background image

1

background image

SPIS TREŚCI:

Ostatni dzień wolny

Witold Gwoźdź ................................................ s.4

Pisarczyk

Natalia Klimczuk .............................................s.11

Niepełna egzystencja

Marta Łobażewicz ..........................................s.20

Oni zaraz przyjdą tu

Adrian „Ryan” Sładek …..................................s.25

Pokój przesłuchań

Kamil Wiśnieski..............................................s.35

2

background image

Witamy ponownie!

Po długiej, długiej przerwie, miesiącach frustracji, przemyśleń 

i   najzwyczajniejszego   nic   nierobienia   możemy   zaprezentować 

przywrócony ze świata umarłych przeglądzik literacki "Drugi Obieg".

Oprócz   nakładu   i   jakości   wykonania,   zmieniła   się   również 

forma   w   jakiej   pracujemy.   Nie   drukujemy   już   przysyłanych   do   nas 
opowiadań,   ale   spotykamy   się   razem   z   osobami,   które   z   nami 

współpracują,   w   lokalu  White   Monkey  przy   ulicy   Kościuszki   62. 
Umawiamy sobie terminy, omawiamy motywy opowiadań, staramy się 

ciągle   podciągać   nasz   poziom   i   prowadzimy   tęgą   rozkminę   nad 
wieloma rzeczami związanymi z tematem.

Jeśli tylko chcecie również pisać razem z nami – zaprszamy! 

Odezwijcie   się   do   nas   na   mail  drugiobieg.rybnik@gmail.com 

bądź na facebooku - na pewno odpowiemy.

W każdym numerze opowiadania mają jeden wspólny motyw, 

w tym miesiącu jest to "Pokój". Jest to motyw bardzo "luźny", który 
w zasadzie w żaden sposób nie ogranicza piszącego, a tworzy wspólną 

więź pomiędzy wszystkimi opowiadaniami.

Co   miesiąc   jedno   z   opowiadań,   które   ukaże   się   drukiem, 

zostanie   wybrane   przez  Martynę   Paprotną  i   przez   nią 
przedstawiane   w   formie   monodramu   w   dzień   wydania   nowego 

numeru.

Chcemy   również   podziękować   (na   kolanach   i   z   pełnym 

uwielbieniem) Agacie i Łukaszowi, właścicielom herbaciarni White 
Monkey, którzy finansują nasz przegląd i udostępniają piękny duży 

stolik do naszych spotkań. Bez nich drukowanie "Drugiego Obiegu" 
nie byłoby możliwe i jest to tak samo ich pismo jak i twórców.

Pozdrawiamy i zapraszamy do czytania,

Witek Gwoźdź i Adrian "Ryan" Sładek, wraz z całą ekipą.

Justyna Hawryś (kuroutadori.deviantart.com) –  Oprawa graficzna i jedzenie 

mlecznych kanapek

Paweł "Rus" Połednik – Korekta tekstów i picie kawy

Adrian "Ryan" Sładek – Składanie tekstu i ogarnianie wszystkiego (+ katar)

Witold Gwoźdź – Ogarnianie wszystkiego i bycie zmierzłym

Agata Paprotna – Mecenasowanie i bycie zadowoloną
Łukasz Paprotny – Mecenasowania i posiadanie dziwnego poczucia humoru

 

 

3

background image

Ostatni dzień wolny

Witold Gwoźdź

Get your motor runnin'

Head out on the highway
Lookin' for adventure

And whatever comes our way
Yeah Darlin' go make it happen

Take the world in a love embrace
Fire all of your guns at once

And explode into space

Ech, po co tutaj przyjeżdżałem? Szef się wścieknie, miałem sporządzić 

na dzisiaj raporty z księgowania ostatniego miesiąca. Przecieram kolejny raz 

czoło,   już   do   ostatniej   nitki   przepoconą   płócienną   chustką.   Na   zegarze 
w pokoju tego taniego moteliku za miastem wybiła dwunasta trzydzieści po 

południu. Sierpniowy skwar wlewa się przez zasłonięte niegustowną firanką 
okno, zakrada się jak złodziejaszek przez szczelinę pod drzwiami. Zdaje się, że 

czai się na mnie niczym jakiś potwór spod dziecięcego łóżka. Swoją drogą: już 
na pierwszym przystanku w mojej "wielkiej i szalonej przygodzie" wyszła ze 

mnie   moja   niezdarność,   kiedy   wpisując   niezgrabnym   pismem   do   księgi 
przyjezdnych "Norman Jekyll", długopis wypadł mi ze spoconych z nerwów 

dłoni. Jeszcze te rozdarte spodnie z garnituru kiedy się po niego schylałem... 
I znów   ten   kpiący   uśmieszek,   który   towarzyszy   spoglądającym   na   mnie 

ludziom   od   kiedy   pamiętam,   tym   razem   pojawia   się   na   twarzy   portierki. 
Chodzę w kółko, nie wiedząc, co ze sobą zrobić. Co za smutna farsa: czy to 

możliwe, że jestem po prostu skazany na  egzystowanie jako jeden z tych ludzi 
na których patrzy się z politowaniem, i którzy muszą wysłuchiwać komentarzy 

"łajza", "cipa" i "wieczny prawiczek"? Ile lat to się już ciągnie? Jezu, mam już 
pięćdziesiąt cztery  lata  i  ciągle  niczego  w życiu nie osiągnąłem. Nawet  nie 

próbowałem.   Od  kozła   ofiarnego   w   szkole   powszechnej,  przez   nieudolnego 
samotnika w college'u, po pośmiewisko w pracy. Na co liczyłem wsiadając do 

tego   rozklekotanego   volkswagena?   Kupując   za   mocne   dla   mnie   papierosy 
i całą   butelkę   Red   Labela?   Że   przeżyję   przygodę   na   miarę   tych   filmowych 

outsiderów, którzy jadąc białym challengerem przez pustynie spotykają piękne 
rozebrane kobiety na motorach? Szlag. Nawet szklanek do whiskey tutaj nie 

ma, tylko jakieś obtłuczone dziadostwo po nutelli, jakby wyjęte zza żelaznej 
kurtyny. Tani motel do zamawiania dziwek i robienia libacji z dala od żony. 

Ale   nie   mam   ani   żony,   ani   kumpli,   których   można   by   zaprosić   na   takie 
atrakcje.

4

background image

Siedząc   przy   tym   stole   obitym   ceratą,   oblany   tym   okropnym, 

śmiejącym się ze mnie skwarem piję whiskey i palę za mocne papierosy. Musi 
to   wyglądać   naprawdę   groteskowo.   Krztuszę   się   przy   każdej   próbie 

zaciągnięcia się dymem, a alkohol wykrzywia mi twarz w grymasie. Hmmm... 
gdzieś   czytałem,   że   powinno   się   dodać   kostki   lodu,   ale   skąd   wezmę   lód 

w takim cholernym skwarze. Piję więc bez niego, starając się, żeby gałki oczne 
nie wyskoczyły mi z orbit, kiedy kaszlę od papierosa. Ulotka chyba samoistnie 

nasunęła mi się pod palce, przynajmniej nie przypominam sobie, żebym po 
nią sięgał. 

— Gorące, nigdy nie mające dosyć Azjatki, znudzone niewydarzonymi 

facetami z Japonii, czekają na prawdziwych amerykanów. Zadzwoń teraz...

Czytam sobie na głos, automatycznie patrząc na zawartość portfela, 

z którego patrzą na mnie dawni prezydenci tego pieprzonego kraju. Nie mam 

pojęcia ile to kosztuje, ale powinno wystarczyć. W zasadzie ile może kosztować 
dziwka?   Dwieście   dolców?   I   tak   nie   mam   na   co   wydawać.   Dobrze,   że 

wynająłem pokój de luxe, mam swój własny sracz i telefon. Dopijam więc co 
zostało   w szklance   z   rżniętego   szkła,   gaszę   peta   i   niemal   rzucam   się   do 

aparatu,   jak   do   ostatniej   deski   ratunku,   jakbym   miał   tą   rozmową   zbawić 
ludzkość.

—   Eeeee...   dzień   dobry,   chciałbym   zamówić   dziw...   znaczy   się   ee... 

dziewczynę.   Co?   No.   Motel   "Illinois   Sun",   pokój   czternaście.   Tak,   mam 

pieniądze. Dobrze, do widzenia.

Zdaje się, że to była najważniejsza rozmowa mojego życia. Słuchawkę 

odkładam   z   taką   ulgą,   jakbym   zażegnał   właśnie   wybuch   trzeciej   wojny 
światowej. Jezu najsłodszy, co się dzisiaj ze mną dzieje? W życiu nie byłem tak 

z   siebie   zadowolony.   HA!   CHOLERA!   Zamówiłem   sobie   kobietę!   Wreszcie 
będę  wiedział jak to   jest,  będę  mógł  chodzić  z  wysoko  podniesioną   głową. 

Może jest to żałosne myślenie, ale w końcu jest jakiekolwiek. Nalałem sobie od 
serca, pełną szklankę, butelka już osuszona do połowy. Jestem prawdziwym 

facetem,   piję   whiskey   całymi   haustami,   palę   papierosa   z   tym   spojrzeniem 
Clinta Eastwooda. To na prawdę niskie, ale kiedy nigdy nie doświadczyło się 

niczego   oprócz   czterech   ścian   i...   czterech   ścian,   to   priorytety   i   wartości 
wywracają się do góry nogami.

Świat   wiruje.   Podniecenie,   alkohol,   papierosy   i   ten   cholerny   skwar 

doprowadzają mnie do tego stanu umysłu, w którym jeszcze nigdy nie byłem. 

Heh,   kolejny   punkt   z   listy   "Rzeczy   niezwykłych   dla   życia   Normana"   do 
odhaczenia. Łóżko skrzypi, śmierdzi i chyba coś w nim żyje. Ale w sumie, 

znowu   odmiana.   Emocje   buzują,   czuję   jak   podnosi   mi   się   ciśnienie   chcąc 
rozwalić mi łeb. Nawet nie panuję nad histeryczno-tryumfalnym chichotem, 

którym wybucham. Dobrze, że ktoś uderzył mnie w twarz. 

— Sir! Nie może Pan teraz tracić zimnej krwi! Tak, to tylko dzieci, ale 

5

background image

oplecione ładunkami bardziej niż wojskowy skład z C-4! Pan ma lepsze oko, 

szybko!

Metaliczny,   gęsty   i   słodki   do   zemdlenia   zapach   krwi   zapycha   mi 

nozdrza,   żołnierz   nieporadnie   wyciąga   magazynek   z   M16,   wokół   słychać 
wystrzały i wybuchy. I wrzaski, cały czas. Każdy człowiek w zasięgu słuchu, 

umierający, walczący, uciekający – każdy wrzeszczy. A siły Ushtria Çlirimtare 
e Kosovës, armii wyzwolenia Kosowa są bezwzględne. Jezu! Te biedne dzieci! 

Zbałamucone,   zmuszone,   zastraszone,   które   biegną   na   nas   oplecione 
chałupniczo zmontowanymi bombami... Pokój motelu ma chyba z pięćdziesiąt 

hektarów lekko zurbanizowanego terenu. Strzelam jak szalony do kosowskich 
dzieci-terrorystów opierając karabin o materac porośniętego krzewami łóżka, 

wrzeszcząc podobnie jak wszystko co mnie otacza. Dlaczego tu jestem? Zaraz! 
Przecież to motel, jestem Norman Jekyll, księgowy! A jednak strzelam dalej, 

pociski wbijają się w te małe ciałka, a wylatując zostawiają dziury wielkości 
pomarańczy.  Krwawe  ochłapy  ubrań  i mięsa   upadają  na  ziemię.  W  uszach 

huczy mi "Cwałowanie walkirii" Wagnera. W KOŃCU!

— Nadlatuje kawaleria!

Samoloty   nurkują.   Ogień!   Ogień   wszędzie,   wybuchające   kłęby 

napalmu.   Żołnierze   UCK,   dzieci,   cywile...   Wrzaski   ujednoliciły   się   w   jeden 

świdrujący uszy krzyk, a smród krwi został brutalnie stłamszony przez odór 
palących się ciał, bezwiednie dokonujących przedśmiertnej defekacji.

Przeładowuje karabin, jednak nie zdążyłem... Trudno jest przeładować 

piłkę do rugby, którą trzymam rękach. Ogłuszający krzyk z trybun, sterowiec 

zataczający okręgi nad stadionem z logiem "Illinois Truck Riders", najlepszej 
drużyny w Stanach Zjednoczonych. I wszyscy liczą na mnie, kapitana drużyny. 

Zaciskam w zębach gumową szczękę i gnam do przodu. Stadion, hala, mój 
pokój motelowy... chyba nie ma różnicy. Co za ogromna przestrzeń! Jednym 

zręcznym   susem   przeskakuję   łóżko,   a   potem   stół   i   krzesło,   których   nie 
wiedzieć czemu nikt nie wziął z murawy. Jeden z Chicago Gigant's rzuca się na 

mnie, lądując głową w krótko ściętej trawie. Ha! Niepowstrzymany! Wbijam 
się barkiem w grupę stojących ludzików z chicagowskiej drużyny, upadają jak 

strącone   kręgle.   Pięć   sekund   do   końca...   Tłum   szaleje   na   granicy   utraty 
rozumu, kumple z drużyny już nawet nie trzymają swoich pozycji, mecz i tak 

jest wygrany, wrzeszczą i dopingują mnie razem z trybunami, a przeciwnik już 
wie,   że   nie   ma   żadnych   szans.   Ostatnie   metry,   ogłuszający   krzyk   i   gwizd. 

I PRZYŁOŻENIE! Tłum na trybunach oszalał, faceci z drużyny niosą mnie na 
rękach, odbieram puchar mistrzów stanów zjednoczonych ameryki w footballu 

amerykańskim. Niech tylko główny księgowy to usłyszy, że ja! Norman Jek...

I   otrząsam   się,   ciężko   dysząc.   Skwar   ani   trochę   nie   zelżał,   łóżko 

motelowe   jest   tak   samo   obskurne   jak   było,   mam   rozluźniony   krawat 
i dokumentnie   przepoconą   koszulę.   Jeszcze   nigdy   nie   kręciło   mi   się   tak 

6

background image

w głowie, chyba zaraz zwymiotuję. Schodzę... nie zwlekam się, a właściwie to 

spadam   z   łóżka   na   deski   podłogi.   Z   ledwością   dowlekam   się   do   toalety, 
oznaczonej wymalowanym łuszczącą się farbą znakiem "WC". Świat wiruje, 

a hamburger   zjedzony   na   stacji   paliw   i   resztki   alkoholu,   które   jeszcze   nie 
zdążyły zacząć krążyć w żyłach lądują w muszli klozetowej. Nigdy nie byłem 

tak   pijany.   Z   trudem,   nadludzkim   wysiłkiem   wyciągam   papierosa 
z przemoczonej potem paczki. Jednego ze środka, licząc że nie zamókł. Palę 

go, oparty plecami o muszlę. Co się ze mną dzieje? Jezu najsłodszy, to były 
sny?   Jeśli   tak,   to   cholernie   realistyczne.   Ściskałem   w   dłoniach   ten   ciężki, 

zajebiście prawdziwy i materialny karabin, owalną piłkę!

Sweet dreams are made of this...

— Masz i doceń, Jack. Biegałem za tym całą cholerną godzinę, przywal 

sobie i wychodź na tą scenę.

