background image

 
 
 
OD AUTORÓW 
Tam, gdzie było to możliwe, rekonstrukcji dialogów i zdarzeń dokonano przy pomocy nagrań i rozmów z 
udziałem uczestników, świadków i osób, którym udało się przeżyć. Pozostałe przypadki zostały do pewnego 
stopnia  zbeletryzowane,  tak  by  można  je  było  połączyć  z  brakującymi  ogniwami  całej  historii.  Jak  sądzą 
autorzy, zabiegi te będą łatwo zauważalne w kontekście całości. 
Wielu  osobom  należą  się  w  tym  miejscu  ogromne  podziękowania,  szczególne  wyrazy  wdzięczności 
składamy  wydawnictwu  Hard/Empire  Books  za  pozwolenie  wykorzystania  fragmentów  nieukończonej 
powieści  Jacka  Scagnettiego,  jak  również  rodzinie  Katherine  Ginniss,  która  wspaniałomyślnie  udostępniła 
nam  swe  osobiste  archiwum.  Bez  ich  współpracy,  wiele  kwestii  poruszonych  w  tej  książce  nie  ujrzałoby 
nigdy światła dziennego. 
 

JOHN AUGUST, JANE HAMSHER 

URODZENI MORDERCY 

na podstawie opowiadania 

QUENTINA TARANTINO 

i scenariusza autorstwa 

DAVIDA VELOZA, 

RICHARDA RUTOWSKIEGO I 

OLIVERA STONEA 

 

Przekład 

Jędrzej Polak, Witold Ozimek, Tomasz Szmajter 

 

Tytuł oryginału: NATURAL BORN KILLERS 

 

Wstęp 
Gdy  pod  koniec  roku  1992  zabieraliśmy  się  do  pracy  nad  Urodzonymi  mordercami,  cała  historia 

wydawała się być czystą fikcją. Gdy po dwóch latach film został ukończony, fikcja zdążyła przerodzić się w 
rzeczywistość.  Przez  cały  ten  czas  —  trochę  koszmarny  i  trochę  pokręcony  -  postaci  w  rodzaju  Bobbita, 
Menendeza,  Toni,  O.J.'a,  Buttaffucco  i  paru  jeszcze  innych,  zdołały  przyciągnąć  uwagę  całego 
społeczeństwa.  Każdego  tygodnia  Amerykę  zalewały  nowe  wersje  pseudo-tragicznych  mydlanych  oper, 
zapewniających telewizyjnym stacjom oglądalność i pieniądze, a nade wszystko ciągłą histerię widzów. 

Gdy Toni Harding udało się w końcu wylądować na pierwszej stronie poważnego dziennika, jakim jest 

„New York Times" - mówimy o pięcio czy sześciokrotnej obecności na łamach w związku z niewątpliwie 
niewielkim  wykroczeniem,  jakiego  się  dopuściła  —  poczuliśmy  wówczas  podświadomie,  że  oto  Era 
Absurdu zdominowała i ostatecznie zamknie obecne stulecie. 

„Starożytni mieli do dyspozycji wizje", napisał ostatnio Octavio Paz. „My zaś mamy telewizję. 
Cywilizacja widowiska jest jednak okrutna. Cechą współczesnego widza jest brak pamięci, a co za tym 

idzie, brak poczucia żalu i rzeczywistej świadomości (...). Szybko zapomina się i rzadko zwraca uwagę na 
sceny  śmierci  i  zniszczenia  w  Zatoce  Perskiej,  czy  na  meandry  karier  Madonny  i  Michaela Jacksona  (...). 
Wszyscy  czekają  na  Wielkie  Ziewnięcie,  anonimowe  i  powszechne,  które  dla  kultury  widowiska  będzie 
Apokalipsą  lub  Sądem  Ostatecznym  (...).  Wszelako  skazani  jesteśmy  na  nową  wizję  piekła,  zarówno  ci, 
którzy pojawiają się na ekranie, jak i ci, którzy ich oglądają. Czy istnieje jakieś wyjście? Nie wiem. Trzeba 
go po prostu szukać." 

Mallory i Mickey Knox mogą pojawić się między nami już jutro. Albo dziś wieczorem. Mieliby wtedy 

swoje pięć minut zanim TV Guide zajęłoby się po dwóch tygodniach ich następcami, prowadząc przy tym 
nieustającą wojnę sondaży (sondaże prezydenckie na przykład, donoszą nam o każdorazowym skurczu jelit 

background image

pana  prezydenta).  Sondaże  stają  się  zresztą  powoli  czymś  w  rodzaju  konkursów  popularności,  których 
zapewne wszyscy musieliśmy doświadczyć, będąc jeszcze w szkole. 

Zasługami nigdy nie interesowano się jako takimi, a raczej jako wdzięcznym obiektem plotek; dla duszy 

przeciętnego  Amerykanina  jest  to  o  wiele  ważniejsze  niż  bycie  postrzeganym  jako  prymus.  Bankier,  w 
naszej kulturze, to ktoś nieznany i niepopularny. W odróżnieniu od westernowego Billy Kida. 

Tylko  twórcom  greckiego  dramatu  klasycznego  udało  się  stworzenie  postaci  wielkich  ofiar  —Elektry, 

Medei, Antygony, czy Edypa, którymi my dziś nie jesteśmy. Stanowimy jednak rasę, która umiejętnie potrafi 
zadawać cierpienie, która odpłaca pięknym za nadobne; Wietnam, sport, procesy sądowe  — te skojarzenia 
nasuwają się błyskawicznie. W amerykańskiej tradycji epickiej gwałt jest motywem niosącym zbawienie, a 
przynajmniej tak opisywali go Fennimore Cooper, Jack London, czy Ernest Hemingway. 

Prawo  przeżycia,  prawo  natury,  to  pojęcia  obecnie  wykoślawione  przez  PG  (instytucje  nadzoru 

rodzicielskiego), które w pogoni za strumieniami złota ściekającymi z wynicowanych z wszelkiej przemocy 
„seriali rodzinnych", przekonują nas, że przemoc jest czymś niewłaściwym. 

Czy na pewno? Czy może po prostu ten świat jest już tak urządzony, że pod każdym cichym źdźbłem 

trawy, maleńkie, a przecież okrutne chrząszcze pożerają się nawzajem w nieprzytomnym cyklu niszczenia i 
tworzenia? 

Eddie Vedder napisał: „W dawnych czasach samobójstwo wystarczało w zupełności ... było zwykłym 

skróceniem  cierpienia.  Dziś  ludzie  chcą  oglądać  nowe  cierpienia  ...  niewinni  byli  kiedyś  ...  teraz  są  tylko 
bezradni. Stworzyliśmy potwora — całe stado potworów." 

I żadne prawodawstwo zrodzone w Waszyngtonie, żaden telewizyjny czy filmowy cenzor nie będzie w 

stanie zapobiec dalszej ekspansji tej nowej multimedialnej, wirtualnej rzeczywistości. Nie da się już uniknąć 
coraz bardziej realistycznego portretowania scen gwałtu i przemocy, w czym swój wydatny udział mają gry, 
wirtualne  okulary,  interaktywne  przyciski  czy  coraz  większa  ilość  wiadomości,  także  tych  z  ostatniej 
"nanosekundy". Ponieważ telewizja i niektóre filmy starają się łagodzić zawarte w nich elementy przemocy 
(żadnych ręcznych granatów, żadnej krwi, żadnego szoku towarzyszącemu aktowi umierania), nadrabiają to 
z  nawiązką  dzienniki,  zdobywając  sobie  jednocześnie  coraz  większą  widownię.  I  podobnie  jak  niegdyś 
wymyślono C-Span czy Court Channel (przekazujące bezpośrednie relacje z sądów i akcji policji), obecnie 
nieuniknione  wydaje  się  powstanie  Execution  Channel,  transmitującego  obrazki  z  komór  gazowych, 
śmiertelnych  zastrzyków,  „ostatnich  nocy"  skazańców  czy  „ostatnich  posiłków".  Przy  użyciu  nowych 
technik filmowych możliwe stanie się dokładne odtwarzanie scen zabójstw. 

(Zwróćmy przy okazji uwagę na obserwację poczynioną przez Robina Andersona z Wydziału Technik 

Komunikacyjnych  Uniwersytetu  w  Fordham.  Anderson  zauważył,  że  o  ile  „telewizyjne  przekazy  z 
policyjnych akcji cieszą się obecnie 62-procentową oglądalnością, o tyle, według statystyk FBI, jedynie 18 
procent  spraw  zostaje  doprowadzonych  do  końca.  Programy  ukazujące  wymierzanie  sprawiedliwości  siłą 
niosą ze sobą zrozumiałe dla każdego przesłanie. Agresywna postawa policji w stosunku do podejrzanych 
jest  konieczna  dla  ochrony  szanujących  prawo  obywateli  przed  niebezpieczną  mniejszością...  dajemy  im 
nasze  upoważnienie.  Gdy  policjanci  z  bojowymi  okrzykami  na  ustach  szturmują  kolejny  dom  kładąc jego 
mieszkańców  na  podłodze  i  zakuwając  w  kajdany  «podejrzanych»,  odczuwamy  wówczas  specyficzny 
dreszcz emocji, towarzyszący wszelkim momentom konfrontacji. I trzymamy stronę sankcjonowanego przez 
państwo gwałtu. ") 

Do  pracy  nad  Urodzonymi  mordercami  nie  przystępowaliśmy  jednak  z  zamiarem  naturalistycznego 

przedstawienia  aktów  przemocy,  tak  jak  w  Plutonie,  Urodzonym  4  lipca,  czy  JFK.  Widziałem  różnego 
rodzaju pomysły na zbrodnie, mistrzowsko zaprezentowane w filmach In Cold Blood, Henry — Portrait of a 
Serial  Killer,  Reservoir  Dogs  i  wielu  innych.  Przyjmuję  też  do  wiadomości  przytłaczającą  obecność 
cywilizacji zbrodni wokół nas (choć statystyka pokazuje,  że wskaźnik najcięższych przestępstw utrzymuje 
się  od  jakiegoś  czasu  na  prawie  takim  samym  poziomie;  według  danych  Departamentu  Sprawiedliwości, 
które  uważam  za  dokładniejsze  od  zestawień  FBI,  wskaźnik  przestępczości  w  przeliczeniu  na  1000  osób 
wynosił w roku 1973 32, 6%, a w roku 1994 32, 1%). 

Jednak przy całym szacunku dla przedstawionego w Mechanicznej pomarańczy czy u Sama Peckinpaha 

dramatycznego obrazu zbrodni, postanowiłem poprzez obecność elementów satyry (przesada, czarny humor) 
nieco inaczej przedstawić tę kwestię. Problem, który doszedł już do fazy obłędu, wydostał się poza wszelką 
kontrolę i skutecznie otępił i znieczulił nas wszystkich. Podobny zabieg zastosowano w słynnej kreskówce 

background image

„Beavis & Butthead", gdzie temat zwyrodnienia i przestępstwa traktowany jest wręcz komediowe. Dotyczy 
to również zachłannych na wszelką przemoc mediów. 

Nasze  społeczeństwo  przesycone  jest  nie  tylko  samym  zjawiskiem  przestępczości,  ale  również 

sposobem,  w  jaki  media  je  przekazują.  Przesyceni  jesteśmy  także  szaleństwem  wyścigu  zbrojeń, 
budowaniem  coraz  to  większych  więzień  dla  „przestępczej  podklasy",  antyprzestępczą  retoryką,  która 
doprowadziła  do  wydawania  przez  sądy  orzeczeń  typu  „trzy  wyroki  i  dożywocie".  Po  uszy  mamy  też 
jednakowo w każdym ze stanów obłudnego i odrażającego ustawodawstwa związanego z narkotykami. 

Gliniarze,  klawisze,  więzienia,  dziennikarze-oni  wszyscy  muszą  zdawać  sobie  sprawę,  że  stali  się 

częścią ogromnej i zwariowanej sieci okrutnego i totalitarnego systemu wymiaru sprawiedliwości. W takim 
otoczeniu,  nieuniknione  jest  pojawienie  się  Mickeya  i  Mallory,  samotnych  morderców,  stuprocentowych 
antybohaterów,  którzy  wypłyną  na  powierzchnię  nieludzkiego  aparatu  opresji,  zdobywając  sobie 
jednocześnie serca i dusze mieszkańców Ameryki oczekujących na pojawienie się ludzkiej twarzy — czy to 
pod  postacią  Bobbitta,  Buttaffucco  czy  Anity  Hill  —  narzekającej  na  niesprawiedliwości  współczesnego 
świata. 

Kafka  nie  miał  racji  —  człowiek  nie  musi  dłużej  pozostawać  bezustannie  tłamszoną  i  bezimienną 

jednostką,  jeśli  tylko  potrafi  dostać  się  na  telewizyjne  ekrany.  A  czy  jest  to  udział  w  teleturnieju,  czy  w 
morderstwie,  to  chyba  nie  stanowi  większej  różnicy  ...  Gdy  całe  życie  spędza  się  w  więzieniu,  chwila 
dziennego światła jest właśnie chwilą dziennego światła. 

Mickey i Mallory, nie okazując szacunku temu światu, pozostają jednak (tak!) bez winy, upodobniając 

się do stworzonych przez Swifta i Woltera karykatur naszych najgorszych nocnych koszmarów. Ale Mickey 
i Mallory „zrodzeni" zostali dzięki przemocy, która przekazywana jest z pokolenia na pokolenie, z rodziców 
na  dzieci  —  i  tak  dalej,  bez  końca.  Tak  jak  końca  nigdy  nie  będą  miały  gwałt  i  przemoc.  Jednak  coś 
szczególnie  obrzydliwego  wyróżnia  i  tak  już  nieludzki  i  ludobójczy  wiek  XX.  Ukazując  obecnym  i 
przyszłym  pokoleniom  korzenie  hitleryzmu,  stalinizmu,  wojen  w  Wietnamie  czy  w  Armenii,  dokonujemy 
kolejnej projekcji tego samego filmu, który opowiada jak głęboko siedzimy w dwudziestowiecznym bagnie, 
z którego rozpaczliwie próbujemy się „wydostać" (jak określił to Octavio Paz). 

Nie  zamierzałem  zbytnio  rozwodzić  się  czy  wręcz  gloryfikować  przemocy  w  wydaniu  Mickeya  i 

Mallory, choć z pewnością będę o to oskarżany. Ujęcia są krótkie i szybkie, film trzyma w napięciu — tak 
jak powinien; nie zmierza w kierunku wywoływania u widza reakcji żołądkowych, tak jak miało to miejsce 
w scenie z piłą tarczową w filmie Scarface czy w scenie odgryzania języka w Midnight Express; nic z tych 
rzeczy.  Szok  w  Urodzonych  mordercach  ma  —  jak  sądzę  —  podłoże  raczej  ideologiczne.  Możliwość 
zaistnienia przedstawionych w filmie sytuacji, wprawia w zakłopotanie niektóre osoby zarówno z prawego, 
jak  i  lewego  skrzydła  sceny  politycznej.  Jednak  z  drugiej  strony,  jeśli  satyra  ma  spełniać  swoje  zadanie, 
powinna szokować. 

Ducha czasów niezmiennie psują — już od lat — alternatywne czy też obrazoburcze idee. Czyż Kubrick 

w  swej  filmowej  wersji  Mechanicznej  pomarańczy  nie  przekroczył  akceptowanych  granic  ukazywania 
przemocy? Czy, wiele lat wcześniej, Bunuel i Dali, mając do dyspozycji „jedynie" gałkę oczną i brzytwę nie 
szokowali  równie  odrażająco?  A  Eisenstein  i  jego  motyw  stłuczonych  okularów  w  dziecinnym  wózku? 
Sądzę, że jest to jedynie kwestią stylu. Wszystko na tym świecie znajduje się w ciągłym ruchu. A szokować 
potrafili  już  starożytni  Grecy  —  naczynia  pełne  krwi,  wydłubane  oczy...  Nie  uważam,  że  konieczne  jest 
różnicowanie kwestii przedmiotowych z artystycznego punktu widzenia. Motyw oka i brzytwy ma tę samą 
wagę, co kontrolowana przez państwo agresja w Mechanicznej pomarańczy Umierający na AIDS człowiek, 
rewolucje w Rosji czy „urodzeni mordercy" kładą się cieniem na współczesnej rzeczywistości, bo pozwalają 
im na to system i media. Takie zachowania stały się jednak czymś normalnym w świecie, który od momentu 
zderzenia  się  ze  sobą  pierwszych  molekuł,  rządzi  nieprzerwanie  naszymi  duszami.  Gdy  zaczynamy  jakąś 
rzecz  określać  jako  „politycznie  poprawną",  podkopujemy  tym  samym  całość  systemu  naszych 
podstawowych wolności. 

Ale  ja  jednak  wierzę,  że  ostatecznie  zwycięży  miłość.  I  wierzę  też,  że,  jak  ujął  to  jeden  z  bohaterów 

filmu, „miłość pokona demona". Nie zdradzam tu zakończenia całej historii, jednakże ironicznym wydaje się 
fakt, że to właśnie Mallory i Mickeyowi udaje się uciec przed Wielkim Ziewnięciem. Ale decydujące zdanie 
należy i tak do Ciebie. 

Oliver Stone 

background image

 
„Dopiero w ciemności oczy zaczynają widzieć” 
Theodore Roethke 
 

Z pomrukiem, właściwym rozgniewanym władcom niebios, czerwony Dodge Challenger 383 Magnum 

RT, rocznik 1970, wcisnął się w dogodne miejsce na parkingu, tuż przy drzwiach do Kankakee Sonic. 

Słysząc takie dudnienie silnika, każda matka każe swym bawiącym się na podwórku dzieciom wracać 

natychmiast do domu. 

Był to odgłos nadciągającej znad horyzontu burzy. 
Odgłos, który nagle ucichł, gdy Mickey Knox gasił silnik. 
Wracający  do  zacisznych  internatów  stali  bywalcy  Sonic  —  uczniowie  ostatnich  klas  w  towarzystwie 

swych o dwa lata młodszych koleżanek — przystanęli, otwierając w zdumieniu usta na widok dwóch nowo 
przybyłych osób. Ta para z pewnością nie pochodziła stąd. 

Osiemnastoletnia  Mallory  Wilson  bez  słowa  wyszła  z  samochodu  i  ruszyła  w  stronę  restauracji, 

ignorując  po  drodze  spojrzenia  ze  strony  mężczyzn,  kobiet,  i  dziewcząt  w  strojach  wodzirejek.  Pomiędzy 
stanikiem, a ciasno opasującymi jej biodra dżinsami, znajdowało się 13-calowe pasmo nagłej, białej skóry—
tak  napiętej  i  gładkiej,  że  wydawała  się  wyrzeźbiona  z  kawałka  kości  słoniowej.  A  w  środku  tego  piękna 
tkwił  pępek,  jedyne  w  swoim  rodzaju  wcięcie,  w  którym  każdy  zdrowy,  dorosły  mężczyzna  obecny  tego 
wieczoru  na  parkingu,  chciałby  umieścić  swój  palec.  Przynajmniej  dla  zmierzenia  się  z  reakcją  własnej 
twarzy. 

Co  do  jednej  rzeczy  nie  było  wątpliwości  —  dziewczynę  otaczała  wręcz  chmura  seksu  i 

niebezpieczeństwa. 

Gdy Mallory zniknęła wewnątrz klubu, można było popatrzeć jeszcze na Mickeya Knoxa, który pozostał 

na  parkingu  w  swych  przyciemnionych  „lennonkach"  i  postrzępionych  dżinsach.  Wyglądał  trochę  jak 
nafaszerowany  sterydami  Timothy  Leary.  Poruszał  się  z  ogromną  pewnością  siebie  —  krokiem 
prowincjonalnego  gangstera,  który  obejrzał  zbyt  wiele  filmów  z  Lee  Marvinem.  Był  typem  faceta,  który 
przyszedł na ten świat z obciążeniem. I którego mało ten fakt obchodził. 

Najbardziej nieprzystępna para, jaka kiedykolwiek przestąpiła próg Kankakee. 
Zwykła pogawędka dwudziestoparu nastolatków stojących na zewnątrz Sonic ucichła, gdy Mickey szedł 

w kierunku frontowych drzwi. Nagle odezwał się pierwszoklasista Randall Krevnitz: 

—To najbardziej czadowy samochód, jaki widziałem. 
Mickey  Knox  szedł  dalej;  ku  przerażeniu  pozostałych,  Randall  przemówił  ponownie.  Tym  razem 

głośniej. 

—Stary, to twój samochód? 
Mickey stanął i zdjął okulary. 
—Chodzi ci o to, czy ukradłem ten wóz? To miałeś na myśli? 
Mówił  tonem  mafiosa  rodem  z  parkingu  dla  przyczep  samochodowych.  Akcentował  przy  tym  każdą 

sylabę, nawet gdy zlały się już w całe zdanie. 

— Otóż nie. Dałem za niego niezłą kasę. 
— Niezła bryka, nie? 335 koni mechanicznych, co? 
— No, nie bardzo — odparł Mickey, wyraźnie zadowolony z tego, że jego samochód stał się obiektem 

rozmowy. — Ma nisko zawieszony tył, Mopar, spoilery, kurewskie zagłówki ... Sam to wszystko zrobiłem. 
Odpowiednie podrasowanie i teraz ma jakieś 390. 

— Dałbym się zabić za taki samochód. 
— Teraz, od razu? 
— Pewnie, że tak. 
Mickey Knox uśmiechnął się, co sprawiało, że wzbudzał jeszcze większy respekt. 
—Jak się nad tym zastanowić, to ja chyba też. 
Późniejsza  rekonstrukcja  zdarzeń  przeprowadzona  przez  policję  wykazała  na  podstawie  rejestru 

rachunków, że Mickey Knox zamówił dwa cheeseburgery, jednego hamburgera. Coca Colę i jej dietetyczną 
wersję. Razem pięć dolarów, osiemdziesiąt sześć centów. Rozmienił pięćdziesiątkę. 

background image

Tego  wieczoru  swój  dyżur  miał  Bud  "Konus"  Wilkins,  który  miał  zwyczaj  trzymania  telewizora  pod 

ladą, tak by mógł oglądać swoje ulubione programy w czasie, gdy Jimmy na zapleczu przygotowywał posiłki 
do  wydania.  Przed  siedmiu  laty,  gdy  zaczął  przynosić  do  pracy  rozregulowany  telewizor  swojej  matki, 
właściciel baru zabronił mu oglądania podczas godzin szczytu. Po kilku miesiącach właściciel jednak uległ, 
jako że telewizja była właściwie jedyną rzeczą, jaka pozostała temu biednemu człowiekowi. Bud „Konus" 
Wilkins nie odznaczał się drobną posturą, co, rzecz jasna, wywoływało spekulacje odnośnie prawdziwego 
pochodzenia jego przezwiska. To, że nigdy się nie ożenił, jedynie podsycało plotki wokół jego osoby. 

Mickey Knox stał w milczeniu, a zamówione przez niego danie było właśnie przyrządzane. Obserwował 

więc ladę, na której tłuste, błyszczące hot dogi leżały jeden za drugim pod ogrzewającymi je lampami. 

Gdyby  „Konus"  Wilkins  oglądał  tamtego  wieczoru  serwis  Action  7,  ujrzałby  przekazywaną  na  żywo 

przez  Ally  Bree  relację,  a  w  niej  ostre  światła  reflektorów  padające  wprost  na  zmarszczki  wokół  oczu 
korespondentki, gdy opisywała to, co działo się za jej plecami: trzy samochody policyjne, jednostka śledcza 
policji  kryminalnej  i  stojący  dalej  wóz  koronera.  Umundurowani  oficerowie  policji  po  raz  drugi  otaczali 
żółtą taśmą dwupiętrowy budynek przy Hickamore Lane 113, począwszy od zgiętego palika w płocie, aż do 
martwego dębu, na którym wyryto litery „M & M". 

Gdyby  „Konus"  Wilkins  oglądał  wiadomości  „News  9",  usłyszałby,  jak  Ruth  Mambers,  sąsiadka 

zamordowanych, wyjaśnia dlaczego postanowiła tamtego wieczoru porozmawiać z Edem Wilsonem i jego 
żoną  na  temat  ich  córki  Mallory,  jej  byłego  chłopaka  i  niedopałków  papierosów  Marlboro,  jakie  każdego 
ranka  znajdowała  na  swoim  trawniku.  Gdy  nikt  nie  reagował  na  dzwonek,  postanowiła  sama  zajrzeć  do 
środka przez kuchenne okno, odkrywając ślady krwawej jatki. 

Gdyby  Wilkins  oglądał  „News  Star  4",  zobaczyłby  wielkie  zdjęcie  Mickeya  Knoxa,  pochodzące  z 

kroniki  Lansing  High  School.  Prezentacji  zdjęcia  towarzyszył  opis  śmierci  Eda  Wilsona,  którego  siłą 
zanurzono  w  dziesięciogalonowym  akwarium.  Wilkins  dowiedziałby  się  również,  że  Mallory  Wilson  i 
Mickeya Knoxa poszukują policje pięciu stanów. Zdałby sobie w końcu sprawę, że jego życie zawisło na 
włosku. 

Ale „Konus" Wilkins oglądał program "Fox". 
—Mógłbyś  tak  po  prostu  przerżnąć  Kelly  Bundy?  —  zapytał  Mickeya  wręczając  mu  resztę.  —To 

znaczy, zobacz, jak ona łazi z tym tyłkiem. Seksowna jak skurwysyn. I jeszcze wiadomo, że stary Al też coś 
z tego ma. Skubnie ją trochę tu czy tam. 

Mickey do połowy napełnił styropianowy kubek ketchupem ze stalowej pompki, stojącej obok innych. 

Pierwszą warstwę ketchupu posypał solą, a potem dodał jeszcze ketchupu. 

„Konus" kontynuował swój wywód. 
—Pomyśl tylko — jak to jest, że Al nigdy nie  chce pieprzyć swojej żony? Wiesz, czemu? Bo on to robi 

z własną córką. Naprawdę, przysięgam na Pana Boga. A wiesz, czemu nigdy nie pokazują pokoju Kelly? Bo 
to jest magazyn sprzętu dla sadomasochistów, właśnie tak. Bicze, łańcuchy, wszystko... On ją tam zabiera, 
związuje ją i jedzie. Wyobraź to sobie. Jesteś Alem Bundy, twoje życie jest do dupy, nie masz po co żyć. A 
może skosztować by tak własnego dzieła? To w końcu jego córka i to przede wszystkim on ją zmajstrował. 

— Coś jak ssanie własnego kutasa — zauważył Mickey. 
— Jasne, kurwa. Byłbym chyba najszczęśliwszym facetem w Illinois gdybym potrafił to zrobić. 
— Potrafisz — uspokoił go Mickey, wkręcając w ketchup za pomocą słomki drobiny soli. — Potrafisz, 

możesz mi wierzyć. 

Damska  toaleta  w  Kankakee  Sonic  stanowiła  coś  w  rodzaju  arsenału  wypełnionego  środkami  do 

pielęgnacji włosów, czyli specyfikami, o których większość mieszkańców Ameryki ery post-Nancy-Sinatra 
zdążyła już zapomnieć. W arsenale tym wyróżniała się 48-uncjowa butla sprayu o nazwie Aqua-Net ($ 2,39 
w sieci sklepów Wal-Mart), który niepodzielnie panował pośród pokrewnych mu eliksirów, odznaczając się 
nie  tylko  objętością,  ale  również  odpornością  na  działanie  wiatru  (warunek  konieczny  dla  żeńskiej  części 
użytkowników  kabrioletów  i  pickupów).  Aqua-Net  nadawał  włosom  sztywność,  której  żadna  maść,  ani 
żaden żel nie mogły im zapewnić. 

Przy  takim  nagromadzeniu  chemikaliów,  konieczne  było  zachowanie  pewnej  ostrożności  i  dlatego 

klientki  Kankakee  Sonic  uznały  przednią  część  toalety,  tuż  przy  umywalkach  i  lustrach,  za  „strefę  objętą 
zakazem  palenia".  Lokalna  legenda  głosi,  że  kilka  lat  wcześniej  pewna  pierwszoklasi-stka  spaliła  sobie 
włosy włącznie z cebulkami, gdy leżący obok papieros spowodował eksplozję chmury aerozolu Aqua-Net. 

background image

Włosy  tej  dziewczyny  już  nigdy  nie  odrosły,  w  związku  z  czym  skończyła  jako  lesbijka,  gdzieś  w  stanie 
Missouri. I chociaż autentyczność tej opowieści pozostaje mocno wątpliwa, to jednak klientki Sonic łączyła 
niepisana umowa: wypal papierosa ZANIM zaczniesz używać sprayu do włosów. 

I  dlatego  Mallory,  zapalając  swego  Marlboro  przy  umywalce,  złamała  pierwsze  tabu  —  zupełnie  tak, 

jakby  kogoś zamordowała czy ustąpiła miejsca pierwszoklasiście. Do Tiny Hopkins, jako jedynej seniorki 
(IV klasa) w toalecie, należało zatem wyegzekwowanie surowego prawa. 

—  Zgaś  to  gówno  —  powiedziała  do  Mallory  bez  śladu  podniecenia  w  głosie.  Pozostałe  dziewczyny 

podświadomie cofnęły się o krok, robiąc miejsce na wypadek ewentualnego starcia. 

— Przepraszam, co powiedziałaś? — spytała Mallory. 
Tina nie miała ochoty się powtarzać. Zamiast tego, wyciągnęła ze spokojem rękę, wyjęła papierosa z ust 

Mallory i umieściła go w odmętach wody bulgoczącej w umywalce. Niedopałek, z pomarańczowym śladem 
szminki wokół ustnika, wirował przez chwilę, a potem zniknął, wessany razem z wodą, w gardzieli zlewu. W 
toalecie zaległa cisza. Tina i Mallory przymknęły oczy, niczym dwa krążące wokół siebie wśród pustynnych 
piasków węże. Tina stała prosto przed nieznajomą— przybłędą nie wiadomo skąd, ze zbyt wąską talią, i z 
tymi butami typu przerżnij mnie. Jej, to znaczy Tiny, pozycja wśród koleżanek z Sonic niewątpliwie umocni 
się  po  tym  incydencie.  Zaczną  też  krążyć  opowieści  jak  to  Tina  Hopkins  zmierzyła  się  z  gówniarą,  która 
przyjechała podrywać tutejszych chłopaków. 

Pierwsza  ciszę  przerwała  Mallory,  przepychając  się  do  ubikacji.  Czyli  wygrana  Sonic.  Tina,  która 

zdążyła  już  uwierzyć  w  swoje  zwycięstwo,  głośno  wypowiedziała  słowa  „pierdolona  pizda",  gdy  Mallory 
zamykała  za  sobą  drzwi  do  kabiny.  Siedząc  na  sedesie,  słyszała  niewyraźne  odgłosy  i  szepty  —  wymianę 
zdań  na  jej  temat.  Głosy  osądzające  ją.  Porównujące.  Wybuchł  nagle  przytłumiony  śmiech,  któremu 
towarzyszył chichot i wzajemne uciszanie się uczestniczek rozmowy. Siedząc na kiblu, Mallory wyrysowała 
jaskrawo-czerwoną szminką na drzwiach kabiny dwie litery, „M & M", otoczone wielkim sercem. 

Gdy  woda  dokładnie  wypłukała  muszlę,  Mallory  odemknęła  zasuwkę,  stając  oko  w  oko  ze  swymi 

nieprzyjaciółkami, ustawionymi w zwartym szeregu i odcinającymi jej drogę do wyjścia. Mallory podeszła 
do Tiny, stanęła przy drzwiach i słodkim głosem spytała: 

—Czy mogę cię o coś zapytać? 
Tina uśmiechnęła się bez słowa. 
—Czy żałujesz tego, co mi przed chwilą zrobiłaś? 
Z lekko wygiętymi plecami i świeżo postawioną fryzurą, Tina była o dobre dwa cale wyższa od Mallory. 
—Jesteś pieprzoną, małą dziwką — powiedziała. 
Mallory  zrobiła  krok  do  tyłu.  Jakiś  nieokreślony  smutek  przysłonił  jej  twarz,  a  jednocześnie  dłonie 

zwinęły się w pięści. 

—Wiesz co, ja tego bardzo nie lubię. Naprawdę nie lubię, gdy ludzie grają sobie ze mną w kulki. Wiesz 

dlaczego? Bo dziewczyna nie Mo że przejść przez życie i nie odegrać się choćby raz. 

Jednym,  jakby  instynktownym  ruchem,  Mallory  chwyciła  Tinę  za  jej  lepkie  od  lakieru  włosy  i 

wytrącając ją z równowagi uderzyła pięścią w mostek. Nie mogąc złapać powietrza, Tina nie była w stanie 
podjąć walki, gdy Mallory zaczęła walić jej głową o suszarkę do rąk. Rozbiwszy w dwóch miejscach lustro, 
głowa Tiny wylądowała na kancie porcelanowej umywalki. Wydział Zabójstw stwierdził później, że śmierć 
nastąpiła po czwartym uderzeniu, na jedenaście zadanych (o umywalkę, ścianę i podłogę). Złamaniu uległ 
ponadto nadgarstek, choć nie stwierdzono, w jaki sposób. 

Pierwszoroczna Kerry Jacobsen stała wówczas najbliżej drzwi do toalety. Gdy pozostałe dziewczęta w 

przerażeniu obserwowały całe zajście, Kerry zdążyła uchylić drzwi. W tym momencie gwałtownie pchnęła 
je Mallory. Drzwi, zatrzymawszy się na koszu od śmieci, złamały przy okazji dwa żebra Kerry. 

—A ty gdzie się pakujesz? — wrzasnęła Mallory. Im głośniej krzyczała, tym brudniejszy stawał się jej 

język. Kerry, uwięziona między drzwiami a ścianą, była bezbronna. Mallory krzyknęła w głąb korytarza. 

—Mickey, kochanie, chodź tutaj! 
Słysząc wołanie Mallory, Mickey zostawił swoje dwie Cole i kubek z ketchupem, który zresztą strącił w 

biegu  ze  stołu.  Ketchup  rozlał  się  grubą  czerwoną  plamą  na  białych  kafelkach  podłogi.  Później,  pewien 
młody, niedoświadczony pomocnik koronera omyłkowo wziął ją za ślad krwi. 

Zanim Mickey doszedł do drzwi toalety, Mallory wgniotła obcas swego wysokiego, zamszowego buta 

(uznanego później za jej firmowy znak) w pozbawioną już życia twarz Tiny; triumfalny gest nie pozostawiał 

background image

choćby  cienia  wątpliwości  kto  był  zwycięzcą,  a  kto  pokonanym  w  tej  szczególnej  konfrontacji.  Pozostałe 
uczestniczki  zajścia  utworzyły  pod  ścianą  zbitą  gromadkę,  niczym  szczenięta  podczas  burzy  z  piorunami. 
Dwie dziewczyny w strojach wodzirejek schroniły się w kabinie. 

Uzbrojony w pistolet kalibru 0.357, Mickey spojrzał z niedowierzaniem na Mallory. 
— Gdzie masz broń? — spytał. 
— Zostawiłam w samochodzie — odparła. 
— Co zrobiłaś? 
— No dobra, kurde, moja wina — stwierdziła Mallory. — Poszłam się tylko odlać. 
— Mal — odezwał się trochę ojcowskim tonem Mickey. — Jeśli ja bym szedł... 
—  W  porządku,  dosyć  —  zawołała  Mallory.  —  Zajmiesz  się  tym  wszystkim,  czy  mam  wrócić  do 

samochodu i poczekać aż skończysz pieprzyć? 

Mickey odbezpieczył 0.357. 
—Powiedz mi tylko, która to była. 
Mallory ściągnęła nieco brwi; jej głos przeszedł w wyższy rejestr i zabrzmiał złowieszczą radością. 
— Wszystkie. 
Osłupiałe, niczym sarny oświetlone snopem samochodowego reflektora, padły liderki drużyn, a zaraz po 

nich  absolwentka  szkoły.  Kerry  Jacobsen  rzuciła  się  znienacka  na  Mickeya,  co  nawet  zbiło  go  z  tropu; 
Mallory  musiała  odrywać  ją  z  jego  pleców.  Po  otrzymaniu  dwóch  kopniaków,  Kerry  skuliła  się  w  kącie, 
gdzie  stanowiła  wyjątkowo  łatwy  cel.  Z  braku  lepszego  zajęcia,  Mallory  wycelowała  Aqua-Net  w  dwie 
dziewczyny,  które  cofnęły  się  w  przerażeniu  jakby  miała  je  oblać  kwasem.  Ich  cierpienie  nie  trwało  zbyt 
długo. 

Kabiny w toaletach przeznaczone są dla osłony, a nie dla ochrony, toteż wystarczyło jedno kopnięcie, by 

drzwi  stanęły  otworem.  Dwie,  ubrane  w  klubowe  barwy  dziewczyny.  Mary  Proctor  i Judy  Kane,  stały  na 
muszli  drżąc  ze  strachu.  Mickey  pociągnął  za  spust,  jeden  strzał  przebił  na  wylot  obie  ofiary,  które 
bezwładnie opadły na przeciwległe ściany kabiny. 

Judy  Kane,  blondynka,  miała  więcej  szczęścia;  ciało  jej  koleżanki  wyhamowało  pęd  pocisku,  dzięki 

czemu wnętrzności Judy zostały ocalone przed całkowitym spustoszeniem. Chirurdzy w lokalnym Kankakee 
General Hospital odratowali ją po szesnastogodzinnej operacji. 

Judy Kane była jedyną ocalałą osobą ze słynnej później „masakry w toalecie w Kankakee". 
Gdy Mickey i Mallory torowali sobie drogę z łazienki do wyjścia, kucharz Jimmy pomyślał w pierwszej 

chwili  o  użyciu  gaśnicy  jako  ewentualnego  oręża.  Na  swe  nieszczęście,  nie  brał  nigdy  udziału  w 
obowiązkowym  szkoleniu  przeciwpożarowym  w  Sonic,  podczas  którego  z  pewnością  nauczono  by  go 
wyciągania  czerwonej  zawleczki  (co  poprzedza  uruchomienie  gaśnicy).  Zawleczka  niestety  tkwiła  na 
miejscu, co skutecznie unieruchamiało przycisk, i co z kolei pozwoliło Mickeyowi na oddanie strzału prosto 
w  zbiornik.  Chwilę  potem,  podłoga  przy  automatach  telefonicznych  pokryła  się  dwucalową  warstwą 
krwawej piany. 

„Konus"  Wilkins  nie  próbował  nawet  podejmować  walki.  Po  dwóch  szybkich  ciosach  zadanych 

myśliwskim nożem upadł krwawiąc obficie. Mickey zastanawiał się przez chwilę czy nie zrobić użytku ze 
swej wcześniejszej groźby, ale nie miał już czasu ani ochoty na rozpinanie dżinsów „Konusa". Zamiast tego, 
zadowolił się „nakarmieniem" swej ofiary jednym z hotdogów wygrzewających się na barowej ladzie. 

Na  parkingu,  gdzie  odgłosy  strzelaniny  zagłuszone  były  płynącym  z  głośników  „Mony  Mony", 

rozgrywający  Troy  Hallowell  opierał  się  o  Dodge'a  Challengera  i  spoglądał  na  rozrzucone  po  siedzeniu 
taśmy.  Z  wyciągniętą  spluwą,  Mickey  kazał  mu  cofnąć  się  o  krok,  a  po  chwili rozległ  się  huk  wystrzału. 
Siedzenia pokryte były sztucznym obiciem, mimo to wolał nie ryzykować. 

Wyciągnąwszy  z  auta  swoją  dwudziestkę  dwójkę,  Mallory  z  wściekłą  dokładnością  rozprawiła  się  z 

zachodnią częścią Sonic, podczas gdy Mickey zajął się częścią wschodnią. Wszyscy starali się uciec, lecz 
trudno jest umknąć karabinowej kuli. 

Tylny obrońca Larry Dean rozpaczliwie poszukiwał szansy ocalenia. 
— Hej, ty — odezwał się Mickey do spanikowanego chłopaka. — Na tym świecie są dwa rodzaje ludzi: 

Fordy i Chevrolety. Co ty jesteś? 

— N...n...n...nie wiem — wybełkotał Larry. — Może Ford? 

background image

—  Źle  —  odparł  Mickey,  po  czym  oddał  strzał.  —  No  tak,  gdybyś  powiedział  „Chevrolet",  może 

pozwoliłbym ci żyć. 

Ostatecznie,  ocalał  jedynie  entuzjasta  pojazdów  marki  Dodge,  Randall  Krevnitz.  Wyszedłszy  cało  z 

masakry  na  parkingu,  zdobył  później  nagrodę  jako  autor  mowy  pogrzebowej  wydrukowanej  w  kronice 
Kankakee High School. 

Pozostali spośród jego przyjaciół zginęli. 
 

Detektyw Jack Scagnetti przybył na miejsce zbrodni o 3.25 rano, eskortowany przez sznur policyjnych 

krążowników, które wyjąc przecierały mu szlak przez ostatnie sto mil z Chicago, testując przy okazji jazdę 
po  amerykańskiej  szosie  przy  maksymalnej  bezpiecznej  prędkości.  O  tej  porze  ulica  była  prawie  pusta, 
oficerowie  policji  nie  uznali  zatem  za  konieczne  wyłączenia  syren  —  z  kolei  dla  Scagnettiego,  ten 
przenikliwy,  dwutonowy  jęk  był  jedną  z  najpiękniejszych  melodii  tego  świata.  Napełniał  go  szczególną 
euforią, której nie był w stanie wyzwolić żaden chemiczny środek. Chociaż jeden Bóg  wie, czy Scagnetti 
kiedykolwiek  czegoś  podobnego  próbował.  Syreny  swym  rykiem  zwiastowały  nieszczęście  w  promieniu 
jednej mili. Obwieszczały strach, trwogę i śmierć. W dniu Sądu Ostatecznego, jeźdźcy apokalipsy przyjadą 
w czterodrzwiowych policyjnych fordach, nie zaś na swych ognistych rumakach. 

„Drużyna"  Scagnettiego  dołączyła  do  stojących  już  wokół  Kankakee  Sonic  niezliczonych  karetek 

pogotowia, policji i wozów oficerów śledczych. Niedaleko stał również wóz strażacki; w pozostawionej bez 
opieki kuchni zapalił się tłuszcz. Sytuację dałoby się łatwo opanować, niestety, pod ręką nie było gaśnicy. 

Trzech,  pozostających  pod  zbawiennym  działaniem  kofeiny,  członków  cywilnego  patrolu  drogowego 

starało  się  utrzymać  jako  taki  porządek  na  drodze,  odgradzając  wścibskich  dziennikarzy  od  placu 
parkingowego. Ujrzawszy ekipę Scagnettiego — rzucili się, by utorować mu drogę, odpychając przy okazji 
wysłanników CNN, którzy rozpoczynali właśnie bezpośredni przekaz. 

Dziobaty  zastępca  szeryfa,  Jimmy  Hale  dostrzegł  Scagnettiego  jeszcze  w  samochodzie  i  dzielnie 

przedzierał się przez plątaninę policyjnej taśmy, rozciągającej się pomiędzy wszelkimi możliwymi słupami i 
narożnikami. 

—Panie  Scagnetti,  chciałem  tylko  panu  powiedzieć,  że  to  chyba  dzięki  panu  zostałem  gliniarzem  — 

oświadczył Hale. — Przeczytałem pana książkę i to chyba ona odmieniła moje życie. To znaczy, na pewno 
je odmieniła. 

Scagnetti  musiał  poczekać  chwilę  przy  drzwiach  do  restauracji,  gdy  wywożono  stamtąd  ciała  z 

przyczepinymi identyfikatorami. 

—  Wie  pan, ja  staram  się  codziennie  wykorzystywać  to,  co  pan  napisał  o  wczuwaniu  się  w  psychikę 

mordercy.  Jestem  w  jakimś  miejscu,  siadam  i  myślę  „co  zrobiłbym  teraz  gdybym  był  mordercą--
psychopatą?" Albo „co zrobiłby Jack Scagnetti?" — Hale miał nadzieję na uśmiech czy jakąkolwiek reakcję 
ze strony Scagnettiego, ale słynny detektyw nie poświęcał mu zbyt wiele uwagi. 

— Czytałem tę książkę Anthony'ego Robbinsa, w której pisał, że jeśli chce się odnieść sukces, należy 

znaleźć sobie kogoś, kto jest mistrzem w swojej dziedzinie i wzorować się na nim. No więc ja chyba wzoruję 
się na panu. 

Scagnetti  zapalił  zapałką  papierosa.  Trzydziestopięcioletni,  lekko  siwiejący  na  skroniach  i 

konsekwentnie rosnący wszerz odezwał się głosem faceta, który od dziesiątego roku życia pali papierosy (co 
w jego przypadku odpowiadało prawdzie). 

— A „Scagnetti o Scagnettim”? 
— O taaaaak, podobała mi się ta książka. Strasznie. Naprawdę. Byłem autentycznie zaskoczony, że nie 

sprzedawała się lepiej. 

Hale wyznał później, że Scagnetti wręczył mu wciąż palącą się zapałkę. Osłonił płomień dłonią, jakby 

był to najcenniejszy podarunek. 

—To  był  najwspanialszy  moment  mojego  życia  —  wspominał  Hale.  —  Nie  obchodzi  mnie,  co  inni 

potem o nim mówili. To było zachowanie godne wielkiego człowieka. 

Scagnetti klepnął go w plecy i uśmiechnął się. 
 — Kawę, czarną — zadysponował. — I żeby mi tam w niej krew nie pływała. 

background image

Chociaż kompetencje Jacka Scagnettiego nie rozciągały się na Illinois, nie ulegało wątpliwości, że był 

on kluczową figurą śledztwa w sprawie morderstw popełnionych przez Mickeya i Mallory. Sam gubernator 
wytropił  go  telefonicznie  poprzez  jego  literackiego  agenta;  Scagnetti  beztrosko  spędzał  czas  w  jakiejś 
nędznej spelunie ze stripteasem, na południu miasta. A potem już tylko 200 mil, gaz do dechy, syreny i parę 
gramów skonfiskowanego wcześniej przez Wydział Narkotykowy „dowodu". To wszystko otrzeźwiło go do 
tego stopnia, że jego spojrzenie łańcuchowego psa można było wziąć za oznakę intensywnej koncentracji. 

Scagnetti nie znajdował się już na rządowej liście płac. Utrzymywała go amerykańska opinia publiczna, 

która chętnie płaciła 24 dolary i 95 centów za egzemplarz jego „z życia wziętej" kryminalnej beletrystyki — 
dodajmy, po raz pierwszy wydanej w twardej oprawie. I choć krytycy nie pozostawili suchej nitki na jego 
ostatnim dziełku „Scagnetti o Scagnettim”, które ich zdaniem było niczym więcej, jak tylko samopromującą 
się  przeróbką  sprawy  F.  Scarwina,  książka  i  tak  każdego  tygodnia  znajdowała  750  tysięcy  nabywców. 
Występy  Scagnettiego  w  programie  Montell  Williamsa  przyciągały  co  dwa  tygodnie  rekordową  liczbę 
widzów, w czym swój udział miała też sceniczna konfrontacja pomiędzy nim samym a trzema kobietami, 
które twierdziły, że jednocześnie zaszły w ciążę z pochodzącymi z probówki dziećmi Richarda Ramireza. 

Morderstwa  dokonywane  przez  Mickeya  i  Mallory  stanowiły  niezwykłą  miksturę  krwi,  seksu  i 

rock'n'rolla,  co  w  dalszej  perspektywie  gwarantowałoby  Scagnettiemu  powrót  na  szczyt.  Jego  wydawcy 
poszukiwali już pisarzy, którzy przygotowaliby następną książkę („Scagnetti o Scagnettim” była, jak dotąd, 
pierwszą i ostatnią książką napisaną w całości przez Scagnettiego). 

Detektyw dokonał inspekcji śladów działalności Mickeya i Mallory w Kankakee Sonic, zaczynając od 

damskiej toalety. Zwłoki zaczęto już pakować w plastikowe worki i oznaczać, ale objechane taśmą klejącą 
zarysy  ciał  i  ślady  krwi,  dawały  niezłe  wyobrażenie  o  całym  zajściu.  Dwie  dziewczyny  w  strojach 
wodzirejek zostały na przykład potraktowane jedną kulą, co, według Scagnettiego, było dosyć zabawne; taki 
styl musi wzbudzać podziw. 

Scagnetti  zorientował  się  też,  że  był  pierwszym  policjantem,  który  pomyślał  o  zajrzeniu  do  kabin.  W 

końcu Mallory musiała po coś tu przyjść. I oto na wewnętrznej stronie drzwi drugiej kabiny widniały dwie 
litery „M & M" tkwiące pośrodku  narysowanego szminką serca. „Ona jest słodka jak cukierek", pomyślał 
Jack. „Taki, co rozpuszcza się w ustach". 

Przechodząc obok rozbitego lustra, Scagnetti dojrzał w nim swoje odbicie, poprzecinane zbiegającymi 

się w środku nitkami pajęczej sieci pęknięć. Nie potrafił przy tym stwierdzić, czy linie rzeczywiście zbiegały 
się w środku, czy też z niego wychodziły. Znajdował się tam jednak ślad krwi i detektyw przyłapał samego 
siebie na wpatrywaniu się w ten właśnie punkt i jednocześnie we własne odbicie. Roześmiał się. 

Fascynacja morderstwem nie była u Jacka Scagnettiego kwestią świadomego wyboru. Raczej rezultatem 

dziwnego zrządzenia losu. 

Tydzień  po  swych  piątych  urodzinach,  Jack  maszerował  poprzez  teren  campusu  Uniwersytetu 

Teksaskiego  w  stronę  biblioteki,  gdzie  jego  matka,  jako  nauczycielka  w  publicznych  szkołach  w  Austin, 
cieszyła się pewnymi przywilejami przy wypożyczaniu książek. 

Krótko  po  dwunastej  w  południe,  o  czym  ani  Jack,  ani  jego  matka  nie  wiedzieli,  do  obserwatorium, 

założonego na dachu najwyższego budynku w Austin, wszedł student architektury Charles Whitman. W tym 
samym czasie zdążał w tę stronę Jack wraz ze swoją matką. Whitman miał ze sobą futerał zawierający 6 mm 
karabin  z  celownikiem  optycznym,  35  mm  Remmingtona,  magnum  0.357,  9  mm  pistolet  Luger, 
podrasowany, wojskowy karabinek 30.06, strzelbę i wielki sztylet. 

Znalazłszy się już na samej górze, Whitman  — a powody jego zachowania nigdy nie zostały poznane 

(chyba że było nim czternaście zaległych godzin zajęć na uczelni, które zaczynały ciążyć mu coraz bardziej) 
— zaczął z szatańską precyzją wybierać sobie cele spośród ludzi, którzy akurat przechodzili dołem. 

Jedną  z jego  pierwszych  ofiar  była Katherine  Culip Scagnetti.  Nie  było  nawet słychać  huku  strzałów, 

które  rozerwały  jej  klatkę  piersiową.  Katherine  upadła  wprost  po  nogi  małego  Jacka.  Strzały  padły  z 
wysokości dwudziestego siódmego piętra. Jakiś dzielny przechodzień chwycił chłopca i wepchnął go gdzieś 
w krzaki, rzucając się po chwili samemu do ucieczki. 

W swojej książce „Scagnetti o Scagnettim”, detektyw opisał całą resztę tamtego dnia, którą spędził w 

krzakach  wystawiony  na  widok  zwłok  własnej  matki  i...  obłażony  przez  bezlitosne  mrówki.  W 
rzeczywistości  wystarczyło  75  minut,  by  policja  wtargnęła  do  obserwatorium  i  zastrzeliła Whitmana,  lecz 
niewielu domagało się sprostowań ze strony prokuratury odnośnie „rozdmuchania" rozmiarów tragedii. 

background image

Odtąd obsesją Jacka Scagnettiego stała się zemsta. Oficerowie policji często naginają prawo dla potrzeb 

swych  własnych  teorii.  Podobnie  Scagnetti,  który  swą  burzliwą  przeszłość  nierzadko  wykorzystywał  dla 
usprawiedliwienia  swego  zachowania.  Opinia  publiczna  widziała  w  nim  symbol  całkowitego  braku 
pobłażania  w  stosunku  do  znajdującej  się  w  ciągłej  ofensywie  cywilizacji  przemocy,  która  pod  koniec 
dwudziestego  wieku  zawładnęła  całym  krajem.  Koledzy  Scagnettiego  myśleli  o  nim  z  pewnym 
zakłopotaniem  —  był  dla  nich  czymś  w  rodzaju  myśliwskiego  psa,  którego  lekceważący  stosunek  do 
oficjalnej procedury rekompensowała jego niemalże wrodzona zdolność wczuwania się w rolę mordercy i 
przejmowanie jego sposobu myślenia. 

Wydawało się, że jest to wyjątkowy dar. 
Choć może nie do końca. 
Ponieważ  z  uczestników  masakry  wewnątrz  restauracji  nie  ostał  się  nikt,  Scagnetti,  przy  pomocy 

Randalla Krevnitza usiłował złożyć całą historię do kupy. Przez następne pięć lat Randallem zajmowali się 
tępi  psychiatrzy,  podczas  gdy  on  sam  zastanawiał  się  jedynie  dlaczego  nie  potrafi  utrzymać  swej  erekcji 
przez czas dłuższy i dlaczego ten świat jest taki okropny. Jednak teraz Scagnetti domagał się wyjaśnień. 

Objął chłopaka ramieniem i razem odeszli w nieco spokojniejsze miejsce. Scagnetti stanął o kilka cali za 

blisko,  mocno  przyciskając  chłopca.  Randall  nie  mógł  odsunąć  się  od  niego.  Jack  poczęstował  go 
papierosem. Chłopak co prawda skorzystał, ale nie uczynił najmniejszego ruchu, by umieścić papierosa w 
ustach. Po prostu nigdy nie palił. 

Pozostając  w  nieomal  mistycznym  uniesieniu,  którego  Scagnetti  już  kiedyś  doświadczył  (osobiście), 

Randall  opisał  scenę  przyjazdu  Mickeya  i  Mallory:  grzmoty,  spaliny,  łomot  uwięzionych  we  wnętrzu 
Challengera koni mechanicznych. Dałbym się zabić za taki samochód — dokładnie tymi słowy odezwał się 
do Mickeya Knoxa. Co ciekawe, Randall miał wtedy ochotę zabić Mickeya. Gdyby tylko miał okazję. Nie z 
powodu nienawiści, strachu czy konieczności obrony, lecz dla tego właśnie samochodu. Zabijając Mickeya, 
stałby się taki jak on. 

Scagnetti  spytał  o  dziewczynę.  Czy  była  zakładniczką?  Czy  Mickey  zmuszał  ją  do  czegokolwiek  czy 

robiła to z własnej woli? 

— Jestem pewien, że została zmuszona — odparł Randall po długim namyśle. — Zmusili ją do tego. 
— To znaczy Mickey, tak? Mickey kazał jej zrobić to wszystko? 
Oczy  Randalla  rozwarły  się  szeroko  gdy  spoglądał  na  dół  i  w  bok.  Jego  pamięć  na  nowo  odtwarzała 

kolejne zdarzenia wieczoru. — Nie, ja mówię o nich. O ludziach tam, w środku. Obojętnie, co uczynili, ale 
było  to  coś,  czego  nie  powinni  byli  robić.  Zresztą,  kto  ma  to  wszystko  oceniać  i  w  ogóle,  ale  nie 
powiedziałbym na sto procent, że Mickey i... 

—Mallory ... 
Randall  uśmiechnął  się nieco  słysząc jej imię.  —  Nie  powiedziałbym  na  sto  procent,  że  to,  co  zrobili 

było złe. To chyba tak nieszczęśliwie się złożyło. To znaczy, w zasadzie nikt nie zasłużył na śmierć. Randall 
wytarł sobie rękawem smark z nosa. — Ale jak tak pomyśleć, to chyba wielu z nich zasłużyło, więc kto to 
ma oceniać? 

Scagnetti pochylił się. Chłopak być może poczuł od niego zapach whiskey. — Możesz mi powiedzieć, 

dlaczego spośród tylu osób ciebie jednego zostawili? 

Po raz pierwszy Randall spojrzał mu prosto w oczy. 
—Chyba po prostu nie zasłużyłem na śmierć. 
Z tajemniczym spokojem podniósł papierosa, 
którego ciągle trzymał w dłoni. Ustąpiło drżenie rąk. Zaciągając się po raz pierwszy w życiu, Randall 

Krevnitz nie zakrztusił się ani razu. 

Wyjeżdżając o 6.35 rano z Sonic, Jack Scagnetti skierował się do odległego o 9 mil na wschód Motelu 6. 

Musiał  walczyć  z  naturalnym  instynktem  prowadząc  samochód,  szukając  morderców  (zachód  ...  musieli 
uciec  na  zachód  ...  dlaczego  przestępcy  zawsze  uciekają  na  zachód?)  ...  Szukała  ich  już  policja  w  pięciu 
stanach  —  dwóch  charakterystycznych  postaci  w  bardzo  charakterystycznym  samochodzie.  Logika 
nakazywała przypuszczać, że mordercy zostaną złapani do wieczora. 

