background image

Sat-Okh 

Głos prerii

background image
background image

„Opowiem wam, tak jak umiem, w jaki sposób Indianin pojmuje rzeczy. Biały człowiek  

posiada więcej słów na wyrażenie swoich poglądów, ale aby powiedzieć prawdę, nie potrzeba  

wielu słów...”

JOSEPH - wódz plemienia Nez Perce rok 1979

PRZEDMOWA

Do   dzisiaj   nie   udało   się   dokładnie   ustalić   daty,   od   kiedy   na   kontynencie 

północnoamerykańskim   postawił   swą   stopę   pierwszy   człowiek.   Wśród   najwybitniejszych 

badaczy i uczonych wielu krajów panują na ten temat różne opinie i poglądy.

Znaczna   ich   część   zgodna   jest   właściwie   w   dwu   sprawach.   Po   pierwsze,   że 

najdogodniejsze warunki zasiedlania panowały od 40 000 do 20 000 lat temu oraz między 

dwunastym a trzynastym tysiącleciem. I po drugie, że pierwszymi ludźmi, którzy wkroczyli 

na amerykańską ziemię, byli pierwotni myśliwi.

Uczeni   wielu   dziedzin   wiedzy  zgodni   są   również   na  ogół   co   do  tego,   że   w   tych 

właśnie   okresach,   w   miejscu   dzisiejszej   Cieśniny   Beringa,   istniał   między   kontynentem 

azjatyckim   a   północnoamerykańskim   lądowy   przesmyk,   umożliwiający   myśliwym 

przenikanie na Nowy Kontynent.

Nie przeszli jednorazowo, nie przechodzili masowo, nie napływali większymi falami. 

Przenikali w ciągu setek, a może tysięcy lat, w niewielkich grupach, w hordach liczących 

kilkanaście do kilkudziesięciu osób.

Skąd przybywali, jaki był cel ich wędrówki, do jakiego ludu lub ludów należeli? Jak 

poprzez bezdroża Syberii znajdowali szlak wiodący właśnie ku owemu wąskiemu pomostowi 

lądowemu? Czy właśnie tego szlaku poszukiwali? Jaka siła popychała ich w tym kierunku? 

Czy wiedzieli w ogóle, że wkraczają na nowy kontynent i jakie wiązali z nim nadzieje i 

plany? Trudno odpowiedzieć dokładnie na wiele z tych pytań. Być może, na niektóre nigdy 

nie znajdziemy odpowiedzi. Ale istnieje kilka przesłanek, zda się, niepodważalnych.

Pochodzili z różnych obszarów olbrzymiego kontynentu azjatyckiego; wywodzili się z 

różnych zamieszkujących go ludów, byli potomkami różnych ras, które dały początek fasie 

indiańskiej. Posiadali pewne, podobne cechy fizyczne, takie jak barwa skóry w odcieniach od 

z lekka żółtej do jasnobrązowej, wystające kości policzkowe oraz proste, sztywne, czarne 

włosy. Okrywały ich futra i skóry zwierzęce, posługiwali się podobną bronią - oszczepem 

background image

opatrzonym grotem i ciężką maczugą.

Poza tym, że byli myśliwymi, niewiele więcej już potrafimy o nich powiedzieć. Nie 

wiemy,  jak wyglądała organizacja wewnętrzna  i życie  takiej  grupy,  czy i  jakie  posiadała 

wierzenia, jakim posługiwała się językiem.

Wiemy,  iż   po  przekroczeniu  przesmyku   i  znalezieniu   się  na  amerykańskiej   ziemi, 

tropami   wielkich   zwierząt,   szlakami   biegnącymi   wzdłuż   wschodniego   podnóża   Gór 

Skalistych   i   Wielkiej   Prerii   podążali   na   południe   -   ku   coraz   wyżej   wznoszącym   się 

życiodajnym promieniom słońca.

Nie szli bez przerwy. Na dziesiątki, a może setki lub niekiedy nawet na tysiące lat, 

zatrzymywali się w jednej okolicy, w rejonie, w którym występowała wystarczająca ilość 

zwierząt łownych.

Polowali - od tego zależał ich byt. Polowali ha żółto-brunatnego leniwca olbrzymiego, 

zwierzę roślinożerne, dające przeszło półtorej tony czystego mięsa. Zastawiali pułapki na 

mamuta,  pokrytego   gęstym,  długim  włosem  i  nieco   mniejszego  mastodonta  -  praprzodka 

dzisiejszych   słoni.   Łupem   ich   często   padał   bizon   wielki,   a   także,   być   może,   koń, 

zamieszkujący rozległe faliste równiny.

Sobie znanymi sposobami łowili i inne, mniejsze zwierzęta, zamieszkujące w tym 

czasie Amerykę Północną.

Pod   wpływem   naporu   nowych   hord   ciągnących   z   północy,   a   także   być   może   ze 

względu na zmniejszenie się w ich okolicy ilości wielkich zwierząt, schodzili coraz dalej na 

południe   w   kierunku  Wyżyny   Meksykańskiej.   Część   podążyła   jeszcze   dalej   przez   Kanał 

Panamski na kontynent Ameryki Południowej. Część skręciła szerokim łukiem na wschód, by 

po wielu wiekach, a może tysiącleciach osiągnąć wielkie, środkowo-wschodnie puszcze i 

dotrzeć do wybrzeży Atlantyku, by później pójść z powrotem na północ w stronę Wielkich 

Jezior i Doliny Św. Wawrzyńca.

W   ciągu   kolejnych   pokoleń,   w   czasie   między   dziesiątym   tysiącleciem   a   czasami 

nowożytnymi,  rozprzestrzenili  się  na całym  kontynencie.  Zajęli  Dolinę  Sw. Wawrzyńca  i 

północno-wschodnie puszcze; rozciągnęli się długim pasem wzdłuż atlantyckiego wybrzeża; 

zasiedlili   rejony   wzdłuż   Missisipi   i   Missouri.   Wytworzyli   bogatą   kulturę   nad   brzegami 

Pacyfiku.   Zamieszkiwali   na  Wielkich   Równinach   i   w   Górach   Skalistych.   Znaleźli   się   w 

każdym   miejscu   kontynentu.   Nie   trwali   w   bezruchu.   Plemiona   przemieszczały   się, 

wędrowały,  zmieniały miejsca. W ostatnim okresie przed przybyciem białych migracje te 

jeszcze trwały.

Ilu spośród nich drogą poprzez lądowy przesmyk z Azji przybyło na kontynent - nie 

background image

wiadomo. I nikt tego już nie ustali. Wiadomo jednak, że ta tysiące lat trwająca migracja 

została   zahamowana   około   10   000   lat   temu   kiedy  w   epoce   topnienia   lodu   i   cofania   się 

lodowca, wezbrały wody i zatopiły ów lądowy pomost, tworząc kilkudziesięciokilometrowej 

szerokości   cieśninę   -   dzisiejszą   Cieśninę   Beringa.   Co   prawda,   pas   wody   o   szerokości 

kilkudziesięciu   kilometrów   nie   stanowi   dzisiaj   żadnej   przeszkody,   ale   wtedy   -   dziewięć, 

dziesięć tysięcy lat temu, dla myśliwych epoki kamienia łupanego, musiał stanowić nie lada 

trudność do pokonania.

Nie   ma   dowodów   na   to,   że   przekraczano   go   jeszcze,   nie   ma   i   takich,   które 

wykluczyłyby taką możliwość. A więc może jakieś pojedyncze grupy korzystały i w bliższych 

nam okresach z tej drogi. Któż to wie?

W każdym razie na północnoamerykańskim kontynencie znaleźli się ludzie. Pozostali 

tu, przetrwali. Mimo iż około dziesięć tysięcy lat wstecz, z powodów nie wyjaśnionych dotąd 

przez naukę, wyginęły wszystkie wielkie zwierzęta, łącznie z koniem - ludzie przetrwali, a 

właściwie przetrwali potomkowie pierwszych przybyszów.

Dowodów   na   potwierdzenie   przetrwania   potomków   ludzi   przybyłych   z   głębi  Azji 

dostarczają  liczne  wykopaliska,  prace  archeologiczne  i  antropologiczne,  fizyka,  chemia,  i 

wiele innych nauk, badających historię kultury materiałnej. Człowiek pochodzący z Azji - z 

różnych   rejonów   tego   olbrzymiego   kontynentu,   człowiek   reprezentujący   różne   ludy 

azjatyckie nie tylko przetrwał na kontynencie amerykańskim, nie tylko rozprzestrzenił się na 

jego bezkresnych obszarach, ale rozwinął się i wytworzył bogatą i zróżnicowaną kulturę.

Jak to czytelnik zapewne zauważył, nie mówię o jednym ludzie azjatyckim. Mówię, iż 

na kontynent amerykański napłynęli przedstawiciele wielu pradawnych azjatyckich ludów i 

może nie tylko azjatyckich.

Twierdząc tak, mam ku temu poważne podstawy. Pierwszą z nich jest to, iż mimo 

znacznych   podobieństw,   występują   też   znaczne   różnice   cech   antropologicznych 

przedkolumbijskiej   ludności  Ameryki,   różnice,   których   nie   da   się   wytłumaczyć   jedynie 

innymi warunkami środowiskowymi, w jakich przez tysiące lat kształtowały się poszczególne 

indiańskie grupy plemienne. Gdybyśmy przyjęli tu inne założenie, musielibyśmy stwierdzić, 

że rasa biała i rasa murzyńska wywodzą się z jednego pnia etnicznego. Indianie właśnie z 

uwagi na swoje różnice i cechy antropologiczne nie mogą wywodzić się z jednego pnia. 

Wywodzą się z różnych pni i różnych ras, a więc także z różnych ludów.

Istnieje   dowód   drugi.   W   czasach   gdy   Kolumb   odkrył   Nowy   Świat,   kontynent 

północnoamerykański - od Zatoki Meksykańskiej po Cieśninę Beringa - zamieszkiwało około 

dwu tysięcy różnych plemion, z których każde posługiwało się innym językiem. Prawdą jest, 

background image

że wiele tych języków wykazywało znaczne podobieństwa, takie, jakie istnieją np. między 

językami   polskim,   słowackim,   czy   rosyjskim   -   podobieństwa   potwierdzające   nie   tylko 

wspólny pień etniczny. Istniały jednak i istnieją nadal plemiona używające różnych języków, 

języków różniących się od siebie tak bardzo, jak np. polski, arabski, chiński, czy suahili. Nikt 

nie odważy się powiedzieć, że te cztery języki posiadają wspólny rodowód, wywodzą się ze 

wspólnego pnia kulturowego, a zróżnicowały się tak bardzo pod wpływem ewolucyjnych 

przemian różnych środowisk, w których kształtowały się przez tysiąclecia. Byłby to absurd. A 

więc   plemiona   indiańskie,   plemiona   o   tak   różniących   się   językach,   muszą   pochodzić   z 

różnych ludów.

Te   dwie   pozorne   dygresje,   uczynione   tu   przeze   mnie   rozmyślnie   i   celowo,   mają 

posłużyć jedynie jako wprowadzenie do uczynienia dygresji najważniejszej.

Otóż   plemiona   indiańskie,   z   którymi   przeszło   w   sto   lat   po   podróżach   Kolumba 

zetknęli się inni biali - europejscy przybysze różniły się między sobą i to bardzo znacznie 

zwyczajami   i   obyczajami,   prawami   ustanowionymi   przez   praojców   i,   co   najważniejsze, 

różniły się wierzeniami.

Ten   oczywisty   fakt   z   jednej   strony   potwierdza   różnorodność   historycznych, 

kulturowych i genealogicznych rodowodów Indian; z drugiej uzasadnia zjawiska wielości i 

trwałości zróżnicowanych postaw etyczno-moralnych, zróżnicowanych tradycji i obyczajów, 

różnych   praźródeł   duchowego   życia   i   duchowych   postaw   jednego   indiańskiego   kręgu 

kulturowego wobec innych.

Oczywiście, nie tylko inność źródeł decydowała o różnorodności wierzeń. Wpływ na 

pogłębianie się lub łagodzenie niektórych różnic wywierał klimat, środowisko geograficzne i 

uwarunkowany nimi  często rodzaj zajęcia. Wiele co prawda plemion pozostało na etapie 

niemal   pierwotnego   myślistwa,   czy   zbieractwa,   inne   jednak   w   wielu,   szczególnie 

południowych   i   południowo-wschodnich   regionach   kraju,   w   ostatniej   fazie   przed 

pojawieniem się białego człowieka, nabrały wielu cech ludów osiadłych, co musiało odbić się 

na   wierzeniach.   Trzeba   też   dodać,   że   plemiona   nie   żyły   w   zupełnym   odosobnieniu. 

Sąsiadowały z innymi, prowadziły z nimi handel wymienny, często wojny, przemieszczały się 

z miejsca na miejsce. Istniał więc przepływ, przenikanie elementów kulturowych, takich jak 

np.:   zwyczaje,   elementy   zachowań,   rozwijającej   się   wiedzy   o   otaczającym   świecie, 

prawidłowościach rządzących życiem, przyrodniczych czy astronomicznych zjawiskach. Ten 

pierwotny   przepływ   kultury   materialnej   i   niematerialnej   musiał   wywierać   mniejszy   lub 

większy wpływ również na wierzenia. W jednym przypadku elementy wspólne utrwaliły i 

niejako upodobniły wierzenia, tradycje wywodzące się z jednego kulturowego pnia; w innym 

background image

oddalały je od siebie - były nie do przyjęcia dla innego kulturowego kręgu.

Posługuję się tu określeniem „wierzenia” - określeniem niezbyt jasno zdefiniowanym, 

jedynie dlatego, że nie mogę używać określenia „religia”.

O religii w odniesieniu do obu Ameryk można mówić jedynie, gdy ma się na myśli 

względnie   jednorodny,   całościowy,   bogaty   i   zunifikowany   system   wierzeń   Majów   na 

Jukatanie,  Azteków  w  Meksyku   czy Inków  w  Peru.  Nie  można   natomiast,  jak  czynią   to 

niektóre   pseudoautorytety   naukowe,   ogromnie   zróżnicowanych   wierzeń   Indian 

północnoamerykańskich   nazywać   religią   -   w   dodatku   jedną   religią.   Bowiem   z   podanych 

wyżej przyczyn jedna religia nie mogła się w Ameryce Północnej rozwinąć i nie rozwinęła się 

wśród Indian do tej pory.

Pozostaję więc przy określeniu „wierzenia”, chociaż, jak zastrzegłem wcześniej, i to 

określenie w odniesieniu do życia duchowego Indian północnoamerykańskich nie wydaje się 

określeniem najlepszym.

By wyjaśnić nieco bliżej, co rozumiem pod pojęciem „wierzenia”, muszę przytoczyć 

przynajmniej kilka przykładów.

Większość czytelników, szczególnie młodych, zna z licznych książek przygodowo-

podróżniczych   słowo   „tabu”.   Tak,   wiele   plemion   szczególnie   myśliwskich,   może   nawet 

ogromna większość, posiadało rozliczne tabu, obowiązujące bądź całe plemię, bądź tylko 

jedną lub kilka osób. Tabu to głównie nakazy bądź zakazy, których przekroczenie, według 

wierzeń   przekazywanych   z   pokolenia   na   pokolenie,   mogło   narazić   naruszającego   je   na 

poważne kłopoty, niepowodzenia, czy nawet nieszczęście. Takim tabu w licznych szczepach 

Dakotów,   wśród   wielu   plemion   algonkińskich   i   athapaskijskich   był   nakaz   przepraszania 

upolowanej zwierzyny za zadanie jej śmierci. Myśliwy wierzył, że gdyby nie dopełnił tego 

obowiązku,   mogłoby   opuścić   go   szczęście   i   powodzenie   w   łowach,   od   czego   zależało 

przecież   życie   jego   i   jego   rodziny.  A  więc   przepraszał   upolowane   przez   siebie   zwierzę 

zawsze, traktując to jako swą powinność wobec ducha zabitego oraz wobec duchów jego 

współbraci   -   innych   zwierząt.   Do   dnia   dzisiejszego   wszystkim   ptakom   i   zwierzętom 

przysługuje sześć praw-przywilejów, które wszystkie plemiona uczciwie respektują: 1) Prawo 

do ludzkiej miłości; 2) Prawo do ludzkiej opieki; 3) Prawo do życia; 4) Prawo rozmnażania 

się; 5) Prawo nieograniczonej swobody; 6)

Prawo do ludzkiej wdzięczności.

I takie tabu stanowiły istotny element wierzeń. Oczywiście w jednym przypadku był 

to nakaz przepraszania, w innym - nakaz nie spożywania ani kawałka upolowanej przez siebie 

zwierzyny,   jeszcze   w   innym   nakaz   nie   zabijania   w   ogóle   jakiegoś   zwierzęcia   przez 

background image

określonego   myśliwego,   zakaz   karmienia   psa   mięsem   jakiegoś   zwierzęcia.   Takich   tabu 

łowieckich   istniały   tysiące.   Ale   istniały   także   tysiące   innych   związanych   z   innymi 

czynnościami życia codziennego. Każdego członka plemienia obowiązywały inne tabu i one 

właśnie tworzyły istotną część jego własnych wierzeń - a nie wierzeń wspólnych.

Innym przejawem życia duchowego, towarzyszącym członkom różnych plemiennych 

wspólnot, były sny i wizje, o przeżywanie których usilnie zabiegali wszyscy i to w różny 

sposób;   najczęściej   poprzez   długotrwały   post   w   odosobnieniu,   modlitwy,   niekiedy   w 

regionach   południowych   również   przy   pomocy   udzielanej   przez   czarowników,   znających 

sposoby wywoływania wizji czy snów. Ale posty,  modlitwy i pieśni, samotność i pomoc 

czarownika nie stanowiły wierzenia czy religii - były jedynie środkiem, drogą do przeżycia 

snu czy doznania wizji. 

Wierzono powszechnie, że w czasie snów i wizji duchy praojców, duchy opiekuńcze, 

duchy   nieba   i   ziemi   udzielają   chłopcu,   młodzieńcowi,   dziewczynie   czy   dorosłemu 

mężczyźnie rad i wskazówek często na całe jego życie, że swym pojawieniem się duchy 

opiekuńcze   biorą   go  pod   swoją  opiekę   i   będą   towarzyszyły  mu   we   wszystkich   ważnych 

momentach na całej długiej ścieżce życia. Będą pomagały, chroniły, wskazywały właściwą 

drogę. W czasie snów i wizji otrzymywano wskazówki czy nakazy, co do tego, jak należy 

postępować.   Czasami   sny   i   wizje   nie   przynosiły   tak   wyraźnych   pouczeń   -   ukazywały 

natomiast różne sytuacje, zdarzenia, przedmioty, rośliny, zwierzęta, ptaki, których znaczenie 

mógł interpretować lub wyjaśniać tylko czarownik. Taka interpretacja niosła z sobą kolejne 

nakazy,   wskazówki,   rady,   co   do   postępowania   jednostki   w   życiu   i   znów   wzbogacała 

indywidualne wierzenia. 

Codzienny   świat   Indian   wypełniały   niezliczone   ilości   reguł   postępowania,   ale   i 

niezliczona ilość duchów. Każdy miał przecież własnego ducha opiekuńczego, który pojawił 

mu się w czasie snu czy wizji i od niego przede wszystkim mógł i musiał oczekiwać rady, 

pomocy, przestrogi. Wzbogacały się więc i różnicowały wierzenia.

Mamy   już   tabu,   sny   i   wizje,   ale   mamy   jeszcze   coś   więcej.   Są   przodkowie   i 

praprzodkowie, którzy bardzo dawno temu ustanowili pewne prawa i zwyczaje wspólne dla 

wszystkich członków plemienia. Duchy przodków - te istniejące gdzieś bardzo daleko i te 

pozostające   wśród   swych   najbliższych   -   pilnują   przestrzegania   praw,   nagradzają 

powodzeniem   tych,   którzy   są   im   posłuszni,   odwracają   swe   zagniewane   twarze   od 

nieposłusznych - nie szanujących praw praojców.

Każde plemię ma innych przodków, kieruje się więc innymi prawami wewnętrznymi i 

innymi nakazami. Stanowią one kolejny istotny składnik wierzeń.

background image

Czy to już wszystko? Nie! Są przecież duchy wyższego rzędu. Duchy nieba i ziemi, 

duchy Słońca, Księżyca i Gwiazd, Gwiazdy Porannej, Gwiazdy Północnej, duchy Grzmotu i 

Ognia, duchy gór i skał, duchy dobra i zła. Istnieje kraina Kicze Manitou, Orendy, Usana, 

Wakondy, Nesaru. Jest ziemia Wielkiego Żółwia i Małego Żółwia. Jest Kraina Orłów. W 

dalekich północnych puszczach kryją się wielkie niebezpieczne ludojady - potwory windigos. 

Są duchy płodności i plonów, duchy urodzaju, duchy przynoszące pomyślność i zdrowie, ale i 

takie, które przynoszą nieszczęścia, choroby, cierpienia.

Czy są to duchy wspólne dla wszystkich Indian? Ależ nic podobnego. Każde plemię 

ma   swój   własny   panteon   duchów.   I   duchy   jednego   plemienia   nie   są   duchami   plemienia 

innego, chociaż tak jedne, jak i drugie wzbogacają wierzenia swych wyznawców.

Wierzenia,   nierozerwalnie   związane   z   nimi   zwyczaje   i   obyczaje,   prawa   i   nakazy 

tworzą   w   sumie   niewyobrażalny   wręcz   panteon   duchów,   nadnaturalnych   sił   i   mocy, 

cudownych,   tajemniczych,   niewidzialnych   istot,   a   więc   tworzą   wszechogarniającą   i 

przenikającą wszystko sferę życia duchowego, ale życia zupełnie różnego w każdym z około 

dwóch tysięcy plemion indiańskich, żyjących od granic dzisiejszego Meksyku - dawnego 

imperium Azteków.

Na   te   proste   stosunkowo   wierzenia   plemion,   szczepów   i   indywidualnych   osób 

nakładają się mity i legendy, baśnie i opowieści, jedne sięgające swymi korzeniami w daleką 

nieodgadniona przeszłość - może jeszcze na azjatycki kontynent; inne zawierające w sobie 

nalot nowszych czasów, wpływy innych kultur i wierzeń - w tym reminiscencje - niekiedy 

wyraźne - religii chrześcijańskiej, wdzierającej się od kilku wieków w życie duchowe Indian.

Tak rozumiane wierzenia indiańskie nigdy więc religią nie były, nie miały z sobą nic 

wspólnego i nie są nią do dzisiaj. I wszelkie „naukowe” dywagacje na temat jednej wspólnej 

religii Indian północnoamerykańskich są zwykłym nieporozumieniem.

Indiańskie   wierzenia   wywierały   i   wywierają   wielki   Wpływ   na   całą   złożoną 

obrzędowość   tego   kręgu   kulturowego,   na   kształtowanie   się   osobowości,   cech   charakteru, 

mentalności, etyki i moralności, życiowych postaw jednostek, niekiedy całych plemion lub 

grup plemiennych, wywodzących się z jednego pnia kulturowego. Przez całe wieki wywierały 

wpływ   na   zwyczaje   i   codzienne   życie   Indian,   na   ich   umiłowanie   wolności   i   swobody, 

przywiązanie do ziemi praojców, brak lęku przed śmiercią.

Znajdują   swoje  odbicie   w  ubiorach   i   ozdobach,   paleniu   fajki   pokoju,  w   noszeniu 

świętego   woreczka   z   lekami   i   przechowywaniu   świętych   zawiniątek   plemiennych,   w 

zwyczaju   składania   duchom   ofiar,   w   samotorturowaniu   i   zadawaniu   tortur   innym,   w 

praktykach i obrzędach czarowników, a nawet w kształtach budowanych „domów”, jak to 

background image

miało miejsce szczególnie wyraźnie wśród plemion Mandanów.

Istnieje szereg przesłanek wskazujących na to, że na kontynent północnoamerykański 

mogły w ciągu wielu tysięcy lat od chwili jego zasiedlenia przenikać pewne wpływy nie tylko 

z kontynentu azjatyckiego, ale również z innych obszarów kulturowych i etnicznych, których 

dosyć wyraźne reminiscencje znajdujemy w wierzeniach Azteków czy Majów. Ale mogły one 

jedynie wzbogacać wierzenia i kulturę północnoamerykańskich Indian.

Nadszedł jednak czas, kiedy na Nowej Ziemi pojawił się biały człowiek, dla którego 

wierzenia   Indian   były   niezrozumiałe   i   barbarzyńskie.   Zaczęto   masowo   mordować   i 

przesiedlać na inne tereny wolne do tej pory plemiona. Następnie pojawił się misjonarz, który 

starał się nawrócić „grzeszne dusze” nawiarę białych.

Mimo tragicznej przeszłości Indian, mimo mordów, przesiedleń i celowych zabójstw 

wodzów   plemiennych   i   duchowych,   nie   dali   się   wchłonąć   kulturze   białego   człowieka. 

Konieczność   upamiętnienia   dawnych   zwyczajów,   legend   i   wierzeń   jest   obecnie   nawet 

większa niż kiedykolwiek.

Sat-Okh

O, Wielki Duchu

O, Wielki Duchu! Jeżeli cofniesz życie moje, to wejdę znów do Kraju Przodków, do 

background image

czasów, kiedy praojcowie lecznictwo magii poznawali, myślistwo ceniąc i odwagę...

O,   Wielki   Duchu,   wskaż   mi   drogę   do   mych   Praojców,   by   mi   oni   swą   wiedzę 

przekazali w darze, a ja ją dalej już przekażę, na ścieżkach dawno zapomnianych.

O, Wieiki Duchu! Smutno przecie.

I coraz gorsze nasze życie, bo zapominamy, co umiemy...

O! Gdybym poznała Duchów drogi, niosłabym ludziom pocieszenie, a ja - im pomóc 

nic nie mogę i smucę się tym nieskończenie.

Wiersz   napisała   15-letnia   Kenneth   Pitawanakwat   z   rezerwatu   Wikwemikong   (w 

prowincji Quebec).

Tłumaczył Sat-Okh

background image
background image

Na zachodzie, tam gdzie Słońce udaje się na spoczynek, wznosił się ciemny szczyt 

skalny, nazwany przez niedawno zamieszkałych tu Indian Kiowa - Płaczącą Górą. Plemię to 

przywędrowało z Górnych Prerii, gdzie swoje tereny łowieckie dzieliło z ludźmi o Włosach 

Uciętych nad Czołem (Przekłute Nosy) i graniczyło z łowiskami Sitsikan (Czarne Stopy).

Po krwawej walce Kiowa ulegli zjednoczonym plemionom Czejenów i Arapahów i 

przenieśli się na południe w dolinę rzeki Cimarron...

Na zachodnich równinach wschodziło słońce. Pomiędzy drzewami lasku pekanowego 

i  drzewami  bawełnicy  tkało  czerwonym  światłem misterną  koronkę,  która  czasami  jakby 

falowała,   to   znowu   jakby   unosiła   się   niby   wątłe   płomyki   nad   dogasającym   ogniskiem. 

Zalegało na połyskliwej i pofalowanej trawie.

Chmury  na wyścigi  z  promieniami   słonecznymi  biegły  na  zachód,  zostawiając  na 

błękicie   nieba   białe,   delikatne   smugi,   podobne   do   pociągnięcia   pędzlem   nieostrożnego 

malarza. Dalej hen, na zachodzie, przy szczytach Gór Skalistych skłębiły się w ciężkie, sine 

zwały, otulające najwyższe szczyty.

Słońce dosięgło rzeki, musnęło blaskiem drobne fale, które zaczęły mienić się, jak 

łuski ławicy drobnych rybek, uciekających przed atakującym ich podwodnym drapieżnikiem.

Na południowych preriach przy takich wschodach słońca powietrze przeważnie jest 

ciężkie i gęste, wydaje się, że można je ciąć nożem na duże plastry. Wtedy wszystko, co żyje, 

jest   nabrzmiałe   i   zmęczone,   jak   starcy  którym   wiek   pobielił   włosy.   Czasami   przy  takim 

wschodzie słońca, kiedy pojawi się najlżejszy nawet powiew wiatru, powietrze natychmiast 

staje  się pełne  ruchu i ożywczego  zamieszania, ma  się wrażenie,  że świat  odmłodniał, a 

wszystko wokoło staje się piękne i doskonałe.

W pobliżu lasku, przez który przedzierały się promienie słońca, tuż nad brzegiem 

rzeki   stały ustawione   półkoliście  tipi  Kiowa.  Jedne  poszarzałe   od  starości  z  okopconymi 

płatami dymnymi, inne białe, całkiem nowe, jeszcze bez malowideł rytualnych, gdzieniegdzie 

zaś stały tylko drewniane żerdzie bez skórzanego pokrycia. Widok takiej wioski wskazywał, 

że obóz został rozbity niedawno.

Kończyła   się   druga   połowa   miesiąca   Gdy  Konie   Zmieniają   Sierści.  Wokoło   było 

radośnie i świeżo. Drzewa kwitły, okolicę pokrywała zielona soczysta trawa, na której pasły 

się puszczone luźno konie, pilnowane jedynie przez dziesięcio-, dwunastoletnich wyrostków.

Z jednego z tipi wyszły dwie kobiety i skierowały się do pobliskiego lasu. Młodsza z 

kobiet   podtrzymywana   przez   starszą,   co   parę   kroków   przystawała   i   cichutko   pojękując, 

obejmowała dłońmi nabrzmiały brzuch. Starsza miała przerzucone przez ramię dwie skóry 

białych wilków i starannie zawiązany tobołek.

background image

Siłą ciągnęła młodą kobietę ku ścianie lasu, porastającego zbocze Płaczącej Góry. 

Było tam stare drzewo, które widocznie w młodości zostało zgięte przez niedźwiedzia, a 

może przez wiatr - któż to wie - a teraz rozrośnięte, jednym potężnym konarem schylonym ku 

dołowi, całowało wdzięcznie Matkę Ziemię. Gdy wiatr poruszał drzewem, zwisająca gałąź 

zmiatała zeschłe liście, gładziła rodzicielkę, dziękując za jej żywotne soki.

Kobiety znalazły się wkrótce pod tym drzewem. Tsomahee (Jasne Włosy), bo tak 

nazywała się starsza kobieta, pomogła młodszej usiąść na ziemi, sama natomiast zabrała się 

do zgarniania liści pod zgięty ku ziemi konar. Gdy stwierdziła, że podłoże jest wystarczająco 

miękkie, nakryła je wilczą skórą. Zbliżyła się teraz do dziewczyny, podała jej rękę i rzekła:

- Wstań, Kau-at-ciny (Mała Chmuro), nadszedł już twój czas.

Podprowadziła   ją   do   zwisającego   konara   i   Mała   Chmura   wstąpiła   na   kopiec   liści 

okryty   futrem.   Tsomahee   delikatnie   ściągnęła   z   niej   miękką   skórzaną   suknię   i   pomogła 

dziewczynie chwycić się dłońmi przygiętej gałęzi drzewa.

Kau-at-ciny   zawisła   na   rękach,   wbijając   z   całej   mocy   paznokcie   w   korę.   Nogi 

podkurczyła,   z   jej   ust   wydobył   się   słaby   jęk,   całe   ciało   pokryło   się   kroplami   potu, 

rozpuszczone włosy oblepiły jej wilgotną twarz.

W tym czasie Tsomahee wyciągnęła z tobołka mały bębenek, potem zaś grzechotkę z 

rogu bizoniego i pojemnik z kory brzozowej pełen świeżego tłuszczu niedźwiedziego.

Naraz rozległ się głośniejszy jęk młodej kobiety. Tsomahee jednym skokiem znalazła 

się przy rodzącej i niemal w ostatniej chwili odebrała dziecko. Był to chłopiec. Po wszystkich 

zabiegach   związanych   z   porodem,   Tsomahee   położyła   płaczące   niemowlę   na   drugiej 

przygotowanej   wilczej   skórze   i   zajęła   się   matką,   pomagając   jej   ułożyć   się   wygodnie   na 

miękkiej podściółce z liści.

Teraz starsza kobieta spokojnie zajęła się płaczącym malcem. Starannie natarła jego 

ciałko sadłem niedźwiedzim i dokładnie wytarła miękko wyprawioną skórą koźlaka. W ten 

sposób umyte niemowlę można było delikatnie natrzeć świeżą szałwią, po czym należało 

zostawić je na chwilę w spokoju.

Wypoczęta   już   nieco   matka   wolno   podniosła   się   z   legowiska   i   umieściła   łożysko 

płodowe   na   drzewie,   pod   którym   rodziła.   Odtąd   będzie   to   „Drzewo   Płodowe”   jej   syna, 

którego od czasu do czasu będzie przynosiła w to miejsce i położywszy na ziemi, będzie 

delikatnie turlać malucha kolejno w cztery strony świata. Gdy chłopiec dorośnie, sam” będzie 

wykonywał te czynności w miejscu swego urodzenia, dziękując Matce Ziemi za to, że w tym 

miejscu ujrzał po raz pierwszy światło życia.

Potem z wielkim trudem zbliżyła się do swego pierworodnego syna, przytuliła jego 

background image

główkę do piersi i poczęła karmić. Tsomahee delikatnie uderzała grzechotką w bębenek i 

mruczała jakieś zaklęcia, odganiając złe duchy od Nowego Życia.

Kiedy   słońce   znalazło   się   na   środku   nieba,   młoda   matka   ułożyła   niemowlę   na 

złożonych razem skórach wilczych i poczęła toczyć je kolejno w czterech kierunkach. W ten 

sposób dziękowała Matce Ziemi i Czterem Wiatrom za syna.

Po dłuższym odpoczynku, gdy słońce znajdowało się już na progu swego kamiennego 

domu, obydwie kobiety z niemowlęciem powróciły do obozu i cichutko wślizgnęły się do tipi.

Minęło pół Wielkiego Słońca. Kiowa już na dobre zapuścili korzenie w tej ziemi. 

Zaprzyjaźnili   się   z   Komanczami-Kwahadi,   koczującym   w   tych   okolicach   niewielkim 

plemieniem Apaczów oraz z rolniczymi ludami Wichita z południa i Nawaho z zachodu, od 

których niekiedy za mięso i skóry dostawali kukurydzę i inne płody ziemi.

Oto pewnego dnia ukazał się na koniu obwoływacz wioskowy, uderzając co chwilę w 

bęben  przytwierdzony do  końskiego  boku, krążył  między namiotami   i  donośnym  głosem 

przekazywał wiadomość:

- Słuchajcie mnie, dzielni Kiowa! Siostry i bracia otwórzcie swoje uszy, aby doszła do 

was radosna wiadomość! Wiedzcie, że w tipi Wojennej Lancy i Małej Chmury znajduje się 

Nowe Życie. Wojenna Lanca raduje się, że żona obdarowała go chłopcem!

W tym samym czasie w pobliżu ogniska na rozłożonym futrze bizonim wierciło się 

niespokojnie piwnookie niemowlę.

Tsomahee,   ciotka   małego,   przyniosła   mu   pierwszy   podarunek   -   parę   miękko 

wyprawionych mokasynów z łosiowej skóry. Delikatnie włożyła je na malutkie stopki tego, 

który w przyszłości stanie się wojownikiem.

Chociaż   mokasyny   były   nowiutkie,   w   podeszwie   każdego   z   nich   znajdowała   się 

dziura, jak gdyby były przetarte od długiego chodzenia po kamienistym gruncie. To Tsomahee 

sama podziurawiła nowe mokasyny, aby ochronić życie nowo narodzonego dziecka. Jeżeli 

Ten Co Usypia Na Zawsze przybędzie od Man-ka-iha (Ducha Świata), by zabrać ze sobą 

chłopca, jego zamiar spełznie na niczym, gdy spostrzeże podziurawione spody mokasynów. 

Jak bowiem można wyruszyć na daleki szlak w podartym obuwiu? Ten Co Usypia Na Zawsze 

będzie zmuszony zawrócić samotnie do krainy Man-ka-iha, nie zabrawszy ze sobą małego 

dzieciątka.

Minął jeszcze jeden Księżyc, nastał miesiąc Gdy Wilki Chodzą Stadami. Wojenna 

Lanca ponownie przywołał do siebie obwoływacza. Obdarował go sowicie i polecił, aby tym 

razem ogłosił, że wraz z żoną wydają uroczystą ucztę w związku z nadaniem pierwszego 

imienia dziecku. Przez trzy dni obwoływacz krążył między tipi, aby każdy mieszkaniec wsi 

background image

mógł usłyszeć nowinę. Wieczorem czwartego dnia krewni i goście zaczęli się schodzić do tipi 

Wojennej Lancy.

Pierwszymi, którzy przyszli, byli mężczyźni z wojennego stowarzyszenia Kai-tsen-ko 

(Prawdziwe Psy), którego członkiem był ojciec dziecka.

Powoli   i   dostojnie   weszli   do   tipi   i   zasiedli   wokół   ogniska,   które   znajdowało   się 

pośrodku namiotu. Przepiękne, barwne hafty z kolców jeżozwierza na ich mokasynach lśniły 

w   błasku   ognia.   Starannie   dobrane   kolorowe   wzory   opowiadały   historie   odległych   i 

niedawnych   pamiętnych   czynów   właściciela   mokasynów.   Barwnie   wyszywane   mokasyny 

były noszone przez mężczyzn tylko w czasie plemiennych uroczystości lub podczas świąt. 

Chociaż powierzchnię mokasynów tworzył płat skóry nie większy niż dwie ludzkie dłonie, 

kobiety   wojowników   potrafiły,   dobierając   odpowiednie   wzory   i   kolory,   opowiedzieć   o 

licznych sukcesach i wspaniałych czynach swoich mężów czy braci. Niekiedy zdarzało się im 

umieszczać na mokasynach ozdoby i wzory wynikające ze snów lub wizji tego, który miał je 

nosić.

Ludzie   prerii   nauczyli   się   sztuki   haftowania   kolcami   jeżozwierza   od   plemion 

zamieszkujących lasy i puszcze, a ponieważ jeżozwierze zamieszkują zazwyczaj tereny leśne, 

kolce   ich   stały   się   przedmiotem   wymiany   handlowej   między   plemionami   leśnymi   i 

preryjnymi.   Bardzo   dawno   temu   plemiona   z   prerii   ozdabiały   swoje   stroje   ornamentami 

malowanymi na skórze.

Coraz liczniej zaczęli przybywać goście Wojennej Lancy (Huan-tos). Każdy z nich 

przynosił własne naczynia do jedzenia. Było to przyjęte zwyczajowo, ponieważ w żadnym 

tipi   nie   było   specjalnego   pomieszczenia   na   dodatkowe   naczynia   ani   żadna   rodzina   nie 

obarczała się takim sprzętem.

Mała Chmura i spokrewnione z nią kobiety napełniały miski gości mięsem antylopy 

widłorogiej   upieczonym   nad   ogniskiem.   Różnego   rodzaju   korzenie   roślin   lub   ich   owoce 

pieczone wraz z dziczyzną służyły jako przyprawy, nadające lepszego smaku i zapachu tej 

potrawie.

Tylko jedna osoba w tipi nie tknęła żadnego pokarmu w czasie trwania całej uczty. 

Kiedy wszyscy byli syci, Wojenna Lanca zwrócił się do tej osoby i powiedział:

- Biegnący Wilku, wiele, wiele zim przyszło i przeminęło od czasu, kiedy założono na 

twoje   stopy   pierwsze   mokasyny.   Jesteś   szanowany   i   lubiany   przez   wszystkich   w   całym 

plemieniu, przez młodych i starych. Do jakiegokolwiek tipi skierujesz swe kroki, zawsze 

znajdziesz tam przygotowane obok gospodarza miejsce, dlatego też poprosiliśmy cię, abyś 

nadał   imię   naszemu   dziecku.   Jesteś   stary,   przez   dziesiątki   lat   swego   żywota   nabyłeś 

background image

doświadczenia   i   mądrości.   Teraz   w   ceremonii   nadania   imienia   mojemu   synowi   twoje 

modlitwy pomogą mu trwać w zdrowiu, doporriogą w zyskaniu siły i wiedzy. Wierzę, że 

podobnie jak ty, dożyje on wieku, w którym włosy zamieniają się w biały kolor spokojnej 

starości.

Uprzedzony odpowiednio wcześnie o tej uroczystości Biegnący Wilk pościł od kilku 

dni, oczekując na nadejście wizji. Na dzień przed uroczystością nadania malcowi imienia, 

wizja nareszcie nadeszła do duszy i serca dzielnego, starego wojownika. W swym widzeniu 

wyczytał imię, jakie winien nadać nowo narodzonemu dziecku.

Po słowach wypowiedzianych przez Huan-tosa, Biegnący Wilk siedział jeszcze parę 

chwil w milczeniu i nikt z obecnych nie śmiał naruszyć ciszy, która zapanowała w tipi.

Wreszcie stary wojownik podniósł się i stanął przed zebranymi. Jego obrzędowy strój 

był   jednym   z   najpiękniejszych.   Na   głowie   miał   opaskę   z   futra   wilka,   z   dwoma   piórami 

złotego orła zatkniętymi za nią z tyłu głowy, przypominającymi rozstawione uszy zwierzęcia, 

którego   imię   otrzymał   dawno   temu   i   które   zaszczytnie   nosił   nadal,   rezygnując   nawet   z 

imienia wojennego.

Jego   koszula   i   legginy   zostały   wykonane   z   najbardziej   miękkiej   skóry   jelenia   i 

ozdobione szerokimi pasami z naszytym wzorem z kolców jeżozwierza. Ze szwów obydwóch 

rękawów i legginów długie, cienkie frędzle chwiały się wdzięcznie przy każdym ruchu. Jego 

mokasyny były całkowicie pokryte haftem. Dookoła całej stopy znajdował się szeroki pas 

wyszyty   białymi   kolcami.   Pas   ten   ozdabiały   dodatkowo   czerwone   trójkąty.   Symbole   te 

oznaczały konie wrogów zdobyte podczas wypraw wojennych. Między trójkątami zostały 

umieszczone niebieskie krzyże-gwiazdy. Były to symbole Gwiazdy Porannej - przewodnie 

znaki,   które   zawsze   pomagały   mu   odnaleźć   właściwy   szlak.   Na   wierzchniej   części 

mokasynów wyszyte były dwa czerwone rogi bizonie na białym tle - symbol siły.

Kiedy Biegnący Wilk stał naprzeciw zebranych, Mała Chmura podała mu niemowlę 

umieszczone w płaskiej kołysce-nosiłkach, które kobiety umieszczają wraz z dzieckiem na 

swoich plecach w pozycji pionowej.

Zmęczony i znużony parodniowym rytualnym postem, lecz stojący dumnie i prosto 

niczym młody mężczyzna, Biegnący Wilk wziął dziecko z rąk matki, uniósł je wysoko, aby 

wszyscy   mogli   zobaczyć   przyszłego   obrońcę   plemienia.   Zaraz   potem   otoczył   chłopca 

ramieniem i trzymając go tak, wygłosił kwieciste i kunsztowne przemówienie.

Mówił o walecznych czynach wielkich mężów Kiowa, mówił o zmarłych i żyjących 

jeszcze   wybitnych   wojownikach.   Wspomniał   o   wspaniałych   czynach,   których   dokonał 

Wojenna Lanca. Opowiadał o swym własnym życiu. Wszystkie przymioty, które sławił - jak 

background image

zręczność,   umiejętność,   mądrość   i   odwaga,   cechujące   najbardziej   znanych   i   cenionych 

mężczyzn tego ludu, będą dane temu dziecku, gdy osiągnie ono wiek męski. Na koniec swojej 

długiej mowy przeszedł wreszcie do sprawy imienia.

Unosząc dziecko do góry i obracając je twarzą na wschód, Biegnący Wilk przytrzymał 

malca w tej pozycji przez chwilę i rzekł:

- 0, Wielki Twórco, który jesteś nad nami! W mądrości swej przysłałeś Nowe Życie do 

naszej wioski. Bądź jego przewodnikiem we wszystkim i daj mu mądrość. Daj mu długie 

życie. Daj mu odwagę, aby gdy wejdzie na swoją ścieżkę, miał siłę podążać nią wytrwale aż 

do jej kresu. A kiedy na koniec swych dni dojdzie tam, gdzie prowadzi ostatni szlak do Świata 

Duchów, niech włosy jego będą białe jak śnieg, który okrywa szczyty gór. To właśnie ty. 

Wielki Twórco, będziesz widział go zawsze. My nadajemy temu dziecku-mężczyźnie jego 

imię. Odtąd, jak to zostało przekazane mi przez Ducha Świata, mężcźyzna-dziecko zwać się 

będzie Mas-gwa-ah-Sid (Niedźwiedź Wędrujący Po Górach). Powiedziałem!

Biegnący Wilk   podał   małego   Niedźwiedzia  Wędrującego   Po   Górach   jego   dumnej 

matce, po czym usiadł. Usłużne ręce kobiet podsunęły w jego kierunku najsmaczniejsze kęsy 

pokarmu i ceremonia została zakończona.

Kiedy Biegnący Wilk zakończył swój posiłek, wyszedł wraz z Wojenną Lancą przed 

tipi, gdzie szczęśliwy ojciec podarował staremu wojownikowi pięknego konia, uzdę plecioną 

z wyprawionej skóry i nowe nakrycie ze skóry bizona, służące jako siodło. Do grzywy konia 

przyczepione były pięknie wyszyte kolcami jeżozwierza mokasyny, dar od matki chłopca, 

pięknej Kau-at-ciny. Od ostatniego polowania minął już okres dwóch Księżyców, a w żadnym 

tipi nie było zapasów ani suszonego, ani wędzonego mięsa. Zarówno starzy, jak i dzieci 

tęsknili   za   świeżym,   soczystym,   czerwonym   mięsiwem.  Wielki   wódz,   Skaleczona  Twarz, 

zwołał radę plemienną, na której wybrano najlepszego, najsprytniejszego tropiciela, by ten jak 

najprędzej wyśledził stado bizonów, których mięso uratowałoby ludzi przed głodem.

Wodzowie   po   naradzie   wybrali   słynącego   ze   swej   biegłości   w  tropieniu   zwierząt, 

myśliwego o imieniu Che-ne-ka (Zagubiony Pies).

- Jak tylko usną sowy i psy prerii, udasz się na poszukiwanie bizonów, a jak trafisz na 

ślad stada - powiadomisz nas o tym jak najszybciej!

Były to słowa wodza. Już następny świt zastał dzielnego i odważnego myśliwego 

daleko od wioski. Uważnie i w napięciu wypatrywał on zwierząt z każdego wzniesienia, z 

każdej skały. Stąpał miękko i ostrożnie jak puma, a umiał przy tym zachować ciszę i spokój 

tak, by nie spłoszyć tropionych bizonów.

W   chwili   gdy   słońce   szykowało   się   do   spoczynku   w   swym   kamiennym   -   tipi, 

background image

Zagubiony   Pies   ujrzał   zwierzęta,   których   szukał.   Leżały   w   gęstej   trawie   na   przełęczy, 

cierpliwie przeżuwając pokarm. Che-ne-ka zaczął liczyć na; palcach leżące bizony. Okazało 

się, że było ich dziesięć razy po dziesięć sztuk i tyleż kresek naznaczył na swoich legginach. 

Jeszcze tej samej nocy powrócił do swego obozu tak zmęczony, że ledwie powłóczył nogami.

Na wiadomość  o  odnalezieniu  przez  Zagubionego  Psa stada  bizonów  cały obóz  - 

mężczyźni, a z nimi kobiety i nawet dzieci - udał się na łowy.

Sam tropiciel legł na spoczynek w wysokiej wonnej trawie. Zapadał już zmrok, kiedy 

do uszu wypoczywającego dobiegły jakieś nieznane mu przedtem osobliwe dźwięki. Były one 

odmienne od tych, jakie wydają flety Indian Kiowa, jakieś bardziej miękkie i jak gdyby 

bardziej przeciągłe, łagodne.

Zagubiony  Pies   uniósł   się  na   łokciu   i   spojrzał   w  stronę,   skąd   dochodziły  dziwne 

odgłosy. Zobaczył w pewnej odległości jakby kłębowisko cieni, które poruszały się lekko i 

rytmicznie.

- Chyba ci ludzie, którzy tam tańczą bez dźwięków wojennego bębna, nie mogą być 

groźni - pomyślał.

Poruszył   się   jednak   ostrożnie,   podniósł   z   legowiska   i   z   taką   samą   ostrożnością 

skierował   w   stronę   tańczących   cieni.   Gdy   zbliżał   się   do   celu,   muzyka   brzmiała   coraz 

wyraźniej, a rytmicznie kołyszące się ciała stały się bardziej widoczne.

I   zdarzyło   się   tak,   że   mimowoli   Zagubiony   Pies   poddał   się   rytmowi   muzyki   i 

wciągnięty przez nieznaną, ale piękną melodię dał się jej porwać do tego stopnia, iż sam 

zaczął tańczyć. Tak zatracił się w końcu w tym tańcu, że nawet zapomniał o tłumie postaci, 

które w tanecznym pląsie falowały w odległości trzech wystrzelonych z łuku strzał.

Tak   oto   na   niewielkiej   przestrzeni   prerii,   na   której   trawa   była   wyskubana   przez 

cienkowargie antylopy, Zagubiony Pies wił się w ceremonialnym tańcu swego szczepu. Trwał 

ciągle pod wrażeniem odgłosów dziwnej melodii, która raz unosiła się wysokimi dźwiękami, 

to znów opadała niskimi tonami.

Zagubiony Pies tańczył do późnej nocy, aż wreszcie Padł na ziemię wyczerpany do 

ostateczności.   Dopiero   słońce,   które   musnęło   swoim   ciepłem   jego   zamknięte   powieki, 

zbudziło go ze snu. Rozejrzał się wokół. Nie zobaczył już obcych ludzi, a na miejscu, gdzie 

tańczyli, jeszcze lekko kołysała się trawa.Zagubiony Pies na próżno przez pół dnia szukał 

miejsca,   w   którym   jego   mokasyny   w   tańcu   podeptały   trawę   i   mimo   iż   był   wspaniałym 

tropicielem, nie odnalazł stratowanych grzyw stepowej roślinności. Jedynie lekki wiatr, który 

się w owej chwili zerwał i ppruszył trawami - przyniósł odgłosy tej samej dziwnej muzyki. 

Wówczas Zagubiony Pies zrozumiał, że przydarzyło mu się coś ważnego.

background image

Tak oto przeżył  wizję, a potem przyniósł do obozu nowy taniec, którego nauczył 

wszystkich ludzi z plemienia Kiowa. Był to Taniec Trawy, który wkrótce przyniósł mu sławę i 

rozgłos.

Minęło   już   dziesięć   lat   od   czasu   nadania   pierwszego   imienia   Niedźwiedziowi 

Wędrującemu Po Górach. Od roku należał do stowarzyszenia chłopięcego Młodych Psów, w 

którym wyrabiał w sobie hart ducha, odwagę, siłę, poznawał tajniki walki, tropienie. Uczył 

się władać bronią, wierzeń swojego plemienia i zapoznawał się z legendami i obyczajami 

swego   narodu.   Właśnie   z   zaciekawieniem   wraz   z   gromadką   rówieśników   wysłuchał 

opowiadania,   w   jaki   sposób   powstał   Taniec   Trawy,   przekazywanego   im   przez   starego 

wojownika, a ich nauczyciela, Ansotę (Cętkowanego Ptaka). Jeszcze w ich uszach brzmiały 

ostatni słowa o Zagubionym Psie, gdy wychowawca wyznaczył im kolejne nowe zadanie.

Przed środkiem nocy chłopcy mieli wyruszyć w prerię i powrócić dopiero wtedy, gdy 

każdy z nich sporządzi kamienny nóż zdatny do użytku. Wędrujący Niedźwiedź zdawał sobie 

sprawę z trudności, których przysporzy mu wykonanie tego zadania. Nieraz przypatrywał się, 

w jak sposób obrabiali kamienie dorośli mężczyźni, ale nawet im nie udawało się niekiedy 

sporządzenie takiego noża.. Nim wyruszył w drogę, zaopatrzył się w kołczan pełen strzał o 

kamiennych grotach, mocny sprężysty łuk i krzemienny nóż.

Kiedy chłopcy ponownie zebrali się przy ognisku, okazało się, że Mas-gwa-ah-Sid jest 

najmłodszy w gromadzie, która miała wyruszyć w prerię, toteż drwiny starszych chłopców 

raniły go bardziej niż głód i mróz, były nie do zniesienia, jak ogień. Wędrujący Niedźwiedź 

zacisnął zęby i spoglądał im prosto w oczy. Miał już wyryte w duszy prawa wojowników, 

mówiące, ze ten, kto nie potrafi zachować kamiennej twarzy w każdej okoliczności, kto nie 

potrafi opanować ciała i duszy - nie jest nic wart. Wreszcie chłopcy dali mu spokój i nawet 

przyjaźnie  zaczęli  się   do  niego  odnosić.  Widocznie  jego  opanowanie  i   odporność   na  ich 

drwiny zrobiły na nich dobre wrażenie.

Nieoczekiwanie i przez nikogo nie zauważony znalazł się między nimi Ansota - ich 

opiekun,   wprowadzający   chłopców   na   drogę   wojowników   i   dorosłego   życia.   Bez   słowa 

powiódł   przenikliwym   spojrzeniem   pó   zbitej   gromadce   młodzieży,   a   następnie   rozdzielił 

chłopców na pary. Każdą dwójkę wysłał w innym kierunku i miała ona tak długo wędrować, 

aż słońce nie uśmiechnie się do połowy.”

Wędrujący   Niedźwiedź   znalazł   się   w   towarzystwie   starszego   o   dwa   lata   chłopca. 

Ludzie nazywali go Pitah-pe-kis (Orle Żebro). Jego matką była Szoszonka, wzięta niegdyś 

przez jego ojca do niewoli. Przez pewien czas była jego niewolnicą, okazała się jednak dobrą 

kobietą i ojciec chłopca pojął ją za żonę. Słynęła w całym plemieniu z wyrobu doskonałych 

background image

strzał do łuku, które były bardzo lekkie, delikatne, a przy tym niezawodne.

Orle Żebro był uzbrojony tak, jak wszyscy kini chłopcy.

Cętkowany Ptak skierował ich na północ, tam gdzie płynęła duża rzeka Arkansas. 

Konie w tym czasie były zbyt cenne, aby powierzać je niedoświadczonym chłopcom. Szli 

więc na piechotę, gdyby się jednak pospieszyli, świt powinien ich zastać w pobliżu tei rzeki.

Starym zwyczajem podążali w milczeniu jeden za drugim. Nad nimi wisiał księżyc, 

jak   olbrzymia   tarcza   wojownika.   Wisiał   tak   ciężki,   rozjaśniony   na   brzegach,   jakby 

wypolerowany przez ciemne chmury, które przesuwały się po jego powierzchni. Unosił się 

stopniowo coraz wyżej i wyżej i tracił swoją moc tarczy wojennej. Ot, stał się zwyczajnym 

punktem świetlnym w mrocznej poświacie nocy.

Cały   czas   prowadził   Pitah-pekis.   Bacznie   obserwując   gwiazdy,   kierowali   się   na 

północ.   Zręcznie   omijali   skały,   które   z   daleka   wyglądały  jak   zastygłe   na   wieki   postacie 

ludzkie. Robiły wrażenie jakby stały na granicy innegoświata. Kiedy zbliżali się do takiej 

skały, wydawało się im, że czas ziemski zbliża się do końca, że oto nastał kres ich wędrówki, 

a za skałami zastaną już tylko urwisko, z którego zsuną się gdzieś do innego świata.

Jednak za skalnymi blokami rozciągały się zielone pola prerii o wysokiej, kołyszącej 

się majestatycznie w mroku trawie. Przy blasku księżyca odnosiło się nieodparte wrażenie, że 

Matka Ziemia oddycha.

Minęli   brzozowy  zagajnik   i   znaleźli   się   na   skraju   szlaku   bizonów.   Przystanęli   na 

chwilę   niezdecydowani,   lecz   zorientowali   się   szybko,   że   szlak   ten   wiódł   w   tym   samym 

kierunku, dokąd wędrowali i oni.

Ruszyli   śladami   pozostawionymi   przez   wielkie   zwierzęta.   Wzdłuż   wydeptanych 

racicami kolein rozpościerał się kobierzec wysokiej trawy. Daleko w przodzie, gdzieś na linii 

horyzontu,   widniały   wyspy   rozrzuconych   pekanowych   lasków,   a   za   nimi   rozciągała   się 

rozległa równina. Równinę przetykały co najwyżej pojedyncze szare krzaki i zeschłe grudy 

czerwonej ziemi rozrzucone kopytami pędzących bizonów. Gdzieniegdzie widniało samotne 

drzewo.

Celowo   wybrali   wydeptaną   drogę.   Nie   tylko   dlatego,   że   prowadziła   na   północ,   a 

przede   wszystkim   dlatego,   że   była   ubita   setkami   racic   i   nie   groziło   im   przypadkowe 

wpadnięcie nogą w jakąś norę pieska preryjnego lub nadepnięcie na śpiącego grzechotnika, co 

mogłoby się źle skończyć. Wreszcie bizoni szlak pozwalał na szybszy marsz.

Nadal prowadził Orle Żebro, a za nim, jak jego cień, szedł Wędrujący Niedźwiedź. 

Towarzyszyły im odgłosy prerii. Ze wszystkich stron słychać było wycia kojotów, to znowu 

pohukiwanie szarej sowy, polującej gdzieś w trawie na drobne gryzonie. Czasami dochodził 

background image

do ich uszu śmiertelny pisk upolowanej przez nocną łowczynię ofiary, po którym na krótko 

następowała   cisza,   jak   gdyby   śmierć   nakazywała   wszystkim   zamilknąć.   Po   takiej   ciszy 

rozlegało   się   zawsze   najpierw   przeciągłe   wycie   kojota,   a   następnie   dołączały   doń   inne 

odgłosy i znowu ożywiała się pokryta mrokiem preria, aż do kolejnego jęku śmierci, po 

którym nawet milkło rechotanie rogatych żab - kadiei-hyadlei i cykanie świerszczy.

W pewnym momencie chłopcy usłyszeli za sobą trzask pękających suchych traw i 

przyspieszony  oddech   biegnącego   za   nimi   zwierzęcia.   Momentalnie   znaleźli   się   za   jakąś 

osamotnioną kępą nie stratowanej trawy. Dokładnie umieścili strzały na cięciwach łuku, a 

oczy ich uważnie wwiercały się w ciemność nocy. Czekali.

Po chwili z mroku wyłoniło się stworzenie podobne do wilka. Orle Żebro naciągnął 

cięciwę, czekając stosownej chwili, by celnie wypuścić opierzoną zwiastunkę śmierci, lecz 

Wędrujący Niedźwiedź delikatnie oparł dłoń na jego ramieniu, następnie cichutko niby to 

syknął,   niby   gwizdnął.   Biegnące   zwierzę   zatrzymało   się,   a   po   chwili   radośnie   skomląc, 

pobiegło w stronę ukrytych chłopców. Był to ulubiony młody pies Wędrującego Niedźwiedzia 

- Pa-hao (Samotny).

Cała trójka znalazła się w radosnym nastroju. Pies doskakiwał do chłopców, szerokim 

ostrym językiem przeciągając po ich twarzach, to znowu biegł w noc jak szalony, zawracał, 

obiegał chłopców dookoła, szarpał delikatnie ich ramiona ostrymi zębami. Chłopcy tarmosili 

psa  za  gęste  futro,  drapali  za  uszami.  Ta  wzajemna  czułość  odbywała  się w  całkowitym 

milczeniu. Radość nie uśpiła bowiem ich czujności. Trzeba było mieć oczy i uszy otwarte na 

odgłosy nocy. Nigdy nie było wiadomo skąd i kiedy może nadejść niebezpieczeństwo.

Dalej już szli we trójkę. Na samym przodzie Pahao, który z nosem przy ziemi węszył i 

wchłaniał tylko dla niego ważne zapachy, a za nim jeden za drugim obydwaj chłopcy, którzy 

nie czuli się już tak bardzo samotni.

Niebo stawało się jaśniejsze, gwiazdy bladły, a hen na wschodzie można było dostrzec 

ciemniejsze zarysy chmur na tle jaśniejszego nieba. Nawet granie świerszczy, rechotanie żab, 

skowyt   kojotów   powoli   zanikały.   Poświst   wiatru   także   stawał   się   inny   i   zeschłe   trawy 

ocierając się oj siebie wydawały inne odgłosy.

Przed oczami chłopców wszystko dookoła nabierało barw, stawało się tak piękne, że 

samo patrzenie napełniało ich serca radością. W powstającym świetle dnia ginęła tajemnicza 

noc.

Stanęli na jednym ze wzniesień, których pełno było na prerii. Przed nimi w dole wił 

się ciemną wstęgą czarny potok, usiany po brzegach ogromnymi rozrzuconymi tu i ówdzie 

głazami. Gdzieniegdzie prawie że z wody wyrastały drzewa pominaku, którego łyko było 

background image

świetnym opatrunkiem na rany i skaleczenia.

Pierwszy do brzegu dobiegł pies i z rozkoszą zaczął chłeptać wodę. Chłopcy ostrożnie 

zbliżyli się do rzeczki. Najpierw dokładnie rozejrzeli się po okolicy. Nic nie uszło ich uwagi, 

nawet wysoko szybujący orzeł, który majestatycznie wznosił się do góry coraz to wyżej i 

wyżej,  jakby  chciał  utorować  drogę  dla  wschodzącego  słońca.  Po  drugiej  stronie  rzeczki 

pojawił się biały wilk i tak jak niespodziewanie się ukazał, tak niespodziewanie znikł wśród 

złomowisk   kamiennych,   spod   których   z   głośnym   trzepotem   skrzydeł   zerwało   się   stado 

preryjnych gołębi. Teraz dopiero obydwaj chłopcy zbliżyli się do wody, ugasili pragnienie i 

starannie zmyli z siebie pył przebytej drogi.

Nagle Pitah-pekis wydał stłumiony okrzyk radości. Tuż u swoich stóp ujrzał w wodzie 

dość duży odłam krzemienia.

- Patrz, mój bracie - zwrócił się do Wędrującego Niedźwiedzia. - Teraz będziemy 

mieli noże, ostre groty do strzał, a nasze matki skrobaczki i szydła!

Duża bryła krzemienia miała na powierzchni kilka nieznacznych rys, to ułatwiło im 

obróbkę kamienia.

-   Już   nie   musimy   iść   aż   nad   rzekę  Arkansas   -   rzekł   Wędrujący   Niedźwiedź   - 

postaramy się tutaj na miejscu zrobić te wszystkie rzeczy, o których mówił mój brat.

- Musimy rozpalić bezdymny ogień, gdzieś między tymi głazami nad samą rzeką, ale 

tak, żeby nikt go nie wypatrzył - dodał Orle Żebro.

Za pomocą cięciwy łuku oraz kawałka twardego i miękkiego drewna chłopcy rozpalili 

ogień, dorzucając suche patyki, których sporo znaleźli nad brzegiem rzeki.

Kiedy wreszcie kawałki drzewa dobrze się rozpaliły, wrzucili w nie bryłę krzemienia i 

nakryli ją warstwą suchego chrustu. Poczekali chwilę, aż drzewo całkiem się zwęgliło, i teraz 

za pomocą dwóch mocnych patyków wrzucili rozpalony krzemień do zimnej wody. Woda, jak 

gdyby rozgniewana na chłopców, zasyczała i pochłonęła kamień. Po jakimś czasie wydostali 

z rzeki ostygły krzemień i położyli go na płaskim zrębie skalnym. Teraz wspólnie przynieśli 

spory głaz i zaczęli nim energicznie tłuc leżący krzemień. Po którymś z kolei uderzeniu 

krzemień rozpadł się na kilka podłużnych płaskich kawałków. Należało jeszcze tylko obtłuc 

ostre płytki i nadać im pożądaną formę noża, czy innych przedmiotów.

Ale   nie   było   dane   chłopcom   ukończyć   tej   pracy,   bo   oto   między   nich   wpadł   z 

nastroszoną sierścią Pahao i szczerząc groźnie kły, zaniepokojony, wpatrywał się w stronę, 

skąd wzeszło słońce. Z niezwykłego zachowania się psa chłopcy wywnioskowali, że tylko 

obecność obcego człowieka mogła tak poruszyć ich czworonożnego przyjaciela. Gdyby było 

to zwierzę lub jakiekolwiek inne stworzenie, pies zachowywałby się inaczej, a z jego gardła 

background image

wydobywałby się stłumiony charkot.

Natychmiast zalali wodą tlące się ognisko. Dokładnie pozbierali połupany krzemień, 

schowali do skórzanych toreb i w milczeniu, kryjąc się” wśród kamiennych bloków, poczęli 

wspinać   się   na   najwyższe   wzniesienie   w   pobliżu   rzeki,   które   swym   masywem   kryło 

wschodnią część prerii.

Na szczycie wzniesienia zalegli w wysokiej trawie. Pahao nadal był niespokojny, w 

jego krtani bulgotała złość, a oczy zaszły krwią. Leżał jednak spokojnie obok chłopców, nie 

wyrywając się do przodu.

Przed nimi, daleko aż po kraniec wschodu, rozciągała się pofałdowana, ukwiecona o 

tej porze roku preria. Był to przecież Księżyc Wysokiej Trawy, albo, jak nazywali ten miesiąc 

ich bracia Komańcze, Księżyc Truskawek.

Bacznie obserwowali pasmo pagórków ciągnących się z północy na południe i czuli 

instynktownie, że coś się tam wkrótce zdarzy.

Niespodziewanie w odległości półtora lotu strzały od nich, na szczycie jednego z 

takich wzniesień, ukazała się czyjaś głowa. Bystre oczy najpierw rozejrzały się dookoła, a po 

chwili wychyliły się ramiona i cała postać jakiegoś wojownika. Lewa strona jego twarzy 

pomalowana była na biało z poprzeczną czerwoną krechą biegnącą przez policzek. Głowę 

miał po bokach wygoloną, a przez jej środek od czoła aż do karku biegł usztywniony pas 

włosów.   Mężczyzna   stał   nieruchomo   i   bacznie   rozglądał   się   po   okolicy.   Widocznie   nic 

groźnego   nie   wypatrzył,   bo   wzniósł   prawe   ramię   uzbrojone   we   włócznię   i   kilkakrotnie 

zakreślił   nią   koło.   Następnie   szybko   zbiegł   z   pagórka   i   ponownie   ostrożnie,   bez   hałasu 

wynurzył   się  dopiero   na   następnym   wzniesieniu.   Znowu   przekazał   komuś,   kogo   chłopcy 

jeszcze nie widzieli, serię znaków. Potem znikł w wysokiej trawie i chłopcy już więcej nie 

ujrzeli obcego tropiciela.

Leżeli jednak nadal ukryci w trawie i krzakach bylicy. Zdawali sobie sprawę, że ktoś, 

komu zwiadowca przekazywał znaki, wkrótce się ukaże.

Nie mylili się. Po chwili na ten sam pagórek poczęli pojedynczo wjeżdżać jeden za 

drugim jeźdźcy, tworząc długi wąż. Chłopcy policzyli na palcach. Było ich dwa razy po 

dziesięć i pięć.

Jeźdźcy   byli   rozebrani   do   połowy,   niektórzy   nawet   tylko   w   samych   przepaskach 

biodrowych i mokasynach. Słońce połyskiwało na ich ciemnych, natartych tłuszczem ciałach, 

a przeróżne wymalowane na nich wzory wojenne tworzyły barwną, mieniącą się mozaikę. 

Jeźdźcy prezentowali się niezwykle majestatycznie, ale i groźnie.

- Pawnee, łowcy kobiet szepnął Orle Żebro.

background image

- Tak - potwierdził Wędrujący Niedźwiedź. - Rogate Łby. Są na wojennym szlaku i 

podążają z pewnością w kierunku naszej wioski.

- Musimy ostrzec naszych ludzi, ale jak? - zastanawiał się Pitah-pekis. - Nie zdążymy 

przed nimi dobiec do obozu i na dodatek jeszcze moglibyśmy wpaść w ich łapy Patrzyli w 

milczeniu, jak wojownicy Pawnee podjeżdżali do następnego wzniesienia. Zatrzymali się, a 

jeden z mężczyzn skierował swego konia na sam szczyt pagórka i przez jakiś czas uważnie 

rozglądał się po okolicy. Po chwili podniósł rękę do góry i wojownicy znowu ruszyli dalej, 

jeden za drugim.

Wędrujący Niedźwiedź zwrócił się do swego przyjaciela:

- Niech mój brat uplecie z trawy cienki sznur długości swego ramienia, a ja za chwilę 

wrócę.

Nie obawiając się teraz, że mógłby go ktoś zobaczyć, pobiegł co sił w nogach nad 

brzeg strumienia. Zbliżył się do najbliższego drzewa i krzemiennym nożem odkroił płat kory 

wielkości swojej dłoni.

- Nie gniewaj się na mnie, drzewo, że cię kaleczę. Wybacz! - wyszeptał pospiesznie.

Na wewnętrznej stronie kory czubkiem noża narysował głowę wojownika, a nad nią 

róg. Obok naciął dwadzieścia pięć znaków imitujących kopyta koni i dwie mijające się strzały 

- znak wojny. Na samym końcu płata narysował tipi, jakich używają Kiowa. Nacięte rysunki 

zatarł popiołem, aby je bardziej uwidocznić. Przewiercił jeszcze w korze mały otwór i z 

gotowym „listem” powrócił do Orlego Żebra.

Sznurek   z   trawy  także   już   był   gotowy.  Wędrujący   Niedźwiedź   nawlókł   na   niego 

gotowy rysunek i przywołał psa, który leżał obok.

- Dobry Pahao - wyszeptał, przywiązując do karku psa sznurek z listem.

- Pahao pobiegnie tam - wskazał ręką kierunek. - Pahao pobiegnie do tipi Kiowa. 

Wojenna Lanca... - Kilkakrotnie powtarzał te same słowa i w końcu leciutko popchnął psa na 

południe, Pies stał jednak w miejscu i radośnie merdał ogonem, jak gdyby nie rozumiał, czego 

chłopcy żądają od niego. Wędrujący Niedźwiedź głosem pełnym rozpaczy błagał:

- Pahao, biegnij! Wojenna Lanca... Mała Chmura... Dopiero na brzmienie słowa „Mała 

Chmura” pies drgnął i zerwał się do biegu. Wkrótce chłopcy stracili go z oczu gdzieś wśród 

traw.   Sami   również   po   chwili   wyruszyli   w   drogę   powrotną.   Musieli   pilnie   uważać,   aby 

przypadkowo nie natknąć się na zwiadowców Pawnee. Należało zachować jak największą 

ostrożność, toteż zrezygnowali ze szlaku bizonów, a wybrali drogę trudniejszą, ale na tyle 

bezpieczną, że mogli uważniej rozglądać się po okolicy, sami będąc nie do wyśledzenia. Mieli 

nadzieję,   że   jeżeli   nie   napotkają   w   czasie   swojej   wędrówki   żadnych   nieprzewidzianych 

background image

przeszkód, to powinni znaleźć się w wiosce już przed wschodem słońca. Wiedzieli także i o 

tym, że Pawnee w nocy nie zaatakują Kiowów. Indianie w nocy nie prowadzili wojen, gdyż 

wierzyli, że duch zabitego wojownika nigdy by nie odnalazł w ciemności drogi do Świata 

Zmarłych.

Dopóki było jasno, z każdego wzgórza, z każdego wzniesienia bacznie obserwowali 

rozległe   tereny.   Gdy   nadeszła   noc,   zdani   byli   tylko   na   własny   słuch   i   instynkt,   którym 

bezbłędnie wyczuwali na odległość grożące im niebezpieczeństwo.

Poruszali   się   szybko   i   cicho,   kierowali   się   tam,   gdzie   odgłosy   przyrody   były 

najdonośniejsze. Wiedzieli dobrze, że tam, gdzie trwa nie zmącone życie prerii, nie może być 

człowieka, który swoją obecnością mógłby zakłócić codzienne życie natury.

Dzieliła ich od wioski już tylko odległość jednego krótkiego biegu konia, gdy nagle 

poczuli na ustach szerokie dłonie i niby psie szczeniaki zostali uniesieni do góry i zawleczeni 

między najbliższe rumowisko głazów.

