  w  scrabble?  -  rzuciła  mama.  Przytaknęłam  z  radością  i  pobiegłam  do 

swojego pokoju po grę. 
 

*** 

 
 

Zostałam w domu do końca tygodnia. Chciałam się psychicznie nastawić na pytania 

moich przyjaciół, możliwe złośliwe teksty związane z moim zniknięciem. Jednakże już dziś, 
w  niedzielę,  musiałam  się  spotkać  z  jedną  osobą.  Trzymając  w  ręku  nowy  telefon,  blisko 
z dziesięć  razy  wybierałam  numer  Annabelle  i  gdy  tylko  usłyszałam  dźwięk  sygnału, 
rozłączałam  się.  Po  prostu  bałam  się  tego,  co  mogłaby  mi  powiedzieć,  ale  tak  naprawdę 
zasłużyłam  sobie  na  ostre  słowa.  Nie  dałam nawet  jej  żadnego  znaku  życia,  a  ona  pewnie 
zamartwiała  się  na  śmierć.  Nie  czekając  dłużej,  zbiegłam  ze  schodów,  zabierając  ze  sobą 
notatnik  oraz  długopis  i  w  pośpiechu  ubrałam  się,  pytając  jednocześnie  mamę,  czy  mogę 
pożyczyć jej samochód. W odpowiedzi rzuciła mi kluczyki i już nie było mnie w domu. 
 

Wsiadając  do  samochodu,  miałam  lekkie  obawy  po  wypadku,  co  do  jazdy,  ale  za 

chwilę  uspokoiłam  się,  ponieważ  świeciło  słońce  oraz  nie  pragnęłam  niczego  bardziej,  jak 
znów  usiąść  za  kierownicą  i  poczuć  moc,  przyciskając  pedał  gazu.  Wjeżdżając  na  główną 
drogę, zobaczyłam, że jej nawierzchnia jest sucha i przyspieszając, uśmiechnęłam się. 
 

Zaparkowawszy  pod  domem  Annabelle,  siedziałam  w  aucie  jeszcze  przez  jakieś 

dwadzieścia  sekund.  W  końcu  wysiadłam,  wzięłam  dwa  naprawdę  głębokie  wdechy 
i ruszyłam.  Nie  zdążyłam  nawet  nacisnąć  klawisza  dzwonka,  a  drzwi  już  się  otworzyły 
i stanęła w nich moja przyjaciółka z lodowatym spojrzeniem. Pewnie zobaczyła mnie przez 
okno swojego pokoju. 
 

-  No,  proszę!  Kogo  my  tu  mamy...  -  powiedziała  sarkastycznie.  Po  chwili 

kontynuowała: - Wielmożna księżniczka raczyła się zjawić, ale po co? 
 

- Wystarczy tego tonu, Annabelle - odpowiedziałam twardym i stanowczym głosem, 

patrząc  prosto  w  jej  oczy.  Nigdy  bym  nie  przypuszczała,  że  aż  tak  mogłaby  się  do  mnie 
odezwać. - Jeśli mnie wpuścisz, powiem ci, co było powodem mojej nieobecności. 
 

-  Ok,  wejdź,  ale  porozmawiamy  tutaj,  w  salonie.  Rodzice  pojechali  na  zakupy, 

a Natalie śpi w swoim pokoju i nie chcę jej budzić - rzekła łagodniej. 
 

Byłam  objęta  przysięgą  do  końca  swojego  życia  i  nie  mogłam  opowiedzieć  jej 

w szczegółach tego, co miało miejsce przez te kilka dni. Nie okłamywałam jej, po prostu nie 
mówiłam  wszystkiego.  Kiedy  usiadłyśmy  naprzeciwko  siebie,  Ann  poleciła,  bym  zaczęła 
mówić. 
 