Facet w garniturze i ciemnych okularach podaje mi strzykawkę. Ma 

niebywale   zadowolony   z   siebie   wyraz   twarzy.   Ściskam   okrągły   cylinder 

plastiku, wypełniony przeźroczystym płynem, ręce mi się trzęsą, wydaje mi się, 
że zaraz umrę. Krawaciarz, nie spuszczając ze mnie wzroku, wzdycha i bierze 

strzykawkę.   Skupiając   nań   całą   swoją   uwagę   lekko   wpycha   tłok,   płyn 
podchodzi   do   samej   igły,   z   której   wypływa   ledwie   kropelka   heroiny.   Mój 

menager ma w tym wprawę; nie raz się w końcu zdarzyło, że przed koncertem 
byłem na morderczym głodzie. Ze sceny słyszę już ciężkie gitary, na ostrym 

przesterze i elektroniczne brzmienie klawiszy. Bierze moją rękę, nad ruchami 
której   nie   panuję,   ściska   dłoń   między   kolanami   i   przez   chwilę,   bardzo 

profesjonalnie   namierza   żyłę.  Wbija   igłę,  ale  zamiast   bólu  czuję   błogą   falę 
odprężenia, niemal ekstazę. Prawie doświadczyłem orgazmu, a może zresztą 

tak było? Nie wiem, nie mam o tym pojęcia. Jestem tylko nudnym księgowym. 
Kiedy znów otwieram oczy, jestem na scenie. W dłoniach trzymam mikrofon, 

a tłumy   szaleją   u   moich   stóp.   Pozlepiane   potem   i   wylanym   piwem   strąki 
długich   włosów   i   latające   w   powietrzu   koszulki   z   moją   twarzą   i napisami 

"Jack".

—  Today im dirty, I want to be pretty, tomorrow I know... I just DIRT!

Yesterday I was dirty wanted to be pretty, I know now – that I'm forever dirt...

Postawione   na   żelu,   zafarbowane   kruczoczarne   włosy,   sięgające   do 

pół-łydki ciasne, obszarpane spodnie. Czarny makijaż wokół oczu i wygląd, 
który   sprawia,   że   każda   kobieta   już   czeka   w   moim   pięknym   bentley'u.   To 

naprawdę ja? Norman Jekyll, księgowy chodzący w tanich garniturach koloru 
ściemniałej sraczki? Paru fanów skacze po moim łóżku, dałbym sobie rękę 

uciąć,   że   ta   whiskey,   którą   piją   jest   kupioną   przeze   mnie   na   stacji   paliw. 
W pewnym   momencie   upadam   na   ziemię,   trzęsąc   się   cały.   Menager 

7

background image

w garniturze   i   ciemnych   okularach   myśli   pewnie,   że   coś   nie   tak   było 

z towarem.   Ale   nie   ma   racji.   To   nie   wina   nieistniejącej   heroiny,   ani 
nieistniejącego M16, nie chodzi nawet o nieistniejący mecz rugby. Uciekam za 

scenę, w szaleńczo narkotycznym, pijanym, również nieistniejącym szale.

— Norman Jekyll, Norman Jekyll, Norman Jekyll...

Powtarzam   to   sobie   jak   mantrę.   Kurwa,   jak   wygodne   było   życie 

księgowego   Normana   Jekylla.   Znienawidzone,   proste,   piękne,   okropne, 

wspaniałe, złe, dobre. Kiedy w końcu się zatrzymuję i ciężko dyszę, widzę, że 
prowadzi   to   donikąd.   Niby   jestem   w   tym   pokoju,   ciągle   po   nim   biegam 

w kółko,   ale   dlaczego   te   ściany   ciągle   się   oddalają,   a   sufit   drży   jak   kartka 
papieru   na   wietrze?   Coraz   trudniej   mi...   się...   oddycha.   Teraz   ściany   się 

przybliżają, gwałtownie, chcą mnie zmiażdżyć, z parapetów okna wyrastają 
kraty,   obserwuję   jak   płynnie   zmienia   się   świat   wokół   mnie.   Kiedy   tylko 

nerwowo odwracam się w stronę lustra więziennej celi widzę sylwetkę łysego, 
potężnie zbudowanego faceta o wstrętnym wyrazie twarzy i bardzo ciemnej 

karnacji. Szary uniform z cyframi czterysta siedemdziesiąt trzy, który mam na 
sobie w niczym nie przypomina taniego garnituru Normana Jekylla.

Drugi więzień, który właśnie otworzył drzwi celi ma chyba ponad dwa 

metry   wzrostu,   również   łysy   jak   kolano,   a   jego   czoło   zdobi   wytatuowana 

swastyka.

—   Doigrałeś  się,  brudny   mieszańcu.  Strażnicy  starają   się   opanować 

bunt na spacerniaku.

Czuję   w   sobie   wielką   siłę,   a   w   mojej   ręce   znajduję   zaostrzony 

śrubokręt. Mógłbym mu wypruć każdy organ wewnętrzny, każdy centymetr 
flaków. I mam taką ochotę, już wznoszę wstrętne narzędzie mordu do zadania 

ciosu.   I   teraz,   w   tym   momencie   jak   zimny   wiatr   omiata   mnie   fala 
świadomości.   NormanJekyllNormanJekyllNormanJekyll...   bezładny   bełkot 

w mojej głowie, wypełnia każdą część umysłu. Kiedy zaczynam znów składnie 
myśleć, nieistniejący tak na prawdę nazista kopie mnie w brzuch. Leżę na 

podłodze i dławię się wypluwaną krwią.

— Nie jestem żadnym... więźniem! Je-jestem... księgowym! NORMAN 

JEKYLL!

Nie   mogę   oddychać,   nie   mogę   oddychać!   Zwalisty   naziol   posyła 

w moją stronę kopniak za kopniakiem. Staram się, chcę, skupiam całą swoją 
uwagę na tej jednej, tak cennej myśli. Jestem księgowym, Norman Jekyll.

Otwieram znów oczy, leżę zwinięty w pozycji embrionalnej po środku 

podłogi w zupełnie normalnym pokoju motelowym. Łapczywie łapię oddechy, 

jak pocałunki dawno niewidzianej kochanki, której nigdy nie miałem. Wstając 
z podłogowych desek miotam się jak wyciągnięta z wody ryba. Świat trochę 

wiruje,   ale   wydaje   się   normalny.   Na   klęczkach   dowlekam   się   do   krzesła 
i siadam   przy   nim.   Wyciągam   długopis   z   przedniej   kieszeni   garnituru 

8

background image

i pośpiesznie zapisuję myśl, list, przekaz i prośbę na ulotce burdelu. Szybko, 

zanim znowu stracę poczucie rzeczywistości. Piję. Robię kolejną, już sam nie 
wiem   którą   dziś,   głupotę.   Alkohol   tylko   wskrzesi   na   nowo   halucynacje, 

wywoływane   przez   testosteronowo-endorfinowy   koktail,   który   się   we   mnie 
gotuje. Cóż za cudowne, cholerne perpetum mobile, każda halucynacja, każdy 

problem z oddechem, wszystko to powoduje ponowny atak nieludzkiej wręcz 
mieszanki hormonów, a ta zrzuca mnie w odmęty szaleństwa.

And the vision that was planted in my brain
Still remains
Within the sound of silence

Wstaję, otwieram drzwi toalety i wychodzę przed budynek sądu. Moje 

ręce   są   we   krwi,   ale   czemu   się   dziwić?   Zabiłem   ich   wszystkich,   winnych, 
niewinnych,   sędziów,   prawników.   Nawet   sprzątaczki.   Z   ręki   wypada   mi 

rzeźnicki tasak, upadając z głuchym brzdękiem na schody. Spływająca z niego 
stróżka krwi tamuje sobie powoli drogę w dół. Podnoszę ręce. W powietrzu 

wiszą   dwa   helikoptery,   a parkową   murawę   zaryły   opancerzone   samochody 
policji   federalnej.   Antyterroryści   stoją   schowani   za   nimi,   mierząc   w   moim 

kierunku   lufami   pistoletów   MP5   i   strzelb   gładkolufowych.   Wyciągam   zza 
paska   colta   1911   A1,   chcę   go   rzucić   na   ziemię.   Nie   powinienem   się   tak 

zachować,   powinienem   był   zacząć   do  nich  strzelać,   podbiec   do   pierwszego 
federalnego, który padnie i pochwycić jego broń. Porwać piękną dziewczynę, 

ukraść samochód. Pojechać na pełnym gazie do rudery za miastem, tam ją 
zastraszyć, zgwałcić i zabić, a potem uciec do Meksyku. Wiem to wszystko, 

znam scenariusz halucynacji. Ale chcę mieć wybór, rzucam więc pistolet na 
ziemię. Policja zrozumiała to opacznie. Zaczynają do mnie strzelać. Rozgrzane 

łby ołowiu pędzą w moją stronę, pokonując setki metrów na sekundę. Tak 
rozkosznie wbijają się w moje ciało, czyniąc śmiertelne zapewne w skutkach 

obrażenia.   Jestem   szatkowany   pociskami   jak   człowiek   wystawiony   na 
rozstrzelanie, którym w swej istocie jestem. Padam na ziemię.

Sztywne   ciało   starzejącego   się,   łysiejącego,   grubego   faceta   leży   na 

podłodze.   Wygląda   na   martwego,   co   wkrótce   potwierdzi   koroner   i   lekarz 
sądowy. God bless America. W mniej niż godzinę, po przywiezieniu ciała do 

kostnicy   stwierdzą,   że   bezpośrednią   przyczyną   zgonu   była   niewydolność 
mięśnia   sercowego.   Zostanie   zidentyfikowany   przez   swojego   szefa   dzięki 

karcie   pracowniczej,   którą   miał   w   portfelu.   Zidentyfikowany   jako   Norman 
Jekyll, księgowy, który nie miał życia poza pracą, i o którym nikt nic nie wie. 

Żył w małym wynajmowanym, zaniedbanym mieszkaniu. Miał samochód, tani 
i z trzeciej ręki. Żadnych zainteresowań. Szary człowiek, a w zasadzie to szary 

9

background image

trup. Na pogrzebie była mała  delegacja  z pracy i dziewczyna o azjatyckich 

rysach twarzy, ze stanowczo zbyt mocnym makijażem wokół oczu.

Dziewczyna była zmęczona jak jasna cholera, nogi ją bolały, dzisiejszy 

klient   był   w   dodatku   w   jakimś   śmierdzącym   motelu   daleko   za   miastem. 

Pewnie kolejny zdradzający żonę, mający w dupie swoje dzieciaki robotnik 
z budowy. Trudno - pieniądz to pieniądz. Dojechała tam swoim  rozlatującym 

się mercem "beczką", który może ze dwadzieścia lat temu mógł uchodzić za 
luksus.   Była   drobną   Japonką,   przedstawiającą   się   klientom   jako   Mishiko. 

Oczywiście   kłamstwo,   nigdy   nie   była   w   Japonii,   urodziła   się   tutaj. 
W cudownych Stanach Zjednoczonych Ameryki, w Nowym Jorku, stan Nowy 

Jork, jako Susy. Cholerny amerykański sen. A teraz jest dziwką z Illinois. Susy 
to złe imię dla dziwki. Nie miała złudzeń co do siebie i swojego życia, niektóre 

dziewczyny z... agencji miały setki wytłumaczeń. Studia, ciężkie dzieciństwo, 
dziecko na utrzymaniu, ceny heroiny. Nie ona. Wiedziała, że chodzi o kasę, bez 

głębokiej filozofii. Jednak... nic nigdy nie osiągnęła w życiu. Nie chodziła na 
imprezy, nie piła i nie paliła trawki. Dziwne, a jednak. Trzeba coś zrobić, coś 

szalonego. Zanim życie przeminie na rozchylaniu nóg przed tymi żałosnymi 
typami.

Zaparkowała samochód na motelowym parkingu, rozchełstała dekolt 

i ruszyła do pokoju klienta. Skwar lał się okrutnie z nieba. Kiedy weszła, w jej 

nozdrza   uderzył   smród   potu,   whiskey   i   papierosów.   Przyzwyczaiła   się,   już 
dawno temu. Jednak nie było klienta. Usiadła przy stole, bezwiednie biorąc do 

ręki ulotkę swojej agencji.

"Nie staraj  się  żyć bardziej. Życie  jest takie, jakie jest w tej chwili. 

Dokładnie takie jak ma być. Nie rozpędź się, bo nie zdążysz zatrzymać się 
przed   krawędzią.   Spadniesz,   poznasz   swoją   najgorszą   stronę,   a   potem   nie 

będzie już nic poza otchłanią. Pamiętaj ostatniego, niedoszłego klienta." O co 
chodzi do cholery? Jakieś żarty?

Wstała, rozglądając się po pokoju. I zauważyła to, na co z początku 

w ogóle nie zwróciła uwagi. I zaczęła krzyczeć. Histerycznie wrzeszczeć. Chyba 

zrozumiała.

*

Im so happy that im alive, 
in one piece, and short. 

I'm in a world of shit, yes. 
But i'm alive. 

And i'm not afraid.

10

background image

Pisarczyk

Natalia Klimczuk

Patrzyłem   w   okno.   Umiejscowienie   w   pokoju   na   siódmym   piętrze 

dawało   mi   całkiem   szeroką   perspektywę   na   otoczenie.   Co   widziałem?   Ot, 

zwykłe   miasto.   Wysokie   wieżowce   w   sąsiedztwie   małych   knajpek, 
antykwariatów   i skromniejszych   biur.   Tętniące   życiem   centrum   miasta. 

Gdybym otworzył teraz okno, zapewne do mych uszu dotarłby nieprzerwany 
szum samochodów. Gdzieś tam, na obrzeżach, Agata pewnie zaczynała obierać 

ziemniaki na obiad, Michał za trzy godziny miał wrócić ze szkoły. W domu 
znów   nie   zastanie   ojca.   Wyjechałem,   by   móc   wreszcie   w   spokoju 

dokończyć opowiadanie.

Przypomnienie,   dlaczego   tu   się   znalazłem,   przywróciło   mnie   do 

rzeczywistości.
„Tak, trzeba zabierać się do roboty!”. Odwróciłem się plecami do widoków 

huczącego   życiem   miasta.   „Praca   nie   będzie   na   mnie   czekać”.

Pomieszczenie wyglądało zupełnie tak, jak można było spodziewać się 

po   średniej   jakości   hotelu   w   pobliżu   centrum.   Duży   pokój   ze   skromnym 
wyposażeniem sprawiał wrażenie przytulnego, ale, jak to w hotelu, brakowało 

w nim   osobistych   drobiazgów.   Na   ścianach   w   kolorze   écru   wisiały   obrazki 
z wiejskimi   pejzażami   —   identyczne   widziałem   na   pchlim   targu   jeszcze 

wczoraj,   kiedy   szukałem   maszyny   do   pisania.   Jednoosobowe   łóżko   było 
wąskie, ale wygodne. Szafa bez większych ozdób pomieściła wszystkie moje 

rzeczy; jedynie na stoliku leżały papiery.

Niedawno wstałem. Próbowałem pisać nocą, kiedy to cisza i ciemność 

przynoszą wenę. Skutek: jedynie się rozmarzyłem, powstało tylko kilka zdań. 
Położyłem   się   spać   ledwie   żywy,   w   oczach   czułem   piasek,   w   duszy   — 

niezadowolenie.

Sen nie przyniósł mi wiele wytchnienia. Moja historia nie chciała mnie 

opuścić nawet, gdy chciałem od niej odpocząć. Wciąż napływały do mnie nowe 
sceny tego, co już spisałem, a także wszystko to, co miałem jeszcze w planach. 

Historia kształtowała się podczas mojego snu.

Widziałem   dwóch   bawiących   się   chłopców.   Biegali   po   brudnych 

ulicach Lendar, psocili, kradli bułki na targu. Zwyczajnie cieszyli się młodym 
życiem.   Później   nastąpił   przełom.   Zostali   rozdzieleni.   Rodzicom   Kernosa 

udało się umieścić go w szkole wojskowej, która mogła zapewnić mu dobrą 
przyszłość. Artos miał być jakimś podrzędnym skrybą bez możliwości awansu 

społecznego.   Ich   przyjaźń   trwała   jeszcze   długo   po   tym,   jak   każdy   poszedł 
własną drogą. Z czasem jednak ich poglądy polityczne znacznie się zmieniły. 

11

background image

Kernos,   wyszkolony   aby   służyć  królestwu,   bardzo   wyczulił  się   w  kwestiach 

patriotyzmu.   Z   kolei   Artos   ambitnie   dążył   do   bogactwa   bez   względu   na 
państwo, dla którego miał pracować. Pewnego dnia wywiązała się pomiędzy 

nimi kłótnia i Artos wyjechał. Kiedy królewski strażnik dowiedział się, że jego 
dawny przyjaciel przyłączył się jako najmita do armii sąsiedniego państwa, 

zapałała w nim żywa nienawiść.