Działo się to tak szybko i cicho, że nie zdążyli nawet wydać z siebie najmniejszego 

odgłosu.

ROZDZIAŁ III

Wioska Indian Kiowa o każdej porze dnia przypominała białe kretowiska okopcone na 

szczycie, rozrzucone na gładkiej, zielonej płaszczyźnie prerii. Zielone pola wznosiły się ku 

północy coraz, to wyżej i wyżej, tam z kolei jak gdyby zatrzymały je ściany bloków skalnych 

o przedziwnych formach i barwie zabrudzonej czerwieni. Tam też rozciągały się plamy lasów 

cedrowych lub pekanowych, zawsze pełnych dzikich zwierząt, na których skraju spokojnie 

skubały trawę takidal - kury preryjne.

O krainie tej mówią, że nie ma początku ani końca, że ciągnie się bez przerwy z jednej 

strony ku północnej Ziemi Śniegów, z drugiej zaś aż po gorące słońce południa, pod którego 

promieniami dojrzewają kolczaste kaktusy. Gdzieś daleko na wschodzie granice jej zamykają 

ogromne   rozlewiska   rzeczne,   natomiast   na   zachodzie   zamykają   ją   ośnieżone   szczyty 

niezdobytych gór.

Pawnee podkradli się pod pierwsze wzgórza okalające wioskę. Zobaczyć stąd mogli, 

jak kobiety spokojnie rozpalały ogniska, gdzieniegdzie między tipi pojawił się mężczyzna. 

Gdyby dobrze natężyć słuch, można by usłyszeć ostry trzask otulonych płomieniami ogniska 

drewnianych polan, można by nawet poczuć delikatny, słodki zapach dymu, podnoszonego 

czasami podmuchem wiatru.

W dali rozciągał się lasek, w którym ciemne pnie drzew zdawały się stać na zboczu 

background image

Płaczącej   Góry,   niczym   zbiorowisko   starców   przygarbionych   wiekiem,   milczących, 

zadumanych nad bezkresnym krajem bez początku i bez końca.

Pawnee już wcześniej pozostawili swoje konie pod opieką jednego z najmłodszych 

wojowników, członków ich obecnej wyprawy. Pod wioskę podkradli się teraz pieszo i czekali 

na   zwiadowców,   którzy   mieli   wyśledzić,   jaką   siłą   dysponują   Kiowa.   Mieli   również 

zorientować się, która z dziewczyn z tej wioski jest najbardziej urodziwa, gdyż tylko duch 

takiej   dziewczyny   może   zostać   ich   pośrednikiem   do   Gwiazdy   Porannej   i   Gwiazdy 

Wieczornej, by przekazywać im wszystkie prośby i błagania ludu Pawnee. Wkrótce jeden z 

tropicieli, pełzając bezszelestnie, znalazł się między przyczajonymi wojownikami. Po krótkiej 

chwili inny równie niepostrzeżenie dołączył do ukrytej grupy.

- Nie ma wojowników Kiowa w wiosce - zgodnie oznajmili obydwaj. - Z paplaniny 

kobiet   zrozumieliśmy,   że   prawie   wszyscy   wybrali   się   w   kierunku   rzeki   Washita,   aby 

zapolować na bizony.

- W wiosce pozostało tylko paru mężczyzn, kilka kobiet, trochę dzieci, no i starcy. 

Myśliwi nie pozostawili na miejscu nawet paru koni - dodał drugi zwiadowca.

- Widziałem tylko paru wyrostków zdolnych do obrony wioski.

- Czy zauważyliście jakieś młode kobiety?

- Jest ich kilka, ale trudno będzie wybrać odpowiednią, bowiem prawie wszystkie 

odznaczają się urodą i dumną postawą. Dziewczyny Kiowa są znane z piękności.

Jeden ze starszych wojowników nieznacznie uniósł ramię do góry na znak, że chce 

zabrać głos. Widocznie był to wódz wybrany na tę wyprawę, bo wszyscy zamilkli, czekając 

na słowa dowódcy.

-  Nasi   czarownicy  żądają   najładniejszej   dziewczyny  i  znajdziemy  ją  między  tymi 

kobietami, które przyjdą nad brzeg rzeki po wodę. Dziesięciu wojowników odetnie im powrót 

do   wioski,   a   ja   z   Czerwonym   Krukiem   -   tu   wskazał   na   pięknie   zbudowanego   młodego 

mężczyznę - postaramy się wybrać najpiękniejszą z pięknych. Reszta wojowników będzie nas 

osłaniać. Ty - zwrócił teraz twarz do najmłodszego z grupy - jak tylko zaatakujemy wieś 

Kiowów,   pobiegniesz   po   konie,   których   pilnuje   Brzydka   Głowa   (Pokapiw-itoian)   i 

przyprowadzisz je tutaj, w to miejsce. Atak zaczniemy na mój znak. Dziesięciu ludzi, którzy 

mają odciąć dziewczynom drogę powrotną do wioski, niech już teraz podkradnie się jak 

najbliżej rzeki. Powiedziałem!

Z daleka słychać było, jak dziewczyny Kiowa nawoływały się głośno między tipi, aby 

wspólnie   udać   się   nad   wodę.   Jedne   szły   z   wysuszonymi   tykwami   do   nabierania   i 

przechowywania świeżej wody, inne natomiast niosły zwinięte w rulony kudłate skóry, które 

background image

miały zamiar rozłożyć na dnie rzeki, a po paru dniach moczenia, za pomocą kamiennych 

skrobaczek, oczyścić je z sierści.

Beztroski śmiech, żarty i przekomarzanie się dziewcząt utwierdziły napastników w 

przekonaniu,   że   młode   kobiety   nie   zdają   sobie   sprawy   z   czyhającego   na   nie 

niebezpieczeństwa.

Gdy   dotarły   już   w   pobliże   rzeki,   naraz   rozległ   się   przejmujący   okrzyk   wojenny 

Pawnee i zaskoczone dziewczyny zostały odcięte od wioski przez łowców kobiet. Wszystkie 

dziewczęta, jak gdyby kierowane wspólnym instynktem, pędem rzuciły się ku rzece i na jej 

brzegu przycupnęły między kamieniami i trawą, niczym stado spłoszonych gołębi.

Nim jednak zdążyły ukryć się w przybrzeżnym sitowiu, rozległ się gwizd wojennych 

świstawek sporządzonych z orlich kości. To Map-odal (Skaleczona Twarz) wysokim gwizdem 

dawał   znak   swym   ukrytym   wojownikom.   Nim   przebrzmiał   świst   bojowego   gwizdka, 

odsunęły się zasłony osłaniające wejścia do tipi i pojawili się ukryci tam wojownicy. Grad 

strzał poszybował w kierunku biegnących Pawnee.

Zaskoczeni   wrogowie   rzucili   się   do   ucieczki,   lecz   ze   wszystkich   stron   nadbiegali 

wojownicy   Kiowa   i   razili   napastników   strzałami.   Piętnasto-,   szesnastoletni   chłopcy 

podjeżdżali na koniach do walczących, zeskakiwali w galopie z mustangów, a ich miejsce na 

galopujących koniach zajmowali dorośli wojownicy Kiowa.

Pawnee nadaremnie oczekiwali na swoje wierzchowce, nie wiedząc jeszcze o tym, że 

zostały przechwycone tuż przed bitwą przez wojowników Wojennej Lancy. Dozorujący je 

młody Pawnee, Brzydka Głowa, stał się pierwszą ofiarą tego starcia.

Wszystkie   konie   dostały   się   w   ręce   ludzi   Kiowa.   Zaskoczeni   i   zdezorientowani 

wrogowie nie mieli żadnych szans, aby wyjść z życiem z zasadzki. Walczyli z wielką odwagą 

i umierali, jak przystało mężczyznom. Paru wojownikom jeszcze na początku bitwy udało się 

przedrzeć przez otaczający ich pierścień Indian Kiowa i zbiec na prerie. Nie byli ścigani, 

bowiem pobitego wroga nie gnębi się do ostatka.

Jeden tylko młody wojownik uniknął śmierci i dostał się do niewoli. Był to Czerwony 

Kruk (Mekasto) - wspaniale zbudowany wojownik, ten, który z dowódcą oddziału Pawnee 

miał porwać najpiękniejszą dziewczynę.

Schwytał   go   Kayo-okosis   (Tarcza   Niedźwiedzia),   niewiele   starszy   od   Pawnee   i 

przywiódł do swego tipi, związanego dokładnie rzemieniem.. Dla pewności, że wróg nie 

będzie próbował ucieczki, zdjął z jego szyi woreczek z lekami i zawiesił na swojej. Teraz już 

ze spokojem wyszedł z namiotu i udał się na wielki plac w pobliżu ke-tipi (namiotu narad).

Zebrali się tutaj wszyscy wojownicy, którzy brali udział w bitwie. Opowiadali, ile 

background image

ciosów zaliczył każdy z nich, inni z niezadowoleniem ganili siebie za śmiertelne uderzenia 

zadane   nieprzyjaciołom.   Kobiety  częstowały  zmęczonych   wojowników   mięsem,   szpikiem 

bizonim i tytoniem.

Kiedy   wreszcie   zakończono   relację   o   męskich   czynach   dokonanych   tego   dnia, 

najstarszy z mężczyzn wstał, wszedł w krąg wojowników, zrzucił z ramion skórzaną derkę i 

opasał się nią powyżej bioder. Górną część ciała miał odkrytą. Na jego piersiach wyraźnie 

były widoczne blizny po Tańcu Słońca. Stary wojownik chwilę spoglądał w milczeniu po 

twarzach obecnych.

-  Duchy  naszych   przodków  i   Man-ka-twa   (Wielki  Twórca)   nie   chcieli,   aby  nasze 

kobiety ginęły z rąk Pawnee, dlatego natchnęli naszych dzielnych synów roztropną myślą, 

aby w porę zawiadomić nas o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Od wielu, wielu Wielkich 

Słońc pies był naszym przyjacielem, tak jak przyjacielem wszystkich ludzi prerii są obecnie 

konie.   Młode   Psy   zasłużyły   na   to,   aby   same   mogły   opowiedzieć   wojownikom,   kiedy 

zauważyły Rogate Łby i w jaki sposób powiadomiły nas o grożącym niebezpieczeństwie.

Wprowadzono Wędrującego Niedźwiedzia i Orle Żebro w krąg dorosłych mężczyzn. 

Za nimi przybiegł także ich czworonożny przyjaciel, Pahao.

Chłopcy  byli   zażenowani   tym,   że   mają   opowiadać   o   sobie   zgromadzonym   wokół 

wspaniałym wojownikom i członkom wojennego stowarzyszenia Kai-tsen-ko (Prawdziwych 

Psów). Wszyscy jednak zebrani z dumą patrzyli na malców, a odwrócone do góry dłonie 

wojowników zachęcały ich, by śmiało opowiadali o swej przygodzie.

Pierwszy zaczął mówić Orle Żebro. Mówił o tym, jak wraz ze swoim druhem znaleźli 

wielki krzemień w potoku, jak przybiegł do nich pies ze zjeżoną sierścią i po jego zachowaniu 

zorientowali   się,   że   gdzieś   w   pobliżu   muszą   znajdować   się   obcy   ludzie.   Wędrujący 

Niedźwiedź   opowiedział   także   o   piśmie   na   korze,   o   trudnościach   z   posłaniem   Pahao   do 

obozu. Chłopcy mówili z takim przejęciem, jakby na nowo przeżywali minione zdarzenia, 

zapomnieli nawet zupełnie o skrępowaniu, które na początku wciskało im słowa do gardeł.

W swej opowieści doszli właśnie do momentu, kiedy zostali pochwyceni z drogi jak 

niemowlaki, które dopiero zaczynają chodzić i tu zamilkli ze wstydem opuszczając głowy. 

Wtedy ich wychowawca i opiekun, Ansota, z wolna powstał i unosząc ramię poziomo, dał 

zebranym do zrozumienia, że pragnie wyjaśnić to, co wydarzyło się później:

-   Kiedy   zziajany   pies   wpadł   do   tipi   Wojennej   Lancy   z   przywiązaną   do   karku 

wiadomością na korze, mówiącą o zbliżających się Pawnee, Wojenna Lanca, nie wzywając 

obwoływacza   obozowego,   sam   powiadomił   mieszkańców   wioski   o   zbliżającym   się 

niebezpieczeństwie. Na krótkiej naradzie w tipi wodza Map-odala, jak wszyscy już o tym 

background image

wiemy, postanowiliśmy przygotować zasadzkę na wrogów. Dziewczętom nakazaliśmy iść nad 

rzekę   i   zachowywać   się,   jak   zwykle   w   takich   chwilach,   kiedy   udają   się   nad   wodę.   Na 

wypadek ataku miały uciekać nie do obozu, lecz w kierunku rzeki. Nasze dziewczęta dzielnie 

się zachowały, udowadniając, że są córkami wojowników Kiowa.

Ja   w   tym   czasie   śledziłem   zwiadowcę   Pawnee.   Leżałem   za   skałą,   a   Pawnee   był 

poniżej mnie na odległość lotu strzały. Usłyszałem ciche stąpanie, patrzę, a tu dwóch naszych 

Młodych   Psów   idzie   ostrożnie   wprost   na   ukrytego   tropiciela   wrogów.   Musiałem   działać 

szybko i cicho. Może naszych chłopców przestraszyłem, ale uratowałem im życie.

Obaj mali bohaterowie z wdzięcznością spojrzeli na swego nauczyciela. Spojrzenie to 

wyrażało wszystko: miłość, szacunek i podziękę.

- Kiedy nasi zmarli rozpalą pierwsze ogniska w Świecie Duchów - na zakończenie 

powiedział   wódz   Skaleczona  Twarz   -   odtańczymy   w   podzięce   naszym   przodkom  Taniec 

Antylopy, aby uczcić zwycięstwo, a chłopcom ofiarujemy po jednym zdobycznym koniu, 

albowiem swoją roztropnością zasłużyli na to. Otsedaba (Powiedziałem).

Wielka tarcza księżyca z wolna wyłoniła się ponad ziemię i wznosząc się coraz wyżej 

i   wyżej   rozlewała   srebrzystą   poświatę   na   grzywach   stepowej   trawy.   Naraz   na   tle 

księżycowego   dysku   zarysowała   się   ostro   ciemna   bryła   skały,   na   której   stał   dumnie 

wyprostowany stary człowiek z podniesionymi do góry ramionami. Wiatr lekko rozwiewał 

jego białe, rozpuszczone włosy. Troszkę niżej, u podnóża występu skalnego, stał jego wierny 

koń. Stary człowiek  był   prawie  nagi. Wiatr  tylko  obijał  o  jego  uda  przepaskę  biodrową, 

służącą mu za całe okrycie. Starzec stał skierowany twarzą w stronę, gdzie niedawno zaszło 

Słońce. W jego postaci tkwiła jakaś niezwykła siła. Modlił się.

Kiedy wreszcie opuścił ramiona, rozległ się łoskot bębnów. Z tipi poczęli wychodzić 

wojownicy w swych wspaniałych obrzędowych strojach, w wyszywanych długich bluzach i 

legginach. Głowy jednych zdobiły wspaniałe pióropusze z orlich piór, innych ogony jelenie 

ufarbowane na czerwono i umieszczone na środku głowy niby długie szczotki zwisające od 

czoła aż po kark.

Bębny   grzmiały.   W  ich   rytm   włączył   się   śpiew   kobiet   i   mężczyzn   opiewających 

dzielność wojowników Kiowa. Do łoskotu bębnów dołączył dźwięk grzechotek z bizonich 

rogów   i   tykw   wypełnionych   różnymi   nasionami   i   wydającymi   suchy   chrzęst   niby   ogon 

grzechotnika. Bębny i śpiewy raptownie zamilkły, a krąg wojowników i kobiet się zacisnął, W 

sam   środek   odświętnego   tłumu   wbiegł   tancerz   odziany   tylko   w   przepaskę   biodrową   i 

mokasyny.  Nad  kostkami  nóg  i  na   przegubach   rąk  miał  umocowane   kościane   grzechotki 

wypełnione kamykami. Głowę okrywał mu skalp antylopy widłorogiej wraz z rogami. Był to 

background image

„człowiek-antylopa”!

Za nim na środek placu wbiegli łowcy z podobnymi grzechotkami, które zrazu cicho, 

potem coraz głośniej zaczęły wydawać rytmiczne dźwięki. W dłoniach trzymali łuki, gotowe 

wypuścić z cięciwy tępą, pierzastą strzałę.

„Człowiek-antylopa” zaniepokoił się. Nasłuchuje. Teraz stąpa ostrożnie, miękko, na 

czubkach   palców.   Głosy   grzechotek   narastają,   gonią   go.   „Człowiek-antylopa”   zaczyna 

uciekać przed łowcami. Wykonuje zręcznie płochliwe ruchy, lekkie, szybkie, podpatrzone w 

czasie polowań na antylopy. Myśliwi okrążają „zwierzę”, sypią się strzały, „antylopa” pada. 

Jeszcze podnosi głowę, próbuje wstać...

W końcu grzechotki milkną i znowu odzywa się głuchy odgłos bębna i śpiewy, które 

umilkną dopiero, gdy księżyc znajdzie się wysoko, wysoko ponad Matką Ziemią.

Rano Tarcza Niedźwiedzia uwolnił z więzów swego niewolnika, nakarmił go, napoił i 

opuścił tipi, nie obawiając się, że w czasie jasnego dnia schwytany Pawnee może spróbować 

ucieczki. Miał zresztą nadal jego leki, bez których żaden mężczyzna się nie ruszy.

Ale tu spotkała go wielka niespodzianka, bo oto w kilka chwil po jego wyjściu z 

namiotu wyszedł za nim Pawnee, trzymając jego mokasyny w ręku. Oficjalnie, na środku 

wioski, w obecności ludzi Kiowa, zdjął z nóg własne mokasyny i odrzucił je daleko od siebie. 

Następnie nałożył na swoje stopy mokasyny należące do Tarczy Niedźwiedziej.

Taki   gest   nie   mógł   być   nie   zauważony   przez   Kiowów,   a   Kayo-okosis   utracił 

niewolnika. Młody Pawnee pozostał w plemieniu dawnych wrogów, po jakimś czasie ożenił 

się, a jego dawny zwycięzca stał się jego dobrym przyjacielem.

- Gdyby nie Pahao - mówił Ansota - na pewno Pawnee uprowadziliby kilka dziewcząt, 

a wiele kobiet opłakiwałoby śmierć swoich mężów i braci. Wierność psa uratowała nasze 

plemię od hańby. Nawet Wędrujący Niedźwiedź i Orle Żebro, mimo swej przebiegłości i 

odwagi, nie byliby w stanie uprzedzić naszych wojowników na czas o zamiarach wroga. 

Wierności psa nie zastąpi żona, siostra czy syn.

- Otóż bardzo dawno temu - ciągnął - kiedy nasze plemię żyło na Górnych Preriach w 

pobliżu   Czarnych   Gór,   wodzem   jednego   ze   szczepów   naszego   plemienia   był   Czarny 

Niedźwiedź. Nie było mnie wtedy jeszcze na świecie i usłyszałem tę opowieść od swego 

dziada. Teraz przekazuję ją wam, a wy kiedyś opowiecie ją swoim dzieciom.

Jak już powiedziałem, wodzem jednego z naszych szczepów był Czarny Niedźwiedź. 

Jak zwykle siedział z przymkniętymi powiekami przed swoim tipi i błądził myślami w tylko 

sobie znanych miejscach.

Gdzieś wysoko nad ośnieżonymi szczytami najwyższych gór, na tle błękitnego nieba i 

background image

rozrzuconych zewsząd puszystych obłoków szybował orzeł. Dumny ptak dostrzegł bystrym 

wzrokiem siedzącego przed swoim namiotem wodza.

Stary wódz nie dostrzegł wodza skrzydlatych stworzeń szybującego nad nim, a jednak 

posłyszał w swoim sercu jakiś głos, który szeptał mu:- Czarny Niedźwiedziu! Przez swoje 

długie   życie   zaliczyłeś   wiele,   wiele   ciosów   zadanych   odwiecznym   wrogom   twego   ludu, 

Indianom Crow. Nigdy nie mieli oni sposobności oglądać twoich pleców, ale za to ty jakże 

często widziałeś ich postacie uciekające w popłochu na widok twego wojennego tomahawka. 

Zaprawdę byłeś tak znakomitym łucznikiem, że nawet przelatująca nad twoją głową jaskółka 

czuła oddech śmierci. Twoje pierzaste strzały były niczym dotknięcie Ducha Wiecznego Snu, 

snu   bez   końca.   Z   tego   powodu   w   twojej   rodzinie   nigdy  nie   brakowało   różowego   mięsa 

bizonów, a w wiosce, w której żyłeś, nie wiedziano, co to znaczy głód. I jeszcze coś! Nigdy 

nie zapomniałeś o obyczajach i rytuałach plemiennych, paląc każdego miesiąca Świętą Trawę, 

aż dym - pukwana wznosił się ponad najwyższe szczyty gór. Byłeś również świetnym mówcą 

i na naradach starszyzny twój głos i twoje zdanie przyjmowane były z należytym szacunkiem. 

Wielki Twórca (Man-ka-twa) jest z ciebie bardzo zadowolony i teraz możesz już rozpocząć 

wielką wędrówkę do Krainy Spokoju.

Po uważnym wysłuchaniu szeptu serca Czarny Niedźwiedź zwołał cały swój lud na 

plac narad. Tam pożegnał się ze swymi walecznymi wojownikami, po czym wkroczył na 

Drogę Zachodzącego Słońca. Odprowadzała go żona, dwaj synowie i mały piesek, który niósł 

w zębach jego zapasowe mokasyny.

Droga, którą podążał do celu, była trudna, kamienista, a słońce niemiłosiernie prażyło 

swoimi promieniami utrudzone ciała.

Trudy tej mozolnej wędrówki najwcześniej odczuł młodszy z dwóch synów. Położył 

się w cieniu przydrożnego drzewa na miękkiej i wonnej od kwitnących ziół trawie. Chciał 

wypocząć.

Po   przejściu   kilku   odległości   lotu   strzały  starszy  syn   zwrócił   się   do   ojca,   by  mu 

zezwolił zawrócić po brata. Ojciec zgodził się, a gdy starszy syn odnalazł wypoczywającego 

brata, położył się u jego boku i znużony usnął mocnym snem.

W tym czasie Czarny Niedźwiedź niezmordowanie wędrował wciąż naprzód, za nim 

zaś szła jego żona i pies, niosący w zębach zapasowe mokasyny.

Kiedy wreszcie słońce skryło się za ostatnią górę i zapanował ożywczy chłód. Czarny 

Niedźwiedź wraz z żoną rozłożyli obóz pod wielką skałą i udali się na spoczynek. Spali 

bardzo krótko, bo już wczesnym rankiem udali się w dalszą drogę.

Dzień ten był jeszcze bardziej upalny od poprzedniego, szli więc bardzo zmęczeni, aż 

background image

na   jednym   ze   wzniesień   żona   upadła   ze   zmęczenia.   Nie   miała   już   siły  iść   dalej.   Długo 

odprowadzała wzrokiem swego męża, a gdy ten oddalił się na znaczną odległość, podniosła 

się z trudem i zawróciła na miejsce, gdzie wypoczywali jej utrudzeni synowie.

Tymczasem Czarny Niedźwiedź podążał uparcie ciężką drogą coraz dalej i dalej, ale 

już samotnie. Jedynie poczciwy wierny pies wlókł się za nim ze spuszczonym ogonem. Z 

gorąca i zmęczenia wysunął język i błędnym wzrokiem śledził kroki starego wodza. Tylko 

resztkami sił udawało mu się utrzymać w zębach mokasyny swego pana.

Kiedy po wielkich trudach Czarny Niedźwiedź i jego pies dotarli wreszcie do miejsca 

przeznaczenia, stary wódz stanął na cyplu skalnym i donośnym głosem krzyknął przed siebie:

- Wielki Twórco! Wołałeś mnie, więc jestem!

Z zupełnie nieokreślonego kierunku i niewiadomej przestrzeni odezwał się potężny 

głos, tak przenikliwy, jak echo gromu podczas burzy.

- To dobrze! Widzę, że przybyłeś i jestem zadowolony, że usłuchałeś mego wezwania. 

Gdzie jednak są osoby, które towarzyszyły ci w drodze z wioski twego ludu?

- Wybacz, ale Droga Zachodzącego Słońca zmęczyła je tak bardzo, że odpoczywają 

gdzieś.

- A cóż to za cień, który ci towarzyszy? - spytał Man-ka-twa.

- To jest mój wierny pies, który mnie nigdy nie opuszcza.

-   Skoro   tak,   niech   wejdzie   tu   również   twój   wielki   przyjaciel,   swoją   wiernością 

bowiem zasłużył na własne miejsce w Krainie Spokoju.

Minęło znowu parę Wielkich Słońc. Wędrujący Niedźwiedź miał już piętnaście lat, a 

jego przyjaciel siedemnaście, i myślał sobie, że może jeśli w tym roku wykaże się jakimś 

nadzwyczajnym   czynem,   to   w   przyszłym   będzie   mógł   być   przyjęty   do   wojennego 

stowarzyszenia Kai-tsen-ko. Wędrujący Niedźwiedź dumny był ze swego przyjaciela.

Wszystkie   minione   lata   byli   zawsze   razem.   Poddawani   przeróżnym   próbom 

wytrzymałości i samozaparcia zawsze pomagali sobie, a w bardzo ciężkich chwilach jeden 

drugiego podtrzymywał na duchu.

Jako   siedmioletni   chłopiec   Wędrujący   Niedźwiedź   opanował   już   kontrolę   nad 

własnym snem i potrafił obudzić się wtedy, kiedy chciał. Od dawna potrafił świetnie jeździć 

konno, a już jako ośmioletni chłopiec nauczył się sztuki tropienia zwierząt i rozpoznawania 

siadów   nieprzyjaciół.   Posługiwał   się   bronią,   umiał   znosić   głód   i   pragnienie,   całkowicie 

panował nad swoim ciałem i duchem. Wspaniale opanował „mowę rąk” i „mowę dotyku”, 

sam rysował i odczytywał pismo obrazkowe. Kiedy minęło mu dziesięć Wielkich Słońc, bez 

trudu wyrabiał strzały do łuku, rozstawiał tipi i orientował się w nieznanych okolicach. Umiał 

background image

mówić prawdę nawet wtedy, gdy była dla niego przykra.

Dla   każdego   z   Indian   cały   otaczający   go   świat   był   olbrzymią   uczelnią.   Jego 

podręcznikami były skały, kamienie, strumyki, rzeki, jeziora, drzewa, kwiaty, trawa, zioła, 

słońce, księżyc, gwiazdy. Były to elementy, z których otrzymywał natchnienie do tworzenia 

swoich ceremonii i pieśni.

Ryby,   ptaki,   owady  i   zwierzęta   uczyły   Indianina,   jak   być   odważnym,   szczerym   i 

sprawiedliwym. Ludzie byli zawsze szczęśliwi, nie czuli się nigdy samotni. Z całą otaczającą 

ich przyrodą tworzyli jedność, a ta zawsze pulsowała intensywnym życiem.

Nie   była   im   straszna   burza,   nigdy  nie   gniewały  ich   wściekłe   podmuchy  wiatrów, 

siarczyste mrozy ani zawieje śnieżne. Nigdy nikt się nie skarżył ani nie lamentował, bowiem 

wierzyli, że te wszystkie rzeczy są jedynie rozmaitymi wcieleniami Man-ka-twa (Wielkiego 

Twórcy).

W ciągu minionych lat tylko jeden raz rozdzielono na parę dni dwóch serdecznych 

przyjaciół, kiedy to każdy z nich w samotności i o głodzie czekał na nadejście proroczego snu 

-   Wielkiej   Tajemnicy.   Po   paru   dniach   postu   doczekali   się   wreszcie,   każdy   z   osobna, 

upragnionej wizji, w której ujrzeli swoje duchy opiekuńcze.

Czarownik wyjaśnił im, co oznaczały ich wizje, i sporządził dla obu młodzieńców 

odpowiednie „leki”, które od tej pory nosili na piersi i nigdy nie rozstawali się z nimi.

Nadchodził właśnie Księżyc Wysychającej Trawy, a w Księżycu Opadających Liści 

miały   odbywać   się   wielkie   łowy   na   bizony,   które   w   tym   czasie   odwiecznym   szlakiem 

wędrówek przenosiły się z północy na południe.

Konie, które dostali po rozgromieniu Pawnee, chłopcy wypuścili na wolność, malując 

im szerokie żółte pasy wzdłuż grzbietu ponieważ były już za stare i nie nadawały się do 

użytku.   Tak   oznaczone   wierzchowce   były   nietykalne   i   przestrzegały   tego   nawet   wrogo 

usposobione do Kio-wów inne plemiona z Wielkich Równin.

Kiowom   bardzo   brakowało   koni.   W   owym   czasie   konie   były   niezwykle   cenne   i 

niewiele jeszcze spotykało się ich w wolnym stanie.

Pewnego dnia po krótkiej naradzie wszyscy mężczyźni, którzy nie posiadali koni, 

postanowili udać się po nie do zaprzyjaźnionego ludu Komanczów. Gdyby przyjaciele nie 

mogli  ich  wspomóc,  należało  wyruszyć  do  spowinowaconego  z  Kiowami  ludu  Apaczów, 

zamieszkujących   nad   rzeką   Washita,   właścicieli   sporych   tabunów   doskonałych 

wierzchowców.

-  Wyruszamy   w   czasie  Wysokiego   Księżyca   dzisiejszej   nocy   -   rzekł   najstarszy   z 

wojowników, imieniem Czarny Kruk.

background image

- Eh, neh, neh, neh, neh! - zgodzili się wszyscy.

Pięciu mężczyzn oraz Wędrujący Niedźwiedź i Orle Żebro z pierwszą ciemnością 

zeszli po pochyłości parowu. Rozległy wąwóz biegł niżej wąskim korytarzem, zaś dostępu do 

jego stromych zboczy broniła plątanina ciernistych krzewów.

Wszyscy ubrani byli tylko w legginy, w pasie zaś dodatkowo opasani białymi skórami 

wilczymi,   które   w   chłodne   noce   służyć   im   miały   za   posłanie   i   okrycia,   zaś   w   drodze 

powrotnej miały być przeznaczone jako derki na grzbiety końskie. Każdy z nich był dobrze 

uzbrojony, a wskórzanych torbach znajdował się pemikan, który miał służyć wędrowcom za 

pożywienie na cały czas wyprawy.

Księżyc   w   pełni   oświetlał   im   drogę.   Przed   nimi   połyskiwały   bielą   zeschnięte 

grzebienie preryjnej trawy. Dookoła wszędzie brzęczały kaskadami dźwięków owady, raz po 

raz uderzając w nagie torsy mężczyzn i odlatując w noc, by wrócić nieoczekiwanie i z jeszcze 

większą zaciętością atakować ich gołe ciała.

Tu i ówdzie przebłyskiwały gwiazdy jeszcze nie okryte obłokami chmur. Promienie 

księżyca rozpryskiwały się na rzadko rozrzuconych samotnych skałach jak gwałtownie rażone 

ostrze wypolerowanego krzemiennego noża.

Coraz   donośniej   dobiegało   skowyczenie   kojotów,   a   głos   ich   niósł   się   daleko. 

Powietrze stało się czyste i zimne, wydawało się, że ściąga skórę na ciele. Gdzieś w dali w 

południowym   kierunku   ciągnęła   się   długa   ściana   brudnoczerwonych   skał.   Nieco   bliżej 

natomiast   rozciągała   się   wielka   dolina   o   poszarpanych   krawędziach,   przechodząca   w 

rumowisko kamieni, za którym rozciągała się w nieskończoność pofałdowana płaszczyzna 

prerii - Wielkie Łąki.

Wreszcie noc z wolna poczęła się oddalać, zamieniła swoją barwę w jasny granat i 

odpłynęła do gwiazd, ustępując na wschodzie miejsca czerwieni, zwiastunce nadchodzącego 

słońca, wydobywającej się niczym krew z dna ziemi.

W pełnym już blasku słońca siedem postaci przeszło przez rzekę Nizhoni (Piękną), by 

powitać wspaniałe równiny Dolnych Prerii. Odtąd szlak ich wędrówki wiódł przez łagodnie 

faliste łąki pełne dzikiego kwiecia i przepływającej nad nimi porannej, chłodnej mgły. Kraj 

ten zdawał się nie mieć początku ani końca, był pusty i piękny. Wiatr delikatnie muskał tę 

ziemię, zganiał mgły i przygrywał na źdźbłach trawy smutną, rzewną melodię.

Z   każdą   chwilą   stawało   się   coraz   cieplej,   a   nagrzane   promieniami   słonecznymi 

preryjne zioła, trawy i kwiaty wydzielały taki aromat, że kręciło się w głowie.

Pod koniec dnia znaleźli się na terenach łowieckich ludu Semat, bo tak nazywali 

swoich kuzynów Kiowa-Kwuda.

background image

Postanowili  zatrzymać  się   na  noc,  posilić,  odpocząć,  a  jutro  tuż   przed  wschodem 

słońca   wyruszyć   dalej,   aby   w   samo   południe   znaleźć   się   w   obozie   zaprzyjaźnionego 

plemienia.

Noc   była   chłodna   i   wilgotna,   chłopcy   przytulili   się   do   siebie   i   okryli   wilczymi 

derkami. Ognia nie rozpalali, gdyż najmniejszy płomyk był widoczny z daleka. Mimo że 

znajdowali się już na terenach Sematów i tu mogły zawitać watahy wrogów. Ogrzewając się 

nawzajem, przetrwali tak do rana.

Nim pierwsze promienie słoneczne wkroczyły na prerię, ruszyli w dalszą drogę.

Gdzieś około południa Czarny Kruk niespodziewanie dał ręką znak, aby natychmiast 

skryli się w trawie. Przed oczyma wędrowców w odległości czterech lotów strzały ukazał się 

jeździec. Powoli wjeżdżał na wzniesienie, które jak wyspa na jeziorze wynurzało się z traw.

Czarny Kruk bacznie obserwował obcego wojownika. Po uczesaniu, kroju legginów 

poznał,   że   to   jeden   z   młodych   mężczyzn   Sematów.   Podniósł   się   więc   z   ukrycia,   stanął 

wyprostowany i wzniósł obydwa ramiona do góry, krzyżując je nad głową.

Wojownik na koniu przyglądał mu się przez pewien czas, następnie poderwał konia i 

galopem pognał w kierunku siedmiu Kiowów, którzy podnieśli się z ziemi. Tuż przed nimi 

gwałtownie zatrzymał wierzchowca, aż ten przysiadł na zadzie, a chmura pyłu okryła na 

chwilę konia i jeźdźca.

Nim pył zdążył opaść, wojownik Sematów zeskoczył z końskiego grzbietu i stanął 

przed grupką Kiowa.

-  Witajcie.   Domyślam   się,   że   moi   kuzyni   pragną   próbą   Dymnego   Konia   uzyskać 

wierzchowce,   bo   inaczej   nie   trudziliby   się   niepotrzebnie   marszem   przez   Zielone   Pola. 

Zbliżają się wielkie łowy, a tylko ten zdobędzie wiele mięsa i skór bizonich, kto będzie miał 

dobrego konia.

- Nasz brat powiedział prawdę - odrzekł Czarny Kruk.

- Niech moi bracia udadzą się za mną - rozkazał Kio-wa-Apacz. Jednym skokiem 

znalazł się na grzbiecie mustanga i wolnym kłusem skierował się w stronę, gdzie widocznie 

znajdowała   się  wioska   jego   plemienia.  Wędrujący  Niedźwiedź   i  jego   sześciu   towarzyszy 

biegło za nim „psim truchtem”.

Wkrótce pokonali ostatnie wzniesienia i ujrzeli tuż nad brzegiem rzeki tipi swoich 

kuzynów.

Mieszkańcy wioski dostrzegli ich z daleka i zebrali się na krańcu obozowiska, a na 

powitanie gości popędzili na swych koniach młodzi chłopcy, ścigani przez sforę psów.

Wśród radosnych okrzyków i psich poszczekiwań cała gromadka nowo przybyłych 

background image

udała się przed namiot wodza - Szybkiego Sokoła (Giakaita).

Giakaita, potężnie zbudowany mężczyzna o siwiejących włosach, ostrych, regularnych 

i przyjemnych rysach twarzy, czekał przed swoim tipi na gości.

Wojownik Sematów zręcznie zeskoczył z konia i w milczeniu stanął po prawej stronie 

wodza, krzyżując ręce na piersi.

Goście zatrzymali się także i, jak zwyczaj nakazywał, czekali, aż starszy pierwszy do 

nich przemówi.

- Witam moich kuzynów. Wzrok mój widzi zmęczenie i kurz, pokrywający wasze 

ciała. Najpierw niech moi kuzyni skorzystają z namiotu potów, a po oczyszczeniu ciała i 

posiłku   spotkamy   się   w   tym   miejscu   i   rozważymy,   w   czym   będziemy   mogli   być   wam 

pomocni. Otsedaba - oznajmił Szybki Sokół.

Ten sam wojownik, który przywiózł ich do wioski, teraz poprowadził zdrożonych 

Kiowów na skraj obozu, gdzie prawie nad samym brzegiem rzeki stało Seidl-ku-toh (tipi 

potów).

Różniło   się   ono   od   innych   namiotów   tym,   że   nie   posiadało   otworu   dymnego,   a 

kształtem   podobne   było   do   przepołowionej   półkuli   i   szczelnie   okryte   natłuszczonymi 

skórami.

Krzątały się koło niego dwie stare kobiety, które w rozpalone ognisko, znajdujące się 

o kilka kroków od wejścia do namiotu, wkładały dość duże okrągłe kamienie. Przy otworze 

wejściowym tipi leżały szczelnie związane bizonie pęcherze pełne wody.

Mężczyźni spokojnie usiedli na trawie, starsi wyjęli krótkie fajki i zajęli się paleniem 

tytoniu. Nie był to święty kinni-kinnick, który przeważnie był mieszanką różnych ziół i kory 

drzew, używany tylko do ceremonialnych fajek.

Po   pierwszych   „dymach”   zaczęły   się   rozmowy   i   opowiadania   o   minionych 

zdarzeniach wojennych i łowieckich. Teraz dopiero goście dowiedzieli się, że ich opiekun jest 

synem wodza i że nazywa się Złamany Cierń. Złamany Cierń mówił: - W czasie, kiedy 

spotkałem moich braci, byłem na zwiadach. Jeden z naszych myśliwych doniósł nam, że 

przypadkowo   natknął   się   na   kilku   wojowników   Tonkawa,   którzy   są   tak   samo   waszymi 

wrogami, jak i naszymi. Śledziłem ich przez dwa Małe Słońca. Byli to tylko myśliwi, którzy 

przypadkowo   zapuścili   się   na   nasze   łowiska,   ale   szybko   się   z   nich   wycofali.  W  drodze 

powrotnej spotkałem moich braci i moje serce wypełnione jest radością, że wreszcie mogłem 

poznać naszych północnych kuzynów.

- Eh, neh, neh, neh, neh! - rozległo się radosne potwierdzenie wojowników Kiowa.

Ale  nim  rozmowa  na  dobre   się  rozkręciła,   jedna  ze   starszych  kobiet  podeszła  do 

background image

wojowników i głosem nie znoszącym sprzeciwu rzekła:

- Najwyższy już czas, aby moi synowie zmyli z ciał preryjny pył!

Mężczyźni bez słowa sprzeciwu podnieśli się z ziemi i przed samym wejściem do 

namiotu potów pozdejmowali z siebie legginy, przepaski biodrowe, mokasyny i jeden po 

drugim zaczęli nago wchodzić do wnętrza tipi.

Kobiety   poczęły   nosić   do   dołka   wykopanego   pośrodku   tipi   rozpalone   kamienie   i 

polewać je wodą. Wytworzyła się gorąca, gęsta para, a ciała siedzących wewnątrz pokryły się 

potem, który usuwał ze skóry nieczystość, a z mięśni zmęczenie.

Odłam Osagów.”Dni.Kobiety wniosły do tipi  potów ostatnie  rozpalone  kamienie  i 

ostatnie pęcherze z wodą, po czym dokładnie zasłoniły otwór wejściowy na zewnątrz, aby 

najmniejsza smużka pary nie wydostała się ze środka.

Po pewnym czasie mężczyźni zlani strugami potu wybiegli z namiotu i wskoczyli do 

zimnej, rzecznej wody. Chłodna woda zmyła lepki pot z ich eiał i przyniosła orzeźwiający 

chłód. Ubrali się z powrotem w swoją skromną odzież i Złamany Cierń podprowadził ich pod 

namiot   swego   ojca,   gdzie   na   gości   czekały   już   przygotowane   połacie   bizoniego   mięsa 

nadzianego na wierzbowe pręty.

Koło ogniska krzątały się dwie kobiety. Jedna, starsza o włosach pokrytych siwizną, 

odziana była w prostą suknię ze skóry jelenia, sięgającą do połowy łydek. Druga, młoda, 

może w wieku Wędrującego Niedźwiedzia, a może o rok, dwa młodsza, miała na sobie długą 

suknię   z   bardzo   delikatnej,   miękkiej   skórki,   ozdobionej   na   dole   i   rękawach   cieniutkimi 

frędzelkami.   Pasek   opinający  jej   talię   uwidaczniał   smukłość   i   gibkość   postaci.   Łydki   jej 

okrywały krótkie, sięgające do kolan legginy haftowane kolcami jeżozwierza, a maleńkie 

stopy okrywały białe mokasyny.

Jej grube, długie, starannie splecione warkocze sięgały do pasa. Co chwilę spoglądała 

na nadchodzących mężczyzn, ale wzrok jej jakby zacieniała mgiełka smutku.

Wędrujący   Niedźwiedź   dyskretnie,   ale   z   zaciekawieniem   przypatrywał   się 

dziewczynie. Zauważył to jednak Złamany Cierń.

- To moja przyrodnia siostra, sierota. Rodzice jej zginęli z ręki niewolnika Tonkawy, 

który potem chytrze wymknął się z naszego obozu, chcąc uniknąć srogiej kary.

Młody Kiowa zmarszczył brwi i zacisnął zęby, aż mięśnie nerwowo zagrały mu na 

szczękach.

Złamany Cierń mówił dalej:

Pojechałem jego śladami i dopadłem go nad Rzeką Bobrów, a jego głowę rzuciłem 

dziewczynie pod stopy. Pomściłem jej rodziców. Jej matka była siostrą mojej matki.

background image

Wędrujący Niedźwiedź jeszcze raz spojrzał na dziewczynę i w milczeniu usiadł przy 

ognisku obok Złamanego Ciernia.

Dziewczyna   zręcznie   rozłożyła   przed   każdym   z   gości   po   dwa   okrągłe   płaty  kory 

brzozowej, a obok łyżki sporządzone z rogów bizonich.

Po   chwili   zjawiła   się   stara   kobieta   o   twarzy   pooranej   zmarszczkami   i   napełniła 

każdemu z Kiowów jeden talerz szpikiem bizonim, drugi zaś pieczenia. Po chwili na znak 

starej dziewczyna umieściła na liściu kukurydzy przed każdym z mężczyzn garść tytoniu 

zmieszanego z wysuszonym nawozem bizonim. Następnie obie kobiety w milczeniu wycofały 

się do namiotu.

Kiedy goście zakończyli posiłek, z tipi wyszedł wódz Giakaita.

Złamany Cierń powstał na widok ojca, a razem z nim podniósł się Czarny Kruk i 

usadowili wodza na honorowym miejscu. Wszyscy milczeli, nie wypadało bowiem, aby ktoś 

z młodszych wiekiem zabrał głos, dopóki wódz Sematów pierwszy się nie odezwie.

- Słyszałem, że syn mojej siostry od najmłodszych lat jest roztropnym młodzieńcem i 

dzielnie   się   spisuje   -   zwrócił   się   Giakaita   do   Wędrującego   Niedźwiedzia.   -   Moje   serce 

wypełnione jest radością, że moja siostra urodziła tak wspaniałego następcę naszych rodów. 

Do moich uszu dotarło to, że Mas-gwa-ah-Sid jest także wspaniałym strzelcem. Szczęśliwi 

być muszą Wojenna Lanca i Mała Chmura, mając takiego syna.

Chłopiec słuchając tych słów, poczerwieniał z radości.

- Jutro, kiedy słońce uśmiechnie się do połowy, młodzi Samatowie popiszą się przed 

wami   umiejętnościami   ujeżdżania   koni,   a   syn   mojej   siostry   popisze   się   zręcznością   we 

władaniu łukiem, jaka przystoi przyszłemu wojownikowi. A Orle Żebro, który go podobno 

nigdy nie opuszcza, pomoże swemu bratu.

Chłopcy zdumieli się, skąd wódz wiedział tyle o nich.

-   Po   próbach   sprawnościowych   rozpoczniemy   ceremonię   „Dymnego   Konia”   - 

powiedział na zakończenie Giakaita.

Po   chwili   milczenia   zabrali   głos   inni   wojownicy,   ożyły  wspomnienia   myśliwskie, 

opowieści   o   mężnych   czynach,   wesołe   i   śmieszne   przygody,   które   prawie   codziennie 

spotykały mieszkańców prerii.

Późnym   wieczorem   wszyscy   rozeszli   się   do   przeznaczonych   im   tipi   na   nocny 

odpoczynek. Tuż przed wschodem słońca głuchy, rytmiczny głos bębna obudził śpiących. To 

obwoływacz   zawiadamiał   wszystkich,   że   nim   słońce   ukaże   się   w   całej   krasie,   młodzież 

wykaże się swoją zręcznością i sprawnością.

Nim słońce uśmiechnęło się do połowy, prawie cała ludność wioski zebrała się na 

background image

wolnej przestrzeni, tuż za namiotami.

Młodzież Sematów, już nie chłopcy, a jeszcze nie mężczyźni, ustawili się w jednej 

linii, jeden obok drugiego. Swoje konie trzymali za grzywy, stojąc obok nich. Daleko z tyłu za 

ich plecami rozwieszono skóry bizonie” służące jako cel.

Wędrujący Niedźwiedź stał oparty o drzewo bawełnicy, a u jego stóp przykucnął Orle 

Żebro. Bacznie obserwowali przygotowania do zawodów, śledzili w milczeniu wszystko, co 

się działo wokół, chociaż bardziej interesowały ich konie niż młodzieńcy, którzy za chwilę 

mieli ich dosiąść.

Na znak dany przez wodza obrzędowego - Dwa Palce młodzi Sematowie pognali 

swoje wierzchowce i biegnąc obok nich, odbijali się sprężyście od ziemi i okrakiem dosiadali 

pędzących rumaków. Galopowali teraz do miejsca, gdzie sterczały wbite w ziemię dzidy. Nie 

zwalniając mijali lance, gwałtownie zawracali i w szalonym powrotnym galopie wyrywali 

broń z ziemi, następnie pędzili w stronę rozpiętych skór, ciskając w nie zdobytymi dzidami. 

Dziurawili cele prawie jednocześnie i z zadziwiającą precyzją. Trudno było wyłuskać spośród 

znakomitych   zawodników   zwycięzcę,   ale   rada   starszych   przyznała   zwycięstwo 

osiemnastoletniemu   chłopcu,   który   w   ostatniej   bitwie   z   Ton-kawami   stracił   ojca   i   teraz 

samodzielnie opiekował się matką i młodszą siostrą.

Wtem   na   środek   placu   wjechał   na   czarnym,   usianym   białymi   plamkami   koniu 

Złamany   Cierń.   Wyglądał   wyjątkowo   dostojnie;   do   połowy   rozebrany,   tylko   w   pięknie 

wyszywanych legginach i w białej skórzanej przepasce biodrowej, z włosami związanymi w 

gruby kok, w którym tkwiło pojedyncze orle pióro.

Oczy  wszystkich   zebranych   zwróciły  się   na   niego.   Jego   ruchy   były  pewne,   ale   i 

swobodne. Złamany Cierń zsiadł z konia, wyciągnął zza paska nóż o ostrzu z krzemienia, 

wetknął go w piasek tak, że wystawała tylko połowa rękojeści. Znaczącym gestem wskazał go 

widzom. Wszyscy przyglądali mu się z dużą uwagą. Złamany Cierń delikatnie ściągnął konia 

rzemieniem przywiązanym do dolnej szczęki wierzchowca, lekko wskoczył na jego grzbiet i 

odjechał kilka kroków. Naraz zrobił gwałtowny obrót i popuścił cugli. Koń ruszył galopem. 

Jeździec   zsunął   się   na   bok   konia,   sięgając   prawie   ziemi   piórem   wetkniętym   we   włosy. 

Wydawało się, że palcami musnął rękojeść noża, jednak chybił o włos, mimo to widzom 

bardzo podobały się jego popisy.

Wtem nie wiadomo skąd ukazała się śliczna dziewczyna na srokatym koniu. Zbliżała 

się szybko w tumanie kurzu wzbitym w powietrze przez konia Złamanego Ciernia. Pędziła o 

wiele   szybciej   niż   on,   utrzymując   rumaka   w   równym,   długim   galopie.   Przechyliła   się, 

wyciągając ramię niemal na całą długość. Włosy opadły jej na dół dotykając ziemi, plecy 

background image

wygięła w łuk, kolanami mocniej obejmując konia. Nagle wyrzuciła prawe ramię w dół, po 

czym błyskawicznie uniosła wysoko nad głową, pewnie trzymając w dłoni nóż.

Siedziała teraz prosto. Koń nawet nie zgubił rytmu. Kiedy przejeżdżała koło drzewa 

bawełnicy, pod którym stał Wędrujący Niedźwiedź, jej ramię wysunęło się do przodu jak 

strzała wypuszczona z łuku i nóż utkwił w pniu tuż nad głową Niedźwiedzia. Młody Kiowa 

nie unosząc głowy, sięgnął po sterczący nad nim nóż, delikatnie wyciągnął go z pnia i zatknął 

za swój skórzany pas. W tym czasie dziewczyna zniknęła między namiotami.

Naraz rozległ się świst gwizdków wojennych i głośne skandowanie:

- I-sha-wi! I-sha-wi! I-sha-wi! (Nocny Kwiat!)

W ten to sposób Wędrujący Niedźwiedź poznał imię przybranej siostry Złamanego 

Ciernia. Nie zdążył jeszcze ochłonąć oczarowany pięknością i zwinnością Nocnego Kwiatu, 

gdy znowu rozległy się głosy piszczałek i bębnów. Na środek placu wjechał teraz na koniu 

stary   człowiek.   Smukłość   kończyn   mustanga,   jego   temperament   i   sprawność,   jego   mały, 

okrągły, zwarty i sprężysty zad, lekko uniesiony ogon wzbudzały ogólny podziw. Koń przez 

cały czas tańczył w miejscu w rytm oszalałego grzmotu bębna. Wydawało się, że wspaniałe 

zwierzę za chwilę zerwie się do szalonego biegu.

Niespodziewanie grzmot bębnów nagle ucichł i zapanowała taka cisza, że słychać 

było bicie własnego serca. Do stojącego teraz nieruchomo konia zbliżył się wódz obrzędowy - 

Dwa Palce i posypał drobno pokrojoną trawę na głowę konia i śpiewnym głosem zwrócił się 

do zebranych:

- O, mężczyźni Kiowa-Kwuda, którzy przyszliście po konie, miejcie uszy otwarte na 

moje słowa i niech zamieszkają one na zawsze w waszej duszy. Dostaniecie rumaki, które w 

przyszłości będziecie poganiać batami, które wkrótce już poznają wasze rzemienne pętle na 

karku, które nieraz będziecie bez wytchnienia poganiać, albowiem chyżość ich nóg nieraz 

uratuje wam życie i które zawsze będą narażone na ciosy bizonich rogów w czasie wielkich 

łowów. Zwiążecie wasze życie na zawsze z koniem. Dlatego teraz w tym miejscu niechaj one 

zobaczą, że i wy także jesteście gotowi przyjąć część tych razów, które później im będą 

przeznaczone. Tak jak wasze konie, które nigdy się wam nie poskarżą, tak i wy przyjmijcie 

obrzęd „Dymnego Konia” bez leku i skargi. Powiedziałem.

Po tych słowach na środek placu wyszło siedmiu Indian Kiowa i usiedli na ziemi ze 

skrzyżowanymi   nogami,   tworząc   dość   duży   krąg.   Usiedli   twarzami   do   wnętrza   koła, 

wystawiając na zewnątrz gołe plecy. Każdy z nich otrzymał małą fajkę napełnioną dziko 

rosnącym tytoniem zmieszanym z bizonim nawozem. Fajki te trzymali w zębach, nie wolno 

było podtrzymywać ich rękami. Dłonie oparli na skrzyżowanych nogach.

background image

Dwa Palce podchodził do każdego z siedzących i zapalonym prętem podawał ogień do 

fajki. Kiedy nad siedzącymi poczęła unosić się pukwana - dym, wódz obrzędowy uniósł do 

góry ramię. Na ten znak spomiędzy namiotów wyjechał wojownik na koniu o maści jak 

piasek pustyni, białej grzywie i ogonie.

- Piękny - pomyślał Wędrujący Niedźwiedź. Jeździec trzymał w prawej ręce krótki bat 

z trzema rzemieniami, służący do poganiania koni. W lewej dłoni dzierżył lancę przybraną 

orlimi piórami. Koniem kierował naciskając go kolanami i łydkami.

Objechał powoli siedzących w kręgu mężczyzn, dokładnie im się przyglądając. Przy 

następnym   okrążeniu   puścił   konia   spokojnym   galopem.   Zaciskał   pierścień   okrążeń   coraz 

bliżej siedzących. Obserwując go z daleka, miało się wrażenie, że wystarczy jakiś nieostrożny 

manewr,   a   jeździec   wpadnie   na   spokojnie   palących   tytoń.   Wystarczyło   także,   aby   nieco 

przechylił   się   w   prawo,   a   dłonią   mógł   przejechać   po   plecach   siedzących   nieruchomo 

wojowników.

Wtem jeździec uniósł ramię uzbrojone w krótki bat i mijając siedzącego Czarnego 

Kruka zdzielił go rzemieniem przez plecy. Dało się słyszeć głuche plaśnięcie na gołym ciele, 

gdzie   wystąpiły   natychmiast   trzy   czerwone   pręgi.   Mimo   że   cios   był   niespodziewany, 

wojownik ani drgnął i nadal pykał spokojnie fajkę.

Następne okrążenie i znowu cios, znowu okrążenie i cios. Dalsze razy przecinały 

poprzednie   nabrzmiałe   ślady   bata.   Po   plecach   Czarnego   Kruka   płynęła   krew,   ale   fajka 

trzymana w zębach wojownika ani drgnęła.

Cztery razy wojownik Sematów objeżdżał siedzących i cztery razy bat spadał na plecy 

Czarnego Kruka.

Zatrzymawszy   wreszcie   konia,   popatrzył   w   milczeniu   na   plecy   nadal   siedzącego 

spokojnie Indianina, wzniósł dzidę w górę i odjechał kawałek od siedzących w kręgu. Z 

rozmachem wbił oszczep w ziemię i zaczął krążyć wokół niego lekkim kłusem.

Teraz dopiero Czarny Kruk powstał, wyjął fajkę z ust i zbliżył się do zataczającego 

koła jeźdźca.

Semat   zatrzymał   konia.   Czarny   Kruk   zaciągnął   się   fajką   i   dmuchnął   dymem   w 

nozdrza konia. Następnie obszedł go dookoła i dotykał kolejno dymiącą fajką nogi, brzucha, 

zadu a na końcu grzbietu końskiego. Teraz dopiero wojownik Sematów zeskoczył z mustanga, 

odebrał fajkę z rąk Czarnego Kruka i gestem nakazał mu dosiąść konia.

Głuchy   łoskot   bębna   przewala   się   jak   grzmot   po   górach.   Koń   kręci   zadem,   bije 

kopytami ziemię, opuszczony przez właściciela nie dopuszcza do siebie obcego, bucha Parą z 

nozdrzy i wodzi wokoło przekrwionymi oczami. W 9rzywę ma wplecione orle pióra i kępki 

background image

zielonej trawy. Zarzucona na grzbiet biała skóra wilcza przymocowana jest rzemieniem, który 

opasuje jego tułów. Ramiona Czarnego Kruka są naprężone - pragnie poskromić żywiołową 

siłę, dziką wolę i opór konia.

Delikatnie podchodzi do mustanga. Rzemień przywiązany do dolnej szczęki konia 

cały czas jest naprężony. Bębny grzmią bez przerwy. Czarny Kruk wyciąga powoli ramię w 

stronę konia, z jego ust wydobywa się cichutkie i spokojne: hrr, hrr, hrr. Koń na moment 

uspokoił   się   i   to   wystarczyło,   żeby   wojownik   niczym   płowa   puma   znalazł   się   na   jego 

grzbiecie.

Koń zadrżał, chciał odbić się wszystkimi czterema nogami od ziemi, wygiąć grzbiet w 

pałąk, gwałtownym zwrotem zrzucić z siebie obcego, ale zaniechał oporu. Łeb ściągnięty aż 

do piersi, uścisk nóg, dały mu do zrozumienia, że próżny byłby to wysiłek. Zrozumiał, że 

człowiek   który   siedzi   teraz   na   jego   grzbiecie,   jest   równie   wspaniałym   jeźdźcem,   jak 

poprzedni jego właściciel. Tylko drżenie skóry przebiegło po jego grzbiecie od łba do ogona i 

żałosne rżenie wmieszało się w głos bębnów. Koń zmienił właściciela.

Kolejno z wioski wyjeżdżali inni wojownicy Sematów, a każdy z nich wybierał sobie 

wojownika  Kwudę  i powtarzał  ceremonię.  Na  końcu w  kręgu pozostali  tylko  Wędrujący 

Niedźwiedź i Orle Żebro.

Spomiędzy namiotów wypadło dwóch wojowników na koniach. Jeden z rumaków był 

ciemny,   o   jasnym   zadzie   upstrzonym   ciemnymi   plamami.   Natomiast   drugi   był   czarny   o 

skórze jakby pokrytej płatkami śniegu. Obydwa konie miały białe rogówki oka, a na kopytach 

białe pręgi. Były tak piękne, że chłopcom zaiskrzyły się oczy na ich widok.

Jednego z wierzchowców dosiadał Złamany Cierń, drugiego jego przyjaciel, nie znany 

bliżej chłopcom młodzieniec, zwany Bezręki.

Już po pierwszym okrążeniu Wędrujący Niedźwiedź poczuł rzemienie na plecach, 

które   wcięły   się   w   jego   skórę   jak   trzy  ostrza   noży.   Spojrzał   w   oczy  swego   przyjaciela, 

siedzącego naprzeciwko. Orle Żebro nawet nie przymrużył  powiek, chociaż otrzymał już 

drugi   cios.   Po   następnym   uderzeniu   krew   zaczęła   mu   spływać   po   plecach.   Jeszcze   dwa 

chlaśnięcia batem. Ostatniego nawet nie odczuł, lecz gdy podnosił się z ziemi, aby podążyć 

do   krążącego   wokół   lancy   Złamanego   Ciernia,   odniósł   wrażenie,   że   pęka   mu   skóra   na 

opuchniętych plecach. Stłumił w sobie ból, nie dając najmniejszym grymasem poznać, jak 

cierpi.

Po zakończeniu ceremonii Złamany Cierń z uśmiechem oddał mu konia.

Wędrujący   Niedźwiedź   i   Orle   Żebro   juz   na   swoich   koniach   podjechali   do   tłumu 

zebranych Sematów. Powitały ich okrzyki wojenne i wysoki, przeraźliwy świst kościanych 

background image

gwizdków. Dzielność i męstwo umiano docenić.Kobiety przyniosły w glinianych miseczkach 

roztopiony   tłuszcz   niedźwiedzi,   który   oczyszcza   z   kurzu   i   zmiękcza   skórę.   Delikatnie   i 

zręcznie nasmarowały obrażenia na plecach mężczyzn, a gdy tłuszcz wsiąkł w ciało, posypały 

rany wysuszonymi i roztartymi na proszek ziołami, które koiły ból i zasklepiały skaleczenia.

Na drugi dzień rano Mas-gwa-ah-Sid przed opuszczeniem gościnnej wioski dał pokaz 

swoich umiejętności strzeleckich.

Gnając na swym nowym koniu, strzelał z łuku do wyrzucanych na różną wysokość 

tykw   wielkości   końskiego   kopyta.   Orle   Żebro,   pędząc   obok   niego,   starał   się   utrudnić 

przyjacielowi trafienie do celu. Tykwy wyrzucane jego ręką szybowały w różnych kierunkach 

i   na   różną   wysokość.   Jednakże   strzały   jego   przyjaciela   zawsze   więzły   w   celu,   chociaż 

niekiedy tykwy znajdowały się tuż, tuż nad ziemią.

- Eh, neh, neh, neh, neh! - Za każdym udanym strzałem powtarzał Giakaita, a wokół 

rozlegały się okrzyki wojenne Sematów i świsty kościanych gwizdków.

Gdy już wszyscy Kiowa siedzieli na koniach, podszedł do nich Giakaita i zwracając 

się do odjeżdżających rzekł:

-   Serce   moje   wypełnione   jest   radością,   że   moi   kuzyni   okazali   się   dzielnymi 

mężczyznami. Moi bracia udowodnili, że stanowią cząstkę otaczającej nas natury, tak jak 

biały wilk, bizon, szary niedźwiedź czy kury prerii. Ich dusze związane są z tym wszystkim, 

co ich otacza i chociaż teraz tu na ziemi polujemy na naszych preryjnych braci, to po drugiej 

stronie Piaskowych Wzgórz, gdy nasze dusze spotkają się z duszami pokonanych, ocenią oni 

nasze męstwo i sprawiedliwość, a zwycięzcy i pokonani zostaną braćmi. Otsedaba!

Wędrujący Niedźwiedź słuchając wodza, dyskretnie rozglądał się, czy może gdzieś 

między tipi ujrzy tę, która głęboko zapadła mu w serce. Ale na próżno błądził wzrokiem, 

dziewczyny nigdzie nie dostrzegł.

Jeźdźcy zawrócili swoje nowo nabyte konie i powoli, z godnością, zaczęli oddalać się 

od wioski Sematów. Zdążali na północ, ale nim ujechali dwie długości biegu konia, dogonił 

ich Złamany Cierń.

- Przed chwilą wrócili nasi zwiadowcy. Niechaj moi bracia mają się na baczności, a 

ich uszy i oczy niech będą otwarte w dzień i w nocy. Wojownicy Osagów połączyli swoje siły, 

zwiadowcy nasi zauważyli między nimi nawet paru wojowników Ouapaw. Może tylko udają 

się wspólnie na wielkie łowy, niewykluczone jednak, że coś niedobrego knują, dlatego niech 

moi bracia będą ostrożni.

Pożegnali  go znakiem przyjaźni,  unosząc otwartą dłoń do góry i  ruszyli  jeden za 

drugim długim szeregiem. W razie pościgu lub ataku z boku w takim szyku łatwiej było 

background image

jeźdźcom rozsypać się na wszystkie strony. Podczas bitwy wystarczył jeden krótki zwrot w 

prawo lub w lewo i wojownicy stawali kolumną gotową do boju.

Jechali ostrożnie w pewnej odległości pd siebie. Raz po raz spod końskich kopyt 

umykały spłoszone króliki, kojoty. Spotykali także chmary preryjnych gołębi. Natknęli się 

również na starego, samotnego bizona, którego widocznie młode byki przegnały ze stada. 

Szary od kurzu pasł się spokojnie w parowie, który właśnie mijali. Góry i skały na horyzoncie 

raz się zbliżały, to znowu oddalały, ukazując czasami swoje dalekie, ośnieżone szczyty, od 

których ciągnęło chłodem, gdy czasami powiał z tamtej strony mocniejszy wiatr.

Dojechali już do Rzeki Bobrów, nad którą Złamany Cierń rozprawił się z Tonkawą-

zabójcą,   gdy   nagle   zauważyli   za   sobą   obłok   kurzu.   Przystanęli   w   gotowości   bojowej, 

przygotowali łuki, dzidy i czekali. Z tumanu pyłu najpierw wynurzył się srokaty koń i prawie 

leżąca na jego grzbiecie postać. Wszyscy poznali jeźdźca. Była to I-sha-wi, której  przed 

opuszczeniem wioski Kiowa-Apaczów na próżno tak wypatrywał Wędrujący Niedźwiedź.

Pędziła galopem wzdłuż szeregu, a jej rozpuszczone włosy wyglądały, jakby nieznana 

ręka płasko rozłożyła je na wietrze. Był to dziwny, zapierający dech widok, coś co może 

budzić wiarę, ze człowiek i przyroda stanowią całość.

Zwolniła   nieco   przy  Wędrującym   Niedźwiedziu   i   w   jednej   chwili   rzuciła   w   jego 

stronę   jakieś   zawiniątko,   które   młody   człowiek   natychmiast   chwycił   w   locie.   Nim   się 

zorientował, co to jest, dziewczyna zawróciła konia i zniknęła mu z oczu okryta tumanem 

kurzu.

Chłopak odwinął skórę. Wewnątrz znajdowały się białe, cudownie wyszyte kolcami 

jeżozwierza mokasyny. Patrzył na nie przez chwilę w zamyśleniu, aż głos Czarnego Kruka 

przywrócił go do rzeczywistości:

-   Nocny   Kwiat   czekać   będzie   na   ciebie,   aż   staniesz   się   mężczyzną   -   rzekł   z 

uśmiechem.

Jej nagły, bez słowa, odjazd zasmucił Wędrującego Niedźwiedzia, ale jednocześnie 

myśl   o   dziewczynie   utwierdziła   go   w   postanowieniu,   że   już   następnej   wiosny   uprosi 

stowarzyszenie   Kai-tsen-ko,   aby   dopuścili   go   do   Świętego   Tańca   Słońca.   Urok   i   czar 

dziewczyny pomogły mu zrozumieć, co to znaczy być mężczyzną. Sam nie wiedział, kiedy 

jego duch zaczął krążyć ponad nim i odpłynął wraz z Nocnym Kwiatem gdzieś w dal, na 

bezkresną, zalana słońcem równinę.

Później   słońce   wywędrowało   wysoko,   wysoko,   powietrze   zrobiło   się   ciężkie   i 

duszące. Światło jeszcze nie nabrało jednolitej matowości, ale obok nich” na trawie stało się 

prawie złote, niekiedy jego promienie załamywały się i spadały na mijane przez jeźdźców 

background image

konary rzadkich drzew pekanowych i kolczaste krzaki qua-hei-peip, wreszcie rozlewało się 

jasnymi plamami na trawie i ziemi. Jeden z jeźdźców zauważył, jak zbudzona ze snu sowa 

preriowa   o   grzbiecie   czerwono-brunatno-szarym   z   zaokrąglonymi   białymi   plamkami, 

śmignęła mu prawie spod kopyt końskich i poleciała w cień drzewa, gdzie usiadła na jednej z 

gałęzi cała błyszcząca, w cętkowanym świetle.

Świt zastał Kiowów w pobliżu rodzinnej wioski. Zatrzymali się, aby pozwolić koniom 

nieco   odpocząć,   sami   zaś   wykąpali   się   w   strumieniu   nie   opodal   i   natarli   ciała   pachnącą 

szałwią. Nad doliną przelatywały gęsi. Było ich bardzo wiele, a rozgęgane klucze ciągnęły się 

aż po daleki kres płaskiego nieba.

- Gęsi zapowiadają przybycie kadl-hia (bizonów) - rzekł do Niedźwiedzia Orle Żebro.

Wędrujący Niedźwiedź skierował twarz ku górze. Gdy zamknął oczy, na moment jego 

dusza uniosła się nad rozległymi łąkami i parowami, w których lśniły oczka jezior. Naraz 

samotność jego duszy stopiła się w szalonej sile Wielkiego Bizona. Zaśpiewał z głębi swego 

serca głosem, który brzmiał, jak wołanie polującego wilka.

Jeszcze   przez   chwilę   siedział   nieruchomo   na   swoim   koniu,   jak   gdyby   czekał   na 

powrót swojej duszy. Potem zwinnie zeskoczył z grzbietu wierzchowca, zerwał garść ostrej 

trawy, wprowadził konia do strumienia i dokładnie zmył z jego sierści brud i pył.

Kiedy rumak wysechł, wziął od starszych towarzyszy bizoni róg z czerwoną farbą i na 

obydwu stronach końskiego zadu namalował swój znak własności. Było to czerwone koło z 

łapą niedźwiedzia w środku.

Umyci   i   odświeżeni,   oznaczywszy   swoje   mustangi,   galopem   puścili   się   w   stronę 

rodzinnego obozowiska. Wstrzymali konie tuż przed pierwszymi namiotami. Natychmiast 

otoczyły ich dzieci i kobiety, nawet zwykle samotny Pahao przybiegł z innymi psami powitać 

swojego opiekuna.

Mężczyźni w milczeniu stali na placu narad, zaś nieco wysunięty do przodu oczekiwał 

na powracających wódz szczepu. Skaleczona Twarz.

Siedmiu młodych mężczyzn podjechało do wodza.

- Oto są konie, których nam brakowało - oznajmił z dumą Czarny Kruk.

- Między nimi są cztery klacze i trzy ogiery. Kuzyni z ludu Sematów mają hojne serca 

- dodał.

Skaleczona Twarz dokładnie obejrzał konie, spojrzał przelotnie na pokaleczone plecy 

chłopców i dał znak, że mogą się udać do swoich tipi.

Kau-at-ciny   i   Huan-tos   czekali   juz   na   swojego   syna   przed   namiotem.   Matka   nie 

potrafiła   ukryć   radości   i   dumy.   Ojciec   zachował   więcej   powściągliwości   na   widok   syna, 

background image

dokładnie go obejrzał i przesunął palcami po jego plecach, następnie zaś podszedł do konia.

Najpierw   zajrzał   mu   w   zęby,   obmacał   pęciny,   grzbiet   i   pogłaskał   po   nozdrzach. 

Najdłużej   marudził   przy   kopytach,   które   dokładnie   oglądał,   naciskał.   W   końcu   dłonią 

przejechał po jego karku i rzekł:

- Eh, neh, neh, neh, neh - młoda i zdrowa klacz. Wędrujący Niedźwiedź uśmiechnął 

się i wraz z matką wszedł do tipi.

- Inahu (matko), Szybki Sokół przysyła ci pozdrowienia.

- Jak się czuje mój brat? - zapytała Kau-at-ciny.

- Jest zdrowy i cieszy się wielkim szacunkiem swego ludu. Jego syn, mimo że jest o 

wiele Wielkich Słońc starszy ode mnie, stał się moim przyjacielem. To on właśnie podarował 

mi swoją klacz, sprawdzając moją wytrzymałość na ból podczas obrzędu „Dymnego Konia”.

- Twoja Inahu jest zadowolona, że jej syn okazał się dzielny i mógł to ocenić jej brat, 

Giakaita. Odpocznij teraz, ja zaś zaraz zajmę się twoimi plecami.

- Mam naczynie ze świętej gliny, a w nim zioła rozpuszczone w tłuszczu bobrowym. 

Po trzech Małych Słońcach mój syn będzie zdrowy - rzekła matka.

Nadszedł Księżyc Opadających Liści.

Daleko w pferie udało się pięciu tropicieli w poszukiwaniu stada bizonów. Kiowom 

potrzebne było mięso i skóry na długi okres zimowy. Po udanych łowach całe plemię miało 

przenieść   się   do   osady   zimowej,   która   znajdowała   się   w   Dolinie   Rwącej   Rzeki.   Tam 

znajdowały się cieplejsze domy usypane z ziemi, w których można było przetrwać mroźne 

miesiące. Kiowowie wędrując ongiś z Czarnych Gór na Dolne Prerie napotykali po drodze 

przeróżnego   kształtu   i   wielkości   ziemianki   u   ludów   Mandatów,   Hidatsa,   Ponca,   Omaha, 

Pawnee   -   czy   Osagów.   Szczep   Wędrującego   Niedźwiedzia   odnalazł   na   swoich   nowych 

terenach opuszczone domy z ziemi, które nie wiadomo komu do niedawna służyły, albowiem 

po ich poprzednich mieszkańcach nie pozostało ani śladu. Z czasem Kiowowie przełamując 

tradycyjne nawyki swoich współplemieńców chętnie spędzali tu zimy.