-  Nie  wiem  tak  naprawdę,  od  czego  zacząć,  bo  tyle  się  wydarzyło  w  tak  krótkim 

czasie. - Nie patrzyłam na nią. Wbiłam wzrok w splecione palce i bawiłam się nimi. Po chwili 
zastanowienia rozpoczęłam swoją historię: - Pamiętasz pewnie nasz wypad do kina i burzę 
z piorunami,  która  szalała  na  zewnątrz...  Kiedy  odwiozłam  Sarah  i  Reida  i  wracałam  do 
domu,  padał  bardzo  rzęsisty  deszcz.  Aby  nie  słuchać  jego  i  huku  spowodowanego 
piorunami,  otworzyłam  schowek  i  szukałam  między  papierami  jakiejkolwiek  płyty,  która 
zagłuszyłaby  burzę.  Oczywiście  co  kilka  sekund  zerkałam  na  drogę.  Znajdując  wreszcie 
płytę i prostując się na miejscu, przez drogę przebiegło zwierzę, które było powodem, przez 
jaki  wpadłam  w  poślizg.  Kilka  razy  koziołkowałam,  aż  w  końcu  rozbiłam  się  na  drzewie. 
Byłam  uwięziona  we  własnym  samochodzie,  ale  uwolniłam  się.  Opadając  z  sił  z  powodu 
straconej krwi, weszłam w głąb lasu i leżąc w nim, ktoś mnie znalazł. Zawiózł do szpitala, 
a następnie  okazało  się,  że  lekarz,  który  się  mną  zajmował,  znał  moich  rodziców,  więc 
zawiadomił ich... 
 

- Boże! Jessy! - Annabelle poderwała się z miejsca i rzuciła na mnie, ściskając mocno. 

Puściła mnie w chwili, gdy myślałam, że zostanę uduszona. Usiadła obok mnie po turecku, 
a ja zrobiłam to samo, zwracając się do niej twarzą. - Przepraszam, że na progu tak na ciebie 
naskoczyłam... 

background image

 

- Nic się nie stało, w końcu skąd mogłaś wiedzieć, że miałam wypadek? 

 

- Tak, ale... dzwoniłam i rozmawiałam z twoimi rodzicami, kiedy dwa dni z rzędu nie 

pojawiłaś się w szkole, ani nie wysłałaś żadnej wiadomości, że cię nie będzie. Mówiłam im, 
żeby  zgłosili  to  na  policję,  ale  oni  powiedzieli,  żebym  się  nie  martwiła  i  nic  nie  robiła. 
W ogóle  jakoś  dziwnie  udzielali  mi  odpowiedzi.  I  tego  samego  dnia,  kiedy  z  nimi 
rozmawiałam,  pojechałam  do  ciebie,  ale  nie  zastałam  nikogo.  Wróciłam  i  zaczęłam  się 
zastanawiać,  co  się  z  tobą  stało,  i  nie  ukrywam,  miałam  parę  razy  przed  oczami  czarne 
scenariusze. 
 

- Podejrzewam, że kiedy dzwoniłaś, byli już pewnie u mnie w szpitalu, ale dziwię się, 

że ci nie powiedzieli. 
 

- Nie mogłaś sama dać żadnego znaku życia? 

 

- Niestety nie. Kazali mi wypoczywać i leżeć cały czas w łóżku, a swojego telefonu 

nie miałam, bo został gdzieś w lesie. Teraz mam nowy. - Podałam jej swój numer i myślałam, 
że przejdziemy teraz na jakiś przyjemniejszy temat, ale coś jej się przypomniało. 
 

-  Hej,  a  dlaczego  nie  mówili  w  lokalnych  wiadomościach  o  twoim  wypadku?  - 

Dobrze,  że  siedziałam,  bo  inaczej  to  pytanie  ścięłoby  mnie  z  nóg.  Nie  miałam  zielonego 
pojęcia, co jej odpowiedzieć, więc spuściłam wzrok i przez chwilę unosiłam i marszczyłam 
brwi. 
 

- Hm... Nie wiem. Może... - Musiałam szybko zmienić temat, bo nie umiałam wybrnąć 

z  tego.  -  Masz  coś  do  jedzenia?  -  Uśmiechnęłam  się  cwaniacko,  przyklaskując  w  dłonie.  - 
Zgłodniałam trochę i poza tym z pełniejszym żołądkiem skupię się na przepisywaniu lekcji. 
Dużo zadali na jutro? 
 

- Akurat zjadłam obiad, zanim przyjechałaś, ale mogę zamówić pizzę. Co ty na to? - 

W odpowiedzi kiwnęłam głową. - No to ja idę wykonać telefon... 
 