A jeśli nie? Logika nie brała pod uwagę takiej możliwości. Ale ludzie pokroju Mickeya Knoxa potrafili 

wykorzystywać  siły  natury  i  potęgę  zbiegu  okoliczności  na  swoją  korzyść,  drwiąc  sobie  potem  z 
przeznaczenia.  Scagnetti  wiedział,  że  będą  się  przeciskać  przez  oczka  sieci,  przejeżdżać  z  hukiem  obok 

background image

posterunków, akurat gdy policjant sięgać będzie po kolejną kawę. Podobnie jak on sam, ta para narodziła się 
by umrzeć. Umrzeć jednak pięknie. 

Będą ciągle pozostawać na wolności. 
Polowanie dopiero się zaczęło. 
 

Wayne Gale był szczęśliwym człowiekiem. 
Po trzykroć szczęśliwym. 
Prawdę  powiedziawszy,  przez  całe  życie  nie  odczuwał  jakichś  szczególnych  trosk.  Urodził  się  w 

Melbourne, w kochającej i kultywującej dobre obyczaje rodzinie, która zachęciła Wayne'a, by nauczył się 
wykorzystywać  swój spryt  i  charyzmę  w  codziennym  życiu.  Wayne  przeprowadził  się  do  Ameryki,  gdzie 
poślubił uroczą i oddaną mu kobietę, która, mimo nieznośnego charakteru, utorowała mu z czasem drogę ku 
wymarzonemu  zajęciu.  Życie  Wayne'a  toczyło  się  nienajgorzej  —  do  momentu,  w  którym  miały  miejsce 
wcześniej opisane wypadki, 

Mickey i Mallory stali się jego zbawieniem. Odpowiedzią na jego wznoszone ku niebu błagania. Gdyby 

wierzył  w  Boga,  musiałby  ucałować  go  z  całej  siły  w  usta  za  to,  że  zadał  sobie  tyle  trudu  i  stworzył  tak 
doskonałe istoty. Świeże. Pełne nienawiści. Telefotogeniczne. I nieszablonowe. 

Wayne Gale prowadził program American Maniacs. 
Na  antenę  wszedł  dwa  miesiące  przed  tragedią  w  domu  Wilsonów  (pierwszą  rzeczą,  która  zwróciła 

wówczas uwagę przybyłych na miejsce policjantów był grający telewizor), lecz krzykliwe brukowce dosyć 
szybko  zaczęły  obwieszczać  spadek  popularności  programu  Wayne'a.  Premierowe  wydanie  uświetnił 
wywiad z Charlesem Mansonem, jednak z czasem, obecność Amerykańskich Maniaków na ekranie stanęła 
pod  znakiem  zapytania.  Ani  Wayne,  ani  producenci  nie  przyznawali  tego  otwarcie,  ale  formuła  programu 
zdecydowanie  się  wyczerpywała.  Tak  naprawdę  nie  było  zbyt  dużego  wyboru  psychopatów,  poza  tym 
rzadko kiedy przydarzało im się cokolwiek, gdy już siedzieli w więzieniach. 

Czary  goryczy  dopełnił  sążnisty  artykuł  w  tygodniku  „Entertainment  Weekly",  określający  Wayne'a 

Gale'a  i jego  program jako  wcielenie  wszelkiego  zła, jakie  dzieje  się  obecnie  w  telewizji. Wayne  nie brał 
sobie tego do serca — może za wyjątkiem złośliwych komentarzy dotyczących jego australijskiego akcentu, 
który  zresztą  był  jak  najbardziej  prawdziwy  i  wymagał  ochrony  przed  wpływami  suchych  i  szarych 
akcentów środkowoatlantyckich. 

Najnowsze  plotki,  wymieniane  przez  sekretarki  z  jedenastego  piętra  (z  których  dwie  były  szczególnie 

cięte  na  Wayne'a  za  jego  wyjątkowo  niechlujny  sposób  ubierania  się)  głosiły,  że  American Maniacs  mają 
zostać przesunięci na godzinę 21.30, zaraz po nowym programie Bronsona Pinchota. Oznaczało to wydanie 
na Wayne'a wyroku śmierci. 

Aż tu nagle pojawili się Mickey i Mallory. 
Gdy  zadzwonił  telefon,  Wayne  zwisał  akurat  głową  w  dół  z  sufitu  swego  mieszkania  na  Manhattanie. 

Zignorował po raz kolejny rady jednej ze swych doradczyń, Ingę, która przestrzegała go bezustannie przed 
zakładaniem butów umożliwiających chodzenie po suficie. Wierzył, że dzięki temu nietypowemu ćwiczeniu 
zyska  jeszcze  kilka  dodatkowych  centymetrów  wzrostu.  Był  to  zresztą  jego  jedyny  kompleks;  kompleks, 
który  sprawiał,  że  Wayne  nie  zawsze  czuł  się  „po  trzykroć  szczęśliwy".  „Twój  kręgosłup  straci  kiedyś 
prawidłowe ustawienie" — ostrzegała go łnge. Dla jego kolegów ciekawostką był sam fakt posiadania przez 
Wayne'a kręgosłupa. 

Wiadomość nadeszła o 12.30 w południe od producentki Wayne'a, Julii. Wayne automatycznie włączył 

aparat dla głuchoniemych. Nie, nie był głuchoniemy. To Julie urodziła sie bez języka. 

W  towarzystwie  kamerzysty  Rogera  I  dźwiękowca  Scotty'ego,  ekipa  Amerykańskich  Maniaków 

wystartowała  z  lotniska  La  Guardia  o  13.47  lecąc  do  Kankakee  Sonic.  Spotkanie  z  przeznaczeniem. 
Oglądalność. 

Wayne Gale był szczęśliwym człowiekiem. 
Nawet  w  wyjątkowych  sytuacjach,  Julie  starała  się  rezerwować  miejsce  dla  Wayne'a  z  dala  od 

towarzyszącej mu trójki. Wayne — choć miał dwie karty regularnego klienta linii lotniczych — na pokładzie 
samolotu zachowywał się nieznośnie. Kiedy leciał następowała w nim zbadana i opisana przez specjalistów, 
zmiana  o  podłożu  fizjologicznym,  czyniąca  z  Wayne'a  Najbardziej  Denerwującego  Człowieka  Na  Ziemi. 

background image

Podobne  reakcje  wywoływało  u  niego  w  zasadzie  każde  zamknięte  pomieszczenie,  ale  kombinacja 
dodatkowych  czynników  w  postaci  ryku  samolotowych  silników  i  zwiększonego  ciśnienia  powietrza  na 
bębenki w uszach sprawiała, że podróż w towarzystwie Wayne'a stawała się niezwykle uciążliwą przygodą. 

Albowiem podczas lotu Wayne Gale uwielbiał rozprawiać o: 
1) swoim dzieciństwie, 
2) swych ambicjach oraz 
3) swym programie American Maniacs, 22.00, w każdą środę. 
Eileen  Murchovsky,  księgowa  z  biura  konstrukcyjnego  w  Arlington  Heights  potraktowana  została 

półtoragodzinną dawką opowieści na pierwszy z wymienionych tematów. 

Postanowiła nigdy więcej nie wsiadać na pokład samolotu. 
Drobnemu i szczupłemu chłopcu o nazwisku Wayne Montciaire Galenovitch przypadła w udziale jedna 

z głównych ról w Wally Wallabi, w przez krótki czas obecnym na ekranach serialu-popłu-czynie po przeboju 
australijskiej  telewizji  Skippy  The  Bush  Kangaroo.  Serial  skończył  się  zaledwie  po  dziesięciu  odcinkach, 
lecz  Wayne  zdążył  zyskać  status  gwiazdeczki.  Zdążył  także  odkryć  rozliczne  uroki  występowania  przed 
telewizyjną kamerą. 

Będąc jeszcze nastolatkiem, Wayne „Gale" — bo tak, ku przerażeniu rodziców postanowił skrócić swoje 

nazwisko  —  odgrywał  drugoplanowe  role  w  komediach  i serialach  obyczajowych,  wcielając się  zwykle  w 
chłopaka, zakochującego się w nastoletniej córce głównego bohatera. Często jednak wylatywał z hukiem z 
obsady  —  jego  żądania  lepszej  pracy  kamer  i  bardziej  ciętych  dialogów  nie  znajdowały  należytego 
zrozumienia u producentów. 

Po paru latach, Wayne powrócił na łono cichych i spokojnych przedmieść Melbourne. Mały i niezdarny, 

szybko stał się obiektem lokalnych „byczków", bezlitośnie egzekwujących od niego pieniądze na lunch czy 
kolejne prace semestralne. Znalazł jednak dla siebie przytulną niszę jako wydawca szkolnej gazety „Queen's 
Cross Tattler". Jego złożone z sześciu części expose na temat szkolnych obiadów zaowocowało zwolnieniem 
całego  personelu  kuchni,  a  sprawozdanie,  dokumentujące  romans  pomiędzy  dyrektorem  szkoły,  Colinem 
Waverly  a  nauczycielem  francuskiego,  Jacques'em  Plerre  Dumasem  sprawiło,  że  szkoła  została  na  dwa 
tygodnie  zamknięta,  a  całe  ciało  pedagogiczne  poddane  przesłuchaniom  ze  strony  policji  i  władz 
kościelnych. 

Mając  lat  osiemnaście,  Wayne  odrzucił  ofertę  pracy  jako  terenowy  asystent  prducenta  programu 

Austarlia  Weekly.  Dostał  się  za  to  na  ekrany  w  charakterze  korespondenta  Public  Eye,  trzeciorzędnej 
konsumenckiej nowinki, finansowanej przez jakiś singapurski koncern. Kontrakt przewidywał, że co trzeci 
odcinek  dotyczyć  ma  śmierci  lub  trwałego  kalectwa,  spowodowanych  użytkowaniem  produktów 
konkurencyjnej firmy prezentowanej w programie. W rezultacie Wayne spędził dwa tygodnie, szukając jak 
opętany  kogoś,  kto  odniósł  obrażenia  korzystając  z  nieholofilowych  poduszek.  Własne  okienko  w  tym 
programie stanowiło prawdopodobnie najjaśniejszy punkt początkowego etapu jego kariery. 

Gdy Public Eye zakończyło swój żywot, Wayne spakował walizki i pojechał do Stanów. Tam, na krótko, 

wylądował  w  dwóch  chorych  brukowcach,  aż  wreszcie  zakotwiczył  się  w  telewizji,  gdzie  szybko  stał  się 
podporą programu American Maniacs. Co prawda, jako drugi z prowadzących, lecz konkurent został szybko 
wykluczony  ze  względu  na  wykrycie  jego  miłosnej  przygody  z  pewnym  wysoko  ustawionym,  żonatym 
aktorem.  Gdyby  ów  konkurent  zaczął  podkopywać  Wayne'a,  to  zamiast  funkcji  podpory,  Wayne 
prawdopodobnie wcieliłby się w rolę ostatniego gwoździa do trumny Amerykańskich Maniaków. 

Gdy  program  był  jeszcze w  fazie  wstępnego  rozwoju,  a  wiecznie  zmieniająca sie  opalenizna  Wayne'a 

stawiała  kolejne  wymagania  operatorom  świateł,  nasz  bohater  poznał  i  zakochał  się  w  Dolores  Morgan, 
będącej  dziwnym  zbiegiem  okoliczności  córką  szefa  całej  sieci.  Po  krótkim  i  gorącym  romansie  oboje 
uciekli  do  Meksyku  —  na  tydzień  przed  premierą  American  Maniacs.  Po  powrocie,  na  dorobek  Wayne'a 
składały  się:  popularny  show  w  telewizji,  pełne  worki  listów  od  wielbicieli  oraz  żona  —  przerażająco 
zwyczajna. I nawet nie tyle nudna, co źle wychowana. 

Ale to już była inna historia. Gdy samolot lądował w Chicago, Wayne zapytał swą towarzyszkę podróży, 

Eileen Murchovsky, gdzie i jako kto pracowała ... 

Ekipa przyjechała do Kankakee Sonic o 6.15 rano, bijąc się o miejsce na parkingu z lokalną telewizją i 

współpracującymi z siecią Wayne'a stacjami. Przy akompaniamencie potężnej, niemalże okrętowej syreny, 
Wayne poprzerywał trzy pary łączy (w tym jedno należące do jego macierzystej sieci). Taktyka, jaką obrał, 

background image

okazała  się  jednak  skuteczna  —  oczyszczone  zostało  pole  do  działania  jego  własnej  ekipy,  aż  do  granicy 
wyznaczonej przez żółte, policyjne linie. Będąc tak blisko mógł zacząć pertraktować z policjantami odnośnie 
wpuszczenia go do środka. 

Lustrując  miejsce  tragedii  i  przeglądając  listę  ofiar,  Julie  połączyła  się  za  pomocą  telefonu 

komórkowego  z  centrum  i  zarezerwowała  półgodzinne  specjalne  okienko  w  wieczornym  programie. 
Przekazy z ostatniej chwili nie były domeną jej sieci, ale rekwirując jedną z ciężarówek, należących do stacji 
współpracujących, Julie była pewna, że program będzie gotowy i w dużej części nadany na żywo o godzinie 
22.30. 

Widząc, że Jack Scagnetti ma zamiar odjechać, Wayne zawołał go z przeciwległej strony parkingu — 

chciał  umówić  się  z  detektywem  na  wywiad.  Jack  zmrużył  oczy  przed  oślepiającym  blaskiem  porannego 
słońca, próbując dojrzeć osobnika, który woła go po imieniu. Poznał Wayne'a Gale'a, pokazał mu środkowy 
palec  i  odkrzyknął  najgłośniej  jak  mógł  „odpieprz  się  Wayne!".  Nie  było  to  bowiem  pierwsze  spotkanie 
Jacka Scagnettiego i Wayne'a Gale'a. Dwa wcześniejsze miały swoją historię. 

Przed  kilku  laty,  pierwszy  amerykański  program  Wayne'a  Supergliny,  przedstawiający  sylwetkę Jacka 

Scagnettiego  wywołał  falę  skarg  na  brutalność  policjantów,  ich  rozwiązłość  seksualną  i  nieumiejętne 
wykorzystywanie dowodów. Czyli wszystko to, co producenci programu w liście do wydawcy Scagnettiego 
określili jako bałwochwalcze bicie piany. W jego koszty wliczono też 50 tysięcy dolarów, przeznaczone na 
odszkodowania dla osób, które poczuły się dotknięte lub znieważone zawartością programu. Nie obyło się 
też bez ataków ze strony krytyków na książkę „Scagnetti o Scagnettim”. Jeśli chodzi o Wayne'a, to wszystko 
spłynęło po nim jak woda po psie. Dla Scagnettiego był to jednak bardzo zimny prysznic. 

Specjalne,  wieczorne  wydanie  American  Maniacs  przyciągnęło  przed  telewizory  30-procento-wą 

widownię,  miażdżąc  z  łatwością  konkurencję  w  osobie  m.in.  Victorii  Principal  i  przeglądu  najlepszych 
filmów tygodnia z jej udziałem (Zbyt młode dziecko, w którym grała matkę śmiertelnie chorego chłopca i 
Dalej niż sięga wiara: Historia Constantine'a Euvornosa, opowiadającego historię zastępczej matki walczącej 
o  prawo  do  opieki  nad  śmiertelnie  chorą  dziewczynką).  O  Scagnettim  nie  było  w  reportażu  ani  słowa, 
wyjąwszy  ujęcie  detektywa,  pokazującego  do  kamery  środkowy  palec.  Mickey  i  Mallory,  oglądający 
program  w  swym  motelowym  pokoju  w  Sterling,  Colorado,  byli  zaskoczeni  i  nieco  zszokowani  ogromem 
zniszczeń, jaki po sobie zostawili. Do tego czasu zdążyli też zapomnieć kogo i kiedy zatłukli. 

Mallory przypuszczała, że około czternastu osób. Wayne twierdził, że dwadzieścia. Później, siedząc już 

w  ośrodku  resocjalizacji  stanu  Illinois  w Joliet,  Mickey  wyznał  jednemu  ze  swych  towarzyszy  niedoli,  że 
fragmentem tego programu, który najbardziej spodobał się jemu i Mallory był występ Randalla Krevnitza, 
znanego miłośnika pojazdów marki Dodge, który, wyliczając kolejne ofiary masakry, określał jednocześnie 
parę morderców jako „bogów śmierci i zniszczenia". Podobnie jak Grace Mulberry, jedyny ocalały świadek 
„ataku na sypialnianą prywatkę", której nadmiar wrażeń wręcz zapierał dech. 

Mallory zastanawiała się, dlaczego nie wspomniano przy tym o ajencie stacji benzynowej Arco, którego 

zamordowali w Boulder, Colorado. Mickey przestrzelił mu na wylot kolano, następnie wetknął mu w gardło 
wąż,  napełnił  benzyną  i  przy  pomocy  zapalniczki  Bica  zmusił  nieszczęśnika  do  złożenia  ofiary  z  samego 
siebie. 

To właśnie wtedy Mickeyowi przyszedł do głowy pomysł, dzięki któremu oboje, z pozycji „zwykłych 

morderców"  dostąpili  zaszczytu  wejścia  do  panteonu  wiecznie  żywych  legend.  —  Wcześniej  zabijaliśmy 
wszystkich — zwierzał się Mickey swemu współwięźniowi. — Ale postanowiliśmy pozostawiać przy życiu 
jedną  osobę,  która  mogłaby  zaświadczyć,  kto  to  zrobił.  „Powiesz,  że  to  dzieło  Mickeya  i  Mallory"  — 
mówiliśmy im. Nie wiem, czemu dopiero wtedy na to wpadliśmy. 

* * * 
Owen  Traft  był  chyba  ostatnim  kawalerem  spośród  niezliczonej  armii  łysiejących  czterdziestolatków. 

Wynajmował swą kawalerkę we wschodniej części Palo Alto, na wąskim skrawku ziemi, przylegającym do 
autostrady. Stamtąd też, przez pięć dni w tygodniu, dojeżdżał do pracy w San Francisco. Wychodził o 6.30 
rano, wracał o 19.00, a podróż w każdą stronę zabierała mu półtorej godziny, bo firma, dla której pracował 
przez ostatnie osiem lat przeniosła się do centrum miasta. Takie dojazdy do pracy zdolne byłyby zrujnować 
życie towarzyskie każdemu mieszkańcowi Zachodniego Wybrzeża. Owen Traft nie prowadził jednak życia 
towarzyskiego. 

background image

Zamiast tego, miał 45-calowy, szerokoekranowy telewizor, wyposażony w funkcję PiP (obraz w obrazie) 

i  panoramiczny  dźwięk.  Sprzęt  zainstalowany  został  za  pomocą  dźwigu,  który  wciągnął  go  na  wysokość 
trzeciego piętra. Owen zwykł podkręcać głośność w swym telewizorze jedynie nieznacznie poniżej poziomu, 
który nieuchronnie spowodowałby nerwowe reakcje sąsiadów. Podłączony był do sieci, do systemu telewizji 
kablowych  i  płatnych  co  tydzień  programów  pay-per-view.  Razem  ponad  70  godzin  na  dobę.  Dzięki 
dwukasetowemu  magnetowidowi,  podłączonemu  do  drugiego  „kabla",  Owen  pozostawał  na  bieżąco  z 
codzienną ramówką TV. Ostatnio napisał list do człowieka, który w programie Beyond 2000 demonstrował 
magnetowid, sterowany  i programowany na odległość za pomocą telefonu  — czegoś podobnego Owenowi 
straszliwie brakowało. 

Jeśli  ktoś  miałby  szczególną  ochotę  dowiedzieć  się,  ile  odcinków  serialu  Pełna  chata  powstało  do  tej 

pory, lub jak nazywał się aktor grający rolę partnera Stephanie Zimbalist w pierwszej części Remmington 
Steele  i  gdzie  występował  później,  Owen  Traft  udzieliłby  mu  wyczerpujących  wyjaśnień.  Nie  były  to  dla 
niego nic nie znaczące informacje, lecz coś w rodzaju klucza, niezbędnego dla zrozumienia całości procesów 
zachodzących w jego „oknie na świat". Wyposażony w zapewniającego mu poczucie bezpieczeństwa pilota, 
rządził tym światem niczym dobry król. 

Jednak spośród wszystkich programów, jakie miał okazję oglądać, uwagę jego  najbardziej przykuwali 

Amerykańscy  Maniacy.  W  odróżnieniu  od  programu  60  Minut,  który  również  oglądał  z  zapartym  tchem, 
Owen określał show Wayne'a Gale'a jako inspirujący. Mickey i Mallory przypominali mu inne, doskonale 
znane z ekranu postacie w rodzaju Charlesa Mansona, Teda Bundy'ego czy Jeffreya Dahmera. Im wszystkim 
telewizja poświęcała więcej uwagi niż problematyce AIDS i upadkowi komunizmu razem wziętym. 

Były to postaci, które wiedziały, czego chcą od życia. Postaci, które, w odróżnieniu od innych, potrafiły 

spełnić  swoje  marzenia.  Owen  był  zbyt  wątły,  by  załapać  się  do  szkolnej  drużyny  piłkarskiej,  za  mało 
wyróżniał się też z tłumu, by zostać dostrzeżonym przez nauczycieli. Jego szerokie, płaskie czoło i bardzo 
dziwnie  ułożone  brwi  sprawiły,  że  żadna  dziewczyna  nie  chciała  się  nigdy  z  nim  umówić.  „Ale  na  tym 
świecie  zostało jeszcze  trochę  wielkich  rzeczy  do  zrobienia"  —  myślał  Owen  i  w  tym  właśnie  momencie 
postanowił, że wyjdzie na ten świat. I spróbuje ... 

 

DO:  DETEKTYWA  JACKA  SCAGNETTIEGO  GŁÓWNEGO  ŚLEDCZEGO  ODDZIAŁU  DO 

ZADAŃ SPECJALNYCH W SPRAWIE MICKEYA KNOXA I MALLORY WILSON 

OD:  AGENTA  KATHERINE  GINNISS  WYDZIAŁ  STUDIÓW  NAD  ZACHOWANIAMI,  FBI 

QUANTICO,VIRGINIA 

Odebrałam Pańską notatkę z dnia 24 kwietnia, dotyczącą mojej prośby o informacje odnośnie postępów 

śledztwa w sprawie morderstw popełnionych przez Mallory Wilson i Mickeya Knoxa. Muszę tu dodać, iż 
aczkolwiek  zwrot  „odpierdol  się  i  zgiń,  stara  biurwo"  jest  jedną  z  najbardziej  soczystych  i  zabawnych 
odzywek  jakie słyszałam,  to  uważam,  że  w  bieżącej sytuacji jest  to  absolutną stratą czasu  i  energii, jakże 
niezbędnych przy dochodzeniu, jakie, na dobre czy na złe, wspólnie prowadzimy. 

Może  zainteresuje  to  Pana,  Drogi  Detektywie,  że  przeczytałam  Pańską  książkę,  dzięki  czemu 

zaznajomiłam się z Pana śledczą strategią. Dokładniej rzecz biorąc, przypomina mi Pan w tym  momencie 
młodego,  dorodnego  wilka,  przewodnika  stada  napędzanego  testosteronową  brawurą,  instynktownie 
podchodzącego i osaczającego swą zdobycz. Taka cecha może rzeczywiście okazać się wyjątkowo przydatna 
u szefa oddziału do zadań specjalnych; z drugiej strony, ma ona również swe ograniczenia, skoro wyklucza 
jakikolwiek  rodzaj  naukowego  czy  analitycznego  podejścia  do  sprawy,  które  z  pewnością  pomogłoby  w 
uzyskaniu wielu cennych informacji. 

Proponuję zatem, Panie Scagnetti, by, zamiast skakać sobie nawzajem do gardeł, rozpocząć współpracę. 

Jak  panu  wiadomo.  Wydział  Studiów  nad  Zachowaniami  jest  zespołem  złożonym  z  młodych,  pełnych 
poświęcenia  pracowników  śledczych,  wyspecjalizowanych  w  odtwarzaniu  ludzkiej  psychiki  na  podstawie 
wywiadów  środowiskowych,  obserwacji  otoczenia  czy  zawartości  kartotek  medycznych.  Wszystkie 
informacje,  jakie  jesteśmy  w  stanie  zdobyć,  mogą  być  pomocne  w  przewidywaniu  kolejnych  posunięć 
podejrzanego,  pozwalać  na  reagowanie  z  odpowiednim  wyprzedzeniem  i  mają  niewątpliwą  wyższość  nad 
metodą  „reaktywną",  przy  stosowaniu  której,  zawsze będziemy  pozostawać  w  tyle  za  mordercą,  mając  do 
dyspozycji jedynie ciała jego ofiar. 

background image

Do niniejszego listu załączam odpisy rozpoznań, jakie nasi terenowi wywiadowcy przeprowadzili do tej 

pory.  Większość  spośród  mieszkańców  rodzinnej  miejscowości  Mickeya,  Wilmington,  Kentucky,  bardzo 
niechętnie  wdawała  się  w  rozmowy  na  jego  temat,  co  wskazuje,  że  Mickey  pochodzi  z  wyizolowanego  i 
bardzo  nieufnego  rolniczego  klanu,  z  natury  podejrzliwego  w  stosunku  do  obcych  i  chroniącego  swych 
własnych członków. Nawet, jeśli jeden z nich okazuje się zbrodniarzem na dużą skalę. 

Jednakże latem 1987 Mickey utrzymywał stosunki z niejaką Donną Wooley, która prawdopodobnie była 

jego  ostatnią  dziewczyną  przed  poznaniem  Mallory.  Wydaje  się,  że  najciekawszy  (i  rzucający  najwięcej 
nowego  światła)  dokument  dotyczący  jego  osobowości,  jak  również  jego  ukrytych  skłonności  do 
posługiwania się  przemocą,  pochodzi  z  dziennika  Donny  Wooley,  datowanego na  lato 1987.  Zawarte tam 
zapiski  poświęcone  Mickeyowi  zawierają  również  co  ciekawsze  listy  jego  autorstwa;  są  to  zresztą  jedyne 
dostępne nam źródła, w których Mickey Knox opowiada sam o sobie. 

Jeśli mogę służyć jakąkolwiek dalszą pomocą, proszę bez wahania kontaktować się ze mną. 
Kartoteka FBI #32061-A17    Pozycja # 17042 
Sprawa #914-376 
1. Fragmenty dziennika Donny Wooley 
11  czerwca
.  Kochany  dzienniczku.  Uffff...  Wreszcie  koniec  szkoły.  Musieliśmy  odrabiać  jeszcze  cały 

tydzień,  który  straciliśmy  z  powodu  huraganu  —  myślałam,  że  do  końca  życia  będę  w  pierwszej  klasie. 
Cassie, Carla i ja zdążyłyśmy się już trzy razy solidnie opalić od początku wakacji, a to chyba nie koniec. 
Lato!!! ... Jest taki jeden gość, Mickey Knox, który szwenda się po basenie Pres-by, ale nigdy się nie kąpie, 
tylko  łazi  tam  i  z  powrotem  w  tych  swoich  kowbojkach.  Chciał  dzisiaj  z  nami  pogadać,  ale  Cassie 
powiedziała mu, że nie zadaje się z robolami I wieśniakami. Nie odezwał się ani słowem, tylko splunął do 
basenu. Co za matoł. 

28 czerwca. Kochany dzienniczku. Czas szybko mija, gdy człowiek dobrze się bawi. Dostałam pracę u 

Woolwortha.  To  trochę  głupio  pracować  razem  z  matką,  ale  podczas  przerw  jest  bardzo  fajnie.  Po  pracy 
jeździmy  zwykle  całą  paczką  nad  jezioro  Spoon.  Jedziemy  tam  w  ciężarówce  ojca  Bobby'ego,  pijemy 
Tanquery  i  moje  ulubione  wino.  Wczoraj  nad  jeziorem  był  również  Mickey  Knox  i  grzebał  w  swoim 
samochodzie,  który  nie  chciał  zapalić.  Miał  ze  sobą  butelkę  ginu,  który  według  mnie  smakuje  jak  „siki 
górskiego  Iwa".  Mimo  to,  siedząc  w  jego  wozie,  przegadaliśmy  prawie  całą  noc.  Mickey  jest  zupełnie 
„inny", ale podobno o to właśnie w życiu chodzi. Powiedział, że napisze do mnie, bo nie cierpi telefonować. 

P.S. Całowaliśmy się. Było w porządku, ale Mickey powiedział, że byłam słona. 
1 lipca. Kochany dzienniczku. Dostałam list od 
Mickeya. Oto on. 
Donna, To właśnie jest ten list, o którym mówiłem ostatnio nad jeziorem, gdy powiedziałaś, że jestem 

wariatem.  Pamiętasz?  Okazało  się,  że  miałaś  rację,  bo  rzeczywiście,  trzeba  być  wariatem,  żeby  pisać  do 
kogoś,  kogo  się  ledwo  poznało.  Obserwowałem  Cię  na  basenie  Presby  przez  cały  czas,  ale  odkąd 
porozmawialiśmy ze sobą, wiem już, że nie jesteś jednym z tych „PP" (piesków preriowych). One spędzają 
większość czasu pod ziemią, podobnie jak większość ludzi. Rzygać mi się chce na samą myśl... Chciałbym żyć 
w takim miejscu, gdzie będę widział niebo i słońce i nie będę musiał chować się do mojej nory. Nawet, jeśli 
będzie to najbardziej gówniane słońce i najbardziej gówniane niebo. 

Większość ludzi nie chce mnie znać i nawet chyba Ty myślisz, że jestem tylko gościem, który dłubie w 

samochodach i szwenda się po basenach. Ale wszystko dlatego, że chcę usłyszeć jakieś inne głosy. Bo słyszę 
je cały czas. Gdy jestem sam, robi się tak głośno, że wydaje mi się, że jestem w klubie The Trail (Byłaś tam 
kiedyś. Co wtorek gra tam zespół, który swoją muzyką miażdży ci mózg, a ty prosisz o jeszcze. Przysięgam.) 

A ja? Donna, musisz się jeszcze wiele nauczyć. Czy wiesz, że: 
1.  Większość  ludzi  żyje  dłużej  niż  powinni.  A  powinni  żyć  dopóki  nie  powypadają  im  zęby.  To  taki 

barometr, który stworzyła Natura. 

2. Przeciętny człowiek kłamie przez 9/10 swego życia. Przy okazji, ja nie kłamię. A jeśli Ty kłamiesz, to 

więcej się już nie spotkamy. 

3. Kiedyś jabłka nie były większe od wiśni. Osobiście uważam, że ludzie są zbyt zachłanni. 
4. Ziemia żyje. Jeśli coś w Nią wbijasz, Ziemia cierpi. Wstrząsy sejsmiczne i huragany są tego oznaką. 

Większość „piesków preriowych" ze strachu nie jest w stanie tego dostrzec. 

5. Mógłbym tak bez końca. 

background image

Jeśli jesteś dobra w szkole, słuchasz swoich rodziców i robisz wszystko, czego życzą sobie „PP", to nigdy 

nie znajdziesz czasu, by zastanowić się, w czym naprawdę jesteś dobra. A o to mi właśnie chodzi. Nikt nie 
powie ci tego lepiej niż ty sama; a zatem, co masz zamiar robić? 

„Uzależniony od złych myśli". To właśnie ja według piesków preriowych. 
Byłaś słona, ponieważ wewnątrz byłaś pełna łez. Nie pociągniesz długo żyjąc w ten sposób. Wypłacz to 

wszystko, a staniesz się słodka niczym cukier. Nieźle to brzmi, co? Podoba mi się ten pomysł. 

A więc teraz widzisz, jaki jestem naprawdę. Moim ulubionym programem w telewizji był serial MASH — 

a teraz obojętnie, co leci. Potrafię zrobić meksykańskie taco z każdym rodzajem mięsa, jaki sobie zażyczysz, 
a i tak nie zgadniesz, co to będzie. Potrafię pakować się w kłopoty, ale potrafię też z nich wychodzić obronną 
ręką. Pracuję teraz w rzeźni, ale w przyszłym roku chciałbym wstąpić do Marines. Jestem praworęczny, jak 
być może się spodziewałaś. 

Muszę już kończyć. Zgodzisz się chyba, że jestem na poziomie. Pozdrowienia. Mickey Knox. 
Jestem już zmęczona gadaniem o tym wszystkim. Dobranoc, dzienniczku. 
 
2  lipca.  Kochany  dzienniczku.  Pokazałam  Bobbyemu  list  od  Mickeya.  On  uważa,  że  to  wszystko  jest 

bardzo chore i że nie powinnam poszukiwać wyłącznie najłatwiejszych dróg wyjścia. Ale jeśli rzeczywiście 
istnieją jakieś „pieski preriowe", jak to określa Mickey, to jednym z nich jest na pewno Bobby. Każdemu 
włazi w dupę, włącznie z samym sobą. Chciałabym zobaczyć coś takiego w cyrku. Carla jest w ciąży. Boże, 
co za pieprzona idiotka. Może to sprawka Garyego, a może Bobbyego,  mówi. To duża niespodzianka. Ze 
mną nigdy nie udało mu się dotrzeć do pierwszego stadium orgazmu. 

5  lipca.  Mam  strasznego  „kaca".  Wczoraj,  czwartego  lipca,  odbyła  się  „totalna"  impreza:  do  starego 

magazynu broni przyszło około dwustu osób, tak że była kupa śmiechu. 

Zanim  przejdę  do  szczegółów,  będę  musiała  zdradzić  jedną tajemnicę:  Mickey  i  ja  zgrzeszyliśmy.  To 

było zupełne zaskoczenie, możecie mi wierzyć, ale w sumie podobało mi się. On ma w sobie tyle energii. 
Gdy  dotykasz  jego  ciała  to  tak,  jakby  doznawało  się  szoku.  Chyba  zachowywałam  się  jak  idiotka,  bo  za 
każdym razem gdy Mickey mnie całował, wydawałam z siebie najróżniejsze odgłosy. I chyba „doszłam" — 
czułam się potem taka pusta, jeśli o to właśnie chodzi. Mickey powiedział, że nie jestem już słona. On ma 
cudowną skórę. A zrobiliśmy to w trawie, na zboczu jakiegoś pagórka, tak że nikt nie widział i wydawało 
się,  że  trwało  to  całą  godzinę.  Jakiś  pieprzony  „piesek  preriowy"  uruchamiał  niedaleko  swój  samochód  i 
wystraszyłam się. Mickey więc już nie „kończył", ale stwierdził, że było OK i że następnym razem odrobi to 
z nawiązką. Przypuszczam, że też się bał, ale starał się zatuszować to śmiechem. 

Głowa mnie boli stanowczo zbyt mocno. Napiszę coś jutro. 
18 lipca. Kochany dzienniczku. Jestem wciąż z Mickeyem. Wczoraj, wjeżdżając do Fayetteville, Mickey 

kupił karty tarota. Będzie mógł odczytywać naszą przyszłość. Poprzedniego dnia „pieprzyliśmy się" w łóżku 
moich  rodziców  i  zwracaliśmy  się  do  siebie  ich  imionami,  Bertha  i  Paul.  To  było  raczej  niesmaczne,  ale 
Mickey powiedział, że jest to naturalna kolej rzeczy — I miał rację. Nie czuję się już młoda. 

1  sierpnia.  Kochany  dzienniczku.  Przeżyłam  najwspanialsze  trzy  tygodnie  mojego  życia.  Znalazłam 

kogoś, kto sprawia mi radość zwykłym uśmiechem czy dotykiem swego naelektryzowanego ciała. Mickey 
Knox.  Mickey  Knox.  Mickey  Knox.  Donna  Knox?  Mickey  i  Donna  Knox?  Pragnę  tego  bardziej  niż 
czegokolwiek innego. 

Ale  ostatnio  wszystko  zaczyna  się  psuć.  Chcę  umrzeć.  To  znaczy,  zdarzyła  się  jedna  dobra  rzecz. 

Mickey  nauczył  mnie  jak  przyrządzać  jajko  na  gorącym  winie.  Okazało  się,  że  jest  to  pyszne  i  od  tego 
momentu nie jem niczego innego. 

Ale  ten  Bobby...  Co  za  „piesek"  ...  Powiedział  moim  rodzicom,  że  „chodzę  na  randki"  z  Mickeyem. 

Możecie to sobie wyobrazić? Przyjechał do mojego domu, oczywiście gdy mnie tam nie było, i wszystko im 
powiedział. Mój ojciec sądzi teraz, że Bobby jest porządnym człowiekiem, ale dla mnie jest on pieprzonym 
chujem  i  jak  spotkam  go  następnym  razem,  to  tak  mu  wejdę  w  tę  jego  pieprzoną  dupę,  że  mocno  tego 
pożałuje. 

Mój  ojciec  jest  wściekły.  Nigdy  nie  widziałam  go  w  takim  stanie.  Powiedział,  że  Mickey  Knox  ma 

niezłą opinię w naszym mieście, ale ja o tym nic nie słyszałam, więc skąd on może coś takiego wiedzieć? 
Pierdoli tylko trzy po trzy, żeby wszyscy myśleli jaki to on jest mądry. 

background image

Moja mama trzyma w swoim kartonowym pudle, powycinane ze starych czasopism, artykuły na każdą 

okazję. Zwłaszcza, jak się okazuje, dotyczące dziewcząt uwodzonych przez starszych facetów. Wiem, że ona 
mnie kocha, ale ja mam już 15 lat. Jeśli teraz nie dowiem się „jak to jest", to potem może być już za późno. 

Ojciec od trzech dni nie pozwala mi wychodzić z domu. Wczoraj w nocy Mickey wrzucił przez okno do 

mojego pokoju kartkę z listem. On jest po prostu poetą. 

Donna, Po części pragnę umrzeć i być pochowany odkąd ten dupek, pedał i skurwysyński „piesek", Twój 

ojciec, zamknął cię na cztery spusty. Sporządziłem jednak po raz pierwszy moją listę, na której zajmuje on 
pierwsze miejsce. Na razie wygląda to tak: 

1. Paul 
2. Mój nauczyciel z piątej klasy 
3. Jamie Farr 
4. Bobby 
5. Rod Stewart 
Bobby być może przesunie się wyżej, ale nie jestem pewien. Trzy razy byłem już u niego, ale gdzieś się 

chowa. To zresztą jest kwestią czasu. Nie spiesz się kochanie, poczekam na ciebie. Ale pospiesz się, bo nie 
będę czekał do końca świata. 

Musiałam obiecać rodzicom, że nie będę spotykać się już z Mickeyem. W końcu mnie wypuścili. Carla 

przerwała ciążę i nawet mi o tym nie powiedziała. Stwierdziła, że na pewno było to dziecko Bobbyego, ale 
skąd ona mogła o tym wiedzieć? Bobby jest też na mojej liście, i to raczej w czołówce. Nie wiem, kto to jest 
Jamie Farr. 

8 sierpnia. Kochany dzienniczku. Coraz trudniej spotykać się z Mickeyem, a ja go tak pragnę przez cały 

czas. Przechodziłam po szkole koło rzeźni i całowaliśmy się w chłodni aż nie zrobiło się tak zimno, że nie 
mogłam wytrzymać. Mickey znosi nawet największy chłód. On znosi wszystko. 

Zaciągnął  się  do  Marines.  Za  parę  tygodni  powiedzą  mu,  czy  się  dostał.  Nie  mogę  uwierzyć,  że 

odchodzi. Chyba umrę z tęsknoty za nim. 

Poszłam  na  urodzinowe  przyjęcie  do  Cassie.  „Słodka  szesnastka".  Mam  nadzieję,  że  gdy  będę  miała 

szesnaście lat, to nie spalę się na słońcu tak jak ona. Jej łuszcząca się skóra wpadała prosto w urodzinowy 
tort. Boże, co za obrzydliwstwo. 

10  sierpnia.  Kochany  dzienniczku.  Mickey  dopadł  Bobbyego.  Bili  się  ze  sobą  w  starym  magazynie 

broni,  ale  Bobby  miał  ze  sobą  myśliwską  strzelbę  swojego  ojca.  Dzięki  Bogu,  Mickey  wycofał  się.  Jest 
odważny, ale nie jest idiotą. 

16  sierpnia.  Kochany  dzienniczku.  Mój  Boże  —  ostatniej  nocy  po  raz  pierwszy  pokłóciliśmy  się. 

Mickey chciał włamać się do sklepu Kellmanna. Powiedziałam mu, że nie chcę żeby mnie złapali, bo ojciec 
mnie  wtedy  zabije.  Nazwał  mnie  pieskiem  preriowym.  Nie  mogłam  w  to  uwierzyć.  Płakałam  jak  szalona, 
prawie nie mogłam złapać oddechu i myślałam, że zaraz zemdleję. 

Mickey siedział cicho i nie odezwał się ani słowem gdy ryczałam. 
Kiedy  przestałam,  zapytał  mnie  czy  kiedykolwiek  pieprzyłam  się  z  Bobbym.  Odparłam,  że  nigdy. 

Przenigdy. Ale gdy bili się z Bobbym, to on mu chyba powiedział, że byłam „niezła"! Przysięgam, że zabiję 
tego „preriowego kutasa". I nieważne co mówiłam, Mickey i tak mi nie uwierzy. Stwierdził, że potrafi czytać 
w  mojej  duszy,  falującej  niczym  flaga  na  wietrze,  dwa  cale  od  mojego  ciała  i  że  była  to  czerwona  flaga, 
ostrzegająca  go  przed  oszustwem.  Ryczałam  jak  niemowlę,  prawie  wypłakałam  sobie  oczy.  Tłumaczyłam 
mu, że zrobiliśmy to tylko raz i że nawet nie osiągnęliśmy pierwszego stadium. 

Mickey wysiadł, podszedł do moich drzwi, otworzył je i wyciągnął mnie z samochodu. Następnie wsiadł 

z powrotem i bez słowa odjechał. 

24  sierpnia.  Kochany  dzienniczku.  Bobby  Gunter  jest  rośliną.  Podtopił  się  w  stawie  rybnym  swojej 

matki,  na  tyłach  ich  domu.  Mimo,  że  była  tam  zaledwie  jednocalowa  warstwa  wody,  ale  podobno  to 
wystarczy. Carla mówi, że Bobby będzie już do końca życia opóźniony w rozwoju i nie będzie mógł nawet 
sikać. Dość przykre, ale według mnie zasłużył sobie na to. Chyba nie pójdę do piekła mówiąc takie rzeczy? 

Nie  widziałam  się  z  Mickeyem  od  „tamtej  nocy"  ani  razu  i  codziennie  za  nim  płakałam,  ale 

przypuszczam  też,  że  chyba  ma  on  coś  wspólnego  z  wypadkiem  Bobbyego.  To  się  nazywa  „kobieca 
intuicja". 

Nienawidzę go. Pierdolony Mickey Knox. 

background image

30  sierpnia.  Kochany  dzienniczku.  Mój  ojciec  otworzył  dziś  rano  samochód  i  znalazł  tam  pełno 

zwierzęcych wnętrzności. Zanim wezwał policję, „zrobiło mu się słabo" pięć czy sześć razy. Powiedział im, 
że to dzieło Mickeya, który wcześniej pracował w rzeźni i tak dalej. To by chyba się zgadzało. 

Moja matka nie może opanować drżenia. 
I wielka nowina. Przeprowadzamy się do Tallahassee. Ojciec mówi, że to moja wina, ale jak wiadomo 

jest on wielkim kawałem gówna jakiegoś preriowego pieska. Nie chcę już nigdy oglądać ani tego miasta ani 
Mickeya Knoxa. 

Co  za  okropne  lato.  Mam  nadzieję,  że  mój  drugi  rok  w  szkole  będzie  o  wiele  lepszy  niż  ten.  Inaczej 

chyba naprawdę oszaleję. 

 

Gdyby  Scagnetti  wiedział  cokolwiek  na  temat  ludzi  zakochanych,  gdyby  wiedział  cokolwiek  o  samej 

miłości, by dopaść swą zdobycz nie traciłby z pewnością czasu na planowanie blokady dróg i rozstawianie 
punktów  kontrolnych.  Pojechałby  za  to  wprost  do  Las  Vegas.  Podążając  ku  zachodowi  śladem  Mickeya  i 
Mallory nie ryzykowałby niczym. 

Rozrzucone  na  jałowej,  pustynnej  ziemi  miasto  —  niczym  jakieś  klocki  Lego,  którymi  przed  chwilą 

przestał  bawić  się  Bóg  —  stanowiło  coś  w  rodzaju  surrealistycznego  placu  zabaw.  Czas  zatrzymał  się  w 
obrębie jego murów, dzień zamieniał się w noc, a wszystko to działo się w oszałamiającym tempie. 

Las  Vegas  było  miastem  zbudowanym  ku  chwale  prawdziwej  i  szalonej  miłości.  Wszystko  inne  było 

zbyt kruche by przetrwać. 

* • * 
Zajechali do miasta tuż przed zmierzchem, gdy tysiące neonów migotaniem obwieszczało swój powrót 

do życia. 

Gdy  Mickey  poszedł  rozejrzeć  się  za  jakimś  pokojem  do  wynajęcia,  Mallory  przeszła  przez  kasyno, 

minęła  oazę  pełną  tropikalnej  roślinności,  wielkie  akwaria,  bufet,  zespół  reggae  i  wielkie  koło  ruletki. 
Najbardziej  uderzył  ją  tu  zupełny  brak  jakichkolwiek  ścian.  Przestrzeń  wyznaczały  jedynie  ścieżki 
kwiecistych  wijących  się  w  różnych  kierunkach  chodników.  Tym  tropem  Mallory  dwukrotnie  dotarła  do 
dwóch  karcianych  stolików,  przy  których  siedziało osobno  dwóch  identycznych japońskich  biznesmenów. 
Zwisające z sufitu strzałki pokazywały drogę do różnych miejsc, ale żadna z nich nie wskazywała wyjścia. 

No  i  wszędzie  —  dosłownie  wszędzie  —  stały  zwarte  szeregi  „jednorękich  bandytów",  nieustannie 

karmionych  ćwierćdolarówkami  przez  opętane  nałogiem  hazardu  ludzkie  mrówki.  Te  mrówki  po  chwili 
przenosiły się do innych automatów lub sygnalizowały innym mrówkom, że potrzebne im są drobne albo coś 
do  picia.  Na  maszyny  składały  się  wyłącznie  kolorowe  światełka  i  dźwignie.Obok  stał  rząd  otwartych 
automatów  jednodolarowych  —  pracownik  kasyna  zbierał  z  nich  „miód",  systematycznie  odnotowując 
wyniki w specjalnym zeszycie. 

Mallory usiadła sobie w dziale astrologicznym i zagrała na maszynie oznaczonej symbolem Koziorożca. 

To był znak Mickeya, nie jej... 

Maszyna była w stanie pokazywać wyniki najwyżej czterocyfrowe, podobnie jak bilardy — zresztą cały 

ten  szum,  który  słychać  było  w  kasynie  opierał  się  na  powtarzających  się  i  nakładających  się  na  siebie 
cyfrach,  zlewających  się  w  jeden  ogłupiający  i  niekończący  się  zgiełk.  Mallory  miała  jedynie  dwie 
ćwierćdolarówki, toteż szybko uchwycona została przez kamerę wideo, zaraz po tym, jak wygrała piętnaście 
dolarów  by  po  chwili  przegrać  dziesięć.  Minie  jeszcze  parę  dni,  zanim  tę  taśmę,  na  której,  po  sześciu 
kolejnych przegranych, Mallory kopie automat, obejrzy sobie policja. 

Ale wówczas oboje będą już daleko od Vegas, a liczba ich ofiar wzrośnie o kolejne dwanaście. 
Kilka rzędów dalej, słynny bywalec kasyn, pochodzący z Teksasu Peter T. Rice zauważył, że Mallory 

znalazła  dla  siebie  nową  maszynę.  Nazywała  się  „Wieża",  a  ozdobiona  była  rysunkiem  trzech  linii, 
zbiegających sie pośrodku przykrywającej jakąś twarz pajęczej sieci. Wyglądało to tak, jakby szyba została 
zbita,  a  następnie  złożona  z  powrotem  przy  pomocy  srebrnej  taśmy  klejącej.  W  tym  rzędzie  automatów 
znajdowała się tylko Mallory, opierając się plecami o ścianę (ścianę!) luster, które wydawały się spoglądać 
w głąb jakiegoś innego, pustego kasyna. 

background image

Rice zapamiętał zwłaszcza, jak Mallory, wrzucając kolejne ćwierćdolarówki (po trzy za jednym razem) 

usiadła  na  maszynie  z  szeroko  rozłożonymi  nogami.  „Nigdy  nie  wygrała  większej  sumy,  ale  zawsze  tyle, 
żeby mogła grać dalej" — wyznał później. 

Zerkał na nią raz po raz myśląc, że skądś ją chyba zna, ale nie bardzo wie skąd. W pewnym momencie 

zauważył, że wyglądający na studenta gość, który stał przy jednym z sąsiednich automatów, również się jej 
przygląda. 

„Wiem,  co  on  robił,  opowiadał  Teksańczyk.  „Wpatrywał  się  w  miejsce,  gdzie  uda  przechodzą  w 

pośladki. Wiem, bo sam się tam gapiłem." 

Gość  z  college'u  postanowił  zmienić  maszynę  i  przesunął  się  nieco  bliżej  Mallory.  Pocierał  przy  tym 

palcami o wnętrze dłoni tak, by usunąć z nich ślady brudu po monetach. Miał krótko przycięte, jasne włosy, 
a z jednej z kieszeni jego oksfordzkiej koszuli wystawał wetknięty tam papieros. Student nagle znalazł się za 
plecami Mallory. 

—Przepraszam, ale chyba coś mówiłaś? —spytał z otwartym uśmiechem na twarzy. 
Mallory wrzuciła następne trzy monety i pociągnęła za rączkę. 
Gość z college'u postawił swojego Heinekena przy maszynie Mallory i usiadł na stołku obok. 
— Chyba słyszałem jak wypowiadałaś moje Imię. 
— Jeśli masz na imię Pojeb, to tak — odparła. 
— Może być, jeśli sobie życzysz — pociągnął trochę piwa z butelki, chwilę potrzymał je w ustach i w 

końcu przełknął. 

Mallory  wydawała  się  być  raczej  nieświadoma  obecności  chłopaka.  „Całą  swą  uwagę  skupiała  na 

"jednorękim bandycie»", zeznawał Rice. „Przynajmniej tak wówczas myślałem. Wyglądało to tak, jakby z 
dużym wysiłkiem starała się zrozumieć zasadę działania automatu." 

Chłopak nie zniechęcił się. 
—Ty chyba jesteś najseksowniejszą dziewczyną w całym kasynie — powiedział. — I byłby to dla mnie 

ogromny zaszczyt doprowadzić cię do orgazmu. 

Rice uśmiechnął się i pomyślał, że na razie był to chyba najmocniejszy tekst, na jaki ten gość mógł sobie 

pozwolić. Żadnego śladu zmieszania. Ale dziewczyna nie reagowała. 

—Rozważyłbym  nawet  pokrycie  kosztów,  jakie  ewentualnie  mogłabyś  ponieść,  że  tak  powiem.  Jeśli 

oczywiście  zażądałabyś  czegoś  takiego.  Chyba,  że  masz  kogoś,  kto  zajmuje  się  ustalaniem  twojego 
kalendarza spotkań? 

Teksańczyk zdążył już zapomnieć, że próbował zachowywać się w miarę dyskretnie — przechylił się by 

dojrzeć, czy twarz dziewczyny wyrażała jakąś reakcję. Wyznał potem, że „po paru sekundach wiedziała, o 
co gościowi chodziło. Ale zdumienie szybko zniknęło z jej twarzy." 

Mallory  z  uśmiechem  wzięła  z  jego  rąk  butelkę  Heinekena  i  solidnie  pociągnęła.  W  jej  oczach 

zamigotały  dwie  iskierki,  które  dojrzeć  było  można  spoglądając  w  martwą  czeluść  źrenic.  Następnie 
przycisnęła  lekko  butelkę  do  kolana  chłopaka  i  powoli  przesunęła  ją  po  wewnętrznej  stronie  ud,  aż  do 
krocza,  które  z  wolna  zaczynało  sztywnieć.  Potarła  wzniesienie  butelką,  obserwując,  jak  jej  nowemu 
znajomemu szeroko otwierają się oczy. Gdy student miał już złapać jej dłoń, Mallory oddała mu butelkę. 

— Podaj mi numer twojego pokoju, Pojebie. 
— Tysiąc sześćset sześćdziesiąt dziewięć — powiedział z uśmiechem. — To znaczy, że mogę się ciebie 

spodziewać? 

—  Jeszcze  się  nie  zdecydowałam  —  odparła  Mallory  odwracając  głowę.  —  Ale  jeśli  przyjdę,  to 

przyprowadzę jeszcze kogoś. 

— Kogo?! — wrzasnął chłopak, wykrzywiając swą twarz tak, jakby przed chwilą zjadł kilo gówna. 
— Spodoba ci się — odrzekła tajemniczo prawie niewidoczna Mallory. — Szczęka ci opadnie. 
Teksańczyk  patrzył  przez  chwilę  jak  szczęśliwy  podrywacz  podrygiwał  w  jakimś  dziwnym  tańcu  po 

tym, jak dziewczyna znikła na dobre. Następnym razem ujrzał jego twarz w telewizyjnych wiadomościach o 
godzinie 21.00; o 12.15 następnego dnia sprzątaczka Connie Rodriguez znalazła jego nagie ciało w pokoju 
1669, po czym zemdlała na sam widok. 

Koronerzy  skrupulatnie  pozbierali  wszystkie  27  odłamków  zielonego  szkła  tkwiących  w  szczękach 

studenta pierwszego roku, Chipa Burkharta. Autopsja wykazała, że został on prawdopodobnie zmuszony do 
trzymania  pustej  butelki  po  Heinekenie  w  ustach  na  podobieństwo  stosunku  oralnego.  Butelkę  następnie 

background image

rozbito jakimś twardym przedmiotem, być może nogą od stołu, którą znaleziono obok. Resztki szkła przebiły 
miękkie podniebienie, dostając się do niższych partii komory mózgu. Przerwaniu w kilku miejscach uległa 
też tchawica, a krew, która w ten sposób trafiła do płuc, okazała się bezpośrednią przyczyną zgonu. 

Ponieważ  na  znajdujących  się  w  pokoju  monetach  wykryto  ślady  działania  kwasu,  postanowiono 

dokonać także sekcji żołądka, gdzie znaleziono 18 dolarów i 75 centów drobnymi (głównie ćwierćdolarówki, 
ale też kilka jednodolarowych żetonów). Burkhart został zatem przed swą śmiercią zmuszony do połknięcia 
monet, którymi grał. Większość została w żołądku, ale kilka z nich zdołał zwymiotować. 

W policyjnym raporcie wyrażono przypuszczenie, że mordercy bawili się ze swą ofiarą w automat do 

gier. 

* * * 
Jak się okazało, ciało Burkharta było pierwszym, pochodzącym z serii morderstw, która zapoczątkowana 

została wraz z przybyciem Mickeya i Mallory do Las Vegas. 

Gdy  jego  słoneczko  grało  sobie  grzecznie  w  kasynie  na  „jednorękich  bandytach",  Mickey  poszedł 

rozejrzeć się za noclegiem, bez słowa omijając hotelową recepcję. 

Przemierzając powoli korzytarz na jedenastym piętrze, Mickey przekonał się, że drzwi do pokoi okazały 

się odporne na tradycyjne metody włamań. Klucze w hotelu Mirage nie posiadały bowiem ząbków, a jedynie 
magnetyczne paski, które uruchamiały odpowiednie kody w pamięci centralnego komputera. „Chciałoby się 
wziąć teraz jakiegoś kochającego matematykę maminsynka i tłuc ile wlezie tym jego zakutym, zezowatym 
łbem o ścianę", pomyślał Mickey. Trochę go to speszyło, że jego nóż nie dawał rady nowoczesnej technice 
(policja znalazła rysy i zadrapania na dziewięciu drzwiach) i Mickey szedł już do windy, gdy spostrzegł, że 
w jego stronę zbliża się jakaś kobieta. 

Miała około 45 lat, była szczupła i ciągle atrakcyjna, szła lekko rozkołysanym krokiem niosąc ze sobą 

dwa pliki folderów. Mickey odwrócił się i udając, że otwiera drzwi obserwował kobietę, gdy ta poszukiwała 
kluczy.  Po  chwili,  gdy  foldery  zaszeleściły,  a  zamek  zazgrzytał,  Mickey  zaatakował.  Zachodząc  od  tyłu, 
wepchnął kobietę do pokoju. Dłonią zatkał jej usta tak, by nie mogła wydobyć najmniejszego krzyku. Zaraz 
potem drzwi zamknęły się cicho, a zamek automatycznie je zablokował. 