Po sześciu dniach tropiciele powrócili, a przygnębienie i zmęczenie wyzierało z ich 

twarzy. Podjechali pod tipi wodza i wbili w ziemię dzidy na znak, że nie wypatrzyli żadnego 

stada ani nawet pojedynczego kadl-hia.

- Gdy miną dwa Małe Słońca, moi bracia udadzą się z powrotem na szlak. Przedtem 

Matka Bizonów rozpocznie taniec, prosząc Wielkiego Twórcę, aby porozmawiał z Matką 

Ziemią, by uwolniła ze swego ciała duchy bizonów i przestała się na nas gniewać. Taniec 

będzie trwał tak długo, aż złagodnieje gniew Matki Ziemi, a tropiciele znajdą stado bizonów.

W dwa dni później na Matkę Bizonów wybrano kobietę najbardziej doświadczoną w 

background image

wyprawianiu skór upolowanych zwierząt. Myśliwi w tym czasie przygotowywali konie, broń, 

skóry bizonie i wilcze, czekając w pogotowiu na sygnał rozpoczęcia łowów.

Matka   Bizonów   rozpoczęła   taniec   w   specjalnej   masce   obrzędowej,   wykonanej   z 

głowy bizona.

Rozległo się bicie w bębny i śpiewy przy odgłosie grzechotek. Do tańczącej Matki 

Bizonów dołączyło dwunastu mężczyzn z rogatymi łbami ha głowach i zwisającą na plecy 

skórą bizonów z przyczepionymi do nich ogonami.

Widzowie otaczający tańczących śpiewali pieśni myśliwskie i przytupywali do taktu. 

Gdy któryś z tancerzy zmęczony wyczerpującym tańcem zginał się w pół, dłońmi prawie 

dotykając ziemi, wtedy jeden z widzów wypuszczał z łuku w jego kierunku tępą strzałę. 

Tancerz-Bizon padał, a kobiety wyciągały go poza krąg tancerzy i udawały, że ściągają z 

niego   skórę   i   ćwiartują.   „Zabitego   bizona”   zastępował   nowy   tancerz   i   taniec   trwał   bez 

przerwy  dzień   i   noc,   dzień   i   noc.   Pod   koniec   czwartego   dnia   zauważono   na   horyzoncie 

sygnały dymne, mówiące, że kadl-hia nadeszły.

- Matka Ziemia wypuściła stada bizonów! - krzyczały kobiety.

Myśliwi wyruszyli na łowy. Każdy z nich miał strzały do łuku i dzidy indywidualnie 

oznakowane odpowiednimi kolorami nałożonymi wokół drzewca dzid i strzał.

Znaki takie z góry uniemożliwiały wszelkie spory, co do tego, kto zabił określoną 

sztukę   i   jest   jej   właścicielem.   Ponadto   pomagały   kobietom   w   zlokalizowaniu   miejsca 

zdobyczy swego męża, syna, czy brata.

Myśliwym przewodził doświadczony wódz stowarzyszenia myśliwskiego Zerwanych 

Cięciw - Guipagho (Samotny Wilk).

On to wyznaczył najpierw strażników, aby pilnowali zbyt porywczych młodzieńców, 

którzy mogliby swoją zapalczywością przedwcześnie wystraszyć bizony.

Na   samym   początku   łowów   zezwolono   podkraść   się   do   stada   najpierw   starszym 

mężczyznom, mniej już sprawnym i odpornym na trudy polowania.

Mieli oni głowy i plecy okryte futrami białych wilków. Wilcze paszcze sterczały im 

nad czołami, przykrywając długie ciemne włosy opadające na ramiona.

Myśliwi ci czołgając się, ostrożnie podchodzili pod stado tak blisko, jak było to tylko 

możliwe. Bizony nie zwracały na nich zbytniej uwagi, gdyż stadu zawsze towarzyszyły wilki 

i kojoty. Spokojnie wybierali odpowiednie byki lub niecielne krowy. Strzelali tylko do tych, 

które były odwrócone do nich lewą stroną ciała. Celna, mocno wypuszczona z łuku strzała, 

dosięgała bezpośrednio serca i trafiona sztuka padała na miejscu. Wiedzieli dobrze starzy, 

doświadczeni   łowcy,   że   padający   bizon   nie   spłoszy   stada   i   nie   zakłóci   swym   upadkiem 

background image

spokoju pasących się bizonów.

Po upolowaniu odpowiedniej liczby zwierząt starzy myśliwi wycofywali się, ustępując 

miejsca młodym i silnym. Ci, leżąc na grzbiecie i karku końskim z narzuconą na siebie skórą 

bizonia,   podobni   byli   do   spokojnie   pasących   się   zwierząt.   Młodzi   wojownicy   z   wolna 

okrążyli nic nie podejrzewające stado i dopiero na znak Samotnego Wilka zrzucili z siebie 

skóry upodabniające ich do pasących się bizonów. Zaczęli teraz wymachiwać nimi i wydawać 

głośne okrzyki. Spłoszone stado rzuciło się do szaleńczej ucieczki. O to właśnie chodziło 

młodym,   zapalczywym   myśliwym.   Mogli   się   teraz   wykazać   odwagą,   sprawnością   oraz 

popisać umiejętnościami jeździeckimi. Niektórzy galopem wpadali w środek stada i gnając 

razem z bizonami wybierali odpowiednie sztuki, rażąc je strzałami z łuku lub straszliwymi 

ciosami krótkich dzid.

Ten sposób polowania dostarczał wprawdzie myśliwemu wielu emocji, lecz groziło 

mu też wielkie niebezpieczeństwo, ponieważ koń gnający w środku stada narażony był na 

rozprucie brzucha rogiem bizonim czy złamanie nogi w jakiejś norze ziemnych piesków. 

Oślepiony kurzem mógł także nieznacznie zboczyć i wtedy tratowało go oszalałe stado, a 

upadek konia oznaczał również śmierć myśliwego pod racicami bizonów.

Wędrujący Niedźwiedź i Orle Żebro spisywali się wspaniale. Każdy z nich upolował 

po pięć młodych byków, a ich konie okazały się świetnie przygotowane do tego rodzaju 

polowań.

Spoceni, oblepieni kurzem i zmęczeni myśliwi zaprzestali dalszej pogoni za bizonami. 

Bardzo zadowoleni byli z nich również doświadczeni myśliwi ze stowarzyszenia Zerwanych 

Cięciw.

Obaj   młodzieńcy   jako   najmłodsi   z   łowców   po   krótkim   odpoczynku   udali   się   do 

wioski,   aby   powiadomić   kobiety   o   udanym   polowaniu.   Swoje   ciała   pomalowali   krwią 

bizonia, aby każdy, kto napotka ich w obozie, wiedział o udanych wielkich łowach.

Po zakończeniu i przeliczeniu strzał okazało się, że najwięcej bizonów ubił dawny 

wojownik Pawnee - Meka-sto (Czerwony Kruk) i jego przyjaciel, Tarcza Niedźwiedzia. Na 

każdego z nich przypadło po osiem byków i kilka młodych krów.

Mekasto,   od   czasu   kiedy   to   został   adoptowany   przez   lud   Kiowa,   zdobył   sobie 

szacunek plemienia, został również szczęśliwym mężem a przed trzema laty ojcem córeczki o 

imieniu Keahdineeah - Spadająca Gwiazda.

Niebawem nadjechały kobiety na koniach ciągnących włóki zwane „travois”. Były to 

długie drewniane tyczki, jednym końcem skrzyżowane nad karkiem mustanga, zaś grubsza 

część tych tyczek wlokła się za koniem po ziemi. Tuż za ogonem końskim żerdzie były 

background image

połączone ze sobą plecionką z łyka lub rzemienia, na którą kobiety najpierw ładowały skóry 

ściągnięte   z   bizonów,   na   nie   zaś   poćwiartowane   mięso.   Połacie   mięsa   należało   starannie 

owinąć skórą, aby podczas przewożenia go do wioski nie zakurzyło się. Skóry i mięso kobiety 

składowały   obok   swoich   tipi,   wbijały   też   znak   własności,   charakterystyczny   dla   każdej 

rodziny. W ten sposób opuszczając obóz po nowy transport żywności, zyskiwały pewność, że 

pozostawione dobro pozostanie nietknięte.

Kobiety w tym okresie miały bardzo ciężką pracę. Nie dość, że musiały oprawić ubitą 

zwierzynę i zwieźć ją do wioski, to później mięso to musiały pociąć na pasy i dokładnie 

wysuszyć w zacienionym, przewiewnym miejscu. Z wybranych połaci mięsa z dodatkiem 

szpiku   kostnego   i   owoców   jarzębiny   lub   wiśni   sporządzały   pemikan,   skóry   należało 

wyprawić,   a   z   rogów   i   kości   zrobić   łyżki   i   inne   narzędzia   potrzebne   w   gospodarstwie 

domowym.

Mimo ciężkiej pracy wśród kobiet panowała wielka radość. Mięsa wystarczy teraz na 

całą zimę i jeszcze wiele można wymienić na kukurydzę z zaprzyjaźnionym plemieniem 

Navajów.

Cieszyły się kobiety również i tym, że w czasie ostatnich łowów, nie zdarzył się żaden 

przykry wypadek. Wszyscy mężczyźni powrócili do wioski cali i zdrowi, toteż żadna rodzina 

nie będzie opłakiwać śmierci męża, brata, czy syna.

Jeszcze   kilkakrotnie   udawali   się   myśliwi   na   polowania,   ale   już   tylko   w   małych 

grupkach, a nawet pojedynczo.

Księżyc Gdy Wilki Chodzą Stadami powitał Kiowów podmuchami wiatru i ciemnymi 

jak dym chmurami. Wiał północny wiatr, który zimnymi podmuchami obwieszczał żyjącej 

prerii, że teraz tylko on będzie tutaj władcą.

Ściągano z drewnianych żerdzi pokrycia tipi i ładowano je na travois. Na skórach tych 

umieszczono cały skromny dobytek i żywność, która musiała starczyć Indianom do wiosny.

Na znak dany przez wodza długa karawana objuczonych koni, na których siedziały 

kobiety (niektóre z małymi  dziećmi umieszczonymi na plecach w specjalnych nosidłach) 

ruszyła na południowy zachód, ku zimowemu osiedlu, które znajdowało się w Dolinie Rwącej 

Rzeki.

Mali   chłopcy   i   dziewczynki   siedzieli   na   załadowanych   travois,   bawiąc   się   i 

przekomarzając. Po bokach długiego pochodu jechali uzbrojeni wojownicy, w każdej chwili 

gotowi stanąć do walki w obronie swojej małej społeczności.

Tropiciele   wysłani   zostali   o   wiele   wcześniej   i   przeczesywali   teraz   okolicę,   aby 

uprzedzić natychmiast o niebezpieczeństwie.

background image

Dziesiątki kopyt końskich rozbijały grudy wyschniętej ziemi, która zamieniała się w 

powolnie   opadający  i   nie   kończący  się   kurz.   Mężczyźni   mimo   chłodu   rozebrani   byli   do 

połowy. Ciała ich natarte tłuszczem błyszczały w bladych promieniach słońca. Bił od nich 

blask   siły   i   zdecydowania.   Ciemnoskórzy   i   ciemnowłosi   wojownicy   wyglądali   dumnie   i 

groźnie, prowadząc ten niemy pochód.

Na pół dzikie psy biegły między ciągniętymi  po ziemi  żerdziami  travois, liżąc  w 

podskokach pyzate buzie dzieci.

W   środku   pochodu   jechała   na   koniu   wlokącym   travois   matka   Wędrującego 

Niedźwiedzia,   który   uzbrojony   w   łuk   i   dzidę   osłaniał   ją   z   lewej   strony   na   wypadek 

niespodziewanego ataku. Po prawej stronie natomiast zapewniał bezpieczeństwo swojej żonie 

Wojenna Lanca.

Był to okres wędrówek całych plemion, szczepów, nawet samotnych rodów, i nigdy 

nie było wiadomo, czy w czasie tych zmian koczowisk nie spotkają się jakieś grupy wrogo 

nastawione do siebie.

Kiowa wędrowali już dwa Małe Słońca, z krótkimi postojami w czasie nocy. Do tej 

pory nie natknęli się na obcych ludzi. Jeszcze tylko jeden dzień wędrówki i poczują się 

bezpieczni, znajdą się w pobliżu terenów penetrowanych przez zaprzyjaźnione z nimi ludy 

Navajo i Jicaril-la-Apaczów.

Mała Chmura spoglądała z dumą na swojego pierworodnego syna. Dumna była  z 

niego, bo i też był dzielnym, rozważnym młodzieńcem. Chwaliła go starszyzna plemienna, w 

przyszłym   roku,   o   ile   przejdzie   chwalebnie   Taniec   Słońca,   miał   być   przyjęty   do   Rady 

Wojennej.

On sam o tym jeszcze nie wiedział. Matczyne serce drżało z żalu, że zbliża się już 

koniec   jego   młodzieńczych   dni,   a   zarazem   duma   wypełniała   jej   serce,   że   przywódcy 

stowarzyszenia   Kai-tsen-ko   zwrócili   na   niego   uwagę   i   pragną   go   widzieć   między 

doświadczonymi wojownikami.

Kau-at-ciny spostrzegła, że obserwowana jest ukradkiem przez syna.

Minęło już wiele, wiele Wielkich Słońc od jej narodzin, lecz niewiele się zmieniła i 

ciągle cieszyła oczy męża pełnymi, krągłymi kształtami. Nigdzie - ani w kącikach oczu, ani 

wokół ust - nie było stwardnień czy zmarszczek. Nadal nosiła się prosto, z dumnie uniesioną 

głową. Promienie delikatnie drżały w jej ciemnych włosach, a jej śniadą skórę na twarzy 

opromieniały radość i zadowolenie. Była piękną kobietą, wspaniałą matką i żoną.

- Nie oszczędzałbym życia w obronie mojej Inahu - pomyślał Mas-gwa-ah-Sid, pognał 

konie bliżej matki i kierowany uczuciem delikatnie dotknął palcami jej twarzy.

background image

Wokół panowała cisza, tylko słaby wiatr wydawał się wielkim niewidocznym ptakiem, 

a   delikatny   szelest   jego   ogromnych   skrzydeł   wprawiał   w   drżenie   wiechcie   traw   i   kępy 

krzewów. Raz po raz unosił ku górze obłoki pyłu, który osiadał na ciałach wojowników.

-  Wszystko,   co   mnie   otacza,   żyje   i   ja   żyję   we   wszystkim   -   pomyślał  Wędrujący 

Niedźwiedź, ogarniając wzrokiem i sercem wszelkie przejawy życia prerii.

Złocista jesień zawładnęła bez reszty Dolnymi Preriami. Pająki opuszczały się jakby z 

samego   nieba   po   lśniących   nitkach   pajęczyny   i   zręcznie   zwijały   ją   kosmatymi   łapkami, 

przebiegając   srebrzystobłękitne   przestrzenie   osnowy.   Niebo   było   jasne   i   zimne.  Trawa   z 

każdym   dniem   stawała   się   coraz   bardziej   złocista,   a   okoliczne   skały   co   rano   okrywał 

srebrzysty nalot szronu. Ryby tkwiły nieruchomo między zatopionymi pniami drzew, ledwie 

poruszając płomienistymi piórami płetw. Słaby wietrzyk unosił lekkie źdźbła traw i rzucał je 

w nurt rzeki oraz między parowy, przecinające tu i ówdzie prerię.

Do silnych przymrozków było jeszcze daleko, ale noce, a zwłaszcza ranki, były już 

chłodne i wojownicy zarzucali wieczorami na swe gołe ciała futra z białych wilków lub derki 

bizonie.

Ostatnie   promienie   słońca   zaglądały  jeźdźcom   w   oczy   i   śmiesznie   wydłużały  ich 

cienie. Jechali wciąż na zachód. Plusk końskich kopyt brzmiał ostro na podmokłym w tej 

okolicy   terenie.   Wieczorami   gwiazdy   migającym   kobiercem   krasiły   ciemniejące   jesienne 

niebo, wirowały, drgały, czasami nawet znikały, aby znowu się pojawić, jakby jaśniejsze i 

bardziej widoczne.

Przez pewien czas kolumna Kiowów brodziła po podmokłym gruncie, potem pięła się 

ku górze, aby po jakimś czasie znowu wjechać w koryto rzeki. Rzeki na preriach są szeroko 

rozlane, ale mało kiedy traffają się głębokie nurty.

Znane wędrowcom gwiazdy błyskały to z przodu to z boku, a droga zdawała się 

ciągnąć bez końca, wirowała, biegła pętlami w górę i w dół. Ochłodziło się. Wokół mokrych 

końskich nóg ulatywała ledwie widoczna w ciemności para. Od czasu do czasu gdzieś w dali 

rozlegało się tęskne wycie kojotów, na które odpowiadały psy towarzyszące karawanie.

Indianie   wreszcie   wjechali   na   twardy   teren   i   ruszyli   szybciej.   Koniom   głośniej 

zaczynała grać śledziona, coraz częściej kopyta uderzały o kamienie. Głośniej też trzeszczały 

i klekotały ciągnięte po ziemi tyczki travois.

Ranki były teraz bardziej chłodne niż jeszcze przed kilkoma tygodniami, zaś gwiazdy 

wolniej gasły. Kiedy jeźdźcy wjechali na szczyt kolejnego Wzgórza, światło od wschodu 

rozjaśniało już prerie. Jakże pięknie wyglądały rozległe równiny przy samej ziemi spowite 

błękitną   mgłą,   a   na   zachodzie   podświetlone   porannym   słońcem   purpurowe   odległe 

background image

wierzchołki ośnieżonych szczytów oraz poniżej nich zielone wzgórza z rudymi plamami.

Wędrujący Niedźwiedź popatrzył z ostatniego wzniesienia przed siebie. Głęboko w 

dole leżała jasno oświetlona słońcem przestronna kotlina. Wśród ciemnorudej i srebrzystej 

trawy lśniła wstęga rzeki. Nad pożółkłymi nizinami dymiły jeszcze mgły. Za szare, wystające 

głazy   chowały   się   siwe   cienie.   W   dali   wznosiły   się   łagodne   wzgórza,   na   ich   płaskich 

szczytach gęstniał ciemny zarys ich kamienistych krawędzi. Rozciągały się one wyraźnym 

półkolem,   z   lewa   i   z   prawa   zamykając   obszerną   kotlinę,   pośrodku   której   stały   okolone 

drewnianą palisadą półokrągłe zimowe siedziby Kiowów. Tu właśnie zmierzała karawana, do 

Doliny Rwącej Rzeki.W dół pognali najpierw tropiciele i kilku młodych wojowników, aby 

zbadać   zimowe   osiedle,   zorientować   się,   czy   w   czasie   nieobecności   właścicieli   ktoś 

niepożądany nie zagościł w ziemnych domostwach.

Zimowa wioska była duża, ogrodzona palisadą z wbitych w ziemię drewnianych pali 

wypłowiałych na deszczu i słońcu i przeplataną prętami wikliny. Palisada ta nie służyła celom 

obronnym, ale skutecznie chroniła przed zawiejami śnieżnymi. W niektórych miejscach była 

uszkodzona i sprawiała wrażenie szczerbatego starca, któremu wiele, wiele przeżytych zim 

przerzedziło uzębienie.

Pośrodku ogromnego, ogrodzonego placu stały przytulone do ziemi kuliste ziemianki 

z   wejściami   umieszczonymi   bardzo   nisko   i   otworem   dymnym   na   samym   szczycie.   Przy 

każdym takim domu znajdowała się zagroda dla koni, nierzadko z daszkiem, ochraniającym 

zwierzęta przed deszczem i śniegiem.

Czas   jednak   zrobił   spustoszenie   w   niektórych   ziemiankach   i   przydomowych 

zagrodach, dużo było więc do naprawy.

Zwiadowcy   na   razie   nie   zwracali   zbytniej   uwagi   na   uszkodzenia,   ostrożnie 

podchodząc   do  ogrodzenia,   za  którym  mógł   czatować   wróg.  Z  gotową  do  strzału  bronią 

zakradli się do pierwszych z brzegu ziemianek. Za nimi ostrożnie skradali się, ubezpieczając z 

tyłu, młodzi wojownicy.

Jeden z tropicieli podszedł do podłużnego tunelu z gałęzi pokrytych ziemią - wejścia 

prowadzącego do wnęirza doorze zachowanej ziemianki, gdy naraz ze środka doszedł jego 

uszu   przejmujący   ryk,   a   zaraz   potem   ujrzał   biegnącego   mu   naprzeciw   brunatnego 

niedźwiedzia. Niedźwiedź zatrzymał się na chwilę, uniósł na tylne łapy, ale widząc wkoło 

kilku   spokojnie   stojących   ludzi,   zrezygnował   z   ataku   i   czmychnął   przez   wyrwę   w 

uszkodzonej   palisadzie,   by   po   chwili   zniknąć   wśród   załomów   skalnych.   Długo   jeszcze 

odprowadzał go śmiech rozbawionych wojowników.

Nikt go nie zaczepił, nikt go nie ścigał, bowiem obecność niedźwiedzia w wiosce była 

background image

najlepszym dowodem, że reszta domów jest pusta.

Według   wierzeń   Kiowa,   jeżeli   w   czasie   nieobecności   właścicieli   jakiegoś   osiedla 

wezmą go w posiadanie dzikie zwierzęta, przyniesie to szczęście i pomyślność plemieniu. 

Zwierzęta te nie są przez ludzi prześladowane i dość często zostają w wiosce, na okres zimy.

Na znak dany przez zwiadowców, że wioska jest pusta, ze wzgórza począł schodzić 

długi sznur kobiet, koni i reszta wojowników.

Po rozładowaniu travois i rozpuszczeniu koni na świeżą jeszcze trawę, znajdującą się 

w dolinie, mężczyźni i kobiety zabrali się do reperacji i sprzątania domostw.

Ziemianek było tak wiele, że część z nich pozostała pusta. Do niektórych z nich, z 

wejściem bez tunelów, wprowadzono konie. Gdzieniegdzie paliły się już ogniska i wąskie 

pasma dymu unosiły się nad kopulastymi budowlami, a smakowity zapach pieczonego mięsa 

rozchodził się po całym osiedlu.

Nim   zaszło   słońce,   zimowe   domy   częściowo   nadawały   się   już   do   zamieszkania. 

Zmęczeni   wędrówką   ludzie   z   przyjemnością   odpoczywali   przy   trzaskających   wewnątrz 

ogniskach. Niektórzy segregowali skóry i mięso, które chcieli wymienić na płody rolne z 

plemieniem Navaja, którego przybycia spodziewano się lada dzień.

Niespodziewanie przed wejściem do domu Huan-tosa stanął Orle Żebro i głośnym 

chrząknięciem powiadamiał mieszkańców o swojej obecności.

Wojenna Lanca gestem ręki zaprosił go do środka.

- Szukam mojego brata, Wędrującego Niedźwiedzia - rzekł młody człowiek, siadając 

przy ognisku. Na niemepytanie Huan-tosa, Orle Żebro odezwał się zakłopotany:

- Ja i mój brat bardzo uwielbiamy małą Keahdineeah (Spadającą Gwiazdę), córkę 

Czerwonego Kruka. Dó ciała małej dostały się złe duchy choroby, głowa jej rozpalona jak 

kamień w, ognisku, dziewczynka straciła mowę. Meka-sto po przybyciu do zimowego osiedla 

zaraz   wyruszył   z   Tarczą   Niedźwiedzia   i   wodzem   obrzędowym   Biegnącym   Wilkiem 

przeszukać okolice naszego obozowiska, aby upewnić się, czy w pobliżu nie znajdują się 

jacyś wrogowie. Myślę, że wraz z Wędrującym Niedźwiedziem uda się nam odnaleźć ojca 

małej oraz czarownika - muszą oni uratować małą Keahdineeah przed duchem, który każe 

ludziom spać snem bez końca.

- Mój syn powinien lada chwila...

Nim   Wojenna   Lanca   dokończył   zdanie.   Wędrujący   Niedźwiedź   niespodziewanie 

wszedł do ziemianki. Na widok Orlego Żebra ucieszył się bardzo, ale gdy przyjaciel wyjaśnił 

mu powód swego przybycia, oblicze Niedźwiedzia pokryła chmura smutku.

-   Synowie   moi   -   rzekł   Wojenna   Lanca   -   natychmiast   wyruszą   na   poszukiwanie 

background image

Mekasto, a ja z Małą Chmurą udamy się do małej, aby pomóc jej matce. Myślę, że dobrze 

będzie, jeżeli udacie się na zachód. Upłynęło już dość dużo czasu od chwili, kiedy zwiadowcy 

wyruszyli z obozu. Mieli okrążyć go dużym kołem i w tej Chwili powinni się już znajdować 

na szlaku zachodzącego słońca.

Orle Żebro i Wędrujący Niedźwiedź zarzucili wilcze skóry na gołe ciała. Uzupełnili 

kołczany strzałami i dosiadłszy koni, popędzili w kierunku nocnego domu słońca.

Droga, którą jechali, nie była łatwa, często musieli przeciskać się między blokami 

skalnymi, tak blisko siebie ułożonymi, że swoje nogi podciągali na grzbiet wierzchowców, 

aby nie poranić ich o szorstkie kamienie.

Kolczaste   krzaki   qua-hei-peip   szarpały  ich   legginy,   jak   gdyby  chcąc   mocą   swych 

kolców zatrzymać chłopców i obrzydzić im drogę.

Słońce razem z nimi wędrowało na zachód. Początkowo przyglądało im się z boku, a 

później kiedy ich wyprzedziło, zaglądało im W oczy bezczelnie i złośliwie oślepiało.

Co   pewien   czas   przyjaciele   zostawiali   swoje   konie   u   podnóża   wielkich   bloków 

skalnych, a sami wdzierali się na ich wierzchołki, aby z wysokości dokładnie przyjrzeć się 

okolicy. Wokół zalegało rumowisko głazów, jak gdyby kiedyś stoczyły tu wielką walkę duchy 

- a olbrzymie skały ujęte mocarnymi ramionami służyły im do miotania na przeciwnika.

Gdzieniegdzie   pomiędzy   tymi   blokami   wstydliwie   wyrastało   drzewo   bawełnicy   i 

przerzedzone   kępki   drzew   pekanowych,   pokrywając   swymi   gałęziami   i   listowiem 

zapomniane pobojowisko.

Słońce usnęło, nadchodził zmrok, a wraz z nim smętne wycie kojotów. Wzmagał się 

chłód,   który   siłą   wciskał   się   pod   wilcze   skóry   i   zimnymi   szponami   szarpał   gołe   ciała 

Niedźwiedzia i Orlego Żebra.

Mimo ciemności, która spowiła okolice, jeźdźcy posuwali się naprzód. Zmienili nieco 

kierunek i podążali teraz na południe. Skały z wolna ustępowały miejsca piaskom o rudawym 

zabarwieniu, mocno porośniętymi kępami wysokiej, ostrej trawy. Gdzieniegdzie poskręcane 

badyle   wypuszczonych   bylin   gnane   podmuchami   wiatru   toczyły   się   po   piaszczystych 

wydmach jak olbrzymie kule.

Krótko po północy chłopcy zauważyli w dali słabiutkie migotanie ognia i poczuli 

słaby   zapach   dymu.   Podjechali   ostrożnie   bliżej   i   wyraźniej   już   mogli   dostrzec   skromne 

ognisko, a dookoła niego siedzących i otulonych w bizonie derki ludzi.

Było ich wielu, ale w ciemności nie mogli dokładnie ich policzyć. Niestety nie byli to 

Kiowa, których poszukiwali.

-   Mój   brat   zostanie   tutaj   z   końmi   -   zwrócił   się   szeptem   do   Niedźwiedzia   jego 

background image

współtowarzysz - ja zaś podkradnę się do tych ludzi i spróbuję dowiedzieć się, co to za jedni. 

Wydaje mi się, że to nasi wrogowie, bo zbyt pewnie czują się w tej okolicy.

Wędrujący Niedźwiedź skinął głową i jego druh bezszelestnie zniknął w mroku nocy.

Minął czas potrzebny na zjedzenie jednej pieczeni, gdy od strony obcego obozowiska 

doszło do uszu Niedźwiedzia trzykrotne pohukiwanie rudej sowy. Był to umówiony sygnał, 

że nie ma się czego obawiać, bo przy ognisku znajduje się grono przyjaciół. Niedźwiedź 

dosiadł   swego   konia   i   prowadząc   drugiego   na   rzemieniu   wkrótce   znalazł   się   w   pobliżu 

ogniska. Otoczyła go gromadka przyjaźnie uśmiechających się mężczyzn Tagui-Navajów.

- Witam syna Wojennej Lancy - rzekł najstarszy z nich”.

Był   to   wódz   Szpon   Orła,   który   kiedyś   zawarł   braterstwo   krwi   z   Map-odalem 

(Skaleczoną Twarzą), naczelnikiem Kiowów.

Odzienie jego różniło się od ubioru ludzi z prerii. Miał na sobie rodzaj obszernej 

koszuli ze skóry antylopy, spadającej na biodra i związanej pasem kunsztownie wybijanym 

srebrem i oczkami turkusów. Nogi jego okrywały mokasyny, sięgające do połowy łydek, a 

czarne włosy przycięte tuż nad ramionami opasane były skórą węża.

-   Co   się   stało,   że   synowie   moich   przyjaciół,   samotnie   wędrują   nocą   z   dala   od 

obozowiska swego ludu?

Chłopcy krótko opowiedzieli Navajowi o chorobie dziewczynki i o poszukiwaniach 

jej ojca i czarownika Kiowów.

- Smutek zagościł w naszych sercach - rzekł na koniec Wędrujący Niedźwiedź. - Nie 

możemy trafić na ślad Czerwonego Kruka i naszego wodza obrzędowego.

- Bardzo dobrze się stało, że na waszym szlaku znaleźli się Navajowie. Między nami 

jest czarownik, który uwolni Keahdineeah od ducha choroby.

Szpon Orła zwrócił się następnie do swoich ludzi w niezrozumiałym dla ehłopców 

języku i mężczyźni Navajo w milczeniu poczęli objuczać konie. Zakładali na nie olbrzymie 

kosze o lejkowatym kształcie, uplecione z drzewnego łyka, pełne kukurydzy i suszonych 

wiśni. Inni znowu zamocowywali na grzbietach koni duże skórzane toboły. Navajowie, jak to 

ze zdumieniem spostrzegli chłopcy, nie używali travois, jak większość Indian z Wielkich 

Równin.

Wreszcie wszyscy byli gotowi do drogi i jeźdźcy jeden za drugim podążali w kierunku 

zimowej osady Kiowa. Na czele jechał Szpon Orła, obok niego w milczeniu dwaj chłopcy. 

Noc nie lubi słów, toteż nikt się nie odzywał.

Wędrujący Niedźwiedź zauważył, że droga powrotna prowadziła przez okolice mniej 

usiane głazami, a tym samym była dogodniejsza do szybkiego przebycia.

background image

Wzeszło czerwone słońce, podobne do wojennej tarczy zanurzonej we krwi, wysunęło 

się wolno purpurowym dyskiem spoza pofalowanej linii horyzontu i mozolnie pięło ku górze. 

Jeźdźcy dojrzeli z daleka uśpioną osadę Kiowów. Słońce swymi promieniami jeszcze do niej 

nie dotarło, ślizgając się jedynie po wyszczerbionych kamienistych krawędziach kotliny, na 

której dnie przycupnęły zimowe kopulaste ziemianki Kiowów.

Pochód Indian zatrzymał się, gdyż wszyscy Indianie, których świt zastał w podróży, 

na chwilę zatrzymują się przed wschodem słońca.

Stary   czarownik   Navajów,   ucięty   Róg,   wjechał   konno   na   ogromny   pochyły   blok 

skalny, który od strony wioski urywał się stromo. Zaczekał chwilę, aż słońce swym blaskiem 

obleje jego postać, wzniósł obie ręce w górę, odchylił nieco tułów i przemówił szeptem do 

Wielkiego Nieznanego:

- O, dziękuję ci Nakawaha, że jesteś i mnie słuchasz, tak jak ja jestem i do ciebie 

mówię.

Prosił   dalej   o   zdrowie   dla   swoich   ludzi   i   dziękował   Wielkiemu   Nieznanemu   za 

spokojnie przebytą drogę.

Słońce rozjaśniło się już jasną żółcią, gdy pochód ruszył w dalszą drogę.

Od ciemnej ściany wioski oderwało się pięciu jeźdźców i wydając krótkie okrzyki 

gnało w kierunku kolumny Navajów.

Byli to dwunasto-, trzynastoletni chłopcy, którzy potrafili bez przerwy od świtu do 

nocy   harcować   na   koniach   i   to   właśnie   oni   pierwsi   zauważyli   nadciągających   Navajów. 

Wśród okrzyków radości okrążyli wolno posuwającą się karawanę, po czym galopem pognali 

do wioski.

Po chwili za palisadą rozległ się miarowy odgłos bębna. To obwoływacz oznajmiał 

ludziom Kiowa:

- Eh, neh, neh, neh, neh! Nadjeżdżają nasi bracia Navajo z owocami zrodzonymi przez 

Matkę   Ziemię.   Przygotujcie,   siostry,   wielką   ucztę   dla   naszych   strudzonych   braci,   którzy 

przybyli do nas z kraju Południowego Wiatru!

Wszyscy   Kiowa:   mężczyźni,   kobiety   i   dzieci   utworzyli   podwójny   szpaler   przed 

wjazdem do osiedla. Środkiem, między dwoma rzędami zebranych, jechał dostojnie Szpon 

Orła ze swymi ludźmi.

Dwaj   chłopcy   i   czarownik   Ucięty   Róg   bezzwłocznie   skierowali   się   do   ziemianki 

Czerwonego Kruka.

Chora dziewczynka leżała na hamaku, zaczepionym jednym końcem o ścianę domu, 

drugim zaś, nieco szerszym, o palik wbity w klepisko.

background image

Czarownik,   mrucząc   coś   do   siebie,   w   pewnej   chwili   nakazał   matce   dziewczynki 

usunąć z jej ciała okrycia z futer. Oczom zebranych ukazało się szczuplutkie, wynędzniałe 

ciało.

- Niech mój syn przyniesie okrągły kosz z czarnymi wzorami zawieszony na boku 

mojego konia - zwrócił się do Orlego Żebra.

Pitah-pekis wyszedł, a Ucięty Róg począł obmacywać i delikatnie naciskać całe ciało 

dziewczynki, cały czas uważnie obserwując twarz chorej. Przy ucisku w okolicy brzuszka 

Keahdineeah gwałtownie drgnęła i grymas bólu przebiegł po jej wymizerowanej buzi.

Po chwili wrócił Orle Żebro, niosąc pięknie pleciony kosz czarownika.

- Niech kobieta Mekasty zagotuje wody - polecił czarownik, zabierając swój kosz i 

wychodząc przed ziemiankę.

Podniósł maleńkie wieko i wydobył z wnętrza kosza białe gołębie skrzydło, po czym 

zmiótł nim dokładnie ziemię dookoła. Potem rozebrał się do naga i udał się nad rzekę, aby 

oczyścić ciało. Gdy wrócił niebawem, wydobył z kosza wyprawioną skórę antylopy wraz z 

łbem i zarzucił ją na plecy, umieszczając na swojej głowie rogaty łeb zwierzęcia.

Wyjął jeszcze z kosza kilkanaście wysuszonych pęcherzy napełnionych kolorowym 

piaskiem.

Śpiewając   cicho,   brał   barwny   piasek   i   usypywał   na   zamiecionym   placyku   obraz 

wyobrażający bóstwa związane z ziołami i duchy odpowiednich roślin leczniczych.

Kiedy „obraz piaskowy” był już gotowy, nalał do tykwy gorącej przegotowanej wody, 

którą   przyniosła   kobieta   Czerwonego   Kruka.   Wodę   tę   przyniosła   w   skórzanym   worku, 

służącym do przegotowywania poprzez wrzucanie doń rozgrzanych w ognisku kamieni.

Wokół czarownika zebrali się Navajowie, śpiewając pieśń „dobrych roślin”. Ucięty 

Róg wsypał do tykwy wypełnionej gorącą wodą jakieś zioła, uniósł naczynie ku górze i 

śpiewając   ochrypłym   głosem   pokazywał   je   duchom   nieba.   Kiedy  zakończył   ceremonię   z 

ziołami, nakazał przynieść chorą dziewczynkę i usadowił ją ostrożnie na piaskowym obrazie. 

Zaterkotały grzechotki i połączyły swój dźwięk z monotonnym śpiewem czarownika.

Ucięty Róg nachylił się nad chorą, lewą ręką wolno przechylił jej głowę do tyłu, 

prawą zaś przytknął brzeg tykwy do ust dziewczynki i delikatnie poił ją wywarem z ziół. 

Następnie, przy odgłosie rytmicznego chrzęstu grzechotek, podniósł Keahdineeah do góry i 

zwrócił ją twarzą w stronę tarczy słonecznej.

Nastała cisza. Do wodza obrzędowego Navajów podeszła zatroskana matka, której 

Ucięty Róg zwrócił dziecko, udzielając kilku krótkich instrukcji:

- Mała pójdzie spać. Nasypiesz w jej leże świętych traw górskich wymieszanych z 

background image

kwiatem kawinnu (sasanki). Gdy na ciele twojej córki pojawi się czysty pot, będzie to znak, 

że dziewczynka wraca do zdrowia. Jutro, kiedy słońce oprze się swoimi promieniami na 

szczytach   gór,   moja   siostra   napoi   chore   dziecko   tym   wywarem.   Kiedy   słońce   zacznie 

spoglądać na świat i kiedy później będzie schodziło do swego kamiennego łoża, moja siostra 

poda jej ten wywar. Pojutrze zaś nakarmi ją wywarem z jeleniego mięsa. Powiedziałem!

Kobieta z dzieckiem znikła w ziemiance, a Ucięty Róg zmiótł gołębim skrzydłem 

barwny, piaskowy obraz.

Wieczorem powrócił Mekasto i gdy dowiedział się o chorobie córki i rozpoczęciu jej 

leczenia przez wodza obrzędowego Navajów, natychmiast udał się do czarownika Navajów z 

trzema pięknymi skórami bizonimi.

- Dziękuję ci, ojcze - rzekł kładąc skóry przed czarownikiem - że wypędziłeś Ducha 

Wiecznego Snu z ciała mej córki. Spadającej Gwiazdy. Niech skóry te ochronią cię przed 

oddechem zimnego Północnego Wiatru...

Noc spędzili Kiowa i Navajowie przy ogniskach, tańcząc tańce „opowiem”, w których 

wyrażano   i   opowiadano   przeżycia,   zdarzenia   plemienne,   szczepowe   oraz   przygody 

poszczególnych wojowników. Po obfitej uczcie,  na której nie żałowano tłustego mięsa ani 

smakowitych   ozorów   bizon   ich,   Navajowie   rozłożyli   przywiezione   ze   sobą   towary   na 

obszernym placu między ziemnymi domostwami gospodarzy.

Były tam - łuskana kukurydza i kukurydza w pełnych, nabrzmiałych ziarnem kolbach, 

okazałe kręgi słoneczników, dynie, fasola, suszone wiśnie, jagody leśne, owoce jarzębiny i 

dzikiej - czereśni. Niektórzy Navajowie wyłożyli skórzane zawiniątka z szarą solą, bardzo 

poszukiwaną   przez   ludzi   z   prerii   oraz   tłuszcz   rybi,   służący   do   rozpuszczania   roztartych 

zióHeczniczych.

Można było także wymienić skóry i mięso za srebrne naszyjniki i pasy zdobione 

„kamieniami księżycowymi” (turkusami), powszechnie spotykane u Navajów.

Wymiana   odbywała   się   w   milczeniu,   bez   rozgardiaszu   i   targów.   Wiadomo   było 

wszystkim, że nikt nikogo nie oszuka ani nie wykorzysta handlowej niewiedzy partnera.

Przed zachodem słońca zakończono wymianę towarów. Navajowie spakowali resztki 

nie sprzedanych towarów i wypełnili opustoszałe kosze nowo nabytą żywnością oraz innym 

dobrem otrzymanym od Kiowów. Wiadomo było, że dó końca pobytu wśród gościnnych 

mieszkańców ziemianek nie zginie nawet najmniejszy drobiazg, toteż cały dobytek można 

było pozostawić na placu i spokojnie udać się do wyznaczonych każdemu z gości domostw.

- Witajcie - rzekł Huan-tos do wchodzących do jego domu Navajów.

Na gości czekali już stary Ouipagho (Samotny Wilk), Mekasto i jego przyjaciel Kayo-

background image

okosis, Ansota i Biegnący Wilk, czarownik Kiowów.

Wszyscy   usiedli   wokół   ogniska.   Tylko   przy   samym   otworze   wejściowym   do 

ziemianki nikt nie zajął miejsca, toteż w tym miejscu pierścień siedzących się nie zamykał.

Za plecami wojowników zajęły miejsca kobiety oraz nie będący jeszcze wojownikami 

dwaj  przyjaciele - Niedźwiedź Wędrujący Po Górach i Orle Żebro. Chłopcy nie przeszli 

jeszcze próby Tańca Słońca i dlatego nie mieli prawa zajmować miejsca w kręgu dorosłych 

mężczyzn.

Naprzeciw wejścia zasiadł właściciel ziemianki - Wojenna Lanca, zaś po jego prawej 

ręce czarownik Biegnący Wilk, następnie Samotny Wilk, Czerwony Kruk, Ansota i Tarcza 

Niedźwiedzia. Po jego lewej stronie usiedli czarownik Navajów - Ucięty Róg, Żółta Twarz, 

starzec   rówieśny   wiekiem   Samotnemu   Wilkowi,   następnie   Kamienny   Grot   -   wojownik 

Navajo o nie spotykanej sile i jeszcze dwóch mężczyzn, których imion chłopcy nie znali.

Huan-tos wziął do ręki szczyptę tytoniu, uniósł w górę i chwilę trzymał w powietrzu 

jako ofiarę dla Wielkiego Twórcy, następnie schylił się ku ziemi i trzymając tytoń tuż nad 

klepiskiem, uczynił ofiarę Matce Ziemi.

Złożył   jeszcze   symboliczne   ofiary   czterem   stronom   świata:   Północy,   Południowi, 

Wschodowi i Zachodowi.Przy każdej ofierze Wojenna Lanca odmawiał krótką modlitwę.

Dopiero później  napełnił cybuch fajki obrzędowej kin-ni-kinnickiem i umieścił na 

tytoniu węgielek z ogniska. Po rozżarzeniu się świętego tytoniu i pociągnięciu dymu Wojenna 

Lanca podał fajkę czarownikowi Navajów, który siedział, po jego lewej stronie, ponieważ 

zgodnie z obyczajem gospodarzy fajka musiała najpierw odbyć wędrówkę zgodnie z drogą 

słońca.

Czarownik po „napiciu” się dymu przekazał ją dalej mężczyźnie siedzącemu po jego 

lewej stronie.

Niedźwiedź i Orle Żebro pierwszy raz mogli przyjrzeć się temu obrzędowi, przedtem 

nie wpuszczano ich bowiem do pomieszczenia, w którym odbywała się narada lub obrzęd 

palenia świętej fajki.

Zauważyli, że palący fajkę podawali ją jeden drugiemu w taki sposób, aby jej ustnik 

skierowany   był   w   stronę   ścian   pomieszczenia.   W   obrzędzie   tym   każde   pomieszczenie 

symbolizowało cały świat, a przestrzeń poza nim wyobrażała Wielkiego Twórcę, który jest 

wszędzie.

Fajkę trzeba było podawać tak, aby nie przechodziła przed otworem wejściowym. 

Kiedy doszła do mężczyzny siedzącego najbliżej wejścia, zwracał ją z powrotem, by kolejno 

podawana z rąk do rąk wróciła ponownie do Wojennej Lancy. W drodze powrotnej nikt jej nie 

background image

palił. Gdyby fajkę przeniesiono przed otworem wejściowym, siła modlących się mogłaby 

utracić swą moc.

Wojenna Lanca puścił  ją teraz  w obieg  po swojej  prawej  ręce i  kiedy skończono 

palenie Świętej Fajki, Huan-tos położył ją na małej rozwidlonej podpórce, główką opartą o 

ziemię, a ustnikiem ukośnie skierowanym w górę. Tak oto fajka stała się łącznikiem między 

niebem i ziemią.

Gospodarz domu podniósł się, a za nim powstała reszta gości i każdy z nich mógł 

teraz usadowić się tam, gdzie było mu najwygodniej.

Kobiety bezzwłocznie zajęły się gośćmi, dostarczając każdemu z nich na talerzu z 

kory szpik bizoni oraz plastry chudego mięsa, które miały zastąpić łyżkę i chleb. Pamiętały 

też o tym, by żadnemu z nich nie zabrakło tytoniu do małych, drewnianych fajek.

A kiedy zmrok ogarnął świat swymi ramionami, a wszelkie duchy dnia ułożyły się do 

snu, wojownicy poczęli snuć opowieści, które zawsze znajdowały chętnych słuchaczy.

- Kiedyś, gdy byłem jeszcze małym chłopcem - rozpoczął swoje opowiadanie Ucięty 

Róg -  przywędrował  do nas,  a właściwie  uciekł  z  niewoli  Tonkawów, pewien  wojownik 

Arapaho.   Przebywał   w   naszej   wiosce   około   trzech  Wielkich   Słońc.  W  czasie   zimowych 

wieczorów niekiedy zbieraliśmy się, tak jak teraz tutaj, i doświadczeni wojownicy chętnie 

opowiadali   o  swoich   przeżyciach,   powtarzali  zasłyszane  historie.  Wtedy  po  raz  pierwszy 

usłyszałem opowieść, którą znają chyba wszyscy Arapaho, a brzmiała ona mniej więcej tak:

Kiedy ongiś pierwsi ludzie zamieszkali na ziemi, większa część lądu była pokryta 

wodą. W owym czasie ludzie i zwierzęta żyli w przyjaźni i pomagali sobie nawzajem. Ale 

potem, gdy Napiwa (Stary Człowiek) przy pomocy piżmoszczura utworzył z ziarenka piasku 

ogromną pływającą wyspę, ludzie tak szybko poczęli się rozmnażać, że z wolna opanowali 

tereny   zamieszkane   przez   zwierzęta.   Zwierzęta   zmuszone   były   poszukać   sobie   nowych 

łowisk. Łosie zamieszkały w podmokłych lasach, w stronach skąd nadchodzi zima. Bizon 

poprowadził swoją rodzinę na wielkie łąki, a za nim udały się antylopy, szare niedźwiedzie i 

wilki. Muflony i dzikie kozy zamieszkały w górach wśród skał. Wiele zaś małych zwierząt 

skryło się pod ziemią. W taki to sposób iudzie i zwierzęta przestali się spotykać ze sobą, 

rozmawiać, a w końcu rozumieć się.

Wkrótce nadeszły dla zwierząt jeszcze gorsze czasy. Człowiek zdobył broń i zanim 

skierował ją przeciwko drugiemu, najpierw postanowił wypróbować na zwierzętach. Szybko 

przywykł   do   zabijania   swoich   starych,   czworonożnych   przyjaciół.   Ich   mięso   stało   się 

codziennym ludzkim pożywieniem, zaś futra i skóry zwierząt - jego odzieniem. Od tego czasu 

każde Małe Słońce (dzień) oglądało nieustający rozlew krwi. Ciągłe gwałcenie stałego paktu 

background image

przyjaźni wołało o pomstę!Niedźwiedzie jako pierwsze ze zwierząt zwołały naradę, na której 

miano   ustalić,   w   jaki   sposób   ukarać   człowieka.   Zwierzęta   zebrały   się   na   dużej   polanie, 

wezwane przez Wielkiego Białego Niedźwiedzia.

Słuchano   pierwszych   mówców,   którzy   mówili   o   żądnych   krwi   ludziach,   o   ich 

podstępnych sposobach polowania, o przewadze ludzkiej broni nad zwierzęcymi pazurami i 

kłami.   W   końcu   mówcy   wezwali   wszystkich   zebranych,   aby   natychmiast   wypowiedzieli 

wojnę ludziom.

Trzy   -   i   czteroletnie   młode   niedźwiedzie   w   gorącym   zapale   chciały   natychmiast 

wyruszyć przeciw ludziom.

- Stójcie, młodzi, waleczni przyjaciele! - krzyknął Wielki Biały Niedźwiedź. - Ludzie 

są uzbrojeni, nie damy im rady!

-   Dlaczego   i   my   nie   mielibyśmy   posiadać   łuków   i   strzał?   -   zapytała   stara 

niedźwiedzica, która była już kiedyś raniona przez myśliwego. - Wiemy przecież, z jakiego 

drzewa ludzie robią łuki i jakich kamieni używają na groty do strzał.

- Nasza siostra dobrze powiedziała, uzbroimy się!

- Uzbroimy się! - zakrzyczała młodzież.

Zanim Wielki Biały Niedźwiedź zdołał powstrzymać młodzież, rozochocone młodziki 

udały się na poszukiwanie świerku sitkajskiego i krzemienia.

Gdy zebrano odpowiedni materiał, jeden z czteroletnich niedźwiedzi poświęcił się, 

oddając swoje ścięgna na cięciwy łuków.

Odpowiednio   uzbrojone   już   niedźwiedzie   zaczęły   ćwiczyć   się   w   strzelaniu. 

Zrozumiały rychło, że ich długie, zakrzywione pazury przeszkadzają w naciąganiu cięciwy 

łuku. Chciały je obciąć, ale Wielki Biały Niedźwiedź zwrócił im uwagę, że bez pazurów nie 

będą mogły wspinać się na drzewa, rozrywać spróchniałych pni, w których zamieszkują osy 

ze smacznym miodem, ani wydobywać z ziemi tłustych świstaków.

- Moi bracia, bez pazurów pomrzemy z głodu - zauważył ktoś z niepokojem.

Uwagą ta ostudziła zapał najbardziej zapalonych wojowników i całe zgromadzenie 

poprosiło o radę Wielkieg Białego Niedźwiedzia.

- Wiele myślałem, jak pokonać ludzi - powiedział - Otwarta walka z nimi byłaby dla 

nas klęską. Oto więc co proponuję w imieniu naszego plemienia: kiedy ludzie zabiją jednego 

z nas, korzystając z wyższości swego uzbrojenia, za każdym razem będą musieli wyrażać 

uczucie żalu i przepraszać zmarłego za zadaną mu śmierć, a ponadto złożyć duchowi zabitego 

ofiarę   z   tytoniu.   Temu,   kto   zaniedba   obowiązku   oddania   szacunku   zabitemu   zwierzęciu, 

ześlemy chorobę, jaka nęka naszych starców. Całe jego ciało będzie szarpał straszliwy ból, a 

background image

największy zamieszka w jego nogach, nie pozwalając mu chodzić.

Wszystkim niedźwiedziom spodobała się mądra rada Wielkiego Białego Niedźwiedzia 

i od tej pory każdy indiański myśliwy, który nie chce, aby łamało go w kościach, nigdy nie 

zaniedbuje obowiązku wyrażania żalu wobec upolowanego niedźwiedzia i przeprosin za to, 

że pozbawił go życia. Pamięta też o złożeniu w ofierze duchowi zabitego szczypty tytoniu.

Ryby, gady i płazy również zebrały się na naradę.

Po długim trzęsieniu się i syczeniu uchwaliły, że najbrzydsze z nich odwiedzać będzie 

człowieka   podczas   jego   snu.   Nawiedzeni   ludzie   będą   musieli   prosić   czarownika,   żeby 

oczyścił jego sny od niemiłych widziadeł.

W końcu postanowiły też spotkać się wszystkie robaki oraz inne malutkie zwierzęta 

żyjące   pod   ziemią.   Długo   szukały   sposobu   zemsty   na   człowieku,   który   zabijał   je   bez 

opamiętania.

Oto co wymyśliła wesz:

- Będziemy przenosić na ludzi wszystkie choroby, jakie znajdziemy w powietrzu, w 

ciemnych zakamarkach i brudzie.

Rośliny, które mają wszędzie swoich wywiadowców, od dawna przysłuchiwały się 

opowieściom o niecnych postępkach ludzi. Gdy wszystkie zwierzęta uzgodniły swoją zemstę, 

rośliny także rozpoczęły własną naradę. Zjawiły się na niej wszystkie oprócz tych, które 

kłują, i traw, które trują. Zgodzono się, że trzeba nie tylko pozostawać w dobrych stosunkach 

z ludźmi, ale także chronić ich przed tymi z roślin które pragną czynić im zło.

Krzewy, trawy i mchy miały dostarczać ludziom leków przeciw wszelkim chorobom 

sprowadzanym przez zwierzęta i owady. Młode buki postanowiły utrzymywać swoje liście 

przez zimę, aby można było z nich robić okłady przeciw swędzącym zapaleniom skóry oraz 

egzemie. Porzeczki przyrzekły leczyć śliną swoich korzeni zapalenie płuc, zaś przeciw tej 

samej chorobie sosny i jodły ofiarowały swoje igły. Rzepień obiecał, że dym z jego ciała 

będzie leczył wszelkie wrzody na ciele człowieka. Dereń postanowił pomagać przy leczeniu 

wszelkich   zapaleń   spojówek   i   ran   od   rzemieni   rakiet   śnieżnych.   Jałowce   podjęły   się 

przeciwdziałania atakom serca, cebula leśna zobowiązała się leczyć astmę, a czarny korzeń 

pieprzu usuwać krwawienia z dziąseł.

Po ustaleniu sposobów walki z chorobami ludzkimi wszystkie rośliny postanowiły, że 

jeżeli czarownik pragnąłby rozpoznać nie znaną mu chorobę, znaleźć odpowiedni lek na jej 

zwalczenie, musi zwrócić się do Wielkiego Ducha Roślin, a ten wskaże mu właściwy środek 

leczniczy - zakończył swoją opowieść Ucięty Róg.

- Tak, prawdę powiedział mój brat - rzekł Biegnący Wilk. - Wielki Duch Roślin jest 

background image

nam bardzo pomocny. Ale trzeba znać odpowiednie modły, aby w śnie proroczym natchnął 

nas wizją tych roślin, które pomagają ludziom. Nasze plemię dość późno poznało właściwości 

Wielkiego Ducha Roślin.

Wszystko, co dookoła nas żyje, kiedyś musiało mieć swój początek. Tak samo było i z 

plemieniem Kiowa, które kiedyś, bardzo dawno zamieszkiwało świat podziemny.

Na Górnych Preriach rosło olbrzymie drzewo, które korzeniami sięgało aż do tego 

świata.   W  czasie   wędrówek   po   podziemnym   świecie   nasi   prapraojcowie   natknęli   się   na 

korzenie tego drzewa, które w środku było puste. Nasi pierwsi ludzie przez ten spróchniały 

pień poczęli wychodzić do świata, w którym obecnie żyjemy. Wśród nich znajdowała się 

kobieta, w ciele której żyło dziecko. Kobieta z dzieckiem była gruba i utknęła w pniu nie 

mogąc   ani   się   cofnąć,   ani   wyjść   do   góry.   Dlatego   też   jesteśmy   tak   małym   plemieniem, 

bowiem nie wszyscy ludzie Kiowa zdążyli wyjść z podziemnego świata..

Ci,   co   wyszli   na   zewnątrz,   zobaczyli   barwny   świat,   a   na   nim   bizony,   antylopy, 

niedźwiedzie i mnóstwo wielobarwnych roślin. Tego wszystkiego brakowało im tam na dole. 

Pozostali juz na zawsze na preriach, a siebie nazwali Kwuda, czyli „wychodzący”.

- Tak, to prawda - potwierdził sędziwy Samotny Wilk - wszyscy Kwuda są bardzo 

piękni i wysmukli. Ciała im się wydłużyły, gdy przeciskali się przez spróchniały pień, który 

znajduje się gdzieś na prerii, a kto go obecnie ujrzy, musi z powrotem wrócić do podziemnego 

świata.

- Navajowie też pochodzą z podziemnych światów, tylko że na ziemię wydostali się 

przez pustą wewnątrz trzcinę. Miejsce, w którym pojawili się pierwszy raz, istnieje do dzisiaj, 

otoczone jest przez nasz naród czcią i nazywa się Tsegi - Miejsce Wśród Skał...

Księżyc   w   całej   swej   krasie   znajdował   się   na   środku   nieba,   kiedy   mężczyźni 

zakończyli   swoje   opowieści.   Goście   podnieśli   się   z   miejsc   i   w   milczeniu   opuszczali 

gościnnego gospodarza, udając się na spoczynek do swoich ziemianek.

Wędrujący Niedźwiedź wyszedł także, odprowadzając swojego przyjaciela. Ciemność 

szczelnie okryła cały świat wokół, a niebo usiane było niezliczoną ilością „ognisk zmarłych”. 

Gdzieś z nocy dochodziło przeciągłe, płaczliwe wycie wilków i ostre, krótkie poszczekiwanie 

kojotów. Przyjaciele przystanęli na chwilę i wchłaniali w siebie te tak bliskie im odgłosy, 

które towarzyszyły im od chwili narodzin.

Nad obozem bezszelestnie przeleciała sowa i ponuro pohukując usiadła na pobliskiej 

skale.

Chłopcy spojrzeli sobie w oczy. Wiedzieli, czuli, że wszystko, co ich wokoło otacza, i 

oni sami tworzą jedność, że to ich życie i szczęście. Przez chwilę stali nie odzywając się do 

background image

siebie, po czym rozeszli się każdy do swojego domostwa.

.Cisza   otuliła   wioskę,   czasami   tylko   psy   poszczekując   przebiegały   między 

ziemiankami, a gdzieniegdzie w zagrodzie prychnął przebudzony koń.

Rano, tuż przed wschodem słońca, prawie wszyscy mieszkańcy zimowego obozu byli 

już na nogach. Navajowie szykowali się do odjazdu, umieszczając na jucznych koniach swój 

dobytek.

Wtem   w   oddali   ukazało   się   dwóch   obcych   jeźdźców,   szybko   zbliżających   się   do 

obozowiska Kiowów. Przerwano pracę, kilku uzbrojonych mężczyzn wyszło przed palisadę. 

Z zaciekawieniem oczekiwano przybyszów.

Po chwili rozpoznano ich. Jednym z jeźdźców okazał się Matose-Apiw (Stare Słońce), 

świetny   tropiciel   Kiowów,   drugim   natomiast   jakiś   młody   wojownik   odziany   w 

charakterystyczny strój noszony przez mężczyzn z plemienia Sematów. Wszystkich ogarnęło 

zdumienie na jego widok.

- Co też może sprowadzać do nas wojownika Sematów? - zastanawiali się Kiowa.

Tajemnica szybko się wyjaśniła.

Zjednoczone siły Omahów i Tonkawów niespodziewanie uderzyły na zimowy obóz 

Sematów,   wykorzystując   nieobecność   większości   wojowników   polujących   w   pobliskich 

lasach na płową zwierzynę. Szczęśliwym trafem mieszkańcom udało się zbiec i ukryć przed 

napastnikami, ale domostwa Sematów zostały zniszczone, a dobytek splądrowany.

- Kiowa-Apacze nie mają gdzie przezimować, zwracają się więc do swoich kuzynów 

Kiowa-Kwuda, aby pozwolili im na okres zimy zamieszkać w swoim osiedlu.

Wędrujący Niedźwiedź z gniewem zacisnął zęby, ale I gdy uświadomił sobie, że już 

wkrótce zobaczy I-sha-wi i Złamanego Ciernia, złość mu szybko minęła i wybiegł na drogę, 

chcąc jako pierwszy powitać plemię Sematów.

Nie czekał długo, za chwilę bowiem spomiędzy załomów skalnych począł wynurzać 

się długi wąż jeźdźców. Jechali zwyczajem mieszkańców wielkich równin jeden za drugim.

Z  grupy tej  wyskoczył  jakiś  wojownik   i  w  pełnym   galopie   począł   zbliżać   się  do 

samotnio stojącego Wędrującego Niedźwiedzia.

- Mas-gwa-ah-Sid, broń się! - usłyszał i zobaczył, jak jeździec w galopie ściąga z 

siebie skórzaną bluzę i odrzuca ją za siebie.

Teraz dopiero Wędrujący Niedźwiedź poznał swojeg starego przyjaciela, Złamanego 

Ciernia.   Szybko   zerwał   z   siebie   górne   okrycie,   pozostając   tylko   w   legginach   i   przpasce 

biodrowej.

Złamany Cierń nie zwalniał biegu konia i nadal pędził w stronę stojącego nieruchomo 

background image

Kiowy.   Kiedy  był  już  blisko  Niedźwiedzia,   odbił  się   od  grzbietu   mustanga   i  niby puma 

skoczył   na   przyjaciela.   Lecz   Mas-gwa-ah-Sid   zapewne   przewidział   ten   atak,   bo   chwycił 

spadającego nań Cierni? i błyskawicznym zwrotem ciała rzucił go na plecy.

Złamany Cierń zdążył jednak pociągnąć Niedźwiedzia na siebie i padając na ziemię, 

podkurczył prawą nogę, na którą nadział się Niedźwiedź. Złamany Cierń leżąc na trawie 

gwałtownie wyprostował kolano i przerzucił młodego Kiowę nad sobą. Nim Niedźwiedź legł 

na murawie, Cierń stanął już na równe nogi.

Otoczyli ich Navajowie i mieszkańcy wioski. W tym czasie zdążyli także nadjechać 

Sematowie. Wszyscy z zaciekawieniem przyglądali się zmaganiom.

Następny  skok   na   leżącego  Wędrującego   Niedźwiedzia   Złamanemu   Cierniowi   nie 

udał   się,   bo   w   chwili   kiedy   miał   już   pochwycić   Kwudę,   ten   przeturlał   się   w   bok   i 

błyskawicznie stanął na nogi. Schwycił Złamanego Ciernia za udo i kark, unosząc go wysoko 

nad głową jak kawał kłody. Był już pewien zwycięstwa, lecz doświadczony i zaprawiony w 

podobnych   bojach   Semat   zwinął   się   w   jego   wyciągniętych   ramionach   i   całym   swoim 

ciężarem runął na kark i barki Niedźwiedzia. Razem zwalili się na ziemię, leżeli jakiś czas 

ciężko dysząc, potem jeden drugiemu pomógł podnieść się z trawy i padli sobie z radością w 

ramiona.

-   Eh,   neh,   neh,   neh,   neh!   -   rozległo   się   dookoła.   Mimo   sińców   i   zadrapań   dwaj 

przyjaciele byli zadowoleni ze stoczonej przed chwilą walki.

Najbardziej   jednak   szczęśliwe   były   dwie   kobiety,   których   oczy   błyszczały   niby 

gwiazdy   na   niebie.   Była   to   Kau-at-ciny   (Mała   Chmura),   matka   Niedźwiedzia   i   I-sha-wi 

(Nocny Kwiat), przybrana siostra Złamanego Ciernia.

- Mój brat obrósł w siłę, jak niedźwiedź w sadło przed snem zimowym - rzekł z 

uznaniem Złamany Cierń. - Jeszcze jedno Wielkie Słońce minie, a trudno się będzie zmierzyć 

z moim bratem.

Wędrujący Niedźwiedź podziękował uśmiechem przyjacielowi za tę pochwałę.

- Głos prerii

- Chodź, bracie - rzekł do Złamanego Ciernia - pójdziemy nad rzekę zmyć z siebie 

kurz.

Biegiem podążyli do wody, po drodze ściągając z siebie legginy i przepaski biodrowe. 

Z   rozkoszą   zanurzyli   się   w   lodowatym   nurcie   Rzeki   Bobrów,   prychając   przy   tym   jak 

rozeźlone rosomaki.

Powoli znikało z ich mięśni zmęczenie, a chłodna woda jak dłoń matki łagodziła ból 

stłuczeń.

background image

W ziemiance  Skaleczonej  Twarzy  zebrała  się cała  starszyzna  Navajów,  Kiowów  i 

Sematów z wodzami obrzędowymi na czele.

Po tradycyjnym wypaleniu Świętej Fajki i skromnym posiłku wódz Sematów, Giakaita 

(Szybki Sokół) opowiedział, co przytrafiło się jego plemieniu:

- Tego   roku  dosyć   późno  zakończyliśmy  jesienne   łowy  na  bizony,   bo  dopiero   na 

początku   Księżyca   Gdy   Wilki   Chodzą   Stadami.   Nasze   kobiety   sprawnie   zajęły   się 

wyprawianiem skór i przygotowaniem zapasów mięsa na długie zimowe miesiące, toteż już 

wkrótce mogliśmy udać się do Doliny Białych Kamieni, gdzie zazwyczaj rozbijamy nasze tipi 

na okres zimy.

W kilka dni po przybyciu do doliny, nasi zwiadowcy donieśli, że w lasach odległych o 

dzień   konnej   jazdy   od   naszej   wsi   pokazały   się   stada   dorodnych   jeleni.   Sematowie 

zdecydowali,   że   warto   by   uzupełnić   swoje   zapasy   o   mięso   tych   zwierząt,   ponieważ 

tegoroczna  zima  zapowiada  się   na  długą.  Poza   tym  skóry  jelenie   najlepiej   nadają  się  na 

odświętne koszule i suknie. Na polowanie wyruszyli prawie wszyscy mężczyźni z naszego 

plemienia, pozostawiając we wsi kobiety, dzieci, starców i kilku wyrostków do pilnowania 

koni. Jeden z chłopców doglądających stada koni, pasących się poza doliną, zauważył świeże 

ślady   pozostawione   przez   obcych   zwiadowcówmyszkujących   w   okolicy   i   natychmiast 

zaalarmował   o   tym   naszą   wieś.  Kobiety  na   wszelki   wypadek   spakowały  trochę   zapasów 

żywności  i co  cenniejsze rzeczy,  chroniąc się  w jednej  z  jaskiń, w jakie obfituje Dolina 

Białych Kamieni...

Kiedy po paru dniach wędrówki zbliżyliśmy się do naszego osiedla - ciągnął dalej 

Szybki Sokół - doszedł do nas zapach spalenizny. Wcześniej wysłani zwiadowcy po powrocie 

powiedzieli   nam,   że   cała   zimowa   osada   jest   zniszczona   i   spalona.   Odnaleźliśmy   ślady 

sprawców. Byli to Tonkawowie i Omaha. Było ich niedużo, niecałe trzy dziesiątki. Widocznie 

bardzo   się   spieszyli,   bo   nawet   nie   zdążyli   zatrzeć   śladów,   a   drzewce   szkieletów   tipi   w 

niektórych miejscach jeszcze tliły się lekko.

Nasi   wojownicy   ruszyli   tropem   najeźdźców,   ale   nie   dogonili   ich.   Te   tchórzliwe 

skunksy widocznie uciekały tak, jak królik przed orłem. Zrezygnowaliśmy z szycia namiotów, 

nie mając możliwości zdobycia odpowiedniej ilości skór bizonich. Poza tym nasze kobiety nie 

zdążyły sporządzić nowych tipi dla wszystkich poszkodowanych rodzin przed nadejściem 

pory   wielkiego   śniegu.   Wiedzieliśmy,   że   nasi   kuzyni   przyjmą   nas   na   czas   zimy,   więc 

jesteśmy. Otsedaba!

- Wieści Szybkiego Sokoła zasmuciły serca Navajów. Nasza druga grupa udała się z 

owocami Matki Ziemi do Doliny Białych Kamieni. Obawiam się, że mogą się natknąć tam na 

background image

krążących po okolicy naszych wspólnych wrogów - zatrwożył się wódz Navajów.

- Niechaj nasi bracia nie obawiają się - uspokoił wodza czarownik Sematów, Dwa 

Palce. - Oczekiwaliśm przybycia Navajów, toteż na ich spotkanie wysłaliśm trzech naszych 

zwiadowców,   którzy   zatrzymali   się   na   Przełęczy   Grzechotników.   Jeżeli   wspólnie 

wyruszyliście waszej wioski, to wasi ziomkowie jeszcze dzisiaj powin znaleźć się tutaj w 

Dolinie Rwącej Rzeki, zawróceni prz zwiadowców Sematów.

Razem   ze   wschodem   słońca   we   wsi   Kiowów   zjawiła   si   druga   grupa   Navajów. 

Sprawdziły się słowa wodza Dw Palce. Znowu rozpoczęła się wymiana towarów, ale ty razem 

klientami Navajów byli Sematowie.

Późnym   popołudniem   Navajowie   opuścili   gościnn   wioskę   i   udali   się   na   swoje 

rodzinne   ziemie   do   Krainy   Kaktusów,   gdzie   zimy   były   łagodne,   bez   śnieżnych   burz   i 

siarczystych mrozów.

Wszyscy mieszkańcy osiedla wyszli przed palisadę, aby serdecznie pożegnać wodza 

Navajów i jego ludzi. Patrzyli za nimi długo, aż ostatni jeździec znikł za horyzontem.

Do stojącego ze wszystkimi Wędrującego Niedźwiedzia podszedł Orle febro:

- Chodź, bracie, ona czeka nad rzeką - szepnął tajemniczo. 

Mas-gwa-ah-Sida jakby raziło uderzenie pioruna. Do jego świadomości doszły tylko 

ostatnie słowa przyjaciela: - Ona czeka nad rzeką...

- Tak, ona czeka - pomyślał. - Nie zapomniała, jej myśli krążyły wokół mnie, jak moje 

wokół niej.

Chciał iść dostojnie, powoli, lecz nogi same niosły go szybko przed siebie. Ujrzał ją, 

jak siedziała nad brzegiem rzeki z podciągniętymi kolanami, które objęła, rękoma. Stopy jej 

okrywały  mokasyny  z   grubej,  miękko   wyprawionej   białej   skóry,   wyszywane   barwionymi 

kolcami jeżozwierza. Jej smukłe łydki aż do kolan okrywały krótkie legginy ściągnięte tuż 

pod  kolanami   rzemiennymi   troczkami.   Odziana   była   w   białą   suknię,   jej   ramiona   i   plecy 

chroniła   od   wieczornego   chłodu   miękka   skóra   młodego   bizona   z   dokładnie   wyczesaną 

sierścią.

Wędrujący   Niedźwiedź   cicho   podszedł   do   dziewczyny   i   oparł   się   o   stojące   obok 

drzewo.   Podziwiał   jej   kształtną   głowę,   ciemne   grube   włosy   podtrzymywane   rzemienną 

opaską biegnącą dookoła głowy.

Nagle drgnął, słysząc głos I-sha-wi:

- Upłynęło wiele wody w tej i innych rzekach, nim Wędrujący Niedźwiedź raczył 

przybyć. Czy ciepłe uczucie, jakie kiedyś do mnie żywił, odleciało z jesiennym chłodem? A 

może Niedźwiedź oddał serce innej dziewczynie? Niech mi o tym powie, a Nocny Kwiat 

background image

odejdzie!  Z   mego  oka  nie   spłynie   najmniejsza   łza,  bo  my,   kobiety,   zawodzimy tylko   po 

zmarłych.

- Moje myśli, dusza i serce zawsze były przy tobie, Nocny Kwiecie - odrzekł chłopiec 

nieco drżącym głosem. - W moim sercu goszczą trzy miłości, jedna do ciebie, druga do 

rodziców, a trzecia do mojego konia oraz psa i nikt tego nie zmieni. Od chwili, kiedy tu 

przybyłaś, czekałem na jakikolwiek znak od ciebie i choć moje oczy szukały go, niczego nie 

spostrzegły. Gdy ujrzałem cię z daleka, ogarnęła mnie radość, tak jak się raduje pająk, gdy 

jest unoszony na pajęczynie delikatnymi powiewami wiatru nad trawami prerii.

- Nasze plemię miało przezimować w jednej ze wsi Komanczów-Kwahadi, było do 

nich bliżej niż do was. Uprosiłam jednak swego przybranego ojca, abyśmy zimę spędzili tutaj. 