- A ja pójdę do samochodu po notatnik i zaraz będę u ciebie w pokoju. 

 

Śmiejąc się i zajadając pyszną con funghi, wpadł nam do głowy pomysł, by uwiecznić 

nasze spotkanie, więc Ann wyjęła swój aparat cyfrowy i zrobiła mi dwa zdjęcia, na których 
byłam  umazana  sosem  pomidorowym  z  pizzy.  Zrewanżowałam  się  jej  i  uchwyciłam 
moment, w którym bardzo ładnie zalała siebie i bluzkę, popijając wodę mineralną. 
 

Spędziłam  u  niej  prawie  pół  dnia.  Pytała  mnie  jeszcze  o  mój  pobyt  w  szpitalu,  czy 

leżałam sama na sali, albo czy spotkałam jakiegoś przystojniaka. A propos... 
 

- Słuchaj, Annabelle... Cieszę się, że poradziłaś mi w sprawie Alexa, ale nic z tego. 

 

- Co? Dlaczego? - spytała zdziwiona. 

 

-  Powinnam  była  ci  jeszcze  powiedzieć,  że  on  ma  dwadzieścia  siedem  lat.  –  Ann 

lekko się skrzywiła, ale zaraz uśmiechnęła. - A kiedy go przeprosiłam... 
 

- I? - zapytała przeciągając samogłoskę. 

 

- … pocałowałam, to dowiedziałam się, że ma żonę. 

 

- U! Pewnie nieźle się tym rozczarowałaś. 

 

-  Taa,  ale  było,  minęło.  Nie  będę  tego  rozpamiętywać.  I  mimo  to  nadal  się  z  nim 

przyjaźnię. - Uśmiechnęłam się dumnie. 
 

- No i dobrze. Nie ma czym się przejmować. - Poklepała mnie po ramieniu. 

 

Zbierając  się,  powiedziałam  jej,  że  przyjadę  do  szkoły  trochę  później  niż  zwykle 

i jednocześnie poprosiłam, by w tym czasie porozmawiała z resztą i wytłumaczyła im moją 
dziwną  nieobecność,  a  ja  potem  dopowiem.  Zgodziła  się  bez  chwili  zastanowienia. 
Wychodząc, uściskałyśmy się. 
 

*** 

 
 

Zajeżdżając  prawie  przed  samym  dzwonkiem  na  lekcje,  nie  spodziewałam  się  tak 

ciepłego powitania ze strony przyjaciół. Chociaż potem trochę narzekali na mnie i byli lekko 
wściekli, że nikogo nie zawiadomiłam o swoim stanie. 

background image

 

Zajęcia  minęły  bardzo  szybko.  Jak  zwykle  naszej  paczce  dopisywał  humor,  ale 

zdarzył  się  mały  incydent.  Reid  posprzeczał  się  trochę  z  chłopakiem  ze  starszej  klasy 
i prawie doszło do bójki. Nie wnikałam jednak, o co poszło. 
 

W domu atmosfera była naprawdę świetna. Rodzice chyba postanowili wynagrodzić 

mi  jakoś  te  kłamstwa  i  co  wieczór  urządzaliśmy  sobie  mini  zawody,  np.  w  układaniu 
origami albo obrazków z kostek domina. Cudownie się przy tym bawiłam. Dodatkowo mój 
humor  poprawił  się  jeszcze  bardziej,  gdy  w  czwartek  zadzwonił  Michael.  Rozmawialiśmy 
blisko dwie godziny i nawet wtedy nie chciałam się oderwać od telefonu, który już prawie 
wyrywali mi z rąk rodzice, ponieważ również chcieli zamienić słówko z moim bratem. 
 

Tata  dokończył  rzeźbę,  którą  okazał  się  być  jeździec  na  koniu.  Mimo  że  był 

wampirem, wymagało to od niego dużo cierpliwości, gdyż małe elementy jak strzemię czy 
twarz  człowieka  trudno  jest  wykonać  nawet  profesjonaliście.  Figura  stanęła  na  małej 
komodzie przy szczycie schodów. Bardzo ładnie się prezentowała.  
 