Mickey  po  paru  minutach  znalazł  w  zatłoczonym  kasynie  Mallory,  która  chodziła  sobie  po  jego 

obrzeżach,  zaszywając  się  w  ciemnych,  cichych  zakamarkach,  które  oprócz  niej  samej  nie  interesowały 
nikogo.  Jadąc  już  wyłożoną  lustrami  windą,  zatańczyli  do  piosenki  Franka  Sinatry  Witchcraft.  Dłonie 
Mickeya obejmowały dokładnie talię Mallory, a palce dotykały brzegów jej dżinsów, podczas gdy ona sama 
wspinała  się  po  jego  nodze.  Zanurzyła  paznokcie  w  gęstwinie  bujnych,  mocnych  włosów  Mickeya,  które 
opadały daleko za uszy aż po linię kilkudniowego zarostu na jego twarzy. Mallory całowała szyję Mickeya, 
zagłębiając  się  we  wcięcie  poniżej  jabłka  Adama.  To  wcięcie  nazywała  „dziurką  Pana  Jezusa",  ponieważ 
przypominało  jej  głowę  siedzącego  na  tronie  człowieka;  obojczyk  symbolizował  w  tym  układzie 
rozciągnięte ramiona owej postaci. Tu właśnie najmocniej poczuła zapach Mickeya, jej największy narkotyk. 

Mickey  niósł ją przez  korytarz.  Mallory  całowała jego  twarz,  tak  że  prawie  niczego  nie  widział, a jej 

nogi ściśle opasywały mu biodra. W pokoju, nie rozdzielając się, zrzucili z siebie ubrania. Rzucony niedbale 
but  pozostawił  na  ścianie  czarny  ślad.  Oboje  poruszali  się  i  wyginali  niczym  jeden  mięsień,  niczym  yin  i 
yang, skóra przesuwająca się po skórze bez jakichkolwiek zakłóceń. Wewnątrz niej, pomiędzy nim. Razem. 
Mickey  objął  ją  swymi  wielkimi  ramionami  niczym  matka  osłaniająca  dziecko.  Taki  uchwyt  mógłby 
zmiażdżyć Mallory gdyby Mickey podczas pocałunków nie wdychał w nią swego powietrza. 

Mallory  zacisnęła  dłonie  na  jego  plecach  i  poczuła  bardzo  wyraźnie  gdy  Mickey  w  nią  wchodził. 

Stanowili w tym momencie jakby dwa, splecione w jedno, włókna. Nierozerwalne do momentu, w którym 
nie rozdzieli ich przeznaczenie. 

A zakneblowana i związana niczym prosię, siedząca w schowku Liz Delacroix obserwowała kochającą 

się  parę  nieznajomych.  Działo  się  to  na  łóżku  w  jednym  z  hotelowych  pokoi,  które  przygotowywała  do 
nadchodzącego zjazdu. Jej usta zaczynały powoli puchnąć, zaczynał przenikać je także ostry ból, wywołany 
wsiąkaniem w skórę substancji, pokrywających taśmę klejącą. Napis na niej brzmiał: „Cześć, mam na imię 
..." 

Liz patrzyła na kochanków przez ponad dwie godziny. A potem straciła świadomość. 
 

 

background image

WAYNE:  Dziś,  w  programie  Amerykańscy  maniacy  gościmy  zawodowych  kulturystów,  Simona  i 

Normana Hunów. Panowie, wasza opinia na temat Mickeya i Mallory Knox... 

SIMON: Podziwiam ich. 
NORMAN: Ja też. 
WAYNE: Jak możecie mówić coś takiego? 
SIMON: Oni hipnotyzują człowieka. 
NORMAN: Stajesz się jednym z nich. 
SIMON: Widziałeś film Pumping Iron? 
WAYNE: Tak. 
NORMAN: No więc widziałeś scenę, jak Arnold Schwarzenegger rozmawia z Lou Ferrigno. 
WAYNE: Tak, widziałem. 
SIMON: Za pomocą zwykłego słowa — 
NORMAN: — i wężowego spojrzenia — 
SIMON:  —  i  wężowego  spojrzenia,  Arnold  zdołał  całkowicie  zmiękczyć  tę  pewność  siebie,  jaką  miał 

Ferrigno. 

NORMAN: Zmiażdżył go psychicznie, jeszcze przed fizycznym pokonaniem go. 
SIMON: On miał moc. Moc duszy. 
NORMAN: Mickey i Mallory mają taką moc. 
SIMON: Tylko, że na o wiele większą skałę. 
NORMAN: Oni zahipnotyzowali cały kraj. 
SIMON: Zanim oni się pojawili, królem mocy pozostawał Schwarzenegger. 
WAYNE: Mówicie takie rzeczy, a przecież ... obaj jesteście ofiarami Mickeya i Małłory. (Kamera nieco 

odjeżdża, by pokazać Simona i Normana siedzących na wózkach inwalidzkich. Obaj są pozbawieni nóg.) 

SIMON: Tak. 
NORMAN: Tak. 
WAYNE: Więc jak możecie mówić, że ich „podziwiacie"? 
NORMAN:  To  jest  tak,  Wayne.  Dwoje  ludzi  stoi  naprzeciw  siebie  w  ciemnym  pokoju  i  każdy  z  nich 

czeka na atak z drugiej strony. Ci dwaj nie widzą się wzajemnie, ale wiedzą, że są tutaj. I teraz — albo mogą 
stać w tym ciemnym pokoju aż umrą z nudów, albo jedna z tych osób wykona pierwszy ruch. 

WAYNE: Dlaczego po prostu nie uścisną sobie rąk i nie zostaną przyjaciółmi? 
NORMAN:  Nie  mogą,  bo  żadne  z  nich  nie  wie,  czy  przypadkiem  druga  osoba  nie  jest  mordercą-

degeneratem w rodzaju Mickeya i Mallory. A zatem należy wykonać ten pierwszy ruch. 

WAYNE: Ale to oni go wykonali... 
NORMAN: Niestety, tak. 
SIMON: Ale wszystko jest w porządku, Wayne. 
WAYNE: Dlaczego? 
SIMON: Bo oni przekazali swą moc nam. 
WAYNE: Jak to? 
SIMON: Odcinając nam nogi. Musimy teraz walczyć z większym wysiłkiem, by nie dać się wyprzedzić 

przez  nikogo  w  całej  szkole.  A  może  i  w  całym  mieście.  Oni  przekazali  nam  ducha  walki.  Przed  tą  całą 
historią byłem z siebie zadowolony. Teraz jestem do dupy. Jestem powłoką człowieka i muszę pracować nad 
sobą jak diabli, żeby odzyskać drugą połówkę. 

WAYNE: Ależ ty jej nigdy nie odzyskasz. 
SIMON:  Wayne,  „nigdy", to  długi  okres.  A  także  słowo,  którego  używa  słaby  człowiek.  Ja  nie jestem 

taki. Nawet, jeśli nie będę w stanie stanąć na własnych nogach, podniosę się i będę walczył z całym światem 
by znów być najlepszy. 

NORMAN: Tak, jak robią to Mickey i Mallory. 
SIMON: Tak, jak robi się to na całym świecie. 
NORMAN: Szokują po prostu cały świat przez to, że przypomnieli wszystkim stare, pierwotne prawa. 
SIMON: Przeżyje tylko najsprawniejszy. 

background image

WAYNE:  Ostatnie  pytanie.  Mickey  i  Mallory  zabijają  zwykle  wszystkie  swoje ofiary.  Dlaczego  wam 

pozwolili przeżyć? 

NORMAN:  No  więc  najpierw  nas  związali,  gdy  plądrowali  cały  dom,  widziałeś  zresztą  nagłówki  w 

gazetach, następnie zabrali się za odpiłowywanie naszych nóg — a potem mieliśmy zostać zabici. 

SIMON: Chyba tak dla zabawy. 
NORMAN: I wtedy Mallory powstrzymała Mickeya mówiąc: „Hej, przecież to są bracia Hun." 
SIMON:  Mickey  przestał  wtedy  piłować  moją  nogę  i  zawołał  —  „O  Boże,  a  ja  jestem  waszym 

największym fanem!" 

NORMAN: Ponoć widzieli wszystkie nasze filmy. 
SIMON: Szczególnie podobał im się Conquering Huns of Neptune. 
NORMAN: Więc Mallory zadzwoniła po pogotowie i oboje się zmyli. 
SIMON: I nawet nas przeprosili. 
 

Następnego dnia, po przebudzeniu się, Mallory była wściekła, że Mickey nie powiedział jej o uwięzionej 

w garderobie kobiecie. 

—Branie zakładników to jedna sprawa, ale że nie powiedziałeś mi, że ta stara kurwa cały czas 
patrzyła na nas, to już jest świństwo — powiedziała Mallory, budząc swego ukochanego I przytykając 

mu do podbródka lufę jego własnego magnum 0.357. 

Liz Delacroix wciąż starała się złapać oddech — miała złamane dwa żebra po solidnym kopniaku, jakim 

poczęstowała ją Mallory, odkrywając rankiem Liz zamkniętą w schowku. 

Mickey trochę jeszcze nieprzytomnym wzrokiem spojrzał na Mallory. Liz zastanawiała się później, jak 

bardzo  naturalna  była  ta  niepewność,  a  na  ile  było  to  po  prostu  sztuczne  zmieszanie,  wypełniające 
Młckeyowi czas na znalezienie odpowiednio celnej riposty. 

—No  wiesz,  kochanie  —  Mickey  z  trudem  szukał  właściwych  słów.  —  Postanowiliśmy  przecież,  że 

zawsze będziemy pozostawiać przy życiu jedną osobę, żeby mogła o wszystkim opowiedzieć. 

— Taaaak? O czym? — spytała Mallory. 
— Nooo ... pomyślałem, że ta kobieta mogłaby być koronnym świadkiem naszej miłości. 
Mallory spojrzała na Mickeya z niedowierzaniem. 
— Czym mogłaby być??? 
— No właśnie — Mickeyowi wracała powoli przytomność, a jego głos zyskiwał na pewności siebie. — 

Po  prostu  chciałbym,  żeby  cały  świat  wiedział,  że  my  nie  tylko  zabijamy  ludzi.  Ta  kobieta  może 
zaświadczyć o naszej wiecznej i dozgonnej miłości. 

Mickey  rzucił  okiem  na  Mallory,  by  przekonać  się,  czy  „kupiła"  już  tę  gadkę.  Wyglądało  na  to,  że 

jeszcze nie, więc ciągnął dalej. 

—Doszedłem do wniosku, że gdybym ci powiedział, że ona tam siedzi, twoje zachowanie mogłoby być 

w jakiś sposób wykalkulowane, sztywne i nie wyglądałoby to wszystko naturalnie. 

Mallory pomyślała o tym przez chwilkę, tak jakby koniecznie chciała w to uwierzyć. 
— Naprawdę? — spytała w końcu. 
— No jasne — odparł Mickey. — Gdybyśmy jeszcze ją załatwili, to nikt by o niczym nie wiedział. 
Mallory, całkowicie już przekonana, rzuciła się Mickeyowi w ramiona. 
—No  już  dobrze,  kochanie  —  mruknął  Mickey  całując,  a  potem  sadzając  Mallory  obok,  tak  by  sam 

mógł wstać i pójść pod prysznic. 

Mallory usiadła na rogu łóżka i spojrzała na uwięzioną w schowku Liz. 
—Czego się gapisz? — wrzasnęła. 
Ale  usta  Liz  były  wciąż  zaklejone  taśmą;  nie  mogła  więc  w  żaden  sposób  odpowiedzieć,  nawet,  jeśli 

miałaby cokolwiek do powiedzenia. Leżąc związana w schowku, Liz nie mogła raczej stanowić wielkiego 
zagrożenia. W tym momencie, ku wielkiemu zdumieniu Liz, Mallory postanowiła otworzyć przed nią duszę. 

— Wiesz, ci faceci... nie można im ufać, prawda?  — stwierdziła, szukając w oczach Liz poparcia dla 

swojej tezy. Zaskoczona kobieta kiwnęła głową. 

—  To  znaczy,  przez  większość  czasu  wydaje  mi  się,  że  Mickey  jest  moim  najlepszym  przyjacielem, 

wiesz? Wydaje mi się, że myślę dokładnie o tym, o czym on myśli. Wiem dokładnie jak to jest. I to samo 

background image

tyczy się Mickeya. On chyba zna każdą myśl, która przechodzi mi przez głowę. Odkąd go poznałam, nikt 
inny mnie nie interesuje. 

Mallory na moment umilkła. 
—To chyba tak już jest z kobietami, co? 
Liz skinęła głową. 
— Więc jak to się stało, iż nie wpadłam na to, że on cię zamknął w tym schowku? — zastanawiała się 

Mallory,  a  jej  twarz  przysłoniła  nagle  chmura  gniewu.  Gdy  Mallory  wstała  i  zaczęła  przemierzać  pokój, 
serce Liz wypełniła nagle obawa o jej własne życie. 

— Ciekawe, czy on wtedy myślał o tobie gdy kochał się ze mną — powiedziała. — Nie cierpię myśleć o 

tym,  że  on  coś  przede  mną  ukrywa.  Nie  jesteśmy  nawet  dwójką  ludzi.  Jesteśmy  jedną  duszą.  To  właśnie 
zawsze mówi Mickey. Jedna osoba w dwóch ciałach. Więc jak doszło do tego, że gdy byliśmy z sobą razem, 
gdy leżeliśmy w swoich objęciach, on mnie okłamywał. Może nie tak do końca, ale wiesz — coś przede mną 
ukrywał. 

Mallory chwyciła szczotkę i zabrała się do rozprostowywania długich włosów na peruce koloru blond, 

którą podniosła z podłogi, a którą zrzuciła poprzedniej nocy, kiedy to uczucie i ekstaza zawładnęły nią bez 
reszty. Rozczesując perukę, wyglądała na osobę, która nie ma zamiaru przepuścić ani jednemu skudlonemu 
włosowi. Przy okazji, na każdym z nich starała się wyładować swój gniew. 

—Mickey lubi blondynki — stwierdziła sarkastycznie. Jej własne włosy były czarne jak węgiel, trudne 

do ułożenia i cienkie. Tę ostatnią cechę Mallory przypisywała zawsze włosom białych dziewcząt. — Mówi, 
że czuje się wtedy jakby kochał dwie kobiety naraz. 

W pewnym momencie Mallory spojrzała na Liz oczyma pełnymi zimnej, zwierzęcej drapieżności. Liz 

poczuła wówczas, jak na sam widok zachłannego wyrazu twarzy Mallory przestaje jej bić serce. 

—Ty masz włosy blond — powiedziała Mallory rzucając szybkie spojrzenia to na nieszczęsną Liz, to na 

swą perukę. 

Liz zaczęła się modlić w duchu, by odgłos przysznica, pod którym siedział Mickey, wreszcie umilkł, by 

Mickey w końcu wylazł spod niego i wcielił w życie swą obietnicę o pozostawieniu jej przy życiu, tak by 
mogła  całemu  światu  opowiedzieć  o  miłosnych  dokonaniach  tej  niezwykłej  pary.  Przysięgała  Bogu  i 
Mickeyowi, że uczyni to, jeśli tylko ta dziewczyna się uspokoi. 

Ale dziewczyna się nie uspokoiła. 
Mallory rzuciła perukę, biorąc do ręki 0,357 i powoli podeszła do schowka. 
—Nie mam pojęcia, co tu się działo zanim ja tu dotarłam — powiedziała. — Mickey mógł cię chwycić, 

przedmuchać i zatrzeć wszelkie ślady w ciągu pięciu minut. Jeśli tylko by chciał. 

Liz usłyszała odgłos odbezpieczania automatu. Zaczęła płakać. 
—Każdy  potrafiłby  to  zrobić.  Mickey  Knox,  mały  sprytny  Mickey,  jest  szczególnie  dobry  właśnie  w 

takich rzeczach, nie? 

Prysznic  nieustannie  szumiał.  Dawał  się  też  słyszeć  głos  Mickeya  podśpiewującego,  nieco  ironicznie, 

piosenkę Dwighta Yoakama To, czego nie wiem. 

Było jasne jak słońce, że nie przyjdzie z odsieczą. 
Mallory stała o kilka centymetrów od schowka, gdy nagle rozległo się stukanie do drzwi sypialni. 
Mallory zatrzymała się. 
— Liz, czy to ty? — odezwał się męski głos dochodzący z przedpokoju. 
— Ty jesteś Liz? — spytała Mallory. 
Liz gorliwie przytaknęła skinieniem głowy. 
—No  dobrze,  zobaczmy  więc,  któż  to  przybywa  do  ciebie  z  wizytą  —  powiedziała  Mallory,  a 

złowieszczy uśmiech wypełzł na jej oblicze. 

Mallory otwarła drzwi, stając oko w oko z niejakim Carlosem Imenezem, asystentem managera Centrum 

Konferencyjnego  w  Las  Vegas.  Imenez,  z  uwodzicielskim  wyrazem  twarzy  opierał  się  o  framugę,  choć 
widok stojącej w drzwiach Mallory zaskoczył go, i to mocno. 

— Gdzie jest Liz? — spytał. 
—  A  może  już  się  zmęczyła  czekaniem,  kurwa,  na  ciebie!?  —  odparła  Mallory,  wypychając  gościa  z 

powrotem  do  przedpokoju.  Przypominała  w  tym  momencie  tornado,  które  znienacka  pojawiło  się  na  tle 

background image

bezchmurnego  nieba  —  dziewięćdziesiąt  osiem  funtów  czystej,  nieposkromionej  wściekłości,  które 
wypchnęły Imeneza aż pod drzwi hotelowego pokoju. 

— Co ty se myślisz, że możesz, kurwa, stukać do drzwi jak tylko masz ochotę, a jakaś kurewka będzie 

zawsze rozkraczać giry przed tobą? 

Liz dokładnie słyszała wydzierającą się niczym jędza Mallory. 
— Hej, słuchaj, ja pomyliłem pokoje — usprawiedliwiał się Carlos. 
— Niestety, kurwa, nie pomyliłeś — odpowiedziała mu Mallory. 
Wymierzyła  mu  potem  prawego  sierpowego,  prosto  w  szczękę,  poczęstowała  go  ciosem  w  żołądek, 

kopniakiem  w  podbrzusze  i  dwoma  uderzeniami  w  kark.  Zgięty  wpół  (choć  jeszcze  nie  zakrawawiony) 
Carlos rzucił się na Mallory, ścinając ją z nóg i wpadając razem z nią przez drzwi do sypialni. 

Liz ujrzała, jak oszołomiona Mallory pada na podłogę. Odetchnęła z ulgą, widząc w drzwiach Carlosa. 

Spała  z  nim  od  czterech  dni,  dziewczynę  znała  od  sześciu  godzin,  ale  przeczucie  mówiło  jej,  że  nie 
doceniając Mallory, Carlos popełnia duży błąd. 

I miała rację. 
Imenez powoli wszedł do pokoju, pozwalając, by drzwi zamknęły się za nim same. Po chwili przekręcił 

w nich klucz. 

Do oczu zaczęły napływać mu krople potu. Obserwował, jak Mallory przygląda mu się z drugiego końca 

sypialni. 

—Teraz  wujek  Carlos  da  ci  lekcję  —  oznajmił,  chichocząc  obleśnie.  Zdejmował  przy  tym  pasek  od 

swych spodni, złożył go na pół i trzasnął nim parę razy dla wywołania przestrachu u Mallory. 

Ale dziewczyna posłała mu szeroki, a zarazem bardzo dziwny uśmiech. I zaatakowała. 
Wskoczyła  na  niego  z  narożnika  łóżka  niczym  zwariowany  uliczny  kot,  spychając  go  pod  hotelowy 

telewizor,  na  ekranie  którego  para  nowożeńców  uczyła  się  podstaw  hazardu.  Lustro  zostało  całkowicie 
zgruchotane.  Mallory  przewróciła  się  na  plecy,  wbijając  swoje  paznokcie  w  klatkę  piersiową  przeciwnika. 
Imenez wrzasnął, starając się oderwać ją od siebie, ale dziewczyna przylegała do niego coraz mocniej, łapiąc 
go ramieniem za gardło. Carlos upadł na podłogę rozbijając się o sypialnianą toaletę. Przez cały czas starał 
się uwolnić od swej napastniczki. 

Mallory tymczasem wykonała pół salta w stronę drzwi. 
—Co  za  cholerna  dziwka!  —  zawołał  Carlos  widząc  na  swym  T-shircie  ślady  krwi  w  miejscach,  w 

których Mallory wbiła swoje szpony. Z wyrazem niedowierzania na twarzy próbował je teraz wytrzeć. 

Do  Mickeya  Knoxa  dotarły  w  końcu  odgłosy  zamieszania,  bo  w  tym  właśnie  momencie  wbiegł  do 

pokoju,  mokry  i  nagi.  Carlos  akurat  sięgał  po  krzesło,  by  rzucić  nim  w  Mallory.  Mickey  instynktownie 
schylił się do swego buta po nóż. Chwilowo jednak nie miał na sobie niczego. 

— Nie wpierdalaj się! — wrzasnęła Mallory. — On jest mój! 
— O kurczę, w porządku, uszanuję twoją decyzję — odparł Mickey, cofając się, by oprzeć się o drzwi i 

nacieszyć swe oczy porywającym widowiskiem. 

Tymczasem  Mallory  poderwała  się  na  równe  nogi,  jeszcze  zanim  krzesło  znalazło  się  w  zasięgu  ręki 

Carlosa.  Okazało  się  ono  zresztą  o  wiele  za  ciężkie,  by  mógł  nim  efektywnie  operować  —  nawet  przy 
swoich sześciu stopach wzrostu. Trzasnął tym krzesłem o nogę łóżka, ale Mallory zdążyła już rozłożyć się 
na pościeli. 

Ślepym  zrządzeniem  losu  Carlos  złapał  Mallory  za  kostkę,  starając  się  ściągnąć  ją  na  podłogę. 

Dziewczyna  chwyciła  się  jednak  stojącego  na  nocnym  stoliku  telefonu,  którego  przewód  wyrwał  się  z 
gniazdka w ścianie, a ona sama przesuwała się po łóżku ku Imenezowi. 

Jednym z czynników, jakie Mallory potrafiła wykorzystać w tego rodzaju bójkach na swoją korzyść, był 

jej niewielki wzrost. Dawał on jej nie tylko niezwykłą sprawność fizyczną, której trudno było stawić czoło, 
lecz także powodował, że przeciwnicy Mallory rzadko kiedy w pełni potrafili ją docenić. 

Carlos Imenez nie stanowił pod tym względem wyjątku. 
Zanim zdążył zadać jej choćby jeden przyzwoity cios, Mallory owinęła telefoniczny przewód wokół jego 

szyi.  Carlos  zaczął  się  dusić.  Z  resztką  gasnącej  nadziei,  Liz  obserwowała,  jak  Mallory  obraca  się  za 
Imenezem,  kopiąc  go  kolanami  w  plecy  i  „dosiadając"  go  niczym  jakiegoś  dwunogiego  byka.  Jeszcze  raz 
Carlos  spróbował  zrzucić  dziewczynę,  przygniatając  ją  plecami  do  ściany.  Jednak  Mallory  owinęła  oba 

background image

końce telefonicznego kabla wokół nadgarstków, waląc go po głowie, trzymaną w ręku słuchawką. Rozwaliła 
w ten sposób i słuchawkę, i głowę Imeneza. 

—Moja szkoła — stwierdził z dumą Mickey. 
Gdy Carlos ostatecznie stracił przytomność, 
Mallory trzymała zaciśnięty na jego szyi kabel jeszcze przez około pół minuty  -tak, by ostatecznie się 

upewnić, że nie żyje. 

A potem podpełzła do nocnego stolika i zapaliła papierosa. 
—Jeśli znajdziesz pan kobietę, która robi to lepiej ode mnie, to lepiej ożeń się pan z nią, panie Knox — 

odezwała się Mallory, gdy ciało Carlosa ześlizgiwało się z łóżka, ściągając za sobą resztę pościeli i koców, 
tworząc na podłodze bezładne kłębowisko. 

Stojący  wciąż  w  stroju  Adama  Mickey  nie  przestawał  się  uśmiechać.  Mallory  rzuciła  mu  paczkę 

Marlboro  i  zapalniczkę.  Zapalając  papierosa  w  drzwiach  łazienki,  Mickey  starał  się  zachowywać  jak 
najnaturalniej. W tej samej chwili Mallory zaśmiała się, a Mickey jej zawtórował. 

—Liz, mamy tu dla ciebie towarzystwo — oznajmiła Mallory, wrzucając zwłoki Carlosa do garderoby. 
Oczy  Liz  przesłoniło  wyczerpanie  i  smutek,  nie  mogła  w  tym  momencie  wykonać  prawie  żadnego 

ruchu, zaś Carlos zwalił się prosto na jej piersi. Wyglądało to na idiotyczną parodię tego, co oboje planowali 
przed kilkunastoma godzinami. 

— Pieprz się Liz — powiedziała Mallory zamykając drzwi. — Razem ze swoim chłopcem. 
Niedługo  potem  Nora  Hafferty  otworzyła  salę  konferencyjną,  którą  właśnie  miała  zacząć 

przygotowywać dla uczestników zjazdu. Mieli zjawić się jeszcze przed południem. 

Z wyjątkiem swojego akcentu. Nora była uderzająco podobna do prowadzącej w TV programy kulinarne 

Julii Childs — dobrze zbudowana, o nieco męskim obliczu, lecz zawsze pełna wdzięku i czułości. W końcu 
przez  prawie  całe  swoje  życie  pełniła  rolę  matki.  Mieszkając  na  przedmieściach  Detroit  dochowała  się 
czwórki  cudownych  dzieci.  Miała  teraz  57  lat,  a  ostatnią  z  jej  pociech,  która  opuściła  rodzinne  gniazdko 
(półtora  roku  temu)  była  córka  Kelly,  pracująca  jako  higienistka  jamy  ustnej.  Nora  została  więc  sama  ze 
swym mężem Pete'em (emerytowanym inżynierem), mieszkając w przytulnym domku. 

Jej  macierzyński  instynkt  dał  znów  znać  o  sobie.  Nora  ujrzała  bowiem,  wyglądającą  na  bezdomną 

dziewczynę, która wystawiła swą głowę zza narożnika i rozglądała się po pomieszczeniu. Nora pamiętała, że 
w  pierwszej  chwili  chciała  wziąć  to  dziecko  w  ramiona,  dać  mu  coś  ciepłego  do  zjedzenia  i  opatrzyć 
wszystkie siniaki i rany, pokrywające prawie całe ciało. 

I może właśnie ten instynkt uratował jej życie. 
— Czy tu się odbywa zjazd Towarzystwa Anielskiego?  — spytała pokornie dziewczyna, nie wiedząc, 

czy wejść, czy też nie wejść do środka. 

— Nooo, tak — odparła Nora. — Ale zaczyna się dopiero przed południem. I dlatego jeszcze nikogo tu 

nie ma. 

Dziewczyna wydawała się nieco zbita z tropu. 
— Och... — westchnęła. 
— Ale możesz przecież przyjść później — doradziła jej Nora. — Wszystko zacznie się koło dziesiątej. 
—  No  właśnie,  że  nie  mogę  —  odpowiedziała  zawiedzionym  głosem.  —  Razem  z  moim  chłopakiem 

niedługo wyruszamy. 

Nora spojrzała w głąb korytarza i dostrzegła młodego człowieka z mokrymi włosami na głowie, który 

niecierpliwie trącał nogą dywan. Miała przy tym nadzieję, że to nie on urządził tak dziewczynę. 

Tymczasem nieznajoma rzuciła Norze małą, różową broszurkę. 
—Znalazłam  to  w  księgarni,  w  moim  rodzinnym  mieście  w  Illinois  —  powiedziała.  —  Czy  pani  jest 

Aniołem? 

Nora  Hafferty  była  rzeczywiście  „Aniołem".  Jej  życie  zmieniło  się  diametralnie  odkąd  przeczytała 

książkę,  zatytułowaną  Anioły  są  wśród  nas,  napisaną  przez  Mariannę  Gaines.  Model  wszechświata 
przedstawiony  przez  panią  Gaines,  zakładał  wszechobecność  aniołów,  które  opiekowały  się  nami  i  nie 
dopuszczały,  by  coś  złego  działo  się  dobrym  i  bogobojnym  ludziom.  Znalezienie  szczęścia,  to  według 
autorki,  nawiązanie  kontaktu  ze  swymi  osobistymi  aniołami.  Był  to  zatem  dosyć  wygodny  rodzaj 
„kosmologii",  określany  przez  popularną  prasę  jako  „religia  dla  ubogich",  oferująca  zainteresowanym 

background image

wszelkie elementy i korzyści, jakie niosły ze sobą prawdziwe religie — bezpieczeństwo, szczęście, miłość, 
oddawanie czci, pokuta, bądź groźba wiecznego potępienia. 

Nora  wydawała  dwutygodnik  Anielskie  Rozmowy  i  nadzorowała  amerykańskie,  telefoniczne  forum 

dyskusyjne,  najszybciej  rozwijającą  się  usługę  tego  typu.  Tydzień  po  tym,  jak  udzieliła  wywiadów 
tygodnikom  „Time"  i  „Newsweek",  zdecydowała  się  na  zorganizowanie  w  Las  Vegas  pierwszej  krajowej 
konferencji poświęconej aniołom. 

—  Czy  ty  przyjechałaś  tu  specjalnie  na  zjazd?  —  spytała  dziewczynę,  wokół  której  unosiła  się 

niespokojna  i  potężna  aura.  Czegoś  takiego  jeszcze  nie  doświadczyła.  „Musi  się  gdzieś  odbywać  jakiś 
anielski Armageddon", pomyślała. 

— To znaczy, właściwie jedziemy do ... no, nieważne, Mickey wściekłby się gdybym powiedziała  — 

odparła dziewczyna. — Ale przyjechaliśmy tu dlatego, że wcześniej słyszałam o tej konferencji i chciałam tu 
być. Tak się niestety złożyło, że nie będę mogła wziąć w tym udziału, ale myślałam, że może coś mogłabym 
dostać? 

Nora spojrzała na swe nie rozpakowane walizki, tak jakby chciała sobie przypomnieć, w której z nich 

znajdują się wszystkie materiały promocyjne. Jeśli ktoś potrzebował czegoś o aniołach, to na pewno była to 
ta dziewczyna. 

—Mal, pośpiesz się, musimy już jechać —odezwał się młody człowiek w korytarzu. 
 
— Chwileczkę, Mickey ... 
— Już! — zawołał takim tonem, że Norze zrobiło się jeszcze bardziej żal dziewczyny. 
Zaczęła  rozgrzebywać  tekturową  teczkę,  w  której  trzymała  notatki  do  popołudniowego  wykładu, 

znalazła jakąś broszurkę i dała ją dziewczynie. 

—Proszę bardzo, kochanie — powiedziała 
Nora wręczając prezent nieznajomej. 
— Dziękuję, Noro — odparła z wyraźną wdzięcznością. — Mam na imię Mallory. 
— Mal!!! — wrzasnął chłopak, wchodząc do sali, chwytając dziewczynę za ramię i siłą wyciągając ją na 

zewnątrz. 

—  ...  I  będę  zawsze  pamiętać, jaka  byłaś  dla  mnie dobra.  Wiesz, ja  widzę  anioły.  Naprawdę. Jest  ich 

pełno wokół ciebie. 

Był piątek, godzina 6.15 rano. Za kilka  godzin przybędzie tu policja i przy pomocy soli trzeźwiących 

wydobędzie  od  Nory  zeznania.  Nora  zda  sobie  wówczas  sprawę,  że  miała  właśnie  miejsce  najbardziej 
spektakularna przemiana, jaka zaszła w trakcie tej konferencji. A może w całym jej życiu. 

Liz Delacroix przeszła przez naprawdę ciężką próbę. Później otrzymała jednak główną rolę (grała samą 

siebie)  w  prezentowanym  przez  NBC  filmie  tygodnia  Thrill  Killers:  Mickey  And  Mallory  At  The  Mirage 
Hotel.  Aby  obejść  surowe  przepisy  cenzury,  dotyczące  pokazywania  przemocy  na  telewizyjnym  ekranie, 
reżyser Shannon Sikes przedstawił bójkę w zwolnionym tempie, wycinając ujęcia bezpośrednio obrazujące 
zadawanie ciosów, kosztem dokładniejszego przedstawienia reakcji Liz. Jeden z recenzentów zauważył, że 
dzięki wykorzystaniu tego rodzaju techniki, odnosiło się wrażenie oglądania jakiegoś podwodnego baletu. 

Zmieniono  ponadto  kilka  elementów  całej  historii.  Przede  wszystkim  Carlos  wałczył  z  Mickeyem,  nie 

zaś z Mallory. Scenarzystom wydawało się, że taki wariant będzie bardziej realistyczny. Po drugie, filmowy 
Carlos  był  biały,  był  szefem  centrum  konferencyjnego  i  nosił  na  ręku  złoty  pierścień,  który  zamierzał 
ofiarować Liz, prosząc ją o rękę. I w końcu, walka na ekranie trwała trzy i pół minuty, choć w rzeczywistości 
dobiegła końca po niecałych 60 sekundach. 

Dokładne ramy czasowe znane były dzięki zeznaniom Liz Delacroix, a także innych hotelowych gości 

— Rona i Marthy Kuhlmannów z pokoju 1142, którzy część bójki oglądali i podsłuchiwali przez wizjer w 
drzwiach.  Pochodzący  z  Milwaukee  Kuhlmannowie  przyznali,  że  nie  zawiadomili  kierownictwa  hotelu  o 
awanturze, ponieważ myśleli, że jest to jedynie kłótnia między kochankami — Carlosem i Mallory. Spytana 
dla potrzeb niniejszej książki, Martha wyznała, iż uważała wówczas, że Carlos był alfonsem Mallory, i że u 
podstaw  całego  sporu  legły  pieniądze  czy  narkotyki.  Nie  chciała  mówić  tego  wcześniej,  starając  się 
wykazywać bardziej pozytywny i otwarty stosunek do rzeczywistości. Przyjechała w końcu do Las Vegas na 
trzydniową konferencję aniołów. 

 

background image

 

Tak  się  pechowo  złożyło,  że  nigdy  nie  poznamy  przebiegu  trasy,  jaką  wyjeżdżając  wieczorem  z  Las 

Vegas obrali Mickey i Mallory, a która zawiodła ich do Gallup w Nowym Meksyku. Dwa dni podróży, 600 
mil  odległości.  Chociaż  co  najmniej  ośmiu  właścicieli  ośmiu  prowincjonalnych  stacji  benzynowych 
twierdziło, że para morderców odwiedziła w przeciągu owych dwóch „zgubionych" dni właśnie ich stacje, to 
jednak ich zeznania zostały z miejsca odrzucone przez FBI i policję stanową jako nieprawdziwe. Właściciele 
stacji nie byli bowiem w stanie podać najbardziej podstawowych szczegółów, takich jak marka samochodu, 
tatuaż ze skorpionem u Mallory czy akcenty obu poszukiwanych ( Mickey — Arkansas, Mallory — Illinois). 
Pete  Bucane  (stacja  Pump-n-Go  w  Arizonie)  zdążył  na  przykład  telefonicznie  zamówić  przez  swojego 
szwagra Stana, 350 koszulek z nadrukiem „Mickey i Mallory: ale czad". Potem zaś zadzwonił do szeryfa, 
powiadamiając go o „odwiedzinach" szatańskiej pary. 

Według rachunków znalezionych później w firmie GeoMetro, Owen Traft jak pamiętamy, mieszkający 

w Palo Alto w Kalifornii okazał się jednym z pierwszych, którzy kupili sobie taką właśnie koszulkę. 

Rozmiar XL. 
Świadków,  potrafiących  podać  aktualne  miejsce  pobytu  morderców  było  bardzo  niewielu,  Mickey  i 

Mallory  pozostawili  jednak  po  sobie  zaskakująco  wyczerpujące  źródło  w  postaci  dzienniczka, 
dokumentującego  owe  kilka  dni.  Zapiski  znajdowały  się  w  „anielskim  zeszyciku",  podarowanym  Mallory 
przez Norę Hafferty (nawiasem mówiąc, autorkę pytań). Notatnik odkryto w schowku na desce rozdzielczej 
Challengera  i,  jak  się  okazało,  przyniósł  on  wiele  szczegółów,  dotyczących  „ślubu"  Mickeya  i  Mallory,  a 
także jej zazdrości w odniesieniu do Innych kobiet. 

Mając  na  uwadze,  iż  w  Gallup  popełnione  zostały  dwa  moderstwa,  możemy  przypuścić,  że  swoje 

odpowiedzi  Mallory  wpisywała  podczas  dwóch  kolejnych  dni  podróży,  każdego  dnia  wypełniając  po 
połowie  książeczki.  Kolor  długopisu  po  sześciu  pytaniach  zmienia  się  z  czarnego  na  czerwony  — 
prawdopodobna przerwa w zapiskach musiała nastąpić właśnie wtedy. 

A oto kilka pytań i odpowiedzi z „anielskiego kwestionariusza" Mallory. 
W  swej  książce  Anioły  są  wśród  nas,  Marianne  Gaines  opisuje  teorię  „poszukiwania  anioła".  W  myśl 

owej  teorii,  każda  osoba  próbuje  w  trakcie  swojego  życia  rozpoznać  i  nawiązać  kontakt  z  tego  rodzaju 
istotami. Jak daleko ty zaszedłeś w poszukiwaniu swego anioła? 

Jedziemy teraz do Nowego Meksyku. Za kierownicą siedzi Mickey. Kieruje od czterech godzin, to jest 

od chwili, gdy opuściliśmy Las Vegas. Mówi, że jesteśmy w Arizonie — jeszcze nie w Nowym Meksyku, 
ale wkrótce tam dojedziemy. Dookoła nie widzę żadnych aniołów oprócz Mickeya, który według mnie jest 
aniołem,  ale  prawdopodobnie  nie  spełnia  ogólnie  przyjętych  kryteriów.  Jeśli  oznacza  to,  że  szukamy 
aniołów,  to  być  może  znajdziemy  je,  jak  dojedziemy  do  Nowego  Meksyku.  Obecnie  poszukuję  mojego 
anioła razem z Mickeyem. Chociaż on raczej nie ma o tym pojęcia. Nie mówię mu tego, chociaż go kocham, 
ale teraz wygląda na to, że zaczynamy miewać przed sobą tajemnice, a to jest właśnie moja. No cóż, panie 
Mickey Knox! 

Czy  wierzysz  w  to,  że  anioły  są  normalnymi,  cielesnymi  istotami,  czy  funkcjonują  one  jedynie  jako 

uproszczenia takich pojęć jak miłość czy szczęście? 

Tak,  uważam,  że  anioły  mają  wiele  wspólnego  z  miłością.  Mickey  i  ja  dopiero  co  wzięliśmy  ślub  — 

niecałą godzinę temu (jestem teraz MALLORY KNOX i proszę o tym nie zapominać!) i jeszcze wciąż czuję 
ten  klimat.  Byliśmy  tylko  we  dwójkę  —Mickey  i  ja  na  moście  nad  najpiękniejszym  kanionem,  jaki 
widziałam w życiu. I, naprawdę, było jak w niebie. Mickey powiedział coś o Bogu, duszach i czymś tam 
jeszcze, a potem przeciął moją i swoją dłoń. Ścisnęliśmy je razem, a kropelki krwi kapały prosto do rzeki, 
która była pewno milę pod nami. Pamiętam, pomyślałam wtedy, że prędzej czy później te kropelki rozpłyną 
się po wszystkich oceanach na świecie i może któregoś dnia, gdy będę miała osiemdziesiąt lat (ha! ja już 
wtedy  umrę!),  będę  sobie  piła  jakąś  lemoniadę,  w  której  znajdzie  się  odrobinka  naszej  „ślubnej"  krwi. 
Mickey miał też dla nas obrączki — miały kształt dwóch splecionych ze sobą węży. 

Jako welon miałam na sobie obrus, który ściągnęłam z konferencyjnego stołu (był bardzo długi), a gdy 

skończyliśmy  się  całować,  zerwał  się  wiatr  i  zdmuchnął  mi  go.  Welon  bardzo  powoli  wlatywał  w  głąb 
kanionu, tak jakby frunął, jakby to był jakiś anioł zstępujący z niebios. Jeśli kiedyś go tam (gdzie???) znajdę, 
to będę chciała, żeby mnie pochowali zawiniętą w ten welon i spowitą w naszą miłość. 

background image

Jak przedstawia sie twoja znajomość religii? Czy chodzisz regularnie do kościoła? Czy uważasz się za 

osobę religijną? 

Moja  matka,  ojciec,  brat  i  ja  chodziliśmy  razem  do  kościoła  św.  Andrzeja  —  mniej  więcej  do  moich 

dwunastych urodzin. Pamiętam, że bardzo mi się tam podobało — muzyka, chór i wiszący na krzyżu nagi 
Jezus. Pamiętam, że myślałam wówczas, jaki on jest śliczny. Choć Mickey jest o wiele większy, przypomina 
mi Jezusa, zwłaszcza, gdy czasem śpi z rozpostartymi ramionami na łóżku. Wygląda wtedy, jakby wpadał do 
morza mrożonej herbaty. 

Pewnej niedzieli ojciec oświadczył, że nie idzie do kościoła — i odtąd nie poszedł już ani razu. Miałam 

jakieś 12 czy 13 lat, gdy ojciec również mi zabronił iść do kościoła, bo nie chciał, żebym flirtowała tam z 
chłopakami. Podobno „podsuwałam się" im klęcząc podczas modlitwy. 

Matka to była taka cipka I nie chciała się kłócić z ojcem, tak więc jakiś czas potem, gdy z bratem była w 

kościele, ojciec zaczynał się do mnie dobierać. Najczęściej nie było to nic wielkiego, ale później chciał coraz 
więcej. Początkowo po prostu wyłączałam się — jak żarówka — i choć po wszystkim czułam się okropnie, 
to wydawało mi się wtedy, że nie brałam w tym udziału. Ale raz się nie wyłączyłam I gdy on przyszedł do 
mnie, zaczęłam myśleć o Jezusie i o tym, że on tam wisiał cały tydzień, czy coś takiego, a to trwało tylko 
godzinę.  I  zabawne,  że  do  następnego  tygodnia  przestałam  mu  smakować  (nigdy  nie  mówiłam  o  tym 
Mickeyowi,  ale  on  I  tak  uważa,  że  jestem  najlepsza,  więc  jeśli  w  tajemnicy  przede  mną  wybierze  się  w 
najbliższym czasie na jakiś „rekonesans porównawczy", nie będę go o nic pytała). Ojcu nie mógł stanąć z 
powodu tych jego lekarstw na serce. Wiedziałam, że doprowadzało go to do szału, ale mógł tylko nadrabiać 
miną, a gdy miałam 14-15 lat właściwie wszystko się skończyło. Opowiadał jeszcze o pieprzeniu się ze mną, 
nazywał mnie dziwką czy pizdą, ale była to tylko gadanina — do niczego później nie doszło. 

Moja  matka  była  bardzo  religijna  dopóki  jej  nie  zabiliśmy,  ale  przypuszczam,  że  wiedziała,  czym 

zajmuje się ojciec przez cały czas, więc pewnie skończyła w piekle. Co zresztą bardzo mi odpowiada. 

Czy doświadczyłaś kiedyś momentu, w którym czułaś, że anioł przejmuje kontrolę nad twoim ciałem? 
Gdy  jacyś  ludzie  zaczynają  nam  się  narażać,  to jest to fajne uczucie,  bo  chcę wtedy,  żeby  okazali  się 

jeszcze  większymi  sukinsynami  —  wiem,  że  doprowadza  mnie  to  do  szaleństwa  i  że  nagle  wybuchnę jak 
jakaś Super-Kobieta. BUU-UM!!! Prosto na nich. Czasami nie wiem, jak ja to robię. Wydaje się to zupełnie 
naturalne. Tak jakby ktoś, kto potrafi odpowiednio „rozmawiać" z ludźmi mówił mi, co i jak. Nawet jeśli 
jesteś  takim  mocarzem  jak  Mickey,  to  cały  czas  nie  możesz  robić  z  siebie  psychopaty.  Ja  nie  jestem 
Mickeyem,  więc  muszę  zawsze  uderzać  tam,  gdzie  trzeba  —  i  trafiam.  Nie  wiem,  dlaczego  —  po  prostu 
udaje mi się to i już. Chyba pomaga mi w tym jakiś anioł. 

Daj twemu aniołowi jakieś imię. Nie myśl za długo — za chwilę sam poznasz jego imię! 
Farrah. 
Czy twój anioł-stróż jest kobietą, mężczyzną czy nie ma płci? 
Farrah  jest  dziewczyną,  tak  jak  ja,  ale  jest  super-twarda.  Ma  piękne,  jasne  włosy.  Da  sobie  radę  z 

każdym facetem, nawet z Mickeyem, jeśli będzie to konieczne. Ale ja jej nie pozwalam, bo kocham go, choć 
na jej miejscu czasami miałabym ochotę kopnąć go raz czy dwa w tyłek. Farrah nie mogłaby być facetem, bo 
zaraz  zaczęłaby  zadzierać  z  Mickeyem  —  że  niby  on  jest  takim  skurwielem.  Nie  byłabym  w  stanie  jej 
powstrzymać, bo nie jesteś w stanie panować nad mężczyzną, którego doprowadzono do szału. Na przykład 
nad Mickeyem Knoxem. 

Wydaje  mi  się,  że  to  ja  jestem  jego  aniołem.  W  wielu  sytuacjach  postępuję  jak  anioł  —  chronię  go, 

obserwuję,  śpiewam  mu  do  snu.  Mickeya  prawdopodobnie  nie  byłoby  tu  gdyby  nie  to,  że  tak  mocno  go 
kochałam jak siedział w więzieniu za kradzież samochodu mojego ojca. Opowiadał później, że gdy tam był, 
śniłam mu się każdej nocy. Z kolei mi się śniło, że unoszę się nad nim — tak że coś w tym musi być. Zanim 
poznał  mnie,  nigdy  nie  był  w  nikim  zakochany  —  a  nawet  zabijał  małe  koty,  tak  więc  to ja  wniosłam  w 
niego jakąś część dobra, a to na pewno należy właśnie do aniołów. Nie sądzę jednak, że wokół niego lata 
jakaś Farrah — jestem tylko ja. Beze mnie Mickey byłby totalnym psychopatą— pamiętajcie o tym, gnoje! 

Dojeżdżamy do stacji benzynowej, żeby kupić Mickeyowi coś do jedzenia (ciastko), więc zaraz wracam. 
Czy według ciebie, zwierzęta mają swoje anioły, czy może same mogą stać się aniołami? 
Kurwa, nie wiem. 
Czy byłeś kiedyś zły na anioły? 

background image

No więc ostatniej nocy, mały sprytny Mickey zadecydował, że potrzebujemy nowego zakładnika — NIE 

PYTAJCIE MNIE, DLACZEGO  — i dorwał jakąś kurewkę ze szkoły średniej, którą związał I posadził w 
kącie  pokoju,  starając  się  później  zabrać  za  mnie  i  chodziło  o  to  —  MOGĘ  TO  POWIEDZIEĆ  —  że  on 
patrzył na nią — SKURWIEL — przecież nie jestem, kurwa, ślepa. Więc mówię mu, że może sobie sam być 
małym  sprytnym  Mickeyem,  a  ja  idę  na  papierosa  i  odjeżdżam,  prawie  już  odjeżdżam  na  zawsze. 
Przysięgam. Skurwiel! 

Potem, na stacji benzynowej, myślę sobie tej nocy ha ha hal panie Knox, jak ty możesz, to, cholera, ja 

też  mogę.  I  widzę  pracownika  stacji,  który  podchodzi  do  mnie,  mówi  „ty  jesteś  Mallory  Knox,  nie?"  i 
zaczyna się wydurniać. SKURWYSYN! 

Czy anioły kiedykolwiek pomogły ci odnaleźć to, co zgubiłaś? 
Mały sprytny Mickey nie wie o tym, ale właśnie się zgubiliśmy. Zjechaliśmy z drogi, gdy zobaczyliśmy 

patrol policji za nami. Na wąską drogę, potem na jeszcze węższą. WIEM, że on chce powiedzieć, że to moja 
wina, WIEM na pewno, ale to nie jest moja wina. Zgubiliśmy drogę jeszcze zanim powiedziałam „w lewo", 
ale oczywiście on nie pomyślał o tym, jak pozbyć się gliniarzy, więc ZNOWU musiałam myśleć za niego, 
mam  już  tego  dosyć.  To  MOJA  WINA,  że  zgubiliśmy  drogę,  MOJA  WINA,  że  wjechaliśmy  na  tereny 
Indian,  MOJA  WINA,  że  jego  ojciec  strzelił  sobie  w  łeb  z  karabinu,  gdy  Mickey  był  mały.  Naprawdę? 
Możecie  się  dziwić.  Mały  sprytny  Mickey  z  wielką  spluwą.  Ale  gdybym  ja  miała  na  głowie  takiego 
gówniarza jak Mickey, to też chybabym popełniła samobójstwo. 

 

Treść  niniejszego  rozdziału  stanowią  fragmenty  niewydanej  książki  Jacka  Scagnettiego  Urodzeni  by 

umrzeć, opisującej śledztwo w sprawie Mickeya i Mallory Knoxów, a powstałej bezpośrednio przed śmiercią 
detektywa. Powstałej, dodajmy, w okropnych bólach, ponieważ jak stwierdzały źródła zbliżone do wydawcy, 
poszczególne  rozdziały  nadchodziły  bardzo  powoli,  a  sama  książka  wylatywała  z  bieżących  planów  co 
najmniej trzy razy. 

Powody  opóźnień  nie  zostały  nigdy  ogłoszone  w  sposób  jednoznaczny.  Jeden  z  byłych  pracowników 

wydawnictwa  twierdził,  jakoby  do  pracy  nad  książką  Scagnettiego  zaangażowana  została  cała  ekipa 
anonimowych  dublerów,  z  których  każdy  po  jakimś  czasie  rezygnował  ze  współpracy,  czy  to  na  własne 
życzenie, czy też zostawał odwoływany. Żaden z wymienionych przez pracownika pisarzy nie potwierdził, 
ani nie zaprzeczył tym doniesieniom, choć niejaki Doug Workman, który wcześniej użyczał swych talentów 
Scagnettiemu przy pracy nad Supergliniarzem przyznał, że umowa zabraniała mu udzielania wypowiedzi na 
temat Urodzonych by umrzeć. 

„Chociaż  jak  na  tytuł  książki,  to  brzmi  to  nieźle,  prawda?"—stwierdził  w  udzielanym  przez  telefon 

wywiadzie,  z  tym  chytrym  uśmieszkiem  na  twarzy,  który  słuchawka  telefoniczna  potrafi  wiernie  oddać. 
„Jestem pewien, że każda książka o takim tytule stanowiłaby fascynującą lekturę." 

I rzeczywiście, taka książka już istniała i, jak potwierdziło w wydawnictwie dwóch recenzentów, miała 

co  najmniej  sto  dziesięć  stron.  Według  ich  opinii,  początek,  to  „klasyczny  Scagnetti",  James  Ellroy  dla 
ubogich. Styl pisania stawał się jednak później nieco mniej przejrzysty i spójny, a stron było coraz mniej. 
Jeden z recenzentów opisał poszczególne rozdziały jako „mięsiste i ironiczne; coś w rodzaju upraszczania 
samego  zła".  Natomiast  pewna  recenzentka  poprosiła  o  wycofanie  jej  z  udziału  w  przedsięwzięciu. 
Nieszczęsna niewiasta stwierdziła bowiem, że książka wywołuje u niej nocne koszmary. Oboje zgodzili się 
jednak co do tego, że końcowe rozdziały odstawały od poziomu reszty, nie będąc wcześniej przedmiotem 
żadnego opracowania czy też weryfikacji. Wydawca Scagnettiego, pani Sue Berger, odmawiała udzielania 
wszelkich wywiadów, wysyłając jedynie faksy z oświadczeniami, głoszącymi, iż „plany wydania książki o 
Mickeyu  I  Mallory  uległy  odwołaniu.  Przedwczesna  śmierć  Jacka  Scagnettiego  nie  miała  jednak  nic 
wspólnego z podjęciem tej decyzji." 

Pikanterii  całej  sprawie  dodawał fakt,  że  wydawnictwo  wysłało już  przedpremierowe  kopie jednego  z 

rozdziałów  książki  Scagnettiego  do  największych  ogólnokrajowych  czasopism,  wietrząc  w  tym  szansę  na 
nadanie  premierze  większego  rozmachu.  Dobrze  poinformowane  źródła  sugerują,  że  pani  Berger  była  w 
dużym stopniu osobiście odpowiedzialna za całościowe przygotowanie fragmentów, które poszły w świat. 
Towarzyszyła temu wszystkiemu wielka niepewność, związana z tym, czy współpracę z takim nazwiskiem 
uda się utrzymać, skoro jego właściciel nieustannie przesuwa terminy. Po śmierci Scagnettiego Sue Berger 

background image

wykonała  serię  telefonów  do  wspomnianych  czasopism,  by  odzyskać  wysłane  tam  wcześniej  rozdziały 
książki; był to jednak zbędny wysiłek. Kserokopiarki pracowały jak szalone, zwłaszcza gdy okazało się, że 
wydanie  książki  zostało  odwołane.  Zblazowani  nowojorczycy,  którzy  wcześniej nie czytali  żadnej  pozycji 
autorstwa  słynnego  detektywa,  zaczęli  rozczytywać  się  we  fragmentach  Urodzonych  by  umrzeć  tylko 
dlatego, że była to zupełna nowość na rynku. 

Największym przebojem Jacka Scagnettiego okazało się jego pośmiertne dzieło. 
Dzięki specjalnym układom z wydawnictwem, możemy zamieścić tu przedruk wspomnianego rozdziału, 

tym  bardziej,  że  pasuje  on  w  tym  miejscu  do  naszej  opowieści.  Dokonano  jedynie  nieznacznych  zmian, 
usuwając — w celu uzyskania większej przejrzystości — jedynie kilka fragmentów. 

URODZENI BY UMRZEĆ 

Jack Scagnetti 
Wezwanie  nadeszło  o  8.45  rano.  Dwadzieścia  minut,  sześć  kaw,  pół  paczki  Kools  i  byłem  już  na 

autostradzie wiodącej do Las Vegas. Podróż ku nieznanemu. 

Kierunek: The Mirage. 
Parę  godzin  temu  nasza  nieobliczalna  parka  wpakowała  do  schowka  w  hotelowym  pokoju  jakąś 

blondynkę i jej meksykańskiego narzeczonego. Sprzątaczka z porannej zmiany myślała, że przyłapała ich na 
uprawianiu miłości w szafie. Dopóki nie ujrzała krwi. 

I od razu cały hotel obiegła nowina — morderstwo. Ponoć wszędzie są trupy... 
Szum zaczął się akurat, gdy szedłem przez kasyno. Rzędy smarkaczy, jeden za drugim, przepuszczających 

swe miesięczne wynagrodzenia z szybkością dwudziestu pięciu centów na jedną grę. Kasyno było idealnym 
miejscem na kręcenie scen z ukrytej kamery. Silikonowe biusty, blask neonów i nadzieja na łatwą a wysoką 
wygraną przyciągała ich tu i nie pozwalała oddalić się choćby na krok. 

Przy  windzie  na  szesnastym  piętrze  postawiono  dwóch  tutejszych  mundurowych.  Podskoczyli  jak 

oparzeni, gdy zajechałem tam, otwarłem drzwi i wyszedłem. Nawet w takim mieście jak Las Vegas, zabawy 
Mickeya i Mallory mogą przynieść rezultaty w postaci takich właśnie reakcji. 

Mignąłem im przed oczyma legitymacją. Zeszli mi z drogi. 
Pokój:  dziękujemy  naszemu  drogiemu  Mickeyowi.  Zakrwawione  ćwierćdolarówki  przy  łóżku.  Puste 

butelki po Heinekenach. Złamana noga od krzesła. A ofiarą był jakiś smarkacz nazwiskiem Chip Burkhart, 
jak głosiła przyczepiona do jednego z palców u nóg metka. Nie wyglądało przy tym, by stoczył jakąkolwiek 
walkę.  Musiał  zdawać  sobie  sprawę,  że  wkopał  się  w  to  wszystko  sam.  Ale  nie  miał  pojęcia  jak  bardzo, 
dopóki kochany Mickey nie przyłożył mu nogą od krzesła w krtań. 

Olśnienie:  chłopak  dobierał  się  do  Mallory.  Wściekłość,  strach,  wpada  Mickey  Knox.  Zazdrosny 

sukinsyn. 

Na jedenaste piętro. I bez pomocy pani Wyoming odgadłem, że Mallory osobiście zabiła Meksykanina. 

Ślady  pazurów,  kabel  telefoniczny  —  tak  właśnie  walczy  z  mężczyzną  dziewczę  o  wadze  pięćdziesięciu 
kilogramów.  A  Mickey  prawdopodobnie  przyglądał  się,  jak  Mallory  pozbawia  tego  gnojka  resztek  życia. 
Może  mu  nawet  stanął?  Dlaczego  nie?  Dama,  która  gołymi  rękoma  potrafi  zabić  dwa  razy  cięższego  od 
siebie faceta niewątpliwie zasługuje na taki rodzaj uznania. 

Postanowiłem też trochę powęszyć (dosłownie i w przenośni), zanim chłopaki z laboratorium zabrali ze 

sobą pościel z Mirage. 

Jego powłoczka na poduszkę: tłuste, brudne włosy. Musiał wziąć prysznic. 
Jej powłoczka: słodka jak miód. Włosy myte w szamponie jabłkowym. 
Mokra  plama  na  łóżku  zdążyła  już  wyschnąć.  Mickey  tu  był,  ale  więcej  zdziałała  słodka  Mallory. 