Wstałem   przed   południem   z   gotowym   opowiadaniem   w   głowie. 

Czułem się jednak tak zmęczony, jakbym nawet się nie położył. Nawet obfite 
śniadanie i duża porcja kawy, nie postawiły mnie w pełni na nogi.

Usiadłem przy stoliku. Na blacie czekał już na mnie rozpoczęty tekst. 

Dotknąłem eleganckiej okładki notatnika, napawając się jego fakturą. Miękka 

impregnowana   skóra.   Grube   karty   z   ledwo   widoczną   kratką   wyglądały   jak 
czerpany papier. Dla komfortu pisania wydałem fortunę na ten zeszycik!

Patrząc na już zapisane słowa, napełniłem się dumą. Moje dzieło! Twór 

mojej wyobraźni spisany własną ręką. Każde słowo przemyślane dokładnie, by 

nie kreślić zbytnio w notatniku. Maszyna do pisania już czekała, by bazgroły 
stworzone zwykłym długopisem zamienić w niepowtarzalny druk gotowy do 

wysłania.

Na razie nie byłem nawet na półmetku...

Otrząsnąłem się z zamyślenia i spojrzałem na ostatni zapisany akapit:

„Spojrzeli na siebie pewnie. Kernos zaczął wywijać mieczem młynki,  

bacznie   obserwując   przeciwnika.   Szukał   słabych   punktów   i   nawet  
najdrobniejszych błędów w sztuce szermierczej Artosa.”

W   wyobraźni   już   widziałem   tę   scenę.   Dwóch   rosłych   mężczyzn. 

Pierwszy, nieco szczuplejszy, miał płowe włosy. Ubrany był w szaty królewskiej 
straży.   W   ręce   dzierżył   prosty   jednoręczny   miecz,   przechwalał   się   swoimi 

umiejętnościami,   próbując   sprowokować   przeciwnika.   Drugi,   zarośnięty 
dzikus z toporem, stał spokojnie i ironicznie patrzył na poczynania Kernosa.

Ta   nienawiść!   Mimo   że   nie   byłem   żadnym   z   nich,   mimo   że   były   to 

zmyślone   postaci,   czułem   targające   nimi   gwałtowne   uczucia.   Dawni 

przyjaciele, teraz wrogowie. Kernos — wierny strażnik Jej Królewskiej Mości 
Argenidy i Artos — najemnik, który zaprzedał się wrogiemu państwu.

Oczyma duszy widziałem ich epicką walkę. Krzyżującą się broń, uniki, 

parady. Szczęk stali, sapanie, pot, pierwsze rany i cieknącą krew. Oszczędne 

ruchy   dzikusa   przeciwstawione   szybkiemu,   lecz   prędko   męczącemu   się 
strażnikowi.

Otworzyłem oczy i na powrót znalazłem się w pokoju 7.3. Przede mną 

leżał notatnik. Na otwartej stronie zapisanych było zaledwie kilka zdań — efekt 

wczorajszej   wizyty   w   knajpie   dla   literatów   „Pióro   Feniksa”.   Dzisiaj   nie 

12

background image

zrobiłem kompletnie nic.

—   Cholera!   —   wkurzyłem   się,   kiedy   spojrzałem   na   zegarek.   Dobrą 

godzinę spędziłem na głupich mrzonkach. Zamiast pisać, dałem się ponieść 

wyobraźni.

Pochyliłem   się   nad   tekstem,   wziąłem   do   ręki   długopis   i   znów 

przeczytałem moje ostatnie bazgroły.

„Czy słaby punkt i błąd, to nie to samo?”, zastanawiałem się. Mój wzrok 

bezwiednie skierował się w stronę szafy, gdzie wśród bagaży leżał mój laptop.

„Sprawdzenie tego w internecie zajmie tylko chwilę”, podpowiadał cichy 

głosik w mojej głowie.

—   Nie!   —   zaprzeczyłem   sam   sobie   i   pokręciłem   głową,   by   jeszcze 

bardziej   utwierdzić   się   w   tym   przekonaniu.   Nie   po   to   przerzuciłem   się   na 
odręczne   pisanie   i   prostacką   maszynę,   by   znów   dać   się   skusić   elektronice 

i cudownej   łączności   ze   światem   za   pomocą   internetu.   Zbyt   mnie   to 
rozpraszało. Zbyt często przyłapywałem się na tym, że szukając informacji do 

opowiadania, lądowałem na stronach, które nie były mi potrzebne do niczego. 
Zamiast pisać, zaczytywałem się w artykułach o potrawach średniowiecznych, 

systemach walki, architekturze zamków czy strojach. Wiedzę w tym zakresie 
miałem   już   całkiem   pokaźną,   a   do   pisania   moich   tekstów   wcale   nie 

potrzebowałem   aż   tyle.   By   napisać   poprawne   merytorycznie   opowiadanie, 
wystarczała jedynie szczątkowa orientacja w tych tematach.

Odłożyłem   długopis,   który   wciąż   bezczynnie   trzymałem   w   dłoni 

i wziąłem  ołówek. Podkreśliłem  słowa:  „słabych punktów” i  „błędów”, a  na 

marginesie stanowczo postawiłem duży znak zapytania. Obiecałem sobie, że 
sprawdzę to dopiero przy przepisywaniu tekstu.

Znów zapatrzyłem się w prawie pustą stronę, rozmyślając nad nowym 

zdaniem. Jak przelać myśli i obrazy na papier? Jak zamienić je na słowa, które 

poruszą wyobraźnią czytelnika?

„— Przygotuj się na śmierć, zdrajco! — krzyknął patetycznie Kernos.  

Gdzieś pomiędzy drzewami słychać było szczęk oręża. Dla strażnika jednak  

losy współtowarzyszy przestały się liczyć. Kipiał nienawiścią. Żądał mordu!”

Kolejny   zapisany   akapit.   Zrobiłem   się   głodny.   Trudno   skupić   się   na 

pisaniu, kiedy ssie w żołądku. Kusiło mnie, by zejść do hotelowej restauracji. 

Miałem   ochotę   popatrzeć   na   ludzi,   poobserwować   ich,   może   także 
porozmawiać; pisarz powinien interesować się ludźmi, bo w końcu to dla nich 

i o nich pisze.

Zamiast tego zamówiłem obiad do pokoju.

„Nie   ruszę   się   stąd,   póki   tego   nie   skończę”,   obiecywałem   sobie 

wczorajszego wieczoru i tak oto sam zamknąłem się w więzieniu. Nie zostało 

13

background image

mi już wiele czasu. Do 14:00 musiałem się wymeldować. Kilka godzin... a ja 

nadal nie widziałem końca mojego opowiadania.

Przez   zamknięcie   czułem   się   nieco   samotny.   Laptop   i   telefon 

komórkowy schowałem głęboko w walizce, ponieważ zbytnio zajmowały mi 
czas.   Ale   i   tak   się   rozpraszałem.   Myśli   o   Agacie   i   Michale   nie   dawały   mi 

spokoju. Wyjmowałem ich zdjęcia z portfela i zastanawiałem się co porabiają 
i jak znoszą moją nieobecność.

Portfel także musiałem schować, by nie kusił.
Zorientowałem   się,   że   wyjazd   nie   miał   żadnego   znaczenia.   Nie 

wystarczyło,   że   zniknąłem   z   domu;   by   rodzina   mnie   nie   rozpraszała, 
musiałbym ich wyrzucić także z mych myśli, a tego nie chciałem robić.

Wierzyłem,   że   to   moi   bliscy   są   czynnikiem   powodującym   moje 

niepisanie. Rozpraszali mnie, nie miałem czasu na pracę. W domu co chwilę 

było coś do zrobienia, Agata domagała się najróżniejszych drobnych napraw 
czy zakupów, Michał chciał pomocy przy odrabianiu lekcji i zabawy, obydwoje 

wymagali ode mnie czasu. Przez to w domu pisałem rzadko, a kiedy już udało 
mi się znaleźć chwilkę, co chwilę coś mi przerywało.

Moja żona próbowała mnie wspierać. Gdy wiedziała, że piszę, usuwała 

się do innego pokoju. Wchodziła tylko jeśli miała jakąś bardzo ważną sprawę. 

Po   reszcie   domu   chodziła   cicho,   nie   chcąc   zaprzątać   mojej   głowy   swoją 
obecnością. Była dla mnie tak wyrozumiała, że nie chciałem już jej mówić, że 

słyszę   cicho   grający   telewizor   czy   szum   czajnika,   które   to   dźwięki   wciąż 
przypominały mi o tym, że Agata jest w domu.

Michał z kolei nie rozumiał, że nie mam dla niego czasu, gdy jestem w 

domu. Nie potrafił pojąć, że jego tata nie wychodzi rano, bo praca czeka na 

niego   w   gabinecie.   W   jego   oczach   musiałem   być   bezrobotnym.   Mój   syn 
domagał   się   uwagi   praktycznie   zaraz   po   powrocie.   Mimo   wielokrotnego 

karania, zawsze wchodził do mojego pokoju, chcąc zdać relację ze szkoły. A ja 
nie potrafiłem mu odmówić.

Właśnie dlatego musiałem wyjechać. Opowiadanie stało w miejscu już 

któryś miesiąc. W warunkach domowych nie potrafiłem pisać. A gdzie było 

lepiej? Z żalem przypominałem sobie miejsca, które  odwiedziłem, szukając 
natchnienia. W każdym powstało kilka zdań, ale nigdzie nie nastąpił przełom. 

Wciąż byłem w kropce.

I tak wylądowałem w hotelu. Miał to być jedynie punkt wypadowy do 

miejsc,   w   których   próbowałem   pisać.   Ostatecznie,   sfrustrowany 
niepowodzeniami, postanowiłem ostatni dzień spędzić w pokoju i tu odnaleźć 

wenę.

Westchnąłem zrezygnowany. Znów nie wychodziło.

„Czyżbym stracił zdolność pisania? Czy nie mam już talentu?”, myślałem 

zrozpaczony. „Musi w końcu coś się ruszyć!”

14

background image

Z mocnym postanowieniem usiadłem przy stoliku. Spojrzałem na tekst 

i przypomniałem sobie jak poszedłem do parku, chcąc dokładnie wyobrazić 
sobie tę scenę walki w lesie. Usiadłem wtedy na trawie i zamknąłem oczy. 

Wsłuchiwałem się w szum drzew i ćwierkanie ptaków.

W zatopieniu się w wyobraźni przeszkadzały mi rozmowy ludzi i szum 

samochodów z pobliskiej ulicy. Zamieniłem wszystkie te dźwięki na odgłosy 
walki;   jazgotanie   kobiet   na   szczęk   broni,   szczekanie   psów   na   jęki   i   krzyki 

walczących, warkot silników na podzwanianie zbrój, biegnących mężczyzn. To 
wszystko   dawało   jedynie   tło   dla   pojedynkujących   się   herosów.   Moi 

bohaterowie byli tylko drobnym elementem w tej w pełnej ruchu przestrzeni.

W głowie kształtował się wspaniały opis otoczenia...

Niestety, niespisany.
Utknąłem   z   długopisem   zawieszonym   nad   kartką,   wciąż   siedząc 

w parku. To, co w wyobraźni było tak piękne i wyraziste, na papierze blakło. 
Nie potrafiłem nadać temu koloru.

Wielokrotnie   kreśliłem   zapisane   ledwie   co   słowa.   Ostateczny   efekt 

średnio mnie zadowalał, ale był lepszy niż pierwsza spisana wersja.

„Zasadzka.   Oddział   Kernosa   powoli   podjeżdżał   do   zwalonego   pnia,  

gdy  za nimi rozległ  się  huk. Jedno z drzew przewróciło się, z pewnością  
niesamodzielnie,   odcinając   im   drogę   ucieczki.   Kiedy   nad   ich   głowami  

świsnęły pierwsze strzały, dowódca krzyknął na całe gardło:

— Rozproszyć się!

Pierwsze   ciała   zaczęły   padać   na   ziemię.   Przerażone   konie   zaczęły  

wspinać się po ścianach niskiego jaru, w którego dole ciągnęła się droga.  

Oddział został rozdzielony. Pojedyncze grupki zaczęły walczyć ze zbójcami.

Kernos zauważył potężnego mężczyznę, który dawał sygnały swoim  

ludziom. Dowódca. Natychmiast go rozpoznał, mimo wielu minionych lat,  
od kiedy widział go po raz ostatni. ARTOS.

Budząca się w strażniku nienawiść. Pchnęła go do przodu. Po drugiej  

stronie   drogi   słyszał   nawoływania   swoich   ludzi,   krzyki,   kwik   zabijanych  

koni i szczęk oręża. Drzewa zasłaniały widok, nie pozwalając zorientować  
się kto wygrywał. W tym jednak momencie dla Kernosa nic się nie liczyło,  

nie zwracał uwagi nawet na walkę rozgrywającą się tuż obok niego.

Oddział   próbował   uformować   jakiś   szyk,   konie  tylko   przeszkadzały  

w gęstym lesie. Ptaki, wyczuwając niebezpieczeństwo, zrywały się z drzew  
gromadami.

Zbóje ruszyli do ataku. Artos podniósł głowę. Na widok zbliżającego  

się mężczyzny, na jego ustach pojawił się zwierzęcy uśmiech.

W tym jednym momencie całe otoczenie przestało istnieć. Zbliżyli się  

do siebie. Wrogość kipiała z ich obu. Stanęli naprzeciw siebie.

15

background image

W   tym   miejscu   drzewa   nie   rosły   tak   gęsto.   Idealne   miejsce   na  

pojedynek.”

Wiedziałem, że ten tekst nie jest doskonały. Wydawał mi się mdły. Nie 

potrafiłem wyrazić tych wszystkich emocji, które targały Kernosem. Przez to 

we   fragmencie   brakowało   ikry.   Dynamiczny   obraz   z   mojej   głowy   stał   się 
treścią zupełnie bez wyrazu.

Postanowiłem wrócić do tej części za jakiś czas.
Od   tamtego   momentu   napisałem   naprawdę   niewiele.   Tyle   godzin 

zmarnowanych.

„Gdzie tkwi problem?”, zastanawiałem się. Wypróbowywałem już tyle 

różnych opcji. Bez efektu.

Byłem   już   w   barze,   ale   pisanie   pośród   ludzi   mi   nie   wychodziło. 

Rozpraszały mnie rozmowy. Przyłapywałem się na tym, że z zafascynowaniem 
przysłuchuję się pojedynczym historiom ludzi.

Literacka knajpa, w której byłem wczorajszego wieczoru, także mi nie 

odpowiadała.   Atmosfera   twórczego   skupienia   nie   sprzyjała   mojej   wenie. 

W lokalu panowała   cisza  przerywana   jedynie  miarowym  stukotem klawiszy 
klawiaturowych, cichymi westchnieniami i siorbaniem kawy.

Patrzyłem   na   wszystkich   tych   pisarzy   i   zazdrościłem   im.   Pisali   tak 

intensywnie, a ja nie potrafiłem stworzyć nawet zdania. Czułem się przy nich 

mały i zupełnie nieutalentowany.

Przyglądałem się artystom, chłonąc atmosferę knajpki. Miałem nadzieję, 

że to skupienie przejdzie także na mnie i w końcu będę w stania pisać.

Wyszedłem   z   lokalu   „Pióro   Feniksa”   zrezygnowany   i   rozżalony.   To 

wtedy w pełni uświadomiłem sobie, że zwyczajnie nie potrafię pisać wśród 
ludzi. W domu rozpraszała mnie rodzina. Nawet w parku, muzeum czy barze 

obcy   człowiek   był   ciekawszy   od   pracy   nad   tekstem.   Wróciłem   do   hotelu 
i zdecydowałem się na samotność.

Zbyt późno dotarła do mnie ta wiedza. Wyjechałem na tydzień, a sześć 

dni strwoniłem na odwiedzanie miejsc pełnych ludzi, ponieważ wydawało mi 

się, że to zaktywizuje moje pisarstwo. Totalnie się pomyliłem.