On zrozumiał szept mego serca, i oto jesteśmy. Miałam wrażenie, że wszystkie konie mojego 

narodu przemieniły się w powolne żółwie, a moje oczy pokryły się pomroką i nie mogą 

wypatrzyć zimowych domostw ludu Kwuda. Każdy dzień wydawał mi się długi jak Wielkie 

Słońce, rok...

Słowa dziewczyny upoiły Mas-gwa-ah-Sida niemal do zawrotu głowy. Zdawało mu 

się, że po szarym, mrocznym niebie płyną kobierce wielobarwnych iskierek.

Z wioski dochodziło szczekanie psów i jakiś stłumiony płacz dziecka. Ktoś z oddali 

zawodził gardłowym głosem przy cichym odgłosie bębenka.

I-sha-wi   mówiła   dalej,   jej   czarne   włosy   rozwiane   podmuchem   wiatru   otulały   ją 

połyskliwą peleryną, a na kształtnych ramionach drżała bizonia Opończa.

Jakaż siła potężniejsza od bicia serca i ruchliwsza od krwi popychała chłopca ku tej 

pięknej dziewczynie? Czyż można w obecności kobiety być płatkiem śniegu topniejącym na 

ostrzu kamiennego noża?

Przyglądał się teraz bacznie dziewczynie przesuwając wzrokiem po jej oczach, ustach, 

ciemnych długich rzęsach.

Nigdy jeszcze nie rozmawiał z nią tak długo, nigdy nie przebywał z nią tak długo sam 

na sam. Zrozumiał, że mimo gorących szeptów serca i krzyku duszy, jego wybranka musi 

jeszcze pewien czas pozostać samotna, musi czekać cierpliwie.

Zbliżył się do niej i otwartą dłonią, opuszkami palców czule przesunął po jej twarzy.

- Tak jak orzeł bez skrzydeł nie jest orłem, jak te góry na zachodzie bez szczytów w 

chmurach nie są górami, tak ja nie będę nigdy szczęśliwy bez ciebie... - rzekł.

Zagarnął garść żwiru spod jej stóp, otworzył dłoń i silnie dmuchnął. Na powierzchni 

dłoni pozostały mu tylko dwa większe kamyki.

- Popatrz, I-sha-wi, duchy rzeki powiedziały, że zasiądziesz przy moim ognisku w 

background image

drugim Wielkim Słońcu...

Nocny   Kwiat   podniosłą   się   z   ziemi   i   podeszła   nad   brzeg   rzeki.   Śniadą   dłonią 

zaczerpnęła kilka łyków chłodnej wody. Srebrzyste krople spadały jej z palców i z powrotem 

mieszały się z nurtem Rzeki Bobrów. Dziewczyna zdjęła z szyi woreczek przywieszony na 

rzemieniu, rozerwała zębami rożek skórzanej torebki, pochyliła się nad wodą i wytrząsnęła na 

wilgotną dłoń szczyptę włosów swoich rodziców. Powoli zanurzała dłoń w nurcie rzeki, a 

woda spłukiwała z jej palców pasemka włosów jej matki i ojca.

- Dziękuję wam, o duchy wody - szeptała.

Noc   rozpoczęła   się   ponuro,   wietrznie.   Kosmate   ciemne   chmury   skradały   się   nad 

obozowiskiem. Zacinał drobny, zimny deszcz ze śniegiem.

Wracali do wioski razem. Kobiety uporządkowały już puste domy i przydzieliły do 

nich w pierwszej kolejności rodziny z dziećmi i starcami, następnie samotne kobiety i osobno 

samotnych wojowników.

Zimowy dom Giakaity (Szybkiego Sokoła), przybranego ojca I-sha-wi, znajdował się 

w pobliżu ziemianki rodziców Wędrującego Niedźwiedzia.  Ucieszyli  się młodzi,  że będą 

mogli widywać się co dzień.

Po   paru   dniach   życie   w  obozie   nabrało   zwykłego   rytmu,   charakterystycznego   dla 

zimowych dni i długich wieczorów.

Naprawiano   odzież,   szyto   z   nowych   skór   ubrania,   mokasyny,   wyrabiano   strzały, 

tomahawki, dzidy. Obrabiano krzemień, łupano go na groty do dzid i strzał, szlifowano na 

noże. Nie zapomniano i o kobietach, dla nich robiono skrobaczki do skór i szydła, z kości 

bizonich i ości rybich sporządzano igły do szycia.

Wieczorami zaprzyjaźnione rodziny odwiedzały się i snuto długie, barwne opowieści 

o czynach dawno już zmarłych wojowników, o bitwach i o odległych czasach, kiedy to Kiowa 

zamieszkiwali jeszcze Górne Prerie. Opowiadano stare legendy, w których praojcowie zaklęli 

przeróżne   motywy swoich  wierzeń,   zawarli   podstawy  przeróżnych   zakazów  lub   nakazów 

religijno-obrzędowych.

Od czasu, kiedy Nocny Kwiat spotkała się nad rzeką z Wędrującym Niedźwiedziem, 

minęło już kilka dni.

Śnieg przyszedł niespodziewanie i nocą okrył białym puchem skały, drzewa i całą 

wioskę. Nastał Księżyc Wielkiego Chłodu.

Pewnego   wieczoru   Wojenna   Lanca   zaprosił   do   swojego   domu   grupkę   przyjaciół. 

Zjawili się Szybki Sokół, brat jego żony wraz z synem Złamanym Cierniem, przybył też 

Biegnący   Wilk,   Mekasto   (Czerwony   Kruk),   Kayo-okosis   (Tarcza   Niedźwiedzia), 

background image

wychowawca   młodzieży   -   Ansota,   Tsomahee   (Jasne   Włosy),   ciotka   Niedźwiedzia 

Wędrującego Po Górach, towarzysząca ongiś przy jego narodzinach. Przyszedł także Orle 

Żebro (Pitah-pekis) z matką Szoszonką, którą Kiowa nazywali Ta Która Zawsze Rozpala 

Ogień. Na samym końcu wcisnęła się cichutko między gości Nocny Kwiat - I-sha-wi.

Kobiety ulokowały się w odległym miejscu ziemianki i tam beztrosko plotkowały o 

ostatnich wydarzeniach w zimowym osiedlu. Co chwilę któraś z nich wybuchała gromkim 

śmiechem, lecz natychmiast dłonią zakrywała usta, bo przecież nie wypadało w obecności 

mężczyzn okazywać głośno radości.

Osobno siedzieli mężczyźni, wspominając dawne dzieje, różne zdarzenia ze swojej 

młodości.   Wędrujący   Niedźwiedź   i   Orle   Żebro   przysłuchiwali   się   z   ciekawością   tym 

opowieściom. Niedźwiedź jednak co chwilę zerkał w stronę kobiet, między którymi siedziała 

jego dziewczyna, Nocny Kwiat.

Jednakże Ansota zauważył dyskretne spojrzenia i zaczął mówić niby to do wszystkich, 

ale słowa jego skierowane były przede wszystkim do Wędrującego Niedźwiedzia.

- Było to w czasach, kiedy mieszkaliśmy jeszcze na, Górnych Preriach, a naszymi 

sąsiadami byli Pikuni (Czarne Stopy). Pewnego dnia po wspólnych łowach z myśliwym z 

tego plemienia, udaliśmy się w gościnę do mojego przyjaciela - Białej Antylopry.

Usiedliśmy wokół ogniska w jego tipi i usłyszałem z ust gospodarza historię pewnego 

wojownika, który nosił na ciele wiele blizn po ranach otrzymanych w walce i na łowach, lecz 

serce jego było nieskalane.

Pewnego dnia gdy wojownik ten polował na ziemiacb z dala od rodzinnej wioski, 

spotkał na swej drodze wrogą z plemienia Atsina, zwanego Wielkimi Brzuchami.

W ostatniej chwili zdążył uchylić głowę przed lancą rzuconą w jego stronę i cisnąć 

swój   tomahawk   w   przeciwnika.   Niestety,   spóźnił   się   o   mgnienie   oka   i   poczuł,   jak   grot 

oszczepu wroga zrywa mu część nosa i druzgocze kość policzkową. Zanim na długo stracił 

świadomość,   kątem   oka   spostrzegł,   że   kamienne   ostrze   jego   tomahawka   tkwi   w   czole 

wrogiego wojownika. Ogarnęła go ciemność i bez czucia osunął się na trawę.

Kiedy odzyskał przytomność, leżał w swoim tipi, a jego siostra opatrywała mu ranę, 

okładając ją sproszkowaną korą jesionu wymieszaną z pajęczyną.

Po   upływie   dwóch   Księżyców   wyszedł   pierwszy   raz   przed   tipi.   Prawym   okiem 

oglądał świat jak przez gęstą mgłę, ale lewe oko było całkiem dobre. Po prawej stronie twarzy 

pozostała   mu   okropna   blizna   zaczerwieniona   i   opuchnięta,   dodatkowo   oszpecona   opadłą 

powieką.

Pierwszy z wojowników, którego spotkał, rzekł:

background image

- Zepsuta Twarz! - i to nowe przezwisko już przy nim pozostało.

Z roku na rok polował coraz gorzej. Tipi jego było już stare, odzież zniszczona i 

połatana w wielu miejscach. Częściej z siostrą głodował, niż bywał syty. Po prostu był teraz 

biednym i do tego marnym myśliwym.

Pewnego   dnia,   gdy   wracał   z   nieudanego   polowania,   ujrzał   córkę   wodza,   która 

wyszywała mokasyny, siedząc przed tipi swego ojca. Była tak piękna, że zachwycony urodą 

dziewczyny Zepsuta Twarz zapragnął pojąć ją za żonę, jednakże nie ośmielił się wyjawić 

swego pragnienia. Córka wodza tak zawładnęła jego sercem, że już po upływie kilku Małych 

Słońc, wysłał swą siostrę, by zapytała młodą dziewczynę, czy nie zechciałaby zająć miejsca 

przy ognisku Zepsutej Twarzy.

Córka   wodza   była   oburzona   tym,   że   młody,   biedny   mężczyzna,   w   dodatku   tak 

strasznie   oszpecony,   ośmiela   się   marzyć   o   jej   poślubieniu.   Uderzając   się   po   udach 

odpowiedziała wysłanniczce:

- Niech twój brat wie, że zostanę jego squaw tylko wtedy, jeśli jego twarz stanie się 

tak gładka, jak powierzchnia jeziora nie dotknięta oddechem wiatru! 

Kiedy siostra przekazała bratu odpowiedź dziewczyny, Zepsuta Twarz nie zrozumiał, 

że to okrutna drwina. Udał się więc do czarownika, aby ten przywrócił jego twarzy dawną 

gładkość.   Czarownik   bezradnie   rozłożył   ręce,   bowiem   nie   miał   takiej   mocy,   która   by 

naprawiła twarz młodemu wojownikowi.

-   Jedynie   Słońce,   które   czyni   wszystko,   jest   w   stanie   ci   pomóc   -   powiedział   do 

Zepsutej Twarzy na pożegnanie.

- Dobrze, pójdę odnaleźć Słońce! - oświadczył wojownik.

Wziął swoją broń, odrobinę pemikanu i ruszył w kierunku, gdzie światło dnia układa 

się do snu.

Przeszedł przez kraj równin, przeprawił się przez rzeki, pokonał góry i zakończył 

wędrówkę nad brzegiem Wielkiej Wody.

Tutaj musiał się zatrzymać. Ale nie stracił nadziei. Zbudował z kory brzozowej mały 

wigwam, zamknął się w nim, by pościć, prosząc duchy o przyjście mu z pomocą. Minęło już 

ćwierć Księżyca jego głodówki, kiedy ujrzał, jak wieczorem uchyla się zasłona przy wejściu 

do tipi Słońca. Przez wejście wypłynęła jasna droga, zatrzymując się dopiero przed jego 

wigwamem. Zepsuta Twarz wziął swą broń do ręki i śmiało wszedł na słoneczną drogę.

Na słonecznym szlaku spotykał bardzo czarnych ludzi, którzy radzili mu, by zawrócił 

i zrezygnował z dalszej wędrówki.

- Widzisz, co Słońce uczyniło z nami - mówili. - Jeśli pójdziesz dalej, to i ciebie z 

background image

pewnością spali.

Zepsuta   Twarz   zatkał   sobie   mchem   uszy   i   szedł   dalej   nie   chcąc   słyszeć   skarg 

spalonych ludzi.

Pewnego   poranka,   po   kilku   już   dniach   wędrówki,   ujrz   piękny  biały  kościany  łuk 

leżący na skraju drogi. Chętni zamieniłby go na swój, ale pomyślał sobie, że ten, kto go 

zgubił, będzie go potrzebował i na pewno wróci,”aby łu odnaleźć. Zepsuta Twarz przeszedł 

obok tej wspaniałe broni, nawet jej nie dotykając.

Uszedł kawałek drogi i spotkał pięknego młodzieńca, który zapytał go, czy nie widział 

białegu łuku.

- Dała mi  go moja  matka i jestem do niego bardzo  przywiązany - powiedział ze 

smutkiem w głosie.

Zepsuta Twarz zaprowadził młodzieńca do miejsca, gdzie leżał biały, kościany łuk. 

Tak oto dwaj młodzi mężczyźni stali się przyjaciółmi.

Gdy już  razem  przemierzali   dalszą  drogę,   młodzieniec,  który nazywał  się  Apicira 

(Gwiazda Poranna), spytał swego nowego przyjaciela, dokąd zdąża.

- Do Słońca - odparł Zepsuta Twarz.

- To mój ojciec - powiedział Apicira. - Ostrzegam cię jednak: on nie lubi obcych. 

Kiedy zobaczy nieproszonego gościa, wyciera z kurzu swoją twarz, patrzy na niego i spala go. 

Ja jednak poproszę moją matkę - Księżyc, aby wstawiła się za tobą.

Po powrocie do domu, Gwiazda Poranna zaprowadził Zepsutą Twarz do swej matki, 

Kokomikis, i powiedział:

- Ten młodzieniec z ludu Czarnych Stóp jest moim przyjacielem. Chciałbym mieć go 

przy sobie. Czy zechcesz poprosić mojego ojca, aby zezwolił mojemu przyjacielowi pozostać 

tu i nie uczynił mu krzywdy?

Księżyc, która była dobrą kobietą, zgodziła się przedstawić swemu mężowi Zepsutą 

Twarz jak najkorzystniej.

- Przedtem jednak trzeba go najpierw ukryć - powiedziała - aby twój ojciec, nim mu 

powiem o naszym gościu, nie zabił go.

Zawinęła   Czarną   Stopę   w   gęstą   chmurę   i   ukryła   w   najdalszym   zakątku   tipi   pod 

gałęziami tui.

Wkrótce dało się odczuć wielki skwar i Słońce pojawiło się u wejścia.

- Pouah! - powiedziało wchodząc. - Jaki obrzydliwy zapach! Czuć tutaj człowiekiem! 

Czy ukrywasz kogoś w naszym tipi, żono?

- Tak - nieśmiało przyznała Kokomikis. - Znajduje się tu pewien młody mężczyzna, 

background image

którego nasz syn poznał na drodze i którego pragnie mieć za towarzysza. Kiedy go zobaczysz, 

miej dla niego chociaż odrobinkę litości.

- Chcę go zaraz zobaczyć - powiedziało gromkim głosem Słońce. - Dorzuć torfu do 

ognia i zrób dużo dymu, abym mógł obejrzeć tego młodzieńca, nie poparzywszy go nagle.

Kiedy dym zrobił się dostatecznie gęsty, Zepsuta Twarz wyszedł ze swego ukrycia i 

stanął po drugiej stronie dymnej ściany. Słońce widząc go tak biednym i zmęczonym podróżą, 

zlitowało się nad młodzieńcem.

- Możesz zostać tutaj jakiś czas i polować wraz z noim synem. Nie chodźcie jednak 

nad brzeg jeziora, które znajduje się na północnej stronie. Mieszkają tam bardzo złośliwe 

ptaki, które mogłyby uczynić memu synowi krzywdę. Ja też ich unikam i dlatego chodzę 

tylko południową stroną nieba.

Zanim   Słońce   przebyło   dziesięciokrotnie   drogę   po   niebie,   Apicira   zapomniał   o 

zaleceniu ojca.

Pewnego dnia zdecydował, by dla odmiany ruszyć na polowanie na północ. Zepsuta 

Twarz daremnie przypominał mu, że wyprawa ta może być bardzo niebezpieczna. Apicira 

uparł się jednak i poszedł. Przyjaciel szedł za nim myśląc, co też może ich tam spotkać?

Przekonał się o tym już wkrótce.

Gdy Gwiazda Poranna przechodził przez mały lasek, zaatakowało go nagle siedem 

wielkich żurawi. Zaskoczony tym nagłym atakiem syn Słońca nie mógł zrobić użytku ze swej 

broni i o włos postradałby życie pod dziobami rozwścieczonych ptaków. W ostatniej chwili 

nadbiegł   Zepsuta   Twarz   i   rozpostarł   przed   przyjacielem   swoją   starą   skórę   bizonia.   Gdy 

olbrzymie   ptaki   dziurawiły   ją   zawzięcie   ciosami   swych   ostrych   dziobów,   Zepsuta  Twarz 

zabijał jednego po drugim celnymi uderzeniami tomahawka.

Po powrocie do domu Gwiazda Poranna, który był prawym i uczciwym młodzieńcem, 

opowiedział swemu ojcu o nieszczęsnej wyprawie na północ i o tym, co się wydarzyło. Nie 

ukrywał, że młody Czarna Stopa odradzał mu tę wyprawę i później uratował mu życie.

- Mówisz, że było siedem, siedem olbrzymich żurawi?

- dopytywało się Słońce.

- Tak, a mój przyjaciel zabił wszystkie, jednego po drugim.

-   Nie   wierzę,   dopóki   nie   zobaczę   ich   uciętych   głów.   Zepsuta  Twarz   przyniósł   je 

wkrótce,  a   na  pamiątkę   tego  zdarzenia,   każdy wojownik  musi   przynosić  skalpy zabitych 

wrogów, jako dowód dokonanego przezeń czynu.

Słońce   tak   było   zadowolone   z   wyczynu   przyjaciela   swego   syna,   że   spytało,   czy 

młodzieniec nie ma jakiegoś życzenia.

background image

- Tak - odparł Zepsuta Twarz. - Chciałbym, abyś wygładził moją twarz, bym mógł 

poślubić córkę wodza mojego plemienia.

- Przywrócić twej twarzy dawny wygląd nie jest dla mnie trudne. Jeśli jednak chodzi o 

córkę wodza, pomówimy o niej innym razem. Kokomikis, przygotuj Seidl-ku-toh (namiot 

potów) - zwrócił się do żony.

Gdy tipi potów zostało już przygotowane, Słońce wprowadziło do środka Zepsutą 

Twarz i wrzuciło tam koniuszek jednej ze swych rzęs. Natychmiast biała chmura wypełniła 

wnętrze   tipi.   Kiedy   rozproszyła   się,   Słońce   poleciło   Czarnej   Stopie   wyjść   z   tipi   i 

poprowadziło go wraz z Gwiazdą Poranną przed oblicze Kokomikis.

- Powiedz mi teraz, żono, który z tych młodzieńców jest twoim synem? - zapytało.

Kokomikis nie mogła rozpoznać swego syna, ponieważ obydwaj młodzieńcy byli do 

siebie tak podobni, jak podobne są dwie krople wody.

Nazajutrz czarne chmury rozpostarły się ciężkimi zwałami między Światem Który Jest 

Wysoko, a Światem Który Jest Nisko.

Słońce skorzystało z tego, by udać się z obydwoma chłopcami na polowanie.

Kiedy  przeszli   już   szmat   drogi   i   nie   zobaczyli   nic,   co   mogliby  upolować,   młody 

Pikuni, który poczuł głód, zapytał:

- Kiedy będziemy jedli?

-   Natychmiast,   jeśli   chcesz!   -   mówiąc   to   Słońce   chuchnęło,   aby   rozdzielić   dwie 

chmury i młodzieniec ujrzał w dole obóz, z którego przywędrował do Słońca. Ujrzał, jak 

wdole młodzi mężczyźni z jego plemienia rozgrywali właśnie zawody zręcznościowe.

Słońce   pokazało   Zepsutej   Twarzy   małego   chłopca   siedzącego   między   widzami   i 

nakazało mu pilnie uważać na to, co się za chwilę stanie.

Nagle ciałem dziecka zaczęły wstrząsać konwulsje. Rozgrywki zostały przerwane, a 

czarownik wezwany przez rodziców dziecka bezzwłocznie nakazał zabić w ofierze białego 

psa. Ofiara została złożona i wkrótce dziecko wyzdrowiało.

- Widzisz  - powiedziało  Słońce  do  młodego  wojownika.  -  Czarownicy  każą  wam 

wierzyć, że to ich magia uzdrawia chorych, ale to właśnie ja zwracam ludziom zdrowie, kiedy 

mi   w ofierze  dają  to,  czego  pragnę.  Dzisiaj  chciałem  tego  białego  psa.  Siadajmy  więc  i 

jedzmy.

Podczas  jedzenia   młody  Pikuni   nie   mógł   się   powstrzymać   od  spoglądania   w  dół. 

Słońce rychło spostrzegło to i powiedziało:

- Szukasz córki wodza i nie widzisz jej w tłumie ludzi. Td dlatego, że w tej właśnie 

chwili   spoczywa   ona   w   ramionach   syna   czarownika,   który   potrafi   rzucać   uroki   na 

background image

dziewczyny. Nie żałuj jej, ponieważ ta dziewczyna nie jest nic warta. Postanowiłem, że jej 

ojciec zaskoczy ich i oboje poniosą śmierć, jak nakazuje wasze prawo. Ty masz ważniejsze 

rzeczy do zrobienia w Świecie Który Jest Nisko. Oprócz białych psów, które ludzie twego 

plemienia składają mi czasami w ofierze, oddają mi oni za mało czci. Powrócisz więc na dół. 

Wiem, że życzysz sobie tego, a przy okazji zaniesiesz swym braciom pieśni i tańce, których 

cię nauczę. Dam ci także legginy oznaczone siedmioma poprzecznymi czarnymi pasami na 

pamiątkę   siedmiu   żurawi,   które   zabiłeś.   Dostaniesz   też   nakrycie   głowy   ze   skóry   jelenia 

wapiti,   które   będzie   musiała   nosić   na   otwarcie   uroczystości  Tańca   Słońca   kobieta   czysta 

duchem i ciałem. Staniesz się wielkim wodzem i będziesz mógł mieć wszystkie kobiety, 

których tylko zapragniesz.

- Jak jednakże będę mógł wrócić do swoich? Nie potrafię przecież odnaleźć drogi, 

którą tutaj przybyłem - powiedział młodzieniec.

-   Powrócisz   drogą   o   wiele   krótszą   -   odpowiedziało   Słońce.   -   Widzisz   te   ogniki 

ściśnięte jeden obok drugiego, które rysują łuk w Świecie Który Jest Wysoko i w Świecie 

Który Jest Nisko? To jest droga, z której korzystają ptaki w czasie swych przelotów z północy 

na południe i z południa na północ. Właśnie tym szlakiem powrócisz teraz do obozu swego 

ludu i nim kiedyś udasz się, by odszukać Gwiazdę Poranną, gdy Wielki Twórca zdecyduje 

zatrzymać cię na zawsze między nami...

Opowiadając historię Zepsutej Twarzy - mówił Ansota

- chciałem, aby Wędrujący Niedźwiedź i jego przyjaciel, Orle Żebro, domyślili się, że 

gdy świeża trawa pokryje prerie, powinni być juz gotowi do wzięcia udziału w obrzędzie 

Tańca Słońca. Tak właśnie zażyczyła sobie rada starszych naszego plemienia.

Mas-gwa-ah-Sid i Pitah-pekis skamienieli na chwilę, trudno było im uwierzyć, że to 

już wiosną okaże się, czy są godni miana wojowników, czy będą mogli zasiąść w kręgu 

doświadczonych i walecznych mężczyzn.

Wędrujący Niedźwiedź zerknął w stronę I-sha-wi. Dziewczyna lekko uśmiechnęła się 

do niego. Zauważył w jej oczach iskierki dumy i zadowolenia.

Przebiegł wzrokiem po twarzach wszystkich zebranych w ziemiance. Matka, ojciec, 

ciotka - wszyscy byli bardzo zadowoleni z postanowienia starszyzny.

Po krótkiej przerwie znowu odezwał się Ansota:

- W czasie dużych śniegów młodzi ludzie będą musieli zdobyć parę skórek białych 

królików, aby z ich futra porobić frędzle do obrzędowych koszul, jakie noszą wojownicy 

stowarzyszenia   Kai-tsen-ko   (Prawdziwych   Psów).   Otsedaba!   Ślady   królicze   wiodły  przez 

wąwóz wzdłuż ściany rzadkiego lasku, a potem wychodziły na równinę rozciągającą się aż do 

background image

linii horyzontu. Gdy słońce wstało na spotkanie dnia, wznosząc się hen ponad biel pokrytej 

śniegiem ziemi, równe ślady królików zaróżowiły się.

Wędrujący Niedźwiedź i Orle Żebro uzbrojeni byli tylko w łuki, a w kołczanach mieli 

po parę strzał. Zatrzyhnali się przy tropach króliczych, zbadali, z której strony wieje wiatr, i 

skierowali się w przeciwną jego podmuchom stronę. Śnieg sięgał im prawie do kolan, a w 

niektórych miejscach zapadali się nawet po pas. Wreszcie dotarli do skalnego rumowiska i 

wczołgali się na jego wierzchołek. Tuż pod sobą mieli teraz równinę, a na niej rozproszoną 

gromadkę   królików,   które   przednimi   łapkami   rozkopywały   śnieg,   usiłując   dobrać   się   do 

zmarzłego mchu i traw.

Orle   Żebro   wzniósł   cztery   palce   do   góry,   powiadamiając   w   ten   sposób   swego 

przyjaciela, że króliki są duże i wystarczy upolować cztery. Powoli powstali ze skały, jęknęły 

wypuszczone   cięciwy.   Dwa   króliki   zostały   w   śniegu,   reszta   zaś   rzuciła   się   do   ucieczki. 

Trzeciego dogoniła pierzasta strzała Orlego Żebra, przybijając biedaka do śniegu. Wędrujący 

Niedźwiedź upolował czwartego.

Gdyby   nie   strużki   krwi   wyciekające   z   ran   i   barwiące   na   czerwono   śnieg   wokół 

leżących królików, trudno byłoby wypatrzeć ubite zwierzęta na śniegu, tak bowiem białe były 

ich futerka.

Gdy   chłopcy   powrócili   do   obozu,   upolowanymi   królikami   zajęła   się   I-sha-wi. 

Przygotowała najpierw wiklinowe obręcze, potem sprawnie ściągnęła skórki ze zwierzątek, 

obcinając  wszystkie   wystające   i  zbędne   kawałki   futerka.  Cienkim  rzemieniem  naciągnęła 

każdą   skórkę   wewnątrz   obręczy,   po   dokładnym   oczyszczeniu   ich   z   resztek   żył   i   błon, 

następnie   natarła   je   tukiem   niedźwiedzim   i   powiesiła   tak   przygotowane   futerka   w 

przewiewnym miejscu, wysoko przy otworze dymnym. Po dwóch dniach ponownie natarła 

tłuszczem bobrowym wewnętrzne części skórek. Czynności te powtarzała jeszcze cztery razy. 

Dopiero gdy futerka stały się miękkie, elastyczne, a białe włosie puszyste, pocięła skórki na 

cienkie   paski   jednakowej   długości.   Postanowiła   także,   że   podczas   długich   zimowych 

wieczorów uszyje swoim przyjaciołom nowe koszule i ozdobi je kolcami jeżozwierza we 

wzory, jakie noszą wojownicy ze stowarzyszenia Prawdziwych Psów.

Któregoś wieczoru Mekasto (Czerwony Kruk) i jego żona zaprosili do siebie kilkoro 

przyjaciół i ich kobiety. W ziemiance Czerwonego Kruka zebrali się ci sami wojownicy, co 

poprzednio u Wojennej Lancy.

Kobiety zbite w osobnej grupce zajęły się reperowaniem i szyciem odzieży ze skór, 

przekazując sobie półgłosem ostatnie ploteczki obozowe. Mężczyźni natomiast konserwowali 

starą i sporządzali nową broń.

background image

-   Kiedyś   w   czasach   mojej   młodości   przyjaźniłem   się   z   paroma   wojownikami   z 

plemienia Arikara. Pamiętacie, że nigdy z nimi nie prowadziliśmy wojen, oni polowali na 

naszych terenach, a my na ich i nikt do nikogo nie miał o to pretensji ani żalu. Nawet parę 

naszych kobiet pojęli za żony wojownicy z tego plemienia i są one szczęśliwe do dzisiaj, 

chociaż wiele przeżytych zim pobieliło im włosy - tak zaczął swoją opowieść Biegnący Wilk. 

- Zdarzyło się kiedyś, że musiałem szukać schronienia u Arikarów przed samą burzą śnieżną. 

Przyjęli   mnie   z   szacunkiem   i   gościnnie,   a   wieczorem   pewien   bardzo   stary   człowiek, 

pamiętam   to   do   dziś   -   nazywał   się   Akka-Kitcipimiw-otas   (Dużo   Nakrapianych   Koni), 

opowiedział, skąd na ziemi wzięli się ludzie Arikara. Oni, podobnie jak my, Kwuda, wyszli z 

podziemnego świata przez drzewa. A było to tak:

Kiedyś, bardzo dawno temu, tak dawno, że nie pamiętają tych czasów najstarsi ludzie, 

a wspomnienia o tym zachowały się tylko w opowiadaniach przekazywanych przez starców 

następnym   pokoleniom,   istniała   wioska   bizonów,   które   w   owym   czasie   przybrały  ludzką 

postać. W wiosce tej znajdowało się święte zawiniątko plemiennej noszące nazwę „Sęk w 

Drzewie”.

Bizony o ludzkich kształtach korzystały z magicznych mocy tego zawiniątka, ale w 

nieuczciwy sposób. Za pomocą jego siły i mocy polowały na ludzi i karmiły się ich mięsem.

Pewnego   razu   bizony,   strażnicy   zawiniątka,   po   odśpiewaniu   magicznych   pieśni 

podeszły do starego, potężnego drzewa bawełnicy i uderzyły najpierw trzy, a potem cztery 

razy w sęk tkwiący w jego pniu.

Wkrótce usłyszały dźwięki podobne do ludzkiego płaczu i ludzkie głosy dochodzące 

spod ziemi i z wnętrza drzewa: Sęk został wybity i bardzo wielu ludzi wyszło przez powstały 

otwór.

Omaksi Sapop (Wielkie Pióro) był pierwszym, który stanął na ziemi. Przyczajony w 

pobliżu lud bizonów polował na kolejnych ludzi wychodzących z pnia i wkrótce pozabijał 

bardzo wielu z nich. Wielkie Pióro oraz kilku innych zdołało zawrócić do zbawczego otworu i 

ukryć się w drzewie, lecz wielu innych ludzie-bizony dosięgły swymi maczugami, a zwłoki 

zabitych   poćwiartowały   na   drobne   kawałki.   Przez   cały   wieczór   i   noc   tańczono   wokół 

upolowanych ludzi, ciesząc się z łatwego zwycięstwa.

W czasie łowów na ludzi, bizony w ludzkiej postaci tak szczelnie otoczyły drzewo 

bawełnicy, że jeden z młodych mężczyzn, który wraz z innymi wyszedł przez otwór zaraz po 

usunięciu sęka, nie zdołał powrócić do wnętrza drzewa. Będąc chyżym biegaczem uszedł 

jakoś przed rzucanymi weń maczugami i ukrył się w pobliskich zaroślach.

Wkrótce jednak spostrzegł, że kryjówkę jego wytropiła ścigająca go kobieta-bizon. 

background image

Młody mężczyzna zacierając za sobą ślady umknął przed swoją prześladowczynią i ukrył się 

pośród gałęzi dzikiej winorośli tak, że najbystrzejsze oko nie było w stanie go wykryć. Nie 

dowierzał jednak swojej nowej kryjówce, gdyż znajdowała się zbyt blisko wioski bizonów, 

toteż szybko zmienił miejsce swojego ukrycia. W trosce o swoje życie i bezpieczeństwo 

musiał to robić wiele razy.

Gdy był głodny, zbierał owoce, łapał małe zwierzątka i wyszukiwał jadalne, korzonki.. 

Pewnego dnia, gdy mocno spragniony zaszedł nad źródełko pełne krystalicznie czystej 

wody,   ujrzał   przed   sobą   śliczną   dziewczynę   z   głową   okrytą   czapką   futrzaną   z   dwoma 

bizonimi   rogami.   Dziewczyna   była   niezwykle   urodziwa,   a   na   ramiona   miała   zarzuconą 

miękko wyprawioną skórę młodej samicy bizona. Długie czarne, proste włosy spływały na jej 

kark i sięgały aż do pasa. Piękne dziewczę szło gdzieś zamyślone. Mężczyzna podążył za nią. 

Widział, jak weszła do pięknie pomalowanego tipi. Gdy zbliżył się do namiotu, przywitała go 

grzecznie i poprosiła, by zanocował u niej.

Ponieważ mężczyzna był zmęczony i głodny, dziewczyna nakarmiła go. Potem okryci 

jej   białą   bizonia   skórą   legli   w   objęciach,   jak   na   kochanków   przystało.   Po   jakimś   czasie 

młodzieniec zasnął. Gdy obudził się następnego ranka, ze zdumieniem spostrzegł, że tipi 

gdzieś zniknęło.

Dziewczyna-bizon powiedziała mu szczerze i uczciwie, że niektóre bizony, z tych 

które przybrały ludzką postać, pragnęłyby zmienić się ponownie w zwierzęta. Niestety, dotąd 

nie znalazły człowieka, który pomógłby im powrócić do dawnych, zwierzęcych kształtów.

Dziewczyna przyznała się, że właśnie jego wybrała, by został bohaterem swojego 

narodu i uwolnił bizony od ich ludzkiej postaci. Powiedziała mu, że będzie musiał stawić 

czoło   licznym   niebezpieczeństwom.   Musi   pokonać   złych   i   groźnych   zjadaczy   ludzkiego 

mięsa - ludzi-bizony.

Pouczyła go, w jaki sposób będzie mógł przedostać się do tipi ich wodza, omijając 

cztery szeregi strażników, i obiecała mu w tym pomóc.

Okryła wojownika swoją pięknie wyprawioną skórą bizonia i poprowadziła tuż pod 

stanowiska   czujnych   strażników.   Niektórzy   z   nich   poczęli   krzyczeć,   że   w   pobliżu   czują 

ludzkie mięso, ale dziewczyna śmiejąc się odparła, że pewnie ten zapach pochodzi od świeżej 

jeszcze ludzkiej krwi pozostałej na ich broni, skórach i ciałach.

Strażnicy   uspokoili   się   nieco,   toteż   młody   mężczyzna   prowadzony   przez   piękną 

dziewczynę mógł bez przeszkód wślizgnąć się do tipi wodza.

Dziewczyna-bizon posadziła go na stosie miękkich skór, aby trochę odpoczął. Gdy do 

namiotu   wkrótce   zbliżył   się   wódz,   mężczyzna   ukrył   się   w   najdalszym   kącie   tipi,   pilnie 

background image

nasłuchując dźwięków dobiegających z przedniej części namiotu. Wódz nie podejrzewał, że 

ktoś mógłby ukryć się w jego namiocie, toteż powtarzał sobie głośno wszystkie pieśni i 

modlitwy, które służyły mu do wywabiania ludzi z drzewa bawełnicy. Młodzieniec podsłuchał 

też, jak wódz wyjaśniał dziewczynie sposób użycia magicznej laski, którą strażnicy uderzali 

w pień drzewa, zmuszając zgłodniałych ludzi do wyjścia na zewnątrz.

Mężczyzna pilnie słuchał, powtarzając sobie w pamięci wszystko, co dobiegało jego 

uszu.

Rankiem, kiedy wódz wyszedł z tipi, by pokierować przygotowaniami do następnego 

wielkiego   polowania   na   ludzi,   nadbiegła   dziewczyna-bizon,   by   natchnąć   serce   młodego 

mężczyzny odwagą. Pokazała mu u szczytu tipi ogromne ilości wędzonego ludzkiego mięsa. 

Na ten widok w sercu młodzieńca wezbrał straszny gniew, który dał mu siłę do walki z 

niegodziwymi bizonami w ludzkiej postaci. Dziewczyna-bizon zabrała go do lasu w pobliżu 

drzewa bawełnicy, w którym ukrywali się ludzie. Tam powiedziała mu, by naciął wiele gałęzi 

jesionu, potrzebnych do zrobienia mocnych i elastycznych łuków, a także wiele cienkich, 

prostych prętów brzozowych do sporządzania strzał. Pozwoliła, by pociął na rzemienie całą 

skórę, którą go okryła pamiętnej nocy i porobił z nich cięciwy do łuków.

Młody   człowiek   energicznie   zabrał   się   do   pracy.   Pracował   bardzo   długo,   a   gdy 

skończył, wiedział, że teraz on i wszyscy ludzie będą wreszcie dobrze przygotowani do walki.

Korzystając z chwilowej nieobecności ludzi-bizonów, wraz z dziewczyną podszedł do 

drzewa bawełnicy i poprosił ją, aby wywołała jego przyjaciela. Wielkie Pióro. Wielkie Pióro 

dowiedział   się   ze   gdy   nadejdzie   odpowiednia   pora,   winien   wybiec   z   drzewa   i   chwycić 

przygotowany dlań łuk i strzały i natychmiast zacząć strzelać do ludzi-bizonów. To samo 

winni czynić mężczyźni, którzy wydostaną się z pnia razem z nim.

Następnego   dnia   dziewczyna-bizon   i   młody   człowiek   przynieśli   jesionowe   łuki   i 

strzały pod drzewo i ukryli broń pod resztkami bizoniej skóry, którą z wierzchu zamaskowali 

mchem.   Wkrótce   pod   wielkie   drzewo   bawełnicy   przybył   wódz   bizonów   ze   swoimi 

wojownikami i śpiewając obrzędowe pieśni, uderzył w drzewo trzy, a następnie cztery razy.

W głębi drzewa odezwały się liczne głosy, wyskoczył ha zewnątrz Wielkie Pióro. 

Chwycił jeden z ukrytych w pobliżu łuków wraz ze strzałami i pobiegł na tyły ludzi-bizonów. 

Inni mężczyźni, którzy wyskakiwali z pnia drzewa, również chwytali przygotowaną dla nich 

broń.   Napięto   łuki,   jęknęły   cięciwy   i   ulewa   strzał   posypała   się   na   ludzi-bizony,   które 

przerażone   niespodziewanym   atakiem   prawdziwych   ludzi   zaczęły   umykać   w   popłochu. 

Zmykając każdy chwytał ze swego tipi kawałek ludzkiego mięsa i chował pod pachą. Mimo 

że ludzie-bizony biegły bardzo szybko, każdego dosięgła jeszcze szybsza pierzasta strzała.

background image

Jednak w czasie tej walki żaden człowiek-bizon nie stracił życia, bowiem z chwilą gdy 

raziła go strzała wypuszczona z ludzkiej ręki, zamieniał się natychmiast w prawdziwego, 

kosmatego bizona i spokojnie zaczynał szczypać zieloną trawę.

Dziewczyna-bizon, do której nikt nie ośmielił się strzelić, zachowała ludzką postać i 

pośłubiła później dzielnego młodzieńca, a ich potomstwo założyło ród Arikara.

Chłopak i dziewczyna znali tajemnicę Zawiniątka Leków i zachowali je jako świętość 

plemienną. Leki te nadal nazywają się „Sęk w Drzewie”.

Ponieważ ludzie, którzy wyszli z pnia drzewa i stoczyli pierwszą walkę z narodem 

bizonów   pozwolili   powrócić   swoim   prześladowcom   do   zwierzęcej   postaci   i   nie   zabijali 

żadnego z nich, w zamian otrzymali od bizonów przyrzeczenie, że gdy ludziom zabraknie 

pożywienia   i   za   pomocą   Zawiniątka   Leków   wezwą   je,-   bizony  przybędą   w   ich   strony  i 

zapewnią wszystkim ludziom dostatek mięsa.

Dzisiaj,   kiedy  Arikara   polują   na   bizony,   pamiętają   o   tym,   że   mięso   spod   pachy 

każdego  bizona  jest przesiąknięte  ciałem praprzodków,  toteż  nigdy nie  jedzą  mięsa  z  tej 

części bizona.

Biegnący Wilk zakończył swoją opowieść, a w chacie zaległo milczenie.

- Tak, mój sędziwy ojciec powiedział prawdę, ja też przebywałem wśród ludzi Arikara 

i   to   w   okresie,   w   którym   drzewa   gubią   liście.   Był   to   Księżyc   Wysychającej   Trawy.   W 

plemieniu było bardzo mało mięsa, głód zaglądał ludziom w oczy, a ostatnie polowanie na 

bizony  nie   powiodło   się.   -  Zaczął   mówić   Huan-tos,   ojciec  Wędrującego   Niedźwiedzia.   - 

Głodne dzieci płakały. Znacie ten; czas, bo i u nas często głód wyciskał naszym dzieciom łzy. 

Widziałem, jak zrozpaczone kobiety błagały wodza, był wezwał czarownika, który strzeże 

świętych leków, zwanych „Sęk w Drzewie”. Błagały, by czarownik poprosił opiekuńczego 

ducha wioski o pomoc.

Wódz przychylił się do prośby kobiet, sam przecież nie znalazłby innego wyjścia. 

Brak mięsa, jak wszyscy wiedzą, oznacza dla wielu śmierć głodową, nieraz nawet dla całych 

rodzin.

Wyjął więc zawiniątko ze świętym tytoniem, z jego dymu złożył ofiarę duchom i 

wezwał czarowników, by otworzyli leki, sprawiając swymi modlitwami, że bizony pojawią 

się w okolicach ich wioski.

Czarownicy polecili, aby wódz dokładnie posprzątał swoje tipi i starannie wyczyścił 

klepisko.   Kiedy   wykonano   ich   polecenie,   do   tipi   wodza   wniesiono   Święte   Zawiniątko   z 

lekami.   Przed   tipi   ustawiono   słup,   a   na   nim   zawieszono   ofiary   dla   duchów.   Ludziom 

nakazano, by w całkowitym milczeniu zasiedli przed namiotem.

background image

Wkrótce   czarownicy   rozpoczęli   obrzęd,   w   czasie   którego   śpiewali   święte   pieśni, 

kreślili magiczne znaki, potem zaś uderzali trzykrotnie w słup z ofiarami, a następnie jeszcze 

cztery   razy,   przywołując   w   ten   sposób   duchy   bizonów.   Przypominali   zwierzętom,   że 

obiecywały  zaraz   przybyć,   kiedy  ludzie   z   wioski,   będący  w   potrzebie,   odbędą   specjalny 

obrzęd przed Świętym Zawiniątkiem Bizonim.

Po upływie trzech dni usłyszeliśmy grzmot nadchodzącego stada. Wtedy czarownicy 

wybrali kilku młodych mężczyzn i polecili, by schwytali oni i przyprowadzili do namiotu 

wodza młodego bizona-byka.

Mężczyźni   wykonali   polecenie.   W   tipi   wodza   nad   związanym   zwierzęciem 

czarownicy,   a   zarazem   i   strażnicy   Świętego   Zawiniątka,   śpiewali   dziękczynne   pieśni   i 

kierowali dp duchów bizonów modlitwy z podziękowaniem za wysłuchanie ich próśb. W 

przerwach   między   śpiewami   i   modlitwami   opowiadali   stare   podania   o   bizonach,   które 

dawniej były ludźmi.

Potem   schwytanego   młodego   bizona   wyprowadzono   na   skraj   wioski   i   puszczono 

wolno, aby doniósł swoim braciom o tym, co widział.

Po   zakończeniu   uroczystości   wszyscy  myśliwi   udali   się   w   kierunku   pasącego   się 

spokojnie stada i upolowali tylko tyle bizonów, aby przez całą zimę nikt w wiosce nie cierpiał 

głodu.

W ten sposób Święte Zawiniątko z lekami okazało swą siłę i nakarmiło głodujących 

Arikarów.

- Oni mają swoje leki, zawiniątka i ich duchy pomagają tylko im. Nam na pewno by 

nie pomogły, chociaż pochodzimy, tak samo jak oni, z podziemnego świata. My mamy inne 

duchy opiekuńcze - zauważył czarownik Sematów, Dwa Palce - i z pewnością nasze duchy 

także nie pomogłyby w kłopotach ludziom Arikara.

- Moje uszy słyszą słowa doświadczonych mężczyzn o obrzędach zaprzyjaźnionych 

plemion z Wielkich Łąk - rzekła bardzo stara kobieta, przygarnięta kiedyś przez rodzinę 

Wojennej Lancy. - Ja nie pochodzę z waszego narodu, nie mam nawet domieszki krwi Kiowa. 

Moje plemię mieszka daleko na północy i pochodzi z ludu Manganów - dodała staruszka 

skrzeki i wym i powolnym głosem. - Wśród waszego ludu żyję bardzo długo i pamiętam 

czasy,   kiedy   zamieszkiwał   on   jeszcze   Górne   Prerie.   Pamiętam,   Wojenna   Lanco,   jak   się 

rodziłeś i to właśnie moje dłonie pierwsze dotknęły twego ciała. W tamtych czasach byłam 

waszą niewolnicą. Mimo tylu Wielkich Słońc rozłąki z moim plemieniem z mej pamięci nie 

uleciały jak płochliwe ptaki ani nie zatarły się niepamięcią dawne obrzędy Mandanów.

Wśród   mojego   plemienia   największym   świętem   była   uroczystość   zwana   Okipa. 

background image

Obchodzono ją raz w ciągu

Tak Indianie nazywali kraj prerii, wszystkie prerie: Górne i Dolne. Wielkiego Słońca. 

W czasie tej uroczystości przez wiele dni trwały tańce i śpiewy, a głos bębnów niósł się po 

prerii   jak   tumań   kurzu   po   przejściu   bizonów.   Mężczyźni   ranili   się   zadając   sobie 

własnoręcznie   cierpienia   i   tortury,   które   ofiarowywali   duchom   świata.   Najstarsi   wiekiem 

mężczyźni - strażnicy legend opowiadali historie o stworzeniu wszystkich rzeczy i narodzeniu 

pierwszego człowieka, o powstaniu plemienia Mandanów.

Ta historia, którą chcę wam opowiedzieć, o wielcy mężowie Kiowa, stanowi treść 

Świętego Zawiniątka, zwanego przez nasz naród „Samotny Mężczyzna”. Posłuchajcie.

Samotny Mężczyzna nieskończenie długo wędrował po wielkich obszarach wód. Nie 

widział, kiedy i jak przyszedł na świat i stał się istotą ludzką. Ponieważ często rozmyślał o 

swym   pochodzeniu   i   chciał   poznać   jego   początek,   postanowił   podążyć   szlakiem 

prowadzącym wstecz - w powrotną drogę.

W tej długiej wędrówce odnalazł przepiękny czerwony kwiat, który powiedział mu, że 

to właśnie on dał życie Mężczyźnie i zezwolił mu chodzić po całym świecie.

Samotny Mężczyzna domyślił się, że skoro kwiat wypłynął na powierzchnię wody, to 

znaczy, że matka Mężczyzny musiała żyć głęboko pod wodą, może nawet na jej dnie - i tam 

dała mu życie.

Przemierzając   dalej   bezmiar   wód,   spotkał   dwie   kaczki.   Poprosił   je,   by   z   głębin 

wydobyły mu trochę ziemi. Kaczki spełniły jego życzenie, a Samotny Mężczyzna ziemię tęlj 

rozrzucił w cztery strony świata. Powstała wielka wyspa, a na niej wyrosły zielone, soczyste, 

kwietne trawy i drzewa owocowe. Mężczyzna nie musiał już błąkać się więcej po wodzie. 

Wędrował teraz po ziemi i gdziekolwiek się pojawił, tworzył coraz to nowe życie i różne 

rzeczy.

Odbywszy wiele długich podróży, pewnego razu spotkał kojota, który siebie nazywał 

Ishanibe (Pierwszy Człowiek).

Obydwaj pokłócili się gwałtownie o to, który z nich jest rzeczywiście pierwszym 

człowiekiem i Samotny Mężczyzna w złości przebił kojota swym oszczepem. Odczekał jakiś 

czas i kiedy upewnił się, że ten, który nazywał siebie Ishanibe, zamienił się w kupkę kości, 

złamał swój oszczep i odrzucił go daleko od siebie.

Było mu przyjemnie, gdy wraz ze śmiercią kojota upewnił się, że teraz tylko on, 

Samotny Mężczyzna, jest pierwszym człowiekiem. Lecz gdy tylko porzucił swój złamany 

oszczep, kości kojota połączyły się i Ishanibe stanął przed nim żywy i cały.

Pragnąc uniknąć dalszego rozlewu krwi, obydwaj postanowili, że odtąd będą razem 

background image

przebywać   i   polować.   Wspólnie   teraz   zajęli   się   tworzeniem   różnych   rodzajów   ziem   i 

przeróżnych   krain”   uzupełniając   je   najrozmaitszymi   gatunkami   zwierząt   i   ptaków.   Po 

pewnym czasie odkryli, że na ziemi żyją ludzie.

Samotny Mężczyzna zapragnął zostać jednym z nich, toteż pilnie zaczął szukać jakiejś 

kobiety, z której mógłby się narodzić jako człowiek.

Pewnego dnia ujrzał dziewczynę rozcierającą na miazgę ziarna kukurydzy. Pomyślał, 

że zanim dostanie się do jej wnętrza, dziewczyna może go rozbić tak jak ziarna, szybko więc 

zrezygnował z tego zamiaru.

Następnym razem ujrzał inną bardzo piękną dziewczynę, która wraz ze swą matką 

łowiła w rzece ryby.

Postanowił wykorzystać tę szansę, toteż udał się w górę rzeki i przemienił w zabitego 

bizona, unoszonego przez prąd wody. W boku bizona ziała otwarta rana z widoczną tłustą 

nerką. Gdy dziewczyna ujrzała martwego bizona, który przepływał wolno koło niej, chwyciła 

smakowicie wyglądającą nerkę i natychmiast ją połknęła.

Po pewnym czasie poczuła się jakoś dziwnie. Zauważyła, że jej brzuch powiększa się, 

toteż zaniepokojona, przywołała swą matkę. Po krótkim czasie urodziła ładnego, zdrowego 

chłopca z magicznymi, czarnymi znakami na czole.

Dziecko   rosło   i   rozwijało   się   z   niespotykaną   szybkością,   aż   wkrótce   stało   się 

dorodnym pięknym młodzieńcem, który nade wszystko lubił piękne stroje.

W pobliżu wioski mieszkał w tym czasie Hoita (Orzeł), posiadający przepiękne białe 

okrycie z bizoniej skóry.

Młody Samotny Mężczyzna, który obdarzony był cudowną mocą, wezwał do siebie 

Wiatr i nakazał mu, by uniósł tę skórę bardzo daleko z gniazda Orła. Gdy biała derka z 

bizoniej   skóry   spadła   na   gładką   równinę,   deszcz   i   słońce   sprawiły,   że   stała   się   jeszcze 

piękniejsza.

Derka ta została znaleziona przez kilku mężczyzn, którzy przypadkowo przebywali w 

pobliżu. Stwierdzili oni, że nowo znaleziona skóra jest znacznie piękniejsza niż ta, którą nosił 

uprzednio   Orzeł-Hoita.   Przynieśli   ją   do   wioski   i   podarowali   uroczyście   w   obecności 

czarowników Samotnemu Mężczyźnie.

Hoita   obraził   się   śmiertelnie   z   tego   powodu   i   opuścił   wioskę,   zabierając   z   sobą 

wszystkie zwierzęta. Samotny Mężczyzna widział czasami te zwierzęta, jak wędrowały na 

północ, do Krainy Śniegów, omijając wioskę z daleka i z tego powodu bardzo się martwił.

Pewnego jednak dnia spotkał Kobietę-Mysz, która mu powiedziała w zaufaniu, że 

jego bizonia derka została zamieniona w zwierzęta, które stały się białej powędrowały daleko 

background image

na północ, do Krainy Śniegów. Za radą Kobiety-Myszy Samotny Mężczyzna przemienił się w 

białego królika, udał się do Jamy Psa, gdzie Hoita zamknął zwierzęta i korzystając ze swojej 

przemiany, swobodnie wszedł do kryjówki.

W tym czasie Orzeł tańczył ze zwierzętami magiczny taniec i śpiewał pieśni, które 

miały sprowadzić głód na wioskę Samotnego Mężczyzny. Czarodziejską siłę pieśni i moc 

tańca   Hoita   zaklął   w   bębnie,   który   był   wykonany   z   wielkiego   płata   skóry   antylopy 

widłorogiej.

Kiedy   Samotny   Mężczyzna   poznał   tajemnicę   potężnych   mocy   Orła,   wymknął   się 

niepostrzeżenie   na   zewnątrz,   aby  wykonać   znacznie   większy  i   silniej   dudniący  bęben,   o 

jeszcze większej magicznej sile. Przywołał wtedy do siebie wszystkie stworzenia, lecz żadne 

z nich nie było w stanie mu pomóc, z wyjątkiem Wielkiego Żółwia, który na swym grzbiecie 

podtrzymywał   Ziemię,   Ponieważ   Żółw   nie   mógł   uczynić   najmniejszego   ruchu,   by   nie 

uszkodzić   Ziemi,   Samotny   Mężczyzna   wykonał   dokładną   podobiznę   Wielkiego   Żółwia. 

Następnie zdjął z przywołanych zwierząt skórę, którą naciągnął na wielką dębową obręcz, 

bowiem właśnie dębowa obręcz utrzymywała Ziemię na skorupie Wielkiego Żółwia. Kiedy 

bęben   był   już   prawie   gotowy,   przy   wiązał   doń   jeszcze   pęk   ozdobnych   piór.   Samotny 

Mężczyzna był bardzo zadowolony ze swojego dzieła. Gdy uderzył w nowy cudowny bęben, 

jego dudnienie dobiegło do Jamy Psa, wprowadzając Hoitę w zakłopotanie. Orzeł natychmiast 

powysyłał zwierzęta na zwiady, aby dowiedziały się, co to za odgłos bębna przeszkadza mu w 

odprawianiu czarów.

Tymczasem   Samotny   Mężczyzna   zręcznie   Wyłapywał   zwiadowców,   jednego   po 

drugim, i wszystkich podarował swojemu ludowi.

Hoita   przekonał   się   wreszcie,   że   został   pokonany   i   resztę   zwierząt   z   Jamy   Psa 

rozproszył po całej Ziemi. Dlatego właśnie podczas swych wędrówek lud Mandanów mógł 

zawsze znaleźć potrzebne mu pożywienie.

Samotny Mężczyzna miał również innych wrogów. Szczególnie zaciekle prześladował 

go potwór imieniem Maninga, lecz dzięki magicznej sile swego bębna zwyciężył potwora. 

Maninga po pierwszej  porażce wycofał się daleko w góry,  lecz w cztery Wielkie Słońca 

później powrócił znowu w pobliże ziemi ludu Samotnego Mężczyzny pod postacią wielkiej 

powodzi.

W tym czasie Mandanowie posiadali pięć wiosek, w których żyło wielu ludzi. Kiedy 

powódź zaczęła zatapiać niżej położone osiedla Mandanów, ci, którym udało się ocalić życie, 

chronili się do wiosek, które były położone wyżej.

Wreszcie Samotny Mężczyzna, chroniąc się przed ciągle przybierającą wodą, musiał 

background image

ujść  ze   swoim  narodem  do  ostatniej   wioski  położonej  najwyżej.  W osiedlu   tym  zasadził 

święte  drzewo  cedru,   które   wyobrażało  jego  samego  i   jego  lud.   Następnie  wybudował  z 

wierzbowych   pali   dookoła   wioski   niewysoki   częstokół   w   kształcie   koła.   Częstokół   ten, 

chociaż nie służył do pływania, nazwany został Wielkie Kanu.

Maninga dążył - całą swą mocą do całkowitego zniszczenia plemienia Mandanów, 

lecz   Samotny   Mężczyzna,   znając   podstępną   mściwość   i   zachłanność   potwora,   ozdobił 

zewnętrzne ściany Wielkiego Kanu najpiękniejszymi muszlami, kolorowymi kamieniami i 

innymi wspaniałymi ozdobami.

Gdy Maninga ujrzał tak wspaniałe ozdoby, postanowił zdobyć je. Chcąc je jednak 

pozdejmować, musiał cofnąć swe wody, aby odsłonić piękno muszli i kolorowych malunków. 

Wezbrane wody zaczęły stopniowo opadać. Wówczas Samotny Mężczyzna liderzył w swój 

cudowny bęben w kształcie skorupy Wielkiego Żółwia, a jego magiczna moc sprawiła, że 

szybko ustępujące wody porwały z sobą Maningę.

Święte Drzewo cedru  stało w najwyżej  położonej  wiosce Mandanów przez  wiele, 

wiele  Wielkich  Słońc  i  zachowały  się tam  także  części  częstokołu.  Mandanowie  do  dziś 

wierzą, że to są szczątki Wielkiego Kanu.

Po wielu walkach z różnymi wrogami i po wielu zwycięstwach nad wrogimi siłami 

przyrody Samotny Mężczyzna udał się na południowy wschód, pozostawiając Mandanom na 

pamiątkę drzewo cedru i święte zawiniątko używane w czasie obrzędów Okipa...

Staruszka umilkła na chwilę, usuwając dłonią białe jak śnieg włosy, spadające na jej 

pomarszczoną twarz.

-   Moje   plemię   do   dzisiejszego   dnia   używa   łodzi   o   okrągłym   kształcie, 

przypominającym dawną palisadę, a nasze domy ziemne podobne są do skorupy Wielkiego 

Żółwia - powiedziała kończąc swoją opowieść. - Stara już jestem, może coś i zapomniałam, 

niechaj więc Kiowa wybaczą to kobiecie, która przeżyła wiele, wiele zim. Zmęczyła mnie ta 

opowieść i wspomnienia mych dziewczęcych lat, dlatego pozwólcie, że pójdę ułożyć już na 

spoczynek moje utrudzone ciało.

Przed nim rozpościerał się bezkresny, ośnieżony szlak, prowadzący przez malownicze 

tereny  częściowo   pokryte   drzewami,   częściowo   blokami   skalnymi   otulonymi   grubą   białą 

powłoką.   Mas-gwa-ah-Sid   przedzierał   się   przez   gęste   podszycie   lasu   w   pobliżu   ujścia 

zamarzniętego strumyka, aby skrócić sobie drogę do zarośniętego „psimi krzakami” zbocza, 

na którym poprzedniego dnia odkrył tropy jeleni. Naraz przystanął, nadsłuchując uważnie i 

pilnie rozglądając się dookoła. Wciągnął mocno powietrze nosem, lecz nic nie wyczuł i nie 

usłyszał nic podejrzanego. Coś mu jednak mówiło, że ktoś, czy coś posuwało się szybko jego 

background image

śladami.   Było   to   tym   bardziej   oczywiste,   że   kruki   z   wrzaskiem   krążyły   nad   pobliskimi 

drzewami. Wędrujący Niedźwiedź ruszył dalej i brnął poprzez krzaki i śnieg, zmierzając do 

pierwszych widocznych większych drzew, gdzie postanowił się ukryć i wyśledzić, kto podąża 

jego tropem. W wypadku nieprzewidzianego ataku mógłby skuteczniej bronić się na mniej 

zalesionej przestrzeni.

Spieszył się. Jeszcze chwila, a słońce zajdzie i świat stanie się srebrzysty, nocą zaś 

uderzy trzaskający mróz. Chciał jeszcze zapolować na jelenia, bo na myśl o świeżym mięsie 

aż ściskało go w żołądku. Poza tym przecież obiecał Nocnemu Kwiatu, że zdobędzie trochę 

dziczyzny.

W tej chwili szerokie, zachodzące promienie słońca Padły na wierzchołki stężałych w 

bezruchu,   wysokich   drzew   i   rozczapierzone   badyle   nieruchomych   krzaków   pokrytych 

czapami śniegu. Krzewiasty gąszcz przeszedłwkrótce w drobny las. Tu właśnie zamierzał się 

zaczaić.

Przechodząc pod wielkim drzewem w stronę wypatrzo - - nej już z dala kryjówki, 

usłyszał nagle nad sobą jakby trzask łamanych gałązek, a z góry posypały mu się na głowę 

grudy zbitego śniegu. Niemal w tej samej chwili coś runęło z konara, pociągając za sobą płaty 

śniegu i ulewę suchych choinkowych igieł. Odruchowo uskoczył w bok, ale nie zdążył już 

naciągnąć cięciwy łuku. Kątem oka spostrzegł potężnego rysia, ale nim zwierzę zaatakowało 

go po raz drugi, usłyszał jego bolesne parskanie i śmiertelnie raniony drapieżnik tarzał się w 

śniegu. W jego gardzieli tkwiła pierzasta strzała. Jeszcze jedna strzała nadleciała zel świstem i 

na dobre przygwoździła rysia do śniegu.

Wędrujący Niedźwiedź rozejrzał się dokoła i w ukośnych promieniach słonecznych 

ujrzał dziewczynę z łukiem w ręku. Dziewczyna zbliżyła się do niego na kilka kroków. Na 

twarzy młodzieńca pot zamarzł niby rybia łuska, lecz w oczach zamigotały iskierki radości. 

Otarł twarz skórzanym rękawem, ale lodowy naskórek narastał na nowo.

- Moje serce przepełnione jest radością - odezwała się dziewczyna - że szpony rysia 

oszczędziły mego brata.

- Jestem ci wdzięczny, I-sha-wi, że uratowałaś mnie przed pazurami tego zwierzęcia. 

Ale czemu podążałaś ża  mną?  Chciałem przecież  zrobić  ci przyjemność i  zdobyć  trochę 

czerwonego mięsa...

- Duchy nakazały mi iść za tobą i powiedziały mojej duszy, że będę potrzebna mojemu 

mężczyźnie. Duchy opiekuńcze miały rację, a za czerwonym mięsem jeszcze nie tęsknię. 

Kiedy go zapragnę, to powiem o tym Wędrującemu Niedźwiedziowi. Wracajmy lepiej do 

zimowego osiedla, bo słońce stoi przed wejściem do swego kamiennego domu. Jestem głodna 

background image

i chcę się ogrzać - powiedziała na zakończenie.

Mas-gwa-ałvSid zarzucił martwego rysia na plecy ii powrócili do obozowiska.

W wiosce powitał ich Pitah-pekis (Orle Żebro). Obejrzał dokładnie zabite zwierzę, 

bacznie przyglądając się strzałom tkwiącym jeszcze w ciele rysia.

- Mój brat będzie miał dzielną kobietę - zwrócił się z uznaniem do Wędrującego 

Niedźwiedzia.   -   Szczęście   zagości   w   twoim   tipi,   gdy  I-sha-wi   zasiądzie   na   zawsze   przy 

waszym wspólnym ognisku.

Wieczorem, kiedy zebrano się jak zwykle, młodzi musieli opowiedzieć wszystkim o 

przygodzie z rysiem i o tym, jak Nocny Kwiat zastrzeliła go.

- I-sha-wi ma bystre oko i pewną rękę - głośno pochwalił dziewczynę Huan-tos.

- Eh, neh, neh, neh, neh - potwierdzili wszyscy. Najbardziej zadowolony był z tej 

pochwały przybrany ojciec I-sha-wi, Szybki Sokół i Złamany Cierń, jego syn.

-   Będziesz   miał   dzielną   i   wierną   squaw   -   zwrócił   się   Giakaita   do   Wędrującego 

Niedźwiedzia. - Nocny Kwiat jest piękną dziewczyną, a jej serce wiedziało, kogo wybrać.

- Czy znacie opowieść o pięknej dziewczynie, która poślubiła grzmot? - zapytał nagle 

zebranych. - Nie? No, to posłuchajcie.

Była   sobie   kiedyś   pewna   piękna   dziewczyna.   Świadoma   swojej   urody   była   tak 

głęboko   pogrążona   w   podziwie   i   uwielbieniu   dla   samej   siebie,   że   doszła   w   końcu   do 

przekonania, iż żaden ze znanych jej mężczyzn nie jest godzien jej poślubić.

Jednakże pewnego dnia, gdy spacerowała wśród złocących się łanów kukurydzy - bo 

to  działo  się   u  naszych   wschodnich  sąsiadów,  którzy  grzebią   w ziemi   -  na  swej  ścieżce 

spotkała   młodego   człowieka.   Młodzieniec   ten   był   najprzystojniejszym   i   najpiękniejszym 

chłopcem, o jakim mogłaby marzyć nawet najurodziwsza dziewczyna.

Zaledwie   młodzi   spojrzeli   na   siebie,   dziewczyna   zakochała   się   w   nieznajomym   i 

przyrzekła sobie głośno, że zostanie jego żoną. Młody człowiek usłyszawszy to, kazał jej 

pójść za sobą.

Dziewczyna zostawiła rodziców, porzuciła rodzinną wioskę i wszystko, czym dotąd 

żyła. Podążyła za młodzieńcem tak, jak uczyniłaby każda dobra i posłuszna żona.

Chociaż wydawało się, że droga nie jest zbyt daleka, młodzi ludzie szli jednak bardzo 

długo. Wreszcie, gdy dziewczyna była już u kresu sił, dotarli do wigwamu młodzieńca, gdzie 

przyszłą synową powitała serdecznie matka młodego człowieka i jego trzy siostry.

Każdego dnia młody mąż pięknej dziewczyny wychodził przed wschodem słońca na 

łowy i wracał z upolowanym jeleniem, kiedy słońce układało się do snu. W tym samym 

czasie jego żona oraz trzy siostry pracowały w polu, wyprawiały skóry i przygotowywały 

background image

posiłek dla wszystkich.

Pewnego   razu,   gdy   piękny   małżonek   wrócił   z   polowania,   wydawał   się   bardzo 

zmęczony. Opuściła go jego magiczna siła i wytrzymałość, toteż położył głowę na kolanach 

swej żony i poprosił, by uczesała jego włosy. Kiedy zaczęła gładzić czarne warkocze swego 

umiłowanego, spostrzegła nagle, że jego skórę porasta wężowa łuska. Nie minęło wiele czasu, 

a jej mąż przekształcił się w przerażającego wielkiego węża.

Matka młodzieńca, która lubiła swoją synową i której zrobiło się żal zrozpaczonej 

dziewczyny, zdradziła jej w tajemnicy, że cała rodzina należy do rodu węży. Błagała, by 

dziewczyna, ile sił w nogach, uciekła z ich wigwamu.

Biednej dziewczynie dostatecznie ukaranej za jej uprzednią pychę i zarozumiałość, 

dane było teraz udać się tylko pod opiekę Grzmotu.

Kiedy dziewczyna mknęła niczym spłoszona i przerażona łania, okazało się, że droga 

do jej domu rodzinnego jest teraz znacznie dłuższa. Słyszała ciągle za sobą okropny chrzęst 

goniącego ją węża. Wytężając więc wszystkie siły, przemykała jak wiatr przez góry, parowy i 

chaszcze, aż wreszcie wyczerpana do granic wytrzymałości przybyła nad brzeg jeziora w 

pobliże swej rodzinnej wioski.

Nad brzegiem jeziora stało trzech nieznajomych mężczyzn. Najwyższy z nich trzymał 

w dłoni błyszczący oszczep i gdy dojrzał potworne, wijące się cielsko węża, dopadające zza 

krzaków dziewczyny, spokojnie uniósł swe ramię do góry i z ogromną siłą wbił oszczep w łeb 

potwora. Ugodzony potężnym ciosem wąż, padł martwy u stóp zwycięzcy. W tym momencie 

rycząca czarna chmura zakryła swym tumanem wszystkich zgromadzonych nad brzegiem 

jeziora, a potężna błyskawica rozjaśniła niebo i ziemię.

Okazało się, że wysokim wojownikiem był sam Grzmot.

Trzej mężczyźni odprowadzili dziewczynę na wyspę, do nieznanej jej krainy, do domu 

ich ojca. Tam też w krótkim czasie poślubiła ona najmłodszego z synów.

Po upływie jakiegoś czasu piękna dziewczyna urodziła chłopca, który będąc synem 

tak wielkiego i potężnego ducha, również posiadł siłę grzmotu i pioruna.

Kiedy   chłopiec   osiągnął   czwarty  rok   życia,   jego   maleńkie   strzały   wypuszczane   z 

dziecięcego łuku, miały tak wielką moc, że mogły nawet powalić olbrzymie drzewo.

Ponieważ chłopiec był silny i zdrowy, jego matka poprosiła swego męża, aby pozwolił 

jej odwiedzić swoich rodziców na ziemi i przedstawić im wnuka. Grzmot ostrzegał żonę, aby 

nigdy   nie   pozwalała   ich   małemu   synkowi   na   strzelanie   z   łuku,   a   jeżeli   nie   zechce   jej 

posłuchać, by nie kierował swych strzał w żadnym razie przeciw ludziom, nawet w czasie 

zabawy.

background image

Grzmot uprzedził też żonę, że gdyby chłopiec na ziemi wystrzelił chociaż jedną ze 

swych niezwykłych strzał, strzałę-błyskawicę, to nie mógłby już dłużej pozostać u ziemskich 

dziadków i na zawsze musiałby powrócić do Świata Który Jest Wysoko.

W początkowym okresie pobytu na ziemi wszystko przebiegało pomyślnie. Chłopiec-

Grzmot bawił się ze swymi rówieśnikami i był nawet przez nich lubiany.

Jednakże chłopcy z wioski, którzy bardzo lubią się bawić w dorosłych wojowników 

lub myśliwych, spostrzegli po pewnym czasie, że ich nowy przyjaciel podczas zabawy w 

wojnę   lub   polowanie   nie   ma   przy   sobie   nigdy   ani   swego   łuku,   ani   strzał.  Wkrótce   syn 

Grzmotu stał się obiektem żartów i drwin.

Chłopiec nie wytrzymał wreszcie i któregoś dnia pochwycił, swój łuk i wypuścił w 

kierunku urągających mu rówieśników błyszczącą strzałę. Na szczęście strzała przeleciała 

bokiem i zapaliła tylko kilka drzew za plecami chłopców.

W tym samym momencie dziadek chłopca, Grzmot, pomknął w dół na swej czarnej, 

ryczącej   chmurze,   porwał   go   i   uniósł   do   góry.   Żyje   tam   do   dzisiaj,   bardzo   wysoko,   tak 

wysoko, że nie może już szkodzić ludziom...

Gospodarze i goście milczeli jakiś czas, zapewne myśląc o duchu Grzmocie, który 

występuje   w   legendach   prawie   każdego   plemienia,   gdy   do   ogniska   cicho   podszedł 

przygarbiony latami wychowawca młodzieży, Ansota. Stanął przy jarzących się drewnach i po 

chwili nieznacznie podniósł w górę rękę. Jakaś kobieta podała staremu wojów nikowi miękką 

włochatą skórę, aby mógł wygodnie usiąść w pobliżu ciepłych płomieni ogniska.

- Słyszałem, że rozmawiacie o duchu Grzmocie - zaczął mówić Ansota. - Znam i ja 

kilka ciekawych historii na ten temat.

To   było   w   czasach,   kiedy   nasze   plemię   polowało   jeszcze   na   naszych   rodzinnych 

Górnych Preriach. Naszymi sąsiadami od północnej strony byli Czarne Stopy, lud przyjaźnie 

nastawiony do Kiowów. Dzielny to jest naród, lecz dawniej rzadko kiedy angażował się w 

jakieś wielkie wojenne rozprawy, a nawet drobne bitwy. Mój przyjaciel z tego plemienia; 

dzielny i wspaniały wykrywacz śladów Onistah (Cielęca Derka), opowiadał mi kiedyś takie 

zdarzenie:

Błękitna   Cyranka,   Kura   Prerii   i   Mały   Patyk,   trzy   młode   dziewczyny   ze   szczepu 

Pikunis   (Czarne   Stopy),   zbierały  maliny   na   zboczu   górskim   pokrytym   lasem,   gdy  wtem 

posłyszały zbliżanie się Grzmotu.

- Uciekajmy szybko, schrońmy się gdzieś - powiedziała Mały Patyk. - Jeśli nas tu 

dosięgnie, to z pewnością zginiemy!