Wiedziałem,że ten zapach będę pamiętał do końca życia. 

Czynność pakowania i oznaczania zwłok pozostawiłem już chłopcom z kostnicy. Ciała powoli zaczynały 

puchnąć.  A  ja  wróciłem  na  trasę.  Z  powrotem  w  pościg.  Gdybym  miał  trochę  czasu,  popatrzyłbym,  jak 
wywożą „sztywniaków" przez kasyno. Tak dla zabawy. Ciekawe, czy te wszystkie aniołki podniosłyby swoje 
oczęta znad automatów? 

Może tak. A może nie. 
Sześć minut temu minąłem granicę Nowego Meksyku. Jak okiem sięgnąć, wszędzie skorpiony i toczące 

się po pustyni suchokrzewy.Ale powietrze jest aż gęste od zapachu Mickeya i Mallory. 

background image

Przejeżdżali  tędy.  Nerwowe  reakcje  żołądka  i  łomot  pulsującej  w  skroniacłi  kn/vi  nigdy  mnie  nie 

zawodzą. Bum, bum, bum. Radar Scagnettiego. 

Dzwoni  komórkowy. To zmęczona Katherine Ginnis z Ouantico. Mówi, że mózg jej się lasuje. A teraz 

pewnie chciałaby, żeby mi się jaja zlasowały. 

—Wykorzystałeś jedynie połowę potrzebnych ci blokad drogowych na drodze do Kalifornii  —mówi. — 

Teraz będą mogli przecisnąć się bez żadnych problemów, nie starając się nawet świa domie omijać punktów 
kontrolnych. Musimy przynajmniej skupić się na drogach B i C. 

Zaciągnąłem się Koolem — mocno, długo, dokładnie. Który to już był? Setny? 
— Oni nie wyruszyli w stronę Kalifornii, Kathy. 
—  Wiesz  co,  nie  pouczaj  mnie  w  ten  sposób,  Scagnetti.  Wszystko  wskazuje  na  to,  że  jadą  na  zachód. 

Mają  po  prostu  taki  rozkład,  obsesję  książkowych  wyrzutków.  I  —  na  Boga!  —  dwadzieścia  trzy  trupy 
rozciągające się dokładnie na linii wschód-zachód. Nie opowiadaj mi, że nagle skręcili o 180 stopni. 

Nie można powiedzieć, że nienawidziłem Katherine Ginniss. Kurczę, w innej sytuacji moglibyśmy zostać 

przyjaciółmi. Kathy była gwiazdą w banku mózgów w Ouantico, miniaturowym Har-yardzie, który zajmował 
się Gacy'm, Mansonem i innymi osobami, o których nikt nigdy nie słyszał O których ja nigdy nie słyszałem. 
Niedoświadczeni  rozbójnicy,  ściągani  z  ulic  zanim  jeszcze  kogokolwiek  zdążyli  zatłuc  —  w  myśl 
kryminologicznej teorii zapobiegania. Stanowisko raczej trudne do obrony z punktu widzenia Temidy. 

Lecz gdy ktoś pyta mnie, co sądzę o FBI — a pyta, i to często — odpowiadam wtedy, że przypomina mi to 

wszystko  dorabianie  naukowej  ideologii  do  pieprzenia  kobiety.  Jasne,  można  to  zmierzyć,  sfotografować, 
nagrać;  podejść  do  tego  w  ten  sposób  —  pod  ścianą,  w  samochodzie,  w  łóżku;  poprzyczepiać  kabelki  i 
policzyć te cholerne impulsy nerwowe. Ale wszystko i tak sprowadza się do tego, czy możesz się pieprzyć, czy 
nie i nie zmienią tego nawet setki lat klinicznych badań. 

Na  marginesie:  Katherine  Ginniss  nie  złapałaby  prawdziwego  profesjonalisty,  nawet  gdyby  miała  go 

pod nosem. I wiedziałem o tym aż za dobrze. 

Wyciągnąłem okulary słoneczne. Ostre słońce Nowego Meksyku zaczynało przypiekać. I odezwałem się z 

uśmiechem na twarzy (ach, ten czarujący Jack): 

— Blokady dróg ich nie dotyczą — powiedziałem. — Oni tam nie pojechali. 
—Jeśli uderzyli na Los Angeles, czy nawet na Dolinę, to możemy spodziewać się masakry — 
odparła ostrym tonem, starając się zrobić ze mnie jakiegoś dupka, który pokornie słucha tego, co 
ona ma do powiedzenia. — Jedynym powodem tak małej liczby ofiar w Las Vegas było to, że 
nikogo nie uznali za zagrożenie dla siebie. Wszyscy byli zbyt zajęci wyrzucaniem pieniędzy w błoto 
i nikt nie sprawiał im kłopotu. Wyobraź sobie, co stanie się w Los Angeles, jeśli tam wyruszą. Oni 
już są gwiazdami. Nie istnieje żadna kontrola nad tym, co się o nicłi pisze. Każdy może spróbować 
zostać bohaterem, każdy chce być częścią Mickeya i Mallory. A jak to wszystko się zacznie, 
wówczas oni nie przestaną zabijać dopóki ktoś ich 
nie zabije. LA to Czarnobyl dla morderców większego kalibru. Nie możemy ryzykować ich prze- 
puszczenia. 
Zgasiłem papierosa w popielniczce, która zresztą była pełna niedopałków po brzegi. 
—Dodaj jeszcze sto jednostek. I powołaj się na mnie, jeśli to potrzebne. 
Cisza.  Uderzyłem  z  zaskoczenia.  Niech  sobie  myśli,  że  wygrała.  Niech  sobie  myśli,  że  ma  to  jakieś 

znaczenie. 

Ale blokady nie były dla nich. One były dla niej. I dla Joe'ego Barbecue w Ojai, który chciał położyć 

córeczkę  do  łóżka  i  poczuć  się  bezpiecznie.  Co  było  szytym  grubymi  nićmi  kłamstwem.  W  tych  dniach 
polowano  na  niego  z  wielu  różnych  powodów,  a  Mick  i  Mal  byli  jego  najmniejszym  zmartwieniem.  Zza 
każdego  narożnika  wiało  grozą.  Faceci,  którzy  przez  pięćdziesiąt  lat  byli  sumiennymi,  zdyscyplinowanymi 
ludźmi, nagle nie mogli dłużej tego znieść. A najniebezpieczniejszym z nich wszystkich był Joe Barbecue. W 
każdej chwili mógł prześlizgnąć się do strefy ciemności, chwycić za gardło swoje dziecko i zadrżeć, słysząc, 
jak jego żona oddaje ducha w trakcie stosunku ...Na całym świecie nie było wystarczającej ilości blokad dla 
wylewających się zewsząd strumieni zła. Rozpoczął się sezon polowań na ludzi. 

Mickey i Mallory mieli nade mną zaledwie cztery godziny przewagi, gdy dojechałem do baru Two Forks 

Diner  na  przedmieściach  Buttfuck  w  Nowym  Meksyku.  Sceneria  wydawała  się  znajoma,  ale  krew  była 
świeższa. Byli niedaleko. 

background image

Na skraju drogi tańczą dwa skorpiony. Podjechałem tak, by przyjrzeć się leżącemu w żwirze trupowi z 

nożem pomiędzy łopatkami i roztrzaskanymi okruchami okiennego szkła na plecach. Jedyne wyjście  — nóż 
rozbił okno i wbił się w tego biednego gówniarza. Niesamowita trajektoria. 

No, ale w końcu była to robota Mickeya Knoxa. 
Jedyny  ocalały:  kierowca  ciężarówki  nazwiskiem  Townsend.  Martwe  spojrzenie  przed  siebie  —  tak, 

jakby chciał jeszcze wypatrzyć Challengera wjeżdżającego z rykiem w głąb pustyni. 

Mallory  wygrzebała  ćwierćdolarówki  ze  skarbonki  na  czyjąś  rzecz,  by  wrzucić  je  do  szafy  grającej. 

Zagrał Robert Gordon, a ona rozpoczęła swój wężowy taniec w rytm rockabilly — diablica w czerwonych, 
obcisłych spodniach i zamszowych kozaczkach. 

Early Hickey, kierowca ciężarówki, który zatrzymał się tu na chwilę podczas odbywanych dwa razy w 

tygodniu w pojedynkę podróży do Denver, pomyślał, że mógłby spróbować z Mallory. Wydawało mu się, że 
każda słodka idiotka tańcząca samotnie, w biustonoszu marzyłaby jedynie o tym, by przelecieć starego Earla 
w  szoferce  jego  Peterbilta.  Townsend  zeznał,  iż  nie  pamiętał,  co  takiego  powiedział  Earl,  że  Mallory  aż 
przestała tańczyć. 

Zamiast tego, zaczęła się popisywać. 
Dwa szybkie w szczękę. Earl się śmieje. Z kolana w pachwinę i Earl łapie się za jaja. Kopniak w głowę 

i—BACH—Earl ląduje na stoliku. BA CH—i  już jest za oknem. 

—Ale jestem teraz seksowna, co skurwysynku!? — wrzeszczy Mallory gruchocząc mu kark. 
Ketchup, musztarda i Mallory podśpiewująca sobie słowa piosenki L7 „Wylądowałeś na mojej czarnej 

liście". Wiedźma z piekła rodem. Earlowi nie było już do śmiechu. 

Mickey Knox z olimpijskim spokojem dokończył swoje ciastko, dopił mleko i załatwił kolegę Earla, który 

starał  się  przeszkodzić  Mallory:  jeden,  dwa,  trzy  zadane  nożem  ciosy.  A  potem  kucharz—jeden  strzał  w 
czoło,  mózg  rozpryśnięty  na  tylnej  ścianie.  I  kelnerka  —  nieszczęsna,  starała  zasłonić  się  dzbankiem  na 
kawę. Pozostał jedynie Townsend.  Jego jedynego nie wysłali do krainy wiecznych łowów. 

—Jak ludzie będą cię pytać kto to zrobił, to powiesz im, że Mickey i Mallory Knox, OK? —nakazała mu 

Mal. 

Oni nie tylko żyli dzięki swej własnej legendzie. Oni ją tworzyli. 
Do tej pory wiedziałem doskonale, że Mickey i Mallory stanowią nierozłączną parę. Odskoczyli o parę 

mil  dalej,  bez  określonego  kierunku.  Wygłodniałe  wilki,  przemierzające  pustynię.  Zamelinowałem  się  w 
jakimś tanim hotelu, czekałem aż zaatakują znowu. Czas umilały mi tutejsze dziewczynki oraz butelka Wild 
Turkey. 

Nie czekałem zbyt długo. 
Siedemnastoletni  Jimmy  Lupont  zameldował  się  w  pracy  na  stacji  Camel  Rock  Unico  punktualnie  o 

16.00. Nocną zmianę chciał poświęcić na wymianę łożysk w swojej Corvecie, rocznik '68. Do 22.00 robota 
była prawie skończona. Aż tu nagle na stację wtoczył się kłopot i zażądał pełnego baku bezołowiowej super. 

Czerwony Challenger. Prowadzony przez Mallory Knox. 
Nie było żadnych świadków zdarzenia poza zainstalowaną w oknie biura kamerą. Swym okiem powoli 

omiatała przestrzeń z lewa na prawo. Jimmy prawdopodobnie wiedział o kamerze; pomyślał wtedy, że gdy 
będzie  już  po  wszystkim,  puści  tę  taśmę  swoim  znajomym.  W  przeciwnym  razie  nikt  nie  uwierzyłby  w 
opowieść o długonogiej blondynce, która taaaakim wozem przyjechała na stację i poprosiła go o „numerek" 
na masce Corvetty. Pomyślał też, że warto byłoby wybrać się do klubu La-Z-Boy, gdy jego rodzice będą już 
spali. 

Zastępca szeryfa obejrzał już sobie cały materiał, gdy zjawiłem się na miejscu. Obraz był biało-czarny i 

raczej  niewyraźny.  Bez  dźwięku.  Ale  nie  trzeba  było  umieć  czytać  z  ruchu  warg,  by  domyśleć  się,  co 
nastąpiło. 

Jimmy'ego Luponta znaleziono z rozpiętym rozporkiem i tkwiącą w skroniach kulą. Leżał jak długi na 

chodniku, a jego krew mieszała się z cieknącym ze skrzyni korbowodu olejem. 

Na Corvecie zidentyfikowano krople śliny. Zapach na turkusowo-metalicznym lakierze: czysta Mallory. 

Otworzyłem mu usta —pomiędzy zębami tkwił jeden włos łonowy. Był porządnie wyglądającym chłopakiem, 
który chyba już nieraz lądował z dziewuchą w łóżku. 

Ale nigdy nie ponosił za to takich konsekwencji. 

background image

Dlaczego Mallory była sama ? Gdzie podział się Mickey? Jak się okazało, bawił się w swojej  własnej 

piaskownicy.  Wziął  sobie  zakładniczkę  nazwiskiem  Elly  Maisel,  której  udało  się  przeżyć  noc  ze  swym 
oprawcą na Farmie Strachu Mickeya Knoxa. Tak po prostu. 

Gdy znaleziono ją w kanałach przebiegających pod lokalną drogą numer 5, jej twarz spuchła do  tego 

stopnia, iż nie była w stanie oddychać przez nos. Sanitariusze próbowali zrobić jej sztuczne oddychanie. To 
tylko pogorszyło stan dziewczyny. Elly wykręciła sobie ramię starając się uwolnić, a rany, jakie odniosła, 
wymagały założenia trzynastu szwów. 

Ta dziewucha nie poddała się; może dlatego ocalała. 
Wypaliłem dwa papierosy zanim załadowali ją do karetki. I nagle: błyskawica. Jeden, dwa, trzy. Buuum! 

Boży pomruk zwiastujący nadzieję na deszcz. Wiedziałem, że Mallory jest niedaleko. I też liczy. Słyszałem to. 

Cóż stało się z ich nieomal żywcem wyjętą z jakiegoś romansu miłością? 
Nie tylko niebo było w tej chwili wzburzone. Mickey stał się gwiazdą. I podobnie jak wszystkie gwiazdy, 

miał tendencję do rozprzestrzeniania się. Taśma wideo z Mallory i chłopakiem ze stacji benzynowej: ona się 
boi, już się odsłoniła. 

Obojętnie,  jaka  była  tego  przyczyna  —  wiedziałem,  że  zaczną  teraz  popełniać  błędy.  I  to  bardzo 

niedługo. 

Zostali już zmuszeni do poruszania się po bocznych drogach. Może nawet nie były to drogi asfaltowe. 

Piękno  pustyni,  z  punktu widzenia  prawnika,  polega  na  tym,  że nie  ma  tam  tuzinów  przecinających  się  ze 
sobą autostrad. Zamkniesz cztery drogi i ograniczasz ich wolność do promienia stu mil. Oczka sieci stają się 
coraz drobniejsze. 

Aby mnie ominąć, musieliby wjechać na tereny Indian. Może i wjechali — coś jednak mi mówiło, że nie 

posiedzą tam zbyt długo. Było w tym krajobrazie coś niepokojącego. Coś, do czego nie stosowały się prawa 
natury. Coś, co ciągle cię obserwowało i kazało się obawiać, że za chwilę możesz dostać takiego kopniaka, 
po którym już się nie podniesiesz. 

Mickey i Mallory zaczęli się odkrywać. A to miejsce mogło sprawić, że rozstaną się na dobre. 
Dwadzieścia mil od Gallup — na autostradzie leży martwy rowerzysta. Jeden strzał z przejeżdżającego 

samochodu.  Jaskrawo-neonowy  kombinezon  Spandex  uczynił  z  niego  doskonały  cel.  Ale  i  tak  był  to  niezły 
strzał.  Gość  leżał  już  niecałą  godzinę  —  a  więc  pętla  się  zaciskała.  Obwodnica  wokół  miasta  ze  mną  w 
samym środku. 

Nie ma innej możliwości, Knox. Dziś wieczorem staniesz oko w oko z Jackiem Scagnettim... ty gnoju... 
A  wieczorem  zebrali  się  w  Gallup  chyba  wszyscy  mieszkający  na  zachód  od  El  Paso,  stróże  prawa  i 

porządku. Czekali na hasło. Połączone ze sobą radiostacje. Podniecenie i nerwowość. Czuli na każdy sygnał 
operatorzy. Lokalne zakłócenia w eterze postawiły na nogi siedem radiowozów. Naładowane pistolety... A 
wszystko dlatego, że jakiś smarkacz słuchał zbyt głośno muzyki na swym sprzęcie stereo. 

Nawiedzony  miejscowy  gliniarz  —  każdy  wydział  ma  takiego  —  wymyślił  specjalne  urządzenie,  które 

włączało  wszystkie  czerwone  światła  drogowe  na  wypadek  pościgu.  Ale  żadnego  pościgu  nie  będzie. 
Znajdowaliśmy się wszyscy w jakimś Alamo. I to stary, dobry Jack Scagnetti będzie ostatnim, żywym obrońcą 
oblężonej twierdzy. 

Byłem  rozpalony  do  białości.  Żadna  ilość  Wild  Turkey  nie  mogła  ugasić  tego  ognia.  Parę  godzin 

spędziłem  z  jakąś  dziewczyną,  ale  nawet  ona  nie  była  wstanie  mnie  uspokoić.  Zacząłem  szwendać  się  po 
okolicy niczym wściekły, zawszony kundel. 

Zaparkowałem w końcu przy jadłodajni Grampa's Grand. Dwie godziny kawy, papierosów i pogawędek. 

Szum stawał się przez cały ten czas coraz głośniejszy. Przypominało to niedostrojoną stację radiową. Szumy 
i przebijająca się tu i ówdzie muzyka. 

Im bliżej jestem celu, tym więcej słyszę muzyki. 
Odzywa  się  Kathy  Ginniss.  Dwieście  mil  stąd.  Nie  zgadzamy  się  co  do  rezerwatu;  twierdzi,  że 

pozostający  na  wolności  bandyci  chronią  się  tam  przed  wymiarem  sprawiedliwości.  Dzisiaj  nic  ich  nie 
ochroni, chciałem powiedzieć. W każdym razie nie przede mną. Dzisiejszego wieczoru jestem nie do pobicia. 

I nagle — poczułem, że już są. 
„Radio" wciąż nie mogło się dostroić, szum sięgał szczytu. Wymknąłem się z knajpy, wyłączyłem telefon. 

Stałem potem bez ruchu niczym bryła lodu przez dobre dziesięć sekund. Wcześniej palce same bębniły mi po 
stole — wszyscy bezczelnie gapili się na mnie, jakbym był jakimś zwariowanym czarnuchem. 

background image

I wszyscy rzucali cienie na ścianach. Z sufitu, pośrodku pomieszczenia, zwisała kołysząc się nieco, jasno 

świecąca  lampa,  omiatająca  swym  blaskiem  otoczenie  niczym  latarnia  morska.  Cienie  za  plecami 
przechodzących obok mnie osób poruszały się bezustannie. 

Ale nikt oprócz mnie nie dostrzegał światła. 
I wtedy zobaczyłem tego faceta na tyłach baru. Zakrywa twarz dłonią. Obserwuje, jak cień przysłania mu 

oczy. On też zauważył światło. Tylko on i tylko ja. Wylegitymowałem go szybko—łysiejący czterdziestolatek 
w tej cholernej koszulce z Mickeyem i Mallory. Wrzeszczy coś do mnie nie patrząc w światło. Nie wiem, co 
wrzeszczał. Ale wiem, że czas się zmywać. 

Mój cień podążył za mną. 
Bezwiednie prowadzę samochód. Nie pamiętam, jak go uruchamiałem, nie pamiętam, jak wyjeżdżałem z 

parkingu. Po prostu jadę. Czuję się coraz lepiej. Będzie dobrze. Nie wiem, czy Gallup różni się od Egiptu, w 
każdym razie ulice są proste i wyludnione. 

Zaczynam  też  powoli  myśleć  logicznie.  Poziom  szumów  wzrósł  do  dziesięciu  jednostek.  Nie  mogę  go 

obniżyć,  ale  mogę  go  zignorować.  Jestem  w  centrum  tej  sieci,  tam,  gdzie  sam  się  wpakowałem.  I  ktoś  w 
końcu wdepnął w moją zasadzkę. 

Znajduję ich nie zdając sobie z tego sprawy. Po nitce do kłębka. Sygnał nadszedł przez radio  — cichy 

alarm ogłoszono w Hayworth. 24-godzinna apteka Drug Zone. Bez żadnych jaj. 

Nim się spostrzegłem, już tam byłem. Niemal opera w wykonaniu białych i czarnych — odbezpieczone 

spluwy,  zapalone  reflektory.  Wszyscy  półkolem  ustawieni  wokół  jedynego  wejścia.  Sam  odbezpieczyłem 
swoją  broń.  Mogłem  „wbuchnąć"  do  środka,  gdyby  ktoś  nie  poczęstował  mnie  megafonem  w  głowę.  Ale 
zanim  cokolwiek  mogłem  powiedzieć  —  Mallory  Knox  przeszła  przez  rozsuwane  drzwi.  Jej  skóra  była 
dziewięć razy bielsza od najbielszej bieli. Gdy dostrzegła gliniarzy, było już za późno. Obskoczyły ją dzikie 
psy i rzuciły się na nią jak muchy na gówno. 

Choć na chodnik ściągnęło ją aż pięciu policjantów, Mallory szamotała się niczym dzika kocica. 
Zawlokłem ją pod drzwi. Wydzierała się jak opętana: „Zabij ich, zabij ich wszystkich!!!" 
Wyciągając nóż z kieszeni chwyciłem ją za brzuch, a moje palce zaczepiły o brzeg jej paska, zagłębiając 

się nieco poniżej. Wyglądało to, jakbym starał się postawić ją na nogi. Ale nie to miałem na myśli. 

—Pierdol się — bluznęła mi prosto w twarz. Zdążyła już pozielenieć i zamienić się w jadowitego węża. 

Jej nogi opuchły nieco w kostkach, ale i tak ciągle mogła dać sobie radę dwa razy silniejszemu i większemu 
od siebie facetowi. Nie mi jednak. 

Krzyknąłem przez megafon: 
—Mickey Knox! Mówi Jack Scagnetti! Jest tu ze mną twoja kobieta! 
Wokół mnie gliniarze sprawdzają spluwy i wycelowują prosto w drzwi. 
— Jeśli nie wyjdziesz, stanie się jej coś złego. Zobaczysz! Odetnę jej cycuszki, Mickey! 
— Kupię jej silikonowy biust, Scagnetti!—padła odpowiedź z wnętrza sklepu. 
Nie przejmowałem się tym. Mickey się bał. 
— Nie rób tego, kochanie! — wrzasnęła Mallory gryząc mnie w rękę. 
—  Zrobię  to  —  zagroziłem.  Ale  ani  o  tym  nie  myślałem,  ani  tego  nie  planowałem.  Nóż  zaczął  jednak 

krążyć po jej biodrach. Popłynęły pierwsze krople krwi. 

Wewnątrz, Mickey przykucnął i schronił się za jedną z kas. Nie miał już dokąd uciekać. Trochę mi było 

go żal—jedyna rzecz, która cokolwiek go obchodziła znajdowała się w moich rękach, a poza jego zasięgiem. 

— Dobra, wychodzę — zawołał Mickey. Rzucił broń i podniósł ręce. Od razu otoczyła go sfora gliniarzy. 

Mam  ochotę  wrzasnąć:  Nie  doceniacie  Mickeya  Knoxa,  gnojki!  Nie  byłem  jednak  w  stanie. Mickey  rzucił 
tylko okiem — był szybki niczym grzechotnik. 

A wszyscy mieli ochotę go zabić. Wyczuli zapach zabójcy policjanta. Cała akcja była jednak na bieżąco 

filmowana przez ekipę telewizji japońskiej. Ja nie chcę, żeby zrobili z tego drania jakiegoś Rodneya Kinga. 
Poza tym on należy do mnie. 

Zaatakowali go pociskami wyposażonymi w rozwijające się linki, które zaczęły oplatać jego ciało, okryte 

jedynie  skórzaną  motocyklową  kurtką.  Trzecie  z  kolei  szarpnięcie  ściągnęło  go  na  ziemię.  A  potem 
wyładowali  na  nim  swą  wściekłość  policjanci  podlegli  wszystkim  szeryfom  stanu  Nowy  Meksyk.  Poszły  w 
ruch pałki, wysokie policyjne buty. Dwanaście złamanych żeber, jeden wstrząs mózgu i w końcu go mieli. 

background image

Mallory  też  dostała, co  jej  się należało.  Wrzaski  tak długo  unosiły  się  pod  samo  niebo,  aż nie  była  w 

stanie  wydobyć  z  siebie  głosu.  Duch  walki  opuścił  Mallory  całkowicie,  co  stwierdziłem,  prowadząc  ją  do 
radiowozu. Śpiewała jedynie cichym, zachrypniętym szeptem starą piosenkę Nancy Sinatry. 

„Te buty są po to, by w nich chodzić". 
 

10 

W  oczekiwaniu  na  przyjazd  Mickeya  i  Mallory  Knoxów,  tłum  przed  gmachem  sądu  hrabstwa  Cook 

zaczął gromadzić się już o 3.30 rano. 

Miejsca dla publiczności w sali sądowej zostały rozdzielone przez losowanie; prasie przypadło 60 z 75 

dostępnych  wejściówek.  Pozostając  w  zgodzie  z  opinią  Sądu  Najwyższego,  głoszącą  iż  każdy  obywatel 
powinien  mieć  możliwość  bezpośredniego  uczestnictwa  w  postępowaniu  karnym  (orzeczenie  to  wyraźnie 
odzwierciedla wciąż rosnącą popularność programów typu Court TV), resztę miejsc udostępniono widzom. 
Aby  wziąć  udział  w  loterii,  zainteresowani  mieli  obowiązek  stawić  się  osobiście  w  urzędzie  sekretarza 
hrabstwa  na  co  najmniej  cztery  tygodnie  przed  terminem  rozprawy,  okazać  tam  ważne  prawo  jazdy  i 
potwierdzenie  miejsca  zamieszkania  oraz  wypełnić formularz  DR-47  w  trzech  kopiach.  W ciągu  trzech lat 
funkcjonowania tego systemu, największą liczbę zgłoszeń, jaką przyjęła 60-letnia Dolores McGuire było 239 
podań  o  udział  w  rozprawie  o  zabójstwo  znanego  w  wyższych  sferach  Buffy'ego  Hamsteda.  Chętnych  do 
obejrzenia procesu Mickeya i Mallory było 3782. Dolores McGuire bez większego rozgłosu podała się do 
dymisji. 

Początkowo, policja starała się rozproszyć tłumy gapiów, lecz jeszcze przed 7.00 rano koniecznym stało 

się  wzniesienie  barykad,  mających  powstrzymać,  jak  oceniano,  pięć  tysięcy  żądnych  sensacji  osób. 
Zgromadzony  przed  sądem  tłum  stanowił swego  rodzaju  kulturowy  przekrój  całej  Ameryki,  ale  ci,  którzy 
naprawdę  chcieli  w  tym  wszystkim  uczestniczyć,  oddani  wielbiciele  Mickeya  i  Mallory,  rekrutowali  się 
spośród członków „pokolenia siekiery", jak określił je magazyn „Details". Rozpiętość wieku wynosiła od 14 
do 30 lat, a członków tej specyficznej subkultury jednoczył jedynie wygląd I przekonania. Kobiety ubrane 
były w obcisłe spodnie, skórzane staniki i sztuczne tatuaże, aczkolwiek poprzyklejane z wielką starannością. 
„Pierwszy rzut" fanek zdecydował się jedynie na rozjaśnienie sobie włosów, jednak bardziej ortodoksyjne 
wielbicielki  przyozdabiały  już  swe  głowy  perukami.  Ogromne  zapotrzebowanie  na  ten  produkt  sztuki 
fryzjerskiej wywindowało jego cenę w okolice 700 dolarów. Mężczyźni dysponowali większym  wyborem 
odzieży, choć przy czasami marnej powłoce fizycznej delikwenta, obcisły kostium rowerowy wyglądał co 
najmniej  zabawnie.  Najwierniejsi  wyznawcy  uznawali  za  prawdziwą  legendę,  jakoby  Mickey  miał  nosić 
bieliznę  swojej  żony.  Jesienna  kolekcja  Calvina  Kleina  przytomnie  podchwyciła  ów  trend,  wychodząc 
naprzeciw szerokiemu zapotrzebowaniu i prezentując wcześniej swą ofertę na wielkich ulicznych plakatach. 

Dla tych, którym nie starczało ciała, ani ducha, by pójść w ślady swych Idoli, pozostawały jeszcze T-

shirty. Oto niektóre spośród wzorów, jakie można było tego dnia spotkać przed gmachem sądu: 

• Piracka reprodukcja wściekłej myszki Mickey z automatem w ręku. Napis brzmiał: DLACZEGO? BO 

CIĘ NIENAWIDZĘ. 

• Fotos z filmu Super Killers, animowanego serialu japońskiego, przedstawiający nieprzyzwoicie wręcz 

umięśnionego Mickeya i zmysłową Mallory. 

• Parodię plakatu filmu The Dying Gama. 
•  Imitację  postaci  Roya  Lichtensteina,  z  Mallory,  wychylającą  się  zza  bębenka  wielkiego  rewolweru. 

Tekst w dymku: 

NIE MAMO, TY WYRZUCISZ TE ŚMIECI!! 
• Czarno-biała tarcza strzelnicza. Napis na plecach: ZABIJ MNIE TERAZ. 
Show Wayne'a Gale'a American Maniacs konsekwentnie plasował się na czele sondaży firmy Nielsen. 

Poproszono więc go o włączenie reportażu z sali sądowej do porannych wiadomości nadawanych przez jego 
sieć. Wayne jednak odmówił. Jak sam stwierdził (według pewnego lekarza-stażysty, który przyznał się do 
podsłuchania rozmowy), „w życiu nie będzie pokazywał się w tym zwiastunie — nadziei — dla — tych — 
co — mają— kłopoty — z — pęcherzem". Szefostwo sieci uległo — a ostatnio czyniło to w rozmowach z 
Wayne'em  coraz  częściej  —  i  obiecało  mu  okienko  o  22.30,  w  którym  przekaże  najważniejsze  fakty  z 
procesu Mickeya i Mallory". 

background image

Przeciskając się przez tłum, Wayne zajął miejsce przy wejściu. Za pomocą małego lusterka, jakie zawsze 

nosiła  przy  sobie  Julie,  dokonał  inspekcji  uzębienia,  skontrolował  też  swą  fryzurę.  Z  zaciśniętym  nosem 
wyśpiewał kilka dźwięków, by rozgrzać struny głosowe, a w końcu rozciągnął wargi, by nieco je rozluźnić. 
Operator  kamery,  Scott,  który  wycierał  popluty  przez  Wayne'a  obiektyw  więcej  razy  niż  byłby  w  stanie 
spamiętać, nie omieszkał wysłać pod jego adresem złośliwej uwagi. 

— Dzisiaj, właśnie dzisiaj postanowiłem się zmienić — oznajmił Wayne. Nie wiadomo czy do Scotta, 

czy do Julie, bo patrzył prosto w nagrywającą jego wypowiedź kamerę. — Koniec z hipokryzją, osądzaniem 
jednego człowieka na podstawie tego, co zrobił, a innego na podstawie tego, czego nie zrobił. Boże, nigdy 
więcej! Urodziłem się wolny i umrę wolny. Będę żył tak, jak będę uważał to za stosowne. Będę kochał tych, 
których  będę  chciał  kochać.  Wolny  i  bez  żadnych  obciążeń.  Wolny!  Wolny!  Wolny!  Nigdy  mnie  nie 
stłamszą! Nigdy! 

— Wayne, czy ty jesteś pedałem? — spytał Scott. 
— Nie! Jestem żywym człowiekiem! I nie dam się! Daj mi buzi Julie. — I obdarował ją pocałunkiem z 

potężną dawką śliny, którą Julie zaraz wytarła rogiem swego notatnika. 

— Nagrywaj to Scott: Dziś Wayne Gale przestał być dupkiem. Włączymy to do programu. Mówię to 

prosto z serca, jak człowiek. Będę się kochał! I to często! 

Julie zaczęła się już rozglądać za jakąś ochroną przed nacierającą tłuszczą, która wręcz wgniatała ją w 

Wayne'a i Scotta. Nagle rozbłysły światła i nadjechały jeszcze dwa, eskortujące zwykły brązowy samochód, 
radiowozy. Nadjechała pierwsza bohaterka dnia. 

Osiemnastoletnia  Grace  Mullberry,  jako  jedyna,  która  przeżyła  „atak  na  sypialnianą  prywatkę"  w 

wykonaniu  Mickeya  i  Mallory,  była  koronnym  świadkiem  oskarżenia.  Mimo  ogromnej  ilości  materiału 
dowodowego  i  rejestracji  dokonanej  przez  kamerę  na  stacji  benzynowej,  prokurator  rejonowy,  Wanda 
Bisbing uznała, że całą grozę wydarzenia odda najlepiej relacja jednej z ofiar. Grace była przy tym jedynym 
świadkiem,  który  zdecydował  się  zeznawać  przed  sądem.  Decyzja  zapadła,  dodajmy,  w  momencie,  gdy 
pojawiła się plotka, że Mickey będzie się sam bronił. Grace miałaby spotkać się z nim przy przesłuchiwaniu 
obu stron przez sąd. 

(Później okazało się, że znany miłośnik samochodów marki Dodge, Randall Krevnitz, który jako jedyny 

ocalał  z  pogromu  w  Kankakee  Sonic,  również  zamierzał  złożyć  przed  sądem  zeznania.  Jednak  po  kilku 
rozmowach z młodzieńcem, pani Bisbing wykreśliła jego nazwisko z listy w obawie, że jego zeznania raczej 
usprawiedliwiały niż potępiały popełnienie zbrodni.) 

Z  kolei  Grace  Mullberry  stanowiła  wprost  wymarzony  materiał  na  świadka.  Była  metodystką,  uroczą 

„dziewczyną z sąsiedztwa", której w dodatku udało się wyjść cało z okropnej próby. 

Wszystko zaczęło się około pół godziny po krwawej jatce w Sonic. Grace i jej najlepsza koleżanka Katie 

Hoyle  przybyły  do  domu  Grace  obładowane  Coca  Colą  i  cheeseburgerami.  Jej  brat,  Tim,  wraz  z  piątką 
przyjaciół rozkładał na podłodze śpiwory, przygotowując się do kolejnego programu Rocky Horror Picture 
Show, a potem do całonocnego szaleństwa. 

Które trwało w najlepsze, dopóki nie przerwali go Mickey i Mallory. 
Pani  Mullberry,  czy  boi  się  pani  zeznawać  przeciwko  Mickeyowi  Knoxowi?  —  spytał  Grace  jeden  z 

reporterów, bezceremonialnie przyciskając mikrofon do jej ust. 

— Czy przyglądała się pani, jak mordowani są jej przyjaciele? — dopytywał się inny. 
— Czy on panią zgwałcił? 
— Czy uważasz, że Mickey jest atrakcyjnym facetem? 
— Czy przyjmie pani ofertę CBS ? 
Grace gwałtownie odwracała głowę w kierunku dziennikarzy zadających pytania, lecz na żadne z nich 

nie udzieliła odpowiedzi. Wanda Bisbing towarzyszyła Grace przez cały czas obawiając się, że atakowana 
przez  media  dziewczyna  może  stracić  poczucie  rzeczywistości.  Ustawieni  za  rozciągniętymi  przez  policję 
linami,  fani  Mickeya  i  Mallory,  wykrzykiwali:  „Przejebać  tę  sukę!",  „Zdrajczyni!",  „Powinnaś  była 
zdechnąć, ty pizdo!" 

Miała nadzieję, że Grace tego nie słyszała. 
Wayne'owi  udał  się  przecisnąć  między  dwoma  rzędami  policjantów  i  przystawić  Grace  mikrofon  do 

twarzy. 

background image

—  Jak  czuje  się  jedyna  ocalała  uczestniczka  pogromów  dokonywanych  przez  Mickeya  i  Mallory?  — 

zapytał, a jego australijski akcent zabrzmiał wyjątkowo dźwięcznie. 

—  W  porządku  —  odparła  przestraszona.  Wayne  chciał  wydusić  z  niej  coś  więcej,  lecz  policjanci, 

prowadząc Grace w górę schodów, wydostali dziewczynę spoza zasięgu Wayne'a. 

Nic się nie stało — nadjechała bowiem główna atrakcja. Wayne usłyszał ryk tłumu, gdy Grace znikała w 

ciemnej bramie gmachu sądu. Odwróciwszy się, ujrzał opancerzony radiowóz, który podjeżdżał właśnie pod 
schody, wiodące do budynku. 

Kontyngent  fanów  wznosił  zgodne  okrzyki  na  cześć:  „Kochamy  Mickeya!  Kochamy  Mallory!"  i 

wyrzucał  w  powietrze  garście  czekoladek  M&M's,  tak,  jak  młodej  parze  rzuca  się  na  szczęście  drobne 
monety.  Po  chwili  spadł  różnokolorowy  deszcz  słodkości  —  nie  było  tam  jednak  cukierków  w  kolorze 
brązowym, gdyż, jak głosiła fama, tego koloru Mickey nie znosił. 

Policjanci, nawołując przez megafony, nakazali tłumowi gapiów cofnąć się i przestać rzucać rzeczami. 

Jakaś szczupła studentka drugiego roku, nadludzkim wysiłkiem swych płuc marki Marlboro, krzyknęła: 

—Pieprzcie się świnie! 
Jednak poza tym jednorazowym zrywem nie była w stanie przewodzić żadnej zorganizowanej rewolcie. 

Została też natychmiast aresztowana, a rodzice za karę zarekwirowali jej złotą kartę kredytową. 

 
Otwierając  drzwi  pancernej  furgonetki,  sierżant  George  Kipcitz  poczuł  nagły  przypływ  paniki.  Drzwi 

otwarły się odsłaniając siedzących osobno i skutych łańcuchami Mickeya i Mallory. Kajdany połączone były 
ze  specjalnymi  pasami  wokół  bioder,  od  których  z  kolei  odchodziły  łańcuchy,  krępujące  skazańcom  nogi. 
Niemożliwością było poruszanie się pieszo, jako że skrępowane w ten sposób nogi mogły wykonywać kroki 
o długości dokładnie szesnastu cali. Mimo to, każde z nich było jeszcze dodatkowo złączone łańcuchami z 
czwórką  oficerów  policji,  co  w  rezultacie  przypominało  jakąś  wielką,  kroczącą  pajęczynę.  Gdyby  było  to 
możliwe, Knoxowie już dawno pozabijaliby policjantów dla jednej chwili odpoczynku. 

„Nie  jest  to  niemożliwe",  pomyślał  Kipcitz  widząc,  jak  strażnicy  przypinają  sobie  łańcuchy.  „Z 

Mickeyem i Mallory wszystko może się wydarzyć." 

Mimo  ograniczonej  swobody  ruchów,  Mickey  zdołał  pomachać  ręką  zgromadzonej  wokół  furgonetki 

ciżbie. Fani wznieśli radosne okrzyki. 

— Kochamy cię, Mickey! — zawołała jakaś czterdziestoletnia, mocno zbudowana kobieta. Jej, będąca w 

wieku  licealnym,  córka  miała  na  sobie  koszulkę  z  napisem  ZAMORDUJ  MNIE  MICKEY!  T-shirt  matki 
głosił: MICKEY KAZAŁ Ml TO ZROBIĆ. 

—  Mallory,  chcę  cię  przerżnąć  —  wydarł  się  jeden  z  członków  bractwa  Pi  Kap,  gdy  pani  Knox 

wychodziła z pomocą policjantów z furgonetki. Jej kruczoczarne włosy były mocno przycięte. 

—  Sam  się  przerżnij  —  odkrzyknęła  mu  z  szerokim,  złowieszczym  uśmiechem.  Tłum  chłonął  każde 

słowo swych bohaterów. 

Tawny Moore, odznaczająca się charakterystycznym uczesaniem „na pazia" spytała, czy Mickey czegoś 

żałuje. 

—Taaa  ...  zawsze  żałowałem,  że  nie  mogłem  rozprawić  się  z  moją  byłą  nauczycielką  historii,  panią 

Bainbridge. Żyje sobie teraz jak samotna, wielka suka, nie potrzebna ani sobie, ani nikomu innemu. 

Tę  „kwestię"  wygłosił  z  uśmiechem  na  twarzy,  jakby  czekając  na  podany  z  taśmy  głośny  rechot 

publiczności. 

Chuck Watson, reprezentujący WGN News spytał: 
— Mallory, jeśli miałabyś to zrobić jeszcze raz, czy postąpiłabyś inaczej? 
— Zabiłabym sędziów, zabiłabym ciebie, i ciebie — zabiłabym was wszystkich! 
— Mickey, jaka jest twoja ulubiona rozrywka? 
— To znaczy, oprócz tego, za co mam być sądzony, tak? — Tłum, pomimo wzmożonych starań policji, 

napierał  na  więźnia.  Kilku  reporterów  roześmiało  się.  Mickey  Knox  był  super.  —  Myślę,  że  oglądanie 
telewizji. 

Dziennikarze zgodnym chórem zapytali: 
— A jaki jest twój ulubiony program? 
— Have Gun Will Travel. 
Kręcący się bez przerwy w ścisku Wayne zadał ostatnie pytanie. 

background image

—Mickey, czy chciałbyś powiedzieć coś mieszkańcom Ameryki? 
Mickey zatrzymał się i spojrzał nieruchomym okiem prosto w obiektyw kamery. — To, co widzieliście, 

to było NIC. 

Rozprawa rozpoczęła się tego dnia od pełnego łez zeznania Grace Mullberry, opisującego po raz kolejny 

„nalot",  którego  rezultatem  była  śmierć  jej  brata  i  szóstki  najlepszych  przyjaciół.  Grace  wypowiadała 
staranne,  odmierzone  zdania,  przedstawiając  dobroczynną  działalność  swej  przyjaciółki  Pam  w  lokalnym 
szpitalu, czy dumę, jaką odczuła, gdy jej brat Tim został jesienią przyjęty do Princeton. 

Wanda  Bisbing  za  pomocą  uprzejmych  wtrąceń  i  miłych  uśmiechów  kontrolowała  treść  składanych 

przez  Gracę  oświadczeń.  Całość  dokładnie  przećwiczono  w  ciągu  ostatnich  dwóch  tygodni.  Grace  w  tym 
czasie  korzystała  niejednokrotnie  ze  słownika,  należącego  do  jej  brata,  by  znaleźć  odpowiednią  ilość 
synonimów dla słowa „zwyczajny", określającego jej życie przed spotkaniem z Mickeyem i Mallory. 

„... te dni były tak bezbarwne ..." „... regularne i nudne sobotnie wieczory ..." „ ... w typowy dla siebie 

sposób Tim powiedział ..." 

„... wasze przeciętne rancho ..." 
zwykły martwy błysk, nic takiego ..." 
Opisując  hałasy,  które  tamtego  wieczoru  kazały  wyjrzeć  jej  z  okna  („najgłośniejszy,  najbrzydszy 

samochód, jaki chyba w życiu widziałam"), spojrzenie Grace prześlizgnęło się na Mickeya, który oklapnięty 
siedział na swoim miejscu i obserwował ją przez druciane okulary. W barwnym krawacie i tanim garniturze 
wyglądał jak żywcem wzięty z reklamy Mickey Rourke. 

Patrzył na nią bez przerwy, uśmiechając się, gdy składała zeznania. Jego prawa ręka, jakby niezależnie 

od  reszty  ciała  bawiła  się ołówkiem  tak,  że  końcówka  z  gumką  podskakiwała  na  blacie  stołu.  Zaostrzony 
koniec wbijał się w nieruchomą przestrzeń sali sądowej. Sytuacja przypominała uśpiony dom z cieknącym 
kranem, co wystarczyło, by Grace została wyprowadzona z równowagi. 

—To był kabriolet. Chyba Ford — mówiła Grace. — Powiedziałam Timowi, czyli mojemu bratu, żeee 

... tam jest ktoś, kogo nie znam i czyyy ... zapraszał kogoś jeszcze ... Bo wiedziałam, że tamci nie są stąd. 
Nie wyglądało na to, że są. 

Zaczęła  okręcać  sobie  wokół  palca  obrączkę  oznaczającą  przynależność  do  uniwersyteckiej  drużyny 

futbolowej.  Należała  do  Tima.  Grace  ściągnęła  ją  z  palca  Tima,  zanim  jeszcze  koronerzy  wynieśli  jego 
zwłoki. To było wszystko, co po nim miała — plus wspomnienie jego życia i przedwczesnej śmierci. 

Mickey  Knox  musiał  dostrzec  zachowanie  dziewczyny.  Wyprostował  się  na  swym  krześle,  nie 

przerywając kontaktu wzrokowego. Starał się, by pewność siebie opuściła Grace. 

Ale na razie dziewczyna pozostawała niewzruszona. 
—Pan Knox, to znaczy Mickey pojawił się na ścieżce przed domem, ominął krzewy jałowca i coś sobie 

pogwizdywał. A potem nacisnął dzwonek ... 

Pani Bisbing wyszła poza pole widzenia Grace, zasłoniwszy jednocześnie Mickeya. Grace gwałtownie 

uniosła  wzrok,  jakby  wracając  ze  świata  marzeń  do  rzeczywistości.  Powiodła  spojrzeniem  za  panią 
prokurator, lecz ta, wyciągniętym palcem wskazała jej stół sędziowski. 

Siedząca obok swojego męża Mallory Knox podniosła oczy jedynie w momencie, w którym padło jej 

nazwisko, wymienione w kontekście krótkiego, lecz dokładnego opisu śmierci Angie Childress. Narzędziem 
egzekucji  był  tym  razem  odkurzacz.  Przez  resztę  czasu  Mallory  zabawiała  się  gryzmoląc  beztrosko  po 
żółtym  notatniku  prawniczym.  Rysunki  zostały  później  potraktowane  jako  materiał  dowodowy,  a 
potwierdzały one zarówno artystyczne talenty autorki, jak i ogromną wszechstronność jej zainteresowań. 

Detektyw  Jack  Scagnetti  usiadł  w  trzecim  rzędzie,  był  nerwowy  i  rozkojarzony.  Jego  spojrzenie 

podążało raz po raz w stronę Mallory, prześlizgując się z góry na dół po jej smukłej sylwetce. Gdy Mallory 
zajęta  była  rysowaniem,  jej  długie  ramiona  wykonywały  serię  niespokojnych  ruchów,  a  usta  nieomal 
dotykały kartki papieru. Jej zeznanie nie było przewidziane przez porządek trzeciego dnia rozprawy. 

Bezczynne  siedzenie  na  oczach  opinii  publicznej  w  roli  amerykańskiego  supergliny  numer  jeden 

sprawiało, że Scagnetti czuł się nieswojo. Miał wielką ochotę wysikać się i zapalić papierosa. 

 
Melvin  DeForest  męczył  się  z  zaciętym  podajnikiem  papieru toaletowego,  siedząc  w  ostatniej  kabinie 

sądowego WC. Nagle usłyszał odgłos otwieranych drzwi. Ktoś, pogwizdując wszedł do środka. 

background image

Pogwizdywał oczywiście Jack Scagnetti, który chwilę potem stanął twarzą w twarz z rzędem dwunastu, 

świeżo  wypucowanych  pisuarów.  Gdy  naturalnej  potrzebie  stało  się  zadość,  Jack  zapalił  Koola,  ignorując 
tym samym obecność znaków, surowo zakazujących tego rodzaju działalności. 

Drzwi otwarły się po raz kolejny. Tym razem „był to osobnik około czterdziestki, łysiejący i w ogóle 

taki jakiś przeciętny", według relacji DeForesta. 

—Pan Jack Scagnetti? — spytał nieznajomy. 
Jack zapiął rozporek i wydmuchnął kłąb dymu. 
— Tak, to ja. Na pewno czytał pan moje książki, co? 
— Nigdy — odpowiedział mężczyzna. — Ale widziałem pana zdjęcie w telewizji. Był pan tam, gdzie 

złapano Mickeya i Mallory. 

—  To  ja  ich,  kurwa,  złapałem  —  uświadomił  mu  Scagnetti  podchodząc  do  umywalki  i  gasząc  tam 

niedopałek papierosa. — Może nie było tego widać na pana małym telewizorku. 

Przybysz stanął przy umywalce i w milczeniu mył ręce. 
—Może pan spytać każdego. To ja ich złapałem — powtórzył Scagnetti. Wygrzebał po chwili z paczki 

kolejnego Koola i wetknął go sobie w usta. Potem zaczął obmacywać kieszenie w poszukiwaniu zapałek, ale 
nie mógł tam niczego znaleźć. 

—A czy pan mnie poznaje? — zapytał nieznajomy z niezmąconym spokojem. — Wielu ludzi nie zna 

mnie bez mojej karty American Express. 

— Restauracja — powiedział Scagnetti. — Pan był w tej restauracji w Gallup, gdy ... 
—  No  właśnie  —  potwierdził  mężczyzna.  —  Obaj  tam  byliśmy.  Obaj  to  widzieliśmy.  To  taka  jakby 

wieża strażnicza — pan jest jedyną znaną mi osobą, która to widziała. 

— Kim ty kurwa jesteś? I skąd się tu wziąłeś? 
—  Nazywam  się  Owen,  Jack.  Owen  Traft  —  uśmiechnął  się.  —  I  jestem  jedną  z  osób  zaintere-

sowanych. 

Wtem  z  sali  sądowej  dobiegł  krzyk.  „Tak  przeraźliwy,  że  można  było  go  usłyszeć  przez  najgrubsze 

ściany", opowiadał później DeForest. 

— Co tam się cholera ... — mruknął detektyw otwierając drzwi toalety i wystawiając głowę na korytarz. 
— Jak myślisz, co to mogło być? — spytał, odwracając się do swego rozmówcy. Ale Owen nie udzielił 

mu już żadnej odpowiedzi. 

DeForest  wyszedł  z  ubikacji  i  ujrzał  Scagnettiego  wpatrującego  się  w  zamyśleniu  w  rząd  otwartych 

kabin. 

— Nie widział pan takiego małego gościa ...? — spytał Jack urywając w połowie, tak jakby pytanie nie 

miało już dłużej sensu. 

— Czy do tego sracza jest jakieś inne wejście? Inne niż to frontowe? 
— Nie, proszę pana, tylko to frontowe — odparł DeForest. 
Scagnetti przetarł sobie czoło, starając się „wmasować" w nie choćby odrobinę realnego spojrzenia na 

świat. 

— Przecież ten mały fagas był tu, właśnie tu -zastanawiał się detektyw. 
— Wydawało mi się, że pojawił się w wyjątkowo złym momencie — mówił później DeForest. -I wtedy 

zdałem sobie sprawę, dlaczego. Rozejrzałem się za nim, ale jego nigdzie nie było. Tak, jakby znikł zupełnie. 

Scagnetti  bezsilnie  wzruszył  ramionami,  tak  jak  robi  to  każdy  człowiek  stojący  w  obliczu  tajemnicy, 

która na zawsze pozostanie nie rozwiązana. A potem wyszedł. Prosto do sali rozpraw. Tam, gdzie Mickey 
Knox miał zacząć składanie swych zeznań. 

 

11 

Wrzask, jaki usłyszał Jack Scagnetti, pochodził z galerii w sali rozpraw. 65-letni sędzia okręgowy, pan 

Bert Steinsma, zwrócił się wówczas tymi słowy do Mickeya: 

—Pański świadek, panie Knox. 
Mickey  Knox  wstając,  przerzucił  jedną  nogę  ponad  oparciem  krzesła  —  nieprzypadkowo  mogło  to 

przypominać  zsiadanie  z  konia.  Rozluźniwszy  pas,  Mickey  kontynuował  temat,  opierając  czubek 
kowbojskiego buta o podłogę. 

background image

—Pokaż im, co potrafisz — szepnęła mu Mallory. W odpowiedzi, Mickey złożył jej ukłon ogromnym, 

choć  niewidzialnym  kapeluszem.  Dodatkowo,  wygładził  jeszcze  jego  „rondo".  Mallory  roześmiała  się, 
podobnie jak kilku obecnych nasali widzów. Mickey odwzajemnił uśmiechy i na tym zakończyła się część 
„rozrywkowa". 

Sędzia Steinsma miał sięgnąć już po drewniany młotek, by przywołać salę do porządku. 
— Panie Knox, czy zgadza się pan na pytania z obu stron? 
— Tak jest, zgadzam się. 
Mickey rzucił okiem na siedzącą przy stole, rozleniwioną protokolantkę. 
—Czy ona musi zapisywać wszystko, co mówię? — spytał. Odpowiedział mu stukot czcionek. 
Mickey z uśmiechem na ustach odwrócił się doMallory, która tymczasem powróciła do rysowa 
nia. 
—Ancay, ouyay, eakspay, igpay, atinlay ... 
Stenotypistka robiła, co mogła, ale w pewnym momencie palce odmówiły jej posłuszeństwa. 
— Panie Knox! — ryknął Steinsma. 
— To w języku Navajów znaczy „Jestem cipą". Mallory roześmiała się nie podnosząc oczu. 
Mickey zlustrował trybuny. Były przepełnione jego fanami. 
—Albo zaczynamy przesłuchanie, albo skażę pana za obrazę sądu! 
Mickey nagle wyprostował się, prężąc ramiona. 
—Tak jest, przepraszam bardzo. 
Jedno  chuchnięcie  w  dłoń,  poprawienie  włosów  i  Mickey  wcielił  się  najlepiej  jak  potrafił  w  Arnie 

Beckera: zwycięski uśmiech i grobowa powaga. Podszedł powoli do stanowiska dla świadka. Był w pełni 
świadom swoich słów, pozbywając się na tę okazję nosowego sposobu mówienia. 

— Niezła historia co, panno Mullberry? 
— Może dla ciebie. 
— Grace ... mam nadzieję, że nie będzie ci przeszkadzać, jeśli będę mówił ci po imieniu — zwrócił się 

do  dziewczyny.  Grace  spojrzała  na  Mickeya,  wpatrując  się  głęboko  w  jego  oczy.  Tak,  jakby  chciała  sobie 
coś przypomnieć. Tak, te same słowa zostały wypowiedziane już wcześniej, w trakcie odczytywania przez 
Mickeya  napisów  na  zdobytych  przez  Grace  trofeach  jeździeckich.  Leżała  wtedy  związana  na  dywanie,  a 
nylonowa  żyłka  wpijała  się  bezlitośnie  w  jej  gołe  nogi.  Przemawiając  do  niej,  Mickey  zajęty  był 
równocześnie szatkowaniem gardła przyjaciółki Grace z dzieciństwa, Pam Ripley. 

—Grace? 
Dziewczyna powróciła do rzeczywistości. 
— Eee... tak? 
—  Chciałbym  zapytać  cię  o  śmierć  twojego  brata  Tima,  jeśli  oczywiście  masz  ochotę  o  tym  mówić. 

Słuchasz mnie? 

— Mniej więcej. 
— Mniej więcej... co to znaczy? 
— No więc Tim, to mój starszy brat — zaczęła Grace, odzyskując równowagę duchową i odwagę, by 

spojrzeć  Mickeyowi  prosto  w  twarz  i  odpowiadać  na  jego  pytania.  —  Gdy  dorastaliśmy,  zdarzało  się,  że 
potrafiliśmy doskonale obyć się bez siebie. Ale jak trzeba było, byliśmy bardzo blisko. 

— Chciałbym zapytać się o uzdolnienia Tima w dziedzinie sztuk walki — powiedział Mickey. — Jak 

długo już ćwiczył? 

— Zaczął, będąc w siódmej klasie, tak że razem będzie dziewięć lat  — odpowiedziała Grace, niezbyt 

pewna, do czego ta wymiana zdań doprowadzi. 

— Jakiego koloru miał pas? 
— Styl wałki, jaki uprawiał Tim, nie przewidywał pasów. 
Siedząca  przy  stole  oskarżyciela  Wanda  Bis-bing,  obserwowała  bardzo  uważnie  całą  scenę.  Nie 

przećwiczyła  z  Grace  żadnych  pytań  związanych  ze  sztukami  walki  i  właściwie  usłyszała  o  tym  po  raz 
pierwszy. 

Nieomal odgadując prokuratorskie myśli, Mickey odwrócił się ku pani Bisbing. 
— Żadnych pasów, naprawdę? No cóż. Grace, czy mogłabyś więc nam powiedzieć, jakim stylem walki 

interesował się Tim? 

background image

— Uczył się kilku, ale jego ulubionym był Jeet Kune Do. 
— Jeet Kune Do... otóż miałem okazję poczytać co nieco o tym stylu walki i okazało się, że Jeet Kune 

Do rozwinął głównie Bruce Lee. Czy wiedziałaś o tym? 

— Tak, właśnie dlatego Tim go uprawiał. Dlatego, że był to styl walki Bruce'a Lee. 
Przemierzywszy  salę  rozpraw  wszerz,  Mickey  przystanął  obok  sądowej  protokolantki,  która,  zde-

nerwowana jego bliskością, potknęła się na ostatnim zdaniu Grace. Mickey nachylił się i szepnął jej wprost 
do ucha: 

— Nic się nie stało. I tak cię kocham. 
— Panie Knox, proszę z nią nie rozmawiać — odezwał się sędzia Steinsma. 
Ale Mickey go nie słuchał. 
—Mallory była zawsze moją Barbarellą, ale ty mogłabyś być naszą lesbijską królową. 
Steinsma trzykrotnie zastukał młotkiem. Mickey odwrócił się na pięcie i nieruchomym okiem spojrzał na 

Grace. Kontynuował swą wypowiedź tak, jakby żadna przerwa nie miała miejsca. 