„Czemu nie wpadłem na to wcześniej!?”, plułem sobie w brodę. Został 

mi   jeden   dzień.   Dotychczasowym   efektem   mojego   wyjazdu   były   zaledwie 
cztery kartki w notatniku. Nie zdołałem nawet zapisać strony dziennie!

„Gdzie te czasy, gdy powstawało nawet i dziesięć stron?”, zastanawiałem 

się coraz bardziej zdołowany.

Odkąd zamknąłem się w pokoju zauważyłem niewielką poprawę. Był to 

jednak tak nieznaczny postęp, ze zaczynałem wątpić w swoje umiejętności.

„Gdzie tkwi problem?”, pytałem siebie. Analizowanie tego co było i co 

aktualnie   się   działo   nie   miało   sensu.   Robiłem   to   już   nie   jeden   raz, 

16

background image

sprawdzałem różne opcje. Bezskutecznie.

„Widocznie z wiekiem zatraca się te umiejętności”, uznałem.
Ostatnimi   czasu   pisanie   było   dla   mnie   męczarnią.   W   wyobraźni 

powstawało mnóstwo pięknych historii. Miałem nawet zeszyt pełny pomysłów.

Tylko wziąć i pisać.

Tu   jednak   był   problem.   Zabrakło   „lekkiego   pióra”,   tej   przedziwnej 

umiejętności,   która   dawniej   pozwalała   mi   pisać   dużo   i   długo.   Pamiętałem 

jeszcze, jak porwany natchnieniem zarywałem noce, a po trzech godzinach snu 
mogłem znów zasiadać do opowiadania.

Powstawały wtedy  teksty marnej jakości, pełne błędów stylistycznych 

i logicznych. Ale ile ich było!

— Wiedza zabiła mój talent — powiedziałem sobie, skupiając się znów 

na moim opowiadaniu.

Mimo ze pisanie sprawiało mi tyle problemów, nie poddawałem się. Na 

ten temat miałem wiedzę znacznie rozleglejszą od przeciętnego człowieka. Ba, 

podejrzewałem nawet, że wiem więcej od wielu moich przyjaciół po piórze. Nie 
chciałem tego od tak rzucić. To byłaby moja śmierć. Całe życie poświęciłem 

pisarstwu. Co bym miał ze sobą zrobić, gdybym z tego zrezygnował?

Trzy godziny do wymeldowania.

Zdeterminowany pochyliłem się nad tekstem i skupiłem na pracy.

„Zaatakował   zapalczywie.   Artos   podniósł   topór;   uśmiech   na   jego  

ustach   zgasł,   kiedy   poczuł   siłę   uderzenia.   Fircykowaty   strażnik   tylko  

wydawał się słaby.

Odskoczyli od siebie, ponownie oceniając swoje siły.

—   Jesteś   naiwny   —   rzekł   dzikus,   próbując   odwlec   starcie.   Tak  

naprawdę   nie   chciał   walczyć,   prędzej   wolał   serdecznie   przywitać   się  

z dawno niewidzianym przyjacielem.

— Zamknij się! — krzyknął Kernos i znów zaatakował. Dzikus cofnął  

się,   wykazując   się   niebywałą   szybkością   jak   na   jego   krępą   posturę.  
Odepchnął strażnika.

— Posłuchaj mnie.
— Zdradziłeś swój kraj. Nie jesteś godzien, by cię słuchać. — Strażnik  

był  zapalczywy.  Atakował  raz  po  raz. Artos  tylko  udawał, że odpieranie  
ciosów przychodzi mu z łatwością. Tak naprawdę z ledwością nadążał.

Pierwsza rana. Co dziwne Kernos nie wykorzystał słabości zdrajcy.  

Cofnął się, czekając, aż Artos wstanie z klęczek.

—   Ślepy   jesteś   —   powiedział   mężczyzna,   wykorzystując   chwilę  

przerwy w walce — to całe twoje państwo jest zdradą. Morderstwa, spiski.  

O tym ci nie  mówią, prawda? Wiesz, że  twój  cudowny  król  złamał  pakt,  
porozumienie o pokoju?”

17

background image

Zapatrzyłem   się   w   przestrzeń.   Zamyślony   nie   widziałem   pokoju. 

Zastanawiałem się jak w pełni mogę przekonać Kernosa o tym, że cały czas żył 

w   kłamstwie,   że   służył   zdrajcom.   Musiało   to   być   coś   mocnego,   coś,   co 
wstrząśnie moim bohaterem.

Znów spojrzałem na tekst. Moją uwagę nagle przykuła głęboka rysa na 

blacie   stolika   tuż   przy   brzegu   okładki   mojego   notatnika.  Nie   było   to   moje 

dzieło.

„Ciekawe  kto  to  zrobił?”,  dopadła  mnie   refleksja. Wyobraziłem  sobie 

pisarza, takiego jak ja, który sfrustrowany swoją niemocą twórczą, właśnie tak 
odreagowywał   stres.   Widziałem   jak   siedzi   i   długopisem   kreśli   prostą   linię, 

tworząc coraz głębszą bruzdę w drewnie.

Zwykła rysa obudziła we mnie zmysł detektywistyczny. Nie zauważyłem 

śladu atramentu. Więc to nie był żaden przyrząd do pisania. Więc co?

Wyobraźnia podsunęła mi kolejne obrazy. Architekt z linijką. Kobieta 

bawiąca się obrączką i zastanawiająca się, czy jej małżeństwo ma jeszcze sens. 
Para zakochanych próbująca uwiecznić swoją obecność.

Ilu już ludzi przewinęło się przez ten pokój? Pomieszczenie wydawało 

się   takie   ascetyczne   i   puste,   wolne   od   wszelkich   osobistych   dodatków. 

A jednak   każdy   człowiek,   który   tu   mieszkał   zostawił   jakiś   ślad.   Rysy   na 
wykładzinie,   drobne   plamy   na   dywanie,   przekrzywiony   obrazek   czy 

poluzowana   spłuczka   w   łazience.   Każdy   coś   tu   zostawił:   cząstkę   siebie 
i swojego życia.

Jak ja napiętnuję ten pokój swoją obecnością? Zostanie po mnie jedynie 

atmosfera beznadziei i niemocy twórczej?

— To koniec — powiedziałem do pustki, zamykając notatnik. Zegarek 

wskazywał 13:10. Musiałem się spakować i wymeldować.

Tydzień minął szybko i bezowocnie. Te kilka stron, które z trudem udało 

mi   się   spłodzić,   było   niczym.   Chciałem   więcej.   Chciałem   znów   poczuć   tę 

ogromną siłę słowa.

Moja   kariera   pisarska   skończyła   się   na   dwóch   wydanych 

opowiadaniach.

Wyjazd nie pomógł, jedynie uświadomił mi, że nie nadaję się na pisarza.

„Co robiłem źle?”, zastanawiałem się, zrezygnowany.
Z namaszczeniem schowałem piękny notatnik do torby. Postanowiłem, 

że należy to już zakończyć. Udało mi się opublikować dwa teksty. Widocznie 
tylko na to było mnie stać.

„Czas skończyć z marzeniami i wrócić do rodziny.”
Ostatni raz dotknąłem blatu stolika. Wyobraziłem sobie tych wszystkich 

pisarzy, którzy mnie inspirowali, jak siedzą w tym samym miejscu. Tworzyli 
swoje historie bez wytchnienia, w pełnym skupieniu. Zupełnie nie tak jak ja.

18

background image

Wziąłem do ręki długopis i...

Nagłe olśnienie!
— Pióro!

Wszyscy znani mi psiarze nie tylko tworzyli w eleganckich zeszytach, ale 

i posługiwali się wiecznymi piórami.

A ja?
Przecież też kiedyś pisałem piórem!

Teraz trzymałem w dłoni zwykły jednorazowy długopis.
— To wszystko przez pióro! — zawołałem, zaskakując samego siebie. 

Rozwiązanie było tak proste, banalne. Miałem ochotę biec do sklepu, by po 
zakupie tego przyrządu do pisania, znów móc pisać. Odkrycie przyczyny mojej 

niemocy twórczej, dodało mi skrzydeł.

Chciałem pracować! Tworzyć!

Godzina wymeldowała była blisko. Już miałem wychodzić.
Było za późno...

19

background image

Niepełna Egzystencja

Marta Łobażewicz

Weszłam do pokoju na piętrze w domu ciotki. Choć odwiedziłam ją 

sporo razy, nigdy wcześniej w nim nie byłam. Rozejrzałam się. Moją uwagę od 
razu przykuło biurko stojące na wprost od drzwi. Wyglądało na tak stare, że 

w pomieszczeniu   prawie   powiewało   dziewiętnastowieczną   weną.   Już 
wyobrażałam sobie brodatego poetę próbującego sklecić przy nim jakiś wiersz, 

jednak   zanim   zdążyłam   się   rozkręcić,   w   moją   wizję   brutalnie   wdarło   się 
nowoczesne     krzesło,   pasujące   do   biurka   jak   zima   do   Afryki.   Błyszczące, 

czarne, obrotowe. 

No,   no,   całkiem   oryginalne   zestawienie   —   pomyślałam   trochę 

z rozbawieniem,   a   trochę   z   przerażeniem   —   ciotka   wykazała   się 
nieszablonowym sposobem gospodarowania przestrzenią. 

Szafa, parę krzeseł i łóżko — wszystko z innej bajki. Jedno w stylu 

japońskim, drugie w stylu bezpłciowym, jeśli można tak mówić o meblach, 

jeszcze inne wyglądało jak ręcznie wykonane w nudne, sobotnie popołudnie. 
Czułam się jak  Barbie w domku dla lalek wypełnionym przez przedszkolaka. 

Zupełnie   jakby   ktoś   bawił   się   zabawkowymi   mebelkami   i   poukładał   takie 
z różnych kompletów w jednym miejscu. Nie urządziłabym tak nawet schowka 

na miotły ale skoro ciotka lubi taki styl to nie moja sprawa. Rozpakowałam 
swoje rzeczy, a potem położyłam się na łóżku z książką w jednej i nieznanym 

mi dotąd narzędziem słodkiego zapomnienia w drugiej. Czytanie szybko mnie 
jednak znudziło. Przez chwilę wpatrywałam się nieruchomo w tarczę zegara. 

Wskazówki jakby się nie poruszały, zaczęłam się więc zastanawiać, czy aby nie 
trzeba wymienić baterii. To niemożliwe, by czas płynął tak przeraźliwie wolno. 

Bałam się tych czarnych wskazówek bardziej niż filmów grozy opartych na 
faktach. Bałam się, że tracę cenne chwile, których już nigdy nie odzyskam, jeśli 

nie wymyślę sobie zajęcia. Nie cierpię marnować czasu na bezczynność. Żyje 
się nie po to, żeby zamykać się w czterech ścianach i marzyć, żyje się po to, aby 

poznawać   otoczenie   i   wdrażać   w   życie   marzenia   obmyślane   pomiędzy 
kolejnymi zajęciami. Miałam jednak jeden z tych dni, kiedy wszystkie pomysły 

emigrowały  na   inny  kontynent.  Dodam  fakt,  że  znajdowałam  się  w  obcym 
miejscu, w którym było tyle ciekawego towarzystwa, co produktów w PRL-

owskich sklepach.

— Hej, młoda, co to za skwaszona mina? Zęby cię bolą, czy to raczej 

wewnętrzne rozterki bohatera romantycznego, który urodził się parę wieków 
za późno?

— To koty, różowe koty, grube jak warstwa kremu w cieście ugabuga. 

20

background image

Grrrrubaśne, naprawdę grubaśne – powiedziałam sama do siebie, a po chwili 

popatrzyłam ze zdziwieniem na wysoką, chudą kobietę stojącą tuż przede mną 
(a dałabym sobie głowę uciąć, że jej głos dobiegał gdzieś zza moich pleców) 

Uniosła brwi zmieniające kolory jak logo perfumerii Damiani.

— Fajne brwi — powiedziałam do nieznajomej.

— Nie odpowiedziałaś na pytanie.
— Ach tak, ach tak. Koty są grube ale ja czuję się wyśmienicie, zupełnie 

jak truskawka w różowym szampanie.

— To świetnie — ucieszyła się postać, przerzucając przez ramię długie, 

kruczoczarne włosy — bo mam dla ciebie misję. To będzie coś maksymalnie… 
maksymalnego. Piszesz się? Aha, zapomniałam, że nie masz wyboru.

Dziwaczka   wpadła   w   chwilową   zadumę.   Drapała   się   po   brodzie, 

przewracając oczyma. Ja w tym czasie zorientowałam się, że siedzę na skórze 

jakiegoś łaciatego zwierzęcia i zajęłam się liczeniem łat. Jedna wyglądała jak 
Afryka.   Nagle,   z   zupełnie   nieznanego   powodu,   zapragnęłam   coś   opisać; 

cokolwiek,   nawet   tą   skórę.   Pisanie   to   frajda   jak   cholera   a   ja   nie 
przypominałam sobie kiedy ostatnio to robiłam. Jednak zanim podjęłam ku 

temu jakiekolwiek kroki, Dziwaczka ryknęła mi do ucha, że teraz to heja hej 
i zwijamy się w podróż! Podskoczyłam jak skazaniec na krześle ekektrycznym 

i wzbiłam   się   w   powietrze.   Chwilę   później   leciałyśmy   nad   lasami   z   waty 
cukrowej   i   miastami   z   klocków   lego.   Gdy   w   końcu   wylądowaliśmy,   nieco 

kręciło mi się w głowie od natłoku nieznanych mi wcześniej widoków.

— I tak to, proszę ciebie, dziwny wytworze zwany człowiekiem...

— Hola! To ty jesteś chuderlawym, wielkim czymś z włosami długości 

muru   berlińskiego   i   twarzą…   —   Spojrzałam   na   towarzyszkę   —   Twarzą… 

nosorożca jedwabno-górskiego?! 

—   Nie   przerywaj   mi!—   oburzyła   się,   puszczając   moją   uwagę   mimo 

uszu, a po chwili milczenia oznajmiła: Jesteśmy na polanie bez tytułu, a tam są 
rzeczy, które musisz zabrać w dalszą podróż.

Popatrzyłam we wskazanym kierunku— niecały metr ode mnie leżał 

spadochron, butelka wody mineralnej, metalowy parasol i trochę drobniaków. 

Wydało mi się to absolutnie fantastyczne, nie wiedzieć czemu. No, może poza 
spadochronem bo był we wstrętnym, jaskrawym kolorze i właśnie dlatego nie 

zabrałam go ze sobą. Kojarzył mi się z kamizelkami robotników. Resztę rzeczy 
włożyłam   do   skórzanego   worka,   który   podarowała   mi   Dziwaczka.   Nie 

powiedziała   ani   słowa   na   temat   pozostawionej   rzeczy,   tylko   uniosła   się 
w powietrze, polecając mi, żebym zrobiła to samo.  Następnym przystankiem 

okazała się być opustoszała droga.

—   Teraz   musimy   pójść   pieszo,   fale   magnetyczne   uniemożliwiają 

latanie   w   tym   miejscu   —   oznajmiła   moja   towarzyszka.   Po   kilku   minutach 
marszu w absolutnej ciszy usłyszałam dziwny dźwięk, coś jakby ktoś rozbił 

21

background image

szybę. I rzeczywiście — z góry zaczęły spadać odłamki szkła. Nie myśląc wiele, 

rozłożyłam   metalowy   parasol   i   w   podskokach   popędziłam   w   dalszą   drogę, 
śpiewając hymn narodowy Urugwaju na całe gardło. Gdy tylko szklany deszcz 

ustał, z sekundy na sekundę zrobiło się gorąco jak na pustyni. Oblał mnie pot 
i tak   zaschło   mi   w   gardle,   że   nie   dałam   rady   zaśpiewać   siódmej   zwrotki 

hymnu,   którego   słowa   same   nasuwały   mi   się   na   myśl.   Gdyby   nie   woda 
mineralna,   z   pewnością   zamieniłabym   się   w   kupkę   gorącego   piasku.   Na 

szczęście   im   dalej   szliśmy,   tym   robiło   się   chłodniej.   Rozkoszowałam   się 
przyjemną temperaturą.