- Nasz obóz jest zbyt daleko - zauważyła Błękitna Cyranka. - Grzmot nas dosięgnie 

background image

znacznie prędzej, aniżeli zdołamy schronić się w naszych tipi. Może lepiej byłoby go w jakiś 

sposób uspokoić...

-  Ale   jak?   -   spytała   Kura   Prerii.   -   Przecież   nie   mamy   nic,   co   mogłybyśmy   mu 

ofiarować, poza koszykami z kory pełnymi owoców.

- A my same? - rzuciła Błękitna Cyranka, śmiejąc się zalotnie. - Mogłabym zostać 

żoną Grzmotu, jeśli tylko zechciałby nas oszczędzić.

Zaledwie zdążyła złożyć swą obietnicę, gdy dmuchnął silny wiatr, zrywając liście z 

drzew. Grzmot odziany w swą wielką skórę skierował się ku południowi, wściekle ciskając 

swe ogniste oszczepy w szczyty Gór Skalistych. Po sześciu Małych Słońcach (dniach) trzy 

dziewczyny ponownie zjawiły się w lesie, aby nazbierać drewna na opał. Kiedy wybierały się 

już w drogę powrotną, dźwigając wiązki chrustu, rzemień, którym owiązana była wiązka 

Błękitnej Cyranki, niespodziewanie przerwał się.

- Nie zatrzymujcie się - powiedziała do swych towarzyszek. - Dogonię was wkrótce.

Ale kiedy uniosła się znad swojej wiązki chrustu, ujrzała przed sobą przystojnego 

młodego mężczyznę o włosach koloru płomienia.

- Przyszedłem, abyś została moją kobietą - powiedział nieznajomy.

- Pomyliłeś się, obcy mężczyzno, nie jestem taką dziewczyną jak myślisz. Nie znam 

cię i dlatego cię nie poślubię.

- Przyrzekłaś jednak pewnego dnia, że jeśli cię oszczędzę i twoje przyjaciółki, to 

zostaniesz moją squaw.

- Mężczyzna-Grzmot! - wykrzyknęła Błękitna Cyranka.

- Tak, to ja i przyszedłem po ciebie po to, by cię przedstawić moim rodzicom jako ich 

przyszłą synową.

Wziął dziewczynę w ramiona i uniósł do Świata, Który Jest Wysoko.

Ojciec Błękitnej Cyranki był wodzem wojennym. Gdy się dowiedział o zaginięciu 

córki,   natychmiast   polecił   swoim   wojownikom,   by   jej   poszukali.   Ale   nawet   najlepsi 

zwiadowcy i tropiciele śladów prowadzeni przez Kurę Prerii i Mały Patyk, nie mogli odnaleźć 

tropu  córki  wodza.  Jedynie  Biały  Bóbr, młody  czarownik,  odgadł,  co  naprawdę  spotkało 

Cyrankę, Odszukał ojca Błękitnej Cyranki i powiedział mu:

- Wiem, gdzie jest twoja córka, ale nikomu nie uda się dotrzeć do miejsca jej pobytu! 

Być może za pbmocą odpowiednich czarów uda mi się sprawić, że twoja córka powróci do 

domu. Jeśli dokonam tego, czy oddasz mi ją za żonę? Pragnąłem zawsze mieć ją w swoim 

tipi.

- Przyprowadź ją z powrotem, a będzie twoja. Podczas gdy szukano dziewczyny w 

background image

górach,  Błękitną   Cyrankę  rozpieszczano   w domu   Mężczyzny-Grzmotu.  Nie   miała  nic   do 

pracy, a niewolnicy przynosili jej wszystko, czego tylko zapragnęła. Codziennie znajdowała 

w tipi świeże mięso bizona i antylopy oraz owoce. Mąż nigdy na nią nie krzyczał, a gdy 

powracał   zmęczony   z   wędrówki   po   Świecie   Który   Jest   Nisko,   przynosił   jej   stamtąd 

błyszczące kamienie we wszystkich kolorach, nawet takie, jakich nigdy przedtem w życiu nie 

widziała. Zrobiła sobie z nich najpiękniejszy naszyjnik, taki, jakiego nie nosiła jeszcze żadna 

kobieta ze szczepu Pikuni.

Błękitna Cyranka przeżyła w ten sposób wiele Księżyców i w tym czasie nie miała 

żadnego   powodu,   by   skarżyć   się   na   cokolwiek.   Pewnego   dnia   zapragnęła   towarzyszyć 

kobietom, które wybierały się na wykopki dzikiej rzepy. Matka jej męża pożyczyła Cyrance 

swoją motykę, zrobioną z łopatki bizoniej, i powiedziała, że może wykopywać sobie tyle 

bulw rzepy, ile tylko zechce, pod warunkiem jednakże, by nie dotykała Rzepy-Matki, która 

daje  życie  wszystkim innym   rzepom.  Objaśniła  jeszcze  synowej, że  Rzepę-Matkę  można 

rozpoznać bardzo łatwo, ponieważ jest dużo większa niż wszystkie pozostałe.

Po   napełnieniu   swego   koszyka   zwykłymi   rzepami   Błękitna   Cyranka   zapragnęła 

popatrzeć na Rzepę-Matkę. Kiedy przyjaciółki pokazały jej Rzepę-Matkę, Cyranka poczuła 

wielką chęć, by wydobyć ją z ziemi. Było to coś silniejszego od rozsądku i siły woli, coś co 

zmuszało ją, by zobaczyć ukrytą część korzenia. Nie ośmieliła się zaspokoić swej zachcianki 

w   obecności   innych   kobiet,   ale   nazajutrz   wróciła   w   to   miejsce   sama   i   zabrała   się   do 

wykopywania ziemi wokół Rzepy-Matki. Aby lepiej ocenić wielkość jej korzenia,Cyranka 

kopała tak głęboko z jednej strony, że przekopała się na wylot przez ziemię Świata Który Jest 

Wysoko. Przez powstałą dziurę ujrzała obóz swego szczepu, gdzie pośrodku stało tipi jej ojca.

Od tego dnia ogarniał ją smutek i często płakała. Małżonek próbował ją pocieszyć 

wszystkimi sposobami, ale nie udawało mu się przywołać uśmiechu na jej pięknej twarzy. W 

końcu spytał, co mógłby uczynić, by przywrócić jej szczęście.

-   Pozwól   mk   odwiedzić   moich   rodziców   -   odpowiedziała   Błękitna   Cyranka   -   w 

Świecie Który Jest Nisko. Nie zabawię tam dłużej, jak jeden Księżyc.

Mężczyzna-Grzmot przystał na to. Polecił kobietom, by uplotły wielki kosz z włókna 

drzewa bawełnicy, a olbrzymiemu pająkowi, by sporządził długi sznur. Kiedy wszystko było 

gotowe, Błękitną Cyrankę opuszczono nocą na ziemię przez dziurę, którą sama wydrążyła.

Ojciec dziewczyny był bardzo zadowolony, widząc ponownie ukochaną córkę. Jeszcze 

szczęśliwszy był Biały Bóbr. Skoro tylko dowiedział się o powrocie młodej kobiety, poszedł 

przypomnieć wodzowi o jego obietnicy.

-  Błękitna   Cyranka   jest  już  squaw   innego   mężczyzny,   co   odpowiem   Mężczyźnie-

background image

Grzmotowi, gdy przyjdzie i upomni się o nią?

- Przyrzeczenie pozostaje przyrzeczeniem - powiedział Biały Bóbr. - Jeśli Mężczyzna-

Grzmot powróci upomnieć się o Cyrankę, mam na niego dobry lek. Jeżeli sprawdzę jego 

skuteczność, ofiaruję ci go w podarunku.

Pomysł   ten   spodobał   się   ojcu   i   Cyrance,   która   od   dawna   i   w   tajemnicy   kochała 

Białego Bobra, marząc, by usiąść kiedyś przy jego ognisku.

Nadszedł dzień, gdy Mężczyzna-Grzmot przyszedł odebrać swą żonę. Biały Bóbr już 

z daleka słysząc go, szybko przywdział na siebie specjalny ubiór obrzędowy i wyszedł ze 

swego tipi, trzymając w ręku fajkę wypaloną na czarno i ozdobioną czterema piórami kruka. 

Pociągnął z fajki cztery kłęby dymu i wydmuchał je z kierunku północnego na południe. 

Wkrótce ochłodziło się bardzo, a wiadomo, że Mężczyzna-Grzmot lubi, gdy jest gorąco i 

zwykle nie słyszy się go zimą. Grzmot pomyślał sobie, że pomylił pory roku, i wycofał się 

szybko znad wioski Pikuni bez najmniejszego hałasu.

Tak  jak   to  przewidział   Biały  Bóbr,   Mężczyzna-Grzmot   nie   ośmielił   się   już   nigdy 

więcej zbliżyć do wioski, w której przebywała jego żona.

Zgodnie ze swoją obietnicą, czarownik podarował ojcu Cyranki fajkę wypaloną na 

czarno, ozdobioną czterema piórami kruka. Po wielu latach wódz przekazał fajkę swemu 

następcy. Lek Białego Bobra w dalszym ciągu nosi nazwę „Czarna Fajka Grzmotu” i od 

niepamiętnych czasów jest wielką świętością wśród Czarnych Stóp.

Nazajutrz   wczesnym   świtem   obudził   wszystkich   głośny   krzyk   jednego   ze 

zwiadowców, którzy zawsze w dzień i w nocy krążyli wokół zimowej osady Kiowów, aby 

zapobiec nieoczekiwanemu napadowi wrogów na wioskę.

- Kadl-hia, kadl-hia, bizony przeszły z północy na południe! - krzyczał.

- Trawa odsłonięta, śnieg rozniesiony racicami zwierząt, szykować konie do wypasu!

Prawie wszyscy wyszli z ziemianek. Dwaj wodzowie plemion Kiowa i Sematów wybrali 

grupy   chłopców   od   trzynastu   do   szesnastu   lat,   którzy   mieli   się   zająć   wypasem   koni. 

Przywódcami tych grup zostali Mas-gwa-ah-Sid i Pitah-pekis.

Konie   spędzono   w   jedno   miejsce:   Zwierzęta   przedstawiały   żałosny   widok: 

wychudzone,   z   opuszczonymi   łbami,   niczym   nie   przypominające   dawnych   ognistych 

rumaków.

Przez całą zimę musiały zadowolić się marną karmą. Podprowadzono je do miejsc 

osłoniętych   skałami,   gdzie   znajdowała   się   cienka   warstwa   śniegu,   a   pod   nią   resztki 

zmarzniętej trawy. Konie rozbijały przednimi kopytami powłokę śnieżną, dostając się w ten 

sposób do nędznego pożywienia.

background image

Często chłopcy pomagali im, zdzierając śnieg z trawy kościanymi bizonimi łopatkami, 

służącymi teraz jako rodzaj szufli. Konie, których używali zwiadowcy do swoich wędrówek 

wokół obozu, dokarmiano ziarnem kukurydzy, ale i tego było mało.

Nadarzyła się teraz okazja, aby konie nieco podkarmić. Przemieszczające się stado 

bizonów   odsłoniło   trawę   i   szlak   bizoni   mógł   służyć   jako  świetne   miejsce   ich   zimowego 

wypasu.

Chłopcy zabrali z sobą zimowe mokasyny, rakiety śnieżne, trochę żywności, ciepłe 

derki ze skóry bizoniej oraz broń. Nigdy nie było wiadomo, czy za stadem bizonów nie 

wędrują myśliwi z nieprzyjaznego plemienia.

Musieli także strzec koni przed białymi  preryjnymi wilkami, które w czasie zimy 

łączyły się w stada i przez to były bardziej niebezpieczne dla ludzi i zwierząt.

Młodzież prowadziła konie za rzemienie przywiązane do dolnych szczęk zwierząt. Nie 

do   pomyślenia   było,   aby   dosiadać   wierzchem   w   czasie   „głodu   trawy”   wymizerowanych 

wierzchowców.   Szli   piechotą,   a   „śnieżne   buty”   -   karpie   pozwalały   im   utrzymać   się   na 

powierzchni śniegu. Reszta koni zbita w tabun zajmowała środek pochodu.

Po prawie jednym dniu wędrówki przybyli na wskazane przez zwiadowców miejsce. 

Ujrzeli przed sobą pas odkrytej trawy szerokości kilku lotów strzały, ciągnący się gdzieś z 

północy   aż   na   południe.   Z   rozbitego   śniegu   wystawały   kępkami   trawiaste,   zmarznięte, 

pożółkłe wysepki, jakżeż cenne o tej porze dla wygłodniałych koni.

Wpuścili   konie   na   tę   wysuszoną   i   zmarzniętą   łąkę.   Zwierzęta   z   miejsca   wyczuły 

pożywienie i wytrząsając kopytami resztki śniegu z trawy ze spokojem i godnie zabrały się do 

jedzenia.

Wędrujący Niedźwiedź rozstawił swoich chłopców po zachodniej stronie tabunu, a 

Orle Żebro ze swoimi pomocnikami strzegł stada od wschodu. Pilnowali koni dzień i noc, 

przemieszczając się powoli, coraz bardziej na południe.

Nocami   część   chłopców   spała   bezpośrednio   na   śniegu.   Owinięci   w   kudłate   skóry 

bizonie, przy maleńkich ogniskach, leżeli skurczeni i przytuleni do siebie, aby zachować jak 

najwięcej ciepła.

Inna   grupa   chłopców   w   tym   czasie   doglądała   pasącego   się   tabunu,   odganiając 

groźnymi okrzykami skradające się do koni wygłodniałe wilki. Gdy nie pomagały okrzyki, 

zabijano strzałami z łuku co bardziej napastliwe osobniki. Skóry z zabitych wilków ściągano, 

gdy zwierzęta były jeszcze ciepłe.

Z pozostawioną na prerii padliną rozprawiały się inne wilki, walcząc między sobą o 

każdy kawałek.

background image

Po pięciu Małych Słońcach chłopcy wrócili z końmi do zimowego osiedla, nie tracąc 

w tej wyprawie ani jednego konia. Był to duży sukces, należycie oceniony przez starszyznę 

wioski.

Wiosna zbliżała się powoli, ale już czuło się ją w powietrzu. Kończył się Księżyc 

Wyjącego Wilka,

ROZDZIAŁ XI

Była już druga połowa Księżyca Pękających Pąków”. Od strony rzeki dochodził jakiś 

głuchy łoskot i miarowy zgrzyt. Wody w korycie przybywało, a szary lód pękał w gwiaździste 

wzory i oddzielał się od brzegów. Jeszcze dzień i rzeka radośnie zaszumiała. Przezroczyste, 

zmoczone   tafle   lodu,   małe   i   duże,   waliły  się   z   jękiem   jedna   na   djugą.  Woda   ściekała   z 

wykoślawionej   kry,   spadała   w   bulgocące   łożysko   i   na   nowo   rzucała   się   na   lód.   Drzewa 

wyrywane z nadbrzeżnych skarp, pędziły teraz w ryczącym odmęcie.

Wilgotny i silny wiatr szarpał za skórzane zasłony zimowych domów, wdzierał się 

przez otwory dymne i rozganiał dym po pomieszczeniach.

Ziemia budziła się do życia. Wczesnymi rankami słychać było stukot jelenich rogów. 

Niedługo łosie ruszą na coroczną wędrówkę rzecznymi szlakami. Niedźwiedzie budziły się ze 

snu zimowego i wychodziły ku brzegom rzek.

Za parę dni Kiowa mieli już opuścić Dolinę Rwącej Rzeki i udać się na szerokie, 

bezkresne prerie.

Wędrujący  Niedźwiedź  i  Orle  Żebro  uzgodnili,  że  wcześniej  któregoś  dnia,  przed 

wschodem słońca, wybiorą się na polowanie.

Było jeszcze bardzo ciemno, ale daleko na wschodzie niebo przybierało już jasnoszarą 

barwę. Gdy chłopcy po cichu wyprowadzali konie poza ostrokół ogradzający zimowe domy, 

wioska pogrążona była jeszcze we śnie.

Jechali powoli i w milczeniu w górę rzeki, tam gdzie czerniała ściana lasu ciemniejsza 

od nocy. Spodziewali się spotkać w przecinających tę okolicę parowach jelenie lub antylopy 

widłorogie.

Nie zdążyli jeszcze oddalić się od wioski zbyt daleko, gdy zza samotnej najbliższej 

skały, wyjechała na koniu I-sha-wi.

Myśliwi stanęli zdumieni.

- Niech moi przyjaciele nie mają w swych sercach do mnie żalu - rzekła dziewczyna - 

ale   przypadkiem   słyszałam,   jak   moi   bracia   umawiali   się   na   polowanie.   Wiedząc,   że   z 

dziewczyną   nie   chcielibyście   wyruszyć   na   łowy,   postanowiłam   dołączyć   do   was   już   na 

background image

szlaku. Może się przydam dzielnym łowcom...

Cóż mieli zrobić? Mas-gwa-ah-Sid machnął tylko ręką i bez słowa skierował konia w 

stronę najbliższego parowu. Za nim zawrócili mustangi Pitah-pekis i I-sha-wi.

Miejscami w szczelinach skalnych i ziemnych zagłębieniach leżał jeszcze poczerniały, 

brudnoszary śnieg, jakby zapomniany przez nadchodzącą wiosnę.

Natrafili   wreszcie   na   całkiem   świeże   ślady   jeleni.   Stado   musiało   być   niedaleko. 

Obydwaj łowcy przygotowali łuki i poprawili na plecach kołczany pełne pierzastej śmierci o 

ostrych kamiennych grotach.

Ślady  wiodły brzegiem dna  wąwozu wzdłuż  ciemnych  drzew  lasu.  Skierowali  się 

trudną   drogą   między   wielkimi   złomami   skalnymi,   aby   jak   najszybciej   wydostać   się   na 

wzgórze, nad urwisko, z którego mieliby obserwować parów.

Podjechali pod szczyt najwyższego wzniesienia, które górowało nad całym wąwozem. 

Orle Żebro zeskoczył z konia i ostrożnie, aby nie strącić żadnego kamienia, wczołgał się na 

szczyt wzgórza.

Na dnie parowu, nieco w prawo, dostrzegł stado składające się z czterech byków i 

pięciu samic. Jelenie były głodne, bo rozkopywały zmarzniętą ziemię kopytami i podrywały 

rogami zeschłe liście i resztki śniegu, usiłując dobrać się do resztek zeszłorocznej trawy.

Orle   Żebro   wycofał   się   ostrożnie   ze   szczytu   góry   i   podszedł   do   Wędrującego 

Niedźwiedzia.- Pójdziemy do wejścia prowadzącego do parowu i tam zaczekamy. Mamy 

dogodny wiatr, wiejący od strony stadka jeleni - zwrócił się do przyjaciela. - Nocny Kwiat 

pojedzie w górę wąwozu, zejdzie z konia i będzie szła przy jego boku. Jelenie nie poznają, że 

z   koniem   idzie   człowiek,   a   gdy   będzie   blisko   stada,   szybko   wskoczy   na   mustanga   i   z 

krzykiem zjedzie w dół parowu. Spłoszone zwierzęta popędzą prosto na nas.

I-sha-wi podniosła rękę i w miejscu zawróciła konia, spokojnym kłusem udając się na 

wyznaczone miejsce. Odnalazła łagodny zjazd i wkrótce była już na dnie wąwozu.

Wędrujący   Niedźwiedź   z   Orlim   Żebrem   odbili   od   parowu   jak   najdalej   w   bok,   a 

później pognali galopem do jego wylotu, który przy końcu rozszerzał się niby ujście rzeki.

Konie pozostawili w małej kotlince, a sami zajęli miejsca po jednej i po drugiej stronie 

wylotu.

Strzały starannie umieścili na cięciwach swoich łuków, resztę wbili grotami w ziemię 

obok siebie, aby móc jak najszybciej umieścić je na łukach.

Dookoła   panowała   idealna   cisza,   lekki   wietrzyk   podwiewał   z   głębi   przełęczy   od 

strony,   gdzie   znajdowały   się   jelenie.   Czekali   jakiś   czas,”   gdy   wtem   rozległ   się   krzyk 

dziewczyny i szalony tętent wielu kopyt. Naciągnęli łuki i w tej samej chwili ukazały się 

background image

jelenie, pędzące olbrzymimi skokami. Na przodzie biegły łanie osłaniane od tyłu przez samce, 

które   odchyliwszy   ku   grzbietom   rogi,   uciekały   spłoszone   przed   niewidocznym   na   razie 

prześladowcą.   Wkrótce   ukazała   się   dziewczyna   z   rozwianymi   włosami,   przyklejona   do 

grzbietu wierzchowca.

Myśliwi wyskoczyli ze swych kryjówek. Każdy z nich brał na cel rogacza po swojej 

stronie. Świsnęły opierzone, strzały, jeszcze nie ugrzęzły dobrze w ciałach zwierząt, a już 

nadlatywały następne. Dwa jelenie przekoziołkowały i martwe legły na twardej ziemi. Reszta 

stada uszła z życiem.

Nadjechała Nocny Kwiat, zadowolona, zadyszana, a w jej oczach promieniała radość, 

że mogła przydać się mło-: dym łowcom.

Tymczasem mężczyźni wyciągnęli kamienne noże i wy-; cięli zabitym zwierzętom 

jądra, aby mięso nie skaziło się.;

Zapach świeżej krwi rozszedł się dookoła. Nad głowami myśliwych poczęły krążyć 

kruki.

Dziewczyna, która do tej pory stała nieco z boku i raczej przyglądała się okolicy niż 

pracy   swoich   współtowarzyszy,   podeszła   do   Wędrującego   Niedźwiedzia   i   dotknęła   jego 

ramienia. Chłopiec uniósł głowę, a I-sha-wi wskazała wyciągniętą ręką, przeciwne zbocze 

parowu, łagodnie wznoszące się aż do plamy krzaków qua-geu-peip, rosnących u podnóża 

lasu.

Wśród krzaków stała wielka niedźwiedzica. Mas-gwa-ah-Sid ze spokojem i dokładnie 

wytarł dłonie o trawę, wziął łuk i zarzucił na plecy kołczan ze strzałami.

-   Orle   Żebro   zostanie,   aby   w   razie   czego   chronić   Nocny   Kwiat.   Niedźwiedzica 

poczuła świeże mięso i chce się podzielić z nami naszą zdobyczą. Pójdę do niej.

Tymczasem szara niedźwiedzica podrzucając do góry kosmaty łeb węszyła, a koniec 

jej czarnego nosa kierował się śmiesznie w różne strony.

Młody myśliwy ostrożnie szedł w jej kierunku. Stanął w bezpiecznej odległości, aby 

nie sprowokować niedźwiedzicy do przedwczesnego ataku. Niedźwiedzica także zrobiła kilka 

kroków do przodu, raz po raz wyrywając ze złością przednimi  łapami kawałki darniny i 

wyrzucając je za siebie. Mas-gwa-ah-Sid stał spokojnie z naciągniętą cięciwą łuku. Bacznie 

obserwował niedźwiedzicę i zastanawiał się, dlaczego zwierzę nie atakuje go.

Spojrzał nieco wyżej, ponad łeb niedźwiedzicy, i dostrzegł w krzakach na pagórku jej 

małe dziecko, które niespokojnie kręciło się w miejscu.. Zobaczył jeszcze coś, co ostudziło 

jego   zapędy   łowieckie   do   tego   stopnia,   że   opuścił   broń   i   zwolnił   cięciwę.   Obok 

niedźwiedziątka znajdował się stary, na wpół wyliniały niedźwiedź o oczach zasnutych mgłą.

background image

- Kayokechepvot, Ten Co Umiera Ze Starości - szepnął do siebie myśliwy. - Dzielna 

Inahu (matka) opiekuje się swym dzieckiem i starcem. Pomogę ei, starsza siostro.

Ostrożnie, bez żadnego gwałtownego ruchu, który mógłby rozdrażnić niedźwiedzicę, 

począł   się   wycofywać,   aż   doszedł   do   przyjaciół.-   Matka   z   dzieckiem   i   opiekunka 

Kayokechepvota   -   oświadczył   przyjaciołom.   Zrozumieli   -   dla   nich   zwierzęta   te   były 

nietykalne. Orle Żebro ukląkł przy swoim martwym jeleniu i spokojnie począł ściągać z niego 

skórę. Przesuwał pod skórą mocno zaciśniętą pięść, unosząc ją nieco ku górze. W niektórych 

miejscach musiał nią udąrzać od spodu, aby oderwać skórę od mięsa. Wkrótce praca była już 

zakończona. Wędrujący Niedźwiedź z przyjacielem dźwignęli oprawionego jelenia i udali się 

z  nim  w stronę   dobrej  matki  niedźwiedziej.  Położyli   mięso  w  bezpiecznej  odległości  od 

niedźwiedzicy i ostrożnie wycofali się przed wylot wąwozu.

Wychudzona  po  śnie  zimowym  niedźwiedzica,  kołysząc  się dostojnie  podeszła  do 

zabitego i oprawionego jelenia. Obwąchała go dokładnie, przewróciła łapą na drugą stronę i 

wróciła do dziecka i starca.

Oparła się o bok Tego Który Umierał Ze Starości i delikatnie pchnęła go całym swym 

ciałem w stronę leżącego mięsa. Kayokechepyot ciężko stanął na szerokich łapach i dopiero 

teraz można było zobaczyć, jaki był wychudzony. Wyliniała skóra wisiała na jego kościach, 

jak pofałdowany skórzany wór. Szedł bardzo wolno, podpierany przez Inahu. Obok pary 

dorosłych niedźwiedzi niezdarnie i śmiesznie toczył się mały niedźwiadek.

Niedźwiedzica   chwyciła   kłami   brzuch   jelenia,   łapą   przytrzymując   resztę   korpusu. 

Szarpnęła gwałtownie i brzuch rozerwał się jak listek klonowy. Łapą sięgnęła do wnętrza i 

zakrzywione pazury kolejno wyciągały płuca, wątrobę i wnętrzności. Popchnęła znowu na pół 

ślepego niedźwiedzia prosto ku miękkim jelenim wnętrznościom. Starusze zajął się swoim 

pożywieniem i dopiero teraz niedźwiedzica poczęła szarpać mięso przeznaczone na posiłek 

dla nie i jej malca.

Trójka ludzi w milczeniu obserwowała tę scenę. Nie płosząc niedźwiedzi zabrali ciało 

drugiego jelenia i świeżo zdartą skórę pierwszego i wycofali się wolno do kotliny, gdzie 

ukryli swoje konie.

Po   powrocie   do   obozu  Wędrujący   Niedźwiedź   opowie   dział   ojcu   o   przygodzie   z 

niedźwiedzicą i starym Kayoke-chepvotem.

Wojenna Lanca z uwagą wysłuchał syna. - Mój syn dobrze uczynił, że podzielił się 

mięsem z głodną Inahu - rzekł. - Wszystkie plemiona, jakie znam, nawet nasi wrogowie, 

szanują starość, czy to u ludzi, czy też u zwierząt. Na Tych Którzy Umierają Ze Starości 

nigdy nie polują, nawet gdy są bardzo głodni.

background image

Za parę Małych Słońc Kiowa mieli opuścić dolinę i już teraz wyczuwało się atmosferę 

zapowiadającą wielką wędrówkę po szlakach prerii. Kobiety pakowały toboły i wyszukiwały 

nowe zdrowe żerdzie potrzebne do budowy tipi. Mężczyźni po raz ostatni przeglądali broń, 

sprawdzali   jej   moc   i   wytrzymałość.   Nawet   koniom   udzielił   się   nastrój   przygotowań   do 

wędrówki. Były niespokojne, w końcu one też tęskniły już za polami, pokrytymi świeżą trawą 

i wonnymi ziołami.

Wreszcie nadszedł dzień, kiedy kobiety zaczęły wybierać konie. Starsze i wolniejsze 

przeznaczyły dla  siebie. To  właśnie  na  nich  miały jechać  z  przyczepionymi  do  końskich 

karków travois, załadowanych całym dobytkiem rodzinnym. Młodsze i szybsze konie były 

własnością wojowników.

Wędrujący Niedźwiedź jeszcze przed opuszczeniem zimowego osiedla udał się do 

ziemianki Czerwonego Kruka (Mekasto).

- To dla małej Spadającej Gwiazdy - zwrócił się do żony Mekasto, Białej Chmury, 

podając jej skórę z jelenia - niech mała powita prerie w nowym odzieniu.

Wieczorem   mało   kto   kręcił   się   po   osadzie   i   wszyscy   szykowali   się   do   drogi. 

Niedźwiedź   z   ojcem   i   matką   wiązali   ostatnie   zrolowane   skóry.   Pahao   położył   się   w 

najdalszym   miejscu   pomieszczenia,   oparł   pysk   na   wyciągniętych   łapach   i   patrzył   na 

krzątających się ludzi.

Wtem zasłona wejściowa uchyliła się i do ziemianki wkroczył Mekasto.

-   Wędrujący   Niedźwiedź   uważa   małą   Spadającą   Gwiazdę   za   swoją   siostrę,   toteż 

Czerwony Kruk ma prawo uważać Wędrującego Niedźwiedzia za swego syna - powiedział 

wojownik.   -   Te   dwie   skóry   z   krów   bizonich   niechaj   zostaną   umieszczone   w   poszyciu 

przyszłego tipi, w którym zamieszka także I-sha-wi. Otsedaba. Położył przed zdumionym 

Wędrującym   Niedźwiedziem   swój   podarunek   i   tak   samo   cicho   jak   wszedł   -   wyszedł   z 

ziemianki.

„Ale-tego wieczora to nie był koniec odwiedzin, bo oto znowu uchyliła się zasłona 

wejściowa i do wnętrza ziemianki weszła I-sha-wi.

- Jutro gdzieś na szlaku rozejdą się nasze drogi - powiedziała smutno dziewczyna. - 

Chciałabym, aby pamięć o mnie na zawsze pozostała w duszy Wędrującego Niedźwiedzia. 

Weź te mokasyny, uszyłam je specjalnie na wiosenne deszcze. Mokasyny zrobiłam z górnej 

części tipi, nie przepuszczającej wody i zimna. Starannie wybrałam skórę, dobrze nasyconą 

unoszącymi się ku górze zawiesinami tłuszczu i pary z gotowanego lub pieczonego mięsa. 

Mokasyny z tej skóry nigdy się nie skurczą ani nie stwardnieją. Noś je, Niedźwiedziu, i 

pamiętaj, że będę czekała na ciebie.

background image

Nazajutrz,   kiedy   tylko   wzeszło   słońce,   rozległ   się   łomot   bębna   i   donośny   głos 

obwoływacza:

- Słuchajcie mnie, dzielni wojownicy Kwuda i Sematów. Słuchajcie kobiety i ludzie 

młodzi, a także ci, którym wiele Wielkich Słońc pobieliło włosy. Słuchajcie, słuchajcie, otóż 

w pierwszej połowie Księżyca Czerwonych Traw, starszyzna ludu Kwuda pragnie zaprosić 

Sematów oraz Komanczów-Kwahadi na wielkie” święto Tańca Słońca Przybywajcie na tę 

uroczystość, bowiem Zawiniątko leków będzie przekazane nowemu pokoleniu przez starych 

strażników świętego zawiniątka naszego plemienia!

Jeszcze   kilkakrotnie   objechał   osiedle   i   parę   razy   głośno   obwieścił   nowinę 

mieszkańcom zimowego osiedla.

Gdy wszyscy byli gotowi do drogi, czarownicy obydwu plemion poczęli modlić się do 

swoich   plemiennych   świętych   zawiniątek   i   śpiewać   magiczne   pieśni,   prosząc   duch 

opiekuńcze o pomyślność wędrówki na Wielkie Łąki.

Wreszcie ruszyli. Na przodzie plemię Sematów. Wstęga jeźdźców rozciągała się coraz 

bardziej. Pierwsi, którzy w jechali z zimowego osiedla, zniknęli już w miejscu, gdzie rzeka 

tworzyła wielki zakręt, a w jej głębokim wcięciu rosły na brzegu drzewa bawełnicy. Między 

konarami drze ukazały się promienie słońca, świetliste plamki błąkały się po zieleniejącej 

twardej ziemi i pod kopytami koni.

Kiedy ludzie Kwuda formowali się w długi wąż, słońce było już wysoko, powietrze 

stało się ciężkie, ale światło jeszcze nie nabrało jednolitej matowości, chociaż odblaski na 

skałach   grały   złotymi   smugami   miki,   pokrywającej   tutejsze   kamienie.   Czasami   światło 

załamywało się i odbite od błyszczących głazów spadało na powierzchnię rzeki, przeglądając 

się   w   drobnych   zmarszczkach   pofalowanej   wody,   obijającej   się   o   brzeg.   Gdzieniegdzie 

przelatywał gołąb połyskujący nieskazitelną bielą w promieniach słońca.

Oblani słoneczną poświatą wojownicy rzucali na ziemię wydłużone śmieszne cienie. 

Pomiędzy jeźdźcami biegały radośnie psy merdające ogonami, one wyczuwały tak samo jak 

konie, że nadchodzi okres sytości.

Wędrujący   Niedźwiedź   zauważył,   że   jego   czworonożny   przyjaciel,   stary   Pahao, 

biegnie jakoś ciężko, z opuszczonym ogonem. Podjechał do niego, miękko zawisł na boku 

konia, pochwycił psa wpół i uniósł do góry. Podjechał z nim do matki.

- Mój stary przyjaciel - rzekł - strudzony jest drogą. Pozwól, Inahu, że położę go na 

travois.

Mała Chmura na znak zgody skinęła głową. Zadowolony Pahao legł na stosie skór. 

Wjechali   na   równinę,   a   właściwie   w   ogromną   rozległą   dolinę,   nad   którą   kluczami 

background image

przelatywały   gęsi.   Ciągnęły   z   południa   na   północ,   aż   po   kres   błękitnego   nieba.  Wokoło 

słychać było świergot radującego się ptactwa, który dobiegał ze wszystkich stron do jadących. 

Raz po raz prawie spod kopyt  końskich zrywały się z głośnym trzaskiem skrzydeł stada 

gołębi, było ich setki. Między pękającymi pąkami bawełnicy i rozwiniętymi listkami niskich 

krzaków szybowały pierwsze barwne motyle.

Mas-gwa-ah-Sid   czuł,   jak   po   jego   twarzy   wędrują   promienie   życia,   zaś   lekkie 

podmuchy wiatru rozwiewały mu włosy i bujną grzywę konia. Poprzez smukłe nogi i pełne 

kłęby   rumaka,   poprzez   jego   sprężysty   grzbiet,   młodzieniec   wyczuwał   pod   sobą   Matkę 

Ziemię. Miał wrażenie, że cień jego duszy odlatywał ku słońcu, wijąc się wokół pochodu 

ludzi i zwierząt i sunąc po prerii.

Po   paru   dniach   wspólnego   marszu   nadszedł   czas   rozłąki.   Sematowie   skręcili   na 

południe, a Kwuda wędrowalidalej na wschód. Przeprawili się przez płytki rzeczny bród, 

który w tym miejscu sięgał koniom tylko do kolan. Kiowa nazywali go Na’nizhoozhi (miejsce 

mostu).

Na   przeciwległym   brzegu   rzeki   Wędrujący   Niedźwiedź   wjechał   na   najwyższe 

wzniesienie, z którego roztaczał się widok na całą okolicę. Z tego miejsca mógł oglądać długi 

pochód   wędrujących   Kiowa-Apaczów   i   miał   wrażenie,   że   jechali   w   chmurze.   Tak   kurz 

wzniecony   kopytami   koni   i   ciągnącymi   się   po   ziemi   travois   okrywał   ciężkim,   szarym 

tumanem nogi wierzchowców..

Bacznie wypatrywał w tym wędrującym tłumie I-sha-wi. Dojrzał ją. Jej biała suknia 

odcinała się wyraźnie na tle brązowych, odkrytych ciał współplemieńców.

Młody mężczyzna uniósł ramię do góry, a dziewczyna widocznie zauważyła go, bo 

wyjechała z pochodu kobiet i wojowników i także podniosła ramię do góry. Potem zawróciła 

konia i wmieszała się między Sematów.

Nadchodził wieczór, słońce schodziło coraz to niżej, niżej, dotykało już dolną częścią 

swej twarzy niby to chmur, niby to kłębowiska oparów, oblekających poszarpane krawędzie 

szczytów górskich.-

Pochód   Kiowa   zatrzymał   się,   gdyż   pochody   wszystkich   wędrujących   plemion 

zatrzymują się przed wschodem i zachodem słońca. Czarownik Biegnący Wilk w imieniu 

plemienia przemówił do Man-ka-twa (Wielkiego Twórcy):

- O! Wielki Twórco, my, lud Kwuda, prosimy cię o pokój i szczęśliwą drogę. O, 

Wielki Twórco, przenieś swoją moc na mój naród, na jego konie i miej w opiece starców o 

włosach koloru górskiego śniegu, nasze pisklęta - dzieci i kobiety, które za twoją sprawą dają 

nowe życie.

background image

Wędrujący Niedźwiedź znał ten prastary zwyczaj od najwcześniejszego dzieciństwa, 

ale dzisiaj zrobił on na nim szczególne wrażenie. Uświadomił sobie, że mimo woli coraz 

częściej   myśli   o   Tańcu   Słońca,   po   którym   zostanie   już   wojownikiem   i   będzie   mógł 

decydować o sobie.

Niespodziewanie poczęły pojawiać się przed jego oczyma fragmenty z przeszłości, 

jakieś minione już i częściowo; zapomniane, ale mające znaczenie w nowym,  przyszłym 

życiu, sprawy i zdarzenia.

Przypomniał   sobie,   jak   pod   nadzorem   doświadczonego  Ansoty,   zrobił   pierwszą   w 

życiu   Świętą  Fajkę,  która  służy  mu   do  dziś,  pomagając   w  obcowaniu  z  duchami  całego 

świata. Uczył się uparcie wielu obrzędów, nim wykonał fajkę, a potem musiał nauczyć się jej 

używania, gdyż w przeciwnym przypadku modlitwy kierowane do duchów nie byłyby nigdy 

wysłuchane.

Główka   jego   fajki   symbolizowała   ludzkie   ciało.   Dolna,   pozioma   część   cybucha 

przedstawiała ludzką duszę, a okrągły zbiorniczek na tytoń - serce człowieka.

Pamięta dokładnie, jak wychowawca pouczał, że tytoń do napełniania fajki winien być 

ostrożnie pokrojony na specjalnej podstawce, aby przy cięciu liści najmniejsza nawet cząstka 

tytoniu   nie   spadła   poza   tę   podstawkę.   Gdyby   zdarzyło   się   coś   podobnego,   Man-ka-twa 

(Wielki Twórca) mógłby poczuć się obrażony, myśląc, że to Matce Ziemi złożono pierwszą 

ofiarę.

- Mój synu - mówił do niego jego wychowawca, Ansota - jeśli pragniesz pomocy od 

człowieka,   którego   „Leki”   są   silne,   pójdź   do   niego   z   fajką   napełnioną   tytoniem   i   kiedy 

wstąpisz do jego tipi, zwróć ustnik w stronę gospodarza. On cię zapyta wtedy, co ma dla 

ciebie uczynić. Jeśli będzie chciał ci pomóc, weźmie do rąk twoją fajkę i zapali ją.

- Pamiętaj zawsze, mój synu - mówił Ansota do Wędrującego Niedźwiedzia, gdy byli 

tylko we dwoje na jesionowym wzgórzu. - Święta Fajka jest i będzie twoim ołtarzem. Gdy 

zapalisz ją, ofiarujesz modlitwę, a Man-ka-twa wysłucha cię i zaświeci słońcem w twojej 

duszy. Pamiętaj i o tym, że na Wielkich Równinach nie znajdziesz świętej trawy do fajki, 

musisz jej szukać daleko na wschodzie, na ziemiach zamieszkanych przez ludzi Chero-kee, 

Choctaw, Creek i Muskogi.

- A skąd się u nich wziął tytoń? - zapytał kiedyś Wędrujący Niedźwiedź.

-   Oni   mówią,   że   pewnego   razu   młody   mężczyzna   i   młoda   dziewczyna   wspólnie 

wędrowali ścieżka;. Tak dobrze było im razem, że postanowili się pobrać. W jakiś czas, po 

ślubie,   gdy  młody  mężczyzna   był   na   myśliwskiej   wyprawie,   znalazł   się   przypadkowo   w 

miejscu, gdzie po raz pierwszy spoczywał z dziewczyną - swoją obecną) squaw, i znalazł tam 

background image

piękny kwiat z pachnącymi liśćmi.

Zabrał więc roślinę do swojej wioski i opowiedział ludziom o swym odkryciu. Gdy 

wysuszono   liście,   okazało   się,   że   można   je   palić   i   że   przy   paleniu   wydzielają   bardzo 

przyjemny zapach. Na pamiątkę miejsce, w którym znaleziono kwitnącą roślinę, nazwano 

„Tam Gdzie Przyszliśmy Razem”.

Rada plemienna ogłosiła to wszystkim. Ponieważ kobieta i mężczyzna w szczęściu i 

pokoju stanowią jedność, skoro sprawili, że na miejscu spełnienia ich miłości wyrósł tytoń - 

stał się on symbolem pokoju i przyjaźni. Od tego czasu tytoń jest palony podczas narad, aby 

wspierał pokój i przyjaźń między narodami.

ROZDZIAŁ XII

Przez   dwa   dni   jeszcze   wędrowali   Kiowowie,   nim   znaleźli   się   na   dawnym   letnim 

obozowisku. W lesie, na zboczu wzniesienia, w tym samym w którym urodził się Wędrujący 

Niedźwiedź,   „przedrzeźniacze”   szeleściły w  gałęziach   drzew  pekanowych.  Niekiedy uszu 

wędrowców   dochodził   trzepot   ich   skrzydeł   i   cichy   świergot   i   wydawało   się,   że   ptaki 

rozmawiają ze sobą niczym ludzie.

Każda rodzina zajęła dawne miejsce wbijając w ziemię znak własności, obok którego 

zaczęto zdejmować z travois cały dobytek i pokrycie tipi, tyki na jego rusztowanie, sprzęty 

gospodarstwa domowego, skóry i futra oraz wierzbowe maty-leżaki do spania. To wszystko 

układano w sterty, na sam wierzch położono jeszcze kilka parfleche’ów - toreb-kopert z nie 

wyprawionej   skóry,   w   których   przechowywano   stroje   obrzędowe,   wojenne   pióropusze, 

narzędzia krzemienne i kościane. Zawiniątka Leków i przedmioty otoczone szczególną czcią 

złożone   były   w   specjalnych   zawiniątkach   na   samym   wierzchołku   sterty,   obok   tarcz 

wojennych, dzid, łuków i innej broni.

Kiedy już wszystko zostało rozpakowane, kobiety brały po jednym z jucznych koni i 

oddalały się poza obóz, by przed rozstawieniem tipi zgromadzić odpowiednią ilość opału i 

przywieźć wodę w wysuszonych bizonich pęcherzach.

Wojenna Lanca w tym czasie dołączył do wodzów i innych mężczyzn, aby wziąć 

udział w rozmowach odbywających się w dopiero co wzniesionym tipi narad. Wojownicy 

omawiali przebieg planowanych uroczystości. Cały ich rodzinny dobytek pozostał na ziemi 

nie   pilnowany  przez   nikogo.   Pozornie   można   by  odnieść   wrażenie,   że   sterty   wszelkiego 

mienia  nie   mają  właścicieli,  ale   z  chwilą   gdy  mężczyźni   ustawili   przy nich   swoje   znaki 

własności,   wskazywali   każdemu,   kto   przypadkiem   mógł   się   zbliżyć   do   tego   miejsca,   że 

ułożony stos różnych dóbr należy do posiadacza znaku i nie może być tknięty przez nikogo 

background image

innego.

Każda rodzina miała swój znak, a niekiedy nawet kilka. Jeden ze znaków „strzegł” 

osobistych rzeczy, jednocześnie inny mógł być użyty dla oznaczenia stosu drzewa, własnego 

ogniska, które miało być później rozpalone.

Jedyną   sytuacją,   kiedy   znaku   własności   nie   używano,   były   wspólne   plemienne 

polowania. W tym wypadku wojenno-myśliwska strzała każdego łowcy, tkwiąca w zabitym 

zwierzęciu,  zawsze   różna  od  strzał  innego   myśliwego,  zastępowała  z   powodzeniem  znak 

własności.   Podobnie   jak   znak   własności,   strzały   każdego   mężczyzny   były   indywidualnie 

oznakowane   odpowiednimi   paskami   kolorów   malowanych   wokół   strzały,   przy   pierzastej 

nasadzie bełtu. Znaki te z góry wykluczały wszelkie spory co do tego, kto zabił określoną 

sztukę   i   jest   jej   właścicielem,   a   ponadto   pomagały   kobietom   w   zlokalizowaniu   miejsca 

zdobyczy swego ojca, męża, syna czy brata.

Kiedy żona znajdowała bizona upolowanego przez swego męża, zdejmowała skórę, 

patroszyła, ćwiartowała mięso i zawijała je w obciągniętą skórę. Następnie ładowała zdobycz 

na travois i zabierała do obozu.

Dopiero   tutaj   znak   własności   był   ustawiony   obok   mięsa   na   czas,   kiedy   kobieta 

opuszczała obóz, by sprowadzić następny ładunek skór i mięsa.

W bardzo krótkim czasie ustawiono wszystkie tipi w kształcie podkowy, z wylotem 

skierowanym ku rzece. Najbliżej wody rozstawiono Seidl-ku-toh (namiot potów).

Pomiędzy rozstawionymi już tipi panował ruch. Kręcili się zarówno mężczyźni, jak i 

kobiety oraz dzieci. Psy podobne do wilków, uganiały się to tu, to tam, węsząc uparcie za 

resztkami   strawy.   Nieco   na   uboczu,   poza   kręgiem   namiotów,   luzem   puszczone   konie 

szczypały świeżą, soczystą trawę.

W   jaki   sposób   powstały   tipi?   Opowiadacze   plemienni   niekiedy   opowiadają   taką 

legendę:

Bardzo   dawno   temu,   pewnego   letniego   dnia,   pewien   wojownik   siedział   w   cieniu 

bawełnicowego drzewa. Podniósł z ziemi jeden z opadłych liści, skręcił go między palcami i 

w   ten   sposób   narodził   się   pomysł   konstrukcji   nowego   mieszkania.   Czy   historie   te   są 

prawdziwe - nie wiadomo. Ale do dzisiejszego dnia dzieci z Wielkich Równin robią w czasie 

zabawy maleńkie tipi z liści bawełnicy i do dnia dzisiejszego ludzie z prerii mieszkają w 

namiotach robionych na ten wzór. Sporządza się je ze skór bizonich krów, gdyż są cieńsze i 

lżejsze od skór byków.

Dni mijały na polowaniach, każdy po zimie tęsknił za świeżym mięsem. Wędrujący 

Niedźwiedź zebrał już prawie wystarczającą ilość skór na nowe tipi. Wkrótce miała nadejść 

background image

połowa Księżyca Czerwonych Traw.

Rada plemienna wybrała już siedmiu młodych ludzi, którzy mieli przygotować się do 

tegorocznego wiosennego Tańca Słońca.

Wszyscy wskazani przez starszyznę z radością przyjęli nowinę i żaden z nich nie 

okazał tchórzostwa lub strachu przed krwawą i bolesną próbą. Zdawali sobie sprawę z tego, 

że gdyby któryś z nich chociaż przez chwilę zawahał się, okazał cień strachu, starszyzna z 

miejsca uznałaby go za babę i na zawsze odmówiono by młodemu człowiekowi udziału w 

naradach plemienia, wojennych ucztach i tańcach.

Na sześć dni przed uroczystością zaczęli zjeżdżać zaproszeni goście, którzy rozbijali 

swoje tipi poza kręgiem utworzonym z namiotów Kiowa. Między mężczyznami Sematów i 

Kwuda wyróżniali się wojownicy Komanczów-Kwahadi. Ich legginy nie posiadały frędzli, za 

to na samym dole tuż nad podbiciem stopy były zazwyczaj wyszywane w barwny wzór, 

tworzący z pfzodu kwadrat. Rękawy ich skórzanych koszul nie posiadały frędzli, natomiast 

tuż   za   łokciami   ściągały   je   na   przedramionach   kolorowe   opaski.   Włosy   wojowników 

Kwahadi, rozdzielone na środku głowy przedziałkiem, spadały luźno po obydwóch stronach 

twarzy,   okręcone   u   dołu   skórą   węża   lub   pasem   futra   z   grzbietu   antylopy.  Wszyscy  byli 

wysocy, szczupłi, a ich kobiety oznaczały się niezwykłą urodą.

Wędrujący Niedźwiedź, Orle Żebro i reszta młodych mężczyzn, którzy mieli wziąć 

udział w uroczystości Tańca Słońca udali się w odosobnione miejsca na dwa dni, aby tam nie 

jedząc i nie pijąc, mogli modlić się do Człowie-ka-Słońce (Na-tush).

Mas-gwa-ah-Sid znalazł swoją samotnię między rozrzuconymi kamieniami, między 

którymi wił się mizerny strumyk, a przy jego brzegu rosło samotne drzewo pekanowe.

Nazbierał najpierw trochę uschniętych gałązek, zeschłej zeszłorocznej trawy, ułożył to 

wszystko w stożek i podpalił. Kiedy na palenisku pozostały już tylko jarzące się kawałki 

drzewa, nasypał na nie Świętej Trawy, a nad małym ogniskiem począł unosić się prosto w 

górę jasny dym. Oczyścił najpierw całe swoje ubranie, potem ciało, a następnie pochylił się 

nad Świętym Dymem i wciągnął go w płuca, wchłonął w siebie, aby oczyścić swoje wnętrze. 

Nie zakrztusił się przy tym, dym nie podrażnił jego płuc. Był to dobry znak, duchy były mu 

przychylne.

Stanął teraz nagi, prosty, wzniósł ramiona ku Słońcu, a z jego ust popłynęła prośba-

modlitwa:

-   O  Wielki   Na-tush,   Ojcze-Słońce,   zawsze   ustępujesz   w   ciemności,   lecz   rankiem 

powstajesz i dajesz życie. Jeżeli pragniesz, to pójdę tam, gdzie trwają wieczne mroki i zasnę 

snem   bez   końca.   Użycz   mi,   Ojcze,   swej   promiennej   siły,   nim  dusza   moja   powędruje   za 

background image

Piaskowe Wzgórza. Daj swemu synowi siłę, Ojcze Na-tush, aby mógł, w podzięce podarować 

ci swoją krew, a ty przyjmij ją w ofierze. Prośba moja niech będzie grą cieni przesuwających 

się przed twoim wiecznym i niezniszczalnym obliczem. Pozwól, Ojcze, a bym przetrwał tę 

próbę tak, jak powinien przetrwać ją wojownik Kwuda, o Wielki Na-tush.

W nocy w czasie niespokojnego snu naszła go wizja, w której zobaczył nad sobą 

rogatą   głowę   białego   bizona.   Biały   bizon   przybiegł   do   niego,   gdzieś   z   wysokich   prerii. 

Nachylił   się   nad   zwierzęciem,   a   z   jego   nozdrzy   buchnęła   para,   otulając   nagie   ciało 

Niedźwiedzia białym obłokiem. Cztery razy biały bizon chuchnął parą, a potem odszedł i 

wkroczył na jasny szlak wiodący ku Słońcu. Następnej nocy powtórzyła się ta sama wizja z 

białym bizonem.

Wędrujący Niedźwiedź wstał bardzo wcześnie, bowiem słońce dopiero barwiło na 

szkarłat dolne krawędzie chmur i udał się w drogę powrotną do obozowiska.

Był   jeszcze   daleko   od   wioski,   gdy   usłyszał   chrzęst   bębnów,   początkowo   słaby, 

przytłumiony odległością, ale z każdym jego krokiem głos bębna stawał się wyraźniejszy. 

Młodzieniec zrozumiał, że już niewiele czasu pozostało mu do wielkiej próby.

Mas-gwa-ah-Sid   szedł   dumnie   i   prosto,   kierując   się   bezpośrednio   do   namiotu 

obrzędowego. Nim wstąpił do tipi, zobaczył jeszcze, że z drugiej strony nadchodził Orle 

Żebro, także z uniesioną dumnie głową, Z chwilą kiedy zaczęto wkopywać w ziemię pal z 

przyczepionymi do jego szczytu długimi rzemieniami, wzmógł się głuchy łoskot grzmotu, 

przewalający   się   po   bębnach,   jak   gdyby   obsunęła   się   na   nie   wszystkie   lawina   skalnych 

odłamków.

Tańczący zatrzymali się w miejscu, śpiewy ustały. Otoczono kołem obrzędowy pal ze 

świętym zawiniątkiem na szczycie.

Przed   namiotem   narad   rozłożone   były   dary   dla   Słońca   od   rodziców   młodych 

mężczyzn, którzy za chwilę mieli wkroczyć na drogę dorosłych wojowników.

Wewnątrz tipi młodzieńcy zdjęli odzież, pozostając tylko w przepaskach biodrowych.

Wędrujący Niedźwiedź jako pierwszy wystąpił z grupy nagich już chłopców i zbliżył 

się do wodza obrzędowego, Biegnącego Wilka:

- Ojcze, oto jestem tu, gdzie być powinienem - rzekł. - Wiem, ojcze, że obdarzony 

jesteś podwójnym widzeniem. Raz widzisz wszystko takim, jakim jest, drugim razem rzeczy 

zakryte dla oczu. Widzisz okiem ciała i okiem duszy. Wytłumacz mi moje widzenie, które 

miałem, gdy oczyszczałem swoje ciało i wnętrze Świętą Trawą.

-   Wielkim   będziesz,   synu,   wojownikiem   i   sławnym   myśliwym.   Biały   Bizon, 

wysłannik Ojca Bizonów, przyszedł do ciebie we śnie, tak więc ofiara twojej krwi będzie 

background image

łaskawie przyjęta przez Na-tusha. Będziesz żył w sławie, lecz krótko i odejdziesz w młodym 

wieku   szlakiem   Słońca   tak,   jak   odszedł   tą   drogą   Biały   Bizon.   Bądź   dzielny,   mój   synu, 

nadszedł czas próby.

Rozległ się rytmiczny głos grzechotek czarowników, bębny na zewnątrz ofiarnego 

szałasu wpadły w ten sam rytm. Zebrani w tipi obrzędowym poczęli śpiewać rytualną pieśń 

do Słońca.

Biegnący   Wilk   w   najpiękniejszym   swoim   stroju,   w   skalpie   bizonim   na   głowie   o 

rogach pomalowanych na czerwono, zbliżył się do Niedźwiedzia. Dwoma palcami naciągnął 

skórę na jego piersi i kamiennym nożem uczynił dwa nacięcia. Te same nacięcia zrobił na 

drugiej   piersi   chłopca,   tuż   nad   sutkami.   Wcisnął   teraz   nóż   pod   skórę,   szybkim   ruchem 

wpychając po klindze kołek, którego oba końce już po chwili wystawały z naciętych ran. 

Wędrujący Niedźwiedź nawet nie drgnął przy tym zabiegu. Zachował kamienną twarz. Krew 

sączyła się strużkami po piersiach, spływała na brzuch i wsiąkała w przepaskę biodrową. 

Kolejni chłopcy podchodzili do czarownika, a po umieszczeniu każdemu z nich patyków pod 

skórą na piersiach, stawali obok Wędrującego Niedźwiedzia.

Wreszcie wyprowadzono ich na zewnątrz. Promienie słońca padając na okrwawione 

piersi   młodzieńców   i   sterczące   w   nich   drewniane   kołki   zdawały   się   jeszcze   bardziej 

podkreślać   grozę   krwawej   próby.   Chłopcy   podeszli   do   pala   i   każdy   z   nich   stanął   przy 

zwisającym ze szczytu rzemieniu zakończonym pętlą.

Wędrujący Niedźwiedź rozejrzał się po twarzach zebranych dookoła. Dojrzał wśród 

nich   swego   ojca   i   matkę,   a   przy   nich   Nocny   Kwiat,   był   też   Czerwony   Kruk   z   synem. 

Złamanym Cierniem, i wielu innych przyjaciół i krewnych.

Wpatrzył się w oczy swojej dziewczyny, jej twarz wyrażała dumę, ale i radość, I-sha-

wi nie ukrywała, że pragnie dzielić ze swoim wybranym tak ważne przeżycie, jakim będzie 

dla niego przystąpienie do próby krwi.

Kiedy  podszedł   do   niego   Biegnący Wilk,  Wędrujący  Niedźwiedź   zwrócił   się   doń 

spokojnym głosem:- Ojcze, w sennym widzeniu Na-tush zażądał ode mnie większej ofiary i 

muszę spełnić jego polecenie. Pomóż mi.

Stary   czarownik   ze   zrozumieniem   skinął   siwą   głową   i   szepnął   parę   słów   swemu 

pomocnikowi.   Młodszy   czarownik   oddalił   się   w   kierunku   obrzędowego   tipi   i   po   chwili 

wrócił, niosąc kudłaty ciężki łeb bizona.

Biegnący Wilk nadciął Niedźwiedziowi skórę powyżej łopatek na plecach i przewlekł 

pod skórą drewniane kołki, a o nie zaczepił włosianą plecionkę z przymocowaną doń głową 

bizona. Znowu polała się krew, Niedźwiedziowi zadrżały nogi i na chwilę zabrakło mu tchu w 

background image

piersiach.

Każdy   z   młodych   Kiowa   został   połączony   rzemieniami   z   palem,   gdyż   pętle 

rzemiennych sznurów zaciśnięto na patykach wystających ze skóry na ich piersiach.

Grzechotki warczały, bębny grzmiały coraz donośniej, a pieśń do Słońca unosiła się 

hen nad prerią.

Chłopcy z kamiennymi twarzami wpatrywali się w zamgloną tarczę słoneczną. Orle 

Żebro także zażądał dla siebie większej ofiary, toteż rychło przyczepiono mu do pleców dwie 

ciężkie tarcze wojenne.

Każdemu z tancerzy wręczono kościaną świstawkę. Wędrujący Niedźwiedź z trudem 

podniósł rękę do góry, by włożyć gwizdek do ust. Pot wystąpił mu na czoło i zalewał oczy.

Bębny raptownie zamilkły, nastała cisza. Jedynie z daleka dobiegało rżenie koni i 

śpiew cykad. Wędrujący Niedźwiedź jeszcze raz spojrzał na I-sha-wi. Zasłoniła dłonią usta i z 

przerażeniem w oczach przemieszanym z podziwem wpatrywała się w jego zalane krwią 

ciało.

Uśmiechnął się do niej lekko, choć przywołanie tego uśmiechu na usta kosztowało go 

męczarnie.

Bębny   zaczęły   drżeć,   powietrze   wibrowało.   Zebrani   widzowie   rozpoczęli   pieśń   o 

daninie krwi i w tym momencie na plac wbiegła kobieta, szamanka-dziewica. Na głowie 

miała czapkę z  rogami antylopy widłorogiej. Nie posiadała  na sobie nic prócz  krótkiego 

fartuszka   z   przodu   i   z   tyłu.   Okrążyła   czterokrotnie   plac,   odganiając   rytualną   pieśnią   i 

grzechotkami   ze   skorup   żółwia   złe   duchy   i   tak   jak   niespodziewanie   się   pojawiła,   tak 

niespodziewanie znikła z placu.

Głos bębnów wzmógł się, huczał, tancerze ze świstawkami w ustach rozpoczęli taniec. 

Najpierw   powoli,   ostrożnie   zwrócili   ku   Słońcu   głowy   i   ciała   w   błagalnej   pozycji.   Ze 

spokojem w oczach i jasnymi umysłami czekali na objawienie się wizji.

Kołysząc się na długich rzemieniach przytwierdzonych jednym końcem do pala, a 

drugim do kołków przewleczonych pod skórą na piersiach, jedni gwizdali na świstawkach, 

inni krzycząc i na zmianę śpiewając wychwalali się czynami, których będą dokonywać w 

bitwie i na łowach.

Taniec stawał się coraz gwałtowniejszy, nerwowy. Tancerze raz zbliżają się do pala, to 

znowu gwałtownie odskakują. Skórzana lina napina się na piersiach, drży, naciąga skórę. 

Czasami u któregoś z tancerzy skóra pęka na jednej z piersi i jest on już prawie wolny, ale 

trzyma go jeszcze jeden rzemień. Krew obficie kapie na ziemię i zbryzguje nogi tańczących 

wokół pala.

background image

Wędrujący   Niedźwiedź   w   tańcu   zbliża   się   do   swoich   bliskich,   ciało   jego   drży, 

wiotczeją nogi. Ból, straszny ból przeszywa go na wskroś, władnie całym jego ciałem. Słońce 

widzi już tylko jak przez mgłę, pot miesza mu się ze spływającą po ciele krwią.

Wojenna Lanca podbiega do syna i silnym uderzeniem zrzuca wiszący na plecach 

chłopca   łeb   bizoni.   Słychać   soczyste   klaśnięcie   przerwanej   napiętej   skóry   na   łopatce 

Wędrującego Niedźwiedzia, ale zrywa się tylko jedna włosianą plecionka, na drugiej kosmaty 

łeb jeszcze wisi. Teraz do swojego ukochanego podbiega Nocny Kwiat i z krzykiem łapie za 

rogi bizonia głowę. Całym ciężarem swego ciała wiesza się na niej, słychać znowu plaśnięcie 

skóry i dziewczyna z oderwaną głową bizonia przewraca się na ziemię.

Krew   spływa   po   plecach   Wędrującego   Niedźwiedzia   szerokimi   strugami,   i   ginie 

gdzieś w opasce biodrowej. Niedźwiedziowi ćmi się w oczach, jednak siłą woli zmusza się do 

dalszego tańca, jego udręczone ciało drży, nogi stają się miękkie jak u niemowlęcia, które 

próbuje swoich pierwszych kroków.

Oto wycieńczony Orle Żebro potyka się i bezwładnie pada na udeptaną ziemię. Nie 

ma już sił, aby podnieść się, więc podbiega do niego matka, z trudem stawia go na nogi, 

krzycząc synowi prosto do ucha:

- Tańcz synu, tańcz! Musisz!

Uroczystość trwa prawie pół dnia. Słońce dotarło już do najwyższego punktu swej 

codziennej wędrówki.

Wędrujący Niedźwiedź z przymkniętymi powiekami, ze zdrętwiałym od bólu ciałem, 

ostatkiem   woli   i   energii   naciąga   rzemienie,   które   napinają   mu   skórę   na   piersiach.  Teraz 

pochyla się do przodu, liny luzują się nieco i naraz niby rozprężonym łukiem rzuca całym 

swoim ciałem do tyłu, aż daje się słyszeć podwójny trzask przerywanej skóry. Niedźwiedź 

pada na ziemię i ogarnia go zupełna ciemność.

Obudził się dopiero w swoim starym tipi z ranami obwiązanymi szerokimi pasami z 

łyka klonu, I-sha-wi czuwała przy nim.

- Jesteś znużony i osłabiony, leż więc spokojnie - powiedziała łagodnie, podając mu 

kubek z kory brzozowej napełniony zimną wodą.

Pił łapczywie, woda ściekała mu po policzkach, spływała na szyję. Poprosił o jeszcze. 

Teraz   pił   już   spokojniej,   małymi   łyczkami.   Nocny   Kwiat   kościanym   grzebieniem 

rozczesywała mu włosy. Patrzył na jej piękną twarz, ale mimo woli powieki opadały mu, aż 

popadł w zdrowy sen bez żadnych zwidów.

Obudził się dopiero następnego dnia i od razu poczuł zapach świeżego wywaru z 

mięsa antylopy. To Nocny Kwiat szykowała dla niego posiłek, który przywraca siły. Dopiero 

background image

teraz doznał straszliwego uczucia głodu, nic dziwnego, bo przecież razem z rytualnym postem 

już czwarty dzień nie miał nic w ustach poza wodą.

Po   chwili   do   tipi   wszedł   ojciec   z   matką   oraz   stary  wychowawca,  Ansota   i   wódz 

plemienia, Map-odal.

Wszyscy patrzyli z dumą na młodego wojownika.

- Czy nasz brat będzie miał tyle siły, aby wyjść na wielki plac, gdzie odbędzie się 

wspaniała uczta na cześć nowych wojowników, których po Tańcu Słońca przyjęliśmy do 

stowarzyszenia   Kai-tsen-ko?   Jest   to   także   uczta   pożegnalna   na   cześć   naszych   braci 

Komanczów i Kiowa-Apaczów.

- Przyjdę - odpowiedział.

Wszyscy, nawet rodzice, wyszli z namiotu. Pozostał teraz sam z dziewczyną. Gdy 

tylko zasłona wejściowa zapadła za ostatnim z odwiedzających, I-sha-wi uderzyła radośnie 

dłońmi o uda i zawołała:

- Oni, starzy doświadczeni wodzowie, nazwali ciebie swoim bratem! Wiele, bardzo 

wiele ciepła wpłynęło do mojego serca, gdy usłyszałam te słowa.

Wędrujący Niedźwiedź uśmiechnął się, widząc radość dziewczyny. On też był dumny, 

że ma już za sobą bezpowrotnie lata, gdy każdy dorosły mówił do niego, jak do małego 

chłopca, „synu”. Tak jak rzeki na prerii nie zawracają swego biegu, tak już nie powrócą do 

niego chłopięce lata.

- Muszę teraz przygotować mojego wojownika, aby godnie pokazał się zebranym - 

radośnie   zaszczebiotała   dziewczyna.   Zamoczyła   garść   mchu   i   zwilżyła   łyko   służące 

Wędrującemu Niedźwiedziowi za opatrunek. Pod wpływem wilgoci łyko nieco się rozluźniło 

i już tak mocno nie opinało ran.

Pomogła mu powstać. Gdy stanął na nogi, uświadomił sobie, jaki jest słaby. Gdyby nie 

I-sha-wi, niechybnie  padłby z  powrotem na  posłanie,  ale  dziewczyna  zdążyła  go  w  porę 

podtrzymać.

Całe jego ciało obmyła rozgniecioną w wodzie szałwią, a następnie natarła sadłem 

niedźwiedzim. Teraz ostrożnie wciągnęła na jego nogi i uda nogawice-legginy i na stopy 

założyła białe, pięknie wyszywane kolcami jeżozwierza mokasyny. Kościanym grzebieniem 

rozczesała mu włosy, formując równy przedziałek pośrodku głowy. Za lewym uchem zaplotła 

warkocz, który później owinęła pasem z futra wydry, natomiast po prawej stronie głowy 

zostawiła włosy luźno spadające na ramię i plecy, następnie zaś wplotła w nie orle pióro 

ozdobione czerwonynrpuchem.

Piersi, ramiona i plecy miał odkryte. Wszak minęły dopiero dwa dni od zakończenia 

background image

krwawej próby i rany były jeszcze zbyt świeże, by cokolwiek na nie nakładać.

Przy pomocy dziewczyny postąpił parę kroków, ale zawirowało mu w głowie od bólu, 

jednakże najmniejszym grymasem nie dał poznać, jak cierpi.

Nocny Kwiat pomogła mu wydostać się z tipi, ale kiedy znaleźli się na zewnątrz, 

Wędrujący Niedźwiedź delikatnie i stanowczo odsunął dziewczynę od siebie.

Sztywno, ostrożnie o własnych siłach szedł tam, gdzie dwa dni temu tak wiele krwi 

wsiąkło w ziemię.

Pal, do którego byli przywiązani, stał jeszcze w tym samym miejscu. Tylko wiatr 

zabawiał się porozrywanymi rzemieniami, podrzucając je w górę lub oplatając wkoło wysoki 

drzewiec słupa tanecznego.

Podbiegło do niego dwóch Komanczów, delikatnie podprowadzając go do specjalnie 

przygotowanej sterty futer, gdzie posadzili go, podsuwając mu pod plecy skórzany wałek tak, 

aby mógł się wygodnie oprzeć, nie dotykając niczego nie zagojonymi ranami.

Nadchodziło coraz więcej uczestników Tańca Słońca, tak samo jak, on sztywnych, 

obolałych i niedołężnych, ale każdego z nich dwaj Komańcze przyjmowali z szacunkiem i 

pieczołowicie sadzali jeden obok drugiego.

Gdy już wszyscy wygodnie pozajmowali wyznaczone miejsca, zgromadzeni wokół 

Komańcze, Sematowie i Kwuda zaczęli na ich cześć wydawać długie okrzyki wojenne i 

gwizdać na kościanych świstawkach.

Na   środek   placu   wkroczyło   trzech   wodzów   we   wspaniałych,   sięgających   ziemi 

pióropuszach z orlich piór. Wiatr składał i rozkładał piękne pióra niby wachlarze.

Pośrodku stał stary Map-odal, wódz Kwuda, zaś po jego lewej ręce Giakaita, a po 

prawej wódz Komanczów - Acee (Orzeł).

Skaleczona   Twarz   podniósł   rękę   do   góry   w   starodawnym   znaku   pokoju,   dając 

zebranym do zrozumienia, że pragnie mówić.

- Mamy przed sobą nową siłę naszego ludu, nowych mówców, nowych członków 

stowarzyszenia wojennego Kai-tsen-ko.

Dookoła dało się słyszeć głośne „Eh, neh, neh, neh, neh”, a wódz mówił dalej:

- Po mojej prawej i lewej stronie są świadkowie, którzy zawsze mogą stwierdzić, że 

Taniec Słońca odbył się według obowiązujących starych tradycji i nasi młodzi bracia Kwuda 

bez lęku w sercach poddali się próbie krwi. Od tego dnia wszyscy tutaj zebrani mogą uważać 

ich za mężczyzn zas po naradzie starszyzny plemiennej Święte Zawiniątko zostało przekazane 

pod opiekę Wojennej Lancy On teraz będzie strażnikiem Zawiniątka i będzie ono zawsze 

wisiało na drewnianym trójnogu przy jego tipi aby każdy mógł je zobaczyć. Podziękujmy 

background image

teraz tańcami i ucztą naszym przyjaciołom z ludu Sematów i Komanczów - Kwahadi za to, że 

zechcieli przybyć na naszą uroczystość. Otsedaba!

Znowu rozległy się radośnie wibrujące okrzyki przy wtórze łomotu bębnów.

ROZDZIAŁ XIII

Skończył się już Księżyc Czerwonych Traw i miał się prawie ku końcowi Księżyc 

Gdy Konie Zmieniają Sierść.

Rany na piersiach i barkach Wędrującego Niedźwiedzia pięknie się zabliźniły. Na 

razie   pozostały  różowe   pręgi,   ale   z   upływem   czasu   i   one   znikną   i   zostaną   tylko   blizny, 

którymi Niedźwiedź będzie się szczycił i przy każdej uroczystości będzie podmalowywał je 

czerwoną farbą. Orle Żebro i inni młodzi mężczyźni również czuli się świetnie i każdy z nich 

teraz   marzył   o   dokonaniu   takiego   czynu,   który   w   oczach   doświadczonych   wojowników 

zyskałby najwyższe uznanie.

Pewnego   dnia   do   tipi   Wędrującego   Niedźwiedzia   wszedł   jego   ojciec   Huan-tos, 

Wojenna Lanca. Usiadł wygodnie na rozłożonej na ziemi skórze bizoniej, po czym zapalił 

małą kamienną fajeczkę z ustnikiem z trzciny. Po wydmuchaniu kilku kłębów dymu, zwrócił 

się do syna:

- Najwyższy czas, aby mój syn pomyślał o Lasce Czynów, przy której zawisłoby kilka 

piór, o których mogliby poświadczyć naoczni świadkowie. Ja, twój ojciec, pragnę widzieć 

Laskę Czynów wbitą w ziemię przed twoim namiotem. Dam ci jeszcze jedną radę: nigdy nie 

uśmiercaj orłów, aby zdobyć ich pióra. Kupuj je od ludzi, którzy trudnią się zdobywaniem 

piór. Ludzie Navajo specjalnie hodują orły i otrzymują pióra nie krzywdząc ptaków. Od nich 

możesz kupić pióra, kiedy znowu przybędą do naszego zimowego osiedla.