—I myślę, że można w tym miejscu powiedzieć, iż każdy, kto zajmował się stylem rozwiniętym przez 

samego  Bruce'a  Lee  —  prawdopodobnie  najwspanialszego  mistrza  sztuk  walki  w  historii—każdy,  kto 
ćwiczył  to  przez  dziewięć  lat,  musiałrównież  nabyć  umiejętność  samoobrony.  Czy  podpisałabyś  się  pod 
takim stwierdzeniem, Grace? 

— Tak. 
—  Przy  okazji,  czy  nogi  i  ręce  Tima  nie  były  bronią,  podobnie,  jak  noże  czy  pistolety?  Czy  to  się 

zgadza? 

— Tak, zgadza się — potwierdziła Grace. 
— W twoim zeznaniu, złożonym tu i teraz, opisałaś, jak Tim czterokrotnie kopnął mnie w głowę—tu 

Mickey uderzył się otwartą dłonią w głowę, demonstrując zadawanie ciosów. — Jednak jego mistrzowskie 
kopniaki odniosły efekt niewielki, lub wręcz żaden. 

Grace milczała. 
—I potem, gdy niczym Superman otrząsnąłem się po ciosach, podniosłem Tima „dziewięć — lat—Jeet 

— Kune — Do" Mullberry'ego z podłogi i rzuciłem nim przez cały pokój. 

Grace  wciąż  nie  odpowiadała,  częściowo  dlatego,  że  nie  było  to  pytanie,  częściowo  dlatego,  że 

wszystko,  co  Mickey  powiedział,  odpowiadało  prawdzie.  Wydawało  się,  iż  nie  ma  możliwości,  by 
ktokolwiek mógł coś takiego zrobić z Timem. Ale Mickey Knox to nie był „ktokolwiek". 

Podszedł  powoli  do  stolika,  na  którym  zgromadzono  dowody.  Jego  ręka  błądziła  przez  chwilę  nad 

rozłożonymi tam przedmiotami. Po chwili cała sala wstrzymała oddech widząc, jak Mickey Knox podnosi ze 
stolika nóż. 

Zakrwawiony nóż, którym wcześniej zabił Tima Mullberry'ego. 
—Potem wziąłem ten nóż ... 
Mickey zbliżył się do Grace, kładąc z bolesnym wyrazem twarzy palec na czubku noża. 
— Wziąłem go i zacząłem rozpruwać twojego brata od jednej kończyny do drugiej. A twój brat, którego 

ręce stanowią broń śmiertelną... 

— Sprzeciw — zawołała pani Bisbing, wyskakując ze swego miejsca i nie mogąc uwierzyć, że Steinsma 

dopuścił do takiej sytuacji. — Oskarżony zastrasza świadka narzędziem zbrodni. 

— ... nie miał się już czym bronić — ciągnął Mickey, przysuwając się coraz bliżej. 
— Odbieram panu głos — oświadczył Steinsma, zdając sobie nagle sprawę z niebezpieczeństwa, jakie 

zawisło nad salą. 

—Panie Knox, proszę odłożyć nóż! 
Grace nie dawała się jednak zastraszyć. 
— Nie wiem jak to zrobiłeś, ale to ty to zrobiłeś! 
—  Panie  Knox,  nóż!  —  krzyknął  Steinsma,  kiwając  na  prawnego  doradcę  szeryfa,  by  ten  przywołał 

straże. 

Mickey zatrzymał się i powąchał nóż. 
— Ciągle pachnie kochanym Timmym — orzekł, odkładając go na stół. Wziął za to z powrotem swój 

ołówek. 

background image

—  No  i  co,  Grace?  Jak  sądzisz,  czy  istota  ludzka  byłaby  może  w  stanie  uczynić  coś  podobnego?  — 

spytał Mickey. 

— Nie wiem! — wrzasnęła Grace, zaskakując w ten sposób nawet samą siebie. 
—  Tak...  ale  ja  w  to  nie  wierzę  —  stwierdził  Mickey.  Wydawało  się,  że  pilnie  wpatruje  się  w  jakiś 

zakątek jej duszy, który tylko on mógł dostrzec. — I myślę, że masz już konkretną opinię na temat tego, jak 
ja byłem w stanie zrobić to, co byłaś łaskawa opisać. Więc pytam cię raz jeszcze. I chcę, żebyś pamiętała, że 
zeznajesz pod przysięgą. 

Stojący naprzeciw podium dla świadka Mickey Knox użył całej siły swojej osobowości, by skupić ją na 

biednej, młodziutkiej Grace. Znów zaczął powoli i rytmicznie stukać gumką swego ołówka, odbijając ją od 
mahoniowej barierki tak, by jeszcze bardziej zdenerwować dziewczynę. 

—Pani zdaniem, panno Mullberry, jak byłem zdolny zamordować pani brata Tima Mullberry w sposób, 

jaki przed chwilą opisano? 

Grace,  która  ponownie  zaczęła  okręcać  wokół  palca  obrączkę  Tima,  spojrzała  Mickeyowi  głęboko  w 

oczy. W jej sercu zagościło nagle uspokojenie. 

—  Nie  jesteś  człowiekiem  —  jej  usta  wykrzywiły  się  nieznacznie,  ale  Grace  pozostawała  śmiertelnie 

poważna. Przez cały czas trwania rozprawy starała się powstrzymywać, ale teraz rozpłakała się na dobre. 

— Bardzo dużo o tym myślałam. I jedyną rzeczą, jaka przychodzi mi do głowy jest to, że ty nie jesteś 

człowiekiem ... Nie wiem, czy jesteś wampirem, diabłem, potworem czy cyborgiem, ale na pewno nie jesteś 
człowiekiem! 

—  Dziękuję  ci,  Grace  —  powiedział  Mickey,  wyraźnie  zadowolony  z  otrzymanej  odpowiedzi. 

Prawdopodobnie nie mógłby sobie wymarzyć lepszej. — Mam tylko jedno pytanie. 

— Jakie — spytała Grace, szczęśliwa, że cała sprawa zmierza powoli do końca. 
— Czy wierzysz w przeznaczenie? 
— Co? — zdziwiła się zmieszana Grace. 
— Czy uważasz, że istnieje dla ciebie jakiś wybór w momencie, gdy twój czas już nadszedł? 
Wanda Bisbing miała już dosyć. 
— Sprzeciw, Wysoki Sądzie. Co to ma wspólnego z Grace Mullberry? 
—  Chce  pani  wiedzieć,  co  to  ma  wspólnego  z  Grace  Mullberry,  pani  Sprzeciw?  —  zagadnął  Mickey 

odwracając się do pani prokurator. — Powiem pani, co to ma wspólnego. Nadszedł po prostu jej czas! 

Szybciej,  niż  ktokolwiek  z  obecnych  na  sali  był  to  w  stanie  uchwycić,  Mickey  Knox  zatopił  ołówek 

głęboko  w  klatce  piersiowej  Grace  Mullberry.  Dłubał  tam  przez  chwilę,  a  gdy  dotarł  ostrzem  do  aorty, 
szerokim strumieniem trysnęła krew. Potem były płuca, a potem samo serce. 

—Super! — krzyknęła radośnie Mallory zbierając swoje rysunki do kupy. 
Jack Scagnetti wkroczył do sali w momencie, gdy wybuchło tam istne pandemonium. Każdy starał się 

pośpieszyć z pomocą dziewczynie, o której Scagnetti doskonale wiedział, że nic jej pomóc już nie może. 

—Jak się masz, Mallory? — zapytał, wyciągając papierosa. 
— No cóż, nie jest to Paryż. 
Pomocnik  szeryfa  i  dwaj agenci  ochrony  rzucili się na  Mickeya  odciągając  go  w  chwili,  gdy  odłamał 

kawałek  ołówka  znajdujący  się  w  ciele  Grace.  A  fragment,  który  pozostał  mu  w  ręku  wbił  jednemu  ze 
strażników w nogę. Nie doszło jednak do bójki na dużą skalę. Nie było sensu i Mickey o tym wiedział. 

Tym razem cała broń znajdowała się w rękach policji. 
 

12 

Kochana Mallory, 
Po pierwsze, chciałabym, żebyś wiedziała, że to właśnie Ty jesteś moją największą bohaterką. Odkąd po 

raz pierwszy usłyszałam o Tobie w telewizji, wiedziałam, że muszę Cię w końcu kiedyś poznać. 

Przypuszczam, że list to nie to samo co spotkanie w cztery oczy, ale wydaje mi się, że znam Cię już od 

dawna,  więc  potraktuj to może  jako rodzaj  mojej  własnej  prezentacji,  jeśli będzie  Ci się  chciało.  Gdybym 
była taka super słynna jak Ty, to chyba też nie miałabym ochoty czytać takich rzeczy. 

W porównaniu z moimi przyjaciółmi, którzy twierdzą, że ich życie jest do dupy, moje jest jeszcze gorsze. 

Wiem,  że  myślisz,  że  przesadzam,  ale  tak  nie  jest.  Musisz  mi  uwierzyć,  zresztą  dlaczego  miałabym  Cię 
okłamywać? Chłopaki mnie nie cierpią, a nauczyciele uważają, że jestem głupia. Nawet mój kot już mnie nie 

background image

lubi. Nie śmiej się, to wszystko jest prawdą. Tak, jakby czuł ode mnie zapach psa, ale przecież ja w ogóle nie 
mam kontaktu z psami. Stałam się tym strasznym potworem, którego wszyscy nienawidzą, a Ty jesteś jedyną 
osobą, która, jak sądzę, może mi pomóc. 

Potrzebuję Twojej porady jeśli chodzi o zabicie moich rodziców. Wiem, że nie będziesz taka drętwa i nie 

wyperswadujesz  mi  tego  (tak  jak  już  mówiłam,  wydaje  mi  się,  że jesteśmy  siostrami  czy  coś  takiego  —  to 
niesamowite),  ale  chcę,  żebyś  wiedziała,  że  oni  są  naprawdę  okropni  i  nie  wygląda  na  to,  że  będą  choć 
trochę lepsi w przyszłości. Żadne „poczekamy-zobaczymy", rozumiesz? No to w porządku. 

Powinnam ci chyba napisać coś więcej o swojej sytuacji, tak byś mogła przekonać się, dlaczego muszę to 

zrobić (pomysłowo!) i nie dać się złapać. Byłoby to głupie, ale z drugiej strony romantyczne — wyobrażam 
sobie  teraz  jak  siedzisz  w  więzieniu  z  Mickeyem,  który  bronił  Cię  zawsze  i  wszędzie.  Nie  mam  obecnie 
chłopaka, więc tak naprawdę, to nie spieszy mi się do pierdla. 

I tu pojawia się moje pierwsze pytanie, trochę nie na temat, ale dobra... Czy najpierw powinnam mieć 

chłopaka ? Jeśli tak, to jakiego? No jasne. Ty nie wiesz, kto jest „pod ręką", więc napiszę Ci parę słów o 
każdym z „kandydatów" (taka jakby prezentacja drużyny!) 

RANDY — chodzi ze mną na angielski i jest naprawdę niezły. Nie popisuje się w klasie i ma rację, bo 

gdyby spróbował, to wyleciałby z hukiem i kazaliby mu przyjść na lekcje dobrego wychowania, które u nas 
są bardzo ciężkie. Ale ja wiem, że on jest niezły, bo zawsze opowiada najfajniejsze rzeczy na korytarzu czy 
podczas obiadu. W ogóle by mi to nie przyszło do głowy — śmierć, nieskończoność, te klimaty. Po stronie 
plusów: jest niezły, tak jak Mickey, interesuje się śmiercią, co ma znaczenie jeśli mamy zacząć zabijać ludzi. 
Minusy: ma raczej więcej w głowie niż w nogach i mój ojciec mógłby zrobić z nim wszystko, na co miałby 
ochotę gdyby zaczęli walczyć na pięści (ale i tak użylibyśmy broni palnej). 

MANNIE  —  włączyłam  go,  bo  jest  moim  najlepszym,  najlepszym  kumplem  na  świecie,  chociaż  nie 

stanowi raczej materiału na chłopaka. Czyta moje „Cosmopolitany" i ogląda „Power Rangers" tylko po to, 
by popatrzeć na tyrannozaury (ale w ogóle jest super). 

GARRETT—  nie  cierpię  go,  ale  odpowiada  mi  z  paru  powodów.  Po  pierwsze,  potrafi  już  prowadzić 

samochód, chociaż jest jeszcze za młody (parkuje zawsze kilka przecznic od szkoły — nieźle!), a po drugie, 
ma  już  broń.  Nie  wiem  za  bardzo  jakiego  typu  (jaki  byś  polecała?),  ale  wiem,  że  ma  do  niej  dostęp,  bo 
słyszałam jak inne chłopaki opowiadały jak on kilka tygodni wcześniej strzelał sobie do puszek i wszystkie 
trafił. Plusy: samochód, broń, dobry cel, być może będzie miał ochotę zabić moich starych. Minusy: dupek, 
niedomyty, słucha „Poison" (tak, ciągle!). 

Czy powinnam skumać się z Garrettem, z Randym czy po prostu działać w pojedynkę? Czy według ciebie 

jest  w  porządku,  że  planowałam  też  spółkę  z  jedną  z  moich  koleżanek?  W  ten  sposób  mogłybyśmy  obie 
załatwić  naszych  rodziców  i  odjechać  w  siną  dal  niczym  Thelma  i  Louise.  Widziałaś  ten  film?  Ja  go 
uwielbiam.  Coś,  co  na  pewno  trzeba  wypożyczyć.  Gdy  myślę  o  tobie  i  Mickeyu  jadących  przez  pustynię, 
przypomina mi się ten film, z tym, że zamiast Susie Sarandon prowadzi Mickey. Wraz z  moją przyjaciółką 
Tisch  chcemy  coś  takiego  zrobić.  Tisch  zaczęła  uczyć  się  judo  po  tym,  jak  w  ubiegłym  roku  jeden  facet 
zaatakował jej matkę, więc teraz jest twarda jak nie wiem co. 

Z góry dziękuję Ci za Twoje rady. Muszę już kończyć, bo piszę ten list na lekcji higieny (moja rada: nie 

daj się zastrzelić!) i lekcja już się kończy. A więc trzymaj się, mam nadzieję, że wkrótce wydostaniecie się na 
wolność! Pamiętajcie o mnie 

Sara Wu, Kalifornia 
*** 
Droga Mallory Knox 
Nie znasz mnie. Nie znałaś także mojej siostry. Ale nie powstrzymało Cię to od zabicia jej. Była jedną z 

czterech  osób,  które  15  lipca  ubiegłego  roku  zastrzeliłaś  w  Dair-E-Freeze  w  Genoa,  Kolorado.  Miała 
trzynaście lat. 

Czy  Ty  w  ogóle  pamiętasz  Genoę?  To  małe  miasteczko,  kilka  mil  od  szosy  międzystanowej,  zaraz  po 

naszej  stronie  granicy  z  Kansas.  Podobnie jak  wielu  ludzi,  podjechałaś  by  zatankować,  założywszy,  że  na 
Twej  trasie  pojawią  się  inne  miasta,  których  jednak  nie  było.  Chodzi  mi  o  to,  że  większość  ludzi  tankuje 
benzynę, a potem odjeżdża. Nie zaczynają przy tym strzelać do innych. 

Piszę  ten  list,  by  uświadomić  Ci,  kim  konkretnie  była  osoba,  którą  zamordowałaś.  Przy  takiej  liczbie 

ofiar,  jakie  pozostawiłaś  po  sobie  tu  i  tam,  ich  twarze  prawdopodobnie  zacierają  się  w  twej  pamięci. 

background image

Postaram  się  jednak  by  w  tym  przypadku  stało  się  inaczej.  Jeśli  czasami  miewasz  nocne  koszmary,  to 
chciałbym,  by  ten  obraz  pojawiał  się  w  nich  jak  najczęściej.  Chciałbym,  żebyś  trafiła  do  piekła  i  żeby  ta 
scena stale obecna była w Twojej głowie. 

Katie McCaslin była blondynką siedzącą w tylnym narożniku przy oknie, wraz ze swą przyjaciółką Lisą 

(brunetką,  krępej  budowy  ciała).  Wspólnie  jadły  frytki  z  jednego  talerza.  Według  relacji  Earla,  kasjera, 
którego zdecydowałaś się pozostawić przy życiu, by mógł rozgłosić legendę (po co?), zamówiłaś dietetyczną 
Coca-colę  w  barze,  w  którym  sprzedaje  się  wyłącznie  Pepsi.  I  z  tego  powodu  zginęły  cztery  osoby.  Earl 
zeznał potem, że Katie była ostatnią osobą, którą zastrzeliłaś. Właśnie Ty ją zastrzeliłaś, nie Twój chłopak 
(mąż) czy ktokolwiek to u diabła jest. Ty wycelowałaś w nią swój pistolet i Ty ją zabiłaś. 

Co działo się w Twojej duszy, gdy pociągnęłaś za spust? Czy Katie przypominała Ci kogoś, coś, jakieś 

odległe  czasy?  Chciałbym  dowiedzieć  się  kto  Cię  „zaprogramował"  na  potwora,  który  uważa,  że 
trzynastoletnia dziewczynka może stanowić dobry cel. 

Jestem pewien, że pochodzisz z zepsutej rodziny, w której rodzice albo kochali Cię zbyt mocno, albo w 

ogóle. A może wtykali Ci palce do dupy, gdy Cię kąpali? Nieważne. Każdy kiedyś przechodzi przez jakieś 
okropne chwile, ale nie daje to nikomu prawa do dokonywania seryjnych mordów. 

Mallory  Knox,  dopadnę  Cię  i  zabiję  jeśli  kiedykolwiek  opuścisz  to  więzienie.  Śmierć  jako  taka 

prawdopodobnie niespecjalnie Cię przeraża, więc postaram się byś zaczęła się o nią modlić. Przysięgam na 
Boga, że za to, co zrobiłaś znajdziesz się w samym piekle. 

Eugene McCaslin, Genoa, Kolorado 
*** 
Droga MALLORY KNOX 
Kara dożywotniego więzienia może sprawić, że człowiek zaczyna się czuć jakby opuścił go Bóg, jakby 

Chrystus,  Syn  Boży  umarł  na  krzyżu  za  grzechy  innych  ludzi,  a  w  Jego  sercu  nie  znalazło  się  miejsce  na 
miłość do morderców, gwałcicieli i pozostałych zbrodniarzy. 

Wszelako  poprzez  cud  zbawienia,  Ty,  MALLORY  KNOX,  będziesz  mogła  poznać  chwałę  światłości  i 

poczuć  jak  Twoja  dusza  pozbywa  się  brzemienia  Zła  i  Niewiary,  dzięki  którym  znalazłaś  się  w  obecnym 
położeniu. I nawet jeśli resztę swego życia spędzić masz w więzieniu, pamiętaj, że dany Ci jest dar błagania 
o łaskę Pana, tak byś Twój wieczny żywot mogła spędzić ciesząc się wolnością i Jego miłosierdziem. 

MALLORY  KNOX,  jedynym  kluczem  do  Odkupienia jest  Pismo  Święte,  testament  Bożego  dzieła, jakie 

dokonało się na Ziemi. Na tych chwalebnych stronach znajdziesz odpowiedzi na pytania dotyczące planów 
Pana  w  odniesieniu  do  Ciebie,  ludzkości  i  całego  Bożego  Królestwa.  Moc  Jego  słowa  może  sprawić,  że 
zajmiesz miejsce pośród anielskich chórów, wyśpiewując Mu wieczne uwielbienie. Gorąco namawiam Cię, 
byś zaczęła poszukiwać ukojenia w Jego sercu. A jest ono wystarczająco duże, by zawrzeć w sobie cały świat 
— świętych, grzeszników i Ciebie. 

Głoszący chwałę Bożą 
Jack Alamanenti 
Chrześcijańska Służba 
Duchowego Wsparcia Morderców i Gwałcicieli 
*** 
Droga Mallory Knox 
Piszę  ten  list  w  imieniu  słynnego  dziennikarza,  Wayne'a  Gale'a,  powszechnie  znanego  i  darzonego 

wielkim  szacunkiem  animatora  czołowego  programu  telewizyjnego  „American  Maniacs".  Postanowiliśmy 
poprosić Cię o ewentualną zgodę na udzielenie nam przez Ciebie i Twego męża wywiadu do najbliższego 
odcinka  naszego  programu.  Jest  to  już  trzeci  list,  jaki  wysłałam  zarówno  do  Ciebie  jaki  i  do  Mickeya, 
przyjmuję zatem iż: 

a) listy nie są Ci przekazywane (w myśl więziennych! przepisów) 
b) otrzymałaś listy, ale nie masz ochoty uczestniczyć w programie. 
Jeśli  miała  miejsce  pierwsza  z  możliwości,  możesz  być  spokojna,  że  w  związku  z  zaistniałą  sytuacją 

uruchomione zostaną nasze kontakty na wysokim szczeblu rządowym, a grupy nacisku w rodzaju Amnesty 
International zgodnie oprotestują tę rażącą niesprawiedliwość. 

Jeśli  zaistniał  przypadek  drugi,  to  chciałabym  wyjaśnić  w  tym  miejscu,  dlaczego  „Amerykańscy 

Maniacy" idealnie nadają się do wyrażenia Waszych opinii i punktów widzenia: 

background image

• program nasz jest najwyżej ocenianym spośród nadawanych obecnie w telewizji kronik kryminalnych 
•  w  odróżnieniu  od  innych,  przygotowywanych  na  zamówienie  programów  typu  „Hard  Copy"  czy 

„Inside  Edition",  „American  Maniacs"  jest  opracowywany  przez  naszą  stację,  co  umożliwi  nam 
ogólnokrajową promocję i reklamę tego konkretnego odcinka 

• stary wyga, Wayne Gale jest w naszej branży jednym z najlepszych specjalistów od przeprowadzania 

wywiadów.  Rozmawiał już  chyba  z każdym,  począwszy  od  Charlesa  Mansona, a  skończywszy na  Davidzie 
Berkowitzu.  Jest  on  także  gwarancją  nieskrępowanej  wymiany  poglądów  na  oczach  amerykańskiej  opinii 
publicznej. 

Mam więc nadzieję, że otrzymasz ten list i poważnie rozważysz udzielenie nam wspomnianego wywiadu. 

Jeśli tak, to w majestacie prawa stanu Illinois, możesz nawiązać z nami kontakt poprzez wyznaczonego przez 
sąd  prawnika,  do  którego  należeć  będzie  przekazanie  nam  Twojego  życzenia.  Zapobieżenie  tego  rodzaju 
kontaktom stanowi, nawet dla przedstawiciela wymiaru sprawiedliwości, ciężkie przestępstwo. 

Szczerze oddana 
Julie Gwenkeiler 
Producent programu „American Maniacs" 
Do rąk: Dwighta McClusky'ego, Naczelnika Więzienia 
*** 
Droga Mallory 
Jeśli  to  możliwe,  to  chciałbym  prosić  cię  o  rozstrzygnięcie  naszego  sporu,  który  rozgorzał  pewnego 

wieczoru pod wpływem dość sporej dawki określonych substancji, które spożyte, bądź wchłonięte, wywołały 
burzliwą dyskusję, obejmującą swym zasięgiem zarówno teleologię jak i telewizję. 

Pamiętasz ten program pod tytułem „Fantasy Island" (Wyspa Marzeń)? Myślę, że tak. To ten po „Statku 

Miłości". A oto moje pytanie: 

Czy Ricardo Montalban (Mr. Roark) miał być Bogiem czy Diabłem? 
Pomyśleliśmy  sobie,  że  to  właśnie  Ty  w  wyjątkowy  sposób  upoważniona  jesteś  do  udzielenia  nam 

odpowiedzi. 

Ja twierdziłem, że w „Fantasy Island" jest pewien fragment, który niezmiennie jest wycinany— moment, 

w  którym  Tattoo  rozdaje  porcje  kwasu  pasażerom  wychodzącym  z  samolotu.  Próbowano  to  ukryć, 
wstawiając  tam  hawajskie  dziewczyny,  które  zakładały  każdemu  różowe  i  żółte  naszyjniki  z  kwiatów,  ale 
mały Tattoo wcisnął się wszędzie i wszyscy i tak otrzymali przepisowe dawki. 

I  potem,  pod  koniec  ostatniej  części,  mieliśmy  się  chyba  przekonać,  że  Roark  był  wcieleniem  zła,  a 

wszyscy ludzie, którzy go spotkali, skazali swe dusze na wieczne potępienie poprzez uleganie pokusom tego 
świata. Ale wtedy, goście z telewizji pomyśleli sobie  — hej, a może zamiast tego damy coś z Las Vegas, z 
panienkami w obcisłych kostiumach z cekinami? (Komu się zresztą coś takiego podoba? Nie sądzę, żebym 
chciał  poznać  kogoś,  komu  podobają  się  takie  kostiumy.  Choć  w  stosunku  do  Ciebie,  Mallory,  zrobiłbym 
wyjątek). 

Ci — którzy — głosili — że — Roark —jest — Bogiem, twierdzili, iż każde ze spotkań było zaplanowane 

jako rodzaj osobistej próby i w ten sposób stawało się manifestacją wymyślonego przez Josepha Campbella 
epickiego modelu poszukiwania własnego raju. 

Jeśli  o  mnie  chodzi,  to  moim  marzeniem  byłoby  odwiedzić  Wyspę  Marzeń.  Ale  nie  byłby  to  dobry 

pomysł— wysiadłbym z samolotu i bach, koniec marzeń. Mr. Roark powiedziałby wtedy „Oto marzenia, w 
jakich teraz żyjesz". I gdzie bym się znalazł? Pokazaliby mnie przez moment na początku i końcu programu. 
Mnie i Jorge Luisa Borgesa (argentyńskiego pisarza surrealistę. Wygląda na to, że jestem jakimś nadętym 
dupkiem, co? Przepraszam. Chociaż to trochę dziwne, przepraszać kobietę, która pozbawiła życia ponad 75 
osób). 

No  więc  Mallory,  jak  mogli  zareagować  przeciętni  Amerykanie  na  formułę  tego  programu,  skoro 

zawiera  on  tak  oczywiste  odniesienia  do  narkotyków?  Chciałbym  chociaż  raz  zobaczyć  jak  w  sekwencji 
poświęconej marzeniom, kamera podjeżdża bliżej i pokazuje gościa zaciągającego się gigantycznym skrętem. 

Nieźle to brzmi, co? 
Chad Calley, student II roku w Yale 
*** 
Droga Mallory 

background image

Jesteś  wredną,  okrutną  i  godną  politowania  kreaturą.  Tu,  w  Sigma  Phi  chcielibyśmy  trochę  possać 

Twoją  gorącą  cipkę.  Jak  się  wydostaniesz,  to  może  uda  Ci  się  zajrzeć  na  jedno  z  naszych  przyjęć 
„tematycznych".  „Noc  zabijania  świnki  morskiej"  okazała  się  dużym  sukcesem  —przyszło  ponad  dwieście 
osób.  Dużą,  tłustą  świnkę  powiesiliśmy  pośrodku  dużego  pokoju  za  tylne  nogi  i  kolejno  wbijaliśmy  w  nią 
kolce  do  lodu,  a  do  jej  pyszczka  przystawialiśmy  zapalniczkę.  Wtykaliśmy  też  ołówki  w  jej  tyłek,  a  świnka 
piszczała jak opętana. W całej zabawie chodziło o to, żeby zwierzątko przetrwało jak najdłużej, co w sumie 
trwało może sześć i pół godziny. Dlatego chyba nazywa się je świnkami morskimi. Moja dziewczyna, Tish tak 
się wczuła w to wszystko, że próbowała z całej siły przebić świnkę oczywiście musiałem ją powstrzymywać 
(jesienią zaczyna studiować prawo — jest podobna do Ciebie). Później położyłem się z Tish na tapczanie i 
pieprzyliśmy  się,  a  ona  stwierdziła,  że  nigdy  się  jeszcze  tak  wspaniale  nie  kochała,  jak  przy  dźwiękach 
umierającego  futrzaka.  Od  tamtej  pory  urządziliśmy  sobie  też  „Noc  zabijania  kociaka",  „Noc  zabijania 
szczeniaka" a także „Noc zabijania świnki wietnamskiej" — o rany, ta to się wydzierała! Usłyszała to jakaś 
panienka ze szkoły weterynaryjnej i wleciała do pokoju z wrzaskiem, żeby przerwać nam zabawę, więc Tish 
musiała  usiąść  na  jej  brzuchu.  Potem  przywiązaliśmy  ją  do  barku  i  wyglądało  na  to,  że  sytuacja  zaczyna 
wymykać się spod kontroli, bo dwóch piłkarzy zaczęło ją jakby gwałcić, ale  — wierz lub nie — jej się to w 
końcu spodobało. Skończyło się na tym, że ci dwaj ładowali ją z obu stron niczym jakąś profesjonalistkę. W 
tym samym czasie Brent, który kończy medycynę, wydłubywał śwince oczy (Tak! Ona ciągle żyła! Ciekawe, 
gdzie była jej mamusia — albo czy coś ją to obchodziło?). Mieliśmy też maty problem, który jednak obrócił 
się na naszą korzyść. Inez, nasza dozorczyni, zagroziła, że poskarży się dziekanowi. Ale powiedzieliśmy jej, 
żeby  się  zamknęła,  bo  doniesiemy  na  nią  do  Urzędu  Imigracyjnego.  Aby  dać  jej  nauczkę, 
zaimprowizowaliśmy „Party z torturowaną dozorczynią". Nie, nie zabiliśmy jej — ale jak już napędziliśmy 
jej stracha, to wszyscy po kolei zaczęli na nią sikać (a następnego dnia zwolniła się). 

Później, jak już się pieprzyliśmy, Tish wyznała mi, jak bardzo chciała ją zabić — stwierdziła, że po czymś 

takim cudownie byłoby się trochę po-pierdolić. Nie wiem, bo nigdy nikogo nie zabiłem. Czasami wydaje mi 
się,  że  miałbym  ochotę,  ale  byłby  z  tego  za  duży  kanał  gdybym  wpadł  Mam  rok  do  skończenia  studiów,  a 
potem jeszcze trzy lata szkoły biznesu, więc nie chcę ryzykować żadnych długoterminowych spraw. Słyszałem 
o różnych miejscach w Tajlandii, gdzie można kupić sobie kogoś do zabicia (zwykle jest to jakiś małoletni 
obdartus  płci  męskiej  lub  żeńskiej,  który  musi  wyżywić  swoją  rodzinę).  Byłaby  niezła  zabawa.  Może 
pojedziemy tam podczas naszego miesiąca miodowego? Tish zawsze mówi, że przemoc, to najprawdziwszy 
duch Matki  Natury. Markiz  de  Sade twierdził,  ze okrucieństwo  jest czymś  absolutnie  naturalnym. Jesteśmy 
więc chyba ekologami, co? A Ty i Mickey jesteście naszymi pogańskimi bożkami. Gdybyśmy z Tish nie byli 
tak daleko z naszymi studiami, to robilibyśmy to samo, co Wy. Zabijcie tam parę sztuk za nas! 

Josh G. Stanford University Palo Alto, Kalifornia 
*** 
Pani Mallory Knox 
W  imieniu  przedsiębiorstwa  Interpacific  Product  Company  Ltd.,  jesteśmy  upoważnieni  do 

zaproponowania Pani 15 tysięcy dolarów za prawo do wykorzystania jej sylwetki i podobizny jako wzoru do 
produkcji dziecięcych zabawek, np. 

(1) Pluszowa lalka Mallory Knox „do ściskania", 30 centymetrów 
(2) Pudełko na lunch i termos „Mallory Knox" 
(3) Sprężynowy grzebień „Mallory Knox" 
(4)  Nalepki na rower „Mallory Knox" 
Prosimy o konsultację 
Galen Eng (numer faksu załączony) 
*** 
Droga Mallory 
W magazynie „Spin"przeczytałam, że nie wolno Ci mieć nawet ołówka, więc chcę Ci powiedzieć, że nic 

się nie stało, że nie odpisałaś. Odpisałabyś, gdybyś mogła. 

No  więc  zaczęłam  chodzić  z  Garrettem  (ten  gość  ze  spluwą)  i  okazuje  się,  że  on  jest  jeszcze  bardziej 

super niż myślałam. W głębi serca, tak naprawdę, to on jest „pluszowym misiem". Zakłada tylko tę „maskę" 
dupka, żeby ludzie trzymali się od niego z daleka, ponieważ obawia się, że jeśli ktoś podejdzie zbyt blisko, to 

background image

może temu komuś zrobić coś złego. Parę miesięcy temu Sassy ułożył całą teorię, tak że teraz wszystko ma 
sens. 

I tak, dosyć zabawnie, od ostatniego razu moje życie staje się coraz fajniejsze. Ma w tym z pewnością 

swój  udział  jakaś  psychiczna  więź  pomiędzy  nami,  Twoje  rady  docierają  do  mnie,  nawet  jeśli  nie  zdajesz 
sobie z tego sprawy. Garrett stanowił niewątpliwie właściwy wybór. 

Tak  więc  dam  Ci  znać,  kiedy  zabiję  moich  rodziców.  Ćwiczę  teraz,  żeby  mieć  dobre  oko,  tak  że  nie 

potrwa to zbyt długo. 

Sara Wu Newhall, Kalifornia 
*** 
Mallory 
Na razie nie znasz mnie, ale przysłano mnie, abym Ci pomógł. 
Początkowo  myślałem,  że  będzie  odwrotnie,  ponieważ  Ty  i  Mickey  pomogliście  mi  przejrzeć  na  oczy, 

wtedy,  w  „Wieży  Strażniczej".  Ale  teraz  wiem,  że  była  to  tylko  część  jakiegoś  większego  planu.  Trudno 
wyobrazić sobie, jak daleko sięga ta sieć, albo jak mocne są te nici, które trzymają nas razem. Zaufaj mi — 
gdy nadejdzie czas, będę we właściwym miejscu. 

Owen 
 
Po  śmierci  naczelnika  więzienia,  Dwighta  McClusky'ego,  w  jego  biurze  znaleziono  ponad  1100  nie 

otwartych  i  nie  przeczytanych  listów,  zaadresowanych  do  Mallory  Knox.  Podczas  pobytu  w  więzieniu 
Stateville, Mallory oficjalnie otrzymała jedynie cztery przesyłki: dwa czasopisma i dwa rachunki. 

 

13 

Zgromadzonym w więzieniu Batongaville i trawiącym tam czas wyrzutkom, odmieńcom i potępieńcom, 

nastrój  miejsca  dyktowały  nieodmiennie  agresywne  odgłosy  muzyki  gangsta  rap.  Regularne,  niczym 
uderzenia  serca,  dźwięki  docierały  do  najgłębszych  wnętrzności,  mieszając  jednocześnie  swe  nikczemne 
jestestwo  z  potem,  strachem  i  prymitywną  wściekłością,  które  trzęsły  całym  budynkiem  więzienia  wraz  z 
jego posadami. 

To właśnie owa natarczywa muzyka stanowiła ścieżkę dźwiękową do skąpanej w nudzie atmosfery tego 

więzienia,  do  rozciągających  się  pod  ciężarem  trudnych  do  zniesienia  godzin,  minut  i  sekund,  których 
nieprzerwany strumień wyznaczał przemijanie kolejnych dni. Dzięki muzyce, mroczna natura ludzkiej duszy 
mogła przemówić własnym głosem — tę mroczną naturę, prawomyślne społeczeństwo zawczasu odgrodziło 
od  siebie  ścianami  kolczastego  drutu  i  szeregami  uzbrojonych  strażników.  Tak,  jakby  chciało  zaprzeczyć 
istnieniu mocy, jaką wyzwalały jej własne, najbardziej prymitywne zachowania. 

Batongavllle nie dawało żadnej szansy ucieczki. 
Dwudziestodwuletni strażnik, Shawn Devlin nosił krzyżyk na szyi. Przemierzając więzienne korytarze 

doznawał często sprzecznych odczuć jeśli chodzi o wiarę w Boga. Nie miał jednak ochoty brać pod uwagę 
swego błędu i skazywać się na nieskończone męki ogni piekielnych (nie przypuszczał zresztą, że owe męki 
mogłyby  być  czymś  gorszym  niż  spędzony  w  Batongaville  dowolny  okres  czasu).  Ale  pieniądze,  które 
otrzymywał  były  nienajgorsze,  godziny  pracy  rozsądne,  a  dla  faceta  o  wzroście  ponad 190  centymetrów  i 
wadze prawie 120 kilogramów, który dodatkowo lubił pograć sobie w piłkę, takie zajęcie nie było specjalnie 
wymagające.  Z  drugiej  strony,  powierzone  mu  zadanie  eskortowania  tego  słynnego  Wayne'a  Gale'a  z 
telewizji  (który  od  momentu  przybycia  do  Batongaville,  zachowywał  się  jakby  wylądował  na  swej  nowej 
posiadłości), było chyba najdziwniejsza rzeczą, o jaką kiedykolwiek go poproszono. 

O  piątej  nad  ranem  pod  więzienie  zajechał  ogromny  konwój  półciężarówek,  ale  przeprowadzenie 

wywiadu  odłożono  na  wieczór,  po  zakończeniu  meczu  Superbowl.  Shawn  postawił  na  Buffalo,  choć 
wiedział, że najprawdopodobniej wygra Dallas; do tego stopnia nie znosił drużyny Cowboys. Żałował też, że 
nie  będzie  mógł  pobiegać  trochę  z  kolesiami  za  piłką,  wypić  kilku  piw  i  powydzierać  się  na  drużynę  z 
Buffalo  za  to,  że  okazali  się  takimi  tyłkami  I  oddali  prowadzenie  już  w  pierwszej  kwarcie,  co  zresztą 
prawdopodobnie  nastąpi.  Shawn  pomyślał  jednak,  że  oglądanie  tego  małego  natręta  rozmawiającego  na 
żywo z Mickeyem Knoxem da mu na następne kilka lat temat do niezliczonych rozmów z kobietami, które 
będzie miał okazje spotykać w barach. 

Gdy przyjmował to zadanie, nie miał najmniejszego pojęcia, w jak burzliwą historię się wplątuje. 

background image

Eskortując ekipę, podążającą centralnym korytarzem ku sali odwiedzin, czyli tam, gdzie miało odbyć się 

„odkrycie kart", jak określał to Wayne, Shawn otrzymał notatkę od producentkł programu Wayne'a, Julie, u 
której  szybko  zdołał  rozpoznać  wrodzony  brak  języka.  Julie  zabrała  się  do  wypisywania  liścików  swoim 
przeraźliwie nieczytelnym charakterem i podsuwała je Shawnowi gdy tylko chciała się czegoś dowiedzieć. 

„Czy to miejsce jest niebezpieczne dla kobiet?" — zasięgnęła informacji. 
Przez  moment  Shawn  pomyślał  o  Helen  0'Halloran, którą  znał  z  kościoła  Baptystów  w  Joliet, a  która 

przywędrowała  do  Batongavllle  w  przypływie  ekstatycznych  wizji.  Duch  Święty  przysłał  ją  tu  z  misją 
odkupienia,  by  mogła  uratować  te  najbardziej  zbłąkane,  grzeszne  duszyczki.  Ale  to,  co  pewnej  niedzieli 
ujrzała  w  Batongaville,  w  korytarzu  odchodzącym  od  skrzydła  B,  przypominało  jedną  z  przepowiedni 
Apokalipsy.  Gdy  przez  moment  znalazła  się  sama,  momentalnie  stała  się  ofiarą  zbiorowego  gwałtu,  jaki 
urządzili sobie na niej ci sami grzesznicy, których przyszła tu nawracać. 

W opinii Shawna, Bóg odwróciłby się od Batongaville nawet gdyby znalazły się tam jakieś anioły. Nie 

chciał jednak zbytnio przerażać dziewczyny. 

— Tak samo niebezpieczne dla kobiet jak dla każdej innej osoby — odparł. 
W  powietrzu  czuć  było  obrzydliwy  smród,  było  to  jednak  normalne  zjawisko,  występujące  Ilekroć 

„skaziki", jak pieszczotliwie nazywał skazanych Devlin (przynajmniej w dobrym towarzystwie), dostawały 
amoku („skaziki" z kolei nazywały strażników „policjantami" nie czyniąc tym samym żadnego rozróżnienia 
wśród umundurowanych gnojków). Ostatnio miał miejsce wypadek pobicia kliku strażników, stąd naczelnik 
McCIusky pozamykał wszystkie cele na cztery spusty. Nie było jednak nikogo, kto regularnie opróżniałby 
pojemniki na śmieci. W pozbawionym wentylacji więzieniu, powietrze było parne i duszne nawet zimą, a 
personel  przesiadywał  w  korytarzach,  pokrywając  się  z  wolna  pleśnią.  Teraz  „skaziki"  znajdowały  się  na 
zewnątrz,  wszelkie  śmieci  w  obawie  przed  wszystko  widzącym  okiem  kamery  wywożono,  ale  zaduch 
utrzymywał się w dalszym ciągu. Później, maszerując już korytarzem, więźniowie albo spoglądali spode łba 
na członków ekipy TV, albo podchodzili do nich wdając się w pogawędki o dupie Maryni. Devlin życzyłby 
sobie jednak, by cała ta banda jak najszybciej znalazła się pod kluczem — w celach, przestępcy naprawdę 
sprawiali o wiele mniej kłopotu. Z czasem Shawn uodpornił się na te wszystkie wyssane z palca historyjki, w 
wymyślaniu których „skaziki" wręcz celowały. Chętnie mógł ich wysłuchiwać jedynie jakiś dobroczyńca z 
zewnątrz  —  dowiadywał  się  wówczas  o  tym,  jak  jeden  więzień  został  niesprawiedliwie  pozbawiony 
wolności,  a  Innemu  odmówiono  prawa  do  należytego  procesu.  Shawn  czasem  zastanawiał  się,  dlaczego 
znajduje  się  tu  tak  wielu  Murzynów  strzeżonych  przez  białych  i  jak  czułby  się  gdyby  role  kiedyś  się 
odwróciły. Starał się nie myśleć jednak o tym zbyt często. 

— Powiedz mi jedną rzecz. Możesz mi powiedzieć Shane, prawda? — zagadnął Wayne. 
— Devlin. Po prostu Devlin. 
— Dobra, powiedz mi Devlin — czy przybycie Mickeya Knoxa miało jakiś wpływ na nastroje tutejszej 

zbiorowości? Wiesz, mordowanie strażników, więźniów i w ogóle. Z punktu widzenia kogoś, kto tu pracuje. 

Devlin wzruszył ramionami i odparł, że nie, raczej nie. Ale gdyby  miał być szczery,  gdyby sądził, że 

Wayne'owi  można  zaufać,  powiedziałby,  że  odkąd  Mickey  zawitał  do  Batongaville,  zaczął  obawiać  się 
czegoś bliżej nieokreślonego. W więzieniu panowały nastroje rewolucyjne. Można było to wręcz wyczuć w 
powietrzu — czasem było ono gorące i przypominało falę niepokoju i zmęczenia, które dosięgają człowieka 
jeszcze  zanim  pojawi  się  u  niego  uczucie  strachu,  a  czasem  zimne  jak  lodowe  palce  dotykające  czyjegoś 
grzbietu.  Wszyscy  nagłe  przestają  rozmawiać,  a  zaczynają  nasłuchiwać,  bo  TO  może  nadejść  w  każdej 
chwili i z każdej strony. Wszechobecna cisza pogłębiała nastrój niesamowitości. W warunkach więziennej 
rzeczywistości cisza jest niebezpiecznym zjawiskiem; to cisza przed burzą. 

Przyjazd tego „domu wariatów na kółkach" gwarantował pogorszenie sytuacji. Devlin nie miał pojęcia, 

dlaczego McCIusky wpuścił tu tego gościa i jego kompanów — w więzieniu wrzało jak w ulu, a ci rządzili 
się  tu  jak  u  siebie.  Nie  miał  pojęcia  dlaczego  naczelnik  pozwolił  wjechać  na  teren  zakładu  karnego 
furgonetce pełnej sprzętu i ludzi i wyładować jej zawartość, jeszcze bardziej podgrzewając ogólny nastrój 
podniecenia. Ojciec Shawna nie pracował już w Departamencie Więziennictwa, ale jego wuj, Vernon, nadal 
był  pracownikiem  Batongaville.  Lubił  powtarzać,  że  "nieważne,  jak  bardzo  sytuacja  może  się  pogorszyć; 
nigdy nie będzie tak, jak podczas zamieszek w roku 1975". Odradzał Shawnowi wszelką obawę, uspokajał 
go, mówiąc, że Knoxowie wkrótce znajdą się w innym więzieniu i że z czasem sytuacja wróci do normy. Ale 

background image

Shawn  nie  pytał  go  o  to.  A  Vernon  —  niby  przypadkowo  —  wybrał  się  na  półtora  tygodnia  z  wędką  do 
Kolorado. 

—Postawmy sprawę jasno — podjął Wayne. 
—Chcę wiedzieć wszystko, co tylko możliwe o BatongaviHe. 
To  ostatnie  słówko  wyartykułował  z  niemal  lubieżnym  zachwytem.  Podobało  mu  się  jego  brzmienie, 

więc powtórzył je kilka razy. 

—Batonga,  Batonga,  Batongaville.  Opowiedz  mi  o  tym  miejscu.  O  jego...  jego...  —  odwrócił  się  w 

stronę  Julie  oczekując  wsparcia.  Pomoc  nadeszła  natychmiast.  —  No  właśnie,  o  jego  Duchu.  Duchu  tego 
więzienia. Muszę wiedzieć, jak to jest—być pozbawionym wolności, z duszą zgruchotaną przez okrutne koła 
amerykańskiego wymiaru sprawiedliwości. 

Wayne rozpędził się na dobre, błądząc w meandrach swego krasomówstwa. Shawn nie pamiętał jednak 

dalszego ciągu, jako że odbierał właśnie rozkazy przesyłane mu za pomocą krótkofalówki —jego przełożony 
nakazywał mu pozostanie wraz z ekipą w holu budynku. 

—Dlaczego się zatrzymujemy? — zapytał, pełen najróżniejszych przeczuć Wayne. — Czy coś jest nie 

tak? Coś ukrywasz przed nami? Coś, czego nie powinniśmy zobaczyć, tak? 

Nie, wyjaśniał Shawn, to tylko więźniowie z AO, którzy idą do jadalni i nikomu nie wolno się z nimi 

porozumiewać. 

Julie błyskawicznie wyjęła długopis i z furią zaczęła coś wypisywać, ale Wayne okazał się szybszy. 
—  AO?  Co  to  jest?  Czy  to  są  więźniowie  polityczni?  Przebywający  w  odosobnieniu?  Czy  to 

administracja  zabrania  im  kontaktów  z  prasą?  —  niecierpliwie  dopytywał  się  Wayne.  Oczyma  duszy 
wpasowywał ten motyw do wcześniej zaplanowanego wywiadu. 

—  Nie  —  odparł  Shawn.  —  AO  oznacza  „Areszt  z  Ochroną".  To  głównie  drobni  przestępcy,  którzy 

mogliby paść ofiarą więziennego ogółu, a także starsi goście nie mający ochoty mieszać się z bandziorami, 
którzy nieformalnie trzęsą więziennymi blokami. 

— To znaczy, że oni są w tej grupie, ponieważ tego chcą, tak? — zawołał z niedowierzaniem Wayne. — 

Niesamowite.  Musisz  mi  o  tym  opowiedzieć  więcej  —  domagał  się,  nie  oczekując  jednak  odpowiedzi. 
Wchodzili właśnie w gigantyczne pięciopiętrowe skrzydło B. 

Było to najdłuższe w kraju więzienie typu korytarzowego. Dosyć obrzydliwe miejsce; przebywali tam 

głównie  starsi  i  co  bardziej  zatwardziali  osobnicy.  Gwałtowne  wybuchy  niepokoju  nie  zdarzały  się  tu  tak 
często jak w rotundzie, gdzie znajdowała się cała masa młodych i gniewnych łobuzów, ale jeśli dochodziło 
już do awantury, to w rezultacie zawsze wywożono kogoś nogami do przodu. 

— Za co ten tu siedzi? A ten? A ten? — dopraszał się szczegółów Wayne. — O Boże, podoba mi się tu. 

To wszystko jest takie ... takie ... prawdziwe. 

Shawn zmienił się więc w więziennego przewodnika. 
CELA  NR  2543:  Raymond  Sojack.  56  lat, jeden  z  bardzo  niewielu  białych  w skrzydle  B.  Skazany  w 

styczniu 1993 za zamordowanie nożem swojej żony i dwójki dzieci na przedmieściach Chicago. Księgowy, 
którego  największym  w  życiu  majątkiem  była  chyba  karta  parkingowa.  Jego  prośba  o  uznanie  go 
niepoczytalnym  z  powodu  nadmiernych  obciążeń  natury  ekonomicznej  została  odrzucona  przez  ławę 
przysięgłych.  Od  momentu  przybycia  do  Batongaville,  Raymond  odnalazł  Boga  i  wyraził  żal  za  swoje 
grzechy.  Poświęcił  dużo  czasu  pomagając  więziennemu  kapelanowi,  co  pozwoliło  mu  na  dodatkowe 
przywileje, niedostępne dla innych więźniów. Devlin wyrażał się o nim dosyć sceptycznie, ale w końcu co 
go to obchodziło. 

CELA  NR  2544:  Big  Al  Forrester.  Drugi  w  hierarchii  członków  największego  gangu  w  kraju.  Prawie 

dwa metry wzrostu, uszkodził wagę w gabinecie lekarskim, która była w stanie ważyć do 140 kilogramów. 
Nikt nie dowiedział się, ile waży naprawdę. Gdy w skrzydle B pojawili się nowi goście, którzy dodatkowo 
spodobali się Alowi, jego „przyboczny", Dave „Mad Dog" MacMillan zapraszał klienta na spotkanie z Alem 
w  jego  celi  —  zaraz  przed  wieczornym  zamknięciem.  Dlaczego  warto  iść?  Al  poczęstuje  cię  taką  ilością 
„medykamentów",  że  prawdopodobnie  nie  będziesz  w  stanie  niczego  odczuwać.  Dlaczego  nie  warto  iść? 
Skończysz z połamanymi gnatami. Big Al lubował się w bolesnych i rozległych złamaniach — zwykle kości 
bioder. Porada „Mad Doga" dla potencjalnych ofiar Big Ala: „powinieneś ładnie pachnieć i mieć na sobie 
coś ozdobnego". 

background image

CELA  NR  2545:  „Slim"  Acosta.  16  lat,  ale  nie  wygląda  na  więcej  jak  12.  Skazany  za  strzelanie  i 

zamordowanie  innego  nastolatka  w  celu  zdobycia  jego  kurtki.  Do  Batongaville  przybył  bez  żadnych 
powiązań z gangami, które uchroniłyby go przed staniem się „pożywką" dla Big Ala lub też kogokolwiek, 
kto miałby na niego ochotę. „Takiego gościa możesz znaleźć któregoś dnia zwisającego na prześcieradle pod 
sufitem", dopełnił prezentacji Devlin. 

CELA  NR  2556:  Devlin  określił  tego  „pensjonariusza"  mianem  Chester-Molester.  Po  raz  pierwszy  i 

ostatni  zapytał  więźnia  co  takiego  zrobił,  że  tu  wylądował.  „Moja  praca  jest  znacznie  łatwiejsza,  gdy  po 
prostu niczego nie wiem" — wyjaśnił potem. 

CELA NR 2558: Owen Traft. Na pewno nie był to typ, jakich zwykle spotyka się w Batongaville. Zbyt 

przeciętny. Devlin pamiętał, że gdy Wayne przechodził obok celi, Owen wstał, chwycił za kraty i zawołał— 
„Ty jesteś Wayne Gale! To wszystko nie jest chyba tak prawdziwe jak w telewizji, co, panie Gale?" Devlin 
pomyślał, że był to żart czy coś w tym rodzaju, ale jeśli rzeczywiście był to żart, to nie wyglądało na to, że 
facet się na nim poznał. Skomentował go bez cienia uśmiechu na twarzy. Devlin poczuł nieprzyjemny skurcz 
żołądka. 

Do  beztrosko  przemierzającego  więzienne  korytarze  Wayne'a  nie  dotarło  jednak  ani  jedno  słowo  — 

rozmawiał bowiem przez swój telefon komórkowy, który o mały włos zostałby mu najzwyczajniej w świecie 
odebrany przy bramie. Ekipie w zasadzie nie pozwolono na wejście na teren zakładu karnego, ale strażnicy, 
do których należało sprawdzenie wnoszonego sprzętu byli akurat czymś bardzo zajęci. Producent filmowy, 
Don Murphy, rozkładał więc aparaturę rodem z Hollywood domagając się widzenia z Mickeyem Knoxem 
zanim  zostaną  wypatroszone  jego  półkule  mózgowe  i  nie  będzie  w  stanie  podpisać  kontraktu  na 
przeniesienie  praw  do  sfabularyzowania  jego  życiorysu.  Wayne  nie  przyjmował  do  wiadomości  pozycji 
Murphy'ego jako najlepszego fachowca (największego gnoja) w Hollywood. Chętnie przy tym wyzwałby go 
na pojedynek za to, że ten ośmielił się wkroczyć na jego grunt, postanowił to jednak odłożyć do następnego 
razu  —  kiedy  to  dorwie  Murphy'ego  nad  półmiskiem  jego  ulubionych  ostryg.  Na  razie  dziękował  Bogu  i 
Murphy'emu za okazję do przemycenia swojego komórkowca. 

Gdy w skrzydle B Wayne mijał celę Owena Trafta, Devlin zauważył, że gwiazda TV była zbyt zajęta 

rozmową  ze  swoją  dziewczyną  by  coś  w  ogóle  zauważyć.  Ming  nie  była  specjalnie  zachwycona  ostatnim 
prezentem Wayne'a i chciała go wymienić. 

—  Wymienić?  To  jest  bransoletka  od  Tiffany'ego,  a  nie  bilet  lotniczy  —  krzyczał  podenerwowany 

Wayne. 

Gdyby telefon nie absorbował go aż tak bardzo, Wayne zwróciłby być może uwagę, że więźniem, który 

z nieprzytomnym wręcz uporem podążał za nim, był Owen Traft. Ten sam Owen Traft, który swego czasu 
przysporzył  dodatkowej  widowni  największej  konkurentce  Wayne'a,  Oprah  Winfrey.  Incydent  sprawił,  że 
Wayne miał ochotę na miesiąc zanurzyć się po uszy w wielkiej butli Prozaku  — z pewnością wylazłby z 
wściekłości ze skóry gdyby tylko uświadomił sobie, kim jest ów Owen. Ale nasz bohater nie należał do osób 
świadomych w stu procentach tego, co się wokół nich dzieje; nie zdał sobie też sprawy, że nieprzypadkowo 
wszyscy razem znaleźli się jednocześnie tu, w Batongaville. 

Tematem dnia były wtedy „kobiety, które kochają zbyt mocno". Był to stary slogan, przyciągający gości 

i  różnego  rodzaju  specjalistów,  którzy  jednak  sami  nie  byli  w  stanie  wypełnić  całego  programu. 
Wybrzmiewała właśnie muzyczna czołówka, gdy na scenie pojawiła się Oprah Winfrey, a kamera omiatała 
swym obiektywem radosne twarze widzów, klaszczących głównie dla samego klaskania — przypominało to 
odgłosy morskich fal przeciskających się przez nadbrzeżne skały. Jak zwykle, oklaski trwały około dwunastu 
sekund,  po  czym  gospodyni  programu  zadała  pierwsze  pytanie:  „Drogie  panie,  czy  kiedykolwiek 
zastanawiałyście  się  nad  tym,  czy  nie  kochacie  swych  mężów  za  bardzo?  Dziś  porozmawiamy  o  tym  z 
trzema  kobietami,  które  wobec  swoich  mężczyzn  zastosowały  miłosną  dietę,  a  także  dowiemy  się  od 
ekspertów, jak powiedzieć ukochanemu, że traktujemy go lepiej niż na to zasługuje. Rozumiemy, w czym 
rzecz, moje panie?" 

Kobiety  na  widowni  podniosły  radosną  wrzawę,  kilka  domowych  gospodyń  w  bawełnianych  bluzach 

uniosło ręce do góry niczym jakieś wyleniałe wodzirejki. Wciąż świecił się napis OKLASKI. „Powiem wam 
coś  —  dziś  program  tylko  dla  pań!  Zgadza  się?"  Oprah  z  kamiennym  wyrazem  twarzy  obróciła  się  ku 
kamerze: „Dziewczyny, przysuńcie teraz wasze fotele bliżej telewizorów, mamy wiele spraw do obgadania." 

background image

Po  czterech  konkursach,  którym  towarzyszyły  nieustanne  okrzyki  zawodników  i  publiczności,  trzech 

łzawych  wyznaniach  i  dwóch  przerwach  na  reklamy,  Oprah  rozpoczęła  część  poświęconą  pytaniom  i 
odpowiedziom. Owen rozpoznał dwie pierwsze kobiety, które widział już wśród publiczności w dwóch czy 
trzech poprzednich programach. „Mają wyjątkowe zaufanie do amatorów", pomyślał. 