— Pssst — nagle Dziwaczka przypomniała o swym istnieniu — patrz, to 

chciwy Jaromir.

Nie musiałam się wysilać by go zauważyć. Był jedyną żywą istotą w 

pobliżu, nie licząc nas. Osobnik zwany Jaromirem siedział przed ogromnymi 

żelkowymi   drzwiami,   w  otoczeniu  świnek  skarbonek  przeróżnych  wielkości 
i bacznie się rozglądał. Był niski, pulchny i miał wąsy koloru dojrzałej czereśni. 

Kolorowa marynarka ciasno opinała się na jego wydatnym brzuchu, a spodnie 
przypominały kuchenną szmatkę.  

—   Ajajaj,   klienci,   klienci!   —   Podskoczył   z   entuzjazmem,   gdy   nas 

zobaczył.   Zrobił   cwaną   minę   i   zatarł   ręce   jak   czarny   charakter   w   starych 

gangsterskich filmach. Brakowało mu tylko długiego płaszcza, kapelusza i fajki 
dla lepszego efektu. Podrapałam się po głowie, zdezorientowana.

—   Musisz   mu   zapłacić,   żebyśmy   mogli   przejść   przez   te   drzwi   — 

szepnęła moja towarzyszka, widząc, że próbuję domyślić się, o co chodzi temu 

całemu   Jaromirowi,   po   czym   przypomniała:   masz   drobniaki,   pamiętasz? 
Wrzuciłaś je do worka.

Ale ja zamiast grzecznie zapłacić, zaczęłam wykrzykiwać:
— Zemsta, zemsta, zemsta na wroga, z Bogiem i choćby mimo Boga! 

Zemsta, zemsta..

— Jaka zemsta, młoda?! Opamiętaj się! Ja wiedziałam, że jesteś jakimś 

romantycznym oszołomem!

— Wcale nie – zaoponowałam — Nazywam się Milijon, bo za miliony 

kocham i cierpię katusze! 

Dziwaczka spoliczkowała mnie bez żadnych skrupułów. Plasnęło jakby 

zamiast dłoni miała mięsisty, nieusmażony kotlet.

— Hej! — krzyknęłam, rozmasowując bolące miejsce.

— Płać mu, do jasnej ciasnej, bo będziemy tu stać do końca świata 

i jeden dzień dłużej, zupełnie tak długo jak gra Owsiak z Wielka Orkiestrą 

Świątecznej Pomocy!

Ta perspektywa szczerze mnie przeraziła i poczułam wdzięczność za 

wybicie   mi   z   głowy   romantycznych   idei.   Szybko   wygrzebałam   drobniaki 
i wrzuciłam do jednej ze skarbonek chciwego Jaromira.

22

background image

— Bierz je sobie! – zawołałam — i otwieraj te drzwi, a potem możesz tu 

sobie siedzieć aż Wielka Orkiestra skończy grać!

Przefrunęliśmy   przez   żelkowe   drzwi,   które   same   się   przed   nami 

otworzyły i znaleźliśmy się między chmurami. Zawsze marzyłam, żeby dotknąć 
chmury!   Wyciągałam   chciwie   dłonie,   chwytając   puchate   wytwory   natury, 

a uściślając— wytwory natury powstałe  podczas obiegu wody w przyrodzie, 
w wyniku procesu kondensacji. 

— Tu jest najlepiej na świecie!— krzyknęłam do Dziwaczki.
Robiłam   salta   w   powietrzu,   wlatywałam   prosto   w   środki   chmur, 

kręciłam piruety jak sławna primabalerina, a w międzyczasie zachwycałam się 
kolorem nieba, które teoretycznie powinno być niebieskie, tudzież granatowe, 

ale to było różowe, potem fioletowe, a następnie przechodziło w turkus.

— Hejże, hej! Hejże ha, widzę tu barany dwa! Galopują jak szalone, 

zaraz zeżrą białą wronę! — wymsknęło mi się nagle.

Po chwili z moich ust zaczęły się sypać inne, nieznane mi rymowanki 

ale   wcale   mi   to   nie   przeszkadzało,  bo   właściwie   to   były   szalenie   zabawne! 
Wszystko przebiegłoby idealnie, gdybym nagle nie poczuła, że spadam dwa 

razy szybciej, niż leciałam.

— Hej! Hej, no! Co jest grane?!— wrzasnęłam z przerażeniem.— Hej, 

dlaczego spadamy?!

Dziwaczka   nie   odpowiedziała,   wyglądała   jakby   wcale   ją   to   nie 

zaskoczyło.   Po   prostu   sobie   spadała,   w   tym   samym   czasie   splatając   włosy 
w warkocz. Lada moment wylądowałyśmy się na polanie bez tytułu, dokładnie 

w miejscu, od którego zaczęłyśmy podróż. O dziwo nie poobijałam sobie tyłka. 
Z osłupieniem rozejrzałam się wokoło. Mrugałam oczami, jakby ktoś zaświecił 

mi w nie reflektorem. Jak to możliwe? Dlaczego nie mogłyśmy kontynuować 
lotu?   Wyglądało   na   to,   że   Dziwaczka   nie   miała   zamiaru   dać   mi   gotowej 

odpowiedzi. Wpatrywała się na mnie wyczekująco, jakby licząc na to, że sama 
znajdę przyczynę powrotu do punktu wyjścia.

— Rozejrzyj się — podpowiedziała po chwili.
—   Zaraz   —   burknęłam,   bo   do   głowy   wpadł   mi   genialny   zamysł, 

a mówiąc dokładniej— przypomniał mi się i zaprzątnął moimi myślami. Pisać. 
Znikąd wyciągnęłam zeszyt i długopis i zrealizowałam swój plan. Przelewałam 

na papier to, co mnie spotkało, chcąc zachować w pamięci szczególnie obraz 
cudownych, kolorowych chmur. Gdy skończyłam, musiałam mieć wypieki na 

twarzy. 

— Rozejrzyj się — powtórzyła natrętnie Dziwaczka.

Wreszcie zastosowałam się do polecenia.
Wokoło była trawa, parę krzewów i drzew. Nie wiedziałam co mogłyby 

mieć wspólnego z zagadką, którą dane mi było rozwiązać samej. Wodziłam 
wzrokiem   tu   i   tam,   aż   wreszcie   zauważyłam   leżący   nieopodal   spadochron 

23

background image

w ohydnym, jaskrawym kolorze. Czyżby… hm…

— Wiem! — oznajmiłam.— To wszystko przez to, że nie wzięłam tego 

spadochronu.   Dzięki   niemu   mogłabym   gdzieś   bezpiecznie   wylądować 

i kontynuować   podróż.   Może   inaczej,   może   nie   lecąc   przez   te   cudowne 
chmurusie,   ale   jednak.     Kto   wie   czy   dalej   nie   zobaczyłabym   czegoś 

fajniejszego!

Łożko, biurko, szafa, sufit, podłoga, Jezu, Jezu, gdzie ja jestem?! Gdzie 

Dziwaczka, gdzie ohydny spadochron?! Otumaniona, zaczęłam błądzić rękoma 
po   dywanie,   a   potem   machać   nimi   na   wszystkie   strony,   jakbym   chciała 

odfrunąć. Przez chwilę miotałam się bez sensu po podłodze, próbując sobie 
uzmysłowić   która   rzeczywistość   jest   prawdziwa.   Wreszcie   wstałam   i   nagle 

wszystko przestało wirować. Za oknem nadal było jasno, a wskazówki zegara 
przesunęły się tylko o około czterdzieści minut, choć mogłabym przysiąc, że 

spędziłam więcej czasu podróżując z Dziwaczką. Przetarłam oczy.

Ale   cholerstwo   daje   —   pomyślałam,   patrząc   na   pozostały   grzybek 

halucynogenny—   skąd   Karol   to   wytrzasnął?!   W   życiu   nie   miałam   takich 
realistycznych halucynacji. 

Usiadłam z powrotem na podłodze, a właściwie na czymś, co zdawało 

się   być   zeszytem.   I   było.   Obok   leżał   długopis.   Mogłabym   przysiąc,   że   coś 

pisałam, jednak okazało  się, że  kartki  nie  były  zapełnione. Przypomniałam 
sobie jak kiedyś to lubiłam. Robiłam ściągi z geografii i fizyki żeby mieć na to 

trochę   więcej   czasu,   w   weekendy   wymyślałam   historyjki   do   późnej   nocy. 
W końcu sobie odpuściłam bo teoretycznie nic z tego nie miałam — nic nigdy 

nie wygrałam, nikt się mną nie zachwycał. Siedząc na dywanie po naćpaniu się 
jakimś grzybem, zdałam sobie sprawę, że tak właściwie to ta satysfakcja, którą 

czerpałam   z   pisania   była   wystarczającym   powodem,   żeby   kontynuować. 
I uświadomiłam   sobie,   że   to   co   mi   się   przywidziało   nie   było   zbitką 

przypadkowych obrazów. Podróż to jakby moje życie, spadochron do którego 
się   zniechęciłam   —   pisanie   bez   którego   czegoś   mi   w   dalszej   egzystencji 

brakowało. Muszę wrócić po ten spadochron, muszę wrócić do tego, co dawało 
mi   tyle   radości,   choć   tak   szybko   z   tego   zrezygnowałam.   Podczas 

wyimaginowanej   podróży   bawiłam   się   dobrze   ale   jednak   czegoś   w   niej 
brakowało.

Nie wiem dlaczego akurat to zobaczyłam, może to sprawka podświadomości? 
Nie wiem też co miała oznaczać Dziwaczka, Jaromir, te wszystkie rekwizyty, 

kolorowe chmury. Może etapy życia, jego nieprzewidywalność. To jednak nie 
było ważne — ważne było to, że poszłam po rozum do głowy. Sięgnęłam po 

zeszyt   i   długopis,   by   za   pomocą   pozornie   nieszczególnych   przyrządów   dać 
światu ważną życiową lekcję…I nigdy więcej halucynków!

24

background image

Oni zaraz przyjdą tu

Adrian „Ryan” Sładek

Przebudzenie.
Zaraz potem ból.

Płonąca fala błyskawicznie rozlała się po ciele, by ostatecznie z całej 

mocy zamknąć w stalowym uścisku głowę. Wydałem z siebie potępieńczy jęk, 

który   przeciął   moje   wyschnięte   gardło,   wywołując   kolejną   falę   bólu,   która 
zaraz odbiła się i raz jeszcze przebiegła całe ciało. Zwinąłem się w kłębek. 

Z całych   sił,   aż   do   zatrzeszczenia   szkliwa,   zacisnąłem   zęby,   przez   które   ze 
świstem oddychałem, bo nos miałem szczelnie zasklepiony zakrzepłą krwią 

i strupami.

Leżałem w tej pozycji przez pewien czas. Chyba długo, ale nie mogę 

stwierdzić na pewno. Czas zupełnie stracił dla mnie sens w tym małym piekle. 
Tak leżąc, zupełnie nie potrafiłem pojąć tego, co się ze mną działo. Przecież 

przestałem już pić. Od czasu do czasu przebiegała mi przez głowę myśl, ale 
szybko topiła się w morzu bólu.

Leżałem tak jak wrak.
Bo byłem wrakiem.

***

Kolejny przebłysk. Zasnąłem? A może zemdlałem?

Ból znowu zaatakował. Był potworny, obezwładniający. To niemożliwe, 

aby pochodził od kaca. A przynajmniej nie tylko od niego. Czyżby odjęło mi 

rozum i naszprycowałem się czymś? W podobnym stanie byłem po zażyciu 
mikstury berserków.

Niewypowiedzianym   wysiłkiem   zwlokłem   się   na   klęczki.   Świat 

z zawrotną prędkością wirował wokół mnie, więc nawet w tej pozycji z trudem 

utrzymywałem równowagę.

Jak mogłem doprowadzić się do takiego stanu?

Kiedy podłoga przestała mi uciekać spod dłoni, spróbowałem przetrzeć 

oczy. Zapieczone i suche – czułem, jakby ktoś nasypał mi w nie piachu i soli. 

Przetarcie   nie   usunęło   tego   uczucia,   ale   przynajmniej   rozwiało   mleczną 
mgiełkę, która zasnuwała mi pole widzenia.

Szybko pożałowałem odzyskania wzroku.
Pierwszym, co zobaczyłem, była krew na mojej prawej dłoni.

Mimo otumanienia stałem się w momencie czujny.

25

background image

Zakrzepła krew pokrywała całą dłoń aż po nadgarstek, wsiąkając nieco 

w rękaw golfa. Raniono mnie? Z pewnością nie; poczułbym tak rozległą ranę, 
nawet gdyby – na skutek moich wilkołackich zdolności – już się zabliźniła. 

Rozejrzałem się nerwowo wokół, wciąż pozostając na czworaka. Mój wzrok 
spoczął   na   nożu,   zwyczajnym   kuchennym,   również   pokrytym   pociemniałą 

krwią.

Niedobrze, bardzo niedobrze. Nic nie pamiętałem. Skąd krew? Skąd 

nóż?

Zerwałem się na równe nogi. Świat zawirował, próbując zwalić mnie 

z nóg, ale dałem mu radę – poczucie zagrożenia i obowiązku uwolniło we mnie 
pokłady zdeterminowania.

Nos miałem całkowicie zaczopowany, więc próba węszenia skończyła 

się jedynie głupkowatym zatkaniem się. Zwyczajowy pierwszy krok w każdym 

prowadzonym   przeze   mnie   śledztwie   zawiódł.   Nie   chcąc   marnować   czasu, 
postanowiłem   skorzystać   ze   zmysłu   bardziej   przynależnego   rodzajowi 

ludzkiemu – ze wzroku. Rozejrzałem się. Pomimo półmroku i lekkiej mgiełki 
zasnuwającej   moje   zaschnięte   oczy   w   mig   rozpoznałem,   że   znajduję   się 

w pokoju   hotelowym.   Niewielkim,   ale   wcale   przytulnym.   A   przynajmniej 
takim, który byłby przytulny, gdyby nie wylewająca się zza łóżka czerniąca się 

w słabym świetle plama wpitej już w dywan krwi.

Wolnym ostrożnym krokiem podszedłem, aby zajrzeć za łóżko.

Serce podskoczyło mi do gardła. Nie na widok takiej ilości krwi czy ze 

świadomości dzielenia pokoju z martwym ciałem – bo takie rzeczy były niemal 

codziennością dla kogoś trudniącego się moim, z braku lepszego określenia, 
zawodem, a dlatego, że owładnęła mną nagła trwoga na myśl o tym, co mogę 

ujrzeć za krawędzią.

Kiedy   zaledwie   centymetry   dzielił   mnie   od   tego,   aby   ogarnąć 

spojrzeniem obszar za za łóżkiem, na sekundę, w pół kroku, przystanąłem. 
Zawahałem   się.   Wziąłem   jednak   głęboki   wdech   i   jednym   zdecydowanym 

krokiem pokonałem pozostałą odległość.

Ścięło mnie z nóg. Padłem na kolana.

Alice! Moja Ally!
Z brutalnie rozpłatanym gardłem.

Ale jak?! Nic nie pamiętałem!
Zawroty   głowy   powróciły   ze   zwielokrotnioną   siłą.   Zupełnie   mnie 

sparaliżowało. Zwinąłem się w pozycję embrionalną. Groza sytuacji całkowicie 
odebrała mi zdolność racjonalnego myślenia. Nie byłem w stanie wykrzesać 

z siebie żadnej myśli bardziej złożonej niż wykrzykiwanie w głąb swojej głowy 
„Nie, nie, nie...!”

Wtem, w zupełnie niekontrolowanym odruchu, zerwałem się na równe 

nogi.   Rozpostarłem   ramiona   z   zaciśniętymi   pięściami,   wziąłem   głęboki 

26

background image

spazmatyczny   wdech   i   z   całą   mocą   wrzasnąłem.   Chciałem   tym   wrzaskiem 

wyrazić cały żal, smutek, gniew i całą gamę innych, zawsze tłumionych, a teraz 
kotłujących   się   we   mnie   z   całą   mocą,   uczuć.   Krzyk   rozdarł   powietrze, 

zabrzmiał   dziko,   zwierzęco,   zdecydowanie   zbyt   bliski   mojej   nieludzkiej 
naturze. Poczułem się przez to jeszcze bardziej rozbity. Złapałem się rękoma 

za głowę. Ponownie padłem na kolana.