Łyknął trochę dymu z fajeczki i mówił dalej:

- Pragnę opowiedzieć ci, synu, pewną historię. Jest to opowieść o myśliwym, który 

miał wyjątkowe powodzenie w polowaniach na jelenie.

Myśliwy ten posiadał cudowną umiejętność w przywoływaniu jeleni na pastwisko, w 

pobliżu którego urządzał zasadzkę, i bez trudu zabijał niczego nie podejrzewające zwierzęta.

Nie   wystarczyło   mu   to   jednak,   marzył   o   czymś   więcej.   Zapragnął   tak   samo 

przywoływać orły i polować na nie. Zbudował więc specjalną pułapkę i naśladując piski 

zwierząt, na które ptaki te chętnie polowały, przywabiał je do swej przemyślnej pułapki. Orły 

słysząc głosy wskazujące na to, że w pobliżu znajduje się świeże pożywienie, sfruwały nisko, 

a wtedy myśliwy strzelał do nich z ukrycia i zabierał ich pióra.

Wszyscy doświadczeni i mądrzy myśliwi przestrzegali go, że takie polowanie na orły 

background image

jest niegodziwe, niebezpieczne i może narazić go na odwet orłów.

Myśliwy jednak nie usłuchał dobrych rad i kiedy pewnego dnia jak zwykle zaczął 

przywoływać   podstępnie   pięknopióre   orły,   olbrzymia   Matka   Wszystkich   Orłów 

niespodziewanie   spadła   na   zaczajonego   w   swej   kryjówce   myśliwego.   Przerażony 

gwałtownym   atakiem   łowca   począł   uciekać   i   skrył   się   w   wydrążonym   pniu   zwalonego 

drzewa.

Matka Orłów nie zrezygnowała jednak z walki: potężnymi szponami chwyciła pień 

razem z ukrytym wewnątrz zabójcą orłów i uniosła go w powietrze, po czym złożyła w 

swoim gnieździe na wysokiej stromej skale.

Myśliwy   jak   zwykle   miał   przy   sobie   nie   wyprawione   sznury   rzemienne   i   trochę 

suszonego mięsa.

Kiedy Matka Orłów zostawiła gniazdo bez opieki, by upolować jakąś zwierzynę dla 

swych piskląt, myśliwy każdemu z maleństw dał po kawałku suszonego mięsa i usypiając ich 

czujność   zręcznie   powiązał   wysunięte   ku   niemu   dzioby   małych   orląt   skórzanymi 

rzemieniami, sam zaś skrył się ponownie w wydrążonym pniu.

Przez całe dwa dni orlica próbowała rozwiązać dzioby piskląt, jednakże nie mogła 

uwolnić swoich dzieci. Postanowiła zawrzeć z myśliwym porozumienie. Powiedziała mu, że 

jeżeli   przyrzeknie,   iż   będzie   polował   tylko   na   jelenie   i   bizony,   nie   zabije   zaś   orła   bez 

specjalnego zezwolenia Wielkiego Twórcy, to odniesie go bezpiecznie na ziemię. Zażądała 

także, by myśliwy natychmiast rozwiązał rzemienie na dziobach jej dzieci. Zabójca orłów 

zgodził się na te warunki.

Jego potomkowie później, tak jak i on sam, dotrzymywali tej obietnicy i nigdy już nie 

polowali na orły bez potrzeby. Co więcej, gdziekolwiek upolowali jelenia, zostawiali część 

mięsa, a wówczas czarownik przywoływał orły, aby i one mogły pożywić się bezpiecznie i 

spokojnie oraz zanieść świeże mięso swym pisklętom.

-   Dlatego  Wędrujący  Niedźwiedź   musi   poszukać   takiego   człowieka,   który  zawarł 

umowę z orłami lub hoduje żywe orły w swojej wiosce - kończył swoją opowieść Wojenna 

Lanca. - Tylko pióra takich ptaków przynoszą szczęście, a sporządzony z nich pióropusz 

chroni wojownika w czasie walki. Niech mój  syn któregoś dnia wybierze się do Tsegi - 

Świętego   Uroczyska   ludu   Wichita.   Żyje   tam   doskonały   hodowca   orłów   imieniem 

Naat’aanineez.

- Tak, mój ojcze, wybiorę się tam z Orlim Żebrem, aby odszukać Naat’aanineeza. 

Przedtem jednak chciałbym, abyś oznajmił wioskowemu obwoływaczowi, by powiadomił 

nasze plemię, że wybieram się do Kiowa-Apaczów, poślubić tam I-sha-wi. Kto chce udać się 

background image

razem ze mną, niech po trzech Małych Słońcach dosiądzie swojego konia. Modliłem się 

dzisiaj do Tal-yi-da-i, które wisi przed twoim tipi, a jest Świętym Zawiniątkiem wszystkich 

Kiowa.   Niebo   było   zachmurzone,   ale   gdy  modliłem   się   błagając   o   pomyślność   w   mych 

zamierzeniach, ciemny obłok rozwiał się i promienie Słońca padły na Tal-yi-da-i i moje serce.

Jeszcze tego samego dnia obozowy obwoływacz kłusował na koniu między namiotami 

i bijąc w bęben wykrzykiwał:

- Nasz brat Mas-gwa-ah-Sid zaprasza przyjaciół do odwiedzenia plemienia Sematów, 

gdzie pragnie zaślubić piękną i dzielną dziewczynę o imieniu I-sha-wi, którą wszyscy znają i 

lubią. Słuchajcie! słuchajcie! Kto pragnie oglądać na własne oczy szczęście Wędrującego 

Niedźwiedzia i Nocnego Kwiatu, niechaj przygotuje konie do drogi za trzy Małe Słońca! 

Słuchajcie! słuchajcie!...

Po   trzech   dniach   prawie   sto   mężczyzn   i   kobiet   ubranych   w   najpiękniejsze   stroje 

czekało   na   znak,   aby   udać   się   na   szlak   prowadzący   do   wioski   Sematów.   Wspaniałe 

pióropusze   chwiały   się   majestatycznie   na   głowach   doświadczonych   i   walecznych 

wojowników. Na przodzie pochodu znajdował się Wędrujący Niedźwiedź z ojcem. Prowadzili 

na rzemieniach cztery konie ciągnące travois wypełnione wszelakim dobrem.

Pochód   skierował   się   na   południowy  wschód,   gdzie   wśród   barwnej   prerii   płynęła 

rzeka Washita.

Nazajutrz  rano jeźdźcy znaleźli  się w  wielkiej   dolinie  ciągnącej   się  z północy ną 

południe, gdzie płynęła płytka, ale szeroko rozlana Rzeka w Której Niedźwiedź Zamoczył 

Grzbiet. Gdzieś na zachodzie wznosiły się majestatyczne góry do połowy zboczy pokryte 

lasem, spośród którego wyglądały niekiedy ogromne gładkie głazy o rudym zabarwieniu. 

Żyły tam niedźwiedzie, jelenie, pumy i leśne wilki, różniące się kolorem sierści od białych 

wilków” preryjnych.

Wokoło wirował wśród traw ostry głos cykad, a spod kopyt końskich uciekały całe 

chmary koników polnych, aby troszkę dalej znowu przysiąść na zielonych łodygach albo 

skoczyć w dal z delikatnym chrzęstem twardej powłoki długich tylnych nóg.

Około południa podróżni zatrzymali się na odpoczynek i krótki posiłek. Pozdejmowali 

z siebie stroje, zapakowali je w skórzane „koperty” - parfleche i przytwierdzili do boków 

koni,   w   miejscu,   gdzie   zazwyczaj   wojownicy   mocują   swoje   tarcze   wojenne.   Mężczyźni 

zostali   tylko   w   przepaskach   biodrowych,   a   słońce   barwiło   ich   brązowe   ciała   na   jeszcze 

ciemniejszy kolor.

Po trzech dniach wędrówki dojechali do krystalicznie czystej rzeczki nazywanej Ta w 

Której Księżyc Lubi się Przeglądać. Od rzeki tej do wioski Kiowa-Apaczów dzieliły ich już 

background image

niecałe cztery biegi koni. Szybko doprowadzili swoje ciała do idealnej czystości, zmyli z koni 

kurz   preryjny,   po   czym   z   powrotem   przebrali   się   w   swoje   uroczyste   szaty.   Przed 

opuszczeniem   doliny   rzeki   wysłali   jednego   z   młodszych   wojowników   do   obozowiska 

Sematów, aby powiadomić gospodarzy o zbliżających się Kwuda.

Wczesnym świtem Kiowowie ruszyli W drogę, znowu dostojni i wspaniali w swych 

uroczystych strojach.

Mas-gwa-ah-Sid   popadł   w   zadumę.   Krzykliwa   dojrzałość   przyrody   otaczała   go 

wokoło, a wschodzące światło słoneczne, jasne i ostre, przenikało jego ciało, zabierało jego 

duszę. Myśli wędrowały razem ze światłem słonecznym po zieleniejącej się prerii, po jego 

świecie,   w   którym   wyrósł,   przeszedł   tu   wszystkie   stopnie   wtajemniczenia   i   zrósł   się   z 

zielonymi polami, tak jak wilk, antylopa i bizon.

Te rozmyślania przerwała głośna wrzawa, krzyki i gwizdy. Jego duch powrócił do 

ciała, młodzieniec spojrzał przed siebie.

W tumanach kurzu wzniecanych kopytami koni pędziło w ich kierunku kilkunastu 

wyrostków   Sematów.   Wydając   radosne   okrzyki   i   nie   zmniejszając   galopu,   okrążyli 

kilkakrotnie   pochód,  zawrócili  i   takim  samym  szaleńczym  biegiem  odjechali  w  kierunku 

widniejących już na horyzoncie białych tipi swego ludu.

Tuż przed samym obozem powitał Kiowów szpaler Sematów tak samo uroczyście 

strojnych. Po jednej stronie stały kobiety, a po drugiej mężczyźni.

Witano ich głośno: Oyefaigua! Oyefaigua!

Wędrujący   Niedźwiedź   z   ciekawością   rozglądał   się   dookoła.   Zewsząd   napotykał 

szczere uśmiechy ludzi, których pamiętał z zimowego wspólnego obozowiska. Witały go nie 

tylko życzliwe serca, ale i ciepły suchy wiatr - czinuk, powiewający łagodnie i głaskający 

miękko jego ciało.

Wjechali   na   duży   plac   otoczony   barwnymi   tipi.   Namalowane   na   pokryciach 

stożkowatych namiotów rysunki przedstawiały czyny właścicieli namiotów lub wizje, które 

nawiedziły każdego z nich w czasie snu przed budową nowego pomieszczenia.

Na środku placu  przed  tipi  narad  oczekiwał  gości  Szybki  Sokół,  a  po lewej   jego 

stronie   wódz   obrzędowy   Dwa   Palce.   Nieco   za   nimi   stał   uśmiechnięty   Złamany   Cierń, 

przyjaciel Wędrującego Niedźwiedzia.

Grupa jeźdźców Kwuda zatrzymała swoje konie. Wędrujący Niedźwiedź i jego ojciec, 

Wojenna   Lanca,   powoli   i   dostojnie   zsiedli   z   koni.   Ojciec   wręczył   Wędrującemu 

Niedźwiedziowi   rzemienne   postronki,   na   których   uwiązane   były   cztery   konie   z 

przymocowanymi   do   karków   travois,   sam   zaś   cofnął   się.   Niedźwiedź   zbliżając   się   do 

background image

Szybkiego Sokoła, dyskretnie wypatrywał swojej dziewczyny. Nigdzie jednak nie spostrzegł 

I-sha-wi, po którą przygnało go tutaj serce.

Stanął wreszcie na wprost wodza Sematów.

- Ojcze, znasz mnie, więc nie będę ci się przedstawiał. Twoje oczy śledziły moje życie 

od początku, kiedy ujrzałem świat. Dobrze wiesz, ojcze, jaki jestem i potrafisz ocenić, czy 

zasłużyłem, aby twoja przybrana córka mogła dzielić ze mną miejsce przy ognisku w moim 

tipi. Serce Niedźwiedzia pragnie tej dziewczyny, jak wygłodzony mustang świeżej wiosennej 

trawy w czasie zimy. Tymi oto darami pragnę wyrazić szacunek tym, którzy sprawili, że ze 

słabiutkiego   pączka   rozwinął   się   piękny   kwiat.   Jeżeli   uważasz,   wielki   wodzu,   że   jestem 

godzien I-sha-wi, to daj mi ją, aby kwiat wyhodowany przez ciebie również ucieszył moje 

oczy.

Młodzieniec   postąpił   jeszcze   krok   do   przodu   i   wręczył   Szybkiemu   Sokołowi 

rzemienie   czterech   koni.   Szybki   Sokół   odebrał   sznury   rzemienne   z   rąk   Wędrującego 

Niedźwiedzia, uśmiechnął się i powiedział:

- Masz rację, Wędrujący Niedźwiedziu, moje oczy śledziły twoją ścieżkę życia od 

początku   aż   do   teraz   i   znam   cię   tak,   jak   własnego   syna.   Od   dawna,   od   bardzo   dawna 

postanowiłem, że jeżeli serce twoje zwróci się do Nocnego Kwiatu - to zostanie ona twoją 

squaw. Serce moje przepełnione jest radością, że nadeszła chwila spełnienia moich marzeń i 

moje stare oczy będą mogły nacieszyć się waszą radością. - Zamilkł na chwilę i mrużąc 

filuternie oczy, dodał: - Ale czy ona ciebie zechce?

Podniósł lewą rękę i na ten znak wybiegło z tłumu czterech wojowników z ogromnym 

bębnem,   przymocowanym   do   czterech   kijów-podstawek.   Z   zakrzywionych   końców 

drewnianych kijów-lasek zwisały pęki sokolich piór. Laski wbito zaostrzonymi końcami w 

ziemię   tak,   aby   dolna   membrana   bębna   wystawała   ponad   jej   powierzchnię.   Płaszczyzna 

górnej membrany w połowie zielona symbolizowała ziemię, zaś w połowie błękitna - niebo. 

Muzycy-śpiewacy   usiedli   na   ziemi   wkoło   bębna   i   jednocześnie   drewnianymi   pałkami   w 

kształcie fajek uderzyli w naciągniętą skórę bębna. Rozległ się głuchy łoskot.

Z namiotu narad wyszła I-sha-wi.

Była   tak   piękna,   że   Niedźwiedź,   kiedy   ją   ujrzał,   zamarł   z   zachwytu.   Jej   włosy 

splecione w dwa grube warkocze zakończone ogonkami z gronostajów spadały na piersi. 

Przedziałek pośrodku głowy podkreślony był czerwoną kreską. Górna część białej sukni z 

delikatnej skóry antylopy widłorogiej wyszyta była błękitnymi kolcami jeżozwierza, a na tym 

tle   czyjeś   delikatne   ręce   wkomponowały   białe,   żółte   i   czerwone   geometryczne   wzory, 

tworzące miły dla oka wielobarwny ornament. Od ramion do połowy ud wdzięcznie falowały 

background image

wąskie   frędzle.  W  pasie   suknię   opinał   szeroki   na   trzy  palce   pasek,   wyszywany   kolcami 

jeżozwierza, w takie same motywy jak góra sukni. Stopy dziewczyny zdobiły białe mokasyny 

z czerwonym ornamentem biegnącym od podbicia aż do palców, zaś jej łydki aż do kolan 

chroniły legginy zakryte częściowo zwisającymi z dolnej krawędzi sukni frędzlami.

I-sha-wi wzniosła oba ramiona ku górze, jakby na powitanie obłoków snujących się po 

niebie, jej piwne oczy bez zmrużenia wpatrywały się w słońce. Ni to śpiewając, ni to mówiąc, 

modliła się na głos:

- Oo-tuk-koo-pah-kah-may-tou-may-yet.

- O, Duchy Górnego Świata, o Ojcze-Słońce, pomóżcie mi na nowej drodze życia.

- O, Duchy z Krainy Orłów, użyczcie mi siły, abym mogła w potrzebie być pomocną 

memu mężczyźnie.

- O, Ptaki-Gromy, poraźcie mnie swoimi ognistymi strzałami, gdybym zawiodła mego 

mężczyznę.

Zagrzmiał głos bębna, jak gdyby grom się przewalił przez osadę, i czterej mężczyźni 

czterokrotnie powtórzyli:

- A’lek-i-odah! Niech się tak stanie!

Teraz   dziewczyna   opuściła   -   ręce   i   zbliżyła   je   ku   trawie,   schyliła   głowę,   aż   jej 

warkocze oparły się o ziemię niby dwie złamane gałęzie i znowu melodyjnym głosem poczęła 

błagać Matkę-Ziemię:

- O Matko, stąpamy bezlitośnie po twoim ciele i kaleczymy twoją skórę, ty jednak 

cierpliwie   i  bez  skargi  dajesz  nam,   ludziom,  Nowe   Życie.   Obdarz   i  mnie,  Matko,  takim 

małym życiem, niechaj narodzi się ono we mnie za twoją zgodą.

Znowu łomot bębna i czterokrotny krzyk bębniących: - A’lek-i-odah!

Jeszcze   czterokrotnie   dziewczyna   wyciągała   ręce   na   wschód,   południe,   zachód   i 

północ,   prosząc   Duchy   Czterech   Wiatrów   o   pomoc.   Po   zakończeniu   tych   próśb   uklękła 

przysiadając na piętach. Teraz zbliżył się do niej dostojnym krokiem Wędrujący Niedźwiedź i 

przyklęknął naprzeciw niej. Dotknęli się kolanami, on oparł swoje dłonie na jej udach, ona 

oparła swoje na jego, pochylili głowy i czoło Niedźwiedzia oparło się o czoło I-sha-wi.

Czarownik   Dwa   Palce   rozwinął   białą   skórę   ze   Świętego   Bizona.   Szybki   Sokół, 

Wojenna Lanca i Złamany Cierń podeszli do niej i każdy z nich ujął jeden róg skóry, po czym 

zbliżyli się do klęczących i nakryli ich świętą skórą.

W tej chwili z otaczającego tłumu wystąpiły dziewczęta i dojrzałe niewiasty, okrążyły 

okrytych skórą i tańcząc Taniec Przemiany śpiewały:

-   I-sha-wini,   I-sha-wini   ke-nek’aya,   ke-nek’aya   semah’t-ol   samh’a’della   Nocny 

background image

Kwiatuszku,   Nocny   Kwiatuszku!   Już   nie   zobaczymy   ciebie,   już   nie   będziesz   w   naszym 

tanecznym kole.

Czterej   muzycy-śpiewacy   miarowo   wybijali   rytm   i   co   jakiś   czas   powtarzali   za 

śpiewającymi kobietami:. - Już nie będzie I-sha-wi! Już jej nie będzie!

Z   tanecznego   i   śpiewającego   korowodu   kobiety   uformowały   półkole   między 

namiotem narad a klęczącymi. Bębny zamilkły, nastała cisza. Do klęczących  nieruchomo 

zbliżyli się teraz najstarsi mężczyźni Sematów. Ujęli białą skórę i ściągnęli ją z klęczącej 

młodej pary. Młodzi powstali. Jakaś wiekowa kobieta podeszła do Nocnego Kwiatu i założyła 

na jej głowę wyszytą kolcami jeżozwierza białą opaskę. Rozległo się zajadłe bicie w bębny i 

gwizdy kościanych świstawek.

I-sha-wi była już squaw Wędrującego Niedźwiedzia. Wszyscy zebrani odprowadzili 

młode małżeństwo do Ke-tipi (tipi narad), bez przerwy śpiewając o szczęściu i radości, jakie 

będą czekać na młodych. Do następnego dnia nie wolno było nikomu przekroczyć progu tego 

pomieszczenia, ale również młodemu małżeństwu nie wolno było opuścić Ke-tipi.

Na   znak   odseparowania   młodej   pary   od   świata   zewnętrznego   powieszono   przy 

wejściu do namiotu Świętą Skórę Białego Bizona.

Dla Sematów  i przybyłych  gości dopiero  teraz  rozpoczęło się święto  połączone  z 

wielką ucztą i obrzędowymi tańcami. Młodzi mężczyźni, świetni łowcy i wojownicy, w tańcu 

„Czterech   Strzał”   ukazywali   za   pomocą   gestów   i   tanecznych   kroków   swoje   przeżycia   z 

ostatniego roku.

ROZDZIAŁ XIV

Mas-gwa-ah-Sid i Pitah-pekis wjechali konno na szczyt wzniesienia, aby przyjrzeć się 

nowej   okolicy   po   zmianie   koczowiska.   Na   wschodzie   przebiegał   rozległy   szlak   bizoni, 

prowadzący z północy na południe. To dlatego po naradzie ze starszyzną Skaleczona Twarz 

wybrał tę dolinę, którą teraz mieli u swoich stóp, a w której Kiowa już nieraz rozstawiali 

namioty.

Na zachodzie, gdzie zasypiające słońce barwiło na fioletowo skały, wznosił się garb 

olbrzymiej  góry,  zwanej  przez zamieszkujących  tutaj  dawniej  Komanczów „Umierającym 

Bizonem”, bo rzeczywiście, na tle zachodzącego słońca, skała do złudzenia przypominała 

zamarłego w bezruchu, leżącego, brodatego bizona.

Trochę na północ od wyniosłej garbatej góry wznosił się inny szczyt, jakże od niej 

odmienny - rdzawy i smukły niby grot oszczepu. Podobno od bardzo dawna na wierzchołku 

pionowej,   prawie   gładkiej   skały,   orły   wiły   swe   gniazda.   Komanczowie   nazywali   ją 

background image

„atchkinigan” - Rodząca Orły.

Na tle skalistego i niedostępnego krajobrazu rozmaitość kolorów zawsze zaskakiwała 

nowo przybyłych: bogaty fiolet, rdzawa, niby miedzią powleczona, skała atchkinigan, szare 

zakurzone   trawy,   jaskrawa   żółć   osypisk   piaskowych   i   czarne,   groźne,   wydłużone   cienie, 

wywołane przez ukośnie padające promienie słońca. Nad całą okolicą górowało, niby jakaś 

narzucona derka, szafirowobłękitne niebo bez jednej chmurki.

Dalej, nad brzegiem ciemnej rzeki, która ginęła gdzieś na ogromnych przestrzeniach 

prerii,  w miejscu  gdzie  nie  padały  jeszcze  długie  cienie  skał  i drzew,  strzelały ku  górze 

stożkowe tipi dopiero co rozbitego tutaj obozu.

W wiosce panował ruch. Gdzie tylko spojrzeć, krzątali się pracowicie mężczyźni, 

kobiety, a nawet dzieci. Na wpół dzikie psy snuły się w poszukiwaniu jakiegoś kąska. Nieco 

dalej konie puszczone wolno szczypały trawę, a niektóre tarzały się w niej.

Którejś   nocy  Mas-gwa-ah-Sid   miał   dziwny  sen.   Śnił,   że   spotkał   na  prerii   obcego 

mężczyznę, który polecił mu, by poszedł za nim. Przez pewien czas szli przez równinę, potem 

weszli między skały, aż doszli do olbrzymiej groty. Człowiek z sennego widziadła wszedł do 

wnętrza jaskini, dając znak Wędrującemu Niedźwiedziowi, by podążył za nim. W chwili 

kiedy wojownik rozpoczął schodzić w głąb ziemi, spostrzegł, że senna zjawa zamienia się w 

ogromnego niedźwiedzia grizzli. Wkrótce obaj doszli do wielkiego podziemnego placu, na 

którym   stało   bardzo   dużo   tipi   -   wszystkie   z   wymalowanymi   na   ściankach   wizerunkami 

różnych zwierząt. A więc były tam namioty niedźwiedzi, bizonów, wilków, jeleni, antylop i 

jeszcze bardzo wielu innych zwierząt.

W jednym z tych namiotów, wraz ze swoją żoną, zamieszkiwał Olbrzymi Niedźwiedź. 

Obaj   weszli   do   tego   tipi.   Gospodarz   zaoferował   Mas-gwa-ah-Sidowi   fajkę   na   znak 

przyjacielskiego   powitania,   a   jego   żona   podała   posiłek.   Potem   Olbrzymi   Niedźwiedź 

powiedział:

- Ludzie Kiowa, niedźwiedzie, jelenie i bizony są braćmi. My wiemy, że nasi bracia 

od czasu do czasu muszą prowadzić wojny przeciwko któremuś z naszych plemion, ponieważ 

my,   zwierzęta,   jesteśmy   waszym   pożywieniem.  Ale   mimo   to   my   pozostajemy   waszymi 

braćmi, ponieważ Kiowa nigdy nie zabijają więcej, niż potrzebują, ani nigdy nie zabijają dla 

przyjemności. Wiemy, że serce ich boli, gdy zabierają życie swoim czworonożnym braciom, 

gdyż wasza natura nie jest naturą zabójcy. Przyprowadziłem cię tutaj dlatego, by dać ci mój 

silny lek, a ty zabierzesz go swemu ludowi. Po powrocie musisz zbudować tipi i ozdobić je 

dokładnie tak, jak jest pomalowane to, w którym teraz się znajdujesz. Olbrzymi Niedźwiedź 

wyjaśnił wojownikowi, jakie wzory i rysunki muszą znaleźć się na nowym tipi. Nauczył go 

background image

też odpowiednich pieśni, towarzyszących rytuałowi malowania. Zaznaczył jeszcze, aby Mas-

gwa-ah-Sid nie zapomniał zrobić przy budowie nowego tipi Świętego Zawiniątka.

Święte Zawiniątko musi zawierać cztery bizonie racice, czubki rogów jelenia, cztery 

grzechotki, pazury i kły niedźwiedzie oraz kilka piór z ogona orła, a także skórę z „bizoniego 

ptaka”, który oczyszcza skóry - bizonów z pasożytów.

- Te wszystkie przedmioty - mówił dalej Olbrzymi Niedźwiedź - muszą być owinięte 

razem w skórę cielaka z zachowaną sierścią i ogonem. Całe zawiniątko należy opasać wąskim 

rzemieniem, pod który ma być włożona Święta Fajka.

Wędrujący   Niedźwiedź   otrzymał   także   wskazówki,   jak   należy   postępować   przy 

oczyszczaniu Świętego Zawiniątka, gdyby zostało otwarte i użyte z prośbą o pomoc. Aby 

dokonać takiego oczyszczenia, należy przygotować za głównym ogniskiem płonącym w tipi 

mały   dymiący   ogień   ze   słodkiej   świeżej   trawy.   Całe   zawiniątko   oraz   każdy   przedmiot 

wchodzący w jego skład musi koniecznie być przeniesiony dla oczyszczenia przez dym ponad 

ogniskiem z lewej strony na prawą.

Wędrujący   Niedźwiedź   otrzymał   jeszcze   inne   ważne   instrukcje,   które   muszą   być 

przestrzegane w nowym tipi.

- Przede wszystkim ani czaszka, ani głowa bizona czy też niedźwiedzia nie mogą być 

nigdy wniesione do wnętrza namiotu. Nie wolno wędzić żadnego mięsa w środku namiotu. 

Zasłona   otworu   wejściowego   nie   może   być   uchylona,   lecz   po   każdym   wejściu,   czy   też 

wyjściu z tipi, należy ją opuścić, aby wejście do namiotu było zawsze zasłonięte.

Kiedy Mas-gwa-ah-Sid wysłuchał tych wszystkich poleceń i nauczył się potrzebnych 

pieśni obrzędowych, duch Wielkiego Niedźwiedzia zabrał go z powrotem na powierzchnię 

ziemi. Gdy tak szli razem w kierunku wioski Kiowów, w pewnej chwili senne widziadło 

znikło.

Po obudzeniu się Wędrujący Niedźwiedź zwrócił się do swojej żony, I-sha-wi:

-   Potrzebujemy   jeszcze   czterech   skór   bizonich.   Jak   tylko   uda   mi   się   je   zdobyć, 

będziesz musiała uszyć nowe tipi.

Leki Wędrującego Niedźwiedzia okazały się dobre, bo wkrótce młody wojownik miał 

już sześć nowych skór. Najlepszą ze skór I-sha-wi wyprawiła tak, by pozostała na niej sierść 

bizonia,   zaś   wewnętrzną   stronę   skóry   ozdobiła   symbolicznymi   rysunkami   rzek,   Słońca, 

Księżyca i gwiazd.

Kiedy   skóra   była   już   odpowiednio   przygotowana,   czterech   starych   czarowników 

przeniosło   ją   w   ustronne   miejsce   na   szczyt   największego   wzniesienia.   Cała   wioska 

towarzyszyła tym, którzy nieśli skórę-symbol pokrycia tipi i symbol sytości. Po ceremonii 

background image

dziękczynienia skórę bizona umieszczono w obszernym, płytkim wykopie, malunkiem na 

wierzchu i przykryto cienką warstwą ziemi.

Była to ofiara dla Matki Ziemi; ofiarowano jej w ten sposób modlitwę od myśliwych, 

by jeszcze więcej bizonich stad mogło przywędrować w ich okolice.

Po   tej   uroczystości   I-sha-wi   rozłożyła   resztę   skór   na   ziemi   i   przybiła   je   do   niej 

kołkami, ułatwiającymi naciągnięcie i potem oczyszczenie specjalnymi skrobaczkami.

Najpierw musiała przez kilkanaście dni moczyć skóry w rzece, aby całe włosie można 

było   łatwiej   zeskrobać.   Po   usunięciu   sierści,   wtarła   w   oczyszczone   płaty   skóry   tłustą 

mieszaninę sporządzoną z mózgu bizoniego, szpiku i wątroby, tak aby stały się one miękkie, 

elastyczne i nie przepuszczały wody.

Gdy I-sha-wi skończyła wyprawianie skór, rozłożyła je na trawie jedną przy drugiej i 

poprzycinała   tak,   aby   jeden   skraj   pasował   do   drugiej,   następnie   kościanym   szydłem 

podziurkowała   krawędzie.   Skóry   dopasowała   tak,   aby   po   ich   zeszyciu   tworzyły   kształt 

rozłożonego na ziemi tipi.

Kiedy zakończyła wstępne prace, zaprosiła kilka kobiet na wspólny posiłek. Kobiety 

przyjmując jej zaproszenie, wyraziły tym samym chęć pomocy w pracy nad nowym tipi i pod 

koniec dnia pokrycie namiotu było już zszyte.

Na samych krańcach skór leżących na wprost środka tego półkola, kobiety przeszyły 

dodatkowo podwójne skórzane łaty i jeszcze po każdej stronie zostały dodane dwa płaty 

skóry, stosowane jako tzw. płaty dymne. Wykonuje to zawsze najbardziej doświadczona w tej 

pracy kobieta, w przeciwnym razie nie spełniłyby one właściwej roli i tipi byłoby zawsze 

pełne dymu.

Po wykonaniu całego pokrycia I-sha-wi i jej przyjaciółki udały się na pobliskie stoki 

wzgórz. Wycięły tutaj pewną liczbę prostych tyczek sosnowych i oczyściły je z kory. Tyczki 

te potrzebne były do zbudowania szkieletu tipi. Po kilku dniach, kiedy były wystarczająco 

suche, I-sha-wi związała cztery tyczki przy końcach razem, w miejscu, w którym zszyta skóra 

sięgała od ziemi do wylotu dymnego. Następnie wybrała odpowiednie miejsce na ustawienie 

namiotu. Rozstawiła najpierw cztery związane tyczki nośne, następnie promieniście rozłożyła 

inne opierając je na wiązaniu. Rozwidlona przy końcu tyczka posłużyła do podniesienia skóry 

- pokrycia zawieszonego za specjalnie sporządzoną pętlę. Dostawiła tę tyczkę do pozostałych, 

skrzyżowanych na górze, po czym okryła stożkowaty drewniany szkielet skórą. Frontowe 

brzegi   pokrycia   zachodziły  na  siebie   i   zawierały  niewielkie   otwory,   przez   które   należało 

poprzetykać wierzbowe, zaostrzone na obu końcach szpilki, aby zasznurować tipi.

Kobieta weszła do środka namiotu - i kolejno przesuwała tyczki w taki sposób, aby 

background image

poszycie tipi stało się gładkie i równo napięte. Zakryła jeszcze otwór wejściowy skórą bizona, 

a dolną część tipi przytwierdziła kołkami do ziemi.

Zostały jeszcze dwie tyczki, których górne końce umieściła w rogach płatów dymnych 

i rozstawiła je na zewnątrz tipi tak, że dolna część opierała się na ziemi, a górna rozchodziła 

na boki razem z płatami dymnymi, odsłaniając na szczycie namiotu otwór wentylacyjny.

Gdy wszystko było już gotowe, I-sha-wi rozpaliła ogień wewnątrz tipi, podsycając go 

krzakami   byliey,   aby  powstał   gęsty  dym.   Dymem  tym   nasyciła   i   zakonserwowała   skóry, 

zabezpieczając je przed twardnieniem i kurczeniem pod wpływem deszczu i śniegu.

Końcową pracę przejął na siebie Wędrujący Niedźwiedź. Poprosił o pomoc jednego z 

mężczyzn,   którego   zdolności   malarskie   bardzo   ceniono   w   wiosce.   Wyjaśnił   mu   w 

szczegółach, jakie symbole i rysunki powinny znaidować się na pokryciu tipi. Po wysłuchaniu 

tych wyjaśnień artysta wioskowy za pomocą kilku wierzbowych kijków i farby z czarnej 

ziemi   naszkicował   rysunki,   jakich   życzył   sobie   właściciel   tipi.   Dla   poprowadzenia   linii 

prostych   używał  wygotowanej   porowatej   kości,  która  zatrzymywała  w sobie  pewną  ilość 

farby.   Wszystkie   rysunki   malarz   wykonywał   zgodnie   z   zaleceniami   Wędrującego 

Niedźwiedzia,   któremu   treść   malowideł   przekazała   senna   zjawa.   Olbrzymi   Niedźwiedź. 

Gdyby artysta nie dość dokładnie wywiązał się ze swojej pracy, symbole mogłyby stracić 

swoją magiczną moc.

Kiedy   wreszcie   praca   artysty   została   ukończona,   opuszczono   na   ziemię   powłokę 

namiotu i rozpostarto ją na trawie. Mas-gwa-ah-Sid zaprosił kilku mężczyzn, ażeby pomogli 

mu w wypełnianiu naszkicowanych przez malarza konturów-symboli.

Mężczyźni   najpierw   zebrali   się   w   starym   namiocie   młodego   wojownika,   gdzie 

wspólnie wypalili fajkę i modlili się o powodzenie w malowaniu sennych symboli. Wędrujący 

Niedźwiedź   odśpiewał   święte   pieśni,   których   nauczył   go   Ogromny   Niedźwiedź.   Po 

zakończeniu obrzędu mężczyźni wzięli się do pracy i zaczęli starannie wypełniać właściwymi 

barwami miejsca oznaczone konturami rysunków.

Do   rozprowadzenia   farby   na   dużych   płaszczyznach   używali   przyciętych   ogonów 

bizonich   lub   wiązek   sierści.   Dla   pokrycia   farbą   drobniejszych   szczegółów   dobierano 

odpowiedniej wielkości ości rybie, powiązane w pęczki i zmiażdżone przy końcach. Farby 

pochodzące z różnych rud, ziemnych jagód, czy też innych owoców, były wcierane bardzo 

mocno w powłoki tipi. Jedna trzecia części szczytowej została pomalowana na czarno. Na 

czarno także ubarwiono płaty dymne, na nich zaś wymalowano białe kropy, symbolizujące 

drogę po gwiazdach, prowadzącą do Wielkiej Niedźwiedzicy.

Pomalowano także na czarno szeroki pas u dołu tipi. Na nim z kolei umieszczono w 

background image

równych   odległościach   żółte   koła,   które   przedstawiały   pyliste   kule,   często   spotykane   na 

prerii. Kule te powstają ze zbierającego się kurzu, początkowo tworząc małe chmury tuż nad 

powierzchnią ziemi, potem zaczynają wirować wraz z wiatrem, podrywając po arnie coraz 

więcej pyłu. Rozrastają się, powiększają objętość przypominając ogromne kule śnieżne, aż«w 

końcu na drodze natrafiają na skałę, czy też drzewo, uderzają w nie, rozsypują się i znikają.

Między   dolnym   czarnym   pasem,   a   czarnym   szczytem   namiotu,   namalowano   dwa 

niedźwiedzie grizzli, które zajmowały prawie połowę powierzchni tipi i zwrócone były łbami 

ku otworowi wejściowemu.

Skoro tylko malowanie zostało ukończone, na nowo naciągnięto skórzane pokrycie na 

tyczki. Przedtem Wędrujący Niedźwiedź poprosił kogoś, aby przed tipi ustawił trójnóg, na 

którym umieszczono Święte Zawiniątko.

Inne namioty w obozie Kiowa również były pomalowane w znaki i symbole widziane 

w snach lub wizyjnych majaczeniach. Każdy Kiowa posiadał też swoje Święte Zawiniątko lub 

woreczek z lekami.

W jednym tipi duchy wymagały, aby nigdy nie zawieszano w nim mokasynów, z 

innego nie wolno było wynosić ognia w czasie dnia albo bębnić w bęben. Jeszcze w innym 

nie pozwalano rozłupywać łba bizona.

Kilka innych tipi miało malowidła całkiem różniące się od pozostałych. Nie wyrażały 

one   świętych   czy   też   sennych   symboli,   lecz   ukazywały   wojenne   zasługi   plemienia   albo 

poszczególnych   właścicieli   tych   namiotów.   Malowidła   te   przedstawiały   jedynie   chwałę 

poszczególnych   wojowników   lub   całych   rodów,   natomiast   nigdy  nie   ukazywano   na   nich 

własnych klęsk.

Ustawiając   w   miejsce   starego,   nowe   tipi   Wędrującego   Niedźwiedzia,   odprawiono 

jeszcze inne ważne obrzędy. Przed zdjęciem starego pokrycia jego właściciel zapalił Świętą 

Fajkę, ofiarując dym tytoniowy duchowi, Olbrzymiemu Niedźwiedziowi. Dopiero wtedy I-

sha-wi dotknęła żerdzi starego tipi po obu stronach otworu wejściowego i wyciągnęła jedną z 

drewnianych szpilek, spinających namiot od góry do dołu. Te symboliczne gesty oznaczały, 

że teraz można już rozebrać stare tipi.

Po   ściągnięciu   poszycia   ze   szkieletu,   zużyte   pokrycie   zabrano   daleko   na   prerię   i 

rozciągnięto na ziemi. Mas-gwa-ah-Sid na jego obrzeżach położył kamienie, by nie zostało 

uniesione przez wiatr. Pokrycie było położone wymalowanymi symbolami na wierzch. Znaki 

te były ofiarą dla Słońca i Jednocześnie modlitwą, by Słońce łaskawie patrzyło na nowe tipi 

Wędrującego Niedźwiedzia.

Po czterech lub siedmiu dniach stary namiot można było przynieść z powrotem do 

background image

obozu i nie zniszczone części skóry zużytkować na własne potrzeby.

Po zakończeniu wszystkich wyznaczonych obrzędów Wędrujący Niedźwiedź zaprosił 

swoich przyjaciół i rodzinę na ucztę, aby uczcić nowe tipi. Zjawili się wszyscy, nawet Ansota 

- jego stary nauczyciel, a zarazem wspaniały bajarz wioskowy.

Każdy   z   przyjaciół   przyniósł   ze   sobą   jakiś   podarek   dla   młodego   małżeństwa. 

Wędrującego   Niedźwiedzia   najbardziej   ucieszył   prezent   od   Orlego   Żebra.   Przyjaciel 

przyniósł   mu   wiązkę   wspaniałych   strzał   do   łuku,   wykonanych   przez   jego   matkę,   i   pęk 

wielkich piór ze złotego orła. Teraz już poważnie mógł myśleć o Lasce Czynów.

I-sha-wi już jako żona Wędrującego Niedźwiedzia zrobiła na wszystkich zebranych 

jak najlepsze wrażenie. Uroda, gibkość postaci, uprzejmość i doskonały smak przyrządzonych 

przez nią potraw, wszystko to razem zyskało w oczach gości jak największe uznanie.

Kiedy wszyscy najedli się do syta, mężczyźni zabrali się do palenia fajek, kobiety zaś 

cofnęły się w głąb namiotu. Jako pierwszy jak zwykle zaczął snuć swą opowieść Ansota:

-   Wchodząc   do   tego   tipi,   zauważyłem   Święte   Zawiniątko,   którego   obecność   jest 

związana  z budową  tego  namiotu,  jego  namalowanymi   symbolami   i wizjami  właściciela. 

Natomiast   strażnikiem   plemiennym   Świętego   Zawiniątka   został   ojciec   naszego   brata, 

Wojenna Lanca, i to najważniejsze dla Kiowów zawiniątko znajduje się przy jego tipi.

U naszych przyjaciół Mandanów natomiast Święte Zawiniątko jest przechowywane w 

tipi   narad,   a   historia   tego   cudownego   zawiniątka   znana   jest   jako   opowieść   o   „Sukni 

Nuptadi”.Pewnego dnia siedział na travois mały chłopiec z plemienia Mandanów. Travois 

ciągnął  Pierwszy Mężczyzna  -  Kojot,   który  przybrał   postać  psa  i   wędrując  przez  ziemię 

tworzył ją i kształtował na niej życie.

W   pewnym   momencie   Kojot   ciągnący   travois   z   siedzącym   na   nim   chłopcem, 

spostrzegł innego kojota i pognał za nim. Obcego kojota nie złapał, ale za to zgubił ścieżkę 

powrotną do wioski.

Kiedy chłopiec znalazł się z dala od swego domu, w zupełnie nieznanej sobie okolicy, 

poczuł się bardzo zagubiony. Zszedł z travois i oto zobaczył leżący w pobliżu łuk i kilka 

strzał. Bardzo się ucieszył ze swego znaleziska i zaraz podziękował duchowi, który to dla 

niego pozostawił.

A ponieważ cierpiał straszliwy głód, więc gdy tylko w pobliżu ujrzał bizona, porwał 

łuk   i   wypuścił   celną   strzałę.   Strzała,   nie   mająca   jednak   grotu,   nie   przebiła   nawet   skóry 

zwierzęcia.   Chłopiec   znalazł   ostry   kamień,   przywiązał   go   do   końca   strzały   kosmykiem 

swoich włosów i przekonał się wkrótce, że dopiero tak uzbrojona, może zadali śmierć. Innym 

ostrym kamieniem przeciął skórę zabitego przez siebie zwierzęcia, wydobył tłustą nerkę i 

background image

pożywił się nią.

Potrzebował czegoś twardego, by sporządzić niezbędną mu broń i mocne narzędzia, 

wziął   więc   kość   z   nogi   bizona   i   zaczął   uderzać   nią   w   kant   twardej   skały.   Kość   została 

wreszcie złamana, ale wraz z pęknięciem odłupała się od niej maleńka ostra drzazga i upadła 

nie   opodal   na   murawę.   W   miejscu,   w   którym   upadła,   chłopiec   spostrzegł   nagle   małą 

dziewczynkę.

Nie wiedział początkowo, co z nią począć, był przecież sam. Niebawem Pierwszy 

Mężczyzna-Kojot,   który   ciągnął   dotychczas   travois,   powrócił,   przybrał   postać   ludzką   i 

poradził chłopcu, by uzbierał trochę szałwii i rozpalił ogień. Gdy ognisko już dymiło, polecił 

chłopcu, aby przeniósł maleńką dziewczynkę cztery razy nad dymem ogniska.

Za   każdym   przeniesieniem   przez   dym   dziewczynka   sta   -  wała   się   coraz   większa. 

Kiedy po raz ostatni dym owionął jej ciało, stała się już dostatecznie dorosła i duża, aby zająć 

się  gotowaniem i  szyciem  pięknych  strojów z  bizoniej  skóry,   natomiast  chłopiec  stał  się 

pięknym, dorosłym młodzieńcem.

Kojot był zadowolony, że dziewczyna i młodzieniec mogą pomagać sobie nawzajem, 

toteż wkrótce ich opuścił.

Obydwoje   młodzi   pracowali   gorliwie   i   w   niedługim   czasie   wybudowali   sobie 

obszerne,   wygodne   tipi   i   zamieszkali   w   nim.   Pewnego   dnia   dziewczyna   spytała   swego 

przyrodniego brata, czy nie zechciałby znaleźć dla siebie żony. Powiedziała mu, że w pobliże 

przybyły dwie dziewczyny, które zaczęły budować dla siebie zimowe mieszkanie.

Będąc kiedyś w pobliżu domostwa dziewczyn, chłopiec odwiedził je i spytał, czy nie 

zechciałyby go poślubić. Dziewczęta zgodziły się, uprzedziły go jednak, że jego przyrodnia 

siostra skarżyła się na jego gwałtowne usposobienie.

Wkrótce   po   poślubieniu   obu   dziewcząt   małżonek   został   ostrzeżony   znowu   przez 

swoje żony, że jego przyrodnia siostra potrzebuje ludzkiego skalpu, by ozdobić nim swą 

suknię, którą właśnie uszyła.

Usłyszawszy   to,   młody   mężczyzna   korzystając   z   nieobecności   siostry   w   domu 

postanowił poszukać zawiniątka z suknią. Zanim jednak rozpoczął poszukiwania, rozpalił 

ognisko z miękkich, soczystych traw, modląc się przy tym, by nie został przez duchy ukarany 

za to, co czyni.

Gdy   wreszcie   znalazł   zawiniątko   i   rozwinął   je,   ujrzał   piękną   suknię   ozdobioną 

muszelkami. Dostrzegł jednak z przerażeniem, że pod każdą muszlą wisiał ludzki skalp. Puste 

muszle przyszyte na rękawie wskazywały w oczywisty sposób, że miały się tam znaleźć nowe 

skalpy.

background image

Spoglądając na tę niesamowitą suknię, przypomniał sobie, że jego przyrodnia siostra 

zawsze kiedy gotowała mięso, jadła je potem w ukryciu, chroniąc się przed wzrokiem brata.

Uświadomiwszy   to   sobie,   zrozumiał,   że   jest   ona   stworzeniem   nie   należącym   do 

ludzkiej   rasy,   co   więcej,-   ta,   którą   przywykł   uważać   za   swą   siostrę,   jest   potworem   - 

ludojadem, w którym zamieszkuje Zły Duch.

Gdy   w   jakiś   czas   potem   przyrodnia   siostra   wróciła   do   tipi,   podniosła   z   ziemi 

zawiniątko, zawierające jej nie dokończoną suknię i dotknęła nim przepaski biodrowej brata..

W momencie zetknięcia oba okrycia zapłonęły jasnoniebieskim płomieniem. Okazało 

się, że brat posiadał również cudowną, nadnaturalną moc, która uchroniła go przed śmiercią. 

Wybiegł   więc   na   zewnątrz   i   pomknął   szybko   do   białego   tipi   swych   młodych   żon   i 

przewidując rychłą walkę zaczął się tam przygotowywać do śmiertelnego starcia z przyrodnią 

siostrą. Dziewczyna spostrzegła, że nie może pozbawić brata życia dotknięciem swej sukni. 

Zdała sobie sprawę, że czas jej życia na ziemi dobiega końca. Z daleka zawołała, że gdy 

umrze, brat przyrodni ma zabrać magiczną suknię i zachować ją jako świętą rzecz, która 

przyniesie pomyślność i dobrobyt plemieniu Mandanów.

Tymczasem   młody   Mandan   uzbrojony   oczekiwał   rozpoczęcia   walki.  A  ponieważ 

siostra długo nie przychodziła, wszedł do jej tipi. Dziewczyna leżała martwa na ziemi. Wziął 

więc   jej   suknię,   owinął   delikatną   skórą   i   sporządził   cudowne   zawiniątko,   które   nazwał 

„Suknią Nuptadi”. Pod koniec swego życia podarował zawiniątko swym dzieciom, one z 

kolei swoim, aż wreszcie „Suknia Nuptadi” stała się Świętym Zawiniątkiem całego plemienia 

Mandanów.

Zbliżał się czas obumierania przyrody i okres jesiennych wielkich łowów na bizony, 

po których Kiowa mieli udać się do zimowych domów.

Bardzo stary człowiek stanął na występie skalnym, ze Świętym Zawiniątkiem na tle 

zalanej słońcem prerii. Ramiona i głowę uniósł wysoko, jakby tam między rzadkimi, z wolna 

snującymi się po niebie obłokami, wypatrywał stada bizonów. Poniżej skały stał jego koń, 

przyuczony do polowania na bizony i gotów w każdej chwili popędzić za stadem krów i 

byków. Twarz i szyję starego poorało wiele Wielkich Słońc, ale w jego postawie była jakaś 

siła i witalność.

Z oddali dochodził miarowy odgłos bębna, a starzec niby śpiewając, niby mrucząc 

prosił duchy nieba i ziemi o mięso, o czerwone, soczyste mięso dla swego ludu.

Jego leki okazały się nadzwyczaj mocne, bo myśliwi w czasie jesiennych łowów ubili 

masę bizonów, a polowanie odbyło się bez żadnego wypadku.

Gdy uporano się z dopiero co zdobytym mięsem i skórami, Kiowa wyruszyli w drogę. 

background image

Mas-gwa-ah-Sid jadąc obok I-sha-wi grał na flecie i śpiewał ułożone przez siebie pieśni o 

swojej pięknej i dobrej żonie, bo mężczyzna zawsze śpiewa o pięknej kobiecie.

Dzień był pogodny, po niebie sunęły leniwie obłoki, gdzieniegdzie gromadząc się w 

gęste chmurzaste kłęby. Niespodziewanie dmuchnął silny wiatr, który sprawił, że chmury 

przysłoniły   słońce,   przybrały   najpierw   szarą   a   potern   granatową   barwę.   Gdzieś   nad 

horyzontem ukazały się Ptaki-Gromy, z których dziobów posypały się sznury błyskawic. Po 

sklepieniu nieba przetoczył się odgłos grzmotu. Wkrótce ziemię zrosił drobny deszcz, który 

wnet zamienił się w ulewę. Końskie kopyta miękko plaskały po mokrej ziemi, rozpryskując 

wokoło wodę. Wichura targała koniom grzywy i ogony. Ludzie szczelnie okryli się skórami, 

ale nawet na chwilę nie przerwano pochodu.

Ochłodziło się. Z góry posypały się ostre bryłki gradu, siekąc po twarzach. W chwilę 

później   pośród   kotłujących   się   chmur   znów   pojawiło   się   słońce,   rozpędzając   w   gniewie 

granatowe chmurzaste bałwany, tylko gdzieniegdzie preria mieniła się srebrzystymi plamami 

gradowego opadu.

Przelotna burza trwała krótko, przeleciała przez prerię jak stado bizonów i znowu 

rozległ się głos fletu, na którym przygrywał swej kobiecie Wędrujący Niedźwiedź.

Po wielu dniach wędrówki Kiowa znaleźli się w starym zimowym osiedlu i jak co 

roku   musieli   przystąpić   do   drobnych   napraw   ziemianek,   a   przede   wszystkim   szykować 

drewno na opał, bardzo dużo drewna.

Kiedy byli już dobrze zagospodarowani, zjawili się ludzie Navajo, aby jak zawsze 

wymienić płody ziemi za mięso i skóry.

Wędrujący  Niedźwiedź  teraz  już  sam  brał  udział  w transakcjach  handlowych,  był 

przecież głową rodziny. Po wymianie skór na produkty potrzebne w czasie zimy, kupił jeszcze 

I-sha-wi piękny naszyjnik z „księżycowych kamieni” - turkusów i srebrny pas nabijany tymi 

samymi kamieniami.

Gdy Navajowie odjechali, Kiowa znowu zostali sami i cisza napełniła dolinę.

Nadszedł Księżyc w Którym Śnieg Wdziera się do Tipi - (styczeń)”. Mroźny, zimowy 

wiatr przelatywał ze świstem i jękiem nad lasami i skałami. Drzewa gięły się i prostowały w 

jakimś obłędnym tańcu, niekiedy bijąc pokłony niewidzialnemu Północnemu Wiatrowi.

Rozgadał się las, on miał teraz coś do powiedzenia, bo gdy laą mówi, wszelkie żyjące 

w nim stworzenia milczą - takie jest prawo natury.

Wędrujący Niedźwiedź usiadł blisko ogniska w swojejziemiance i zdrzemnął się. Było 

mu ciepło i wygodnie mimo śniegu, który grubą pokrywą okrył świat. Ognisko umieszczone 

w  płytkim  zagłębieniu  pośrodku zimowego  domostwa  ogrzewało  całe  wnętrze  zimowego 

background image

domu. Sporo ciepła zatrzymywały też grube futra rozłożone na klepisku.

Naraz   zasłona   przy   wejściu,   zrobiona   z   kudłatej   skóry  niedźwiedzia,   drgnęła.   Do 

ziemianki wszedł stary, ukochany Pahao i ułożył się na podłodze w pobliżu Wędrującego 

Niedźwiedzia. Wojownik obudzony przez powiew chłodnego powietrza, które przeniknęło do 

pomieszczenia,   poprawił   ogień   i   przestawił   ramę   z   naciągniętą   skórą   bizonia,   nad   którą 

właśnie   pracował.   Mas-gwa-ah-Sid   nie   dość   że   stawał   się   liczącym   w   plemieniu 

wojownikiem   i   doskonałym   myśliwym,   dodatkowo   odkrył   w   sobie   zdolności   plastyczne. 

Wodzowie   stowarzyszenia   Kai-tsen-ko   (Prawdziwych   Psów)   powierzyli   mu   wykonanie   i 

odnowienie wielu derek skórzanych, na których za pomocą symboli i obrazków uwieczniano 

zasługi stowarzyszenia. Znaki te były nacinane na wewnętrznej powierzchni skóry za pomocą 

ostrego,   cienko   zakończonego   kamiennego   lub   kościanego   rylca.   Rysunki   te   później 

nacierano różnymi kolorami suchych farb.

Wędrujący   Niedźwiedź   pracował   teraz   nad   rysunkami,   które   miały   wyobrażać 

minione Księżyce w ciągu Wielkiego Słońca. Miały one przypominać Kiowom, czego należy 

oczekiwać   podczas   wszystkich   tajemniczych   przemian   przyrody,   od   jednego   śniegu   do 

drugiego.

Wędrujący Niedźwiedź podniósł rylec z kości, aby narysować Księżyc  w Którym 

Śnieg Wdziera się do Tipi.

„Śnieg, ciężki śnieg leży na prerii, na szczytach gór i skalistych zboczach, w dolinach 

i   na   zamarzniętych   jeziorach.   Pokrył   białym   puchem   wszystko,   lasy   i   siedziby.   Wilki 

podchodzą blisko osady i wyją pieśni głodu w czasie zimnych, jasnych nocy. Północny Wiatr 

nadciąga, wszystko, ca żyje, kryje się przed nim, nawet śnieg ucieka i chce się wedrzeć do 

tipi, aby skryć się przed zawsze głodnym Wichrem Północnym. Ludzie przytuleni w swych 

zimowych domach modlą się do Wielkiego Twórcy, prosząc go, aby Księżyc w Którym Śnieg 

Wdziera się do Tipi przeszedł łagodnie nad wioską”.

Mas-gwa-ah-Sid narysował to wszystko starannie na naciągniętej w ramach skórze. 

Narysował   tipi   z   zadartą   osłoną   wejściową,   nad   namiotem   półksiężyc   oraz   kilka 

nieregularnych,   ukośnych   linii   przedstawiających   padający   śnieg.   Następnie   wyrył   inny 

półksiężyc, na drugi miesiąc - luty, Księżyc Wyjącego Wilka lub Księżyc Głodu.

„Na tym rysunku widać wilka, który przysiadł na zadzie w głębokim śniegu i wyje z 

łbem uniesionym ku niebu. Jego wystające żebra świadczą o cierpieniu głodu. Głód, cichy 

wróg,   zakrada   się   do   wioski.   Na   próżno   myśliwi   zapuszczają   się   w   dalekie   strony   w 

poszukiwaniu zwierzyny. Wracają z pustymi rękoma. Wszystkie zwierzęta znalazły kryjówki 

głęboko w swych norach, a ich tropy od dawna zakrył głęboki śnieg. Bizony powędrowały na 

background image

południe do krainy Białych Kamieni i Kaktusów. W wiosce młody i silny przeżyje, lecz stary 

i słaby umiera. Rodziny opłakują zmarłego i malują twarze na czarno w głębokim smutku”.

Gałązka   z   pąkami   jest   symbolem   Księżyca   Pąków   lub   Księżyca   Przebudzenia 

(marzec).

„Wiosnę   wyczuwa   się   w   powietrzu.   Topnieją   śniegi,   spływają   do   zamarzniętych 

jeszcze, ale budzących się rzek, na których też pękają i ruszają potem lody. Czarne kruki, 

które zdają się nigdy nie odczuwać głodu, latają kracząc głośno nad budzącą się wioską lub 

przysiadają całą chmarą na gałęziach drzewa pokrytego pąkami”.

Wędrujący Niedźwiedź wyżłobił swym ostrym rylcem jeszcze jeden księżyc - Księżyc 

Zielonej Trawy (kwiecień).

.”Młoda trawa przebija się do góry przez ziemię pokrytą grubo liśćmi, a dzika gęś 

powraca do północnej krainy. Matka Ziemia uśmiecha się do swych dzieci. Jeziora zapełniają 

się   stadami   nadbrzeżnego   ptactwa   wodnego.   Bizony   wracają   na   zieleniejącą   się   prerię. 

Zielone   trawy   rozrastają   się,   jak   okiem   sięgnąć   po   całej   wielkiej   równinie.   Nowy   świt 

przynosi z sobą pokarm, promienie słońca i radość dla ludzi, którzy w swych sercach składają 

za to podziękowanie”.

Młody   wojownik   rozpoczął   rysować   konie.   Księżyc   Gdy   Konie   Zmieniają   Sierść 

(maj).   Rysuje   również   bizony,   z   których   całymi   płatami   opada   sierść.   „Jest   ciepło,   więc 

zwierzęta zmieniają zimowe okrycia na lżejsze, letnie, nawet białe puszyste w zimie króliki 

stały   się   teraz   szare   i   wysmukłe.   Śpiewy   ptaków   i   dobry   Wschodni   Wiatr   zapowiadają 

nadejście lata”.

Wędrujący Niedźwiedź rysuje na skórze jakby skorupę ślimaka. Pies obudził się i 

przysunął bliżej jego stóp. Wojownik podrapał go delikatnie za uszami i na nowo podjął 

pracę, opisując wydarzenia w następnym księżycu - Księżyc Wysokiej Trawy (czerwiec).

„Leniwy Południowy Wiatr pieści łagodnie trawy prerii, kwiaty, twarze ludzi, a nawet 

ich serca. Starzy mężczyźni siadają w ciepłym słońcu i palą fajki, rozmawiając o swoich 

zasługach, odniesionych zwycięstwach oraz zaszczytach, jakie ich spotkały dawno temu na 

wojennych   ścieżkach.   Dla   mężczyzn   jest   to   czas   przeżywania   przygód   i   dokonywania 

dzielnych  czynów. Dla młodszych  z nich to także pora wygrywania miłosnych pieśni na 

drewnianych lub kościanych fletach, zaś dla dziewczyn czas słuchania miłosnych dźwięków 

fletu   ukochanego.   Wkrótce   wioska   zobaczy   nowe   tipi   zbudowane   przez   nowożeńców. 

Wysoka trawa gęsto pokrywa Zielone Pola”.

Księżyc   Grzmotu   lub   Księżyc   Kwitnących   Czerwonych   Lilii   (lipiec).   Wędrujący 

Niedźwiedź narysował ciemną chmurę, przeciętą jasną błyskawicą pioruna.

background image

„Na odgłos pierwszego uderzenia pioruna człowiek zatrzymuje się, gdziekolwiek by 

się znajdował lub cokolwiek czynił, aby pomodlić się:

- Ho, Grzmocie! Cieszę się, słysząc znów twój głos. Ześlij na moj naród szczęście, 

zdrowie i dobre życie!!! Ho! Wam również dziękuję, Ptaki-Gromy, za to, że przyleciałyście w 

nasze strony.

Wraz z grzmotem przychodzi deszcz, a kiedy jego krople przenikną w głąb Matki 

Ziemi,   rozbudzą   korzenie   i   nasiona,   preria   odżyje   i   pokryje   się   świeżą   trawą,   zakwitną 

Czerwone Lilie”.

Następnie   Wędrujący   Niedźwiedź   cienkim   ostrzem   wyrył   na   wewnętrznej   części 

skóry księżyc  oraz  kolbę kukurydzy okrytą  podłużnymi  liśćmi  - był  to Księżyc  Zielonej 

Kukurydzy (sierpień). Inne plemiona miesiąc ten nazywały - Księżycem w Którym Jelenie 

Zrzucają Poroża.

„Wysokie   łodygi   stoją   w   równych   szeregach.   Jak   jedwabiste   kitki   wyrastają   na 

szczycie kaczana, falują w letnim powiewie, niczym pęk końskiego włosia umieszczonego na 

szczycie pióra wojownika. Jelenie biegają z gołymi łbami”.

Odłożywszy   narzędzia,   Mas-gwa-ah-Sid   dorzucił   trochę   drzewa   do   dogasającego 

ogniska; odpoczął chwilę, by dać wytchnienie swym zgiętym w niewygodnej pozycji plecom. 

Pies podniósł się i przeciągnął, pokręcił się parokrotnie w kółko i ułożył z powrotem obok 

swego pana, mrucząc z zadowolenia. Wędrujący Niedźwiedź ustawił bliżej światła ramę z 

naciągniętą skórą i kontynuował swoją pracę. Nadeszła kolej na Księżyc Zbiorów (wrzesień).

„Obfite dary Matki Ziemi są zrywane i zbierane przez kobiety. Niektóre z tych plonów 

zostaną   zużyte   zaraz   po   przyniesieniu   ich   do   tipi,   lecz   większość   zostanie   złożona   lub 

ususzona, by zaspokajała głód lub leczyła w czasie zimy. Ziemne płody zawieszano wysoko 

nad ziemią, aby dostatecznie wyschły”.

Wędrujący   Niedźwiedź   narysował   przeróżne   rodzaje   liści   na   miesiąc   -   Księżyc 

Opadających Liści (październik).

„Po zakończeniu się Księżyca Zbiorów, nadchodzi ojciec wszystkich wiatrów - Wiatr 

Zachodni. Liście zaczynają opadać na ziemię i wyglądają jak cudowne barwne motyle. W 

czasie tego właśnie Księżyca mężczyźni przygotowują się do odbycia łowów. Wkrótce bizon, 

antylopa, wilk, jeleń i inni Leśni Ludzie i Ludzie Wielkich Łąk będą nosić znowu długie i 

grube futra. W lesie, tuż za wioską, kobiety zbierają drewno na zimowy opał, układając je w 

stosy   w   pobliżu   zimowych   domów.   Spieszą   się,   by   pracę   tę   wykonać   przed   powrotem 

wielkiego śniegu, który zakryje wszystko. Natomiast młode dziewczęta gromadzą w swych 

koszykach z kory owoce cierpkiej jarzębiny, ulubioną przyprawę Kiowów do przyrządzania 

background image

dziczyzny”.

Dla   zobrazowania   Księżyca   Łowów   lub   Księżyca   Gdy   Wilki   Chodzą   Stadami 

(listopada) Wędrujący Niedźwiedź narysował napięty łuk z nałożoną na cięciwę strzałą.

„Wczesnym rankiem każdego dnia lub zaraz po północy myśliwi opuszczają wioskę, 

by powrócić do niej o zachodzie słońca, zmęczeni lub szczęśliwi. Polowanie udało się i 

przywieźli na swych koniach dużo zwierzyny do domu.Mając co dzień w wiosce wielką ilość 

mięsa, kobiety nie mają czasu na pogawędki. Cały swój czas spędzają na zdejmowaniu skór z 

upolowanych zwierząt, krojeniu i przygotowywaniu mięsa na zimę. Aż do końca Księżyca 

Łowów nie mają wolnej chwili ani na ploteczki, ani na zabawy”.

Przez   chwilę   Wędrujący   Niedźwiedź   pomyślał   o   dniach,   które   stawały   się   coraz 

krótsze. Przygotował się do wykonania ostatniego rysunku. Obok półksiężyca zrobił półkole. 

Dolne końce tego półkola połączył linią prostą, a całe wnętrze pomalował na czarno. To 

czarne półkole to niebo nocą, ponieważ grudzień jest Księżycem Nocy i Wielkiego Chłodu.

„Śnieg przykrył ziemię puchem podobnym do futra białego królika - wabasso. Ludzie, 

otuleni futrzanymi derkami, opowiadają dzieciom w swych zimowych domach, że Ten Który 

Czyni Zimno powraca do swego domostwa w północnym kraju. Przedziera się nocą przez 

lasy, zrywając korę z drzew i łamiąc najtwardsze pnie i gałęzie swoją bojową maczugą”.

Ukończywszy swą misterną pracę, Mas-gwa-ah-Sid ostrożnie zdjął skórę z ramy i 

zwinął ją w rulon, przewiązując go w środku cienkim rzemieniem, po czym zawiesił swoje 

dzieło nad miejscem, gdzie spał. Dorzucił po raz ostatni drzewa do ognia i ułożył się na 

puszystym posłaniu z futer niedźwiedzich. Pies przycupnął u kolan swego pana. Kiedy I-sha-

wi wróciła z odwiedzin w sąsiedniej ziemiance, jej mąż i jego pies byli pogrążeni już w 

głębokim śnie. Być może śnili o wczesnej wiośnie i ciepłym lecie.

Pewnego dnia wilgotny i mocarny wiatr nadleciał z południa, zmiótł śnieg ze skał i 

strząsnął go z drzew. Po całym dniu i nocy hulania wichury wszystko wokół zmieniło swą 

barwę na szarobrunatną, a od rzeki dochodził głuchy łoskot i miarowy huk. Po paru dniach 

lody na rzece ruszyły.

Potężny   wiatr   także   rozgonił   chmury   na   niebie.   Wyjrzało   słońce,   początkowo 

nieśmiało, bojaźliwie, lecz w końcu nabrało sił i poczęło ciskać na ziemię wiązki swych 

ciepłych   promieni.   Połaskotana   słońcem   rzeka   zaszumiała,   przemówiła   do   przybrzeżnych 

krzaków i drzew, aby i one obudziły się z drętwego zimowego snu i powitały życiodajne 

słońce świeżymi pąkami.

Kiedy rzeka uspokoiła się nieco, I-sha-wi wybrała się z innymi kobietami na połów 

ryb.   Zabrały   ze   sobą   plecione   z   wikliny   żaki   -   koszyki-pułapki,   które   rozstawiły   na 

background image

nadbrzeżnych płyciznach i już wkrótce w mętnej jeszcze wodzie zabłysło coś srebrzyście.

Nocny Kwiat wyciągnęła z pułapek za skrzela wielkie błyszczące ryby o grubej łusce i 

kolejno ogłuszała je.

Wróciła do męża z obfitą zdobyczą. On tymczasem siedział przed domem i pykał 

swoją małą fajeczkę. Przyglądał się teraz żonie, jej dłoniom z przylepioną do nich łuską rybią. 

Słońce igrało na powierzchni wyszlifowanego kamiennego noża, kiedy I-sha-wi zręcznymi 

cięciami płatała ryby.

- Odpocznij, Nocny Kwiecie - zwrócił się do żony. Wziął od niej rozpłatane ryby, 

przewlekł przez nie pręt wierzbowy i zawiesił nad ogniskiem, aby upiekły się powoli.

Pahao z daleka wywęszył zapach pieczonych ryb, porzucił towarzystwo innych psów i 

teraz   niespokojnie   kręcił   się   w   pobliżu,   co   chwila   unosząc   głowę   i   mocno   wdychając 

smakowity zapach. Wędrujący Niedźwiedź uśmiechnął się do żony, wskazując ruchem głowy 

psa.

I-sha-wi podeszła do ogniska, zdjęła z pręta płat na wpół upieczonej ryby i rzuciła go 

psu. Pahao odczekał, aż ryba nieco ostygnie, potem delikatnie wziął ją w pysk i powolnym 

krokiem odszedł w stronę najbliższych krzaków.

Niespodziewanie nadszedł Orle Żebro. Usiadł przy ognisku i nie zwracając na nikogo 

uwagi począł wpatrywać się w drgający ogień. Rudawy płomień to się zmniejszał, to znowu 

wybuchał, kiedy na trzaskające polana skapywał tłuszcz z ryby.

Wędrujący Niedźwiedź usiadł naprzeciw przyjaciela, nie pytał go jednak o nic, gdyż 

byłby to wielki nietakt zadawać pytania, kiedy jego brat milczał. Mas-gwa-ah-Sid badawczo 

wpatrywał się w twarz druha zmienioną teraz, dziwnie wyostrzoną i nieruchomą.

Wędrujący Niedźwiedź mimo woli powrócił myślami do chwil przeżytych razem z 

Orlim   Żebrem.   Wspólne   walki   z   wrogami,   łowy,   wspólne   życie:   trudne,   pełne 

niebezpieczeństw. Przymknął powieki i wspominał chwile, gdy kiedyś w górach zaskoczyła 

ich zamieć śnieżna. Smugi twardego śniegu przewalały się po oblodzonej ziemi, ciemne, 

ciężkie  obłoki  zasłaniały dzień.  Niedźwiedź  poślizgnął  się,  noga trzasnęła  mu,  jak suchy 

patyk i obsunął się ze skały. Orle Żebro ocalił go, niosąc na swych ramionach - przez wiele 

„biegów  koni”.   Na  wpół   zamarznięci,  zmęczeni  do  granic  wytrzymałości,  głodni,  niemal 

cudem dotarli do wioski. Jeszcze do dzisiaj noszą na twarzy i dłoniach ślady zadrapań od 

ostrych kolców, przez które się przedzierali, aby skrócić sobie długą drogę z gór do obozu.

Potem walka z Osagami, gdzie we dwóch stawili czoła pięciu wojownikom. Wyszli z 

tej walki niepokonani, a kości wrogów bieleją gdzieś w prerii okradzione z ciał przez kojoty.

„Znużony jesteś, bracie - myślał spoglądając na przyjaciela. - Twarz ci się zmieniła, 

background image

chociaż dusza i serce pozostały te same. Ja to widzę. Nawet najlepszemu myśliwemu się 

zdarzy, że wpadnie sam w pułapkę przez siebie zastawioną. Wpadłeś w potrzask nie nogą, 

lecz sercem. Widzę to, bracie”.

Wędrujący Niedźwiedź wiedział, co gnębi jego przyjaciela. Ból, który nim owładnął, 

był bólem serca, nie ciała. „My wszyscy - dumał dalej Niedźwiedź - potrafimy znosić ból 

cielesny z uśmiechem. Widok fizycznych mąk nie porusza ani wojowników, ani kobiet, a u 

dzieci wywołuje tylko naiwny uśmiech”.

Obydwaj byli tak głęboko zatopieni w swoich myślach, że nie zauważyli nawet, kiedy 

ryba upiekła się. Dopiero wtedy, gdy I-sha-wi wetknęła im do rąk tacki z kory brzozowej z 

dużymi płatami ryby, ocknęli się ze swej zadumy i w milczeniu zajęli się jedzeniem.

Po skończonym posiłku Pitah-pekis spojrzał na swego przyjaciela i rzekł:

- Na moją ścieżkę życia, którą do tej pory kroczyłem sam lub z tobą, bracie, nie 

wdepnął nigdy nikt i tak było do jednego Księżyca wstecz. Pewnego dnia na tej ścieżce 

postawiła swoje stopy dziewczyna i przez moje oczy weszła do mojego serca. Patrz tam w 

górę, oto orzeł, jeden z tych, co lecą do słońca, żeby ostrzyć w jego tarczy dzioby, a potem 

wracają. Mam swojego orła z wyostrzonym dziobem, który wraca do mnie co dzień i szarpie 

moje serce. Dzieje się tak dlatego, że dniami i nocami myślę o Ko-sahn, której głos słyszę 

wszędzie. Ona stała się duszą mojej duszy i sercem mego serca. Nie znałem do tej pory bólu 

serca, póki nie stanęła na mojej drodze ta dziewczyna.

- Czy to córka Bizoniego Rogu, ta z dziewcząt, która ma najdłuższe warkocze? - 

zapytał Niedźwiedź.

- Prawdę powiedział mój brat, to ta dziewczyna.