Przez  cały  czas  Owen  trzymał  w  górze  obie  ręce,  ale  Oprah  konsekwentnie  udzielała  głosu  tylko 

kobietom,  które  stały  i  jak  szalone  machały  ramionami  chcąc  wyrazić  swą  opinię  na  temat  kolejnych 
wypowiedzi gościa programu. 

I nagle, bardzo niewyraźnie, zaczął docierać do niego odgłos: pulsujące dźwięki, głębokie i trudne do 

uchwycenia,  niczym  kotły  w  odległej  sali  koncertowej.  W  miarę  przybliżania  się,  dudnienie  stawało  się 
słyszalne,  a  dźwięk  przypominający  szelest  miotły  po  podłodze,  następujący  przed  i  po  kolejnych 
uderzeniach, głośniejszy. Słyszał też dźwięk bardzo wysoki. A raczej echo tego dźwięku. Przecierając oczy, 
Owen spojrzał przed siebie widząc o wiele wyraźniej niż kiedykolwiek przedtem źródło tych odgłosów. 

Pośrodku  sceny  zwisała  świetlista  kula,  bez  przeszkód  poruszająca  się  po  przestrzeni  studia.  Źródłem 

pulsowania był oślepiający blask reflektora obracającego się wokół siebie o 360 stopni. Owen rozejrzał się, 
ale nikt poza nim nie dostrzegał tego  zjawiska. Banda ślepych idiotów  — pojawia się Wieża, a oni jej nie 
widzą. 

Gdy Oprah odwróciła się, Owen uniósł rękę. Dostrzegła go kątem oka i, cofnąwszy się nieco, podeszła 

do niego. Gdy wstawał, uniosła rękę każąc mu poczekać aż skończy jego przedmówca. Stojąc w odległości 
dosłownie  kilkunastu  centymetrów,  Owen  poczuł  zapach  jej  perfum  i  lakieru  do  włosów.  Gdy  widzowie 
zaczęli wyrażać swą dezaprobatę w stosunku do tego, co właśnie usłyszeli, Oprah przystawiła mikrofon do 
twarzy  Owena,  kiwnięciem  głowy  pozwalając  mu  na  zadanie  pytania.  Do  organizmu  trafiła  nowa  dawka 
adrenaliny. 

— Ehe ... ja mam jedno py-py-pytanie. 
— Słucham. 
Gdy Owen obserwował wirujące światło, wydało mu się, że czas się wydłuża. Dodatkowe sekundy dały 

mu możliwość obejrzenia się w monitorze; studyjne reflektory eksponowały jego rzednącą fryzurę. Miał też 
mnóstwo czasu na sięgnięcie do kieszeni marynarki i chwycenie tego, co należało chwycić. Wreszcie zdążył 
też wyrazić swą kwestię. 

Chciałbym tylko dowiedzieć się — zaczął — czy śmierć jest bolesna. 
Z  kieszeni  wyciągnął  niewielki,  srebrzysty  pistolet,  zaopatrzony  w  niewielkie,  srebrzyste  naboje. 

Podniósł go na wysokość ramienia, wycelował w siedzącą najdalej na lewo parę i strzelił. 

Przypominało  to  użycie  pilota.  Tylko,  że  było  znacznie  głośniejsze.  Uczestnicy  programu,  jeden  za 

drugim,  pochylali  się  na  swych  krzesłach  do  przodu  bądź  do  tyłu,  uderzając  się  w  głowę  lub  w  klatkę 
piersiową. Jak na człowieka, który nigdy w życiu nie strzelał z broni palnej, strzał Owena  był zaskakująco 
brzemienny w skutki. Nieludzki, jak określił go potem jeden z detektywów. 

Na  widowni  uformowało  się  kółko,  podobne  do  tego,  jakie  powstaje  po  wrzuceniu  kamyka  do  wody. 

Ludzie chcieli nagłe znaleźć się jak najdalej od Owena — matki i córki, tratując się nawzajem, pchały się ku 
przejściom  między  siedzeniami.  Było  to  jednak  zbyteczne  —  po  wystrzeleniu  wszystkich  czterech  naboi, 
Owen  próbował  przekazać  wciąż  dymiący  pistolet  Oprze  Winfrey,  która  upadła  na  podłogę  i  pośpiesznie 
starała się przedostać po schodach w górę widowni. 

Gdy tłum szturmował drzwi, Owen spokojnie usiadł na krześle i czekał na policję. Nie stawiał żadnego 

oporu, gdy przyciskali mu twarz do podłogi i skuwali na plecach ręce kajdankami tak ciasnymi, że dłonie 
szybko pozbawione zostały dopływu krwi. Mogli go bić, kopać, pluć mu w twarz, ale on nie przeciwstawiłby 
się w żaden sposób. Starałby się raczej w jak najlepszej formie dotrwać do momentu, w którym przyzna się 
do winy. 

Sprawiedliwości szybko stało się zadość i w ciągu miesiąca Owen Traft znalazł się tam, gdzie chciał się 

znaleźć — w Batongaville. Obecnym domu Mickeya Knoxa. A teraz, co najważniejsze, była tu też Mallory 
Knox,  przynajmniej  na  ten  wieczór,  i  aż  do  następnego  dnia,  kiedy  to  oboje  zostaną  wysłani  do  Nystrom 
Asylum,  ośrodka  zwanego  „Zatoką  Lobotomiczną". Gdy  Owen  obserwował  znikającego  w  głębi  korytarza 
Wayne'a,  był  pewien,  że  wszystkie  elementy  tej  historii  skupiają  się  właśnie  tu,  w  Batongaville.  Wraz  z 
Wayne'em i jego załogą więzienne bramy przekroczyło też coś, co można było wyczuć już wszędzie. Cichy i 
trudny  do  opisania  niepokój,  elektryczny  prąd  oczekiwania,  który  promieniował  ze  wszystkich  korytarzy. 

background image

Owen nie wiedział, jaką rolę wyznaczył mu los, gdy po raz pierwszy usłyszał głosy nakazujące mu rzucić 
pracę, pojechać do Chicago i kupić tam broń. Na razie nie zawiódł się i słyszał je w swych myślach, choć nie 
było jeszcze zbyt jasne, co do niego mówiły. 

To, co miało nadejść, nadchodziło bardzo szybko. 
 

14 

W  tym  samym  czasie,  gdy  ekipa  Wayne'a  Gale'a  instalowała  się  w  Batongaville,  samolot  Katherine 

Ginniss lądował w Albuquerque w Nowym Meksyku. 

Podczas  ostatnich  12  miesięcy,  jakie  upłynęły  od  ujęcia  Mickeya  i  Mallory,  Katherine  Ginniss 

przeczytała chyba wszystko, co zostało na ich temat napisane i to z dokładnością, z jaką w Quantico bada się 
zwykle zawartość kartotek. Była to zresztą część jej manii „całościowego podejścia do statystyki", twierdził 
Dan, chirurg-ortopeda, z którym Katherine widywała się raz po raz. Do pewnego stopnia jego diagnoza była 
trafna. Kathy była kobietą, która ułożywszy puzzle'a przyklejała go do kartonu, po czym zamykała dzieło w 
jakimś ustronnym miejscu. 

Prawdę powiedziawszy, nie była do końca przekonana, że wszystkie elementy układanki z Mickeyem i 

Mallory pasują do siebie jak należy. Nie można było co prawda odrzucić kluczowej kwestii całej sprawy — 
ofiarą  Knoxów  padło  co  najmniej  pięćdziesiąt  osób  —  tu  i  ówdzie  znajdowały  się  jednak  pojedyncze 
ogniwa,  które  inni  w  trakcie  śledztwa  mieli  ochotę  po  prostu  pominąć.  Wyciągano  wówczas  wnioski, 
upychając je na siłę tam, gdzie zupełnie nie pasowały. Jako doktor psychologii kryminalnej, Katherine nie 
była skłonna do tego rodzaju domysłów. Coś jednak w tym wszystkim nie grało. 

W Albuquerque wynajęła samochód i pojechała do Gallup, zanim słońce wstało na firmamencie. Była 

niedziela, pora nietypowa jak na oficjalne spotkanie z koronerem hrabstwa Gallup, ale Katherine poświęciła 
na to swój własny czas. A także swoje własne pieniądze. Na miejsce zajechała po paru godzinach, kiedy to 
niebo nabierało jasno-błękitnych barw nowomeksykańskiego południa. 

Earl Johnson wzorowo pełnił obowiązki koronera i eksperta medycznego w Gallup, działając głównie w 

pojedynkę.  Wyjątkiem  były  wypadki  w  rodzaju  kraksy  trzech  samochodów,  z  których  jeden  lądował  na 
drugim, czy pożar hotelu dla pielęgniarek. Gdy Katherine zadzwoniła do niego z Waszyngtonu, Johnson nie 
przejawił zbyt wielkiego entuzjazmu. A dokładniej rzecz biorąc, był wrogiem tego pomysłu. 

—  Mam  nadzieję,  że  nie  będzie  panu  przeszkadzało,  jeśli  nagram  naszą  rozmowę  —  spytała  Kathy, 

włączając magnetofon. — W naszej firmie to standardowa procedura. 

— Nie, w porządku — odparł Earl. 
GINNISS:  Próba  mikrofonu,  raz,  dwa,  trzy.  Katherine  Ginniss  rozmawia  z  Earlem  Johnsonem, 

ekspertem medycznym, w jego domu w Gallup, Nowy Meksyk. Godzina 14.30. 

JOHNSON: Też używam czegoś takiego. Sony? 
GINNISS: Panasonic. Przy autopsjach, co? 
JOHNSON: Też. I piszę książkę. 
GINNISS: Chyba nie o Mickeyu i Mallory? 
JOHNSON: Proza. O ekspercie medycznym z małego miasta, który rozpracowuje morderstwa, z którymi 

nikt inny nie daje sobie rady. 

GINNISS: Tak jak w tym programie Quincy. 
JOHNSON: Nie bardzo. Proszę, oto coś, co może się pani przydać. 
GINNISS: Czy to wszystko, co ma pan na temat Hailey Robbins? 
JOHNSON: Tylko to będzie pani potrzebne. 
GINNISS: To nie jest odpowiedź na moje pytanie. 
JOHNSON: Przykro mi. 
GINNISS: Czy będę mogła zobaczyć inne materiały? 
JOHNSON: To, co jest pani potrzebne, znajduje się tutaj. 
GINNISS: Powiedzmy, że zadowolę się tą odpowiedzią. 
JOHNSON: Jestem pewien, że pomyśli pani również nad następnymi pytaniami. 
GINNISS: Panie Johnson — doktorze Johnson — nie chcę, by pomyślał pan, że odbywa się tu śledztwo 

przeciw panu, bo tak nie jest. Przyjechałam do pana, ponieważ stwierdziliśmy pewne nieścisłości pomiędzy 
morderstwem Hailey Robbins, a innymi, które przypisywano Mickeyowi i Mallory. 

background image

JOHNSON: Na przykład? 
GINNISS: Na przykład, dlaczego ona jedna została zabita, podczas gdy resztę zakładników puszczono 

wolno  —  jeśli  w  ogóle  była  zakładnikiem.  Żadna  z  wcześniejszych  ofiar  Knoxów  nie  została  uduszona. 
Żadnej z ofiar nigdy nie ruszano z miejsca wypadku. Nie potrafimy również wpasować tej śmierci w znany 
nam  ciąg  wypadków.  Nie  oskarżam  pana  o  żadne  błędy,  oczekiwałam  jedynie,  że  odpowie  pan  na  kilka 
pytań. 

JOHNSON: Może więc za jednym zamachem odpowiem na pani zarzuty, jeśli zadowoli to wysoki sąd. 

Po  pierwsze,  tę  młodą  kobietę  trzymano  jako  zakładniczkę  w  podobny  sposób  jak  pozostałe  trzy  ofiary. 
Szczegóły są prawie identyczne. 

GINNISS: Poza tym, że trójka zakładników żyje, a Hailey Robbins nie. 
JOHNSON:  Pani  Ginniss,  to  pani  wydział  ma  zajmować  się  tym  dlaczego  została  zamordowana.  Ja 

zajmuję  się  konkretnymi  faktami  —jak  została  zamordowana.  Uduszono  ją—dowody  na  to  są 
niepodważalne. 

GINNISS: Nasi znajomi dokonywali tego zwykle za pomocą noża lub broni. 
JOHNSON: Korzystali też czasem z ognia, akwarium i Heinekena, jeśli się nie mylę. Uduszenie nie jest 

aż takim odstępstwem od zasad, jeśli rozważymy wszystko w tym kontekście. 

GINNISS: Uważa pan, że podobnie jak pozostali, Hailey Robbins została przed uduszeniem związana? 
JOHNSON: Zgadza się. 
GINNISS:  A  przecież  pański  raport  nie  stwierdza  w  żadnym  punkcie,  że  znaleziono  jakieś  rany  na 

nadgarstkach czy kostkach. Żadnych śladów włókien, odparzeń — nic. Jeśli ją związano, to chyba starała się 
jakoś  pokonać  opór  więzów—choćby  do  momentu,  w  którym  rany  zaczęły  krwawić  i  stało  się  to  zbyt 
bolesne. 

JOHNSON:  Jeśli  sugeruje  pani,  że  mogłem  przeoczyć  coś  tak  ważnego,  to  proszę  rzucić  okiem  na 

fotografie. Przejrzeć materiały. Znajdzie tam pani zdjęcia całych i zdrowych nadgarstków i kostek. Ale fakt, 
że nie ma na nich żadnych odparzeń, nie oznacza, że dziewczyna nie była związana. Mogli ją skrępować na 
wiele sposobów — na przykład taśmą klejącą. 

GINNISS: Zostałyby jakieś resztki na skórze — a pan tego widocznie nie sprawdził. Taśma wyrwałaby 

też włosy na nadgarstkach gdyby ją odklejano. A zresztą po co Mickey i Mallory mieliby ją odklejać? Czas 
spędzony na „sprzątaniu po sobie" wskazywałby na pewną niekonsekwencję w postępowaniu, lub na jego 
zrytualizowanie. Nie wiem, czy przejrzał pan pozostałe czterdzieści dziewięć raportów — Mickey i Mallory 
nie słynęli raczej z tego, że pozostawiali po sobie porządek. 

JOHNSON: W porządku, pani Ginniss. Chciałbym teraz dowiedzieć się, dlaczego pani tu przyjechała. 

Chciałbym dowiedzieć się, dlaczego uważa pani za konieczne rozdrapywanie tej tragedii na nowo, ponowne 
przysparzanie  bólu  i  cierpień  nie  tylko  moim  ludziom,  ale  również  rodzinie  Robbinsów,  która  przez  cały 
ostatni rok starała się, by ich córka spoczywała w spokoju. 

GINNISS: Panie doktorze ... 
JOHNSON: Przyjeżdża tu pani ze swą legitymacją i ze swym gównianym nastawieniem i wmawia mi 

pani,  że  niewłaściwie  zabrałem  się  do  sporządzania  ekspertyz,  choć  tak  naprawdę,  to  tylko  ja  mam  tu 
odpowiednie  kwalifikacje  do  wypowiadania  się  w  kwestiach  medycyny  sądowej.  Pani  tu  nie  ma  nic  do 
roboty,  nikt  tu  pani  nie  zapraszał.  Na  biurku  w  moim  pokoju  leży  wizytówka  inspektora  Clarka,  pani 
przełożonego,  jeśli  dobrze  pamiętam  —  i  nie  zawaham  się  zadzwonić  do  niego  jeśli  natychmiast  nie 
przestanie pani zadawać tych wszystkich pytań. 

GINNISS: Panie doktorze, oglądam w tej chwili sprawozdanie pochodzące z materiałów, które mi pan 

wręczył  —  stwierdza  się  tu,  że  spod  trzech  paznokci  lewej  ręki  wydobyto  fragmenty  tkanki  skórnej. 
Prawdopodobnie znalazły się tam, gdy ofiara broniła się przed napastnikiem. 

JOHNSON: To zdarza się bardzo często. 
GINNISS: Ale nie znalazłam tego w raporcie. 
JOHNSON: Z pewnością musiała pani to przeoczyć. 
GINNISS: Dzięki temu możemy przyjąć, że Hailey nie była związana. Trochę trudno jest drapać kogoś, 

mając ręce związane na plecach. 

JOHNSON:  Zdecydowanie  nie  nadążam  za  panią.  Przykro  mi,  ale  muszę  zadzwonić  do  Inspektora 

Clarka. 

background image

GINNISS: W sprawozdaniu napisano, że w tkance znajdowała się grupa krwi 0, a wiadomo, że zarówno 

Mickey, jak  i  Mallory  mają  grupę  krwi  A,  prawda? Kogo  więc ta dziewczyna  drapała?  Swego  mordercę? 
Jeśli tak, to jedno wiemy na pewno — nie byli to Mickey i Mallory Knox. 

JOHNSON: Jest na to jeszcze jedno wytłumaczenie. Jeśli może się pani zamknąć na dwie sekundy, tak 

żebym mógł się skupić ... 

GINNISS:  Pan  wiedział,  że  nastąpiła  pomyłka,  dlatego  nie  włączył  pan  tego  do  raportu.  Świadomie 

zataił  pan  jeden  z  dowodów  w  sprawie  prowadzonej  przez  władze  federalne.  Oprócz  tego,  że  jest  to 
przestępstwo, to również znalazł się pan na najlepszej drodze do utracenia licencji eksperta. 

JOHNSON:  To  tylko  przeoczenie.  Nic  więcej.  Zauważyłem  je  miesiąc  po  ukończeniu  całej 

dokumentacji. 

GINNISS: Miał pan możliwość uzupełnienia kartotek. Jest to normalna rzecz przy takich sprawach. 
JOHNSON: To nie jest Waszyngton, pani Ginniss. Jesteśmy w Gallup. I proszę mi wierzyć, albo i nie, 

takie rzeczy nie zdarzają się tu co dzień. Najczęściej stwierdzam „No cóż, to było samobójstwo", albo „Nie, 
kierowca był pijany". To, co zrobili ci ludzie jest najbardziej przerażającą rzeczą, jaką w życiu widziałem. 
Ten Azjata, którego Mickey załatwił w aptece Drug Zone ... proszę mi wierzyć, to było naprawdę ciężkie 
sprzątanie. Mam na myśli kawałki jego czaszki, które tkwiły w ścianie ... 

GINNISS: Wierzę panu. 
JOHNSON: I wtedy zauważyłem, że grupy krwi nie zgadzają się. Zapytałem wówczas samego siebie — 

kto naprawdę skorzysta na dalszym ryciu w tej całej sprawie? Ta dziewczyna, Hailey Robbins już dawno nie 
żyje, obojętnie co by tu mówić. A więc, czy naprawdę warto ciągnąć jej rodzinę przez to wszystko jeszcze 
raz?  Oni  wierzą,  tak  jak  i  ja,  że  ich  córkę  zabili  Mickey  i  Mallory.  Nie  potrafię  umieścić  ich  na  miejscu 
przestępstwa,  ale  w  głębi  serca  wiem,  że  tak  wygląda  prawda.  Przykro  ml,  ale  nie  widzę  sensu  w 
rozdrapywaniu starych ran. 

GINNISS: Ponieważ prawdziwy zabójca Hailey Robbins uniknął kary. 
JOHNSON: Jest pani osobą żądną rozgłosu. Proszę się przyznać. 
GINNISS: Panie doktorze, gdzieś na wolności znajduje się morderca. 
JOHNSON:  Proszę  zaufać  człowiekowi  z  dwudziestoletnim  stażem,  pani  Ginniss.  Mordercy  są 

wszędzie. 

Katherine Ginniss zadzwoniła do swojego sekretarza, przerywając mu przy okazji organizowaną przez 

lokalną parafię zabawę na wolnym powietrzu, połączoną z jedzeniem pieczonego na rożnie mięsa. Sekretarz 
miał,  tak  szybko,  jak  było  to  możliwe,  znaleźć  Jacka  Scagnettiego.  I  oto  po  paru  minutach  napłynął 
meldunek  —  Scagnetti  znajdował  się  już  na  terenie  Batongavllle  mając  w  perspektywie  eskortowanie 
Mickeya i Mallory podczas jutrzejszego przewożenia ich do ośrodka Nystrom. 

Katherine  oceniła,  że  do  Albuquerque  wróci  na  godzinę  11.00.  Startując  o  11.45,  powinna  stamtąd 

dolecieć  do  Chicago  na  15.00  i,  biorąc pod uwagę  uliczne  korki,  około  17.00  znaleźć się  w  Batongaville. 
Nakazała więc sekretarzowi zarezerwowanie miejsca w samolocie. 

Powoli wszystko zaczynało układać się w całość. 
Jack Scagnetti wędrował po korytarzach Zakładu Karnego Batongaville, starając się przypomnieć sobie 

ilu, na przestrzeni ostatnich lat, wpakował tu morderców. Obliczył, że około tuzina, choć ich twarze nieco 
pozacierały mu się w pamięci. 

Oprócz twarzy Mallory Knox. Oprócz tej jedynej na świecie twarzy. Pamiętał dobrze, jak legła mu w 

ramionach, gdy niósł ją tej pamiętnej nocy — z zewnątrz wyglądał na sumiennego policjanta wykonującego 
powierzone  mu  zadanie,  ale  tak  naprawdę,  to  ukradkiem  troskliwie  otoczył  Mallory  ramieniem  niczym 
Salome, niosąca głowę Jana Chrzciciela. Teraz, Scagnetti miał ponownie spotkać swą ofiarę. 

Mijała właśnie połowa meczu, który, miał okazać się pogromem Buffalo Bills — wynik brzmiał 20 : 3 

na ich niekorzyść. Prawie całe więzienie z zapartym tchem obserwowało, jak Bills dostają po dupskach, a nie 
niepokojony przez nikogo Scagnetti postanowił odświeżyć znajomość z Mallory. 

Oto  dlaczego  zgodził  się  tu  przyjechać.  Nie  po  to,  jak  wyobrażał  to  sobie  ten  idiota  McCIusky,  by 

roztrzaskać mózg Mickeyowi w trakcie nierównej walki, podczas której tego biednego sukinsyna przykutoby 
kajdanami do krat jakiegoś więziennego autobusu w samym sercu pustyni Mojave. Scagnetti chciał jeszcze 
raz ujrzeć Mallory. 

background image

Zastanawiał się, jak trudne okaże się zgubienie dwóch "napakowanych" kowboi, których zadaniem było 

chronić słynnego detektywa. Tak, jakby ten potrzebował jakiejkolwiek ochrony. 

—Czuję jej zapach — oznajmił mając do niej jeszcze dwa piętra. — A wy? To ten sam zapach, który 

poczułem na jej pościeli w Las Vegas. 

Scagnetti poczuł nagle, że oblewa się potem. Słychać było odgłos jego kroków po linoleum  — czy to 

dlatego Mallory zaczęła śpiewać? Co to za dźwięk, rodzący się gdzieś w oddali? 

—To chyba u pana coś brzęczy, panie Scagnetti — powiedział jeden ze strażników. 
W pokoju sierżanta, Jack wystukiwał numer nieświadomie, kolejne kliknięcia i trzaski powiedziały mu 

jednak, że prawdopodobnie dodzwonił się do telefonu w samochodzie. Po chwili odezwał się kobiecy głos. 

—Detektyw Scagnetti? Tu Katherine Ginniss. 
Ten kurczaczek z FBI... Ostatnia osoba, której się spodziewał, lub od której chciał coś usłyszeć. 
—Kathy, co jest? Szafa nie gra? — zaciekawiło go, czy Kathy zrozumiała delikatną aluzję do własnego 

tyłka. Jeśli zrozumiała, to i tak nie miała ochoty na słowne potyczki. 

— Po pierwsze, drogi detektywie, muszę cię poinformować, że ta rozmowa jest nagrywana. 
— Cóż to, zostałaś moim agentem ubezpieczeniowym czy może bookmacherem? 
— W myśl prawa federalnego, rozmowa musi być jawna. 
— Oj, wy federalni, wy zawsze musicie być najważniejsi, nieprawdaż? 
— Chciałabym zapytać cię o parę rzeczy związanych z jednym z morderstw popełnionych w Gallup. 
— Cholera, znowu Mickey i Mallory? To już historia, pani detektyw — Scagnetti otwarł jedną z szuflad 

biurka i znalazł tam stertę starych „Playboyów". — Oh, przepraszam, ty jesteś detektywem? Nie pamiętam, 
jak oni do ciebie tam mówią. 

— Mówią do mnie „Dr Ginniss", a nie Kathy. Poza tym jestem pracownikiem śledczym FBI. 
—  No  właśnie.  Dobrze,  czym  mogę  pani  służyć,  pani  doktor?  —  na  linii  narastały  szumy.  Katherine 

musiała zbliżać się do granicy zasięgu sieci komórkowej. Jack miał cichą nadzieję, że połączenie zostanie 
może  w  ten  sposób  przerwane.  Dopadła  go  jednak  inna  myśl.  Gdzie  ona  się  znajdowała,  skoro  już  nie 
obejmowała jej sieć komórkowa? Na pewno nie na Wschodnim Wybrzeżu. 

— Co możesz powiedzieć mi na temat Hailey Robbins? 
— Szczerze mówiąc, nie pamiętam tego nazwiska. Czy to była jedna z ofiar? 
— Jej ciało znaleziono w śmietniku kina dla zmotoryzowanych. Niewątpliwie była prostytutką, znaną 

szerzej jako Pinky. 

Scagnetti wyciągnął rękę i jednym pchnięciem zamknął drzwi. 
— I mówisz, że było to w Gallup? 
— Tak. I wiemy też, że byłeś na miejscu zbrodni. 
— Jak to? 
— Podpisałeś policyjny raport, który dokonanie zabójstwa przypisywał Mickeyowi i Mallory Knoxom. 
Siadając z powrotem na krześle, Scagnetti wyjął papierosa z pogniecionej paczki znajdującej się w jego 

marynarce. 

—Taaak,  teraz  sobie  przypominam.  To  było  jedno  z  ich  ostatnich  morderstw.  To  znaczy,  jedno  z  ich 

ostatnich morderstw popełnionych na wolności!—ostatnie zdanie próbował obrócić w żart, ale nie był nawet 
w stanie wymusić uśmiechu na swej własnej twarzy. 

Zanim padło następne pytanie, Jack wtrącił: 
— Nie widzę powodu, dla którego miałoby cię jeszcze coś w tej sprawie interesować, skoro Mickey i 

Mallory podpisali oświadczenie, w którym przyznawali się do zabicia tej kobiety. 

— Podobnie jak czterdziestu dziewięciu innych osób. 
— Dokładnie. Dlatego nazywa się to „masowym morderstwem". 
— W tym tygodniu rozmawiałam z prokuratorami, którzy przygotowywali te zeznania I dowiedziałam 

się,  że Mickey  i  Mallory  nie  byli  wypytywani  o  każde  popełnione  przez  nich  morderstwo.  Do  podpisania 
przedłożono im w zasadzie listę nazwisk — bez żadnych opisów czy lokalizacji. Niemożliwe, żeby zdawali 
sobie sprawę, kim były kolejne osoby z tej listy. 

Scagnetti  zapalił  papierosa,  kładąc  na  biurku  wciąż  palącą  się  zapałkę,  która,  na  stalowym  blacie 

wypaliła ciemną aureolę. 

background image

—  Pozwoli  więc  pani,  że  jej  pomogę  —  obecnie  znajduję  się  w  więzieniu  i  przygotowuję  się  do  roli 

przyzwoitki,  towarzyszącej  naszym  mordercom  w  drodze  do  szpitala  dla  czubków,  dokąd  jedziemy  jutro 
rano. Z przyjemnością zapytam jedno z nich o to, tak, żeby się upewnić. 

— To nie będzie konieczne, drogi detektywie. Ja właśnie tam jadę. 
Jackowi zaschło w gardle. Ręka, w której trzymał papierosa nieco zadrżała. 
— Nie rozumiem za bardzo, po co. 
— Pogadamy o tym, jak już tam będę, detektywie. Po prostu zadzwoniłam, by dać ci znać, że wkrótce 

przyjeżdżam i umówić się na spotkanie w pokoju naczelnika. 

— Pogadamy o tym teraz, pani doktor, Kathy, czy jak tam kurwa chcesz, żeby cię nazywać  — odparł 

Scagnetti, a jego głos wyraźnie zmienił barwę. — Czy ty podajesz w wątpliwość moje umiejętności śledcze? 

Pani Ginniss na moment zamilkła. Na ogół była uprzejmą, rzeczową osobą, jednak po tym, co usłyszała 

od  Scagnettiego,  po  tych  wszystkich  kąśliwych  uwagach  i  zniewagach  jakie  musiała  znosić,  po  ciągłym 
prezentowaniu przez niego typowej dla filmowych „macho" pewności siebie, nie mogła oprzeć się pokusie 
„odgryzienia się". 

—Nie, panie detektywie, uważam, że są najwyższej próby—jeśli tylko tego chcesz. Być może są nawet 

za wysokie. Zawsze zadziwiała mnie twoja niesamowita umiejętność wczuwania się w rolę mordercy. 

Nigdy nie dowiemy się, co działo się wówczas w duszy Jacka Scagnettiego, z ciszy jaka zaległa na linii 

wywnioskował jednak, że gra się zaczęła. Instynktownie, wiedział, że Katherine przypuściła atak; a jeśli tak 
rzeczywiście było, to detektyw stanowił w tym momencie łatwy obiekt działań zaczepnych. Dopiero później, 
gdy opisywane wypadki były już odległą przeszłością i przestały interesować Jacka Scagnettiego i Katherine 
Ginniss,  wyniki  badań  laboratoryjnych  potwierdziły  związek  zdartej  tkanki,  znalezionej  pod  paznokciami 
Hailey  Robbins  z  zadrapaniami  na  twarzy  Scagnettiego  widocznymi  na  taśmie  przedstawiającej  ujęcie 
Mickeya i Mallory w aptece Drug Zonę. 

Kathy miała go w garści. Obsesja Scagnettiego na tle morderców, zrodzona w dniu, w którym Charles 

Whitman  wdrapawszy  się  na  wieżę  obserwatorium  Uniwesytetu  w  Teksasie  zaczął  wybierać  sobie  cele 
wśród przechodniów, kropla po kropli wypełniała każdą kolejną minutę jego życia. Aż nadszedł moment, w 
którym Jack nie mógł już dłużej opierać się pokusie. Ten okropny wypadek, który odebrał życie jego matce, 
miał w sobie jakąś nęcącą moc, równie przyciągającą, co odpychającą; i w końcu Jack nie był już w stanie 
opanować się. Tęsknił za dreszczykiem  emocji, za seksualnym uniesieniem, zarezerowanym dotąd jedynie 
dla tych, których tak wytrwale tropił. 

To był koniec. 
 
Jedna rzecz nie pozostawiała wątpliwości: dla Scagnettiego nie istniała żadna droga ucieczki. Musiałby 

natychmiast  opuścić  więzienie.  Być  może  ten  telefon  był  ze  strony  Katherine  wskazaniem  ewentualngo 
wyjścia?  Może  chciała  go  dodatkowo  pognębić  ścigając  go  po  całym  kraju?  A  może,  jako  koleżanka  po 
fachu, pragnęła, by do końca kariery Jack mógł zachować swą godność. Scagnetti nie był niczego pewien. 
Ale niezależnie od tego, co myślał, oczywistym stało się, że zdecydował się ulec przeznaczeniu. 

— Dobra robota, pani doktor. Wiele osób po prostu przeoczyłoby tak drobne szczegóły. Oprócz pani. 
— Dziękuję, drogi detektywie. Przyjmuję to jako komplement i dobrą wróżbę na przyszłość. 
Cisza. 
— A więc — podjęła — spotkamy się na miejscu. 
— Na pewno nie, jeśli spotkam cię pierwszy — roześmiał się Scagnetti. 
Odłożył słuchawkę i wyszedł z pokoju. Miał przed sobą jeszcze jedno służbowe spotkanie. Z Mallory 

Knox. 

 

15 

Dwight McCIusky nie był szczęśliwym człowiekiem. 
Wyrażając zgodę na wkroczenie Wayne'a Gale'a i jego wędrownej trupy na teren Batongaville w celu 

przeprowadzenia  wywiadu  z  Mickeyem  Knoxem,  nie  miał  ani  przez  chwilę  zamiaru  dotrzymywać  swojej 
obietnicy.  Bawiło  go,  gdy  ten  tak  zwany  „dziennikarz"  myślał  sobie,  że  zawsze  będzie  dostawał  to,  czego 
zażąda.  Obecnie,  Mickey  i  Mallory  mieli  zostać  wysłani  na  trzy  tygodnie  do  Nystrom,  a  na  skutek 
niewiarygodnej  wręcz  biurokracji,  jaka  towarzyszyła  uzyskaniu  zezwolenia  na  zrobienie  czegokolwiek  za 

background image

pośrednictwem  Departamentu  Więziennictwa  stanu  Illinois,  niemożliwością  wydawała  się  w  miarę  szybka 
realizacja  podania  o  przydział  spinaczy  biurowych,  nie  mówiąc już  o  zgodzie  na  zrealizowanie na  terenie 
więzienia telewizyjnego wywiadu na żywo. 

Ale skąd miał wiedzieć, że ten fajfus Gale nosił w swym tornistrze generalską buławę? 
Jeszcze  w  roku  1975,  poprzednik  McClusky'e-go,  Santino  Gonzalez,  który  był  przedstawicielem 

„nowego chowu" funkcjonariuszy więziennych i posiadał wyższe wykształcenie jako pracownik socjalny, w 
swej  pracy  magisterskiej  wypowiadał  się  przeciwko  karze  śmierci.  Pewnego  dnia  w  więziennej  jadalni 
doszło  do  zamieszek  —  odzyskanie  kontroli  nad  rotundą  zajęło  strażnikom  resztę  dnia.  Śmierć  poniosło 
sześć osób. 

Gonzalez  podał  się  po  tym  do  dymisji,  a  obecnie  objeżdżał  kraj  z  serią  odczytów  popierających 

najwyższy wymiar kary. 

W  dniu  wybuchu  buntu,  na  dostanie  się  do  więzienia  w  godzinach  szczytu,  Gonzalez  stracił  półtorej 

godziny,  dojeżdżając,  jak  zwykle  z  Chicago  do  Joliet.  Zanim  dotarł  na  miejsce,  zginęło  już  dwóch 
strażników. Komisja do spraw więziennictwa zadecydowała wówczas, że jego następca będzie rezydował w 
Joliet, dzięki czemu praca naczelnika straciła na atrakcyjności; naprawdę niewielu kandydatów miało ochotę 
na osiedlenie się wraz z rodzinami w prowincjonalnej, „więziennej" miejscowości. 

Jednak  Dwight  McCIusky  toczył  otwartą  walkę  o  posadę  naczelnika  Batongavllle.  Nie  był  może 

najbardziej błyskotliwym kandydatem, nie odznaczał się też najwyższymi kwalifikacjami, kusiła go jednak 
myśl o sprawowaniu żelazną ręką kontroli nad jednym z najostrzejszych zakładów karnych w Stanach. Nie 
musiał martwić się o dzieci, odkąd jeden z jego synów, Dwight poległ w Wietnamie w roku 1968, a drugi, 
Bryon,  podjął  pracę  w  firmie  Alpo  w  CIncinnati,  Ohio.  Jego  czterdziestoczteroletnia  żona  Maxine 
prowadziła  sklep  1001  drobiazgów  w  centrum  Joliet.  Nie  przeszkadzało  jej  życie  w  takim  mieście  —  do 
momentu,  kiedy  po  powrocie  do  domu,  Dwight  raczył  ją  wieczorną  porcją  opowieści  o  nowym  miejscu 
pracy. 

Napięty do granic możliwości McCIusky obserwował, jak ta banda pismaków i gryzipiórków (jak lubił 

ich określać) próbuje przejąć kontrolę nad jego więzieniem. Tacy ludzie potrafili miesiącami błagać władze 
sądowe o pozwolenie na uczestniczenie w egzekucjach wykonywanych przez władze federalne, a potem, już 
w  trakcie  „widowiska"  rzygać  na  siebie  nawzajem.  Zbudowali  sobie  już  specjalne  pomieszczenie  w 
Batongaville, tak by po ewentualnym „przedstawieniu" mogli doprowadzić się do porządku. 

Z  niesmakiem  przyglądał  się  temu  cyrkowi.  Shawn  Devlin,  którego  postawiono  przy  bramie  z  bronią 

gotową  do  strzału  na  wypadek  gdyby  sprawy  naprawdę  wymknęły  się  spod  kontroli,  nigdy  jeszcze  nie 
widział  McCIusky'ego  tak  podenerwowanego.  Naczelnikowi,  jak  zwykle,  towarzyszyła  para  wiernych 
goryli, Kavanaugh i Wurlitzer, dwójka nienasyconych sadystów, chłonąca z oddaniem każde słowo swego 
pana. Shawn wspominał później, że McCIusky nerwowo obracał w palcach przypięte łańcuszkiem do pasa 
szczypce,  którymi  osobiście  miażdżył  nosy  więźniom,  obserwując  jak  inżynierowie  dźwięku,  kamerzyści, 
asystenci  producenta,  charakteryzatorki  i  inni  „niezbędni  pracownicy"  (jak  określono  ich  w  podaniu  o 
wejście  ekipy  na  teren  więzienia),  urządzają  sobie  w  ponurym  budynku  więzienia  jarmarczne  widowisko. 
Rośliny  w  doniczkach,  dywaniki  ze  skóry  zebry  i  skórzane  fotele  stanowiły  jedynie  początek  tego,  co  w 
głębi swej duszy Dwight widział jako jedną wielką, idiotyczną klapę. W tle toczył się mecz SuperbowI, a 
McCIusky, niemal płonąc z nienawiści, przyglądał się Gale'owl. 

Zbliżał  się  koniec  czwartej  kwarty.  Wynik  meczu,  który  okazać  się  miał  dla  Buffalo  „przesławnym 

laniem",  brzmiał  20  :  17  na  korzyść  Dallas.  Spanikowani  goście,  odpowiedzialni  za  program  stacji 
wydzwaniali  od  jakiegoś  czasu  do  Wayne'a,  ostrzegając  go,  że  w  wypadku  dogrywki,  wywiad  zostanie 
opóźniony.  Świdrujący  w  uszach,  przeraźliwy  skrzek,  jaki  wydawał  z  siebie  wówczas  Wayne,  był  w 
zasadzie niemożliwy do odszyfrowania, Devlin zwrócił jednak uwagę, że padła tam groźba poskarżenia się 
teściowi. 

I  jeśli  Wayne  Gale  sprawiał  ogromne  kłopoty,  to  Mickey  Knox  okazywał  spokój  ducha,  właściwy 

jedynie pogrążonym w kontemplacji mistrzom Zen. Z okazji wywiadu zgolił sobie włosy na głowie, a jego 
spojrzenia  rodem  z  amerykańskich  seriali  komediowych,  kontrastowały  z  własnoręcznie  wykonanymi 
tatuażami,  co  w  sumie  sprawiało,  że  wyglądał  bardziej  niepokojąco  niż  kiedykolwiek.  McCIusky  i  Gale 
wydawali  się  nie  dostrzegać  jego  obecności  w  pokoju,  ale  Devlin  był  pewien,  że  mimo  tego  pozornego 
oderwania się od rzeczywistości, nawet najdrobniejsze szczegóły pozostawały w zasięgu uwagi Mickeya. 

background image

Gdy  wprowadzono  go  tu  przed  dziesięcioma  minutami,  cała  ekipa  wstrzymała  w  napięciu  oddech 

patrząc  na  jego  łysą  głowę,  białą  jak  śnieg  skórę  rozciągniętą  na  ogromnej  czaszce,  a  także  na  większe  i 
ciemniejsze  niż  zwykle  oczy.  Jako  pierwszy  z  szoku  otrząsnął  się  Scotty,  szybko  poprawiając  ustawienie 
świateł,  tak  aby  wyeliminowany  został  efekt  „blikowania",  jaki  na  telewizyjnym  ekranie  wywołać  mogła 
łysina. 

—  Miło  cię  znów  widzieć,  Mickey  —  odezwał  się Wayne  wyciągając  na powitanie  rękę. Mickey  był 

jednak ciągle skrępowany łańcuchami, a ręce przymocowane miał kajdankami do pasa. Nie odezwał się też 
ani słowem, obserwując spode łba, niczym tygrys w klatce całe pomieszczenie. 

— Czy moglibyśmy ucharakteryzować ci trochę twoją głowę? — spytał Wayne, starając się wypaść jak 

najbardziej przyjacielsko. Julie cofnęła się nieświadomie, podobnie, jak uczyniła to reszta ekipy. Ale Mickey 
jedynie uśmiechnął się i potrząsnął głową. 

Gdy  strażnicy  sadzali  Mickeya  na  krześle,  Wayne  oczyma  duszy  ujrzał  strzępy  jego  dotychczasowej 

kariery. Obojętnie, ofiarą jakich zabiegów padł tutaj Mickey, musiały one odcisnąć swoje piętno na jednym z 
ośrodków  jego  mózgu.  Do  przeszłości  należało  jego  poczucie  humoru,  błyskotliwość,  indywidualizm  — 
słowem, wszystko to, dzięki czemu stał się „Mansonem lat 90-tych". Zamiast tego, przed Wayne'em siedział 
kolejny Gacy, nudny jak flaki z olejem. 

Nagle, Gale rozejrzał się po pokoju, tak jakby zobaczył go po raz pierwszy. 
„Było nas dwunastu, uzbrojonych w karabiny Mossberga i rozstawionych naokoło", wspominał Devlin. 

„Trudno  sobie  to  wyobrazić,  że  Wayne  po  prostu  nas  wcześniej  nie  zauważył."  Ale  Wayne  podskoczył 
niczym  dekorator  wnętrz,  który  w  pewnym  momencie  odkrył  na  ścianach  domu  Franka  Lloyda  Wrighta 
obraz z jeleniem na rykowisku. 

—O  Boże!!!  —  wrzasnął,  popychając  jednocześnie  McClusky'ego  w  bardziej  ustronne  miejsce.  — 

Dwight  —  nie  masz  chyba  nic  przeciwko  mówieniu  do  ciebie  po  imieniu,  co?  Dwight,  możemy  chwilę 
pogadać? 

McCIusky  przeczuwał  coś  niedobrego,  ale  nerwowym  kiwnięciem  głowy  wyraził  swą  zgodę.  Wayne 

objął naczelnika ramieniem i przeszedł się z nim po sali. 

— Widziałeś tych kolesiów, którzy dla mnie pracują? — spytał Wayne. 
— Tak, widziałem. 
— Fajna paczka, co? 
— Wygląda na to, że tak ... 
Wayne nie czekał na dokończenie zdania. 
— Scott to genialny kamerzysta. Roger jest magikiem od dźwięku. Ten tam, Josh, to świetny operator 

playbacku, jakiego nigdzie nie znajdziesz. Herb i Frank to moi ludzie od świateł, daleko bym bez nich nie 
zajechał. Marla, moja asystentka, absolutnie nieodzowna. I Julie, producent — bez tej „Julii-Ciotuli" to jak 
bez ręki. 

— Ona się tak nazywa? 
— To tylko taka ksywka — odparł Wayne. — No więc to są moi ludzie i tylko oni mi są potrzebni. Po 

paru latach przepracowanych razem, stanowimy coś w rodzaju dobrze naoliwionej maszyny. Albo nie, może 
raczej samochód wyścigowy. Nie, to się nie nadaje. A tak naprawdę, to jesteśmy jak szwajcarski zegarek. 
Mały,  złożony  i  zwarty  ...  niby  nie  powinien  działać  tak  dobrze,  a  jednak  działa.  A  wszystko  dzięki 
znakomitemu rzemiosłu, fachowości i czułej ręce artysty. 

Wayne przerwał na moment, tak aby McCIusky mógł to wszystko strawić. Nie szło za dobrze. 
— Dwight, nie wiem, czy kiedykolwiek występowałeś przed kamerą... 
— No wiesz, zdarzyło się — z dumą potwierdził McCIusky. 
— Naprawdę? — zawołał z udanym entuzjazmem Wayne. 
Devlin obserwował rozbawienie, jakie malowało się na twarzach członków ekipy,  którzy  z pewnością 

podobne sceny musieli oglądać wcześniej. McCIusky cierpiał jednak na największą chyba w stanie Illinois 
manię wielkości, a pochlebstwa Wayne'a tylko ją podsycały. 

— Wystąpiłem jakieś osiem lat temu w programie Książęta Hazardu. 
— No taaak, świat jest mały — westchnął Wayne. — No więc na własne oczy miałeś okazję przekonać 

się,  jak  takie  rzeczy  robi  się  w  Hollywood.  Wszędzie  światła,  generatory,  stu  pięćdziesięciu  członków 
ekipy... 

background image

 
— Tamten program przygotowywało chyba dziewięćdziesiąt pięć osób, może trochę więcej. Nie mówiąc 

już o Generale Lee — tym od Dodge'ów — mieli tam chyba ze trzy czy cztery auta. Wydaje mi się, że na co 
dzień nie idzie im tak dobrze w wypadkach, jak w telewizji. 

—  Dobra  —  Wayne  zdecydowanie  przerwał  początek  opowieści  o  wiekopomnym  spotkaniu 

McClusky'ego  z  Tomem  Wopatem  —  tak  czy  inaczej,  wiesz  już,  o  co  mi  chodzi.  Jest  to  na  pewno  niezła 
zabawa, prawda? 

— Pewnie. 
— No i teraz zobacz  — tu siedzi jakiś dupek  — Wayne pokazał palcem na lewo.  — Następny siedzi 

sobie  tam  i  czyta  gazetę.  Jeszcze  jeden  dupek  usadowił  się  gdzie  indziej.  Wszędzie  same  dupki.  Może 
gdybyśmy  robili  coś  w  rodzaju  „Bach-bach-buzi-buzi",  to  byśmy  ich  tu  potrzebowali.  Ale  nam  chodzi  o 
nastrój intymności. Dwóch ludzi rozmawia ze sobą. Powiedzmy, że przeprowadzam z tobą wywiad. Jedyną 
rzeczą, o jaką masz się w tym momencie martwić jest to, o co cię będę pytał. Między nami musi pojawić się 
zaufanie. Jeśli myślisz o tym wszystkim — tu Wayne ręką odsłonił niewidzialną kurtynę — nie zrelaksujesz 
się  nigdy,  nie  wytworzy  się  żadne  zaufanie.  Będziemy  mówić  jakby  obok  siebie  zamiast  do  siebie.  Nie 
będzie szans na jakąkolwiek intymność. 

Wayne  dał  McClusky'emu  czas  na  wchłonięcie  tego  potoku  słów.  Devlin  musiał  oddać  mu 

sprawiedliwość — Wayne był dobry w swoim fachu. Znalazł słaby punkt Dwighta i wykorzystywał ten fakt 
bez skrupułów. 

—  I  to  doprowadza  nas  do  kwestii,  o  której  chciałem  z  tobą  pomówić.  —  Wayne  zaprowadził 

McClusky'ego  w  przeciwległy  kąt  sali,  tak  by  Mic-key  nie  był  w  stanie  usłyszeć  na  jaki  temat  toczy  się 
rozmowa i szeptem kontynuował: 

— Muszę mieć Mickeya Knoxa odprężonego ... Mickeya Knoxa, który będzie mówił... Mickeya Knoxa, 

który powie wszystko, co do tej pory nie zostało opowiedziane. Mickeya Knoxa, który otworzy przed nami 
zamknięte po dziś dzień drzwi. A jak można tego od niego oczekiwać skoro nad głową stoją mu więzienni 
strażnicy? 

McCIusky zorientował się nagle do czego zmierzał Wayne i podskoczył jak oparzony. 
— To znaczy, co chcesz żebym u diabła zrobił? 
— Zwolnił ich. 
— Panie Gale, czy ma pan choćby najmniejsze pojęcie, jak niebezpieczny jest Mickey Knox? 
— Naczelniku McCIusky, zapewniam pana, że przebieg kariery Mickeya Knoxa jest mi bardzo dobrze 

znany. 

Rękawice zostały rzucone. Powietrze wypełniła wzajemna wrogość. 
— Odkąd on i jego kobieta znaleźli się tu, zdążyli zamordować... 
— Proszę nie przypominać mi faktów, panie naczelniku, znam je na pewno lepiej niż pan. 
— A więc powiem panu o czymś, o czym pan jeszcze nie wie. Jeśli zabiorę stąd moich ludzi, Mickey 

Knox ukręci panu łeb jak kurczakowi. 

Wayne zrezygnował na chwilę ze swego australijskiego akcentu. 
— Po pierwsze, potrafię dać sobie radę sam. Wychowałem się w takiej okolicy, że miałem swego czasu 

okazję  zmierzyć  się  z  kilkoma  takimi  klientami.  Nie  obawiam  się  Mickeya  Knoxa.  Po  drugie,  jestem 
dziennikarzem  I  przygotowany  jestem  na  wszelkie  ryzyko.  Po  trzecie,  nic  takiego  się  nie  zdarzy.  Stary, 
uwierz mi, w najlepiej pojętym interesie Mickeya Knoxa leży to, aby rozegrać tę grę zgodnie z przepisami. 
Wayne uświadomił sobie w tym momencie to, o czym reszta osób zgromadzonych w pokoju przekonała się 
już wcześniej; Dwight McCIusky nie był osobą, którą można było do czegoś zmusić. W tej chwili również 
trzymał w ręku wszystkie karty. Wayne zmienił taktykę. 

— Chwileczkę — powiedział. — Zrobiło się trochę nieprzyjemnie, a tego chciałbym uniknąć. Mówiąc 

poważnie, Dwight, popatrzmy na to inaczej. — Wayne rzucił okiem na salę i policzył strażników. — Jeden 
...  dwóch  ...  trzech  ...  czterech  ...  siedmiu  ...  dwunastu  ...  facetów.  Chryste  Panie,  Dwight,  to  za  dużo. 
Zwolnijmy kilku z nich. 

— Wayne, gdyby to był ktoś inny... 
— Dwight, ja po prostu się obawiam, że on się zamknie przede mną mając na karku tych wszystkich 

„szeryfów", którzy z wycelowanymi w niego spluwami zaczną strzelać, zanim jeszcze zdąży podrapać się w 

background image

nos. Prawdopodobnie mi też się wtedy dostanie. Oni go nienawidzą. On nienawidzi ich. Jaką to intymność 
mam tu stworzyć? Przy takiej nienawiści, jaka wisi w w powietrzu? Nawet my ją czujemy! 

— Konkrety? — spytał McCIusky. 
— Dwóch gości? 
— Dobra, dwóch mogę zabrać. 
— Nie, nie, nie, nie, nie, nie. Chodziło ml o to, żeby dwóch zostało. 
— Nie mogę tego zrobić. Siedmiu. 
— Trzech. 
— No to połowa. Sześciu facetów i dosyć tego. 
Wayne  uśmiechnął  się  radośnie  po  odniesionym  zwycięstwie.  Rozległ  się  sygnał  kończący  mecz  i 

jednocześnie obwieszczający przegranie przez Devlina trzydziestu dolarów — Buffalo Bills dostali w skórę 
od Dallas Cowboys 17 : 20. W tym momencie pieniądze zbytnio go nie interesowały; bardziej martwiło go 
to, że nie znalazł się pośród sześciu kumpli, których McCIusky właśnie odkomenderowywał z pokoju. Ale 
nic nie mógł na to poradzić. 

I tak oto Mickey Knox pozostał pod pieczą szóstki strażników — kamery rozpoczęły pracę. 
Devlin  usłyszał  jeszcze  jak  Wayne,  prawie  nie-dosłyszalym  szeptem,  wypowiedział,  chyba  do  siebie 

samego, trzy słowa: 

— Przedstawienie się zaczęło ... 
 

16 

Najdroższa Mallory, 
Powiedziałaś mi kiedyś, że jestem pozbawiony uczuć. Miałaś rację i byłaś w błędzie zarazem. Obecnie, 

jest we mnie więcej uczuć niż kiedykolwiek przedtem. Nigdy nie tęskniłem za kimś tak, jak tęsknię teraz za 
tobą.  Moja  cela  jest  taka  zimna,  nocami  drżę  z  chłodu.  Wyobrażam  sobie,  że  leżysz  obok  mnie  trzymając 
mnie od tyłu, jedna z Twoich nóg leży na mojej, a Twe ramiona obejmują mnie z całej siły. Leżę w tej mojej 
celi i wyobrażam sobie że Cię całuję. Nawet nie kocham się z tobą, tylko godzinami całuję cię. Pamiętam 
każdą  chwilę,  którą  spędziliśmy  razem.  Pamiętam  każdy  dowcip,  który  opowiedziałaś.  Każdą  tajemnicę, 
którą się ze mną podzieliłaś. „Podzieliłaś" czy „odkryłaś przede mną"? Chyba „podzieliłaś" pasuje tu lepiej. 

Pamiętam  twój  każdy  wybuch  śmiechu.  Pamiętam  każdy  posiłek,  jaki  wspólnie  spożyliśmy.  Pamiętam, 

jak gotowałaś. Pamiętam, jak oglądałaś „Davida Lettermana". Pamiętam szybką jazdę naszym Dodge 'em 
Challengerem  i  Ciebie,  kochanie,  obok  mnie.  Twoje  bose  nogi  spoczywały  na  desce  rozdzielczej,  a  Ty 
śpiewałaś razem z Twoim ulubionym Patsy Kline'em. I tańczyłaś  — Boże, tańczyłaś na masce samochodu. 
Leciało  wtedy  „Sweet  Jane",  a  wokół  Ciebie  unosiły  się  anioły.  Nigdy  Ci  wcześniej  tego  nie  mówiłem, 
ponieważ nie chciałem zakłócać ich spokoju kierując ku nim Twą uwagę. Bałem się, że odlecą od Ciebie. 
Gdy jednak ujrzałem Cię po raz pierwszy, zauważyłem, że otaczała Cię świetlista aura. Widziałem też jak 
one tańczyły i wirowały wokół Ciebie i wiedziałem, że to Ty jesteś moim zbawieniem. 

Czasami  ciężko  jest  mi  mówić  o  tym  wszystkim,  co  znajduje  się  wewnątrz  mnie.  Dlatego  tak  bardzo 

wkurzają mnie ci wszyscy tępi psychiatrzy i ta cała banda, która chce poddać mnie psychoanalizie i porąbać 
moją  osobowość  w  kawałki,  tak  by  można  potem  położyć  je  na  stole  i  powiedzieć  "Proszę  bardzo,  ta  oto 
część jest odpowiedzialna za zabijanie, ta za kochanie, ta za to, że jego tatuś ciągnął go za kutasa, a ta za to, 
że  nie  dali  mu  na  szóste  urodziny  nowego,  błyszczącego  rowerka,  na  punkcie  którego  oszalał".  Ten  gość, 
doktor Reingold, on już nie zajmuje się psychoanalizą, prawda? Chyba zdążyłaś pokazać mu, co potrafisz, 
co? No właśnie, taka jest moja dziewucha. Wiesz, za każdym razem, gdy oddawałem strzał i kula trafiała do 
celu, za każdym razem, gdy rzucałem nożem, który lądował tam, gdzie chciałem, odkrywało się przede mną 
prawdziwe  oblicze  tego  świata.  Nadchodził  ten  moment  krystalicznej  jasności  i  wiedziałem  —  po  prostu 
wiedziałem, że w tym wszystkim chodzi o to samo. Nie ma żadnych części. To tylko złudzenie. To ja jestem 
każdą osobą i rzeczą, jaka kiedykolwiek istniała. To właśnie ludzie nazywają Bogiem, a ty kochanie jesteś 
zwierciadłem, które mi to wszystko pokazało. Ty i Twoje anioły. Uczysz mnie rzeczy, o jakich wcześniej nie 
miałem pojęcia. Uczysz mnie kochać. 

Wszystkie Boże stworzenia wiedzą, jak ciężko jest rozwijać się. Ale ja naprawdę się rozwijam. Wiem, że 

miałaś mnie już dosyć zaraz przed tym, jak nas złapano. Na sumieniu miałem wtedy zabicie tego Indianina, 
acha  i  było  też  coś  z  tą  zakładniczką,  ale  może  pogadamy  o  tym  później.  Tak  czy  inaczej,  zamordowanie 

background image

Indianina było przypadkowe. Czasami jednak musisz za takie „przypadki" płacić długi  — bo w pierwszym 
rzędzie, popełniasz je dzięki własnej karmie. Nie ma ludzi niewinnych, kochanie, w żadnym wypadku. Nawet 
ty nie jesteś niewinna. Ale czas naszego ocalenia zbliża się, czuję to. Ta cząstka mojej osoby po prostu wie o 
takich rzeczach, o których inni ludzie nie wiedzą — no tak, chyba przed chwilą wspominałem o tym, że nie 
ma żadnych cząstek i tak dalej, ale przypuszczam, że istnienie jakiejś całości zawiera w sobie też pieirwiastek 
odrębności — zatem ta właśnie cząstka mówi mi, że nasz czas jest już blisko. Czas, który zmieni nasze życie i 
wydobędzie  nas  z  tego  nędznego  świata  złudzeń  i  cierpienia.  Rozszerzy  się  wtedy  nasza  świadomość  i 
przeniesie nas na zupełnie inne poziomy istnienia. Czuję to. Mal. A ból jest wciąż tak ostry. Moja skóra jest 
czuła nawet na dotyk słonecznego światła, a zapach kropel deszczu na wietrze sprawia, że oddychanie staje 
się  dla  mnie  męką.  Przypomina  to  nieustający  ból  narodzin,  ale  ja  przychodzę  właśnie  na  świat,  którego 
zwykli  ludzie  nie  są  w  stanie  sobie  wyobrazić.  A  ty,  kochanie,  znajdziesz  się  w  tym  świecie  obok  mnie. 
Dlatego,  w  tym  okresie  transformacji,  tak  bardzo  inspiruje  mnie  wspominanie  wspólnie  spędzonego  przez 
nas  czasu,  któremu  poświęcam  całe  godziny.  Nie  wyrywam  się  naprzód.  Przyjmuję  to  na  spokojnie  i 
przeżywam kolejny dzień. Tak, jak robiliśmy to w dniu naszego pierwszego pocałunku ... 