Zabiłem   ją?   Zabiłem   ją!   Jak   to   się   mogło   wydarzyć?   Nic   nie 

pamiętałem!   Czyżby   moja   wilkołacka   natura   przeważyła?   Czyżbym   stracił 
panowanie i bestia uwolnił drzemiącą wewnątrz mnie bestię?

W takim razie przez cały czas siebie oszukiwałem! W tym, że mogę 

zapanować nas moją nieludzką naturą, nad krwiożerczą bestią, która się we 

mnie gnieździ i która każdego dnia próbowała wyrwać się na świat! W końcu 
stało się! Ukazałem swoje prawdziwe oblicze i zamordowałem jedyną kobietę, 

którą kochałem. Rozpłatałem jej nożem gardło, jak rzeźnik.

Znowu się wywróciłem. Nie wiedziałem nawet, który to już raz i nie 

obchodziło   mnie   to   w   ogóle.   Zimne   opanowanie   będące   zwykle   mym 
największym  sojusznikiem   całkiem  gdzieś   uleciało.  Nie   było   już  Barghesta, 

który zaglądał w paszcze rozwścieczonym wilkołakom, w pojedynkę stawiał 
czoła hordzie potworów z głębin, spotkał jednego z ostatnich żywych smoków, 

śledził   dybuki   na   ulicach   Pragi,   walczył   spleciony   w   morderczym   uścisku 
z pradawnym wampirem, wskakiwał w sam środek bitwy przeciw nieumarłym 

bolszewickim widmom...

Barghesta, który wciąż biegł na przód, cały czas nacierał, nigdy się nie 

zatrzymując i nie spoglądając za siebie... w obawie, że zaraz za nim, w pół 
kroku zaledwie, zobaczy podążającą za nim bestię, swoje fatum. Ale jednak 

niepoddającego się, ba, niedopuszczającego do siebie nawet takiej myśli.

A teraz leżałem załamany, zniszczony, bez woli do życia.

Kolos na glinianych nogach.
Zawiodłem.

***

Leżałem   oparty   głową   o   ścianę.   Broda   bezwładnie   opadała   mi   na 

ramię. Alice leżała pod ścianą po przeciwnej stronie pokoju. Ramiona miała 
rozrzucone   na   boki,   jedną   nogę   podwiniętą,   znikającą   pod   fałdami   jasnej 

zielonej sukienki (jednej z moich ulubionych), a drugą wyciągniętą prosto. Jej 
bujne   jasnokasztanowe   włosy   spływały   delikatnymi   falami   wzdłuż   ciała, 

zlewając się niemal w jedno z rdzawymi plamami zakrzepłej krwi pokrywającej 
jej   kark,  ramiona,  pierś.  Całe  szczęście, że  jej  oczy  były   zamknięte,  bo  nie 

zniósłbym jej martwego oskarżycielskiego spojrzenia.

Napad histerii już minął. Próbowałem sobie cokolwiek przypomnieć, 

27

background image

ale   okres   ostatnich   kilkunastu   godzin   pozostawał   dla   mnie   czarną   plamą. 

Ostatnim   wspomnieniem,   które   zachowałem   było   jak   wraz   z   Ally 
opuszczaliśmy   Mu   aby   zejść   do   Sfery   Wewnętrznej   i   spędzić   wieczór 

w którymś   z   większych   miast   Europy.   Często   spędzaliśmy   w   ten   sposób 
wspólny   czas.   Alice   czuła   słabość   do   wielkich,   wypełnionych   gwarem 

metropolii. Lubiła ludzi, miała w nich wiele wiary, jak nikt inny.

Jej wiara była zaraźliwa, pomagała mi iść przed siebie.

Teraz   pozostała   tylko   niewysłowiona   pustka.   Całe   moje   życie   legło 

w gruzach.   Wszystkie   jego   aspekty:   miłość,   przyjaźnie,   godność,   praca 

w Regulatorach...

Właśnie!   Regulatorzy!   Ally   była   magiczką,   jej   śmierć   z   pewnością 

odbiła się echem w thaumosferze! Pewnie już coś podejrzewali, albo nawet 
wysłali oddział. Nie potrafiłem określić, jak długo byłem już w pokoju, czas 

zupełnie przestał się dla mnie liczyć. W każdym razie ogarnęła mnie pewność, 
że lada chwila się tutaj pojawią i wywloką mnie stąd prosto przed trybunał. 

A może   zwyczajnie   zastrzelą   na   miejscu,   jak   wściekłego   psa,   którym   się 
okazałem.

Nagle, gdzieś z głębi mnie, wypłynęła myśl. Walczyć! Rzucić się na 

nich,   gdy   tylko   się   pojawią.   Wypalić   z   Lugera,   poszarpać   ich   szablą.   Nie 

sprzedać tanio skóry, zginąć w ostatecznej szaleńczej szarży.

Ciarki   przebiegły   mi   po   całym   ciele.   Do   reszty   chyba   postradałem 

zmysły, skoro nachodziły mnie już takie myśli. Pomijając fakt, że nie mogę 
przecież zaatakować ludzi, z którymi przez tak długi czas współpracowałem, to 

przecież   z   moimi   zdolnościami   regeneracyjnymi   raczej   by   mnie   nie   zabili. 
Pogorszyłbym   tylko   swoje   i   tak   beznadziejne   położenie.   Już   teraz   nie 

wyobrażam sobie, jak mógłbym spojrzeć w oczy Prokopowi...

Może więc zwyczajnie uciec? Zaszyć się w jakiejś leśnej głuszy i pełnić 

żywot pustelnika, próbując znaleźć odpowiednią karę, którą mógłbym zadać 
swojej udręczonej duszy. Próbować znowu tłumić w sobie zwierzęce instynkty 

i unikać ludzi, aby nikt nie doznał szkody od mojego szaleństwa... Pewnie, 
tylko czy spędzając życie w jakiejś samotni na końcu świata, jedynie silniej nie 

pogrążyłbym się w obłędzie? Zupełnie mógłbym zatracić ludzki pierwiastek.

W takim razie...

Zawiesiłem wzrok na kaburze Lugera, którą wciąż miałem przy pasie. 

Uniosłem lekko głowę, na myśl przyszło mi inne wyjście. Odpiąłem zaczep 

i dobyłem   pistoletu.   Prezentował   się   jak   zwykle   doskonale,   niezależnie   od 
okoliczności wyglądał niczym wyprężony dostojnie arystokrata. Wyciągnąłem 

magazynek,   standardowo   upakowany   naprzemiennie   zwykłymi   i   srebrnymi 
pociskami.   Wyciągnąłem   pierwszy,   zwyczajny,   i   go   od   siebie   niedbale 

odrzuciłem.   Na   wierzchu   pozostała   błyszcząca   srebrna   kula.   Jedna   z   tych 
wrednych,   które   sam   własnoręcznie   wykonywałem,   mająca   nieprzyjemny 

28

background image

zwyczaj fragmentowania się po wejściu w cel. Przejechałem delikatnie palcem 

po   jej   czubku,   skóra   opuszki   zasyczała,   w   powietrzu   uniosła   się   cieniutka 
stróżka   dymu.   Skrajne   uczulenie   na   srebro,   powszechna   cecha   u   istot 

związanych   z   planami   thaumatycznymi.   Wsunąłem   magazynek   na   miejsce, 
przeładowałem.

Teraz wystarczyło tylko palnąć sobie w łeb. Jeśli strzeliłbym sobie pod 

szczękę, w usta albo w oczodół pocisk, przy odrobinie szczęścia, rozbiłby się 

o nadnaturalnie   twardą   powierzchnię   mojej   czaszki,   a   odłamki   srebra 
posiekałyby  mój  mózg  na  krwawą  siekę, a  jako  że nikt nie  byłby  w  stanie 

wydobyć   wszystkich   okruchów   trującego   metalu   z   mojego   organizmu,   to 
w końcu bym zmarł.

Kusząca perspektywa. Zakończyć męki mojego nieudanego życia w tej 

chwili jednym śmiałym pociągnięciem za język spustu. Ale to też byłaby tylko 

ucieczka.

Odłożyłem pistolet na bok, ale nie za daleko, na wypadek gdybym miał 

się jeszcze rozmyślić.

Raz jeszcze spojrzałem na martwe ciało Alice. „Biedna dziewczyna”, 

pomyślałem, a w myślach odezwały się do mnie słowa pewnej starej piosenki, 
którą swego czasu często graliśmy z Klaptonem, zanim jego też straciłem.

Zacząłem po cichu śpiewać.

Jak ładnie ci w tej sukni
oni zaraz przyjdą tu

Jak ładnie ci w tej sukni
oni zaraz wezmą mnie

lubiłaś światło świecy
będziesz miała świece dwie

na pewno masz mi za złe

że ten właśnie wziąłem nóż
na pewno masz mi za złe

oni zaraz przyjdą tu
wiem, nóż ten był do chleba

oni zaraz wezmą mnie

nie powiesz an...

„Zaraz – pomyślałem. — Nóż do chleba”? Coś tutaj nie pasuje.
Powiodłem   wzrokiem   po   podłodze   do   miejsca,   w   którym   leżał   nóż 

widziany  przeze  mnie  po  przebudzeniu. Wciąż  był tam, gdzie  go  zastałem. 
Spojrzałem   raz   jeszcze   na   swój   pas.   Zaraz   obok   kabury   miałem   pochwę 

29

background image

z bagnetem. Dalej  rzuciłem okiem jeszcze na  łóżko, na  którym leżała  moja 

szabla.   Dlaczego   nie   użyłem   któregoś   z   nich?   Były   dla   mnie   niemal   jak 
przedłużenia   ręki,   dobywałem   ich   setki   razy,   zupełnie   odruchowo.   Po   co 

miałbym sięgać po cokolwiek innego? Szczególnie w amoku, kiedy działa się 
mechanicznie.

Straciłem   zimną   krew,   na   fali   rozpaczy   nie   zwróciłem   uwagi   na 

szczegóły.

Powoli podniosłem się z z podłogi. Musiałem to sprawdzić. Ostrożnie 

podszedłem do  leżącej  Alice. Widok jej  okaleczonego  ciała działał na mnie 

paraliżująco,   ale   musiałem   się   przemóc,   odsunąć   na   chwilę   targające   mną 
uczucia, z którymi nigdy sobie nie radziłem i ogarnąć całą sytuację chłodną 

logiką.   Musiałem   się   zdystansować,   przekonać   samego   siebie,   że   badam 
kolejną rutynową sprawę.

Ukląkłem na jedno kolano. Uważnie przyjrzałem się Alice.
Jej ciało zostało z niewielkiej wysokości rzucone w miejsce, gdzie teraz 

się   znajdowało.   Upadła   już   martwa,   albo   przynajmniej   nieprzytomna. 
Wskazywało  na  to  ułożenie  jej  sylwetki:  ciało  lekko  oparte  o ścianę, jedna 

z nóg   podwinięta,   ręce   rozrzucone   bezwładnie,   co   sugeruje,   że   nie 
amortyzowała upadku. Śmierć zadano, trzymając ją uniesioną w powietrzu. 

Wciąż   widoczne,   pomimo   zalania   krwią,   zagięcia   materiału   na   bluzce 
i sukience   w   okolicach   dekoltu   wskazują,   że   trzymana   była   za   ubranie. 

Napastnik był wystarczająco silny, aby przytrzymywać ją, zapewne szarpiącą 
się, i jednocześnie poderżnąć jej gardło.

Tak,   Alice   z   pewnością   stawiała   opór.   Przekonały   mnie   o   tym   jej 

dłonie.   Pod   wypielęgnowanymi   paznokciami   znalazłem   krwawe   ślady 

naskórka, zapewne zdrapane z dłoni lub ramienia mordercy. Sądząc po ilości, 
były to głębokie zadrapania.

Użyty   nóż   nie   był   szczególnie   ostry,   a   cięcie   poprowadzono   powoli 

z sadystyczną, mściwą precyzją. Lekkie poszarpanie rany nie pozostawiało co 

do tego wątpliwości. Zagłębienie na końcach rany wskazywały, że cięto z lewej 
na prawą, a więc napastnik był praworęczny.

Wstałem, odszedłem kilka kroków.
Przecięcie tętnicy szyjnej, szczególnie u osoby pobudzonej strachem 

albo   mającej   w   inny   sposób   znacząco   przyśpieszony   puls,   powoduje 
nieodmiennie   silne   chluśnięcie   krwią.   Wystarczająco   silne,   aby   pochlapać 

napastnika,   podłogę   i   pobliskie   ściany   deszczykiem   drobnych   kropelek. 
I rzeczywiście   bez   problemu   znalazłem   ślady   posoki   zaczynające   się   około 

trzech kroków od ciała i kierujące się w stronę do niego przeciwną. Wyraźne 
były   także   ostre   wycięcia   w   śladach,   które   świadczyły,   że   w   tym   miejscu 

kropelki padły na mordercę.

Obejrzawszy   ślady,   dokonałem   oględzin   samego   siebie,   po   czym 

30

background image

usiadłem w tym samym miejscu co poprzednio, przy ścianie naprzeciw Alice.

Ktoś musiał mnie wrobić, teraz wydawało się to oczywiste.
Nie   znalazłem   na   sobie   nawet   śladu   kropelek   krwi,   które   powinny 

osiąść na moim ubraniu podczas cięcia. Na lewym ramieniu nie mam żadnych 
śladów po zadrapaniach – oczywiście w moim przypadku już dawno by się 

zabliźniły, ale skóra zregenerowana przez mój wilkołacki organizm zawsze w 
pierwszych godzinach była nieco błyszcząca i wyraźnie swędziała.

Najważniejszym   jednak   dowodem   był   sposób   zadania   śmierci. 

Pomijając   dziwny   dobór   narzędzia,   metoda   w   żadnym   przypadku   nie 

odpowiadała   ani   żadnemu   typowi   szału,   w   które   zdarzało   mi   się   niegdyś 
wpadać,   ani   tym   bardziej   morderstwa   dokonanego   pod   przemienioną, 

wilkołacką, postacią.

To była egzekucja. Brutalna śmierć zadana z zimnym wyrachowaniem.

W   nagłym   impulsie   zacisnąłem   szczęki   i   pięści.   Myśl   o   zemście 

wybuchła   w   mojej   głowie.   Poprzysiągłem   sobie   w   tej   chwili   dopaść   tego 

skurwysyna, ale zaraz narzuciłem sobie spokój – wściekanie się nic by mi nie 
przyniosło. Muszę dokończyć śledztwo, znaleźć więcej śladów.

Muszę odzyskać węch!
Rzuciłem   się   do   drzwi   prowadzących   do   pokojowej   łazienki.   Tam 

znowu   do   umywalki.   Odkręciłem   kurek   kranu   i   próbowałem   oczyścić 
zaklejony strupami i zakrzepłą krwią nos. Kątem oka widziałem swoje odbicie 

w lustrze, wyglądałem okropnie: blady, okrwawiony, wyczerpany.

Woda i ręczniki zrobiły swoje; nos znowu miałem drożny, ale wraz 

z pierwszym   wdechem   musiałem   natychmiast   zrezygnować   z   jego   usług 
i morfować   swój   narząd   powonienia   do   ludzkiej   postaci   i   czułości.   Ktoś 

rozpylił w powietrzu jakieś potworne, śmierdzące świństwo, które całkowicie 
uniemożliwiało   mi   wyczucie   jakichkolwiek   zapachów,   nawet   –   zapewne 

wszechobecnego   –   zapachu   krwi.   Jednak   taki   stan   rzeczy   tylko   utwierdził 
mnie w przekonaniu, że ktoś próbował mnie załatwić – przecież z pewnością 

nie próbowałbym oszukać samego siebie w ten sposób.

Raz jeszcze musiałem polegać  na tradycyjnych metodach śledczych. 