- Jaka więc przeszkoda znalazła się na waszej drodze do szczęścia? Czy może Ko-

sahn nie chce mojego brata?  Czy powiedziała  już,  że nie  zasiądzie przy ognisku Orlego 

Żebra?

- Nie, Ko-sahn dzisiaj nawet zajęłaby miejsce żony w moim tipi. Jest jednak pewna 

przeszkoda... - zamilkł, na chwilę.

Wędrujący Niedźwiedź słuchał przyjaciela w skupieniu.

- Straciłem ojca, gdy byłem jeszcze dzieckiem, żaden mężczyzna z rodziny ojca nie 

ocalał, została tylko moja matka, a jej do spraw małżeńskich nie wolno się wtrącać. Mój brat 

wie o tym, że musi w tym obrzędzie wziąć udział mężczyzna mojej krwi, aby ojcu Ko-sahn 

wręczyć „dary uznania”. Moja matka jest Szoszonką i ma brata, który już dawno pogrzebał 

nienawiść do mojego ojca za porwanie mu siostry. Wuj nazywa się Onistah-pokah (Biały 

Cielak) i chętnie zastąpiłby mi ojca, ale trzeba go powiadomić o moich zamiarach, a tereny 

background image

Szoszonów są daleko. Aby dotrzeć do nich, trzeba przedrzeć się przez ziemie Arapahów i 

południowych Czejenów, tym też szlakiem prowadzi droga powrotna. Biały Cielak i jego 

plemię żyje w pokoju z tamtymi narodami i może spokojnie i bez obawy wędrować po ich 

terenach. Trzeba go tylko zawiadomić, ale jak?

- Dobrze się stało, mój przyjacielu, że otworzyłeś swoje serce przede mną. Zaradzimy 

jakoś twojemu bólowi i ponownie radość zamieszka w twojej duszy, gdy Ko-sahn będzie 

mogła   zasiąść   przy   ognisku   Pitah-pekisa.   Mój   ojciec   ma   serdecznego   przyjaciela   wśród 

Czejenów Południowych, którzy, jak wiesz, sąsiadują z nami od północy. Zdarzyło się kiedyś, 

że   na   wspólnych   łowach   Wojenna   Lanca   wyciągnął   go   spod   kopyt   rozszalałego   stada 

bizonów. Koń Czejena padł i ojciec w ostatniej chwili zdążył wciągnąć go na swojego konia. 

Za uratowanie mu życia Czejen zawarł z moim ojcem braterstwo krwi. Kiedy tylko wrócimy 

na prerie, udamy się do Omaksi Sapopa (Wielkiego Pióra), tak się nazywa ów Czejen, on 

zawiadomi Onistah-pokaha o twoich kłopotach.

Orle Zebro  uniósł powieki,  a w jego przygasłych  oczach  na chwilę  zalśnił krótki 

błysk, po czym znowu utkwił skupione spojrzenie w wygasającym już ognisku.

-   Stałem   nad   urwiskiem   skalnym   -   począł   mówić   -   a   dusza   moja   krążyła   nad 

przepaścią,   jak   ptak   z   przestrzelonym   skrzydłem,   aby   za   chwilę   paść   w   ciemność   dołu 

pomiędzy   kamienie,   ale   nadleciał   inny   ptak   i   uniósł   rannego   na   swoich   skrzydłach. 

Uratowałeś mnie i moją wybrankę. Ptak duszy wyzdrowiał i wrócił do gniazda!

Podali sobie ręce nad spopielałym ogniskiem.

ROZDZIAŁ XVI

Matka Ziemia przebudziła się. Kiowa jeden za drugim opuszczali zimowe osiedle. Na 

pustej przestrzeni począł formować się długi wąż jeźdźców, który skierował się w stronę 

Wielkich Łąk, tradycyjnego miejsca letnich wędrówek.

Kończyła   się  wiosna   i  nadszedł   Księżyc  Gdy  Konie  Zmieniają   Sierść. Wędrujący 

Niedźwiedź stał przed swoim tipi, ciesząc się pięknem rozległej prerii, która niby wielka 

woda falowała wokoło, mieniąc się wszystkimi odcieniami zieleni i seledynu. Gdzieniegdzie, 

niby jakieś niesamowite wyspy o przedziwnych kształtach, wystawały ponad trawami rude 

skały i bloki kamienne, rozrzucone jeden obok drugiego ręką jakiegoś mocarza.

Delikatny i aksamitny wiatr, jeszcze nie tak dawno mocny i porywisty, rozsiał niegdyś 

nasiona wierzb wzdłuż brzegów rzeki, nad którą obozowali Kiowa, a teraz delikatnie bawił 

się gałązkami wyrosłych już drzew, pieszcząc je łagodnie.

Wysoko  w górze  piętrzyły się  białe  obłoki,  pełzając  leniwie  po błękitnym  niebie. 

background image

Poniżej szybował orzeł - władca przestrzeni. Od wieków obłoki te wędrują w czasie lata na 

północ, a jesienią wracają na południe, przynosząc ze sobą zimny wiatr i śnieg.

Wędrujący Niedźwiedź z uwielbieniem spoglądał na otaczające go zielone pola. Preria 

była jego domem, karmiła go i odziewała, tu miał prawdziwych przyjaciół, tu byli pochowani 

jego przodkowie, w czasie niebezpieczeństwa chroniła przed wrogiem w gęsto rozsianych 

rozpadlinach i wąwozach.

Młody   wojownik   miał   na   sobie   zwykły,   letni   ubiór,   taki   sam,   jaki   nosili   jego 

współplemieńcy:   przepaskę   biodrową,   mokasyny   i   derkę   ze   skóry   bizona.   W   czasie 

chłodniejszej pogody zakładał na nogi skórzane nogawice-legginy, sięgające do bioder.

Derki noszono zarówno w zimie, jak i w lecie. Zimowe okrycie wykonane było z 

wyprawionej   na  żółtobrązowy kolor  skóry bizona  z  zachowaną  sierścią. W mroźną  zimę 

derkę taką nosiło się futrem odwróconym do gołego ciała, natomiast w czasie pogodnych dni 

zimowych okrycie to odwracano na drugą stronę, włosem na zewnątrz.

Letnie okrycia wykonane przeważnie ze skóry jelenia lub antylopy widłorogiej były 

już bez sierści i wyprawione na zamsz.

Okrycia te pokryte kolorowymi rysunkami, noszone, zarówno przez mężczyzn, jak i 

kobiety   były   miękkie   i   nieprzemakalne.   Każda   grupa   rodowa   w   plemieniu   przyjmowała 

własny   styl   dekoracji.   Męskie   okrycia   opowiadały   o   stoczonych   bitwach,   zwycięstwach 

właściciela derki lub o szczęśliwych łowach. Nierzadko rysunki przedstawiały wybitne osoby 

lub ważne rodowe wydarzenia. Wojownik szczelnie okrywał się derką tak, aby cały malunek 

był czytelny.

Derki   kobiet   były   skromniejsze   i   nie   umieszczano   na   nich   scen   batalistycznych. 

Malowidła   sprowadzały   się   do   rysunków   abstrakcyjnych   i   form   geometrycznych.   Te 

wszystkie okrycia nosiło się przede wszystkim dla ochrony przed zimnem i deszczem, ale 

jednocześnie   w   zależności   od   sposobu   ich   noszenia   były   rodzajem   osobliwego   „języka 

okryć”.

Na przykład Mas-gwa-an-Sid, przygotowując się do wyjścia, narzucał swoją derkę 

luźno przez lewe ramię i zbierał ją w fałdy lewym przedramieniem tak, że jego prawe ramię i 

lewa dłoń były odkryte. W ten sposób narzucone okrycie nie krępowało mu ruchów, a fałdy 

dodawały sylwetce gracji i godności.

Nad rzeką zebrali się wojownicy w małych grupach. Wędrujący Niedźwiedź podszedł 

do jednej z takich gromadek, w której między innymi znajdował się jego ojciec.

Wojenna   Lanca.   Stanął   za   plecami   siedzących.   Jeden   z   mężczyzn   powitał   go 

uprzejmie, po czym nie zwracając już więcej uwagi na młodzieńca przysłuchiwał się dalej 

background image

rozmowie współtowarzyszy.

Mas-gwa-ah-Sid nadal stał za kołem siedzących wojowników i zarzucił swoje okrycie 

na ramiona w taki sposób, że teraz trzymało się ono luźno na obu jego barkach. Gest ten 

oznaczał   wahanie.   Młody   wojownik   przez   szacunek   dla   siedzących   mężczyzn   nie   mógł 

zdecydować się na przerwanie ich dyskursu i wyłuszczenie swojej sprawy.

Wreszcie zdecydował się i powoli, nieznacznie, począł odpowiednio układać swoją 

derkę. Pozwolił, ażeby zsunęła się z prawego ramienia, zebrał ręką spadające okrycie i owinął 

się nim wokół pasa. Na lewym barku i ramieniu derka pozostała luźno ułożona. Tak ułożone 

okrycie oznaczało, że kiedy tylko nadejdzie odpowiedni moment, chciałby zabrać głos.

Siedzący  wojownicy   w   mig   zrozumieli   swój   nietakt,   przerwali   rozmowę   i   zrobili 

przejście do wnętrza kręgu. Wędrujący Niedźwiedź oczekiwał tej chwili. Wstąpił teraz w krąg 

siedzących i stanął na jego środku. Następnie opuścił okrycie z lewego ramienia, ściągnął je 

fałdami wokół bioder, przytrzymując w pasie lewą ręką. Górna część jego ciała była teraz 

zupełnie obnażona.

Jeden ze starszych mężczyzn rozchylił na chwilę połę swej derki, po czym znowu ją 

zarzucił, zwracając w ten sposób uwagę zebranych, że Wędrujący Niedźwiedź ma zamiar 

przemówić. 

Młody   wojownik,   na   którym   skoncentrowała   się   uwaga   siedzących,   jednym 

zdecydowanym ruchem zarzucił okrycie na lewe ramię, pozostawiając prawe odsłonięte. Był 

to gest wdzięczności dla słuchaczy oczekujących jego wystąpienia. Potem zaczął mówić.

Według   przyjętych   zwyczajów   najpierw   poświęcił   kilka   słów   przeszłości.   Potem 

dokładnie opowiedział o zmartwieniu Orlego Żebra i jego dziewczyny, Ko-sahn. Zwrócił się 

teraz do swojego ojca i w obecności zebranych poprosił go o „Błękitną Strzałę” - znak na 

kawałku skóry wielkości dłoni ludzkiej, który miał ułatwić kontakt z Czejenem, Onistah-

pokah (Białym Cielakiem) oraz zapewnić wszelka pomoc z jego strony. Mężczyźni z uwagą 

słuchali   Wędrującego   Niedźwiedzia.   Starzy   wojownicy   poparli   jego   prośbę,   a   na   znak 

aprobaty zapalili fajkę, wydmuchując dym w jego kierunku.

Kiedy   Wędrujący   Niedźwiedź   zakończył   swoją   mowę,   okrycie   zwisało   mu   już 

swobodnie z lewego ramienia. Dla słuchaczy był to znak, że mówca nie ma już nic więcej do 

powiedzenia.

Ktoś   nadchodził   od   strony  rzeki   okryty   szczelnie   swoją   derką,   tak   że   tylko   oczy 

świeciły mu spod narzuconego na głowę okrycia. Szedł milczący, ale po jego chodzie można 

było poznać, że jest to młody mężczyzna.

Niedźwiedź uśmiechnął się. Poznał od razu, kto przyszedł nad rzekę, zapewne spotkać 

background image

się ze swoją wybranką, a dla niepoznaki założył na nogi mokasyny bez żadnych ozdób.

Kiedy młody zalotnik przechodził w pobliżu starszych wojowników, rozmawiających 

jeszcze ze sobą, nieznacznym ruchem głowy spowodował obsunięcie okrycia nieco do tyłu, 

przez   cały   czas   wpatrując   się   w   pobliskie   tipi   i   szukając   tęsknym   wzrokiem   ukochanej 

dziewczyny.

Miał nadzieję, że zwróci ona uwagę na dany jej znak i z powrotem uda się nad rzekę, 

co dałoby mu sposobność do porozmawiania z nią o małżeństwie.

Co będzie jednak, jeśli inne dziewczęta albo starsze kobiety podążą jej śladem? Znów 

będzie zmuszony okryć swoją głowę i ze smutkiem w sercu odejść tam, skąd przyszedł.

W   grupie   przebywającej   z   Wędrującym   Niedźwiedziem   znajdowało   się   dwóch 

starszych   mężczyzn.   Ci   właśnie   starcy   okazywali   zakochanemu   wojownikowi   najwięcej 

życzliwości i życzyli mu gorąco pomyślności, podciągając ostentacyjnie swoje okrycia aż na 

szyję i ramiona, szczelnie przy tym okrywając swoje ciała. Pod derkami mieli skrzyżowane na 

piersiach ramiona, którymi obejmowali fałdy i zagięcia okryć. W tej pozie przechadzali się 

tam i z powrotem, a ich wolne, stateczne kroki i ułożenie derek oznaczało brzemię starego 

wieku i oznakę poparcia dla zamierzeń zakochanego.

Dzieci   również   posiadały   okrycia   ze   skór   bizonich   cielaków,   zdobione   w 

geometryczne wzory podobne do używanych przez kobiety.

Przez   całe   życie,   od   dzieciństwa   przez   młodość   aż   do   sędziwego   wieku,   derki 

skórzane były stale w użyciu. Czy to podczas krótkich wędrówek, czy też dalszych okrycia te 

stale noszono. Niekiedy dla wygody były one zebrane i przełożone luźno przez lewe ramię. W 

czasie długiej jazdy konnej derki rolowano i okręcano się nimi w pasie tak jednak, aby można 

je było rozłożyć w każdej chwili. Derką posługiwano się także przy sygnalizacji dymnej 

zakrywając nią na chwilę dym z ogniska, czy też była pomocna w czasie naganiania stad 

bizonich nad skraj przepaści. Tylko podczas sportowych gonitw okrycia starannie składano i 

odkładano na bok.

W   swych   codziennych   rozrywkach,   zabawach,   polowaniach,   grach,   chłopcy 

naśladowali dorosłych. Przygotowywali „wyprawy wojenne”, o których słyszeli od starszych 

przy wieczornych ogniskach i naśladując dorosłych, nosili swoje małe okrycia na ich wzór.

Następnego   dnia   Huan-tos   na   kawałku   skóry  wielkości   męskiej   dłoni   wymalował 

włócznię, skierowaną przeciw nadlatującej strzale. Była to właśnie „Błękitna Strzała”, która 

tak wiele mogła pomóc zakochanemu przyjacielowi jego syna.

Po przeglądzie broni, uzupełnieniu kołczanów zapasem strzał, zapakowano woreczki z 

pemikanem   -   wysuszonym   i   startym   na   proszek   mięsem   bizonim,   do   którego   dodawano 

background image

tłuszcz z suszonymi jagodami jarzębiny i wiśni. Dwaj przyjaciele udali się najpierw do Seidl-

ku-toh   (namiotu   potów),   aby   przed   podróżą   oczyścić   swe   ciała,   po   czym   przystąpić   do 

modłów przy Tal-yi-da-i (Świętym Zawiniątku) z błaganiami o pomyślność wyprawy.

Kiedy   po   tym   wszystkim   zbliżyli   się   do   swoich   koni,   oczekiwała   ich   tam   już 

uzbrojona, jak i oni, I-sha-wi. Mas-gwa-ah-Sid spojrzał na żonę, ale widząc jej stanowczą 

minę, nie wyrzekł ani słowa i w milczeniu dosiadł swojego konia.

Po chwili cała trójka znalazła się poza obrębem namiotów i swobodnym galopem 

pognała na północny wschód. Daleko od obozu wstrzymali konie i stanęli na dużym, płaskim 

wzniesieniu. Przed nimi, jak okiem sięgnąć, falowała preria, ciągnąca się hen daleko aż po 

horyzont i zlewała się tam z niebem. Postanowili teraz jechać w pewnej odległości od siebie, 

a tylko nocą razem zatrzymywać się na krótkie odpoczynki. Ludzie wędrujący razem widzą to 

samo,   jadąc   zaś   oddzielnie,   każdy   robi   swoje   własne   spostrzeżenia   -   tak   nakazywały 

doświadczenia Kiowów.

Po   pewnym   czasie   drogę   przegrodziło   im   kamieniste,   wyschnięte   koryto   potoku, 

usiane na dnie tak białymi i płaskimi kamieniami, jakby je ktoś zmiażdżył i pomalował. 

Brzegi strumyka były brązowe i twarde jak skorupa glinianego garnka. Pokonując trudną 

drogę omijali raz po raz mniejsze i większe, zawsze niezmiernie ostre, kłujące przy dotknięciu 

skały. Wkrótce jednak skalisty stok zamienił się w pofałdowany teren, porośnięty nędzną 

trawą. W oddali, po paru „biegach konia”, znowu rozciągała się wielka, pagórkowata, zielona 

preria,   upstrzona   rozlicznymi   parowami,   to   znów   niespodziewanie   wyskakującymi 

brązowymi skałami o dziwnych kształtach i formach. Musieli teraz jechać ostrożnie, aby 

niespodziewanie nie natknąć się na nieprzyjaciela.

Jeszcze jedno, najwyżej dwa wzniesienia i znajdą się nad brzegiem rzeki, która, jak 

mówili   doświadczeni   mężczyźni,   gdzieś   daleko   na   wschodzie   wpada   do   Ojca   Rzek   - 

Missouri.

Wtem   w   najmniej   spodziewanej   chwili   dobiegły   do   nich   głośne   wojenne   okrzyki 

Osagów i gwałtowny tętent kopyt końskich. Złowrogie odgłosy dolatywały znad rzeki, do 

której zmierzali.

Wędrujący Niedźwiedź podniesioną dłonią dał znak żonie i przyjacielowi, ażeby się 

zatrzymali, sam zaś ostrożnie wjechał na szczyt wzniesienia, które oddzielało ich od rzeki.

Ujrzał płaski, dość szeroki brzeg rzeki, na którym leżała łódka o dziwnym kształcie, 

nie spotykanym w tych stronach, za nią zaś ukrywali się mężczyzna i kobieta z nieznanego 

mu plemienia.

Dziwną parę atakowało dziewięciu Osagów, wszyscy na koniach, pragnąc za wszelką 

background image

cenę podejść obcych od strony lądu, obawiali się jednak zbliżyć do nich na odległość lotu 

strzały. Wędrujący Niedźwiedź zauważył dwa leżące ciała Osagów z tkwiącymi w piersiach 

długimi,   pierzastymi   strzałami.   Widocznie   pierwsza   próba   zaatakowania   pary   ukrytej   za 

łodzią nie powiodła się.

Przywołał gestem swego przyjaciela i żonę. Kiedy Pi-tah-pekis ujrzał Osagów, srogi 

grymas wykrzywił mu twarz. Będzie mógł teraz pomścić śmierć ojca i swoich braci.

Wędrujący   Niedźwiedź   znaczącym   gestem   wskazał   na   siebie   a   potem   na   prawe 

skrzydło nacierających wrogów. Orle Żebro zrozumiał, miał zająć się ich lewym skrzydłem. 

Wojownicy nakazali I-sha-wi pozostać z dala od pola bitwy.

Orle   Żebro   jeszcze   raz   przyjrzał   się   odwiecznym   wrogom,   ich   gołym   torsom, 

wygolonym na czubkach głowom, na których na ciemieniu powiewały niespokojnie tylko 

kosmyki skalpowe. Całe ciała napastników, twarze, a nawet wygolone głowy, pomalowane 

były barwami wojennymi z przewagą koloru czarnego i czerwonego.

Kiowa przygotowali łuki, zatknęli tomahawki pod rzemienie przytrzymujące futrzane 

derki   na   grzbietach   koni,   służące   za   siodła.   W   każdej   chwili   mogli   je   wyciągnąć   spod 

rzemieni, nie tracąc na to zbyt wiele czasu. Jeszcze raz spojrzeli na siebie i cała trójka z 

okrzykiem wojennym Kiowów popędziła zboczem w kierunku wrogów.

Zaskoczyło   to   Osagów,   bowiem   zupełnie   nie   spodziewali   się   ataku   z   tej   strony. 

Moment zaskoczenia i wahania nieprzyjaciół natychmiast wykorzystała dwójka atakowanych 

za łodzią. Błyskawicznie wychylili się zza burty, napięli cięciwy łuków i dwójka rażonych 

strzałami Osagów spadła z koni. Znowu świsnęły opierzone strzały i dwa groty, jeden za 

drugim,   utkwiły   w   piersi   przywódcy   Osagów,   wyróżniającego   się   wpiętym   w   kosmyk 

skalpowy pękiem orlich piór pomalowanych na czerwono.

Widząc swego wodza leżącego nieruchomo na grzbiecie końskim, Osagowie zawyli z 

wściekłości.  Spłoszony  koń zerwał  się  do  galopu,  a ciało  zabitego  bezwładnie  runęło  na 

ziemię.

Wędrujący Niedźwiedź szybko pojął, dlaczego Osagowie nie mogli podejść bliżej 

obcych. Krótkie łuki, jakich używały prawie wszystkie plemiona na prerii, nie były tak nośne, 

jak strzały wypuszczane z dwa razy dłuższych łuków obcych.

Tymczasem   Mas-gwa-ah-Sid   podjechał   do   napastników   na   odległość   lotu   strzały. 

Rozpłaszczony  na grzbiecie  konia  i ukryty za  jego karkiem  wypuścił  strzałę  w kierunku 

najbliższego wroga. Strzała uwięzła w oku Osaga i ciężko ranny z jękiem osunął się ze swego 

konia. Następna strzała dosięgła konia galopującego obok wojownika. Nieszczęsny rumak w 

przerażeniu wspiął się na tylne nogi, stracił równowagę i runął na grzbiet, przygniatając swym 

background image

ciężarem dosiadającego go jeźdźca.

Wtem jeden z Osagów ruszył szalonym galopem w stronę stojącej na uboczu I-sha-wi. 

Wędrujący Niedźwiedź kątem oka zauważył śmiertelne niebezpieczeństwo, zagrażające jego 

żonie. Oddalił się od Osagów i pomknął za napastnikiem.

I-sha-wi, widząc nadciągającego wroga, zawróciła w miejscu konia i zaczęła uciekać 

w głąb prerii. Położyła się na grzbiecie wierzchowca, obejmując jego zad stopami. Spod 

rzemienia przytrzymującego derkę wyciągnęła łuk i na cięciwę założyła strzałę. Tuż przed 

samym  wzgórzem,  z  którego   niedawno  we  trójkę  zjechali,  zatrzymała   konia,  zawróciła  i 

pełnym galopem ruszyła na spotkanie ścigającego ją wojownika.

Zdumiała Osaga ta nieroztropność dziewczyny,  uniósł oszczep, ale nim zdążył  go 

wyrzucić w jej stronę, strzała z łuku I-sha-wi utkwiła w jego krtani. Dziewczyna minęła 

konającego wroga, który rozpłaszczony leżał na trawie, zaś jego koń stał obok i spokojnie 

szczypał trawę.

Mas-gwa-ah-Sid natychmiast ściągnął wodze swego mustanga i pognał z powrotem na 

pomoc   swemu   druhowi,   który   szalał   wśród   wojowników   Osagów.   Orle   Żebro   walczył 

tomahawkiem, zadawał rany, ale i jego nie oszczędziło kilka dotkliwych razów zadanych ręką 

wroga. Wędrujący Niedźwiedź wpadł w sam wir walki.

I-sha-wi przystanęła z boku i czystym, donośnym głosem śpiewała wojenną pieśń 

Kiowów, zagrzewając swych wojowników do walki.

Obca kobieta podbiegła do niej i stanęła przy jej koniu. W ręku trzymała swój duży 

łuk, w każdej chwili gotowa wypuścić strzałę śmierci. Ubrana była w prostą ciemnobrązową 

suknię ze skóry jelenia, na głowie zawiązała przepaskę z tej samej skóry, przytrzymującą 

luźno rozpuszczone włosy. Była o wiele starsza od I-sha-wi.

Nocny Kwiat, śpiewając pieśń wojenną, uważnie obserwowała walczących. W pewnej 

chwili zauważyła, jak jakiś wojownik Osagów, dosiadający czarnej klaczy, cisnął włócznię, 

która wbiła się w lewą pierś Orlego Żebra. Bezwładne ciało młodego Indianina spadło na 

ziemię.

Wędrujący Niedźwiedź, chcąc pomścić przyjaciela, wymierzył zabójcy Orlego Żebra 

straszliwy cios tomahawkiem, lecz Osag w ostatniej chwili odchylił się i kamienne ostrze 

maczugi zerwało z głowy wroga tylko część skóry i odcięło ucho. Chciał powtórzyć cios” 

lecz   strzała   drugiego   wroga   utkwiła   mu   w   ramieniu,   a   tomahawk   wolno   osunął   się   z 

drętwiejącej ręki. Osag nie zdążył nałożyć na cięciwę łuku drugiej strzały, gdy długa strzała 

obcego mężczyzny przeszyła go na wylot.

Ku walczącym ruszyły kobiety.

background image

Ranny Osag z ocalałym współtowarzyszem zawrócili konie i w popłochu uciekli z 

pola walki.

Obcy   mężczyzna   podszedł   do   Wędrującego   Niedźwiedzia,   bez   słowa   chwycił   za 

strzałę   tkwiącą   w   ramieniu   młodego   Kiowy  i   jednym   szarpnięciem   wyciągnął   ją   wraz   z 

grotem z rany. Zaraz potem mocno ściągnął zranione miejsce opaską z jeleniej skóry.

Mas-gwa-ah-Sid wolno zbliżył się do leżącego nieruchomo przyjaciela. Usiadł przy 

nim i długo wpatrywał się w zastygłe już rysy Orlego Żebra. Nikt nie śmiał przerwać zadumy 

wojownika.   Podniósł   rękę,   chcąc   dotknąć   zimnej   już   twarzy   wiernego   druha,   lecz   ręka 

bezwładnie opadła mu na biodro, a spod opaski wypłynęła krew. Nachylił się więc nisko nad 

głową   zabitego,   dotykając   prawie   czołem   jego   czoła   i   poczuł   wilgoć   pod   powiekami. 

Pomyślał sobie, że pewnie wkrótce i jemu przyjdzie wkroczyć na ścieżkę, która prowadzi na 

Piaszczyste Wzgórza. Poczuł, jak palce f-sha-wi dotknęły jego twarzy i przesunęły się po niej. 

Na palcach dziewczyny zabłyszczała przezroczysta strużka. Nie starła jej, udała, że niczego 

nie   zauważyła.   Jedynie   ścisnęła   łokieć   męża,   starając   się   nie   okazać,   że   dostrzegła   jego 

rozpacz.

Kiedy po długiej chwili Wędrujący Niedźwiedź podniósł się, nie było już na jego 

twarzy śladów łez, ale l-sha-wi zauważyła w jego oczach nie znany jej przedtem dziwny 

blask. Teraz dopiero Kiowa dokładnie przyjrzał się parze nieznajomych. Mężczyzna ubrany 

był w prostą, skórzaną bluzę. Szwy rękawów obszyte były frędzlami z tej samej skóry, zaś 

cała reszta bluzy była gładka i bez żadnych ozdób. Nieznajomy nosił dziwne legginy. Były to 

proste, zafarbowane na czarno nogawice, rozcięte na podbiciu stopy tak, że chroniły dwoma 

płatami  skóry kostki  nóg. Z przodu, od rozcięcia wzdłuż  nogi aż do uda,  biegł  wyszyty 

wzorzyście pas. Wędrujący Niedźwiedź zauważył też, że kobieta nie ma przy swej sukni 

lewego rękawa. Przypuszczał, że zapewne specjalnie pozbyła się go, aby nie utrudniał jej 

naciągania cięciwy łuku w czasie odpierania ataków wroga.

- Jesteśmy Kiowa, Kiowa-Kwuda - rzekł Wędrujący Niedźwiedź, wskazując ręką na 

siebie i żonę. Zdziwił się bardzo, gdy obcy mężczyzna odpowiedział mu w jego języku.

- Pochodzimy z ludu Bungi-Ojebway’ów, który żyje daleko na północy, tam gdzie 

Wielkie Równiny łączą się z krainą lasów i jezior. Waszej mowy nauczyłem się u Czejenów, 

wśród których dość długo żyliśmy. Teraz zamierzaliśmy udać się do waszego plemienia. Gdy 

dopłynęliśmy   tu   na   brzeg   rzeki,   aby   dalej   ruszyć   przez   Wielkie   Łąki,   niespodziewanie 

zaskoczyli nas Osagowie.

Mas-gwa-ah-Sid był na tyle delikatny, że nie zapytał przybyszów o cel ich wędrówki 

do wioski Kiowów. Dowie się przecież wszystkiego w obozie, a ciekawość nie świadczy 

background image

dobrze o wojowniku. Zresztą jego serce w tej chwili tak było przepełnione bólem i żalem po 

śmierci przyjaciela, że wszystkie inne sprawy wydawały mu się błahe i nieważne.

Wędrujący Niedźwiedź zdrową ręką wskazał na rozproszone konie Osagów.

- Musimy je wyłapać i wracajmy zaraz do obozu. Myślę, że przyjaciele Bungi pomogą 

nam.

Uwinęli   się   szybko,   łapiąc   zmęczone   długim   biegiem   i   walką   wierzchowce   na 

rzemienne pętle. Mieli teraz sześć koni Osagów i trzy swoje. Kobiety udały się jeszcze nad 

rzekę, i wycięły kilka długich żerdzi na travois, na którym miano złożyć ciało Orlego Żebra.

Kiedy  już   wszystko   było   gotowe   do   drogi,   założono   skrzyżowane   tyczki   na   kark 

koniowi zabitego wojownika, zaś na poprzecznych rzemieniach łączących dolną część tyczek 

umieszczono  kanu, jak obcy nazywał  swoją  łódź,  sporządzoną  z  płatów  kory brzozowej. 

Kobiety dosiadły koni, a obcy mężczyzna podniósł ciało zabitego i umieścił na dnie łodzi. 

Wędrujący Niedźwiedź okrył przyjaciela swoją skórzaną derką.

Mężczyźni   jeszcze   raz   rozejrzeli   się   po   okolicy,   pozbierali   porozrzucaną   broń, 

wskoczyli   na   swoje   rumaki   i   ruszyli   żwawo   w   stronę   wsi   Kiowów.   Na   przodzie   jechał 

poważny, ze stężałą, kamienną twarzą Mas-gwa-ah-Sid, za nim posłusznie szedł koń Orlego 

Żebra, ciągnąc travois ze zwłokami swego pana, dalej zaś dwie kobiety. Pochód zamykał 

wojownik Bungi, prowadząc na rzemieniach cztery konie Osagów.

Wszyscy milczeli. Wędrujący Niedźwiedź nie zgadzał się  na odpoczynek,  dlatego 

jechali nawet nocą. Konie i ludzie gasili pragnienie tylko wtedy, kiedy przeprawiali się przez 

bród rzeki, ale Wędrujący Niedźwiedź ani razu nie sięgnął dłonią po wodę, aby choć odrobinę 

zwilżyć usta.

Pod   koniec   trzeciego   dnia   wędrówki   w   oddali   zamajaczyły   oczom   wędrowców 

stożkowe tipi Kiowów. Mas-gwa-ah-Sid dał zdrową ręką znak, że mają się zatrzymać. Do tej 

pory milczał uparcie, toteż jego współtowarzysze ze zrozumieniem przyjęli jego słowa:

-  Niech  I-sha-wi  rozrobi   czarnej  farby i   pokryje  nią   moją   i  swoją  twarz   na  znak 

śmierci i żałoby.

Nocny Kwiat sięgnęła do torby przywieszonej u boku swego konia i wydobyła z niej 

dwa nieduże rogi bizonie. W jednym znajdował się czarny proszek, a w drugim stopiony 

tłuszcz rybi. Dolała trochę tłuszczu do czarnego proszku i zeschłym patyczkiem rozrobiła 

farbę.   Nabrała   na   dłoń   nieco   farby  i   podeszła   do  Wędrującego   Niedźwiedzia.  Wojownik 

przymknął oczy i nadstawił twarz, I-sha-wi dokładnie rozprowadziła czarny barwnik na jego 

skroniach i policzkach, po czym starannie pomalowała swoją twarz. Gdy po chwili dosiedli 

koni,   rozpuściła   warkocze   i   sczesała   je   do   przodu   zakrywając   włosami   uczernione   lica. 

background image

Wjeżdżających   do   wioski   powitała   śmiertelna   cisza.   Nawet   psy  wyczuły,   że   w   smętnym 

pochodzie zagościł Duch Śmierci, więc pochowały się po kątach.

Jechali wśród milczącego, nieruchomego tłumu, w stronę tipi matki Orlego Żebra, 

gdzie Rozpalająca Ogień czekała już na nich, przygarbiona bólem i rozpaczą. Przy niej stała z 

rozwianymi włosami Ko-sahn.

Zatrzymali się przed tipi. Matka zabitego spojrzała na nich niewidzącymi oczami, a 

żaden grymas nie poruszył jej zastygłej twarzy.

Dookoła panowała taka cisza, że Wędrujący Niedźwiedź słyszał uderzenia własnego 

serca. Zeskoczył z konia, odwiązał travois, odprowadził na bok wierzchowca Orlego Żebra. 

Następnie   poszedł   do   kanu   i   zdecydowanym   ruchem   zerwał   derkę   z   ciała   martwego 

przyjaciela.

Kobiety podbiegły do zabitego i przejmującym głosem poczęły zawodzić, zadając 

sobie paznokciami i ostrymi narzędziami krwawe rany na rękach i ramionach. Rozpalająca 

Ogień chwytała garściami swoje włosy i nożem obcinała je tuż przy skórze, że wyglądały jak 

trawa stratowana przez stado bizonów.

Rozległ się głuchy głos bębna i zabrzmiała donośnie Pieśń Śmierci, którą śpiewali 

czarownicy plemienni:

O, Słońce, ty będziesz nadal świecić, Lecz my, Kai-tsen-ko, musimy umrzeć. Matko 

Ziemio, będziesz żyła wiecznie, Lecz my. Prawdziwe Psy, musimy umrzeć...

Wędrujący Niedźwiedź podszedł do ciała przyjaciela i nożem odciął jeden z jego 

warkoczy, który później I-sha-wi wplotła we włosy swego męża. Warkocz Orlego Żebra od tej 

chwili miał mu towarzyszyć aż do śmierci.

ROZDZIAŁ XVII

Jeszcze tego samego wieczoru Mas-gwa-ah-Sida zaproszono do tipi narad, w którym 

zebrała   się   starszyzna   Kai-tsen-ko.   Kiedy   Wędrujący   Niedźwiedź   wkroczył   do   namiotu, 

wszystkie spojrzenia skierowały się na niego. Już nie był  to młody, oeztroski wojownik. 

Śmierć   najserdeczniejszego   przyjaciela   wycisnęła   na   jego   obliczu   piętno   dojrzałego 

mężczyzny.

Rysy   jego-twarzy   wyostrzyły   się,   oczy   zapadły,   a   usta   stały   się   wąską   kreską   z 

kącikami opadłymi ku dołowi. Sprawiały wrażenie, jakby ten młody człowiek nigdy nie znał 

uśmiechu. Z tyłu głowy zwieszał mu się jeszcze jeden warkocz, warkocz jego przyjaciela, 

obcięty po jego śmierci na znak, że dusze ich na zawsze są połączone i nic nie jest w stanie 

ich rozdzielić.

background image

Czarownik   podszedł   do   niego,   delikatnie   odwiązał   mu   opaskę   z   jeleniej   skóry, 

przemył rany wystudzonym naparem z ziół, następnie ugodzone miejsce zasypał startymi na 

proszek ziołami leczniczymi, szepcząc przy tych czynnościach jakieś niezrozumiałe zaklęcia. 

Okolice   rany  namaścił   obficie   sadłem   niedźwiedzim   i   całe   ramię   obandażował   łykiem   z 

klonowego drzewa.

Ranny wojownik usiadł  w kręgu  starszyzny obok mężczyzny Bungi na specjalnie 

wyznaczonym mu miejscu.

Po   ceremonii   wypalenia   Świętej   Fajki   Map-odal,   wódz   wojenny   stowarzyszenia 

Prawdziwych   Psów,   poprosił   Wędrującego   Niedźwiedzia,   żeby   opowiedział   o   walce   z 

Osagami   i   okolicznościach   śmierci   swojego   przyjaciela.Celowo   nie   wymieniano   imienia 

zabitego, aby nie zawrócił ze szlaku swej duszy, wędrującej do Piaskowych Wzgórz.

Mas-gwa-ah-Sid   obrazowo   przedstawił   przebieg   walki,   opisując   jej   najdrobniejsze 

szczegóły i chwaląc dzielność obojga Bungi. Kończąc swoją relację, rzekł:

- Kiedy duchy roślin sprawią, że moja rana się zasklepi i siła powróci do chorego 

ramienia,   udam   się   do   kraju   Osagów,   aby   pomścić   śmierć   mojego   brata,   z   którym   się 

wychowywałem od najmłodszych lat. Otsedaba!

Teraz wszystkie twarze zwróciły się z niemym pytaniem w stronę Ojebway’a.

- Pokierowało mną serce, że musiałem przybyć do tego kraju - rozpoczął wojownik. - 

Opowiem o sobie, o moim zmartwieniu. Pragnę wyrzucić z duszy gnębiący ją ból i żal. 

Nazywam   się   Kis-kay-im   (Ogon   Gronostaja),   zaś   moją   żonę   nazywano   Seyseyp   (Dzika 

Kaczka). Oboje pochodzimy z plemienia Bungi-Ojebway’ów. Nasze tereny znajdują się na 

obrzeżach krainy lasów, daleko na północnym wschodzie, gdzie bizony rozpoczynają swoją 

doroczną wędrówkę. Byliśmy szczęśliwi - mężczyźni polowali, nasze kobiety opiekowały się 

ziemią   i   jej   płodami.   Działo   się   tak   do   chwili,   kiedy   ze   wschodu   zza   Wielkiej   Wody 

przypłynęły skrzydlate kanu z ludźmi o białej skórze i zarośniętych twarzach. Początkowo 

pomagaliśmy im.   Byli   biedni,   słabi  i  głodni.  Mimo  naszej  pomocy  pierwszej   zimy dużo 

obcych ludzi umarło, ale ci, co przetrwali, przyzwyczaili się do warunków, w jakich żyjemy. 

Następnego lata ludzi o białej skórze i jasnych włosach było już więcej. Mieli mało kobiet, 

więc zaczęli zniewalać i porywać nasze kobiety. Nie podobało się to ludziom Bungi, ale nikt 

nie myślał o ukaraniu przybyszów. Przenieśliśmy się tylko dalej w puszcze. Tak przeminęło 

jeszcze jedno Wielkie Słońce.

Pewnego dnia zjawił się u nas jeden z młodych wojowników z zaprzyjaźnionego i 

spokrewnionego z nami szczepu Soto, oznajmiając nam straszną nowinę. Pewnej nocy wioskę 

Soto otoczyli biali i za pomocą swoich ognistych kijów, które miotają pioruny, oraz długich 

background image

noży,   wycięli   prawie   wszystkich   mieszkańców.   Wyrżnięto   dzieci,   kobiety,   mężczyzn   i 

starców. Ocalało tylko paru wojowników, którym udało się zbiec.

Nie mogliśmy im pomóc, bo białych w tym czasie było o wiele więcej niż plemion 

zamieszkujących   okoliczne   ziemie.   Nasz   wódz   zawarł   pokój   z   białymi   pod   gałęziami 

wielkich wiązów. Nastał pokój, a biali? Biali w tym czasie budowali swoje drewniane osiedla, 

dom przy domu, wielkie wigwamy, które nie przepuszczały powietrza i wiatru. Zapanował w 

tych osiedlach brud, a przykry zapach dochodzący z ich domów wyczuć można było na dużą 

odległość. W swoich domach obcy przybysze rozpalali ogniska byle czym, dlatego nad ich 

osiedlami unosił się czarny gęsty dym, nad którym przelatujący biały gołąb zamieniał się w 

czarną   wronę.   Biali   niszczyli   wszystko   -   lasy,   ziemię,   nawet   rzeki   i   strumienie, 

zanieczyszczając je swoimi odchodami, których pełno było także wokół ich domów. Biali 

nienawidzą wszystkiego co ich otacza, a co stworzył Wielki Duch. Nienawidzą lasów, a w 

nich śpiewających ptaków, nienawidzą zwierzyny, zielonych, kwietnych polan, srebrzystej 

przezroczystej wody i Dobrej Matki Ziemi. Wszystko, co ich otacza, obrasta brudem, gnije, a 

oni sami także cuchną. Myją tylko ręce i twarze obrośnięte włosem, bardzo rzadko się kąpią. 

Nawet ich łaciate bizony oblepione są gnojem, tak samo jak te dziwne, tłuste zwierzęta bez 

sierści, o skórze podobnej do tej, jaką mają biali ludzie. Łażą one po stertach śmieci i swymi 

długimi pyskami grzebią w śmierdzących odpadkach, które zjadają.

Nie tylko ich bizony mają łaty na sierści, ale również psy. Sami biali mają dusze 

podwójnej barwy, podwójne języki. Nie można nigdy polegać na ich słowie ani przyjaźni. 

Jednego   dnia   mówią   tak,   a   drugiego   inaczej.   Poza   tym   są   zachłanni,   niszczą   wszystko. 

Wybijają zwierzęta bez potrzeby i dla przyjemności, bowiem zadawanie śmierci uważają za 

miłą rozrywkę. Zaczęliśmy zabijać białych i napychać im usta ziemią, żeby raz wreszcie 

nasycili się nią.

Nasze plemiona czeka zagłada. Białych przybywa coraz więcej i więcej. Potrafią się 

zjednoczyć przeciw naszym narodom, chociaż wielu z nich mówi różnymi językami. A my? 

My wykorzystujemy zwady, nieporozumienia plemienne i walczymy między sobą.

„Czarne Suknie” białych namawiają nas do przyjęcia ich wiary, wyśmiewając się z 

naszych starych świętych obrzędów. Twierdzą, że ich Wielki Duch mieszkał pomiędzy nami i 

rozmawiał, jak człowiek z człowiekiem. Mówią także, że ich Wielki Duch ustanowił prawa i 

wypisał   je   na   kamiennej   tablicy,   prawa,   które   obowiązują   wszystkie   narody.   Sami   biali 

otrzymali chyba inne prawa, bo tych praw, do których mówią „Czarne Suknie”, wcale nie 

przestrzegają. Prawa te mówią: nie zabijaj - biali zabijają. Mówią: nie kradnij - biali kradną. 

Także mówią: nie kłam, nie zabieraj żony innemu, miej serce dla wszystkiego, co cię otacza - 

background image

a oni robią wszystko odwrotnie. Gdzie tylko przejdą, pozostawiają za sobą popiół, krew i łzy. 

Żądają od nas, abyśmy postępowali według praw ich Boga.

Jak już mówiłem, zawarliśmy z nimi pokój. Gdy się z kimś zawiera pokój, to wróg 

staje się przyjacielem - tak jest między naszymi narodami, ale nie u białych. My mieliśmy 

zakopać nasze topory wojenne, oni jednak mogli dalej nas zabijać.

Nasza córka ze swoim mężem i dwojgiem dzieci, wierząc w pokój zawarty z białymi, 

wybrała się z rodziną do osiedla białych, aby zamienić tam futra na ich wyroby. W drodze 

powrotnej spotkali pięciu mężczyzn o zarośniętych ustach, krzykliwych i zataczających się. 

Byli oni pod wpływem złego ducha, który znajduje się w wodzie ognistej, którą wyrabiają, a 

potem uczą naszych braci jej używać. Woda ognista potrafi uczynić z mądrego głupca, a z 

silnego słabego. Zabija w człowieku jego honor i godność.

Otóż pięciu takich mężczyzn zatrzymało moją córkę z rodziną. Męża jej pochwyciło 

trzech białych, a dwóch na jego oczach i oczach dzieci zniewoliło matkę i żonę.

Mężowi córki udało się wyrwać z rąk oprawców i z wojennym okrzykiem Bungi na 

ustach przebił nożem jednego z nich. Cóż jednak może zdziałać nóż przeciw grzmiącym 

kijom... Zabili go, nim ponownie mógł zadać pchnięcie nożem.

Przerażone dzieci zaczęły uciekać, lecz pociski z broni białych dogoniły je i śladem 

ojca skierowały na szlak umarłych.

Moja poniżona i zhańbiona córka wróciła do naszego wigwamu i opowiedziała nam o 

śmierci swoich dzieci i męża. Rozerwała suknię i pokazała swoje skrwawione uda, potem 

wzięła moją włócznię, wyszła przed wigwam i oparłszy koniec dzidy o pień drzewa nadziała 

się na ostrze.

W ciągu jednego dnia straciłem to, co było najdroższe memu sercu. Moja żona w 

rozpaczy obcięła sobie włosy, a twarz poorała paznokciami.

Cóż   mogłem   uczynić?   Ciało   córki   owinąłem   w   skórę   jelenia   i   pochowałem   w 

rozwidleniu   drzewa.   Pod   tym   drzewem   zaprzysięgłem   zemstę   wszystkim   białym.   Byłem 

spokojny,   bardzo   spokojny.  Wigwam   córki   spaliłem   ze   wszystkim,   co   znajdowało   się   w 

środku i to samo zrobiłem z naszym. Potem z Seyseyp udaliśmy się nad rzekę Souris, tutaj 

biali jeszcze nie dotarli. Przez jeden Księżyc robiliśmy wspólnie z żoną strzały z lotkami z 

piór kruka, a kiedy mieliśmy ich dość, wróciliśmy pod osiedle białych, w którym zginęły 

nasze wnuki.

Ja stałem się lisem, a żona lisicą. Zaczęło się wielkie polowanie na białych. Żaden nie 

uszedł z życiem, gdy tylko wycelowaliśmy w jego stronę nasze łuki. Krążyliśmy wokół osady 

jak głodne wilki, a gdy nie udawało się upolować białego, podpalaliśmy jego dom.

background image

Biali kilkakrotnie robili na nas nagonkę z psami. Zawsze jednak zdążyliśmy im ujść w 

porę,   a   psy   szybko   gubiły   nasze   tropy,   gdyż   posypywaliśmy   je   dobrze   wysuszonym   i 

sproszkowanym   tytoniem.   W   końcu   opuściły   nas   siły,   mieliśmy   już   dość   zabijania, 

zrezygnowaliśmy z zemsty.

Wróciliśmy wymęczeni nad Souris. Po pewnym czasie zbudowaliśmy mocne kanu i 

rozpoczęliśmy   wędrówkę   od   plemienia   do   plemienia,   namawiając   je   do   zaprzestania 

wzajemnych sporów i zjednoczenia się przeciw białym.

Znad   rzeki   Souris   ruszyliśmy   w   daleką   drogę,   aż   dotarliśmy   do   Missouri. 

Wędrowaliśmy latem i zimą, w czasie deszczu i w słońcu. Niektóre plemiona słuchały nas, 

wierzyły i obiecały stawianie oporu białym,  inne nie chciały nawet uwierzyć, że istnieje 

człowiek o białej skórze. Uczyliśmy się języków obcych ludów, aby dokładniej przekazać 

naszym braciom to, co sami widzieliśmy i czego doświadczyliśmy.

Ostatnio   żyliśmy   wśród   południowych   Czejenów,   skąd   nasz   wspólny   przyjaciel 

skierował   mnie   i   moją   żonę   do   ludu   Kiowa.   Opowiadał   nam   o   waszej   dzielności   i 

waleczności,   o   tym   mogłem   się   zresztą   sam   przekonać.   Oma-ksi-Sapop   (Wielkie   Pióro) 

powiedział prawdę.

Moi dzielni bracia może nie wierzą w potęgę białych, ale mam z sobą dwie rzeczy, 

które oni wyrabiają. Sami przyznacie, że ich wyroby znacznie przewyższają jakością takie 

same wyroby naszych narodów.

- Oto topór i nóż z metalu - Kis-kay-im podniósł do góry oba przedmioty, aby zebrani 

mogli dokładnie się im przyjrzeć. - Patrzcie, bracia, a oto kamień, z którego wy wyrabiacie 

podobne rzeczy. Kładę ten krzemień na ziemi i tępą stroną metalowego topora z łatwością 

roztrzaskam kamień - uderzył. - Widzicie: krzemień się rozprysnął, a na toporze białych nie 

został najmniejszy ślad skaleczenia. Teraz popatrzcie na ten nóż. Moja żona jest słabsza od 

mężczyzny,   a   ten   oto   kij   przetnie   nożem   białych   za   jednym   pociągnięciem.   Ile   trzeba 

pociągnięć kamiennego noża, aby silny mężczyzna przeciął ten patyk?

-   Eh,   neh,   neh,   neh,   neh!   -   odezwały  się   zdziwione   głosy,   gdy  Ogon   Gronostaja 

pokazywał te cuda, których dokonują przedmioty białych ludzi.

- Pragnę ofiarować mocny nóż mojemu bratu Mas-gwa-ah-Sidowi, aby mu służył w 

potrzebie. Otsedaba! Powiedziałem!

-   Zastanówmy   się   nad   słowami   naszego   brata.  A  kiedy   podejmiemy   decyzję,   to 

powiadomimy go o tym - powiedział Wojenna Lanca. - Niech wojownik Bungi i jego żona 

czują   się   dobrze   wśród   ludzi   Kiowa,   których   uważacie   za   swoich   braci,   lest   już   noc, 

specjalnie   przygotowane   tipi   czeka   na   naszych   gości.   Pora   spać.  Tymczasem   wojownicy 

background image

Kiowa pójdą spędzić ostatnią noc z naszym bratem, który jutro wraz ze wschodem słońca 

znajdzie się na szlaku, którym odchodzą zmarli.

Całą noc zebrani Kiowa czuwali wokół ciała Orlego Żebra, śpiewając pieśni żałobne. 

Rano w miejscu, gdzie znajdowały się groby zmarłych, wbito w ziemię cztery pale wysokości 

mężczyzny z podniesioną ręką. Na szczycie słupów umieszczono mary sporządzone z gałęzi, 

na których miały spocząć zwłoki zabitego wojownika. Do przedniej pary słupów przywiązano 

dwie głowy zabitych najlepszych koni, należących do Orlego Żebra, natomiast do tylnej pary 

słupów   -   końskie   ogony.   Duchy  wierzchowców   miały   służyć   zmarłemu   w   wędrówce   do 

Krainy Przodków.

Czterech czarowników położyło ciało na wymalowanej skórze, na której wyrysowano 

wszystkie godne odnotowania czyny Orlego Żebra. Jak nakazywał zwyczaj, zwłoki ubrano w 

najpiękniejszy strój ozdobny, na stopy założono specjalnie wyszywane mokasyny, całkowicie 

pokryte ornamentami z kolców jeżozwierza. Pomalowaną skórę z ciałem przeniesiono teraz 

na kudłate futro bizona. Obok zmarłego położono Świętą Fajkę, kołczan pełen strzał i inną 

broń, a na piersi położono mu woreczek z lekami oraz woreczek z kinni-kinnickiem.

Od tej chwili matce ani żadnej kobiecie nie wolno było dotknąć zwłok, należały one 

już do innego świata, do Świata Praojców.

Zanim   szczelnie   owinięto   ciało   skórą   bizonia,   do   zwłok   przyjaciela   podszedł 

Wędrujący Niedźwiedź. Przez chwilę wpatrywał się w zastygłe rysy swego duchowego brata, 

następnie wyciągnął z pochwy nóż podarowany przez Ojebway’a i zdecydowanym ruchem 

przeciągnął ostrzem po swoich piersiach. Najpierw wystąpiła czerwona, nabrzmiała pręga, 

która powoli zaczęła wypełniać się krwią. Mas-gwa-ah-Sid pochylił się nad zwłokami, a krew 

kapała dużymi kroplami na ciało zabitego.

- Kiedy żyłeś, byłeś mi bratem, teraz gdy Duch Śmierci objął cię swoim ramieniem, 

zostań   moim   bratem   krwi.   Gdy  nadejdzie   czas,   że   i   ja   będę   musiał   podążyć   ścieżką   za 

Piaskowe Wzgórza, wyjdź mi naprzeciw, mój bracie, podaj mi rękę i poprowadź szlakiem, 

który poznałeś pierwszy. Dla mnie, bracie, nie umarłeś, zmieniłeś tylko światy...

Do zwłok podeszło znowu czterech czarowników i owinęli je dokładnie w skórę, 

unieśli na wyciągniętych w górę rękach, po czym delikatnie ułożyli na drewnianym pomoście.

- Urodził się na prerii, gdzie wieje wiatr i świeci wieczystym światłem słońce. Umarł, 

lecz słońce nadal będzie mu świeciło i szumiał wiatr, a zewsząd otaczał go zapach prerii - 

śpiewali czarownicy, uderzając w wodne bębny.

Przeszło lato, przeszła zima, znowu nadeszły słoneczne dni. Kiowa rozbili obóz w tej 

samej dolinie, nad którą wznosiła się pionowa skała - atchkinigąn. Rodząca Orły. Wokoło jest 

background image

ciepło i kwietnie, w powietrzu czuje się lato. Z odległych pastwisk dochodzi rżenie ogierów, 

przeciągłe, namiętne, oznajmiające klaczom o miłości, o nadmiarze nowych wiosennych sił.

Niedźwiedziowi   Wędrującemu   Po   Górach   rana   na   ramieniu   pięknie   się   zagoiła, 

zostawiając tylko bliznę, przypominającą rozwinięty kwiat.

Nadszedł   Księżyc   Wysokiej   Trawy.   Pewnego   dnia   Mas-gwa-ah-Sid   wezwał 

wioskowego obwoływacza i poprosił go, aby oznajmił wszystkim mieszkańcom obozowiska, 

że   za   parę   dni   udaje   się   sam   na   ścieżkę   wojenną   przeciw   Osagom.   -   Po   trzech   dniach 

nadejdzie   czas   milczenia   -   mówił   do   obwoływacza.   -   Niechaj   nikt   nie   przerywa   moich 

ślubów, przemówię dopiero, kiedy powrócę ze skalpem wroga, który zabił mi brata.

Jeszcze tego samego dnia Kis-kay-im wstąpił do tipi Wędrującego Niedźwiedzia i 

podarował mu włócznię z metalowym ostrym grotem.

- Walczyliście w naszej obronie - mówił Bungi. - Uratowałeś nam życie, ale straciłeś 

przyjaciela. Weź tę broń, a wiernie ci będzie służyć.

Wędrujący Niedźwiedź wziął do ręki włócznię, zważył ją w dłoni i wyszukał punkt 

ciężkości. Wyszedł z tipi. Na wprost jego namiotu stało drzewo bawełnicy, do którego często 

przywiązywał swe rumaki. Po prawej stronie pnia widoczne było zgrubienie kory, powstałe 

po jakimś skaleczeniu lub po obciętym dawno temu konarze.

Młody   wojownik   uniósł   włócznię   do   góry,   odchylił   się   mocno   do   tyłu   i   silnym 

zamachem cisnął wysmukły drzewiec przed siebie. Grot wbił się w sam środek zgrubienia na 

drzewie bawełnicy. Przez jakiś czas drzewiec włóczni drgał elastycznie, jakby dziękował za 

celny rzut.

- Niech ci służy jak najlepiej - powtórzył Bungi, odchodząc do swego tipi;-

Przez   następne   dwa   dni   Wędrujący   Niedźwiedź   przygotowywał   broń   i   oglądał 

dokładnie   każdą   strzałę,   sprawdzał   gładkość   prętów,   umocowanie   kamiennych   grotów, 

pierzastych lotek. Spośród swoich czterech łuków wybrał najbardziej giętki i mocny. Łuk od 

strony cięciwy wyłożony był płytkami z rogów bizona, a zewnętrzna strona, grzbiet, miała 

naciągnięte   szerokie   ścięgna   jelenia.   Wymienił   starą   cięciwę   skręconą   z   jelit   wilczych   i 

dodatkowo przygotował dwie zapasowe.

I-sha-wi   szykowała   w   tym   czasie   pemikan,   umieszczając   go   w   specjalnych 

woreczkach.

Pod koniec trzeciego dnia  w tipi Wędrującego  Niedźwiedzia zjawiła  się Ko-sahn, 

niedoszła żona Orlego Żebra.

- Mój brat zabierze mnie z sobą, duch mego przyszłego męża nawiedził mnie w czasie 

snu  i  nakazał mi iść razem z Niedźwiedziem. Od śmierci mego mężczyzny moje serce jest 

background image

niespokojne i muszę je uciszyć widokiem martwego Osaga.

Wędrujący   Niedźwiedź   niechętnie   przyjął   propozycję   dziewczyny,   ale   nie   mógł 

sprzeciwić się jej postanowieniu - wszak dostała nakaz ducha, a nakazy zmarłych są święte.

Skinął głową, że się zgadza, i dodał:

-   Jutro,   kiedy   słońce   będzie   na   szczycie   swojej   drogi,   czekaj   na   mnie   przed   tipi 

Rozpalającej Ogień. Do granicy naszych terenów łowieckich odprowadzi nas Nocny Kwiat. 

Tam odbierze od nas konie, my zaś dalej pójdziemy pieszo, I-sha-wi z końmi będzie czekała 

aż do naszego powrotu.

Jeszcze tego samego popołudnia Mas-gwa-ah-Sid poprosił wodza obrzędowego, aby 

wspomógł go w czasie rozmowy z duchami. Stary wojownik zjawił się wkrótce, niosąc swój 

bęben obrzędowy. Na głowie miał skalp bizoni ze szlifowanymi cienko rogami, a swoje ciało 

i twarz pomalował symbolicznymi barwami życia i śmierci.

Wędrujący Niedźwiedź tylko w przepasce biodrowej, z rozczesanymi włosami, udał 

się   w  ślad  za   wodzem  obrzędowym   na   skraj   obozu,   gdzie   wznosiła   się   niewielka   skała. 

Wszedł na jej wierzchołek, pozostawiając czarownika u jej podnóża.

Rozległy się miarowe, głębokie uderzenia w bęben. Słońce opuszczało się coraz niżej 

i niżej. W pobliże skały zaczęli się schodzić mieszkańcy wioski, a bęben dudnił bez przerwy.

Mas-gwa-ah-Sid uniósł w górę ramiona, twarz zwrócił w stronę zachodzącego Ducha 

Niebios i począł się modlić:

- Ach, Na-tush i ty, Wielki Duchu Świata, Dobra Matko Ziemio! Otwórzcie szeroko 

wasze uszy na moje słowa. To ja, Wędrujący Niedźwiedź, potrzebuję was! Jutro wkroczę na 

ścieżkę, z której mogę już nie wrócić. Nie proszę o swoje życie, będzie tak, jaka będzie wasza 

wola. Niedźwiedź prosi was tylko o zezwolenie spełnienia zemsty. Ach, Na-tush i ty, Wielki 

Duchu   Świata,  Dobra  Matko  Ziemio!  Mówię   do  was,  ja,  Mas-gwa-ah-Sid,  czy słyszycie 

mnie?

Tłum   stał   milczący   i   wpatrywał   się   razem   z   Wędrującym   Niedźwiedziem   w 

zachodzące słońce.

ROZDZIAŁ XVIII

Nazajutrz wczesnym rankiem Wędrujący Niedźwiedź z Nocnym Kwiatem podjechali 

pod tipi Rozpalającej Ogień. Wojownik zwinnie zeskoczył z konia i stanął przed wejściem do 

namiotu matki swego przyjaciela.

Ubrany był tak, jak się ubierali mężczyźni z jego plemienia wyruszający na wojenną 

wyprawę.   Oprócz   przepaski   biodrowej   z   miękkiej   skóry   i   leków   na   szyi   nic   więcej   nie 

background image

posiadał. Włosy miał starannie zaplecione w dwa warkocze, zaś trzeci - warkocz zabitego 

brata - zwisał mu z tyłu głowy i opadał aż na plecy. We włosy wplótł dwa orle pióra. Jedno 

sterczało pionowo i wystawało ponad głowę. Było to pióro „zadanej śmierci”. Oznaczało, żę 

jego właściciel zabił wroga jako pierwszy na początku walki. Drugie pióro wpięte poziomo 

było mu przyznane za zabicie rannego przeciwnika.

Stopy okrywały mu mokasyny tropicieli, sporządzone z miękkiej skóry bez żadnych 

wzorów, jednakże z jednym ważnym dodatkiem: za piętą każdego mokasyna wlokły się po 

ziemi skórzane frędzle. Frędzle te miały za zadanie zacierać ślady wojownika, szczególnie na 

miękkim lub piaszczystym gruncie. Przy boku konia Wędrującego Niedźwiedzia wisiała torba 

z pemikanem.

Nocny Kwiat ubrana była w suknię z jeleniej skóry, wyprawioną na brązowy kolor. Na 

sukni nie było żadnych ozdób ani frędzli. Suknia miała rozcięcia po bokach aż do bioder, aby 

nie przeszkadzała w konnej jeździe. Na plecach dziewczyna zawiesiła kołczan pełen strzał i 

łuk. Za pasem miała kamienną siekierę i krzemienny nóż.

- Inahu! Inahu! - krzyknął Niedźwiedź. - To twój drugi syn cię wzywa! Przed pełnią 

księżyca wilk wyrusza na łowy, a nad ranem zawraca z wiatrem. Inahu, Matko, wyjdź!

Rozpalająca   Ogień   wyszła.   Na   twarzy   i   ramionach   miała   jeszcze   liczne   ślady 

zadrapań, choć zagojone, ale jeszcze widoczne. Oczy jej były zapadnięte, jakby chciały za 

wszelką cenę dojrzeć zrozpaczone serce.

- Inahu, twój syn był moim bratem. Weź tę strzałę na znak, że masz prawo do mięsa i 

skór,  które ja zdobędę.  Nie zaznasz  głodu, matko  - głos Wędrującego. Niedźwiedzia  był 

tkliwy i spokojny. - Pomaluj górną część mojej twarzy w barwy wojenne twego syna, bo jadę 

go pomścić.

Słońce   wędrowało   coraz   wyżej.   Wkrótce   nadjechała   Ko-sahn.   Ubrana   była   jak 

wojownik. Mokasyny bez żadnych ozdób sięgały jej aż do kolan, ściągnięte pod kolanami 

skórzanymi troczkami. Zamiast sukni założyła przepaskę biodrową, podobną do przepaski 

Niedźwiedzia. Z przodu fartuszek sięgał jej kolan, z tyłu, nieco dłuższy,  zwieszał się do 

połowy łydek. Górną część ciała okryła czymś w rodzaju kamizelki z gładkiej brązowej skóry, 

ciasno opinającej kibić i piersi. Od głębokiego dekoltu po pas kamizelka była zasznurowana 

rzemieniem.

Gęste włosy zebrała na czubku głowy i związała rzemieniem tak, że niby koński ogon 

spadały kaskadą na jej plecy. Podobnie jak Nocny Kwiat na plecach zawiesiła kołczan ze 

strzałami i łukiem, a do prawego uda przywiązała pochwę z ostrym kamiennym nożem. Przy 

boku konia sterczała ukośnie krótka, mocna włócznia z kościanym grotem. W poprzek czoła 

background image

wymalowała sobie czarną, szeroką na dwa palce krechę. Był to symbol śmierci i znak, że 

straciła wybranego, zanim zdążyła go poślubić.

Farby były już przygotowane i Rozpalająca Ogień przystąpiła do nakładania ich na 

twarz Wędrującego Niedźwiedzia. Najpierw dokładnie pomalowała mu na czerwono lewy 

oczodół wraz z powieką, po czym prawy na czarno. Od brwi wzdłuż nosa namalowała białą, 

obramowaną   czerwienią   kreskę,   a   na   środku   czoła   coś   w   rodzaju   litery   „V”,   również 

czerwonego koloru. Ramiona i uda wojownika pokryła poprzecznymi czarnymi pasami.

Na samym końcu Mas-gwa-ah-Sid zamoczył dłoń w czarnej farbie, odbijając ją na 

ustach, brodzie i policzkach tak, aby cztery rozłożone palce odbiły się na lewym policzku, a 

kciuk z częścią dłoni na prawym, zaś całe wnętrze dłoni na ustach i brodzie. Od tej chwili 

obowiązywało go milczenie aż do ślubowanej zemsty na wrogu. Mógł porozumiewać się 

tylko mową gestów.

W trójkę opuścili wioskę i po niedługim czasie zanurzyli się w trawiastym łanie, 

sięgającym koniom prawie do brzuchów.

Słońce, które  dotychczas świetliście barwiło  powierzchnię prerii, znikło zasłonięte 

zewsząd   napływającymi   chmurami.   Nastała   szarość   deszczowego   dnia.   Gorąca   duchota 

przytłaczała   przed   burzą,   nadchodzącą   gdzieś   od   północy.   Jednak   jeźdźcy   nie   szukali 

schronienia, byli przecież cząstką otaczającej ich przyrody i bezbłędnie potrafili rozpoznawać 

wszelkie zwiastuny zmieniającej się pogody. Nieomylny instynkt podpowiadał im, że burza 

tym   razem   ich   ominie.   Rzeczywiście,   ptaki-gromy   odleciały   w   stronę   gór   i   po   chwili 

przejaśniło się, powiał ożywczy wiatr, konie zaś raźniej ruszyły przed siebie.

Po dwóch dniach wędrówki dojechali do wąskiej  rzeczki o twardych i spękanych 

brzegach. Tutaj rozstali się z I-sha-wi. Mas-gwa-ah-Sid i Ko-sahn zostawili konie pod jej 

opieką, a zabrali ze sobą tyJko włócznie i skórzane woreczki z pemikanem.

Mąż i żona popatrzyli sobie głęboko w oczy, jednak Wędrujący Niedźwiedź zaraz 

gwałtownie   odwrócił   się   i   skierował   kroki   w   koryto   strumienia,   I-sha-wi   jeszcze   długo 

odprowadzała wzrokiem bliską jej sercu parę, aż skryły ją garbate wzniesienia prerii. Zdawała 

sobie sprawę, że musi być przygotowana na wszystko. Nawet najbardziej doświadczony i 

waleczny wojownik wkraczając w sam środek terenów penetrowanych przez nieprzyjaciół, 

ma marne szanse wyjścia cało z takiej wyprawy. Dziewczyna była pełna obaw o życie tych 

dwojga,   ale   kobiecie   ludu   Kiowa   nie   przystawało   uzewnętrzniać   swoich   uczuć.   Dobrze 

wiedziała, że jej sprzeciw nie zmieniłby postanowienia męża, zresztą nawet nie było jej wolno 

zabierać głosu w męskich sprawach. Pożegnała się z nim bez słów, a żegnać się to tak, jakby 

trochę umierać. Chwyciła w niemym bólu za uzdę i pognała wierzchowca w stronę gęstych 

background image

krzaków bylicy, porastających najwyższe wzniesienie w tej okolicy.

Niedźwiedź wędrował coraz dalej w stronę wioski Osagów, czujny teraz i uważny na 

wszystko, co wokół niego się działo. W pewnej odległości za nim podążała Ko-sahn i jej 

oczom nie uszedł żaden szczegół nie pasujący do zwykłego życia na prerii. Oto gdzieś przed 

nimi zerwało się stado gołębi z głośnym trzepotem skrzydeł. Natychmiast bezszmerowo legli 

w trawie. Zbyt duża odległość dzieliła ich od ptaków, aby to oni mogli je spłoszyć.

Mas-gwa-ah-Sid   znakiem   dłoni   nakazał   dziewczynie   pozostać   w   ukryciu,   a   sam 

chyłkiem, z łukiem gotowym do strzału, począł skradać się w kierunku, w którym przed 

chwilą zalegały gołębie. Kierował się ku wystającej spośród traw skale. Musiał w tym celu 

nieco   nadłożyć   drogi.   Jeżeli   uda   mu   się   bez   przeszkód   zbliżyć   do   niej,   będzie   mógł   z 

wierzchołka dokładnie rozejrzeć się dookoła.

Co   jakiś   czas   zatrzymywał   się   na   chwilę,   przylegał   do   ziemi   i   nadsłuchiwał, 

wchłaniając w nozdrza powietrze jak wilk, gdy tropi zwierzynę. Na razie nic nie wskazywało 

na to, że w pobliżu znajdował się ktoś obcy. Kilkoma skokami, mocno nachylony, dopadł do 

skały.   Przez   chwilę   leżał   nieruchomo,   nasłuchiwał,   potem   powoli   podniósł   się,   rozejrzał 

bystro   dookoła   i   ostrożnie   wspiął   na   ogromny   kamienny   blok.   Na   jego   szczycie   zaległ 

nieruchomo, kładąc się na brzuchu, sam podobny do kamienia. Miał teraz przed sobą dosyć 

rozległą panoramę. W oddali po prawej  stronie leniwie płynęła  rzeka, nad  którą stoczyli 

pamiętną walkę w obronie Ojebway’ów. Nieco bliżej  skały, po jej lewej  stronie, leżał w 

trawie kojot i spokojnie posilał się schwytanym gołębiem. Niedźwiedź uśmiechnął się do 

siebie i bez pośpiechu zszedł ze skały. Dał znak Ko-sahn, że wszystko w porządku i śmiało 

może dołączyć do niego.

Wieczorem   znaleźli   się   daleko   od   miejsca   polowań   kojota.   Wyszukali   sobie 

bezpieczną   kryjówkę   wśród   złomowiska   ogromnych   głazów.  Wyszedł   srebrzysty  księżyc, 

zbudził sowy. Mimo nocnego chłodu nie było im zimno. Kamienie nagrzane przez słońce, 

nocą promieniowały przyjemnym ciepłem.

Rano wcześnie wstali. Przed wyruszeniem w dalszą drogę Wędrujący Niedźwiedź 

rozejrzał się najpierw uważnie po najbliższej okolicy. Kilkakrotnie przytknął ucho do ziemi, 

jednak nie usłyszał nic podejrzanego. Spojrzał do góry i ujrzał dwa orły, które spokojnie 

szybowały  w   kierunku,   w   którym   oni   również   zmierzali.   Poczytał   to   sobie   za   pomyślną 

wróżbę.

Szli teraz jeszcze bardziej czujni i ostrożni. Od osiedla Osagów dzieliły ich jeszcze 

tylko dwa dni marszu. Wkroczyli na ziemie, na których zaczynał się świat lasów, na razie 

jeszcze  skąpo  rozrzuconych  w  małych  kępach,  ale  ciągnących  się  hen, hen  w dal,  gdzie 

background image

władał jeleń, czarny niedźwiedź, łoś i szary wilk.

Któregoś   dnia,   wychodząc   z   rzadkiego   lasku,   zauważyli   stado   wron   krążących 

niespokojnie nad wierzchołkami wysokich sosen. Cofnęli się natychmiast pomiędzy drzewa i 

cicho   zalegli   w   gęstych   krzakach.   Przed   sobą   widzieli   pustą   przestrzeń,   na   której 

gdzieniegdzie tylko wyrastała gromadka drzew obojętnych na mrozy i wichury. Pojedyncze 

drzewa mocno wrosły korzeniami w ziemię, przeżywając wszystkie demonstracje sił natury i 

dumnie górowały nad innymi drzewami skupionymi w rzadkich zagajnikach. Niespokojne 

wrony przysiadały na konarach olbrzymiego drzewa, to znowu z głośnym krakaniem zrywały 

się do krótkiego lotu.

Wędrujący Niedźwiedź czekał spokojnie, gdy nagle spostrzegł gromadkę jeźdźców. 

Było  ich   pięciu,   jechali   jeden  za   drugim.   Po  wygolonych   głowach  i  obcisłych  legginach 

poznał Osagów. Wracali widocznie z polowania, bo na jucznym koniu leżały dwie antylopy 

widłorogie. Czuli się bezpieczni, bo głośno rozmawiali. Widocznie opowiadali sobie wrażenia 

z ostatniego polowania, gdyż co chwilę wskazywali na dwa martwe rogacze.