Pogoda ustabilizowała się, zbliżał się koniec kwietnia. Spokojnie można było zrzucić 

ciepłe ubrania, a założyć bluzki z krótkimi rękawami i tenisówki. 
 

Ustaliłam  z  rodzicami,  że  nie  chcę  na  razie  nowego  samochodu.  Skoro  tata  był  na 

razie w domu, jeździłam do szkoły autem mamy. 
 

Pomijając te wszystkie sprawy i mój wyśmienity humor, nie zapomniałam o nowym 

przyjacielu  mieszkającym  w  lesie.  Przez  cały  tydzień  wieczorem  wychodziłam  na  spacer, 
mając nadzieję, że się pojawi. Jednakże nic takiego się nie stało. Dopiero w sobotę ujrzałam 
go,  siedząc  na  schodach  na  zewnątrz  i  rozkoszując  się  promieniami  słońca  i  śpiewem 
ptaków.  Mama  była  na  zakupach  oraz  pojechała  po  świeże  zapasy  krwi,  natomiast  tata 
gotował dla mnie obiad. 
 

Wilk  podszedł  na  odległość  pięciu  metrów  i  usiadł.  Przyjrzałam  mu  się,  ale  nie 

zauważyłam, by miał złe zamiary, więc wstałam i ruszyłam powoli w jego stronę. Będąc już 
blisko  i  kucając,  by  go  pogłaskać,  nagle  zerwał  się  ciepły  wiatr,  który  popsuł  tę  miło 
zapowiadającą się chwilę. Zwierzę wpadło w furię. Upadłam na ziemię i krzyknęłam z bólu, 
kiedy ugryzło mnie w rękę. W mgnieniu oka pojawił się tata i odciągnął mnie od niego pod 
same  drzwi,  trzymając  na  rękach.  Postawiwszy  mnie,  usłyszałam,  jak  zaczął  warczeć  na 
wilka,  który nie  był  mu  dłużny.  Jednakże  zwierzę  patrzyło cały  czas  na  mnie.  Ostatecznie 
szczeknęło i uciekło ,znikając w zaroślach pod drugiej stronie drogi. 
 

Byłam  wystraszona  i  zdezorientowana.  Zszokowało  mnie  zachowanie  Silvera  – 

wilka. Nie wiedziałam, czy coś mu odbiło, czy może ja się zmieniłam, a on potrafił to wyczuć 
z taką łatwością. Spojrzałam na ranę na wierzchniej stronie dłoni, z której spływała krew w 
dół ręki i spadając kropla po kropli, plamiła dębowe deski ganku. 
 

Tata zabrał mnie do domu i założył opatrunek. Był wzburzony i chciał zadzwonić na 

policję, ale zabroniłam mu. Powiedziałam, żeby z tym zaczekał i przypomniałam mu moje 
pierwsze  spotkanie  ze  zwierzęciem,  kiedy  to  pozwolił  się  dotknąć.  Chciałam  wierzyć,  że 
następnym razem nie wydarzy się coś podobnego. 
 

Kiedy wróciła mama i zobaczyła moją obandażowaną rękę, jej reakcja była taka sama 

jak taty. Oboje stanowczo zakazali mi przebywania samej na dworze i chodzenia do lasu, ale 
i  tak  nie  miałam  zamiaru  ich  posłuchać,  ponieważ  chciałam  się  dowiedzieć,  co  się  stało 
wilkowi, że postąpił właśnie tak, a nie inaczej. 
 

*** 

 
 

W  najbliższą  środę,  całą  grupą  uczęszczającą  na  muzykę  i  sztukę  wybraliśmy  się  

szkolnym autobusem razem z panem Dmitrijem i panią Smith do Seattle. Pojechaliśmy tam 
po  to,  by  podziwiać  obrazy  nowo  odkrytego artysty  –  Jasona  Rayta. Ponad  połowa  naszej 
grupy na czele z panią Smith zachwycała się jego malarstwem. Natomiast ja nie widziałam 

background image

w nich nic nadzwyczajnego tylko jakieś kreski, rozmazane domy i postacie. Sam Jason Rayt 
był obecny i cały do dyspozycji, by zadać mu pytanie, z czego niektórzy skorzystali. 
 