Centymetr po centymetrze zacząłem badać pokój. Wiedziałem, że Regulatorzy 
mogą   pojawić   się   w   każdej   chwili,   ale   zmusiłem   się   aby   opanować   presję 

i pracować metodycznie i dokładnie.

W końcu znalazłem – popiół papierosowy. Jako że ani ja, ani Alice nie 

paliliśmy,   był   to   zapewne   ślad   po   trzeciej   osobie,   która   tego   dnia   była 
w pokoju. Nie byłem może Sherlockiem Holmesem, który napisał szczegółową 

monografię na temat popiołu z ponad setki gatunków tytoniów, ale bez trudu 
stwierdziłem,   że   był   to   w   miarę   świeży   ślad,   raczej   nie   po   poprzednim 

lokatorze — popiół wciąż zachowywał walcowaty kształt papierosa.

Były   też   nieliczne   włosy,   silnie   wyróżniające   się   od   pośród   innych. 

31

background image

Proste, sztywne, długości palca wskazującego, o szarej barwie. Nie siwe czy 

białe, a właśnie szare.

Musiałem   uporządkować   informacje.   Napastnik   był   szarowłosym, 

praworęcznym mężczyzną, chyba nieco wyższym ode mnie. Był bardzo silny 
i prawdopodobnie  nie  był człowiekiem. Miał skłonność  do  brutalności  albo 

osobisty uraz do ofiary. Wiedział zapewne, że jestem wilkołakiem i znał moje 
słabości. Palił papierosy.

Mimo pewnych dziur miałem już ułożony obraz mordercy. Szczególnie 

kiedy dorzucić do tego fakt, że przed kilkoma miesiącami zaginął Klapton, mój 

przyjaciel   i   członek   mojego   oddziału   w   Regulatorach,   i   że   zaginął   podczas 
starcia z wampirami ze zbuntowanych klanów.

Kiedy   ktoś   przejdzie   przemianę   w   wampira   jego   osobowość   ulega 

całkowitemu rozpadowi i zostaje zastąpiona przez zupełnie nową. Zachowuje 

on jednak wszystkie wspomnienia z poprzedniego życia. Więc jeśli Klapton 
rzeczywiście przeszedł przemianę, to nasi wrogowie zyskali sprzymierzeńca, 

który   wiedział   o   mnie   zdecydowanie   zbyt   wiele.   Do   tego   sprzymierzeńca 
inteligentnego, przebiegłego i bezwzględnego.

Regulatorzy wciąż się nie pojawiali. Dziwne. Wolałem już nie czekać. 

Pokój miał na stanie aparat telefoniczny. Wybrałem na numer bezpośrednio 

do Prokopa, szefa regulatorów, a także mojego protektora i mentora. Po trzech 
sygnałach w słuchawce trzasnęło i odezwał się głos.

— Halo? — z miejsca poznałem niski matowy głos Sotrisa, prawej ręki 

Prokopa. W jego beznamiętnym zwykle głosie pobrzmiewało zdenerwowanie.

— Tutaj Barghest. Muszę koniecznie rozmawiać z Prokopem.
— Barghest!? — wrzasnął do słuchawki mój rozmówca. – Gdzie ty się 

do   cholery   podziewasz?   Wszędzie   cię   szukamy!   Ekspansjoniści   przypuścili 
atak, unieruchomili nam połowę agentów! Kolejne klany wypowiedziały układ! 

Prokop zebrał kogo mógł i ruszył do Bramy! Gdzie jesteś? Jest z tobą Alice? 
Możecie działać?

Ta tyrada zaskoczyła mnie. Widać nie tylko ja miałem dzisiaj zły dzień 

i traciłem nad sobą panowanie.

— Mnie nic nie jest, ale Alice... — głos na krótką chwilę ugrzązł mi 

w gardle,  po  raz  pierwszy  miałem to  powiedzieć  na  głos. —  Alice  nie  żyje. 

Została zamordowana. Myślę, że przez Klaptona.

Cisza po drugiej stronie linii.

— A więc już wiesz?
— Co „wiem”?

— O Klaptonie. Już jakiś czas temu mieliśmy przesłanki, że przeszedł 

przemianę.   Dzisiaj   jego   udział   został   potwierdzony   w   kilku   atakach   na 

naszych.

— Dlaczego nic mi nie powiedziano?!

32

background image

— Nie chcieliśmy z niczym wyskakiwać do czasu, aż nie będziemy mieli 

potwierdzenia. Nie  chcieliśmy ci mówić, bo obawialiśmy się  twojej reakcji. 
Zawsze byłeś nieco paranoiczny.

— No to świetnie! — wrzasnąłem do słuchawki. – Doprawdy wspaniale 

wam się udało! Dzięki waszej trosce ona teraz leży z rozpłatanym gardłem.

— Ale... — próbował Sotris.
— Przestań! Powiedz mi lepiej co z innymi. Gdzie Biełła, Dan, Viki?

—   Zostali   zaskoczeni   przebywając   w   tej   waszej   przestrzeni   we 

Wszechbibliotece. Skontaktowali się ze mną przed kilkoma chwilami, nic im 

nie jest. Ruszyli do punktu zbornego przy trzeciej Bramie.

A więc Klapton uderzył też tam. Wiedział doskonale jak zadać celnie 

cios, tak by spowodować największe straty. Sam go tego swego czasu uczyłem. 
Ale popełnił okropny błąd, nie dopilnował szczegółów. Nie udało mu się ani 

pchnąć mnie przez granicę samokontroli i uwolnić drzemiącej we mnie bestii, 
ani też doprowadzić mnie do samobójstwa. Jego plan nie powiódł się, wciąż 

żyję i jestem przy zdrowych zmysłach, ale też niesamowicie wściekły. Była to 
jednak zimna wściekłość, która przerodzi się w równie zimną i metodyczną 

zemstę.

— Barghest, jesteś tam? — przywołał mnie głos ze słuchawki.

— Tak, jestem. — odpowiedziałem spokojnie. — Przekaż Prokopowi, że 

nic   mi   nie   jest,   i   że   włączam   się   do   akcji   zgodnie   z   założeniami   planu 

awaryjnego. Kiedy tylko nieco się uspokoi zorganizuj kilku ludzi i każ im udać 
się pod ten adres, niech zabiorą ciało Alice.

Odłożyłem słuchawkę.
Już   miałem   wybiec   z   pokoju,   ale   zatrzymałem   się.   Zawróciłem 

i podszedłem do ciała Alice. Przysiadłem przy niej. Delikatnie, po raz ostatni 
zapewne pogładziłem ją po jej miękkich, zawsze pachnących włosach.

Chciałem coś powiedzieć, pożegnać się. Żadne słowa nie chciały jednak 

przychodzić. A chciałem jej powiedzieć przecież jeszcze tyle rzeczy. I za tyle 

rzeczy   przeprosić...   Za   bycie   nieczułym   dupkiem,   za   wielokrotne   unikanie 
konfrontacji, za okropny charakter i przede wszystkim za to, że nie potrafiłem 

jej obronić, że śmierć spotkała ją z mojego powodu.

— Przepraszam... — wyszeptałem jedynie.

Nie   jestem   przekonany   czy   zabrzmiało   to   przekonująco.   Nie   byłem 

dobry w przepraszaniu.

Byłem za to całkiem dobry w innych rzeczach. Zemsta zdecydowanie 

byłą jedną z nich. Wiedziałem, że jej akurat podołam i z całą pewnością będzie 

w pełni przekonująca. Ale nie będzie ona dzika, o nie.

— Obiecuję – dodałem jeszcze. Tym razem chyba zabrzmiało to lepiej. 

Wiedziałem, że Ally by zrozumiała.

Ostatni raz, na pożegnanie, dotknąłem jej policzka. Niegdyś wesoło 

33

background image

zarumienionego, teraz zabielonego trupią bladością i zimnego.

Wyszedłszy   z   pokoju,   idąc   korytarzem,   pomyślałem,   że   dokonam 

swojej zemsty, choćby miała mnie ona zaprowadzić do samego piekła. Dopiero 

z perspektywy czasu doceniłem dosadną ironię tej myśli. Gdybym tylko wtedy 
wiedział, gdzie zaprowadzi mnie ścieżka, na którą wstąpiłem opuszczając ten 

nieszczęsny pokój.

Gdybym tylko wiedział...

A szlag!
I tak uczyniłbym to wszystko raz jeszcze!

34

background image

Pokój przesłuchań

Kamil Wiśnieski

Grupka   więźniów   stłoczonych   w   kącie   spacerniaka   wpatrywała   się 

w siedzącego   na   ławce   na   przeciwległej   części   placu   mężczyznę   w   średnim 
wieku.

— Dobrze że skurwiela wypuszczają; to jedyny gość, przy którym czuje 

się   spietrany   jak   diabli   —     rzekł   lekko   sepleniąc   młody   i   chudy   zakapior, 

wypuszczając z ust dym papierosa zwiniętego z najpodlejszego tytoniu.

— No, nie da się mu patrzeć w oczy, wygląda jak leszcz ale, kurwa, po 

tych historiach, co się o nim nasłuchało... — przytaknął łysy facet o zakazanej 
facjacie.

— A ja wam powiem, że można go było bodnąć po nerach, jak klawisze 

nie   patrzyli   —   dołączył   do   intelektualnej   dyskusji   starszawy   krępy   więzień 

o siwych włosach i zachrypniętym głosie.

— To czemuś nie bodnął dziadek, przecież siedział parę cel od twojej? 

—  ironicznie wtrącił chudy.

—   Kurwa,   zatkaj   japę   szczylu,   przecież   czerwoni   go   tu   na   pokaz 

posadzili i teraz go wypuszczają — tak tylko gadam. zaraz by zapałowali na 
amen, jak by chujowi włos z głowy spadł. Jest nie do ruszenia, sowiecki kat, 

żeby Bóg dał, spotkać takiego kiedyś na wolności w ciemnej uliczce...

Dźwięk   gwizdka   dał   sygnał   na   powrót   do   cel.   Tłum   powoli   począł 

tłoczyć się przy dwuskrzydłowych metalowych drzwiach.

***

  —   Szary   prochowiec,   koszula,   marynarka,   spodnie,   bielizna, 

legitymacja   partyjna,   paczka   papierosów,   zapałki,   scyzoryk   —   skończył 

wyliczać   z   listy   pracownik   więzienia,   przesuwając   po   ladzie   kupkę   rzeczy 
należących   do   obywatela   Wiktora   Różyckiego   umieszczonych   w   depozycie 

osiem lat temu.

***

Brama więzienna z głuchym hukiem zamknęła się za plecami byłego 

dyrektora   Departamentu   Śledczego   w   Ministerstwie   Bezpieczeństwa 

Publicznego.   Wolność   powitała   go   ponurym   późnym   popołudniem.   Strugi 
deszczu, lejące się z zachmurzonego nieba, poczęły szybko przemakać przez 

płaszcz, który miał na sobie. Było zimno jak na sierpień. Po drugiej stronie 

35

background image

ulicy stał czarny samochód. Rozległ się dźwięk klaksonu. Różycki zajął miejsce 

na tylnym siedzeniu samochodu, w którym, poza młodym kierowcą z przodu, 
siedział   starszy   człowiek   w   kapeluszu   o   twarzy   przeoranej   zmarszczkami 

z równo przystrzyżonym wąsem.

—   Witam,   panie   Różycki   —   mężczyzna   nie   przejawiał   zbytniego 

zainteresowania osobą Wiktora, znudzonym tonem witając, nie zaszczycił go 
nawet spojrzeniem.

—   Witam.   Z   kim   mam   przyjemność?   —   Różycki   postarał   się,   by 

ostatnie słowo zabrzmiało co najmniej ironicznie.

Postać, nie odpowiadając na pytanie, dała znak kierowcy by ruszył, 

następnie sięgnęła po skórzaną brązową torbę, leżącą na kolanach i wyjęła 

teczkę, podając ją byłemu dyrektorowi.

— Powie mi pan co jest w teczce?

—   Sam   pan   sprawdź   -   podrzucimy   pana   do   budynku   pańskiego 

dawnego biura — padła beznamiętna odpowiedź.

Różycki   postanowił,   że   zawartość   teczki   zweryfikuje   później. 

Zaciekawiła go informacja o celu podróży. W głębi serca cieszył się, że przysłali 

mu samochód, bo nie musiał moknąć i marznąć w tak podłą pogodę; nieźle jak 
na pierwszy dzień wolności.

***

„Parszywe   życie,   parszywe   czasy.   Po   śmierci   Berii   wszystko   się 

zmieniło:   usunęli   mnie   ze   stanowiska,   zabrali   uprawnienia   i   wręcz   mieli 
czelność sądzić za to, co należało do moich obowiązków!” - rozmyślał Różycki, 

wchodząc   do   gmachu   należącego   niegdyś   do   Urzędu   Bezpieczeństwa, 
a obecnie Służby Bezpieczeństwa. Człowiek w dyżurce wskazał mu drogę do 

pokoju numer 307, choć mógł sobie tego oszczędzić, bo były dyrektor trafiłby 
tam z zawiązanymi  oczami. Przez niemal 10 lat był to JEGO gabinet, jego 

ostoja,   jego   miejsce.   Poczucie   niesprawiedliwości   niemal   wyciskało   łzy 
i sprawiało, że zaciskał pięści: jak szybko z wzoru przykładnego męża stanu 

można stać się niewygodnym zawalidrogą...

Po pierwszym stuknięciu w solidne, drewniane drzwi Wiktor Różycki 

pozwolił sobie wejść do pokoju, nie czekając na pozwolenie.

— Czego? Warknęła postać, siedząca za jego dawnym biurkiem w jego 

dawnym gabinecie, jak zwykł nazywać to pomieszczenie za swojej kadencji.

—   Wiktor   Różycki,   polecono   mi   zjawić   się   tutaj   —   odparł   oschle, 

zdejmując płaszcz i bez ceregieli siadając na jednym z dwóch krzeseł stojących 
przed biurkiem.

Cały pokój pełen był dymu - zapewne papierosowego, sądząc po ilości 

niedopałków   w   porcelanowej   zdobionej   popielniczce.   Proces   zastępowania 

36

background image

powietrza dymem trwał od dobrych kilku godzin bez przerwy i sumiennie był 

kontynuowany - nie wchodziła w grę możliwość by niedopałki te pochodziły 
z dni poprzednich, bowiem aura sprzyjała zawieszaniu w powietrzu ciężkich 

narzędzi wszelakiej maści.

—   Ahhh,   Różycki,   jakże   miło   mi   spotkać   osobę   o   takiej   sławie   — 

szyderczy uśmiech dało się dojrzeć nawet mimo niskiej klarowności powietrza.

Postać   uniosła   się   z   krzesła   i   otworzyła   okno   za   swoimi   plecami. 

Dopiero po chwili Różycki był w stanie przyjrzeć się swemu rozmówcy: wielka, 
gruba postać o nalanej, czerwonej od wódy twarzy i łysiejącej głowie. Znał go, 

to   Jarema   Szczujski,   karierowicz   w   jego   wieku,   pochodził   z   okolic   Lwowa 
i jeszcze   przed  wojną   działał  w   jakiejś  organizacyjce   socjalistycznej.  Musiał 

nieźle   wchodzić   w   dupsko   i   wiedzieć   komu,   bo   ze   zwykłego   zapatrzonego 
w system głupka stał się, jak domyślał się Różycki, szychą w esbecji. 

— Mnie również, ale skończmy te gierki. O co chodzi?
— Teczkę sprawdziłeś? — Wiktor dopiero teraz zdał sobie sprawę, że 

nadal nie wie, co jest w otrzymanej wcześniej teczce. Potrząsnął przecząco 
głową, po czym zabrał się za otwieranie.

W środku były jakieś pisma, jednak Różycki nie miał chwilowo głowy, 

by dokładnie je czytać.

—   Oszczędzę   ci   kłopotu   —   rzekł   Szczujski,   odpalając   kolejnego 

papierosa i wyjmując z szuflady butelkę wódki.