Znaleźli się wkrótce na wysokości ukrytej w krzakach pary. Dzieliło ich od kryjówki 

Niedźwiedzia i Ko-sahn jakieś dziesięć kroków. Dziewczyna i wojownik jeszcze bardziej 

przylgnęli   do   ziemi.   Jeden   z   koni   Osagów   parsknął   i   począł   w   miejscu   drobić   nogami, 

widocznie   wyczuł   obcych,   jednak   jeździec   będąc   jeszcze   pod   wrażeniem   polowania,   nie 

zwrócił uwagi na nagły niepokój konia i uderzeniem pięt zmusił go do dalszego truchtu. Skąd 

mógł przypuszczać, że tuż przy jego wiosce czai się śmiertelny wróg.

Myśliwi odjechali, ale Wędrujący Niedźwiedź i dziewczyna poczekali jeszcze chwilę, 

aż  od Osagów dzieliła  ich  bezpieczna  odległość.  Wkrótce  podążyli  za  nimi.  Skradali  się 

między drzewami, tak aby nie zostać niespodziewanie odkrytym przez kogoś przypadkowego.

Słońce   wznosiło   się   coraz   wyżej   i   wyżej,   ale   nie   widać   było   jeszcze   wioski 

nieprzyjaciół. Niespodziewanie las skończył  się i jeźdźcy gwałtownie skręcili w lewo, w 

kierunku   zielonych   pól   gęsto   upstrzonych   skałami,   ogromnymi   kamiennymi   blokami   o 

dziwnych   formach.   Ogromne   głazy   w   niektórych   miejscach   leżały   jeden   na   drugim, 

przypominając niezwykłe piramidy i figury.

Kiowa zatrzymali się na skraju lasu i poczekali, aż myśliwi znikną im z oczu. Teraz 

szybko przeskoczyli pustą przestrzeń i znaleźli się między rumowiskiem skalnych bloków. 

Wspięli   się   na   najwyższą   napotkaną   platformę,   po   czym   ostrożnie   podczołgali   na   jej 

przeciwległy kraniec. W dole ujrzeli wspaniałe ogromne jezioro.

Było prawie południe, słońce wisiało prosto nad rozlewiskiem wodnym, a sosnowy 

gaj na przeciwległym brzegu mienił się w jego promieniach różnymi barwami mocnej zieleni.

background image

Dalej po lewej stronie wznosiło się spore osiedle Osagów, otoczone mocną, drewnianą 

palisadą.   Wewnątrz   znajdowały   się   ustawione   rzędami   prostokątne   chaty   z   ostrymi 

dwuspadowymi dachami. Mimo dużej liczby domostw, wszędzie było czysto i schludnie.

Od   wioski   Osagów   prowadziła   dróżka   nad   sam   brzeg   jeziora.   Nie   opodal   wody 

biegały nagie dzieci; wpadały do przybrzeżnych płycizn, wybiegały i znowu uganiały się nad 

brzegiem. Ich dziecinny szczebiot i krzyki niosły się daleko po wodnej tafli.

Wędrujący Niedźwiedź dokładnie rozejrzał się po skalnym wzniesieniu, na którym się 

ukryli. Nie było tu najmniejszego śladu bytności człowieka. Żaden liść, żadna gałązka, czy 

kamień nie zostały naruszone.

Ko-sahn   milcząc   wskazała   wzrokiem   w   dół,   gdzie   niemal   do   podnóża   skały 

dochodziły   wody   jeziora.   Delikatnie   szurając   mokasynami   po   przybrzeżnej   niewysokiej 

trawie   szedł   jakiś   mężczyzna   Osagów.   Na   chwilę   zniknął   osłonięty   występem   skały, 

niebawem jednak ukazał się znowu. Ostrożnie omijał rozrzucone kamienie i tylko raz, gdy 

wskoczył na gruby zwalony pień drzewa, który wystawał z wody, rozejrzał się wokół, jakby 

oczekiwał lub wypatrywał kogoś, po czym zeskoczył na ziemię i wędrował dalej, kierując się 

w stronę wioski.

Gdzieniegdzie   stały   wyniosłe   świerki   skupione   w   zbitej   gromadce   przy   brzegach 

jeziora. Przejrzysta woda szumiała i skrzyła się, a nad jej taflą zwisało błękitne bezchmurne 

niebo, hojnie wylewając potoki światła. Wydawało się, że w tych słonecznych blaskach tu i 

ówdzie rozsiane na jeziorze wyspy poruszają się wraz z drzewami.

Na zewnątrz palisady wioski płasko rozłożyły się pola kukurydzy, fasoli i dyni. Tutejsi 

ludzie nie znali głodu, nawet ich konie były lepiej odżywione, gdyż zimą nie potrzebowały 

szukać   pod   śniegiem   resztek   zmarzniętej   trawy.  W  osiedlu   miały  dość   liści   kukurydzy  i 

wyschniętego ziarna.

Rozglądając się po okolicy Wędrujący Niedźwiedź przypadkowo spojrzał w bok i 

zamarł w bezruchu. Obok niego leżał grzechotnik zwinięty w ogromnym splocie. Trójkątną 

głowę   oparł   na   jego   wierzchołku   i   nieruchomym   wzrokiem   wpatrywał   się   w   leżącego 

wojownika, co chwilę wysuwając swój długi, rozwidlony język, jakby badając najbliższe 

otoczenie.

Wędrujący Niedźwiedź zrozumiał, ze wystarczy teraz najmniejszy ruch, a jadowity 

gad zaatakuje go. Powoli, ostrożnie, wyciągnął prawą rękę w stronę Ko-sahn, oparł palce na 

jej ramieniu i począł delikatnie naciskać, pociągać dłonią i palcami po jej ciele. Mówił „cichą 

mową:

- Z lewej strony leży grzechotnik. Rzuć za niego ostrożnie kamieniem, ale tak, by go 

background image

nie trafić.

Ko-sahn w mig zrozumiała, jakie niebezpieczeństwo grozi jej współtowarzyszowi. Nie 

podnosząc się, ostrożnie macała skalne podłoże, aż wyszukała obok siebie niewielki kamień i 

gwałtownym ruchem samej dłoni przerzuciła go ponad rozpłaszczonym wojownikiem poza 

wężowy zwój. Grzechotnik gwałtownie zwrócił głowę w kierunku, skąd doszedł go stukot 

upadającego   kamienia,   i   w   tej   samej   chwili   Wędrujący   Niedźwiedź   końcem   włóczni 

błyskawicznie  strącił  gada  ze  skały.  Grzechotnik  leciał  w powietrzu,  jak  kawał  ułamanej 

gałęzi i z plaskiem spadł na trawę, po której przed chwilą przechodził Osag. Leżał przez 

moment nieruchomo, potem niezdarnie poczołgał się między kamieniami, zalegającymi nad 

brzegiem jeziora i znikł gdzieś między nimi.

Wędrujący Niedźwiedź uśmiechem podziękował dziewczynie.

Nadchodził wieczór. Kobiety schodziły z pól, mężczyźni zjeżdżali się z pobliskich 

okolic, zostawiając swoje konie wyrostkom, którzy następnie popędzali mustangi na nocne 

pastwisko, niewidoczne ze szczytu nadjeziornej skały.

Dziewczyna i wojownik ciągle czaili się w swojej kryjówce i tutaj musieli zanocować. 

Ile jeszcze nocy trzeba będzie tkwić na tej skale, nim wypatrzą tego, który winien jest im 

swoje życie?

Kiedy   słońce   całkowicie   skryło   się   i   ziemię   ogarnął   mrok,   nieco   rozprostowali 

zmęczone kości i zjedli po garści pemikanu. W takich warunkach nie mogli się objadać, bo w 

każdej chwili musieli być gotowi do wysiłku. Obciążony żołądek powoduje, że człowiek staje 

się leniwy, a chwila rozprężenia mogła kosztować ich zbyt wiele.

Wędrujący   Niedźwiedź   czuwał   prawie   przez   całą   noc,   zaś   rano,   kiedy   słońce 

rozproszyło zmrok, począł dokładnie obserwować wioskę. Nic nie uszło jego uwadze, każdy 

ważny dla siebie szczegół notował głęboko w pamięci. Zapamiętał, ilu wojowników opuściło 

wioskę   i   w   jakim   kierunku   się   udali,   ile   kobiet   wyruszyło   na   przyobozowe   poletka, 

porachował nawet, ile koni mogło pozostać na pastwiskach.

Słońce   było   już   dość   wysoko.   Wojownik   uniósł   się   nieco   na   rękach   i   bacznym 

wzrokiem   śledził,   jak   przytulone   do   siebie   białe   chmury   pędzą   wysoko   nad   jeziorem   i 

odbijają w jego wodach. Odnosił wrażenie, jakby z tych delikatnych obłoków płynęła jakaś 

ogromna siła ciepłych oczu I-sha-wi.

W   tej   właśnie   chwili   błogosławioną   ciszę   zburzył   nieoczekiwany,   przejmujący 

dźwięk: w stronę jeziora, drogą, przy której rosły bezwładnie porozrzucane młode brzózki, 

rżąc biegła czarna klacz z białym znamieniem na czole. Dosiadał jej wojownik z szeroką 

szramą po prawej stronie głowy i strzępem ucha. Mas-gwa-ah-Sid wskazał go dziewczynie i 

background image

złowrogo błysnął oczami.

Obydwoje teraz obserwowali wojownika. Klacz przybiegła na piaszczyste wybrzeże, 

zatrzymała się na chwilę, parsknęła i ostrożnie zaczęła wchodzić do wody. Osag założył teraz 

nogi na jej kark, aby nie zamoczyć mokasynów. Klacz pijąc wodę zabawnie rozgarniała ją 

chrapami.   Nagle   podniosła   głowę,   rozejrzała   się   po   niemal   nieruchomej   tafli   jeziora   i 

przednimi   kopytami   uderzyła   o   dno   rozpryskując   wodne   bryzgi.   Zniecierpliwiony   Osag 

mruknął   coś   gniewnie.   Wędrujący   Niedźwiedź,   nie   spuszczając   z   oczu   konia   i   jeźdźca, 

próbował unieść się na rękach nieco wyżej, ale szybko zrezygnował z tego i znowu opadł na 

skałę. Roziskrzonym wzrokiem odprowadził klacz i dosiadającego ją Osaga, który zmusił 

wierzchowca do wyjścia na brzeg i pognał stępa ku osiedlu.

Dopiero teraz obydwoje zauważyli, że Osag zarzucił na plecy kołczan ze strzałami i 

łukiem,   a   przy  jego   prawej   nodze   kołysała   się   krótka   dzida,   umieszczona   w  specjalnym 

futerale przymocowanym do końskiego grzbietu. Dodatkowo na zadzie klaczy spoczywał 

zrolowany zwój grubej skóry z karku bizona. Wędrujący Niedźwiedź od razu domyślił się, 

czemu ma służyć ten ekwipunek Osaga i dokąd zamierza się udać. Odkrycie to bardzo go 

ucieszyło i teraz już spokojnie czekał, aż słońce zajdzie za horyzont.

Kiedy wreszcie na niebie ukazały się gwiazdy. Wędrujący Niedźwiedź jak duch zsunął 

się ze skały, a tuż za nim towarzysząca mu dziewczyna. Unikając światła wschodzącego 

księżyca, pobiegli „psim truchtem” w kierunku, gdzie udał się Osag.

Byli już daleko od wioski, ostrożnie mijali rozrzucone tu i ówdzie ciemne i spokojne 

kępy drzew. W pewnej chwili, kiedy znajdowali się na dość dużej nie zarośniętej przestrzeni, 

wydało im się, że z daleka doleciał krzyk jakiegoś ptaka.

Przystanęli.   Krzyk   ponownie   rozdarł   nocną   ciszę.   To   zbudzony   ptak   szukał 

schronienia. Mas-gwa-ah-Sid wskazał ręką przed siebie, tam gdzie blisko horyzontu czerniły 

się zarysy sporego lasu.

- Moja siostra pójdzie pod wiatr - oznajmił mową gestów - a kiedy ujrzy człowieka z 

blizną na głowie, zalegnie tak, jakby była kępą preryjnej trawy. Tam będzie czekała na mnie. 

Nie wolno jej tknąć Osaga. On należy do mnie.

Dziewczyna skinęła głową i zniknęła w ciemnościach.

Wędrujący Niedźwiedź jak polujący wilk skradał się w stronę lasu. Zdawał sobie 

doskonale sprawę, że ktoś, kto obserwowałby spomiędzy drzew otwartą przestrzeń, mógłby 

go łatwo dostrzec w poświacie księżyca. Mniej więcej w połowie drogi do lasu wyciął parę 

krzaków bylicy i trzymając je przed sobą, przesuwał się do przodu mocno schylony do ziemi. 

Co jakiś czas przystawał, nasłuchiwał i znowu skradał się. Mozolna to była wędrówka, a 

background image

musiał się spieszyć, bo minął już środek nocy.

Wtem poczuł słabą woń dymu z ogniska. Uśmiechnął się, zadowolony, że dobrze 

przejrzał Osaga i domyślił się, do czego miała mu służyć skóra z karku bizona.

Dobrnął   wreszcie   do   pierwszych   drzew,   rzucił   za   siebie   krzaki   bylicy  i   teraz   już 

swobodnie czołgał się po ziemi od drzewa do drzewa. Wiatr lekko powiewał z jego lewej 

strony. Jeżeli Ko-sahn znajdowała się już na miejscu, to powinna czatować gdzieś niedaleko 

po jego prawej stronie.

Pomiędzy pniami drzew błyskał płomień nikłego ogniska. Mas-gwa-ah-Sid upodobnił 

się   teraz   do   skradającej   pumy.   Był   coraz   bliżej   zabójcy  Orlego   Żebra,   jeszcze   trochę,   a 

dobrnie na skraj obszernej polany, na środku której rosło samotne drzewo bawełnicy. Na 

obrzeżu  polanki  stała  czarna  klacz  Osaga  przywiązana  do drzewa.  Stała  spokojnie,  wiatr 

powiewał   od   niej   w   kierunku   skradającego   się   Kiowy.   Do   tej   pory   jeszcze   nikogo   nie 

zwęszyła, chociaż do grzywy miała przyczepione świeże pęczki trawy, które oznaczały, że 

koń jest bardzo czujny i potrafi wyczuć wroga ze znacznej odległości.

Wędrujący Niedźwiedź spenetrował bacznym wzrokiem całą polanę. Na środku, tuż 

przy samotnym drzewie, dogasało ognisko, przy którym spał owinięty w derkę bizonia jego 

wróg i jednocześnie cel wyprawy. Tuż obok śpiącego znajdował się wypukły kopczyk, na 

którym leżała przybita do ziemi skóra z karku bizona.

Widocznie Osag, kiedy tylko tu przybył, zabrał się niezwłocznie do roboty. Za pomocą 

przedniej łopatki bizona lub jelenia wykopał w ziemi odpowiedniej wielkości dół. Dół ten 

nakrył skórą, wokoło przytwierdzając ją do ziemi drewnianymi kołkami. Zostawił tylko w 

jednym miejscu między ziemią a rozpostartą skórą mały otwór. W ognisku mocno rozgrzał 

wiele kamieni i włożył je do dołu przez pozostawiony w skórze mały otwór. Na rozgrzane 

kamienie nalał wody, a powstała w ten sposób gorąca para spowodowała, że skóra skurczyła 

się, tak że wojownik Osagów musiał od czasu do czasu przestawiać mocujące je kołki.

Kiedy skóra odpowiednio skurczyła się w stosunku do swojej pierwotnej wielkości i 

pogrubiała prawie dwukrotnie, ostrą skrobaczką usunął z niej sierść. Następnie prze niósł 

miękką   jeszcze   skórę   na   przygotowany   uprzednio   kopiec   ziemi   i   jeszcze   raz   przybił   ją 

kołkami. Zadowolony z rezultatów dotychczasowej pracy położył się i usnął. Do rana skóra 

wystygnie i stwardnieje. Podczas wykonywania pracy nad tarczą wojenną wojownik zapewne 

odśpiewał kilka rytualnych pieśni, wymaganych w trakcie przygotowywania skóry na tarczę.

Wędrujący   Niedźwiedź   postanowił   czuwać   do   rana.   Wydał   przytłumiony   krzyk 

polującej sowy, na co odpowiedział mu pisk nietoperza. Ko-sahn była na miejscu.

Słońce wstawało leniwie, jakby nie chcąc patrzeć na dramat, który wkrótce miał się 

background image

tutaj   rozegrać.   Delikatny   szelest   ptasich   skrzydeł   i   ostry   głos   cykad   obudził   Osaga. 

Przyprawiło to Wędrującego Niedźwiedzia o drżenie serca. Jeszcze raz ogarnął wzrokiem i 

sercem   wszystkie   przejawy   budzącego   się   życia.   Migotanie   promieni   słonecznych   na 

gałęziach i liściach, ożywione pracowite mrówki, żywicę topniejącą na pniach sosen, odległy 

krzyk   orła   -   w   tym   wszystkim   odnajdował   cząstkę   samego   siebie.   Patrzył   na   poranną 

krzątaninę   wroga.   Podły   Osag   odebrał   mu   na   zawsze   najbliższego   przyjaciela   i   na   to 

wspomnienie żywiej poczęła krążyć  krew w jego żyłach. W ostatnim czasie wychudł od 

żałości tak, że jego oblicze stało się ostre i twarde.

Tymczasem   Osag   obejrzał   skórę,   położył   ją   na   ziemi   i   zwęglonym   patyczkiem 

obrysował   dosyć   równo   zarys   koła   wokół   jej   nieco   wypukłego   środka.   Nożem   odciął 

zewnętrzne   kawałki   skóry   wzdłuż   narysowanej   linii.Na   samotnym   drzewie   powiesił   nie 

wykończoną jeszcze tarczę, po czym odszedł od niej parę kroków i zaczął strzelać z łuku w 

środek koła. Ani jedna strzała, które wystrzelił do zawieszonej skóry, nie przebiła jej. Groty 

jakby uderzały w litą skałę.

W   tej   chwili   Mas-gwa-ah-Sid   wyszedł   ze   swego   ukrycia.   Osag   jeszcze   go   nie 

zauważył, gdyż właśnie zdążał w stronę drzewa, na którym wisiało koło przyszłej tarczy. 

Odwrócił się gwałtownie dopiero wtedy, gdy Wędrujący Niedźwiedź rzucił na ziemię swój 

kołczan wypełniony strzałami z przytwierdzonym do niego łukiem. W ręku pozostała mu 

tylko włócznia. Osag był bezbronny. Wokół niego na ziemi leżały bezładnie porozrzucane 

strzały, które odbiły się od spreparowanej skóry. Łuk i krótka włócznia, jakich używają na 

wpół rolnicze plemiona, pozostały w miejscu, z którego strzelał do tarczy.

Wędrujący Niedźwiedź podszedł do leżącej broni. Podniósł włócznię wroga i cisnął ją 

w   kierunku   stojącego   nieruchomo   przeciwnika.   Ostrze   wbiło   się   między  stopami   Osaga. 

Wojownik ani drgnął. Wyrwał włócznię z ziemi, cofnął się parę kroków tak, że tuż za plecami 

miał pień samotnego drzewa.

Obserwowali się bacznie, ani na moment nie spuszczając z siebie oka. Wojownik 

Osagów rozpoznał Niedźwiedzia i wiedział, że tylko jeden z nich opuści tę polanę żywy, 

inaczej nie może być.

Wędrujący Niedźwiedź  w  pewnej  chwili  poderwał   do  góry  ramię   z  włócznią,  ale 

Osag,   chcąc   wyprzedzić   rzut   przeciwnika,   cisnął   w   Kiowę   swój   drzewiec   uzbrojony   w 

kamienny grot. Między drzewami rozległ się krótki, przeraźliwy krzyk dziewczyny. Ale wróg 

nie   przewidział   podstępu   Kiowy.   Wędrujący   Niedźwiedź   gwałtownie   podrywając   ramię 

sprowokował Osaga do wcześniejszego ataku, a nadlatującą włócznię wroga odbił drzewcem 

swojej włóczni, odrzucając ją w krzaki. Zanim zdążyła dosięgnąć ziemi, włócznia Kiowy 

background image

utkwiła w piersi Osaga.

Uderzenie było tak straszne, że ostrze przeszyło korpus - wojownika i ugrzęzło w pniu 

drzewa,   przygważdżając   doń   jego   ciało.   Głowa   Osaga   bezwładnie   opadła   na   piersi,   ręce 

wyprężyły się wzdłuż tułowia. Ze skraju polany nadbiegła Ko-sahn i stanęła przed ciałem 

martwego   wroga.   Jednym   okrężnym   pociągnięciem   noża   ściągnęła   mu   z   głowy   kosmyk 

skalpowy.   Następnie   odszukała   włócznię   Osaga   i   przywiązała   swoje   krwawe   trofeum   do 

drzewca poniżej kamiennego grotu.

Mas-gwa-ah-Sid wolnym krokiem zbliżył się do ciała nieprzyjaciela, popatrzył na nie 

przez chwilę, zmierzył wzrokiem jego leki zawieszone na szyi, zbroczone teraz świeżą krwią.

- Przez całe swoje życie walczyłeś dzielnie - pomyślał Wędrujący Niedźwiedź - lecz 

nadszedł teraz kres twojego szlaku i zginąłeś jak wojownik. Zostawiam ci twoje leki, abyś 

mógł wstąpić do Świata Duchów.

Mocnym   szarpnięciem   wyrwał   włócznię   wbitą   w   drzewo   i   piersi   Osaga.   Ciało 

nieprzyjaciela zwiotczało, skurczyło się i zwaliło jak kłoda na ziemię.

Wędrujący Niedźwiedź podszedł do czarnej klaczy. Obejrzał ją, chwycił za nozdrza, 

poklepał po karku i jednym skokiem dosiadł jej grzbietu. Klacz nawet nie drgnęła, bo i po co. 

Zdawała sobie widocznie sprawę, że już na zawsze zmieniła pana.

- Jedziemy, siostro - przemówił Wędrujący Niedźwiedź pierwszy raz od opuszczenia 

swojej wioski.

Ko-sahn usadowiła się za plecami wojownika i po chwili opuścili polanę i las. Nad 

drzewami zbierały się wrony i kruki, wyczuwając śmierć.

W drodze powrotnej wpadli między wyrostków pilnujących stado koni. Klacz Osaga, 

ujrzawszy znajomy tabun, poczęła rżeć i kilka koni pobiegło za nią. Chłopcy początkowo 

próbowali schwytać, potem już tylko przywołać swoje konie, ale w końcu dali za wygraną, 

widząc   odważnego   Kiowę,   który   samotnie   wtargnął   w   serce   ziem   należących   do   ich 

plemienia.

Wędrujący Niedźwiedź podjechał do boku gniadego ogiera, który trzymał się najbliżej 

klaczy i Ko-sahn w galopie przeskoczyła na jego grzbiet. Odciążona klacz żwawiej pomknęła 

do przodu.

Spodziewając się pościgu, pędzili bez wytchnienia. Dopiero wieczorem zsiedli z koni, 

podeszli   do   strumienia,   w   którym   wszyscy,   ludzie   i   zwierzęta,   mogli   ugasić   pragnienie. 

Poprowadzili   jeszcze   konie   kamienistym   korytem   wąskiej   rzeczki   przez   parę   biegów   na 

północ, aby zgubić ewentualnie ścigających ich Osagów.

Wczesnym rankiem, kiedy mgły nie zdążyły jeszcze opaść, dosiedli koni, opuścili 

background image

brzeg kamienistej rzeczki i ze zdobycznym stadkiem koni znowu pocwałowali na południe. 

Po   paru   dniach   kluczenia   po   prerii   dobrnęli   wreszcie   do   wyschniętej   rzeczki,   nad   którą 

oczekiwała ich niecierpliwie I-sha-wi.

Dojrzała męża i przyjaciółkę już z daleka i pędząc im naprzeciw wydawała radosne 

okrzyki. Niedźwiedź spiął swą klacz i pognał ku żonie. Radość wypełniała serca całej trójki.

Do wioski wjeżdżali dostojnie, a na ich powitanie wylegli chyba wszyscy mieszkańcy, 

podziwiając zdobyte konie. Wokoło słychać było okrzyki zadowolenia i podziwu:

- Eh-neh, neh, neh, neh!!!

Mas-gwa-ah-Sid podjechał przed tipi Rozpalającej Ogień, która czekała już na niego. 

Wziął z rąk Ko-sahn włócznię Osaga z przytwierdzonym doń skalpem wroga i wbił ją przed 

stopami samotnej, nieszczęśliwej kobiety.

- Matko, oto spełniłem to, co przyrzekłem!

ROZDZIAŁ XIX

Wędrujący Niedźwiedź pracował samotnie, gdyż dokończenie zdobytej tarczy było 

poważnym przedsięwzięciem i można było to zrobić tylko w zupełnej tajemnicy. Kiedy tylko 

zdobył ją na Osagu, od razu okrył derką i w tajemnicy nawet przed Ko-sahn przywiózł do 

obozowiska.

Nie chcąc teraz, aby ktokolwiek przeszkadzał mu, opuścił płachtę zasłaniającą wejście 

do tipi i skrzyżował dwa grube polana przed otworem wejściowym na zewnątrz namiotu. Był 

to znak dla każdego, kto mógł się znaleźć w pobliżu, że Wędrujący Niedźwiedź nie życzy 

sobie, by mu przeszkadzano. Nawet jego żona nie miała w tym czasie prawa wstępu do tipi.

Tajemne znaki, jakie chciał wymalować na wypukłej części tarczy, dawały większą 

ochronę niż sama tarcza, ale tylko wtedy, kiedy były malowane w całkowitej tajemnicy.

Ponieważ   chodziło   o   tak   ważną   sprawę,   Mas-gwa-ah-Sid   otrzymał   w   czasie   snu 

wskazówki co do tego, jak ma być wymalowana tarcza. W czasie snu „nauczono” go także 

odpowiednich   pieśni   związanych   z   rytuałem   sporządzania   tarczy   i   nanoszenia   na   nią 

stosownych znaków.

Używając   odpowiednich   rodzajów   ziemi,   tłukąc   na   proszek   suszone   owoce   oraz 

mieszając to wszystko w gorącej wodzie, otrzymał właściwy kolor farby. Musiał postępować 

ostrożnie i zgodnie z sennymi poleceniami. Namalował najpierw szeroki pas przez środek 

tarczy. Pas ten został podzielony na równe kwadraty, na przemian czarne i białe, oznaczające 

noc   i   dzień.   Symbole   te   oznaczały,   że   będzie   się   znajdował   przez   cały  czas   pod   opieką 

duchów opiekuńczych. Górną połowę tarczy ubarwił na czerwono

background image

- symbol wojny, życia i słońca. Na czerwonym tle umieścił sylwetkę niedźwiedzia - 

zwierzę, które już po raz drugi objawiło mu się w czasie snu i którego imię nosił.

Dolną połowę tarczy pomalował na zielono, kolorem Matki Ziemi. Teraz, w dolnej 

części,   zawiesił   trzy   barwione   na   ciemno   orle   pióra,   przedstawiające   siłę,   wytrwałość   i 

szybkość. Na koniec przywiązał na zielonym tle mały pęk piór nura wodnego. Powszechnie 

wierzono, że ptak ten posiada nadzwyczajną, wielką moc. Mas-gwa-ah-Sid zawiesił pęczek 

piór w taki sposób, że w każdej chwili mógł go zdjąć. Dowiedział się w śnie, że kiedy będzie 

wstępował na wojenną ścieżkę, pęczek piór winien wpiąć we włosy na czubku głowy, dla 

jeszcze większej i skuteczniejszej ochrony przed razami wroga.

Liczba   „cztery”,   wyobrażająca   cztery   wiatry   -   cztery   strony   świata   w   większości 

obrzędów jest święta. Toteż kiedy Wędrujący Niedźwiedź śpiewał swoją ostatnią rytualną 

pieśń, przesunął tarczę cztery razy ponad dymem ogniska rozpalonego ze „słodkiej trawy”.

Po   uzupełnieniu   takich   szczegółów,   jak   szeroki   pas   ze   skóry,   który   pozwalał 

przymocować tarczę do ramienia wojownika lub boku konia oraz sporządzeniu uchwytów na 

dłonie, wyniósł tarczę na zewnątrz tipi i zawiesił ją na specjalnie wykonanym do tego celu 

trójnogu.

Od   tego   czasu   każdego   dnia,   kiedy   pogoda   była   dobra,   tarcza   wisiała   na   swym 

stojaku. Wynosząc ją rano o wschodzie słońca umieszczał tak, by poranne promienie padały 

wprost na nią. Kiedy słońce oddalało się od wejścia tipi, które znajdowało się od wschodu, 

przenosił   tarczę   i   ustawiał   kolejno   w   różnych   punktach   dookoła   namiotu,   zgodnie   z 

odwiecznym   cyklem   słonecznej   wędrówki.   W   ten   sposób   słońce   przez   cały   długi   dzień 

użyczało tarczy swej łaski, nadając jej przez to jeszcze większej siły i mocy.

Przed samym zachodem słońca Wędrujący Niedźwiedź

- kierował tarczę na północ, po czym wnosił ją do tipi. Nocą lub w czasie złej pogody 

wojenna tarcza wisiała w tipi przymocowana do żerdzi, nad posłaniem wojownika.

Tylko bardzo dzielny mężczyzna mógł podczas walki nosić tego rodzaju tarczę. Jej 

wyraziste wzory i powiewające pióra czyniły posiadacza tarczy przedmiotem bezustannego 

ataku ze strony wroga. Zadanie mu ciosu i zdobycie jego ochronnej tarczy uważane było za 

wielki czyn wojenny.

Wiele tarcz posiadanych przez mężczyzn Kiowa zostało zdobytych na wrogach. Tak 

zdobyte tarcze były zabezpieczone przez dodatkowe pokrycie ich skórą bizona, która zwykle 

była malowana jako duplikat oryginalnego pierwotnego wzoru.

Do   użytku   w   trakcie   obrzędowych   tańców   robiono   kopie   wojennych   tarcz. 

Wykonywano je w ten sposób, że obręcze z wierzbowych lub wiklinowych gałęzi pokrywano 

background image

jakąkolwiek skórą. Takie tarcze miały znacznie mniejszy ciężar i nie wymagały traktowania 

ich posiadaczy z szacunkiem należnym posiadaczom prawdziwych tarcz wojennych.

Nowa zima zabrała wiele istnień wśród ludzi Kiowa. Mrozy i śnieżyce nawiedziły 

okolice   ich   zimowiska   z   dawno   nie   oglądaną   siłą.   Nie   wytrzymali   trudów   zimy  między 

innymi: Tsomahee - ciotka Wędrującego Niedźwiedzia, Ansota - wychowawca młodzieży, czy 

chociażby stary,   czworonożny  przyjaciel   dzielnego  wojownika,   pies  Pahao.  Umarła   także 

stara Rozpalająca Ogień. Ludzie mówili, że umarła z rozpaczy po śmierci syna. Od czasu jego 

śmierci nie mogła dojść do siebie i choć nie brakowało jej ani żywności, ani ciepłych futer, 

płakała w samotności i prawie nie jadła, zaś mrozy dokonały reszty. Znaleziono ją któregoś 

dnia zamarzniętą przy ognisku, choć spory zapas drewna na opał leżał obok.

Jeszcze bardzo długo mówiono o jej matczynym uczuciu. Szoszonka była wspaniałą 

matką   i   żoną.   Jej   ciało   Wędrujący   Niedźwiedź   zawiózł   na   prerię,   aby   pochować   obok 

ukochanego syna. Przez pewien czas młody wojownik chodził smutny i zgaszony, bowiem w 

ostatnim czasie stracił przyjaciół jednego za drugim. Uważał to za zły los i złośliwość Tego 

Co   Usypia   Na   Zawsze.Składał   ofiary   i   palił   regularnie   Świętą  Trawę,   aby  Duch   Świata 

odsunął te wszystkie nieszczęścia od ludzi Kiowa.

Nadszedł   wreszcie   czas,   aby   młody,   ale   już   doświadczony   wojownik   pomyślał   o 

wojennym pióropuszu.

Mas-gwa-ah-Sid od trzech dni stawał przed Radą Starszych. Na wprost niego zasiadali 

Biegnący Wilk - stary szaman, a zarazem doświadczony wojownik, Dużo Nakrapianych Koni 

- jeden z młodszych wodzów, który był gotów nałożyć na głowę Niedźwiedzia nowy wojenny 

pióropusz.

Pięć   dni   temu   młody   wojownik   wysłał   obwoływacza,   aby   zaprosił   do   jego   tipi 

Biegnącego Wilka, Dużo Nakrapianych Koni oraz dwudziestu ośmiu innych mężczyzn, z 

którymi przemierzał wojenne i łowieckie ścieżki. Długa ceremonia zbliżała się do końca. 

Wędrujący   Niedźwiedź   otrzymał   prawo   do   noszenia   wojennego   pióropusza,   jako 

zaszczytnego   wyróżnienia   za   swe   dzielne   czyny,   których   sporo   już   dokonał   w 

dotychczasowym młodym życiu.

Trzy  dni   temu   Mas-gwa-ah-Sid   stał   w   swym   własnym   tipi   i   patrzył   z   dumą,   jak 

powszechnie znani i szanowani wojownicy Rady Starszych, przyodziani w swe najpiękniejsze 

uroczyste   stroje   i   ozdoby,   weszli   do   jego   namiotu   w   odpowiedzi   na   przekazane   im 

zaproszenie. Teraz uzyskał ich pozwolenie na to, by w skrócie opowiedzieć im o trzydziestu 

odważnych czynach, które pozwoliły mu zdobyć trzydzieści piór, najwyższych wyróżnień, 

jakimi może szczycić się wojownik.

background image

Zanim Wędrujący Niedźwiedź zaczął wyliczać swe czyny, podał swoją fajkę każdemu 

z   członków   rady.   Następnie   stanął   na   wprost   zaproszonych   gości,   trzymając   w   prawej 

wyciągniętej dłoni długi prosty kij owinięty bizonia skórą, do którego z góry na dół było 

przymocowanych   trzydzieści   orlich   piór.   Była   to   Laska   Czynów   i   kiedy   Wędrujący 

Niedźwiedź niósł ją w czasie walki, wrogowie wiedzieli, że jest to wojownik, przed którym 

należy czuć obawę i respekt.

Wędrujący Niedźwiedź przypomniał obecnym swoje pierwsze ważne dokonanie:

Owego   dnia   jego   leki   były   dobre   i   zabił   maczugą   wroga.   W   dowód   uznania 

pozwolono   mu   przygotować   i   nosić   we   włosach   pióro   „zadanej   śmierci”.   Pióro   to   było 

pomalowane w czerwone cętki, symbol, czynu, jakiego dokonał. Ta pierwsza zasługa dała mu 

także prawo do przywieszenia pierwszego pióra do jego Laski Czynów, ustawionej przed tipi.

Każdy wojownik, obecny na tej uroczystości, przygotował pióro właściwego kształtu i 

wzoru oraz wymiaru i kiedy opowieść o pierwszym bohaterstwie została zakończona, jedno z 

tych piór wręczono Wędrującemu Niedźwiedziowi na znak, że może zaliczyć sobie ten czyn 

jako godny wojownika. Jego opowieść była potwierdzana przez kilku naocznych świadków 

tamtego zdarzenia, zwyczajowym, gardłowym: Eh, neh, neh, neh, neh! Niedźwiedź kolejne 

otrzymane pióra wręczał czarownikowi, który miał wykonać dla niego wojenny pióropusz. 

Każde   pióro   było   za   pomocą   rzemienia   umocowywane   przez   czarownika   na   obwodzie 

miękkiej skórzanej czapki.

Opowiedzenie trzydziestu takich historii w szczegółach i kolejne ich potwierdzenia 

przez   naocznych   świadków,   zajęło   wiele   czasu.   Coraz   bardziej   zagęszczona   końcówkami 

orlich piór krawędź miękkiej czapeczki z wolna tworzyła pierzastą koronę. Kiedy wreszcie 

korona została zamknięta, czarownik zamocował pośrodku czapeczki najważniejsze pióro, 

które miało reprezentować i wyróżniać właściciela tego pióropusza.

Na koniec do pióropusza dodano na wysokości skroni kilka luźno zwisających piór 

oraz długich pasemek wyciętych z futra łasicy. Ponieważ łasica znana jest ze swej zręczności i 

sprytu w starciu z wrogami, jak sądzono, jej moc przejdzie poprzez te skórki na właściciela 

pióropusza.

Nareszcie wojenny pióropusz był gotowy do ogólnej prezentacji. Dużo Nakrapianych 

Koni uroczyście włożył go na głowę Wędrującego Niedźwiedzia, a Biegnący,Wilk odezwał 

się do zebranych w następujących słowach:

-   Mas-gwa-ah-Sid!   Podobnie   jak   zwierzę,   którego   imię   nosisz,   niejednokrotnie 

okazywałeś swoją siłę i przebiegłość. W ciągu trzech Małych Słońc przedstawiciele Rady 

Starszych i stowarzyszenia Prawdziwych Psów, słuchali, jak opowiadałeś o swych czynach. 

background image

Kiedy wyliczyłeś któryś z nich, mężczyźni tu zgromadzeni potwierdzali, że język twój mówi 

prawdę. Zdobyłeś trzy razy po dziesięć wyróżnień i wyliczyłeś się z nich. Dlatego też rada 

nadajeci   zaszczytne   prawo   noszenia   wojennego   pióropusza,   jako   największego   dowodu 

dzielności   wojownika.   Niech   Duch   Świata   sprawi,   by  twoje   mokasyny  doprowadziły  cię 

bezpiecznie poprzez Szlak Czterech Gór aż do sędziwego wieku. Otsedaba!

Po   pokazaniu   wszystkim   zebranym   pióropusza.   Wędrujący   Niedźwiedź   zaprosił 

swoich  gości  na wystawną ucztę. Kiedy wojownicy spożywali posiłek,  czarownik wysłał 

obwoływacza, który jeżdżąc konno po wiosce ogłaszał wszystkim mieszkańcom, że Mas-

gwa-ah-Sid z plemienia Kiowa-Kwuda ma prawo do noszenia wojennego pióropusza.

Od   tej   pory  pióropusz   ten   mógł   być   noszony  tylko   w   czasie   bitwy,   czy   podczas 

szczególnie ważnych uroczystości. Za to często wisiał na szczycie drzewca wbitego w ziemię 

przed wejściem do tipi właściciela.

Następnego dnia Niedźwiedź umieścił przed namiotem drewnianą tyczkę i zawiesił na 

niej   swój   pióropusz,   I-sha-wi   dumna   była   z   męża   i   jeszcze   tego   samego   dnia,   jakby   w 

nagrodę, powiedziała mu trochę czerwieniąc się przy tym, że w jej łonie powstało Nowe 

Życie. Na tę nowinę Niedźwiedź o mało nie podskoczył z radości. Opanował się jednak, czule 

spojrzał na Nocny Kwiat i przytulił jej głowę do swej muskularnej piersi. Udali się razem 

przed tipi ojca, gdzie wisiało Święte Zawiniątko, Tal-yi-da-i.

Niedźwiedź Wędrujący Po Górach stanął przed zawiniątkiem, a za jego plecami skryła 

się I-sha-wi.

- Posłuchajcie, duchy plemienia Kiowa, kto do was mówi! To ja, najszczęśliwszy 

mężczyzna pośród mego ludu. To mówi ten, który dziś doznał zaszczytu noszenia wojennego 

pióropusza. To mówi ten, któremu żona powiedziała, że zostanie ojcem. O! Duchy Nieba i 

Ziemi i wszystkich Czterech Rogów Świata, dziękuję wam, że tyle radości wpłynęło do mego 

serca!

Oboje wrócili szczęśliwi do tipi, kobieta zajęła się swoimi obowiązkami, a mężczyzna 

zasiadł wygodnie przed namiotem, by przygotować „Pióro Dzielności”. Obie strony pióra 

obszył cienkim rzemykiem, ozdobionym kolcami jeżozwierza w kolorach niebieskim, białym 

i czerwonym.

Końskie włosie umocowane na szczycie pióra pochodziło z ogona lub grzywy białego 

konia i zostało ufarbowane na czerwono. Do farby tej, która przeważnie wyrabiana była z 

owoców czereśni, dodano troszkę sproszkowanego rogu jako substancji wiążącej barwnik.

Wędrujący Niedźwiedź cofnął się myślami do czasu, kiedy zdobył pierwsze wojenne 

pióro ozdobione czerwonymi cętkami. Po tym pierwszym przychodziły inne dokonania, jedno 

background image

następowało   po   drugim,   a   ich   liczba   ciągle   rosła.   Niektóre   z   piór   zdobytych   bojowymi 

czynami były wpinane we włosy pionowo, inne należało umieścić poziomo, jak skrzydła 

ptaka, jeszcze inne nosiło się puszczone ku dołowi.

Pęk piór przyznanych wojownikowi za wyjątkową odwagę był noszony pionowo w 

górę. Jednym z takich godnych uznania czynów było na przykład zadanie ciosu gołą ręką 

żywemu, nie zranionemu wrogowi, smagnięcie go batem albo dotknięcie łukiem.

Pióra o znaczeniu drugorzędnym nosiło się poziomo i były przyznawane za uderzenie 

rannego wroga.

Dotknięcie   lub   uderzenie   martwego   przeciwnika   było   traktowane   jako   czyn 

trzeciorzędny i oznaką takiego czynu było pióro noszone pionowo w dół.

Pewnego razu, kiedy Wędrujący Niedźwiedź został zraniony w walce, otrzymał prawo 

noszenia pióra pomalowanego na kolor czerwony.

Nawet   koń   dzielił   z   nim   zaszczyty   ścieżki   wojennej.   Czerwone   koło   wokół   jego 

jednego oka znaczyło, że pomógł jeźdźcowi w odkryciu niebezpieczeństwa. Natomiast jasne, 

malowane zygzakiem pręgi na przedniej części nóg od barku do pęciny znaczyły, że koń jest 

bardzo szybki. Pewnego razu, kiedy koń Niedźwiedzia sam zrzucił wroga na ziemię, zaliczył 

ten czyn wyłącznie dla siebie, a Wędrujący Niedźwiedź zawiesił u jego uzdy pióro zwycięzcy.

Kiedy Mas-gwa-ah-Sid zadawał wrogowi cios z lewej albo z prawej strony swego 

konia, na odpowiednim boku wierzchowca malowane były czerwone pasy, a było ich tyle, ile 

zadanych z odpowiedniej strony uderzeń.

Młody wojownik, który jeszcze nie wykazał się w walkach, mógł sobie sporządzić 

pióropusz i powiesić w tipi swojego ojca. Stała obecność „wojennej czapki” była dla niego 

bodźcem i zachętą do dokonywania wielkich czynów, ale nie wolno mu było założyć jej na 

głowę.

Niekiedy,   chociaż   rzadko,   pióropusz   był   pokazywany   publicznie   mężczyźnie 

niegodnemu jego noszenia. Czyniły to zwykle kobiety wobec wojownika, który chwalił się 

swoimi   wielkimi   sukcesami,   lecz   którego   czyny   i   dzielność   były   znikome.   Takiego 

mężczyznę uważano za tchórza i po uznaniu tego za fakt i ogłoszeniu mieszkańcom wioski, 

kłamca musiał odwołać swe chełpliwe słowa i opowiedzieć rzetelną prawdę. W przeciwnym 

razie na zawsze pozostawał w niełasce swego ludu. Po pewnym czasie taki człowiek zwykle 

opuszczał własne plemię nocą i nigdy go już ani nie widziano, ani o nim nie słyszano.

Zbliżał   się   Miesiąc   Opadania   Liści,   ostatnie   przedzimowe   polowanie   na   bizony   i 

wędrówka  do zimowego osiedla. Wędrujący Niedźwiedź czule  opiekował się  brzemienną 

żoną i po udanym polowaniu sam ściągał skóry z ubitych zwierząt, własnoręcznie ćwiartował 

background image

mięso i zwoził je do wioski, pozostawiając I-sha-wi tylko wykonywanie lżejszych prac.

Zdawał   sobie   sprawę,   że  z  chwilą  kiedy  Nocnemu  Kwiatu   zaokrągli  się  brzuch   i 

będzie zauważony przez - wszystkich, jego żona przejdzie pod opiekę kobiet, a on zostanie 

sam aż do chwili, kiedy ujrzy ją w swoim tipi z nowo narodzonym dzieckiem.

Po   przybyciu   do   zimowego   osiedla   prawie   nie   opuszczał   swojego   zimowego 

domostwa, ciesząc się śliczną I-sha-wi. Jej serdeczną przyjaciółką, a zarazem i opiekunką 

stała   się   Ko-sahn.   Niedźwiedź   stracił   druha,   ale   Nocny   Kwiat   zyskała   bliską   sercu 

przyjaciółkę, tak to w życiu bywa. Cieszył się, gdy słyszał szczebioty i śmiechy dwóch kobiet 

w odległym końcu ziemianki. Radość i śmiech I-sha-wi rozgrzewały mu serce. 

Pewnego wieczoru, chcąc kobietom sprawić przyjemność, zaprosił do siebie starych 

przyjaciół razem z żonami. Po wspólnym posiłku mężczyźni usiedli wokół ogniska, ćmiąc 

swoje małe fajeczki. Kobiety natomiast we własnym gronie zabawiały się ploteczkami.

- Słuchajcie - rozległ się głos Kayo-ofcosisa (Tarczy Niedźwiedziej). Wszystkie głowy 

skierowały się w stronę wojownika w oczekiwaniu ciekawej opowieści i goście nie zawiedli 

się. Wojownik ten był znany jako świetny bajarz.

- Dawnymi czasy Wielkie Słońce (rok) dzieliło się tak, jak dzisiaj. Czterej wodzowie 

wiatrów   podzielili  Wielkie   Słońce   między  siebie   i   najsilniejszy  z   nich   -  Wiatr   Północny 

przywłaszczył sobie aż połowę Wielkiego Słońca. Podczas sześciu Księżyców to on trzymał 

ziemię pokrytą śniegiem, skutą lodem, ku wielkiemu niezadowoleniu Wiatru Wschodniego, 

Wiatru Zachodniego i Południowego, którzy z kolei chcieli widzieć bez przerwy zieleń i 

kolorowe kwiaty, ponieważ lubili igrać między trawami i oddychać wonnym powietrzem.

Każdy   z   tych   władców   mieszkał   w   wielkim   tipi   na   jednym   z   czterech   krańców 

naszego Świata Położonego Nisko. Wiatr Południowy miał pięcioro dzieci, czterech synów i 

jedną córkę. Najstarszym z jego synów był Wielki Deszcz, drugim - Szara Chmura, trzecim 

natomiast   -   Woda   do   Kolan   i   wreszcie   czwartym   -   Lecący   tuż   nad   Ziemią.   Córka 

Południowego Wiatru nosiła imię Wietrzyk Poranny.

Wiatr  Wschodni   i   Zachodni   mieli   po   dwóch   synów.   Dzieci  Wiatru   Wschodniego 

nosiły imiona: Wiatr Wieczorny i Czerwona Twarz, Dzieci Wiatru Zachodniego nazywały się 

Szeroki Wiatr i Rosa Chmur.

Wiatr   Północny   miał   bliźnięta,   chłopca   i   dziewczynkę   i   nazwano   je   odpowiednio 

Sopel oraz Lód.

Gdy Sopel i Lód osiągnęli odpowiedni wiek, by założyć własne rodziny, ich ojciec 

zdecydował,   że   syn   poślubi   córkę  Wiatru   Południowego,   aby  on  -  Wiatr   Północny  mógł 

dorzucić do swego pala totemowego przywileje i zaszczyty swojego południowego sąsiada. 

background image

Wysłał więc jednego ze swych wodzów - Gołoledź, by złożył w tej sprawie odpowiednią 

propozycję Wiatrowi Południowemu.

Wietrzyk Poranny zapłakała cichutko, kiedy poznała tego, którego przeznaczono jej na 

męża. Od tego czasu przez sympatię dla niej wszystkie źdźbła trawy pokrywają się łzami 

rosy. Ponieważ Wiatr Północny był bogaty i silny, nie można mu było niczego odmówić. Tak 

ojciec, jak i córka musieli zgodzić się na ten ślub.

Zaślubiny   odbyły   się   uroczyście,   na   oczach   wielkiego   tłumu,   ponieważ   Wiatr 

Północny zaprosił na to święto inne wiatry z rodzinami, tak że podczas czterech dni, w ciągu 

których   odbywała   się   uroczystość,   na   Zimną   Krainę   Wiatru   Północnego   spadła   wielka 

obfitość deszczu.

Po zakończeniu ceremonii  ślubnych każdy z gości wrócił  do siebie  inną drogą, a 

Wietrzyk Poranny pozostała sama w tipi swego teścia, tam gdzie nigdy nie płonęło ognisko. 

Zaprzyjaźniła się bardzo ze swą szwagierką, Małym Lodem, która była delikatna i niewinna. 

Wszystko przez pewien czas układało się dobrze. Ale kiedyś wcześnie rano Wiatr Północny 

wyszedł ze swego domu w bardzo złym humorze i dmuchnął z ogromną siłą. Wkrótce rzeki 

skuł lód, a ziemia stała się twarda niby kamień. Następnie we wszystkie strony świata zostali 

wysłani   wodzowie,   aby  wyć   i   przeciągle   świstać.   Ziemię   pokrył   śnieg,   drzewa   pękały  z 

hukiem, a wilki wyły z głodu.

Wietrzyk Poranny marzła okropnie, szczególnie wtedy, gdy przebywała blisko swego 

małżonka. Za każdym razem, gdy ją obejmował soplami swoich rąk, cudem unikała śmierci.

Pewnego   dnia,   gdy  siedziała   nad   brzegiem   wielkiego   jeziora   i   śpiewała   o   krainie 

swego ojca, przyszła jej do głowy myśl, aby wysłać posłańca do rodziny i powiadomić ją o 

swym   nieszczęściu.   Nożem   z   kości   łosia   wyrzeźbiła   więc   w   maleńkim   kawałeczku 

cedrowego drzewa kaczkę, następnie powiedziała jej coś cichutko, ptak ożył i odleciał na 

południe.

Wiatr   Południowy   odpoczywał   przed   swoim   tipi,   oczekując   nadejścia   dwóch 

Księżyców, które były zastrzeżone dla niego, gdy wtem ujrzał na pobliskim jeziorku kaczkę, 

co jakiś czas nurkującą dla zwrócenia na siebie uwagi. Podpłynął więc do kaczki i usłyszał 

przykrą nowinę:

-   Twoja   córka   ma   zamrożony   uśmiech,   a   ponieważ   jest   zawsze   smutna,   jej   mąż 

wypędzi   ją   ze   swego   tipi   w   czasie   przyszłego   Księżyca.  Wysłała   mnie   tutaj,   bym   ci   to 

powiedziała.

Wiatr Południowy powrócił do swego namiotu bardzo zatroskany, po czym wezwał do 

siebie synów:

background image

- Wasza siostra - powiedział im - ma zamrożony uśmiech i jej mąż wkrótce wyrzuci ją 

z   domu,   już   w   czasie   przyszłego   Księżyca.   Moim   życzeniem   jest,   abyście   ją   tu 

przyprowadzili. Idźcie!

Wielki   Deszcz,   syn   pierworodny,   wyruszył   pierwszy   pod   postacią   tłustej   czarnej 

chmury, ale kiedy przebył połowę drogi, źli towarzysze Wiatru Północnego spostrzegli go, a 

ich władca natychmiast zamienił czarną chmurę w grad.

Szara Chmura wyruszył jako następny, ale już w swej naturalnej postaci. Dotarł tak 

daleko, że dostrzegł wreszcie Wietrzyk Poranny. Siostra rozpoznała go i tak się ucieszyła, że 

swą radością zwróciła na brata uwagę złego teścia. Szara Chmura został zamieniony w śnieg.

Trzeci   brat   -   Woda   do   Kolan   wzniósł   się   bardzo   wysoko,   zatoczył   długi   łuk   i 

spróbował   zbliżyć   się   do   siostry   z   boku.   Został   jednak   odkryty   tak,   jak   jego   bracia   i 

zamrożony na miejscu.

Kolej   teraz   wypadła   na   Lecącego   tuż   nad   Ziemią.   Przybrał   postać   chmury 

postrzępionej na krańcach i poczekał do nadejścia nocy. Przemykając się zręcznie między 

górami i niemal dotykając równin, dotarł do krainy zimna, zanim Wiatr Północny i jego 

wodzowie wyszli ze swych tipi. Po drodze odmroził swych braci i wtedy wszyscy czterej ze 

wszystkich sił spuścili na zamarzniętą ziemię ogromną ulewę, tak wielką i skuteczną, że dom 

Wiatru Północnego został prawie natychmiast wypełniony do połowy wodą. Aby nie zostać 

utopionym, właściciel wyszedł na zewnątrz i wypluwając wodę, zwrócił się do czterech braci:

- Dosyć! Zabierajcie swą siostrę, lecz mnie zostawcie w spokoju!

Ale Lecący tuż nad Ziemią nie był jeszcze całkiem zadowolony ze swoich dokonań i 

aby ukarać Wiatr Północny za jego poprzednią zuchwałość, butę i pychę - zabrał mu trzy 

Księżyce z sześciu miesięcy jego panowania. Aby raz na zawsze załatwić podział na pory 

roku,   postanowił   jeden   z   trzech   odebranych   Księżyców   podarować   swemu   ojcu,   jeden 

Wiatrowi Wschodniemu i jeden Wiatrowi Zachodniemu. Tak więc wszystkie wiatry mogły 

być sobie równe i jednakowo ważne.

Wiatr Północny nie chciał zgodzić się na takie rozwiązanie, ale Lecący tuż nad Ziemią 

i jego bracia zagrozili mu, że się połączą z synami Wiatru Wschodniego i Wiatru Zachodniego 

i będą zlewać wodą jego zimny kraj przez okres Wielkiego Słońca. Wobec tak strasznej 

groźby Wiatr Północny przestał się upierać, przystał na ich żądania i przyrzekł, że więcej już 

nie będzie naruszać pór roku należnych jego trzem sąsiadom. Niestety, nie zawsze dotrzymuje 

słowa.

Skoro została załatwiona ostatecznie sprawa podziału na pory roku, czterej bracia i ich 

siostra   zaczęli   przygotowywać   się   do   opuszczenia   Zimnej   Krainy,   gdy   nagle   usłyszeli 

background image

słabiutki głos kobiety, wołającej z wnętrza tipi:

- Zabierzcie mnie! Zabierzcie mnie!

Była to Mały Lód, córka Wiatru Północnego, która pływała w swym szałasie i którą 

woda deszczowa zaczęła roztapiać.

Synowie Wiatru Południowego, z niecierpliwością pragnący donieść ojcu o swoim 

zwycięstwie,   nie   chcieli   zająć   się   córką   ich   wroga.   Jednak   Wietrzyk   Poranny   wierna 

przyjaźni, jaka łączyła ją z dziewczyną, zabrała ją i przez całą drogę powrotną ukrywała 

między swymi kolanami. Właśnie od tamtego czasu wszystkie kobiety mają zimne kolana. 

Jeśli moi bracia nie wierzą, to mogą sprawdzić - wesoło powiedział na zakończenie Tarcza 

Niedźwiedzia.

Kilku młodych wojowników rzuciło się w stronę siedzących kobiet, rozległy się ich 

piski i śmiechy.

ROZDZIAŁ XX 

Letni obóz rozbili w Księżycu Pojawienia się Czerwonych Traw. Małżeństwo Bungi 

postanowiło na zawsze pozostać w plemieniu Kiowa.

I-sha-wi od dawna już przebywała w osobnym tipi, pod serdeczną opieką Ko-sahn. 

Mas-gwa-ah-Sid w tym okresie nie miał prawa widywać się z żoną ani nawet po kryjomu 

zaglądać do namiotu, w którym obecnie mieszkała. Widywał ją czasami z daleka, kiedy była 

zmuszona opuścić na chwilę swoje nowe tipi.

Wędrujący Niedźwiedź w tym czasie dużo polował, a wieczory spędzał u Kis-kay-im 

(Ogona Gronostaja) lub u Mekasto (Czerwonego Kruka), podziwiając, jak szybko rosła i 

piękniała mała Keahdineeah (Spadająca Gwiazda).

Pewnego wieczoru, gdy zmęczony wrócił z polowania, udał się do namiotu potów, aby 

w gorącej parze odświeżyć i umyć ciało. Wyszedł dziarski i wypoczęty, pokręcił się trochę 

przed tipi, w którym przebywała jego żona, z nadzieją, że może ją przypadkowo zobaczy. Na 

próżno wpatrywał się w skórę osłaniającą wejście do jej namiotu. Tego wieczoru zasłona 

nawet nie drgnęła. Zniechęcony począł krążyć między namiotami i przypadkowo znalazł się 

przed tipi Mekasto.

- Wstąpię - pomyślał - i chociaż nacieszę swoje oczy śliczną Keahdineeah.

W środku obok Mekasto siedział Kis-kay-im i jego żona, Seyseyp. Czerwony Kruk 

opowiadał   coś   właśnie   i   widząc   Wędrującego   Niedźwiedzia,   gestem   wskazał   mu   wolne 

miejsce obok siebie.

- Na niebie istnieją dwie gwiazdy-bieguny: Gwiazda Północna i Gwiazda Południowa, 

background image

a gdy te gwiazdy powędrują razem - nadejdzie koniec świata.

Gwiazdy   te   z   każdą   nocą   zbliżają   się   coraz   bardziej   do   siebie   i   gdy   się   zetkną 

wreszcie,   zginą   wszystkie   plemiona   na   tej   ziemi.   Nasi   starcy   śpiewają   przed   Świętym 

Zawiniątkiem pieśni o Sile Najwyższej w rytm bicia w bębny i uderzeń w tykwy, ale jak do 

tej   pory   nic   nie   może   powstrzymać   spotkania   Gwiazd.   Bardzo   starzy   ludzie   mówią,   że 

zagłada na prerie przyjdzie ze wschodu.

- Tak, dobrze mówią wasi starcy - rzekł Bungi.:-Wkroczyła ona już na naszą ziemię, a 

teraz   jak  ogromne   stada   mrówek   dąży  tutaj,  na   Zielone   Pola.   Czy  dożyjemy  następnego 

lata?...

Wędrujący Niedźwiedź zamyślił 6ię.

Zewsząd nadchodziły coraz groźniejsze wieści: oto na południu Apacze Chiricahua i 

Mescalero   już   od   dawna   staczają   potyczki   z   białymi.   Podobno   na   wschodzie   dawno   już 

widziano ich nad rzeką Missisipi. Niektórzy mówią także, że podobno obcy biali wycinają 

wszystkich ludzi, nie oszczędzając ani starców, ani kobiet; ani dzieci. Po plemionach Pequat, 

Chosapeake, Chickahominy, Mon-tauk, Nanticoke, Machapunga, Cheraw, Mohegan zostały 

tylko nazwy - nikt nie ocalał.

Niedźwiedź wyszedł z tipi Mekasto z obolałym sercem i burzą w duszy. Zrozumiał 

teraz   Ojebway’a,   który  namawiał   napotkane   plemiona   do  zgody  i   połączenia   sił   przeciw 

ludziom przybyłym zza Wielkiej Słonej Wody.

Minął   Księżyc   Gdy   Konie   Zmieniają   Sierść.   Mas-gwa-ah-Sid   cały   czas   chodził 

przygaszony i smutny. Mimo że ostatnio polował, był nadal jednym z najlepszych myśliwych 

i tropicieli. Często opuszczał obóz i bez celu włóczył się po prerii. Czego szukał? Czego 

oczekiwał? Zapytany o to wprost, nie potrafiłby odpowiedzieć.

Pewnego wieczoru, kiedy w samotności siedział w swoim tipi i w zadumie wpatrywał 

się w igrające płomienie ogniska, odsunęła się skórzana derka i wkroczyły dwie niewiasty 

szczelnie otulone skórami bizona.

Była   to   I-sha-wi   i   jej   przyjaciółka,   Ko-sahn.   Dziewczyna   opiekująca   się   Nocnym 

Kwiatem podała zdumionemu Niedźwiedziowi futrzane zawiniątko.

Wojownik   delikatnie   począł   rozchylać   futro.   Wewnątrz   tobołka   leżało   dziecko   - 

chłopiec.

- Eh, neh, neh, neh, neh - sapnął radośnie.

Oddał   dziecko   Ko-sahn,   powstał   i   zbliżył   się   do   I-sha-wi.   Oparł   obie   dłonie   na 

barkach żony i zajrzał jej głęboko w oczy tak spoglądać potrafi tylko ten, którego uczucie 

płynie z głębi serca.

background image

- Kiedy nasze dziecko ujrzało świat?

- Wtedy, kiedy słońce wędrowało po szczytach gór - odrzekła I-sha-wi.

- Dzielną mam kobietę - mruknął niby to do siebie Wędrujący Niedźwiedź - i za to 

jestem wdzięczny Duchowi Świata.

Wybrał najlepiej wyprawione skóry niedźwiedzie, usłał z nich miękkie posłanie, wziął 

I-sha-wi na ręce i delikatnie położył ją na futrach, a potem zwrócił się do przyjaciółki żony:

-   Ko-sahn   pozostanie   w   naszym   tipi   do   chwili,   kiedy   chłopiec   dostanie   imię. 

Pomiędzy Ko-sahn a I-sha-wi nie będzie żadnej różnicy, takie same futra i skóry, jakie będzie 

otrzymywać moja żona, dostanie moja siostra. Co na to powie Ko-sahn?

- Mój starszy brat wie dobrze, że Ko-sahn nigdy niczego mu nie odmówi. Ta sama 

krew wroga jest na jego rękach, jak i na moich. A teraz niech Wędrujący Niedźwiedź się 

położy i jego sny niechaj krążą wokół dziec-ka-mężczyzny. Ja jeszcze trochę posiedzę przy 

ognisku, chcę skroić pierwsze mokasyny dla Nowego Życia.

Od tego dnia minęło sześć Księżyców i znowu obwoływacz zapraszał gości do tipi 

Mas-gwa-ah-Sida i I-sha-wi. W czasie uroczystości chłopcu nadano imię Set-angya, Siedzący 

Niedźwiedź.

Coraz częściej dochodziły do Indian Kiowa-Kwuda wieści o wyczynach okrutnych 

białych ludzi.

Pewnego   dnia   do   wioski   Kiowa   zjechali   wodzowie   ludu   Komanczów-Kwahadi, 

Kiowa-Apaczów,   Arapahów   i   południowych   Czejenów.   Podczas   palenia   Świętej   Fajki 

wodzowie przyrzekli sobie wzajemną pomoc w obronie przed białymi.

Na wodza wojennego wybrano Acee (Błękitnego Orła), przywódcę Zerwanych Cięciw 

z plemienia Komanczów. Plemię to władało terenami najbardziej wysuhiętymi na wschód i 

pierwsze było narażone na spotkanie z białymi.

Od tej chwili wyznaczono tropicieli z każdego plemienia, którzy mieli bez przerwy 

krążyć po prerii i wykrywszy na swych terenach obecność ludzi obcej rasy, natychmiast o tym 

powiadomić wodzów swoich plemion.

Tego roku lato było o wiele cieplejsze niż w poprzednich Wielkich Słońcach. Wody w 

rzekach   wyschły   o   połowę,   toteż   Wielkie   Łąki   dość   długo   nie   zaznały   deszczu.   Trawa 

pożółkła i nieprzyjemnie trzeszczała pod końskimi kopytami.

Wędrujący Niedźwiedź już od dwóch dni penetrował okolice rzeki W Której Księżyc 

Lubi się Przeglądać.

Rozebrany do połowy, zakurzony i zmęczony zatrzymał się nad rzeką, aby napoić 

konia, umyć się i ugasić pragnienie. Tego dnia był dziwnie osowiały i przygnębiony.

background image

Ściągnął z nóg legginy i mokasyny, obok rzucił przepaskę biodrową i po chwili z 

przyjemnością   zanurzył   się   w   chłodnej   wodzie.   Koń   specjalnie   do   tego   przyuczony   nie 

oddalał się zbyt daleko od swego pana i skubał soczystą i bujną trawę nadbrzeżną.

Odświeżony wyszedł wreszcie z rzeki. Dłońmi strzepnął z ciała resztki wody, ubrał się 

i delikatnie świsnął na konia, który natychmiast podbiegł do niego.

Pojechał wzdłuż rzeki szlakiem wiodącym donikąd, kończącym się może gdzieś za 

którymś zakrętem rzeki lub w jakichś bagnistych przybrzeżach. Po jakimś czasie oddalił się 

od   brzegu   leniwie   płynącej   rzeki   i   skierował   na   kamienistą   drogę,   prowadzącą   między 

wypłowiałymi skałami, ciągnącymi się hen w głąb prerii. Droga ta wznosiła się coraz wyżej i 

coraz bardziej była usiana ogromnymi, kamiennymi blokami.

Zanurzył się między skały, chcąc zgubić ślad konia. Przejechał wolno obok samotnie 

rosnącego   drzewa   bawełnicy   o   poprzekrzywianych   I   powykręcanych   konarach.Miał   już 

wyjechać na rozległą trawiastą przestrzeń, gdy wtem tuż przed nim, na niecałą odległość lotu 

strzały, pojawił się wojownik z plemienia Osągów.

Wędrujący Niedźwiedź osadził swojego wierzchowca w miejscu i sięgnął po włócznię 

przytwierdzoną do prawego boku konia. Osag siedział na koniu spokojnie i kiedy zobaczył, że 

Wędrujący Niedźwiedź jest gotów do walki, podniósł do góry dłoń w starodawnym geście 

pokoju, po czym wbił w ziemię przed sobą włócznię.

Wędrujący Niedźwiedź odpowiedział mu takim samym gestem pokoju i zbliżył się do 

niego.

- Gyefaigwa! Skąd wracasz i jakie nosisz imię? - zapytał.

- Nazywają mnie Mocarz, wracam z tamtej strony rzeki. Wzrok mój wytropił tam 

ślady koni białych ludzi. Prowadzą one z północy i łukiem skręcają do brzegów tej rzeki. 

Jeżeli będą jechać w tym samym tempie, to znajdą się nad brzegiem za jakieś dwie zmiany 

cienia

- Czy mój brat jest pewien, że to ślady rumaków białych ludzi?

-   Mocarz   jest   pewny,   gdyż   tylko   konie   białych   noszą   pod   kopytami   mokasyny   z 

białego metalu, takiego samego, z jakiego jest zrobiony grot włóczni mojego brata Kiowy.

- Dokąd teraz udaje się mój brat?

- Zdążałem właśnie do waszego obozu, gdyż nasi wodzowie postanowili wypalić z 

waszymi wodzami Świętą Fajkę i złączyć swe siły z siłami Kiowa przeciw obcemu narodowi. 

Biali znajdują się już na terenach łowieckich Kiowa-Kwuda.

- Czy naprawdę ludzie Osagów zrozumieli, że lepiej jest żyć w pokoju z sąsiadami i 

razem walczyć przeciw wspólnym wrogom?

background image

- Mocarz nie posiada języka węża. Gdyby było inaczej, mój brat już dawno by nie żył. 

Obserwuję go od dłuższego czasu i było wiele okazji, aby Kiowę wysłać do Krainy Ojców.

Wędrujący Niedźwiedź zagryzł zęby, że pozwolił sobie na taką nieostrożność. Nie 

okazując jednak niczego po sobie, rzekł:

- Niech mój brat jedzie dalej w pokoju i powiadomi ludzi Kiowa o decyzji swoich 

wodzów. Niech powie im także, że rozmawiał ze mną. Ja poczekam tu na białych. Ilu ich 

może być?

- Wyczytałem ze śladów, że dziewięciu. Mają jeszcze dodatkowo dwa juczne konie, 

których kopyta zostawiły głębsze tropy.

Osag wyrwał z ziemi włócznię, zawrócił w miejscu konia i kłusem ruszył w kierunku 

osady Kiowów.

Wędrujący   Niedźwiedź   długo   patrzył   za   nim,   aż   całkowicie   znikł   za   trawiastymi 

wzniesieniami, po czym skierował swego konia w stronę rzeki.

Po jakimś czasie skierował się na południe, ominął okolicę upstrzoną kamiennymi 

blokami,   wjechał   wreszcie   na   największe   w   okolicy   wzniesienie,   skąd   doskonale   mógł 

obserwować   przestrzeń   dookoła   siebie.   Stał   nieruchomo   podobny   raczej   do   granitowej 

postaci, niż do człowieka z krwi i kości.

Poniżej   wzniesienia   płynęła   rzeka,   w   tym   miejscu   nie   przekraczająca   od   pagórka 

odległości pół lotu strzały. Daleko, bliżej horyzontu ujrzał obłok pyłu, który zbliżał się coraz 

bardziej do rzeki. W pewnej chwili kurz zaczął opadać i Niedźwiedź ujrzał jeźdźców. Nie byli 

to ludzie z Wielkich Łąk. To byli biali.

Z ciekawością przyglądał się im. Cerę mieli jasną jak oskubany gołąb, a twarze tak 

zarośnięte, że spomiędzy włosów sterczał im tylko nos, a powyżej chytrze mrugały oczy 

koloru   nieba.   Ubrani   byli   w   skórzane   bluzy,   jakieś   dziwne,   długie   mokasyny,   zaś   na 

skołtunionych głowach nosili nakrycia ze skóry szopów.

Tak   się   zapatrzył,   że   nie   spostrzegł   nawet,   kiedy   biali   znaleźli   się   tuż   na 

przeciwległym brzegu rzeki. Dopiero jak ich konie zaczęły pić wodę, zorientował się, że jest 

doskonale przez nich widziany.

- Ich strzały na pewno mnie tutaj nie dosięgną - pomyślał. - Zresztą nie wyciągnęli 

jeszcze łuków. Zanim przeprawią się przez rzekę, zdążę im uciec.

Jeden z białych, siedzący na rosłym koniu, podniósł coś z ramienia, coś, co podobne 

było do kija.Wędrujący Niedźwiedź poczuł straszliwe, palące uderzenie w piersi, które o mało 

nie strąciło go z konia, potem zobaczył błysk ognia i usłyszał głos gromu.

Przezwyciężając ból dotknął dłonią piersi. Cała dłoń była  czerwona - od krwi, w 

background image

ustach też poczuł jej smak. Z wolna poczęła ogarniać go jakaś nieopanowana ociężałość. 

Zawrócił konia i galopem pognał w stronę wioski. Przez szum w uszach dosłyszał jeszcze, że 

biali   przeprawiają   się   przez   rzekę.   Zmusił   konia   do   niemal   szalonego   biegu.   Czuł,   że 

nadchodzi jego koniec, całe piersi miał zakrwawione, z jego ust ściekała na kark wierzchowca 

krew, ostatkiem sił trzymał się na jego grzbiecie.

Do  wioski  wpadł   na  wpół  przytomny.  Z  końskiego   pyska   kapała   piana,  a   grzbiet 

wierzchowca lepił się od potu. Zauważył jeszcze, że wojownicy Kiowa szykują się gdzieś do 

wyjazdu i towarzyszy im niedawno napotkany Osag.

Koń stanął, a Wędrujący Niedźwiedź zsunął się z jego grzbietu na ziemię.

Wojownicy w galopie dosiadali koni i z głośnymi okrzykami kierowali się w stronę, 

skąd przed chwilą przybył.

Leżał spokojnie na ziemi. Zobaczył jeszcze, jak podbiega do niego I-sha-wi z synem 

na plecach. Żona przysiadła obok niego. Nie słyszał już, co do niego mówiła, ale ujrzał w jej 

przerażonych oczach łzy.

Ostatnim wysiłkiem uniósł rękę i dotknął palcami jej policzka, czując wilgoć. Zbliżył 

drżące, mokre palce do swoich ust. Łzy były ciepłe i słone.

- To tak smakuje krew duszy - myślał, a twarz I-sha-wi ginęła mu coraz bardziej za 

gęstą mgłą, którą miał na oczach. Później ogarnęła go ciemność, a jeszcze później ujrzał w 

mroku świetlistą drogę, po której szedł ku niemu Orle Żebro z wyciągniętą ręką, a przed nim, 

merdając ogonem, biegł na spotkanie swojego pana jego wierny pies, Pahao.

W roku 1839 Kiowa zostali zdziesiątkowani przez ospę przywleczoną przez białych. 

Okres ten nazwali Ta’dal-kop-Sai (Zimą Czarnej Śmierci).

Koniec

„KB”