(Ten  nie  dokończony  list,  policja  stanu  Illinois  znalazła  30  stycznia  w  celi  Mickeya  Knoxa  po 

zamieszkach w więzieniu Batongaville. List zniknął w tajemniczy sposób, by w lipcu tego roku znaleźć się 
na aukcji w Domu Aukcyjnym Christie. Cena sprzedaży wyniosła 25 tysięcy dolarów.) 

 

17 

W  chwili,  gdy  powstaje  ta  książka,  w  całej  Ameryce  nie  ma  chyba  nikogo,  kto  nie  oglądałby 

nadawanego na żywo  z Batongaville, bezpośrednio po meczu SuperbowI,  głośnego wywiadu z Mickeyem 
Knoxem,  przeprowadzonego  przez  Wayne'a  Gale'a.  Był  to  rodzaj  kuracji  wstrząsowej,  która  uświadomiła 
Amerykanom,  do  jakiego  stopnia  posunęło  się  zwyrodnienie  mediów  w  ich  własnej  fascynacji  procesem 
ciągłego szokowania widzów. I podobnie jak wypadek drogowy na autostradzie — wywiad przyciągał przed 
odbiorniki nawet tych, którzy usiłowali nie zwracać na niego uwagi. 

Punktualnie  o  godzinie  19.42  czasu  centralnego,  bezpośrednio  po  zwycięstwie  Dallas  Cowboys  nad 

Buffalo Bills, na ekranie telewizora w świetlicy więziennego skrzydła B, pojawiła się zapowiedź wywiadu, 
której towarzyszyła podobizna Mickeya Knoxa. 

— A teraz proszę państwa, Wayne Gale oko w oko z Mickeyem Knoxem — prosto z zakładu karnego w 

Batongaville i w przeddzień badania mózgu Mickeya. Winien czy nie? Niech sędzią w tej sprawie będzie 
cała Ameryka ... 

„To tak, jakby w tym momencie jakaś brzytwa pocięła powietrze w plasterki", wspominał później „Mad 

Dog"  MacMillan,  który  program  oglądał  właśnie  w  więziennej  świetlicy,  w  skrzydle  B.  „Pocięła  nas 
wszystkich.  Nikt  nie  wstawał  i  nie  odchodził  do  swoich  zajęć  —  na  ekranie  pojawiła  się  twarz  Mickeya. 
Faceta, który odkąd zjawił się tu rok temu, bez przerwy robi jakieś zadymy. A teraz cały kraj może sobie 
oglądać tego skurwiela. Który opowiada, że wilk nie wie, o tym, że jest wilkiem, a jeleń, że jest jeleniem, bo 
to Bóg tak wszystko urządził. 

Nie pamiętam dokładnie kiedy to się stało, ale chyba wtedy, gdy on zaczął pieprzyć o tych demonach — 

tak, to było to — on coś mówił o jakimś demonie, który żyje wewnątrz każdego z nas, że każdy w sobie go 
ma.  I  ten  demon  karmi  się  twoją  nienawiścią.  Rani,  gwałci,  morduje,  wykorzystuje  twoje  słabości,  twój 
strach. I mówił, że przetrwać mogą tylko ludzie źli. 

Wiesz,  gdybyś  miał  kiedyś  ochotę  na  własne  oczy  ujrzeć  nienawiść  i  strach  i  przyszedłbyś  do 

Batongaville,  to  na  pewno  trafiłbyś  we  właściwe  miejsce.  Mickey  wypowiedział  te  słowa,  a  po  chwili 
wszystkim nam wydawało się, że coś nagle wybuchło. Ale tak się złożyło, że wówczas nikt nie potrzebował 
pretekstu.  Spoglądam  i  widzę  tego  młodego  Slima,  który  zresztą  zawsze  miał  coś  dzikiego  w  oczach  — 
patrzy na ekran i widzi wszystko, obojętnie, o czym w tej chwili mówi Mickey Knox. 

I potem, z tego, co sobie przypominam, przez salę przeleciał blaszany kosz na śmieci. Rąbnął prosto w 

telewizor,  który  eksplodował  niczym  sztuczne  ognie  na  Święto  Niepodległości.  Gdy  dzieje  się  coś 
podobnego,  to  uzbrojeni  policjanci  —  tak  czy  inaczej,  zawsze  są  trochę  nerwowi  —  pojawiają  się  na 
pomostach,  zaczynają  krążyć  po  blokach  z  celami,  oddają  ostrzegawcze  strzały  w  powietrze.Nie  mam 
pojęcia, o czym ten pojebany sukinsyn opowiadał, ale faktem jest, że wszystkich «wzięło» jednocześnie. 

background image

Dalej, pamiętam, że wszyscy robią jeszcze większe zamieszanie. Policjantów w świetlicy zatłuczono na 

śmierć krzesłami i nogami od stołów. Policjanci na pomostach strzelają jak opętani i biegają w górę i w dół 
po ostrych jak brzytwa siatkach. Strzelają, strzelają i strzelają. I jest ich coraz więcej. 

Ktoś zaczął wyciągać materace z cel i podpalać je. Nie wiem co sobie wówczas pomyślał, bo chociaż 

więzienny budynek jest duży, to materace, które wykonane są z gumowej pianki, a nie wypychane pierzem, 
zaczęły  dymić,  powietrze  wypełnił  smród  palonego  plastiku  i  nie  można  było  oddychać.  Do  tego  czasu 
policjanci odłączyli dopływ wody, tak że nie można było tego ugasić, więc zaczęliśmy wyłamywać rury ze 
ścian i spod sufitów, żebyśmy nie zadusili się na śmierć. 

Jeśli  jakieś  miejsce  kiedykolwiek  wyglądało  jak  piekło,  to  mówię  ci  stary,  było  to  właśnie  nasze 

więzienie. Elektryczność trafił szlag, więc jedyne światło dawały płonące materace. Z sufitów spływa woda, 
a  para  wypełnia  cały  blok.  Spoglądam  pod  nogi,  a  tam  woda  na  trzy  cale.  I  zabarwia  się  na  czerwono, 
naprawdę, nie okłamuję cię. Te sukinsyny przez poręcze schodów wyrzucają sterty papierów, policjantów i 
cokolwiek wpadnie im w łapy. Unoszę oczy i mówię sam do siebie: David, stary kumplu, wygnij ty się lepiej 
do tyłu i pocałuj na do widzenia swoją dupę, bo tu się dopiero zaczyna..." 

Dobiegła  właśnie  końca  druga  przerwa  na  reklamy,  która  nastąpiła  zaraz  po  tym,  jak  Mickey  Knox 

wyznał  Wayne'owi,  że  uważał  się  za  „urodzonego  mordercę".  Shawn  Devlin  dostrzegł  wówczas  przy 
telefonie  Dwighta  McClusky'ego.  „Cokolwiek  docierało  do  niego  z  drugiego  końca  linii,  McCIusky 
wyglądał jakby zakorkował się własnym hemoroidem." 

—  Gdzie?  O  cholera!  ...  Dobra  ...  W  porządku...Zmobilizuj  ludzi.  Ja  już  idę  —  McCIusky  odłożył 

słuchawkę i zaczerpnął swój ostatni łyk świeżego powietrza. — Wyłączyć kamery!!! — wrzasnął. 

— Ty chyba żartujesz — zawołał Wayne nie wierząc własnym uszom. — Mamy kończyć!? Na miłość 

boską, przecież to idzie na żywo! Mamy jeszcze dziesięć minut! Dwieście milionów obywateli tego kraju ... 

— W świetlicy skrzydła B wybuchł bunt. Mają broń, zakładników, materiały wybuchowe. Kończyć to 

natychmiast!—  powiedział  McCIusky  tonem,  któremu  w  ciągu  ostatnich  dziewiętnastu  lat,  nikt  w  Ba-
tongaville nie miał odwagi się przeciwstawić. 

Ale Wayne Gale nie dawał sobie dmuchać w kaszę. 
— No to może pójdziemy z tobą i sfilmujemy to, co? Dwight, na litość boską, to jest na żywo! 
—  Zostaniesz  tu  i  morda  w  kubeł!  —  rozkazał  mu  McCIusky,  który  w  tym  momencie  był  o  krok  od 

definitywnego zakończenia dylematów i rozterek Wayne'a. — Muszę do jasnej cholery sam zobaczyć, co się 
tam  dzieje  zanim  pozwolę  ci cokolwiek  filmować. To  wszystko  w  pierwszym  rzędzie  zaczęło  się  od  tego 
twojego pieprzonego wywiadu. 

Wayne wybiegł za nim z pokoju. W desperackim geście próbował rzucić się na naczelnika. — Dwight, 

przecież  to  ogląda  cały  świat!  To  już  się  nigdy  nie  powtórzy!  Będziesz  sławny.  Przejdziesz  do  historii! 
Dwight! 

Gwałtowny atak, przypuszczony przez Wayne'a sprawił, że wściekłość McClusky'ego przerodziła się w 

nieufność. Dwight zwrócił się do Kavanaugha. 

—Ten dupek chce mówić mi co ja mam robićw moim własnym więzieniu. Niech idzie do diabła! Ten 

neandertalczyk  nie  ma  pojęcia  w  co  się  tu  wpakował,  ale  my  wiemy  doskonale.  To  nie  on  będzie  za  to 
wszystko  odpowiadał,  tylko  my,  więc  sprawdźcie  spluwy,  palce  na  spuście  i  przygotujcie  się  na  oddanie 
strzału w każdej chwili! 

Opowiada  Shawn  Devlin:  „Wtedy  jakoś  tak  uświadomiłem  sobie,  że  nie  mam  najmniejszej  ochoty  iść 

razem z naczelnikiem w samo serce tej zadymy, i że zostanie w pomieszczeniu, w którym przeprowadzano 
wywiad byłoby chyba bezpieczniejsze. Ale muszę powiedzieć, że byłem zadowolony, gdy McCIusky kazał 
mi iść ze sobą. Pamiętam, że wychodząc, spojrzałem na Duncana Homolkę, który jadł już chyba dziesiątego 
pączka  tego  dnia,  i  podziękowałem  Bogu  za  wyciągnięcie  mnie  z  tego  cholernego  pokoju.  Mogłem 
znajdować się wszędzie, byle nie obok tego szaleńca, Mickeya Knoxa." 

Gdy  zamykały  się  drzwi,  Devlin  po  raz  ostatni  rzucił  okiem  na  czterech  strażników  i  Kavanaugha, 

których pozostawiono z Mickeyem. Jego przyjaciele i kumple od kielicha. 

Za godzinę wszyscy będą leżeć martwi. 
*** 
Zbliżając się wraz z dwójką więziennych strażników do celi Mallory, Jack Scagnetti nie miał pojęcia, co 

działo się w skrzydle B. Gdyby nawet ktoś mu o tym powiedział, niewiele by z tego dotarło do świadomości 

background image

słynnego detektywa. Wchodził właśnie do tunelu, z którego nie było ucieczki, nie pozostawało mu więc nic 
innego  jak  podążać  w  jego  głąb,  do  samego  końca.  Znajdowała  się  tam  Mallory  Knox.  Swym  śpiewem 
przyciągała  go  coraz  bliżej,  niczym  syreny,  wzywające  Eneasza  do  rzucenia  się  w  morskie  fale,  prosto  w 
objęcia śmierci. 

„Mówiłem mu, że nie powinien wchodzić tam w pojedynkę", opowiadał później Frank Lesh, strażnik, 

który  towarzyszył  Scagnettiemu  w  jego  spotkaniu  z  przeznaczeniem.  „On  chyba  myślał,  że  da  jej  radę. 
Wielu facetów popełniało wcześniej ten błąd i nie dożywało momentu, w którym mogliby tego pożałować. 
Ale  nic  na  to  nie  poradzisz.  Ten  facet  był  jakimś  federalnym  supergliniarzem  czy  coś  w  tym  rodzaju. 
Naczelnik powiedział, żeby robić to, co każe. Myślę sobie, cholera, może gość jest silniejszy ode mnie, ale ja 
za żadne skarby nie chciałbym znaleźć się w tym pokoju oko w oko z tą dziewczyną." 

— Wstawaj, moje słoneczko — powiedział Scagnetti stukając do drzwi. Otworzył mu je Lesh. Scagnetti 

wszedł do środka i nakazał obu strażnikom opuszczenie celi. „Popatrzyłem na Austina, drugiego strażnika, 
zastanowiliśmy się chwilę, ale w końcu żaden z nas nie miał zamiaru mu się sprzeciwiać, więc wyszliśmy. 

Poszliśmy w głąb korytarza i żaden z nas nie próbował nasłuchiwać, ale dochodziły nas ich pomruki i 

śmiech tej Mallory. Miała taki przeraźliwy śmiech, jak jakaś psychopatyczna dziwka. 

Taki  śmiech  może  ci  się  przyśnić  w  nocy,  w  jakimś  koszmarnym  śnie.  Nieczysty,  lubieżny  rechot.  I 

myślę sobie, że może coś  tam się dzieje pomiędzy supermordercą a supergliniarzem. Może on  ma  zamiar 
dobrać  się  do  niej?  Ja  w  każdym  razie  wolałbym  wsadzić  swego  kutasa  w  tłuczone  szkło.  Austin  i  ja 
dochodzimy do wniosku, że za to, o czym nie wiemy nie będziemy odpowiadać — jeśli będzie z tego jakiś 
gnój — więc idziemy sobie w stronę holu na papierosa. 

I potem, pamiętam, że nagle Scagnetti zawył jak szlachtowana świnia. Biegnę pod drzwi celi, ale klucze 

ma  Austin.  Stoimy  jak  wryci,  widząc  dziewczynę  o  wadze  pięćdziesięciu  kilo,  która  temu  wielkiemu 
facetowi  łamie  kręgosłup. Z  trudem  otwieramy  drzwi,  odciągamy  ją  na  bok,  a Scagnetti,  wściekły jak  nie 
wiem  co,  wyjmuje  swój  pistolet.  Przysięgam,  że  zastrzeliłby  ją  wtedy  gdybyśmy  nie  zaczęli  wrzeszczeć, 
żeby przestał. Wyglądało na to, że ona powiedziała Scagnettiemu, że on ma najmniejszego na świecie czy 
coś w tym rodzaju, bo przez chwilę on po prostu nie mógł znieść jej obecności na tym świecie. Potem wziął 
głęboki  oddech,  potem  jeszcze  jeden,  a  potem  odetchnąłem  ja,  bo  wiedziałem,  że  Scagnetti  nie  ma  już 
zamiaru jej zastrzelić. 

I nagle Scagnetti łapie gaz Austina i zaczyna polewać nim Mallory. Początkowo czułem ulgę, bo jej nie 

zastrzelił,  ale  zaczął  ją  oblewać  gazem,  a  dziewczyna  darła  się  wniebogłosy,  i  może  faktycznie  jest 
morderczynią, ale jest też kobietą, więc trochę ciężko było na to patrzeć. Zacząłem myśleć o powstrzymaniu 
go, ale w tym momencie otwarły się piekielne wrota i do celi wkroczył uzbrojony w karabin Mickey Knox. 
Zanim  cokolwiek  przyszło  mi  do  głowy.  Austin  wylądował  na  ziemi.  Wszystko  zaczyna  się  dziać  w 
zwolnionym  tempie,  czuję  gorąco  płynące  od  karabinowego  wystrzału,  który  rzuca  mnie  pod  ścianę. 
Dostałem. 

I to była ostatnia rzecz, jaką pamiętam." 
Gdy Dwight McCIusky opuścił „studio", Mickey Knox postanowił odegrać małą komedię. 
Strażnicy,  którzy  pełnili  służbę  w  bloku  z  izolatkami  pamiętają,  że  Mickey  cały  czas  wystawał  przed 

lustrem  czytając sobie  w  kółko  na  głos  dowcipy  z  książeczki  wydanej  przez  „Playboya".  Nigdy  go  to  nie 
znudziło i zawsze stanowił dla siebie najlepszą widownię. Niektóre z tych dowcipów były nawet zabawne. 

Mickey był zatem w dobrej formie, gdy zabrał się do opowiadania kawału o małym Jasiu, który razem 

ze swą starszą siostrą i jej chłopakiem Bobbym pojechał do kina dla zmotoryzowanych. 

„Krążył po pokoju tak, jakby chciał, żeby  każdy  z obecnych poznał się na jego dowcipie", wspomina 

Herb  Gaines,  członek  ekipy  American  Maniacs.  „Pomyślałem  wtedy,  o  rany,  ten  gość  naprawdę  pragnie 
znajdować  się  w  centrum  zainteresowania.  Ale  potem,  pamiętam,  że  zauważyłem,  jak  Mickey  uważnie 
przypatruje  się  każdemu  z  nas.  Bada,  który  ze  strażników  okazuje  czujność,  a  który  pochłonięty  jest 
słuchaniem,  dzięki  czemu  nie  byłby  w  stanie  oddać  natychmiastowego  strzału.  Coś  niesamowitego, 
naprawdę. I nadal nie wiem, jak on to robił. I nie wiem też, kto opiekował się mną podczas tej strzelaniny, z 
której  wyszedłem  cało,  a  która  rozegrała  się  w  pokoju  nie  większym  niż  pięć  na  pięć,  ale  korzystając  z 
okazji, chciałbym tej osobie podziękować, kimkolwiek by była." 

A dowcip z „Playboya" brzmi mniej więcej tak: 
„Mamusia mówi do córki: 

background image

—Dobrze, możesz jechać do kina z Bobbym, ale pod warunkiem, że weźmiesz ze sobą Jasia. 
Córka się zgadza, wszyscy jadą razem do kina i po paru godzinach wracają. Mamusia bierze Jasia na bok 

i pyta: 

—No i co się działo? Gdzie pojechaliście? 
A mały Jasio, który nie potrafi mówić, udaje, że kogoś całuje. 
—Całowali się — domyśla się mama. — I co jeszcze? 
Mały Jasio ściska niewidzialne piersi. 
— Dobierał się do niej! I co jeszcze? Mały Jasio zaczyna się rozbierać. 
— Rozebrali się! No i co dalej? Jasio symuluje stosunek płciowy. 
— Zrobili to?! A ty? 
Jasio zaczyna się onanizować." 
„W  tym  momencie  wszyscy  obecni  w  pokoju  wybuchają  śmiechem",  wspomina  Gaines,  „włącznie  z 

Mickeyem,  który  trzyma  w  ręku  pączek,  który  wziął  sobie  z  pudełka,  podchodząc  do  Kavanaugha.  Gdy 
rzucał go Homolce, który na pewno by go złapał, Mickey kończył swój dowcip wrzeszcząc: Jasiu, nie!" 

„Myślę,  że  Mickey  szybko  uświadomił  sobie,  że  najbardziej czujny  z  nas  wszystkich  był  Kavanaugh, 

który  miał  też  najlepsze  oko",  opowiadał  później  Devlin,  „Być  może  doszedł  do  wniosku,  że  jako  pupil 
naczelnika, Kavanaugh miał najwięcej do stracenia." 

Homolka w mgnieniu oka złapał rzuconego mu przez Mickeya pączka. W tym momencie Mickey rzucił 

się na karabin Kavanaugha i strzelił przed siebie, jako pierwszego trafiając strażnika Zendela, a zaraz potem 
Powella.  Prowadzący  śledztwo  opisali  to  później  jako  szczęście  w  nieszczęściu—  gdy  Powell  upadał  na 
podłogę,  jego  strzelba  wypaliła,  śmiertelnie  trafiając  Kurtha,  wielkiego,  ale  sympatycznego  kolesia,  który 
znany był głównie ze swej powolności. 

—  Ty  chyba  śnisz  Knox,  nigdy  się  stąd  nie  wydostaniesz  —  odezwał  się  leżący  w  stanie  szoku  na 

podłodze Kavanaugh. Strzelanina już przycichła i dla wszystkich w pokoju było już jasne, że bohaterem dnia 
jest  rzeczywiście  Mickey  Knox.  Aby  przypieczętować  odniesione  zwycięstwo,  pochylił  się  i  zgruchotał 
Kavanaughowi wskazujący palec prawej ręki. 

— Jestem najbardziej niebezpiecznym człowiekiem na świecie, Kavanaugh. — Mickey zabierał się teraz 

za wskazujący palec lewej ręki. Kavanaugh wydał przeraźliwy okrzyk. — A jeśli najbardziej niebezpieczny 
człowiek każe ci coś wykonać, to powinieneś dobrze się zastanowić zanim mu odmówisz. 

Było  jasne,  że  Kavanaugh  nie  zamierzał  przysparzać  Mickeyowi  żadnych  dodatkowych  kłopotów. 

Podobnie, jak reszta znajdujących się w pokoju osób. Niedobitkom ekipy Wayne'a — kamerzyście Rogerowi 
Brinksowi, operatorowi dźwięku Herbowi Gainesowi, zajmującemu się playbackiem Joshowi Richmondowi 
i producentowi, Julie Gwenheiler — Mickey kazał iść za sobą. Należy tu dodać, że trzęsącego się ze strachu 
Wayne'a Gale'a znaleziono pod biurkiem. 

Wydając  Rogerowi  polecenie  (pod  karą  śmierci)  uzyskania  jakiegoś  obrazu  na  przenośnej  kamerze 

betacam, Mickey dał zakładnikom sygnał do wyjścia. Za członkami ekipy podążali, trzymając ręce w górze, 
Homolka i Kavanaugh. Pozostali wypadli z rejestru żywych. 

— Kavanaugh, prowadź do celi Mallory — rozkazał Mickey. — I módl się, żeby była cała i zdrowa. 
Gdy otwierały się drzwi, Wayne, w chwilowym przypływie geniuszu, chwycił ze stołu swój komórkowy 

telefon.  W  rezultacie,  Ameryka  stała  się  świadkiem  najbardziej  zuchwałej  i  skandalicznej  w  dziejach 
ludzkości ucieczki z więzienia. 

Swoje  miejsce  w  historii  światowego  dziennikarstwa,  Antonia  Chavez  zapewniła  sobie  dzięki 

znalezieniu się we właściwym miejscu o właściwej porze. 

Zaczynając jako  reporter  od  spraw  lżejszego  gatunku,  przekazując  obszerne  relacje  z  różnego  rodzaju 

uroczystości i spotkań śmietanki towarzyskiej, trafiła później do jakiejś trzeciorzędnej stacji telewizyjnej w 
Chicago,  gdzie  znalazła  miejsce jako  drugi  prezenter  nadawanych  o  godzinie  dziesiątej  wiadomości.  Dwa 
miesiące  później  kierownictwo  zadecydowało,  że  konieczna  jest  pewna  modyfikacja  formuły  programu, 
który stopniowo zaczął podupadać. Na szczęście Antonia ze swą tendencją do ubierania się w przeźroczyste 
bluzeczki wydatnie pomogła w powiększeniu, w okresie ostatnich kilku tygodni, widowni programu. 

Styliści i charakteryzatorzy przygotowywali właśnie Antonię do pojawienia się na ekranie z zapowiedzią 

programu,  kiedy  nadeszła informacja,  że  stacja uzyskała  połączenie  z  nadającym  na  żywo  z  Batongaville, 
prosto  z  epicentrum  więziennych  zamieszek,  Wayne'em  Gale'em.  Producent,  Scott  Mabutt  spojrzał  na 

background image

Antonię  i  pomyślał  „ona  nie  jest  gotowa  na  coś  takiego".  Ale  wiadomość  przekazał  nie  kto  inny  jak  teść 
Wayne'a Gale'a, szef całej sieci, nakazując stacji natychmiastowe rozpoczęcie przekazu na żywo. 

Faceci odpowiedzialni za techniczną i merytoryczną zawartość programu oszaleli. Transmisja na żywo 

jest  niemożliwa  —  mówili.  Niemożliwe  było  bowiem  kontrolowanie  tego  zalewu  informacji  trafiającego 
poprzez  fale  radiowe  do  tysięcy  domów  w  całej  Ameryce.  Całe  pokolenie  dzieci  mogłoby  doznać 
psychicznego uszczerbku oglądając tę szatańską paradę. Z drugiej strony, sieć Wayne'a dojrzała wyjątkową 
okazję  do  zajęcia  pozycji  bezdyskusyjnego  lidera  wśród  stacji  telewizyjnych  w  tym  sezonie.  Przy  okazji, 
zaowocowałoby  to  w  przyszłości  rekordowymi  dochodami  z  reklam.  Postanowiono  więc,  że  transmisja 
rozpocznie  się  z  sześćdziesięciosekundowym  opóźnieniem,  co  stworzyło  wygodną  dla  sieci  sytuację; 
cokolwiek  pojawiało  się  na  ekranie,  było,  z  punktu  widzenia  dziennikarskiej  autentyczności,  całkowicie 
uzasadnione. W rezultacie, osoba odpowiedzialna za ewentualne cięcia w programie, nie miała tej nocy zbyt 
wiele do roboty. 

Po chwili, telewidzowie w całej Ameryce ujrzeli na swych odbiornikach napis: 
WIADOMOŚCI — WYDANIE SPECJALNE 
Po grzbiecie amerykańskiej widowni przeszły ciarki, które wywołał metaliczny głos spikera: 
—Przerywamy  w  tym  momencie  nadawanie  naszego  programu  by  połączyć  sie  z  naszym  specjalnym 

wysłannikiem. 

Antonia  Chavez,  wypchnięta  przed  oblicze  telewizyjnej  kamery,  zmagała  się  z  krnąbrną  słuchawką, 

która za nic w świecie nie chciała wpasować się w jej ucho. 

—Dobry  wieczór  państwu,  mówi  Antonia  Cha-vez.  Rozpoczynamy  nadawanie  specjalnego  programu 

stacji WDN. 

Na  monitorach  kontrolnych  pojawił  się  obraz.  Scott  Mabutt  gwizdnął  cicho,  widząc  spektakl,  jaki 

rozgrywał się przed jego oczyma. Nigdy wcześniej, w całej historii telewizyjnych wiadomości, nie widział 
czegoś podobnego. Przemówił cichym, spokojnym szeptem, prosto w ucho Antonii: 

— Przenosimy się teraz do zakładu karnego Batongaville... 
—  Dowiaduję  się  właśnie,  że  przenosimy  się  do  zakładu  karnego  Batongaville  —  powtórzyła 

bezbłędnie,  —  gdzie  Wayne  Gale,  znajdujący  się  w  samym  sercu  więziennego  buntu  na  dużą  skalę, 
kontynuuje swój przerwany wcześniej wywiad. 

Na  ekranie  pojawiła  się  nieruchoma  postać  Wayne'a.  Na  pierwszy  rzut  oka,  trudno  było  dokładnie 

dojrzeć,  co  właściwie  się  dzieje,  ale  chociaż  ostrość  obrazu  zmieniała  się  co  chwila,  Amerykanie,  jak 
zamurowani, siedzieli w swych fotelach, obserwując ze zdumieniem burzliwy przebieg wypadków. 

— Z Batongaville mówi do państwa Wayne Gale — krew i ludzkie zwłoki, których wokół mnie jest cała 

masa, mówią nam, że ostatni rozdział księgi zatytułowanej „Mickey i Mallory" wciąż czeka na napisanie — 
oznajmił Wayne drżącym głosem. Kamera, kołysząc się jak szalona na ramieniu Rogera, przekazywała obraz 
chaosu, który panował już w całym więzieniu. Korytarze wypełnione były dymem i odgłosami strzelaniny. 
Więźniowie  skakali  po  wewnętrznych  rusztowaniach  atakując  i  tak  już  okrutnie  zdziesiątkowanych 
strażników, a także tłukąc się z wściekłością między sobą. Wayne stał nieco skulony, cofając się gdy Roger 
celował w niego swą kamerą. 

— Tu, w Batongaville wybuchła niesamowita wojna. Czegoś takiego wcześniej nie widziałem. Grenada. 

Zatoka Perska...Batongaville — nazwy tych miejsc będą wkrótce wymieniane jednym tchem ... 

Roger  gwałtownie  zakołysał  kamerą,  tak  by  złapać  Mickeya,  który  pojawił  się  w  korzytarzu  i, 

prowadząc  za  sobą  posklejanych  taśmą  zakładników,  jednym  strzałem  unieszkodliwiał  właśnie  jednego  z 
więźniów.  Pozostali  pensjonariusze  zakładu  karnego  przebiegali  z  dzikim  wrzaskiem  tam  i  z  powrotem, 
zatrzymując się czasami przed obiektywem by popatrzeć lub strzelić głupią minę. 

„To trochę dziwne, ale spojrzałem na Mickeya i jego spluwę z uczuciem bezpieczeństwa", wspominał 

później  Herb  Gaines.  „To  było  jak  spełnienie  najgorszych  obaw.  Gdziekolwiek  spojrzałeś,  tam  wieszano, 
gwałcono, przebijano na wylot. Zanim ujrzałem więźniów niosących na kiju niczym totem głowę jednego ze 
strażników,  uświadomiłem  sobie,  że  dzieje  się  tu  coś,  co  zobaczyć  mogłem  jedynie  w  najokropniejszych 
nocnych koszmarach." 

Kavanaugh gorliwie wypełniał rozkazy Mickeya, czyli prowadził go do celi Mallory. Było to możliwe 

dzięki  temu,  że  grupa  buntowników,  zabijając  przy  okazji  trzech  strażników,  wdarła  się  do  więziennego 
centrum  operacyjnego,  uzyskując  tym  samym  dostęp  do  wszystkich  bram,  które  natychmiast  otwarto  na 

background image

oścież, jak również do tajnych kartotek, w których — na nieszczęście zainteresowanych — znajdowały się 
nazwiska więziennych konfidentów. 

Żadna z tych rzeczy nie interesowała jednak Mickeya Knoxa, który przez korytarze podążał na spotkanie 

ze swym przeznaczeniem. 

—To  tu  —  oznajmił  Kavanaugh  wskazując  przed  kamerą  rozpostartymi  palcami  zamknięte  drzwi  do 

celi. 

Przy oślepiającym blasku reflektorów, Mickey, trzymając broń w pogotowiu, kopniakiem utorował sobie 

drogę do środka. 

—Kochanie, już jestem. 
Oczom  jego  i  całej  amerykańskiej  widowni  ukazał  się  obraz  leżącej  na  podłodze,  sponiewieranej 

Mallory.  Mickey,  jak  to  Mickey  —  najpierw  strzela,  potem  myśli,  jako  pierwszy  rozstał  się  więc  z  tym 
światem  strażnik  Austin.  Drugi  strażnik,  Lesh,  chwycił  swój  pistolet  strzelając  na  prawo  i  lewo,  ale  i  on, 
trafiony przez Mickeya, przeleciał na drugi koniec celi. 

Prawdopodobnie  zanim  zorientował  się  do  kogo  strzela,  Scagnetti  otworzył  ogień.  Pierwsze  strzały 

zabiły technika American Maniacs Josha Richmonda, który nie zdążył schować się za martwym Austinem. 
Również Mickey padł na ziemię, kryjąc się za wciąż ciepłym ciałem Richmonda. Broń wycelował prosto w 
Scagnettlego. 

Przedstawienie toczyło się dalej. Jeden z nich musiał dzisiaj zginąć. 
Przypominało  to  pojedynek  w  „O.K.  Corral".  Po  jednej  stronie  Mickey  Knox,  nadzwyczajny  okaz 

masowego mordercy, facet, który wie czego chce, posiadający charyzmę, zdolną ująć za sobą amerykańskie 
społeczeństwo.  Po  drugiej  stronie  Jack  Scagnetti,  osławiony  stróż  prawa,  obrońca  milczącej  większości, 
którego krucjata na rzecz sprawiedliwości sprawiła, że miliony ludzi mogły spokojnie chodzić spać. 

— Wygląda na to, że mamy pata — te słowa Mickeya utkwiły w świadomości telewidzów mocniej niż 

Schwarzeneggerowskie  „Jeszcze  tu  wrócę"  czy  „Tak  naprawdę,  kochanie,  to  mam  to  wszystko  gdzieś" 
Rhetta Butlera. 

Po raz pierwszy w swojej trzydziestodwuletniej karierze Scottowi Mabbuttowi zabrakło słów. Stan taki 

zawdzięczał  przytomności  umysłu  Antonii  Chavez,  która  dzielnie  domagała  się  od  Wayne'a  jakiegoś 
komentarza. 

— Wayne? Wayne? Słyszysz mnie? Co tam się u was dzieje ...? 
Wydawało się, że słowa Antonii przywracają Wayne'owi kontakt z rzeczywistością. Być może sprawiła 

to również wzrastająca w błyskawicznym tempie liczba widzów przed telewizorami. Wayne zdjął kamerę z 
ramienia Rogera i wycelował ją prosto w oblicze Scagnettiego, niepomny faktu, że gdyby detektyw zaczął 
strzelać, Wayne niechybnie wylądowałby na stercie martwych ciał tuż obok Mickeya. 

Scagnetti  nie  miał  zamiaru  wycofywać  się.  Zbyt  wiele  siedziało  w  nim  profesjonalnego  gliniarza,  by 

mógł pozwolić temu cwelowi na ucieczkę. 

— Rzuć karabin, gnojku, ręce na kark i twarzą do ziemi! 
— Bo co? Chcesz mnie zranić, czy co? — spytał niebezpiecznie opanowany Mickey. 
— Ja nigdy nikogo nie zraniłem. Moja spluwa jest wycelowana prosto między twoje oczy, Knox. Jeśli 

nie rzucisz tej zabawki, to rozwalę cię w trzy dupy, a jeśli masz mnie na muszce, to lepiej strzelaj. Raz... 

Scagnetti był zdecydowany na wszystko. 
— Wayne, co tam się dzieje? — dopytywała się Antonia Chavez. 
— Dwa ... — odezwał się Mickey. 
Scagnetti był o włos od pociągnięcia za spust, gdy nagle i zupełnie niespodziewanie Mickey postanowił 

się poddać. 

— Dobra Jack, udało ci się — powiedział, unosząc z rezygnacją lufę karabinu. 
Większość  spośród  członków  rekordowej,  studwudziestomilionowej  publiczności  (na  taki  wynik 

wskazywały  też  zwykle  konserwatywne  sondaże  firmy  Nielsen),  uważało,  że  Jack  Scagnetti  był  tak 
zaprzątnięty  swym  zwycięstwem,  że  na  parę  chwil  zapomniał  o  pozostającej  w  stanie  szoku  po  oblaniu 
gazem,  i  leżącej  tuż  za  nim  Mallory.  Potem  jednak  przyszło  olśnienie  —  spekulowano,  że  być  może 
detektyw po prostu czekał na to aż Mallory podniesie się i własnoręcznie go wykończy, co wydawało sie 
lepszym wyjściem niż spędzona po tej stronie krat reszta życia. 

background image

Grupy  feministyczne  były  jednak  mniej  wyrozumiałe;  co  bardziej  bojowe  niewiasty  twierdziły,  że 

bohaterski zryw Mallory z widelcem w dłoni był zasłużoną karą dla Scagnettiego za to, co wcześniej zrobił z 
Hailey Robbins. Sto dwadzieścia milionów widzów wiedziało o tym, o czym Jack nie miał zielonego pojęcia 
— jego zwycięstwo było iluzoryczne, a czas spędzony na tym padole dobiegał końca. 

Z  dziką  wściekłością,  Mallory  chwyciła  Scagnettiego  za  włosy,  odsłaniając  przy  tym  jego  gardło  i 

wbijając w nie zwykły kuchenny widelec. Dławiąc się, detektyw bezradnie upadł na podłogę. 

Wayne  przeżywał  euforię  widząc,  jak  Mallory  potykając  się  o  martwe  ciała  ląduje  w  bezpiecznych 

ramionach  Mickeya.  Jego  wrodzony  instynkt  bulwarowego  reportera  dał  znać  o  sobie,  przyćmiewając 
jednocześnie  wszelkie  odruchy  samoobrony  i  ochrony.  Wayne  bezceremonialnie  „najechał"  kamerą  na 
szatańską parę. 

— Ten pocałunek nadchodził przez cały rok. Aż wreszcie nadszedł  — oznajmił triumfalnie, wtykając 

swą głowę przed obiektyw, upewniwszy się wcześniej, że kamera pokazuje go z właściwej strony. — Dzieje 
się  właśnie  coś,  co,  jak  wszyscy  byli  święcie  przekonani,  miało  nigdy  nie  nastąpić.  W  tym  momencie, 
Mickey i Mallory są jedynymi ludźmi na tej planecie! 

Cała  Ameryka  z  zachwytem  obserwowała,  jak  Roger  okrąża  wraz  ze  swą  kamerą  szczęśliwą  parę  — 

jednak  to,  przed  czym  widzowie  z  niedowierzaniem  przecierali  oczy,  było  też  niestety  łabędzim  śpiewem 
kamerzysty American Maniacs. 

Dla Mickeya Knoxa było to spełnienie przepowiedni, w którą wierzył tak mocno, że gotów był dla jej 

spełnienia, bez cienia wątpliwości czy strachu, przewędrować bez szwanku przez piekielną otchłań. 

Dla Mallory Knox było to niewiarygodne ukoronowanie jej życia i miłości, niepodważalny dowód na to, 

że anioły naprawdę się nią opiekują. 

Dla  Wayne'a  Gale'a  było  to  osiągnięcie  nirwany,  wywołanej  przez  mówiące  same  za  siebie  wyniki 

sondaży firmy Nielsen. 

Dla Ameryki było to odrodzenie idei prawdziwej miłości. 
Dla Jacka Scagnettlego był to koniec drogi. 
Mickey Knox spojrzał na niego, trzymając w dłoni pistolet. Wymierzył... i strzelił. 
I nic. 
— Spaprałeś sprawę, Jack. Miałeś mnie w garści. Ja wtedy nie miałem już naboi. 
Była  jeszcze  jedna  nadzieja,  jeszcze  jedna  szansa.  Choć  widelec  cały  czas  przebijał  na  wylot  gardło 

Scagnettiego,  detektyw,  plując  krwią  i  desperacko  walcząc  o  każdy  łyk  powietrza,  wychodził  ze  skóry,  by 
dosięgnąć leżący na podłodze pistolet. 

 
Mallory była jednak szybsza. Jeśli przemówił wówczas do niej jakiś anioł, gdy schylała się by podnieść 

broń, to być może był to anioł Hailey „Pinky" Robbins. 

—  No  i  jaka  seksowna  jestem  teraz,  co?  —  spytała  Mallory  wysyłając  Scagnettiego  przed  oblicze 

Stwórcy. 

Jak Ameryka długa I szeroka, tabuny nastolatków wyległy na ulice i place, zapełniając również bary i 

kluby, by przy świetle świec oczekiwać ponownego nadejścia Knoxów. Historia Stanów Zjednoczonych nie 
znała dotąd wypadku, który w podobny sposób jednoczyłby amerykańską młodzież w chorej fascynacji i, co 
pozostaje niewytłumaczalne i przerażające zarazem, moralnym poparciu, udzielanym parze morderców. 

Powskakiwali do swych samochodów i wyruszyli przed siebie z dziką beztroską, w głębokiej pogardzie 

mając  wszelkie  znaki  drogowe,  prawo  i  porządek  na  drogach.  Szaleństwo,  które  znalazło  swe  ujście  w 
Batongaville,  udzieliło  się  poprzez  fale  eteru  niemal  całemu  społeczeństwu.  Policja  zrezygnowała  z 
zatrzymywania  choćby  najbardziej  zuchwałych  chuliganów,  koncentrując  swe  wysiłki  na  próbach 
zapanowania  nad  przewalającą  się  przez  ulice  tłuszczą.  Sytuację  pogarszała  dodatkowo  obecność 
wracających  do  domów  pijanych  kibiców futbolu  amerykańskiego,  nie  mogących  się  nadziwić, skąd  nagle 
wzięło  się  tu  tak  wielu  młodocianych  wielbicieli  drużyny  z  Dallas.  Cała  Ameryka  z  zapartym  tchem 
zastanawiała się czy miłość Mickeya i Mallory okaże się dostatecznie mocna, by bezpiecznie wyprowadzić 
ich z Batongaville. 

 

18 

background image

Gdy Dwight McCIusky wkraczał do posterunku strażników na zewnątrz głównego wejścia, wiedział, że 

przegrał z kretesem. 

Wychodził właśnie ze swego pokoju, gdzie przed chwilą zbierał solidne cięgi od wysokiego urzędnika 

policyjnego  —  w  pierwszej  kolejności  za  dopuszczenie  do  przeprowadzenia  telewizyjnego  wywiadu  na 
terenie  więzienia  —  gdy  dotarła  do  niego  wiadomość,  że  więźniowie  przejęli  kontrolę  nad  posterunkiem 
dowódcy  warty,  znajdującym  się  wewnątrz  głównego  budynku.  Ponieważ  bramy  były  już  pootwierane na 
oścież, należało za wszelką cenę nie pozwolić buntownikom na wydostanie się na zewnątrz. 

Shawn  Devlin  podążał  niczym  cień  za  McCIuskym.  Obaj  weszli  do  pomieszczenia  strażników,  gdzie 

ostatecznie Devlin zdał sobie sprawę ze skali obecnych rozruchów. „Strażnik Towery wpatrywał się w rząd 
monitorów i odchodził od zmysłów", wspominał Devlin. „Gdy sam spojrzałem na ekran, nie musiałem się 
dłużej zastanawiać, dlaczego Towery oszalał." 

I nawet obecnie, po upływie sześciu miesięcy, głos Devlina załamuje się wraz z przypływem okropnych 

wspomnień.  Ręce  zaczynają  drżeć,  a  Shawn,  dla  uspokojenia  skołatanych  nerwów  sięga  po  kolejnego 
papierosa, rozpoczynając jednocześnie opisywanie grozy i chaosu, jakie jawiły się wówczas jego oczom: 

„W  więziennym  zakładzie  fryzjerskim  ujrzałem  siedzącego  na  fotelu  Baltina.  Trzymało  go  dwóch 

łotrów, podczas gdy trzeci przykładał mu do gardła brzytwę. Z kolei Surran tkwił jakoś tak do góry nogami 
w płonącym kontenerze na śmieci. Jakiś biedny gnojek, nawet nie byłem w stanie go rozpoznać, wisiał pod 
dachem  rotundy,  cały  we  krwi,  gardło  roztrzaskane.  I  Zoumas...",  Devlin  na  chwilę  zamilkł  starając  się 
znaleźć odpowiednie słowa. „Zoumas, gość, z którym chodziłem na ryby i który pomagał mi w przeglądzie 
silnika mojego Camaro 396 R/S, rocznik 68 ... nie, naprawdę, nie mam ochoty opowiadać o tym, co oni z 
nim robili w jadalni. Byłem prawie szczęśliwy, gdy usłyszałem, że go zaraz potem zabili, bo nigdy później 
nie  chciałbym  spojrzeć  mu  prosto  w  twarz.  Wiedziałem,  że  gdybym  to  był  ja,  to  wolałbym  natychmiast 
umrzeć." 

Devlin,  patrząc  na  krwawą  jatkę,  w  której  ginęli  jego  przyjaciele,  znalazł  się  na  skraju  psychicznego 

wyczerpania. McCIusky aż trząsł się z wściekłości. Dla Sparky Nimitza, fana muzyki bluesowej, który dwa 
lata  temu  przeniósł  się  do  Chicago  aż  z  Brooklynu,  nadeszły  ciężkie  chwile.  Przekazywał  właśnie 
naczelnikowi najnowsze wiadomości: 

— Wydostali się na wolność, panie naczelniku— oznajmił podekscytowany. 
Początkowo jednak do McCIuskyego nie docierało to, o czym mówił Sparky. 
— Co takiego? — spytał. 
— Oni ... oni są na wolności, szefie. Mickey i Mallory są na wolności. 
Do McClusky'ego w końcu coś trafiło. 
— Co to znaczy, „są na wolności"? 
— Są uzbrojeni — ciągnął Sparky. Słowa i zdania zaczęły zlewać się w jeden potok. — Wzięli ze sobą 

ekipę Wayne'a Gale'a, Kavanaugha i Homolkę. Scagnetti nie żyje. Mają ze sobą kamerę i to wszystko jest 
teraz w telewizji! 

McCIusky popatrzył nieruchomym wzrokiem tak, jakby jakaś wewnętrzna eksplozja zablokowała jego 

władze umysłowe. Po chwili jednak odzyskał zdolność mówienia. 

—O nie! — wrzasnął. — Te dwa zdeprawowane dupki, te pierdolone skurwysyny zrobiły coś takiego w 

moim więzieniu. Już ich widzę, jak wiszą! Dosyć tego, Sparky, albo ja, albo oni! 

„Sparky nie był geniuszem", opowiadał później Devlin, ale wiedział, podobnie jak my wszyscy, że nie 

był to dobry omen. Słyszeliśmy wcześniej opowieści o zamieszkach w więzieniu w Santa Fe w roku 1982 
znanych  powszechnie  jako  „Diabelska  Rzeźnia".  Najpoważniejszy  bunt  w  historii  amerykańskiego 
więziennictwa.  Ale  te  opowieści  nijak  miały  się  do  tego,  czego  właśnie  byliśmy  świadkami.  A  obecność 
faceta,  który  wykazywał  wręcz  psychiczne  skrzywienie  na  tle  brania  odwetu,  czym  był  zainteresowany 
bardziej  niż  odzyskaniem  kontroli  nad  sytuacją  w  więzieniu,  stanowiła  dla  nas  niezłą  gwarancję  tego,  że 
możemy nie doczekać jutra. 

Byliśmy wstrząśnięci jego reakcją, ale tylko Sparky miał odwagę odezwać się w takiej sytuacji. 
— O czym pan mówi, szefie? — zdziwił się. — Całe więzienie stoi w płomieniach, a pan tu nawija o 

tych dwóch wypierdkach. 

McClusky'ego jednak pożerała wściekłość. 
— Będę śledził te dwa szczurze bękarty, będę ich gonił jak jakieś dwa zasyfione kundle, którymi 

background image

zresztą  są!  —  wypluwał  z  siebie.  A  potem  rozkazał  przysłać  „zieloną  bandę",  specjalną  jednostkę 

taktyczną,  która  pozostawała  w  ciągłej  gotowości  bojowej  na  wypadek,  jaki  właśnie  miał  miejsce  w 
Batongaville.  Nazwa  wzięła  się  od  fluoryzujących,  cytrynowozielonych  kombinezonów,  jakie  nosili 
członkowie jednostki. 

Devlin w równym stopniu emanował wściekłością i niedowierzaniem; mógł od ręki zaproponować inne, 

znacznie  bardziej  sensowne  sposoby  wykorzystania  „zielonej  bandy",  jak  na  przykład  ratowanie  życia 
strażników.  Ale  to  McCIusky,  a  nie  on,  decydował  o  takich  rzeczach.  Naczelnik  zaś  wydawał  się  być 
opętany tylko jedną myślą. 

— Ta dwójka dziś jeszcze będzie gryźć ziemię. 
Mickey  i  Malłory  mogliby  zostać  najsłynniejszą  parą  kochanków  na  świecie,  ale  wrodzony  instynkt 

mówił im, że teraz należy walczyć o przetrwanie, miłość zaś nakazywał odłożyć na później. Amerykańskich 
telewidzów  zdumiewał  fakt,  iż  oboje  poruszali  się  niczym  jedna  całość,  porozumiewając  się  bez  słów, 
intuicyjnie wskazując sobie nawzajem drogę i ustalając, kto w danym momencie ma iść pierwszy, i z której 
strony. 

Mickey pociągnął Wayne'a za kołnierz jego koszuli. 
— Hej, przyjacielu, jak ty się tu dostałeś? 
— Przyjechaliśmy dobrze wyposażonym wozem transmisyjnym — odparł poufale Wayne. 
— Gdzie go zaparkowaliście? 
— Na zewnątrz, przed główną bramą. 
— No to idziemy tam. Pozwól, że zaopiekuję się kluczami. 
Wayne bez szemrania wypełnił polecenie. 
—Mamy wóz, hurrraaa! — zawołał Mickey. 
Nagle,  gdzieś  pomiędzy  więzienną  kafeterią  a  zakładem  fryzjerskim,  odezwał  się  komórkowy  telefon 

Wayne'a.  Jak  okiem  sięgnąć,  trwały  zamieszki.  Więźniowie,  uodpornieni  na  przetaczające  się  raz  po  raz 
obłoki  gazu  łzawiącego,  podpalali  co  się  dało  i  rzucali  własnoręcznie  wykonanymi  granatami. 
Najpopularniejsza  „dyscyplina  sportu",  zabijanie  strażników,  zaczęła  ustępować  innej  konkurencji,  a 
mianowicie  torturowaniu  kapusiów.  Zasoby  żywych  strażników  kończyły  się,  a  szturmowano  już 
pomieszczenia  dla  więźniów  z  ochroną  —  AO.  Tajne  kartoteki  więzienne  znalazły  się  w  rękach 
buntowników,  nie  istniały  już  żadne  tajemnice.  Kto  doniósł  kiedyś  na  swego  kumpla,  od  tej  chwili 
pozostawał na jego łasce i niełasce. Demon zła zwyciężał. 

—Kochanie, nic się nie stało! Przysięgam! Jestem ci cały czas wierny! — krzyczał Wayne. 
W  tym  momencie  wleciał  na  niego  jakiś  umierający  więzień.  Był  dokładnie  oskalpowany,  a  na  jego 

plecach widniał napis DONOSICIELSKA ŚWINIA. — Pogadamy o tym, jak wrócę ... Oczywiście, że nie ... 
To jest gorsze niż jakiś zasrany Bagdad! Dolores, słuchaj, ja cię kocham! 

Wayne wyłączył telefon. — Pieprzona krowa! 
— Dalej! — zawołał Mickey, gdy całą grupą przebijali się przez hol. Kolumna zakładników składała się 

teraz z Wayne'a, Julie, Rogera, Franka, Kavanaugha i Homolki. Herb Gaines skorzystał z okazji i rzucił się 
do szaleńczej ucieczki w momencie, gdy jeden z więźniów zaatakował Wayne'a i Mickey zmuszony był go 
bronić. 

„Od  początku  było  jasne,  kto  był  najcenniejszym  zakładnikiem  Mickeya",  opowiadał  Gaines. 

„Przypuszczam,  że  wówczas  jego  własne  bezpieczeństwo  zależało  bardziej  od  utrzymania  Wayne'a  przy 
życiu  niż  od  zabicia  mnie."  Gainesowi  udało  się  opuścić  budynek  i  schować  się  pod  stertą  śmieci,  którą 
jakimś  niezbadanym  wyrokiem  opatrzności  pozostawiono  nie  sprzątniętą.  Ukrywał  się  tam  do  następnego 
dnia, dopóki teren więzienia nie został oficjalnie zabezpieczony. 

Znajdujące  się  w  górze  reflektory,  omiatały  przestrzeń  tam  i  z  powrotem.  Z  południowego  korzytarza 

wybiegła grupa zielono ubranych, uzbrojonych komandosów i skierowała się ku skrzydłu G. 

Mickey Knox nie miał wyboru i musiał skierować swój „zastęp" w drugą stronę korytarza. Ale na jego 

końcu czekało już pięciu strażników, którzy wybrali na swój „okop" właśnie to miejsce. 

Wydawało się, że nie ma już żadnej ucieczki. 
Strażnicy  otworzyli  ogień  i  po  chwili  Ich  strzały  trafiały  kolejnych  zakładników.  Najpierw  Roger,  a 

razem z nim na podłodze wylądowała kamera betacam. Potem Julie, która rozpaczliwie próbowała rozerwać 
taśmę  klejącą  wokół  nadgarstka,  usiłując  w  ten  sposób  oddzielić  się  od  martwego  Rogera.  Zupełnie 

background image

niepotrzebnie.  Potem  przyszła  kolej  na  Franka,  którego  klatka  piersiowa  eksplodowała  na  cały  korytarz 
niczym jakiś gigantyczny pomidor. 

Wayne Gale oszalał. W ułamku sekundy jego  mózg  zaczął pracować na zwiększonych obrotach, grad 

pocisków  zatarł  wszelkie  różnice  pomiędzy  tym,  kto  jest  przyjacielem,  a  kto  wrogiem.  W  desperackim 
odruchu ratowania skóry  za wszelką cenę, Wayne rozerwał taśmę, łączącą go z Kavanaughem,  wyciągnął 
półautomat  Glocka  ze  swego  wysokiego  buta  i  rzuciwszy  się  na  podłogę  zaczął  strzelać  do  strażników, 
znajdujących się na drugim końcu korytarza. 

Szczęście powoli zaczynało opuszczać Mickeya i Mallory, choć nie przestawali strzelać na prawo i lewo. 

Zarówno  „zielona  banda"  z  jednej  strony,  jak  i  oddział  strażników  z  drugiej  nie  zmniejszały  siły  ognia. 
Mickey krzyknął na Mallory, która natychmiast i bez słowa rzuciła mu nowy magazynek. 

Gdy  Mickey  zajęty  był  ładowaniem  broni,  strzelanina  nagle  ucichła.  Spojrzał  w  głąb  korytarza,  gdzie 

przed chwilą stała czwórka strażników. Wszyscy zginęli. 

Chwilę później zza  martwych ciał wyłoniła się jakaś postać. Szczupła, mająca około lat czterdziestu i 

nieco wyłysiała — osobnik ów wyglądał raczej na państwowego urzędnika niż na mordercę. 

—  Kim  ty,  kurwa  jesteś?  —  spytał  Mickey  spoglądając  na  osobnika  trzymającego  dymiący  jeszcze 

karabin, dzięki któremu strażnicy rozstali się z tym światem. 

— Jestem Owen — padła odpowiedź. 
— Czego od nas chcesz? — spytał Mickey. 
—Chcę, żebyście poszli ze mną — odparł Owen. 
Batongaville  było  ostatnim  miejscem,  w  którym  Mickey  spodziewał  się  spotkać  członka  swego 

własnego fan klubu. 

—Teraz nigdzie nie idziemy — oświadczył Mickey. 
Owen uśmiechnął się zagadkowo. 
—Chodźcie — powiedział. 
Zresztą nieważne, kim był ten facet — nosił więzienną bluzę i nie strzelał do nich, czego nie można było 

powiedzieć o zbliżających się w ich stronę zielonych komandosach. 

—Dalej, kochanie. Chodź, Wayne — powiedział Mickey. — I weź kamerę. 
—  Dzień  dobry,  mówi  Antonia  Chavez.  Jeśli  dopiero  teraz  zaczęli  nas  państwo  oglądać,  to  spieszę 

donieść,  że  nadajemy  na  żywo  z  więzienia  Batongaville,  gdzie  Wayne  Gale  jest  zakładnikiem  Mickeya  i 
Mallory uciekających w tym momencie na wolność pod osłoną ogromnego buntu, jaki tam wybuchł. Wayne, 
czy nas słyszysz? 

Technicy  stawali  na  głowie  by  ze  zniszczonej  kamery  betacam  wydobyć  jako  taki  obraz.  Wayne 

znajdował się w jakimś ciemnym i wąskim korytarzu; bez dodatkowego oświetlenia, trudno było odgadnąć, 
kto  spośród  członków  ekipy  pozostaje  przy  życiu.  Wayne'a  nieustannie  paraliżował  strach  —  maszerował 
pochylony,, starając się uniknąć spotkania z jakąś zdradliwą kulą, rozmawiając jednocześnie przez telefon 
komórkowy ze swą żoną Dolores, której imię z czasem stało się w amerykańskiej świadomości synonimem 
słowa „suka". 

— Nie wiem za bardzo, dokąd w tej chwili idziemy — meldował Wayne. Zdążył już zdjąć z szyi swój 

krawat i niczym stary komandos przewiązać go wokół głowy, przy okazji prowizorycznie opatrując zranione 
od karabinowego wystrzału ucho, które krwawiło coraz intensywniej. 

— Jesteśmy w korytarzu łączącym część zachodnią i wschodnią skrzydła B  — oznajmił beznamiętnie 

Owen. — Te dziury, które widzicie, odchodzą do każdej z cel. To, co spływa tymi rurami, to ścieki. Ale to 
nasza jedyna droga ... 

— Zamknij się — ostrzegł go Mickey. — Ten sprzęt — tu wskazał na kamerę, — wciąż pracuje. 
I  rzeczywiście,  kamera  wciąż  działała.  Na  zewnątrz  więzienia  Katherine  Ginniss  w  towarzystwie 

batalionu  policji  stanu  Illinois,  siedziała  przed  ekranem  maleńkiego  telewizora  firmy  Sony  i  obserwowała 
dramatyczny przebieg wypadków. 