— Zamieniam się w słuch.
— Ktoś mądry wyżej, korzystając z sytuacji, że kończył ci się wyrok, 

postanowił   wykorzystać   twoje     umiejętności   nabyte   w   czasie   zbrodniczej 
praktyki w MBP. Cóż, choć w gruncie rzeczy, mimo że nie jest mi to miłe, 

myślę, że z dwojga złego lepiej żebyś to ty, brudził sobie ręce niż ja — Różycki 
nie spodziewał się, że jego rozmówcę stać na tak rozbudowaną kwestie.

— Co insynuujesz? Śmiesz komentować moją służbę?
Grubas   parsknął,   po   czym   zarechotał   nieprzyjemnym   dla   ucha 

śmiechem,   podczas   którego   ohydny   kałdun   częściowo   ukryty   za   biurkiem 
począł   miarowo   podskakiwać.   Rozlał   wódkę   do   dwóch   przygotowanych 

wcześniej szklanek, napełniając je prawie do połowy.

— Posłuchaj mnie, parchu, czasy się zmieniają, a ty tego nie widziałeś, 

zrobiłeś sobie w tym budynku katownie. Fakt, torturowałeś wrogów ustroju, 
ale, do ciężkiej cholery, nawet ciebie obowiązywały chyba jakieś regulaminy! 

Powiedz, podobało ci się to wszystko, co?

Wspomnienia powróciły w tej jednej chwili. Przez lata odsiadki część 

z nich zdążył już zapomnieć, imion ofiar w ogóle już nie pamiętał, lecz nadal 
pozostawał   smak   władzy,   jaką   miał   nad   przesłuchiwanymi.   Były   dyrektor 

śledczy w MBP uśmiechnął się do swoich wspomnień. Pamiętał podniecenie, 
w   jakie   wprawiały   go   przesłuchiwania   i   przyjemność,   jaką   odczuwał,   gdy 

37

background image

zawsze na początku padały wielkie słowa o wolności, ojczyźnie i tym, że nigdy 

nic   z   nich   nie   wyciągnie.   Wtedy   zaczynała   się   gra,   w   której   celem   było 
sprawienie,   by   te   psy   skamlały   o   śmierć,   lecz   zanim   do   tego   dochodziło, 

puszczał wodze fantazji i nie przebierał w środkach. Właściwie to nie chodziło 
już nawet o jakiekolwiek informacje czy przyznanie się do winy, chodziło tylko 

o to, by zadać kłam słowom: „niczego się ode mnie nie dowiecie”

— Lubiłeś to, co Różycki? — przez zaciśnięte zęby wycedził Szczujski.

— Nie twoja rzecz. Mów, co dla mnie mają.
— To, w czym jesteś najlepszy, oprawco: przesłuchania. Kilka tygodni 

temu   w   jakiejś   wiosce   złapali   niedobitków   z   partyzantki.   Mamy   ich   pod 
kluczem. Wyciągniesz z nich jak najwięcej, ale pamiętaj: żadnych trupów, bo 

osobiście   dopilnuję,   żebyś   się   paką   nie   wykpił   -   zagroził   palcem   gruby 
i wychylił zawartość szklanki.

***

Młody   chłopak,   leżąc   na  ziemi,  wypluł  krew   i   kawałki   zębów.   Jego 

wargi   były   popękane,   a   twarz   pokryta   była   powoli   krzepnącą   krwią. 
Rozdzierająco   jęknął   z   bólu,   gdy   wyprowadzali   go   z   pomieszczenia.   Miał 

zmiażdżone palce u rąk, a stawianie kroków było niemal niemożliwe za sprawą 
potwornie zmaltretowanych przez użycie gumowej pały pięt.

Różycki wypuścił dym, spoglądając za okno. Papieros dawno już mu 

tak nie smakował. Znów poczuł, że żyje i robi to, do czego jest stworzony. Do 

diabła   z   systemem,   posadą   czy   powinnościami   służbowymi;   znów   stał   się 
panem życia i śmierci.

Ugasił   w   popielniczce   papierosa   i   w   zadumie   potarł   poranione   od 

uderzeń dłonie. Do pomieszczenia przesłuchań wszedł Szczujski.

— Papiery wypełnione? Zaprotokołowałeś coś?

Wiktor wygodnie rozsiadł się na krześle i omiótł wzrokiem kilka otwartych 

urzędowych teczek.

— Nie.

— Jak to nie?! — ryknął esbek.
— Po prostu, nic nie powiedzieli — aktorsko westchnął Różycki, po 

czym nieśpiesznie ułożył teczki na stos i przesunął na bok.

— Słuchaj, kurwa, po pierwsze zrobiłeś z tych polaczków kaleki, po 

drugie, zmarnowałeś tu kilka dni, po trzecie ja to wszystko, kurwa, zgłoszę! 
Zobaczysz, nie wywiniesz się! - wydarł się wściekle Szczujski i opuścił pokój, 

trzaskając metalowymi drzwiami.

Różycki   wzruszył   ramionami,   spojrzał   za   okno.   Zapadał   już   zmrok, 

deszcz   lał   nieustannie,   rytmicznie   uderzając   w   parapet.   Pokój   przesłuchań 
wyglądał   niemal  tak,  jak   go   zapamiętał   -   jakieś   15   metrów  kwadratowych, 

38

background image

portret Lenina na ścianie, obok godło z orłem bez korony, lampka przy biurku, 

i wielka metalowa szafa z szufladami, w których były tymczasowe kartoteki 
z protokołami przesłuchań.

Wyjął   litrową   butelkę   wódki   ze   swojej   torby   i   zapalił   kolejnego 

papierosa, załączył lampkę i pociągnął solidny łyk z butelki. Poczuł zmęczenie 

- był już po pięćdziesiątce, starość dawała mu się we znaki. Z butelką w ręce 
przeszedł   się   po   pokoju   przesłuchań.   Pomiędzy   kolejnymi   łykami   alkoholu 

jego wzrok padł na metalową szafę. Uśmiechnął się, po czym podszedł do niej. 
Ku swemu wielkiemu zdziwieniu znalazł tam protokoły przesłuchań z czasów, 

gdy to on pociągał tutaj za sznurki. Ujął kilkanaście teczek, po czym usiadł za 
biurkiem i z nostalgią otworzył pierwszą z nich.

9 sierpień 1949r.

Jadwiga Holeska, łączniczka AK, udział 

w   powstaniu,   podejrzana   o   współpracę 
z antykomunistycznym ruchem oporu.

Po  pierwszych  3  dniach  przesłuchań  15 

dniowy pobyt w placówce medycznej – w czasie 
zeznawania poroniła.

Przesłuchania   wznowiono   po   diagnozie 

lekarskiej   stwierdzającej   gotowość   do 
dalszych czynności śledczych na podejrzanej.

Podejrzana

 

przyznaje

 

się

 

do 

utrzymywania   kontaktów   z   podziemiem, 
oczerniania   wodza   Związku   Socjalistycznych 
Republik Radzieckich oraz pomocy i aktywnego 
udziału   w   zamachach   na   obywateli   Polski 
Ludowej.

Nazwisk   i   dokładniejszych   danych   nie 

udzieliła.

Zgon   z   powodu   słabego   stanu   zdrowia 

w trakcie przesłuchania.

Grymas uśmiechu wykrzywił twarz Różyckiego - pamiętał ją, sam ją 

przesłuchiwał, twarda była. Pociągnął kolejny łyk wódki. Za oknem deszcz się 

nasilił, w oddali słychać było grzmoty przetaczające się po wieczornym niebie. 
Lampka na biurku zamigotała, gdy Wiktor sięgał po kolejną teczkę.

—   Fuszerka,   a   nie   elektryfikacja   —   mruknął   pod   nosem,   wydobył 

kolejnego papierosa i napił się.

W stojącej na burku butelce zostało już ledwie kilka głębszych łyków. 

Różycki   czytał   kolejne   protokoły   z   rosnącym   podnieceniem.   Obrazy 

39

background image

wspomnień przelatywały przez jego pijacki umysł.

— NASTĘPNY! NASTĘPNEGO WPROWADZIĆ! — ryknął z całych sił, 

po   czym   zaśmiał   się   w   głos.   -   Wprowadzić,   wprowadzić   -   bełkotał   przez 

śmiech, waląc pięścią w blat.

Przewrócił się na krześle, uderzając łbem w podłogę. Wstał i włócząc 

nogami, podszedł do okna, otworzył je na oścież.

Strugi deszczu wdarły się do pomieszczenia. Różycki, wychylając się 

przez okno i moknąc, darł się ze wszystkich sił:

—   WPROWADZIĆ!   NASTĘPNY!   KURWA,   WASZA   POLSKA,   MAĆ! 

NASTĘPNY!

Błyskawica uderzyła blisko, na chwile oświetlając dziedziniec budynku.

—  Towarzyszu komisarzu, czy  można  wprowadzić  już  kolejnego? — 

pytanie, które często słyszał, gdy był tu władcą machiny śledczej, dobiegło go 

od strony drzwi. 

Różycki w odpowiedzi, nadal stojąc w oknie, wystawiając się na pastwę 

nieustępliwie oddziałującego deszczu, uderzył pięścią w parapet.

— Tak! Dawać go tutaj, zaraz się nim zajmę.

Zamknął okno, po czym chwiejnym krokiem zajął miejsce za biurkiem. 

Był potwornie zmęczony, przymknął na chwile oczy.

Ze   snu   obudził   go   rozdzierająco   głośny   grzmot.   Wiktor   Różycki 

poderwał   się   przerażony,   gdy   trochę   ochłonął   spojrzał   na   zegarek,   który 

wskazywał   drugą   w   nocy.   Był   zziębnięty   i   przemoczony,   zaś   na   zewnątrz 
szalała ulewa, a wyjący wiatr dudnił w okna, które w dobrym stanie były może 

jakieś 30 lat temu. Lampka  przy  biurku przygasła, gdy  niedaleko  uderzyła 
kolejna   błyskawica,   na   chwilę   rozświetlając   pokój.   Wtem   Różycki 

znieruchomiał - na drugim końcu pokoju zobaczył jakąś postać.

Zerwał się na nogi i stał tak w mroku; światło ulicznych latarń nie 

docierało do okien pokoju wychodzących na dziedziniec. Przeszedł go dreszcz, 
gdy nagle lampka na biurku zapaliła się na powrót. Był sam.

— Zwidy, mam zwidy — spojrzał na butelkę wódki i pokiwał głową ze 

zrozumieniem.

Wyłuskał   kolejnego   papierosa   i   siadając   za   biurkiem,   spróbował 
odpalić go od zapałki.

Złamała się. Udało mu się dopiero za drugim razem. Niedbale zebrał kartoteki 
i wstał, by wsadzić je do szafy. Kolejny grzmot nie przeraził go już tak bardzo, 

jednak w pokoju, jak i na ulicy, panowały egipskie ciemności.

Po omacku odszukał schowaną w biurku świeczkę, po czym odpalił ją, 

w myślach drwiąc z siebie – w końcu i tak wychodził do domu.

— Dobry wieczór — niespodziewany głos sprawił, że niemal znów spadł 

z krzesła.

Różycki   spostrzegł   przed   sobą   postać   mężczyzny   ubranego   w   szary 

40

background image

długi   płaszcz   oraz   czarne   skórzane   rękawiczki.   Nie   widział   twarzy 

nieznajomego,   stojącego   w   mroku   który,   nikle   rozświetlała   świeczka   na 
biurku.

— Kim ty... jak tu wszedłeś?! — podniesionym głosem wydukał.
— Przyszedłem do pana.

Różycki,   jak   przez   mgłę,   przypomniał   sobie,   że   strażnik   miał 

wprowadzić   kolejnego   przesłuchiwanego,   otrząsnął   się   z   zaskoczenia,   nie 

zważając   na   fakt,   jak   późna   była   pora.   W   końcu   kiedyś   sam   prowadził 
przesłuchania w rozmaitych godzinach, chodziło o to, by złamać człowieka, nie 

dać   mu   poczucia,   że   mimo   tortur   zawsze   będzie   miał   te   kilka   godzin 
odpoczynku.

— Imię i nazwisko — szybko rzucił, po czym ruszył w kierunku szafy.
— Bogdan Wielecki.

Znalazł kartotekę, powrócił za biurko i raz jeszcze przyjrzał się postaci.
— Pan wie zapewne dlaczego się tu znalazł, prawda? Wie pan również, 

jak sądzę, że, w obecnej pana sytuacji opór jest bezcelowy ?

Pokój   rozświetliła   kolejna   błyskawica;   w   tej   krótkiej   chwili   Wiktor 

Różycki dostrzegł uśmiech na twarzy mężczyzny.

—   Posłuchaj,   jesteś   przesłuchiwany...   —   zaczął,   lecz   urwał,   widząc 

ujrzany już wcześniej uśmiech na twarzy nieznajomego.

Ten   podszedł   do   biurka   i   opierając   się   na   dłoniach,   przechylił   się 

w stronę Różyckiego.

— Ale ja już byłem przesłuchiwany. 

Teraz, gdy mężczyzna stał na wyciągnięcie ręki oświetlony blaskiem 

świecy,   Różycki   dostrzegł   to,   czego   nie   widział   wcześniej.   Z   trupiobladej 

twarzy   czterdziestoletniego,   chudego   mężczyzny   ział   pusty   oczodół   niegdyś 
mieszczący lewe oko. Twarz oszpecona była głęboką blizną, ciągnącą się od 

prawego ucha do ust. Postać uśmiechnęła się drapieżnie, po czym sięgnęła po 
teczkę podpisaną swoim imieniem.

— Czytaj.
Różycki rozdygotanymi rękoma otworzył teczkę.

26 grudzień 1947 r.

Bogdan   Wielecki,   pułkownik   NSZ,   akcje 

dywersyjne,

 

zaczepne

 

i

 

sabotażowe 

organizowane   przeciwko   Armii   Czerwonej   oraz 
Armii Ludowej, organizowanie i czynny udział 
w  zamachach  na  życie  urzędników  państwowych 
i wojskowych.

Podczas przesłuchania przyznaje się do 

wszystkiego,   jednak   nie   wykazuje   chęci 

41

background image

współpracy.

Ginie podczas próby ucieczki.

— Pamiętam cię — rzekł z przerażeniem Wiktor.
— Miło mi to słyszeć.

Postać rozpięła płaszcz i pozwoliła, by opadł na ziemię. Teraz przed 

byłym śledczym Urzędu Bezpieczeństwa  dumnie stał mężczyzna w polskim 

mundurze wojskowym. Kolejny grom rozjaśnił pokój, ukazując szereg postaci, 
które, nie wiedzieć kiedy, pojawiły się w pomieszczeniu.

— A ich pamiętasz? — spytał Wielecki, gdy postacie poczęły z wolna 

kroczyć w stronę blasku świecy.

Nie wszystkich poznał - w gruncie rzeczy nie było to łatwe. Ludzie ci 

mieli   potwornie   okaleczone   oblicza;   niektórzy   z   dziurami   od   strzałów 

z pistoletu   w   twarz,   inni   z   sinymi   pręgami   na   szyjach   lub   poderżniętymi 
gardłami.   Wśród   nich   dojrzał   kobietę   w   ciąży   zmiażdżonymi   palcami 

obejmującą   brzuch   i   chłopaka,   którego   jeszcze   dzisiejszego   dnia   skatował 
niemal do nieprzytomności.

— Czekaliśmy na ciebie, Różycki. Wiedzieliśmy, że prędzej czy później 

znów znajdziesz się w tym pokoju i oto jesteś – z makabrycznym uśmiechem 

na   okaleczonym   obliczu   rzekł   Wielecki,   po   czym   pewnym   ruchem   złapał 
Wiktora   za   koszulę   i   przeciągając   wyjącego   potępieńczo   po   biurku,   rzucił 

pośród tłoczących się upiorów.

Jeśli ktoś tej nocy znajdowałby się w budynku należącym do służby 

bezpieczeństwa,   być   może   pośród   wrzasków   Wiktora   Różyckiego,   którego 
nigdy   więcej   nie   widziano,   usłyszałby   echem   niosącą   się   po   korytarzach 

smutną pieśń: Jeszcze Polska nie zginęła...

42

background image

43

background image

44