Okropnie się nudziłam, będąc tam, i tylko czekałam na sygnał, że możemy wracać do 

autobusu.  W  drodze  powrotnej  zajechaliśmy  jeszcze  do  McDonalda,  by  uzupełnić  zapasy 
energii. Wyprawa zajęła nam tyle godzin, ile musielibyśmy spędzić w szkole. 
 

Po  tym  dniu  zauważyłam  coś  dziwnego  w  zachowaniu  moich  rodziców.  Nigdy 

wcześniej  nie  zdarzało  im  się,  by  telewizor  był  cały  czas  włączony  i  ustawiony  na  kanale 
wiadomości, oraz żeby poziom głośności był tak wysoki, że słyszałam reporterów w pokoju i 
musiałam wkładać sobie zatyczki do uszu, aby się skupić na lekcjach. Nie kupowali również 
tylu gazet, a teraz ich stosy leżały w kuchni, salonie, a nawet przy drzwiach wyjściowych w 
tekturowym  pudle.  Wzięłam  dziesięć  do  ręki  i  przejrzałam.  Prawie  we  wszystkich  na 
pierwszych  stronach  pisali  o  morderstwach.  Zginęły  osoby  mi  nieznane,  ale  znalazło  się 
wśród nich dwóch laborantów. 
 

Za  parę  kolejnych  dni  przyłapałam  ich,  gdy  wspólnie  pisali  coś  w  kuchni.  Kiedy 

zapytałam,  co  to,  byli  tajemniczy  i  krótko  odpowiedzieli,  że  list,  i  poprosili  mnie,  bym  go 
wysłała po szkole. Nie znałam adresu podanego na kopercie, ale nie pytałam o nic więcej. 
Miałam przeczucie, że czegoś się boją i zaczynałam się nieźle o nich martwić. 
 

Ze  mną  również  działo  się  coś  i  to  bardzo  dziwnego  oraz  niewytłumaczalnego 

w prosty sposób. Rana po ugryzieniu Silvera zniknęła na drugi dzień, ale wytłumaczyłam  to 
sobie  leczniczymi  właściwościami  krwi  wampira,  która  płynęła  w  moich  żyłach.  Nie 
powiedziałam  w  końcu  przyjaciołom  o  zwierzęciu,  bo  i  tak  mieli  ostatnio  ze  mną  sporo 
problemów. Jednak nie to było najgorsze. Stojąc rano przed lustrem i szykując się do szkoły, 
spostrzegłam  podczas  malowania  rzęs,  że  moja  skóra  stała  się  bledsza.  To  było  po  prostu 
niemożliwe,  zważając  na  fakt,  że  powoli  zmieniała  się  pora  roku  i  coraz  mocniej  świeciło 
słońce. Tego samego dnia oniemiałam, zanim weszłam do szkoły. Po przyjeździe na parking 
i przywitaniu się z przyjaciółmi najpierw szłam z nimi ramię w ramię, a za chwilę byłam już 
przy drzwiach budynku. Moi przyjaciele popatrzyli na mnie ze zdziwieniem, podchodząc, 
a Reid  zapytał  ze  śmiechem,  czy  może  poszłam  na  kurs  szybkiego  chodzenia.  Potem 
w domu przydarzyło mi się coś podobnego. Schodząc do salonu, pokonałam schody w pięć 
sekund,  a  zawsze  zajmowało  mi  to  około  piętnastu,  kiedy  nie  przeskakiwałam  co  drugi 
stopień. I teraz również tego nie zrobiłam. 
 

Kolejną  rzeczą  była  bezsenność.  Kręciłam się w  łóżku  z  boku  na  bok i  nie  mogłam 

nawet  zmrużyć  oka.  Jednej  nocy  rodzice  pojechali  spotkać  się  z  kimś  i  to  była  sprawa 
niecierpiąca zwłoki. Myślałam, że jeśli zajmę się czymś pod ich nieobecność, np. graniem na 
gitarze  lub  czytaniem  książki,  to  mi  to  pomoże  i  zmęczę  się.  Jednakże  nic  takiego  się  nie 
stało.  W  ogóle  nie  bolały  mnie  oczy  ani  kręgosłup  od  siedzenia  w  jednej  pozycji.  Kolejną 
rzeczą  stał  się  ból  głowy,  który  nie  zastąpił  bezsenności.  Ona  nadal  trwała.  Zaczynałam 
bzikować  i  cholernie  się  bałam,  nie  wiedząc,  co  się  ze  mną  działo.  Rodzice  również  byli 
bezsilni. Nie umieli tego wytłumaczyć. Tak naprawdę nie chciałam zawracać im głowy sobą, 
bo mieli swoje sprawy. 
 