Przybyła do Batongaville przed godziną, oczekując ostatecznego rendez-vous z Jackiem Scag-nettim w 

biurze naczelnika więzienia. Teraz nie miała tu nic do roboty. Ale i jej, podobnie jak reszcie kraju, udzieliła 
się fascynacja przerażającym spektaklem (a może było to nieznośne uczucie niedokończonej roboty) — dość 
powiedzieć, że Katherine Ginniss z zapartym tchem obserwowała, jak Mickey Knox i jego świta wychodzą z 
więziennych ciemności na światło dnia. 

background image

I wyszli — wydostając się otworem kanalizacyjnym na drugim piętrze wschodniej części skrzydła B. 
Wayne prowadził okrojoną do osób Kavanaugha i Homolki karawanę zakładników. Na zewnątrz czekał 

już strażnik z karabinem wycelowanym w Wayne'a. 

— Nie strzelaj! Jestem Wayne Gale! Nie strzelaj!!! — wrzasnął Wayne. Pechowy strażnik zawahał się 

przez moment, co wystarczyło, by Wayne władował w niego całą zawartość magazynka swojego Glocka. 

Dmuchnął  potem,  niczym  Brudny  Harry,  w  dymiącą  lufę  pistoletu,  a  krążąca  w  żyłach  adrenalina 

wywołała w nim uczucie własnej potęgi. Jedno zabójstwo sprawiło, że osiągnął to, czego nie były w stanie 
wywołać u niego całe lata jungowskiej psychoanalizy. 

—Jestem żywy! Po raz pierwszy w moim życiu! Ja żyję! Dziękuję ci, Mickey! 
Mickey  Knox  od  samego  początku  buntu  zachowywał  jednak  przytomność  umysłu  i  uświadomiwszy 

sobie, że zabić może cię każdy idiota z bronią w ręku, skwapliwie skorzystał z okazji i rozbroił Wayne'a i na 
powrót obarczył go kamerą. 

—Musisz wziąć się w garść, stary — zwrócił uwagę rozczarowanemu dziennikarzowi. 
Za  najbliższym  narożnikiem,  mieli  zamiar  zejść  na  pierwsze  piętro.  Ale  na  podeście  między 

kondygnacjami, blokując uciekinierom drogę na główny korytarz, a co za tym idzie na wolność, stał Dwight 
McCIusky, osłaniany z obu stron przez swych komandosów, którzy zresztą przed chwilą odzyskali parter we 
wschodniej części skrzydła B. 

—Koniec zabawy, Knox. Zostaw ich! 
Mickey chwycił Kavanaugha i wypchnął go na schody. 
— Nie strzelaj, albo go rozwalę — ostrzegł naczelnika. 
McCIusky zauważył to, co zdołało umknąć uwadze Mickeya, 
— On już jest martwy, ty śmieciu! Gówno będziesz miał z tego wszystkiego! Ognia! 
Shawn Devlin wiedział, że przekroczył w tym  momencie jakąś nienaruszalną do tej pory granicę, gdy 

wraz  z  członkami  oddziału  specjalnego  faszerował  Kavanaugha  seriami  karabinowych  pocisków.  Ciało 
nieszczęśnika wykonywało jakiś niesamowity taniec, a pochylony Mickey złapał już Homolkę. 

Ale  Mallory  była  szybsza,  chwytając  Wayne'a  za  szyję,  przyciskając  mu  do  skroni  pistolet  i, 

wyprzedziwszy Mickeya, zaczęła przeciskać się przez wąską klatkę schodową. 

—Cofnąć się śmierdziele, albo go rozpieprzę! Cofnąć się albo go rozpieprzę! 
Żaden  z  policjantów  nie  opuszczał  broni.  „Ten  facet  specjalnie  nas  nie  obchodził",  wyznał  później 

Devlin. Wayne zaczął pochlipywać. 

— Nie strzelajcie! Błagam was, nie strzelajcie! Proszę, proszę, proszę... 
— Gale, zamknij paszczę, ty fiucie! — wrzasnął McCIusky, zdziwiony, że jeszcze w takiej sytuacji ta 

dwójka potrafi wzbudzić w nim jakiś żal. 

— Mickey i Mallory, słuchajcie no tylko... 
— Sam zamknij paszczę! Nic nie chcę słyszeć! — zawołał Mickey. 
— Mallory, jestem pewien, że to rozumiesz — jeśli zabijesz tego fiuta ... 
Mallory popchnęła Wayne'a od tyłu. 
—Łapa do góry! 
Wayne posłusznie uniósł rękę. Mallory przestrzeliła na wylot jego dłoń. 
Telewizyjni  cenzorzy  byli  do  tego  stopnia  zaszokowani  tym  ,  co  widzieli  na  ekranie,  że  zapomnieli 

wyciszyć Wayne'a, wrzeszczącego „cholerni bandyci!!!" 

Policjanci odskoczyli do tyłu. 
Po północnej stronie schodów pojawiła się sylwetka Owena Trafta. 
—Mickey, chodźcie tu. Znalazłem wyjście! 
Kamera na ramieniu Wayne'a powędrowała w stronę łaźni na drugim piętrze, kiedyś lśniącej bielą 
kafelków, dziś zbryzganej krwią, co przypominało sklep rzeźnika z ludzkim mięsem. Spod sufitu zwisali 

zarówno więźniowie, jak i strażnicy. Z ich rozprutych ciał bezładnie zwisały wszelkie wnętrzności. 

Wołanie stojącego na schodach McClusky'ego było wyraźnie słyszalne. 
— Sześćdziesiąt sekund i zjawiam się tam u was! 
Któż z nas nie pamięta tego nieznośnego napięcia, towarzyszącego ostatnim, jak wówczas sądziliśmy, 

chwilom spędzonych na Ziemi przez Mickeya i Mallory Knoxów? 

background image

Antonia Chavez, ze spokojem obsługiwała pośpiesznie organizowane telefoniczne rozmowy z gośćmi z 

różnych stron kraju. Była pośród nich ciotka Mickeya, Ofelia, był też Darryl Gates z uni-versytetu Harvarda, 
specjalista  od  psychologii  kryminalnej,  czy  w  końcu  przekonany  o  własnej  wyższości,  obrażony  na 
wszystkich,  wysoki  urzędnik  policyjny  stanu  Illinois.  Antonia  zdołała  zapełnić  luki  w  transmisji 
komentarzami  i  rzeczowymi  pytaniami.  Obserwowała  ją  cała  Ameryka,  a  Antonia,  niczym  wycieczkowy 
pilot  prowadziła  wszystkich  poprzez  tę  jedyną  w  swym  rodzaju  orgię  nadawanej  na  żywo  przemocy  i 
sensacji. 

Nikt  też  nie  musiał  dawać  jej  znać.  gdy  trzeba  było  przerwać  reminiscencje  ciotki  Ofelii  dotyczące 

pierwszej  szkolnej  zabawy  Mickeya  —  nadchodziło  ostateczne  rozstrzygnięcie,  McCIusky  miał  ich  już  w 
garści  i  nie  wyglądało  na  to,  że  naczelnik,  wraz  z  oddziałem  osłaniających  go  wściekłych  strażników 
pozwoli wyjść uciekinierom cało. 

Oddająca  się  uroczystemu  czuwaniu  młodzież  zamarła.  Nastoletnie  dziewczęta  zaczęły  płakać, 

przerażone  perspektywą  bezpośredniej  transmisji  masakrowania  demona  miłości,  który  był  obiektem  ich 
młodzieńczych marzeń i fantazji. 

Widzieliśmy to wszyscy, a oczekiwanie zapierało nam dech, gdy nagle odezwał się komórkowy telefon 

Wayne'a. Była to Dolores. Ale Wayne odnalazł w końcu swą prawdziwą tożsamość, w co zresztą wierzyła 
cała widownia. W ostatnich, jak się wówczas wydawało, chwilach swego życia, Wayne zwrócił się do żony 
z uczuciem nowej mocy, jaka w niego wstąpiła, wydzierając się nad tracącymi swą moc bateriami telefonu. 

—Zapomnij o wszystkim ty suko! Słyszysz? ... Nie wracam do domu! Uwolniłem się od ciebie. I żyję! 

Po raz pierwszy mogę powiedzieć, że ŻYJĘ! No więc — odpierdol się ode mnie! 

Wayne rozłączył się. A każdy, kto w tym momencie miał jeszcze nadzieję, że ucieczka się powiedzie, 

musiał srogo się zawieść, widząc, jak Mickey pochyla się by pomóc Mallory w bandażowaniu krawawiącej 
rany. 

— Cokolwiek się stanie, pamiętaj, że cię kocham ... — powiedział cicho, okazując jej, po raz pierwszy 

od  tego  dramatycznego  momentu  ponownego  spotkania,  odrobinę  prawdziwej  czułości.  Dla  Mickeya 
ważnym wydawało się uczynienie tego właśnie teraz; mogła to być przecież ostatnia ku temu okazja. 

— Kochałem cię bardziej, niż samego siebie ... 
Mallory spojrzała mu prosto w oczy z miłością i przebaczeniem. Ta scena wzruszyła wszystkich. 
—Wiem już. Nie wydostaniemy się stąd, co?— powiedziała. — Do diabła więc z wracaniem do naszych 

cel. Zbiegnijmy tymi schodami strzelając przed siebie, wyjdźmy na zewnątrz i rozwalmy tych skurwysynów 
— tylu, ilu będziemy w stanie. 

Oczyma duszy Mickey ujrzał to, o czym mówiła Mallory. Lecz była to perspektywa, której, ze względu 

na swą ukochaną, nie mógł zaakceptować. 

— To romantyczna fikcja — stwierdził. — Ale postąpimy tak, jeśli zawiodą wszystkie inne sposoby. 
Wyczerpanie powoli ustępowało, a w umyśle Mickeya zaczął rodzić się nowy plan. Wstał, przyglądając 

się rozhisteryzowanemu Duncanowi Homolce. 

—Masz żonę? 
—Ja nie chcę umierać — zaszlochał Homolka. 
Uderzeniem otwartej dłoni Mickey przywrócił go do zmysłów. 
—Pytałem, czy masz żonę? 
Tymaczsem Wayne ponownie starał się nawiązać łączność telefoniczną. Tym razem ze swą dziewczyną 

Ming. 

—Będę  dziś  wieczorem  z  nową  dawką  podniecających  rozkoszy.  Nasypię  trochę  ostrego  pieprzu  na 

twoją... 

Ale  Ming  nie  wydawała  się  być  zachwycona  nowym  wcieleniem  Wayne'a,  co  zasygnalizował  krótki 

sygnał przerywanego połączenia. 

—Ming!  Ming!  —  krzyknął  Wayne,  rzucając  w  końcu  komórkowcenn  o  ścianę,  zresztą  ku  uldze 

wszystkich, którzy mieli już dość wysłuchiwania opowieści o domowych problemach Wayne'a. 

—  Powszechnie  szanowany  dziennikarzu  —zawołał  Mickey,  zajęty  obecnie  czynnością 

przymocowywania  lufy  swego  karabinu  do  szyi  Duncana  Homolki.  —  Chciałbym,  abyś  poznał  Duncana 
Homolkę — powiedział zabierając się dopodobnych zabiegów na Wayne'ie. 

Gdy Mickey okręcał taśmę klejącą wokół jego szyi, Wayne grzecznie przywitał się z Duncanem. 

background image

—Jedyny sposób, w jaki możemy przedostać się do bramy frontowej polega na tym, żeby oni bardziej 

nie chcieli zabić was niż chcą zabić nas— oznajmił Mickey. — Na kolana, Wayne. 

Mickey chwycił kamerę i umieścił ją na ramieniu Wayne'a. 
—Zdaje się, że pragnąłeś kontaktu z rzeczywistością, co? 
—Nazywam się Wayne Gale! Jestem gwiazdą programu American Maniacs! 
Wayne  dostał  się  w  zasięg  wzroku  McCIusky-'ego  i  jego  goryli.  Trzymał  kamerę  w  ręku  i  filmował 

siebie samego. 

„Zauważyłem,  że  prawa  ręka  Mickeya  przytwierdzona  jest  do  spustu,  a  kolba  jego  spluwy  dokładnie 

przywiązana do szyi Wayne'a," opowiadał Devlin. 

—Każdego  tygodnia  ogląda  mnie  czterdzieści  milionów  ludzi!  —  ciągnął  Wayne,  a  jego  głos 

przepełniony  był  histerią.  —  Jestem  cenionym  dziennikarzem,  zdobywcą  nagrody  Edwarda  R.  Murrowa  i 
wielu Innych! 

McCIusky  zastygł w bezruchu, nie bardzo wiedząc, co czynić. Pragnął tylko jednej rzeczy — zadusić 

własnoręcznie Mickeya Knoxa, co na pewno próbowałby zrobić, gdyby nie powstrzymywał go przed tym 
Sparky Nimitz. 

„Zdaliśmy  sobie  wtedy  sprawę,  że  jeżeli  załatwimy  Mickeya  albo  Mallory,  zginą  również  Wayne  i 

Homolka. Moglibyśmy próbować, gdyby nie było tam  kamery, ale żaden z nas nie miał ochoty odgrywać 
powtórki  ze  sprawy  Rodneya  Kinga  —  sądziliby  nas  ludzie,  którzy  całe  zajście  znaliby  jedynie  z  taśm 
wideo, nie byli tam obecni i nie mogli wiedzieć, co wówczas czuliśmy", wspominał Devlin. 

I właśnie na to liczył Mickey Knox. 
— Jesteście na wizji! — krzyczał Wayne. — To wszystko idzie na żywo! Jeśli któryś z was zrobi mi 

cokolwiek, moja sieć poda do sądu Dwighta McClusky'ego, cały urząd szeryfa i samego gubernatora. Moi 
ludzie podadzą do sądu każdego, kto otworzy ogień ... 

Mickey wiedział co robi. Na policjantach zrobiło to duże wrażenie. 
— Przejście! — wrzasnęła Mallory. Żywa ściana stróżów prawa i porządku zaczęła się cofać. 
Kamera  śledziła  cudowny  pochód  całego  konwoju  pod  swego  rodzaju  namiotem.  Przed  nimi,  z 

jednostajnym  odgłosem  rozwierała  się  gęsta  gromada  karabinów  i  policjantów,  tworząc  dwa,  równoległe 
rzędy, wychodzące z klatki schodowej i poprzez ostatni korytarz osiągające więzienny plac apelowy. 

Wolność. Po drugiej stronie wrót. 
Wayne  wył,  Duncan  bełkotał.  Policjanci  trzymali  broń  w  pogotowiu,  ale  konsekwentnie  ustępowali 

uciekinierom z drogi, rozstępując się niczym Morze Czerwone. 

Gdy było już widać więzienne wrota, naczelnik McCIusky ustawił się na ich tle. 
— Jak daleko wydaje się wam, że zajdziecie? 
— Poza główną bramę — oznajmił z olimpijskim spokojem Mickey. 
— Nigdy wam się to nie uda—odparł McCIusky. 
Ale  na  razie  wszystko  się  udawało.  Karawana  maszerowała  naprzód,  Wayne  i  Duncan  żałośnie 

„Mantrowali" i nikt nie odważył się wykonać jakiegokolwiek ruchu w ich stronę. 

„Byliśmy totalnie sfrustrowani i poniżeni", wyznał Devlin. 
Gdy uciekinierzy wraz z zakładnikami przebili się do przodu, Mickey i McCIusky stanęli oko w oko. 
— Osobiście będę cię tropił, odstrzelę głowę twojej pierdolonej, kurewskiej kobiecie, a twoją ofajdaną 

dupę sam zakopię w ziemi — wycedziłMcCIusky. 

Nic już jednak nie mogło zmącić spokoju Mickeya Knoxa. 
—Innym razem. Nie dzisiaj, drogi naczelniku. 
McCIusky  wyglądał,  jakby  jego  kora  mózgowa  miała  za  chwilę  rozprysnąć  się  na  kawałki.  I 

rzeczywiście  —  po  dokładnym  obejrzeniu  taśmy  wideo,  eksperci  medyczni  stwierdzili,  że  właśnie  w  tym 
momencie u Dwighta McClusky'ego rozpoczął się atak serca. 

„Strażnik po drugiej stronie bramy, Pruce, widział jak przechodzimy przez korytarz, widział też kamerę, 

ale nie chciał być tym, który odpowiedzialny byłby za strzelaninę. Gdyby McCIusky odwrócił się i zabronił 
otwierania drzwi, Pruce prawdopodobnie pozostawiłby je zamknięte. Ale McCIusky zaczynał już zmagać się 
z bólem, więc strażnik otwarł bramę, a Mickey i Mallory wyszli na zewnątrz." 

Mickey  zamknął  drzwi  za  sobą.  Kamera  podążała  za  nim  po  schodach  i  dalej,  ku  wolności.  Drzewa. 

Ptaki. I żadnych krat. 

background image

Kamera nie zdołała już zarejestrować tego, jak setki rozwścieczonych więźniów, przebiwszy się przez 

blokadę strażników biegły ku McClusky'emu, uzbrojone w broń palną, kije, nunczaki, brzytwy i połamane 
krzesła. 

„Zanim wyszedł zamykając za sobą drzwi, Mickey wepchnął Pruce'a w głąb korytarza, tak że nie było 

dla nas żadnej ucieczki. Zaczęliśmy strzelać w tłum, tuziny padły trupem, ale za nimi pojawiali się następni. 
Ciągle skądś nadchodzili," wspominał Devlin. 
 

McCIusky  wspiął  się  na  kraty  i  mając  do  obrony  jedynie  pojemnik  z  gazem,  którym  polewał 

nieprzytomnych  z  szaleństwa  buntowników,  desperacko  próbował  ratować  swoje  życie.  Został  jednak 
ściągnięty  na  dół,  a  jego  serce  ostatecznie  odmówiło  posłuszeństwa.  Więźniowie  podawali  go  sobie  nad 
głowami, niczym muzyka rockowego uprawiającego skoki ze sceny w trakcie koncertu. 

„Ostatnią rzeczą, jaką pamiętam  zanim straciłem przytomność, była  głowa McClusky'ego nadziana na 

jakiś kij, którą przekazywano sobie z rąk do rąk." 

Shawna Devlina pozostawiono przywalonego ciałami swych martwych kolegów. 
 

19 

Wbrew wszelkiej logice, Mickey i Mallory po prostu wyszli z najlepiej strzeżonego więzienia Ameryki 

trzymając jedynie przytknięte do podbródków swych zakładników lufy pistoletów. 

Kamera  pracowała  przez  cały  czas  i  żaden  z  obserwujących  więzienie  z  zewnątrz  policjantów 

stanowych,  członków  Gwardii  Narodowej,  czy  policji  drogowej,  nie  ośmielił  się  sprzeciwić  poleceniom 
Mickeya  Knoxa  odnośnie  nieposyłania  w  ślad  za  firmową  furgonetką  American  Maniacs  jakichkolwiek 
oficjalnych czy służbowych samochodów. 

W  ten  sposób  ucieczkę  Mickeya  i  Mallory  mogły  na  terenie  Joliet  śledzić  jedynie  cywilne,  nie-

oznakowane wozy. 

Jeden z nich pochodził z wypożyczalni, a za jego kierownicą siedziała Katherine Ginniss. 
Gigantyczny korek, jaki powstał po zakończeniu meczu SuperbowI i towarzysząca mu ogólna anarchia 

wywołana przez szalejących w swych ryczących autach nastolatków, stanowiły dla uciekających niezwykle 
sprzyjającą okoliczność — furgonetka zdążyła już zgubić większość spośród śledzących ją samochodów. Ci, 
którym  udało  się  przedrzeć  przez  ten  kocioł,  kontynuowali  pościg  aż  do  momentu,  w  którym  Mickey 
gwałtownie  skręcił  w  jakąś  wiejską  drogę,  a  Mallory  przez  tylne  drzwi  wyrzuciła  na  drogę  Duncana 
Homolkę.  Pisk  opon,  zapach  palonej  gumy  i  piramida  czterech  nieoznakowanych  samochodów  to  wynik 
rozpaczliwych prób ominięcia toczącego się po szosie ciała. 

Ale dziwnym zrządzeniem losu, uchowała się jeszcze jedna drogowa blokada. 
Kierując się na południe, Katherine Ginniss wybrała drogę nr 5 — jakby kierował nią instynkt. Mickey 

Knox podążał tą samą drogą, tyle, że na północ. Oba samochody minęły się z prędkością 75 mil na godzinę, 
co  zmusiło  panią  Ginniss  do  natychmiastowego  zatrzymania  się,  a  potem  zawrócenia  o  180  stopni  i 
wyruszenia w pościg za furgonetką. Obyło się przy tym bez piszczących opon — jeśli cztery lata spędzone w 
waszyngtońskich korkach nauczyły ją czegoś, to oczywiście tego, że „mniej" oznaczało czasami „więcej". 

Prędkościomierz  jej  Forda  Taurusa  wskazywał  maksymalną  szybkość  90  mil  na  godzinę.  Gdyby 

spróbowała użyć swego telefonu komórkowego by namierzyć położenie Knoxów, a spróbowałaby prawie na 
pewno,  nie  znalazłaby  wolnego  pasma  —  eter  po  brzegi  wypełniony  był  gorączkowymi  rozmowami 
funkcjonariuszy policji. 

Katherine musiała zdawać sobie sprawę, że nie istniał na razie żaden sposób zatrzymania uciekającego 

samochodu. Sama nie miała przy sobie broni, podczas gdy Mickey i Mallory najprawdopodobniej uzbrojeni 
byli po zęby. Najbezpieczniejszym planem wydawało się więc oddalenie się nieco od furgonetki, śledzenie 
jej z pewnej odległości i znalezienie w końcu wolnego pasma tak, by można było skontaktować się z policją, 
która przygotowałaby blokadę dróg. Na zdrowy rozum, była to normalna procedura operacyjna. 

Katherine  Ginniss  spędziła  jednak  w  FBI  stanowczo  zbyt  dużo  czasu  za  biurkiem,  pozwalając  innym 

cieszyć się słodyczą zwycięstw, a sama przekopując się przez kolejne ryzy dokumentów, co z drugiej strony 
pozwalało na odnoszenie wspomnianych zwycięstw. 

Silnik był już u kresu swych możliwości. 

background image

I nagle Taurus władował się prosto w tylny zderzak furgonetki z siłą, która zmiażdżyła atrapę chłodnicy, 

roztrzaskując także oba reflektory. 

Uderzenie  było  dużym  zaskoczeniem  dla  pasażerów  furgonetki.  Mallory  załadowała  oba  magazynki  i 

przygotowywała się do wypełnienia swej ostatniej groźby. 

— Czy oni się w końcu nie uspokoją? — zawołał Mickey, starając się przekrzyczeć hałas silnika. 
Odpowiedział mu Wayne: 
—  Wilk  nie  wie  dlaczego  jest  wilkiem,  a  jeleń  nie  wie  dlaczego  jest  jeleniem.  Tak  to  już  Pan  Bóg 

urządził,  prawda  Mickey?  —  Ta  wypowiedź  skłoniła  później  psychologów  do  przypuszczeń,  iż  biedny 
Wayne cierpiał wówczas na syndrom Patty Hearst, polegający na tym, że strach przed sytuacją, w jakiej się 
znalazł wywołał u niego uczucie sympatii w stosunku do swych oprawców. 

Inni badacze doszli do wniosku, że Wayne po prostu zwariował. 
Mickey uśmiechnął się i gwałtownie skręcił, próbując zepchnąć Taurusa z drogi. 
— Mal, zbliża się do ciebie z lewej strony! —krzyknął. 
Gdy  Mallory  przygotowywała  się  do  oddania  strzału,  Owen  Traft  z  twarzą  przyciśniętą  do  szyby 

wyglądał  przez  tylne  okno  furgonetki.  Obserwując  Katherine  zdecydowaną  wyprzedzić  samochód  albo 
umrzeć, poczuł nagle, że czas zaczyna płynąć coraz wolniej. 

Wpatrując się bez przerwy w Taurusa, Owen zaczął ściągać buty, skarpetki a także rozpinać koszulę. 
— Co ty kurwa robisz? — zawołał Wayne widząc jak gość rozbiera się do naga. 
— Dobra, zostaw go — odpowiedziała mu Mallory. — Wygląda na to, że on ma tu do spełnienia jakąś 

misję. Może jest aniołem, którego przysłano, żeby nam pomógł? Zbawił nas ode złego ... 

Anioł  albo  i  nie  —  w  każdym  razie  Owen  Traft  rozebrał  się  już  do  naga  i  skulony  stał  przy  tylnych 

drzwiach.  Jak  przez  mgłę  Wayne  patrzył  jak  Owen  je  otwiera,  doprowadzając  do  nagłego  podmuchu 
powietrza, który uniósł do góry znajdujące się w samochodzie papiery. Mickey nie spuszczał nogi z gazu ani 
na chwilę. 

Katherine przyhamowała nieco, spodziewając się gradu pocisków. 
Zamiast tego ujrzała nagiego faceta kulącego się z tyłu furgonetki niczynn jakiś Golem. Jego oczy wbite 

były  w  jej  samochód.  I  zanim  Katherine  zdążyła  zareagować  w jakikolwiek  sposób, ten człowiek  skoczył 
prosto na nią. 

Będąc  już  w  powietrzu,  Owen  Traft  ułożył  się  w  pozycji  ludzkiego  płodu  —  tę  technikę  skoku 

wyćwiczył jeszcze w dzieciństwie podczas letnich zabaw na miejskim basenie. Jako pierwsza wylądowała 
podstawa  kręgosłupa  pozostawiając  na  szybie samochodu  pęknięcie  w  postaci tysiąca  maleńkich  pajęczyn. 
W  ułamku  sekundy  cała  reszta  ciała  znalazła się  wewnątrz Taurusa. Katherine  Ginniss  poniosła śmierć w 
wyniku  złamania  — na skutek uderzenia—trzech kręgów szyjnych. Poduszka powietrzna otwarła się, gdy 
samochód staczał się z szosy prosto do rowu melioracyjnego. 

Mallory Knox wspięła się na bocznym siedzeniu. 
— Widziałeś to, Mickey? On leciał. Przysięgam, on leciał. Czy można, cholera, w coś takiego uwierzyć? 
—  To  już  tajemnica,  kochanie  —  odparł  ujmując  ją  delikatnie  za  podbródek.  —  Kto  wie,  jak  to  jest 

naprawdę? Kto to wie? ... 

Przygotowując  się  do  ostatniego  w  swojej  burzliwej  karierze  wywiadu,  Wayne  Gale  wykazywał 

rozsądne  w  takiej  sytuacji  skupienie  i  spokój.  Krajobraz  stanu  Illinois  rozkwitał  bujną  zielenią.  Pomimo 
licznych  ran  i  obtarć,  a  także,  rzecz  jasna,  przestrzelonej  na  wylot  dłoni,  Wayne  przedstawiał  całkiem 
przekonywujący  obraz  dzielnego  korespondenta  wojennego.  Nie  odgrywał  bohatera  jak  Arthur  Kent,  ale 
Wolf Blitzer byłby z niego dumny. W przekazie, który dotarł wówczas do amerykańskich domów, dało się 
zauważyć  pewne  kłopoty  z  synchronizacją,  co  związane  było  z  uszkodzeniami,  jakie  odniosła  kamera  w 
trakcie więziennych zamieszek, ale i bez tego wiadomo było, co dzieje się na ekranie. 

—Mówi  Wayne  Gale  —  niestety,  nie  wszyscy  jesteśmy  już  „cali  i  zdrowi".  Ja  odniosłem  rany,    a 

członkowie mojej ekipy zginęli. 

Kamerę obsługiwała Mallory, bawiąc się regulatorami ostrości i odległości — szczęśliwa, że policja nie 

depcze im już po piętach. 

—Rzuciłem  mą  żonę,  mnie  rzuciła  moja  dziewczyna—ciągnął  Wayne,  przerywając  na  chwilę,  by  do 

końca  móc  nasycić  się  swym  własnym  melodramatem.  —  Plan  Mickeya  Knoxa  powiódł  się. 

background image

Wyszliśmyprzez  główne  drzwi,  wsiedliśmy  do  telewizyjnej  furgonetki  I  rozpoczęliśmy  ucieczkę.  W  jej 
trakcie,Mallory Knox zabiła zastępcę szeryfa, Duncana Homolkę, wyrzucając jego ciało przez tylne drzwi. 

Tak naprawdę, gdy Mallory pozbywała się Homolki, ten jeszcze żył i, jak się później okazało, przeżył, 

ale wersja Wayne'a bardziej pasowała do okoliczności. 

—Mickey, wykorzystując policyjną częstotliwość radiową, zagroził, że ja będę być może następny, jeśli 

władze  nie  zaniechają  pościgu.  Dlaczego  nie  użyto  śmigłowców?  Nie  wiem.  Podejrzewam,  że  wszystko 
zdarzyło się zbyt szybko, by mogły zostać poczynione odpowiednie ustalenia. Właśnie zjechaliśmy z drogi, 
tak by przeprowadzić ten wywiad. Proszę państwa, napięcie rośnie... 

Dalej, nie będziemy tu stać cały dzień! — wrzasnął Mickey zza kamery. 
Wayne zdjął kamerę z ramienia Mallory i odwrócił się ku uciekinierom. 
— I już bez dalszego gadania — Mickey i Mallory ... 
Przed  kamerą,  Mallory  w  ciągu  minuty  doprowadziła  siebie  i  swoje  więzienne  szaty  do  porządku; 

Wayne rozpoczął zadawanie pytań. 

— Mallory, co sądzisz o waszej niesamowitej ucieczce? — Wayne zaczynał powoli dochodzić do siebie. 

Dotarło  do  niego,  że  okazja,  jaką  miał  przed  sobą  mogła  okazać  się  największym  osiągnięciem  jego 
dziennikarskiej kariery. 

—  Zastanawiałam  się  jak  długo  potrwa,  zanim  znów  będziemy  mogli  być  razem  —  powiedziała 

Mallory. — I zastanawiałam się, czy wytrzymam tak długo. 

Wyobrażając  sobie  nieodległe  już  miłosne  uniesienia,  Mickey  i  Mallory  zaczęli  pieścić  się  nawzajem 

niczym dwa gołąbki. Ale Wayne chciał usłyszeć jeszcze odpowiedzi na kilka następnych pytań. 

—Czy mieliście coś wspólnego z buntem w więzieniu? 
—Nie mieliśmy z tym nic wspólnego. Ten bunt to było ... nie wiem jak to nazwać ... 
—Przeznaczenie — pośpieszył z pomocą Mickey. 
—  Przeznaczenie  —  powtórzyła  Mallory.  —  Nie  mieliśmy  zielonego  pojęcia  o  żadnym  buncie.  Jak 

mogliśmy  coś  takiego  zorganizować  skoro  przez  cały  rok  trzymano  nas  w  odosobnieniu  co,  Wayne?  To 
znaczy, to nas raczej nie obchodzi... Jeśli ludzie mówią, że to my staliśmy za tym wszystkim, to niech sobie 
mówią. To nie są rzeczy, przez które nie będziemy mogli spać w nocy. Ale prawda jest taka  — tu Mallory 
uśmiechnęła się do ukochanego, a na jej twarzy odmalowała się odzyskana wiara w potęgę wszechświata — 
że było to przeznaczenie. 

—  I  było  to  rzeczywiście  przeznaczenie!  —  dokończył  Wayne.  —  Oglądacie  państwo  program 

American Maniacs. 

Mickey pstryknął palcami. 
—Dalej, dalej, pośpieszmy się trochę. 
Ale Wayne odzyskał już poczucie bezpieczeństwa, powracała też powoli jego wścibska natura. 
—Jeszcze jedno pytanie, jeszcze jedno pytanie. Co dalej? 
Mallory objęła Mickeya. 
—No cóż, Mickey I ja podejdziemy do tego spokojnie. Może poleżymy sobie w jakimś królewskim łożu 

przez  następne  kilka  dni.  Ciesząc  się  sobą  nawzajem.  Myślałam  też  o  macierzyństwie.  Myślę,  że  już 
niedługo zaczniemy coś wokół tego robić. 

Mallory zachichotała kładąc głowę na ramieniu swego męża. Mickey pogłaskał ją czule, ale świadomość 

upływającego czasu I niebezpieczeństwa jakie pociągało za sobą zbyt długie przebywanie pary uciekinierów 
w jednym miejscu zaczęła mu trochę ciążyć. Mickey miał bowiem jeszcze jedną sprawę do załatwienia. 

— Musimy już kończyć ... — powiedział. 
—  Zaraz!  —  wrzasnął  Wayne  nie  mając  ochoty  na  to,  by  jego  plany  „dożywotniej"  sławy  i  kariery 

wzięły w łeb. — W jaki sposób macie zamiar się ulotnić? W tej chwili jesteście chyba najsłynniejszą parą w 
całej Ameryce. 

No cóż, w epoce niewolnictwa było coś takiego jak kolej podziemna... 
—Dobra,  koniec  wywiadu  —  uciął  Mickey,  obawiając  się,  że  wyjawienie  przez  Mallory  dalszych 

szczegółów mogłoby stanowić zagrożenie dla ich ciężko wywalczonej wolności. 

Obraz gwałtownie pogorszył się, gdy Wayne opuścił kamerę. 
—OK',  to  może  zamienimy  się  rolami  i  ja  będę  filmował  samego  siebie  w  trakcie  zadawania  pytań. 

Potem trochę się ogarnę i możemy się pożegnać. 

background image

Żaden z widzów nie był przygotowany na to, co miało nastąpić za chwilę. 
—Tak, tak — ogarniemy się trochę, w porządku, Wayne. Ale to nie ty swym tępym wzrokiem będziesz 

gapił się w kamerę i wygłupiał się przednią— oznajmił Mickey biorąc do ręki swój pistolet. 

— Będziesz natomiast spoglądał w głąb luf naszych spluw, a my będziemy strzelać. 
Na twarzy Wayne'a pojawił się wymuszony uśmiech niedowierzania. 
—To jakiś żart, prawda? 
W odpowiedzi Mickey załadował broń. 
—Poczekaj jeszcze jedną minutę  —  błagał  go  Wayne.  —  Poczekaj!  Wydawało  mi  się,  podczas  tej  ... 

ucieczki, że coś jakby więź zrodziła się między nami. Razem w tym wszystkim siedzimy, nie? 

—  No,  nie  bardzo  —  odparł  Mickey.  —  Wayne,  ty  jesteś  po  prostu  kanalia.  Zależało  ci  tylko  na 

popularności. Miałeś w nosie nas i całą resztę —oprócz siebie samego. I dlatego nikt się tobą nie interesuje. 
Dlatego nikt nie wysłał za nami helikopterów. 

W oczach Wayne'a pojawiła się trwoga. 
— Zaraz! A co z tym Indianinem? 
— Co z nim? — spytał Mickey. 
— Przecież mówiliście, że to już koniec zabijania, że „miłość zwycięża demony"... 
— Zgadza się — w tym momencie Wayne zaczynał już trochę wkurzać Mickeya. — Chodzi o to, że ty 

jesteś ostatni w kolejce, Wayne. 

Wayne załamał się nerwowo i rozpłakał się. 
—Nie, kurwa, nie zabijajcie mnie! 
Wyglądało  na  to,  że  uderzył  w  czułe  miejsce  —Mickey  podszedł  do  Wayne'a  kładąc  mu  dłoń  na 

ramieniu. 

—Tu nie chodzi o ciebie, ty stary egomaniaku. Ja nawet trochę cię lubię. Po prostu zabijając ciebie i to, 

co sobą reprezentujesz, składamy coś w rodzaju ... oświadczenia — wyjaśnił mu Mickey. 

A  pochylając  się,  wyszeptał  mu  prosto  do  ucha:    Sam  nie  jestem  na  sto  procent  pewien,  co  w  tym 

oświadczeniu jest napisane ... 

Wayne  pomyślał,  że  w  tej  nieco intymnej  sytuacji, Mickey  trochę jakby  zmiękł.  Zerwał  się  na  równe 

nogi I rzucił się do ucieczki, przedzierając się daremnie przez leśny gąszcz. 

Dobiegło go wołanie Mickeya. 
—Wayne! Wayne! 
Dziennikarz zatrzymał się i załamany skapitulował. 
—Miejże trochę godności — upomniał go Mickey. 
Wayne  przygotował  się  już  na  odejście  z  tego  padołu,  ale  nie  mógł  podarować  sobie  kilku  słów  na 

pożegnanie. 

— No dobrze, jestem pasożytem — całkowicie już pogodzony ze swoim losem Wayne powrócił przed 

oblicze uzbrojonej pary.  — Świat jest okrutny. Byliście w błędzie. Nic nowego. Odkąd zaczęliście zabijać 
ludzi,  my  musieliśmy  włazić  wam  w  dupy.  Wy  robiliście,  co  do  was  należało  i  ja  robiłem,  co  do  mnie 
należało. W ten sposób wzięliśmy ze sobą ślub. 

Mallory  roześmiała  się  —  nie  wiadomo,  czy  z  pojawienia  się  u  Wayne'a  nowych  poziomów 

samoświadomości, czy na myśl o wysłaniu go do krainy wiecznych łowów. 

Trybiki w móżdżku Wayne'a pracowały jednak nadal. Zdecydował się spróbować po raz ostatni. 
—Pomyślcie  tylko.  Moglibyśmy  zrobić  coś  w  rodzaju  Salmana  Rushdiego  —  książki,  programy 

telewizyjne, a wszystko w ukryciu. Przenosilibyśmy się z jednego miejsca w drugie, i w pewnym momencie 
pojawilibyśmy się na ekranie. Donahue, Oprah Winfrey ... wyobrażacie sobie jacy bylibyśmy wtedysławni? 

Mickey Knox nie miał jednak zamiaru kupować niczego, co Wayne chciał mu wcisnąć. 
Niech nam teraz zagra jakaś muzyka — zarządził. 
—  Nie,  zaraz!  —  wrzasnął  Wayne.  —  Przecież  Mickey  i  Mallory  zawsze  pozostawiali  jedną  żywą 

osobę, która ma opowiedzieć, co się stało. 

— No i pozostawiamy — odpowiedzieli chórem. — Twoją kamerę. 
Wayne Montclaire Galenovitch rozprostował swe ramiona tak, jakby chciał ogarnąć cały wszechświat, a 

gdy Knoxowie pakowali w niego siedemnaście kul, zdążył wydać jedynie krótki okrzyk. 

background image

Amerykańska opinia publiczna w przerażeniu oglądała martwe ciało Wayne'a osuwające się bezwładnie 

na stojące za nim drzewo. Słychać było śpiew ptaków, szum poruszanych wiatrem liści drzew. Na ostanim 
ujęciu  przekazanym  przez  stację  telewizyjną  widać  było  Mickeya  kładącego  rękę  na  ramieniu  swej 
ukochanej. Po chwili kochankowie oddalili się, oświetlani przez promienie zachodzącego słońca. 

— Wayne? Wayne? — zawołała Antonia Chavez. Jej wysiłki w celu utrzymania jako takiej spójności 

całego przekazu legły ostatecznie w gruzach. — O Boże! 

Scott Mabutt nie miał ochoty prezentować jej rozpaczy na ekranie ogólnokrajowej telewizji, zwłaszcza 

po tym, jak Antonia dzielnie przetrwała na swym posterunku przez cały czas trwania transmisji. Nie pytając 
nikogo o zgodę, włączył nagraną wcześniej taśmę z zaplanowanymi na godzinę osiemnastą wiadomościami. 
Ta decyzja miała go jednak kosztować w przyszłości utratę pracy. Dziwnym zbiegiem okoliczności, dziennik 
zaczął się od reportażu z masakry na weselu, które odbyło się poprzedniego dnia. Scott zszedł później do 
studia,  objął  Antonię  ramieniem  i  w  milczeniu  pogratulował  jej  dobrej  roboty.  Wcześniej,  nigdy  nie 
traktował jej jako poważnej dziennikarki, uznając ją jedynie za gadającą głowę wyposażoną w ładną fryzurę 
I  pozazdroszczenia  godne  uzębienie.  Opadła  ciężko  na  jego  ramię,  popłakując  cicho  jeszcze  przez  parę 
sekund  —  ładunek  emocji  gromadzący  się  w  trakcie  trwania  przekazu  dał  w  końcu  znać  o  sobie.  Ale  po 
chwili  Antonia  poczuła  w  sobie  jakąś  wcześniej  nieznaną,  wewnętrzną  moc,  która  kazała  jej  wziąć  się  w 
garść. 

—Dlaczego nikt dotąd nie odkrył, że z ciebie jest taka twarda sztuka? — spytał Mabbutt. 
Spojrzała na niego tak, jakby odpowiedź na to pytanie była czymś oczywistym. 
—Nikogo to po prostu nie interesowało. 
 
20 
Kochana Noro, 
Być  może  już  mnie  nie  pamiętasz,  ale  spotkałyśmy  się  w  Las  Vegas,  na  organizowanej  przez  ciebie 

konferencji, poświęconej „aniołom". Wtedy prawdopodobnie nic o mnie nie wiedziałaś, ale od tamtej pory 
zdążyłaś chyba już coś o mnie usłyszeć —jeśli tylko posiadasz telewizor. 

Piszę ten list, by dać Ci znać, jak bardzo poruszyła mnie ta konferencja i że Ty zmieniłaś moje życie. Nie 

cłiciałabym, byś w związku z tym listem popadła w jakiekolwiek kłopoty, a jeśli masz wątpliwości co do tego, 
czy  powinnaś  go  pokazać  policji  czy  nie,  to  proszę  bardzo,  możesz  go  im  pokazać,  bo  i  tak  wysłałam  go 
najpierw znajomemu, który wysłał go innemu znajomemu, który z kolei wysłał go jeszcze komuś innemu (to 
pomysł  Mickeya).  Nie  ma  więc  możliwości,  by  mogli  wyśledzić  skąd  naprawdę  został  wysłany.  On  jest 
naprawdę sprytny, to znaczy Mickey. Myślę, że ma jakieś specjalne zdolności do wyprowadzania policji w 
pole. 

W  każdym  razie,  ponieważ  nie  mam  żadnej  rodziny  ani  przyjaciół  z  czasów,  kiedy  byłam  młodsza 

(zdziwiłabyś się, gdybyś zobaczyła jak ludzie reagują na informację, że jesteś mordercą własnych rodziców), 
chciałabym komuś przekazać, co nastąpiło po naszej ucieczce i poinformować, że mamy się nie najgorzej. 

Mam  nadzieję,  że  opublikujesz  to  w  klubowej  gazetce,  tak  żeby  ludzie,  którzy  do  tej  pory  uważali,  że 

mamy  szczęście,  dowiedzieli  się,  że  to  szczęście  zawdzięczamy  aniołom.  Jeden  z  nich  siedzi  na  moim 
ramieniu, a zajmuje się pewnym chłopcem. Ani na chwilę nie spuszcza oka z Mic-keya i jego demonów—jeśli 
odwrócisz się choćby na minutę, to one od razu — bach — wydostają się spod kontroli. 

Gdy zastrzeliliśmy tego dziennikarza, Mickey obiecał mi, że będzie to jego ostatnie morderstwo. Ciągle 

byłam zła na niego za to, że zabił wtedy tego Indianina i w ogóle, ale cieszyłam się, że po roku znów mogę go 
zobaczyć, więc nie było sensu robić z tego problemu. Nie miałam dotąd pojęcia, że jedna osoba może kochać 
drugą  tak  mocno,  że  los  po  prostu  musi  ich  na  nowo  połączyć,  bez  względu  na  wszelkie  przeszkody.  Gdy 
jednak ujrzałam Mickeya, jak ze spluwą wchodzi do mojej celi, uświadomiłam sobie, że nic nie jest w stanie 
nas rozdzielić, nawet śmierć — dlatego nigdy nie bałam się umrzeć razem z nim (gdyby było to konieczne). 

Na szczęście, do tego akurat nie doszło, wyruszyliśmy więc, a Mickey obiecywał otworzyć nową kartę 

naszego życia. Żadnych morderstw, idziemy prostą drogą. Nie minęła jednak godzina i przyszedł czas próby. 

W  naszej  furgonetce  kończyło  się  paliwo,  musieliśmy  więc  podjechać  na  stację  by  napełnić  bak.  To 

chyba była stacja Shella. Musieliśmy przetrząsnąć samochód w poszukiwaniu jakichś drobnych, bo sami nie 
mieliśmy ani centa. Musieliśmy zapłacić za paliwo, a nie chcieliśmy nikogo zabijać. 

background image

No więc Mickey podchodzi do faceta w budce i kładzie pieniądze. Ale ten rozmawiał przez telefon ze swą 

dziewczyną czy coś takiego. I Mickey stoi tam, patrzy na mnie, siedzącą w furgonetce a ja już wiem, o czym 
on myśli — zabiłbym tego gościa, ale zobacz, jak grzecznie się zachowuję, nie mam nawet odbezpieczonej 
broni, dumna jesteś ze mnie, prawda? Uśmiechnęłam się, bo rzeczywiście, byłam dumna. Myślałam o tym 
jaki był przystojny i jak dzielnie starał się być dobrym człowiekiem. 

Ale ten gnojek zdecydował się chyba przetestować cierpliwość Mickey a czy coś w tym rodzaju, bo ciągle 

gadał i gadał, nie zwracając na nic żadnej uwagi. Widziałam, jak w Mickeyu wszystko zaczyna się gotować. 
Zastukał więc w szybę. 

—  Przepraszam  cię  amigo,  ale  ja  trochę  się  śpieszę.  —  mówi.  Gość  ciągle  gada,  więc  Mickey  znów 

uderza w szybę, tym razem trochę mocniej. Facet w końcu się odwraca i pyta się czy Mickey nie widzi, że on 
jest  zajęty.  Mickey  mówi,  że  jego  pracą  jest  chyba  kasowanie  pieniędzy  od  klientów,  tak  żeby  mogli 
zatankować. A ten ma go w nosie. 

I  Mickey  przybiegł  do  samochodu  po  swoją  strzelbę.  To  chyba  jest  tak,  że  jak  w  przeszłości 

wypracowałeś sobie metodę pokonywania kłopotów, która cię nie zawiodła, to później trudno jest zerwać ze 
starymi przyzwyczajeniami. I, prawdę mówiąc, ten mały dzięcioł też mnie wkurzył. Nigdy nie słyszałam, żeby 
ktoś tak się odnosił do mojego najdroższego. 

Ale wiedziałam, że jeśli zabijemy tego jednego, to potem moglibyśmy zabijać znów wszystkich naokoło. 

Usłyszałam  wówczas  mojego  anioła:  „MalIory,  już  czas,  byście  razem  z  Mickeyem  wkroczyli  na  nową 
drogę". 

Położyłam  więc  ręce  na  ramionach  Mickeya  i  nawet  nie  musiałam  nic  mówić,  bo  i  tak  oboje  zawsze 

wiemy, co każde z nas rria zamiar pomyśleć, jeszcze zanim o tym sobie powiemy. Spojrzał mi w oczy, a ja 
przez chwilę widziałam w nim tego demona — on chyba jednak zobaczył mojego anioła i po chwili odłożył 
spluwę. Szturchnął tylko obojętnego na wszystko gościa, a po chwili zmierzaliśmy już ku innej stacji. 

Gdy  wyjeżdżaliśmy,  zdążyłam  jeszcze  za  nim  zawołać:  „To  najszczęśliwszy  dzień  w  twoim  życiu, 

skurwielu!" 

A teraz napiszę ci o największej radości i dumie mojego życia, o moim maleństwie Farrah. 
Jest po prostu ziemskim aniołem. Ma jasne włosy, tak jak Mickey i ma ich całe mnóstwo. Mickey i ja nie 

mieliśmy  pojęcia,  że  ktoś  może  być  tak  piękny  i  tak  doskonały  jak  Farrah.  Gdy  pojawiła  się  wśród  nas, 
obawiałam się trochę, że Mickey będzie kochał ją jeszcze bardziej niż mnie. Ale ja też jestem teraz do niej 
przywiązana.  Farrah  zawsze  znajduje  się  w  centrum  tego,  co  robię  i  tego,  o  czym  myślę.  Przysięgam  Ci 
Noro, Farrah jest aniołem zrodzonym na Ziemi. 

Powinnaś zobaczyć, jak Mickey się z nią bawi. To cudowny obraz szczęśliwej rodziny. Nie wiem, jak coś 

takiego jest możliwe po tym wszystkim, przez co przeszliśmy, no ale okazuje się, że jest możliwe (nie mogę Ci 
powiedzieć, gdzie to dokładnie jest, ale wierz mi, jest wspaniale). Można by pomyśleć, że będąc tak sławnymi 
osobami  nie  mogliśmy  nigdzie  się  ruszyć  nie  będąc  rozpoznanymi.  Ktoś  mógłby  też  nas  wsypać.  Ale  ci 
wszyscy dziennikarze szybko przerzucają się na nowe rzeczy, a przecież minął już ponad rok. Czasami żal mi, 
że  zostaliśmy  zastąpieni  przez  kogoś  innego.  Chyba  jednak  było  warto,  skoro  możemy  znów  być  razem  i 
wychowywać Farrah. 

Jedyny  problem,  z  jakim  musimy  się  jeszcze  codziennie  borykać,  to  kobieciarstwo  Mickeya.  Pod  tym 

względem jestem nieomylna. Po tej całej historii Mickey powinien niby nabrać jakiegoś szacunku dla mnie i 
dla  moich  uczuć.  Nabrał,  to  fakt,  ale  tylko  zrozumienia,  a  to  trochę  za  mało.  Jest  jednak  wystarczająco 
rozgarnięty, by wiedzieć, że pewnego pięknego poranka może obudzić się z jajami w gardle i że ja jestem w 
stanie mu to zrobić, więc na razie trzyma hormony na wodzy. Czy nie jest to zabawne, że czasami w życiu 
trzeba nieźle kombinować, by dostać to, co ci się należy? 

Mogłabym  tak  bez  końca,  ale  tak  naprawdę,  to  nie  pozostało  już  zbyt  wiele  interesujących  rzeczy  do 

opowiedzenia.  Odkąd  przestaliśmy  mordować  ludzi,  nasze  życie  nie  jest  już  tak  burzliwe,  jak  kiedyś. 
Pozostały  same  drobiazgi  —  zmienianie  pieluszek,  zabawa  z  dziećmi  i  spotkania  z  przyjaciółmi.  Których 
zresztą  mamy  zaskakująco  wielu.  Bardzo  pomogli  nam  w  rozpoczęciu  nowego  życia,  za  co  jesteśmy  im 
naprawdę  wdzięczni.  Bardzo  fajnie,  że  znalazł  nas  ten  producent  filmowy  i  wypłacił  nam  ogromną  ilość 
pieniędzy. Opowiedzieliśmy mu nasze życiorysy i odtąd nie musimy już liczyć na hojność naszych przyjaciół, 
ale chyba nie powinnam tyle o tym mówić, Mickey się wścieknie i nazwie mnie gadułą. 

background image

Chciałabym  jeszcze  raz  podziękować  Ci  za  wszystko,  co  dla  mnie  zrobiłaś  i  za  wszystko,  co  robisz  w 

imieniu aniołów. Myślę, że ty też jesteś aniołem, Noro. I powiedz wszystkim, żeby się o nas nie martwili. 

Jest nam tu dobrze. 
Pozdrawiam Cię 
Mallory Knox 
 
POSTSCRIPTUM 
REUTER  —  Newhall,  Kalifornia  —  Policja  aresztowała  dziś  piętnastoletnią  Sarę  Wu  i  jej 

szesnastoletniego  chłopaka  Garretta  Reynoldsa  w  związku  z  zamordowaniem  rodziców  dziewczyny, 
Fredericka  i  Mai-Ling  Wu,  małżeństwa  z  Newhall,  zabitych  we  własnym  łóżku  strzałami  z  broni  palnej  w 
ostatni piątek, wieczorem. 

Para  nastolatków  aresztowana  została  po  tym,  jak  ich  znajomy  ze  szkoły,  którego  danych  policja  nie 

podaje,  złożył  zeznanie,  w  którym  przyznał,  że  podsłuchał  jak  oboje  chwalili  się  jakimś  zabójstwem  w 
lodziarni Ben & Jerry's, dokąd przyszli na deser, zaraz po popełnieniu morderstwa. 

Choć  policja  nie  doszukała  się  oczywistego  motywu  zbrodni,  rzecznik  przyznał,  że  ślady  prochu  na 

długiej  peruce  blond  i  zamszowych  spodniach,  znalezionych  w  szafie  Sary,  wskazują,  że  mogła  to  być 
kolejna z serii nieudolnych imitacji morderstw popełnianych przez Mickeya i Mallory. Eksperci oceniają ich 
liczbę na 120-150. 

Rodziny podejrzanych odmawiają komentarzy poza stwierdzeniem, że interesy obu stron w negocjacjach 

z czterema stacjami telewizyjnymi odnośnie praw do ekranizacji całej historii reprezentować będzie Justin P. 
Stanley, prawnik z Beverly Hills. 

 
EPILOG 
MICKEY i MALLORY KNOX
 znajdują się wciąż na wolności, mimo prowadzonego przez FBI śledztwa 

w sprawie ustalenia ich miejsca pobytu. Ich oficjalny fan klub, Towarzystwo im. Owena Trafta, liczy ponad 
15  tysięcy  członków,  którzy  płacąc  roczną  składkę  w  wysokości  35  dolarów,  w  zamian  otrzymują 
fanklubowy magazyn i serię pamiątek. 

NORA  HAFFERTY  —  jej  emitowany  przez  telewizję  kablową  program  Anielskie  rozmowy  jest 

jednym  z  pięciu  najpopularniejszych  programów  jej  stacji.  Nora  pracuje  również  nad  książką,  która  ma 
zostać wydana przez wydawnictwo Pen-guin wiosną, tego roku. 

ANTONIA CHAVEZ podpisała, opiewający na sumę 8 milionów dolarów, trzyletni kontrakt z telewizją 

NBC, która, przeciągając ją na swoją stronę, wygrała przetargową wojnę z dwoma pozostałymi głównymi 
stacjami TV. „Wiecznie trzecia" NBC planuje w przyszłości stworzenie autorskiego programu Antonii, który 
konkurować mógłby z nadawanym przez ABC 20/20 czy ostatnim przebojem CBS 60 Minut. Nowy program 
nieprzypadkowo prezentowany będzie w czasie zajmowanym do tej pory przez Amerykańskich Maniaków 
Wayne'a Gale'a. 

SIMON i NORMAN HUN — ich próby uzyskania atestu na autorski program ćwiczeń gimnastycznych 

MUSCLE 2000 zakończyły się niepowodzeniem i obaj bracia złożyli w ubiegłym roku wniosek o uznanie 
bankructwa ich firmy. 

SHAWN  DEVLIN  po  stłumieniu  zamieszek  zrezygnował  z  posady  strażnika  w  zakładzie  karnym 

Batongaville. Jego filmowa aparycja została jednak w porę dostrzeżona przez filmowców  — to jego twarz 
widoczna  była  obok  Dwighta  McCIu-sky'ego  w  trakcie  buntu  w  skrzydle  B.  Zdążył  podpisać  już  dwa 
kontrakty  z  producentem  Moshe  Diamantem,  zapewniające  mu  udział  w  filmach  akcji.  Pierwszy, 
zatytułowany Kuloodporny, w którym Shawn wystąpi jako goryl Dolfa Lundgrena, pojawi się na ekranach 
już w maju. 

DUNCAN HOMOLKA wyszedł cało z ucieczki, podczas której wyrzucony został z furgonetki American 

Maniacs.  Po  powrocie  do  zdrowia  otrzymał  100  tysięcy  dolarów  za  wyłączność  na  udzielenie  wywiadu 
jakiemuś brukowemu programowi telewizyjnemu. Rozpoczął też serię występów, podczas której dzieli się z 
publicznością swymi przeżyciami. Za jednorazowe spotkanie bierze w granicach 25 tysięcy dolarów. 

RANDALL  KREVNITZ  studiuje  obecnie  na  pierwszym  roku  uniwersytetu  stanu  Illinois.  Jeździ 

Dodge'em Challengerem 383 Magnum RT, kabriolet, rocznik 1970 i odmawia wsiadania do Fordów. 

background image

DON MURPHY jest przesłuchiwany obecnie przez FBI jako jedyna jak na razie osoba, która dzięki swej 

wytrwałości  dotarła  do  Mickeya  i  Mallory  po  ich  ucieczce,  zapewniając  sobie  przy  okazji  prawa  do 
wykorzystania ich życiorysów. Razem ze swą partnerką, Jane Hamsher, pracuje nad filmem  dla wytwórni 
New  Regency  Entertainment/Warner  Brothers  Pictures,  opowiadającym  historię  Mickeya  i  Małlory. 
Reżyserem ma być Oliver Stone. 

SPARKY NIMITZ przeniósł się z powrotem na Brooklyn, zatrudnił się w porannym programie Howarda 

Sterna i założył swój własny klub bluesowy. 

WANDA  BISBING  zrezygnowała  z  urzędu  prokuratora  rejonowego,  zmieniła  nazwisko  i  od  tej  pory 

słuch o niej zaginął. 

 
KONIEC