Ból  głowy  nasilał  się  z  każdym  dniem.  Myślałam,  że  rozsadzi  mi  czaszkę.  Brałam 

najsilniejsze proszki, ale one pomagały dosłownie chwilę. Będąc w szkole, nie wiedziałam, 
jak  sobie  z  tym  poradzić,  ale  starałam  się  to  ukrywać,  by  nikt  niczego  nie  zauważył, 
wymuszając  uśmiech  i  marszcząc  przy  tym  nieznacznie  brwi.  Moja  mina  mówiła  jedno. 
Wyglądałam wtedy jak jakaś idiotka, ale nie obchodziło mnie to. 
 

Objawy mojej dziwnej choroby powiększały się. Siedząc z przyjaciółmi na stołówce 

podczas  najdłuższej  przerwy  i  słuchając  trzy  po  trzy,  byłam  skurczona i  ściskałam  bardzo 
mocno prawą ręką krawędź stolika, a lewą widelec tak, że pobielały mi kłykcie. Kiedy Reid 
siedzący  obok  mnie,  dotknął  mojego  ramienia,  podskoczyłam  na  krześle  i  wypuściłam 
z dłoni  widelec,  który  z  brzękiem  upadł  na  blat  stolika.  Ten  dźwięk  tak  mi  się  odbił 
w uszach,  że  natychmiast  złapałam  się  za  głowę,  ściskając  ją  i  zamknęłam  oczy.  Na  sali 

background image

panował  taki  hałas,  że  chciałam  znaleźć  się  w  pokoju  dźwiękoszczelnym.  Nagle  ktoś  do 
mnie  podszedł,  obrócił  na  krześle  w  swoją  stronę  i  kazał  spojrzeć  na  siebie.  Poznałam  po 
głosie - to była Annabelle. Wykonałam jej polecenie z wielkim oporem. Spojrzawszy na nią, 
zobaczyłam w jej oczach przerażenie. Nie tylko ona była wystraszona z mojego powodu. 
 

- Jessy, czyś ty w ogóle spała? Masz okropnie zaczerwienione oczy. 

 

- Chciałabym bardzo, ale nie mogę. Coś mi jest i nikt nie umiem tego wytłumaczyć. 

 

Nagle  usłyszałam,  jak  Caroline  Sidd  znowu  krytykuje  wszystkich  dookoła. 

Zamknęłam ponownie oczy. 
 

- Zamknij się wreszcie. Myślisz, że jesteś taka świetna? 

 

- Jessy, o czym i do kogo, do diabła, mówisz? - spytał ostrym tonem John. 

 

- Sidd cały czas rozmawia ze swoją przyjaciółeczką i jej chłopakiem. Wszyscy śmieją 

się z fryzury Simone. Mam jej dosyć. 
 

-  Nie  tylko  ty,  ale  skąd  to  wiesz,  skoro  oni  siedzą  pod  ścianą  i  w  dodatku  pięć 

stolików dalej? 
 

-  Co?  -  zapytałam  z  niedowierzaniem.  Otworzyłam  szybko  oczy  i  rozejrzałam  się. 

Chłopak  mówił  prawdę.  Nie  mogłam  uwierzyć.  -  Muszę  jechać  do  domu,  teraz,  zaraz... 
Inaczej tu zwariuję. Zadzwonię do kogoś z was, jak tylko się czegoś dowiem. 
 

*** 

 
 

Cały  ten  oraz  następny  tydzień  spędziłam  w  domu.  Nie  wiedziałam,  co  robić. 

Rodzice również coraz bardziej się o mnie bali. Pojawiły się kolejne symptomy tej wariackiej, 
nieodgadnionej  choroby.  Na  dworze  świeciło  słońce,  było  ciepło,  a  mi  cholernie  zimno. 
Czułam się tak, jakbym zamarzała. Nawet podgrzewany koc nie pomógł. Natomiast kiedy 
na zewnątrz panował chłód, to ja byłam rozpalona. Miałam około czterdziestu dwóch stopni 
gorączki.  Powinnam była prawie umierać, ale tylko okropnie się pociłam. Podświadomość 
podsuwała  mi  myśl,  że  to  wszystko  dzieje  się  z  powodu  krwi  Matta  oraz  że  Alex  mnie 
okłamał, jeśli chodzi o komplikacje. Poprosiłam rodziców, aby po niego zadzwonili. 
 

Przyjechał  tym  razem  samochodem,  co  usłyszałam,  już  kiedy  skręcał  w  nasz  długi 

podjazd. Siedziałam na łóżku z podkulonymi kolanami, obejmując je ramionami, i bujałam 
się  do  przodu  i  do  tyłu.  Czekałam  na  niego,  ale  nie  przyszedł  od  razu.  Cały  czas  miałam 
otwarte drzwi do pokoju i słyszałam, jak o czymś szeptali z nim rodzice dzięki jednemu z 
objawów tego cholerstwa, które się na mnie uwzięło. Zjawiwszy się wreszcie u mnie, miał 
zmartwioną,  ale  i  wściekłą  minę.  Bez  słowa  wziął  mnie  na  ręce  i  zaniósł  do  samochodu. 
Kiedy usadowił mnie na siedzeniu pasażera, przypiął pasami i zamknął drzwi, zdałam sobie 
sprawę,  że  za  nic  w  świecie  nie  dałabym  rady  sama  dojść  do  pojazdu.  Alex  jeszcze  przez 
chwilę rozmawiał z rodzicami, którzy wyszli zaraz za nim, potem błyskawicznie wsiadł do 
samochodu  i  ruszył.  Ja  natomiast  po  jakichś  dwudziestu  minutach  jazdy  zasnęłam 
z wyczerpania  i  wstrząsających mną dreszczy zimna  i  gorąca. Alex, jak się okazało, zabrał 
mój koc, którym szczelnie mnie owinął. 
 

Obudziłam  się  dopiero,  gdy  kładł  mnie  na  kanapę  w  holu  wampirzej  kryjówki. 

Złapałam go za rękę, gdy odchodził. 
 

- Zaraz wrócę. Muszę tylko zadzwonić po Henry'ego. Jak głowa? - mówił ściszonym 

głosem. 
 

Złapałam się za nią i dziwnie nic mnie nie bolało. Zrobiłam głęboki wdech i lekko się 

uśmiechnęłam, patrząc na wampira ledwo otwartymi oczami. 
 

- Co zrobiłeś? - zapytałam tym samym tonem. 

 

- Zadzwoniłem do naszego lekarza, kiedy spałaś. Wytłumaczyłem mu, co się z tobą 

dzieje. Nie wiedział, co ci podać, ale w końcu zasugerował, że morfina może pomóc na ten 
bardzo  silny  ból  głowy.  Poprosiłem,  by  przyjechał  jak  najszybciej  na  nasz  tajny  parking 
i czekał. Kiedy zjawiliśmy się na miejscu, zrobił ci zastrzyk. 

background image

 

- Dziękuję. Nawet nie wiesz, jaka to ulga. Mam tylko nadzieję, że jej działanie potrwa 

dużo dłużej niż proszków przeciwbólowych. 
 

- O to możesz być spokojna. - Uśmiechnął się. - Poczekaj tutaj na mnie. 

 

Patrzyłam, jak w swoim tempie zniknął za ścianą w ciemnościach. Rozglądałam się 

po pomieszczeniu przez jakiś czas, gdy nagle zjawiła się brunetka, z którą widziałam Matta. 
Usiadła na kanapie naprzeciwko, zakładając nogę na nogę i nie spuszczała ze mnie wzroku. 
Wystraszyłam się trochę, ponieważ lustrowała całą moją postać. Pod jej presją odwróciłam 
głowę i utkwiłam wzrok w lampie wiszącej na filarze. W końcu nieznajoma odezwała się. 
 

-  To  o  tobie  cały  czas  mówi  Henry.  Jessy  Johnson,  tak?  -  Spojrzałam  na  nią.  Na  jej 

ustach zagościł złośliwy uśmieszek. W odpowiedzi przytaknęłam tylko głową. - Wiesz... żal 
mi ciebie. 
 

- Dlaczego? - wyrwało mi się. 

 

- Co? Możesz głośniej? 

 

- Dlaczego jest ci mnie żal? 

 

-  Cóż...  Na  twoim  miejscu  wolałabym  zginąć  w  tym  wypadku.  Ostatnio  tyle  się 

dowiedziałaś, że pewnie nie umiesz odróżnić rzeczywistości od fikcji - mówiąc to, zmierzyła 
mnie wzrokiem. 
 

- Radzę sobie. Nie jest najgorzej. 

 

Utrzymywałam normalny ton głosu, ale nie było mi łatwo. Nigdy nie oceniałam ludzi 

po pierwszym spotkaniu, nawet jeśli zrobili coś nieodpowiedniego do sytuacji, ale ta kobieta, 
jak tylko się pojawiła, wzbudziła we mnie negatywne emocje. 
 

-  A  może  chciałabyś  ulżyć  sobie?  -  Wbiłam  w  nią  zdezorientowane  spojrzenie.  - 

Przyjaciele zapomną o tobie po krótkim czasie, nie będą długo płakać. Maria i Tyler pewnie 
też. 
 

-  Słucham?  Widzę,  że  w  ogóle  nie  powinnam  była  się  odzywać.  -  Ciśnienie  mi  się 

podniosło. - Czy ty właśnie proponujesz mi śmierć? 
 

Nie  otrzymałam  odpowiedzi.  W  zamian  pojawiły  się  przy  mnie  dwa  kolejne 

wampiry z wysuniętymi kłami. Jeden płci męskiej, a drugi żeńskiej. Wstałam jeszcze słaba, 
zrzucając koc na podłogę i odeszłam szybko pod filar, opierając się o niego plecami, by mieć 
czego  się  wesprzeć.  Cała  trójka  zaraz  znalazła  się  przy  mnie.  Nowo  przybyła  kobieta 
i mężczyzna stanęli  po bokach, natomiast brunetka dokładnie naprzeciwko  mnie i  znowu 
dziwnie  się  przyglądała.  Zrozumiałam,  że  jej  kolejne  ruchy  będą  odpowiedzią  na  zadane 
pytanie. 
 

- Nie denerwuj się tak, bo wzmagasz apetyt moich kolegów. 

 

Po tych słowach zaczęłam jeszcze szybciej oddychać. Nie byłam w stanie nic zrobić. 

Byli  ode  mnie  silniejsi.  Dopiero  teraz  uprzytomniłam  sobie,  że  Alex  miał  tu  dawno  być. 
Chciałam krzyknąć, ale kobieta zakryła mi usta ręką. 
 

-  Ha,  ha,  ha  -  śmiejąc  się,  odchyliła  lekko  do  tyłu  głowę.  Spojrzawszy  na  mnie 

ponownie,  jej  wzrok  był  lodowaty,  a  głos  przeszywający  i  niski.    -  Nikt  ci  nie  pomoże. 
Powiedziałam  Alexowi,  że  jest  jakiś  problem  w  banku  i  pojechał  na  górę  drugą  windą. 
Zanim wróci, będzie po wszystkim.  Otworzyłam szeroko oczy i chciałam zedrzeć jej rękę ze 
swojej twarzy przy pomocy swoich rąk, ale one natychmiast zostały unieruchomione przez 
dwójkę jej pomocników. Teraz wystraszyłam się jeszcze bardziej. Brunetka zerknęła na moją 
szyję,  a  potem  na  mnie.  Zaczęłam  nerwowo  piszczeć,  kręcić  głową  i  szamotać  się,  kiedy 
zaczęła zbliżać wysunięte przed chwilą kły, ale byłam bez szans. 
 

- Hej! Co się tu dzieje?! - zagrzmiał męski głos.